Vous êtes sur la page 1sur 164

Antoni Kępiński

Rytm Życia
Projekt okładki i stron tytułowych t „
MACIEJ SADOWSKI
L

Lww.
© Copyright by Wisława Kłodzińska-Batruch, Warszawa 1992 ISBN 83-900392-1-4
Wstęp
Autor zdążył jeszcze nanieść korekty do tej książki. Lecz pierwszy, sygnalny
egzemplarz Rytmu życia trafił do szpitala o dzień za późno; od dwudziestu
czterech godzin Antoni Kępiński już nie żył...
I jak tu nie wierzyć w znaki wróżebne? Okazało się bowiem, że wraz z tą właśnie
chwilą rozpoczyna się triumfalny pochód kolejnych i kolejnych dzieł słynnego,
owianego legendą psychiatry; fakt to niezbity - między rokiem śmierci Antoniego
Kępińskiego, tj. 1972, a rokiem 1978 ukazały się wszystkie ważne jego prace i
każda z nich okazywała się kolejnym szczeblem do sławy autora.
Co prawda wcześniej, w Krakowie, znali go dobrze ludzie kultury, w Polsce zaś
cieszył się powszechnym uznaniem wśród chorych, cierpiących na rozmaite
zaburzenia systemu nerwowego. Tak było za życia Kępińskiego.
Ale dopiero książki ukazały pełen wymiar osobowości filozofa, etyka, nauczyciela
całej plejady wybitnych medyków, głównie zaś - człowieka o wielkim sercu i
umyśle, jakich dzisiaj spotyka się nader rzadko. Rytmżycialo pierwsze z licznych
dzieł Profesora, lecz dzieło od razu gotowe, zawierające w sobie szkicowe lub
kompletne rozwinięcie podstawowych pytań, które Antoni Kępiński zadawał samemu
sobie oraz wszystkim...
Tak się przy tym złożyło, iż podążając tropem owych pytań, budujemy mapę
zasadniczych spraw obchodzących każdego. I nie ma w powyższym zdaniu cienia
przesady. Znajdujemy się rzeczywiście w przestrzeni spraw fundamentalnych. Nie
jest w gruncie rzeczy istotne, że odpowiedzi starające się opisać conditio
humana nie są w stanie czegokolwiek rozstrzygnąć. Jak trafnie stwierdził któryś
z myślicieli dawnych wieków, sens poznawania zawiera się w trafnie
sformułowanych pytaniach, na które nie istnieją żadne wyczerpujące lub kończące
problem odpowiedzi. Bowiem sensem ludzkiego istnienia jest droga, nie cel
zamykający wędrówkę. Metaforyczna wykładnia naszego losu - postukujący kosturem
wędrowiec, który podąża na spotkanie z... właśnie, z czym lub z kim?
Antoni Kępiński, homo viator jakby żywcem przeniesiony do rzeczywistości z kart
rozpraw filozoficznych Gabriela Marcela, wypełnił swój życiorys mądrą i
bynajmniej nie cukierkową miłością bliźnich, szczególnie tych, którzy w
cierpieniu domagają się otuchy i podpory, a słowa refleksji, jakie w książkach
swych zawarł - niby norwidowski „czynu testament" - zyskują wciąż na znaczeniu.
¦
0 wadze rozmyślań Antoniego Kępińskiego najlepiej świadczy powodzenie jego
książek, od Rytmu życia (1972) poczynając. Niniejsze wydanie jest już piątym z
kolei, a mimo to nie widać w księgarniach egzemplarzy pochodzących z wydań
wcześniejszych. Podobnie dzieje się z innymi dziełami. Psychopatologia nerwic
(1972) osiągnęła cztery wydania, Schizofrenia (1972), Z psychopatologii życia
seksualnego (1973) oraz Melancholia (1974) po trzy wydania, Lęk (1977),
Psychopatie (1977), a także Poznanie chorego (1978) po dwa. Tylko Podstawowe
zagadnienia współczesnej psychiatrii wydane zostały raz jeden, w 1978 roku.
Można więc bez większej obawy zaryzykować twierdzenie, że gdyby profesor
Kępiński doprowadził do końca dwa duże opracowania z zakresu psychiatrii, które
projektował wraz z kilkoma uczniami w latach sześćdziesiątych, tzn. Dyskusyjne
zagadnienia psychiatrii oraz Psychiatria na co dzień, również i te, nie powstałe
ostatecznie, dzieła miałyby szansę odcisnąć się trwale na stylu myślenia całej
polskiej inteligencji dojrzewającej w ostatnim dwudziestopięcioleciu. Tak się
bowiem stało z dziełami istniejącymi.
Bo przecież wśród mistrzów duchowych już kilku pokoleń Antoni Kępiński zajmuje
miejsce niepoślednie. Właściwie nie sposób bez niego i jego prac zrozumieć, czym
były u nas intelektualne pokarmy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Zanim wszelako spróbuję w kilku choćby słowach naszkicować znaczenie myśli
Antoniego Kępińskiego dla duchowych wnuków Profesora, chciałbym przedstawić
podstawowe fakty biograficzne, gdyż rzadko się zdarza, by ktoś z równą mu
konsekwencją usiłował zbudować własną osobowość, wyrzekając się stereotypów i
łatwizny.
Antoni Kępiński urodził się w miasteczku Dolina (województwo stanisławowskie),
16 listopada 1918 roku, w rodzinie prawnika, Tadeusza de Nesobia Kępińskiego.
Nigdy jednak nie powoływał się na szlacheckie parantele, choć korzenie jego rodu
sięgały czasów Kazimierza Wielkiego. Lecz przyszły lekarz był zdania, że o
człowieku decydują wyłącznie własne osiągnięcia, nie pochodzenie lub majątek.
Ojciec Antoniego był najpierw starostą Doliny, matka, Wanda de Turczynowicz-Su-
szycka, nie pracowała aż do śmierci męża. Rodzina wkrótce przeniosła się do
Nowego Sącza, gdzie ojciec Antoniego objął starostwo. Tadeusz Kępiński, człowiek
prawy, w poglądach zbliżał się do Stronnictwa Ludowego i nie krył niechęci do
piłsudczyków jako sprawców zamachu majowego. Spensjonowano go więc w roku 1926,
od tej pory pędził żywot emeryta.
Antoni Kępiński ukończył jedną z najlepszych polskich szkół średnich, słynne
krakowskie gimnazjum imienia Nowodworskiego, w klasie o profilu klasycznym.
Można przypuszczać, że wtedy właśnie ugruntowały się podstawy jego późniejszej
erudycji. W roku 1936 wstąpił na Wydział Lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego,
lecz po trzecim roku studia przerwała mu wojna. Walczył, potem przedarł się na
Węgry, następnie dłuższy czas spędził w obozie koncentracyjnym frankistowskiej
Hiszpanii, Miranda de Ebro, którego zła sława niosła się później przez całą
Europę. Z pewnością więc pierwsza część Rytmu życia- poświęcona problematyce
humanizmu dwudziestowiecznego i jego zagrożeń w obliczu pytań wyrosłych z
istnienia wszelkiej maści „rzeczywistości koncentracyjnych" - oparta została nie
tylko na fakcie kierowania zespołem specjalistów analizujących chorobę obozową,
czyli tzw. KZ-syndrom, lecz wzięła się też z własnych, bolesnych przemyśleń.
Gdy Kępiński wydostał się po dwu i pół roku z Miranda de Ebro, znalazł się w
Anglii. W latach 1945-1946 studiował medycynę na Polskim Wydziale Lekarskim w
Edynburgu, gdzie uzyskał dyplom lekarza. Do Polski i Krakowa wrócił 27 lipca
1947 roku, podejmując pracę najpierw w Klinice Neurologiczno-Psychiatrycznej
Uniwersytetu Jagiellońskiego, a po jej zlikwidowaniu (1950) do końca życia
pracował w krakowskiej Klinice Psychiatrycznej Akademii Medycznej, zajmując
stanowiska od lekarza do kierownika Kliniki, którym zresztą został niechętnie,
po bardzo długich namowach i z dużymi oporami przed podejmowaniem funkcji
specyficznie administracyjnych.
Doktorat {Zamącenie po wstrząsie elektrycznym a typ konstytucyjny i rasowy)
obronił w 1949 roku, rozprawę habilitacyjną zakończył w 1960 roku, przez wiele
lat pracował jako docent, tytuł profesorski przyznano Kępińskiemu w marcu 1972
roku, na niewiele miesięcy przed śmiercią, choć wniosek czekał od 1968 roku.
Zmarł w Krakowie 8 czerwca 1972 roku na chorobę nowotworową, pochowany jest na
cmentarzu salwatorskim.
Było w Kępińskim coś fascynującego, niemożliwego do objęcia suchymi ramami
życiorysu. Lekarze to środowisko dość hermetyczne, z rzadka tylko akceptujące
reprezentantów innych profesji w najbliższym otoczeniu. Tymczasem on się
przyjaźnił z aktorami, jak Leszek Herdegen, plastykami, jak Lidia Zamków,
pisarzami, jak Jan Sztaudynger. Współpracował blisko Antoni Kępiński z Romanem
Ingarde-nem, zaś jego zainteresowania pozamedyczne obejmowały tak różnorodne
sprawy, jak ontologia świętego Augustyna, koncepcje fizyki teoretycznej Wernera
Heiselber-ga, literatura fantastyczno-naukowa (bardzo np. lubił Władcę
pierścieni Tolkiena), książki o zwierzętach. Nie miałoby to, rzecz jasna,
większego znaczenia dla nikogo,
poza może najbliższą rodziną Kępińskiego oraz nim samym, lecz warto przywołać
tutaj rozległość zainteresowań kogoś, kto twórczo wykorzystuje zarówno Balladę
0 więzieniu w Reading Oskara Wilde'a, jak i rozważania antropologiczne Maxa
Schellera.
Nic więc dziwnego, że budził powszechne zainteresowanie, jeszcze spotęgowane
nietypowymi reakcjami. Profesor Kępiński prowadził prywatną praktykę medyczną,
lecz - potwierdzają to liczne świadectwa - od osób uboższych częstokroć w ogóle
nie brał honorarium, które i tak nie było zawrotne, twierdząc że to właśnie on
osiąga korzyści w kontakcie z pacjentami, więc na dobrą sprawę sam powinien im
dopłacać. Poza tym skandalizował zawsze konserwatywny Kraków, ubierając się w
strój nie licujący z profesorską godnością, jeśli tylko tak mu było wygodniej.
Równocześnie nie odznaczał się zbytnią wylewnością, pedantyczny, nieco oschły
1 apodyktyczny, choć z uwagą i chętnie wysłuchujący też sądów odmiennych niż
własne. Nie krył się za barierą fachowości, o ile to tylko okazywało się
możliwe. Publikacje zamieszczał zarówno w periodykach bardzo specjalistycznych,
jak Folia Medica Cracoviensiana, Psychiatria Polska czy Przegląd lekarski, ale
też dla prezentacji własnych poglądów chętnie wykorzystywał łamy czasopism
kulturalnych, od Przekroju, poprzez Politykę lub Tygodnik Powszechny, aż do
Twórczości i Literatury na świecie.
A gdy się ukazywały, już pośmiertnie, główne prace Antoniego Kępińskiego,
zauważała je natychmiast prasa wszystkich orientacji i na wszystkie litery
alfabetu, od Argumentów, do Więzi i Znaku, zaś na temat autora Rytmu życia
pisali ludzie skrajnie różni, choćby Piotr Wierzbicki i Jerzy Urban, Bohdan
Czeszko i Antoni Słonimski, Zygmunt Trziszka i Olgierd Terlecki, Wiktor
Osiatyński i Marek Skwa-rnicki, Józef Tischner i Krzysztof Teodor Toeplitz,
Wiesława Grochola i Małgorzata Walendowska, Krzysztof Miklaszewski i Małgorzata
Szpakowska.
Równocześnie prace Kępińskiego od razu trafiały do nader szerokiego grona
czytelników, szczególnie entuzjastycznie przyjmowane przez młodzież. Jest coś
fascynującego w fenomenie popularności dzieł krakowskiego profesora - bądź co
bądź parexcellence medycznych. Każdy wszakże, kto pamięta zauroczenia kontrkul-
turą, wie, w czym rzecz.
Wśród młodzieży, zwłaszcza o skłonnościach humanistycznych, dominowały wówczas
propozycje ujmowania ludzkiej natury inne, niż jej opis w kategoriach
nieuchronnej między ludźmi rywalizacji. Szły-za tym próby leczenia chorych
zbiorowości, a nie zbuntowanych przeciw normom „zdrowego społeczeństwa"
jednostek. Stąd popularność antypsychiatrii i ogromna kariera np. Moreno,
Bastide'a (jego Socjologia chorób psychicznych zaliczała się do generacyjnych
lektur), Rogersa. W Polsce za czołowego zwolennika psychiatrii „karzącej" -tzn.
stosującej
w terapii system wzmocnień szokowych, w rodzaju elektrowstrząsów - uchodził
profesor Tadeusz Bilikiewicz, a na drugim biegunie sytuowano reprezentantów
psychiatrii, którą niekiedy nazywano „humanistyczną": twórcę teorii
dezintegracji pozytywnej, profesora Stanisława Dąbrowskiego oraz właśnie
profesora Antoniego Kępińskiego.
Dzisiaj, kiedy trafiają się wśród polskich polityków tacy wychowańcy kontrkul-
tury, którzy Jana Jakuba Rousseau uznają za myślowego sprawcę obozów
koncentracyjnych, ówczesne opcje specjalistów od ludzkiej psychiki stały się
niemodne. Lecz w swoim czasie - tj. w latach siedemdziesiątych i
osiemdziesiątych - określały styl rozumowania i przeżywania sporej grupy
najzdolniejszej młodzieży. Co prawda, dawne bieguny okazały się potem mocno
zmitologizowane (np. Kępiński wielce sobie cenił Bitikiewicza, który był zresztą
recenzentem autora Schizofrenii na stopień profesorski), lecz dla świadomości
zbiorowej nie ma to aż takiego znaczenia.
Liczyły się raczej zainteresowania Kępińskiego psychiatrią humanistyczną oraz
antypsychiatrią, dobrze widoczne już w rozprawie z roku 1962 Kierunki
humanistyczne w psychiatrii. Ten właśnie styl naukowego rozumowania rozwijany
był w całym dorobku Antoniego Kępińskiego i on przyniósł mu uznanie oraz sukces.
Kępiński - wzorem takich psychiatrów jak Georges Bastide albo Carl R.Rogers i
cały nurt neopsychoanaiizy ze szkoły frankfurckiej rodem (szczególnie Erich
Fromm i Karen Horney) - w diagnozach oraz w propozycjach terapii zaburzonej
psychiki specjalny nacisk kładł na wyleczenie nie w tym sensie, iżby należało
jednostkę wtłaczać pod strychulec społecznej, skonwencjonalizowanej normy, ile w
tym sensie, by nauczyć społeczeństwo szacunku dla inności, dla odmienności, dla
wszelkich form ekspresji wyrażających ludzki indywidualizm.
Lecz nie należy sądzić, że Kępiński pałał jakąś ogromną miłością do zabaw
metodologicznych. Wręcz przeciwnie, jako lekarz-praktyk wszelkie pomysły brał po
coś. Obok więc nowych metod Sullivana mnóstwo korzystał z uwag stareńkiego Iwana
Pawłowa, sięgał zatem z ochotą do bardzo rozmaitych źródeł. Dla dzisiejszego
czytelnika niech to będzie zachętą do uprawiania takiej twórczości jedynie, jaka
naprawdę się liczy. Twórczości, dla'której inspiracje należy wykorzystywać
raczej jako trampoliny przydatne w twórczym myśleniu, niż jako nieusuwalny
gorset krępujący ruch myśli.
Kiedy umierał, miał Antoni Kępiński lat zaledwie 53. Dla naukowca to żaden wiek.
Lecz, mimo że odszedł, pozostały jego niezwykłe książki, wciąż i wciąż zyskujące
na znaczeniu. Dzisiaj warto je przypominać nie tylko dlatego, że stały się
lekturami kanonicznymi co najmniej dwóch generacji Polaków. Rozprawy Kępińskiego
są bowiem zaproszeniem do myślenia, próbują odnajdywać związki między wieloma
przejawami otaczającej ludzi rzeczywistości, nadal też uczą szacu-
nku, tolerancji, normalnej przyzwoitości wreszcie. Każdy, kto szuka - powinien
choć na chwilę spróbować wspólnej drogi razem z Antonim Kępińskim.
Kiedy go chowano, w uroczystych egzekwiach, prowadzonych przez metropolitę
krakowskiego, Karola Wojtyłę, szło całe miasto. Nad grobem panowała cisza,
zgodnie z wolą zmarłego. Nie było przemówień. I tylko niektórzy pacjenci podobno
usiłowali z rozpaczy po stracie swojego lekarza popełniać samobójstwo.
Potem zaś przyszły książki. Testament, który dotyczy nas wszystkich.
Książki Antoniego Kępińskiego, poczynając od Rytmu życia, warto czytać po prostu
dlatego, że są to książki mądre.
Tadeusz Lewandowski
«Anus mundi»
„Cóż za monstrum jest tedy człowiek? Cóż za osobowość, co za potwór, co za
chaos, co za zbieg sprzeczności, co za dziw! Sędzia wszechrzeczy - bezrozumny
robak ziemny; piastun prawdy. - zlew niepewności i błędu; chluba i zakała
wszechświata."
(Pascal Myśli)
Heinz Thilo, lekarz oświęcimskiej załogi SS, w rozmowie z Kremerem określił ten
obóz jako „Anus mundi". Dosadne to określenie, jak się można domyślać,, było z
jednej strony wyrazem obrzydzenia i grozy, jakie budził w każdym obserwatorze
obóz koncentracyjny, a z drugiej strony uzasadniało istnienie obozu
koniecznością oczyszczenia świata. Motyw oczyszczenia - kałharsis, istotny w
życiu, każdego człowieka, niewątpliwie odgrywa niemałą rolę w życiu
społeczeństw.
W koncepcji hitlerowskiej obozy zagłady - poza bezpośrednim celem polity-czno-
ekonomicznym, polegającym na jak najbardziej efektywnym i najtańszym
wyniszczeniu wroga - miały sens głębszy; było nim oczyszczenie rasy germańskiej
z tego wszystkiego, co nie zgadzało się z ideałem germańskiego nadczłowieka.
Przyświecała tu daleka wizja świata ludzi pięknych, silnych, zdrowych, świata, w
którym nie byłoby miejsca dla chorych, kalek, nienormalnych psychicznie,
skażonych krwią żydowską czy cygańską.
Dla tego „pięknego" celu trzeba było przejść przez wstrętne okropności obozów
koncentracyjnych. Nic też dziwnego, że służba w obozie była traktowana na równi
ze służbą frontową, choć esesmani pewnie woleli być bohaterami w obozie niż na
froncie. Prawo zachowania życia jest na ogół silniejsze od ideologii; jeszcze
lepiej, gdy szczytną ideologią można wytłumaczyć własne tchórzostwo. Zdarzali
się jednak tacy, wprawdzie nieliczni, którzy nie wytrzymywali upodlenia służby w
obozie koncentracyjnym i wybierali front lub samobójstwo. Większość uspokajała
się alkoholem i poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku dla dobra ojczyzny i
wielkiej idei.
11
Zdolność przekształcania otaczającego świata, którą można uznać za cechę
swoiście ludzką, mieści w sobie największą rozpiętość sprzeczności natury
człowieka. Z niej rodzą się bohaterstwo, świętość, poświęcenie, sztuka i nauka,
ale też okrucieństwo, znęcanie się człowieka nad człowiekiem, zniewalanie i
zabijanie. By zmienić oblicze świata, prowadzi się wojny, męczy ludzi w obozach
i więzieniach. Co nie pasuje do struktury, jaką się pragnie narzucić otoczeniu,
to staje się obce i wrogie i musi ulec zniszczeniu.
W biologii znane jest zjawisko zaszczepienia obcej struktury. Wirus może
zaatakować bakterię, jego materiał genetyczny - DNA (kwas dezoksyrybonukleinowy)
dostaje się do wnętrza bakterii, opanowuje jej „maszynerię" biochemiczną tak, że
w ciągu kilku minut zaczyna ona produkować setki nowych wirusów identycznych z
najeźdźcą. Bakteria żyje nadal, ale jej struktura jest już inna: zamiast
swoistego DNA jej procesami biochemicznymi kieruje DNA wirusa; choć pozornie ta
sama, w rzeczywistości przestała być sobą, straciła swą istotną strukturę, a tym
samym swą tożsamość.
Analogiczne zjawisko - choć na poziomie integracji nieporównanie wyższym -
spotkać można w życiu człowieka, gdy owładnięty jakąś ideą, początkowo obcą, a
potem jak najbardziej własną, wszystko dla niej poświęca, nic poza nią nie
widzi, gotów dla niej oddać życie własne i cudze (na ogół łatwiej cudze).
Podobnie jak wspomniana bakteria, zatraca on swą tożsamość; jego myśli, uczucia,
czyny przestają być wyrazem jego własnej osobowości, a stają się odbiciem
struktury przyjętej z zewnątrz. Ludzie owładnięci tą samą ideą stają się do
siebie bliźniaczo podobni; zróżnicowanie społeczeństwa maleje, wzrasta natomiast
jego efektywność, w tym sensie, że wszyscy dążą do tego samego celu, niczego
poza nim nie widząc. Człowiek, który nie ma znamienia tej samej idei, stoi
wskutek tego na przeszkodzie jej realizacji, staje się wrogiem, zawadzającym
przedmiotem, który trzeba usunąć z drogi. Wielkość idei - nie chodzi tu o jej
doniosłość obiektywną, ale subiektywną, tak jak ją odczuwają owładnięci nią -
usprawiedliwia zasadę: cel uświęca środki. Jeśli bowiem ktoś wszystko poświęcił
dla idei, to uważa, iż wokół niego też wszystko dla idei poświęcone być musi.
„Chaos", „zbieg sprzeczności", „bezrozumny robak ziemny", „zlew niepewności i
błędu", dając się owładnąć jakiejś idei, a wskutek tego tracąc siebie, uzyskuje
w zamian porządek, jednolitość, jasność i pewność. Im większe w człowieku
wewnętrzne rozbicie, poczucie własnej słabości, niepewności i lęk, tym większa
tęsknota za czymś, co go z powrotem scali, da pewność i wiarę w siebie
(właściwie nie tyle w siebie, ile w ideę, która właśnie „ja" zastępuje). Wstręt
do samego siebie zostaje skompensowany obrazem siebie jako bohatera-wyznawcy
idei. Poczucie więzi grupowej zwiększa siłę atrakcyjną tego fikcyjnego modelu.
Staje się
12
wobec alternatywy: być takim jak inni lub nie być wcale. Nie być bowiem takim,
jak nakazuje wyznaczona ideologia, równa się postawieniu siebie w rzędzie jej
wrogów, a wiąc skazaniu się na zniszczenie. Między wyznawcami tej samej
ideologii wytwarza się swoiste współzawodnictwo: nie być gorszym od innych, gdyż
grozi to wyłączeniem z grupy. Zależnie od charakteru ideologii można się
licytować w cnotach lub zbrodniach.
Nie chodzi tu o analizę wartości ideologii hitlerowskiej; jej płytkość, naiwność
i pyszałkowatość są oczywiste, a fakt, że przyjęła się w społeczności
niemieckiej, należy chyba tłumaczyć szczególną atmosferą społeczną okresu
międzywojennego, charakteryzującą się wyolbrzymionym i podsycanym poczuciem
narodowej krzywdy. Załamanie się dawnych struktur ideologicznych, poczucie
pustki, bezsensu, kryzys ekonomiczny, wojenne urazy itp. stwarzały podatny grunt
dla każdej ideologii, która by dawała perspektywy lepszego jutra.
Niezależnie od treści niebezpieczeństwo ideologii jako struktury narzuconej z
zewnątrz tkwi w zahamowaniu procesu rozwoju. W miejsce walki przeciwstawnych
struktur, z których jedne się rodzą, a inne umierają, dzięki czemu wciąż tworzy
się coś nowego i człowiek rozwija się - zostaje wstawiona struktura obca, która
wszystkie inne podporządkowuje sobie. Człowiek przestaje się rozwijać i zamienia
się w ślepe narzędzie w służbie idei, ślepe, gdyż nie widzi niczego poza
wytkniętym celem, a przede wszystkim przestaje widzieć drugiego człowieka,
zamiast niego widzi towarzyszy wspólnego wyznania lub przeszkodę w dążeniu do
celu, przedmiot, który trzeba usunąć z drogi, zniszczyć.
Claude Eatherly, major Air Force, rano 6 sierpnia 1945 roku dokonał nad
Hiroszimą lotu sprawdzającego warunki atmosferyczne i osłonę lotniczą miasta, po
czym dał sygnał do nalotu atomowego: go ahead. Dowiedziawszy się, że wybuch
spalił 200 tysięcy ludzi, Eatherly popadł w narastający konflikt moralny między
otaczającą go glorią bohatera a poczuciem współudziału w zbrodni i potrzebą
pokuty. „Kompleks winy" doprowadził go nawet do okresów ostrej depresji, lęków,
halucynacji, prób samobójstwa. Eatherly dobrowolnie podjął ciężką pracę fizyczną
i dla poszkodowanych w Hiroszimie wysyłał zasiłki pieniężne. Jego korespondencja
ze znanym filozofem i działaczem pacyfistycznym, Guntherem Andersem,
prześladowanym w czasie wojny przez hitlerowców - jest zawarta w książce No morę
Hiroshima.
Nie ma wśród Niemców, a w szczególności wśród tych, którzy byli czynnie
zaangażowani w wielkim przemyśle zagłady, majora Eatherly. Ci nieliczni, którzy
się dostali w ręce wymiaru sprawiedliwości, nie mieli z reguły poczucia winy,
ale za to duże poczucie krzywdy, iż kara spotyka ich za ślepe posłuszeństwo, za
spełnianie obowiązku. Uwolnienie się od poczucia winy, które często bywa gorszą
13
kaźnią, niż kara nałożona przez społeczeństwo, zawdzięczają oni właśnie
ideologii. To nie oni byli winni, ale ta obca struktura, która im została
narzucona, która ich oślepiła i która była głównym motorem ich działania,
myślenia, odczuwania. Bez niej są z powrotem „porządnymi ludźmi", uczciwie
dorabiającymi się majątku, a może tylko w skrytości ducha wspominają czasem
wielkie dni swego „heroicznego" okresu.
Ci, którzy byli przeszkodą, materiałem przeznaczonym na zagładą, by sobą nie
zanieczyszczał więcej nowego świata, różnie swój los przyjmowali. Byli tacy,
którzy nie zdążyli wyjść z oszołomienia wywołanego nagłym przeniesieniem w
piekło obozu, a już przychodził kres ich życia. Inni szli ku śmierci z
fatalistycznym przeświadczeniem o nieodwracalności losu. Jeszcze inni chcieli
przeżyć za wszelką cenę. A ponieważ w obozie zagłady mogli urządzić się wygodnie
tylko ci, którzy innym śmierć zadawali i którzy byli panami, przeto niektórzy
starali sią przejąć formy swych oprawców. Byli też tacy, którzy mimo głodu,
pragnienia, zimna, bólu, poniżania godności ludzkiej potrafili jakby oddalić się
od swego cierpienia i nie myśleć tylko o tym, by zdobyć coś do zjedzenia, by
przestało być zimno czy gorąco, by nie bolało znękane ciało. Imperatyw
biologiczny jest niesłychanie silny i niemałego trzeba wysiłku woli, by nie
myśleć tylko o chlebie, gdy się jest głodnym, o wodzie, gdy się chce pić, lub o
bolącym miejscu, gdy boli. Wysiłek ten jednak był konieczny dla zachowania
wewnętrznej swobody -wolnej przestrzeni, w której by można było swobodnie
myśleć, marzyć, planować, powziąć decyzję, uwolnić się od koszmaru chwili
obecnej. Jeśli w życiu obozowym, w tym „anus mundi", tyle było poświęcenia,
odwagi, miłości drugiego człowieka, a więc zjawisk w tych warunkach - zdawać by
się mogło - zgoła niemożliwych, to właśnie dzięki tej wewnętrznej wofności.
Dla tych, co obóz przeżyli, wspomnienia z tego okresu nie są tylko koszmarem; są
też dowodem, że w warunkach na j straszn i ej szych potrafili zachować swoje
człowieczeństwo, że wytrzymali ogniową próbę pytania, „jaki ja naprawdę jestem".
Często też najpewniej się czują wśród dawnych towarzyszy niedoli, gdyż wiedzą,
jacy oni są naprawdę.
Zdawać by się mogło, że w warunkach największego zniewolenia, poniżenia i
znękania drugiego człowieka niemożliwe jest bohaterstwo. By się na nie zdobyć,
trzeba mieć choć trochę wolnej przestrzeni i własnej siły. A jednak nawet w tych
warunkach było ono możliwe i w piekle, jakim był obóz, okazała się też cała
wielkość człowieka.
Nie osiągnęli hitlerowcy swego celu, mimo milionów ofiar nie oczyścili świata z
tego,-co nie odpowiadało ich ideałowi Herrenvolku, pokazali natomiast światu, do
czego prowadzić może obłędna ideologia. Dymy Oświęcimia, miejmy nadzieję,
14
będą przez długi jeszcze czas ostrzeżeniem przed zaślepieniem, nienawiścią i
pogardą dla drugiego człowieka. Gotowe formuły myślenia i działania, ślepe
słuchanie rozkazu mogą w skutkach być bardzo niebezpieczne i dlatego trzeba na
siebie wziąć cały ciężar odpowiedzialności za swe myśli, uczucia i czyny. Claude
Eatherly wyraził to następująco w liście do Gunthera Andersa:
„W przeszłości bywały okresy, kiedy człowiek mógł przeżyć życie, nie zaprzątając
zbytnio swego sumienia problemami nawyków myślowych i norm działania. Nasze
czasy, jak wyraźnie widać, do tych epok nie należą. Przeciwnie, sądzę, że
zbliżamy się gwałtownie do sytuacji, w której będziemy musieli zastanowić się na
nowo, czy gotowi jesteśmy oddać odpowiedzialność za nasze myśli i uczynki w ręce
organizacji społecznych, takich jak partie polityczne, związki zawodowe, Kościół
czy państwo. Żadna z tych organizacji nie jest zdolna udzielić nam niezawodnych
wskazówek moralnych i dlatego należy zakwestionować ich pretensje do udzielania
nam takich wskazówek."
„Anus mundi" ukazał światu człowieka w całej rozpiętości jego natury: obok
potwornego bestialstwa - bohaterstwo, poświęcenie i miłość. I wobec tego widoku
za Pascalem można powiedzieć: „Ukorz się, bezsilny rozumie; umilknij, głupia
naturo; dowiedz się, że człowiek nieskończenie przerasta człowieka."
1
-$.¦>
Koszmar
Rosnąca z każdym rokiem ilość wspomnień, opracowań dokumentarnych i naukowych
pozwala coraz lepiej wczuć się w atmosferą obozów koncentracyjnych. Choć każdy,
kto sam „tego" nie przeżył, czuje się po trosze jak pani Gudrun ze wspomnień
Gawalewicza, pytająca o nocne lampki przy łóżkach w obozie. A nawet ci, którzy
obóz przeżyli, dzięki „dobrotliwości" ludzkiej pamięci nie dysponują już świeżym
obrazem życia obozowego (zdarza się to tylko w ich snach), lecz jedynie słabym
jego odbiciem. Poza tym nie znajdują oni sposobu przekazywania przeżyć, gdyż nie
mieszczą się one w zasięgu ludzkiego języka. Pomimo najbardziej wiernego i
sugestywnego opisu życia obozowego i własnych cierpień nie można wyjść poza
strukturę słowną dla wszystkich zrozumiałą, nie przystosowaną do tego typu
przeżyć, toteż najistotniejsze momenty świata obozowego pozostają wyłączną
własnością danej osoby, niemożliwą do przekazania innym.
Obóz koncentracyjny określa się najczęściej jednym słowem: koszmar. Czym jest
koszmar? Podstawowe znaczenie tego słowa jest następujące: „przygnębiający,
przerażający sen, zmora; coś, co ma nastrój takiego snu". W czasie snu występują
w dość regularnych odstępach czasu, mniej więcej co jedną do półtorej godziny,
okresy charakteryzujące się elektroencefalograficznie szybkimi niskonapięciowymi
falami i szybkimi skojarzonymi ruchami gałek ocznych. Gdy się"badanego zbudzi w
tym okresie, łatwo podać on może treść marzenia sennego. Nie zdarza się to na
ogół, gdy zbudzimy go w innym okresie snu, treść marzenia sennego bardzo szybko
bowiem ulega zapomnieniu. Przyjmuje się więc, że charakterystyczna aktywność
bioelektryczna mózgu i szybkie ruchy oczu są zewnętrznym odpowiednikiem marzenia
sennego. Ruchy gałek ocznych, jak się przypuszcza, są wywołane śledzeniem przez
śniącego obrazów marzenia sennego. Obrazy te bowiem mają przede wszystkim, choć
nie wyłącznie, charakter wzrokowy. Pewne fakty zdają się przemawiać za tym, że
marzenia senne występowałyby rytmicznie przez całą dobę,. gdyby nie działanie
bodźców świata zewnętrznego, zmuszających do aktywności i
17
Anus mundi
czuwania, i że siła przeżyć doznawanych w czasie tych marzeń może być większ niż
na jawie.
Zawsze człowieka intrygowała treść i znaczenie marzenia sennego. Szukan w nim
wskazówek co do przyszłości, z jego pomocą próbowano dojść do najgłębiej
ukrytych kompleksów ludzkich i do zasadniczej struktury osobowości
(psychoanaliza), posługiwano się nim dla wzbogacenia inwencji twórczej, dla
lepszego zrozumienia przeżyć psychotycznych itd. Niestety, podobnie jak z
pierwszych lat życia, tak i z marzeń sennych niewiele utrwala się w pamięci, co
jednak nie przesądza o ich znaczeniu dla życia na jawie. Może nawet ich
znaczenie jest większe, niż się powszechnie przypuszcza, i w miarę pogłębienia
naszych wiadomości psychologia marzenia sennego stanie się równie ważna jak
psychologia wczesnego dzieciństwa. Pamięć bowiem, jak wiadomo, nie jest dobrym
wskaźnikiem wartości; to, co zostało zapomniane, jest dla dalszego rozwoju
człowieka nieraz znacznie ważniejsze niż to, co utkwiło w pamięci.
Wśród nielicznych marzeń sennych, które utrwaliły się w pamięci, znajdują się i
takie, które określa się jako koszmarne. Gdyby można zapamiętać wszystkie sny,
liczba koszmarów byłaby znacznie większa. Nie wiadomo, z czego formuje się treść
marzenia sennego, czy tylko z przekształconych przeżyć na jawie, czy też, jak
twierdzi Jung, jest w pewnym stopniu autonomiczna, gdyż niektóre motywy snów
powtarzają się niezależnie od osobniczej historii śniącego, w różnych kręgach
kulturalnych i epokach (archetypy).
Koszmar jest przede wszystkim snem niesamowitym; sytuacje, postacie, cała
sceneria odbiegają w nim tak dalece od tego, co się zwykle przeżywa na jawie
zarówno w rzeczywistości, jak w marzeniach, a także od innych marzeń sennych, że
już sam fakt tak dalece posuniętej „inności" budzi grozę. Łączy się z tym
uczucie bezsilności. Towarzyszy ono każdemu marzeniu sennemu, gdyż zasadniczą
cechą samego snu jest bezsilność, która w śnie koszmarnym jednak wzmaga się
wskutek zbyt wielkiego oderwania się od zwyczajności. Gdy wszystko jest inne niż
zwyczajnie, traci się orientację i możność tworzenia planów działania, jest się
przez niezwykłą sytuację obezwładnionym. W czasie snu koszmarnego walczy się o
własne życie, jego bowiem zasadniczą cechą jest totalne zagrożenie.
Napięcie lękowe snu koszmarnego jest spotęgowane wspomnianym już poczuciem
bezsilności. Wszystko dzieje się automatycznie, niezależnie od śniącego, akcja
rozwija się jak w makabrycznym filmie, jest się w niej zaangażowanym, ale nie
można na jej przebieg wpłynąć. W momentach, gdy sytuacja dojdzie do zenitu,
próbuje się wyrwać z koszmaru, przychodzi zbawcza myśl, że to tylko sen,
człowiek budzi się zmaltretowany, z bijącym sercem, zlany potem, ale z uczuciem
ulgi, że rzeczywistość jest inna. ,,
. , s,
18
Zasadnicze cechy koszmaru można by więc ująć w cztery punkty: niesamowi-tości,
bezsilności, totalnego zagrożenia i automatyzmu. Te cztery cechy wysuwają sią
też na plan pierwszy w przeżyciach obozowych.
Niesamowitość obozu koncentracyjnego odczuwano szczególnie silnie w pierwszym
zetknięciu z nim. U większości więźniów występowała „krótkotrwała reakcja
psychiczna, objawiająca się przygnębieniem, uczuciem lęku i grozy, poczuciem
bezradności, zagubienia i osamotnienia, brakiem apetytu i bezsennością"
(Teutsch). Podobnie jak w czasie snu koszmarnego, występowały silne objawy
wegetatywne, „takie jak częstomocz, biegunka, drżenie ciała, wzmożone pocenie
się, niekiedy riudności, a nawet wymioty" (Teutsch). Podobnie też jak przed
koszmarem snu broni się czasem śniący myślą, że jest to tylko sen, tak przed
koszmarem obozowym obroną było poczucie derealizacji, nierzeczywistości tego, co
otacza. Zdaniem Teutscha występowało ono rzadko (u 5 zbadanych przez niego
byłych więźniów), zdaniem innych miało być dość typowe.
Nie trzeba chyba udowadniać, że rzeczywistość obozowa tak dalece odbiegała od
rzeczywistości życia na wolności, iż zetknięcie się z nią dla każdego musiało
być silnym wstrząsem. Oczywiście ci, którzy przeszli już przez gestapowskie
więzienia, byli w pewnym stopniu do nowej rzeczywistości przyzwyczajeni i na
ogół pierwsza reakcja była u nich słabsza. Nawet stykając się z życiem obozowym
pośrednio, tj. zwiedzając poobozowe muzea, przeglądając zdjęcia, czytając
wspomnienia itp, reaguje się w pewnym stopniu podobnie, oczywiście bez
porównania słabiej, tj. uczuciem oszołomienia, lęku i przygnębienia lub wrażenia
nierealności.
Sytuacja niezwykła budzi zawsze uczucie lęku, który można określić jako
„dezintegracyjny", gdyż wywołany jest zaburzeniem istniejącej struktury
interakcji, jaka wytworzyła się w ciągu życia między jednostką a jej
środowiskiem. Struktura ta umożliwia przewidywanie w pewnym stopniu tego, co
nastąpi i planowanie swojej aktywności. Wprawdzie w ciągu życia stale styka się
z czymś nowym i niezwykłym, dzięki czemu struktury interakcji z otoczeniem wciąż
zostają burzone i budowane na nowo, to jednak nigdy na ogół „nowe" nie jest
całkowicie nowe, wiele jest w nim elementów znanych, tak że w niezwykłej nawet
sytuacji nie staje się całkowicie bezradnym. Istnieje pewna granica tolerancji
na niezwykłość, tj. na to, do czego nie jest się przyzwyczajonym, poza którą
występuje reakcja paniczna: strachu i bezradności. Przy tym jedno wzmaga drugie,
uczucie paniki paraliżuje celową aktywność, a niemożność działania wzmaga lęk.
Trudno w tym miejscu wdawać się w dyskusję, od czego zależy tolerancja
dezintegracyjna (tolerancja na niezwykłość). Na pewno odgrywa tu rolę wrodzona
dyspozycja, nabyte w ciągu życia obycie się z sytuacjami niezwykłymi,
zwiększające plastyczność reakcji i zdolność adaptacji, ogólna sprawność układu
nerwowego itd. U osób z ograniczo-
19
li f
nymi zmianami w ośrodkowym układzie nerwowym tolerancja ta wyraźnie maleje; nowa
sytuacja może wywołać u nich katastroficzną reakcje. Goldsteina. W związku też
ze starczymi zmianami w układzie nerwowym tolerancja dezintegracyjna maleje w
podeszłym wieku, stąd przysłowie, że „starego dębu się nie przesadza".
„Ceremoniał powitalny", jakim witano Zuganga w obozie, zwiększał uczucie
oszołomienia i własnej bezsilności. Jeśli więźniowi nie udało się wyjść z tego
stanu, zmieniał się w bezwolny automat i kończył jako „muzułman". Lekarze,
którzy przeżyli obóz, podkreślają, że znikały tam nerwice i choroby
psychosomatyczne. Można by jako hipotetyczne wyjaśnienie przyjąć, że zniszczenie
struktury przed-obozowego sposobu życia było w tych wypadkach korzystne, gdyż
struktura ta była patogenna. Poza tym moment biologicznego zagrożenia mógł tu
działać mobilizująco, znosząc nerwicową stagnację i rozchwianie.
Obozy koncentracyjne były obozami zagłady, stanowiły ważną część planu
zniszczenia tego, co zagrażało „rasie wspaniałych Niemców". Totalne zagrożenie
stanowiło więc zasadniczą cechę życia obozowego i dotychczas pozostaje nie
wyjaśnioną zagadką, jak można było przeżyć obóz koncentracyjny. „Dieta
zestawiona dla szczurów wedle schematu żywienia w obozach - jak pisze
Kowalczykowa -nawet bez ograniczeń ilościowych wywołuje u zwierząt
doświadczalnych typowy zespół choroby głodowej już po okresie trzech miesięcy."
A głód był przecież tylko jednym z cierpień obozowych, i to nie zawsze na
pierwszym miejscu podawanym. Analiza przeżyć obozowych, jak się zdaje, zmusza do
rewizji niektórych poglądów panujących do niedawna w medycynie, w których zbytni
nacisk kładło się na momenty natury fizjologicznej i biochemicznej przy pewnym
lekceważeniu czynników natury psychologicznej. Zdeptanie godności człowieka,
utrata najbliższych, brak wsparcia moralnego ze strony towarzyszy niedoli były
często silniej odczuwane niż cierpienia natury fizycznej. Większość byłych
więźniów i autorów zajmujących się tym zagadnieniem jest zgodna co do tego, że o
przetrwaniu decydowała chęć przeżycia, wiara, że obóz nie będzie trwać wiecznie,
możność oparcia się o kolegów i przyjaciół. Człowiek, który się załamał, zwykle
ginął.
W sytuacji zagrożenia życia szczególnie ostro występuje pierwsze prawo
biologiczne: walki o zachowanie życia. W warunkach obozowych przybierało ono
drastyczne nieraz formy. Jak pisze Sterkowicz, „łatwo być szlachetnym w
warunkach sprzyjających, trudniej jednak in articulo mortis". Brzezicki we
wspomnieniach z Sachsenhausen o sobie i swych kolegach-profesorach mówi: „Po
miesiącu znikała powoli politura każdego z nas." Wydaje się oczywiste, że w
życiu obozowym nie można było stosować norm postępowania obowiązujących w życiu
normalnym, stąd trudność oceny moralnej, zwłaszcza dla tych, którzy sami obozu
nie-przeżyli. Niemniej jednak-przy całej brutalizacji i biologizacji życia
obozowego, wynikającej
20
z faktu, że jedzenie i śmierć było tym jednym, co się liczyło, a wszystko inne
zostało zdarte - by przetrwać obóz, trzeba było się w pewnym stopniu wyrwać spod
przemożnego prawa zachowania życia za wszelką cenę.. Ci, którzy temu prawu
całkowicie ulegli, tracili człowieczeństwo, a z nim często szansę przetrwania.
Do cech ludzkich istotnych dla przeżycia obozu należała bowiem zdolność
wewnętrznego przeciwstawienia się temu, co się wokół działo, przez stwarzanie
innego świata, czy to w marzeniach o przyszłości, czy we wspomnieniach o
przeszłości, czy też - bardziej realnie - przez przyjaźń, pomoc współwięźniowi,
próby organizowania życia innego niż obozowe itd. Był to jedyny sposób wyrwania
sią spod automatyzmu życia obozowego. Prawa biologiczne w maksymalnym swym
nasileniu zamieniają człowieka w automat, przestaje on sobą kierować, a rządzi
nim głód, ból, lęk przed śmiercią w wypadku pierwszego prawa: zachowania życia,
a popęd seksualny w wypadku drugiego: zachowania gatunku. W życiu obozowym
drugie prawo wobec konieczności obrony pierwszego schodziło na daleki plan.
Paradoks polegał na tym, że walka o zachowanie życia jako normalna reakcja na
panującą w obozie tendencję do jego zagłady zwiększała poczucie, że jest się
wobec potrzeb biologicznych bezsilnym automatem, a właśnie automatyzm był jedną
z cech 'koszmaru obozowego, który przyczyniał się do unicestwienia jednostki w
obozie. W ten sposób prawo zachowania życia działało jakby samo przeciw sobie.
Człowiek, który nie potrafił mu się przeciwstawić, zwalczyć swego głodu,
panicznego lęku, znieść bólu, myśleć choćby przez chwilę o czymś innym niż to,
co go bezpośrednio otaczało i boleśnie mu doskwierało, sam siebie skazywał na
zagładę. Stawał się bezwolnym organizmem automatycznie walczącym o zachowanie
życia, szybko, tracił siły i zmieniał się w „muzułmana".
Makabryczna sceneria obozowa, poniżenie od pierwszego momentu godności ludzkiej,
tortury fizyczne i moralne, głód, ból, lęk przed śmiercią i trudna do opisania
suma cierpień obozowych sprawiały, że każdy w sytuacji obozowej czuł się
całkowicie bezsilny, przynajmniej z początku, zanim zobojętniał i nie wytworzył
sobie jakiegoś obozowego modus vivendi. Zresztą nastawienie odgórne w stosunku
do więźnów było takie, by traktować ich jako automaty, których siłę roboczą
należy wyzyskać aż do całkowitego wyniszczenia. Więzień, poddany działaniu
niesłychanej zewnętrznej presji, a jednocześnie oszołomiony niesamowitością
otaczającego go świata obozowego, musiał przyjąć narzucony mu sposób widzenia
siebie, stawał się bezwolnym automatem, popychanym, bitym, maltretowanym, ślepo
posłusznym rozkazowi, marzącym jedynie o zaspokojeniu swych podstawowych
potrzeb. Jeśli nie potrafił przeciwstawić się tej zewnętrznej presji, inaczej
popatrzeć na siebie, niż czynili to jego oprawcy, wkrótce spełniał ich plan:
stawał się „muzułmanem" i umierał w upodleniu. Upodlenie śmierci było bowiem
jedną z cech życia obozo-
21
wego. Cechą każdej kultury ludzkiej jest szacunek wobec śmierci i kult zmarłych,
w którym wyraża się ludzka tęsknota do nieśmiertelności. Więzień obozu
koncentracyjnego, przestając być oficjalnie człowiekiem, musiał być też
pozbawiony tego aspektu człowieczeństwa.
Zagadnienie automatyzmu wiąże się z problemem władzy i struktury, którą narzuca
ona swoim podwładnym. Ideałem organizacji z punktu widzenia władzy jest
stworzenie z podległych jej członków ślepo posłusznych wykonawców. W tym celu
należy ich przepoić ideą, tj. strukturą, która ma być w czyn wprowadzana. Gdy
ten manewr zaszczepienia ideologicznego się uda, na zasadzie reakcji lawinowej
rozwija się automatyzm aparatu władzy. Wszystko, co jest danej strukturze
przeciwstawne, musi być zniszczone. Jedyną oceną etyczną staje się ślepe
wykonanie rozkazu. Obraz świata ulega uproszczeniu: dobre jest tylko to, co
zgadza sią ze strukturą narzuconą przez władzę, a złe, co się jej sprzeciwia.
Niszczenie „złego", dając upust tkwiącym w każdym człowieku tendencjom
agresywnym, przybiera charakter lawinowy. Poza wyznawaną strukturą świata widzi
się tylko zło, które musi być zniszczone, i jego niszczenie jest cnotą.
Mimo że faktycznie zagrożenie życia może nie istnieć przy przyjęciu odpowiedniej
konstrukcji ideologicznej, życie redukuje się do pierwszego prawa biologicznego:
„zwyciężę lub zostanę zwyciężony", ta pseudobiologizacja („pseudo", bo powstała
z fałszywej koncepcji otaczającego świata) prowadzi do brutalizacji życia,
zmienia je w koszmar walki o przetrwanie, któremu nie można się przeciwstawić,
jest się w tę walkę wciągniętym tak, jak wciągniętym się jest w koszmarny sen.
Obie więc strony - prześladowani i prześladowcy - włączeni byli w piekielną
maszynę zniszczenia; jedni nie mogli się jej przeciwstawić, ponieważ byli
owładnięci ideą Herrenvolku i związani posłuszeństwem władzy, a drudzy, gdyż
byli przez nią zgniatani. U jednych i drugich naczelną zasadą stała się dewiza
„zwyciężę lub zostanę zwyciężony". U jednych wypływała ona z prawdziwego
biologicznego zagrożenia, u drugich z fikcyjnego, opartego na fałszywej
ideologii. Jedni nie mogli być sobą, gdyż nie pozwalał im na to automatyzm życia
zredukowanego do biologicznej walki o przetrwanie, drudzy, bo nie pozwalał im na
to automatyzm narzuconej i akceptowanej ideologii.
Warunkiem przeżycia obozu było wyrwanie się, przynajmniej częściowe, z jego
koszmaru, przeciwstawienie się czterem zasadniczym jego cechom: niesamowitości,
bezsilności, biologicznemu zagrożeniu i automatyzmowi. Dwa mechanizmy odgrywały
tu zasadniczą rolę: stępienia uczuciowego i znalezienia choćby nikłych elementów
dawnej struktury życia.
„U przeważającej liczby badanych - jak pisze Teutsch - nastąpiło w okresie
pierwszych 3-6 miesięcy pobytu w obozie odwrażliwienie, zobojętnienie uczuciowe,
22
osłabienie reakcji emocjonalnej na różne urazy życia obozowego." Autor słusznie
zwraca uwagę, że gdyby takie stępienie uczuciowe wystąpiło w warunkach życia
normalnego, traktowano by dane zjawisko jako patologiczne, natomiast w warunkach
obozowych było ono „fenomenem przystosowawczym, pomocnym w znoszeniu warunków
życia obozowego, chroniącym człowieka przed upadkiem, załamaniem i zgubą".
Wszystko to, co przypominało choć w minimalnym stopniu życie inne, nie-obozowe,
pozwalało więźniowi choćby na chwilę oderwać się od przytłaczającej
rzeczywistości, a tym samym być sobą, a nie więźniem-automatem. Był to pierwszy
krok do zdobycia wewnętrznej wolności. Objawy ludzkiego uczucia, życzliwości,
spotkanie znajomego z czasów wolności, wspominanie czasów minionych lub snucie
marzeń o przyszłości, wykłady profesorów w Sachsenhausen itd., wszystko to
przywracało dawną strukturę życia. Tak więc zobojętnienie wobec tego, co się
działo naprawdę, a z drugiej strony wyczulenie na to, co przywracało normalny
obraz życia - stwarzało szansę przetrwania, więzień nie stawał się automatem,
ale zachowywał swoje człowieczeństwo.
Istotnym momentem człowieczeństwa jest zdolność wyboru i decyzji; automat, jak
wiadomo, jej nie ma. Organizacja życia obozowego zmierzała przede wszystkim do
jej zniszczenia; był to pierwszy krok do unicestwienia człowieka, następnym była
już biologiczna zagłada. Wspomnienia byłych więźniów zapewne wskazują na to, że
zdolność planowania wyboru decyzji i celowej aktywności tworzyła się przede
wszystkim w grupie. Więzień sam czuł się bezsilny; w grupie towarzyszy nabierał
wiary w siebie. „My możemy" wyprzedzało „ja mogę". Przestrzeń swobodna, która
jest konieczna dla każdej aktywności celowej, była najpierw przestrzenią
kolektywną, a później dopiero stawała się indywidualną, gdy więzień, wsparty
przez towarzyszy niedoli, nie czuł się już zmiażdżony obozową machiną i miał na
tyle siły, by się jej przeciwstawić.
Znaczenie obozowej „psychoterapii grupowej" podkreśla w swych wspomnieniach
psychiatra wiedeński Franki. Oświęcimski szpital obozowy, w okresie gdy był już
opanowany przez więźniów politycznych, spełniał, jak się zdaje, swe działanie
lecznicze nie tyle dzięki stosowanym lekom i zabiegom, ile właśnie dzięki
atmosferze koleżeństwa i ludzkości. We wspomnieniach obozowych wiele bowiem
można znaleźć przykładów ścisłej zależności stanu fizycznego od psychicznego.
Powrót do zdrowia był często uzależniony od powrotu do człowieczeństwa.
Przemawiał-również za tym fakt, że obozowe więzy koleżeństwa i przyjaźni
przetrwały próbę czasu i dotąd u wielu byłych więźniów są najsilniejsze, tak że
traktować je można jako podstawową grupę odniesienia (Orwid). Odegrały one
decydującą rolę w przeciwstawieniu się obozowemu koszmarowi. «*
.,- ... ..
23
Sen koszmarny zostawia zwykle po sobie ślad; nawet gdy treść jego się zapomni,
pozostaje przez pewien czas uczucie znużenia, rozdrażnienia, przygnębienia.
Podobny ślad, tylko znacznie trwalszy, pozostawia często psychoza, zwłaszcza
typu schizofrenicznego, która nierzadko jest koszmarem przeżywanym na jawie. Typ
zmian po psychozie jest zresztą podobny do zmian osobowości stwierdzonych u
byłych więźniów, mianowicie przygnębienie, nieufność, wybuchowość (Leśniak).
Nie wiemy, w jakim stopniu życie nasze na jawie jest realizacją naszych marzeń
sennych, nie wiadomo też, czy koszmar obozów koncentracyjnych przed swym
urzeczywistnieniem nie był koszmarem sennym u wielu może ludzi. W każdym razie
jego realizacja pozostawiła trwały ślad w historii gatunku ludzkiego. Znaczenie
tego śladu może być korzystne, jeśli pamięć obozów koncentracyjnych zohydzi na
zawsze wojnę i jej fałszywych proroków.
Oświęcimskie refleksje
Wbrew może nadziejom wielu ludzi Oświęcim, Hiroszima, japońska wojna
bakteriologiczna - największe zbrodnie ostatniej wojny - nie zbladły pod wpływem
lat, a ciężar odpowiedzialności, który obarcza nie tylko głównych winowajców,
ale w pewnej mierze cały świat cywilizowany, nie stał się lżejszy.
Pytania „jak" i „dlaczego" zamiast słabnąć, natarczywie nasuwają się coraz
większym rzeszom ludzi i nadal czekają na wyczerpującą odpowiedź. Jak mogło
dojść do tego rodzaju zbrodni? Dlaczego ludzie potrafili tak się znęcać nad
niewinnymi ofiarami i jak niektóre ofiary mogły te okrucieństwa wytrzymać? Jak
zbrodnie ostatniej wojny odbiły się na bezpośrednich ofiarach, a także na tych,
którzy zetknęli się z nimi tylko pośrednio? Innymi słowy: czy i jak zaciążyły
one na dalszej historii jednostek i całej ludzkości? Nie wiadomo, czy uda się na
te pytania w pełni odpowiedzieć, gdyż prawie każda próba odpowiedzi zahacza o
najgłębsze i najbardziej istotne zagadnienia ludzkiego życia, a tych zwykle
wyjaśnić się w całości nie da.
W jakimś sensie obowiązkiem psychiatry, który z natury swojej specjalizacji
zajmuje się całościowym aspektem życia ludzkiego, jest próbować - choćby
nieudolnie - odpowiedzieć na niektóre pytania. Zagadnienia te zresztą rzucają
wiele nowego światła na naturę ludzką i rozszerzają tym samym horyzont
psychiatryczny.
Erich Fromm - socjolog i psychiatra amerykański, jeden z twórców tzw. szkoły
kulturowej w psychiatrii - uważa, że charakterystyczną cechą współczesnej cywi-
iizacji jest sprzeczność między konkretem a abstrakcją. Pod wpływem technizacji
otoczenie człowieka coraz bardziej oddala się od niego w sensie emocjonalnym,
staje się dalekie i obce. Przykładem może być porównanie dawnych wojen, w
których kontakt z wrogiem był bardziej bezpośredni, ze współczesną wojną
techniczną, w której staje się on bezosobowy i bezemocjonalny. Lotnik, który bez
najmniejszego wzruszenia przez naciśnięcie guzika uśmierca tysiące ludzi, może
zapłakać z powodu straty swego ukochanego psa. Tysiące ludzi są dla niego
abstrakcją, pies - konkretem.
25
f
Człowiek patrzy na otaczający go świat pod kątem swego oddziaływania nań. W ten
już sposób skonstruowany jest układ nerwowy, że percepcja wiąże się
nierozerwalnie z aktywnością. Komórka nerwowa za pomocą wielu dendrytów
przyjmuje różne informacje (impulsy) ze swego otoczenia, by na ich podstawie
wysłać tylko jednym kanałem (aksonem) rozkaz do działania. Podstawowa jednostka
fizjologiczna, łuk odruchowy, składa się z ramienia doprowadzającego i
odprowadzającego. W ten sposób w samej strukturze układu nerwowego tkwi
zamknięcie możliwości poznawczych organizmu w granicach jego działania.
Homo faber kształtuje swoje widzenie świata według narzędzia, którym ten świat
zdobywa. Inaczej wyglądał świat otaczający, gdy w ręku człowiek trzymał kamień
czy maczugę, niż gdy posługuje się on skomplikowaną aparaturą techniczną.
Jednym z największych może niebezpieczeństw postępu technicznego obok wielu
niezaprzeczalnych korzyści jest to, że widzi się świat technicznie, tj. przez
pryzmat maszyny, którą ten świat się zdobywa. Maszyna staje się często
ważniejsza od człowieka i uważana jest za wartościujące kryterium osiągnięć
ludzkich. Otaczający świat staje się martwy, emocjonalnie obojętny, jeśli nie
wrogi, można z nim zrobić, co się zechce, zależnie od aktualnych potrzeb.
Ponieważ świat ludzki to przede wszystkim świat społeczny, przeto w ten sposób
patrzy się na poszczególnych ludzi i społeczeństwo. Człowiek jest częścią
maszyny mniej lub więcej wydajną w pracy, potrzebującą od czasu do czasu
wypoczynku lub reperacji. Wystarczy dodać trochę chemikaliów czy wykonać jakieś
zabiegi, by ta część pracowała dalej. Społeczeństwo jest skomplikowaną maszyną,
składającą się z milionów kółek i trybików (poszczególnych ludzi), które można
odpowiednio nastawiać, sterować, usuwać. Nie trzeba dodawać, że tego rodzaju
obraz świata ludzkiego, jak i w ogóle przyrody, nie jest prawdziwy.
Człowiek nie chce być uważany za kółko w maszynie, buntuje się przeciw temu jego
poczucie wolności (Pawłowowski odruch wolności), a także potrzeba uczuciowego
oddźwięku. Człowiek nie może być - jak część składowa maszyny - uczuciowo
obojętny; musi on kochać i nienawidzić, a także być kochanym i nienawidzonym.
Przy akceptacji technicznego spojrzenia na świat człowiek czuje się nie tylko
samotny i opuszczony, ale też zagrożony; świat wydaje mu się niebezpieczny i
wrogi.
Uczucie emocjonalnej izolacji budzi tęsknotę za silnym uczuciowym powiązaniem,
stąd łatwość zespalania się odizolowanych jednostek w sztucznych grupach,
służących takiemu czy innemu systemowi urojeniowemu. Tworzą się związki na
śmierć i życie, w których dla „idei" wszystko się poświęca i w których poczucie,
że się jest automatem, zostaje skompensowane wielkością „idei" i emocjonalną
więzią grupową; bez swych „towarzyszy" byłoby się samotnym kółkiem, niczym.
26

Dlatego też rozbicie monolitycznej jedności grupy lub też zachwianie wiary w
system urojeniowy prowadzi prawie momentalnie do rozproszkowania całej grupy;
skomplikowana machina społeczna rozlatuje sie. na bezużyteczne trybiki i kółka,
bo - jak każdy twór sztuczny - jest nietrwała.
W społeczeństwie „maszynowym" ginie poczucie odpowiedzialności, podstawowe - jak
wiadomo - dla normalnego rozwoju człowieka; wypełnia się tam tylko rozkaz, jest
się automatem, rozwój zostaje zatrzymany, człowiek ulega skarłowace-niu.
Poczucie winy związane z popełnionymi zbrodniami zmniejsza się lub całkowicie
niweluje, gdyż trudno je mieć w stosunku do przedmiotu (nie można skrzywdzić
kółka w maszynie) i trudno czuć sie. winnym, jeśli samemu jest się automatem
spełniającym tylko ślepo rozkazy. Brak poczucia winy nie zmniejsza jednak
odpowiedzialności. Chcąc nie chcąc musi się odpowiadać za swoje czyny i za to,
że stało się automatem.
Nie chodzi tu bynajmniej o próbą zmniejszenia winy zbrodniarzy wojennych (choć
warto zwrócić uwagę na notoryczny u nich brak poczucia winy) ani też o
wyjaśnienie mechanizmu rodzenia się tych zbrodni (sprawa jest bardzo
skomplikowana i wciąż jeszcze nie wyjaśniona), usiłowano tylko zwrócić uwagę na
niebezpieczeństwo zbrodniczego postępowania, często nawet bezmyślnego, tkwiące w
technicznym patrzeniu na człowieka i społeczeństwo. Technicznego patrzenia na
świat nie należy oczywiście mieszać z postępem technicznym; pierwsze może być
niebezpieczne, drugi tylko korzystny.
Adolf Gawalewicz w swojej książce wyraża pogląd, że z „poczekalni do gazu" (z
bloku nr 7) udało się wyjść żywo tylko nielicznej garstce z tych, którzy
wierzyli.. w „rzeczy niemożliwe, nieprawdopodobne", tj. w to, że „im właśnie uda
się mimo wszystko wyjść cało". „Naturalnie sama wiara nie wystarczała, trzeba
było zdobywać się na działanie w ramach realnych, wprawdzie minimalnych i
beznadziejnych, możliwości kierowania swym postępowaniem. Trzeba było być
«muzułmanem aktywnym»." Autor przytacza znamienny przykład, ilustrujący, jak
wielkie znaczenie dla przetrwania obozu miało słowo: „ja chcę". „Kto myślał
inaczej, ten nie żył. Pewnej nocy jeden z moich towarzyszy, o bardzo dobrej
jeszcze kondycji fizycznej, zwierza mi się: już mam tego dosyć, to beznadziejna
sprawa, ja już nie chcę żyć. Istotnie, w kilka godzin później wynieśliśmy jego
zwłoki pod ścianę baraku."
Nie należy zapominać, że jeszcze do niedawna, bo w okresie międzywojennym,
większość psychiatrów i psychologów negowała istnienie wolnej woli. Tymczasem w
sytuacji maksymalnego chyba zniewolenia człowieka i zdeptania jego godności,
zdolności wyboru, wola przeżycia odgrywała decydującą rolę.
I może wydawać się to paradoksalne, że ci, którzy byli w sytuacji krańcowej,
potrafili jeszcze powiedzieć: „ja chcę" lub „ja nie chcę", natomiast ich
prześladowcy,
27
ł
w sytuacji materialnie i moralnie bez porównania lepszej, powiedzieć tego nie
potrafili. Prawdziwie żywymi ludźmi w obozie byli ci, którzy znajdowali się na
granicy śmierci, a ci, którzy na swych czapkach nosili trupie czaszki, byli nie
żywymi ludźmi, ale automatami.
Mimo bogatej literatury obozowej człowiek, który sam nie przeżył obozu, nie jest
w stanie wyobrazić sobie, co się tam działo. Cierpienia, które były treścią dnia
i nocy każdego więźnia, przekraczają granice ludzkiej wyobraźni. Zagadnienie to
nurtowało również najwybitniejszych pisarzy. Np. Zofia Nałkowska, która brała
udział w pracach Międzynarodowej Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich,
zwiedzała byłe obozy i miejsca kaźni, rozmawiała z byłymi więźniami i świadkami
zbrodni, zestawiła wybór swych spostrzeżeń w szkicach pt. Medaliony (1946),
uznanych za znakomity, wstrząsający, syntetyzujący dokument zbrodni
hitlerowskich, odgrywający szczególną rolę w literaturze obozowej. Autorka ta
zdawała sobie sprawę, że „tego, co przeżyli ludzie [w obozach i więzieniach
hitlerowskich], nie da się wyrazić słowami". Człowiekowi, który usiłuje
retrospektywnie ogarnąć ogrom zbrodni, trudno jest w ogóle pojąć ich istotę. W
Medalionach Nałkowska pisze: „Rzeczywistość jest do wytrzymania, gdyż nie cała
dana jest w doświadczeniu. Albo dana niejednocześnie. Dociera do nas w ułamkach
zdarzeń, w strzępach realizacji. Dopiero myśl o niej usiłuje pozbierać ją,
unieruchomić i zrozumieć."
Był to inny świat, tak jak inny jest świat psychotyka. Wchodząc do obozu
więźniowie przeżywali często stan ostrej derealizacji; to, co widzieli, wydawało
im się nierzeczywiste jak koszmarny sen, tak bowiem inny był to świat od
zwykłego ludzkiego świata. „Pomyślałem sobie: to przecież wszystko nie może być
prawdą, to jest jakby ze snu sen..." - wspomina A. Gawalewicz.
Każda psychoza, zwłaszcza typu schizofrenicznego, zostawia po sobie ślad;
człowiek po przejściu jej jest już innym człowiekiem. Podobnie ci, co przeszli
obóz, stali się innymi ludźmi; trudno było im się z powrotem przystosować do
zwykłego życia. Zmieniła się - przynajmniej na jakiś czas - ich ocena ludzi,
hierarchia wartości, cele życia, a nawet osobowość. Z drugiej strony obóz był
sprawdzianem ich wytrzymałości. W każdym człowieku tkwi proporcja heroiczna,
chęć sprawdzenia siebie: ile potrafię wytrzymać, do czego jestem zdolny. Może
dlatego w tzw. kulturach pierwotnych poddaje się młodych ludzi ciężkim próbom, j
po których przejściu dopiero stają się członkami grupy dojrzałych mężczyzn. Ci,|
co przeszli obóz, próbę tę wytrzymali, stąd może bierze się ich poczucie wyobco-
J wania w stosunku do zwykłych ludzi i szukanie grup odniesienia wyłącznie wśród
byłych więźniów, gdyż ci tylko potrafią ich zrozumieć.
i i h
Psychopatologia władzy
„Obóz koncentracyjny nauczył mnie jednego: nienawidzić dyscypliny i porządku" -
powiedział w dyskusji na jednym z posiedzeń Krakowskiego Oddziału Polskiego
Towarzystwa Lekarskiego, na kilka lat przed śmiercią, prof. dr Jan Miodoński,
były więzień obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Sformułowanie wydawać by
się mogło dziwne, biorąc pod uwagę, jak wielką rolę w życiu jednostek i
społeczeństw odgrywa dyscyplina i porządek.
Słowo „dyscyplina" pochodzi od łacińskiego discipulus i discere. Od chwili
urodzenia jesteśmy „uczniami" otaczającego nas środowiska społecznego i uczymy
się wciąż nowych rodzajów „porządku", które integrują nasze sposoby zachowania
się. Dzieje się to począwszy od dyscypliny przyjmowania pokarmów, funkcji wy-
dalniczych, ruchów lokomocyjnych i chwytnych, przez dyscyplinę najwyższej formy
ruchu: słowa, dzięki której zdobywamy gotowy system widzenia otaczającego
świata, myślenia i odczuwania, aż po wszelkie rodzaje porządku społecznego,
poznawczego, estetycznego, moralnego itd., z którymi w ciągu naszego życia się
stykamy i którym się podporządkowujemy.
Nie znamy definicji życia, lecz jeśli za fizykiem Schroedingerem przyjmiemy, że
jest nim ustawiczne przeciwstawianie się entropii, czyli tendencji materii do
bezładnego ruchu cząsteczek, wówczas porządek staje się najbardziej istotną
cechą życia.
W ustawicznej wymianie energii i informacji ze środowiskiem (metabolizm
energetyczny i informacyjny) każdy żywy ustrój, od najprostszego do najbardziej
skomplikowanego, stara się zachować swój własny porządek. Utrata tego porządku
jest równoznaczna ze śmiercią, jest zwycięstwem drugiego prawa termodynamiki
(entropii). Mimo pozornej stałości żywego ustroju żaden atom w nim nie pozostaje
ten sam; po krótkim stosunkowo czasie zostaje wymieniony przez atom środowiska
zewnętrznego. Stała pozostaje tylko struktura, swoisty porządek, specyficzny dla
danego ustroju. Ta swoistość, czyli indywidualność, odnosi się zarówno do po-
29
rządku na poziomie biochemicznym (swoistość białek ustroju), fizjologicznym
morfologicznym, jak też informacyjnym.
Ten ostatni rodzaj porządku dotyczy sygnałów odbieranych ze świata otacza jącego
i swoistych reakcji nań. Dzięki metabolizmowi informacyjnemu „moim staje się nie
tylko własny ustrój, ale też otaczający świat, który się w swoisty sposób
spostrzega, przeżywa i swoiście nań reaguje, W miarę filogenetycznego rozwoju
układu nerwowego metabolizm informacyjny odgrywa coraz większą rolę w porównaniu
z metabolizmem energetycznym.
Utrzymanie porządku swoistego dla danego ustroju wymaga od niego stałego
wysiłku, który jest warunkiem życia. Wysiłku życia, który przeciwstawia się
entropii, a którego wygaśnięcie oznacza śmierć, częściowo oszczędza biologiczne
dziedziczenie. Dzięki niemu swoisty porządek przenosi się z jednego pokolenia na
drugie. Reprodukcja seksualna zapewnia większą rozmaitość struktur, gdyż plan
genetyczny powstały z połączenia dwóch komórek rozrodczych jest nowym planem, a
nie wiernym odbiciem planu komórki macierzystej, jak w wypadku reprodukcji asek-
sualnej. Ta ostatnia przypomina produkcje, techniczną, w której wytwarzane
modele są wiernym odbiciem prototypu.
Człowiek obok dziedziczenia biologicznego dysponuje dziedziczeniem społecznym,
dzięki któremu może wejść w posiadanie określonych wartości materialnych' i
duchowych. Wysiłek tysięcy pokoleń, związany z wykształceniem mowy, pisma,
wiadomości o świecie, wartości moralnych, artystycznych, urządzeń technicznych
itp., jest mu przekazywany od momentu urodzenia. Gdyby tej spuścizny był
pozbawiony, musiałby wciąż zaczynać od nowa. Rozwój kultury byłby niemożliwy.
Zagadnienie porządku wiąże się integralnie z problemem władzy. Aby otaczające
środowisko przekształcić w swój własny porządek, strukturę własnego ustroju,
trzeba tę część otoczenia najpierw zdobyć, stać się jej panem i władcą. Walka o
władzę nad terenem, na którym się żyje, jest cechą nie tylko ludzką, lecz
zwierzęcą, a nawet roślinną. Próba zajęcia obszaru władzy przez intruza wywołuje
u zwierząt, reakcję agresji lub ucieczki; banalnym przykładem jest pies warczący
na tego, kto chce odebrać mu jego kość. Socjologia zwierząt dostarcza wielu
interesujących, przykładów zarówno walki o władzę, jak i hierarchii, jaka się w
grupach zwierząt wytwarza.
Zagadnienie władzy istnieje też wewnątrz ustrojów wielokomórkowych. W
wielomiliardowym „społeczeństwie" komórek musi istnieć określony porządek,
Porzą-* dek ten jest zakodowany w substancji gpnetycznej, która stanowi istotną
składową każdego jądra komórkowego. Jest ono „mocodawcą" komórki. Bez niego nie
może ona istnieć. Układ endokrynny i nerwowy spełniają w ustroju rolę jakby
pomocniczą
30
w stosunku do planu genetycznego, wzmacniają jego działanie integrujące,
modelując plan działania zależnie od aktualnych potrzeb ustroju i warunków
otoczenia.
Chorobę nowotworową można by określić jako „bunt" komórki przeciw obowiązującemu
w danym ustroju porządkowi. Komórki nowotworowe, uwolniwszy sią od ogólnej
dyscypliny, swobodnie, „nie licząc się" z resztą ustroju, zaspokajają swe prawa
do zachowania swego życia i życia swego nowego gatunku. Rozrastają się i
rozmnażają kosztem innych „nie zbuntowanych" komórek.
Patrząc na ustrój całościowo, nie można pominąć zagadnienia władzy; zarysowuje
się ona nawet u ustrojów stojących na najniższych szczeblach filogenezy. Aby żyć
i rozmnażać się, trzeba zdobywać otaczający świat. To zagadnienie, jak wiele
spraw zasadniczych życia ludzkiego, występuje w patologicznie wyolbrzymionej
postaci, również w schizofrenii. Chory, zwłaszcza w ostrym okresie schizofrenii,
w swoich patologicznych przeżyciach często oscyluje między poczuciem boskiej
wszechmocy, w którym odczytuje on myśli ludzkie, kieruje ich wolą, rządzi
biegiem wydarzeń na ziemi i we wszechświecie, a poczuciem całkowitej utraty
władzy, gdy inni odczytują jego myśli, kierują jego ruchami, mową i myślami, gdy
czuje się automatem obezwładnionym przez otaczający świat. W przedchorobowej
linii życiowej schizofreników często na pierwszy plan wysuwają się trudności
zdobycia swego miejsca w otaczającym świecie i właściwego ustawienia dylematu
„rządzę i jestem rządzony".
Zagadnienie władzy wiąże się nie tylko z prawem zachowania życia, lecz też z
prawem zachowania gatunku i z metabolizmem informacyjnym. W pierwszym wypadku
władza jest jednostronna, a w drugim i trzecim obustronna. Ta część otoczenia,
która musi zostać zniszczona i wchłonięta, by dostarczyć ustrojowi potrzebnej mu
energii do życia, nie ma już nad nim władzy. W kontakcie seksualnym i erotycznym
władza jest obustronna. Jest się panem i niewolnikiem swego partnera. W wymianie
sygnałów z otoczeniem musi się przyjmować porządek otoczenia, jednocześnie
starając się mu narzucić swój własny.
Trzy rodzaje władzy nad otoczeniem określa ten sam zaimek dzierżawczy „mój".
„Moimi" są: jedzenie, mieszkanie, pieniądze itd., przedmioty zabezpieczające
prawo do zachowania życia. „Moimi" są osoby zapewniające prawo zachowania
gatunku, w wąskim zakresie partner seksualny, w szerszym osoby należące do tych
samych grup społecznych: rodzinnej, narodowej, religijnej, zawodowej, klasowej
itp. U podstawy bowiem związków społecznych różnego rodzaju tkwi prawo
zachowania gatunku. Grupa rodzinna, która stanowi najprostszą i najwcześniejszą
ich formę, jest bezpośrednim wynikiem tego prawa. „Moimi" są wreszcie własne
przeżycia, wrażenia, uczucia, myśli, zdobyte wiadomości, postanowienia i czyny.
Sygnały
¦ 31
płynące ze świata otaczającego zostają w swoisty sposób uporządkowane,
warunkując swoistą na nie reakcją.
Metabolizm informacyjny, określony przez Pawłowa jako odruchowość bezwarunkowa i
warunkowa, rozszerza obszar władzy ustroju nad światem otaczającym. „Moim" staje
się nie tylko ta część otoczenia, która zostaje zasymilowana w sam ustrój, i nie
tylko ta, z którą przejściowe złączenie warunkuje powstanie nowego ustroju, lecz
znacznie szerszy krąg świata otaczającego, którego minimalne ilości energii, nie
odgrywające żadnej roli w metabolizmie energetycznym, stają się sygnałami
warunkującymi zachowanie się ustroju. Metabolizm informacyjny jest wstępnym
krokiem przed wejściem w kontakt asymilacyjny i reprodukcyjny ze światem
otaczającym. Nim stanie się on „moim" w sensie tworzenia substancji własnego
ustroju lub seksualnego złączenia, musi stać się „moim" w sensie możności
orientowania się w nim. Ustrój musi „wiedzieć", jak się w nim poruszać, aby
zaspokoić dwa podstawowe prawa biologiczne: zachowanie życia własnego i gatunku.
W miarę filogenetycznego rozwoju metabolizmu informacyjnego, który istnieje w
każdej komórce w postaci jej zdolności odbierania bodźców z otoczenia i
reagowania na nie, a który w ustrojach wielokomórkowych staje się przede
wszystkim domeną w tym kierunku wyspecjalizowanych komórek (odbieranie bodźców -
receptory, reagowanie - efektory, a przenoszenie ich i uporządkowanie - komórki
nerwowe), życie staje się coraz bardziej przygotowaniem do życia, jeśli za jego
istotę przyjmuje się wypełnienie dwóch podstawowych praw biologicznych.
Natomiast w ustrojach najprostszych życie zamyka się w spełnianiu tych praw,
margines przygotowania jest minimalny. Świat otaczający służy im tylko do
przekształcania go we własną strukturę ustroju, jest całkowicie „moim" światem
lub, gdy tego warunku nie spełnia, grozi zagładą, rozbiciem własnego porządku,
co jest równoznaczne ze śmiercią. Gdyby próba odtworzenia przeżyć na tym
poziomie filogenezy nie była zbytnim fantazjowaniem, to można by przypuszczać,
że oscylują one między poczuciem wszechmocy a poczuciem zagrożenia śmiercią;
świat jest albo całkowicie „mój", albo całkowicie „obcy", przy czym obcość
oznacza śmierć.
Zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych łączy się z przeżyciami
przyjemnymi, ich niezaspokojenie- z przeżyciami przykrymi. Świat „mój"
przyciąga, a „obcy" odpycha. Władza nad otaczającym światem jest więc źródłem
przyjemności, a jej brak źródłem uczuć przykrych. Świat „obcy" budzi lęk i
agresję, pragnie się przed nim uciec lub go zniszczyć.
Co się tyczy zagadnienia władzy nad otoczeniem, istnieją pewne analogie między
opisaną sytuacją a tą, w jakiej znajduje się człowiek w początkach swego rozwoju
ontogenetycznego, gdy jego układ sygnalizacyjny jest jeszcze czynnoś-
32
ciowo bardzo słabo rozwinięty. Podobnie jak najniższe formy żyjące, jest on w
okresie życia płodowego i niemowlęctwa całkowicie skazany na swe otoczenie, bez
niego przestaje istnieć. Otoczenie jest wyłącznie jego, ma nad nim pełnię
władzy, zaspokaja bowiem wszystkie jego potrzeby lub gdy tak nie jest, zagraża
mu śmierć. Wielu psychiatrów, zwłaszcza tych, którzy zajmują się przeżyciami
wczesnego okresu dzieciństwa, uważa, że poczucie wszechmocy i nieodczuwanie
granicy między światem własnym a otaczającym charakteryzuje przeżycia niemowląt.
Dość częste występowanie przeżyć tego typu w schizofrenii uważa się za regresję
do najwcześniejszych okresów rozwoju. Despotyzm jest powszechnie uważany za
osiowy objaw infantylizmu emocjonalnego. Absolutna władza wiąże się z absolutną
zależnością. Władca, podobnie jak niemowlę bez swej matki, nie może istnieć bez
swych poddanych. Zatraca on też granicę między sobą a podległym mu otoczeniem, w
myśl Mickiewiczowskiego „jam milion i cierpię za miliony" lub
Ludwikowego ,,1'śtat c'est moi".
Rozwój układu sygnalizacyjnego zmniejsza zależność ustroju od otoczenia. Kontakt
z nim nie oznacza konieczności wzięcia otoczenia w całkowite posiadanie, w
którym zostaje ono całkowicie zmienione w strukturę ustroju. Nie oznacza też
sytuacji odwrotnej, gdyż żywy ustrój zostaje zmieniony w strukturę otoczenia.
Kontakt ze światem traci ostrość alternatywy: „zwyciężę" lub „zostanę
zwyciężony", w której zwycięstwo własne oznacza śmierć otoczenia, a zwycięstwo
otoczenia - śmierć własną. Walka z otoczeniem istnieje nadal, gdyż stanowi ona
sens życia, jeśli traktujemy je jako dążenie do utrzymania własnego porządku
kosztem porządku otoczenia. Jednak zwycięstwa i porażki tracą dramatyczny aspekt
alternatywy „być albo nie być", a nabierają charakteru walki „na niby", jakby
zabawy z otoczeniem. W zabawie tej można być bezkarnie zwyciężonym przez
otoczenie; przyjmuje się wówczas jego porządek; na tym zresztą poiega dyscyplina
w sensie uczenia się porządku otoczenia; można też być zwycięzcą, swój porządek
narzucić otoczeniu, nie niszcząc go wszakże przy tej okazji, jak się to dzieje w
wypadku wymiany energetycznej ze środowiskiem. Te „igraszki" ze światem
otaczającym stają się celem samym w sobie. Można je zaobserwować nawet na bardzo
niskich szczeblach rozwoju filogenetycznego. Huizingowskie homo ludens, jak się
zdaje, nie tylko do człowieka się odnosi.
Interakcja z otoczeniem w sensie przyjmowania jego sygnałów i odpowiadania na
nie, w której to wymianie sygnalizacyjnej raz jest się zwyciężonym, a raz
zwycięzcą, stanowi konieczny warunek nasycenia metabolizmu informacyjnego, bez
którego nie mógłby się rozwinąć metabolizm energetyczny i kontakt reprodukcyjny
z otoczeniem. Inaczej mówiąc, nie można wejść w sedno życia, którym jest
zaspokojenie dwóch podstawowych praw biologicznych, bez przejścia przez izolu-
Anus muncli
jacy obszar igrania z otaczającym światem, z którym kontakt polega na wzajemnej
wymianie informacji. Jak wspomniano, w miarą rozwoju układu sygnalizującego ów
obszar izolacyjny staje się coraz szerszy. Schizofreniczny autyzm, czyli
przerwanie metabolizmu informacyjnego, prowadzi w skrajnych wypadkach do
zakłóceń w metabolizmie energetycznym (chory np. przestaje jeść), a prawie z
reguły unicestwia prawo zachowania gatunku.
Skok ewolucyjny, jakim było powstanie człowieka, na ogół odnosi się do rozwoju
układu sygnalizacyjnego, nieproporcjonalnego w porównaniu z innymi układami
ustroju, zwłaszcza tej jego części, która przede wszystkim służy do integracji
sygnałów wchodzących i wychodzących z ustroju, tj. kory mózgowej. Miliardy
komórek korowych zapewniają niesłychane bogactwo sposobów wymiany informacji z
otoczeniem (struktur czynnościowych), z których w ciągu życia tylko nieznaczny
odsetek zostaje wyzyskany. Jest to zasada rozrzutnej ekonomii, dość powszechna w
świecie ożywionym. W myśl tej samej zasady tylko mały odsetek istniejących w
przyrodzie planów genetycznych zostaje rozwinięty w dojrzałe ustroje. Również
narządy ustroju pracują, wykorzystując jedynie w pewnym procencie swą maksymalną
wydolność. Presja otoczenia, szczególnie środowiska społecznego i dziedziczenia
społecznego, zmusza do rozwinięcia tylko tych form interakcji z otoczeniem,
które są w danym kręgu kulturalnym i w danej epoce akceptowane. Może bez tego
nacisku zewnętrznego, społecznej dyscypliny, powstałby chaos. Może w nie
uświadomionym lęku przed tym chaosem człowiek od początku swego istnienia
wymyśla wszelkie sposoby krępowania swobody zarówno ludzi, zwierząt i roślin, z
którymi jest w kontakcie, jak i samego siebie. Tam, gdzie znajduje się kraty i
kajdany, można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że ma się do czynienia ze
śladami człowieka.
Starając się patrzeć na zagadnienie porządku i dyscypliny oczyma tych, którzy
przeszli przez obozy koncentracyjne, trudno zaprzeczyć trafności cytowanych na
wstępie słów Jana Miodońskiego. Dążenie do porządku i dyscypliny doszło tam do
apogeum makabrycznego absurdu. Trzecia Rzesza już się waliła, a „koncerny"
zagłady działały nadal sprawnie, wzmagały nawet swą „produkcję". W nich
najdłużej utrzymywała się idea Mein Kampf, były one bowiem kwintesencją tej
idei. Hitlerowska koncepcja naprawy świata była wyjątkowo prosta: zniszczyć
wszystko to, co zagraża czystości rasy Ubermenschów, przede wszystkim
zlikwidować Żydów. Po tym akcie zniszczenia miał nastąpić „raj ludzi
wspaniałych". Koncepcja to niemowa w historii ludzkości, ale nigdy tak prosto
nie sformułowana i tak konsekwentnie nie przeprowadzona.
W każdej ideologii społecznej, a było ich w ciągu dziejów niemało, istnieje
awersja do tego, co z nią jest niezgodne, przede wszystkim do tych, którzy nie
34
są jej wyznawcami. Obraz świata upraszcza się do biało-czarnego, ludzie dzielą
się na „wierzących" i „niewierzących", pierwsi są dobrzy, drudzy-źli. Wewnętrzna
walka między różnymi możliwościami aktywności, którą w ocenie własnej odczuwa
się często jak walkę dobrego ze złem, zostaje przeniesiona na zewnątrz.
Akceptując gotową formę aktywności, redukuje się własną niepewność, wahanie
między alternatywnymi możliwościami, jest się dobrym, póki postępuje się zgodnie
z tą formą. Złem staje się to, co jest na zewnątrz i z tą formą się nie zgadza.
Przyjęcie gotowej struktury z zewnątrz ułatwia wewnętrzną integrację, porządek
dynamiczny zmienia się w statyczny, chwiejąca się trzcina przekształca się w
posąg. Takim posągiem był człowiek Trzeciej Rzeszy; szedł on prosto przed siebie
do celu wytkniętego • przez wodza, niszcząc i depcząc wszystko, co stało mu na
drodze.
Rozwój układu sygnalizacyjnego u człowieka, zwłaszcza najwyższej formy sygnału,
jaką jest słowo, umożliwia mu w nieporównywalnie doskonalszym stopniu niż
zwierzętom korzystanie z gotowych struktur czynnościowych. Zamiast wypracowywać
je od nowa, uczy się ich od otoczenia społecznego. Dyscyplina jest koniecznym
warunkiem asymilowania tych gotowych form zachowania się otoczenia społecznego.
Akceptowanie ich jest nagradzane, a odrzucanie karane. Tworzy się wewnętrzny
układ kontrolujący zachowanie jednostki, odczuwany przez nią jako „zwierciadło
społeczne" („co o mnie pomyślą").
W miarę asymilacji nowej struktury czynnościowej zewnętrzny układ kontrolujący
zostaje włączony w wewnętrzny układ samokontroli. Władza sędziowska z otoczenia
przenosi się na jednostkę. Człowiek sam sobie staje się sędzią. Zwierciadło
społeczne ulega w ten sposób internalizacji; staje się częścią sumienia,
Freudowskiego superego czy Sokratesowskiego daimonionu.
Sumieniem człowieka Trzeciej Rzeszy był rozkaz wodza. Poczucie winy rodziło się,
gdy rozkaz był źle wypełniany. Nerwica obozowa Hoessa nie wynikała z poczucia
winy, że jest sprawcą zagłady setek tysięcy ludzi, lecz z tego, że zagłada ta
nie przebiegała dostatecznie sprawnie. Objawy nerwicowe zmniejszyły się, gdy
metody zagłady udoskonalono przez wprowadzenie gazowania. Konsekwencją
internalizacji rozkazu wodza jest notoryczny brak poczucia winy u zbrodniarzy
wojennych. A rebours można by się również dziwić, że ktoś czuje się niewinny
wobec zarzutu postępowania zgodnego z dekalogiem.
Istotną cechą każdego układu sygnalizacyjnego, zarówno technicznego, jak.
biologicznego, jest zdolność samokontroli. W zasadniczym schemacie układ taki
przedstawia się następująco: sygnały z zewnątrz zostają przekształcone na
swoisty język układu (np. impuls elektryczny w maszynach elektronowych, impuls
nerwowy w układzie nerwowym). Przekształcone sygnały zostają zintegrowane według
jakiegoś planu (danego z zewnątrz w postaci zaprogramowania w wypadku układów
35
technicznych, powstającego wewnątrz układu w wypadku układów biologicznych),
wynik integracji w postaci rozkazu trafia do efektorów (np. komórek mięśniowych
w układach biologicznych). W nich sygnał wewnątrzukładowy zostaje przekształcony
w sygnał zewnątrzukładowy, inaczej mówiąc: język własny układu zmienia się na
język zrozumiały dla jego otoczenia. Ostatni etap w wymianie sygnałów między
układem a jego otoczeniem stanowi sprzężenie zwrotne; od niego właśnie zależy
zdolność samokontrolująca układu, Polega ona na tym, że część sygnałów
wychodzących z układu wraca do niego z powrotem. Dzięki temu plan układu nie
jest nigdy utrwalony; zmienia się zależnie od sygnałów powracających, które
informują o tym, jak został on wykonany i jakie zmiany wywołał w otoczeniu. W
układzie nerwowym można znaleźć wiele przykładów sprzężenia zwrotnego. Na
najwyższym poziomie integracji czynności układu nerwowego, na którym już dana
aktywność staje się świadoma, to, co odpowiada mechanizmowi sprzężenia
zwrotnego, jest przeżywane jako zdolność samokontroli. „Zwierciadło społeczne"
odpowiadałoby sygnałom zwrotnym, które informują o tym, jaki efekt w otoczeniu
wywołało nasze zachowanie się, a to, co określa się jako sumienie, powstawałoby
przez scalanie tychże zwrotnych informacji z najbardziej ogólnym, a tym samym
świadomym planem aktywności (tzw. internalizacji).
Wejście do obozu oznaczało dla więźnia rozbicie dotychczasowego „zwierciadła
społecznego"; wszystko, czym był on przedtem, przestawało się liczyć; stawał się
numerem. Miał trzy możliwości do wyboru: 1 - widzieć siebie oczyma obcego
otoczenia, tj. być tylko numerem obozowym; 2 - zachować dawny obraz siebie, co
było nierealne, ale łagodziło w pewnej mierze potworność pierwszej alternatywy;
3 - zidentyfikować się z grupą władców przez przyjęcie ich form zachowania, z
numeru zmienić się w wodza, przynajmniej w oczach więźniów. Życie obozowe
zmuszało do oscylowania między trzema powyższymi możliwościami, zwłaszcza dwiema
pierwszymi.
Cechą zjawisk życiowych jest równowaga chwiejna, pomiędzy sumiennością a
niezmiennością. Ustawicznie zmieniają się plany aktywności ustroju, a jednak
zasadnicza linia rozwoju pozostaje ta sama. W miarę częstości zrealizowania
dawny plan (struktura czynnościowa) ulega utrwaleniu i automatyzacji. We
wczesnym dzieciństwie chód jest chwiejny i niepewny, wymaga dużego wysiłku woli,
a z czasem staje się czynnością pewną, zautomatyzowaną, przebiegającą ściśle
według schematu. Nie należy jednak zapominać, że schemat ten jest stale
modulowany w zależności od sygnałów zwrotnych, przede wszystkim z samego aparatu
ruchowego, a więc istnieje w nim pewien stopień labilności. Niepewność jest tu
jednak niewielka, układ nerwowy nie musi być całościowo zaangażowany w
realizacji planu funkcji lokomocyjnej. Dzieje się tak dopiero wówczas, gdy np.
wskutek
36
zmęczenia czy też niezwykłości terenu itp. realizacja pianu staje się zbyt
trudna; wtedy każdy krok staje się czynnością świadomą. Świadomość, czyli
całościowe zaangażowanie układu nerwowego, jest jakby zarezerwowana dla
aktywności najtrudniejszych.
W szkole esesmanów wielu młodych adeptów wzdragało się na początku przed
torturowaniem zwierząt i ludzi. Jednak stopniowo, w miarą szkolenia, wewnętrzny
opór znikał, okrucieństwo było wszak traktowane jako cecha na wskroś męska, w
końcu zaś czynności budzące niegdyś odrazę wykonywano prawie automatycznie, z
minimalnym oporem lub bez oporu.
Poza tym przejęcie danej ideologii społecznej redukuje niepewność związaną z
samym taktem istnienia, z koniecznością wyboru właściwego sposobu zachowania się
spośród wielu możliwych. Im wyższy bowiem stopień ewolucji, tym większą liczbą
możliwych sposobów zachowania się (struktur czynnościowych) dysponuje jednostka
i tym samym bardziej skazana jest na wahanie się, jej równowaga staje się coraz
bardziej chwiejna. Kartezjańskie cogito ergo sum oddaje ten ludzki stan
wątpienia i niepewności.
Jeśli jednak ewolucja przyrody ożywionej, przeciwstawiając się entropii, idzie w
kierunku tworzenia nowych, bogatszych i lepiej dostosowanych do życia form
morfologicznych i funkcjonalnych, przy czym największą swobodę twórczą ma ona w
formach czynnościowych określonych pojęciem myślenia, to z drugiej strony
obserwować można w przyrodzie tendencję przeciwstawną, hamującą dynamikę
ewolucji, a polegającą jakby na kurczowym trzymaniu się form starych, często do
życia już nie dostosowanych, a nawet wręcz szkodliwych. Jest to swoisty
konserwatyzm przyrody ożywionej, jej niezmienność w ustawicznej zmienności, jej,
rzec można, bezwładność, unikanie wysiłku twórczego.
U człowieka, który uważany jest wprawdzie przez samego siebie, ale chyba
słusznie, za szczytowe osiągnięcie ewolucji na tej planecie, w związku z
rozwojem układu nerwowego, a w szczególności kory mózgowej, istnieją praktycznie
biorąc nieograniczone możliwości tworzenia form (struktur) czynnościowych. Jeśli
właśnie one są miernikiem dynamiki ewolucji, to należy się spodziewać, że na
zasadzie równowagi procesów przeciwstawnych silne będą również tendencje
hamujące dynamikę ewolucji, tj. ograniczające swobodę tworzenia nowych form
czynnościowych. Jest więc kwestią przypadku, że wszelkie formy krępowania
swobody, kraty, więzienia itp. są swoiście ludzką cechą.
Dyscyplina wychowywania polega w dużej mierze na zakazach. Z wielu potencjalnych
form czynnościowych tylko nieliczne mają prawo rozwoju, inne muszą zostać
stłumione. Fakt, że chodzimy, mówimy, piszemy itd. w określony sposób, wynika
nie tylko stąd, że dane formy zachowania się zostały pod wpływem uczenia
37
I
się rozwinięte, lecz też stąd, że inne możliwe zostały jednocześnie stłumione.
Proces nauczania najłatwiej ująć w Pawłowowskim schemacie pobudzenia i
hamowania. Ucząc sią chodzić, dziecko wykonuje wiele niepotrzebnych ruchów,
które stopniowo eliminuje. Rysunek dziecka w wieku przedszkolnym jest zwykle
bogatszy, zarówno tematycznie, jak i formalnie, niż dziecka w wieku szkolnym,
które zostało już wdrożone w określone formy ekspresji rysunkowej. Bogactwo
przeżyć schizofrenicznych można tłumaczyć wyładowaniem stłumionych przez życie
przedchoro-bowe form zachowania sią. Szkolenie hitlerowskich „nadludzi" polegało
na tłumieniu u nich ludzkich uczuć, a na rozwijaniu uczuć agresywnych i
sadystycznych.
Ideologie społeczne, które w sposób mniej lub więcej rygorystyczny zmierzają do
całościowego uformowania zachowania się człowieka, podobnie jak w wypadku
uczenia się czynności bardziej wycinkowych, polegają na pobudzaniu jednych, a
tłumieniu innych form zachowania się. Niebezpieczeństwo tkwi w ich całościowym
charakterze. Jeśli dziecko ucząc się chodzić wraca czasem do starszego ontogene-
tycznie sposobu lokomocyjnego, np. raczkowania, to nadal pozostaje tym samym
dzieckiem, funkcje lokomocyjne są bowiem tylko pewnym wycinkiem jego zachowania
się. Presja otoczenia ogranicza się w tym wypadku do aprobaty jednej formy
zachowania się z odrzuceniem drugiej. Gdy wchodzi w grę całościowa ocena
zachowania się, to wówczas cała osoba jako taka, za to, że przekracza
obowiązujące normy, zostaje wyłączona ze swojej grupy społecznej.
Całościowa ocena rzadko bywa rzeczywiście całościową. Często wystarczy drobny
szczegół: inny kolor skóry, haczykowaty nos, odmienny krój ubrania, obcy język
itd., aby dany człowiek był postawiony poza granicami tego, co bliskie i
zrozumiałe, stał się obcy, a nieraz wrogi. Trudno odpowiedzieć na pytanie, skąd
się bierze taka łatwość oceny drugiego człowieka, dzięki której na podstawie
błahej nieraz cechy z miejsca jest się ustawionym po prawicy lub po lewicy.
Możliwe, że w tak skrajnej, a często karykaturalnej formie wyraża się
biologiczna tendencja do tworzenia granic między odmiennymi układami. Na
przykład komórki o odmiennej funkcji i strukturze oddzielają się od siebie
tkanką łączną, która spełnia między innymi rolę granic dzielących
wielomiliardową społeczność komórkową na mniejsze; społeczności o różnych
funkcjach i zadaniach. Z drugiej jednak strony tendencja do tworzenia granic
jest antybiologiczna, hamuje bowiem ewolucję przyrody, której warunkiem jest
harmonijna współzależność między różnymi formami życia i parzenia; się form
pokrewnych, dzięki czemu wciąż powstają nowe. W sensie biologicznym' więc
granica nigdy nie jest ostra, zawsze możliwe jest przenikanie przez nią i
wzajemne oddziaływanie jednych form na drugie.
Pod całościową oceną drugiego człowieka, dzięki której z miejsca znajduje się on
po jednej lub drugiej stronie granicy - staje się „swoim" lub „obcym",
38
kryje się z reguły silny ładunek emocjonalny. Podział taki odpowiada podstawowej
tendencji orientacyjnej, polegającej na przyjęciu postawy „do" lub „od"
otoczenia, u człowieka sterowanej głównie przez starsze filogenetyczne części
układu nerwowego (głównie przez węchomózgowie), wiążącej się z silnym
wyładowaniem wegetatywnym, a subiektywnie z uczuciami lęku i nienawiści (w
wypadku postawy „od") lub pożądania (w wypadku postawy „do"). Funkcje
gnostyczne, które u człowieka wiąże się przede wszystkim z aktywnością
najmłodszych filogenetycznie części układu nerwowego [neocortex), są tu
zredukowane do minimum. Zróżnicowany obraz świata otaczającego upraszcza się do
przedmiotów, przed którymi trzeba uciekać lub je niszczyć, i do tych, z którymi
można się złączyć w poczuciu jeśli nie seksualnej, to w każdym razie bardzo
silnej wspólnoty - plemiennej, narodowej, ideologicznej itd. Gdy napięcie
emocjonalne wiązane z zasadniczą postawą orientacyjną minie i proces gnostyczny
może się rozwijać, nieraz ze zdziwieniem konstatuje się, że przedmiot pożądania
nie był znów tak piękny, a przedmiot lęku i nienawiści tak odpychający.
Siła atrakcyjna ideologii społecznej poza porządkiem narzuconym wprawdzie z
zewnątrz, ale zmniejszającym poczucie chaosu i niepewności, zdaje się między
innymi sprowadzać do momentów natury emocjonalnej: możliwości wyładowania uczuć
pozytywnych na współwyznawcach, a negatywnych-na ludziach innej wiary.
Nie jest się w stanie poznać wszystkiego, co nas otacza, a swoistość stosunków
między ludźmi jest tego rodzaju, że nie mogą oni przechodzić koło siebie
obojętnie, gdyż obojętność jest sama w sobie postawą negatywną, traktowaniem
drugiego człowieka jako martwego przedmiotu, z konieczności musi się więc
przeprowadzać zasadniczą ocenę podług wyboru: „swój" - „obcy" (zbliżyć się lub
oddalić) na podstawie bardzo powierzchownych nieraz znaków. W czasach wojennych
„zbliżyć się" lub „oddalić" zmienia się w ocenę „wróg" lub „towarzysz broni".
Pomyłka w zasadniczej orientacji może skończyć się śmiercią. Mundur staje się
koniecznością. Tatuowani byli nie tylko więźniowie obozów koncentracyjnych, lecz
też i ich oprawcy, esesmani.
Romantyzm munduru, esprit de corps, pojęcia nieco zdewaluowane w czasie
ostatniej wojny, nie oznaczają niczego innego jak to, że się jest częścią
integralną jakiejś grupy społecznej, że się zatraciło własną indywidualność,
„ja" zostało zastąpione przez „my", zamiast własnej woli posługuje się wolą
wodza, na niego też się składa ciężar odpowiedzialności. Mundur innego kroju czy
koloru jest często sygnałem do ataku lub ucieczki.
Atrybuty władzy można by ująć między innymi w trzy punkty: odpowiedzialności,
samotności i zależności. Ciężar odpowiedzialności wynika stąd, że struktury
czynnościowe wodza stają się strukturami czynnościowymi jego poddanych; ulegają
39
I;.,i i iii'' '
w ten sposób uwielokrotnieniu i tym samym wzmocnieniu. Każde słowo, gest, wyraz
twarzy wodza nabierają znaczenia, liczą się, gdyż przez członków podległej mu
grupy są natychmiast przyjmowane i realizowane. Dzięki grupowemu
uwielokrotnieniu myśl wodza łatwo zamienia się w czyn. Wychowanie wodzów, np. w
wypadku władzy dziedzicznej, w dyplomacji, wojsku, w instytucjach władzy
duchownej itp., polegało między innymi na uczeniu opanowywania swej ekspresji
emocjonalnej, każde bowiem drgnienie twarzy, najmniejszy gest mógł okazać się
brzemienny w skutki. Twarz wodza była często maskowata i nieodgadniona, a jego
gesty skąpe i przemyślane. Demokratyzacja władzy wpłynęła na obniżenie
dyscypliny wewnętrznej w tym sektorze.
Możność zwielokrotnienia własnych struktur czynnościowych jest cechą każdego
układu sterującego, zarówno technicznego (np. w wypadku automatyzacji
produkcji), jak i biologicznego (powielanie struktury DNA, generalizacji
struktur czynnościowych w układzie nerwowym). Możność ta daje władcy poczucie
mocy, z drugiej jednak strony pozbawia go poczucia swobody i indywidualności.
Wymiana sygnalizacyjna z otoczeniem przestaje być zabawą, gdyż jest brzemienna w
skutki przez sam fakt zwielokrotnienia sygnału. Dlatego może władcy tak chętnie
widzieli błaznów i szukali wytchnienia w orgiastycznych nieraz zabawach, gdyż w
ten sposób wyzwalali się na krótko od wagi swych sygnałów.
Władca musi liczyć się z tym, że jego sygnały (słowa, gesty, grymasy twarzy
itd.) zostaną odczytane i powielone przez wielu ludzi. Staną się dla nich
rozkazem, starać się będą go naśladować. Nie może być sobą, a jest tylko tym,
czym ma być w myśl reprezentowanej przez siebie idei i czym chcą go widzieć jego
wyznawcy.
W relacji byłych więźniów obozów koncentracyjnych makabryczne okrucieństwo
esesmanów w stosunkowo małym odsetku wypadków wynikało z ich sadyzmu, częściej
zaś z chęci wykazania się, że jest się „dobrym" Niemcem, dla którego Mitleid ist
Schwache, czy z lęku przed wyłączeniem z grupy rządzącej, okazanie: swej
słabości mogło bowiem równać się wyrokowi śmierci. Okrucieństwo kapów^
obozowych, które niejednokrotnie przewyższało bezlitosność i bezwzględność ese-
sowską, wynikało z chęci dorównania „władcom", z którymi się oni identyfikowali:
Neofici, jak wiadomo, są zwykle gorliwsi od starych wyznawców. Esesman po*
zrzuceniu munduru mógł się stać z powrotem „poczciwym" Niemcem, zwłaszc; że nie
dręczyło go poczucie winy, gdyż to, co robił w obozie, nie wynikało z jego]
woli, ale z woli Fiihrera.
Miarą rzetelności czy odpowiedzialności układu sterującego jest jego zdolność]
realizowania planu, który on reprezentuje. Odnosi się to zarówno do układó'
technicznych, jak i biologicznych. Lodówka jest dobra, gdy utrzymuje niską tem-i
peraturę niezależnie od warunków zewnętrznych. Układ nerwowy działa sprawnie,;
40
póki zapewnia całemu ustrojowi prawidłowy rozwój mimo trudności w środowisku
zewnętrznym i wewnętrznym. Wódz jest dobrym wodzem, póki ma sukcesy, tj. swoja.
idee. wprowadza w czyn. Gdy sukcesów zabraknie, idea staje się urojeniem (w ten
sposób na ogół wszyscy traktują obecnie ideologią nazistowską). Wódz żyje
zwycięstwami, bez nich ginie. Zwycięstwo jest dowodem, że to, o co on walczy,
nie jest fikcją. Zwycięstwo zamienia plan w rzeczywistość. Zazwyczaj trudno
wodzowi i jego wyznawcom przyjąć fakt klęski; oznacza on, że nie mają już po co
żyć. idea, którą żyli, traci swój sens, bo nie może już być realizowana: wraz z
wykonawcami staje się niepotrzebna jak zepsuta lodówka. Pod koniec drugiej wojny
światowej, gdy klęska Niemiec była tyiko kwestią czasu, wieiu Niemców, ze swoim
wodzem na czele, do końca łudziło się możliwością zwycięstwa. Co więcej, nawet
po klęsce istnieją jeszcze tacy, którzy w tę możliwość wierzą. Każda
przebrzmiała ideologia zostawia po sobie relikty swoich bonapartystów.
Konieczność realizacji planu implikuje swoisty stosunek do otoczenia, który
najlepiej charakteryzuje znane powiedzenie, że cel uświęca środki. Najważniejszą
sprawą jest osiągnięcie celu: każdy środek prowadzący do niego jest dobry.
Stosunek do życia upraszcza się do alternatywy: zwycięstwo lub śmierć. Jest to
więc stosunek charakterystyczny dla metabolizmu energetycznego. Dla władzy
najważniejsze jest nie bogactwo struktur czynnościowych, tak istotne w
metabolizmie sygnalizacyjnym, ale siła, jaką dysponuje. Od niej bowiem zależy,
czy cele, jakie on reprezentuje, zwyciężą nad otoczeniem. Otoczenie jest mu albo
uległe i służy wówczas realizacji planu, albo oporne, a tym samym wrogie; w tym
wypadku musi być zniewolone lub zniszczone. Konsekwencją takiego stosunku do
otoczenia jest konieczność walki z nim. Bezwzględna walka, z punktu widzenia
ewolucji biologicznej, jest regresją do poziomu metabolizmu energetycznego, jest
odarciem życia z tego, co w przebiegu ewolucji osłaniało je przed okrucieństwem
prawa: zwyciężę lub zostanę zwyciężony. Z samego charakteru władzy wynika więc
konieczność walki o nią. Walka ta z natury rzeczy staje się bezwzględna. Utrata
władzy bowiem oznacza anihilację, podobnie jak w metabolizmie energetycznym. Gdy
nie zmienia się struktury otoczenia na własną, samemu zostaje się na nią
zmienionym, w myśl zasady „zjem iub zostanę zjedzony". Nic zatem dziwnego, że
władcy świadomie czy nieświadomie prowadzą do wojen, one są sprawdzianem ich
siły, a tym samym realności ich władzy.
Człowiek w oczach władcy wart jest tyle, ile realizuje reprezentowanych przez
niego celów. Wartość pracownika określa spełnianie przez niego obowiązków
nakreślonych przez kierownika instytucji, wartość żołnierza-wypełnianie rozkazów
dowódcy itd. Nawet w obozie koncentracyjnym, gdzie wartość człowieka równała się
zeru, zagłada bowiem była jego przeznaczeniem, istniała jednak hierarchia
41
< I \
wartości w zależności od sprawowanej funkcji. Funkcje te odgrywały ważną role.)
w organizacji obozu; na niektóre z nich spływała część władzy esesowskiej (np. \
na funkcją kapo), a sprawującym je umożliwiały niejednokrotnie przeżycie obozu.
W każdym układzie sterowniczym „łaska władzy" spływa na niższe szczeble1
hierarchii, dzięki czemu w długim łańcuchu wydarzeń, które zachodzą między
planem a ostateczną jego realizacją, każde poszczególne ogniwo jest
reprezentantem idei głównej. Ta zasada powielania planu i przenoszenia władzy
obowiązuje w każdym układzie sterowania, niezależnie od jego charakteru
technicznego, biologicznego czy socjologicznego. Plan zakodowany w maszynie
samosterującej jest realizowany przez poszczególne etapy, coraz bliższe
końcowego efektu. Na każdym etapie plan przechodzi na niższe szczeble
wykonawcze, reprezentujące całość lub część planu centralnego. Każda część
maszyny jest sterowana przez wyższą, tj. bliższą planowi centralnemu, a
jednocześnie sama steruje niższą, tj. bliższą koń-1 cowemu efektowi. Plan
genetyczny zakodowany w strukturze DNA jądra komórkowego steruje syntezą RNA,
ten z kolei syntezą białek i enzymów komórkowych, a one znów procesami
fizjologicznymi i biochemicznymi komórki. Zanim plan wodza dojdzie do
realizacji, przechodzi przez poszczególne szczeble hierarchii; na każdym
szczeblu jest się dowódcą w stosunku do niższego stopniem, a podwładnym w
stosunku do przełożonego. Sam wódz, gdy już nie ma nad sobą wyższego, zwykł
odpowiadać „przed Bogiem i historią". W stosunkach między ludźmi hierarchizacja
władzy stanowi wygodny sposób wyładowania agresji, w myśl zasady: „bije mniej
silniejszy, ja biję słabszego". W związku z tym istnieje naturalna tendencja do]
pięcia się w górę; zmniejsza to stopień narażenia na bicie, a zwiększa
możliwości bicia innych. Zdobycie funkcji w obozie oznaczało, poza zwykłymi
przywilejami] związanymi z władzą (lepsze warunki pracy, lepsze wyżywienie),
także zmniejszenie I naporu agresji, który przytłaczał każdego więźnia; dawało
tym samym większej możliwości przetrwania obozu. Z drugiej jednak strony
stwarzało niejednokrotnie! ostry konflikt moralny: w jaki sposób, będąc samemu
ogniwem w realizacji hitle-l rawskiego planu zagłady, planowi temu się
przeciwstawić, a poza tym wymagało! dużego wysiłku woli i silnego ładunku
pozytywnych uczuć do słabszych od siebiej by nie ulec zwykłej w takich
sytuacjach pokusie demonstrowania swej władzy.
Cechą biologicznych układów sterujących jest ich duża plastyczność, tj. zdoij
Iność zmiany planu w zależności od potrzeb i aktualnej sytuacji na zewnątrz,
wewnątrz ustroju. Nowsze odkrycia genetyki molekularnej wykazały dużą plastycz-|
ność planu genetycznego, a plany aktywności (struktury czynnościowe) układu
nerwowego znane były od dawna ze swej labilności. Mimo doskonalenia sprzężeń
zwrotnych, sterującym układom technicznym daleko do tak dużego stopnia plastyk
czności, a tym samym ich zdolności adaptacyjne są znacznie mniejsze od
zdolności!
42
adaptacyjnych układów biologicznych. Stopień plastyczności socjologicznych
układów sterowania jest, jak się zdaje, znacznie bliższy układom technicznym niż
biologicznym. Idee, normy społeczne, poglądy itl, które rządzą życiem wielkich
grup ludzkich, są często sztywne i niezmienne mimo zmienności warunków życia i
różnorodności typów ludzkich, które muszą się im podporządkować. Może to wynika
z samej natury umysłu ludzkiego, który, jakby broniąc sią przed swym
potencjalnym bogactwem form różnorodnych, trzyma się kurczowo form utartych i
utrwalonych.
Bezwzględna walka zaostrza nieplastyczność ideologii społecznej. Nawet drobne
odchylenie od niej powoduje, że nie podporządkowany staje się kacerzem, wrogiem,
którego trzeba zniszczyć. Cała sytuacja ma charakter błędnego koła; aby idea
stała się rzeczywistością, a nie pozostała mrzonką, trzeba o nią walczyć,
atmosfera walki przyczynia się do jej usztywnienia, a brak plastyczności
zaostrza atmosferę wrogości.
Nieplastyczność łączy się z bezwzględnością; żadne zmiany w planie nie są
możliwe, musi być on realizowany za wszelką cenę. Przypomina się walec obozowy,
który trzeba było ciągnąć ostatkiem sił, by nie zostać zmiażdżonym przez niego.
Na wszystkich szczeblach hierarchii obowiązuje dyscyplina; trzeba samemu rozkaz
wykonać i od innych, podległych sobie, wykonania rozkazu bezwzglądnie wymagać.
Kryteria oceny drugiego człowieka kształtują się według tego, w jakim stopniu
realizuje on powierzone mu zadanie. Pozostałe jego cechy nie liczą się. System
władzy zuboża obraz drugiego człowieka i tym samym różnorodność związków między
ludźmi. Przede wszystkim jednak paraliżuje on wolność wyboru, zamienia człowieka
w automat. Wysiłek życia, związany z bezustannym tworzeniem nowych form i
koniecznością wyboru między nimi, co pociąga za sobą wahanie, niepewność i
wieczny niepokój, redukuje się do akceptowania tylko jednej formy, a niepokój
nie rodzi się z trudności wyboru, lecz z obawy, że narzuconą czy przyjętą formę
źle się realizuje, co jest równoznaczne z potępieniem i wyrzuceniem poza grupę
objętą systemem władzy. Oznacza to często zniszczenie, gdyż to, co jest
niezgodne z celami tegoż systemu, staje się automatycznie wrogie.
Samotność władcy wynika z płaszczyzny jego stosunku do otoczenia, Płaszczyzna ta
jest zawsze pochyła. Przed oczyma ma on plan swego działania, a otoczenie jest
dla niego tworzywem, z którego plan ten się urzeczywistni. Patrzy więc na nie i
góry, ma je w zasięgu swej władzy. Gdy ono urasta, staje mu do oczu i
przeciwstawia się, wówczas budzi u niego lęk i agresję. Twórczość zmienia się w
walkę.
Formy stosunków z otoczeniem są znacznie bogatsze w płaszczyźnie poziomej. Nie
jest się wówczas zmuszonym niczego otoczeniu narzucać ani niczego samemu od
niego wbrew swej woli przyjmować. W płaszczyźnie poziomej panuje zasada
43
wolnego wyboru, a nie przymusu. Przez to otoczenie staje się bliższe, bo trzeba
najpierw je zrozumieć, nim daną formę przyjmie się lub odrzuci. Kontakt z
otoczeniem na zasadzie równego z równym przypomina więcej zabawę lub dialog
(używając popularnego dziś słowa) niż walkę, w której musi się być zwycięzcą lub
zwyciężo-nym. Z drugiej jednak strony struktura potencjalna staje się realna
tylko wówczas, gdy się ją uzewnętrzni, tj. gdy zostanie wyrzucona na zewnątrz,
stanie się częścią otoczenia. Tendencja do przekształcania otoczenia jest więc
koniecznością, bez niej życie stałoby się snem. Więzień obozu koncentracyjnego
był poddany tak silnej presji otoczenia, że działanie świadome, wynikające z
wolnego wyboru, było, przynajmniej w pierwszym okresie uwięzienia, niemożliwe.
Więzień działał jak automat, popychany i bity przez wszystkich. Otaczająca
rzeczywistość mimo bardzo bolesnego z nią kontaktu miała coś z koszmarnego snu.
Świadome wyłączenie się z aktywności prowadzi do stanu nirwany, w którym zaciera
się granica między jednostką a otaczającym światem, a także między marzeniem a
rzeczywistością.
Nie należy wreszcie zapominać, że poznanie otaczającego świata nie może się
dokonywać bez działania i przekształcania go. Dziecko chwyta przedmiot, który je
zainteresuje, stara się zajrzeć do środka. Podobnie postępuje uczony. Proces
poznawczy często łączy się ze zniewoleniem i zniszczeniem przedmiotu obserwacji.
W tym typie poznania możność sterowania danym zjawiskiem jest miarą jego
znajomości. Istnieje wszakże inny typ poznania, którego celem nie jest władza
nad otoczeniem, ale logiczna konstrukcja. „Zadaniem wszystkich nauk - jak mówi
Einstein - zarówno przyrodniczych, jak i psychologii, jest porządkowanie naszych
przeżyć i układanie ich w pewną logiczną całość."
Zewnętrznym wyrazem samotności układu sterowania jest jego odizolowanie od
bezpośredniego kontaktu z otoczeniem. W urządzeniach technicznych układ tei nie
bierze czynnego udziału w procesach wymiany energetycznej zachodzącyc między
maszyną a jej otoczeniem, tylko nimi steruje, w mniejszym lub większyi stopniu
odizolowany od pozostałych jej części. W komórce układ sterujący (chro mosomy)
jest oddzielony błoną jądrową od reszty komórki. Bariera krew-mó? oddziela układ
nerwowy od bezpośredniego układu w procesach metabolicznych] ustroju. W baśniach
i legendach władca zagląda w przebraniu pod strzechy swycl poddanych, w
rzeczywistości jednak rzadko z nimi bezpośrednio się styka. Autoryt władcy
maleje bowiem w zbytnim przybliżeniu. Telewizja, zbliżając do milionó widzów
obraz władcy, może się okazać dla jego autorytetu znacznie groźniejszą niż
dotychczasowe próby demokratyzacji władzy.
Dla człowieka jako istoty społecznej samotność jest trudna do zniesienia Wokół
władcy zawsze tworzą się kamaryle, grupy zauszników, doradców i błaznó
Płaszczyzna kontaktu między nimi a władcą jest bardziej poziomą; nierzadko on
44
nad nim władzą sprawują. Nawet władza nie może się wyzwolić z prawidłowości
rządzących stosunkami między ludźmi. Nie można innymi ludźmi tylko sterować,
musi się też być przez nich sterowanym; nie można tylko wydawać rozkazów, gdyż
zuboża to znacznie bogactwo wymiany informacji; nie można na nich wciąż patrzeć
z góry, spojrzenie ludzkie pada bowiem w różnych kierunkach. Aby rządzić, trzeba
zachować dystans. Gdy płaszczyzna spojrzenia między władcą a poddanym z pochyłej
zmieni się na poziomą, obydwaj nierzadko z obopólnym zdumieniem stwierdzą, że są
do siebie podobni, mają te same ludzkie wady i przymioty. Znika wówczas blask
władzy. Obaj stają się z powrotem ludźmi; władca nie może już kierować poddanym
jak automatem; wielkość celów, do których zmierza, maleje w zetknięciu z
rzeczywistością życia drugiego człowieka. Poddany nie widzi już we władcy
bezwzględnego bóstwa czy też machiny, która go zgniecie przy najsłabszej nawet
próbie oporu, lecz takiego jak i on człowieka, który stara się go zrozumieć, a
nawet mu pomóc.
W obozie każdy gest, skrzywienie twarzy, pojedyncza sylaba tamtejszych władców
mogły oznaczać dla więźnia wyrok śmierci i okrutne męczarnie. Sam więc ich widok
budził lęk tak silny, że postacie ich urastały do wymiarów apokaliptycznych
bestii. Zdarzało się jednak, że więzień szczęśliwym trafem i własną
przemyślnością potrafił zetknąć się ze swym władcą w płaszczyźnie mniej
pochyłej, potrafił sią z nim dogadać, a nawet w pewnym stopniu nim sterować.
Znikała wówczas apokaliptyczność, zostawała ludzka małość. A w oczach władcy
numer w pasiaku nabierał z powrotem cech człowieka, z którym można nawet
porozmawiać. Z punktu widzenia organizacji obozu zagłady było więc słuszne, że
esesmani starali się zachować dystans w rządzeniu więźniami. „Łaską" władzy, a
także znęcania się i zabijania, gdyż w obozie zagłady władza to przede wszystkim
oznaczała, szczodrze szafowali wśród innych więźniów, odpowiednio dobieranych,
zazwyczaj kryminalistów. Gdyby sami stykali się z więźniami bardziej
bezpośrednio, mogliby zauważyć w nich podobnych do siebie ludzi, co zresztą
czasem się zdarzało. Klasycznym przykładem jest ogrodnik Hoessa, więzień, Polak,
którego ten naczelny władca obozu oświęcimskiego traktował całkiem po ludzku.
We wszystkich systemach sterujących istnieje wzajemna zależność między
rozkazodawcą a wykonawcą. Pan nie może istnieć bez niewolnika, a niewolnik bez
pana. Maszyna składająca się wyłącznie z urządzenia sterującego bez części
wykonawczych byłaby całkowicie bezużyteczna. Jądro nie może żyć bez reszty
komórki ani komórka bez jądra. Trudno sobie wyobrazić życie samego mózgu, ale
też, jak wiadomo, bez mózgu wyższy ustrój żyć nie może. Najpotężniejszy władca
bez swych poddanych trafia zazwyczaj do szpitala psychiatrycznego. Nawet w
najmniej-
45
szych grupach ludzkich występuje tendencja do szukania lidera; uosabia on siły'
integrujące grupy; bez niego ulega ona rozprzężeniu.
Jednak nie zawsze wzajemna zależność między rozkazodawcą a wykonawcą \ jest
należycie zrozumiana i realizowana. Ścisła łączność, jaka musi między nimi;
istnieć, staje się sztuczna. Władca, uważając, że „ja tu rządzę", wymaga ślepego
\ posłuszeństwa, zapominając o tym, że jest tylko reprezentantem tendencji
istnie- \ jących w podległej mu grupie, w nim powinny się one jakby
krystalizować. A] poddany, czując, że to, co mu się narzuca, jest mu obce,
buntuje się jawnie lub.] skrycie; w pierwszym wypadku naraża się władcy, w
drugim -sam sobie, wykonując ; rozkazy musi bowiem sam ze sobą staczać walkę.
Albo też akceptuje on schemat! narzucony mu z góry i staje się jego ślepym
wykonawcą, gdyż dzięki temu e^pj się włączony w aparat władzy i uzyskuje
poczucie porządku, którego sam wypfa-i cować nie potrafił. Sztuczna struktura
zastępuje tu własną. Za cenę utraty wolnościj unika się wysiłku związanego z
wewnętrznym uporządkowaniem, chaos zostaje I zastąpiony sztucznym porządkiem, a
niepewność i niepokój - pewnością wiary w] wyznawaną ideę.
Człowiek współczesny dzięki rozwojowi środków komunikacji, a także nauki
historycznych, zwłaszcza archeologii, ma znacznie większe możliwości niż przed I
stu czy nawet kilkudziesięciu laty zapoznania się z różnymi sposobami ludzkiego!
życia. W związku z tym maleje jego wiara w słuszność własnego stylu życia i
chęć] narzucenia innym własnej ideologii, zwłaszcza że pamięć ostatniej wojny
uzmysła-1 wia mu w sposób aż nadto dobitny, do czego takie tendencje mogą
prowadzić.! Jeśli symbolami tej wojny stały się Oświęcim i Hiroszima, to dzięki
nim właśnie! problem władzy i związany z nim problem wojny znalazły się w fazie
kryzysu,) wymagającego nowego spojrzenia.
Z psychopatologii «nadiudzi»
„Rudolf Hoess - jak pisze S. Batawia w swej pracy o Hoessie wydanej w r. 1951 -
nie był ani nienormalnym osobnikiem typu morał insanity, ani bezuczucio-wym
psychopatą, ani człowiekiem, który wykazywał kiedykolwiek skłonności przestępcze
lub tendencje sadystyczne. Był on osobnikiem o bardzo przeciętnej inteligencji,
skłonnym od dzieciństwa, dzięki wpływom środowiskowym, do mało krytycznego
ujmowania zjawisk i do łatwego podporządkowywania się wszelkiego rodzaju
autorytetom: tego rodzaju ludzi spotykamy bardzo często."
Jak słusznie podkreśla J. Sehn we wstępie do Wspomnień Rudolfa Hoessa: „...fakty
i daty z życia Hoessa są znamienne nie tylko dla jednego indywiduum. Już same
choćby tylko etapy życia są reprezentatywne dla całych grup Niemców generacji
Hoessa."
Autobiografia Hoessa, zatytułowana przez niego raczej patetycznie: Moja dusza,
kształtowanie się, życie i przeżycia, wywołuje u czytelnika sprzeczne uczucia,
ale chyba przeważa uczucie politowania połączonego z obrzydzeniem.
Niemiecki wydawca pamiętników Hoessa, M. Broszat (1958), cytując dra Gil— berta,
pisze o ich autorze następująco:
„Skwapliwie gorliwa skrupulatność człowieka, który stoi zawsze w służbie jakichś
autorytetów, który stale spełnia swoją powinność - zarówno jako kat, jak i
przyznający się do winy delikwent, który nieustannie żyje tylko z drugiej ręki,
zawsze rezygnując ze swojej osobowości i dlatego swoje własne ja, przerażająco
puste, z gotowością oddaje sądowi w formie autobiografii, aby służyć sprawie."
Dzieciństwo Hoessa jest przytłaczająco szare i oschłe. Dom o starych tradycjach
wojskowych, ojciec, emerytowany major wojsk kolonialnych w Afryce niemieckiej,
„fanatyczny katolik", jak pisze o nim Hoess, wychowywał syna surowo.
„Począwszy od najmłodszych lat - wspomina Hoess - byłem wychowywany w głębokim
poczuciu obowiązku. W domu rodzicielskim ściśle przestrzegano, by wszystkie
zlecenia były wykonywane dokładnie i sumiennie... Ojciec wychowywał
47
mnie według surowych zasad wojskowych... Wciąż mnie pouczał, że z drobnych, na
pozór nic nie znaczących zaniedbań powstają najczęściej wielkie szkody."
Ta postawa, przekazana przez ojca, pozostała Hoessowi do końca życia. Także w
obozie oświęcimskim, jak można wnioskować na podstawie jego własnych relacji,
najwięcej dokuczał mu nie swąd spalonych ciał, ale różne zaniedbania
administracyjne. Wprowadzenie cyklonu powitał z radością, gdyż to usprawniało
likwidacje, milionów Żydów. Martwił się, gdy kazano mu część Żydów przeznaczyć
do pracy, bo i tak po kilku tygodniach umierali, sprawniej więc byłoby od razu
posłać ich „do gazu".
Można powiedzieć, że w Oświęcimiu, jak zresztą na innych placówkach, tak był
zajęty unikaniem „drobnych, na pozór nic nie znaczących zaniedbań", że prawie
nie zauważył pieców krematoryjnych.
O ile postać ojca rysuje się dość wyraźnie w pamiętniku Hoessa, o tyle postać
matki pozostaje zupełnie mglista. Wspomina tylko, że próbowała go „odwieść od
miłości do zwierząt, która wydawała się jej tak niebezpieczna". Stosunki między
rodzicami były poprawne, „nigdy nie padło między nimi - pisze Hoess - żadne złe
albo gniewne słowo", ale jednocześnie były one oschłe: „nigdy jednak nie
widziałem, aby byli wobec siebie czuli".' O sobie pisze: „Wzdragałem się przed
wszelkimi objawami czułości. Uścisk dłoni i parę skąpych słów podzięki, to było
wszystko, czego można było ode mnie oczekiwać." Swoich sióstr, młodszych o 4 i 6
lat, nie lubił, mimo że one starały się być dla niego „miłe", dokuczał im tak,
że z płaczem biegły do matki.
Otaczała go pustka uczuciowa. „Moich rodziców, zarówno ojca, jak i matkę, bardzo
szanowałem i otaczałem czcią, jednakże miłości takiej, jaką ma się dla rodziców
i jaką później poznałem, nie odczuwałem nigdy." Obojętnie też przyjął śmierć
ojca (miał wtedy 14 lat) i śmierć matki; wyruszał wtedy na front jako 16-letni
chłopak.
Ta oschłość i pustka uczuciowa przebija ze wszystkich stron pamiętnika, nadaje
im szary koloryt i sprawia, że lektura jest raczej nużąca. Jedynymi jaśniejszymi
fragmentami są opisy pierwszych walk na froncie irackim w r. 1917, zwłaszcza
postać rotmistrza, „ojca wojennego" 17-letniego Hoessa („Łączył mnie z nim
bardziej serdeczny stosunek niż z moim ojcem, On też miał mnie stale na oku, a
choć w niczym nie pobłażał, był bardzo życzliwy i troszczył się o mnie, jakbym
był jego synem"), dość lakoniczny opis pierwszej miłości (w tym samym roku, w
szpitalu w Palestynie: „Początkowo wprawiało mnie w zakłopotanie, gdy
pielęgniarka delikatnie mnie głaskała lub podtrzymywała dłużej, niż to było
konieczne, od najwcześniejszych lat unikałem bowiem wszelkich objawów czułości.
Ale i ja
48
wpadłem w zaczarowany krąg miłości...") i wreszcie pożegnalne listy do żony i
dzieci, pisane w polskim więzieniu.
W dzieciństwie nie miał towarzyszy zabaw.
„Wszystkie dzieci sąsiadów były o wiele starsze ode mnie. Byłem więc zdany
wyłącznie na towarzystwo dorosłych." Przyjaciółmi jego były zwierzęta, zwłaszcza
ulubiony kucyk Hans.
„Moim jedynym powiernikiem był mój Hans i on, jak sądziłem, rozumiał mnie."
[...] „Byłem i pozostałem samotnikiem, najchętniej bawiłem się lub też
zajmowałem czymkolwiek wtedy, gdy nie byłem obserwowany."
Możliwe, że Hoess wykazywał pewne cechy anankastyczne:
„Wciąż musiałem się myć i kąpać. Myłem i kąpałem w wannie lub w potoku
przepływającym przez nasz ogród wszystko, cokolwiek się tylko dało. W ten sposób
popsułem wiele rzeczy, zarówno ubranie, jak i zabawki."
To zamiłowanie do czystości pozostało mu do końca życia; w obozie, jak się
zdaje, najwięcej denerwował go brud i nieporządek.
Również do końca życia nie potrafił wypracować właściwej postawy w stosunku do
bliźnich. Była to zawsze postawa „na baczność" wobec rozkazów od przełożonych
lub w trakcie wydawania ich podwładnym. Nie potrafił wytworzyć postawy w
płaszczyźnie poziomej: równego z równym. Nie potrafił nawet zdobyć się na zwykły
ludzki stosunek człowieka do człowieka.
Jego świat dzielił się na wodzów, żołnierzy, wrogów i więźniów. Był to świat
kółek od maszyn, robotów, a nie ludzi. Nie było tu miejsca na uczucia, własny
osąd, wszystko było z góry zaplanowane, obliczone, ścisłe, naukowe, jasne.
W swym liście pożegnalnym Hoess pisze do swego najstarszego syna, Klausa:
„Największym błędem mego życia było to, że wszystkiemu, co przychodziło z góry,
ślepo ufałem i że nie odważyłem się mieć najmniejszej wątpliwości o prawdziwości
tego, co głoszono. Idź przez życie z otwartymi oczyma, nie bądź jednostronny,
rozważaj za i przeciw we wszystkich sprawach. We wszystkim, co przedsięweźmiesz,
kieruj się nie tylko rozumem, lecz zważaj szczególnie na głos swego serca. [,..]
Bądź człowiekiem, który przede wszystkim, w pierwszej linii kieruje się głębokim
uczuciem człowieczeństwa." Do żony: „Dopiero tu, w polskich więzieniach,
poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mnie, który jako komendant Oświęcimia
sprawiłem narodowi polskiemu tyle bólu i wyrządziłem tyle szkód -choć nie
osobiście i nie z własnej inicjatywy - okazywano ludzką wyrozumiałość, co mnie
bardzo głęboko zawstydzało."
Możliwe, że pisząc tak, Hoess miał nikłą nadzieję, iż takim pochlebstwem uzyska
prawo łaski, ale mimo wszystko jest zastanawiające to nagłe olśnienie,
49
4 Anus mundi
^^
jakiego doznał, odkrywając tuż przed śmiercią, że istnieje coś takiego, jak
człowieczeństwo.
Warto jeszcze zwrócić uwagą na zwrot: „choć nie osobiście i nie z własnej
inicjatywy". Wprawdzie Hoess uważał się za odpowiedzialnego zato, co się działo
w Oświęcimiu, i tak polskiemu sądowi sprawę, tę przedstawił, ale
odpowiedzialność ta wszakże wynikała z litery regulaminu obozowego: „Komendant
obozu jest pod każdym względem odpowiedzialny w pełni za całokształt spraw
obozowych." Hoess dobrze znał ten regulamin i uważał się za odpowiedzialnego za
Oświęcim, bo tak uczył regulamin. Ale nie miał poczucia odpowiedzialności. W
głębi serca czuł się prawdopodobnie do końca niewinny, bo on przecież spełniał
tylko swój obowiązek.
„Nie osobiście i nie z własnej inicjatywy" - słowa te wypowiadali chyba bez
wyjątku wszyscy zbrodniarze wojenni, w pewnym sensie słusznie, bo w systemie
total i stycznym niczego nie można robić „osobiście i z własnej inicjatywy".
System taki nie pozwala człowiekowi wytworzyć poczucia odpowiedzialności, które
jest tak istotną składową dojrzałej osobowości. System taki hamuje rozwój
osobowości, czerpie swą siłę z ludzi psychicznie skarlałych, niedojrzałych, bo
tacy najlepiej słuchają i wykonują rozkazy, dla nich ważny jest tylko autorytet.
„Stałem się nieświadomie - pisze Hoess w pożegnalnym liście do żony -jednym z
kół olbrzymiej niemieckiej maszyny niszczycielskiej. [...] Jakże to jest
tragiczne: ja, z natury łagodny, dobroduszny i zawsze uczynny, stałem się
najwięk-ii; szym ludobójcą, który na zimno i z pełną
konsekwencją wykonywał każdy rozkaz
zagłady. Przez długoletnie żelazne wychowanie w SS, które miało na celu
przekształcenie każdego esesmana w bezwolne narzędzie wykonywania wszystkich
planów Reichsfuhrera SS, i ja również stałem się automatem słuchającym ślepo
każdego rozkazu."
W cytowanej wypowiedzi użyty jest powszechny zwrot językowy: „słuchać ślepo
rozkazu". Jak wiadomo, w takich utartych zwrotach zawarta jest często głęboką
mądrość wielu pokoleń. „Słuchać ślepo rozkazu" - to znaczy nastawiać się
całkowicie na osiągnięcie celu: spełnienie rozkazu tak, jak nastawia się robota
czy jakąkolwiek maszynę elektronową na jakiś cel, wkładając w nią odpowiedni
typing (program). Nie ma tu możliwości wyboru, bo człowiek nic poza swoim celem
- rozkazem - nie widzi, nie potrafi ujrzeć „odwrotnej strony medalu", nie widzi
też rzeczy, które znajdują się po bokach prostej drogi prowadzącej do celu.
Hoess często w swym pamiętniku broni się, że z wielu okropności, które działy
się w Oświęcimiu, nie zdawał sobie sprawy, nie widział ich; zrzuca winę na
podwładnych, którzy nie trzymali się regulaminu obozowego, nie słuchali jego *
rozkazów. W cytowanym już kilkakrotnie liście do żony pisze:
„Dopiero podczas dochodzeń i procesu dowiedziałem sie. o największej części
okropności i potworności, które się tam [w Oświęcimiu] działy,"
Każdemu czytelnikowi tego rodzaju tłumaczenie wyda się dziecinnie naiwnym
kłamstwem. Jak się zdaje jednak, nie jest to kłamstwo powstałe w odruchu
samoobrony. Ludzie-roboty rzeczywiście wielu rzeczy nie widzą, cel przesłania im
bowiem pole widzenia. Tracą zdolność spojrzenia na rzecz z innych, rozmaitych,
punktów widzenia. Widzą tylko z jednego punktu.
Dla nich kij jest tylko narzędziem do bicia, a nie jest laską niewidomego,
zabawą dla psa, miarą do mierzenia, częścią drzewa, wyimaginowanym koniem, na
którym dziecko galopuje, itp. Istotą zabawy nie tylko u dzieci, lecz nawet u
wyższych zwierząt, jest właśnie umiejętność spojrzenia na tę samą rzecz w
różnoraki sposób. Poruszający się palec może być dla kotka raz myszką, którą
stara się złapać, innym razem zapowiedzią kary, to znów częścią pieszczącej
ręki. Dla małej dziewczynki jakiś gałganek może być jej córeczką, to znów piłką,
kawałkiem materii, z której można uszyć sukienkę dla lalki, i wieloma innymi
rzeczami z krainy czarów.
W zabawie jest zawsze humor, wynikający stąd, że nagle widzimy coś zupełnie
inaczej, niż przywykliśmy to widzieć. Dorośli zachowują się jak dzieci, dzieci
naśladują dorosłych, poważny pan zaczyna chodzić na „czterech nogach" i staje
się koniem i twórcą wielu innych niespodzianek, które przynosi każda chwila
zabawy.
Mały Hoess nie miał towarzyszy zabaw; miał swego kucyka, ale ten nie stworzył mu
krainy baśni, jaką daje zabawa z innymi dziećmi, a rodzice też mu tego świata
bajkowego nie potrafili stworzyć. Mył wciąż w wodzie jakiś wyimaginowany brud -
może swych tłumionych agresji. Oczywiście, są to przypuszczenia bardzo niepewne;
materiał biograficzny okresu dzieciństwa jest zbyt skąpy, by można kusić się o
próbę tłumaczenia obsesyjnego prawie zamiłowania do czystości. Wiele zresztą
dzieci ma podobne dzieciństwo - w oschłej, zimnej atmosferze, gdzie nie ma
miejsca na zabawy, fantazję, pieszczotę. Są to dzieci nieszczęśliwe, ale
nierzadko wyrastają z nich jak najbardziej wartościowi ludzie.
Jałowe dzieciństwo pozostawiło na Hoessie ślad na całe życie. Ten człowiek chyba
nigdy nie umiał się bawić, żartować, nie miał za grosz poczucia humoru, życie
jego składało się tylko z wypełniania rozkazów. Wszystko brał na serio, nawet
ułożony przez siebie tragikomiczny napis na bramie Oświęcimia. Brak poczucia
humoru wynikał też z ciasnoty umysłowej tego człowieka, nie umiejącego uchwycić
całości zagadnienia.
Wszystkie rozkazy wypełnia z zapałem, jest dobrym uczniem, odważnym żołnierzem w
kampanii irackiej, wzorowym więźniem w czasie odsiadywania w latach 1923-1928
kary za współudział w mordzie kapturowym w latach dwudziestych. O swoim pobycie
w więzieniu pisze:
51
„Będąc od młodości przyzwyczajony przez wychowanie do bezwzględnego
posłuszeństwa, pedantycznego porządku i czystości, nie miałem pod tym względem
szczególnych trudności w przystosowaniu się do twardego, więziennego życia.
Sumiennie wypełniałem przepisane mi obowiązki, wykonywałem żądaną pracę i ku
zadowoleniu majstrów najczęściej jeszcze więcej, niż żądano."
Jednak w trzecim roku pobytu w więzieniu Hoess przeżył załamanie psychiczne, o
którym pisze:
„Po upływie dwóch lat, które spędziłem bez szczególnych wydarzeń, w nieodmiennie
jednakowy sposób, wpadłem nagle w swoisty stan. Stałem się bardzo podniecony,
nerwowy i wzburzony. Ogarnął mnie wstręt do pracy [wówczas zajmował się
krawiectwem i robił to bardzo chętnie]. Nie mogłem zupełnie jeść, każdy kęs,
który łykałem przemocą, wracał z powrotem. Nie mogłem wcaie czytać ani w ogóle
się skupić. Jak dzikie zwierzę miotałem się po celi tam i z powrotem. Nie mogłem
już spać; dotychczas spałem zawsze mocno i prawie bez marzeń sennych przez całą
noc. Teraz musiałem wstawać i krążyć po celi, nie mogąc znaleźć spokoju. Gdy
wreszcie z wyczerpania padałem na łóżko i zasypiałem, po krótkim czasie znowu
się budziłem zlany potem od pogmatwanych, koszmarnych snów. W tych bezładnych
snach byłem wciąż ścigany, zabijany, rozstrzeliwany albo spadałem w przepaść.
Noce stały się dla mnie męką. Godzina po godzinie słyszałem bicie wieżowych
zegarów. Im bliżej było do rana, tym większa ogarniała mnie groza przed dniem,
przed ludźmi, którzy znów się ukażą - a ja nie chciałem, nie mogłem nikogo
widzieć. Usiłowałem przemocą wziąć się w karby, nie mogłem jednak nic na to
poradzić. Chciałem się modlić, nie wydobyłem z siebie nic więcej, jak tylko
żałosny bełkot trwogi, oduczyłem się modlitwy, nie odnalazłem już drogi do Boga.
W tym stanie wierzyłem, że Bóg już nie chce mi pomóc, ponieważ go opuściłem.
Dręczyło mnie moje oficjalne wystąpienie z Kościoła w r. 1922. Czyniłem sobie
bardzo gorzkie wyrzuty, że nie posłuchałem rodziców i nie zostałem duchownym.
Dziwne, że właśnie to wszystko tak mnie w owym stanie dręczyło. Moje wzburzenie
wzrastało z dnia na dzień, nawet z godziny na godzinę. Byłem bliski szaleństwa.
Fizycznie podupadałem coraz bardziej. Mojego majstra uderzyło obce mi dotąd
roztargnienie; najprostsze rzeczy robiłem wręcz na opak i chociaż zaciekle
pracowałem, nie wyrabiałem już normy."
Lekarz rozpoznał u Hoessa psychozę więzienną. Po kilkudniowym leczeniu
szpitalnym Hoess wrócił do zdrowia. Było to najsilniejsze załamanie psychiczne w
jego życiu, o wiele silniejsze niż to, którego doznał w późniejszych latach, pod
koniec pełnienia swej funkcji w obozie oświęcimskim.
Wzorowym więźniem był Hoess również w polskim więzieniu. „Pisał również z
własnej inicjatywy, gdy zauważył, że jakieś zagadnienie poruszane na marginesie
52
przesłuchań interesuje przesłuchującego" - notuje J. Sehn. Ta chęć wykonania
polecenia celująco jest dla Hoessa dość charakterystyczna. Chciałby jak gdyby
uprzedzić życzenia przełożonych, niezależnie od tego, kim jest ten przełożony,
może nim być nawet Polak.
W związku z otrzymaniem od Himmlera rozkazu rozszerzenia obozu oświęcimskiego
pisze Hoess następująco o swoim zapale do pracy:
„Od początku byłem całkowicie pochłonięty, wprost opętany moim zadaniem i
otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał.
Nie chciałem kapitulować, nie pozwala mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż
tylko swoją pracę."
W Oświęcimiu Hoess przechodził, jak można się z jego wspomnień domyślać,
nerwicę, którą dałoby się określić we współczesnej terminologii jako managers'
neurosis (nerwica dyrektorska).
„Coraz bardziej zamykałem się w sobie, stawałem się niedostępny i z każdym dniem
twardszy. Moja rodzina, a zwłaszcza żona, cierpiała z tego powodu: bywałem wręcz
nieznośny. Nie widziałem już nic poza swoją pracą i swym zadaniem. Wszystkie
ludzkie odruchy zostały przez to wyparte. [...] Najchętniej bym uciekł, aby
znaleźć się w samotności, ponieważ nagle nie chciałem już nikogo więcej
widzieć."
Leczył się najstarszym „neuroleptykiem" - alkoholem.
„Alkohol wprowadzał mnie szybko w wesoły nastrój i wywoływał uczucie życzliwości
dla całego świata."
Przyczyną nerwicy nie była jednak masowa zagłada Żydów i innych narodowości.
Wiadomość o udanych próbach z cyklonem przyjął z radością:
„Teraz byłem spokojny, że rzezie ominą nas wszystkich i że ofiarom będzie można
do ostatniej chwili oszczędzić cierpień." O okropnościach obozu pisze:
„Widziałem wszystko zupełnie dokładnie, czasem aż nazbyt realnie, ale nie wolno
mi się było temu poddać. W obliczu ostatecznego celu - konieczności wygrania
wojny - wszystko, co ginęło po drodze, nie powinno mnie było powstrzymać od
działania i musiało być uważane za pozbawione znaczenia."
Jak widać, stanowisko Hoessa wobec masowej zagłady, której stał się bezpośrednim
sprawcą, było jasno sprecyzowane i pojęcie o słuszności takiego stanowiska wobec
ostatecznego celu: wygrania wojny-nie budziło w nim żadnej wątpliwości.
Do widoku okropności przyzwyczaił się już od 14 roku życia, tak że dość szybko
przywykł do codziennych „widoków" oświęcimskich. Był tak do nich przyzwyczajony,
że ich nie widział. Dowiedział się o nich, jak pisze, dopiero na swoim procesie.
53
¦'¦''"¦ O Cyganach pisze z dużą sympatią i rozkaz Himmlera, by ich likwidować,
był mu przykry, ale rozkaz jest rozkazem.
„Lekarze w myśl rozkazu Reichsfuhrera SS powinni byli likwidować w dyskretny
sposób chorych, a zwłaszcza dzieci. Oni [Cyganie] zaś mieli takie zautanie do
lekarzy. Nie ma nic bardziej ciężkiego niż konieczność przechodzenia nad tym do
porządku w sposób zimny, bezlitosny, pozbawiony współczucia/'
Do Żydów nie czuł sympatii, ale, jak twierdził, nie żywił do nich uczucia
nienawiści:
„Chciałbym tu jeszcze zaznaczyć, że jeśli o mnie chodzi, to osobiście nigdy nie
czułem nienawiści do Żydów. Uważałem ich wprawdzie za wrogów naszego narodu, ale
dlatego właśnie sądziłem, że należy ich traktować na równi z innymi więźniami i
tak samo z nimi postępować. Uczucie nienawiści jest mi w ogóle obce."
Likwidację Żydów uważał za swój najświętszy obowiązek obywatelski, taki bowiem
otrzymał rozkaz od Himmlera w lecie r. 1941. W czasie rozmowy w cztery oczy
Reichsfuhrer SS powiedział mu:
„Fuhrer zarządził ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej. My, SS, mamy ten
rozkaz wykonać. Początkowo zamierzałem powierzyć to zadanie jednemu z wyższych
oficerów SS, ale zaniechałem tego, pragnąc uniknąć trudności przy rozgraniczaniu
kompetencji [W ten dość prosty sposób Himmler pogłaskał mile ambicję Hoessa],
Obecnie powierzam panu przeprowadzenie tego zadania. Jest to praca ciężka i
trudna, wymagająca całkowitego poświęcenia się bez względu na to, jakie
trudności się wyłonią" (więc praca jakby stworzona dla Hoessa, bo on uznawał
tylko prace „trudne i wymagające całkowitego poświęcenia"; na ołtarzu obowiązku
złożyłby z siebie całopalną ofiarę). Himmler mówił dalej: „Rozkaz ten ma pan
zachować w tajemnicy, nawet w stosunku do swoich przełożonych."
Hoess zostaje więc dopuszczony do najwyższej tajemnicy służbowej: dzięki temu
jednemu zdaniu uniósł się wysoko ponad głowy swych bezpośrednich zwierzchników.
W trzech ostatnich zdaniach rozmowy Himmler uzasadnia zwięźle celowość akcji
eksterminacyjnej:
„Żydzi są odwiecznymi wrogami niemieckiego narodu i muszą zostać wytępieni.
Wszyscy Żydzi, których dostaniemy w nasze ręce, będą w czasie tej wojny bez
wyjątku zgładzeni. Jeśli teraz nie uda nam się zniszczyć biologicznych sił
zydostwa, to kiedyś Żydzi zniszczą naród niemiecki."
Gdyby powyższe trzy zdania umieścić w podręczniku psychiatrii, mogłyby one
świetnie ilustrować mechanizm projekcji paranoidalnej. „Nienawidzę Żydów"
zostaje stłumione i zastąpione przez: „Żydzi nienawidzą mnie", „są odwiecznymi
wrogami narodu niemieckiego". „Ja ciebie nienawidzę" zostaje zamienione w „ty
54
mnie nienawidzisz", „chcesz mnie zniszczyć", „więc, by się bronić, musze,
zniszczyć ciebie"; „jeśli teraz nie uda się nam zniszczyć żydostwa, to kiedyś
Żydzi zniszczą naród niemiecki".
Jeżeli powyższy cytat z wypowiedzi Himmlera był w pewnym sensie reprezentatywny
dla sposobu myślenia i odczuwania pewnej części narodu niemieckiego w latach
trzydziestych i czterdziestych, to według kryteriów psychiatrycznych można by
myśleć o zbiorowym nastawieniu urojeniowym.
Nie mamy powodu przypuszczać, że Hoess myślał inaczej niż taki wysoki
zwierzchnik, jak Reichsfuhrer SS. Paląc miliony Żydów, miał prawdopodobnie
poczucie dobrze spełnionego obowiązku i, jak wspomniano, cieszył się, że dzięki
wprowadzeniu cyklonu akcja przebiegała sprawniej. Martwił się natomiast, gdy mu
kazano część Żydów przeznaczyć do pracy w przemyśle zbrojeniowym, bo to psuło mu
porządek - „czystość roboty".
„Ze względu na to, że Reichsfuhrer SS - pisze Hoess - domagał się coraz
bardziej, aby zatrudniano w przemyśle zbrojeniowym więcej więźniów, Pohl był
zmuszony uwzględnić również Żydów, którzy utracili zdolność do pracy. Nadszedł
rozkaz, aby wszystkich Żydów niezdolnych do pracy, których można wyleczyć w
ciągu sześciu tygodni i przywrócić im zdolność do pracy, szczególnie starannie
pielęgnować i dobrze odżywiać." (Dotychczas wszyscy Żydzi, którzy stali się
niezdolni do pracy, byli zagazowywani wraz z najbliższymi transportami albo
zabijani zastrzykami, jeśli leżeli jako chorzy w rewirze.) „Rozkaz ten był
kpiną" - oburza się Hoess. Pierwszy raz ośmiela się oburzać na rozkaz
przełożonych i uzasadnia dalej w sposób jak najbardziej rzeczowy jego
absurdalność. Jego bezgraniczna dotąd wiara w mądrość rozkazów przełożonych
została zachwiana.
Zawiódł się też na Himmlerze, wydawał on bowiem sprzeczne rozkazy, nie pomagał
mu w niczym w trudnych sytuacjach obozowych. Przytoczywszy szereg przykładów
sprzecznych rozkazów Himmlera, z oburzeniem pisze o nim: „Tak oscylowały jego
poglądy!" Tak samo wyglądała kwestia karania. Raz uważał, że za dużo jest
wniosków o kary chłosty; innym razem: „Dyscyplina w obozach na ogół osłabła,
należy ją podciągnąć i karać surowiej." Nie oburzał się na cytowany już rozkaz
dotyczący zagłady Żydów, może nawet czuł się zaszczycony powierzeniem mu tak
odpowiedzialnej misji, ale oburzało go, że ten sam Himmler wydawał sprzeczne
rozkazy lub rozkazy niewykonalne, czy też zakłócające porządek i organizację
życia obozu. Było to bowiem zachwianie wiary w sprawę najświętszą: w rozkaz.
Ostatecznie wiara Hoessa w autorytet swego wodza zachwiała się, gdy w dniach
klęski Niemiec Himmler kazał mu „dać nura w armię", zamiast, jak się spodziewał,
umrzeć przez samobójstwo wraz ze światem, o który walczyli. Wydaje
55
II.i
się, że Reichsfuhrer przyczynił się w niemałej mierze do wywołania objawów
nerwicowych u komendanta obozu.
Inni przełożeni nie byli lepsi.
„Ten brak zrozumienia ze strony moich przełożonych doprowadzał mnie niemal do
rozpaczy. Wkładałem w moje zadanie całą umiejętność, całą wolę, całkowicie mu
sią poświęciłem, a Glucks widział w tym tylko kaprys i zabawę" (to brzmi prawie
jak skarga pilnego uczniaka, który dostał dwóję).
Nie tylko przełożeni sprawiali mu zawody, lecz także podwładni.
„Widziałem, jak moi współpracownicy oszukują mnie na każdym kroku, codziennie
przeżywałem nowe rozczarowania."
Przyczyną nerwicy obozowej Hoessa nie był więc, jak można by przypuszczać,
konflikt moralny związany z samym faktem, że się jest komendantem obozu śmierci.
To było jego zaszczytnym obowiązkiem. Widok potwornych codziennych zbrodni nie
wywoływał w nim poczucia winy, gdyż zabijanie ludzi nie było dla niego zbrodnią,
lecz żołnierskim obowiązkiem niszczenia wrogów Trzeciej Rzeszy. Gdyby tych
wrogów się nie zniszczyło, oni by zniszczyli naród niemiecki.
Nerwicorodne poczucie winy powstało u Hoessa z czegoś całkiem przeciwnego,
mianowicie z przeświadczenia, że swoich obowiązków kata nie wypełnia należycie.
Dla tego starego żołnierza, wychowanego od dziecka w „głębokim - jak sam pisze -
poczuciu obowiązku", świadomość, że się obowiązku nie spełnia należycie, była
czymś nie do zniesienia.
Hoess stara się zmniejszyć ciężar winy, obciążając nią swoich podwładnych i
przełożonych. By zmniejszyć ten nieznośny ciężar, odważa się krytykować nawet
swego najwyższego przełożonego - Reichsfiihrera SS. Ale w ten sposób zachwiały
sią autorytety, co też z kolei jest momentem nerwicorodnym dla tego typu
człowieka co Hoess, dla którego kwestia autorytetu od lat najmłodszych była
sprawą najważniejszą.
Choć brzmi to niewiarogodnie, leżący u podłoża nerwicy Hoessa konflikt moralny
był wywołany poczuciem niewydolności w spełnianiu swych obowiązków kata. Sam
fakt, że jest się katem, nie budził w nim poczucia winy, może nawet nie docierał
do jego świadomości. Od dziecka był bowiem wdrażany do ścisłego wypełniania
rozkazów, lecz nie do analizowania ich treści.
Nie wydaje się też prawdopodobne, by codzienny widok okropności obozowych był
przyczyną nerwicy Hoessa. Już bardzo wcześnie zaczął przyzwyczajać się on do
widoku krwi i cierpienia.
W 14 roku życia „wskutek ciągłego naprzykrzania się - jak pisze - uzyskałem od
matki zezwolenie na zgłoszenie się w charakterze siły pomocniczej do Czerwonego
Krzyża. [...] Słyszałem, jak w szpitalach jęczeli ciężko ranni, prześlizgiwałem
56
się nieśmiało obok takich łóżek. Widziałem także umierających i nawet umarłych.
Doznawałem wówczas swoistego, przejmującego dreszczem uczucia. Dzisiaj jednak
nie potrafiłbym go już dokładnie opisać,"
Może to „przejmujące dreszczem uczucie" na widok umierających i zmarłych było
podbarwione seksualnie i dlatego zostało zepchnięte w niepamięć, nie ma na to
jednak żadnych dowodów. Zresztą uczucia podbarwione sadystycznie nie są tak
rzadkie u dzieci. W każdym razie w całym życiorysie Hoessa trudno doszukać się
śladów jawnego, a nawet ukrytego sadyzmu, co podkreśla zresztą Batawia.
Dobrą szkołą dla przyszłego komendanta Oświęcimia były korpusy ochotnicze, do
których Hoess należał między 19 a 23 rokiem życia. Pisze o nich następująco:
„Walki w krajach bałtyckich znamionowała dzikość i zaciętość, z jaką nie
spotkałem się ani przedtem, podczas wojny światowej, ani potem, podczas innych
walk korpusów ochotniczych. [...] Gdy dochodziło do starcia, przeradzało się ono
w rzeź aż do całkowitego wyniszczenia. [...] Niezliczone razy widywałem
przerażające obrazy wypalonych chat i zwęglonych zwłok kobiet i dzieci."
Niezłą też szkołą były istniejące w tych korpusach sądy kapturowe.
„Ponieważ rząd - pisze Hoess - nie mógł uznawać korpusów ochotniczych, nie mógł
też ścigać i karać przestępstw w szeregach tych jednostek, jak kradzież broni,
zdrada tajemnic wojskowych, zdrada kraju itp. Dlatego powstał w korpusach
ochotniczych i organizacyjnych, które zajęły ich miejsce, samosąd oparty na
starych niemieckich wzorach z podobnych sytuacji: sąd kapturowy. Jakakolwiek
zdrada była karana śmiercią. Tylu zdrajców zostało zgładzonych."
Tak Hoess przysposabiał się do swego przyszłego stanowiska sędziego i kata w
jednej osobie.
Potem przechodzi już regularne przeszkolenie w obozie koncentracyjnym w Dachau
(1934-1938). Uczono tam, według słów Hoessa, że „każdy minimalny objaw
współczucia pokazuje wrogom państwa słabą stronę, z której nie omieszkaliby
skorzystać. Jakiekolwiek współczucie dla wrogów państwa jest niegodne członka
SS. Dla ludzi miękkiego serca nie ma miejsca w szeregach SS i dobrze by zrobili,
gdyby jak najszybciej wstąpili do klasztoru. W SS potrzebni są tylko ludzie
twardzi, zdecydowani, słuchający ślepo każdego rozkazu. Nie darmo noszą trupią
główkę i stale nabitą broń. Są oni jedynymi żołnierzami, którzy również w czasie
pokoju mają dniem i nocą do czynienia z wrogiem, z wrogiem za drutami." W ten
sposób funkcja strażnika więziennego i kata została podniesiona do służby
frontowego żołnierza.
Nawet na Hoessie silne wrażenie wywarła pierwsza kara chłosty:
„Pamiętam dokładnie pierwszą karę chłosty, którą widziałem. Stałem w pierwszym
rzędzie i byłem zmuszony dokładnie przyglądać się całemu przebiegowi kary
57
chłosty. Mówią «zmuszony», bo gdybym stał w tylnym szeregu, nie patrzyłbym na
to. Robiło mi sią zimno i gorąco, gdy zaczęły sią krzyki. Całe wydarzenie już od
początku przyprawiło mnie o dreszcze." Budziły sią w nim wątpliwości, czy nadaje
sią do tego rodzaju służby. „I tu właśnie zaczyna sią moja wini. Uświadomiłem
sobie wyraźnie, że nie nadawałem sią do tej służby, gdypTifś.Sadzałem sią
wewnętrznie z takim życiem i postępowaniem w obozie kónceritfacyinym, jakiego
wymagał Eicke. Byłem wewnętrznie zbyt mocno związŚnyż^więźrilami, ponieważ zbyt
długo sam żyłem ich życiem, sam przeżywałem^ fófi niedolę. {: J Długi czas
walczyło we mnie moje wewnętrzne przekonanie z pocziicierri obowiązku wierności
wobec przysięgi SS i uroczystego ślubowania FuhreriMCzy miałf zostać
dezerterem?"
^ 'f' i5'i:-'¦¦'•
Tak więc Hoess stopniowo od młodych lat przygotowywał 'śTcfi . ^ przyszłego
stanowiska komendanta Oświęcimia. :°:
Na marginesie warto wspomnieć o życiu religijnym Hoessa. Był wySflowany w
atmosferze religijnej, może nawet przesadnie religijnej.
„Wskutek złożonego przez ojca ślubu - pisze Hoess - w myśl którego miałem zostać
duchownym, zawód mój był już z góry ustalony. Całe moje wychowanie było
nastawione w tym kierunku. Z biegiem czasu ojciec stawał się coraz bardziej
religijny. Gdy tylko czas mu pozwalał, wyjeżdżał ze mną do różnych cudownych
miejsc w moim kraju, do pustelni w Szwajcarii oraz do Lourdes we Francji. Gorąco
błagał o błogosławieństwo niebios dla mnie, abym został kiedyś świątobliwym
kapłanem. Ja sam byłem również głęboko wierzący, o ile to możliwe u chłopca w
tym wieku, i swoje obowiązki religijne traktowałem bardzo poważnie. Modliłem sią
z prawdziwie dziecięcą powagą i nader gorliwie pełniłem obowiązki ministranta."
Załamanie religijne nastąpiło w 13 roku życia. Przyczyną było to, że spowiednik
Hoessa, który był zarazem przyjacielem jego ojca, naruszając tajemnicę
spowiedzi, opowiedział ojcu o wypadku, który młody Hoess miał w szkole. Dalszym
bodźcem do odsunięcia się od religii i zrezygnowania ze stanu duchownego, do
którego przeznaczył go ojciec, był pobyt w Palestynie, gdzie widział, jak w
„miejscach świętych kupczono po handlarsku świątościami". W 22 roku życia
wystąpił oficjalnie z Kościoła katolickiego.
Wrócił do religii dopiero w polskim więzieniu. W swoim liście pożegnalnym do
żony pisze:
„Podczas mego długiego samotnego pobytu w więzieniu miałem dość czasu i spokoju,
aby gruntownie przemyśleć całe swe życie. Całe swoje postępowanie zrewidowałem
gruntownie. [...] Cała ideologia, cały świat, w który tak mocno i świącie
wierzyłem, były oparte na zupełnie fałszywych założeniach i bezwzględnie musiały
kiedyś runąć. Moje postępowanie w służbie tej ideologii było także zupełnie
58
fałszywe, choć działałem w dobrej wierze o słuszności tej idei. Jest więc
zupełnie logiczne, że obudziło się we mnie dużo wątpliwości, czy również moje
odstąpienie od wiary,vy. Boga nie polegało na całkowicie fałszywych założeniach.
Było to ciężkie zmagacie sj,ę. Jednakże odnalazłem swą wiarę w Boga. Nie mogę
ci, najukochańsza, już wiejej pisać o tych rzeczach, prowadziłoby to za daleko."
J^wjadoccio, szukając etiologii zaburzenia psychicznego, można trzymać się
równych ,?asa0Fi^pzych kierunków: biologicznego, psychologicznego, socjologicz-
rega ^0rwymie.rjić najbardziej podstawowe. W samym biologicznym kierunku
iśtr^JftfiĘi* ppniejszych szlaków: genetyczny, chemiczny, neurofizjologiczny,
:atoi«jątegiqzji,y itp. Oczywiście żaden z tych kierunków nie prowadzi do
całkowi-pożnania etiologii schorzenia, pozwala nam tylko spojrzeć na całą sprawę
z , ?1#cg|)Pjjnktu widzenia.
i- adobńie też w wypadku opisanej uprzednio reakcji więziennej Hoessa możemy
tłumaczyć ją rozmaicie, choćby monotonią i izolacją życia więziennego. Można też
na całą sprawę popatrzeć i w ten sposób, że nerwica czy psychoza są
ostrzeżeniem, iż nasze życie nie przebiega w sposób właściwy, zgodny z prawami
rozwoju człowieka. Podobnie jak ból jest sygnałem ostrzegawczym, że coś
organizmowi zagraża. Rzadko kiedy człowiek może w pełni rozwinąć wszystkie
tkwiące w nim możliwości, część z nich przez całe życie jest stłumiona i nie ma
możności rozwoju. Czasem w sytuacjach wyjątkowych, wymagających olbrzymiego
wysiłku, ujawnia się prawdziwa wartość człowieka. W sposób chaotyczny i burzliwy
wychodzą na wierzch te nie wyzyskane „energie" w ostrej fazie psychozy.
Są jednak ludzie, których całe życie przebiega w sposób skarłowaciały. Ludzie ci
nie mają możności swobodnego rozwoju, karłowacieją jak drzewko osadzone w
doniczce. Życie ich przeraża swą nudą, monotonią, jałowością. W języku
psychiatrycznym można powiedzieć, że ludzie ci nie potrafią stworzyć własnej
osobowości, żyją „z drugiej ręki", jak to określa dr Gilbert. Takie było życie
Hoessa, zawsze w cieniu autorytetu, zawsze tłumione, zamknięte w ciasnych
obręczach rozkazów. Może psychoza więzienna była właśnie ostrzeżeniem, że tak
dalej żyć nie można. I rzeczywiście, po przejściu załamania psychicznego, Hoess
postanawia zmienić dotychczasowy tryb życia, osiąść na roli i założyć liczną
rodzinę. Brzmiało to sielankowo. Wkrótce jednak wstąpił do SS.
Tak więc ostrzeżenie w formie więziennej psychozy nie pomogło. Hoess wrócił do
swej dawnej linii życiowej - bezwzględnego posłuszeństwa i w formacjach SS
kształcił się dalej na coraz doskonalszego robota.
Jeśli można typologię ludzką poszerzyć o typ robota, człowieka, którego życie
polega na ślepym posłuszeństwie, precyzyjnym wykonywaniu rozkazów, wierzącego
bez reszty w autorytety, pozbawionego zupełnie zmysłu humoru, gdyż humor może
59
zagrażać autorytetowi człowieka, który potrafi patrzeć tylko jednostronnie, przy
czym inne kąty widzenia są mu niedostępne - to należałoby równocześnie dodać, że
ten typ ludzi jest skłonny do kompensowania swego, może podświadomego, poczucia
niższości chęcią bezwzględnego podporządkowania sobie innych ludzi. Miejmy
nadzieję, że ten typ robota-nadczłowieka zaginął wraz z hitlerowskimi Niemcami.
Rampa; psychopatologia decyzji
Jednym z obozowych obrazów, które obok kominów krematoryjnych i stosów nagich,
wyniszczonych ciał utkwią na długi czas w pamięci ludzkości, jest scena selekcji
na rampie. Tłum kobiet, mężczyzn, starców, dzieci, bogatych i biednych, pięknych
i brzydkich, defilował przed lekarzem SS, stojącym w postawie władcy i sędziego.
Nieznaczny ruch ręki tego człowieka decydował, czy stojący przed nim drugi
człowiek pójdzie za chwilę do gazu, czy też dana mu będzie możliwość przeżycia
choćby kilku dni lub miesięcy. Było w tej scenie coś z sądu ostatecznego; ruch
ręki kierował do ognia lub dawał sposobność ocalenia. Ci, co czekali na wyrok,
zazwyczaj nie wiedzieli, co ich czeka. Wiedzieli tylko, że ruch ręki jest ważnym
znakiem w ich życiu, coś oznacza, ale co, pozostało dla nich nieraz tajemnicą aż
do chwili, kiedy w otworze sufitu rzekomej łaźni ukazywała się głowa w masce
gazowej. Gdy więźniowie szli do selekcji i wiedzieli, że idą do gazu, ostatkiem
sił starali się wyprostować, maszerować sprężystym krokiem, by zrobić na lekarzu
SS dobre wrażenie i znaleźć się po jego prawicy.
Jedną z paradoksalnych cech życia obozowego było, jak się zdaje, to, że przy
swej przygniatającej szarości, prawdziwej Nachł und Nebel, miało ono także
niesłychaną ostrość. Zjawiska w normalnym życiu dyskretne, objawiające się w
rozmaitych subtelnych odcieniach i dlatego niekiedy niedostrzegalne, tutaj
występowały dramatycznie, w proporcjach niezwykłych, budząc w obserwatorze
przerażenie i jednocześnie podziw dla ludzkiej natury. Dlatego analiza życia
obozowego może pomóc w zrozumieniu wielu zjawisk życia ludzkiego, które
normalnie wymykają się spod obserwacji z powodu swej dyskretności i
wieloznaczności. Można by się tu dopatrywać pewnych analogii z psychiatrią,
której teren obserwacji obejmuje także zjawiska życia ludzkiego w
wyolbrzymionych proporcjach, dzięki czemu są łatwiej spostrzegalne. Niezwykłą
ostrością przeżyć obozowych należy też tłumaczyć fakt ich głębokiego wrycia się
w pamięć. Wielu byłych więźniów do tej pory ma sny obozowe, a niektóre obrazy
życia obozowego często i łatwo władają ich wyobraźnią.
61
i
II
'• Tak zwykły w codziennym życiu życzliwy gest, przyjazne słowo, serdeczny
uśmiech mogły w obozie komuś uratować życie, przywrócić mu wiarą w siebie. Tak
cząste w życiu każdego stany rezygnacji i tęsknoty za końcem codziennej udręki,
które mijają jak pochmurne dni bez śladu, w obozie nierzadko kończyły się
śmiercią. Kto nie chciał żyć, miał już wszystkiego dość, niejednokrotnie nie
budził się następnego ranka. Związki przyjaźni w obozie były tak silne, że
przetrwały próbę czasu i wyparły nierzadko wszelkie inne więzi uczuciowe,
wcześniejsze i późniejsze. Dla tych, co przeszli obóz, towarzysze niedoli
pozostaną na zawsze najbliższymi i jedynymi ludźmi umiejącymi ich zrozumieć.
Cechy dobre i złe ludzkiej natury, które u każdego w normalnym życiu mieszczą
się razem, tworząc skomplikowany obraz jego charakteru, w obozie rozrastały się
do wymiarów bohaterstwa, świętości i męczeństwa lub potwornej brutalności,
egoizmu, okrucieństwa i zwyrodniałego cynizmu. Przykładów takich można by
cytować wiele. Życie na krawędzi śmierci, gdzie jeden fałszywy krok, mylna
decyzja lub po prostu przypadek mogły skończyć się unicestwieniem więźnia lub
pchnąć go na drogę brutalnej przemocy, na której stopniowo tracił swe
człowieczeństwo, było prawdopodobnie główną przyczyną zaostrzenia cech i praw
ludzkich.
Takiemu zaostrzeniu uległ też w obozie problem decyzji. Sytuacja na rampie
obejmowała trzy warianty ludzkiej decyzji: tego, co decyduje o losie drugiego
człowieka, tego, co wie, co go czeka, i postanawia wyjść z próby zwycięsko, oraz
tego, co nie wiedział, co mu los gotuje i jak mu wyjść naprzeciw, który w swych
wątpliwościach, lęku i niepewności podejmował decyzje przypadkowe i nierzadko
bezsensowne.
Te trzy warianty spotyka się także najczęściej w życiu codziennym.
Najłatwiej wyobrazić sobie przeżycia tych, którzy ostateczny wyrok ferowali.
Może chwilami czuli się oni w roli Boga na sądzie ostatecznym, ale raczej byli
tym wszystkim znużeni i znudzeni. Wierzyli, że w ten sposób spełniają swój
obowiązek oczyszczania rasy, spieszyli się, bo myślami byli już gdzie indziej,
po ciężkim obowiązku czekała ich zwykle libacja, alkohol spłukiwał ślady
wyrzutów sumienia. Decydujący o życiu ruch ręki był raczej kwestią przypadku niż
przemyślenia; co dziesiątemu czy co dwudziestemu można było darować życie.
W normalnym życiu społecznym trudno uniknąć sytuacji, w których musi się o losie
drugiego człowieka decydować lub w których własny los od cudzej decyzji jest
zależny. Zakres władzy i stopień hierarchii społecznej są na ogół proporcjonalne
do wagi decyzji. Decyzja jest tym ważniejsza, im większej liczby osób dotyczy i
im większy wpływ na ich los wywiera. Każda decyzja jednak, gdy dotyczy drugiego
człowieka, jest obarczona ciężarem dużej odpowiedzialności. Można nawet postawić
pytanie, w jakim stopniu ma się prawo brać tę odpowiedzialność na siebie.
62
Ci, którzy na rampie decydowali o życiu i śmierci tysięcy ludzi z wszelkim
prawdopodobieństwem poczucia odpowiedzialności za ich los nie mieli lub mieli je
w sensie negatywnym jako poczucie odpowiedzialności za to, by sprawnie
zlikwidować tych, którzy w ich pojęciu byli zakałą ludzkości. Trzeba chyba
przyjąć, że cierpieli oni na patologiczny brak wyobraźni. Inaczej ruch ręki nie
przychodziłby im z taką łatwością. Działali na zasadzie automatu: byle więcej,
byle szybciej.
Każdemu zdarza się decydować o losie drugiego człowieka. Decyzje te nie należą
do łatwych. I dlatego w takich sytuacjach dużą pomocą są różnego rodzaju normy,
z góry określające, jaką decyzję podjąć w danych warunkach. Takimi normami dla
sędziego są przepisy prawne, dla lekarza wiadomości z zakresu diagnostyki i
prognozy, dla nauczyciela zakres wymagań egzaminacyjnych. Im decyzja ma być
bardziej bezstronna, tym silniej trzeba oprzeć się na normach, a wyłączyć
momenty natury subiektywnej, zwłaszcza emocjonalnej. Tym samym decyzja przestaje
być własną, a staje się decyzją normatywną, tzn. jakikolwiek inny człowiek,
opierający się na tych samych normach, wydawałby decyzję identyczną. W tym
sensie sprawiedliwość jest ślepa. Człowiek idealnie sprawiedliwy nie patrzy na
człowieka, o którym decyduje, swoimi oczyma, ale z punktu widzenia norm, których
jest przedstawicielem. Idąc tokiem tego rozumowania można by dojść do
absurdalnego wniosku, że w sytuacji na rampie człowiekiem „idealnie
sprawiedliwym" był lekarz SS, który ślepo trzymał się norm zleconych mu przez
przełożonych: najsilniejsi do obozu, wszyscy inni do gazu; ze swej decyzji
wyłączał on wszelkie momenty subiektywne, zwłaszcza emocjonalne, i działał jak
automat. Otóż absurdalność takiego wniosku zdaje się tkwić w tym, że człowiek
normalnie nie jest zdolny do decyzji absolutnie sprawiedliwych i że nie może
zasłonić sobie oczu jak przysłowiowa Temida. Decydując o losie drugiego
człowieka nie może on tylko trzymać się norm, ale też musi go widzieć, wczuć się
w niego, wyobrazić sobie jego sytuację przeszłą, teraźniejszą i przyszłą itd.
Wszystkie czynności psychiczne związane z taką decyzją odbywają się kosztem
dużego zaangażowania uczuciowego. Wie o tym dobrze każdy nauczyciel, lekarz i
sędzia, a więc ludzie, których zawód w dużej mierze polega na decydowaniu o
cudzym losie. Nigdy też najlepszy nawet mózg elektronowy nie zastąpi ich w
pracy.
Przykład lekarza SS przy selekcji na zasadzie kontrastu uzmysławia nam znaczenie
czynnika emocjonalnego w powstawaniu decyzji, zwłaszcza tych, które odnoszą się
do innych ludzi. Najważniejszym otoczeniem człowieka są inni ludzie i dlatego
decyzje ich dotyczące są najważniejsze i najbardziej uczuciowo angażujące.
Podstawową decyzją emocjonalną w stosunku do drugiego człowieka jest decyzja
zbliżenia się do niego lub oddalenia. Pomijając różne odcienie uczuciowe, jakie
w tych dwóch kierunkach się mieszczą, można określić je jako podstawę sympatii,
63
antypatii lub całkowitej obojętności. Dla lekarza SS Żydzi, których
selekcjonował, byli antypatyczni lub w najlepszym razie całkowicie obojętni, w
tym duchu bowiem został wychowany, te idee mu wszczepiono. Nie widział on w nich
ludzi, nie interesowali go, chyba jako obiekt badań rzekomo naukowych lub
grabieży; na pewno nie zaświtała mu w głowie myśl, by do nich się zbliżyć,
zamienić kilka słów, dowiedzieć się o ich przeżyciach. Fakt oddalenia
emocjonalnego jest istotny w każdej propagandzie wojennej; do minimum redukuje
się kontakty obywateli z wrogiem, starając się przedstawić jego obraz w
najgorszych kolorach. Również w najbliższych stosunkach uczuciowych, gdy dwie
osoby dotychczas ze sobą związane zaczynają się od siebie oddalać, tracą wspólny
język, przestają się rozumieć i sobą interesować, oznacza to z reguły rozbicie
związku uczuciowego.
Lekarze-więźniowie musieli też niejednokrotnie decydować o życiu i śmierci
swoich podopiecznych. Na pewno decyzje te były dla nich bardzo trudne. Nie mogli
ich jednak uniknąć; tylko dla niewielu wystarczało lekarstw, które mogły
uratować życie, nie wszystkich można było uratować od selekcji itd. Trzeba było
wybierać, kogo skazać na śmierć, a komu dać możność życia. Można by znów wysunąć
absurdalną analogię, że decydowali oni podobnie jak lekarze SS. Absurdalność
takiego wniosku polega na nieuwzględnianiu różnicy postawy emocjonalnej.
Lekarze-więźniowie chcieli za wszelką cenę pomóc swym chorym, nawet tym, którym
pomóc nie mogli i wbrew swej woli musieli skazać ich na śmierć. Dla lekarzy SS
chorzy byli elementem obcym i obojętnym, przeznaczonym szybciej lub później do
likwidacji.
Coraz szybsza przemiana środowiska naturalnego w technice, jakiej jesteśmy
świadkami w naszym stuleciu, sprzyja technicznemu spojrzeniu na drugiego
człowieka, tzn. że coraz słabiej widzi się w nim cechy ludzkie, a coraz
wyraźniej atrybuty związane ze sprawnym funkcjonowaniem maszyny techniczno-
społecznej. Spojrzenie takie jest może jednym z największych niebezpieczeństw
współczesnej cywilizacji. Przykład lekarza na rampie, który jest właśnie takiego
spojrzenia skrajną realizacją, powinien być ostrzeżeniem.
Drugi wariant reprezentują ci stosunkowo nieliczni więźniowie, którzy zdawali
sobie sprawę, co ruch ręki lekarza SS oznacza. Wielu z nich było już w takim
stanie prostracji, że przyjmowali swój los obojętnie, nie byli w stanie podjąć
żadnej decyzji, a tym bardziej zdobyć się na wysiłek, by będąc u kresu sił, w
stanie zmuzułmanienia, przybrać postawę człowieka zdrowego i silnego. Byli
jednak tacy, u których decyzja przetrwania przemogła wyniszczenie, chorobę,
osłabienie i towarzyszący im stan apatii. Potrafili oni zmobilizować się i z
niesłychanym wysiłkiem woli wyprężyć swe udręczone ciało, by przemaszerować
sprężystym krokiem przed lekarzem SS. Nawet dzieci, przechodząc pod okiem
esesowców, wspinały się a
64
palcach, starając się dotknąć główką poprzeczki, której poziom wyznaczył granicę
życia i śmierci. Nie zawsze zresztą ten olbrzymi wysiłek na coś się przydawał,
od przypadku bowiem i humoru „sędziego" w dużej mierze zależało, czy więzień
szedł do gazu, czy dawało mu się jeszcze możliwość przeżycia. W każdym razie
przyjęli oni warunki egzaminu; starali się być takimi, jakimi chcieli widzieć
ich oprawcy, tj. zdatnymi jeszcze do pracy numerami. Reżim obozu wymagał bowiem,
aby nim przyjdzie całkowite wyniszczenie i śmierć, być silnym i zdolnym do
pracy. Numer musiał do końca funkcjonować sprawnie; niemieckie poczucie porządku
i oszczędności nie zgadzało się z pozostawianiem przy życiu numerów niezdatnych
już do pracy dla dobra III Rzeszy.
Akceptacja modelu zachowania się, jaki był ustalony dla więźniów przez twórców
obozów koncentracyjnych, była pierwszą koniecznością życia obozowego.
„Ceremoniał przyjęcia" zmierzał do szybkiego zlikwidowania dotychczasowego
modelu życia i jak najszybszego wdrożenia się w model obozowy. „Ceremoniał
przyjęcia" nie jest specjalnym wymysłem organizatorów życia obozowego. Istnieje
on -oczywiście w nie tak drastycznej postaci - w różnych instytucjach
społecznych, zwłaszcza tam, gdzie trzeba szybko nowych członków danej instytucji
przyzwyczaić do obowiązujących w niej norm. W tym celu konieczne jest osłabienie
dotychczasowych modeli zachowania się, szczególnie tych, które nie zgadzają się
z wzorami obowiązującymi w instytucji, przy jednoczesnym narzucaniu wzorów w
niej obowiązujących. Typowym przykładem jest tu okres rekrucki w wojsku. Nie
tylko jednak w wojsku musi się przejść przez trudny nieraz okres próby. To samo
dzieje się w nowym miejscu pracy, w nowym środowisku szkolnym czy pozaszkolnym
itp. Zawsze trzeba płacić „frycowe", wchodząc w nową grupę społeczną. Okres
próby jest tym trudniejszy, im grupa ma bardziej rygorystyczne normy zachowania
się. Z czasem nowe formy zachowania się ulegają automatyzacji, wykonuje się je
bez zastanowienia, tzn. nie trzeba podejmować decyzji, czy wykonać je, czy nie,
i w jaki sposób je wykonać. Nim jednak do tego dojdzie, trzeba nowych form
nieraz długo się uczyć. Rekrut uczy się salutować; nie od razu mu to zręcznie
wychodzi; później jednak wykonuje tę czynność automatycznie, bez większego
zastanowienia i z minimalnym wysiłkiem woli.
Przyjęcie nowych norm zachowania się nie zawsze jest równoznaczne z ich
wewnętrzną akceptacją. Żołnierz może zgrabnie salutować przed swoim przełożonym,
ale nie zawsze musi wobec niego żywić szacunek, którego przecież żołnierskie
pozdrowienie ma być wyrazem. Pojęciem konformizmu określa się przyjmowanie
Pewnych norm bez ich wewnętrznej akceptacji. Mimo że coś się wykonuje wbrew
swemu przekonaniu, że decyzja nie jest własna, ale cudza, z zewnątrz narzucona,
inność daną wykonuje się z czasem równie sprawnie jak tę, którą z upodobaniem
< 65
mundi
I I
się wybrało. Bunt przeciw narzuconej formie nie może być zbyt silny, z czasem
musi on stępieć, inaczej bowiem paraliżowałby on nauczenie sią i wykonywanie
nowej formy zachowania sią. W hipnozie zakres cudzej woli jest większy niż
własnej. Pod wpływem sugestii hipnotyzera hipnotyzowany może wykonywać
czynności, których by nie potrafił sam wykonać przy największym nawet wysiłku
własnej woli, np. zwiększyć napięcie mięśniowe do całkowitego usztywnienia
ciała, kierować układem wegetatywnym tak, by zwalniać lub przyspieszać dowolnie
akcję serca, kurczyć naczynia krwionośne itd., wpływać na percepcję: nie czuć
bólu, nie słyszeć lub nie widzieć lub widzieć i słyszeć to, czego chce
hipnotyzer, aktywizować zapisy pamięciowe, których normalnie nie można wywołać,
jak np. przeżyć z wczesnego dzieciństwa itd. Niemniej jednak hipnotyzer nie może
narzucić tego, co jest całkowicie sprzeczne z wolą hipnotyzowanego, np. by kogoś
lub siebie zabić.
W obozie większość więźniów nie akceptowała narzuconych im norm życia.. Wyjątek
stanowili ci, którzy chcieli się upodobnić do władców obozowych, przyjmowali ich
strukturę myślenia i jak wszyscy neofici byli nieraz od nich gorliwsi.
Początkowo więźniowie byli całkowicie ogłuszeni obozowym modelem życia; pomagał
tu wspomniany „ceremoniał przyjęcia". W tym stanie ogłuszenia łatwiej było
zachowywać się jak automat, robić to, co nakazywał reżim obozowy, zrzucić
przyzwyczajenia dotychczasowego życia. Z czasem tępieli na widoki, które by
dawniej wywoływały gwałtowny odruch grozy lub obrzydzenia; tępieli też na własny
ból i cierpienia. Wiele czynności życia obozowego ulegało automatyzacji;
automatycznie prężyli się i ściągali czapki na widok esesmanów, automatycznie
stawali na apelu, szli do pracy itd. Automatyzacja była koniecznością. Nie można
było nad nakazaną czynnością zastanawiać się: zrobić czy nie zrobić i jak
zrobić; trzeba ją było jak najszybciej i jak najsprawniej wykonać, gdyż
niewykonanie groziło biciem, a nawet śmiercią.
Sytuacja na rampie była dla więźnia egzaminem, czy jeszcze do pełnienia funkcji
więźnia obozu koncentracyjnego jest zdolny, czy też zdatny jest tylko do gazu
lub zaszpilowania. Dlatego maksymalnym wysiłkiem woli starał się on w tym
egzaminie wypaść dobrze. W każdej instytucji istnieją sytuacje egzaminacyjne, w
których sprawdza się zdatność jej członków. Niezdatni zostają wyłączeni. W
obozie wyłączenie oznaczało śmierć.
Śmierć, która była codzienną rzeczywistością obozu koncentracyjnego, stwarzała
konieczność szybkich decyzji; nie było czasu na zastanawianie się, jaką drogę
wybrać, na medytowanie, co lepsze, a co gorsze. Trzeba było działać szybko, gdyż
wahanie często kończyło się śmiercią. Nie można było się mylić; fałszywa decyzja
też mogła oznaczać śmierć. W podobnej sytuacji znajduje się żołnierz w czasie
66
walki; czas jest zbyt krótki, by zastanawiać się i wahać; większość decyzji
wykonuje się automatycznie, bez pełnego udziału świadomości.
Groźba śmierci zmienia perspektywę czasową życia ludzkiego. Normalnie czas
przyszły rozciąga się do nie oznaczonego końca. Nawet u ludzi starych czy ciężko
chorych, których kres życia jest bliski, fakt ten nie dociera jakby do ich
świadomości; mają przed sobą wolną przestrzeń czasu przyszłego. Ta wolna
przestrzeń pozwala na swobodę poruszania się; można wybierać te czy inne
aktywności, można się mylić, bo pomyłka jest jeszcze do naprawienia, jest czas
na wahania się i podjęcie świadomej decyzji.
W sytuacji zagrożenia perspektywa czasowa zmienia się. Czas przyszły skraca się
i dzięki temu nabiera niezwykłej wagi i intensywności. Bliskość śmierci sprawia,
że decyzje stają się ważne; błędne mogą oznaczać śmierć, właściwe - zwycięstwo
nad nią. Wszystkie inne, które nie odnoszą się bezpośrednio do walki o życie,
stają się zbyteczne. Występuje redukcja form zachowania się do zasadniczych,
związanych z walką o życie. To wszystko, co stanowiło dotychczasową treść życia
i determinowało dotychczasowe akty woli, zostaje wyłączone jako nieważne. Nikt w
takich sytuacjach nie zastanawia się nad sprawami, które w życiu codziennym
przyprawiały go nieraz o ból głowy. Trudności codziennych decyzji wobec wagi
decyzji w sytuacji zagrożenia wydają się śmieszne. Jednocześnie decyzje muszą
być bardzo szybkie, nie ma czasu na wahanie się i rozważanie pro i contra tej
czy innej drogi. Decyzje są często podejmowane impulsywnie. Dopiero po przejściu
sytuacji zagrożenia przychodzi nieraz refleksja, dlaczego właśnie w ten, a nie w
inny sposób się postąpiło. W sytuacji normalnej nie potrafiłoby się tak szybko
zdecydować i wybrać tak odpowiedniej drogi zachowania (złego wyboru nie pamięta
się, bo kończy się on śmiercią).
Mimo że zachowanie się w sytuacjach zagrożenia zwykle nie jest wynikiem w pełni
świadomego aktu woli, lecz raczej zbliżone do działania odruchowego i
automatycznego, to jednak czujemy się za nie odpowiedzialni i otoczenie też tak
je ocenia; co więcej, często te właśnie sytuacje są uważane za probierz ludzkiej
wartości.
Czy stanowisko takie jest słuszne? Wewnętrzne przekonanie mówi o tym, że
sytuacja graniczna jest najwyższym sprawdzianem wartości człowieka, natomiast
logiczne rozumowanie sprzeciwia się takiemu ujmowaniu sprawy. Jak bowiem decyzją
o największym walorze, ogniskującą wartość człowieka, ma być decyzja, w której
nie ma czasu na wahanie, na rozważanie pro i contra, a która powstaje nieraz w
momentalnym olśnieniu, że „właśnie tak trzeba" lub całkiem odruchowo. Czy ma się
zatem prawo oceniać decyzje podjęte w sytuacji granicznej, gdy
67
t<
pozbawione są istotnego atrybutu świadomej decyzji -wahania się między przeciw-
*' stawnymi formami aktywności i rozważnego wyboru właściwej.
Sprzeczność ta między wewnętrznym przekonaniem a logiką rozumowania wynika z
założenia, że decyzja jest równoznaczna z aktem woli, a wola jest najwyższym
przejawem życia psychicznego, ona steruje zachowaniem się człowieka. U podłoża
powyższego założenia tkwi, jak się zdaje, kartezjański model człowieka, skrajnie
dualistyczny, w którym ciało jest mechanizmem kierowanym przez psychikę. Akt
woli jest rozkazem wysyłanym do tego mechanizmu. Jako taki musi być jakby
kwintesencją życia psychicznego; nie może być czymś impulsywnym, odruchowym, nie
przemyślanym.
Sposób patrzenia na przyrodę ożywioną, a także na człowieka w znacznym stopniu
jest kształtowany na modelach technicznych. Co człowiek sam stworzył, najłatwiej
mu zrozumieć. Model mechaniczny polega na tym, że istoty żywe uważa się za
skomplikowane mechanizmy. Tego rodzaju podejście ułatwiało w medycynie badanie
ustroju ludzkiego. Mechanizmem można bowiem dowolnie manipulować, można go
rozkładać na części składowe, co jest istotnym warunkiem poznania naukowego.
Poglądy mechanistyczne utorowały drogę naukowej medycynie. Mechanizm jednak sam
z siebie działać nie może, musi mieć jakąś siłę napędową i coś, co nim kieruje.
I tu zaczynały się kłopoty. Jeśli przyjmowało się istnienie duszy, to obarczało
się ją obowiązkiem sterowania. A że duszę mają tylko ludzie, więc tylko oni mają
wolną wolę, a zwierzęta jej nie mają, zachowują się jak automaty reagujące w
określony sposób na określony bodziec. Również chorzy psychicznie byli
pozbawieni wolnej woli, gdyż dusza ich była chora. Wyznawcy poglądu
dualistycznego mieli dodatkowy kłopot z wytłumaczeniem, w jaki sposób psychiczne
łączy się z somatycznym, gdzie jest między nimi punkt styczny. Karte-zjusz, jak
wiadomo, szyszynkę obarczał rolą przełącznika między psychicznym a somatycznym.
Odrzucając istnienie duszy, odrzucało się konsekwentnie zagadnienie wolnej woli.
Stawało się na gruncie ścisłego determinizmu. Prawa obowiązujące w przyrodzie
obowiązywały też człowieka; w nich się całkowicie zamykał i nie miał wolności
wyboru. Z końcem ubiegłego stulecia panował optymistyczny pogląd, iż nawet tak
bardzo skomplikowany mechanizm, jakim jest człowiek, da się bez reszty
wytłumaczyć ruchem elementarnych cząsteczek, tj. ująć w prawa fizyki i chemii.
Pogląd ten w medycynie odegrał dużą rolę; jemu zawdzięcza się wspaniały rozwój
biochemii, a w terapii dotychczas panuje przekonanie, że wszystko da się
rozwiązać na drodze chemicznej.
Od drugiej wojny światowej datuje się rozwój nowego modelu technicznego,
opartego na urządzeniach samosterujących. Już sama nazwa tych urządzeń wskazuje,
że zagadnienie sterowania i podejmowaniadecyzji (w języku psychologicznym:
68
aktu woli), a więc tego, co tak trapiło badaczy przyrody operujących modelem
mechanicznym, zostało tu rozwiązane technicznie. Urządzenie sterujące lufą
działa przeciwlotniczego samo decyduje, jak lufę nastawić i kiedy wyzwolić
pociski. Każdy, kto strzelał, wie, że pociągnięcie za język spustowy jest
związane z pewnym wahaniem i napięciem, chce się bowiem wybrać moment
najodpowiedniejszy, w którym ma się pewność, że się trafi do celu. U wprawnych
strzelców decyzja wyboru właściwej chwili przychodzi szybciej; niekiedy
najcelniejszy strzał jest oddany automatycznie. Skomplikowany proces związany z
podejmowaniem decyzji, uważany przez wielu za najwyższą czynność psychiki, może
być wykonywany przez maszynę często sprawniej niż przez człowieka, Nie znaczy
to, by maszyny elektronowe miały duszę i że życie psychiczne można nimi
zastąpić. Fakt jednak, że mogą one wykonywać pewne czynności uważane do niedawna
za atrybut psychiki ludzkiej, jak logiczne rozumowanie i podejmowanie decyzji,
zmusza do rewizji pojęcia psychiki. W każdym razie nie można jej identyfikować z
jakąś poszczególną funkcją, np. aktem woli. Podobnie jak nie mamy zadowalającej
definicji życia, tak też nie dysponujemy dotychczas definicją tego, co jest
subiektywnym przejawem życia, a co określa się pojęciem duszy czy psychiki.
W maszynach samosterujących zdolność wydawania decyzji jest uzależniona od
trzech urządzeń: zaprogramowania celu, zdolności odbierania informacji z
otoczenia, zwłaszcza tych, które dotyczą efektu własnego działania (sprzężenie
zwrotne - feedbacIĄ i pamięci. Z tych trzech składowych formuje się decyzja,
która może być wydana w postaci elementarnej (odpowiedzi „tak" lub „nie"), jak w
maszynach cyfrowych albo też w formie ciągłej (modulacji odpowiedzi), jak w
maszynach analogowych.
Modele cybernetyczne ułatwiły zrozumienie czynności mózgu. Z drugiej strony
cybernetycy dużo skorzystali z badań neurofizjologicznych (schemat połączeń
korowych Lorente de Nó pomógł technikom w konstruowaniu różnego typu urządzeń
samosterujących). Już sama morfologiczna struktura neuronu wskazuje na to, że w
nim dokonuje się jakaś decyzja. Wteloma bowiem wypustkami (dendrytami) odbiera
on sygnały z otoczenia (poza tym sygnały dochodzą bezpośrednio do ciała
komórkowego za pomocą tz\ą synaps akso-somatycznych), a tylko jednym kanałem
(aksonem) sygnały wychodzą z komórki. We wnętrzu komórki musi więc dokonać się
integracja dochodzących sygnałów i powstać decyzja, jaki sygnał wysłać w
otoczenie.
Struktura połączeń między neuronami jest taka, że zapewnia powrót części
sygnałów wysłanych przez neuron do niego z powrotem (tzw. obwody zamknięte). W
ten sposób spełnia się zasada sprzężenia zwrotnego. Neuron jest informowany o
skutkach swego własnego działania'. Sygnały dochodzące zostają zarejestrowane.
69
Według hipotezy Hydena mechanizm pamięci polega na zmianie struktury kwasów
nukleinowych DNA i RNA pod wpływem strumienia impulsów wchodzących do neutronu.
Jest to hipoteza nęcąca swym połączeniem pamięci tilogenetycznej
(dziedziczności) z pamięcią ontogenetyczną za pomocą identycznego mechanizmu
biochemicznego. Zaprogramowanym celem w komórce nerwowej byłaby jej substancja
genetyczna (DNA), która, jeśli hipoteza Hydena okaże się słuszna, ulegałaby
pewnym modyfikacjom pod wpływem aktywności komórki nerwowej.
Neuron spełnia więc warunki potrzebne w układach samosterujących do wydawania
decyzji. I, podobnie jak w nich, wydane decyzje mogą być typu „albo -albo" lub
typu ilościowego. W pierwszym wypadku ma się do czynienia z pełnym wyładowaniem
całej komórki nerwowej (tzw. potencjał czynnościowy lub iglicowy), którego
wielkość jest maksymalna i niezależna od siły bodźca działającego na komórkę
albo z brakiem tegoż wyładowania. Jak w maszynach cyfrowych, obowiązuje tu język
dwójkowy (1 - wyładowanie, 0 - brak wyładowania). W drugim wypadku występuje
miejscowa zmiana potencjału elektrycznego, tzw. odczyn miejscowy lub potencjał
generacyjny, nie obejmująca całej komórki i proporcjonalna do siły bodźca.
W zbudowanej z miliardów neuronów sieci różnego typu połączeń obowiązuje
hierarchia, polegająca na tym, że decyzje poszczególnych komórek nerwowych są od
siebie uzależnione. Pewne grupy komórek tworzą jakby zespoły robocze zajmujące
się określonym zagadnieniem (tzw. ośrodki nerwowe). Decyzja dochodząca do takiej
grupy neuronów ma charakter globalny: wykonać daną czynność lub ją wstrzymać;
nie zajmuje się już ona szczegółami wykonania.
Z hierarchizacją decyzji wiąże się zagadnienie selekcji. Nie wszystkie
informacje mogą dotrzeć wyżej, część musi ulec odrzuceniu. 0 selekcji decyduje
znaczenie danej informacji dla ustroju. Zagadnienie selekcji jest tak wyraźne,
że da się je ujawnić za pomocą badań anatomicznych. Dla przykładu: siatkówka
ludzka składa się z 6 milionów czopków i 110 milionów pręcików, a nerw wzrokowy
ma zaledwie 1 milion włókien. Jak pisze Walsh, „siatkówka dąży do wychwytywania
elementów o prawdopodobnym znaczeniu biologicznym przy równoczesnym odrzucaniu
elementów pozostałych". Odwrotna sytuacja istnieje przy strumieniu informacji
biegnących na obwód; decyzja „odgórna" ulega powieleniu, jeśli wykonawca
(efektor) jest mało ważny, a jest bardziej jednostkowa, gdy jego rola jest
poważniejsza. Klasycznym przykładem przedstawionej sytuacji jest korowe pole
ruchowe. Reprezentacja korowa ręki, ust, języka jest wielokrotnie większa niż
mięśni tułowia i kończyn dolnych. Dlatego homunkulus ilustrujący reprezentację
korową wygląda tak karykaturalnie. Jego karykaturalność wynika stąd, że nie ma
równości między poszczególnymi jednostkami wykonawczymi; mięśnie grzbietu są
plebsem w po-
70
równaniu z mięśniami ręki czy języka. Zniekształcenie stosunków anatomicznych w
reprezentacji korowej jest znacznie mniejsze u zwierząt; stopień ważności
poszczególnych efektorów rozkłada się u nich bardziej równomiernie. W drodze
ewolucji u człowieka głównym kanałem działania na świat otaczający, a tym samym
kanałem sygnałów wysyłanych, stała się aktywność ręki i narządu ruchowego mowy,
dlatego znaczenie tych elementów ruchowych jest większe niż pozostałego aparatu
ruchowego. Natomiast u zwierząt równowaga pomiędzy poszczególnymi elementami
efektorycznymi jest bardziej zachowana. Skala ważności obowiązuje też sygnały
wchodzące do układu nerwowego; według niej dokonuje się ich selekcja.
Następstwem tej selekcji jest zniekształcenie obrazu świata otaczającego;
widzimy to, co jest dla nas ważne.
W zespołach neurastenicznych, zarówno organicznego, jak i psychogennego
pochodzenia, osiowym objawem jest zaburzenie hierarchii pracy układu nerwowego,
a tym samym także selekcji. Sygnały mało ważne, które normalnie zostają
stłumione, na równi z sygnałami ważnymi aktywują cały układ nerwowy, tworzy się
chaos („szum" w języku cybernetycznym), przypominający zły system
biurokratyczny, gdzie władze centralne o wszystkim muszą wiedzieć i o wszystkim
decydować, wskutek czego o niczym nie wiedzą i o niczym nie decydują. Odwrotna
sytuacja istnieje w konwersji histerycznej; pewne układy czynnościowe zostają
wyłączone z ogólnej hierarchii układu nerwowego i uzyskują sztuczną autonomię,
co klinicznie objawia się ich porażeniem lub nadmierną aktywnością. W systemach
społecznych analogiczna autonomizacja występuje, gdy aparat władzy, zbyt
sprzeczny z interesem podległych mu jednostek, integruje w sposób sztuczny w ich
życie; tworzą się wówczas przeciwstawne mu systemy organizacyjne, dzięki którym
tendencje tłumione przez oficjalny system organizacyjny znajdują wyładowanie.
Trzecią - obok hierarchii i selekcji - cechą pracy układu nerwowego, odgrywającą
rolę w formowaniu się decyzji, jest kolektywność. Mimo że pojedynczy neuron
podejmuje decyzje, to jednak są one bez większego znaczenia, jeśli nie są
wsparte decyzjami innych neuronów. Z kolei decyzja pojedynczego neuronu zależy
od decyzji innych neuronów; zależnie od sygnałów od nich dochodzących może on
dać odpowiedź „tak" lub „nie" (potencjał czynnościowy), może też ograniczyć się
tylko do odczynu miejscowego. Odczyny miejscowe, aktywując tylko część komórki
nerwowej, przygotowują ją do odpowiedzi ostatecznej „tak" lub „nie". Mimo
wzajemnego oddziaływania neuronów na siebie i kolektywnego charakteru ich pracy
zachowują one swą indywidualność; każdy ma swoisty rytm pracy, którą w istocie
jest formowanie decyzji, alternatywnej (tak- nie) lub ilościowej (odczyn
miejscowy). Z kwantów decyzji, jakimi są decyzje poszczególnego neuronu, formują
się decyzje grupowe. Pewne grupy neuronów łączą wspólne zadania, a w
71
związku z tym także wspólne decyzje. Wytwarza się hierarchia i specjalizacja.
Jedne grupy podlegają drugim, tworzy się łańcuch zależności. Wystarczy jeden
sygnał, by aktywować cały ciąg wydarzeń, niekiedy bardzo skomplikowany.
Zagadnienie padaczki zdaje się polegać na zerwaniu struktury wzajemnej
zależności i kolektywnego charakteru pracy neuronów. Pewna grupa komórek
nerwowych zaczyna wyładowywać się według własnego rytmu, nie skrępowana, rzec
można, aktywnością pozostałych neuronów. Rytm ten przenosi się stopniowo na inne
komórki nerwowe, prowadząc do uogólnionego wyładowania padaczkowego. Gdyby
porównać pracę układu nerwowego do gry olbrzymiej orkiestry, w której każdy
muzyk gra w swoisty sposób, ale w sumie powstaje wspólna melodia, to atak
padaczkowy byłby sytuacją taką, w której jeden z muzyków zaczyna bić w bęben
niezależnie od wspólnej melodii. Rytm bębna opanowuje innych muzyków, w końcu
wszyscy biją w jeden takt. Oceniając wyładowanie komórki nerwowej jako jej
decyzję typu alternatywnego: tak lub nie, w ataku padaczkowym mamy przykład
skrajnej wolności decyzji, która prowadzi do skrajnej dezindywidualizacji i
niewoli. Atak padaczkowy jest antytezą kolektywnego charakteru pracy układu
nerwowego, kolektywność ta polega na ścisłej zależności decyzji poszczególnej
komórki nerwowej od decyzji innych komórek nerwowych; zerwanie tej zależności
prowadzi do totalistycznego ujednolicenia decyzji. Zamiast różnorodnych i
indywidualnych rytmów, powstaje jeden wspólny rytm.
Kolektywność decyzji maleje w miarę powtarzania się zadania. Nowe zadanie
aktywuje cały układ nerwowy, a za jego pośrednictwem cały ustrój. Subiektywnie
jest to odczuwane jako skoncentrowanie się na określonej czynności, wahanie się,
czy zrobić tak, czy inaczej, wewnętrzne napięcie związane z podjęciem decyzji,
któremu nierzadko towarzyszą objawy wegetatywne. Nie jest przesadą wyżej
przedstawione twierdzenie, iż w decyzji bierze udział cały ustrój. W miarę
jednak powtarzania się zadania decyzja staje się coraz łatwiejsza, wybór
odpowiedniej struktury czynnościowej z czasem dokonuje się automatycznie. W
danej aktywności nie bierze już udziału cały układ nerwowy, lecz tylko ta jego
część, która najlepiej może nią pokierować. Obowiązuje tu zasada ekonomii
wysiłku, której podlega zarówno rozwój filogenetyczny, jak ontogenetyczny.
Komórki ustroju specjalizują się w określonych czynnościach, zwalniając tym
samym inne komórki od obowiązku zajmowania się tą czynnością, w której nie są
wyspecjalizowane. Nie należy zapominać, że cały układ sygnalizacyjny, tj.
receptoryczny, nerwowy i efektoryczny, powstał z wyspecjalizowania się pewnej
grupy komórek w trzech podstawowych funkcjach każdej komórki: odbierania
sygnałów, przenoszenia ich i reagowania na nie.
Proces specjalizacji nie kończy się na filogenezie, lecz obowiązuje także w
72
rozwoju osobniczym. Dziecko, ucząc się chodzić, mówić, pisać itd., angażuje w
tych czynnościach cały swój aparat receptoryczny, nerwowy i ruchowy. Z jego
zachowania widać, iie wysiłku wkłada w wybór właściwej formy ruchu i w jej
konsekwentne zrealizowanie. Cały wysiłek woli jest skoncentrowany na danej
aktywności. Z czasem czynność ulega automatyzacji, wykonuje się ją bez
zastanowienia, wystarczy rozkaz wydany sobie: chodź, mów, pisz itd., aby
aktywować skomplikowany łańcuch wydarzeń prowadzący do wykonania danej
czynności. Zagadnienie wyboru i decyzji, tak charakterystyczne dla pracy układu
nerwowego, nie znika przy automatyzacji jakiejś czynności, tylko przestaje ono
angażować całościowo układ nerwowy, ogranicza się do części układu nerwowego
wyspecjalizowanych w danej czynności. W sytuacji trudnej zautomatyzowana
czynność z powrotem staje się świadoma (np. na trudnej ścieżce górskiej każdy
krok wymaga podjęcia świadomej decyzji); decyzja z powrotem staje się decyzją
ogólną, a nie częściową, jak w przypadku czynności zautomatyzowanych.
Zagadnienie automatyzacji wiąże się ściśle z zagadnieniem hierarchii decyzji.
Kwanty decyzji, tj. decyzje poszczególnych neuronów, wiążą się w mniejsze i
większe zespoły wzajemnie ze sobą powiązane. Poszczególne zespoły specjalizują
się w określonych zagadnieniach, np. selekcji sygnałów wchodzących do układu
nerwowego, sterowania pewną czynnością wegetatywną czy ruchową, koordynowania
decyzji itd. Hierarchia decyzji jest tym wyższa, im więcej aktywuje zespołów.
Życie stawia wciąż nowe zadania, toteż decyzje o najwyższym stopniu hierarchii
muszą być ciągle formowane. W miarę powtarzania nowego zadania dana decyzja
obniża się w hierarchii na zasadzie ekonomii funkcji; aktywuje tylko te zespoły
neuronów, które są konieczne do sterowania danym zadaniem. Na tym polega
automatyzacja.
Trzy czynniki wpływają na styl decyzji: jej tematyka (zaprogramowanie), szybkość
wyboru i zmienność. Tematyka zależy oczywiście od programu genetycznego
zakodowanego w jądrze komórki nerwowej, niemniej jednak wpływa na nią historia
życia komórki nerwowej. Jeśli na nią będą działać analogiczne bodźce, z czasem
wytworzą się typowe decyzje. Wyspecjalizuje się ona w pewnym typie zagadnień i w
określony sposób będzie je rozwiązywać. Jej tematyką może być np.
selekcjonowanie impulsów dochodzących z komórek receptorycznych siatkówki;
selekcja będzie przebiegać w sposób typowy, zależnie od impulsów pochodzących od
neuronów wyżej stojących w hierarchii. Dzięki temu człowiek inaczej spostrzega
otaczający świat w zależności od swego nastroju, stosunku uczuciowego do
otoczenia, zainteresowań, rodzaju pracy itp.
Tematyka wiąże się z szybkością decyzji. Im tematyka węższa, tym większa
szybkość decyzji. Komórki nerwowe, wyspecjalizowane w wąskim zakresie, łatwiej
73
mogą dać odpowiedź „tak" lub „nie" niż komórki bez określonej specjalizacji,
mogące przyjmować różnego rodzaju sygnały z różnych stron układu nerwowego (np.
komórki kory mózgowej). Można przypuszczać, że w neuronach nie
wyspecjalizowanych dominują odpowiedzi typu ilościowego, a nie alternatywnego.
Szybkość decyzji zależy od długości łuku odruchowego, tzn. decyzja, która
angażuje większą liczbę neuronów, będzie trwać dłużej niż ta, która rozgrywa się
w małym łuku odruchowym. W miarę automatyzacji decyzje dokonują się szybciej.
Zmienność decyzji zależy od stopnia perseweracji, tj. powtarzania określonego
modelu reakcji niezależnie od dopływu sygnałów z otoczenia. Im stopień
perseweracji jest większy, tym mniejsza jest chwiejność decyzji. W mózgu,
szczególnie w korze mózgowej, spotyka się bardzo często układ neuronów typu
obwodu zamkniętego, polegający na tym, że sygnał, który wyszedł z komórki
nerwowej A, po przejściu przez wiele komórek B, C, D itd., wraca z powrotem do
komórki A, dzięki czemu krążyć on może w takim obwodzie, teoretycznie rzecz
biorąc, w nieskończoność. Układy tego typu zwiększają stabilność decyzji.
Przedstawiona tu próbka ujęcia zagadnienia decyzji w świetle współczesnych
wiadomości neurofizjologicznych ma oczywiście charakter hipotezy nietrwałej,
która musi ulec zmianie w miarę pogłębiania wiadomości z zakresu fizjologii
układu nerwowego. A rozwój tej wiedzy w dużej mierze zależy od postępu
technicznego, nie tylko dlatego, że dzięki niemu powstają nowe metody badawcze,
ale też dlatego, że pozwala on na tworzenie nowych modeli teoretycznych, które
bardziej ułatwiają zrozumienie czynności mózgu (model mózgu elektronowego lepiej
pozwala nam zrozumieć pracę mózgu żywego, niż np. dawny model centrali
telefonicznej). Jak w innych dziedzinach życia, działa tu zasada łączności
spostrzegania z działaniem (zasada łuku odruchowego); widzimy świat tak, jak na
niego działamy, czyli żyjemy w świecie przez nas samych stwarzanym.
Byłoby grubym nieporozumieniem stawianie znaku równości między decyzją w sensie
neurofizjologicznym a decyzją w sensie psychologicznym. Zagadnienie decyzji
nurtowało człowieka chyba od czasu, gdy zaczął on zastanawiać się nad sobą. Jest
ono jednym z przewodnich tematów myśli filozoficznej, a także dociekań
psychologicznych i psychiatrycznych. Psycholog i psychiatra w każdym badanym
przypadku stara się dojść do tego, co spowodowało taką, a nie inną decyzję; z
tym ściśle wiąże się zagadnienie motywacji zachowania się. Każdy zresztą sam
sobie takie pytanie stale stawia i stara się dać na nie możliwie racjonalną
odpowiedź. Racjonalność tłumaczenia własnej czy cudzej decyzji nie jest
równoznaczna z trafnością tego tłumaczenia. Przykładem może być człowiek, który
pod wpływem rozkazu wydanego w transie hipnotycznym lub ulegając działaniu
sygnałów pod-progowych, tj. nie docierających do świadomości (metoda stosowana
czasem na
74
Zachodzie w reklamie telewizyjnej), podejmuje narzuconą mu w ten sposób
decyzje., ale nieświadomy tego, że jest zdalnie kierowany, znajduje racjonalną
motywację swego postępowania.
Zdają się jednak istnieć jawne analogie między decyzją w ujęciu neurofizjolo-
gicznym a decyzją w sensie psychologicznym. Na kilka z nich warto zwrócić uwagę,
gdyż mogą one ułatwić zrozumienie skomplikowanego zagadnienia aktu woli.
Decyzje alternatywne i ilościowe, które stanowią dwa typy decyzji, jakimi
posługuje się układ nerwowy, można by porównać w życiu psychicznym do wyboru
między dwiema przeciwstawnymi możliwościami i do ciągłych wahań, które jeszcze
wyborem nie są, ale które stwarzają odpowiedni klimat do alternatywnej decyzji.
Kolektywny charakter pracy układu nerwowego odpowiada w życiu psychicznym
zasadzie integracji; sprzeczne uczucia, myśli, dążenia tworzą jednak w sumie
mniej lub bardziej harmonijną całość, określającą danego człowieka i będącą
podstawą jego tożsamości. Świadoma decyzja jest wynikiem tej integracji i
dlatego też wymaga ona nieraz dużego wysiłku, gdyż tworzenie całości z
przeciwstawnych tendencji nie jest sprawą łatwą.
Istotą decyzji jest selekcja. To, co zostało odrzucone, nie znika jednak bez
śladu. Zasługą Freuda jest zwrócenie uwagi na ten, jakby się zdawało, oczywisty
fakt. Swą analizą objawów nerwicowych, marzeń sennych i czynności pomyłkowych
wykazał on ewidentnie istnienie w psychice tego, co zostało stłumione, W
nerwicy, natręctw zdolność decyzji jest wyraźnie osłabiona przez występujące
przymusowo myśli, czynności lub fobie. Walka z tym obcym i odrzucanym przez
świadomość elementem psychiki do niczego nie prowadzi; zwiększa jeszcze siłę
doznań natrętnych. To, co niegdyś uległo selekcji, teraz mści się jakby na tym,
co z selekcji niegdyś wyszło zwycięsko. Normalnie tylko drobna część procesu
selektywnego rozgrywa się świadomie. Wprawdzie bez przerwy wybieramy i
decydujemy, to jednak znaczna większość decyzji rozgrywa się poza naszą
świadomością; później przychodzi nieraz zdziwienie, dlaczego właśnie w ten
sposób postąpiliśmy.
W schizofrenii odsłania się mechanizm walki między dwiema wyłączającymi się
możliwościami, wymagającymi wyboru, normalnie zasłonięty. Chorobliwe od-,
stanięcie procesu selekcji dotyczy przede wszystkim wyboru między zasadniczymi
postawami uczuciowymi. Wybór ten dokonuje się normalnie poza udziałem
świadomości; nie można zmusić się do miłości, nienawiści, lęku. W schizofrenii
też wprawdzie nie można kierować swymi uczuciami, lecz odsłania się w sposób
nieraz dramatyczny walka między sprzecznymi postawami emocjonalnymi, tak silna,
że żadna z nich nie może zwyciężyć. Niemożność dokonania wyboru zasadniczej
postawy uczuciowej odbija się na całym życiu psychicznym i zachowaniu się
75
chorego. Postawa ta bowiem stanowi jakby fundament, na którym budują się już
bardziej szczegółowe formy aktywności. Chory przy powitaniu wyciąga rękę i zaraz
ją cofa, siada na wskazanym miejscu i wstaje, na jego twarzy malują się różne,
nieraz sprzeczne uczucia, zwykle nie odpowiadające sytuacji itp. Są to elementy
zachowania uderzające przy pierwszym zetknięciu, a wynikające z braku decyzji
emocjonalnej, tj. wyboru odpowiedniej dla danej sytuacji postawy uczuciowej.
Kolektywny charakter decyzji przejawia się także w życiu społecznym. Decyzje
jednego człowieka wpływają na decyzje drugiego. W życiu obozowym zjawisko to
występowało niezwykle silnie. W stanach skrajnego wyczerpania lub w początkowym
okresie pobytu w obozie koncentracyjnym więzień tracił zdolność wyboru, robił
to, co najbliżsi sąsiedzi, poruszał się tam, gdzie go popchnięto. Wyjście z tego
stanu automatyzmu było koniecznym warunkiem przeżycia obozu. Zdolność decyzji
jest bowiem zasadniczym atrybutem życia. Pomoc kolegi, czyjeś dobre słowo itp.
przywracały stopniowo zdolność wyboru. Ten, kto przychodził z pomocą, ułatwiał
formowanie się decyzji; „ja chcę" krystalizowało się ze zbiorowego „my chcemy".
Zagadnienie automatyzacji, tak istotne dla ekonomii pracy układu nerwowego,
wskazuje na znany fakt, że nic w naturze nie ginie, każda decyzja zostaje
zarejestrowana w komórkach nerwowych i wpływa na decyzje następne. Dzięki temu
decyzje następne są łatwiejsze; zamiast wciągać cały układ nerwowy, angażują
tylko tę jego część, która jest niezbędna do wykonania zadania. W sensie
psychologicznym mówimy o automatyzacji, gdy pewne czynności dzięki powtarzaniu
przestają angażować świadomość, odnośne decyzje dokonują się poniżej progu
świadomości. Proces ten jest istotny w każdym szkoleniu; na nim polegało też
szkolenie esesmanów.
W tym miejscu wypadałoby się pokusić o odpowiedź na pytanie, które było impulsem
do przedstawionych tu rozważań na temat decyzji, gdzie zaczyna się
odpowiedzialność za własne czyny. Zagadnienie odpowiedzialności nie jest
wprawdzie zagadnieniem lekarskim, lecz etycznym, prawniczym, filozoficznym,
niemniej jednak w stopniu, w jakim jest to zagadnienie po prostu ludzkie,
interesuje ono medyka, choć sprzeczne z jego zawodem jest stanowisko sędziego,
nie jego bowiem rzeczą jest ocenianie, czy ktoś postępuje dobrze czy źle i w
jakim stopniu za swe czyny odpowiada.
Z dwóch ewentualności, że odpowiada się tylko za decyzje w pełni świadome lub że
odpowiada się za wszelkie decyzje, jak się zdaje, bliższa myśleniu biologicznemu
jest druga możliwość. Pierwsza odnosi się tylko do małego wycinka życia, w
którym decyzja jest podejmowana. Pełna świadomość jest warunkiem przyjęcia za
nią odpowiedzialności. Gdy jednak rozpatrujemy nie tylko moment krytyczny, ale
całe życie człowieka, którego czyn oceniamy, to wówczas możemy dojść do
76
punktu w historii życia, w którym zrodziła się decyzja ocenianego czynu, znikła
ona wszakże ze świadomości wskutek stłumienia lub automatyzacji i w momencie
krytycznym czyn był wykonany impulsywnie lub automatycznie, bez udziału „wolnej
woli", niemniej jednak świadczy on o tym, że to coś, co stanowi istotę tego
czynu, tkwiło w tym człowieku. Co więcej, tkwiło ono silniej niż w decyzji
świadomej, ta ostatnia bowiem stanowi jakby wierzchnią warstwę naszego życia,
powstaje wskutek pierwszego zetknięcia z nową sytuacją, a decyzja nieświadoma
jest wyrazem tego w życiu człowieka, co wielokrotnie się powtarzało lub głęboko
w nim utkwiło. Byłoby to odwrócenie zasady qui dormit, non peccał. Marzenie
senne, podobnie jak upojenie alkoholowe, w myśl powiedzenia in vino veritas
odsłania lepiej prawdziwy obraz człowieka niż jego życie na jawie, w którym
świadome decyzje maskują nieraz istotną jego prawdę. Jak wiadomo, w warunkach
życia obozowego ta politura codziennego, zwykłego życia szybko się ścierała;
zostawał nagi człowiek. W tym sensie obóz był sprawdzianem wartości człowieka.
Trzeci wariant sytuacji na rampie dotyczył najliczniejszej grupy więźniów,
mianowicie tych, którzy nie zdawali sobie sprawy z losu, jaki ich za chwilę
czeka. Esesmani starali się zresztą do końca utrzymać ich w tej nieświadomości.
Dlatego zachowywali się na ogół, jak na nich, dość kulturalnie. Może niektórzy
więźniowie wyczuwali niesamowitość sytuacji i mieli przeczucie wiszącej nad nimi
zagłady. Rozsądek jednak sprzeciwiał się tym intuicyjnym przewidywaniom i kazał
zajmować się aktualnymi i realnymi sprawami - zdobyciem wody, pożywienia, troską
o najbliższych, o własny dobytek, planami na najbliższą przyszłość itp. W tym
kręgu formowały się decyzje; nie odbiegały one od decyzji podejmowanych w
poprzednim okresie, od czasu uwięzienia. Wyglądałyby one inaczej, gdyby
najbliższa przyszłość była wiadoma.
Sytuacja jest więc w zasadzie podobna do tej, którą przeżywa każdy człowiek w
codziennym życiu. Przyszłość jest mu nie znana, niemniej jednak w nią przez swe
decyzje wchodzi, w nadziei, że ukształtuje się ona zgodnie z jego planami. Cechą
życia jest ustawiczne rzutowanie się w przyszłość. Decyzja jest punktem, w
którym przyszłość zamienia się w przeszłość; z wielu możliwych zostaje wybrany
jeden plan działania i zaczyna się jego realizacja. Sam wybór jest już wejściem
w przyszłość, wskazuje drogę, jaką ma się w niej kroczyć. Sytuacja na rampie
okazuje złudność tej drogi; los może ją przeciąć w każdym punkie. Oczywiście
fakt, że nasz los jest nam nie znany, czyli że „człowiek strzela, a Pan Bóg kule
nosi", nie osłabia tendencji do rzutowania się w przyszłość, gdyż tendencja ta
jest istotną cechą życia. W depresji dynamika życiowa słabnie; w związku z tym
gaśnie tendecja do rzutowania się w przyszłość; wydaje się ona czarna, decyzje
stają się niezwykle trudne. Normalnie jednak człowiek nawet w najgorszych dla
11
siebie chwilach nie odwraca wzroku od przyszłości i nie traci zdolności decyzji,
dziąki którym przyszłość zdobywa.
Przedstawione tu trzy warianty sytuacji na rampie nie wyczerpują wszystkich
możliwości związanych ze skomplikowanym zagadnieniem decyzji, niemniej jednak,
jak wiele sytuacji obozowych, dziąki swej jaskrawości ułatwiają jego
zrozumienie.
KZ-syndrom
Przed około 15 laty dr Stanisław Kłodziński, były długoletni więzień Oświęcimia,
zwrócił się do kilku kolegów z Kliniki Psychiatrycznej AM w Krakowie z
propozycją, czyby się nie zajęli tematyką obozów koncentracyjnych. Propozycja ta
została przyjęta nie bez pewnych oporów. Były one zresztą uzasadnione. Pojawiła
się trudność, jak uda się ludziom, którzy sami nie przeżyli obozu, zrozumieć
tych, którzy przeszli przez to piekło, czy byli więźniowie będą chcieli mówić o
sobie z nie-więźniami, czy wydobywanie z nich przeżyć obozowych nie jest pewnym
okrucieństwem, jak stworzyć sobie obraz tego, co działo się w obozach, czy
wystarczy na to wyobraźni itd. Opory wynikły z poczucia własnej niemożności
ogarnięcia zagadnienia, które przekracza granice spraw ludzkich.
Dzięki pomocy krakowskiego klubu „oświęcimiaków" udało się nawiązać kontakty z
byłymi więźniami i one chyba były najsilniejszym impulsem do podjęcia badań nad
tą tak trudną problematyką. Rozmowy z nimi wciągały. Nie można już było przejść
obok wyłaniających się licznych zagadnień. Ci ludzie, pozornie tacy sami,
okazali się inni. Ta „inność" ujawnia się, gdy zaczną mówić o obozie; ożywiają
się, oczy im błyszczą, stają się jakby młodsi o te lata, które dzielą ich od
obozu, wszystko nagle staje się znów świeże i żywe, nie mogą wyrwać się z kręgu
obozu; w kręgu tym są rzeczy straszne, ale też i piękne, dno ludzkiego
upodlenia, ale też ludzka dobroć i szlachetność; oni poznali, czym jest
człowiek; mimo to, a może właśnie dlatego wciąż dręczy ich zagadka człowieka,
sami chcieliby się dowiedzieć, skąd tyle zła mogło skoncentrować się na małym
terenie obozu i jak człowiek mógł to wszystko znieść i temu się przeciwstawić.
Sami dla siebie są nieraz zagadką, a w każdym razie silniej niż inni ludzie
odczuwają zagadkę ludzkiej natury i zwodniczość ludzkich form, norm i pozorów;
dla nich „król jest nagi".
Kontakt psychiatryczny okazał się z takimi ludźmi łatwiejszy niż z tymi, którzy
w życiu nie doszli do dna ludzkiego istnienia. Psychiatra bowiem szuka
odpowiedzi
79
f'
na pytanie, jaki jest człowiek naprawdę, co kryje się pod maską mimiki, gestów i
słów. Mówi on, że nawiązał kontakt z chorym wówczas, gdy rozmowa staje się
szczera i bez wzajemnego maskowania się. Ci, co przeszli obóz, też często
stawiają sobie pytanie, jaki ten człowiek jest naprawdę, jak by się zachował w
obozie, co by się stało z jego godnością, prawością itp., gdyby znalazł się
nagle „tam". Wspólna niechęć do pozorów i maski łączyła więc psychiatrów z
byłymi więźniami.
Każdy były więzień może powiedzieć to samo, co Maria Zarębińska:
„Widziałam rzeczy tak straszne, taką okropną nędzę ludzką, takie barbarzyństwo,
taki zanik wszystkiego, co ludzkie, i takie proste odruchy czystych serc, że
śmiało mogę powiedzieć, że widziałam to wszystko, co człowiek może zobaczyć i
przeżyć w piekle i niebie."
Gdy gromadziły się pierwsze zapiski z rozmów z byłymi więźniami, powstała nowa
wątpliwość, jak z tych poszczególnych historii życia, z których każda stanowiła
sumę przeżyć w większości swej nieprzekazywalnych, skonstruować możliwie
uogólniony obraz ludzi, którzy „widzieli to wszystko". Należało zrekonstruować
ich linię życia przedobozową, ich przeżycia w obozie, ich życie po wyjściu z
obozu. Budziły się też wątpliwości, czy stosowana metoda jest dostatecznie
obiektywna, czy wytrzymuje kryteria naukowości. Opierała się ona przecież w
głównej mierze na umiejętności „wczucia się" w badanego. Wiele przeżyć zatarło
się w pamięci badanych, uległo różnym zafałszowaniom. Przy próbach uogólnień
zamazywały się indywidualne i niepowtarzalne sylwetki badanych. Z wielu
szczegółów trudno było wybrać najbardziej istotne. Nie zawsze wybór oparty na
analizie statystycznej był najsłuszniejszy. Tego rodzaju pytań i wątpliwości
nasuwało się wiele przy opracowywaniu historii życia pierwszych stu zbadanych
byłych więźniów. Później badania rozszerzyły się o kilkudziesięcioosobową grupę
tzw. dzieci oświęcimskich, tzn. ludzi, którzy urodzili się w obozie
koncentracyjnym lub dostali się tam jako dzieci. Problematyka była tu odmienna
niż u więźniów dorosłych, ale pewne cechy w obu grupach były wspólne.
Zetknięcie się z człowiekiem, który przeżył obóz, nasuwa każdemu psychiatrze
wiele pytań. Pytania te sięgają nieraz w zasadniczą konstrukcję zawodowej
orientacji psychiatry. Konstrukcja ta dotyczy podstawowego pytania, na które
każdy psychiatra próbuje dać sobie hipotetyczną odpowiedź, a mianowicie: kim
jest człowiek. Otóż wydaje się, że psychiatra, który nie zetknął się z byłymi
więźniami obozów, jakoś inaczej formułuje odpowiedź na to pytanie niż ten, który
z ludźmi tymi miał okazję się spotkać. Chodzi tu o problem człowieka w sytuacji
granicznej, która odsłania go w nowych, niekiedy nieprzewidzianych
perspektywach. To właśnie rozszerzenie perspektyw psychiatrycznych było, jak się
zdaje, przyczyną wielu trudności, jakie napotykano przy próbach naukowego
opracowania doświadczeń zebranych w kon-
80
taktach z byłymi więźniami. Trzeba było nieraz wyjść ze stereotypów myślenia
psychiatrycznego. Dość też nieśmiało sformułowano wnioski wypływające z
pierwszych obserwacji.
Kontakt z byłymi więźniami nie skończył się po ukończeniu pierwszych badań. Byli
więźniowie zgłaszali się i zgłaszają po porady lekarskie. Przeprowadzono wśród
nich ankiety. Duża grupa byłych więźniów, których poddano w obozie
pseudonaukowym eksperymentom, była szczegółowo badana w Klinice Chorób Zakaźnych
AM w Krakowie pod kierunkiem prof. dra Władysława Fejkla i dr Marii Nowak-
Gołąbowej. Wśród wszechstronnych badań ważną rolę spełniają badania
psychiatryczne i elektroencefalograficzne. W Klinice Psychiatrycznej AM w
Krakowie zbadano dotychczas w sumie około pięciuset byłych więźniów.
Dalsze badania i kontakty potwierdziły na ogół to, co już uwidaczniało się w
toku analizy historii życia pierwszych stu zbadanych byłych więźniów. Również
badania przeprowadzone w innych ośrodkach naukowych zgadzały się z tymi
pierwszymi obserwacjami. Jest to dowodem rzetelności metod poznawczych
psychiatrii, co do których sami psychiatrzy nie są zawsze pewni.
Po dziesięciu latach badań i obserwacji można więc ze znacznie większą pewnością
pokusić się o określenie swoistych cech charakteryzujących ludzi, którzy
przeżyli obozy koncentracyjne. Już pierwsi badający, którzy wkrótce po wojnie
zajmowali się stanem zdrowia byłych więźniów, zwrócili uwagę na istnienie takich
cech, co pozwoliło im na ujęcie ich wspólną nazwą „astenii postępującej"
(asthenie progressive), „astenii poobozowej" lub „zespołu obozu
koncentracyjnego" (KZ-syndrom). Fakt ten jest o tyle interesujący, że
obserwowane u byłych więźniów zmiany chorobowe, będące następstwem pobytu w
obozie, były przecie różnorodne zarówno w obrazie somatycznym, jak i
psychicznym. Na przykład u jednego z byłych więźniów następstwem obozu może być
przedwczesna miażdżyca naczyń wieńcowych, u drugiego - naczyń mózgowych, u
trzeciego - gruźlica płuc; następstwem obozu mogą być przewlekłe choroby układu
pokarmowego, gościec stawowy, przedwczesna inwolucja, uporczywe zespoły
neurasteniczne, lękowo-depresyjne, alkoholizm, padaczka itd.
W jednych wypadkach prześledzenie związku przyczynowego z pobytem w obozie jest
sprawą łatwą, w innych wymaga dokładnej analizy. Często następstwa poobozowe
ujawniają się dopiero w kilkanaście lat po wyjściu z obozu. Pytaniem jednak
podstawowym pozostaje, co wśród tych różnorodnych następstw chorobowych jest
takiego, że pozwala ująć je we wspólną nazwę „zespołu obozu koncentracyjnego"
lub „choroby poobozowej".
Oczywiście można na to pytanie dać prostą odpowiedź, że wspólna jest etiologia:
pobyt w obozie. Nie to wszakże wydaje się istotne. Każdego, kto zetknął się z
81
6 Anus mundt
|"!i ludźmi z obozu, uderza jakieś ich nieokreślone
podobieństwo. Są oni różni i
j! cierpią na rozmaite dolegliwości, będące następstwem
ich przebywania w obozie,
a jednak mają coś wspólnego. Fakt ten był, jak się zdaje, głównym motywem dla
pierwszych badaczy, którzy wprowadzili termin KZ-syndrom czy asthenie progres-
sive. Uwydatniał on się też wyraźnie w badaniach prowadzonych przez ośrodek
krakowski, a po latach stał się jeszcze wyraźniejszy. Dlatego też słuszne wydają
się żądania wszystkich badaczy pracujących nad zagadnieniami somatycznych i
psychicznych następstw pobytu w obozie, by do terminologii lekarskiej wprowadzić
pojęcie „zespołu obozu koncentracyjnego" jako odrębnej jednostki diagnostycznej
0 określonej etiologii, o charakterystycznym, choć różnorodnym obrazie
chorobowym i o swoistej metodzie postępowania leczniczego.
Mimo że w badaniach - prowadzonych zarówno bezpośrednio po wojnie, jak
1 w ciągu kilkunastu późniejszych lat, a nawet blisko w ćwierć wieku po niej
-wyczuwa się swoistość ludzi z obozu, to jednak nie jest łatwo ją określić.
Definicja „zespołu obozu koncentracyjnego", „choroby poobozowej" czy też inaczej
nazwanej, jeśliby się udało wymyślić zręczniejsze określenie, nie może polegać
na wyliczeniu objawów mogących być następstwem pobytu w obozie; tego typu
inwentarz byłby nieskończenie długi; natomiast powinno się dążyć do poznania tej
nieokreślonej swoistości, która jest czynnikiem sprowadzającym różnorodne objawy
i różne sylwetki ludzkie do wspólnego mianownika. Ona była impulsem do
stworzenia nazwy KZ-syndrom. Mimo upływu ćwierćwiecza jest ona wciąż wyczuwalna,
może nawet silniej po upływie lat, niż to było bezpośrednio po wyjściu z obozu.
Rzadko jednak sprawy wyczuwalne są łatwe do zdefiniowania. Dlatego mimo wielu
badań wciąż tak trudno jest określić istotę „zespołu obozu koncentracyjnego".
Jest w nim coś nieuchwytnego, co łączy wszystkich, którzy przeżyli obóz
koncentracyjny. Wydaje się, że nie można dojść do ścisłego ustalenia kryteriów
KZ-syn-dromu, jak też cech ludzi z obozu, nie zaczynając od początku, tj. od
samego pobytu w obozie. Oczywiście są to sprawy, które przekraczają granicę
ludzkiej wyobraźni i może granicę ludzkiej zdolności wczucia się w przeżycia
drugiego człowieka. Mimo to jednak bez tego pierwszego i zasadniczego kroku nie
można pójść dalej w kierunku określenia „zespołu obozu koncentracyjnego".
Dzięki bogatej literaturze obozowej można sobie wyobrazić, jak wyglądało życie w
obozie. Jest to jednak wyobrażenie dalekie i mgliste i badacz czuje się po
trosze w roli Gawalewiczowskiej pani Gudrun, która, nasłuchawszy się wiele o
przeżyciach obozowych od byłych więźniów, którymi się troskliwie zajmowała,
pytała ich, czy mieli w obozie nocne lampki przy łóżkach. Wydaje się, że
przepaść oddzielająca ludzi z obozu od tych, którzy w nim nie byli, jest nie do
przebycia. Nikt bowiem
82
nie jest w stanie wczuć się w to, co oni przeżyli. Ich przeżycia są poza
granicami ludzkiego zrozumienia (Jaspersowskiego verstehende).
Psychiatra nie może wszakże zaniechać prób przekroczenia tych granic, a choć nie
zawsze udaje mu się wczuć w przeżycia psychiczne chorego, to jednak musi mieć
jakieś przynajmniej ogólne wejrzenie w świat jego doznań. Podchodząc w ten
sposób do przeżyć obozowych, warto zwrócić uwagę na trzy momenty, które wydają
się istotne dla dalszych losów więźniów. Jest to niezwykła rozpiętość przeżyć
obozowych, jedność psychofizyczna i autyzm obozowy.
Wstąpienie w piekło obozu było wstrząsem przekraczającym zwykłe stresy ludzkiego
życia. Wszyscy autorzy zajmujący się przeżyciami obozowymi podkreślają ogólne
wystąpienie pierwszej reakcji na pobyt w obozie, która u wielu więźniów kończyła
się śmiercią. Więzień musiał w ciągu kilku tygodni lub miesięcy jakoś
przystosować się do życia w obozie; inaczej zginął. Dwie sprawy były w tej
adaptacji ważne. Musiał on znieczulić się na to, co się dzieje wokół niego,
zamknąć się w sobie i zobojętnieć, nie przechodząc jednak w stan „muzułmaństwa",
tj. całkowitego zobojętnienia. Tę obronną znieczulicę określono tu pojęciem
„autyzmu obozowego". Z drugiej strony musiał on znaleźć w piekle obozu swego
„anioła", tj. człowieka lub grupę ludzi, którzy zachowywali wobec niego ludzką
postawę, pozwalając ocalić resztkę dawnego świata.
Wydaje się, że to odnalezienie drugiego człowieka było równym wstrząsem, jak
wejście do obozu. Był to wstrząs o znaczeniu dodatnim: „niebo" w piekle obozu.
Nigdy człowiek nie może żyć w jednym kolorycie. Obok czarnego jest zawsze białe.
Tu jednak rozpiętość między przeciwstawnymi kolorami życia była już szokująca;
nie były to kontrasty zwykłego życia, ale prawdziwe piekło i niebo. Maski
spadały, człowiek był nagi. Był to naprawdę swoisty eksperyment psychiatryczny.
Odsłaniało się w człowieku to, co normalnie jest ukrywane, jego zbrodni-czość i
jego świętość. Psychiatra z racji swego zawodu styka się z tą „podszewką" natury
ludzkiej; w obozie była ona na wierzchu. Dlatego też byli więźniowie są na ogół
bardzo uczuleni na autentyczność kontaktów z ludźmi; czują się najlepiej wśród
swoich, gdyż tylko z nimi mają wspólny język, innym ludziom trochę nie
dowierzają. Zmiany osobowości obserwowane u byłych więźniów przypominają więc
trochę zmiany występujące po psychozie, zwłaszcza typu schizofrenicznego. I
jedni, i drudzy po tym, co przeżyli, nie mogą jakby zejść z powrotem na ziemię.
Rozpiętość ich przeżyć była zbyt wielka, by mogli zmieścić się w przeciętnym
kolorycie normalnego życia.
W tym anus mundi, jakim był obóz, w gruzy rozpadał się dotychczasowy świat z
jego wartościami, ideami, sprawami ważnymi i błahymi. Stawał się on nierealny;
wracał w marzeniach sennych; wydawało się, że taki świat może istnieć tylko na
83

innej planecie. Gdy wali się dotychczasowy świat, człowiek czuje się zagubiony,
ogarnia go lęk, nie może rzutować się w przyszłość; stąd poczucie
beznadziejności. W tej sytuacji uśmiech drugiego człowieka, życzliwe słowo,
nieraz drobna pomoc stawały się skrawkiem nieba, otwierały perspektywy na
przyszłość, przywracały wiarę w człowieczeństwo własne i innych ludzi. I od tego
momentu żaden kontakt z człowiekiem, ani przedobozowy, ani poobozowy, nie
dorównywał temu swoistemu olśnieniu, jakim było spotkanie się z człowiekiem w
obozowym piekle.
W zwykłych warunkach życia kontakty z ludźmi stają się mniej lub więcej
zdawkowe, człowiek bardziej ociera się o ludzi, niż z nimi współżyje, maska form
towarzyskich broni przed wejściem w cudzą sferę intymności. Dlatego człowiek
mimo dobrych kontaktów z innymi czuje się często samotny. Może to brzmi
paradoksalnie, ale w obozie poczucie samotności było mniejsze niż w warunkach
życia normalnego. Byli więźniowie czują się na ogół dobrze wśród swoich, tj.
wśród towarzyszy niedoli; w tej wspólnocie znika ich poczucie osamotnienia i
niezrozumienia przez innych. W obozie bowiem poznali oni smak zetknięcia się z
człowiekiem. Zetknięcie to często ratowało im życie, z numeru zmieniało ich z
powrotem w ludzi.
Znaczenie kontaktu międzyludzkiego było zupełnie inne w obozie niż w życiu
normalnym. Zwykły, ludzki gest, na który w normalnym życiu nie zwraca się uwagi,
uważając go za formę grzecznościową, był w obozie olśnieniem, ukazaniem skrawka
nieba, ratował nieraz życie, przywracał wiarę w życie.
Podstawowa dla myślenia lekarskiego teza o jedności psychofizycznej człowieka
szczególnie wyraźnie potwierdza się na początku i u kresu jego życia, a także w
sytuacjach granicznych. U małych dzieci i starców subiektywne wiąże się z
obiektywnym, załamanie psychiczne prowadzi do załamania fizycznego, a nawet do
śmierci. To samo dzieje się w sytuacjach granicznych. Wówczas człowiek też jest
blisko śmierci i gdy subiektywna całka wszystkich funkcji ustroju, jaką jest
życie psychiczne, ulegnie załamaniu, załamuje się wszystko. Więzień, który już
nie chciał żyć, miał wszystkiego dosyć, najczęściej nie przeżywał następnego
dnia lub przechodził w stan „zmuzułmanienia". Z drugiej strony życzliwe słowo
kolegi obozowego ratowało nieraz życie. Może nigdzie tak wyraźnie nie ujawniły
się znaczenie i istota psychoterapii, jak właśnie w obozie. Jeśli w szpitalu
obozowym (już w okresie, gdy był on opanowany przez więźniów politycznych)
ludzie z ciężkich chorób somatycznych wracali do zdrowia, to nie dzięki lekom,
których prawie nie było, ale dzięki postawie kolegów więźniów, lekarzy,
pielęgniarzy i rekonwalescentów. Był to chyba najpiękniejszy rozdział w historii
psychoterapii. Była to prawdziwa „społeczność terapeutyczna", o której dziś
wiele mówi się w psychiatrii.
Pojęcie jedności psychofizycznej, choć tak oczywiste dla każdego lekarza, jest
84
pozornie nieprzekonujące, gdyż sprzeczne z naturalnym u każdego człowieka
rozszczepieniem soma od psyche, czynności fizycznych od psychicznych; jedne są
przedmiotem, a drugie podmiotem. Wydaje się, że rozszczepienie to jest w pewnej
przynajmniej mierze wyrazem funkcji sterowniczych ustroju. Między sterującym a
sterowanym wytwarza się zawsze stosunek podmiotu do przedmiotu. W ustroju
ludzkim spośród rozległych i niezwykle skomplikowanych czynności sterowniczych
tylko drobna część dociera do świadomości, inne są zautomatyzowane od początku
(np. czynności wegetatywne) lub ulegają automatyzacji dzięki stałemu powtarzaniu
(np. czynność chodzenia). Dziecko, ucząc się chodzić, ma świadomość każdego
ruchu związanego z tą funkcją; rozgrywa się wówczas ostra walka między
podmiotem, chcącym opanować nową czynność, tj. chodzenie, a przedmiotem, tj.
wszystkim, co nowemu celowi się przeciwstawia. W miarę opanowywania nowej
funkcji walka słabnie; przenosi się ona do nowych zadań (np. funkcja pisania).
Opanowana funkcja staje się posłusznym „przedmiotem", „funkcją fizyczną",
„ciałem"; wystarczy akt woli („idę") i ciało ulegle go spełnia. Dla tancerza,
alpinisty itp. walka nadal trwa; każdy ruch jest w polu świadomości. Nie jest on
wyłącznie funkcją fizyczną, ale także psychiczną; ich „ciała" są w jakimś sensie
„uduchowione", tzn. świadomie przeżywane. Rozdział między podmiotem a
przedmiotem jest więc związany z ustawiczną walką o realizację nowych celów, z
przemianą potencjalnych struktur czynnościowych w struktury zrealizowane.
W obozie czynności dawno zautomatyzowane z powrotem stawały się polem walki.
Każdy krok, postawa ciała, ruch ręki stawały się ważne, mogły niejednokrotnie
decydować o życiu. Jedzenie, załatwianie potrzeb fizjologicznych zajmowały
główną pozycję w świadomości więźnia. Mówiąc językiem psychoanalitycznym, była
to regresja do pierwszych lat życia, gdy dziecko uczy się tych czynności i w
związku z tym są one ośrodkiem jego przeżyć. Dlatego może więź emocjonalna
między więźniami miała w sobie coś ze stosunku macierzyńskiego; życzliwy gest
miał moc gestu matki. Dlatego tak ważna dla przeżycia była wola przetrwania.
Każdy ruch był bowiem ważny, liczył się, trzeba było wciąż walczyć z sobą. Po
oczach można było poznać, że ktoś już nie miał sił walczyć dalej.
„Te oczy, zwiastuny [śmierci] w obozie - pisze prof. Stanisław Pigoń - to już
jest osobna kwestia. Napatrzyłem się im ponad miarę. Wymowę ich poznaliśmy
doświadczalnie. Jak gospodarz po wyglądzie zachodzącego za chmurę słońca
rozeznaje się w niepogodzie jutrzejszej, tak my z jakości czyjegoś spojrzenia
poznawaliśmy odległość cicho zbliżającej się śmierci. Trzy dni naprzód można już
było oznaczyć koniec człowieka."
W obozie znikało rozszczepienie między soma a psyche. Rozluźnienie wewnętrz-
85
nego napięcia z chęcią przetrwania oznaczało z reguły kres życia. „Muzułmaństwo"
było typowym przykładem rezygnacji z walki.
Lekarz mający ocenić odległe skutki przebywania w obozie niejednokrotnie jest w
kłopocie, gdyż trudno mu ustalić związki przyczynowe, Rzecz w tym, czy
przedwczesne starzenie się, czy gruźlica, czy choroba układu sercowo-naczyniowe-
go, czy nerwica, alkoholizm, padaczka itd. są rzeczywiście następstwem cierpień
obozowych. Często oznaki choroby pojawiają się po wielu latach. Czy brak
ciągłości czasowej pozwala na przyjęcie związku przyczynowego? Jakie czynniki
etiologiczne odgrywały rolę w powstawaniu chorób poobozowych, głód, urazy
mechaniczne, choroby zakaźne, urazy psychiczne itd.? Tego mniej więcej typu
pytania trapią lekarzy orzekających w sprawach byłych więźniów. Wydaje się, że
przyjęcie jedności psychofizycznej ustroju, która dramatycznie ujawniła się w
obozie, ułatwia odpowiedź na wymienione pytania. Niezwykła mobilizacja całego
ustroju, jakiej wymagały warunki życia obozowego, a która w świadomości wyrażała
się dążeniem do przetrwania mimo wszystko, była, jak się wydaje, głównym
czynnikiem etiologicznym. Człowiek normalnie nie wytrzymuje takiego napięcia na
dłuższą metę. Opisywane są wypadki śmierci wskutek zbyt gwałtownej mobilizacji
układu endo-krynno-wegetatywnego (obserwacje Cannona, na których Selye oparł swą
koncepcję stresu). Oczywiście nie bez znaczenia były inne czynniki etiologiczne,
przede wszystkim głód, ale prawie każdy z nich sprowadzał się ostatecznie do
krańcowej mobilizacji ustroju. Dla jednego głód był czymś nie do zniesienia i
prowadził w końcu do „muzułmaństwa"; dla drugiego był wprawdzie torturą
koncentrującą wszystkie myśli, ale torturą, której więzień potrafił się
przeciwstawić. W końcu więc wszystko sprowadzało się do walki z inercją własnego
ciała.
W rozważaniu powiązań przyczynowych nie wydaje się słuszne ostre oddzielanie
czynników psychicznych od fizycznych. Jedne z drugimi tak się silnie wiązały, że
oddzielanie ich jest czymś sztucznym. Głód, choroby zakaźne (zwłaszcza dury:
wysypkowy i brzuszny), urazy głowy itp. mogły prowadzić do trwałego uszkodzenia
ośrodkowego układu nerwowego. Uszkodzenie to mogło manifestować się przez wiele
lat jedynie przewlekłym zespołem nerwicowym. Dopiero po latach mogą wystąpić
objawy zespołu psychoorganicznego, co oczywiście zwraca uwagą lekarza na
właściwą etiologię, która przedtem łatwo była przeoczana. Z drugiej strony
długotrwałe napięcie psychiczne, jakie towarzyszyło życiu w obozie, mogło
wyzwolić przedwczesny proces miażdżycowy lub zmniejszyć ogólną odporność
ustroju. W tym wypadku zespół objawów wyraźnie somatycznych był następstwem
urazów psychicznych. Rozważania tego typu mają wartość tylko teoretyczną; w
praktyce nie da się oddzielić poszczególnych czynników od siebie. Zagadnienie
związków przyczynowych można więc rozpatrywać tylko całościowo.
86
Wspomniana maksymalna mobilizacja ustroju, która była warunkiem przeżycia obozu,
z punktu widzenia lekarskiego nie mogła pozostać bez następstw. Jak zatem
wytłumaczyć fakt, że istniała przecież grupa byłych więźniów, którzy przez wiele
lat po obozie nie wymagali pomocy lekarskiej? Dopiero po upływie długiego czasu
część z nich zaczęła wykazywać zaburzenia natury somatycznej czy psychicznej,
które można było uważać za późne następstwa obozu. Przede wszystkim obserwowało
się u nich przedwczesny proces inwolucji. Są jednak i tacy, którzy do tej pory
cieszą, się najlepszym zdrowiem i dobrym samopoczuciem, a swoją żywotnością i
młodością górują nieraz nad ludźmi, którzy tortur obozu nie przeszli. Ludzie ci,
wprawdzie nieliczni, z punktu widzenia lekarskiego stanowią zagadkę. Możliwe, że
przy dokładniejszych możliwościach badawczych dałoby się u nich odkryć zmiany
patologiczne, będące następstwem pobytu w obozie. Z teoretycznego punktu
widzenia następstwa takie powinny istnieć. Długotrwały i silny stres, jakim był
obóz koncentracyjny, nie może pozostać bez trwałych śladów w ustroju. Ślady te
mogą przez wiele lat utrzymywać się w stanie utajenia i nagle ujawniają się pod
wpływem błahych nieraz czynników natury fizycznej lub psychicznej.
Ślady te ujawniają się podczas dokładnego badania psychiatrycznego w postaci
mniej lub bardziej dyskretnych poobozowych zmian osobowości, trudności
adaptowania się do normalnego życia, zmian zasadniczych postaw życiowych i
hierarchii wartości, uznawania obozu jako ostatecznego układu odniesienia, w
postaci snów obozowych, obozowej hipermnezji itp. Oczywiście są to fakty z
zakresu psychiki, ale przyjmując jednak koncepcję jedności psychofizycznej,
która szczególnie dramatycznie manifestowała się w obozie, należy rozpatrywać je
na równi z faktami fizycznymi.
Dla zrozumienia, dlaczego po przeżyciach obozu można było zachować pełne
zdrowie, należy znów cofnąć się do okresu samego obozu i odpowiedzieć na
pytanie, jak w ogóle można przeżyć obóz. Niewątpliwie trzeba było się znieczulić
na wiele doznań, które w normalnym życiu byłyby nie do zniesienia, należało
zamknąć się w sobie, znaleźć w samym sobie jakiś silny punkt oparcia, wiarę w
przeżycie, przekonanie, że zło, nawet największe, musi się skończyć, myśl o
rodzinie, wiarę religijną, myśl o karze dla prześladowców itp.
Pięknie o tym pisze w cytowanych już Wspominkach z obozu w Sachsenhausen prof.
Stanisław Pigoń:
„Dawne fortece były dwukondygnacyjne. Ponad «niższym» wznosił się zawsze na
litej skale «wysoki zamek». Choć pierwszy padł, w drugim można się było jeszcze
długo trzymać. Dobrze radził stary zbójnik Rafałowi Olbromskiemu w więzieniu
orawskim: «Trzim się». I nam wypadło wobec złowrogiej przemocy znaleźć w sobie
taki wyższy zamek, ostoję, z niewzruszonych najbardziej niewzru-
87
szoną, czepiać się jej pazurami i za nic ani na chwilą nie popuścić. Nie dać
przystępu zwątpieniu, prostracji, zaszyć się w swym najciaśniejszym ostępie i
trwać, jak kamień w gruncie. Niechże mnie wysadzą. W tym był właściwy ratunek.
Słowa to nieczcze. Sam dopadłem w sobie do takiego punktu oparcia i chyba temu
zawdzięczam, żem wybrnął. Jaki on był, to nie należy tu do rzeczy, ale był i był
ochroną przeciw nawale atakującej nienawiści. Taka zaś zbrojność nie zależała od
wieku ani tylko od zasobu sił żywotnych."
Dla psychiatry zjawisko to ma coś ze schizofrenicznego autyzmu; świat otaczający
staje się nie do zniesienia, człowiek zamyka się w sobie, odcina się od wymiany
ze środowiskiem, żyje we własnym świecie, który nabiera nagle lub stopniowo
waloru realności. Dlatego jest trafne określenie „autyzm obozowy", Oczywiście
nie był on absolutny. Kontakt z przyjaciółmi i kolegami, ten promień światła w
piekle obozu, odgrywał zasadniczą rolę w przetrwaniu. Był on zjawiskiem ogólnym
i bez niego nie można było „zaadaptować" się do życia w obozie. Ale jak w
schizofrenii odróżnia się autyzm pełny od pustego, tak i w obozie obok tych,
którzy znaleźli swój „wyższy zamek", byli i tacy, co go znaleźć nie mogli. Tak o
nich pisze prof. Pigoń:
„Jeżeli mówię o taktyce ratowania się więźniów przed zasypującą ich lawiną zła i
zagłady, wspomnę o sposobie, którego nie odważyłem się osądzić: trudniejszy on,
czy łatwiejszy od wyżej podanego, wyższy czy niższy? Bądź co bądź rzadko można
było spotkać takiego, co się odważył go spróbować. Był to szczególny rodzaj
ataraksji związany z jakimś trudnym do pojęcia wewnętrznym zdrewnieniem.
Osobnik, który się zdobył na taką postawę, określany był półwzgardliwym, półli-
tościwym mianem «muzułman». Specyficzny to wytwór warunków obozowych. Na samym
dnie poniewierki, przy całkowitym zobojętnieniu na grozę śmierci, potrafił on
przezwyciężyć i zdławić cierpienie, nie cofnąć się przed przeraziiwością bólu.
Był taki jeden w naszym baraku, patrzyłem nań ze wstrząsającym przerażeniem.
Zbiedzony, ledwie się trzymający na nogach, szedł bez wahania z upartym
wezwaniem: «No, to mię wykończ!» I bywało, o dziwo, tak, że szatan okrucieństwa
odwracał odeń znużony w rozjuszeniu wzrok i pokonany umykał. Sam widziałem."
Zaskakującym faktem jest, że byłym więźniom trudniej było zaadaptować się do
życia poobozowego niż do obozu. Wiele obiektywnych faktów na to się złożyło.
Wiele było nie spełnionych oczekiwań i zawiedzionych nadziei. Przez wiele lat
nie doceniano cierpień i bohaterstwa tych ludzi. Sprawy codziennego życia na
wolności wydawały im się błahe w porównaniu z tym, co przeszli w obozie. Formy
ludzkiego współżycia raziły ich obłudą i małostkowością. Podobnie jak chory po
ostrej psychozie schizofrenicznej z trudem wraca na ziemię do zwykłego życia,
wszystko wydaje mu się szare i banalne w porównaniu z tym, co przeżył w okresie
psychozy,
88
tak i ludzie „stamtąd" przez wiele miesięcy, a nawet lat, nie mogli się z
powrotem przyzwyczaić do normalnego życia.
Istnieją pewne granice przeżyć ludzkich i bezkarnie nie można ich przekraczać;
jeśli się to stanie, gdy wyjdzie się „poza", wówczas już nie ma powrotu do
dawnego. Zmienia się coś w zasadniczej strukturze; człowiek już nie jest ten
sam, co kiedyś. Tę inność określa się jako „zmianę osobowości", a w wypadku
schizofrenii używa się często technicznego i niezbyt dla człowieka stosownego
określenia „defekt".
Obserwowane u byłych więźniów zmiany osobowości dotyczą głównie trzech wymiarów:
1 - ogólnej dynamiki życiowej, odczuwanej subiektywnie jako nastrój; 2 -
stosunku do ludzi i 3 - zdolności hamowania. Najczęściej spotyka się obniżenie
nastroju, nieufny stosunek do ludzi, obniżenie zdolności hamowania (zwiększona
pobudliwość i drażliwość). Zdarzają się jednak zmiany w kierunku przeciwnym:
zwiększonej dynamiki życiowej, zwiększonej ufności w stosunku do ludzi,
graniczącej z naiwnością, zwiększenia hamowania w postaci „kamiennego spokoju".
Ci, którzy mają krewnych i przyjaciół wśród byłych więźniów, odczuwają czasem
niemile fakt, że nie znajdują z nimi jakby wspólnego języka; znacznie lepiej
czują się oni wśród swych kolegów obozowych niż w kręgu rodziny lub przedobo-
zowych przyjaciół. Wśród „swoich", tj. kolegów z obozu, nagle ożywiają się,
stają się bezpośredni, znikają wszelkie społeczne hierarchie i formy z nimi
związane, pojawia się swoisty, obozowy humor. Nie wszyscy byli więźniowie
utrzymują kontakt z dawnymi towarzyszami; są tacy, którzy tych kontaktów
unikają, jak też wszelkich wspominków na ten temat. Są to przeważnie ci, którzy
jeszcze obozu nie potrafili „przetrawić"; przeżycia obozowe są dla nich wciąż
zbyt bolesne, by potrafili do nich wracać.
U każdego człowieka istnieją „wysepki" wspomnień, do których chętnie sam wraca
lub które nawet wbrew jego woli wynurzają się z zapomnienia. Są to różne
wysepki, większe i mniejsze, piękne i brzydkie. Pojawiają się zależnie od
nastroju i aktualnej sytuacji, a czasem nie wiadomo dlaczego. Dla byłych
więźniów przeżycia obozowe stały się nie wysepką, ale potężną wyspą, która swym
ogromem przesłoniła wszystkie inne. Wyspa ta stała się głównym układem
odniesienia w poobozowym życiu byłych więźniów. Zmieniła ona ich stosunek do
życia, skalę wartości, stosunek do ludzi i wpływa na wyznaczanie celów
życiowych, a z dręczącą regularnością wraca w marzeniach sennych. Nie można już
od niej odpłynąć.
Na drugim ogólnopolskim zjeździe lekarzy ZBoWiD-u 28-29 maja 1968 roku
„wysunięto postulat, aby ze względu na swoistość i osobliwość chorobowego
zespołu tzw. poobozowego (KZ-syndmm), który został bezspornie uznany w świecie
naukowym, włączyć ten zespół do międzynarodowej klasyfikacji chorób i opatrzyć
89
odpowiednim numerem statystycznym, co między innymi miałoby istotne znaczenie w
orzecznictwie lekarskim. Ponieważ nazewnictwo tego zespołu nie jest jednolite,
należy powierzyć ustalenie i ujednolicenie odpowiedniej terminologii fachowcom,
tj. lekarzom ZBoWiD-u i językoznawcom jako konsultantom."
Analizując poobozowe następstwa chorobowe, należy cofnąć się do samego pobytu w
obozie. Trzy czynniki, jak starano się w tym artykule wykazać, odgrywają tutaj
ważną rolę: rozpiętość przeżyć („piekło" i „niebo" obozu), jedność
psychofizyczna, która in exłremis życia obozowego dramatycznie się
manifestowała, i swoisty autyzm, polegający na znalezieniu w samym sobie punktu
oparcia, umożliwiającego przetrwanie obozu. Swoistość hitlerowskich obozów
koncentracyjnych wpływa też na specyfikę chorobowych zmian poobozowych. Mimo
wielu cech wspólnych nie są one identyczne ze zmianami spotykanymi w następstwie
pobytu w obozach jenieckich (tzw. choroba drutów kolczastych) lub w innego typu
obozach koncentracyjnych, toteż przynajmniej tymczasem termin KZ-syndrom wydaje
się najwłaściwszy dla ich określenia.
Dulce et decorum...
Temat bohaterstwa jest, jak wiadomo, często poruszany, począwszy od szkolnych
lekcji języka polskiego, historii i wychowania obywatelskiego, poprzez liczne
publikacje, a skończywszy na najpoważniejszych posiedzeniach naukowych. Na
przykład w Wojskowym Instytucie Historycznym, analizując wspomnienia Filipa
Pawła Segura, „na których przykładzie dokonano oceny pamiętników (wspomnień,
relacji) jako źródła historycznego, podkreślono m.in. aktualne do dziś refleksje
autora o namiętnościach ludzkich, wyzwalanych przeżyciami wojennymi, a także
zdolnościami szlachetnych jednostek do najwyższych poświęceń i czynów
bohaterskich".
W miarę zwiększania się zasobu piśmiennictwa dotyczącego lekarsko-psycho-
logiczno-socjologicznych zagadnień minionej wojny pojawiają się na tle relacji i
wspomnień, a także opracowań naukowych, dość często ujęcia refleksyjne, trafne i
odkrywcze, nieraz też dyskusyjne; wiele takich spostrzeżeń z pewnością będzie
wymagało sprawdzenia w miarę upływu czasu, w konfrontacji z szerszym kontekstem
tego rodzaju prac, które pojawią się również w przyszłości.
Nie można jednak już obecnie zaniechać obowiązku odnotowywania nowych myśli, do
których warto dorzucać własne uwagi i komentarze. Takie ogólniejsze
interpretacje, które nurtują wiele osób zajmujących się wspomnianą problematyką,
często obejmują większy obszar czasu i wywołują wspomnienia sięgające lat
dawnych, jeszcze sprzed wybuchu drugiej wojny światowej. Nic w tym dziwnego,
gdyż okres nocy okupacyjnej jest tylko wycinkiem życia ludzi, których
bezpośrednie doświadczenie wciągnęło w wir dramatycznych okupacyjnych wydarzeń,
a po latach skłania do wspomnieniowych refleksji, zrodzonych już w innej,
współczesnej epoce.
Tematem zadań maturalnych z języka polskiego przed ostatnią wojną dość często
była horacjuszowska maksyma: Dulce et decorum est pro patria mori. Śmierć za
ojczyznę była otoczona nimbem romantycznego heroizmu. I z tym nastawieniem szło
na wojnę wielu młodych ludzi. Śmierdzą ojczyznę uważano za
91
najwyższy sprawdzian własnej wartości. To patriotyczne wychowanie owocowało w
postaci bohaterskich czynów i pięknej postawy młodych żołnierzy i oficerów na
froncie i w podziemiu, przyczyniając się do wystawienia narodowi polskiemu
„przepustki do historii", jak to określił Zbigniew Załuski. Niektórych z tych
ludzi spotkał los straszliwy, znaleźli się bowiem w więzieniach gestapo i w
kacetach hitlerowskich, a nie z szablą pod wymarzoną Somosierrą.
Warto wspomnieć, że nie tylko skrajna potworność hitlerowskich obozów
koncentracyjnych, lecz także historia wojen wskazuje na istotne elementy, które
demaskują całą grozę zagadnienia. Oceniając wspomnianą już książkę F.P. Segura,
recenzent pisze:
„Napoleon robił wszystko zgodnie, z prawem oraz w imię cudzego dobra i wolności
i nikt inaczej nigdy nie postępował, dopiero krwiożercze obłąkanie
faszystowskich dyktatorów wieku dwudziestego zwolniło ich od konwencji i już bez
ogródek, z dziecięcą szczerością zapowiadali na przykład, że wyrżną Polaków, bo
uważają ich za hordę brudnych troglodytów i jest to powód wystarczający."
W swym eseju dotyczącym „pozornego zezwierzęcenia" żołnierzy na froncie,
ulegających „haszyszowi bitwy", Melchior Wańkowicz dochodzi do konkluzji, że
piśmiennictwo poświęcone wojnie „jest literaturą zakompleksioną. Taką
zakompleksioną literaturę dały nam przeżycia kacetowców po drugiej wojnie.
Remarque był ponownie odbiciem tych kompleksów drugiej wojny, pisząc ścinające
krew w żyłach studium o okrucieństwie." Ale też Wańkowicz stwierdza, że
„człowieka w człowieku nie zabije nawet nieludzka indoktrynacja. [...] Elementy
ludzkiego wzruszenia? One są tłumione tam, gdzie się żąda, aby żołnierz zabijał.
Ale, jakby drogą rekompensaty, regenerują się ze wzmocnioną siłą tam, gdzie
żołnierz psychicznie może sobie na to pozwolić."
Wyodrębniające się jako jeden ze szczególnych motywów w zagadnieniu bohaterstwa
hasło „Miło i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę" natrafiło w Polsce w drugiej
połowie wieku XVIII na podatny grunt w związku z szerzącym się poczuciem
polskiej przynależności narodowej, na tle tendencji patriotycznych, nasilających
się zwłaszcza pod koniec epoki stanisławowskiej. Z pewnością jednak już w
pierwszych trzech dziesiątkach lat XIX stulecia niektórzy zaczęli odczuwać tak
pojmowany patriotyzm jako nie dostosowany do sytuacji pod zaborami. Sprawa nie
jest więc całkiem nowa i ma swą historyczną analogię.
Charakterystycznym dowodem jest słynny wiersz Mickiewicza z lipca 1830 r. pt. Do
matki Polki. Uświadamiając sobie, że konspiratorom przyjdzie walczyć w
trudniejszych, odmiennych warunkach, wielki poeta pisał proroczo:
;:L Syn twój wyzwany do boju bez chwały I do męczeństwa... bez
zmartwychpowstania.
Każże mu wcześnie w jaskinią samotną Iść na dumanie, zalegać rohoże, Oddychać
parą zgniłą i wilgotną I z jadowitym gadem dzielić łoże.
Tam się nauczy pod ziemię kryć z gniewem [...] Postać mieć skromną [...]
Mickiewicz zdawał sobie sprawę z faktu, w jakiej sytuacji może się znaleźć
nowoczesny bojownik o wolność swego uciśnionego narodu; poeta radzi matce Polce,
aby oswoiła przyszłego działacza niepodległościowego z najgorszymi, często
poniżającymi niebezpieczeństwami:
Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem, Do taczkowego każ zaprzęgać woza, By przed
katowskim nie zbladnął obuchem Ani się spłonił na widok powroza;
Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze, Utkwić zwycięski krzyż w Jeruzalemie, Albo
jak świata nowego żołnierze Na wolność orać... krwią polewać ziemię.
Wyzwanie przyszłe mu szpieg nieznajomy,
Walkę, z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny,
A placem boju będzie dół kryjomy,
A wyrok o nim wyda wróg potężny. :
Zwyciężonemu za pomnik grobowy ' Zostaną suche drewna szubienicy -Za całą
sławę krótki płacz kobiecy I długie nocne rodaków rozmowy.
W ciągu 130 lat interpretowano mylnie ten utwór jako świadectwo utraty wiary w
celowość ofiar. Natomiast w rzeczywistości wiersz Do matki Polki jest wyrazem
zrozumienia przez Mickiewicza konieczności zmiany form walki, na co zwrócił
uwagę dopiero w roku 1961 Wacław Kubacki w osobnym studium.
Z punktu widzenia literatury obozowej, a wśród niej setek relacji opublikowanych
w „Przeglądzie Lekarskim - Oświęcim" i inspirujących różne ogólniejsze
spostrzeżenia, uderzają w cytowanym utworze - niemal linijka po linijce - szcze-
gółowe analogie sytuacji i rekwizytów. Tak na przykład więźniowie obozu
oświęcimskiego byli zaprzęgani do rollwagi, starali się przetrwać godnie strach
i tortury,
93
gestapo wyciągało ich z domów, parodia sądów {Sondergericht) poprzedzała
ferowane przez hitlerowców wyroki śmierci i egzekucje, zwłoki otiar zalegały w
masowych grobach, w nieznanych dołach. Podobną niezwykłą antycypację ukazało
zestawienie wersetów Piekła Dantego z fragmentami wspomnień byłych więźniów.
Oczywiście przed drugą wojną światową tego rodzaju spostrzeżenia nie mogły
przyjść na myśl pokoleniu piszącemu wtedy wypracowania na temat Dulce et
decorum...; dominował, jak wspomniano, wzór bohatera romantycznego. Wyobraźmy
sobie, że młody człowiek, wychowany w atmosferze i w szkołach międzywojnia,
żywiący admirację dla śmierci bohaterskiej, z bronią w ręku, trafił do
hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, gdzie pozbawienie życia zostało odarte z
nimbu heroizmu, a śmierć przerażała swą masowością, przypadkowością i ohydą.
Śmierć w lagrze - to stosy trupów, to ludzie ginący w brudzie, poniżeniu, w
skrajnym wyniszczeniu, wśród bicia, przekleństw i ekskrementów. Człowiek w
obozie do ostatka wytężał swe siły, by takiej śmierci uniknąć, by przetrwać za
wszelką cenę, a życie przedłużyć choćby o kolejną godzinę, jak np. w kompaniach
karnych, lub o kolejny dzień. Dążenie to było warunkiem przeżycia obozu; jeśli
więzień zamarzył o śmierci, zwykle szybko spełniała się jego tragiczna,
desperacka myśl o uwolnieniu się od niewysłowionych cierpień.
Analizując zagadnienie z tekarsko-psychologicznego punktu widzenia, należy
podkreślić, że widok zwłok u człowieka, a także prawdopodobnie u wielu zwierząt,
przynajmniej wyższych,-wywołuje wstręt. Jest to widok przeciwstawny życiu; z
reguły budzi on odrazę, lęk i chęć ucieczki od niego. Od najwcześniejszych
okresów swego rozwoju kulturalnego człowiek przeciwstawiał się odruchowi
wstrętu, stwarzając różnego rodzaju rytuały związane ze śmiercią i pocieszając
się wiarą, iż z chwilą śmierci nie wszystko się kończy. Na zasadzie dziwnego
paradoksu to, co ocalało z dawnych kultur i to, co dotychczas świadczy nieraz o
ich wielkości, wiąże się właśnie przede wszystkim z kultem umarłych, który w
pewnych kulturach dochodził do monstrualnych rozmiarów (np. w kulturze
staroegipskiej).
Nasuwa się pytanie, w jakim stopniu rozwój kultury szedł przeciw zdrowemu
rozsądkowi. To bowiem, co z różnych kultur przetrwało i co pozostawiło po sobie
wyraźny ślad w rozwoju kultury ogólnoludzkiej, wykraczało zazwyczaj poza krąg
zdrowego rozsądku codziennego życia, nie było bezpośrednio użyteczne, często
było rojeniem, oderwaniem się od realności i konkretności życia, abstrakcją (ab-
straho = „odrywam" w sensie przeciwstawnym do concresco = „rozwijam się razem z
czymś").
Adaptacja do życia w obozie koncentracyjnym wymagała między innymi
przyzwyczajenia się do widoku ohydy śmierci, tj. przezwyciężenia naturalnego
odruchu odrazy, przy jednoczesnym zapomnieniu o wszystkich rytuałach związanych
ze
94
śmiercią, a obowiązujących w świecie kulturalnym. Ludzie uwolnieni z obozu
nierzadko w szokujący sposób reagowali na ceremonie związane ze śmiercią; widok
pogrzebu poszczególnego nieboszczyka i smutnych min uczestników ostatniej drogi
człowieka nieraz wywoływał u byłych więźniów nie dający się powstrzymać wybuch
śmiechu. Również śmierć na polu walki, jak świadczą rozmowy z wieloma więźniami,
straciła dla większości z nich swój kuszący nimb.
Wydaje się, że masowość i technizacja wojennego mordu, które swe apogeum
osiągnęły w Oświęcimiu i Hiroszimie, wpłynęły w sposób istotny na modyfikację
nastawienia współczesnego człowieka do zagadnienia bohaterskiej śmierci i w
ogóle bohaterstwa.
Zagadnienie bohaterstwa jest wątkiem powszechnym w piśmiennictwie powojennym,
zwłaszcza w literaturze pięknej. Zasługuje ono na osobne, wyczerpujące, naukowe
studium. Sprawa jest dość zawikłana, bo choć pozornie dotyczy głównie postaw
człowieka, poglądu na świat i postępowania całych pokoleń („Kolumbowie" itp.),
stopnia dojrzałości politycznej, starych rozliczeń, wychowywania młodzieży itd.,
to w interpretacjach odczuwa się brak ścisłego rozpoznania i odgraniczenia
zasadniczych pojęć. Zdarza się, że niesłusznie obciąża się bohaterstwo, tj.
czyny lub postawy właściwe bohaterowi, tymi krytycznymi zarzutami, które powinno
skupiać na sobie ironiczne pojęcie bohaterszczyzny, czyli stereotypowo i
szablonowo rozumiane bohaterstwo. Stąd mogą wynikać szkodliwe nieporozumienia.
Postaw patriotycznych i gotowości do bohaterstwa nie może podważać fakt, że
zbladł romantyzm wojny, a jaskrawo ujawniły się jej masowe okrucieństwa i jej
bezsens. Nie wiadomo oczywiście, czy doświadczenia obozów masowej zagłady oraz
bomby atomowej powstrzymają ludzkość w przyszłości przed wojnami totalnymi,
można tylko żywić nadzieję powszechnego, trwałego pokoju i nie szczędzić
wysiłków w celu jego utrzymania. Wydaje się jednak, że psychiczna gotowość do
masowego mordowania się znacznie w świecie osłabła. Ale nie można zapominać, że
agresję w Kongu czy na Wietnam wspomagały grupy płatnych najemników, wśród
których nie brakowało byłych esesmanów, szukających możliwości wyżycia się w
okrucieństwie, jak np. osławiony „Kongo"—Muller.
Dążenie do sprawdzenia siebie w szlachetnym sensie na polu walki przestało być
ogólnie nęcące; zresztą współczesne metody prowadzenia działań militarnych
wskutek swego unaukowienia i technizacji dają coraz mniej szans jednostce w tym
kierunku. Historia, która do niedawna dotyczyła przede wszystkim walk
politycznych i wojen, coraz bardziej zwraca się ku zagadnieniom ekonomicznym i
kulturalnym. Szuka się nowego ideału bohatera; ten, który dzielnie zabijał
innych i sam swe życie na śmierć wystawiał, nie pasuje do nowoczesnych metod
wojny. Przy tym sama wojna przestała być czymś atrakcyjnym. Za bohaterstwo
zaczyna
95
się uważać odwagą przekonań, szukanie nowych sposobów widzenia rzeczywistości,
poświęcenie życia dla nauki czy sztuki itp. Nie wiadomo jeszcze, jaki ma być
bohater naszej epoki, ale wiadomo, że ideał bohatera wojennego nie jest już
pierwszoplanowy.
Problem bohatera nie stał się jednak dla człowieka obojętny. Tendencje heroiczne
istnieją u każdego człowieka, zwłaszcza w młodzieńczym okresie życia, a właściwe
ukształtowanie ideału bohatera odgrywa ważną rolę w rozwoju osobowości.
Współczesny człowiek, oceniając zagadnienie wojen i bohaterstwa, nie może w
swoim rozumowaniu pominąć przerażającej sytuacji więźniów w hitlerowskich
obozach koncentracyjnych. W skrajny sposób odsłoniły one bowiem grozę wojny
zaborczej i totalnej, a także wystawiły na ciężką próbę postawy ludzi wobec
problemu bohaterstwa.
Życie w tych obozach odsłaniało prawdę o człowieku. „Król był nagi." I to
szukanie prawdy pod pokrywką gładkich form towarzyskich i różnego rodzaju masek,
które człowiek musi w życiu codziennym przywdziać, można obserwować u wielu
byłych więźniów. Co więcej, można zaryzykować twierdzenie, że ta postawa
rozszerzyła się na współczesne młode pokolenie. Wiele konfliktów ze starym
pokoleniem powstaje właśnie na tym tle. Młodzi zarzucają starym zakłamanie.
Wprawdzie tego typu konflikt zawsze istniał u młodych ludzi, gdyż młodzi są
jeszcze nie przyzwyczajeni do przejawów obłudy życia społecznego, niemniej
jednak dawniej nie występował on tak jaskrawo, jak obecnie. Dla młodych bohater
musi więc być przede wszystkim prawdziwy, „autentyczny", jak to zwykło się dziś
mówić.
Stosunkowo długi okres względnej stabilizacji, jaki panował w Europie do
pierwszej wojny światowej („wiek złoty" cesarza Franciszka Józefa I i królowej
Wiktorii), prawdopodobnie wpłynął na utrwalenie się określonych form życia
społecznego, a tym samym - na wzrost zakłamania. Nigdy sentymentalizm nie był
tak popularny, jak wówczas, a pod jego ckliwą powierzchownością niejednokrotnie
taiła się brutalność i bezwzględność.
Pierwsza wojna światowa odsłoniła brutalne oblicze życia i powłoka
sentymentalizmu w latach międzywojennych była już mocno zarysowana. Druga wojna
światowa dokończyła dzieła destrukcji obłudy życia społecznego. Brutalizm, który
w monstrualnej formie ujawnił się w czasie wojny, nie mógł wraz z jej
zakończeniem automatycznie zniknąć z powierzchni życia powojennego. Razi on
wielu ludzi, ale często pod nim ukrywają się formy przeżywania delikatniejsze,
uczucia prawdziwsze i szlachetniejsze.
Oczywiście trudno opierać się tu na uogólnieniach, ale wydaje sią, że sytuacja
uległa odwróceniu. Dawniej pod sentymentalizmem kryła się nieraz brutalność,
96
dziś pod brutalnością kryje się nieraz subtelność uczuć. Jakkolwiek by było,
sentymentalizm stał się niepopularny, co należy zaliczyć na korzyść dzisiejszych
czasów, gdyż jest to forma uczuciowa najbardziej zakłamana.
Jeśli człowiek epoki ustabilizowanej zadowalał się porządkiem uczuciowym
dostosowanym do wymagań społecznych, to człowiek współczesny szuka głębszej
prawdy o sobie samym; nieraz nie wstydzi się tego, co dawniej było skrzętnie
ukrywane, a nawet nie w pełni uświadomione; jego świadomość prawdy o sobie jest,
jak się wydaje, większa niż w minionej epoce.
Takie rozszerzenie świadomości o sobie samym wywołuje poczucie chaosu; człowiek
nie jest w stanie zapanować nad tym, co się z jego wnętrza wydobywa. Gdy pole
świadomości jest węższe, łatwiej jest wówczas stworzyć we własnym życiu
uczuciowym pozorny porządek, który jednak jest sztuczny, fałszywy i łatwo ulega
rozbiciu w sytuacjach granicznych (np. pod wpływem wojny czy grozy obozów
koncentracyjnych). Obozy zagłady odsłoniły prawdę o człowieku, której dotychczas
ludzkość nie może strawić. Zmusza to jednak ludzi do zastanowienia się nad
pytaniem: jaki ja jestem naprawdę?
Decorum zostało podważone. Ale czy można odpowiedzieć na pytanie o prawdziwe
oblicze człowieka i czy to decorum nie stanowi nieraz form jego istnienia
najbardziej delikatnych i szlachetnych? W obozie hitlerowskim formy te
bezwzględnie zdzierano, człowiek był zredukowany do „numeru", o jego wartości
decydowała użyteczność. Nawet po śmierci więźnia obowiązywała zasada
użyteczności surowca: magazynowano jego włosy, złote zęby itp. Wartościowanie
człowieka według jego użyteczności jest jedną z ujemnych cech cywilizacji
technicznej. Cecha ta wywodzi się z technicznego spojrzenia na człowieka,
człowiek obcuje ze światem stworzonym przez samego siebie, tj. światem
technicznym, mimo woli przyjmuje takie spojrzenie na innych ludzi, jak na
przedmioty techniczne; ich miarą wartości jest użyteczność. To, co nieużyteczne,
może być wyrzucone. Żadne decorum tu nie pomoże, Użyteczność nie może więc być
naczelnym i wyłącznym kryterium.
Warunkiem przeżycia obozu było przeciwstawienie się koncepcji „numeru". Człowiek
musiał znaleźć w sobie pewne wartości, które odrywały go od potwornej i
przygniatającej konkretności życia obozowego (myśl o najbliższych, o życiu na
wolności, o zemście, przyjaźń, patriotyzm, przekonania ideowe, wiara religijna,
wiara w przyjaciół obozowych itp.). Obóz zdzierał dotychczasowe decorum
człowieka, ale jednocześnie zmuszał go do stworzenia nowego. Więzień nie mógł
być tylko numerem użytecznym dla obłędnej machiny hitlerowskiej.
Zagadnienie użyteczności wiąże się z problemem stosunku do śmierci. Człowiek
zmarły jest już całkiem bezużyteczny. Kłopot tylko stanowi, co zrobić z jego
zwłokami; poszukiwanie rozwiązania tej troski dręczyło komendanta obozu oświę-
97
7 - Anus mundi
cimskiego, Rudolfa Hoessa. 0 ludziach starych, zniedołężniałych, przewlekle
chorych też można by powiedzieć, że są bezużyteczni; w obozie przeznaczono ich
„do gazu". W społeczeństwie technicznym izoluje się ich w różnego rodzaju domach
opieki. Inaczej przedstawia się problem śmierci w przyrodzie ożywionej. Śmierć
przeplata się stale z życiem. Dla istot jednokomórkowych śmierć jest zwykle
momentem stworzenia nowego życia. U istot wielokomórkowych proces życia polega
na umieraniu jednych komórek, a rozmnażaniu się innych. Możność przenoszenia
planu genetycznego przeciwstawia się całkowitemu unicestwieniu.
Prawo użyteczności obowiązuje też w życiu. Formy zarówno morfologiczne, jak
funkcjonalne, gdy staną się bezużyteczne, zamierają. Życie jednak nie staje się
wskutek tego bezużyteczne. W ogóle takie pojęcie jest bezsensowne. Życie jest
celem samo w sobie, wciąż dąży do stworzenia coraz wyższych form porządku; formy
stare, niższe, umierają, a w ich miejsce powstają nowe, o wyższym poziomie
integracji. Jest to proces ewolucji, któremu też człowiek podlega nie tylko na
przestrzeni pokoleń, lecz również w swym indywidualnym życiu. Ewolucja człowieka
dotyczy przede wszystkim jego form funkcjonalnych, gdyż morfologiczne ulegają
zmianie niewielkiej. A z form funkcjonalnych rozwijają się przede wszystkim te,
które dotyczą wymiany informacji z otoczeniem (tzw. metabolizmu informacyjnego),
gdyż formy dotyczące metabolizmu energetycznego nie odbiegają tak dalece od form
spotykanych w świecie zwierzęcym, przynajmniej u jego wyższych przedstawicieli.
Rozwój układu nerwowego człowieka zapewnia mu, praktycznie biorąc, nieskończone
możliwości tworzenia różnorodnych form funkcjonalnych (struktur czynnościowych)
„metabolizmu informacyjnego". Prawdopodobnie tylko w małym stopniu możliwości te
są wyzyskane, a większość z nich - wskutek braku możliwości rozwoju - ulega
atrofii. Prawdopodobnie niezwykły zakres możliwości tworzenia różnorodnych
struktur czynnościowych powoduje, że człowiek nie mieści się w konkretności
życia. Jego formy przeżywania i zachowania się sięgają daleko poza moment
narodzin, są uwarunkowane tradycją kulturową. Człowiek wchodzi w gotowy system
struktur czynnościowych, toteż te, które w tym systemie się nie mieszczą, nie
mają szans rozwoju i znikają. Narodziny nie są więc początkiem wszystkiego, bo
człowiek jest zdeterminowany nie tylko w sensie dziedziczenia biologicznego,
lecz też kulturowego, tym, co było przed nim, i to dziedziczenie ogarnia daleką
przeszłość.
Również śmierć nie jest dla człowieka kresem wszystkiego. Zostawia on po sobie
nie tylko dziedzictwo biologiczne, lecz także kulturowe. Jego plan genetyczny
realizuje się w dalszych pokoleniach, a jego twórczość, działanie, wpływ na
innych ludzi i pamięć jego osoby nie giną w chwili śmierci. Każdy człowiek,
nawet
98
najskromniejszy, zostawia ślad po sobie. Nie da się więc człowieka zamknąć w
granicach jego narodzin i śmierci; jego życie zahacza o przeszłość i sięga w
przyszłość.
Dlatego dla normalnego rozwoju człowieka konieczne są tradycja (przeszłość) i
jego dążenie transcendentne (przyszłość). Człowiek powinien móc powiedzieć:
„wiem, skądem przyszedł i dokąd idę". Traktowanie człowieka z punktu widzenia
jego aktualnej użyteczności jest sprzeczne z naturalnymi dla niego współrzędnymi
czasu, sięgającymi daleko w przeszłość i w przyszłość. Człowiek nie mieści się w
aktualnym „tu i teraz"; jego spojrzenie zawsze wybiega dalej. Sięga on w
przyszłość poza granice swego życia, stara się poznać otaczającą rzeczywistość
poza jej zwykłym obrazem, dostarczanym przez doświadczenie zmysłów; skrycie
wierzy, że „wszystek nie umrze", że jakiś, choćby najdrobniejszy, ślad po nim
zostanie.
Niejeden taki ślad nabiera z perspektywy czasu wymiarów bohaterstwa.
Wspomniawszy także o tych, którzy poświęcili swe życie i działalność społeczną i
polityczną dla dobra ludzkości, przypomnijmy najbardziej znane przykłady. Dr
Halina Jankowska, która zginęła wraz ze swymi chorymi pod gruzami szpitala Jana
Bożego, dr Janusz Korczak, który również dobrowolnie poszedł z dziećmi
prowadzonymi na śmierć, czy też ksiądz Kolbe, który oddał swe życie w obozie
oświęcimskim za innego więźnia - spontanicznie dokonali wyboru zdeterminowanego
własną postawą, sumieniem i oceną nowej, groźnej, bezprecedensowej sytuacji.
Wiele podobnych postaw słusznie ocenia się jako bohaterstwo. Jest to tradycja,
która stanowi tylko ogniwo często ginącego w cieniu łańcucha różnych czynów w
codziennym życiu, które wymagają heroizmu, taktycznie niekłamanego i nie
kreowanego.
W obozach koncentracyjnych takich czynów było znacznie więcej, a wiele z nich
utonęło w niepamięci. Warto przy tym zauważyć, że wśród nas jeszcze żyją tacy
prawdziwi bohaterowie minionej wojny, których czyny są często nie znane nawet
najbliższej rodzinie. Uważają oni, że zrobili to, co „po prostu" do nich
należało. Jest to coś więcej niż zwykła skromność. Wskutek tego jednak liczne
fakty z najtrudniejszych lat naszych dziejów pozostają nie ujawnione i nie
przekazane potomności w postaci relacji i wspomnień, natomiast niekiedy
wyolbrzymia się i sztucznie uwydatnia fakty, co prawda niezwykłe w okupacyjnej
rzeczywistości, ale nie mające rangi szczególnego bohaterstwa. Tak tedy obok
prawdziwych bohaterów, o których wiemy, istnieją bohaterowie pozostający w
ukryciu.
To zagadnienie nurtuje zwłaszcza ludzi zajmujących się wydobywaniem,
inspirowaniem, opracowywaniem i wydawaniem wspomnień okupacyjnych. Tak sprawa
wygląda z perspektywy upływającego czasu. W okresie minionej wojny spontaniczne
99
czyny bohaterskie, dokonywane często z przeświadczeniem o nieuchronnej śmierci,
wynikały nie z chęci zbudowania sobie pomnika, ale z nakazu sumienia. Rodziły
się u ludzi, którzy umieli patrzeć poza węższy krąg spraw, określonych
instynktem samozachowawczym i dążeniem do ratowania swego życia bez oglądania
się na los innych.
Ta umiejętność wyjścia poza konkretność aktualnej sytuacji prawdopodobnie w
wielu wypadkach umożliwiała więźniom przetrwanie gehenny obozu koncentracyjnego.
Pięknie o tym pisał w swych Wspominkach z obozu w Sachsenhausen prof. Stanisław
Pigoń, porównując stopnie odporności więźnia do systemu dawnych warowni, tj. do
dolnego i górnego zamku. Taka postawa znajduje też swój wyraz w niektórych
innych relacjach obozowych.
Przeżywany aktualnie w naszej cywilizacji kryzys tradycji i transcendencji
powoduje, że współczesnemu człowiekowi trudno jest ustalić swoją pozycję w
odniesieniu do przeszłości i przyszłości. Mówi on raczej: „nie wiem, skądem
przyszedł i dokąd idę". Czuje się on więc zagubiony i łatwo zgadza się, by
miernikiem jego wartości była jego aktualna użyteczność. Dlatego często w dobie
obecnej nęka go już od młodych lat lęk przed śmiercią i starością. Gdy bowiem na
człowieka patrzy się tylko pod kątem jego użyteczności, starość i śmierć
oznaczają koniec wszystkiego. Ostatnia wojna, a w szczególności metody masowej
zagłady wstrząsnęły dawnym nimbem bohatera wojennego, zachwiały też
dotychczasowymi formami tradycji i transcendentnych dążeń, a jednocześnie
odsłoniły przed człowiekiem warstwy jego psychiki znajdujące się dawniej
przeważnie poniżej progu świadomości. Człowiek współczesny stanął wobec trudnego
zadania wypracowania nowego modelu bohatera i nowych form widzenia swej
przeszłości i przyszłości oraz uporządkowania rozszerzonego pola świadomości.
To, w jakim stopniu zdoła on podołać temu zadaniu, zapewne w dużej mierze
zadecyduje o przyszłych losach naszej kultury.
Na losy te wpłynie postawa i działalność młodych pokoleń, w których odczuciu
lata drugiej wojny światowej są tylko kartą z podręcznika historii. Okazuje się
jednak, że nie jest to przeszłość całkiem historyczna i pozbawiona wpływu na
młodzież. Są wątki, które wiążą przeszłość ze współczesnością i sięgają w
przyszłość. Nie przekonuje dostatecznie o tym fakcie piśmiennictwo
wyspecjalizowane, dotyczące wycinka zagadnień minionej wojny, np. tematyki
lekarskiej; przekonać o tym jednak mogą próby tematycznie szerszej analizy
treści zawartych w wielu publikacjach i relacjach. Na nie właśnie nakładają się
warstwy obserwacji, których poszukujemy. Znane badania psychiatryczno-
psychologiczno-socjologiczne pozwoliły uchylić nieco zasłonę kryjącą świat
wewnętrznych przeżyć byłych więźniów, wgłębić się nieco w problematykę moralno-
etyczną hitlerowskich obozów itp. Na
100
kanwie tak mozolnie wznoszącej się budowli poznania piśmiennictwo, którego się
spodziewamy, pozwoli wydobyć coraz więcej nauk z analizy problemów drugiej wojny
światowej.
Bez takiego dążenia nie uchronimy młodych pokoleń przed obojętnością wobec
tematyki okupacyjnej, nie zachęcimy ich do tej lektury i nie wyjaśnimy, że
cytowanego na początku określenia z eseju Wańkowicza, iż „zakompleksioną
literaturę dały nam przeżycia kacetowców", nie należy rozumieć mylnie lub
powierzchownie.
Zbrodnie ludobójstwa
Do masowych zbrodni ostatniej wojny można - podobnie jak do głębokich urazów w
życiu człowieka - podchodzić w sposób dwojaki: starać się je zepchnąć w
niepamięć lub próbować spokojnie przeanalizować ich przyczyny i mechanizmy. W
życiu jednostkowym pierwszy sposób, choć często może wygodniejszy, zwykle
całkowicie zawodzi; im bardziej staramy się zapomnieć o przykrych dla nas
faktach, tym silniej owładają one naszą psychiką, a gdy nawet dzięki obronnym
mechanizmom uda się je zepchnąć w cień niepamięci, dają znać o sobie w postaci
burzliwych nieraz objawów nerwicowych, psychosomatycznych czy psychotycznych.
Trudno oczywiście zjawiska życia psychicznego jednostki przenosić na życie
całych społeczeństw, jednakże wydaje się mało prawdopodobne, by ludzkość
potrafiła zapomnieć o zbrodniach ostatniej wojny. Raczej na zawsze zostaną one
ciemną plamą w historii naszej kultury. Fakt, że zarówno w piśmiennictwie
polskim, jak i zagranicznym z każdym rokiem wzrasta liczba publikacji na temat
masowych zbrodni z pewnością przemawia za tym, iż dopiero teraz można o tych
sprawach mówić, gdy wspomnienia nie są już tak świeże i bolesne.
Prawdopodobnie dopiero w przyszłości, przy współpracy historyków, prawników,
socjologów, psychologów, psychiatrów, będzie można niektóre zagadnienia
zrozumieć, na razie możemy stawiać tylko pytania.
Z wielu nasuwających się pytań pragniemy postawić dwa.
Pytanie pierwsze: czy w przyszłości dla określenia naszych czasów obok takich
nazw, jak „wiek teorii Einsteina", „cybernetyki", „bomby atomowej" będzie się
używać także takich, jak „wiek Oświęcimia, Majdanka, Buchenwaldu" itd.? Innymi
słowy, czy zbrodnie ostatniej wojny różniły się tylko ilościowo od zbrodni
popełnianych na przestrzeni całej historii naszej cywilizacji, czy też różniły
się od nich jakościowo i były czymś zupełnie nowym, wynalazkiem XX wieku?
Pytanie drugie: czy zbrodniarze wojenni zatrudnieni w realizacji masowej za-
103
głady byli zwyrodniałymi sadystami, czy też zwykłymi ludźmi, którzy w innych
warunkach politycznych byliby może „normalnymi" obywatelami?
W historii naszej cywilizacji nie można się uskarżać na brak potwornych
okrucieństw, znęcania się, sadyzmu. Jak przypływ i odpływ morza, tak narastały i
opadały fale zbiorowych mordów popełnianych zazwyczaj w myśl mniej lub więcej
szczytnych haseł. Czy obozy zagłady były czymś nowym, czy też udoskonaloną przez
technikę i naukową organizację nową formą starych, jak nasza kultura, zrywów
bestialstwa? Wydaje nam się, że jednak były czymś nowym. Nowość ich polegała na
innym stosunku do przeciwnika. Dawniej, czy były to okrucieństwa w stosunku do
pierwszych chrześcijan, heretyków, buntujących się chłopów, czy też innych
przeciwników ideologicznych, narodowych lub klasowych, człowiek, nad którym się
znęcano, nie przestawał być człowiekiem, co więcej, był człowiekiem groźnym,
który swą postawą, tajemniczością, odwagą budził lęk u oprawcy.
Lęk wyzwalał agresję, którą łatwo było wyładować na pokonanym przeciwniku. Przez
cały czas jednak przeciwnik nie przestawał być człowiekiem, z którym się w
sposób dziki, okrutny walczyło. Pastwienie się nad pokonanym było końcowym
etapem walki, sycącym najniższe instynkty agresji i sadyzmu.
Może nie jest kwestią przypadku, że więźniów obozów koncentracyjnych znaczono
cyframi; przestawali w tym momencie być ludźmi, a stawali się numerami. W sposób
precyzyjny, naukowy trzeba było ich zlikwidować. Nie budzili lęku, najwyżej
obrzydzenie. Tępiono ich tak, jak się tępi szczury lub insekty. Części ich ciała
stanowiły surowiec do różnego typu produkcji przemysłowej. Ilustracją tej
postawy może być między innymi karykatura polityczna; w pierwszej fazie
propagandy przedstawiała ona np. Żydów jako groźne zwierzęta, potwory itp. Żydzi
wtedy byli jeszcze ludźmi, budzili lęk i agresję. W dalszej fazie przedstawiano
ich jako insekty, brud, który wymiata niemiecka miotła. Tu człowiek już zmieniał
się w numer, w rzecz budzącą tylko wstręt.
Byli oczywiście sadyści, ale większość oprawców dokonywała masowych zbrodni z
poczucia obowiązku. Nie zaspokajało to drzemiących uczuć agresji i sadyzmu. Bo
nie można być sadystą w stosunku do numeru. W pewnym sensie też współczesna
wojna pozbawia człowieka wszystkich „rozkoszy" agresywno-sadystycznych, jakich
dostarczało np. rozprucie szablą czy bagnetem wnętrzności wroga; dziś lotnik
naciska guzik i nawet nie wyobraża sobie, jakie skutki ten mały ruch palca
przynosi.
Nie wchodząc w skomplikowaną strukturę organizacyjną obozów zagłady warto
zastanowić się nad tym, w jaki sposób stosunkowo mała grupa esesmanów potrafiła
utrzymać bezwzględny posłuch w tak dużej i różnorodnej masie ludzi, dlaczego tak
rzadkie stosunkowo były wypadki masowych buntów, dlaczego kilku żołnierzy
104
JL
potrafiło prowadzić tysiące ludzi do komór gazowych. Wydaje nam się, że ważną
rolę odegrało tu tzw. zjawisko „zwierciadła". Polega ono na tym, że człowiek do
pewnego stopnia patrzy na siebie tak, jak go widzi otoczenie, zwłaszcza ważna
część tego otoczenia. Tą ważną częścią byli Niemcy, a więźniowie, zwłaszcza w
okresach załamania, widzieli siebie ich oczyma. Prace nad zagadnieniami
psychiatrycznymi Oświęcimia, prowadzone przez zespół lekarzy z krakowskiej
Kliniki Psychiatrycznej, zdają się wskazywać na to, że decydującym momentem w
przetrwaniu obozu było właśnie uwolnienie się od tego zaraźliwego spojrzenia na
siebie i znalezienie w sobie z powrotem postawy ludzkiej.
Odpowiadając więc na pierwsze pytanie możemy powiedzieć, że obozy zagłady były
wynalazkiem XX wieku. Wynalazek ten polega nie na zmasowanej agresji i sadyzmie,
ale na traktowaniu człowieka jako numeru. Podstawą wszelkich stosunków
międzyludzkich jest traktowanie drugiego człowieka jako człowieka. Naruszenie
tej, zdawałoby się, banalnej zasady prowadzi do kataklizmów w rodzaju masowych
zbrodni ostatniej wojny. Wiele przyczyn złożyło się na to, że zasada ta została
naruszona po raz pierwszy właśnie w XX wieku przez Niemców, choć może w inny
sposób, z dziecięcą beztroską, naruszyli ją Amerykanie w stosunku do
Japończyków.
Próba analizy tych przyczyn przekracza moje możliwości. Chcę wskazać tylko na
jedną z nich, może najmniej ważną, ale nas, lekarzy, interesującą, mianowicie na
niemiecką „pseudonaukowość", polegającą na tym, że w zapale naukowym zapominało
się o przedmiocie badań, tj. o człowieku.
Drugie pytanie łączy się tematycznie z pierwszym. Mimo że wśród hitlerowskich
oprawców, zwłaszcza tych „mniejszych", którzy bezpośrednio stykali się z
więźniami, nie brakowało zwyrodnialców, jednakże o większości można powiedzieć,
że, tak jak siebie określali w powojennych procesach, byli oni „porządnymi
Niemcami", wielu z nich było dobrymi ojcami rodzin, zdyscyplinowanymi - może
nawet przesadnie - obywatelami III Rzeszy. Byli dobrymi w stosunku do I u d z i,
ale nie do n u m e r ó w. Ten sam Hoess, który miliony ludzi posłał do komór
gazowych, odnosił się po ludzku do swego ogrodnika, więźnia, żyjącego zresztą,
Polaka; więzień ten, choć miał wytatuowany swój numer obozowy, sam nie był
numerem dla Hoessa, był dla niego jeszcze człowiekiem. Kremer w swoim pamiętniku
wspomina z pewnym niesmakiem o selekcji do gazu, ale w następnym zdaniu pisze,
że przykre wrażenie zatarł przyjemny bankiet. Ostatecznie po zagazowaniu
„numerów" można zjeść dobrą kolację. Oburzamy się, że wszyscy prawie bez wyjątku
zbrodniarze wojenni w procesie norymberskim czy też w innych procesach uważali
się za niewinnych. Wydaje się, że oburzenie to jest niesłuszne i że mówiąc tak w
swym ostatnim słowie nie kłamali. Rzeczywiście czuli się niewinni popełnionych
zbrodni. Czy można czuć się winnym wymordowania milionów much? Pra-
105
wdopodobnie do ostatniej chwili przed śmiercią nie zauważyli oni swego błędu
myślenia, że skutkiem dziwnych kolei losu, chorobliwych ideologii, przestali
widzieć w człowieku człowieka.

Pewien polski pisarz w kilka lat po wojnie napisał, że faszyzm został wprawdzie
zwyciężony, ale duch jego zwyciężył, bo pozostała świadomość, że dopuszczono się
takich zbrodni. Świadomości tej zatrzeć się nie da i będzie prawdopodobnie
ciążyć nad ludzkością przez wieki. Podobnie jak człowiekowi staramy się ulżyć w
jego konfliktach, pomagając mu w zrozumieniu mechanizmów ich powstawania, tak i
tu możemy zmniejszyć ciężar winy przez próby analizy przyczyn zbrodni XX wieku.
No morę Hiroshimą,
Dialog majora Eatherly z filozofem wiedeńskim Guntherem Andersem ma wielkie
szansę pozostania w przyszłości symbolem epoki atomowej. Jego apokaliptyczno^;
nie tkwi w groźbie atomowej zagłady, ale w tym, że w całym narodzie amerykańskim
znalazł się tylko jeden człowiek, który czuł się odpowiedzialny i winny za
zrzucenie pierwszej bomby atomowej. I człowiek ten przez społeczeństwo i
psychiatrów został uznany za chorego psychicznie.
Psychiatra, dr Mc Erloy, tak pisze o swoim pacjencie, Claude Eatherly'm:
„Oczywiście przypadek zmiany osobowości. Pacjent całkowicie pozbawiony
jakiegokolwiek poczucia rzeczywistości. Stany łąkowe, wzrastające napiącie
psychiczne, stępione reakcje uczuciowe, halucynacje."
Opis taki nie tylko dla lekarza, ale nawet dla laika oznacza schizofrenię.
Dziwne to czasy, w których jedyny głos sumienia zostaje wypowiedziany ustami
schizof-renika. Pewnym pocieszeniem dla Amerykanów może być fakt, że w
społeczeństwie niemieckim nie znalazł się dotąd major Eatherly, nikt nie czuł
się odpowiedzialny i winny unicestwienia milionów ludzi w obozach
koncentracyjnych.
Po wielu latach pracy psychiatra czasem nabiera przeświadczenia, z którym sią na
ogół nie zdradza, że ci, którzy są jego pacjentami, są w jakimś sensie lepsi i
głębsi od tych, którzy nie są uważani „za innych". Wyraziła tę myśl w sposób
prosty a dosadny jedna z długoletnich pielęgniarek krakowskiej Kliniki
Psychiatrycznej:
„Do nas trafiają ci, którzy więcej czują i widzą."
Możliwe, że dla utrzymania się w granicach tzw. normy trzeba mieć dziś skórę
nosorożca.
107
\Q1\V
» 'I.-t; - •' .11" i v
jjL - *
•V
'""'MG
1 I*' A
•t 4
Próba psychiatrycznej prognozy
Zdolność przewidywania przyszłości wchodzi w zakres obowiązków lekarskich.
Prognoza jest uzupełnieniem diagnozy. W podręcznikach medycyny klinicznej opis
jednostek chorobowych dzieli się zwykle na następujące rozdziały: etiologia,
patologia, diagnoza (rozpoznanie), prognoza (rokowanie), terapia (leczenie).
Znając przebieg jakiegoś zjawiska, jego przyczyną, mechanizmy powstawania,
objawy, można z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem przewidzieć jego
przebieg w przyszłości. Prawdopodobieństwo to jest proporcjonalne do znajomości
zjawiska. Prognoza wpływa na postępowanie terapeutyczne. Inaczej postępuje się,
gdy wiadomo, że choremu już nic pomóc nie można, niż wówczas, gdy są jeszcze
szansę wyleczenia. Jest to jedna z najtrudniejszych decyzji w zawodzie
lekarskim. Każdemu lekarzowi bowiem wiadomo, jak często prognozy bywają mylne.
Zdarza się, że wedle wszelkiej wiedzy lekarskiej chory winien umrzeć, a
tymczasem cieszy się on najlepszym zdrowiem.
Bywa też, niestety, odwrotnie. Zjawiska związane z życiem nie dadzą się
przewidzieć w tym stopniu prawdopodobieństwa, co zjawiska przyrody nieożywionej
i techniki, gdyż posiadają one swoistą autonomię, tj. każdy żywy ustrój ma
swoisty dla siebie system sterowania (układ genetyczny, endokrynny i nerwowy).
Znając nawet wszystkie czynniki na niego działające, co zwykle jest niemożliwe,
nie można przewidzieć, jak zostaną one zintegrowane i jakie decyzje będą tej
integracji wynikiem.
W wypadku zjawisk społecznych prognoza wydaje się jeszcze trudniejsza, gdyż
^odzi w niej o przyszłość wielu jednostek, a przyszłość każdej z nich jest
nieznana. Gdyby się ją nawet znało, trudno byłoby przewidzieć, w jakie struktury
ułożą się zv%ki między poszczególnymi jednostkami. Z drugiej strony jednak
obserwacja dużej liczby jednostek umożliwia niejednokrotnie uchwycenie
prawidłowości niedostrzegalnych w jednostkowej analizie. Dlatego czasem łatwiej
przewidzieć losy
109
całego społeczeństwa niż pojedynczej jednostki. Na tej samej zasadzie łatv
określić .tor strumienia niż pojedynczej kropli.
Człowiek, podobnie zresztą jak każda żywa istota, musi rzutować się w [ szłość.
Cechą życia bowiem jest pęd ku przyszłości. Futurologia w wydaniu zarć
magicznym, jak naukowym cieszyła się zawsze popularnością. Człowiek c wiedzieć,
jaka będzie przyszłość, ku której wciąż z takim wysiłkiem dąży. K jego nawet
najdrobniejsza decyzja i każda aktywność jest bowiem przekształcę! czasu
przyszłego w przeszły. Jedna z możliwości została wybrana i zrealizow Futurum
zmienia się w perfectum. Mając poczucie ustawicznej przemiany h. co może być, w
to, co się już stało, żyjąc jakby na samej krawędzi przyszl tam, gdzie ona w
momencie teraźniejszości zmienia się w przeszłość, czło chciałby sięgnąć w nią
dalej. Stoi on na granicy przeszłości i przyszłości, z któtye pierwsza jest
jakby krajem własnym i znanym, a druga - obcym i nieznanym pragnie bardzo kraj
nowy poznać, ale niestety nie ma do niego paszportu. Zreszt paszport taki
niewiele by pomógł, gdyż kraj jest zawsze in statunascendii miejscem jego
powstawania jest krytyczna granica.
Z biologicznego punktu widzenia przyszłość pojedynczego ustroju w ogólnyi
przynajmniej zarysie zawarta jest w jego planie genetycznym. Z wielu możliwości
jakie on zawiera, w ciągu życia prawdopodobnie tylko część się realizuje. Istotn
zmiany planów genetycznych, dzięki którym powstaje np, nowy gatunek, są sprawi
bardzo długich okresów. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że genoiy
człowieka nie zmienił się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu czy nawet więcej
tysięc; lat. W zależności od warunków środowiskowych zmieniają się tylko
możliwość jego realizacji. Np. zdolności umysłowe mogą być wykorzystane do
śledzeni tropów w buszu lub do śledzenia przebiegu doświadczenia naukowego,
zdolność fizyczne mogą być zużyte do walki wręcz z dzikim zwierzęciem czy
wrogiem lul w zawodach sportowych. Uczucia agresji mogą być wyładowane w formie
mordi lub niszczenia przeciwnika w bezkrwawy sposób, itd.
Rozwinięcie tkwiących w genotypie możliwości zależy więc od środowisk Nagłe
zmiany środowiska prowadzą często do skoku ewolucyjnego. Ujawniają si wówczas te
możliwości genetyczne, które w danym środowisku nie miały warunkó zrealizowania
się. Osobnicy obdarzeni takimi możliwościami mają większe szans przetrwania niż
ci, którzy ich nie posiadają. Szybciej tworzą się nowe rasy i gatunki.
Biolog zajmujący się futurologia nie może obejść się bez diagnozy i progno.
warunków środowiskowych, w których żyje obserwowany przez niego żywy ustrój
Zajmując się człowiekiem, znajduje się on w sytuacji szczególnie trudnej, dy
środowiskiem człowieka są przede wszystkim inni ludzie i produkty natury matę-
110
•]t rialnej i duchowej ich twórczości. Krąg obserwacji się zamyka; szukając
przyszłości , człowieka w jego warunkach środowiskowych, wraca się z powrotem do
człowieka. ,k,iq Zdarzają się ludzie obdarzeni zdolnością przewidywania
przyszłości. Widzą ją |wfzwykle w sposób plastyczny. Na czym te zdolności
polegają, dotychczas nie jitwiadomo. Podobnie jak zdolności telepatyczne,
zdolności jasnowidzenia należą • śsdo nowej, choć w ostatnich latach popularnej
dziedziny psychologii, tzw. parapsy-reirchologii. Obserwacje zachowania sią
zwierząt mogą wskazywać na to, że posiadają hL'one niekiedy zdolność wyczucia
przyszłych wydarzeń, np. ostrej zimy, trzęsienia iś ziemi itp. Prawdopodobnie
sygnały, niedostrzegalne często dla człowieka, ostrzegają Iźoje przed tym, co ma
nastąpić. Podobnie doświadczony lekarz po objawach drobnych im niedostrzegalnych
dla lekarza o słabszej spostrzegawczości i lekarskiej intuicji potrafi
przewidzieć trafnie przyszłość swego pacjenta. Historyk czy socjolog często na
podstawie drobnych i zdawało by się mało ważnych symptomów doby obecnej, stawia
dobrą prognozę przyszłości. Oczywiście do postawienia takiej prognozy konieczna
jest rzetelna znajomość zasadniczych prawidłowości życia społecznego, a u
lekarza znajomość praw ludzkiego organizmu. Nie trzeba dodawać, że zarówno w
medycynie, jak i w naukach społecznych znajomość tych praw nigdy nie jest pełna.
Zasadnicze prawa mają charakter granicy, do której nauki jak krzywa asym-
ptotyczna zbliżają się, ale osiągnąć jej nie mogą. Tym bardziej należy się
dziwić, że przewidywania są czasem trafne.
Jeśliby porównać pod względem trafności prognozy stawiane na podstawie
racjonalnej analizy zjawiska z prognozami opartymi jedynie na niejasnej
zdolności widzenia przyszłości, to nie jest wykluczone, że odsetek trafnych
prognoz byłby większy w drugiej grupie. Nie znaczy to, by futurologia miała
opierać się na irracjonalnych podstawach i rezygnować ze swego naukowego
charakteru. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że w wypadku zjawisk należących
do przyrody ożywionej, a w szczególności dotyczących człowieka, znalezienie
zasadniczych praw, które umożliwiają racjonalne przewidywania przyszłości, jest
znacznie trudniejsze niż w wypadku zjawisk należących do przyrody nieożywionej.
Nie'należy też zbytnio sugerować się logiką nauk ścisłych i starać się
sprowadzić zjawiska przyrody ożywionej do poziomu zjawisk fizycznych i
chemicznych.
Tendencje tego typu występują dość silnie we współczesnej medycynie, co odbija
się nieraz ujemnie na wartości diagnozy, prognozy i terapii, a tym samym na
zdrowiu chorego. Prawa fizyki i chemii obowiązują oczywiście w przyrodzie
ożywionej, nie można jednak jej zjawisk w nich zamknąć, byłaby to redukcja do
znacznie niższego poziomu organizacji. Stopień organizacji jednostek należących
do świata przyrody ożywionej jest tak wysoki, iż zapewnia im autonomię, są one
111
indywidualnymi ustrojami o specyficznej i niepowtarzalnej strukturze. Są bardzie
podmiotami niż przedmiotami. Mają one indywidualną przyszłość i przeszłość.
W miarę wzrostu stopnia organizacji jakiegokolwiek układu, zarówno żywegt
(ustroju), jak martwego (np. układu samosterującego), wzrasta też stopień jegi
autonomii, tj. niezależności od środowiska. Układ taki ma własną indywidualni
przyszłość i przeszłość, ma zawarty w sobie plan działania (zaprogramowanie
techniczne lub genetyczne) i pamięć tego, co już się wydarzyło (pamięć
techniczna lub biologiczna).
Dla prognozy zachowania jest w równej, jeśli nawet nie większej, mier? konieczna
znajomość rejestru pamięciowego i planu na przyszłość, jak bezpośre dniego
wpływu otoczenia. Zdarza się, iż sam konstruktor robota nie jest w stani
przewidzieć całkowicie jego zachowania się. Im więcej czynników wpływa n;
zachowanie danego układu, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo, że potrafi się
to zachowanie trafnie przewidzieć. W tym sensie układy samosterujące mają pewien
stopień wolności, mówi się o ich „decyzji". Oczywiście sprawa znacznie się
komplikuje w przypadku żywych ustrojów. Tym bardziej należy wystrzegać się
tendencji redukowania czynników wpływających na zachowanie do bezpośrednich
wpływów środowiskowych.
Z drugiej strony jednak fakt, że ustroje żywe, jak wszelkie układy
samosterujące, mają swoje „zaprogramowanie", tj. plan genetyczny, pozwala na
złagodzenie ostrej granicy między teraźniejszością i przyszłością. Trzy odcinki
czasu - przeszłość, teraźniejszość i przyszłość - tworzą w układach
samosterujących swoistą całość, jeden bez drugiego nie może istnieć. Jeśli
porządek swoisty dla danego ustroju jest w pewnym stopniu odbiciem porządku
panującego w świecie, odbicie jest tym pełniejsze, im wyższy jest stopień
ewolucji ustroju. Można przypuścić, że w odbiciu znaleźć można też przyszłość
świata. Niewiarygodne dla zdrowego rozsądku zdolności widzenia przyszłości,
jakie są, wprawdzie bardzo rzadko, spotykane u ludzi, nie są tak
nieprawdopodobne, gdy uzmysłowi się sobie konstrukcję czasu w żywym ustroju i
fakt, że człowiek, jak każda zresztą żywa istota, ma część przyszłości w sobie i
że ta jego własna przyszłość jest w pewnej mierze zgodna z przyszłością
otaczającego świata.
Psychiatria jest dyscypliną lekarską, której zadaniem jest możliwie jak najba-'
rdziej całościowe spojrzenie na człowieka; w związku z tym konieczne jest w niej
stałe poruszanie się na trzech wielkich płaszczyznach - biologicznej,
psychologicznej i socjologicznej. W zależności od kierunku swych zainteresowań
psychiatrzy są skłonni szukać przyczyny zaburzeń psychicznych na jednej z tych
trzech płaszczyzn. Stopień zmienności na każdej z nich jest inny, największy na
płaszczyźnie socjologicznej, najmniejszy na biologicznej. Tzn. w ciągu wieków
człowiek w
112
, pekcie biologicznym zmienił się mniej, niż w aspekcie socjologicznym. Ze
fOpniowaniem zmienności trzeba być jednak ostrożnym; wiadomo, jak zmienia je np.
zachorowalność na różne choroby w krótkich nawet odcinkach czasu (np. iruźlica
była chorobą XIX wieku, a zawał i rak - wieku XX), a z drugiej strony liadomo,
jak pewne zasadnicze struktury socjologiczne pozostają niezmienne w [innych
epokach i w różnych kręgach kulturowych. : Zmienność i niezmienność natury
ludzkiej jest jedną z najciekawszych dialek-ycznych sprzeczności tkwiących w
człowieku. W praktyce psychiatrycznej stale Zagadnienie to ostro występuje,
lekarz musi decydować, ile może udać mu się w ym pacjencie zmienić, a ile
zmienić się nie da. Od jego decyzji zależy nieraz los chorego. Jeśli bowiem
zbytnio uwierzy się w niezmienność ludzkiej natury, wówczas idbiera się choremu
szansę zmiany, a tym samym możliwość wyjścia z jego łączących skrzywień
psychicznych, jeśli natomiast wierzy się, że wszystko się da zmienić, wówczas
naraża się chorego na bezowocną walkę z samym sobą.
Obraz zaburzeń psychicznych pozostaje niezmienny w zasadniczym schemacie ia
przestrzeni wieków. Czytając ich opisy sprzed setek lub nawet tysięcy lat (np.
'.iblii), bez trudu możemy postawić rozpoznanie. Analogicznie w dobie
współczesnej w różnych kręgach kulturowych można stosować te same kryteria
diagnostyczne. Ale również obraz ten jest niezwykle czułym wskaźnikiem
zachodzących :mian w społeczeństwie. Każde ważniejsze wydarzenie społeczne
znajduje swe Kibicie w symptomatologii psychiatrycznej. Każdy naród, klasa
społeczna, grupa teologiczna itd., mają swoistą problematykę psychiatryczną.
Starsi psychiatrzy pdnie stwierdzają, że w ciągu kilkudziesięciu, a nawet
kilkunastu ostatnich lat mieniła się wyraźnie symptomatologia zaburzeń
psychicznych. Z dużym prawdo-iodobieństwem można przyjąć, iż przyczyną owej
zmienności są zmiany zachodzące v środowisku społecznym. Psychiatria społeczna
stara się uchwycić istotę związków niędzy zmiennością warunków społecznych a
zmiennością obrazu psychopatolo-jicznego. Są to jednak badania świeżej daty,
poza tym trudne i skomplikowane, jia razie więc nie pozwalają one na wysuwanie
ogólnych wniosków.
Ta dialektyka zmienności i niezmienności nie jest czymś dla psychiatrii spe-
yficznym. W najstarszych zabytkach literatury światowej, w dziełach sztuk
plastycznych z odległych epok i kultur itd. z łatwością można znaleźć
najbardziej osobiste irażycia człowieka z drugiej połowy XX wieku. Dzieło sztuki
jest na ogół tym rwalsze, im lepiej oddaje to, co w człowieku pozostaje
niezmienne. Z drugiej trony współczesnego człowieka śmieszą niektóre sposoby
przeżywania i ekspresji choćby np. moda, archiwalne filmy) sprzed niewielu nawet
lat.
Próbując więc postawić diagnozę psychiatryczną na najbliższe lat kilkadziesiąt,
nożna z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że zasadnicze problemy ludzkie
mundi
•\
i nie ulegną zmianie; pozostaną takie same, jakimi były
przed setkami i tysiąc^
\ lat. Zmianie natomiast ulegną
konflikty wynikające z warunków życia współczesnegf
i na nich też głównie trzeba będzie się skoncentrować. Postawienie jednak grania
między zmiennym a niezmiennym nie jest łatwe; przeżycia ludzkie są tak ze sotj
splecione, że to, co w człowieku wydawać by się mogło czymś odwiecznym ';
niezmiennym, zmienia się pod wpływem ducha czasu, chwilowej mody, nastroji
Przykładem może być miłość erotyczna; mimo że jest to na pewno przeżyci • >:
zasadnicze, biologicznie uwarunkowane, w tym sensie niezmienne na przestrzel
wieków i różnych kultur, to jednak sposób przeżywania miłości i jej ekspresj;
zmienia się w ciągu jednego pokolenia. Formy przeżyć erotycznych pokoleni
poprzedniego wprawdzie wzruszają, ale jednocześnie śmieszą pokolenie następne. W
pierwszych polskich podręcznikach psychiatrii sprzed około stu lat, analo :'.
gicznie zresztą jak w podręcznikach zagranicznych, w rozważaniach nad etiologi
zaburzeń psychicznych wiele miejsca poświęcało się ujemnym wpływom ówczesra
cywilizacji. Narzekanie na „złe czasy" nie jest swoistością epoki atomowej. Cza
obecny jest pokrzywdzony w porównaniu z czasem przeszłym i przyszłym, atakowany
zarówno przez starych (obrońców przeszłości), jak młodych (obrono ,
przyszłości). Jest to zjawisko w pewnym stopniu korzystne, gdyż pobudza zmiany
tego, co jest.
Współcześni psychiatrzy, zwłaszcza ci, którzy są nastawieni socjologicznie,
również skłonni doszukiwać się przyczyny zła, tj. patologii psychicznej, w
warun1 :; obecnego życia. Chcąc sięgnąć w przyszłość,
nie można ominąć analizy obei
! sytuacji. Diagnoza musi poprzedzać prognozę.
Profesor Adam Krzyżanowski - jedna z najpiękniejszych postaci dawn> Krakowa,
fascynująca swym urokiem i mądrością, syntezą młodości i starości] zwykł był
często cytować chińskie przekleństwo; „bodajbyś żył w ciekawych sach". Nie można
zaprzeczyć, że żyjemy w czasach wyjątkowo interesując; Dzięki eksplozywnemu
rozwojowi nauki i techniki spełniają się w nich najśmiel marzenia ludzkości.
Gwałtownie zmieniają się warunki życia człowieka.
Na czym ta zmiana polega? Jest w niej smutek spełnionej baśni. Marzeni.
czarodziejskiej kuli, w której można zobaczyć, co dzieje się w dalekich stronai
o latających dywanach, o podróżach na Księżyc, o sztucznych ludziach, którzy nas
pracują i myślą, o diabelskiej mocy, która pozwala za dotknięciem pali wszystko
wokół zniszczyć itp., przestały obecnie być marzeniami. Coraz trudn \
jest dziś wymyślać baśnie.
Baśnie można podzielić na dwa typy. W jednym osiąga się czarodziejsl władzę nad
otoczeniem, a w drugim uzyskuje się niezwykły wgląd w naturę rzecz Do pierwszego
typu należą baśnie wyżej wspomniane, do drugiego natomiai
114
j
baśnie o zaczarowanych drzewach, które ujawniają tajemnice sprzed wielu wieków,
o zwierzętach, które mówią i służą nam cenną radą, o tajemniczych krainach,
które znajdują się w najzwyklejszych miejscach codziennego życia. Baśnie
wyrażają tęsknotą człowieka do władzy nad otoczeniem i do innego oglądu zjawisk,
z którymi jest on stale w kontakcie. Obie tęsknoty, szczególnie jednak pierwsza,
realizowane są przez naukę i technikę. Wiek XX może służyć za przykład
potwierdzający tezę, że spełnienie marzeń nie przynosi szczęścia.
Próbę określenia zmiany zachodzącej w świecie współczesnego człowieka można ująć
w trzy punkty, dotyczące: zmian w jego środowisku naturalnym, w jego stosunkach
z otoczeniem społecznym i wreszcie w jego własnym świecie przeżyć. Psychiatrzy
nastawieni egzystencjalistycznie określają te trzy rodzaje ludzkiego świata w
języku niemieckim pojęciami „Umwelt", „Mitwelt" i „Eigenwelt".
Cechą XX wieku jest coraz szybciej postępująca przemiana środowiska naturalnego
w sztuczne, stworzone przez samego człowieka. Środowisko naturalne człowieka
współczesnej cywilizacji nie jest już sensu stricto naturalnym, tj. środowiskiem
przyrody, ale staje się technicznym. W medycynie współczesnej wiele uwagi
poświęca się ujemnym wpływom uprzemysłowienia na zdrowie, zwłaszcza
toksyczności. Powstał specjalny dział medycyny przemysłowej. Ostrzega się przed
zatruciami substancjami chemicznymi i radioaktywnymi. Stopień zatrucia trzech
żywiołów: powietrza, wody i ziemi w ośrodkach silnie uprzemysłowionych
przekracza granice tolerancji ludzkiego organizmu. Tylko czwarty żywioł, tj.
ogień, pozostał nieskażony, co chętnie podkreślają zwolennicy „wody ognistej".
Środowisko przyrody ma swoje zasadnicze rytmy, którym też człowiek podlega. Jest
to rytm dnia i nocy, wysiłku życia i odpoczynku, ale też jasności i ciemności,
rozumu i ślepych namiętności, słowem: nurt apoliński i dionizyjski w kulturze.
Życie w środowisku sztucznym oddala człowieka od tego naturalnego rytmu.
Odpoczynek staje się trudniejszy, często zdarza się bezsenność, szuka się
sztucznej nocy w środkach nasennych, odurzających, podniecających. Rytm pór roku
jest rytmem cyklu rozwojowego życia - narodzin, młodości, wieku dojrzałego,
starości, śmierci, znów narodzin itd. Oderwanie od tego rytmu utrudnia znoszenie
własnego wieku; chciałoby się zapanować nad przemijającym czasem, być zawsze
młodym. Nasila się lęk przed starością i przed śmiercią, tak silnie trapiący
ludzi dzisiejszych.
Przyroda ma swój własny porządek. Człowiekowi, który oderwał się od niej i żyje
w świecie przez siebie stworzonym, trudniej jest zachować własną integrację niż
temu, kto pozostał w środowisku naturalnym. Ludzie żyjący w miastach są na ogół
bardziej znerwicowani niż żyjący na wsi.
Cechą przyrody jest indywidualność. Rozmnażanie typu seksualnego, powszechne
nawet w najbardziej pierwotnych formach życia, zapewnia ciągle powstawanie
115
nowych planów genetycznych. Dzięki temu eliminowane są błędy, jakie mogłyby
powstać przy seryjnej produkcji (taka też istnieje w przyrodzie w postaci
rozmnażania aseksualnego). Wadliwe elementy planu genetycznego jednego partnera
seksualnego zostają stłumione przez odpowiadające im elementy zdrowe drugiego
partnera. (Stąd niebezpieczeństwo parzenia się osobników spokrewnionych, u
których te same elementy - geny - mogą być wadliwe.) Cechą natomiast produkcji
technicznej jest seryjność. Plan jest odtworzony w tysiącach czy milionach
modeli. Można zachwycać się nowym modelem, lecz jeśli się widzi go po raz
tysięczny, staje się on nużący.
Cechą człowieka, jak całej przyrody, jest poszukiwanie nowego. Ta zasadnicza
tendencja jest motorem ewolucji. Układ sygnalizacyjny człowieka (podobnie
zresztą jak zwierząt) nastawiony jest na nowość; sygnały powtarzające się po
krótszym lub dłuższym okresie czasu przestają działać. Wkładając rano koszulę
czujemy ją na swoim ciele, trwa to jednak najwyżej kilka sekund, receptory
dotykowe przez ten bowiem czas zdążyły się zaadaptować, tj. przestały reagować
na sygnały otoczenia. Podobnie słuchając na każdym zebraniu tych samych haseł i
zwrotów, przestaje się na nie reagować. Z doświadczeń Pawłowa, a także z
codziennego doświadczenia wiadomo, że powtarzające się bodźce wywołują stan
znużenia i senności (hamowania). Na pewno wielu ludzi woli widok pięknego modelu
auta od widoku spróchniałej wierzby. Ale pierwszym łatwo można się znudzić,
drugim zaś nie. Nie ma bowiem w przyrodzie dwóch zupełnie identycznych
jednostek, zawsze w niej coś nowego się znajduje. Przesadne nieraz we
współczesnej sztuce szukanie nowości jest wyrazem buntu przeciw monotonii i
nudzie świata technicznego.
Indywidualność przyrody ożywionej jest wynikiem reprodukcji seksualnej. Istnieje
ona w najniższych formach życia. Drugie podstawowe prawo biologiczne -zachowania
życia gatunku - można uznać za źródło uczuć pozytywnych (miłości). Analogicznie
pierwsze prawo biologiczne - zachowanie życia własnego - jest motorem uczuć
negatywnych (nienawiści, lęku). By zachować życie własne, trzeba niszczyć życia
inne i samemu chronić się przed zniszczeniem przez innych. Tylko rośliny są
bardziej „humanitarne", gdyż, by żyć, nie muszą mordować. Świat przyrody jest
światem silnych uczuć, świat techniczny jest bezuczuciowy, zimny. Uczucia nigdy
nie są seryjne, cechą ich jest indywidualność. Osoba kochana czy nienawidzona
jest zawsze jedyna.
W ostatnich kilkudziesięciu latach człowiek przekroczył w niewiarygodny sposób
swą szybkość fizjologiczną. Szybkość ta (szczególnie jeśli chodzi o procesy
sygnalizacyjne) waha się w granicach dziesiętnych sekundy. W tych granicach
przebiegają akty spostrzegania i ruchowe, w dziesiętnych sekundy mierzy sią
116
czynność bioelektryczną mózgu. Tempo środowiska technicznego jest znacznie
szybsze. Trudno na razie określić, jak odbija się na ustroju ludzkim życie w
środowisku o znacznie wyższych od jego własnej szybkościach. W ostatnich latach
zwrócono uwagą na zjawisko akceleracji, tj. szybkiego rozwoju młodego pokolenia.
Nie jest wykluczone, że jednym z czynników przyspieszających rozwój jest wzrost
szybkości otoczenia, a tym samym większa liczba bodźców w jednostce czasu.
Ujemnym następstwem dysproporcji między tempem ustroju ludzkiego a jego
środowiska (technicznego) jest poczucie nienadążania, czyli pośpiechu, tak pato-
gnomiczne dla naszych czasów.
Ludzie spieszą się w pracy, dlatego niedbale ją wykonują; spieszą się w używaniu
życia, dlatego jego smaku nie odczuwają; spieszą się w odpoczynku, dlatego nie
mogą wypocząć. Nuda i pośpiech z psychologicznego punktu widzenia mają wiele
cech wspólnych. W obu czas obecny jest przeszkodą, chce się go jak najszybciej
pokonać. W tym sensie ich przeciwstawnym pojęciem jest interesować się. Słowo to
pochodzi od interesse, „być w środku". Nudząc się i spiesząc chce się być
„poza". Nastawienie emocjonalne do sytuacji obecnej jest negatywne. Nastawienie
takie wywołuje typową mobilizację ustroju do walki lub ucieczki. Człowiek
siedząc, jak by się zdawało, spokojnie, może wyczerpywać swój organizm tak, jak
przy maksymalnym wysiłku (np. stwierdzono, że u studentów oczekujących na trudny
egzamin praca serca była taka, jak przy wspinaczce wysokogórskiej). Nuda i
pośpiech więcej męczą niż intensywny wysiłek umysłowy czy fizyczny. Wiadomo, jak
męczące jest czekanie w kolejce, nudne zebranie, praca, w której się tylko
spieszy lub nudzi, a nic się nie robi.
Naukę i technikę można uważać za kontynuatorki magii. Dzięki nim, podobnie jak
dzięki magii, ma się władzę nad otoczeniem, a jednocześnie nie trzeba się samemu
zbytnio wysilać, gdyż wystarczy dotknięcie czarodziejskiej różdżki lub
naciśnięcie odpowiedniego guzika w urządzeniu technicznym. Dwie cechy dość
typowe dla człowieka - dążenie do władzy i lenistwo - znajdują dzięki nim
zaspokojenie. W społeczeństwach o wysokim stopniu uprzemysłowienia nie trzeba w
pocie czoła pracować na chleb codzienny. Maszyny zastąpiły siłę mięśni, a
zaczynają zastępować wysiłek umysłowy. Środki komunikacji uczyniły wysiłek
chodzenia prawie zbędnym. Z punktu widzenia lekarskiego ujemną stroną takiej
sytuacji jest brak ujścia dla wytwarzanej w ustroju energii. Metabolizm, czyli
wymiana energetyczna między ustrojem a jego środowiskiem jest zasadniczym
procesem życiowym. Praca mięśni stanowi główne ujście energii na zewnątrz. Gdy
jest ona niedostateczna, równowaga wymiany energetycznej zostaje zachwiana
-więcej energii wchodzi, niż wychodzi z ustroju. (Analogiczne zjawisko obserwuje
się również w metabolizmie informacyjnym -tzw. postawa konsumpcyjna.) Subiek-
117
tywnie niemożność wyładowania energii wyzwala postawy agresywne. Niemowlą
skrępowane powijakami krzyczy. Następstwem zachwiania równowagi metabolicznej
jest zwykle nadmierne magazynowanie energii w formie tłuszczu. Nie jest też
wykluczone, że fala zawałów serca, która w latach powojennych nawiedziła kraje
0 wysokim stopniu uprzemysłowienia, jest ceną, jaką trzeba płacić za wygody
cywilizacyjne.
Z punktu widzenia psychologicznego życie w środowisku, które jest tworem
człowieka, stwarza u niego postawę pana i władcy. Chciałby on wszystkim tak
swobodnie kierować i z tak małym wysiłkiem, jak kieruje urządzeniami
technicznymi, które go otaczają. Jest to postawa „naciśnięcia guzika" - małym
wysiłkiem osiągnąć maksymalny efekt. Pacjentowi wydaje się, że zażycie pastylki
przywróci mu zdrowie
1 rozwiąże wszystkie jego nerwicujące konflikty, dyrektorowi wydaje się, że
podpisanie odpowiedniego zarządzenia z miejsca przywróci porządek w podległym mu
resorcie itd. Nie trzeba dodawać, że postawa taka jest źródłem ustawicznej
frustracji, gdyż otoczenie współczesnego człowieka stawia znacznie większy opór
niż otoczenie bardziej prymitywne. Poczucie władzy nad otoczeniem, jakie daje
nauka i technika, promieniuje na dziedziny życia, w które władza ta nie sięga
(przynajmniej dotychczas). Człowiek chciałby zwalczyć cierpienie, starość, a
nawet śmierć.
Bunt przeciw temu, co jest i prawdopodobnie pozostanie losem człowieka, zamiast
zmniejszać, zwiększa jeszcze przykre strony życia ludzkiego. Problem, gdzie
postawić granicę buntu przeciw własnemu losowi, jest jednym z najtrudniejszych
problemów każdego człowieka. Od postawy skrajnie fatalistycznej do postawy
skrajnego buntu istnieje szeroka skala form pośrednich. Gdy granice przesunie
się zbytnio w kierunku pełnej władzy nad własnym życiem, łatwo wpada się w
biegun przeciwny - skrajnego fatalizmu.
Przyjemność życia w dużej mierze wiąże się z wysiłkiem, jakiego życie stale
wymaga. Większą radość daje zdobycie szczytu górskiego po kilkugodzinnej
intensywnej wspinaczce niż po kilkuminutowej jeździe kolejką linową. Łatwość, z
jak? dziś wiele przyjemności się osiąga, obniża ich walor. Obserwuje się to
zarówno w przeżyciach estetycznych i erotycznych, jak w przeżyciach
prozaicznych: jedzenie, picie, odpoczynek. Życie straciło swój smak, gdyż zbyt
łatwo wiele przyjemności się zdobywa.
Urządzenia techniczne skracają wydatnie czas pracy; powinniśmy mieć nadmiar
wolnego czasu. Tymczasem narzekanie na brak czasu, stały pośpiech są zjawiskami
powszechnymi. Człowiek przestał być panem własnego czasu. Jak już zaznaczono,
stosunek do środowiska technicznego jest stosunkiem władcy do niewolnika. Ten
typ stosunku ma zawsze charakter obustronnej zależności. Pan bez niewolnika, a
niewolnik bez pana żyć nie może. Urządzenia techniczne mają swoje prawa, którym
118
I
człowiek, ich władca, musi się bezwzględnie podporządkować. Można dziś pokonywać
duże odległości w bardzo krótkim czasie, ale czas potrzebny na zdobycie miejsca
w danym środku komunikacji niejednokrotnie przekracza czas zużyty na samą
podróż. Po prostu pan i władca musi czekać na swego niewolnika. Warto by
obliczyć (może zresztą takie badania zostały wykonane), ile czasu przeciętny
człowiek zużywa na czekanie. Czekanie jest zawsze męczące; jest to czas, który
zawadza, który chciałoby się zniszczyć, tj. skrócić do minimum. Zmęczenie jest,
jak już wspomniano wyżej, następstwem mobilizacji ustroju do walki z tym
niepotrzebnym czasem, który jest źródłem pośpiechu i nudy.
Przysłowiowe „czekanie na Godota" jest symbolem tego czasu bezużytecznego, który
nie jest zużyty na wysiłek życia, nie jest czasem twórczym, ale czasem
oddzielającym od „cudu", który ma nas uszczęśliwić. Świat techniki ma bowiem coś
z cudu. Z wyjątkiem specjalistów przeciętny człowiek nie bardzo rozumie, na czym
rzecz polega; wie, że trzeba nacisnąć guzik, a potem to już samo idzie. Jest to
dla niego świat równie niezrozumiały, jak dla człowieka pierwotnego świat magii.
Z tą różnicą, że tamten wierzył, a człowiek dzisiejszy wie, że mógłby wiedzieć,
ale na to nie ma czasu, możności czy zdolności. Tym większa jego frustracja.
Osiągnięcia współczesnej nauki i techniki na pewno są bardziej fascynujące i
rewelacyjne niż dawne cuda, nie zaspokajają one jednak tkwiącej w każdym chyba
człowieku tęsknoty za czymś, co wykracza poza granice codzienności, poza prawa
zdrowego rozsądku, co może odmienić bieg życia. Potrzeba cudu tkwi w człowieku,
ale „cud" techniczny go nie zaspokaja. Czekanie na Godota kończy się
rozczarowaniem.
Wzrost urbanizacji idzie w parze ze wzrostem przemysłu. Ludzie skupiają się w
centrach produkcji i dyspozycji. Technizacja produkcji rolnej sprawia, że coraz
mniej ludzi jest potrzebnych na wsi. Wzrasta dysproporcja między przeludnionymi
wielkimi miastami i wyludnioną wsią.
Każda roślina, zwierzę i człowiek potrzebują dla siebie przestrzeni życiowej.
Nie można drzewa zasadzić w doniczce, w najlepszym razie skarłowacieje. W
ostatnich latach robiono szereg doświadczeń nad skutkami zagęszczenia u
zwierząt. Zmniejszenie przestrzeni życiowej u wszystkich badanych zwierząt,
niezależnie od ich stopnia rozwoju filogenetycznego (doświadczeniu poddawano
zarówno robaki, jak małpy), wywoływało ujemne skutki. Zwierząta stawały się
agresywne, zmniejszała się ich odporność na choroby i ich zdolność rozmnażania,
szybciej umierały. Człowiek jest na ogół bardziej wytrzymały na niekorzystne
warunki środowiskowe niż zwierzęta, niemniej zbytnie zagęszczenie może wpłynąć
niekorzystnie na jego zdrowie psychiczne i fizyczne.
Poczucie zagrożenia własnej przestrzeni życiowej wywołuje uczucie agresywne.
119
W zatłoczonym tramwaju lub autobusie ludzie na ogół drażnią i irytują; na
wycieczce, gdy się jest przez dłuższy czas osamotnionym, zaczyna się za ludźmi
tęsknić.
Zagęszczenie w sensie fizycznym nie jest tak istotnym czynnikiem w patologii
współczesnej cywilizacji, jak zagęszczenie w sensie socjologicznym i
psychologicznym. Ludzie mogą żyć stłoczeni w jednej izbie i mieć znacznie więcej
poczucia swobody (np. Cyganie) niż ci, którzy żyją w rozległych apartamentach.
Technizacja środowiska pociąga za sobą skomplikowanie stosunków między ludźmi i
ograniczenie ich stopnia swobody. Przy całej wygodzie, jaką daje życie w
warunkach współczesnej cywilizacji, wzrasta zależność od urządzeń technicznych i
od ludzi obsługujących je. Jest to wspomniany wzajemny stosunek zależności pana
i niewolnika. Uszkodzenie jakiegoś urządzenia, np. linii elektrycznej, dopływu
wody itp. lub strajk grupy pracowników może łatwo sparaliżować życie wielkiego
miasta.
Środowisko techniczne - to nie tylko urządzenia techniczne, ale też ludzie,
którzy je produkują, obsługują, nimi dysponują. Tworzy się skomplikowana sieć
zależności, w której każdy ma jakieś swoje miejsce. Na ogół nie uzmysławiamy
sobie w pełni, od ilu ludzi zależny jest zwykły dzień naszego życia i czym grozi
przerwanie łańcucha wzajemnych usług. Człowiek współczesnej cywilizacji staje
się bezradny prawie jak niemowlę, gdy pozbawić go wygód, do których zdążył się
przyzwyczaić niczym do środowiska naturalnego. W porównaniu z nim prymitywny
Buszmen jest znacznie bardziej niezależny i tym samym dojrzalszy, jeśli
niezależność traktuje się jako cechę psychicznej dojrzałości. Gdy coś w
środowisku technicznym nie funkcjonuje tak, jak należy (np. dopływ wody,
kanalizacja, dostawy żywności, elektryczność, komunikacja itd.), wówczas
całkowita bezradność wobec awarii wywołuje analogiczną reakcję wściekłości, jak
u niemowlęcia niezaspokojenie jego podstawowych potrzeb fizjologicznych.
Zależność i poczucie bezradności są istotnymi cechami postawy niemowlęcej,
infantylizacja jest jednym z niebezpieczeństw współczesnej cywilizacji.
Problem „niedojrzałej osobowości" we współczesnej psychologii i psychiatrii (co
prawda nie bardzo wiadomo, jakie są kryteria dojrzałości), jak się zdaje,
odzwierciedla tendencje infantylizacyjne naszej cywilizacji.
Jedną trzecią, a czasem połowę swego życia spędza człowiek na pracy. Istnieją
dwa przeciwstawne podejścia do pracy, wzajemnie przeplatające się. Praca może
być przykrym obowiązkiem, wyłącznie drogą do zdobycia środków do życia, nawet
karą („w pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba", Gen. 3; 19). Ale praca
jest też aktem twórczym - przekształcaniem otaczającego świata „na obraz i
podobieństwo swoje", tj. wedle naszej koncepcji. U wielu ludów pierwotnych (np.
polinezyjskich) w czasie ważniejszych prac, np. budowy domu, łodzi, należało
120
śpiewać pieśni rytualne opisujące przebieg stwarzania wszechświata. W ten sposób
włączano się w boski akt tworzenia. Potrzeba twórczości, tj. narzucania
otoczeniu swej wizji świata; jest jedną z zasadniczych cech człowieka. Nie
chodzi tu o jakość twórczości; pracą twórczą może być sprzątanie ulicy, a może
nią nie być praca artystyczna czy naukowa. Kryterium różnicującym jest tu
poczucie tworzenia, tj. realizowania własnego planu. Podobnie jak historia życia
każdej żywej jednostki jest realizacją jej planu genetycznego, tak każda praca
twórcza jest przekształceniem w rzeczywistość własnej koncepcji, a tym samym
zostawieniem własnego śladu w otoczeniu.
Charakter pracy w cywilizacji technicznej jest z natury rzeczy kolektywny.
Wzajemna zależność, która jest cechą codziennego życia, jeszcze wyraźniej
występuje w procesie produkcji. Praca nie jest już indywidualnym dziełem, ale
skomplikowanym procesem, w którym wielu ludzi i wiele maszyn bierze udział. Sam
człowiek niewiele może dokonać, czuje się bezsilny, praca nie daje mu
zadowolenia, gdyż nie realizuje się w niej własnego planu, ale plan narzucony z
góry, często budzący sprzeciw. A gdy jest on nawet tego planu twórcą, to widząc,
jak jego idea zostaje zniekształcona w wykonaniu, przeżywa głębokie
rozczarowanie. Nierzadko zdarza się, że pracujący człowiek nie rozumie sensu
swojej pracy, skoncentrowany na małym wycinku nie widzi całości, co więcej,
czasem widzi jej bezsens. Praca, której sensu się nie rozumie lub której bezsens
się widzi, znacznie szybciej wywołuje znużenie niż praca celowa (np.
wielogodzinne posiedzenia, bezużyteczne plany i sprawozdania, itd.). Często
wysiłek ludzki idzie na marne, ale pracując, nie można z tego zdawać sobie
sprawy; trzeba żyć w urojeniu, że to, co się robi, ma sens i jest potrzebne.
Negatywne nastawienie emocjonalne do wykonywanej pracy jest przyczyną, iż praca,
nawet lekka, wywołuje duże zmęczenie. Jak już wspomniano, w negatywnych
uczuciach występuje mobilizacja ustroju do walki i ucieczki, która jest głównym
powodem wyczerpywania się ustroju.
Popularność różnego rodzaju hobby jest wyrazem tęsknoty za pracą, która daje
satysfakcję. Choć brzmi to moralizatorsko, trzeba jednak powtórzyć znany truizm,
że człowiek bez pracy żyć nie może, że jest on homo faber. Faber jest realizacją
homo sapiens; bez możliwości urzeczywistnienia swoich myśli, idei, planów,
marzeń etc. byłoby się zawieszonym w próżni, straciłoby się poczucie realności
samego siebie i otaczającego świata. Jeśli życie zwierząt można zamknąć w dwóch
wektorach „do" i „od", z których pierwszy wyraża przyciąganie, a drugi
odpychanie otaczającego świata, punktem szczytowym jednego jest zespolenie z nim
w akcie seksualnym, a drugiego - zniszczenie go w akcie mordu, to w życiu
człowieka istotne znaczenie ma też wektor „nad", tj. dążenie do przekształcenia
otaczającego świata według własnego planu. W nim mieszczą się dążności twórcze,
121
które wprawdzie występują też w świecie zwierzęcym, ale zasadniczo są swoiste
dla świata ludzkiego.
Pojęcie „frustracja", które stało się popularne mniej więcej w połowie bieżącego
stulecia, pochodzi od łacińskiego przysłówka frustra - „na próżno", „daremnie",
„błędnie", „mylnie". W interakcji z otoczeniem każdy żywy ustrój stwarza wiele
potencjalnych sposobów zachowania się, tzw. struktur czynnościowych, z których
część okazuje się strukturami błędnymi, tj. niemożliwymi do zrealizowania. Na
próżno szczur w eksperymentalnej sytuacji wysila się, by zdobyć pożywienie z
zamkniętego pojemnika; jest on pusty; człowiek na próżno czeka w kolejce po
atrakcyjny towar, bo i tak go nie dostanie. Im dążenie jest silniejsze, tym
frustracja staje się większa. Pozytywne nastawienie uczuciowe, które przyciągało
do danego fragmentu otoczenia, zmienia swój znak i działa w kierunku odwrotnym.
Zamiast przyciągania następuje odpychanie. Gdy nieudanych prób jest zbyt wiele,
świat atrakcyjny (przyciągający) zmienia się w świat odstręczający.
Oczywiście wszystkie potencjalne struktury czynnościowe nie mogą być
zrealizowane, część musi być odrzucona jako niemożliwa do spełnienia. W miarę
rozwoju zwiększa się tolerancja na frustrację, a z nią poczucie realności. Małe
dziecko może się czuć zawiedzione, gdy mimo machania rączkami nie unosi się w
powietrze; młody człowiek bywa gniewny, gdy świat, w którym żyje, daleko odbiega
od jego wyidealizowanej koncepcji. Z czasem jednak obie struktury czynnościowe -
unoszenia się w powietrze i wyidealizowanego świata - zostają odrzucone jako
mające mały stopień prawdopodobieństwa realizacji; pojawiają się najwyżej w
marzeniach na jawie i we śnie, ich niespełnienie nie wywołuje nieprzyjemnego
uczucia zawodu. Należy jednak dodać, że mały stopień prawdopodobieństwa
realizacji nie jest równoznaczny z prawdopodobieństwem zerowym. Z czasem,
niekiedy wiele pokoleń później, realizują się najbardziej fantastyczne marzenia,
a urojenia chorych psychicznie stają się rzeczywistością. W umyśle ludzkim nie
może powstać coś całkowicie nierealnego, gdyż umysł ten jest cząstką świata, a
tym samym jest realny. Uczucie zawodu powstaje, gdy nie spełni się to, co
powinno mieć duży stopień prawdopodobieństwa realizacji, gdy mimo czekania w
kolejce nie dokonuje się upragnionego zakupu, gdy mimo intensywnej pracy nie
osiąga się żadnych wyników z powodu przeszkód tzw. obiektywnych, tzn. od nas
niezależnych.
Sytuacja frustracyjna jest w zasadzie podobna do tej, w której zwierzę,
uwarunkowane dodatnio na określony bodziec, zamiast jedzenia otrzymuje po nim
uderzenie prądem elektrycznym. Jest to zachwianie utrwalonej struktury
interakcji z otoczeniem, a tym samym hierarchii prawdopodobieństw, która dzięki
powtarzające się aktywności ustroju i jego otoczenia w ciągu życia się
wytworzyła.
122
Gdy jakiś człowiek narusza swoim zachowaniem się wspomnianą hierarchie,
prawdopodobieństwa, gdy jego wyraz twarzy, modulacja głosu, treść wypowiedzi,
czyny itd. są całkowicie niezgodne z naszym oczekiwaniem, wówczas zostaje on
zakwalifikowany jako „dziwny", „inny", czyli nienormalny (polskie „wariat" od
Varius, francuskie aliene od alienuś). To samo można powiedzieć o świecie, który
wciąż narusza naszą hierarchię prawdopodobieństwa; staje się on światem
„zwariowanym". Jest obcy, niezrozumiały, niekiedy odstręczający, wywołuje
poczucie alienacji. Podobnie jak u chorych psychicznie natrafiamy często na opór
(negaty-wizm w języku fachowym), nie można ich nakłonić żadnymi argumentami do
zmiany stanowiska lub sposobów zachowania się itd., tak i świat współczesny
stawia nam opór, jego współczynnik lepkości* jest duży. Gdy ma się dziś coś
załatwić, zrobić etc, odnosi się wrażenie, iż poruszamy się w smole. Wskutek
skomplikowania się stosunków społecznych, w szczególności stosunków produkcji,
załatwienie drobnej nawet sprawy staje się trudne, wymaga maksimum wysiłku,
który nie jest zużyty na samo dzieło, ale głównie na pokonanie oporu środowiska
społecznego. Opór ten paraliżuje tendencje twórcze, wzrasta poczucie
bezsilności. „Szkoda się wysilać, bo i tak nic się nie zmieni." Przedmiot, który
naszym wysiłkom stawia zbyt duży opór, budzi agresję lub rezygnację, chce się go
zniszczyć lub od niego się odchodzi.
Panująca obecnie w nauce moda na statystykę i wieloczynnikową etiologię przy
całej swej obiektywnej słuszności ma własne uwarunkowania psychologiczne i
socjologiczne. Poczucie przyczynowości rodzi się w działaniu - działam i obser-
wuję efekt mojego działania. Przyczyna mieści się w działającym podmiocie, a
skutek w odbierającym działanie przedmiocie. W interakcji z otoczeniem raz jest
się podmiotem, a raz przedmiotem. Poczucie ogólnej niemożności, dość patogno-
miczne dla naszej epoki, odbija się też w myśleniu naukowym. Nie można już
samemu zmienić swego otoczenia, zmiana zależy od wielu czynników,^ często
zypadkowych, wśród których jest się tylko jednym drobnym elementem. Porządek
dnostkowy został zastąpiony porządkiem statystycznym. Świat rządzony prawami
>iatystycznymi jest w odczuciu jednostki światem, którym rządzi chaos i
przypadek, którym nie można kierować, który zaskakuje nieprzewidzianymi
zdarzeniami. Nawet w twórczości najbardziej indywidualnej, tj. artystycznej,
ceni się obecnie efekty Przypadkowe. Świat taki nie jest „moim" światem, gdyż z
zaimkiem „mój" łączy się poczucie własności i tym samym władzy. W tym znaczeniu
popularność statystyki w nauce jest wyrazem poczucia obcości wobec otaczającego
świata.
Skomplikowanie się związków wzajemnych zależności, których ujemnym prze-
* Powyższe określenie zawdzięczam dr. Stanisławowi Olszewskiemu z Katedry
Automatyki AGH.
123
jawem jest wzrost współczynnika lepkości środowiska społecznego, pociąga za sobą
konieczność ustawicznej zmiany ról społecznych. W prostym systemie produkcyjnym
(np. w małej gospodarce rolnej, w warsztacie rzemieślniczym, w małym sklepiku)
człowiek był skazany na jedną rolę społeczną: głowy rodziny i jednocześnie
kierownika zakładu pracy. Ustabilizowana rola przyczyniła się do integracji jego
psychiki, zrastała się z jego osobowością. Miało to swoje ujemne strony, gdyż
zamiast być sobą, człowiek taki był głową rodziny i swego miejsca pracy. Dzisiaj
- z wyjątkiem może osób na szczytach hierarchii społecznej (np. wielkich
artystów, aktorów, mężów stanu, którzy muszą nawet w życiu prywatnym być wierni
swojej roli) - każdy w ciągu dnia odgrywa kilka ról społecznych. W samym miejscu
pracy gra przynajmniej trzy role: podwładnego, przełożonego, kolegi, a dochodzą
do tego role w środowisku rodzinnym, zabawowym, erotycznym, obywatelskim etc.
Nie ma tu mowy o zrośnięciu się z własną rolą. Nie jest ona na skutek zmienności
czynnikiem integrującym, lecz przeciwnie, dezintegrującym. Nie można jej brać
zbyt serio, trzeba być po prostu sobą, co nie jest sprawą tak łatwą. Życie w
świecie współczesnym wymaga większego wysiłku integracyjnego, tj. zmobilizowania
tendencji porządkujących, niż w świecie dawnym, w którym zarówno środowisko
przyrody, jak i środowisko społeczne działało integrująco.
W XX wieku świat uległ skurczeniu, już nawet rzadziej mówi się o „naszym
świecie", a częściej o „naszej planecie" lub „globie". Rozwój środków
komunikacji sprawił, iż odległości przestały być problemem, niedługo krócej
będzie trwać podróż na drugą półkulę niż na lotnisko. Odległości już nie
odgrywają prawie żadnej roli w rozchodzeniu się intormacji. Dzięki telewizji
można być nieomal naocznym świadkiem wydarzeń w najodleglejszych częściach kuli
ziemskiej, a nawet na Księżycu. Skurczenie się obejmuje też wymiar czasowy.
Dzięki rozwoiowi archeologii odległe epoki stały się bliższe, ukazały się nie
znane dotychczas kultury. Jednocześnie zmienność czasu obecnego w porównaniu ze
stabilizacją czasy przeszłego sprawia, iż czas obecny jest dłuższy w stosunku do
czasu przeszłego, jeśli miernikiem czasu jest liczba wydarzeń w nim
zachodzących. Analogicznie dzień, w którym miało się wiele przeżyć, jest dłuższy
od dnia, w którym nic się nie zmieniło.
Wynikiem skurczenia się wymiarów przestrzennych i czasowych współczesnego świata
jest zagęszczenie informacji. Jest ich za wiele, by je przyjąć i w jakikolwiek
sposób uporządkować. W metabolizmie sygnalizacyjnym, tj. w odbieraniu informacji
otoczenia i w reagowaniu na nie (reakcja ustroju jest z kolei sygnałem dla
otoczenia) istnieją analogiczne prawa, jak w metabolizmie energetycznym,
mianowicie prawo swoistości struktury i prawo równowagi między procesami
anabolicznymi a kata-bolicznymi. Podobnie jak substancje asymilowane przez
ustrój zostają rozbite P»
124
zasadnicze elementy, z których ustrój buduje swą własną indywidualną strukturę
(na tym polega swoistość białek ustrojowych), tak i informacje dochodzące z
zewnątrz zostają przekształcone na swoistą strukturą (stąd słuszność
twierdzenia, że każdy żyje w swoim świecie). Zdolność integracji jest jedną z
najistotniejszych cech układu nerwowego. Ilość energii wchodzącej do ustroju
dzięki jego procesom anabolicznym (budowy) równa się z grubsza ilości energii
wychodzącej dzięki procesom katabolicznym (rozpadu). (W okresie wzrastania
istnieje wyraźna przewaga procesów anabolicznych.) Analogicznie istnieje pewna
równowaga między informacjami przyjmowanymi z otoczenia a wysyłanymi do niego.
Stąd istnieje u człowieka potrzeba wyładowania tendencji twórczych. Podobnie jak
w metabolizmie energetycznym, w młodości więcej przyjmuje się niż daje. Z
wiekiem powinna jednak przeważać postawa twórcza nad konsumpcyjną. Zresztą
zdolność rejestrowania informacji (pamięć) wyraźnie maleje z wiekiem.
Analogie między metabolizmem energetycznym a informacyjnym uzasadniają słuszność
popularnego powiedzenia o „psychicznej niestrawności". Człowiek dzisiejszy, mimo
że żyje w niezwykle ciekawych czasach, ma ich często dosyć, nie może strawić
tego, co do niego bezustannie dociera, nie jest w stanie stworzyć z chaosu
informacji jakiegokolwiek porządku. Przypomina to sytuację przy obficie
zastawionym stole, gdy już nie jest się w stanie więcej zjeść i najsmaczniejsze
jedzenie pobudza tylko do wymiotów. Wspomniana już trudność wyładowania
tendencji twórczych sprawia, że postawa konsumpcyjna przeważa nad twórczą. Co z
kolei prowadzi do „przejedzenia", uczucia nudy, szukania silnych wrażeń, big-
bitu tak typowego nie tylko dla muzyki. Z drugiej strony sygnał wysyłany w
otoczenie, by zostać przez nie dostrzegany, musi też stanowić „silne uderzenie".
Jedynie silny bodziec może przebić się przez ochronną barierę zobojętnienia.
Dość powszechne dziś objawy zobojętnienia wobec niedoli drugiego człowieka (np.
obojętne przejście koło wypadku ulicznego) są przedmiotem ujemnej oceny moralnej
naszego pokolenia. Z drugiej jednak strony trudno winić o obojętność człowieka,
który w telewizji ogląda dzieci wietnamskie poparzone napalmem, sceny z
hitlerowskich obozów koncentracyjnych, ludzi umierających w Indiach z głodu itp.
Nadmiar wiadomości o ludzkim cierpieniu wywołuje w końcu zobojętnienie; z
psychologicznego punktu widzenia jest to mechanizm obronny. Więźniowie w obozach
koncentracyjnych też zobojętnieli na widok trupów, nędzy, brudu i ludzkiego
cierpienia; pozostając wrażliwymi, nie byliby w stanie obozu przeżyć.
Zobojętnienie na ludzkie cierpienie jest jednym z przejawów „psychicznej
niestrawności".
Dodatnią stroną zagęszczenia informacji jest konieczność selekcji. Musi się
samemu wybierać, co warto przyjąć, a co lepiej odrzucić. Wzrasta krytycyzm.
Obniża się walor autorytetów. Udoskonalenie środków komunikacji nie wyszło im
125
na dobre. By zachować prestiż władzy, trzeba się trzymać w bezpiecznym oddaleniu
od poddanych. Wprawdzie istnieją baśnie o dobrych władcach, którzy w wieśniaczym
przebraniu wędrują po chatach maluczkich, ale w rzeczywistości żyli oni zawsze w
izolacji. Samotność jest atrybutem władzy. Nawet system nerwowy, który w
stosunku do reszty ustroju odgrywa rolę władcy (układu sterującego), jest
bardziej od innych systemów i narządów organizmu wyizolowany. Wielkość władcy
widziana ze zbyt bliskiej odległości maleje. Dlatego telewizja i inne środki
rozpowszechniania informacji są może dla autorytetów groźniejsze niż inne
zjawiska dzisiejsze, które wpłynęły na ich dewaluację (m.in. większe tempo
przemian).
Najniebezpieczniejszym, jak się zdaje, objawem cywilizacji technicznej jest
techniczne spojrzenie na człowieka. Widzimy otaczający świat tak, jak na niego
działamy. Ponieważ człowiek działa na świat za pomocą różnego rodzaju narzędzi,
one stają się jakby pryzmatem, przez który go dostrzegamy. Inaczej widział swe
otoczenie człowiek pierwotny, posługujący się maczugą, a inaczej widzi je
człowiek współczesny, dysponujący wysoce skomplikowaną aparaturą techniczną.
Inaczej widzi je policjant, posługujący się policyjną pałką, a inaczej artysta,
posługujący się pędzlem i paletą. Zmiana środowiska naturalnego w techniczne
powoduje, że także na ludzi zaczyna się patrzeć jak na części składowe świata
technicznego. Potoczny język, który jest czułym wskaźnikiem zmian społecznych,
oddaje to zjawisko w dość powszechnym dziś zastosowaniu wobec ludzi wyrażeń
odnoszących się do przedmiotów martwych, np. „wysunąć", „przesunąć", „usunąć",
„zlikwidować", „zdjąć", „ustawić", „postawić" itp.
Nikt nie ma ochoty być traktowany jak przysłowiowe „kółko" w maszynie, buntuje
się przeciw temu poczucie własnej indywidualności, indywidualność bowiem jest
jedną z podstawowych cech przyrody ożywionej. Z drugiej jednak strony poczucie
impotencji (jest to jeden z paradoksów dzisiejszych czasów, że osiągnąwszy
władzę nad otoczeniem nie spotykaną w dziejach ludzkości, człowiek poczuł się
bardziej bezsilny, niż mu się to kiedykolwiek w tejże historii zdarzyło)
powoduje, iż szuka się terenu wyładowania nie zaspokojonego dążenia do władzy.
Gdy wszystko stawia opór, najłatwiej wyładować się na drugim, podległym sobie
człowieku. Powstaje typowe nerwicowe błędne koło, w którym frustracja poczucia
władzy wywołuje jeszcze większe jej pożądanie.
Jednym z zastanawiających objawów obecnych tak zmiennych czasów jest, tryumf
egzystencjalizmu, który wprawdzie ostatnio zdaje się przygasać, niemniej! jednak
przez wiele lat po wojnie panował niezaprzeczalnie. Rzadko się zdarza, byl w
jakiejś epoce jedna koncepcja filozoficzna zdobyła sobie tak ogólną popularność!
Egzystencjalistami stali się nawet ci, którzy tego słowa nie słyszeli i nie
zdradzali} zbytnich zainteresowań słowem pisanym. Niemniej swoją postawą
realizowali g
126
wne tezy tej filozofii. Z podstawowego zdania, które wyraża nasze istnienie w
świecie - „ja jestem" - egzystencjaliści kładą główny nacisk na „jestem"
(egzystencja). W świecie chaotycznym, niezrozumiałym, grożącym totalną atomową
zagładą, budzącym lęk i poczucie niepewności, w świecie, w którym dawne normy
zachowania i autorytety po ostatniej wojnie uległy gwałtownej dewaluacji, w
którym jest się zdanym tylko na siebie, a jednocześnie odczuwa się własną
bezsilność, trudno jest określić własne „ja" (esencja); straciło ono swą
stabilność, jego struktura jest nie oznaczona. Można natomiast skoncentrować się
na przeżyciach (na egzystencji), dążyć do ich autentyczności, piękna, siły itd.
Kultura europejska od kilku wieków poszła wyraźnie w kierunku ekstrawertyzmu -
na podbój świata. O wartości człowieka stanowiły jego zewnętrzne osiągnięcia.
Dzięki tej postawie na zewnątrz osiągnięto wyniki przewyższające nawet marzenia.
Kultury o postawie bardziej introwertywnej, np. hinduska, pozostały daleko w
tyle, jeśli chodzi o przekształcenie otaczającego świata. Realizacja marzeń i
podbój świata nie przyniosły jednak spodziewanego szczęścia. Popularność
egzystencja-lizmu świadczy o uświadomieniu sobie tego faktu przez współczesne
społeczeństwo. Poczucie własnej klęski jest zawsze bolesne. Szary smutek jest
jedną z psychologicznych cech naszej epoki.
Co będzie za lat trzydzieści, na przełomie dwóch tysiącleci? Zdolność widzenia
przyszłości, o której była już mowa, nie jest, niestety, atrybutem autora tego
szkicu. Przedstawione wyżej niektóre nerwicorodne problemy dzisiejszych czasów
pozwa-'-iją jednak snuć nieśmiało prognozę psychiatryczną dla pokolenia, które
ma przyjść.
Stan nerwicowy jest częstym sygnałem, że coś w swym życiu trzeba zmienić, :'
weszło się w ślepą uliczkę, w której kręcąc się wkoło, utknęło się w martwym
.nkcie własnej linii rozwojowej. Peranalogiam można by traktować cechy nerwicowe
współczesnej cywilizacji jako sygnał konieczności zmiany.
W jakim kierunku pójdzie owa zmiana, trudno przewidzieć; wydaje się, że trzy
momenty są szczególnie istotne - wzajemny stosunek techniki i przyrody,
organizacja życia społecznego i aparatu władzy, poczucie własnej roi i w
społeczeństwie.
Dotychczasowy stosunek techniki do przyrody można określić jako antagoni-
styczny; technika starała się podporządkować sobie siły przyrody, człowiek
dzięki niej zdobywał władzę nad swym naturalnym otoczeniem i przekształcił je w
otoczenie sztuczne, w którym zbyt dobrze się nie czuje. Doszedł on już do tego
punktu, w którym musi ze swej władzy nad przyrodą ustępować i zmienić stosunek
techniki do przyrody z antagonistycznego w symbiotyczny. Symbioza techniki z
przyrodą uczyni środowisko człowieka mniej sztucznym i stereotypowym, więcej
będzie w nim indywidualności. Pierwsze oznaki tej współpracy można już dostrzec.
Korzysta
z wzorów przyrody w technice. Większą wagę niż dawniej przykłada się do
127
ochrony przyrody. Urbaniści i architekci starają się zharmonizować elementy
przyrody z projektami miast i domów. Coraz ściślejsza staje się współpraca
między automatykami a neurofizjologami (wiele pomysłów w automatyce zawdzięcza
się neurofizjologii, z kolei model maszyn cyfrowych i analogowych ułatwia
zrozumienie iunkcji mózgu). Zwraca się uwagę na przystosowanie się człowieka do
warunków współczesnej techniki (medycyna i psychologia pracy) etc.
Niesłychana rozrzutność przyrody znajduje swe odzwierciedlenie w polskim modelu
produkcji przemysłowej, co nie jest wprawdzie wzorem godnym naśladowania.
Współczesna organizacja ze swym wysokim współczynnikiem „lepkości"
uniemożliwiającym rozładowanie twórczych tendencji, ze swą sztucznością i
bezsensownością prowadzącą w ostatecznym rezultacie do kataklizmów wojennych,
organizacja przestarzała, przyczyniająca się do narastania wzajemnej
obojętności, a nawet wrogości, do poczucia frustracji, alienacji itd. - musi
ulec przekształceniu. Należy wątpić, czy dojdzie do tego w następnym pokoleniu.
Ewolucja struktur organizacyjnych społeczeństwa na ogół przebiega wolniej, niż
innych form życia ludzkiego. Nie wiadomo też, jak idealny model organizacji
społeczeństwa ma wyglądać.
Krytykuje się nieraz u współczesnej młodzieży jej społeczny minimalizm, unikanie
angażowania się w wielkich ideologiach, stawianie sobie małych celów społecznych
- szczęśliwe życie rodzinne, praca dająca zadowolenie, poznanie obcych krajów i
ludzi. Nie wiadomo, czy właśnie w tym kierunku nie powinna iść sanacja życia
społecznego. W małej grupie społecznej ma się większy stopień swobody niż w
dużych grupach, które są zwykle zduszone odgórnymi celami, normami i przepisami.
W małej grupie styka się z człowiekiem twarzą w twarz nie jest on tylko
statystyczną jednostką lub wyznawcą tej samej ideologii (narodowej, religijnej,
politycznej itp.). Istniałaby wprawdzie sprzeczność między masowymi metodami
produkcji przemysłowej a życiem społecznym w małych grupach. Prą wysokiej jednak
specjalizacji metod produkcji nie ma już jednolitej masy pracowników, lecz
tworzą się zróżnicowane grupy specjalistów.
Przesunięcie punktu ciężkości z wielkich grup społecznych na małe byłoby chyba
najlepszą obroną przed niebezpieczeństwem technicznego spojrzenia tu człowieka.
W małej grupie człowiek nie może stać się „numerem" (przysłowiowym „trybikiem"
maszyny produkcyjnej), zachowuje swą indywidualność, jego kontald z innymi
członkami grupy jest kontaktem ludzkim, a nie technicznym. Fakt, żs przeciętnie
każdy człowiek jest jednocześnie członkiem kilku małych grup, ułatwiać może
współpracę między poszczególnymi małymi grupami i łagodzić antagonizm) między
nimi powstające. Z drugiej strony wielkie grupy - rasowe, narodowe, religijne,
polityczne, ekonomiczne itp. - tracić będą prawdopodobnie na s*i
128
atrakcyjności, głównie dlatego, że członkowie małej grupy będą się rekrutować z
osób należących do różnych grup dużych. A więzy emocjonalne powstające w
kontaktach „twarzą w twarz" są zawsze silniejsze od więzów innych, które
stanowią spójnię dużych grup społecznych. Poza tym środki komunikacji ułatwiają
wzajemne poznawanie się ludzi z różnych wielkich grup społecznych, co zawsze
osłabia przekonanie o wyższości własnej grupy i łagodzi wzajemne antagonizmy.
Niezwykłe bogactwo informacji, jakim otoczony jest człowiek współczesnej
cywilizacji, w przyszłości powinno być przez niego racjonalniej wykorzystywane.
Może powstaną nowe formy, bardziej syntetyczne, przekazywania cudzych myśli,
może powstaną pewne systemy integrujące, co ułatwi asymilację informacji.
(Popularność cybernetyki świadczy o dużym zapotrzebowaniu na takie właśnie
systemy integrujące.) W każdym razie człowiek przyszłości będzie dysponował
znacznie bogatszym asortymentem dziedzictwa kulturalnego niż jego nie tak
odlegli przodkowie. Będzie mógł z niego swobodnie wybierać to, co najbardziej
odpowiadać może jego strukturze osobowości. Dzięki temu powinien wzrastać
stopień zróżnicowania między ludźmi. Ludzie skrojeni na jedną modłę będą razić,
drażnić też będą wszelkie próby ukształtowania wszystkich według jednego modelu.
Dzięki środkom komunikacji coraz bardziej będą zacierać się różnice narodowe, a
może w dalszej przyszłości rasowe. Już dzisiaj styl młodzieży ma charakter
internacjonalistyczny i często trudno określić narodowość młodego człowieka.
Dlatego też wydaje się, iż szum skrzydeł husarskich w chromosomach Polaków, o
którym kiedyś Władysław Bieńkowski dowcipnie mówił, będzie z czasem coraz
słabszy.
Ze strukturą organizacyjną społeczeństwa wiąże się problem władzy. Choć jest to
problem drażliwy, można jednak stwierdzić, że ludzie współcześni odczuwają
niewydolność swych władców, Na ogół zresztą nie jest to z ich strony forma
krytyki, gdyż zdają sobie sprawę, że człowiek nawet genialny, przy obecnym
skomplikowaniu stosunków ekonomicznych, społecznych etc. nie byłby w stanie
sterować wielkimi grupami społecznymi, najwyżej mógłby je doprowadzić do
wojennego kataklizmu, czego na pewo nikt nie pragnie. Z drugiej strony rozwój
automatyki sprawił, że zagadnienia organizowania i sterowania mogą być przejęte
przez maszyny. Na razie są to zagadnienia proste, ale w przyszłości będą coraz
bardziej skomplikowane.
Analogicznie jak niegdyś maszyny zastąpiły siłę ludzkich mięśni, tak w
przyszłości mogą one uzupełniać, jeśli nie zastąpić, ludzkie zdolności
organizacyjne. Dawniej zagrażały bezrobociem robotnikom, w przyszłości mogą
zagrażać władcom. Nie chodzi tu o absurdalny miraż społeczeństwa rządzonego
przez mózgi elektronowe, lecz o zmianę zakresu funkcji przyszłych kierowników
wielkich grup społe-
9 .
129
3 Anus mundi
cznych. Wiele problemów, którymi dziś muszą się oni zajmować, a w którycl
podległe im jednostki są tylko „kółkami" wielkiej maszyny społeczno-produkcyjnej
może w przyszłości być rozwiązanych przez maszyny, dzięki temu łatwiej będzi
zachować spojrzenie na człowieka jak na człowieka.
Z maszyną nie ma dyskusji. Jeśli chce się z niej korzystać, musi się jej
słuchać. Na ogół łatwiej jest podporządkować się rozkazom maszyny niż drugiego
człowieka. Z człowiekiem można bowiem spierać się, czy ma rację, można mieć
nadzieję, że zmieni on swoją decyzję. Człowiek nawet najbardziej technicznie
nastawiony pozostaje człowiekiem, jest więc omylny i nie zawsze kieruje się
wyłącznie rozumem. Czasem trzeba go słuchać mimo przekonania o mylności jego
decyzji, co oczywiście budzi uczucie buntu. Wobec maszyn takich uczuć żywić nie
można, byłyby one śmieszne. Jeśli decyzje maszyny są mylne, jeśli maszyna jest
bezużyteczna, należy ją wyrzucić. Trudno buntować się przeciw czerwonemu
sygnałowi na jezdni lub światełku na tablicy rozdzielczej sygnalizującym awarię
silnika. Musi się tych sygnałów słuchać, nie ma innej drogi wyboru. Rozkazy
maszyn są bezwzglądne, nie ma od nich odwołania. Albo przyjmuje się z góry ich
nieomylność, albo w ogóle się z nich nie korzysta. Świat rządzony tylko przez
maszyny byłby światem ściśle zdeterminowanym, w którym nie byłoby miejsca na
ludzkie wahanie, wątpliwości, niezadowolenia i bunty.
Uzyskany dzięki rozwojowi techniki postęp w naukach biologicznych pozwala
przypuszczać, że w niedługim stosunkowo czasie uda się sterować procesami
psychicznymi człowieka. Już dziś za pomocą odpowiednich środków psychofarma-
kologicznych można zmieniać nastrój, zmniejszać lęk i niepokój, wywoływać zmianę
percepcji otaczającego świata i własnego ciała. Za pomocą mikroelektrod
osadzonych w odpowiednich częściach mózgu można sterować zdalnie zachowaniem sią
zwierząt i dowolnie zmieniać ich reakcje psychiczne. Odkrycie kodu genetycznego
(jedno z największych odkryć XX wieku) prawdopodobnie pozwoli w przyszłości
zmieniać również ów kod. Tak, że będzie można u roślin, zwierząt, a
prawdopodobnie też u ludzi wywoływać cechy, które są w danym okresie pożądane.
Coś podobnego, tylko na zasadzie oddziaływania hormonalnego, dzieje siew
państwie pszczół czy mrówek. Zależnie od potrzeby produkuje się więcej
wojowników, robotnic czy trutniów.
Jest to jedna z największych pułapek magicznej władzy, jaką daje nauka. Za
pomocą środków technicznych człowiek będzie mógł sterować własnym rozwojem i
własnym zachowaniem się, a także własnymi przeżyciami. Za pomocą pigułki czy
naciśnięcia guzika będzie mógł dowolnie zmieniać nastrój, kierować swoimi
uczuciami, modulować procesy spostrzegania, zwiększać intensywność procesów
130 ' ¦
myślowych etc. Młoda para, chcąca mieć dziecko, będzie mogła zamówić sobie
pożądany zestaw cech dla swego przyszłego potomka.
Należy przypuszczać, że w trosce o dobro ludzkości, gdyż zawsze znajdą się tacy,
którzy chcą innych ulepszać, pewne grupy ludzi będą starały się sterować
sztucznie procesami psychicznymi innych ludzi. Zamiast by ci spokojnie
wywoływali u siebie za pomocą pigułek czy elektrycznych impulsów różnego rodzaju
przyjemne uczucia, będą oni wywoływać u podległych ludzi bardziej użyteczne
stany psychiczne, np. zapału do pracy, odwagi, poświęcenia, a w razie wojny
zapału do mordowania innych itp. Będą też oni wpływać na regulację urodzin nie
tylko ilościowo, ale i jakościowo. Będą się rodzić według planu geniusze i
debile, ludzie łagodni i agresywni, ulegli i władcy, artyści i matematycy itd.
Prawdopodobnie maszyny elektronowe będą decydować o aktualnym zapotrzebowaniu na
odpowiednie stany psychiczne i sposoby zachowania się, jak również o potrzebach
popu-lacyjnych. Np. czerwone światło nad wejściem do miejsca pracy będzie
oznaczać, że należy zażyć pigułkę antyagresywną lub nacisnąć odpowiedni guzik
stymulatora mózgu. Prawdopodobnie, przy obniżeniu kosztów produkcji maszyn
elektronowych, będzie można zainstalować sobie podobne urządzenia w domu, co
pozwoli uniknąć wielu konfliktów.
Podporządkowanie się władzy wymaga rezygnacji z własnych planów i zamierzeń.
Trzeba wykonać czynność narzuconą, a nieraz zahamować w sobie tę, którą
chciałoby się wykonać. Jest to pewnego rodzaju akt pokory. Moment decyzji, tak
istotny w życiu psychicznym człowieka, jest przerzucony na zewnątrz. Już nie
trzeba samemu decydować, decyduje ktoś inny. Za cenę ustępstwa jest się
zwolnionym z dużego wysiłku, jakiego wymaga decyzja.
Współżycie z maszyną wymaga dużego opanowania. Zwłaszcza gdy chodzi o maszynę
precyzyjną, nie można sobie pozwolić „na nerwy", groziłoby to jej zniszczeniem.
Jeśli zdobycie Księżyca przywróciło wielu ludziom zachwianą wiarę w postęp
ludzkości, a kosmonauta stał się bohaterem nowej ery, to jednak pewne obawy
budzą cechy psychiczne wymagane od tego bohatera. Przy wielkim heroizmie jest to
człowiek-automat, każdy jego ruch musi być z góry przewidziany, obliczony,
wymierzony, uzgodniony z pracą maszyny. Niewiele miejsca mu zostaje na
spontaniczność. Porównując zdobycie Ameryki ze zdobyciem Księżyca, w pierwszym
wyczynie podziwiamy wielką przygodę, a w drugim precyzję. Kolumb gdzie indziej
się wybierał, a gdzie indziej zawędrował. Kosmonauci trafili dokładnie w
przewidziane miejsce. Kolumb był właściwie sam, jego był pomysł i jego
realizacja. Za kosmonautami stała armia uczonych, techników i medyków, śledząc
każdy ich fuch zewnętrzny oraz zachowanie wnętrza ustroju, z ziemi kierując ich
zachowaniem. Sam lot był rezultatem wieloletnich przygotowań i olbrzymiego
wysiłku umysłu
131
ludzkiego (pomijając już wysiłek ekonomiczny). Lot na Księżyc jest triumfem
kolektywnego ducha pracy. Wymagał niesłychanego zgrania olbrzymiego zespołu
ludzkiego nad nim pracującego. I jak w pracach kolektywnych, jego autorstwo
pozostaje bezimienne. Trzech kosmonautów dzięki swej odwadze zbiera plon pracy
całego kolektywu. Na pewno wielu młodych ludzi zazdrości sławy kosmonautom, ale
czy rzeczywiście gotowi byliby pójść ich śladami, poddać się rygorystycznej
dyscyplinie treningów, zrezygnować z własnej inicjatywy, być ślepym wykonawcą
rozkazów, zżyć się z maszyną tak, by stać się niemal jej częścią składową?
Zarówno w sensie technicznym, biologicznym jak i psychologicznym decyzja wymaga
znacznego wydatku energii. W maszynach elektronowych większość zapotrzebowania
energetycznego jest zużyta na tworzenie „decyzji", sam sygnał zuży-tkowuje
minimalne ilości energii. Mózg ludzki zużywa około 1/5 całego zapotrzebowania
energetycznego ustroju. Miliardy komórek nerwowych, z których mózg jest
zbudowany, zużytkowują ten olbrzymi zapas energii głównie na formowanie swych
„decyzji". (Z setek impulsów nerwowych, które bez przerwy dochodzą do
pojedynczej komórki nerwowej, musi ona sformułować swą własną „decyzję",
wytworzyć własny impuls nerwowy i ten przesłać dalej.) Z własnego doświadczenia
wiadomo, jak trudne bywają decyzje w życiu ludzkim, ile wywołują wahania,
niepokoju, wewnętrznej walki, jak często są przyczyną poczucia winy. U podłoża
nerwic nierzadko można się doszukać niemożności podjęcia decyzji (nie zawsze
chodzi tu o decyzję świadomą, tzw. akt woli, częściej o nieświadomą, od woli
niezależną, np. wahania między przeciwstawnymi postawami uczuciowymi).
Powstaje pytanie, na co człowiek przyszłości zużyje zaoszczędzoną energię
psychiczną, gdy znaczna część decyzji podejmowana będzie przez maszyny, a
wysiłek i napięcie psychiczne związane z jego własnymi decyzjami będą
zmniejszone dzięki np. środkom farmakologicznym. Czy energia ta ulegnie
rozproszeniu, czy też skoncentruje się na nie wykorzystanych dotychczas
możliwościach? Dzięki miliardom komórek nerwowych i połączeń między nimi system
nerwowy człowieka posiada nieograniczone wprost możliwości tworzenia
różnorodnych struktur czynnościowych. Prawdopodobnie tylko mały odsetek
potencjalnych struktur zostaje zrealizowany. Układ nerwowy, podobnie zresztą jak
inne układy ustroju ludzkiego, pracuje normalnie na około 20-30% swej
maksymalnej wydajności (jest to ogólna zasada ekonomii pracy ustroju). Istnieje
uzasadnione domniemanie, że człowiek może rozwijać się w różnych kierunkach i że
wiele jego możliwości psychicznych nie jest wykorzystanych po prostu dlatego, że
nigdy nie było ku temu okazji. Nie jest wykluczone, że zdolności telepatyczne i
jasnowidztwa, o których była wcześniej mowa, należą do takich nie wykorzystanych
możliwości psychiki ludzkiej. To, co nie używane, ulega bowiem atrofii. Atrofii
takiej ulegają często zdolności artystyczne,
132
Które zwykle obserwuje się u większości dzieci w wieku przedszkolnym. Nie
wiadomo też, jak dalece sięgają możliwości myślenia abstrakcyjnego, jakie są
granice dla przeżyć uczuciowych, estetycznych, mistycznych itd. Możliwości
rozwoju człowieka są wielkie, by nie rzec - nieograniczone. Korzystnym dla
człowieka środowiskiem jest to, które możliwości te rozwija, a nie hamuje.
Postawie bezwzględnego podporządkowania się wymogom świata technicznego,
określonej tu jako „kosmonautyczna", można przeciwstawić postawę spontanicznego
i indywidualnego stosunku do życia - postawę „artystyczną". Nie chodzi
0 twórczość artystyczną sensustricto, gdyż mało jest ludzi obdarzonych
prawdziwym talentem, ale o realizację tkwiących w każdym człowieku tendencji
twórczych (postawa „nad", o której była wyżej mowa). Może to być uczenie się
patrzenia na świat, widzenia w nim tego, czego inni nie widzą, odzyskanie z
powrotem spojrzenia dziecka, które wskutek wymogów życia w dojrzałych latach
zwykle zanika, może to być kultywowanie drobnych zamiłowań i talentów (różnego
rodzaju hobby); postawą artystyczną jest szukanie piękna w codziennym życiu, w
mieszkaniu, miejscu pracy, w sposobie ubierania się i makijażu (dziś np. dzięki
odpowiedniemu podkreśleniu indywidualnych cech nie widzi się brzydkich
dziewcząt, brzydota odpowiednio „podana" staje się piękna); postawy artystycznej
wymaga też umiejętność współżycia z innymi. W każdym człowieku znaleźć coś
pięknego, nie bawić się w sędziego, co z miejsca niweczy wiele stosunków
międzyludzkich. Trzeba również wykształcić umiejętność współżycia z samym sobą:
nie niszczyć w sobie tego, co prawdziwe, dobre i piękne, dla rzekomych wymagań
walki o życie, ambicji, chęci zemsty itp. W postawie artystycznej chodzi o
umiejętność przeżywania własnego życia.
Zarzuca się nieraz ludziom naszej cywilizacji, że w pogoni za pieniądzem, za
realizacją swych ambicji, w bezkrytycznym wypełnianiu obowiązków etc. zatracili
smak życia. Smak życia to właśnie umiejętność przeżywania. Ale czy można żyć dla
samego przeżywania? Czy uzyskiwanie maksymalnego „smaku życia" może być celem
życia?
Siła i jakość przeżycia zależy od ładunku uczuciowego. Ta sama sytuacja może w
nastroju pogodnym budzić zachwyt, a w nastroju przygnębienia - zniechęcenie
1 nudę. Nie można być na pokaz wesołym, smutnym, kogoś kochać czy nienawidzić,
czymś się zachwycać czy brzydzić. Życie uczuciowe jest autonomiczne, tj. w
głównej mierze od woli niezależne. Jak we wszystkich funkcjach autonomicznych,
występuje w nim paradoks impotencji - im więcej się chce, tym mniej się może. To
znaczy im więcej chce się, by czuć się szczęśliwym, zdrowym, silnym, by
przeżywać Piękno, miłość itd., tym mniejsze ma się szansę tychże przeżyć.
Analogicznie jak w leczeniu impotencji, pierwszym i zasadniczym momentem jest
zmiana postawy
133
chorego w tym kierunku, by przestał się wysilać, tak i w szukaniu szczęścia
istotnym jest, by przestać go szukać. „Ład serca", który daje człowiekowi
uczucie szczęścia, osiąga się przez żmudne nieraz uporządkowanie stosunku do
swego otoczenia i do samego siebie; wymaga to dużego wysiłku integracyjnego. Nie
„jestem" jest tu decydujące, ale właśnie „ja", gdyż od jego konstrukcji zależy
wewnętrzny i zewnętrzny porządek.
istnieją wprawdzie możliwości oddziaływania chemicznego czy neurofizjologi-
cznego na stany psychiczne, o czym była wyżej mowa. W tym wypadku jednak
człowiek popada w największą, jaką sobie można wyobrazić, zależność od świata
technicznego. Traktuje swe życie psychiczne jako przedmiot, steruje nim za
pomocą sztucznych środków dostarczanych przez tenże pogardzany nieraz świat.
Przestaje być panem siebie, rządzi nim narkotyk. W poszukiwaniu wolności od
świata technicznego staje się jego niewolnikiem.
W jednej z najcięższych nerwic - nerwicy natręctw - chorzy stają się
niewolnikami swoich bezsensownych myśli, lęków, czynności przymusowych. Życie
ich staje się udręką, gdyż nie mogą wyzwolić się z przymusu aktywności myślowych
czy ruchowych - im więcej z nimi walczą, tym silniej one ich wolność krępują.
Dnie całe spędzają na myciu rąk, na specjalnym rytuale ubierania się, latami
tkwią zamknięci w mieszkaniu, gdyż boją się wyjścia na ulicę itd., itd.
Patrząc na historię człowieka od kultur najbardziej pierwotnych do naszej
cywilizacji można by dopatrzyć się analogii z nerwicą natręctw. Męczył się on i
męczy w klatkach, które sam sobie stwarza czy w formie mniej lub więcej
irracjonalnych nakazów, kultu pieniądza czy niewoli technicznego sposobu życia.
Odnosi się wrażenie, jakby człowiek bał się własnej wolności i sam stwarzał
sobie różnorodne więzy. W naszej kulturze, w epoce Odrodzenia człowiek zrzucił z
siebie władzę bóstw i demonów i sam siebie kreował na władcę (antropocentryzm),
lecz władzy tej jakby się przeląkł - stał się sługą pieniądza w erze
kapitalizmu, a maszyny w dobie technokracji. Jej wymagania stają się dla niego
równie bezwzględnymi prawami, jak różnorakie tabu, jak kanony religii etc.
Postawa „artystyczna" jest postawą wolności, w tym sensie, że szuka się w niej
wypowiedzenia tego, co w nas jest najbardziej indywidualne i spontaniczne, a tym
samym zrzucenia z siebie uwierających masek i więzów. Postawa „kosmo-nautyczna"
jest postawą skrajnego podporządkowania się obowiązującym w aktualnym otoczeniu
rygorom. Człowiek chyba nie może być absolutnie wolny - jako należący do
przyrody ożywionej podlega jej prawom, choć nie w tym stopniu, co rośliny i
zwierzęta, gdyż potrafi przyrodę podporządkować sobie, niemniej jednak od jej
zasadniczych praw uwolnić się nie może; jako żyjący w świecie ludzkim nie może
żyć w ustawicznym buncie przeciw normom w nim obowiązującym. Od
134
niemowlęctwa człowiek uczy się podporządkowania różnorakim normom własnego
środowiska tak, że na ogół nie odczuwa swojej „niewoli". Nagła zmiana
środowiska, jaka zaszła dzięki eksplozywnemu rozwojowi nauki i techniki
spowodowała, że człowiek współczesny uświadomił sobie w znacznie silniejszym
stopniu niż jego przodkowie ludzką dialektykę wolności i niewoli. By nie zagubić
się w poczuciu bezsensu życia, musi on znaleźć właściwą rolę w nowym świecie,
pogodzić dwie przeciwstawne postawy: „kosmonauty" i „artysty".
Wydaje się, że człowiek przyszłości z jednej strony będzie musiał podporządkować
się bezwzględnym wymogom świata technicznego, nie tolerującego indywidualności i
spontaniczności, z drugiej zaś, by nie zatracić swej ludzkiej natury, będzie
samodzielnie szukał osiągnięcia maksymalnego rozwoju własnych możliwości właśnie
przez zachowanie indywidualności i spontaniczności.
Przedstawiona prognoza brzmi raczej optymistycznie; można przedstawić też
wariant pesymistyczny. Poczucie chaosu, wrogości do otaczającego świata,
bezsensu własnego życia i tego, co wokół się dzieje eta, będą narastać, tak że
wyzwoleniem stanie się możność oparcia się o bądź jaką, choćby najbardziej
irracjonalną, ideologię. W niej bowiem znaleźć będzie można porządek i poczucie
sensu, tałszywe wprawdzie, ale lepsza jakakolwiek integracja i jakikolwiek cel
życia, niż żaden. Wzrośnie zapotrzebowanie na fałszywych proroków, a ci, jak
wiadomo, łatwo prowadzą społeczeństwa do katastrofy.
Optymizm nauk biologicznych wynika z wiary w ewolucję. Rozwój życia idzie stale
w kierunku coraz wyższego stopnia porządku, coraz wyższych i bardziej
skomplikowanych form. W świecie roślinnym i zwierzęcym najłatwiej dostrzec
ewolucję form morfologicznych. U człowieka nie ulegają one żadnym lub prawie
żadnym zmianom. Natomiast zmieniają się jego struktury czynnościowe, stają się
coraz bogatsze i bardziej skomplikowane. Nagła zmiana środowiska przyspiesza
proces ewolucji. Możliwe, że człowiek współczesny stoi w obliczu skoku
ewolucyjnego i jego obecne objawy nerwicowe są sygnałem konieczności wewnętrznej
mobilizacji, by skoku tego dokonać.
Lęk
Lęk w świecie ludzkich przeżyć jest zjawiskiem tak powszechnym i ma tyle różnych
odcieni, iż trudno się kusić nie tylko o jego wyjaśnienie, lecz nawet o
racjonalną klasyfikacją. W każdym języku istnieje wiele określeń dla tego stanu
uczuciowego. Stanowią one najlepszą, bo na wielowiekowym doświadczeniu opartą,
klasyfikację, gdy jednak przyjdzie zdefiniować takie pojęcia, jak np. strach,
groza, bojaźń, trwoga itp., to mimo że odczuwa się z reguły właściwość czy
niewłaściwość użytego terminu, określić go jasno nie sposób. Zresztą zwykle tak
bywa, gdy chodzi o pojęcia dotyczące przeżyć najbardziej osobistych. Można je
odczuć, ale trudno zdefiniować. Świat własny, w przeciwieństwie do świata
otaczającego, wymyka się jakby spod prób klasyfikacji i intelektualnej
manipulacji.
Na podstawie analogii zasadniczego schematu ruchowego można z dużym
prawdopodobieństwem przyjąć, że reakcje lękowe występują w całym świecie
zwierzęcym, nawet na najniższych szczeblach rozwoju fiiogenetycznego. Oczywiście
jakość przeżyć jest różna, zależnie od stopnia rozwoju. Rozważania tego rodzaju
są możliwe przy założeniu, że prócz człowieka również i inne żywe ustroje
przeżywają swoje życie, a nie są tylko nic nie czującymi automatami.
Gdy źdźbłem trawy podrażnimy jakiegoś owada, wywołamy u niego gwałtowne,
chaotyczne ruchy ucieczkowe lub zastygnięcie w bezruchu. Ten sam typ reakcji
można też spotkać u człowieka w obliczu maksymalnego zagrożenia, prawdziwego lub
urojonego. Mówi się, że człowiek taki „zamarł' lub „oszalał" ze strachu. W
schizofrenii, w której normalne ludzkie przeżycia nabierają krańcowych wymiarów,
oba typy reakcji ruchowych spotyka się w zahamowaniu i podnieceniu katatonicz-
nym (stupor et furor katatonicus).
Bogactwo form zachowania się w świecie zwierzęcym, a także ludzkim, można ująć
schematycznie w dwa wektory ruchowe: „do" i „od" świata otaczającego. W
pierwszym wypadku sygnał dochodzący z zewnątrz wywołuje zbliżenie, a w drugim
oddalenie od źródła bodźca. Zasadnicza orientacja mchowa jest antycypacją tego,
137
co nastąpi, swoistym rachunkiem prawdopodobieństwa co do tego, czy świat
otaczający zaspokoi podstawowe potrzeby jednostki, czy nie. Subiektywnym
odpowiednikiem ruchu „do" świata otaczającego są uczucia pozytywne, przeżywane
przez człowieka jako miłość, przyjaźń, tęsknota itd., a kierunku przeciwnego
-uczucia negatywne, jak lęk, nienawiść, wrogość, pogarda itp. Antycypacja
negatywna, czyli postawa „od" świata otaczającego, mieści w sobie dwie
możliwości: albo „ja zniszczą wrogi świat", albo „sam przezeń zostaną
zniszczony". Ucieczka i agresja oraz odpowiadające im uczucie lęku i nienawiści
stoją bardzo blisko siebie, a często są w ogóle nierozerwalne.
Zdaniem Szumana uczucia są „subiektywnym przejawem dodatnich, tj. propul-sywnych
i asymilatywnych, lub ujemnych, tj. repulsywnych i obronnych, reakcji ustroju na
świat zewnętrzny oraz osiągania równowagi zewnętrznej i wewnętrznej przez ustrój
lub też nieosiągania jej". Brzezicki przeciwstawia bipolarność uczuć
monopolarności logicznego rozumowania. Karen Horney ujmuje stosunki uczuciowe
między ludźmi schematycznie w trzy wektory: „do", „od" i „przeciw".
Jest zrozumiałe, że świat wrogi wymaga znacznie większej mobilizacji sił niż
świat przyjazny. W ucieczce i walce więcej wydatkuje się energii niż w otoczeniu
bezpiecznym i spokojnym. Postawa pozytywna łączy się z przewagą procesów
anabolicznych (budowy), a negatywna - z przewagą katabolicznych (rozpadu). W ,
pierwszym wypadku bilans wymiany z otoczeniem wypada na korzyść ustroju:' buduje
on siebie kosztem otoczenia, w drugim zaś wypadku bilans jest ujemny:, proces
niszczenia własnej struktury przeważa nad procesem budowy.
-:
Wymiana ze środowiskiem nie może być oczywiście procesem jednokierunko-; wym,
wyłącznie anabolicznym, istotą jej bowiem jest budowa i niszczenie, diaiektyka [
życia i śmierci. Budując swoją indywidualną strukturę niszczy się struktury
swego * środowiska, czyli żyje się kosztem życia innych żywych istot, a
jednocześnie niszczy się też własną strukturę dla wyzwolenia energii potrzebnej
do walki o życie i jest się z kolei narażonym na zniszczenie przez inne żywe
istoty.
Nie da się też z życia usunąć tych wszystkich przeżyć, które wiążą się z jego j
aspektem niszczenia, a więc bólu, cierpienia, lęku i nienawiści, podobnie jak
nie | można go sobie wyobrazić bez przeżyć pozytywnych, związanych z jego
aspektem' tworzenia: radości, rozkoszy i miłości.
Przy wszelkich próbach analizy podstawowych przeżyć ważne jest należyte ich
ustawienie na współrzędnej czasu. Inaczej przedstawia się zniszczenie w
bezpośrednim zetknięciu, a inaczej w oddaleniu. W czasie teraźniejszym częściowe
zniszczenie daje przeżycie bólu, natomiast całkowite, czyli śmierć, nie jest już
przeżyciem, lecz końcem wszystkiego. Agonia polega prawdopodobnie na
rozpaczliwym wysiłku oddalenia się od śmierci, maksymalnej mobilizacji ustroju
do I
138
walki o życie, w której chwile poddania sią łączą się z utratą przytomności, z
ucieczką w majaki senne, w błyskawiczne obrazy przeszłości. Ucieczka od
rzeczywistości w postaci różnych form zaburzeń świadomości jest tu swoistą
obroną przed zbyt bliskim zetknięciem się z całkowitą destrukcją.
W oddaleniu czasowym zniszczenie przedstawia się w formie sygnału ze świata
otaczającego, który tym samym zmienia się w świat niebezpieczny i wrogi, lub
sygnału z wnętrza własnego ustroju, który pod jego wpływem budzi niepokój. Nie
zawsze sygnały odpowiadają rzeczywistemu niebezpieczeństwu, a im silniej
rozwinięty jest układ sygnalizacyjny (narządy zmysłowe, system nerwowy i aparat
ruchowy), tym większe są możliwości różnorakich przekształceń bodźców
zewnętrznych lub wewnętrznych w poszczególnych ogniwach łuku odruchowego. Tym
samym większa jest zdolność oderwania się od konkretnej sytuacji, a w związku z
tym coraz częściej niebezpieczeństwo konkretne zostaje zastąpione abstrakcyjnym.
Sygnał niebezpieczeństwa wyzwala postawę „od" świata otaczającego, która się
wiąże, jak już wspomniano, z ogólną mobilizacją ustroju do ucieczki lub walki, a
subiektywnie łączy się z uczuciami lęku i nienawiści. Nie wdając się w omawianie
skomplikowanej i dotychczas tylko częściowo poznanej fizjologii tej zasadniczej
postawy, można powiedzieć, że u zwierząt wyższych i u człowieka mobilizacja
ustroju dokonuje się głównie przez silne wyładowanie w układzie wegetatywno-hor-
monalnym. Wyładowanie to może być czasem tak silne, iż samo doprowadza do
śmierci. Powiedzenie, że ktoś „umarł ze strachu", nie jest tylko przenośnią.
Śmierć bez uchwytnej organicznej przyczyny znana jest klinicystom i anatomo-
patologom. U ludów tzw. pierwotnych zdarzają się wypadki śmierci wywołane
przekroczeniem tabu lub zaklęciem czarownika; jest to „śmierć wudu" {voodoo
death) opisana między innymi przez wybitnego fizjologa Cannona. Z jego koncepcji
wyjaśniającej rolę układu wegetatywnego w życiu uczuciowym zrodziła się później
teoria stresu Selyego. Ostra schizofrenia katatoniczna może skończyć się
śmiercią, której jedną z przyczyn jest najprawdopodobniej lęk.
Pominąwszy rzadkie wypadki, w których samo przygotowanie do walki o życie -
biologiczna „zimna wojna" ze światem otaczającym - kończy się śmiercią, można
przyjąć, że różnorakie reakcje fizjologiczne, wspólnie tworzące ogólną
mobilizację ustroju, mają charakter celowy. Celowość ta jednak zależy od tego, w
jakim stopniu antycypacja przyszłości jest słuszna, czy mobilizacja okaże się
potrzebna, czy też zbyteczna. Potrzebna jest wówczas, gdy nastąpi po niej
wymagająca krańcowego *ysiłku walka o życie; zbyteczna, gdy po niej nic nie
nastąpi i cała mobilizacja °każe się nieekonomicznym wydatkiem energii.
U studentów oczekujących na trudny egzamin serce pracuje, jak przy wysoko-
górskiej wspinaczce. Tak krępujące w kontaktach towarzyskich pocenie się dłoni
139
ułatwia uchwycenie przeciwnika w zaciętej walce. Parcie na mocz i stolec jest
fizjologicznie celowe, gdyż lepiej uciekać czy walczyć z pustym pęcherzem i
kiszką stolcową, ale staje się kłopotliwe, gdy starcie z otoczeniem polega na
czym innym. Zwiększenie krzepliwości krwi przeciwdziała skrwawieniu, które w
zaciętej walce jest nieuchronne, ale gdy do tej walki nie dochodzi, może
najwyżej doprowadzić do zawału. Przykładów tego typu znaleźć można znacznie
więcej.
Istnieje w człowieku sprzeczność między jego zasadniczą orientacją w świecie
otaczającym, która - podobnie jak u zwierząt - oscyluje między postawą „do" i
„od" otoczenia i łączy się wyładowaniem hormonalno-wegetatywnym, a jego
aktualnym zachowaniem się, w którym przeważa postawa „nad", tj. oscylacja między
przekształceniem otoczenia według własnej struktury a przekształceniem siebie
według struktury otoczenia. Postawa ta nie wymaga ogólnej mobilizacji ustroju,
zmusza natomiast do tworzenia coraz to nowych struktur czynnościowych w ciągłej
interakcji z otoczeniem. Z anatomicznego punktu widzenia rozwój tej postawy u
człowieka wiąże się z rozwojem neocortex, podczas gdy zasadnicza orientacja
(postawa „do" i „od") zależy przede wszystkim od tilogenetycznie starszych
części układu nerwowego: pnia mózgowego, jąder podstawy, węchomózgowia, które
przez podwzgórze łączą się z układem endokrynnym. Mózg człowieka - jeśli idzie o
starsze jego części - niewiele się różni od mózgu najniższych ssaków. Rozwój
lilogenetyczny koncentruje się na korze mózgowej, w szczególności na jej
najmłodszych częściach, tj. neocortex.
Pod względem czasowym orientacja zasadnicza (postawa „do" i „od") wyprzedza
szczegółową (postawa „nad"), w której dochodzi do bardziej precyzyjnej analizy
sytuacji i do wyboru jednej z wielu form interakcji z otoczeniem. W
przeciwieństwie do postawy „nad" postawa „do" i „od" cechuje się dużą inercją,
ubóstwem potencjalnych struktur czynnościowych i łatwością ich utrwalania.
Skutkiem tego często się zdarza, iż jedna z zasadniczych postaw utrzymuje się
znacznie dłużej, niż tego wymaga aktualna potrzeba. Obserwuje się ludzi, którzy
przez całe życie wykazują np. postawę lękową lub agresywną, tak że traktuje się
te postawy jako cechy konstytucjonalne i w zależności od wyznawanych poglądów
przypisuje się je wpływom genetycznym lub środowiskowym, utrwalonym we wczesnym
okresie rozwoju.
Jak się zdaje, postawy negatywne (orientacja „od" otoczenia) mają większe szansę
utrwalania się niż pozytywne. Wywołują bowiem większą mobilizację ustroju a ta,
na zasadzie błędnego koła, jeszcze bardziej wzmacnia daną postawę. Gdy jakiś
sygnał otoczenia wyzwala postawę lękową, to wyładowanie wegetatywno-hor-monalne
towarzyszące tej postawie potęguje uczucie lęku, a to z koiei zwiększa
mobilizację obronną ustroju i tak wkoło, teoretycznie ad infiniłum. Wyjściem z
140
błędnego koła jest jakakolwiek aktywność ruchowa, w której mobilizacja ustroju
zostaje choćby częściowo wyładowana. Dlatego w stanach niepokoju wykonuje się
szereg bezcelowych ruchów, jak chodzenie tam i z powrotem, bębnienie palcami po
stole, rytmiczne potrząsanie noga. itp. W marzeniu sennym sytuacje lękowe są
zazwyczaj silniej przeżywane niż analogiczne sytuacje na jawie, prawdopodobnie
dlatego, iż możliwości wyładowania ruchowego w czasie snu są ograniczone. Samo
pozbawienie swobody ruchowej zwiększa napięcie lękowo-agresywne. Pies na uwięzi
jest złym psem, niewolnik jest zawsze groźny. A nawet bezczynność, choćby w
stanie błogiego odprężenia, spokoju i poczucia szczęścia, po pewnym czasie
prowadzi do stanu niepokoju, który mobilizuje do aktywności. Byłaby to dodatnia
strona negatywnej postawy, dzięki niej nie można trwać w jednym punkcie i w ten
sposób przeciwstawić się procesowi życia, którego zasadniczą cechą jest
zmienność.
Sytuacje wyzwalające postawę lękową można podzielić na cztery grupy: związane z
bezpośrednim zagrożeniem życia, z zagrożeniem społecznym, z niemożnością
dokonania właściwego wyboru aktywności i z zachwianiem istniejącej struktury
interakcji ze światem otaczającym. Zależnie więc od genezy można mówić o lęku
biologicznym, społecznym, moralnym i dezintegracyjnym. Sam przebieg reakcji
łąkowej zazwyczaj nie pozwala nam na rozróżnienie, o który rodzaj lęku chodzi.
Umożliwia to dopiero dokładna analiza sytuacji wyzwalającej postawę lękową. Na
przykład w nerwicach często spotyka się ataki silnego lęku przed śmiercią, który
wcale nie jest lękiem biologicznym, gdyż śmierć choremu nie grozi, i na odwrót,
w początkach choroby nowotworowej występują nierzadko objawy nerwicowego
niepokoju o tematyce pozwalającej podejrzewać lęk społeczny lub moralny, a w
istocie jest to lęk biologiczny.
Lęk biologiczny jest wyzwalany przez sytuację zagrażającą bezpośrednio życiu.
Zagrożenie może pochodzić z zewnątrz lub z wnętrza ustroju. W pierwszym
przypadku świadomość zagrożenia jest jasna. Mówimy wtedy o strachu. Jest on
większy, gdy nie ma możności działania, gdy człowiek czuje się wobec
niebezpieczeństwa bezbronny. Nawet świadomość, że można sobie samemu odebrać
życie, zmniejsza napięcie lękowe. W drugim wypadku świadomość zagrożenia jest
mglista: jest tylko lęk, nie zna się jego przyczyny. Powstaje on przy naruszeniu
wewnętrznej równowagi ustroju, a więc także przy każdym wyładowaniu wegetatywno-
hormona-Inym towarzyszącym innym rodzajom lęku. Co się tyczy jego pierwotnej
postaci, można by wyrazić pogląd, że lęk jako wyraz zaburzenia
wewnątrzustrojowego rodzi się wówczas, gdy .zachwiana jest wymiana metaboliczna
ze środowiskiem. Głównym elementem tej wymiany jest tlen. Niedotlenienie
ustroju, najsilniej odbijające się na układzie nerwowym, wyzwala stan lękowy.
Lęk tego typu występuje w przypadku
141
I 1
zawału serca, w ostrej niewydolności krążenia, w dychawicy oskrzelowej, w
wykrwawieniu, w ciężkiej niedokrwistości. Nasilenie stanu lękowego zależy od
gwałtowności zmniejszenia dopływu tlenu, jest więc większe w zawale niż w
niedokrwistości. Brak innych elementów wymiany metabolicznej: wody i substancji
odżywczych, nie wywołuje zazwyczaj tak gwałtownych stanów lękowych, jak brak
tlenu.
Podstawowe potrzeby ustroju można by ustawić w kolejności ich rozmieszczenia na
współrzędnej czasu, tzn. według okresu czasu, w którym ich niezaspokojenie
doprowadza do śmierci. Skalą czasu dla tlenu byłyby minuty, dla wody - godziny,
dla substancji odżywczych - dnie. im okres czasu krótszy, tym szybsze staje się
narastanie lęku.
Lęki o podłożu seksualnym u człowieka spotyka się częściej niż te, które się
wiążą z zagrożeniem życia. Można by je zaliczyć do biologicznego rodzaju lęków,
wychodząc z założenia, że chodzi tu też o zagrożenie życia, wprawdzie nie
jednostki, ale gatunku. Zagrożenie życia jednostki jest tu tylko pośrednie, w
sensie niemożności sprawdzenia swej męskiej czy kobiecej wartości i osiągnięcia
wyładowania w dążeniu do złączenia się z otoczeniem (pełna realizacja postawy
„do"). W przeciwieństwie do potrzeb biologicznych, związanych z zachowaniem
życia, potrzeby seksualne nie są objęte rygorem czasu, można je odkładać nawet
ad iniinitum. Ten stan zawieszenia sprzyja powstawaniu pogotowia lękowego lub
lękowo-agresywnego.
Konsekwencją prawa zachowania gatunku jest tworzenie się życia społecznego.
Zarówno ze względu na długi okres bezwzględnej zależności od najbliższego
otoczenia społecznego, jak i na możność utrwalenia się form życia społecznego
(dziedziczenie społeczne), człowiek w większym stopniu niż reszta świata
ożywionego jest istotą społeczną. Nie może on żyć i rozwijać się bez innych
ludzi i bez ich dziedzictwa kulturalnego. Pod ich wpływem modeluje on swą
zasadniczą orientację w świecie otaczającym i związane z nią zasadnicze postawy
emocjonalne. Od nich bierze większość gotowych form interakcji z otoczeniem.
Świat otaczający jest dlań głównie światem ludzkim. Jest więc zrozumiałe, że
wykluczenie ze świata społecznego, śmierć społeczna, równa się dla człowieka
śmierci biologicznej.
Zdarza się, że tę ostatnią sam dobrowolnie wybiera, jak na wojnie lub w
samobójstwie dla ratowania honoru, by uniknąć śmierci społecznej. Boi się ostra-
cyzmu, ośmieszenia i innych form potępienia społecznego. Od najmłodszych lat
czuje na sobie wzrok innych i trudno mu spod tego oceniającego spojrzenia się
wyzwolić. Nęka go poczucie krzywdy, gdy sąd otoczenia o nim wydaje mu się
niesłuszny, lub poczucie winy, gdy akceptując ten sąd, sam siebie potępia. Jego
obraz świata społecznego jest często fikcyjny, gdyż jest tylko odbiciem jego
własnych postaw uczuciowych. Postawy te jednak znajdują się pod silną presji
142
społeczną. Czasem duże grupy społeczne mają identyczny stosunek do jednostek lub
całych grup, zwłaszcza niedostatecznie poznanych. Ta „zaraźliwość" postaw
emocjonalnych wynika prawdopodobnie stąd, że w orientacji społecznej nie można
zachować postawy obojętnej. W stosunku do drugiego człowieka musi się przyjąć
postawą „do" lub „od". Postawa obojętna jest w istocie postawą negatywną, jest
traktowaniem drugiego człowieka jako martwego przedmiotu; budzi w nim lęk i
nienawiść. Pod pozornie bezuczuciowym stosunkiem człowieka do człowieka w
społeczeństwie zorganizowanym technokratycznie kryje się zwykle lęk i agresja.
Orientacja społeczna, nie znosząc więc pustki, łatwo zapełnia się uczuciami
zain-dukowanymi od najbliższego otoczenia. Uczucia, zwłaszcza negatywne, łatwo
przenoszą się z jednego człowieka na drugiego. Niepokój matki przenosi się na
dziecko, ekspresja lękowa jednej osoby w tłumie może spowodować ogólną panikę.
Nigdy człowiek nie wyrasta na tyle ze swoich lat dziecięcych, by nie szukał
wswym otoczeniu społecznym oparcia i życzliwości. Gdy znajduje w nim potępienie,
wrogość lub obojętność, budzą się w nim uczucia negatywne, lęku i nienawiści,
które z kolei potęgują ujemny stosunek otoczenia. Działa tu znów zasada błędnego
koła.
Lęk moralny można traktować jako zinternalizowane zwierciadło społeczne. Sędzia
znajdujący się z zewnątrz wchodzi jakby do wewnątrz, stając się Sokrateso-wskim
daimonionem, sumieniem lub Freudowskim superego. Ten własny sędzia i oskarżyciel
jest niejednokrotnie surowszy od otoczenia społecznego. Nie wiadomo, w jakim
stopniu geneza sumienia wiąże się z internalizacją norm społecznych, a w jakim
stopniu wynika z samej struktury aktywności istot żyjących. Jedną z zasadniczych
cech tej aktywności jest zdolność samokontroli. Wynik każdego działania zostaje
z powrotem zasygnalizowany i wpływa na korekcję pierwotnej struktury
czynnościowej. Jest to w istocie zasada sprzężenia zwrotnego, dająca się
najłatwiej prześledzić w czynnościach układu nerwowego. Na przykład w każdym
ruchu, prócz strumienia impulsów nerwowych biegnących z ośrodków nerwowych do
odpowiednich grup mięśniowych, istnieje strumień impulsów o kierunku odwrotnym;
od mięśni do ośrodkowego układu nerwowego. Impulsy te sygnalizują, jak rozkaz
ośrodkowy został wykonany, jak dana struktura czynnościowa została zrealizowana.
Pod ich wpływem zmieniają się impulsy płynące na obwód, do mięśni. Przerwanie
dróg zwrotnych prowadzi do poważnych zaburzeń ruchowych. Jest to układ
samokontrolujący aktywność ruchową; pracuje on poza sferą świadomości, ale
właściwie jest swoistym „sumieniem" dla aktywności mięśniowej; osądza on, «y
dany ruch został wykonany dobrze, czy źle. Najwyższy poziom integracji inności
układu nerwowego wiązałby się już ze świadomą oceną własnej aktywności. Ocena
samego siebie byłaby więc wynikiem rozwoju mechanizmów samo-
143
kontrolujących. W tym ujęciu człowiek jest skazany na to, że sam sobie jest
oskarżycielem i sędzią. Zostaje tym samym rozszczepiony na działającego i
osądzającego. Ponieważ osądzanie jest też jedną z form aktywności, ono samo
podlega dalszemu osądowi i tak można się rozdzielać w nieskończoność. Potępienie
siebie lub chwalenie pociąga za sobą całą gamę oscylujących uczuć w stosunku do
własnej osoby.
Ludzka interakcja z otoczeniem rozgrywa się głównie w świecie społecznym i
aktywność każdego człowieka jest skierowana przeważnie w stronę innych ludzi,
toteż własna ocena tej aktywności zależy od skutku, jaki aktywność wywołuje w
otoczeniu, czyli od reakcji jej odbiorców. Według tej reakcji człowiek modeluje
swe postępowanie; podobnie jak w cytowanym przykładzie zależnie od reakcji
mięśnia zmieniają się impulsy wysyłane doń z ośrodków nerwowych. W ten sposób
zwierciadło społeczne staje się integralną składową najwyższego poziomu funkcji
samokontroli, czyli sumienia. Zwierciadło społeczne obejmuje nie tylko aktualne
otoczenie, odbierające i obserwujące aktywność danej osoby, lecz także ważne
postacie z historii jej życia, a również wzory zawarte w tradycji kulturalnej. W
tym sensie jest się aktorem, który zmienia swą grę w zależności od oceny
prawdziwych i fikcyjnych widzów.
Interakcja ze społecznym otoczeniem, przyjmowanie w nim określonych ról i
związanych z nimi norm postępowania, ocenianie siebie według reakcji otoczenia -
wpływają, jak się zdaje, stabilizująco na stosunek uczuciowy do samego siebie. W
samotności amplituda oscylacji własnej oceny samego siebie jest większa.
Pustelnicy czuli się raz bliscy świętości, to znów dna grzechu. W samotności
łatwiej dochodzi się do samouwielbienia, a jednocześnie do skrajnej nienawiści,
kończącej się nieraz samobójstwem. Oderwanie się od interakcji z otoczeniem,
czyli autyzm, prowadzi do katastrofalnych oscylacji uczuciowych w stosunku do
własnej osoby: schizofrenicznego „kocham i nienawidzę siebie". Odbija się to
oczywiście na stosunku uczuciowym do świata otaczającego, gdyż wektory uczuciowe
są z reguły dwukierunkowe, ambiwalencja łączy się z autoambiwalencją, agresja z
autoagresją, miłość bliźniego z miłością samego siebie. W aspekcie moralnym
dwukierunkowość uczuciowa przedstawiałaby się jako „niebo" za życia ludzi
dobrych, a „piekło" ludzi złych.
Interakcja z otoczeniem układa się w pewne struktury czynnościowe, które mimo
olbrzymiej różnorodności i zmienności mają pewną stabilność. Dzięki niej można z
większym lub mniejszym prawdopodobieństwem przewidzieć przyszłość i odpowiednio
się do niej przygotować. Nagłe pojawienie się nieprzewidzianego wyzwala uczucie
lęku. Lęk będzie tym większy, im dana zmiana sytuacji jest bardziej wyjątkowa.
Większy będzie na przykład, gdy w sali zrobi się ciemno wskutek
144
zaćmienia słońca, niż wskutek wyłączenia prądu. Lęk zmieni się w wesołość, gdy
nagłe zaskoczenie okaże się niegroźne; jest to jeden z często używanych sposobów
wywoływania etektu komicznego, np. gdy zmieniona twarz okaże się maską.
Życie wciąż stwarza nowe sytuacje, z których każda jest pewnym zaskoczeniem. W
każdym odruchu orientacyjnym jest element zaskoczenia, stąd krótkotrwałe uczucie
niepokoju i wyładowanie wegetatywne, które mu w mniejszym lub większym stopniu
towarzyszą.
Skrajnym przykładem lęku dezintegracyjnego jest lęk występujący w ostrej
schizofrenii, gdy nagle wszystko wokół chorego i w nim samym się zmienia. Lęk
dezintegracyjny pozwala wniknąć w jedną z zasadniczych cech życia, a mianowicie,
że w procesie wymiany ze środowiskiem bez ustanku stare ulega zniszczeniu, a w
jego miejsce tworzy się nowe. Destrukcja starych struktur wiąże się z lękiem,
ale jest to lęk twórczy, który zmusza do budowania nowego, do coraz dalszej
ekspansji w otaczający świat, do szukania w nim nowych dróg. Koniecznym
warunkiem jest tu jednak swoboda ruchu, wolność; bez niej rozwój jest
niemożliwy.
Na zakończenie wybranych uwag z rozległej dziedziny psychopatologii lęku
należałoby odpowiedzieć na pytanie najważniejsze: jak rozładowywać napięcia
łąkowe, które stanowią udrękę, a nieraz też są powodem gwałtownych, nie
przemyślanych reakcji nie tylko w życiu jednostek, ale całych społeczeństw.
Pytanie jednak jest zbyt trudne, by dać na nie jednoznaczną odpowiedź. Mimo że
lęku nie da się całkiem z życia usunąć, każdy człowiek stara się go zmniejszyć u
siebie, a czasem też w swym otoczeniu. Obowiązkiem lekarza, a zwłaszcza
psychiatry, jest łagodzenie go u swych pacjentów. Każdy ma tu swoje sposoby,
zwykle niezależne od woli, często nieświadome i związane z cechami własnej
osobowości. Na trzy momenty jednak warto zwrócić uwagę, gdyż one szczególnie
często w kontaktach z chorym mobilizują u niego postawy lękowo-agresywne. Są
nimi: własna postawa negatywna, przyjmowanie wobec pacjenta roli sędziego i
ograniczenie jego wolności. Wypracowanie u siebie bardziej pozytywnego i
tolerancyjnego stosunku do innych ludzi jest, jak się zdaje, możliwe, a to już
byłoby dużym osiągnięciem w rozładowaniu atmosfery lękowej, która, zdaniem
wielu, znamionuje współczesną epokę.
Anus mundi
r
Urazy psychiczne
W pięknej balladzie z więzienia w Reading Oscar Wilde mówi o tym, że człowiek
to, co kocha, zabija nie tylko mieczem, lecz też słowem, fałszywym uśmiechem,
pogardą itd. Koncepcja wpływu psychiki na ciało jest bardzo dawna, na niej
głównie opierała się medycyna przednaukowa. Wedle tej koncepcji granica między
urazem psychicznym a fizycznym nie jest ostra, zarówno jeden, jak i drugi mogą
prowadzić do poważnych zmian w ustroju, a nawet do śmierci.
W etiologii chorób psychosomatycznych - zawału serca, choroby wrzodowej,
nadciśnieniowej, by wymienić ważniejsze z nich - urazy psychiczne odgrywają
niepoślednią rolę. W konsekwencji uraz psychiczny może spowodować większe
spustoszenie w ustroju niż uraz fizyczny.
Między jednym a drugim istnieją zresztą pewne podobieństwa. Zarówno uraz
fizyczny, jak i psychiczny wywołują ból. Charakter bólu jest wprawdzie inny, w
przypadku urazu fizycznego wywołany on jest zadrażnieniem receptorów bólowych i
jest zazwyczaj zlokalizowany, w przypadku urazu psychicznego ból jest przede
wszystkim wywołany spiętrzeniem uczuć negatywnych wyzwolonych przez uraz. Obu
jednak rodzajom bólu towarzyszy analogiczne złe samopoczucie wahające się od
rozdrażnienia do skrajnego, nie dającego się już znieść cierpienia, w którym
śmierć jest wyzwoleniem. Istotą urazu fizycznego i psychicznego jest naruszenie
struktury żywego ustroju, morfologicznej w wypadku urazu fizycznego,
funkcjonalnej (informacyjnej) w przypadku urazu psychicznego. Przede wszystkim
chodzi tu o strukturę emocjonalną. Jeśli dla kogoś jest urazem psychicznym
uwaga, że daną czynność źle wykonał lub daną rzecz źle spostrzegł czy zrozumiał,
to dlatego głównie, że urażona jest jego ambicja własna, a więc stosunek
uczuciowy do samego siebie.
Naruszenie struktury emocjonalnej można schematycznie ująć w trzy sektory:
naruszenia stosunku uczuciowego do otoczenia, do samego siebie i do własnej
twórczości. Typowym przykładem dla pierwszego typu urazów psychicznych byłoby
147
przysłowiowe „rozstawianie rodziny po kątach" lub obraza czyichś uczuć
światopoglądowych, patriotycznych, politycznych itp. Najczęstszym jednak typem
urazów psychicznych jest ugodzenie w miłość własną. Wrażliwość na krytyką
otoczenia świadczyłaby o tym, że miłość samego siebie, pozornie tak silna, jest
w istocie krucha i niepewna, zbytłatwo bowiem daje się ją urazić. Z uczuciem do
własnej osoby wiąże się stosunek uczuciowy do własnego dzieła, do tego, co w tej
czy innej formie w swoim otoczeniu się stwarza. Najczęstszym typem urazu jest tu
ujemna krytyka czy zniszczenie wykonanej pracy lub ograniczenie pola aktywności
niweczące próby jej podjęcia.
Określenie urazu jako naruszenia istotnej struktury morfologicznej czy
czynnościowej nasuwa dwa pytania: jak obiektywnie określić uraz i czy można żyć
bez urazów. Już w wypadku urazu fizycznego trudno jest obiektywnie ocenić siłę
urazu. Ten sam uraz fizyczny może u jednego wywołać minimalne naruszenie
struktury ustroju, a u drugiego doprowadzić do poważnych zmian. Sprawa
komplikuje się nieporównanie w wypadku urazów psychicznych, struktura bowiem
życia uczuciowego jest u każdego człowieka inna. To, co dla kogoś może być
ciężkim urazem prowadzącym do całkowitego nieraz załamania się, dla innego
będzie sprawą nieistotną. Dla jednego najcięższym urazem psychicznym będzie
utrata ukochanego psa, dla innego krytyka jego pracy, dla jeszcze innego
lekceważący stosunek do jego osoby.
Jedną z charakterystycznych cech życia jest dialektyka życia i śmierci -
budowania i niszczenia. Stare struktury morfologiczne i czynnościowe muszą
zginąć, by w ich miejsce rodziły się nowe. Urazy fizyczne i psychiczne pomagają
w niszczeniu starych struktur i w tym sensie są biologicznie potrzebne. Trudno
wyobrazić sobie życie jakiegokolwiek żywego ustroju w warunkach izolowanych od
wszelkich urazów. Już samo przyjście na świat jest olbrzymim urazem (uraz
porodowy u ssaków).
Pisząc te słowa zrobiłem coś w rodzaju rachunku sumienia z jednego tylko dnia,
spróbowałem zliczyć urazy psychiczne zadane mojemu najbliższemu otoczeniu -
zapomniałem powiedzieć „dzień dobry" portierowi, co mogło ujemnie wpłynąć na
jego wrzód żołądka, w czasie porannego obchodu byłem w złym humorze, co pacjenci
zaraz odczuli i niektórzy z nich mogli zinterpretować jako niechęć żywioną do
nich, w czasie egzaminu starałem się studentowi wykazać nie tylko jego niski
zasób wiadomości, lecz. też niezbyt wysoki poziom intelektualny, co mogło go
załamać, jeśli już cierpiał na kompleks niższości, itd. - by wymienić lżejsze
przewinienia. Gdyby-tak wprowadzono ustawę o karalności urazów psychicznych, to
prawdopodobnie, przy łagodnej nawet ocenie sędziów, dostałbym za jeden tylko
uraz kilka dni aresztu. Z drugiej jednak strony, stykając się codziennie z
cierpieni;
148
chorych, które w dużej mierze są następstwem doznawanych w życiu urazów
psychicznych oraz wiedząc, że po wyjściu z kliniki chorzy ci wrócą do tego
samego urazowego środowiska i w niedługim czasie cały wysiłek leczenia pójdzie
na marne, nie mogłem oprzeć się marzeniu, by tych, którzy zbyt szczodrze urazami
w swym środowisku szafują, spotkała zasłużona kara.
Wydaje się, że większość urazów psychicznych zadaje się nie tyle ze złej woli,
co z głupoty i znerwicowania. Głupota wiąże się z brakiem wyobraźni, nie pozwala
ona wczuć się w drugiego człowieka, zrozumieć, w jaki sposób przyjmie on nasze
zachowanie. Do urazów popełnianych z głupoty należy zaliczyć te, które wynikają
z systemu powszechnego w dzisiejszych czasach, a polegającego na technicznym
spojrzeniu na drugiego człowieka. Jego wartość określa się efektywnością w
procesie produkcji, używa się w stosunku do niego tych samych wyrażeń, co w
stosunku do części maszyny-wysunąć, przesunąć, ustawić, postawić, zlikwidować
itp. System techniczny w zastosowaniu do człowieka ogranicza swobodę ludzkiej
aktywności, co też jest jednym, jak już wspomniano, z czynników urazowych.
Dla człowieka znerwicowanego kontakt z otoczeniem jest tym, czym dotknięcie
miejsca odartego ze skóry. Jest bolesny i wywołuje niewspółmierną reakcję,
działającą z kolei urazowo na innych. Wystarczy się o tym przekonać, obserwując
pasażerów w stłoczonym tramwaju. Powstaje w ten sposób nerwicowe błędne koło -
człowiek znerwicowany jest przeczulony na urazy otoczenia, wskutek czego jego
reakcje są silniejsze i działają urazowo na otoczenie, co z kolei wzmaga
działanie urazowe otoczenia.
W społeczeństwach nie tylko ludzkich, ale też zwierzęcych istnieje pewna ochrona
przed urazami psychicznymi, na ogół jednak dotyczy ona tych, którzy są wyżej w
hierarchii społecznej. Kury znoszą w pokorze dziobanie ich po głowie przez
koguta, ale rzadko zdarza się sytuacja odwrotna. Jako biegły brałem dość często
udział w procesach o obrazę milicjanta, ale nie zdarzyło mi się brać udziału w
procesie o obrazę zwykłego obywatela przez milicjanta, choć chyba takie wypadki
też się zdarzają. Jak się zdaje, lekarstwa na zmniejszenie wzrastającej fali
urazów psychicznych we współczesnym społeczeństwie nie należy szukać w
przepisach prawnych, lecz w dążeniu do wzmocnienia poczucia odpowiedzialności za
swój stosunek do drugiego człowieka.
L
«Kompleks Pana Boga»
W swoich przedziwnych przygodach Gabriel Gale, bohater G. K. Chestertona,
pewnego razu przekroczył miarą i jego przyjaciele uznali, że albo stanie przed
sądem oskarżony o usiłowane zabójstwo, albo trzeba go będzie umieścić w
„szpitalu wariatów". Gale - malarz i poeta, a psychiatra z amatorstwa - rzucił
się na Bogu ducha winnego młodego studenta teologii, ciągnął go na sznurze po
ziemi, a w końcu widłami wbitymi tuż po obu stronach szyi przygwoździł go do
drzewa. Student ów był młodym kandydatem na wikarego, wysokim, niezgrabnym,
rumieniącym się w towarzystwie. Proszony na niedzielną herbatę u miejscowej
arystokracji czuł się tam raczej nieswojo, nie wiedział, co powiedzieć, co robić
ze swoimi zbyt długimi rękami. Pierwsze słowa, jakie od pana domu usłyszał -
wypowiedziane prawdopodobnie dla ośmielenia go - brzmiały: „Przyniósł pan złą
pogodę!" Rzeczywiście, w tym dniu padał deszcz. W ciągu następnych wizyt
sytuacja się powtarzała: za każdym razem padał deszcz. Jednego dnia, jak się
wszystkim zdawało, tradycja została złamana: pogoda była wyjątkowo piękna, ani
jednej chmury na niebie. Jednak w kilkanaście minut po wejściu studenta
rozszalała się burza z ulewą. Student stał przy oknie, lecz - jak Gale zauważył
- nie patrzył on na szalejącą za oknami ulewę, ale na dwie ściekające po szybie
krople deszczu. Gale domyślił się, że w tym momencie rozgrywa się decydujący
zakład: jeśli kropla, ia którą student „postawił", spadnie pierwsza, będzie to
dla niego znakiem, że iest Bogiem. Tak się też stało, student wybiegł z pokoju,
skakał po ogrodzie jak szalony; jak później wyznał, czuł w sobie boską
wszechmoc. Gale, przybijając go to drzewa, pomógł mu zejść na ziemię.
Chesterton w tym opowiadaniu (Zbrodnia Gabriela Gale) dał wnikliwy obraz wybuchu
ostrej psychozy typu schizofrenicznego. W każdym oddziale psychiatry-Cznym
zawsze trafiają się chorzy, którzy w stanie ostrej psychozy zmieniają się w
sw°im subiektywnym odczuciu w Boga lub szatana. Są to na ogół krótkotrwałe
^ornenty olbrzymiego napięcia psychicznego, kiedy chory odczuwa swoją wszech-
151
moc; świat, który przez całe życie był mu więcej przeszkodą niż pomocą, leży
teraz u jego stóp; ludzie, którzy go zawsze onieśmielali, teraz jak automaty
wypełniają jego rozkazy; jego własne ciało, które dotychczas sprawiało mu tyle
kłopotu, przemieniło się w ciało boskie, nie potrzebujące pokarmów ani napojów,
zdolne do największych wysiłków; myśli, przytroczone do szarej, codziennej
rzeczywistości, wreszcie wyzwoliwszy się, szybują wysoko, zachwycają swoim
bogactwem i artyzmem. Niestety, zachwycać się nimi może zwykle tylko sam chory;
otaczający go zauważają tylko jego dziwne zachowanie. Mówimy wtedy: „chory
podniecony", „w stuporze", „nie chce jeść", „nie odpowiada na pytania" itp.
Czasem udaje się nam uchwycić jakieś strzępy wypowiedzi, z których próbujemy
rekonstruować świat przeżyć chorego. Gdy minie ostry okres psychozy, chory sam
może nam w tej rekonstrukcji pomóc, opowiadając - jeśli pamięta - o swych
niedawno przeżytych doznaniach. Rekonstrukcja jest zawsze szczątkowa,
zniekształcona, sam bowiem język ludzki nie jest przystosowany do przedstawiania
uczuć, marzeń, niezwykłych stanów psychicznych, tego więc, co określamy jako
najbardziej osobiste. Język bowiem, jako środek komunikowania się między ludźmi,
dzięki któremu wchodzimy w gotowy system pojęć, wartościowania i w bogactwo
kulturowe stworzone przez poprzednie pokolenia - zasadza się przede wszystkim na
tym, co dla wszystkich ludzi w danym kręgu kulturowym jest wspólne i oparte na
doświadczeniu zbiorowym. Ten świat wspólnych wartości określa się jako
„rzeczywistość". To, co w tym „wspólnym świecie" się nie mieści, nie ma
odpowiednika w języku. Zdaniem Schachtela fakt, że nie pamiętamy pierwszych lat
swego życia - zasadniczych, jak wiadomo, dla formowania się osobowości - i że
zwykle po obudzeniu się natychmiast zapominamy treść marzenia sennego, tłumaczy
się tym, że pamięć ludzka nie jest przystosowana do „języka" wczesnego
dzieciństwa i marzeń sennych.
Celem zilustrowania tych zjawisk psychicznych, które nazwano „kompleksem Pana
Boga", przytaczamy w dużym skrócie historie chorób dwóch chorych, leczonych w
Klinice Psychiatrycznej AM w Krakowie.
Dziewiętnastoletni student prawa zachorował kilka dni przed przyjęciem kliniki.
Zaczął się „dziwnie" zachowywać, mówił od rzeczy: twierdził na przykład, że pies
jest szybowcem; jednego z kolegów uważał za swego „brata Józefa", rr że jest
jedynakiem; mówił sam do siebie; sądził, że jest wojna i widział jad$ czołgi.
Nie sypiał w nocy, często zastygał w jednej pozycji. W klinice zachowy*1 się
spokojnie, wykazywał nastawienie wyższościowe, chwilami zastygał jakby ekstazie.
Twierdził, że jest Jezusem Chrystusem i stanowczo domagał się, aby I tak
traktować. Początkowo mówił, że jego matka „znajduje się między aniołami"
później był przekonany, że pielęgniarka jest Matką Boską, czyli jego matką.
Jedne! z portierów uważał za swojego ojca, św. Józefa, i w ten sposób zwracał
się '
152
L
niego, ile razy go ujrzał. Chwilami chory wypowiadał się w sposób zupełnie
niezrozumiały, zdania nie miały ze sobą związku, niekiedy urywał zdanie w
połowie i tylko uśmiechał się tajemniczo.
Podczas leczenia wstrząsami elektrycznymi i largaktylem stan chorego uległ
pewnej poprawie. Przestał twierdzić, że jest Jezusem, wyjaśnił, że „chyba to
były zaburzenia umysłowe"; ponieważ od dzieciństwa jest sierotą, zawsze odczuwał
brak ciepła rodzinnego „i dlatego może tak mówiłem"; „miałem zawsze ten
kompleks, że jestem sierotą". Obecnie chory pochłonięty jest „zagadnieniami
telepatii"; sądzi, że takie zjawiska istnieją. Jest przekonany, że potrafi na
odległość „nadawać różnym ludziom swoje myśli"; kilkakrotnie „nadawał" różne
myśli leczącym go lekarzom, a tekst czytanej książki - kierownikowi kliniki.
Zapytywał: „czy panowie to odczuwali?", a kiedy otrzymał przeczącą odpowiedź,
odnosił się do niej z niedowierzaniem. Obecnie nie ma poczucia przebytej czy też
przebywanej choroby psychicznej; uważa, że był chory „tylko trochę na serce".
Jak sam siebie określił, z usposobienia był raczej mało towarzyski, spokojny,
opanowany, średnio religijny, wobec dziewcząt nieśmiały.
A oto inny przypadek. Dwudziestosześcioletni inżynier, starszy z dwojga
rodzeństwa. Poród był skomplikowany (obrót). W dzieciństwie rozwijał się
prawidłowo. Uczył się dobrze. Z usposobienia spokojny, towarzyski, choć skryty,
pogodny, nieśmiały, dość późno zaczął interesować się kobietami. Atmosfera
domowa: w domu dominuje matka, do niej jest bardziej przywiązany. Choroba
zaczęła się na tydzień przed przyjęciem do kliniki. W nocy nie spał, chodził po
pokoju, skarżył się na bóle głowy. Zaczął twierdzić, że ludzie bledną, kiedy
patrzą na niego. Jednemu z lekarzy powiedział, że jest podobny do diabła, ojcu
oświadczył, że on go urodził. Przez cały czas miał wzmożony nastrój. Zaczął
„filozofować", wysnuwał raźne nierealne hipotezy, np. twierdził, że ludzie są
odbiciem cienia. Po przyjęciu do kliniki niespokojny, podniecony, śmieje się
nieadekwatnie. Rozkojarzony, odpowiedzi „mimo". Mówi: „...jestem inżynierem...
znałem Annę, miałem z nią stosunki, ale ona jest dziewicą... może raz miała z
kimś stosunek, ale co mi na tym zależy... mogę się z nią porozumieć na
odległość..." Proroczym tonem mówi: ¦M początku była pustka, z tej pustki
wyłoniła się materia, a ta materia to było 9ówno, tak jak w raju, to gówno
chciało być odkryte... zło zwalczać złem... ja intern złem zła, czyli najwyższym
dobrem, czyli Bogiem". W następnych dniach chory nadal zachowywał się
dziwacznie, rozbijał szyby, zdejmował spodnie i possał jądrami, froterował
podłogę szlafrokiem.
Po siedmiu dniach leczenia majeptilem chory uspokoił się: stwierdza, że miał
^burzenia psychiczne - „urojenia wielkościowe i rozkojarzenie". Leczony largak-
153
I I
tyłem. Badaniem somatycznym, neurologicznym i w badaniach dodatkowych
stwierdzono odchyleń od stanu prawidłowego.
Jak wspomniano na wstąpię, poczucie boskiej wszechmocy nie jest rzadkii
zjawiskiem w psychopatologii ostrych psychoz, zwłaszcza typu schizofreniczneg
Chorych z podobnym zespołem objawów można spotkać w każdym szpitalu p:
chiatrycznym, opisywani są oni w każdym klasycznym podręczniku psychiati Według
poglądów szkoły psychoanalitycznej poczucie wszechmocy jest wyra; regresji do
najwcześniejszego okresu rozwoju, w którym nie wytworzyło sią jeszcze
rozróżnienia między „ja" a światem otaczającym i wszystko zlewa się w jeden
mikrokosmos, którego wszechmocnym władcą jest niemowlę. Można by łatwo ulec
pokusie przyjęcia takiej koncepcji, gdyby choć w minimalnym stopniu istniały
możliwości wejścia w subiektywny świat małego dziecka.
W ostrym okresie schizofrenii umysł chorego pracuje jakby na wzmożonych
obrotach. Zburzone zostają bariery broniące normalnie umysł przed naporem
chaotycznych bodźców otoczenia i własnej podświadomości. To owładnięcie psychiki
przez nie zróżnicowany i nie zintegrowany świat zewnętrzny oraz przez również
chaotyczny wewnętrzny świat podświadomy - może być subiektywnie przeżywane jako
poczucie boskiej wszechmocy, zwłaszcza że jest to gwałtowny wyskok z normalnych
kolein rozwoju życia psychicznego. Koleinami tymi są: poczucie rzeczywistości i
własnej odrębności. W tych dwóch granicach zamyka się normalne życie psychiczne.
Już we wczesnym dzieciństwie zarysowują się obie granice i * miarę rozwoju stają
się coraz głębsze: granica między światem wewnętrznym a światem zewnętrznym,
podmiotem a przedmiotem, i granica między światem fantazji, marzeń, popędów,
snów i tym wszystkim, co kłębi się w podświadomości, światem rzeczywistości
wspólnym dla wszystkich ludzi. Od najwcześniejszego okresu życia świat
wewnętrzny - nierzadko drogą bolesnych zderzeń - dostosowuje się do świata
zewnętrznego, wytwarza się między nimi swoista równowaga, wszelkie tendencje
zakłócające są spychane w podświadomość. W ten sposób świat zewnętrzny staje się
synonimem świata rzeczywistego.
Z chwilą wybuchu psychozy schizofrenicznej granice zostają przerwane. „Człowiek
staje się otwarty"; świat zewnętrzny wnika w niego, otoczenie odczytuje jegc
najskrytsze myśli, kieruje jego myślami, czynami, on zaś przenika w świat
zewnętrzny, swoje tłumione namiętności rzutuje w otoczenie, które staje się
wyraziciele^ jego własnych uczuć, tylko że skierowanych przeciw niemu (urojenia
prześladowcze). Zaciera się granica między światem fantazji i marzenia sennego a
światero rzeczywistym; z połączenia tych dwóch światów powstaje „przestrzeń
ciemna Minkowskiego, w której fragmenty rzeczywistości splatają się z iluzjami,
omamaff1 urojeniami.
154
W sferze somatycznej wyrazem powstałego chaosu jest większy rozrzut (większe
odchylenie od średniej) we wszystkich badaniach biologicznych.
Oczywiście, jak każda próba wytłumaczenia mechanizmów patopsychicznych ostrego
procesu schizofrenicznego, także i ta tylko nieznacznie zbliża nas do poznania
świata schizofrenicznego. Niejednokrotnie świat ten zachwyca swoją dynamiką,
bogactwem, a nawet artyzmem, zwłaszcza młodego psychiatrę, który jeszcze przez
długoletnią rutynę nie stępił swych zdolności spostrzegania i odczuwania. Nasuwa
się metafora o ogniu, w którym spala się psychika chorego; ogień zostawia
zgliszcza; mówimy wtedy o schizofrenicznym rozpadzie osobowości. Nie zawsze
zmiana osobowości prowadzi do degradacji; zdaniem Brzezickiego, niekiedy
osobowość psychicznie chorego zmienia się w kierunku społecznie dodatnim.
To przerwanie bariery między światem wewnętrznym a zewnętrznym, między
rzeczywistością a nierzeczywistością, prowadzi jakby do „eksplozji"
dotychczasowej osobowości; zmienia się ona w chaotyczny kosmos, w którym miesza
się podmiot z przedmiotem i rzeczywiste z nierzeczywistym.
Możliwe, że właśnie ta „eksplozja" osobowości może być subiektywnie odczuta jako
przemiana w Boga. W wielu religiach, jak się zdaje, w pojęciu Boga nie mieszczą
się czysto ludzkie, ostre granice między subiektywnym a obiektywnym i między
rzeczywistością a nierzeczywistością. O ile religie są w pewnym sensie wyrazem
tęsknot ludzkich, to możliwe, że w człowieku tkwi głęboko ukryta tęsknota za
przerwaniem bariery oddzielającej go od świata zewnętrznego, za „rozpłynięciem
się we wszechświecie" i za przemianą marzenia w rzeczywistość. Możliwe, że
tęsknota ta w mniejszym lub większym stopniu realizuje się w akcie twórczym
artysty, w przeżyciach mistyka itp, a samo poczucie wszechmocy, które w pewnym
sensie tym stanom towarzyszy, w karykaturalnej postaci występować może u
dyktatorów, a nawet u bardziej ambitnych biurokratów.
Przyzwyczajeni jesteśmy patrzeć na schizofrenię jak na straszną, tajemniczą
chorobę dewastującą życie psychiczne milionów młodych ludzi. Olbrzymi wysiłek
psychiatrów różnych narodowości włożony w poszukiwania etiologii schorzenia jak
dotąd nie dał żadnych wyników. Zamiast szukać przyczyn schizofrenii - tj.
rozszczepienia {schiziś), dezorganizacji psychicznej, a w pewnym stopniu też
biologicznej - w różnorodnych czynnikach zewnętrznych i wewnętrznych, spróbujmy
zagadnienie odwrócić i zastanowić się, jak się to dzieje, że człowiek zachowuje
integrację zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną (ze światem zewnętrznym); jak ta
integracja jest możliwa przy wszystkich wewnętrznych sprzecznościach zarówno
biologicznych, jak i psychologicznych, tkwiących w człowieku. Można by powie-
*ieć, że człowiek jest żywym i chyba najlepszym przykładem trzeciej zasady
dialektyki: proces życia i śmierci, procesy anaboliczne i kataboliczne,
antagonizmy
155
w
układu endokrynnego, układu sympatycznego i parasympatycznego, procesy pobuJ
dzenia i hamowania, ambiwalencja uczuć, sprzeczność między dążeniami a możli-i
wościami ich realizacji itd. A do tego dochodzi zachowanie równowagi z
otoczenieml przede wszystkim społecznym, bo ono jest zasadniczym milieu
extóoewczłowieka] środowiskiem, które coraz bardziej sią komplikuje i samo coraz
bardziej dezinte gruje. Przy takim odwróceniu zagadnienia należałoby sią raczej
dziwić, dlaczegtj życie człowieka nie ulega dezorganizacji, dlaczego wszyscy
wcześniej czy późnię nie stajemy sią schizofrenikami, jakimi mechanizmami
bronimy sią przed rozbiciem" naszej zorganizowanej i zintegrowanej osobowości.
Oczywiście, podejście takie byłoby paradoksalne i na pewno dla niejednego
czytelnika komiczne, ale może wysunięcie takiego aspektu ułatwi zbliżenie nas do
niektórych mechanizmów schizofrenicznych.
Filozofia schizofrenii
Bogactwo i niezwykłość przeżyć, doznań i myśli schizofreników z jednej strony, a
z drugiej - tajemniczość tego świata i oporność schizofrenii wobec wysiłków
badawczych, zmierzających do wniknięcia w istotę choroby, uprawnia niewątpliwie
do szukania coraz to nowych ujęć teoretycznego choćby podejścia do tej
problematyki. Stąd powód podjęcia przedstawionych rozważań.
Obcując ze schizofrenikami, co należy do znacznej części obowiązków psychiatry,
trudno oprzeć się wrażeniu, że „przefilozofują" oni swoje życie. Gdy większość
ludzi trzyma się zasady: primum vivere, deinde philosophari, to o
schizofrenikach śmiało można powiedzieć, że zasadę tę odwrócili.
Sprawy codziennego życia schodzą u nich na daleki plan; są nieważne wobec ogromu
przeżyć i ogólnych zagadnień, które ich trawią. Daje to czasem - z punktu
widzenia patrzących z zewnątrz-fałszywy obraz uczuciowego otępienia. Nie
obchodzi bowiem tych chorych los najbliższych ani swój własny; pochłonięci są
sprawami istoty bytu, sensu wszechświata i swego w nim posłannictwa, walki dobra
ze złem, prawdziwego oblicza rzeczy, które się ukrywa pod pozornym, kataklizmu
końca świata itp.
Ze względu na różnorodność i bogactwo przeżyć schizofrenicznych trudno jest
przedstawić pełen ich obraz. Indywidualny i niepowtarzalny charakter historii
życia każdego z pacjentów, wpływy środowiskowe i kulturowe, konflikty, urazy,
skrzywienia linii rozwojowej itd. sprawiają, że w każdym wypadku przeżycia
chorobowe są odmienne. Mimo tych indywidualnych i społecznych różnic istnieją w
świecie schizofrenicznym cechy wspólne, pozwalające na postawienie rozpoznania
niezależnie od epoki historycznej, kręgu kulturowego, warstwy społecznej,
wykształcenia oraz czynników indywidualnych, które w sumie wpływają na
zróżnicowanie obrazu chorobowego.
Jedną z tych zasadniczych cech można by określić mianem „filozoficzności".
Określenie takie ludziom, którzy swoje zamiłowania i trudy poświęcili filozofii,
157
może wydać się uwłaczające, w istocie jednak, gdy pamiętamy, że świat
schizofreniczny jest udręką, a śmierć nieraz wybawieniem, i że świat ten
odsłania się w olśnieniu, którego grozy czy piękna oddać niepodobna - porównanie
z nim dla tzw. normalnego człowieka jest w pewnym sensie zaszczytem.
Psychiatra musiałby dysponować dostateczną dyscypliną filozoficznego myślenia i
znajomością filozoficznych systemów, by móc należycie przedstawić filozofię
schizofreniczną. Może jednak niefachowe nawet ujawnienie problemu zachęci
filozofów do dyskusji i do zajęcia się przeżyciami schizofreników z
filozoficznego punktu widzenia, jeśli to w ich przekonaniu okaże się możliwe.
Z dwóch tablic, na których zostało przedstawione przez Mojżesza dziesięcioro
przykazań, tablica druga, odnosząca się do zwykłych, codziennych, ludzkich spraw
i konfliktów, zajmuje w życiu przeciętnego człowieka znacznie więcej miejsca niż
pierwsza, dotycząca spraw boskich i ostatecznych. Człowiekowi tzw. normalnemu
trudno oderwać się od konkretności życia. Filozofia wymaga jednak takiego
oderwania, bo tylko w abstrakcji tworzyć się może ogólny obraz rzeczywistości.
Człowiek posiada zdolność oderwania się od konkretności życia, swobodnego
poruszania się w przestrzeni i czasie, tworzenia abstrakcyjnych struktur i
narzucania ich swemu otoczeniu. Za względną wolność od nacisku rzeczywistości
płaci on ceną oddania się w niewolę struktur własnych lub obcych, które stanowić
mogą jego ukrytą nieraz i nie uświadomioną filozofię życia. Traci on też
harmonijną łączność z otoczeniem, tak typową dla świata zwierzęcego, która jest
właśnie zewnętrznym wyrazem postawy konkretnej - wrośnięcia we własne
środowisko.
W schizofrenii hierarchia wartości ulega odwróceniu. Pierwsza tablica Mojżeszowa
staje się najważniejsza. Schizofrenik może powiedzieć o sobie: „królestwo moje
nie jest z tego świata". Dzięki temu może społeczność schizofreniczna jest
znacznie lepsza od społeczności ludzi tzw. normalnych lub znerwicowanych,
znikają z niej walki o władzę, intrygi, zawiści. Można by mówić o odwrotności
zasady senatores boni viri, senatus mała bestia. Moment ten odgrywa ważną rolę w
terapii, grupa społeczna chorych działa leczniczo, stąd znaczenie therapia /oc/w
psychiatrii.
Zdolność oderwania się od konkretnej sytuacji, którą uznać można za cechą
swoiście ludzką i której chyba najpełniejszym wyrazem jest myślenie typu
matematycznego i filozoficznego, w schizofrenii przemienia się w cechę
patologiczną, uznaną przez Eugeniusza Bleulera, a za nim przez większość
psychiatrów, za jeden z jej osiowych objawów. Autyzm polega na odcięciu się od
konkretności życia. Proces współdziałania z otoczeniem, w którym pod wpływem
sygnałów świata zewnętrznego własne struktury ulegają ustawicznemu
przekształcaniu, zmienia się w autonomiczny rozwój struktur własnych, niezależny
zarówno od otoczenia, jak i od samego chorego.
158
Wżyciu codziennym przykładem takiego autonomicznego rozwoju jest marzenie senne.
W czasie snu kontakt z otoczeniem zostaje również przerwany. Obrazy marzenia
sennego pomimo swej zmysłowej konkretności są o tyle abstrakcyjne, że nie
związane z otaczającą rzeczywistością. A gdy nawet się z nią wiążą, to sygnały
otoczenia ulegają całkowitemu przekształceniu i zostają przerobione w mniej lub
bardziej fantastyczną treść rzeczywistości snu.
Pewien stopień autyzmu jest koniecznym warunkiem myślenia abstrakcyjnego. Samo
zresztą słowo abstrahere oznacza oderwanie się, przeciwnie niż concrescere,
wspólne z otoczeniem wzrastanie. Postawę abstrakcyjną należy uznać za swoiście
ludzką. W świecie zwierzęcym natomiast dominuje postawa konkretna.
Zachowanie się zwierząt można by ująć w dwa zasadnicze kierunki ruchu „do" i
„od" źródła bodźca. W pierwszym wypadku zbliżenie się do świata otaczającego
przynosi przyjemność zaspokojenia podstawowych potrzeb i poczucie
bezpieczeństwa. W drugim zagraża cierpieniem, a nawet całkowitym zniszczeniem.
Zależnie od zasadniczego kierunku ruchu świat jest przyjazny i „macierzyński"
lub wrogi, budzący lęk i agresję. W każdym wypadku jednak jest on konkretny,
namacalny, przyjazny lub przykry w zetknięciu. Dopiero u człowieka rozwija się w
pełni trzeci kierunek mchu, który określamy wektorem „nad". Bogactwo i
różnorodność form ruchowych jest tu znacznie większa. Są to formy o najwyższej
precyzji, przede wszystkim ruchy manualne i mowa. Dzięki nim człowiek może
przekształcać swoje środowisko, narzucać mu swoją własną strukturę, staje się
jego władcą. Zanim jednak przystąpi do działania, musi tę strukturę stworzyć, co
wymaga oderwania się od konkretnej sytuacji, choćby chwili namysłu,
uporządkowania swoich przeżyć tak, by z nich powstał plan aktywności.
Plan jest tym rozleglejszy czasowo i przestrzennie, im większe jest oderwanie od
sytuacji konkretnej. Na ogół rzadko patrzy się w gwiazdy i ustawia siebie w
perspektywie kosmosu. Każdy dzień zmusza do aktywności, w jego konkrecie
sprawdza się tworzone przez siebie struktury. Wynika stąd, że nie mogą one
zbytnio odbiegać od rzeczywistości, są ograniczone w miejscu i czasie do
aktualnej sytuacji, te zaś, które za daleko sięgają, stają się nierealne.
Wprawdzie człowiek prawdopodobnie dzięki niezwykłemu w porównaniu ze światem
zwierzęcym rozwojowi układu nerwowego ma nieograniczone wprost możliwości
rzutowania się w przestrzeni i czasie i tworzone przez niego struktury wybiegają
w nieskończoność, poza konkretny punkt jego aktualnej sytuacji, to jednak w
ciągu życia tworzy się u niego swoista hierarchia wartości, według której
struktury bliższe i tym samym posiadające większe prawdopodobieństwo realizacji
stają się ważniejsze od odległych, co wyrazić można lapidarnym stwierdzeniem, iż
„koszula bliższa jest ciału".
Nie wdając się w genezę schizofrenicznego autyzmu, można przyjąć na pod-
159
stawie obserwacji pacjentów już w toku choroby, iż wskutek oderwania sią od
rzeczywistości zatraca się wspomniana hierarchia wartości, a z nią zaciera się
wytworzona w ciągu życia struktura czasowa i przestrzenna, inaczej mówiąc, u
schizofrenika „koszula nie jest bliższa ciału". Dla niego sprawy odległe w
czasie i miejscu, tyczące się losów świata, całej ludzkości, narodów, religii są
niejednokrotnie bez porównania ważniejsze niż jego sprawy osobiste.
Jeden z chorych Kliniki Psychiatrycznej AM w Krakowie przeżywał tę zdolność
rzutowania się w czasie i przestrzeni w sposób prawie zmysłowy. Z niesłychaną
szybkością przenosił się on z odległej przeszłości w daleką przyszłość i czuł
się tak, jakby dany moment czasu był w rzeczywistości aktualny. Zmieniał się
więc w subiektywnym odczuciu w małego chłopca, to znów starca. Podobnie
podróżował w przestrzeni, miał wrażenie, że unosi się nad kulą ziemską i może
zatrzymać się w dowolnym miejscu: być raz w preriach Australii, to znowu na
piaskach Sahary, na ulicach Paryża, na Korsyce za czasów Napoleona, Plastyczność
przeżyć była tak duża, że przesłaniała całkowicie realną sytuację chorego.
Przeżywane obrazy nie miały charakteru wyobrażeń czy wspomnień; zostały one
całkowicie wyrzucone, podobnie jak to się dzieje w marzeniu sennym, w przestrzeń
zewnętrzną. Struktury stały się autonomiczne, tj. została przerwana więź łącząca
je z ich twórcą, znalazły się na zewnątrz i dzięki temu nabrały cech
rzeczywistości, a nie czegoś, co z wewnątrz pochodzi, co zależy od naszych
myśli, uczuć, marzeń, woli, a tym samym jest subiektywne, a nie obiektywne.
Granica, która oddziela świat własny od świata otaczającego, subiektywne od
obiektywnego, a którą można by porównać do błony komórkowej oddzielającej istotę
żywą od jej środowiska i która daje człowiekowi poczucie własnej odrębności,
zostaje w schizofrenii przerwana. Własne konstrukcje myśli, uczuć, marzeń itd.
swobodnie przedostają się na zewnątrz i przeistaczają świat zewnętrzny w sposób
bardziej abstrakcyjny lub bardziej zmysłowy; w pierwszym wypadku mówi się o
urojeniach, w drugim - o omamach. W słabym stopniu projekcja taka zdarza się też
u tzw. normalnych ludzi, gdy pod wpływem np. strachu widzą rzeczy, których nie
ma w rzeczywistości, w myśl powiedzenia, że „strach ma wielkie oczy", lub gdy
własne stany emocjonalne przypisują postaciom ze swego otoczenia. Jest to znane
Freudowskie równanie: „ja nienawidzę = on mnie nienawidzi". W schizofrenii
jednak treści wewnętrzne, jak w komórce, której błona komórkowa została
uszkodzona, rozpływają się w otoczeniu.
Przenikanie obu światów, wewnętrznego i zewnętrznego, jest obustronne. Schi-
zofrenik z łatwością przenika cudze myśli, odczytuje, co w środku się dzieje,
Ding an sich dla niego nie istnieje, kieruje on cudzą wolą, zjawiskami przyrody,
wypadkami politycznymi, losami ludzkości, a nawet całym wszechświatem, uzyskuje
160
boską wszechmoc. On sam jednak jest sterowany tajemniczymi siłami, wrogowie
odczytują jego myśli, wydają sprzeczne z jego wolą rozkazy, staje się bezwolnym
automatem, wskakują w niego obce istoty: bóg, szatan.bohaterowie, zbrodniarze,
zwierzęta, potwory, nie jest już więcej sobą. Raz jest on na górze, a raz pod
spodem, wszechmocny podmiot i bezwolny przedmiot.
Według współczesnych poglądów biochemicznych życie polega na ustawicznym
procesie wymiany substancji i energii między żywym ustrojem a środowiskiem.
Gdyby oznaczyć za pomocą radioaktywnych atomów substancje chemiczne, z których
zbudowany jest organizm, toby się można łatwo przekonać, że w stosunkowo krótkim
czasie nic z nich nie pozostało, organizm się zdematerializował, w tym sensie,
że żaden element substancji czy energii w nim nie pozostał, wszystkie zostały
zastąpione nowymi. To, co zostało, to struktura, idea lub plan budowy, swoisty
dla danej żywej istoty. Na poziomie integracji biochemicznej planem takim jest
struktura chemiczna kwasu dezoksyrybonukleinowego (DNA), z którego zbudowane są
geny, a który stanowi model budowy cząsteczek białek organizmu. By jednak plan
mógł być w czyn wprowadzony, musi istnieć stała wymiana substancji i energii
między komórką a jej środowiskiem; w wymianie tej błona komórkowa odgrywa
istotną i aktywną rolę, dokonuje selekcji między tymi elementami, które do
budowy się nadają, a tymi, które są zbyteczne lub wręcz szkodliwe. Zniszczenie
jej prowadzi do chaosu, który się kończy śmiercią komórki.
Poczucie granicy oddzielającej świat własny od otaczającego jest istotnym
elementem przeżyć każdego człowieka. Granice kurczą się w smutku, zostaje się
sam na sam ze swą troską, a rozszerzają się z radości ("świat do radosnego
należy"), są bardziej przepuszczalne, gdy się ma oczy i uszy na wszystko
otwarte, lub bardziej zamknięte, gdy snuje się własne marzenia czy myśli. Zawsze
jednak odczuwa się, że coś jest na zewnątrz, a coś wewnątrz. To, co jest na
zewnątrz, nie może przeniknąć do naszego wnętrza, i na odwrót, my musimy
zadowolić się zewnętrzną tylko aparycją przedmiotów otoczenia. Człowiek dąży
jednak do ujawnienia, a nawet narzucenia otoczeniu tego, co sam przeżywa: swej
własnej struktury, i nie zadowala się tylko zewnętrznym wyglądem przedmiotów,
ale stara się je przeniknąć, wniknąć do ich wnętrza. Zwykle je przy tym
uszkadza, podobnie jak dziecko, które niszczy lalkę, by zajrzeć do jej środka.
Trapi go myśl, która jest może ważnym momentem w rozwoju nauki i sztuki, że to,
co widzi i słyszy, to jeszcze nie wszystko, że pod zewnętrznym obrazem
rzeczywistości ukrywa się inny, prawdziwy. Tęskni też za wyjściem z zamykających
go granic, za zespoleniem się z otaczającym światem, czy to w formie miłości do
drugiego człowieka, przeżycia mistycznego, czy też chwili olśnienia
artystycznego, naukowego itp.
Świat schizofrenika wypełnia się tym, co nie stanowi zwykłej aparycji świata:
~ Anus mundi
tajemniczymi siłami, niewidzialnymi promieniami, śledzącymi oczyma, głosami
rozkazującymi i potępiającymi, niezwykłymi postaciami - duchów, aniołów,
diabłów, umarłych. Z twarzy bliskich mu osób opadają maski, widzi on ich
prawdziwe oblicze, czasem niezwykle piękne, a czasem potworne. Nie trzeba
dodawać, że są to twory jego własnego świata, które na skutek przerwania granicy
przedostały sią w świat zewnętrzny i nabrały cech obiektywnej rzeczywistości.
Paradoks schizofrenicznego autyzmu polega na tym, że odcinając sią od kontaktów
ze światem otaczającym, stwarzając coraz grubszą przeszkodę między nim a sobą,
chory doprowadza w końcu do przerwania normalnej granicy, dzięki czemu przenika
w świat otaczający, poznaje jego „prawdziwe" oblicze, a świat otaczający wnika w
niego, odczytuje jego myśli, kieruje nimi, zmusza do dziwnych czynów i słów,
chory traci władzę nad sobą.
Podobnie jak zniszczenie błony komórkowej prowadzi do zniszczenia zarówno
morfologicznej, jak funkcjonalnej struktury komórki, tak w autystycznym
oderwaniu się od świata otaczającego i przeciwstawieniu się prawu ustawicznej
wymiany ze środowiskiem, gdy dojdzie się do momentu szczytowego, w którym
granica oddzielająca od świata zewnętrznego zostaje przerwana, następuje w
pierwszym momencie chaos. Chory jest owładnięty sprzecznymi myślami, wrażeniami,
uczuciami. Słabe wyobrażenie o tym stanie dezintegracji świata własnego i
otaczającego dają przeżycia przed zaśnięciem, których nasilenie jest wprawdzie
znacznie słabsze, ale istota podobna: tworzące się struktury marzenia sennego
mieszają się i wzajemnie rozbijają ze strukturami gasnącej rzeczywistości na
jawie.
Rozbicie porządku dotychczasowego świata, który, jaki był, ale był, łączy się z
potwornym uczuciem lęku. Tylko w dalekim przybliżeniu można się w niego wczuć,
wyobrażając sobie, że wszystko wewnątrz i wokół staje się inne. Nie jest się już
sobą, bo straciło sią własną strukturą i granicę oddzielającą to, co wewnątrz,
od tego, co na zewnątrz. Zależnie od przelatujących uczuć i myśli jest się co
chwila kimś innym. Nie są to zmiany przymiotnikowe, odczuwane w mniejszym lub
większym stopniu przez każdego człowieka, gdy wydaje mu się, że jest mądry, to
znów głupi, dobry - zły, piękny - szkaradny, ale też zmiany podmiotowe: jest sią
zupełnie kimś innym, nie tym samym człowiekiem, a czasem w ogóle nie
człowiekiem, ale bogiem, szatanem, zwierzęciem, martwym przedmiotem. Traci sią
władzę nad własnymi aktami psychicznymi i ekspresją ruchową i słowną. Wskutek
tego prawdopodobnie przestają one być własnymi myślami, uczuciami, ruchami i
słowami. Powstaje przekonanie, że są narzucone z zewnątrz, że sią jest
sterowanym przez tajemne siły, gdyż nagle ręka wykonuje ruch, którego nie
chciało się wykonać, usta wypowiadają słowa, których nie chciało się
wypowiedzieć, czuje się nienawiść
162
do osoby, którą się kocha, snuje się myśli, jakich samemu nigdy by się nie
potrafiło wymyślić.
Rozbija się też struktura świata zewnętrznego. Znika utworzony w ciągu życia
porządek czasowo-przestrzenny, dzięki któremu jedne rzeczy są bliższe, a inne
dalsze; przeszłe miesza się z teraźniejszym i przyszłym, bliskie z dalekim. W
stosunku do ludzi zaciera się hierarchia dystansów, która w języku wyraża się
strukturą zaimka osobowego; ja, ty, on, my, wy, oni - upraszcza się do ja - oni.
Oni patrzą, robią dziwne miny, szepcą. Na skutek przerwania granicy oni
przenikają do wnętrza chorego, nadają mu myśli, kierują aktami woli. Z drugiej
jednak strony znika granica przedmiotów, widzi się ich wnętrze, istotę rzeczy,
można w nie przenikać, nimi kierować, budzi to uczucie boskiej wszechwiedzy i
wszechmocy.
Przychodzi jednak moment olśnienia, gdy z tego przerażającego chaosu zjawisk
nowych i niezwykłych wyłania się konstrukcja zachwycająca na swój sposób
logiczną precyzją. Wszystko łączy się w spoistą całość, nie ma zjawisk
przypadkowych ani obojętnych, najmniejsza rzecz ma swój sens, wszystko coś
oznacza i wszystko chorego dotyczy. Psychiatra mówi o powstaniu systemu
urojeniowego.
Wśród różnorakiej tematyki urojeniowej stosunkowo często powtarzają się trzy
wątki, które można by określić jako kosmologiczny, eschatologiczny i
charyzmatyczny. Kosmologia schizofreniczna polega na tym, że chory jest
pochłonięty sprawami wszechświata, ludzkości, narodów. Stwarza własne koncepcje
istoty i sensu kosmosu. W szczególności walka dobra ze złem wysuwa się w tych
koncepcjach na plan pierwszy. Sprawy ostateczne, apokaliptyczne wizje końca
świata, sądu ostatecznego, raju czy piekła, krwawych wojen, zaciętych walk
między stronnikami dobra i zła itp. zajmują znaczną część schizofrenicznych
urojeń. Możliwe, że eschatologia schizofreniczna wynika z rozpadu własnego
świata, z własnym światem ginie cały kosmos.
W olśnieniu schizofrenicznym chory nagle widzi sens własnego życia i swoje
posłannictwo. Wszystko staje się nieważne wobec tego najwyższego celu, który
odtąd będzie mu przyświecać. Niekiedy cel ten jest społecznie pozytywny, co
zostało przez Brzezickiego określone jako schizophrenia paradoxalis socialiter
fausła. Chory poświęca wszystkie myśli dla stworzenia wielkiego dzieła swego
życia, np. charytatywnego, jak Brat Albert, artystycznego, jak Strindberg,
Monsiel, lub filozoficznego, jak przypuszczalnie Comte. Częściej na otoczeniu
charyzmatyka schizofreniczna sprawia wrażenie nieszkodliwej lub szkodliwej
dziwaczności, jak w wypadku jednego z chorych krakowskiej kliniki, który dla
ratowania ludzkości przed grożącym końcem świata uciął sobie palec u nogi, lub
gdy chory, walcząc o spełnienie swej misji, natrafia na opór otoczenia, które go
nie rozumie i w jego przeświadczeniu prześladuje.
163
Powstaje pytanie, czy przedstawione tu szkicowo problemy świata
schizofrenicznego mają coś wspólnego z tematyką i metodą myślenia
filozoficznego. Psychiatrze trudno na to pytanie odpowiedzieć i potrzebna mu
jest pomoc filozofa. Wydaje sią, że następujące momenty mogą okazać się zbieżne:
1 - oderwanie od konkretu i dzięki temu większa łatwość poruszania się na
współrzędnych przestrzeni i czasu;
2 - dążenie do przekroczenia granicy oddzielającej człowieka od jego otoczenia,
stąd też szukanie istoty rzeczy, niezadowaianie się zewnętrznym ich wyglądem;
3 - skłonność do tworzenia struktur integracyjnych i narzucania ich otaczającemu
światu, dzięki czemu rzeczywistość nabiera cech logicznych związków
przyczynowych;
4 - większe zainteresowanie sprawami zasadniczymi i ostatecznymi, na niekorzyść
spraw codziennych i zwykłych.
Nikt nie ma wątpliwości, że schizofrenia jest chorobą; przemawia za tym choćby
ogrom cierpienia ludzi nią dotkniętych. Jednakże nie można zaprzeczyć, że w
chorobie tej jest coś wzniosłego, mianowicie to, że cechy swoiście ludzkie
ulegają w niej katastroficznemu przerostowi.
Człowiek stary i lekarz
Wielu psychoterapeutów uważa, że zaawansowany wiek uniemożliwia stosowanie
psychoterapii. To stanowisko może być słuszne z punktu widzenia autorów
określonej metody psychoterapeutycznej, zwłaszcza jeśli jest ona zbyt
skomplikowana lub gdy zakłada zbyt ambitne cele, np. zmianą struktury
osobowości; wówczas na pewno ta metoda leczenia nie nadaje się dla ludzi
starych, nie mogą się oni bowiem zmienić. Ale z punktu widzenia chorego takie
stanowisko nie jest słuszne, nawet nie jest ludzkie, gdyż - jakkolwiek by było -
właśnie człowiek stary potrzebuje wsparcia psychicznego. Rozumiejąc przez
psychoterapie, leczenie za pomocą oddziaływania psychicznego, można ją bez
zastrzeżeń stosować u ludzi starych.
Pierwszym i podstawowym warunkiem każdej psychoterapii jest chęć zbliżenia sią i
poznania chorego. Już w toku psychoterapii zbliżenie to przybiera charakter
swoistej więzi emocjonalnej (określanej w jązyku fachowym jako transference
-przeniesienie - w odniesieniu do uczuć chorego wobec lekarza, a countertransfe-
rence - przeniesienie zwrotne - w odniesieniu do uczuć lekarza wobec chorego);
poznanie chorego w ciągu kolejnych z nim spotkań staje sią coraz bogatsze, nowe
horyzonty sią otwierają i wciąż w innym świetle sią on przedstawia, co
niezmiernie wzbogaca wiedzą lekarską o ludzkiej naturze, a dla chorego jest
jednym z ważnych czynników terapeutycznych w myśl delfickiej zasady gnothi
seauton.
Na początku musi jednak być chąć zbliżenia sią do człowieka starego. I tu trzeba
być szczerym wobec samego siebie; nie zawsze ta chąć istnieje; pozorna
życzliwość maskuje myśli typu: „on już swoje przeżył", „specłatad coelum", „mój
czas i wysiłek przydałby sią bardziej komuś młodszemu". Podobne myśli, choćby
najgłębiej ukrywane, z góry przekreślają korzystny efekt psychoterapii.
Oddziaływanie psychiczne wymaga szczerości; jeśli mamy komuś naprawdę pomóc,
musimy tego rzeczywiście chcieć. W innych rodzajach leczenia ta pierwsza
intencja nie odgrywa istotnej roli, gdyż najważniejsze jest w nich samo
działanie manualne lub farmakologiczne, natomiast w psychoterapii wszystko, co
sią dalej
165
dzieje między chorym a lekarzem, dokonuje się na tym zasadniczym tle jego
stosunku uczuciowego do chorego. Gdy jest on negatywny, wszystkie słowa, gesty,
wyraz twarzy stają się fałszywe; chorego trudno tu oszukać, wyczuwa on fałszywą
maską lekarza.
Podczas rozmów z chorym wyłaniają się jego zasadnicze problemy życiowe. Dla
każdego człowieka będą one oczywiście inne, ale mimo indywidualnych różnic
istnieje pewna ich swoistość związana z wiekiem. Inne są problemy dzieciństwa,
inne wieku młodzieńczego, a inne - wieku dojrzałego. Następujące problemy można
by uznać za osiowe w starości: samotność, wiek, bilans życiowy, ciało, śmierć.
Model życia naszej cywilizacji, według którego wydajność {efficiency) jest
najwyższą miarą wartości człowieka, nie sprzyja ludziom starym. Naturalnym
porządkiem rzeczy z wiekiem maleje ogólna sprawność ustroju, a z nią wydajność
pracy i wysiłku. Można widzieć dzisiaj wielu ludzi starych, którzy z najwyższym
wysiłkiem starają się dorównać młodym energią, wydajnością pracy, a nawet
wyglądem zewnętrznym. Wiedzą oni doskonale, że gdy przestaną być wydajni, staną
się niepotrzebni. A niepotrzebni mogą odejść, są skazani na samotność.
Dość często u ludzi starych obserwuje się hiperkompensacyjną, nadmierną
aktywność. Taki krzątający się, wiecznie zaaferowany staruszek broni się
nieustanną aktywnością przed uczuciem pustki, niepotrzebności i samotności. Na
starość nie nadąża się już za szybkimi zmianami otaczającego świata. Staje się
on coraz bardziej niezrozumiały, obcy i zimny. Coraz częściej wynurzają się z
zapomnienia obrazy z dawnych czasów, gdy było się młodym i gdy świat pociągał, a
nie odpychał.
Świat rzeczywisty ustępuje przed światem wspomnień. Gdy lekarz znajdzie chwilę
czasu, aby posłuchać wspomnień swego starego pacjenta, sam często może
dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy, a u chorego zmniejszy on poczucie
samotności. Ktoś jest gotów wejść w jego świat przeszłości; nie jest się już w
nim całkiem samotnym. Słuchający jest łącznikiem między światem dawnym a
obecnym. Świat teraźniejszy, rzeczywisty, staje się mniej obcy i zimny, gdyż
jest w nim osoba, która rozumie przeszły świat starego człowieka. Człowiek stary
nie czuje się już tak niepotrzebny, gdyż zainteresowanie słuchającego wskazuje
na to, że jego doświadczenia życiowe mogą się komuś przydać. ¦ Jest chyba
truizmem stwierdzenie, że wiek kalendarzowy nie odpowiada wiekowi subiektywnemu
i że człowiek ma tyle lat, na ile się czuje. Zawsze spotykało się i spotyka
„młodych staruszków" i młodzieńczych, pełnych werwy starców. Wiek subiektywny
zależy od wielu czynników, przede wszystkim od dynamiki życiowej. Normalne jej
oscylacje sprawiają, że raz czujemy się radośni, pełni energii i chęci do życia,
słowem - młodzi, to znów smutni, przybici, nie widzący przed sobą
166
przyszłości, czyli starzy. Oscylacje polegają na odchyleniach od podstawowego
poziomu dynamiki życiowej, który u jednych ludzi bywa wyższy, u innych niższy,
co w znacznym stopniu determinuje ich subiektywne poczucie wieku. Zagadnieniem
wymagającym jeszcze zbadania jest określenie wzajemnych korelacji wieku
kalendarzowego z wiekiem biologicznym i z wiekiem subiektywnym. Pomijając
wspomniane okresy depresji (zmniejszonej dynamiki życiowej), można stwierdzić,
że większość ludzi czuje się znacznie młodziej, niż na to wskazuje ich wiek
kalendarzowy.
Wiek subiektywny jest ważną składową własnego autoportretu (self-conceptj. Obraz
samego siebie formuje się ostatecznie w późnych latach młodzieńczych. Oczywiście
zmienia się on później zależnie od wahań nastroju i od różnych okoliczności
życiowych (klęsk, sukcesów itp.), ale jego zasadniczy zrąb pozostaje niezmienny.
Subiektywne odczucie własnego wieku jest dość mgliste, można jednak zaryzykować
pogląd, że jakieś pierwotne poczucie własnego wieku zatrzymuje się na okresie
ostatecznego formowania się własnego autoportretu, czyli na latach późnej
młodości. Oczywiście w miarę narastania lat kalendarzowych coraz częściej
odczuwa się niezgodność między wiekiem subiektywnym, utrwalonym w okresie
ostatecznego formowania się własnego obrazu, a wiekiem rzeczywistym.
W pewnych okresach życia, np. u kobiet w okresie klimaksu, a u mężczyzn około
czterdziestki, gdy przekraczają przysłowiową „smugę cienia", różnicę tę odczuwa
się szczególnie boleśnie. Jest ona przyczyną wielu frustracji, choćby tak
pospolitych, jak ta, o której mówią słowa znanego wiersza Asnyka: Gdybym był
młodszy, dziewczyno... Ludzie starzy, uciekając we wspomnieniach w świat
przeszłości, widzą siebie młodszymi. Uświadomienie sobie wieku rzeczywistego
jest dla nich nieraz bolesne. Lekarz powinien zawsze o tym pamiętać i starać się
patrzeć na nich ich własnymi oczyma, a nie przez dokument metryki urodzenia.
Starając się wejść w świat wspomnień swego sędziwego pacjenta, lekarz tym samym
jakby go odmładza, co nie jest bez znaczenia dla samopoczucia psychicznego, a
nawet fizycznego.
Jeszcze jeden wzgląd nie pozwala na traktowanie pacjenta geriatrycznego według
metryki urodzenia, mianowicie w każdej chorobie występuje zjawisko regre-sji.
Człowiek chory czuje się po trosze jak dziecko: szuka pomocy, opieki, czułości.
Pacjent geriatryczny nie jest tu wyjątkiem i często można usłyszeć, jak mówi on
o swoim lekarzu, nieraz człowieku młodym: „to mój ojciec"; jest to może
najwyższa pochwała, jaka może spotkać lekarza.
Indywidualnego życia nie można rozpatrywać, nie uwzglądniając jego współrzędnych
przestrzeni i czasu. Zagadnienie biologicznego czasu jest w ostatnich latach
tematem bardzo interesujących badań. W życiu człowieka ważną rolę odgrywa
167
odczuwanie przez niego własnej przeszłości i przyszłości. Stosunek obu odcinków
czasowych różnie sią przedstawia w różnych okresach życia. Jak wiadomo, młodzi
żyją przyszłością, starzy przeszłością. O tej banalnej prawdzie nieraz
zapominają psychoterapeuci, starając się np. u ludzi młodych koncentrować się na
ich przeżyciach z dzieciństwa, gdy ci prą ku przyszłości, a u ludzi starych
niezbyt chętnie zatrzymują się nad ich dzieciństwem i młodością, choć oni sami
właśnie w tym okresie znajdują siły do przetrzymania przykrej teraźniejszości.
W życiu przychodzi czas, gdy odcinek przeszłości zaczyna wyraźnie przeważać nad
odcinkiem przyszłości. Wówczas po raz pierwszy zaczyna się robić „bilans życia".
Wydaje się, że moment ten nastaje wcześniej u mężczyzn (około 40 roku życia),
niż u kobiet (w okresie klimaksu). Twierdzenie to wymagałoby jednak
gmntowniejszego zbadania. Człowiek stary ma już niejeden „bilans życia" poza
sobą; przez wiele lat dzielących go od wspomnianego przełomu zdążył się on
przyzwyczaić do różnorodnych ocen swego życia. Przyzwyczajenie się do oceny
własnego życia, która z reguły nie wypada zbyt korzystnie, łączy się z
przyjęciem postawy pewnego dystansu wobec samego życia. Życie nie jest już takie
„na serio", jak w okresie młodości i dojrzałości. Jak w latach dziecinnych,
zaczyna ono nabierać posmaku zabawy. Dlatego może dzieci często łatwiej znajdują
wspólny język z dziadkami niż z rodzicami. Mimo znacznie większej różnicy wieku,
łączy ich wspólna postawa „na niby", postawa zabawy, którą jedni przybierają
przed wejściem na arenę życia, a drudzy po zejściu z niej.
W rozmowach z pacjentem geriatrycznym należy wczuć się w tę swoistą filozofię
starości i w spojrzenie na życie sub specie aeterniłatis. A gdy chory zbyt
boleśnie odczuwa swój bilans życia, świadczy to zwykle o tym, że jeszcze nie
dojrzał on do swego wieku. Pod wpływem rozmów z lekarzem bilans życia pacjenta
staje się mniej negatywny; łatwiej wówczas spojrzeć z dystansem na własne życie.
Na starość ciało staje się coraz bardziej źródłem udręki. Stawia ono coraz
większy opór swoją małą sprawnością, niezręcznością i nieporadnością. Traci się
nad nim władzę. Odpadają już rozkosze stołu i łoża. Natomiast tęskni się za tym,
co zmniejsza ból i cierpienie. Na nocnym stoliku gromadzi się coraz .więcej
buteleczek i pudełek z lekarstwami, a wizyty lekarza są mile widziane. Gdy on
przychodzi, budzi nadzieję zmniejszenia udręki ciała. Nie zawsze jednak lekarz
może wiele pomóc obiektywnie. Narządy ciała są już zużyte, skomplikowane
mechanizmy ustroju z lada błahej przyczyny ulegają dekompensacji. Nierzadko
lekarz jest sam zdumiony, że chory wrócił do zdrowia, choć wedle wszelkich
obiektywnych danych powinien raczej nie żyć.
Niekiedy drobnymi środkami leczniczymi osiąga się znaczne efekty. Do pewnego
stopnia przypomina to sytuację w szpitalnych „rewirach" hitlerowskich obozów
168
koncentracyjnych, już z tego okresu, gdy były one opanowane przez więźniów
politycznych. Tam też minimalnymi środkami leczniczymi przywracano chorych do
życia. W starości, podobnie jak w sytuacjach granicznych (np. obozu
koncentracyjnego), a także w niemowlęctwie, zatem gdy życie rozgrywa się na
krawędzi śmierci, dramatycznie ujawnia się zjawisko jedności psychofizycznej.
Załamanie się psychiczne jest wówczas równoznaczne z załamaniem fizycznym i
nieraz prowadzi do śmierci. Gdy ustrój jest silniejszy, wówczas rozłącza się
subiektywne od obiektywnego, tj. psychiczne od somatycznego. Odnosi się nieraz
złudne wrażenie, że subiektywne (podmiot, „ja") rządzi obiektywnym (przedmiotem,
ciałem).
Stosunek człowieka do śmierci jest na ogół ambiwalentny. Budzi ona lęk, ale też
tęsknotę. Chyba nie ma ludzi, którzy by nigdy w życiu nie marzyli o śmierci i
nie widzieli w niej jedynego rozwiązania. Im śmierć jest dalej, tym łatwiej się
z nią flirtuje. Młodzi łatwo ryzykują swe życie, aby zaspokoić heroiczne
skłonności, na ogół też łatwiej niż starzy usiłują skończyć ze sobą w okresach
załamań. Liczba zamachów samobójczych zazwyczaj maleje w tych okresach, gdy
śmierć jest blisko (np. podczas wojen czy kataklizmów przyrody). Wśród ludzi
starych zdarzają się samobójstwa, ale ich przyczyną jest zazwyczaj poczucie
samotności, niepotrzebno-ści, ujemnego bilansu życiowego. Podobnie jak wielu
chorych na raka nie dopuszcza do siebie myśli, że są dotknięci nieuleczalną
chorobą, tak i ludzie starzy odrzucają od siebie myśl, że ich niedaleka
przyszłość zamyka się śmiercią. Krzątają się koło codziennych spraw, martwią się
tym, co będzie za kilka czy kilkanaście lat, mimo że istnieje znikoma możliwość
doczekania przez nich tego odległego czasu, żyją w urojonych lękach, że grozi im
nędza, chowają niepotrzebne rzeczy na „gorsze" czasy, które mogą nastąpić, itp.
Wszystkie te drobne troski i zmartwienia, często urojone, bronią ich przed
perspektywą śmierci.
Choć nieraz wydają się one śmieszne, nie należy ich lekceważyć; dla chorego są
ważne i koło nich koncentrują się jego myśli i uczucia. Gdy lekarz tych skarg
cierpliwie wysłucha, chory odczuwa ulgę, że mógł się przed kimś uskarżyć, że
jego zmartwienia potraktowano na serio, że jego piany i projekty jeszcze się
liczą. Czarna ściana śmierci, przed którą stoi stary człowiek i przed którą
broni się niejednokrotnie niedorzeczną i śmieszną krzątaniną, kłopotaniem się i
drobnymi zmartwieniami, oddala się wówczas, gdy drobne plany i aktywności
zostaną akceptowane, a tym samym włączone w krąg społecznej rzeczywistości. To
bowiem, co jest nierzeczywiste, ma zawsze większe wymiary i powoduje większe
perturbacje psychiczne niż to, co się opiera na realności. Należy zawsze mieć
szacunek dla drobnych trosk starego człowieka, one bowiem stanowią nieraz jedyny
sens jego życia i przy tym życiu go trzymają. Niekiedy utrata ukochanego pieska
przyspiesza śmierć jego właściciela. Czasem pod wpływem rozmowy ze starym
człowiekiem
169
także lekarz uczy się inaczej patrzeć na swoje ambicje, kłopoty i plany. Zapewne
różnica między jego poważnymi sprawami a niepoważnymi troskami człowieka starego
nie jest tak wielka, jakby się zdawało.
Czas poświęcony ludziom starym nigdy nie jest stracony dla lekarza; nieczęsto
może on skorzystać z innych okazji - zarówno w celu pogłębienia swej wiedzy, jak
i życiowej mądrości - tyle, co z kontaktu z chorym. A dla człowieka starego
lekarz jest nieraz jedyną osobą, która chce go zrozumieć i która jest mu
naprawdę życzliwa; dzięki niej wraca nieraz już utracona chęć życia. Obowiązkiem
lekarza zaś jest bronić życia, choćby już nawet obiektywnie niewiele możliwości
zostawało.
Alkohol
Psychiatra, mając przed sobą alkoholika, któremu chce pomóc, stawia sobie
przecie wszystkim pytanie, dlaczego on pije. Od umiejętności znalezienia
odpowiedzi na to pytanie zależą w znacznej mierze wyniki leczenia. Znając bowiem
przyczyną, można niejednokrotnie zredukować napięcie emocjonalne z nią związane,
a tym samym zmniejszyć u chorego głód alkoholu.
Znalezienie odpowiedzi nie jest jednak sprawą łatwą, o czym choćby świadczy to,
że w leczeniu alkoholizmu dominuje wzmocnienie negatywne, tj. używanie alkoholu
kojarzy się w terapii z przykrymi następstwami (np. podając choremu anticol), by
w ten sposób alkohol obrzydzić. Znacznie lepsze wyniki dawałoby jednak
wzmocnienie dodatnie, tzn. stworzenie takich sytuacji, w których nieużywanie
alkoholu byłoby dla chorego połączone z przyjemnością. Sytuacje tego typu
powstają niekiedy bez udziału lekarza, np. alkoholik przestaje pić na wycieczce,
czy też po zakupie samochodu, bądź znalazłszy sobie jakieś pasjonujące zajęcie
itp. W takich wypadkach - wycieczka, samochód, hobby itp. - zmniejsza się dolor
existentiae, który tkwi u podioża alkoholizmu.
Ten „ból istnienia", który może jest cechą swoiście ludzką, człowiek zawsze
starał się w jakiś sposób zmniejszyć; jednym z najstarszych i najprostszych
sposobów był i jest alkohol. Obowiązkiem psychiatry jest znaleźć u człowieka,
który stał się jego pacjentem, swoistość tegoż „bólu istnienia", by móc w ten
sposób choć trochę go zredukować. Etiologia jest tu wieloczynnikowa i - jak
zawsze w psychiatrii - trzeba się jednocześnie poruszać na trzech płaszczyznach:
biologicznej, psychologicznej i socjologicznej. Niełatwo jest ustalić hierarchię
ważności różnych czynników; bezsprzecznie wśród nich niemałą rolę odgrywają
czynniki natury społecznej.
„Jeśli porównać Polskę z krajami Zachodu - pisze Jan Górski - to widać, że w
wielu z nich pije się więcej albo tyle samo; w niewielu pije się tak samo. Jakie
są przyczyny owego polskiego sposobu picia?" - zapytuje autor.
171,
1 - Różne są style picia. Inaczej ludzie piją dla uczczenia jakiejś
uroczystości, dla wywołania miłego nastroju w towarzystwie, dla przysłowiowego
„zalania robaka" itd. Można by wyróżnić kilka stylów picia: neurasteniczny,
kontaktywny, dionizyjski, heroiczny i samobójczy.
Styl neurasteniczny polega na tym, że pije sią w niewielkich ilościach, ale
często, gdy sią jest zmęczonym i rozdrażnionym, a więc przy głównych objawach
zespołu neurastenicznego. Wystarczy jeden lub dwa kieliszki, by poprawić
samopoczucie i w lepszym już nastroju ciągnąć dalej codzienne życie. Oczywiście
lecznicze działanie alkoholu jest pozorne, gdyż stałe jego używanie wzmaga
objawy zespołu neurastenicznego. Pod wpływem alkoholu coraz częściej jest się
zmęczonym i rozdrażnionym, co z kolei zmusza do coraz częstszego uciekania się
do alkoholu; typowy przykład nerwicowego błędnego koła.
Styl kontaktywny występuje u tych, którym chodzi przede wszystkim o uzyskanie
lepszego kontaktu z innymi ludźmi. Już po niewielkiej ilości alkoholu człowiek
nieśmiały czuje się pewniejszy, zmniejsza się dystans w stosunku do „ważnej"
osoby, łatwiej z kimś się dogadać, milczące towarzystwo ożywia się, ludzie stają
się sympatyczniejsi i bardziej interesujący, wzrasta poczucie więzi społecznej
„we feeling". Jest to styl picia powszechny chyba we wszystkich kręgach
kulturowych; na ogół wystarczą tu niezbyt wielkie dawki alkoholu.
Łatwo jednak z tego stylu przejść do następnego, „dionizyjskiego", również
powszechnego w wielu kręgach kulturowych. Tutaj pije się już dużo, gdyż chodzi o
uzyskanie stanu zamroczenia, w którym by można było oderwać się od powszedniości
codziennej. Według Nietzschego „postawa apolińska ceni to, co jasne,
przejrzyste, opanowane, zrównoważone, zamknięte, doskonałe, harmonijne. Postawa
zaś dionizyjska ceni przede wszystkim pełnię i płodność życia, jego pęd, który
znosi wszystkie granice, obala wszystkie prawa, rozbija wszystkie harmonie, dla
którego dynamika jest ważniejsza od doskonałości."
Nietzscheańskie dwie postawy odpowiadają temu, co Minkowski określa jako
„przestrzeń jasną" i „ciemną", a co można by wiązać z zasadniczym rytmem
biologicznym; dnia i nocy. Dzień - to panowanie rozsądku i rzeczywistości, noc -
to władztwo tajemnych sił, dzikich namiętności, ekstazy, olśnienia i panicznego
lęku. Człowiek nie może żyć tylko dniem, potrzebna mu jest też noc. Stąd jego
tęsknota za psychozą, za innym „widzeniem świata", oderwaniem od rzeczywistości.
Alkohol i narkotyki ułatwiają zaspokojenie tej tęsknoty. Tego typu alkoholizm
spotyka się dość często u artystów lub ludzi o ambicjach artystycznych, a także
u ludzi znudzonych życiem. Tego samego źródła można doszukiwać się w popularnym
wśród młodzieży na Zachodzie używaniu LSD. U nas, w kraju uboższym, LSD jest
zastąpione tzw. klejem, czyli „tri". Nazwa „klej" pochodzi stąd, że zwykle
172
młodzi ludzie zażywają go wspólnie, gdyż, ich zdaniem, tylko wówczas doznaje się
niezwykłych przeżyć.
„Heroiczny" typ picia wymaga także dużych ilości alkoholu. Wówczas dopiero
osiąga sią poczucie swej mocy i gotowości do wielkich czynów, które zwykle w
naszych warunkach kończą się na chuligańskich wyczynach. W tych wypadkach
alkohol wyzwala tkwiącą w każdym człowieku, a tłumioną przez codzienne życie
proporcją heroiczną. Stanowi ona jedną z pięknych cech młodości, którą od
niepamiętnych czasów wodzowie wyzyskiwali do swych nie zawsze szlachetnych
zamierzeń.
Trudno określić, w jakim stopniu tkwią w człowieku tendencje autodestrukcyjne. W
każdym razie samobójstwo można uznać za objaw swoiście ludzki. Niewielu jest
ludzi, którzy nigdy w swym życiu nie chcieli skończyć z sobą. Picie dla „zalania
robaka" jest znanym zjawiskiem. Trzeba się upić „w trupa", by zapomnieć o tym,
co boli, by skończyć choćby na krótki czas z sobą i swoim bólem. Agresja wobec
otoczenia łączy sią tu nieraz z autoagresją. Typy picia: heroiczny i samobójczy
przeplatają się z sobą. Z czasem przychodzi alkoholowa degradacja, a z nią
śmierć społeczna.
Zagadnienie alkoholizmu polskiego sprowadza się do wspomnianego przez Jana
Górskiego paradoksu, że Polska przoduje wśród krajów europejskich w liczbie
pijaków, nie przodując bynajmniej w ilości spożytego na głową alkoholu. Polacy
lubili i lubią pić „do dna". Przeważa u nich typ picia heroiczny i samobójczy.
Nie znaczy to, by inne typy picia nie istniały, ale łatwo przechodzą one w te
dwa ostatnie. Zaczyna się np. od „jednego" dla towarzystwa, a kończy się na
heroiczno-:samobójczym piciu na umór. Nuta heroiczno-samobójcza nie jest nam
obca. Żaden chyba inny naród na świecie nie zaczyna swego hymnu od słów, że
ojczyzna „jeszcze nie zginęła". Nuta ta wyraźnie brzmi w słowach Warszawianki:
„dziś Twój triumf albo zgon". Legendy brawurowej szarży szwoleżerów polskich na
przełęczy Somosierra, partyzantki hubalczyków, słynnej wrześniowej szarży
kawalerii pod Krojantami, powstania warszawskiego, Monte Cassino, jak i opisy
(choć nie zawsze zgodnie z prawdą) wielu podobnych dowodów polskiego męstwa mają
w sobie cień tęsknoty za bohaterską śmiercią.
Czy istnieje charakter narodowy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Z biologicznego punktu widzenia istnienie charakteru narodowego jest możliwe.
Warunki środowiskowe (wśród których, jeśli idzie o człowieka, niemałą rolę
odgrywają warunki natury kulturowej) układają się w ten sposób, że pewne cechy
charakteru są korzystne, a inne niekorzystne. Ludzie obdarzeni korzystnymi
cechami charakteru mają większe szansę przetrwania i zostawienia potomstwa niż
ci, którzy cech tych nie wykazują. Zbiór cech genetycznych danej populacji (tzw.
genepool)
173
bądzie się więc w ciągu pokoleń zmieniał w kierunku przewagi ilościowej cech
korzystnych dla danego środowiska. W ten sposób będzie się on różnił od zbiorów
cech genetycznych populacji żyjących w innych warunkach środowiskowych.
Prócz cech wrodzonych w formowaniu się hipotetycznego charakteru narodowego
odgrywałyby rolą cechy nabyte, uwarunkowane tzw. dziedziczeniem społecznym, a
więc panującymi w danym środowisku modelami zachowania się.
Stosując jedną z typologii psychiatrycznych, można by globalnie określić
społeczeństwo polskie jako charakteryzujące się przewagą cech histerycznych i
psychastenicznych. Cechy histeryczne (Brzezicki nazwał je skirtotymnymi, od
greckiego skirłao - tańczę, dla podkreślenia swoistych niuansów odróżniających
je od klasycznego typu histerycznego) najlepiej reprezentuje polski szlagon.
Cechy te -to chęć imponowania otoczeniu, efekciarstwo bez poczucia obowiązku,
polskie „zastaw sią, a postaw się", fantazja granicząca z pseudologia
phantastica, uczucia burzliwe, choć płytkie, łatwo i szybko przechodzące z
jednej skrajności w drugą. Natomiast cechy psychasteniczne najlepiej oddaje
postać polskiego kmiotka. To człowiek cichy, pokornego serca, niskiego o sobie
mniemania, pracowity i obowiązkowy, unikający zwady, chętnie by on skrył się pod
ziemią, by nikomu nie zawadzać.
W pewnej mierze oba przeciwstawne typy osobowości dopełniają się tak, że
społeczeństwo złożone z takich ludzi może egzystować; jedni sejmikują, drudzy
pracują. Zniknął szlachcic i znika chłop polski, ale pewne formy zachowania się
przetrwały; nadal spotyka się szlachecką fanfaronadę i kmiecą pilność. Oba
opisane, na pierwszy rzut oka przeciwstawne, typy łączy jedna ważna cecha. Dla
jednych i drugich naczelnym pytaniem życia jest: „Co inni o mnie pomyślą?"
Histeryk stara sią zdobyć aprobatą otoczenia błyszczeniem, fanfaronadą,
„brylowaniem", a psych-astenik - cichą obowiązkowością.
Tego typu pytanie świadczy o słabości „autoportretu", własnego obrazu siebie
{self-concept). Używając modnego dziś w psychologii i psychiatrii określenia,
można rzec, że jest dowodem pewnej niedojrzałości psychicznej. Jedną bowiem z
cech psychicznej dojrzałości jest umiejętność obiektywnego spojrzenia na siebie
i umiejętność odpowiedzenia samemu sobie na pytanie „jaki ja jestem?". Jest to
pytanie typowe dla wieku młodzieńczego. W tym okresie życia może ono być źródłem
udręki. Przy ujemnych ocenach siebie samego może dojść nawet do prób
samobójstwa. By wykazać sią przed sobą samym i otoczeniem, taki człowiek jest
zdolny do narażenia swojego życia (młodzieńcza postawa heroiczna).
Alkohol redukuje udrękę pytań związanych z obrazem samego siebie. Pod jego
wpływem człowiek wydaje się sobie lepszy, szlachetniejszy, inteligentniejszy,
od-ważniejszy itp. Trzeba jednak pić do dna, by dojść do dna swej duszy. A że
dna tego w rzeczywistości nie ma, więc im głębiej sią schodzi, tym większą
ciemność
174
się widzi i zapanowuje ochota skończenia ze sobą, w czym też alkohol pomaga,
przynosząc zamiast śmierci utratę świadomości.
Wydaje się więc, że pewne swoiste cechy polskiego alkoholizmu wywodzą się z
hipotetycznego charakteru narodowego, szczególnie z jego elementów psychaste-
nicznych i histerycznych. Leczenie w takich wypadkach powinno polegać na
wzmocnieniu u pacjenta własnej wartości i na wdrażaniu go w sztukę
obiektywniejszego spojrzenia na siebie.
Wiele dziś mówi się i pisze na temat zgubnych wpływów współczesnej cywilizacji
technicznej na zdrowie ludzkie. Gwałtowna zmiana środowiska naturalnego w
sztuczne, stworzone przez człowieka, jakiej świadkami jesteśmy w obecnym
stuleciu, jest silnym czynnikiem nerwicorodnym. Przy próbach analizy
szkodliwości współczesnej cywilizacji dochodzi się do pesymistycznych wniosków,
że wszystko, co z niej wypływa, szkodzi ludzkiemu zdrowiu. Przez technikę
zatrute są trzy żywioły: powietrze, woda i ziemia. Przez nią są skomplikowane
stosunki międzyludzkie, a kanony ludzkiego współżycia naruszone. Przez nią
zmniejsza się „przestrzeń życiowa" człowieka, jest mu za ciasno, zbytnio ociera
się o innych ludzi, stąd wzrost uczuć negatywnych w stosunku do bliźnich,
wszelkie jego działanie napotyka opór, rezygnuje więc z postawy twórczej na
rzecz konsumpcyjnej itd.
Człowiek współczesnej cywilizacji, zanim poszuka pomocy lekarskiej, zwykle
najpierw sam próbuje zredukować napięcia nerwicowe i niepokój, wynikające w
znacznej mierze z warunków środowiskowych. Z różnych sposobów tej autoterapii
(np. szukanie kontaktu z naturą, hobby, ekscesy seksualne) najczęściej jest
stosowane uciekanie się do pomocy środków chemicznych. Można je podzielić na
trzy grupy: leki psychotropowe (środki redukujące napięcie lękowe lub
pobudzające czy wywołujące stany psychotyczne), narkotyki, alkohol. W Polsce,
jak się zdaje, metody autoterapii chemicznej są tradycyjne, tzn. najwięcej używa
się alkoholu. Natomiast w krajach zachodnich znacznie więcej niż u nas używa się
narkotyków i środków psychotropowych. U nas nie można sobie poradzić z
alkoholizmem, a u nich z narkomanią i nadużywaniem środków psychotropowych.
Jedną z cech środowiska technicznego, w przeciwstawieniu do środowiska
naturalnego, jest jego aseksualność. W środowisku naturalnym reprodukcja
seksualna (występująca nawet w najniższych formach życia, np. u bakterii)
zapewnia niezwykłe zróżnicowanie poszczególnych żywych jednostek. Indywidualność
jest cechą przyrody ożywionej. Jednostki identyczne należą do rzadkości.
Natomiast w środowisku technicznym produkcja ma charakter seryjny: prototyp i
identyczne modele. Charakter tego środowiska jest więc antyindywidualny.
Człowiek, jako należący do przyrody ożywionej, jest tworem indywidualnym i
szukającym indywidualności.
175
Jak wykazały już badania Pawłowa nad odruchem orientacyjnym, identyczne bodźce
przestają po krótkim czasie wywoływać reakcje ustroju, pojawia się ochronne
hamowanie i sen. W przedmiocie zainteresowania czy miłości szuka się cech
indywidualnych; jest on inny od reszty, wyjątkowy, niezwykły.
Ograniczmy się do przykładu bliskiego sercu alkoholika: zakład masowego żywienia
„dla ludności", czyli knajpa. Dawniej miała ona charakter indywidualny; każda
była urządzona trochę inaczej, miała inny szyld, miała swoje firmowe potrawy i
jadłospis dostosowany do pór roku, a nie do sztywnych, urzędowych „receptur",
miała swoich starych kelnerów i stałych bywalców. Wszystko to składało się na
swoisty, indywidualny klimat. Dzisiaj jedna jest podobna do drugiej, przypomina
stołówkę fabryczną, ma ten sam szyld, te same pseudonowoczesne urządzenia, tego
samego „schaboszczaka" przez cały rok. Ta sama, niezbyt grzeczna, obsługa
bardziej kojarzy się z kiepskimi urzędnikami niż z dobrymi kelnerami starej
daty. W takim zakładzie masowego żywienia pierwszym odruchem jest zamówić setkę,
by zmniejszyć wstręt i zirytowanie, jakie w człowieku budzą się już przy samym
wejściu.
Jednym z wielu motywów polskiego pijaństwa jest nuda. „Chluśniem, bo uśniem."
Nuda ma wiele przyczyn, ale zawsze u jej podłoża znajduje się negatywne
nastawienie do tego, co nas otacza. Pod tym względem jest ona podobna do
zjawiska pozornie przeciwstawnego - pośpiechu. Oba zjawiska - pośpiech i nuda -
są przeciwieństwem zainteresowania. Człowiek zainteresowany tkwi w swoim odcinku
czasu, aktualny świat otaczający przyciąga go. Człowiek nudzący się lub
spieszący chce wyskoczyć z tego, co go aktualnie otacza; czas obecny jest mu
przeszkodą.
Negatywne uczucia, które żywi on do wszystkiego, w czym w danym momencie został
osadzony, powodują mobilizację układu wegetatywno-endokrynnego. Stąd pochodzi
paradoksalne zmęczenie. Np. człowiek czekający w kolejce nic nie robi i powinien
wypoczywać, a w rzeczywistości jest bardziej zmęczony niż po ciężkiej pracy.
Jednym ze sposobów zredukowania nerwicowego napięcia i chwilowego przynajmniej
uwolnienia się z uczucia nudy i pośpiechu jest alkohol. Dzięki niemu można na
kratki czas wyskoczyć z czasu obecnego, który jest przykry i drażniący.
Wreszcie, jeśli już we wszystkim szukać przyczyn polskiego alkoholizmu, nie
można ominąć ustroju. Ustrój socjalistyczny eliminuje lub raczej stara się
eliminować znaczenie pieniądza jako czynnika regulującego życie ludzkie.
Przeciwstawia się on diabelskiej zasadzie: das Geldregiert die Welt. I w tym
tkwi przede wszystkim, jak się zdaje, jego największa moralna siła. Ale człowiek
jest człowiekiem, stara się wiele sytuacji sobie ułatwić, czasem nawet nie dla
siebie, ale dla instytucji, w której pracuje. W krajach kapitalistycznych
posługuje się w tym celu pieniądzem.
176
j nas przeprowadza się daną sprawą „przez bufet". Jest to alkoholizm nieraz
irzymusowy. Obie strony często piją bez specjalnej ochoty, po prostu dlatego, że
nuszą. Chodzi tu też o zmniejszenie dystansu społecznego, które daje alkohol.
>rzy kieliszku „urzędowa" osoba staje się bliższa, łatwiej ją „zmiękczyć",
„opierając sprawę o bufet".
Czy istnieją środki zaradcze na polskie pijaństwo? Na pewno nie polegają one ia
koncentrowaniu się głównie na wydawaniu broszur przeciwalkoholowych, czy-anych
przez stosunkowo nieliczne grono. Przede wszystkim należałoby zacząć od
większenia kultury picia. Niezależnie od szlachetnych intencji osób prowadzących
jktualną, określoną politykę przeciwalkoholową, należy stanąć na gruncie
realizmu, .udzie zawsze pili i będą pili; chodzi o to, by nie pili na umór. Będą
mniej pili, gdy będą mieli gdzie pić. W przyjemnym lokalu człowiek nie pije „do
dna", ale tylko tyle, by poprawić swój nastrój, mieć lepsze kontakty z ludźmi.
Natomiast w „zakładzie masowego żywienia", budzącym nieraz od momentu wejścia
najgorsze uczucia, jedynym sposobem stępienia „bólu istnienia", który sam pobyt
w takim lokalu wyzwala, jest upicie się „w trupa".
Wielu ludzi, zwłaszcza młodych, pije z nudy. Nudzą się w pracy i w godzinach
wolnych od pracy. Lepsza organizacja domów kultury, rozrywek, kół zainteresowań
itp. mogłaby tu wiele pomóc.
Przeprowadzanie spraw „przez bufet" powinno być traktowane na równi z
łapówkarstwem. Zresztą wystawna kolacja często więcej kosztuje niż łapówka.
Istnieje pewna analogia między leczeniem alkoholika a próbą zwalczania
alkoholizmu jako zjawiska społecznego. Na ogół nie jest dobrze, gdy lekarz w
stosunku do pacjenta alkoholika koncentruje się na samym problemie jego
alkoholizmu; powinien raczej dojść do przyczyn warunkujących nałóg. Analogicznie
lepsze wyniki da walka z alkoholizmem koncentrująca się na niektórych
przynajmniej przyczynach tego tragicznego w Polsce zjawiska.
2 - Anus mundi

Pro i contra
psychiatrii egzystencjalnej
Nie da się zaprzeczyć, że w obecnym kryzysie psychiatrii kierunek egzysten-
cjalistyczny stanowi jakiś świeży powiew. Kierunek ten ukazał bowiem możliwości
zupełnie innego spojrzenia na wiele zagadnień oraz głębszego wniknięcia w
przeżycia chorego, a to jest i będzie chyba najistotniejszym dążeniem każdego
psychiatry.
Zasługi egzystencjalistycznego kierunku w psychiatrii podzieliłbym na
„destrukcyjne" i „konstrukcyjne", przy czym te pierwsze wydają się może nawet
ważniejsze, podejmują one bowiem walkę z silnie zakorzenionym w poglądach ludzi
Zachodu kartezjańskim podziałem człowieka na psyche] soma. Psychiatrzy
egzystencjalisty-czni traktują człowieka jako niepodzielną całość; według nich
nie ma oddzielnych jawisk psychicznych i fizycznych, a są tylko fenomeny
ludzkie. Dlatego często spotyka się w pismach psychiatrów egzystencjalistycznych
określenia: „antropologia" i „antropologiczny", tu jednak mające inny sens i
inne znaczenie niż w nauce empirycznej, wchodzącej w zakres przyrodoznawstwa i
wykładanej na uniwersytetach.
Egzystencjaliści zaatakowali także prymitywnie pojmowaną zasadę przyczyno-wości,
wyrażającą się w formule y = fx. Zasada ta, jak wiadomo, nie wytrzymuje krytyki
w większości zjawisk biologicznych już choćby ze względu na wieloczyn-nikowy
charakter zjawisk życiowych w ogóle, a zjawisk psychicznych w szczególności.
Psychiatrzy egzystencjaliści zaatakowali ją równocześnie na dwóch wzajem-
zwalczających się frontach: uderzyli w kierunek tzw. organiczny, według którego
wspomniana wyżej funkcja przyczynowa wyrażała się w formule, że określona zmiana
organiczna mózgu powoduje określone zaburzenia psychiczne, oraz w kierunek
psychoanalityczny, w którym ta sama formuła znajdowała wyraz w ujmowaniu życia
psychicznego w warunkach zdrowia i choroby w ścisłe schematy, C2W niestety
„wymyślone", związków przyczynowych, tzw. motywacji.
179
Z pozycji „konstruktywnych" najbardziej istotne zdają się być problemy analizy
niektórych, jak dotąd zapoznanych, fenomenów psychicznych, np. subiektywnego
poczucia czasu, ruchu, przenikania - fizjonomizacji otaczającego świata we
własny, wewnętrzny świat chorego itd. oraz ujęcie bytu człowieka w zamkniętej
„czasoprzestrzeni", w jego własnym świecie związków przyczynowych, pojęć,
wartości, przyzwyczajeń. W świecie, który jest w pewnym sensie wspólny dla ludzi
przynajmniej tego samego kręgu kulturowego [koinos kosmos Heraklita).
Jednocześnie przestrzeń czasowa nie zamyka się tylko w przeszłości, jak to się
przyjmowało w .dotychczasowych kierunkach psychologicznych, zwłaszcza
psychoanalitycznych, ale sięga też w przyszłość, człowiek bowiem stale wynurza
się z przeszłości w przyszłość. Aspekt przyszłościowy jest równie ważny jak i
przeszłościowy w rozważaniu życia ludzkiego, a tymczasem dotychczas byliśmy
przyzwyczajeni do rozważania jedynie historii życia chorego.
Zarzuty ująłbym w dwa punkty. Pierwszy z nich można by wyrazić „nieuczesaną
myślą" Lecą: „Co zdeformowało mi twarz? Zbyt wielkie słowa." Nie chodzi tutaj
zresztą o trudny i często niezrozumiały język psychiatrów egzystencjalistycznych
(choć należy zaznaczyć, że niezrozumiałość ta jest daleko mniejsza w języku
angielskim czy francuskim niż w niemieckim), każdy bowiem nowy język naukowy
jest trudny do zrozumienia; takim był dla wielu psychiatrów, częściowo jest
zresztą nadal, język psychoanalityczny czy behawiorystyczny, a ostatnio
cybernetyczny. Mówiąc o niezrozumiałości, trudności języka psychiatrów
egzystencjalistycznych mam raczej na myśli to, że mówią oni o człowieku,
używając zbyt „wielkich" słów. Oczywiście, zarzut ten łatwo można odeprzeć
słuszną zresztą repliką, że mówiąc o człowieku, nie można użyć zbyt wielkich
słów.
Wchodzimy w ten sposób w dziedzinę zasadniczych pytań filozoficznych; chodzi
tutaj o pytanie o miejsce człowieka w świecie. Nie jest jednak zadaniem
psychiatry znalezienie na nie odpowiedzi. Możliwe, że tak wysokie postawienie
człowieka w hierarchii otaczającego świata było naturalną reakcją na potworne
poniżenie godności ludzkiej w czasie ostatniej wojny (nic też dziwnego, że
psychiatria egzysten-cjalistyczna rozkwitła w krajach niemieckiego obszaru
językowego), a także reakcją na zbyt skrajnie przyrodnicze kierunki w
psychiatrii, stawiające człowieka w rzędzie naczelnych.
Z punktu widzenia psychiatrii stawianie człowieka na tak wysokim piedestale może
być niekiedy dla chorego traumatyzujące i w porównaniu z tym,*czego w imię tego
szczytnego człowieczego ideału oczekuje się od niego, bądź też się od niego
wymaga, może wzmagać w nim poczucie winy, uczynić go w jego własnych oczach
jeszcze bardziej „złym" i „niegodnym". Działanie takie byłoby więc sprzeczne z
zasadniczym celem psychoterapeutycznym: wzmocnieniem nadwątlonego w cho-
180
robię poczucia własnej wartości chorego przez ułatwienie mu „odtworzenia"
swojego „autoportretu" w bardziej jasnych barwach. Psychiatra
egzystencjalistyczny staje się mimo woli moralistą wskazującym wartość
egzystencji ludzkiej. A co dzieje się wówczas, kiedy pacjent nie może wartości
tych aprobować, bo one są dla niego zbyt wygórowane, zbyt dalekosiężne? Zostaje
wówczas rozbity psychoterapeutyczny kontakt, a chory może wyjść z takiego
spotkania z psychiatrą złamany.
Mimo że psychiatrzy egzystencjalistyczni - jak to już na wstępie zaznaczono -
podkreślają jedność psychofizyczną człowieka i mówią zawsze o człowieku jako o
całości, to jednak w ich praktyce ta całość psychofizyczna obejmuje prawie
wyłącznie sferę psychiczną. To „odbioiogizowanie" człowieka, jako reakcja na
jego „odhumanizowanie" przez kierunki skrajnie przyrodnicze, nie zawsze choremu
wychodzi na dobre. Psychiatria egzystencjalna, przynajmniej w obecnej swojej
postaci, bliższa jest filozofii niż medycyny. A chyba żaden psychiatra nie chce
być najlepszym filozofem wśród lekarzy i najlepszym lekarzem wśród filozofów.
Drugi zarzut łączy się z pierwszym i mierzy w samą filozofię egzystencjalizmu.
Chodzi tutaj znów o „lokalizację" człowieka w świecie. Obraz człowieka samotnego
w tajemniczym, często wrogim świecie, człowieka, którego ostatecznym spełnieniem
jest śmierć, jest może obrazem filozoficznie frapującym, może w pewnych
warunkach, zwłaszcza współczesnej cywilizacji zachodniej, prawdziwym, ale czy
takim obrazem człowieka może się posługiwać psychiatra w swojej codziennej
praktyce? Możliwe, że obraz taki jest bliski - w pewnym sensie - światu
schizofrenika (może dlatego bardzo wnikliwe są analizy egzystencjalistyczne
niektórych przeżyć schizofrenicznych), lecz czy posługując się tego rodzaju
obrazem człowieka psychiatra może wyprowadzić chorego z impasu, w jakim się
znalazł na skutek swojej nerwicy czy psychozy?
Wydaje się, że z psychiatrycznego punktu widzenia egzystencjalistyczny obraz
człowieka jest w trzech punktach błędny: w nieuwzględnieniu mechanizmu
projekcji, w egocentrycznej pozycji przeciwstawiającej człowieka otaczającemu
światu oraz w stosunku człowieka do śmierci.
Przez mechanizm projekcji lub pseudopodium rozumiem bardzo banalną ludzką
prawdę, że człowiek nie może być zostawiony sam sobie i sam dla siebie. Musi
kogoś czy coś kochać, dla kogoś czy czegoś się poświęcać itd. Dążenie to jest
tak silne, że nierzadko zwycięża instynkt zachowania życia, na co niemało
dowodów było na przestrzeni historii. Człowiek, tak jak ameba, wysuwa swoje
pseudopodia, ^usi „zaczepić" o coś swój strumień uczuć i aktywności, inaczej
bowiem stacza S|Ę w pustkę bezsensu własnego istnienia. Wprawdzie sens tych
„punktów zaeze-pienia" jest często bardzo problematyczny, a czasem całkiem
urojony (niekiedy lrTi bardziej urojony, tym trwalszy, o czym poucza przykład
różnych idei religijnych
181
bądź politycznych, dla których ludzie w ciągu wieków poświęcali swoje życie) -a
jednak bez nich ludzka egzystencja skazana jest na tragiczną pustkę. Możliwe, że
człowiek współczesnej cywilizacji po doświadczeniach ostatnich czasów, zwłaszcza
ostatniej wojny, woli z dwojga złego wybrać pustką niż urojone wartości, w które
jeszcze jego ojcowie mocno wierzyli. Ten sposób postępowania, choć pozornie
bardziej rozsądny, jest jednak - jak mi się wydaje - sprzeczny z podstawowym
dążeniem ludzkiej natury.
Postawa egocentryczna, polegająca na podkreślaniu samotności człowieka w świecie
niezrozumiałym, a często wrogim, jest postawą, z jaką psychiatra często się
spotyka u swoich chorych, którzy na skutek tych czy innych urazów, trudności
adaptacji, niemożności zrealizowania swoich dążeń czy uczuć, niemożności pełnego
rozwoju swojej osobowości czują się samotni, nie zrozumiani, nieszczęśliwi, a
otaczający świat przeżywają jako im obcy i wrogi. Trudno wdawać się tutaj w
dyskusją nad bardzo skomplikowanym zagadnieniem, jak dalece samotność człowieka
jest psychologicznym faktem i kiedy poczucie tej samotności staje sią już czymś
patologicznym. Niewątpliwie u podłoża tego poczucia leży jednostkowa odrębność,
zarówno w sensie biologicznym, jak i psychologicznym, a poczucie samotności jest
w jakimś sensie związane z poczuciem własnego ja.
Z drugiej jednak strony nie można wyobrazić sobie człowieka sensu stricto
samotnego, bez otoczenia społecznego, które wkracza już w momencie urodzenia,
bez całego dziedzictwa kulturowego, świata pojęć, wartości, norm postępowania,
beż całego bogactwa życia uczuciowego rozwijającego się między nim a otoczeniem.
Jeśli dzisiejsza młodzież twierdzi, że najwyższym dla niej autorytetem jest
własne sumienie, to jest to w pewnym sensie fikcją, gdyż sumienie człowieka nie
wykształciłoby sią bez współudziału otoczenia, do którego młodzież ta jest tak
często nastawiona antagonistycznie. Wartości i normy postępowania, stanowiące
zasadniczy zrąb tego, co nazywamy sumieniem, nie są własne, ale za własne
przyjęte, są to bowiem normy i wartości, z których jedne stworzyły się od
zarania dziejów ludzkości, inne, młodsze, od powstania danego kręgu kulturowego.
Tak modna dzisiaj alienacja, poczucie własnej samotności, wyobcowania, jest, jak
się wydaje, wyrazem zbiorowej nerwicy ludzi współczesnego społeczeństwa i
współczesnej cywilizacji, którzy, straciwszy wiarę w dawne wartości, stracili
tym samym punkty zaczepienia dla swojej projekcji na zewnątrz, nie mając o co
zaczepić własnych pseudopodiów. Zamykają się zatem w sobie, przyjmują postawę
egocentryczna, a otaczający świat staje sią dla nich coraz bardziej obcy, a
nawet wrogi.
W praktyce psychiatrycznej, w której prawie stale ma się do czynienia z tego
rodzaju postawą, momentem decydującym o wyniku terapii jest właśnie przełamanie
egocentrycznego nastawienia pacjenta. Gdy widzimy, że chory pod wpływem samej
182
atmosfery oddziału, pod wpływem psychoterapii, leczenia farmakologicznego
zaczyna dostrzegać innych chorych, zaczyna widzieć cudze cierpienia, a nie tylko
swoje własne, gdy poczucie jego osamotnienia się zmniejsza, wówczas możemy
optymistycznie oceniać perspektywy leczenia. Wysuwanie więc osamotnienia
(samotności) człowieka jako zasadniczej cechy jego egzystencji wydaje się z
punktu widzenia psychoterapeutycznego niewłaściwe, a nawet szkodliwe.
Lęk przed śmiercią, nicością, związany jest z egzystencją człowieka. Oczywiście,
śmierć towarzyszy zjawisku życia. Umierają jedne komórki, by na ich miejsce
powstały nowe, gasną jedne uczucia, by na ich zgliszczach zapalały się nowe itd.
W otaczającej nas przyrodzie, choćby w porach roku, wciąż obserwujemy rytm
umierania i odradzania się. Zagadnienie stosunku do śmierci jest problemem
filozoficznym lub religijnym i nie czuję się powołany nawet marginesowo nim się
zajmować. Nie można zaprzeczyć, że lęk przed śmiercią występuje chyba w całym
świecie zwierzęcym, nawet na najniższych szczeblach rozwoju. Prawdopodobnie
jednak tylko człowiek potrafi lęk ten przezwyciężyć, gdy ujrzy sens swej śmierci
lub bezsens swojego życia. Życie w stałym lęku przed śmiercią jest wszakże czymś
patologicznym; może wynika on z poczucia bezsensu życia i tłumionej myśli, że
jedynym rozwiązaniem byłaby właśnie śmierć.
Reasumując, wydaje mi się, że jeśli chodzi o wnikliwość psychopatologiczną, to
psychiatrzy egzystencjaliści górują nad innymi współczesnymi kierunkami
psychiatrycznymi może dlatego, że ich własne założenia filozoficzne są tak
często zbliżone do patologii. W psychiatrii jednakże niektóre poglądy
psychiatrów egzy-stencjalistów mogą być wręcz szkodliwe.
O tzw. organiczności
Rozwój biologiczny metod badawczych w psychiatrii, a w szczególności
elektroencefalografii, pneumoencefalografii i badań biochemicznych uwrażliwił
wielu psychiatrów na dyskretne zmiany organiczne układu nerwowego, które dawniej
pozostałyby najprawdopodobniej nie dostrzeżone. Coraz częściej doszukujemy się
objawów organicznego uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego i tam, gdzie by
dawniej rozpoznano nerwice., psychopatią lub psychozą endogenną (np.
schizofrenię), stawia się rozpoznanie choroby organicznej.
W Polsce pionierskie w tym kierunku badania zostały przeprowadzone w ośrodku
gdańskim, a stworzony przez tamtejszego profesora psychiatrii, T. Bilikie-wicza,
termin „charakteropatia" przyjął się w naszej psychiatrii powszechnie. Wskazana
wyżej tendencja pozostała nie bez wpływu na charakter dotychczasowej
klasyfikacji zaburzeń psychicznych, która coraz bardziej odchodzi od podziału
objawów na rzecz wyróżniania ich przyczyn. Przez zespół psychoorganiczny rozumie
się dotychczas określony zespół objawów, w którym na pierwszy plan wysuwają się
zaburzenia pamięci.
Zaburzenia te w ostrym zespole psychoorganicznym występują gwałtownie w postaci
rozerwania określonego porządku czasowo-przestrzennego zapisów pamięciowych, do
czego dołączają się zaburzenia świadomości. Natomiast w przewlekłym zespole
psychoorganicznym zaburzenia pamięci narastają stopniowo; upośledzona jest
przede wszystkim czynność tworzenia nowych zapisów pamięciowych, a świeże zapisy
łatwo ulegają wymazaniu.
Tymczasem w klasyfikacji etiologicznej (tzn. według przyczyn) wiele zespołów o
odmiennym charakterze traktuje się dzięki udoskonaleniu metod badawczych jako
organiczne. Sytuacja ta skłania do nakreślenia w tym artykule kilku uwag
krytycznych.
Dotychczas nie dysponujemy zadowalającą definicją „organiczności". Terminu tego
używa się potocznie najczęściej w dwóch znaczeniach: jako przeciwstawnego
185
„funkcjonalności" i jako przeciwstawnego „psychiczności". W pierwszym wypadku!
kryterium rozróżniania stanowi współrzędna czasu. Gdy ją uwzględniamy,
traktujemyl zjawisko jako zmienne, czyli funkcjonalne. Gdy natomiast z rozważań
wyłączamy! czynnik czasu, wówczas to samo zjawisko staje się niezmienne. Do tego
podziału student medycyny jest wdrażany od pierwszych lat studiów. Pierwszy rok
poświęca się naukom morfologicznym, w których aspekt czasu odgrywa rolę
minimalną, ustrój jest jakby utwierdzony w jednym punkcie czasowym, co umożliwia
skoncentrowanie się na jego strukturze, a nie na czynnościach.
Patrząc na morfologię ustroju w aspekcie czasu, widzielibyśmy jej ustawiczną
zmianę. Proces życia polega bowiem na nieprzerwanej wymianie energetyczno-in-
formacyjnej ze środowiskiem. Żaden atom w ustroju nie pozostaje ten sam; swą
stałość utrzymuje tylko plan budowy i rozwoju. Na poziomie ultrastruktur,
dostępnych naszej percepcji dzięki mikroskopowi elektronowemu, granica między
obrazem morfologicznym a funkcjonalnym wyraźnie się zaciera. Zmianom
czynnościowym odpowiadają odpowiednie zmiany morfologiczne.
Dotychczasowe szkolenie medyczne opiera się jednak głównie na dwóch
przedmiotach: anatomii opisowej i anatomii patologicznej. Obie dyscypliny
przyzwyczajają studenta do widzenia ustroju ludzkiego w postaci jak gdyby
utrwalonej i przynajmniej do pewnego stopnia niezmiennej. W rzeczywistości, gdy
się uwzględni kategorię czasu, obraz ustroju - zarówno prawidłowy jak i
patologiczny - okazuje się jak najbardziej zmienny. Obraz anatomiczny dziecka
jest inny niż człowieka dorosłego. Obraz anatomopatologiczny, np. zapalenia
mózgu, będzie się przedstawiał całkiem odmiennie w zależności od faz procesu
chorobowego i w wypadku pełnego wyleczenia może się nie różnić od obrazu mózgu
zdrowego.
W praktyce na ogół stosujemy pojęcie „organiczności" wówczas, gdy zmiana
utrzymuje się długo (np. zwężenie naczyń wieńcowych wywołane procesem
miażdżycowym), a pojęcie „funkcjonalności", gdy zmiana utrzymuje się krótko, np.
gdy analogiczne zwężenie jest wywołane bodźcami emocjonalnymi. Nieuwzględnienie
czynnika czasu powoduje, że stwierdzoną zmianę traktuje się jako coś stałego i
nieodwracalnego; natomiast elementy funkcjonalne, w których współrzędna czasu
odgrywa istotną rolę, traktuje się jako odwracalne.
W drugim znaczeniu „organiczność" przeciwstawia się „psychiczności", jest czymś
namacalnym, konkretnym, czyli materialnym, podczas gdy „psychiczność" jest
pozbawiona tych atrybutów. „Organiczność" jest tu synonimem „materialno-ści".
Przy gwałtownym rozwoju metod badawczych to, co dawniej było traktowane jako
„psychiczne", staje się „organiczne", np. zapis pamięciowy wedle prawdopodobnej
hipotezy Hydena można traktować jako zjawisko par exce//e/7ce organiczne. Można
przypuszczać, że przy dalszym doskonaleniu metod badawczych nie znajdzie
186
się już zjawisk czysto psychicznych, gdyż dla każdego z nich uda się wyszukać
określone podłoże materialne.
Tu dochodzimy do konieczności opowiedzenia się za jedną z dwóch koncepcji
filozoficznych natury człowieka: dualistyczną lub holistyczną, czyli całościową.
W pierwszym wypadku, traktując ją jako złożoną z ciała i duszy, rozdzielamy
zjawiska na organiczne, czyli materialne, i na psychiczne, natomiast w drugim,
traktując ją jako całość, uważamy za psychicznie subiektywny aspekt każdego
procesu biologicznego. Nie ma materii ożywionej bez choćby najbardziej śladowego
przejawu życia psychicznego i - na odwrót - nie ma zjawisk psychicznych bez
podłoża materialnego.
W praktyce lekarskiej pojęcie „organiczności" - zarówno w znaczeniu
przeciwstawnym „funkcjonalności", jak i „psychiczności" - jest od wielu lat
szeroko stosowane. Świadczy to o jego użyteczności mimo braku przejrzyście
sprecyzowanej definicji. W naukach przyrodniczych - przeciwnie niż w naukach
normatywnych i humanistycznych - definicja jest celem, do którego się dąży, i
zawsze może być ona zmieniona, gdy fakty empiryczne tego wymagają. Wystarczy
choćby wspomnieć, że dotychczas nie dysponujemy zadowalającą definicją życia, a
fakt śmierci, z którym lekarz często się styka, nie ma wystarczającego
określenia.
Stwierdzenie „organiczności" zwykle mobilizuje lekarza do intensywniejszej
aktywności diagnostycznej i terapeutycznej, Stwierdziwszy na przykład, że ból
brzucha ma charakter organiczny (wrzód trawienny, zapalenie wyrostka
robaczkowego, zapalenie trzustki itp.), stajemy się znacznie czujniejsi i
bardziej aktywni niż wówczas, gdy przyczyną jest zwykłe przejedzenie (stan
przejściowy, funkcjonalny) lub napięcie psychiczne (stan taki może być wprawdzie
bardziej nawet długotrwały niż choroba organiczna, nie ma jednak podłoża
materialnego w sensie „grubych" metod badawczych, gdyż metodami bardziej
subtelnymi można stwierdzić różne zmiany fizjologiczne i biochemiczne, jest więc
to stan psychiczny).
W psychiatrii do pewnego stopnia istnieje sytuacja analogiczna: podejrzenie
„organiczności" mobilizuje nas do większej aktywności diagnostycznej i
leczniczej, w której słusznie zresztą szuka się pomocy lekarzy innych
specjalności (neurochirurgów, neurologów, internistów, endokrynologów, lekarzy
chorób zakaźnych, toksykologów itd.); niekiedy jednak pomoc taka jest bezcelowa
i wówczas termin „organiczny" oznacza przede wszystkim: nieodwracalny (np. w
wypadku charakteropatii lub tzw. schizofrenii „prawdziwej", którą pewni autorzy
traktują jako chorobę organiczną ośrodkowego układu nerwowego).
W medycynie, a szczególnie w psychiatrii pojęcie nieodwracalności jest sprzeczne
z podstawowym prawem dialektycznej „zmienności-niezmienności" życia i jego
pesymizm jest często nieuzasadniony.
187
I 1
Stojąc na gruncie jedności psychofizycznej człowieka i jednocześnie w każdym
badaniu uwzględniając współrzędną czasu, unika się pojęcia „organiczności", gdyż
każde zjawisko jest jednocześnie organiczne (w sensie materialności) i
psychiczne (w sensie subiektywnego aspektu życia) i każde zjawisko jest zmienne,
a często odwracalne, gdy się uwzględnia jego aspekt czasowy.
Pojęcie „organiczności" przez swoją konkretność łatwo narzuca się wyobraźni
chorego i jego otoczenia. Jest „coś" uchwytnego i namacalnego, co stanowi źródło
cierpienia i co przede wszystkim powinno być zaatakowane. Z wielu czynników
etiologicznych, pod których wpływem formuje się proces chorobowy, lekarze
wysuwają określony czynnik organiczny na pierwszy plan i na nim, jeśli to tylko
możliwe, skupiają się wysiłki leczenia.
Jest to odejście od koncepcji wieloczynnikowej etiologii w medycynie, która
szczególnie w psychiatrii wydaje się najwłaściwszym sposobem podejścia. W
psychiatrii bowiem - zarówno w diagnostyce, jak i w leczeniu - należy poruszać
się zawsze na trzech płaszczyznach: biologicznej, psychologicznej i
socjologicznej. Nawet w sprawach zdecydowanie organicznych, jak np. otępienie
miażdżycowe czy starcze, czynniki psychologiczne odgrywają nieraz rolę większą
niż czynniki biologiczne. Zresztą znana jest powszechnie niewspółmiernosc między
np. zmianami anatomopatologicznymi mózgu a obrazem psychicznym.
Znalezienie „organiczności" zwykle redukuje skomplikowany łańcuch zależności
mieszczący się we wspomnianych trzech płaszczyznach do jednego czynnika. Stanowi
w ten sposób duże uproszczenie, którego człowiek chętnie się chwyta, gdyż zawsze
model: jedna przyczyna - jeden skutek, jest mu bliższy niż powikłany model
wieloczynnikowej etiologii. Redukcja ta odnosi się również do wysiłków
leczniczych; łatwiej uderzyć w jednego wroga niż w wielu. W psychiatrii pojęcie
„organiczności" jest zwykle synonimem nieodwracalności, co oczywiście odbija się
niekorzystnie na ogólnym nastawieniu prognostycznym. Z kolei rokowanie posiada w
psychiatrii znaczenie swoiste, mając bowiem do czynienia z człowiekiem w
aspekcie całościowym, psychiatra obejmuje prognozą całego człowieka, a nie tylko
część jego ustroju.
Takie całościowe rokowanie nie może nie odbić się na stosunku chorego do samego
siebie. Mówiąc o chorym, że jest „organikiem", psychiatra tym samym zalicza go
do ludzi, których zmienić się już nie da, gdyż mają mózg „uszkodzony". I to
„uszkodzenie" jest główną przyczyną jego patologicznych sposobów zachowania się
i przeżywania.
Współczesne metody diagnostyczne pozwalają na odkrycie nawet drobnych uszkodzeń
mózgu. Należałoby wyjaśnić, jaki jest rzeczywiście ich stosunek do patologii
zachowania się i przeżywania, czyli do psychopatologii. Powszechnie
188
znany jest fakt, że ludzie po rozległych operacjach mózgu nie wykazują niekiedy
najmniejszych zmian psychicznych, że po ciężkich urazach głowy wychodzi się
niejednokrotnie bez szwanku, że prawdopodobnie częstsze, niżby się zdawało,
zapalenia mózgu przebiegają bezobjawowo, że ludzie z rozległymi zmianami
miażdżycowymi i starczymi mózgu mogą nie wykazywać najmniejszych objawów
psychicznej dekompensacji, dopóki jakiś uraz psychiczny, taki jak przejście na
emeryturę czy śmierć bliskiej osoby, jej nie wyzwoli. Z drugiej strony jesteśmy
skłonni przypisywać decydujące znaczenie w wyzwoleniu zmian psychopatologicznych
takim - błahym nieraz - czynnikom natury organicznej, jak nieznaczny uraz głowy,
przebyta lekka infekcja układu nerwowego, dyskretne zmiany w obrazie pneumo-
encefalograficznym czy elektroencefalograficznym.
Wydaje się, że nasza koncepcja ośrodkowego układu nerwowego jest wciąż zbyt
statyczna, a za mało dynamiczna. Niewątpliwie w jego funkcjonowaniu ważniejszą
rolę odgrywa stopień organizacji poszczególnych jednostek czynnościowych
(neuronów) niż ich bezwzględna ilość. Wiadomo, że od pewnego wieku codziennie
ginie kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy tych jednostek, a mimo to
niewątpliwie organiczna zmiana nie wpływa w uchwytny sposób na całość czynności
układu nerwowego.
Dotychczas obowiązująca klasyfikacja psychiatryczna opiera się przede wszystkim
na objawach. Osiowe objawy zespołu psychopatologicznego decydują o zaliczeniu go
do takiej czy innej grupy nozologicznej (tj. jednostki chorobowej). Jak
wspomniano, w wypadku zespołów psychoorganicznych tym kryterium wyróżniającym są
zaburzenia pamięci. Co się tyczy płaszczyzny etiologicznej, to wiadomo, że wiele
zespołów psychopatologicznych o obrazie odmiennym niż psychoor-ganiczne może być
uwarunkowanych organicznie. Odmienne fenomeny psychopa-tologiczne zostają
wówczas wyzwolone przez czynnik organiczny, np. osłabienie mechanizmów
hamulcowych w tzw. charakteropatiach, osłabienie zdolności integracyjnych w
zespołach schizofrenopodobnych, zachwianie normalnej oscylacji dynamiki życiowej
w zespołach cyklofrenopodobnych, napadowości w padaczce itp.
Ustalenie hierarchii ważności czynników etiologicznych jest w psychiatrii
niezwykle trudne i chyba na razie niemożliwe. Wydaje się więc w tej sytuacji, że
najostrożniejsza może być koncepcja etiologii wieloczynnikowej. Jeśli w systemie
klasyfikacyjnym tylko w odniesieniu do jednego zespołu używa się pojęcia
„organiczny" (zespół psychoorganiczny), to zapewne ma to swe uzasadnienie w tym,
że czynność pamięci jest najbardziej uzależniona od zasobu funkcjonalnie
sprawnych elementów układu nerwowego. Znaczne uszczuplenie tego zasobu może być
nawet wykryte mikroskopowo.
Z drugiej strony jednak ograniczenie liczby funkcjonujących neuronów może
189
być następstwem silnego wstrząsu emocjonalnego, jak na przykład w stanach
zamąceniowych, uwarunkowanych psychogennie. Natomiast czynnik „organiczności"
nie jest wysuwany na plan pierwszy tam, gdzie zaburzenie ma inny charakter, np.
w wypadku osłabienia procesów integracyjnych i tzw. metabolizmu informacyjnego,
jak w schizofrenii, napadowego wyładowania większej liczby neuronów, jak w
padaczce, zmiany oscylacji dynamiki życiowej, jak w cyklofrenii, zwiększenia
inercji procesów nerwowych i osłabienia procesów hamulcowych, jak w nerwicach i
psychopatiach.
W myśl koncepcji holistycznej (jednostki psychofizycznej) na pewno czynnik
organiczny w wymienionych wypadkach istnieje, lecz uszkadza inny mechanizm
czynności układu nerwowego, a poza tym nie zawsze daje się łatwo wykryć, tak jak
w wypadku zespołów psychoorganicznych, np. może on polegać tylko na zmianach
natury biochemicznej. Ale też na zmiany biochemiczne bez wątpienia wpływają
czynniki natury emocjonalnej, a więc psychicznej. Tak więc wszelkie zmiany
psychopatologiczne można uważać za organiczne, a tym samym termin ten traci
swoją istotność, przestaje bowiem stanowić kryterium klasyfikacyjne. Rozwój
psychofarmakologii pozwala nam coraz bardziej regulować stany psychiczne za
pomocą środków chemicznych, co oznacza, że każdy stan psychiczny ma swój
odpowiednik biochemiczny. Koncepcja biochemicznego uwarunkowania zapisów
pamięciowych (zmiany w strukturze RNA neuronów) przemawia z kolei za
„organicznym" (tj. materialnym) charakterem pamięci. Przy dalszym doskonaleniu
metod badawczych niedługo będziemy mogli dla każdej zmiany psychicznej - nie
tylko patologicznej -znaleźć odpowiednik organiczny, jeśli nie morfologiczny, to
przynajmniej biochemiczny. Fakt, że we współczesnej psychiatrii coraz częściej
odnajduje się „organiczność" i o niej coraz więcej się mówi, jest może
zapowiedzią tej niedalekiej przyszłości.
Li
O biologiczny model w myśleniu psychiatrycznym
W poszukiwaniu nowego i nieznanego człowiek chętnie posługuje się modelami.
Zbliżają go one do tego, co tajemnicze i jeszcze nie poznane przez bliskie,
zwykłe i codzienne. Na zasadzie analogii nowe zostaje włączone w stare. Model
jest łącznikiem między znanym-a nieznanym.
W ambiwalentnym stosunku do nowego - „i chciałbym, i boje. się" - model
zmniejsza napięcie lękowe, gdyż jest czymś znanym. Dziecko, bawiąc się lalką,
stwarza model otaczającej rzeczywistości, samo staje się dorosłym, a lalka
-dzieckiem, dzięki czemu tajemniczy świat dorosłych wydaje się bliższy i mniej
groźny.
Ambiwalentny stosunek do nowego jest charakterystyczną cechą wszelkich układów
sygnalizacyjnych, występujących w przyrodzie ożywionej. Z jednej strony
powtarzający się sygnał przestaje wywoływać reakcję (jest to Pawłowowskie
wygasanie odruchu orientacyjnego), układy sygnalizacyjne wciąż bowiem poszukują
„nowego", z drugiej zaś strony to „nowe" nie może być całkiem nowe, musi
zawierać coś ze struktur czynnościowych już istniejących, inaczej bowiem sygnał
staje się bez znaczenia dla ustroju i zostaje tym samym odrzucony.
Filogenetyczny i ontogenetyczny rozwój układów sygnalizacyjnych sprowadza się do
możliwości tworzenia coraz większej liczby modeli, które odzwierciedlają
otaczającą rzeczywistość, są jakby platońskimi cieniami tego, co dzieje się na
zewnątrz jaskini.
Idealnym modelem byłby taki, który równie dobrze pasuje do „starego", jak i
„nowego". Oczywiście model taki istnieć nie może, gdyż wówczas „nowe"
przestałoby być nowym, byłoby czymś dobrze znanym. Zawsze więc istnieje pewne
niedostosowanie modelu albo do nowej rzeczywistości, albo do tego, co już znane.
Dla człowieka nie tylko świat otaczający jest zagadką; jest on nią sam dla
siebie. I z obu tajemnic bardziej dręczącą wydaje się ta druga.
191
Gdy człowiek odrzucił moc bóstw i demonów i ustanowił się władcą otaczającego
świata oraz samego siebie, chętnie zaczął w zetknięciu z nieznanym -zarówno na
zewnątrz, jak i wewnątrz siebie- posługiwać się modelami technicznymi, i
Model techniczny ma tą wyższość nad innymi, że można go samemu skonstruować,
;, dzięki czemu zna się go najlepiej, ma się maksymalną
swobodę operowania i
całkowite poczucie władzy.
i I. . W myśleniu psychologicznym i psychiatrycznym
chętnie posługujemy się
i modelami technicznymi i dostosowanym do nich aparatem
pojęciowym właśnie
i ze względu na wspomnianą swobodę operowania. Odbija
się to na fachowym
j języku, w którym roi się od różnego rodzaju
„mechanizmów". Można nawet prze-
!: śledzić pewien paralelizm między rozwojem myśli
technicznej a psychologicznej.
I Mechaniczne modele psychiki, w których myśli,
uczucia, akty woli na kształt trybów
maszyny funkcjonowały w ustalonym porządku, były najbardziej popularne w '
okresie triumfu mechaniki. Freud zapoczątkował przejście od modeli mechanicznych
'j do modeli energetycznych, w których jeden rodzaj
energii przechodzi w inny,
;| następują różnego rodzaju przesunięcia i
transformacje. Wreszcie skierowanie
; myśli technicznej z pierwszego na drugie prawo
termodynamiki zbiega się w czasie
; z próbami wprowadzenia również do psychologii i
psychiatrii modeli cybemetycz-
I nych.
.¦ Modele mechaniczne, energetyczne i
cybernetyczne w dużej mierze pomogły
i lepiej zrozumieć psychikę człowieka. Można jednak
mieć wątpliwości, czy model
| techniczny rzeczywiście odpowiada rzeczywistości
psychologicznej; czy nie słusz-
¦j- niejsze byłoby operowanie modelem biologicznym.
Zakładając bowiem, że biologia
,. uczy nas o obiektywnej stronie życia, a psychologia
o subiektywnej, należy spo-
dziewać się pewnych analogii między prawidłowościami obiektywnymi a subiekty-!J
wnymi. Jest to holistyczna koncepcja życia, przeciwstawna dualistycznej, według
i której psychiczne steruje somatycznym, przy czym to
ostatnie przypomina skom-
plikowaną maszynę. Holistyczna koncepcja implikuje istnienie u wszystkich istot
i . żywych życia psychicznego choćby w najbardziej
zalążkowej postaci („psychoid"
Eugeniusza Bleulera). Życie i przeżycie są od siebie nieodłączne.
Spróbujmy obecnie zwrócić uwagę na pewne analogie między obiektywną :
(biologiczną) a subiektywną (psychologiczną) stroną życia.
Wszystkie istoty żywe, od najprostszych do najbardziej skomplikowanych (łą-,
cznie z człowiekiem), podlegają dwom zasadniczym prawom biologicznym: zacno-
¦ wania życia własnego i życia gatunku.
Zachowanie własnego życia wymaga niszczenia życia innych istot żywych. Jest to
więc prawo okrutne. Wiążą się z nim uczucia negatywne: uczucie agresji wobec
istoty, która ma ulec zniszczeniu lub uczucie lęku przed istotą, która może nas
192
zniszczyć. Bardziej „humanitarnie" przedstawia się to prawo u roślin, które
czerpią energią ze Słońca. Oczywiście pierwsze prawo nie jest źródłem samych
tylko uczuć negatywnych; zachowanie własnego życia, zaspokojenie podstawowych
potrzeb biologicznych, zwycięstwo nad wrogiem itp. wyzwalają bardzo silne
uczucia o znaku dodatnim (rozkoszy, przyjemności, ulgi, radości itp.); są to
jednak uczucia egocentryczne i prawdopodobnie dlatego krótkotrwałe.
Czasoprzestrzeń przeżywającego je podmiotu jest zamknięta, nie ulega ekspansji.
Wydaje sią bowiem, że uczucia są związane z zasadniczą orientacją ruchową w
świecie otaczającym. Orientacja ta może być dwojaka: „do" lub „ku", gdy się do
świata zbliża i chce sią z nim zespolić, „od", gdy sią od niego ucieka czy też
chce sią go zniszczyć.
Postawa „do" jest źródłem uczuć pozytywnych, tj. uczuć o znaku dodatnim,
oznaczającym, że przy całym ich zróżnicowaniu są one odczuwane jako przyjemne.
Natomiast postawa „od" jest źródłem uczuć negatywnych; znak ujemny oznacza ich
nieprzyjemny charakter. Odpowiada to pojęciom Freudowskiego Lust i Unlusł
Prinzip, Pawłowowskiego wzmocnienia dodatniego i ujemnego, propulsji i repulsji
Szumana.
Zachowanie własnego życia wymaga stosowania drugiej postawy: walki i ucieczki, a
jeśli jest ona źródłem uczuć pozytywnych, to uczucia te nie są skierowane na
zewnątrz, tylko do wewnątrz: radość z samego siebie, z zachowania życia, z
nasycenia potrzeb życiowych. Takie egocentryczne uczucie wygasa jednak szybko,
gdyż w świecie żywym, z wyjątkiem roślinnego, istnieje potrzeba ruchu; do świata
otaczającego trzeba sią zbliżać lub przed nim uciekać, czy też starać sią go
zniszczyć.
Natomiast prawo zachowania życia gatunku wiąże się z postawą „do", można je wiąc
uznać za źródło uczuć pozytywnych. W akcie seksualnym osiąga się bowiem
maksymalne zespolenie z otoczeniem.
W przyrodzie ożywionej wyraźnie dominuje typ reprodukcji seksualnej; występuje
on nawet w najprostszych formach życia (np. u bakterii). Dzięki temu świat
przyrody ożywionej cechuje indywidualność, która byłaby słabiej wyrażona przy
rozmnażaniu bezpłciowym. Genotypy byłyby wówczas identyczne (z wyjątkiem
wypadków mutacji), a w związku z tym fenotypy znacznie bardziej podobne do
siebie niż przy rozmnażaniu płciowym. Wspomnianej indywidualności nie ma w
światach nieożywionym i technicznym i dlatego nużą one swą monotonią. W wyniku
reprodukcji seksualnej prawo zachowania gatunku wiąże się z podstawową
orientacją ruchową „do" - trzeba szukać partnera seksualnego i z nim się
złączyć.
Nie wiemy, co przeżywa motyl, który wykluwszy się z poczwarki, wiedziony
zapachem samiczki, rozpoczyna swój lot godowy, czasem na odległość kilkunastu
kilometrów, żyjąc dosłownie powietrzem tylko i miłością, gdyż nie jest zdolny do
-|QQ Anus mundi
,
pobierania pożywienia. W każdym razie może on być symbolem miłości. Jego I ot
jest klasycznym przykładem orientacji ruchowej „do". Ta orientacja jest podstawą
wszelkiej więzi społecznej, począwszy od najmniejszej grupy organizacyjnej, tj.
rodziny.
Analogicznie jak w wypadku pierwszego prawa biologicznego, tak i w
funkcjonowaniu prawa zachowania gatunku do uczuć typowych dla danej sytuacji
mogą dołączać się uczucia o znaku przeciwnym. Obok miłości mogą występować lęk i
agresja. Wystarczy sobie wyobrazić, co przeżywa samiec modliszki pożerany przez
swą ukochaną w czasie kopulacji. A z psychologii człowieka dobrze znany jest
fakt ambiwalencji silnych uczuć („kocham" i „nienawidzę").
Może nie będzie przesadą twierdzenie, że leczenie w psychiatrii sprowadza się w
głównej mierze do redukcji uczuć lęku i agresji za pomocą metod farmako-,
psycho- i socjoterapeutycznych. Gdy chory czuje się bezpieczny i nie zagrożony,
łatwiej wyzwala się u niego orientacja „ku" światu otaczającemu, przytłumiona
uprzednio przez uczucia negatywne. Psychopatologia uczuć jest w psychiatrii
osiowym problemem i - jak się zdaje - uświadomienie sobie ich biologicznego
podłoża może uprościć wiele koncepcji psychologicznych.
Jedną z zapewne najbardziej charakterystycznych cech życia jest metabolizm:
ustawiczna wymiana energetyczna między żywym ustrojem a jego środowiskiem. Żaden
atom w ustroju nie pozostaje ten sam, wszystkie podlegają ciągłej wymianie,
niezmienny jest tylko plan genetyczny. Bodźce środowiskowe wyzwalają tkwiące w
tym planie możliwości indywidualne. Przerwanie wymiany energetycznej ze
środowiskiem jest równoznaczne ze śmiercią. Inaczej mówiąc, twory świata
ożywionego w przeciwieństwie do tworów przyrody nieożywionej i świata
technicznego, są układami otwartymi, tj. takimi, które mogą istnieć tylko w
stałej wymianie ze swoim środowiskiem. Z niego czerpią one energię potrzebną do
życia i przekształcają ją według indywidualnego planu genetycznego. Ustroje,
które czerpią energię z innych istot żywych, muszą wciąż się poruszać,
rozszerzać swoją przestrzeń życiową, gdyż w tej samej przestrzeni zabrakłoby,
wkrótce zasobów energetycznych. Jak wspomniano, ruchu wymaga też poszukiwanie
partnera seksualnego. W świecie roślinnym zaspokojenie obu praw biologicznych
dokonuje się bardziej biernie.
Wszelki ruch organizmu żywego wymaga dostatecznej orientacji w otaczającym
środowisku. Do tego celu służy, jeśli można tak się wyrazić, „metabolizm
informacyjny". Nawet istoty jednokomórkowe mają zdolność odbierania sygnałów
otoczenia i reagowania na nie, tj. wysyłania sygnałów do otoczenia. Nie ilość
energii zawarta w sygnale, ale ilość informacji, tj. jego znaczenia dla ustroju,
odgrywa tu rolę. Sygnał wysyłany przez otoczenie staje się jakby symbolem, a z
kolei modelem tego, co w nim się dzieje. Natomiast sygnał wysyłany przez ustrój
może być takimż
194
a
symbolem dla otoczenia. W miarę rozwoju układu sygnalizacyjnego (receptory,
komórki nerwowe, efektory) coraz bogatsza staje się wymiana sygnalizacyjna z
otoczeniem, dzięki czemu model świata otaczającego bardziej odpowiada
rzeczywistości, a formy reagowania stają się różnorodniejsze. Człowiek osiągnął
tu maksimum rozwoju i można by zaryzykować twierdzenie, że „metabolizm
informacyjny" odgrywa u niego większą rolę niż energetyczny.
Warunkiem wejścia w wymianę energetyczną i informacyjną ze środowiskiem jest
przyjęcie postawy „ku" środowisku. Wprawdzie ucieczka i walka (postawa nod")
jest też nieodzowna do zachowania życia, niemniej jednak zasadniczym tłem dla
zachowania dwu podstawowych praw biologicznych musi pozostać postawa zbliżenia
do świata. I niemożliwe jest całkowite porzucenie świata ani jego doszczętne
zniszczenie.
Wymianą energetyczną i sygnalizacyjną w ustroju jednokomórkowym kieruje zawarty
w jądrze komórkowym plan genetyczny. Jądro łączy się za pomocą skomplikowanej
sieci kanalików i błon z błoną komórkową, toteż jest ona pod stałą kontrolą
planu genetycznego i od niego zależy, jakie elementy energetyczne lub
sygnalizacyjne mogą wejść do komórki lub z niej wyjść. Uszkodzenie błony
komórkowej prowadzi do chaotycznego mieszania się wnętrza komórki z jej
środowiskiem, co kończy się śmiercią komórki.
W przedchorobowym okresie życia chorych na schizofrenię można zwykle prześledzić
przewagę postawy „od" świata, co raz bywa bardziej uwarunkowane genetycznie, a
raz środowiskowo (np. „schizofrenogenna" matka, „schizofrenogen-na" rodzina). W
każdym razie postawa taka utrudnia pełne współistnienie ze światem otaczającym.
Narasta wtedy autyzm, postawa „ku" realizuje się tylko w świecie marzeń. Aż
wreszcie dochodzi do zerwania granicy oddzielającej normalnie świat wewnętrzny
od świata otaczającego. To, co się dzieje wewnątrz, staje się dla chorego
zewnętrzną rzeczywistością i - na odwrót - powstaje chaos. Autyzm i
rozszczepienie, dwa bleulerowskie osiowe objawy schizofrenii, byłyby w istocie
swojej zaburzeniami wymiany ze środowiskiem i dezorganizacją porządku
indywidualnego dla każdego ustroju. Na modelu komórkowym byłoby to równoznaczne
z zaburzeniem czynności jądra i błony komórkowej.
Poziom aktywności (tj. metabolizmu) żywego ustroju nie jest stabilny, lecz
chwiejny; zachodzą w nim stałe oscylacje (również skomplikowane układy
techniczne są układami oscylującymi). Mitochondria są głównymi siłowniami
komórki i możliwe, że od nich w poszczególnej komórce oscylacje te zależą.
Normalne oscylacje dynamiki życiowej, subiektywnie odczuwane jako wahania
nastroju, u chorych na cyklofrenię przybierają patologiczną amplitudę. W modelu
komórkowym odpowiadałoby to dysfunkcji mitochondrialnej.
195
Zarówno wartości energetyczne, jak i informacyjne, zanim staną sią częścią^
składową ustroju, muszą być rozbite na proste elementy, z których dopiero ustrój
buduje swoją substancją i swoje struktury czynnościowe. Jeśli błona komórkowa
poszczególnej komórki przepuści większe cząsteczki, to ulegają one stopniowemu
przetrawieniu do cząsteczek elementarnych w lizosomie.

U neurotyków obserwuje się niemożność „przetrawienia" swych spraw życiowych. A


więc w modelu komórkowym sprawa ograniczałaby się do lizosomu.
Prawdopodobnie niejednemu czytelnikowi powyższa koncepcja modelu biologicznego,
zwłaszcza zredukowanego do pojedynczej komórki, wyda się absurdalna. Niemniej
jednak słuszne jest chyba dążenie, ażeby w psychologii i psychiatrii w miejsce
modeli technicznych próbować wprowadzenia modeli biologicznych, z natury swojej
bliższych rzeczywistości psychologicznej niż te pierwsze.
¦¦«*.
Czy kryzys
stosunku lekarza do chorego
Psychiatra angielski pochodzenia węgierskiego, Balint, pisze, że najczęściej
używanym lekiem w praktyce lekarskiej jest sam lekarz. Fakt ten, choć znany od
zarania medycyny, nie był przedmiotem badań naukowych ani nie wchodził w
oficjalny program studiów lekarskich. Tej swoistej „farmakologii" - właściwego
stosunku do chorego - uczył są adept sztuki lekarskiej od swego mistrza,
bezpośrednio przy łóżku chorego. Od wzoru nauczyciela, od cech osobowości i od
postaw etycznych ucznia zależało, w jaki sposób ukształtowało się jego podejście
do chorego.
Wprawdzie naukowe opracowania nie biorą zazwyczaj tego momentu pod uwagą, ale z
codziennej obserwacji wiadomo, jak dalece wynik metody leczniczej zależy od
tego, kto i w jaki sposób tę metodę stosuje. Nieraz zdarza się, że ten sam lek u
tego samego chorego, zapisany przez lekarza X, nie działa, a zapisany przez
lekarza Y daje wspaniałe wyniki. Oczywiście, stopień działania tego nie
oznaczonego czynnika, określanego zazwyczaj - choć niezbyt słusznie - mianem
działania sugestywnego, jest dużo większy w nerwicach, a mniejszy lub nawet
minimalny w schorzeniach ściśle somatycznych.
Powstaje jednak pytanie, czy istnieją schorzenia „ściśle somatyczne". Stosowanie
kartezjańskiego dualizmu nie wydaje się zgodne z duchem współczesnej medycyny.
Zbyt wiele faktów zarówno fizjologicznych, jak i klinicznych przemawia za
ścisłym powiązaniem tego, co zwykle określamy jako „cielesne", z tym, co
określamy jako „psychiczne". Podobnie jak nie możemy izolować zaburzenia
czynności czy budowy jednego narządu od całości organizmu (np. nie możemy mówić
o chorobie wątroby, nie uwzględniając innych systemów ustroju i całości procesów
biochemicznych), tak samo nie możemy oddzielać „psychicznego" od „somatycznego".
Podział taki jest sztuczny, niezgodny z biologicznym i psychicznym doświad-
197
czeniem i prawdopodobnie wynika z subiektywnego poczucia własnego „ja", któ-j
rego stosunek do swego ciała jest stosunkiem władcy do niesfornego niewolnika*
lub działającego podmiotu do biernego przedmiotu.
Lekarz nie leczy złamania nogi, choroby nerek, płuc, serca, lecz chorego ze
złamaną nogą, chorego z uszkodzeniem nerek itp. Nie chodzi tu o odmianę, słów,
lecz o praktyczną i dość banalną uwagę, że leczymy chorego człowieka, a nie
chory narząd. Złamanie kończyny identyczne w lokalizacji stanowi inny problem
lekarski u dwudziestoletniego chorego niż u siedemdziesięcioletniego.
Podobnie nie możemy mówić o chorobach „psychicznych" w przeciwstawieniu do
chorób „somatycznych". Pojęcie „chorej duszy" jest równie fałszywe, jak pojęcie
„chorego ciała". Mamy do czynienia nie z chorym ciałem czy chorą duszą
(psychiką), ale z chorym człowiekiem.
W przypadku np. „chorego psychicznie" na pierwszy plan wysuwają się zaburzenia w
zachowaniu, powodując nazwę „wariat" (czyli „inny" - od łacińskiego variuś).
Odpowiednikiem zewnętrznej zmiany zachowania się jest oczywiście zmiana w
subiektywnym świecie własnych doznań i przeżyć, które zadziwiają niekiedy swoim
bogactwem i dramatycznością. W ten sposób chory staje się „inny" zarówno
zewnątrz, jak i wewnątrz. Biorąc pod uwagę tylko etymologię słowa, a pomijając
pejoratywną jego stronę, określenie „wariat" wydaje się ściślejsze i bardziej
bliskie istoty sprawy niż określenie „chory psychicznie". Co powoduje tę zmianę,
nie wiemy, jednak nie tylko momenty psychologiczne, ale i genetyczne,
biochemiczne, strukturalne (np. uszkodzenie systemu nerwowego) i wiele innych
jeszcze nie poznanych czynników. Wyrażenie więc „chora psychika" wydaje się
również niesłuszne z punktu widzenia etiopatologii.
Powyższe, długie nieco, wywody miały przypomnieć znany od zarania medycyny fakt,
że lekarz leczy chorego, a nie chory narząd. Sprawa nie jest jednak tak prosta i
oczywista, jakby się pozornie zdawało. Od kilkudziesięciu lat medycyna staje się
coraz bardziej nauką, i to nauką posługującą się metodą stosowaną w naukach
ścisłych (układ cgs, zależność między zjawiskami ujęta w funkcje matematyczne).
To postawa naukowa, w którą wdrażany jest medyk od pierwszego roku studiów,
doprowadziła do tak olbrzymich osiągnięć, o jakich nie było mowy przed
kilkudziesięciu, a nawet kilkunastu laty.
W postawie tej tkwią jednak pewne niebezpieczeństwa. Zmusza ona do stosowania
metody wyłączania. Grupę zjawisk, mającą być przedmiotem obserwacji, izoluje się
w sposób sztuczny z całego pola obserwacyjnego, by móc w formie jak najprostszej
funkcji wyrazić zależność poszczególnych zjawisk od siebie. Trudno wyobrazić
sobie naukową obserwację człowieka jako całości, obserwację, która obejmowałaby
całość procesów biochemicznych, fizjologicznych, psychologicz-
198
nych, socjologicznych itd. Takiego zadania nie mógłby podjąć się żaden
naukowiec, uważałby je za wręcz absurdalne i śmieszne, gdy tymczasem lekarz
praktyk zmuszony jest próbować takiej całościowej, choćby nie naukowej analizy w
czasie każdego zetknięcia z chorym. Stara się widzieć chorego nie tylko w
aspekcie fizjologicznym i patofizjologicznym, lecz także w aspekcie
psychologicznym jego codziennych konfliktów, radości i zmartwień, wreszcie w
aspekcie socjologicznym - na tle jego środowiska społecznego.
Wiedza lekarska składa się współcześnie jakby z dwóch tomów: jeden z nich jest
wydany świeżo, wciąż poszerzany, ściśle naukowy, pełen ilustracji, wykresów,
matematycznych analiz, drugi zaś stary, zniszczony, zapomniany, choć mieści w
sobie sumą wielowiekowych doświadczeń lekarskich. Ten drugi tom, składający sią
z wnikliwych, choć nie ujętych w naukowe formy obserwacji wielu pokoleń
lekarskich, jest wciąż podstawą medycyny i trudno wyobrazić sobie lekarza, który
by w swojej praktyce korzystał wyłącznie z pierwszego tomu, a w diagnostyce czy
leczeniu postępował tylko w myśl surowych reguł współczesnej metody naukowej.
Sprawą filozofów zajmujących się teorią poznania jest rozstrzygnięcie, czy
uciążliwa droga badawcza, jaką stworzyła współczesna nauka, jest jedyną drogą
prowadzącą do poznania. Jeśli tak, to co zrobić z sumą doświadczeń i obserwacji
lekarskich gromadzonych przez setki lat, wprawdzie nie według ostrych reguł
współczesnej nauki, niemniej jednak stanowiących podstawę wiedzy lekarskiej.
Gdy po ukończonych studiach młody lekarz staje wobec chorego człowieka, to nie
może - jak w eksperymencie naukowym - pozwolić sobie na zawężenie do minimum
pola badawczego, tak by móc obserwowane zjawiska ująć w proste korelacje; musi
ogarnąć całość problematyki chorego człowieka i często pomocne są nieksiążkowe i
nienaukowe rady starszych kolegów i własne doświadczenia życiowe, słowem, to
wszystko, co nie wchodzi w zakres medycyny, pojętej jako nauka ścisła.
Druga trudność związana ze stosowaniem postawy naukowej w codziennej praktyce
lekarskiej polega na zjawisku, które można by określić mianem „uśmiercania
obserwowanego przedmiotu".
Mimo olbrzymiego postępu techniki badawczej jest ona wciąż jeszcze zbyt
prymitywna, by pozwalała na badanie zjawisk w ich dynamicznym aspekcie. Trudno
nam jeszcze wyjść z trójwymiarowej przestrzeni w przestrzeń czterowymiarową i
posługiwać się swobodnie czwartym wymiarem - czasem. Zazwyczaj postępujemy w ten
sposób, że z niesłychanie skomplikowanego procesu dynamicznego, popularnie
zwanego życiem, wybieramy jeden moment, w którym dokonujemy jakby poprzecznego
przecięcia i otrzymany już statystyczny obraz poddajemy analizie. To przecięcie,
czyli wyłączenie wymiaru czasowego, jest właśnie „uśmierceniem",
199
czy w sensie dodownym, jak na przykład w badaniach anatomicznych lub histo- j
logicznych, czy w przenośnym, jak np. w psychiatrii, gdzie posługując się
przekrojem poprzecznym, jakby „utrwalamy" różne zjawiska patopsychiczne,
naklejamy j na nie różne mniej lub więcej skomplikowane etykiedy z nazw greckich
i łacińskich. Postępujemy tak, jak gdybyśmy nagie zatrzymali wyświetlany film na
jednej klatce; wówczas postacie występujące w filmie zastygają w jednym geście i
w jednym wyrazie mimicznym, co .,aje zazwyczaj wrażenie komizmu lub grozy. W
psychiatrii to wrażenie komizmu czy guzy określamy mianem dziwaczności.
W niektórych naukach lekarskich, jak na przykład w fizjologii czy biochemii,
powtarzając poprzeczne cięcia, staramy się odtworzyć dynamiczny przebieg
zjawiska. Odtworzenie to jest jednak mniej lub bardziej sztuczne, zwłaszcza że
nawet najsubtelniejsza metoda uszkadza zarówno czynność, jak i budowę
obserwowanego procesu życiowego.
Drugie więc niebezpieczeństwo postawy naukowej w stosunku lekarza do chorego
polega na skłonności do uważania pacjenta za „martwy" przedmiot, tj. do ujęcia
statycznego i strukturalnego, które jest znacznie łatwiejsze od ujęcia
dynamicznego.
Wreszcie trzecia trudność tkwi, jak się zdaje, w samej organizacji nauk
lekarskich. Niesłychanie gwałtowny rozwój medycyny jako nauki w ostatnich
kilkudziesięciu latach spowodował zmianę dotychczasowej struktury pracy naukowej
w kierunku maksymalnej specjalizacji i kolektywizacji. Pracownik naukowy, który
jeszcze przed półwiekiem obejmował, jeśli nie całość, to dużą część wiedzy
lekarskiej, dziś z konieczności musi się ograniczyć do wąskiej specjalności. Im
bardziej zacieśni swe pole badawcze, tym większe ma szansę osiągnięcia jakichś
sukcesów.
To zwężenie pola badawczego ma jednak swe ujemne strony. Między poszczególnymi
wąskimi specjalnościami powstają luki, „ziemie niczyje", które nierzadko mogą
się okazać terenami bardzo płodnymi dla dalszej twórczości naukowej. Każda
specjalność wytwarza swoją problematykę i swój język naukowy. Języki te stają
się z czasem tak wyspecjalizowane, że lekarze przestają się między sobą
rozumieć. Powstaje pewnego rodzaju „wieża Babel" współczesnej medycyny.
Naukowiec pracujący nieraz przez całe swe życie na wąskim odcinku naukowym ma
wprawdzie szansę osiągnięcia pewnych wyników, ale traci przyjemność szerszego,
perspektywicznego spojrzenia na zagadnienia lekarskie.
Nie tylko zwęziło się pole badawcze, ale zmienił się również sam charakter pracy
naukowej. Może najlepiej tę zmianę wyraża język angielski, określając naukowca
jako research worker. Określenie to nie jest tylko wyrazem skromności naukowej;
odzwierciedla ono dosadnie sam charakter pracy współczesnego naukowca. Mimo
całego szacunku, jakim nauka cieszy się w świecie współczesnym,
200
naukowiec dzisiejszy nie jest już wielkim uczonym ze schyłku ubiegłego i
początku bieżącego stulecia, uczonym, który rzucał śmiałe koncepcje i hipotezy i
sam radził sobie z problematyką dowolnie przez siebie wybraną. Był bardziej
artystą niż uczonym w dzisiejszym tego słowa znaczeniu.
Dziś jest on „pracownikiem naukowym", takim samym pracownikiem, jak robotnik w
hali maszyn czy urzędnik w wielkim aparacie biurokratycznym. Tak jak i oni stał
się przysłowiowym „kółkiem" w potężnym procesie produkcyjnym. Musi
podporządkować sią planowaniu, jeśli nawet nie ze wzglądu na aktualny interes
społeczny, to z uwagi na konieczność zachowania pewnego wspólnego kierunku i
synchronizacji w indywidualnych badaniach, tak by mogły razem pokryć jakieś
szersze pole badawcze. Coraz częściej zmuszony jest do pracy kolektywnej, gdyż
sam nie jest w stanie opanować skomplikowanych i różnorodnych metod badawczych.
Swoją fantazję naukową i twórczą inwencję musi podporządkować coraz twardszym
rygorom wymaganym od pracy naukowej.
Gdyby zastosować współczesne rygory naukowe do dawnych prac badawczych, to
większość z tych prac należałoby uznać za nienaukowe. Staje się więc współczesny
pracownik naukowy pracownikiem bezimiennym, poddanym dyscyplinie zewnętrznej,
zamiast tak ważnej w myśleniu naukowym dyscyplinie wewnętrznej.
Sumując, można by powiedzieć, że postawa pracownika nauki nie zawsze pokrywa się
z postawą lekarza praktyka. Od praktyka wymaga się całościowego ujęcia problemu
- problemem tym jest chory człowiek; od naukowca zaś jak największego zwężenia
pola badawczego. Praktyk musi operować w przestrzeni czterowymiarowej, ujmować
zjawiska jak najbardziej dynamicznie w ich aspekcie rozwojowym, tak jak to robił
dawny lekarz domowy, który nierzadko widział chorego od momentu urodzenia aż do
śmierci. Pracownikowi naukowemu, dążącemu zawsze do maksymalnego zredukowania
zmiennych niezależnych, łatwiej operować w przestrzeni trójwymiarowej, bez
uwzględniania czwartego wymiaru - czasu, łatwiej jest ujmować obserwowane
zjawisko statycznie lub strukturalnie.
Pola badawczego, jakim jest chory, nie można zwęzić ani ustalić w czasie; jest
to zjawisko jedyne, niepowtarzalne, wiecznie żywe i zmienne, zaskakujące nie
dającymi się przewidzieć reakcjami. Wobec chorego nie można więc zachować
postawy naukowego badacza, postawy podmiotu do obserwowanego przedmiotu; z
konieczności musi się przejść na jedną z postaw wymaganych w stosunkach
międzyludzkich.
Spośród niesłychanego bogactwa przeróżnych form międzyludzkich stosunków
stosunek lekarza do chorego i chorego do lekarza jest stosunkiem specyficznym.
Historia jego sięga daleko w czasy prehistoryczne, może jest równie stara, jak
historia rodziny. Stosunek tych dwóch osób, z których jedna znajduje się w kręgu
201
cierpienia, niemocy, a nawet śmierci, a druga pod ciężarem przytłaczającej
odpowiedzialności za życie i zdrowie swego partnera - rozgrywa się w atmosferze]
intymności i nierzadko niesłychanego, choć nie zawsze uświadomionego napięcia!
emocjonalnego. Postawa naukowa i wiedza książkowa nie zawsze są tu
najważniejsze; czasem większą rolę odgrywa codzienne doświadczenie lekarskie i w
ogóle życiowe oraz pewne cechy charakterologiczne, jak poczucie
odpowiedzialności, takt i umiejętność wczucia się drugiego człowieka, cechy,
które lekarz kształtuje w sobie na równi ze zdobywaniem wiedzy fachowej.
Drugie wielkie osiągnięcie współczesnej medycyny - obok nadania jej charakteru
naukowego - mianowicie jej uspołecznienie, ma też swoje ujemne strony, jeśli
chodzi o stosunek lekarza do chorego. Jednym z paradoksów życia jest może to, że
nie ma spraw idealnie dobrych czy złych, że dobre ma cień złego, a złe -dobrego.
Nie znaczy to, by z powodu „złego" cienia wstrzymywać naukowy postęp medycyny
czy proces jej uspołecznienia. Procesu tego zresztą powstrzymać się nie da; jest
on, jak się zdaje, związany nie tylko z procesem socjalizacji społeczeństw, lecz
z samą strukturą współczesnej medycyny, która staje się coraz bardziej
skomplikowana, techniczna i tym samym koszta leczenia przekraczają znacznie
możliwo-x ści finansowe przeciętnego chorego; z konieczności
więc ciężar ekonomiczny
lecznictwa spada na państwo.
Z dodatnich stron uspołecznienia medycyny, jeśli chodzi o stosunek do chorego,
na pierwszym miejscu należałoby wymienić zniesienie momentu ekonomicznego,
atmosfery kupieckiej, jaka z konieczności wytwarzała się między lekarzem a
chorym przy pieniężnym wzmocnieniu ich wzajemnego stosunku. Wprawdzie można
spotkać się ze zdaniem, że chory dopiero wtedy docenia poradę lekarską, gdy
dobrze za nią zapłaci, twierdzenie to jest jednak tylko pozornie słuszne.
Rzeczywiście, każdy chory chce jakby związać lekarza z sobą; nie mając innego
sposobu, czyni to za pomocą pieniędzy lub prezentów. Chory sądzi, że za pomocą
pieniędzy wzmocni wzajemny stosunek, zdobędzie sobie troskę i uczucie lekarza.
Jest to więc w pewnym sensie postępowanie analogiczne do starań starzejącego
i :J się pana, który za pomocą pieniędzy czy prezentów
chce zdobyć uczucia swojej
I Jj młodej bogdanki. Do wyjątków jednak należy
prawdziwość i trwałość kupionych
'' uczuć.
Chory za pieniądze kupuje usługi lekarza, ale usługi to nie tylko wiedza
fachowa, ale cała postawa psychiczna, stosunek emocjonalny do chorego;
właściwiej byłoby rzec, że kupuje lekarza. Możliwe, że tego typu układ stosunku
lekarz--chory jest reliktem z czasów, gdy lekarz był niewolnikiem swego pana. i
Lekarz z kolei żyje pod wrażeniem, że jego wiedza, troska o chorego, czasem
j i olbrzymi wysiłek umysłowy i emocjonalny zostały
kupione. Obniża to poczucie
202
jego własnej wartości i szacunku do samego siebie, bo cała jego wartość może być
przeliczona na pieniądze. Te. obniżkę własnej wartości nierzadko kompensuje
przesadną pewnością siebie, podkreślaniem swego autorytetu, a nawet traktowaniem
z góry swego pacjenta.
Tak wiąc autorytet, który ma się rzekomo wytwarzać w układzie pieniężnym
stosunku lekarza do chorego, jest autorytetem sztucznym, maskującym wzajemny
brak prawdziwego szacunku człowieka do człowieka. W stosunku tym jedna ze stron
uważa drugą za kupionego speca, coś w rodzaju mózgu elektronowego do stawiania
rozpoznania i leczenia, druga zaś kompensuje swoje poniżenie traktowaniem
chorego z wysokości autorytetu naukowego. W obu więc wypadkach jeden z
najpiękniejszych związków istniejących w międzyludzkich stosunkach, jakim jest
związek lekarza z chorym, zostaje zniekształcony w stosunek podmiotu do
przedmiotu.
Uspołecznienie medycyny uwalnia lekarza od ekonomicznej zależności ze strony
chorego i oczyszcza tym samym atmosferę stosunku tych dwóch osób. Jest jednak
pewne „ale". Lekarz, uwolniwszy się od płatnej służby u chorego, staje się z
kolei płatnym sługą społeczeństwa, ściślej mówiąc, jego politycznej organizacji,
tj. państwa. Grozi mu niebezpieczeństwo zamienienia się w urzędnika, pociągające
za sobą traktowanie chorego w sposób biurokratyczny, tak jak traktuje się
„stronę" w urzędzie. Sam, czując się kółkiem w wielkiej machinie społecznej,
może też uważać swego chorego za takie „kółko", zarówno więc „unaukowienie"
medycyny, jak i jej uspołecznienie noszą w sobie groźne możliwości
odhumanizowania stosunku lekarza do chorego.
Poza tym oba te prądy zmniejszają w pewnym sensie poczucie odpowiedzialności i
liczenia na własne siły. Lekarz przestaje sobie dowierzać, szuka oparcia w
skomplikowanej aparaturze technicznej, w rzeszy specjalistów i w aparacie
organizacyjnym służby zdrowia. Wobec chorego nie bierze już pełnej
odpowiedzialności na siebie i gestem kelnera odsyła go do „kolegi".
Spróbujmy wczuć się w drugiego partnera i wyobrazić sobie, jak współczesna
medycyna przedstawia się w oczach chorego. Z prasy i popularnej literatury ma on
może nawet nieco przesadne wyobrażenie o jej możliwościach. Autorytet nauki, a w
szczególności nauk lekarskich, jest bowiem jednym z niewielu autorytetów, które
wyszły cało, a nawet wzmocnione, z wielkiej ich klęski, jaką ze sobą przyniosła
ostatnia wojna.
Oto najbanalniejszy przykład: chory czuje się znękany, znużony, ma bóle głowy,
bicia serca, stracił apetyt, nie może wydajnie pracować, wszystko zapomina,
wszystko go drażni. Ponieważ od dłuższego czasu czuje się źle, szuka ratunku we
wspaniałej współczesnej medycynie. Staje w kolejce, cierpliwie czeka na
otrzymanie
203
bloczka, a potem na lekarza. Choć ma już dość „ogonków" w codziennym życiu,
rozumie jednak, że trzeba poczekać, że lekarze są przepracowani, że medycyna
jest czymś wielkim, prawie świętym. Wreszcie dostaje się do lekarza. Ten
niecierpliwie wysłuchuje skarg; wydają mu się banalne; w poczekalni czeka
jeszcze tłum chorych i może nawet podejrzewa, że chory trochę przesadza, chcąc
uzyskać zwolnienie. Na wszelki wypadek, by nie popełnić najstraszniejszego
błędu, tj. nie przeoczyć jakiejś sprawy organicznej, kieruje chorego na różne
badania dodatkowe. Znów kolejki i znów czekanie, tym razem na wyrok, czy się
jest chorym, czy zdrowym. Magia cyfr i różnych znaków, z których każdy „coś"
oznacza. Gdy znajdzie się ponownie u lekarza, ten znów przerzuca plik badań
dodatkowych, jak sędzia akta sprawy i wydaje wyrok: „Pan jest właściwie zupełnie
zdrowy, może trochę przemęczony, to tylko nerwy" lub: „Może jeszcze skieruję
pana do specjalisty". Specjalista jest trochę oburzony na lekarza, że przysyła
mu takie „banalne przypadki". Specjalista jest przecież apostołem współczesnej
naukowej medycyny, która nie zajmuje się błahostkami, ale wielkimi sprawami, jak
operacjami serca, mózgu, hibernacją, prawie wskrzeszeniem zmarłych. Załatwia
szybko chorego, przedłuża ewentualnie zwolnienie, zapisuje lekarstwo. A chory
nadal jest chory. Czuje się pokrzywdzony, nikt nie zrozumiał jego choroby, nawet
wspaniała medycyna nie może mu pomóc w cierpieniu.
Może przykład ten jest przejaskrawiony, ale wydaje się faktem, że medycyna
współczesna nieraz zawodzi, szczególnie w tak zwanych banalnych sprawach.
Nikt nie powstrzyma rozwoju medycyny w kierunku jej coraz bardziej naukowego
ukształtowania i jak najszerszego uspołecznienia, gdyż tylko na tej drodze
istnieją możliwości jej dalszego rozwoju. Trzeba by jednak zastanowić się nad
stosunkiem lekarza do chorego w tej nowej, naukowej i uspołecznionej, medycynie
oraz nad tym, jak ma się kształtować nie tylko wiedza, ale i charakter lekarza,
gdyż z wielu leków lek ten, lekarz - zdaniem, zdaje się słusznym, Balinta -
często jest najważniejszy.
Potrzebna byłaby szeroko zakrojona dyskusja na ten temat kierowników różnych
katedr medycyny, lekarzy praktyków, młodych lekarzy i studentów medycyny, a
także przedstawicieli aparatu organizacyjnego służby zdrowia. Należałoby, jak
się zdaje, przedyskutować takie zagadnienia, jak reorganizacja studiów
lekarskich, specjalizacja, odbiurokratyzowanie służby zdrowia. Choć program
studiów jest obecnie bardzo szeroki i student jest przeciążony zbyt wielką i
często niestrawną masą wiadomości z różnych dziedzin nauk lekarskich, to jednak
wobec najprostszych zagadnień codziennego życia lekarskiego staje on często
bezradny. Od pierwszego roku medycyny student powinien być przyzwyczajony do
całościowego obejmowania zagadnień. Omawiając na przykład narząd krążenia,
należałoby koor-
204
dynować wykłady na ten temat z anatomii, fizjologii i biochemii. Omawiając
chorobę wrzodową, łączyć wykład patologa z wykładem internisty, chirurga czy
nawet psychiatry. Studenta należałoby od pierwszych lat studiów klinicznych
wdrażać w samodzielne prowadzenie chorego, nadzorowane tylko przez starszego
lekarza. Należałoby uczyć patrzenia na chorego jak na chorego człowieka, a nie
na chory narząd, chore ciało czy chorą dusze.. W każdym zetknięciu z chorym
powinien być uwzględniony aspekt psychologiczny, a nie tylko somatyczny.
Należałoby się zastanowić, czy daleko posunięta specjalizacja, która jest bez
wątpienia konieczna w pracy naukowej, jest równie konieczna w dydaktyce. Czy nie
można byłoby zredukować wykładanych przedmiotów do najbardziej podstawowych. Czy
nacisk szkolenia lekarskiego nie powinien być przesunięty z tego, co jest
rewelacyjne i bardzo rzadkie, na to, co jest codzienne i „banalne". Czasem
„banalne" sprawy mogą się stać rewelacyjne; w dużej mierze zależy to od sposobu
przedstawienia. Dalej. Czy ma sens produkowanie coraz większych zastępów
specjalistów. Czy nie stworzyć, choć brzmi to może paradoksalnie, specjalizacji
„omnibusowej" lekarza ogólnie praktykującego. Jak zredukować „papierkową"
robotę, która pochłania mnóstwo czasu i obrzydza życie zarówno lekarzom, jak i
pielęgniarkom. Jak ustabilizować opiekę lekarską, w tym znaczeniu, by możliwie
ten sam lekarz i ta sama pielęgniarka przez dłuższy czas mogli opiekować się
chorym, by nie wędrował on od Annasza do Kajfasza. Jak zachować tajemnicę
lekarską - itd. Zagadnień jest wiele i nie na wszystkie pytania można od razu
odpowiedzieć, nie powinno to jednak zniechęcać do dyskusji.

•ffti
Studia lekarskie
We współczesnej socjologii używa sie. pojęcia społeczeństw in-directed i other-
directed. W grupach społecznych pierwszego typu normy zachowania się, wartości
itp. uległy internalizacji, stały się nawykami, przepisy są tylko zewnętrznym
wyrazem tego, co każdy czuje i do czego jest od dawna przyzwyczajony. W
społeczeństwach drugiego typu proces internalizacji nie dokonał się, normy
zachowania się są odczuwane jako narzucone z zewnątrz, postępuje się nie według
własnej, ale według cudzej woli, stąd częste nastawienie negatywne do
obowiązujących przepisów.
W grupie społecznej, jaką jest szkoła niższa, średnia czy wyższa, klimat
emocjonalny jest jednym z zasadniczych warunków prawidłowego przebiegu procesów
wychowania. Dlatego, jak się zdaje, zasadniczym warunkiem mądrej reorganizacji
studiów jest uwzględnienie możliwie szerokiego marginesu swobody dla tradycji i
specyfiki poszczególnych uczelni, a nie krępowanie ich rozwoju sztywnymi
normami.
Od czasów Hipokratesa, a prawdopodobnie od jeszcze dawniejszych, głównym
zadaniem każdej szkoły lekarskiej było wychowanie dobrego lekarza. U nas ten
zasadniczy cel został rozszczepiony na trzy zadania: dydaktyczne, naukowe i
usługowe. Jakby wbrew podstawowej zasadzie dialektyki o łączności zjawisk, a
przede wszystkim wbrew zdrowemu rozsądkowi, zaczęto pracę lekarzy zatrudnionych
w akademiach medycznych rozpatrywać pod kątem tych trzech zadań; dochodziło
nawet do tego, że odpowiednio dzielono godziny pracy: kilka godzin na usługi,
kilka na dydaktykę i kilka dla dobra polskiej nauki, tak jakby w praktyce,
zwłaszcza klinicznej, dało się te trzy funkcje oddzielić od siebie.
Nie wiadomo, w czyjej głowie zrodził się projekt trzywarstwowego ustawienia
pracy w szkołach lekarskich; w każdym razie może on służyć za klasyczny
przykład, w jakim-stopniu przepis płynący z zewnątrz destrukcyjnie wpływa na
rozwój grupy społecznej, w konkretnym przypadku - akademii medycznej,
zamieniając ją ze społeczności in-directed w other-directed.
207
Każdy podział pociąga za sobą klasyfikację wartościującą. W przypadku szkf
lekarskich walor obniżał się, w miarą jak schodziło się z zajęć naukowych poprzl
dydaktyczne do usługowych. W dyscyplinach klinicznych objawiało się to
lekceważącym stosunkiem do zajęć czysto usługowych, które w swej istocie są
najważniejszą i najzaszczytniejszą funkcją lekarską, bo bezpośrednią opieką nad
chorym człowiekiem.
Każdy młody lekarz marzył o tym, by dojść do najwyższego szczebla opisanej
drabiny, tj. do pracy naukowej. Odpowiednie przepisy (osławione rotacje)
zmieniały marzenia w konieczność życiową. Praca dydaktyczna i praca usługowa
dewaluowały się, w miarę jak praca naukowa stawała się miernikiem wartości
pracownika it;'i akademii medycznej. Liczba publikacji
naukowych z każdym rokiem gwałtownie
wzrastała, ciesząc tych, dla których ilość zadrukowanego papieru jest wyrazem
„aktywności naukowej" i miernikiem wartości dorobku naukowego. Tak więc w ocenie
pracownika naukowego decydowała nieraz nie jakość, ale ilość publikacji.
Sztywne terminy związane z „rotacją" zmuszały nieraz pracowników nauki do
pospiesznej, a więc zwykle mniej wartościowej pracy, i stwarzały w zakładzie
nerwową atmosferę pośpiechu, w niektórych przypadkach prowadząc do ciężkich
nerwic doktoranckich i habilitacyjnych. W tym wyścigu do szczebla naukowego
niewiele zostawało czasu na pracę dydaktyczną i usługową, traktowaną nieraz jako
zło konieczne.
Kierownicy zakładów byli postawieni wobec konieczności „wyrotowania" nieraz
najbardziej wartościowych pracowników dlatego tylko, że na czas nie zrobili
pracy doktorskiej czy habilitacyjnej, a często nie wykonali jej tylko dlatego,
że cały swój wysiłek włożyli w pracę dydaktyczną czy usługową. Wielu z nich nie
mogło znaleźć pracy odpowiadającej ich wiedzy i doświadczeniu lekarskiemu, co
stanowiło dla nich źródło rozgoryczenia, a dla lekarskich kadr służby zdrowia -
wielką stratę. Byli to ludzie, którzy niejednokrotnie w najtrudniejszym okresie,
bo bezpośrednio po zniszczeniach ostatniej wojny, z dużym poświęceniem się oraz
poświęceniem swoich naukowych ambicji tworzyli podwaliny szkolnictwa
lekarskiego. Odeszli z akademii medycznych bez słowa podziękowania jako ci,
którzy „nie rokują nadziei naukowych".
Klinika czy zakład teoretyczny nie mogą się składać jedynie z „naukowców". Praca
naukowa jest tylko uwieńczeniem zbiorowego wysiłku całej grupy ludzi wchodzących
w skład danej instytucji. W medycynie nie może ona powstać bez twardego gruntu
„czarnej" roboty usługowej i dydaktycznej. Zresztą jeśli się jest wiernym
przysiędze Hipokratesa, to praca naukowa nie jest celem, ale tylko środkiem do
celu, którym właśnie jest praca usługowa - leczenie chorego.
Ten, kto w zawodzie lekarskim może pozwolić sobie na pisanie prac naukowych,
208
do pewnego stopnia pasożytuje na pracy innych, którzy bez reszty pochłonięci są
„czarną" robotą i z których doświadczeń świadomie czy podświadomie korzysta.
W medycynie - zwłaszcza jeśli chodzi o dyscypliny kliniczne - nie można być
naukowcem nie będąc dobrym lekarzem. Można śmiało twierdzenie to odwrócić: dobry
lekarz będzie na pewno dobrym dydaktykiem i dobrym naukowcem. „Wyro-towanie"
wielu asystentów klinicznych, dobrych lekarzy, było więc wielką pomyłką wynikłą
z dobrych intencji odgórnego naprawiania zła za pomocą sztywnych przepisów.
Intencja była bezsprzecznie dobra, chodziło o zrobienie wolnego miejsca młodym.
Tymczasem osiągnięto całkiem przeciwny skutek: kliniki i zakłady teoretyczne
stały się jeszcze bardziej zamkniętymi „sanktuariami" wiedzy lekarskiej i
kończący studia ma obecnie minimalne szansę dostania się do nich, już nie tylko
jako asystent, ale nawet jako stażysta. Przeniesienie całego ciężaru
wartościującego, i tym samym ambicjonalnego, na wyższy szczebel drabiny
zachwiało równowagę całej instytucji, stworzyło z niej zamknięty klan
„naukowców" drżących na samą myśl o strąceniu z najwyższego szczebla drabiny na
szczebel pracy usługowej.
Wyjście z impasu nie jest tu sprawą prostą, ale pierwszym krokiem, jak się
zdaje, powinno być zniesienie trójwarstwowego modelu pracy w akademiach
medycznych i powrót do starego, hipokratesowskiego wzoru szkoły, w której
wychowuje się dobrych lekarzy.
Odpowiedzialnym za wychowanie jest kierownik kliniki czy zakładu teoretycznego;
jeśli został mianowany kierownikiem, powinien mieć na tyle kredytu zaufania, że
jemu zostawiłoby się pewną swobodę w metodzie szkolenia i próbach jej
reorganizacji oraz w doborze ludzi bezpośrednio z nim współpracujących.
Miernikiem kwalifikującym nie powinna być tylko ilość opublikowanych prac.
Jednym z najtrudniejszych zagadnień, z którym się borykają wszystkie szkoły
lekarskie w świecie, jest sprawa, w jaki sposób z olbrzymiej masy wiedzy
lekarskiej wybrać te wiadomości, które są niezbędne do wykształcenia dobrego
lekarza. Sprawa jest wysoce skomplikowana, jeśli wziąć pod uwagę gwałtowny
rozwój nauk lekarskich w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Dzisiejszy student
medycyny ma do opanowania materiał kilka czy nawet kilkanaście razy większy niż
jego kolega sprzed 20 lub 30 lat.
Nasuwa się w związku z tym pytanie, czy w ogóle nie przesunąć ciężaru uczenia z
„co" na „jak". Studia lekarskie były zawsze uważane za studia „pamięciowe", od
pierwszego roku studiów trzeba było wiele mniej lub więcej potrzebnych
wiadomości wtłoczyć do głowy, przynajmniej do czasu zdania egzaminu (potem można
je było równie szybko wyrzucić). Wobec tego, że we współczesnej medycynie ilość
wiadomości wzrosła i będzie nadal wzrastać znacznie poza pojemność przeciętnego
umysłu ludzkiego, należałoby się zastanowić, czy nie ograniczyć ich do
- Anus mundi
podstawowego i koniecznego minimum, a większy nacisk położyć na uczenie myślenia
lekarskiego, tj. sposobu korzystania z własnych i cudzych obserwacji, tworzenia
z nich całościowego obrazu. Bo, niestety, rozbicie medycyny na coraz węższe
specjalności spowodowało, że sztuka całościowego, integrującego spojrzenia na
chorego staje sią coraz rzadsza, patrzy się na pacjenta pod kątem swojej
specjalności, co nie zawsze wychodzi mu na dobre.
Dyskutuje sią nad bardziej problemowym prowadzeniem wykładów i ćwiczeń, tak by
poszczególne zagadnienie omawiało jednocześnie kilku specjalistów z różnych
gałęzi medycyny (np. zawał serca - anatom, fizjolog, biochemik, patolog,
internista, psychiatra itp).
Jak wiadomo, człowiek uczy sią najwięcej w działaniu. Bierne przyjmowanie tego,
co ktoś drugi podaje, nigdy nie daje tyle, ile sią zyskuje, gdy samemu
rozwiązuje sią dany problem. Jeśli ma sią ciężar nauczania przesunąć z „co" na .
„jak", to student powinien od pierwszych lat być wdrażany do aktywnego i
samodzielnego rozwiązywania zagadnień, z którymi sią styka. Należałoby w tym
celu zmniejszyć ilość wykładów, a zwiększyć ilość ćwiczeń i seminariów.
Ćwiczenia w klinikach, tam, gdzie student styka sią bezpośrednio z chorym,
powinny być tak prowadzone, by każdy student „miał" swojego chorego, badał go,
obserwował, proponował leczenie, oczywiście pod okiem starszego lekarza.
Ćwiczenia, w których kilku czy kilkunastu studentów bada jednego chorego, są
parodią ćwiczeń.
Oczywiście, baza szpitala klinicznego jest za mała, by w ten sposób móc
prowadzić ćwiczenia; należałoby sią zastanowić, czy nie rozszerzyć jej na inne
szpitale, gdyż na pewno student więcej nauczy sią pracując pod okiem
doświadczonego lekarza praktyka, niż słuchając w gromadzie studentów na
ćwiczeniach wykładu asystenta, który w ten sposób ćwiczy sią do swojej przyszłej
roli profesora.
Proponowane uszczuplenie zakresu poszczególnych przedmiotów typowo pamięciowych
- a więc obejmujących nieraz rzadko potrzebne wiadomości, które można w razie
potrzeby znaleźć na półce bibliotecznej - powinno się wiązać z położeniem
większego nacisku na zagadnienia wdrażające do pracy samodzielnej. Tak więc
większą wagę należałoby wiązać np. z odpowiednio zmodernizowaną propedeutyką
medycyny, w której obrębie student nabywałby m.in. sprawności w korzystaniu z
bibliografii lekarskiej, uczyłby się umiejętnego poruszania w olbrzymim gąszczu
piśmiennictwa, a co najważniejsze, ćwiczyłby sią w opanowywaniu tajników
metodologii medycyny, dziedziny zaniedbanej na rzecz kultu pamięciowego
opanowywania wiadomości szczegółowych.
Kształcenie lekarza nie kończy się na dyplomie. Można by powiedzieć, że tu
dopiero zaczyna się drugi, ważniejszy i znacznie trudniejszy akt szkolenia
polegający na bezpośrednim zetknięciu sią z problemami lekarskimi i na próbach
samodzie-
210
i^Ę
Inego ich rozwiązywania. Tu obowiązuje również ogólne prawo rozwoju: lekarz,
jeśli nie chce skostnieć, musi stale się rozwijać. Zadanie to niełatwe wobec
szalenie szybkiego rozwoju medycyny i wciąż zmieniających sią poglądów
naukowych. Każdy lekarz musi tu mieć zapewnioną pomoc szkoły lekarskiej, z
której wyszedł, czy też innej, by zawsze móc doszkolić się w wybranym przez
siebie zakładzie lub klinice. Instytut Doskonalenia Kadr Lekarskich nie jest w
stanie sprostać zadaniu i powinien znaleźć pomoc we wszystkich akademiach
medycznych. Wydziały zdrowia w swoim własnym interesie powinny ułatwiać
lekarzom, zwłaszcza młodym, tego rodzaju przeszkolenie.
Szczególnie łatwy dostąp do zakładów teoretycznych i klinik należy sią studentom
i młodym lekarzom, gdyż oni najwięcej kształcenia potrzebują i najwięcej mogą z
niego skorzystać. W czasie studiów pomocą mogłyby być kółka naukowe, a po
studiach stypendia czy staże specjalistyczne (oprócz obowiązujących stażów
przeddyplomowych i podyplomowych). Wobec współczesnego skomplikowania wiedzy
lekarskiej, po otrzymaniu dyplomu nie jest sią jeszcze zdolnym do samodzielnej
pracy lekarskiej i trzeba przynajmniej kilkuletniej pracy pod kierunkiem kogoś
doświadczonego, by się czuć choć trochę pewnym w swoim zawodzie. Wysyłanie
młodych lekarzy na samodzielne placówki, np. we wsiach lub miasteczkach, jest
dużym ryzykiem nie tylko w stosunku do chorych, ale i do samych lekarzy, może
ich bowiem wypaczyć na całe życie.
System „otwartej" szkoły lekarskiej, z którą nie zrywa się kontaktu po
ukończeniu studiów i do której można sią zawsze w razie potrzeby zwrócić o pomoc
i wskazówkę, może sią też przyczynić do rozszerzenia platformy pracy badawczej i
do rozwiania atmosfery „klanu naukowego". Badania-naukowe (często bardzo ciekawe
ze względu na różnorodność i bogactwo obserwacji) dałoby się prowadzić nie tylko
w obrębie akademii medycznych czy instytutów naukowych, lecz także w „terenie",
dzięki czemu do „szczebla naukowego" zostałoby dopuszczonych więcej lekarzy.
Przedstawione uwagi mają charakter dyskusyjny, stąd też skrajność niektórych
sformułowań. Nie pretendują one do proponowania idealnego modelu systemu
studiów. Chodzi jedynie o zwrócenie uwagi na niektóre ważniejsze zagadnienia
wymagające szczerej i gruntownej dyskusji zarówno w poszczególnych ośrodkach
akademickich, jak też wśród osób mających wpływ na organizację służby zdrowia i
studiów lekarskich.
f.
*>'* ' ,
%-;^ »¦
¦> '
itf ' ,A .=" .' J;t
Społeczność terapeutyczna
„Walka o otwarte drzwi" w psychiatrii zaczęła się, jak wiadomo, w Anglii
bezpośrednio po ostatniej wojnie. Sami Anglicy podkreślają, że nie jest to nowy
pomysł; jako przykład społeczności terapeutycznej podają małe szpitale z
pierwszej połowy XIX wieku, w których lekarze żyli razem z chorymi, z nimi wiele
czasu spędzali, wspólnie spożywali posiłki itd. W drugiej połowie XIX wieku
przyjął się model wielkich szpitali psychiatrycznych, w których ten duch
wspólnoty był już niemożliwy do utrzymania. Ta zmiana w stylu organizacji
szpitalnictwa psychiatrycznego zbiega się w czasie z rozkwitem naukowości w
psychiatrii - w postaci poglądów genetycznych i organicznych oraz logicznych
konstrukcji psychologicznych, które bez reszty starały się wyjaśnić etiologię
zaburzeń psychicznych.
Będąc przed kilkunastu laty na stypendium Ministerstwa Zdrowia przez dwa
miesiące w Anglii, miałem okazję podziwiać wiele oryginalnych inicjatyw i
sposobów realizacji walki o „otwarte drzwi". Mój zachwyt zachwiało nieco pewne
drobne wydarzenie. Raz, czekając w pokoju lekarskim na rozpoczęcie omawiania
chorych, poprosiłem do środka dwoje młodych ludzi, którzy czekali na korytarzu;
sądziłem, że są tu nowymi lekarzami i czują się zagubieni. Dopiero po chwili,
gdy weszli inni lekarze, po ich zdumionych i trochę oburzonych minach
zorientowałem się, że popełniłem gafę, biorąc pacjentów za lekarzy. Możliwe, że
moja interpretacja tego drobnego zdarzenia była fałszywa, ale w tym momencie
zdałem sobie sprawę, że przy najwspanialej prowadzonej walce o drzwi otwarte w
psychiatrii mogą one nadal pozostawać zamknięte, gdyż przepaść oddzielająca
lekarza od chorego jest nie do przebycia.
istnieje w człowieku dziwna skłonność do wyłączania tych, którzy są inni
(varii). Wystarczy inny kształt nosa, inny odcień skóry, inne formy towarzyskie,
inny krój munduru itp., aby znaleźć się poza kręgiem heraklitowskiego wspólnego
świata - koinos kosmos. Tendencja ta istnieje też w świecie zwierzęcym. Gdy
wśród wróbli wylęgnie się albinos, zostaje przez nie zadziobany. Możliwe, że do
213
wytworzenia społecznej wspólnoty konieczne jest powstanie granicy oddzielającej
„wspólne" od „innego". Agresja wobec tego, co inne, broni przed skażeniem
tożsamości wspólnoty. Analogicznie każdy żywy ustrój broni się gwałtownie przed
inwazją obcej struktury biochemicznej; szok anafilaktyczny jest przykładem
takiej reakcji. Tworzenie się granicy jest zjawiskiem powszechnym w przyrodzie
ożywionej; nawet w obrąbie tego samego ustroju komórki o podobnej funkcji i
morfologicznej budowie oddzielają się od innych granicami tkanki łącznej. W
każdej socjologii ludzkiej, zwierzęcej i roślinnej problem tworzenia się grupy i
granicy między grupami jest zagadnieniem osiowym. Co się tyczy człowieka, nie
trzeba chyba podkreślać, czym w jego historii są granice, iie krwi przez nie
wylano i ile cierpień zadano.
Psychiatra w swoim stosunku do chorego ma do pokonania dwie granice: jedną,
która oddziela lekarza od chorego, i drugą, która oddziela zdrowego od chorego
psychicznie.
„Zamknięte drzwi", oddzielające „ludzi w bieli" od chorych, istniały zawsze.
Lekarz zarówno w tych czasach, gdy medycyna była głównie magią, jak i w tych, w
których staje się nauką, pozostał dla chorego człowiekiem posiadającym magiczną
władzę nad jego zdrowiem i życiem. Ten element wiary w magiczną moc ludzi
medycyny nie jest bez znaczenia w terapii niezależnie od tego, czy opiera się
ona na przesłankach naukowych, czy tylko na przesądach. Dla jego utrzymania
konieczne jest ze strony lekarzy zachowanie pewnego dystansu i izolacji. Gdyby
drzwi całko-, wicie otwarto i chorzy zobaczyliby
wszystko, co dzieje się za kulisami teatru
' medycyny, wiara ich na pewno by osłabła, a to z kolei
niekorzystnie wpłynęłoby
na wyniki leczenia.
Mimo dystansu kontakt lekarza z chorym może być bliski; często chory nazywa
lekarza ojcem, a więc przyrównuje go do osoby sobie najbliższej. Między światem
dziecka a światem rodziców istnieje też granica; wiele spraw rodziców jest dla
dziecka tajemnicą, i na odwrót.
Istotny dla wyników terapii element wiary w magiczną moc lekarza nie odgrywa w
psychiatrii tak dużej roli, a niekiedy bywa wręcz szkodliwy. Nie jest on bez
znaczenia w nerwicach i chorobach psychosomatycznych, natomiast w psychozach
istnieje już dostatecznie sporo elementów magicznych na skutek oderwania się od
rzeczywistości, by dodanie jeszcze jednego miało przynieść jakiekolwiek
korzyści. Element zbliżenia do chorego, dozwalający uzyskać jego powrót do
rzeczywistości, jest znacznie ważniejszy w psychiatrii niż element wiary w
magiczną moc lekarza. Władza nad zdrowiem i życiem chorego - jak każda władza -
stwarza dystans, który psychiatra musi pokonać, gdyż dla jego chorego
najważniejsze jest, by lekarz stał się kimś bliskim, o kogo chory może się
pewnie oprzeć.
214 ;
M
Druga bariera jest znacznie trudniejsza do przełamania, gdyż jest ona wyrazem
tkwiących głąboko w człowieku tendencji do ostracyzmu - odrzucania tego, co
inne. Psychiatrzy, jak wiadomo, dzielili się i dzielą na tych, którzy przyjmują
granicą między normą a patologią, i na tych, którzy uważają, że różnice między
zdrowymi a chorymi psychicznie mają charakter tylko ilościowy. Wiele argumentów
przemawia za jednym, jak i za drugim stanowiskiem, ale - jak dotychczas -żadnego
z nich nie da się udowodnić. I w końcu przyjęcie jednego lub drugiego stanowiska
jest kwestią wiary, co - jak w każdej wierze - wiąże się z silnym ładunkiem
emocjonalnym. Jest to może jedna z najważniejszych decyzji psychiatry: czy
chorego chce on widzieć jako dziw ludzkiej natury, czy jako odbicie własnych,
nieraz w pełni nie uświadomionych przeżyć, a w świecie chorego wyolbrzymionych.
Zagadnienie, o którym mowa Jaspers ujął w znanej dychotomii: verstehende i
erklarende Psychologie. To, co nie mieści się w skali przeżyć badającego,
próbuje się wytłumaczyć w sposób niepsychologiczny, a więc dziś w sposób
biologiczny, a dawniej - demonologiczny. Tak jakby najbardziej zrozumiałe
zjawiska psychologiczne nie miały jednocześnie swego wytłumaczenia
biologicznego.
Co się tyczy stosunku do chorego, to teoretyczny stosunek do zagadnienia granicy
między normą a patologią nie jest tak ważny, jak stosunek emocjonalny, chęć
wejścia w świat przeżyć chorego i zdolność wysiłku, jakie zbliżenie się do
chorego i zrozumienie go wymagają. Chęć zrozumienia łączy się zawsze z chęcią
zbliżenia i - vice versa - nie można niczego poznać z dystansu. Pies, który jest
naszym przyjacielem, jest dla nas zrozumiały, jego psychologia mieści się w
obrębie Jaspersowskiej versłehende Psychologie. Dystans natomiast łączy się z
chęcią podporządkowania sobie otoczenia; dowódca przed wydaniem rozkazu musi
oddalić się od grupy swych podwładnych. Dla psychiatry, który stoi na stanowisku
ostrej granicy między normą a patologią, najważniejsze jest, by chory jak
najszybciej wrócił do normy, by znikły w nim te struktury, które poza normę
wybiegają. Jest to dążenie słuszne i zgodne z duchem lekarskim, niemniej jednak
nie może się ono łączyć z poczuciem dystansu do tego, co nienormalne.
Emocjonalnie jest to sprawa dość skomplikowana, bo chęć zniszczenia łączy się z
reguły z uczuciami negatywnymi, które nas oddalają od otoczenia. Chodzi o to,
by-z brudną wodą nie wylać niemowlęcia. W nadmiarze terapeutycznego zapału,
niszcząc patologiczne formy przeżywania i zachowania się, można zniszczyć też
chorego.
Zbliżenie, które jest pierwszym warunkiem właściwego stosunku do chorego, nie
jest zadaniem łatwym. Wymaga ono dużego wysiłku emocjonalnego i intelektualnego
lekarza, a jednocześnie naraża go na stałe frustracje zarówno w sferze'
poznania, jak i działania.
Zbliżenie do chorego oznacza wysiłek, by wejść w jego świat, przyjmować
215
jego uczucia niezależne od ich znaku, nie zajmować stanowiska potępiającego,
mimo że miałoby się na to ochotę, służyć mu zawsze pomocą, zdając sobie
jednocześnie sprawę, że pomoc ta może być bezskuteczna. Przeżycia chorego
trafiają często we własne, nie zawsze w pełni uświadomione problemy. Poznaje się
chorego przez siebie, dlatego nie można nauczyć się psychiatrii z najlepszych
nawet książek i wykładów. To wzbogacenie wiedzy o samym sobie dzięki poznawaniu
chorego jest bezsprzecznie fascynującym aspektem psychiatrii, niemniej jednak
bardzo męczącym. Każdy bowiem tylko do pewnego stopnia wiedzę o sobie toleruje.
Chorzy psychiatryczni są bardzo wyczuleni na maskę, łatwo wyczuwają
nieszczerość. Psychiatra jednak jest też człowiekiem i chory może go drażnić
uporczywością objawów opornych na największe nawet wysiłki terapeutyczne, swym
zachowanie się, zwłaszcza histerycznym, utrwalonymi postawami emocjonalnymi itd.
Trze| dużej tolerancji, by wyjść z postawy osądzającej, do której każdy człowiek
bardzo jest skłonny, i akceptować chorego takim, jaki jest.
Poznanie psychiatryczne jest bardzo probabilistyczne. Czasem wydaje się, już
uchwyciliśmy sedno sprawy, a przy następnym spotkaniu z chorym cal koncepcja
okazuje się fałszywa. Nie jesteśmy też w stanie ocenić efektów naszego leczenia.
Uważamy, że poprawa jest wynikiem naszej psychoterapii, wstrząsów elektrycznych,
insuliny, neuroleptyków, a w rzeczywistości w znacznie większym stopniu może ona
zależeć od serdecznego stosunku pielęgniarki, więzi przyjaźni zadzierzgniętych
na oddziale, flirtu itp.
Tendencja twórcza tkwiąca w każdym człowieku wymaga, by można swe dzieło
przynajmniej samemu z mniejszym lub lepszym zadowoleniem oglądać. Psychiatra
jest tu skazany na frustrację. Co jest jego dziełem? Czy może powiedzieć, że
poznał człowieka lub że naprawdę mu pomógł? Obiektywność dzieła rozpływa się w
subiektywnych ocenach i nie pomagają nawet najbardziej naukowe rygory, które
wartość wysiłku poznawczego i terapeutycznego mają uściślić.
Dlatego stosunek psychiatry do chorego można określić jako ambiwalentny. Chory
go pociąga - stosunki z ludźmi tzw. normalnymi nużą go swoją powierzchownością i
obłudą, pociąga go dynamika świata chorych; chory go odpycha, gdyż czuje się
zagubiony w tym świecie wielkich uczuć, tragedii, tajemnic, bezradny w swoich
wysiłkach; czuje, że tępieje na ludzkie cierpienia, że staje się podobny do
strażnika w galerii sztuki, który obojętnie patrzy na największe dzieło
człowieka. Ucieka przed chorym w bezpieczniejszy, jak mu się zdaje, teren prac
organizacyjnych, teorii, prac naukowych biochemicznych, fizjologicznych,
statystycznych, gdzie kontakt z chorym zredukowany jest do minimum. Przed
tajemnicą, jaką jest człowiek, bronią go etykiety diagnostyczne, gotowe schematy
historii życia, gotowe koncepcje
216
etiologiczne rozmaitej natury i wartości, fachowy język, pełen tajemniczych słów
greckich, łacińskich, a ostatnio angielskich, który stwarza atmosferę,
naukowości.
Profesor Eugeniusz Minkowski kiedyś pocieszał nas - przypuszczam, że szczerze -
iż powinniśmy się wyzbyć kompleksu niższości w stosunku do psychiatrii
zachodniej, gdyż w bardzo prymitywnych i nędznych nawet warunkach zewnętrznych
chory może czuć się lepiej i szybciej powracać do zdrowia niż w najbardziej
nowocześnie urządzonych szpitalach. Do tego samego wniosku doszedł też komitet
ekspertów World Health Organization od zdrowia psychicznego. Zdaniem komitetu,
„najważniejszym czynnikiem terapeutycznym w szpitalu psychiatrycznym jest
nieokreślony element, który by można określić jako atmosferę szpitala".
„Klimat", „atmosfera", genius loci są to pojęcia, choć często używane, trudne
jednak do zdefiniowania. Nieraz wystarczy wejść do czyjegoś domu, lokalu
rozrywkowego, szkoły, miejsca pracy itp., by z miejsca powiedzieć, że tu jest
atmosfera miła lub niemiła. Trudno jednak sprecyzować, od czego to uczucie jest
zależne. 0 miłej atmosferze mówi się wówczas, gdy dane miejsce działa
przyciągające gdy czujemy się w nim swobodnie, ciepło, serdecznie, gdy nie
obawiamy się w nim krytyki, potępienia, złośliwości, gdy się w nim nie nudzimy,
ale czujemy się potrzebni, aprobowani, w jakiejś mierze ważni.
Przeciwne cechy ma środowisko o klimacie przykrym. Od takiego środowiska chce
się uciec; przebywanie w nim męczy, nudzi i drażni, gdyż trzeba wysiłkiem woli
powstrzymać się od tendencji ucieczkowych lub agresywnych.
Atmosfera więc lub klimat jakiegoś środowiska byłyby jakby całością związków
uczuciowych w nim panujących, które każdy wchodzący w dane środowisko odbiera
całościowo jako sifę przyciągającą lub odpychającą.
intrygującą cechą klimatu czy atmosfery, którą najlepiej oddaje pojęcie genius
loci, jest swoista nieśmiertelność. Zmieniają się ludzie tworzący dane
środowisko, a klimat się utrzymuje tak, jakby był związany z miejscem, a nie z
ludźmi, co oczywiście byłoby absurdem (stąd zresztą wywodzi się nazwa genius
loci). W ten sposób dom, szkoła, miejsce pracy, szpital itd. mają swoją
atmosferę, mimo że lokatorzy się zmieniają. Nie wiem, jak socjologowie tłumaczą
to zjawisko, ale można by przyjąć, że struktury socjologiczne są trwalsze niż
jednostkowe (psychologiczne). Struktury te w pewnej przynajmniej mierze
wyznaczają stosunek emocjonalny członków grupy do siebie/toteż wchodząc w nią,
dostrajają się oni mimo woli do określonego klimatu uczuciowego.
Oddział psychiatryczny można traktować jako małą grupę, tj. taką, w której
dominują kontakty bezpośrednie {face-ło-face), rozpadającą się na cztery
podgrupy: lekarzy, pielęgniarek, salowych i chorych. W grupie tej istnieje
określona hierarchia władzy, która układa się według przedstawionej kolejności.
Chorzy powinni stanowić
217
podgrupą najważniejszą, gdyż dzięki nim członkowie pozostałych podgrup znajdują
zatrudnienie i w jakimś sensie cel swej aktywności, w rzeczywistości jednak
zajmują pozycje, najniższą w hierarchii władzy. Trudno nawet wyobrazić sobie, by
było inaczej, by chorzy zaczęli rządzić członkami innych podgrup. Istnieją
samorządy chorych i wiele się robi, by różnice we wspomnianej hierarchii
zniwelować, niemniej jednak przy pozornym zatarciu stopni władzy chorzy
pozostają raczej tymi, którymi sią kieruje, niż tymi, którzy kierują innymi.
W życiu społecznym nie tylko ludzi, lecz także zwierząt obserwuje się hierarchią
władzy. Wyższa rangą społeczną kura dziobie kurę o niższej randze, co ta
pokornie znosi i z kolei agresję wyładowuje na niższej od siebie. Za przegraną
bitwę jest
11 w końcu winien żołnierz na prawym skrzydle. Jest
to tzw. pecking-order, porządek
dziobania. Lecz nie tylko agresja wyładowuje się zgodnie ze szczeblami
hierarchii.
,,, . Również naśladownictwo społeczne zwykle
rozchodzi się w grupie wedle tego
samego porządku. W omawianej tu grupie społecznej lekarze znajdują się najwyżej
w hierarchii i dlatego ich stosunek do chorego jest sprawą tak ważną.
O jednolitości grupy decyduje zdolność posługiwania się zaimkiem „my", tzw. „we"
feelling. Jeśli w obrębie grupy wytworzy się granica, dzieląca jej członków na
„my" i „oni", wówczas z jednej tworzą się dwie grupy. Przedstawiony na
Ijji. wstępie problem granicy między normą a
patologią nie ma tylko znaczenia teore-
tycznego. By mogła się wytworzyć społeczność terapeutyczna, ludzie w bieli i
ludzie w pidżamach muszą być złączeni zaimkiem „my". Gdy ci ostatni pozostają
mii, wówczas tworzą oni odrębną grupę, wprawdzie najliczniejszą, ale najniżej
stojącą w społecznej hierarchii, bo oznaczoną przymiotnikiem nienormalności.
Ludzie w bieli dzielą się, jak wspomniano, na trzy podgrupy. Każda z nich ma
inny status społeczny oraz ekonomiczny i zajmuje inną pozycję w hierarchii
instytucji (szpitala czy oddziału psychiatrycznego). Dziwnym trafem, im wyżej
jest w hierarchii, tym częstość-.kontaktów z chorymi maleje. Najwięcej
przebywają z chorymi salowi, a najmniej szef instytucji. Sprawa dotyczy
oczywiście ilości, a nie jakości kontaktu, gdyż inny charakter ma kontakt
lekarza z chorym, inny - pielęgniarki, a inny wreszcie - salowej. Sytuacja ta
dla chorych nie jest korzystna, gdyż najwięcej z nimi się stykają ci, którzy z
racji swej niskiej pozycji społecznej, niskich poborów, mogą czuć się
pokrzywdzeni, a w myśl wspomnianego pecking--order swoją agresję wyładować mogą
tylko na chorych, gdyż jedynie oni stoją od nich niżej w hierarchii szpitalnej.
Ze tak na ogół się nie dzieje, to należy chyba przypisać przysłowiowej
słowiańskiej miękkości, objawiającej się czułością i serdecznością dla
słabszych. Niemniej jednak powinno się więcej myśleć nad poprawieniem sytuacji
tej najniższej podgrupy spośród personelu. Zdaje się, że stosowany od kilku lat
zwyczaj praktyk pierwszych lat medycyny w roli salowych w pewnym
218
stopniu przyczynia się do podwyższenia pozycji tej podgrupy. Poza tym należałoby
więcej niż dotychczas czasu poświęcić szkoleniu fachowemu, zwłaszcza że osoby
pełniące funkcje salowych zwykle żadnego nie posiadają.
Jednym z osiowych problemów pacjenta psychiatrycznego jest jego izolacja
uczuciowa od otoczenia. Przybiera ona różne formy, ale zawsze u chorego wyzwala
wzmożoną potrzebę uczucia, ciepłej atmosfery, macierzyńskiej niemal opieki.
Szczególnie ostro problem ten występuje w schizofrenii, i zdaniem wielu autorów,
ciepły stosunek uczuciowy jest najważniejszym czynnikiem terapeutycznym w tej
chorobie. Osobą, która w głównej mierze zaspokaja głód uczuciowy chorego, jest
pielęgniarka. Wynika to może z pewnych cech osobowości, predysponujących do
zawodu pielęgniarskiego, który jest bardziej powołaniem niż zawodem. W ocenie
wyników metod zarówno psychologicznych, jak somatycznych zbyt mało podkreśla się
znaczenie opieki pielęgniarskiej. Praca pielęgniarek dokonuje się w cieniu, gdyż
całe światło jest skoncentrowane na pracy lekarzy. Ale to na nich spoczywa
ciężar bezpośredniej opieki nad chorym, one muszą opanować bardzo trudną sztukę
psychoterapii improwizowanej, tj. umiejętności rozwiązywania konfliktów,
zmniejszenia napięcia chorego, przełamania jego oporu, wywołania uśmiechu na
twarzy, sztuki, o której mało się pisze w podręcznikach psychoterapii, a która
na pewno nieraz jest trudniejsza niż to, co oficjalnie nazywa się psychoterapią.
Na tych oddziałach, gdzie pielęgniarki przebywają raczej stale, a lekarze się
zmieniają, one są osobami centralnymi, tj. tymi, które stwarzają klimat
oddziału.
Co się tyczy podgrupy lekarzy, istotne znaczenie ma fakt, że zajmują oni pozycję
naczelną w strukturze hierarchicznej społeczności psychiatrycznej i że skutkiem
tego ich sposoby myślenia i zachowania się rezonują, często z dużym
wzmocnieniem, w podgrupach niższych. Dotyczy to szczególnie lekarzy starszych i
tzw. kierownictwa. Znany jest fakt, zresztą opisywany w sposób naukowy, że
konflikty lekarzy między sobą, a także konflikty między lekarzami a
pielęgniarkami odbijają się na stanie psychicznym chorych, że chorzy w pewnym
stopniu spełniają pokładane w nich nadzieje, że zachowują się tak, jak się tego
po nich spodziewa; jeśli nie wierzy się w możliwość poprawy ich stanu, często
rzeczywiście stan nie poprawia się. Klimat panujący wśród lekarzy przenika do
innych podgrup, a szczególnie do podgrupy chorych.
W przeciwieństwie do podgrup składających się z personelu podgrupa chorych jest
niestała, jej członkowie ciągle się zmieniają. Dla socjologa grupa ta może być
interesująca dzięki temu, że permanentnie znajduje się in statu nascendi. Więź
prupowa między chorymi - mimo stosunkowo krótkiego ich pobytu w szpitalu
-wytwarza się na ogół łatwo. U jednych chorych jest silniejsza, u innych
słabsza; są i tacy, którzy przez cały czas pobytu izolują się od reszty. Jak się
zdaje, siła
219
więzi grupowej wyraźnie koreluje z wynikami leczenia i odgrywa w terapii istotną
rolą. Miądzy chorymi tworzą sią sympatie, antypatie, swoisty styl obcowania ze
sobą i z personelem, krążą plotki, a nieraz bardzo trafne obserwacje na temat
personelu itd. Czasem przyjaźnie zawarte na oddziale utrzymują sią latami;
zdarzają sią też miłości, a nawet małżeństwa. Życie społeczne chorych jest więc
dość bogate, tylko nie zawsze dostąpne obserwacji lekarzy. Chory niekiedy
zupełnie inaczej przedstawia sią w czasie rozmowy z lekarzem czy w godzinach
przedpołudniowych, w których życie ogniskuje sią wokół zająć lekarskich, niż w
godzinach popołudniowych w klubie lub w świetlicy. Poznanie chorego od strony
jego życia społecznego na oddziale rozszerza horyzont psychiatryczny. Nierzadko
psychiatra jest zdumiony, że tak mało wie o swoim chorym. Katatoniczne
zahamowanie znika w czasie tańca w klubie, schizofreniczny autyzm przekształca
sią w żywe przejęcie sią cierpieniem drugiego chorego, a skłonność do kradzieży,
za którą obserwowanego niejednokrotnie już sądownie karano, zamienia sią w
przesadną uczciwość w prowadzeniu bufetu klubowego.
Nie bez znaczenia jest wzajemne psychoterapeutyczne oddziaływanie chorych na
siebie; oczywiście zdarza sią, że może ono mieć znak ujemny, ale to samo jednak
zdarza sią doświadczonym nawet psychiatrom. Chorzy wprowadzają nowicjuszów w
życie oddziałowe, starają sią pocieszyć załamanych, opowiadają o własnych
konfliktach i wysłuchują cudzych opowiadań, cenią dobry żart i zmysł humoru,
uczą sią nie traktować swych problemów zbyt serio. Może przesadą jest
twierdzenie, że chorzy leczą sią sami i że nie trzeba im tylko w tym
przeszkadzać. Bezsprzecznie jednak przy właściwej atmosferze oddziału
psychiatrycznego wzajemne oddziaływanie chorych na siebie odgrywa bardzo ważną
rolą terapeutyczną.
Wciąż jeszcze bardzo mało wiemy, co dzieje sią z chorymi na oddziale,
dysponujemy tylko drobnymi migawkami, do lepszego poznania życia społecznego
chorych przydatna byłaby pomoc socjologa. Z drugiej strony jednak życie to
powinno zachować pewną intymność, która jest warunkiem jego spontaniczności.
Zbytnia ingerencja poznawcza łączy sią z reguły ze zbytnią ingerencją w sensie
oddziaływania, a to z kolei przekreśla spontaniczność. Psychoterapia grupowa,
terapia zajęciowa, artystyczna, zabawowa, samorząd chorych itd. są to formy
oddziaływania personelu na społeczność chorych, a jednocześnie sposoby lepszego
jej poznania. Żadna z nich jednak nie spełni swej roli przy niewłaściwej
atmosferze oddziału.
W socjologii małych grup rozróżnia sią grupy oficjalne, w których wartość
członka grupy ocenia sią wedle jego przydatności dla celów grupy, np.
umiejętność określonej czynności w grupie ludzi wspólnie pracujących, i grupy
nieoficjalne albo rozrywkowe, w których miarą wartości członka grupy jest to,
jakim on jest
220
człowiekiem, a nie, jaką role. w grupie spełnia. Drugi typ grupy uwzględnia
pełniejszy obraz człowieka niż pierwszy typ, w którym liczą się tylko pewne jego
cechy korzystne dla zadań grupy. Dlatego też społeczność terapeutyczna raczej
powinna odpowiadać modelowi grupy rozrywkowej. Poza tym dla zabawy
charakterystyczna jest postawa „na niby"; właściwie nic w niej nie dzieje się
naprawdę., najpoważniejsze sytuacje życiowe mogą być w niej przedstawione
właśnie dzięki temu, że nie są prawdziwe. Dlatego zabawa jest najlepszą szkołą
życia dziecka. Również dla chorego psychiatrycznego jest ona najłatwiejszą formą
powrotu do rzeczywistości; może on w grupie zabawowej wypróbować różne formy
zachowania się, co byłoby niemożliwe w grupie formalnej, w której wszystko
traktuje się na serio.
Wprowadzenie modelu grupy rozrywkowej w Polsce nie jest sprawą trudną, gdyż
spotyka się go często tam, gdzie powinien panować raczej model grupy oficjalnej.
Przysłowiowe kumoterstwo jest właśnie ujemnym objawem tych perso-nalistycznych
polskich tendencji. Największa trudność, jak się zdaje, polega na pogodzeniu
modelu grupy oficjalnej z modelem grupy rozrywkowej. Chorzy wymagają drugiego
modelu,, bo to daje im największe pole swobody, stwarza atmosferę tolerancji,
pozwala im lepiej poznać siebie przez poznanie współtowarzyszy, zmniejsza
napięcie związane z obawą przed ujemną oceną otoczenia. Natomiast personel
wymaga raczej pierwszego modelu, bo trudno traktować swoją pracę jako zabawę.
Muszą istnieć określone obowiązki i rygory. Ceni się tu człowieka wedle jego
pracy, a nie wedle jego cech osobowościowych, choć one w psychiatrii odgrywają
bardzo ważną rolę. Społeczność terapeutyczna wymaga jednak ścisłego związania
wszystkich podgrup w jedną grupę, zmniejszenia do minimum dystansu między
personelem a chorymi. Nie można więc uniknąć wzajemnego przenikania się dwóch
modeli grup. Może przeważyć pierwszy (grupa oficjalna), co niekorzystnie odbije
się na podgrupie chorych; zacznie się np. stosować wobec nich zbyt ścisłe rygory
i gotowe formy pracy, rozrywki itp., lub może przeważyć drugi model (grupa
rozrywkowa), co niekorzystnie wpłynie na dyscyplinę pracy, poczucie obowiązku
itp. w podgrupach zaliczających się do personelu.
Poza tym nie należy zapominać też o tym, że wszelkie próby zbytniego nacisku,
zbyt surowej dyscypliny itp. w myśl wspomnianego „porządku dziobania" skupiają
się w końcu na chorych. Jedynie wyrobione poczucie odpowiedzialności może scalić
oba przeciwstawne modele grupowego zachowania się. Zwłaszcza w psychiatrii jest
ono ważne, gdyż w żadnej innej dziedzinie medycyny nie jest tak trudne, a często
w ogóle nie można obiektywnie ocenić wkładu pracy włożonego w chorego.
Zrozumienie zagadnień społeczności terapeutycznej wymaga jeszcze wielu
obserwacji i badań; pomoc socjologów wydaje się tu konieczna.
Pielęgniarka psychiatryczna
W miarę zdobywania doświadczenia przez pielęgniarką psychiatryczną zwiększają
się zawodowe trudności i wątpliwości, które zasługują na rozważenie w aspektach
diagnostyczno-leczniczym, organizacyjnym i psychoterapeutycznym.
Nie można roli pielęgniarki psychiatrycznej oddzielić od jej roli pielęgniarki,
roli wspólnej dla wszystkich działów medycyny klinicznej. Podobnie zresztą nie
można oddzielić roli psychiatry od jego roli lekarza. Specjalizacja nie powinna
przekreślać ani osłabiać ogólnej, roli lekarza czy pielęgniarki. Najpierw jest
się lekarzem czy pielęgniarką, a potem dopiero specjalistą psychiatrą czy
pielęgniarką psychiatryczną.
Dlatego przed omówieniem swoistości roli pielęgniarki psychiatrycznej należy
jako tło naszkicować zasadnicze czynności związane z rolą pielęgniarki. Można je
podzielić formalnie na trzy grupy zadań: 1 - diagnostyczno-terapeutycznych; 2
-organizacyjnych; 3 - psychoterapeutycznych.
Zadania diagnostyczno-terapeutyczne obejmują te wszystkie czynności
pielęgniarskie, które są rozszerzeniem i kontynuacją aktywności lekarskiej.
Pielęgniarka dzięki nim jest przysłowiową „prawą ręką lekarza". Prócz
różnorakich zabiegów, których rodzaj zależy od specjalności, należą tu takie
obowiązki, jak: stała obserwacja chorego, dbanie o jego higienę osobistą i
podstawowe czynności fizjologiczne, a przede wszystkim o jego samopoczucie,
sygnalizowanie lekarzowi wszelkich niepokojących objawów itp.
Chory w kontakcie ze służbą zdrowia powinien czuć się bezpieczny i mieć poczucie
należytej opieki. Do tego konieczna jest określona organizacja opieki zarówno
ambulatoryjnej, jak i szpitalnej. Jej główny ciężar spada na pielęgniarkę. Gdyż
przede wszystkim ona musi dbać o to, by chory zbyt długo nie czekał na pomoc
lekarską, by miał czyste łóżko, by urządzenia sanitarne były w porządku, by miał
świeżą bieliznę, by dostawał posiłki odpowiednio przyrządzone i o właściwej
porze, ona musi starać się o zachowanie rytmu dnia chorego, przestrzegać pory
wizyt lekarskich, zabiegów, odwiedzin krewnych i znajomych itd.
223
Rola psychoterapeutyczna pielęgniarki jest często spełniana przez nią bez
uświadomienia sobie tej funkcji, co może nawet korzystnie wpływa na wynik tej
swoistej psychoterapii. Spontaniczną życzliwością, uśmiechem, stanowczością, gdy
jest ona potrzebna itp., pielęgniarka niejednokrotnie rozładowuje niepokój i
wewnętrzne napięcie chorego, poprawia jego nastrój, dodaje wiary w skutki
leczenia.
Opisane trzy kierunki aktywności pielęgniarskiej nie oddają tego, co stanowi jej
istotę. W każdej chorobie można obserwować zjawisko regresji. Chory czuje się po
trosze jak dziecko, słaby, bezradny, szuka opieki. Nierzadko chorzy nazywają
lekarza „ojcem", jest to chyba najpiękniejsza dla niego pochwała. Natomiast
pielęgniarka jest dla chorego jakby matką. Ona nim się bezpośrednio opiekuje,
pociesza go, stara się zmniejszyć jego cierpienia, spełnić jego życzenia itp. I
ta macierzyńskość jest, jak się zdaje, istotą zawodu pielęgniarskiego i dzięki
niej właśnie specjalność ta jest bardziej powołaniem niż zawodem.
Rola pielęgniarki psychiatrycznej w zasadzie nie odbiega od roli każdej innej
pielęgniarki, tylko szczegółowe zadania są silniej akcentowane. Do nich należą
przede wszystkim: swoista macierzyńskość i podejście psychoterapeutyczne, a na
dalszym planie - czynności organizacyjne. Natomiast same zabiegi w porównaniu z
innymi specjalizacjami w pielęgniarstwie psychiatrycznym odgrywają drugorzędną
rolę.
Podobnie jak psychiatra, pielęgniarka psychiatryczna może w swej pracy czuć się
sfrustrowana, iż „za mało działa". Bezsprzecznie, w innych dyscyplinach
lekarskich istnieje możliwość większej aktywności. I lekarz czy pielęgniarka
mogą bezpośrednio obserwować wyniki swego działania. W psychoterapii efekty te
są zazwyczaj nieokreślone. Często nie wiemy, czy naszym postępowaniem pomogliśmy
choremu, czy mu zaszkodziliśmy, czy nasze słowa pocieszyły go, czy odniosły
skutek wręcz przeciwny. Związki przyczynowe są tu bardzo powikłane i trudne do
rozszyfrowania.
Pawłów dzielił czynności układu nerwowego na te, które są związane z
pobudzeniem, i te, które polegają na hamowaniu. Podział przyjął się we
współczesnej neurofizjologii i neurochemii. Czynności związane z hamowaniem są
delikatniejsze od związanych z pobudzeniem i przy uszkodzeniu środkowego układu
nerwowego funkcje hamulcowe najpierw ulegają upośledzeniu. Trzymając się tego
klasycznego podziału można by przyjąć, że zawód psychiatry czy pielęgniarki
psychiatrycznej wymaga większej aktywności funkcji hamulcowych niż
pobudzeniowych. Czasem znacznie trudniej jest zahamować swoje reakcje i
spokojnie zastanowić się nad całą sytuacją, niż wystąpić w niej aktywnie,
zwłaszcza gdy ma się z góry podane modele tejże aktywności.
Psychiatra zajmuje się chorym człowiekiem jako całością psychofizyczną, nie
224
koncentruje się - jak inne działy medycyny klinicznej - na określonych układach
bądź narządach ustroju. W związku z tym mnogość sytuacji, z jakimi zawodowo
styka sią psychiatra czy pielęgniarka psychiatryczna, jest, praktycznie biorąc,
nieskończona i nie sposób z góry podać określonego modelu zachowania się w
stosunku do chorego. Nawet po wielu latach praktyki psychiatrycznej widzi sią
swoje błędy, pomyłki, w wielu wypadkach nie wiadomo, jak postąpić.
Doświadczenie psychiatryczne uczy, że im więcej się działa, im gwałtowniej chce
się zmienić sposoby zachowania się i przeżywania chorego, tym więcej mu sią
szkodzi. Każdy człowiek, a prawdopodobnie też i każde zwierzą, ma szacunek dla
własnej wolności i indywidualności. Każda żywa istota jest bowiem jednostką
niepowtarzalną. Indywidualność jest zasadniczą cechą przyrody ożywionej, a z nią
wiąże się integralnie poczucie wolności. Słusznie też Pawłów odruch wolności
zaliczył do odruchów bezwarunkowych.
Jeśli więc człowieka, który na skutek różnorodnych przyczyn, biologicznych,
psychologicznych i socjologicznych, stracił tzw. równowagą psychiczną i znalazł
sią na krawądzi ludzi tzw. zdrowych psychicznie lub poza ten krąg został
wyrzucony, mamy przywrócić do pierwotnej równowagi, nie możemy tego czynić na
siłę, lecz tak wpływać na chorego, by on sam znalazł lepszą niż dotychczas
„drogą" życia i wrócił do społeczności ludzi tzw. zdrowych psychicznie. Z im
większą determinacją lekarz czy pielęgniarka starają sią chorego przywrócić
normalnemu światu, tym większy stawia on opór i tym wyniki leczenia są gorsze.
Leczenie psychiatryczne, podobnie jak i etiologia, obejmuje trzy wielkie
płaszczyzny: biologiczną, psychologiczną i socjologiczną. Mimo intensywnych
wysiłków badawczych w tych trzech zakresach często nie wiemy, na czym polega
nasze działanie. Dotychczas nie znamy dokładnie działania leków psychotropowych
ani wstrząsów elektrycznych i zapaści insulinowych; dotychczas istnieją nieraz
zagorzałe spory, co naprawdę działa w psychoterapii; oddziaływanie socjologiczne
składa sią z tylu czynników, że trudno ustalić ich dynamikę terapeutyczną. W
psychiatrii wciąż jeszcze błądzi się po omacku i pozostaje ona daleko w tyle pod
wzglądem naukowości w porównaniu z innymi dyscyplinami lekarskimi.
Wprawdzie w psychiatrii, podobnie jak w innych działach medycyny klinicznej,
rozdziela się postępowanie diagnostyczne od leczniczego, ale w rzeczywistości
taki rozdział jest niemożliwy. Nie można drugiego człowieka obserwować, nie
działając na niego. Staramy sią, by działanie to zawsze miało znak dodatni,
niestety nie zawsze to się udaje.
Pielęgniarka psychiatryczna styka się z chorym przez znacznie dłuższy czas niż
lekarz. Widzi go też w różnych sytuacjach dnia codziennego, w których lekarz nie
bierze udziału lub jego udział jest minimalny. Widzi go w nocy, w ciągu dnia,
15 - Anus mundi
• • ¦ 225
w czasie spożywania posiłków, mycia się, spędzania wolnego czasu na oddziale
itp. Jej obserwacje nierzadko mogą rozszerzyć w znacznym stopniu obraz chorego,
jaki psychiatra wytworzył w sobie w czasie badania. Dlatego przy omawianiu
problemów dotyczących chorych pielęgniarka zawsze powinna być obecna i nie
wstydzić się swego zdania.
W diagnostyce psychiatrycznej obserwacje pielęgniarki są zapewne cenniejsze niż
w innych działach medycyny, gdyż często różne drobne wydarzenia, szczegóły
dotyczące zachowania się chorego w stosunku do innych chorych lub personelu,
jego reakcje uczuciowe itp. mogą nieraz znacznie zmodyfikować postawione przez
psychiatrę rozpoznanie.
Diagnostyka psychiatryczna ma charakter dynamiczny, to znaczy obraz chorego
zmienia się w miarę lepszego i częstszego z nim kontaktu. I nigdy nasze poznanie
nie jest ostateczne. Badany przez nas człowiek wciąż ukazuje jakby nowe oblicze.
Zdarza się, że lekarz, którego kontakty z chorym są rzadsze niż pielęgniarki i
który bardziej od niej jest obciążony balastem psychiatrycznej klasyfikacji,
zatrzymuje się na jednym sposobie widzenia swego chorego. Spojrzenie
pielęgniarki jest zwykle bardziej dynamiczne choćby z tej racji, że widzi ona
chorego w różnych sytuacjach i dzięki temu może nieraz „odświeżyć" ocenę
psychiatry.
Nie uda się nam poznać chorego, gdy nasze oddziaływanie na niego będzie ujemne.
Chory wówczas zamknie się w sobie, będzie nas unikał lub narzuconą sobie maską
będzie się bronił przed bardziej bezpośrednim kontaktem. Mówimy wówczas o „złym
kontakcie" z chorym. W takim wypadku należy zawsze skontrolować własną postawą
uczuciową wobec chorego, czy przypadkiem, nie jest ona negatywna i czy „zły
kontakt" nie jest po prostu reakcją chorego na nasze nastawienie uczuciowe.
Chorzy psychiatryczni, podobnie jak dzieci, są bardzo wrażliwi na prawdziwe
nastawienie uczuciowe do nich. Z miejsca wyczuwają fałsz i maskę. Nieraz dziecko
badawczo.przygląda się drugiej osobie, nim się odezwie lub zacznie się z nią
bawić; chce jakby poznać, co w tym człowieku się kryje. W psychiatrii życzliwość
w stosunku do chorych musi być autentyczna, a nie sztuczna. Maskowanie się i
fałsz są przez chorych, zwłaszcza psychotycznych, od razu wykrywane i powodują,
że chorzy zamykają się w sobie i tracą zaufanie do lekarza czy pielęgniarki.
Szczerość nie oznacza, że psychiatra czy pielęgniarka psychiatryczna mają
choremu pokazywać złe humory. Musi się nad nimi zapanować. Chorzy
psychiatryczni, a zwłaszcza chorzy nerwicowi, często denerwują otoczenie swoimi
pretensjami, poczuciem krzywdy, tłumioną agresją, histeryczną teatralnością itp.
Gdy jednak lepiej ich poznamy i zrozumiemy, irytacja z reguły ustępuje, w myśl
powiedzenia, że zrozumieć, to znaczy przebaczyć. Hamowanie odruchowych reakcji
226
emocjonalnych i swoistej dla człowieka skłonności do sądzenia bliźnich wymaga
dużego wysiłku i wewnętrznej dyscypliny. Jak zaznaczono, czynności hamowania są
delikatniejsze od czynności pobudzenia w układzie nerwowym, f dlatego praca w
dziedzinie psychiatrii bywa nieraz bardziej wyczerpująca niż w innych, bardziej
aktywnych działach medycyny.
Przebywanie z chorymi psychiatrycznymi uczy człowieka głębszego spojrzenia na
życie i na ludzką naturą; poznając innych, lepiej poznaje się siebie. Przeżycia
chorych bowiem, choćby nawet najbardziej zaskakujące, w rzeczywistości są tylko
wyolbrzymionymi przeżyciami każdego człowieka.
Na pielęgniarce psychiatrycznej spoczywa wiele obowiązków organizacyjnych,
których ilość jest większa, a charakter odmienny niż w innych działach medycyny
klinicznej. W lecznictwie otwartym do obowiązków tych można zaliczyć, poza
normalnymi zajęciami pielęgniarskimi, wizyty domowe i zbieranie wywiadów
środowiskowych, pomoc w organizowaniu pracy świetlicowej (różnorodnych klubów
dla pacjentów). Praca taka wymaga dużego taktu i wnikliwości psychologicznej.
Pielęgniarka musi zorientować się np. w atmosferze domu czy pracy, w głównych
czynnikach konfliktowych, musi umieć pobudzić chorych do rozrywek, pracy,
dyskusji w czasie zajęć świetlicowych itp.
W lecznictwie zamkniętym pielęgniarka jest odpowiedzialna za rytm dnia swoich
chorych. Chodzi tu o to, by chorzy się nie nudziii, by na oddziale nie zapanował
chaos lub, przeciwnie, sztuczna dyscyplina przypominająca bardziej więzienie niż
oddział psychiatryczny. Rytm dnia - to właśnie rozplanowanie aktywności chorego
na oddziale, nie tylko jego pór odpoczynku, posiłków, zabiegów, lecz też wizyt
lekarskich, godzin psychoterapii indywidualnej i grupowej, terapii zajęciowej,
rozrywek itd. Program dnia chorego musi być oczywiście planowany razem z
leczącym psychiatrą, ale jego wykonawcą musi być pielęgniarka. Ona bowiem tkwi
bardziej w codziennym życiu chorych niż lekarz, który często nie zna wszystkich
powszednich kłopotów i radości swych pacjentów.
Poza tym pielęgniarka jest bardziej związana z oddziałem niż lekarz i dlatego
ona przede wszystkim jest odpowiedzialna za porządek dnia. Lekarze muszą
podporządkować się ustalonemu programowi zajęć - o określonej porze robić
wizyty, zabiegi, mieć określone godziny psychoterapii indywidualnej i grupowej
itp. Zakłócenia tego porządku wywołują chaos w pracy personelu, jedni czekają na
drugich i tracą czas, a czekanie zawsze znacznie bardziej męczy niż efektywna
praca.
Zorganizowanie życia na oddziale nie jest zadaniem łatwym. Chorzy mają dużo
wolnego czasu i często nudzą się. Zostawieni sami sobie, zaczynają nieraz
organizować „drugie życie", które wymyka się spod kontroli personelu i
niejednokrotnie przyjmuje formy żywiołowe, nie zawsze korzystne dla zdrowia
chorych. Tworzą się
227
kliki, chorzy agresywni mogą zdominować słabszych, bardziej przedsiębiorczy
pacjenci organizują biesiadki alkoholowe, niekiedy dochodzi nawet do ekscesów
seksualnych.
Pozostawienie chorym maksymalnej, ale kontrolowanej swobody jest sprawą
zasadniczą dla wytworzenia właściwej atmosfery oddziału psychiatrycznego. Atmos-
< fera ta odgrywa decydującą rolą w leczeniu psychiatrycznym.
Swoboda nie jest

równoznaczna z chaosem i pozostawieniem chorych jako społecznej grupy ich


własnemu losowi. Personel -zarówno lekarski, jak i pielęgniarski (także
psychologowie i socjolodzy) - musi brać aktywny udział w tworzeniu się
społeczności terapeutycznej.
Istotnym czynnikiem w tworzeniu się społeczności terapeutycznej jest terapia
zajęciowa. Nie chodzi tu o organizowanie efektywnych na zewnątrz warsztatów
pracy. Zajęcia mogą być bardzo skromne, byle tylko interesowały chorych.
Najlepiej, gdy wiążą się one z aktualnymi potrzebami oddziału, np. upiększenie
sal czy klubu, naprawa zepsutych mebli, uporządkowanie ogrodu czy boiska
sportowego, przyrządzanie ciastek czy innych „smakołyków" dla bufetu klubowego,
urządzanie imprez rozrywkowych, wystaw twórczości plastycznej chorych,
wieczorków literackich itp.
Oczywiście, dużo zależy od pomysłowości personelu. Ale ważniejsze jest, by umieć
korzystać z pomysłowości chorych, a gdy wykazują oni określone zainteresowania,
zachęcić ich do aktywności. Pielęgniarka powinna skoncentrować swoją uwagę
przede wszystkim na tych chorych, którzy są mało aktywni, nieśmiali i wycofują
się z życia grupowego. Gdy nimi się więcej zajmie, wciągnie ich w ten sposób do
życia grupowego.
Przez pojęcie psychoterapii wielu psychiatrów rozumie co innego i zdarza się, że
za psychoterapię psychiatra uważa tylko to, co sam robi. Przyjmując jednak
najszerszą definicję psychoterapii, tzn. że jest ona oddziaływaniem psychicznym
o znaku dodatnim dla chorego, należy uznać, że element psychoterapeutyczny jest
integralną składową roli każdego lekarza i każdej pielęgniarki, niezależnie od
ich specjalności. W psychiatrii element ten wysuwa się na plan pierwszy. I jeśli
w 1 ¦ ' innych dyscyplinach lekarskich bywa on często
nieuświadomiony, tutaj powinien
1' być przynajmniej częściowo świadomie kierowany.
Psychoterapia pielęgniarki psychiatrycznej jest zwykle dorywcza i improwizowana.
Stara się ona poprawić nastrój chorego, zmniejszyć jego rozdrażnienie czy zły
humor, wciągnąć go do życia na oddziale, zmniejszyć jego opór w stosunku do
lekarza i leczenia. Czasem wystarczy uśmiech, żart, drobny gest, niekiedy znów
trzeba dłużej z chorym porozmawiać. Każdy chory wymaga innego podejścia i na tym
polega doświadczenie psychiatryczne zarówno lekarza, jak i pielęgniarki, by
umieć do chorego znaleźć właściwą drogę. Trzeba z miejsca zorientować się,
228
przynajmniej z grubsza, w tym, jaki to jest człowiek, jakie są jego węzłowe
problemy. Zwykle robi się to intuicyjnie, ale pod intuicją kryje się duże
doświadczenie psychiatryczne.
Najważniejsza jednak w psychoterapii jest właściwa postawa uczuciowa, to, co
chorzy określają słowem „ojciec" w odniesieniu do lekarza, i to, co odczuwają
oni jako potrzebę macierzyńskiej opieki w odniesieniu do pielęgniarki. Trzeba po
prostu lubić swoich chorych i czuć się za nich odpowiedzialnym. Jeśli ma się
właściwą postawę uczuciową wobec chorych, to bardziej skomplikowane i często
dyskusyjne formy psychoterapeutycznego oddziaływania wykształcą się z czasem
prawie spontanicznie.
Przez stały kontakt z chorymi pogłębia się nasza wiedza o naturze ludzkiej i
dzięki temu łatwiej jest nam odpowiednio na drugiego człowieka oddziałać. Lepiej
też poznajemy siebie, co w psychoterapii jest sprawą niemałej wagi, gdyż w tak
bezpośrednim obcowaniu, jakim jest kontakt psychoterapeutyczny, widzimy drugiego
człowieka przez pryzmat swoich najbardziej osobistych przeżyć i stale musimy
korygować własne reakcje oraz postawy uczuciowe.
Oddziaływanie psychiczne na chorego, czyli psychoterapia, stawia nas wobec
-wielu zagadnień lekarskich, które wciąż są jeszcze dla nas tajemnicze. Wiadomo,
że oddziaływanie to może wpłynąć korzystnie nie tylko na stan psychiczny, ale
też fizyczny chorego. We współczesnej medycynie dąży się do sprowadzenia zjawisk
zachodzących w człowieku do poziomu biochemicznego, a w niedalekiej przyszłości
nawet do mikrofizycznego, zapominając nieraz o najwyższym poziomie integracyj-
• nym, tj. o życiu psychicznym człowieka, które może wpłynąć na poziomy niższe;
- fizjologiczne i biochemiczne.
Zawód pielęgniarki psychiatrycznej jest zawodem trudnym, wymaga dużej
cierpliwości, opanowania i stałej pracy nad sobą. Trzeba umieć rozładować
umiejętnie swoje negatywne postawy uczuciowe nie tylko w stosunku do chorych,
ale też do personelu. Nie trzeba chyba wyjaśniać, jak ujemnie negatywne uczucia
żywione do chorych odbijają się na ich zdrowiu zarówno fizycznym, jak i
psychicznym. Wiadomo też, że napięcia między personelem wpływają szkodliwie na
atmosferę oddziału, a wtedy społeczność terapeutyczna zmienia się w społeczność
antyterapeutyczną. Oczywiście pielęgniarki psychiatryczne są też ludźmi, a nie
aniołami, i też mają swoje kłopoty, zmartwienia, konflikty. Ale kontakt z
chorymi. psychiatrycznymi uczy je, a w każdym razie powinien uczyć mądrości
życiowej, która między innymi polega na umiejętności rozładowywania negatywnych
nastawień uczuciowych. . ......
Psychoterapia
Każdy lekarz, chcąc nie chcąc, jest lepszym lub gorszym psychoterapeutą.
Wzajemny bowiem stosunek dwóch osób, z których jedna jest lekarzem, a druga
pacjentem, jest z konieczności stosunkiem psychoterapeutycznym. Człowiek chory
szuka pomocy i opieki u swojego lekarza; w każdej chorobie, mówiąc językiem
psychoanalitycznym, w mniejszym lub większym stopniu występuje cofanie się do
dzieciństwa, człowiek chory staje się bezradnym dzieckiem szukającym oparcia w
osobie lekarza, który jest jakby namiastką rodziców. Od chwili pierwszego
zetknięcia, między lekarzem a chorym wytwarza się więź emocjonalna. Więź ta może
być pozytywna lub negatywna, słaba lub silna. Zależy to od osobowości i od
zdolności psychoterapeutycznych lekarza, z których nierzadko sam nie zdaje sobie
nawet sprawy. Więź emocjonalna jest podstawą każdej psychoterapii. Co do tego
panuje wyjątkowa zgodność poglądów wśród specjalistów w tej dziedzinie.
Można powiedzieć bez przesady, że medycyna zaczęła się od psychoterapii. Były to
zaklęcia i tajemnicze obrządki magów, budzące zgrozę maski, tańce rytualne
kończące się transem hipnotycznym. Te i podobne sposoby miały za zadanie
przerazić, niemal unicestwić chorego człowieka i wywołać bezgraniczną wiarę w
moc czarownika. Szczytowym osiągnięciem tych metod, wprawdzie w negatywnym
znaczeniu, jest opisywana przez podróżników i etnografów śmierć voodoo. Pod
wpływem zaklęcia człowiek w śmiertelnym strachu padał na ziemię, wił się i w
końcu umierał. Zjawisko to stało się bodźcem dla Cannona do badań nad wpływem
stanów emocjonalnych na układ wegetatywny.
Obok tych budzących zgrozę metod istniały świątynie Asklepiosa, ucznia
niezmordowanego konia z głową człowieka, centaura Cheirona. (Notabene Asklepios
i jego córka Higiea zostali zabici przez Zeusa za to, że zbyt dobrze służyli
ludzkości.) W świątyniach chory, oświadczywszy swą przynależność do kultu,
poddawany był zabiegom, które określamy jako fizyko- i hydroterapeutyczne.
Stosowano tam specjalną dietę, leki, w cięższych przypadkach przykładano do
głowy elektryczne
231
węgorze, co mogło działać podobnie do wstrząsów elektrycznych, wykonywano nawet
trepanacją czaszki, a możliwe, że również operacje kory mózgu zapożyczone z
chirurgii egipskiej.
Osobiste rozmowy z filozofami lub grupowe z nimi dyskusje, przypominające tak
popularną ostatnio psychoterapią grupową, miały wpłynąć na psychiką chorego.
„Wśród ciszy i zmroku świątyni, po której kątach snuły się oswojone święte węże,
chory zapadał w sen wróżebny. W marzeniach zjawiał się bóg i wskazywał, co
należy uczynić. Nazajutrz chory opowiadał sen kapłanom, którzy go wyjaśniali1 i
rozpoczynali leczenie." Freud miał więc poprzedników w wyjaśnianiu marzeń
sennych dla ceiów leczniczych.
Obie metody: „unicestwienia" w poczuciu grozy i bezgranicznej wiary w moc
lekarza oraz „podniesienia" przez dobre traktowanie i zrozumienie, działały
leczni-czno. Można je śledzić, badając historią medycyny. Dziś również, mimo
całego postępu wiedzy medycznej, spotykamy chorych „unicestwionych" przez
tajemniczą, często lęk budzącą aparaturę diagnostyczną i terapeutyczną, chorych,
którzy w wądrówce od jednego specjalisty do drugiego, w gęstwie badań
pracownianych - stają się tylko przedmiotem, numerem, na którym wykonuje się
różne badania i zabiegi. Magia cyfr, tajemniczych wskaźników, nieznanych nazw
zastępuje tajemnicze zaklęcia czarodziejów. Dlatego coraz częściej w świecie
lekarskim słyszy się głosy przeciw przesadnej specjalizacji, przeciw dzieleniu
chorego na poszczególne narządy, przeciw leczeniu choroby zamiast chorego
człowieka.
W pierwszych latach XIX w. Pinel, którego słusznie uważa się za ojca
współczesnej psychiatrii, pisze Traite medico*philosophique, pierwszy
systematyczny wykład psychoterapii, opartej na zdrowym rozsądku i trosce o
chorego człowieka.
Dzięki Mesmerowi z początkiem XIX w. hipnoza staje się popularna w całej
Europie. Świat lekarski dzieli się na dwa obozy: jedni uważają tę metodę za
kuglarstwo, inni widzą w niej drogę do tajemniczych mechanizmów psychiki
ludzkiej. Zjawiskami hipnotyzmu zajmuje się szkoła Charcota, która stworzyła
podwaliny europejskiej neurologii i psychiatrii. Uczeń Charcota, Babiński,
interesuje się sugestią, uważa ją za zasadniczy czynnik w psychoterapii. Janet
pisze liczne podstawowe prace o psychoterapii nerwic, zwłaszcza histerycznych i
psychasteni-cznych. On pierwszy „odkrywa" podświadomość, ale odkrycie to
pozostało nie spostrzeżone i sam Janet nie przywiązywał doń większej wagi.
Widocznie grunt nie był jeszcze przygotowany.
W kilkanaście lat później cała zasługa przypada Freudowi. Freud wraz z Bre-uerem
w ostatnim dziesiątku lat XIX w. ogłasza przypadek dziewczyny z histerycznym
porażeniem, które ustąpiło po dojściu w transie hipnotycznym do nerwicorodnego
konfliktu. W ten sposób odkryto zasadnicze prawo psychoterapii, że badanie jest
232
często jednocześnie leczeniem. Odkrycie czynników wywoławczych w wielu
przypadkach zmniejsza, a nawet usuwa objawy chorobowe. W odkryciu tym musi
jednak brać czynny udział sam chory.
Freud, uczeń Charcota, był z wykształcenia neurologiem. Właśnie neurologii
poświęcone są jego pierwsze prace.
Prawdopodobnie doświadczenie neurologa zaciążyło na jego podejściu do chorego.
Uważał, że to samo podejście, co w badaniu neurologicznym,, można stosować też w
psychoterapii. Chory leżąc mówi swobodnie, co tylko do głowy mu przychodzi, a
lekarz, skryty przed jego wzrokiem, słucha wypowiedzi i obserwuje oddziaływanie
emocjonalne, tak jak neurolog spostrzega objawy neurologiczne. Psychoterapeuta
miał być tylko idealnie obiektywnym, naukowym obserwatorem. Osobowość jego nie
liczyła się. W wiele lat później Freud przekonał się, że stanowisko jego było
błędne, że to, co chciał wyłączyć z psychoterapii - emocjonalny stosunek do
lekarza - jest najbardziej istotną częścią składową.
W ten sposób powstało pojęcie Ubertragung (transference) - „przeniesienia".
Chory na osobę lekarza rzutuje swoje emocjonalne nastawienie utożsamiając go z
„ważnymi osobami" ze swego życia (np. z postacią ojca lub matki). Z kolei już
następcy Freuda wprowadzili pojęcie countertransference- „przeniesienia
zwrotnego"; jest to zjawisko odwrotne, polegające na tym, że sam lekarz, dawny
idealnie obiektywny obserwator, rzutuje swoje konflikty na chorego.
Transference i countertransference, czyli ścisły związek emocjonalny między
lekarzem a chorym, jest, zdaniem wszystkich współczesnych psychoanalityków,
podstawą każdej psychoterapii.
Istotę psychoterapii Freuda można by ująć jako próbę sprowadzenia wszystkich
późniejszych konfliktów i skrzywień linii życiowej do wczesnego okresu
dzieciństwa, który jest pokryty niepamięcią, a w którym tworzą się podstawowe
mechanizmy emocjonalne. Mówiąc językiem Pawłowowskim, jest to okres tworzenia
się podstawowych związków bezwarunkowo-warunkowych, które w kompleksie tworzą
stereotyp dynamiczny, jako matrycę, według której kształtują się dalsze związki
czasowe. W ten sposób zarówno w ujęciu psychoanalitycznym, jak i w Pawłowowskim
pierwsze lata życia określają w pewnym sensie dalsze dzieje reakcji i nastawień
emocjonalnych człowieka.
Zdaniem szkoły freudowskiej i większości innych szkół psychoanalitycznych, w
psychoterapii należy dojść do tego, kształtującego psychikę, okresu życia. Freud
i jego następcy uważali, że za pomocą metody wolnego kojarzenia i wyjaśnienia
marzeń sennych można zdjąć z okresu wczesnego dzieciństwa zasłonę niepamięci i
odsłonić podstawowe jego mechanizmy, jak kompleks Edypa, kompleks kastra-cyjny,
poszczególne fale rozwoju: libido-oralne, analne, falliczne itd.
233
Niepsychoanalitycy mają wprawdzie poważne wątpliwości, ile w tym obrazie jest
rzeczywistych przeżyć dziecka, a ile mitologii psychoanalitycznej.
Mitologią przesiąknięta jest cała psychoanaliza; można tłumaczyć to tym, że
legendy i mity religijne odzwierciedlają odwieczne i podstawowe skłonności
psychiki ludzkiej.
Zdaniem Massermana, współczesnego amerykańskiego psychiatry eksperymentalnego,
przyjęta przez Freuda trójdzielna struktura psychiki - id, superego, ego -
odzwierciedla się w najstarszych nawet wierzeniach religijnych. Wszędzie można
spotkać trzy koncepcje bogów i półbogów. Mamy więc bogów ślepych, dzikich
podziemnych sił i namiętności: Set - egipski bóg ciemności, Sziwa -hinduski bóg
zniszczenia, z którego rodzi się nowe życie, Dionizos, Loki - staro-indyjski bóg
ognia i zniszczenia, demon filistyński Belzebub. Przed nimi bronią człowieka
bogowie i półbogowie związani z ludzkim życiem na ziemi i ludziom przychylni:
Amon - strzegący Egiptu, Apollo, Thor - bóg staronordycki, obrońca ludzi przeciw
złym mocom, Zoroaster, Budda. Wysoko nad nimi stoją bogowie wydający
nieodwracalne wyroki o losach wszechświata. W człowieku budzą szacunek i grozę,
nie wolno im się sprzeciwiać, gdy karzą bądź nagradzają według swego upodobania,
a nie ludzkiej racji: Ra - egipski bóg słońca, Ahura Mazda -bóg dobra w religii
zoroastryjskiej, Zeus, Wisznu - najwyższe bóstwo hinduizmu, bóg słońca i
pogromca demonów, Odyn - skandynawski bóg wiatru, burz, śmierci, władca
Walhalli.
W ten sposób, zdaniem Massermana, bogowie różnych religii reprezentują potężne
siły id, opierające się na logice codziennej rzeczywistości ego, i surowe,
karzące, bezlitosne superego.
Dwaj wybitni uczniowie Freuda - Adler i Jung - stali się odszczepieńcami i
założycielami swoich „sekt" psychoanalitycznych. Walka między zwolennikami
poszczególnych kierunków psychoanalizy toczyła się przez dziesiątki lat w sposób
nieprzejednany i zaciekły. W ostatnich latach zaczynają dopiero psychoanalitycy
różnych szkół szukać wspólnego języka i ze zdziwieniem stwierdzają, że przez
lata walczyli z wiatrakami, że istota psychoterapii to nie teorie, o które
walczyli, ale stosunek człowieka do człowieka.
Adler uważał człowieka za niepodzielną całość, która w każdym działaniu wyraża
swój cel; jest to twórcza zdolność człowieka. Cele ludzkiej działalności są
wytworem całej osobowości, przeszłości, teraźniejszości i dążenia do
przyszłości. Mechanizmy psychologiczne działają na zasadzie oszczędności - do
świadomości dociera tylko to, co jest w danej chwili potrzebne. Człowiek jest
istotą społeczną; główny motyw jego działania to pragnienie przynależności do
grupy społecznej. W pełnym społecznym wyżyciu się hamuje człowiek poczucie
niższości. Człowiek,
234
który czuje się gorszy od innych, traci wiarę w swoje miejsce w grupie^zamiast
zbliżać się do życia społecznego, ucieka od niego. Tylko w grupie człowiek może
w pełni się wyżyć i „spełnić się". Gdy wskutek kompleksu niższości oddala się od
grupy, czuje się nieszczęśliwy. Objawy nerwicowe są sztuczną obroną przed
przyznaniem się do klęski.
Człowiek w dzieciństwie wytwarza swój „styl życia" - jest to najbardziej
osobiste zrozumienie życia i ustawienie swojej osoby na jego tle. Od tego „stylu
życia" zależy kierunek ludzkiej działalności i „cele" stawiane sobie w
późniejszym życiu, Na kształtowanie osobowości nie tyle wpływają czynniki
dziedziczne i środowiskowe, co ta najbardziej własna koncepcja siebie i życia. W
psychoterapii dąży się do ustalenia „stylu życia" chorego przez zrozumienie jego
dzieciństwa, a zwłaszcza sytuacji rodzinnej, wyjaśnia się choremu ukryte cele
jego postępowania i wzmacnia się poczucie wiary w swoją wartość, w swój „styl
życia", dzięki czemu chory może z powrotem wrócić do grupy społecznej.
Jung dzieli podświadomość na osobistą i nieosobistą, czyli kolektywną. W
podświadomości osobistej grupują się wszystkie bodźce zapomniane i stłumione,
które działały na człowieka od chwili urodzenia. Niektóre wartości zgrupowane w
podświadomości stanowią jakby punkty krystalizacyjne o dużym ładunku
emocjonalnym, które przyciągają inne pokrewne treścią, w ten sposób samoistnie
wzra-stając. Są to kompleksy. Do takich kompleksów należy kompleks matki, ojca,
następstwa przeżyć urazowych. Kompleksy jakby przyciągają do siebie energię:
psychiczną. W końcu mogą wzrosnąć do tego stopnia, że stają się niezależne od
reszty psychiki i zagrażają całości ego. Mówi się o takich ludziach, że są
„opętani". Samo ego Jung uważał też za kompleks, kompleks jak najbardziej
pozytywny, który jest częściowo w świadomości, który dzięki funkcji pamięci
jednoczy i organizuje całe życie psychiczne dające nam najbardziej osobiste
poczucie całości,., jedności i ciągłości.
Oprócz kompleksów nabytych w ciągu życia osobniczego istnieją kompleksy
wrodzone, powstałe w ciągu wielowiekowej ewolucji kultur; są to kompleksy
wspólne wszystkim ludziom. Motywy ich spotykamy w mitach i legendach.
Powtarzanie się tych samych motywów w różnych kultach jest zbyt częste, by
uważać to za przypadek. Te kolektywne kompleksy Jung nazwał „archetypami".
Stanowią one treść podświadomości zbiorowej. Ta zbiorowa podświadomość
szczególnie silnie występuje w dzieciństwie. Dziecko jest zagrożone zarówno z
zewnątrz, jak i. od wewnątrz przez groźne kompleksy zbiorowe - „archetypy". By
zbudować swoje ego, które zgrupuje funkcje psychiczne i obroni ich całość i
jedność przed atakiem chaosu z zewnątrz i od wewnątrz, dziecko musi początkowo
utożsamiać się ze swoimi rodzicami.
235
Popularna w Anglii Melania Klein idzie dalej i mówi o introjekcji —wchłonięciu
matki i ojca przez dziecko, co w pierwszej fazie z powodu ambiwalentnego
nastawienia emocjonalnego do matki czy ojca - miłość, nienawiść - wywołuje
wewnętrzne rozszczepienie, schizis. Fazę tę nazywa Klein schizofreniczną,
uważając ją za prawidłowy okres rozwoju psychicznego we wczesnym dzieciństwie. W
późniejszej fazie, „maniakalno-depresyjnej", dziecko wyrzuca na zewnątrz swoje
„złe" uczucia, uważając je za nie swoje. Wiąże się z tym poczucie winy, a co za
tym idzie -depresja, lub, dzięki mechanizmom hiperkompensacyjnym, nastrój
wzmożony -hipomaniakalny.
Zdaniem Junga, człowiek zmuszony do stałego przystosowania się do swego
otoczenia społecznego tworzy zewnętrzną nadbudowę, która składa się ze
społecznie przyjętych norm zachowania się i dozwolonych reakcji emocjonalnych.
Ta fasada, persona, jak ją Jung nazywa, jest też kompleksem, który często może
opancerzyć życie psychiczne do tego stopnia, że uniemożliwia jego dalszy rozwój.
Dla introwerty persona jest bezcennym mechanizmem obronnym przed naporem świata
zewnętrznego, dla ekstrawerty stanowi pokusę, by całe życie psychiczne w niej
zmieścić.
Jung, w przeciwieństwie do wielu amerykańskich psychologów i psychiatrów, nie
uważał, że jak najlepsze przystosowanie nas do środowiska społecznego jest
szczytowym osiągnięciem psychoterapeutycznym; w nadmiernym przystosowaniu się
widział groźbę zatracenia indywidualności. Jung przewidział niebezpieczeństwo
tego, co wiele lat później psycholog amerykański Fromm określił jako marketing
personality - „osobowość rynkową". Jest to typ człowieka, który ceni siebie
wyłącznie według tego, jak cenią go inni, i dlatego stara się być takim, jakim
chce ,; go widzieć otoczenie. Zdaniem Fromma, ten typ
osobowości jest wytworem współ-
1 I czesnych kultur kapitalistycznych.
Według Junga każda cecha lub uczucie, które jaskrawo uwydatnia się w naszej
świadomości, ma swą odwrotną stronę medalu - swój „cień" w podświadomości. I tak
miłość w świadomości ma swój „cień" nienawiści w podświadomości. Najbardziej
„męski" mężczyzna ma w podświadomości „cień" kobiecości anima, a kobieta „cień"
męskości animus. Jest to wyrównawczy mechanizm podświadomości. O ile „cień" jest
dostatecznie zintegrowany przez ego, przyczynia się do równowagi i harmonii
psychicznej; gdy wymyka się spod kontroli ego, staje się kompleksem, który może
zagrozić całości psychiki. W nerwicy Jung widział przede wszystkim celowe
urządzenie przyrody. Istotą przyrody jest wzrost, rozwój. Nerwica jest bolesnym
sygnałem, że rozwój psychiki został zatrzymany, a nawet spaczony.
Wbrew opinii większości psychiatrów o bezowocności psychoterapii u osób
starszych, Jung raczej chętnie podejmował się leczenia starszych - tych, którzy
przeszli już burze młodości, osiągnęli stabilizację i nagle zobaczyli przed sobą
236
pustką. Uważał, że w pierwszej połowie życia człowiek walczy o swą pozycję w
świecie zewnętrznym - ego wzrasta i krystalizuje się w walce z chaosem
zewnętrznych i wewnętrznych bodźców. Natomiast w drugiej połowie życia, gdy już
pozycja w świecie została zdobyta, gdy życie psychiczne ulega zrównoważeniu -
przed człowiekiem staje zadanie zbadania swego wewnętrznego świata, znalezienia
centrum osobowości, które Jung określa: samym sobą. Celem życia według Junga
jest badanie i rozszerzanie własnej świadomości. Chińczyny nazywają to tao,
czyli droga.
Poglądy te sprawiły, że Jung wśród psychoanalityków zdobył sobie opinię mistyka.
Szkoła socjopsychiatryczna lub „kulturowa" {cultural school) powstała w latach
międzywojennych w Ameryce. Jej twórcą jest psychiatra amerykański Sullivan, a
częściowo psycholog społeczny Fromm.
O ile Freud za siłę napędową życia psychicznego uznawał szeroko pojęty popęd
seksualny - libido, to dla Sullivana siłą tą był lęk. Lęk rodzi się z poczucia
zagrożenia. Zagrożenie może być biologiczne, jak np. niedostateczny dopływ tlenu
u niemowlęcia, lub psychologiczno-społeczne - utrata poczucia bezpieczeństwa w
środowisku społecznym. Środowisko społeczne, a ściślej mówiąc „ważne osoby"
{significant persons), jak matka, ojciec itd., odgrywają rozstrzygającą rolę w
formowaniu osobowości dziecka. Po raz pierwszy lęk przenosi się na dziecko drogą
empatii. Gdy matka lub osoba, która dla dziecka przedstawia matkę {mothering
one), jest w stanie niepokoju, rozdrażenienia, jej niepokój przenosi się w
tajemniczy sposób (empatia) na dziecko. Możliwe, że odgrywają tu rolę mimika,
zapach, napięcie mięśniowe, brzmienie głosu. W dalszych kolejach życia lęk wraca
za każdym razem, gdy dziecko czuje się zagrożone w swej pozycji społecznej.
Dziecko bardzo wcześnie uczy się, jakie zachowanie jest przychylnie przyjmowane
przez otoczenie (significant persons) i wywołuje atmosferę bezpieczeństwa, a
jakie nieprzychylnie, wytwarzając atmosferę zagrożenia. Tendencje, które
prowadzą do przychylności otoczenia, stanowią „ja dobre" {good me), a tendencje
przeciwne - „ja złe" (badme). Dziecko stara się odszczepić „ja złe", by chronić
się przed uczuciem zagrożenia. W ten sposób powstaje dysocjacja.
W latach dziecinnych i późniejszych człowiek buduje bogaty system różnych
mechanizmów, które Sullivan opisuje szczegółowo. Mają one bronić go przed
najgroźniejszym, tj. lękiem przed utratą kontaktu ze swoim otoczeniem, przed
utratą poczucia zabezpieczenia. Te mechanizmy obronne {self-system) są tym
sztywniej-sze, im większy był lęk we wczesnych okresach dzieciństwa.
Psychoterapia zmierza do rozszyfrowania tego systemu i ewentualnej jego
korelacji. Polega ona na wzajemnym aktywnym stosunku {interpersonal relation)
237
dwóch osób: chorego i lekarza. W stosunku tym rozstrzygającą rolę odgrywa
osobowość lekarza. Jako szczegół techniczny warto zanotować, że Sullivan był
przeciwny kładzeniu chorego na kanapie, jak to jest w zwyczaju w klasycznej
psychoanalizie: chorego sadzał naprzeciw siebie, nieco bokiem, tak że pacjent
mógł go równie dobrze obserwować, jak on chorego.
Sullivan uważał, że podobnie jak we współczesnej fizyce poszczególne najmniejsze
elementy materii są niepoznawalne, widzimy tylko skutki ich działania, tak i w
psychiatrii możemy badać tylko wzajemne oddziaływanie człowieka na człowieka
{interpersonal relation). Samo „ja" jest niepoznawalne; Sullivan wątpił, czy ono
w ogóle istnieje, uważał je za urojenie.
Fromm nie zgadzał się w tej kwestii w Sulltvanem; jego zdaniem, taki pogląd jest
wynikiem współczesnej kultury, która nie pozwala na wyrażanie siebie, stąd
poczucie alienacji. Zdaniem Fromma człowiek - w przeciwieństwie do zwierząt
-jest najmniej zależny od instynktów, ma najmniej gotowych po urodzeniu sposobów
zachowania się. Większość jego popędów {drives) jest właściwie tworzona przez
społeczeństwo.
Ewolucja człowieka w kulturze zachodniej zmierza w kierunku indywidualizacji.
Nie może ona polegać na statycznych, kolektywnych formach zachowania się. Życie
komplikuje się coraz bardziej, stawia wciąż człowieka wobec nowych problemów,
które musi sam rozwiązywać. Jednocześnie zaś człowiek zdaje sobie sprawę ze
swojej małości i niemocy wobec kosmosu i śmierci. Społeczeństwo współczesne nie
pozwala mu w pełni wyrazić swoich możliwości, żądając maksymalnego
przystosowania się. Stąd frustracja, poczucie osamotnienia - alienacja. Zdaniem
Fromma trudności dzisiejszego człowieka nie są następstwem zaburzeń libido, jak
chciał Freud, ale wynikają z poczucia obcości wywołanej niemożliwością wyrażania
siebie w dzisiejszej kulturze. Za cenę swojej indywidualnej wolności człowiek
chce cofnąć się do prymitywnych, kolektywnych form życia, być z powrotem razem z
innymi.
O ile Sullivan w psychoterapii pomagał choremu spojrzeć na jego mechanizmy
obronne, to Fromm starał się przebić przez nie do prawdziwego jądra człowieka,
wyzwolić jego siły twórcze i w ten sposób przekształcić jego osobowość.
Po ostatniej wojnie w krajach języka niemieckiego: w Szwajcarii (Binswanger), w
Austrii (Franki), w Niemczech Zachodnich (Zutt), rozwinęła się analiza
egzystencjalna {Daseinsanalyse). W przeciwieństwie do innych szkół analitycznych
egzyste-ncjaliści nie podchodzą do chorego z gotowym systemem
psychopatologicznym, służącym jak gdyby za przewodnik po tajemniczym terenie
ludzkiej psychiki; starają się natomiast poznać strukturę bytu człowieka w jego
własnym świecie (Dasein). Przeżycia człowieka, jego związki z rzeczami i ludźmi,
stwarzają u każdego swoistą
238
strukturą. Poznanie tej struktury u człowieka chorego jest zadaniem psychiatry
egzystencjalnego. Świat bowiem człowieka chorego jest inny niż świat ludzi
zdrowych, proporcje są zmienione, formy i wzajemne połączenia zniekształcone.
Psychoterapia jest „spotkaniem" {Begegnung, Encounter) - wyjściem naprzeciw
cierpiącego człowieka i próbą wejścia w jego świat. Zadaniem psychoterapii jest
przywrócenie choremu jego pozycji (Stand), danie mu możności wykorzystania do
maksimum swego człowieczeństwa (condition humaine).
W ostatnich latach wśród wyznawców różnych kierunków analitycznych nie spotykamy
już gorącej wiary, która prowadziła dawniej do zagorzałych sporów i
uniemożliwiała porozumienie między poszczególnymi szkołami. Coraz częściej
natomiast słyszy się głosy sceptyczne, czy w ogóle teoria odgrywa jakąkolwiek
role. w psychoterapii. Analitycy różnych przeciwnych szkół ze zdziwieniem
stwierdzają, że mają podobne wyniki w psychoterapii i że właściwie w praktyce
stosują jednakowe sposoby leczenia, mimo wyznawania odmiennych poglądów.
Równocześnie analitycy tej samej szkoły, z tym samym przeszkoleniem, uzyskują
różne wyniki leczenia.
Co więcej, w czasie badania protokołów kilkudziesięciu kolejnych posiedzeń
psychoterapeutycznych, w których każdy gest i każde słowo zostało zanotowane
(Martin), stwierdzono ze zdumieniem, że nie ma najmniejszej zależności między
poprawą stanu chorego i jego zachowaniem a słowami i zachowaniem się lekarza.
Porozumienie lekarza z chorym urzeczywistnia się, jak się zdaje, nie na poziomie
słownym, ale pozasłownym. Już dawno zresztą każdy doświadczony psychoterapeu-ta
wiedział, że nie jest ważne to, co mówi, ale jak mówi.
Wybitna specjalistka w psychoterapii schizofrenii, nieżyjąca już Frieda Fromm--
Reichmann, podała projekt badań naukowych nad składnikami pozasłownymi,
irracjonalnymi, które działają w psychoterapii.
Coraz większą wagę przywiązuje się do osobowości lekarza, do jego filozofii
życiowej, jego podejścia do chorego: nie specjalisty do pacjenta-obiektu, ale
człowieka do człowieka.
W ten sposób po kilkudziesięciu latach, w których jak meteory rozbłyskiwały
jedna po drugiej nowe teorie psychopatologiczne mające wyrazić bez reszty
tajemnicę duszy ludzkiej, stoimy z powrotem w tym samym mniej więcej miejscu, co
Pinel przed około 170 laty ze swoim Traite medico-philosophique.
Mimo że wśród Polaków było kilku psychoanalityków o światowym znaczeniu (M.
Bornsztajn, E. Minkowski, J. Frostig, Bychowski), to jednak kierunki analityczne
nie były nigdy popularne u nas w kraju.
Jest zastanawiające, że w niektórych krajach nawet o dużej tradycji psychiatry-
....
239
cznej, jak np. we Francji, psychoanaliza nie przyjęła się, a w innych, jak np.
Anglia, Stany Zjednoczone, stała się przesadnie popularna.
Nie wydaje się nam wszakże, byśmy przez brak tradycji psychoanalitycznej dużo
stracili. Psychoterapia w Polsce zarówno dawniej, jak i obecnie opiera się nie
na rozważaniach psychoanalitycznych, ale na zdrowym rozsądku i humanitarnym
podejściu do chorego, na tym, co określa się dzisiaj jako „stosunek człowieka do
człowieka". Nie interesując się zbytnio teoriami „przeniesienia" i
„przeniesienia zwrotnego" {transference i countertransference), polscy
psychiatrzy zawsze kładli głównie nacisk na wytworzenie właściwego stosunku
emocjonalnego między chorym a lekarzem i uważali to za istotny sens
psychoterapii, wyprzedzając w ten sposób współczesne szkoły analityczne. Ten
duch prawdziwego humanitaryzmu przebijał i przebija z prac naukowych polskich
psychiatrów. Dużą stosunkowo wagę przykłada się u nas do metod psychoterapii
sugestywnej i reedukacyjnej.
Jako objaw dodatni należy zanotować, że wśród analityków słyszy się coraz więcej
głosów za wprowadzeniem bardziej obiektywnych metod badawczych w psychoterapii.
Dla ciekawości warto wspomnieć o sposobie leczenia nerwic doświadczalnych u
zwierząt. Masserman, który pracował przez dwadzieścia lat nad tym zagadnieniem,
uważa, że istnieje 5 zasadniczych metod „psychologicznych" w leczeniu nerwic u
zwierząt:
1. Zmiana środowiska. Zwierzę przeniesione na kilka miesięcy z warunków
laboratoryjnych w domowe przejawia znacznie słabsze objawy nerwicowe (jak
niepokój, napięcie, kompulsje, regresje zachowania). Objawy te jednak często
występują ponownie po powrocie do pracowni; jak u żołnierza po powrocie na pole
walki wraca nerwica wyleczona w szpitalu pozafrontowym.
2. Nasycenie konfliktowego popędu (need). Jeśli zwierzę w nerwicy, które przez
kilka dni nie chce jeść, nakarmimy sztucznie, objawy nerwicowe zmniejszają się.
Autor cytuje Soranusa, według którego metoda ta była znana już Hipokratesowi.
Mianowicie wezwano go po raz pierwszy do panny młodej, u której po ślubie
wystąpiła tajemnicza choroba drgawkowa; gdy po rozmowie z nią przekonał się, że
rozdzierają ją dwa sprzeczne uczucia: silny popęd seksualny i lęk przed bólem,
poradził panu młodemu „zapalić pochodnię Hymenu" bez względu na zgodę pacjentki.
Wyniku leczenia nie podano.
3. Przymusowe rozwiązanie. Metoda analogiczna do poprzedniej. Wygłodzone,
nerwicowe zwierzę siłą zbliżamy do karmnika, aż nagle, przezwyciężając swój lęk,
rzuci się na jedzenie i zacznie jeść. Zwykle zmniejszają się wówczas także inne
objawy nerwicowe.
4. Przykład normalnego zachowania. U nerwicowego zwierzęcia umieszczonego razem
ze zdrowymi obserwuje się osłabienie objawów nerwicowych.
240
Podobnie często zmniejszają się te objawy u dzieci w otoczeniu zdrowych
rówieśników, np. na koloniach,
5. Reedukacja przez wychowawcą, któremu zwierzę ufa. Zwierzę w nerwicy wykazuje
znacznie większą zależność od eksperymentatorów niż zwierzę zdrowe. Możliwe, że
jest to nawrót do wcześniejszych sposobów zachowania. Zwierzę szuka pomocy i
opieki u eksperymentatora, tak jak szukało jej niegdyś u swojej matki. O ile
człowiek nie podważy jego zaufania, może powoli, krok po kroku, przeprowadzić
zwierzę przez kolejne okresy doświadczenia, które wywołało nerwicę. W ten sposób
pod opieką eksperymentatora zwierzę jakby ponownie bada całą nerwicorodną
sytuację i zmienia swoje do niej nastawienie. Zdaniem Masser-mana analogiczna
sytuacja istnieje w każdej psychoterapii,
Niektóre leki, np. bromki, barbiturany, pochodne makowca, serpazyl, alkohol,
odłączają czasowo bardziej skomplikowane sposoby zachowania się u zwierząt
(m.in. także nerwicowe), pozostawiając bardziej proste, np. potrafi ono otworzyć
karmnik, ale nie może dojść do niego przez labirynt, choć przedtem robiło to
sprawnie.
Zwierzęta nerwicowe chętniej wybierają płyny alkoholizowane niż zwykłe (gdy dać
im oba do wyboru). W czasie działania środków nasennych lub alkoholu zwierzęta
były odporne na nerwicowe urazy. Wstrząsy elektryczne, podobnie jak środki
uspokajające, uniemożliwiają wykonanie bardziej skomplikowanych zadań. Zmiana ta
jest jednak do pewnego stopnia trwała.
Te same uszkodzenia mózgu mogą u różnych zwierząt dawać różne zmiany zachowania.
Wynik operacji zależy w dużej mierze od wrodzonej konstytucji zwierzęcia i jego
życiowych doświadczeń. Widać z tego, że istnieją pewne podobieństwa do leczenia
psychiatrycznego u ludzi.
Doświadczenia Massermana są podobne do wcześniejszych doświadczeń pa-włowistów
radzieckich, a także polskich. Jak się zdaje, metodyka pawłowowska może wiele
pomóc w zrozumieniu podstawowych mechanizmów psychoterapeutycznych. Prawa
warunkowania nigdzie bowiem nie są tak wyraźne jak właśnie w reakcjach
emocjonalnych, a te przecież są terenem psychoterapii.
Czy warunki do psychoterapii są w Polsce gorsze niż np. w kraju, jak Stany
Zjednoczone, w którym ten sposób leczenia jest bardzo rozwinięty? I tak, i nie.
Przeciętny pacjent w Stanach Zjednoczonych wie ogólnie, co to jest
psychoterapia, wierzy w jej skuteczność. Nie jest oburzony, gdy leczy się go
tylko „słowem", a nie wyszukanymi specyfikami, co więcej, z popularnych broszur,
radia i telewizji ma niejasne pojęcie o podstawowych tezach freudyzmu. To
ostatnie może być czasem dla Lekarza krępujące, gdy np. badany zapyta nagle:
„Pan szuka u mnie kompleksu Edypa?" Psychoanalitycy uważają, że taki popularny
freudyzm raczej
16 - Anus mundi
241
utrudnia im pracą, gdyż pacjent operuje gotowymi formułami. W Polsce przeciętny
pacjent nie bardzo wie, co to jest psychoterapia, i zupełnie - słusznie czy
niesłusznie - nie wierzy w jej skuteczność. Leczenie nie poparte zastrzykami,
zagranicznymi lekami, dramatycznymi zabiegami niewiele jest warte. Samym słowem
nikt nikogo nie wyleczył. Może takie stanowisko wydać się zacofane, ale nie
można odmówić mu pewnej słuszności. W kulturze zachodniej głęboko tkwi
przekonanie o dualistycznej naturze człowieka. Ciało i dusza są czymś zupełnie
odrębnym. Psychoterapia zajmuje się duszą, inni specjaliści różnymi częściami
ciała. Rzekome zacofane stanowisko polskiego pacjenta atakuje ten zakorzeniony
pogląd. Żąda traktowania całościowego, a nie rozdzielania na fikcyjne dwie
całości.
Dlatego - jak się zdaje - słusznie większość polskich psychiatrów, w
przeciwieństwie do wielu psychiatrów zachodnich, nie wzbrania się przed
łączeniem psychoterapii z farmakoterapią czy inną metodą leczenia fizycznego.
Również kładzie się u nas duży nacisk na jak najdokładniejsze badanie somatyczne
łącznie z badaniami dodatkowymi.
W Anglii lub w Stanach Zjednoczonych każdy lekarz otrzymuje podstawowe
przeszkolenie psychoterapeutyczne podczas studiów, a psychiatra szkoli się w
psychoterapii przez długie lata. By zostać psychoanalitykiem, trzeba - jak
wiadomo - poddać się samemu psychoanalizie trwającej od kilkunastu miesięcy do
kilku lat. Nauka jest kosztowna, posiedzenia psychoanalityczne odbywają się
codziennie, a jedno posiedzenie kosztuje kilkadziesiąt dolarów, zależnie od
autorytetu mistrza. Szkolenie w psychoterapii (poza psychoanalizą) odbywa się na
ogół w ten sposób, że adept prowadzi swego pacjenta pod kierunkiem
doświadczonego psychoterapeuty, któremu przedstawia jak najdokładniej (często
dosłownie z taśmy magnetofonu) przebieg posiedzenia terapeutycznego, a ten
wskazuje na błędy i dyskutuje ze swoim uczniem dynamikę procesów psychicznych
pacjenta. Można też obserwować posiedzenie psychoterapeutyczne (w którym, jak
wiadomo, mogą brać udział tylko dwie osoby - pacjent i lekarz; wyjątek stanowi
psychoterapia grupowa) przez jednokierunkową szybę i ukryty mikrofon, co
oczywiście jest nielojalnością wobec pacjenta, na którą nie każdy może sią
zgodzić.
Najwybitniejsi współcześni analitycy i inni specjaliści psychoterapii są zgodni,
że nie można do pacjenta podchodzić z gotową, choćby najlepszą teorią. Takie
sztywne podejście z góry skazuje psychoterapią na niepowodzenie. Każdy seans
psychoterapeutyczny jest podróżą w nieznane, gdzie wciąż czekają nas
niespodzianki, i trzeba mieć dużą żywość, wrażliwość i giętkość emocjonalną, by
móc wczuć się w każdą nową sytuację. Tym może da sią wytłumaczyć fakt, do
którego odważnie przyznaje sią jeden z czołowych psychiatrów amerykańskich L. S.
Kubie. Rozpoczynając mianowicie karierą psychoterapeuty, miał nadzieję, że po
latach, w miarą
242
zdobywania wiedzy i doświadczenia, jego sukcesy terapeutyczne odpowiednio
zwiększą się. Po latach przekonał się, że tak niestety nie jest. Podobne
doświadczenia ma wielu psychiatrów, tylko czasem wstydzą sią przyznać do tego.
Może właśnie u młodszych ludzi, dla których każdy chory jest ciekawy, którzy
reagują żywo emocjonalnie i są bardziej wrażliwi na cierpienia niż starzy
zrutynizowani psychiatrzy, istnieją te nie znane nam jeszcze czynniki, które
decydują o powodzeniu tego leczenia.
Może w żadnej dziedzinie mHycyny człowiek tak nie uczy sią na swoich błądach,
jak w psychiatrii. Im dłużej pracuje, tym więcej widzi swoich błędów i błędnych
postaw emocjonalnych. Wymienimy trzy błędy lub błędne postawy, naszym zdaniem -
najważniejsze.
1. Błąd „naukowej obiektywność i". Od pierwszego roku studiów student
medycyny uczy się traktować człowieka jako przedmiot obiektywnego skrupulatnego
badania, w którym najmniejszy cień subiektywizmu jest wykluczony. Przeszedłszy
przez prosektoria i różnego rodzaju pracownie może on w ogóle zapomnieć, że
przedmiot jego badań jest nie tylko przedmiotem, ale też podmiotem, że badając
pacjenta, jest sam przez niego badany. Stosunek lekarza do chorego jest
stosunkiem obustronnym, jak każdy stosunek człowieka do człowieka, a nie
jednostronnym: człowieka do przedmiotu.
W stosunku lekarz - chory, lekarz nie może być, choćby chciał, bezstronnym,
zimnym obserwatorem, jest też przecież człowiekiem, angażuje się emocjonalnie,
lubi lub nie lubi swego pacjenta. Większość lekarzy wstydzi się, nie wiadomo
dlaczego, własnych uczuć do chorego. Zupełnie niesłusznie. Lekarze nie są
mózgami elektronowymi, ale ludźmi. Psychoterapia świadoma zaczyna się w tym
momencie, gdy lekarz stara się zanalizować swoje nastawienie uczuciowe do
pacjenta: dlaczego ten pacjent jest mu sympatyczny, a tamten antypatyczny. Jest
to counłertransference - przeniesienie zwrotne, o którym była wyżej mowa.
2. B ł ą d „m a s k i". Pewne zawody, w których ma się wciąż do czynienia z
innymi ludźmi i z racji zawodu ma się na nich tak czy inaczej wpływać,
usposabiają do przyjęcia stałej maski, fasady lub - mówiąc językiem Junga -
„persony". Ułatwia to w pewnym sensie życie, gdyż człowiek taki chowa się za
swoją maską, która broni go jak pancerz przed bezpośrednimi, cząsto bolesnymi
kontaktami emocjonalnymi z otoczeniem.
Do takich zawodów należy np. zawód nauczyciela, zawodowego wojskowego, lekarza.
Wszystkie te zawody stanowią często temat mniej lub więcej udanych dowcipów,
może właśnie dlatego, że każde usztywnienie zachowania, zastygnięcie w jednej
pozie jest nienaturalne, a tym samym albo straszne, albo komiczne. To tak, jakby
na filmie zatrzymać nagle ruchy taśmy i wszystkie twarze zastygłyby w
243
jednym grymasie, a ciała w jednej pozie. Efekt byłby komiczny lub przerażający.
Dzieci, nerwicowcy i psychotycy, zwłaszcza ci ostatni, są specjalnie wrażliwi na
sztuczną postawą, maską, brak naturalności. Dlatego dobry pedagog lub dobry
psychiatra musi być przede wszystkim sobą - żyć bez maski.
Dzisiejsza młodzież jest specjalnie uczulona na wszelkiego rodzaju nieprawdziwe
postawy, w napotkanym człowieku szuka prawdziwego oblicza bez wzglądu na jego
pozycje naukowe, społeczne lub inne. W tym tkwi wielkość dzisiejszego młodego
pokolenia.
Lekarz powinien zachować tą młodzieńczą idiosynkrazją do grania jakichkolwiek
ról, roli lekarza w szczególności, i pozotać zawsze sobą.
3. Błąd „moralnej ocen y". Każdy człowiek postawiony wobec nowej sytuacji lub
nowego człowieka jest skłonny do stawiania szybkiej oceny zjawiska w
alternatywnym ująciu: „dobre", „złe". Możliwe, że w takiej reakcji tkwi pewien
atawizm, powrót do reakcji spotykanych w świecie zwierzącym, gdy nowa sytuacja
jest sygnalizowana zwierzęciu w alternatywnej formie: „niebezpieczeństwo"
-przygotowaćatak lub obroną, „bezpiecznie"-możnazbadać lub przejść obok.
Jak nauczyły nas doświadczenia ostatniej wojny i lata powojenne, spotykane dziś
sytuacje są zbyt skomplikowane, by oceniać je w schematyczny sposób: „dobre" -
„złe".
Stając wobec konfliktów pacjenta - nierzadko także natury etycznej - odczuwamy
cząsto „moralne swędzenie" do wydania naszej opinii w formie: „dobre" -„złe".
Nigdy jednak nie mamy do tego prawa, bo po pierwsze, pacjent przychodzi do nas
po pomoc, a nie po wyrok, po drugie - nigdy dostatecznie nie znamy chorego, by
móc o nim wydać sprawiedliwy sąd.
Jak w nawale pracy lekarskiej znaleźć czas na psychoterapią?
Mając przed sobą nowego chorego, musimy przede wszystkim zdecydować, czy chcemy
i możemy go leczyć. Jeśli nie odsyłamy go do kogoś bardziej do tego powołanego,
to musimy mu w czasie pierwszej wizyty poświacie więcej czasu. Po pierwsze,
musimy mu pozwolić „wygadać się", tj. opowiedzieć o swoich dolegliwościach, a
czasem i życiowych kłopotach. To już jest pierwsze nawiązanie kontaktu
psychoterapeutycznego. Chory wreszcie znalazł kogoś, kto chce go wysłuchać, a
może go też zrozumie. Po drugie, musimy pacjenta jak najdokładniej zbadać
somatycznie. Choć po pierwszych kilku słowach wypowiedzianych przez chorego
jesteśmy pewni, że sprawa jest czysto „funkcjonalna", to jednak nie wolno nam
pominąć dokładnego badania fizycznego i podstawowych badań dodatkowych Nierzadko
bowiem najbardziej doświadczonym lekarzom zdarza się pomyłka: sprav organiczna
kryje sią pod maską czysto nerwicowych dolegliwości. Poza tym doki dne badanie
somatyczne pogłębia rodzące się zaufanie chorego do lekarza.
244
L
Na ogół już po pierwszym badaniu możemy powiedzieć, czy skrawa jest i/yłącznie
somatyczna, psychosomatyczna lub też wyłącznie funkcjonalna (psycho-lerwicowa).
Odpowiednio planujemy nasze leczenie. Oczywiście w sprawie soma-ycznej nikt nie
będzie leczył psychoterapią, ale nawet w tych sprawach psychote-apia jest
potrzebna, chory, zwłaszcza ciężko chory, czuje się zwykle jak bezradne Iziecko
i szuka opieki, Lekarz powinien mu zapewnić poczucie bezpieczeństwa, ijcowskiej
opieki i to też jest psychoterapia.
Gdy sprawa jest wyłącznie czynnościowa, nie wolno nam powiedzieć: „zbadałem ana
dokładnie, wykonałem liczne badania dodatkowe, zmian chorobowych nie twierdza
sią, jest pan zdrów". Choć z punktu widzenia lekarza jest to prawda -rawda
obiektywna, jakiej nauczono go w trakcie studiów, to nie jest to prawda
jubiektywna - pacjent nie jest zdrów, bo nie czuje sią zdrów, cierpi czasem
bacznie bardziej od chorego na poważne nawet schorzenie cielesne (np. gruźlicą
iib raka). Przez takie powiedzenie z miejsca zrywamy kontakt z pacjentem, „po-
bywamy sią go" - czuje sią pokrzywdzony, nie zrozumiany przez lekarza.
Mając pewne doświadczenie, można już przy pierwszym spotkaniu z pacjentem ¦ja
podstawie jego mimiki, gestów, tonu głosu, sposobu mówienia przewidzieć do
iewnego stopnia jego reakcją, sklasyfikować go. Nazywamy to w psychiatrii dia-
mostyczną oceną lub przekrojem poziomym.
Stawiamy sobie dalsze pytanie: dlaczego pacjent ma właśnie takie dolegliwości,
jlaczego w ten sposób reaguje. By na to odpowiedzieć, trzeba zapoznać sią
zczegółowo z historią jego życia, począwszy od rodziców, rodzeństwa, jego dzie-
iństwa, stosunków miądzy nim a rodzicami i rodzeństwem, chorób dzieciństwa,
zkoły, pierwszych przeżyć seksualnych, miłości, zawodów sercowych, życia zawo-
owego itd. Jest to badanie bardzo żmudne, czasem trwa wiele miesięcy, a nawet
łużej. Powoli odsłania sią przed nami jak ciekawy film czy powieść całe życie
horego. Coraz lepiej go rozumiemy i często czujemy, że jesteśmy z nim razem,
jząsto w jego przeżyciach i zawodach życiowych widzimy swoje własne przeżycia.
oznając chorego, poznajemy też siebie.
Jak znaleźć na to czas? Wydaje nam sią, że można, pacjent zazwyczaj zgłasza ią
kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy do tego samego lekarza. Jeśli
lożemy mu poświęcić więcej czasu, można zawsze, mając pewną wprawę, pokie-
iać rozmową w ten sposób, że nasz chory opowie jakiś mały wycinek swego fcia. W
ten sposób powoli, wycinek po wycinku, składamy sobie obraz z całego ;go życia.
Jest to pasjonująca podróż w najbardziej tajemniczy kraj: w duszę drugiego
:łowieka - i to jest prawdziwa psychoterapia.
245
Smutki i radości psychoterapeuty
W psychiatrii trudno zastosować jakąkolwiek metodą naukową, przynajmniej w
dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Jak bowiem zachować postawą naukową będąc
jednocześnie obserwatorem i aktywnym uczestnikiem obserwowanego zjawiska, tj.
procesu psychoterapeutycznego, który - jak wiadomo - silnie angażuje
emocjonalnie obie strony: leczącego i leczonego? Oczywiście, przy pewnym
doświadczeniu i dyscyplinie emocjonalnej można obserwować również swoje własne
reakcje uczuciowe, stwarzając jakby idealnego sędziego-obserwatora, który ma
obiektywnie śledzić grą napiąć uczuciowych między terapeutą a chorym, ale
obiektywność tego idealnego obserwatora jest raczej problematyczna, Poza tym
proces psychoterapeutyczny nie spełnia zasadniczego warunku doświadczenia, tzn.
możliwości sprawdzenia; każde bowiem spotkanie z chorym jest zjawiskiem
niepowtarzalnym i na ogół nie dającym się przewidzieć, ma charakter wielkiej
przygody, gdzie wciąż czekają niespodzianki i odsłaniają sią nowe widnokręgi.
Może w przyszłości kryteria naukowości ulegną zmianie i wyjdą poza wymogi
klasycznego eksperymentu i statystycznego sprawdzianu. W psychiatrii zwłaszcza
taka zmiana byłaby może bardzo potrzebna. Gdy porównamy bowiem wkład do
psychiatrii tych wszystkich badaczy, którzy trzymali się ściśle kryteriów
naukowości, tj. sprawdzalnego doświadczenia i statystycznej analizy, z wkładem
tych, którzy -bardziej dla siebie tolerancyjni - rezygnowali z tych kryteriów,
to trudno sią oprzeć refleksji, że wkład tych drugich jest znacznie większy.
Podziwiamy precyzyjną metodyką współczesnych prac psychiatrycznych, a
jednocześnie tłumimy w sobie uczucia żalu i rozczarowania, że tyle wysiłku i
mrówczej pracy w tak minimalnym stopniu przyczyniło się do rozszerzenia naszej
orientacji psychiatrycznej. Natomiast prace oparte tylko na subiektywnych
obserwacjach i nierzadko intuicyjnych wnioskach, więc prace nie zasługujące na
miano naukowych, w znacznie większym stopniu pomagają nam zrozumieć chorego i
często znajdują potwierdzenie w codziennych doświadczeniach każdego psychiatry,
doświadczeniach, których nie
247
da się ująć w żadne dotychczasowe sprawdziany naukowe, gdyż są zbyt subiektywne.
Dlatego wydaje się, że rewizja naszych poglądów dotyczących kryteriów wymaganych
od pracy naukowej jest pilnie potrzebna.
Nie jest celem powyższych wstępnych uwag bronienie nienaukowego charakteru
wywodów przedstawionych w tym artykule; mają one tylko usprawiedliwić autora, że
pozwolił sobie na opisanie swych jak najbardziej subiektywnych przeżyć z
kilkunastoletniego okresu mniej lub więcej nieudałych prób
psychoterapeutycznych. Jeśli te przeżycia będą choć w małym stopniu
odzwierciedlać to, co przeżywają inni w toku swoich doświadczeń
psychoterapeutycznych, to jednak - przy całej swojej naukowości i subiektywności
- przedstawione uwagi mogą stać się jeśli nie drobnym przyczynkiem, to
przynajmniej bodźcem do dalszej dyskusji na temat kształtowania się osobowości i
światopoglądu psychoterapeuty.
Patrząc wstecz na te kilkanaście lat pracy, nie można powstrzymać się od
ironicznego i pobłażliwego uśmiechu. Widzimy najpierw siebie, jak z wielkim
zapałem, opartym na zdobytej wiedzy książkowej, „rzucamy się" prawie na swych
pierwszych pacjentów w nadziei, że wnikniemy w ich najgłębsze mechanizmy
emocjonalne, że poznamy ich psychikę bez reszty, że wyleczymy ich całkowicie, że
wyprostujemy ich spaczoną linię życia. Bardzo szybko przychodzi głębokie
rozczarowanie. Wszystko jest jakoś inaczej niż w przeczytanych podręcznikach;
tam było proste i jasne, tu zmienne i mgliste. Klucz, który przy czytaniu
wydawał się uniwersalnym, zupełnie nie pasuje; próbujemy innych kluczy, szukamy
odmiennych teorii osobowości i koncepcji psychopatologicznych; te nowe klucze
też zawodzą. Stopniowo przestajemy wierzyć w jakiekolwiek „klucze" do ludzkiej
psychiki lub przestajemy wierzyć w swoje umiejętności psychoterapeutyczne.
Ogarnia nas zniechęcenie. Jedyną pociechą i bodźcem do dalszych poszukiwań jest
to, że czasem stan zdrowia chorych się poprawia. Nie wiemy wprawdzie dlaczego;
zdarza się bowiem, że - dumni ze swego rzadkiego sukcesu terapeutycznego -
spotykamy na przykład pacjenta na ulicy, gdy czule spaceruje ze swą dziewczyną,
i budzi się wątpliwość, czy to nie jej zasługą jest pozytywny wynik terapii.
Nasze pierwsze ambicje przygasają, stajemy się skromni w naszych planach
badawczych i leczniczych. Nie pragniemy już poznać i wyleczyć chorego bez
reszty; wystarczy nam, ze choć trochę ulżymy mu w cierpieniu i choć
fragmentarycznie ujrzymy jego strukturę osobowości. Teorii osobowości nie
traktujemy już jak uniwersalnych kluczy do psychiki chorego ani też jako
wyssanych z palca fantazji, lecz korzystamy z nich, tak jak w górach korzysta
się z różnych szlaków, z których każdy odsłania inny horyzont. Przekonujemy się,
że „najprostszy przypadek" jest w swoim bogactwie i rozmaitości niepowtarzalny,
że wciąż odsłania nowe tajemnice, wciąż czymś nowym, niespodziewanym nas
zaskakuje.
248
Stopniowo rezygnujemy z postawy badacza, dla którego jasne są wszystkie
mechanizmy ludzkiej psychiki, i z postawy wszechmogącego terapeuty, a
przyjmujemy znacznie skromniejszą rolą współuczestnika w procesie
psychoterapeutycznym. Staramy się stać na tej samej płaszczyźnie, co chory, choć
sam chory, zwłaszcza na początku procesu psychoterapeutycznego, broni się przed
tak „demokratycznym" ułożeniem stosunku chorego i lekarza. Woli być traktowany
jak przedmiot, jak bezbronne dziecko, na którym lekarz może do woli
eksperymentować, byle usunął jego dolegliwości, nie żądając od niego żadnego
wysiłku. Terapeuta nie może ulec temu „kuszeniu" chorego. W pokornym
przyjmowaniu postawy poziomej (przedmiotu) zamiast pionowej (podmiotu) kryje się
bowiem nie tylko regresja do infantylnej bierności, występująca także u chorych
somatycznie, lecz również tajona wrogość do wszelkich prób zmiany dotychczasowej
linii rozwoju, prób zmiany własnych „stereotypów dynamicznych", do czego
konieczny jest bardzo aktywny i nierzadko bolesny wysiłek chorego.
Wzajemna „pionowa" postawa - podmiotu do podmiotu - zmusza nas do zachowania
pewnej skromności w zaspokajaniu naszej ciekawości. Nie staramy sią „na siłę"
zdobyć wszystkich tajemnic chorego, „wejść w kaloszach do cudzej duszy" - jak to
raz określiła jedna z pielęgniarek; szanujemy „strefę intymności" chorego, tak
jak szanujemy ją u każdego człowieka. Ta skromność popłaca, bo chory, w miarę
nabierania zaufania, sam odpowie na nie postawione pytania, które wstydziliśmy
się mu zadać.
Przy tej postawie wcześniej czy później przychodzi moment, który subiektywnie
odczuwamy jako stan dziwnego wzruszenia czy nawet radosnego podniecenia; jest to
moment uchwycenia „kontaktu" z chorym. Wtedy odsłania się nam po raz pierwszy
wewnętrzna struktura chorego w całej swojej wielkości i pięknie. Jest to w
pewnym sensie doznanie estetyczne, podobne do krótkotrwałego olśnienia, jakie
przeżywamy, gdy nagle potrafimy ujrzeć piękno sztuki czy jakiegoś krajobrazu.
Można powiedzieć, że w tym momencie zaczyna się właściwy proces
psychoterapeutyczny, proces wzajemnego oddziaływania na siebie dwojga ludzi,
mający nie tylko wzbogacić ich przeżycia psychiczne, lecz także działać
pobudzająco do dalszego rozwoju.
Jeśli wolno pozostać jeszcze przy „artystycznym" spojrzeniu na człowieka, to
można by na zagadnienie rozwoju osobowości - która jest, jak się zdaje,
naczelnym problemem psychoterapii - popatrzeć następująco: każdy człowiek jest
bez ustanku tworzącym się dziełem sztuki, wspaniałą, niezwykle bogatą i
różnorodną konstrukcją, której budowa nigdy się nie kończy: trwa od chwili
poczęcia aż do śmierci. Tempo budowy jest oczywiście różne, zależne od
biologicznego wieku i zdolności przyswajania i integrowania różnorodnych
elementów świata zewnętrznego. Ideałem budowy
249
I
jest maksymalna harmonia, to, co w języku neurofizjoiogicznym nazywamy stopniem
integracji schematów aktywności nerwowej {neuralpatterns). Zawsze jednak
istnieje
pewien stopień entropii, dezorganizacji, i pewien stopień swoistej ekonomii, tj.
niewykorzystania możliwości potencjalnie istniejących w dynamicznej strukturze,
jaką jest człowiek. Poza tym się zdarza, że pewne elementy tracą swą
plastyczność,
jakby kamienieją (często w wyniku hiperergicznego mechanizmu obronnego) i
hamują w ten sposób rozwój konstrukcji, zwiększają dezorganizację. Z takim
zjawiskiem spotykamy się w nerwicach i psychopatiach. Innym razem jesteśmy
i świadkami przerażającej w swej grozie i pięknie eksplozji całej budowy;
tak, jakby
¦¦ : energie rozwojowe, zahamowane wskutek ukrytych biologicznych czy
psychologi-
> cznych wad konstrukcji, wyzwalały się w potężnym wybuchu.
• Z fragmentarycznych „produkcji" chorych możemy sobie
wyobrazić niesłychane
bogactwo i siłę ich przeżyć, nieszablonowy ich artyzm. Sami chorzy nierzadko
przeżywają ten stan w poczuciu boskiej wszechmocy. Zostaje rozbity zewnętrzny
-r.: pancerz konstrukcji, chroniący przed chaosem bodźców otaczającego
świata, i tak
jak po zniszczeniu błony komórkowej rozpływa się w otoczeniu protoplazma, a
;, '. komórka traci swą indywidualność, tak tu człowiek rozpływa się jakby w
otaczającym
I,, świecie; jego najskrytsze namiętności stają się namiętnościami otoczenia
i godzą
w niego samego; jego najstraszniejsze fantazje są rzucone w świat zewnętrzny i
'm wracają do niego jako najbardziej rzeczywista rzeczywistość.
;»»¦ Bezwzględnie, wejście w świat psychotyka wymaga dużej odwagi i
wysiłku ze
strony psychoterapeuty; świat ten każdego przyprawia o zawrót głowy, ale piękno
r i bogactwo tego świata warte jest trudu.
Choć istnieje wiele hipotez i teorii, właściwie dotychczas nie wiemy, na czym
; polega proces psychoterapeutyczny. Można by przenośnie powiedzieć, że
jest ón
,: zbliżony do procesu katalizy. Od chwili nawiązania emocjonalnego kontaktu
chory
I staje się katalizatorem rozwoju osobowości terapeuty, a terapeuta -
chorego. Każdy
¦¦, bowiem związek uczuciowy o znaku dodatnim czy ujemnym sprawia, iż jakby
„wchłaniamy" część swego partnera i kochamy czy nienawidzimy nie tę osobę
„rzeczywistą", która jest na zewnątrz nas, ale tę „prawdziwą", która jest w nas.
Oczywiście, trudno stosunek emocjonalny rozgrywający się między partnerami
psychoterapii określić tym, co popularnie rozumie się przez miłość czy
nienawiść,
Jj jednakże proces „wchłaniania" jest analogiczny jak w tych uczuciach. W ten
sposób
," każdy z partnerów staje się jakby integralną częścią swego towarzysza,
staje się
jego katalizatorem. Psychoterapeuta nie tylko wzbogaca swoje przeżycia bogactwem
• przeżyć swych chorych, lecz także - włączony w ich mechanizmy emocjonalne, w
¦... ich własny świat-łatwiej i szybciej dąży do pełniejszego rozwoju swej
osobowości.
, Chory z kolei, włączając w swe życie emocjonalne psychoterapeutę, odzyskuje
250
stopniowo poczucie własnej wartości, „rozpuszcza" skamieniałe struktury iub
odbudowuje zburzone w eksplozji. Oczywiście, rola psychoterapeuty jako
„katalizatora" jest trudna i odpowiedzialna: wymaga dużego doświadczenia, taktu
i prawdziwej życzliwości, Psychoterapeuta nie może być zimnym obserwatorem,
który traktuje swego pacjenta jako obiekt obserwacji i doświadczeń. Nie może
przybierać takiej czy innej „maski", gdyż chorzy - podobnie jak dzieci - są
specjalnie wrażliwi na wszelką sztuczność i momentalnie tracą zaufanie do ludzi
„z maską". Musi być takim, jakim jest, ani lepszym, ani gorszym, ani głupszym,
ani mądrzejszym. Nie może też bawić się w „sędziego", choćby skłaniała go do
tego tkwiąca w każdym człowieku tendencja do osądzania bliźnich i choćby sam
chory, niepewny swego własnego obrazu („autoportretu"), chciał widzieć w lekarzu
swego sędziego.
Tak więc, mimo wielu rozczarowań i „sfrustrowanych" ambicji, psychoterapeuta nie
mniej zyskuje z psychoterapii, jego własny pacjent, i tam, gdzie się jeszcze
płaci za godziny psychoterapii, właściwie obie strony powinny wystawiać sobie
rachunki; a jeśli nie jest pozbawiony wrażliwości i życzliwości, mimo wielu
niepowodzeń, może się czuć szczęśliwym człowiekiem.
O psychoterapii krytycznie
Skoro nie chcesz mnie podnieść do siebie, to mnie przynajmniej nie depcz.
August Strindberg Mistrz Olof
Każda epoka ma swoje ulubione słowa, których żywot ogranicza się zazwyczaj do
danego okresu historycznego; w nim dany wyraz zdobywa popularność i ginie z
nastaniem nowego okresu. W cywilizacji zachodniej za takie popularne słowa w XIX
wieku można by uważać „eter" i „magnetyzm", a w wieku XX „teorię względności",
„atom", „cybernetykę" i „psychoterapię".
Dla historyka kultury słowa takie mogą służyć za punkt wyjścia do rozważań na
temat zasadniczych, charakterystycznych tendencji danego okresu. Tak więc można
uważać, że w naszej epoce teoria względności symbolizuje poczucie rela-tywności
dotychczasowych układów odniesienia, atom - ambiwalentne uczucia w stosunku do
materii, którą człowiek owładnął w stopniu dotychczas nie spotykanym, a która
przez samo owładnięcie nabrała charakteru zagrażającej mu energii, cybernetyka
zaś wyraża tęsknotę za integracją, porządkiem i możnością sterowania wśród
chaosu zjawisk, a psychoterapia - potrzebę oparcia się o drugiego człowieka,
pomocy, kontaktu uczuciowego i lepszego zrozumienia siebie.
Choć słowo „psychoterapia" powstało pod koniec ubiegłego stulecia, samo pojęcie,
jako takie, nie jest czymś nowym. Pierwsze próby ulżenia drugiemu człowiekowi w
cierpieniu w najwcześniejszych okresach rozwoju medycyny różnych kręgów
kulturowych polegały przede wszystkim na oddziaływaniach psychicznych (maski,
zaklęcia, śpiewy, tańce rytualne itd.). W dalszym etapie dopiero formowały się
metody manualne, tj. takie, w których lekarz działał na swego pacjenta za pomocą
zabiegów ręcznych (pielęgnacja, operacje, podawanie leków itp.). Zasadnicza
różnica między pierwszym, nazwijmy go psychiatrycznym lub psychoterapeutycznym
sposobem oddziaływania na chorego, a drugim, określonym tu jako manualny,
sprowadza się do różnicy w zakresie pola działania.
253
W pierwszym wypadku jest on znacznie szerszy niż w drugim, W oddziaływaniu
psychoterapeutycznym lekarz stara się wpłynąć na chorego człowieka jako na
integralną całość i poprzez całościowe oddziaływanie usunąć lub zmniejszyć
cierpienie, niezależnie od tego, czy ma ono charakter uogólniony, czy też
wyraźnie zlokalizowany. Gdy ktoś złamie nogę, źródło jego cierpienia jest
określone i zlokalizowane. Nim jednak lekarz-czarownik czy współczesny lekarz-
fachowiec przystąpi do manualnej aktywności, działa on na chorego mniej lub
bardziej świadomie przez samą swą obecność, swój spokój, pewność siebie,
życzliwość itd. Działanie to zmniejsza niepokój chorego, a tym samym nawet ból w
złamanej kończynie. Ponieważ zakres działania obejmuje tu chorego jako
jednostkę, a każda jednostka wymaga odmiennego, całościowego traktowania, nie
może więc być mowy o regułach postępowania; w każdym wypadku są one inne. W tym
sensie medycyna zawsze pozostanie sztuką, gdyż zawsze lekarze będą mieć do
czynienia z indywidualnym, zróżnicowanym człowiekiem, a nie z uogólnionym
modelem.
W oddziaływaniu manualnym lekarz stawia sobie cele skromniejsze. Nie chce
wpływać na pacjenta jako na całość, zostawia go w spokoju, a zajmuje się chorą
częścią ciała, złamaną nogą, zepsutym zębem, chorym sercem czy wątrobą. Dzięki
ograniczeniu pola działania uzyskuje większe efekty swej działalności. Gdy polem
działania jest cały człowiek, trudno jest coś zmienić, poprawić. A jeśli się to
nawet uda, wówczas nie bardzo wiadomo, jakiej przyczynie otrzymany skutek
przypisać, gdyż tyle momentów mogło zadziałać i niekoniecznie są one związane z
konkretną aktywnością lekarza. Natomiast gdy polem działania jest narząd, objaw
chorobowy czy nawet całe ciało, wtedy łatwiej prześledzić skutki zabiegów
lekarskich; związki przyczynowe są wyraźniejsze, a efekty własnego działania
bardziej konkretne.
Poza tym zwężenie pola badawczego daje większą swobodę działania. Podchodząc do
chorego całościowo, lekarz z góry musi zdawać sobie sprawę, że nie będzie mógł
go traktować jako przedmiot swej aktywności diagnostycznej i terapeutycznej,
tylko że wejdzie w jeden ze swoistych kontaktów międzyludzkich, w którym
wzajemne oddziaływanie jest obopólne: on działa na chorego, ale chory też działa
na niego. Natomiast redukując pole działania do narządu, ciała czy objawu,
uzyskuje się zmianę stosunku między lekarzem a chorym. Ze stosunku człowieka do
człowieka zmienia się on w stosunek działającego podmiotu do przyjmującego
działania przedmiotu.
Dzięki tej redukcji możliwe się stało unaukowienie medycyny. Przedmioty są
łatwiej ze sobą porównywalne niż podmioty. Studia lekarskie zaczyna się od
anatomii; martwe ciała są do siebie bardziej podobne niż żywi ludzie. Łatwiej
dzięki temu podobieństwu uchwycić ogólne prawidłowości. Podobnie ma się sprawa z
badaniem zjawisk fizjologicznych, patofizjologicznych, biochemicznych
254
itd. Żywa jednostka jest tu wzięta jakby poza nawias; badacz zajmuje się tylko
określonym zjawiskiem. Otrzymane wyniki można zastosować do wszystkich
jednostek, gdyż są one zdezindywidualizowane.
Redukcja pola badawczego daje, jak wspomniano, większą nad nim władzę. Możliwy
jest przede wszystkim eksperyment, tj. obserwacja skutków własnego działania na
przedmiot. Powtarzająca się sekwencja wypadków: określona przyczyna - określony
skutek, pozwala na uogólnienie w sensie czasowym. Podobnie dezin-dywidualizacja
pozwala na uogólnienie przestrzenne. Otrzymane prawidłowości stają się
niezależne od konkretnego czasu i miejsca. Związki przyczynowe stają się
wyraźne, gdyż modelem ich zaczyna być własne działanie i obserwacja jego skutku
na przedmiocie. Obserwowany przedmiot jest tym bardziej poznawalny, im większą
ma się nad nim władzę.
Sama struktura układu nerwowego zdaje się przemawiać za tym, że poznanie
otaczającego świata łączy się nierozerwalnie z działaniem. Połączenie funkcji
przyjmowania sygnałów (percepcji) i ich wysyłania na obwód (działania) jest
zasadą budowy zarówno jednostki anatomicznej: neuronu (dendryty - akson), jak i
fizjologicznej: łuku odruchowego (ramię aferentne i eferentne). Może niesłychany
w porównaniu ze światem zwierzęcym rozwój ektodermy nerwowej u człowieka
sprawił, że dążenie do działania w sensie przekształcania otaczającego świata i
narzucania mu własnej struktury jest u niego cechą swoistą, mieszczącą w sobie
największe sprzeczności ludzkiej natury, których rezultatem jest rozwój kultury,
ale też zabijanie i zniewalanie innych ludzi.
Traktując władzę nad otaczającym światem jako kryterium poznania naukowego,
należy pierwszeństwo przyznać naukom technicznym, dzięki nim bowiem osiąga się
maksimum panowania nad obserwowanymi zjawiskami. Na drugim miejscu byłyby nauki
biologiczne, a na trzecim - humanistyczne. Te ostatnie, zajmując się różnymi
przejawami życia ludzkiego, traktowanego całościowo, nie dają badaczowi żadnej
władzy nad nimi.
Można jednak naukę scharakteryzować pod innym kątem widzenia niż przydatności w
panowaniu nad otaczającym światem. Według Einsteina „zadaniem wszystkich nauk,-
zarówno przyrodniczych, jak i psychologii, jest porządkowanie naszych przeżyć i
układanie ich w pewną logiczną całość". W tym ujęciu istotnym kryterium poznania
naukowego nie byłaby władza, lecz porządek. Można by tu mówić o zaangażowaniu
zdolności integracyjnej ektodermy nerwowej, która, łącząc żywy ustrój z jego
środowiskiem, a jednocześnie go od środowiska oddzielając, przyczynia się do
stworzenia swoistego porządku w ludzkim świecie zewnętrznym i wewnętrznym.
Według tej definicji nauki humanistyczne nie znajdowałyby się na ostatnim
miejscu. Całościowe podejście do chorego, określone tu jako psychiatry-
255
czne lub psychoterapeutyczne, należałoby zaliczyć do nauk dążących do
integracji, a rezygnujących z władania nad otoczeniem.
W praktyce lekarskiej nie rozdziela się od siebie metody psychoterapeutycznej od
manualnej. Lekarz-praktyk podchodzi do chorego jako do cierpiącego człowieka -
jednostki niepowtarzalnej i nie dającej się całkowicie poznać i określić, a
jednocześnie zajmuje się jego szczegółowym problemem: schorzałym narządem,
poszczególnym objawem lub zespołem objawów itd. W pierwszym wypadku jego możność
działania jest ograniczona, nie potrafi on drugiego człowieka zmienić, może
najwyżej wytworzyć sobie jego obraz mniej lub bardziej prawdziwy; włącza tu
integracyjną aktywność swego umysłu. W drugim wypadku nie obchodzi go już
człowiek jako całość, ale zajmuje się jego częścią, nad którą ma bez porównania
większą władzę; jest to przedmiot, który może według swej wiedzy i woli
przekształcać i zmieniać za pomocą zabiegów mechanicznych i chemicznych.
Lekarz-praktyk wie z doświadczenia, że chory chętnie akceptuje drugą część jego
aktywności, chce być traktowany jako przedmiot, któremu jakiś zabieg czy środek
chemiczny przywróci zdrowie. Chory nie uważa, że jest chory jako całość, ale że
jest chora jego część: serce, wątroba, „nerwy" itp. Odrzuca w ten sposób zło od
siebie, zwala winę na poszczególny organ, który staje się dla niego czymś obcym,
tajemniczym i złowrogim. Zagadnienie to szczególnie wyraźnie występuje u chorych
nerwicowych; w rzeczywistości problem jest u nich całościowy, ale rozpaczliwie
szukają oni przyczyny w czymś, co jest od nich niezależne, w schorzeniu
narządów, w zmianach biochemicznych, w sytuacji zewnętrznej itd. Żądają od
lekarza, by przyczynę zła usunął i za pomocą cudownego leku, zabiegu, hipnozy,
itp., uwolnił ich od tego, co nęka. Z kolei lekarz, zdając sobie sprawę z
całościowego charakteru zaburzenia, żąda od nich wysiłku, zmiany postawy
życiowej. W ten sposób odpowiedzialność za wyniki leczenia jak piłka pingpongowa
jest odbijana przez lekarza w stronę pacjenta, a przez chorego - w stronę
leczącego.
Każdy chory czuje się słaby, bezradny, cierpiący, szuka opieki i ratunku, lekarz
jest dla niego z otoczenia społecznego tą wyjątkową osobą, której można
bezpiecznie powierzyć siebie i zrzucić na nią troskę o swój los, tak jak niegdyś
z pełnym zaufaniem w chwilach ciężkich uciekało się pod opiekę rodziców.
Odcięcie się od chorej części samego siebie ułatwia pacjentowi ten zabieg
oddania się jako przedmiotu w ręce lekarza. Łatwiej oddać w jego ręce chorą
wątrobę, serce, nerwy niż samego siebie.
Odmiennie przedstawia się sprawa w psychozach; tu zło - czyli choroba -ogarnia
chorego w całości; nie może on już oddzielić jej od siebie, jest nią owładnięty,
zmienia się, staje się inny: varius, alienus, i inny, zmieniony, staje się jego
świat otaczający. Często nie widzi on w ogóle potrzeby pomocy lekarskiej,
256
lekarz nie może bowiem zmienić ani jego samego, ani jego świata. Oddając się w
race lekarskie musiałby powierzyć się cały, a nie - jak w schorzeniach
somatycznych i nerwicowych - tylko część siebie. Byłoby to oddanie się w niewolę
drugiego człowieka. Tam więc, gdzie chory może odciąć się od choroby, gdy czuje
jeszcze, że mimo ogólnego złego samopoczucia związanego z chorobą jest wciąż tym
samym człowiekiem, chętnie przystaje na to, by być traktowany jako przedmiot
zabiegów lekarskich. Tam natomiast, gdzie choroba owładnęła nim całkowicie,
gdzie nie jest już tym, kim był dawniej, broni się on przed oddaniem się w ręce
lekarza, jakby chcąc w ten sposób zachować swą zachwianą niezawisłość.
Jak uprzednio zaznaczono, lekarz-praktyk wie ze swego doświadczenia, że nie może
się ograniczyć do jednej z omawianych tu metod. Nie może być tylko
psychoterapeutą, który w ten czy inny sposób próbuje zadziałać na chorego w
całościowym jego aspekcie, ani nie może być rękodzielnikiem czy technikiem,
którego chory jako taki nie obchodzi, a który zajmuje się tylko jakąś
poszczególną jego częścią (narządem, objawem itp.).
Jednak rozwój medycyny jako nauki szedł zawsze -a w ostatnich kilkudziesięciu
latach niezwykle gwałtownie - w kierunku określonym tu jako manualny, tj. w
takim, w którym poznanie łączyło się z możnością władania i manipulowania
obserwowanym przedmiotem. Reakcją, w pewnym sensie zdrową, na przerost metody
manualnej - na tzw. technizację medycyny - jest bujny rozkwit jej
psychiatrycznych gałęzi, a więc przede wszystkim samej psychiatrii,
psychoterapii i psy-chosomatyki.
Zasadniczą ich cechą jest całościowe spojrzenie na chorego. Oczywiście, nawet w
psychiatrii można pozostać wiernym metodzie manualnej; nie interesuje nas
wówczas chory, ale objaw choroby, i za pomocą takich czy innych zabiegów staramy
się go usunąć. Podejście owo wydaje się jednakże niezgodne z duchem psychiatrii.
W przeciwieństwie bowiem do innych gałęzi nauk medycznych, których rozwój idzie
w kierunku coraz większej specjalizacji, charakter psychiatrii pozostaje
integracyjny, dąży ona do coraz lepszego poznania człowieka jako całości.
Potrzeba integracji w medycynie, dotkliwie dziś odczuwana, wysuwa psychiatrię na
czołowe miejsce spośród innych dyscyplin lekarskich.
Integracyjny charakter psychiatrii ma swoje ujemne strony. Najdotkliwiej z nich
odczuwa się dyletantyzm i frustrację działania. Próba całościowego spojrzenia na
człowieka wymaga umiejętności poruszania się w wielu dyscyplinach naukowych;
wystarczy wymienić tu trzy wielkie płaszczyzny badawcze, którymi psychiatra musi
się stale posługiwać: biologiczną, psychologiczną i socjologiczną. Opanowanie
ich przekracza możliwości choćby najzdolniejszego człowieka. Dochodzi do tego
indywidualny i niepowtarzalny charakter spotkania psychiatrycznego z pacjentem,
17 - Anus mundi
257
konieczność zrozumienia jego języka, filozofii życiowej, odtworzenia historii
życia, słowem - umiejętność wejścia w jego świat. Nic więc dziwnego, że
psychiatra jest skazany na dyletantyzm i improwizację, co może być powodem jego
poczucia niższości w stosunku do kolegów pracujących w bardziej naukowych w
sensie technicznym gałęziach medycyny.
Istotną cechą ludzkiej pracy jest jej twórczy charakter. Niezależnie od tego,
czy ktoś zamiata ulicę, uprawia pole, wydobywa węgiel, wytapia rudę, czy też
pisze dzieła literackie lub naukowe, rzeźbi lub maluje, uczy młodzież,
organizuje podległą mu grupę społeczną - w każdym wypadku lepiej czy gorzej, na
większym czy mniejszym odcinku przekształca otaczającą go rzeczywistość. Na
swoim poletku pracy staje się panem i władcą, może na nim swoją koncepcję
wprowadzać w czyn, urzeczywistniać, przekształcać według niej swój skrawek
otoczenia, licząc się oczywiście ze swoistością tworzywa i oporem, jaki ono mu
stawia. Gdy polem działania staje się drugi człowiek, zakres władzy ulega
automatycznie ograniczeniu i cały problem przekształcania otaczającej
rzeczywistości niezmiernie się komplikuje. W każdym zetknięciu z drugim
człowiekiem działa się na niego, ale jednocześnie samemu się podlega jego
działaniu. Jest się podmiotem, który obserwuje drugiego i wpływa na niego, a
zarazem przedmiotem przez drugiego obserwowanym i przekształcanym.
Pole pracy psychiatry jest znacznie szersze niż innych specjalistów, ale zakres
jego władzy znacznie mniejszy. Nie ma on, jak inni specjaliści, wolnego pola
działania, w którym by mógł wyładować swą aktywność. Co prawda internista,
chirurg, pediatra i lekarze innych specjalności również podchodzą do swych
pacjentów jako do niepowtarzalnych istot ludzkich i wchodzą z nimi w szczególny
kontakt międzyludzki, jakim jest stosunek lekarz - chory - jest to
psychiatryczna lub psychoterapeutyczna warstwa ich pracy zawodowej - lecz prócz
tego dysponują oni swoim specjalistycznym polem działania, w którym mogą już
traktować pacjenta jako przedmiot swych zabiegów diagnostyczno-terapeutycznych.
Warstwę psychiczną traktują jako coś dodatkowego, a nieraz, niestety, zbędnego.
Wyładowują się w działaniu i przekształcaniu, a swój proces poznawczy kszałtują
według modelu: działam i obserwuję skutki swego działania.
Psychiatrze pozostaje przede wszystkim pierwsza część aktywności lekarskiej,
druga zaś - określona tu jako manualna, w której za pomocą leków, zabiegów,
różnych form nacisku staramy się zmienić zachowanie się chorego - daje wprawdzie
efekty, ale gdy minie pierwszy entuzjazm związany z nową metodą, okazują się one
niejednokrotnie zwodnicze. Poza tym, mając zawsze do czynienia z człowiekiem
jako integralną całością, psychiatra nie jest w stanie określić, w jakim stopniu
wynik zależy od zastosowanej metody. Nieraz mu się zdaje, że pacjent poprawił
258
się dzięki jego zabiegom, a tymczasem istotnym momentem było całkiem coś innego:
życzliwa atmosfera oddziału, przyjemne spotkanie, które przywróciło choremu
wiarę w siebie, zrozumienie ze strony lekarza czy pielęgniarki itp. Dotychczas
nie wiadomo, czy rewolucję w psychiatrii, jaką stanowiło wprowadzenie przed laty
neuroleptyków, zawdzięczać należy ich bezpośredniemu działaniu na chorych, czy
pośredniemu na leczący personel. Świadomość, że dysponuje się środkami, które
prawie natychmiast mogą uspokoić najbardziej podnieconego pacjenta, zmieniła
zasadniczo postawę lekarzy i pielęgniarek wobec chorych: przestali oni budzić
lęk, a tym samym agresję. Ta zmiana postawy miała może jeszcze większy wpływ na
poprawę stanu psychicznego chorych niż samo działanie nowoczesnych leków.
Ten podwójny kompleks - nienaukowości i niemożności wyładowania się w działaniu
-jest, jak się zdaje, przyczyną spotykanego nierzadko wśród psychiatrów
zjawiska, które by można określić mianem „uliczki od psychiatrii". Szukają oni
pewniejszego gruntu w dyscyplinach - w ich przekonaniu - bardziej naukowych
(biochemicznych, fizjologicznych, psychologicznych, socjologicznych) lub
szerszego pola działania w różnych formach aktywności społecznej, organizacyjnej
itp.
Aktywność lekarską dzieli się na diagnostyczną i terapeutyczną. W zasadzie oba
elementy są ze sobą ściśle zespolone. Jak z praktyki wiadomo, samo przybycie
lekarza, nawet krótki z nim kontakt, może działać terapeutycznie. Zdarza się
niestety, że działanie to ma znak ujemny, co wynika z nieumiejętności
całościowego podejścia do chorego. Istnieje znacząca różnica w sekwencji
czasowej diagnostyki i terapii między podejściem całościowym (psychiatrycznym
lub psychoterapeutycznym) a częściowym (manualnym lub technicznym). Pierwsze
podejście polega na wzajemnej interakcji między chorym a lekarzem. Proces
diagnostyczny jest tu nierozerwalnie złączony z procesem terapeutycznym;
przebiegają one równocześnie. Lekarz poznaje swego chorego od pierwszego z nim
zetknięcia, a jednocześnie działa na niego od tego samego momentu terapeutycznie
(działanie to powinno być dodatnie, niestety często takim nie jest). Od znaku
oddziaływania zależy rezultat procesu diagnostycznego. Jeśli oddziaływanie jest
ujemne, chory odcina się od lekarza, zamyka się w sobie, zazwyczaj, choć nie
jest to regułą, pozwala się zbadać jak przedmiot, zbadać swoje ciało, ale nie
dopuszcza lekarza do swoich przeżyć, do własnego świata. W innych gałęziach
medycyny takie nastawienie chorego nie przedstawia większych przeszkód w
procesie diagnostycznym, choć może nieraz utrudniać. Chory na przykład może nie
przyznać się do jakiegoś objawu czy szczegółu z historii życia, który ma istotne
znaczenie dla postawienia rozpoznania. Natomiast w psychiatrii kwestia kontaktu
jest sprawą zasadniczą. Przez kontakt psychiatryczny rozumie się tu właściwe
podejście do chorego, które nie hamuje, lecz raczej pobudza go do otwarcia swego
świata przeżyć przed badającym. Nie-
259
możność nawiązania kontaktu uniemożliwia postawienie pełnego psychiatrycznego
rozpoznania.
W psychiatrii znacznie silniej niż w innych dyscyplinach lekarskich odczuwa sie.
nieoznaczoność granicy diagnostycznej. Im więcej czasu choremu poświęcamy, im
więcej mamy psychiatrycznych kontaktów z nim, tym więcej nowych zagadnień
odsłania się przed nami i przypadek, który początkowo wydawał się prosty, a
nawet banalny, przemienia się w pasjonującą i niepowtarzalną historię życia, nie
dającą się bez reszty poznać ani zrozumieć. Etykieta diagnostyczna, którą można
nieraz z łatwością po kilku minutach rozmowy z chorym sformułować, wydaje się
wówczas czymś zupełnie niewystarczającym, a nawet niestosownym.
W podejściu manualnym, w którym traktuje się chorego jako przedmiot eksploracji
diagnostycznej i terapeutycznego działania, oba procesy zostają od siebie
oddzielone. Trzeba mieć jakiś plan działania, nim zacznie się działać. Trudno
sobie wyobrazić chirurga, który by się podjął operacji przed postawieniem
przynajmniej probabilistycznego rozpoznania. Diagnoza wyprzedza tu leczenie.
Proces diagnostyczny musi więc być możliwie krótki i skończony, by jak
najszybciej móc zacząć terapię. Nie matu miejsca dla nieskończoności i
niepoznawalności ludzkiej natury.
Myślenie tego typu przeniknęło też do psychiatrii, pomimo że zajmuje się ona
człowiekiem jako całością, więc z natury rzeczy granica procesu diagnostycznego
jest w nieskończoności. Psychiatra przed nieoznaczonością i niepewnością swego
poznania broni się gotowymi formułami w postaci etykiet diagnostycznych czy też
schematów rozwoju osobowości. Uspokaja on swój niepokój, gdy potrafi swego
pacjenta wtłoczyć w odpowiedni schemat. Kiedy mu się to uda, spokojnie
przystępuje do leczenia. Postępując tak, przechodzi z metody całościowej, czyli
psychoterapeutycznej, w której stosunek lekarza do chorego rozgrywa się w
płaszczyźnie poziomej: wzajemnego oddziaływania jednego człowieka na drugiego,
do metody manualnej, w której płaszczyzna stosunku jest pochyła: lekarz jest
działającym podmiotem, a chory - odbierającym jego działanie przedmiotem.
Sam termin „psychoterapia" nie jest zbyt szczęśliwie dobrany. Odpowiednikami
jego - z punktu widzenia budowy słowotwórczej - są takie pojęcia lekarskie, jak:
fizykoterapia, hydroterapia, radioterapia itp. Pierwsza część słowa wyróżnia
sposób, jakim się na chorego działa leczniczo. W wypadku psychoterapii tym
sposobem jest psyche - oddziaływanie psychiczne lekarza na chorego. Termin
implikuje dualizm ludzkiej natury: psyche i soma, co do którego z praktycznego
punktu widzenia można mieć zastrzeżenia, gdyż każdemu lekarzowi wiadomo, jak
nierozerwalnie łączą się zjawiska psychiczne z somatycznymi.
Drugie zastrzeżenie jest poważniejsze i trafia, jak się zdaje, w istotę
zagadnienia. Według terminu należy przyjąć, że środkiem leczniczym jest „dusza",
czyli oddzia-
260
ływanie psychiczne lekarza, podobnie jak w wypadku hydroterapii jest nim woda.
Kryje się więc w tym terminie ciche założenie, że „dusza" leczącego jest lepsza
od „duszy" leczonego, bo trudno leczyć coś lepszego za pomocą gorszego. Poza tym
termin podkreśla jednokierunkowość oddziaływania, nie przyjmuje odwrotnej
ewentualności, że psyche chorego może oddziaływać na leczącego. Dlatego we
wszystkich kierunkach psychoterapeutycznych można dostrzec dążenie do stworzenia
idealnego modelu psychiki ludzkiej, którego reprezentantem staje sią psycho-
terapeuta. U freudystów będzie nim siła ego, która potrafi ujarzmić złowrogie
działania id i superego; u adlerystów - właściwy styl życia, pozwalający na
rozładowanie dążenia do władzy i kompleksu niższości; u jungistów - znalezienie
właściwej drogi, tao, zgodnej z kierunkiem elan vital, libido, dzięki czemu
odzyskuje sią prawdziwe „ja" i redukuje „cienie", kompleksy tkwiące w
podświadomości; dla Sullivana modelem jest idealny system obrany (self-system)
przed lakiem, największą siłą w życiu człowieka, dla Fromma osiągnięcie wolności
własnego -, „ja" przez rozwiązanie zasadniczych sprzeczności ludzkiej natury:
życia i śmierci, dążenia do indywidualnego rozwoju i rozpłynięcia się w
kolektywie; dla Karen Horney jest nim maksymalne wyzyskanie swych możliwości,
pełna realizacja siebie; dla egzystencjalistów, którzy ciężar gatunkowy frazy
„ja jestem" przenoszą z „ja" na „jestem", prawdziwą egzystencję oznacza pełna
świadomość słowa „jestem", w której się mieści zdolność decyzji, czyli wolna
wola, lęk związany z przemijalnością istnienia, a wina - z niespełnieniem
własnych możliwości. (W piśmiennictwie polskim zagadnienia psychoterapeutyczne
zostały szczegółowo i krytycznie omówione w monografii Bilikiewicza.)
Jak grzesznik chory staje przed psychoterapeutą, który zależnie od wyznawanych
poglądów ukazuje mu „błędy i wypaczenia" od idealnej linii rozwoju.
Psychoterapeutą posiada wiedzę tajemną o człowieku, klucz do jego szczęścia.
Stąd może tak chętnie posługuje się on zawiłym językiem, zrozumiałym tylko dla
wtajemniczonych. Język bowiem nie jest tylko środkiem komunikacji, lecz też
środkiem magicznym, dającym władzę nad drugim człowiekiem. Ekskluzywność
językowa jest typowa nie tylko dla szkół psychoanalitycznych, lecz również
egzystecjalnych.
Dysponując mniej lub bardziej udałym schematem rozwoju osobowości,
psychoterapeutą rości sobie prawo do rządzenia psychiką drugiego człowieka,
kierowania nią według wyznawanego modelu.
Ta dążność do władzy w różnym stopniu przejawia się w rozmaitych metodach
psychoterapeutycznych; może największa jest w hipnozie, w której stanowi istotę
metody, mniejsza w sugestywnych oddziaływaniach czy w psychoterapii typu;
doradczego, ale występuje ona nawet w klasycznej psychoanalizie, której wyznawcy
odżegnują się od jakiegokolwiek kierowania pacjentem, niemniej jednak przez sam
261
fakt, że uważają się za specjalistów od procesów nieświadomych, które, ich
zdaniem, są głównym motorem ludzkiego działania, stwarzają wokół siebie aurą
wszechwiedzy i wszechmocy. Nie darmo pacjent w psychoanalizie znajduje się w
pozycji leżącej, a więc takiej, która się łączy z postawą bierną, a nie czynną.
Psychoterapeuci kierunku egzystencjalistycznego, którzy podkreślają znaczenie
świadomej decyzji u pacjenta i stosunek lekarz - chory ustawiają w płaszczyźnie
poziomej - podmiotu do podmiotu, też nie są wolni od tendencji sterowania swym
chorym, choćby w formie narzucania mu swej filozofii.
Żądza władzy jest cechą swoiście ludzką. Lekarz niepsychiatra wyładowuje ją w
polu swej specjalizacji, która jest tylko przedmiotem, częścią całego człowieka.
Psychiatra, dla którego polem działania jest człowiek jako taki, we wszystkich
jego aspektach, stoi przed pokusą zawładnięcia nim w całości, sprawowania „rządu
dusz". Pokusa tym łatwiejsza do zrealizowania, że jego pacjent jest już
zachwiany w swojej postawie, a często w ogóle ze społeczności ludzi tzw.
normalnych wykluczony jako alienus lub varius. Trzeba dużego wysiłku woli, by
tej pokusie nie ulec.
W najprostszych formach organizacji społecznej funkcje wodza, kapłana i lekarza
były sprawowane przez jedną osobę. Stopniowo wystąpił rozdział funkcji
wodzowskiej od kapłańsko-lekarskiej, wódz bowiem potrzebuje ludzi zdrowych, a
jeszcze później - kapłańskiej od lekarskiej, przy czym kapłanowi pozostała
władza nad duszą, a lekarzowi - nad ciałem. Ponieważ w praktyce lekarskiej
dualistyczna koncepcja człowieka na ogół nie zdaje egzaminu, chory musi być
traktowany jako integralna całość, a lekarz z konieczności wkracza nieraz w
dawny zakres władzy kapłańskiej, z tym, że aspekt moralny i metafizyczny życia
ludzkiego pozostawia kapłanom, filozofom czy prawnikom.
Sposoby oddziaływania człowieka na człowieka można by ująć w trzy klasy jako
manualne, werbalne i pozawerbalne. Pierwsze zostały już tutaj dość wyczerpująco
scharakteryzowane; podkreślić trzeba, że stanowią one trzon aktywności
lekarskiej poza psychiatrią. W życiu codziennym przykładem takiego oddziaływania
jest opieka matki nad małym dzieckiem, uczenie dziecka czy dorosłego bardziej
skomplikowanych ruchów, a w sensie negatywnym - krępowanie jego swobody przez
kajdany, więzienia itp.
Oddziaływanie werbalne dokonuje się głównie za pomocą rozkazów, poleceń, a
przede wszystkim przez narzucanie drugiemu swej własnej struktury widzenia
otaczającego świata.
Pozawerbalne metody oddziaływania, jak dotychczas mało poznane, obejmują mimikę,
gesty, postawę ciała, słowem -te czynniki, które są percypowane natychmiast przy
pierwszym zetknięciu z drugim człowiekiem i decydują o tym, czy
262
będzie on działał na obserwatora przyciągające czy odpychająco. Zdolność
wyczucia cudzej postawy emocjonalnej pojawia się bardzo wcześnie w rozwoju
ontoge-netycznym. Już niemowlę potrafi wyczuć stan emocjonalny swojej matki i
reaguje na niego często różnymi zaburzeniami fizjologicznymi. Pediatrzy dobrze
wiedzą, że przyczyn zaburzeń w łaknieniu i trawieniu, zanoszenia się, ataków
astmatycznych nierzadko trzeba szukać w nerwowości matki. Również u zwierząt
domowych obserwuje się nieraz zdolność rozszyfrowania stanu emocjonalnego pana,
np. pies chowa się do kąta, gdy jego pan wraca zły do domu. U ludzi z wiekiem
zdolność ta maleje prawdopodobnie w związku z tym, że kontakty społeczne
zmuszają ich do odczytywania maski, a nie tego, co się pod nią kryje. U
pacjentów psychiatrycznych, zwłaszcza psychotyków, wraca pierwotna zdolność
odczytania prawdziwego nastawienia emocjonalnego, nie da się ich zmylić nałożoną
maską. Maska budzi niepokój; chory nie wie, co się pod nią ukrywa; wzrasta
poczucie zagubienia w otaczającym świecie.
Pozawerbalne sposoby oddziaływania są prawdopodobnie filogenetycznie i
ontogenetycznie starsze od manualnych i werbalnych, one decydują o zasadniczym
kierunku ruchu w otaczającym świecie społecznym, o tym, czy można się do źródła
sygnału zbliżyć, czy trzeba uciekać lub z nim walczyć.
W całościowym oddziaływaniu lekarskim metoda komunikacji pozawerbalnej wydaje
się najważniejsza. W tym wypadku stosunek lekarza do chorego przypomina te
stosunki międzyludzkie, w których kontakt jest bardzo bliski, jak między
dzieckiem a rodzicami, między zakochanymi, między zaciętymi wrogami. W
stosunkach tych nie potrzeba słów, czyta się z twarzy.
Umiejętność właściwej ekspresji pozawerbalnej stanowi o powodzeniu kontaktu
psychiatrycznego, od niej zależy, czy chory już przy pierwszym kontakcie
przyjmie postawę obronną, czy też lekarzowi w pełni zaufa. Ekspresja ta w
minimalnym stopniu zależy od naszej woli; można się jedynie maskować, ale maska
w kontakcie psychiatrycznym tylko przeszkadza. Natomiast wpłynąć można na swoją
ekspresję pozawerbalną przyjmując odpowiednią postawę psychiatryczną. W
szczególności należy unikać trzech błędów: pseudonaukowości, tj. traktowania
chorego jako przedmiotu swych badań i zabiegów, maski, tj. udawania tego, czego
się naprawdę nie czuje, i sędziego, tj. przyjmowania postawy oceniającej,
zwłaszcza w kategoriach etycznych. Chory boi się potępienia. I tak już zwykle
został dostatecznie potępiony przez otoczenie społeczne lub przez swoje własne
sumienie.
Większość psychiatrów zajmujących się psychoterapią zgadza się - niezależnie od
różnic poglądów - co do tego, że im mniej się samemu mówi w czasie rozmowy z
chorym, tym lepiej. Najmądrzejrze nawet uwagi lekarza choremu mogą się wydać
niestosowne, a nawet wręcz głupie, gdyż nigdy nie pasują one całkowicie do jego
263
przeżyć. Obraz przeżyć ulega potrójnemu zniekształceniu: gdy chory je słownie
odtwarza, gdy badający stara się je zrozumieć, i wreszcie gdy je z powrotem
choremu w formie uwag przedstawia. Nie znaczy to, by lekarz w czasie rozmowy z
chorym milczał jak zaklęty; taka sytuacja byłaby sztuczna i hamowałaby
wypowiedzi chorego, powinien on jednak stale pamiętać o tym, że chory odsłania
przed nim przeżycia często najbardziej osobiste i bolesne i trzeba wobec tego
faktu zachować odpowiedni szacunek. Najlepiej odwrócić role i wstawić się w
sytuację chorego. Zasadniczą strukturą rozmowy psychiatrycznej jest figura
trójkąta; chory rozmawia z lekarzem na swój temat. Podstawą trójkąta jest
wzajemny stosunek chorego i lekarza, ich wzajemne oddziaływanie na siebie, a
wierzchołkiem - ten, o którym się rozmawia, tj. sam pacjent. W tym dialogu
formuje się obraz chorego, wskutek samej werbalizacji przeżycia ulegają
większemu uporządkowaniu i obiektywizacji. Pomóc w tym procesie integracji może
też badający przez delikatne i we właściwym momencie podane przedstawienie
swojego punktu widzenia na przeżycia chorego. I właśnie moment uporządkowania
tego, co dotychczas było chaotyczne, stanowi
0 naukowości badania psychiatrycznego, a jednocześnie o jego terapeutycznym
znaczeniu. W psychiatrii nie można bowiem oddzielić diagnostyki od terapii.
Wybierając się w góry czy mając zwiedzić jakieś miasto, można się trzymać ściśle
przewodnika lub iść na ślepo, szukając pięknych widoków i nowych wrażeń. W
pierwszym wypadku grozi, że zamiast oglądać ładne widoki, szuka się znaków
szlaku turystycznego lub wertuje kartki bedekera, w drugim zaś, że można
najważniejsze i najciekawsze fragmenty pominąć i zgubić się w gąszczu nowych
wrażeń. Podobnie ma się sprawa z podróżą w kraj nieznany, jakim jest świat
chorego. Można w niej trzymać się opisów książkowych i cieszyć się, gdy się
odnajdzie przeżycie do nich pasujące, lub też podróżować na własną rękę,
ryzykując, iż można się w tej podróży zagubić. Prawda, jak zwykle, tkwi gdzieś
pośrodku; nie można lekceważyć wiedzy książkowej, ale nie trzeba jej też zbytnio
wierzyć. Należy zachować świeżość spojrzenia, umieć w każdym chorym zobaczyć coś
ciekawego
1 nowego, a nie wciskać go w ciasne ramy rozpoznań psychiatrycznych i gotowych
schematów. Wynik psychoterapii nie zależy zresztą, co większość autorów zgodnie
podkreśla, od wyznawanych koncepcji; mają tu znaczenie jakieś inne czynniki niż
„przewodnik po duszy pacjenta".
Choćby przeżycia chorego najbardziej odbiegały od przeciętnych i były niezwykłe
i dziwaczne, nie wolno przyjmować postawy sędziego. Gdy się przyjmie, że są one
jednym z wielu, choć rzadkim sposobem widzenia świata i życia w tym świecie,
który, choć niezwykły i często dla chorego szkodliwy, to jednak odsłania
niesłychane bogactwo ludzkiej natury i, wykraczając poza przeciętne granice, po-
264
zwala nam lepiej ją rozumieć - wówczas maleje zapał do radykalnego wtłaczania
chorego w formy życia tzw. zdrowego czy normalnego.
I tu zachodzi zjawisko paradoksalne, polegające na tym, że im bardziej chce się
chorego „unormalnić", tym trudniej wraca on do zdrowia. A im stanowisko lekarza
jest bardziej tolerancyjne, mniej w nim żądzy władzy nad drugim człowiekiem i
chęci przekształcenia go według własnej koncepcji „zdrowia psychicznego", tym
szybciej pacjent wraca do zdrowia. Dlatego, choć uwaga ta może dotknąć wielu
psychoterapeutów z powołania, wydaje się, że psychiatrzy, którzy rezygnują z
działań psychoterapeutycznych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, a zadowalają
się tylko gruntownym badaniem chorego, nie żałując na to czasu i wysiłku i
zawsze znajdując w jego przeżyciach coś nowego i ciekawego - osiągają lepsze
wyniki lecznicze niż zagorzali psychoterapeuci, którzy chorego chcą radykalnie
zmienić.
Władza bowiem nad drugim człowiekiem jest czymś niebezpiecznym i zwodniczym, a
często jest ona największa, gdy się do niej nie dąży i drugiemu zostawia
maksimum swobody. Psychiatrzy na ogół nie zdają sobie sprawy z ogromu władzy i
odpowiedzialności, jaki na nich ciąży. I dobrze, bo świadomość, jak ważnymi
postaciami stali się w życiu swych pacjentów, paraliżowałaby ich poczynania. We
właściwym kontakcie psychiatrycznym lekarz staje się niejednokrotnie dla chorego
osobą najbliższą, która w jego przekonaniu naprawdę go rozumie, której powierza
tajemnice, jakich dotąd nikomu nie zdradził. Słowem, wchodzi on w sferę
intymności pacjenta, staje się jakby jego planetą, krążącą po najbliższej
orbicie, występuje w jego uczuciach, myślach i marzeniach sennych. Choćby nie
chciał, wywiera -silny, a jakże często nie kontrolowany - wpływ na chorego.
Obserwuje się tu dziwny paradoks władzy: im większy wpływ psychiatra chce na
chorego wywrzeć, tym mniejszy wpływ wywiera. Chory, jak każdy zresztą człowiek,
broni się przed narzucaniem mu obcej struktury, odrzuca ją od siebie, umieszcza
psychiatrę - choćby najbardziej psychoterapeutycznie nastawionego -na
zewnętrznej orbicie, po której krążą ludzie obcy i dalecy.
Stosunek lekarza do chorego w swym aspekcie całościowym jest stosunkiem dwóch
osób do siebie, oddziaływanie jest zatem obustronne. Zazwyczaj uwzględnia się
tylko działanie, jakie lekarz na chorego wywiera, zapominając, że istnieje też
oddziaływanie w kierunku odwrotnym: chorego na lekarza. Oddziaływanie to nie
jest bez znaczenia i na pewno wywiera niemały wpływ na kształtowanie się cech
osobowości lekarza. Fakt, że chory szuka w lekarzu pomocy, opieki, ratunku,
poddaje się z zaufaniem jego zabiegom, sprawia, iż lekarz często podświadomie
przyjmuje z czasem cechy przypisywane mu przez chorych. Staje się autorytatywny,
pewny siebie, ojcowski itp.
W psychiatrii problem ten przedstawia się odmiennie. Chory psychiatryczny

265
nie może pozwolić sobie na to, by być traktowanym jak dziecko lub przedmiot
aktywności lekarskiej. Gdy psychiatra zdobądzie zaufanie pacjenta, wówczas
zostaje wprowadzony w jego najbardziej własny świat, inny od tego, z którym
zapoznajemy się w powierzchownych kontaktach z ludźmi, a którego bogactwo i
niezwykłość, zwłaszcza w schizofrenii, mogą być zaskakujące. Traktowanie chorego
tak, jak się podchodzi do dziecka, byłoby lekceważeniem świata przeżyć chorego,
zmuszałoby go do zamknięcia w sobie i nastawienia sią do lekarza jako do kogoś
obcego, a nie najbliższego człowieka, bo „wtajemniczonego". Nawet dziecko w
kontakcie psychiatrycznym wymaga poważnego traktowania, jak dorosła osoba. Może
nie będzie przesadą stwierdzenie, że podstawą kontaktu psychiatrycznego jest
szacunek, a nawet pewna pokora wobec bogactwa odsłaniającej sią przed oczyma
struktury świata drugiego człowieka.
Psychiatra korzysta z kontaktów z chorymi nie tylko dlatego, że dzięki nim jego
wiedza o życiu ludzkim stale się wzbogaca i jest bez porównania większa niż
wiedza lekarzy innych specjalności, lecz też dlatego, że stale porównując swoje
własne przeżycia z przeżyciami chorych, może w większym stopniu niż ludzie
innych zawodów zmieniać i przekształcać samego siebie. W ogólnym obrachunku
nie.wiadomo do końca, kto wynosi większe korzyści ze wzajemnego współżycia:
psychiatra czy jego pacjent. Są to korzyści, które na pewno rekompensują
frustrację związaną z nienaukowością psychiatrii w sensie technicznym oraz
niemożnością wyładowania się w działaniu i władaniu drugim człowiekiem.
Rytm życia
Starość należy do tych pojąć, które choć dla każdego w pospolitym znaczeniu
oczywiste, są trudne, a nawet niemożliwe do naukowego zdefiniowania. Klasycznym
przykładem takiego pojęcia, trudnego do naukowego zdefiniowania, jest życie,
którego nikt jeszcze nie potrafił określić bez zastrzeżeń. Starość jest fazą
życia końcową, po niej przychodzi tylko śmierć. W konsekwencji brak definicji
życia przekreśla możliwość zdefiniowania jednego z jego okresów w sposób
bezdyskusyjny.
U istot jednokomórkowych starość zaczyna się wtedy, gdy zbliża się moment
rozmnażania. Niezależnie od tego, czy akt ten ma charakter seksualny (podział
komórki poprzedzony jest łączeniem się z komórką płci przeciwnej), czy też asek-
sualny (podział następuje spontanicznie), jest on końcem życia starej komórki.
Od momentu podziału zaczynają życie dwie nowe jednostki. Jest to śmierć piękna,
gdyż daje początek nowemu życiu; umieranie jest jednocześnie zmartwychwstaniem.
Gdyby przyjąć, że atrybutem życia są przeżycia, że nawet jego najprostsze formy
w jakiś sposób przeżywają fakt swego istnienia, wówczas należałoby
jednokomórkowym istotom zazdrościć ich starości i śmierci.
W ustrojach wielokomórkowych starość i śmierć komplikują się. Jedne komórki
starzeją się szybciej i wcześniej umierają; ich okres życia jest drobnym
ukłamkiem życia całego organizmu (np. komórki układu krwiotwórczego lub
gruczołów płciowych). Inne znów skazane są na długi żywot, starzeją się znacznie
wolniej (np. komórki nerwowe). Od chwili poczęcia sparzenie się, śmierć i
rozmnażanie przebiegają obok siebie w dialektycznej jedności, tworzącej cykl
rozwojowy całego ustroju. Rozwój ten jest realizacją możliwości zawartych w
planie genetycznym. Należy przypuszczać, że nigdy możliwości te nie są w pełni
zrealizowane. W tym ująciu starość byłaby okresem życia, w którym większość
planów została zrealizowana i wskazówka zegara genetycznego zatrzymać się może
jedynie na ostatniej już godzinie. -¦,: ¦,-.A:,:
¦¦im-
267
Z punktu widzenia genetycznego jest więc starość ograniczeniem możliwości;
wszystko się wypełniło, już więcej nic stać się nie może. W poszczególnej
komórce moment ten stanowi sygnał do podziału; na nowo zaczyna się realizacja
planu genetycznego. W ustrojach wielokomórkowych zakres możliwości zawartych w
planie genetycznym zostaje ograniczony z chwilą osiągnięcia specjalizacji.
Komórka wyspecjalizowana w jednym kierunku (np. odbierania określonych bodźców
otoczenia, kurczenia się, przenoszenia sygnałów, produkowania określonej
substancji chemicznej itd.), mimo że w swych kwasach nukleinowych ma zakodowany
cały plan genetyczny, identyczny jak w komórce macierzystej, z której cały
ustrój się rozwinął, tylko część tego planu realizuje; inne możliwości
realizacji są w nie znany nam jeszcze sposób zahamowane. Specjalizacja byłaby
więc równoznaczna ze starością w swym ograniczeniu dalszych możliwości
rozwojowych. Komórki o wysokim stopniu specjalizacji tracą nawet jedną z
najistotniejszych cech życia, zdolność rozmnażania się (np. komórki nerwowe).
Specjalizacja jest koniecznością w wielomiliardowym „społeczeństwie" komórkowym.
Czasem zdarza się „bunt" komórek przeciw narzuconemu im porządkowi i
ograniczeniu swobody rozwoju. Zaczynają one żyć życiem własnym, niezależnym od
praw panujących w ustroju. Komórki takie określa się jako nowotworowe. Zdolność
rozmnażania się jest w nich tym większa, im nowotwór jest złośliwszy.
Jedną z najważniejszych cech życia jest proces wymiany (metabolizmu) między
ustrojem a jego środowiskiem. Żadna cząstka energii czy substancji nie pozostaje
w ustroju na stałe. Stały jest tylko określony porządek, swoisty dla każdego
ustroju (porządek biochemiczny, np. swoistość białka, fizjologiczny,
psychiczny). W tym sensie życie jest ustawicznym przeciwstawianiem się entropii,
jak je określił wybitny fizyk Schroedinger. Prócz metabolizmu energetycznego
istnieje metabolizm sygnalizacyjny. Sygnał jest minimalną ilością energii, nie
odgrywającą roli w przemianie energetycznej, która orientuje ustrój w tym, co
dzieje się w otoczeniu, i wyzwala w nim odpowiednie reakcje, które z kolei można
traktować jako sygnały dla otoczenia. Prawo swoistości (własnego porządku)
obowiązuje też w metabolizmie sygnalizacyjnym. Dlatego przyjmując, że każda żywa
istota w jakiś sposób przeżywa swoją egzystencję, należy też przyjąć, że
przeżywa ją w sposób dla siebie swoisty i niepowtarzalny.
Tempo metabolizmu energetycznego i sygnalizacyjnego zmienia się w ciągu życia
jednostki; jest ono największe w początkowym okresie, a coraz słabsze w
końcowym. Śmierć oznacza przerwanie strumienia energetyczno-sygnalizacyjnego.
Energie i sygnały dochodzące z zewnątrz już nie są kształtowane w określony
porządek, zwycięża entropia. Możliwe, że w ustrojach jednokomórkowych zwolnienie
tempa metabolizmu jest sygnałem do podziału komórkowego. Komórka nie jest
268
już zdolna do wysiłku, jakiego wymaga utrzymanie własnego porządku, i w tym
momencie „decyduje" się na podział, powstają dwie nowe jednostki, które wysiłek
życia mogą podjąć na nowo.
Ze wzglądu na tempo metabolizmu można rozróżnić w życiu każdej żywej jednostki
trzy okresy: młodości, wieku dojrzałego i starości. W pierwszym dzieje się
najwięcej; w ustrojach wielokomórkowych z jednej komórki powstaje ukształtowany
organizm, zbudowany z wielu miliardów komórek (np. u człowieka od poczęcia do
narodzin masa ciała wzrasta 11 milionów razy, a od narodzin do dojrzałości 22
razy). Plan genetyczny realizuje się w ogólnym zarysie. W metabolizmie, zarówno
energetycznym, jak i sygnalizacyjnym, przeważa „biorę" nad „daję" (procesy
anaboliczne nad katabolicznymi). W okresie dojrzałości tempo przemian słabnie.
Ustala się równowaga między procesami anabolicznymi i katabolicznymi. W trzecim
wreszcie okresie procesy destrukcji (katabolizm) zaczynają przeważać nad
procesami budowy (anabolicznymi), dzięki jednak znacznemu zwolnieniu tempa
metabolizmu destrukcja nie jest tak szybka, jak budowa w pierwszym okresie
rozwoju.
W związku z różnym tempem metabolizmu różnie przedstawia się czas biologiczny w
poszczególnych okresach. Jeśli za jego jednostkę przyjmuje się odległość między
dwoma wydarzeniami (w czasie astronomicznym wydarzeniami takimi są obrót Ziemi
dookoła Słońca i dookoła własnej osi), to jednostek tych będzie bez porównania
więcej w pierwszym okresie, niż w drugim i trzecim. Rok dziecka jest czymś innym
niż rok życia człowieka dojrzałego czy starego.
Porównanie wielokomórkowych ustrojów z dobrze zorganizowanym społeczeństwem jest
tylko przenośnią. Ale jest rzeczywiście zadziwiającą tajemnicą, w jaki sposób
miliardy komórek żyją w tak harmonijnej całości. Jak ściśle zgrana jest ich
współpraca mimo daleko posuniętego zróżnicowania i specjalizacji. Wspólny dla
wszystkich komórek plan genetyczny, a w wyżej zorganizowanych ustrojach
wielokomórkowych także system endokrynny i nerwowy, zapewniają integrację ich
aktywności. Każda z nich jest potrzebna dla prawidłowego działania całego
ustroju. Gdy komórka przestaje być potrzebna, szybko starzeje się i umiera.
(Przykładem może być tajemnicza dotychczas szyszynka, w której Kartezjusz
niegdyś lokalizował funkcje psychiczne, lub grasica; oba gruczoły dokrewne
starzeją się i giną we wczesnym jeszcze okresie życia ustroju, gdyż spełniły już
swą rolę i stały się zbyteczne; innym przykładem jest komórka nerwowa, którą
przez przecięcie jej wypustki odłączono od wspólnoty z innymi komórkami
nerwowymi - komórka taka nie może wskutek tego spełniać swej roli przenośnika
sygnałów i jako niepotrzebna ginie.)
Wymieniono tu kilka cech, które z punktu widzenia biologicznego są wskaźni-
269
kiem starości, jak realizacją planu genetycznego, daleko posuniętą
specjalizację, zwolnienie tempa metabolizmu energetycznego i sygnalizacyjnego
oraz brak zapotrzebowania dla całości ustroju. Cechy te nie wyczerpują
biologicznego problemu starości. Jest to dziedzina intensywnych badań biologów i
medyków. Technizacja nauk biologicznych sprawia, że poznanie jest równoznaczne z
możliwością działania na obiekt obserwacji. Ten sposób poznania (jeśli lepiej
coś znam, łatwiej tym potrafią kierować) w wypadku problemu starości stwarza
perspektywy wpływania na procesy starzenia się. Biolodzy i medycy pracujący nad
tym zagadnieniem mają więc nadzieję, że ziszczą faustowskie marzenia o wiecznej
młodości.
Nie mniej skomplikowany jest problem starości z psychologicznego punktu
widzenia. Wiele cech psychicznych wymienia się jako charakterystyczne dla wieku
starczego. Cechy te często są sprzeczne; starość jest smutna, ale też „wesołe
jest życie staruszka"; pamięć zawodzi, ale jednocześnie tylko stary człowiek
potrafi z taką dokładnością szczegółów odtwarzać sceny dalekiej przeszłości;
funkcje intelektualne słabną, ale wzrasta zdolność całościowego ujmowania
zagadnień; mówi się o egoizmie i despotyzmie starców, ale z drugiej strony
rzadko miłość bywa tak bezinteresowna i uległa, jak właśnie u nich.
Traktowanie psychicznego aspektu życia jako subiektywnego pozwala na szukanie
analogii między prawidłowościami biologicznymi a psychologicznymi.
Poczucie, że „wypełniło się", że już więcej nic stać się nie może, że weszło się
już na drogę prowadzącą ku zniedołężnieniu i śmierci, jest chyba
najtragiczniejszym przeżyciem starości. Człowiek stary broni się przed
poczuciem, że się już w całości zrealizował. Broni się on również drobnymi
celami i troskami dnia codziennego, koncentrowaniem się na dolegliwościach
niedomagającego ciała, szukaniem przyjemności w sprawach, na które dawniej nie
zwracał uwagi („że świeci słoneczko, że rano czeka dobre mleczko" itp.). Ale pod
tym różnorodnym kolorytem codziennego dnia kryje się ciemne \\o poczucia końca
wszystkiego.
Świadomość wypełnienia własnego życia byłaby lżejsza do zniesienia, gdyby to
wypełnienie było rzeczywiście realizacją tkwiących w człowieku możliwości. Gdyby
starość była prawdziwą jesienią życia. Niestety, niewielu ludzi może śmiało
wytrzymać test ewangelicznej frazy: „po owocach poznacie ich". Większość
przeżywa boleśnie poczucie frustracji, ich bilans życia jest ujemny. To poczucie
ujemnego bilansu jest, jak się zdaje, swoiste dla naszej epoki, w której problem
realizacji siebie, mimo na pozór obiektywnie lepszych niż dawniej warunków, jest
specjalnie trudny.
Zmiana środowiska naturalnego (przyrody) w środowisko sztuczne, techniczne,
stworzone przez samego człowieka, oddala go od naturalnych rytmów przyrody,
między innymi od rytmu pór roku. Trudniej mu niż człowiekowi żyjącemu w
270
warunkach prymitywniejszych przyjąć, że starość i śmierć są zjawiskami
normalnymi, jak jesień i zima, że po nich przyjdzie wiosna i życie obudzi się na
nowo. Środowisko techniczne wzmacnia w człowieku poczucie władzy nad otoczeniem,
dlatego trudniej przychodzi mu podporządkować się prawom przyrody. Rodzi się
bunt przeciw śmierci i starości. Bunt, który w człowieku chyba zawsze istniał,
ale nie w tak ostrej formie, jak obecnie.
Bunt może być uczuciem twórczym, gdy można zmienić sytuację, która go wyzwala,
staje się natomiast źródłem nerwicowego lęku i agresji, gdy jest się wobec tej
sytuacji całkowicie bezsilnym. Niemożność działania, poczucie całkowitej
bezsilności znacznie potęguje uczucie lęku. (W czasie okupacji broń lub nawet
kapsułka cyjanku dodawała odwagi, gdyż zmniejszały one poczucie bezsilności
wobec wroga; w marzeniach sennych pewne sytuacje budzą znacznie silniejszy lęk
niż identyczna sytuacja na jawie, gdyż w czasie snu jest się pozbawionym
możliwości jakiegokolwiek działania.) Lęk przed starością i śmiercią stał się
obsesją ludzi cywilizacji technicznej. Rozszerza się on nawet na młodych.
Świadomość, że starość i śmierć są nieuniknionym końcem życia, występuje tym
natarczywiej, im bardziej chce się być zawsze młodym.
Panujący dziś styl młodzieńczości, który przybiera nieraz karykaturalne formy
„młodzieńczych" starszych pań i panów, jest nie tylko wynikiem buntu przeciw
starości i śmierci. W zjawisku tym można doszukać się działania różnych
czynników, charakterystycznych dla naszej cywilizacji. Trudno w niej być nie
tylko człowiekiem starym, ale nawet dojrzałym, jeśli za jedną z cech dojrzałości
uważa się odpowiedzialność za siebie i najbliższe otoczenie. Szybkie tempo
przemian wymaga dużej zdolności adaptacji, a ta jest cechą młodości. Postawa
dzieciństwa i młodości jest konsumpcyjna (przewaga procesów anabolicznych w
metabolizmie energetycznym i sygnalizacyjnym), a taka postawa jest łatwiejsza w
dzisiejszych czasach niż postawa twórcza.
Marksistowskie określenie wolności jako świadomej konieczności, które, jak by
się zdawało, sprzeciwia się zdrowemu rozsądkowi i drażni nawet tych, którzy
codziennie powtarzają „bądź wola Twoja", często znajdzie potwierdzenie w
praktyce lekarskiej. Większość zjawisk, z którymi styka się lekarz, jest
niezależna od woli chorego. Podział układu sterującego, tj. nerwowego, opiera
się na kryterium woli; funkcje ustroju dzieli się na wolicjonalne, tj. zależne
od woli, i autonomiczne lub wegetatywne - od niej niezależne. Nie zawsze
oczywiście da się ostro podział przeprowadzić. Niemniej jednak w tych wypadkach,
gdy ktoś chce za pomocą swej woli opanować zjawiska, które od niej są
niezależne, wówczas z reguły przebieg danego zjawiska ulega jeszcze większemu
zakłóceniu. Jednym z pierwszych zadań lekarza jest odciągnąć chorego od tego, co
bezskutecznie próbuje przezwyciężyć,
271
za co chce wziąć odpowiedzialność na siebie. Odwracając uwagę i wysiłek chorego
od zaburzenia, które chce sam opanować, już uzyskuje się pewną poprawę. Jest to
problem impotencji - im więcej chory chce, tym mniej może. To samo jest z
bezsennością; im bardziej pragnie się zasnąć, tym mniejsze są szansę, że sen
przyjdzie. Ból zęba zmniejsza się, gdy się odwróci od niego uwagę. Przykładów
takich można by przytoczyć wiele. Analogicznie przedstawia się sprawa ze
starością.
Starość jest nieunikniona; im więcej się z nią walczy, im trudniej jest fakt jej
zaakceptować, w tym ostrzejszej formie ona występuje. I obserwuje się
paradoksalne pozornie zjawisko, że ludzie, którzy przyjmują swoją starość nie
robiąc z niej problemu, są młodsi od tych, którzy chcą za wszelką cenę zachować
młodość.
Poczucie kresu życia i niemożności rzutowania siebie w przyszłość, gdyż
przyszłość jest już tylko końcem i ciemnością, jest dość typowe dla depresji. W
każdym głębszym obniżeniu nastroju koloryt świata własnego i otaczającego
zaciemnia się. Człowiek znajduje się jak w głębokiej studni, z której nie ma
wyjścia. Zasadniczy koloryt nastrojowy starości, bo w starości rzeczywiście stoi
się przed końcem wszystkiego, nie występuje więc tylko w starości. Każdy
człowiek smutny czuje się stary, bo widzi przed sobą tylko ciemność. Natomiast
człowiek stary nie musi wcale tej ciemności dostrzegać, może go nawet więcej
cieszyć życie i drobne jego sprawy, gdyż jest w nie mniej zaangażowany, patrzy
na nie z dystansem.
Możność rzutowania siebie w przyszłość nie zależy tylko od nastroju, który jest
subiektywnym wyrazem dynamiki życiowej, lecz także od warunków zewnętrznych.
Człowiek współczesnej cywilizacji, mimo wielu udogodnień, znajduje się w trudnej
sytuacji, jeśli chodzi o możliwość projekcji w przyszłość. Wpływa na to wiele
czynników, między innymi wspomniany wzrost „współczynnika lepkości" otoczenia, a
tym samym mniejszy stopień swobody jednostki, brak stabilizacji, a w związku z
tym niemożność realizowania siebie w oparciu o trwałe struktury otoczenia (można
polegać tylko na sobie, bo wszystko wokół jest chwiejne), większe możliwości
zaspokajania swych podstawowych potrzeb, w związku z tym zbyt wczesne nasycenie
i brak celu życia itp. W każdym razie współczesne „witaj, smutku", dyskretny
nastrój smutku i rezygnacji, który panuje zwłaszcza w społeczeństwach bogatych,
zdaje się wynikać w głównej mierze z niemożności projekcji w przyszłość, a tym
samym realizowania siebie. 1 nie wiadomo, czy charakterystyczny dla naszej
cywilizacji lęk przed starością, który w innych kręgach kulturowych i w innych
epokach tak silnie nie występował, nie jest właśnie objawem zbyt wczesnego
poczucia starości.
Ludzie boją się starości i walczą z nią, gdyż zbyt wcześnie ją odczuwają. Prawo
pór roku jest bezwzględne, musi się przeżyć wszystkie okresy życia. Gdy np. ktoś
miał dzieciństwo ciężkie, nie miał ciepła domowego, był narażony na
272
urazy, a nawet wrogość najbliższego otoczenia itp., to zawsze będzie on
wykazywał potrzebą tego, czego w dzieciństwie nie doznał - opieki, czułości,
ciepła. Pewne sposoby przeżywania, charakterystyczne dla okresu dziecięctwa,
rozciągną się na całe jego życie, gdyż nie zostały przeżyte we właściwym
okresie.
Wejście w jesień życia jest dziś dlatego tak trudne, że nie przeżyło się
właściwie poprzednich jego okresów. W starości chce się jeszcze przeżyć wiek
dojrzały, młodość, a nawet dzieciństwo. Chce się nadrobić to, czego w ciągu
życia nie zdołało się przeżyć. Stąd może tak popularny dziś styl młodzieńczości.
Pragnie się być wiecznie młodym, gdyż za wcześnie poczuło się starym.
Przysłowie, że starego dębu się nie przesadza, jest z lekarskiego punktu
widzenia ważne i prawdziwe. Często stykamy się z wypadkami, że nagła zmiana
trybu życia, np. przeniesienie w stan spoczynku, śmierć bliskiej osoby,
umieszczenie w szpitalu lub w domu opieki itp., wywołuje nagłe załamanie się nie
tylko psychiczne, lecz także fizyczne. Dlatego jedną z zasad geriatrii jest
unikanie zmian stereotypów życiowych. Człowiek stary, analogicznie jak
wyspecjalizowana komórka, nie potrafi przestawić swoich funkcji, zakres jego
możliwości został już przez bieg życia ograniczony. Nie znaczy to, by jego
zdolność adaptacji całkiem znikła; ludzie starzy czasem łatwiej znoszą nowe,
ciężkie warunki niż młodzi, o czym można było się przekonać w czasie ostatniej
wojny. Sytuacje wyjątkowe nie stanowią jednak reguły.
Człowiek ma wiele możliwych dróg przed sobą. Warunki zewnętrzne, własna decyzja,
a w końcu przypadek decydują o tym, którą z nich jego dalsze koleje się potoczą.
Z upływem lat liczba możliwych dróg maleje, życie obcina skrzydła marzeń i
planów, idzie się przed siebie jedną drogą, z której trudno zawrócić. Człowiek
czuje się pewny tylko na drodze swoich przyzwyczajeń, nawyków, sposobów myślenia
itd. Sytuacja, która zmusza go do błahej nawet zmiany utrwalonej struktury
przeżywania i zachowania się, wywołuje niepokój (lęk dezintegracyjny). Struktura
osobowości na starość staje się mało plastyczna.
Zresztą proces jej utrwalania zaczyna się znacznie wcześniej. Już od trzydzie-»
stego roku życia zdolność adaptacji- maleje. Popularne młodzieżowe określenie
starszych jako „wapniaków" dobrze oddaje to zmniejszenie plastyczności. Ma ono
swoje ujemne strony, ludzie starzy często drażnią młodych swoim uporem,
despotyzmem, trzymaniem się utartych sposobów myślenia itp.; na starość
zaostrzają się cechy charakteru, przybierając nieraz formy karykaturalne. Są
jednak strony dodatnie; utrwalona struktura daje otoczeniu poczucie
stabilizacji, zmniejsza niepokój, wywołany ustawiczną zmiennością życia.
Stabilność jest ważnym atrybutem władzy i zwykle też władza skupia się w rękach
ludzi starych. Natomiast w okresach rewolucji, gdy trzeba istniejący porządek
zmienić, władza przechodzi w ręce mło-
18 Anus mundi
273