Vous êtes sur la page 1sur 3207

Paullina Simons

JEDZIEC MIEDZIANY .
KSIGA 1
LENINGRAD .
CZ 1
Blask bezksiycowy
Kocham Marsowych Pl parad
Wraz z wpadajcymi przez okno promieniami
soca w pokoju zagoci poranek.
Tatiana Mietanowa spaa, nic sny niewinne,
niespokojnie radosne, ciepe, jasne i pachnce
czerwcowym jaminem jak leningradzkie noce.
Lecz przede wszystkim, odurzona yciem, nia
rozbuchane sny nieokieznanej modoci.
Nie dane jej byo spa dugo.
Gdy promyki soca wpezy na ko, nacigna
na gow przecierado, prbujc od nich uciec.
Otworzyy si drzwi, zaskrzypiaa podoga: do
sypialni wesza Dasza, jej starsza siostra.
Daria, Dasza, Daszeka, Daszka.
Dla Tatiany bya uosobieniem wszystkiego, co
najdrosze, Lecz w tej chwili Tania miaa ochot
j udusi.
Dasza prbowaa j obudzi - niestety skutecznie.
Potrzsaa ni energicznie silnymi rkami, a w jej
zwykle dwicznym, melodyjnym gosie
pobrzmieway irytujco zgrzytliwe nutki.
- Psst!
Tania!
Obud si.
Obud si!
Tatiana jkna.
Dasza cigna z niej przecierado.
To, e jedna bya starsza od drugiej o siedem lat,
uwidocznio si naj bardziej wanie teraz, kiedy
Tatiana chciaa spa, podczas gdy Dasza...
Tytuy czci i rozdziaw zaczerpnite z "Jedca
miedzianego" Aleksandra Pusz kina; tu w
przekadzie Juliana Tuwima (przyp.
red.).
11 .
- Przesta - wymamrotaa Tania, na prno
macajc rk w poszukiwaniu przecierada.
- Nie widzisz, e pi?
Kim ty jeste?
Moj matk?
Ponownie otworzyy si drzwi, ponownie
zaskrzypiaa podoga.
O wilku mowa.
- Tania?
- rzucia Irina Mietanowa.
- Obudzia si?
Natychmiast wstawaj.
Trudno byo powiedzie, e matka ma melodyjny
gos.
W ogle nie miaa w sobie nic agodnego.
Niska i porywcza, zawsze tryskaa gniewn
energi.
Niebieska sukienka, przewizane chustk wosy:
pewnie szorowaa podog we wsplnej azience i
nie chciaa, eby opaday jej na oczy.
Bya brudna i zmczona, lecz wygldao na to, e
uporaa si ju z niedzieln robot.
- Dlaczego?
- spytaa Tatiana, nie podnoszc gowy.
Dasza muskaa wosami jej plecy.
W pewnej chwili pooya rk na nodze siostry i
na chylia si, jakby chciaa j pocaowa.
Tanie zalaa fala czuoci, lecz zanim Dasza
zdya cokolwiek powiedzie, w sypialni
ponownie za brzmia szorstki gos matki:
- Szybko.
W radiu bdzie wany komunikat.
Zaraz, za par minut.
- Gdzie ty bya?
- spytaa cichutko Tatiana.
- Wrcia dopiero po wicie.
- Nie moja wina, e wit by o pnocy - odrzeka
szeptem rozanielona Dasza.
- Przyszam o dwunastej, jak na porzdn
dziewczyn przy stao.
- Umiechna si.
- Ju spaa.
- witao o trzeciej, a o trzeciej jeszcze ci nie
byo.
Dasza zagryza warg.
- Powiem tacie, e nie zdyam.
e kiedy podnosili mosty, byam jeszcze po
drugiej stronie rzeki.
- wietnie.
I wyjanij mu przy okazji, co tam robia o trzeciej
nad ranem.
- Tania przewrcia si na drugi bok.
Tego ranka Dasza wygldaa wyjtkowo adnie.
Miaa niesforne, ciemnobrzowe wosy, ciemne
oczy i okrg, pen ycia twarz z setk min na
kad okazj.
Teraz goci na niej wyraz wesoego
rozdranienia.
Tatiana te bya rozdraniona, cho mniej wesoa.
Chciaa jeszcze pospa.
Matka miaa napit twarz.
Tatiana odchrzkna.
- Jaki komunikat?
Matka bez sowa cigna przecierado z sofy.
- Mamo, jaki komunikat?
- Rzdowy, za kilka minut - mrukna Irina
Mietanowa, krcc gow, jakby sprawa bya
zupenie oczywista.
- To wszystko, co wiem.
Tatiana niechtnie przetara oczy.
Komunikat.
Mieli przerwa muzyczny program radiowy, eby
nada rzdowe obwieszczenie.
Rzadki przypadek.
- Moe znowu zaatakowalimy Finlandi.
- Tania ziewna.
- Cicho bd - burkna matka.
- A moe Finowie zaatakowali nas?
W zeszym roku odebralimy im kawa ziemi i od
tamtej pory bardzo chc go odzyska.
- Niczego im nie odbieralimy - zaprotestowaa
Dasza.
- W zeszym roku wkroczylimy do Finlandii tylko
po to, eby odzyska ziemie, ktre stracilimy
podczas wielkiej wojny.
Powinna przesta podsuchiwa do rosych.
- Nieprawda, nic nie stracilimy - odpara Tatiana.
- Towarzysz Lenin odda im te ziemie
dobrowolnie.
To si nie liczy.
- Taniu, nie prowadzimy wojny z Finlandi, jasne?
A teraz wstawaj.
Tatiana ani drgna.
- W takim razie kogo moglimy napa?
otw?
Litw?
Biaoru?
Tylko po co?
Przecie ju tam jestemy.
W zeszym roku Stalin zawar pakt z Hitlerem i
uznalimy, e to nasze ziemie, prawda?
- Tatiano Gieorgijewno!
Prosz natychmiast przesta!
- Ilekro mama nie bya w nastroju do artw, do
imienia dziewczt zawsze dodawaa imi ojca.
Tatiana spowaniaa, a przynajmniej udaa, e
powanieje.
- To co nam jeszcze zostao?
- spytaa.
- Mamy ju p Polski...
- Powiedziaam, przesta!
- krzykna matka.
- Do tych wygupw.
Wstawaj.
Dario Gieorgijewno, cignij j z ka, ale ju!
Dasza nie zareagowaa.
Irina Mietanowa wysza z pokoju, gniewnie
mruczc pod nosem.
Dasza szybko odwrcia si w stron siostry.
- Musz ci co powiedzie - szepna
konspiracyjnym szeptem.
- Co miego?
- Zaciekawiona Tatiana usiada.
Dasza rzadko kiedy zdradzaa jej sekrety ze swego
dorosego ycia.
- Co wspaniaego!
Zakochaam si!
Tatiana przewrcia oczami i opada na poduszk.
- Przesta!
- wykrzykna Dasza i usiada na niej okrakiem.
- To po wana sprawa.
- No dobrze - odrzeka Tania z umiechem.
- Kiedy go poznaa?
Wczoraj?
Po tym, jak podnieli mosty?
- Wczoraj spotkalimy si trzeci raz.
Tatiana pokrcia gow.
Rado siostry bya zaraliwa.
- Za ze mnie.
- Nie - odpara Dasza, askoczc j pod pachami.
- Zejd dopiero wtedy, gdy powiesz, e si z tego
cieszysz.
- Niby dlaczego miaabym to mwi?
- zachichotaa Tatiana.
- Wcale si nie ciesz.
Przesta!
To nie ja si zakochaam, tylko ty.
Przesta!
Przesta!
Do pokoju wrcia mama.
Na okrgej tacy niosa sze filianek i srebrzysty
samowar.
- Do tego!
- krzykna.
- Syszycie?
- Tak, mamo - odrzeka Dasza, askoczc siostr
po raz ostatni.
- Ajaj, boli!
- wrzasna Tatiana.
- Mamo, ona mi zamaa ebro!
- Zaraz ja wam co zami.
Jestecie ju za due na takie zabawy.
Dasza pokazaa siostrze jzyk.
- Od razu wida, jak bardzo jeste dorosa -
mrukna Tatiana.
- Mama nie wie, e masz dopiero dwa latka.
Poniewa Dasza nie schowaa jzyka, Tania
chwycia go dwoma pal cami i mocno cisna.
Dasza gono zapiszczaa.
Tatiana zwolnia chwyt.
- Co ja powiedziaam!
- krzykna matka.
Dasza nachylia si i szepna:
- Sama si przekonasz.
Nigdy dotd nie widziaa tak przystojnego
chopaka.
- Naprawd?
Jest przystojniejszy od Siergieja, ktrym tak mnie
katowaa?
Przecie to on mia by najadniejszy.
- Przesta!
- sykna Dasza, dajc jej klapsa w nog.
- Ale w zeszym tygodniu jeszcze by, prawda?
- Nigdy tego nie zrozumiesz, bo wci jeste
niepoprawnym dzieckiem.
- Kolejny klaps i wrzask matki.
Dziewczta spowaniay.
Do pokoju wszed tata, Gieorgij Wasiljewicz
Mietanow, ojciec Tatiany.
By niski, mia czterdzieci kilka lat i gste,
czarne, mocno zwichrzone wosy, ktre zaczynay
ju siwie; Dasza odziedziczya po nim swoje.
Mijajc ko, zerkn na ukryte pod
przecieradem nogi Tani i po wiedzia:
- Ju poudnie.
Wstawaj" albo bd kopoty.
Za dwie minuty masz by ubrana.
- Ju si robi.
- Tatiana byskawicznie wstaa i okazao si, e
spaa w bluzce i spdnicy.
Dasza i mama pokrciy gow; mama prawie si
umiechna.
Tata spojrza w okno.
- Co my z ni zrobimy, Irino?
Nic, pomylaa Tania.
Tylko niech tata na mnie nie patrzy.
- Musz wyj za m.
- Dasza usiada.
- Wyjd za m i nareszcie bd moga si
przebiera w swoim wasnym pokoju.
- Chyba artujesz - odrzeka Tatiana, podskakujc
na ku.
- Bdziemy mieszkali tutaj, w tym pokoju.
Ty, twj m i ja, wszyscy razem w jednym ku,
z Pasz w nogach.
Jakie to romantyczne...
- Nie wychod za m, Daszeko - odezwaa si
matka.
- Tania ma racj, cho raz.
Za mao tu miejsca.
Ojciec bez sowa wczy radio.
W dugim, wskim pokoju stao due ko, w
ktrym spay siostry, sofa, na ktrej spali mama i
tata, oraz niska metalowa leanka, na ktrej spa
Pasza, bliniaczy brat Tatiany.
Poniewa prycz ustawiono w nogach ka
dziewczt, Pasza mawia, e jest ich maym
podnkiem.
Dziadkowie mieszkali tu obok, w pokoju na
kocu krtkiego korytarza.
Niekiedy Dasza sypiaa na maej sofie, ktra staa
przed ich drzwiami.
Zdarzao si tak zwaszcza wtedy, gdy wracaa
pno do domu i nie chciaa budzi rodzicw -
nazajutrz dostaaby bur.
Sofa w korytarzu miaa zaledwie ptora metra
dugoci i wygodniej spaoby si na niej Tatianie,
ktra bya niewiele dusza.
Ale Tatiana nie musiaa sypia w korytarzu,
poniewa rzadko kiedy wychodzia wieczorami,
natomiast Dasza to zupenie inna historia.
- Gdzie Pasza?
- Koczy niadanie - odrzeka mama.
Jak zawsze, bya w cigym ruchu.
Podczas gdy tata zamar na starej sofie niczym
kamienny posg, ona krya po pokoju, zbierajc
pudeka po papierosach, poprawiajc ksiki na
pce i zmiatajc rk kurz z maego stolika.
Tatiana wci staa na ku, Dasza wci na nim
siedziaa.
Mietanowowie mieli szczcie: mieszkali w
dwch pokojach na kocu wsplnego korytarza.
Przed szeciu laty zbudowali tam przepierzenie,
dziki czemu czuli si niemal tak, jakby mieli
osobne mieszkanie.
Natomiast Iglenkowie, ci z naprzeciwka - byo ich
a szecioro - toczyli si w jednym duym pokoju
z drzwiami wychodzcymi na korytarz.
To jest dopiero pech.
Przez wydte firanki sczyy si jaskrawe
promienie soca.
Tatiana wiedziaa, e nadejdzie taka chwila,
krtka, krciutka chwilka, kiedy olni j
wszystkie moliwoci, ktre nis z sob ten dzie,
e uamek sekundy pniej wszystko pierzchnie
niczym pikny sen.
I rzeczywicie pierzcho.
Mimo to...
To zalewajce pokj soce, ten odlegy warkot
autobusw wpadajcy przez otwarte okno, ten
lekki wiatr...
T cz niedzieli Tatiana lubia najbardziej:
pocztek.
Wszed Pasza z dziadkiem i babci.
Byli blinitami, Tania i on, lecz blinitami
zupenie do siebie niepodobnymi.
Pasza - do zudzenia przy pomina ojca - obojtnie
skin siostrze gow.
- adna fryzura - rzuci.
Tatiana pokazaa mu jzyk; nie zdya si jeszcze
uczesa.
Brat usiad na leance, babcia tu obok niego.
Poniewa bya najwysza z Mietanoww, caa
rodzina radzia si jej we wszystkim oprcz
kwestii moralnych, w ktrych za autorytet uchodzi
dziadek.
Srebrzystowosa babcia bya kobiet niezwykle
imponujc, konkretn, praktyczn.
Dziadek by pokorny, ciemnowosy i bardzo miy.
Usiad na sofie obok taty i wymamrota:
- To co powanego, synu.
Tata w napiciu skin gow.
Zdenerwowana mama wci sprztaa.
Babcia pogaskaa wnuczka po plecach.
- Pasza - Tatiana podpeza do brzegu ka i
pocigna brata za nog pobawimy si w parku w
wojn?
Zobaczysz, e tym razem wygram.
- Marzycielka - odrzek Pasza.
- Nie masz ze mn szans.
Zatrzeszczao radio.
By 22 czerwca 1941 roku, godzina dwunasta
trzydzieci.
- Tania, przesta gada i usid - rozkaza ojciec.
- Zaraz si zacznie.
Irino, ty te.
Siadaj.
Z radioodbiornika popyn gos towarzysza
Wiaczesawa Mootowa, ministra spraw
zagranicznych.
Towarzysze i towarzyszki, obywatele Zwizku
Radzieckiego.
Rzd radziecki pod przewodnictwem towarzysza
Stalina poleci mi zoy na stpujce
owiadczenie.
O godzinie czwartej rano, bez wypowiedzenia
wojny i bez adnych konkretnych da wzgldem
Zwizku Radzieckiego, niemieckie wojska
zaatakoway granice naszego kraju, bombardujc z
powietrza ytomierz, Kijw, Sewastopol, Kowno
i wiele innych miast.
Do ataku doszo, mimo e Zwizek Radziecki i
Niemcy podpisay pakt o nieagresji, pakt
skrupulatnie przez nas przestrzegany.
Zostalimy za atakowani, chocia od chwili
ratyfikowania powyszego paktu niemiecki rzd
nie wnosi najmniejszych zastrzee co do
sposobu, w jaki Zwizek Radziecki wywizuje si
ze swoich zobowiza...
Rzd wzywa was, obywatele Zwizku
Radzieckiego, do zwarcia szeregw wok partii
bolszewickiej, wok radzieckiego rzdu i jego
wiel kiego przywdcy, towarzysza Stalina.
Walczymy o suszn spraw.
Wrg zostanie zmiadony.
Zwycistwo bdzie nasze.
Radio umilko i zaszokowana rodzina
Mietanoww znieruchomiaa w penej napicia
ciszy.
Pierwszy otrzsn si tata.
- Boe - szepn i spojrza na Pasz.
- Musimy natychmiast podj pienidze z banku -
powiedziaa mama.
- Tylko nie kolejna ewakuacja - wymamrotaa
babcia.
- Ktry to ju raz?
Nie przeyjemy.
Lepiej zosta w miecie.
- I znowu zatrudni mnie na kursach
ewakuacyjnych?
- rzuci dziadek.
- Mam prawie szedziesit cztery lata.
Mnie pora umiera, a nie wyjeda.
- Ale nasz garnizon nie idzie na wojn, prawda?
- spytaa Dasza.
- To znaczy, e wojna przyjdzie do nas?
- Wojna!
- wykrzykn Pasza.
- Taniu, syszaa?
Zacign si do wojska.
Zacign si i bd walczy za matk Rosj.
Zanim bezgranicznie podekscytowana Tatiana
zdya odpowiedzie - na usta cisno jej si
tylko jedno sowo: "Klawo!
" - ojciec spoj rza na syna i zerwa si z sofy.
- Co ty wygadujesz?
Kto ci przyjmie?
- Tatusiu - odrzek z umiechem Pasza.
- Na wojnie przyda si kady mczyzna.
- Mczyzna tak, ale nie dziecko - warkn ojciec,
klkajc na pododze i zagldajc pod ko crek.
- Jak to?
- powiedziaa powoli Tatiana.
- Wojna?
To niemoliwe.
Przecie towarzysz Stalin podpisa z nimi traktat
pokojowy.
Mama rozlaa herbat.
- Moliwe, Taniu, moliwe.
- I co?
spytaa Tatiana, z trudem panujc nad gosem.
Bdziemy musieli si...
ewakuowa?
Tata wycign spod ka star, zniszczon
walizk.
- Ju?
spytaa Tania.
- Tak szybko?
Dziadek i babcia opowiadali jej o niespokojnych
czasach wielkiej rewolucji tysic dziewiset
siedemnastego roku, kiedy to wyjechali za Ural do
jakiej maej wioski, ktrej nazwy nawet nie
pamitaa.
Najpierw dugie czekanie na pocig, zaadunek
caego dobytku, potem ten straszny tok w
wagonach, przeprawa barkami przez Wog...
Ekscytowaa j odmiana.
Ekscytowao j nieznane.
Kiedy miaa osiem lat, bya przejazdem w
Moskwie, ale czy to si liczyo?
Moskwa nie jest egzotyczna, mylaa.
Moskwa to nie Afryka, Ameryka czy cho by Ural.
Moskwa to tylko Moskwa.
Odrobin pikna mona tam znale tylko na placu
Czerwonym, nigdzie wicej.
Kilka razy wraz z ca rodzin bya na
caodziennej wycieczce w Carskim Siole i w
Peterhofie, eby zobaczy letnie paace carw w
piknie utrzymanych ogrodach.
Bolszewicy urzdzili tam wspaniae muzea.
Chodzc szerokimi korytarzami Peterhofu,
ostronie stpajc po zimnej posadzce z
ykowatego marmuru, wprost nie moga uwierzy,
e kiedy mieszkali tam ludzie, e to wszystko
naleao do nich.
A potem wrcili do Leningradu, do dwch
pokojw przy Pitej Radzieckiej, i zanim dotarli
na miejsce, musieli przej obok otwartych drzwi
do klitki, w ktrej gniedzio si szecioro
Iglenkoww.
Kiedy miaa trzy lata, spdzali wakacje na Krymie,
na tym samym Krymie, ktry tego ranka
zaatakowali Niemcy.
Z tamtej kwietniowej wyprawy pamitaa bardzo
duo: pierwszy raz w yciu jada wtedy ziemniaka
na surowo - pierwszy i ostatni - pierwszy raz w
yciu widziaa ropuchy w maym stawie, pierwszy
raz w yciu spaa w wycieanym kocami
namiocie.
Jak przez mg pamitaa rwnie zapach morskiej
wody.
To wanie tam, w chodnych wodach Morza
Czarnego, pierwszy i ostatni raz w yciu poczua
dotyk olizgej meduzy, ktra musna jej drobne,
nagie ciako, prowokujc j do radosnego, acz
penego trwogi krzyku.
Na myl o ewakuacji z podniecenia cisno j w
doku.
Urodzia si w tysic dziewiset dwudziestym
czwartym, w roku mierci Lenina, po rewolucji,
po wielkim godzie i po wojnie domowej.
Urodzia si po tym, co najgorsze, lecz nie zdya
jeszcze zazna niczego lepszego.
Urodzia si w trakcie, podczas.
Dziadek spojrza na ni swymi czarnymi oczami,
chcc odgadn, ja kie miotaj ni emocje.
- Tanieczko, o czym ty tak dumasz?
Tatiana sprbowaa przybra obojtn min.
- O niczym.
- Co ci chodzi po gowie?
To wojna.
Rozumiesz?
Wojna.
- Rozumiem.
- Chyba nie.
- Dziadek zamilk na chwil.
- Taniu, ycie, ktre dotd znaa, ju si
skoczyo.
Zapamitaj moje sowa.
Od dzisiaj nic ju nie bdzie tak, jak to sobie
wyobraaa.
- Wanie!
- wykrzykn Pasza.
- Damy Niemcom kopa i wylemy ich do pieka,
gdzie ich miejsce.
- Umiechn si do Tatiany, ktra od powiedziaa
mu umiechem.
Mama i tata milczeli.
- Tak - szepn tata.
- A co potem?
Babcia usiada obok dziadka.
Pooya swoj du do na jego rce,
zasznurowaa usta i lekko skina gow, dajc
wnuczce do zrozumienia, e pewnych rzeczy nie
zamierza nikomu zdradza.
Dziadek te wiedzia swoje, ale to, co wiedzieli,
razem i osobno, nie mogo rwna si z
podnieceniem, ktre odczuwaa Tatiana.
Nie szkodzi, pomylaa.
Oni tego nie rozumiej.
Nie s ju modzi.
Byo ich siedmioro i wszyscy milczeli.
Cisz przerwaa mama.
- Co robimy, Gieorgiju Wasiljewiczu?
- Za duo dzieci, Irino Fiodorowno - odrzek ze
smutkiem ojciec, mocujc si z walizk Paszy.
- Tyle dzieci i o kade trzeba si martwi.
- Naprawd, tato?
- spytaa Tatiana.
- A o ktre z nas wolaby si nie martwi?
Tata podszed bez sowa do wsplnej szafy,
otworzy szuflad syna i zacz
wrzuca do walizki jego ubranie.
- Wysyam go, Irino.
Na obz w Tomaczewie.
Mia wyjecha w przyszym tygodniu, z Woodi
Iglenko, ale wyjedzie wczeniej.
A Woodi z nim.
Nina si ucieszy.
Zobaczysz.
Wszystko bdzie dobrze.
Mama otworzya usta i pokrcia gow.
- Tomaczewo?
Czy tam aby bezpiecznie?
Na pewno?
- Absolutnie - odrzek tata.
- Absolutnie nie - zaprotestowa Pasza.
- Tato, wybucha wojna!
Nie jad na aden obz.
Wstpi do wojska.
Tak trzymaj.
Paszka, pomylaa Tatiana, tak trzymaj, lecz tata
od wrci si nagle i przeszy
syna wzrokiem.
Tania wstrzymaa oddech.
Wszystko zrozumiaa.
Ojciec chwyci Pasz za rami i mocno nim
potrzsn.
- Co ty powiedzia?
Oszalae?
Do wojska?
Pasza prbowa si wyszarpn, lecz ojciec nie
zwolni uchwytu.
- Tato, pu mnie.
- Pawe, jeste moim synem i bdziesz mnie
sucha.
Najpierw wyjedziesz z Leningradu.
O twoim wojsku porozmawiamy potem.
Teraz musimy zapa pocig.
Ciasny pokj i tylu obserwatorw - byo w tej
scenie co enujcego i niestosownego.
Tatiana chciaa si odwrci, lecz nie miaa gdzie.
Spoj rzaa na swoje rce i zamkna oczy.
Wyobrazia sobie, e ley latem na rodku piknej
ki i pogryza sodk koniczyn.
A wokoo nikogo.
Jak to moliwe, eby w cigu paru sekund
wszystko si zmienio?
Otworzya oczy i mrugna.
Jedna sekunda.
Mrugna ponownie.
I druga.
Przed kilkoma sekundami spaa.
Przed kilkoma sekundami przemawia Mootow.
Przed kilkoma sekundami bya taka radosna.
Przed kilkoma sekundami mwi tata.
A teraz Pasza wyjeda.
Mrug, mrug, mrug.
Dziadek i babcia dyplomatycznie milczeli.
Jak zwykle, jak to oni.
Dziadek, niech mu Bg wybaczy, robi wszystko,
eby si tylko nie od zywa.
Jeli chodzi o gadatliwo, babcia bya jego
dokadnym przeciwiestwem, lecz tym razem
najwyraniej postanowia pj w lady ma.
Moe dlatego, e ilekro otwieraa usta, dziadek
ciska j za nog, a moe z innego powodu, w
kadym razie nie powiedziaa ani sowa.
Dasza, ktra nigdy nie baa si ojca, i ktrej nie
przeraaa odlega perspektywa wojny, wstaa i
owiadczya:
- Tato, to czysty obd.
Dlaczego wysyasz go z domu?
Niemcy s daleko.
Syszae, co powiedzia towarzysz Mootow.
Zaatakowali Krym, to tysice kilometrw std.
- Milcz, Daszeko - odpar ojciec.
- Nie znasz Niemcw.
- Ale Niemcw tu nie ma - powtrzya Dasza nie
znoszcym sprzeciwu tonem.
Tatiana bardzo jej tego tonu zazdrocia.
Jej wasny gos by cichy i mikki jak echo -
pewnie brakowao jej jeszcze jakiego kobiecego
hormonu.
Zreszt nie tylko tego od gosu.
Miesiczkowaa dopiero od roku, ale co to byo za
miesiczkowanie.
Okres miewaa raz na trzy miesice.
Pierwszy dostaa zim.
Trwa troch, doszed do wniosku, e mu si nie
podoba, znikn i wrci dopiero na jesieni.
Ot, tak, jakby nigdy nic.
Od tamtej pory nawiedzi j tylko dwukrotnie.
Gdyby miesiczkowaa czciej, miaaby pewnie
bardziej sugestywny gos, taki jak Dasza.
A wedug miesiczek Daszy mona by regulowa
zegarek.
- Dario!
- krzykn tata.
- Nie zamierzam si z tob wykca.
Twj brat nie zostanie w Leningradzie, i kropka.
Ubieraj si.
Pasza.
W spodnie i adn koszul.
- Tato...
- Powiedziaem, ubieraj si!
Nie tramy czasu.
Gwarantuj, e za godzin nie bdzie miejsca na
adnym obozie i nigdzie ci nie wcisn.
Moe to by bd, moe ojciec nie powinien by
tego mwi, bo Tatiana nigdy dotd nie widziaa,
eby brat porusza si tak niemrawo jak teraz.
Dobrych dziesi minut szuka swojej jedynej
koszuli.
Kiedy si przebiera, wszyscy odwrcili wzrok.
Tatiana ponownie zacisna powieki, szukajc w
pamici obrazu ki, zapachu czereni i pokrzyw.
Tak, chtnie zjadaby czarnych jagd...
Zdaa sobie spraw, e zgodniaa, i otworzya
oczy.
- Nie chc jecha -jcza Pasza.
- Niedugo wrcisz - odrzek tata.
- Wysyam ci tylko na wszelki wypadek.
Na obozie bdziesz bezpieczny.
Zostaniesz tam z miesic, a my zobaczymy, co z t
wojn.
Potem wrcisz, a jeli zarzdz ewakuacj
wywioz was z miasta, ciebie i twoje siostry.
Tak! Wanie to Tatiana pragna usysze.
- Gieorgij - odezwa si cicho dziadek.
- Gieorgij.
- Tak, tato?
- spyta z szacunkiem ojciec.
Nikt nie kocha dziadka bardziej ni tata.
Nikt, nawet Tatiana.
- Gieorgij, nie moesz mu tego zabroni.
- Czego?
Wstpienia do wojska?
Oczywicie, e mog.
Ma dopiero siedemnacie lat.
Dziadek potrzsn siw gow.
- Wanie, siedemnacie.
Chtnie go wezm.
Ojciec zrozumia, e znalaz si w puapce, i na
jego twarzy zagoci wyraz strachu.
Zagoci i szybko znikn.
- Nie wezm.
Co ty mwisz?
- Byo wida, e tata nie jest w stanie wyrazi
tego, co naprawd czuje, e chce, by rodzina
przestaa wreszcie gada i pozwolia mu ratowa
syna w jedyny sposb, jaki zna.
Dziadek opar si o poduszk.
Wspczujc ojcu i chcc mu jako pomc, Tatiana
powiedziaa:
- Chyba jeszcze nie...
- lecz przerwaa jej mama, mwic:
- Paszeka, we sweter, kochanie.
- Nie wezm!
- krzykn Pasza.
- Jest rodek lata!
- Dwa tygodnie temu by mrz.
- A teraz jest gorco.
Nie wezm adnego swetra.
- Suchaj matki - sykn ojciec.
- Nocami bdzie zimno.
Bierz sweter.
- Pasza westchn buntowniczo, mimo to wzi
sweter i wrzuci go do walizki.
Tata zamkn j i trzasn zameczkami.
- A teraz posuchajcie, oto mj plan...
- Jaki plan?
- spytaa przygnbiona Tatiana.
- Mam nadziej, e uwzgldnie w nim jedzenie,
bo...
- Milcz i posuchaj, bo dotyczy i ciebie - warkn
tata, po czym zacz mwi.
Tatiana opada na ko.
Skoro nigdzie nie wyjedaj-ju teraz, za raz,
natychmiast - nie chciaa nic sysze.
Pasza wyjeda na obozy dla chopcw co roku,
do Tomaczewa, do ugi albo do Gatozyny.
Wola ug, bo stamtd mia blisko do ich daczy -
tylko pi kilometrw prosto przez las - i Tania
moga go odwiedza.
Natomiast Tomaczewo leao dwadziecia
kilometrw od ugi, a czonkowie prowadzcej
obz kadry byli bardzo surowi i urzdzali po
budk ju o wicie.
Pasza mwi, e jest tam troch jak w wojsku.
No i dobrze, pomylaa Tatiana, nie suchajc
tego, co mwi ojciec.
Na bez rybiu i rak ryba.
Dasza uszczypna j mocno w nog.
- Aj!
- krzykna gono Tania z nadziej, e siostra
dostanie bur.
Ale nikt nie zwrci na ni uwagi.
Nikt nic nie powiedzia.
Nawet na ni nie spojrzeli.
Wszyscy patrzyli na Pasz, a chudy jak patyk Pasza
- by w brzowych spodniach i beowej koszuli o
przetartym konierzyku i wystrzpionych rkawach
- sta
porodku pokoju niczym wieo rozkwity kwiat.
Taki pikny, taki kochany...
O czym doskonale wiedzia.
By ulubionym dzieckiem.
Ulubionym wnukiem i bratem.
Ulubionym, bo jedynym.
Jedynym synem.
Tatiana wstaa z ka, podesza bliej, obja go i
powiedziaa:
- Umiechnij si.
Szczciarz z ciebie.
Ja zostaj w domu.
Odsun si od niej, ale tylko o wier kroku.
Nie dlatego, e by skrpowany, nie.
Po prostu nie uwaa si za szczciarza.
Tania wiedziaa, e brat chce wstpi do wojska,
e pragnie tego jak niczego innego na wiecie.
Nie mia ochoty jecha na jaki gupi obz.
- Pasza - rzucia wesoo.
- Najpierw musisz wygra wojn ze mn.
Dopiero wtedy bdziesz mg walczy z
Niemcami.
- Zamknij si, Taniu - mrukn Paszka.
- Zamknij si, Taniu - powtrzy tata.
- Tato - spytaa - mog spakowa swoj walizk?
Ja te chc jecha na obz.
- Gotowy, Pasza?
- Tata nawet nie raczy jej odpowiedzie.
Obozy byy tylko dla chopcw.
- To chodmy.
- Opowiem ci kawa, Paszka.
- Niezraona niechci brata, Tatiana nie
zamierzaa rezygnowa.
- Nie mam ochoty wysuchiwa twoich gupich
kawaw.
- Ten ci si spodoba.
- Wtpi.
- Tatiana!
- warkn gronie tata.
- Nie pora na arty.
- Gieorgij - wstawi si za ni dziadek.
- Niech opowie, co to komu szkodzi.
Podzikowawszy mu skinieniem gowy, Tatiana
odchrzkna.
- Prowadz onierza na stracenie.
"Fatalna pogoda" - mwi o nierz do tych z
plutonu egzekucyjnego.
"Ty jeszcze narzekasz?
- odpowiadaj tamci.
- My musimy wrci".
Nikt nie zareagowa.
Nikt si nawet nie umiechn.
Pasza unis brwi, uszczypn siostr lekko i
szepn:
- Mio, e si starasz.
Tatiana ciko westchna.
Pewnego dnia bdzie w wymienitym humorze.
Pewnego, ale chyba nie tego.
2
- Tatiano, tylko bez dugich poegna - powiedzia
ojciec, podnoszc z podogi walizk i torb z
dodatkowym jedzeniem na obz.
- Zobaczysz brata za miesic.
Zejd na d i przytrzymaj drzwi.
Mam bol plecy.
- Dobrze, tato.
Mieszkanie przypominao pocig, a raczej wagon:
dugi korytarz, a w korytarzu dziewicioro drzwi
do dziewiciu pokojw.
Byy tam dwie kuchnie, jedna od frontu, druga od
tyu, a przy kuchniach azienki i ubikacje.
W dziewiciu pokojach toczyo si dwadziecia
pi osb.
Przed piciu laty byo ich jeszcze wicej, bo a
trzydziecioro troje, ale omioro przeprowadzio
si, umaro albo...
Rodzina Tatiany mieszkaa na kocu korytarza.
To byo najlepsze miejsce.
Mieli do dyspozycji wiksz kuchni, no i schody,
na dach i na podwrze; Tatiana lubia nimi
chodzi, gdy idc schodami, nie musiaa mija
pokoju szalonego Sawina.
Mieli te wiksz pyt w kuchni i wiksz
azienk.
Poza tym dzielili te pomieszczenia tylko z trzema
rodzinami, z Pietrowami, Sarkowami i z szalonym
Sawinem, ktry nigdy nie gotowa i si nie kpa.
Sawina w korytarzu nie byo.
I dziki Bogu.
Idc do drzwi, musiaa min wsplny telefon.
Sta przy nim Piotr Pietrow i Tatianie przemkno
przez gow, e maj duo szczcia.
Bo ich telefon dziaa.
Bo mogli z niego korzysta.
Telefon u jej kuzynki Mariny by zepsuty, i to cay
czas; stare kable czy co w tym rodzaju.
Tania moga do niej tylko pisa albo odwiedza j
osobicie, co zdarzao si do rzadko, gdy
Marina mieszkaa za rzek, na drugim kocu
miasta.
Pietrow by bardzo zdenerwowany, wrcz
wzburzony.
Czeka na poczenie, a poniewa nie mg kry
po korytarzu - kabel by za krtki - przebiera
nogami w miejscu.
Dosta poczenie w chwili, gdy Tatiana go mijaa;
trudno byo tego nie zauway, gdy natychmiast
zacz wrzeszcze do suchawki:
- Luba!
To ty?
To ty, Luba?
Krzykn tak gono, nagle i niespodziewanie, e
Tatiana a podskoczya, wpadajc na cian.
Otrzsna si, mina go szybko, po czym
zwolnia, eby posucha.
- Luba, syszysz mnie?
Fatalne poczenie, wszyscy gdzie dzwoni.
Luba, wracaj do Leningradu!
Syszysz?
Wojna wybucha.
Bierz, co moesz, reszt zostaw i wsiadaj do
pocigu.
Luba!
Nie, nie za godzin, nie jutro, tylko teraz,
rozumiesz?
Natychmiast!
- Sucha chwil.
- Przecie mwi ci, eby daa sobie z tym
spokj!
Ogucha, babo, czy co?
Tatiana zerkna przez rami i ujrzaa jego
zesztywniae plecy.
- Tatiana!
- Tata przeszywa j wzrokiem, ktry mwi: jeli
zaraz tu nie przyjdziesz...
Lecz Tatiana zwlekaa, gdy bardzo pragna
usysze co jeszcze.
- Tatiano Gieorgijewno!
Prosz natychmiast nam pomc!
- Tak samo jak matka, tata uywa tego oficjalnego
zwrotu tylko wtedy, gdy chcia podkreli, o jak
wan chodzi spraw.
Tania ruszya spiesznie wskim korytarzem,
mylc o Pietrowie i o tym, dlaczego Paszka nie
moe sam otworzy drzwi.
Jak choby Woodia Iglenko, chopak w wieku
Paszy, ktry mia je cha z nim na obz do
Tomaczewa, Schodzi z Mietanowami dwigajc
walizk i ani mu przez gow nie przeszo, eby
prosi kogo o otwarcie drzwi.
No tak, ale Woodia mia trzech braci.
Woodia po prostu musia dawa sobie rad sam.
- Pasza, co ci poka - powiedziaa cicho do
brata.
- To bardzo proste.
Kadziesz rk na klamce i cigniesz.
Drzwi si otwieraj.
Wychodzisz na ulic i drzwi si zamykaj.
Zobaczmy, czy sobie poradzisz.
- Przesta gada i otwieraj - mrukn Pasza.
- Nie widzisz, e nios walizk?
Na ulicy przystanli.
- Taniu - powiedzia tata.
- We sto pidziesit rubli, ktre ci daem, i kup
troch jedzenia.
Tylko nie marud.
Id, kup i wracaj.
Syszysz?
- Tak, tato.
Zaraz pjd.
- Prosto do ka, co?
- prychn z umieszkiem Pasza.
- No, chodmy, ju pora - powiedziaa mama.
- Tak - odrzek ojciec - pora.
- Na razie.
- Tatiana klepna brata w rami.
Mrukn co przygnbiony i pocign j za wosy.
- Tylko zwi sobie wosy, zanim wyjdziesz.
Nie strasz ludzi.
- Przesta - odpara wesoo Tania - bo w ogle je
zetn.
- Chodmy ju, chodmy - ponagla tata, cignc
syna za rkaw.
Tatiana poegnaa si z Woodia, pomachaa
matce, po raz ostatni spojrzaa na plecy przybitego
brata i wrcia na gr.
Dziadek i babcia wanie wychodzili.
Szli z Dasz do banku, eby wyj oszczdnoci.
Tania zostaa sama.
Westchna z ulg i opada na ko.
Wiedziaa, e urodzia si za pno.
Paszka te.
Powinna bya si urodzi w dziewiset
siedemnastym, jak Dasza.
Oprcz nich rodzice mieli jeszcze troje dzieci, ale
si nie uchoway.
Dwaj bracia, jeden urodzony w tysic dziewiset
dziewitnastym, drugi w dwudziestym pierwszym,
zmarli na tyfus.
Urodzona w dwudziestym drugim dziewczynka rok
pniej zmara na szkarlatyn.
W tysic dziewiset dwudziestym czwartym,
kiedy umiera Lenin, kiedy nagle skoczy si
NEP, ten krt kotrway powrt do prywatnej
inicjatywy i wolnej przedsibiorczoci, kiedy
plutony egzekucyjne Stalina konsekwentnie
powikszay jego wpywy we wadzach, bardzo
zmczona trzydziestodwuletnia Irina Fiodorowna
urodzia ich, najpierw Pasz, a sze minut pniej
j.
Tanie.
Rodzina pragna Paszy, chopca, syna, dlatego
narodziny crki byy dla nich kompletnym
zaskoczeniem.
Blinita?
Nikt nie mia blinit.
Kto sysza o blinitach?
Poza tym nie byo dla niej miejsca.
Przez pierwsze trzy lata ycia musiaa dzieli
koysk z bratem.
Potem spaa z Dasz.
Mimo to fakt pozostawa faktem: zajmowaa cenn
przestrze kow.
Dasza nie moga wyj za m, poniewa jej
siostrzyczka leaa noc tam, gdzie mia lee jej
m.
Daszka czsto wyrzucaa to Tatianie.
Mwia: "Przez ciebie umr jako stara panna", na
co Tania odpowiadaa:
"Oby jak najszybciej, eby na twoim miejscu mg
spa mj m".
Przed miesicem skoczya szko i natychmiast
posza do pracy, eby nie spdza kolejnych
wakacji w udz na czytaniu, pywaniu odzi i na
gupich zabawach z dzieciakami mieszkajcymi w
domach przy wiecznie zapylonej drodze.
Spdzaa tam wszystkie wakacje, na daczy pod
ug albo pod Nowogrodem nad jeziorem Ilmen,
gdzie dacz mieli rodzice kuzynki Mariny.
Kiedy nie moga si wprost doczeka
czerwcowych ogrkw, lipcowych pomidorw i
sierpniowych malin; w mylach zbieraa grzyby i
czarne jagody, w mylach owia ryby w rzece.
Kiedy, ale nie tego lata.
Tego lata wszystko miao by inaczej.
Zdaa sobie spraw, e zmczyo j bycie
dzieckiem.
Jednoczenie nie bardzo wiedziaa, jak by kim
innym, dlatego zaatwia sobie prac w Zakadach
Kirowa, w fabryce w poudniowej czci
Leningradu.
Praca: to ju prawie doroso.
A wic pracowaa i nieustannie czytaa gazet,
krcc gow na poczynania Francji, na marszaka
Petaina, na Dunkierk i na Nevillea Chamberlaina.
Prbowaa by bardzo powana i ze skupieniem
kiwaa gow, czytajc o kryzysie w Ardenach i na
Dalekim Wschodzie.
To byy jej ustpstwa na rzecz dorosoci: Kirw i
"Prawda".
Lubia tam pracowa, w tej najwikszej fabryce w
Leningradzie i prawdopodobnie w caym Zwizku
Radzieckim.
Syszaa, e u Kirowa buduj czogi, ale nie
bardzo w to wierzya.
Jak dotd nie widziaa ani jednego.
Pracowaa w dziale sztucw: pakowaa do
pudeek noe, yki i widelce.
Bya przedostatni robotnic na linii montaowej.
Dziewczyna pracujca za ni, ta ostatnia, zaklejaa
pudeka tam.
Tatiana bardzo jej wspczua; zaklejanie pudeek
musiao by okropnie nudne.
Ona moga przynajmniej pobrzkiwa trzema
rodzajami sztucw.
Fajnie bdzie pracowa tam latem, pomylaa,
lec na ku, ale jeszcze fajniejsza byaby
ewakuacja.
Chtnie by troch poczytaa.
Wanie zacza zabawn, cho bolenie
prawdziw ksieczk Michaia Zoszczenki, zbir
satyrycznych opowiada na temat realiw ycia w
Zwizku Radzieckim, ale polecenia ojca byy
bardzo wyrane.
Z utsknieniem popatrzya na ksik.
Po co ten popiech?
Doroli zachowuj si tak, jakby si gdzie palio.
Niemcy s dwa tysice kilometrw std.
Towarzysz Stalin na pewno nie pozwoli, eby ten
zdrajca Hitler wkroczy w gb kraju.
A ona na pewno nie zostanie w domu sama.
Gdy tylko zdaa sobie spraw, e natychmiastowej
ewakuacji nie bdzie, wojna stracia dla niej ca
atrakcyjno.
Czy naprawd jest a tak interesujca?
Moe, ale opowiadanie Zoszczenki "ania",
opowie o mczynie, ktry idzie do ani,
rozbiera si w szatni, a numerek przywizuje sobie
do nogi w kostce, byo przekomiczne: "...gdzie
rozebrany do rosou czowiek ma schowa te
numerki?
[...] A numerek zosta na nodze.
Trzeba si rozebra; cigam spodnie i szukam,
numerka ani ladu.
Sznurek jest, a numerka nie ma.
Spyn z wod.
Podaj szatniarzowi sznurek, a ten nie bierze.
Na podstawie sznurka - powiada - rzeczy nie
wydaj.
Gdyby tylko pozwoli, to kady obywatel naciby
sznurkw i palt w kraju by zabrako.
Poczekaj, niech si rozejd, to wydam ci palto,
ktre pozostanie".
Poniewa nikt nie zamierza si ewakuowa,
pooya si na ku, opara nogi o cian i
konajc ze miechu przeczytaa opowiadanie jesz
cze raz.
Ale c, rozkaz to rozkaz.
Musiaa i po zakupy.
Ale bya niedziela, a w niedziel Tatiana nie
lubia wychodzi ubrana byle jak.
Dlatego bez pytania poyczya czerwone sanday
Daszy.
Miay wysokie obcasy, tote chodzia w nich jak
nowo narodzone ciel na uginajcych si nogach;
Daszce szo znacznie lepiej, bo ju si nauczya.
Szczotkowaa janiutkie wosy, aujc, e nie ma
gstych, czarnych lokw jak reszta rodziny.
Jej byy takie proste, takie...
bez charakteru.
Zawsze wizaa je w kucyk albo zaplataa
warkocze.
Tego dnia uznaa, e kucyk bdzie lepszy.
Nikt nie potrafi wytumaczy, dlaczego s proste i
jasne.
Bronic crki, mama mwia, e jako maa
dziewczynka te miaa jasne, proste wosy.
Tak, a kiedy babcia wychodzia za m, waya
tylko czterdzieci siedem kilo.
Tatiana woya swoj jedyn eleganck sukienk,
sprawdzia, czy ma czyst twarz, zby i rce, po
czym wysza.
Sto pidziesit rubli to olbrzymie pienidze.
Nie wiedziaa, skd oj ciec je wzi, i nie miaa
pyta, ale pojawiy si w jego rkach jak za
dotkniciem czarodziejskiej rdki.
Co miaa kupi?
Ry?
Wdk?
Ju zapomniaa.
Mama powiedziaa:
- Nie wysyaj jej, ona nic nie zaatwi.
Tatiana ochoczo popara j skinieniem gowy.
- Susznie - dorzucia.
- Wylij Dasz, tato.
- Nie!
- wykrzykn ojciec.
- Na pewno sobie poradzisz.
We torb, id do sklepu i kup...
No wanie, i kup co?
Ziemniaki?
Mk?
Mijajc pokj Sarkoww, zobaczya ann i
eni, ktrzy siedzieli w fotelach, pijc herbat i
czytajc.
Robili wraenie spokojnych i odpronych, jakby
bya to ot, kolejna zwyczajna niedziela.
Sami w takim wielkim pokoju, pomylaa.
Ci to maj szczcie.
Szalonego Sawina w korytarzu nie byo.
I dobrze.
Dziwne.
Zdawao si, e owiadczenie towarzysza
Mootowa, to sprzed dwch godzin, byo tylko
niewielkim odstpstwem od normalnego toku dnia.
Zacza nawet powtpiewa, czy dobrze je
zrozumiaa, i dopiero kiedy skrcia na Grecki
Prospekt, gdy zobaczya zwarte grup ki ludzi
spieszcych w kierunku Newskiego, zdaa sobie
spraw, e to jednak prawda.
Nie pamitaa, kiedy ostatni raz widziaa takie
tumy na ulicach Leningradu.
Szybko zawrcia i posza w stron Prospektu
Suworowskiego.
Tak, przechytrzy ich i wyprzedzi.
Skoro wszyscy szli na Newski, ona pjdzie do
sklepw w okolicy parku Taurydzkiego, ktre byy
troch gorzej zaopatrzone, za to mniej uczszczane.
Naprzeciw niej sza jaka para.
Popatrzyli na jej sukienk i umiechnli si.
Tatiana spucia oczy, ale te si umiechna.
Sukienka bya naprawd wspaniaa, biaa w
szkaratne re.
Dostaa j w trzydziestym smym, na czternaste
urodziny.
Ojciec kupi j na tar gu w witokrecie, w
maym miasteczku w Polsce, dokd pojecha
subowo, gdy pracowa w Leningradzkich
Zakadach Wodocigowych.
By wtedy w witokrecie, w Warszawie i w
Lublinie.
Kiedy wrci, Tatiana uznaa, e prawdziwy z
niego wiatowiec i globtroter.
Dasza i mama dostay czekoladki z Warszawy,
lecz ostatni czekoladk zje dzono ju dawno temu,
a dokadnie przed dwoma laty i trzystoma sze
dziesicioma trzema dniami.
Tymczasem ona.
Tania, wci nosia swoj sukienk ze
szkaratnymi rami wyhaftowanymi na grubej,
gadkiej nienobiaej bawenie.
Tak, wyhaftowano na niej nie pczki, tylko w peni
rozkwite re.
Bya to naprawd doskonaa letnia sukienka, taka
na wskich ramiczkach.
Nie miaa rkaww, bya mocno dopasowana w
talii i szeroko rozkloszowana na dole, tak e kiedy
Tatiana okrcaa si szybko wok wasnej osi,
sukienka wirowaa wraz z ni niczym czasza
spadochronu.
W czerwcu tysic dziewiset czterdziestego
pierwszego Tania miaa z ni tylko jeden problem:
sukienka bya na ni za maa.
Krzyujce si na plecach atasowe paseczki, ktre
moga kiedy bez trudu cign, cign si ju
nie daway.
Dranio j, e jej wasne ciao, w ktrym czua
si coraz bardziej nieswojo, przeroso ulubion
sukienk.
Nie to, eby rozkwito jak ciao Daszy, eby miaa
rozoyste biodra, pene piersi, jdrne uda i prne
ramiona.
Nie, wprost przeciwnie.
Jej biodra, cho krge, wci byy wskie, nogi i
rce szczupe, za to piersi wci rosy i wanie w
tym tkwi problem.
Gdyby piersi nie urosy, nie musiaaby polunia
paskw na plecach i wystawia na pokaz
krgosupa od opatek a po krzy.
Bardzo lubia t sukienk.
Lubia, gdy materia ociera si jej o skr, lubia
dotyka haftowanych r, drania j natomiast
wiadomo, e musi demonstrowa wiatu
fragment swego ciaa, tkwicego w bawenianym
kokonie, ktry bezlitonie ciska jej puca.
Z przyjemnoci i rozrzewnieniem wspominaa
chwil, kiedy jako chuda czternastolatka woya
sukienk pierwszy raz, eby pj w niej na
niedzielny spacer po Newskim Prospekcie.
To wanie dlatego, dla tych piknych wspomnie,
woya j i dzisiaj, w dniu, kiedy Niemcy
zaatakowali Zwizek Radziecki.
Jej dusz echtaa rwnie wiadomo, e na
sukience jest metka z napisem:
"Fabrique en France".
"Fabrique en France"!
Jake mio byo mie co, co zamiast z rk
radzieckich partaczy, wyszo z rk starannych i
romantycznych Francuzw.
Bo czy istnieli na wiecie ludzie bardziej
romantyczni ni oni?
Francuzi to prawdziwi mistrzowie mioci.
Kada nacja ma swoj specjalno.
Rosjanie s niezrwnani w cierpieniu, Anglicy w
powcigliwoci, Amerykanie w umiowaniu
ycia, Wosi w umiowaniu Chrystusa, a Francuzi
w nadziei na mio.
Dlatego szyjc sukienk dla Tatiany, nasczyli j
obietnic, jakby chcieli powiedzie: w j,
cherie, a bd ci w niej kochali tak samo jak nas,
w j, a znajdziesz mio.
Dlatego w okraszonej szkaratem bieli Tania nigdy
nie tracia nadziei.
Gdyby sukienk uszyli Amerykanie, byaby
szczliwa.
Gdyby uszyli j Wosi, zaczaby si modli,
gdyby uszyto j w Anglii, dumnie wyprostowaaby
ramiona, ale poniewa uszyli j Francuzi, ya
nadziej.
Cho akurat teraz sza Prospektem Suworowa,
prbujc nie zwaa na to, e sukienka ciska jej
rozkwitajce piersi.
Na dworze byo ciepo i rzeko, dlatego
wiadomo, e wanie tego piknego, penego
nadziei dnia Hitler zaatakowa Zwizek Radziecki,
porazia j jak prd.
Idc, krcia gow.
Dziadek nigdy Hitlerowi nie ufa i powtarza to od
samego pocztku, od tysic dziewiset
trzydziestego dziewitego, kiedy to towarzysz
Stalin podpisa z Niemcami pakt o nieagresji.
Mwi, e Stalin przespa si z szatanem, no i teraz
szatan go zdradzi.
Wic dlaczego wszyscy s tacy zaskoczeni?
Niby czego si spodziewali?
e szatan zachowa si honorowo?
Zawsze uwaaa, e dziadek jest najmdrzejszym
czowiekiem na wiecie.
Od trzydziestego dziewitego, od napadu Hitlera
na Polsk, cigle powtarza, e wkrtce przyjdzie
kolej na Zwizek Radziecki.
Od wiosny, a wic od paru miesicy, znosi do
domu konserwy.
Babcia mwia, e przesadza, e za duo ich
kupuje; nie chciaa, eby wydawa
pienidze na co tak nieuchwytnego jak "wszelki
wypadek".
Szydzia z niego i drwia.
Wojna?
- mwia, ypic spode ba na puszk mielonki.
Jaka wojna?
I kto to bdzie jad?
Na pewno nie ja.
Po co wydawa pienidze na wistwa?
Dlaczego nie kupisz marynowanych grzybw albo
pomidorw?
A dziadek, ktry kocha j, jak aden mczyzna
nie kocha adnej kobiety, pochyla z pokor
gow, czekajc, a babcia da upust zoci, i
miesic pniej przynosi do domu kolejne
konserwy.
Kupowa rwnie cukier, kaw, tyto i wdk.
Z przechowywaniem tych ostatnich produktw
mia duo kopotw, poniewa na kade urodziny,
na kad rocznic i na kadego 1 Maja otwierano
butelk wdki, palono tyto, pito kaw i sodzon
herbat i pieczono sodkie ciasto.
Dziadek nie potrafi odmwi niczego rodzinie,
natomiast sobie odmawia niemal wszystkiego.
Dlatego na swoje urodziny nigdy nie otwiera
wdki.
Ale babcia i tak napoczynaa worek cukru, eby
upiec mu jagodziank.
Tak wic w sumie przybywao jedynie mielonki -
co miesic puszka lub dwie -
ktrej nikt nie lubi i nikt nie jad.
Tatiana miaa kupi wdk i ry, lecz okazao si,
e zadanie jest trudniejsze, ni oczekiwaa.
W sklepach przy Prospekcie Suworowa wdki nie
byo.
Mieli ser.
Ale ser si nie przechowa.
Mieli chleb, lecz chleb te si nie przechowa.
Kiebasa znikna, puszki te.
I caa mka.
Przyspieszywszy kroku, sza Prospektem - mia
ledwie kilometr dugoci i krzyowa si z
jedenastoma innymi ulicami - zagldajc do
wszystkich sklepw po kolei, ale nigdzie nie
znalaza ani konserw, ani przetworw.
Bya dopiero trzecia po poudniu.
Mina dwa banki.
Oba byy nieczynne.
Na drzwiach wisiay po spiesznie nabazgrane
napisy: ZAMKNITE.
Dziwne.
Jak to zamknite?
Chyba nie zabrako im pienidzy, to przecie
banki.
Tania zachichotaa.
Zdaa sobie spraw, e za dugo czekali.
Za dugo pakowali rzeczy Paszy, za dugo si
sprzeczali i gapili smutno na siebie.
Powinni byli natychmiast wyj, ale nie, najpierw
musieli wyprawi Paszk na obz.
Potem czytaa Zoszczenk.
Tak, szkoda, e nie wysza godzin wczeniej.
Gdyby wysza i pobiega na Newki, staaby ju w
kolejce wraz z innymi.
Ale chocia przygnbiao j, e nie potrafi zdoby
nawet gupiego pudeka zapaek, czua, i ciepy,
letni wiatr niesie ze sob zapach nowego, e
zwiastuje porzdek rzeczy, ktrych dotd nie znaa
i nie rozumiaa.
Biorc gboki oddech, pomylaa: czybym miaa
zapamita ten dzie do koca ycia?
Nieraz ju to powtarzaam: och, tego a tego dnia na
pewno nie zapomn, a mimo to zapominaam.
Wci pamitam, kiedy pierwszy raz zobaczyam
ropuch.
Zwyk ropuch.
Kto by pomyla?
Wci pamitam, jak pierwszy raz posmakowaam
sonej wody z Morza Czarnego.
Pamitam, jak pierwszy raz zgubiam si w lesie.
Moe pamita si tylko to, co spotyka czowieka
pierwszy raz w yciu?
Nigdy dotd nie widziaam prawdziwej wojny,
wic kto wie, moe ten dzie te zapamitam.
Skrcia w stron sklepw przy Taurydzkiej.
Lubia t cz miasta pooon z dala od
Newskiego.
Drzewa byy tu zielesze i wysze, a ludzi duo
mniej.
Lubia poby troch w samotnoci.
Zajrzawszy do kilku sklepw spoywczych,
chciaa ju zrezygnowa.
Zastanawiaa si powanie, czy nie wrci do
domu i nie powiedzie ojcu, e nie sprostaa
zadaniu, ktrym j obarczy, lecz myl ta na
peniaa j lkiem.
Dlatego sza dalej.
Przed sklepem na rogu Suworowa i Satykowa-
Szczedrina staa duga kolejka.
Tania karnie stana za ostatni osob w ogonku.
Przestpujc z nogi na nog, staa i staa, od czasu
do czasu pytaa o godzin, po czym staa dalej.
Kolejka przesuna si o metr.
Tatiana ciko westchna i spytaa, po co
waciwie stoj.
Stojca przed ni kobieta gniewnie wzruszya
ramionami i odwrcia si.
- Co?
Co? - mrukna, tulc do piersi torebk, jakby
Tania chciaa j obrabowa.
- Stj jak wszyscy i nie zadawaj gupich pyta.
Wic Tania staa i czekaa.
Gdy ogonek przesun si o kolejny metr,
ponownie spytaa o godzin.
- Pytaa mnie o to samo dziesi minut temu -
warkna kobieta.
- Dodaj sobie.
Wtem moda kobieta stojca przed ni zacza
mwi o bankach i Tatiana zastrzyga uszami.
- Zabrako pienidzy.
- To do stojcej obok staruszki.
- Wyobraa pani sobie?
Zabrako pienidzy.
I co oni teraz zrobi?
Mam nadziej, e trzyma pani troch pod
materacem.
Zmartwiona staruszka pokrcia gow.
- Mam dwiecie rubli - odrzeka.
- To oszczdnoci caego ycia.
Wziam wszystko.
- I dobrze.
Niech pani kupuje co si da, zwaszcza
konserwy...
Staruszka ponownie pokrcia gow.
- Nie lubi konserw.
- No to kawior.
Syszaam, e jaka kobieta kupia na Newskim
dziesi kilo kawioru.
Co ona z nim zrobi?
Ale to nie moja sprawa.
Ja kupu j oliw.
I zapaki.
- Niech pani kupi sl - doradzia mdrze staruszka.
- Herbat bez cukru wypijesz, owsianki bez soli
nie zjesz.
- Nie lubi owsianki.
Nigdy nie lubiam.
Nie przekn ani yki.
Papkowate gluty.
- No to kawior.
Lubi pani kawior?
- Nie.
Ale moe wezm kiebasy - rzucia w zadumie ta
modsza.
- Troch dobrej, suchej kiebasy...
Tak, proletariat obali cara ponad dwadziecia lat
temu.
Przez ten czas duo si nauczyam i wiem, czego
oczekiwa.
Stojca przed Tatian jdza gono prychna.
Staruszka i jej ssiadka odwrciy gow.
- Akurat!
- warkna jdza.
- Nic pani nie wie.
To wojna!
- I chrapliwie chrzkna, co zabrzmiao jak
sapnicie parowozu.
- A kto pani pyta?
- To wojna, towarzyszki i towarzysze!
Witamy w rzeczywistoci, ktr podarowa nam
Hitler.
Nakupujcie kawioru i masa i zjedzcie wszystko
jeszcze dzisiaj.
Tak, tak, zapamitajcie moje sowa: ju w styczniu
za dwiecie rubli kupicie co najwyej bochenek
chleba.
- Zamknij si, babo!
Tatiana spucia gow.
Nie lubia ktni.
Ani w domu, ani na ulicy.
Ze sklepu wyszo dwoje ludzi z wielkimi
papierowymi torbami pod pach.
- Co daj?
- spytaa grzecznie Tania.
- Such kiebas - burkn mczyzna i spiesznie
odszed, jakby si ba, e Tatiana dopdzi go,
powali na ziemi, pobije i odbierze mu t
przeklt kiebas.
Tymczasem ona nie lubia suchej kiebasy.
Wytrwale staa dalej.
P godziny pniej zrezygnowaa.
Nie chcc rozczarowa ojca, szybko posza na
przystanek.
Chciaa zapa autobus dwadziecia dwa na
Prospekt Newski.
Na Newskim moga przynajmniej kupi kawior.
Kawior?
- pomylaa.
Bdziemy musieli zje go ju w przyszym
tygodniu, bo do zimy si nie przechowa.
Czy po to ojciec wysa j na zakupy?
Po ywno na zim?
Niemoliwe.
Do zimy jeszcze daleko.
A nasza armia jest niezwyciona, sam towarzysz
Stalin tak mwi.
Do wrzenia po tych niemieckich winiach nie
bdzie ju ani ladu.
Gdy skrcaa za rg Satykowa-Szczedrina, pka
gumka, ktr zwizaa wosy, i wiatr dmuchn jej
nimi w twarz.
Przystanek by po drugiej stronie ulicy,
naprzeciwko parku.
Zwykle jedzia stamtd do Mariny, sto
trzydziestk szstk, ale tego dnia chciaa dojecha
na Newski.
Wiedziaa, e musi si pospieszy, bo wygldao
na to, e i kawior wkrtce wykupi.
Par krokw dalej zobaczya stoisko z lodami.
Lody!
Dzie sta si nagle pikniejszy.
Na stoku siedzia sprzedawca.
Czy ta gazet, chronic si przed socem pod
maym parasolem.
Tatiana przyspieszya kroku.
Wtem usyszaa warkot silnika.
Odwrcia si: autobus by jeszcze daleko.
Gdyby kawaek podbiega, na pewno by zdya.
Wesza na jezdni, eby przej na drug stron
ulicy, spojrzaa na stoisko z lodami, potem na
autobus, jeszcze raz na stoisko, i zatrzymaa si.
Miaa wielk ochot na lody, ochot wprost
przemon.
Zagryza warg i przepucia autobus.
Nie szkodzi.
Niedugo nadjedzie nastpny, a tymczasem usid
na przystanku i zjem lody.
Podesza do stoiska i spytaa:
- Lody, tak?
- Przecie pisze, e lody.
Nie wida?
Czego chcesz?
- Podnis gow i natychmiast zagodnia.
- Na jakie masz ochot, zotko?
- Na...
- Zadra jej gos.
- Czy ma pan mietankowe?
- Mam.
- Sprzedawca otworzy pokryw chodziarki.
- W pudeku czy w roku?
- W roku poprosz - odrzeka Tatiana,
podskakujc jak maa dziewczynka.
Skwapliwie zapacia; za taki smakoyk
zapaciaby nawet dwa razy wicej.
Wiedzc, e czeka j wprost niebiaska
przyjemno, szybko przebiega na drug stron
ulicy i usiada na awce pod drzewami, eby
spokojnie zje lody i poczeka na autobus, ktrym
miaa pojecha po kawior, czyli po zapasy na
wojn.
Na przystanku nie byo nikogo.
Tym lepiej, gdy moga rozkoszowa si smakiem
w samotnoci.
Odwina biay papierek, wrzucia go do kosza na
mieci obok awki, powchaa lody, polizaa
sodki, zimny karmel, zamkna ze szczcia oczy i
umiechajc si bogo, czekaa, a ld roztopi si
jej na jzyku.
Pyszne, pomylaa.
Przepyszne.
Wiatr rozwiewa jej wosy, wic przytrzymaa je
woln rk, krc wargami po maej, beowej
kulce na stokowatym wafelku.
Zaoya nog na nog, potem j zdja, odrzucia
do tyu gow i czujc, jak w gardle rozlewa jej
si sodka lepko, zanucia piosenk, ktr
ostatnio piewali niemal wszyscy: "Pewnego dnia
spotkamy si we Lwowie, mj ukochany i ja".
Wspaniay dzie.
Przez pi minut nie byo adnej wojny, tylko
cudowna, czerwcowa niedziela w spokojnym
Leningradzie.
Kiedy oderwawszy wzrok od lodw, spojrzaa
przed siebie, zobaczya, e z drugiej strony ulicy
patrzy na ni jaki wojskowy.
W miecie garnizonowym, takim jak Leningrad,
wojskowy to nic nadzwyczajnego.
onierzy mieli tu na pczki.
Zobaczy onierza to tak, jak zobaczy staruszk z
pen siatk albo kolejk przed sklepem, albo
budk z piwem.
W normalnych okolicznociach Tatiana ominaby
go wzrokiem i posza dalej, zwaszcza e ten gapi
si na ni z min, ja kiej nigdy dotd u nikogo nie
widziaa.
Przestaa liza lody.
Jej chodnik ton ju w cieniu, natomiast chodnik
onierza zalewao silne popoudniowe soce.
Patrzya na niego przez krtk chwil i wanie
wtedy, w momencie, gdy spojrzaa mu prosto w
twarz, po czua, e co w niej drgno.
Chciaaby powiedzie, e drgno leciutko, ot,
niezauwaalnie, lecz byo zupenie inaczej.
Byo tak, jakby serce za czo pompowa krew
czterema komorami naraz, zalewajc ni i puca, i
cae ciao.
Zamrugaa.
Nie wiedzie czemu, zacza oddycha szybciej i
pycej.
onierz roztapia si powoli w tobladym
socu.
Wtem zasoni go autobus.
Omal nie krzykna i zerwaa si z awki, ale nie
po to, eby wsi, tylko po to, eby nie straci z
oczu onierza.
Otworzyy si drzwi; kierowca spojrza na ni
wyczekujco.
Niewiele brakowao i Tania, dziewczyna agodna
i dobrze wychowana, zwymylaaby go i kazaa i
precz.
- Wsiadamy, panienko?
Nie mog czeka w nieskoczono.
Wsiadamy?
- Nie, nie, ja nie wsiadam.
- No to co, do diaba, robisz na przystanku?
- zagrzmia kierowca i zatrzasn drzwi.
Tatiana cofna si w stron awki i zobaczya, e
onierz pdzi do autobusu.
Pdzi, pdzi i nagle przystan.
Znieruchomia.
Ona te.
Kierowca ponownie otworzy drzwi.
- Jedziecie?
- spyta.
onierz spojrza na Tatian, potem na kierowc.
- Na Lenina i Stalina!
Niech was szlag trafi!
- Trzasny drzwi, autobus odjecha.
Tania staa przy awce.
Zrobia krok do tyu i szybko usiada.
onierz wzruszy ramionami.
- Mylaem, e to mj - powiedzia obojtnie,
przewracajc oczami.
- Ja te - wychrypiaa niemiao Tatiana.
- Lody si topi- zauway usunie.
Rzeczywicie si topiy.
Spyway z roka prosto na sukienk.
- O Boe...
- Zejdzie, spierze si.
Tatiana sprbowaa zebra roztopion mas rk,
ale tylko j roztara.
- Cudownie - mrukna i stwierdzia, e dr jej
palce.
- Dugo pani czeka?
- Mia gboki, dwiczny gos i mwi...
Z lek kim akcentem?
Pewnie przyjezdny, pomylaa, nie odrywajc
wzroku od plamy na sukience.
- Nie, niezbyt - odrzeka szybko i wstrzymawszy
oddech, podniosa oczy, eby na niego spojrze.
Podnosia je i podnosia.
By bardzo wysoki.
I mia na sobie wyjciowy mundur.
Eleganckie spodnie, elegancki frencz, czapka z
emaliowan czerwon gwiazd nad daszkiem, a na
ramionach szerokie epolety ze stalowoszarymi
galonami.
Wyglday bardzo imponujco, lecz Tatiana nie
wiedziaa, co oznaczaj.
By szeregowcem?
Mia karabin.
Czy szeregowcy chodzili z karabinem?
Na jego lewej piersi byszcza srebrny medal w
zotej obwdce.
I mia ciemne wosy.
Mody i ciemnowosy, pomylaa.
Same plusy.
Niemiao spojrzaa mu w oczy.
Miay kolor karmelu i byy odrobin ciemniejsze
ni lody, ktre przed chwil jada.
Czy s to oczy onierza?
A moe oczy mczyzny?
Tak czy inaczej, byy spokojne i przyjanie
umiechnite.
Patrzyli na siebie tylko chwil, lecz bya to chwila
stanowczo za duga.
Obcy patrz na siebie krcej, znacznie krcej.
Tatiana czua si bardzo dziwnie.
Miaa ochot otworzy usta i wypowiedzie jego
imi.
Szybko ucieka wzrokiem w bok.
Draa i byo jej gorco.
- Lody wci si topi - powtrzy uprzejmie
onierz.
Tania zaczerwienia si i odchrzkna.
- Lody?
- odrzeka.
- Rzeczywicie.
Ale nie szkodzi, ju skoczyam.
- Wstaa i teatralnym gestem wrzucia je do kosza,
aujc, e nie ma przy sobie chusteczki, ktr
mogaby wytrze plam na sukience.
Ile on ma lat?
- mylaa.
Tyle co ja czy wicej?
Nie, chyba jednak wicej.
Jest mody, cho starszy ode mnie, i patrzy na mnie
oczami prawdziwego mczyzny.
Wbia wzrok w chodnik midzy swoimi
czerwonymi sandaami i jego czarnymi
wojskowymi butami i znowu si za czerwienia.
Nadjecha autobus.
onierz odwrci si i ruszy do krawnika.
Tatiana nie odrywaa od niego oczu.
Szed jak kto nie z tego wiata, zbyt dugim, zbyt
pewnym siebie krokiem, mimo to nie byo w tym
ani nic racego, ani nienaturalnego.
Patrzc na niego, miaa wraenie, e znalaza
ksik, ktr gdzie zapodziaa i o ktrej zupenie
zapomniaa.
O, jest!
No i tak.
Za chwil otworz si drzwi, onierz wskoczy do
autobusu, pomacha jej na do widzenia i ju nigdy
go nie zobaczy.
Nie odchod!
- krzykna w myli.
Im bliej by autobusu, tym wolniej szed,
wreszcie zatrzyma si i cofn, krcc gow do
zirytowanego kierowcy, ktry niecierpliwie
machn rk i zatrzasn drzwi.
Autobus powoli odjecha.
onierz wrci i usiad na awce.
Zakupy i to, co miaa robi pniej, do koca dnia,
wyfruno Tani z gowy bez sowa poegnania.
Milczeli.
Przecie nie mona inaczej, pomylaa, dopiero co
si po znalimy.
Nie, zaraz, chwileczk.
Wcale si nie poznalimy.
W ogle si nie znamy.
Nic dziwnego, e siedzimy tak i milczymy.
Nerwowo zerkna w lewo, potem w prawo.
Nagle przyszo jej do gowy, e onierz syszy
bicie jej serca.
Tak, na pewno.
Walio tak gono, e przeposzyo wrony z drzew
za awk.
Ogarnite panik, od leciay, gwatownie opoczc
skrzydami.
Wiedziaa, e to przez ni.
eby wreszcie przyjecha ten nieszczsny autobus.
Teraz, zaraz, na tychmiast.
By wojskowym, tak, ale widywaa wielu
wojskowych.
By przystojny, owszem, ale przystojnych
mczyzn te widywaa.
Latem poprzedniego roku widziaa nawet
przystojnych onierzy, dwch, moe nawet trzech.
Jeden z nich - zapomniaa ju, jak mia na imi;
ostatnio wszystko zapominaa -
kupi jej lody.
Nie, to nie mundur j pociga ani jego wygld.
Intrygowa j sposb, w jaki onierz patrzy na
ni z drugiej strony ulicy, z chodnika za
dziesiciometrowej szerokoci pasem betonu, nad
ktrym biegy przewody trakcji tramwajowej.
Sign do kieszeni i wyj paczk papierosw.
- Zapali pani?
- Nie, nie - odrzeka.
- Nie pal.
onierz schowa papierosy.
- Nie znam nikogo, kto by nie pali - rzuci lekko.
Wrd jej znajomych nie palio tylko dwoje: ona i
dziadek.
Nie, nie moga duej milcze - to byo zbyt
aosne - ale kiedy otworzya usta, eby co
powiedzie, przyszy jej do gowy tak gupie
sowa, e czym prdzej zacisna wargi, modlc
si w duchu o jak najszybszy przyjazd autobusu.
Ale autobus nie nadjeda.
- Czeka pani na dwadziecia dwa?
- spyta w kocu onierz.
- Tak - odrzeka cichutko Tatiana.
- To znaczy, nie.
- Spojrzaa w lewo i zobaczya autobus.
Trzycyfrowy numer: sto trzydzieci sze.
- Czekam na ten - dodaa i niewiele mylc,
wstaa.
- Sto trzydzieci sze?
wymamrota onierz.
Tania wyja pi kopiejek i wsiada.
Zapaciwszy, przesza na ty autobusu, usiada i
zobaczya, e onierz te wsiada i rusza
przejciem w jej stron.
Usiad rzd za ni.
Tatiana wbia wzrok w okno, prbujc o nim nie
myle.
Sto trzydzieci sze.
Boe wity, dokd on jedzie?
No tak.
Do Mariny, na Prospekt Pouostrowski.
Nie ma wyboru, wysidzie na Pouostrowskim i za
dzwoni do drzwi kuzynki.
Ktem oka widziaa onierza.
Ciekawe dokd jedzie?
Autobus min park Taurydzki i skrci w Prospekt
Litiejny.
Tatiana wygadzia sukienk i przesuna palcami
po szkaratnych rach.
Potem schylia si midzy fotelami i poprawia
sanday.
Ale gwnie modlia si o to, eby onierz nie
wysiad na nastpnym przy stanku.
Tylko nie na tym, nie na tym.
Na tym te nie.
Gdzie mia wysi, tego nie wiedziaa, wiedziaa
jedynie, e nie chce, by wysiad tutaj i teraz.
onierz nie wysiad.
Siedzia spokojnie, patrzc w okno.
Od czasu do czasu spoglda przed siebie i Tania
moga przysic, e zerka na ni.
Przejechali przez most Litiejny na Newie.
Sklepy.
Wikszo bya zamknita.
Przed otwartymi stay dugie kolejki.
Ulice powoli pustoszay.
Leningradzkie ulice, jasne i wymare.
Mijali przystanek za przystankiem, zapuszczajc
si coraz gbiej w pnocn cz miasta.
W przebysku trzewiejszego mylenia Tania zdaa
sobie spraw, e mina swj przystanek, e nie
ma pojcia, gdzie jest.
Zdenerwowana, poruszya si sztywno i
niespokojnie.
Co teraz?
Tego nie wiedziaa, wiedziaa jednak, e nie moe
wysi, przynajmniej nie w tej chwili.
Po pierwsze, onierz wci siedzia i naj
wyraniej nie zamierza pocign za sznurek
dzwonka, po drugie, nie znaa tych okolic
Leningradu.
Gdyby wysiada, musiaaby przej na drug
stron ulicy i zaczeka na powrotny autobus.
Tylko na co waciwie liczya?
Na co czekaa?
Chciaa zobaczy, gdzie wysidzie onierz, eby
przyjecha tu ktrego dnia z Marin?
Na t myl zdenerwowaa si jeszcze bardziej.
Przyjecha z Marin?
Po co?
eby odszuka swego onierza?
Idiotyczne.
Absurdalne.
Nie, chciaa po prostu wyj z tego z twarz i
wrci do domu.
Pasaerw powoli ubywao.
W kocu zostali tylko oni, ona i on.
Autobus przyspieszy.
Tatiana nie wiedziaa, jak z tego wybrn.
onierz nie wysiada.
W co ja si wpakowaam?
Podja decyzj.
Teraz albo nigdy.
Zadzwonia, ale kiedy tylko zadzwonia, kierowca
odwrci si i spyta:
- Chcesz tu wysi?
Tu nic nie ma, same skady i magazyny.
Um wia si z kim?
- Nie...-wykrztusia Tatiana.
- To lepiej zaczekaj.
Zaraz bdzie ostatni przystanek.
Upokorzona Tania ciko opada na fotel.
Autobus wjecha na ptl.
- Koniec trasy - obwieci kierowca.
Tatiana wysiada na gorcy, zabocony asfalt na
kocu opustoszaej ulicy.
Baa si odwrci.
Przytkna rk do piersi, eby uspokoi gono
dudnice serce.
Boe, co teraz?
Nic.
Trzeba zaczeka na powrotny autobus.
Powoli ruszya przed siebie.
Jeden gboki oddech, drugi...
Dopiero po trzecim oddechu odwaya si zerkn
w prawo i...
Wci tam by.
I umiecha si do niej wesoo.
Mia idealnie biae zby - u Rosjanina to rzecz
niezwyka.
Wbrew sobie, odpowiedziaa mu niemiaym
umiechem.
Zrobia to z ulg.
Z ulg, lkiem i z czym jeszcze.
- No dobrze, poddaj si - powiedzia onierz,
nie przestajc si umiecha.
- Dokd jedziesz?
Milczaa.
C moga odpowiedzie?
Mwi z lekkim akcentem.
Bardzo poprawnie, ale z akcentem.
Prbowaa odgadn, czy akcent i te bielutkie zby
pochodz z tego samego miejsca, a jeli tak, gdzie
to miejsce jest.
W Gruzji?
A moe w Armenii?
W kadym razie na pewno leao gdzie nad
Morzem Czarnym.
onierz lubi wod.
Son wod.
- Sucham?
- spytaa w kocu.
- Pytaem, dokd jedziesz.
Podniosa wzrok i dostaa skurczu szyi.
Ona bya drobna i wiotka, on growa nad ni jak
olbrzym.
Nawet na wysokich obcasach sigaa mu zaledwie
do obojczyka.
O to te bdzie musiaa go spyta - pod
warunkiem, e odzyska mow - o ten wzrost.
Zby, akcent i wzrost: skd po chodzisz,
towarzyszu?
Przystanli na rodku opustoszaej jezdni.
Gupio tak.
Wybucha wojna, pewnie dlatego tak tu pusto.
Zamiast toczy si na ptli, ludzie toczyli si
przed sklepami, eby kupi co do jedzenia.
Ale nie ona, nie Tatiana: ona staa jak idiotka na
rodku ulicy.
- Chyba przegapiam mj przystanek -
wymamrotaa.
- Musz wrci.
- Aha.
W takim razie dokd jechaa?
- powtrzy grzecznie.
Wci sta dokadnie naprzeciwko niej.
Nie odszed i wcale nie zamierza od chodzi.
Sta, przesaniajc sob soce.
- Dokd?
- powtrzya retorycznie.
Miaa rozczochrane wosy.
Tak, na pewno.
Nigdy si nie malowaa, ale teraz aowaa, e nie
pocigna szmink ust, e nie poczernia sobie
rzs, e nie zrobia czegokolwiek, eby tylko nie
wyglda tak gupio i nijako.
- Zejdmy z jezdni - zaproponowa.
Weszli na chodnik.
- Usidziesz?
- spyta, wskazujc awk na przystanku.
- Zaczekamy.
- Usiedli.
On usiad troszk za blisko.
O wiele za blisko.
Tatiana odchrzkna.
Raz, drugi i trzeci.
- To dziwne - powiedziaa.
- Moja kuzynka mieszka na Prospekcie
Pouostrowskim.
Jechaam do niej i...
- To kilka kilometrw std - zauway.
- Ze dwanacie przystankw.
Tania zdenerwowaa si jeszcze bardziej.
- Tak, musiaam si zagapi.
onierz spowania.
- Nie martw si.
Dostarczymy ci na miejsce.
Za kilka minut nadjedzie autobus.
Tatiana zerkna na niego i spytaa:
- A dokd ty jechae?
- Ja?
Su w garnizonie.
Dzisiaj jestem na patrolu.
- W jego oczach igray wesoe iskierki.
wietnie, pomylaa Tatiana, uciekajc wzrokiem
w bok.
wietnie.
On jest na zwykym patrolu, a ja omal nie
dojechaam do Murmaska.
Idiotka.
Kretynka.
Zawstydzona, zaczerwienia si i nagle
zawirowao jej w gowie.
Spojrzaa na swoje buty.
- Oprcz lodw nic dzisiaj nie jadam - szepna,
czujc, e zaraz zemdleje.
Czas wyduy si i zamar.
onierz obj j i spokojnym, stanowczym tonem
powiedzia:
- Nie.
Nie mdlej.
Wytrzymaj.
I wytrzymaa.
Osabiona i zdezorientowana, nie chciaa widzie
jego pochylonej gowy, jego zatroskanych oczu.
Pachnia.
Czym przyjemnym i bardzo mskim, ani
alkoholem, ani potem, jak wikszo Rosjan.
Ciekawe czym?
Mydem?
Wod kolosk?
Rosjanie nie uywali wody koloskiej.
Nie, po prostu pachnia sob.
- Przepraszam - szepna, prbujc wsta.
Podtrzyma j.
- Dzikuj.
- Nie ma za co.
Ju lepiej?
- Tak, znacznie.
To chyba z godu,
Wci j podtrzymywa.
Za rami, doni wielkoci maego pastwa, na
przykad Polski.
Lekko drc, wyprostowaa si, a wwczas j
puci.
Na ramieniu pozostao ciepe, puste miejsce.
- Najpierw siedziaa w autobusie, potem na
socu...
- odrzek z nutk zatroskania w gosie.
- Ale nic ci nie bdzie.
Chod.
Jest nasz autobus.
Ten sam autobus i ten sam kierowca.
Spojrza na nich, unis brwi, ale nic nie
powiedzia.
Tym razem usiedli razem, ona przy oknie, on przy
niej.
Usiad i po oy rk na drewnianym oparciu jej
fotela.
By blisko, za blisko, tak blisko, e nie moga na
niego spokojnie patrze, nie moga uciec przed
jego spojrzeniem, a to wanie jego spojrzenie,
jego oczy pocigay j najbardziej.
- Zazwyczaj nie mdlej - powiedziaa, patrzc w
okno.
Skamaa.
Mdlaa bardzo czsto.
Wystarczyo, eby kto potrci j krzesem w
kolano, i ju leaa nieprzytomna na pododze.
Nauczyciele pisali o tym do rodzicw dwa, trzy
razy w miesicu.
Zerkna na niego.
- Jak ci na imi?
- spyta z zaraliwym umiechem.
- Tatiana.
- Leciutki zarost, ostra linia nosa, czarne brwi,
maa, szara blizna na czole.
By opalony.
I mia niesamowite zby.
- Tatiana - powtrzy dwicznym, gbokim
gosem.
- Tatiana.
- Tym razem wypowiedzia jej imi powoli i
agodnie.
- Tania?
Tanieczka?
- Tania.
- Podaa mu rk.
Uj j, lecz si nie przedstawi.
Jej maa do znikna w wielkiej, ciemnej, ciepej
doni.
Musia sysze, jak bije jej serce.
Tak, na pewno.
Musia wyczu jej puls w nadgarstku, we
wszystkich yach.
- Aleksander.
Jej do wci spoczywaa w jego doni.
- Tatiana.
Dobre rosyjskie imi.
- Aleksander te - odrzeka, spuszczajc oczy.
W kocu niechtnie zabraa rk.
Mia wielkie, czyste donie, dugie, grube palce i
starannie przycite paznokcie.
Przycite paznokcie u mczyzny byy kolejn
anomali, jeli chodzi o radzieckie dowiadczenie
Tatiany.
Spojrzaa w okno.
Byo brudne.
Zastanawiaa si, kto je myje i jak czsto.
Mylaa o wszystkim, eby tylko nie myle o nim,
cho czua, e w duchu prosi j, by na niego
spojrzaa, e ma ochot uj j za pod brdek i
odwrci jej gow.
Podniosa oczy.
- Opowiedzie ci kawa?
- spytaa z umiechem.
- Umieram z ciekawoci.
- Prowadz onierza na stracenie.
"Fatalna pogoda" - mwi o nierz do tych z
plutonu egzekucyjnego.
"Ty jeszcze narzekasz?
- odpowiadaj tamci.
- My musimy wrci".
Nie odrywajc od niej wesoych oczu, rozemia
si natychmiast i tak gono, e wzruszya si i
rozczulia; ale tylko troszeczk.
- Przezabawny kawa, Taniu.
- Dzikuj - odrzeka z umiechem i dodaa: -
Znam jeszcze jeden.
"Generale, co mylicie o zbliajcej si bitwie?
"- Ten znam.
"Przegrana sprawa", mwi genera.
- "W takim razie po co do niej stawa?
" - kontynuowaa Tatiana.
- "eby sprawdzi, kto przegra" - dokoczy
Aleksander.
Umiechnli si do siebie i uciekli wzrokiem w
bok.
- Paski si rozluniy - powiedzia, gdy ponownie
spojrzaa w okno.
- Sucham?
- Paski, te na plecach.
Odwr si.
Tak, jeszcze troch.
Zaraz je zwi...
Poczua, e chwyta atasowe ramiczko i
delikatnie je ciga.
- Wystarczy?
- spyta.
- Czy mocniej?
- Wystarczy - wychrypiaa, wstrzymujc oddech.
Zdaa sobie spraw, e widzi jej nagie plecy, od
karku a po krzy, i zawstydzia si.
Gdy na niego spojrzaa, odchrzkn i spyta:
- Wysiadasz na Pouostrowskim?
Idziesz do kuzynki?
Zaraz bdzie twj przystanek.
A moe chcesz, ebym ci odprowadzi do domu?
- Na Pouostrowskim?
- powtrzya, jakby syszaa t nazw pierwszy raz
w yciu.
Zmarszczya brwi.
- O Boe.
- Przytkna rk do czoa.
- Nie uwierzysz.
Nie mog wrci do domu, bd miaa kopoty.
- Kopoty?
Dlaczego?
Mog w czym pomc?
Dlaczego uwierzya, e naprawd chce pomc?
Co wicej, dlaczego nagle jej ulyo, dlaczego nie
baa si ju wraca?
Opowiedziaa mu o rublach, ktre miaa w
kieszeni, i o nieudanej wyprawie po zakupy.
- Nie wiem, dlaczego tata zleci to akurat mnie -
zakoczya.
- Nic mi si nigdy nie udaje.
- Wicej pewnoci siebie, Taniu - odrzek
Aleksander.
- Poza tym, mog ci pomc.
- Naprawd?
Zaproponowa, e zaprowadzi j do specjalnego
sklepu dla oficerw, gdzie bdzie moga kupi, co
tylko zechce.
- Ale ja nie jestem oficerem - zauwaya.
- Zatojajestem.
- Tak?
- Tak.
Porucznik Aleksander Bieow.
Jeste pod wraeniem?
- Porucznik?
Nie wierz.
- Rozemia si.
Nie chciaa, eby by a tak stary.
- Za co ten medal?
- spytaa, patrzc na jego pier.
- Za odwag - odpar, obojtnie wzruszajc
ramionami.
- Naprawd?
- Umiechna si niemiao i z podziwem.
- Co takiego zrobie?
- Nic wielkiego.
Gdzie mieszkasz, Taniu?
- Koo parku Taurydzkiego, na rogu Prospektu
Greckiego i Pitej Radzieckiej.
Wiesz, gdzie to jest?
Kiwn gow.
- Patroluj prawie cae miasto.
Mieszkasz z rodzicami?
- Tak, oczywicie.
Z rodzicami, dziadkami, siostr i z bratem
bliniakiem.
- W jednym pokoju?
- spyta tym samym tonem.
- Nie, mamy dwa!
- wykrzykna radonie Tania.
- A dziadkowie s na licie przydziaowej.
Kiedy tylko zwolni si jaki pokj, dostaniemy
trzeci.
- Dugo czekaj?
- Od dwudziestego czwartego - odrzeka Tatiana i
wybuchnli miechem.
Zdawao si, e jad przez ca wieczno i
jeszcze sekund.
- Wiesz, nie znam adnego bliniaka - powiedzia,
gdy wysiedli.
- Lubicie si?
- Tak, ale Pasza bywa irytujcy.
Myli, e jak ju jest chopcem, to zawsze musi
wygrywa.
- To znaczy, e czasami przegrywa?
- Bardzo czsto - odpara, unikajc spojrzenia jego
rozemianych oczu.
- Masz brata albo siostr?
- Nie, byem jedynakiem.
- Aleksander zamruga i szybko doda: -
Zatoczylimy peny krg, prawda?
Na szczcie do sklepu ju niedaleko.
Dasz rad doj czy zaczekamy na dwudziestk
dwjk?
Tatiana przyjrzaa mu si uwanie.
Powiedzia "byem"?
"Byem jedynakiem"?
- Dojd - odrzeka powoli, stojc w miejscu i
patrzc w zamyleniu na jego twarz.
Mia wysokie czoo i mocno zarysowan doln
szczk.
I czoo, i szczka znieruchomiay, stay niczym
cement, jakby zacisn zby.
- Skd pochodzisz?
- spytaa ostronie.
- Mwisz z lekkim...
akcentem.
- Nie, chyba nie - odpar, patrzc na jej stopy.
- Na pewno doj dziesz?
W tych butach?
- Tak, dojd.
- Czyby prbowa zmieni temat?
Zsuno jej si ramiczko.
Nagle i bez uprzedzenia Aleksander wsun pod
nie palec i musnwszy jej skr, szybko je
poprawi.
Tania spieka raka.
Koszmar.
Jake siebie nienawidzia.
Nic, tylko czerwienia si i czerwienia, i to bez
adnego powodu.
Patrzy na ni.
Zagodniaa mu twarz.
A jego oczy...
Co on mia w oczach?
By...
oszoomiony?
- Taniu...
- Chod, idziemy.
- To dziwne wiato, te ponce wgle, ten gos.
Uczucia, ktre nie wiedzie kiedy przywary do
niej niczym mokre ubranie, byy tak intensywne i
nage, e omal nie dostaa mdoci.
Miaa obtarte stopy, ale nie chciaa mu tego
mwi.
- Daleko jeszcze?
-spytaa.
- Nie, ju zaraz.
Wstpimy na chwil do koszar.
Musz si odmeldowa.
Potem zao ci opask na oczy.
Cywil nie moe zobaczy koszar.
Tajemnica wojskowa.
Nie zamierzaa patrze na niego i sprawdza, czy
mwi prawd czy artuje.
- No i prosz - rzeka z udawan obojtnoci.
- Jedziemy, idziemy i jak dotd nie rozmawialimy
jeszcze o wojnie.
- Przybraa teatralnie powan min.
- Aleksandrze, co sdzisz o ataku Hitlera na
Zwizek Radziecki?
Co go tak rozbawio?
Powiedziaa co miesznego?
- Naprawd chcesz o tym rozmawia?
- Oczywicie.
To powana sprawa.
Wci patrzy na ni z zadziwieniem w oczach.
- To tylko wojna - odrzek.
- Bya nieunikniona.
Wiedzielimy, e prdzej czy pniej wybuchnie.
Chodmy tdy.
Minli paac Michajowski albo Inynieryjny, jak
czasami go nazywano.
Sta za krtkim mostem nad Fontank, a waciwie
nad skrzyowaniem Fontanki i Mojki.
Tatiana bardzo lubia ten ukowaty, granitowy
most i czasami wspinaa si na zewntrzny parapet
i przechodzia nim na drug stron rzeki.
Oczywicie teraz nie zamierzaa nigdzie si
wspina.
Tego dnia bya bardzo dorosa.
Minli zachodni kraniec Ogrodu Letniego i wyszli
na trawiaste pole defilad zwane Polem
Marsowym.
- Moemy zostawi tej kraj Hitlerowi - powiedzia
Aleksander - albo zosta i walczy za matk
Rosj.
Ale jeli ju zostaniemy, musimy walczy na
mier i ycie.
- Wycign rk.
- Koszary s tam, za Polem Marsowym.
- Na mier i ycie?
- Podekscytowana Tatiana podniosa wzrok
i zwolnia kroku.
Szli po trawie i miaa ochot zdj buty.
- Pojedziesz na front?
- Jeli mnie wyl, to pojad.
- On te zwolni i przystan.
- Zdej mij buty, Taniu.
Bdzie ci wygodniej.
- Nie, tak jest dobrze.
- Skd wiedzia, e ledwo idzie?
Czy byo to a tak oczywiste?
- miao - zachca agodnie.
Trawa jest miciutka...
Mia racj.
Westchna z ulg, nachylia si, rozpia paski,
zdja sanday, wyprostowaa si i rzeka:
- Rzeczywicie.
Tak jest troszk wygodniej.
Aleksander milcza.
- Jaka ty teraz maleka - powiedzia w kocu.
- Wcale nie jestem maleka - odparowaa.
To ty jeste wielki.
Zaczerwienia si i spucia oczy.
- Ile masz lat, Taniu?
- Jestem starsza, ni mylisz odrzeka gosem
dowiadczonej kobiety.
Ciepy leningradzki wiatr przesoni jej twarz
wosami.
Trzymajc sanday, woln rk prbowaa co z
nimi zrobi.
Szkoda, e nie miaa zapasowej gumki do kucyka.
Aleksander odgarn je, spojrza jej w oczy, potem
na usta i tam zatrzyma
wzrok.
Czyby miaa "wsy" po lodach?
Tak, na pewno.
Co za wstyd.
Oblizaa wargi, prbujc dotrze jzykiem do
kcikw ust.
- Co?
- spytaa.
- Mam "wsy"?
- Skd wiesz, ile daj ci lat?
Powiedz, ile masz?
- Niedugo skocz siedemnacie.
- Kiedy?
- Jutro.
- Nie masz nawet siedemnastu lat...
- powiedzia ze zdziwieniem.
- Jutro ju bd miaa!
- powtrzya rozelona.
- Tak, jeste bardzo dorosa - odrzek z
roztaczonymi oczami.
- A ile ty masz lat?
- Dwadziecia dwa.
Dopiero.
- Ach tak...
szepna z nieudolnie skrywanym rozczarowaniem.
- Co?
Jestem a tak stary?
- spyta, nie przestajc si umiecha.
- Jak egipska mumia odrzeka z umiechem ona.
Szli powoli przez Pole Marsowe, on w butach, ona
boso, wymachujc czerwonymi sandaami.
Naoya je dopiero na chodniku, po czym przeszli
na drug stron ulicy i stanli przed nie rzucajcym
si w oczy trzypitrowym budynkiem z frontonem
ozdobionym brzow sztukateri.
Wyrnia go jedynie brak drzwi i dugi, ciemny
korytarz gincy w jego przepastnym wntrzu.
- To s koszary puku Pawowskiego - powiedzia
Aleksander.
- Tu stacjonujemy.
- Tego synnego puku Pawowskiego?
- Tatiana popatrzya na obdrapany budynek.
- Niemoliwe.
- A czego si spodziewaa?
Paacu z bajki?
- I wejd do rodka?
- Tylko do bramy.
Zdam bro i si odmelduj.
Zaczekasz na mnie, dobrze?
- Dobrze.
Szli korytarzem i szli, wreszcie doszli do elaznej
bramy.
Przed bram sta mody wartownik.
Zasalutowa Aleksandrowi i powiedzia:
- Wchodcie, poruczniku.
Kto wam towarzyszy?
- Tatiana, sierancie Pietrenko.
Tatiana zaczeka tutaj.
- Tak jest.
- Wartownik zerkn na ni ukradkiem, lecz nie
zdoa jej si przyjrze, bo natychmiast to
zauwaya.
Aleksander wszed za bram, zasalutowa
wysokiemu oficerowi, przystan na dziedzicu,
eby zamieni kilka sw z grup palcych
papierosy onierzy, rozemia si wesoo i
odszed.
Praktycznie rzecz bio rc, niczym si od nich nie
odrnia, moe z wyjtkiem tego, e by wyszy,
mia ciemniejsze wosy, bielsze zby, szersze bary
i duszy krok.
Niby nic, tyle tylko, e on y i promienia, a oni
byli jakby przytumieni.
Pietrenko spyta, czy Tatiana chciaaby usi.
Pokrcia gow.
Aleksander kaza jej czeka, wic nie zamierzaa
si stamtd rusza.
A ju na pewno nie zamierzaa siada na krzele
war townika, chocia miaa na to wielk ochot.
Stojc i patrzc przez bram na garnizonowe
podwrze, poczua si tak, jakby unis j
delikatny obok losu, ktry okrasi to popoudnie
nie prawdopodobnym spotkaniem i dz.
dz ycia.
Jedno z ulubionych powiedzonek dziadka mwio:
"ycie jest nie Puk ten wyrni
si w czasie wojny z Napoleonem w 1812 r.;
koszary wzniesiono wg projektu W.
Stasowa w latach 1817-1820.
W istocie jest to potny budynek, otaczajcy
prawie ca zachodni cz Pola Marsowego
(przyp.
red.).
przewidywalne.
I wanie to lubi w nim najmniej.
Szkoda, e nie ma nic wsplnego z matematyk".
W t niedziel nie moga si z nim zgodzi.
Wolaaby taki dzie od kadego dnia w szkole czy
w fabryce.
Wolaaby taki dzie od kadego dnia w yciu.
Zrobia krok w stron wartownika i spytaa:
- Czy cywilom wolno tu wchodzi?
Pietrenko umiechn si i puci do niej oko.
- Zaley, czym przekupi wartownika.
- Wystarczy, sierancie - powiedzia Aleksander,
mijajc go szyb kim krokiem.
- Chodmy, Taniu.
- By ju bez karabinu.
Wanie mieli wyj z korytarza na ulic, gdy
wtem, z ukrytych drzwi, ktrych Tatiana przedtem
nie zauwaya, wyskoczy na nich ja ki onierz.
Przestraszy j tak bardzo, e krzykna, jakby
udlia j pszczoa.
Aleksander pooy jej rk na ramieniu i pokrci
gow.
- Po co ty to robisz, Dmitrij?
onierz rozemia si gromko.
- Jak to po co?
eby zobaczy wasze miny!
Tatiana powoli si uspokoia.
Czy to tylko zudzenie, czy Aleksander naprawd
podszed bliej i zasoni j sob?
Bzdura.
Absurd.
Wraenie mino.
- A wic...
kim jest twoja nowa przyjacika, Aleks?
spyta z umiechem onierz.
- Dmitrij, to jest Tatiana.
Dmitrij ochoczo potrzsn jej rk.
Byby potrzsa tak w nieskoczono, gdyby z
wdzikiem jej nie cofna.
Wedug rosyjskich standardw by redniego
wzrostu i Aleksander growa nad nim niemal tak
samo jak nad Tatian.
Mia typowo rosyjsk twarz, szerok, rozlan,
nijak i jakby wyblak, szeroki, zadarty nos i
niezwykle cienkie usta, ktre przypominay dwa
lekko cinite paski gumy.
Na jego szyi widniay lady skalecze; pewnie
zaci si przy goleniu.
Pod lewym okiem mia mae, czarne znami.
Na furaerce nie byo nawet czerwonej gwiazdy, a
zamiast stalowoszarych galonw nosi szerokie,
czerwone epolety z cienkim, niebieskim paskiem.
No i nie mia adnego medalu.
- Bardzo mi mio - powiedzia.
- Dokd idziecie?
Aleksander powiedzia mu, dokd.
- Chtnie pomog odnie zakupy do domu -
zaproponowa Dmitrij.
- Damy sobie rad, dziki - odpar Aleksander.
- Nie, nie, zrobi to z prawdziw przyjemnoci -
nalega tamten, nie odrywajc oczu od Tatiany.
Ruszyli.
Ona i Dmitrij przodem, Aleksander z tyu.
- Powiedz no, Taniu, gdzie poznaa naszego
dzielnego porucznika?
- Tatiana obejrzaa si.
Aleksander patrzy na ni z wyranym nie
pokojem.
Spotkali si wzrokiem.
Ona szybko spojrzaa w lewo, on w prawo.
Aleks dopdzi ich i poprowadzi w stron
oficerskiego sklepu za rogiem ulicy.
- W autobusie - odrzeka Tania.
- Ulitowa si nade mn i zaproponowa pomoc.
- Masz szczcie - droczy si z ni Dmitrij.
- Aleksander uwielbia ratowa damy w potrzebie.
- Nie jestem dam - wymamrotaa Tatiana.
W tym samym momencie Aleks popchn j
agodnie, weszli do sklepu i rozmowa si urwaa.
Zwyczajne przeszklone drzwi, wywieszka z
napisem: "Tylko dla oficerw", a w rodku...
Tania oniemiaa.
Po pierwsze, nie byo kolejki.
Po drugie, na pkach stay niezliczone iloci
pkatych workw i toreb, a wszdzie unosi si
zapach wdzonej szynki i ryb, zmieszany z
aromatem tytoniu i kawy.
Aleksander spyta j, ile ma pienidzy.
Mylaa, e wysoko kwoty zaskoczy go albo
nawet oszoomi, lecz on tylko wzruszy ramionami
i rzek:
- Moglibymy wyda wszystko na cukier, ale
bdmy przewidujcy, dobrze?
- Nie wiem, na co ani na jak dugo kupuj, wic
jak mog by przewidujca?
- Kupuj tak - odpar -jakby miaa je ostatni raz
w yciu.
Bez namysu daa mu pienidze.
Kupi cztery kilo cukru, cztery kilo mki pszennej,
trzy kilo patkw owsianych, pi kilo kaszy
jczmiennej, trzy kilo kawy, dziesi puszek
marynowanych grzybw i pi puszek pomidorw.
Ona dodaa do tego kilogram czarnego kawioru, a
za kilka rubli, ktre jej pozostay, kupia dwie
puszki szynki, eby zrobi przyjemno dziadkowi.
eby sprawi przyjemno sobie, kupia ma
tabliczk czekolady.
Aleksander umiechn si, poprosi o jeszcze
cztery i zapaci za nie z wasnych pienidzy.
Zaproponowa, eby kupia zapaki.
Zmarszczya czoo i odpara - bardzo, wedug niej,
dowcipnie - e zapaek nie da si zje.
Zasugerowa, eby kupia olej silnikowy.
Powiedziaa, e nie maj samochodu.
Mimo to nalega, eby wzia cho kilka litrw.
Nie chciaa.
Nie zamierzaa wydawa pienidzy ojca na co
rwnie gupiego jak zapaki czy olej.
- Taniu - zauway Aleksander.
- Masz mk, ale nie masz zapaek.
W jaki sposb upieczesz chleb?
Jak rozpalisz ogie?
Ulega dopiero wtedy, gdy si okazao, e zapaki
kosztuj ledwie kilka kopiejek, ale i tak kupia
tylko dwiecie pudeek.
- Nie zapomnij o oleju napdowym.
- Kiedy kupimy samochd, kupi i olej.
- A jeli zim zabraknie nafty?
- To co?
Mamy prd.
Zaoy rce.
- Kup olej - powtrzy.
- Zim?
- Machna rk.
- O czym ty mwisz?
Zima.
Te mi co.
Jest dopiero czerwiec.
Zim Niemcw ju tu nie bdzie.
- Powiedz to londyczykom - odrzek Aleksander.
- Powiedz to Francuzom, Belgom i Holendrom.
Walcz...
- Pod warunkiem, e to, co robi Francuzi, mona
nazwa walk.
- Kup olej, Taniu - nalega ze miechem Aleks.
- Nie poaujesz.
Gdyby nie gos ojca, ktry rozbrzmiewa jej w
gowie, oskarajc j o bezmylne wydawanie
pienidzy, pewnie by go posuchaa.
A tak, od mwia.
Poprosia sprzedawc o gumk i zwizaa wosy
w kucyk.
Kiedy Aleksander zapaci, spytaa, jak donios to
wszystko do domu.
- Spokojna gowa - odrzek Dmitrij.
- Po to tu jestem.
- Przesta, Dima - powiedzia Aleks.
- Jako sobie poradzimy.
- Tragarz Dmitrij do usug.
Chtnie ci pomog - rzuci z szyderczym
umieszkiem tamten.
Umieszek nie uszed uwadze Tatiany.
Pamitaa, e kiedy otworzyli przeszklone drzwi z
wywieszk "Tylko dla oficerw", Dmitrij by
rwnie zdumiony jak ona.
- Suycie w tym samym oddziale?
- spytaa, gdy zaadowawszy za pasy do
drewnianych skrzynek, wyszli ze sklepu.
- Nie, nie - odrzek Dima.
- Aleksander jest oficerem, a ja zwykym
szeregowcem.
- Ironicznie wykrzywi gumowate wargi.
- Ma znacznie wyszy stopie, dziki czemu moe
wysa mnie na front do Finlandii.
- Nie do Finlandii - poprawi go agodnie Aleks.
- nie na front, tyl ko na Lisi Nos, na inspekcj
naszych umocnie.
Na co ty narzekasz?
Przyldek i przysta w Zatoce Fiskiej na pnoc
od Kronsztadu (przyp.
red.).
- Wcale nie narzekam.
Wychwalam twoj dalekowzroczno.
Tatiana zerkna na Aleksandra, nie wiedzc, jak
zareagowa na nutk szyderstwa w gosie Dimy.
- Na Lisi Nos?
- spytaa.
- Gdzie to jest?
- W Przesmyku Karelskim - wyjani Aleksander.
- Poradzisz sobie?
- Oczywicie.
- Niosa najlejsz skrzynk, t z kawiorem i
kaw, i nie moga si ju doczeka, kiedy wrci do
domu.
Daszka umrze z za zdroci, kiedy zobaczy a
dwch wojskowych.
- Nie za cika?
- Nie, nie.
- Tak naprawd skrzynka bya do cika i Tania
nie wiedziaa, czy doniesie j na przystanek.
Bo chyba szli na przystanek.
Tak, na pewno.
Piechot z Pola Marsowego na Pit Radzieck?
Nie moliwe.
Pocztkowo chodnik by bardzo wski, tote szli
gsiego.
Na czele Aleks, za nim ona, na kocu Dmitrij.
- Aleksandrze - wydyszaa.
- Czy my...
idziemy pieszo?
- Brakowao jej tchu.
Aleks przystan.
- Daj mi to.
- Nie, nie.
Postawi skrzynk na ziemi, ustawi na niej
skrzynk Tatiany i bez wysiku dwign obie.
- Pewnie bol ci stopy.
W tych sandaach...
Chodmy.
Chodnik zrobi si szerszy i moga i obok niego.
Dmitrij szed po jej lewej stronie.
- Taniu, jak mylisz, dostaniemy za to szklaneczk
wdki?
Za nasz trud i wysiek?
- Chyba tak.
Ojciec co znajdzie.
- Powiedz nam, Taniu, czy czsto bywasz w
miecie?
W restauracjach, lokalach, no wiesz.
W lokalach?
Dziwne pytanie.
- Nie, rzadko - odrzeka wstydliwie.
- Bya kiedy w "Sadko"?
- Nie, ale moja siostra czsto tam chodzi.
Mwi, e bardzo tam mio.
Dmitrij nachyli si ku niej i spyta:
- A gdybym tak zaprosi ci do "Sadka" w przysz
sobot?
Poszaby?
- Nie, chyba nie.
Dzikuj.
- Spucia oczy.
- Zobaczysz - zachca Dmitrij - bdzie pyszna
zabawa.
Prawda, Aleks?
Aleksander nie odpowiedzia.
Szli ca szerokoci chodnika.
Tatiana w rodku.
Gdy nadchodzi kto z przeciwka, Dima
przepuszcza go bokiem, chowajc si za Tanie.
Zauwaya, e robi to z cikim westchnieniem,
jakby przegrywa jak bitw i musia ustpi pola
nieprzyjacielowi.
Pocztkowo mylaa, e to przechodniw uwaa
za wrogw, lecz po chwili uwiadomia sobie, e
nie, e wrogami byli oni, ona i Aleksander,
poniewa maszerowali noga w nog, rami w
rami i nikomu nie schodzili z drogi.
- Zmczona?
- spyta cicho Aleks.
Kiwna gow.
- Chcesz troch odpocz?
- Postawi skrzynki na ziemi.
Dmitrij poszed za jego przykadem i patrzc na
Tanie, spyta:
- W takim razie gdzie si najczciej bawisz?
- Gdzie?
- powtrzya.
- Nie wiem.
Chodz do parku.
A latem jedzimy na dacz pod ug.
- Spojrzaa na Aleksandra.
- Powiesz mi, skd pochodzisz, czy mam
zgadywa?
- Chyba bdziesz musiaa zgadywa.
- Znad jakiego morza.
- Nie powiedzia ci?
- zdziwi si Dmitrij, podchodzc bliej.
- Wymiguje si.
- Dziwne.
- Bardzo dobrze, Taniu - odrzek Aleksander.
- Pochodz z Krasnodaru nad Morzem Czarnym.
- Wanie - wtrci Dmitrij.
- Z Krasnodaru.
Bya tam?
- Nie - odrzeka.
- Nigdzie nie byam.
Dmitrij zerkn na Aleksandra.
Ten dwign skrzynki.
- Chodmy - rzuci krtko.
Za cerkwi przeszli na drug stron Prospektu
Greckiego.
Tatiana bya tak pogrona w mylach - jak si z
nim spotka, jak si z nim umwi?
- e nie zauwaya nawet, i minli jej dom.
Zorientowaa si dopiero kilkaset metrw dalej,
gdy dochodzili do skrzyowania z Suworowa.
Przystana.
- Chcesz odpocz?
- spyta Aleksander.
- Nie - odrzeka, z trudem panujc nad gosem.
- Minlimy mj dom.
- Jak to?
- wykrzykn Dmitrij.
- Niemoliwe.
- Po prostu minlimy, i tyle.
Mieszkam na tamtym rogu.
Aleksander z umiechem spuci gow.
Powoli zawrcili.
- To na drugim pitrze - powiedziaa, otwierajc
frontowe drzwi.
-
Dacie rad?
- A mamy jaki wybr?
- wysapa Dmitrij.
- Jest tu winda?
Na pewno nie, zgadem?
To nie Ameryka, co, Aleks?
- Ano nie - odrzek Aleksander.
Szli schodami przed Tatian.
Nawet dwigajc skrzynki z zapasami, byli o
wiele szybsi od niej.
- Dzikuj - szepna za plecami Aleksandra.
Mwia gwnie do siebie, a waciwie tylko
mylaa.
A e mylaa za gono...
C, bywa.
- Nie ma za co - odrzek, nie odwracajc gowy.
Potykajc si.
para przed siebie.
Otwierajc drzwi do mieszkania, modlia si w
duchu, eby nie spotkali szalonego Sawina, eby
nie lea jak dugi na rodku korytarza.
Tym razem modlitwy pozostay bez echa.
Sawin, chudy jak w, cuch ncy, z gow
poronit dugimi, tustymi, wiecznie
rozczochranymi wosami, lea na pododze.
Nogi mia w pokoju, tors na korytarzu.
- Znowu wyrywa sobie wosy - szepna Tania.
- eby tylko to - odszepn idcy tu za ni
Aleksander.
- Myl, e jeszcze z nim gorzej.
Sawin warkn, jkn, przepuci Tatian,
chwyci Aleksandra za nog i wybuchn
histerycznym miechem.
- Pucie, towarzyszu - powiedzia Dmitrij,
przygniatajc mu rk butem.
- Zostaw - wtrci si Aleks, odpychajc go
okciem.
- Dam sobie rad.
Sawin zapiszcza z uciechy i jeszcze mocniej
przywar do cholewy buta.
- Nasza Tanieczka przyprowadzia do domu
przystojnego onierza!
- wrzasn.
- Przepraszam, dwch przystojnych onierzy!
Co na to twj ojciec, Tanieczko?
Pochwali ci?
Oj, chyba nie.
Na pewno nie.
Nie lubi, jak przyprowadzasz do domu chopcw.
Powie, e dwch to dla ciebie za duo.
Powie, oddaj jednego siostrze, Tanieczko,
sodyczy ty moja!
- rozemia si jak obkany.
Aleksander wyszarpn nog.
Sawin chcia chwyci za but Dmitrija, ale
spojrza mu w oczy i natychmiast cofn rk.
- Tak!
- krzykn, gdy go minli.
- Tak, Tanieczko, zabierz ich do domu!
I przyprowad nastpnych!
Przyprowad wszystkich, bo za trzy
52
dni umr.
Bo za trzy dni zastrzeli ich towarzysz Hitler, dobry
przyjaciel towarzysza Stalina!
- By na wojnie - wyjania z ulg Tatiana.
- Kiedy jestem sama, nie zwraca na mnie uwagi.
- Mam co do tego pewne wtpliwoci - odpar
Aleksander.
Tania spieka raka.
- Naprawd.
Ma nas do, bo my nie zwracamy uwagi na niego.
Aleks nachyli si ku niej i szepn:
- Czy ycie w komunalnym mieszkaniu nie jest
wspaniae?
To j zaskoczyo.
- A mona mieszka gdzie indziej?
- Nie - odrzek.
- wanie dziki temu, e mieszkamy razem, szyb
ciej uzdrowimy nasze egoistyczne, buruazyjne
dusze.
- Towarzysz Stalin te tak mwi!
- wykrzykna Tatiana.
- Wiem - powiedzia Aleksander, z trudem
zachowujc powag.
- To by cytat.
Powstrzymujc miech, Tania stana przed
drzwiami, spojrzaa na nich i podniecona
westchna.
- Dobrze.
Jestemy na miejscu.
- Nacisna klamk.
- Wejd, Alek sandrze.
- Ja te mog?
- spyta wesoo Dmitrij.
- Zapraszam.
Rodzice siedzieli przy duym, okrgym stole u
dziadkw.
Tatiana zajrzaa do pokoju i zawoaa:
- Ju jestem!
Nikt nawet na ni nie spojrza.
- Gdzie bya?
- spytaa apatycznie mama; rwnie dobrze moga
spyta: "chcesz jeszcze chleba?
".
- Mamo, tato!
Spjrzcie tylko, ile kupiam jedzenia.
Tata zerkn na ni znad kieliszka wdki.
- Dobrze, creczko.
- Powiedzia to tak, jakby wrcia z pustymi
rkami.
Tania cichutko westchna i zerkna na stojcego
w korytarzu Aleksandra.
A c to za mina?
Czyby jej wspczu?
Nie, to nie wspczucie.
To co...
cieplejszego.
- Postaw to i chod - szepna.
Wesza do pokoju i nie potrafic ukry
podekscytowania, przedstawia im goci.
- Mamo, tato, babciu i dziadku.
To jest Aleksander...
- I Dmitrij - doda szybko Dima, jakby Tania o nim
zapomniaa.
- I Dmitrij - dokoczya Tatiana.
Rodzice i dziadkowie ucisnli im rce, gapic si
z niedowierzaniem to na Aleksa, to na dziewczyn.
Mama i tata pozostali przy stole, na ktrym staa
butelka wdki i dwa kieliszki, natomiast dziadek i
babcia przesiedli si na sof, eby zrobi
wojskowym miejsce.
S smutni, pomy laa Tania.
Pij za Paszk i zagryzaj korniszonami.
Tata wsta.
- Dobrze si sprawia, Taniu.
Jestem z ciebie dumny.
- Skin na Aleksandra i Dmitrija.
- Chodcie.
Napijcie si po kieliszku.
Aleksander grzecznie pokrci gow.
- Dzikuj, ale wieczorem mam sub.
- Mw za siebie - rzuci Dmitrij, podchodzc do
stou.
Tata zmarszczy czoo.
Nie chce si napi?
A c to za mczyzna?
Aleksander mia pewnie powody, eby odmwi,
lecz Tania wiedziaa, e wanie dlatego ojcu
bardziej spodoba si Dmitj.
Ot, niby nic nie znaczca drobnostka, a zapadaa w
pami na zawsze.
Ale za to, e Aleksander odmwi, polubia go
jeszcze bardziej.
- Mleka pewnie nie kupia - powiedziaa mama.
- Nie, tata nie kaza.
- Skd pochodzisz, chopcze?
- spyta ojciec.
- Z Krasnodaru - odrzek Aleksander.
Tata pokiwa gow.
- Mieszkaem tam w modoci.
Ale mwisz tak, jakby stamtd nie
pochodzi.
- Ale pochodz - odpar agodnie Aleks.
- Aleksandrze - przerwaa im Tatiana, eby
zmieni temat.
- Moe zrobi ci herbaty?
Zaraz zaparz.
Podszed tak blisko, e zabrako jej tchu.
- Nie, dzikuj, Taniu - odrzek ciepo.
- Mog zosta tylko chwil, zaraz wracam do
koszar.
Tatiana zdja sanday.
- Przepraszam, ale moje stopy...
- Umiechna si.
Dzielnie udawaa, e nic jej nie jest, tymczasem na
duym i maym palcu miaa krwawice pcherze.
Aleksander zerkn na nie, pokrci gow,
podnis wzrok i w jego migdaowych oczach
ponownie zagocio to dziwne co.
- Boso jest lepiej-szepn.
Do pokoju wesza Dasza.
Zatrzymaa si w progu i spojrzaa na goci.
Wygldaa zdrowo i promiennie.
Tatiana zdaa sobie spraw, e siostra wyglda
zbyt zdrowo i zbyt promiennie, lecz zanim zdya
cokolwiek powiedzie, Dasza radonie
wykrzykna:
- Aleksander!
Co ty tu robisz?
Nawet nie zerkna na zaskoczon Tanie, ktra
popatrzya na Aleksa i spytaa:
- Znasz moj...
- i urwaa, widzc jego twarz.
Malowa si na niej smutek i wyrzuty sumienia.
Tatiana spogldaa to na niego, to na siostr.
Czua, e blednie, i to na wylot.
Boe, tylko nie to, tylko nie to.
Jak to moliwe?
Aleksander mia twarz bez wyrazu.
Nie patrzc na Tatian, umiechn si swobodnie
do Daszy i odrzek:
- Tak, znamy si.
- I to jeszcze jak!
- Dasza rozemiaa si gono i uszczypna go w
rk.
- Co ty tu robisz?
Tania rozejrzaa si po pokoju, eby sprawdzi,
czy kto zauway to samo co ona.
Dmitrij jad ogrek.
Dziadek mia na nosie okulary i czyta gazet.
Tata pi.
Mama otwieraa pudeko ciasteczek, a babcia
drzemaa.
Nie, nikt niczego nie widzia.
- Panowie przyszli z Tani wyjania mama.
- Przynieli jedzenie.
- Naprawd?
- Lekko zaciekawiona Dasza spojrzaa na
Aleksandra.
Skd znasz moj siostr?
- Poznalimy si przypadkowo, w autobusie.
- Wpadlicie na siebie?
Ot tak, po prostu?
Niesamowite!
To przeznaczenie!
- Ponownie uszczypna go w rami.
- Usidmy - zaproponowa Aleksander.
- Chyba si jednak napij.
- Podszed do stou, one za zostay przy drzwiach.
Dasza nachylia si do siostry.
- To ten, o ktrym ci mwiam!
- szepna gono, wyobraajc sobie, e nikt nie
syszy.
- Jaki "ten"?
- Ten, o ktrym opowiadaam ci rano - sykna
Dasza.
- Rano?
- Ty co?
Ogucha?
To ten!
Tatiana wszystko rozumiaa.
I bynajmniej nie ogucha.
adnego ranka nie byo.
Byo tylko czekanie na autobus i Aleksander.
- Ach tak...
- mrukna, nie chcc wiedzie, co czuje.
Bya zbyt wstrznita.
Dasza usiada.
Oczywicie obok Aleksandra.
Zerknwszy smutno na jego plecy, Tatiana posza
schowa zapasy.
- Tanieczko - zawoaa mama.
- Tylko poukadaj wszystko, jak trzeba, a nie po
swojemu.
- Poprosz do szklanki - powiedzia Aleksander.
- Szkoda kieliszka.
- To rozumiem - pochwali go ojciec.
- Napijmy si.
Za nowych
przyjaci.
- Za nowych przyjaci - powtrzyli chrem
pozostali.
- Taniu!
- zakrzykn Dmitrij.
- Chod, wzniesiesz z nami toast.
Tatiana wrcia do pokoju, ale tata powiedzia:
nie, crka jest za moda, eby pi.
Dmitrij go przeprosi, Dasza owiadczya, e
wypije za siebie i za siostr, na co ojciec odrzek:
"Jakby nigdy w yciu nie pia", i wszyscy
wybuchnli miechem, prcz babci, ktra
usiowaa drzema, i Tani, ktra pragna, eby ten
dzie natychmiast si skoczy.
Wysza na korytarz i skrzynka po skrzynce
przeniosa wszystkie za kupy do kuchni.
Gdy chodzia tam i z powrotem, do ucha wpaday
jej
strzpy rozmw.
- Trzeba przyspieszy prace przy umocnieniach.
- I przerzuci wojsko na granice.
- Musimy poprawi stan naszych lotnisk.
I ustawi dziaa na wysunitych pozycjach.
A wszystko ju, natychmiast.
Troch pniej ojciec powiedzia:
- Tania?
Nasza Tania pracuje w Zakadach Kirowa.
Wanie skoczya szko, i to rok przed czasem!
W przyszym roku chce pj na uniwersytet.
Patrzc na ni, nigdy by nie powiedzia, e
skoczya szko rok przed czasem.
Mwiem ju o tym czy nie?
Tatiana posaa mu umiech.
- Nie wiem, dlaczego chce pracowa u Kirowa -
powiedziaa mama.
- To tak daleko, na drugim kocu miasta.
Jak ona sobie poradzi?
- No pewnie, e nie poradzi - warkn tata.
- Niby jak ma sobie po radzi?
Odkd si urodzia, wszystko za ni robisz.
- Tania!
- krzykna mama.
- Jak ju tam jeste, to pozmywaj naczynia z
obiadu, dobrze?
Tatiana poukadaa worki i poustawiaa puszki.
Noszc skrzynki, za gldaa do pokoju, eby
zerkn na plecy Aleksandra.
Karelia i Finowie, Finowie i granice, czogi i
przewaga w uzbrojeniu, uzbrojenie i zdradliwe,
bagniste lasy, w ktrych trudno si utrzyma, tysic
dziewiset czterdziesty i wojna z Finlandi,
wojna z Finlandi i...
Gdy z pokoju wyszli Aleksander, Dasza i Dmitrij,
bya w kuchni.
Aleksander nawet na ni nie spojrza.
Jakby by rur wodocigow pen wody, i jakby
Tania zakrcia wmontowany w ni kran.
- Poegnaj si, ju wychodz - powiedziaa Dasza.
Tatiana aowaa, e nie jest niewidzialna.
- Do widzenia - rzucia z daleka, wycierajc
utytane mk rce w bia sukienk z rami.
- Jeszcze raz dzikuj za pomoc.
- Odprowadzi ci?
- Dasza wzia Aleksandra pod rk.
Dmitrij podszed do Tani i spyta, czy moe j
kiedy odwiedzi.
Moe powiedziaa tak, moe tylko kiwna gow.
Ledwo go syszaa.
- Mio byo ci pozna, Taniu.
- To on, Aleksander.
- Wzajemnie.
- To jej gos czy nie jej?
Chyba jednak nie jej.
Wyszli, a ona zostaa.
Do kuchni zajrzaa mama.
- Ten oficer zapomnia czapki.
Tania wzia czapk, ale zanim zdya wyj na
korytarz, do kuchni wrci
Aleksander.
By sam.
- Zapomniaem...
Tatiana spucia gow i bez sowa podaa mu
czapk.
Wycign rk i musn palcami jej do.
Musn i lekko przytrzyma.
Podniosa oczy i spojrzaa na niego ze smutkiem.
Co zrobiaby na jej miejscu dorosa kobieta?
Bo jej chciao si paka.
Moga tylko przekn bl i udawa doros.
- Przepraszam - szepn tak cicho, e chyba le go
usyszaa.
Potem odwrci si i wyszed.
Matka patrzya na ni ze zmarszczonym czoem.
- Co ty robisz?
- spytaa.
- Ciesz si, e kupiam jedzenie - odpara Tatiana i
zacza robi sobie kanapk.
Posmarowaa masem kawaek chleba, w
pospnym osamotnieniu zjada poow, nagle
zerwaa si z krzesa i reszt wyrzucia.
Nie moga sobie znale miejsca.
Ani w kuchni, ani w korytarzu, ani w sypialni.
Chciaaby mie swj pokoik, gdzie mogaby
zapisywa rne rzeczy w pamitniku.
Lecz pokoiku nie miaa, skutkiem czego nie miaa
te pamitnika.
Z ksiek wiedziaa, e pamitnik powinien
zawiera intymne, osobiste wynurzenia.
C, w jej wiecie nie byo intymnych sw.
A intymne myli trzymao si w gowie, nawet
jeli leao si w ku z kim tak bliskim jak
rodzona siostra.
Zreszt miaa takie myli pierwszy raz w yciu.
Lew Tostoj, jeden z jej ulubionych pisarzy,
prowadzi pamitnik jako chopiec, jako
dorastajcy modzieniec i jako mody mczyzna.
Ale jego pamitnik by przeznaczony dla tysicy
czytelnikw.
Ona prowadziaby zupenie inny.
Taki, w ktrym mogaby zapisa imi Aleksandra i
nikomu go nie pokaza.
Pragna mie pokj, w ktrym mogaby
wypowiedzie to imi na gos i nikt by jej nie
usysza.
Aleksander.
Zamiast do sekretnego pokoiku, wrcia do
wsplnego pokoju, usiada obok matki i zjada
herbatnika.
Rodzice rozmawiali o pienidzach, ktrych Dasza
nie zdoaa pobra z zamknitego banku, i o
ewakuacji.
O Paszy nie mwili, no bo jak mogli mwi o
Paszy, a Tatiana ani sowem nie wspomniaa o
Aleksandrze, bo przecie nie wypadao.
Ojciec mwi te o Dmitriju, o tym, e przy stojny
z niego mczyzna.
Tania siedziaa cicho przy stole, zbierajc swe
nastoletnie siy.
Wrcia Dasza.
Wrcia i gestem rki zaprosia j do drugiego
pokoju.
Tatiana posusznie posza za siostr.
Dasza odwrcia si na picie i spytaa:
- No i co?
- Co no i co?
- mrukna znuonym gosem Tania.
- Co o nim mylisz?
- Jest miy.
- Miy?
Przesta.
Nie mwiam?
Nigdy w yciu nie widziaa przy stojniejszego
chopaka.
Tania zdoaa wykrzesa z siebie saby umiech.
- Miaam racj?
- pytaa wesoo Dasza.
- Miaam?
- Miaa.
- To niesamowite, ecie si spotkali.
C za dziwny zbieg okolicz noci!
- Prawda?
- rzucia apatycznie Tatiana.
Miaa ochot uciec z pokoju, lecz podekscytowana
siostra blokowaa drzwi, bezwiednie prowokujc
j do ktni, tymczasem ona nie miaa na ktni
ochoty, ani na du, ani nawet na ma.
Po prostu staa i milczaa.
Jak zawsze.
Dasza bya siedem lat starsza.
Bya silniejsza, mdrzejsza, zabawniejsza i
adniejsza.
Dlatego zawsze wygrywaa.
Tatiana usiada na ku.
Siostra przysiada obok niej.
- A co mylisz o Dmitju?
Podoba ci si?
- Nie wiem, chyba tak.
Nie martw si o mnie, Daszka.
- A kto si martwi?
- Potargaa jej wosy.
- Daj mu szans.
Chyba mu si spodobaa - dodaa jakby ze
zdziwieniem.
- Pewnie przez t sukienk.
- Na pewno.
Suchaj, jestem zmczona.
To by dugi dzie.
Dasza pooya jej rk na ramieniu.
- Aleksander mi si podoba - powiedziaa.
- Podoba mi si tak bardzo, e...
e nie umiem tego wyrazi.
Tatian przeszed zimny dreszcz.
Spotkaa go, jechaa z nim i sza, umiechaa si
do niego i, doszcztnie rozbita, dopiero teraz zdaa
sobie spraw, e siostra traktuje t znajomo
bardzo powanie, e nie jest to kolejny flirt, ktry
za kilka dni skoczy si na schodach Peterhofu
albo w Ogrodach Admiralicji.
Tym razem nie miaa co do tego najmniejszych
wtpliwoci.
- Nie musisz si tumaczy, Dasza.
- Pewnego dnia wszystko zrozumiesz.
Tania zerkna na ni ktem oka, otworzya usta i...
Mina sekunda, miny dwie.
Chciaa powiedzie: Daszo, ale on przeszed na
drug stron ulicy dla mnie.
To dla mnie wsiad do autobusu, to dla mnie
pojecha na przedmiecia Leningradu.
Nie, nie moga jej tego zrobi.
Bya jej modsz siostr.
Chciaa powiedzie: Daszka, miaa ich na pczki.
W kadej chwili moesz mie kolejnego.
Jeste czarujca, inteligentna i pikna, wszyst kim
si podobasz.
Ale jego chc mie tylko dla siebie.
A jeli bdzie wola mnie?
Nie ciebie, tylko mnie?
Co wtedy?
Siedziaa i milczaa.
Nie bya pewna, czy to wszystko prawda.
Zwaszcza to ostatnie.
Bo czy to moliwe, eby wola j ni zgrabn,
ciemnowos Dasz?
Moe dla niej te przeszed na drug stron ulicy?
Moe i dla niej jecha z drugiego koca miasta w
ten pikny, jasny ranek, kiedy podnieli mosty na
Newie?
Wci milczaa.
Nie miaa nic do powiedzenia.
Zamkna usta.
Szkoda sw.
art.
Co za potworny art.
Dasza przygldaa si jej z zatroskaniem.
- Taniu, Dmitrij jest onierzem.
Nie wiem, czy jeste...
czy jeste gotowa na onierza.
- To znaczy?
- Nic, nic.
Bdziemy musiay ci troch wystroi i
podszkoli.
- Podszkoli?
- powtrzya Tatiana, czujc, e serce grznie jej
w pucach.
- No wiesz, pogadamy, pomalujemy ci usta...
- Dasza pocigna j za wosy.
- Ale nie dzi, dobrze?
Lec z ng.
I w biaej sukience w szkaratne re zwina si
na ku twarz do ciany.
Aleksander szed szybko Prospektem Ligowskim.
Przez kilka minut milczeli, wreszcie zasapany
Dmitrij powiedzia:
- Mia rodzina.
- Bardzo mia - odrzek spokojnie Aleksander.
Jemu tchu nie brakowao.
Po prostu nie chcia rozmawia z Dim o
Mietanowach.
- Pamitam Dasz.
- Dmitrij ledwo za nim nada.
- Widziaem was w"Sadko".
- Tak.
- Ale jej siostrzyczka...
adniutka jest, co?
Aleksander nie odpowiedzia.
- Gieorgij Wasiljewicz mwi, e ma prawie
siedemnacie lat.
- Dima pokrci gow.
- Siedemnacie lat!
Pamitasz, co robie, kiedy miae siedemnacie
lat?
Aleksander nie zwolni kroku.
- A za dobrze.
- Wolaby nie pamita.
Wolaby mie siedemnacie lat mniej.
Dmitrij nie dawa za wygran.
- Co?
Nie syszaem.
- Pytam - powtrzy cierpliwie Dima - czy wedug
ciebie to moda siedemnastka, czy stara?
- Dla ciebie na pewno za moda - odpar chodno
Aleksander.
Dmitrij zamilk.
- Jest bardzo adna - rzek po chwili.
- Tak, ale dla ciebie za moda.
- A co ci do tego?
Ty znasz starsz, ja poznam modsz.
- Dima za chichota.
- Czemu nie?
Moglibymy pj na may czworokcik.
Dwch przyjaci i dwie siostrzyczki.
Co ty na to?
Jest w tym pewna symetria...
- Dima - przerwa mu Aleksander.
- A co z Jelen?
Mwia mi, e jej si podobasz.
Mog ci j przedstawi, choby za tydzie.
Dmitrij machn rk.
- Naprawd z ni gadae?
- Parskn miechem.
- Nie.
Takich jak Jelena mog mie na pczki.
Zreszt moe by i Jelena, prosz bardzo.
Nie, nie, Tatiana jest inna.
- Z umiechem zatar rce.
Na twarzy Aleksandra nie drgn ani jeden
misie.
Oczy byy nieruchome, usta lekko rozchylone,
czoo bez jednej zmarszczki.
Poruszay si tylko nogi.
Szybciej, szybciej, jeszcze szybciej.
Dmitrij truchta za nim.
- Zaczekaj.
Wiesz, jeli chodzi o Tanie...
Chciaem ci tylko spyta, czy nie masz nic
przeciwko temu.
- Ale skd - odrzek z kamiennym spokojem
Aleksander.
- Co mi do tego?
- Jasne!
- Dima klepn go w plecy.
- Dobry z ciebie czowiek.
Szybkie pytanko: chcesz, ebym zorganizowa co
na...
- Nie!
- Ca noc bdziesz na subie.
Zabawimy si.
Albo to pierwszy raz?
- Nie.
Nie dzisiaj.
- Przyspieszy kroku.
- ju nigdy wicej.
- Ale...
- Spni si.
Musz lecie biegiem.
Do zobaczenia w koszarach.
Tan
Obudzia si wczesnym rankiem i natychmiast
stan jej przed oczami obraz twarzy Aleksandra.
Do Daszy si nie odezwaa.
Prbowaa na ni nie patrze, ale ta, wychodzc z
pokoju, rzucia:
- Wszystkiego najlepszego!
- Wanie, wszystkiego najlepszego, Tanieczko -
dodaa mama, ktra te ju wychodzia.
- Nie zapomnij zamkn drzwi.
Ojciec pocaowa j w czubek gowy.
- Twj brat te koczy dzisiaj siedemnacie lat.
- Wiem, tato.
Ojciec pracowa jako hydraulik w miejskich
zakadach wodocigowych.
Mama bya szwaczk w przyszpitalnym zakadzie
krawieckim.
Dasza asystentk dentysty.
Pracowaa u niego od dwch lat, odkd skoczya
uniwersytet.
Mieli ze sob romans, ale kiedy romans si
skoczy, postanowia u niego zosta, poniewa
lubia t prac.
Poza tym dobrze jej paci i mao wymaga.
Tatiana pojechaa do Kirowa i przesiedziaa cay
ranek na zebraniu zaogi, wysuchujc
patriotycznych przemwie.
Kierownik wydziau, Siergiej Krasienko, spyta j,
czy chce wstpi do Armii Pospolitego Ruszenia i
kopa rowy na poudniowym kracu miasta.
Rowy i okopy miay powstrzyma
znienawidzonych Niemcw.
Dzisiaj ich nienawidzili, wczoraj kochali.
A jutro?
Wczoraj poznaa Aleksandra.
Krasienko mwi i mwi.
Wojsko miao doprowadzi do porzdku
umocnienia na pnocnym kocu miasta, te na
granicy z Finlandi.
Do wdcy Armii Czerwonej podejrzewali, e
Finowie zechc odzyska Kareli.
Karelia.
Tatiana zastrzyga uszami.
O tym samym mwi wczoraj Aleksander.
Aleksander...
Natychmiast oklapa.
Jakby uszo z niej po wietrze.
Kobiety suchay, ale adna z nich nie miaa ochoty
nigdzie wstpowa.
adna z wyjtkiem Tamary, tej z koca linii
montaowej.
- Co mam do stracenia?
- szepna, ochoczo zrywajc si z krzesa.
Tania podejrzewaa, e Tamara po prostu si
nudzi.
Przed obiadem dostaa specjalne okulary,
ochronny czepek na gow i brzow kurtk.
Po obiedzie nie pakowaa ju noy, yek i
widelcw.
Z tamocigu schodziy teraz mae, cylindryczne
pociski.
Spaday tuzinami do maych, kartonowych pudeek,
a ona wkadaa te pudeka do duych, drewnianych
skrzy.
O pitej zdja kurtk i czepek, spryskaa twarz
wod, zwizaa wosy w kucyk i wysza z fabryki
na Prospekt Strajkw, wzdu ktrego biega
wysoka na siedem metrw betonowa ciana,
synny Kirowski mur, cigncy si przez pitnacie
przecznic.
Do przystanku miaa tylko trzy.
A na przystanku czeka...
Aleksander.
Zobaczya go i - nic nie moga na to poradzi -
natychmiast si rozpromienia.
Przyoya rk do serca, przystana, lecz gdy
posa jej umiech,
zaczerwienia si, wyprostowaa, przekna to, co
miaa w gardle, i podesza bliej.
Zauwaya, e jest bez czapki; trzyma j w rku.
aowaa, e tak niedokadnie umya twarz.
W gowie kbiy jej si tysice wakich sw,
tymczasem teraz po trzebowaa sw prostych i
niewinnych, takich, ktrych uywa si pod czas
rozmowy o niczym.
- Co ty tu robisz?
- spytaa niemiao.
- Prowadzimy wojn z Niemcami - odrzek.
- Nie mam czasu na udawanie.
30 czerwca 1941 r.
Rada Wojenna Frontu Pnocnego ogosia zacig
do Leningradzkiej Armii Pospolitego Ruszenia, na
ktrej czele stan genera Subbotin (przyp.
red.).
Chciaa co powiedzie, co, cokolwiek, eby
tylko przerwa cisz.
Wic powiedziaa:
- Ach tak...
- Wszystkiego najlepszego.
- Dzikuj.
- Robisz co...
wieczorem?
- Nie wiem.
Dzi poniedziaek, wszyscy bd zmczeni.
Zjemy kolacj.
Co wypijemy.
- Westchna.
W innym wiecie pewnie zaprosiaby go na
kolacj albo na przyjcie.
W innym, ale nie w tym.
Czekali.
Wraz z nimi czekali szarzy, przygnbieni ludzie.
Ona nie bya przygnbiona.
Spojrzawszy na tumek mczyzn i kobiet, pomy
laa: czy ja te bym tak wygldaa, gdybym staa tu
sama i czekaa na autobus, jak oni?
Czy wanie tak bd wygldaa przez wszystkie
dni, ktre pozostay mi do koca ycia?
A potem pomylaa: wybucha wojna.
Jak si to ycie teraz zmieni?
- Skd wiedziae, e tu bd?
- Twj ojciec mwi, e pracujesz u Kirowa.
Zaryzykowaem i przy szedem na najbliszy
przystanek.
- Dlaczego?
- spytaa wesoo.
- Czybymy byli skazani na komunikacj miejsk?
- My w sensie Rosjanie, czy ty i ja?
- spyta z umiechem.
Zaczerwienia si i spucia oczy.
Nadjechaa dwudziestka, mogca pomieci
dwadziecia par osb.
Wsiado ponad trzydzieci.
Aleksander i Tatiana zostali.
- Chod, pjdziemy piechot - powiedzia,
popychajc j lekko w stron muru.
- Ale dokd?
- Do domu.
Chc z tob porozmawia.
Spojrzaa na niego z powtpiewaniem.
- Do domu?
To osiem kilometrw.
- Zerkna na swoje buty.
- Dzisiaj masz wygodne?
- spyta, nie przestajc si umiecha.
- Tak, dzikuj - odrzeka, przeklinajc siebie w
duchu.
Zachowywaa si jak maa dziewczynka.
- Wiesz co?
- zaproponowa.
- Przejdmy do Goworowa i wsidmy do jedynki.
Dasz rad?
To niedaleko.
Wszyscy czekaj na autobus albo na trolejbus, a
my pojedziemy tramwajem.
Mylaa chwil.
- Tramwaj do mnie nie dojeda.
- Nie, ale przy Dworcu Warszawskim
przesidziesz si do szesnastki i wysidziesz na
rogu Greckiego i Pitej Radzieckiej.
Moemy te przesi si razem do dwjki.
Ja wysid przed koszarami, a ty przed muzeum.
- Zamilk.
- Albo i piechot.
- Osiem kilometrw to dla mnie za duo -
zdecydowaa.
- Nawet w wygodnych butach.
Nie, chodmy do tramwaju.
- Ju wiedziaa, e przy adnym dworcu nie
wysidzie.
Miaaby wysi i jecha dalej sama?
Nie.
Czekali dwadziecia minut, ale tramwaju jak nie
byo, tak nie byo.
Trudno.
Zgodzia si przej kilka kilometrw do
szesnastki.
Ulica Goworowa skrcaa w ulic Szkapina,
potem meandrowaa na pnoc i wychodzia na
Kana Obwodowy.
Nie chciaa wsiada do swego tramwaju.
Nie chciaa, eby on wsiada do swego.
Tylko jak mu to powiedzie?
Musiaa te o co go zapyta.
Nigdy si z niczym nie wychylaa.
Zawsze szukaa najtaktowniejszych sw, a
poniewa nie ufaa zasadom etykiety, ktre hutay
jej si w gowie niczym dziesitki wahade,
najczciej po prostu milczaa, co odbierano jako
oznak bolesnej niemiaoci lub wyniosoci.
Dasza nie miaa takich kopotw.
Dasza mwia to, co przychodzio jej do gowy.
Tania czua, e powinna bardziej zaufa
wewntrznemu gosowi.
A gos ten a w niej dudni.
Chciaa spyta Aleksandra o Dasz.
Ju otwieraa usta, gdy wtem...
- Nie wiem, jak ci to powiedzie.
Pomylisz, e jestem arogancki, ale...
- znowu zamilk.
- Skoro uwaasz, e jeste, to pewnie jeste -
odrzeka agodnie.
Aleksander wci milcza.
- Mimo to moesz mi powiedzie - dodaa.
- Musisz porozmawia z ojcem, Tatiano.
Niech pojedzie do Tomaczewa i cignie Pasz
do domu.
W tej samej chwili po drugiej stronie ulicy
zobaczya bogato zdobiony fronton Dworca
Warszawskiego.
Pomylaa, jak by to byo cudownie, gdyby moga
pojecha do Warszawy, do Lublina, do
witokrestu, a tu nagle masz: Pasza i
Tomaczewo.
Tego si nie spodziewaa.
Chciaa porozmawia o czym innym, tym czasem
on mwi o Paszy, ktrego nawet nie zna.
- Dlaczego?
- spytaa w kocu.
Nie odpowiedzia od razu.
- Poniewa istnieje niebezpieczestwo, e
Tomaczewo wpadnie w rce Niemcw.
- Co ty mwisz?
- Nic z tego nie rozumiaa, a nawet gdyby
rozumiaa, po prostu nie chciaaby zrozumie.
Nie miaa ochoty si denerwowa.
Bya zbyt szczliwa, e Aleksander przyszed do
niej nieproszony, z wasnej woli.
Mimo to w jego gosie pobrzmiewaa dziwna,
troch nie pokojca nutka: Pasza, Tomaczewo,
Niemcy - trzy sowa wypowiedziane chodnym
tonem przez czowieka, ktrego prawie nie znaa.
Przejecha taki szmat drogi, eby j ostrzec?
Przed czym?
- Ale ja?
Co ja mog?
- spytaa.
- Porozmawiaj z ojcem.
Niech sprowadzi Pasz do domu.
Po co go tam wysya?
Dla bezpieczestwa?
- Aleksander zadra.
Przez twarz przemkn mu mroczny cie.
Patrzya na niego.
Uwanie go obserwowaa, czekajc, a powie co
wicej, a wszystko jej wyjani.
Lecz wyjanienia nie byo.
Ani wyja nienia, ani nawet sw.
Odchrzkna.
- Tam s obozy dla chopcw.
Dlatego go wysalimy.
Kiwn gow.
- Wiem.
Bardzo wielu leningradczykw wysao tam
swoich synw.
- Mia nieprzeniknion twarz.
- Przecie Niemcy s na Krymie.
Sam towarzysz Mootow tak mwi.
Nie suchae przemwienia?
- Tak, na Krymie, ale nasze europejskie granice
maj dwa tysice kilometrw dugoci, a na
kadym metrze tych granic stoj niemieckie
wojska.
S wszdzie, Taniu, na poudnie od Bugarii i na
pnoc od Polski...
- Urwa.
Tatiana milczaa.
- Najbezpieczniejszym miejscem dla Paszy jest
Leningrad.
Przynajmniej na razie.
- Skd ta pewno?
- spytaa sceptycznie Tania.
I z oywieniem dodaa: - W takim razie dlaczego
w radiu mwi, e Armia Czerwona jest
najpotniejsza w wiecie?
Mamy czogi, mamy samoloty, artyleri i karabiny.
W radiu mwi co innego - zakoczya z nagan w
gosie.
Aleksander pokrci gow.
- Taniu, Taniu, Taniu...
- Co, co, co?
- odpara, a on omal si nie rozemia, chocia
twarz mia bardzo powan.
Niewiele brakowao i ona te by si rozemiaa,
cho wcale nie byo jej do miechu.
- Taniu, ledwie dwadziecia kilometrw za
miastem przebiega granica z Finlandi.
Od wielu lat jest to granica wroga, tak wroga, e
rzuci limy tam niemal wszystkie siy,
zapominajc, e granice poudniowe
s praktycznie nie obstawione.
I wanie w tym tkwi cae niebezpieczestwo.
- Skoro tak, to dlaczego wysyasz Dmitrija na
pnoc?
Przecie, wedug ciebie, nic si tam nie dzieje.
Aleksander dugo milcza.
- Wysyam go na zwiad - odrzek w kocu i Tania
wyczua, e co przed ni ukrywa.
- Chc tylko powiedzie, e wikszo naszych si
obronnych skupilimy na pnocy.
Natomiast na poudniowym i poudniowo-
zachodnim kracu miasta nie ma ani jednej
dywizji, ani jednego puku, ani jednej jednostki.
Rozumiesz?
- Nie - odrzeka zadziornie.
- Porozmawiaj z ojcem o Paszy - powtrzy.
Zamilkli, idc rami w rami cichymi ulicami.
Soce byo zamglone, licie na drzewach
nieruchome i tylko oni, Aleksander i Tania, szli
leniwie w letnim upale.
Przed kadym skrzyowaniem zwalniali kroku,
wbijali wzrok w chodnik albo spogldali na
tabliczk z nazw ulicy.
Tatiana mylaa: Boe, nie pozwl, eby zaraz
odszed.
A on?
O czym myla Aleksander?
- Posuchaj...
- zacz.
- Przepraszam za wczorajsze.
Nic nie mogem na to poradzi.
Twoja siostra i ja...
Nie wiedziaem, e to twoja siostra.
Poznalimy si w "Sadko"...
- Wiem - przerwaa mu Tatiana.
- Oczywicie.
Nie musisz si tumaczy.
- Sam podnis ten temat.
To dobrze.
To tyle znaczy.
- Musz.
Przepraszam, jeli...
jeli ci zdenerwowaem.
- Nie, nie, wszystko w porzdku.
Dasza opowiadaa mi o tobie.
Wy...
- Urwaa.
Chciaa doda, e zupenie jej to nie przeszkadza,
lecz sowa utkwiy w gardle.
- Powiedz, jaki jest ten Dmitj?
Miy?
Kiedy wraca z Karelii?
- Powiedziaa to ot tak, dla efektu?
Chyba nie.
Po prostu chciaa zmieni temat.
- Nie wiem.
Kiedy skoczy inspekcj.
Za kilka dni.
- Zmczyam si.
Moemy wsi do tramwaju?
- Oczywicie - odrzek powoli Aleksander.
- Zaczekajmy na szesnastk.
Odezwa si dopiero, gdy tramwaj ruszy.
- Tatiano, twoja siostra i ja...
To nic powanego.
Powiem jej, e...
- Nie!
- Krzykna tak gono, e dwaj krpi mczyni,
ktrzy siedzieli przed nimi, spojrzeli na ni z
niemym zdziwieniem.
- Nie - po wtrzya nieco ciszej, lecz nie mniej
wojowniczo.
- To niemoliwe.
-Zasonia twarz rkami, po czym szybko je
opucia.
- Dasza jest moj starsz siostr, rozumiesz?
"Byem jedynakiem".
Sowa te wibroway jej w piersiach niczym
dwik skrzypiec.
- Jedyn siostr- dodaa agodniej.
Zawahaa si.
- Dla niej to...
to co bardzo powanego.
Czy musiaa mwi co wicej?
Sdzc po wyrazie jego twarzy, chyba tak.
Mylaa chwil, wreszcie z wdzikiem wzruszya
ramionami.
- Mog mie innych chopcw, ale nigdy nie bd
miaa innej siostry.
A on powiedzia tylko:
- Nie jestem chopcem.
- W takim razie mczyzn - wykrztusia Tania.
Ta rozmowa j przerastaa.
- Skd wiesz, e bd inni?
Tatiana osupiaa, lecz mimo to konsekwentnie
para dalej.
- Bo mczyni stanowi poow ludnoci wiata,
a moja siostra jest tylko jedna.
Poniewa tego nie skomentowa, niepewnie
spytaa:
- Lubisz Dasz, prawda?
- Tak - odrzek cicho - oczywicie.
Ale...
Nie pozwolia mu dokoczy.
- W takim razie zaatwione.
Nie musimy ju o tym rozmawia.
- Po wiedziaa to z cikim sercem i ciko
westchna.
On te westchn, cho nieco ciszej.
- Nie - odrzek.
- Chyba nie.
- No i dobrze.
- Tania spojrzaa w okno.
Ilekro zastanawiaa si nad swoim przyszym,
dorosym yciem, zawsze mylaa o dziadku, o
godnoci, z jak egzystowa w tym szarym
wiecie.
Dziadek mgby by, kim by tylko zechcia, ale
postanowi zosta nauczycielem.
Nie wiedziaa, czy to nauczanie surowych,
logicznych absolutw kazao mu dostrzega w
yciu tylko barwy czarne i biae, czy te kaza mu
je dostrzega jego swoisty charakter, lecz bez
wzgldu na to, jak byo naprawd, Tatiana zawsze
go podziwiaa.
Ilekro pytano j, kim chce zosta, kiedy doronie,
niezmiennie odpowiadaa:
"Chc by taka jak mj dziadek".
Wiedziaa, co zrobiby na jej miejscu.
Na pewno nie zamaby serca rodzonej siostrze.
Tramwaj min plac Powstania i skrci w Grecki.
Aleksander poprosi j, eby wysiada kilka
przystankw wczeniej, koo szpitala na rogu
Drugiej Radzieckiej i Prospektu.
- Widzisz ten wielki budynek z czerwonej cegy?
- spytaa.
- To szpital.
Tam si urodziam.
Aleksander szed obok niej.
- Powiedz, spodoba ci si Dmitrij?
Upyno co najmniej kilkanacie sekund, zanim to
sobie przemylaa.
Jakiej odpowiedzi si spodziewa?
Wypytywa w swoim imieniu czy w imieniu
Dmitrija?
Co mu odpowiedzie?
Gdyby pyta w imieniu Dimy i gdyby powiedziaa
"nie", zraniaby uczucia jego najlepszego
przyjaciela, a tego nie chciaa.
Gdyby pyta w imieniu swoim i gdyby powiedziaa
"tak", zraniaby jego, a tego te nie chciaa.
Co zrobiaby na jej miejscu inna dziewczyna?
Pewnie rozpoczaby jak gr, pewnie
zwodziaby go, kusia i udawaa.
Aleksander nalea do Daszy.
Czy jej modsza siostra winna mu bya szczer
odpowied?
Czy tej odpowiedzi chcia?
Tak, na pewno.
- Nie - odrzeka w kocu.
Jego uczucia przede wszystkim.
Po twarzy Aleksandra poznaa, e wyranie mu
ulyo.
- Ale Dasza mwi, e powinnam da mu szans.
Mylisz, e po winnam?
- Nie - odpar bez namysu.
Przystanli na rogu Drugiej Radzieckiej i
Prospektu Greckiego.
Kil kaset metrw dalej byszczaa w socu kopua
cerkwi.
Tania nie moga znie myli, e Aleksander zaraz
odejdzie.
Przyszed do niej, poprosi o rzecz niemoliw,
ona mu odmwia i baa si teraz, e ju nigdy go
nie zobaczy.
Samego, tak jak teraz.
Nie, nie moga pozwoli mu odej.
Jeszcze nie.
- Aleksandrze - spytaa cicho, patrzc mu prosto w
twarz.
- Czy twoi...
rodzice wci mieszkaj w Krasnodarze?
- Nie - odrzek.
- Ju nie.
Nie odwrcia gowy.
Spojrza jej w oczy.
- Taniu, jest tyle rzeczy, ktrych nie mog ci
wyjani, cho bardzo chc.
- To wyjanij - odrzeka cicho, wstrzymujc
oddech.
- Pamitaj jedno: to, co dzieje si w tej chwili w
Armii Czerwonej,
brak przygotowania i kompletna dezorganizacja,
mona zrozumie tylko z perspektywy wydarze
ostatnich czterech lat.
Czy to dla ciebie jasne?
Tatiana znieruchomiaa.
- Nie, wcale.
Co to ma wsplnego z twoimi rodzicami?
Aleksander podszed p kroku bliej, osaniajc
j przed promieniami zachodzcego soca.
- Moi rodzice nie yj.
Matka zgina w trzydziestym szstym, ojciec w
trzydziestym sidmym.
Zostali zastrzeleni - szepn.
- Przez NKWD, przez funkcjonariuszy naszej
pseudo-tajnej policji.
Musz ju i.
Musiaa mie zaszokowan min, bo z pospnym
umiechem poklepa j po ramieniu i powiedzia:
- Nie martw si.
Czasami bywa tak, e nadzieje si nie speniaj.
Bez wzgldu na to, co planujemy i jak bardzo
sobie tego yczymy.
Prawda?
- Tak - odrzeka, spuszczajc oczy.
Nie wiedzie czemu, czua, e Aleksander mwi
nie tylko o swoich rodzicach.
- Chcesz...
- Musz i.
Do zobaczenia.
Chciaa spyta, kiedy, lecz powiedziaa tylko:
- Do zobaczenia.
Nie miaa ochoty wraca do domu, do kuchni, do
pokoju, do mieszkania.
Chciaa znowu jecha tramwajem, znowu by na
przystanku, na wet w sklepie, na ulicy,
gdziekolwiek, byle tylko nie siedzie w domu bez
niego.
Wesza do kamienicy, otpiaa stana za drzwiami
i bezwiednie kre lc palcami semk, zebraa siy
na dalsz drog.
Na szczyt schodw i dalej.
Znacznie dalej.
Z cikim sercem wesza na pierwszy stopie.
Rodzice i dziadkowie rozmawiali o wojnie.
Nie byo urodzinowej kolacji, byo za to duo
wdki.
I gonych ktni.
Co z Leningradem?
Gdy wesza do pokoju, ojciec i dziadek sprzeczali
si na temat zamiarw Hitlera jakby osobicie go
znali.
Mama chciaa wiedzie tylko jedno: dla czego
towarzysz Stalin nie przemwi do narodu.
Natomiast Dasza za stanawiaa si, czy warto
dalej pracowa.
- A niby co miaaby robi?
- warkn tata.
- Spjrz na Tanie.
Ma zaledwie siedemnacie lat i nie pyta, czy warto
dalej pracowa.
Wszyscy, cznie z Dasza, spojrzeli pospnie na
Tatian.
Tania postawia torebk.
- Ju skoczyam siedemnacie, tato.
Dzisiaj.
- No wanie!
- wykrzykn ojciec.
- Co za zwariowany dzie.
Wypijmy za zdrowie Paszy.
I Tani - doda po chwili.
Paszy wrd nich nie byo i pokj jakby si
skurczy.
Tatiana staa przy drzwiach, zastanawiajc si, czy
to odpowiednia
chwila, eby porozmawia o bracie i o
Tomaczewie.
Nikt nie zauway,
e podpiera cian, z wyjtkiem Daszy, ktra
zerkna na ni z sofy
i spytaa:
- Zjesz krupniku?
Jest na pycie.
Tania uznaa, e to dobry pomys.
Posza do kuchni, nalaa sobie dwie warzchwie
zupy z kawakami kurczaka i marchewk,
przysiada na parapecie i wyjrzaa na podwrze.
Krupnik styg.
Nie miaa ochoty na nic gorcego.
W rodku pona.
Gdy wrcia do pokoju, matka pocieszaa ojca.
- Wojna si szybko skoczy.
Do zimy bdzie po wszystkim.
Tata w milczeniu pociera mankiety koszuli.
- Napoleon te napad na Zwizek Radziecki w
czerwcu.
- Napoleon?
- zapiszczaa mama.
- Gieorgiju Wasiljewiczu, a co ma z tym
wsplnego Napoleon?
Prosz.
Bagam.
Tania otworzya usta, eby powiedzie co o
Tomaczewie, lecz w tym samym momencie zdaa
sobie spraw, e nie tylko nie jest pewna
wiadomoci, ktr zamierzaa przekaza swojej
dojrzaej, wszechwiedzcej i nieznonej rodzinie,
ale e z pewnoci bdzie musiaa im wyjani,
skd zna plany Niemcw.
Z pewnoci?
Z pewnoci.
Szybko zamkna usta.
Tata siedzia obok mamy, spogldajc na pusty
kieliszek.
- Wypijmy jeszcze po jednym - wymrucza
pospnie.
- Za Pasz.
- Jedmy do ugi!
- wykrzykna mama.
- Na dacz, aby dalej od miasta!
Tania wzia gboki oddech.
Czy moga przepuci tak okazj?
- Moe - wybekotaa niemiao, podziwiajc
wasn bezczelno - moe zaprosimy i Pasz?
Tata, mama, Dasza, dziadek i babcia popatrzyli na
ni skonsternowani, jakby, po pierwsze, zdumiao
ich to, e Tania umie mwi, i, po drugie, jakby
mieli wyrzuty sumienia, e rozmawiaj o
dorosych sprawach w obecnoci dziecka.
Mama wybuchna paczem.
- Tak, sprowadmy Pasz.
Boe, przecie on ma dzisiaj urodziny, a siedzi tam
sam jak palec.
Ja te mam dzisiaj urodziny, pomylaa Tatiana.
Postanowia wzi kpiel.
- Gdzie idziesz?
- spyta tata.
- Do wody.
- Do wody?
warkna mama.
Jak idziesz zmywa, to zabierz talerze.
- Nie id zmywa.
Id si wykpa.
- Tania zebraa talerze i zaniosa je do kuchni.
Dasza wysza.
Tatiana nie wiedziaa dokd.
Podejrzewaa, e na spotkanie z Aleksandrem.
Nigdy sobie nie wspczua i nie zamierzaa
wspczu sobie teraz.
Byo jej tylko przykro, e dziwny splot wydarze
odmieni jej serce i e uczucie, ktre si w nim
zalgo, musiao zosta zduszone przez absurdalny
wybryk losu.
Ale litowa si nad sob?
Wpuci do serca tego zoliwego diaba?
Przenigdy.
Zmusia si do przeczytania kilku opowiada
Czechowa, ktrych apatyczno zawsze j
uspokajaa.
Przy sidmym opowiadaniu, tym o dziewczynie
siedzcej na awce ze starszym panem, zawsze
usypiaa.
Czytajc, syszaa, jak tata i dziadek sprzeczaj si
o wojn.
Wedug dziadka, wielu ludzi uwaao, e tak,
wojna to straszna rzecz, prawdziwa tragedia, lecz
wojna moe te ich wyzwoli.
Ten nowy koszmar moe im przynie co
dobrego.
Moe uwolni Rosj z bolszewickiego jarzma i
da narodowi szans na nowe, normalne, ludzkie
ycie.
- Nic nas nie uwolni od bolszewickiego jarzma -
wybekota tata, wyranie podpity.
Ojciec zawsze by pesymist, a wdka tylko ten
pesymizm pogbiaa.
Co musiao da im szans na lepsze ycie.
Tylko co?
Tego Tania nie wiedziaa.
Wkrtce potem usna.
Za kwadrans druga obudzi j odgos, ktrego
nigdy dotd nie syszaa: mroczn noc rozdzierao
przeraliwe wycie syren.
Przeraona, gono krzykna, a wwczas podszed
do niej ojciec i powiedzia, e to nic, e to tylko
alarm przeciwlotniczy.
Spytaa, czy musi wsta.
Czyby bombardowali ich Niemcy?
Ju?
- pij, Tanieczko, pij - odrzek tata, lecz jak
moga spa, gdy za oknem zawodziy syreny, a
Daszy nie byo w domu?
Kilka minut pniej wycie ucicho, lecz Dasza
wci nie wracaa.
Na porannym zebraniu u Kirowa zawiadomiono
ich, e w zwizku z wysikiem wojennym, ktry
podejmowaa caa ojczyzna, dzie pracy zosta
przeduony do sidmej wieczorem.
Tak, a do odwoania.
Czyli do koca wojny, domylia si Tatiana.
Krasienko poinformowa robotnikw, e sekretarz
moskiewskiego komitetu partii postanowi
przyspieszy produkcj czogw KW-60,
niezbdnych do obrony Leningradu.
Powiedzia, e onierze bd broni miasta
czogami, armatami i amunicj wyprodukowan u
Kirowa.
e towarzysz Stalin nie przerzuci wojsk z frontu
poudniowego, by wzmocni te, ktre stacjonuj na
pomocy.
Dlatego musi im wystarczy to, co wyprodukuj tu,
na miejscu.
Po tej masowce do wojska wstpio na ochotnika
tyle osb, e Tania mylaa, i zamkn fabryk.
Niestety, nie zamknli.
Ona i jej koleanka, znuona kobieta w rednim
wieku imieniem Zina, wrciy na lini montaow.
Po poudniu zepsu si pistolet do gwodzi i dali
jej motek.
Do sidmej rozbolay j plecy i rka.
Szy wzdu muru Kirowskiego, lecz zanim dotary
do przystanku, Tania dostrzega ciemnowos
gow Aleksandra grujc nad tumem
przechodniw.
- Musz i.
- Natychmiast zabrako jej tchu.
Przyspieszya kroku.
- Do jutra.
Zina wymamrotaa co w odpowiedzi.
- Cze - powiedziaa Tania spokojnie, cho serce
walio jej jak motem.
- Co tu robisz?
- Bya zbyt zmczona, eby udawa.
Posaa mu umiech.
- Cze.
Przyszedem, eby odprowadzi ci do domu.
Jak tam urodziny?
Dobrze si bawia?
Rozmawiaa z rodzicami?
- Nie.
- le si bawia czy nie rozmawiaa?
- Nie, nie rozmawiaam - odrzeka, unikajc tematu
urodzin.
- Moe Dasza z nimi porozmawia?
Jest odwaniejsza ode mnie.
- Naprawd?
- Tak, o wiele.
Ja zawsze tchrz.
- Prbowaem zagadn j o Pasz, ale interesuje
j to jeszcze mniej ni ciebie.
- Wzruszy ramionami.
- Trudno, nie moja sprawa.
Chciaem pomc.
Spojrza na czekajcy tum.
Nie wciniemy si.
Chcesz si przej?
- Ale tylko do najbliszego tramwaju.
Ledwo yj, lec z ng.
- Po prawia kucyk.
- Dugo czekasz?
- Dwie godziny - odpar i nagle poczua si mniej
zmczona.
Popatrzya na niego ze zdumieniem.
- Dwie godziny?
- Chciaa spyta: czekasz dwie godziny na mnie?
Ale oczywicie nie spytaa.
- Od dzisiaj pracujemy do sidmej.
Przykro mi, e musiae tak dugo tu sta - dodaa
cichutko.
Przeszli na drug stron ulicy i ruszyli w kierunku
Goworowa.
- Po co to nosisz?
- spytaa, wskazujc karabin.
- Jeste na subie?
- Nie, zaczynam dopiero o dziesitej, ale
otrzymalimy rozkaz chodzenia z broni.
- Ju tu s?
rzucia z udawan wesooci Tania.
- Nie, chyba jeszcze nie, prawda?
- Nie, jeszcze nie.
- Ciki ten karabin?
- Nie.
- Spojrza na ni z umiechem.
- Chciaaby go ponie?
- Tak.
Zobaczmy.
Nigdy w yciu nie trzymaam karabinu...
- By tak ciki, e z trudem uniosa go oburcz.
- Masz - powiedziaa kilka krokw dalej.
- Nie wiem, jak ty to robisz.
Dwigasz bro, te wszystkie rzeczy...
- Nie tylko j dwigam, ale i strzelam.
Biegam, padam na ziemi, zrywam si, biegn
dalej, a na plecach mam ciki chlebak.
- Nie wiem, jak wy to robicie.
- Chciaaby by tak silna jak on.
Pasza nie miaby z ni szans.
Nadjecha zatoczony tramwaj.
Wsiedli.
Tatiana ustpia miejsca jakiej staruszce,
Aleksander w ogle nie zamierza
siada.
Jedn rk przytrzymywa si skrzanego uchwytu
pod sufitem, drug ciska pasek karabinu.
Tania chwycia si na wp przerdzewiaej
porczy- Ilekro tramwaj hamowa czy
gwatownie rusza, wpadaa na Aleksandra i za
kadym razem go przepraszaa.
Pier mia tward jak mur Kirowski.
Chciaaby usi z nim gdzie na uboczu i wypyta
go o rodzicw;
w tramwaju rozmawia nie mogli.
Nie wiedziaa tylko, czy warto, czy jeszcze
bardziej si do niego nie zbliy, podczas gdy teraz
nie pozostawao jej nic innego, jak tylko o nim
zapomnie.
W milczeniu dojechali do Prospektu
Wozniesieskiego, tam zapali dwjk i wysiedli
przed muzeum.
- Musz i - powiedziaa niechtnie.
Nagle spyta:
- Usidziemy na chwil?
Przy Woskiej s awki, odpoczniemy.
Chcesz?
- Dobrze.
- Drobia obok niego, pilnujc si, eby nie
podskakiwa jak maa dziewczynka.
Gdy usiedli, wyczua, e co ley mu na sercu, e
chce jej co powiedzie, lecz nie moe.
Oby tylko nie zacz mwi o Daszy, pomylaa.
Przecie mamy to ju za sob, prawda?
Nie, ona niezupenie, ale on jest starszy.
On powinien si z tym pogodzi.
- Co to za budynek?
- spytaa.
- Ten po drugiej stronie ulicy,
- Europejski.
Europejski i Astoria to najlepsze hotele w miecie.
- Wyglda jak paac.
Kto tam mieszka?
- Tylko obcokrajowcy.
- Kilka lat temu tata by w Polsce i mwi, e w
jego warszawskim hotelu mieszkali gocie z
Krakowa.
Polacy!
Wyobraasz sobie?
Dugo mu nie wierzylimy.
Jak to moliwe, eby w warszawskim hotelu
mieszkali Polacy?
- Zachichotaa.
- To tak, jakbym ja wynaja pokj w
Europejskim.
Aleksander spojrza na ni z rozbawieniem i
zdziwieniem.
- S na wiecie takie miejsca, gdzie ludzie mog
podrowa dokd tylko zechc, po caym kraju.
Tania machna rk.
- Pewnie tak, na przykad Polska.
- Przekna lin i odchrzkna.
- Przykro mi z powodu twoich rodzicw.
- agodnie dotkna jego ramienia.
- Powiedz, jak to si stao.
Prosz.
Aleksander wstrzyma oddech i z wyran ulg
wypuci powietrze.
- Twj ojciec ma racj - odrzek.
- Nie jestem z Krasnodaru.
- Nie?
A skd?
- Syszaa moe o Barrington?
- Nie.
To jakie miasto?
- Tak, w Massachusetts.
W Massachusetts?
Chyba si przesyszaa.
- Massachusetts?
- wyszeptaa z oczami jak spodki.
- W Ameryce?
- Tak, w Ameryce.
- Pochodzisz z Massachusetts w Ameryce?
- powtrzya.
- Tak.
Tania oniemiaa.
Dosownie nie moga mwi.
Syszaa tylko oguszajcy i elektryzujcy omot
wasnego serca.
Gdyby nie zacisna zbw, na pewno
rozdziawiaby usta.
- Nabierasz mnie - wykrztusia w kocu.
- Nie jestem a taka naiwna.
Aleksander pokrci gow.
- Nie, nie nabieram ci.
- Wiesz, dlaczego ci nie wierz?
- Wiem.
Mylisz pewnie, kto by chcia tu przyjeda?
- Wanie.
- ycie w komunie byo dla nas wielkim
rozczarowaniem.
Przyjechalimy tu peni nadziei, w kadym razie
ojciec, i nagle okazao si, e nie ma prysznicw.
- Czego?
- Niewane.
A gorca woda?
Mieszkalimy w hotelu, ale nawet tam nie
moglimy si wykpa.
Macie gorc wod?
- Oczywicie, e nie.
Gotujemy wod na pycie i w wannie dodajemy
zimnej.
A co sobot chodzimy do publicznej ani.
Jak wszyscy w Leningradzie.
Kiwn gow.
- W Leningradzie, w Moskwie, w Kijowie, w
caym Zwizku Radzieckim.
- I tak mamy szczcie.
W duych miastach jest bieca woda, a na
prowincji nie maj nawet tego.
Dziadek mi mwi.
- To prawda.
Ale nawet w Moskwie spuczki w ubikacjach
dziaaj tylko sporadycznie.
I ten fetor...
Moi rodzice i ja jako si przystosowalimy.
Gotowalimy na drewnie i udawalimy, e
jestemy Ingallsami.
- Kim?
- Rodzin Ingallsw.
Byli traperami, yli na Dzikim Zachodzie na
pocztku dziewitnastego wieku.
Tymczasem nam przyszo y w socjalistycznej
utopii.
Kiedy chciaem dogry ojcu i powiedziaem:
"Masz racj, tato, tu jest o niebo lepiej ni w
Massachusetts".
"Socjalizmu nie da si zbudowa bez walki",
odrzek.
Przez jaki czas chyba w to wierzy.
- Kiedy tu przyjechalicie?
- W tysic dziewiset trzydziestym, zaraz po
krachu giedowym w dwudziestym dziewitym.
- Nie rozumiaa, o czym mwi, wic tylko
westchn.
- Mniejsza o to.
Miaem jedenacie lat.
I nie chciaem wyjeda z Barrington.
- Boe - szepna.
- Gotowalimy na naftowym prymusie,
mieszkalimy po ciemku, wdychalimy te
wszystkie zapachy.
Przygnbiao nas to, dobijao.
Mama zacza pi.
Czemu nie?
Przecie wszyscy pili.
- Tak - powiedziaa Tatiana.
Jej ojciec te pi.
- A kiedy si upia, sza do ubikacji, ale ubikacja
bya zawsze zajta przez obcokrajowcw, ktrzy
mieszkali z nami w tym moskiewskim paacu...
Nie, nie, nie w takim jak ten.
- Wskaza Hotel Europejski.
- Wic jeli ubikacja bya zajta, mama sza do
publicznej toalety w parku.
Musiaa jej wystarczy zwyka dziura w ziemi.
- By ciepy leningradzki wieczr, mimo to
Aleksander zadra, a Tania zadraa wraz z nim.
Delikatnie dotkna jego ramienia, a poniewa nie
zareagowa, poniewa zasaniay ich drzewa i
poniewa w pobliu nie byo ywej duszy,
przycisna palce troch mocniej i ju ich nie
zabraa.
- W sobot - kontynuowa - ojciec i ja, tak samo
jak ty, twoja mama i siostra, szlimy do publicznej
ani i czekalimy dwie godziny w kolejce, eby
si wykpa.
Mama chodzia w pitki.
Pewnie aowaa, e nie urodzia crki, bo gdyby
urodzia crk, czuaby si mniej samotna i nie
cierpiaaby tak z mojego powodu.
- A cierpiaa?
- Bardzo.
Pocztkowo jako si trzymaem, ale w miar
upywu lat zaczem ich obwinia za swj los.
Mieszkalimy wtedy w Moskwie.
Byo nas siedemdziesiciu.
Siedemdziesiciu idealistw z dziemi, ktrzy yli
jak wy, dzielc trzy mae kuchnie i trzy toalety w
dugim korytarzu.
- Hmm...
- Tobie si takie ycie podoba?
Tatiana mylaa chwil.
- Na naszym pitrze mieszka dwadziecia pi
osb, ale c mog powiedzie?
Wol nasz dacz.
- Zerkna na niego ktem oka.
- wie e pomidory, czyste, pachnce powietrze o
poranku...
- Wanie!
- wykrzykn, jakby sowo "czyste" byo tajemnym
za klciem.
- Poza tym - dodaa - nie lubi, jak wszyscy siedz
mi na gowie.
Chciaabym mie troch...
- Urwaa, szukajc odpowiedniego okrelenia.
Aleksander wyprostowa nogi i spojrza jej w
oczy.
- Wiesz, o co mi chodzi?
- spytaa niemiao.
- Tak, Taniu, wiem.
- Wic co?
Powinnimy si cieszy, e Niemcy nas
zaatakowali?
- To tak, jak zamieni diaba na szatana.
Tatiana pokrcia gow.
- Lepiej nie mw tego przy ludziach.
Jak kto ci usyszy...
- Zwyciya w niej dziewczca ciekawo.
- Ktry z nich to diabe?
- Stalin.
Jest troch zdrowszy psychicznie.
- Ty i mj dziadek...
- wymruczaa w zadumie.
- Co?
- spyta z umiechem.
- Czyby dziadek si ze mn zgadza?
Ona te si umiechna.
- Nie, to ty zgadzasz si z moim dziadkiem.
- Taniu, przesta si oszukiwa.
Niektrzy, zwaszcza Ukraicy, mog uwaa
Hitlera za zbawc narodu, ale sama si
przekonasz, jak szybko wyzbd si zudze.
Hitler zniszczy je tak samo, jak zniszczy iluzje
Austriakw, Czechw, Sowakw i Polakw.
Tak czy inaczej, czuj, e bez wzgldu na to, jak ta
wojna si skoczy i jaki bdzie miaa wpyw na
reszt wiata, tutaj, w Zwizku Radzieckim, nie
zmieni si absolutnie nic.
- Zamilk, jakby szuka odpowiednich sw.
- Czy twoja rodzina ci...
chronia?
- spyta z trosk.
- Przed tym, co tu si dziao?
Zacisna rk na jego ramieniu.
- Nie mielimy z tym do czynienia - odrzeka.
- W kadym razie nie bezporednio.
Nie chciaa o tym rozmawia.
Troch si baa.
- Kiedy syszaam, e aresztowano znajomego
taty, kogo z zakadw
wodocigowych.
Kilka lat temu mieszka z nami ojciec z crk.
Nagle zniknli, a do ich mieszkania wprowadzili
si Sarkowowie.
- Pogrya si w zadumie.
Tata twierdzi, e krpi, zjadliwi Sarkowowie s
informatorami NKWD.
- Chyba tak, chyba chcieli mi tego oszczdzi.
- Mnie nikt nie oszczdza.
Aleksander wyj papierosy i zapalniczk.
- Wprost przeciwnie.
Dlatego nie mog przesta myle o moich
rodzicach, ktrzy przyjechali tu peni nadziei, by
da si zmiady przekonaniom, ktrym byli
wierni niemal od urodzenia.
- Pstrykn za palniczk.
- Mog zapali?
- Tak, oczywicie.
- Patrzya na niego.
Lubia jego twarz.
- A tam?
- spytaa.
- Jak wam si yo?
Chyba nie za dobrze, skoro twj ojciec, rodowity
Amerykanin, porzuci ojczyzn i przyjecha tutaj.
Aleksander dugo milcza; wypali prawie caego
papierosa.
- Opowiem ci jak.
Komunizm w Ameryce lat dwudziestych -
nazywano ten okres Czerwon Dekad - by
bardzo modny, zwaszcza wrd bogaczy.
Kiedy skoczy dziesi lat, ojciec, Harold
Barrington, zada, by jego syn wstpi do
organizacji modziey komunistycznej, do Modych
Pionierw Ameryki.
Organizacja bya bardzo nieliczna i wedug
Harolda - potrzebowaa wieej krwi.
Aleksander odmwi - nalea ju do skautw.
Barrington byo maym miasteczkiem we
wschodnim Massachusetts, nazwanym tak od
Barringtonw, ktrzy mieszkali tam od czasw
Benjamma Franklina.
Przodkowie Aleksandra walczyli z Anglikami w
wojnie o niepodlego.
W dziewitnastym wieku podarowali miastu
czterech burmistrzw, a ojczynie trzech onierzy,
ktrzy walczyli i zginli w wojnie Pnocy z
Poudniem.
Ojciec Aleksandra te pragn pozostawi po
sobie jaki lad.
Chcia y po swojemu.
Jego ona przyjechaa z Woch na przeomie
wiekw, eby pokocha Ameryk, i kiedy jako
dziewitnastolatka wysza za Harolda, pokochaa
j caym sercem.
Ona te chciaa y po swojemu i eby to zrobi,
zostawia we Woszech ca rodzin.
Jane i Harold byli pocztkowo radykaami, potem
socjaldemokratami, wreszcie zostali komunistami.
yli w kraju, ktry im na to pozwala, wic
pokochali komunizm jak nic innego na wiecie.
Nowoczesna i po stpowa Jane Barrington nie
chciaa mie dzieci, a Margaret Sanger,
propagatorka Planowanego Rodzicielstwa, tylko j
w tej decyzji utwierdzia.
Po jedenastu latach takiego radykalizmu Jane
zmienia zdanie i postanowia zaj w ci.
Prbowaa pi lat i wreszcie, po licznych
poronieniach, na wiat przyszo ich jedyne
dziecko: Aleksander.
By rok tysic dziewiset dziewitnasty.
Jane miaa trzydzieci pi lat, Harold trzydzieci
siedem.
Aleksander y i oddycha komunistyczn doktryn,
odkd tylko za cz rozumie po angielsku.
W wygodnym amerykaskim domu, pod
wenianymi kocami przed poncym kominkiem,
wymawia sowa takie jak "proletariat",
"rwno", "manifest" i "leninizm", zanim poj,
co oznaczaj.
Kiedy skoczy jedenacie lat, rodzice postanowili
wprowadzi te sowa w czyn.
Harolda cigle zatrzymywano i aresztowano za
uczestnictwo w agresywnych demonstracjach na
ulicach Bostonu, wic w kocu poszed do
Amerykaskiego Zwizku Swobd Obywatelskich
i poprosi o pomoc przy uzyskaniu dobrowolnego
azylu politycznego w Zwizku Socjalistycznych
Republik Radzieckich.
eby ten azyl uzyska, gotw by zrzec si
amerykaskiego obywatelstwa i przeprowadzi si
tam, gdzie nareszcie yby w penej jednoci z
ludem pracujcym miast i wsi, gdzie nie istniay
podziay klasowe, bezrobocie, uprzedzenia
rasowe, gdzie nie byo adnej religii.
Zakaz wyznawania religii troch Barringtonw
niepokoi, lecz poniewa zawsze uwaali si za
postpowych intelektualistw, doszli do wniosku,
e podczas tego wielkiego komunistycznego
eksperymentu obejd si bez Boga.
Zwrcili paszporty i kiedy przyjechali do
Moskwy, przyjmowano ich
i karmiono jak par krlewsk.
Zdawao si, e tylko jeden Aleksander czuje
smrd w ubikacji, zauwaa brak myda i widzi
natrtnych oberwacw w szmacianych apciach,
ktrzy zbierali si przed oknami restauracji,
czekajc, a kelnerzy wynios do kuchni brudne
talerze, by zliza z nich resztki jedzenia.
Wrzaskliwe, pijackie gosy w piwiarniach, do
ktrych zabiera go Harold, tak bardzo chopca
przygnbiay, e przesta tam chodzi, chocia
pragn by z ojcem.
W hotelu, gdzie zostali zakwaterowani wraz z
emigrantami z Anglii, Woch i Belgii, chuchano na
nich i dmuchano.
Wkrtce odebrali nowe radzieckie paszporty i tym
samym ostatecznie zerwali z ojczyzn.
Jako niepenoletni, Aleksander mia otrzyma pasz
port dopiero w wieku szesnastu lat i musia si
zarejestrowa w wojskowej komisji rekrutacyjnej.
Poszed do szkoy, nauczy si rosyjskiego, zdoby
wielu przyjaci.
Powoli przystosowywa si do nowego ycia, gdy
nagle, w tysic dziewiset trzydziestym pitym,
powiedziano im, e musz poszuka sobie nowego
mieszkania i pracy, gdy rzd radziecki nie moe
ich duej utrzymywa.
Niestety, w Moskwie mieszka nie byo.
Ani mieszka, ani wolnych kwater w mieszkaniach
komunalnych.
Przeprowadzili si wic do Leningradu i po wielu
tygodniach chodzenia po rnych komitetach
znaleli dwa pokoje w zrujnowanym domu na
poudniowym brzegu Newy.
Harold zacz pracowa w fabryce, Jane pia
coraz wicej.
Alek sander milcza i duo si uczy.
Wszystko skoczyo si w maju trzydziestego
pitego.
Mia wtedy szesnacie lat.
Barringtonw aresztowano w najmniej
oczekiwany, cho najbardziej
rozpowszechniony sposb.
Pewnego dnia Jane posza na rynek i ju nie
wrcia.
Harold chcia zawiadomi syna, ale trzy dni
wczeniej bardzo si pokcili i od tamtego czasu
Aleksander nie nocowa w domu.
O trzeciej nad ranem, cztery dni po znikniciu
Jane, kto cicho zapuka do ich drzwi.
Harold tego nie wiedzia, lecz byli to
przedstawiciele Ludowego Komisariatu Spraw
Wewntrznych, ktrzy przyszli po Aleksandra.
W Wielkim Domu przesuchiwa j ledczy
nazwiskiem Leonid Sonko.
- Mwicie zabawne rzeczy, towarzyszko
Barrington.
Ciekawe, skd wiedziaem, e je powiecie?
- Widzicie mnie pierwszy raz.
- Widziaem tysice takich jak wy.
Tysice, akurat.
Czy naprawd, przyjedaj tu tysice
Amerykanw?
- Tysice - potwierdzi Sonko.
- Wszyscy przyjedaj.
eby budowa Zwizek Radziecki, eby y w
wiecie wolnym od kapitalizmu.
Komunizm wymaga ofiar, towarzyszko.
Musicie wyzby si buruazyjnej estetyki i
spojrze na nas oczyma wieo zreformowanej
radzieckiej kobiety, a nie oczyma Amerykanki.
- Wyzbyam si buruazyjnej estetyki - odrzeka
Jane.
- Zostawiam dom, prac, przyjaci, wyrzekam
si dotychczasowego ycia.
Przyjechaam tu i zaczam nowe, poniewa w nie
wierzyam, a wycie mnie zawiedli.
- Doprawdy?
Karmic was?
Ubierajc?
Dajc wam prac?
I mieszkanie?
- W takim razie dlaczego mnie aresztowano?
- Poniewa to wycie nas zawiedli - odpar
Sonko.
- Prbujemy od rodzi ludzk ras dla dobra
oglnowiatowej cywilizacji, zmie z po
wierzchni ziemi bied, i nieszczcia, dlatego nie
moemy tolerowa waszego rozgoryczenia.
- Po chwili milczenia podj: - Pozwlcie, e was
o co spytam, towarzyszko Barrington.
Par tygodni temu pojechalicie do ambasady
amerykaskiej w Moskwie, wyraajc w ten
sposb jawn pogard dla naszego kraju.
Ot pytam was: czy zapomnielicie moe, e
bdc czonkini Amerykaskiego Frontu
Powszechnego, zachcajc do obalenia demokracji
i zrzekajc si amerykaskiego obywatelstwa,
przestalicie by lojaln obywatelk Stanw
Zjednoczonych?
Ju ni nie jestecie.
yjecie, umarlicie, co to za rnica, ich to nie
obchodzi.
- Sonko wybuchn miechem.
- Ale z was gupcy.
Przyjedacie tu, obrzucacie botem swj rzd,
swoje zwyczaje i styl ycia, ktry tak bardzo was
mierzi.
Mimo to, gdy tylko zaczynaj si kopoty, do kogo
biegniecie?
- Trzasn pici w st.
- Moecie by pewni, e amerykaski rzd ma was
gdzie.
Zapomnieli ju, kim bylicie.
Wasze akta, akta waszego ma i syna, zostay
zapiecztowane przez urzdnikw Departamentu
Stanu i ukryte w sejfie.
Teraz naleycie do nas.
Sionko nie kama.
Dwa tygodnie przed aresztowaniem Jane bya w
amerykaskiej ambasadzie w Moskwie.
Pojechaa pocigiem, z Aleksandrem.
Musieli j ledzi.
W ambasadzie przyjto j bardzo chodno.
Nie, Amerykanie nie zamierzali pomaga ani jej,
ani jej synowi.
- ledzono mnie?
- spytaa.
- A jak mylicie?
Wasze wiernopoddacze deklaracje byy guzik
warte. Dobrze, e was ledzilimy.
Dobrze, e wam nie ufalimy.
I teraz, zgodnie z artykuem pidziesitym smym
radzieckiej konstytucji, zostaniecie oskareni o
zdrad stanu.
Wiecie o tym, prawda?
Wiecie, co was czeka.
- Tak - odrzeka.
- Chciaabym tylko, ebycie zaatwili to jak
najszybciej.
- A po co?
- spyta ze miechem Sonko.
By rosym, okazaym, star szym ju mczyzn,
mimo to robi wraenie silnego i biegego w
swoim fachu.
- Sami rozumiecie, co myli o was radziecki rzd.
Zerwalicie z ojczyzn, a potem oplulicie kraj,
ktry zatroszczy si o was i o wasz rodzin.
Wam, Barringtonom z Massachusetts, yo si w
Ameryce bardzo dobrze, dopki nie zapragnlicie
zmiany.
Przyjechalicie do nas.
My na to: wietnie, zapraszamy.
Bylimy przekonani, e wszyscy jestecie
szpiegami.
Obserwowalimy was, ale z ostronoci, nie z
zemsty.
Obserwowalimy was, a potem chcielimy,
ebycie stanli na wasnych nogach.
Obiecalimy si wami zaj, lecz dalimy w
zamian dozgonnej wiernoci.
Oczekuje tego sam towarzysz Stalin.
Nie, towarzysz Stalin si tego domaga.
Pojechalicie do ambasady, poniewa zmienilicie
o nas zdanie, tak samo jak zmienilicie zdanie na
temat Ameryki.
Oni powiedzieli: przykro nam, ale was nie znamy.
My mwimy: przykro nam, ale ju was nie po
trzebujemy.
Wic c wam pozostao?
Dokd moecie pj?
Oni was nie przyjm, my was nie chcemy.
Udowodnilicie, e nie mona wam ufa.
I co teraz?
- mier - odrzeka Jane.
- Ale bagam was, oszczdcie mojego syna.
- Spucia gow.
- By wtedy maym dzieckiem.
Nie zrzek si amerykaskiego obywatelstwa.
- Zrzek si go, rejestrujc si w wojskowej
komisji rekrutacyjnej i zostajc obywatelem
Zwizku Radzieckiego.
- Departament Stanu nic na niego nie ma.
Mj syn nie wstpi do amerykaskich
komunistw, nie ma z tym nic wsplnego.
Bagam was...
- Ale towarzyszko przerwa jej Sionko wasz syn
jest najbardziej niebezpieczny z caej waszej
trjki.
Po aresztowaniu widziaa ma tylko raz.
Potem stana przed radzieckim trybunaem,
ktremu przewodniczy Sonko.
Po szybkim procesie naoono jej opask na oczy,
ustawiono pod cian i rozstrzelano.
Do chwili aresztowania znacznie bardziej
przygnbiay go rozwiane zudzenia ni niepokj o
syna.
W wizieniu siedzia nieraz, wizienie go nie
przeraao.
Wyrok za przekonania by jak zaszczytny medal i
w Ameryce nosi ten medal z wielk, dum.
Siedziaem w najlepszych wizieniach w
Massachusetts - mawia.
W Nowej Anglii nie ma nikogo, kto w walce o
przekonania znisby wicej ni ja.
Zwizek Radziecki okaza si krajem garkuchni.
Komunizm nie spraw dza si w Rosji dlatego, e
bya to Rosja.
W Ameryce sprawdziby si znakomicie.
Tak, najodpowiedniejszym miejscem dla
komunizmu jest Ameryka, myla.
Dom.
Trzeba ponownie zaszczepi go w domu.
Dom?
Nie mg uwierzy, e wci nazywa ten kraj
domem.
W Zwizku Radzieckim czu si cakiem znonie,
lecz nie by tu u sie bie i radzieccy komunici
dobrze o tym wiedzieli.
Dlatego przestali go chroni, chocia dugo nie
chcia si z tym pogodzi.
Tak, by teraz wrogiem ludu.
Wszystko rozumia.
Szydzi z Ameryki.
Pogardza Ameryk za jej pytko i faszyw
moralno.
Nienawidzi etyki i uwaa, e demokracja jest
wymysem kompletnych idiotw.
Ale teraz, siedzc w betonowej celi w radzieckim
wizieniu, pragn tylko jednego: odesa syna do
Ameryki.
Koniecznie, za wszelk cen.
Zdawa sobie spraw, e Zwizek Radziecki go
nie ocali.
Ocali go moga jedynie Ameryka.
Co ja mu zrobiem?
Jak spucizn mu zostawiem?
Harold nie pamita ju, czym jest komunizm.
Oczyma duszy widzia tylko, jak pewnego
sobotniego popoudnia dwudziestego sidmego
roku stoi na trybunie w Greenwich w stanie
Connecticut i rzucajc w tum inwektywami, czuje
na sobie zadziwiony wzrok syna.
Kim jest chopiec, ktrego nazywam
Aleksandrem?
Jeli ja tego nie wiem, skd ma wiedzie o tym
on?
Znalazem swoj drog, ale jak on znajdzie swoj
w kraju, ktry go nie chce?
Niekoczce si przesuchania, proby, podania,
odmowy i zamt - wszystko to trwao rok, a przez
cay ten czas pragn jedynie zobaczy przed
mierci syna.
W trakcie jednej z rozmw ze ledczym odwoa
si do jego czowieczestwa.
- Czowieczestwo?
- odpar Sonko.
- Nie znam tego sowa.
Czowieczestwo nie ma nic wsplnego z
komunizmem, z budow lepszego porzdku
spoecznego.
Budowa nowego porzdku wymaga dyscypliny,
wytrwaoci i obojtnoci.
- Raczej bezdusznoci - odrzek Harold.
- Syn nie przyjdzie was odwiedzi - powiedzia ze
miechem Sonko.
- Wasz syn nie yje.
Tani brakowao sw.
Siedziaa obok Aleksandra i obiema rkami
gaskaa go po ramieniu.
- Tak mi przykro - szepna.
Rozpaczliwie pragna dotkn jego twarzy, lecz
nie miaa odwagi.
- Syszysz?
Tak mi przykro...
- Wiem, Taniu, wiem.
C...
- Wsta.
- Rodzicw ju nie ma, aleja wci yj.
To ju co.
Ona wsta nie moga.
- Zaczekaj.
Jak zmienie nazwisko?
Co si stao z twoim ojcem?
Ju nigdy potem go nie widziae?
Spojrza na zegarek.
- Ten czas - wymamrota.
- Kiedy jestem z tob, pdzi jak wiatr.
Musz i.
Opowiem ci kiedy indziej.
- Pomg jej wsta.
Serce wezbrao jej radoci.
Kiedy indziej?
A wic jeszcze si spotkaj?
Powoli wyszli z parku.
- Opowiadae o tym Daszy?
- spytaa.
- Nie - odrzek, patrzc prosto przed siebie.
Bez sowa dreptaa obok niego.
- Ciesz si, e mi opowiedziae powiedziaa w
kocu.
- Ja te.
- Obiecujesz, e opowiesz reszt?
- Pewnego dnia zo ci tak obietnic - odrzek z
umiechem.
- Amerykanin - szepna.
- Nie mog w to uwierzy.
Mj pierwszy Amerykanin...
- natychmiast si zaczerwienia.
Nachyli si i delikatnie pocaowa j w policzek.
Mia ciepe wargi i kujcy zarost.
- Uwaaj na siebie, Taniu.
Patrzya za nim z rozpacz i blem w sercu.
A jeli spojrzy przez rami i mnie zobaczy?
Przyszo jej do gowy, e musi wyglda gupio,
stojc tak i gapic si za odchodzcym mczyzn,
lecz zanim zdya cokolwiek zrobi, Aleksander
przystan i odwrci si.
Przyapana na gorcym uczynku, chciaa szybko
odej, lecz nogi miaa jak z waty.
Aleksander zasalutowa.
Piknie.
Gapi si na niego jak sroka w gnat.
Ciekawe, co sobie pomyla?
aowaa, e nie jest bardziej przebiega i
przewrotna, i postanowia si podszkoli.
A potem podniosa rk i te mu zasalutowaa.
Dasza bya na dachu.
Spord mieszkacw kadego budynku
wyznaczono obserwatorw, ktrzy najpierw
posprztali strych, a potem czuwali na zmian na
dachu, wypatrujc niemieckich bombowcw.
Siostra siedziaa na papie, palc papierosa i
rozmawiajc gono z dwoma najmodszymi
Iglenkami, Antonem i Kiryem.
Par krokw dalej stay wiadra z wod i leay
cikie worki z piaskiem.
Tatiana chciaa usi obok siostry, lecz nie
moga.
Dasza wstaa.
- Id.
Dasz sobie rad?
- Tak, oczywicie.
Anton mnie popilnuje.
- Anton by najlepszym przyjacielem Daszy.
Dasza pogaskaa j po gowie.
- Nie sied tu za dugo.
Zmczona?
Wracasz tak pno.
Mwiam, e Kirw jest za daleko.
Dlaczego nie chcesz pracowa u taty?
Byaby w domu w niecay kwadrans.
- Nie martw si, nic mi nie bdzie.
- Tania umiechna na dowd, e mwi prawd.
Kiedy Dasza posza, Anton prbowa j
rozweseli, ale Tatiana nie miaa ochoty z nikim
rozmawia.
Chciaa chwil pomyle.
Pomyle godzin, nawet cay rok.
O czymkolwiek, byle tylko nie o tym, co czua.
W kocu ulega i zagrali w geograficzn
okrcank.
Zasonia sobie oczy, a on, Anton, chudy
blondynek, okrca j dookoa, gwatownie za
trzymywa i pyta, gdzie ley Finlandia.
Krasnodar.
Ural.
Ameryka.
Potem ona okrcaa jego.
Gdy zabrako geograficznych nazw, podliczyli
poprawne odpowiedzi.
Jako zwycizczyni, Tania musiaa kilka razy
podskoczy.
Ale nie podskoczya.
Usiada ciko na dachu.
Moga myle tylko o Aleksandrze i o Ameryce.
- Nie bd taka ponura - powiedzia Anton.
- To takie podniecajce.
- Tak?
- spytaa.
- No jasne.
Za dwa lata bd mg wstpi do wojska.
Piefka ju wyjecha.
Wczoraj.
- Dokd?
- Jak to dokd?
Na front!
- odrzek ze miechem Anton.
- Moe nie zauwaya, ale jest wojna.
- Zauwayam.
- Tania lekko zadraa.
- Woodia pisa?
- Woodia by z Pasz w Tomaczewie.
- Nie.
Chciabym wstpi do wojska.
Kiry te.
Nie moe si ju do czeka, kiedy skoczy
siedemnacie lat.
Mwi, e siedemnastolatka wezm.
- Tak, na pewno - odrzeka wstajc.
- Ciebie te kto wemie, Taniu?
- spyta z umiechem Anton.
- Nie sdz.
Id.
Powiedz mamie, e mam dla niej czekolad.
Niech przyjdzie jutro wieczorem.
Na razie.
Zesza na d.
Dziadkowie czytali na sofie.
W pokoju palia si maa lampa.
Tania wcisna si midzy nich i wtulia.
Uwielbiaa to.
Jakby siedziaa u obojga na kolanach.
- Co si stao, kochanie?
- spyta dziadek.
- Nie bj si.
- Nie boj si, dziadku.
Jestem tylko bardzo, bardzo...
skonsternowana.
Nie wiem, co o tym wszystkim myle.
- I nie mam z kim porozmawia.
- O wojnie?
Powiedzie im?
Nie, to nie wchodzio w rachub.
- Dziadku, zawsze mwie: "Taniu, cae ycie
przed tob.
Bd cierpliwa".
Nadal tak uwaasz?
Dziadek dugo nie odpowiada.
Ju znaa odpowied.
- Och, dziadku...
- szepna aonie.
- Taniu...
- Dziadek obj j i przytuli, babcia poklepaa j
po kolanie.
- Z dnia na dzie duo si zmienio...
- Na to wyglda.
- Moe powinna by troch mniej cierpliwa.
- Te tak myl - odrzeka z umiechem.
- Cierpliwo to przereklamowana cnota.
- Ale bd moralna.
Prawa.
I nie zapominaj o trzech pytaniach, ktre kazaem
ci sobie zada, eby wiedziaa, kim naprawd
jeste.
Wolaaby, eby nie przypomina jej o pytaniach,
przynajmniej nie tego dnia.
- Dziadku, w tej rodzinie to ty jeste ekspertem od
prawoci i sprawiedliwoci -
odpara ze sabym umiechem.
- Nam nie zostao ju nic.
- Taniu, to jedyne, co pozostao nam wszystkim -
odrzek, krcc siw gow.
W ku mylaa o Aleksandrze.
Mylaa, mylaa i dosza do wniosku, e nie tylko
opowiedzia jej histori swego ycia, ale i j w to
ycie wcign, tak samo jak ycie wcigno jego.
Suchajc go, wstrzymywaa oddech i lekko
rozchylaa usta, eby mg tchn w nie cay bl
i smutek, eby ten smutek sta si jej smutkiem.
Dwiga na barkach nie znony ciar i
potrzebowa kogo do pomocy.
Potrzebowa jej.
Miaa nadziej, e jest gotowa.
A Dasza?
O Daszy nie moga myle.
Nazajutrz rano w drodze do fabryki widziaa, jak
straacy kopi zbiorniki przeciwpoarowe i
montuj hydranty.
Czyby spodziewali si a tylu poarw?
Czyby niemieckie bomby miay spali cae
miasto?
Niewyobraalne.
Rwnie niewyobraalne jak Ameryka.
Olbrzymi sobr Smolny i klasztor zaczynay
przybiera nierozpoznawalny ksztat i form.
Robotnicy obwieszali je maskujcymi siatkami,
ktre malowali nastpnie na zielono, brzowo i
szaro.
Ciekawe, co za mierzali zrobi z trudniejszymi do
ukrycia - ale i trudniejszymi do wypatrzenia z gry
- wieycami soboru Piotra i Pawa?
Albo z gmachem Admiralicji?
Na razie jak dawniej byszczay w jasnym socu.
Przed wyjciem z pracy dokadnie umya twarz i
wyszorowaa rce, a si zarowiy.
Potem stana przed lustrem w szatni i rozczesaa
wosy.
Postanowia, e tym razem nie zwie ich w kucyk.
Miaa na sobie spdniczk w kwiatki i niebiesk
bluzk z krtkimi rkawami i biaymi guziczkami.
Patrzc w lustro, nie moga si zdecydowa, czy
wyglda na dwanacie czy na trzynacie lat.
I czyj jest siostr?
No tak, Daszy.
Prosz, czekaj na mnie, czekaj.
Wybiega na ulic.
Przystanek, a na przystanku...
Aleksander z czapk w rku.
- Masz pikne wosy, Taniu - powiedzia z
umiechem.
- Dzikuj - wymamrotaa.
- Szkoda tylko, e pachn naft.
I smarem.
- No nie.
- Przewrci oczami.
- Znowu robia bomby?
Wybuchna miechem.
Popatrzyli na tum przygnbionych ludzi, potem na
siebie.
- Do tramwaju?
- spytali jednoczenie i przeszli na drug stron
ulicy.
- Przynajmniej jeszcze pracujemy - rzucia lekko
Tania.
- W "Praw dzie" pisz, e w Ameryce z prac
nietgo.
A w Zwizku Radzieckim mamy pene
zatrudnienie.
- Tak.
- Nachyli si ku niej i szepn: - W wizieniu w
Dartmoor te wszyscy pracuj, z tego samego
powodu.
Tania chciaa nazwa go wywrotowcem, ale nie
nazwaa.
Czekali na tramwaj.
- Mam co dla ciebie.
- Poda jej may pakunek w brzowym papierze.
- W poniedziaek byy twoje urodziny, ale
przedtem nie miaem okazji...
- Co to?
- Bya szczerze zaskoczona.
cisno j w gardle.
Aleksander zniy gos.
- W Ameryce jest taki zwyczaj.
Kiedy dostajesz urodzinowy prezent, musisz go
otworzy i podzikowa.
Tatiana nerwowo spojrzaa na pakunek.
- Dzikuj.
- Nie przywyka do podarkw.
W dodatku ten by owinity w papier.
Niesychana rzecz, chocia papier by zwyczajny,
brzowy.
- Nie, najpierw otwrz.
Dzikuje si potem.
- Ale...
jak?
Mam zdj papier?
- Tak.
Po prostu go rozerwij.
- A potem?
- Potem wyrzu.
- Wszystko czy tylko papier?
- Tylko papier - odrzek powoli.
- Tak adnie go zawine.
Szkoda wyrzuca.
- To tylko papier.
- Skoro tak, to po co zawijae?
- Taniu, otworzysz to wreszcie czy nie?
Szybko rozerwaa papier.
W rodku byy trzy ksiki: zbir poematw
Puszkina pod tytuem "Jedziec miedziany i inne
poematy", oraz dwie mniejsze ksiki, w tym jedna
autorstwa Johna Milla, o ktrym nigdy nie
syszaa.
"O wolnoci".
Bya po angielsku.
By te sownik.
Angielsko-rosyjski.
- Angielsko-rosyjski?
- przeczytaa z umiechem.
- Szkoda, e nie mwi po angielsku.
Twj?
- Tak.
Przywiozem go z Ameryki.
Bez niego nie przeczytasz Milla.
- Bardzo ci dzikuj, za wszystkie.
- "Jedziec" nalea do mojej matki.
Daa mi go kilka tygodni przed aresztowaniem.
Tatiana nie wiedziaa, co powiedzie.
- Uwielbiam Puszkina - szepna cichutko.
- Tak mylaem.
Wszyscy Rosjanie go uwielbiaj.
- Czytae, co napisa Majkow w pidziesit
rocznic jego mierci?
- Nie.
Skrpowana i podniecona jego spojrzeniem,
sprbowaa si skupi.
- Napisa...
Zaraz...
"Jego sowa brzmi jak nie z tego wiata.
Przesyca je niemiertelny zaczyn...
Wszystkiemu, co ziemskie - uczuciom, gniewowi i
namitnociom - nada niebiask form".
- Wszystkiemu, co ziemskie - uczuciom, gniewowi
i namitnociom - nada
niebiask form...
- powtrzy powoli Aleksander.
Tania zaczerwienia si i zerkna na ulic.
Gdzie ten tramwaj?
- A ty?
- spytaa niemiao.
- Czytae Puszkina?
- Tak.
- Wyj jej papier z rk, zmi go i wyrzuci.
- "Jedziec miedziany" to mj ulubiony poemat.
- Mj te!
- odrzeka i spojrzaa na niego zadziwiona.
Okrutna, straszna bya pora,
Mam o niej z wspomnie wieych wieci...
I o niej dla was, przyjaciele,
Snu zaczn wtek opowieci.
Bdzie w tych dziejach smutku wiele.
- Taniu, cytujesz Puszkina jak prawdziwa
Rosjanka!
- Bo jestem prawdziw Rosjank.
Nadjecha tramwaj.
Przed Muzeum Rosyjskim Aleksander spyta:
- Chcesz si przej?
Nie moga mu odmwi.
Nawet gdyby chciaa.
Ruszyli w kierunku Pola Marsowego.
- Czy ty kiedykolwiek pracujesz?
- spytaa artobliwie.
- Dmitrij wyjecha do Karelii.
Nie musisz nic robi?
- Musz.
Zostaem, eby nauczy onierzy gry w pokera.
- W pokera?
- To taka amerykaska gra.
Ktrego dnia ciebie te naucz.
Poza tym wyznaczono mnie na stanowisko oficera
odpowiedzialnego za werbunek i szkolenie
kandydatw do Ochotniczej Armii Ludowej.
Od sidmej do szstej jestem na subie.
Co drugi dzie, od dziesitej do dwunastej w nocy,
stoj na warcie.
- Zamilk.
Tatiana ju wszystko wiedziaa.
Wanie wtedy spotyka si z Dasz.
- Daj mi za to wolny weekend, ale nie wiem, jak
dugo to potrwa.
Podejrzewam, e raczej krtko.
Nasz garnizon ma broni miasta.
Ja te.
Kiedy zabraknie ludzi na froncie, wyl i nas.
Ale wtedy zabraknie nam ciebie, pomylaa.
- Dokd idziemy?
- Do Ogrodu Letniego.
Ale zaczekaj.
- Przystanli niedaleko koszar.
Na Polu Marsowym po drugiej stronie ulicy stao
kilka awek.
- Wiesz co?
Usidmy i zjedzmy kolacj.
- Kolacj?
- Urodzinow.
Tak, zjemy urodzinow kolacj.
- Obieca przynie chleb i miso.
Moe zdobd nawet kawior - doda z umiechem.
- Jako prawdziwa Rosjanka, na pewno lubisz
kawior, prawda?
Przypomniay jej si zakupy w oficerskim sklepie.
- Hmm...
A zapaki?
- Chciaa si z nim troch podrczy, lecz nie
wiedziaa, jak on na to zareaguje.
- Zapaki nie bd potrzebne?
Na pewno?
- Jeli chcesz co podgrza, podgrzejemy to na
wiecznym pomieniu, ktry ponie na Polu
Marsowym.
Przechodzilimy tamtdy w niedziel, pamitasz?
Czy moga zapomnie?
- Chcesz odgrzewa jedzenie na dumnym,
bolszewickim pomieniu?
- Cofna si o krok.
- To witokradztwo.
Rozemia si gono.
- Kiedy mamy woln noc, smaymy na nim kebab.
To te witokradztwo?
Poza tym mylaem, e Boga nie ma.
Popatrzya na niego, a raczej zerkna.
Czyby si z ni droczy?
- Susznie - odpara - nie ma.
- Oczywicie.
yjemy w komunistycznej Rosji, wszyscy jestemy
ateistami.
- Opowiem ci kawa, chcesz?
Towarzysz pyta towarzysza: "Jak tam tegoroczne
zbiory ziemniakw?
" "Dobrze, bardzo dobrze", odpowiada tamten.
"Z bo pomoc bdzie ich tyle, e uoone w
stert, sign Jego stp".
"Towarzyszu, co wy mwicie?
Przecie partia twierdzi, e Boga nie ma".
A ten pierwszy odpowiada: "Tak samo jak
ziemniakw".
- Fakt, ziemniakw nie ma - odrzek ze miechem
Aleksander.
- Id - doda agodnie.
- Zaczekaj na awce.
Zaraz wracam.
Przesza przez ulic.
Usiada, poprawia wosy, wsuna rk do
pciennej torby, pogaskaa ksiki i nagle...
Co ona tu robi?
Bya tak zmczona, e przestaa myle.
Aleksandra
nie powinno tu by.
Aleksander powinien by z Dasz.
Nie miaa co do tego adnych wtpliwoci, bo
gdyby Dasza spytaa j, gdzie bya, musiaaby jej
skama.
Szybko wstaa i ruszya w przeciwn stron, gdy
wtem usyszaa gos Aleksandra.
- Taniu!
Podbieg do niej bez tchu, z dwiema papierowymi
torbami w rku.
- Dokd idziesz?
Nie musiaa nic mwi.
Wystarczyo, e zobaczy jej twarz.
- Taniu - zacz przyjanie.
- Przyrzekam, e nakarmi ci i odel do domu.
Pozwl si nakarmi.
- Woln rk dotkn jej wosw.
- To na twoje urodziny.
Chod.
Prosz.
Wiedziaa, e nie moe z nim i.
A on?
Czy on te wiedzia?
Czy zdawa sobie spraw, e znalaza si w
sytuacji bez wyjcia, e jest zmieszana i
skonsternowana?
Czy rozumia, jakie miotaj ni uczucia?
W drodze do Ogrodu Letniego przeszli przez Pole
Marsowe.
Newa byszczaa w socu, chocia bya ju
prawie dziewita wieczorem.
le trafili.
Nigdzie nie mogli znale wolnej awki.
Ani przy dugich alejkach, ani midzy greckimi
posgami, ani pod strzelistymi wizami.
Wszdzie siedziay zakochane pary, splecione ze
sob niczym krzewy dzikiej ry.
Tatiana sza ze spuszczon gow.
W kocu znaleli miejsce przy posgu Saturna.
Miejsce niezbyt dobre, poniewa Saturn mia
szeroko otwarte usta i wanie wpycha do nich
dziecko, ktre zamierza pore.
Aleksander przynis wdk, troch wdzonej
szynki i biay chleb.
Przynis te soiczek czarnego kawioru i tabliczk
czekolady.
Tania bya bardzo godna.
Kaza jej zje cay kawior.
Pocztkowo protestowaa, ale bez wielkiego
przekonania.
Ma yk wyjada poow, po ow oddaa jemu.
- Masz.
Dokocz.
Prosz.
Wypia yczek wdki prosto z butelki.
Wypia i natychmiast ni wstrzsno; nie lubia
wdki, ale nie chciaa, eby wzi j za ma
dziewczynk.
Aleksander rozemia si, odebra jej butelk i
pocign
may yk.
- Nie musisz pi - powiedzia.
- Przyniosem j, eby uczci twoje urodziny.
Ale szklanek zapomniaem.
Zaj prawie ca awk i siedzia bardzo blisko
niej- Bliziutko, a za blisko.
Gdyby gbiej odetchna, ich ciaa by si
zetkny.
Za bardzo si wstydzia, eby cokolwiek
powiedzie, gdy miotay ni zbyt silne uczucia.
- Taniu?
- spyta.
- Smakowao ci?
- Tak.
- Odchrzkna.
- Tak, bardzo.
Dzikuj.
- Chcesz jeszcze wdki?
- Nie.
- Powiedz, upia si kiedy?
Chcc unikn spojrzenia jego rozemianych oczu,
spucia gow.
- Hmm...
Tak, kiedy miaam dwa lata.
Wypiam p litra czy co takiego.
Zabrali mnie do szpitala na Greckim.
- Kiedy miaa dwa lata?
A potem ju nigdy?
- Przypadkowo mus n nog jej nog.
Zaczerwienia si.
- Nie, nigdy.
- Odsuna nog i spytaa go o Niemcw.
Aleksander westchn i opowiedzia jej, co si
dzieje w garnizonie.
Kiedy mwi, moga na niego patrze, wdrowa
wzrokiem po jego twarzy.
Mia lekki zarost.
Chciaa go spyta, czy nigdy nie goli si
dokadnie, lecz uznaa, e to zbyt poufae, i nie
spytaa.
Zarost by najwyraniejszy w okolicy ust i jeszcze
bardziej uwydatnia jego wargi.
Chciaa go spyta, co si stao z jego bocznym
zbem - by nadamany - ale te nie spytaa.
Oczy mia jak czekoladowe lody i chciaa go
prosi, eby przeposzy z nich ten lekki, czuy
umiech, gdy...
Ona te miaa ochot si do niego umiechn.
- A wic...
mwisz po angielsku?
- Tak, ale nie mam okazji.
Nie mwiem po angielsku, odkd matk i ojca...
- Nie dokoczy.
Tatiana potrzsna gow.
- Przepraszam, nie chciaam.
Chciaam tylko, eby nauczy mnie cho kilku
sw.
Oczy zapony mu tak jasno, e poczua, i caa
krew spywa jej do policzkw.
- Jakich sw, Taniu?
- spyta powoli.
- Chcesz, ebym uczy ci angielskiego?
Dugo milczaa, bojc si, e zacznie si jka.
- Nie wiem jakich - wykrztusia w kocu.
- Jak jest po angielsku...
wdka?
- To atwe - odrzek.
- Vodka.
- wybuchn miechem.
mia si adnie.
Szczerze, gboko, dwicznie, po msku,
miechem gonym i zaraliwym, ktry rodzi si
w gbi jego piersi.
Wyj
korek z butelki.
- Za co wypijemy?
- spyta.
- Masz urodziny, wypijmy za twoje zdrowie.
I za urodziny w przyszym roku.
Salut.
- Dzikuj.
Za to i ja wypij yczek - odrzeka, biorc butelk.
- Lubi obchodzi urodziny z Pasz.
Puciwszy t uwag mimo uszu, odstawi butelk i
spojrza na posg
Saturna.
- Pod innym posgiem byoby milej, nie uwaasz?
Kiedy patrz, jak
poera wasne dzieci, jedzenie staje mi w gardle.
- Gdzie by chcia usi?
- spytaa, pogryzajc czekolad.
- Nie wiem.
Choby tam, koo Marka Antoniusza.
- Rozejrza si wokoo.
- Mylisz, e jest tu gdzie posg Afrody...
Tatiana szybko wstaa.
- Moemy ju i?
Za duo zjadam, musz si troch przej.
Ale kiedy doszli do rzeki, nagle zapragna spyta,
czy kiedykolwiek nazywano go innym imieniem.
Kilka krokw dalej uznaa, e pytanie jest nie na
miejscu, i nie zadaa go.
Trudno.
Musia jej wystarczy ten gasncy wieczr i
spacer granitowym nabrzeem.
Nie moga te spyta, czy lubi, gdy nazywaj go
pieszczotliwym zdrobnieniem, a jeli tak, to
jakim.
- Chcesz usi?
- Nie - odrzek.
- Chyba, e ty chcesz.
- Tak, usidmy.
Usiedli na awce z widokiem na New.
Po drugiej stronie rzeki strzelaa w niebo zota
wieyca soboru Piotra i Pawa.
Aleksander wycign dugie nogi i oplt
ramionami oparcie, zajmujc prawie ca awk.
Tatiana przysiada na samym brzeku.
Musiaa uwaa, eby nie dotkn
kolanem jego kolana.
Ju dawno zauwaya, e Aleksander niemal
zawsze porusza si non szalancko i swobodnie.
Chodzi, siedzia, odpoczywa i ubiera si tak,
jakby zupenie nie zdawa sobie sprawy z
wraenia, jakie wywiera na niemiaej
siedemnastolatce.
Bia ze gboka wiara, e ma swoje miejsce we
wszechwiecie.
Jakby caym sob mwi: wszystko to zostao mi
dane.
Moje ciao, twarz, wzrost, moja sia.
Nie prosiem o to, adnej z tych cech nie
stworzyem ani o ni nie walczyem.
To dar, za ktry co dziennie dzikuj, myjc i
czeszc wosy, dar, o ktrym nie myl, i ktry
wykorzystuj tak, jak powinienem.
Dar ten ani nie napawa mnie dum, ani nie zmusza
mnie do pokory.
Nie podsyca we mnie arogancji
czy prnoci, lecz nie zmusza mnie rwnie do
faszywej skromnoci czy niemiaoci.
Kadym ruchem ciaa zdawa si mwi: wiem,
kim jestem.
Tatiana zapomniaa o oddychaniu.
Nabraa powietrza dopiero po duszej chwili i
spojrzaa na New.
- Lubi na ni patrze - powiedzia cicho
Aleksander.
- Zwaszcza w biae noce.
W Ameryce niczego takiego nie ma.
- Moe na Alasce?
- Moe.
Ale to...
Lnica rzeka, na jej brzegach miasto, po lewej
stronie soce, ktre zachodzi za gmach
uniwersytetu, naprzeciwko nas sobr Piotra i
Pawa...
- Pokrci gow i umilk.
Zapada cisza.
- Jak to uj Puszkin w "Jedcu miedzianym"?
- spyta po chwili Aleksander.
I mrokom nocy wstpu bronic, Na zoty strop
nowego dnia...
Urwa.
Nie pamitam, co dalej.
Tania znaa "Jedca" praktycznie na pami, wic
dokoczya za niego.
...Jutrznia, na zmian zorzy gonic, Dla nocy p
godziny ma
Wci patrzya na rzek, a on na ni.
- Taniu, skd u ciebie te piegi?
- spyta cicho.
- Tak, wiem, s okropne.
To od soca - odrzeka, czerwienic si i
dotykajc twarzy, jakby chciaa zetrze brzowe
kropeczki z nasady nosa i spod oczu.
Prosz, bagam, przesta tak na mnie patrze,
mylaa, bojc si jego spojrze i swego serca.
- A te jasne wosy?
Te od soca?
Jego prawa rka spoczywaa na oparciu awki, tu
za jej plecami, czego bya a za bardzo wiadoma.
Wystarczyoby, eby przesun do kilka
centymetrw w prawo i dotknby jej wosw.
Ale nie, nie przesun.
- Biae noce s niesamowite, prawda?
- spyta, nie odrywajc od niej wzroku.
- W przeciwiestwie do naszych zim -
wymamrotaa.
- Fakt, leningradzkie zimy s duo mniej zabawne.
- Kiedy Newa zamarza, przychodzimy tu si
polizga.
Nawet po ciemku.
Przy wietle zorzy.
- My?
- Pasza, ja, nasi przyjaciele...
Dasza te.
Ale ona jest duo starsza i ju z ni nie chodz.
- Po co powiedziaa, e Dasza jest duo starsza?
Ze zoliwoci?
Zagryza wargi.
Zamknij si wreszcie, pomylaa.
Sied
i milcz.
- Musisz j bardzo kocha - odrzek.
Co chcia przez to powiedzie?
Wolaa nie pyta.
- Pasz te kochasz?
- Paszka to co innego.
Paszka i ja...
- Urwaa.
Jada z bratem z tej samej miski.
Z miski, ktr podawaa im Dasza.
- pi z siostr w jednym ku.
Cigle mi powtarza, e nie mog wyj za m, bo
nie chce spa z moim mem.
Spotkali si wzrokiem.
Chciaa odwrci gow, lecz nie moga.
Miaa tylko nadziej, e w promieniach
zachodzcego soca Aleksander nie zobaczy, jak
bardzo pokraniaa.
- Jeste za moda, eby wychodzi za m.
- Wiem.
- Zawsze miaa kompleks na punkcie swojego
wieku.
- Ale nie jestem za moda...
Na co?
- pomylaa i w tym samym momencie usyszaa
spokojny gos Aleksandra:
- Za moda na co?
Wyraz jego oczu, Newa, park - czua, e duej
tego nie wytrzyma.
Nie wiedziaa, co odpowiedzie.
Co odpowiedziaaby na jej miejscu Dasza?
Albo inna dorosa kobieta?
- Na to, eby suy w Armii Pospolitego Ruszenia
- odrzeka w kocu odwanie.
- Moe mnie przyjm?
Szkoliby mnie?
- Rozemiaa si wesoo i zaenowana umilka.
Aleksander gwatownie zamruga.
- Jeste za moda.
Nie przyjm ci, dopki...
- Nie dokoczy.
Nie rozumiaa, skd to wahanie w jego gosie,
skd lekkie drenie
ust. Pod doln warg mia zagbienie, ktre
wygldao jak mikkie
gniazdko...
Ta rozwietlona socem noc, ta rzeka - nie, nie
moga patrze na
jego usta ani sekundy duej.
Zerwaa si z awki.
- Musz wraca.
Robi si pno.
- Dobrze.
- On te wsta, cho o wiele wolniej.
- Taki adny wieczr...
- Tak.
- Odwrcia si i ruszyli wybrzeem.
- Tsknisz za Ameryk?
- Tak.
- Chciaby tam wrci?
- Chyba tak.
- A moesz?
Zmarszczy brwi.
- Jakim cudem?
Kto by mi pozwoli?
I czy w ogle mam do tego prawo?
Pragna wzi go za rk, dotkn go, jako mu
uly.
- Opowiedz mi o Ameryce - poprosia.
- Widziae ocean?
- Tak, Atlantyk.
Jest niesamowity.
- Sony?
- Tak, i zimny, olbrzymi.
W wodzie pywaj meduzy, a na wodzie biae
aglwki.
- Kiedy te widziaam meduz...
A jakiego jest koloni?
- Atlantyk?
Zielonego.
- Jak drzewa?
Popatrzy na New, na drzewa i na ni.
- Jak twoje oczy.
- Jest szaro-ciemnozielony?
- Z emocji ciskao j w piersiach, nie moga
oddycha.
Oddychaam cae ycie, pomylaa, teraz nie
musz.
Zaproponowa, eby wraca przez Ogrd Letni.
Zgodzia si, ale zaraz przypomnia jej si widok
splecionych z sob par.
- Moe jednak nie.
Nie ma krtszej drogi?
- Nie.
Wysokie wizy rzucay dugie cienie.
Przeszli przez bram i zanurzyli si w labirynt
wskich alejek midzy posgami.
- Noc jest tu zupenie inaczej - zauwaya.
- Nigdy nie bya tu noc?
- Nie - przyznaa.
- Ale bywaam gdzie indziej.
Raz...
Aleksander nachyli si ku niej.
- Taniu, powiedzie ci co?
- Co?
- spytaa, odchylajc si lekko w przeciwn
stron.
- Ciesz si, e nie wychodzisz nigdzie
wieczorami.
Bardzo mi si to podoba.
Oniemiaa, sza chwiejnie przed siebie i gapia si
na wasne buty.
On szed tu obok, dostosowujc krok do jej kroku.
Bya ciepa noc;
jej nagie rami dwa razy musno szorstki materia
jego wojskowej koszuli.
- To najlepsza pora, Taniu.
Chcesz wiedzie dlaczego?
- Lepiej mi nie mw.
- Bo ju nigdy nie bdzie tak jak teraz.
ycie ju nigdy nie bdzie tak proste i
nieskomplikowane.
- To ma by nieskomplikowane ycie?
- Pokrcia gow.
- Tak.
Jestemy po prostu par przyjaci, ktrzy
spaceruj po Lenin gradzie w wietlistym
zmierzchu.
Przystanli przed bram.
- O dziesitej mam sub.
Gdyby nie to, odprowadzibym ci do domu...
- Nie, nie, pjd sama.
Nic mi nie bdzie, nie martw si.
Dzikuj za kolacj.
Nie, nie moga patrze mu w oczy.
Na szczcie bya niska i patrzya na guziki jego
munduru.
Ich si nie baa.
Aleksander odchrzkn.
- Powiedz, czy nazywaj ci jako...
jako inaczej?
Inaczej ni Tania albo Tatiana?
Drgno jej serce.
- Ale kto?
- spytaa.
Nie odpowiada przez ca wieczno.
Odesza, lecz pi krokw dalej zatrzymaa si i
odwrcia.
Pragna jeszcze raz zobaczy jego cudown
twarz.
- Czasami mwi mi Tatia.
Umiechn si.
To nieznone milczenie.
Byo najgorsz tortur.
Co si wtedy robi?
- Jeste bardzo pikna, Tatiu - szepn.
- Przesta - wymamrotaa bezgonie, odzyskawszy
wadz w nogach.
- Jeli chcesz - zawoa - moesz mi mwi Szura.
Szura!
Przeliczne imi.
Chciaa krzykn: tak, z rozkosz, ale nie
krzykna.
- Kto tak na ciebie mwi?
- Nikt - odrzek i zasalutowa.
Zamiast i, dosownie fruna.
Wyrosy jej u ng jaskrawoczerwone skrzyda i
eglowaa na nich po lazurowym leningradzkim
niebie.
Jednake im bliej domu, tym byy krtsze i
cisze, wreszcie znikny na dobre.
Zwizaa wosy i sprawdzia, czy ksiki le na
dnie torby.
Za nim wesza na gr, przez kilka minut opieraa
si o cian domu, przy ciskajc do piersi zwinite
w pici donie.
Dasza siedziaa przy stole z...
Dmitrijem.
Ot, niespodzianka.
- Czekamy na ciebie trzy godziny rzucia
rozdraniona.
- Gdzie ty bya?
Tatiana zastanawiaa si, czy wyczuj, e obok
niej szed Aleksander.
Czy dojdzie ich aromatyczny zapach jaminu,
zapach soca z jej nagich ramion, zapach wdki,
kawioru i czekolady.
A moe zobacz kilka nowych piegw u nasady
nosa?
Spacerowaam w blasku bijcym z bieguna
pnocnego.
Ogrzewaam twarz w promieniach pnocnego
soca.
Czyby mieli dostrzec to wszystko w jej
udrczonych oczach?
- Przepraszam.
Coraz duej pracujemy.
- Jada co?
Babcia zrobia kotlety z tuczonymi ziemniakami.
Pewnie umierasz z godu.
Zjedz.
- Nie, dzikuj.
Jestem zmczona.
Przepraszam ci, Dima.
- Posza si umy.
Dima zosta jeszcze dwie godziny.
O jedenastej do pokoju wrcili dziadkowie, wic
on, Dasza i Tatiana poszli na dach i w gasncym
wietle wieczoru siedzieli tam a do pnocy.
Tania mwia niewiele.
Dmitrij by miy i dowcipny.
Pokaza im pcherze na rkach; cae dwa dni kopa
okopy.
Tatiana czua, e nieustannie na ni zerka, e chce,
by ona zerkna na niego.
Ilekro to robia, szeroko si do niej umiecha.
- Jestecie dobrymi przyjacimi?
- spytaa Dasza.
- Ty i Aleksander?
- O tak - odrzek Dima.
- Znamy si od niepamitnych czasw.
Je stemy jak bracia.
Tania szybko zamrugaa.
Widziaa jak przez mg i oszoomiona prbowaa
skupi si na jego sowach.
Dobry Boe, modlia si tej nocy, odwrciwszy
si do ciany i na cignwszy na gow kwieciste
przecierado i dwa cienkie, brzowe koce.
Jeli gdzie jeste, prosz ci, naucz mnie ukrywa
to, czego nigdy nie umiaam okazywa.
Przez cay czwartek pracowaa przy miotaczach
ognia i mylaa o Aleksandrze.
Tego wieczoru znowu na ni czeka.
Ju nie pytaa, co tu robi, a on niczego nie
wyjania.
Nie przynis te kolejnego prezentu, po prostu
przyszed.
Mwili niewiele.
Szli, potrcajc si niechccy rkami i ramionami,
a raz, kiedy tramwaj gwatownie zahamowa,
wpada na niego i musia j obj.
- Dzi wieczorem przyjd do was - powiedzia
cicho.
- Dasza mnie zaprosia.
- Ach tak...
wietnie.
Oczywicie.
Rodzice bardzo si uciesz.
Rano byli w znakomitym humorze.
Wczoraj mama rozmawiaa przez telefon z Pasz.
Paszka dobrze sobie radzi...
- Urwaa.
Bya zbyt smutna, eby mwi dalej.
Na przystanek szesnastki szli tak powoli, jak tylko
mogli, a potem, rami w rami, stali bez sowa a
do Greckiego.
- Do zobaczenia, poruczniku.
- Chciaa powiedzie "Szura", lecz nie moga.
- Do zobaczenia, Tatiu.
Tego wieczoru pierwszy raz spotkali si we
czworo na Pitej Radzieckiej i poszli razem na
spacer.
Kupili lody, mleczny koktajl i piwo, i przez cay
ten czas Dasza trzymaa Aleksandra pod rk.
Tatiana sza w przyzwoitej odlegoci od Dmitrija,
wykorzystujc swe skromne umiejtnoci, eby nie
patrze na przyklejon do Aleksandra siostr.
Z zaskoczeniem stwierdzia, e to bardzo
nieprzyjemny widok.
O wiele bardziej wolaa t Dasz, ktra spotykaa
si z nim gdzie w niezbadanym, mglistym i
zmylonym Leningradzie.
Aleksander robi wraenie wesoego i
zadowolonego, jak zadowolony byby kady
onierz w towarzystwie dziewczyny takiej jak
Daszka.
Na Tatian ledwie zerka.
Jak wygldali razem, on i Dasza?
Dobrze?
Lepiej ni Aleksander i ona?
Tego nie wiedziaa.
Nie miaa pojcia, jak wyglda u jego boku.
Wiedziaa jedynie, jak si przy nim czuje.
- Taniu!
- To Dmitrij.
Co do niej mwi.
Tylko dlaczego tak gono?
- Przepraszam, Dima, zamyliam si.
- Nie uwaasz, e Aleksander powinien mnie
przenie?
Moe do dywizji zmotoryzowanej?
- Nie wiem.
A daby sobie rad?
Czy ci ze zmotoryzowanej nie musz umie
prowadzi czogu albo...
albo czego takiego?
Aleksander tylko si umiechn.
Dmitrij milcza.
- Taniu!
- wykrzykna Dasza.
- Co ty moesz wiedzie o subie u
zmotoryzowanych?
Lepiej si nie odzywaj.
Aleks - spytaa chichoczc - powiedz, bdziecie
forsowa rzeki i przypuszcza szare na wroga?
- Nie - odpar Dmitrij - to nie tak.
Najpierw Aleks wyle mnie, e bym oczyci
teren.
Dopiero potem wyjdzie w pole sam i dostanie za
to kolejny awans.
Dobrze mwi, poruczniku?
- Powiedzmy - odrzek Aleksander.
- Chocia bywa, e kiedy musz i sam, zabieram
i ciebie.
Tatiana prawie ich nie syszaa.
Dlaczego Dasza idzie tak blisko niego?
I dlaczego Aleksander zabra na spacer Dmitrija?
Co to wszystko znaczy?
- Taniu!
- To znowu Dima.
- Czy ty mnie suchasz?
- Tak, tak, oczywicie.
- Dlaczego on cigle podnosi gos?
- Jeste jaka rozkojarzona.
- Nie, nie.
adny wieczr, prawda?
- Nie sabo ci?
Moe wemiesz mnie pod rk?
Dasza zerkna na ni beztrosko i rzucia:
- Uwaaj, ona zaraz zemdleje.
Kiedy ju sobie poszli, ucieka do ka,
nacigna na gow koc i udaa, e pi.
Nie odezwaa si nawet wtedy, kiedy obok niej
pooya si Dasza.
- Taniu.
Taniu.
pisz?
Taniu?
Nie chciaa rozmawia z siostr w prowokujcej
do zwierze ciemnoci.
Chciaa jedynie wypowiedzie na gos jego imi.
Szura.
W pitek stwierdzia, e u Kirowa zostay tylko
najmniej wartociowe robotnice, albo mode, jak
ona, albo bardzo stare.
Mczyzn zostao ledwie kilku.
Albo naleeli do kadry kierowniczej, albo mieli
po sze dziesitce, albo byli
szedziesiciokilkuletnimi kierownikami.
Przez pierwsze pi dni wojny docierao
podejrzanie mao wiadomoci z frontu.
Spikerzy radiowi z dum wychwalali Armi
Czerwon za jej wielkie zwycistwa, nie
wspominajc ani sowem o sile wojsk nie
mieckich, o ich pozycjach na terytorium Zwizku
Radzieckiego, o grocym Leningradowi
niebezpieczestwie czy o ewakuacji.
Radio byo wczone cay dzie i podczas gdy
Tatiana napeniaa miotacze ognia zagszczon
naft i nitroceluloz, zza podwjnych drzwi
wypaday na tamocig najrozmaitsze pociski.
Brzdk, brzdk, brzdk - jakby odmierzay
upywajce sekundy, a w cigu dugiego dnia
sekund tych byo bardzo duo.
Brzdk, brzdk, brzdk, i tak od rana do wieczora.
Mylaa tylko o jednym: o tym, jak dotrwa do
sidmej.
Podczas przerwy obiadowej radio podao, e od
przyszego tygodnia bd racjonowa ywno i
artykuy pierwszej potrzeby.
Podczas tej samej przerwy Krasienko
poinformowa ich, e najprawdopodobniej od
poniedziaku rozpoczn wiczenia wojskowe i e
dzie pracy zostaje przeduony do smej
wieczorem.
Przed wyjciem przez dziesi minut szorowaa
rce, eby zabi za pach nafty, lecz na prno.
Wychodzc z Zin za bram fabryki i spie szc
wzdu muru Kirowskiego, pragna podzieli si
z kim swoj nie pewnoci i niepokojem.
A potem zobaczya oficersk czapk Aleksandra,
zobaczya, jak Aleksander j zdejmuje, jak obraca
j w rkach, i natychmiast o wszystkim
zapomniaa.
Ba! omal nie zacza biec.
Powoli przeszli na drug stron ulicy i skrcili w
kierunku Goworowa.
- Przejdmy si troch.
- Nie moga uwierzy, e wypowiedziaa te sowa
po caym dniu harwki.
Zreszt, wcale nie odczuwaa zmczenia.
Wiedziaa, e w sobot i niedziel nie bdzie go
miaa dla siebie ani przez minut.
- To znaczy?
- spyta.
Wzia gboki oddech.
- Do szesnastki.
Powoli szli opustoszaymi ulicami, cisi i
anonimowi.
Po prawej stronie biegy szyny tramwajowe i
leay pola, po lewej wznosiy si fabryczne
budynki zakadw Kirowa.
Nie ryczay syreny alarmowe, nad gowami nie
latay samoloty.
wiecio blade soce.
Ludzi nie byo.
- Dlaczego Dima nie jest oficerem, jak ty?
Aleksander milcza chwil.
- Chcia by oficerem.
Bylimy razem w szkole oficerskiej.
Tego nie wiedziaa.
- Dima nic o tym nie mwi.
- Nic dziwnego.
Mylelimy, e dotrwamy do koca razem, on i ja,
ale Dima odpad.
- Co si stao?
- Nic.
Nie potrafi wytrzyma pod wod bez wpadania w
panik, nie umia wstrzyma oddechu, denerwowa
si pod pozorowanym ostrzaem, by zbyt
agresywny, nie potrafi zachowa zimnej krwi,
mia saby czas na pi kilometrw i nie umia
zrobi pidziesiciu pompek.
Po prostu nie dawa sobie rady.
Jest dobrym onierzem.
Bardzo dobrym onierzem.
Ale oficerem byby kiepskim.
- Nie to co ty - tchna Tania z akcentem na "ty".
Zerkn na ni z rozbawieniem i pokrci gow.
- Ja bybym onierzem zbyt agresywnym.
Nadjecha tramwaj.
Niechtnie wsiedli.
- I co na to wszystko Dima?
Nie prbowaa ju utrzyma rwnowagi.
Lubia wpada na Aleksandra i nie moga si
wprost doczeka, kiedy wpadnie na niego po raz
kolejny.
Ilekro tramwaj rusza, ona ruszaa w przeciwn
stron, prawie nie trzymajc si porczy.
A on sta niczym skaa i zrcznie obejmowa j w
talii.
Tego wieczoru te j obj - obj i ju nie puci.
Czeka, a Tania co powie, ale nie moga.
Wreszcie cofn rk.
- Na co?
- spyta.
- Na to, e nie zosta oficerem?
- Nie.
Na to, e ty nim zostae.
I tak w ogle.
- Boja wiem...
Tramwaj si zatrzyma.
eby nie upada, przytrzyma j za rami.
Momentalnie dostaa gsiej skrki.
- Uwaa - kontynuowa - e za atwo mi wszystko
przychodzi.
- Co znaczy wszystko?
- Po prostu wszystko.
e za dobrze mi idzie na subie, na strzelnicy...
Tania czekaa.
Na strzelnicy i gdzie jeszcze?
Co jeszcze przychodzio mu zbyt atwo?
- Nieprawda - odrzeka.
- Miae bardzo cikie ycie.
- W dodatku dopiero co si zaczo.
- Powiedzia to z wymuszon agodnoci.
Posuchaj.
Duo z Dmitrijem przeszlimy i znam go na wylot.
Jestem pewien, e wkrtce zacznie ci opowiada
niestworzone rzeczy.
O mnie.
Dziwne, e jeszcze nie zacz.
- Tak?
Prawdziwe czy zmylone?
- Nie wiem.
Pewnie i takie, i takie.
Dima ma specyficzny dar: potrafi miesza prawd
z kamstwem tak dobrze, e mona od tego
zwariowa.
- To ci dopiero dar - odpara.
- Wic skd bd wiedziaa, co jest prawd, a co
nie?
- Nie bdziesz.
Wanie na tym to polega.
- Spojrza na ni i do da: - Jeli chcesz pozna
prawd, spytaj mnie.
- I mog pyta o wszystko?
- Podniosa wzrok.
- Tak.
Przestao jej bi serce.
Przestao bi w chwili, gdy mocno zagryza warg,
eby nie spyta: kochasz mnie?
Pragna wpa w przeraenie, ktre
sparaliowaoby i j, i jej myli, lecz nie moga.
Chcia, eby go o co spytaa?
A co cisno jej si na usta?
Co prbowao si przebi przez zacinite zby,
przez milczenie, przez pozbawione tchu piersi i
zastyge bez ruchu serce?
- A chciaaby?
- spyta agodnie.
- Nie - odrzeka, patrzc na metalowy uchwyt i
siw gow siedzcej przed nimi kobiety.
- Kana Obwodowy - powiedzia Aleksander.
- Jestemy na miejscu.
- Wysiedli, lecz zamiast jak zwykle zaczeka na
szesnastk, poszli piechot, chocia do domu byo
prawie pi kilometrw.
Minli elazn bram i ukryte za ni drzwi.
I brama, i drzwi prowadziy donikd.
Wygldao to tak, jakby zbudowano je i
porzucono.
- Spjrz - powiedzia Aleksander.
- Te bramy, te drzwi, wszystkie maj uszy,
wszystkie podsuchuj.
Wczoraj, dzisiaj, podsuchuj cay czas.
Kiedy pracujesz u Kirowa, kiedy odpoczywasz,
nawet kiedy pisz, kto ci podsuchuje,
przytykajc szklank do ciany, i...
- Chyba artujesz.
Za cian pi dziadkowie.
Chcesz powiedzie, e na mnie donosz?
- Nie, nie o to mi chodzi.
Chc tylko powiedzie, e nikomu nie mona ufa.
e nikt nie jest bezpieczny.
- Nikt?
- spytaa, zerkajc na niego figlarnie.
- Nawet ty?
- Zwaszcza ja.
- To znaczy, e nie mona ci ufa?
- Mona - odrzek z umiechem.
- Ale nawet ja nie czuj si bez pieczny.
- Przecie jeste oficerem Armii Czerwonej!
- Tak?
Powiedz to oficerom z roku trzydziestego
sidmego i trzydziestego smego.
Wszystkich rozstrzelano.
Wanie dlatego nikt nie chce wzi na siebie
odpowiedzialnoci za t wojn.
Zrobia p kroku w jego stron.
- A ja?
-spytaa.-Jestem bezpieczna?
- Tatiano - szepn jej do ucha.
- Oni nas ledz, zawsze i wszdzie.
Pewnego dnia mog wyskoczy z ukrytych drzwi,
aresztowa ci i postawi przed biurkiem
czowieka, ktry spyta, o czym rozmawiaa z
Aleksandrem Bieowem w drodze do domu.
- Za duo mi naopowiadalicie, poruczniku
Bieow.
- Tania lekko odchylia gow.
- Tylko dlaczego?
Skoro zakadasz, e prdzej czy pniej mnie
przesuchaj, dlaczego...
- Musiaem komu zaufa.
- Dlaczego nie zaufae Daszy, ryzykujc jej ycie?
Dugo milcza.
- Bo chciaem zaufa tobie.
Lekko trcia go biodrem.
- I dobrze - rzucia wesoo.
- Jestem jak studnia.
Ale zrb co dla mnie i ju nic wicej mi nie mw,
dobrze?
- Za pno - odrzek, trcajc biodrem j.
- Chcesz powiedzie, e ju nic nas nie uratuje?
- spytaa ze miechem.
-e jestemy skazani?
- Na wieczno.
Chcesz lodw?
- Tak, chtnie.
- Tania promieniaa.
- mietankowe, tak?
- Moje ulubione.
Usiedli na awce, eby moga spokojnie zje, ale
nie wstali nawet wtedy, kiedy ju zjada.
Siedzieli, rozmawiali, wreszcie Aleksander zerk
n na zegarek.
Zrobio si pno.
Dochodzia dziesita, kiedy przystanli na rogu
Greckiego i Drugiej Radzieckiej, trzy ulice od jej
domu.
- A wic...
przyjdziesz?
- Westchna.
- Dasza mwia, e przyjdziesz.
- Tak.
- On te westchn.
- Z Dmitrijem.
Tatiana milczaa.
Stali naprzeciwko siebie.
By tak blisko, e czua jego zapach.
Nigdy dotd nie spotkaa mczyzny, ktry
pachniaby tak adnie i wieo.
Zdawao si, e chce jej co powiedzie.
Otworzy usta, pochyli gow i zmarszczy czoo.
Czekaa w napiciu.
Rozpaczliwie pragna, eby to powiedzia, a
jednoczenie chciaa od niego uciec.
Przeklinaa swoje brzydkie robocze buty,
aowaa, e nie ma na nogach piknych,
czerwonych sandaw i przypomniawszy sobie, e
s to sanday Daszy, e ona.
Tania, adnych butw nie ma, zapragna stan
przed nim boso.
Miotana nie znanymi dotd emocjami i poczuciem
winy, powoli zrobia krok do tyu.
On te.
- Id - powiedzia.
- Do zobaczenia.
Odesza, czujc na sobie jego wzrok.
Odwrcia si.
Patrzy za ni z oddali.
Przyszli o jedenastej.
Na dworze wci byo jasno.
Dasza nie wrcia jeszcze z pracy.
Jej szef uwija si jak w ukropie, wyrywajc
ludziom zote koronki: w cikich czasach zoto
byo pewniejsze ni pienidze, bo nie tracio na
wartoci.
Dasza harowaa do pnej nocy, nienawidzc tego,
co robi, i pragnc, eby wszyscy zachowywali si
tak, jakby ycie nie ulego zmianie, eby Leningrad
by
dawnym Leningradem, ciepym, ospaym,
zakurzonym i penym zakochanych par.
Stali speszeni w kuchni, ona, Dmitrij i Aleksander.
Do eliwnego zlewu kapaa woda z kranu.
- Cocie tacy ponurzy?
- spyta Dima, patrzc to na ni, to na niego.
- Jestem zmczona.
- Skamaa, cho niezupenie.
- A ja godny.
- Aleksander zerkn w jej stron.
- Chodmy na spacer, Taniu.
- Nie, Dima.
- Chod.
On zaczeka na Dasz.
Nic tu po nas - doda z umiechem, - Bardzo
chcieliby zosta sami, prawda, Aleks?
- Niczego tu nie zdziaaj- mrukna Tatiana.
I dziki Bogu.
Aleksander podszed do okna i wyjrza na
podwrze.
Tania odchrzkna.
- Nie mog, Dima.
Jestem...
Dmitrij wzi j pod rami.
- Chod, Tanieczko.
Ju jada, tak?
Chodmy.
Zaraz wrcimy, obiecuj.
Tatiana widziaa tylko kwadratowe ramiona
Aleksandra.
Miaa ochot spyta: Szura...
- Aleksandrze - spytaa - przynie ci co do
jedzenia?
- Nie, Taniu, dzikuj - odrzek, spogldajc na
ni przez rami.
Jego smutne oczy rozbysy na chwil i przygasy.
- Id do kuchni.
Babcia zrobia pieroki.
Zjedz troch.
Jest i barszcz.
Dmitrij wycign j na korytarz.
Ostronie przestpili nad Sawinem, ktry lea
spokojnie na pododze, i wygldao na to, e bez
przeszkd dotr do drzwi, lecz ten w ostatniej
chwili chwyci Tanie za kostk.
Dmitrij nastpi mu na nadgarstek, Sawin
wrzasn i wyszarpn rk.
- Nie wychod, Tanieczko!
- zawodzi.
- Za pno na spacery!
Zosta w domu!
- Nie patrzy na Dmitrija, ktry zakl i ponownie
przy gnit mu butem nadgarstek.
Gdy wyszli na ulic, zaproponowa, e kupi jej
lody.
Nie chciaa, eby kupowa jej lody, ale mimo to
odrzeka:
- Dobrze, waniliowe.
Smutna i nieszczliwa, jada idc.
Noc bya ciepa.
A Tania moga myle tylko o jednym.
- O czym tak mylisz?
- spyta Dmitrij.
- O wojnie - skamaa.
- A ty?
- O tobie.
Nigdy dotd nie spotkaem kogo takiego jak ty.
Jeste inna ni dziewczta, ktre zwykle widuj.
Tatiana skrzywia si i nie odrywajc wzroku od
lodw, wymamrotaa "Dzikuj".
- Mam nadziej, e Aleksander co zje -
powiedziaa.
- Dasza moe wrci dopiero za godzin.
- O tym chcesz rozmawia?
O Aleksandrze?
- Nawet jej niewyrobione ucho wychwycio
dziwny chd w jego gosie.
- Ale skd - odrzeka szybko.
- Po prostu podtrzymuj rozmow.
- Zmienia temat.
- Co dzisiaj robie?
- Kopaem okopy.
Umocnienia na pnocnym froncie s prawie
gotowe.
W przyszym tygodniu Finowie mog nas
atakowa.
- Szyderczo wykrzywi usta.
- Wiem, o czym mylisz.
Zastanawiasz si pewnie, dla czego nie jestem
oficerem, jak Aleksander.
Tatiana milczaa.
- Dlaczego mnie o to nie spytaa?
- Nie wiem.
- Serce zabio jej szybciej.
- Jakby ju wiedziaa.
- Ja?
Nie.
- Miaa ochot wyrzuci lody i uciec do domu.
- Rozmawiaa z nim o mnie?
- Nie - odrzeka spita.
- I nie dziwi ci, e ja jestem zwykym
frontowcem, a on oficerem?
Nie wiedziaa, co odpowiedzie.
To byo gupie.
Nie znosia kama.
Z trudem przychodzio jej zachowywanie
milczenia, przybieranie obojtnej miny i unikanie
czyjego wzroku, ale kamstwo?
Nie przeszoby jej przez gardo.
- Aleks i ja chcielimy zosta oficerami.
Taki mielimy plan.
- Jaki plan?
Dmitrij nie odpowiedzia i pytanie zawiso w
powietrzu jak miecz, a potem utkwio w jej
gowie.
Zadray jej rce.
Nie chciaa by sama z Dmitrijem.
Nie czua si bezpiecznie.
Doszli do parku Taurydzkiego.
Chocia soce stao trzydzieci stopni nad
horyzontem, pod drzewami zapad ju mrok.
- Przejdziemy si alejkami?
- spyta Dmitrij.
- Ktra godzina?
- Nie wiem.
- Musz ju wraca.
- Nieprawda, nie musisz.
- Musz.
Rodzice nie lubi, kiedy wychodz pnym
wieczorem, nie przywykli do tego.
Zdenerwuj si.
- Nie, twoi rodzice mnie lubi.
- Podszed bliej.
- Zwaszcza ojciec.
Poza tym - doda - s zbyt zajci myleniem o
Paszy i nawet nie zauwa, e ci nie ma.
Tatiana zatrzymaa si i odwrcia.
- Id - oznajmia i ruszya w stron domu.
Chwyci j za rk.
- Nie, zaczekaj.
- cisn jej do.
- Chod.
Usidmy pod drzewami.
- Dmitrij, nigdzie nie usid.
Moesz mnie puci?
- Chod...
- Nie.
Pu mnie.
Zacisn palce i podszed bliej.
- A jeli nie puszcz?
Tania ani drgna.
Woln rk obj j w talii i przycign do siebie.
- Dima.
- Bya spokojna i opanowana, patrzya mu prosto
w oczy.
- Co ty robisz?
Zwariowae?
- Tak, zwariowaem.
- Nachyli si, eby j pocaowa, lecz krzykna i
gwatownie odwrcia gow.
- Nie!
Pu mnie.
Wtedy j puci.
- Przepraszam - wychrypia drcym gosem.
- Musz wraca do domu.
- Ruszya przed siebie najszybciej jak moga.
- Jeste dla mnie za stary.
- Nie.
Nie.
Prosz.
Mam tylko dwadziecia trzy lata.
- Chciaam powiedzie, e to ja jestem za moda
dla ciebie.
Mj chopak nie moe...
nie moe ode mnie tyle wymaga - dokoczya po
namyle.
- Nie tyle?
A ile?
- Niczego nie moe wymaga.
- Przepraszam, Taniu.
Nie chciaem ci wystraszy.
- Nie szkodzi.
Po prostu nie jestem dziewczyn, ktra wysiaduje
pod drzewami.
- Z tob, pomylaa z drcym sercem,
wspominajc Ogrd Letni.
- Teraz ju o tym wiem i pewnie dlatego jeszcze
bardziej mi si po dobasz.
Tylko czasami nie wiem, jak si przy tobie
zachowa.
- Szanuj" mnie i bd cierpliwy.
- Bd cierpliwy jak Hiob.
- Nachyli si ku niej.
- Wiesz dlaczego?
Dlatego, e nie zamierzam z ciebie rezygnowa.
Przyspieszya kroku.
- Mam nadziej, e Dasza lubi Aleksandra -
powiedzia po chwili.
- Lubi.
- Bo on bardzo lubi j.
- Tak?
- spytaa cicho.
- Skd wiesz?
- Przedtem mia duo zaj...
pozasubowych, e tak powiem, ale od jakiego
czasu prawie nigdzie nie wychodzi.
Tylko nic nie mw siostrze, bdzie jej przykro.
Miaa ochot odpowiedzie, e nic z tego nie
rozumie, ale baa si, e Dima zacznie jej
tumaczy.
Dasza i Aleksander siedzieli na maej sofie w
korytarzu, czytajc opowiadania Zoszczenki i
zanoszc si miechem.
- To moja ksika wymamrotaa gderliwie Tatiana.
Nie wiedzie czemu, Dasza uznaa, e to
przezabawne; nawet Aleksander si umiechn.
Idc do pokoju, Tania potkna si o jego
wycignite nogi i byaby upada, gdyby jej nie
podtrzyma.
Podtrzyma, natychmiast puci i spyta:
- Co ty masz na ramieniu?
- Gdzie?
Nic, nie.
- Wymawiajc si zmczeniem, przeprosia ich,
powiedziaa dobranoc i znikna w pokoju
dziadkw.
Dziadkowie siedzieli na sofie i suchali radia,
rozmawiajc cicho o Paszy.
Tania wcisna si midzy nich i od razu poczua
si lepiej.
Nieco pniej, gdy ju leaa w ku, usyszaa
szept Daszy:
- Taniu?
Taniu?
- Co?
Jestem zmczona.
Siostra cmokna j w rami.
- Przestaymy ze sob rozmawia.
Pasza wyjecha i ju ze sob nie rozmawiamy.
Tsknisz za nim, prawda?
Niedugo wrci.
- Tak, tskni.
Ostatnio jeste bardzo zajta.
Porozmawiamy jutro, dobrze?
- Taniu, zakochaam si!
- szepna Dasza.
- Ciesz si - odszepna Tania i odwrcia si do
ciany.
Dasza pocaowaa j w ty gowy.
- Tym razem to naprawd to.
Och, Tanieczko, po prostu nie wiem, co ze sob
zrobi!
- Moe si troch przepij?
- Cay czas myl tylko o nim.
Doprowadza mnie do szalestwa.
Jest taki...
i chodny, i gorcy zarazem.
Dzisiaj by miy, spokojny i zabawny, ale s takie
dni, kiedy...
Nie potrafi go rozgry.
Tatiana milczaa.
- Wiem, e nie mona oczekiwa za duo i nie od
razu.
To, e do mnie przychodzi, to prawdziwy cud.
Przedtem nie mogam go namwi i dopiero w
niedziel...
Tania miaa ochot zauway, e to nie Dasza go
namwia, lecz oczywicie nie powiedziaa ani
sowa.
- Darowanemu koniowi nie zaglda si w zby.
Chyba nas lubi.
Wiedziaa, e on jest z Krasnodaru?
Nie by tam, odkd wstpi do wojska.
Nie ma ani braci, ani sistr.
I nie chce rozmawia o swoich rodzicach.
Jest taki...
Nie umiem tego okreli.
Taki milczkowaty.
Nie lubi mwi o swoich sprawach.
Ale o moje wypytywa.
- Tak?
- Tania nie zdoaa wykrztusi nic wicej.
- Mwi, e nie chce tej wojny.
- Nikt nie chce wojny.
- Ale to ju co, prawda?
Jest nadzieja, e po wojnie bdzie inny, e jako
nam si uoy.
- Dasza wtulia twarz w jej wosy.
- Taniu, lubisz Dmitrija?
Tatiana z trudem zapanowaa nad gosem.
- Jest miy.
- Bo on ciebie bardzo.
- Nieprawda.
- Prawda.
Nie znasz si na tym.
- Troch si znam i wiem swoje.
- Chciaaby o czym porozmawia, o co mnie
zapyta?
- Nie!
- Musisz by troch mielsza, masz ju
siedemnacie lat.
Nie moesz by troch bardziej...
ulega?
- Wobec Dmitrija?
Nie, Dasza.
Zanim zasna, zdaa sobie spraw, e mniej boi
si wojny, ktra bya czym mglistym i
nieokrelonym, ni blu zamanego serca, ktry by
a nadto realny.
W sobot posza do biblioteki i poyczya
rozmwki rosyjsko-angielskie.
W szkole uczya si alfabetu aciskiego i niele
go znaa.
Prawie przez cae popoudnie powtarzaa zwroty i
zdania, zwaszcza te najbardziej idiotyczne.
Najtrudniejsze do wymwienia byo th, w i
mikkie r.
A zdanie: The weather will be thunder and rain
tomorrow zbudowano specjalnie po to, eby j
dobi.
Niele wychodzio jej be.
W niedziel przyszed Aleksander i osobicie
poprzykleja do szyb papierowe paski, eby
podczas bombardowania szko nie wypado od
podmuchu eksplozji.
- Wszyscy musz to zrobi - wyjani.
- Ju niedugo po miecie bd chodzi specjalne
patrole i sprawdza, czy wszystkie okna s dobrze
pozaklejane.
Jeli Niemcy dojd do Leningradu, nigdzie nie
bdzie szka.
Mietanowowie przygldali si mu z wielkim
zainteresowaniem, a mama bezustannie si nim
zachwycaa.
Jaki jest wysoki, powtarzaa, jaki sprawny, jakie
zwinne ma rce, jak pewnie stoi na parapecie.
W kocu spytaa, gdzie si tego wszystkiego
nauczy.
- Mamo odrzeka niecierpliwie Dasza - przecie
on suy w Armii Czerwonej!
- Czy w armii ucz stania na parapecie?
- rzucia cicho Tania.
- Och, zamknij si, Tanieczka - odpara ze
miechem Dasza; Aleksander te si rozemia, ale
nie kaza jej si zamkn.
- Co to za dese?
- spytaa mama, kiedy zeskoczy na podog.
Tatiana, Dasza, mama i babcia popatrzyy na okno.
Zamiast zwykego biaego krzya - w Leningradzie
przybywao ich z dnia na dzie
- w ich oknie widniao co, co przypominao
drzewo.
Drzewo o grubym, lekko pochylonym pniu i
podunych liciach na wierzchoku.
- A c to jest, modziecze?
- spytaa wadczo babcia.
- To jest palma, Anno Lwowno.
Do Aleksandra podesza Dasza.
- Co takiego?
- Dlaczego ona zawsze musi podchodzi tak
blisko?
- Palma.
Tatiana obserwowaa go w napiciu.
- Palma?
- powtrzya niepewnie Dasza.
- Tropikalne drzewo - wyjani.
- Ronie w obu Amerykach i na wyspach
poudniowego Pacyfiku.
- Hmm...
- zadumaa si mama.
- Troch dziwnie to wyglda, nie
uwaasz?
- Lepsza palma ni krzy - wymamrotaa Tatiana.
Umiechn si do niej.
Ona do niego.
- Mody czowieku - powiedziaa babcia.
- W naszych oknach niczego nie komponuj.
Nam wystarcz zwyke krzye.
Obejdziemy si bez
palm.
Potem Dasza i Aleksander wyszli, zostawiajc
Tanie w domu z mar kotn, zmczon rodzin.
Niewiele mylc, posza do biblioteki i
przesiedziaa tam kilka godzin, powtarzajc obco
brzmice angielskie sowa.
Byy bardzo trudne, i do czytania, i do pisania.
Postanowia, e przy najbliszej okazji poprosi
Aleksandra, eby powiedzia co po angielsku.
Ot, tak, eby usysze, jak ten jzyk brzmi.
Boe, ju mylaa o nastpnym spotkaniu, jakby na
pewno miao do niego doj.
Poprzysiga sobie e zabroni mu przychodzi pod
zakady.
Poprzysiga to sobie tej nocy, lec w ku
twarz do ciany.
Poprzysiga to cianie, wodzc palcem po starej
papierowej tapecie, gaszczc j i powtarzajc:
przyrzekam, przyrzekam, przyrzekam.
Potem pomacaa rk pod kiem i do tkna
"Jedca miedzianego".
Nie, powie mu to kiedy indziej.
Najpierw posucha, jak Aleksander mwi po
angielsku, porozmawiaj o wojnie i dopiero
wtedy...
W nocy ponownie zawyy syreny.
Dasza wrcia bardzo pno, budzc siostr,
ktrej palce wci spoczyway na cierpliwej
cianie.
W poniedziaek Krasienko wezwa j do biura i
oznajmi, e chocia Tania znakomicie daje sobie
rad przy miotaczach ognia, musi j natychmiast
przenie na wydzia budowy czogw.
Wanie dostali nowe rozkazy z Moskwy: bez
wzgldu na liczebno zaogi, Kirw musi
produkowa pidziesit czogw miesicznie.
- A kto bdzie robi miotacze?
- Same si zrobi.
- Krasienko zapali papierosa.
- Mia z ciebie dziewczyna, Taniu.
Id.
Zjedz troch zupy w stowce.
- Mylicie, e przyjm mnie do Ochotniczej...
- Nie!
- Podobno pitnacie tysicy naszych robotnikw
pracuje przy budowie umocnie za ug.
To prawda?
- Prawda jest taka, e ty ich budowa nie bdziesz.
A teraz jazda std.
- Czy udz grozi niebezpieczestwo?
- Niedaleko ugi by Pasza.
- Nie - odpar Krasienko.
- Niemcy s daleko.
Nasi ludzie buduj umocnienia na wszelki
wypadek.
A teraz id ju.
Na wydziale produkcji pracowao znacznie wicej
ludzi, a linia montaowa bya bardziej
skomplikowana ni ta przy miotaczach, ale dziki
temu Tatiana miaa mniej do roboty.
Kazano jej wkada toki do cylindrw
wysokoprnego silnika czogowego.
Hala montaowa, szara i ciemna, bya wielkoci
lotniczego hangaru.
Do koca dnia zmontowali p czogu.
Silnik by na swoim miejscu - dziki Tatianie -
mocno skrcona rama i gsienice te, jednak
wntrze kaduba ziao pustk, bo nie byo w nim
ani przyrzdw, ani paneli, ani broni, ani
pojemnikw na amunicj, ani wyrzutni, ani nawet
wieyczki, dlatego machina bardziej przypominaa
ciko opancerzony samochd ni radziecki KW-
60.
Jednake w przeciwiestwie do pakowania mao
kalibrowych pociskw, do napeniania miotaczy
naft czy do pokrywania bomb warstw smaru,
zmontowanie poowy czogu dao Tani poczucie
spenienia, jakiego nie zaznaa podczas caego
miesica pracy u Kirowa.
Czua si tak, jakby sama go zbudowaa.
I kolejny powd do dumy: po poudniu Krasienko
powiedzia jej, e Niemcy nie mog na wet marzy
o czogu tak doskonaym, tak znakomicie
uzbrojonym, tak atwym w obsudze, tak zwrotnym
i szybkim, mimo to opancerzonym
czterdziestomilimetrowej gruboci blach stalow
i wyposaonym w dziao kalibru osiemdziesit
pi milimetrw.
Wci uwaali, e najlepszy jest ich Tygrys.
- wietnie si sprawia - zakoczy Krasienko.
- Kiedy doroniesz, powinna zosta mechanikiem.
O smej Tania wyszorowaa rce, poprawia
konierzyk, wyszczotkowaa wosy i wybiega na
ulic, nie wierzc, e po jedenastu godzinach
harwki moe jeszcze biec, a jednak biega, w
obawie, e Aleksander nie bdzie na ni czeka.
Ale nie: czeka.
Czeka, lecz si nie umiecha.
Zdyszana prbowaa nad sob zapanowa.
Pierwszy raz od pitku bya z nim sam na sam, nie
liczc morza obcych na przystanku.
Miaa ochot powiedzie: "Jestem taka
szczliwa, e przyszede".
Hmm, a co si stao z: "Ju nigdy tu nie
przychod"?
Kto j zawoa.
Niechtnie odwrcia gow.
Ilja, szesnastolatek, ktry pracowa przy montau
gsienic czogu.
- Czekasz na autobus?
- spyta, zerkajc na milczcego Aleksandra.
- Nie, do zobaczenia jutro.
- Gestem rki daa Aleksandrowi znak i przeszli na
drug stron ulicy.
- A ten to kto?
- Ilja?
- spytaa zaskoczona Tatiana.
- Pracuje ze mn.
- Naprzykrza ci si?
- Co?
Ale skd.
- Szczerze mwic, Ilja troch si jej naprzykrza.
- Przeszam na inny wydzia - dodaa z dum.
- Montujemy czogi na front w udz.
- Szybko je montujecie?
- Jeden w dwa dni.
To chyba niele, prawda?
- eby pomc tym z ugi, musielibycie montowa
dziesi dziennie.
Wyczuwajc co w jego gosie, podniosa gow,
lecz twarz mia jak z kamienia.
- Wszystko w porzdku?
- spytaa.
- Tak.
Zmarszczya czoo.
- Co si stao?
- Nic.
Ludzie stojcy na przystanku tramwajowym w
milczeniu palili papierosy.
Nikt z nikim nie rozmawia.
- Chcesz si przej?
- spytaa niemiao.
Pokrci gow.
- Cay dzie byem na szkoleniu wojskowym.
- Mylaam, e ju dawno ci wyszkolili -
zaartowaa, trcajc go lekko w rami.
- Nie, to ja szkoliem ich.
Manewry, strzelnica, budowa schronw...
- Spostrzega, e jest dziwnie przygaszony.
Czyby a tak dobrze znaa jego gos?
Jego twarz?
- Co si stao?
- spytaa po raz drugi.
- Nic.
- Nagle chwyci j za rk i podcign rkaw
sukienki, od saniajc ciemny siniak na ramieniu.
- Taniu, co to jest?
Boe.
- Nic.
- Prbowaa zabra rk, lecz nie moga, gdy stali
za blisko siebie.
- To nic, naprawd.
- Nie miaa odwagi spojrze mu w oczy.
- Nie wierz.
Mwiem ci, eby nie zadawaa si z Dmitrijem.
- Nie zadaj si z Dmitrijem.
- Wymienili spojrzenia i Tania wbia wzrok w
guzik munduru Aleksandra.
- Chcia tylko, ebym z nim usiada.
- Jeli znowu chwyci ci za rami, w dodatku tak
mocno, masz mi natychmiast o tym powiedzie.
- Dopiero teraz j puci.
Te dugie, szczupe, silne palce...
Szkoda, e zabra rk.
- Dima jest miy.
Po prostu mia do czynienia z innego rodzaju
dziewcztami.
- Odkaszlna.
- Kto nie mia?
Posuchaj, rozmawiaam z nim.
Jestem pewna, e to si ju nie powtrzy.
- Naprawd?
Tak samo jak rozmawiaa z rodzicami o powrocie
Paszy?
Tatiana milczaa chwil.
- Mwiam, e to dla mnie trudne.
Nie udao ci si namwi do tego nawet mojej
dwudziestoczteroletniej siostry.
Moe sam sprbujesz?
Przyjd, napij si z tat wdki i sprbuj.
Poka mi, jak to si robi, bo ja nie potrafi.
- Nie potrafisz porozmawia z rodzicami o swoim
bracie, ale potrafisz da odpr Dmitrijowi?
- eby wiedzia - podniosa gos i ze smutkiem
pomylaa: czy my si kcimy?
Dlaczego?
W tramwaju byy dwa wolne miejsca.
Ona trzymaa si metalowej porczy na oparciu
fotela przed sob, on splt
donie na kolanach.
Cay czas milcza i unika jej wzroku.
Co nie dawao mu spokoju.
Dmitrij?
Mimo to siedzieli blisko siebie: jej rami dotykao
jego ramienia, jego noga jej nogi.
Nie odsuna si; jakby moga, jakby cho raz o
tym po mylaa.
Hipnotyzowa j i przyciga jak magnes.
Jego udo miao twar do marmuru.
Chcc zagodzi napicie, zacza mwi o
wojnie.
- Gdzie przebiega teraz linia frontu?
- Przesuwa si na pnoc.
- Ale jest jeszcze daleko, tak?
Daleko od...
Patrzy prosto przed siebie.
- Mimo caego mstwa, jestemy narodem
cywilw.
Te gupie manewry - prychn - te wiczenia, te
uziemione samoloty, te aosne czogi...
Nie wiedzielimy, z kim bdziemy mieli do
czynienia.
Przytulia si leciutko do jego ramienia, chonc
go przez skr.
- Suchaj, dlaczego Dmitrij nie chce i na front?
Przecie bez walki nie wypdzimy Niemcw.
- Dima ma Niemcw gdzie.
Obchodzi go tylko...
- Urwa i spojrza w okno.
Tatiana czekaa.
- Wkrtce dowiesz si o nim jednego: Dima
uwaa, e przetrwanie jest jego niezbywalnym
prawem.
- Co znaczy "niezbywalne prawo"?
- Prawo, ktrego nie mona nikomu odebra -
wyjani z umiechem.
Tania zmarszczya czoo.
- Kto tak powiedzia?
Czy my w ogle mamy takie prawa?
Nie s zastrzeone dla pastwa?
- My?
Gdzie?
- Tu.
- Zniya gos.
- W Zwizku Radzieckim.
- Nie, Taniu, tu ich nie mamy.
Masz racj, w Zwizku Radzieckim prawa te s
zastrzeone dla pastwa.
I dla Dmitrija.
Zwaszcza prawo do przetrwania za wszelk cen.
- Niezbywalne prawo...
- powtrzya w zadumie Tatiana.
- Nigdy dotd nie syszaam tego okrelenia.
- Nic dziwnego.
- Zagodniaa mu twarz.
- Jak spdzia reszt nie dzieli?
Bya gdzie?
Jak si miewa mama?
Ilekro j widz, wyglda tak, jakby zaraz miaa
upa.
- Tak, ostatnio ma duo zmartwie.
- Spojrzaa w okno.
Nie chciaa rozmawia o Paszy.
- Wiesz, co wczoraj zrobiam?
Nauczyam si kilku angielskich sw.
Chcesz posucha?
- Bardzo, ale najpierw wysidmy.
Czy chocia dobre s te sowa?
Nie bardzo wiedziaa, co ma na myli, ale i tak si
zaczerwienia.
Wysiedli i mijajc Dworzec Warszawski, Tania
zobaczya tum stojcych grupkami ludzi: kobiet z
dziemi, staruszkw i staruszek z bagaami.
Wszyscy jakby na co czekali.
- Na co oni czekaj?
- spytaa.
- Na pocig.
Ci s mdrzy.
Wyjedaj.
- Wyjedaj?
- Tak.
Ty te powinna wyjecha - doda, gdy przeszli
jeszcze kilka krokw.
- Dokd?
- Dokdkolwiek.
Byle dalej.
Dlaczego jeszcze tydzie temu myl o ewakuacji
bya taka ekscytujca, a teraz brzmiaa jak wyrok
mierci?
Bo to nie bya ewakuacja.
To byo wygnanie.
- Z tego, co sysz - cign Aleksander - Niemcy
daj nam w ko.
Bij nas, miad.
Jestemy nieprzygotowani, le wyposaeni, nie
mamy ani czogw, ani broni.
- Nie martw si - odrzeka ze sztuczn beztrosk w
gosie.
- Jutro skoczymy nasz czog.
- Nie mamy nic oprcz ludzi, Taniu.
Bez wzgldu na to, jak dobre wiadomoci podaj
przez radio.
- S bardzo krzepice.
- Chciaa powiedzie to wesoo, lecz nie zdoaa.
- Taniu.
- Tak.
- Czy ty mnie suchasz?
Prdzej czy pniej Niemcy uderz na Leningrad.
Tu jest niebezpiecznie.
Powinna wyjecha.
- Moja rodzina nie ruszy si z miejsca!
- To wyjed sama.
- Co ty mwisz?
- wykrzykna ze miechem.
- Nigdy w yciu sama nie wyjedaam!
Sama chodz najwyej do sklepu.
Nie mog wyjecha.
Zreszt dokd?
Na Ural albo gdzie, dokd ewakuuj ludzi z za
chodu?
Chciaby, ebym tam wyjechaa?
A moe wylesz mnie do Ameryki?
Czy w Ameryce byabym bezpieczna?
- Zachichotaa.
C to za absurd?
- Tak - odpar pospnie.
- Tam byaby bezpieczna.
Wrciwszy do domu, wszcza z ojcem rozmow o
wyjedzie i o Paszy.
Tata zacign si dymem.
Dokadnie trzy razy; Tania liczya.
Potem wsta, zgasi papierosa i mocno akcentujc
sowa, odrzek:
- Taniusza, co ci do gowy przychodzi?
Niemcy tu nie przyjd.
Nig dzie nie wyjad.
A Paszy nic nie grozi.
Jestem tego pewny.
Posuchaj, jeli tak bardzo si martwisz, mama
jutro do niego zadzwoni.
Dobrze?
- Taniu - powiedzia dziadek - poprosiem o
pozwolenie na wyjazd do obwodu mootowskiego
na Uralu.
Mam tam kuzyna...
- Wasiliju, twj kuzyn umar dziesi lat temu -
przerwaa mu babcia, krcc du, siw gow.
- Podczas godu w trzydziestym pierwszym.
- Ale jego ona yje.
- Umara na dyzenteri w dwudziestym smym.
- Druga ona umara, ale pierwsza, Maria
Michajowna, yje.
- Ale nie mieszka w Mootowskiem, tylko w tej
maej wiosce, w ktrej i my kiedy mieszkalimy...
- Kobieto!
- rykn dziadek.
- Chcesz ze mnjecha czy nie?
- Ja z tob pojad, dziadku - rzucia wesoo Tania.
- Czy tam jest adnie?
- Pojad z tob, Wasilij - powiedziaa babcia - ale
nie udawaj, e mamy tam jak rodzin.
Rwnie dobrze moglibymy wyjecha na
Czukotk.
- Na Czukotk?
- spytaa Tatiana.
- Czy to na krgu polarnym?
- Tak - odrzek dziadek.
- Koo Cieniny Beringa?
- Tak.
- To moe jedmy na Czukotk?
Skoro ju musimy...
- Na Czukotk?
- wykrzykn dziadek.
- A kto mnie puci na Czukotk?
I kogo tam bd uczy?
- Tania jest gupia.
- Mama pokiwaa gow.
Tatiana zamilka.
Mylaa o dziadku, ktry uczy matematyki na
Czukotce.
Mylaa o czym absurdalnym.
O czym tak absurdalnie absurdalnym, e gdyby
nie obecno rodziny, wybuchnaby miechem.
- Dlaczego pytasz o Cienin Beringa?
- mrukn dziadek.
- Ona ma niedorzeczne myli - wtrcia Dasza.
- I niedorzeczne ycie wewntrzne.
- Wcale nie - odpara Tania.
- Co jest na drugim brzegu Cieniny Beringa?
- Alaska - odrzek dziadek.
- Ale co to ma do rzeczy?
- Wanie, Taniu, lepiej si nie odzywaj - dodaa
mama.
Nazajutrz wieczorem tata wrci z pracy z
kartkami dla caej rodziny.
- Nie uwierzycie - powiedzia.
- Kartki na ywno.
C, jako sobie poradzimy.
Zreszt cakiem sporo tego...
- Robotnicy dostawali osiemset gramw chleba
dziennie, kilogram misa i p
kilograma patkw owsianych tygodniowo.
Wydawao si, e to rzeczywicie duo.
- Mamo, dzwonia do Paszy?
- spytaa Tatiana.
- Prbowaam.
Poszam nawet na poczt gwn, na Wielkiej
Koniuszennej, ale si nie dodzwoniam.
Sprbuj jutro.
Wiadomoci z frontu byy zowieszcze.
Komunikaty frontowe - po rozwieszane po caym
Leningradzie na drewnianych tablicach, gdzie
kiedy wywieszano codzienne gazety -
niepokojce w swej oglnikowoci.
Radio podawao, e Armia Czerwona zwycia,
chocia wojska nie mieckie wci posuwaj si
naprzd.
Jak to zwycia?
- zastanawiaa si Tatiana.
Jak moe zwycia, skoro Niemcy coraz bliej?
Kilka dni pniej dziadek oznajmi, e ma due
szans na posad w obwodzie mootowskim i
zaproponowa, eby zaczli si pakowa.
- Bez Paszy nigdzie nie pojad - warkna mama.
- Poza tym - dodaa spokojniejszym tonem gosu -
szyj teraz mundury dla wojska.
Ojczyzna mnie potrzebuje.
- Kiwna gow.
- Wszystko bdzie dobrze.
Wojna niedugo si skoczy.
Suchalicie radia?
Armia Czerwona zwycia.
Wypieramy wroga z kraju.
- Irino, Irino...
westchn dziadek.
- Ten wrg to najwiksza, najlepiej uzbrojona i
wyszkolona armia w wiecie.
Nie syszaa?
Anglicy walcz z nimi od ptora roku.
Sami.
Nie dali im rady, chocia maj ten synny RAF.
- Tak, tatusiu - wtrci ojciec, idc onie na
odsiecz ale teraz Niemcy prowadz prawdziw
wojn, nie tylko powietrzn.
Radziecki front to wielki front.
Bd mieli z nami cik przepraw.
- Moe i tak, ale lepiej tego nie sprawdzajmy.
- Ja nie jad - owiadczya mama.
- Popieram mam - wtrcia Dasza.
No pewnie, pomylaa Tania.
Paszy z nimi nie byo, wic nie zabiera gosu.
Siedzieli w kiszkowatym pokoju, tata i mama
palc, babcia i dziadek krcc siwymi gowami.
Dasza szya.
Ja te nie jad, zdecydowaa Tania.
Nie moga jecha, bo si okopaa.
Okopaa si Aleksandrem i nie bya w stanie z
tego okopu wyj.
ya dla tej jednej wieczornej godziny, dla tych
kilku chwil, ktre popychay j ku przyszoci i ku
ledwie uksztatowanym bolesnym uczuciom,
ktrych nie potrafia ani wyrazi, ani zrozumie.
"Przyjaciele, ktrzy spaceruj po Leningradzie w
wietlistym zmierzchu".
Nie moga da i nie daa od niego niczego
wicej, mimo to podczas tej jednej, jedynej
godziny po dugim dniu pracy, kiedy serce omal
nie wyskoczyo jej z piersi i kiedy brako jej tchu,
bya na prawd szczliwa.
W domu otaczaa si rodzin, ale bya z nimi i nie
bya zarazem.
Wieczorami za obserwowaa ich, jak choby
teraz, nieufnie sondujc ich nastrj.
- Mamo, dzwonia do Paszy?
- Tak, ale nikt nie odbiera.
Tam, w obozie.
Nikt nie podnosi suchawki.
Pewnie podali mi zy numer.
Dzwoniam do rady w tej wsi, w Dogodnie, ale
tam te gucho.
Sprbuj jutro.
Wszyscy chc si gdzie dodzwoni.
Linie s przecione.
Mama prbowaa dzwoni jeszcze kilka razy, lecz
bez skutku.
Z frontu wci nie byo dobrych wiadomoci, nie
mwiono te o ewakuacji.
Aleksander przesta ich odwiedza.
Dasza pracowaa do pnego wieczora.
Dmitrij wyjecha na fisk granic.
Codziennie po pracy Tatiana szczotkowaa wosy i
wybiegaa z za kadu, mylc:
"prosz, czekaj na mnie", i Aleksander czeka.
Jednake nie zaprasza jej ju na spacer po
Ogrodzie Letnim, nie proponowa, eby usiedli na
awce pod drzewami.
Znuonym krokiem wdrowali powoli od
przystanku do przystanku i niechtnie egnali si na
Greckim, trzy ulice od jej domu na Pitej
Radzieckiej.
Idc, gawdzili o Ameryce, o jego yciu w
Moskwie, o wakacjach Tatiany nad jeziorem Ilmen
i pod ug, o wojnie - cho ze wzgldu na
denerwujcy brak wieci o Paszy, o wojnie
rozmawiali coraz mniej - czasem Aleksander uczy
j angielskiego, czasem opowiadali sobie kaway,
a czasem milczeli.
Bywao, e balansujc niepewnie na wysokiej
krawdzi Kanau Obwodowego, dla zachowania
rwnowagi Tatiana niosa jego karabin.
- Tylko nie spadnij - powiedzia kiedy.
- Nie umiem pywa.
- Naprawd?
- spytaa z niedowierzaniem i omal nie spada.
Byskawicznie przytrzyma luf karabinu.
- Lepiej nie sprawdzajmy.
Nie chc straci broni.
- Spokojnie - odrzeka, chwiejc si
niebezpiecznie na krawdzi.
- Bardzo dobrze pywam.
Zanurkuj po karabin, i ju.
Pokaza ci?
- Nie, dzikuj.
Czasem, kiedy Aleksander mwi, przygldaa mu
si tak intensywnie, e po jakim czasie z
zaenowaniem stwierdzaa, e ma rozchylone usta.
Nie wiedziaa, jak przybiera min, gdy o czym
opowiada: jego karmelowe oczy mrugay,
janiay, miay si i pospniay, rozedrgane usta
poruszay si, otwieray i oddychay.
Patrzya to na oczy, to na wargi, suna wzrokiem
od linii wosw do podbrdka, bojc si, e
przegapi jaki szczeg.
O pewnych sprawach nie chcia mwi i nie
mwi.
Na przykad o swoim ojcu, o tym, jak zmieni
nazwisko na Bieow ani o tym, za co dosta medal.
Nigdy go o to nie wypytywaa.
Braa to, co jej dawa, i niecierpliwie czekaa na
reszt.
- Za dugo pracuj - powiedziaa w pitek
wieczorem ze znuonym umiechem czowieka,
ktry ma za sob dwanacie godzin harwki.
- Dzisiaj zrobiam dla ciebie cay czog.
Taki z czerwon gwiazd i z numerem trzydzieci
sze na wieyczce.
Umiesz prowadzi czog?
- Ba!
- odrzek.
- Umiem nim nawet dowodzi.
- To jaka rnica?
- Oczywicie odrzek z umiechem.
- Jako dowdca nic nie robi.
Wykrzykuj tylko rozkazy i czekam, a nas zabij.
- Bardzo mieszne - wymamrotaa.
- Chc si przenie do piekarni.
Zamiast robi czogi, niektrzy szczciarze piek
chleb.
- Im wicej, tym lepiej.
- Czogw?
- Chleba.
- Obiecali nam premi za zmontowanie caego
czogu, uwierzysz?
Premi!
Zachichotaa.
- System zarobkw podczas wojny niby dla czego
mielibymy tak ciko pracowa za par rubli
wicej?
- stoi w cakowitej sprzecznoci z tym, czego
uczono nas od urodzenia, a tu prosz: premia.
- Nic si nie martw.
Nie przestan was indoktrynowa, dopki nie
zechcecie pracowa nawet za kopiejk wicej.
- Przesta, ty wywrotowcze - szepna z
umiechem.
- Nic dziwnego, e cay czas ogldasz si przez
rami.
Zina narazia si bardzo po dobn uwag.
Powiedziaa, e chtnie wstpi do wojska, bo w
wojsku nie moe by gorzej ni w zakadzie.
Aleksander popad w zadum.
Chodnik by szeroki, mimo to szli blisko siebie,
potrcajc si ramionami.
- Zina ma racj rzek w kocu.
- Lepiej uwaaj, nie popenij adnego bdu.
Syszaa o Karlu Otsie?
- O kim?
- By dyrektorem w czasach, kiedy wasza fabryka
nazywaa si Za kady Putiowskie.
Karol Ots.
Po zabjstwie Kirowa w trzydziestym
czwartym prbowa zaprowadzi tam porzdek,
uchroni robotnikw przed...
powiedzmy, e przed odwetem.
Tatiana syszaa o Siergieju Kirowie od ojca i od
dziadka.
- Aresztowali go?
Skazali na mier?
Aleksander kiwn gow.
- Tak.
Ktrego dnia, podczas kontroli czogu T-28,
stwierdzono brak jakiej ruby.
Tego samego dnia czog mia by przekazany
wojsku.
Wybuch skandal, zaczto gorczkowo szuka
"wraego sabotaysty".
- Aleksander wzi gboki oddech.
Tatiana czekaa.
Przystanli na skrzyowaniu.
- Ots wiedzia, e to tylko gupi bd.
Ot, zwyke przeoczenie mechanika, ktry
zapomnia przykrci rub.
Wiedzia i dlatego nie chcia dopuci do
polowania na czarownice.
- Niech zgadn - szepna Tania.
- Nie udao mu si.
- Rwnie dobrze mg stawi czoo cyklonowi,
twierdzc, e to tylko lekki wiatr.
- Cyklonowi?
- Z fabryki znikny setki ludzi.
Tania spucia gow.
- Ots te?
- Uhm.
Jego zastpcy, ksigowi, kadrowcy, kierownicy
produkcji i narzdziowni, nie wspominajc ju o
byych pracownikach zakadw, ktrzy
awansowali na wysze stanowiska rzdowe.
Pierwszy sekretarz miejskiego komitetu partii,
pierwszy sekretarz obwodu newskiego, mer
Leningradu...
On te znikn.
wiato zmienio si na zielone, potem na
czerwone, potem znowu na zielone.
Przeszli przez jezdni, kiedy palio si czerwone,
ale ju si nie dotykali.
Tatiana pogrya si w gbokiej zadumie.
- Wic co chcesz przez to powiedzie?
- spytaa w kocu.
- eby starannie dokrca wszystkie ruby?
- Wanie.
- Zina ma racj.
Harujemy do upadego, jest wyczerpana.
Chce tylko jednego: wyjecha do Miska, do
siostry.
Aleksander potar oczy i woy czapk.
- Powiedz jej - rzuci spity - eby daa sobie
spokj z Miskiem.
Niech skupi si na tym, co robi, na czogach.
Jaki macie plan?
- Przedtem pitnacie, teraz ju trzydzieci
miesicznie.
Nie na damy.
- Za duo od was wymagaj.
- Czekaj, zaraz.
- Pooya mu rk na ramieniu i zaskoczona sama
sob, szybko j cofna.
- Dlaczego Zina ma da sobie spokj z Miskiem?
- Bo Misk pad - odrzek ponuro Aleksander.
- Trzynacie dni temu.
- Co takiego?
- To, co syszaa.
- Trzynacie dni temu?
Nie, nie, to niemoliwe.
Misk jest tylko kilka kilometrw od...
- Sowa uwizyjej w gardle.
- Taniu, nie kilka, ale kilkaset.
Nogi miaa jak z waty.
- Nie, bliej, znacznie bliej.
Dlaczego nic mi nie powiedziae?
- Taniu, to tajemnica wojskowa!
Mwi ci tylko to, co mog, nic wicej.
Cigle mam nadziej, e ci z radia wreszcie
powiedz prawd, ale oni wci kami, dlatego
ostronie dawkuj wiadomoci.
Misk pad ju w sze dni po rozpoczciu wojny.
Nawet towarzysz Stalin by zdziwiony.
- Przemawia do nas w zeszym tygodniu.
Dlaczego nic nie powiedzia?
- Nazwa was brami i siostrami, prawda?
Chcia, ebycie powstali i walczyli.
Po co mia mwi, e Niemcy s ju w gbi
kraju?
- Daleko zaszli?
Aleksander milcza.
- A co z naszym Pasz?
- spytaa przybita, ledwo poruszajc ustami.
- Taniu!
Nie rozumiem, czego ode mnie chcesz!
Od samego po cztku, od pierwszego dnia wojny
przychodziem tu i powtarzaem, e bycie zabrali
go z Tomaczewa!
Tatiana odwrcia gow, z trudem powstrzymujc
zy.
Nie chciaa, eby widzia j zapakan.
- Do ugi jeszcze nie dotarli - odrzek.
- Ani do Tomaczewa.
Nie martw si.
Ale powiem ci jeszcze, e od pocztku wojny
stracilimy tysic dwiecie samolotw.
- Nie wiedziaam, e tyle ich mielimy.
- Mniej wicej tyle.
- I co my teraz zrobimy?
- My?
- Zerkn na ni i przystan.
- Mwiem ci: wyjed z Leningradu.
- A ja ci mwiam, e rodzice nie wyjad bez
Paszy.
Aleksander zamilk.
Poszli dalej.
- Zmczona?
- spyta cicho.
- Chcesz wraca do domu?
Tak, jestem zmczona, ale nie chc wraca do
domu,
- Przejdziemy si na most Paacowy?
- spyta, nie doczekawszy si odpowiedzi.
- Chyba s tam jeszcze lody.
Gdy zjada, ruszyli brzegiem Newy prosto w
zachodzce soce, zostawiajc za sob soczyst
ziele i biay przepych Paacu Zimowego, gdy
wtem po drugiej stronie ulicy dostrzega
mczyzn, na widok ktrego gwatownie
przystana.
Wysoki, szczupy, mia dug jowiszow brod i
sta przed Ermitaem z wyrazem potwornej
rozpaczy na twarzy.
Natychmiast to zauwaya.
Jak trzeba przey tragedi, eby mie tak
smutn twarz?
Sta przed wojskow ciarwk, obserwujc, jak
modzi onierze aduj do niej skrzynie z Paacu
Zimowego.
Patrzy wanie na nie, na skrzynie, patrzy z tak
wielkim blem i smutkiem, jakby egna si z
ukochan.
- Kto to jest?
- spytaa wstrznita.
- Kustosz Ermitau.
- Dlaczego tak patrzy na te skrzynie?
- Ich zawarto to jedyna pasja jego ycia.
Nie wie, czy kiedykolwiek je zobaczy.
Tatiana szybko zamrugaa.
Niewiele brakowao i podbiegaby do mczyzny,
eby go pocieszy.
- Powinien mie wicej wiary, nie sdzisz?
- Masz racj - odrzek Aleksander z umiechem.
- Powinien.
Po wojnie na pewno je zobaczy.
- Patrzy na nie tak, jakby po zwycistwie mia
zamiar przytarga je tu wasnymi rkami.
- Na podwrzu muzeum parkoway cztery
opancerzone ciarwki.
- Co si tam dzieje?
Aleksander nie odpowiedzia, lecz powstrzyma j
gestem rki, wskazujc szerokie, zielone drzwi.
Po chwili wyszo z nich czterech onierzy z
kolejnymi skrzyniami.
We wszystkich byy mae otwory.
- Obrazy?
Kiwn gow.
- Cztery ciarwki obrazw?
- To jeszcze nic.
To tylko niewielka czstka caego adunku.
- Dlaczego wywoje z Ermitau?
- Poniewa jest wojna.
- Jest wojna, dlatego wywo std dziea sztuki?
- Tak.
- Skoro tak bardzo si boj, e Hitler zajmie
Leningrad, dlaczego nas nie ewakuuj?
Umiechn si i niemal zapomniaa, o co go
pytaa.
- Taniu, jeli wszyscy wyjad, kto bdzie walczy
z Niemcami?
Chyba nie obrazy.
- Zaraz.
Przecie my nie umiemy walczy, nikt nas nie
uczy.
- Nie, ale my umiemy.
Dlatego tu jestem.
W naszym garnizonie stacjonuj tysice onierzy.
Obwarujemy si i bdziemy walczy.
Na pierwszy ogie pjd frontowcy...
- Dmitrij?
- Tak, Dmitrij.
Wyjdzie na ulic z karabinem, a jak go zabij, na
ulic wyjad ja, czogiem, takim, jakie montujecie
u Kirowa.
A kiedy za bij i mnie, kiedy padn wszystkie
barykady, kiedy nie bdzie ju ani czogw, ani
nawet karabinw, wtedy wyl ciebie.
Z kamieniem w rku.
- A kiedy mnie zabij?
- Jeste ostatni lini obrony.
Jeli polegniesz, hitlerowskie wojska
przemaszeruj przez Leningrad, tak jak
przemaszeroway przez Pary.
Pamitasz?
- To niesprawiedliwe - mrukna ponuro Tania.
- Francuzi nie walczyli.
Miaa w tej chwili ochot znale si jak najdalej
od Ermitau, z ktrego wywoono dziea sztuki.
- Oni nie, ale ty na pewno bdziesz walczy.
O kad ulic, o kady dom.
A kiedy przegrasz...
- Ocaleje tylko sztuka.
- Tak!
- wykrzykn z uniesieniem.
- Ocaleje sztuka.
Malarz namaluje wspaniay obraz, uniemiertelni
ci na ptnie w chwili, gdy na tle pomnika Piotra
Wielkiego na miedzianym koniu idziesz na
niemiecki czog z kijem w rku.
Obraz zawinie w Ermitau, a kiedy wybuchnie
kolejna wojna, kustosz znowu stanie na chodniku,
by zapaka nad bez cennym dzieem sztuki.
onierze weszli do gmachu, by kilka minut
pniej wyj na ulice z kolejnymi skrzyniami.
- Jakie to romantyczne powiedziaa Tatiana.
- Mwisz tak, jakby warto byo umiera za
Leningrad.
- A nie warto?
Nie warto umiera za matk Rosj?
Nie chcesz broni jej przed Hitlerem?
- By nazist...
Moe to nie takie ze.
Salutujemy towarzyszowi Stalinowi...
- Zasalutowaa jak onierz.
- Moemy salutowa i Hitlerowi.
- Podniosa rk w gecie hitlerowskiego
pozdrowienia.
- Odbierze nam wolno i zrobi z nas
niewolnikw.
No to co?
Bdziemy mieli co je.
Bdziemy yli.
ycie czowieka wolnego jest lepsze, ale lepiej
jest y ni nie y, prawda?
Aleksander nie odpowiedzia.
- Nie bdziemy mogli podrowa po wiecie -
cigna Tatiana.
- Ale teraz te nie moemy.
Zreszt kto by mia ochot zwiedza te po tworne
zachodnie slumsy, w ktrych jeden morduje
drugiego za pi dziesit...
centw, tak?
Czy nie tego ucz nas w szkole?
- Spojrzaa mu w oczy.
- Wiesz, wolaabym chyba umrze przed
pomnikiem Piotra Wielkiego z kamieniem w rku.
A wolnym yciem, ktrego nie znam i nie pojmuj,
niech sobie yj inni.
- Wiem, Taniu - odrzek chrapliwie Aleksander -
wiem.
- Czuym, a zarazem rozpaczliwym gestem pooy
rk na jej obnaonej szyi.
Do mia tak wielk, e sigaa od obojczyka a
po piersi.
Tania czua, e jeszcze chwila i przylgnie do jej
serca.
Podniosa wzrok i, zupenie bezbronna, zobaczya,
e Aleksander na chyla si nad ni, lecz w tym
samym momencie dobieg ich gos stranika, ktry
stan na krawniku po drugiej stronie ulicy i
krzykn:
- Hej, wy tam!
Jazda std!
Jazda!
Na co si tak gapicie?
Nie ma na co si gapi!
Napatrzylicie si?
To idcie std!
Aleksander zabra rk i przeszy go wzrokiem.
Stranik odszed, mamroczc, e oficerowie Armii
Czerwonej musz przestrzega prawa jak wszyscy
inni.
Kiedy egnali si kilka minut pniej, adne z nich
nie wspomniao o tym, co si przed chwil stao,
mimo to jednak Tania patrzya w ziemi, a on w
bok.
Na kolacj byy zimne ziemniaki z zimn smaon
cebul.
Szybko zjada i posza na dach wypatrywa
samolotw.
Tego wieczoru niemieckie bombowce mogy
zmie z powierzchni ziemi cae miasto, poniewa
patrzc w niebo, widziaa jedynie namitne oczy
Aleksandra i czua jego gorc rk na swym
mocno bijcym sercu.
W tamtych tygodniach Tania stracia niewinno.
Stracia j wraz z uczciwoci, ktra odesza raz
na zawsze, ustpujc miejsca zakamaniu.
Zakamanie to miao towarzyszy jej wszdzie, na
kadym kroku, dzie w dzie i noc w noc, miao
jej przypomina o sobie, ilekro dotkna stop
stopy picej obok Daszy.
Wszystko przez to, co do niego czua.
Jednake to, co czua, byo szczere i prawdziwe.
I czua to, gucha na ostrzegawczy krzyk sumienia.
Och, eby tak spacerowa po Leningradzie noc w
noc, we wszystkie biae noce, kiedy wit i
zmierzch stapiaj si ze sob niczym ruda platyny,
mylaa, odwracajc si do ciany, znowu do
ciany, jak zwykle, jak zawsze do ciany.
Aleksandrze, nocy moja i dniu, myli moja.
Wiem, e niedugo odejdziesz, e kiedy
odejdziesz, znowu bd sob, e bd ya dalej i
z czasem skieruj swe uczucia ku komu innemu,
bo tak to na tym wiecie jest.
Lecz niewinnoci nie odzyskam ju nigdy.
Dwa dni pniej, w drug niedziel lipca, do
Tatiany i Daszy przyszli Aleksander i Dmitrij.
Byli po cywilnemu.
Aleksander mia na sobie czarne pcienne
spodnie i bia koszul z krtkimi rkawami.
Tania widziaa go w takiej koszuli pierwszy raz,
pierwszy raz - nie liczc twarzy i rk - widziaa
nag skr jego ramion.
A ramiona mia muskularne i opalone.
I by starannie ogolony.
Niesamowite.
Do wieczora jego po liczki zawsze ciemniay od
zarostu.
Z trzepoczcym si jak ptak sercem stwierdzia, e
jest nieprawdopodobnie przystojny.
- Dokd chcecie i?
- spyta Dmitrij.
- Chodmy gdzie.
Jedmy do Peterhofu.
Zapakowali troch jedzenia i ruszyli na Dworzec
Warszawski; do Peterhofu bya godzina jazdy
pocigiem.
Szli wzdu Kanau Obwodowego, gdzie Tatiana i
Aleksander spacerowali co dnia.
Tania milczaa.
Raz, kiedy Aleksander zeskoczy z wskiego
chodnika, eby ich wyprzedzi, jego nagie rami
musno jej rami, te nagie.
- Taniu - rzucia Dasza w pocigu.
- Powiedz Dimie i Aleksowi, jak nazywasz
Peterhof.
- Sucham?
- spytaa wyrwana z zamylenia.
- Peterhof?
To Wersal Zwizku Radzieckiego.
- Kiedy bya maa - wyjania Dasza - chciaa by
krlow i mieszka w Wielkim Paacu.
Prawda, Tanieczko?
- Uhm.
- A jak nazyway ci dzieciaki spod ugi?
- Nie pamitam.
- Zaraz, zaraz, jako tak miesznie...
Nazyway ci krlow...
Tatiana zerkna na Aleksandra, Aleksander na
Tatian.
- Taniu - wtrci Dmitrij.
- A gdyby tak zostaa krlow, jaki byby twj
pierwszy edykt?
- Nakazaabym przywrci pokj w krlestwie i
ci wszystkich przestpcw.
Wszyscy wybuchnli miechem.
- Tskniem za tob, Taniu - powiedzia Dmitrij.
Aleksander przesta si mia i spojrza w okno.
Tania te.
Siedzieli naprzeciw siebie, na skos.
- Dlaczego nigdy nie chodzisz z rozpuszczonymi
wosami?
- spyta Dima, dotykajc jej kucyka.
- Raz widziaem ci z rozpuszczonymi i
wygldaa przelicznie.
- Dima - prychna Dasza - daj sobie spokj.
Ona jest za uparta.
Cigle jej powtarzamy: po co je hodujesz, skoro
cigle nosisz kucyk?
Ale nie, ona wie lepiej.
Nic tylko kucyk i kucyk.
Prawda, Tanieczko?
- Tak, Daszo - odrzeka Tatiana, modlc si, eby
Aleksander nie zobaczy jej zaczerwienionej
twarzy.
- Rozwi go, Taniu - poprosi Dmitrij.
- miao.
- Wanie, rozwi - wspara go Dasza.
Tatiana powoli zdja gumk, rozpucia wosy i
ponownie spojrzaa w okno.
Nie odezwaa si a do kocowego przystanku.
W Peterhofie, zamiast pj na wycieczk z
przewodnikiem, pospacerowali po starannie
wypielgnowanych ogrodach wok paacu i w
kocu znaleli miejsce na trawniku pod drzewami
niedaleko Wielkiej Fon tanny Kaskadowej.
Tam rozoyli si na piknik.
Ze smakiem zjedli jajka na twardo, chleb i ser.
Dasza przywioza na wet wdk.
Ona, Aleksander i Dmitrij pili z butelki, Tania
odmwia.
Potem wszyscy zapalili - wszyscy z wyjtkiem
Tani.
- Tanieczko - powiedzia Dmitrij - nie palisz, nie
pijesz, to co ty robisz?
- Gwiazdy!
- wykrzykna Dasza.
- Prawda, Taniu?
W udz uczya chopcw robi gwiazdy.
Wszystkich nauczya!
- Wszystkich?
- spyta Aleksander.
- Wanie, wanie - powtrzy Dmitrij.
- Wszystkich?
Duo ich tam byo?
- Peno.
Nie moga si od nich opdzi.
- O czym ty mwisz, Dasza?
- spytaa zaenowana Tatiana, z trudem unikajc
wzroku Aleksandra.
Dasza uszczypna j w udo.
- Opowiedz im, Tanieczko, opowiedz - rzucia ze
miechem.
- Byli jak dzikie bestie, cignli do niej jak
niedwiedzie do miodu.
- Wanie - zachca Dmitrij opowiedz, Taniu.
Aleksander milcza.
Tatiana zrobia si czerwona jak burak.
- Daszo, miaam wtedy siedem lat.
Byo nas duo, caa grupa, chopcy i dziewczta...
- Tak, ale wszyscy krcili si tylko wok ciebie.
- Dasza odsuna si i spojrzaa na ni czule.
- Bo nasza Tania bya najadniejsza.
Miaa mae, okrge oczy, piegi na nosku i jasne,
janiutkie woski.
Turlaa si po udz jak soneczna kulka.
Staruszki nie mogy sijej natuli.
- Tylko staruszki?
- spyta obojtnie Aleksander.
- Zrb gwiazd, Taniu - poprosi Dmitrij, kadc
jej rk na plecach.
- Poka, co potrafisz.
- Wanie - dodaa Dasza.
- To doskonae miejsce, prawda?
Majestatyczny paac, fontanny, trawniki, kwitnce
gardenie...
- Niemcy w Misku - mrukna Tatiana, prbujc
nie patrze na Aleksandra.
A on lea na boku, niedbale podpiera si okciem
i wyglda tak sympatycznie, tak znajomo, tak...
Jednoczenie by taki nieosigalny, taki
niedostpny...
- Daj sobie spokj z Niemcami - odpar Dmitrij.
- To miejsce na mio.
Tego si wanie obawiaa.
- Nie daj si prosi, Taniu - rzuci agodnie
Aleksander, siadajc po turecku.
- Poka nam t synn gwiazd.
- Zapali papierosa.
- No zrb - zachcaa Dasza.
- Nie masz ochoty zrobi gwiazdy?
Niemoliwe.
Moliwe.
Tego dnia Tania nie miaa ochoty.
Westchna i niechtnie wstaa.
- No, dobrze.
Chocia szczerze mwic, nie wiem, jak byabym
krlow, gdybym robia gwiazd na oczach
swoich poddanych.
Miaa na sobie sukienk, ale nie t w szkaratne
re, tylko tak zwyk, row.
Odesza kilka metrw dalej i spytaa:
- Gotowi?
- Widziaa, e Aleksander pochania j wzrokiem.
- No to patrzcie.
- Wystawia do przodu praw stop, wyrzucia do
gry ramiona, zatoczya ciaem idealny uk,
poderwaa nog, opada najpierw na
praw rk, potem na lew, by chwil pniej,
powiewajc rozpuszczonymi wosami, nie tracc
czasu na oddech i zostawiajc za sob Dmitrija,
Dasz i Aleksandra, potoczy si boskim krgiem
w stron Wiel kiego Paacu, ku dziecistwu i
niewinnoci.
Wracajc z zaczerwienion twarz i rozwianymi
wosami, pozwolia sobie zerkn na Aleksandra.
Na twarzy mia wypisane wszystko to, co pragna
zobaczy.
Dasza opada na niego, zanoszc si miechem.
- A nie mwiam?
Moja siostrzyczka ma ukryte talenty.
Tatiana spucia oczy i usiada na kocu.
Dmitrij pogaska j po plecach.
- Hmm...
- wymrucza.
- Powiedz nam, Tanieczko, co jeszcze chowasz w
zanadrzu?
- Ju nic - ucia oschle Tania.
Nieco pniej Dmitrij spyta:
- Daszo, Taniu, jak bycie zdefinioway mio?
- Co?
- Mio, Czym dla was jest?
- Dima!
- Dasza umiechna si do Aleksandra.
- Popatrz no, po patrz!
- Po prostu pytam.
- Dmitrij nala sobie wdki i spojrza z umiechem
na Tatian.
- Pikna okolica, adna niedziela, czemu mam nie
za pyta?
- Bo ja wiem - odrzeka Dasza.
- Odpowiedzie?
Aleksander spojrza na ni, wydmuchn dym i
wzruszy ramionami.
- Jak chcesz.
Ten koc jest za may, pomylaa Tatiana.
Ona siedziaa w pozycji kwiatu lotosu, majc
naprzeciwko siebie Dasz i Aleksandra, a po jej
lewej stronie lea na brzuchu Dima.
- No dobrze - zacza Dasza.
- Mio to...
Pom mi, Taniu, dobrze?
- Przesta, Daszka.
Wiem, e sama sobie poradzisz.
- Tatiana wolaa nie mwi, e siostra ma spore
dowiadczenie na tym polu.
- Hmm...
Mio to...
Mio jest wtedy, kiedy on mwi, e przyjdzie i
przychodzi - rzeka, trcajc okciem Aleksandra.
- Mio jest wtedy, kiedy on si spnia, lecz
przeprasza za spnienie.
Mio jest wtedy, gdy on patrzy tylko na mnie.
- Trcia go okciem ponownie, dwa razy.
- Co ty na to?
- Bardzo adnie, Daszo - odrzek Aleksander.
Tatiana odkaszlna.
- Co?
- rzucia Dasza.
" Nie podobao ci si?
- Nie, nie, ale skd - odrzeka z umylnym
wahaniem Tania.
- Tylko...
- Tylko co?
No mw, mdralo.
Czego nie powiedziaam?
- Powiedziaa wszystko, tylko wydaje mi si, e
opisaa, co znaczy by kochan.
- Zamilka.
Oni te milczeli.
- Czy mio nie jest tym, co mu dajesz, a nie tym,
co od niego dostajesz?
To pewna rnica, nie sdzisz?
A moe si myl?
- Cakowicie - odrzeka z umiechem Dasza.
- Co ty moesz o tym wiedzie?
- Nic - szepna Tatiana, spuszczajc oczy.
- Tanieczko - spyta Dmitrij.
- A wedug ciebie?
Czym jest mio wedug ciebie?
Tatiana czua, e zastawiaj na ni puapk.
- Powiedz - nie ustpowa Dima.
- Czym jest mio?
- Powiedz, Taniu - wspara go Dasza.
- Wytumacz Dmitrijowi, czym jest mio.
- I kliwym, cho czuym tonem dodaa: - Mio
to dla Tani lato sam na sam z ksik.
I spanie do poudnia, to przede wszystkim.
Mio to lody, zwaszcza mietankowe...
Nie, najpierw lody, dopiero potem spanie.
Taniu, powiedz szczerze: czy gdyby moga spa
do poudnia przez cae lato, a przez reszt dnia
czyta, jedzc lody, czy nie byaby to dla ciebie
penia szczcia?
- Dasza wybuchna miechem.
- Mio to...
Ju wiem.
Mio to dziadek!
Tak jest, to on jest na pierwszym miejscu.
Mio to Wielki Paac.
Mio to opowiadanie kawaw, to rozmieszanie
innych.
Mio to Pasza.
Tak, Paszka jest nawet przed dziadkiem.
Mio to...
Mam!
- wykrzykna radonie.
- To gwiazdy na golasa!
- Nago?
- powtrzy Aleksander, nie odrywajc wzroku od
Tatiany.
- Mogaby pokaza nam cho jedn?
- rzuci Dmitrij.
- Och, Taniu, szkoda, e ci wtedy nie widzieli.
Nad jeziorem Ilmen robia nago pi gwiazd, a
potem jak z katapulty wpadaa prosto do wody.
Zaraz!
Ju sobie przypomniaam!
Wanie tak j nazywano: krlow gwiazd znad
jeziora Ilmen!
- Tak, ale nie nagich - zaprotestowaa cicho
Tatiana.
Aleksander z trudem powstrzymywa miech.
Dasza i Dmitrij tarzali si po kocu.
Tania zaczerwienia si jeszcze bardziej i cisna
w siostr kawakiem chleba.
- Miaam wtedy siedem lat.
- Teraz te masz siedem!
- Zamknij si.
Dasza pchna Tatian na plecy i usiada na niej
okrakiem.
- Tania, Tania, Tania - zapiszczaa, askoczc j
pod pachami.
- Je ste najzabawniejsz dziewczyn, jak
kiedykolwiek znaam.
- Nachylia si nad ni i dodaa: Ile ty masz
piegw!
- Cmokna j w czubek nosa.
-Niesamowite.
Pewnie duo spacerujesz.
Wracasz z pracy pieszo?
- Nie.
A teraz za ze mnie, jeste za cika.
- Tatiana poaskotaa j i zepchna na koc.
- Taniu, nie odpowiedziaa na pytanie - zauway
Dmitrij.
- Wanie - wtrci Aleksander.
- Odpowiedz, Taniu.
Chwil trwao, zanim wrci jej normalny oddech.
- Mio...
- Z mocno bijcym sercem mylaa, co moe
powiedzie, a co byoby jednym wielkim
garstwem.
I co byoby prawd?
Ca czy choby tylko czciow?
Ile z tej prawdy mogaby zdradzi, wiedzc, kto jej
sucha?
- Mio...
- powtrzya powoli, patrzc tylko na siostr.
- Mio jest wtedy, kiedy on jest godny, a ty go
karmisz.
Kiedy wiesz, e jest godny.
- Taniu, przecie ty nie umiesz gotowa!
Ukochany umarby przy tobie z godu!
- A gdyby mia chtk na ciebie?
- zarechota Dmitrij.
- Co wtedy?
- mia si tak gono, e dosta czkawki.
- Czy kocha to wiedzie, kiedy facet ma chtk?
I go podkarmi?
- Zamknij si, Dmitrij - warkn Aleksander.
- Dima, jeste ordynarny - powiedziaa Dasza.
- Nie masz klasy.
- Spojrzaa na Aleksandra i pchna go lekko w
pier.
- A teraz ty - rzucia ochoczo.
Tatiana siedziaa nieruchomo w pozycji kwiatu
lotosu.
Patrzya na Wielki Paac, mylc o zotej sali
tronowej i wspominajc swoje dziecice
marzenia.
- Mio to by kochanym - odrzek Aleksander.
- Z wzajemnoci.
Tatiana nie odrywaa wzroku od fasady letniego
paacu Piotra Wielkiego.
Draa jej dolna warga.
Dasza pochylia si z umiechem i szepna:
- Piknie to uje, Aleksandrze.
Dopiero kiedy wstali, zoyli koc i wyszli z parku,
eby zapa po wrotny pocig do miasta, Tatiana
uwiadomia sobie, e nikt nie spyta o mio
Dmitrija.
Tej nocy leaa twarz do ciany, czujc coraz
wiksze wyrzuty sumienia.
Odwrci si tyem do Daszy oznaczao przyzna
si do nieprzyznawalnego, zaakceptowa
nieakceptowalne, wybaczy niewybaczalne.
Oznaczao, e dopki bdzie miaa t ciemn
cian, dopty jej yciem bdzie rzdzi fasz.
Bo jak moga normalnie y, jak moga normalnie
oddycha, skoro noc w noc musiaa zasypia
plecami do rodzonej siostry?
Do siostry, ktra przed kilkunastu laty zabraa j w
udz na grzyby; poszy tylko z koszykiem, bez
noa i bez papierowej torby, "eby grzybki si nie
bay".
Do siostry, ktra co lato tak troskliwie si ni
zajmowaa, ktra zawsze krya j przed rodzicami,
ktra dla niej gotowaa, ktra zaplataa jej wosy, i
ktra j kpaa, kiedy Tatiana bya ma
dziewczynk.
Do siostry, ktra zabraa j kiedy na wieczorny
spacer ze swoimi amantami, eby pokaza Tani, co
to jest randka.
Skrpowana Tatiana staa pod cian na
Prospekcie Newskim, jedzc lody, podczas gdy
starsi chopcy caowali si ze starszymi
dziewcztami.
Potem Dasza ju nigdy jej nie zabieraa i od tamtej
pory staa si jeszcze bardziej opiekucza.
Nie, Tatiana nie moga tak y ani dnia duej.
Musiaa poprosi Aleksandra, eby przesta
przychodzi po ni do Kirowa.
Czua to, co czua.
Nie miaa co do tego najmniejszych wtpliwoci.
Jednoczenie wiedziaa, e musi zachowywa si
zupenie inaczej.
Co do tego te nie miaa wtpliwoci.
Odwrciwszy si tyem do ciany, delikatnie
pogadzia gste loki siostry.
- Jak mio...
- wymruczaa Dasza.
- Kocham ci - szepna Tatiana, ronic gorce
zy.
- Mmm...
Ja ciebie te.
pij ju.
Ale Tania nie spaa.
Podczas gdy jej umys po raz kolejny ustanawia
nienaruszaln granic rozdzielajc dobro od za,
jej serce bio miarowym rytmem, a oddech szepta
cichutkie: Szura, Szu-ra, Szu-ra.
W poniedziaek po wycieczce do Peterhofu, kiedy
umiechnity Aleksander spotka
przed fabryk pospn Tatian, ta zacza
rozmow nie od powitania, tylko od stanowczego:
- Nie moesz tu przychodzi.
Natychmiast przesta si umiecha.
Sta chwil bez sowa, po czym popchn j lekko
do przodu i rzek:
- Chod.
Przejdmy si.
Ruszyli w stron Goworowa.
- Co si stao?
- Patrzy w ziemi.
- Ja ju tak duej nie mog.
Po prostu nie mog.
Aleksander zagryz warg.
- Nie dam rady - kontynuowaa Tatiana, czerpic
si z betonowego chodnika pod stopami; cieszya
si, e id, i e nie musi patrze mu w oczy.
- Jest mi za ciko.
- Dlaczego?
Speszona pytaniem, zamilka.
Nie, nie moga powiedzie tego na gos.
- Przecie jestemy tylko przyjacimi, prawda?
- mwi spokojnie Aleksander.
- Dobrymi przyjacimi.
Przychodz tu, bo wiem, e jeste zmczona.
Masz za sob ciki dzie, czeka ci duga droga
do domu i dugi wieczr.
Przychodz, poniewa kiedy jeste ze mn,
czasami si umiechasz i chyba jeste szczliwa.
Moe si myl, ale chyba nie.
Dla tego przychodz.
Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.
- Aleksandrze!
- wykrzykna Tatiana.
- Jeli jest tak, jak mwisz, jeli naprawd nic si
midzy nami nie dzieje, to...
- Wzia gboki oddech.
- To dlaczego nie powiemy Daszy, e codziennie
mnie odprowadzasz?
Dlaczego codziennie wysiadamy trzy ulice przed
moim domem?
- Dasza by tego nie zrozumiaa - odrzek powoli.
- Poczuaby si uraona.
- Oczywicie.
I nic dziwnego.
- Taniu, to nie ma nic wsplnego z Dasz.
eby zachowa spokj, Tatiana coraz mocniej
zaciskaa pici.
Zaciskaa je tak mocno, e zbielay jej kykcie.
- Wprost przeciwnie - odpara - ma.
Noc w noc le z ni w jednym ku i cay czas
si boj.
Ju duej nie mog.
Prosz...
Doszli do przystanku tramwajowego.
Aleksander zastpi jej drog.
- Taniu, spjrz na mnie.
Odwrcia gow.
- Nie.
Wzi j za rce.
- Spjrz na mnie.
Podniosa wzrok.
Mia takie due, takie czue i bezpieczne donie.
Zabrako jej tchu.
- Taniu, spjrz mi w oczy i powiedz: Aleksandrze,
nie chc, eby po mnie przychodzi.
- Aleksandrze szepna nie chc, eby po mnie
przychodzi.
Nie puci jej rk, a ona ich nie zabraa.
- Po wczorajszym?
- spyta amicym si gosem.
Spucia gow.
- Tak, gwnie po wczorajszym.
- Taniu!
- wykrzykn.
- Powiedzmy jej!
- Sucham?
- Mylaa, e si przesyszaa.
- Tak!
Powiedzmy jej.
- Ale o czym?
- wykrztusia sparaliowana strachem i lekko za
draa w bluzce z krtkimi rkawami.
- Nie mamy jej nic do powiedzenia.
- Taniu, prosz.
- Pony mu oczy.
- Powiedzmy jej prawd i po gdmy si z
konsekwencjami.
Bdmy uczciwi.
Dasza na to zasuguje.
Zerw z ni i...
- Nie!
- Sprbowaa wyszarpn rce.
- Bagam, nie.
Bdzie zdruzgotana.
Musimy myle o innych...
O innych?
A co z nami?
- cisn jej donie, - Taniu - szepn - co z tob i
ze mn?
- Aleksandrze...
Nerwy miaa w strzpach.
- Prosz...
- Ty prosisz!
- powiedzia gono.
- Mam tego do.
Wszystko dla tego, e nie chcesz postpi
honorowo.
- Czy honorowo jest rani innych?
- Dasza jako to przeyje.
- ADmitrij?
Aleksander milcza.
- Dmitrij te?
- powtrzya.
- Pozwl, e Dmitrijem bd martwi sieja,
dobrze?
- Nie, mylisz si.
Dasza tego nie przeyje.
Jeste mioci jej ycia.
- Nieprawda.
Nawet mnie nie zna.
Tatiana nie moga tego sucha.
Wyszarpna rce.
- Nie.
Nie.
Ju nic nie mw.
Sta przed ni na chodniku.
- Jestem onierzem Armii Czerwonej.
Nie jestem lekarzem w Ameryce.
Ani naukowcem w Anglii.
Jestem onierzem i mieszkam w Zwizku
Radzieckim.
Do niedzieli mog ju nie y, mog umrze w
kadej chwili, na tysic sposobw.
Kto wie, moe to nasze ostatnie wsplne minuty.
Nie chcesz spdzi ich ze mn?
Patrzya na niego jak zahipnotyzowana.
- W tej chwili marz tylko o jednym: eby pooy
si do ka...
- Tak!
- wykrzykn z zachwytem.
- Ze mn!
Sabnc, pokrcia gow.
- Nie mamy dokd pj...
Podszed jeszcze bliej, przytkn donie do jej
policzkw i drcym, cho nieco odwaniejszym
gosem szepn:
- Co wymylimy, Tatiasza, zobaczysz.
Przyrzekam, e jako...
- Nie!
Opuci rce.
- le mnie zrozumiae - wykrztusia.
- Chciaam powiedzie, e nic nie moemy na to
poradzi.
Spuci oczy.
Ona te.
- Dasza jest moj siostr.
Dlaczego nie moesz tego zrozumie?
Nie zami serca rodzonej siostrze.
Cofn si o krok.
- Jasne - rzuci chodno.
- Ju mi to mwia.
Bd inni chopcy, ale siostr masz tylko jedn.
- Odwrci si i ruszy w przeciwn stron.
Pobiega za nim.
- Zaczekaj!
Aleksander szed dalej.
Nie moga za nim nady.
- Prosz ci, zaczekaj!
- zawoaa, przytrzymujc si tej ciany
jakiego domu.
- Wr - szepna cichutko.
Bagam...
Wrci.
- Chodmy - rzuci obojtnie.
- Zaraz musz by w koszarach.
- Posuchaj.
Jeli przestaniemy si widywa, nie bdziemy
musieli nic mwi.
Im, naszym bliskim, tym, ktrzy nam wierz,
ktrych nie wolno nam zdradzi.
A Dasza...
- Tatiano!
- Podszed bliej tak szybko i gwatownie, e
oderwaa si od ciany i omal nie upada.
Podtrzyma j za okie.
- O czym ty mwisz?
- spyta gniewnie.
- Zdrada?
Zdrada to rzecz wzgldna.
Mylisz, e co?
e jeli nic im nie powiedziaa, to ich nie
zdradzia?
- Przesta.
Ale on mwi dalej.
- e nie zdradzasz ich, kiedy unikasz mego wzroku
tylko dlatego, e si boisz, by nie wyczytali z twej
twarzy tego co ja?
Kiedy wybiegasz z tej gupiej fabryki z umiechem
widocznym z drugiego koca ulicy?
Kiedy rozpuszczasz wosy?
Kiedy dr ci wargi?
- Oddycha gono i szybko.
Wargi ci zdradzaj...
- Przesta.
- Bya zdenerwowana i mocno zaczerwieniona.
Prbowaa si od niego uwolni, ale
bezskutecznie.
- Taniu, ty ju ich okamujesz.
W kadej minucie, ktr ze mn spdzasz,
okamujesz siostr, Dmitrija, rodzicw.
Boga i sam siebie.
Kiedy wreszcie przestaniesz?
- To ty przesta - szepna.
Puci jej rk.
- Masz racj - wychrypiaa, z trudem apic
oddech.
Ale nie okamywaam siebie, dlatego nie mog
tego duej cign.
Prosz...
Nie chc si z tob kci.
I nie chc rani Daszy, nie mam na to siy.
Ju na nic nie mam siy.
- Siy czy ochoty?
Bagalnym gestem uniosa rce.
- Siy.
Siy.
Nigdy w yciu tak nie kamaam.
- Uwiadomia sobie, do czego si przyznaje, i
zaczerwienia si jak piwonia, lecz c, nie po
zostawao jej nic innego, jak odwanie prze
naprzd.
- Nie masz pojcia, ile mnie kosztuje codzienne
ukrywanie si przed Dasz.
To udawanie, ta pozorna obojtno, to zaciskanie
zbw...
Czy wiesz, jak pac za to cen?
- O tak, wiem - odpar ponuro.
- Bo oprcz ciebie, tylko ja znam prawd.
I dlatego chc skoczy t maskarad.
- Skoczy j i co?
- wykrzykna gniewnie.
- Zastanawiae si nad tym?
I co?
Co dalej?
W dalszym cigu bd mieszkaa z Dasz!
- Wzburzona, wybuchna szyderczym miechem.
- Mylisz, e bdziesz mg mnie odwiedza?
e ty powiesz Dmitrijowi, ja powiem jej, i e
wszystko bdzie jak dawniej?
e bdziesz przychodzi do nas na obiadki?
Gawdzi z moimi rodzicami?
I co ze mn?
Niby dokd miaabym pj?
Z tob?
Do koszar?
Przecie ja nie mam dokd pj!
Moesz ze rwa z Dasz, moesz zrobi, co tylko
zechcesz, ale ju nigdy wicej mnie nie zobaczysz.
Rozumiesz?
- Nie gro mi, Tatiano - odrzek gono, gniewnie
byskajc oczami.
- A ja mylaem, e wanie o to chodzi...
Tania jkna.
W oczach miaa zy.
Aleksander zwiesi gow.
- Ju dobrze, nie irytuj si tak.
- Pogaska j po ramieniu.
- To przesta mnie denerwowa!
Cofn rk.
- yj swoim yciem, Aleksandrze.
Jeste mczyzn.
- Spucia oczy.
Nie zrywai z Dasz.
Dasza...
Ona jest w sam raz dla ciebie.
To dobra dziewczyna, a ja jestem...
- lepa!
- wykrzykn.
Jej serce toczyo zaciek i osamotnion bitw z
samym sob.
Bitw, ktr powoli przegrywao.
- Boe, czego ty ode mnie chcesz?
- Wszystkiego!
- sykn.
Pokrcia gow i przytkna do piersi zacinite
donie.
Powid rk po jej wosach.
- Taniu, prosz ci ostatni raz.
- A ja ostatni raz mwi "nie" - odpara amicym
si gosem.
Przesta j gaska.
Cofna si o krok i agodnie pooya mu rk na
ramieniu.
- Szura...
Nie jestem pani jej ycia.
Nie mog powici ycia rodzonej siostry.
Nie mog go zniszczy tylko po to, eby sprawi
przy jemno tobie i sobie...
Gwatownym ruchem odtrci jej do.
- wietnie.
Teraz wszystko jest jasne.
Bardzo si co do ciebie myliem.
Dobrze, jak chcesz.
Ale powiem ci jedno: bez wzgldu na to, jak
postpisz, zrobi po swojemu, nie po twojemu.
Zerw z Dasz, a ty ju nigdy wicej mnie nie
zobaczysz.
- Nie, prosz...
- Id ju, dobrze?
- Ruchem gowy wskaza kana na kocu ulicy.
- Id.
Wracaj do domu.
Do swojej Daszy.
- Szura...-jkna bolenie.
- Nie nazywaj mnie tak - przerwa jej chodno i
zaoy rce na piersiach.
- Id.
Odejd!
Tatiana szybko zamrugaa, eby powstrzyma zy.
Kiedy spacerowali, kiedy byli razem, oddychaa
jego oddechem, dlatego ilekro si rozstawali, w
jej pucach pozostawaa bolesna pustka, pustka
niemal fizyczna.
Gdy wracaa do domu, natychmiast otaczaa si
rodzin, eby mniej o nim myle, mniej go
pragn.
Jednake noc w noc musiaa ka si obok siostry,
wbija wzrok w cian i baga j o si.
Dasz rad, mylaa.
Spdzia z Dasz siedemnacie lat, a z nim tylko
trzy tygodnie.
Dasz rad.
Czuj, co czujesz, lecz zachowuj si, jak na siostr
przystao.
Odwrcia si i odesza.
Zgodnie z obietnic, przy najbliszej okazji
Aleksander zabra Dasz na spacer Newskim
Prospektem i owiadczy, e musi mie czas na
przemylenie kilku spraw.
Dasza pakaa, co sprawiao mu wielk przykro,
poniewa nie lubi, kiedy kobieta pacze, i bagaa,
co te nie sprawio mu adnej przyjemnoci.
By twardy i nie uleg.
Nie mg jej po wiedzie, e Tatiana
doprowadzia go do furii.
e wciek si na malek, drobn istotk, ktra
zmieciaby si na jego doni i ktra mimo swej
kruchoci nie chciaa ustpi choby na krok,
nawet jemu.
Nie widzia jej zapierajcej dech twarzy przez
kilka dni i doszed do wniosku, e tak jest lepiej.
Dowiedzia si, e Niemcy s osiemnacie
kilometrw na poudnie od sabo ufortyfikowanej
ugi, a wic tylko trzydzieci sze kilometrw od
Tomaczewa.
Do garnizonu nadesza wiadomo, e zdobyli
Nowogrd, e zajli to miasto w kilka godzin.
Nowo grd lea na poudniowy wschd od ugi -
to wanie tam Tatiana robia swoje nagie
gwiazdy.
W udz stacjonoway dziesitki tysicy onierzy
Armii Pospolitego Ruszenia.
C z tego, skoro dopiero zaczynali kopa okopy.
Ze wzgldu na grob ataku Finw znakomit
wikszo sprztu i wojsk saperskich przerzucono
na pnoc od Leningradu, skutkiem czego granica
fisko-rosyjska staa si najpilniej strzeon
granic Zwizku Radzieckiego: najpilniej
strzeon i najspokojniejsz.
Dmitrij na pewno si cieszy, myla Aleksander.
Natomiast gwatowne natarcie wojsk nie mieckich
od strony poudniowej bardzo wszystkich
zaskoczyo.
Wszyst kich, a szczeglnie Armi Czerwon.
onierze pospiesznie budowali lini obrony
wzdu
studwudziestopiciokilometrowego odcinka rzeki
ugi, od jeziora Ilmen do Narwy.
Wznieli troch umocnie, rozmiecili kilkanacie
stanowisk artyleryjskich, wykopali rowy
przeciwczogowe, lecz wkrtce okazao si, e to
stanowczo za mao.
Zdajc sobie spraw, e trzeba co zrobi, i to
natychmiast, dowdztwo obrony Leningradu
rozkazao zaadowa na ciarwki betonowe
kozy zaporowe i przewie je z Karelii do ugi.
Tymczasem wojska radzieckie, zdziesitkowane i
wyczerpane walk, byy w cigym odwrocie.
I nie by to odwrt zwyky, planowy.
Armia po prostu uciekaa, i to byskawicznie, gdy
podczas pierwszych trzech tygodni wojny cofna
si a piset kilometrw w gb kraju.
Nie byo wsparcia lotniczego, a - mimo
najlepszych chci Tatiany - tych kilka czogw,
ktrymi dysponoway wojska pancerne, znaczyo
tyle co nic.
W poowie lipca Armia Czerwona skadaa si
gwnie z piechoty, ktra z karabinem w rku
musiaa stawi czoo hitlerowskim czogom,
artylerii samobienej, bombowcom i onierzom
wojsk zmechanizowanych.
Rosjanom zaczynao brakowa i broni, i ludzi.
Obrona ugi spocza teraz na barkach onierzy z
Ochotniczej Armii Ludowej, ktrzy nie mieli ani
przeszkolenia, ani - co gorsze - karabinw.
Byli po prostu ywym murem zoonym z mczyzn
i kobiet, murem, ktry wyrs na drodze Hitlera.
Bro zdobywali, odbierajc j po legym
onierzom.
Niektrzy ciskali w rkach szufle i szpadle, inni
nie mieli nawet tego.
Aleksander nie musia si zastanawia, czym s
kije wobec czogw.
Dobrze o tym wiedzia.
Dym i grom
Aleksander przesta wystawa na ulicy i wiat
Tatiany si zmieni.
Wychodzia z pracy jako jedna z ostatnich i
mijajc powoli wielk, po dwjn bram fabryki,
odwracaa gow z nadziej, e zobaczy jego
twarz, jego mundur, czapk w doniach.
Sza wzdu fabrycznego muru, dochodzia do
przystanku i czekaa, a autobus wypluje jedn
porcj pasaerw, by zabra nastpn.
Potem siadaa na awce.
Po jakim czasie wstawaa i sza piechot osiem
kilometrw, szukajc go i wszdzie go widzc.
Poniewa wracaa do domu o jedenastej, czasem
nawet pniej, przygotowana o sidmej kolacja
bya ju zimna i niesmaczna.
Rodzice i dziadkowie w napiciu suchali radia,
nie wypowiadajc ani sowa na jedyny temat,
ktry ich interesowa: na temat Paszy.
Pewnego wieczoru Dasza wrcia zapakana i
powiedziaa, e Alek sander chce z ni zerwa.
Szlochaa cae pi minut, a Tatiana delikatnie
poklepywaa j po plecach.
- Ale ja si nie poddam - chlipaa Daszka.
- Ani myl.
Aleks za duo dla mnie znaczy.
Co go drczy.
Pewnie boi si staego zwizku, jak wikszo
onierzy.
Ale ja nie zrezygnuj.
Powiedzia, e potrzebuje troch czasu, bo chce
sobie co przemyle.
Troch to chyba nie wieczno.
Pomyli, pomyli i wrci, prawda?
- Nie wiem, Daszeko.
- Czy istniej ludzie, ktrzy zawsze dotrzymuj
sowa?
Tatiana takich nie znaa.
Raz odwiedzi j Dmitrij i spdzili godzin z
rodzicami i dziadkami.
Bya troch zaskoczona, e Dima nie wpada
czciej, ale pono nie mia czasu, w co nie
bardzo wierzya.
Krci i kluczy, robi wraenie rozkojarzonego.
Nie wiedzia, gdzie s Niemcy, nie zna ich
aktualnych pozycji.
Jego wargi na jej policzku pod koniec wieczoru
byy rwnie odlege jak Finlandia.
Dzieci ssiadw miay na dachu ekscytujc
rozrywk: wypatryway bomb zapalajcych.
Ale bomby nie spady.
Noc bya bardzo cicha, nie liczc miechu Antona
i jego przyjaci.
I bicia jej serca.
Siedzc na dachu, mylaa o tych wieczornych
chwilach.
O chwili, gdy wychodzia z fabryki, gdy nie
czekajc na reszt ciaa, jej gowa automatycznie
odwracaa si w lewo, a oczy wypatryway jego
twarzy.
O chwili, gdy sza spiesznie ulic z kcikami ust
radonie uniesionymi ku biaemu niebu.
O czerwonych skrzydach, ktre wyrastay jej u
ramion na jego widok.
A nocami wci odwracaa si do ciany, tyem do
Daszy, ktrej prawie nigdy nie byo w domu.
Marniaaby tak dalej, lecz pewnego ranka
Mietanowowie usyszeli w radiu, e Niemcy
wci napieraj i e mimo bohaterskich wysikw
onierzy Armii Czerwonej, s ju niedaleko ugi.
Lecz to nie wiadomo o udz sprawia, e
rodzice i dziadkowie zaniemwili, e nie mogli
nawet je.
Z tego, co wiedzieli, uga leaa ledwie par
kilometrw od Tomaczewa, gdzie, jak sdzili -
nie, w co gboko wierzyli - obozowa
bezpiecznie Pasza.
Jeli wojska niemieckie miay niebawem
przetoczy si przez ug, to co si stanie z
Tomaczewem, gdzie przebywa ich syn, ich wnuk,
ich brat?
Tatiana prbowaa pocieszy ich pustymi, nic nie
znaczcymi sowami:
- Nic mu si nie stanie, wszystko bdzie dobrze,
zobaczycie.
- Kiedy to nie pomogo, sprbowaa czego
innego: - Jako si z nim
skontaktujemy.
Przesta, mamo, nie pacz.
- Poniewa i to nie poskutkowao, szybko dodaa:
- Mamo, czuj, e on wci tam jest.
To mj brat, w do datku bliniak.
Mwi ci, jest cay i zdrowy.
- Niestety, rodzina nie dawaa si pocieszy.
Mimo tych dziarskich przemw, brak wiadomoci
o Paszy dawa si we znaki i jej.
Coraz bardziej si o niego martwia.
W radzie miejskiej nic nie wiedzieli.
W dzielnicowej te nie.
Tatiana posza tam z mam.
- C wam mog powiedzie?
- rzucia surowa kobieta z wsami.
- W biuletynie informacyjnym pisz tylko, e
Niemcy s pod ug.
O Tomaczewie nie ma tam ani sowa.
- W takim razie dlaczego nie podnosz suchawki?
- spytaa mama.
- Dlaczego?
Telefony nie dziaaj?
- A kim ja jestem?
Towarzyszem Stalinem?
Tylko on wie wszystko.
- Czy mona tam dojecha?
- Do ugi?
O czym wy mwicie?
Na front?
Moe jeszcze autobusem, co?
Tak, oczywicie, powodzenia!
- Rozemiaa si, poruszajc szarymi wsami.
Tamara!
Chod no, musisz to usysze!
Tatiana chciaa powiedzie co niegrzecznego,
lecz zabrako jej od wagi.
aujc, e si bardziej" nie postaraa i nie
namwia rodziny na cignicie Paszy z obozu,
wyprowadzia mam z urzdu.
Tej samej nocy, gdy leaa twarz do ciany - z
rk pod ksik od Aleksandra na pododze -
usyszaa paczliwy szept rodzicw.
Mama cichutko szlochaa, a tata j uspokaja.
- Ciii - mwi.
- Ciii...
Potem on te zacz szlocha i Tatiana zapragna
zapa si pod ziemi.
Od czasu do czasu dochodziy j urywki zda i
aosne westchnienia.
- Moe nic mu nie jest.
- To mama.
- Moe.
- To ojciec.
- Gieorgij - zawodzia mama - przecie nie
stracimy naszego Paszy, to niemoliwe.
Naszego chopca, naszego...
- Ukochanego syna.
Jedynego syna...
Mama gorzko zapakaa.
Zaszelecio przecierado.
Kto pocign nosem.
- Jaki Bg chciaby go nam odebra?
- Boga nie ma, Irino - pociesza j ojciec.
- I nie mw tak gono.
Obudzisz dziewczynki.
- Wszystko mi jedno!
- wykrzykna mama, ale ponownie zniya gos.
- Dlaczego Bg nie chce zabra ktrej z nich?
- Nie mw tak.
Na pewno by tego nie chciaa.
- Dlaczego, Gieorgij, dlaczego?
Wiem, e ty te tak mylisz.
Nie zamieniby Paszy na Tatian?
Albo nawet na Dasz?
Tania jest taka nie miaa, taka saba, nigdy do
niczego nie dojdzie...
miaa czy niemiaa, jakie czekaj ycie?
Nie to co naszego syna.
Nie to co Pasz.
Tatiana nacigna przecierado na gow.
Dasza wci spaa.
Mama i tata te wkrtce zasnli, lecz ona zasn
nie moga.
Wci syszaa te straszne sowa: Dlaczego
zamiast Paszy Bg nie zabra do siebie jej,
Tatiany?
Zdenerwowana i zalkniona, nie wierzc w to, co
robi, nazajutrz po pracy posza do koszar puku
Pawowskiego.
Umiechnitemu sierantowi Pietrence podaa
nazwisko Aleksandra, opara si o cian i czekaa
z nadziej, e nogi nie odmwi jej posuszestwa.
Kilka minut pniej przed bram wyszed
Aleksander.
Napicie na jego twarzy natychmiast ustpio
miejsca...
Niestety, tylko na chwil.
- Cze, Taniu - rzuci chodno, stajc w
stosownej odlegoci od niej.
- Wszystko dobrze?
- Mia mocno podkrone oczy.
- Mniej wicej - odrzeka.
- A u ciebie?
Wygldasz, jakby...
Szybko zamruga.
- U mnie?
Te dobrze.
Jak si miewasz?
- Niedobrze - wyznaa i natychmiast ogarna j
obawa, e pomyli, i to przez niego.
- Widzisz...
- Z trudem panowaa nad gosem.
Po brzmiewaa w nim nutka strachu o Pasz, ale
nie tylko.
Nie chciaa, eby Aleksander j przejrza.
Wiedziaa, e musi wzi si w gar.
- Posuchaj, czy...
czy mgby dowiedzie si czego o Paszy?
Spojrza na ni z politowaniem.
- Taniu, Taniu...
Po co?
- Prosz.
Mgby?
Rodzice rozpaczaj.
- Lepiej nie wiedzie.
- Prosz.
Mama i tata musz...
Nie mog tak dalej y.
Ja te musz wiedzie.
Bez tego nie jestem w stanie...
- Mylisz, e bdzie im atwiej, jeli si
dowiedz?
- Tak, absolutnie.
Zawsze jest lepiej wiedzie, bo wtedy mona
stawi czoo prawdzie.
Ucieka wzrokiem w bok.
Ta niepewno ich dobija.
- Poniewa Aleksander nie odpowiada, zagryza
warg i dodaa: - Gdyby znali prawd, Dasza i ja,
a moe nawet mama, wyjechay bymy do
Mootowa z dziadkiem i babci.
Zapali papierosa.
- Aleksandrze, sprbujesz?
- Cieszya si, e moe wypowiedzie jego imi na
gos.
Pragna dotkn jego ramienia.
Widok jego twarzy uszczliwia j, a zarazem
sprawia bl, pragna podej bliej.
By w mundurze.
Musia wyj do niej prosto z kwatery, bo mia le
zapit koszul, ktrej nie zdy nawet woy do
spodni.
Moga podej bliej?
Nie, chyba nie.
Pali w milczeniu.
Przechyli gow, ale ani na chwil nie oderwa od
niej wzroku.
Usiowaa spoglda obojtnie.
Zdoaa si nawet blado umiechn.
- Wyjedziesz do Mootowa?
- spyta.
- Tak.
- To dobrze - powiedzia sucho i bez chwili
wahania.
- Taniu, bez wzgldu na to, czy dowiem si czego
o Paszy, czy nie, ty musisz wyjecha.
Twj dziadek mia szczcie, e dosta prac.
Wikszo ludzi zostaje tu, w Leningradzie.
- Rodzice mwi, e miasto jest teraz
najbezpieczniejsze.
Dlatego tylu ludzi tu zjeda - dodaa z powag.
- Tysice.
Ze wsi, zewszd...
- Taniu, w Zwizku Radzieckim nie ma teraz
bezpiecznych miejsc.
- Uwaaj - szepna.
Nachyli si ku niej, a ona podniosa gow, nie
tylko ochoczo, ale i z radosnym wyczekiwaniem.
- Co?
- spytaa.
- Co?
- Lecz zanim zdy odpowiedzie, z bramy
wypad Dmitrij.
- Tania?
- rzuci, marszczc brwi.
- Cze.
Co wy tu robicie?
- Przyszam do ciebie.
- A ja pal - odrzek spokojnie Aleksander.
- Akurat teraz?
- rzuci z umiechem Dmitrij.
- Musisz wreszcie rzuci.
Jak to mio, e przysza, Tanieczko, jestem
wzruszony.
- Obj j i przytuli.
- Chod, odprowadz ci do domu.
A moe chciaaby gdzie pj?
Taki adny wieczr...
- Do zobaczenia - rzuci Aleksander.
Tania mylaa, e oszaleje.
Poszed do pukownika Michaia Stiepanowa.
Suy pod jego dowdztwem w wojnie zimowej z
Finlandi, w tysic dziewiset czterdziestym,
kiedy to pukownik by dopiero kapitanem, a on,
Aleksander, podporucznikiem.
Od tamtej pory Stiepanow
mg awansowa nie tylko na generaa brygady,
ale nawet na generaa majora, jednak wola
zachowa dotychczasowy stopie i pozosta do
wdc Garnizonu Leningradzkiego.
By szczupy i wysoki, prawie tak wysoki jak
Aleksander.
Porusza si sztywno, lecz zwinnie i z wdzikiem,
a jego niebieskie oczy po wlekaa delikatna mga,
ktra nie opadaa nawet wwczas, gdy si
umiecha.
Aleksander zasalutowa.
- Dzie dobry, towarzyszu pukowniku.
- Dzie dobry, poruczniku - odrzek Stiepanow,
wychodzc zza biurka.
- Spocznijcie.
- Ucisnli sobie rce i pukownik wrci za
biurko.
- Jak si macie?
- Bardzo dobrze, towarzyszu pukowniku.
- Jak tam?
Major Orw dobrze was traktuje?
- Tak jest, towarzyszu pukowniku, dzikuj.
- W czym mog wam pomc?
Aleksander odchrzkn.
- Przyszedem o co spyta.
- O co?
Spocznij, powiedziaem, spocznij.
Aleksander rozsun stopy i zaoy rce do tyu.
- O naszych ochotnikw, towarzyszu pukowniku.
Co si z nimi dzieje?
- O ochotnikw?
Przecie wiecie.
Sami ich szkolilicie.
- O tych spod ugi koo Nowogrodu.
- Koo Nowogrodu?
- Stiepanow pokrci gow.
- Brali udzia w kilku bitwach.
Sytuacja w Nowogrodzie jest...
mama.
- Tak?
- Niewyszkolone kobiety szy z granatami na
tygrysy.
Niektre nie miay nawet granatw.
Rzucay kamieniami.
- Stiepanow zmruy oczy.
- Dlaczego was to interesuje?
Aleksander trzasn obcasami.
- Towarzyszu pukowniku, prbuj odnale
pewnego siedemnastolatka, ktry wyjecha na obz
do Tomaczewa.
Telefony nie dziaaj i jego rodzina wpada w
panik.
- Po chwili doda: - To mody chopak, towarzyszu
pukowniku.
Nazywa si Pawe Mietanow.
Pojecha na obz w Dogotinie.
Stiepanow przyglda mu si chwil, w kocu
odrzek:
- Wracajcie do swoich obowizkw.
Zobacz, co da si zrobi.
Niczego nie obiecuj.
Aleksander zasalutowa.
- Dzikuj, towarzyszu pukowniku.
Tego samego wieczoru do kwatery, ktr
Aleksander dzieli z trzema innymi oficerami,
przyszed Dmitrij.
Akurat grali w karty.
Aleksander tasowa z papierosem zwisajcym
luno z kcika ust.
Gdy otworzyy si drzwi, ledwie odwrci gow.
Dmitrij kucn przy jego krzele.
- Czemienko - mrukn porucznik Anatolij
Marazow, nie odrywajc wzroku od kart.
- A honory przeoonemu to gdzie?
Dmitrij wsta i zasalutowa.
- Melduj si, towarzyszu poruczniku.
- Spocznij, szeregowy.
- Co sycha, Dima?
- spyta Aleksander.
- Niewiele - szepn Dmitrij i znw kucn.
- Moemy gdzie po gada?
- Moemy pogada tutaj.
Wszystko w porzdku?
- Tak, tak.
Powiadaj, e si std nie ruszymy.
- Ruszymy si, ruszymy, Czemienko - rzuci
Marazow.
- Mamy broni miasta.
- Finowie chc si sprzymierzy z Niemcami -
prychn Dima.
- Jeli si sprzymierz, ju po nas.
Moemy od razu zoy bro.
- Nie ma to jak onierski hart i duch walki -
mrukn Marazow.
- Bieow, to ty mi go dae?
- Porucznik ma racj, Dmitrij - powiedzia
Aleksander obojtnym gosem.
- Dziwi mnie twoja postawa.
Zupenie do ciebie nie pasuje.
Dima umiechn si niemiao.
- Wstpujc do wojska, nie na to liczylimy, co?
Aleksander nie odpowiedzia.
- Chodzi mi o wojn - doda szybko Dmitrij.
- Tylko o wojn.
- Nie, na wojn nie liczyem - odpar Aleksander.
- Chyba nikt nie liczy na wojn.
Ty liczye?
- Dobrze wiesz, e nie, aleja miaem mniejszy
wybr.
- A ty, Bieow?
- spyta Marazow.
- Miae jaki wybr?
Aleksander odoy karty, zgasi papierosa i wsta.
- Zaraz wracam.
- Ruszy do drzwi.
Dmitrij potruchta za nim.
Po niewa na korytarzu byo duo oficerw,
zbiegli na d i bocznymi drzwiami wyszli na
brukowane podwrze.
Mina pierwsza w nocy.
Nie bo ciemniao i poszarzao.
Kilka krokw dalej stao trzech onierzy, mic
papierosy.
Aleksander wiedzia, e na wiksz prywatno
nie maj co liczy.
- Dima, przesta wygadywa bzdury - powiedzia.
- Ja te nie mia em adnego wyboru.
- Miae.
Moge by gdzie indziej.
Aleksander nie odpowiedzia.
Wolaby by wszdzie, byle tylko nie tutaj, z
Dima.
- W Finlandii robi si niebezpiecznie.
- Wiem.
- Aleksander nie chcia rozmawia o Finlandii.
- Za duo onierzy, i tu, i tam.
W dodatku wszdzie peno tych z NKWD, z
jednostek ochrony pogranicza.
Na Lisim Nosie te.
onierze, okopy, druty kolczaste.
Niebezpiecznie.
Nie wiem, co zrobimy.
Mwisz, e Finowie uderz na Lisi Nos?
Na pewno?
Aleksander milcza, zacigajc si i wypuszczajc
dym.
- Na pewno - odrzek w kocu.
- Zechc odebra swoje ziemie.
Uderz.
Prdzej czy pniej uderz.
- To co moemy zrobi?
Cierpliwie czeka na odpowiedni chwil, nie?
Aleksander nie odpowiedzia.
- Mylisz, e ta chwila kiedy nadejdzie?
- Nie wiem, Dima.
Zobaczymy.
Dmitrij westchn.
- Suchaj, mgby mi zaatwi przeniesienie do
pierwszego puku strzelcw?
- Dima, niedawno przeniosem ci do drugiego
batalionu piechoty.
- Tak, ale drugi batalion pjdzie do ataku.
Ludzie Marazowa te, w drugim rzucie.
Wolabym ju rozpoznanie.
Albo zaopatrzenie, co w tym stylu.
Miabym szans zwia, nie sdzisz?
- Chcesz suy w zaopatrzeniu?
- zdziwi si Aleksander.
- Wozi amunicj na front?
- Nie, mylaem o przewoeniu poczty,
papierosw, i tak dalej.
Aleksander wykrzywi usta w umiechu.
- Zobacz, co da si zrobi.
Dmitrij rzuci papierosa na ziemi i rozgnit go
czubkiem buta.
- Co ci jest, Aleks?
Czemu taki ponury?
Ostatnio chodzisz jak struty.
Przecie nic si nie dzieje.
Niemcy daleko, mamy pikne lato...
Aleksander milcza.
- Posuchaj, chciaem z tob pogada...
Tania to bardzo mia dziewczyna.
- Co?
- Tania.
Mwi, e mia z niej dziewczyna.
- Tak.
Dmitrij przestpi z nogi na nog.
- Nie chciabym, eby si zmienia.
Nie powinna tu przychodzi i rozmawia z
onierzami.
A ju na pewno nie z tob.
- Racja.
- Wiem, e jestecie dobrymi przyjacimi i e
chodzisz z jej siostr, ale, szczerze mwic, nie
chc, eby popsu jej reputacj.
Tania to Ta nia, a garnizonowe dziwki, z ktrymi
si zadawae...
Aleksander zrobi krok w jego stron.
- Do, wystarczy.
Dmitrij rozemia si lekko.
- Tylko artowaem.
Dasza wci przychodzi?
Dawno u nich nie byem.
Tatiana ma zwariowane godziny pracy.
Ale Dasza przychodzi, tak?
- Tak.
- Przychodzia co noc i prbowaa wszystkiego,
eby tylko do niej wrci.
Ale nie zamierza rozmawia o tych sprawach z
Dim.
- Sam widzisz.
Gdyby zobaczya tu siostr, niepotrzebnie by si
zdenerwowaa, prawda?
- Prawda - odrzek Aleksander.
- Masz papierosa?
Dmitrij natychmiast sign do kieszeni.
- Uwielbiam to.
Porucznik prosi o fajk zwykego kamasza.
Lubi, jak mnie prosisz.
Aleksander zapali.
Dmitrij odchrzkn.
- Gdybym ci nie zna, powiedziabym, e moja
maleka Tanieczka zawrcia ci w gowie.
- Ale mnie znasz, prawda?
Dima wzruszy ramionami.
- Chyba tak.
Tylko e czasami patrzysz na ni tak jako...
- Bzdura - przerwa mu Aleksander.
- Wyobrania ci ponosi.
Dmitrij westchn.
- Wiem, wiem...
Ale c, nic na to nie poradz.
Zakochaem si w tej dziewczynie na zabj.
Aleksander dugo milcza.
Papieros powoli spala mu si w palcach.
- Tak?
- Tak.
A co?
Dziwisz si?
- Dima rozemia si serdecznie.
- Mylisz, e za wysokie progi?
e Tania nie dla mnie?
- Nie, dlaczego?
Ale z tego, co sysz, nadal bywasz w "Sadko".
Dmitrij wzruszy ramionami.
- A co to ma wsplnego z Tani?
- Zanim Aleksander zdy odpowiedzie,
podszed krok bliej i zniy gos.
- Tania jest moda i prosia mnie, ebym si tak nie
spieszy.
Szanuj jej wol i jestem cierpliwy.
- Unis brwi.
- wiesz co?
Powoli zaczyna si do mnie przekonywa...
Aleksander cisn papierosa na ziemi i rozgnit
go butem.
- No, dobrze - mrukn.
- Chyba skoczylimy.
- Ruszy w stron wejcia.
Dmitrij chwyci go za okie.
Aleksander odwrci si na picie i wyszarpn
rk.
- Przesta warkn, gniewnie byskajc oczami.
Niebo poszarzao jeszcze bardziej.
- Nie jestem Tani.
Dmitrij szybko si cofn.
- Dobrze, ju dobrze.
- Cofn si krok dalej.
- Chryste, ty i twj temperament.
Musicie co z tym zrobi, towarzyszu Bamngton -
sykn, akcentujc kad sylab ostatniego sowa.
Umiechn si i jakby zmala, skarla.
W zapadajcej nocy jego mae zby stay si
ostrzejsze i bardziej te, wosy bardziej tuste, a
oczy wsze.
Nazajutrz rano Tatiana biega do pracy z nadziej
w sercu.
Nauczya si ju nie zwraca uwagi na
bezdusznych, wszechobecnych
funkcjonariuszy NKWD, ktrzy stali przed bram
fabryki z odraajcymi karabinami w rku, ktrzy
kryli po wszystkich halach, ktrzy maszerowali
korytarzami z broni przy nodze.
Patrzyli na ni, gdy ich mijaa, i zawsze wtedy
aowaa, e nie jest jeszcze nisza, jeszcze
drobniejsza i mniej zauwaalna.
Mieli pospne, nieprzeniknione twarze i gapili si
na ni nieruchomymi oczami: wtedy szybko
mrugaa, uciekaa wzrokiem w bok i spiesznie sza
do drzwi, by znikn wrd robotnikw przy
tamocigu, gdzie panowaa wiksza
anonimowo.
eby nie znudzia ich monotonia i rutyna pracy - i
eby nie zaniedbywali swoich obowizkw - co
dwie godziny przerzucano ich na inny wydzia.
Tatiana to obsugiwaa dwig, ktry podnosi
czog i stawia go na gsienicach, to malowaa
czerwon gwiazd na wieyczce maszyny, ktra
miaa by przewieziona na wydzia wyposaenia.
Malowaa nie tylko gwiazdy, ale i sowa: ZA
STALINA!
, ktre odcinay si biel od zielonej skorupy
czogu.
Odkd tylko Aleksander przesta wystawa pod
fabryk, Ilja, chudy, krtko ostrzyony wyrostek,
nie odstpowa jej na krok i cigle zasypywa
przernymi pytaniami.
Poniewa bya dobrze wychowana, cierpliwie mu
odpowiadaa, ale w kocu nie wytrzymaa i daa
upust zoci.
- Przesta - warkna.
- Nie mog si skupi.
Zastanawiaa si te, jakim cudem Ilja zawsze
pracuje w jej pobliu, i to bez wzgldu na to, ile
razy i dokd j przenoszono.
W stowce zawsze siada obok niej i Ziny, ktra
go nie znosia i wcale tego nie ukrywaa.
Ale tego dnia Tatianie zrobio si go al.
- Jest samotny - powiedziaa, przeuwajc
kawaek kotleta i zbierajc chlebem sos z talerza.
- Pewnie nikogo nie ma.
Zosta, Ilja.
I tak Ilja zosta.
Tatiana potrafia by wspaniaomylna i
wyrozumiaa.
Nie moga si ju doczeka wieczoru.
Bya pewna, e po ich ostatniej rozmowie
Aleksander przyjdzie po ni do Kirowa.
Miaa na sobie swoj najlejsz sukienk i
najdelikatniejsz bluzk, a rano wzia nawet
kpiel, chocia kpaa si przed pjciem spa.
Po pracy wybiega bram na ulic.
Ze lnicymi, rozwianymi wosami, z czyciutk,
zarowion twarz, bez tchu spojrzaa w lewo i...
Aleksandra nie byo.
Mina sma.
Tatiana usiada na awce i z rkami na kolanach
przesiedziaa tam do dziewitej.
Potem wstaa i ruszya pieszo do domu.
Rodzice wci nie mieli wiadomoci o Paszy i
bardzo rozpaczali.
Cay czas pakali.
Daszy nie byo.
Dziadek i babcia powoli si pakowali.
Tania posza na dach, usiada i obserwowaa
wielkie balony zaporowe, ktre pyny po
pnocnym niebie niczym biae wieloryby.
Anton i Kiry czytali na gos "Wojn i pokj"
Tostoja, wspominajc Woodi, ktry przepad w
Tomaczewie.
Suchaa ich jednym uchem, wspominajc Pasz.
Pasza te przepad.
I te w Tomaczewie.
Aleksander nie przyszed.
Pewnie niczego si nie dowiedzia.
Albo dowiedzia si i nie mg spojrze jej w
twarz.
Nie, znaa prawd: nie przyszed, poniewa z ni
zerwa.
Mia do i jej, i jej dziecinnego sposobu
mylenia.
Po prostu z ni skoczy, i tyle.
Spacerujc w parku, byli przyjacimi, ale on by
te mczyzn i postawi na niej kresk.
Dobrze, e nie przyszed.
Mia racj.
Nie, wcale nie zamierzaa paka.
Jednake myl, e dzie po dniu bdzie musiaa
y i bez niego, i bez Paszy, e bdzie musiaa
stawi czoo tylu samotnym wieczorom i tej
strasznej wojnie, napenia j tak przenikliw
pustk, e nie zwaajc na rozemianych kolegw,
omal nie jkna.
Pragna jednego: zobaczy chopca, ktry przez
siedemnacie lat od dycha tym samym powietrzem
co ona, ktry chodzi z ni do tej samej klasy, ktry
dzieli z ni pokj i ono matki.
Pragna odzyska przyjaciela i brata.
Niemale czua, jak siedzi z ni na dachu pod
ciemniejcym niebem;
biae noce skoczyy si szesnastego lipca.
Nie, Paszy na pewno nic nie jest.
Pasza na ni czeka, a ona go nie zawiedzie.
Nie zamierzaa by taka jak reszta rodziny.
Nie zamierzaa bezczynnie siedzie, pali i
zaamywa rk.
Wiedziaa, e wystarczyoby pi minut z Paszk i
byoby jej lej na sercu.
I na pewno zapomniaaby o ubiegym miesicu.
I o Aleksandrze.
Tak.
Musi co zrobi, eby zapomnie o Alek sandrze.
Kiedy wszyscy pooyli si spa, zesza na d,
wzia kuchenne noyce i bezlitonie cia wosy,
patrzc, jak gstymi puklami spadaj do zlewu.
W maym, brudnym lustrze niewiele widziaa.
Bez okalajcych twarz wosw jej gboko
osadzone zielone oczy pony jeszcze silniejszym
blaskiem.
Bez wosw miaa jeszcze smutniejsze usta.
I wicej piegw na nosie.
Wyglda jak chopiec?
Tym lepiej.
Wyglda modziej?
Delikatniej?
Co pomylaby Aleksander, widzc j w takiej
fryzurze?
Kogo to obchodzi.
Wiedziaa, co by pomyla.
Szura.
Szura.
Szura...
O wicie woya jedyne spodnie, jakie moga
znale, wzia troch sody do pieczenia i wody
utlenionej do czyszczenia zbw oraz szczoteczk
- bez szczoteczki nigdzie by nie wyjechaa -
wygrzebaa stary piwr Paszy, zostawia na stole
krtki list do rodzicw i posza pieszo do fabryki.
Ostatniego dnia pracy przydzielono j do silnikw
wysokoprnych.
Wkrcaa wiece arowe, ktre podgrzeway
powietrze w cylindrach, eby paliwo mogo si
zapali.
Bya w tym dobra - wkrcaa je nie pierwszy raz -
dlatego pracowaa machinalnie, denerwujc si i
mylc o tym, co j czeka.
W porze obiadu poszy z Zin do Krasienki i
owiadczyy, e chc wstpi do Armii
Pospolitego Ruszenia; Zina wspominaa o tym co
naj mniej od tygodnia.
Krasienko odrzek, e Tatiana jest za moda.
Ale Tania si zapara.
- Dlaczego to robisz?
- spyta Krasienko ze wspczuciem.
- uga nie jest dla dziewczt takich jak ty.
Powiedziaa, e zna sytuacj, i wie, e jest bardzo
cika.
Ogoszenia w korytarzach krzyczay: WSZYSCY
DO UGI!
WSZYSCY DO OKO PW!
Dodaa, e wie, i wyjechay tam pitnastoletnie, a
nawet czternastoletnie dziewczta.
e ona i Zina chc zrobi, co tylko si da, eby po
mc onierzom Armii Czerwonej.
Zina staa obok i bez sowa potakiwaa.
Krasienko musia im wyda specjaln przepustk.
- Siergieju Andriejewiczu, tak bardzo prosimy...
- Nie - odpar.
Tania nie ustpia.
Owiadczya, e w takim razie wemie
przysugujcy jej urlop, i to ju od jutra, i pojedzie
do ugi tak czy inaczej.
Nie baa si Krasienki, wiedziaa, e on j lubi.
- Siergieju Andriejewiczu, przecie nie moecie
nas zatrzyma.
Jak by to wygldao, gdybycie zabraniali
ochotnikom pomaga ojczynie i onierzom Armii
Czerwonej?
Zina cay czas kiwaa gow.
Krasienko ciko westchn, wypisa im
przepustki i podstemplowa dowody osobiste.
Gdy ruszyy do drzwi, yczy im szczcia.
Tatiana chciaa mu powiedzie, e jedzie szuka
brata, ale poniewa na pewno prbowaby jej to
wyperswadowa, powiedziaa tylko "dzikuj".
Poszy do wielkiej, ciemnej sali.
Tam wrczono im kilofy i szufle - Tania
natychmiast si zorientowaa, e narzdzia s dla
niej za cikie - i odesano na Dworzec
Warszawski, gdzie miay czeka wojskowe
ciarwki.
Tatiana zastanawiaa si, czy bd to ciarwki
opancerzone, takie jak te, ktrymi wywoono
obrazy z Ermitau, albo jak te, ktrymi czasem
jedzi
Aleksander.
Ale nie.
Przed dworcem stay zwyczajne ciarwki z
ciemnozielon plandek, jakich byo peno w
Leningradzie.
Wsiady.
Wraz z nimi wsiado czterdzieci osb.
onierze zaadowali jakie skrzynie.
Miay na nich usi.
- Co w nich jest?
- spytaa Tania.
- Granaty - odrzek onierz z umiechem.
Tatiana nie usiada.
Ciarwki ruszyy; w sumie byo ich siedem.
Jechali konwojem na poudnie.
Do ugi.
Ale ju w Gatczynie kazano im si przesi do
pocigu.
- To dobrze - powiedziaa Tania.
- Bdziemy mogy wysi w Tomaczewie.
- Zwariowaa?
- odpara Zina.
- Przecie jedziemy do ugi.
- Wiem.
Wysidziemy, wsidziemy do nastpnego i
dojedziemy.
- Nie.
- Prosz ci, Zina.
Ja musz wysi.
Musz znale brata.
Zina spojrzaa na ni z niedowierzaniem.
- Taniu!
Pamitasz, jak mi powiedziaa, e Misk pad?
Czy prosiam ci wtedy, eby pojechaa ze mn
szuka mojej siostry?
- Zacisna usta.
Miaa mae, ciemne oczy i szybko mrugaa.
- Nie, ale chodzi o to, e moim zdaniem
Tomaczewo jeszcze nie pado.
Jest nadzieja, e...
- Nigdzie nie wysiadam - przerwaa jej Zina.
- Jak wszyscy jad do ugi i jak wszyscy bd
pomagaa naszym onierzom.
Nie chc, eby ci z NKWD rozstrzelali mnie za
dezercj.
- Zina!
- wykrzykna Tatiana.
- Za jak dezercj?
Nie jeste dezerterk, tylko ochotniczk.
Wysid ze mn.
- Powiedziaam: nie.
Do tego.
- Zina odwrcia gow.
- Dobrze, jak chcesz - odrzeka Tania.
- W takim razie wysid sama.
Kapral wetkn gow do pokoju i krzykn, e
Aleksandra chce widzie pukownik Stiepanow.
Pukownik pisa co w dzienniku.
Robi wraenie jeszcze bardziej zmczonego ni
przed trzema dniami.
Aleksander cierpliwie czeka.
Wreszcie Stiepanow podnis gow.
Pod oczami mia ciemne worki, a z jego spitej
twarzy mona byo wyczyta, ile wysiku kosztuje
go kierowanie podwadnymi.
- Przepraszam, e tak dugo to trwao.
Niestety, nie mam dla was do brych wiadomoci.
- Rozumiem, towarzyszu pukowniku.
Stiepanow spojrza na swj dziennik.
- Sytuacja w Nowogrodzie bya rozpaczliwa.
Kiedy nasi onierze zdali sobie spraw, e
Niemcy s ledwie kilka kilometrw dalej, e
otaczaj pobliskie wioski, zwerbowali pionierw
z obozw w okolicach Tomaczewa, eby ci
pomogli im otoczy miasto lini okopw.
Wzili te chopcw z Dogotina.
O Pawle Mietanowie nic konkretnego niewiem,
ale...
- Pukownik odchrzkn.
- Jak dobrze wiecie, wojska nie mieckie pary
naprzd znacznie szybciej, ni oczekiwalimy.
Mwienie nie wprost.
Sowieckie dwuznaczniki.
Tak samo jak w radiu.
Mwili to, ale chcieli powiedzie tamto.
- To znaczy?
- spyta Aleksander.
- Nowogrd pad.
- A ci chopcy?
Co z nimi?
- Poruczniku, wiem tylko to, co wam
powiedziaem.
- Stiepanow pomilcza chwil i spyta: - Dobrze
znalicie tego Mietanowa?
- Znam jego rodzin, towarzyszu pukowniku.
- A wic to sprawa osobista?
Aleksander zamruga.
- Tak jest, towarzyszu pukowniku.
Stiepanow ponownie zamilk.
Bawi si pirem i spuciwszy wzrok, patrzy na
swj dziennik, unikajc wzroku Aleksandra.
W kocu przemwi, ale nawet wwczas nie
podnis gowy.
- auj, e nie mam dla ciebie lepszych
wiadomoci, Aleksandrze.
Niemcy zrwnali Nowogrd z ziemi.
Pamitasz pukownika Janowa?
Zgin.
Tamci strzelali do onierzy i do cywilw, na
olep, jak leci.
Spldrowali miasto, a potem doszcztnie je
spalili.
Nie cofajc si i nie spuszczajc wzroku z jego
twarzy, Aleksander spokojnie spyta:
- Nie wiem, czy dobrze was zrozumiaem,
towarzyszu pukowniku.
Dowdztwo Armii Czerwonej posao do walki
nieletnich chopcw?
Stiepanow wsta.
- Chcecie nas uczy, jak prowadzi wojn,
poruczniku?
Aleksander trzasn obcasami, zasalutowa, lecz
nie wyszed.
- Z caym szacunkiem, towarzyszu pukowniku, ale
posya niewyszkolonych chopcw do walki wraz
z wyszkolonymi oficerami, rzuca ich na er
hitlerowcom to czyste szalestwo.
Pukownik nie wyszed zza biurka.
Stali naprzeciw siebie i milczeli - jeden mody,
drugi ju stary, cho mia
dopiero czterdzieci cztery lata.
Cisz przerwa Stiepanow.
- Powiedzcie rodzinie, e ich syn zgin w obronie
matki Rosji - wychrypia
zaamujcym si gosem.
- e zgin w subie naszego wielkiego
przywdcy, towarzysza Stalina.
Przed poudniem Aleksandra poproszono do
bramy.
Szybko zszed na d, bojc si, e to Tatiana.
Nie potrafiby z ni rozmawia, w kadym
razie jeszcze nie teraz.
Wieczorem mia zamiar pj po ni do Kirowa.
Zszed i zobaczy Dasz, ktra staa z Pietrenk.
Bya zaszokowana i spita.
- Co si stao?
- spyta, odprowadzajc j na bok z nadziej, e
nie spyta go ani o Tomaczewo, ani o Pasz, lecz
ona wcisna mu do rki wistek papieru i
powiedziaa:
- Spjrz.
Spjrz, co zrobia moja zwariowana siostra!
Rozprostowa papier.
Pierwszy raz widzia pismo Tatiany.
Literki byy okrge, mae i zgrabne.
"Kochani Mamo i Tato, wstpiam do
Leningradzkiej Armii Pospolitego Ruszenia, eby
odnale Pasz i przy wie go do domu.
Tania".
Z trudem panujc nad twarz, ostronie zwrci
list Daszy.
- Kiedy wyjechaa?
- Wczoraj rano.
Kiedy wstalimy, ju jej nie byo.
- Wczoraj?
Dlaczego nie zawiadomia mnie od razu?
- Mylelimy, e si wygupia, e wrci.
- Mielicie nadziej, e znajdzie Pasz?
- spyta powoli Aleksander.
- e przywiezie go do Leningradu?
- Nie wiem!
Czasami zachowuje si jak sfiksowana.
Nie mam pojcia, co chciaa zrobi.
Sama nie trafi nawet do sklepu, a pojechaa na
front.
Mama i tata wychodz z siebie.
Tak bardzo martwi si o Pasz, a tu masz.
- Martwi si czy s li?
- Szalej z niepokoju.
miertelnie si o ni boj.
Tania...
- Urwaa.
Zwilgotniay jej oczy.
- Najdroszy...
- Podesza bliej i zarzucia mu rce na szyj.
Twarz Aleksandra pozostaa obojtna i
nieprzenikniona jak kamienny mur.
- Nie wiem, do kogo si zwrci.
Pom nam, prosz.
Pom odnale moj siostr.
Nie moemy jej straci...
- Wiem.
- Bagam.
Zrobisz to...
dla mnie?
Poklepa j po plecach i cofn si.
- Zobacz.
Co wymyl.
Pominwszy swego bezporedniego przeoonego,
majora Orowa, poszed prosto do pukownika
Stiepanowa i dosta zgod na wyjazd do ugi:
wraz z dwudziestoma ochotnikami i dwoma
sierantami mia do starczy amunicj na pierwsz
lini frontu.
Wiedzia, e onierze Armii Czerwonej zaczynaj
ustpowa pod naporem wroga, e bardzo
potrzebuj wsparcia, uzupenie i zapasw.
Obieca, e za kilka dni bdzie z powrotem.
- Wracajcie, poruczniku - doda na zakoczenie
Stiepanow.
- Z ludmi.
Jak zawsze.
- Postaram si, towarzyszu pukowniku - odrzek
Aleksander i zasalutowa.
Niewielu ochotnikw wracao do koszar.
Przed wyjazdem poszed do Dmitrija i
zaproponowa mu wyjazd.
Ale
ten odmwi.
- Dima, powiniene jecha.
- Pojad, kiedy mnie wyl- odpar Dmitrij, krcc
gow.
- Nie za mierzam dobrowolnie wpywa do
paszczy rekina.
Syszae o Nowogrodzie?
Aleksander usiad za kierownic.
Wiz onierzy, trzydzieci pi naganw,
trzydzieci pi nowiutkich tetetek, dwie skrzynki
granatw, trzy skrzynki min przeciwczogowych,
siedem skrzynek amunicji, skrzyni pociskw
artyleryjskich i skrzyni pociskw
modzierzowych.
Dobrze, e ciarwka bya opancerzona.
aowa, e nie dali mu czogu, jednego z tych,
ktre Tania montowaa u Kirowa.
Na trasie przejazdu leay trzy miasta: Gatczyna,
Tomaczewo i wreszcie uga.
Gdy dotarli do Gatczyny, usyszeli daleki pomruk
artylerii.
Droga bya bardzo wyboista.
Ciarwka cay czas podskakiwaa, a wraz z
ciarwk podskakiwali ludzie i adunek.
Syszeli wybuchy bomb i pociskw.
Eksplodoway jak fajerwerki, jak we nie, i
Aleksander ujrza przed sob twarz ojca, ktry
pyta go, po co tu przyjecha, po co stuka do wrt
mierci, skoro ma jeszcze tyle ycia przed sob.
- Przyjechaem po ni, ojcze, po ni...
- Co mwilicie, towarzyszu poruczniku?
- spyta Oleg Kasznikow, mody, krzepki sierant.
- Nic, nic.
Czasami rozmawiam ze swoim ojcem.
- Ale to nie byo po rosyjsku.
Mwilicie po angielsku?
- Po angielsku?
A skd.
Tak sobie mamrocz.
Kiedy wysiedli w udz, grzmot artylerii przybra
na sile.
Teren by paski, a zza horyzontu bi czarny dym.
Ten huk, pomyla Aleksander.
Ten huk.
Niesie z sob gniew i mier.
Czwartego lipca wieczorem rodzice zabrali go na
przejadk odzi po zatoce Nantucket.
Ogldali pokaz ogni sztucznych.
Siedmioletni Aleksander mocno zadziera gow,
oczarowany tczowym wiatem eksplo- Rodzaj
rewolwem bbenkowego, produkowanego w
Belgii, w Rosji od 1893 r.
(przyp.
red.)dujcych z hukiem fajerwerkw.
Nie wyobraa sobie, eby mogo istnie co
bardziej widowiskowego ni te rozedrgane banvy,
ni ten oywczy deszcz kolorw.
Dokadnie naprzeciw bya droga do rzeki.
Po lewej stronie rozcigay si pola, a po prawej
las.
Aleksander spostrzeg grupk dziesicioletnich
dzieci, ktre zbieray to, co pozostao z
tegorocznych zbiorw.
Na skraju pola onierze, starcy i kobiety kopali
okopy.
Wiedzia, e kiedy tylko dzieci skocz, cay teren
zostanie zaminowany.
cisn w rku karabin, spokojnym gosem
rozkaza ludziom czeka i poszed do pukownika
Piadyszewa, ktry organizowa lini obrony na
dwunastokilometrowym odcinku rzeki.
Piadyszew ucieszy si z amunicji.
Natychmiast kaza onierzom rozadowa
ciarwk i rozdzieli zapasy.
- Tylko siedemdziesit sztuk broni?
- spyta.
- Wicej nie mielimy - odrzek Aleksander.
- Ale niedugo przyjedzie kolejny transport.
Zaprowadzi ochotnikw na brzeg, gdzie dostali
szpadle i gdzie przez kilka godzin mieli kopa
okopy.
Potem wzi lornetk, zlustrowa las po drugiej
stronie rzeki i doszed do wniosku, e Niemcy s
ju w zasigu strzau, cho nie zajli jeszcze
pozycji.
onierze zrobili przerw na posiek.
Zjedli konserwy, popili wod z rzeki.
Aleksander zostawi ich pod opiek Kasznikowa i
Szapkowa i poszed poszuka ochotnikw z
Kirowa, ktrzy przyjechali do ugi przed czterema
dniami.
Nie znalaz adnego, ale ju nazajutrz spotka na
polu Zin.
Zgita wp, zawzicie machaa szpadlem.
Kopaa kartofle i wraz z ziemi wrzucaa je do
kosza.
Zasugerowa, eby najpierw troch je oczycia,
bo w koszu byo wicej ziemi ni kartofli.
ypna na niego spode ba, gotowa co
odburkn, ale kiedy zobaczya jego czerwon
gwiazd i karabin, nie powiedziaa ani sowa.
Wida byo, e go nie poznaje.
Bywa.
Nie kady ma pami do twarzy.
- Szukam waszej przyjaciki.
Jest tu gdzie?
Ma na imi Tania.
W oczach Ziny zamigota strach.
- Nie widziaam jej.
Pewnie jest tam.
- Machna rk.
Czego ona si boi?
- pomyla Aleksander, oddychajc z ulg.
- A wic jest tu?
Gdzie?
- Nie wiem.
Rozdzielili nas.
- Gdzie was rozdzielili?
- Nie wiem.
- Bya wyranie zdenerwowana.
Nie trafia do kosza i kartofle rozsypay si po
ziemi.
Nawet ich nie zebraa.
Kopaa dalej.
Aleksander trzasn kolb karabinu w ziemi.
- Towarzyszko!
Przestacie.
Wyprostujcie si i popatrzcie na mnie.
Nie pamitacie mnie?
Spita Zina pokrcia gow.
- Nie zastanowio was, skd wiem, jak wam na
imi?
- Macie swoje sposoby - wymamrotaa.
- Nazywam si Aleksander Bieow.
Przychodziem do Kirowa po Tatian.
Std was znam.
Przypominacie sobie?
Na jej nieprzyjaznej, umorusanej ziemi twarzy
zagoci wyraz ulgi.
- Jej rodzina umiera z niepokoju - mwi dalej
Aleksander.
- Wie cie, gdzie ona jest?
- Posuchajcie - bronia si gniewnie Zina.
- Tatiana chciaa, ebym z ni wysiada, aleja nie
wysiadam.
Nie jestem dezerterk.
- Jak to?
Gdzie miaycie wysi?
Nie moecie by dezerterk.
Suycie w Armii Pospolitego Ruszenia.
Ale do Ziny nic nie docierao.
- Wszystko jedno.
Od tamtej pory jej nie widziaam.
Nie dojechaa.
W Tomaczewie wyskoczya z pocigu.
Aleksander poblad.
- Wyskoczya?
- Tak.
Kiedy pocig zwolni na rozjedzie, zesza na
stopie i skoczya.
Widziaam, jak stacza si z nasypu.
- Zina pokrcia gow.
- Dlaczego jej na to pozwolilicie?
- spyta ze cignit twarz.
- Ja?
- wykrzykna Zina?
- Nikt jej nie pozwoli!
Nie skacz, mwiam, nie skacz!
Ale si upara.
Chciaa, ebym i ja wyskoczya!
Niby dlaczego, pytam?
Ja nie szukam brata.
Wstpiam do Armii Pospolitego Ruszenia, broni
matki Rosji.
Aleksander odszed krok dalej.
- A dla matki Rosji, towarzyszko?
Skoczyaby z pocigu?
Zina nie odpowiedziaa.
Odwrcia si, pochylia i wbijajc szpadel w
ziemi, wymamrotaa:
- Ja tam nigdzie skaka nie zamierzam.
Nie jestem dezerterk.
Aleksander szybko odszuka swoich onierzy.
Wraz z Kasznikowem i picioma ochotnikami
wsiad do pustej ju ciarwki i pojechali do
oddalonego o osiemnacie kilometrw
Tomaczewa.
Miasto byo prawie opustoszae.
Jedzili nie brukowanymi ulicami i jedzili, a w
kocu
znaleli kobiet z maym dzieckiem i torb.
Powiedziaa, e Dogotino ley trzy kilometry na
zachd.
- Ale nikogo tam nie znajdziecie - dodaa.
- Nikogo.
Mimo to pojechali.
Kobieta miaa racj.
Chaty byy puste, wioska zbombardowana, sze
budynkw strawi poar.
Aleksander nie rezygnowa.
- Tania!
woa.
Tatiana!
Zajrza do wszystkich domw, nawet do tych
zniszczonych.
Jego ludzie te woali.
W ich ustach imi Tani brzmiao dziwnie obco.
Ale Kasznikow by dobrym sierantem.
O nic nie pyta.
onierze cieszyli si, e mog pomc, choby
tylko dlatego, e nie musieli ju kopa okopw.
- Tania!
Tania!
Ich gosy rozbrzmieway pord lasw i pl.
Nie znaleli ywej duszy.
Na ziemi walay si tylko koce, podpisane plecaki
i szczoteczki do zbw.
Na skraju wsi sta may drogowskaz z napisem:
DOGOTINO - OBZ DLA CHOPCW.
Wsk ciek przeszli dwa kilometry przez las i
trafili na ma k ze stawem, nad ktrym stao
dziesi porzuconych namiotw.
Obejrzawszy obozowisko, Aleksander doszed do
wniosku, e musiao ich by jedenacie.
Jeden namiot znikn.
W miejscu, gdzie sta.
ziay jeszcze dziury po ,,ledziach".
Kaza onierzom zwin pozostae.
Byy due, z grubego ptna.
Uzna, e to dobry pomys.
Wypeniony popioem krg porodku obozowiska
by zimny, jakby od wielu tygodni nie rozpalano
tam ogniska.
Nie znalaz ani resztek jedzenia, ani mieci
pozostawionych przez chopcw czy przez Tatian.
Do ugi wrcili pnym wieczorem.
onierze wyadowali namioty i rozstawili je pod
lasem na tyach wojskowego obozowiska.
Aleksander leg na ziemi i przykry si kocem.
Dugo nie mg zasn.
W Ameryce nalea do skautw.
Czsto wyjedali, rozstawiali w lesie namioty,
zbierali jagody, rozpalali ognisko, piekli w arze
zowione ryby, jedli konserwow szynk i sodkie
pianki, piewali piosenki.
Pno chodzili spa, a za dnia uczyli si, jak
przetrwa w lesie i jak wiza wzy marynarskie.
Dla omio-, dziewicioletniego chopca bya to
prawdziwa idylla.
Spdzone na skautowskich obozach wakacje
naleay do jego najpikniejszych wspomnie z
dziecistwa.
Wiedzia, e jeli tylko Tatiana nie skrcia sobie
karku, skaczc z pocigu, na pewno dotara do
opustoszaego obozowiska.
Jeeli bya bystra, moga zabra brakujcy namiot.
Ale co zrobia potem?
Wrcia do Leningradu?
Nie, chyba nie.
Jeli ju postanowia odszuka brata, nie moga
wrci do domu bez adnych wiadomoci.
A wic dokd pojechaa?
Do ugi.
Tak, do ugi.
Pojechaa tam, uznawszy, e Pasza pomaga
onierzom kopa okopy.
Oywiony nadziej, w kocu zasn.
Nazajutrz o wschodzie soca usysza odlegy
warkot.
Nadlatyway samoloty.
Radzieckie?
Niestety.
Chocia leciay na wysokoci trzystu metrw,
wszyscy do skonale widzieli czarne swastyki na
ich burtach.
Szesnacie maszyn w szyku dwjkowym
przemkno z rykiem nad lini okopw, zrzucajc
po drodze adunek.
Zewszd rozlegy si okrzyki przeraenia, lecz za
miast bomb z nieba spad
deszcz ulotek.
Spyway na ziemi niczym malekie spadochrony,
a jedna z nich wyldowaa u jego stp.
Rosjanie!
- przeczyta.
- Wasz koniec blisko!
Przyczcie si do zwycizcw i ocalcie ycie!
Poddajcie si, a przeyjecie!
Nazizm jest lepszy od komunizmu.
Damy wam jedzenie, prac i wolno!
Zrbcie to teraz!
Natychmiast!
Druga ulotka bya przepustk uprawniajc do
przekroczenia linii frontu.
Aleksander pokrci gow, rzuci j na ziemi i
poszed si obmy w lenym strumyku
wpadajcym do rzeki ugi.
O dziewitej rano nadleciay kolejne samoloty,
wszystkie z czarnymi swastykami.
Leciay nisko, ledwie sto metrw nad ziemi,
ostrzeliwujc pracujcych w polu ludzi.
Wszyscy popdzili do lasu, midzy drzewa.
Jeden z namiotw stan w ogniu.
Aleksander woy hem i wskoczy do okopu.
To nie bomby, pomyla.
Szkoda im cennych bomb.
Oszczdzaj.
Moe i tak, lecz ju kilka minut pniej okazao
si, e hitlerowcy na pewno nie oszczdzaj bomb.
Kiedy spady, buchn potworny krzyk, zaguszony
hukiem eksplozji.
Aleksander poszuka wzrokiem swoich ludzi, lecz
nie mg ich znale.
Bombardowanie trwao p godziny, a potem
samoloty odleciay, zasypujc ich na poegnanie
deszczem ulotek.
Tym razem widniao na nich tylko jedno zdanie:
Poddajcie si albo zginiecie!
Poddajcie si albo zginiecie.
Kby czarnego dymu, ponce namioty, jki i
krzyki, sowem, apokalipsa.
Rzek pyny ludzkie zwoki.
Na brzegu, wzdu linii okopw i betonowych
stanowisk strzeleckich, wili si ranni.
Kasznikow przey.
Mia tylko oberwane ucho i krwawi obficie na
mundur.
Szapkow by cay i zdrowy.
Do poudnia znosili rannych z pola, a przez reszt
dnia kopali.
Tym razem nie okopy, lecz masowe groby.
Aleksander i jego szesnastu ochotnikw wykopali
olbrzymi mogi pod lasem, by nastp nie
wypeni j ciaami dwudziestu trzech ofiar
porannego bombardowania.
Zgino jedenacie kobiet, dziewiciu mczyzn,
staruszek i dwoje dzieci poniej dziesitego roku
ycia.
Nie byo wrd nich ani jednego onierza.
Aleksander obejrza zwoki wszystkich kobiet.
Ilekro spoglda w martw twarz, zamierao mu
serce.
Potem przeszed wzdu rzdu rannych, lecz
Tatiany wrd nich nie byo.
Szuka nawet Paszy, tak na wszelki wypadek;
Tania pokazaa mu kiedy zdjcie, na ktrym
dwunastoletni Pawe sta w kpielwkach obok
siostry, cignc j za janiutkie warkocze.
Szuka, nie wierzc, e go znajdzie.
Wiedzia, e Paszy w udz nie ma.
Ziny te nie znalaz.
W kocu poszed do Piadyszewa i stanwszy na
baczno, powiedzia:
- Trudno pracowa w takich warunkach.
Prawda, towarzyszu pukowniku?
- W jakich warunkach?
Wojennych?
- Nie, towarzyszu pukowniku.
Chodzi mi o to, e jestemy le przy gotowani do
walki z gronym przeciwnikiem.
Czeka nas ciki bj.
Ju tro wznowimy budow umocnie.
- Nie, poruczniku.
Budow umocnie wznowicie ju dzisiaj, dopki
jeszcze widno.
Mylicie, e co?
e jutro Niemcy maj wito i nie bd nas
bombardowa?
Aleksander nie mia adnych wtpliwoci, e
bd.
- Poruczniku Bieow - kontynuowa Piadyszew.
- Dopiero co przy jechalicie, a dzisiaj
pracowalicie w pocie czoa...
- Przyjechalimy trzy dni temu, towarzyszu
pukowniku.
- Susznie, trzy dni temu.
A wiecie, od kiedy nas bombarduj?
Od dziesiciu dni.
Bombardowali nas wczoraj - nie wiem, gdzie
wtedy by licie - i przedwczoraj.
Bombarduj nas codziennie, od dziewitej do
jedenastej, jak w zegarku.
Najpierw zrzucaj ulotki, a potem bomby.
Resz t dnia spdzamy na grzebaniu zabitych i
kopaniu okopw.
Ich gwne siy nadcigaj z prdkoci pitnastu
kilometrw dziennie.
Skosili nas w Misku, skosili w Brzeciu
Litewskim, a teraz kosz nas w Nowogrodzie.
My jestemy nastpni w kolejce.
Macie racj.
Nie mamy adnych szans.
Ale kiedy mwicie, e jestemy le przygotowani
do walki, to powiem wam, e zrobimy wszystko,
co si da, a potem zginiemy.
I w tym rzecz.
- Drcymi rkami zapali papierosa i opar si
ciko o stolik.
Aleksander zasalutowa.
- Wracam do pracy, towarzyszu pukowniku.
O zmierzchu wraz z trzema onierzami ponownie
obszed cae obozowisko.
Mijajc setki onierzy na brzegu ugi - czekali na
Niemcw, grajc w karty, palc i gawdzc - ze
zdziwieniem zauway, e jest wrd nich
mnstwo oficerw.
Zdawao si, e na dziesiciu szeregowych
przypada co najmniej jeden.
Byli tam nie tylko porucznicy i pod porucznicy, ale
i kapitanowie, a nawet majorzy.
Wszyscy na pierwszej linii frontu, gotowi stawi
czoo nieprzyjacielowi.
Na pierwszej linii frontu.
Boe, skoro majorzy siedz w okopach, w takim
razie kto dowodzi wojskiem?
Aleksander wola o tym nie myle.
Kwadrat po kwadracie, starannie przeczesa ca
okolic, zagldajc w twarz kadej kobiecie
kopicej kartofle lub wybierajcej ziemi z
okopw.
Tani nie byo.
Wrci do Piadyszewa.
- Jeszcze jedno pytanie, towarzyszu pukowniku.
Pi dni temu przyjechali tu ochotnicy z zakadw
Kirowa.
Czy mogli zosta skierowani gdzie indziej?
Moe wysano ich dalej na wschd?
- Nie wiem.
Dowodz tylko tym odcinkiem.
To ostatni punkt oporu.
Dalej jest ju tylko Leningrad.
Moemy ucieka albo si podda.
- O poddaniu si nie ma mowy, towarzyszu
pukowniku - odpar stanowczo Aleksander.
- Pierwej zginiemy.
Zdumiony Piadyszew szybko zamruga.
- Wracajcie do Leningradu, poruczniku.
Wracajcie, dopki jeszcze moecie.
I zabierzcie ze sob swoich ludzi.
Niech przynajmniej oni ocalej. Kiedy nazajutrz
rano przyszed porozmawia z pukownikiem,
zobaczy, e namiotu ju nie ma, i e dziury po
"ledziach" s zasypane zie mi.
Poniewa nad ug przybywao coraz wicej
onierzy, front po dzielono na trzy odrbne
sektory: stao si oczywiste, e dowodzenie z
trzech niezalenych stanowisk bdzie duo
atwiejsze.
Namiot nowego dowdcy rozbito pidziesit
metrw od miejsca, gdzie jeszcze poprzedniego
dnia sta namiot Piadyszewa.
Nowy dowdca nie tylko nie wiedzia, gdzie jest
jego poprzednik, ale i nie zna
nawet jego nazwiska.
By 23 lipca.
Aleksander nie mia czasu podziwia skutecznoci
dziaania NKWD,
gdy o dziewitej rano rozpoczo si kolejne
bombardowanie i ostrza
artyleryjski, ktry trwa a do poudnia.
Byo jasne, e przed przystpieniem do ataku
Niemcy chc wybi jak najwicej onierzy.
Aleksander czu, e to ju ostatnie chwile, e za
dzie lub dwa zainicjuj drug faz blitzkriegu.
Pozostaway mu tylko dwie moliwoci: szuka
Tani albo wej do okopu i stawi czoo
hitlerowskim czogom.
Z cikim sercem chodzi wzdu brzegu rzeki,
rozgldajc si na wszystkie strony.
Jego ludzi skierowano do budowy umocnie.
Tym, ktrych wyszkoli, wrczono karabiny i
oznajmiono, e za porzucenie broni na polu walki
grozi rozstrzelanie.
Podczas kolejnego bombardowania zobaczy, jak
trzech jego podwadnych ucieka midzy drzewa,
cisnwszy karabiny na ziemi.
Kiedy wybuchy umilky, wrcili i umiechnli si
do niego z zaenowaniem.
Aleksander pokrci gow i odpowiedzia
znuonym umiechem.
Tak min kolejny dzie.
Podczas gdy onierze zajmowali pozycje wzdu
brzegu ugi, podczas gdy ustawiali armaty,
adowali na ciarwki ziemniaki, by wywie je
do Leningradu, podczas gdy minowali pola,
Aleksander kry po okolicy i ze cinitym
sercem szuka Tatiany.
Wiedzia ju, e Pasza zgin.
Ale gdzie jest Tania?
Dlaczego nigdzie nie moe jej znale?
Skoczya i stoczya si z nasypu, nie robic sobie
adnej krzywdy.
atwizna w porwnaniu z tym, co wyczyniali w
udz, skaczc ze stromego, twardego i
kamienistego brzegu rzeki.
Trawiasty stok by niczym materac, niczym mikka
gbka.
Bolao j tylko rami, na ktre upada.
Bez trudu dotara do Dogotina i stwierdzia, e w
obozie nikogo nie ma.
To j zaszokowao.
Nie wiedzc, co robi, zostaa tam do koca dnia.
Popywaa w stawie, zjada troch jagd,
odpocza w jednym z namiotw.
Miaa w plecaku kilka sucharw, ale postanowia
zachowa je na pniej.
Bdc dzieckiem, chodzia z bratem nad rzek,
gdzie urzdzali wycigi w pywaniu.
Pasza by ciszy i silniejszy, ale ona miaa co,
czego mu brakowao: wytrzymao.
Za pierwszym razem wygra.
Za drugim te.
Ale ju za trzecim razem przegra.
Zirytowany porak, gono krzykn, a ona
radonie zapiszczaa.
Umiechna si.
Cudowne wspomnienia.
Nie, nie zamierzaa rezygnowa z poszukiwa.
Domylia si, e wraz z innymi obozowiczami
przewieziono Pasz do ugi, do pomocy przy
wznoszeniu umocnie.
Postanowia pojecha tam, odnale Pasz, potem
Zin i namwi j do powrotu do Leningradu.
Nie chciaa mie jej na sumieniu.
Wystarczyo, e ma na sumieniu brata.
Ale nazajutrz rano, gdy sza samotnie przez
Dogotino, nadleciay nie mieckie samoloty.
Ukrya si w jednej z chat, lecz w tym samym
momencie przez dach wpada maa bomba
zapalajca i drewniana ciana byskawicznie
stana w ogniu.
Na cianie wisiaa stara lampa naftowa.
Tania zobaczya j w ostatniej chwili i jak szalona
wypada na dwr.
Kilka sekund pniej dom eksplodowa, a zaraz
potem w ogniu stany trzy ssiednie chaty.
Tatiana zostaa bez namiotu, bez piwora, bez
plecaka i bez sucharw.
Za chatami rosy krzaki.
Upada na ziemi i przez gste pokrzywy
doczogaa si do powalonego dbu.
Bombardowanie Dogotina i pobliskiego
Tomaczewa trwao godzin.
Widziaa ponce pokrzywy - pokrzywy, przez
ktre niedawno si czogaa.
Kilka bomb trafio w las, podpalajc grne
gazie, ktre, cae w pomieniach, spady tu obok
niej.
Umr, mylaa.
Samotnie, w tej opustoszaej wiosce, pod tym
starym dbem.
Nikt mnie nigdy nie znajdzie.
Bo i kto by mnie szuka?
Umr i zamieni si w mech, a na Pitej
Radzieckiej otworz kolejn butelk wdki.
Wypij, zagryz kiszonym ogrkiem i powiedz, e
to za nasz Tanie.
Cho samoloty odleciay, leaa pod dbem
jeszcze godzin.
Tak na wszelki wypadek.
Miaa spuchnit twarz i swdziay j rce -
pokrzywy.
Lepsze to ni bomby.
Dzikowaa Bogu za przezorno, ktra kazaa jej
zadba o przepustk.
Miaa j przy sobie, w kieszeni.
Ze stemplem i podpisem Krasienki.
Bez niej daleko by nie zasza.
Zatrzymaliby j na najbliszym posterunku albo w
radzie miejskiej.
Wrcia do Tomaczewa, zapukaa do drzwi
najbliszego domu i po prosia o co do zjedzenia.
Pozwolili jej przenocowa, a kiedy rano wysza na
ulic, zobaczya wojskow ciarwk.
Pokazaa onierzom przepustk i spytaa, czy
mogliby podrzuci j do ugi.
Wysiada na wschodnim kracu miasta, tym od
strony Nowogrodu.
Pierwszego dnia kopaa ziemniaki i okopy na polu.
Nie widzc ani jednego chopca ubranego w
obozowy mundur, spytaa sieranta o ochotnikw z
Tomaczewa.
- Wysano ich do Nowogrodu - wymamrota i
odszed.
Do Nowogrodu?
Nad Ilmen?
Pasza by nad Ilmenem?
Czyby i ona miaa tam pojecha?
Umya si w strumieniu, lega na trawie pod
drzewem i zasna.
Nazajutrz rano niemieckie samoloty
zbombardoway kartoflisko, okopy i j.
Bomby odamkowe byy straszne, potworne.
Eksplodoway tak, jakby chciay zabi tylko j.
Zrozumiaa, e musi wydosta si z ugi, i to za
wszelk cen.
Do Nowogrodu.
Tak, do Nowogrodu.
Sza przez dym, za stanawiajc si, jak, u licha,
tam dotrze, gdy wtem zatrzymao j trzech
onierzy.
Spytali, czy jest ranna, i kazali jej i do szpitala
polowego.
Niechtnie posza.
Jeszcze wiksza niech ogarna j wwczas, gdy
si dowiedziaa, czego od niej chc: miaa
doglda umierajcych.
A byo ich wielu.
onierzy, cywilw, mczyzn, kobiet, wiejskich
dzie ci i starcw.
Wszyscy leeli w wojskowym namiocie i wszyscy
umierali.
Pierwszy raz w yciu widziaa mier: zamkna
oczy i zapragna wrci do domu, lecz o
powrocie nie byo mowy.
Przy wejciu do na miotu stali ci z NKWD,
pilnujc porzdku i ochotnikw takich jak ona.
Ze cinitym sercem i zacinitymi zbami
nauczya si tamowa krwotoki, mocno bandaujc
ran: krew krzepa, przestawaa pyn i ranny
umiera.
Nie moga nauczy si przeprowadzania transfuzji,
po niewa nie byo krwi.
Nie moga te powstrzyma szerzcych si infekcji
ani zmniejszy drczcego rannych blu.
Lekarze nie podawali umierajcym morfiny: mieli
rozkaz podawa j lej rannym, eby ci mogli
szybko wrci na front.
Tatiana wiedziaa, e gdyby nie brak krwi i
penicyliny, tego nowego lekarstwa, mogliby ocali
ycie wielu ludziom, a przynajmniej uly im w
cierpieniu, podajc morfin.
Poczucie tragicznej bezradnoci, ktre ogarno j
pierwszej nocy w szpitalnym namiocie, byo tak
wielkie, e zaguszyo nawet rozpacz na myl o
biednym Paszy.
Nazajutrz rano jeden z onierzy miertelnie
rannych w pier spyta j, czy jest chopcem czy
dziewczyn.
- Dziewczyn - odrzeka.
- Udowodnij - powiedzia i umar, zanim zdya
cokolwiek zrobi.
Przez radio stojce koo oficerskich namiotw
syszaa gos hitlerow skiego spikera, ktry z
silnym akcentem zaprasza Rosjan do Niemiec.
Rzucili jej nawet przepustk uprawniajc do
przekroczenia linii frontu, a kiedy odmwia,
prbowali j zabi z karabinu maszynowego.
Potem zamilkli, milczeli do wieczora, a
wieczorem ponownie rozpoczli bombardowanie.
Midzy kolejnymi atakami Tatiana mya
umierajcych i bandaowaa rany.
Poniewa od dawna nic nie jada, nazajutrz w
poudnie wysza w pole poszuka ziemniakw.
Usyszaa samoloty, zanim zdya je zobaczy.
Jak to?
- pomylaa, padajc w bruzd midzy zielonymi
krzaczkami.
Przecie do wieczora daleko.
Przeleaa tam kwadrans, a kiedy bombowce
odleciay, wstaa, wrcia do obozowiska i
stwierdzia, e w miejscu szpitala polowego
ponie wielkie ognisko, z ktrego wypezaj
jczcy, na wp zwgleni ludzie.
Setki tych, ktrzy przeyli, chwycio hemy, wiadra
i kuby i popdzio do rzeki po wod.
Gaszenie poaru trwao trzy godziny i skoczyo
si wieczorem, kiedy Niemcy rozpoczli kolejne
bombardowanie.
Potem zapada noc.
Szpitalnego namiotu ju nie rozstawiono.
Ranni leeli na kocach albo na trawie, jczc i
wydajc ostatnie tchnienie w ciepym, letnim
powietrzu.
Tatiana nie moga nikomu pomc.
Woywszy na gow zielony hem z czerwon
gwiazd - czerpaa nim wod z rzeki -
moga tylko usi przy kobiecie, ktra podczas
nalotu stracia creczk.
Ciko ranna w brzuch, leaa na goej ziemi i
opakiwaa mier dziecka.
Tatiana nasuna hem na czoo, wzia j za rk i
siedziaa tak, do pki kobieta nie przestaa
szlocha.
Wtedy wstaa, wesza midzy drzewa i pooya
si.
Teraz moja kolej, mylaa.
Tak.
Czuj, e teraz moja kolej.
Do Nowogrodu.
Tylko jak si tam dosta?
Przecie to pidziesit kilometrw std.
Umya si i nie zdjwszy hemu, zasna.
Wczesnym rankiem spojrzaa w kierunku rzeki i na
jej drugim brzegu zobaczya dziaa i wieyczki
niemieckich czogw.
Kapral, ktry spa w pobliu, kaza jej wsta,
nastpnie zebra jeszcze kilku ochotnikw i poleci
im natychmiast wraca do ugi.
Odcigna go na bok i cicho spytaa, czy zamiast
do ugi mogaby dosta si jako do Nowogrodu.
Odepchn j kolb karabinu i wrzasn:
- Czy ty zwariowaa?
W Nowogrodzie s Niemcy!
Przyjrza si jej twarzy i nieco zbity z tropu spyta:
- Jak si nazywacie, towarzyszko?
- Tatiana Mietanowa.
- Posuchajcie, Mietanowa: jestecie za modzi,
eby tu by.
Ile macie lat?
Pitnacie?
- Siedemnacie.
- Prosz, natychmiast wracajcie.
W udz idcie prosto na dworzec.
O ile wiem, wojskowe pocigi jeszcze kursuj.
Jestecie z Leningradu?
- Tak.
- Nie chciaa paka przed obcym.
- W Nowogrodzie s Niemcy?
- powtrzya cichutko.
- A co z ochotnikami, ktrzy tam pracowali?
- Do jasnej cholery!
- krzykn kapral.
- Przestaniesz z tym Nowogrodem czy nie?
Rosjan ju tam nie ma, rozumiesz?
Niedugo nie bdzie ich i w udz.
Jeli nie wyjedziesz, ciebie te nie bdzie, jasne?
Poka przepustk.
Wyja dokument z kieszeni.
Obejrza go, zwrci i mrukn:
- To przepustka z Kirowa.
Wracaj do fabryki.
Do domu.
Wrci do domu bez Paszy?
Ale nie, nie moga mu tego powiedzie.
Jej grupa liczya dziewi osb.
Bya wrd nich najmodsza i naj drobniejsza.
Od ugi dzielio ich dwanacie kilometrw, tak e
prawie do wieczora wdrowali przez pola i lasy.
Tatiana powiedziaa, e zd akurat na wieczorne
bombardowanie, lecz znueni towarzysze podry
kazali jej milcze.
Poczua si jak w domu.
Dotarli na stacj o wp do sidmej.
Pocig nie przyjecha, lecz p godziny pniej
Tatiana usyszaa warkot niemieckich samolotw.
Ukryli si w maym budynku dworcowym.
Budynek by z cegy i pocztkowo wydawao si,
e wytrzyma lekki ostrza i osoni ich przed
odamkami.
Jednake podczas bombardowania jedna z kobiet
wpada w panik i krzyczc jak obkana,
wybiega na dwr, gdzie natychmiast skosia j
seria z karabinu maszynowego.
Pozostali patrzyli na to tym bardziej przeraeni, e
wkrtce stao si jasne, i Niemcy chc zburzy
budynek, w ktrym si schowali.
e chc zniszczy tory.
e samoloty nie odlec, dopki nie zmiot dworca
z powierzchni ziemi.
Tania usiada na pododze, podcigna kolana do
piersi, mocniej nasuna hem i zamkna oczy.
Pomylaa, e hem zaguszy ryk mierci.
ciany runy, rozlazy si jak mokry papier.
Tatiana wypeza spod poncych belek, lecz nie
miaa dokd pj.
Wszdzie bucha dym, wszdzie leeli ludzie.
Osabiona i zlana potem, pomacaa wokoo
rkami.
Od strony drzwi hukna seria wystrzaw, ale
kiedy z sufitu spad wielki dwigar, przeraliwy
jazgot umilk.
Umilko i rozpyno si wszystko, cznie ze
strachem.
Pozosta tylko al, e nie zobaczy ju Aleksandra.
Zaczyna traci nadziej.
Za rzek, ktra stanowia naturaln granic midzy
wojskami, widzia niemieckie czogi i tysice
agresywnych, znakomicie wyszkolonych i po zby
uzbrojonych onierzy.
Wiedzia, e nic ich nie powstrzyma, a ju na
pewno nie kilkuset ochotnikw z opatami w rku.
Po stronie radzieckiej stay tylko dwa czogi.
Po niemieckiej co naj mniej trzydzieci.
Liczebno jego plutonu zredukowano do
dwunastu ludzi, a drog do Leningradu zagradzay
pola minowe.
Straci trzech podwadnych.
Zakopywali min i mina wybucha.
Nie byli saperami, tylko strzelcami, ale ci z
pierwszej linii zabrali im karabiny.
Bro mia tylko on i jego sieranci.
Odwrciwszy si od rzeki, nie wiedzia, w ktr
stron patrze.
Pnym wieczorem wezwa go do siebie nowy
pukownik.
Aleksander duo bardziej wola Piadyszewa.
- Ilu zostao wam onierzy, poruczniku?
- Tylko dwunastu, towarzyszu pukowniku.
- Duo.
- Zaley do jakiego zadania, towarzyszu
pukowniku.
- Niemcy zbombardowali stacj w udz i pocigi
z Leningradu nie mog dotrze na front.
Wemiecie swj pluton i zaprowadzicie tam
porzdek.
Inynierowie musz naprawi tory, bo jutro rano
spodziewamy si nowego transportu ludzi i
amunicji.
- Robi si ciemno...
- Wiem.
Chtnie podarowabym wam troch soca, ale nie
mog.
Biae noce te si skoczyy, a to zadanie trzeba
wykona natychmiast.
- Aha, jeszcze jedno - doda, gdy Aleksander
ruszy do drzwi.
- Po dobno w czasie bombardowania na stacji byli
jacy cywile.
Usucie zwoki.
Pojechali na dworzec i w wietle lamp naftowych
oszacowali zniszczenia.
Z ceglanego budynku pozostay gruzy, a wyrwane
si eksplozji szyny leay pidziesit metrw
dalej.
- Jest tam kto?
- krzykn Aleksander.
- Odezwijcie si!
Odpowiedziaa mu cisza.
Aleksander podszed bliej rumowiska.
- Jest tam kto?
Zdawao mu si, e usysza cichy jk.
- Oni nie yj, towarzyszu poruczniku - powiedzia
Kasznikow.
- Ten gruz...
- Tak, ale posuchajcie...
Jest tu kto?
- Zacz odrzuca na bok cegy i kamienie.
- Pomcie.
- Najpierw powinnimy usun zerwan trakcj,
eby elektrycy mogli doprowadzi prd.
Aleksander wyprostowa si i przeszy go
chodnym spojrzeniem.
- Sierancie, co jest waniejsze: trakcja czy ranni?
- Pukownik kaza - wymamrota Kasznikow.
- Tu rozkazy wydaj ja.
Do roboty.
Szybko.
- Zacz odrzuca gazy, kawaki futryn, parapetw
i drzwi.
Byo ciemno i niewiele widzia.
Rce mia uwalane pyem i ziemi, skaleczy si
szkem, cho zda sobie z tego spraw dopiero
wwczas, gdy poczu, e co kapie mu z doni na
do.
Nagle znowu co usysza.
Tak, na pewno.
- Syszelicie?
-To by cichy jk.
- Nie, towarzyszu poruczniku - odrzek Kasznikow,
patrzc na niego z wyranym zatroskaniem.
- Rce wam odpady czy co?
Do roboty.
Szybciej!
Zabrali si do pracy.
Pod warstw cegie i pod nadpalon belk znaleli
pierwsze zwoki.
Po chwili drugie.
I trzecie.
Potem znaleli cay stos cia.
Leay jedne na drugim, niczym przywalona
gruzem piramida.
Jak poukadane, pomyla Aleksander.
Wybuch bomby porozrzucaby je na wszystkie
strony.
Nie, kto je tak uoy, na pewno.
Wyty such i ponownie usysza zduszony jk.
Przywiecajc sobie lamp, odcign na bok
zwoki mczyzny, potem zwoki kobiety.
Kto jkn.
Cichutko.
Prawie bezgonie.
Na samym dnie, pod trzecimi zwokami znalaz
Tatian.
Leaa na brzuchu, na gowie miaa wojskowy
hem.
Nie rozpozna ani ubrania, ani hemu, ale wiedzia,
e to ona, zanim jeszcze go zdj.
Pozna j po kruchej, delikatnej figurce, ktrej
przypatrywa si inten sywnie przez wiele dni.
- Tania...-wyszepta zdumiony.
Odcign na bok pozostae zwoki, odrzuci
zmiadone belki i od garn jej wosy.
Bya pprzytomna.
W tym wietle lampy naftowej zdawao si, e
ledwo yje, lecz nie ulegao wtpliwoci, e to
ona pojkiwaa.
Ubranie, wosy, buty i twarz miaa uwalane pyem
i krwi.
- Taniu - wychrypia, rozcierajc jej policzek.
Policzek by ciepy.
To dobrze.
To dobry znak.
- Czy to ta Tania?
- spyta Kasznikow.
Aleksander nie odpowiedzia.
Zastanawia si, jak j podnie.
Pod warstw kurzu i zakrzepej krwi nie widzia
rany.
- Ona umiera - wymamrota Kasznikow.
- A wy, kurwa, kto?
- warkn Aleksander.
- Lekarz?
Nie, nie umiera.
I przestacie gada.
Zostacie tu z ludmi i oczycie teren.
Bez was nie dadz rady.
Przekazuj wam dowdztwo, sierancie.
Potem wracaj cie do Leningradu.
Syszycie?
Poradzicie sobie?
Oddalimy im bro, omiu onierzy, i znalelimy
j.
Nic tu po nas.
Dlatego zrbcie tu porzdek, i do Leningradu.
- Ostronie obrci Tatian i wzi j na rce.
Bya bezwadna i cichutko pojkiwaa.
- A co z rannymi?
- A syszycie co?
Nawet jej nie syszelicie.
Cocie tacy troskliwi?
Tamci nie yj.
Jeli chcecie, to sprawdcie.
Zanios j do lekarza.
- I z wami?
Trzeba by nosze...
- Nie.
Sam j zanios.
Do obozowiska byo trzy kilometry i doszed tam
dopiero o jedenastej w nocy.
Lekarza nie znalaz, znalaz za to jego pomocnika,
Marka, ktry spa w namiocie.
- Lekarz nie yje - powiedzia Mark.
- Odamek przeci go na p.
- Mielicie tylko jednego?
- Tak.
A co?
Ja wam nie wystarcz?
- Wystarczycie.
Mark zerkn na Tatian i owiadczy:
- Wykrwawia si.
Zostawcie j przed namiotem.
- Ziewn i pooy si.
- Nie sdz.
To nie jej krew.
- Pomocnik najwyraniej chcia sobie pospa, lecz
Aleksander ani myla
ustpowa.
- W tym wietle trudno cokolwiek powiedzie.
Jeli przeyje do rana, to j zbadam.
Aleksander postpi krok do przodu.
- Nie, kapralu.
Zbadacie j teraz.
Mark usiad na pryczy i westchn.
- Jest bardzo pno, poruczniku...
- Pno?
Macie tu jakie przecierado albo ko?
- ko?
Mylicie, e co?
e to sanatorium?
Dam jej przecierado.
Rozoy przecierado na ziemi.
Aleksander uklk i ostronie pooy na nim
Tatian.
Mark obejrza jej gow, twarz, zby i szyj.
Pod nis jej rce, a gdy unis nog, Tatiana
jkna goniej ni poprzednio.
- Aha - mrukn Mark.
- Macie co ostrego?
Aleksander poda mu n.
Tania miaa na sobie dugie spodnie.
Mark rozci obie nogawki, naj pierw lew, potem
praw.
Prawa kostka u nogi i gole byy bardzo spuchnite
i czarnosine.
- Ma zamany piszczel.
Tyle krwi, a to tylko piszczel.
No, ale zamaa go w kilku miejscach.
Dobra, zobaczmy, co dalej.
- Rozpi jej bluzk, rozci brudn koszulk,
zbada jej piersi, ebra i brzuch.
Krew.
Jej drobne, kruche ciao byo uwalane krwi.
Aleksander odwrci wzrok.
Mark ciko westchn.
- Nie wiem, czy to jej krew czy nie.
Na nogach nie ma adnych ran, przynajmniej
zewntrznych...
- Ucisnjej brzuch.
- Chyba macie racj.
Skra jest ciepa, sucha...
Aleksander milcza.
Troch mu ulyo, cho serce mia jak z oowiu.
- Widzicie?
Tu, po prawej stronie.
Trzy zamane ebra.
Gdzie j znalelicie?
- Na stacji.
W gruzach, pod trupami.
- Wszystko jasne.
Miaa szczcie.
Wida, tak jej byo pisane.
- Mark wsta.
- W lazarecie nie ma wolnych ek.
Ale zaniecie j tam i pocie na ziemi.
Rano kto si ni zajmie.
- Nie zostawi jej na ziemi do rana.
- Co si tak przejmujecie?
Piszczel i ebra to jeszcze nic.
Szkoda, e nie widzielicie innych.
- Kapralu, jestem oficerem Armii Czerwonej i
widziaem ciko rannych.
Na pewno nie macie tu jakiej pryczy?
Mark wzruszy ramionami.
- Oczy cae, brak ran zagraajcych yciu: nie
wyrzuc z ka ciko rannego w brzuch tylko
dlatego, eby moga sobie polee.
- Oczywicie.
- Nie wiem, co z ni zrobimy.
Trzeba by j zawie do miasta, do normalnego
szpitala.
Nastawi nog, zaoy gips...
Tu nie da rady.
Aleksander pokrci gow.
Tory byy zerwane, a frontowcy zabrali mu
ciarwk.
- Nie martwcie si o jutro.
Macie tu jakie rczniki i bandae?
- Aleksander nachyli si, owin Tatian
przecieradem i wzi j na rce.
Mark niechtnie otworzy lekarsk torb.
- Nie dalibycie jej morfiny?
- Nie, poruczniku - odpar ze miechem tamten.
- Nie dam morfiny dziewczynie, ktra zamaa
sobie nog i kilka eber.
Bdzie musiaa troch pocierpie.
- Rzuci jej na brzuch trzy rczniki i bandae.
Aleksander poszed do swego namiotu.
Pooy Tanie na przecieradle, zapi jej bluzk i
poszed do strumienia po wod.
Wrciwszy, po ci jeden rcznik na osiem maych
kawakw, zwily je zimn wod i zacz
obmywa jej czoo, policzki, oczy i usta.
- Tatia - szepta.
- Co z ciebie za wariatka...
- W tym samym momencie Tatiana otworzya oczy.
Patrzyli na siebie bez sowa.
- Tatia...
Wycigna rk i dotkna jego twarzy.
- Aleksander?
- wyszeptaa bez zdziwienia.
- Czy ja ni?
- Nie.
- ni...
nia mi si twoja twarz.
Co si stao?
- Jeste w moim namiocie.
Co ty robia na tej stacji?
Niemcy j zbombardowali.
Tatiana dugo milczaa.
- Nie pamitam.
Chyba wracaam do Leningradu.
A ty?
Co tu robisz?
By zy, uraony, e go odrzucia, dlatego mgby
skama.
Ale prawda bya taka prosta, taka zwyczajna.
- Szukaem ci.
Przymkna oczy.
- Dlaczego tak tu zimno?
- To nic, to nic.
Sanitariusz rozci ci spodnie i...
Podniosa rk i dotkna rozchestanej bluzki.
Aleksander odwrci wzrok.
Tam, w Leningradzie, cay czas gra, trzyma
dystans, lecz teraz nie mg ju udawa, e si nie
cieszy, e Tania nic dla niego nie znaczy.
Znalaz j ca we krwi, uratowa jej ycie i
przepeniaa go rado.
Dotkna rk twarzy i spojrzaa na palce.
- To moja krew?
- Nie, chyba nie.
- Co mi jest?
Dlaczego nie mog si poruszy?
- Masz zamane ebra...
Tania gono jkna.
- I nog.
- Moje plecy - szepna.
- Bol mnie plecy.
Aleksander zmarszczy czoo.
- Jak to?
- Nie wiem.
Strasznie mnie pal.
- To pewnie ebra.
W zeszym roku, podczas wojny zimowej, te
zamaem sobie ebro.
Plecy paliy mnie ywym ogniem.
- I co tam...
cieknie.
Wrzuciwszy rcznik do wiadra, Aleksander
spojrza jej w oczy.
- Taniu, dobrze mnie syszysz?
- Uhm.
- Moesz usi?
Sprbowaa.
- Nie.
- Obiema rkami przytrzymywaa rozcit bluzk i
koszulk.
- Sama nie.
Serce omal nie wyskoczyo mu z piersi.
Pomg jej usi.
- Musz ci rozebra.
Ubranie masz porwane i przesiknite krwi.
Na nic si nie zda.
Pokrcia gow.
- Musz, Taniu.
Obejrz twoje plecy, a potem ci umyj.
Jeli s tam jakie rany, wda si zakaenie.
Zmyj ci krew z wosw, a potem obandauj
ebra i nog.
Od razu poczujesz si lepiej, zobaczysz.
Ponownie pokrcia gow.
- Nie bj si.
- Przytuli j, a poniewa w dalszym cigu
milczaa, ostronie zdj z niej bluzk i koszulk.
Krucha, delikatna, ranna, osabiona i pomaga,
przywara do niego caym ciaem.
Plecy miaa we krwi.
Tak bardzo mnie potrzebuje, myla sunc palcami
po jej ciepej skrze.
A ja tak bardzo potrzebuj jej.
- Powiedz, gdzie boli.
- Tam - wyszeptaa.
- Tam, gdzie dotykasz.
Pod twoimi palcami.
Nachyli si i zmruy oczy.
Brud i zakrzepa krew.
- Masz rozcit skr.
Zaraz ci umyj.
Nic ci nie bdzie.
Uniosa rk i lekko pogadzia go po policzku.
Przytuli jej gow do piersi, przywar ustami do
jej mokrych wosw, a potem pomg jej si
pooy.
Zasonia piersi rkami i zamkna oczy.
- Tatiasza - szepn.
- Musz ci umy.
Nie otworzya oczu.
- Nie, ja sama.
- Dobrze, tylko czy dasz rad usi?
Milczaa chwil.
- Sprbuj.
Podaj mi rcznik.
- Tatia, chc ci pomc.
- Wzi gboki oddech.
- Prosz.
Nie bj si.
Nigdy w yciu bym ci nie skrzywdzi.
- Wiem - wymamrotaa, nie mogc lub nie chcc
otworzy oczu.
- Dobrze.
Zrobimy tak.
Le, jak leysz, a ja umyj ci tylko to, co wida.
W wietle lampy naftowej w kcie namiotu umy
jej wosy, rce, brzuch i grn cz piersi.
Ilekro dotyka prawego boku, Tania gono
jczaa.
- Ciii...
- szepta.
- Ktrego dnia, nie teraz, ale niedugo, wyjanisz
mi, co robia na stacji podczas bombardowania.
Dobrze?
Pomyl o tym.
Miaa szczcie, wielkie szczcie.
Unie rk.
Teraz ci wytr i obandauj.
Za kilka tygodni bdziesz jak nowo narodzona.
Nie otwierajc oczu i wci zasaniajc piersi,
odwrcia gow.
cign z niej rozcite spodnie i nie tykajc
bielizny, umy jej nogi.
Gdy dotkn zamanej piszczeli, gwatownie
drgna i zemdlaa.
Zaczeka, a si ocknie.
- A tak boli?
- Jakby mi j ucili - wymamrotaa.
- Masz co na bl?
- Tylko wdk.
- Nie lubi wdki.
Gdy wyciera jej brzuch, jeszcze mocniej zacisna
powieki i za amujcym si gosem szepna:
- Prosz, nie patrz na mnie.
Jemu te ama si gos.
- Wszystko bdzie dobrze, Taniu, zobaczysz.
Wszystko bdzie dobrze.
- Ucaowa jej mikk pier tu nad doni, ktr
j zasaniaa, po czym si wyprostowa.
- Musz obrci ci na brzuch.
- Sama nie dam rady.
- Nie, ja to zrobi.
- Umy jej plecy z tak sam dokadnoci i
starannoci jak reszt ciaa.
- Masz tu tylko powierzchowne skaleczenia,
pewnie od szka.
To te ebra tak bol.
- Co na siebie wo?
- wymamrotaa.
- Nic innego nie mam.
- Nie martw si.
Jutro co znajdziemy.
- Obrci j, posadzi i delikatnie wytar.
Bandaowa j od tyu, eby nie widzie piersi,
ktre wci zasaniaa.
Owin ebra i zawizujc banda, mia ochot po
caowa j w rami.
Nie pocaowa.
Potem przykry j kocem, usztywni nog
kawakiem drewna i mocno obandaowa.
- No i jak?
- spyta z bladym umiechem.
- Mwiem: niedugo bdziesz jak nowo
narodzona.
A teraz obejmij mnie za szyj.
- Zrobia to z wielkim trudem.
Przenis jna materac.
Przytulia si do niego, a gdy j pooy, nie
chtnie go pucia.
Przykry j wenianym kocem.
Nacigna go pod szyj i spytaa:
- Dlaczego tak mi zimno?
Chyba nie umieram, prawda?
- Nie.
Zoy przecierado i zebra rczniki.
Nic ci nie bdzie - doda z umiechem.
- Musimy tylko odstawi ci do miasta.
- Ale jak?
Nie mog chodzi.
Poklepa j lekko po zdrowej nodze.
- Kiedy jeste ze mn, nie musisz si o nic
martwi.
Wszystkim si zajm.
- Nie martwi si - odrzeka, przypatrujc si mu
intensywnie w mdym wietle lampy.
- Moe do jutra naprawi tory.
To tylko trzy kilometry std.
Szkoda, e nie mam ju ciarwki.
Frontowcy zabrali.
Przyda im si bardziej ni nam....
Myla chwil.
Dobra.
Wyruszymy z samego rana.
Przysun si bliej.
- Gdzie bya, zanim was zbombardowali?
- Nad rzek.
Tam te nas bombardowali.
- Z trudem przekna lin.
- S na drugim brzegu.
- Wiem.
Jutro, najdalej pojutrze sforsuj ug.
Musimy wyruszy bardzo wczenie, o wicie.
A teraz - doda z umiechem - le tu i nig dzie nie
wychod.
Przed namiotem jest piecyk naftowy.
Pjd nad strumie, umyj si, przynios wody i
zaparz herbat.
- Wyj z plecaka butelk wdki i unis jej
gow.
- Nie lubi...
- Prosz, wypij.
Bdzie ci bardzo bolao, a po alkoholu poczujesz
si troch lepiej.
To twoje pierwsze zamanie?
- Nie.
Kiedy byam maa, zamaam rk.
- Wypia yk wdki i a si wzdrygna.
- Dlaczego cia sobie wosy?
- Wci podtrzymywa jej gow.
Bya tu obok niego, bya tak blisko, e musia
zacisn na chwil po wieki i potrzsn gow.
- Nie chciaam, eby mi przeszkadzay.
Wygldaj okropnie, praw da?
- Spojrzaa na niego swymi sodkimi, bezbronnymi
oczami.
- Nie, s bardzo adne - wychrypia.
Znowu mia ochot j pocaowa i z trudem si
powstrzyma.
Uoy j wygodniej i wyszed z na miotu, eby si
pozbiera.
Jej bezradno, to, e bya od niego cakowicie
zalena, sprawio, e uczucia, jakie do niej ywi,
uczucia dotychczas skrztnie skrywane, wypyny
na powierzchni, gdzie unosiy si jak korek,
drczc go i bolenie dranic.
Poszed nad strumie, zaparzy
herbat i wrci do namiotu.
Tania bya na wp przytomna.
Ni to spaa, ni to czuwaa.
aowa, e nie ma morfiny.
- Zostao mi troch czekolady.
Chcesz?
Uoya si na zdrowym boku i zacza ssa lepki
kawaeczek.
Aleksander usiad na trawie i obj ramionami
kolana.
- Chcesz reszt?
Pokrcia gow.
- Taniu, co ci strzelio do gowy?
Dlaczego to zrobia?
- Szukaam brata.
- Zerkna na niego i ucieka wzrokiem w bok.
- Dlaczego nie przysza do mnie, do koszar?
- Raz byam.
Pomylaam, e gdyby si czego dowiedzia, na
pewno daby zna.
- Podniosa wzrok.
- Czy...
- Przykro mi, Taniu.
- Uwanie obserwowa jej okrg, blad twarz.
- Pasz wysano do Nowogrodu.
Tak mi przykro...
- Ciii...
- wyszlochaa zdawionym szeptem.
- Ju nic nie mw.
Prosz.
- Zadraa.
- Tak mi zimno.
- Opara rk o jego but.
- Dasz mi troch herbaty, zanim zasn?
Podtrzyma jej gow i przytkn kubek do ust.
- Jestem taka zmczona.
- Nie odrywaa wzroku od jego twarzy.
Jak kiedy, jak na przystanku przed Zakadami
Kirowa.
Wsta.
- Gdzie idziesz?
- spytaa.
- Nigdzie.
Bd spa tutaj, a jutro rano zabior ci do domu.
- Na trawie bdzie ci zimno.
Chod do mnie.
Pokrci gow.
- Chod, Szura - powtrzya cichutko i wycigna
do niego rk.
- Po si przy mnie.
Nie potrafiby odmwi, nawet gdyby chcia.
Zgasi lamp, zdj buty i brudny, zakrwawiony
mundur, poszpera w plecaku, woy wiey
podkoszulek, pooy si przy niej i okry
wenianym kocem.
W namiocie panowaa aksamitna ciemno.
On lea na wznak, ona na lewym boku, z gow w
zagbieniu jego ramienia.
Sysza wierszcze grajce w trawie.
I jej cichy oddech.
Czu go na swoim ramieniu i piersi.
Czu, jak naga i bezbronna tuli si do niego caym
ciaem.
Nie mg oddycha.
- Taniu?
- Tak?
- spytaa gosem drcym i penym nadziei.
- Jeste zmczona?
Porozmawiamy?
- Nie.
- Nadzieja nieco przygasa.
- Jak trafia do ugi?
Opowiedz.
Od samego pocztku.
Opowiedziaa mu wszystko po kolei, a gdy
skoczya, dugo milcza.
- I zanim dworzec run, wczogaa si pod te
zwoki?
- spyta w kocu z niedowierzaniem.
- Tak.
Ponownie zamilk.
- Sprytny manewr.
Wojskowy.
- Dzikuj.
Zapada cisza i nagle usysza, e Tania pacze.
Przytuli j mocniej.
- Przykro mi z powodu Paszy - powtrzy.
- Szura...
- Mwia tak cicho, e musia wyty such.
- Pamitasz, opowiadaam ci, jak jedzilimy nad
Ilmen.
- Pamitam.
- Pogaska j po gowie.
- Ciocia Rita, wujek Borys, kuzynka Marina...
- Ta Manna?
- Jak to ta?
- Ta, do ktrej jechaa autobusem?
- Umiechn si w ciemnoci, a ona uszczypna
go lekko w brzuch.
- Tak.
Mieli tam dacz i dk.
Czsto razem pywalimy, ja i Pasza.
Wiosowalimy na zmian, on do poowy jeziora,
a potem ja.
Pewnego razu doszo midzy nami do gupiej
sprzeczki.
Pokcilimy si o to, gdzie jest rodek jeziora.
Po prostu nie chcia, ebym wiosowaa, wic
gada i gada, potem zacz
krzycze, wrzeszcze, wreszcie powiedzia, e jak
chc powiosowa, to prosz bardzo.
Zamachn si, grzmotn mnie wiosem i
wpadam do wody.
- Tania zadraa i rozemiaa si cichutko.
- Nic mi si nie stao, ale nie chciaam, eby o tym
wiedzia, wic wstrzymaam oddech,
przepynam pod dk i wynurzyam si z drugiej
strony.
Pasza mnie nie widzia.
Woa, krzycza, coraz bardziej przeraony,
wreszcie wskoczy do wody, eby mnie ratowa.
Wtedy wdrapaam si do dki, zagwizdaam, a
kiedy si odwrci, przyoyam mu wiosem w
gow.
- Otara sobie twarz rk.
- Jak zwykle miaam pecha i straci przytomno.
By w kapoku...
- Ty, oczywicie, nie.
- Nie, ja nie.
Zobaczyam, e pywa z twarz w wodzie i
mylaam, e udaje.
Chciaam sprawdzi, jak dugo zdoa wstrzyma
oddech - byam pewna, e jestem w tym lepsza -
dlatego czekaam i czekaam.
W kocu wskoczyam do wody i wcignam go
do dki.
Nie wiem, jak to zrobiam.
Wiosowaam do brzegu, a on lea na dnie i
jcza, e za mocno go uderzyam.
Wyobraasz sobie, jak bur dostaam, gdy
rodzice zobaczyli guza na jego gowie?
Kiedy ju mnie ukarali, rozpowiedzia wszystkim,
e cay czas oszukiwa, e wcale nie straci
przytomnoci.
- Ponownie si rozpakaa.
- Rozumiesz ju, jak si teraz czuj?
Jakby za chwil mia wyj z wody i powiedzie,
e to tylko art, gupi kawa.
- Tatiasza - wychrypia Aleksander.
- Taniu, ci przeklci Niemcy grzmotnli go
wiosem za mocno.
- Wiem - szepna.
- Tak mi smutno, e by sam, bez nas.
- Umilka; umilk i on.
Lea, wsuchujc si w jej nierwny oddech.
e by bez ciebie, pomyla.
Z tob byoby mu lej.
Poruszya gow i wyczu, e chce mu co
powiedzie.
- Hmm?
- Szura, pisz?
- Nie.
- Tskniam za tob.
Brakowao mi twoich...
odwiedzin.
Nie gniewasz si, e to mwi?
- Nie, Taniu, o nic si nie gniewam.
- Powid wargami po jej krtkich, jedwabistych
wosach.
- Ja te za tob tskniem.
Bardzo.
Nie powiedziaa nic wicej.
Gaskaa go rk po piersi - tak delikatnie, tak
czule - i milczaa.
Przytuli j.
Bolenie jkna.
Raz, potem drugi i trzeci.
Mijay minuty.
Minuty.
I godziny.
- Szura, pisz?
- Nie.
- Chciaam tylko powiedzie...
Dzikuj ci, onierzu.
Patrzy w ciemno, prbujc przywoa
wspomnienia z dziecistwa, obraz matki, ojca,
miasta, w ktrym si urodzi.
Patrzy i patrzy, lecz nic nie widzia.
Czu tylko ciar jej gowy w zagbieniu
zdrtwiaego ramienia, dotyk rki gadzcej jego
pier.
Wtem rka spocza na mocno bijcym sercu.
Tania musna wargami jego podkoszulek i...
usna.
Po chwili usn i on.
Na dworze poszarzao.
- Taniu?
- Ju nie pi.
- Wci trzymaa rk na jego piersi.
Wsta i poszed nad strumie.
W lesie byo jeszcze ciemno.
Tak, tu mg si umy.
Ci nad ug si nie myli.
Ledwie siedemdziesit pi metrw dalej, na
drugim brzegu rzeki, byli Niemcy z dziaami i
armatami wycelowanymi w Rosjan, ktrzy spali,
obejmujc karabiny.
A on spa na materacu i pic, obejmowa Tanie.
Nabra czystej wody i wrci do namiotu.
Owin Tanie kocem, po mg jej usi, umy j,
da jej troch chleba i kubek herbaty.
- I jak si dzisiaj czujesz?
- spyta z umiechem.
- Pewnie wieo i rzeko.
- Tak - odrzeka cicho.
- Chyba mog kutyka na jednej nodze.
- Po wyrazie jej twarzy pozna, e straszliwie
cierpi.
Powiedzia, e zaraz wrci, obudzi Marka i
poprosi go o jakie ubranie i lekarstwa.
Lekarstw nie byo, znalaza si za to sukienka;
naleaa do pielgniarki, ktra zmara przed
kilkoma dniami.
- Kapralu, dajcie mi chocia gram tej przekltej
morfiny.
- Nie mam - warkn Mark.
- Za kradzie morfiny grozi rozstrzelanie.
Ona ma zaman nog, tak?
To tylko noga.
Przyprowadcie mi tu rannego w brzuch, i te nie
dostanie morfiny.
Wolicie, ebym da j jej czy kapitanowi Armii
Czerwonej?
Aleksander nie odpowiedzia.
Wrci do namiotu, usiad przy Tani i ostronie
ubra j w sukienk.
- Dobry z ciebie czowiek, Aleksandrze -
powiedziaa, gaszczc go po twarzy.
- Przede wszystkim mczyzna - odrzek cicho,
wtulajc policzek w jej do.
- Pewnie bardzo ci boli.
Masz, wypij troch wdki.
- Dobrze, zrobi wszystko, co kaesz.
Wypia kilka ykw.
- Gotowa do drogi?
- Zostaw mnie - odpara.
- Id sam.
Znajd dla mnie miejsce w lazarecie.
Ludzie cigle umieraj, bd wolne ka.
- Mylisz, e przejechaem taki kawa drogi, eby
ci teraz zostawi?
- Zwin namiot, materac i koc.
Tania siedziaa na ziemi.
- Chod, pomog ci.
Utrzymasz si na jednej nodze?
- Tak.
- Wstaa z cichym jkiem.
Sigaa mu ledwie ramienia.
Tak bardzo pragn ucaowa jej wosy.
Prosz, myla.
Prosz, nie patrz na mnie, nie patrz...
Przytrzymywaa si jego rki.
- Daj mi plecak.
Bdzie ci atwiej.
Rzeczywicie byo.
- Ukucn przed tob, a ty obejmiesz mnie za szyj.
Tylko mocno si trzymaj, syszysz?
- Dobrze.
A karabin?
- Ty na barana, karabin do rki.
Dobra, idziemy.
Wsta i wzi karabin.
- Gotowa?
- Tak.
Ruszyli.
Niemal co krok Tania cicho pojkiwaa.
- Boli?
Przytulia si jeszcze mocniej.
- Nie jest tak le.
Dwiga j na plecach przez trzy kilometry.
Gdy dotarli do ugi, okazao si, e torw jeszcze
nie naprawiono.
- Co teraz?
- spytaa z niepokojem, gdy odpoczywali.
Da jej wody.
- Musimy i przez las do nastpnej stacji.
- Daleko?
- Sze kilometrw.
Pokrcia gow.
- Nie, nie dasz rady.
- Masz lepszy pomys?
- Przykucn.
- Chodmy.
Szli len drog na pnoc, gdy wtem usyszeli
samoloty przelatujce tu nad drzewami.
Gdyby by sam, szedby dalej, lecz z Tani i nie
mg: gdyby w pobliu spada bomba, odamki
mogy trafi j w plecy.
Zboczy w las i uoy j za powalonym drzewem.
- Le - rozkaza i ciskajc karabin, pooy si tu
obok.
- Obr si na brzuch.
Rce na gow.
O tak.
Nie bj si, wszystko bdzie dobrze.
- Teraz ju si nie boj - odrzeka niepewnie i
znieruchomiaa.
Po chwili musna doni jego pier.
- Hmm?
Pomc ci?
Szkoda, e nie wzia hemu.
- Aleksandrze...
- Wsta dzie i nagle znowu jestem Aleksandrem?
- Och, Szura...
- szepna.
Nie wytrzyma.
Pochyli gow i pocaowa j w usta.
Wargi miaa mikkie i pene, dokadnie takie,
jakimi je sobie wyobraa.
Zadraa i oddaa pocaunek z tak wielk czuoci
i namitnoci, e bezwiednie jkn.
Oszoomia go sia, z jak obja go za gow i
przycigna do siebie.
- Boe...
- tchn jej prosto w usta.
Przerway im spadajce bomby.
Aleksander czu, e co musiao, po prostu musiao
ich powstrzyma.
Wierzchoek pobliskiej sosny stan w ogniu,
zama si wp i spad na mokre poszycie kilka
metrw dalej.
Aleksander obrci Tanie na brzuch, leg na mchu i
przywar do niej caym ciaem.
- Wszystko dobrze?
- szepn.
- Przestraszya si bomb?
- Ich najmniej - odszepna.
- Chod - powiedzia, gdy wybuchy ucichy.
- Musimy dotrze na stacj.
Szybko.
Wstaa, unikajc jego wzroku.
Przykucn, ponownie wzi j na barana i
podnis karabin.
- Jestem cika.
- Nie cisza ni mj plecak - wysapa.
- Trzymaj si.
Ju niedaleko.
Ilekro kolba karabinu trcaa j w zaman nog,
czu, e Tania sztywnieje z blu, jednak ani razu
nie krzykna, a nawet nie jkna.
W pewnej chwili jej gowa opada mu na kark.
Mia nadziej, e tylko przysna.
Pod czarnym od dymu niebem, przez poncy las,
nis j sze kilometrw do nastpnej stacji.
Bomby ju nie spaday, lecz zewszd dochodziy
odgosy wybuchw i grzmot dzia.
Dotarli do dworca.
Aleksander posadzi Tanie i osun si na ziemi.
Przysuna si bliej i mocno przytulia.
- Zmczony?
- spytaa agodnie.
Kiwn gow.
Czekali.
Na stacji byo peno ludzi, kobiet z maymi
dziemi, dziadkw i bab z caym dobytkiem.
Brudni, pospni i zszokowani, te czekali na
pocig.
Aleksander wyj z plecaka ostatni kawaek chleba
i przeama go na p.
- Nie, zjedz cay - powiedziaa Tania.
- Opadniesz z si.
- Jada co wczoraj?
Nie.
- Tak.
Surowego ziemniaka i troch jagd.
No i czekolad od ciebie.
- Przylgna do niego niemal caym ciaem, zoya
mu gow na ramieniu i zamkna oczy.
- Wszystko bdzie dobrze.
- Obj j i pocaowa w czoo.
- Zobaczysz.
Jeszcze troch i bdzie dobrze.
Obiecuj.
Nadjecha pocig.
Z wagonami do przewoenia byda.
- Czekamy na pasaerski?
- spyta.
- Nie - odrzeka sabym gosem.
- le si czuj.
Im szybciej wrcimy do Leningradu, tym lepiej.
Wsidmy.
Bd staa na jednej nodze.
Podsadzi j i wskoczy do wagonu.
Wagon by straszliwie zatoczony.
Stali tu przy drzwiach, zerkajc na krajobraz.
Jechali tak kilka godzin, cinici i wtuleni w
siebie.
Ona trzymaa gow na jego piersi, ondelikatnie j
podtrzymywa, nie chcc urazi jej obolaego boku
i plecw.
W pewnej chwili poczu, e zwiotczaa, e zaczyna
osuwa si na podog.
- Nie - szepn.
- Stj.
Wytrzymaj.
Obja go za szyj i wytrzymaa.
Drzwi byy otwarte na wypadek, gdyby kto chcia
wyskoczy w biegu.
Mijali pola i drogi zatoczone rolnikami
wlokcymi za sob winie i kozy oraz uchodcami
cigncymi wozy z dobytkiem.
Tymi samymi drogami przebijay si karetki
pogotowia i motocyklici.
Aleksander obserwowa ponur twarz Tani.
- O czym tak mylisz?
- Dlaczego ci gupcy dwigaj na grzbiecie cae
swoje ycie?
Gdy bym to ja wyjedaa, nie zabraabym nic.
Tylko sam siebie.
- A swoje rzeczy?
- spyta z umiechem.
- Chyba jakie masz.
- Tak, ale zostawiabym je w domu.
- Wszystkie?
Nie zabraaby nawet "Jedca miedzianego"?
Spojrzaa na niego ze sabym umiechem.
- "Jedca" moe bym wzia.
Chodzi o to, e albo prbujesz si ratowa, albo
dwigasz na grzbiecie wszystko, co masz, i jeste
atwiejszym celem dla wroga.
Nie uwaasz, e powinnimy najpierw
zdecydowa, czego waciwie chcemy?
Czy wyjedamy na dobre?
Czy zaczynamy nowe ycie?
Czy kontynuujemy stare, tyle tylko, e w nowym
miejscu?
- Dobre pytania, Taniu.
- Wiem.
- W zadumie spojrzaa na pola.
Aleksander nachyli si, potar policzkiem o jej
krtkie wosy i przy tuli j jeszcze mocniej.
Z poprzedniego ycia zachowa tylko jedn rzecz.
Ameryka istniaa dla niego jedynie w pamici.
- Szkoda, e nie znalazam Paszy - szepna Tania.
- A ja auj, e nie znalazem go dla ciebie -
odrzek wzruszony.
Tatiana bolenie westchna i zamilka.
Na Dworzec Warszawski przyjechali wczesnym
wieczorem.
Usiedli na awce nad kanaem, eby zaczeka na
tramwaj.
Nadjechaa szesnastka.
- Wsiadamy?
- spyta Aleksander.
- Nie.
Czekali dalej.
Nadjecha kolejny tramwaj.
- Moe tym?
- Nie.
Nadjecha trzeci tramwaj.
- Nie powiedziaa Tatiana, zanim zdy o
cokolwiek zapyta i zoya mu gow na ramieniu.
Przepucili cztery tramwaje.
Siedzieli przytuleni, milczeli i patrzyli na kana.
- Za chwil wsidziemy i odwieziesz mnie do
starego ycia - szepna w kocu.
Aleksander nie odpowiedzia.
- Wtedy, przed fabryk, pamitasz?
Kiedy si pokcilimy.
Czy miae jaki...
plan?
Owszem, chcia, eby wyjechaa z Leningradu.
W miecie grozio jej zbyt due
niebezpieczestwo.
- Raczej nie.
- Tak mylaam.
Przepucili pity tramwaj.
- Szura, co ja im powiem o Paszy?
Zacisn zby i dotkn rkjej twarzy.
- Powiesz, e ci przykro.
e zrobia, co w ludzkiej mocy.
- A moe on przey?
Moe gdzie tam jest, tak samo jak ja?
- Ty nie jeste "gdzie".
Jeste ze mn.
Gono przekna lin.
- Ale do wczoraj byam sama.
Do wczoraj." - Spojrzaa na niego z nadziej.
- Moe...
Aleksander pokrci gow.
- Och, Taniu...
Ucieka wzrokiem w bok.
- Dugo mnie szukae?
- Nie.
- Nie chcia jej mwi, e przeszuka kady metr
kwadratowy ugi.
- Ale skd wiedziae, e jestem akurat tam?
- W Tomaczewie te szukaem.
- Ale dlaczego w ogle szukae?
Patrzya na niego z tak wielk nadziej, z takim
utsknieniem, e nie mg tego znie.
- Taniu - zacz.
- Dasza mnie prosia...
- Ach tak...
- Momentalnie spospniaa.
- Ach tak...
- odsuna si od niego, tak e ju si nie dotykali.
- Tatiu...
- Jest nasz tramwaj - powiedziaa, prbujc wsta.
- Chodmy.
Wzi j za rk.
- Pomog ci.
- Dam sobie rad.
- Podskoczya na jednej nodze i jkna z blu.
Otworzyy si drzwi.
- Przesta.
Powiedziaem, e ci pomog.
- A ja powiedziaam, e dam sobie rad.
- Przesta skaka, bo ci puszcz.
- To pu.
Rozdraniony westchn i zaszed jej drog.
- Ani kroku dalej, syszysz?
Jak tam twoje ebra?
Cudownie, praw da?
Obejmij mnie za szyj.
Zanios ci.
- Co ci tak zdenerwowao?
- spyta, gdy ju usiedli.
- Nic.
Nie jestem zdenerwowana.
Pooy jej rk na ramieniu.
Tania bez sowa patrzya w okno.
Po kwadransie milczenia dojechali na Grecki do
szpitala.
Pielgniarki natychmiast wyszukay dla Tani ko,
ubray j w czyst koszul i po day rodek
przeciwblowy.
- Nie ma to jak morfina, co?
- spyta Aleksander z umiechem.
- Za raz przyjdzie lekarz.
Nastawi ci nog i zaoy gips.
Musz i.
Powiem twoim rodzicom, e tu jeste, a potem
pojad po swoich ludzi.
- Westchn.
- Pewnie utknli w tej udz.
Tania opara si o poduszk.
- Dzikuj za pomoc - powiedziaa oschle.
Aleksander przysiad na brzegu ka.
Odwrcia gow.
Wycign rk i wzi j pod brod.
W oczach miaa zy.
- Tatiu, czym si tak denerwujesz?
Przecie gdyby nie Dasza, nie pojechabym ci
szuka.
- Wzruszy ramionami.
- Nie wiem dlaczego, ale chyba tak miao by.
Jeste w domu i niedugo wyzdrowiejesz.
- Pogaska j po policzku.
- Za duo przesza, za bardzo ci boli...
- Pocigna nosem, prbujc ponownie odwrci
gow, lecz z niezwyk, wprost obezwadniajc
czuoci przytrzyma j za podbrdek.
- Ciii...
- szepn, obejmujc j delikatnie i caujc we
wosy.
- Taniu, nie mam pojcia, jakie pytania ci drcz,
ale wiedz, e na wszystkie odpowiedziabym
"tak".
Sprbowaa si odsun.
- Nie mam adnych pyta - odpara.
- Na wszystkie ju odpowiedziae.
Zrobie to dla Daszy.
Bdzie ci bardzo wdziczna.
Pokrci gow i rozemia si z niedowierzaniem,
pozwalajc jej opa na poduszk.
- I dla Daszy ci pocaowaem?
Tatiana spsowiaa.
- Taniu - doda cicho Aleksander.
- Nie powinnimy o tym rozmawia.
Nie teraz, nie po tym, co przesza.
- Masz racj.
W ogle nie powinnimy rozmawia.
- Nawet na niego nie spojrzaa.
- Powinnimy, ale nie o tym.
- Id, Aleksandrze.
Id do mojej siostry i powiedz, e uratowae mnie
dla niej.
- Nie dla niej - odrzek wstajc.
- Uratowaem ci dla siebie.
Jeste niesprawiedliwa.
- Wiem - powiedziaa smutno, patrzc na koc.
- To wszystko razem jest niesprawiedliwe.
Wzi j za rk.
Bardzo pragn j pocaowa i zmaga si ze sob,
nie chcc sprawia wikszego blu ani jej, ani
sobie.
W kocu z cikim sercem przycisn usta do jej
drcej doni i szybko wyszed.
W jeden punkt
Chciao jej si paka, ale za bardzo bolay j
ebra.
Gdy do pokoju wesza pielgniarka Wiera, Tania
zasonia rk oczy.
- Nie pacz, skarbie, nie pacz, bo nie wytrzymasz
z blu.
Wszystko bdzie dobrze, zobaczysz.
Niedugo przyjd twoi rodzice.
Najlepiej popij troch.
Dam ci co na sen, chcesz?
- Ma siostra jeszcze troch morfiny?
Wiera zachichotaa.
- Przecie daam ci a dwa gramy.
Ile by chciaa?
- Przynajmniej kilogram.
Wreszcie zasna.
Gdy otworzya oczy, na krzesach wok ka
siedziaa rodzina.
Sdzc po ich minach, byli na przemian wzruszeni
i przeraeni.
Dasza trzymaa j za rk.
Mama ocieraa jej twarz.
Babcia niespokojnie poklepywaa dziadka po
ramieniu, a tata patrzy na ni z wyrzutem w
oczach.
- Taniu, nie byo ci dwa dni.
- Dasza nie przestawaa caowa jej wieo
obcitych wosw.
Mama gaskaa jej donie.
- Co ci przyszo do gowy, creczko?
- zawodzia.
- Co ci przyszo do gowy?
- Szukaam Paszy - odrzeka Tatiana, ciskajc j
za rk.
- Nie znalazam.
Tak mi przykro...
- Nie ple.
Co ty pleciesz?
- Tata podszed do okna.
- Nie chodzia do szkoy?
Nie skoczya szkoy rok wczeniej?
Czego was tam uczyli?
Na pewno nie zdrowego rozsdku.
- Tanieczko - szlochaa mama.
- Jeste naszym aniokiem, nasz ma
dziewczynk.
Co bymy zrobili, gdyby przyszo nam straci i
ciebie?
Jak bymy yli?
Ojciec powiedzia, eby mama nie mwia bzdur.
- Nie wiadomo, moe Pasza yje!
Z frontu wraca mnstwo ochotnikw, wracaj cay
czas.
Wci jest nadzieja.
- Niech tata powie to Ninie Iglenko - mrukna
Dasza.
- Pacze po Woodi tak gono, e sycha j w
caym domu.
- Ona ma czterech synw - odpar ponuro ojciec.
- Jeli wojna szybko si nie skoczy, wszyscy
pjd na front.
Nina musi przywykn do myli, e moe ich
straci.
- Spuci gow.
- A my mamy tylko jednego Pasz, dlatego musz
mie nadziej.
Gdyby Tatiana nie bya tak osabiona, uciekaby
od nich gdzie pieprz ronie.
Nie moga, po prostu nie moga opisa im tego, co
widziaa nad ug.
Gdyby powiedziaa, e owijaa w przecierada
dziesitki zwok, e na jej oczach konali ludzie, e
widziaa zmiadone i zwglone koczyny,
przeszyte kulami dzieci, nikt by jej nie uwierzy.
Ona sama prawie w to nie wierzya.
- Ty wariatko - szepna Dasza.
- Umieralimy tu ze strachu.
No i mj biedny Aleksander.
ycie dla ciebie ryzykowa.
Pojecha ci szuka.
Bagaam go, eby co zrobi.
Nie chcia, musia pomin drog subow...
- Tatiano - przerwa jej dziadek.
- Ten modzieniec ocali ci ycie.
- Naprawd?
- spytaa cichutko.
- Och, biedactwo ty moje - zaszlochaa mama,
gaszczc jej rk.
- Nic nie pamitasz.
Gieorgij, ona nic nie pamita.
Ile ty musiaa przej...
- Przecie ci mwiam - powiedziaa Dasza.
- Przywaliy j gruzy.
Aleksander wykopa j spod sterty cegie!
- Niesamowite!
- wykrzykn ojciec.
- Oto prawdziwy mczyzna!
Gdzie ty go znalaza, Daszo?
To prawdziwy skarb.
Trzymaj si go i nie puszczaj.
- Nie zamierzam, tato.
W tym samym momencie "skarb" wkroczy do
pokoju z Dmitrijem.
Rodzina otoczya go zwartym krgiem.
Tata i dziadek energicznie po trzsali mu rk.
Mama i babcia obejmoway go i ciskay.
Dasza przy cigna go do siebie i pocaowaa w
usta.
I jeszcze raz, i jeszcze raz.
I jeszcze raz.
- Wystarczy, Darto Gieorgijewno - przerwa jej
tata.
- Daj onierzowi odsapn.
Dmitrij podszed do ka, obj Tanie i lekko
przytuli.
Oczy mia zatroskane i rozbawione zarazem.
- Hmm...
- powiedzia, caujc j w czubek gowy.
- yjesz.
Wyglda na to, e miaa duo szczcia.
- Tatiano - rzek powanie tata.
- Zdaje si, e miaa co powiedzie
porucznikowi Bieowowi.
- Nasz porucznik dostanie kolejny medal za
odwag - prychn Dmitrij.
- Przywiz Tatian, a potem wrci nad ug i
przyprowadzi do Leningradu jedenastu z
dwudziestu ochotnikw, z ktrymi go tam wysano.
Poszo jeszcze lepiej ni w Finlandii, co, Aleks?
Aleksander podszed do ka.
- Jak si czujesz, Taniu?
- Zaraz.
- Dasza przykleia mu si do ramienia.
- W Finlandii?
Co si stao w Finlandii?
- Jak si czujesz?
- powtrzy Aleksander,
- wietnie odrzeka Tania, nie mogc spojrze mu
w oczy.
Umiechna si do matki.
- Nic mi nie jest, mamo.
Niedugo wrc do domu.
- Co si stao w Finlandii?
- powtrzya Dasza, ciskajc Aleksandra za rk.
- Nie chc o tym mwi - odpar.
- Ja opowiem - rzuci wesoo Dmitrij.
- Poszed na akcj z trzydziestoma ludmi i wrci
tylko z czterema.
Ale nasz porucznik gow ma nie od parady.
Obrci klsk w zwycistwo, dosta medal i
awans.
Dobrze mwi, Aleks?
Aleksander jakby go nie sysza.
- Jak twoja noga, Taniu?
- Dobrze.
Niedugo bdzie jak nowa.
Niedugo?
- wykrzykna mama.
- Dopiero we wrzeniu.
Dopiero wtedy zdejm ci gips.
I co ty biedna poczniesz?
- Nie wiem.
Chyba zaczekam do wrzenia.
Mama pokrcia gow i pocigna nosem.
- Gieorgij, on nis j na plecach.
Taki kawa drogi dwiga j na plecach.
- Chwycia Aleksandra za rce.
- Nie wiem, jak panu dzikowa...
- Nie trzeba - odrzek z umiechem Aleksander.
- Zaopiekujcie si
tylko Tatian.
- Dobrze, e Taniusza way ledwie trzy kilo!
- wtrcia ze miechem
Dasza.
- Podzikuj mu, Taniu - nalega niecierpliwie
przepeniony wdzicznoci ojciec, napierajc na
ko.
- Podzikuj naszemu porucznikowi.
Z rk wci w doni Dmitrija, zdoaa wykrzesa
saby umiech i spojrze Aleksandrowi w twarz.
- Dzikuj, poruczniku.
Zanim zdy odpowiedzie, Dasza zarzucia mu
rce na szyj, otara si o niego caym ciaem i
spytaa:
- Widzisz, jak nas uszczliwie?
Jak ci mam dzikowa?
Na szczcie w tej samej chwili do pokoju wesza
pielgniarka i kazaa im wyj.
Dmitrij przytkn gumowate wargi do kcika ust
Tatiany.
- Dobranoc, najdrosza - powiedzia.
- Jutro przyjd ci odwiedzi.
Miaa ochot wy.
Dasza zostaa, eby poprawi koc i podoy
poduszk pod jej chor nog.
Bya bardzo poruszona i podekscytowana.
Tania nie widziaa jej w takim stanie od wielu
tygodni.
- Taniu - szepna.
- Jeli Bg istnieje, niechaj bd Mu dziki.
Kie dy Aleksander wrci, odbylimy dug
rozmow.
Tak si cieszyam, e ci odnalaz, tak bardzo si
cieszyam.
Przekonaam go, e warto sprbowa jeszcze raz.
Jest wojna, powiedziaam, c mamy do stracenia?
Spjrz tylko, co dla mnie zrobie.
Czy zrobiby to, gdyby nic do mnie nie czu?
A on na to: Daszo, nigdy nie mwiem, e nic do
ciebie nie czuj.
- Pocaowaa j we wosy.
- Dlatego dzikuj ci, siostrzyczko.
Dzikuj, e przeya, e na niego zaczekaa.
- Nie ma za co - odpara gucho Tania.
Wiedziaa, e skoro Aleksander ponownie
zagoci w yciu Daszy, w jej yciu te na pewno
zagoci.
W takim razie skd ta pustka?
Skd ten nagy bl w sercu?
- Taniu.
Mylisz, e Pasza...
e on yje?
Tatianie przypomniay si niemieckie ulotki
spadajce z nieba jak confetti, pociski siekce
ziemi stalowym deszczem, pospne dziaa
wycelowane w ni i w Aleksandra.
I w Pasz.
- Chyba nie - odrzeka, zamykajc oczy.
Bez wzgldu na to, co si z nim stao, miaa
uczucie, e bezpowrotnie go stracili.
Godzin pniej zdawao jej si, e zaskrzypiay
drzwi i gdy otworzya oczy, zobaczya Aleksandra,
ktry siedzia na brzegu ka z karabinem przy
nodze.
Wszed tak cicho, e nic nie syszaa.
- Co ty tu robisz?
- Przyszedem spyta, jak si czujesz.
- Zostawie Dasz?
Kiwn gow.
- Jad do soboru w.
Izaaka.
Do pierwszej mam sub w wiey nad kopu.
Wypatrujemy niemieckich samolotw.
Teraz jest tam Pietrenko.
To dobry onierz.
Jeli si troch spni, na pewno nie wygada.
- Sobr w.
Izaaka by najwysz budowl w Leningradzie.
- W takim razie co robisz tutaj?
- Chciaem si upewni, czy nic ci nie jest.
I porozmawia o Daszy...
- Czuj si dobrze.
Naprawd.
Nie powiniene tu przychodzi.
Dasza ma racj.
I tak ju narozrabiaam.
Spnisz si na sub.
- O mnie si nie martw.
Jak si czujesz?
- wietnie.
- Przeszya go wzrokiem.
- Bohater z ciebie, co?
Rodzice i dziadkowie mwi, e Dasza nie moga
lepiej trafi.
- Spucia gow.
- Tatiu...
- Powiedziaa mi, e do siebie wrcilicie -
rzucia ze sztuczn we sooci.
- Czemu nie?
Jest wojna, c macie do stracenia, prawda?
Nie ma tego zego, co by na dobre nie wyszo.
- Tatiu...
- Nie nazywaj mnie tak - warkna.
Aleksander ciko westchn.
- Taniu, czego ty ode mnie chcesz?
- eby zostawi mnie w spokoju.
- Jakebym mg?
- Nie wiem, ale lepiej co wymyl.
Widziae Dmitrija?
Widziae,
jaki by zatroskany?
Moja wyprawa do ugi wydobya na jaw jego
najlepsze cechy.
Nie wiedziaam, e potrafi by taki czuy.
- Tak, i jak czule ci caowa.
- Aleksandrowi pociemniay oczy.
- By bardzo miy.
- A ty mu na to pozwolia.
- Ale przynajmniej go nie pieprz!
Aleksander drgn i gono wcign powietrze.
Tatiana te.
Nie moga uwierzy, e to powiedziaa.
- A co?
- spyta kliwie.
- Zamierzacie pj ze sob do ka?
Wstrznita Tania nie odpowiedziaa.
Do pokoju zajrzaa pielgniarka.
Zostawia otwarte drzwi, eby "wpuci troch
wieego powietrza".
- Taniu, nie wiem, czego ode mnie chcesz -
powiedzia Aleksander, gdy ponownie zostali
sami.
- Mwiem ci od samego pocztku, ebymy
przestali udawa i gra.
Ale teraz ju za pno.
Dmitrij...
- urwa, krcc gow.
- Teraz bdzie dwa razy trudniej.
A Tania pragna tylko jednego: eby znowu j
pocaowa.
- Skoro tak - rzucia gniewnie - po raz trzeci
zadam ci to samo pytanie: co ci tu sprowadza?
- Nie denerwuj si tak.
- Nie jestem zdenerwowana!
Chcia dotkn jej twarzy, ale odwrcia gow.
- Hmm...
- mrukn wstajc.
- Ode mnie si odwracasz.
- W progu przystan i warkn: - Tak dla twojej
wiadomoci: kobieta nie moe
"pieprzy" mczyzny.
Jak zwykle rzeka i energiczna Wiera powiedziaa
Tani, e zostanie w szpitalu do poowy sierpnia,
dopki nie zrosn si ebra, i dopki nie bdzie
moga chodzi o kulach.
Poniewa piszczel pk w trzech miejscach,
gipsowy opatrunek pokrywa jej nog od stopy a
do kolana.
Rodzice i dziadkowie przynosili jej jedzenie, ktre
ze smakiem po chaniaa.
Pierogi z kapust, kotlety z piersi kurczcia,
zapiekanki z mielonym misem i ciasto z czarnymi
jagodami, ktre smakowao troch mniej ni
dawniej, gdy w cigu dwch dni suby w Armii
Pospolitego Ruszenia nie jada praktycznie nic
oprcz jagd.
Mama i tata odwiedzali j pocztkowo codziennie,
ale wkrtce zaczli przychodzi co drugi dzie.
Czasami wpadaa Dasza, z porucznikiem
Bieowem pod rk.
Caowaa Tanie w czoo i mwia, e niestety, nie
moe dugo zosta.
Przychodzi i Dmitrij.
Siada na ku, przytula j i wychodzi wraz z
nimi.
Pewnego wieczoru, gdy dla zabicia czasu grali w
karty, Dasza powiedziaa, e jej dentysta wyjecha.
Chcia zabra j do Swierdowska, za Ural, ale
ona odmwia i znalaza prac w szwalni, w ktrej
pracowaa mama.
- Teraz ju nie mog si ewakuowa - dodaa,
patrzc z umiechem na Aleksandra.
- Jestem niezbdna krajowi w czasie wojny.
- Rozwara do i pokazaa Tani gar zotych
zbw.
- Skd je masz?
Dasza wyjania, e to zapata od pacjentw,
ktrym w zeszym miesicu zdejmowali zote
koronki.
- Braa od nich...
zby?
- spytaa zdumiona Tatiana.
- Tak, zamiast pienidzy - odrzeka
przepraszajcym tonem Dasza.
- Nie kady jest tak czysty i niewinny jak ty.
Tania nie drya tematu.
Czy miaa prawo prawi jej moray?
Zaczli rozmawia o wojnie; o wojnie rozmawiao
si teraz jak o po godzie.
Aleksander powiedzia, e uga padnie lada dzie,
i Tatian po nownie ogarno poczucie klski.
Wystarczyo ledwie kilka dni i wysiek tysicy
ludzi poszed na marn.
Przestaa o cokolwiek pyta.
Pobyt w szpitalu by jeszcze bardziej nierealny ni
krtki pobyt w opustoszaym Dogotinie.
Tkwia midzy czterema szarymi cianami z
jednym oknem i nie widywaa praktycznie nikogo,
nie liczc tych, ktrzy sporadycznie j odwiedzali.
Opowiadali jej tylko o tym, o co ich spytaa, wic
moe gdyby o nic nie pytaa, wojna skoczyaby
si przed jej wyjciem ze szpitala?
I co potem?
Nic, mylaa ciemnymi nocami.
Bd ya po dawnemu.
Wrc do pracy.
A w przyszym roku pjd na uniwersytet, tak jak
zamierzaam.
Pjd na uniwersytet, naucz si angielskiego i
kogo poznam.
Poznam miego rosyjskiego studenta, najlepiej
inynierii.
Pobierzemy si i za mieszkamy z jego rodzicami i
dziadkami.
A potem bdziemy mieli dziecko.
Nie, nie potrafia wyobrazi sobie takiego ycia.
Nie potrafia wyobrazi sobie adnego ycia poza
tym, jakie teraz prowadzia: poza wygldaniem
przez okno na Prospekt Grecki, jedzeniem
owsianki na niadanie, zupy na obiad i
gotowanego kurczaka na kolacj.
Pragna tylko, eby Aleksander przyszed do niej
sam.
Chciaa mu powiedzie, e si mylia, e nie miaa
prawa tak si zachowywa.
Pragna, eby znowu by tu przy niej.
Po raz kolejny przeczytaa krtkie opowiadania
Zoszczenki, lecz nie wiedzie czemu, przestay j
mieszy.
Caymi dniami leaa w pokoju.
Dni byy dugie, a nocami nie moga spa.
Jeszcze bardziej dobijay j zy w oczach matki i
pospne milczenie ojca.
Ilekro pomylaa o swojej nieudanej wyprawie
po Pasz, robio jej si niedobrze.
Ale najbardziej drczya j nieobecno
Aleksandra.
Pocztkowo byo jej przykro, potem bya za,
jeszcze potem bya za na siebie za to, e jest za, a
w kocu ogarno j co w rodzaju urazy i
rezygnacji.
I wanie wtedy - zaraz po obiedzie, kiedy
zupenie tego nie oczekiwaa -
przyszed Aleksander.
Przynis jej lody.
- Dzikuj - szepna.
- Prosz - odrzek cicho i usiad na krzele,
patrzc, jak Tania je.
- Jestem na patrolu - wyjani.
- Sprawdzam, czy okna s zaklejone tam i czy
nie dzieje si nic podejrzanego.
- Sam?
- Nie - odrzek, wywracajc oczami.
- Z siedmioma czterdziestolatkami, ktrzy nigdy w
yciu nie nosili karabinu.
- Naucz ich.
Jeste dobrym nauczycielem.
Zerkn na ni i doda:
- Do poudnia budowalimy zapor
przeciwczogow na Prospekcie Moskiewskim.
Tramwaje ju tam nie jed.
- Odgarn wosy z czoa.
- Ale Kirw wci pracuje.
Dopiero teraz postanowili przenie si dalej na
wschd.
Inne zakady te si wynosz.
Rozmontowuj maszyny, aduj je na ciarwki,
na ostatnie pocigi...
Taniu?
Czy ty mnie suchasz?
- Co?
- Oguszajcy huk, ktry rozbrzmiewa jej w
uszach, nagle usta.
- Dobre?
- Lody?
Pyszne.
Mia niespodzianka.
- I wanie tak trzeba podchodzi do ycia.
- Wsta.
- Musz i.
- Nie!
- wykrzykna i ciszej dodaa: - Zaczekaj.
Usiad.
- Chciaam ci przeprosi.
Za tamten wieczr.
Po prostu...
Pokrci gow.
- Niewane, nie ma za co.
- Dlaczego przychodzisz dopiero teraz?
- spytaa ze smutkiem; nic innego nie przychodzio
jej do gowy.
- Jak to?
Przecie jestem tu codziennie.
Tania zamilka, milcza i on.
Patrzyli na siebie.
- Przyszedbym sam, ale uznaem, e to nie ma
sensu.
Ani ty nie po czuaby si lepiej, ani ja.
Przed oczyma przemkna jej seria obrazw.
Pochyla si nad ni, zmywa krew z jej nagiego
ciaa.
Zabrako jej tchu.
pi z gow w zgiciu jego ramienia, z ustami
przycinitymi do jego piersi, dotyka go.
Z nikim, z nikim tak blisko nie bya.
Obejmuje go, tuli si do niego w po cigu.
I najgorsze: to promieniujce z trzewi uczucie, gdy
rozchyli ustami jej usta.
Odwrcia gow.
- Wiem - szepna.
- Masz racj.
Wsta i tym razem go nie zatrzymywaa.
- Do zobaczenia - powiedzia, caujc j w czoo.
W czoo, pomylaa.
Lepsze to ni nic.
- Przyjdziesz?
- spytaa, gdy by ju w drzwiach.
- Tylko na chwil, jeli bdziesz mg...
Obrci czapk w rkach.
- Taniu...
- Wiem.
Lepiej nie przychod.
- Te wszystkie pielgniarki...
Prdzej czy pniej doniosyby twojej rodzinie.
le by si to skoczyo.
Ale przynajmniej by si skoczyo.
- Masz racj.
Kiedy wyszed, niczym zagorzaa pokutnica
zacza biczowa si mylami: jestem z, jestem
bardzo z siostr.
Zawsze uwaaam si za dobr siostr, ale nigdy
dotd nie poddano mnie prbie.
No i prosz.
Wystarczya jedna prba i zachowuj si jak...
Tydzie pniej obudzia si z uczuciem, e kto
gaszcze j po twarzy.
Chciaa otworzy oczy, ale pomylaa, e to tylko
sen, poza tym bya tak bardzo zmczona i
oszoomiona lekami, e ich nie otworzya.
Gaska j jaki mczyzna.
Mia due donie, a jego oddech pachnia
wdk.
Znaa tylko jednego mczyzn o duych doniach.
Oczy miaa wci zamknite, lecz jej oddech sta
si pytszy i bardziej chrapliwy.
- Tatia?
- Zabra rk.
Tak bardzo nie chciaa si obudzi.
Tak bardzo pragna, eby Aleksander, ten ze snu,
gaska j w ciep, sierpniow noc.
Rozwara po wieki.
To by Aleksander.
Ten prawdziwy, nie ten ze snu.
Siedzia przy niej bez czapki i znowu mia te
malane oczy; widziaa je nawet po ciemku.
- Obudziem ci?
- Tak.
Chyba tak.
- Dotkna jego ramienia.
- Czy mi si zdaje, czy to jeszcze noc?
- Tak.
- Patrzy na koc, a ona patrzya na jego ciemne
wosy.
- Jest koo trzeciej.
Rozmawiali po cichu.
Szeptem.
- Co si stao?
Wszystko w porzdku?
- Tak, tak.
Wpadem, eby spyta, jak si czujesz.
Wci o tobie myl.
Leysz tu...
Pewnie ci smutno.
Nie czujesz si samotna?
- Tak.
- Znowu poczua zapach alkoholu.
- Pie?
- Piem.
- Z trudem skupi wzrok.
- Pierwszy raz od dugiego czasu.
Miaem dzisiaj wolne i poszedem z Marazowem
na kielicha.
- Urwa.
- Tatiu...
Serce walio jej jak motem, nie moga zapa
tchu.
Jego rce spoczyway na kocu.
Pod kocem byy jej nogi.
- Szura - szepna i nagle, cho tylko przez chwil,
poczua si szczliwa.
Tak samo jak wtedy, gdy wychodzc z fabryki,
spogldaa w lewo i widziaa jego umiechnite
usta.
Nie, teraz czua si jeszcze szczliwsza.
- Nie mogem znale odpowiednich sw.
Pomylaem, e moe jak troch wypij, to...
- Nie, wszystko, co mwisz, ma sens.
Co chciae powiedzie?
Aleksander chwyci jej rce i przycisn sobie do
piersi.
Wci mia pochylon gow.
I wci milcza.
Co robi?
Tatiana bya jak dziecko.
Kada inna dziewczyna wiedziaaby, co robi,
tymczasem ona nie miaa nawet pojcia, co w
takiej chwili przystoi, a co nie.
Boe, mylaa, jestem jak niemowl.
Ile bym daa, eby tylko wiedzie, jak si
zachowa.
Teraz, podczas tych kilku bezcennych minut.
C z tego, e le w szpitalnym ku, e mam
obandaowane ebra i nog w gipsie.
Najwaniejsze, e on tu jest, e jest sam.
Sam.
Nagle wyrosa midzy nimi twarz Daszy, jakby
sumienie chciao odebra sercu nawet t jedn,
jedyn chwil skradzionej radoci.
I tak po winno by, pomylaa, rozpaczliwie
pragnc unie jego twarz i...
Raptem twarz Daszy znikna, a wwczas Tatiana
nachylia si i pocaowaa go we wosy.
Pachniay mydem i papierosowym dymem.
Aleksander podnis gow.
Dzielia ich odlego dwch, najwyej trzech
centymetrw.
Wcigna powietrze, odetchna jego oddechem i
nagle po czua silne ukucie w podbrzuszu.
- Szura - szepna -jestem taka szczliwa, e
przyszede...
Przechyli gow i pocaowa j w usta.
Mocno, gboko.
Puci jej
rce, a ona obja go za szyj i przywara do niego
ze wszystkich si.
Caowali si jak w gorczce, caowali si tak
gwatownie, jakby lada chwila miao zabrakn im
tchu.
Bl, ten dziwny bl w podbrzuszu sta si nie do
zniesienia i Tatiana jkna.
Aleksander dotkn jej policzkw,
- Tatiu, sodyczy ty moja - wymrucza.
- Jeste taka...
taka...
Nie wiem, co robi, nie wiem, co robi.
Taniu...
- Caowa j w usta, sun po wargach jzykiem,
caowa j w oczy, w policzki, w szyj, a ona po
jkiwaa z cicha, obejmujc go i tulc.
Czua, e ponie, e spala si od rodka.
Mia tak natarczywe usta, tak zachannie j
caowa, e nagle przestaa oddycha i zacza
osuwa si na poduszk.
Podtrzyma j.
Delikatnie przesun rkami po jej nagich plecach
w miejscu, gdzie miaa rozchylon koszul, i
powoli rozwiza tasiemki.
Kompletnie ubrany, siedzc na brzegu ka,
ostronie zsun z niej koszul i Tatiana poczua
si tak, jakby pyna w powietrzu, jakby agodnie
opadaa na poduszk.
Drc, cicho sapna.
Nie przestajc jej obejmowa i namitnie szepta,
oderwa si od jej twarzy.
Oczy pony mu jak latarnie.
- Taniu, jeste...
Duej tak nie mog.
Ilekro ci widz, tutaj, w domu czy na ulicy...
Chon ci maymi dawkami, chon duymi i
wci mi mao...
- Jego rce spoczyway tu nad grn krawdzi
bandaa.
- Szura - wyszeptaa z bolesn saboci w gosie.
- Co si ze mn dzieje?
Co mi jest?
Pooy rce na jej piersiach, zacz delikatnie je
uciska, a potem rozoonymi na pask domi
ostronie potar jej sutki.
Tatiana jkna.
Potar je mocniej, podnis gow i wymamrota:
- Boe, jaka ty pikna...
- Nie przestajc pieci jej lewej piersi, na chyli
si, przywar wargami do prawej sutki i zacz j
ssa.
Potem ssa
lew.
Patrzya, jak to robi, czujc, e duej tak nie
wytrzyma.
Obja go za gow, przycigna do siebie jeszcze
mocniej i jkna tak gono, e zasoni jej rk
usta.
- Ciii...
- szepn.
- Kto usyszy.
- I cay czas pieci jej pier, cay czas wodzi
palcami wok stwardniaej sutki.
Tania jkna dwa razy goniej ni poprzednio.
Lekko docisn rk.
- Ciii...
- powtrzy bez tchu.
- Szura, ja chyba umieram.
- Nie, Tatiu, nie umierasz.
- Tchnij na mnie, daj mi swj oddech...
Pocaowaa go namitnie, burzc mu wosy.
Pieszczoty, natarczywy dotyk jego palcw
doprowadzay j do obdu.
Czua, e zaraz zemdleje, i jkna tak gono, e
tym razem Aleksander oderwa
si od niej i od sun.
Siedziaa w bkitnym wietle pnaga i
pprzytomna, ciko dyszc i patrzc mu prosto w
oczy.
Donie kurczowo zaciskaa na przecieradle.
- Taniu - szepn, chonc j z penym zadziwienia
podaniem.
- Masz siedemnacie lat.
Jak to moliwe, e w tym wieku jeste taka...
taka niewinna?
- Przepraszam.
Chciaabym umie wicej.
Przysun si bliej, obj j i mocno przytuli.
- Jak to?
- Chciaabym mie wicej dowiadczenia.
Ja jeszcze...
- artujesz, prawda?
- tchn namitnie w jej wosy.
- Nie rozumiesz?
To wanie ta niewinno doprowadza mnie do
szalestwa.
Czy ty tego nie widzisz?
Pogaska j po nagich plecach.
- Tylko ciii...
- szepn, caujc j w szyj.
- Nie jcz, bo mnie aresztuj.
Nie chciaa, eby przerywa, pragna, eby robi
to w nieskoczono, lecz nie miaa odwagi go
poprosi.
agodnie pchna mu gow w d.
- Prosz...
- Nic wicej nie zdoaa wykrztusi.
Aleksander umiechn si, wsta i podszed do
drzwi.
Nie miay zamka.
Wzi karabin i zablokowa nim klamk.
Wrci do ka, uoy Tanie na wznak, zasoni
jej usta i ssa sutki, dopki omal nie zemdlaa,
jczc mu w do, drc i wijc si pod nim jak
w.
- Boe - wydyszaa, gdy wreszcie przesta.
- Czy to ju...
koniec?
- Nigdy nie prbowaa niczego wicej?
- spyta zdyszany.
Spojrzaa mu w oczy.
Powiedzie prawd?
Jakeby moga, przecie by mczyzn.
Zagryza warg i nie odpowiedziaa.
Usiad, obj j i przytuli.
- Nigdy?
Powiedz.
Prosz.
Musz zna prawd.
Nigdy?
Nie chciaa skama.
- Nie - szepna.
- Nigdy.
Popatrzy na ni z rozbawieniem, smutkiem i
podaniem.
- Och, Taniu...
Co my zrobimy?
Ale Tania zapomniaa o caym wiecie.
Moga myle tylko o jednym.
- Szura...
- Wzia jego do i przyoya j sobie do piersi.
- Szura, bagam...
Odsun si powoli i pooy rce na kocu.
- Tu nie moemy.
- To gdzie?
Uciek wzrokiem w bok.
Czua, e on te nie wie.
- A ty?
- spytaa, gotowa si rozpaka.
- Nie chcesz dla siebie niczego wicej?
- Chryste, nawet nie wiesz, jak bardzo.
- Ale czego?
Powiedz tylko, co mam robi.
- A co proponujesz?
- spyta z lekkim umiechem.
- Nie wiem.
- Niemiao dotkna jego uda.
- Ale zrobi wszystko.
- Pocaowaa go w szyj.
- Wszystko.
Powiedz tylko co, i to zrobi...
- Przesuna do troch wyej.
Dray jej palce.
Teraz z kolei on jkn i chwyci j za rk.
- Taniu, zaczekaj.
Czy na pewno tego chcesz?
Chcesz, eby odbyo si to wanie tak?
Tutaj?
- Nie wiem - sapna, sunc jzykiem po jego
wargach.
- Chc tego samego co...
Nagle uchyliy si drzwi i do pokoju wpada
smuga jasnego wiata.
- Tatiana?
- Gos pielgniarki z korytarza.
- Dobrze si czujesz?
Co si dzieje z tymi drzwiami?
Tania byskawicznie nacigna koszul.
Aleksander zapali wiato, odblokowa klamk i
otworzy drzwi.
- Wszystko w porzdku, siostro - powiedzia
gosem oschym i oficjalnym.
- Przyszedem powiedzie jej dobranoc.
- Dobranoc?
- wykrzykna pielgniarka.
- Zwariowalicie, czy co?
Jest czwarta rano!
O czwartej rano nie ma adnych odwiedzin!
- Nie zapominajcie si, towarzyszko - odpar
Aleksander podniesionym gosem.
- Jestem porucznikiem Armii Czerwonej.
Pielgniarka nieco spotulniaa.
- Syszaam krzyk, mylaam, e j boli.
- Nie, siostro - wychrypiaa Tatiana.
- My si tak...
mialimy.
- Wanie zamierzaem wyj.
- Wszystkich pacjentw pobudzicie.
- Dobranoc, Tatiano - rzuci Aleksander,
widrujc j wzrokiem.
- Mam nadziej, e wkrtce wydobrzejesz.
- Dzikuj, poruczniku.
Prosz mnie jeszcze odwiedzi.
- Byle nie o czwartej rano - wymamrotaa
pielgniarka, wchodzc do rodka, eby poprawi
pociel.
Gdy go mina, Aleksander przytkn palce do ust i
posaa Tani causa.
Potem wyszed.
Tej nocy ju nie spaa.
Ani w nocy, ani rano.
Poprosia Wier, eby j wykpaa, i to dwa razy,
poza tym cay czas obsesyjnie szorowaa zby i
jzyk, eby mie pachncy oddech.
Nic nie jada - pia tylko wod - ale po poudniu,
godna i kompletnie rozkojarzona, skubna troch
chleba z obiadu.
Mylaa, e zadrcz j wyrzuty sumienia, e nie
poradzi sobie sama ze sob.
Ale nie.
Cay czas, minuta po minucie, odtwarzaa w
pamici to, co czua, gdy Aleksander caowa j w
usta, gdy pieci jej piersi.
Nigdy dotd czego takiego nie zaznaa.
Chodzia do szkoy, mieszkaa przy Pitej
Radzieckiej, jedzia do ugi.
Miaa wielu przyjaci, a podczas letnich wakacji
przeya wiele zwariowanych przygd.
W udz poegnaa si z dziecistwem, lecz i
wtedy, i zawsze potem towarzyszy
jej Pasza.
Nie odstpowa jej na krok, bawi si z ni, po
prostu z ni by.
Nie, eby od czasu do czasu nie dostrzegaa tego,
co podwiadomie dostrzega kada dziewczyna w
jej wieku.
Ot, choby kolegw Paszy, ktrzy za dugo si jej
przypatrywali czy stawali za blisko niej.
Rzecz w tym, e ona nigdy nie patrzya zbyt dugo
na nich.
Ani na nich, ani na nikogo.
Dopki nie spotkaa Aleksandra.
By dla niej czym zupenie nowym.
Czym transcendentnym i od wiecznym.
Pocztkowo mylaa, e ich zayo jest
rezultatem tego, co dobrze rozumiaa:
wspczucia, empatii, czuoci i przyjani, e s
dwojgiem ludzi, ktrzy do siebie pasuj.
Ktrzy odczuwajc potrzeb bliskoci, musz
siedzie obok siebie w tramwaju, musz na siebie
wpada i wzajemnie si rozmiesza.
Ktrzy potrzebuj szczcia i modoci.
Jednake teraz nie moga uwierzy, e tak bardzo
go poda, e poda go z wprost nadprzyrodzon
si.
e podanie to a j dawi.
Nie potrafia tego zrozumie.
Dziwne pulsowanie w podbrzuszu drczyo j cay
dzie, gdy si kpaa, gdy mya zby i gdy
szczotkowaa wosy.
Tego wieczoru poyczya od Wiery szmink do
ust.
Kiedy tylko przyszli, Dasza, Aleksander i Dmitrij,
Dasza spojrzaa na ni i uniosa brwi.
- Nigdy dotd si nie malowaa.
Co takiego!
- Powiedziaa to tak, jakby dopiero teraz zdaa
sobie spraw, e siostra ma usta.
Dmitrij usiad na brzegu ka.
- Wanie - rzuci z umiechem.
- Dziwne, prawda?
Tylko Aleksander milcza.
Nie wiedziaa, jak ma min, poniewa baa si
podnie wzrok.
Zrozumiaa, e jedn z konsekwencji poprzedniej
nocy bdzie to, e ju nigdy nie mie spojrze na
niego w towarzystwie innych.
Zostali bardzo krtko.
Aleksander si spieszy.
Siedziaa jak sparaliowana do chwili, gdy kto
zapuka do drzwi i ponownie wszed do pokoju.
Wwczas zesztywniaa jeszcze bardziej.
Aleksander podszed do ka dugim,
zdecydowanym krokiem, usiad i czuym,
wadczym ruchem star jej szmink z ust.
- Co to jest?
- spyta.
- Wszystkie dziewczta si maluj - odrzeka bez
tchu, ocierajc wargi.
- Nawet Dasza.
- Ale ty nie musisz.
- Pogaska j po policzku.
- Masz liczn twarz, nie szpe jej szmink.
- Dobrze.
- Czekaa.
Zoya gow na poduszce i z nadziej podniosa
wzrok.
Tak bardzo chciaa poda mu usta...
Lecz on wci milcza.
- Taniu - zacz w kocu z cikim westchnieniem.
- Dzisiaj w nocy...
Tania mimo woli jkna.
- Widzisz?
- Natychmiast zagodniay mu oczy.
- Wanie tego nie moesz robi.
- Dobrze.
- Chwycia go za rkaw i przesuna palcami po
jego ustach.
- Szura...
Odsun si i wsta.
Oczy mia ciemne i powane.
Tatiana patrzya na niego, nie potrafic ukry
zdumienia.
- Przepraszam ci, Taniu - rzek chodno.
- Za t noc.
Za duo wypiem, wykorzystaem ci...
- Nie, to nieprawda.
- Prawda.
Popeniem straszny bd.
Nie powinienem by tu przy chodzi.
Odebrao jej mow.
Zdoaa tylko pokrci gow.
- Boe, Taniu, ja wiem...
- Bolenie wykrzywi twarz.
- Ale nie mona tak y.
Bo gdzie bymy...
- Tutaj.
- Spsowiaa i spucia oczy.
Wesza pielgniarka.
ypna spode ba na Aleksandra i spytaa, czy
wszystko w porzdku.
Milczeli, dopki nie wysza.
- Tutaj?
- szepn.
- Z pielgniarkami na korytarzu?
Pitnacie minut w dzikim popiechu?
Na pewno tego chcesz?
Tatiana nie odpowiedziaa.
Bya tak podniecona, e chtnie spdziaby z nim
pi minut, gdyby nawet pielgniarka staa tu za
drzwiami.
Zwiesia gow.
Aleksander ciko westchn.
- Dobrze, a potem?
Co bdziemy z tego mieli?
Ty. I ja.
- Nie wiem.
- Zagryza warg, eby si nie rozpaka.
- A co maj z tego inni?
- Inni robi to przy cianie w ciemnym zauku!
- wykrzykn.
- Albo w parku na awce.
Albo w koszarach!
Albo na sofie rodzicw!
Nie kady sypia w jednym ku z Dasz!
Nie kady ma Dmitrija!
- Wbi wzrok w podog.
- nie wszystkie s takie jak ty, Taniu.
Odwrcia gow.
- Zasugujesz na co lepszego - doda.
Nie chciaa, eby widzia jej zy.
- Przyszedem ci przeprosi.
To si ju nie powtrzy.
Zadraa i zamkna oczy.
Przez chwil czua si jak lepa,
- Dobrze.
Obszed ko i stan tu przed ni.
Nie odoy nawet karabinu.
Tatiana otara policzki.
- Nie pacz.
Prosz, nie pacz.
W nocy byem gotowy powici wszystko,
cznie z tob, eby tylko zaspokoi dz, ktra
trawi mnie, odkd ci spotkaem.
Na szczcie czuwa nad tob Bg i Bg nas po
wstrzyma.
Przede wszystkim powstrzyma mnie i kiedy nasta
wit, przejrzaem na oczy, ale...
- Urwa.
- Ale nadal ci pragn.
- Patrzc na karabin, gboko odetchn.
Tatiana stracia gos.
- Ty i ja...
- Aleksander pokrci gow.
- Ale teraz ju za pno.
Przewrcia si na plecy i zasonia rk twarz.
Za pno.
Czas, miejsce, ycie.
- Nie moge pomyle o tym, zanim tu
przyszede?
- spytaa.
- Nie moglimy porozmawia wczoraj albo
przedwczoraj?
- Nie mog bez ciebie.
Wczoraj byem pijany, dzisiaj jestem trzewy.
Przepraszam.
Bardzo ci przepraszam.
zy nie pozwoliy jej odpowiedzie.
Aleksander wyszed, ani razu jej nie dotknwszy.
ug spalili, Tomaczewo pado, a onierze
feldmarszaka von Leeba przecili lini kolejow
Kingisepp-Gatczyna.
Mimo wysiku setek tysicy ochotnikw kopicych
okopy pod ogniem z modzierzy, Rosjanie nie
utrzymali ani jednego odcinka frontu.
Mimo rozkazu, eby za wszelk cen broni kolei,
kolej przesza w rce Niemcw.
Tatiana wci leaa w szpitalu.
Nie moga sta na zamanej nodze ani chodzi o
kulach.
Ilekro zamkna oczy, widziaa tylko Aleksandra.
Nie moga wyzby si smutku i blu.
Nie moga zdusi trawicego j ognia.
W poowie sierpnia, na kilka dni przed powrotem
do domu, dziadek i babcia przyszli powiedzie jej,
e wyjedaj z Leningradu.
- Tanieczko - zacza babcia.
- Jestemy za starzy, eby siedzie w miecie
podczas wojny.
Nie przetrwamy ani bombardowa, ani walk, ani
oblenia.
Twj ojciec chce, ebymy wyjechali.
I ma racj, musimy wyjecha.
Lepiej nam bdzie w Mootowie.
Dziadek dosta dobr prac, a latem...
- A Dasza?
- przerwaa jej z nadziej Tatiana.
Jedzie z wami, tak?
Dziadek powiedzia, e Dasza nie chce zostawia
siostry.
To nie mnie nie chce zostawia, pomylaa Tania.
Nie mnie.
Dziadek doda, e kiedy zdejm jej gips, ona,
Dasza, a moe nawet
i Marina te ewakuuj si do Mootowa,
zakadajc, oczywicie, e do tego czasu Niemcy
nie okr Leningradu.
- Z nog w gipsie nie daaby rady, duszyczko.
Tak, pomylaa Tatiana.
Bez Aleksandra, ktry ponisby mnie na plecach,
na pewno nie daabym rady.
- Wic Marina na razie zostaje?
- Tak - odrzek dziadek.
- Ciocia Rita bardzo choruje, a wujek Borys jest w
Iorsku.
Spytalimy j, czy chce jecha z nami, ale
powiedziaa, e nie.
Nie chce zostawia matki w szpitalu i ojca, ktry
szykuje si do walki z Niemcami.
Ojciec Mariny, Borys Razin, by inynierem i
pracowa w fabryce bardzo podobnej do
Zakadw Kirowa.
Oni te robili czogi, pociski i katiusze, a po pracy
przygotowywali si do walki.
- Powinna z wami jecha - powiedziaa Tatiana.
- Ona...
- Szukaa w miar delikatnych sw.
- Ona le znosi napicie.
- Tak, wiemy - odpar dziadek.
- Jest tak jak zawsze: zwycia mio i wizy
rodzinne.
Na szczcie my, ja i babcia, dwigamy te wizy
ze sob.
- Umiechn si do ony.
- Wizy, a moe raczej acuchy.
- Pamitaj, Tanieczko - powiedziaa babcia,
poklepujc j po zdrowej nodze.
- Dziadek i ja bardzo ci kochamy.
Wiesz o tym, prawda?
- Tak, babciu, wiem.
- Kiedy przyjedziesz do Mootowa, przedstawi
ci mojej przy jacice Dusi.
Jest bardzo stara i bardzo religijna i na pewno ci
si spodoba.
- wietnie - wymamrotaa Tania ze sabym
umiechem.
Dziadek pocaowa j w czoo.
- Czekaj nas cikie dni.
Zwaszcza ciebie, Taniu.
Ciebie i Dasz.
Teraz, kiedy Paszy ju nie ma, rodzice potrzebuj
was bardziej ni kie dykolwiek przedtem.
Dla wszystkich nadejdzie czas wielkiej prby.
Bdzie obowizywaa tylko jedna zasada: zasada
przetrwania za wszelk cen.
I to wy zdecydujecie, jak cen warto za
przetrwanie zapaci.
Zawsze chod z wysoko uniesionym czoem, a jeli
przyjdzie ci zgin, gi pewna, e nie zszargaa
duszy.
Babcia pocigna go za rkaw.
- Do, wystarczy.
Tanieczko, zapomnij o duszy i zrb wszystko, eby
przey.
W przyszym miesicu czekamy na was w
Mootowie.
- Taniu - doda dziadek, obejmujc j i tulc na
poegnanie.
- Pamitaj, zawsze id za gosem serca.
Syszysz?
- Tak, dziadku, gono i wyranie.
Wieczorem, gdy przysza Dasza z Aleksandrem i
Dmitrijem, Tania wspomniaa, e dziadek zaprasza
je do Mootowa, e musz tylko zaczeka do
wrzenia, a zdejm jej gips.
- To niemoliwe - odrzek Aleksander.
- We wrzeniu nie bdzie ju pocigw.
Jak zwykle trzyma si na uboczu i unika
bezporedniej rozmowy z Tatian.
Tatiana chciaaby mu odpowiedzie, ale nie
moga, gdy wci przeywaa burz uczu.
Nie ufaa swojej twarzy, nie ufaa gosowi i
oczom.
Dlatego jak zwykle milczaa, unikajc jego
wzroku.
Dmitrij usiad tu przy niej.
- Jak to nie bdzie?
spytaa Dasza.
- Po prostu nie bdzie - powtrzy Aleksander.
- Byy w czerwcu, kiedy mogycie wyjecha, byy
i w lipcu, ale w lipcu Tania zamaa nog.
We wrzeniu, kiedy zdejm jej gips, z Leningradu
nie wyjedzie ani jeden pocig, chyba e zanim
Niemcy dotr do Mgi, zdarzy si cud.
- Jaki cud?
-spytaa z nadziej Dasza.
- Bezwarunkowa kapitulacja Niemiec - odpar
oschle Aleksander.
- Strata ugi przypiecztowaa nasz los.
Na pewno sprbujemy powstrzyma ich w Mdze,
gwnym wle kolejowym, skd prowadzi droga
do reszty Zwizku Radzieckiego.
Otrzymalimy rozkaz: utrzyma Mg za wszelk
cen i bez wzgldu na okolicznoci.
Oddawanie linii kolejowych Niemcom jest teraz
przestpstwem.
- Umiechn si lekko.
- Ale ja zawsze miaem niezwyk zdolno
przepowiadania przyszoci i wiem, e do
przestpstwa dojdzie, i e we wrzeniu nie
wyjedzie std ani jeden pocig.
W jego pozornie obojtnym gosie Tatiana
usyszaa ukryty wyrzut.
Taniu, mwiem ci, eby wyjechaa z tego
przekltego miasta, ale nie chciaa mnie sucha.
A teraz zamaa nog i wszystko przepado.
ycie w szpitalu byo radosne w porwnaniu z
tym, co czekao j po powrocie do domu.
Gdy wkutykaa do mieszkania - z trudem, o kulach
- okazao si, e Dasza gotuje obiad dla
Aleksandra, e uszczliwiony Aleksander siedzi
za stoem i je, e artuje z mam, rozmawia o
polityce z tat, e pali i e wcale nie zamierza
wyj.
Nie wychodzi i nie wychodzi.
I nie wychodzi.
Tatiana skubaa obiad niczym przejedzona mysz.
Kiedy on wreszcie wyjdzie?
Robi si pno.
Nie maj tam capstrzyku czy co?
- Dmitrij, o ktrej jest capstrzyk?
- O jedenastej, ale Aleksander ma dzisiaj wolne.
Ach tak.
- Syszaa?
- spytaa z umiechem Dasza.
- Mama i tata pi teraz u dziadkw.
Mamy dla siebie cay pokj.
Wspaniale, prawda?
W jej gosie byo co dziwnego.
Co, co si Tani bardzo nie podobao.
- Tak.
- Kiedy ten Aleksander std wyjdzie?
Dmitj wrci do koszar.
Kilka minut przed jedenast mama i tata za czli
zbiera si do wyjcia.
Mama wzia Dasz pod rk i szepna:
- On nie moe zosta na noc, syszysz?
Ojciec dostanie szau.
Zabije i jego, i ciebie.
- Dobrze, mamo.
Niedugo wyjdzie, obiecuj.
Akurat, pomylaa Tania.
Kiedy rodzice poszli spa, Dasza odcigna j na
bok.
- Taniu, mogaby pj na dach pobawi si z
Antonem?
Tak ci prosz.
Chc poby godzink z Aleksandrem.
W pokoju, Tanieczko, w prawdziwym pokoju!
Tatiana zostawia ich samych.
W prawdziwym pokoju.
W swoim po koju.
Wysza do kuchni i zwymiotowaa do zlewu.
Gow rozsadza jej wywoujcy mdoci jazgot,
ktry nie usta nawet wwczas, gdy posza na dach
posiedzie z Antonem.
Anton by kiepskim obserwatorem, bo
najzwyczajniej w wiecie spa.
Na szczcie bombowce nie nadleciay i nad
miastem panowaa cisza.
Nie sycha byo nic, adnych odgosw wojny.
Tatiana przesypywaa piasek w wiadrze i pakaa.
To przeze mnie, mylaa.
Wszystko przeze mnie.
Wzdrygna si i gono rozemiaa.
Anton wymamrota co przez sen.
Zrobiam to sama sobie, to tylko moja wina.
Gdyby nie postanowia szuka Paszy, gdyby nie
wstpia do Ochotniczej Armii Pospolitego
Ruszenia, gdyby nie pojechaa Bg wie dokd,
gdyby Niemcy nie zbombardowali dworca i gdyby
nie zamaa nogi, Dasza wyjechaaby z dziadkami
do Mootowa i w ich mieszkaniu nie dzia yby si
teraz te potwornoci.
Te niewyobraalne potwornoci.
Siedziaa na dachu do chwili, gdy jaki czas potem
Dasza kazaa jej i spa.
Nazajutrz wieczorem mama powiedziaa, e
poniewa Tatiana siedzi cay dzie w domu i nic
nie robi, mogaby przynajmniej gotowa.
Odkd tylko Tania sigaa pamici, zawsze
gotowaa babcia Anna, ktra bya na utrzymaniu
ma, czyli dziadka.
W soboty i niedziele gotowaa mama, czasami
gotowa te dziadek.
W wita, takie jak Nowy Rok, gotowali wszyscy,
to znaczy, wszyscy z wyjtkiem Tani, ktra
zmywaa naczynia i szorowaa garnki.
- Chtnie, mamo - odrzeka - ale ja nie umiem.
- To nic trudnego - prychna Dasza.
- Wanie, Taniu - wtrci z umiechem
Aleksander - to nic trudnego.
Zrb nam pyszny pierg z kapust.
Czemu nie, pomylaa Tatiana; nog miaa chor,
ale moga zaj czym rce.
Postanowia sprbowa.
Nie moga cay dzie siedzie i czyta, nawet jeli
czytaa rozmwki angielsko-rosyjskie.
Albo "Wojn i pokj".
Nie moga siedzie i cay czas myle o
Aleksandrze.
Od chodzenia o kulach bolay j ebra, wic
przestaa ich uywa; to znaczy kul, nie eber.
Do sklepu pokutykaa, wspierajc si na chorej
nodze.
Pierg z kapust: jej pierwsza, samodzielnie
przyrzdzona po trawa.
Chciaaby zrobi te pierg z grzybami, ale w
sklepie nie byo grzybw.
Ciasto wyroso dopiero przy trzeciej prbie, po
piciu godzinach pracy.
Do pieroga ugotowaa ros.
Aleksander przyszed na kolacj z Dmitrijem.
Tania miaa straszn trem - nie wiedziaa, czy
bdzie mu smakowao - i spytaa, czy aby na
pewno nie chc zje w koszarach.
- Absolutnie nie - droczy si z ni Aleksander.
- Mielibymy przepuci tak smakowit okazj?
Dmitrij tylko si umiechn.
Jedli, pili, rozmawiali o wydarzeniach dnia, o
wojnie, o ewakuacji, o tym, e jest jeszcze
nadzieja na powrt Paszy, i nagle tata powiedzia:
- Taniu, to jest troch za sone.
- Nie, nie wymlaskaa mama.
- Po prostu ciasto nie wyroso.
I za duo cebuli.
A kapusta jest bez smaku.
Dlaczego jej nie przyprawia?
- Nastpnym razem duej gotuj marchewk w
rosole - wtrcia Dasza.
- dodaj listek bobkowy.
Zapomniaa o listku.
- Jak na pierwszy raz, pierg jest cakiem smaczny
powiedzia z umiechem Dmitrij.
Aleksander poda Tani swj talerz i rzek:
- Pyszny.
Czy mgbym prosi o dokadk?
I o jeszcze jeden talerz rosou?
Po kolacji Dasza odcigna j na bok.
- Mogaby pj z Dmitrijem na dach?
- szepna bagalnie.
- Tylko na troch, oni zaraz wychodz...
Tania wiedziaa, e na dachu zawsze s dzieci, i e
nie zostanie z nim sam na sam.
Ale Dasza znowu miaa zosta sam na sam z
Aleksandrem.
Musiaa przesta ich widywa, jego i j.
Jego nie chciaa widzie ju nigdy w yciu, jej
przez dwa tygodnie.
Za dwa tygodnie skoczy si lato, a wraz z latem
zauroczenie Daszy Aleksandrem.
Na pewno.
Leningradzka zima ostudzi kade uczucie.
Ale jak to?
Nie widywa Aleksandra?
Moga okamywa innych, ale nie siebie.
Wstrzymywaa oddech cay dzie, do chwili, gdy
syszaa jego kroki w korytarzu.
Od dwch dni przystawa przed jej drzwiami,
umiecha si i mwi:
- Cze, Taniu.
- Cze - odpowiadaa, czerwienic si jak burak i
wbijajc wzrok we wasne buty; ilekro patrzya
mu w oczy, co w niej dygotao.
A potem uciekaa.
A jeszcze potem Dasza braa j na stron i
szeptaa.
Bya gotowa zrobi wszystko, eby o nim
zapomnie.
Od pocztku wiedziaa, e tak trzeba, i mocno
zaciskaa zby, eby nie zmieni zdania.
Tylko dlaczego wieczr w wieczr musiaa
oglda jego twarz?
W miar upywu dni zdaa sobie spraw, e jest za
moda, eby ukry to, co ma w sercu, lecz
wystarczajco dorosa, by wiedzie, e zdradzaj
j oczy.
Baa si, e zerknie na niego, i e zobaczy to
Dmitrij, ktry pomyli: zaraz, dlaczego ona patrzy
na niego, zamiast na mnie?
Albo co gorsze:
co ona ma w tych oczach?
Albo jeszcze gorzej: dlaczego odwraca wzrok?
Dlaczego nie patrzy na niego jak inni?
Jak ja patrz na Dasz, jak Dasza patrzy na mnie?
Tak wic zdradzao j to, e na niego patrzya, ale
chyba jeszcze bar dziej to, e na niego nie patrzya.
Obd.
A Dmitrij wszystko to widzia.
Ilekro zerkaa na Aleksandra, ilekro odwracaa
wzrok, wodzi oczami to za nim, to za ni.
Aleksander by starszy.
Umia si lepiej maskowa.
Przez wikszo czasu traktowa j tak, jakby
poznali si poprzedniego dnia, tego dnia, o
pnocy, przed godzin.
Moe bya to godzina pijana, a ju na pewno
okopcona papierosowym dymem, ale potrafi
przynajmniej zachowywa si tak, jakby Tania nic
dla niego nie znaczya.
I jakby on nic nie znaczy dla niej.
Jak on to robi?
Jak ukrywa ich wieczorne spacery, niemiay
dotyk ramion?
Jak ukrywa to, czym wypeni jej ycie?
Te natarczywe rce na jej piersiach, usta na jej
ustach, wszystko to, co jej mwi.
Jak ukrywa przed nimi to, co zdarzyo si w
udz?
Tam, w udz, gdy obmywa jej zakrwawione
ciao, gdy leaa przy nim nago, gdy caowa j we
wosy, tuli czuymi ramionami, gdy tak mocno
bio mu serce.
I jak potrafi zapanowa nad swoimi oczami?
Bo gdy byli sami, patrzy na ni tak, jakby wiata
poza ni nie widzia.
Kama?
Wtedy?
Czy teraz?
Moe wanie tak postpuj doroli.
Najpierw cauj piersi dziewczyny, a potem udaj,
e nic si nie stao.
I jeli udaj dobrze, oznacza to, e s naprawd
doroli.
A moe caowanie piersi nic nie znaczy?
Nie, jak to moliwe?
Dotyka kogo w ten sposb i twierdzi, e to nic?
A moe to kolejna oznaka dorosoci?
Ilekro wspominaa, jak j pieci, czua si
poniona.
Zbita z tropu, mylaa: jak to?
Caowa mnie, a teraz prawie si do mnie nie
odzywa?
Spuszczaa gow, pragnc, eby zniknli, eby
przepadli raz na zawsze.
Ale od czasu do czasu, kiedy Aleksander siedzia
przy stole, kiedy wszyscy rozmawiali, a ona
przynosia lub wynosia do kuchni szklanki,
widziaa, e ukradkiem na ni zerka, e patrzy na
ni tak jak kiedy.
Najczciej jednak wymieniali nic nie znaczce
gesty.
Otwiera drzwi, przepuszcza j przodem, a
wwczas lekko ocieraa si o niego ramieniem i
ya tym do koca dnia.
Albo podawaa mu szklank herbaty i czubkami
palcw - przypadkowo?
- dotykaa jego palcw, po czym rozmylaa o tym
przez ca noc.
Do nastpnego spotkania.
Do chwili, gdy znowu moga si o niego otrze.
Do kolejnego: "Cze, Taniu".
Ale raz, kiedy Dmitrij ju wszed, kiedy szeroko
umiechnita Dasza po biega do kuchni,
Aleksander powiedzia:
- Witaj, Taniu!
Wrciem.
Bardzo j to rozbawio i wbrew sobie miaa
ochot wybuchn miechem.
A spojrzawszy na niego, stwierdzia, e on te si
bezgonie mieje.
Pewnego wieczoru sprbowa jej blinw z serem i
oznajmi:
- Taniu, przesza sam siebie.
Poprawio jej to humor, ale ju po chwili Dasza
pocaowaa go i po wiedziaa:
- Tanieczko, niebiosa ci nam zesay.
Tania nawet si nie umiechna, lecz nagle
zobaczya, e obserwuje jDmitrij, wic czym
prdzej wykrzywia usta w umiechu, wiedzc, e
znowu si zgapia.
Nieco pniej, gdy Dasza i Aleksander usiedli
razem na sofie, Dima powiedzia:
- Daszo, musz przyzna, e nigdy dotd nie
widziaem, eby Aleks by z kim tak szczliwy
jak z tob.
I znowu wszyscy si umiechnli, cznie z
Aleksandrem, ktry na wet nie zerkn
na smutn Tanie.
Tak, pomylaa ponuro, przechwytujc spojrzenie
Dmitrija.
I podzikujcie za to mnie.
Nauczya si gotowa inne potrawy i piec sodkie
ciasto, poniewa wiedziaa, e Aleksander je lubi.
Pochania wszystko za jednym posiedzeniem, a
potem pi herbat i pali
papierosa.
- Wiesz, co jeszcze lubi?
- spyta pewnego razu.
Zamaro jej serce.
- Placki ziemniaczane.
- Nie umiem robi plackw.
Chryste, gdzie byli tamci?
Mama i tata odpoczywali w pokoju dziadkw.
Dasza wysza do azienki.
Aleksander umiechn si, natychmiast
umiechna si i ona.
- To nic trudnego.
Wystarczy troch ziemniakw, mka, cebula.
Sl.
- Czy to z...
W tym samym momencie wrcia Dasza.
Nazajutrz Tatiana usmaya placki.
Polaa je mietan, a oni pochonli je, twierdzc,
e nigdy dotd nie jedli czego rwnie pysznego.
- Gdzie ty si tego nauczya?
- spytaa Dasza.
Szybko odkrya, e jedyn przyjemnoci, jakiej
moe zazna pod czas tych dugich dni, jest
dokarmianie Aleksandra.
Bya to przyjemno bardzo intensywna i
bynajmniej nie zakcona smutkiem, ktry drczy
j, zanim rodzina wrcia do domu, zanim znowu
moga zobaczy jego twarz.
Ale ju podczas kolacji zaczynay zbiera si
chmury, a po kolacji zawsze byo tak samo:
Aleksander wraca do koszar - co bardzo
przeywaa - albo zostawa sam na sam z Dasza,
co przeywaa jeszcze bardziej.
Gdzie si spotykali, kiedy nie mieli tego
przekltego pokoju?
Tam, w szpitalu, Aleksander opowiada jej o
zaukach i awkach w parku, ale si na tym nie
znaa.
Jak zawsze nadopiekucza Dasza nigdy z ni o tym
nie rozmawiaa.
Dasza nie rozmawiaa z ni o niczym.
Nikt z ni o niczym nie rozmawia.
Nigdy nie widywaa Aleksandra samego.
A on wszystko przed ni ukrywa.
Ale ktrego wieczoru, kiedy wszyscy poszli na
dach, Anton zaproponowa Tani ich zwariowan
gr w kierunki i pastwa.
Tatiana powiedziaa, e z nog w gipsie nie moe
si obraca.
- Sprbuj - namawia Anton.
- Podtrzymam ci.
- Dobrze - odrzeka, pragnc, eby cho troch
zakrcio jej si w gowie.
Zamkna oczy i zacza podskakiwa niezdarnie
na zdrowej nodze.
Anton podtrzymywa j przyjacielskim ramieniem i
zanosi si miechem, bo nie potrafia odgadn
ani jednego pastwa, a kiedy wreszcie otworzya
oczy, ujrzaa Aleksandra.
Patrzy na ni z tak po spn min, e zabrako jej
tchu, e znowu rozbolay j ebra.
Usiada obok Dmitrija, mylc, e nawet doroli
nie potrafi ukry wszystkiego.
- wietna zabawa.
- Dima obj j za rami.
- Taniu - rzucia Dasza - czy ty kiedykolwiek
doroniesz?
Aleksander nie powiedzia nic.
Ze wszystkich dobrodziejstw, jakimi niechtnie
obdarza j los, najbardziej cieszya si z tego, e
dziki zamanej nodze nie musi chodzi na spacery
z Dmitrijem.
Cieszya si rwnie i z tego, e w domu zawsze
jest peno ludzi, dziki czemu nie musi zostawa z
nim sam na sam.
Jednake kiedy zeszli z dachu, ogarnita panik
stwierdzia, e tym razem to rodzice wyszli na
spacer, i e oba pokoje s wolne.
Dmitrij umiechn si znaczco i znaczco musn
ramieniem jej rami.
Dasza umiechna si do Aleksandra i spytaa:
- Zmczony?
Tatiana omal nie zemdlaa.
Z opresji wybawi j nie kto inny jak sam
Aleksander.
- Nie - odrzek.
- Ale musimy ju wraca.
Chod, Dima.
Nie odrywajc wzroku od Tatiany, Dmitrij
powiedzia, e on wraca nie musi.
- Musisz, musisz - odpar Aleksander.
- Porucznik Marazow chce nas widzie przed
capstrzykiem.
Chodmy.
Tatiana bya mu wdziczna, chocia czua si po
trosze tak, jakby Niemcy obcili jej nogi,
twierdzc, e powinna podzikowa im za to, e
jej nie zabili.
Kiedy rodzice wrcili ze spaceru, poprosia ich
cicho, eby nigdy,
przenigdy nie wychodzili wieczorem z domu.
Nawet jeli bdzie gorco i zechc si napi
zimnego piwa.
Za dnia powoli obchodzia najblisze sklepy w
poszukiwaniu czego do zjedzenia.
Zauwaya, e zaczyna brakowa woowiny i
wieprzowiny.
Mieli przydzia na dwiecie pidziesit gramw
misa tygodniowo na osob, ale nie moga kupi
nawet tego.
Od czasu do czasu udawao jej si wysta
kurczaka.
Kapusty, jabek, ziemniakw, cebuli i marchwi
wci byo pod do statkiem.
Ale ju z masem bywao gorzej.
Drodowe ciasto "siadao" i pierg by
niesmaczny, chocia Aleksander nadal prosi o
dokadk.
Zwykle znajdywaa tylko mk, jaja i mleko.
Nie moga duo kupi, nie moga duo nosi.
Najczciej kupowaa tylko tyle, eby starczyo na
kolacj.
Wracaa do domu, ucinaa sobie krtk drzemk,
uczya si angielskich swek, a potem wczaa
radio.
Radia suchaa codziennie, poniewa wrciwszy z
pracy, ojciec zadawa jej zawsze to samo pytanie:
"Czy s jakie wiadomoci z frontu?
". Byo to pytanie numer dwa.
Pytanie numer jeden brzmiao podobnie, cho
zupenie inaczej: "S jakie wiadomoci?
". Tyle.
Wiedziaa, o co mu chodzi.
Chodzio o Pasz.
Dlatego czua si w obowizku wcza radio.
Pozycje Armii Czerwonej, pozycje wojsk
feldmarszaka von Leeba - nie chciaa tego
sucha.
Ale tak, bywao, e wiadomoci podnosiy j na
duchu.
Nawet kolejne zwycistwa Hitlera byy lepsze od
wewntrznej szarpaniny, ktr przeywaa.
Wczaa radio z nadziej, e beznadziejno
sytuacji na froncie cho troch j rozweseli.
Wiedziaa, e jeli spiker zacznie odczytywa list
wolnych czstotliwoci, w kraju nie zdarzyo si
nic godnego uwagi.
Zwykle przekazywa jakie wiadomoci, ale tu
przedtem z gonika dochodzia seria dziwnych
piskw i trzaskw.
Ratta-tat-tat - brzmiao to jak stukot maszyny do
pisania.
Dziennik trwa ledwie kilka sekund.
Ot, dwa, trzy zdania na temat fisko-rosyjskiego
frontu.
"Armia fiska szybko odzyskuje ziemie utracone
podczas wojny w tysic dziewiset
czterdziestym".
"Finowie s coraz bliej Leningradu".
"Finowie s na Lisim Nosie, zaledwie
dwadziecia kilometrw od granic miasta".
Potem byo o Niemcach.
Spiker czyta powoli, bardzo powoli, eby
suchacze mieli wraenie, e jakie wiadomoci
s, chocia ich nie byo.
Kiedy po raz kolejny wymieni list miast lecych
na poudnie od Leningradu, ktre wpady w rce
Niemcw, musiaa wsta i otworzy map.
Kiedy stwierdzia, e wrd zajtych
miejscowoci jest Carskie Sioo, doznaa tak
wielkiego wstrzsu, e na chwil zapomniaa o
Aleksandrze.
Przecie Carskie Sioo, mylaa, to letni paac
carw, tak samo jak Peterhof, miejsce, gdzie pisa
Puszkin.
Ale nie, najgorsze jest to, e Carskie Sioo ley
tylko dziesi kilometrw na poudnie od
Zakadw Kirowa, dziesi kilometrw na
poudnie od Leningradu!
Niemcy dotarli a tam?
- Tak - odrzek Aleksander.
- S bardzo blisko.
Kiedy bya w udz i kiedy leaa w szpitalu,
miasto bardzo si zmienio.
Zote wieyce Admiralicji i soboru Piotra i Pawa
pomalowano na szaro.
Po wszystkich ulicach kryli onierze, a jeszcze
bardziej rzucay si w oczy granatowe mundury
tych z NKWD.
Wszystkie okna byy oklejone papierem,
przechodnie chodzili szybko i zdecydowanym
krokiem.
Tatiana czsto siadywaa na awce naprzeciw
cerkwi i obserwowaa ludzi i niebo.
Po niebie pyway wszechobecne balony
zaporowe, niektre okrge, inne owalne.
Racje ywnociowe byy coraz bar dziej skpe,
chocia wci udawao jej si zdoby mk na
pierg z grzybami czy z kapust.
Przychodzc na kolacj, Aleksander czsto
przynosi im jedzenie.
W sklepach byway jeszcze kury na ros, ale
doda do rosou mona byo tylko marchewk.
Lici bobkowych ju nie byo.
Dmitrij wycign j na dach; Dasza i Aleksander
zostali na dole sami.
Dima obj j i powiedzia:
- Taniu, tak mi smutno.
Jak dugo mam czeka?
Moe dzisiaj po zwolisz mi na co wicej?
- Co ci jest?
- spytaa, kadc mu rk na ramieniu.
- Pociesz mnie troch.
- Przycign j do siebie i pocaowa w policzek,
prbujc przywrze ustami do jej warg.
W tym, e jej dotyka, byo co nienaturalnego.
Nie wiedziaa dlaczego.
- Przesta, Dima.
- Odsuna si lekko i skina na Antona, ktry
podbieg bliej i gawdzi z ni, dopki Dmitrj nie
mia tego do i sobie nie poszed.
- Dziki.
- Zawsze do usug odrzek Anton.
Dlaczego mu nie powiesz, eby wreszcie si od
ciebie odczepi?
- Nie uwierzysz, ale im czciej mu to mwi, tym
czciej do mnie przychodzi.
- Starsi faceci tacy ju s - powiedzia Anton z
min czowieka do wiadczonego.
- Czy ty nic nie rozumiesz?
Pofolguj mu troch, to ci zostawi!
- wybuchn miechem.
Tania te si rozemiaa.
- Chyba masz racj.
Starsi tacy ju s.
Graa z Dmitrijem w karty, czytaa mu ksiki,
opowiadaa kaway, poia go wdk.
Szczeglnie upodobaa sobie wdk, poniewa
Dima za duo pi i szybko zasypia
na sofie w korytarzu.
Braa wtedy sweter babci, sza na dach, siedziaa z
Antonem, mylaa o Paszy i o Aleksandrze.
Zabijali razem czas, ona i Anton.
Opowiadali sobie kaway, czytali Zoszczenk,
"Wojn i pokj", patrzyli w niebo, zastanawiali
si, kiedy Niemcy dotr do Leningradu.
I jak dugo to wszystko jeszcze potrwa.
A kiedy dzieci szy spa, zapalaa lamp naftow,
otwieraa angielski sownik i rozmwki i
zaczynaa powtarza swka.
Pen.
Tobie.
Love.
The United States of America.
Potato pancakes - umiaa ich bardzo duo.
Tak by chciaa zosta na dwie minuty sam na sam z
Aleksandrem i powiedzie mu, jakich zabawnych
zwrotw si nauczya.
Ktrej nocy, kiedy Anton zasn na dachu tu
obok niej, prbowaa wymyli sposb
naprawienia swego ycia.
Przecie kiedy wszystko byo dobrze, tak dobrze
jak to tylko moliwe.
I nagle, po dwudziestym drugim czerwca,
rozptao si pieko, po nure i zowieszcze, pieko,
ktre zdawao si nie mie koca.
Chocia nie zawsze tak byo.
Wieczornej godziny z Aleksandrem brakowao jej
bardziej, ni chciaa przyzna to przed sam sob.
Godziny, kiedy po wyjciu z Kirowa siadywaa na
awce, muskajc go ramieniem, kiedy spacerowali
pustymi ulicami, kiedy rozmawiali lub milczeli,
gdy cisza wlewaa si w sowa, jak adoga
wlewa si do Newy, ktra wpada do Zatoki
Fiskiej i do Batyku.
Wieczornej godziny, gdy si do siebie umiechali,
gdy biel jego zbw razia w oczy, gdy mia si,
zaraajc j miechem.
Gdy nie moga oderwa od niego oczu, gdy
widzia to tylko on, nikt wicej, bo on i tylko on
mia do tego prawo.
Godziny, gdy byli sami.
Co robi?
Jak to naprawi?
Przecie musi jako z tego wybrn.
I ze wzgldu na sam siebie, i ze wzgldu na
Dasz, i ze wzgldu na niego.
Druga nad ranem.
Miaa na sobie tylko star sukienk i sweter babci,
i byo jej zimno, ale wolaaby spdzi reszt ycia
na dachu ni na dole z mam i tat, ktrzy
rozpaczali po stracie Paszy, i z bagalnym szeptem
Daszy: "Taniu, id na dach, chc zosta z nim sam
na sam".
Mylaa te o wojnie.
Gdyby tak nadleciay niemieckie samoloty, gdyby
tak zrzuciy bomb na ich dom, moe zdoaaby ich
uratowa i sama przy tym zgin?
Ciekawe, chodziliby w aobie?
Pakaliby po mnie?
A on?
Niczego by nie aowa?
Niby czego miaby aowa?
Wiedziaa czego, bo ju teraz aowa, e si w to
wplta.
aowa od samego pocztku.
Ale nawet wtedy, na pocztku, kiedy jedzili
razem autobusem, kiedy, czyci i niewinni,
dotykali si niemiao ramionami, czy znaleliby
ustronne miejsce -
nie liczc spacerw pustymi ulicami, gdy
odprowadza j z fabryki do domu -
gdzie przez dwie, trzy minuty mogaby po wiczy
wymow angielskich swek?
Ona nie znaa takiego miejsca.
A on?
Bezsensowne rozwaania jeszcze bardziej j
przygnbiay.
Tylko tego jej brakowao.
Pragn jedynie ulgi, mylaa.
Ani jego wynioso, ani sporadyczne ktnie z
Dasz, ani jego zmienne nastroje, ani to, e cigle
wygrywa z nimi w karty, nie zmienio uczu, jakie
dla niego ywia, podania, ja kie odczuwaa.
Nie mia zbyt wielu wolnych wieczorw.
Zwykle musia wraca na capstrzyk albo i na
sub do soboru w.
Izaaka, gdzie wypatrywa nieprzyjacielskich
samolotw.
Dostawa najwyej dwie nocne przepustki
tygodniowo: o dwie za duo.
A dzisiaj by jeden z tych nieszczsnych
wieczorw.
"Taniu, id na dach.
Chciaabym zosta z nim sama".
Dobieg j odlegy grzmot.
Po niebie bezgonie pyway wielkie balony
zaporowe.
Wieczorne godziny.
Godziny poranne, godziny dnia, znowu godziny
wieczorne.
Musiaa co zrobi.
Tylko co?
Zesza na d.
Nalaa sobie herbaty, eby ogrza zzibnite rce,
i usiada na kuchennym parapecie, wygldajc na
ciemne podwrze.
Ktem oka zobaczya przechodzcego korytarzem
Aleksandra.
Min drzwi, zawrci i przystan w progu.
Przez chwil milczeli.
- Co tu robisz?
- spyta cicho.
- Czekam, a wyjdziesz, ebym moga si pooy
- odrzeka chodno i odwanie.
Niepewnie wszed do kuchni.
Zerkna na niego spode ba.
Podszed bliej.
Na myl, e zaraz poczuje jego zapach, zamaro jej
serce.
Zatrzyma si krok przed ni.
- Rzadko kiedy zostaj do pna.
- I dobrze.
Nikt ich nie obserwowa i patrzya na niego bez
mrugnicia okiem.
- Tatiasza - powiedzia z bolesn
wyrozumiaoci.
- Wiem, e ci ciko.
Przepraszam.
To moja wina.
Mam wyrzuty sumienia.
Nie mwiem?
Nie powinienem by wtedy przychodzi.
- Aha, bo przedtem byo atwiej, tak?
- atwiej ni teraz.
- Masz racj.
- Pragna zeskoczy z parapetu i podej bliej.
Pragna znowu jedzi z nim tramwajem, siedzie
z nim na awce, spa z nim w namiocie.
Pragna czu go tu przy sobie.
Na sobie.
Ale po wiedziaa tylko: - Powiedz, czy to dziki
tobie Dima jest co wieczr w Leningradzie?
Bo ilekro tu przychodzi, coraz bardziej si ze mn
spoufala.
Bysn oczami.
- Mwi, e mu pozwalasz.
- Doprawdy?
- Czy to dlatego by dla niej taki oschy?
- Co ci po wiedzia?
- Bya zbyt zmczona, eby gniewa si na
Dmitrija.
Aleksander podszed bliej.
Jeszcze troch, pomylaa, i poczuj jego zapach.
- Niewane - odrzek z blem w gosie.
- Mylae, e mwi prawd?
- A mwi?
- Wiesz co?
- Spucia nogi z parapetu i odstawia szklank.
Podszed jeszcze bliej.
- Co, Taniu?
- spyta cicho.
Pachnia mczyzn, mydem i szamponem.
Umiechna si blado.
I spowaniaa.
- Zrb mi przysug i trzymaj si ode mnie z
daleka.
Dobrze?
- Prbuj - odrzek, cofajc si o krok.
- Nieprawda.
Dlaczego wci tu przychodzisz?
- sykna.
- Zerwij z Dasz.
- Gboko westchna.
- Jak wtedy.
I odejd.
Id na swoj wojn.
I zabierz ze sob Dmitrija.
Do niego nic nie dociera i mam ju tego do.
- Mam do was wszystkich.
Nie, tego mu nie powiedziaa.
- Doj dzie do tego, e nie bd miaa siy mu
odmwi - dodaa z wysikiem.
- Przesta.
Nie mog teraz odej.
Niemcy s za blisko.
Twoja rodzina bdzie mnie potrzebowaa...
- Urwa.
- Ty te.
- Nie.
Dam sobie rad.
Prosz, jest mi za ciko.
Czy tego nie widzisz?
Poegnaj si z Dasz, poegnaj si ze mn i
wyjedcie.
Prosz ci, Aleksandrze, prosz...
- Taniu.
- Mwi tak cicho, e prawie bezgonie.
- Jakebym mg ci nie widywa?
Szybko zamrugaa.
- Kto mnie bdzie karmi?
Zamrugaa jeszcze raz.
- Dobrze, jak chcesz - odpara zdenerwowana.
- Bd ci gotowaa i puszczaa si z twoim
najlepszym przyjacielem, a ty bdziesz pieprzy
moj siostrzyczk.
Czy tym razem dobrze zrozumiaam warunki
umowy?
wietnie.
Doskonale.
Aleksander odwrci si na picie i wyszed.
Nazajutrz wczesnym rankiem posza na Prospekt
Grecki, eby Wiera obejrzaa jej ebra.
- Wiero, znalazaby dla mnie co do roboty?
Tu, w szpitalu.
Wiera zmruya oczy.
- Co si stao?
Jeste smutna.
Z powodu nogi?
- Nie...
- Ju miaa otworzy przed ni serce i wyla swj
smutek na jej tlenion i niczego nie
podejrzewajc gow, ale zdya wzi si w
gar.
- Nie, nie.
Po prostu nie mog chodzi i miertelnie si nudz.
Cay dzie siedz na dachu i wypatruj
bombowcw.
Znajdziesz co dla mnie?
- C - odrzeka w zadumie Wiera.
- Pracy tu peno...
- Na przykad?
- spytaa z oywieniem Tatiana.
- Mogaby siedzie za biurkiem i wypenia
formularze.
Albo roznosi jedzenie w stowce.
Albo bandaowa rany czy mierzy temperatur.
Kiedy wydobrzejesz, mogaby nawet nauczy si
pielgniarstwa.
Tania umiechna si szeroko.
- Doskonale!
- Nagle zmarszczya czoo.
- Ale co z Kirowem?
Kiedy zdejm mi gips, powinnam tam wrci.
Wanie: kiedy zdejm mi gips?
- Tatiano, przecie w Zakadach Kirowa jest teraz
front!
- wykrzykna Wiera.
- Nie bd taka odwana.
Gdyby wrcia, natychmiast dali by ci karabin i
zaczli ci szkoli do walki.
Ucieka stamtd w ostatniej chwili.
Ale tu, w szpitalu, zawsze brakuje rk do pracy.
Zbyt wielu ludzi
wstpuje do wojska, zbyt mao wraca.
- Umiechna si do niej.
- Nie
kady ma tyle szczcia co ty.
Gdyby ten oficer nie wygrzeba ci spod
gruzw...
Gdyby Tatiana moga skaka, wracaaby do domu
w podskokach.
Tego wieczoru przy kolacji z entuzjazmem
oznajmia, e znalaza
prac blisko domu.
- I bardzo dobrze!
- powiedzia ojciec.
- Nareszcie!
Zamiast w domu, bdziesz moga je w szpitalu.
- Tania nie powinna jeszcze chodzi - wtrci
Aleksander.
- Moe okule na cae ycie.
- Nie moe nic nie robi i y naszym kosztem!
- zagrzmia ojciec.
- Kto j wykarmi?
W pracy powiadaj, e znowu zmniejsz nam
racje.
Bdzie jeszcze gorzej.
- Pjd do pracy, tato - zapewnia go wesoo
Tania.
- I bd mniej jada, dobrze?
Aleksander ypn na ni spode ba i dgn
widelcem tuczone ziemniaki na talerzu.
Ojciec grzmotn pici w st.
- To twoja wina!
- krzykn.
- Powinna bya wyjecha z dziadkami!
My mielibymy wicej jedzenia, a ty nie
naraaaby si na niebezpieczestwo, pozostajc
w miecie.
- Pokrci gow.
- Powinna bya z nimi wyjecha.
- Co ty mwisz?
- Caa wesoo pierzcha.
Tania podniosa odrobin gos.
- Dobrze wiesz, e nie mogam wyjecha, bo
miaam zaman nog.
- Zmarszczya czoo.
- Przesta, Taniu.
- Dasza pooya jej rk na ramieniu.
Mama rzucia widelec.
- Gdyby nie twoje idiotyczne pomysy, niczego by
sobie nie zamaa!
Tatiana odtrcia rk Daszy i spojrzaa na matk.
- Gdyby nie wolaa, ebym to ja umara zamiast
Paszy, nie pojechaabym go szuka!
Rodzicom odebrao mow.
Pozostaym chyba te.
- Nigdy czego podobnego nie powiedziaam!
- krzykna mama wstajc.
-Nigdy!
- Syszaam!
- Nieprawda!
- Syszaam na wasne uszy!
Dlaczego Bg nie zabra Tani zamiast niego!
Ju zapomniaa?
- Przesta - powiedziaa Dasza drcym gosem.
- Mama na pewno tak nie mylaa.
- Taniu, Tanieczko - szepn Dmitrij.
- Uspokj si.
- Tatiano!
- wrzasn ojciec.
- Jak miesz tak do nas mwi, wie dzc, e to
wycznie twoja wina?
Tania prbowaa wzi gboki oddech, ale nie
moga.
- Moja?
- krzykna.
- To twoja wina!
To ty posae Pasz na mier i nie zrobie nic,
eby go ocali...
Ojciec zerwa si gwatownie i uderzy j w twarz
tak mocno, e spada z krzesa.
Aleksander szybko wsta i odepchn go na bok.
- Nie powiedzia.
- Nie.
- Precz!
- rykn ojciec.
- To rodzinna sprawa.
Wyno si!
Aleksander pomg Tani wsta.
Stali midzy sof i stoem, tu obok
Daszy, ktra a chwycia si za gow.
Ojciec i mama patrzyli na nich,
ciko dyszc.
Tania miaa rozbity nos i mocno krwawia.
Aleksander osania j jak
mur.
- Moesz mnie bi, ile chcesz!
- krzykna, przytrzymawszy si jego rkawa.
- Moesz mnie nawet zabi, ale i tak nie wrcisz
ycia Paszy!
A nikt nie wyjedzie std, dlatego e nie ma ju
dokd!
Ojciec wpad w furi.
Krzykn i znowu chcia j uderzy, lecz
Aleksander odepchn go jedn rk, drug
podtrzymujc Tanie.
- Nie - powtrzy.
- Nie.
W tej samej chwili Dasza zerwaa si z krzesa i
gono zawodzc, chwycia ojca za rk.
- Tatusiu, tatusiu, nie bij, prosz.
- Przeszya Tanie wzrokiem.
- Co ty narobia!
- Ona te prbowaa j uderzy, lecz powstrzyma
j Aleksander.
- Co ty wyprawiasz?
- spyta cicho.
Dasza spojrzaa na niego nic nierozumiejcym
wzrokiem.
- Co?
Ty jej bronisz?
Nie widzisz, co zrobia?
Mama pakaa, ojciec dziko wrzeszcza.
Dmitrij gapi si w talerz, Tatiana znieruchomiaa.
- Przesta, Dasza - powiedzia stanowczo
Aleksander.
- Tania nic nie zrobia.
Wszyscy przestacie.
Moe gdybycie posuchali jej w czerwcu, kiedy
moglicie sprowadzi Pasz do domu, nie
skakalibycie sobie teraz do oczu, a wasz syn i
brat mgby jeszcze y.
Ale teraz ju za pno, wic dajcie jej wity
spokj.
Odwrci si do nich plecami i spyta:
- W porzdku?
- Poda Tani serwetk ze stou.
- Masz, krwawisz.
Przy u nasady, zaraz przestanie.
Szybko, przy.
Spojrza na jej ojca.
- Gieorgiju Wasiljewiczu, rozumiem, e prbuje
pan ratowa syna.
Prosz mi wierzy, dobrze pana rozumiem.
Ale niech si pan nie wyywa na Tani.
Tata cisn kieliszkiem o podog i wyszed
chwiejnie z pokoju.
Mama wysza za nim.
Trzasna drzwiami i rozszlochaa si.
- Ona zawsze tak - szepna Tania.
- Pacze, dopki kto jej nie przeprosi.
Zwykle robi to ja.
Dasza przeszya Aleksandra wzrokiem.
- Nie mog uwierzy, e trzymasz jej stron, e
wystpie przeciwko mnie.
- Przesta bredzi - odrzek gono Aleks.
- Trzymam jej stron, bo nie pozwoliem, eby
uderzya siostr, ktra ma zaman nog.
Dlaczego nie uderzysz kogo swojego wzrostu
albo choby mnie?
Wiem, dla czego - doda gniewnie.
- Bo mogaby to zrobi tylko raz.
- Masz racj - warkna Dasza i wzia zamach,
chcc go spoliczkowa.
Chwyci j za rk i mocno odepchn.
- Przestaa nad sob panowa.
Wychodz.
Dmitrij, ktry od jakiego czasu nie powiedzia ani
sowa, wsta, wes tchn i ruszy za Aleksandrem.
Gdy tylko wyszli, Dasza rzucia si na Tatian.
Ta stracia rwnowag i upada na st, prosto w
tuczone ziemniaki, ktre wasnorcznie
przyrzdzia.
- I zobacz, co zrobia!
- wrzasna Dasza.
- Zobacz, co zrobia!
Otworzyy si drzwi i do pokoju wpad
Aleksander.
Chwyci j za rk, szarpn, odcign od siostry
i spyta:
- Taniu, moesz nas na chwil zostawi?
Wci przyciskajc serwetk do nosa, Tatiana
wysza i przystana na korytarzu.
Syszaa, jak na siebie krzycz, on na ni, ona na
niego.
Tu obok sta Dmitrij.
Patrzyli na siebie bez sowa.
Wreszcie Dima wzruszy ramionami.
- On ju taki jest.
Ma koszmarny temperament.
Tania chciaa powiedzie, e nigdy dotd nie
straci przy niej opanowania, ale wolaa posucha
tego, co dziao si za drzwiami.
- Nie powinien si w to miesza - mrukn Dmitrij.
- To rodzinna sprawa, nie sdzisz?
Burza szybko minie.
- Przypomina mi si stary kawa: "Wasilij,
dlaczego ty mnie cigle bijesz?
Przecie nie robi nic zego?
". A Wasilij na to: "I dobrze.
Gdybym wiedzia, co robisz, pewnie bym ci
zabi".
Dmitrij rozemia si, jakby nigdy w yciu nie
sysza nic zabawniejszego.
Zza drzwi dochodzi podniesiony gos Aleksandra.
- Czy nie widzisz, e to nie ona mnie od ciebie
odpycha, tylko ty sama?
Swoim zachowaniem?
Jak mog trzyma stron dziewczyny, ktra bije
wasn siostr?
Dasza co odpowiedziaa.
- Nie przepraszaj.
Nie potrzebuj twoich gupich przeprosin.
- Cisza.
- Nie, ja tak duej nie mog...
Dasza zaniosa si histerycznym szlochem.
- Aleks, prosz, nie odchod.
Przepraszam, masz racj, kochanie, masz racj,
tylko nie odchod.
Co mam zrobi?
Chcesz, ebym j przeprosia?
- Jeli tkniesz j choby palcem, natychmiast z
tob zerw.
Rozumiesz?
- Tak.
Ju nigdy jej nie uderz.
I znowu cisza.
Tatiana osupiaa.
Nie wiedzc, gdzie uciec wzrokiem, wytara
krwawicy nos, zerkna na Dmitrija i wzruszya
ramionami.
- Ani chwili sam na sam - powiedziaa.
- Nawet pokci si spokojnie nie mog.
- zacza osuwa si po cianie na podog.
Dmitrij podtrzyma j, zaprowadzi na sof, otar
jej twarz i poklepa j po plecach.
- Lepiej?
- powtarza.
- Ju lepiej?
Sarkowowie zastukali do drzwi z korytarza,
pytajc, czy wszystko w porzdku.
Jedna ktnia i wszyscy wszystko sysz, wszyscy
o wszyst kim wiedz.
- Tak - odpowiedziaa Tatiana.
- To tylko drobna sprzeczka, ju w porzdku.
Zaraz potem na korytarz wysza Dasza.
Przeprosia j pospnie, wrcia do pokoju i
zamkna drzwi.
Tania poprosia Dmitrija, eby ju sobie poszed, i
pokutykaa na dach.
Tam usiada i dugo si modlia o niemieck
bomb.
Jaki czas pniej z klatki schodowej wyszed
Aleksander.
Wanie rozmawiaa z Anionem i chocia drgno
jej serce, udaa, e go nie widzi.
Trzymali si za rce.
Wtem Anton trci j okciem i przesta mwi.
Tatiana westchna i odwrcia gow.
- Tak?
- spytaa smutno.
- Daj rk - powiedzia Aleksander.
- Nie.
- Daj rk.
- Anton - odrzeka gono Tania - pamitasz
Aleksandra, chopca Daszy?
Przywitajcie si.
Ucisnli sobie donie.
- Anton - poprosi Aleks - czy mgby zostawi
nas na chwil samych?
Anton niechtnie odszed i przykucn na tyle
blisko, e mg ich podsuchiwa.
- Odejdmy troch dalej - rzuci Aleksander.
- Noga mnie boli - odpara Tatiana.
- Tu jest dobrze.
Nie tracc czasu na wymian zda, Aleksander
wzi j na rce, przenis kilka krokw dalej i
postawi w rogu dachu, gdzie nie byo ani Antona,
ani Mariszki, siedmioletniej dziewczynki z
pierwszego pitra, ktra dosownie mieszkaa na
dachu, poniewa jej rodzice cigle pili.
- Daj rk, Taniu.
Bezwolnie go posuchaa.
Trzsy jej si donie.
- Dobrze si czujesz?
Czsto tak drysz?
- Czasami.
Nic mi nie jest - pokrcia gow.
- Dlaczego?
- Nie pozwol, eby ktokolwiek ci skrzywdzi.
- Ale co mi z tego przyjdzie?
Teraz wszyscy s na mnie wciekli.
Zabawie si z Dasz i wyjdziesz, ale ja zostan.
Ja bd spaa z ni w jednym ku, siedziaa w
tym samym pokoju, chodzia tym samym
korytarzem.
I wci bd mieciem.
Na jego twarzy malowa si wyraz czuoci i
wspczucia.
- Z nikim si nie zabawiem, Taniu.
Nie pozwol, eby ci krzywdzili.
Mam gdzie, czy Dasza si o nas dowie, albo czy
Dmitrij...
- Urwa.
Tatiana zamara.
- Mam gdzie, czy dowie si o nas cay wiat.
Nie po zwol ci skrzywdzi.
Nigdy.
Nikomu.
- Zamilk, patrzc jej w oczy.
- Dobrze o tym wiesz.
Dlatego jeli nie chcesz, eby mnie powiesili, jeli
nie chcesz powiedzie siostrze prawdy, musisz
zachowa wiksz ostrono w obecnoci ludzi,
ktrzy mog ci uderzy.
- Gdzie ty si uchowa?
W Ameryce tego nie robi?
Bo tu, w Rosji,
rodzice bij dzieci, a dzieci przyjmuj to z pokor.
Bo tu starsze siostry bij modsze, a modsze
musz to znosi.
Tu po prostu tak jest.
- Rozumiem - odrzek Aleksander.
- Ale ty jeste za moda, zbyt krucha, eby kto ci
bi.
Poza tym on za duo pije.
Nie wie, co robi.
Musisz uwaa.
Donie mia ciepe i kojce.
Tatiana przymkna oczy, wyobraajc sobie tylko
jedno.
Z jej lekko rozchylonych ust wydoby si cichy jk.
- Ciii...
- cisn jej palce.
- Nie rb tego.
- Szura, pogubiam si, nie wiem, co robi.
Zupenie si pogubiam.
Nagle zabraa rce i oczami daa mu znak.
Z klatki schodowej wysza Dasza.
- Przyszam zobaczy, co z Tani.
- Patrzya to na ni, to na niego.
- Jeszcze tu jeste?
Mwie, e musisz i.
- Bo musz.
- Aleksander wsta i poklepa j lekko po
policzku.
- Do zobaczenia za kilka dni.
A ty, Taniu, id do lekarza.
Niech sprawdzi, czy nie masz zamanego nosa.
Tatiana z trudem kiwna gow.
- Czego on chcia?
- spytaa Dasza, gdy odszed.
- Niczego.
Przyszed sprawdzi, jak si czuj.
- Raptem poczua, e nie wytrzyma, e zaraz
wszystko jej powie.
Otworzya usta i...
- Wiesz co?
Jeste moj starsz siostr i bardzo ci kocham.
Do jutra mi przejdzie, ale teraz jeste ostatni
osob, z ktr chciaabym rozmawia.
Wiem, e robi to za czsto, e wysuchuj ci,
kiedy masz ochot pogada, e odchodz, kiedy
kaesz mi odej.
Jutro znowu bd posuszna, ale teraz nie chc.
Chc posiedzie tu i pomyle.
- Umilka.
- Dlatego prosz, id sobie.
Dasza ani drgna.
- Posuchaj, Taniu.
Bardzo mi przykro, naprawd.
Ale nie powinna bya mwi tego o tacie i
mamie.
Dobrze wiesz, co przeywaj.
Dobrze wiesz, e maj wyrzuty sumienia...
- Nie chc sysze tych dwuznacznych przeprosin!
- Co ci napado?
Nigdy dotd tak si nie odzywaa.
Do nikogo.
- Prosz ci, Daszo, odejd.
Owinwszy si starym swetrem, Tania
przesiedziaa na dachu prawie do rana.
Zmarzy jej stopy i policzki.
Z oszoomieniem stwierdzia, e czca ich
intymno nie wygasa, e wci trwa.
Chocia mao ze sob rozmawiali, chocia by dla
niej bardzo chodny i chocia ostatnio pado
midzy nimi wiele gorzkich sw, nie miaa
najmniejszych wtpliwoci, e gdyby tylko
potrzebowaa wsparcia i obrony, mczyzna, ktry
odnalaz j pod ruinami w udz, natychmiast
przyszedby jej z pomoc.
Przekonanie to dodao jej si, po mogo krzykn
na pap, pomogo powiedzie mu prawd bez
wzgldu na to, jak bardzo go t prawd zrania.
Gdyby Aleksander nie doda jej si, nigdy nie
omieliaby si tego zrobi.
Gdy za nim stana, gdy wyrs przed ni niczym
mur, zapomniaa o krwawicym nosie i o bolcych
ebrach, i poczua si jeszcze odwaniejsza:
wiedziaa, e obroniby j nawet przed Dasz.
Bya tego pewna jak wasnego serca i nagle, w
samym rodku nocy, pogodzia si ze sob, ze
swoim yciem, a nawet z siostr.
Dmitrj, pono bardzo w niej zakochany, nie zrobi
nic, w ogle nie zareagowa -
zgodnie z przewidywaniami.
Nie zmienia o nim zdania ani na jot.
By typowym Rosjaninem, czowiekiem
radzieckim, ale nie winia go za to, e jest wierny
swojej naturze.
Jednoczenie ze wszystkich si prbowaa
sprzeciwi si swojej.
Czua, po prostu wiedziaa, e naley do
Aleksandra i e nic tego nie od mieni.
Mylaa, e wymae go z pamici, e zdoa bez
niego y.
Mrzonki.
Zakochaa si w chopaku rodzonej siostry i nie
potrafi si odkocha.
W aden sposb.
Miaa wraenie, e ksiyc Jowisza i soce
Wenus ustawiy si dla nich w jednej linii.
Aleksander wszed do swej kwatery i na grnej
pryczy zobaczy Dmitrija.
- Co si dzieje?
- spyta znuony.
- To ty mi powiedz.
- Przecie widzielimy si p godziny temu.
Id spa.
Wstaj o pitej.
- W takim razie przejd do rzeczy.
- Dmitj zeskoczy z ka.
- Chc, eby skoczy t maskarad i przesta
zawraca gow mojej dziewczynie.
- O czym ty mwisz?
- Czy ja nie mog mie czego tylko dla siebie?
Ty yjesz jak krl, masz wszystko, czego dusza
zapragnie.
Jeste porucznikiem Armii Czerwonej, masz pod
sob ludzi, ktrzy wypeniaj kady twj rozkaz.
Ja pod tob nie su...
- Ale suycie pode mn, szeregowy - przerwa mu
Marazow, zeskakujc z pryczy.
- Jest pno, czeka nas dugi dzie.
Nie powinnicie podnosi gosu.
Pozwolono wam tu wej w drodze wyjtku.
Dmitrij zasalutowa mu i zamilk.
Aleksander sta obok i czeka.
- Baczno, szeregowy.
- Marazow podszed bliej.
- Mylaem, e chcecie odpocz, zaczeka na
przyjaciela...
- Mam do niego ma spraw, towarzyszu
poruczniku - odrzek Dmitrij.
- Sprawa byaby maa tylko wtedy, gdybycie mnie
nie obudzili, ale poniewa mnie obudzilicie,
przestaje by maa i staje si dua.
Spocz nij.
- Marazow podcign dugie kalesony, powoli
obszed w peni umundurowanego Dmitrija i
mrukn: - Czy ta maa sprawa nie moe zaczeka
do jutra?
- Towarzyszu poruczniku - Aleksander
odchrzkn - czy mgbym porozmawia z nim w
cztery oczy?
- Jak sobie yczycie - odrzek Marazow, z trudem
tumic umiech.
- Wyjdmy na korytarz.
Aleksander zamkn za sob drzwi.
- Co ty wyczyniasz, Dima?
Chcesz sobie zaszkodzi u dowdcy?
- Przesta pieprzy, dobra?
- sykn Dmitrij.
- Powiesz mi, kiedy bdziesz mia dosy?
Moesz mie kad dziewczyn na wiecie, dla
czego przystawiasz si akurat do mojej?
Aleksander opanowa si z trudem, eby nie zada
mu tego samego pytania.
- Nie mam pojcia, o co ci chodzi.
Ojciec rozbi jej nos.
Chciaem jej pomc.
- Jestem zwykym wyrobnikiem.
Musz wszystkich sucha i za wszystkich
nadstawia karku.
Tylko ona traktuje mnie jak czowieka.
Bo ma to we krwi.
Wszystkich tak traktuje.
- Dima, ycie wyrobnika ma swoje plusy.
Pomyl tylko, ilu rzeczy nie musisz robi.
Czy wysano ci na poudnie, gdzie Hitler
przepuszcza wszystkich przez maszynk do misa?
Nie.
Oddzia Marazowa zostaje tu, na miejscu.
Czekacie, a front dotrze do Leningradu, I to ja si
o to postaraem.
Ja. eby ci pomc.
- Zamilk.
- Bo jeste moim przyjacielem.
- Podszed krok bliej.
- Przez te wszystkie lata byem dla ciebie dobry.
Co si stao z nasz przyjani, Dima?
- Mio j zniszczya, ot co!
- warkn Dmitrij.
- Tania jest dla mnie waniejsza.
Chc przey t kurewsk wojn.
Dla niej.
- Aha...
- Aleksander dugo milcza.
-No tojprzeyj, kto ci broni?
- Podkochuje si w tobie jak gupia koza - szepn
Dmitrij.
- Ale to niemoliwe, to tylko jej wyobrania.
Przecie ona nie wie, kim jeste.
A moe ju wie?
Aleksandrowi drgno serce.
Wiszca nad nimi arwka bya rozbita.
Ta na kocu korytarza to si zapalaa, to gasa.
Zza drzwi dochodzi miech onierzy.
W rurach szumiaa woda.
Milczeli.
Stali naprzeciw siebie i mierzyli si wzrokiem.
O czym on mwi?
- myla Aleksander.
O mojej przeszoci?
O Ameryce?
- Oczywicie, e nie - odrzek w kocu.
- Niby skd?
- Bo gdyby si dowiedziaa, zrobioby si bardzo
niebezpiecznie, nie uwaasz?
Niebezpiecznie dla nas.
Aleksander podszed powoli krok bliej.
Dmitrij podnis rce i opar si o cian.
- Dima, przesta ple gupstwa.
Powiedziaem, e ona nic nie wie.
- Nie chc nikogo skrzywdzi - wychrypia cicho
Dmitrij.
- Chc tylko mie swoj szans.
Aleksander zacisn zby i wrci do pokoju.
Marazow lea na ku z rkami pod gow.
- Czemienko zaazi ci za skr?
- rzuci obojtnie.
- Chcesz, ebym si nim zaj?
- Nie, dziki.
Sam z nim sobie poradz.
- Mog go przenie.
- Przenosiem go cztery razy.
- Aha.
Nikt go nie chce, wic dae go mnie?
- Nie tobie, tylko Kasznikowowi.
- Tak, ale Kasznikow podlega mnie.
Marazow sign po piersiwk, pocign yk
wdki i poczstowa Aleksandra.
- Id na nas niemieckie czogi - powiedzia.
- A my nie mamy ludzi, nie utrzymamy si.
Chyba bdziemy musieli si podda, co?
- O nie - odpar z umiechem Aleksander.
- Jeli bdzie trzeba, pj dziemy na nich z
kamieniami w rku!
Marazow zasalutowa i opad na poduszk.
- Poruczniku Bieow - rzuci.
- Ostatnio widuj was tylko na subie.
Nie macie pojcia, jakie dziewczyny przychodz
teraz do klubu.
Aleksander odpowiedzia mu umiechem i
pokrci gow.
- To ju nie dla mnie.
Zaskoczony Marazow podpar si na okciu i
westchn.
- Nie rozumiem, poruczniku.
Widz was, sysz.
Mwicie po rosyjsku, ale te sowa...
Nie wierz wasnym uszom.
Co si, kurwa, dzieje?
Aleksander milcza.
- Zaraz, zaraz.
Chyba si nie...
O psiakrew!
- I rykn zaraliwym miechem.
- Bredzisz!
Masz fioa?
Chyba jeszcze nie umierasz?
- Umiera, nie umieram, ale na pewno nie pi.
- No nie!
Kogo by tu obudzi?
Musz to komu powiedzie.
Wychyli si z ka i grzmotn poduszk
picego pod nim oficera.
- Obud si, Grinkow!
Jak ci powiem, to zdbiejesz.
- Odwal si - warkn tamten, odrzucajc
poduszk.
Aleksander wybuchn miechem.
- Marazow, przesta, ty wariacie.
Przesta, bo przenios i ciebie.
- Kto to jest?
- O czym ty mwisz?
- Aleks zasoni twarz poduszk.
- Czekaj...
To ta, o ktrej gadasz przez sen?
Zaskoczony Aleksander podnis gow.
- Ja nie gadam przez sen.
- Gadasz, gadasz, i to jak!
Grinkow!
Co Bieow mwi przez sen?
- Odwal si.
- Grinkow odwrci si twarz do ciany.
- Odwal si?
Nie, nie, co innego...
Powtarza imi jakiej dziewczyny.
Czekaj, zaraz sobie przypomn...
Aleks, jeste kutas.
Nie chcesz po wiedzie kolegom oficerom.
- Tylko dlatego, e wam bezgranicznie ufam.
- Aleksander przewrci si na bok.
Marazow klasn w donie.
- Chc j pozna.
Musz pozna dziewczyn, ktra zawrcia we
bie naszemu Aleksandrowi.
Nieco pniej, gdy Aleksander, bijc si z
mylami, dugo nie mg zasn, doszed do
wniosku, e nieatwo jest odmieni ludzkie serce.
Jeli ycie w Zwizku Radzieckim czego go
nauczyo, to na pewno tego.
Lecz wiedzia rwnie, e sprbuje.
Tylko najpierw musi z ni po rozmawia.
Tak, potem bdzie ju atwiej.
Wiedzia te, e gwiazdy rozwietl mrok jego
duszy tylko wwczas, jeli na to zasuy.
Najwyraniej jeszcze nie zasuy.
Najwyraniej jeszcze nie pora.
Rano mama spytaa j, czy jest z siebie
zadowolona.
Nie, odrzeka Tatiana.
Nieszczeglnie.
Gdy wszyscy wyszli i gdy ona te szykowaa si
do wyjcia, kto za puka do drzwi.
Otworzya: w progu sta Aleksander.
- Nie mog ci wpuci - szepna, wskazujc
ann Sarkow, ktra przystana w korytarzu i
podejrzliwie im si przygldaa.
W Tatianie lk walczy z podnieceniem.
Nie moga go wpuci, nie moga zamkn drzwi,
mimo to...
- Spokojnie - odrzek, wchodzc do rodka.
- Na dole czeka na mnie cay pluton wojska.
Budujemy zapory na poudniowo-wschodnim
kracu miasta.
- Spuci oczy.
- Mam ze nowiny.
Wczoraj Niemcy zdobyli Mg.
- O Boe...
- Dobrze pamitaa, co mwi o pocigach.
- co teraz?
Aleksander pokrci gow.
- To ju koniec.
Chciaem tylko spyta, jak si czujesz po
wczorajszym.
I sprawdzi, czy nie idziesz do pracy.
- Id.
- Taniu, nie.
- Tak, Szura, tak.
- Nie!
- prawie krzykn.
Tatiana zerkna przez rami i szepna:
- Sarkow o wszystkim doniesie.
Powie, e bye.
Gwarantuj.
- Wanie dlatego daj mi czapk, ktr tu wczoraj
zostawiem.
Wlepili mi kar.
Musz j mie.
Wszed do pokoju i po chwili wyszed na korytarz
z czapk.
- Prosz ci, nie id do szpitala.
- Szura, ja tu wariuj.
Siedz sama caymi dniami, dzie w dzie.
W szpitalu zobacz przynajmniej tych, ktrzy
naprawd cierpi.
To podniesie mnie na duchu.
- Bdziesz musiaa duo chodzi, noga nie
wytrzyma.
Poczekaj, za dwa tygodnie zdejm ci gips, a
wtedy...
- Ani myl.
Za dwa tygodnie trafi nie do szpitala, tylko do
domu wariatw.
- Szkoda, e Kirw jest ju na linii frontu - odrzek
cicho Aleksander.
- Mogaby wrci do pracy.
Czekabym na ciebie.
Codziennie.
- Umiechn si i doda: - Jak kiedy, pamitasz?
Boe, jak mogaby zapomnie.
Serce walio jej jak motem, ale Sarkow wci
ich obserwowaa.
- Do tego - mrukn Aleksander i zatrzasn
drzwi.
Tatiana otworzya usta i szybko je zamkna.
- No to koniec - wyszeptaa.
- Bd jeszcze wiksze kopoty.
Aleksander podszed bliej.
Zrobia krok do tyu.
On kolejny krok do przodu.
- Jak twj nos?
- spyta.
- Dobrze.
Nie jest zamany.
- Skd wiesz?
- Podszed jeszcze bliej.
Obronnym gestem wycigna przed siebie rce.
- Szura, prosz...
Kto gono zapuka do drzwi.
- Tanieczko, wszystko w porzdku?
- Tak, tak, w porzdku odkrzykna.
Zgrzytna klamka.
- Chciaam tylko spyta, czy zrobi ci co do
jedzenia.
- Znowu Sar kow.
- Nie, anno, dzikuj- odrzeka Tania, z trudem
zachowujc zimn krew.
Sarkow ypna spode ba na Aleksandra, ktry
spojrza na Tatian i przewrci
oczami.
Tania omal nie wybuchna miechem.
- Ju wychodzimy - dodaa.
- Tak?
A dokd?
- Ja do pracy...
- Ani mi si wa - sykn Aleksander.
- A porucznik Bieow idzie budowa zapory.
- Zapory, towarzyszko Sarkow, zapory -
powiedzia Aleksander.
ruszajc w jej stron.
- Wiecie, co to takiego?
To zesp umocnie prawie
dwudziestokilometrowej dugoci.
Sarkow wycofaa si na korytarz.
- A kadego z nich broni osiem gniazd karabinw
maszynowych, dziesi stanowisk
przeciwpancernych, trzynacie modzierzy i
czterdzieci sze karabinw maszynowych na
wysunitych pozycjach.
- Ach tak..
- Tak, bronimy naszego ukochanego miasta,
towarzyszko.
- Z tymi sowami ponownie zatrzasn drzwi.
Tatiana staa za nim, krcc gow.
- No to mnie wsypae - powiedziaa z
promiennym umiechem.
Wzia torb i przekrcia klucz w zamku.
- Chodmy, panie budowniczy.
Podczas gdy Sarkowa mamrotaa do siebie w
kuchni nad szklank herbaty, oni ruszyli schodami
w d.
Aleksander wzi Tanie za rk, chcc pomc jej
zej.
Prbowaa si wyszarpn, lecz na prno.
- Aleksandrze...
- Nie.
- Przycign j do siebie.
Zaszumiao jej w gowie.
Zaszumiao, zahuczao i zatrzeszczao, jak by nagle
zapono tam wielkie ognisko.
- Posuchaj - wychrypiaa.
- Poprosz Wier, eby przydzielia mnie do
stowki.
Moe wpadniesz na obiad?
Chtnie ci obsu - dodaa z umiechem.
Aleksander pokrci gow.
- Lubi, kiedy mnie karmisz, i niewiele rzeczy
sprawia mi wiksz przyjemno, ale bd za
daleko.
Nie zd.
- Szura, pu mnie.
Jestemy na schodach mojego domu...
Nie puci.
Jeszcze mocniej cisn j za rk.
- Co si stao?
- spytaa, przeczuwajc co zego.
Aleksander zawaha si i w jego czekoladowych
oczach zagoci gboki smutek.
- Taniu...
- westchn.
- Musimy porozmawia.
O Dmitriju.
- O Dmitriju?
- Tak, ale nie teraz.
To dusza rozmowa, rozmowa...
sam na sam.
Przyjd do mnie do witego Izaaka.
Serce walio jej jak motem.
- Do witego Izaaka?
Szura, z trudem kutykam do szpitala, a to ledwie
dwie ulice std.
Nie dojd, nie dam rady.
- Mwic to wiedziaa, e doszaby tam, nawet
gdyby musiaa si czoga.
- Wiem.
Nie chc, eby chodzia sama.
Na ulicach jest bezpiecznie, ale twoja noga...
- Pogaska j po policzku.
- Czy kto nie mgby ci pomc?
Tylko nie Anton.
Moe jaka koleanka?
Dziewczyna, ktrej ufasz, ktra mogaby
odprowadzi ci w poblie soboru.
Par ulic przeszaby sama.
Tatiana zagryza warg.
- Ale jak wrc do domu?
Aleksander umiechn si i przycign j do
siebie.
- Jak zwykle - odrzek z umiechem.
- Odprowadz ci.
Patrzya na guziki jego koszuli.
- Taniu, musimy, koniecznie musimy porozmawia,
i dobrze o tym wiesz.
Owszem, wiedziaa.
- Ale tak nie mona.
- Mona, Taniu, i trzeba.
- Dobrze.
Ale teraz id.
- Przyjdziesz?
- Sprbuj.
Id ju.
- Podnie...
Zanim zdy dokoczy, podniosa gow, a
wtedy mocno j po caowa.
- Czy ty masz pojcie, co si ze mn dzieje?
- wyszepta z rkami w jej wosach.
- Nie - odrzeka, saniajc si na nogach.
- Wiem tylko, co dzieje si ze mn.
Tego wieczoru zdarzy si cud: naprawiono
telefon kuzynki Mariny, Tatiana zaprosia j do
siebie i kilka minut przed sm Marina bya ju u
niej.
Tania dugo nie wypuszczaa jej z obj.
- Marinko, jeste ywym dowodem na to, e Bg
istnieje.
Tak bardzo mi ciebie brakowao.
Co si z tob dziao?
- Bg istnieje, to przecie oczywiste.
Co si ze mn dziao?
- Marina wybuchna miechem.
- Powiedz lepiej, co dziao si z tob.
Syszaam o twojej eskapadzie do ugi.
- Szybko zamrugaa.
- I o Paszy.
- Westchna, umiechna si lekko i spytaa: -
Dlaczego wygldasz jak chopak?
- Mam ci tyle do powiedzenia...
- Widz.
- Marina usiada przy stole w pokoju, gdzie
jeszcze wczoraj Aleksander osania
Tatian wasnym ciaem.
- Masz co do jedzenia?
Okropnie zgodniaam.
Marina, ciemnooka dziewczyna o szerokich
biodrach, maych piersiach i krtkich, czarnych
wosach, miaa dziewitnacie lat i pieprzyki na
twarzy.
Studiowaa na Uniwersytecie Leningradzkim i bya
najblisz przyjacik i powiernic Tani.
Spdzili razem wiele wakacji, one i Pasza,
wczc si po udz i pobliskim Nowogrodzie.
Dzielca je rnica wieku staa si widoczna
dopiero niedawno, mniej wicej przed rokiem:
Tatiana przestaa po prostu pasowa do
towarzystwa Mariny.
Tania spiesznie podaa Marinie kawaek chleba,
troch sera i zaparzya herbat.
- Jedz, tylko szybko, bo zaraz musimy i na
spacer.
licznie ci w tej sukience.
Jak mino lato?
- Nie moemy i na spacer.
To znaczy, ty nie moesz.
Spjrz na swoj nog.
Pogadajmy tutaj.
- Mama, tata i Dasza byli w pokoju obok;
suchali radia.
Nie odzywali si do Tani od wczorajszej
awantury.
- Zacznij od wosw - wymamrotaa Marina z
ustami penymi sera.
- Ostrzyga si?
Zawsze nosisz takie dugie spdnice?
- Nie, ale teraz mam nog w gipsie.
Wstawaj, idziemy.
- Tania po cigna j za rk.
Musiaa si spieszy.
Umwia si z Aleksandrem na dziesit,
tymczasem bya ju prawie dziewita, a one nie
wyszy jeszcze z domu.
Powiedzie jej?
Wszystko?
Jeszcze raz pocigna kuzynk za pulchn rk.
- Chod.
Ju si najada.
- Ale jak ty pjdziesz?
Przecie ledwo kutykasz.
Zreszt po co mamy gdzie chodzi?
Kiedy zdejm ci gips?
- W takim razie chodmy pokutyka.
Gips?
Chyba nigdy.
Jak wygldam?
Marina przestaa je i zmruya oczy.
- Co powiedziaa?
- ebymy poszy pokutyka.
- No dobrze.
- Marina otara usta i wstaa.
- Co si dzieje?
- Nic.
Dlaczego?
- Tatiano, wiem, e co jest nie tak.
- O czym ty mwisz?
- Taniu, znamy si od siedemnastu lat i nigdy dotd
nie pytaa mnie, jak wygldasz.
- Bo masz zepsuty telefon.
Moemy ju i?
- Masz za krtkie wosy, za dug spdnic i
woya bia, obcis bluzk.
Co si, do diaba, dzieje?
W kocu Tatiana zdoaa wycign j za drzwi.
Powoli doszy Greckim do placu Powstania, tam
wsiady do tramwaju i Newskim Prospektem
dojechay do Admiralicji.
Tania kutykaa, wspierajc si na ramieniu
przyjaciki.
Trudno jej byo i i jednoczenie mwi: niemal
ca energi pochaniao samo chodzenie.
- Dlaczego wyskoczya z tego pocigu?
To wtedy si poamaa?
- Nie.
A wyskoczyam z pocigu, bo musiaam.
- I musiaa wyldowa pod ton cegie?
- prychna Marina.
- To wtedy zamaa nog?
- Tak.
Przestaniesz wreszcie czy nie?
Marina rozemiaa si i obja j serdecznie.
- Przykro mi z powodu Paszy - dodaa cicho.
- By wspaniaym chopakiem.
- Tak chciaam go odnale...
- Wiem.
- Marina przystana.
- To byo niedobre lato.
Nie widziaam ci od pocztku wojny.
Tatiana kiwna gow.
- Niewiele brakowao i bymy si spotkay.
Jechaam do ciebie, pierwszego dnia wojny.
- I co?
Nie dojechaa?
Tak bardzo pragna wszystko jej opowiedzie, o
swoich uczuciach, o wyrzutach sumienia, o strachu
i o wstydzie.
Jednake zamiast tego opowiedziaa jej o Daszy i
Aleksandrze, o sobie i Dmitriju, o udz i o tym,
jak Aleksander jej szuka.
Powiedziaa jej wszystko oprcz prawdy.
Przelizgiwaa si midzy kamstwami jak midzy
szczelinami w kruchym lodzie.
Czy moe jej zaufa?
Zaufa osobie, ktra nie ma nic do stracenia?
Czua, e ilekro mwi prawd, midzy ni i
najbliszymi jej ludmi rozwiera si bezdenna
otcha.
Dlaczego?
- mylaa.
Jak to moliwe?
Jak to moliwe, e prawda, zaufanie i otwarto
dzieli, natomiast kamstwo, zdrada i oszukastwo
czy?
Jak to moliwe, e nie moe za ufa matce, ojcu i
siostrze, e nie moe opowiedzie im o tym, co j
gnbi?
ycie rodzio w ludziach pogard dla innych.
Ogrody Admiralicji.
Nareszcie, pomylaa.
Ogrody leay na brzegu Newy, midzy mostem
Paacowym i soborem Izaaka.
To ju niedaleko.
Gdyby wytya such, mogaby usysze jego
oddech.
Umiechna si.
Gazie wysokich, obsypanych limi wizw
osaniay awki i alejki tak samo jak w Ogrodzie
Letnim.
Jedyna rnica polegaa na tym, e w Ogrodzie
Letnim Tania spacerowaa i siedziaa z nim.
Z Aleksandrem.
- Czy przyszymy tu w jakim konkretnym celu?
- spytaa Marina.
- Nie - odrzeka Tania.
- Po prostu siedzimy i rozmawiamy.
- aowaa, e nie ma zegarka.
Ktra moe by godzina?
- Kiedy czsto tu przychodziam - powiedziaa
Marina.
- Raz by am nawet z tob, pamitasz?
Tatiana spieka raka.
- Tak, pamitam.
- ycie podarowao mi kilka miych chwil.
Wydaje si, e to byo tak niedawno.
Mylisz, e kiedy wrc?
- Oczywicie, na pewno, bardzo na to licz.
Zwaszcza e ja jeszcze ich nie zaznaam - dodaa
z cieniem umiechu na ustach.
- Nawet z Dmitrijem?
- No wiesz!
Ale skd!
- Tatiana zacisna usta.
Marina rozemiaa si, obja j i przytulia.
- Nie smu si, Taniu.
Jako si std wydostaniesz.
- Nie.
Nie ma ju pocigw.
Niemcy zdobyli Mg.
Marina zamilka.
- Od trzech dni nie mamy wiadomoci od ojca.
Walczy w Iorsku.
To niedaleko Mgi, prawda?
- Tak - szepna Tatiana.
- Niedaleko.
Marina przytulia j jeszcze mocniej.
- Chyba ju nikt std nie wyjedzie.
Mama jest ciko chora, ojciec...
- Wiem.
- Tania poklepaa j po nodze.
- Damy sobie rad, zobaczysz.
Musimy tylko by silne.
- Tak, zwaszcza ty.
- Marina potrzsna gow, odpdzajc ze myli.
- Powiesz mi w kocu, dlaczego mnie tu
przyprowadzia?
- Nie.
- Taniu...
- Nie.
Marina poaskotaa j w rami.
- No, powiedz.
Opowiedz mi o Dmitriju.
- Nie ma o czym.
Marina zachichotaa.
- e te akurat ty spotykasz si z wojskowym.
Nie mog w to uwierzy.
- Zerkna na ni ktem oka.
- A moe...
Umwia si z nim?
Tutaj?
- Nie!
wykrzykna Tatiana.
- Jestemy tylko przyjacimi.
- Tak, tak, oczywicie.
onierze znaj tylko jeden rodzaj przyjani.
Teraz z kolei Tatiana zerkna na ni ktem oka.
- To znaczy?
- Pamitasz, w zeszym roku chodziam z
wojskowym.
- Marina drwico cmokna jzykiem.
- Zobaczyam, jak yje, i powiedziaam sobie: daj
sobie spokj, dziewczyno, on nie dla ciebie.
Ale tego lata po znaam kogo naprawd miego,
pewnego studenta.
Wstpi do wojska i wysali go do Woroncowa.
- Westchna.
- Od tamtej pory ani razu si do mnie nie odezwa.
- Nie rozumiem.
I dlatego nie lubisz wojskowych?
Dlatego, e id na wojn?
- Nie, Taniu.
Dlatego, e uganiaj si za kobietami.
- Za kobietami?
- powtrzya cicho Tatiana.
- Tak.
Za takimi, co to lubi si zabawi, za zwykymi
ulicznicami,
za garnizonowymi dziwkami, za tymi, ktre
przychodz do oficerskich barw i klubw, eby
odda si pierwszemu lepszemu odakowi.
Za wszystkimi.
Po prostu tacy ju s.
To dla nich tak, jak wypali papierosa.
Ilekro wychodz na przepustk, ilekro maj
wolny dzie czy urlop.
- Marina pokrcia gow.
- Nie wiem, jak zdoaa opdzi si od Dmitrija.
Kobiety atwe, trudne, mode dziewczyny, takie jak
ty, to dla nich to samo.
Kolejny podbj, i tyle.
- Marinko, co ty mwisz?
Tu? W Leningradzie?
Chyba nie.
Tak jest tylko na Zachodzie.
I w Ameryce.
Marina wybuchna miechem.
- Uwielbiam ci, Taniu.
Naprawd.
Jeste taka...
- Aleksander jest inny...
wymruczaa do siebie wstrznita Tatiana.
- Kto?
Aha, chopak Daszy.
Jest inny?
Tak mylisz?
Porozmawiaj z siostr, niech ci powie.
Wiesz, gdzie si poznali?
W"Sadko".
Poznali si w"Sadko".
- Chcesz powiedzie, e...
- Porozmawiaj z Dasz, Taniu.
- Nieprawda!
To nie tak!
Nie wiesz, co mwisz!
- Tatiana zaczynaa aowa, e poprosia j o
pomoc.
- Posuchaj kontynuowaa Marina.
- Chc ci tylko powiedzie, e z onierzami takimi
jak Dmitrij trzeba zachowa du ostrono.
Oni maj...
Oni czego oczekuj.
I jeli tego nie dostan, czsto prbuj wzi to
si.
Rozumiesz?
Tatiana milczaa.
Jak to, u licha, si stao, e zaczy o tym
rozmawia?
- Nadal przyjanisz si z Antonem Iglenk?
To miy chopiec i bardzo ci lubi.
- Marina!
Anton to tylko kolega.
- Siedziaa, ciko dyszc, z rkami na kolanach.
- Nawet mnie nie lubi.
Marina umiechna si ciepo i potargaa jej
wosy.
- Jeste urocza, Taniu.
I jak zwykle lepa.
Pamitasz Misze?
Pamitasz, jak za tob chodzi?
- Kto?
Tatiana wytya pami.
- Misza z ugi?
- Tak.
W wakacje przez trzy lata z rzdu.
Pasza nie mg go od ciebie odpdzi.
- Zwariowaa.
- Tania i Miszka lubili zwisa do gry nogami z
gazi drzewa, uczya go robi gwiazd.
Pasza te.
- Taniu, czy kiedykolwiek rozmawiaa o tych
sprawach z Dasz?
- Niech Bg broni!
- wykrzykna Tatiana, prbujc wsta.
Czua si tak, jakby kto dgn j kilka razy tpym
noem.
Marina podtrzymaa j za rami.
- To lepiej porozmawiaj.
Dasza jest twoj starsz siostr.
Powinna ci pomc.
Ale bd ostrona, zwaszcza z Dmitrijem.
Chyba nie chcesz by kolejnym karbem na
onierskim pasie.
Tatiana mylaa o Aleksandrze.
Nie znaa go od tej strony.
Nagle uj rzaa nad sob jego gow, usta delikatnie
caujce jej piersi, gdy leaa ranna w namiocie.
Pokrcia gow.
Nie, to nieprawda.
Aleksander jest inny.
I raptem przypomniao jej si to, co mwi
Dmitrij.
Co opowiada o jego pozasubowych zajciach.
Zrobio jej si niedobrze.
- Chodmy do domu - mrukna przygnbiona i
powoli ruszyy w kierunku przystanku na
Newskim.
Powiedziaa Marinie, e nie musi jej
odprowadza.
- Nic mi nie bdzie.
Od placu Powstania dojd sama.
Naprawd.
Zaraz przyjedzie twj autobus.
Nie martw si o mnie, dam sobie rad.
Marina odpara, e nie moe zostawi jej samej w
rodku miasta, w dodatku w nocy.
Tatianie nawet do gowy nie przyszo, e powinna
si czego ba.
- Aleksander mwi, e od pocztku wojny
przestpczo gwatownie spada.
e prawie nie istnieje.
- C, skoro Aleksander tak mwi...
- Marina popatrzya jej prosto w oczy.
- Dobrze si czujesz?
- Tak.
Id ju.
- I dopiero wtedy zobaczya niech wypisan na
twarzy Mariny, niech, ktrej, pochonita
wasnymi mylami, przed tem nie widziaa.
Zmruya oczy.
Nic z tego nie rozumiaa.
Wycigna rk i dotkna jej policzka.
Marina szybko zamrugaa.
I wwczas Tania wszystko poja.
- Kto na ciebie czeka, Marino?
- spytaa cicho.
- Do kogo wracasz?
- Nikt, do nikogo - szepna Marina.
- Mama w szpitalu, taty nie ma.
Naprzeciwko mieszkaj Lublinowie, ale...
- Marinko - przerwaa jej agodnie Tatiana.
- Tak nie moe by.
Za mieszkaj z nami.
Mamy wolny pokj.
Dziadek i babcia wyjechali.
Samotno zabija.
Przeprowad si do nas.
Bdziesz spaa z Dasz i ze mn.
- Naprawd?
- Tak, naprawd.
- Pytaa o to rodzicw?
- Nie musz.
Po prostu spakuj si i przyjed.
Twoja mama jest sio str naszego taty.
Tata na pewno pozwoli.
Przyjed, dobrze?
Marina obja j i przytulia.
- Dzikuj - szepna.
- Te puste pokoje...
Bez mamy i taty czuj si bardzo samotna.
Tatiana poklepaa j po plecach.
- Wiem...
Spjrz, jest twj autobus!
Pomachawszy jej na poegnanie.
Marina przebiega na drug stron ulicy, a Tania
usiada na awce, eby zaczeka na tramwaj.
Coraz bardziej j mdlio.
Nadjecha tramwaj.
Otworzyy si drzwi, spojrza na ni konduktor.
Tania pokrcia gow.
Drzwi si zamkny, tramwaj odjecha.
Jak moga wrci do domu, nie zobaczywszy si z
Aleksandrem?
Nie moga, po prostu nie moga.
Wstaa i pokutykaa przez park w stron soboru.
Podeszli do niej dwaj onierze.
Przystanli, trzasnli kolbami karabinw w
chodnik i spytali, dokd idzie.
Powiedziaa, e do soboru.
Jeden z nich odrzek, e o tej porze sobr jest
zamknity.
Tak, powiedziaa, ale ja szukam porucznika
Bieowa.
Chyba go znali, bo na ich po wanych twarzach
wykwit!
lekki umiech.
- Mwiem ci, Wiktor, ale nie chciae mi
wierzy.
Powinnimy byli pj do szkoy oficerskiej.
- Mylaem, e oficerowie maj wicej pracy, a
nie wicej...
- onierz zerkn na Tatian i urwa.
- A ty kim dla niego jeste?
- spyta.
- Jestem jego kuzynk z Krasnodaru.
- Aha, kuzynk...
Dobra, chod, zaprowadzimy ci.
Tylko nie wiem, jak wejdziesz na gr.
To spiralne schody, ponad dwiecie stopni, a ty
masz nog w gipsie.
- Dam sobie rad - odpara Tatiana.
Chocia sobr strzela w niebo ledwie kilkaset
metrw dalej, nigdy dotd nie bya tak daleko.
Tatiana ciko dyszaa, posapywaa, bardzo bolaa
j noga.
Przed soborem, nad brzegiem Newy, wznosi si
pomnik Piotra Wielkiego, Jedca miedzianego.
Na pocztku wojny owinito go ptnem i
obudowano drewnianym rusztowaniem, ktre
nastpnie wypeniono piaskiem.
Pomnik ufundowaa caryca Katarzyna Wielka w
hodzie Piotrowi zaoycielowi miasta.
Ale tego wieczoru nie byo wida ani czarnego
konia, ani jedca, ani jego wycignitej rki.
Nic, tylko rusztowanie i worki z piaskiem, ktre
miay chroni Piotra przed Niemcami.
- Od jutra w caym miecie bdzie obowizywaa
godzina milicyj na - powiedzia
onierz imieniem Wiktor.
- Koniec z nocnymi spacerami.
Dlatego postaraj si, eby porucznik Bieow
dobrze t wizyt zapamita...
kuzyneczko.
Wprowadzili j do przestronnego wntrza i
Tatiana usyszaa cichy wist wahada, ktre
komunici zamontowali w soborze, eby miejsce
kultu przeksztaci w muzeum nauki.
Stranik pilnujcy wskich drzwi na schody spyta,
czy Tatiana jest czysta.
- Chyba tak.
adnej bomby przy sobie nie ma.
- Obszukalicie j?
- Zaraz.
- Wiktor przesun rkami wzdu jej bokw i
Tatiana skrzywia si z blu; wci doskwieray
jej zamane ebra.
Bya sam na sam z trzema obcymi onierzami, w
mrocznym, zowieszczym budynku, i nagle ogarn
j strach.
Wmawiaa sobie, e to nic, e to tylko
podwiadomo, ale kiedy donie Wiktora
spoczy na jej biodrach, nie wytrzymaa i cofna
si o krok.
- Moe ktry z was mgby...
mgby powiedzie porucznikowi, e przyszam.
- Wzia gboki oddech.
- Nie.
Wiecie co?
Chyba wrc do domu.
Przekacie mu, e byam.
- Puci j!
- W drzwiach stan Aleksander z karabinem.
Tatiana odetchna.
Wiktor natychmiast zabra rce.
- My tylko tak, towarzyszu poruczniku.
Sprawdzalimy, czy nie ma broni.
Mwi, e jest wasz kuzynk z...
- Szeregowy!
- Aleksander podszed bliej.
Growa nad Wiktorem jak sobr nad pomnikiem
Piotra Wielkiego.
- Nawet w Armii Czerwonej obowizuj pewne
zasady, a zasady te zabraniaj napastowania
modych dziewczt.
Ostrzegam, jeli jeszcze raz was na tym nakryj,
wycign surowe konsekwencje dyscyplinarne.
- Obj Tanie w talii i pchn j lekko w stron
schodw.
- Wy dwaj wracajcie na ulic, gdzie wasze
miejsce.
A wy, kapralu, zostacie tu, dopki nie zmieni
was Pietrenko i Kapow.
- Tak jest!
- odpowiedzieli chrem onierze.
Kapral stan przy drzwiach.
Wahado Foucaulta (przyp.
red.).
Aleksander z trudem powstrzyma si od umiechu.
- Chod.
Czeka nas duga wspinaczka.
- Kiedy minli pierwszy zakrt i znaleli si za
zaomem ciany, umiechn si szeroko i szepn:
- Taniu, tak si ciesz, e przysza.
Zrobio jej si gorco.
Westchna, czujc, e caa w rodku taje.
- Ja te - odrzeka cichutko.
- Przestraszyli ci?
- Pogaska j po gowie.
- S nieszkodliwi.
- Jeli tak, to dlaczego po mnie zszede?
- Usyszaem twj gos.
Troch si baa.
Patrzy na ni tak...
tak...
- Co?
- spytaa niemiao.
- Nic, nic.
- Przykucn przed ni.
- Wskakuj.
Obejmij mnie za szyj.
Jak wtedy.
Pamitasz?
- Chcesz mnie tam zanie na barana?
To dwiecie stopni.
- Przesza kawa drogi.
Przynajmniej tyle mog dla ciebie zrobi.
Wemiesz karabin?
Kiedy wsta, przytrzymujc si porczy, Tania
delikatnie pocaowaa go w konierzyk munduru z
nadziej, e Aleksander tego nie zauway.
Wnis j na sam gr, na przeszklony kruganek
z kolumnami, ktre czciowo przesaniay widok
na miasto, niebo i horyzont.
Postawi j na pododze, odebra jej karabin i
opar go o cian zocistej kopuy.
- Wyjdziemy na taras, chcesz?
Stamtd jest lepszy widok.
Jestemy bardzo wysoko - doda z umiechem.
- Nie bdziesz si baa?
- Nie - odrzeka, patrzc mu w oczy.
- Nie.
Wyszli na wski taras biegncy wok kruganka.
Bya tam tylko niska elazna porcz, nic wicej.
Gdyby nie zaciemnienie, widok z tego miejsca
zapieraby dech w piersi, pomylaa Tatiana.
W miecie pogaszono wszystkie wiata i w
aksamitnym mroku nie moga nawet do strzec
sylwetek wielkich, biaych balonw zaporowych
suncych cicho po czarnym niebie.
Byo chodno.
Pachniao wie wod.
- No i co?
adnie tu?
- Aleksander podszed bliej.
Tatiana nie moga si poruszy, nawet gdyby
chciaa.
Tu przed ni bya tylko porcz.
- Mmm...
- Patrzya w ciemno.
Baa si odwrci i zdradzi mu to, co ma w
sercu.
- Co tu robisz sam w nocy?
- Nic.
Siedz.
Pal.
Myl.
W rzeczywistoci na wie soboru Izaaka
prowadz 562 stopnie
Obj j wp, splt donie na jej brzuchu i mocno
j przytuli.
Na szyi poczua jego usta.
- Och, Taniu...
Zalaa j fala podania.
Nagle, gwatownie.
Byo niczym rozrywajca si bomba, ktrej
odamki ra zakoczenia wszystkich nerww.
Nie, nie podanie.
To byo podanie raptowne i palce.
Prbowaa si odsun, lecz za mocno j
obejmowa.
Pragna tylko jednego: osun si na podog.
Ilekro jej dotyka, miaa ochot si pooy.
Dlaczego?
Dlaczego?
- Szura, zaczekaj...
- wychrypiaa, nie poznajc wasnego,
przepojonego wyczekiwaniem gosu, ktry tak
naprawd mwi zupenie co innego.
Chod do mnie, chod, bliej...
Zamkna oczy.
- Nie widz adnych samolotw.
- Ja te nie.
- Nadlec?
-jkna cichutko.
- Tak - szepn, nie przestajc caowa jej
obnaonej szyi.
- Ogoszenia i plakaty nareszcie mwi prawd.
Wrg stoi u bram.
- Mylisz, e zdoamy uciec?
- Nie.
Utkwilimy tu jak w puapce.
Ten gorcy oddech, te wilgotne usta - Tatiana
zadraa.
- Wic co z nami bdzie?
Aleksander nie odpowiedzia.
- Chciae porozmawia...
- Porozmawia?
- powtrzy, przyciskajc j do siebie jeszcze
mocniej.
- Tak, o...
o...
- Zapomniaa o czym.
- O Dmitriju?
Zsun jej bluzk i pocaowa j w obnaon
opatk.
- Masz adn bluzk - tchn z ustami tu nad jej
nagim ramieniem.
- Przesta, Szura, prosz...
- Nie - odrzek, ocierajc si o jej plecy.
- Nie mog.
To tak, jakby poprosia mnie, ebym przesta
oddycha.
Pooy jej donie na piersiach.
Troch bolay j ebra, lecz by to bl miy,
rozkoszny i Tatiana jkna.
Odwrci j twarz ku sobie i z ustami na jej szyi,
szepn:
- Ciii...
Ci na dole wszystko sysz.
Dwik dobrze si niesie.
- To zabierz rce - szepna.
- Albo zaso mi usta.
- Dobrze, zasoni - wymrucza, caujc j coraz
namitniej.
Chwil pniej pomylaa, e zaraz zemdleje.
- Szura - jkna, tulc si do niego ze wszystkich
si.
- Boe, musisz przesta.
Musimy przesta.
Tylko jak?
- Czua coraz wikszy ar w podbrzuszu, coraz
silniejszy ucisk.
- Nie przestaniemy.
- Przestaniemy.
- Nie - tchn z ustami na jej ustach.
- Ale...
ale jak si tego pozby?
Co zrobi, eby...
eby wreszcie mi ulyo?
Nie mog tak y, nie mog przesta o tobie
myle.
Boe, jak bardzo chc zazna ulgi...
Aleksander oderwa wargi od jej warg.
- Taniu - wyszepta arliwie.
- Niczego w yciu nie pragn bardziej, jak tego,
eby ci j da.
- Jego rce zaciskay si na niej jak imado.
Przypomniay jej si sowa Mariny: "To dla nich
tak, jak wypali papierosa".
I wtedy, wbrew sobie, wbrew wasnej pewnoci i
niezachwianej wierze, zapominajc o tych
cudownych chwilach na szczycie witego soboru,
dopucia do gosu to, co tak bardzo j gnbio.
Nie ufajc in stynktowi, bojc si i wtpic,
odepchna go od siebie.
- Co si stao?
- spyta.
- Dlaczego?
Prbowaa zebra si na odwag.
Szukaa odpowiednich sw, lkaa si i pyta, i
odpowiedzi, nie chciaa go zdenerwowa.
Nie, nie zasugiwa na to.
W kocu ufaa mu, w kocu wierzya mu bardziej
ni cynicznej Marinie.
Mimo to sowa, ktre kuzynka wypowiedziaa w
parku, wci przygniatay jej pier, wci
buzoway jej w odku.
Nie chciaa obarcza go dodatkowym
brzemieniem.
Wiedziaa, e i bez tego mu ciko.
Jednoczenie nie moga pozwoli na to, eby jej
dotyka.
- Taniu, co si stao?
- powtrzy.
Powiedz.
- Zaczekaj...
Szura, czy moesz...
- Odesza kilka krokw dalej.
- Zaczekaj, dobrze?
Nie podszed do niej.
Przystana dwa metry dalej, powoli usiada i
podcigna kolana.
- Mielimy rozmawia o Dmitriju - powiedziaa,
czujc si jak przekuty balon.
Aleksander zaoy rce.
- Porozmawiamy, ale najpierw powiesz mi, co ci
drczy.
Pokrcia gow.
Nie, nie moga, po prostu nie moga go o to
zapyta.
- Nic, naprawd.
- Umiechna si.
Uwierzy, e szczerze?
Sdzc po jego minie, chyba nie.
- Nic.
- Tym bardziej mi o tym opowiedz.
Patrzc na swoj dug brzow spdnic, na
wystajce spod gipsu palce, kilka razy gboko
odetchna.
- Szura, to dla mnie bardzo trudne.
- Wiem.
- Przysiad z rkami na kolanach.
- Nie wiem, jak to powiedzie - szepna ze
spuszczon gow.
- Jak zwykle.
Otwrz usta i powiedz.
Wci nie moga zdoby si na odwag.
- Musimy omwi wiele wanych spraw, podj
wiele wanych decyzji, dlatego...
- Zerkna na niego ktem oka.
Przyglda si jej ciekawie i z zatroskaniem.
- Mamy tak mao czasu, a ja tak gupio go trac,
ale...
Ale...
- Aleksander milcza.
- Czy...
- Boe, to takie gupie.
Co ona o tym wie?
- Wiesz, kto mnie tu przyprowadzi?
Marina.
Moja kuzynka Marina.
Aleksander kiwn gow.
- To dobrze.
Tylko co Marina ma wsplnego z nami?
Czy ja j wreszcie poznam?
- Kiedy si dowiesz, co mi powiedziaa, pewnie
nie bdziesz chcia.
Opowiadaa mi o wojskowych.
- Podniosa wzrok.
Aleksander chyba wszystko zrozumia, bo na jego
twarzy odmalowa si wyraz rozdranienia i
poczucia winy.
Nie takim pragna go widzie.
- Powiedziaa mi wiele ciekawych rzeczy.
- Nie wtpi.
- Ale nie o tobie.
- Co za ulga.
- Ostrzegaa mnie przed Dmitrijem, ale
powiedziaa, e onierze traktuj dziewczta jak
zdobycz, e jestemy dla nich kolejnymi karbami
na pasie.
- Umilka, doszedszy do wniosku, e to wystarczy,
e i tak jest bardzo dzielna.
Aleksander powoli przysun si bliej.
Nawet jej nie dotkn.
Po prostu przykucn i cicho spyta:
- Chcesz mnie o co zapyta?
- Nie.
- A chcesz, ebym ja zapyta o co ciebie?
- Nie.
- No to nie zapytam.
- Odpowiedziaabym, ale nie chc, eby mnie
pyta.
Tak bardzo pragna spojrze mu w oczy.
Po prostu nie chciaa zobaczy w nich poczucia
winy.
I pomylaa: a jeli po tym wszystkim, po naszym
lecie, po Kirowie, po udz, po tych
niezgbionych, zapierajcych dech w piersi
chwilach, dowiem si zaraz, e Marina miaa
racj?
Nie, nie moga go o to spyta.
Ale budowa tak gorce uczucia na kamstwie?
- Taniu, o co chciaa mnie zapyta?
- powtrzy Aleksander.
Powiedzia to tak agodnie, tak cierpliwie.
By silny, dobry, taki jak zawsze, dlatego
wzmocniona jego si, spytaa cichutko:
- Szura, czy jestem dla ciebie kolejn...
zdobycz?
Tyle e troch modsz i trudniejsz?
Kolejnym karbem na twoim pasie?
- Niemiao podniosa gow i popatrzya na niego
niepewnym, bezbronnym spojrzeniem.
Obj j i przytuli do siebie jak malekie, ciasno
obandaowane za winitko.
- Taniu - szepn, caujc j we wosy.
- Taniu, nie wiem, co z tob zrobi.
- Odsun si lekko i z roziskrzonymi oczami uj
jej twarz w donie.
- Tatiasza - spyta bagalnie - o czym ty mwisz?
A szpital?
Ju zapomniaa?
Ty - zdobycz?
Zapomniaa, e gdybym tylko chcia, mgbym ci
wtedy mie?
Tamtej albo kadej nastpnej nocy?
- I nie odrywajc od niej wzroku, jeszcze ciszej i
jeszcze agodniej doda: - Za pomniaa, e chtnie
by mi si wtedy oddaa?
I e to wanie ja po oyem kres tej
bezsensownej sytuacji?
Tatiana zamkna oczy.
Aleksander zacisn donie na jej policzkach.
- Otwrz oczy; Taniu.
Otwrz oczy i spjrz na mnie.
Zawstydzona, powoli rozwara powieki.
Patrzy na ni tak agodnie, tak czule.
- Taniu, uwierz, nie jeste dla mnie ani zdobycz,
ani kolejnym karbem na pasie.
Wiem, co czujesz, wiem, e ci ciko, ale
chciabym, e by nie zamartwiaa si czym, co
nie jest prawd.
- Pocaowa j gboko i namitnie.
- Czujesz moje usta?
- szepn.
- Kiedy ci cauj...
- Pocaowa j raz jeszcze.
- Nie czujesz moich warg?
Nie rozumiesz, co mwi?
Co mwi moje rce?
Tatiana zamkna oczy i jkna.
Dlaczego bya przy nim taka bez bronna, dlaczego?
Mia racj.
Mia racj.
Oddaaby mu si nie tylko wtedy, ale i teraz, zaraz,
na tej twardej pododze.
Aleksander patrzy na ni z lekkim umiechem.
- A moe - szepn - zamiast pyta o kolejny karb
na moim pasie, spytaj mnie lepiej, dlaczego nim
nie jeste?
Trzsy jej si rce.
- Dobrze - wychrypiaa.
- Dlaczego?
Parskn miechem.
Tania odchrzkna.
- Wiesz, co jeszcze powiedziaa?
- Marina?
- Westchn i odsun si od niej.
- No?
Tatiana obja si za kolana.
- Powiedziaa, e wszyscy wojskowi robi to z
garnizonowymi dziwkami i nigdy adnej nie
odmawiaj.
- Prosz, prosz...
- Aleksander pokrci gow.
- Lepsze z niej ziko.
Jak to dobrze, e do niej nie dojechaa.
Wtedy, w czerwcu.
- Wiem.
- Na wspomnienie tamtych chwil w autobusie,
zagodniaa jej twarz.
Jemu te.
Co ona sobie myli?
Co robi?
Za na sam siebie, potrzsna gow.
- Posuchaj, nie chciaem ci tego mwi, ale...
- Aleksander wzi gboki oddech.
- Kiedy tylko wstpiem do wojska, przekonaem
si, e ze wzgldu na charakter naszej suby,
trwae i szczere zwizki z kobietami bd bardzo
trudne.
- Wzruszy ramionami.
- Ze wzgldu na charakter suby i na realia ycia
w tym kraju.
Brak mieszka, brak hoteli:
Rosjanin i Rosjanka nie maj po prostu dokd
pj.
Chcesz prawdy?
Prosz.
Nie chc, eby si jej baa, nie chc, eby baa
si mnie.
W wolne dni, na przepustce czy na dwudniowym
urlopie, chodzimy na piwo i czsto towarzysz
nam mode kobiety, ktre...
ktre s skonne zabawi si z onierzami bez
adnych zobowiza.
- I ty si z nimi...
- Tatiana wstrzymaa oddech.
- Zabawiae?
- Tak, kilka razy - odrzek, uciekajc wzrokiem w
bok.
- Prosz, nie denerwuj si, Taniu.
- Nie jestem zdenerwowana - wymamrotaa
Tatiana.
Oszoomiona, tak.
Rozdarta wtpliwociami, tak.
I zahipnotyzowana tob.
- Jestemy modzi, po prostu si bawilimy.
Zawsze utrzymywaem dystans, nie chciaem si z
nimi wiza...
- A z Dasz?
- Co z Dasz?
- spyta ze znueniem.
- Czy Dasz te...
- Sowa nie chciay przej jej przez gardo.
- Tatiu, prosz.
- Aleksander pokrci gow.
- Nie myl o tym.
Spytaj j, jak bya dziewczyn.
Nie mnie o tym mwi.
- Przecie si z ni zwizae!
- wykrzykna.
- Ona nie jest z kamienia.
Ma serce.
- Nie - odpar.
- Ma ciebie.
Tatiana ciko westchna.
Rozmawia z Aleksandrem o siostrze - to byo dla
niej za trudne.
Wysuchiwanie opowieci o anonimowych
dziewczynach byoby duo atwiejsze.
Siedziaa, obejmujc mocno kolana.
Miaa ochot spyta, jak jest z nim teraz, ale sowa
grzzy jej w gardle.
Nie, o nic nie bdzie go pytaa.
Pragna, eby wszystko byo jak kiedy, przed
szpitalem, zanim szokujca reakcja jej ciaa
przesonia to, co naprawd do niego czua.
Aleksander delikatnie pogaska j po udach.
- Czuj, e si boisz.
Taniu, bagam ci, nie zwaaj na gupstwa.
- Dobrze - odrzeka ze skruch.
- To nieistotne, to nie ma nic wsplnego z nami.
Nie chc, eby roz dzielio nas co, co nie ma
adnego znaczenia.
Spjrz tylko, ile dzieli nas i bez tego.
- Dobrze - powtrzya.
- Zapomnij o tym.
Czego si boisz?
- Tego, e si co do ciebie myl szepna.
- Tatiu, ty?
Akurat ty?
Jak to moliwe?
- Rozgoryczony, zacisn pici.
Czy nie rozumiesz, e przyszedem do ciebie
wanie dlatego, e byo mi le?
Nie widziaa, e zeraa mnie samotno?
Tatiana przycisna donie do piersi.
- Nie, bo ja te byam samotna.
- Opara si o barierk.
- Szura, otaczaj mnie pprawdy i
niedomwienia.
Nie mamy dla siebie chwili czasu, eby
porozmawia jak kiedy.
eby ze sob poby, tak sam na sam...
- Brakuje nam prywatnoci.
- To ostatnie sowo powiedzia po angielsku.
- Czego?
- Postanowia, e w domu zajrzy do sownika.
- Szura, a teraz?
Czy oprcz Daszy...
- Tatiano.
Wszystko to, czym si tak zamartwiasz, ju dawno
nie istnieje.
Znikno.
Wyparowao z mojego ycia w chwili, gdy ci
spotkaem.
Wiedziaem, e musz z tym skoczy, bo gdyby
kiedykolwiek mnie o to spytaa, nie mgbym
spojrze ci w twarz.
Bo musiabym kama.
- Patrzy na ni, a ona dostrzega w jego oczach
niem prawd.
Umiechna si, odetchna i nagle poczua, e to
nieznone napicie i mdoci, ktre odczuwaa od
rozmowy z Marin, szybko ustpuj.
Pragna, eby j obj.
- Przepraszam - wyszeptaa.
Przepraszam, e w ciebie zwtpiam.
Jestem chyba za moda...
- Taniu, ty jeste...
ty jeste...
- Boe!
- wykrzykn.
- To czysty obd.
Nigdy nie mie dla siebie czasu.
Nie mc porozmawia, wyjani, wytumaczy.
Nigdy nie mie chwili...
Chwile ju mielimy, pomylaa.
W autobusie.
Przed Zakadami Kirowa.
W udz.
I w parku.
Mielimy chwile, ktre zapieray dech w piersi.
Teraz pragniemy wiecznoci.
- Przepraszam, Szura.
- Chwycia go za rce.
- Nie chciaam ci zdenerwowa.
- Taniu, gdybymy tylko mieli cho chwil
prywatnoci, ju nigdy by we mnie nie zwtpia.
Znowu to angielskie sowo.
- Prywatnoci?
Aleksander umiechn si smutno.
- Chwil sam na sam, z dala od oczu i uszu innych.
Chwil intymnoci, ktrej w dwch pokojach, w
towarzystwie szeciorga osb nie sposb
uwiadczy.
To jest wanie prywatno.
- Aha...
- szepna Tatiana, czerwienic si jak piwonia.
Prywatno:
tego sowa szukaa, odkd go tylko poznaa!
- W rosyjskim czego takiego nie ma.
- Wiem.
- A w Ameryce mwicie na to...
- Privacy.
Prywatno.
Tatiana zamilka.
Nie wstajc, Aleksander przysun si bliej i
obj j nogami.
- Taniu, kiedy znowu bdziemy sami?
- spyta, patrzc jej w oczy.
- Jestemy sami teraz.
- Kiedy bd mg ci pocaowa?
- Pocauj mnie teraz - szepna.
Lecz on jakby jej nie sysza.
- Czy wiesz, e moe ju nigdy?
Nadchodz Niemcy.
Rozumiesz, co to znaczy?
e ju nigdy nie bdzie tak jak kiedy.
- Ju nie jest.
Od dwudziestego drugiego czerwca.
- Masz racj, nie jest.
Ale do niedawna tylko si zbroilimy, a teraz
mamy prawdziw wojn.
Tu, w Leningradzie, stoczymy bitw o wolno.
Ilu z nas przeyje?
Ilu t wolno zdobdzie?
- Boe, to dlatego przychodzie do nas, ilekro
miae okazj, cignc za sob Dmitrija?
Aleksander westchn i kiwn gow.
- Baem si, e ju nigdy wicej ci nie zobacz.
Tatiana z trudem przekna lin i jeszcze mocniej
zacisna rce na kolanach.
- Ale...
dlaczego?
Dlaczego zawsze przychodzisz z nim?
Nie moesz mu powiedzie, eby da mi wity
spokj?
On mnie nie sucha, nie wiem, co robi.
Aleksander nie odpowiedzia, wic przechylia
gow, chcc pochwyci jego spojrzenie.
- Szura - szepna.
- Opowiedz mi o Dmitriju.
Co mu jeste winien?
Aleksander spojrza na papierosy.
- Szura, co mu obiecae?
- spytaa cichutko.
- Mnie?
- Dmitrij wie, kim jestem, Taniu.
- Przesta.
- Ledwo poruszya wargami.
- Nie uwierzysz w to, Taniu.
Ale kiedy ci powiem, nie bdzie ju dla nas
odwrotu.
- Odwrotu nie ma ju teraz - wyszeptaa, pragnc
odmwi szybk modlitw.
- Nie wiem, co z nim zrobi.
- Pomog ci.
Szura.
- Serce roso jej i walio jak motem.
- Mw.
Usiad przy cianie naprzeciwko niej i wycign
nogi.
Ona wci opieraa si o elazn balustrad.
Wyczua, e Aleksander nie chce jej bliskoci.
Nie teraz, nie w tej chwili.
Zdja pantofelek.
Jego but by dwa razy wikszy od jej stopy.
Aleksander zadra, jakby zmierzaa ku niemu
dzika bestia.
- Kiedy aresztowano moj matk - zacz, nie
patrzc na Tanie - ci z NKWD
przyszli i po mnie.
Nawet nie mogem si z ni poegna.
- Odwrci wzrok.
- Jak si domylasz, nie lubi o niej rozmawia.
Kiedy miaem czternacie lat i chodziem z ojcem
na zebrania partii
komunistycznej, oskarono mnie o szerzenie
kapitalistycznej propagandy, dlate go trzy lata
pniej, ju w Leningradzie, aresztowano mnie i
przewieziono do Kriestw, wizienia dla
pospolitych kryminalistw; w Szpalemej i
Wielkim Domu -
wizieniu dla politycznych - nie byo ju miejsca.
Krtki, niejawny proces i w trzy godziny po
przyjedzie byem ju skazanym winiem.
Przesuchanie?
- prychn.
- Nie zawracali tym sobie gowy.
ledczy mieli duo pracy, przesuchiwali innych,
waniejszych
Szpalerna - stare carskie wizienie w Leningradzie
na ulicy Szpalemej (przyp.
red.).
Wielki Dom (Bolszoj dom) - wielkie wizienie
ledcze NKWD w Leningradzie na Prospekcie
Litiejnym (przyp.
red.).
aresztantw.
Dostaem dziesi lat obozu we Wadywostoku.
Wyobra asz sobie?
- Nie.
- Naprawd nie moga sobie tego wyobrazi.
- Wiesz, ilu nas wsiado do pocigu?
Tysic osb.
Jeden z winiw odcign mnie na bok i szepn:
"Niedawno wyszedem i znowu mnie zamknli".
Powiedzia, e w obozie, do ktrego mamy jecha,
przeby wa osiemdziesit tysicy osadzonych.
Osiemdziesit tysicy!
Tylko w jednym obozie!
Odparem, e to niemoliwe, e nie wierz.
Miaem zaledwie siedemnacie lat.
- Spojrza jej w oczy.
- Jak ty teraz, Taniu.
Boe, przecie nie mogem spdzi dziesiciu lat
modoci w wizieniu, prawda?
- Nie - szepna Tatiana.
- Widzisz, zawsze wierzyem, e czeka mnie dobre
ycie.
Wierzyem w siebie.
Rodzice te we mnie wierzyli.
Wizienie?
Nigdy nie braem tego pod uwag.
Nigdy nie kradem, nie wybijaem okien, nie
napadaem na staruszki.
Nigdy nie zrobiem nic zego.
Mimo to skazali mnie na dziesi lat.
Przejedalimy przez most na Wodze, niedaleko
Kazania.
Pod nami przepa, co najmniej trzydzieci
metrw, a na dnie przepaci rzeka.
Wiedziaem, e to moja ostatnia szansa, e teraz
albo nigdy, e jeli nie skocz, utkn we
Wadywostoku na ca wieczno.
Zbyt duo oczekiwaem od ycia, zbyt duo miaem
nadziei.
Dlatego skoczyem.
- Parskn miechem.
- Nawet nie zatrzymali pocigu.
Byli pewni, e zginem.
- Nie wiedzieli, z kim maj do czynienia.
- Tania chciaa obj go i przytuli, lecz siedzia
za daleko.
- To wtedy odkrye, e umiesz pywa?
Odpowiedzia lekkim umiechem.
Podeszwy jego butw dotykay jej stp.
- Tak, troch umiaem.
- Miae co przy sobie?
- Nie, nic.
- Ani dokumentw, ani pienidzy?
- Ani dokumentw, ani pienidzy.
- Chyba chcia powiedzie co innego, ale zmieni
zdanie.
- Byo lato trzydziestego szstego.
Ruszyem na poudnie.
Szedem, pynem ryback odzi, jechaem
wozem.
owiem ryby, pracowaem u chopw i cay czas
wdrowaem na poudnie.
Z Kazania do Uljanowska, gdzie urodzi si Lenin;
ciekawe miasto, niemal jak witynia.
Potem do Saratowa, wci z biegiem Wogi,
owic ryby, pomagajc przy niwach i wdrujc,
cay czas wdrujc na poudnie.
Chciaem dotrze do Gruzji, potem do Turcji.
Przekroczy granic na Kaukazie i...
- Ale nie miae pienidzy.
- Ani kopiejki.
Po drodze troch zarobiem i mylaem, e w
Turcji pomoe mi znajomo angielskiego.
Ale w Krasnodarze znowu dopad mnie los.
- Zerkn na ni ktem oka.
- Jak zwykle.
Bya cika zima i rodzina, u ktrej si
zatrzymaem, Bieowowie...
- Bieowowie!
-wykrzykna Tania.
Aleksander kiwn gow.
- Mia chopska rodzina.
Ojciec, matka, czterech synw, crka...
- Odchrzkn.
- I ja.
Wszyscy zachorowalimy na tyfus.
Zachorowaa caa wie, cay Biay Jar, trzysta
szedziesit osb.
Zmaro dwiecie osiemdziesit osiem, w tym sami
Bieowowie, Najpierw crka, potem pozostali.
Przyjechali przedstawiciele rady miejskiej w
Krasnodarze i wraz z milicj spalili wie w
obawie, e epidemia rozprzestrzeni si na miasto.
Spalili moje ubranie, a mnie zabrali na
kwarantann, ebym umar albo wyzdrowia.
Wyzdrowiaem.
Ci z rady chcieli mi wyda nowe papiery, wic
bez wahania powiedziaem, e nazywam si
Bieow.
Poniewa ze wsi zostao jedynie zgliszcza...
- Aleksander unis brwi.
- Swoj drog to moliwe tylko tutaj, w Zwizku
Radzieckim.
Tak czy inaczej, poniewa ze wsi zostay tylko
zgliszcza, nie mogli sprawdzi, czy naprawd
jestem najmodszym synem Bieowa.
Tatiana zamkna usta.
- Wydali mi nowy dowd osobisty, na nowe
nazwisko.
I tak staem si Aleksandrem Nikoajewiczem
Bieowem, siedemnastoletnim sierot...
- Ponownie uciek wzrokiem w bok.
- Jak brzmiao twoje amerykaskie nazwisko?
- spytaa cicho Tania.
- Anthony Alexander Bamngton.
- Anthony?
Aleksander pokrci gow.
- Po ojcu matki.
Zawsze uywaem tylko drugiego imienia, nigdy
pierwszego.
- Wyj papierosy.
- Mog?
- Tak, tak.
- Potem wrciem do Leningradu i zamieszkaem u
"krewnych", u ciotki Miry Bieowej.
Musiaem wrci...
- Zawaha si i doda: - Za raz powiem ci,
dlaczego.
Tak wic zamieszkaem u ciotki.
Nie widzieli siostrzeca od dziesiciu lat, byem
dla nich jak obcy, ale pozwolili mi zosta.
Skoczyem szko i wanie w szkole poznaem
Dmitrija.
- Boe, trudno uwierzy, e tyle przeszede...
- To jeszcze nie koniec, Taniu, to jeszcze nie
koniec...
W szkole czsto si z nim bawiem.
By wysoki, chudy i raczej nielubiany.
Kiedy na przerwach bawilimy si w wojn,
zawsze trafia do niewoli.
Nazywali my go Jecem".
Mwilimy, e Zwizek Radziecki powinien by
pod pisa konwencj genewsk wycznie ze
wzgldu na niego, bo ilekro si bawilimy,
zawsze "gin" albo zostawa ranny.
- Dalej, Szura, mw dalej.
- Pewnego dnia dowiedziaem si, e jego ojciec
jest stranikiem w Szpalemej...
- Aleksander umilk.
Tatiana wstrzymaa oddech.
- Twoi rodzice jeszcze yli?
- Nie miaem pojcia, dlatego postanowiem si z
nim zaprzyjani.
Miaem nadziej, e pomoe mi ich zobaczy.
Wiedziaem, e jeli yj, na pewno si o mnie
zamartwiaj.
Chciaem da im zna, e nic mi nie jest, e jako
sobie radz.
Zwaszcza matce - doda, z trudem panujc nad
gosem.
- Kiedy bylimy sobie bardzo bliscy.
Tatianie zwilgotniay oczy.
- Z ojcem nie?
Aleksander wzruszy ramionami.
- Z ojcem?
By taki, jaki by.
Przed aresztowaniem czsto si kcilimy.
C mog powiedzie?
Mylaem, e wszystko wiem.
On myla, e nie wiem nic.
I tak to szo.
Tatiana patrzya na niego jak zahipnotyzowana.
- Musieli bardzo ci kocha...
- Gono przekna lin.
- Tak - odpar z nagym oywieniem i zacign si
dymem.
- Kie dy kochali.
Wspczua mu tak bardzo, e rozbolao j serce.
- Krok po kroku zdobyem zaufanie Dmitrija i
wreszcie zostalimy przyjacimi.
Imponowao mu, e to wanie jego wybraem
sobie na kumpla.
- Och, Szura...
- Tatiana wszystko zrozumiaa.
Przysuna si bliej, obja go za szyj.
- Musiae mu zaufa.
Przytuli j.
W drugiej rce trzyma papierosa.
- Tak.
Musiaem mu powiedzie, kim naprawd jestem.
Nie miaem innego wyboru.
Mogem bezczynnie czeka, a rodzice umr, albo
mu zaufa.
- Zaufae Dmitrijowi...
- powtrzya Tania z niedowierzaniem w gosie.
Cofna rce i usiada wygodniej.
- Tak.
- Spojrza na swoje due donie, jakby szuka w
nich sensu ycia.
- Wcale tego nie chciaem.
Ojciec, ten wierny, zagorzay komunista, zawsze
powtarza, e nikomu nie wolno ufa, i cho to
nieatwe, dobrze t nauk sobie przyswoiem.
Ciko mi byo tak y, tote przy najmniej raz w
yciu chciaem komu zawierzy.
Raz, chocia jeden, je dyny raz.
Poza tym bardzo potrzebowaem jego pomocy.
Bylimy przyjacimi, wic powiedziaem sobie,
e jeli to dla mnie zrobi, jeli zobacz ojca i
matk, nie zerw tej przyjani do koca ycia.
I wanie to mu powiedziaem.
Dima, bd twoim przyjacielem a do mierci i
zawsze bd ci pomaga.
- Zapali kolejnego papierosa.
Tatiana czekaa z coraz bardziej zbolaym sercem.
- Jego ojciec, Wiktor Czemienko, dowiedzia si,
e...
- Zaama mu si gos.
- e matka ju nie yje.
Opowiedzia mi, co z ni zrobili.
Ale tak, ojciec jeszcze y, chocia niewiele ycia
mu pozostao; siedzia w wizieniu prawie od
roku.
Czemienko wprowadzi nas do Szpalemej,
Dmitrija i mnie.
Moglimy spdzi pi minut z Haroldem
Barringtonem, szpiegiem obcego wywiadu.
Byem tam ja, mj ojciec, Dmitrij, Wiktor
Czemienko i stranik.
adnej prywatnoci.
Tatiana wzia go za rk.
- No i jak...
Aleksander spojrza w noc.
- atwo to sobie wyobrazi - odrzek.
- Byo bolenie krtko.
Szara, betonowa cela.
Harold Barrington patrzy na Aleksandra,
Aleksander na niego.
Harold siedzia na ku.
Nawet nie mrugn.
Dmitrij sta porodku celi, Aleksander tu obok
niego.
Za nimi sta stranik i Wiktor Czemienko.
Z sufitu zwisaa naga arwka.
- Mamy tylko chwil, towarzyszu Barrington
powiedzia Dmitrij.
Rozumiecie?
Tylko chwil.
- Dobrze odrzek po rosyjsku Harold, z trudem
powstrzymujc zy.
- Dzikuj, e przyszlicie mnie odwiedzi.
Ciesz si, e widz dwch dzielnych zuchw.
Jak ci na imi, synu?
- spyta Dmitrija.
- Dmitrij Czemienko.
- A tobie, synu?
Drc na caym ciele, Harold przenis wzrok na
Aleksandra.
- Aleksander Bieow.
Harold kiwn gow.
- No dobra - mrukn!
stranik.
- Napatrzylicie si?
To chodmy.
- Chwileczk - powstrzyma go Dmitrij.
Chcielimy powiedzie towarzyszowi
Barringtonowi, e mimo przestpstw, jakich
dopuci si przeciwko proletariatowi, nasze
spoeczestwo nigdy o nim nie zapomni.
Aleksander milcza.
Patrzy na ojca.
- Spoeczestwo nie zapomni o nim dlatego, e te
przestpstwa po peni -
warkn stranik.
Zagryzajc wargi, Harold spojrza na syna, ktry
sta tyem do stranika i twarz do niego.
- Popw, mog ucisn im do?
- spyta.
Stranik wzruszy ramionami i podszed bliej.
- Musze to widzie.
No? Szybko.
- Towarzyszu Barrington - odezwa si
Aleksander.
- Nigdy w yciu nie syszaem, jak mwi rodowity
Amerykanin.
Moecie powiedzie co po angielsku?
Harold stan przed Dmitrijem i ucisn mu do.
- Thank y ou-szepn.
Potem podszed do Aleksandra i ucisn rk
jemu.
Aleksander leciutko pokrci gow, chcc zmusi
go do zachowania spokoju.
- " Obym to ja by umar zamiast ciebie!
Absalomie, synu mj, synu mj".
Przesta -powiedzia bezgonie Aleksander.
Przesta.
Harold puci jego rk i cofn si o krok, z
trudem zachowujc rwnowag.
- Po angielsku?
- rzuci.
-Dobrze.
Zatem kilka wersetw z Kiplinga, by moe nieco
przeinaczonych.
Jeli zdoasz znie to, e przez ciebie wyrzeczon
prawd otry przekrciy tak, e puapk na
gupcw bdzie - Jeli widzisz, e niszcz rzeczy,
za ktre oddae ycie - Synu!
- schyl si i odbuduj je z pomoc zuytych
narzdzi.
Harold cofn si i pobogosawi Aleksandra
znakiem krzya.
Jego policzki spyway zami.
- Idziemy!
- wrzasn stranik.
- Ale ju!
I love you, Dad - powiedzia bezgonie
Aleksander.
I wyszli.
Biblia Gdaska, II Ks.
Samuela, 19, l.
Tatiana pakaa.
Aleksander obj j i westchn.
- Taniu, Taniu...
- Otar jej twarz.
- eby zachowa spokj, zaciskaem zby.
Zaciskaem je tak mocno, e jeden mi pk.
Ten.
Widzisz?
- Pokaza jej ktry.
- Teraz ju wiesz, dlaczego.
No i tak...
Zdyem zobaczy ojca.
Bez Dmitrija nie udaoby mi si to.
- Znw westchn i cofn rk.
Tatiana kucna.
Dray jej wargi.
- Zrobie dla niego co niezwykego.
Pocieszye go przed mier ci.
- Zawstydzona, lecz przepojona gorcym
uczuciem, z mocno bijcym sercem pochylia
gow i pocaowaa Aleksandra w rk.
Zaczerwienia si, odchrzkna i podniosa
gow.
- Taniu - spyta.
- Kim ty jeste?
- Tani.
- Podaa mu rk.
- Tani.
Zamilkli.
- To jeszcze nie koniec.
- Wiem, ale reszty si domylam.
- Wyja z paczki papierosa.
eby mie cakowit jasno sytuacji, musiaa
pozna jeszcze jedn prawd.
Prawd malek, lecz mimo to prawd.
Domylia si wszystkiego w chwili, gdy
Aleksander powiedzia, e da Dmitrijowi co,
czego ten nigdy dotd nie mia.
Nie bya to przyja, nie byo to towarzystwo ani
poczucie braterstwa.
Drcymi rkami wetkna mu papierosa midzy
wargi, pstrykna zapalniczk, przypalia, a gdy
zacign si dymem, pocaowaa go w policzek i
zdmuchna pomie.
- Dzikuj - powiedzia.
Zanim odezwa si ponownie, wypali po ow
papierosa.
- Nie przeszkadza ci mj oddech?
Duo pal...
- Twj?
Nigdy - odrzeka, czerwienic si jak dzika ra.
- Chcesz, to ci powiem, co byo dalej.
Wstpilicie na uniwersytet.
Potem do wojska.
Jeszcze potem do szkoy oficerskiej, ale Dmitrij
odpad.
- Spucia gow.
- Pocztkowo mu to nie przeszkadzao.
Nadal bylicie przyjacimi.
Dima wiedzia, e zrobisz dla niego wszystko.
A potem...
- Podniosa wzrok.
- Potem zacz prosi.
- Widz, e wszystko wiesz.
- O co ci prosi?
- A jak mylisz?
Unikali swego wzroku.
- O to, eby przenis go tam, gdzie zechce, eby
zrobi dla niego taki czy inny wyjtek, o
przywileje i specjalne traktowanie.
- Tak.
- O co jeszcze?
Aleksander milcza.
Milcza tak dugo, e cierpliwie czekajc, mylaa,
i zapomnia, o co go pytaa.
Gdy si wreszcie odezwa, w jego gosie
zabrzmiaa dziwna nutka.
- O dziewczyny.
Jest ich peno, starczyoby dla kadego, mimo to
czasami podobaa mu si ta, z ktr akurat byem.
Mwi mi o tym, a ja si wycofywaem.
Po prostu znajdowaem sobie inn i wszystko
toczyo si po staremu.
Tatiana patrzya w noc.
Jej oczy byy zielone, czyste jak najczystszy ocean.
- Powiedz, prosi ci, eby si wycofa, tylko
wtedy, kiedy bye z dziewczyn, ktra bardzo ci
si podobaa, prawda?
- To znaczy?
- Nie chodzio mu o pierwsz lepsz.
Interesowaa go tylko ta, ktrej okazywae
wyjtkowe wzgldy.
Tak?
- Chyba tak - odrzek w zadumie Aleksander.
- Wic kiedy poprosi o mnie - kontynuowaa
powoli Tatiana - po prostu si wycofae.
- Nie.
Udaem, e nie wiem, o co mu chodzi, e nic do
ciebie nie czuj.
Miaem nadziej, e ta obojtno go zniechci.
Niestety, nie zniechcia.
Tania potrzsna gow i rozpakaa si.
- Zdradza ci twarz, Szura.
On mnie nie zostawi.
Obj j i przytuli.
- Wiem, Taniu.
Mgbym teraz uciec od ciebie a do Japonii, ale
jemu to obojtne.
Zakocha si w tobie, chce ci tylko dla siebie...
Popatrzya mu w oczy i jeszcze mocniej przywara
do jego piersi.
- Szura - szepna - co ci powiem, dobrze?
Suchasz mnie?
- Tak.
- Nie, nie, nie wstrzymuj oddechu.
- Posaa mu blady umiech.
- Mylisz, e to co strasznego?
- Nie wiem.
Trudno mi w tej chwili zgadywa.
Moe masz dziecko?
Mieszka z przyszywan cioci i...
Rozemiaa si lekko.
- Nie.
Gotowy?
Mog mwi?
- Mw.
- Dmitrij si we mnie nie kocha.
Aleksander drgn i wytrzeszczy oczy.
Tatiana pokrcia gow.
- Nie.
Absolutnie.
Ani troch.
Moesz mi wierzy.
- Skd wiesz?
- Po prostu wiem.
- W takim razie czego od ciebie chce?
Tylko mi nie mw, e...
- Ode mnie nie chce niczego.
Posuchaj, tylko uwanie: jedyne, czego Dmitrij
chce, czego pragnie, czego poda, to wadza.
Tylko to si dla niego liczy.
Wadza: mio jego ycia.
- Wadza nad tob?
- Ale skd!
Nad tob.
Ja jestem tylko rodkiem do osignicia celu.
Aleksander spojrza na ni z powtpiewaniem.
Tatiana westchna.
- Dmitrij nie ma wadzy.
Ty j masz.
Dima moe jedynie cieszy si tym, co zyska
dziki tobie.
Do tego sprowadza si jego ycie.
Pokrcia gow.
- Jakie to smutne...
- Smutne?
Po czyjej jeste stronie?
- Szura, spjrz tylko na siebie.
A potem na niego.
On ci potrzebuje, dziki tobie jest syty, cay i
zdrowy.
Im jeste silniejszy, tym wicej przybywa mu si.
Dmitrij dobrze o tym wie.
lepo na tobie polega, a ty chtnie speniasz jego
pragnienia.
Mimo to im wicej masz, tym bardziej ci
nienawidzi.
On kieruje si wol przeycia, a jednoczenie
ilekro do stajesz awans czy medal, ilekro masz
now dziewczyn, ilekro mie jesz si radonie
w zadymionym korytarzu, czuje si mniejszy i
gorszy.
Dlatego im silniejszy si stajesz, tym wicej od
ciebie chce.
- W kocu zechce czego, czego nie bd mg mu
da.
Co wtedy?
- To, e wszystko ci odbiera, zaprowadzi go do
pieka.
- Tak, a mnie na rozwak.
- Aleksander pokrci gow.
- W jego probach i daniach cigle pobrzmiewa
ukryta groba: jeli nie, to id do NKWD.
Wystarczy jedno sowo o twojej amerykaskiej
przeszoci i natychmiast trafisz w tryby
radzieckiego wymiaru sprawiedliwoci.
- Wiem - westchna ze smutkiem Tatiana.
- Moe gdyby mia wicej, przestaby prosi...
- Nie, Taniu.
Mam co do niego ze przeczucia.
Bdzie prosi i da, da i prosi, a w kocu
odbierze mi wszystko.
- Nie, Szura, mylisz si.
Nie odbierze ci wszystkiego.
Takiej wadzy nigdy nad tob nie zdobdzie.
- Pewnie bdzie prbowa, pomylaa, wznoszc
ku niemu oczy.
Ale nie wie, z kim ma do czynienia.
- Poza tym - szepna - wiadomo, co si dzieje z
pasoytem, kiedy jego nosiciel...
- Tak.
Znajduje sobie nowego nosiciela.
Wiesz, czego on najbardziej pragnie?
- Tego samego co ty.
- Taniu, przecie ja najbardziej pragn ciebie.
Spojrzaa mu prosto w oczy.
- Wiem, Szura.
On te o tym wie.
On si we mnie nie kocha.
On chce twojej krzywdy.
Aleksander spojrza w czarn pustk pod
sierpniowym niebem.
- Szura - szepna Tania.
- Gdzie twoja odwana i obojtna mina?
Bd taki, kiedy do ciebie przyjdzie, a zacznie ci
prosi o to, czego najbardziej pragne przede
mn.
Aleksander nie odpowiedzia.
Siedzia bez ruchu i milcza.
- Przede mn - powtrzya.
Boe, dlaczego on nic nie mwi?
- Szura?
- Przesta, Taniu.
Ja ju nie mog.
Nie mog duej o tym rozmawia.
Nie potrafia opanowa drenia rk.
- Ty, ja, to, co midzy nami zaszo, Dasza...
Mimo to odwiedzasz mnie, kiedy tylko masz
okazj.
- Mwiem, nie potrafi bez ciebie y.
Przeszed j dreszcz.
- Boe, musimy o sobie zapomnie, Szura.
Nie do wiary, ale po prostu nie jestemy sobie
pisani...
- Nie mw tak - rzuci z umiechem.
- A to, e dwa miesice temu usiada na tej
awce?
Zao si o wasny karabin, e innego dnia nigdy
by tego nie zrobia.
Mia racj.
Doskonale pamitaa autobus, ktry postanowia
przepuci, eby kupi sobie lody.
- Skd wiesz?
- Std, e innego dnia nigdy bym do tej awki nie
podszed.
Dzieli nas tyle przeszkd i kiedy zaciskamy zby,
kiedy prbujemy ze sob zerwa, eby si jako
pozbiera, znowu interweniuje los: z nieba sypi
si cegy, a ja wygrzebuj ci spod nich rann,
lecz yw.
Czy to te przy padek?
Tatiana stumia szloch.
- Nie - szepna.
Nie moemy zapomnie, e zawdziczam ci ycie.
- Podniosa wzrok.
- e do ciebie nale.
- Lubi, kiedy tak mwisz.
- Przytuli j jeszcze mocniej.
- Uciekaj, Szura.
Uciekaj i zabierz ze sob swoj bro.
Uratuj mnie przed nim.
On musi uwierzy, e nic ci nie obchodz, wtedy
przestanie si mn interesowa.
Zobaczysz.
Da mi spokj, pjdzie na front.
Musimy przetrwa t wojn, zanim dotrzemy tam,
gdzie nam pisane.
Zrobisz to dla mnie?
- Postaram si.
- Przestaniesz przychodzi?
- spytaa drcym gosem.
- Nie.
Tak daleko nie uciekn.
Wystarczy, e bdziesz si trzymaa z dala ode
mnie.
Mylaa, e pknie jej serce.
Przywara do niego caym ciaem.
- Dobrze.
- Z gry prosz ci o przebaczenie, e bd dla
ciebie oschy i zimny.
Mog ci zaufa?
Potara policzkiem o jego rami.
- Tak - szepna, - Zaufaj mi, Szura.
Nigdy ci nie zawiod.
- I nie wyprzesz si mnie?
- spyta czule.
- Nigdy?
- Tylko przed Dasz.
I przed Dmitrijem.
- No i co?
- spyta z ironicznym umiechem.
- Nie cieszysz si teraz, e Bg powstrzyma nas
przed tym, co mogo si zdarzy w szpitalu?
- Nie.
- Siedzieli, patrzc sobie w oczy.
Ona wycigna do.
On pooy na niej swoj.
- Spjrz - powiedziaa cicho.
- Sigam palcami tylko do poowy twoich.
- Widz.
- cisn jej rk tak mocno, e jkna i
zaczerwienia si po czubki uszu.
Pocaowa j w policzek, tu koo nosa.
Mwiem ci ju, e uwielbiam twoje piegi?
S takie podniecajce...
Wymruczaa co w odpowiedzi i pocaowali si
gboko, nie rozplatajc palcw.
- Tatiasza...
Masz niesamowite usta...
- Oderwa si od niej i znieruchomia.
- Jeste...
- Niechtnie otworzya oczy.
- Boe, ty w ogle nie jeste wiadoma swego
ciaa, Taniu.
To jedna z twoich najbardziej wzruszajcych i
najbardziej irytujcych cech.
- Nie wiem, o czym mwisz...
- Zupenie odebrao jej rozum.
- Szura, jak to moliwe, e nigdzie nie moemy
pj?
- Zaama jej si gos.
- Co to za ycie?
- Komunistyczne, Taniu, komunistyczne,
Przywarli do siebie jak dwoje zrozpaczonych
rozbitkw.
- Ty wariacie - szepna.
- Dlaczego si ze mn kcie, wiedzc, e
wszystko sprzysigo si przeciwko nam?
- Wtedy, przed Kirowem?
Rzuciem wyzwanie losowi.
To jedyne, co mog.
Nie daj si pokona, przynajmniej prbuj.
Kocham ci.
Pragna to powiedzie, lecz nie moga.
Kocham ci, kocham.
Pochylia gow.
- Moje serce jest chyba za mode...
Obj j i utuli.
- Tatiu - szepn - tak, masz mode serce.
- Pocaowa j.
midzy
piersiami.
- A moje serce chce przy nim by.
Gdyby mi ci odebrano...
Nagle wsta, szybko i gwatownie.
Z tyu dobieg jaki haas i na taras wyjrza
sierant Pietrenko.
Nadesza pora na zmian warty.
Aleksander znis j na d, a potem objli si i
ruszyli powoli w kierunku Pitej Radzieckiej.
Bya druga nad ranem.
O szstej oboje zaczynali prac, lecz mimo to tulili
si do siebie, korzystajc z ostatnich godzin nocy.
Gdy doszli na Newski, wzi j na barana.
Ona niosa karabin,
on nis j.
Szed powoli i niespiesznie.
Wok nich spa ciemny Leningrad.
Gdy nazajutrz wieczorem wrcia z pracy, w
pokoju zastaa zawodzc matk, a w korytarzu
Dasz, ktra pakaa nad szklank herbaty.
Mietanowowie wanie otrzymali telegram z
dawno nie istniejcego do wdztwa w
Nowogrodzie, telegram, informujcy rodzin, e
trzynastego lipca czterdziestego pierwszego roku
pocig wiozcy niejakiego Pawa Mietanowa i
setki innych modych ochotnikw zosta
zbombardowany
przez niemieckie samoloty.
Nikt nie ocala.
Tydzie potem pojechaam go szuka, mylaa
otpiaa Tatiana, kr c po pokoju.
Co robiam, kiedy pocig mojego brata wylecia w
po wietrze?
Pracowaam?
Jechaam tramwajem?
Czy cho raz o nim po mylaam?
Tak, mylaam o nim wiele razy.
I czuam, e ju go nie ma.
Kochany Pasza.
Stracilimy ci, nawet o tym nie wiedzc.
Koszmar.
Przey miesic, kilka dni, jedn noc, przey
jedn minut w przekonaniu, e wszystko jest w
porzdku, gdy tymczasem to, na czym budowao
si ycie, leao ju w gruzach.
Zamiast ci opakiwa, snulimy plany,
chodzilimy do pracy, marzylimy i kochalimy,
nie wiedzc, e ju od szede.
Jak moglimy by tak lepi?
Czy nie zapowiaday tego wyrane znaki, jak
choby to, e tak bardzo nie chciae wyjeda,
to, e tak dugo nie mielimy od ciebie adnej
wiadomoci?
Zapowiaday,
Nastpnym razem je dostrzeemy, nastpnym
razem powiemy: nie,
zaraz, przecie to znak.
Nastpnym razem bdziemy wiedzieli.
I natychmiast przywdziejemy aob.
Czy moglimy ci zatrzyma?
Jeszcze raz ci przytuli, jeszcze raz pobawi si z
tob w parku i oszuka nieugity los?
Odwlec to, co nie uniknione, chocia o kilka dni, o
kilka niedziel, o kilka wieczorw?
Czy warto by byo czeka ten jeden, jedyny
miesic, a potem pozwoli ci odej?
Znajc nieuchronn przyszo, czy warto by byo
oglda twoj twarz przez jeszcze jeden dzie,
przez jeszcze jedn godzin czy choby tylko
minut?
Tak.
Tak, na pewno warto.
I dla ciebie, i dla nas.
Pijany ojciec spa, a mama pakaa, czyszczc
kozetk.
Tatiana chciaa odebra jej wiadro z wod i
posprzta, ale mama j odepchna.
Dasza pakaa w kuchni, gotujc obiad.
Tanie przepeniao bolesne poczucie
nieodwoalnoci i silny lk przed tym, co ich
czekao.
Niezrozumiaa teraniejszo, ktra zabia jej
brata, moga sprawi, e przyszo bdzie jeszcze
straszniejsza.
Tatiana wesza do kuchni.
- Dasza, miesic temu spytaa mnie, czy moim
zdaniem Pasza jeszcze yje.
Powiedziaam ci wtedy, e...
- Nic mnie to nie obchodzi - warkna siostra.
- Ale dlaczego mnie o to spytaa?
- Bo mylaam, e mnie pocieszysz, e poklepiesz
mnie czule po ramieniu.
Nie chc o tym rozmawia.
Moe tob to nie wstrzsno, ale nami tak.
Na kolacj przyszed Aleksander.
Przyszed i spojrza pytajco na Tatian.
Ta powiedziaa mu o telegramie.
Przygotowanej przez Dasz kapusty z szynk nie
jad nikt oprcz Aleksandra i Tani, ktra - mimo
tlcej si jeszcze nadziei -ju od wyprawy do ugi
czua, e brat nie yje.
Ojciec wci lea na kozetce.
Mama siedziaa obok niego, wsuchujc si w
monotonne tik-tak, tik-tak radiowego metronomu.
Dasza posza nastawi samowar i Tania zostaa
sam na sam z Aleksandrem.
Pochylili gowy i bez sowa spojrzeli sobie w
oczy.
- Odwagi, Aleksandrze - szepna Tania.
- Odwagi, Taniu.
Potem Tatiana posza na dach, by w chodn
leningradzk noc wypatrywa niemieckich bomb.
Lato si skoczyo.
Wkrtce miaa nadej zima.
CZ 2
Zimy ostre wiewy
Szturm!
Atak!
Ile kosztuje kamstwo?
Ile paci za dusza?
Jak cen paci za kto, kto kamie na kadym
kroku, z kadym oddechem, przy kadym raporcie
Radzieckiego Biura Informacyjnego, przed kad
list polegych i nad kad kartk ywnociow?
Tatiana kamaa od rana do chwili, gdy noc
ogarnia j niespokojny sen.
Chciaa, eby Aleksander przesta do nich
przychodzi.
Kamstwo.
Pragna, eby zerwa z Dasz.
Niestety.
Kamstwo.
Koniec z wyprawami do soboru Izaaka.
Dobra wiadomo.
I kolejne kamstwo.
Koniec z jazd tramwajami, ze spacerami
brzegiem kanau i parkowymi alejami, koniec z
wyprawami do ugi.
Zapomnie o jego ustach, zapomnie o
przyspieszonym oddechu.
Dobrze.
Bardzo dobrze.
wiet nie.
Kamstwo.
By zimny.
By znakomitym aktorem i potrafi udawa, e ten
obojtny umiech, te spokojne rce, nawet ten
wypalony do koca papieros nie znaczy absolutnie
nic.
Ilekro na ni patrzy, nie drgn mu ani jeden
misie na twarzy.
Dobrze.
Dobre kamstwo.
Na pocztku wrzenia w Leningradzie
wprowadzono godzin milicyjn.
Po raz kolejny zmniejszono racje ywnociowe.
Aleksander odwiedza ich coraz rzadziej i
rzadziej.
I bardzo dobrze.
Kamstwo.
Kamstwo.
W obecnoci Tatiany i Dmitrija by dla Daszy
niezwykle czuy.
wietnie.
Kamstwo.
Kamstwo.
Kamstwo.
Zbieraa si na odwag, robia dobr min do zej
gry i ze cinitym sercem posyaa Dmitrijowi
promienny umiech.
Tak, potrafia to robi.
I kolejne kamstwo.
Podawanie herbaty.
Niby taka prosta czynno, a jednak wymagajca
sporej dozy obudy.
Bo herbat naleao poda najpierw komu
innemu, a dopiero potem jemu.
I opanowa przy tym drenie rk.
Jake pragna wyrwa si z zaczarowanego
krgu, jakim by Leningrad na pocztku wrzenia.
Wyrwa si z krgu rozpaczy i nieszczliwej
mioci.
Kochaa Aleksandra.
No, nareszcie.
Nareszcie co prawdziwego.
Kurczowo si tego trzymaa.
Od kiedy dostali telegram z wiadomoci o
mierci Paszy, ojciec pracowa coraz mniej i coraz
czciej pi.
Poniewa rzadko wychodzi z domu, Tatianie
trudno byo gotowa, sprzta, odpoczywa i
czyta.
Znowu kamstwo.
Nie byo jej trudno, tylko nieprzyjemnie.
Pozostawa jej tylko dach, jedyne miejsce, gdzie
moga zazna wzgldnej ciszy i spokoju.
Spokoju wewntrznego ju od dawna nie zaznaa.
Siedzc na dachu, zamykaa oczy i wyobraaa
sobie, e nie ma ju gipsu i e znowu spaceruje z
Aleksandrem, e id Newskim do placu
Paacowego, wybrzeem wok Pola Marsowego,
e przechodz przez most na Fontance, e id przez
Ogrd Letni, e wracaj na wybrzee, skrcaj do
Smolnego, mijaj park Taurydzki, przecinaj ulic
Satykowa-Szczedrina, przechodz obok swojej
awki, potem na drug stron Prospektu
Suworowa, e s ju prawie w domu.
A kroczc u jego boku, czua si tak, jakby
wkraczaa w nowe ycie.
Spacerujc w wyobrani z Aleksandrem, syszaa
jednoczenie stumione echo artyleryjskich
wystrzaw i eksplozji.
To, e strzelano znacz nie dalej ni wtedy, w
udz, niewiele j pocieszao.
Bo teraz nie byo przy niej Aleksandra.
Czstotliwo i dugo jego wizyt zmniejszaa si
rwnie szybko jak racje ywnociowe Tani, a on
sam dozowa siebie tak, jak rada miejska
dozowaa mieszkacom kartki.
Tatiana bardzo za nim tsknia.
Pragna poby z nim sam na sam, cho przez
chwil, cho przez sekund, tylko po to, eby sobie
przypomnie, e lato czterdziestego pierwszego
nie byo iluzj, e naprawd spacerowali kiedy
wzdu murku nad kanaem, e naprawd niosa
jego karabin, e on patrzy na ni i mia si.
Dzisiaj nie mia si ju prawie nikt.
- Niemcy jeszcze daleko, prawda?
- spytaa Dasza przy herbacie;
przy tej przekltej herbacie.
- Kiedy przyjd, odeprzemy von Leeba, i ju, tak?
- Tak - odrzek Aleksander.
Akurat.
Kolejne kamstwo.
Patrzya, jak siostra tuli si do niego, jak go
uwodzi.
Odwracaa wtedy wzrok i spogldaa na Dmitrija.
- Opowiedzie ci kawa?
- Co?
Nie, Taniu.
Nie mam nastroju.
- Nie szkodzi - mwia, obserwujc
umiechajcego si do Daszy Szur.
Same kamstwa, kamstwa, kamstwa.
Ale kamstwa nie wystarczay.
Dmitrij nie chcia si od niej odczepi.
Wci nie miaa adnych wiadomoci od Mariny, a
Wiera i inne pielgniarki ze szpitala coraz bardziej
bay si wojny.
Tatiana te si baa:
front by coraz bliej.
Wojna przestaa by czym abstrakcyjnym, czym,
co pochono odleg ug i Pasz, czym, z czym
walczyli Ukraicy w spalonych wioskach czy
Anglicy w swoim poprawnym, wychuchanym
Londynie.
Ale w sumie, mylaa, to chyba lepiej, e wreszcie
nadesza, bo nie mog tak duej y.
Zdawao si, e cae miasto wstrzymao oddech.
Tatiana te.
Przez cztery dni z rzdu podawaa na kolacj
kapust, ktr smaya na coraz mniejszej iloci
oleju.
- Co to jest?
- spytaa mama.
- Co ty nam podajesz?
- To ma by smaona kapusta?
- narzeka ojciec.
- Nie mona nawet chleba zamoczy w oleju.
Gdzie jest olej?
- Zabrako - odpara Tania.
W radiu podawali tylko najbardziej
przygnbiajce wiadomoci.
Wygldao to tak, jakby dziennikarze celowo
czekali, jakby czyhali na kolejn klsk Rosjan i
dopiero wtedy siadali przed mikrofonem.
Pod koniec sierpnia, zaraz po upadku Mgi, podano,
e Niemcy zaatakowali Dubrowk.
W Dubrowce, maym miasteczku po drugiej stronie
rzeki, mieszkaa mama mamy, czyli babcia Maja.
Dubrowka pada szstego wrzenia.
I nagle nadesza wiadomo, o ktr byo rwnie
trudno jak o olej do smaenia, gdy bya to
wiadomo dobra: babcia Maja miaa zamieszka
z nimi przy Pitej Radzieckiej!
Niestety, Michai, ojczym mamy, zmar
na grulic kilka dni wczeniej.
Kiedy Niemcy spalili Dubrowk, babcia ucieka
do miasta.
Zaja cay pokj, tak e rodzice musieli
przeprowadzi si do pokoju Tatiany i Daszy.
Do, Taniu, odejd.
Babcia Maja cae ycie mieszkaa w Leningradzie
i nawet do gowy jej nie przyszo, eby si
ewakuowa.
- Tu si urodziam, tu umr - owiadczya,
otwierajc walizk.
Po raz pierwszy wysza za m na przeomie
wiekw; zaraz potem na wiat przysza matka
Tatiany.
M babci zagin podczas wojny w tysic
dziewiset pitym i chocia nie wysza ponownie
za m, przez trzydzieci lat ya z biednym,
chorym na grulic wujkiem Michaiem.
Kie dy Tania spytaa j, dlaczego go nie
polubia.
- A Fiodor?
- odpara babcia.
- Przecie moe jeszcze wrci.
To by dopiero byo.
Babcia Maja malowaa i studiowaa sztuki pikne;
przed rewolucj sprzedawaa obrazy galeriom, ale
po tysic dziewiset siedemnastym zacza
zarabia na ycie, ilustrujc bolszewickie
materiay propagandowe.
W jej domu w Dubrowce wszdzie leay albumy
ze szkicami krzese, kwiatw i owocw.
Powiedziaa im, e dom spon tak szybko, i nie
miaa czasu nic uratowa.
- Ale nic si nie martw, Tanieczka.
Narysuj ci pikne krzeso.
- Moe lepiej jabko?
- odrzeka Tatiana.
- Teraz jest sezon.
Nazajutrz, sidmego wrzenia, tu przed kolacj
przyjechaa do nich Marina.
Jej ojciec zgin podczas walk na przedmieciach
Izerska, jako niewyszkolony dziaowy obsugujcy
dziao czogu, ktry sam zmontowa.
Mietanowowie uwielbiali wujka Borysa i gdyby
nie koszmar, jaki przeywali po mierci Paszy,
jego mier bardzo by ich poruszya.
Matka Mariny wci leaa w szpitalu; z dala od
wojny, powoli umieraa na niewydolno nerek.
Naiwno Tani zadziwia nawet j sam.
Z dala od wojny?
Jak to?
Czy to moliwe, eby wszystko to, co si ostatnio
dziao, nie miao adnego zwizku z wojn?
Najpierw wujek Misza, teraz ciocia Rita.
Ludzie umierajcy z dala od okopw, ktre
wykopa Aleksander?
Byo w tym co niesprawiedliwego.
Ojciec patrzy na walizk Mariny.
Mama te.
I Dasza.
- Marinko - powiedziaa Tatiana - chod, pomog
ci si rozpakowa.
Ojciec spyta, czy Marina z nimi zamieszka.
- Chyba tak - odrzeka Tania.
- Chyba?
- Tatusiu, jej tata zgin, a twoja siostra umiera w
szpitalu.
Chcesz j std wyrzuci?
- Taniu - wtrcia Marina - zaprosia mnie, nie
uprzedzajc ojca?
Nic to, nie martw si, wujku.
Mam swoje kartki.
Ojciec ypn spode ba na Tatian.
Mama te.
I Dasza.
- Chod, Marinko - powtrzya Tatiana.
- Pomog ci si rozpakowa.
Tego wieczoru wydarzy si may kopot z kolacj.
Dziewczta zostawiy jedzenie na pycie - tylko na
chwil - i wrciwszy do kuchni, stwierdziy, e
may wiey pomidor, cebula i smaone ziemniaki
po prostu znikny.
Zostaa tylko pusta i brudna patelnia.
Do jej dna przy waro kilka przypalonych
ziemniakw pokrytych odrobin oleju.
Dasza i Tatiana rozglday si po kuchni, nie
wierzc wasnym oczom, zajrzay nawet do
pokoju, przekonane, e poday kolacj i po prostu
o tym zapomniay.
Ale nie, ziemniaki naprawd znikny.
Dasza, jak to Dasza: wzia Tanie za rk i zacza
chodzi od drzwi do drzwi, pytajc, czy nikt nie
widzia ich kolacji.
anna Sarkowa bya brudna i rozchestana jak
szalony Sawin.
- Wszystko w porzdku?
- spytaa Tatiana.
- Tak!
- warkna Sarkowa.
- Ziemniaki?
Te co.
M mi zgin, ot co!
Nie widziaa go w szpitalu?
Tania pokrcia gow.
- Moe go postrzelili....
- Postrzelili?
- spytaa Tatiana.
- Gdzie?
- A skd mam wiedzie?
Ziemniaki!
Nie, nie widziaam waszych gupich ziemniakw.
- zatrzasna drzwi.
Sawin lea na pododze i co do siebie
mamrota.
W jego klitce pachniao wszystkim, tylko nie
smaonymi ziemniakami.
- Co on bdzie jad?
- szepna Tatiana.
- Nie nasza sprawa - odrzeka Dasza.
Iglenkw nie byo w domu.
Po mierci Woodi, ktry zgin wraz z Pasz,
stary Iglenko prawie nie wychodzi
z fabryki i caymi dniami przetapia zom na
amunicj.
Niedawno dostali kolejn z wiadomo:
ich najstarszy syn, Pitka, poleg w Pukowie.
Pozostao im tylko dwch najmodszych, Anton i
Kiry.
- Biedna Nina - westchna Tatiana, gdy wracay
do pokoju.
- Biedna?
- prychna Dasza.
- Co ty, do diaba, bredzisz?
Ma jeszcze dwch synw.
Prawdziwa z niej szczciara.
- - dodaa, gdy weszy do korytarza.
- Wszyscy jak najci.
- Chyba nie - odpara Tatiana.
- Smaone ziemniaki nieatwo ukry.
Tego wieczoru jedli chleb z masem.
Jedli i narzekali.
Potem tata skrzycza je za to, e nie dopilnoway
kolacji.
Tatiana milczaa, pamitajc o ostrzeeniu
Aleksandra, e powinna zachowa ostrono w
obecnoci ludzi, ktrzy mog j uderzy.
Po kolacji rodzina dosza do wniosku, e nie warto
ryzykowa.
Mama i babcia powyjmoway zapasy - konserwy,
mk, mydo, sl i wdk - i poutykay je we
wszystkich zakamarkach pokoju, a nawet za sof,
t w korytarzu.
- Jakie to szczcie - zauwaya mama - e mamy
przepierzenie.
Te hieny tu nie wejd, po moim trupie.
Koniec z trzymaniem jedzenia w kuchni.
Ju ja tego dopilnuj.
Potem przyszed Aleksander.
Gdy powiedzieli mu o ziemniakach, po radzi,
eby zamyka na klucz drzwi kuchenne.
Dasza przedstawia go Marinie.
Podczas powitania przygldali si sobie duej ni
wypada.
Zaenowana Marina ucieka wzrokiem w bok i
zrobia krok do tyu.
Aleksander umiechn si, obj Dasz i
powiedzia:
- A wic to jest ta twoja kuzynka...
Tatiana pragna zapa si pod ziemi, a Marinie
odebrao mow.
- Taniu - spytaa, gdy znalazy si w kuchni.
- Dlaczego Aleksander patrzy na mnie tak, jakby
mnie zna?
- Nie mam zielonego pojcia.
- Jest czarujcy...
- Tak mylisz?
- Do kuchni zajrzaa Dasza; sza do azienki,
zostawiwszy Aleksandra w korytarzu.
- To trzymaj rce przy sobie, bo on jest mj -
dodaa wesoo.
- Jest naprawd czarujcy, prawda?
- szepna Marina, gdy ponownie zostay same.
- Tak, da si lubi.
Zmyjesz patelni?
Czarujcy Aleksander sta w progu, palc
papierosa i umiechajc si do Tani.
Tata nie przestawa jcze i narzeka.
Uwaa, e studenckie racje ywnociowe Mariny
s za mae, i e kolejna gba do wykarmienia
jeszcze bardziej uszczupli rodzinne zapasy.
- Przysza tu, eby zje konserwy ojca -
wymamrota do mamy, spogldajc na rzd puszek.
Tatiana nie wiedziaa, czy ma ochot je zje, czy
pocaowa.
- To twoja siostrzenica, tato - szepna cichutko,
eby nie usyszaa jej Marina.
- Jedyna crka twojej jedynej siostry.
Nazajutrz, smego wrzenia, w miecie byo
bardzo niespokojnie, i to od samego rana.
Nalot, nalot!
- krzyczao radio.
Wysoko nad miastem przeleciay niemieckie
samoloty.
- Syszysz?
- wykrzykna Wiera, chwytajc Tanie za rk.
- Syszysz ten huk?
Wyszy na Ligowski i stany przed bocznym
wejciem do szpitala.
Z oddali dochodzi guchy grzmot.
Nie przybiera na sile, tylko na czstotliwoci.
- Wieroczko, to to modzierze - powiedziaa
spokojnie Tatiana.
- Zwyczajne modzierze.
Wystrzeliwuj miny...
- Miny?
- Tak.
Nie wiem dokadnie, jak to dziaa, ale ustawiaj
na ziemi rur, ktra wystrzeliwuje miny, takie
pociski.
Due, mae, rozrywajce, zapalajce, z zaponem
opnionym i przyspieszonym.
Najgorsze s odamkowe, ale s te takie mae,
przeciwpiechotne.
Wystrzeliwuj je po sto naraz.
Tak, te s najgorsze, miertelnie niebezpieczne.
Wstrznita Wiera rozdziawia usta.
Tania wzruszya ramionami.
- uga.
auj, e tam byam.
Wierka, moesz obci mi nog?
Weszy do rodka.
- Chyba zdejm ci tylko gips.
Amputacja byaby zbyt drastyczna.
Ogldaa swoj nog pierwszy raz od ptora
miesica.
Chciaaby pooglda j duej, ale gdy tylko
wykutykaa z sali, dobiegy j krzyki z pokoju
pielgniarek.
Wszystkie siostry pobiegy na gr.
Tania ruszya za nimi.
Ilekro stawaa na chorej nodze, przeszywa j
tpy bl.
Gdy wysza na dach, kilkaset metrw wyej
przeleciay dwie formacje po osiem samolotw w
kadej i zaraz potem po drugiej stronie miasta
buchn sup ognia i czarnego dymu.
Boe, pomylaa, to nie sen, to si dzieje
naprawd.
Niemcy bombarduj Leningrad.
Mylaam, e uga ju nie wrci, e czego
gorszego ju nie zobacz.
Z ugi mogam przy najmniej uciec i wrci tu,
gdzie cisza i spokj.
Dokd uciekn teraz?
Wtem poczua cierpk, gryzc wo.
Co to jest?
- Wiero - powiedziaa - id do domu.
Wracam do rodziny.
- Ten zapach.
Co to za dziwny zapach?
Wszystko wyjanio si po poudniu.
Pon magazyn Badajewa, ktry zaopatrywa
Leningrad w ywno.
T cierpk, gryzc wo wydziela palcy si
cukier.
- Tatusiu - spytaa, gdy przybici i spospniali
siedzieli przy stole.
- Co teraz?
Co bdzie z miastem?
Ojciec dugo milcza.
- Chyba to samo co z Pasz.
Mama wybuchna paczem.
- Przesta!
Nie mw tak!
Nie strasz dzieci!
Dasza, Tatiana i Marina wymieniy nieme
spojrzenia.
Bombardowanie trwao a do wieczora.
Anton zabra Tanie na dach.
Chodzenie bez gipsu na nodze byo do dziwne,
lecz nie tak dziwne jak widok czarnego dymu nad
miastem.
Aleksander mia racj, pomylaa.
Od samego pocztku mia racj.
Sprawdzio si wszystko to, co mwi.
Z sercem przesyconym czuoci i szacunkiem
postanowia, e od tej pory zawsze bdzie go
suchaa.
I nagle przeszed j lekki dreszcz: dreszcz strachu.
Aleksander mwi, e...
Tak.
e na ulicach Leningradu rozgorzeje walka na
mier i ycie.
e Dmitrij pjdzie w bj z karabinem w rku,
Szura z granatem, a ona z kamieniem.
Czy nie mwi te, eby kupowa ywno tak,
jakby miay to by ostatnie zakupy w jej yciu?
Moe troch przesadza, moe chcia j tylko
nastraszy.
Tak, na pewno, pomylaa z ulg.
Ale czy nie namawia jej, eby uciekaa z miasta?
Namawia, i to nieraz.
Patrzc na aobny caun dymu, przesaniajcy
miasto niczym wielka, czarna kopua, i my lc o
przyszoci rodziny, odniosa wraenie, e w
mroku czai si co zego.
Przeczucia.
Miaa ze przeczucia.
Podekscytowany Anton wpatrywa si w niebo.
- Taniu!
- zawoa.
- Taniu, jestem mistrz nad mistrze!
Tu koo mnie spada taka maa, zapalajca, i
zgasiem j tym!
- Pokaza jej kij z czym w rodzaju betonowego
kopaka na kocu, po czym zacz
podskakiwa, wymachiwa piciami i piskliwie
krzycze: - Chodcie tu, Szwaby!
Chodcie!
Czekam na was!
- Anton - odrzeka ze miechem Tatiana.
- Sfiksowae jak Sawin.
- Bardziej!
Znacznie bardziej!
On tu jest?
Nie, na szczcie.
Tatiana popatrzya w kierunku Newskiego i rzeki.
Poary.
Wszdzie poary.
Zza drzwi na schody wychyna czyja gowa.
Mama.
Nie miaa od wagi wyj na dach.
- Tatiano Gieorgijewno!
Czy ty zwariowaa?
Natychmiast zejd na d!
- Nie mog, jestem na subie.
- Prosz natychmiast zej!
Syszysz?
- Za godzin, mamusiu.
Id.
Zaczekajcie na mnie w mieszkaniu.
Rozsierdzona mama wymamrotaa co pod nosem i
dziesi minut pniej wrcia z Aleksandrem i
Dmitrijem.
Tatiana pokrcia gow.
- Co ty wyprawiasz, mamo?
Sprowadzia posiki?
- Tatiano - Aleksander podszed do niej
zdecydowanym krokiem - zejd na d.
- Dmitrij zosta przy drzwiach.
Tatiana nie ruszya si z miejsca.
Aleksander unis brwi.
- Natychmiast, Taniu.
Tania ciko westchna.
- A on?
Przecie nie mog zostawi go tu samego, prawda?
- Nic mi nie bdzie!
- wrzasn Anton, wymachujc kijem.
- Jestem uzbrojony!
Ruszyli w stron drzwi.
Aleksander zerkn na Antona i rzuci:
- W hem, onierzu.
- Taniu droga - powiedzia Dmitrij, gdy weszli do
mieszkania.
- Nie powinna wychodzi na dach podczas nalotu.
- Kiedy indziej nie ma sensu - odpara agodnie
Tatiana.
- Chyba e zechc si poopala.
- Wesza do pokoju.
- W tym miecie si nie poopalasz - warkn
Aleksander.
- Powanie, Taniu, co ty sobie wyobraasz?
Dmitrij ma racj, twoja matka te.
Chcesz, eby zostaa jej tylko Dasza?
Anton mia szczcie.
Nie wszystkie bomby to bomby zapalajce, nie
wszystkie spadaj na dach jak martwy gob.
Zapomniaa ju, jak byo w udz?
Pamitasz, co si dzieje, kiedy bomba wybucha w
powietrzu?
Fala uderzeniowa rozbija szko, rozrywa drewno i
plastik.
Po co oklejalimy okna tam?
Wiesz, co by si stao, gdyby taka bomba
eksplodowaa na dachu?
- Oklejcie tam i mnie - odpara oschle Tatiana.
- Najlepiej we wzorek, w mae palemki.
- Nie odszczekuj, mdralo!
- powiedziaa Dasza.
- Do mamy przez ciebie kopotw.
- cisna Aleksandra za rk.
- Nasi dzielni chopcy nie bd ci ju
odgrzebywa.
- Mnie przy tym nie byo - mrukn Dmitrij z
byskiem w oku.
- A szkoda.
Prawda, Aleksandrze?
- Wiesz co, Taniu?
- wtrcia mama.
- Lepiej zacznij szykowa kolacj i zostaw nas,
ebymy mogli spokojnie porozmawia.
Pom jej, Marino.
Makaron z odrobin masa, fasola i marchewka.
Tania uznaa, e to za mao, i usmaya mielonk z
puszki dziadka, chocia nikt jej nie lubi.
- Widz, e rodzice nadal nie chc przy tobie
rozmawia - zauwaya Marina.
- Fakt.
- Ale ci wojskowi...
Bardzo si tob przejmuj.
Zwaszcza Aleksander.
- Aleksander przejmuje si wszystkim i
wszystkimi.
Przyniesiesz troch masa?
Tego chyba nie wystarczy.
Kolacj zjedli w pospnej atmosferze.
Aleksander i Dmitrij wyjedali na front i nikt nie
chcia myle o najgorszym: oni na wojnie, a w
Leningradzie Niemcy.
Tatiana wiedziaa, e w przeciwiestwie do
Dmitrija, Szura ma dowodzi artyleri, lecz
zupenie jej to nie pocieszao.
Mimo to, kiedy pili ju herbat, zdoaa wykrzesa
z siebie odrobin energii i z oywieniem spytaa:
- No i co teraz?
- Musicie korzysta ze schronu na dole - odrzek
Aleksander.
- Macie szczcie, e w ogle tam jest.
W wikszoci domw s tylko piwnice.
Schodcie tam codziennie, jak najczciej.
Aha, Dasza.
Dopilnuj, eby Tatiana nie siedziaa na dachu.
Bombami niech zajm si chopcy.
Syszysz?
- Tak, kochanie.
Tatiana syszaa go a za dobrze.
Odchrzkna i spytaa:
- Aleksandrze, czy w tym magazynie spalio si
duo ywnoci?
Szura wzruszy ramionami.
- Troch cukru, troch mki...
Parodniowe zapasy.
Ale magazyn to nic.
Najgorsze jest to, e Niemcy okryli miasto.
- Nie do wiary - powiedziaa Dasza.
- Niemcy w Leningradzie.
Latem byli jeszcze tak daleko...
- Ale teraz s blisko.
Zamknli piercie.
- Piercie?
- mrukna Tania.
- Trudno to nazwa piercieniem.
- A ty kto?
- wrzasn pijany ojciec.
- Jakim prawem zaprzeczasz porucznikowi Armii
Czerwonej?
Aleksander uciszy ich gestem rki.
- Twj ojciec ma racj, Taniu, Nie sprzeczaj si
ze mn, chocia w tym wypadku masz troch racji.
Tatiana z trudem powstrzymaa si od umiechu.
- Niestety - kontynuowa powanie Szura - nasze
pooenie geograficzne sprzyja Niemcom.
Otacza nas za duo wody - wyjani z umiechem.
- Powiem inaczej: z adog, z New, z Zatok
Fisk i z Finami od pnocy piercie wok
Leningradu jest kompletny.
- Popatrzy na Tanie.
- Co ty na to?
Teraz lepiej?
Wymamrotaa co niezrozumiaego i przypadkowo
pochwycia spojrzenie Mariny.
Dmitrij obj j i musn nosem jej wosy.
- Zaczynaj odrasta - powiedzia.
- Zapu dugie, dobrze?
Uwielbiam, kiedy s dugie.
Nie, to, co robi Aleksander, to za mao, pomylaa.
To, co robimy razem, te nie wystarczy.
Boe, jak dugo bdziemy to cign?
Musimy przesta ze sob rozmawia w obecnoci
Dimy, Daszy, rodzicw i Mariny.
Jeli nie przestaniemy, bd kopoty.
Jakby czytajc jej w mylach, Szura przysun si z
krzesem bliej Daszy.
- Niemcy sju nad New?
- spytaa Dasza.
- Tak - odrzek.
- Zapucili si a nad adog, a do Szlisselburga.
Szlisselburg by maym miastem lecym w
miejscu, skd wypywaa
Newa, by siedemdziesit kilometrw dalej
przeci Leningrad i wpa
do Zatoki Fiskiej.
- Szlisselburg te zajli?
- Nie - westchn Aleksander.
- Ale jutro zajm.
- A potem?
- Potem ich powstrzymamy.
- Magazyn si spali - powiedziaa mama.
- Jak dowioz nam ywno?
- ywno - doda Dmitrij - benzyn, olej
napdowy, amunicj...
- Najpierw powstrzymamy Niemcw, a potem
bdziemy si martwi o reszt -
przerwa mu Aleksander.
Dima parskn chrapliwym miechem.
- Chc wej do miasta, niech sobie wchodz.
Wszystkie wiksze budynki s zaminowane.
Kada fabryka, kade muzeum, katedra i most.
Jeli Hitler tu wejdzie, zginie pod gruzami.
Ale my go nie powstrzymamy.
My umrzemy razem z nim.
- Nie, Dmitrij - odpar Szura.
- Powstrzymamy go, zanim tu wejdzie.
- A wic z Leningradu pozostanie jedno wielkie
pogorzelisko, tak?
- spytaa Tatiana.
- A co bdzie z nami?
Nikt jej nie odpowiedzia.
Aleksander pokrci gow.
- Jutro wyjedamy z Dmitrijem do Dubrowki.
Sprbujemy ich po wstrzyma.
- Ale dlaczego akurat my?
- wykrzykn Dima.
- Dlaczego akurat ty i ja?
Dlaczego nie moemy si podda?
Podda si Misk, podda si Kijw i Tallin, ktry
najpierw doszcztnie spon.
Podda si cay Krym, z radoci poddaa si
Ukraina!
- Wpada w coraz wiksz zo.
- Po choler mamy gin?
eby powstrzyma Hitlera?
A niech tu przyjdzie!
- Dmitrij - powiedziaa mama.
- W tym miecie mieszka twoja Tania.
I Dasza, dziewczyna Aleksandra.
- Nie wspominajc ju o mnie - wtrcia Marina.
- Chocia nie mam chopaka, ja te tu mieszkam.
- Wanie - rzuci oschle Aleksander.
- Chcesz zej Niemcom z drogi, eby mogli
dopa twoj dziewczyn?
- Dmitrij!
- wykrzykna Dasza.
- Wiesz, co oni robi z Ukrainkami?
- Ja nie wiem - odrzeka Tatiana.
- Co?
- Niewane, Taniu - odpar agodnie Szura.
- Czy mgbym dosta jeszcze troch herbaty?
Dima wbi wzrok w pust szklank.
- Tobie te przynios - powiedziaa Tania.
- Mj ojciec ich nie powstrzyma, nie zdoa -
wyszeptaa Marina.
- Mylicie, e kto da im rad?
Szura milcza.
- Nikt!
- wykrzykn Dmitrij.
- Nikt!
Mamy trzy ndzne dywizje.
To za mao, nawet gdyby przyszo nam walczy do
ostatniego onierza i do ostatniego czogu!
Aleksander wsta i zasalutowa.
- A propos.
Musimy i.
Dzikuj za herbat, Taniu.
Spojrza na Dmitrija.
- Wstacie, szeregowy, idziemy.
Od was zaley ycie tej rodziny.
Na Tatian nawet nie zerkn.
- Wanie tego najbardziej si boj - wymamrota
Dima.
Dasza wybuchna paczem i przytulia si do
Aleksandra.
- Wrcisz?
- spytaa.
- Obiecaj, e wrcisz cay i zdrowy.
- Postaram si.
- Dopiero teraz spojrza na Tatian.
Tania ani nie pakaa, ani nie prosia o nic
Dmitrija.
Kiedy wyszli,
zjada kawaek sodkiego ciasta, delektujc si
nim jak najwikszym rarytasem.
- Podoba mi si ten Dima - powiedziaa Marina.
- Jest szczery.
Lubi, kiedy onierz jest szczery.
Zaskoczona Tatiana zmarszczya brwi.
- onierz, ktry nie chce walczy?
Co to za onierz?
Jak chcesz, moesz go sobie wzi.
Nazajutrz rano, gdy si ubierali, radio podao, e
na dach domu przy Sadowej spada bomba
zapalajca, i e nie zdoano jej ugasi.
Eksplodowaa, zabijajc dziewi osb, z ktrych
adna nie miaa dwudziestu lat.
Mj brat te nie mia dwudziestu lat, pomylaa
Tatiana, wkadajc buty; wci bolaa j noga.
- Widzisz?
- mrukna mama.
- A nie mwiam?
Na dachu jest nie bezpiecznie.
- Mamo, miasto jest oblone, wszdzie jest
niebezpiecznie.
Bombardowanie rozpoczo si punktualnie o
smej.
Tania nie zdya nawet pj po jedzenie.
Caa rodzina zesza do schronu.
Zdenerwowana Tatiana ogryzaa paznokcie i
bbnia palcami w kolano, lecz niewiele to
pomagao.
Przesiedzieli tak godzin.
Potem ojciec da jej swoje kartki i wysa j do
sklepu.
- Tanieczko - poprosia mama - wemiesz i moje?
Mam duo pracy.
Szyj nowe mundury.
Jeden mundur dla naszego Aleksandra, dziesi
rubli dla mnie - dodaa z umiechem.
Tatiana chciaa pj z Marin, ale Marina
musiaa pomc babci si ubra.
Dasza bya w kuchni i praa co w eliwnym
zlewie.
Koniec kocw, Tania posza sama.
Na Fontance w pobliu teatru znalaza duy sklep.
W teatrze grali "Dwunast noc" Szekspira, a przed
sklepem cigna si duga kolejka.
Gdy stana przed lad, oznajmiono jej, e
poniewa Niemcy zbombardowali magazyn
Badajewa, wadze po raz kolejny zmniejszyy
racje ywnociowe.
Ojcu przysugiwao p kilograma chleba, ale
wszyscy pozostali mogli wykupi jedynie po
trzysta pidziesit gramw, a Marina i babcia
jeszcze mniej, bo tylko po dwiecie pidziesit.
W sumie na ca rodzin przypadao dwa
kilogramy chleba dziennie.
Oprcz chleba Tania kupia troch marchwi, fasoli
sojowej, trzy jabka, dziesi deka masa i p
litra mleka.
Wrcia biegiem do domu i powiedziaa rodzinie
o zmniejszonych racjach.
Zupenie si tym nie przejli.
- Dwa kilo chleba?
- spytaa mama, odkadajc szycie.
- To a za duo.
Jest wojna, nie musimy si obera.
Zaciniemy pasa, i ju.
Poza tym mamy jeszcze zapasy.
Jako sobie poradzimy.
Tatiana podzielia chleb na dwie porcje,
niadaniow i kolacyjn, na stpnie obie porcje
podzielia na dwanacie mniejszych.
Najwicej przeznaczya dla ojca.
Najmniej dla siebie.
W szpitalu nikt ju nie udawa, e czeka j jakie
szkolenie.
Kazano jej sprzta ubikacje, my pacjentw i
pra brudn pociel.
Roznosia te jedzenie w stowce, dziki czemu
moga podje troch sama.
Ilekro do stowki wpadali onierze, pytaa ich,
czy s z koszar puku Pawowskiego.
Bombardowanie trwao cay dzie.
Tego wieczoru zdya posprzta po kolacji, ale
ju o dziewitej po nownie zawyy syreny.
Pobiegli do schronu.
Siedzieli tam i siedzieli.
Miny dopiero dwa dni, mylaa Tania.
Boe, jak dugo jeszcze?
Kiedy spotkam Aleksandra, spytam go o to,
wycign z niego prawd.
Schron by dugi i wski.
Paliy si tam tylko dwie lampy naftowe - dwie
lampy na szedziesicioro ludzi, ktrzy siedzieli
na awkach lub opierali si o pomalowane na
szaro ciany.
- Tatusiu - spytaa Tatiana.
- Jak dugo to potrwa?
- Pewnie kilka godzin - odrzek znuony ojciec;
jego oddech cuch n wdk.
- Nie, pytam o wojn.
- Skd mam wiedzie?
- mrukn, prbujc wsta.
- Skoczy si, kiedy nas wszystkich zabij.
- Mamo, co mu jest?
- Tanieczko, jak moesz by tak lepa?
Pasza.
Ojciec wci myli o Paszy.
- Nie jestem lepa - wymamrotaa Tatiana,
przysuwajc si do Daszy i Mariny.
- Rodzina go potrzebuje...
Daszo, Marinka mwi, e podkochiwa si we
mnie Misza, ten z ugi, pamitasz?
Ona chyba zwariowaa.
- Fakt, zwariowaa - odrzeka siostra.
- Dziki.
Marina spojrzaa na nie i westchna.
- To wy zwariowaycie, obie.
A ty, Daszo, bdziesz musiaa to kiedy
odszczeka, zobaczysz.
- Widzisz, Taniu?
- rzucia Dasza, nawet nie podnoszc gowy.
- Miszka byby dla ciebie lepszy.
Nazajutrz byo dokadnie to samo.
Tym razem Tatiana zabraa ze sob "Notatki z
podziemia" Dostojewskiego.
Dzie pniej stwierdzia, e duej tak nie
wytrzyma.
Boe, pomylaa, przecie nie mog siedzie tu
cay dzie i bbni palcami w kolano.
Tote kiedy rodzina ponownie schodzia do
schronu, zostaa w tyle, wrcia biegiem na gr i
posza na dach, gdzie czuwali Anton, Mariszka,
Kiry i kilku mczyzn, ktrych nie znaa.
Wiedziaa, e przy odrobinie szczcia rodzice nie
zauwa nawet jej nieobecnoci.
Na dachu wist i huk rozrywajcych si bomb by
do przeraajcy, mimo to zostaa tam a dwie
godziny.
Ku ich rozczarowaniu, w pobliu
nic nie wybucho.
Miaa racj: rodzice niczego nie zauwayli.
- Gdzie siedziaa, Tanieczko?
- spytaa mama.
- Przy drugiej lampie?
- Tak.
Nie mieli od nich adnych wiadomoci - ani od
Aleksandra, ani od Dmitrija.
Dziewczta umieray ze zdenerwowania.
Z trudem nad sob panoway, warczay i na siebie,
i na pozostaych.
Tylko babcia Maja za chowywaa niewzruszony
spokj i nieustannie malowaa.
- Babciu - spytaa Tatiana, rozczesujc jej dugie,
siwiejce ju wosy - skd u ciebie to
opanowanie?
- Jestem za stara, eby mnie to obchodzio.
Co innego wy, modzi - odrzeka babcia z
umiechem.
- Wy chcecie y, a mnie ycie zobojt niao.
- Popatrzya na Tanie i musna donijej policzek.
- Nie mw tak.
- Tatiana obja j i przytulia.
- A jeli Fiodor wrci?
- Nie powiedziaam, e nie chc y - odrzeka
babcia, gaszczc j po gowie.
- Powiedziaam tylko, e ycie mi zobojtniao.
Tatiana martwia si o Marin.
Kuzynka wychodzia z domu wczesnym rankiem,
sza na uniwersytet, potem odwiedzaa matk w
szpitalu i wracaa pnym wieczorem.
Wieczorami mama szya.
Wieczorami ojciec pi, krzycza i spa.
Wieczorami suchay z Dasz radia.
Wieczorami byo bombardowanie i Tania
wymykaa si ukradkiem na dach.
Za dnia dobiegay ich odgosy wojny.
W Leningradzie nieustannie grzmiao.
Huk dochodzi z bliska i z daleka, zamiera na
chwil w poudnie, by wieczorem usta na dobre.
Tatiana pracowaa, chodzia po chleb, leczya
chor nog i zachowywaa si tak, jakby jej ycie
toczyo si dalej, jakby nie zatrzymao si w
miejscu jak ten tramwaj przy Kanale
Obwodowym.
Babcia Maja miaa cay pokj dla siebie.
Mama spaa na sofie, ojciec na leance Paszy.
Tatiana, Dasza i Marina spay w jednym ku.
Tania cieszya si, e wraz z przybyciem kuzynki
midzy ni i siostr wyrs
swoisty bufor, dziki ktremu moga myle o
bombardowaniu zamiast o Daszy.
Bo Dasza przeywaa tragedi.
Bo podczas wojny miaa prawo kocha
Aleksandra.
Jednake bufor by za may, poniewa ktrej nocy
siostra pooya si nie przy Marinie, tylko przy
niej.
- Taniu, pisz?
- Nie.
Co si stao?
- Mylisz, e oni...
zginli?
- Przestacie, dziewczyny - mrukna Marina.
Rano id na zajcia.
- Wiemy.
Dasza przytulia si do siostry i cichutko
wyszlochaa:
- Zginli?
Tatiana nabraa powietrza i gboko odetchna, za
siebie i za Alek sandra.
- Nie - szepna.
- Oni yj.
- Nie chciaa rozmawia z siostr o Szurze.
Ani teraz, ani nigdy.
- Martw si o siebie, Daszka.
Zobacz tylko, jak my yjemy.
Czy ty w ogle to widzisz?
Rano poprosili mnie w szpitalu, ebym posza na
gr i pomoga przy opatrywaniu ofiar
bombardowania.
Poszam, ale kiedy zobaczyam, co z nich zostao...
Wiesz, e przy Ligowskim zawali si dom?
- Nie.
- Gruzy przygnioty dziewczyn.
Miaa siedemnacie lat...
- Tyle samo co ty.
- Tak.
Jej ojciec pomaga straakom j odkopywa.
Kopali przez cay dzie.
Znaleli j dopiero o szstej, kiedy wychodziam
ze szpitala.
Ju nie ya.
Miaa dziur w czole.
Dasza milczaa.
- O szstej?
- spytaa Marina.
- O szstej byo bombardowanie.
Nie zesza do schronu?
- Marinko - powiedziaa Dasza - nie warto z ni o
tym gada.
-Przytulia si do Tatiany i szepna: - Jeli nie
zaczniesz schodzi do schronu, powiem ojcu.
Tej nocy syreny obudziy ich o trzeciej nad ranem.
Wygldao na to, e Niemcy postanowili si
zabawi.
Tatiana odwrcia si do ciany i pewnie spaaby
dalej, gdyby rodzice i siostra nie wywlekli jej z
ka.
Gdy toczyli si na ppitrze za schodami,
pomylaa, e gorzej ju by nie moe.
Aleksander i Dmitrij wrcili do Leningradu
dwunastego wrzenia, pierwszego dnia, kiedy nie
byo ani jednego bombardowania.
Przyjechali z Dubrowki tylko na jeden wieczr, po
onierzy i bro.
Uszczliwiona Dasza tona we zach i nie
rozstawaa si z Aleksandrem nawet na sekund,
odmawiajc pomocy przy gotowaniu kolacji.
Dmitrij nie rozstawa si z Tatian, ale podczas
gdy Dasza czule obejmowaa Szur, Tania staa
sztywno jak koek w pocie, rozgldajc si bez
radnie po pokoju.
- Dobrze, ju dobrze - powtarzaa, prbujc nie
patrze na czarne wosy Aleksandra i na jego
krzepkie plecy.
Naprawd prbowaa, lecz na prno.
Patrzya wic, wiedzc, e musi jej to wystarczy,
e przy nich go nie obejmie.
- Taniu - powiedziaa Marina, kiedy Dmitrij
poszed si umy, a Dasza wybiega do kuchni,
eby wstawi wod na herbat.
- Ten mczyzna walczy za ciebie na froncie.
Mogaby okaza mu troch wicej
zainteresowania.
Okazuj, i to a za duo, pomylaa Tatiana, z
trudem odrywajc wzrok od twarzy Szury.
- Marina ma racj - wtrci z umiechem
Aleksander.
- Mogaby okaza mu chocia tyle samo
zainteresowania co anna Sarkowa.
Przechodzc koo jej uchylonych drzwi,
zobaczyem, jak ley na ku ze szklank
przytknit do ciany.
- Naprawd?
Aleksander wzi karabin, grzmotn kolb w
cian i gono spyta:
- Znacie ten kawa?
Kolega oprowadza koleg po swoim mieszkaniu.
Go pyta: "Po co ci ta wielka miska?
". A tamten odpowiada: "To nie miska, to gadajcy
zegar".
Bierze motek...
- Aleksander wzi zamach i ponownie grzmotn
kolb w cian.
- Uderza nim w misk i nagle...
- Niech ci szlag, sukinsynu!
- wrzasna Sarkowa.
- Jest druga rano!
Tatiana miaa si tak gono, e Aleksander
odoy karabin i delikatnie poklepa j po
plecach.
- Dzikuj, Taniu - rzek z umiechem.
- Umieram z godu.
Co jest na kolacj?
Tatiana, idc do kuchni, zauwaya, e Marina nie
spuszcza z niej oczu.
Usmaya dwie puszki mielonki, ugotowaa garstk
ryu, troch makaronu i odgrzaa ros, ktry
zapomnia ju, e jest rosoem.
Gdy staa przy pycie, do kuchni wszed
Aleksander; chcia si umy.
Tatiana wstrzymaa oddech.
Szura zajrza do garnkw i westchn.
- Hmm...
Ry, makaron i...
woda?
Wody nie chc.
- To jest ros - odrzeka cichutko Tania.
Szura pochyli gow.
Gdyby przesuna si trzy centymetry w lewo,
mogaby go dotkn.
Nie miejc gbiej odetchn, powolutku si
przesuna.
- Strasznie zgodniaem - szepn, patrzc jej w
oczy, lecz zanim zdy
cokolwiek doda, do kuchni wesza Marina.
- Dasza przesya ci rcznik - powiedziaa.
- Zapomniae.
- Dziki.
- Wzi rcznik i znikn w azience.
Tatiana gapia si w zup, jakby szukaa w niej
jego odbicia.
Marina podesza bliej i zajrzaa do garnka.
- Widzisz tam co ciekawego?
- Nie - odrzeka Tania, prostujc si i cofajc.
- Hmm...
Nic dziwnego.
Ciekawsze rzeczy dziej si tutaj.
- Jak tam jest?
- spytaa Dasza przy kolacji.
- Strasznie?
- A wiesz - odrzek Aleksander, jedzc szybko i
apczywie - to dziwne, ale nie.
Ciko byo tylko przez pierwsze dwa dni,
prawda, Dima?
Dima wie.
Cay czas siedzia w okopach.
Niemcy chcieli nas sprawdzi.
Atakowali, atakowali, ale wytrzymalimy i
przestali.
Nasi zwiadowcy przysigaj, e zaczli si
okopywa.
I to jak: buduj betonowe bunkry.
- Betonowe bunkry?
- powtrzya Dasza.
- Co to znaczy?
- To znaczy - odrzek powoli Aleksander - e
prawdopodobnie nie zamierzaj wkracza do
Leningradu.
Wszyscy si ucieszyli wszyscy z wyjtkiem ojca,
ktry siedzia, na
wp pic na kozetce, i Tatiany, ktra dostrzega
zowieszcze wahanie w twarzy Aleksandra.
- A ty?
- spytaa ostronie, zagryzajc warg.
- Te si z tego cieszysz?
- Tak - mrukn Dmitj, jakby zwracaa si do
niego.
- Nie - odpar Aleksander.
- Mylaem, e bdziemy walczy.
Wal czy jak onierze...
- I jak onierze gin!
- przerwa mu Dima, walc pici w st.
- Tak, gdyby zasza taka potrzeba...
- Mw za siebie.
Wolabym ju, eby Niemcy siedzieli w tych
bunkrach przez dwa lata i zagodzili nas na mier.
- Przesta.
- Aleksander odoy sztuce.
- Mielibymy gni w okopach?
Nie uwaasz, e to nie przystoi?
e zalatuje tchrzostwem?
- Posa mu zimne spojrzenie, otar usta i sign
po kieliszek.
Tatiana podaa mu butelk.
- Nie, to nie jest tchrzostwo - odpar Dmitj.
- To jest bardzo mdre posunicie.
Siedzisz i czekasz.
A kiedy nieprzyjaciel zmiknie, atakujesz.
To si nazywa strategia.
- Dimoczka - powiedziaa mama, nerwowo
skubic makaron.
- Chyba nie chcesz nas tu zagodzi?
- Nie, nie - odrzek Dmitrij.
- To bya tylko przenonia.
Tatiana patrzya na Aleksandra.
Aleksander milcza.
- Jest jeszcze wdka?
- spyta Dima, podnoszc prawie pust butelk.
- Mam ochot si urn.
Wszyscy zerknli na ojca i szybko odwrcili
wzrok.
- Aleksandrze - rzucia wesoo Tatiana; lubia
wymawia jego imi na gos.
- Przysza do nas dzisiaj Nina Iglenko.
Chciaa poyczy troch mki i szynki.
Mamy duo, wic jej dalimy.
aowaa, e nie bya przewidujca tak jak my i
nie...
- Taniu - przerwa jej Aleksander i Tania usiada
ciko na krzele.
A jednak.
Miaa racj.
Szura co wiedzia i nie chcia im tego zdradzi.
- Nie dawaj nikomu ani grama ywnoci,
rozumiesz?
Pod adnym pozorem.
Nikomu, nawet Ninie.
- Przecie nie godujemy - odrzeka Tatiana.
- Wanie - wtrcia Dasza.
- Racjonowanie ywnoci to dla nas nie
pierwszyzna.
Ot, choby podczas kampanii fiskiej.
Gdzie ty wtedy by?
- Walczyem z Finami - odpar pospnie
Aleksander.
Kampania, konflikt - przecie to nic innego jak
wojna.
Tatiana zastanawiaa si, skd u Daszy te
eufemizmy.
Czyby siostra pisaa teksty propagandowe do
radia?
- Posuchajcie - powiedzia Aleksander.
- Wszyscy.
Pilnujcie ywnoci, jakby by to najcenniejszy
skarb, skarb, ktry moe ocali wam ycie.
- Boe, dlaczego jeste taki powany?
- mrukna Dasza.
- Gdzie twoje synne poczucie humoru?
Niemcy nas nie zagodz.
Jestem pewna, e ci z rady miejskiej zdobd
ywno.
Zgoda, jestemy okreni, ale chyba nie
cakowicie, prawda?
Aleksander zapali papierosa.
- Dasza, zrb co dla mnie: oszczdzaj zapasy.
- Dobrze, najdroszy.
Masz moje sowo.
- Pocaowaa go w policzek.
- Ty te, Taniu - doda Szura.
- Dobrze, najdroszy.
Masz moje sowo.
- Tania go nie pocaowaa.
- Jak dugo bombardowali Londyn?
spytaa Dasza.
- W tysic dziewiset czterdziestym?
Czterdzieci nocy i dni.
- Czterdzieci nocy i dni?
powtrzya Dasza.
- Mylisz, e nas te...
Tatiana zesztywniaa.
Chciaa go spyta o to samo i teraz ju nie musiaa.
- Duej - odrzek Aleksander.
- Bd nas bombardowa, dopki Leningrad si
nie podda, dopki nie padnie albo dopki ich nie
odeprzemy.
- Podda si?
- spytaa Dasza.
- Jeli zajdzie taka konieczno, wyj d na ulic i
bd z nimi walczya.
Jak na dziewczyn, ktra nie wyciubiaa nosa ze
schronu, Dasza przemawiaa bardzo odwanie.
Aleksander pokrci gow.
- Nie wiesz, co mwisz.
Walki uliczne s katastrofalne w skutkach nie tylko
dla oblonych, ale i dla atakujcych.
I jedni, i drudzy trac mnstwo ludzi.
Co prawda, nasz ukochany przywdca nie dba o
ycie swoich onierzy, za to Hitler wykazuje
zadziwiajco zdrowe zainteresowanie
przetrwaniem rasy aryjskiej.
Dlatego sdz, e nie bdzie ryzykowa i nie
wprowadzi wojska do Leningradu.
- Zerkn na Tatian.
- Myl, e speni si yczenia Dimy - doda z nie
ukrywan pogard w gosie.
Dmitrij siedzia rozwalony na sofie, tu obok ojca.
Albo by pijany, albo zupenie otpiay.
Tania spojrzaa na niego i posza po szklanki do
herbaty.
- Bdzie jak w Londynie?
- spytaa Dasza z byszczcymi oczami, odrzucajc
dugie, krcone wosy.
- Kiedy Niemcy bombardowali Londyn, ludzie yli
tak, jakby nic si nie stao.
Dziaay nocne kluby, modzi chodzili na tace...
Widziaam zdjcia.
Byo bardzo wesoo.
- Umiechna si, gaszczc Aleksandra po nodze.
- Daszo - wykrzykn Szura.
- Gdzie ty mieszkasz?
W Londynie?
Londyn to dla ciebie jak Mars, rozumiesz?
W Leningradzie nie ma nocnych klubw.
Mylisz, e otworz je teraz, podczas blokady?
Dasza spochmurniaa.
- Jakiej blokady?
- Boe, Daszo!
Niemcy Londynu nie oblegali!
Naprawd nie widzisz adnej rnicy?
- Bd nas...
oblega?
- spytaa niepewnie Dasza.
Aleksander nie odpowiedzia.
Mama, Marina i babcia cieniy si przy stole,
poerajc go wzrokiem.
Tylko Tatiana staa w drzwiach z tac pen
szklanek i spodkw.
- Jestemy okreni - powiedziaa, nie patrzc na
Szur.
- Dlatego Niemcy si okopuj.
Nie chc traci swoich ludzi.
Zagodz nas na mier.
Prawda, Aleksandrze?
- Do, Taniu, wystarczy.
Jeden wieczr i tyle pyta.
Oszczdzajcie ywno, to najwaniejsze.
- Aleksandrze - odezwaa si z niedowierzaniem
mama.
- Syszaam, e Niemcy s ju w Peterhofie.
To prawda?
- Pamitasz, kochanie?
- wymruczaa Dasza, ciskajc go za rk.
- Bylimy w Peterhofie.
Och, to by taki cudowny dzie!
Nasze ostatnie beztroskie chwile.
Pamitasz?
- Tak, pamitam - odrzek Szura, nie patrzc na
Tanie.
- Potem wszystko si zmienio...
- westchna smutno Dasza.
- Tak, Irino Fiodorowna.
Niemcy s ju w Peterhofie.
Wynieli dywany z paacu i wyoyli nimi okopy.
- Kochanie - powiedziaa Dasza, pocigajc yk
herbaty.
- Moe jednak Dmitrij ma racj?
W Leningradzie zostao prawie trzy miliony ludzi.
Chcecie ich wszystkich powici?
To chyba przesada.
Czy do wdztwo obrony miasta nie rozwaa
moliwoci poddania si?
Aleksander przyglda si jej bez sowa.
Tatiana prbowaa wyczyta co z jego wzroku.
- Gdybymy si poddali...
- kontynuowaa Dasza.
- Poddali si i co?
- wykrzykn Szura.
- Daszo, my nie jestemy im potrzebni.
Ani my, ani ty.
Czytaa, co robili na Ukrainie?
- Staram si o tym nie czyta.
- Ja czytaam - powiedziaa Tatiana.
- Dmitrij myla przez chwil, e pobyt w
niemieckim obozie dla jecw wojennych jest
niezym pomysem.
Uwaa tak, dopki si nie dowiedzia, e nazici
rozstrzeliwuj winiw, e grabi i pal wsie,
zarzynaj bydo, burz stodoy, morduj
wszystkich ydw, kobiety, dzieci...
- Zapomniae doda, e kobiety przedtem gwac
- wtrcia Tania.
Dasza i Aleksander oniemieli.
- Podaj mi dem, dobrze?
- poprosia Dasza.
- Tak, i przesta tyle czyta - doda Szura, patrzc
w pust szklank.
- Skoro jestemy obleni - spytaa Dasza,
nabierajc yk troch demu - w jaki sposb
wadze sprowadz tu ywno?
- Nam jedzenia nie zabraknie - odrzeka mama.
- Duo zaoszczdzilimy.
- Nie wiem, mamo.
Moim zdaniem Dmitrij ma racj.
Powinnimy si podda i...
Patrzc ponuro na Tatian, Aleksander pokrci
gow.
- Nie - powiedzia.
- Prawda, Taniu?
"Nie ulegniemy i nie zawiedziemy.
Wytrwamy do koca.
Bdziemy walczy na morzach i oceanach.
Bez wzgldu na koszty, bdziemy broni naszej
wyspy w po wietrzu".
- "Bdziemy walczy na plaach - podja
odwanie Tatiana, patrzc mu prosto w oczy.
- Bdziemy walczy na polach i na ulicach.
Bdziemy walczy na wzgrzach.
- Z trudem przekna lin.
- Nie poddamy si.
Nigdy" - zakoczya z drcymi rkami.
- Churchill.
Zirytowana Dasza ciko westchna.
- Moesz nam zrobi herbaty, Churchillu?
Marina wesza do kuchni, eby pomc Tani
pozmywa.
- Boe - szepna.
- Nigdy w yciu nie widziaam nikogo gupszego i
bardziej tpego ni twoja siostra.
Tatiana zblada i zesztywniaa.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
Kilka dni pniej Tatiana i Dasza zrobiy domowy
remanent, eby sprawdzi, ile zostao im
ywnoci, z ktrej wikszo Tania kupia z
Aleksandrem pierwszego dnia wojny.
Pierwszy dzie wojny.
By tak odlegy, jakby nalea do innego ycia, do
zupenie innych czasw.
Do nieodwracalnej przeszoci.
Natomiast teraniejszo obdarowaa ich
czterdziestoma trzema kilogramami mielonki w
puszkach, dziewicioma puszkami przecieru
pomidorowego i siedmioma butelkami wdki.
Zaszokowana Tatiana przypomniaa sobie, e
przed omioma dniami, kiedy spali
si magazyn Badajewa, mieli ich a jedenacie.
Ojciec musia pi wicej, ni mylay.
Mieli te dwa kilo kawy, cztery kilo herbaty,
dziesi kilo cukru w trzydziestu torebkach,
pitnacie maych puszek sardynek, cztery kilo
kaszy jczmiennej, sze kilo patkw owsianych i
dziesi kilo mki.
- Sporo tego, co?
- spytaa Dasza.
- Ile moe potrwa ta caa blokada?
- Aleksander mwi, e do koca - odrzeka
Tatiana.
Mieli te siedem pudeek zapaek po dwiecie
pidziesit zapaek
w kadym.
Mama zaoszczdzia dziewiset rubli, co
wystarczyo na kupno ywnoci na czarnym rynku.
- Chod, mamo - powiedziaa Tania.
- Idziemy.
Natychmiast.
Poszy z matk do komercyjnego sklepu, ktry
otwarto w sierpniu w Rejonie Oktiabrskim,
niedaleko cerkwi w.
Mikoaja.
Szy ponad godzin, a gdy wreszcie doszy,
wytrzeszczyy oczy, widzc ceny towarw na
pkach.
Byy tam jajka, ser, maso, szynka, a nawet kawior.
Ale cukier kosztowa siedemnacie rubli za kilo.
Mama rozemiaa si i ruszya do drzwi, ale
Tatiana chwycia j za rk i powiedziaa:
- Nie sknerz.
Kup co.
- Puszczaj, idiotko - warkna matka.
- Mylisz, e co?
e jestem gupia i zapac siedemnacie rubli za
kilo cukru?
Albo dziesi rubli za dziesi deka sera?
artuj z nas sobie czy co?
- Spojrzaa na sprzedawc.
- To jaki art?
- wrzasna.
- Kogo na to sta?
Nikogo.
Dlatego nie ma tu kolejek, jak przed zwykymi
sklepami!
Mody sprzedawca umiechn si szyderczo.
- Oj, kobiety, kobiety...
Albo kupujecie, albo wychodzicie.
- Wychodzimy - odpara matka.
- Chodcie, dziewczta.
Tatiana nie ruszya si z miejsca.
- Mamo, pamitasz, co mwi Aleksander?
- Wyja z torebki pienidze, ktre zaoszczdzia,
pracujc u Kirowa i w szpitalu.
Niewiele tego byo.
Zarabiaa ledwie dwadziecia rubli tygodniowo, z
czego dzie si oddawaa rodzicom, lecz mimo to
zdoaa odoy sto rubli.
Kupia za to piciokilogramowy worek mki
("Czterdzieci rubli!
Zgroza!
I po co nam wicej mki?
"), cztery kostki drody po dwa i p rubla za
kostk, kilogram cukru i tuszonk po trzydzieci
rubli za kilo.
Zostao jej trzy ruble, wic spytaa, co moe za to
dosta.
Sprzedawca zaproponowa pudeko zapaek, p
kilograma herbaty lub czerstwy chleb, z ktrego
mona byo zrobi grzanki.
Po dugim namyle Tania wybraa chleb.
Przez reszt dnia kroia bochenek na mae kawaki,
ktre opiekaa w duchwce.
Matka, ojciec, a nawet Dasza miali si z niej i
szydzili.
- Wydaa trzy ruble na czerstwy chleb i jeszcze go
opieka.
Pewnie myli, e bdziemy to jedli!
Tania nie zwracaa na nich uwagi.
Cay czas pobrzmieway jej w uszach sowa
Aleksandra: "Kupuj tak, jakby miaa je ostatni
raz w yciu".
Tego wieczoru Aleksander wysucha
sprawozdania z wyprawy do sklepu i powiedzia:
- Irino Fiodorowno, powinna pani wyda wszystko
co do kopiejki i za dziewiset rubli nakupi
czerstwego chleba.
Tak jak Tatiana.
Dzikuj, Szura, pomylaa Tania.
Siedziaa po drugiej stronie pokoju, a w pokoju
byo peno ludzi.
Nie dotykaa go od wielu dni.
Prosi, eby trzymaa si od niego z daleka, wic
si trzymaa, cho przychodzio jej to z wielkim
trudem.
Mama pogardliwie machna rk.
- Siedemnacie rubli za kilogram cukru.
Jeszcze nie zgupiaam.
Mam racj, Gieorgij?
Ale Gieorgij ju spa.
Pewnie znowu za duo wypi.
- Mamo, mam racj czy nie?
Babcia Maja jak zwykle malowaa.
- Nie wiem, Irino.
A jeli to Aleksander ma racj?
Niemcy byli bardzo punktualni.
Co wieczr o pitej wyy syreny, a radiowy
metronom zaczyna popiskiwa z czstotliwoci
dwustu piskw na minut.
Przeraajc monotoni nieustannych wybuchw
przewyszaa jedynie przeraajca monotonia
wewntrznego zakamania, w ktrym ya Tania,
nieustanny strach o Aleksandra i tragiczne
przygnbienie taty, ktry oddali si od rodziny do
tego stopnia, e straci poczucie czasu.
- Niemoliwe - powiedzia ktrego wieczoru, gdy
zawyy syreny.
- Bombarduj nas chyba od tysica dni...
- Nie, tatusiu - odrzeka cicho Tatiana.
- Dopiero od jedenastu.
Ostatnio denerwowa j nie tylko ojciec.
Mam cakowicie pochaniao szycie.
Babcia Maja spokojnie malowaa, jakby w ogle
nie byo wojny, a Marina mylaa tylko o swojej
matce; zreszt z Marin Tania nie chciaa za czsto
rozmawia.
A Dasza...
Dasz cakowicie pochania Aleksander.
Dziadek i babcia byli bezpieczni; niedawno
dostaa od nich list.
Pasza nie y.
Dmitrij chodzi zadumany i nieszczliwy.
On te coraz wicej pi.
Ktrego wieczoru dosownie pchn j na cian
przy kuchennym oknie i gdyby nie Dasza, Bg wie,
czym by si to skoczyo.
Pocieszenie znajdywaa jedynie wrd przyjaci
na dachu i w towarzystwie Szury.
Na dachu jak zwykle zastaa ma, kdzierzaw
Mariszk, ktra z na dziej wypatrywaa kolejnych
samolotw i kolejnych bomb.
Zaniedbana, na wp porzucona siedmiolatka
biegaa wokoo, radonie wymachujc rczkami.
- Tutaj, tutaj!
- piszczaa.
- Przylecie tutaj!
Anton czeka w pogotowiu z cementowym
kopakiem do gaszenia bomb zapalajcych.
- Anton - spytaa Tania, siadajc na papie i
wyjmujc z kieszeni kawaek suchara.
- Co bdzie, jeli bomba spadnie ci na gow?
Masz ten gupi kopak, ale kopak ci wtedy nie
pomoe.
Lepiej na hem i usid.
Ani myla siada.
Podekscytowany zacz jej opowiada o bombach
odamkowych, ktre przecinaj czowieka na p,
zanim zdy podnie gow, eby sprawdzi, co
na niego spada.
Tania mogaby przysic, e bardzo by chcia taki
widok zobaczy.
Pogryzajc suchar, ze znuonym rozbawieniem
obserwowaa malutk, drobniutk Mariszk.
Dziewczynka podbiega do niej i powiedziaa:
- Cze, Tanieczko.
Co jesz?
- Suchy chleb.
- Tania signa do kieszeni.
- Chcesz troch?
Mariszka energicznie kiwna gwk i zanim
Tania zdya powiedzie: "Tylko nie wyrywaj!
", chwycia kawaek suchara i przekna go
w caoci.
- Masz jeszcze?
I nagle Tatiana dostrzega w jej twarzy co, czego
przedtem nie widziaa.
Szybko wstaa i wzia j za rk.
- Gdzie twoi rodzice?
- Ruszyy w stron schodw.
Dziewczynka wzruszya ramionami.
- Chyba pi.
- Taniu!
- zawoa Anton.
- Zostaw j.
Zaprowadzia Mariszk do domu.
- Mamusiu, tatusiu, zobaczcie, kto do nas
przyszed.
Matka i ojciec ani drgnli.
Oboje spali z twarzami wtulonymi w brudn
poduszk.
W pokoju cuchno jak w toalecie publicznej.
- Chod do nas - powiedziaa Tatiana.
- Znajd ci co do jedzenia.
Nazajutrz o wp do sidmej rano umyta i ubrana
Tania nachylia si nad pic siostr.
- Daszeko, nastpnym razem nie nastawiaj
budzika, tylko suchaj syreny.
Wstawaj.
Idziemy do sklepu.
Dasza sennie mlasna jzykiem.
- Do sklepu?
wymamrotaa.
wietnie radzisz sobie sama.
- No chod - namawiaa Tania, cigajc z nich
koc.
- Obejrzysz po ranne przedstawienie.
Dziewczta ani drgny.
- Jak si spnisz, na pewno zdysz na gwne.
Zaczyna si do kadnie o pitej.
Dasza i Marina nawet nie otworzyy oczu.
- Nie?
To obejrzyj chocia wieczorne - rzucia przez
rami, wychodzc z pokoju.
- Pocztek: punkt dziewita.
Moe Aleksander wrci, pomylaa.
Moe przyjdzie i porozmawiamy jak ywy
czowiek z ywym czowiekiem.
Czy ju nikt nie chce ze mn rozmawia?
Czy ju nikt mnie nie widzi?
Nie wyczuwa mojej obecnoci?
Wszyscy zniknli, odcili si ode mnie, jakbym
umara.
Przyjd, Szura.
Przyjd.
Zapia paszcz i szybkim krokiem ruszya ulic
Niekrasowa.
Przyjd i przypomnij mi, e jeszcze yj.
Wieczorem, midzy nalotami, Aleksander
rzeczywicie przyszed zjedzeniem i z
nachmurzonym Dmitrijem.
W pokoju jak zwykle zaroio si od ludzi.
Tatiana pobiega do kuchni, eby odgrza fasol i
ry.
Szura poszed za ni - serce omal nie wyskoczyo
jej z piersi - lecz w tej samej chwili doczya do
nich Sarkowa, a zaraz potem Pietrow, Dasza i
Marina.
Aleksander natychmiast wyszed.
Do stou usiedli wszyscy oprcz ojca, ktry spa
pijany w ssiednim pokoju.
Tatiana moga si do Aleksandra odzywa, lecz w
obecnoci tylu ludzi, tylu twarzy i oczu nie moga
na niego patrze.
Patrzya wic na jedzenie albo na mam.
Wzroku Daszy, Mariny i babci te wolaa unika,
gdy coraz czciej odnosia wraenie, e co
wyczuwaj.
Aleksander opowiada o zym przygotowaniu
radzieckich wojsk, ktre broniy si przed
Niemcami nad New.
- Dwa dni temu - mwi - mj batalion wysano w
okolice Szlisselburga; mielimy kopa okopy.
Zabralimy kilka modzierzy, ale, wiecie, znowu
ten koszmarny baagan.
- Zniy gos.
- Nie byo tam nawet tych
z NKWD.
- Nie mog by wszdzie naraz - powiedziaa
Tatiana.
- Maj za duo pracy.
Pilnuj pogranicznikw, stray fabrycznej,
milicjantw...
- I gestapowcw - dokoczy za ni Aleksander.
- Nie zapominajmy te o ministrach spraw
wszelakich, w tym wewntrznych, i o czujnych
stranikach adu tudzie spokoju.
Umiechnli si; ona do talerza.
Musiaa, po prostu musiaa dotkn jego rki, eby
oderwa go od przeszoci i wrci do
teraniejszoci.
Nie, nie moe tego zrobi: przy stole siedzi
rodzina, przy stole siedzi Dmitrij.
Ale czua te, e Szura bardzo tego chce, e tego
pragnie, i postanowia, e za chwil wstanie,
dotknie jego rki, a potem niech si dzieje co chce.
Zacza zbiera talerze.
Podesza bliej, napara biodrem na jego okie i
szybko posza dalej.
- Wiesz, Taniu - kontynuowa - gdyby Niemcy
zaatakowali w pierwszych dwch tygodniach
wrzenia, chybaby nas rozgromili.
Nie mielimy ani czogw, ani dzia, a pod
Szlisselburgiem stay tylko resztki si z Karelii, le
uzbrojeni ochotnicy.
Pamitasz ochotnikw z ugi?
Pamitasz, jak byli wyszkoleni?
Nie wszyscy zachowuj si rwnie
przytomnie jak ty.
- Dlaczego rozmawiasz z ni o wojnie?
- wtrcia Dasza.
- Jej to w ogle nie interesuje.
Lepiej pomw z ni o Puszkinie.
Albo o gotowaniu.
Ostatnio bardzo lubi gotowa.
Ale wojna?
Ona nie wie nawet, e si
toczy.
- Dobrze - odpar z powan twarz Aleksander.
- Taniu, chciaaby
porozmawia o Puszkinie?
- A propos gotowania...
- wykrztusia zmieszana Tatiana.
- A raczej ywnoci.
Gdzie jest teraz najbezpieczniej?
Ilekro id do sklepu, zawsze mnie ostrzeliwuj.
To takie...
niewygodne.
Szura wybuchn miechem.
- adnie to uja.
Najlepiej nigdzie nie chod.
A podczas ostrzau czy bombardowania sied w
schronie.
Nikt si nie odezwa.
- Tak, ale skd oni strzelaj?
- spytaa szybko Tatiana, eby nie uprzedzia jej
Dasza.
- Z Pukowskich Wzgrz.
Nie musz ju nawet wysya na nas samolotw.
Zauwaya, e lata ich coraz mniej?
- Jak to?
Wczoraj wieczorem naliczylimy prawie setk.
- Wieczorem i noc tak, bo wtedy trudniej je
zestrzeli, ale za dnia bardzo si oszczdzaj.
Siedz sobie na Pukowskich Wzgrzach, wal z
dzia, a pociski spadaj a na Smolny.
Wiesz, gdzie jest Pukowe?
Nie daleko Kirowa.
Tatiana zaczerwienia si i wbia wzrok w brudne
naczynia.
Do.
Musiaa go powstrzyma.
Nie, nie przestawaj, Szura, mw dalej.
Mw dalej, bo umr.
- Dziki Bogu, e ju tam nie pracujesz -
powiedziaa mama, gdy Tania wrcia z kuchni.
Aleksander radzi, eby nie chodzia Prospektem
Suworowa.
Odrzeka, e tamtdy nie chodzi.
- Najczciej kupuj w sklepie przy Niekrasowa
powiedziaa znaczco, zerkajc na niego ktem
oka.
- Jestem tam codziennie o sidmej.
Prawda, Dasza?
- Skd mam wiedzie?
- odrzeka Dasza.
- O tej porze jeszcze pi.
- Unikaj ulic biegncych z pnocy na poudnie -
powtrzy Szura.
Dasza parskna miechem.
- Kochanie, przecie poowa ulic w Leningradzie
biegnie z pnocy na poudnie!
- A ty skd wiesz?
- rzucia Tatiana.
- Wychodzisz z domu tylko wtedy, kiedy nie
strzelaj.
Dasza obja Aleksandra za szyj i pokazaa jej
jzyk.
- I dobrze.
Jestem przynajmniej rozsdna.
- A ty, Taniu?
- spyta cicho Szura.
- Ty te wychodzisz tylko wtedy, kiedy nie
strzelaj?
- artujesz?
- wykrzykna Dasza.
- Ona zupenie zwariowaa.
Spytaj j, jak czsto bywa w schronie.
Aleksander przeszy Tanie wzrokiem.
Ta wzruszya ramionami.
- Bywam - odrzeka z zaenowaniem.
- Pewnie, e bywam.
Wczoraj siedziaam pod schodami.
- Tak, przez trzy minuty.
Aleks, ona duej nie usiedzi.
- Ale na dach chyba nie wychodzi?
Nikt mu nie odpowiedzia.
eby unikn jego spojrzenia, Tania po krcia
korbk maszyny do szycia.
- A na Newski?
Mog chodzi na Newski?
- Wykluczone.
Tam jest najciszy ostrza.
Uwaaj tylko, eby nie trafi w Astori.
Wiesz, gdzie jest hotel Astoria?
Niedaleko soboru Izaaka.
Tania czua, e ponie jej twarz.
- Niewane - doda szybko Aleksander.
- Hitler chce wyda w Astorii uczt na cze
zwycistwa.
Najpierw przemaszeruje ze sztandarami Newskim,
a potem bdzie biesiadowa.
Trzymaj si z daleka od tamtych okolic.
I nigdy nie chod pnocn stron ulic biegncych
ze wschodu na zachd.
Rozumiesz?
Tatiana dugo milczaa.
- Kiedy ma by ten bankiet?
- spytaa w kocu.
- W padzierniku.
Hitler uwaa, e do tego czasu mieszkacy
Leningradu opuszcz miasto.
Ale moim zdaniem uczta si opni.
- Co my bymy bez ciebie zrobili, Aleksandrze?
- powiedziaa Marina.
Dasza obja go jeszcze mocniej.
- Przesta, Marinko.
Chcesz poflirtowa, to poflirtuj z chopcem
Tatiany.
- miao, Marino, miao - wymamrotaa Tania,
spogldajc na p przytomnego Dim, ktry
przysypia na sofie.
- Naprawd?
- rzucia Marina, unoszc brew.
- Mam poflirtowa z twoim chopcem?
Za blisko ucieke, Szura, pomylaa Tatiana.
Za blisko.
Kiedy zbieraa szklanki, Dmitrij obudzi si nagle i
pocign j na siebie.
- Tanieczko - wymamrota.
- Tanieczko...
Tania prbowaa wsta, lecz na prno.
- Taniu...
- Mia cuchncy oddech.
- Kiedy?
Kiedy?
Ju duej nie mog.
- Pu mnie, Dima.
- Oddychaa jak po cikim biegu, brakowao jej
tchu.
- Mam mokr cierk w rku.
- Przesta, Dmitrij - powiedziaa mama.
- On chyba za duo pije...
Tania wyczua, e stan za ni Aleksander.
Usyszaa te jego gos.
- Tak, stanowczo za duo.
- Odepchn Dim i pomg jej wsta.
Zanim si odsun, zdy jeszcze ucisn jej
rk.
Dzikuj, Szura.
- Taniu, co mu jest?
- spytaa mama.
- Ostatnio jest jaki dziwny.
Gderliwy, maomwny...
Bardzo niemiy.
Tania obserwowaa go chwil.
- Czuje, e mier coraz bliej, i mniej si mn
interesuje.
- Odwrcia si i nie zerknwszy na Aleksandra,
wysza do kuchni, lecz tu przedtem zdya
pochwyci spojrzenie Mariny i babci.
Dasza bya w drugim pokoju.
Dogldaa ojca.
Tatiana mylaa, e wytrzyma.
e wytrzyma niemal wszystko.
Ale pewnego wieczoru - dwa tygodnie po
zbombardowaniu magazynu Badajewa - kiedy
wszyscy wrcili ju z pracy i zamiast je kolacj,
sterczeli w schronie godni i li, Dasza usiada
przy niej i podekscytowanym gosem wykrzykna:
- Wiecie co?
Wychodz za m za Aleksandra!
Lampy naftowe daway za duo wiata, eby
Tania moga ukry to, co w niej eksplodowao.
Nawet Marina gono sapna.
Tylko rozradowana, promiennie umiechnita
Dasza, ktra nie zwracaa uwagi na rozrywajce
si na grze pociski, nie dostrzega tego, co dziao
si z jej siostr.
- To wspaniale, Daszka - powiedziaa Marina.
- Gratulacje!
- Daszeko!
- zapiszczaa mama.
- Nareszcie jedna z moich crek zaoy wasn
rodzin.
Kiedy?
Kiedy?
Siedzcy obok ojciec wymamrota co
niezrozumiaego.
- Syszaa, Taniu?
Wychodz za m!
- Tak, syszaam.
- Tatiana odwrcia si, by napotka wspczujce
spojrzenie Mariny.
Nie wiedzc, co jest gorsze, popatrzya na
umiechnit siostr.
- Moje gratulacje.
Musisz by bardzo szczliwa.
- Szczliwa?
Odchodz od zmysw!
Dasza Bieowa.
Boe!
- Za chichotaa.
- Kiedy tylko dostanie urlop, pjdziemy do urzdu
stanu cywilnego.
- Nie martwisz si?
- Tania miaa zamknite oczy.
Dasza machna krzepk rk.
- Nie.
Czym mam si martwi?
On te si nie martwi.
Damy sobie rad.
- Ciesz si, e jeste taka pewna siebie.
- Co ci jest?
- Dasza obja j i przytulia.
Tania nie wiedziaa, jakim cudem jeszcze siedzi.
- Spokojnie, przecie nie wyrzuc ci z ka.
Babcia odstpi nam pokj, chocia na kilka dni.
- Cmokna j w policzek.
- Bd matk!
Wyobraasz sobie?
- Nie.
- Wanie!
- wykrzykna podniecona Dasza.
- Ja te nie.
- Jest wojna.
On moe zgin.
- Wiem.
Mylisz, e nie wiem?
I nie kracz, bo wykraczesz.
- Ja nie kracz.
- Tania zadraa.
- Nie chc, eby zgin.
- Dziki Bogu, e nareszcie wyszli z tej przekltej
Dubrowki i siedz koo Szlisselburga.
Tam jest spokojniej.
Wiesz - powiedziaa z umiechem - kiedy
zamykam oczy, czuj, e on tam jest, e yje.
Mam szsty zmys - dodaa z dum.
Marina gono zakaszlaa.
Tatiana otworzya oczy i przeszya j wzrokiem.
Kaszel natychmiast usta.
- Co ty robisz, Daszka?
Chcesz zosta wdow, zamiast dziewczyn
polegego onierza?
- Taniu!
Tatiana zamilka.
Ulga.
Gdzie jej teraz szuka?
Przecie nie u mamy, nie u ojca, nie u dziadka i
babci, ktrzy s tak daleko, nie u babci Mai, ktra
jest zbyt stara, eby cokolwiek j obchodzio, nie u
Mariny, ktra wie za duo, nie wiedzc niczego,
nie u Dmitrija, ktry utkn w swoim wasnym
piekle, a ju na pewno nie u Aleksandra, u tego
niemoliwego, irytujcego Aleksandra, ktremu
nigdy nie wybaczy.
Ogarn j tak wielki smutek, e nie moga duej
usiedzie w miejscu.
Wysza ze schronu w samym rodku ostrzau,
syszc za sob gos Daszy:
- Chryste, co j napado?
ciana, Marina i Dasza - jak spdzia tamt noc?
Jak to zrobia?
Jak wytrzymaa?
Bya to najgorsza noc w yciu Tatiany.
Nazajutrz wstaa pniej ni zwykle i zamiast i
na Niekrasowa, posza do sklepu przy Starym
Newskim, niedaleko szkoy, do ktrej kiedy
chodzia.
Syszaa, e maj tam dobry chleb.
Zawyy syreny.
Nawet nie przyspieszya kroku.
Sza ze zwieszon gow.
wist pociskw, ich przeraliwy gwizd,
oguszajce wybuchy i odlegy krzyk ludzi by
niczym w porwnaniu z krzykiem jej zranionej
duszy.
Zdaa sobie spraw, e wojna ju jej nie przeraa.
Ot, nowo: pierwszy raz w yciu nie odczuwaa
strachu.
Jak dotd to Pasza by nieustraszony, Dasza pewna
siebie, dziadek do blu szczery, tata surowy - i
pijany - mama despotyczna, a babcia Anna
arogancka.
Na wtych ramionach Tatiany spoczywa ciar
ich kompleksw.
Kompleksw?
Tak.
Niemiaoci?
Tak.
Ich obaw i lkw?
Tak, po raz trzeci.
Lecz swoich lkw i obaw nie odczuwaa.
Ju nie baa si wojny.
Umrze podczas wojny to tak, jak umrze od
uderzenia pioruna, ktry razi ziemi tysic razy
dziennie.
To nie wojna j przeraaa.
Przeraao j to, co dziao si w jej zamanym
sercu.
Prac koczya o pitej, lecz zostaa do szstej, a
gdy wybia szsta, postanowia zosta do sidmej.
O smej, kiedy zmywaa podog w po koju
pielgniarek, przysza Marina.
Tania nie chciaa jej widzie.
- Co ty wyprawiasz?
Wszyscy umieraj z niepokoju.
Myl, e ci zabili.
- Nikt mnie nie zabi.
Zmywam podog.
- Miaa wrci trzy godziny temu.
Co si stao?
- Zmywam podog, nie widzisz?
Odsu si.
Zamoczysz sobie buty.
- Tania nie odrywaa wzroku od szmaty na
szczotce.
- Taniu, oni tam czekaj.
Dmitrij, Aleksander...
Jeste taka samolubna.
Nie mog witowa zarczyn Daszy, bo
zamartwiaj si o ciebie.
- Dobrze - odrzeka Tatiana przez zacinite zby.
- Powiedz im, e mnie znalaza, i e nic mi nie
jest.
Niech sobie wituj.
Jestem zajta.
Dzisiaj robi na dwie zmiany i wrc pniej.
- Taniu, przesta.
Wiem, jak ci ciko, ale musisz wypi za zdrowie
siostry.
- Ja pracuj!
- krzykna Tatiana.
- Nie widzisz, e pracuj?
Zostaw mnie, dobrze?
- Olepiona zami, popatrzya na ociekajc
mydlinami szmat.
- Taniu, prosz...
- Daj mi spokj, Manno.
Daj mi wity spokj.
Marina niechtnie wysza.
Tatiana zmya podog w pokoju pielgniarek, na
korytarzu, w azience i w kilku salach.
Potem lekarz poprosi j o pomoc przy
opatrywaniu piciu ofiar ostatniego ostrzau.
Godzin pniej cztery z nich ju nie yy.
Tania siedziaa przy ostatniej, przy
osiemdziesicioletnim staruszku.
Umar, trzymajc j za rk, a tu przed mierci
popatrzy na ni i umiechn
si.
Kiedy wrcia do domu, wszyscy ju spali; Dmitrij
i Aleksander ju dawno wrcili do koszar.
Przespaa si na kozetce w korytarzu, wstaa
pierwsza, umya si i znw posza do sklepu przy
Newskim.
Kiedy wrcia, zastaa w domu pieko.
Ojciec szala z wciekoci.
Nie wiedziaa, o co mu chodzi, i mao j to
obchodzio, ale gdy wszed
wrzeszczc do pokoju, pomylaa, e pewnie jest
zy na ni.
- Znowu zrobiam co nie tak?
- spytaa znuonym, obojtnym gosem.
Ojciec chrypia i bezadnie bekota, za to mama,
rwnie za, lecz trzewa, powiedziaa, e
poprzedniego dnia, kiedy Tania przepada Bg wie
gdzie, a oni oblewali zarczyny Daszy, przysza do
nich maa dziewczynka imieniem Mariszka i
poprosia o jedzenie.
- Powiedziaa, e od tygodnia dokarmia j jaka
Tania!
Od tygodnia karmisz j naszym jedzeniem?
- Tak.
- Tatiana nawet nie spucia gowy.
- Jej rodzice s wiecznie pijani.
Bya godna.
Codziennie dawaam jej kawaek chleba.
Mwia, e mamy due zapasy, - Posza do kuchni
po n.
Matka i ojciec ruszyli za ni, nie przestajc
krzycze i wrzeszcze.
Nazajutrz po kolacji Aleksander i Dmitrj
zaproponowali krtki spacer; musieli wrci
przed nalotem i godzin milicyjn.
Tatiana nie patrzya ani na Dmitrija, ani na Dasz,
nie wspominajc ju o Aleksandrze.
- Gdzie ty wczoraj przepada?
- spyta Dima.
- Czekalimy na ciebie i czekalimy.
- Pracowaam.
- Wzia sweter i ze wzrokiem wbitym w podog
mina Aleksandra.
Tego wieczoru w miecie byo bardzo spokojnie i
gdyby nie zbombardowany dom na rogu smej
Radzieckiej, gdyby nie zasana szkem ulica,
pewnie zapomnieliby o wojnie.
Szli Prospektem Suworowa w kierunku
Taurydzkiego, ona i Dmitj z przodu, Dasza i
Aleksander z tyu.
Dima spyta, dlaczego Tania idzie ze spuszczon
gow.
Tatiana tylko wzruszya ramionami, odgarniajc z
twarzy szybko odrastajce wosy.
- Dasza wychodzi za Aleksa.
Fantastycznie, prawda?
- Dmitj obj j w talii.
- Tak - odpara gono i oschle.
- To fantastycznie, e Dasza wychodzi za Aleksa.
- Ani si nie obejrzaa, ani nawet nie podniosa
gowy.
Czua na sobie jego wzrok i nie wiedziaa, jakim
cudem udaje jej si i w miar prosto.
Dasza zachichotaa.
- Wysaam list do dziadkw.
Na pewno si uciesz.
Bardzo ci lubi...
Tatiana usyszaa cichy, zduszony miech i
potkna si o krawnik.
Gdyby nie Dmitj, pewnie by upada.
- Tania jest ostatnio bardzo smutna - powiedziaa
Dasza.
- Chyba chce, eby si jej owiadczy.
- Chcesz, Tanieczko?
- spyta Dima, ciskajc j za rami.
- Chcesz, ebym poprosi ci o rk?
Tatiana nie odpowiedziaa.
Przystanli na skrzyowaniu, eby przepuci
tramwaj.
- Opowiedzie wam kawa?
"Kochanie, mwi on - zacza, nim zdyli si
odezwa - kiedy si pobierzemy, bd dzieli z
tob wszyst kie smutki i zmartwienia".
"Ale kochanie, odpowiada ona, ja nie mam
adnych zmartwie".
A on na to: "Powiedziaem, kiedy si pobierzemy".
- Baaardzo mieszne - mrukna Dasza.
Tatiana rozemiaa si sztucznie i odchylia gow,
a wwczas spod wosw ukaza
si czarny siniak nad jej napuchnitym okiem.
Dmitrij rozdziawi usta.
Tania szybko zasonia oko wosami.
- Co si stao, Dima?
- spyta Aleksander.
Dmitrij nie odpowiedzia.
Aleksander podszed bliej.
Tania wbia wzrok w chodnik.
- Nic takiego - szepna.
- Moesz na mnie popatrze?
Tania miaa ochot podnie gow i zawy.
Ale po jednej stronie staa Dasza, po drugiej
Dima, poza tym nie moga spojrze w t jedyn,
ukochan twarz.
Po prostu nie moga.
Zdoaa tylko powtrzy, e to nic.
To nic.
- Och, Taniu...
Aleksander a poblad z wysiku, eby nad sob za
panowa.
- Taniu...
- To wycznie jej wina - powiedziaa Dasza,
biorc go pod rk.
- Dobrze wiedziaa, e ojciec jest pijany, mimo to
cay czas mu odszczekiwaa.
Skrzycza j troch za dokarmianie tej sieroty...
- Skrzycza mnie za Mariszk, ale uderzy za to, e
nie wypraam mu pocieli.
A pociel miaa wypra ty!
- Tak mocno ci uderzy?
- spyta zatroskany Dima.
- Nie, to moja wina.
Straciam rwnowag i upadam na otwart
szuflad.
To nic takiego.
- Taniu, Taniu...
-powtrzy Aleksander.
- Co?
- sykna, przeszywajc go wzrokiem.
Aleks spuci gow.
- Zaraz, chwileczk - bronia si Dasza.
- Ojciec bredzi, by pijany, nie zwracaam na
niego uwagi.
Miaam wykca si z nim o jakie bzdury?
- O bzdury?
To znaczy o mnie, tak?
- spytaa Tatiana.
- Nie moga podej i powiedzie: tato,
przepraszam, to ja miaam wypra ci pociel?
- Po co?
Przecie by pijany.
- On zawsze jest pijany!
- krzykna Tatiana.
- Zawsze!
Poza tym jest wojna!
Nie uwaasz, e i bez niego mamy do kopotw?
Mamy, Daszo.
Wierz mi, e mamy.
- Ciko dyszc, popatrzya na siostr i do daa: -
Niewane.
Chodmy.
Kiedy przeszli na drug stron ulicy, usyszaa
chrapliwy gos Aleksandra:
- Idziemy, Daszo.
- Pocign j za sob i pobiegli w przeciwnym
kierunku.
Tatiana i Dmitrij zostali sami.
- Dima - rzucia Tania, prbujc si umiechn.
- Co u ciebie?
Syszaam, e Niemcy ju si okopali.
Walki ustay?
- Chcesz rozmawia o wojnie?
- Ale oczywicie, e chc.
Powiedz, czy to prawda, e Hitler rozkaza zetrze
Leningrad z powierzchni ziemi?
Dmitrij wzruszy ramionami.
- Musisz spyta o to Aleksandra.
- Syszaam te, e...
-Nagle co jej zawitao.
- Wiesz, lepiej wracajmy do domu.
- Taniu, nie obrazisz si, jeli wrc do koszar?
Mam...
Mam kilka spraw do zaatwienia.
- Oczywicie, Dima.
- Sta przy niej tak blisko i tak daleko zarazem.
Czy interesowa si kim poza sob samym?
Chyba nie.
- Nie wiem, kiedy bd mg do was wpa.
Syszaem, e wysyaj nas za rzek.
Przyjd, kiedy wrc.
Jeli wrc.
Ale napisz.
- Dobrze.
- Poegnaa si z nim na rogu ulicy i odprowadzia
go wzrokiem.
Czua, e nieprdko si zobacz.
Wrcia sama, a kiedy bya ju blisko domu,
zobaczya, e z drzwi wybiega Aleksander.
Dzielio ich najwyej dziesi metrw.
Szura przy stan, sta chwil, ciko dyszc, nagle
dostrzeg j i
znieruchomia.
Tatiana czua, e nie potrafi nad sob zapanowa,
e nie moe stawi mu teraz czoa.
Odwrcia si i ruszya szybko w przeciwn
stron.
- Taniu!
Wyrs przed ni jak spod ziemi.
Cofna si i wycigna przed sie bie rce.
- Zostaw mnie - szepna.
- Daj mi spokj.
- Gdzie ty bya?
- spyta cicho.
- Co rano przychodziem na Niekrasowa, przez
trzy dni z rzdu czekaem przed sklepem.
Prbowaem ci zapa...
- No i mnie zapae - sykna jadowicie.
- Taniu, twoje oko...
Jak moga do tego dopuci?
- Ja te zadaj sobie to samo pytanie.
Tylko nie chodzi mi o oko.
Aleksander szybko zamruga.
- Taniu...
- Nie chc z tob rozmawia!
- krzykna.
- Rozumiesz?
- Cofna si jeszcze o krok.
- Ani teraz, ani nigdy - dodaa spokojniej, ze zami
w oczach.
- Taniu, wszystko ci wyjani...
- Nie.
- Zaczekaj...
- Nie!
- Taniu...
- Nie!
- Zacisna zby i podesza bliej.
Nie moga w to uwierzy, ale miaa ochot
zdzieli go w twarz.
Miaa ochot uderzy swego Aleksandra.
Spojrza na jej zacinite pici i zmarszczy
czoo.
- Obiecaa, e mi wybaczysz...
- zacz z absurdalnym niedowierzaniem w gosie.
- e wybacz ci obojtn twarz!
- Jkna bolenie.
- A nie obojtne serce.
Zanim zdy j powstrzyma, wymina go,
pchna drzwi i wbiega na gr.
Ojciec lea na pododze w korytarzu, pijany i
nieprzytomny.
Mama i Dasza pakay w pokoju.
Boe, pomylaa Tatiana, ocierajc zy.
Czy to si kiedy skoczy?
- Och, co tu si dziao - szepna Marina.
- Aleksander mwi takie rzeczy, e nie uwierzysz.
Wpad tu jak burza i...
Spjrz tylko na cian.
- Podekscytowana wskazaa pknity i odupany
tynk.
- To jego robota.
Powiedzia, e pijc na umr, twj ojciec odwraca
si od was, kiedy najbardziej go potrzebujecie.
e was zawid, e mia was chroni, nie
krzywdzi.
Boe, by jak szarujcy czog!
- Aleksander wyranie jej zaimponowa.
- Dokd ona ma pj, krzycza, skoro Niemcy do
niej strzelaj, a ojciec prbuje j zabi?
By niesamowity!
Radzi matce, eby zawioza go do szpitala.
Powiedzia: "Na mio bosk, jest pani matk!
Niech pani ratuje wasne dzieci!
" - Tatiana ucieka wzrokiem w bok.
- Ojciec by bardzo pijany i chcia go uderzy, ale
Aleksander chwyci go za ramiona, pchn na
cian, skl go i skrzycza, a potem wybieg.
Nie wiem, jak to si stao, e go nie zabi.
Niesamowite, co?
- Niesamowite - szepna Tatiana.
Swojego ojca Szura zawsze nosi w sercu.
Ojca, matk i siebie.
Tania bya jedyn osob na wiecie, ktrej
cakowicie ufa, dlatego dwigaa cz tego
brzemienia wraz z nim.
Bya to cz niewielka, lecz na tyle dua, by
zaciy jej nagle jak kamie.
Przez chwil - ale to w zupenoci wystarczyo -
przestaa wspczu sobie i pomylaa o
Aleksandrze, a kiedy o nim pomylaa, jej gniew
nieco zmala.
Usiada na sofie i spojrzaa na ojca.
- A tak si upi?
- Nie, to ze strachu.
Przecie ci mwiam, wygldao to tak, jakby
Aleksander chcia go zabi.
Co ci jest?
Ogucha?
- Nie.
- Och, Taniu - szepna cichutko Marina; staa dwa
metry od drzwi jednego pokoju i trzy metry od
drzwi drugiego.
- Co teraz zrobisz?
- O czym ty mwisz?
Pomog tacie.
Ojciec wci nie odzyskiwa przytomnoci i
Mietanowowie zaczli si niepokoi.
Mama dosza do wniosku, e naprawd powinien
spdzi kilka dni w szpitalu i wreszcie
wytrzewie.
Tatiana uznaa, e to dobry pomys.
Ojciec za duo pi.
Poprosia o pomoc Piotra Pitrowa i zanieli go
do izby wytrzewie w szpitalu Suworowa.
W szpitalu na Greckim, gdzie pracowaa, nie byo
ju miejsc.
Przyjto go i pooono w duej sali wraz z
czterema innymi pijakami.
Tania poprosia o gbk i wod, po czym obmya
mu twarz, przysiada na ku i wzia go za
bezwadn rk.
- Tak mi przykro, tatusiu...
Siedziaa tak chwil, ciskajc mu do.
- Syszysz mnie, tato?
Tato?
W kocu gucho jkn, jakby chcia
odpowiedzie.
Jkn i otworzy oczy, ale nie mg skupi
wzroku.
- Tutaj, tatusiu, tutaj.
Przekrzywi gow.
- Jeste w szpitalu, tato.
Zostaniesz tu tylko kilka dni, dopki nie
wytrzewiejesz.
Potem wrcisz do domu.
Wszystko bdzie dobrze, zobaczysz.
Delikatnie cisna go za rk.
- Tak mi przykro, e nie zdoaam odnale Paszy.
Ale my te ci potrzebujemy.
Do oczu napyny mu zy.
Otworzy usta, a kiedy ponownie cisna go za
rk, chrapliwie wyszepta:
- To moja wina...
Pocaowaa go w gow.
- Nie, tatusiu, nieprawda.
To wojna.
Musisz wytrzewie.
Zamkn oczy.
Tania wrcia do domu.
Dasza na ni krzyczaa, a Marina prbowaa
odgrywa rol rozjemczyni.
Tatiana siedziaa na sofie i milczaa, wyobraajc
sobie, e siedzi spokojnie midzy dziadkiem i
babci, e jest jej ciepo i dobrze.
W pewnej chwili Dasza tak si zirytowaa, e
chciaa j uderzy, lecz Marina chwycia j za
rk i powstrzymaa.
- Co ty wyprawiasz?
Przesta!
Dasza wyszarpna si i znw si zamachna.
- Przesta!
- krzykna Marina.
- lepa jeste?
Nie widzisz, e ona cierpi i bez tego?
Tatiana posaa jej ciepe spojrzenie, przeszya
siostr zimnym wzrokiem, wstaa i ruszya do
drzwi.
Musiaa si pooy.
Musiaa zapomnie i o tym dniu, i o dniu
poprzednim.
Dasza chwycia j za rami.
Tania cofna si, spojrzaa na ni i nie
mrugnwszy okiem, powiedziaa:
- Dasza, jeszcze sekunda i strac cierpliwo.
Przesta.
Daj mi spokj.
Moesz?
Dasza bez sowa zabraa rk.
Pniej, kiedy leay ju w ku, Marina
pogaskaa j czule po plecach.
- Wszystko bdzie dobrze, Taniu - szepna.
- Bdzie dobrze.
- Co ty bredzisz?
Jestemy obleni, codziennie nas ostrzeliwuj,
niedugo zabraknie jedzenia, tata cigle pije...
- Nie o tym mwi.
- W takim razie lepiej ju pij.
Daszy z nimi nie byo.
Tatiana spaa twarz do ciany, z rk na "Jedcu
miedzianym" Aleksandra.
Bolao j oko, ale nazajutrz rano poczua si
troch lepiej.
Posmarowaa rozcicie jodyn i posza do pracy z
brzowawym czoem.
Podczas przerwy na obiad wybraa si na spacer
w stron Pola Marsowego.
Ledwo je poznaa, gdy wok parku cign si
rzd betonowych gniazd artyleryjskich, a trawniki
byy poprzecinane okopami.
Wywieziono wszystkie awki, a sam park
zaminowano, tak e nie moga tamtdy wej.
Moga jedynie sta siedemset metrw od
ukowatego wejcia do koszar puku
Pawowskiego i patrze na palcych i miejcych
si gono onierzy, ktrzy stamtd wychodzili.
Staa tak p godziny.
Potem wrcia do szpitala.
Wracajc mylaa:
ani bomby, ani zamane serce nie odbior mi tych
czerwcowych chwil, gdy wraz z tob szam boso
przez Pole Marsowe.
Tego wieczoru po kolacji Niemcy zbombardowali
szpital, w ktrym lea ojciec.
Trafiony trzema bombami budynek stan w ogniu i
mimo wysikw stray poarnej, pali si dugo w
noc; jak wikszo osiemnastowiecznych
budynkw w
Leningradzie, ciany mia nie z cegy, tylko z gliny
wzmocnionej wiklinow siatk.
Zoy si jak domek z kart i po prostu spon.
Kilka osb, ktrym udao si wyskoczy oknem,
spadao na ziemi, przeraliwie krzyczc.
Urodzony w poprzednim stuleciu ojciec mia
czterdzieci trzy lata.
Trawiony wyrzutami sumienia i pijany, nawet nie
wsta z ka.
Dasza, Tatiana, Manna i mama przybiegy na
miejsce tragedii i przeraone patrzyy bezsilnie,
jak gorejce pieko pochania straakw, ich
nieskuteczne sikawki, budynek i noc.
Na prno chlustay wod w wypalone okna na
parterze, na prno znosiy piach z dachw
ssiednich domw - byo to tylko bezadne
dziaanie popychanych si inercji cia.
Tatiana owijaa zwglone zwoki mokrymi
przecieradami ze szpitala na Greckim.
Zostaa tam do rana.
Dasza i Marina wrciy do domu z mam.
Uratowaa si tylko garstka ludzi.
Ojca wrd nich nie byo.
Straacy nie zdoali nawet znale jego ciaa i
zajci dogaszaniem pogorzeliska, nie zamierzali
nikogo za to przeprasza.
W ogle nie szukali zwok.
- Dziewczyno - powiedzia jeden.
Spjrz na te zgliszcza.
Wszystko spalio si na wgiel.
Zosta tylko popi.
Kiedy ostygnie, rozsypie ci si w rku w czarny
proch.
- Obojtnie poklepa j po ramieniu.
- Daj sobie z tym spokj.
Stracia ojca?
Cholerne Szwaby.
Towarzysz Stalin ma racj.
Nie wiem, kiedy i jak, ale pewnego dnia jeszcze
nam za to zapac.
Gdy wsta wit, posza powoli do domu.
Idc, wspominaa ug, chwil, gdy przysypay j
gruzy.
Gdy lec pod ciaami trojga ludzi, czua, jak
uchodzi z nich ycie.
Miaa nadziej, e ojciec si nie obudzi.
e nie cierpia.
Cicho wesza do mieszkania, wzia kartki
ywnociowe - wszystkie oprcz kartek ojca - i
posza po chleb.
O ile ycie w dwch ciasnych, zatoczonych
pokojach byo przedtem cikie, o tyle po mierci
ojca stao si nie do zniesienia.
Mama bya niepocieszona i nie odzywaa si do
Tani.
Dasza bya za i te si do niej nie odzywaa.
Tatiana nie wiedziaa, czy siostra gniewa si na
ni za ojca, czy za Aleksandra.
Dasza nie chciaa jej tego powiedzie.
W ogle nic do niej nie mwia.
Marina codziennie odwiedzaa matk i spogldaa
na Tanie wspczujcym wzrokiem.
Babcia malowaa.
Pewnego dnia namalowaa szarlotk, ktra
wygldaa tak apetycznie, e Tania miaa ochot j
zje.
Chcc opowiedzie o wszystkim Aleksandrowi,
kilka dni po mierci ojca Dasza poprosia Tatian,
eby ta posza z ni do koszar.
eby mie w kim oparcie, Tania zacigna tam
Marin.
Tak, bardzo chciaa go zobaczy, a jednoczenie...
tak mao miaa mu do powiedzenia.
A moe a za duo?
Nie bya tego pewna i baa si spojrze mu w
oczy.
Lecz ani Szury, ani Dimy w koszarach nie byo.
Wyszed do nich Anatolij Marazow.
Tania syszaa o nim od Aleksandra.
- Czy Dmitrij suy w paskim oddziale?
- spytaa.
- I tak, i nie.
Jego bezporednim przeoonym jest sierant
Kasznikow, ale dowdztwo wysao go do
Tichwina.
- Do Tichwina?
A do Tichwina?
- Tak.
Popynli bark wzdu brzegu jeziora.
W Tichwinie brakuje ludzi.
Tani zabrako tchu.
- Aleksander te popyn?
- Nie, Aleksander jest w Karelii.
- Marazow unis brew.
- A wic to pani?
- spyta.
- To pani jest dziewczyn, dla ktrej rzuci
wszystkie inne?
- A skd - powiedziaa niegrzecznie Dasza,
podchodzc bliej.
- To ja.
Mam na imi Dasza.
Nie pamita mnie pan?
Poznalimy si na po cztku czerwca, w "Sadko".
- Dasza?
- wymamrota Marazow.
Tatiana poblada i jeszcze mocniej przywara
plecami do ciany.
Marina nie spuszczaa z niej oka.
- A pani?
- spyta Marazow.
- Jak pani na imi?
- Tatiana.
Oczy rozbysy mu i przygasy.
- Wy si znacie?
- spytaa Dasza.
- Nie - odrzek Marazow.
- Przez chwil patrzy pan na ni tak, jakbycie si
znali.
Marazow nie odrywa wzroku od Tatiany.
- Nie - odpar powoli, obrzucajc j niepewnym
spojrzeniem.
- Po znalimy si dopiero teraz.
- Wzruszy ramionami.
- Powiem Aleksandrowi, e mia goci.
Za kilka dni jad do Karelii...
- Tak - przerwaa mu Dasza - i prosz mu
powiedzie, e nasz ojciec umar.
Tatiana odwrcia si i cignc za sob Marin,
wysza na ulic.
Odsuny si od siebie niczym fragmenty
pknitego muru.
Mama nie moga wsta z ka, dogldaa jej
babcia.
Nie chciaa mie nic wsplnego z Tatian.
Nie chciaa sucha ani jej przeprosin, ani prb o
wybaczenie i w kocu Tania przestaa si do niej
odzywa.
Przytaczaa j bezbrzena pustka, wyrzuty
sumienia i brzemi od
powiedzialnoci.
Krojc rano chleb, kadc na talerzu ma kromk i
w milczeniu jedzc, powtarzaa sobie, e to nie jej
wina.
Zjedzenie po rannej porcji chleba trwao zaledwie
trzydzieci sekund.
Potem zbieraa palcem wszystkie okruszki, a
nastpnie odwracaa talerz i strzsaa je na st.
Trzydzieci sekund.
P minuty wmawiania sobie, e to nie jej
wina.
Po mierci ojca miay o p kilograma chleba
mniej.
Ktrego dnia mama nie wytrzymaa, wcisna
Tani do rki dwiecie rubli i kazaa kupi co do
jedzenia.
Tatiana wrcia do domu z siedmioma
ziemniakami, trzema cebulami, p kilogramem
mki i z kilogramem biaego chleba, o ktry byo
rwnie trudno jak o miso.
Co rano chodzia do sklepu i czasem, stojc w
kolejce, mylaa, e gdyby natychmiast nie
zawiadomiy wadz o mierci taty, do koca
wrzenia mogyby kupowa na jego kartki.
Byo jej wstyd, ale mimo to wci o tym mylaa.
Skoczy si wrzesie, nasta padziernik i smutek
si nieco przytpi.
Jednake pustka pozostaa.
I dopiero wtedy Tania zdaa sobie spraw, e to
nie bl j drczy, tylko gd.
Mroczny nocy cie
Nawet w ciepych miesicach lata w Leningradzie
cigno dziwnym chodem, jakby Arktyka
nieustannie przypominaa miastu, e ledwie kil
kaset kilometrw dalej czyha wieczna zima i mrok.
Wiay stamtd lodowate wiatry, nawet w czerwcu,
nawet w biae noce.
Ale teraz, kiedy nasta padziernik, gdy na
spaszczone, pospne, wyludnione i ciche miasto
co dziennie spaday setki bomb i pociskw, wiatr
nis z sob nie tylko mrony oddech Arktyki, ale i
niejasne poczucie rozpaczy, udrki i beznadziei.
Tatiana opatulia si w szare palto, woya szar
czapk z nausznikami - kiedy nalec do Paszy -
szyj i usta owina brzowym szalikiem, lecz w
nos co chwila dgayj lodowate podmuchy
powietrza.
Racj chleba znowu zmniejszono - do trzystu
gramw dziennie dla Tani, mamy i Daszy, i do
dwustu dla babci i Mariny - w sumie niecae
ptora kilograma na ca rodzin.
Oprcz razowego chleba w sklepach nie byo
dosownie nic.
Ani ja jek, ani masa, ani biaego pieczywa, ani
misa, ani cukru, ani patkw owsianych, ani kaszy
jczmiennej, ani owocw, ani warzyw.
Raz, na samym pocztku padziernika, Tatiana
wystaa trzy cebule i ugotowaa zup cebulow.
Zupa bya cakiem nieza.
Jeszcze lepsza byaby z sol, ale Tania bardzo sl
oszczdzaa.
Starali si nie uszczupla zapasw, jednak co
wieczr - bogosawic dziadka -
musieli otwiera puszk tuszonki.
Przestali gotowa w kuchni, poniewa zapach
rozchodzi si po caym korytarzu, a wtedy
zagldali do nich Sarkowa, Sawin i Pietrowowie.
Wchodzili, stawali przy pycie i pytali:
- Taniu, zostanie cho troch dla nas?
Sawin mlaska jzykiem i gono chichota, a
kiedy Dasza wypdzaa go z kuchni, chichot
ustpowa miejsca wybuchowi niepohamowanej
wesooci.
- Tak jest!
Zjedz wszystko sama, pikna dzieweczko!
Zjedz caluk tuszonk.
Mam najwiesze wiadomoci, od samego Hitlera.
Herr Hitler zamierza wycofa wojska z Leningradu
w chwili, gdy otworzysz ostatni puszk tuszonki.
- mia si histerycznie.
- A moe ju o tym syszaa?
Kupili may, eliwny piecyk zwany "burujk", z
dug, blaszan rur, ktr wyprowadzili na
zewntrz przez dziur w ramie okiennej, i od
tamtej pory gotowali wycznie u siebie.
"Burujk" zuywaa bardzo mao drewna, sk w
tym, e ogrzewaa niewielk cz pokoju.
Aleksander by w Karelii, Dima w Tichwinie.
Nie mieli od nich adnych wiadomoci.
W drugim tygodniu padziernika yczenie Antena
w kocu si spenio.
Nad Greckim wybucha bomba: jeden z odamkw
wisn tu nad dachem i wbi mu si w nog.
Tatiany tam wtedy nie byo.
Gdy do wiedziaa si o wypadku, przyniosa mu
ukradkiem puszk tuszonki i wygodniay Anton
apczywie j zjad.
- A twoja mama?
- spytaa Tania.
- Mama je w pracy.
Zup.
I patki.
- A Kiry?
- Co ci jest?
- warkn Anton.
- Przyniosa to dla niego czy dla
mnie?
Mariszka wygldaa coraz gorzej.
Zaczy jej wypada wosy.
Tatiana przynosia jej codziennie troch patkw
owsianych, lecz wiedziaa, e nie moe jej duej
dokarmia; mama i Dasza by j zabiy.
W patkach byo troch soli i cukru, nie byo za to
ani masa, ani mleka.
Waciwie podawaa jej co w rodzaju kleiku, a
Mariszka jada te gluty jak ostatni posiek w yciu.
W kocu Tania zaprowadzia j na oddzia
dziecicy przy Greckim - tu przed szpitalem
musiaa wzi j na barana.
Kiedy bya modsza, czasami nie jada przez p
dnia - po prostu o tym zapominaa.
Potem pami wracaa, a wtedy Tania mwia:
- Boe, umieram z godu!
Burczao jej w brzuchu, do ust napywaa lina.
Siadaa przy stole, zachannie zjadaa talerz zupy z
tuczonymi ziemniakami, napychaa si do
przesytu, wstawaa i ju nie umieraa.
Uczucie, ktrego ostatnio coraz czciej
dowiadczaa - pod koniec wrzenia niejasne i
rozmyte, od pocztku padziernika coraz
wyraniejsze - byo podobne do uczucia sprzed lat
w tym, e burczao jej w brzuchu i e do ust
napywaa lina.
Jada wtedy cienki ros, gliniasty czarny chleb i
patki owsiane, a potem wstawaa od stou, by
stwierdzi, e wci jest godna.
Sigaa po suchary, ktre upieka w duchwce, ale
torba z sucharami chuda z godziny na godzin.
Noce duyy si w nie skoczono.
Dasza i mama zaczy podjada suchary w drodze
do pracy.
Najpierw bray po dwa, potem coraz wicej i
wicej.
Babcia skubaa suchary cay dzie, kiedy
malowaa i czytaa.
Marina braa je ze sob na uniwersytet i
codziennie zanosia kilka umierajcej matce.
Pewnego zimnego ranka mama daa Tatianie reszt
pienidzy - pi set rubli -
kazaa jej i do komercyjnego i kupi, co si da.
Do sklepu przy cerkwi w.
Mikoaja byo daleko i gdy Tania tam wreszcie
dosza, porazia j podwjna ironia tego, co
zobaczya.
Nie do, e sklep by zbombardowany, to jeszcze
w jego wypalonym oknie wisiaa kartka z na
pisem: YWNOCI BRAK.
Pod napisem widniaa data: 18 wrzenia.
Tatiana powoli wrcia do domu.
Osiemnastego wrzenia, mylaa.
Trzy tygodnie temu.
Tata jeszcze y, a Dasza zamierzaa wyj za m.
Za Aleksandra.
Mama nie uwierzya w opowie o
zbombardowanym sklepie i w ataku zoci chciaa
j uderzy.
Zapanowaa nad sob w ostatniej chwili, co
Tatiana uznaa za cud tak wielki, e obja j,
mocno przytulia i powiedziaa:
- Nie martw si, mamusiu.
Zajm si tob, zobaczysz.
Zwrcia jej pienidze i pooya na stole
przydziaowy chleb.
Odkroia maleki kawaek i w drodze do szpitala
zjada go arocznie, mylc tylko o obiedzie, o
zupie i o patkach owsianych.
Ostatnio my laa niemal wycznie o jedzeniu.
Ostry gd, ktry atakowa od samego rana, zabija
wszelkie odczucia, dlatego idc w kierunku
Fontanki, znowu mylaa o chlebie.
W pracy mylaa jedynie o obiedzie, po poudniu
jedynie o kolacji, a po kolacji o kawaku suchara,
ktry mogaby zje przed pjciem spa.
W ku mylaa o Aleksandrze.
Pewnego dnia Marina zaproponowaa, e pjdzie
po chleb zamiast Tani.
Zaskoczona Tatiana daa jej kartki.
- Pj z tob?
- Nie, z przyjemnoci ci wyrcz.
Wrcia do domu i pooya na stole najwyej p
kilo czarnego chleba.
- A gdzie reszta?
- spytaa Tatiana.
- Zjadam - odrzeka Marina.
- Przepraszam.
- Zjada kilogram chleba?
- Tatiana nie moga uwierzy wasnym uszom.
- Byam bardzo godna.
Tania przeszya j wzrokiem.
Chodzia po zakupy od ptora miesica i ani razu
do gowy jej nie przyszo, eby zje chleb
przeznaczony dla piciu osb, ktre na
niecierpliwie czekay.
Przy czym cay czas umieraa z godu.
I cay czas tsknia za Aleksandrem.
Pewnego ranka w poowie padziernika, idc w
kierunku Fontanki, Tania signa do kieszeni,
eby sprawdzi, czy nie zapomniaa kartek, gdy
wtem, zamroczona porannym godem, zobaczya
jakiego oficera.
By podobny do Aleksandra - bardzo chciaa, eby
by do niego podobny - wic podesza bliej.
Nie, to niemoliwe, to nie on.
Ten wyglda duo starzej i by brudny, tak samo
jak jego pokryty botem paszcz.
Przystana, a potem zrobia jeszcze jeden krok do
przodu.
Gdy podniosa oczy, w jego twarzy ujrzaa smutek
przemieszany z dziwn czuoci.
Podesza jeszcze bliej.
Wycigna rk, dotkna jego piersi...
- Szura, co ci si stao?
- Boe, Taniu...
Jak ty schuda.
Twoja twarz...
- Zawsze byam szczupa.
Ale co z tob?
Wszystko dobrze?
- Twoja pikna, okrga twarz...
- Zaama mu si gos.
- T twarz miaam kiedy.
Szura, w innym yciu.
Jak byo...
- Strasznie - odrzek, wzruszajc ramionami.
- Zobacz, co ci przy wiozem.
- Otworzy czarny plecak i wyj z niego grub
pajd biaego chleba oraz owinity w biay
papier...
ser!
Ser i kawaek wieprzowiny!
Tatiana wytrzeszczya oczy.
Oddech miaa szybki i pytki.
- Boe - wyszeptaa.
- Moi bardzo si uciesz.
- Na pewno.
- Poda jej ser i chleb.
- Ale zanim si uciesz, musisz to zje.
- Nie mog.
- Moesz i zjesz.
Taniu, prosz, nie pacz.
- Ja nie pacz - odrzeka, z trudem powstrzymujc
zy.
- Jestem po prostu...
wzruszona.
- Wzia chleb, ser i miso i zacza arocznie
je, a on nie spuszcza z niej swoich ciepych,
miedzianych oczu.
- Szura, nawet nie wiesz, jaka jestem godna.
Nie potrafi tego opisa.
- Wiem, Taniu, wiem.
- A ty?
W wojsku dobrze was karmi?
- Tak.
Frontowcw z pierwszej linii cakiem niele.
Oficerw jeszcze lepiej.
Reszt dokupuj.
ywno przychodzi najpierw do nas, do piero
potem do was.
- I tak powinno by - odrzeka uszczliwiona,
pochaniajc kolejny kawaek chleba.
- Powoli, Taniu, powoli.
Brzuch ci rozboli.
Zwolnia, ale tylko troch.
I rzucia mu saby umiech.
- Dla nich przywiozem maso i worek mki.
- Sign do wewntrznej kieszeni paszcza.
- I dwadziecia jajek.
Kiedy ostatni raz jada jajka?
Tatiana doskonale t chwil pamitaa.
- Pitnastego wrzenia.
Dasz mi kawaeczek masa?
Moesz troch zosta czy musisz wraca?
- Przyjechaem do ciebie, Taniu.
Patrzyli na siebie, nie dotykajc si nawet palcem.
Patrzyli na siebie, nie rozmawiajc.
- Mam ci tyle do powiedzenia - szepn w kocu
Szura.
- A czasu jak zawsze za mao.
- Spojrzaa na dug kolejk przed sklepem.
Przestaa je.
- Mylaam o tobie - powiedziaa spokojnie.
- Nie, Taniu, o mnie nie myl.
Cofna si o krok.
- Nie martw si.
Wiem, e tego nie chcesz.
Wyranie dae mi to do zrozumienia.
- Co ty mwisz?
- spyta skonsternowany.
- Masz pojcie, jak tam jest?
- Wiem tylko, jak jest tutaj.
- Giniemy.
Umieramy.
Nawet wysi oficerowie.
Grinkow zgin.
- Boe.
- Wanie.
- Ciko westchn.
- Chod, staniemy.
By jedynym mczyzn w kolejce.
Stali czterdzieci pi minut.
W zatoczonym sklepie byo cicho, bo ludzie
prawie si do siebie nie od zywali.
A oni nie mogli przesta rozmawia.
Rozmawiali o tym, o czym si zwykle rozmawia, o
nadchodzcej zimie, o Niemcach, o jedzeniu - po
prostu nie mogli si nagada.
- Musimy mie wicej ywnoci - powiedziaa.
- Miasto, Leningrad.
Tylko jak j przewie?
Moe samolotami?
- Ju to robi.
ywno, paliwo, amunicja...
Przywo pidziesit ton dziennie.
- Pidziesit ton...
To chyba duo, prawda?
Aleksander milcza.
- Prawda?
- powtrzya.
Wyczua, e Szura unika odpowiedzi.
- Za mao - odrzek w kocu.
- O ile?
- Nie wiem.
- Powiedz.
- Naprawd nie wiem.
- C - odpara z udawan wesooci - musi
wystarczy.
Pidziesit ton.
Niesamowite.
Dobrze, e mi powiedziae, bo Nina nie ma
adnych zapasw i...
- Przesta!
- wykrzykn.
- Dlaczego?
Mwi tylko, e Nina...
- Pidziesit ton - powtrzy chrapliwie.
- Mylisz, e to duo?
Paww, czowiek, ktry odpowiada za
wyywienie miasta, karmi trzy miliony ludzi
tysicem ton mki dziennie.
Co ty na to?
- To, co dostajemy, odpowiada tysicowi ton mki
dziennie?
- spytaa wstrznita Tatiana.
- Tak.
- Aleksander pokrci gow i spojrza na ni z
niespokojnym byskiem w oczach.
- A samolotami dowo tylko pidziesit ton?
- Tak, w dodatku nie samej mki.
- W takim razie skd bior pozostae dziewiset
pidziesit ton?
- Transportuj barkami, wzdu brzegu jeziora.
Lduj trzydzieci kilometrw za lini oblenia.
- Szura, to niemoliwe, to za mao.
Gdybymy nie mieli wasnych zapasw, ju dawno
pomarlibymy z godu.
Aleksander nie odpowiedzia.
Tatiana patrzya na niego chwil, potem odwrcia
gow.
Chciaa na tychmiast wrci do domu i sprawdzi,
ile zostao im puszek.
- Dlaczego nie mog przysa wicej samolotw?
- Bo wszystkie maszyny skierowano do obrony
Moskwy.
- A co z obron Leningradu?
- spytaa cichutko, nie oczekujc odpowiedzi.
Nie otrzymaa jej zreszt.
- Mylisz, e Niemcy odejd std przed zim?
W radiu mwi, e wzmacniamy lini obrony, e
prbujemy si przebi, e budujemy mosty
pontonowe...
Jak sdzisz?
Aleksander uparcie milcza i Tatiana ponownie
odwrcia gow.
Spojrzaa na niego dopiero, kiedy wyszli ze
sklepu.
- Idziesz ze mn do domu?
- spytaa.
- Tak, Taniu.
Id z tob do domu.
- To chod.
Przywioze maso, ugotuj ci pyszn owsiank.
I jajka.
- Masz jeszcze patki?
- Hmm...
Mama, Dasza, babcia i Marina coraz czciej
podjadaj midzy posikami.
Gwnie babcia i Marina.
Jedz je na surowo, prosto z worka.
- A ty?
Te sigasz do worka?
- Jeszcze nie.
- Nie powiedziaa mu, jak czsto miaa na to
ochot, jak czsto wtykaa nos do worka, jak
wdychaa ten mdawy, zalatujcy pleni zapach,
aujc, e nie ma ani cukru, ani mleka, ani jajek.
- A powinna.
Szli powoli brzegiem zamglonej Fontanki.
Przypomnia jej si Kana Obwodowy, ich letnie
spacery po pracy.
Zabolao j serce.
Trzy ulice przed Pit Radzieck zwolnili i oparli
si o zimn cian.
- Szkoda, e nie ma tu awki - szepna.
- Marazow powiedzia mi o twoim ojcu.
Tania milczaa.
- Bardzo mi przykro.
Przepraszam.
Wybaczysz mi?
- Nie ma czego wybacza.
- Wszystko przez t bezradno - cign
sfrustrowany.
- Nie po trafi ci obroni.
Prbowaem.
Prbowaem od samego pocztku.
Pamitasz?
Pamitaa.
- Chciaem tylko, eby wyjechaa z Leningradu.
Nie zdoaem ci namwi.
Nie zdoaem obroni ci przed ojcem.
- Pokrci gow.
- Jak twoja brew?
- Musn j czubkami palcw.
- W porzdku.
- Cofna si o krok.
Opuci rce i spojrza na ni z wyrzutem.
- Co u Dmitrija?
- spytaa.
- Miae od niego jakie wiadomoci?
Aleksander westchn.
- Nie wiem, co ci powiedzie.
Kiedy w poowie wrzenia wysano nas do
Szlisselburga, zaproponowaem mu, eby pojecha
ze mn.
Od mwi.
Twierdzi, e to zbyt niebezpieczne.
Dobra, ja na to, jak chcesz.
Potem mj batalion zgosi si na ochotnika na
wypad do Karelii.
Chcielimy odeprze Finw, poszerzy drog dla
naszych ciarwek
transportujcych ywno od adogi do
Leningradu.
Byli troch za blisko.
Coraz czciej dochodzio do utarczek midzy
nimi i NKWD.
Ci z NKWD uwielbiaj strzela i koczyo si to
zwykle mierci Bogu ducha winnych kierowcw.
Powiedziaem Dmitrijowi, eby ze mn jecha.
Tak, mwi, to niebezpieczne.
Tak, zaatakujemy wroga na jego terytorium, ale
jeli si nam powiedzie...
- Zostaniecie bohaterami - dokoczya za niego
Tatiana.
- Udao si?
- Tak - odrzek cicho Aleksander.
Tania z podziwem pokrcia gow z nadziej, e
to, co w tej chwili czuje, nie jest zbyt oczywiste.
- I zgosie si na ochotnika?
- Tak.
- Dali ci w kocu awans?
Zasalutowa wesoo i odrzek:
- Kapitan Bieow, do usug.
Widzisz ten medal?
- Co ty?
Naprawd?
- wykrzykna z radosnym umiechem.
Popatrzy bacznie w jej twarz.
- Bo co?
Jeste ze mnie...
dumna?
- Hmm...
- wymruczaa Tania, nie przestajc si umiecha.
- Wanie na tym polega mj plan - cign
Aleksander.
- Gdyby Dima pojecha ze mn, mgby zosta
kapralem, a im wyszy stopie, tym dalej od linii
frontu.
- Jest bardzo krtkowzroczny.
- Co gorsze, wysano go z Kasznikowem na
wschd.
Marazow po szed w moje lady i jest ju
porucznikiem.
A Dmitrija wsadzili na bark i powieli adog
do Tichwina.
Doczy do dziesiciu tysicy innych, bdzie
misem armatnim dla Schmidta.
Tatiana syszaa o Tichwinie.
We wrzeniu Rosjanie odbili to miasto Niemcom i
teraz zaciekle go bronili, eby za wszelk cen
utrzyma li ni kolejow prowadzc do jeziora.
Gdyby j stracili, Leningrad przestaby
otrzymywa jakkolwiek pomoc.
Ju dawno przestaa si umiecha.
- Szkoda, e nie zdoae go namwi -
powiedziaa.
- Awans dobrze by mu zrobi.
- Wiem.
- Gdyby zosta bohaterem - dodaa apatycznie -
moe nie musiaby si eni z moj siostr.
Aleksander momentalnie spochmurnia.
- Och, Taniu...
- C - dodaa gono.
- Ty jeste kapitanem, a on jest w Tichwinie.
Teraz bdziesz musia si z ni oeni, prawda?
- Nie odrywaa wzroku od jego twarzy.
Aleksander potar oczy czarn od brudu rk.
Tania nigdy dotd nie widziaa go w takim stanie.
Mylc o sobie, zupenie zapomniaa o nim.
- Boe, Szura, co ja wyprawiam?
Przepraszam.
Chodmy do domu.
Jak ty wygldasz?
Chod.
Zagrzej wody i zrobi ci gorc kpiel.
I ugotuj pyszn owsiank.
Chod.
- Chciaa doda: "kochanie", ale niemiaa.
Omal nie dodaa: "Oe si z ni.
Skoro ma ci to uatwi ycie, oe si z ni choby
zaraz".
Aleksander nie ruszy si z miejsca.
- Chod, Szura, prosz...
- Zaczekaj.
- Zagryz warg.
- Gniewasz si na mnie za ojca?
Nie kci si z ni, nie sprzecza, nie mwi, e to
nie jego wina.
Po prostu bra na siebie odpowiedzialno, by y
z ni, jak z kolejnym ciarem na barkach.
C, barki mia szerokie, bardzo szerokie:
zmiecioby si na nich sporo ciarw, w tym
kilka ciarw Tani i, co dziwne, na widok jego
krzepkiej piersi troch jej ulyo.
Wycznie dziki niemu, niemniej ulyo.
Pragna pocieszenia?
Prosz.
Miaa swoje pocieszenie.
- Nie, Szura - odrzeka ciepo.
- Nikt si na ciebie nie gniewa.
Uciesz si, e yjesz.
Aleksander podnis gow.
- Nie pytaem o nich.
Pytaem o ciebie.
Popatrzya na niego ze wspczuciem.
Potrzebowa jej czowiek w elaznej zbroi,
czowiek, ktry dowodzi batalionem czogw.
Gdyby by ranny, mogaby go opatrzy.
Gdyby by godny, mogaby go nakarmi.
Gdyby chcia porozmawia, chtnie by z nim
porozmawiaa.
Lecz on by smutny.
Pragna mu powiedzie, e to nie z powodu ojca
jest na niego za.
Ale nie moga, poniewa pragna te pocieszy go
tak samo, jak on pocieszy j.
Nie chciaa, eby by smutny nawet przez chwil.
Wzia go za rk.
Brudne paznokcie, krwawe zadrapania na skrze...
Tak, lecz do mia ciep, siln i tak rozkosznie
ciska palcami jej palce.
- Nie, Szura - powiedziaa czule.
- Nie jestem na ciebie za.
- Chc tylko, eby bya bezpieczna.
To wszystko.
Zawsze i wszdzie.
Podesza bliej, a on obj j i przytuli.
- Wiem - wyszeptaa w klap jego paszcza.
- Nic mi nie bdzie.
- Czua, e lada chwila osunie si ze szczcia na
chodnik.
Aleksander odgarn jej wosy i pocaowa j w
rozcit brew.
- Nie uciekaj ode mnie jak wtedy, gdy ci
dotknem.
- Dobrze - wymruczaa z zamknitymi oczami,
mocno obejmujc go w pasie.
- Nie bd.
- Spjrzcie tylko, kogo znalazam!
- wykrzykna wesoo, wchodzc z Aleksandrem
do mieszkania.
Dasza zapiszczaa radonie i podbiega do niego z
wycignitymi ramionami.
Tatiana zagotowaa wod.
Daa mu mydo, wiey rcznik, brzytw i Szura
poszed si wykpa.
- Ciepa, czy dola?
- zawoaa z kuchni, wstawiajc jeszcze jeden
garnek wody.
- Zimna!
- odkrzykn ze miechem.
- Dolej!
Chod tu i dolej!
Tatiana zaczerwienia si, umiechna i podaa
Daszy dzbanek z wrztkiem.
Wszed do pokoju czyciutki, cieplutki,
odwieony i ogolony.
Mia lnice, mokre wosy, mia tak biae zby i
tak wilgotne wargi, e Tania z trudem si
powstrzymaa, by do niego nie podbiec i nie
zarzuci mu rk na szyj.
Usiad na sofie w podkoszulku i dugich
kalesonach, a Dasza posza wypra jego mundur.
Manna, babcia i Tatiana otoczyy go zwartym
wianuszkiem, tylko naburmuszona mama trzymaa
si od nich z daleka.
Tania nie powiedziaa jej, e Aleksander
przywiz jajka.
Zamierzaa, ale gdy zobaczya, e mama wci nie
moe wybaczy mu tego, e skrzycza j i ojca,
postanowia zachowa to w tajemnicy.
Najpierw przebaczenie, dopiero potem jajka.
Aleksander da im kilogram masa.
Schowaa je pod workiem z mk na kuchennym
parapecie.
Mama wypia szklank sabej herbaty, zjada
kromk biaego chleba z masem, burkna:
"Dzikuj" i posza do pracy.
Babcia wzia pienidze, po czym zapakowaa do
worka kilka srebrnych sztucw, kilka srebrnych
wiecznikw i stary koc z ka, jakby te
zamierzaa gdzie wyj.
Tatiana musiaa wraca do kuchni, mimo to
pozostaa w pokoju i sie dzc na krzele, patrzya
na Aleksandra.
- Dokd ona si wybiera?
- spyta.
- Babcia?
- odrzeka Dasza, wchodzc do pokoju; Tania
szybko od wrcia wzrok.
- Za New, na Ma Ocht.
Ma tam przyjaci.
Wymienia rzeczy na ziemniaki i marchew.
Bya dla nich dobra, gdy wszystko byo dobrze,
wic teraz, gdy jest le, oni s dobrzy dla niej.
Mundur bdzie do dugo schn - dodaa,
spogldajc z umiechem na Aleksandra.
- Nie szkodzi odrzek wesoo.
- Musz wraca dopiero za cztery dni.
Do tej pory wyschnie?
Tatiana zamkna oczy.
Serce drgno jej ze szczcia.
Cztery dni z Aleksandrem!
- Taniu, zrobisz niadanie?
- spytaa Dasza, ponownie znikajc w azience;
Marina miaa wykady i szykowaa si do wyjcia
w drugim pokoju.
- Tatiasza, dasz mi szklank herbaty?
- poprosi Aleksander.
Szybko wstaa.
Co ona wyprawia?
Siedzi tu i gapi si na niego jak sroka w gnat.
Szura musi by bardzo zmczony i godny.
- Tak, oczywicie.
Siedzia na krzele z wycignitymi nogami.
Nogi mia tak dugie, e nie moga przej, a on
bynajmniej nie zamierza ich zabiera.
Pali papierosa i patrzy na ni z umiechem.
- Przepraszam - powiedziaa, z trudem zachowujc
powan min.
- Przejd nad nimi - odrzek, zniajc gos.
- Tylko si nie potknij, bo bd musia ci zapa.
Tatiana zaczerwienia si jak piwonia i w tej
samej chwili zobaczya, e od progu obserwuje ich
Marina.
- Przepraszam - powtrzya, lekko drcym
gosem.
Aleksander niechtnie cofn nogi.
- Marino - westchn - chod, niech no na ciebie
spojrz.
Co sycha?
Tania przyniosa mu szklank mocnej, dobrze
osodzonej herbaty, dokadnie takiej, jak lubi.
- Dzikuj - szepn, patrzc jej w oczy.
- Prosz.
- Ona spojrzaa w oczy jemu.
- Moje nogi wci przeszkadzaj?
- Tak - szepna.
- Ten pokj jest dla ciebie za may.
Zanim zdy odpowiedzie, wrcia Dasza z
czystymi przecieradami.
- Jak babcia radzi sobie za New?
- spyta Szura, uciekajc wzrokiem w bok.
Dasza ukadaa przecierada na stole.
- Wczoraj przyniosa pi burakw i dziesi
ziemniakw.
Ale sprzedaa ju lubn zastaw mamy, a dzisiaj
wzia wieczniki.
Bg wie, co sprzeda jutro.
- A te zote zby od dentysty?
- spytaa Tatiana.
- Chopi nie bior zota?
- Usiada przy cianie, tyem do siostry, twarz do
Aleksandra.
- Po co im zoto?
- A po co im wieczniki?
- eby wstawi do nich wiece - odrzek Szura.
- eby mie wiato, troch ciepa...
No i eby tuc nimi Niemcw.
Taniu...
- Po patrzy na ni z umiechem.
- Gdzie moja owsianka?
Gdzie obiecane jajka?
Kto zapuka do drzwi i Tania posza otworzy.
W progu staa Nina Iglenko.
Spytaa, czy nie maj czego dla Antona; odkd
zosta ranny, przymierali godem.
Na korytarz wyszed Aleksander.
W porwnaniu z drobn, ubran w stary sweter
Nin by wysoki, wielki jak gra.
- Towarzyszko - powiedzia.
- Wszystkie matki dostaj takie same kartki.
Przykro mi, ale nic nie mamy.
- Zamkn drzwi i spojrza na Tatian.
- Anton jest ranny?
Nic mi nie mwia.
- Sta tak blisko niej.
Czua jego zapach, oddychaa jego oddechem,
niewiele brakowao, a do tknby piersi jej
twarzy.
- Nic mu nie bdzie - odrzeka z udawanym
lekcewaeniem, na prno walczc z dreniem rk;
nie chciaa, eby si o niego martwi.
- To tylko dranicie.
- Taniu, wiedziaa, e wszystkim matkom daj
takie same racje ywnociowe?
- spyta, robic krok do przodu, tak e
przestraszona wpada na wieszak.
- Tak, syszaam.
- Macie tyle samo co oni.
- Wiem.
Przepraszam, ale musz zrobi niadanie.
- Mia na sobie tylko kalesony i nie moga sta
przy nim ani sekundy duej.
Wysza za drzwi, dopdzia Nin i wcisna jej do
rki kawaeczek masa.
- Niech ci Bg bogosawi, Tanieczko - szepna
z wdzicznoci Nina.
- Bdzie ci chroni, dopki yjesz, zobaczysz.
Za twoje dobre serce.
Tatiana wrcia do kuchni i wanie gotowaa
owsiank, gdy zajrza do niej Aleksander.
Wszed i opar si o gorcy piec.
- Uwaaj, sparzysz sobie plecy - powiedziaa, nie
podnoszc wzroku znad pyty.
Dugo nic nie mwi, a potem sykn:
- Znam ci jak nikt.
Wiem, co robisz...
- No pewnie.
Owsiank i jajecznic.
Chwyci j za podbrdek.
- Nie moesz rozdawa jedzenia.
Rozumiesz?
Bo umrzecie z godu.
Otworzya usta i udajc, e chce ugry go w
palec, kiwna gow.
Zabra rk dopiero po chwili.
Ugotowaa owsiank z odrobin masa i z kilkoma
yeczkami cukru.
Do wody dodaa dwie yki mleka.
Starczyo na cztery porcje.
Najwiksz daa Aleksandrowi, nieco mniejsz
Daszy, jeszcze mniejsz Marinie, a najmniejsz
przeznaczya dla siebie.
Szura przywiz im dwadziecia jajek.
Z piciu zrobia jajecznic z masem i sol.
Czekaa ich prawdziwa uczta.
Aleksander spojrza na swoj miseczk i oznajmi,
e nie bdzie jad.
Dasza pochona swoj, zanim skoczy mwi.
Marina te.
Jajecznica znikna w okamgnieniu.
Tylko oni siedzieli bez ruchu, Tania i Aleksander.
- Co wamjest?
- spytaa Dasza.
- Aleks, musisz je wicej ni ona.
Jeste mczyzn.
Tania jest najmniejsza, najdrobniejsza.
Wystarczy jej poowa tego co tobie.
Jedz.
Prosz.
- Wanie powiedziaa Tatiana, nie podnoszc
gowy.
- Jeste mczyzn.
Ja jestem najdrobniejsza.
Powinnam je najmniej.
Jedz.
Prosz.
Aleksander wzi jej miseczk i da jej swoj.
- Ty jedz.
Ja mog kupi jedzenie w koszarach.
Jedz.
Tania zjada owsiank w kilka sekund.
Jajecznic te.
- Och, Aleksandrze - powiedziaa Dasza.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo si tu zmienio.
Jest duo ciej.
Ludzie s podlejsi.
Wszyscy myl tylko o sobie.
- Westchna i spojrzaa w okno.
Tatiana i Aleksander patrzyli na ni w milczeniu.
- Dostajemy tylko trzysta gramw chleba dziennie
- cigna.
- Czy moe by jeszcze gorzej?
- Tak, i bdzie - odrzeka Tania, wyrczajc Szur.
- Za kilka dni znowu zmniejsz nam racj.
- Ile wam zostao mielonki?
- spyta.
- Dwanacie puszek.
- Tak - wtrcia Tatiana - ale cztery dni temu
mielimy osiemnacie.
Przez cztery dni zjedlimy sze puszek.
Gd dopada nas nawet w nocy.
- Chciaa doda, e godowali nieustannie, i na
jawie, i we nie, ale nie dodaa.
Dasza i Marina musiay i do pracy.
Siostra podesza do Aleksandra, a ten obj j w
talii.
- Och, Aleks, tak strasznie schudam.
Przestan ci si podoba.
Nie dugo zaczn wyglda jak Tania.
Pocaowaa go w usta.
- Dasz sobie rad, kiedy nas nie bdzie?
Co bdziesz tu robi?
- Padn na ko, zasn i obudz si dopiero
wtedy, kiedy wrcisz.
Tatiana biega do domu, nie zwracajc uwagi na
popoudniowy ostrza.
A w domu byo tak mio, tak przytulnie.
Aleksander wyszed jej na spotkanie, umiechajc
si radonie, a ona odpowiedziaa mu umiechem i
rzucia:
- Witaj, ju jestem!
Rozemia si.
Tak adnie, tak serdecznie.
Miaa ochot go pocaowa.
Zszed do piwnicy i przynis sze narczy
drewna na opa.
- Jak tu przytulnie, prawda, Taniu?
- spytaa Dasza, obejmujc go za
szyj.
- Dziewczta - odrzek - bdziecie musiay zacz
pali w piecu.
Robi si zimno.
- Przecie mamy centralne.
- Daszo, na polecenie rady miejskiej ciepownie
ogrzewaj budynki mieszkalne tylko do plus
dziesiciu stopni Celsjusza.
Mylisz, e to wystarczy?
- Do tej pory nie byo tak le - odpara Tatiana,
zdejmujc palto.
Aleksander poklepa Dasz po ramieniu.
- Przynios wicej drewna z piwnicy.
Rozpalcie w duym piecu, a nie w "burujce",
ktra nie ogrzeje nawet pingwina.
Dobrze, Taniu?
Tatiana nagle zadraa.
- Bdziemy potrzebowali duo opau -
wymamrotaa i posza do kuchni robi kolacj.
Babcia przyniosa z Maej Ochty siedem
ziemniakw.
Zjedli kolejn puszk mielonki i wszystkie
kartofle.
Po kolacji Aleksander zasugerowa, eby od tej
pory jedli tylko p puszki mielonki dziennie, i
Dasza si zdenerwowaa.
Powiedziaa, e to za mao, e nawet caa im nie
wystarczy.
Aleksander tylko westchn.
Kiedy zawyy syreny, kaza wszystkim zej do
schronu, Tatianie te.
Kiedy Dasza poprosia, eby poszed z nimi,
spojrza na ni w zadumie i odrzek:
- Idcie, o mnie si nie martwcie.
Dasza nalegaa.
- Jaki byby ze mnie onierz - odpar - gdybym
pdzi do schronu podczas kadego ostrzau?
Idcie.
Ty te, Taniu.
Mam nadziej, e nie chodzia na dach?
Zapad wieczr.
- Marinko - poprosia Dasza - moesz spa dzisiaj
z babci?
U niej jest cieplej ni tutaj.
Chciaabym zasn obok Aleksandra.
Chyba nie masz nic przeciwko temu, mamo.
Przecie si pobieramy.
- Aleksander bdzie spa z tob i...
z Tani?
- Marina zerkna na Tatian.
Ta szybko odwrcia wzrok.
- Tak - odrzeka z umiechem Dasza, wyjmujc z
komody czyste przecierado.
- Chyba e nie zechce.
Aleksander mrukn co pod nosem.
- Tanieczko - droczya si z ni Dasza, cielc
ko.
- Jak mylisz, gdzie go pooy?
Moe w rodku, midzy nami?
- Rozemiaa si lekko.
- Dobrze by ci to zrobio.
Pierwszy raz spaaby z mczyzn.
- Rozbawiona uszczypna Aleksandra w rk.
- Z drugiej strony, sama nie wiem, kochanie.
Chyba nie powinna zaczyna od ciebie.
Nie patrzc na Tatian, Aleksander mrukn, e w
rodku byoby mu niewygodnie, a Tatiana
wymamrotaa, e wanie.
- Spokojnie - powiedziaa Dasza.
- Chyba nie mylisz, e pooyabym ci obok
wasnej siostry?
Pnym wieczorem Tatiana przywara do swojej
ciany, Dasza po oya si przy niej, a obok Daszy
Aleksander w dugich kalesonach.
Prawie nie mogli si poruszy, za to byo im o
wiele cieplej.
Na myl, e Szura ley tu obok, tak blisko i tak
daleko zarazem, e dzieli ich serce siostry, Tani
zwilgotniay oczy.
Na sofie cicho pakaa mama.
Tatiana za cisna powieki.
Nagle dobieg j szept Daszy.
- Mwie, e si pobierzemy.
Ale kiedy, kochanie, kiedy?
- Lepiej zaczekajmy.
- Na co?
Mwie, e wemiemy lub, kiedy tylko
dostaniesz urlop.
Zrbmy to jutro.
Pjdziemy do urzdu stanu cywilnego, wszystko
razem potrwa najwyej dziesi minut.
Tania i Marina mog by wiadkami.
Nie ma na co czeka, kochanie.
Tatiana przywara do ciany jeszcze mocniej.
- Daszo, zrozum.
Trwaj cikie walki.
Nie syszaa ostatnich wiadomoci?
Towarzysz Stalin ogosi, e ci, ktrzy trafi do
niewoli, bd uznani za przestpcw.
Wpa w rce Niemcw to teraz zbrodnia, a eby
nikt nie przeszed na ich stron dobrowolnie, nasz
wielki przywdca po stanowi odebra racje
ywnociowe rodzinom jecw wojennych.
Jeli si pobierzemy i jeli wezm mnie do
niewoli, stracicie kartki.
Ty. Tania.
Twoja matka, babcia, wszyscy.
ebycie mieli co je, musieliby mnie zabi.
- Och, nie...
- Dlatego trzeba zaczeka.
- Ale na co?
- Na lepsze czasy.
- Mylisz, e nadejd?
- Tak.
Umilkli.
Tania odwrcia si twarz do siostry i popatrzya
na ty gowy Aleksandra.
Przypomniao jej si, jak leaa w jego ramionach
naga i chora, czujc we wosach jego oddech.
W rodku nocy Dasza wstaa i wysza do azienki.
Tania mylaa, e Szura pi, lecz on spojrza na ni
i mimo ciemnoci dostrzega jego byszczce oczy.
Przesun pod kocem stop i leciutko dotkn jej
nogi;
miaa na sobie skarpetki i podwjn flanelow
piam.
Kiedy na korytarzu trzasny drzwi, szybko
zamkna oczy.
Aleksander cofn nog.
Nazajutrz wieczorem ugotowaa tylko p
mielonki.
Przypado ledwie po yce na kadego, ale byo to
przynajmniej miso.
Dasza powiedziaa, e za mao jedz.
- Anton umiera odrzeka Tatiana.
- Jedz.
Nina Iglenko nie jada mielonki od sierpnia.
Po kolacji mama chciaa si zabra do szycia.
Od pocztku wrzenia braa szycie do domu.
Wojsko potrzebowao mundurw zimowych i
dyrekcja fabryki zaproponowaa jej premi za
dwadziecia zamiast dziesiciu mundurw
dziennie.
Premi i dodatkow racj ywnociow.
Za trzysta gramw chleba i za kilka rubli mama
harowaa do pierwszej w nocy.
Tego wieczoru usiada na krzele, wyja materia,
podniosa gow i zamara.
- Gdzie maszyna?
Nikt jej nie odpowiedzia.
- Gdzie moja maszyna?
- powtrzya mama.
- Taniu, gdzie jest maszyna do szycia?
- Nie wiem, mamo.
Przykutykaa do niej babcia.
- Sprzedaam j, Ino.
- Co takiego?
- Wymieniam j na olej i fasolk sojow, ktr
dzisiaj zjedlimy.
Bya taka pyszna...
- Mamo!
- krzykna Irina.
Wpada w histeri.
Ukrya twarz w doniach i przez kilka minut
rozpaczliwie pakaa.
Upokorzona i zaenowana Tania zastyga bez
ruchu.
Aleksander wyszed na korytarz ze zbola min.
- Mamo, jak moga?
- wyszlochaa Inna.
- Dobrze wiesz, e dzie w dzie i noc w noc
ciko pracuj, e zabijam si tu, eby tylko
zarobi, eby przynie do domu cho troch
jedzenia.
Dla siebie, dla was, dla nas wszystkich!
Gdybym szya dwadziecia pi mundurw
dziennie, daliby mi jeszcze troch patkw!
Mamo, co ty zrobia?
Tatiana wysza z pokoju.
Aleksander siedzia na sofie i pali papierosa.
Tania wyja owek i uklka, eby podnie
worek z patkami.
Patki znikay, znikay coraz szybciej, dlatego
chciaa zaznaczy ich poziom.
Znikaa mka, znika cukier, znikao kade
jedzenie.
- Wsta - powiedzia Aleksander.
- Pomog ci.
To dla ciebie za cikie.
- Podnis worek, a ona zajrzaa do rodka i
narysowaa na papierze czarn lini.
- I co ty na to, Tatiu?
- spyta cicho Szura.
- Twoja mama prywaciark.
Kto by pomyla.
- To dzisiaj powszechne.
Haso "Socjalizm w jednym kraju" nie sprawdza
si, kiedy kraj prowadzi wojn.
- Wskazaa worek z mk.
Aleksander podnis go i kiwn gow.
- Tak samo jak podczas wojny domowej i zaraz
po.
Podczas wojny bestia waruje, eby ocali ycie.
Zauwaya?
- Dopki nie nabierze si, eby znowu dwign
swj paskudny eb.
Opu troch niej.
- Dotkna palcem jego rki.
Nie podniosa gowy.
- Co ona teraz zrobi?
- spyta.
- Mama?
Nie wiem.
A babcia?
Nie ma ju nic do sprzedania.
- Wrcia do kuchni, eby pozmywa po kolacji.
Pozmywaa i wanie ruszya do drzwi, gdy drog
zastpi jej Aleksander.
Zrobia krok w lewo, on te zrobi krok w lewo.
Zrobia krok w prawo, on te zrobi krok w prawo.
Podniosa wzrok.
Mia rozemiane oczy.
Stali przez chwil naprzeciw siebie.
Nagle Tania udaa, e chce skoczy w lewo, a gdy
Aleksander ponownie sprbowa
zaj jej drog, zrobia zwd i obiega go szybko z
prawej.
Rozemiaa si gono i zerkna przez rami.
- Nastpnym razem musisz by duo szybszy!
Cztery dni pniej wrci do koszar.
Gdy wychodzi z domu, wszyscy mieli zy w
oczach.
Dobrze przynajmniej, e przez najbliszy tydzie
mia zosta w Leningradzie, patrolowa ulice,
remontowa sprzt, wznosi umocnienia i szkoli
rekrutw.
Nocowa ju u nich nie mg, ale czsto bywa na
kolacji, a o wp do sidmej rano odprowadza
Tatian do sklepu przy Fontance.
- Syszaem, e Dmitrij jest ranny - powiedzia
ktrego dnia.
- Nie!
- Tak.
- Jak to si stao?
Ranili go w walce?
- Nie.
Postrzeli si z nagana w stop.
- No tak, zapomniaam.
On to nie ty.
Szura dotkn jej ramienia i doda, e Dima ley w
szpitalu w Wochowie.
- Na domiar zego ma dystrofi.
- Dystrofi?
Wyczua, e Aleksander nie ma ochoty o tym
mwi.
- Zanik mini - odrzek niechtnie.
- Z niedoywienia.
Tatiana poklepaa go lekko po plecach.
- Nie martw si.
Szura.
Ja na to nie zachoruj.
Nie mam mini.
Cierpliwie czekali w kolejce.
Aleksander prbowa pochwyci jej spojrzenie,
jakby czego od niej chcia.
Zupenie nie moga si domyli czego.
Nie moga czy nie chciaa?
Jego racje ywnociowe bardzo im pomagay.
Dostawa icie krlewsk porcj chleba osiemset
gramw dziennie!
- ponad poow tego, co oni wszyscy razem.
Przysugiwao mu rwnie sto pidziesit
gramw misa, sto czterdzieci gramw patkw i
a p kilograma warzyw.
Ilekro przychodzi wieczorem z kolejn porcj
ywnoci, Tatiana skakaa ze szczcia.
Ciekawe.
Cieszya si na jego widok czy na widok jedzenia?
I zawsze, ale to zawsze kaza jej rozdziela
wszystko na sze rwnych czci.
- Taniu - mwi - tylko pamitaj: porcje maj by
rwniutkie.
Woowiny brakowao, przynosi wic taw
wieprzowin albo ylaste kurze udko o grubej
skrze.
Tylko dziki olbrzymiemu wysikowi woli Tatiana
nie prbowaa podsun mu najwikszej porcji,
ale robia co moga, eby wybra dla niego
najlepszy kawaek.
Na wymian nie mieli ju nic, ani wiecznikw,
ani naczy, z wyjtkiem szeciu talerzy, ktre
postanowili zatrzyma dla siebie i Aleksandra.
Babcia Maja chciaa wymieni na ywno stare
koce i palta, ale mama tupna nog i powiedziaa:
- Nie, wykluczone.
Zim bdzie lodowato.
- Pierwsze mrozy na deszy ju w trzecim tygodniu
padziernika.
Pozostao im jedynie sze przecierade na trzy
ka i tylko sze rcznikw.
Babcia chciaa sprzeda jeden, ale tym razem
zaprotestowaa Tatiana, gdy Aleksander nie
miaby si czym wyciera.
Babcia przestaa chodzi za New.
Wychodzc z kuchni, usyszaa, e Dasza,
Aleksander, Marina, mama i babcia kc si o
co w pokoju.
Ju miaa otworzy drzwi, gdy wtem usyszaa gos
Szury.
- Nie, nie moecie jej tego powiedzie, nie teraz.
- Przecie i tak si dowie - odpara Dasza.
- Kiedy, ale nie teraz!
- Dlaczego?
- spytaa mama.
- Co to za rnica?
Powiedzcie jej, i ju.
- Zgadzam si z Aleksandrem - odezwaa si
babcia.
- Tania jest bardzo saba, bardzo to przeyje.
Tatiana wesza do pokoju.
- Co przeyj?
- spytaa.
Wszyscy zamilkli.
- Nic, Tanieczko, nic - odrzeka szybko Dasza,
patrzc na Aleksandra, ktry spuci gow i
usiad.
Tania trzymaa tac ze szklankami, spodeczkami i
dzbankiem herbaty.
- Co si stao?
Twarz Daszy bya mokra od ez.
- Och, Taniu...
- Co "och Taniu"?
Ponownie zapado milczenie.
Nikt na ni nie patrzy.
Tatiana przeniosa wzrok na babci, potem na
matk, na kuzynk, siostr i na Aleksandra.
Chryste, niech kto wreszcie na mnie spojrzy, po
mylaa.
- Aleksandrze - spytaa - co mielicie mi
powiedzie?
Szura podnis gow.
- Taniu, twj dziadek nie yje.
Zmar we wrzeniu na zapalenie puc.
Tatiana wypucia tac.
Szklanki roztrzaskay si o podog, gorca
herbata zbryzgaa jej poczochy.
Tania kucna i bez sowa pozbieraa szko i
skorupy.
Milczaa ona, milczeli oni.
Po chwili wstaa i wysza do kuchni.
Zanim zamkna za sob drzwi, usyszaa jeszcze,
jak Aleksander mwi:
- No i co?
Zadowoleni?
Kiedy do niej przyszli, staa przy oknie, trzymajc
si parapetu.
- Tak mi przykro, kochanie - powiedziaa Dasza.
- Chod, przytul si do mnie.
- Obja j mocno i szepna: - Wszyscy go
uwielbialimy.
Jestemy zdruzgotani.
- To zy znak, Daszo - odrzeka Tania.
- Nie, Tanieczko, nie...
- To zy znak - powtrzya z uporem Tatiana.
- Dziadek umar, bo nie mg i nie chcia patrze,
jak marnieje jego rodzina.
Spojrzay na Aleksandra.
Aleksander milcza.
Nazajutrz rano poszli do sklepu i stanli w
kolejce.
Prawie si do sie bie nie odzywali.
Kiedy wykupiwszy przydzia, mijali kana przy
Fontance, Szura woy rk do kieszeni paszcza i
powiedzia:
- Jutro musz wraca.
Ale spjrz.
Spjrz, co ci kupiem.
- Na otwartej doni poda jej malek tabliczk
czekolady.
Umiechna si blado i zwilgotniay jej oczy.
Wzi j za rk i poklepa si w pier.
- Chod do mnie.
Wtulia twarz w jego paszcz, a wwczas Szura
obj j i mocno przytuli.
Staa tak i pakaa.
Dugo.
Bardzo dugo.
Rana w nodze nie chciaa si zagoi.
Anton coraz bardziej sab.
Tatiana przyniosa mu kawaeczek czekolady od
Aleksandra.
Chopiec zjad go, lecz bynajmniej nie apczywie.
By blady i apatyczny.
Tatiana przysiada na ku.
Milczeli.
- Taniu, pamitasz zeszoroczne lato?
- spyta cicho Anton.
- Nie.
- Pamitaa tylko lato tego roku.
- W sierpniu, kiedy wrcia z ugi, ty, ja,
Woodia, Pitka i Pasza poszlimy pogra do
Ogrodu Taurydzkiego, pamitasz?
Tak bardzo chciaa odebra nam pik, e
kopna mnie w kostk.
- Umiechn si lekko.
- W kostk tej samej nogi.
- Tak, pamitam.
Ciii...
- Wzia go za rk.
- Rana si zagoi, zobaczysz.
Minie zima i znowu zagramy.
Zacisn rk na jej palcach i zamkn oczy.
- Ale ju nie z Paszk.
Ani z moimi brami.
- Zagramy we dwoje szepna.
Tylko ty i ja.
- Nie, Taniu.
Ze mn te ju chyba nie zagrasz...
Oni tam na ciebie czekaj, pomylaa.
Czekaj, eby zagra.
Z tob i ze mn.
Do sklepu miaa daleko, kolejki te byy dugie,
ale poniewa zawsze wychodzia o wp do
sidmej - nie ma to jak niemiecka punktualno -
wyprawa zajmowaa jej najwyej ptorej godziny
i o smej, kiedy nad miasto nadlatyway
bombowce i zaczynay wy syreny, bya ju w
domu.
Jednake ostatnio zauwaya co dziwnego.
Albo samoloty nadlatyway za wczenie, albo za
pno wychodzia, poniewa trzy razy z rzdu
bombardowanie zaskoczyo j na Niekrasowa.
Zesza do najbliszego schronu tylko dlatego, e
przyrzeka to Aleksandrowi.
Przytuliwszy do piersi bezcenny chleb i
poprawiwszy hem - gdyby nie Szura, na pewno
chodziaby w samej czapce - usiada w tumie
przypadkowych przechodniw i mieszkacw
domu.
Chleb nie nalea do najsmaczniejszych.
Nie by biay ani mikki, nie mia te chrupicej
skrki, mimo to pachnia jak marzenie.
Siedziaa tam p godziny i przez p godziny ze
wszystkich stron wpatrywao si w ni trzydzieci
par oczu.
W kocu jaka staruszka powiedziaa:
- Podziel si z nami, dzieweczko.
Nie sied tak, daj cho kawaek.
- To dla mojej rodziny - odpara Tatiana.
- Jest nas pi, same kobiety.
Czekaj na ten chleb.
Jeli si z wami podziel, nie bdziemy miay co
je.
- Tylko kawaek - nalegaa staruszka.
- May kawaeczek...
Wybuchy ustay i Tatiana pierwsza wybiega na
ulic.
Postanowia, e od tej pory bdzie chodzi
szybciej i e ju nigdy si nie spni.
Jednake mimo postanowienia w aden sposb nie
moga zdy do domu przed porannym
bombardowaniem.
I do sklepu o dziesitej?
Wykluczone.
Musiaa pracowa, w szpitalu te jej
potrzebowali.
Wysa mam albo Dasz?
Moe chodziyby szybciej ni ona?
Nie.
Mama od rana do nocy szya mundury, w dodatku
rcznie.
Za kilka mundurw dostawaa dodatkow porcj
patkw owsianych, dlatego praktycznie nie
wstawaa od stou.
Dasza odmwia, poniewa rano robia pranie.
Marina te odmwia,
i dziki Bogu.
Prawie przestaa chodzi na wykady.
Wykupywaa swj przydziaowy chleb,
natychmiast go zjadaa, a wrciwszy do domu, do
magaa si chleba od Tatiany.
- Marinko, to niesprawiedliwie - mwia Tania.
- Wszyscy jestemy godni.
Wiem, e to trudne, ale musisz wzi si w gar.
- Aha.
Tak samo jak ty?
- Wanie - odpara Tania, wyczuwajc, e
kuzynka nie mwi o jedzeniu.
- Dobrze ci idzie.
Tak trzyma.
Mimo to Tania czua, e idzie jej fatalnie.
Tak, nigdy dotd nie szo jej gorzej, a tymczasem
rodzina nie moga si jej nachwali.
Ze wiatem musiao by co nie tak, skoro
chwalono j za kompletn fuszerk.
Nie martwio jej to, e jest powolna.
Martwio j to, e czua, i z dnia na dzie jest
coraz wolniejsza.
Wszelki wysiek i popiech napotyka nieznany
dotychczas opr: opr wasnego ciaa.
Poruszao si znacznie wolniej ni kiedy, czego
namacalnym dowodem byy niemieckie
bombowce, ktre punktualnie o smej nadlatyway
nad Leningrad, by oywiwszy drzemice surmy i
trby bojowe, przerwa porann godzin szczytu.
Soce te wstawao o smej.
Sza do sklepu i wracaa prawie po ciemku.
Pewnego ranka mina mczyzn idcego w t
sam stron.
By od niej wyszy, starszy i chudszy, i mia na
gowie kapelusz.
Mina go i dopiero wtedy uwiadomia sobie, e
ju od dawna nikogo nie wyprzedzia.
Ludzie chodzili kady swoim krokiem, lecz nigdy
nikogo nie wyprzedzali.
Albo id szybciej od niego, pomylaa, albo on
idzie jeszcze wolniej ni ja.
Przystana i odwrcia si.
Mczyzna zdryfowa na cian domu niczym
zwiotczaa pachta spadochronu, opar
si o ni i znieruchomia.
Tania podesza, eby pomc mu usi.
Mczyzna ani drgn.
Mimo to sprbowaa posadzi go na chodniku.
Zdja mu kapelusz.
Patrzy na ni nieruchomymi oczami.
Byy szeroko otwarte jak przed kilkoma
sekundami, jak wtedy, gdy szed.
Ale teraz nie y.
Przeraona rzucia kapelusz i nie ogldajc si za
siebie, szybko posza dalej.
W drodze powrotnej skrcia w ukowskiego,
eby nie przechodzi koo zwok mczyzny.
Zacz si nalot, ale nie zwracaa na to uwagi.
Gdyby ci ze schronu chcieli jej odebra bezcenny
chleb, nie miaaby siy ich odpdzi.
Poprawia hem i para naprzd.
Opowiedziaa o wszystkim rodzinie.
Nie wywaro to na nich adnego wraenia.
- Tak?
- odrzeka Marina.
- A ja widziaam martwego konia na rodku ulicy.
Mia rozpruty brzuch, ludzie wycinali z niego
miso.
To jeszcze nic.
Podeszam i spytaam, czy nie zostao czego dla
mnie.
Gdy pooya si spa, przed oczami stana jej
twarz mczyzny, jego powolny krok i mieszny
kapelusz.
Lecz to nie jego mier j drczya, gdy - niestety
- mier ju widziaa, i tam, w udz, i tu, w
Leningradzie, gdy tak nagle zabrako Paszy, gdy
patrzya na poncy szpital, w ktrym zgin
ojciec.
Nie, drczy j chd mczyzny, dugo kroku i
szybko, poniewa tu przed mierci nieznajomy
szed i chocia ona sza szybciej, to przecie
wyprzedzaa go do dugo.
- Ile zostao nam mielonki?
- spytaa mama.
- Jedna puszka - odrzeka Tatiana.
- Niemoliwe.
- Mamo, jedlimy j co wieczr.
- Ale to niemoliwe.
Niedawno mielimy dziesi.
- Tak, dziewi dni temu.
- Zostaa nam jeszcze mka?
- spytaa mama nazajutrz.
- Tak, kilogram.
Co wieczr piek z niej placki.
- To jest placek?
- rzucia Dasza.
- Smakuje jak mka z wod.
- Bo to jest mka z wod- odpara Tatiana.
- Aleksander nazywa je marynarskimi sucharami.
- Nie moesz upiec chleba?
-jkna mama.
- Zamiast tych gupich plackw upiecz lepiej
chleb.
- Chleb?
Z czego?
Nie mamy mleka.
Nie mamy drody.
Nie mamy masa.
A ju na pewno nie mamy wicej jajek.
- Zmieszaj mk z wod i dolej troch mleka
sojowego.
Mleko sojowe chyba jeszcze jest?
- Tak, dokadnie trzy yki.
- No wanie.
I dodaj cukru.
- Dobrze, mamo.
Na kolacj upieka przany chleb z cukrem i
resztk mleka.
Zjedli te ostatni puszk mielonki.
By 31 padziernika.
- Co to?
- spytaa Tatiana, rozamujc kawaek chleba i
zagldajc pod czarn skrk.
- Co to jest?
By pocztek listopada.
Babcia Maja leaa na sofie.
Mama i Marina ju wyszy.
Tania zwlekaa.
Delektowaa si jedzeniem.
Nie miaa ochoty i do szpitala.
Dasza pochylia si na krzele i wzruszya
ramionami.
- Nie wiem.
Co to za rnica?
Jak smakuje?
- Ohydnie.
- Jedz.
Pewnie wolaaby biay, co?
Tatiana wydubaa co z chleba, zbadaa palcem i
woya to do ust.
- Boe.
Wiesz, co to jest?
- Nie.
- Trociny.
Dasza przestaa u, ale tylko na sekund.
- Trociny?
- Tak.
A to...
- Pokazaa jej may, brzowawy wirek.
- To jest tektura.
Jemy papier.
Trzysta gramw dziennie, a oni daj nam papier.
- I tak mamy szczcie - odpara Dasza, wkadajc
do ust ostatni okruszyn chleba i patrzc
wygodniaym wzrokiem na t w rku siostry.
- Mog otworzy puszk pomidorw?
- Nie.
Zostay nam tylko dwie.
Poza tym nie ma mamy i Mariny.
Je li j otworzymy, wszystko zjemy.
- I o to chodzi.
- Nie.
Bd na kolacj.
- Pomidory?
Same pomidory?
Co to za kolacja?
- Gdyby nie zjada na niadanie wszystkich trocin
i caej tektury, miaaby czym zagryza.
- Nie mogam si powstrzyma.
- Wiem.
- Tatiana woya do ust ostatni kawaeczek
chleba, za mkna oczy i zacza powoli u.
- Posuchaj - dodaa, z trudem przeknwszy lin.
- Mam jeszcze troch sucharw.
Zjemy?
Ale tylko po trzy kawaki na gow.
- Pewnie.
- Dziewczta zerkny na pic babci.
Zjady po siedem.
Z tego, co byo kiedy starym, odgrzanym w
duchwce chlebem, zostay jedynie aosne
okruszki.
- Taniu, czy ty miesiczkujesz?
- Co takiego?
- Miesiczkujesz?
- powtrzya niespokojnie Dasza.
- Nie - odrzeka Tania.
- Dlaczego pytasz?
- Bo ja te nie.
- Aha.
Dasza zamilka.
Patrzyy na siebie, pytko oddychajc.
- Denerwujesz si?
- spytaa w kocu Tania z wyranym lkiem w
gosie.
Siostra pokrcia gow.
- Nie, nie o to chodzi.
Aleksander i ja...
My nie...
- Zerkna na Tanie i urwaa.
- Niewane.
Martwi mnie to, e nagle przestaam
miesiczkowa.
Tak po prostu, ni z tego, ni z owego.
- Nie martw si, Dasza.
- Tatiana odczua wielk ulg, jednoczenie
zrobio jej si al siostry.
Chciaa j jako uspokoi.
- Dostaniesz okresu, kiedy zaczniemy normalnie
je.
Dasza podniosa gow.
Tatiana ucieka wzrokiem w bok.
- Taniu, czy ty tego nie czujesz?
Nie czujesz, e twoje ciao powoli umiera?
- Dasza rozpakaa si i ukrya twarz w doniach.
- Bo ja tak...
Tatiana obja j i szepna:
- Kochanie, wci bije mi serce, tobie te.
Jeszcze nie umieramy.
W pokoju byo zimno.
- Chc, eby wrci ten wcieky gd -
powiedziaa Dasza.
- Taki jak w zeszym miesicu.
Pamitasz?
- Pamitam.
- Ju go nie czuj.
A ty?
- Te nie - przyznaa cicho Tatiana.
- Chc, eby wrci.
- Wrci.
Zaczniemy lepiej je i wrci.
Tego wieczoru Tatiana przyniosa soik
przejrzystego pynu ze szpitalnej stowki.
W pynie pywa pojedynczy ziemniak.
- Ros z kurczaka.
I z woow prg.
- Ros?
- spytaa mama, zagldajc do soika.
- A gdzie kurczak?
Gdzie prga?
- Dzieci zjady.
Miaam szczcie, e w ogle cokolwiek
dostaam.
- Tak, Tanieczko, miaa.
Nalej.
Ros smakowa jak woda z ziemniakiem.
By zupenie niesiony i nie pywao na nim ani
jedno oko tuszczu.
Poniewa Aleksandra nie byo, Tania podzielia
zup na pi porcji.
- Mam nadziej, e Aleks niedugo wrci -
westchna Dasza.
- Na pewno przywiezie jedzenie.
On to ma szczcie.
Dostaje due racje.
Ja te mam nadziej, e niedugo wrci, pomylaa
Tatiana.
Musz go zobaczy, duej tak nie wytrzymam.
- Boe, czekalimy na kolacj od pierwszej po
poudniu - powiedziaa mama.
- A przecie kto musi gasi poary, zbiera
rozbite szko, opatrywa rannych.
Nikomu nie pomagamy.
Mylimy tylko o jednym:
o jedzeniu.
- I wanie o to chodzi Niemcom - odrzeka
Tatiana.
- Chc, ebymy uciekli z miasta, a my jestemy
gotowi to zrobi za jednego ziemniaka.
- Ja tam nigdzie nie uciekn - oznajmia mama.
- Nie mog.
Musz uszy pi mundurw, w dodatku rcznie.
- ypna spode ba na milczc babci, ktra
spokojnie ua chleb.
- My te nie - powiedziaa Tatiana.
- Bdziemy tu siedzie, pracowa, szy, ale miasta
nie opucimy.
Nie uciekniemy.
Nikt jej nie odpowiedzia.
Kiedy zacz si nalot, wszystkie zeszy do
schronu.
Na schodach Tatiana potkna si o nogi kobiety,
ktra umara, siedzc przy cianie, i ktrej nikt
stamtd nie zabra.
Tania usiada nieco dalej.
Musiaa przeczeka mrok, ktry j nagle ogarn.
Dasza codziennie pisaa do Aleksandra.
Dzie w dzie wysyaa krtki list.
Szczciara, mylaa Tatiana.
Pisa do Szury, wiedzie, e to przeczyta.
Szczciara.
Pisali rwnie do Mootowa, do owdowiaej
babci.
Poczta funkcjonowaa okropnie.
Potem w ogle przestano dostarcza listy.
Wtedy Tatiana zacza chodzi na poczt przy
Starym Newskim, gdzie szary, bezzbny staruszek
oddawa jej listy, pytajc, czy ma co do jedzenia.
Przynosia mu kawaek suchara.
Ktrego dnia nadszed dugo oczekiwany list o
Aleksandra.
Droga Duszo i wszyscy pozostali!
Jedynym bogosawiestwem wojny jest to, e
wikszo kobiet nie musi jej oglda, e widz j
jedynie uodpornione na bl pielgniarki, ktre
opatruj rannych.
Stacjonujemy za Szlisselburgiem, skd prbujemy
zaopatrywa
w amunicj ufortyfikowan wysp Orieszek.
Mimo silnego ostrzau z oddalonego o dwiecie
metrw brzegu jeziora adoga, nasi onierze
utrzymuj si tam od wrzenia.
Orieszek.
Pamitasz t nazw?
W 1887 powieszono tam Aleksandra, stryjecznego
brata Lenina, za udzia w za machu na cara
Aleksandra III.
onierze i marynarze strzegcy rde Newy
zostali okrzyknici bo haterami Nowej Rosji:
Rosji, ktra nastanie po Hitlerze.
Mwi nam, e kiedy zwyciymy, w Zwizku
Radzieckim bdzie zupenie inaczej.
Przy rzekaj nam lepsze ycie, lecz w imi tego
lepszego ycia musimy by gotowi na mier.
Mwi, gicie na polu chway, eby wasze dzieci
mogy godnie y.
Dobrze, bdziemy gin.
Walki nie ustaj nawet noc.
Ani walki, ani deszcz.
Od tygodnia siedzimy tu przemoczeni jak szczury
w kanaach.
Nie moemy wyschn.
Trzech moich zmaro na zapalenie puc.
Hitler chce nas zabi, a my umieramy na zapalenie
puc: to niemal komiczne, a raczej komicznie
niesprawiedliwe.
Ciesz si, e nie jestem teraz w Moskwie.
Syszaa, co si tam dzieje?
Myl, e dziki temu jeszcze yjemy.
I my, i wy.
Hitler przerzuci du cz grupy Armii Pnoc
spod Leningradu pod Moskw, w tym wikszo
samolotw i czogw.
Jeli zdobd Moskw, bdzie po nas, ale na razie
zawieszono nam wyrok.
Czuj si dobrze.
Powiedz Tatianie, eby chodzia pod cianami
domw.
Kiedy zacznie si ostrza czy bombardowanie,
niech wejdzie do bramy czy schronu.
I niech nosi hem, ktry jej daem.
Dziewczta, pod adnym pozorem nie oddawajcie
nikomu chleba.
I nie wychodcie na dach.
Uywajcie myda, ktre wam zostawiem.
Pamitajcie, e bdc czystym, czowiek czuje si
troch lepiej.
Ojciec zawsze mi to powtarza.
Niestety tu, na froncie, o czystoci i cieple trzeba
zapomnie.
Jedynym pocieszeniem jest to, e na zimnie gin
wszy, ktre roznosz tyfus.
Wierzcie, myl o Was w kadej minucie dnia.
Cho z daleka, serdecznie Was wszystkich
pozdrawiam.
Do zobaczenia.
Aleksander
Tatiana wkadaa hem.
Uywaa myda.
Ostrza przeczekiwaa w bramach.
W domu coraz czciej chodzia w filcowych
butach, filcowej
Dawna nazwa wyspy z Twierdz Szlisselbursk
(przyp.
red.).
czapce i palcie, ktre uszya mama, kiedy miaa
jeszcze maszyn.
I nie wiedzie czemu moga myle tylko o
jednym: o Aleksandrze, ktry dzie i noc siedzia
nad adog w przemoczonym mundurze.
Nad zaspionym Piotrogrodem
Nie mogy ju duej zaprzecza, e to, co dziao
si w Leningradzie, przechodzio ludzkie pojcie.
Umara matka Mariny.
Umara Mariszka.
Umar Anton.
Ostrza nie ustawa.
Nie ustaway bombardowania, chocia Niemcy
zrzucali ostatnio mniej bomb zapalajcych.
Tatiana poznaa to po mniej szej liczbie poarw:
idc na Fontank, mijaa po drodze znacznie mniej
miejsc, gdzie moga ogrza rce.
Pewnego listopadowego ranka zobaczya na ulicy
dwoje martwych ludzi.
Dwie godziny pniej leao ich tam ju
siedmioro.
Nie byli ani ranni, ani nawet dranici.
Po prostu nie yli.
Przeegnaa ich znakiem krzya, przystana i
pomylaa: co ja robi?
Dlaczego?
I po co?
Przecie mieszkam w komunistycznym kraju.
Nakrelia w powietrzu znak sierpa i mota i
powoli posza dalej.
W Zwizku Radzieckim nie byo miejsca dla Boga.
Co wicej, Bg sta w sprzecznoci z powszechnie
przyjtymi zasadami ycia: z wiar w prac, we
wsplne bytowanie, w obron pastwa przed
nonkonformistycznymi indywidualistami, w
towarzysza Stalina.
Szkoa, gazety i radio uczyy, e Bg jest
zaciekym przeladowc,
znienawidzonym tyranem, ktry od stuleci
zniewala robotnika i przesania mu oczy, tak e
ten nie dostrzega drzemicego w nim potencjau.
W bolszewickiej Rosji Bg by tylko kolejn
przeszkod na drodze, ktr kroczy
Czowiek Radziecki.
Prawdziwy komunista nie mg wierzy w Boga,
poniewa oznaczaoby to, e stawia Go ponad
pastwem.
A ponad pastwem nie mogo sta absolutnie nic.
Pastwo opiekowao si ludmi, karmio ich i
bronio przed wrogiem.
Powtarzano to Tani i w przedszkolu, i w szkole, i
na zbirkach pionierw, do ktrych wstpia w
wieku dziewiciu lat. Wstpia do pionierw,
poniewa nie miaa wyboru, ale kiedy moga ju
wstpi do Komsomou - bya wtedy w ostatniej
klasie - zdecydowanie odmwia.
Nie ze wzgldu na Boga, tylko tak, po prostu.
Czua, e nie bdzie dobr komunistk.
Za bardzo podobay jej si opowiadania
Zoszczenki.
Bdc dzieckiem, spotykaa w udz bogobojne
kobiety.
Prboway j naucza, chciay j ochrzci, wpoi
jej wiar.
Uciekaa przed nimi do ogrodu.
Chowaa si w bzach i patrzya, jak powczc
dugimi spdnicami, id drog przez wie, jak z
yczliwym umiechem egnaj j znakiem krzya.
Syszaa nawet, jak j woaj: Tatiu, Tatiu...
Tatiana przystana.
I przeegnaa si.
Dziwne, bo troch j to pocieszyo.
Jakby nie bya sama.
Posza posiedzie w cerkwi po drugiej stronie
ulicy.
Czy zbombardowano kiedy jak wityni?
- mylaa.
Na przykad katedr witego Pawa w Londynie?
Skoro Niemcy nie trafili w olbrzymi katedr, na
pewno nie trafi w malek cerkiewk.
Poczua si bezpieczniej.
Przed drzwiami poczty lea martwy mczyzna.
Umar dosownie w progu.
- Dugo tu ley?
- spytaa urzdnika.
Ten odsoni w umiechu bezzbne dzisa.
- Powiem ci za kawaek suchara.
- Za drogo, nie jestem a tak ciekawa.
Ale suchara panu dam.
Po ciemku nie widziay, co si dzieje z ich
ciaami.
Nikt by tego nie znis.
Dasza pozdejmowaa wszystkie lustra, i te w
pokoju, i te w kuch ni.
Nie chciay w nie spoglda, nawet przypadkowo.
Z czasem przestay nawet patrze na siebie.
Nie chciay widzie ludzi, ktrych kochay - nie w
takim stanie.
eby ukry swoje ciao i przed sob sam, i przed
wzrokiem innych, Tatiana wkadaa flanelowy
podkoszulek, flanelow bluzk, weniany sweter,
weniany sweter Paszy, grube poczochy, dugie
spodnie, na spodnie spdnic, a na to wszystko
zimowe palto.
Palto zdejmowaa jedynie do snu.
Dasza powiedziaa, e zaniky jej piersi.
- Piersi?
- fukna Marina.
Straciam matk, a ty mi mwisz o piersiach?
Zamieniaby piersi na matk?
Bo ja tak.
Dasza przeprosia j, ale w kuchni rozpakaa si i
wyszlochaa:
- Ja chc mie piersi!
Tanieczko, ja chc mie piersi...
Tatiana pogaskaa j po plecach.
- Przesta, Daszo.
Odwagi.
Nie jest tak le.
Mamy jeszcze troch patkw.
Ugotuj owsiank.
Po mierci cioci Rity Marina nie przestaa chodzi
na uniwersytet, chocia, jak powiedziaa Tatianie,
profesorowie niczego ich nie uczyli.
Nie byo ani ksiek, ani wykadw, dziaaa
jednak w miar ciepa biblioteka, gdzie mona
byo przesiedzie kilka godzin, czekajc na cienk
zup w studenckiej stowce.
- Nie znosz zupy - powiedziaa Marina ktrego
dnia.
- Nienawidz.
Po co jajem?
To bez sensu.
- Nieprawda.
Jest przynajmniej gorca.
- Tatiana przykucna przy zwiotczaym worku;
zostao im jeszcze troch jczmienia.
- Od jczmienia trzymajcie si z daleka.
Starczy na cay miesic.
- Na miesic?
Ta garstka?
- Dobrze, e nie mona go je na surowo.
Tania bya w bdzie.
Nazajutrz jczmienia ubyo.
Tak samo jak w udz, ktrego dnia na miasto
spad deszcz ulotek.
Najpierw ulotek, potem bomb.
Rnica polegaa na tym, e w udz byo ciepo,
e w udz mieli co je.
e wtedy Tatiana w co wierzya.
Wierzya, e znajdzie Pasz.
e wojna wkrtce si skoczy.
Wierzya w towarzysza Stalina.
Teraz wierzya tylko w jedno.
W pewnego czowieka.
W czowieka niezmiennego i niezomnego.
Ulotki zrzucane przez pilotw Luftwaffe byy
napisane po rosyjsku.
Kobiety!
- gosiy.
Ubierajcie si na biao.
Idc Suworowa po dwie cie pidziesit gramw
chleba, miejcie na sobie biae ubranie, ebymy
lepiej was widzieli.
Nie chcemy do was strzela ani rzuca na was
bomb!
Ubieraj si na biao, bo zginiesz, Tatiano!
- Tak to zrozumiaa.
Jedn ulotk zachowaa.
Znalaza j kilka dni przed dwudziest czwart
rocznic Wielkiej Rewolucji, ktr obchodzono
sidmego listopada.
Przyniosa j do domu i odruchowo rzucia na st.
Ulotka przeleaa tam do nastpnego dnia, kiedy to
wrci Aleksander.
By chudszy ni przed dwoma tygodniami i mia
jeszcze bardziej zapade policzki.
Oczy mu nie byszczay, umiech znikn, znikn
wrodzony urok, czar i animusz.
Przepad bez ladu.
Zosta tylko mczyzna, ktry obj Dasz, a nawet
mam.
- Witaj, mj drogi, witaj - powiedziaa mama.
- Dobrze, e jeste.
Boe mj, tyle czasu na zimnie i deszczu...
- Sucho tu, cho niewiele cieplej - odrzek
Aleksander, obejmujc babci, ktra nie mogc
usta na nogach, musiaa cay czas opiera si o
cian.
Potem poklepa po policzku Marin, a gdy spojrza
na Tatian, ktra staa w drzwiach z rk na
klamce, stwierdzi, e nie potrafi do niej podej,
e nie potrafi jej dotkn.
e po prostu nie moe.
Obejmowa j chwil wzrokiem.
Pomacha jej rk.
To ju co.
Pomacha, odwrci si, wszed do pokoju,
odoy karabin, zdj gruby paszcz, usiad i
poprosi o mydo.
Dziewczta wiergotay i skakay wok niego jak
wrble.
Dasza przyniosa mu kawaek chleba, ktry
przekn w caoci.
Marina miaa tak min, jakby chciaa mu go
odebra.
- Jutro wito, rocznica rewolucji - powiedziaa
Dasza.
- Mylisz, e dostaniecie co ekstra?
- Kupi jedzenie, kiedy tylko wrc do koszar.
Jutro co wam przy nios.
- A teraz?
Teraz nic nie masz?
- Daszo, jad prosto z frontu.
Tatiana podesza bliej.
- Zrobi ci herbaty?
- spytaa.
- Zrobi, dobrze?
- Tak, poprosz.
- Ja zrobi!
- warkna Dasza i wybiega do kuchni.
Aleksander poczstowa Tanie papierosem.
- Masz, zapal powiedzia cicho.
miao.
Zaskoczona Tatiana pokrcia gow.
- Przecie wiesz, e nie pal.
- Wiem, ale nikotyna zabija apetyt...
- Zmarszczy czoo.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Umiechn si blado.
- Patrz - szepn.
- Patrz jak najduej.
I Tania patrzya, dugo i czule.
Nie moga si powstrzyma.
Poklepaa go lekko po plecach.
- Szura, to nie ten etap.
Ja ju nie mam apetytu.
- Cofna rk.
Aleksander zapali.
Obserwoway ich babcia i Marina, ale Tani byo
wszystko jedno.
Twarz Aleksandra naleaa do niej, i tylko do niej.
Podesza do nich Marina.
- Poczstuj mnie - powiedziaa.
- Ja apetyt mam.
Aleksander wyj papierosa z ust.
Marina wzia go i spojrzaa na Tatian.
- Na pewno nie chcesz?
- spytaa.
- Przed chwil mia go w ustach.
Aleksander popatrzy na nie znuonymi, lekko
rozbawionymi oczami.
- Marinko, pal i daj jej wity spokj.
Wzi ze stou ulotk.
- "Dla uczczenia rocznicy Rewolucji
Padziernikowej przewodniczcy miejskiego
komitetu partii komunistycznej danow prbuje
zdoby dla dzieci dwie yeczki mietany.
Naley oczekiwa, e..." - Przesta czyta i
zmarszczy brwi.
- Co to jest?
- To?
Nic takiego.
- Tatiana podesza do stou.
Marina usiada.
Bab cia nadal staa przy cianie.
Tatiana rozpia palto, spod ktrego wyjrzaa
biaa sukienka w szkaratne re.
Aleksander zblad.
- To...
twoja sukienka?
Tylko ona staa przodem do niego, dlatego tylko
ona widziaa wyraz jego twarzy.
Zrobia krok do tyu i leciutko, prawie
niezauwaalnie po krcia gow.
Przesta, Szura.
Ten pokj jest dla nas za may.
- Tak - szepna.
Sukienka zwisaa na niej jak na wieszaku.
Tania zapia palto.
Wrcia Dasza.
- Prosz - powiedziaa, zamykajc nog drzwi.
- Jest saba, ale herbat jeszcze mamy.
Poza herbat...
- Urwaa.
Postawia szklank na stole.
- Co si stao?
- Nic.
- Aleksander spojrza na ulotk.
- Co to jest?
Dasza popatrzya pytajco na Marin, lecz Marina
tylko wzruszya ramionami.
- Dlatego nosz t sukienk - wyjania Tatiana.
- eby do mnie nie strzelali.
Aleksander zerwa si z krzesa tak gwatownie, e
obla si gorc herbat.
Wsta i grzmotn pici w st.
- Czy ty zwariowaa?
- wrzasn.
- Rozum ci odjo?
Dasza chwycia go za rkaw paszcza.
- Co ci napado?
Dlaczego tak na ni krzyczysz?
- Taniu!
- wrzasn Aleksander jeszcze goniej i ruszy na
ni jak czog.
Tatiana ani drgna.
Mrugna powiekami.
Tylko raz.
Dasza wcisna si midzy nich, odepchna
Aleksa i ciko dyszc, krzykna:
- Siadaj!
Co ci jest?
Dlaczego tak wrzeszczysz?
Aleksander usiad, nie spuszczajc wzroku z
Tatiany, ktra wyja zza sofy star szmat i
zacza wyciera zalan podog.
- Taniu, lepiej do niego nie podchod, bo zaraz...
- Bo zaraz co?
- spyta gono Aleksander.
- Daj spokj, Daszka - szepna Tatiana.
Pozbieraa rozbite szko i ruszya do drzwi.
Aleksander chwyci j za rk.
- Rzu to i natychmiast si przebierz.
Prosz - doda, nie zwalniajc ucisku.
Tatiana pooya szko na st.
- Taniu - powiedzia, widrujc j wzrokiem;
jake pragna, eby przesta tak na ni patrze i
eby puci jej rk.
- Taniu, czy wiesz, co Niemcy zrobili w udz?
Bya tam, nie widziaa?
Zrzucili ulotki na ochotniczki, na kobiety i
dziewczta, ktre kopay okopy i zbieray
ziemniaki.
Nocie biae ubranie i biay szal, nie chcemy
strzela do cywilw.
Kobiety pomylay: "dobrze, pewnie", i czym
prdzej przebray si w swoje najlepsze biae
sukienki.
Niemieccy piloci tylko na to czekali.
Przelatujc na wysokoci dwustu, trzystu metrw,
strzelali do nich jak do kaczek.
To bya prawdziwa masakra.
Biay strj uatwia celowanie.
Tatiana odsuna si o krok.
- Id si przebra.
W co brzowego.
I ciepego.
- Aleksander wsta.
- Sam zaparz herbat.
- Spojrza zimno na Dasz.
- Moesz co dla mnie zrobi?
Nigdy nie bierz mnie za kogo, kto moe
skrzywdzi twoj siostr.
- Nie zostaniesz na noc?
- spytaa Dasza.
Pokrci gow.
- Najpniej o dziewitej musz si zameldowa
w garnizonie.
Zjedli zup z kawakiem kapucianego licia.
Zagryli cikim jak cega chlebem i kilkoma
ykami kaszy gryczanej, a na deser wypili nie
sodzon herbat.
Aleksandrowi dali kieliszek bezcennej wdki.
Po kolacji zszed do piwnicy po drewno i rozpali
w piecu.
W pokoju zrobio si ciepo i przytulnie.
Niesamowite, pomylaa Tatiana.
Niesamowite.
Siedzia przy stole z Dasza po jednej i z mam po
drugiej stronie, a za nim staa Marina.
Babcia leaa na sofie.
Tania przycupna w najdalszym kcie pokoju,
patrzc na somkowej barwy ciecz w szklance.
Wszyscy byli blisko niego.
Wszyscy oprcz niej.
- Musi by ci bardzo ciko - powiedziaa mama.
- Siedzisz w okopie, mylisz o jedzeniu...
- Irino Fiodorowno, zdradz pani may sekret.
- Nachyli si ku niej i szepn: - Kiedy jestem na
froncie, o jedzeniu nie myl ani przez chwil.
Mama pogaskaa go po ramieniu.
- Drogi mj, nie daoby si wywie dziewczt z
Leningradu?
Prawie nie mamy jedzenia.
Aleksander ponownie pokrci gow, prbujc
uwolni si od otaczajcych go kobiet.
- To niemoliwe.
Zreszt adoga to nie mj rejon.
Stacjonujemy za New, ostrzeliwujemy Niemcw
w Szlisselburgu.
- Zadra.
- S nie ugici.
Poza tym jezioro jeszcze nie zamarzo, a barkami...
W Leningradzie mieszka ponad dwa miliony
cywilw, a barkami ewakuowano ledwie kilka
tysicy, gwnie matek z dziemi.
- My te jestemy dziemi i mamy matk.
- Maych dzieci, Daszo, maych.
Wszystkie pracujecie, kto was puci?
Ty i twoja mama szyjecie mundury dla wojska.
- Poklepa matk po ramieniu.
- Tania pracuje w szpitalu.
Jak dajesz sobie rad, Taniu?
Tatiana staa przy oknie, z dala od stou.
- Dzisiaj uszyam czterdzieci dwa worki -
odpara, wzruszajc ramionami.
- Za mao.
Zmaro siedemdziesit osiem osb.
Szkoda, e nie mamy ju maszyny.
Mama ypna spode ba na babci.
- Smakoway ci te kartofelki, creczko, oj
smakoway - powiedziaa babcia.
- Ale teraz nie mam ju nic i nic nie mog ci da.
- Jutro przynios wam ziemniaki z wojskowego
sklepu - odrzek Aleksander.
- I troch biaej mki.
Przynios wszystko, co tylko uda mi si kupi.
Ale wywie was std nie mog.
Syszaycie o "Konstruktorze"?
To kuter torpedowy.
Pyn do Nowej adogi z kobietami i dziemi na
pokadzie, kiedy zaatakoway ich niemieckie
bombowce.
Pierw szej bomby zdoali unikn.
Druga trafia.
Zgino dwiecie pidziesit osb.
- Wolaabym ju chyba zaryzykowa i zosta tutaj,
ni umiera w lodowatej wodzie
- powiedziaa Dasza.
- Jak dajecie sobie rad?
Trzymacie si?
Trzymasz si, Manno?
- Z trudem.
Przecie widzisz, jak wygldamy.
- Tak, bywao lepiej...
- odrzek Aleksander, zerkajc na milczc
Tatian.
- Umar Anton - szepna, nie podnoszc gowy.
- W zeszym tygodniu.
- Wanie - wtrcia Dasza.
- Moe teraz Nina przestanie nas wresz cie
nachodzi.
- Anton...
- Aleksander odchrzkn.
- Tak mi przykro, Taniu...
Ale mam nadziej, e nie rozdajesz jedzenia.
Prawda?
Tatiana nie odpowiedziaa.
- Co z Dmitrijem?
- spytaa, zmieniajc temat.
- Ani razu nie napisa.
Aleksander zapali papierosa.
- Ley w szpitalu w Wochowie.
Walczy o ycie.
Pewnie nie ma siy pisa.
- Wymienili z Tatian ukradkowe spojrzenia.
Zawya syrena.
Aleksander popatrzy wok stou.
Nikt si nawet nie poruszy.
- Przestalicie schodzi do schronu czy Tatiana
was przekabacia?
Dasza owina si szczelniej swetrem.
- Marina i ja schodzimy, ale...
- Taniu - przerwa jej Aleksander.
- Kiedy ostatni raz bya w schronie?
Tatiana wzruszya ramionami.
- W zeszym tygodniu.
Siedziaam obok kobiety, ktra w ogle si nie
odzywaa.
Trzy razy prbowaam nawiza rozmow i
dopiero za czwartym razem zdaam sobie spraw,
e ona nie yje.
- Tania uniosa brwi.
- to od dawna.
- Wytrzymaa tam tylko pi sekund, a
bombardowanie trwao trzy godziny.
Nie pamitam, kiedy ostatni raz przeczekaa cay
nalot.
- We wrzeniu - powiedziaa mama, sigajc po
materia.
- A ty?
- wykrzykna Dasza.
- Nie jeste lepsza od niej.
Ty te nie bya tam od wrzenia.
- Mam robot.
Prbuj dorobi.
Ty te powinna...
- Przecie szyj!
Tylko e ja szyj w schronie!
- Tak, tak, widziaam, co zrobia z tym mundurem:
przyszya rkaw do gry nogami.
Nie mona szy po ciemku.
Podczas gdy one si sprzeczay, Tatiana
obserwowaa Aleksandra, a on obserwowa
j.
- Taniu - spyta - dlaczego nie zdejmujesz rkawic
na noc?
W pokoju jest ciepo.
I nie stj przy oknie.
Chod do nas, usid.
- Och, Aleksandrze!
- wykrzykna Marina, obejmujc go za szyj.
- Ta twoja Tanieczka, nie uwierzysz, co zrobia.
- No?
- spyta, lekko odwracajc gow.
- Co zrobia?
- Twoja?
- wtrcia Dasza.
- Raczej nasza.
Ale naprawd nie uwierzysz, bo...
- Ja opowiem!
- przerwaa jej gniewnie Marina.
- Ja!
- Moe rzucimy monet?
- spyta artobliwie Aleksander.
- Czyja musz tego sucha?
-jkna Tatiana, podchodzc do stou i zbierajc
szklanki.
- Moe Aleksander dorzuciby troch drewna do
pieca?
Szura natychmiast wsta.
- Bd sucha i podkada.
- W ostatni sobot - zacza Dasza, nie zwracajc
uwagi na Marin wracaymy z Marink z
publicznej jadodajni na Prospekcie Suworowa.
Kiedy wychodziymy.
Tania smacznie spaa, a tu nagle biegnie do nas
Kostia, ten z pierwszego pitra.
Biegnie i krzyczy na ca ulic:
Szybko!
Twoja siostra si pali!
Twoja siostra si pali!
Aleksander wrci do stou i usiad.
Wci patrzy na Tatian, lecz oczy mia jakby
chodniejsze.
- Taniu, kochanie, moe dokoczysz?
- spytaa Dasza.
- Tak bdzie zabawniej.
Opowiedz, co si stao.
Tatiana znieruchomiaa z tac pen naczy.
Miaa krtkie wosy, za padnite oczy i znuon
twarz.
- Nic si nie stao - szepna.
- Opowiedz, Tatiano poprosi Aleksander,
przeszywajc j wzrokiem.
Tania ypna spode ba na Marin.
- Kostia jest za may, eby zostawia go samego na
dachu.
Poszam zobaczy, czy nic mu nie jest.
Spada maa bomba zapalajca i nie mg jej
ugasi.
Pomogam mu, i tyle.
- Posza na dach?
- spyta cicho Aleksander.
- Tylko na godzin - odrzeka Tania, prbujc
zbagatelizowa spraw.
Zdoaa si nawet umiechn.
- Ot, takie tam ognisko.
Zasypaam je piaskiem, i ju.
Kostia to histeryk.
- Spojrzaa na Marin.
- Peno tu takich.
- Ognisko?
- wykrzykna Dasza.
- I nie patrz tak na Marink.
Histeryk?
Histeryk!
W takim razie zdejmij rkawiczki i poka mu rce.
Aleksander milcza.
- Przecie on tego nie chce - mrukna Tatiana,
ruszajc do drzwi.
- Wiecie co?
- Szura wsta.
- Niczego ju nie chc.
Id, wychodz.
Jestem spniony.
Chwyci karabin, paszcz i plecak i otarszy si o
Tatian, znikn na korytarzu.
Dasza popatrzya na siostr, na Marin, mam i
babci.
- Co go napado?
- spytaa znuona.
W pokoju panowaa gucha cisza.
- Lka si o was - szepna babcia.
- Bardzo si lka.
- Co ty wyprawiasz, Marinko?
- spytaa Tatiana.
- Przecie wiesz, e on si o nas zamartwia.
Po co zadrczasz go tymi bzdurami?
Na dachu nic mi nie grozi, a rce szybko si
zagoj.
- Susznie!
- powiedziaa Dasza, odwracajc si na picie w
stron kuzynki.
- Tania ma racj.
I o co ci chodzio z t "twoj Tanieczka"?
- Wanie!
- warkna gniewnie Tatiana.
- Co to byo?
- Nic.
To tylko taka przenonia.
- Bardzo gupia przenonia - prychna Dasza.
Tej nocy nio jej si, e nie pi, e noc trwa cay
rok, i e w ciemnoci odnalazy jajego palce.
Wstaa wczesnym rankiem, akurat wtedy, gdy kto
zapuka do drzwi.
Aleksander.
Przynis dwa kilo czarnego chleba i szklank
kaszy gryczanej.
Mama, babcia, Dasza i Marina byy jeszcze w
kach.
Zaczeka na ni w kuchni.
Tania mya zby nad zlewem, a on sta z
zaoonymi rkami i przed dug chwil milcza.
Mia zimne oczy.
Potem powiedzia, e w ubikacji cuchnie jak nigdy
dotd.
Tatiana tego nie zauwaya.
Ostatnio nie zauwaaa prawie niczego.
Bya ju ubrana.
Przed snem zdejmowaa tylko palto i rkawiczki.
- Szura, nie wychod, zosta.
Jest za zimno.
Kilogram chleba to nie duo, na pewno sobie
poradz.
Daj mi swoje kartki, to kupi co i dla ciebie.
- Chcesz dwiga moje zakupy?
Po moim trupie.
- Tak?
- warkna, ruszajc w jego stron tak szybko i
gwatownie, e a si cofn.
- Skoro ty moesz walczy z Niemcami...
- Nie mam wyboru.
- Ja te nie mam wyboru.
Daj kartki.
- Nie.
Gdzie masz palto?
I jak twoje rce?
- Dobrze, nic mi nie bdzie.
- Chciaa, eby ich dotkn, eby po gaska jej
donie, lecz on tylko spojrza
na ni tymi samymi chodnymi
oczami.
Wyszli razem na mrz.
Termometr wskazywa dziesi stopni poniej
zera.
O sidmej rano niebo byo jeszcze ciemne, a po
ulicach hula lodowaty wiatr, ktry wdziera si
pod palto, szczypa w uszy i wy, lamentowa
przez ca drog do sklepu.
W sklepie byo troch cieplej.
Stanli w krtkiej, bo ledwie trzydziestoosobowej
kolejce.
Najwyej czterdzieci minut, pomylaa Tatiana.
- To niesamowite - powiedzia Aleksander, z
trudem tumic gniew.
- Jest listopad, a ty cigle chodzisz po zakupy.
Tania nie odpowiedziaa.
Bya zbyt pica.
Wzruszya ramionami i owina gow szalikiem.
- Dlaczego to robisz?
Dasza te umie chodzi.
Mogaby cho raz pj z tob.
Dasza albo Marina.
Dlaczego zawsze chodzisz sama?
Tatiana nie wiedziaa, co powiedzie.
Najpierw byo jej za zimno, za mocno szczkaa
zbami.
Potem nieco si ogrzaa, jednak zby szczkay
dalej, same.
Susznie, pomylaa.
Dlaczego to robi?
Dlaczego marz n, po ciemku i podczas nalotw?
Dlaczego nie chodzimy na zmian?
- Bo Marina zjada wszystko w drodze do domu.
Bo mama wiecznie szyje.
Bo Dasza rano pierze.
Kogo mam wysa?
Babci?
Aleksander nie odpowiedzia, lecz twarz wci
mia gniewn.
Tatiana dotkna jego rkawa.
Cofn si i odwrci gow.
- Dlaczego jeste zy?
- spytaa.
- Dlatego, e wyszam na dach?
- Nie.
Dlatego e...
- Urwa.
- Dlatego e mnie nie suchasz.
- Westchn.
- Nie jestem na ciebie zy.
Jestem zy na nie.
- Niesusznie.
Po prostu tak wyszo.
Wol chodzi po chleb ni pra.
- Aha, bo Dasza niby tak czsto pierze, co?
Mogaby duej spa, i to przez sze dni w
tygodniu, tak samo jak ona.
- Szura, co ci tak denerwuje?
To, e robi, co mi ka?
Ciebie te sucham.
Aleksander zacisn zby.
- Tak?
Naprawd?
Nie azisz na ten cholerny dach?
Schodzisz do schronu?
Przestaa dokarmia Nin?
Jasne, suchasz mnie jak nikt!
Nie wierzya wasnym uszom.
- Mylisz, e sucham ich bardziej ni ciebie?
- Stao przed nimi kilkanacie osb.
Kilkanacie osb strzygo uszami.
- Mwie, e nie jeste na mnie zy.
- Jestem, ale nie za to.
Chcesz wiedzie, za co?
- Chc - odrzeka zmczona.
Nie, tak naprawd wcale nie chciaa.
- Za to, e robisz wszystko, co ci ka.
- No i?
- Wszystko.
Id, mwi, i Tania idzie.
Mwi: daj troch, a Tania pyta, ile.
Odejd, mwi, i Tania odchodzi.
Bij ci, a ty ich bronisz.
Dawaj swj chleb, mwi, dawaj mleko, dawaj
herbat...
Zrozumiawszy, do czego zmierza, prbowaa go
powstrzyma.
- Nie, nieprawda, to nie tak.
Zacisn zby jeszcze mocniej.
Z trudem panowa nad gosem.
- On jest mj, mwi, a Tania na to: dobrze,
oczywicie, wecie go sobie, prosz bardzo.
Tania na to: mnie tam wszystko jedno, nie
obchodzi mnie ani jedzenie, ani chleb, ani ycie,
ani on, nic mnie ju nie obchodzi.
- Zbliy twarz do jej twarzy.
- Walcz i walcz, ale na prno.
- Och, Szura...
- westchna, patrzc na niego z wyrzutem.
Zamilkli i stali w milczeniu, dopki nie odebrali
swoich przydziaw.
Aleksander dosta ziemniaki, marchew, miso,
chleb, mleko w proszku, maso i mietan.
On nis torb, ona bez sowa sza za nim.
Szed za szybko, nie moga za nim nady.
Najpierw tylko zwolnia, ale widzc, e Szura nie
za mierza skrci kroku, przystana.
Wtedy odwrci si i warkn:
- Idziesz?
- Id - odrzeka.
- Ja tak szybko nie mog.
Spotkamy si w domu.
Poda jej rami.
- Chodmy.
Dzisiaj rocznica rewolucji.
eby to uczci, za kilka minut Niemcy zaczn nas
bombardowa i przestan dopiero pnym
wieczorem.
Zobaczysz.
Wzia go pod rk.
Miaa zy w oczach.
Chciaa dotrzyma mu kroku, chciaa, eby byo
cho troch cieplej.
Do podartych, zwizanych sznurkiem butw
wciska si nieg.
Rozdarte, zwizane sznurkiem serce zalewa
smutek.
Szli zanieonym chodnikiem, patrzc pod nogi.
- Nikomu ci nie oddaam - szepna.
- Nie?
- spyta z gorycz.
- Jak moesz?
Postpiam tak, jak powinna postpi siostra, a ty
obracasz to przeciwko mnie.
Powiniene si wstydzi.
- I wstydz si.
Zacisna palce na jego przedramieniu.
- Jeste silniejszy.
Nie widz, eby o mnie walczy.
- Walcz o ciebie codziennie.
- Znowu przyspieszy kroku.
Pocigna go za rkaw i rozemiaa si
bezgonie.
Fizyczna sabo odebraa jej ducha.
- Tak?
Proszc Dasz, eby za ciebie wysza?
Wtem rozleg si oguszajcy klekot, potem
przenikliwy, coraz bardziej przeszywajcy wist.
Sekund pniej zawyy syreny, cho te w jej
sercu zawodziy jeszcze goniej.
- Dmitrij jest ranny i chory!
- wykrzykna.
- Dmitrij znikn ze sceny, wic zrobie si
odwaniejszy!
Masz go z gowy, wic pozwalasz sobie na coraz
wicej przed moj rodzin i wciekasz si na mnie
o stare, dawno przebrzmiae sprawy.
Nie zamierzam tego znosi.
Masz wyrzuty sumienia?
Oe si z Dasz, od razu ci uly.
Lun deszcz.
Deszcz bomb.
Aleksander wcign j do bramy.
- Nie prosiem jej o rk!
- wrzasn.
- Zgodziem si z ni oeni, eby Dmitrij da ci
wity spokj!
Ju zapomniaa?
- Aha!
- krzykna.
- A wic na tym polega twj genialny plan!
Chciae oeni si z Dasz dla mojego dobra!
Jaki ty troskliwy, Alek sandrze, jaki ludzki!
Zasypaa go gniewnymi sowami, zmrozia
parujcym oddechem, po tem chwycia za klapy
paszcza i przylgna do jego piersi.
- Jak moge?
- krzykna.
- Jak moge...
- wyszeptaa.
- Poprosie j o rk, Szura...
- Co to byo?
Krzyk czy szept?
Potrzsna nim, niezdarnie, apatycznie, tuka go
w pier piciami - tuka, a moe tylko
poklepywaa?
Aleksander obj j, przycign do siebie i
przytuli tak mocno, e zabrako jej tchu.
- Boe - szepn.
- Co my robimy?
Zamkna oczy.
Po chwili otworzya je i podniosa gow.
- Co ci jest.
Szura?
Boisz si o mnie?
Czujesz, e umieram?
- Nie.
- Odwrci wzrok.
Odsuna si od niego i stana po drugiej stronie
drzwi.
- Widzisz, jak umieram?
- Umierajc - odrzek amicym si gosem -
bdziesz miaa na sobie bia sukienk w
szkaratne re, a wosy bd ci spywa na
ramiona.
Kiedy zginiesz, na tym przekltym dachu albo idc
samotnie ulic, na sukience wykwitnie kolejna
ra i nikt nawet nie zauway, e wykrwawia si
za matk Rosj.
Tatiana z trudem przekna lin.
- Przecie j zdjam.
Ju j zdjam.
Aleksander patrzy na ulic.
- Wszystko jedno.
Ostatnio prawie nic nie ma znaczenia.
Spjrz tylko, co si dzieje.
I po co my tu stoimy?
Chodmy do domu.
Zaniesiesz im trzysta gramw chleba.
Tatiana nie ruszya si z miejsca.
On te nie.
- Taniu - spyta - dlaczego wci udajemy?
Na mio bosk, dla czego?
Zostao nam ledwie kilka chwil, kilka niezbyt
dobrych chwil.
Odsaniamy przed sob kolejne warstwy ycia,
zdzieramy je z siebie jak skr, braknie nam
wykrtw i pretekstw, a mimo to z uporem
kamiemy dalej.
Dlaczego?
- Powiem ci dlaczego!
- krzykna.
- Ze wzgldu na ni!
Dlatego, e ona ci kocha.
Dlatego, e w tych ostatnich chwilach chcesz j
pocieszy.
Dlatego!
- A ty, Taniu?
- spyta amicym si gosem.
Patrzy na ni, jakby chcia, eby co powiedziaa.
Ale Tania milczaa.
- Ty nie chcesz pocieszenia?
- Nie - odrzeka cicho.
- Tu nie chodzi o mnie.
- Spucia gow.
- Ja wytrzymam.
Ona nie.
- Ja te nie.
Zmarszczya brwi i popatrzya mu prosto w oczy.
- Wytrzymasz.
Wytrzymasz nie tylko to, ale i duo wicej.
A teraz przesta.
- Dobrze, przestan.
- Przyrzeknij mi co.
Nie odpowiedzia.
- Przyrzeknij mi, e...
- e co?
- rzuci.
- e nie oeni si z ni czy nie zami jej serca?
Po jej policzku spyna maa za.
Tania przekna lin i poprawia palto.
- e nie zamiesz jej serca - szepna.
Nie wierzy wasnym uszom.
Ona te nie.
- Taniu, nie drcz mnie.
- Przyrzeknij.
- Tak jak ty mnie czy tak jak ja tobie?
- Co to znaczy?
- Nic.
- Przyrzekniesz?
- Dobrze.
Przyrzekn, jeli ty mi przyrzekniesz, e...
- e co?
- e nie bdziesz nosia biaej sukienki, nie
bdziesz rozdawaa chleba, i e ju nigdy wicej
nie wyjdziesz na dach.
Jeli zamiesz cho jedn obietnic, natychmiast
jej powiem.
Natychmiast.
Syszysz?
- Sysz - wymamrotaa Tatiana, dochodzc do
wniosku, e to nie sprawiedliwe.
Przycign j do siebie i przytuli.
- Przyrzeknij, e zrobisz wszystko, eby przey.
Podniosa wzrok, oddajc mu wzrokiem serce.
- Przyrzekam - szepna.
- Tak jak ja tobie?
- Nie rozumiem.
Co to znaczy?
Uj w donie jej twarz.
Momentalnie stracia wadz w nogach.
- Taniu, jeli przeyjesz - szepn, tulc j do
siebie jeszcze mocniej -
przysigam, e nigdy nie zami serca twojej
siostrze.
Nazajutrz rano posza do sklepu sama.
Wanie odebraa chleb dla rodziny - kawaek by
tak may, e cho bardzo osabiona, nie czua jego
ciaru - gdy wtem kto uderzy j w ty gowy i w
prawe ucho.
Skulia si i pochylia, bezradnie patrzc, jak
mody, najwyej pitnastoletni chopak o dzikich,
zdesperowanych oczach wyszarpujejej chleb i
pakuje go do arocznych ust.
Stojce w kolejce kobiety zaczy go tuc toreb
kami, lecz on nie zwraca na to uwagi i jad,
dopki nie zjad wszystkiego.
Kierowniczka sklepu wyskoczya zza lady i
grzmotna go kijem w gow.
- Nie!
- krzykna Tatiana, lecz byo ju za pno.
Chopak upad, toczc wokoo wzrokiem rannego
zwierzcia.
Tania nachylia si nad nim z krwawicym uchem,
chcc pomc mu wsta, lecz on odepchn j,
zerwa si z podogi i wybieg na ulic.
Sprzedawczyni nie moga da jej wicej chleba.
- Luba - szlochaa Tatiana - jak ja wrc do domu?
Z pustymi rkami?
- Dziecko drogie, nic na to nie poradz - odrzeka
tamta, patrzc na ni ze wspczuciem.
- Ci z NKWD zastrzeliliby mnie jak psa.
Nie masz pojcia, co tu wyczyniaj.
- Prosz - bagaa Tatiana.
- Dla mojej rodziny.
- Tanieczko, wierz mi, nie mog.
Wczoraj zastrzelili trzy kobiety za podrabianie
kartek.
Na miejscu, na ulicy.
I zostawili je tam jak kawa cierwa.
Wracaj do domu, skarbie.
I przyjd jutro.
- Przyjd jutro...
- wymamrotaa Tatiana, wychodzc ze sklepu.
Chciaa wzi chleb na jutrzejsze kartki, ale co by
jedli nazajutrz?
Co by jedli za dwa dni?
A za trzy?
Nie moga wrci do domu i nie wrcia.
Posiedziaa w schronie, a po bombardowaniu
posza do szpitala.
Wiery nie byo.
Kart pracy te ju nie byo.
Kogo obchodziy karty pracy?
Przespaa si w zimnym pokoju, a potem posza do
stowki, gdzie dostaa szklank biaej cieczy,
namiastk rozwodnionego kleiku.
Szukaa Wiery, lecz na prno.
Po siedziaa troch w pokoju pielgniarek, potem
zajrzaa do jednej z sal i przycupna na ku
umierajcego onierza.
Kiedy wzia go za rk, spyta, czy jest
zakonnic.
Nie, odrzeka, ale moe mi pan wszystko po
wiedzie.
- Nie mam nic do powiedzenia - wychrypia
onierz.
- Dlaczego krwawisz?
Zacza co mwi, ale dosza do wniosku, e to
bez sensu.
- Z tego samego powodu, dla ktrego pan ley w
szpitalu.
Mylaa o Aleksandrze, o tym, jak prbowa j
ratowa i chroni.
Przed miastem, przed Dmitrijem, przed prac w
tym brudnym, koszmarnym szpitalu, gdzie moga
zarazi si wszystkimi moliwymi chorobami.
Przed gruzami w udz.
Przed niemieckimi bombowcami, przed godem.
Nie chcia, eby dyurowaa na dachu.
Nie chcia, eby chodzia sama do sklepu, eby
zdejmowaa ten absurdalny hem i rozbieraa si
przed snem.
Kaza jej si my, nawet w zimnej wodzie, kaza
jej my zby, chocia nie byo na nich resztek
jedzenia.
Chcia tylko jednego.
eby przeya.
Ta wiadomo przyniosa jej lekk ulg.
I odrobin pocieszenia.
To musiao wystarczy.
Wrcia do domu o sidmej wieczorem.
Rodzina szalaa z niepokoju.
Kiedy opowiedziaa, co si stao, skrzyczeli j za
to, e natychmiast ich nie zawiadomia.
- Daj spokj - powiedziaa mama.
- Co tam chleb.
Okazao si, e Dasza wysaa na poszukiwania
Aleksandra.
- I po co?
- spytaa wyczerpana Tatiana.
- Kiedy przeze mnie zginie.
Zdziwia si, e nie s na ni li.
Kilka minut pniej dowiedziaa si
dlaczego.
Aleksander przynis im troch oleju, fasolki
sojowej i p cebuli!
Dasza udusia fasolk z yk mki i szczypt soli,
i wysza z tego przepyszna kolacja.
- Tak?
Zostao troch dla mnie?
- Tanieczko, byo tego tyle, co kot napaka -
odrzeka siostra.
- Mylaymy, e zjesz na miecie - dodaa mama.
- Jada, prawda?
- spytaa babcia.
- Tak - odrzeka zniechcona Tatiana.
- O mnie si nie martwcie.
O smej wrci Aleksander.
Szuka jej od trzech godzin.
- Co si stao?
- rzuci, wchodzc do mieszkania.
Tatiana wszystko mu opowiedziaa.
- Gdzie bya cay dzie?
- spyta, jakby byli w pokoju zupenie
sami.
- W szpitalu.
Szukaam czego do jedzenia.
- Ale nie znalaza.
- Zjadam troch patkw na wodzie.
- Czyli nie jada.
- Aleksander zdj paszcz.
- Nie szkodzi, zjesz teraz.
Jest fasola.
Mama ucieka wzrokiem w bok, babcia cicho
zakaszlaa.
Aleksander nic z tego nie rozumia.
Popatrzy na Dasz.
- Przyniosem fasol.
Mwia, e j udusisz.
- Tak - odrzeka zaenowana Dasza - ale byo tego
tak mao, e...
e wszystko zjadymy.
Aleksander poczerwienia.
- Nie zostawiycie niczego dla Tatiany?
- Nie jestem godna - wtrcia szybko Tania.
- Tobie te nie zostawiy.
Dasza rozemiaa si nerwowo.
- Kochanie, przecie moesz zje w koszarach, a
Tania jada w szpitalu...
- Tania kamie!
-wrzasn.
- Nie, naprawd jadam - szepna Tatiana.
- Kamiesz!
- krzykn.
- Zabraniam ci, syszysz?
Zabraniam ci przynosi im chleb!
Oddaj im kartki i niech same chodz do sklepu!
Skoro maj ci gdzie i nie racz nawet zostawi
ci yki jedzenia, niech same si o siebie troszcz!
Tatiana staa bez sowa z sercem tak
przepenionym czuoci, e przez chwil
zapomniaa nawet o tym nieszczsnym chlebie.
Aleksandrowi zabrako tchu.
Gdyby wzrok mg zabija, Dasza ju dawno by
nie ya.
- Kto przyniesie wam jedzenie, jeli ona umrze?
Kto przyniesie wam zup?
Kto przyniesie gar patkw?
- Przynosz patki z fabryki - odpara wojowniczo
matka.
- I zjada pani poow w drodze do domu!
- wrzasn.
- Mylicie, e nic nie wiem?
e nie wiem, e Marina odbiera cay przydzia
przed kocem miesica, a potem domaga si
chleba od Tani, ktra obrywa w gow od jakiego
gwniarza, podczas gdy wy smacznie picie?
- Ja nie pi - zaprotestowaa mama.
- Ja szyj.
Aleksander ypn spode ba na Tatian.
- Od tej pory przestajesz kupowa dla nich chleb.
Zrozumiaa?
- Znowu mwi do niej tak, jakby byli sami.
Tania posza si umy.
Kiedy wrcia, Aleksander siedzia przy stole i
pali papierosa.
Zdy si ju uspokoi.
- Chod tu - powiedzia.
Marina bya w drugim pokoju z mam.
Babcia rozmawiaa w korytarzu z Nin Iglenko.
- Gdzie Dasza?
- Tatiana podesza bliej.
Zobaczya jego oczy.
- Szuka otwieracza do konserw.
Chod.
Bliej.
- Szura - szepna stajc tu przed nim.
- Skd ta obojtna mina?
Przecie obiecae.
Wbi wzrok w jej sweter.
- Nie martw si.
Nic mi nie bdzie.
- Przez ciebie czuj si jak...
Nie rb tego, Taniu.
- Pooy jej rk na biodrze.
Tania cichutko jkna, nachylia si i przytkna
czoo do jego czoa.
Trwali tak przez chwil.
Potem si wyprostowaa.
A on cofn rk.
- Spjrz, co dla ciebie mam.
- Wyj z kieszeni ma, najwyej stugramow
puszk.
Wrcia Dasza.
- Mam otwieracz.
Ale po co ci otwieracz?
Aleksander otworzy puszk i pokroi jej
zawarto na malekie kawaeczki.
- miao, sprbuj.
- Co to jest?
- spytaa Tatiana.
Chciaa si umiechn, lecz zabrako jej si.
Bya to najwspanialsza, najpyszniejsza rzecz,
jakiej kiedykolwiek kosztowaa.
W smaku przypominaa i mielonk, i wdzon
kiebas, i wieprzowin, a na wierzchu miaa
grub warstw tuszczu i galaretki.
- Co to jest?
- powtrzya Tania.
Z jej oczu mona byo wyczyta rado, ktrej nie
potrafia wyrazi ani mow ciaa, ani choby tylko
ustami.
- Tuszonka.
- Tuszonka?
Co to jest?
- Co w rodzaju mielonki.
- Hmm...
Jest duo smaczniejsza.
- Mog sprbowa?
- spytaa Dasza.
- Nie.
- Aleksander nawet nie odwrci gowy.
- To dla Tani.
Ty ju jada.
Zjadycie ca fasol, a ty chcesz jeszcze?
- Tylko kawaeczek, tak dla smaku...
- Nie.
- Taniu, przepraszam za t przeklt fasol.
Wiem, e jeste na mnie za.
- Nie, nie jestem.
- Ale ja jestem - powiedzia Aleksander.
- Jeste doros kobiet.
Zawiodem si na tobie.
- Przecie j przeprosiam - wymamrotaa Dasza.
Tatiana zjada jeden kawaeczek, potem drugi.
Zostao p puszki.
- Masz, to dla ciebie.
- Nie - odpar Aleksander.
Zjada jeszcze jeden kawaek.
Zostay tylko dwa.
Zlizaa cay tuszcz i galaretk, potem wyja
kawaek z puszki i podaa go Aleksandrowi.
Ten pokrci gow.
- Prosz, zjedz - poprosia.
- Jeden dla ciebie, jeden dla Daszy, do brze?
Dasza porwaa swj kawaek jak wygodniaa
hiena.
Tatiana zerkna na ten ostatni i daa go
Aleksandrowi.
Gdy zjad, kiwna gow i wylizaa puszk.
- Pyszne, przepyszne.
Skd to masz?
- Amerykaska pomoc dla Rosji.
Dali leningradczykom skrzynk tuszonki i dwie
wojskowe ciarwki.
- Wolaabym skrzynk tuszonki.
- No, nie wiem - odrzek z umiechem.
- To bardzo dobre ciarwki.
Chciaa odpowiedzie mu umiechem, ale tu obok
staa siostra.
- Daszo-spytaa-jak tam Nina?
- Nina?
Strasznie.
Zaraz potem Aleksander wrci do koszar.
Nazajutrz rano Dasza posza z Tani do sklepu.
Dwa dni pniej zostaa w ku, ale przed domem
czeka na Tanie uzbrojony onierz.
- Sierant Pietrenko!
Co pan tu robi?
- Rozkaz kapitana.
- Pietrenko zasalutowa, posyajc jej ciepe
spojrzenie.
- Mam odprowadzi pani do sklepu.
Trzy dni pniej sierant si nie pojawi, za to
przed sklepem czeka
Aleksander.
Odprowadzi j do domu, po czym wrci do
koszar.
Nazajutrz rano przyszed po ni do domu.
Kiedy wracali ze sklepu, zostawi j na chwil na
Niekrasowa, eby pomc kobiecie, ktra
prbowaa cign dwie pary sanek.
Na jednych sankach leay owinite w
przecierado zwoki, na drugich
"burujka".
Aleksander poszed powiedzie jej, eby najpierw
zawioza do domu piecyk, a potem wrcia po
ciao.
Tatiana czekaa na niego cierpliwie, oparta o
cian domu, gdy wtem zobaczya trzech
wyrostkw, ktrzy szli ku niej zdecydowanym
krokiem.
Popatrzya na Szur, ale ten, odwrcony tyem do
niej, by co naj mniej sto metrw dalej.
- Szura!
krzykna, lecz jej cichy gos uton w gwidcym
wietrze.
Spojrzaa na idcych w jej stron chopcw.
W jednym z nich rozpoznaa napastnika, ktry
przed kilkoma dniami odebra jej chleb w sklepie.
Ulica bya opustoszaa, na jezdni pitrzyy si
wysokie na metr zaspy.
Nigdzie ani samochodw, ani autobusw.
Tylko ona, Tatiana.
Zrezygnowana, ciko westchna.
Chciaa uciec, odbiec nieco dalej, ale ten wysiek,
ten koszmarny wysiek!
Nie moga si poruszy, wic po prostu staa.
Kiedy tamci podeszli bliej, bez sowa podaa im
chleb, swj i Aleksandra.
Dwaj wcignli j do pobliskiej bramy.
Prbowaa si wyszarpn, lecz nie moga.
Trzeci, ten, ktry uderzy j w sklepie, spojrza na
ni zwierzcymi lepiami i warkn:
- Gotowi?
Bysno ostrze noa.
Tania nawet nie mrugna.
Wstrzymaa oddech, spojrzaa mu prosto w oczy i
powiedziaa:
- Uciekajcie.
Szybko.
On was zabije.
Wyrostek zmarszczy czoo.
- Kto?
- Uciekajcie!
W tej samej chwili oberwa rkojeci pistoletu i
run w nieg.
Pozostaych dwch nie zdyo nawet drgn.
Aleksander oguszy najpierw jednego, potem
drugiego.
Nie miny dwie sekundy i leeli nieruchomo na
ziemi.
Aleksander wyprowadzi j na ulic.
- Odsu si - powiedzia, odbezpieczajc pistolet i
celujc w nie przytomnych napastnikw.
Pooya rk na lufie broni.
- Nie, Szura.
Wyszarpn si i zacisn zby.
- Taniu, te bandziory zaraz wstan i napadn kogo
innego.
Odsu si.
- Szura, prosz.
Widziaam ich oczy.
Oni nie doyj do rana.
Nie brud sobie rk.
Aleksander niechtnie schowa pistolet, podnis
torby z chlebem, obj j i poprowadzi do domu.
- Wiesz, co by si stao, gdyby mnie tu nie byo?
- Wiem.
- Pragna na niego spojrze, lecz miaa si
jedynie na to, eby patrze pod nogi.
- To samo, co dzieje si ze mn, kiedy tu jeste.
Nazajutrz rano przynis jej pistolet.
Rosyjscy oficerowie mieli na wyposaeniu tetenki,
lecz on podarowa jej niemiecki P-38, ktry
zdoby przed dwoma miesicami pod Pukowem.
- To tchrze.
Napadaj na ciebie tylko dlatego, e wietrz atwy
up.
Nie musisz strzela, wystarczy, jak go wyjmiesz.
Od razu uciekn, zobaczysz.
- Szura, ale ja nigdy...
- Jest wojna, Taniu.
Pamitasz, jak bawia si w wojn z Pasz, jak
chciaa z nim wygra?
Wygraj z nimi.
Tylko uwaaj: grasz o znacznie wysz stawk.
Potem da jej plik banknotw.
- Co to?
- spytaa.
- Tysic rubli.
Poowa mojego odu.
Czarny rynek wci funkcjonuje.
Kupuj, co si da, bez wzgldu na cen.
Po prostu kupuj.
Na targu sprzedaj mk, moe co jeszcze, nie
wiem.
Boj si ci zostawia, ale musz.
Pukownik Stiepanow wysya mnie nad adog.
- Dzikuj - szepna.
Mia cignit twarz.
- Nie chod sama.
Prosz.
Nie bdzie mnie tydzie, moe dziesi dni.
Moe duej.
- W przeraliwym zimnie zawiso co
niewypowiedzianie strasznego.
- Nie martw si o mnie.
Najgorsze, e stracilimy Tichwin.
Dmitrij postrzeli siew sam por.
Tichwin by...
Niewane.
- Wiem.
- Nie mamy ju poczenia kolejowego.
ywno mona dostarczy do Leningradu tylko
barkami, jeziorem; problem w tym, e nie moemy
jej dowie na brzeg.
- Milcza chwil.
- Chleb, ktry dostajecie, piek z rezerw mki.
Musimy odbi Tichwin i odzyska dostp do linii
kolejowej.
Jeli tego nie zrobimy, ludzie wymr z godu.
- Boe - szepna.
- Wanie.
Tymczasem rada miejska kazaa nam zbudowa
now drog.
Ma prowadzi na drugi brzeg jeziora przez mae
wioski na pnoc od Zaboria.
Musimy budowa, nie mamy wyboru.
Inaczej zginiemy.
Tatiana zadraa.
- Jak chcecie przewie ywno po ledwo
zamarznitym jeziorze?
Jego oczy byy bezdennie smutne.
- Jeli nie odbijemy Tichwina, nie bdzie czego
przewozi.
Bez Tichwina nie mamy szans.
adnych szans.
Musicie oszczdza to, co wam zostao.
Niedugo znowu zmniejsz przy dzia.
- Zostao tyle co nic.
Doszli do rogu Newskiego i Litiejnego, gdzie
mieli si poegna.
- Wczoraj powiedziaa do mnie "Szura" w
obecnoci rodziny.
Musisz bardziej uwaa, bo Dasza zacznie co
podejrzewa.
- Wiem - odrzeka pospnie.
- Wiem.
Za piset rubli kupia na targu niecay kilogram
mki; dwiecie pidziesit rubli za kubek.
Za trzysta nabya p kilo masa, troch mleka w
proszku i paczuszk drody.
Poniewa zostaa im jeszcze odrobina cukru,
upieka chleb.
May bochenek chleba, kilka kawakw pieczywa
cienko posmarowanego masem: oto, co byo
warte tysic rubli, poowa miesicznego
uposaenia onierza, ktry broni miasta przed
hitlerowcami.
Mieli jednak przynajmniej drewno na opa, a
nawet troch nafty od Aleksandra.
Podzielili bochenek na pi kawakw, pooyli je
na talerzach, rozkroili noami i zjedli widelcami.
Tatiana nie wiedziaa, co myl mama, Dasza,
babcia i Marina, ale ona dzikowaa Bogu za
Aleksandra.
Listopadowe poranki byy bardzo ciemne.
eby zatrzyma w mieszkaniu jak najwicej
ciepa, pozasaniay okna kocami, ale koce nie
przepuszczay wiata.
Jakiego wiata?
- pomylaa pewnego dnia Tatiana, idc do kuchni
ze szczoteczk do zbw i wod utlenion.
Zazwyczaj uywaa wody utlenionej i sody, ale
kiedy zostawia sod na pycie i kto j zjad.
Odkrcia kran.
Krcia nim i krcia.
Na prno.
Nie byo wody.
Tania westchna, poczapaa z powrotem do
pokoju i wesza do ka.
Dasza i Manna cicho jkny.
- Nie ma wody powiedziaa Tatiana.
O dziewitej, kiedy na dworze pojaniao, posza z
siostr do rady dzielnicowej.
Wychudzona urzdniczka z owrzodzon twarz
powiedziaa im, e poniewa w Leningradzie
zabrako mazutu, pita elektrownia miejska
odcia dopyw prdu.
- Co prd ma wsplnego z wod?
- spytaa Dasza.
- A co napdza pompy?
- burkna urzdniczka.
Dasza powoli zamrugaa.
- Poddaj si.
To jaki egzamin?
Tatiana pocigna j za rkaw.
- Chod, idziemy.
- Spojrzaa na urzdniczk.
- Prd pewnie wcz, ale do tego czasu rury
zamarzn na dobre.
Woda bdzie dopiero w czasie wiosennych
roztopw - dodaa oskarycielsko.
- Niepotrzebnie si martwicie - odpara kobieta.
- Do tego czasu
wszyscy pomrzemy.
Tatiana popytaa w kamienicy i okazao si, e na
parterze woda jest - cinienie byo po prostu za
sabe, eby wypchn j na wysze pitra.
Nazajutrz rano przyniosa wiadro niegu z ulicy.
Roztopia nieg na "burujce" i spukaa muszl
klozetow.
Potem przyniosa z dou wiadro czystej wody,
eby mogy si umy.
- Dasza, pjdziesz ze mn?
Siostra wci leaa w ku.
- Och, Taniu...
- wymamrotaa.
- Jest tak zimno.
Ciko wsta.
Do szpitala Tatiana docieraa dopiero o dziesitej,
czasami nawet
o jedenastej, poniewa najpierw musiaa pj do
sklepu i przynie
wody.
Patkw owsianych ju nie mieli.
Zostao im tylko troch mki, herbaty i wdki.
No i trzysta gramw chleba dziennie dla Tatiany,
Daszy i mamy oraz dwiecie dla Mariny i babci.
- Przytyam powiedziaa ktrego dnia Dasza.
- Tak, ja te - mrukna Marina.
- Mam trzy razy wiksze stopy.
- Ja te.
Nie mog woy butw.
Chyba z tob nie pjd, Taniu.
- Dobrze, pjd sama.
Mnie stopy nie spuchy.
- Ale dlaczego?
- spytaa rozpaczliwie Dasza.
- Dlaczego puchn?
Co si ze mn dzieje?
- Z tob?
warkna Marina.
- Dlaczego zawsze chodzi o ciebie?
Zawsze ty, ty, i tylko ty!
- Co to znaczy?
- A ja?
- krzykna Marina.
- A Tania?
My si nie liczymy?
Wiesz, co ci dolega?
Ty w ogle nie dostrzegasz innych!
- A ty niby dostrzegasz, co?
Nic, tylko resz i resz!
Zaczekaj tylko, a powiem Tani, ile patkw
ukrada, zodziejko!
- Tak, jestem godna, ale nie jestem przynajmniej
lepa!
- O czym ty, do diaba, bredzisz?
- Dziewczta, dziewczta!
- krzykna cicho Tatiana.
O co si kcicie?
O to, ktra z was bardziej spucha?
Ktra bardziej cierpi?
Przecie to bez sensu.
I ty masz racj, i ty.
A teraz wchodcie do ka i za czekajcie, a
wrc.
Tylko si nie awanturujcie, zwaszcza ty, Marinko.
- I co my zrobimy?
spytaa pewnego wieczoru mama, kiedy babcia
wysza do drugiego pokoju, a dziewczta leay w
ku.
- Z czym?
- spytaa Dasza.
- Z babci - odrzeka mama.
- Odkd przestaa chodzi za New, caymi dniami
siedzi w domu.
- Wanie - wtrcia Marina.
- Siedzi w domu i yka po yce podjada mk od
Aleksandra.
- Zamknij si - warkna Tatiana.
- Mki ju nie ma.
Babcia wybiera py z worka.
- Taniu - zmienia temat Marina - pono szczury
ucieky z miasta.
Mylisz, e to prawda?
- Nie wiem.
- Widziaa ostatnio jakiego kota albo psa?
- Nie - odrzeka Tatiana.
- Chyba ju ich nie ma.
Mama podesza bliej i przykucna przy ku.
- Posuchajcie - zacza.
Mwia spokojnie, agodnie, a nawet cicho.
Tania z trudem rozpoznaa w jej tonie gos matki.
Na gowie wci miaa chustk.
- Nie chodzi o jedzenie.
Chodzi o zimno.
Babcia siedzi tu cay dzie.
Nie wiem, czy wystarczy nam opau do "burujki".
Dasza podpara si okciem.
- Nie.
Na pewno nie.
Na "burujce" tylko gotujemy, a i tak nie wiem, czy
wystarczy nam drewna.
Pamitacie, kiedy ostatni raz palilimy w piecu?
Kiedy by tu Aleksander, pomylaa Tatiana.
Zawsze przynosi drewno, rozpala ogie i w
mieszkaniu jest ciepo.
Mama zaamaa rce.
- Musimy jej powiedzie, eby palia cay dzie.
- Dobrze, powiemy, ale wkrtce zabraknie nam
opau.
- Taniu, ona tu marznie.
Widziaa, jak powoli chodzi?
Dasza kiwna gow.
- Jeszcze niedawno chodzia do jadodajni i
siedziaa tam cay dzie, czekajc na talerz zupy, a
ostatnio w ogle nie wstaje z sofy, nie siada nawet
do stou.
Taniu, nie daoby si umieci jej w szpitalu?
- Moemy sprbowa - odrzeka Tatiana spod
ciany.
- Nie wiem, czy s wolne ka.
Mamy mnstwo dzieci.
I rannych.
- Sprbujmy jutro, dobrze?
- poprosia mama.
- Bdzie jej chocia troch cieplej.
W szpitalach jeszcze grzej, prawda?
- Zamknli trzy skrzyda - odrzeka Tatiana,
wypezajc z ka.
- Czwarte jest przepenione.
Posza do babci.
Babcia Maja leaa na sofie, przykryta tylko
paltem, poniewa koc zsun si na podog.
Tania podniosa go, okrya staruszk po sam szyj
i uklka.
- Babciu - szepna - powiedz co.
Babcia cichutko jkna.
Tania pooya jej rk na czole.
- Nie masz siy?
- spytaa.
- Nie mam, skarbie.
Tatiana posaa jej blady umiech.
- Pamitasz, jak siadaam przy tobie, kiedy
malowaa?
Farby tak mocno pachniay, a ty bya nimi
uwalana.
Siadaam blisko, jak najbliej ciebie, eby te si
pobrudzi.
Pamitasz?
- Pamitam, soneczko.
Bya taka sodka...
- Kiedy miaam cztery lata, uczya mnie rysowa
banana.
Nigdy w yciu nie widziaam banana i nie
umiaam...
- Twj banan by bardzo adny, zotko.
Och, Tanieczko, Tanieczko...
- Co, babciu?
- Ile bym daa, eby znowu by mod...
- Nie wiem, czy zauwaya - szepna Tatiana -
ale modzi te cienko przd.
- Nie mwi o nich - odrzeka babcia, otwierajc
na chwil oczy.
- Mwi o tobie.
Nazajutrz rano Tania jak zwykle przyniosa dwa
wiadra wody i posza do sklepu.
Kiedy wrcia, babcia Maja ju nie ya.
Leaa na sofie nieruchoma i zimna.
- Przyszam j obudzi - wyszlochaa Marina - a
ona...
Stany przed kiem i zamilky.
Po chwili Marina pocigna nosem, wzruszya
ramionami i odwrcia si do stou.
- Chodmy je.
Mama te si odwrcia.
- Tak, zjedzmy nasz poranny chleb.
Zaparzyam troch cykorii.
Sarkowa napalia pod kuchni wasnym drewnem,
to skorzystaam.
Usiady i Tatiana podzielia chleb na dwie
poowy: niewiele ponad p kilo na teraz,
niewiele ponad p kilo na potem.
Jedn poow rozkroia na cztery kawaki i zjady,
po sto dwadziecia pi gramw kada.
- Marino powiedziaa stanowczo Tatiana.
Przynie do domu swj przydzia, syszysz?
- A co z porcj babci?
- spytaa Marina.
- Podzielmy j i zjedzmy.
Tak te zrobiy.
Tania powiedziaa, e pjdzie do rady miejskiej,
eby zawiadomi o mierci babci i zaatwi
pogrzeb.
Mama powstrzymaa j gestem.
- Zaczekaj.
Jeli tam pjdziesz, dowiedz si, e babcia nie
yje.
- No tak.
- A kartki?
Przestanie dostawa kartki.
Tatiana wstaa.
- Mamo, bdziemy odbiera jej chleb do koca
miesica.
To jeszcze dziesi dni.
- A co potem?
Tatiana zacza zbiera talerze ze stou.
- Nie mam pojcia.
Moja wyobrania tak daleko nie siga.
- Przesta sprzta - mrukna Dasza.
- Przecie nie ma wody.
Zostaw te talerze.
By na nich tylko chleb.
Niech stoj tu sobie do kolacji.
- Spojrzaa na matk.
- Jeli nie pjdziemy do rady miejskiej, to do
kogo?
Sami jej nie wyniesiemy.
Chcesz j tu zostawi?
Mamy je i szy z babci na sofie?
Mama milczaa chwil.
- Lepiej niech ley tutaj ni na ulicy.
Tatiana odstawia talerze i wyja czyste
przecierado z komody.
- Nie, mamo.
Nie moemy jej tu zostawi.
Umarych si grzebie.
Nawet w Zwizku Radzieckim - dodaa ponuro.
- Daszka, pomoesz mi?
Zanim j zabior, trzeba owin ciao.
Najlepiej tym.
Dasza zdja z babci koce.
- Ale koce zatrzymamy.
Przydadz si.
Tatiana rozejrzaa si po pokoju.
Wszdzie panowa baagan: na pkach
porozrzucane ksiki, na pododze ubranie, na
stole brudne talerze.
Gdzie to jest?
Moe tam...
Tak.
Na okiennym parapecie lea may szkic wglem:
apetyczna szarlotka, ktr babcia narysowaa we
wrzeniu.
Tania pooya go delikatnie na piersi zmarej.
- Dobrze, zaczynajmy.
Owiny zwoki, a mama zaszya przecierado.
Gdy skoczya, Tatiana przeegnaa si, szybko
otara zy i posza do rady miejskiej.
Przyszli po poudniu.
Mama poczstowaa ich dwoma kieliszkami
wdki.
- Macie jeszcze wdk, towarzyszko?
- wykrzykn ten wyszy.
- Nie do wiary.
To mj pierwszy kieliszek od miesica.
- Wiecie, e wdka jest teraz najlepszym
pienidzem?
- spyta ten niszy.
- Mona za ni kupi dobry chleb.
Mama, Dasza, Marina i Tatiana wymieniy
spojrzenia.
Zostay im jeszcze dwie butelki.
Po mierci ojca i wyjedzie Dmitja pi j tylko
Aleksander, w dodatku pi
bardzo mao.
- Dokd j zabieracie?
- spytaa mama.
- Pojedziemy z wami.
- Tego dnia adna z nich nie posza do pracy.
- Ciarwka jest pena - odrzek ten wyszy - nie
starczy dla was miejsca.
Zawieziemy j na najbliszy cmentarz, ten przy
Staroruskiej.
Moecie j tam odwiedzi.
- A grb?
A trumna?
- Trumna?
- Grabarz otworzy usta i rozemia si cicho.
- Towarzyszko, nie zaatwi wam trumny nawet za
reszt tej wdki.
Niby kto maje robi?
I z czego?
Tatiana kiwna gow.
Gdyby miaa trumn, te spaliaby j w "burujce".
Zadraa i zapia palto.
Mamie spopielaa twarz.
- No, a grb?
- spytaa amicym si gosem.
- Towarzyszko, widzielicie ten nieg?
- spyta ten wyszy.
- T za marznit ziemi?
Chodcie z nami, chodcie.
Chodcie i zobaczcie, ile trupw tam mamy.
Tatiana pooya mu rk na ramieniu.
- Towarzyszu - powiedziaa cicho.
- Zniecie j tylko na d.
To dla nas najtrudniejsze.
Reszt zajmiemy si same.
Posza na strych, gdzie kiedy wieszali pranie.
Teraz adnego prania tam nie byo, jednak znalaza
to, czego szukaa: dziecice sanki, jasno niebieskie
saneczki o czerwonych pozach.
Ostronie zniosa je na ulic.
Ciao babci leao ju na zanieonym chodniku.
- Chodcie, dziewczta.
Pjdziemy we trzy.
Marina bya zbyt osabiona, eby im pomc.
Tania wraz z Dasza uoyy zwoki na sankach i
powoli ruszyy na Starorusk.
Odchodzc, Tania niechtnie zerkna przez rami
na otwart ciarwk.
Warstwa lecych jeden na drugim trupw bya
wysoka na trzy metry.
- A tylu ich dzisiaj zmaro?
- spytaa kierowc.
- Nie - odrzek.
- To tylko ci, ktrych zebralimy rano.
Wczoraj znalelimy na ulicy piciuset.
Sprzedaj wdk, dziewczyno.
Sprzedaj wdk i kup chleb.
Brama cmentarna bya zabarykadowana zwokami,
nagimi i zaszytymi w
przecierada.
Leaa tam midzy innymi matka z maym
dzieckiem, ktra przy wioza na cmentarz ojca:
zamarzli oboje na niegu, tu przed wejciem.
Tania czym prdzej zamkna oczy, eby odpdzi
koszmarne myli.
Chciaa jak najszybciej wrci do domu.
- Nie przejdziemy.
Nie damy rady.
Zostawmy babci tutaj.
Co moemy zrobi?
Zdjy ciao z sanek, pooyy je delikatnie przed
bram i postay tam kilka minut.
Potem wrciy do domu.
Za dwie butelki wdki kupiy jedynie dwa
bochenki biaego chleba.
Tichwin wpad w rce Niemcw i chleba zabrako
nawet na czarnym rynku.
Min tydzie.
Tania nie moga spuka muszli klozetowej.
Nie moga si umy.
Szura krciby na to nosem.
Ale Szura si nie odzywa.
yje?
Jest cay i zdrowy?
- Kiedy wreszcie zreperuj te rury?
- spytaa ktrego dnia Dasza.
- Oby jak najpniej - odrzeka Tatiana.
- Jak je naprawi, znowu zaczniesz pra.
Dasza obja j i przytulia.
- Kocham ci, siostrzyczko.
Dowcipkujesz, cho tak nam ciko.
- Kiepskie to dowcipy.
Daszka, oj kiepskie.
Zamarznite rury i brak wody coraz bardziej
dawa si im we znaki.
Ale najgorsze byo to, e noszc wod, ludzie
rozlewali j na schody, gdzie byskawicznie
zamarzaa.
Na dworze byo dwadziecia stopni mrozu, noc
jeszcze wicej, tak e schody nieustannie pokrywa
ld.
eby zdoby cho troch wody, najpierw trzeba
byo zej na ulic.
Tatiana chwytaa si porczy, przytrzymywaa
wiadro i zjedaa na d na pupie.
Wnoszenie wiadra na gr byo jeszcze
trudniejsze.
Podczas kadej wyprawy przynajmniej raz upadaa
i musiaa ponownie zjeda na d.
Schody kuchenne byy jeszcze zdradliwsze.
Mieszkanka trzeciego pitra spada z nich, zamaa
nog i nie moga wsta.
Zamarza, zamienia si w bry lodu.
Nikt nie mg jej stamtd ruszy, ani wtedy, ani
potem.
Siedziay na sofie i wsuchiway si w pynce z
radia trzaski, ktre od czasu do czasu przerywao
jakie zdanie, niekiedy zrozumiae, jak na
przykad: "Moskwa walczy o ycie", innym razem
absurdalne, jak choby: "Racje chleba
zmniejszono do stu dwudziestu piciu gramw
dziennie dla niepracujcych i do dwustu dla
pracujcych".
Bywao, e wyawiay z trzaskw inne sowa:
straty, zniszczenia, Churchill...
Stalin zapowiada utworzenie drugiego frontu w
Wochowie pod warunkiem, e Churchill
odcignie Niemcw, tworzc front w pnocnej
czci Europy.
Churchill odpowiada, e nie starczy mu na to ani
ludzi, ani rodkw, jednak wyraa gotowo
pokrycia rosyjskich strat materialnych.
Stalin cierpko odpar, e rachunek za straty
materialne przedstawi samemu Hitlerowi.
Moskwa powoli konaa, kady oddech
powicajc walce z najedc.
Bombardowali j tak samo jak Leningrad.
Babcia Anna nie pisze ju od miesica
powiedziaa Dasza ktrego listopadowego
wieczoru.
- A Dmitrij?
Pisa do ciebie?
Nie - odrzeka Tatiana.
- I chyba ju nie napisze.
Aleksander te milczy.
Nie, nie, napisa.
Trzy dni temu dostaam list.
Zapomniaam wam powiedzie.
Chcecie przeczyta?
Droga Daszo, Irino Fiodorowno, Babciu Maju,
Marino i Taniu!
Mam nadziej, e ten list zastanie Was w zdrowiu.
Czy na mnie czekacie?
Boja bardzo za Wami tskni.
Dowdztwo wysao mnie z dwudziestoma ludmi
do Kokoriewa, rybackiej wioski bez rybakw.
Tam, gdzie stay kiedy domy, ziej teraz leje po
bombach.
Po tej stronie jeziora nie byo ciarwek ani
nawet paliwa do tych, ktrymi przyjechalimy.
Mielimy zbada grubo lodu i sprawdzi, czy
utrzyma ciarwk z ywnoci i amunicj, a jeli
nie ciarwk, to przynajmniej konia z
wyadowanymi saniami.
Konie byy, cho tylko kilka.
Weszlimy na ld.
Jest tak zimno, e jezioro powinno porzdnie za
marzn, ale nie, w niektrych miejscach ld by
zaskakujco cienki.
Prawie natychmiast stracilimy jedn maszyn i
konia.
Stalimy na brzegu, patrzylimy na ten przeklty
ld i wtedy powiedziaem: szlag by to trafi,
dajcie mi konia.
Wskoczyem na koby, pognaem przed siebie i
cztery godziny pniej byem ju w Kobonie!
Chwyci tgi mrz.
Do szedem do wniosku, e ld wytrzyma.
Gdy wrciem z saniami wyadowanymi
ywnoci, awansowali mnie zaraz na dowdc
ochotniczego batalionu aprowizacji i transportu.
Mam pod sob samych cywilw.
To oczywiste: prawdziwi onierze s potrzebni
gdzie indziej.
Zanim ld pogrubia, moi ludzie musieli jedzi do
Kobony saniami, po mk i ywno.
Mwi Wam, Babcia Maja poradziaby sobie z
komi lepiej ni niektrzy z nich.
Albo nigdy w yciu nie jedzili, albo nigdy nie
pracowali na mrozie, tak czy inaczej, pocztkowo
byo mnstwo wypadkw.
Jedni spadali z konia, inni wpadali pod ld i
tonli.
Piervszego dnia stracilimy ciarwk
wyadowan bakami z naft.
Prbowalimy dostarczy do Leningradu cho
troch paliwa; brakuje go niemal tak samo jak
ywnoci i piekarze nie maj czym pali w
piecach.
Zostawmy te przeklte ciarwki, powiedziaem,
zaprzgnijmy konie.
Powoli, powolutku przejechalimy saniami
trzydzieci kilometrw z Kobony do Kokoriewa.
Tego dnia przewielimy ponad dwadziecia ton
ywnoci.
Niby niewiele, ale zawsze to co.
Pisz z Kobony.
adujemy mk na sanie i serce mi pka, bo wiem,
jak bardzo jej Wam brakuje.
Frontowcom te zmniejszono racje i dostajemy
teraz p kilo chleba dziennie.
Syszaem, e racje dla niepracujcych
zredukowano do stu dwudziestu piciu gramw.
Postaramy si to naprawi.
Nie musz Wam chyba mwi, e Niemcy nie
skacz z radoci na widok naszej maej lodowej
drogi.
Bombarduj j bezlitonie, i w dzie, i w nocy,
chocia w nocy naloty s chyba rzadsze.
Pierwszego tygodnia stracilimy prawie
czterdzieci maszyn i sporo ywnoci.
W kocu do wdztwo zrozumiao, e mona mnie
lepiej wykorzysta i przenieli mnie do artylerii
przeciwlotniczej.
Obsuguj dziao przeciwlotnicze; moe
wystrzeliwa pociski albo miota miny.
Odczuwam wielk satysfakcj, wiedzc, e poluj
na samoloty, ktre lec, by zatopi ciarwki z
przeznaczon dla Was ywnoci.
Nie liczc kilku miejsc, ld jest teraz gruby, a my
mamy kilka dobrych maszyn.
Czterdziestokilometrow tras pokonuj w
godzin!
Nasz drog nazywamy Drog ycia.
Co w tym chyba jest, prawda?
Mimo to bez Tichwina niewiele Wam pomoemy.
Musimy to miasto odbi.
Musimy.
Moe zaproponuj dowdztwu swoje usugi?
Co ty na to, Dasza?
Wsid na t wychudzon, szar koby i z
pepesz w rku zaszaruj na Niemcw!
To tylko art, ale swoj drog pepesza to wiet na
bro.
Nie wiem, kiedy wrc do Leningradu, ale kiedy
wrc, na pewno przywioz duo jedzenia.
Dlatego trzymajcie si i czekajcie.
Odwagi.
Wasz Aleksander
Id, nie podno gowy.
Owi si szczelniej szalem, jeli musisz, nacignij
go nawet na oczy, tylko nie patrz, niczego nie
dostrzegaj, tylko nie ogldaj miasta ani wasnego
podwrza zasanego trupami, nie patrz na zasan
trupami ulic.
Omi je i id dalej.
Nie, ani si wa, przecie nie chcesz tego widzie.
Rano widziaa umarego mczyzn.
Lea na chodniku i mia rozprut.
pier.
Nie zabia go bomba.
Kto wykroi mu noem wielki poe ciaa.
Tatiana signa do kieszeni, namacaa rkoje
pistoletu i nie od rywajc wzroku od ziemi, w
milczeniu posza dalej.
Pistolet musiaa wyjmowa dwa razy.
Bya sama, a soce wstawao coraz pniej.
Dziki Ci, Boe, za Aleksandra.
Pod koniec listopada wybuch bomby wyrwa okno
w pokoju, w ktrym jaday.
Musiay zatka dziur kocami babci Mai, bo nie
miay nic innego.
Temperatura natychmiast spada o kilkanacie
stopni.
Przeniosy "burujk" do swego pokoju i ustawiy
j przy ku, eby mama nie marza, szyjc
mundury.
W ramach nieustajcej zachty dla rozwoju
prywatnej inicjatywy, kierownictwo fabryki
pacio jej teraz dwadziecia rubli za kad sztuk
ponad norm.
Przez cay listopad uszya ledwie pi mundurw.
Potem daa Tatianie sto rubli i kazaa jej kupi co
do jedzenia.
Tania wrcia ze szklank czarnej brei.
Bya to woda z ziemi, w ktrej roztopi si cukier
ze spalonego magazynu Badajewa.
- Kiedy piach osidzie - powiedziaa najweselej,
jak umiaa - zrobimy sodk herbat.
Przesu si, nie podno gowy.
Stj i pilnuj swego miejsca.
Wypchn ci z kolejki, nie starczy chleba i
bdziesz musiaa szuka innego sklepu.
Zosta, ani kroku, kto inny to posprzta.
Na ulicy eksplodowaa bomba.
Trafia w kolejk na Fontance i rozerwaa na
strzpy sze kobiet.
Co robi?
Zaj si ywymi, ich rodzinami?
Czy uprztn trupy?
Nie podno oczu, Tatiano.
Nie, nie podno oczu.
Wbij wzrok w nieg i patrz tylko na swoje
rozpadajce si buty.
Mama mogaby uszy nowe, ale mama nie uszya
ostatnio ani jednego munduru, ani z pomoc Daszy,
ani z pomoc Tatiany, podczas gdy w padzierniku
szya ich dziesi dziennie.
Ale wtedy miaa maszyn.
Aleksandrze.
Chc dotrzyma przyrzeczenia.
Chc przey, ale nawet ja, z moimi maymi
potrzebami i spowolnionym metabolizmem, nie po
trafi przey na dwustu gramach chleba dziennie -
chleba, ktry w jednej czwartej skada si z
jadalnej celulozy, z trocin i kory drzewnej.
Chleba przyprawionego wytokami z nasion
baweny, ktre kiedy uwaano za trujce.
Kiedy, ale