Vous êtes sur la page 1sur 138

Pyn w wiat

Izabela Stachowicz Czajka

Spis treci
Rozdzia I.................................................................................................................................................. 2
Rozdzia II............................................................................................................................................... 12
Rozdzia III.............................................................................................................................................. 20
Rozdzia IV ............................................................................................................................................. 30
Rozdzia V .............................................................................................................................................. 36
Rozdzia VI ............................................................................................................................................. 44
Rozdzia VII ............................................................................................................................................ 47
Rozdzia VIII ........................................................................................................................................... 51
Rozdzia IX.............................................................................................................................................. 58
Rozdzia X............................................................................................................................................... 71
Rozdzia XI.............................................................................................................................................. 77
Rozdzia XII............................................................................................................................................. 81
Rozdzia XIII............................................................................................................................................ 88
Rozdzia XIV ......................................................................................................................................... 101
Rozdzia XV .......................................................................................................................................... 107
Rozdzia XVI ......................................................................................................................................... 115
Rozdzia XVII ........................................................................................................................................ 119
Rozdzia XVIII ....................................................................................................................................... 122
Rozdzia XIX.......................................................................................................................................... 127

Rozdzia I
Niebo szare, zimny wiatr przenika do koci. Rysiek, mj dawny kumpel z M/S Piast - ju od samego
rana jest jaki niechtny:
- Zakryj eb szalem, bo od pocztku rejsu bdziesz smarka!

Posusznie okryam gow.


- Potrzebne ci to jest? Nie moesz przy mu siedzie, jak Bg przykaza? Niesie ci i niesie... Dopiero
dwa lata, jak bya w Ameryce Poudniowej. Co ci do ba strzelio? Czego po wiecie szukasz? Zgubia
co? Ha?
Odwrci si i liczy walizki. Przestawi bliej plecak, zajrza do koszyka. Wzruszy ramionami.
- Diabli nadali, diabli nadali. Stara ju jeste i serce nawala. W chaupie ciepo, chop do rzeczy, do
gby jest co woy... I czego ty ptasz si po morzach? Co?
Tu spojrza na mnie gronie. Jego may, w gr zadarty nos czmychn w bok.
- Rysiek, bo to... bo to widzisz, ja to mam po Szymonie Bocku.
- Co? Jak? Po Szymonie Bocku? Pierwsze sysz. Bock?
- Ech, bo ja ci tajemnic rodzinnych do dnia dzisiejszego nie wyjawiaam. Szymon Bock to mj
cioteczno-stryjeczny dziadek... Oo, bo to naprawd byo bardzo dawno.
Rysiek wbi we mnie ponury wzrok. Nieufno, podejrzliwo i co jeszcze, czego nie potrafi bliej
okreli, czaio si w tych oczach.
- Czajka! Ostrzegam ci, bacz na sowa... Ju ja ci znam. Jeden tamten poprzedni rejs starczy!
Pynlimy razem tygodnie. Pamitam - od Buenos Aires do Rotterdamu. Ile to tych tygodni byo?
Cztery tygodnie w morzu. Wieczory przesiadywaa z nami na lukach. W tropikach... to nawet i noce
cae do wschodu soca gadu, gadu. Gadaa i gadaa... Z Andrzejem michem aemy si za boki
brali: Psiakrew! Gada, jakby jej kto za to paci. To o wojnie, to o partyzantce, to o dawniejszych
przedwojennych rejsach, kiedymy jeszcze koszul w zbach trzymali, a o tym Szymonie, jak mu tam?
Bocku ani sweczka... A moe ty teraz, tak w try miga, na chybcika, tego Szymona wymylia?
Mw prawd!
- Rysiu, Rysiu! Prawd ci mwi. Przysigam! Sam prawd! Wtedy widocznie do tego nie doszo jako nie trafilimy na Szymona Bocka. Ale teraz, wanie dzisiaj, wanie przed chwil spytae, po co
znowu ruszam w wiat, cho jestem stara i niby e w domu ciepo i, i... Wic od razu przypomnia mi
si Szymon Bock - i to byo jak objawienie! Zrozumiaam, z miejsca zrozumiaam i wiem teraz,
dlaczego w tym wieku musz tak przez rwnik raz wte, to znw we wte stron. Wiesz? Jeli dwa
razy do roku nie przepyn rwnika, to czuj, e mier si zblia, i strach mnie oblatuje. Po prostu dla
ratowania tych ostatnich lat musz si tak pta - rozumiesz?
Siedzielimy na walizkach, tu przed drzwiami Polskich Linii Oceanicznych w Gdyni. Wiatr d od
morza, nogi w zamszowych pantoflach zamieniy si w sople lodu. Palcami w wenianych
rkawiczkach poruszy nie mogam. Wiatr przewiewa jesionk, wdziera si pod zamszow kurtk,
ktr miaam pod paszczem, przenika nawet weniany sweter i ciep bielizn.
- Brr, Boe! jak zimno. Rysiek? A moe bym tak gorcej kawy si napia... Opowiem ci o dziadziusiu
Bocku... Wszystko ci opowiem. Daj mi tylko ogrza si. Czuj, jak mzg powoli mi zamarza...
- Czekaj! Odstawi te twoje klamoty - znam tu kogo, kto ci dopilnuje, a my wejdziemy do kawiarni
w tym samym domu, tu zaraz na rogu.
Siedzielimy nareszcie w ciepym lokalu. Przede mn staa gorca szklanka z p czarnej. O, lube
ciepo! Palce zaczy taja, szare komrki mzgu tajay...

- To byo bardzo dawno, jeszcze nawet twojej matki nie byo na wiecie... To byo, zaczekaj - tak, to
byo przed rokiem 1900. W tamtych czasach ludzie szanowali bardzo starszych w rodzinie. Mj ojciec
mia ciotecznego czy te stryjecznego dziadka, wanie tego Szymona Bocka... Ale czekaj, zaraz,
przecie ty, Rysiu, pojcia nie masz, jaka kiedy bya rodzina.
Ludzi co niemiara, a trzymali si kupy, bo nawet jeli nie znali si osobicie, to wszyscy wiedzieli, e w
Sierpcu yj kuzynostwo z Wocawka, dzieci po tym pomylonym Jziu, a w Kole mieszka rodzina
Jakuba. Pod Kielce przeniosa si wdowa po Zenonie, z czworgiem dzieci. T Malwin stawiano za
wzr wszystkim dziewcztom z familii. Podobno bya bardzo pikna, wzbudzaa w mczyznach,
nawet najrozsdniejszych, zupenie nierozsdne pragnienia.
Malwina nie posiadaa majtku, a zamiast zda si na rad familijn i pozosta w Kaliszu, w swym
wasnym domku, ktry Jakub po lubie kupi i urzdzi wedug smaku babuni, i zamiast y
z comiesicznych skadek rodziny, ktra sama chtnie si opodatkowaa - Malwina sprzedaa dom
i przeniosa si z czwrk dzieci pod Kielce, na Sowik. Tam, za pienidze ze sprzeday domu w
Kaliszu, kupia may, murowany domek z sadem i pasiek. Malwina, ktrej uroda bya przedmiotem
plotek prawie wszystkich kobiet w rodzinie, okazaa energi niebywa jak na tamte lata i zgoa
niespodziewan przedsibiorczo.
Po prostu miaa szczcie - wzruszajc ramionami powtarzaa cioteczna babunia z Mawy, ilekro
bya mowa o Malwinie.
A w Sosnowcu znowu mieszka Herman, syn Eliasza z Wocawka. Oeni si wbrew woli rodzicw
z warszawiank - Helcia byo jej na, imi. Helcia, czyli Helena, na pewno urzeka Hermana:
,.Ko-kie-ter-i - lekko wydymajc wargi cedzia babunia z Mawy - te warszawianki maj swoje
sposoby ju w koysce matka przyucza je, jak zawraca gowy powanym ludziom z prowincji, eby
bez grosza posagu potrafiy wej do szanowanych rodzin.
Biedny Herman, babunia sama miaa dla niego na oku pann, jedynaczk. Ojciec jej posiada Kantor
Wymiany w Krakowie. Panna wietnie mwia po francusku, prezentowaa si ho, ho - i na dworze
angielskim pokaza j byo mona. Wysoka, postawna, ksiki od rana czytaa, w fotelu bujajcym
siedziaa w salonie pod palm - prawdziwie paskie dziecko. Gabriela byo jej na imi. Nawet na co
dzie kanausowe halki nosia, a przy pasku zote i srebrne breloki. Jak Gabriela przez pokj
przechodzia, to wszystkim przyjemnie si robio, bo to szumiao, brzczao - zupenie jak pozytywka
w zegarze. Dla kadego byby to zaszczyt tak on w towarzystwie pokaza. A Herman? On zamiast
Gabrieli wola Helci-warszawiank. Doki, powiada, lubi... Co za doki? Jakie doki? Gdzie panna
z dobrego domu ma doki? A Herman tylko na yrandol w mawskim, stoowym pokoju patrzy i cicho
mwi:
Jak Helcia si umiecha, to jej z obu stron na policzkach robi si doki.
Nie patrz wci na te wisiorki przy yrandolu! Syszysz? Hermanku, nie patrz cigiem na te wisiorki,
bo to dla ciebie niedobrze... Hermanku, pomyl - zastanw si, czowieku, co s warte takie doki na
policzkach? Gabriela ma sto tysicy rubli posagu, Gabriela jest jedynaczk u swojego taty, renic
jego oka... Stary da drugie tyle na urzdzenie, wolant kupi, par gniadych... Jak hrabia y bdziesz,
Hermanku...
A on na te wisiorki patrzy i w tych wisiorkach czyta.
Ja, mamusiu, wol doki na policzkach Helci - powiada. - Ja bez tych dokw szczcia nie zaznam...

- I wiesz ty, Rysiu, kto w rodzinie Hermanka zrozumia? Wanie on, Szymon Bock. Czowiek nie moe
drugiemu czowiekowi pokazywa, jak ma i drog. Niech kady idzie tylko jemu przeznaczon
ciek! - tak powiedzia.
- Tak, tak... Szymon Bock. Szymon Bock - powtrzyam, popijajc drobnymi yczkami kaw.
I nagle trzasny drzwi wejciowe, powiao lodowatym, morskim wiatrem i tu, tu przed sob
zobaczyam ywego Szymona Bocka.
Nie! Naprawd to go wcale nie byo, tylko to przypomnienie po tylu dziesitkach lat wydao si tak
mocne i dojmujce, e za krzesem Rysia, troszeczk na prawo, na tle w dali ciemniejcego bufetu
ujrzaam Szymona Bocka. Srebrnobiaa broda sigaa mu pasa. Srebrnobiae wosy, zaczesane do tyu,
opaday na konierz szarej bluzy. Oczy mia takie jak wtedy, kiedy go ostatni raz widziaam:
wypowiae, niebieskie, troch tylko smutne, a troch umiechnite. Waciwie trzeba powiedzie, e
wyraz tych oczu nie pasowa do powanego dziadka.
Mj ojciec szepta o nim, umiechajc si tajemniczo, jakby powierza sekret:
On, on, on jest me-ta-fi-zy-kiem, mistykiem, poet albo czym w tym gucie, a to nie jest
odpowiednie dla szanujcego si yda. On nie ma nawet oczu szanujcego si yda. yd powinien
mie oczy czarne, piwne, moe nawet mie niebieskie, ale uwane, mylce, inteligentne - a on ma
oczy wypowiae, ni to smutne, ni to wesoe. On ma takie jakie nieuwane, niewidzce oczy. Ech, ten
Szymon Bock! Trudno, bd musia jutro sam go odwie do Sierpca, inaczej to znowu na miesice si
zawieruszy, a ca rodzin bd mczy wyrzuty sumienia i niepokj. Ach, ten dziadziunio Bock! Ma
przeszo siedemdziesit lat, a wci go niesie i niesie po caym kraju, po caej Polsce - wzdu i wszerz.
No, pomyl sama, moje dziecko, czy to jest zajcie dla powanego, starszego yda - bez celu, bez
interesu wdrowa pieszo, na bosaka, szosami, gocicami, wiejskimi drogami. I dokd? Dokd? I po
co? Dlaczego?
Tatu podobnie jak Herman wbi wzrok w wisiorki wielkiego, krysztaowego yrandola, ktry mamusia
przywioza jeszcze z Francji w posagu.
Przewanie w kocu lutego albo w pocztkach kwietnia napada go to i trwa prawie p roku, bo
gdzie dopiero we wrzeniu, a dwa lata temu dopiero w kocu padziernika to go opucio.
Ale co, tatusiu? Co go tak napada?
Nie wiem, cruchno, jak to waciwie nazwa. Moe to jest nawet choroba. Ty mao wiesz o
Szymonie Bocku... bo widzisz, w rodzinie niechtnie si o tym mwi. My powinnimy bardzo
szanowa Szymona, on cae ycie dba o rodzin, i to nie tylko o najblisz. O, nie! On dba
o wszystkich. Jak Mundek - ten z Kalisza - siedzia w wizieniu za komunizm, to wanie Szymon
przyjecha do Warszawy, zapaci tego znakomitego adwokata - adwokata z gow - i wycign
Mundka. Malwinie starczyo na kupno domu i na sad, ale na pasiek to ju zabrako; wyasygnowa
potrzebn sum bez sowa, bez docinkw.
Babcia z Mawy te dawaa pienidze, ale czego przy tym trzeba byo wysucha!
Pamitam dobrze, jak to byo po powrocie z podry. Wyznaem, e chc si oeni z twoj matk.
Jaka burza wybucha, kiedy babcia z Mawy przyjechaa od razu tego samego dnia do Zgierza!
Pamitam, jak w obecnoci mojej matki krzyczaa:
- Do tego mezaliansu nie mona dopuci - przecie to zwyka siksa, gorzej nawet, francuska siksa!
Wolaabym, eby oeni si ju z Kak z Brzezia. Wstyd! Haba!

Caa rodzina bya mi przeciwna. Tylko Szymon Bock stan w mojej obronie:
- Jeli Wilek znalaz we Francji swoj dziewczyn, zostawcie! Nie wy, ale on z ni y bdzie. Ona nie
wam, ale jemu rodzi bdzie dzieci...

- Rysiek, to wanie mnie urodzia! Widzisz?


Rysiek zapali papierosa.
- Ciebie. Hm, no to niele urodzia!

Szymonowi wiele, wiele dobrego caa rodzina ma do zawdziczenia. Wiesz, on by kiedy


odpowiedzialny i bardzo energiczny. Mia wielkie interesy... Drzewo, rozumiesz? Drzewo skupowa,
sprzedawa. Mia nawet pod om dwa tartaki. Jedenacioro dzieci - piciu synw i sze crek.
Crki poeni. Dobrze poeni - wszystkie maj dobrych, rozsdnych mw i wszystkie maj dzieci.
Synowie oenili si, te im si dobrze wiedzie... tylko z Szymonem od paru lat mamy hm, hm, jak to
powiedzie? Tak, cruchno, to si nie da ukry - mamy z nim powany kopot.
A jaki, tatusiu? Powiedz, jaki? Co dziadu Bock takiego robi?
(O, stoi teraz za krzesem Ryka, ma jasne, bardzo wyblake bladoniebieskie oczy, podnosi
pomarszczone, tawe rce i gadzi swoj srebrnobia brod. I znowu nie wiem, czy jest smutny, czy
te zadowolony).
Co? co? Hm, tak, nic. Po prostu na wiosn wychodzi z domu, wychodzi bez walizki, bez neseseru i wraca jesieni, A gdzie on si tyle czasu podziewa?
Ot, w tym wanie caa bieda. Jego... (Tatu zniy do szeptu gos) jego niesie po caej Polsce, chodzi,
wdruje, wstpuje do krewnych po miasteczkach, do dalszej i bliszej rodziny. Zupenie dobrze nawet
pamita, kto i gdzie mieszka. Zostaje par dni - tydzie, a w Dobrzyniu zeszego roku zosta cae dwa
tygodnie, a nagle ktrego dnia bez uprzedzenia poszed. Ot, po prostu odchodzi, bo niesie go
dalej.
Jak to odchodzi? - zdziwiam si nie na arty - wychodzi? Czy on nie podruje kolej?
Nigdy! - odpowiedzia ywo ojciec. - Nigdy nie wsiada do pocigu. Na fury chopskie tak, i to czsto.
Przysiada si do chopa, jedzie z nim. Czasami sam bierze lejce, a chop drzemie z tyu. Czasami
wstpuj razem do jakiego zajazdu, ykn sobie dwa gbsze, zagryzaj obarzankami, ledziem
i znw jad dalej. Bywa i tak, e pozostaje u tego chopa w chaupie dzie, dwa, a potem rusza dalej.
A przykro powiedzie - idzie boso gocicem, bo mu si kamaszki zdary, niesie je zwizane na
patyku jak chop. Boso, z zawinitymi nogawkami azi po drogach. Rodzina pacze, molestuje, a on
powiada, e mu to teraz, na staro, do ycia jest potrzebne.
Wyobraasz sobie, co wyprawiaa babcia z Mawy, gdy on si u nich w domu, boso, z tymi dugimi,
siwymi wosami, w zdartej marynarce, ze dbami siana i trawy we wosach nagle pojawi?
Suca podobno wesza do jadalni, byo to podczas obiadu, i oznajmia:
- Lirnik albo moe i gularz przyszed. Chce do mieszkania wej. Powiada, e pastwo go znaj.
Wic babunia mwi do Gucia:

- Lirnik, gularz? Cakiem co nowego. Id, synku, zobacz, co to za czowiek?


A Gucio po paru minutach wpada pdem, czerwony, z oczyma byszczcymi i od progu krzyczy:
- Babuniu! Ojej, ojej! To dziadzio z Sierpca. Dziadzio Bock. Na bosaka przyszed, w rku ma witk
wierzbow, a wyglda cakiem jak ebrak!
Babuni a zatrzso. Podniosa si z krzesa i sama posza mu naprzeciw.
Co mwili, nikt si z rodziny nie dowiedzia. Kazaa natychmiast zagrza sagan wody, bali do kuchni
wstawi. Podobno mu p torby sody do tej kpieli wsypaa. Fryzjera z rynku do domu zamwia,
w pokoju gocinnym oblec pociel kazaa... Powiedziaa, e dziadzio Bock chory i par dni musi
w ku polee. Zabi kazaa najtuciejsz kur (a wiadomo, e babcia z Mawy odznaczaa si od
urodzenia nadzwyczajn oszczdnoci, jeli nie rzec skpstwem). Z tej kury sama wasnorcznie
ugotowaa ros, nawet makaronu nie daa zrobi kucharce, bo... nie potrafi.
Sama gotowaa, sama mu do ka nosia. Siedziaa na krzele, gdy jad.
- Szymonku, Szymonku! Co si z tob dzieje? Czy ci nie sta na to, eby u siebie w domu w ku
czystym lea? Czy po to cae ycie harowae, aby teraz na staro krwawi bose nogi po szosach,
gocicach i drogach? Panu Bogu podobao si, eby i rodzin dobr mia: synw i crki, wnuki
i prawnuki... Co ja gadam, Panu Bogu si podobao, eby i szacunek u ludzi, a w kasie adne par
groszy mia. A ty co? W stogu siana albo w stodole, na strychu albo jeszcze gorzej, na twardej awie
w chopskiej kuchni pisz. I ja si ciebie, ja, Malwina Buchholtz, pytam - ciebie, Szymona Bocka: po co
ci to jest potrzebne?
Szymon Bock otwiera szeroko wypowiae oczy. Umiecha si przepraszajco i cichym, starczym
gosem odpowiada:
- Czowiekowi ckni si do wiata. Czowiek chce si wiatem nacieszy przed mierci.
Babcia strzepywaa nie istniejcy py z koronkowego abotu:
- Zaraz napisz do twojej biednej ony i dzieci, e jeste tu u mnie. Oni tam pewno z niepokoju od
zmysw odchodz...
Kiedy na wiosn Szymon Bock zadzwoni do nas. Mieszkalimy wtedy na Nowogrodzkiej 36,
zajmowalimy cay parter od frontu. Tatusia odwiedziny dziadziusia bardzo ucieszyy, moj siostr
Ewuni i mnie wprawiy w zdumienie. Zupenie nie by podobny do ludzi odwiedzajcych nasz dom.
Widziaam, jak Michalina pogardliwie oda wargi, a Jzefowa wzruszya ramionami:
- I do cegj to podobne? Jak dziad, ebrak, achudra jaka! achy na grzbiecie, kamaszki na patyku
zwizane - ja tam jego bielizny praa nie bd...
al mi byo dziadziusia. Zrozumiaam, e mu si co na staro w gowie pomylio. Tatu zabra go do
azienki i sam mu kpiel szykowa, potem mu swoj osobist bielizn, szlafrok, skarpetki i pantofle
ranne zanis.
Dziadziu wykpany i przebrany usiad z nami do kolacji. Rozglda si dusz chwil, na kolekcji
obrazw wzrok zatrzyma, oglda meble, a wreszcie cichutko zapyta:
- Po co ci, Wilek, tyle obrazw? Nie ma wolnego miejsca na cianie. Czy ty je tak lubisz?

Tatu mu odpowiedzia, e kady ma swoje zamiowania, e on, Szymon Bock, lubi chodzi po wiecie,
a on znowu lubi patrze na obrazy. Dla Szymona wiat znaczy gociniec, las, pola, rzeka i gry, a dla
tatusia wiat to znaczy ksiki i obrazy...
Szymon Bock nic nie odpowiedzia. Powoli jad, powoli popija herbat, potem co mrukn i poszed
spa do przygotowanego dla siebie pokoju.
Nastpnego dnia przykazane byo dziadziusiowi, eby nie wychodzi z domu. Mia czeka na tatusia,
ktry zapowiedzia, e przyniesie mu wygodne trzewiki i odpowiednie do jego wczgi ubranie.
Akurat miaam par kresek temperatury i tatu mnie rwnie kaza pozosta w domu. Wtedy to po
raz pierwszy i ostatni w yciu spdziam trzy godziny z Szymonem Bockiem.
A wic to byo tak. Po niadaniu, w olbrzymim stoowym pokoju, przy wielkim na dwadziecia cztery
osoby stole, zasanym lnicym adamaszkowym obrusem, siedzielimy tu przy sobie. Michalina nie
wychodzia z pokoju. Staa za moim krzesem i zmieniaa talerze. Jej wyniosa, drwico-ironiczna mina
doprowadzaa mnie do rozpaczy. Dziadziu widocznie nie zdawa sobie sprawy, jakie swoim
wygldem wzbudza uczucia. Spokojnie smarowa bueczk masem, jad ze smakiem jajecznic
i bardzo swobodnie poprosi:
- Jeszcze jedn szklaneczk kawy z mlekiem.
Michalina nalaa z imbryka i podaa. Znowu miaa zacinite usta.
Po niadaniu zaprosiam dziadziusia do swojego pokoju. Chtnie przysta, czapic za mn w za
duych tatusinych pantoflach. Usiad w foteliku przed moj sekreter i z zaciekawieniem rozglda si
po pokoju.
- Czy to s twoje obrazy? To znaczy, czy ty to sama wybraa? - zapyta wskazujc na pikny rysunek
konia Orowskiego, dum i chlub tatusinych zbiorw.
- Nie, dziadziusiu, tatu powiesi. Moje, moje s tylko ksiki.
- Tak, widz wanie, masz bardzo duo ksiek. Czy je wszystkie przeczytaa?
- O tak, a niektre, jak ta (podaam mu Serce Amicisa), to chyba z pi razy.
Dziadziu kiwa gow.
- Hm, hm, a czy to ci nic nie szkodzi? Gowa ci od tego nie boli? Przecie masz psa - powiedzia nagle
- dlaczego z nim nie biegasz po podwrzu? To niezdrowo tak duo czyta.
Zdziwi mnie ten zgoa nieoczekiwany pomys. Zaskoczy, wyda mi si niedorzeczny.
Ja? Po podwrzu? W parku, w azienkach, mona, ale na podwrzu?
Szymon Bock patrza przez okno na wielkie, wyasfaltowane podwrze z trzepakiem po lewej stronie,
tu pod murem. Przy biaej, dugiej brodzie i srebrnych wosach jego wyblake niebieskie oczy byy
zupenie takie jak zbielae bawatki, ktre zapnione, ju po doynkach, wyrastaj na cierniskach.
- Czy, czy umiesz robi baki mydlane?
Rzeczywicie dziwny by ten nasz dziadzio, zupenie niepodobny do innych dziadziusiw.
- O, tak! Naturalnie! A moe dziadziu ma ochot na baki? Bo jeli ojciec wychodzi rano z domu, to
dopiero na obiad wrci. My bymy mogli przez ten czas... Naturalnie jeli dziadzio ma ochot.

Szymon Bock pogaska mnie po gowie. Tajemniczo szepn:


- Id do azienki, przynie kawaek myda, troch wody, ale lepiej byoby odrobin gliceryny i...
spirytusu lub wdki, co tam znajdziesz w kredensie.
Po dziesiciu minutach stalimy przy oknie i ostronie, w skupieniu wydmuchiwalimy baki.
Dziadziusiowi na wsach i brodzie lniy tczowe mydliny. Baki na spirytusie i glicerynie okazay si
niewiarygodne: pikne, due i trwae. Olbrzymie, tczowe, olnieway oczy, cieszyy serce.
- Och, co za cudo! Dziadziusiu, spjrz na moj szmaragdow, ziele przesza w fiolet. Dziadziusiu!
Dziadziusiu! patrz, ona wcale nie ma zamiaru umrze. Ach, Boe, ebym tak moga j wzi w rce
i podrzuca!
Dziadek przesta dmucha. Biaa kropla z powrotem opada do mydelniczki.
- Podrzuca? Podrzuca? Czekaj, doskonay pomys. Bdziemy podrzuca. Dawaj poduszeczki
z tapczanu.
Podaam mu wiksz, obleczon w pasiasty jedwab. Dla siebie zatrzymaam ma, szkaratn,
aksamitn. To bya cudowna zabawa! Kade z nas podrzucao na poduszce swoj bajkowo lnic,
mydlan pik. Wpadalimy na siebie miejc si, zamienialimy swoje kule.
Dziadzio przemawia do nich pieszczotliwie, nazywajc je najdziwniejszymi imionami:
- Roksano, Balladyno, krtkie twoje ycie, ale jak bogate, jak migotliwe, olniewajce... Po twoim
piknie zostanie kropelka, ktra po chwili te si ulotni.
C? Nie widziaam wicej mojego dziadka, Szymona Bocka... nastpnego dnia w nowym ubraniu
i kamaszkach odszed od nas w wiat...

Rysiek zapali papierosa i podejrzliwie umiechn si do siebie:


- No, Czajeczko - ani jednemu sowu z tej caej historii nie wierz. Zmylia to wszystko na
poczekaniu. Nie bior ci tego za ze. Co prawda adnego poszanowania dla swoich przodkw nie
masz. Ale niech ci tam bdzie, chciaa mi wyjani, dlaczego tak na staro tuasz si po wiecie, co? I
e to niby wdaa si w nie istniejcego dziadka Bocka...
W tej chwili podszed do nas mody czowiek. Rysiek zerwa si od stolika.
- No, jadziem! Wz PLO stoi - zaadujemy te twoje klamoty i dawaj na statek.
Odprawa odbya si bez blu. Celnicy znali ju mnie z poprzednich rejsw. Na widok trzech walizek
wypenionych ksikami sprawdzili tylko dwa egzemplarze lece na samym wierzchu.
- Wszystkie z dedykacjami - zapewniaam, co zreszt byo zgodne z prawd. Wiozam ksiki na
prezenty dla licznych przyjaci.
I oto najwaniejszy moment. Po trapie wchodz na statek.
Ooo, kremowy komin... Tarcza z widekami Neptuna, a na tej czerwonej tablicy litery PMH (Polska
Marynarka Handlowa).
Witam marynarzy stojcych na pokadzie koo trapu. Steward bierze walizki i prowadzi mnie do
kabiny; do duej, piknej kabiny z wasn azienk, toalet i wygodnym, szerokim kiem, z dwiema

szafami w cianie, z szerokim blatem wysuwanym spod lustra, co moe imitowa biurko. Siadam na
fotelu i przymykam oczy. A wic ju spenio si. Niepokj tkwicy we krwi i sercu, arliwe pragnienie
wiata odziedziczone po Szymonie Bocku...
Nie! Teraz ju musz wyzna prawd - to nie tylko dziedzictwo po Szymonie Bocku i gwatowna
potrzeba zobaczenia Fredka i Ewy. Przecie dwa lata temu byam u nich i... i nie bardzo si udao to
spotkanie.
Tak, nadesza chwila, e musz wyzna ca prawd. Waciwie to nie Montevideo jest tym portem,
ktrego z takim upragnieniem wyczekuj, nie Urugwaj i nie Argentyna - w moim wieku nie tak atwo
napisa prawd, a moe tylko w moim wieku czowiek moe zdoby si na wyznanie prawdy?
A wic wtedy dwa lata temu na lotnisku w So Paulo, gdzie przybyo mnie powita a czterdzieci
siedem osb, no wtedy, kiedy po powrocie do samolotu stewardessa pomagajca mi ukada kwiaty
i prezenty zapytaa: Vous tes madame Gomolka? - wtedy wrd wzruszonych, radosnych twarzy
moich przyjaci zobaczyam siw gow Dzika... Wspominaam, pisaam przecie o Dziku w Lec
w wiat, wspominaam nasz modo, mio i rozstanie. Wwczas na lotnisku woy mi plik
dolarw do torebki. Chciaam mu podzikowa i tak si jako zdarzyo, e mj nos zetkn si z jego
uchem. Na pozr niewany incydent. Nie, incydent to brzmi zbyt powanie, raczej niewany szczeg.
Mj Boe, jak czsto w yciu tak bywa, e co najbardziej bahego, co zupenie, wydawaoby si,
znikomego - urasta nagle do niebosinych szczytw, do rozmiaru istnienia.
Mj nos lekko musn czubek jego ucha. Na jeden uamek sekundy poczuam jego zapach, zapach
sosnowych lasw Skolimowa. Poczuam niespoyt rado ycia mojej modoci i wrcia mi dawna,
gdzie zapomniana, drca tsknota oczekiwania. Spojrzaam na niego, a on cicho powiedzia:
- Napisz do ciebie do Montevideo...
A potem byy uciski, pocaunki, no i powrt do samolotu.
Pisalimy do siebie dugie listy. W Montevideo czuam si bardzo samotna. List od ma z Warszawy
poczt lotnicz szed dwa tygodnie. Odpowied zawsze przychodzia poniewczasie. Listy Dzika
przychodziy w por. Z Urugwaju do Brazylii tylko skok, najbliszy kraj. Ot, przez granic... Dzik si nie
oeni. Wspomnienia zachowa dziwnie wiee, nie do pojcia wiee. Mino od 1937 roku ile? policzyam - dwadziecia dwa lata!
Przemiany czasu? Widmowe przemijanie czasu? Rozpito czasu? Chemiczny odczynnik czasu? Ale
zapach? Zapach wosw tu przy uchu - niky zapach okaza si silniejszy...
Jak tam byo? A la recherche du temps perdu. A wic niech bdzie: A la recher che dune odeur
perdue. W poszukiwaniu utraconego zapachu albo W poszukiwaniu zagubionego zapachu.
Mj nos jest jak trbka jerychoska, nos najbardziej chwytliwy, czujny nos, ktry z daleka potrafi
odrni najbardziej subtelne odcienie zapachw. Dziwne, nie? Czyta i pisa teraz ju bez okularw
nie potrafi, such? - szkoda gada! przygucha jestem, naprawd przygucha! Ale nos! - jak u wya,
niezawodny.
A la recherche dune odeur perdue.
Obiecaam mu wtedy, e wracajc z Montevideo odwiedz go, e zostan par dni w jego szklanym
domu, ktry wybudowa sobie na Gaspar Laurence i e na tarasie nad jego ogrodem, gdzie hoduje
najdziwniejsze odmiany orchidei, wypijemy kaw i wyjanimy nierozwikane problemy sprzed wier
wieku...

Ale c - stao si inaczej. M/S Czech, ktry mia mnie z Buenos Aires zabra do Gdyni, wiz
adunek argentyskich jabek Rio Negro do Rotterdamu. Przynioso to duo tysicy dolarw Polsce,
ale transport musia nadej w terminie - iw najlepszym stanie.
Sowem nie stanlimy w ani jednym porcie Brazylii i nie dotrzymaam obietnicy. Tak jest. Nie
dotrzymaam obietnicy i... i umr nie poczuwszy ju wicej zapachu fioletowych floksw, sosny
rozpalonej lipcowym upaem Skolimowskich lasw, dawnego zapachu minionej na zawsze modoci.
Pamitam, jakby to byo wczoraj - Kazimierz nad Wis, na piaszczystej asze szukalimy jajeczek
rybitwy. Wtedy pachniao tatarakiem i wierzb, a w Przytuach Wielkich, u Franciszka Fiszera,
w tamto mrone soneczne rano, gdy siedzielimy w saniach, okryci baranic, no, wtedy pachniao
mrozem, wieym udojem mleka i te baranic. Ale, ale dlaczego zdradzaam go tak czsto
i zapamitale? Moe ju od urodzenia byam pocha i zdradliwa... moe to ju ley w naturze
kobiecej?
Ach, racja, przecie on mnie tak bardzo czsto niecierpliwi. Tak! Przypomniaam sobie, zupenie
wyranie sobie przypomniaam: nieprzytomnie to go kochaam, a przytomnie to mnie niecierpliwi.
Nie umiem tego inaczej wytumaczy. By bardzo pikny i licznie piewa piosenki. Pamitam nawet
melodi jednej. Przyjani si z Tadziem Hollendrem - pili razem wdk u pana Paradisa na rynku w
Kazimierzu, akurat naprzeciwko kamienicy w. Krzysztofa. Wyrazem twarzy i sposobem zachowania
dawa do zrozumienia, e cierpi. e cierpi nad podziw i e si mczy (kobiety wszystkich epok, czasw
i najrozliczniejszych ustrojw pasjami to lubi).
A jak taki przestaje cierpie, to ju mu si bardzo chtnie daje powd do nowego cierpienia.
Wszystko jedno, nie naley tyle rozpamitywa. A moe teraz, po jednej czwartej wieku zapomniaam
i zmieniam rzeczywisto? Nie trzeba sobie przypomina, to tylko utrudnia. Wszystko moe okaza
si z gruntu faszywe... Wtedy by modym chopcem, teraz jest starym czowiekiem. ycie jest ju
poza nim. Byam smarkat, a teraz jestem siw kobiet.
Dzika omina wojna i okupacja w Polsce. Siedzia w dziewiczych lasach dungli brazylijskich i cierpia,
ale z daleka. Brat mj by wwczas z rodzicami w Santiago w Chile.
Jak trudno jest znale wsplny jzyk z tymi, ktrzy uszli apom gestapo i esesmanw. Oni ani w zb
nie tylko nie rozumiej tamtego czasu, ale podkadaj jakie swoje nie do pojcia dla nas wyobraenia
o owym okresie. Oni mwi sowa: przemoc, niewola, okruciestwo, mord, ale to s sowa
z drukowanych ksiek, z literatury, z gazet. Oni nie wiedz, co to jest groza, ktra paraliuje trzewia,
oni nie mog poj, co to znaczy nie mie prawa ycia, ich nikt nie bi, nie cierali wstydliwie krwi
z rozbitego nosa czy ust. Oni nie rozumiej trudnych, skomplikowanych uczu na przemian dumy
i wstydu zniewaanego czowieka i dlatego ich sowa znacz zupenie co innego ni nasze sowa.
A przecie nowych sw nikt nie wymyli. Wszyscy na caym wiecie - ci, co bili, ci, co byli bici i ci, co
gdzie na uboczu przeczekali - uywaj wci tych samych starych sw.
No trudno, ale bdziemy siedzieli na tarasie jego szklanego domu, orchidee bd pachniay
migdaami i dungl, bdziemy popija mokk, sodk i gorc.
Prawd powiedziawszy gdzie na dnie, tak jak fusy w kawie, osiady czarne wtpliwoci. I po co
roztrzsa problemy dawno minione? Przecie jestem dostatecznie dowiadczona i wiem, e nie ma
powrotw, e nieporozumienie tylko pogbia si. Zreszt co ja wiem o tym Dziku? W tamtych
czasach wiat koncentrowa si dla mnie raczej w naskrku. Jeli ogie wygas, po co przetrzsa
ule i popioy? Tak, tak - papier cierpliwy - napisa to atwo, ale najmdrzejsza mdro na papierze
nie ostoi si przed najgupszym z gupstw w prawdziwym yciu...

Rozdzia II
Kady czowiek jest inny i kady statek jest inny. I statki, i ludzie maj pewn organiczn i psychiczn
odmienno. Tylko szczurom ldowym wydaje si, e M/S Waryski jest identyczny z M/S
Mickiewiczem, e M/S Piast jest taki sam jak M/S Czech. Nieprawda! Wiem, e nie wierzycie mi,
nie jestem starym wilkiem morskim, a jednak to najprawdziwsza prawda. W okresie
midzywojennego dwudziestolecia, co tu duo gada - byam przy narodzinach naszej marynarki, po
wojnie te pywaam i zapewniam was - kad rk na sercu - nie ma i nie moe by dwch takich
samych statkw.
Statek to yjcy organizm. Cay zesp spraw skada si na jego odmienno. W jednym, tylko
w jednym wszystkie s podobne - tak kapitan, jak i kady z marynarzy, poczwszy od chiefa,
a skoczywszy na trzecim kuchciku, wszyscy ciaem i dusz przynale do swojej ajby. Kady
z osobna i wszyscy razem przysigaj, e ich wanie statek jest najlepszy z caej floty, e jest
najpikniejszy, najsprawniejszy i jedyny, wyjtkowo udany i ma... szczcie.
Oczywicie wcale si temu nie dziwi, bo od pierwszego rejsu ja te ulegam tej magii. Tam, na
dalekich oceanach, wobec wielkoci wiata, wiadomi potgi ywiou, w najbarwniejszych portach,
przytoczeni innoci tamtejszego wiata, rnorodnoci ras kolorowych ludzi, tworzylimy zwart
jedno, mioci do tej naszej ajby zjednoczeni.
Jak wyjani ludziom z ldu, na czym polega swoista odrbno ycia marynarza? Bo to tak si
wydaje, e kady marynarz to szaawia i chojrak.
Ach, jak ja dobrze znam t stugow hydr nikczemnoci, zazdroci, ndznych plotek, ktre urastaj w
opini.
Zapewniam was, e nie jestem ani przemytnikiem, ani star pijaczk. I nie posdzajcie, e mnie
marynarze przekupili.
Z ca odpowiedzialnoci twierdz, e nie ma czystszych i pikniejszych duchowo ludzi jak prawdziwi
marynarze.
Pamitam ich twarze, ich sowa, ich piosenki. Pamitam ich dobrze, na lukach przysiadych, jak
ptactwo, ktre z wiosn cignie do kraju. Jakby to byo wczoraj, widz jasn jak dojrzae kosy
pszenicy czupryn Wojtka Czerskiego, jego rozumne, pene niezgbionej dobroci oczy.
Pamitam, pywaam na M/S Lewancie. Ten ostatni rejs przed 1-szym wrzenia 1939 roku niech
bdzie jak echo pieni w tej ksice, jak fraza muzyczna, do ktrej wci i na nowo powraca musz:
M/S Lewant - kapitan Ciundziewicki, pierwszy oficer - Bolek Szokowski, Olgierd Okoo-Kuak,
Wojtek Czerski i najlepszy bosman eglugi Polskiej - wspaniay, niezrwnany Biernaki...
Wojtusiu, Wojtusiu - pamitasz w Pireusie drak z greckimi marynarzami? Oni byli pod gazem i my
te nie najtrzewiejsi. W wirze walki na pici wydae krtki rozkaz:
- Bulinder, zabierz marchew!
Nie wiem, po co i dlaczego nasi przeciwnicy taszczyli trzy ogromne wichy marchwi. Wedug rozkazu
natychmiast zabraam si do czynu. Pod razami kuakw, drapana, wyrzucana na bruk, bez sowa
sprzeciwu wyniosam z pola bitwy trzy narcza tej marchwi. Nie mogc si zorientowa

w rozplanowaniu ulic, skadaam je w jakim zauku pod murem. Za kadym razem, wracajc po
nastpn parti, draam, czy nikt nie ukradnie poprzedniej. Z nosa cieka krew, w chaosie
rkoczynw nie wiedziaam nawet, czy otrzymany cios wymierzy mi wrg czy przyjaciel - zreszt nie
byo to wane. Marchew, marchew - ca odstawi pod mur.
W pewnej chwili kto krzykn:
- Carabiniero! (czyli po naszemu glina) - i wszystko zniko jak sen zoty. Nagle pozostaam sama,
skulona przed stert marchwi - starajc si chustk do nosa doprowadzi pokrwawion gb do
jakiego ludzkiego wygldu. I wtedy wanie usyszaam przejmujcy szept spoza muru:
- Bu-lin-der, Bulinder!
Nad murem ukazay si dwie gowy - jedna ta pszeniczna, a druga? Druga z najmilsz twarz, jak mi
byo sdzone oglda na tej planecie baaganu, chuligastwa i bezsensu - z twarz Bolka
Szokowskiego.
- Jestem tu z marchwi - odszepnam. Bolek, pierwszy oficer M/S Lewantu, zdziwi si:
- Z marchwi? Po co ci tyle marchwi?
- Pst! Id!
Gowy zniky za murem, a ja udajc praw wacicielk marchwi, pochylona, ukadaam starannie
stert. Carabinieros przeszli obok, rozgldajc si bacznie dokoa. Stali chwil na miejscu bitwy,
a potem gono gadajc i gestykulujc ruszyli w stron rynku.
- Bolek. Wojtek! Poszli ju! Poszli.
Po paru chwilach obaj stali przede mn.
- Oszalaa? Po co ci a tyle marchwi? - indagowa niecierpliwie Bolek. - Dotychczas, o ile wiem, nie
zdradzaa specjalnego upodobania do tej jarzyny.
Wojtek milcza, nastawia sobie wybity palec, wydajc przy tym syk wa.
- Przecie Wojtek... Wojtek w czasie bjki da taki rozkaz... Rozkazu nie trzeba rozumie, rozkazy
naley wypenia - odpowiedziaam z dum.
Wojtek milcza. Bolek przyglda si chwil moim brudnym rkom, potarganym wosom, podrapanej
twarzy. A nagle rozzoci si:
- I po co ty jej kaza dwiga tyle marchwi? I w ogle! Ona jest kobiet i nie powinna bya bra
udziau w drace - przecie mogli j skrzywdzi! Ty, Wojtek, cakiem zdumiae! Wypraszam sobie,
eby j wciga w nasze burdy. No i co teraz chcesz robi z t marchwi?
Wojtek pospnie patrzy na swj palec.
Dumnie podnoszc gow oznajmiam:
- Bolek, przecie to bya ich marchew - prawo wojenne nakazuje konfiskowa dobra przeciwnikw.
Wiksz cz dobra przeciwnikw zostawilimy pod murem, reszt zanielimy parze osw
pascych si na wzgrzu.
- Widzisz t drog na lewo? - dopytywa si Wojtek.

Osy z luboci chrupay dugie, pomaraczowozote laski marchwi. Szarobrudne, miciutkie uszy
sterczay ku grze, wilgotne nosy poruszay si wawo. Jedynie zby miay brzydkie: dugie, te
i wyranie nie pielgnowane.
- No pewnie, e widz t drog, i co z tego?
- T drog idzie si na Maraton.
Zostawilimy marchew.
Maraton, Termopile, Cheronea... Oyy zamierzche dzieje Grecji. Dopiero wczoraj ogldaam z
Bolkiem Akropol.
Z Pireusu do Aten pojechalimy autobusem. W muzeum zatrzymalimy si przy rzebie gowy
Sokratesa, a pniej w jakiej maej albergo jedlimy skorupiaki - frutti del mare i popijalimy
bardzo zotym winem. Po skorupiakach Bolek zada pomidorw, ogrkw, oliwek, pieprzu
tureckiego i p melona. Z natchnion min obiera, kroi, wcha, prbowa. Potem doda wier litra
oliwy, wcisn ca cytryn, znowu wcha, prbowa - kaza sobie przynie cebuli i jabek, roztar
czsteczk czosnku, znowu miesza, przymkn oczy, skupi si i orzek:
- Czerwonego wina.
Jeszcze raz wszystko wymiesza na gbokiej misce kamiennej, w kocu skin gow:
- Dobra jest! A teraz niech dadz szaszyk barani przekadany sonin.
Pilimy wino, a w smugach soca taczya dawna Grecja. Szaszyk jedlimy z t saatk - arcydzieem
Bolczynym.
Wyranie czuam, e duch Sokratesa bierze udzia w naszej uczcie. Wypluwaam pestki oliwek na
spodeczek i wiedziaam, e Platon, ktry przepada za oliwkami, zupenie tak samo je wypluwa.
Przeywam ci, Grecjo, od zamierzchych czasw, od czasw Zeusa Gromowadnego, Hermesa ze
skrzydekami u ng, Afrodyty, ktra wanie pod tym miastem po raz pierwszy wyonia si z piany
morskiej. Przeywam ci, Grecjo, caym ciaem opalonym twoim gorcym socem, caym ciaem
przesiknitym sol twojego najbardziej poetycznego ze wszystkich mrz - Morza Egejskiego.
Przeywam ci gb rozsmarowan w oliwkach, pomidorach, skorupiakach, baraninie - odwiecznych
potrawach, ktre - jak dzisiaj podejrzewam - spoywa Zeus z maonk swoj Her. Lekko pijana od
tego wina, podobnie jak tamte boginie na Olimpie - czuj odwieczne cigoty w biodrach i wzdu
krzya i tak jak one uwaam, e miertelni tylko wtedy dorwnuj Niemiertelnym, jeli potrafi
drog cielesnej mioci, jak ciekami labiryntu, dotrze do ostatecznej miertelnej rozkoszy.

A teraz wracam do ostatniej mojej podry, do rejsu M/S Mickiewicza.


Wypynlimy nareszcie z kanau La Manche w Biskaje - szkwa i mga, syreny bucz, a ja wcinita
w kcik zdrzemnam si na nawigacyjnej. Tak samo drca i pena lku jak przed laty.
Ach, gdyby ludzie na ldzie, spokojnie picy w swoich kach w bezpiecznych domach, umieli
wyobrazi sobie, co czuje w czas sztormu dwunony, pozbawiony skrzeli i uski stwr czowieczy!
Wsuchuj si w stuk, omot, trzeszczenie caego statku. Ciemno kompletna, absolutna ciemno
i ryk bawanw, i szum wichru, i znowu taniec na grzbiecie fali, aby po chwili spa na dno przepaci.
I znowu, i znowu podniebny wzlot i na eb, na szyj - upadek.

Nieraz w wietrzne noce jesienne - w Warszawie na Karowicza - budziam si nagle z sercem


cinitym niepokojem. We nie dochodzio mnie dalekie buczenie syreny, mga... mga na Biskajach,
mga na Morzu Pnocnym, mga na Atlantyku. Moe lepiej zarzuci kotwic i stan?
Budz si w wygodnym ku, pod puchow koderk, a nagle niespokojnie zapaam lampk naprzeciwko w mroku rozbysy faramunie poprzeginane zocenia ramy lustrzanej. Rowe,
strzpiaste godziki w wysokim, bladoniebieskim wazonie nic wiedzie nie chc o morzu, mgle
i sztormach.
Siadam, odrzucam kodr, wsuchuj si w noc. Wiatr szumi w odartych z lici gaziach bzu. Doszo
mnie we nie woanie syreny okrtowej. I ju wypeza z dna serca przyczajony lk. Jak bardzo s mi
bliscy ci moi kumple-marynarze, ktrzy w tej chwili na szeroko rozstawionych nogach czuwaj na
mostku, z oczyma wlepionymi w ciemno. Z gumowych kapeluszy spywaj strugi deszczu, gumowe
buty brodz w wodzie, rce w skrzanych rkawicach zdrtwiay z zimna.
Klkam przy ku i nisko pochylajc gow modl si do Matki Boskiej Nieustajcej Pomocy:
- Oka ask, zmiuj si... Odbierz moc wichrom, uspokj fale, pozwl, aby moi chopcy na dalekich
wodach mogli zej do mesy i napi si gorcej kawy. Zmiuj si nad zabkanymi w morzu, zmiuj si
nad zabkanymi we mgle, doprowad ich odzie do bezpiecznego portu.

Kapitan M/S Mickiewicza - Jerzy Nierojewski to naprawd wspaniay typ marynarza. Pikny, wysoki,
barczysty - jak magnes przyciga spojrzenia wszystkich kobiet. W kawiarni, w salonie, gdziekolwiek
si pojawi, panny, matki, rozwdki, wdowy jak urzeczone wlepiaj w niego oczy. A on? Wcale si
tym nie przejmuje, uwaa, e to ju jest takie prawo natury, eby baby wytrzeszczay gay, a on mia
swoj on i swoje dzieci, co jest dla niego najwaniejsze. Mdry, przenikliwy, odwany, w kadej
przygodzie przytomny i zaradny - potomek Wikingw polskiego morza, Jarla Bronisza prawnuk
nieodrodny.
Pierwszym oficerem na M/S Mickiewiczu by Telesfor Bielicz - uroczy mody czowiek. Wysoki,
szczupy, o delikatnym wdziku intelektualisty, a o wytrzymaoci i poczuciu odpowiedzialnoci, jak
tylko i jedynie spotyka si wrd naszych oficerw.
Pierwszy inynier, Jerzy Matuszewski, to czowiek, ktrego ycie najboleniej uderzyo, a mimo to
zachowa umiech, dobro, agodno i umiejtno niedziwienia si niczemu na wiecie.
Ju po paru dniach odnosiam wraenie, e znam ich od urodzenia - nie tylko byli mi bliscy, nie tylko
dobrzy i serdeczni, ale uznali mnie za starego wilka morskiego i naprawd poczuam si wrd nich
jak w rodzinie.
A wic pyniemy. Niebo jest wci ciemne i szare, a niezmierzone zway wd przypominaj gotujc
si kaw. Siedz na rufie i poddaj si szumowi i koysaniu, a nagle dzieje si cud: zagubiona melodia
z modoci oywa we mnie - melodia od dawien dawna zapomniana sama zaczyna we mnie piewa.
Cay dzie wczyam si po mokrych pokadach, wczyam si po nawierzchni, schodkami
wchodziam, to znw schodziam do maszynowni. W huku, omocie przygldaam si pracy stolarza
pokadowego, zagldaam do kuchni, to znw do radiotelegrafisty, wspinaam si na mostek
kapitaski, aby zerkn do nawigacyjnej, gdzie chief mierzy cyrklem odlegoci na mapie - szukaam,
nie wiedzc, czego waciwie szukam. Przysiadam na rufie i tu nagle olnienie - znalazam - znalazam
utracon melodi. Melodi nie dajc si uj w znaki muzyczne. Melodi, ktr chyba kady
czowiek nosi niewiadomie przez cae ycie, swoj wasn, jedyn.

Siedziaam na rufie i mylaam, e samotno to przyrodzony stan czowieka - przyrodzony


i najistotniejszy. Niebyt, nieskoczono, wieczno szumi za burt i po co si byo plta w te jakie
lokalne, krtkodystansowe historie i tymczasowe powikania? Przecie najwaniejsze i jedynie istotne
jest trwanie w pyniciu i pynicie w trwaniu - rytm wiecznoci. Tak byo przed urodzeniem i tak
bdzie po mierci. Zbdne, niewane, gupio niewane jest to angaowanie si we wszystko inne.
Par chwil wiadomoci - jednomilionowy uamek przez ludzi wyimaginowanego czasu.
Trzeba mocno i gboko oddycha morzem. Syszysz? - piewa ocean. Syszysz - piewa te we mnie.
Poddaj twarz wiatrom, niepomna na wczoraj, dzi i jutro, ulegajc wewntrznej potrzebie,
przekrzykujc szum i opot, na gos piewam t odnalezion melodi. Czuj, e dzieje si we mnie
wana, chyba najwaniejsza sprawa, jaka jest dana czowiekowi, czuj, e yj. Wiem ju, e melodia,
ktra we mnie wezbraa, wcale nie jest moj melodi - bezwiednie, ndznie, och, jake nieporadnie
nikle staram si powtrzy piew otaczajcego mnie sinooowianego nieba - piew szalejcego
wiatru. I wiem ju, e ta melodia, ktr tak nieporadnie wydobywam z siebie, to Wielka Modlitwa
sawica akt stworzenia wiata.
- Czajka! Trzymaj si burty! Idzie trzecia fala. Psiakrew! Za stamtd - e ci jeszcze szlag nie trafi!
Rozgldam si dookoa. Ach, to trzeci kuchcik, Zbyszek Jaworzak - kogut galijski marynarki polskiej.
Niezapomniany wielki kochanek i najbardziej bezinteresowny wyznawca potgi wiecznie
kobiecego. Uparty w mioci, przemierza szlaki wodne, oddany gwiazdom i ksiycowi - stacje
postoju znaczy miosnymi portami.
- Za z rufy! Nie widzisz, e rekin pokaza mord i ostrzy na ciebie zby, bdzie mia niez przeksk.
I przesta wy, bo go tylko dranisz. Te monstra cign za statkiem jak za cierwem. Po dobroci ci
powiadam, drzesz si jak stare przecierado.
Milkn. Schodz z rufy.
e ten Jaworzak ma tak niewyparzon gb. Niby to ja przycigam rekiny? Nic innego tylko mj
piew? I traktuj go jak koleg, przyjaciela! Wczoraj wieczorem siedziaam u niego w kabinie do
pnocy. Opowiada mi o podziale kuli ziemskiej. Naprawd ciekawe i trudno powiedzie, e
niesuszne. A wic wiat dzieli si na port macierzysty, gdzie ma si lubn on, dzieci, mieszkanie,
kuchni, spiarni - i na porty przejciowe, gdzie ma si nielubne ony. Po zakotwiczeniu schodzi si
na ld i...
- Ona czeka...
(Czy akurat na niego? Taktownie nie zadaam mu tego pytania).
- Ona czeka... czy to w barze portowej dzielnicy, czy te w domu, to jest w malekim pokoiku, czy te
w zamknitym lokalu, rwnie w portowej dzielnicy...
Zbyszek dla kadej wiezie prezent. Najwdziczniejsza, o ktrej najczciej podczas swoich dugich
rejsw wspomina, to blondynka z Hamburga.
- Mwi ci, Czajka, wychowanie ma i kultur. Nigdy si sama do niczego nie przymwi. Jakby na ni
popatrzya, to i do gowy by ci nie przyszo, e ona noc czterech, a nawet szeciu odwali. Ciche to
i grzeczne, agodne i potulne - w granatowej sukience i takim samym bereciku. Panienka, powiesz.
Aha! Panienka z dobrego domu. Idziemy wieczorem do restauracji, to prosi j musz, eby co zjada
i czego si napia. Nie godna - powiada.
Owszem, lody zje, szklaneczk wina si napije, ale o jedzeniu nie ma mowy.

Ostatnim razem pynlimy z Ameryki Poudniowej, kupiem jej w Bonesie liliow nylonow
bluzeczk. eby wiedziaa, a pokraniaa z radoci po same korzonki wosw. Tak na mnie spojrzaa,
e mi gorc przeszed przez krzye. Ani chwili nie chciaa czeka, niecierpliwo j tak palia, e
z miejsca sukienk zdja i dalej t bluzk przymierza.
Wiesz, Czajka? W porcie macierzystym mam on i jedenacioro dzieci. Zapytaj si w Gdyni - wszyscy
ci powiedz, e nie ma drugiego takiego ma i ojca jak ja... (waln si przy tym rk w opalon
pier) - zreszt moja te nie uomek, jak krok postawi, to posadzka pod ni trzeszczy. Przypywamy do
Gdyni, ona z dziemi na kei czeka, chopakw siedmiu, dziewczyny cztery - wszystko pomyte,
poczesane, wstki w warkoczach. Chopaki w nakrochmalonych na glanc konierzach. A Jadziunia
loczki zakrcone, klipsy w uszach, zegarek, bransoletki na rkach. Nacieszy si nie mog, a czuj si
tak jak ten Jakub z Biblii albo, jak mu tam, wiesz ju, hm, jak mu tam byo, no taki wity patriarcha,
ojciec rodu. Schodz z ajby i pytam:
- Jak si macie, moje dzieci?
Jadziunia uperfumowana, a w nosie krci, pierwsza nastawia policzek, a potem po kolei dzieci. Dla
kadego musowo co jest z podry, a Jadziuni albo pantofelki, albo paltocik, albo sukienk, i to nie z
Bonesu byle tandeta, ale z Rotterdamu. Ja to ju taki: gulden - dwa guldeny wicej, ale eby pucu
nie byo: matka jedenaciorga dzieci - ona marynarza, nie wypada jej si przed koleankami
wstydzi, e to j nie sta na to, co inne maj. No, nie?
- Sprawiedliwie mwisz, Zbyszku, sprawiedliwie, a ona twoja na pewno jest dumna z ciebie, na
pewno ci kocha. Bo rzeczywicie jeste liczny chopak.
Zbyszek umiecha si. O, nieprzeniknione s drogi ludzkich pragnie. W jego kasztanowatych wosach
przebyska stare zoto. W opalonej twarzy jaskrawym bkitem migoc oczy.
Czstuj go papierosem.
- Dzikuj, niepalcy.
- A moe bymy wypili po kieliszeczku koniaku? Mam butelk dobrego Hennessy.
- O, dzikuj, niepijcy. - Zbyszek umiecha si. - Jak chcesz, Czajka, w Bahii zaprezentuj ci jedn, ju
pity rok, jak z ni chodz. Czarna jak szuwaks, ale w sobie cakiem, cakiem. Ma na wzgrzu niby po
naszemu chaup z bambusu i trzciny cukrowej.
Zobaczysz, bdzie czekaa na kei, z dziemi przyjdzie, mam z ni troje, ale chyba ju teraz czworo, bo
w poprzednim rejsie zacz jej si pity miesic. Dzieciaki nawet adne, rozumie si, e nie takie jak
Piotru; Marysia albo Tomek. Cakiem czarne to one ju nie s, ale biae te nie. Jej na imi uaninia.
Zabawne - nie? Dobra matka, dzieci czysto trzyma, tylko nie lubi ichniej kuchni. Cziurasko to zjem
nawet z apetytem, ale te placki z pomidorami, te ryby z jakimi liciami - z palmy czy kaktusa - to nie
na polski smak.
I dzieci te maj imiona do niczego niepodobne. Starszemu mwi Ja, dziewczynie Jzia, a maemu
Kuba, po kumplu, ktremu si w Bahii ycie nagle w szpitalu skoczyo. Ale ona je po swojemu
nazywa. Nie myl, e ja o nich nie dbam, wioz im, a jake, dwa koce - w Gdyni okazyjnie kupiem. Dla
uaninii kretonu czerwonego w zielone kwiaty na sukienk, ona lubi takie co kolorowe, u nich to
bardzo w modzie, a dla tego, co teraz miao przyj na wiat, grzechotk z orzekiem, eby wiedziao
od pierwszej chwili, e ojciec spod tego znaku - no, niby Polak.
- A dla Jasia, Jzi i Kuby? - pytam ciekawie, wcignita w sprawy czarnej rodziny Zbyszka.

- Dla dzieci? Dla dzieci kilo landrynek w blaszanej puszce w kwiaty - taka puszka to te dla nich skarb
rodzinny, bo i orzechy czy kukurydz, czy ziarno w ni wsypie. Jada te ziarna?
- Nie - powiadam - ziaren ich nie jadam, ale trzciny cukrowej prbowaam; na mj gust troch za
sodka.
Zbyszek si mieje.
- Za to ona nie jest, moe i za sodka, ale dla dzieci to bardzo zdrowe. Kiedy zabraem do Gdyni dla
moich biaych - to sobie z rk wyrywali. Trzeba, widzisz, uwzgldnia warunki etnograficzne. Ech,
zagadaem si z tob, a jutro niedziela, musz woszczyzn do rosou oskroba. Ros bdzie
z trzydziestu piciu kur.
I podpiewujc ruszy korytarzem w stron kuchni.
Wspaniay chopiec - mylaam idc do kabiny. - Niepalcy, niepijcy, tylko i jedynie miujcy i dumna z koleestwa z takim mskim mczyzn zasiadam do pisania wspomnie z mojej modoci.

Wieziemy z sob na M/S Mickiewiczu dziesi niedwiedzi, dwadziecia sarn i jeleni. Jest to dar
Zwizku Radzieckiego dla Argentyny. Dar czy moe wymiana, albowiem podczas jednego
z poprzednich rejsw polski statek zabra z Buenos Aires jakie zwierzta, ktre pozostawiono w
Rydze.
Codziennie odwiedzam zwierzaki, s one ulubiecami caej zaogi. Poczwszy od kapitana; kady
z osobna i wszyscy razem czujemy si ich opiekunami. Kapitan odkomenderowa jednego z marynarzy
specjalnie do karmienia i pielgnowania podopiecznych niedwiedzi, jelonkw i sarn. Z biegiem czasu
wszyscy poznalimy indywidualno misiw. Jednego z biaych syberyjskich niedwiedzi nazwano
Jankiem Muzykantem, bo cigle ap przebiera po elaznych prtach klatki, jakby gra na harfie.
Tego Janka Muzykanta najbardziej zaoga lubia:
- Jasiu, trzymaj si, jeszcze par dni bdzie buja. Trzymaj si, Jasiu, potem bdzie jak na stawie.
Ale biedny Jasio, nie przywyczajony do hutawki, chorowa. Nie chcia je, lea osowiay w kcie
klatki i paka: - Nie mog ju duej, to jest nie do wytrzymania. odek podjeda mi do szyi, apy
nie trzymaj si ziemi. Miso, ktre mi daj na niadanie, wzbudza we mnie wstrt i obrzydzenie.
Prcz jakich sznurw, patykw i beczek niczego nie wida, a dalej gdzie okiem sign, obrzydliwe
przestrzenie wody, ani jednego drzewa, ani troch zielonej trawy. Nie wytrzymam, nie wytrzymam
naprawd.
Olbrzymi jego towarzysz, rwnie syberyjski niedwied, ogryza wielk ko z opatki cielcej.
Gniewnym, surowym okiem toczy wokoo:
- Moczi, cziepucha, miedwied kak czeawiek wsio wydierit.
Tu przy schodkach staa klatka z niedwiedziem himalajskim - wyjtkowo zoliwym nienawistnikiem.
Zaprawd dziwny ten stwr mia jzyk podobny do dugiej, fioletowej wstki, ktra stale zwieszaa
si z jego czarnej mordy. Po prawej stronie rufy stay cztery klatki z dobrymi, serdecznymi misiami,
ktre byy nad podziw towarzyskie i przepaday za cukierkami. Codziennie te zanosiam im pokan
porcj sodyczy.
Nienawidz ogrodw zoologicznych, cierpie nie mog widoku klatek z uwizionymi zwierztami.
Patrzc na ich niedol wstydz si, e nale do czowieczego rodu.

Misie-akomczuchy ju na sam widok moich ng wspinajcych si po elaznej drabince wpaday


w sza:
- Uuuhu, huhu, uuu - nioso si hen daleko po wodzie. opot brezentu, wycie wiatru, ryk morza
walcego o burt, a ponad wszystko:
- Uuu-u-huhu, cukierki. Czajka idzie, cukierki, dawa cukierki. Czajka do nas, tu do nas.
Czepiajc si brzegw odzi ratunkowych, elaznej porczy, brezentem pokrytych skrzy nie znanego
mi pochodzenia, pchana od tyu si wiatru, z kieszeniami penymi cukierkw, pomalutku
wdrowaam do pastwa niedwiedzi.
Sarny i jelenie niezmiernie smutnym spojrzeniem brzowozocistych okrgych oczu oskaray niemo.
Przechodziam przed ich klatkami z opuszczonymi powiekami. Gdyby to byo na ldzie, w nocy otworzyabym ich klatki, niechby ucieky, niechby w ucieczce poniosy mier. Byoby to po stokro
lepsze, ale tu, na pnocnym Atlantyku? Nie ma ratunku, znikd pomocy...
- U-u-u-hu-hu-hu - wzyway moje buroczarne niedwiedzie.
- Ci-ci-cho! Ju id.
Okazyway mi rado - pieszczotliwe, przymilne, tak agodne, e goymi rkoma podawaam im
cukierki. apczywie ssay, gryzy, poykay:
- Huhuhuum - jeszcze da, jeszcze, je-szcze-ee! - szalay w paroksyzmach akomstwa, nienasycenia,
podliwoci.
- Najmilsi, najmilsi, braciszki moje bure - nie tak gwatownie. Powoli, spokojnie. Dziesi kilo te
byoby dla was za mao. Co ja poradz? Ju trzy zielone talony (na statku nie paci si pienidzmi,
wykupuje si talony w Gdyni na dworcu morskim i talonami paci si w kantynie u intendenta), ju
trzy zielone talony, kady po 50 zotych, wydaam, a przecie to dopiero pocztek rejsu... Jeli
bdziecie tacy zachanni, nie przyjd do was wicej...
Wycigaj kosmate apy, pociesznie wykrzywiaj nosy. Po kolei podaj kademu cukierek do pyska.
Wygldaj jak chopi, ktrych widziao si na Podkarpaciu pidziesit lat temu. Chopi w kouchach,
brodaci, wsaci, nie strzyeni. Maj chyba tylko agodniejsze i mniej chytro-podejrzliwe spojrzenie.
- Um hu hu.
Bior w rce ap mojego misia; ma dugie, czarne pazury, gadz poduszeczki na wewntrznej
stronie, gadz futerko i mwi:
- Kochane misie bardzo lubi cu-kier-ki. Babcia przyniosa dla was po sze sztuk na gow, tylko nie
cieszcie si tak haaliwie - waszego himalajskiego kuzyna denerwuje najmniejszy dwik, a ten
gony ryk wprawia go w istny sza. Syberyjski ponurak gotw z braku kogo innego rzuci si na JankaMuzykanta.
Ja nie lubi sodyczy, a kuzyn himalajski wre nienawici i do cukierkw, i do was, i do mnie.
- Ty przemdrzaa stara klpo! Wrr-wr, ach, ebym mg wyama te prty, wr-rr-rrr, ach, ebym
mg si do ciebie dorwa rr - urrr - zaaplikowabym ci krtk histori materialistycznego
pojmowania dziejw. Cu-kier-ki, lito, cierpienia ludzkoci, filozofia katolicyzmu - metafizyczne
tsknoty do Boga i najskryciej, najgbiej ukryta nadzieja, e brat da dolary! Duo, duo dolarw! Ech,
ty stara, ckliwa mapo, eby wiedziaa, jak si ciebie brzydz.

- Czajka, Czajka, od dziesiciu minut gong woa na obiad! Co ty tam znowu wygadujesz. Czekamy
z obiadem. Na statku obowizuje dyscyplina.
Gos kapitana, dochodzcy z niszego pokadu, zaguszy opot wiatru i szum rozkoysanego oceanu.
- Schodz, ju! Przepraszam! Id! Lec! Nie syszaam gongu, bardzo przepraszam.
Pobiegam do drabinki - w ostatniej chwili uczuam, e kto z tyu zapa mnie za dolny brzeg sukienki.
Nie cofajc si odwrciam gow. Himalajski kuzyn cignie mnie za wenian spdnic. Szarpnam
si z caych si.
- Wrr, kretynko, ju ci miaem, tymczasem udao ci si wymiga. Ale poczekaj, poczekaj, jeszcze nie
koniec rejsu, jeszcze ja ci na te wszystkie twoje duperele odpowiem.
Schodziam z drabinki na lekko drcych nogach, zmiko mi co nagle w kolanach. W jadalni
przysunam si blisko do stou, nikt nie zauway, e w spdnicy brakuje caego brytu.

Rozdzia III
Czy naprawd staro jest najciszym okresem ycia? Stoj na mostku kapitaskim, po prawej
stronie burty. Dzi w nocy przez bulaj zobaczyam wiateka. Czyby to ju brzegi Hiszpanii? Zapaliam
papierosa i w nocnej koszuli stanam przed bulajem. Hiszpania! Najbardziej romantyczny,
a jednoczenie najbardziej katolicki ze wszystkich krajw Europy.
Amerykaskie papierosy camele po moich polskich mentolowych - cigle jeszcze wydaway mi si
duszce...
Kraj Don Kichota, El Greco, Goyi - ojczyzna Kolumba, ojczyzna inkwizycji, ojczyzna starej Pilar z Komu
bije dzwon Hemingwaya, ojczyzna Garcii Lorki i kraj, w ktrym teraz rzdzi genera Franco...
Pamitam, jak niegdy, przed wojn, w malutkim miasteczku o jakie 30-40 km od Barcelony - na
rynku, tu prawie pod byszczcym, zocistym talerzem cyrulika, jadam poziomki-olbrzymki z cukrem.
Talerz cyrulika, jak kopia ksiyca na ziemi, przyciga oczy. Jednopitrowe domy okalay rynek, okna,
bronione elaznymi kratami, woay o serenady.
- Bellusiu, napij si wina. Jest gste, sodkie i mocne. Obawiam si, e bez tego wina nigdy do gbi
nie odczujesz poezji tego miasteczka...
Talerz cyrulika sta we wasnej powiacie. Z brzowo-rudych gr, ubranych ciemn szczotk lasw,
spyn pachncy, ciepy wietrzyk.
Piam duszkiem sodkie, chodne wino.
Jestem Sanczo Pansa - mylaam pod talerzem cyrulika - a mj bdny rycerz z wczni u boku walczy
ze stadem baranw. Jestem Sanczo Pansa, najwierniejszy pachoek Wielkiego Szaleca. Jestem
rozumn odwrotnoci obdu. Czy aby naprawd rozumn? I czy aby odwrotnoci?
- Jedziemy! - M mojej przyjaciki, Dorki, siedzia ju przy kierownicy.
- Nie zdyam przecie dopi wina - aliam si siadajc do auta. - Po co ten popiech?

- Ach, ty nieprzytomna wariatko. Nie syszaa nawet strzaw? Nie widzisz, e rynek w jednej chwili
opustosza? Naprawd ani tu, ani w Barcelonie, nigdzie nie mona mie chwili spokoju. Wojna
domowa to najcisza klska, jaka nawiedzia ten wspaniay kraj.
No c, Sanczo Pansa? Nadbrzene wiata Hiszpanii byskay w ciemnociach nocy.
Ile to lat mino od tego talerza cyrulika i odwrotnoci obdu? Trzydzieci dwa? Trzydzieci pi?
I co? Stado baranw zwyciyo. Chudy rycerz skry si w gaju oliwnym i czeka. A moe go
pochwycili? A moe i jego rozstrzelali? Kto to sprawdzi? Kto potrafi na nie dajcej si ustali licie
zamordowanych odnale Don Kichota? Gdzie si podziaa rozumna odwrotno obdu?
Przez bulaj wchodzia czarno niczym ju nie migoccej nocy. Plama atramentu - kleks zjad wiat.
Zgasiam duszcego camela i pooyam si do ka.
O wspaniaa, mdra, odwana Pilar... Pilar, jedyny mj wzorze, jedyny, do ktrego chciaabym by
podobna.
Nastpnego dnia wiatr przesta baroy w linach masztowych i M/S Mickiewicz nareszcie porzuci
hopy-galopy i gadko popyn przeznaczon mu drog morsk. Pierwszy to raz od pocztku rejsu
powietrze si ocieplio i agodne, oywcze tchnienie przenikno do puc.
- Mijamy Mader - powiedzia Bielicz.
Madera. I znowu przed oczyma stany mi biae kamienie, ktrymi wybrukowany jest Funchal. Woy
cigny mae sanki. Kiedy to byo? Ach, tak. Rejs Batorym w 1936 roku. Nad podziw pikna Lena
Eichler, Monika eromska, Andrzej Strug ze swoj urocz on Nelly, Dziunia Kiewnarska - crka
znanej z przepisw kulinarnych pani Elbiety, przemiy pan mecenas Minkiewicz - ojciec naszego
Janusza, urzekajcy wdzikiem Wieniawa-Dugoszowski ksi Pepi dwudziestolecia; smuky,
o pocigej twarzy, znakomity podrnik i pisarz nawczas ju znany, autor Ryb piewajcych w
Ukajali (ktr to ksik podbi czytelnikw) - Arkady Fiedler; wietna malarka Teresa Tyszkiewicz
i tylu, tylu innych.
W Lizbonie na cze Batorego wczesny ambasador Polski, Roman, wyprawi bal.
Pamitam wszystko, jak gdyby to byo wczoraj wieczr. Lena Eichler nosia dug sukni ze
srebrnobiaej frdzli, a Monika eromska wygldaa jak pomienny mak w swojej czerwonej sukni.
Z ciemn gow, o przepiknych sarnich oczach, wydawaa mi si egzotycznie nierealna, pena
nieporwnanego wdziku.
Niestety ja tego wieczoru nie zachwyciam niczyich oczu.

Stryj mj, ktry oczekiwa Batorego na kei Lizbony, by nawczas dyrektorem Izby HandlowoPrzemysowej, czonkiem Akademii niemiertelnych - autorem wietnego dziea o Maranach.
Zosta on uroczycie przyjty przez naszego kapitana Borkowskiego, ktry przy powitaniu wrczy mu
na tacy bochenek chleba z Polski ze sowami:
- Oto chleb naszej ziemi, a oto siostrzenica - pchn mnie lekko w jego stron.
Stryj by bardzo wysokim i piknym mczyzn. Mia ciemne oczy, z ktrych wyzieraa dobro
i mdro. Pochyli si nade mn i powiedzia:
- Chleb naley pocaowa, a ciebie chyba ugry.

Czuam si zawstydzona i oniemielona, bo wszyscy na nas patrzyli. Potem kapitan poprosi stryja do
baru na drinka, stryj zabra mnie i posadzi przy stole. W pewnej chwil; spyta po cichu:
- Kogo pragnaby zaprosi z twoich towarzyszy podry? Auto czeka na wybrzeu i chciabym, aby
Lizbona pozostawia po sobie jak najlepsze wspomnienia. Moja ona Agata i crka Teresa s w aucie na razie obejrzymy miasto. A potem pojedziemy do najpikniejszego ogrodu jednego z moich
angielskich przyjaci. Ogrd ten na caym naszym kontynencie uwaany jest za smy cud wiata rosn w nim drzewa przywiezione z Nowej Gwinei. Dziki troskliwej opiece przyjy si, czuj si tutaj
jak w ojczynie. Wska mi swoich przyjaci, a ja ich zaprosz, aby potem w domu mile wspominaa
pobyt w Lizbonie.
Powiedziaam szeptem, e pastwo Stypiscy, czyli Lena Eichler i m jej Bogdan, na Maderze zabrali
mnie autem na wycieczk i e Arkady Fiedler w portach, ktre ju zwiedzilimy, zaprasza mnie
zawsze na kaw, a w Barcelonie podarowa mi przeliczny flakonik z perfumami i... i... i e naleaoby
si zrewanowa.
Stryj zaprosi Stypiskich i Arkadego. Z wycieczki tej pamitam par zabawnych incydentw. A wic
w najwspanialszym ogrodzie Anglika Lena i ja ulegymy niespodziewanemu a przemonemu atakowi
miechu. Bogdan fotografowa rozliczne cuda przyrody, stryjenka Agata i Teresa staray si nas
uspokoi, ale wysiki ich byy daremne.
Siedziaymy z Iren pod egzotycznymi drzewami z Nowej Gwinei i dosownie pkaymy ze miechu.
Nie mog sobie przypomnie przyczyny tego szau, ale potrzeba miechu bya tak okrutna, e
doprowadzia nas do cakowitej utraty przytomnoci. Atak szau. Z oczu pyny zy, cae ciao
wstrzsay drgawki, nie miaymy siy stan na nogach. Plec na awce, popadymy w rodzaj
epilepsji. Turlaymy si, pakaymy ze miechu - traciymy oddech i po krtkich chwilach
zachyni na nowo z garde naszych wysypyway si jakie trele, gamy, zduszone piski - niepojte
dwiki. Stryj ze stryjenk Agat przygldali nam si z rosncym niepokojem.
- Bellusiu, postaraj si opanowa, to nie jest dobre na serce, o mj Boe, co si z tym dzieckiem
dzieje? Cakiem posiniao, tchu zapa nie moe. Co ci jest? Opamitaj si... creczko, czy, czy
zdarzyo ci si ju kiedy co podobnego?
Zaciskaam palce, piciami waliam si w piersi, Lena robia to samo.
Stryjenka Agata zadecydowaa:
- Samuelu, musisz pojecha do miasteczka i przywie tu lekarza, one trac przytomno, to moe
lada chwila skoczy si katastrof.
Stryj niezdecydowany patrza na nas smutnymi oczami.
- Konam. O Boe, konam... nie mog wicej, nie mog...
- U-mie-ram - wtrowaa mi Lena.
- Wariatki! W tej chwili przestacie! Rozumiecie? Natychmiast przesta, bo jak si do was wezm, to
si wam odechce tych histerii. Cicho ju! Ale to ju!
Bogdan z aparatem w rku gronie stan nad nami.
Jeszcze parsknicie, jeszcze kilka ez, jeszcze par gbokich westchnie i jak po burzy nastpia ulga.
Arkady Fiedler tumaczy stryjowi:

- Och, prosz pana, jej - tu wskaza na mnie - wcale niepotrzebny jest powd czy te przyczyna do
miechu, jej wystarczy pokaza palec, a cay dzie bdzie pka ze miechu. To jest w niej
fizjologiczne - brak jakiejkolwiek logiki, to co znamionuje w niej bezmylno -- ona tkwi w czym
w rodzaju rolinnego bytowania.
- No, dobrze - powiedzia stryj - bardzo dobrze, e wam to przeszo. Pojedziemy teraz do najbliszego
miasteczka i tam zjemy obiad, a do obiadu dostaniecie czerwone, musujce wino.
Jedlimy obiad w biaej, oddzielnej salce i nie pamitam dzisiaj, comy tam jedli, ale pamitam, e po
deserze, przy czarnej kawie, stryj oznajmi nam, e stryjenka Agata ma pikny gos i od duszego
czasu ksztaci si w piewie. Naturalnie Arkady, Lena i ja poczlimy usilnie prosi, aby stryjenka nam
co zapiewaa. Z pocztku zaprotestowaa. Tumaczya, e bez akompaniamentu nie wyjdzie, sowem
certowaa si, ale w kocu ulega.
Musz zaznaczy, e stryjenka Agata bya dosy korpulentn dam i obawiaam si, e piew jej da
nam asumpt do nowego ataku, ale romanca bya naprawd pikna. Nie rozumiejc sw, mimo to
rozumiaymy...
Pamitam, e w drodze powrotnej dostaam od stryja cay bukiet kamelii. Rowo-czerwony bukiet
o lnicych, jakby lakierowanych, ciemnozielonych liciach. Stryj siedzia naprzeciwko mnie w wielkim
aucie. Migay drzewa oliwne, migay tym kwiatem osypane mimozy. Portugalia pachniaa jak
narcze kwiatw. Jedn row kameli wyjam z bukietu i przypiam do wosw. Stryj si
przechyli i poprawi mi kwiat nad uchem, a dotknicie jego dugich, szczupych palcw sprawio, e
poczuam metafizyczny niepokj.
- Jeste podobny do stryja Marka - powiedziaam.
- Nie, to on jest do mnie podobny, jest przecie modszy ode mnie. Ale, ale ty podobna jeste do
swojej matki.
Nagle przypomniaam sobie, e stryj i mamusia sympatyzowali ze sob i e mj ojciec by troch
o stryja zazdrosny.
Niedostrzegalnie zaczam go obserwowa. Naprawd by szalenie przystojny, by wicej ni
przystojny.
- Pjdziemy dzi na bal do Polskiej Ambasady. A, a czy masz adn sukienk? - umiechajc si zapyta
stryj.
Miaam dwie wieczorowe sukienki. Jedna z czarnego jedwabnego woalu, bardzo dekoltowana. Nie,
nie z przodu, lecz z tyu. Wtedy bya taka moda pokazywania goych plecw. Druga? Ach!
z fioletowego cikiego jedwabiu, z trenem. Pomylaam:
Przypn rowe kamelie na ramieniu i we wosach.
W tamtym okresie ycia podobay mi si jeszcze literackie pointy w garderobie. Dopiero o wiele
pniej nauczyam si widzie sukni jako pojcie pierwsze, bez literackich reminiscencji.

Wieczr by wspaniay. Monika eromska, Lena Eichler, Nelly Strugowa... Cay orszak najpikniejszych
dziewczt i kobiet olniewa oczy.
Orkiestra graa. Panowie we frakach, panie w dugich sukniach. Iskrzce si yrandole, kolorowe
wiata. Przez okna wpywaa ciemnoniebieska noc. Nie ciemna, o nie! Niepodobna do nocy polskiej,

niepodobna do nocy francuskiej, angielskiej czy te woskiej. Ciemnoniebieska, od rodka jakby


nasika wiatoci noc staa w oknach Ambasady Polskiej.
Stryj taczy ze mn tango. Stryjenka z kuzynk Teres, zmczone wycieczk, pozostay w domu.
- Chcesz - pjdziemy do bufetu. Czy lubisz skorupiaki? Tutaj s wspaniae.
Czuam jeszcze rk opasujc mi tali.
- Przepadam za langustami, ostrygami, a nawet krewetkami.
Na rozsunitych, okrgych stoach byo wszystkiego ponad miar. Stryj naoy na dwa talerze
homara, zabra pmisek z ostrygami i da mi do rki butelk wina.
- Ot, tam w rogu jest stolik, tam spokojnie zjemy kolacj.
Zjedlimy ca langust z majonezem. Wypilimy butelk wina.
Ciemnoniebieskie niebo byo tem dla lici drzew araukarii, ciemnoniebieska kotara nocy - daleka od
czerni - otulaa nas pieszczotliwym aksamitem.
Stryj uj moj rk. Poczuam si bardzo zaenowana, bo nie miaam polakierowanych paznokci.
- Och! Nie patrz, nie patrz - one s brzydkie, od Warszawy nie robiam manicure.
Stryj podnis moje brzydkie rce do ust i caowa wntrze doni.
- Nic podobnego, masz liczne rce. Zupenie jak rce maej dziewczynki. Wanie takie rce lubi
najbardziej. To s nagie i przyzwoite rce.
Och, jaki by pikny we fraku; z t podugowat twarz jak z obrazu El Greco, z ciemnymi jak burza
oczyma i niewiarygodnie maymi ustami pod strzyonym, ciemnym wsem.
- Napijemy si jeszcze - prawda?
Wsta i poprzez rami nalewa do szklanki ciemnoczerwone wino.

Mijamy teraz brzegi Portugalii. Czy naprawd poczuam niky zapach widncych kwiatw kamelii?
Noc umara jedna z naszych sarenek. Miaa brzowe z czarn obwdk oczy, mikki nos - jakby
uszyty z ciemnego zamszu. Cierpiaa na morsk chorob i od tej pory nie moga ju sta na nogach, a
lega w kcie swej klatki.
Nie jestem pewna, czy ludzie z ldu wiedz, co oznacza ten krtki dwik bul-bul? Bul-bul na morzu
znaczy pogrzeb. Spuszcza si z deski ciao w wod. A ono egna wiat dwikiem: bul-bul.
Urzdzilimy uroczysty bul-bul sarence. M jej, jele, tej samej nocy zgubi rogi.
Chodziam cay dzie bardzo markotna - pikne powobrzowe zwierz takie agodne i rzewne miao
spojrzenie.
ni mi si czsto, e le na dnie oceanu wrd kolorowych raf, wrd olbrzymich bladorowych
muszli. Rekin - duga, wrzecionowata ryba - pynie nade mn... Boj si, we nie serce na chwil bi
przestaje. Boj si, boj si straszliwie - bo widz, e z boku zmierza ku mnie elektryczna ryba: jest
czarna, wska jak tasiemka - zwija si, to znw si rozwija. Gow ma jak mija. Wcale nie jest dua,
ale we nie wiem, e jeli tylko mnie dotknie kocem ogona, jeli mnie ruszy, ciao moje przeniknie

piorun. Niedua, czarna tasiemka w skrtach wygina si, a jej lepe oczy widz mnie. Strach
obezwadnia wszystkie czonki. Nie, to nie moe by prawda, to jest zbyt straszne, to si tylko ni.
Och, jak dobrze znam i ten strach, i t ucieczk w sen. Ilekro podczas wojny i okupacji stawaam oko
w oko ze mierci, powtarzaam rozpaczliwie: To sen, to nie moe by prawd... to tylko sen...
Wieczorem dwch kumpli zaprosio mnie na ochlaj.
Nie pijam ju teraz wdki. Wiek, choroba serca - kiedy bya ze mnie nieza moczymorda, ale to byo
dawno, bardzo dawno.
Siedz na krzele obok koi, ktr zajmuj obaj zalani kumple. Jeden z nich dugo, drobiazgowo
opowiada jak rodzinn histori, zaczynajc wci od pocztku. Sprawa przedstawia si
beznadziejnie, a nawroty wci tych samych szczegw s jeszcze bardziej pospne. Wszystko razem
ma w sobie co z powieci Kafki.
Ot kumpel ma szwagra, to jest ma siostry. M siostry, czyli szwagier, nazywa si Witkowski.
Siostra ze swoim mem, czyli pastwo Witkowscy, mieszkaj w Warszawie, Mokotowska 9A. Bardzo
wane jest to A, bo przy Mokotowskiej ulicy znajduje si numer 9 bez A. Natomiast szwagier z on
mieszkaj przy ulicy Mokotowskiej 9A.
- Zrozum, Czajka! Mokotowska 9A, nie Mokotowska nr 9. Wic pogrzeb szwagra odby si we wtorek.
Kondukt pogrzebowy ruszy z Mokotowskiej 9A. Dostaem dwa dni urlopu, bo akurat bylimy w Gdyni.
Wic niewiele mylc kupuj czarny krawat, bo w Warszawie, wiadomo, bardzo na takie rzeczy
uwaaj, i jad prociutko na Mokotowsk 9A. Siostra-wdowa, te w czarnej sukni, welon aobny na
kapeluszu. Trumn wynosz, ja siostrze rami podaj, a Wandzia cichutko mwi:
Zdzisiek, widz twj czarny krawat i dzikuj ci.
I nic wicej, tylko zapakaa. Z rodziny przyjechao sze osb i ciocia Teresa z Ciechanowa - ciocia
bardzo religijna i akuratna osoba, czarny parasol w rce niesie i ksik do naboestwa w czarnej
oprawie. I wyszlimy z bramy Mokotowskiej 9A, a karawan pogrzebowy przed bram Mokotowskiej 9A
stoi...
Ju duej nie mogam. Drugi kumpel te chcia doj do gosu.
- Cicho sied, ju po pogrzebie. Szwagier pochowany, ja chc te opowiedzie, jak pojechaem do
Sochaczewa do rodziny. To bya fajna historia. Nie z tej ziemi! Powiadam ci, Czajka, nie z tej ziemi...

- Jutro Cap Verde - powiedzia kapitan Nierojewski przy kolacji.


Jedno z ciemnych wzgrz, ostro rysujcych si na wietlistym niebie, ma ksztat lecej gowy. To
gowa witego Wincentego, jak gosi legenda. Zamknite oczy, duy nos - mocny podbrdek
z grdyk. Kapitan pokaza mi to wzgrze i od razu zobaczyam gow. Przecie to nie adna legenda,
przecie bardziej realistycznej gowy mskiej nie mona sobie wyobrazi.
Kapitan zaciera rce i wydobywa z garda co, co mona by nazwa nawet miechem:
- Doskonale, doskonale.
Bardzo chudzi Murzyni w obszarpanych mundurach snuj si ju po pokadzie. Na wodzie wok
statku tacz dziesitki tubylczych odzi z kupcami proponujcymi na migi kaczany bananw, wielkie,
wochate kokosowe orzechy, mapki o byszczcych, smutnych oczach, z przewizanymi sznurem

pupami, szczeniaki biae w ciemne aty, o niewydarzonej budowie, czarne, chude prosiaki, ktre
ostrym kwikiem protestuj przeciw tego rodzaju wycieczkom morskim. Sznury malowanych na to
i amarantowo muszelek. wie. Olbrzymie, szumice muszle. (Mam tak jedn, z tych mniejszych,
u siebie na Karowicza. Ilekro wieczorem czuj tsknot za dalekim obszarem wd - przytykam
otwr muszli do ucha i w zgoa cudowny sposb sysz szum. Nie wiem, na czym to polega? Zaliczam
to zjawisko do tych cudw wiata, ktrych nie sposb wytumaczy, bo jak to moliwe, eby pusta
muszla zawieraa w sobie czstk tej prawiecznej symfonii oceanu?)
Postj w Cap Verde stanowi dla takich jak ja podrnikw wielk rozrywk. I blisko ldu, i widok
tubylcw, i upiona gowa witego Wincentego, i odzie z towarem, i czarni kupcy, sowem mam
zabaw na caego.
- Czajka, wyno si, nie widzisz szlauchu z benzyn?
- Odstp, Czajka, tu nie mona pali.
Krzycz na mnie, potrcaj, wymylaj.
Wchodz po elaznej drabince na wyszy pokad. Staj przy burcie.
Nagle przede mn wyrasta sylwetka jednego z robotnikw Oil Company. Boso, w drelichowych,
poszarpanych u dou portkach. Ndzna baweniana koszulka w pasy, rozpita z przodu, ukazuje
nieprawdopodobn chudo eber. Murzyn - kdzierzawy, z przekrwionymi oczyma i grubymi
wargami - byby wietnym modelem do plakatu: NIGDY NIE BYEM SYTY.
Cicho powtarza po dziesi razy to samo sowo: cigarro. ebrze o papierosa.
W jakim nagym przypywie miosierdzia (w pocztkowej fazie bardzo podobnym do febry) oddaj
mu znalezion w kieszeni swojej marynarki paczk giewontw.
- Czekaj tu - momentino - czekaj, mj czarny bracie, zaraz ci co przynios do jedzenia.
Prdko biegn do pentry, kraj dwie due, grube pajdy chleba, smaruj masem - okadam szynk,
tym serem - i wracam. Stoi! Stoi tam, gdzie go zostawiam. Chwytliwymi, brzowymi rkoma apie
podan mu porcj. Od razu zatapia w niej zby. Mj Boe! I ja w moim yciu poznaam gd, wiem,
jak to skrca kiszki. Nieraz powtarzaam szeptem:
..Od godu, od godu wybaw mnie. Wielki Boe!
I teraz patrzc na czarnego brata szepcz:
Od godu, od godu wybaw ich, Wielki Boe!
Zjad, zapali giewonta. Cicho podchodzi na palcach swoich czarnych ng. Staje o may krok przede
mn i nagle chwytaj moj do jego zwinne prawie jak u mapy rce. Rozumiem. Podzikowanie.
Bezszelestnie przesun si do elaznej drabinki. Nie widziaam go wicej.
Przymocowane do odzi latarnie rozbysy w zupenych ju teraz ciemnociach. Sysz, jak kapitan
z mostku wydaje rozkaz:
- Odbijamy!
Za chwil M/S Mickiewicz odwrci si od zbitego tumu odzi, od picego w grze witego
Wincentego, od lampkami rozjarzonego w tej chwili brzegu. Ich pochonie ciemno i my popyniemy
w ciemno.

agodny, ciepy wiatr pieci mi wosy.


Wielki Boe, nie daj by godnym tym, ktrych sam powoa do ycia.

Akurat dwa tygodnie mino, gdy kapitan Nierojewski nalewajc mi kaw do filianki owiadczy:
- Dzi przepywamy rwnik.
Soce stao tu nad gow, wdrapaam si na nawierzchni. Cholerne gorco! Od paru dni gwn
moj rozrywk byo obserwowanie latajcych ryb. (Mogabym teraz o nich napisa cay referat, tylko
nie wiem, jak si nazywaj po acinie, a boj si ichtiologw). Wyskakuj nagle z wody caymi
awicami, s srebrnoszare, migoc w powietrzu, potem znowu kryj si w morzu. Ich skrzela s
wielkoci ptasich skrzyde. Bardzo czsto zawadzaj o maszty i nieywe spadaj na statek.
Nazwaam je jaskkami morskimi. Kiwaam gow nad ich przemon tsknot za socem, ktra
nakazuje im porzuca morze i fruwa ladami ptakw.
- Zastanwcie si, jestecie rybami - woaam z burty. - Podniebne loty nie dla was, skrzela macie, nie
puca! Skrzela!
C! Cigno je soce.
Kucharz M/S Mickiewicza, Franciszek Pamplon, z ktrym od pierwszego dnia byam w wielkiej
przyjani - smay mi te rybki na male i mimo szczerej litoci, jak czuam do tych nieszczsnych
ptako-ryb, zjadaam je z wielkim apetytem.
Oddzielajc widelcem na talerzu oci ryby od bielutkiego misa, pocieszaam si tym tylko, e nie bya
apana - popenia samobjstwo. Ulega wypadkowi. Nie przeze mnie stracia ycie. I naprawd to
teraz jej ju wszystko jedno, czy zjedz j towarzyszki, kraby, inne morskie stwory, czy te Czajka.
Dzisiaj wyjtkowo duo ich wyfruno. Niebo jak niebieski klosz nasadzony na widnokrg. Niebo jak
lazurowa kopua.
- wiat jest niepojcie pikny - mwi wieczorem do Franciszka Pamplona. Przychodzi cichaczem do
mojej kabiny. W sekrecie gramy - o nieszczsna - w pokera... Gra w pokera - jako e hazard - jest
zabroniona na statkach polskich.
- Przecie gramy nie na pienidze, tylko na ambit - mwi do Franciszka.
Mistrz jest blady, chudy i chorobliwie wyglda. Rzeczywicie, nie mona si temu dziwi. Stoi tu na
rwniku przy garach. Gotuje, smay, piecze. Od blachy bije piekielne gorco. Sagany zupy, jarzyn,
kartofli. W piekarniku piek kurczta. Godnie witamy rwnik.
Na statku kuchnia wyborna. Marynarze to wybredni gocie. Niechby tylko pan Franciszek przesoli,
niechby tylko co przypiek, nie daj, Chryste Panie, co za burza si rozpta w mesie marynarzy. Bro
Boe kapitan, oficerowie, bro Boe pasaerowie - marynarze, wanie marynarze zaraz zwouj
zebranie i jak ci zaczn pyskowa jeden przez drugiego! Dwie godziny bd si wydziera.
- Od witu do nocy haruj - powiadaj. - Spiekota, wichry, szkwa - a tu czowiek ludzkiego arcia nie
ma i co sobie kucharz myli!
A nasz mistrz zacinite pici wznosi do gry:

- A otry - powiada - o otry, od jutra gotujcie sobie sami. Ja mam do tej pieskiej suby.
Niewdziczne psubraty, niczym im dogodzi nie mona. Psiakrew! w zby kuje. Zupa niedobra? Zupa
nie dosolona - le, zupa przesolona - le. Stacie przy rozpalonej do czerwonoci blasze - tu, tu, na
tropiku! A niech was!
Kucharz wstaje. Oba kuchciki wstaj. Kucharz cikim krokiem idzie do drzwi. Oba kuchciki gsiego
sun za nim. W wietlicy robi si cisza. Zbyszek szepcze mi do ucha:
- Le, Czajka, le za nim. Udobruchaj, uagod.
Zrywam si z krzesa i biegn za ywicielem.
- Panie Franciszku, kochany, miy, najmilszy. Chodmy do mnie, do mojej kabiny. Zagramy sobie. Cay dzie czekam na tego najdziwniejszego pokera we dwoje. Pan Franciszek mizernie dzi wyglda,
ani troch nie opalony, bladoty. Oczy mu wpady w gb oczodow, a sice a na policzki weszy.
- No to idziemy - powiada.
W kabinie robi miejsce na stoliku, odsuwam ksiki, odsuwam serwet. Za sztony su nam zapaki.
Zapaka to zoty.
Teraz ju tak dobrze znany rytm maszyn, ktry w pierwszych dniach wydawa si nieznony, dawno
przesta mi przeszkadza. Maszyny to serce statku. Bicia serca si nie syszy - dopiero najmniejsza
zmiana rytmu kae nam nastawia ucha.
Za bulajem srebrn drog wyznacza ksiyc: srebrn, drgajc - najpikniejsz szos wiata.
- W puli jest osiemnacie zotych - owiadczam trzymajc w rku trzy asy. - Otwieram. - Gos mj
brzmi twardo i nieubaganie.
- Chleba nie je, a wej.
- Ile da?
- Jedn.
Pan Franciszek przymkn powieki. Daj mu jedn, sobie bior dwie.
- Prosz? Pan ma gos.
- Czekam - mwi szeptem.
Powoli spogldam w swe karty. Trzy asy i dwie dziesitki.
- Osiemnacie zotych - szepcz triumfujco przez zacinite gardo.
Moment milczenia, a potem:
- Osiemnacie i jeszcze dwadziecia. Razem trzydzieci osiem.
Ach, on myli, e mam trjk.
- Te trzydzieci osiem i jeszcze czterdzieci.
Chwila pena napicia. Srebrna droga za bulajem wiedzie donikd, nie mona po niej chodzi. T
drog mog tylko pyn delfiny. T drog mog pyn latajce rybki, ktre mi czasem smay na
niadanie obecny tu pan Franciszek.

Pan Franciszek siedzi z przymknitymi oczyma.


- Chleba nie je - powiada - ale zrobi te czterdzieci i jeszcze osiemdziesit.
Cisza. Maszyny wystukuj rytm wszystkich bijcych serc na statku.
- Co? Jak? Czterdzieci i osiemdziesit?? (Ten dra albo bluffuje, albo ma czwrk).
- Dodaj!
Odkrywam karty. O, jake mizernie wyglda mj asowy ful wobec tego koloru! Pi kierw. Nie
poker, nie! Ale pi kierw.
- Jak drut - powiada Franciszek.
Zapalam papierosa.
- Ile jestem duna?
- C? Drobnostka: trzydzieci osiem, czterdzieci osiem i osiemdziesit - to razem sto szedziesit
sze zotych...
Wiem, e po cichu pka z tryumfu.
Wycigam z pudeka trzy zielone talony.
- Prosz, bardzo prosz. A reszta zostanie na zarybek, co?
- Ale tak, naturalnie, niech pani wemie talony. W Gdyni si rozliczymy.
- Co znowu! Mam jeszcze osiemnacie talonw. Nie! Musi pan wzi, bo inaczej nie bdziemy gra.
Pan Franciszek niedbale wpuszcza talony w kiesze swojej biaej bluzy.
- Ale to ci byo!
Umiecha si, a ja oddycham z ulg.
To bya diabelsko mocna gra i czuj ca sob, e ycie to wspaniaa historia.
Srebrna szosa, drgajca srebrna szosa na pewno nie prowadzi do miejsca, gdzie by tak mona byo
wieczorkiem przyzwoicie zagra w pokera.
- Panie Franciszku, kochany panie Franciszku, a co pan planuje na jutrzejszy obiad? Pan wie, e dla
mnie jedzenie to, to sprawa bardzo serio.
Pan Franciszek umiecha si dobrotliwie. Czstuje mnie papierosem.
- Jutro? - powiada - jutro czwartek, no to bd flaki po warszawsku...
- Och, kochany pan Franio! Pasjami, pasjami uwielbiam flaki! Rwnik, tropiki. Nie, nic mi nie odbierze
apetytu. A przyprawa? Ma pan majeranek, ma pan parmezan?
Twarz pana Franciszka przybraa wyraz wyniosej godnoci.
- Wszystko, co si naley flakom, bdzie podane.
- No to ile jest w puli?

Srebrny, drgajcy gociniec za bulajem, w grze niebo. Wielka Niedwiedzica zostaa po tamtej
stronie rwnika. Na niebie jasno, ostro rysuje si Krzy Poudnia. Obca konstelacja, obce niebo.
Wychylam gow przez bulaj.
Psiakrew! Niebo dostao wysypki. To ju nie gwiazdy, to prawdziwa ospa, odra czy szkarlatyna.
Chciaoby si przysypa talkiem. Tyle tego, e a... nieprzyjemnie.
- Czego tyle?
- No, tych gwiazd.
- Niech pani nie patrzy na gwiazdy. Niech pani patrzy w karty.
- Kto otwiera?
- Pani otwiera.
Mam trzy damy, ale ju nie mam poprzedniej pewnoci.
- Ile w puli?
- Dwadziecia zotych.
- No, to otwieram z dziesicin. Wchodzi pan?
- Chleba nie je, a wej.
Stukot maszyn, agodny ciepy wiatr i srebrna droga...

Rozdzia IV
Sidma rano, za godzin bdzie gong na niadanie. Usiadam na deskach, plecami oparta
o ratownicz szalup. Gorco w kabinie nieznone, nie pomagaj oba wiatraki, spa nie mona,
pomimo e le goa, niczym nie nakryta. W pasie tropikalnym daj nam codziennie due puszki
z sokami. W Warszawie nawet w Delikatesach kupi tego nie mona, a tu daj za darmo. Najwicej
lubi ten sok urawinowo-borwkowy, nie za sodki, a ma doskona goryczk na upay. Trzymam
moj puszk w pentrze i popijam. Wodnik mi siedzi w brzuchu. Pij i pij, a coraz bardziej chce mi si
pi. W pasie tropikalnym dostajemy codziennie cytryny i pomaracze, a do obiadu i kolacji czerwone
wino. Wino chroni od bakterii, wytumaczy mi pan Franciszek. O 12 obiad. Po obiedzie i po kolacji od
razu kad si spa. Wino mnie oszaamia, z miejsca zasypiam.
nio mi si, e Antoni Sonimski przyszed do mnie na Karowicza, w czarnym smokingu z bia
chusteczk w kieszonce. W rku trzyma cae narcze modziutkich, tych sonecznikw.
- Niesprawiedliwie ci sdziem - powiedzia i pooy przede mn na pododze te te soneczniki. Od tamtego wieczoru w Paryu, kiedy wygupia si z t skorup langusty, od tamtego wieczoru
czuem do ciebie pewn niech. Dziwiem si Jerzemu, e si z tob oeni. Dranisz mnie jako
zjawisko. Ja i Wells posiadamy to, co na Wyspie ceni si najbardziej - posiadamy umiar i rezerw.
Dranisz mnie twoj wulgarnoci, rozwydrzeniem, gwatownoci, jaskrawoci. W ogle wszystkimi
grzechami gwnymi i ubocznymi...

Podniosam z podogi mae soneczniki na dugich odygach. Wyskoczya z nich mysz i prdko
smyrgna gdzie w bok.
- Czy ty przynis mysz? - zapytaam przestraszona.
- Znowu zaczynasz swoje idiotyzmy i zostaw, prosz, kwiaty, one nie s przeznaczone dla ciebie.
Usiadam na ku i pakaam. Baam si, e mysz wrci, i wstydziam si, e jestem taka wulgarna,
jaskrawa i rozwydrzona. Zoyam rce i prosiam:
- Przebacz mi, Antek. Ja si zmieni, zobaczysz, ja nigdy ju nie bd. Ja si postaram, tylko, tylko
zabierz t mysz. - Antoni obrci si do mnie plecami i milczc patrza przez bulaj. - Przebacz mi,
Antek. Och, jak mnie bol twoje zarzuty i powiedz, dla kogo przyniose te kwiaty?
- Nie zgrywaj si. Do tych wygupw. Od pierwszych dni wiadomego ycia byem pacyfist.
A jeli mysz wrci? Moe potrafi przedosta si jak dziurk do ssiedniej kabiny i skd wzia si ta
mysz w kwiatach? Cae ycie podziwiaam jego poezje. Jeszcze dzisiaj umiem na pami Czarn
wiosn, wikszo sonetw i to, to:
O, odejd! Do brawa nie mamy ju si,
O, id! Niech kurzawa przysoni i py
Twj tors obnaony i zoty.
Jeli on mi nie przebaczy? Jeli umr bez jego aprobaty? Gorzkie ycie i gorzka mier.
- Ju nie bd, przysigam ci, ju nigdy nie bd. Odwr twarz w moj stron i bagam, umiechnij
si do mnie.
- Stary wygup. Przesta bajdurzy. Grasz mi na nerwach. We kwiaty i zanie. Ty sama wiesz, komu
i gdzie. Przede mn nie musisz si zgrywa, dla mnie jeste celofan, przezroczysty celofan. No, marsz!
Ju ci nie ma.
Podniosam soneczniki z podogi i wyszam z kabiny. Nie mam pojcia, komu odda te kwiaty, on
mnie uwaa za stokro inteligentniejsz, ni jestem w istocie. Celofan - powiedzia, przejrzysty
celofan, a ja nie wiem, komu mam odda te kwiaty. Moe je zanie kapitanowi Nierojewskiemu? Ech
nie, to byoby za proste, a zreszt sam na pewno by u kapitana. Nie pi whisky, bo co tam z
odkiem nie w porzdku, ale chyba pi herbat...
Szam w stron rufy, a morze jak niebieska emalia migotao srebrem, zaamywao si w lapis-lazuli, to
znowu odchylao rbek szmaragdowych przepaci.
A moe on chcia, ebym rekinowi rzucia te kwiaty? Wychyliam si za burt - spokj, cisza, ani
jednego rekina. awica latajcych rybek wyskoczya do gry, srebrem migna w powietrzu i nagle
ukrya si w wodzie.
- U-u-u, bhu. W-huu. - To niedwiedzie zwszyy blisko mojej osoby. - Cu-kier-ki, chcemy cu-kierkw.
Weszam powoli po elaznej drabince. Himalajczyk fika kozy. Na mj widok pospnie przymkn
oczy i schowa za siebie apy.
- Aha, chce mnie zapa za sukni.
Ostronie minam jego klatk.

- Uhu, bhu, whu - ryczaa jak optana trjka szaroburych polskich misiw.
- Da-waj, da-waj, da-waj cu-kier-ki...
Szam w ich stron. W klatce syberyjskich Janko Muzykant drzema na kupie siana - zmczony
upaem, wycign si jak dugi. Od czasu do czasu gra mu pod skr misie. Z prawej strony
siedzia tu za prtami klatki drugi biay niedwied...
Nagle jak byskawica olnia mnie prawda. Ach, to jemu mam poda kwiaty od Antka. Boe, jakie to
proste i zrozumiae. Jak jestem kretynk. Stanam trzy kroki od elaznych prtw, ukoniam si
nisko:
- Antoni Sonimski prosi mnie, ebym w jego imieniu wrczya panu te kwiaty.
Niedwied nawet nie spojrza na te soneczniki.
- U-hu, bhu, wphu - wyy trzy szarobure misie.
Zoyam jeszcze jeden niziutki ukon i pomknam do moich niedwiedzi. Wysuway nosy zza prtw.
Oblizyway si zawczasu:
- Dawaj, dawaj, dawaj - krzyczay.
Prdko, prdziutko wyjmowaam z papierkw karmelki.
- Masz, masz, masz. Szybko zjadajcie, spieszcie si.
Ssay, oblizyway si i nieludzko wyy. Wyy i wyy. A mnie to wycie obudzio.
Co to jest? Gdzie jestem? Ach, tak, M/S Mickiewicz, poudniowy Atlantyk... To syrena okrtowa
wyje - alarm. Prdko, prdko! Wyskakuj na pokad. Alarm? Co si stao? Koo odzi ratunkowych
grupa marynarzy w pasach. Wracam pdem do kabiny, wycigam mj pas z grnej szafeczki.
Psiakrew! nic z tego nie bdzie! Mj biust! Psiakrew! - ten biust. Z takim biustem musowo uton. Na
korytarzu natknam si na pierwszego inyniera, Maruszewskiego.
- Kochany panie inynierze, nie dam rady z biustem, nie mog zwiza tasiemek.
- Jak? Co?
- Alarm - wszyscy w pasach ratunkowych... mj pas utkn mi tu pod brod, nie starcza tasiemki...
- Ale Bellusiu, to tylko wiczenia. Pani nie musi wkada pasa. Pani nie zejdzie do odzi ratunkowej.
Jeli pani ma ochot, prosz si przyglda z tego pokadu, to s wiczenia.
- Boe, wita racja! Przecie przy niadaniu kapitan Nierojewski uprzedzi mnie, e bdzie syrena,
alarm... Tylko, tylko Antoni Sonimski by u mnie w kabinie, przynis mi pk kwitncych
sonecznikw, urga. Ach, mj Boe, zmiesza mnie z botem...
Inynier Maruszewski z nieufnoci przyglda si mojej czerwonej, rozpalonej twarzy, rozrzuconym
wosom, nieporzdnie cignitemu szlafrokowi.
- Kochana pani, jestemy na rwniku i soce stoi zupenie prostopadle nad naszymi gowami. To ma
niedobry wpyw na ludzi. Niech mi pani zaufa, jestem starym marynarzem, dowiadczonym
czowiekiem - niech pani pooy si do ka... wemie aspirynk. Powiem intendentowi, eby przysa
pani do kabiny troch tuczonego lodu. Ma pani worek gumowy? Jeeli nie, to intendent razem
z lodem przyniesie go pani. Prosz zrobi sobie z tego kompres na gow, nie trzeba trzyma na

ciemieniu, a raczej na czole. Moe od czasu do czasu na karku... I jeszcze o co pani prosz - tu zniy
gos do szeptu - niech pani nikomu wicej nie opowiada, e pan Sonimski przynis soneczniki.
Ludzie s zoliwi. Ja pani rozumiem... ja pani naprawd rozumiem - inni nie rozumiej i bd
gada.
Uj mnie energicznie pod rk i podprowadzi do drzwi mojej kabiny.
- Zgoda? Prawda? Zaraz wic aspiryn, za trzy minuty bdzie pani moga pooy ld na gowie... A co
do reszty, to zostanie midzy nami, ani mru-mru!
Teraz, kiedy pisz te sowa u siebie na schodkach wiodcych do ogrdka, wiem, e inynier
Maruszewski znowu gdzie midzy Buenos Aires a Gdyni, na pokadzie M/S Mickiewicza odbywa
setny ktry swj rejs.
O, inynierze - dobry i wierny towarzyszu - przyjmij ode mnie sowa prawdziwej wdzicznoci i mocny
ucisk doni...
Zdjam pas ratunkowy, ktrego tasiemek nie umiaam zwiza. Zayam aspiryn, umieciam
kompres z lodem na gowie.
Miarowy oskot maszyn ukoysa mnie wreszcie do snu.
Przy kolacji wszyscy byli dla mnie bardzo mili, powiedziaabym - serdeczni. Pierwszy oficer Bielicz
ofiarowa mi cztery paczki morrisonw, a kapitan Nierojewski obieca w pierwszym porcie Brazylii
zej ze mn wieczorem na ld i pokaza miasto. Inynier Maruszewski umiecha si do mnie.
Zachca, abym jada, i uwanie przyglda si, jak ykaam herbat.

Za dwa dni dopywamy do pierwszego portu Brazylii. Nazywa si on San Salvador (par lat temu
nazywa si Bahia i wtedy Bahia bya stolic Pernambuco). Zostaniemy chyba troch w tym nieduym
portowym miecie, pooonym na pnocy Brazylii. (U nich sowo pnoc ma znaczenie naszego
poudnia. Pnoc to bliej rwnika). Potem popyniemy do Rio de Janeiro, najpikniejszego
miasta na wiecie. Potem Santos, port, z ktrego sawna autostrada prowadzi do So Paulo. A w So
Paulo stoi szklany dom mojego przyjaciela.
Le na rufie i czuj gorcy podmuch wiatru. Nawet fruwajce rybki skryy si w wodzie.
Niedwiedzie, co dwie godziny polewane wod ze szlauchu, spokojnie drzemi pod oson daszka
z brezentu.
rao, dojrzao, sytna staro - to jest pewnego rodzaju zadouczynienie, to jest jednak co, co
uspokaja nareszcie czowieka. Przestaam si szarpa. Jestem w kocu wolna od wszelakich pragnie,
poda, godw; nie zmconym niczym sercem, otwartymi, widzcymi oczyma patrz w wiat.
Niebo i morze zlay si w jeden drgajcy, migotliwy bkit, w samej grze rozpanoszyo si olepiajce
soce. Boe, jak strasznie gorco. Przenosz si w cie odzi ratunkowych, tam nie ma burty - le
niczym nie odgrodzona od oceanu. Na sobie mam tylko kretonowy kostium kpielowy.
- Kolego! - woam do marynarza zmywajcego pokad strumieniem wody z wa - polej mnie te.
- Nie chciabym ci zmy z pokadu, rekin pilotuje nas od paru godzin, stary, obrzydliwy rekin. Wsta
i trzymaj si mocno pali.
- No, lu.

- Och, jak dobrze, jeszcze, jeszcze...


Marynarz polewa mnie tak samo, jak polewa na rufie syberyjskie niedwiedzie.
- Dosy na razie - powiada i odchodzi, wlokc za sob gumowego wa.
Mokra, ukadam si z powrotem w cieniu.
Boe, Boe! Zapomniaam - przecie w Rio mam zaatwi bardzo wan spraw. Jake mogam
zapomnie! Przecie obiecaam, daam sowo honoru, e to na pewno zaatwi. Naturalnie, e
zaatwi, a postaram si, eby jak najlepiej wypado.
Jeden z dawnych, najdawniejszych moich przyjaci (a przecie tych najdawniejszych tak ju mao na
wiecie pozostao) przyjecha do Warszawy - chyba na tydzie przed moim wyjazdem - z odlegego
miasta.
- Bellusiu - powiada - syszaem, e jedziesz do Ameryki Poudniowej. Na pewno bdziesz w Rio de
Janeiro, bo to najpikniejsze miasto. Ty, ty - jak to ci powiedzie - znaa i pierwsz moj on, moj
crk, i, hm, t drug.
- Mw, mw miao. Ta twoja druga ona to bya liczna i bardzo mia pani.
Sta umiechn si.
- Istotnie, mona powiedzie pikna, a najwaniejsze, e kochaa mnie, dbaa o mnie... Ale ja do
ciebie przyjechaem z pewn prob.
Rozejrza si niespokojnie, zatar nerwowo rce i powiada:
- Wiesz? Kiedy, bardzo dawno temu, nie chce mi si teraz oblicza, kiedy to byo, kochaem pewn
kobiet. Bellusiu, to, to bya cudowna kobieta, pikno! a prawdziwego pikna si nie zapomina. Ty
mnie rozumiesz. Ruda, nie, nie to, e ruda, wosy jej miay kolor miedzi, oczy zielone. Cera? Takiej
cery ju potem nie widziaem nigdy. Alabastry, rozumiesz? a-la-bas-try!! Co tu gada? Zesza z obrazu
Botticellego. Primavera, primavera. Gos miaa jak Lorelei, Boe, jak ona piewaa. Nie wiem, czy ci
powiedziaem, e bya jedn z najznakomitszych piewaczek. Wiesz? Jak w Teatrze Wielkim
ukazywaa si na scenie, to teatr trzs si. yrandol urywa si dosownie z haka. Ludzie wpadali
w sza.
Niedugo bylimy razem. Na jednym ze swoich licznych wystpw za granic poznaa Brazylijczyka milionera. Zakocha si w niej jak wariat. Pochodzi ze starej, hiszpaskiej szlachty. No i co? Wysza za
niego. Mieli paac w Rio de Janeiro. Przed wojn od czasu do czasu przyjedaa do Polski. Czekaj,
zdaje mi si, e ostatnio bya w 1934 roku.
Zamyli si.
- Tak, ostatni raz widziaem j w kwietniu 1934. Ile to lat temu?
Na palcach pomagaam w liczeniu.
Mj przyjaciel naley do ludzi raczej niewysokich, ale w czasie rozmowy ze mn wydao mi si, e
urs. Mj przyjaciel jest jednym z Wielkich Artystw naszego kraju. Naley do grona tych, ktrych
dziea wiadczy bd chwalebnie o polskiej sztuce. Jestem dumna, e twrca tej miary obdarza mnie
swoj przyjani.
- Och, Stasiu! Ja ci rozumiem... ja te wiem, e nic si nie ostoi przed potg mioci!

- Ot to, ot to! Doskonale powiedziaa, wic, hm, tego... chciabym, eby j odwiedzia.
Nasamprzd zadzwonisz i powiesz, e przyjedasz od Stasia, nawet nie potrzeba dodawa mojego
nazwiska.
Oczy mu nagle rozbysy:
- Powiedz, e przyjechaa z Warszawy i ustnie chcesz jej co przekaza od Stasia - Sta-sia - dobitnie
przesylabizowa swoje imi.
- Tak, kochanie, rozumiem. A jak ju bd, to co mam jej powiedzie? - dopytywaam si, z gry
przejta rol, ktr mi wyznaczy.
- Co masz jej powiedzie? Hm, pamitaj, e ona jest ju w powanym wieku. Czekaj... policz, hm, tak,
bya starsza ode mnie o dwanacie, szesnacie...No, tak, to chyba ma teraz okoo dziewidziesiciu.
Zapanowaam nad sob, ani drgnam. Powanie, bez najmniejszego umiechu patrzaam w oczy
mojego przyjaciela i wypiam yk kawy. W takich razach wiek si nie liczy.
- No i co mam powiedzie pani... pani...?
- Jadwidze - pomg Sta.
Odchrzkn, poprawi co przy krawacie, te popi kawy.
- Hm, postarasz si przede wszystkim, ebycie w pokoju byy same, absolutnie same, i wtedy jej
powiesz, e signem okiem wstecz i e chciabym, aby ona o tym wiedziaa. Hm, tego, e waciwie
ona jest jedyn w yciu kobiet, do ktrej wracam myl. Poprzez dziesitki lat wanie i tylko do niej.
Bya najwiksz, najmocniejsz z moich wszystkich mioci. Tego, co ona mi daa, adna inna nie
potrafia mi da. Pamitam pewien wieczr. Pamitam z najdrobniejszymi szczegami, tak
pamitam, jakby to byo wczoraj...
Podsun mi papierosa.
- O, dzikuj, kochanie - ja zawsze tylko mentolowe. Opowiadaj dalej...
Sta przysun si z krzesem do mnie.
- Jadwiga nosia tamtego wieczoru zielon kaszmirow amazonk, wcit w talii. Na wyogach by...
by (przymkn oczy) welur, a moe aksamit. Przy rkawach i przy szyi wolanty.
Przymknam oczy, chciaam zobaczy pikn, miedzianowos Jadwig w kaszmirowej zielonej
amazonce z wolantami.
- Tak, Stasiu, i co dalej?
- To, to byo po jej wystpie. Nie masz pojcia, nie masz wyobraenia, co si dziao na widowni.
Publiczno dosownie wya. Przed teatrem modzi ludzie wyprzgali konie z jej karety i sami si
zaprzgali. By bankiet w Malinowej sali, po pnocy udao nam si cichcem uciec. Pojechalimy
wtedy noc do Wilanowa, konie byy biae. Jechalimy przez Aleje Ujazdowskie i dzisiaj mgbym ci
narysowa motywy koronki, ktr widziaem wzdu drogi - to bya naturalnie koronka z lici
owietlonych gazowymi latarniami. Nierealna droga. Podr do... do ksiyca. Tuliem do ust jej
drobne stopki w wysokich, sznurowanych trzewikach. Pachniaa francusk perfum. Pamitam,
nazywaa si Le tabac blonde. Poczenie tego zapachu z zapachem jej ciaa... Wiesz? Mino
przeszo wier wieku od tamtego wieczoru. Koronka lici i Le tabac blonde. Powiedz jej, e i to jest

najwaniejsze, e w godzinie mierci o niej myle bd, e w godzinie mierci jej dzikowa bd za
pikno, ktrym ycie moje opromienia.
Czoo musno mi skrzydo spraw wiecznych. Wstaam, uroczycie podaam mu rk.
- Stasiu, spokojnie wracaj do domu. Przysigam ci, e powtrz jej wszystko. Powiem jej, kim jeste
i czego dokonae w sztuce. Dumna jestem, e mi powierzy tego rodzaju misj.
Le w cieniu odzi ratunkowej. Kostium kpielowy ju wysech. Zdaoby si jeszcze raz nastawi pod
strumie zimnej wody, ale marynarz znikn od dawna z mego pola widzenia. Wic przymykam oczy
i ton w bkicie oceanu i nieba. Inaczej wygldaj sprawy ldowe na morzu. P drzemi w
niebieskoci, w pnie i pjawie. Smakuj sl na wargach i znowu wraca odwieczny refren trwania
w tym pyniciu i pynicia w trwaniu.

Rozdzia V
- Rzuci dziobowe liny!
- Rzuci rufowe liny!
Stoj przed burt i poeram oczyma kej. Ju, ju stoimy, ju, ju trap czy nas z ziemi. Jestemy w
Salvadorze - miecie 365 kociow, w miecie o najstarszej kulturze brazylijskiej.
Na kei wasa si pokana gromada psw, bardzo czuj si tym wzruszona. Myl o mojej pekince,
rzewnej Czangusi w Warszawie. To jej koledzy wychodz mi gocinnie naprzeciw w nieznanej Bahii.
Z pokadu kaniam si kademu podchodzcemu pod statek psu. Wygaszam pszeptem przemow
powitaln:
- Serdecznie dzikuj, ecie na mnie czekali. Nie macie pojcia, jak przykro pyn prawie cztery
tygodnie i kiedy nareszcie dobije si do brzegu - zobaczy, e nikt nie czeka. Z gbi serca dzikuj
wam, najmilsi moi i niezawodni.
Przed statkiem pojawio si sze, a potem osiem Murzynek przepiknie ubranych. Jedna z nich,
bardzo gruba i bardzo czarna, nosi amarantow sukni z biaymi falbanami, a pup ma tak wielk
i odstajc, e chyba mona by na niej usi.
- Czy to s wasze znajome? - pytam Felka, wesoego motorzyst.
- Narzeczone - odpowiada i zanosi si miechem. - A ta amarantowo-biaa, w kolorach naszej bandery
- dodaje - szczeglnie upodobaa sobie Zbyszka.
Dyskretnie oddalam si od burty, nie chc przeszkadza chopcom w ich narzeczeskich powitaniach.
Przy kolacji umawiam si z Tolkiem Bieliczem, e razem pjdziemy na ld.
Miasto ley na dwch kondygnacjach, niej portowa, a wyej handlowa dzielnica. Ludno dojeda
wind linow na gr. Bahia jest bardzo egzotyczna. Mao wida biaych twarzy. Przewaaj Murzyni.
Najdziwniejsze, e w tym stosunkowo nieduym miecie jest a trzysta szedziesit pi kociow.
Przed wyjazdem z Warszawy zaopatrzyam si w Zodiaku, artystycznej spdzielni na tyach BGK,
w a trzy pary bardzo wygodnych sandakw na sprystej podeszwie z jakiego sztucznego
tworzywa. W takich sandakach nawet na najwikszym arze nogi si nie mcz. Zadowolona

z przezornoci poszam zwiedzi miasto, ale tu przy najbliszym rogu z niewiadomej przyczyny trrach! i grna cz sandaa odleciaa od podeszwy. Sytuacja wrcz tragiczna. Bielicz, mody i bardzo
przystojny, elegancki chopiec, a tu starsza dama na cakiem bosej nodze poczyna kutyka obok
niego.
Stanlimy pod wielkim domem, ktry okaza si bankiem. Jaki bardzo yczliwy, prawdziwie
o gobim sercu Murzyn w niezrozumiaej mowie wyrazi ch przyjcia mi z pomoc. Pochwyci wic
wierzch i spd sandaa i znikn za oszklonymi drzwiami. Drugi Murzyn przynis mi krzeso i postawi
na trotuarze przed bankiem. Usiadam na nim. Przy mnie sta zrozpaczony Bielicz.
- To nie jest dobry symptom - szepnam kiwajc gow. - To znaczy, e kroki moje na tym
kontynencie nie zawiod mnie do...
O, gdybym umiaa bez sprzeciwu sucha znakw niebieskich, nie schodziabym na ld, a raczej M/S
Mickiewiczem powrcia do Polski. Ale c? W wieku dialektyki, w wieku rozumowego
przezwyciania przesdw, zabobonw i innych tego rodzaju historii - mia si naley ze znakw
niebieskich.
Bielicz milczc wpatrywa si w ciemno. No i pomyle tylko... Zjawia si Murzyn ze zreperowanym
sandaem, w towarzystwie biaego czowieka w somkowym kapeluszu, ktry zupenie zrozumia
francuszczyzn zaprasza nas do auta.
Wycignam torebk, chcc zapaci za reperacj, ale on tylko machn rk i wpakowa nas do auta.
Fiuu - serpentyn do gry - na ktrym zakrcie z daleka zobaczyam lnicy w ksiycu czarny
bezkres oceanu i oto wpadamy na skrzc si wiatem ulic i jestemy na grnym pitrze miasta.
C za dziwny wiat! Cae miasto przenika jaka ostra wo. Id chodnikiem pod neonami wystaw
i wsz. Id wrd tumu czarnych pa w jasnych sukienkach i czarnych panw we flanelowych
i pciennych ubraniach. Podziwiam wysokie palmy rosnce wzdu jezdni, olbrzymie, kujce, trzyczterometrowe kaktusiska o ostrych kolcach - i wsz...
- Czym to wszystko pachnie? Ananasami, gorzkimi migdaami, skr? Tolek, powiedz, czym to
pachnie?
Bielicz wciga parokrotnie powietrze nosem.
- Dungl - powiada - dungl i rwnikiem.
Rzeczywicie, e te nie poznaam, ale trudno mi byo pozna. Nie pomylaam o rwniku.
Wchodzimy na plac, na ktrym stoj a cztery kocioy. Porodku placyku le w kurzu ulicznym
sterty, kopce - cae gry ananasw. Na maych stoliczkach wok placyku pokrajana trzcina cukrowa,
orzechy, pieczona kukurydza i inne nie znane mi specjay. Wszystko razem bardzo jakie
niezachwycajce, chyba zakurzone. Nie! Ja ju tego nie chc nawet poprbowa. Gdzie w gbi budzi
si niepokj,
- Bakterie, pasoyty, zarazki, trd, cholera wie co.
Jestemy w ciemnej nawie kocioa na wprost ulicy. Co za cudo!! Czer i zoto. Zoto i heban. Mrok
przesycony ogniem. I co za przedziwne otarze.
Zapach ananasw tak silny, e dawi si. Nie, to nie ananasy - moe to biaofioletowe nakrapiane
orchidee, moe wiece z wielkiego, misistego jaminu, a moe stearyna z poncych wiec...

- Tolek, zostaw mnie na chwil. Zostaw, najmilszy, par minut, id, przejd si wok placu.
Tolek odchodzi.
Z boku, na lewo od gwnego otarza, w niszach stoj wici. Przygldam si i dziwi - prawie wszyscy
wici maj powyej ramion albo poniej okcia odrbane rce.
Klkam przed jak modziutk wit.
Na pewno to wita Tereska - myl uradowana; od dawien dawna szczeglne naboestwo czuj do
witej Tereski, tej od Dziecitka Jezus. Tej, ktra kademu, kto j o to prosi, z nieba zrzuca czerwone
re.
- Och, wita Teresko! Odnalazam ci u czarnego ludu, ty, ktra zrzucasz mi co dnia czerwone re.
Nie wiem, jak ci dzikowa, i nie wiem, jak wyrazi moj wdziczno.
W latach mierci, godu bya przy mnie, wyprowadzia mnie z getta, wyprowadzia z wizienia;
znowu zapan i prowadzon ze zwizanymi rkami do wwozu, miejsca kani - cudem odratowaa,
wyprowadzia z gazowej komory. Gupi, oszala od grozy - ustrzega. O ty, ananasami, trzcin
cukrow i dungl pachnca, wita, maa Teresko, deszcz r zrzucia mi z nieba, deszcz r.
Czy ta ofiarowana mi podr nie jest r z nieba?
Jestem taka gupia, taka ciemna, tak bez najmniejszych zdolnoci, e sama si z siebie mia musz.
To ty mi szepna: Poprbuj pisa. Powiedziaam, e wcale nie umiem, e do tego jeli ju nie
talentu, to chocia zdolnoci potrzeba...
A ja w yciu caym, prcz listw miosnych, niczego nie pisaam.
A jednak zaczam pisa. Wychodz te moje gupie ksiki, a ludzie, zupenie nieznajomi ludzie,
dzikuj mi za nie. Czy to nie najpikniejsza ra, ktr mi teraz, w latach staroci, rzucia?
W mrokach hebanowoczarnego kocioa jarzyo si zoto.
W guchej ciszy szczeglnie uderzajcej po tygodniach szumu morza i ustawicznego warkotu maszyn,
w mrokach kocioa, w czerni i zocie, w zapachach jaminw i ananasw klczaam przed wit
Teresk i cicho pakaam z wdzicznoci.
Pokora to taki sam narkotyk jak poczucie wadzy.
*
- Pani Bellusiu, idziemy. Spotkaem koleg, marynarza z jugosowiaskiego statku Drna, wybiera si
na jakie naboestwo czarnych, ktre nazywa Macumba. Czy chce tam pani pj?
Wyszlimy z kocioa.
Nie chciaabym przesadza, koloryzowa ani zmyla. Pragn tylko, aby moi czytelnicy razem ze mn
widzieli to, co dane mi byo zobaczy, i eby przeywali razem ze mn to, co ja przeywaam. Jeli
w opisie moim znajd si pewne niecisoci, prosz wybaczy i wyjani, na czym polegaj. To chyba
wszystko, co mogabym napisa jako wstp do tego najdziwniejszego naboestwa, ktre pierwszy
i jedyny raz w dugim moim yciu dane mi byo oglda.
Takswka zawioza nas na dalekie przedmiecie. Nie byo tam domw murowanych, a te, ktre
ujrzelimy, w niczym nie przypominay domkw europejskich. Byy to raczej budy sklecone z gazi

czy te konarw drzew, ze cianami z paku, szmat, papierw, kartonw, pudeek po konserwach i z
innych bliej mi nie znanych materiaw budowlanych.
Weszlimy do jednego z domkw. Podoga uklepana z ziemi, par awek bez oparcia i par zydli.
Wntrze ciasno wypeniali Murzyni - kobiety i mczyni. Przez tum przeciskay si mae dzieci,
cakiem nagie. Starsze dziewczynki nosiy kretonowe spdniczki, a starsi chopcy opaski na biodrach.
Przy cianie umocowano drewnian pk, a na niej postument-rzeb: biaa kobieta - cilej mwic
do poowy kobieta, od poowy ryba z piknie przedzielonym ogonem. Dugie, czarne wosy ujto
w metalow przepask w ksztacie korony, na szyi zawieszono bardzo duo szklanych pereek i korali.
Obok tego postumentu... zota, katolicka monstrancja, z obu stron ponce wiece i cae narcza
biaych kwiatw.
rodek tej wityni by cakowicie pusty. Wok pozostawionego miejsca pkolem siedzieli
muzykanci ze wspaniale pomalowanymi tam-tamami w ksztacie zwajcych si ku doowi donic.
Malowida, jakimi te tam-tamy byy ozdobione, bardzo przypominay mi ornamenty naszej sztuki
ludowej.
- To nie Macumba, to bdzie Candombl - poinformowa nas Jugosowianin, ktrzy odnalaz swoich
znajomych Murzynw.
Jednego z nich przedstawi.
- Jos...
Co dalej, nie umiem teraz powtrzy, byo to na pewno jakie hiszpaskie nazwisko, bardzo trudne
do zapamitania.
Jos zna niewiele francuskich sw, wymawia je z trudem, przekrca, dodawa hiszpaskie
kocwki i dlatego bardzo le go rozumiaam.
- Candombl - powtrzy par razy.
- Macumba? - zapytaam.
Kiwn gow, umiechn si i zatar rce.
Powiedziaam do Tolka i Jugosowianina, ktremu byo na imi Dymitr:
- Macumba te bdzie.
Dymitr zaprzeczy.
Rozgoryczona znowu zwrciam si do Jos: - Macumba?
Skin gow.
Tolek i Dymitr indagowali go dugo po hiszpasku. Wreszcie Tolek po gbokim namyle wyjani mi:
- Candombl jest to prastary rytua religijny Bahii, polegajcy na kreowaniu witych. Trzeba
pamita, e afrykascy Murzyni, sprowadzeni tu w kocu XVII wieku przez Hiszpanw, zmuszeni byli
do przyjcia katolicyzmu, zachowali jednak dawne wierzenia, a ojcowie jezuici z gry Quintos, ktrzy
wprowadzili chrzecijastwo na te ziemie, nie potrafili z dusz tych czarnych wyrwa ich dawnych,
przez cae wieki przechowanych wierze. I tak powsta przedziwny konglomerat. Jos twierdzi, e
dzisiaj wanie nastpi kreowanie witej Barbary.
- A ta kobieta z ogonem, przed ktr pal si wiece?

- To ma by Matka Boska.
- Nonsens, w yciu czego podobnego nie widziaam. A ten mody czowiek, na ktrego szyi wisi na
srebrnym acuszku licznie rzebiona - nka z koci soniowej?
- To rodzaj ksidza - kapana...
- A ten drugi, z czarn rczk, ktrej palce uoone s w fig?
- To drugi kapan.
Hm - pomylaam - hm... (ale z szacunkiem pomylaam, bo ja bardzo szanuj kade wierzenie jakiekolwiek by ono byo. Wiara to wiara).
Trzeci kapan nosi z kolei na srebrnym acuszku czarn rk z fig, z ktrej wyrasta krzy.
(U siebie, na Karowicza, mam i nk z koci soniowej, i rczk z krzyem. Otrzymaam je pniej, w
So Paulo, w prezencie od Jiulia Pacello, wielkiego znawcy folkloru Bahii. Rk z fig, dobrotliw
potg - magiczny symbol wielkiej wadzy bogw czarnych ludzi, przywiozam rwnie do Warszawy
i podarowaam temu przyjacielowi, ktry z racji swej wadzy powinien by wspierany przez dobre
bstwa).
Tymczasem Jos przynis mi zydel i usiadam blisko pustego klepiska. Po prawej stronie tum kobiet
toczy si wok czego, czego z pocztku nie mogam dojrze. Uwaga! Zaczyna si.
Murzyni wydobywali z tam-tamw nie melodi, ale jaki odwieczny rytm, tkwicy gboko
w podwiadomoci albo moe w trzewiach kadego czowieka. Od wiekw zapomniany rytm.
Suchajc, poczuam, e wszystko we mnie pragnie drga, skaka, krci si w kko i podrygiwa...
Tak, tak, to chyba bdzie najistotniejsze okrelenie, wanie to: przemony mus podrygiwania, a moe
raczej wyzwolone skakanie plus podrygiwanie. Najdziwniejsze, e nie sprawiao to wraenia czego
nieestetycznego ani miesznego - wprost przeciwnie, tylko i jedynie w podrygiwaniu odczuwaam
wyzwolenie i ukojenie.
Magia, najprymitywniejsza magia, a przez to wanie, e najprymitywniejsza - okazaa si najbardziej
sugestywna. Skaka! Podrygiwa w rytm tych dwikw, wczy si w tum czarnych, wijcych si ju
w spazmatycznych drgawkach, powtarzajcych chrem dziwne sowa, ktre natychmiast
zapamitaam i wyam razem z nimi:
Ind bunek
Ind bunek
Katul junsun tira mokunan
Ind bunek
Ind bunek
Tolek, przeraony moim zachowaniem, perswadowa:
- To na pani bardzo le wpywa, prosz, bardzo prosz, wyjdmy std. Pjdziemy na statek...
Ind bunek
Ind bunek
ryczaam jak urzeczona.

- Ale to jest czarne szalestwo! Co pani rozumie z tego Ind bunek? Cholera wie, po comy tu
przyszli? Tropik i teraz te Ind bunek - to si musi le skoczy. Bagam! niech si pani uspokoi.
Psiakrew! Skd tu wzi czego zimnego do napicia si?
Dymitr sta po drugiej stronie. Jego niebieskie oczy, rozszerzone i dziwnie szklce, ani na chwil nie
odryway si od niesamowitych ruchw kapana z nk na szyi, ktry naoy na gow rodzaj toczka
obszytego biaym puszkiem, poprzeplatanym pirkami egzotycznych ptakw.
Murzyni i Murzynki, ciasno stoczeni w izbie, zafascynowani rytmem wybijanym na tam-tamach,
ulegli masowemu obdowi. Niestety i ja go z nimi dzieliam. Niektrzy wybiegali na rodek izby przed
muzykantami i krcc si w kko podrygiwali, skakali, jakby tknici prdem elektrycznym, w kocu
padali na ziemi, bijc o ni gow i nogami. Omdlaych wynoszono na zewntrz, na powietrze.
Panowaam nad sob, eby rwnie nie wyskoczy, eby rwnie nie ulec przemonej potdze
podrygw i szau skokw.
- Jedyne wyzwolenie, jedyne wyzwolenie! - krzyczaam poprzez ryki Ind bunek. - Podda si temu,
zazna raz w yciu tej rozkoszy!
Tolek trzyma si za gow.
- Zaklinam, bagam pani. O Boe, co ja narobiem! Teraz rozumiem, nie powinienem by pani tu
przyprowadzi. Te tam-tamy! Jezus, Maria! Pani dostanie ataku serca. Niech pani tak nie skacze. Co
za straszny widok! Och, co kapitan powie?
Nagle zrobio si cicho, na pusty rodek pomieszczenia wniesiono jaki drewniany stoek zakoczony
ostrym wierzchokiem. Dwiki tam-tamu zamary, usyszaam tu za uchem szept:
- Filhas de santo.
Zrozumiaam. wite dziewice.
I oto dwie stare Murzynki podprowadziy do stoka mod, moe czternastoletni dziewuszk. Bya
w biaej, przybranej , koronkami sukience. Ramiona, plecy i piersi do poowy miaa obnaone. Na szyi
nosia niezliczone sznury pereek, muszelek i korali. Na rkach dziesitki bransolet. Ciemne,
kdzierzawe wosy jak czarna chmura zakryway czoo i oczy. Posadzili j na stoku. Ze zdwojon si
muzykanci uderzyli w tam-tamy. Z tumu wystpiy dwie, rwnie na biao ubrane kobiety. Jedna
trzymaa w rku zapalon wiec, a druga brzytw. Dziewczyna z twarz zalan zami siedziaa
opuciwszy rce wzdu ciaa. Kobieta z brzytw rozpocza golenie gowy. Druga owietlaa t
czynno ponc wiec.
- No entiende - szepnam do starej Murzynki, ktra staa za mn.
- Toda ceremonia iniciada com nu despacho para Exu, que corresponde aoi Diabo na religiao
catolica.
Tum na nowo podj:
Katul junsun tira mokunan
Ind bunek
Jos pgosem wyjania co Tolkowi.
- Powiedz, powiedz, co on gada?
Tolek znowu chwyci si za gow.

- Co ja zrobiem! Co ja zrobiem! Po co ja tu przyszedem? To s czarne diaby. Oni, oni t panienk...


hm, jak to Powiedzie? To znaczy pozbawiaj, hm, no tego... O mj Boe! Alem ci wpad...
-- Czego? - zapytaam gronie. - Tolek, uspokj si. Tobie jest gorzej. Rozumiem tropik i tam-tamy.
We si w kup. Odpowiadaj, co ci Jos powiedzia.
Tolek wyglda jak uosobienie rozpaczy.
- Powiedzia, powiedzia, e ona ma by wit Barbar i w tym celu trzeba j pozbawi dziewictwa
przy pomocy tego drewnianego stoka.
Oburzyam si.
- Co? Jak? Pozbawi dziewictwa? Od tego s mczyni. Nie zgadzam si, stanowczo nie zgadzam si.
Zreszt wita powinna by dziewic!
Tolek trzyma mnie za rce.
- Bagam, niech pani nie ingeruje. To jest ich religia, ich obrzdy. To ju ich taki zwyczaj. Bo przecie
panienka adna i... i ten, tego, na pewno znalazoby si, panie tego, wielu chtnych. Przynajmniej
dziewczynce nie byoby tak przykro.
- Trudno! - ulegam z westchnieniem. Rzeczywicie okropna sytuacja. Naleaoby jak reform
przeprowadzi w tej religii. U Indian moda dziewczyna idzie z chopcem do lasu i zostaje tam par dni
i nocy. Uwaam, e to jest o wiele suszniejsze.
Jos znowu co klarowa Tolkowi.
- On, on mwi, e niedugo pomaluj j w biae kropki. Prosz pani, ja nie mog duej na to wszystko
patrze. To jest sprzeczne z moimi przekonaniami!...
- Cicho! Patrz! Zgolili jej ca gow, a na samym czubku zostawili pdzelek-pampeluszek.
Teraz z przymknitymi oczyma zbliy si kapelan, ten z nk z koci soniowej na szyi. W rku
trzyma czarn, trzepoczc si kur.
Tum wy:
Ind bunek
Ind bunek
Biedna maa, wbita na pal, z ogolon gow, z pampeluszkiem na czubku, z zalan zami twarz,
nieruchomo oczekiwaa dalszych obrzdw.
Byam rozgoryczona i wyczyam si z oglnego szau. Kapan tym razem mia inne nakrycie gowy,
przybrane nie tylko biaym puszkiem i pirkami, ale jeszcze frdzelkami, ktre zakryway mu czoo
i oczy - zwisajc prawie do koca nosa. Stan nad dziewczyn i jednym ciciem podern szyj
trzepoczcej si kurze. Krew opryskaa wygolon gow i spywaa strugami po twarzy witej
dziewicy.
- Idiotyzm! - krzyknam na gos. - Dosy tych bredni! - Biedne dziecko, dosy, dosy!
Dymitr i Tolek uciszali mnie, jak mogli.
- Niczewo, budtie spakojna - uspokojties - wiedeto tolko kurica - towariszcz Czajka, eto niczewo.
Sowa te przy dwikach tam-tamu i zalanej krwi twarzy witej Barbary miay szczeglny wydwik.

Ind bunek
Ind bunek
Teraz do nieszczsnej witej przystpia starsza, rwnie biao ubrana kobieta. Kapan sta
z przymknitymi powiekami. Wydawao si, e pi. Kobieta w rku trzymaa du puszk po jakich
konserwach, z ktrej wyglda pdzel.
Ind bunek
Ind bunek
Kobieta pochylia si nad dziewczyn.
- Co ona jej robi? Co ona jej robi?
- Cicho, niech si pani uspokoi. Maluje j w biae kropy.
- Co? Jak?
- No, pokrywa jej twarz, ramiona, rce duymi biaymi kropami - jakby grochami.
Nawet dziwactwa powinny mie swoje granice. Nie, tego za duo, malowa now wit w biae
grochy? U nas w Warszawie mona po 23 zote metr dosta taki materia na letni sukienk. Czarny
materia w biae grochy. Ale eby tak urzdzi kandydatk na wit? Zupeny nonsens. Obraziam
si, dotknita zostaam w swoim poczuciu przyzwoitoci. Ani chwili duej nie zostan.
Nowy warkot werbli. Najbardziej otrzewny rytm. Szalestwo, orgia, rozpasanie metafizyczne. Zdjta
z pala dziewica, moda wita, z trudem stawiaa kroki.
Na pusty rodek izby, skd usunito pal, wkroczyo paru mczyzn. Skakali, podrygiwali, taczyli
w kko taniec chyba szatana. Dwch z nich, z pian na ustach, upado na ziemi. Nikt ich nie wynosi.
Szaem tknici powtarzali swoje:
Ind bunek
Ind bunek
Przybywao teraz coraz wicej optanych podrygami.
- Och, Tolek, uciekajmy, uciekajmy na nasz statek.
Szlimy prawie godzin wskimi, wijcymi si zaukami strasznego przedmiecia. Przedzieralimy si
miejscami przez jakie zielone, rolinne gszcze.
- Dungla chce wrci na swoje miejsce - szczerzc biae zby tumaczy Jos.
- Niczewo, towariszcz Czajka, budiet charoszo - wot, napjomsa cooktaila.
Weszlimy do napotkanego baru.
Obaj mczyni stanli przy cinku, ja za nimi. Obserwowaam dziwne wntrze bez drzwi wejciowych,
gdzie srebrzycie lnia kotara z nanizanych na dugie sznurki sreberek i szklanych paciorkw. Tolek
powiedzia co Murzynowi w biaym kitlu.
- Smatrite - pocign mnie za okie Jugosowianin.
Murzyn z niesychanie powanym wyrazem twarzy obra ze skorupy banan, pokroi na czstki i rzuci
do szklanego klosza, a w lad za nim - dwa grube krki ananasa, rwnie pokrajane. Potem sign
do puszki kakao i zaczerpn trzy yki. Po krtkim namyle poama laseczk wanilii, doda yeczk

mczki cukrowej, doda p litra mleka i pstrykn kontakt. Zawarto wraz z kloszem zacza wirowa
szybko, coraz szybciej. Trwao to chyba nie duej ni dwie minuty. Potem Murzyn przela napj
z klosza do trzech wysokich szklanek i poda je z umiechem.
Ale to bya pycha! Chodne, pachnce, w miar gste. Ludzie! Ludzie! Czego takiego jeszcze nie
piam. Niebo w gbie. Cudo. Nektar. Smak, ktrego nie da si opisa. Ni to banany, ni to ananasy, ni
to czekolada - wszystko razem - wspaniao! Chodne i rozkoszne.
Oderwawszy wargi od tej szklanicy, zatoczyam bdnym okiem dokoa i z ust wydaro mi si jedno,
jedyne sowo:
- Jeszcze!
- Padaditie, nie nada zdie - ja znaju jeszczo uczszije fruktowyje cocktaile, na drugoj avenidie. Popr
obu jete.
Ze smutkiem, odwracajc wci gow w kierunku baru, szeptaam:
- Bez tego aparatu nie wrc do Polski. Ja musz mie taki elektryczny aparat w domu1.
Nareszcie jestemy w takswce.
- Do portu, do portu.
Biaokremowy komin, tarcza z widekami Neptuna. Jestemy w domu.
Le na koi w swojej kabinie. W uszach dwiki tam-tamw, okrzyki Ind bunek. Zamykam mocno
powieki. O nieszczsna wita Barbaro, wymalowana w biae kropy! Zabdziam w dziwny wiat.
Jakie to szczcie, e na statku jest biblioteka, odpoczn chwil i pjd zmieni ksiki. Oddam
Mitologi Parandowskiego i wezm, wezm co miego, co bardzo bliskiego, co, co mi pozwoli
wrci do domu...
Ju wiem. Wezm raz jeszcze Noce i dnie Dbrowskiej.

Rozdzia VI
Koniec listopada. W Warszawie mog by przymrozki. Chodno, deszcz zmieszany ze niegiem,
o pitej po poudniu robi si ju ciemno - a tutaj bkit i soce. Gorco! Uf, jak gorco! Wilgo
w powietrzu sprawia, e bielizna jest mokra i przylega mi do ciaa.
Le na pokadzie obezwadniona przemonym lenistwem. Rk ani nog nie chce mi si ruszy. Od
czasu do czasu sysz nawoywanie niedwiedzi - prosz mnie o cukierki. Nie mam siy wsta.
Popadam w bkitn drzemk - jest mi tak, jak byo przed urodzeniem - daleka jestem od wszystkich
spraw ludzkich.
Wieczorem bezszelestnie wlizguje si do mojej kabiny nasz Franciszek.

Dla uspokojenia czytelnikw dodam, e aparat do owocowych cocktaili przywiozam. Stoi teraz na oknie w
kuchni, u nas na Karowicza, i Czajnik co dnia, zalenie od pory roku zmieniajc owoce, daje mi pen szklank, a
pniej dolewk. Wczoraj wanie (a jest sierpie) zrobi z poziomek. Ten poziomkowy okaza si jeszcze lepszy,
ni tamten z bananw i ananasw.

- Zagramy?
- To si wi. Niech pan siada, panie Franciszku - moe drink?
- A co pani ma?
- Sok grejpfrutowy, wdk eksportow, jarzbiak, wiee pomaracze i cytryny.
- A wyciskacz jest?
- Jest, jest.
- Niech pani da, wycisn dla pani i dla siebie.
Po chwili stoj dwie due szklanice, pene zocistego soku.
- Zapalimy?
Siedzimy naprzeciw siebie, otacza nas dym papierosw. Od czasu do czasu popijamy sok.
- Wie pani, miaem dzisiaj dziwny sen. Bylimy na Cejlonie, niby to pani i ja. Pani rozumie? - Pani i ja.
Siedzimy wic na tym Cejlonie w Kolombo, w eleganckim lokalu, pani w tym biaym kostiumie, tym,
co to go pani na sobie miaa, jak w Salvadorze poszlicie z kapitanem i chiefem wieczorem na ld.
Wic pani siedzi w tym kostiumie, a ja w moim najlepszym garniturze i brzowych pbucikach, com
je kupi w poprzednim rejsie w Rotterdamie. Siedz tam z pani przy stoliku, w najlepszym lokalu na
Cejlonie - w Kolombo - i pijemy przez somkie kolorow wod z lodem, a pani ma przed sob na
stoliku pikne re. Siedzimy elegancko, cigniemy przez somkie. Niebo niebieciuchne, palmy jak
w jakiem teatrze stoj prociutko, ani wiaterku adnego. Przy innych stolikach te siedz panowie
i panie wystrojone tak, e przyjemnie popatrze i te cign przez somkie... Rozejrzaem si naokoo,
ale takich pbucikw jak ja - nikt nie ma. Pani w biaym kostiumie, z tymi siwymi wosami i te re
przed ni, prezencja owszem - cakiem hrabini, a tu przed nami, jakby nagle z ziemi wyrs, staje sam
kapitan Nierojewski. Spojrza tak jako na mnie z gry i powiada: Co pan tu robi?
A ja nie wstaj od stolika, ani si rusz... tylko troch podnosz gow i dobitnie - rozumie pani? gono i wyranie powiadam: Pan jest kapitanem, ta pani to pasaerka, a ja... kucharz.
- Ciekawe - mwi - bardzo ciekawe, a co na to pan kapitan?
- Pan kapitan nic, bo obudziem si. Ale co mu powiedziaem, to powiedziaem, no nie?
- Sen rzeczywicie bardzo pikny, panie Franciszku, na Cejlonie na pewno zostaabym przy stoliku
i prawdopodobnie ta kolorowa woda smakowaaby mi bardzo, a zreszt, jeli pan Franciszek mia na
nogach pbuciki z Rotterdamu, a niebo byo bkitne i re leay przede mn, to nie zmieniabym za
Boga tego miejsca. Ile w puli?
- Dwanacie zapaek.
- Panie Franciszku, otwieram z szeciu zapaek (cae trzy zote).
- Chleba nie je, a wej musz...

Pitek duy si w nieskoczono, w sobot mamy by w Rio. Nie mam apetytu ju trzeci dzie, pij
tylko sok z pomaracz i grejpfrutw, siedz przy niedwiedziach - tych moich - i pojadamy cukierki.
W kantynie na statku maj wietne, wziutkie 22 Lipca - owocowe, nadziewane. Niedwiedzie

pomagaj mi w oprnianiu duego, blaszanego puda. Pudeko jest pikne, malowane w owoce
i kwiaty - zielono-rowo-czerwone. Siedz pod daszkiem z brezentu, niedwiedzie suchaj uwanie
mojej przemowy i patrz na mnie ludzkimi oczyma.
Spojrzenie moich misiw jest aosne i akome.
- Daj, Czajka, daj jeszcze po jednym.
Obieram cukierki z papierkw i podaj od razu do pyska. Pomruk zadowolenia, oblizywanie
czerwonym jzykiem i natychmiast pysk przywiera znowu do prtw klatki. Zapalam papierosa
i wychylajc gow spod brezentowego daszka, dmucham prosto w soce.
Niedwiedzie miej si:
- Czajka daje socu papierosa, a nam cukierki.
- Nie! - powiadam - nie, le zrozumiaycie. Ja w taki wanie sposb oddmuchuj staro.
Niedwiedzie si miej - rozwieraj swoje wielkie, obronite gby, pokazuj olbrzymie, poke ky,
czerwone jzory. Zagldam im przez okulary do samego garda:
- Bez gupstw! Anginy nie macie - ani ladu biaych nalotw.
Zdejmuj z nosa okulary i chowam je do torebki.
- A wy co mylicie o tej absolutnej, bezapelacyjnej samotnoci, na ktr jest skazany kady yjcy?
Samotno i od urodzenia wyrok mierci, co?
Niedwiedzie znowu si miej.
- Czajka, daj jeszcze po cukierku! Nie bd skpa - ty absolutnie samotna i skazana na mier.
Szydz, wyranie kpi ze mnie. Wic otwieram blaszane wieko, a one spoza prtw zagldaj
ciekawie, ile jest jeszcze tych cukierkw.
- Moje drogie - powiadam podajc cukierki. - Moje drogie, pomylcie i zwacie u siebie: kada podr
to w skrcie ujty sens ycia. Pocztek: wypynicie z Gdyni, rozpoczyna si rejs. eglujemy,
pyniemy. Sztormy, mgy, szkway. Soce i deszcze, chd i gorco. Porty - krciutkie, migawkowe
spojrzenia w nieznane ycie. Postoje krtsze i dusze. A potem powrt i zarzucamy kotwic w Gdyni.
Rejs si skoczy. I ani mdrsi, ani gupsi wyruszamy w nowy rejs.
Niedwiedzie wycigaj spoza prtw klatki kosmate apy.
- Czajka, gadaj, ile wlezie, ale przynajmniej za to daj cukierka!
Na drabince sysz kroki. To bosman Felu, ten, ktry gra na harmonii i zna dziesitki piosenek, wazi
na ruf, siada przy mnie na zwoju lin.
- Wiesz, Czajka? - powiada - ty mylisz, e ja jestem zwyczajny bosman, co? Rk bym sobie da
obci, e ja wanie w twoim pomylunku jestem ot, zwyky bosman, co?
- Ech, Felusiu, gorco takie, e moje pomylunki rozpuciy si jak sonina na patelni. Zreszt
wszyscy jestemy zwyczajnymi ludmi, co tu duo gada. O, oo - popatrz, pierwsze mewy kr wok
statku, ju niedaleko ziemia.
Felek jest jaki czerwony na twarzy - moe sta za dugo na socu, a moe udao mu si wytrzasn
gdzie literek wina?

- Nie, Czajka, nic nie rozumiesz, moe ty i ksiki piszesz, ale prdko kapujca to ty nie jeste...
Chciaem ci tego, no, przyjmij do wiadomoci, e ja i Eisenhower, to my tego, no, jestemy razem...
- Co mwisz? Ho, ho! nigdy bym si czego podobnego nie spodziewaa! Eisenhower i ty? Jakime to
sposobem? Nie wiedziaam wcale, e Eisenhower by marynarzem!
- A czy ja ci mwi, e by?. Wcale tego nie powiedziaem. W marynarce to on nie by, ale... ale jest w
Loy Fryderyka IV. Eisenhower ma ju czternaste wtajemniczenie, a ja dopiero dziesite. A ty, czyby
nie chciaa wstpi do Loy Fryderyka IV? Nie chc si chepi, ale takie wtajemniczenia... Ooo! to jest
co! na to trzeba mie gow.
Przymykam oczy, aby jak najduej trwa w poctkowanym zotem bkicie. Chwil zastanawiam si...
Nie! stanowczo nie! Ani koleestwo z Eisenhowerem, ani nawet wtajemniczenia, ani Loa Fryderyka
IV.
- Felu - szepcz - Felu, ja, ja jestem w potniejszej organizacji ni loe masoskie, rozumiesz?
Czternaste wtajemniczenie to dla mnie fiume. Ja jestem przy sto czternastym wtajemniczeniu.
- Tylko si nie przechwalaj, bardzo ci prosz! Patrzcie tylko! - Twarz Felusia z czerwonej robi si
purpurowa. - Ty mnie nie zaiwaniaj! Twoja organizacja? Ile macie milionw dolarw?
Niedwiedzie bagalnie wycigaj swoje kosmate apy. Zote ctki na powierzchni oceanu migoc.
Bkitna przestrze faluje olepiajco. W porwnaniu z tym wszystkie dolary tej ziemi s niczym.
miej si wic i stwierdzam:
- Dla naszej organizacji miliardy, biliony dolarw to fraszka. My jestemy najbogatsi z najbogatszych,
dla nas wiat, soce, ksiyc, konstelacje midzyplanetarne - wszystkie planety z ich satelitami to
gupstwa... bo widzisz - mymy wykradli sekret Panu Bogu.
Felu jest zmiadony, nie podejrzewa nawet, e taka organizacja istnieje. Siedzi na zwoju lin i ciko
dyszy.
Gong!
- No, do widzenia, Felusiu, musz teraz i na obiad, a ty dobrze sobie przemyl t spraw. Albo
Eisenhower i Loa Fryderyka IV, albo nasza organizacja.
Powoli schodz elazn drabink na swj pokad. Wszystkie niedwiedzie chrem wyj jak optane:
- Nie odchod! Zosta! Cukierki, cukierki!!
Felek jaki niepewny siedzi na linach i przeciera oczy.

Rozdzia VII
W sobot od rana stercz na mostku kapitaskim. Sam kapitan uyczy mi swojej lornety. Niebo
siwoszare, a duchota piekielna - jak stwierdzi sternik ocierajc chustk pot z czoa.
- Niech pani idzie si pooy. Jak tylko zobaczymy ziemi, przyl kogo, lecz zarczam, e przed
obiadem szkoda marzy. Zreszt w nawigacyjnej sama si pani zorientuje, gdzie jestemy i e w tej
chwili nie moe by jeszcze mowy o Gowie Cukru.

Gra w ksztacie gowy cukru to znak, e Rio de Janeiro tu przed nami.


Pooyam si, lecz nie mogam zasn. Blisko Marysi i Henryka (wanie tych, ktrzy przed dwoma
laty oczekiwali mnie na lotnisku w Rio) wprawiaa mnie w ten stan podniecenia.
Marysia! - o Boe, ile rzeczy chciaam jej powiedzie... Marysia w czasie okupacji bya w Warszawie.
Marysia wraz ze swymi dwoma modziutkimi nawczas synami wzita bya na Majdanek. Marcinka
Niemcy rozstrzelali - Piotru ocala. Marysia, jedna z najpikniejszych swego czasu kobiet Warszawy wysoka, smuka, o jasnych wosach i najbardziej niebieskich oczach. Subtelna, inteligentna, czujca
malarstwo i poezj - wysza z tej wojny zamana. Nieatwo jest pogodzi si z rozstrzelaniem syna.
W roku 1945 Marysia pracowaa w Kurierze Polskim (ja wtedy byam milicjantem w Katowicach).
Pamitam, jak przyjechaa do mnie przed ostatecznym wyjazdem z Polski. Pniej stale ze sob
korespondowaymy. Wiedziaam, e braa udzia w tworzeniu murzyskiego zespou tanecznego
Brazyliana, e z trup t wdrowaa nie tylko po caym kontynencie Ameryki Poudniowej, ale e
bya i w USA, i w Europie: w Paryu, Londynie i Rzymie. Brazyliana odwiedzia rwnie Warszaw,
ale Marysi ju wtedy w tym zespole nie byo. Przemczona ustawicznymi podrami utkna w Rio.
Wiedziaam, e ma niedue mieszkanie i e w tym okropnym klimacie ciko pracuje, aby utrzyma
si na powierzchni. Pisaa, e nie moe doczeka si mojego przyjazdu i chobym nie wiem jak dugo
bya w Rio, to i tak nie zdymy si nagada. Na pewno Marysia i Henryk bd mi oczekiwali
w porcie. Nie! nie mog zasn. Po tylu tygodniach oderwania od domu i przyjaci nie mog si ich
doczeka.
Henryk, o ktrym ju wspominaam w Lec w wiat, naley do najdawniejszych moich kolegw z
Uniwersytetu Warszawskiego. W okresie dwudziestolecia midzywojennego by znanym i cenionym
adwokatem warszawskim. Umiecham si w mylach do niego. Bywaj ludzie obdarzeni rozmaitymi
talentami - jeden ma wspaniay gos, drugi absolutny such, inny znw genialnie maluje, rzebi... A czy
wierno w przyjani to nie talent? Czas i odlego dla niego nie istniej. Ta sama czujna troskliwo,
jak widziaam w jego oczach przed prawie p wiekiem, pozostaa nie zmieniona. Henryczku, jake ci
jestem wdziczna za to tylko, e istniejesz naprawd, e nikt ciebie nie wymyli w ksice. Teraz, za
par godzin wycigniesz do mnie rk. Dziwne poczucie bezpieczestwa daje ucisk twojej doni.
Nie mog usn, le i wsuchuj si w znajomy rytm maszyn.
Okoo godziny czwartej staj znowu na mostku kapitaskim i przez lornet spostrzegam dalekie,
postrzpione kontury czego sterczcego ponad poziomem morza.
- Gowa Cukru - oznajmia uroczycie nasz kapitan. - Na prawo niech pani spojrzy! Na prawo!
Patrz w prawo i widz dalek, bkitn ska.
Tak, to jest Gowa Cukru - Zuckerkopf - przedsionek Rio de Janeiro. A po p godzinie - szeroko
zakrelona linia brzegu. Najpikniejsze wybrzee, jakie kiedykolwiek widziaam: Copacabana.
Zbliamy si do tej avenidy milionerw - wspaniae domy tu nad pla, budowle jakby rk
czarodzieja wzniesione ze ska nadwodnych. Fatamorgana - mira eglarzy.
- Niech pani nie liczy na to, e dzisiaj documujemy do brzegu, tymczasem zarzucimy kotwic na
redzie; u nich, to znaczy w tych poudniowoamerykaskich portach, nie od razu mona dosta
miejsce. Dlatego zreszt nazywamy je portami maniana.
- Maniana? C to znaczy?

- Maniana to po polsku jutro. O cokolwiek poprosi tubylcw, nieodmiennie usyszy si


odpowied: Maniana. Nie wiem, moe to wpyw tropiku, obezwadniajcej siy soca, ale ludzie s
tutaj leniwi - jedynym ich pragnieniem jest lee w cieniu kaktusw i chyba marzy o karnawale.
- Jak to? Dlaczego? - pytam zdumiona. - Dlaczego wanie o karnawale? Czy pan, kapitanie, artuje?
- C znowu! Po prostu oni ubstwiaj swj karnawa. Od najbogatszych do najbiedniejszych, do
kabokli, ktrzy zamieszkuj wzgrza nad Rio - wszyscy tylko i jedynie marz o karnawale. Ach, pani
Bellusiu! Pani nie wyobraa sobie, czym dla nich jest ten okres trwajcego dwa, trzy tygodnie
karnawau.
Przez cay rok odmawiaj sobie jedzenia, yj jak ndzarze - byle na karnawa zej ze swoich gr
wystrojeni jak ksita, w atasach, aksamitach, jedwabiach... Wymylne korony na gowach, suknie
obszyte paciorkami, kapelusze z pirami, paszcze welurowe, bransolety, wisiorki. Wszystko lni,
mieni si niczym tcza. Tam-tamy, gitary, mandoliny. Wielotysiczne tumy tacz na polach i ulicach.
Murzyni, Murzynki, Mulaci, Metysi i biali. Nieprawdopodobna feeria - oszalaa dungla, tropikalna,
bujna i ywotna. Tego my, ludzie pnocy, nie jestemy w stanie poj. To jest, to jest jak... jak liany,
jak stoczona gstwina olbrzymich paproci, jak bananowce, ananasowce. Ach, ta nie do pojcia dla
Europejczyka nieokieznana bujno, soczysto, wyolbrzymiaa ywotno tropiku!
I niech pani nie sdzi, e ich karnawa w czymkolwiek podobny jest do karnawau w Nicei, we
Woszech - nie! Nic podobnego! Cae olbrzymie miasto objte jest szaem. Pary w ogrodach, na
trawnikach, na awkach, pod awkami - wszyscy z wszystkimi - nie ma wtedy ani zakazw, ani
hamulcw - w okresie karnawau ony i mowie zwalniaj si od lubw, monogamia nie istnieje...
I to wszystko odbywa si przy oguszajcym biciu tam-tamw, warkocie werbli, przy dwikach gitar
i mandolin - sowem sza, ekstaza. Jaka szkoda, e teraz jest grudzie, ale moe uda si pani wrci do
Brazylii na marzec? Karnawa jest w marcu.
- Nie! - powiedziaam - w marcu najprawdopodobniej bd ju pyn do Polski. Znam siebie w drodze powrotnej jestem nieprzytomna z tsknoty. Nie bd chciaa nigdzie si zatrzyma, za nic
w wiecie nie zgodz si na opnienie choby o dzie - zreszt mam bardzo siln wyobrani,
oszalaabym w tym wirze. Ju teraz wol mniej bujne objawy radoci ycia, bardziej okieznane
zabawy - ot, wystarczy mi picie kawy w wygodnym fotelu, na jakim szerokim tarasie... widok
piknego ogrodu - dodaam ciszej.
Minlimy ju Gow Cukru. Przed nami rozpocieraa si najpikniejsza panorama miasta. Wysoko
na grze zobaczyam olbrzymi figur Chrystusa.
- Widzi pani? Wanie ta gra nazywa si Corcovado...

I znowu znany mi rozkaz:


- Stambaj! (wszyscy w pogotowiu).
- Na stanowiska manewrowe!
- Rzuci dziobowe liny!
- Dostawi szpryng!
- Maszyny stj!

Stanlimy na redzie. To jest okropnie przykre - niby by w porcie i nie by, bo przecie podczas gdy
my stoimy w morzu, Henryk i Marysia czekaj pewnie na kei. A... a jeli wcale nie wiedz, e ja tu
jestem?
Tuk si teraz po statku i miejsca sobie znale nie mog - z pewnoci Henryk i Marysia stoj na kei.
Och! nie tylko Henryk i Marysia. Sewek na pewno te przyszed; Sewek, modszy brat Henryka - jaki to
by pikny i udany chopiec! Waciwie to przed laty o wiele bardziej przyjaniam si z Sewkiem Henryk by zbyt powany.
Ale Sewek jest teraz (jak syszaam) nieprzejednan opozycj, a ja nie cierpi gwniarskiej postawy
nieprzejednanej opozycji - doprowadza mnie ona do wrcz nieopanowanych wybuchw.
Par razy zdarzyo mi si za granic natkn na takich goci. Pamitam w Paryu 1946 roku na Avenue
de lOpra przed najpikniejsz wystaw damskiej bielizny spotkaam bubka w dresie, z Poland na
ramieniu i w granatowym berecie na kretyskiej epetynie. Pozna mnie, e niby kiedy w
Ziemiaskiej czy IPS-ie pilimy razem kaw, bo jego przyjaciel, malarz...
- Pani chyba pamita, to by kolega Stasia Rotterta, to ja wanie z tym koleg...
- Znam Stasia Rotterta, ale nie przypominam sobie adnego kolegi...
- Jak to? Pani nie pamita Zdzisia? Zdzisia Jabowickiego?
- Ani Zdzisia, ani Jabowickiego.
- Co pani mwi! A ja tak si ucieszyem, e pani yje. Pani chyba niedawno? Bo ja tu wszystkich
Polakw z nowej emigracji znam.
- Przyjechaam onegdaj i za sze tygodni wracam.
--Jak to? Nie rozumiem - pani wraca? Dokd pani wraca?
- Dokd mona wrci? Wraca si do domu.
- Nie, nie uwierz! Pani chce wrci do Warszawy? Przecie to ju nie nasza Warszawa! Tam... tam s
komunici. A moe nie wie pani, z kim pani mwi? Ja, ja - tu wskaza na pier, gdzie zobaczyam jak
nie znan mi odznak - ja jestem onierz Jego Krlewskiej Moci!
- E, gwniarz pan jeste, ot co!
Starajc si umiechem wynagrodzi brzydko brzmice sowa, cignam dalej:
- Ja nie wziam do Parya munduru, ale jestem kapitanem Ludowego Wojska Polskiego i... i dziwi
si Polakom, ktrzy s dumni, e obnosz si po wiecie w obcych mundurach.
Zrobi si blady, potem czerwony, a potem wydoby z siebie taki dwik, jakbym co najmniej
wydubywaa mu oko.
- Agent! Agent de police - rycza wniebogosy.
Zebraa si kupa ludzi i nagle tu przede mn na Placu Opery wyroli jak spod ziemi dwaj policjanci.
A ja... ja umiechajc si najmilej, jak potrafi, wycignam szmink, lusterko i przybraam poz
eleganckiej damy, a po polsku syknam cicho, lecz dobitnie:
- Spywaj std, szczeniaku, radz ci po warszawsku.
Pieni si i wy:

- Communiste! Une communiste!


Od sowa do sowa - i wszyscy pomaszerowalimy do komisariatu.
W prefekturze wsaty z brdk pyta si, o co idzie, a ja z niemiao opuszczonymi oczyma powiadam,
e ten wojskowy zaczepi mnie na ulicy i robi nieprzyzwoite propozycje, a ja jestem kobiet starsz
i na serio, i uwaam, e rzd francuski stanowczo jest zbyt agodny dla tych rozwydrzonych metekw.
Komisarz umiechn si. Poczstowaam go amerykaskim papierosem i nie zatrzymywana przez
nikogo wyszam. Przechodzc obok rozszalaego rodaka, raz jeszcze syczcym szeptem powtrzyam:
- Gwniarz!
*
Wieczorem miasto rozbyso milionami wiate. Tak niedaleko, prawie tu, tu.. Usiadam na leaku
z twarz zwrcon w stron brzegu. Milczenie i samotno oceanu byy silniejsze ni Rio. Jutro,
najdalej chyba pojutrze, zobacz przyjaci. Jutro lub pojutrze chodzi bd gwarnymi ulicami stolicy
Brazylii. Wystawy magazynw, olniewajce bogactwa wiata, pikne kobiety w przecudnych
sukniach, nieznane kwiaty, nieznane owoce. Bd miaa oczy szeroko otwarte, uszy podniesione jak
zajc - wszystkimi, wszystkimi zmysami, kadym milimetrem skry bd chon obco tego miasta,
bd wcha, wszy i wdycha fantastyczny strumie nie znanego mi ycia.

Rozdzia VIII
Min jeszcze cay dzie, zanim nasz agent przypyn motorwk. Dzisiaj o szstej staniemy na kei.
Z trudem wywalczy dla nas miejsce.
O pitej zjawi si pilot. Powoli ruszylimy do brzegu. Zeszam na dolny pokad, eby lepiej widzie,
eby od razu zobaczy Henryka i Marysi.
Wzdu kei wielkie krany i dwigi. Malutkie samochodziki z elaznymi uchwytami jak chrabszcze
krc si na terenach wyadunku i zaadunku. Nieco w tyle imponujcy rozmiarami rzd skadw
towarowych. Nie dostrzegam sylwetek moich przyjaci.
Policja morska - czarni ludzie w mundurach z byszczcymi guzikami - otaczaj jak starsz pani.
Kilka narzeczonych naszych marynarzy - w sukniach najzieleszych z zielonych i najczerwieszych
z czerwonych - przechadza si tu przed statkiem, zalotnie strzygc oczyma. S bardzo czarne i bardzo
grube. Na trapie migna mi jasna czupryna Zbyszka. Gdzie koo szstego czy smego skadu
spostrzegam gromadk dzieci koloru kawy z mlekiem. Bardzo gustowny odcie.
Musz przyzna, e w gbi serca czai si duma: ot, nasi marynarze! Chopcy i dziewczynki biegn ju
w stron Zbyszka, za nimi kroczy ona - daj sowo, liczna kobieta! Czarna bo czarna, ale co za
figura! Jakie ramiona i jaki wdzik tej maej gwki osadzonej na dugiej szyi. Sukienka? Boe, jak
dobrze znam ten wzr - przecie tego lata, ktremy spdzili w Jelitkowie, nosiam z tego materiau
szlafroczek!
Nie ma Marysi, nie ma Henryka... a tak liczyam na nich! Co to? Starsza nieznajoma pani i brazylijski
policjant podchodz do naszego trapu. Czybym si przesyszaa?
- Czajka! Czajka!

Ale ja tej pani nie znam! Jak miesznie brzmi Czajka w ustach czarnego policjanta. Wychylam si za
burt.
- Co? Jak?
- Czajka! Czajka-Stachowicz - wykrzykuje pani.
- Szejka, Szejka - wtruje jej policjant.
- Ide! Schodz w tej chwili! - woam z caych si i ju wewntrznymi schodkami lec w d.
- Zdrastwujtie! Ja Katia... pomnitie? Katia z Ziemianskoj na Mazowieckiej...
Znowu przewieszona przez burt najniszego pokadu wytrzeszczam oczy. Nie Henryk? Nie Marysia,
a... a Katia z Ziemiaskiej? Rzeczywicie, nawet Lem by tego nie wymyli. Umiecham si
gupkowato i mwi:
- Dzie dobry, pani Katiu. Skd? W jaki sposb? Czy... czy pani do mnie przysza?
- Nie do pani, ale po pani. Wot, wsie zaboleli, wsie bolny. Marysia ocze, ocze bolna. Ona was
bardzo lubit, ocze lubit i Gienryk was bardzo, ocze lubit - to ja si zaofiarowaa, ja mwi: Katia z
Ziemianskoj pjdzie, Katia przyprowadzi Bieoczkie i wot prosz i, wziat, czto nada do spania, a ja
tu czekam...
Pani Katia? Nareszcie co sobie zaczam przypomina. Rzeczywicie przychodzia codziennie do
Ziemiaskiej, siadywaa zawsze z tym samym wysokim panem ktrego znaam, bo by starszym
bratem mojego najdawniejszego Przyjaciela Franusia, Frania z Crki czarownicy na hutawce- Katia
bya nawczas liczn kobiet; mwia zabawn mieszanin dwch jzykw, wtrcajc co czwarte
sowo po polsku, z silnym zreszt akcentem rosyjskim.
Dwadziecia lat nie zmienio wymowy pani Kati, tylko, tylko - no trudno... wszyscy bez wyjtku
podlegamy dziaaniu czasu... Oczy jej pozostay w wyrazie takie same, dobre serdeczne bezgranicznie ufne oczy. Doln cz twarzy szpecia jaka szrama. Wosy umalowane na blond
(przecie, o ile si nie myl, bya ciemn szatynk). Ale waciwie co za rnica? Grunt, e jest, e
przysza i ma mnie odwie do Marysi, ktra mimo choroby niecierpliwie mnie wyczekuje. Przyjdzie
tam rwnie Henryk i wielu, wielu moich znajomych, ktrych nazwisk na pewno ju nie pamitam, ale
oni mnie pamitaj i doczeka si nie mog mojego przybycia.
Rozleg si gong. Zaprosiam Kati na kolacj, przedstawiam kapitanowi, inynierowi i Bieliczowi.
Katia na widok naszego chleba rozpakaa si.
- Polski chleb, nie dumaa ja, czto budu jeszcze w yzni - w yciu powiedzie mona - polskiego chleba
kuszaa...
Steward poda zrazy z tatarczan kasz i wot, pani Katia znowu zy ociera, a jak nabraa z salaterki
kapust duszon z eberkami, entuzjazm jej nie mia granic.
Po kolacji wstpiymy do kabiny tylko po neseser, ale zmierzajc ku wyjciu natknymy si na mego
pokerowego partnera, co to chleba nie je.
Pan Franciszek mrugn do mnie:
- Pani wychodzi na cztery dni, co? (pi dni mia trwa nasz postj w Rio). Nie wypada, eby pani tak
sza do ludzi z goymi rkoma. Ot, wawk przygotowaem, niech pani tam, gdzie bdzie mieszkaa,
polski poczstunek zaniesie. No nie?

- Kochany, dobry, poczciwy pan Franciszek! - Zoyam mu pocaunek na czole, bogosawic jego rd
do dziesitego pokolenia.
Drugi oficer (Krzy byo mu na imi), czarujcy, doskonae wychowany chopiec, pomg mi nie
neseser i wawk od pana Franciszka. W rku trzymaam du, podrn torb, kupion na MDM-ie,
ktra stanowia koron mego ekwipunku. I tak znalazam si na szerokiej avenidzie.
A wic jestem. Rozpoczynam Rio de Janeiro. Niestety! Nieprzezwycione od pewnego czasu
przeklestwo mego ycia - choroba przestrzeni, fobia - od razu daje si we znaki. Mamy przej
szerok, za bardzo szerok jak na moje moliwoci alej, wic Krzy ujmuje mnie pod rami:
- Idziemy! - powiada.
Jak osio zapieram si nogami w chodnik.
- Nie, nie, ja nie mog. O mj Boe! Nie, nie - wol wrci na statek!
O par krokw przed nami Katia wzywa:
- Prdko! Przechodzimy, musimy zapa takswk, Marysia na pewno si niecierpliwi.
Auta, dugi sznur aut. Autobusy, skutery...
- Za nic! Nie, nie mog!
Katia si denerwuje:
- Czto suczios? Zaczem ona nie choczet?
Krzy z nalenym mi szacunkiem, czerwony na twarzy, zakopotany, strapiony - cicho mwi:
- Niech pani zamknie oczy, ja pani przeprowadz, prosz mi zaufa... Bardzo prosz, niech pani tylko
zamknie oczy.
Ostatnie sowa usyszaa zdajca ku nam Katia:
- Zamknie oczy? Zaczem? Nie nada zakrywat oczi...
- Prosz pani, pani Czajka boi si przej przez ulic. Nie mona na si, to... to jest choroba.
Katia stoi przede mn:
- Miaja Bieoczka, niczewo nie bojties...
Przywouj resztki wstydu - przecie nie mog pokaza, e si boj, przecie, przecie byam oficerem
Armii Ludowej. Zamykam oczy i rzucam si przed siebie, wpaw, byle prdzej, byle prdzej. Krzy i
Katia biegn za mn.
- Co pani robi!
Oguszona, olepiona - rw naprzd. Klaksony. Auta przystaj, robi si zamieszanie - rw naprzd...
Na trotuarze przytrzymuj mnie dwaj policjanci Murzyni, gestykuluj, krzycz co.
- No entiende - odpowiadam. - No entiende - krzycz.
Nareszcie nadbiegaj Krzy i Katia.
- Bieoczka, czto z wami? Uas, uas, czto wy zdieali. Nie chciaa, a potem chciaa? Boe ty moj...

I ju co wmawia w czarnych policjantw. Ona gestykuluje, oni gestykuluj - wreszcie ona zwycia.
Wzruszajc ramionami, odchodz. Krzy mamrocze:
--Jak mona byo? A tak pani prosiem.
Stoimy na krawdzi, tu przy jezdni. Katia co chwila podnosi rk, ale takswek nie ma.
Zrezygnowana, wyczerpana desperackim wyczynem, przeczekuj huraganowe bicie serca. No
i prosz? Nikt nie moe mnie posdzi o tchrzostwo. Rzuci si pod koa - prosz, prosz - drobiazg.
Zgin pod brazylijskim autobusem? - prosz, bardzo prosz - drobnostka! C to znaczy dla byego
oficera Armii Ludowej?
Stoj wsuchana w omot serca, ktry okazuje si goniejszy od ruchu ulicznego Rio de Janeiro, i tylko
z lekka posapuj. Krzy przyglda mi si z niepokojem.
Zziajana, spocona Katia wzywa nas rozpaczliwymi gestami.
- No, nareszcie! - egnam si z Krzysiem. Jedziemy. Katia gaszcze mnie po ramieniu, bierze moje
rce.
- Bieoczka, my wszyscy tak si radujemy. Pani, pani to Warszawa - dawna nasza Warszawa. Pani - to
modo. My tak si cieszyli. Ja sama... Wot i Warszawa przyjechaa do nas... Ja wiem, duo ludzi
czeka, ale ja przyjechaam po pani na statek - mnie to wsio rawno, ja nie zale od tych
Amerykanw z USA, ja si nie boj. Weszam na polski statek i prosz, bardzo prosz, niech pani
znajdzie dla mnie godzink czasu. My razem pjdziemy, ot zobaczy Copacaban. Pani mieszka
bdzie na rogu, a ja o dom dalej. Tak ja po Bieoczkie przyjd, tak ja z Bieoczkoj usid nad morzem,
blisko tu nad wod i ja chc wspomnie. Wied najpikniejsze lata ycia, wied cae moje ycie to
Warszawa. Przyjechaa ja z Rosyji diewuszkoj, riebionkom. W Warszawie wysza za m, w Warszawie
ya z mem. Wie pani, mj m by ydem. Familia niedawolna bya mojej swadbie, oni rasisty byli.
Jewrej - gawarili - i zacziem tiebie, Katia, Jewrej? A ja bya wtedy prielest - wsie mucziny u moich
nek. Krasawica! A nki? Takich drugich nek nie byo w cieoj Jewropie... No i co Bieoczka? Hitler
priszo, mua ubili, mojego syna ubili - mnie gestapowiec zama szczk. Ot, jedna operacja, druga
operacja - i widzi pani? nie dao si lepiej zrobi. Och, Bieoczka, Bieoczka, wsio Germacy zabrali,
wsio ubili: i mua, i syna, i modost zabrali, i krasotu...
Trzymaam jej drobne, wskie rce w swoich. Gdyby nie to cige, nieznone omotanie serca, na
pewno bym pakaa. Jechaymy przez szalone, olepiajce wiatem, jarzce si neonami miasto.
ciskaam jej rce.
- Biedactwo! Ale c robi, Katia? Wojna nikogo nie oszczdzia... A teraz chocia ci dobrze? Przecie
teraz...
- Co teraz? Co teraz? Tak, niby porwnujc z wami tam w Warszawie - to jestem bogata. Naturalnie,
mam pikne suknie, bielizn, obuwie - nie brak mi niczego. Bieoczka! w Warszawie Niemcy zabili
mojego ma i syna. Bieoczka - ja ostaa sama. Czsto sen u mienia: siedz ja w Ziemianskoj na
Mazowieckoj, pij kaw, jem ciastka. Co tu duo gada - jak wiat dugi i szeroki takich ciastek jak w
Ziemianskoj nie byo i nie bdzie. I siu ja, a przy mnie siedzi pan Kuba. Kelner podaje na tacy kaw
ze mietank, ciastko ze liwkami, pczki. Bieoczka, pamita pani te pczki z Ziemianskoi? - Katia
si mieje. - I syszu ja gos pana Kuby. Wie pani, e i on umar gdzie daleko na pnocy? A przecie
syszu sowa:
Katia, pani ma najliczniejsze nki w cieym mirze.

...A ja nic, tylko jem pczka i pooyam rk na ramieniu pana Kuby. Wie pani? - przez sen czuj
szorstko weny. Taki czudiesnyj son. I zaraz nastpnego dnia Marysia mwi:
Katia, Bella przyjeda do Rio.
We mnie piorun uderzy. Warszawski przedwojenny sen, warszawski sen... naturalnie! - e ja tego nie
pojmaa. Znak z nieba.
Migotay mi w oczach olbrzymie, owietlone wystawy sklepw, po obu stronach szerokich bulwarw
rosy rozoyste araukarie. Boe, Boe - stolica milionerw! Gdzie ty si zawieruszya, bidulko. Jak ty
w swoich skromnych sukienkach, szytych przez kochan pani Bialikow z Mokotowa, bdziesz wrd
nich wygldaa? Bj si Boga, Czajuniu, bj Si Boga! Co ci strzelio do gowy?
Jednym uchem suchaam snu Kati, drugim uchem owiam melodi jednego z najwikszych miast
wiata. Pprzytomna, oguszona, z bijcym na alarm sercem, coraz gbiej wpadam w jarzcy si
wiatami lej niepojtego wiru.
- Tu, tu zaraz wysidziemy. Ot, w tym domu.
Takswka (pikny, szeroki Mercedes) stana. Pozbieraymy pakunki. Olbrzymi hall klatki schodowej.
Otwieraj si drzwi i wpadam w wycignite ramiona Marysi. Troch ez, troch miechu,
niepowizane zdania, niepowizane myli, czysty zachwyt spotkania, najjaniejsza rado istnienia.
- Och, Marysiu! Marysiu! Marysiu! Usid, po si, wycignij nogi! Czy ty jeste chora?
- Tak, kochanie, to co z krgosupem. Okropne ble, chodzi nie mog.
Przygldam si badawczo Marysi. Jest taka pikna, wiea, jasna i zocista jak przedtem. Tylko ma
oczy troch podkrone i inny wyraz twarzy - jakby nie te same usta, a moe nie usta, tylko wyraz ust.
Nie s tak figlarnie umiechnite. Jaka cierpka bruzda, jaki rys zmczenia. Znowu obejmujemy si
i rado bliskoci staje si najbardziej dominujca. Siadamy na tapczanie obok siebie, trzymajc si za
rce, skro przy skroni.
- Jak koniki - powiadam - widzisz? Robimy to zupenie jak konie - wybuchamy miechem.
Katia mwi, e musi ju i.
- Zaraz, zaraz, mam polskie przysmaki. Katia te dostanie swoj cz - wyszarpuj ze sznurw
wawk, w ktr zaopatrzy mnie pan Franciszek. A wic nasza jaowcowa kiebasa, a wic wdzony
wgorz i wiartka masa, i soiczek marynowanych grzybkw, i polskie szproty w oliwie.
Marysia biegnie do kuchni, kraje dwa kawaki kiebasy, obie jedz bekocc z zapchanymi ustami:
- Cudo, co za pycha, jakie to dobre!
Dumna jestem. A wic, wic ci milionerzy nie maj jaowcowej kiebasy. Obie wpatruj si w grzybki.
Wida tu nie ma marynowanych gsek. Nabieram coraz wikszej pewnoci siebie. Nie jest tak le!
Marysia oznajmia:
- Zanosimy to wszystko do lodwki.
Obadowane prowiantami idziemy do kuchni.
Mieszkanko Marysi jest skromne, ale urzdzone w swoistym stylu. Bahia, folklor murzyski, co, co
przypomina nasz dawny ad czy dzisiejsz Cepeli, tylko w murzyskim wydaniu.

Jasnowosa, biaorowa Marysia w egzotycznej ramie afrykasko-murzyskiej ludowoci.


Telefon od Henryka zapowiada ryche jego przyjcie. Ale tymczasem bez zapowiedzi zaczy napywa
gromadki ludzi - znajomych mi niegdy i nie znajomych, ktrzy po prostu chcieli zobaczy star
Warszaw i porozmawia o niej.
Dziwna jest jednak ta polska emigracja w Brazylii - naturalnie pisz tu o tej nowej, ktra pojawia
si tam w czasie wojny i po wojnie - wszyscy s jakby zaraeni bakcylem dolara. Marz tylko
o majtku, wszystkie myli koncentruj wok pienidza - a z drugiej strony nie wygasy w nich pewne
cigoty-tsknoty, gody, marzenia o Starym Kraju. Pozostay resztki warszawskiej mentalnoci, co,
co nawet trudno uj w sowa - a wic konglomerat mieszczastwa i romantyzmu; yj
wspomnieniami Irydiona, Konrada, najmocniej dominuje Warszawianka Wyspiaskiego. Przy tym
wszystkim jakie zaarte tous prix - gwatowne i zachanne by milionerem, zanurzy si
w bogactwie po uszy - wychepta wszystkie moliwoci ycia. Nie pisz tego o moich przyjacioach z
Rio - nie s milionerami, yj jak na tamtejsze stosunki raczej skromnie i z wielkim trudem zdobywaj
sobie miejsce w tej olbrzymiej, egzotycznej metropolii wiata.
Pokj zapeni si ludmi. Marysia pokrajaa jedn kiebas jaowcow i czstowaa goci. Smakowali,
cieszyli si i ze zami w oczach przypominali, gdzie, kto i w jakim miecie ostatni raz kupowa w Polsce
kiebas.
Dziwne s drogi ludzkie i dziwnymi drogami mona podej do ludzi. Mwiam, opowiadaam,
odpowiadaam na pytania... Zmczenie, podniecenie wprawiaj czowieka w stan podobny do
upojenia alkoholem. Czuam si jak pijana. Henryk sucha z pochylon lekko gow. Od czasu do
czasu podnosi j i wtedy mia smutne, uwane oczy. Prawie si nie zmieni, by niemal taki jak
w czasach, gdymy oboje w biaych czapkach z amarantowym otokiem mijali si na dziedzicu
uniwersyteckim, mijali si w Alejach Jerozolimskich, mijali si na Marszakowskiej.
Marysi kady krok i kade poruszenie sprawiay bl, ale dzielnie nie dawaa tego po sobie pozna.
Pijana zmczeniem, podniecona i wzruszona - opowiadaam o Warszawie. Prowadziam ich
wszystkich nowymi ulicami: Mariensztat, Stary Rynek, Piwn do Kolumny Zygmunta, a potem
Krakowskim na Nowy wiat... Na rogu Alei patrzyli w stron trzeciego mostu; Muzeum Narodowe,
Muzeum Wojska Polskiego - czuli nawet wilany zapach. Na prawo rzucili okiem na Sask Kp, na
lewo dostrzegli zamglon Prag, a potem zawrcili przez Plac Trzech Krzyy do Alei Ujazdowskich.
Rozgadaam si na dobre. Otaczay mnie znajome twarze. Maryla Winiewicz, obecnie Graffowa,
wybitna chemiczka, przed wojn prowadzia ona w Warszawie fabryk Asmidar i w Rio pracuje
take w fabryce chemikaliw. Teraz przyglda si bacznie moim rkom.
- Psoriasis? - pyta.
- Tak - mwi - psoriasis...
- Bidula! Dawno to masz?
- O, tak! Chyba przeszo trzydzieci lat z okadem. Czego ju nie robiam! Rentgen, promienie Bucki,
maci, bandae... Czasami przechodzi, ale zawsze wraca. Najlepiej mi robi kpiele w Morzu Czarnym
w Bugarii. Po pobycie w Warnie pierwszy raz w yciu byo zupenie dobrze a dwa miesice.
- Bya w Bugarii? Powiedz, powiedz, jak tam jest teraz?
Opowiadam o Sofii, opowiadam o Warnie, o Bakanturicie, o fantastycznym luksusie Zotych
Piaskw.

- Nie! - potrzsa gow przeliczna blondynka w czarnej, lnicej sukni. - Nie wierz, eby tam by taki
komfort. Pani mwi, e bya na dansingu w kasynie, i porwnuje te Zote Piaski do Nicei, Ostendy, do
wielkich uzdrowisk Europy. Nie! prosz pani, tu si pani ju zagalopowaa. Ja przed wojn byam w
Warnie i pamitam tamtejszy prymityw - przecie to byli analfabeci. Baranina, kukurydza i bugarskie
mleko, a jedyne co byo dobre, to brzoskwinie i winogrona. O ile pamitam, to nie mieli nawet
kanalizacji.
Jestem zmczona i rozgorczkowana. Nagle sprawa Zotych Piaskw i Bugarii staje si moj osobist
spraw, gotowa jestem bi si o ni - gotowa jestem nawet zgin za Bugari.
- Nie! - woam - nie! Albo wierzycie mi i wtedy mog wam dalej opowiada, albo podejrzewacie mnie,
e przemycam propagand, to w takim razie idcie spa i mnie te pozwlcie si pooy. - Coraz
gwatowniej si zaperzam. - Czy wy mylicie, e tylko u was czas idzie naprzd?
Nagle uwiadamiam sobie, e i ja, tak jak oni, dziel wiat na tu u was na Zachodzie i tam u nas za
elazn kurtyn i kierowana odwiecznym prawem sprzeciwu wyrzucam przez zacinite zby:
- Czas pracuje dla nas i za nas. My, wanie my, zwyciylimy technik. U nas, nie u was, wystrzelono
pierwszego satelit. Jeli zechcemy, to, to... - Nie kocz, bo sama nie wiem, co dalej mwi, ale
perora moja zrobia wraenie.
Czuj, jak wszyscy wpatruj si w moje usta. Cie jaki przemkn przez pokj. Nie odwracajc gowy
wyczuwam badawcze spojrzenie Henryka, na ramionach zaciskaj si rce Marysi.
Troch si zawstydziam, wic ju spokojniej kocz opowie o Zotych Piaskach: play Nicei
z kamiuszczkami nie mona nawet porwna do warneskich piaskw... (Czuj si naraz
odpowiedzialna nie tylko za Bugari, ale za Czechosowacj, za Wgry, za Rumuni, za wszystkie
demokracje ludowe ze Zwizkiem Radzieckim na czele!).
- Na caym wiecie zmienio si bardzo wiele - peroruj dalej - a wy tkwicie w waszych
wspomnieniach. Tak! - we wspomnieniach sprzed lat - cho przecie czas idzie wci naprzd.
Zapewniam was, e my o wiele dalej zaszlimy ni wy tutaj. Tak jak i dzisiejsza Warszawa jest
niepodobna do tamtej, tak i my dzisiejsi zmienilimy si bardzo.
Ale ja was rozumiem. Zapewniam was tylko, najmilsi - ostatnie sowo nie przez was bdzie
powiedziane, mimo wszystko jestecie zbyt wygodni, za zasobnie chcecie y, ucieklicie wszyscy na
ten kontynent, eby sobie i dzieciom waszym zabezpieczy byt. Przecigi historyczne obejmuj wiat
i nie bdzie miejsca tak spokojnego, aby nie dosta kataru...
Byam coraz bardziej zmczona i podniecona, podniosam rce, przybierajc poz Wernyhory (w
jakiej ksice widziaam tak ilustracj Andriollego) i nagle, niespodziewanie zakoczyam sowami
wiersza zapamitanego z czasw mojej modoci:
Jeszcze nie czas - nie chwila,
Jeszcze zo si przesila,
Jeszcze, jeszcze panna moda nie gotowa!
Marysia westchna:
- Bellusiu, koniecznie powinna si ju pooy.
I do goci:

- Ona naprawd ma chore serce. Tyle mwi, tak si przejmuje, to byoby okropne, gdyby si tutaj
rozchorowaa...
Henryk wsta natychmiast:
- A wic idziemy do domu. Bella przecie zostanie tu par dni. Zobaczymy j jeszcze i porozmawiamy.
- A do mnie po cichu: - Pojutrze wieczorem kolacja u nas, przyjdzie te par osb, Marysia przywiezie
ci na godzin sm.
Kiedy ju wszyscy poszli, pooyam si z Marysi na tapczanie - miaymy tyle osobistych spraw do
omwienia.
Jak trudno jest nam, generacji z pogranicza XIX i XX wieku, ustawi w czasie przeszo w stosunku do
teraniejszoci. Nie, nie mwi o staruchach, ramolach, tych, co dawno przeyli siebie i maml,
i bekoc, e chc kamyka z dawnej Warszawy, e chc wieutkiej szynki, bo inne rzeczy im
szkodz, e chc do cichego domku z pelargoniami, bez radia - ale za to z gramofonem - przecie
znam i takich w Warszawie, ktrzy tskni, bolenie tskni do urokw dawnej katarynki. Nie,
naprawd nie jestem na diecie, nie pragn wieuchnej szyneczki ani tskni za starowieckoci.
Tylko jak to ustawi? - eby si trzymao, eby jak w historycznych ksikach miao jeden cig, eby
odnale w tym jedn lini...
Przytulone do siebie trwaymy w smutnej radoci, mimo zagubionego wiata, w aosnej sodyczy
rozbitkw, ktrzy odnaleli si na bezludnej wyspie - rozbitkw, ktrzy uszli mierci, a ktrzy wszystko
inne prcz ycia utracili...

Rozdzia IX
Obudziam si bardzo pno. Przez nieszczelnie zasonite storami okno wpaday zote plamy soca.
Pokoik by nieduy, a drzwi do drugiego pokoju uchylone.
- Marysiu! - zawoaam cicho.
- Id, id, nios ci niadanie - i do sypialni wesza Marysia z tac. - Czy wiesz, co si dzieje pod twoim
oknem?
- Nie! Przed chwil otworzyam oczy, ale powiedz, co to za gwar?
- Dwa razy na tydzie, wanie tu przed oknem, odbywa si targ. Odchyl stor, spjrz!
Usiadam na ku i odsunam cik materi. Tu, tu za szyb mrowiy si oblane fantastycznym
socem tumy.
Stragany, stoiska, kosze, wzki. Ciemni, brzowi, biali - siedz, chodz, przystaj. Wszyscy, wszyscy
bez wytchnienia gadaj, targuj si, nawouj, miej - a na ziemi, na wzkach, na skleconych z desek
straganach najpikniejsze, najdziwaczniejsze, nie do pojcia: melony olbrzymie i melony malutkie,
sterty ananasw, piramidy pomaracz, cytryn, olbrzymie kaczany bananw. Warzywa, ktrych nigdy
w yciu nie widziaam i wcale nie wyobraaam sobie ani takiego ksztatu, ani koloru.
- Patrz, na niadanie przyniosam ci owoc, ktry nazywa si mango.

Rzeczywicie na tacy, obok buki, masa, sera i demu, zobaczyam owoc podobny do olbrzymiej,
podunej gruszki. Mia grub skr i nalea do rodziny bananowatych, ale jake trudno go byo
obra. Zapuciam zby w pomaraczowy misz. Co takiego! Owoc wymyka si, by mokry i
kurczowo trzyma si swojej olbrzymiej pestki; sodki, o zapachu terpentyny, mia zagadkowy dla
polskiego podniebienia smak.
- Nie pomidor i nie melon, ani to gruszka, ani banan. Ki diabe? - mruczaam umazana po czubek nosa.
- Marysiu, nie mog sobie da rady.
Przyjacika, miejc si, wycieraa mi serwetk policzki, brod i nawet szyj.
- Marysiu, ja... ja wejd do wanny, ten owoc nadaje si do jedzenia tylko w kpieli!
W kocu dotaram do pestki, bya wielka, czarna i okrga.

Mnogo spraw ldu. Tak, na ldzie czowiek ma zawsze dziesitki spraw do zaatwienia.
Poprzedniego dnia nie przeczuwa ich istnienia, a teraz, na ziemi, okazuje si, e jest w nich zapltany
po uszy. Sprawy ldowe dla czowieka jako stworzenia osiadego stanowi ostateczn i jedyn tre
istnienia.
Tak wic po niadaniu przypomniaam sobie natychmiast:
- Ale, ale, Marysiu, znajd w ksice telefonicznej pani Jadwig N.
- A ty skd j znasz? To bardzo stara i bardzo bogata pani, milionerka. Kiedy bya piewaczk
i podobno wyjtkow piknoci.
- Przywiozam dla niej z kraju pewn wan wiadomo, ktr musz ustnie jej przekaza. Zatelefonuj
i powiedz, e kto przyjecha z Polski. Niech naznaczy godzin, o ktrej, moe mnie przyj.
Rozkoszowaam si krkiem soczystego ananasa. Marysia tymczasem nakrcaa numer.
- Bellusiu, uwaaj, nie jedz tego biaego rdzenia. Jest bardzo niestrawny. My go wycinamy.
Ho, ho - pomylaam - jacy oni s delikatni. Niechby u nas w Warszawie pokazay si wiee ananasy,
i w dodatku takie tanie, na pewno nikt by nie wycina rodeczka.
- Hm, tak, naturalnie... - zwrciam si w stron Marysi poykajc jednoczenie zakazan cz owocu.
Bya wietna, soczysta i zupenie taka sama jak misz. - Naturalnie - powiedziaam z zapchanymi
ustami - usu-wam, u-su-wam.
- Pani Stachowiczowa z Warszawy - wyjaniaa w tub Marysia. - Ach, Boe! Doprawdy? Jake mi
przykro! Co? Chce koniecznie j widzie? Ale w takim stanie... Dobrze, dobrze, prosz pani, powtrz
i bdzie zaatwione.
- Co si stao? Dlaczego masz tak uroczyst min? - zapytaam, krajc nastpny, duo grubszy
krek.
- Bellusiu, pani Jadwiga przyja wczoraj ostatnie sakramenty. Ksidz namaci j olejem witym pani Jadwiga umiera!
- Ach, mj Boe! - odsunam talerzyk z ananasem. - Czy zd? Czy aby zd? To jest wana, chyba
najwaniejsza moja misja w Rio.

Marysia zmruya lekko swoje pikne, bkitne oczy.


- Czy istnieje jaka wano wobec mierci? - zapytaa cicho.
- mier i mio. Mio i mier... O ktrej mam by u niej?
- Najchtniej przyjaby ci o godzinie szstej, sidmej, ale ta pani powiedziaa, e pani Jadwiga nie
wstaje ju z ka i czeka na ciebie.
Przysali mi wz z naszej ambasady.
Ambasador Chabasiski i jego ona okazali si przemiymi gocinnymi ludmi. Poznaam rwnie
attach kulturalnego, Monik M. Od pierwszej chwili poczuymy si ze sob tak swobodnie,
jakbymy si co najmniej od wielu lat znay. Powiedziaa mi, e dzisiaj ambasador z on s zaproszeni
na jakie oficjalne przyjcie, wic ona ze mn zostanie i zjemy razem obiad w restauracji, a potem
obejrzymy wspaniay gmach ministerstwa, projektowany przez najwikszego architekta
wspczesnego, Oscara Niemeiera, z malowidami ciennymi Portinariego.
Malarstwo Portinariego poznaam w 1946 roku. Byam wwczas na jego wystawie w Paryu
i pamitam, jakie wywar na mnie wraenie. W Warszawie na pierwszej pce mojej biblioteczki mam
par ksiek z jego reprodukcjami.
Przypominam sobie spr, nie! - raczej dyskusj na jego temat. miaam wwczas wyrazi herezj powiedziaam, e to jest malarz na miar Picassa i e obrazy Portinariego stawiam wyej ni ostatnie
syntezy Picassa.
- Moniko, moja kochana, najmilsza Moniko. Ja... Ja bardzo chc odwiedzi Portinariego w jego
pracowni. Szalenie mi na tym zaley.
Monika umiechna si.
- Zrobi, co tylko bd moga, aby Portinari przyj pani u siebie.
Obiad jadymy we woskiej restauracji. Naturalnie na przeksk byy kamerony.
U nas w Warszawie nawet nie wiedz, co to kamerony. To - to s morskie stworzenia, podobne do
rakw lub do francuskich langust, tylko nie takie due.
Siedziaam naprzeciw Moniki przy maym stoliku, tu obok wejcia i obserwowaam szerok ulic.
Przy jezdni stay szeregiem palmy - dugie, proste pnie zwajce si ku grze wieczya czupryna
dugich lici.
Tyki z peruk angielskich papilotw - mylaam, smakujc soce w cienkim kieliszku.
Nagle przed drzwiami stano dwoje murzyskich dzieci. Chopczyk oblizywa kawaek trzciny
cukrowej. Mia zadziwiajco kdzierzawe wosy i odnosio si wraenie, e nosi na gowie skrk
z karakuw.
Hm - pomylaam - tak peruk mg wymyli tylko nasz Henryk Tomaszewski.
Dziewczynka w przykrtkiej sukience w czerwon i zielon kratk - zawiesia na szyi sznurek
dziwnych, czerwonych kamyczkw. Bosa, jeszcze bardziej czarna ni jej towarzysz, cigna za sob
may, drewniany wzek. I jej fryzur rwnie wymyli Henryk - z najbardziej skotunionej
kdzierzawoci - osiem splecionych warkoczykw okalao jej gwk.

- To nie wosy, to wosie na materace - zakonkludowaam. - Ale dzieciaki u-ro-cze, przeliczne!


Zupenie jak nie dzieci, ale zabawki dla dzieci.
W torebce miaam paczk polskich herbatnikw - tak ma paczuszk albertw...
- Przepraszam na chwileczk! - zerwaam si od stou i jednym skokiem byam na ulicy. Podaam
herbatniki dziewczynce.
- To dla was, dla was obojga - powiedziaam - od polskich dzieci. Polskie dzieci maj przewanie
proste i jasne wosy, ale bardzo lubi si bawi lalkami, ktre wyobraaj Murzynkw, i kade polskie
dziecko z radoci, na pewno z najwiksz radoci daoby wam prezent.
Dziewczynka trzymaa jedn rk herbatniki, a palec drugiej woya w dziurk od nosa. Chopiec
przesta liza trzcin cukrow. Nie patrzc na mnie, bez namysu, zabra herbatniki koleance. Cignc
drewniany wzek na sznurku, oboje szybko si oddalili. Nie umiaam po portugalsku, nie zrozumieli
mojej przemowy i nigdy si nie dowiedz, e to polskie dzieci na znak przyjani day im herbatniki
zwane albertami.
A potem piymy w malutkich filiankach czarn kaw. Dym z papierosa mia zupenie niebieski kolor.
Kawa bya mocna, czarna, gorca...
Gmach ministerstwa, ktry po obiedzie pojechaymy obejrze, to najpikniejsza architektura, jak
widziaam. Nad brzegiem oceanu, wrd przepiknych drzew eukaliptusowych i laurowych sta
gmach o opywowych, wyduonych ksztatach, otoczony klombami kwiatw i egzotycznymi
krzewami. Ze szka i stali przypomina pocisk rzucony w midzyplanetarne przestrzenie.
Nie umiem teraz opisa jego ksztatu - mog tylko powiedzie, e patrzc na z zewntrz odnosio si
wraenie uwizanego lotu, dynamiki. Ogldaam te wewntrz fresk Portinariego. I tak jak w czasie
obiadu smakowaam wino z cienkiego szklanego kieliszka - tak teraz jake mocno czuam rozkosz
patrzenia na wspaniae, z wielkim i niepowtarzalnym talentem stworzone dzieo sztuki.
To ju widocznie tak jest, e pikny wiersz, naprawd dobr ksik czy te obraz - z miejsca
odczuwam jako objawienie prawdy. W dziedzinie sztuki nie ma wedug mnie obowizujcego
kryterium, gusty ludzkie s tak rne. Wielkie dyskusje na temat sztuki doprowadzaj zawsze do
konfliktw.
Mam w Warszawie przyjaciela - przemiy, kochany Pawe, prawie co tydzie albo on ze swoj on
Marysi przychodzi do nas, albo my z Czajnikiem idziemy na Puawsk do nich. Sobota wieczr lub
niedziela - to s nasze dni. Gramy w remi, czasami odchodzi pokerek.
Wanie z tym kochanym Pawem zabrnlimy kiedy zupenie niepotrzebnie w dyskusj
o malarstwie. Dla Pawa prawdziwie wielkim artyst jest Matejko - Pawe otrzsa si na
nowoczesne malarstwo Picassa. Pawe chce rozumie obraz, powiada, e niebieskie wosy, czarne
nosy i kolawe truposze napeniaj go wstrtem, a on da od malarstwa, aby mu dostarczyo
przyjemnych, jeli ju nie wzniosych przey.
Mj Ociepka, ktrego wynalazam na lsku w 1946 roku, posiada teraz wielu wielbicieli
i zwolennikw. Teofil Ociepka, grnik z kopalni Wieczorek, jeden z lepszych polskich niedzielnych
malarzy (tumaczc z francuskiego termin peintres de dimanche) uywa swoistego okrelenia
przyjemny dla oka i dzieli cae malarstwo na przyjemne i nieprzyjemne dla oka. Mj Boe,
przecie nie mona caej ludzkoci przekona, e sztuka to jest co wicej ni przyjemne dla oka.

Siedz na aweczce we wspaniaym gmachu Niemeiera i przygldam si freskowi Portinariego. Fresk


jest zrozumiay, absolutnie wszyscy, czy to bdzie pastuch, czy urzdnik, czy kupiec materiaw
tekstylnych, dziennikarz, grabarz czy akuszerka - wszyscy zrozumiej tre figuralnej kompozycji - ale
to nie bdzie dla nich Ociepkowskie przyjemne dla oka. Nie!
- Musimy ju i - mwi nagle Monika - Portinari czeka na nas z kaw. Najwyszy czas, jedziemy.
Na dole wsiadamy do auta ambasady. Wczamy si w nieprzerwanie pyncy potok. Migaj
olbrzymie budowle, potne gmachy, przebogate wystawy magazynw. Ju blask soca nie razi oczu,
agodne zoto zatrzymuje si na wierzchokach liciastych drzew i czuprynach palm.
Wjedamy w nadbrzen ulic Copacabany. Najpikniejsza, najbogatsza, sawna na cay wiat
Copacabana. Domy nie stoj - jak na caym wiecie - bezporednio na ziemi. Dziesiciodwunastopitrowe olbrzymy zbudowane s jakby na palach. Parter mieci si wysoko, a pod domem,
w bramach, mae ogrdki. Bananowce, hortensje, kaktusy. To bardzo pikne! Przestronnie, zielono,
jakby aurowo wyglda taki drapacz. Przydaje mu to lekkoci. Architektura doskonale
zharmonizowana z klimatem.
Weszlimy do jednego z takich domw. Jeszcze chwila i moje marzenia zrealizuj si. Poznam
jednego z najwikszych malarzy wspczesnych.
Wyszed nam naprzeciw niewysoki czowiek o lekko przerzedzonych wosach, bladej twarzy i bardzo
smutnych, ciemnych oczach. Przygldalimy si sobie z jakim bliej nieokrelonym uczuciem. Kogo
on mi przypomina?
- Et voil - cest Bella de Montparnasse.
Masz tobie, najwikszy malarz Ameryki Poudniowej zna moje imi... No tak, teraz ju wiem - rok
1927 - taras Caf du Dome - w gbi stolik - Ilia Erenburg, Kisling, Offrey, Jadwiga Zak i may
Brazylijczyk, ktrego nazwiska nie mogam nigdy zapamita.
A teraz, siedzc w jego pracowni, z troch smutnym umiechem strudzonych pielgrzymw oddajemy
si wspomnieniom modoci i Parya.
A pniej ogldaam stosy akwarel i rysunkw. Niepozorny czowiek zmieni si w olbrzyma.
Opowiada, jak otrzyma zaproszenie; od rzdu Izraela, opowiada o swoich wraeniach z podry do
tego kraju niegdy pustynnych rwnin, kolebki najinteligentniejszego z narodw, ktry po wiekach
tuaczki powrci do ojczyzny Mojesza. Pokaza mi wydany w Szwajcarii album rysunkw z natury,
szkicw chwytanych na gorco, typw, scen rodzajowych.
ona artysty, przemia pani, i synek z ciemnymi, inteligentnymi oczyma, pomagali w wybieraniu coraz
to nowych teczek. Pokj ton w niezliczonej iloci kartonw. Obrazw olejnych nie byo w domu zostay wysane na wystaw.
ona podaa nam t najlepsz chyba na wiecie kaw. Ogldalimy, mwilimy o naszych nieyjcych
ju przyjacioach.
- A Pascina? Czy pani pamita Pascina?
- Jakebym moga go zapomnie? Widz go w Caf Select, pochylonego nad cinkiem, jest znowu
pod gazem, a koo niego ta jego ostatnia mio - najpikniejsza z piknych.
Kiedy to mwi, staje mi przed oczyma jak ywa - w zielonej, szalenie zielonej sukience, cile
przylegajcej do jej licznych, uroczych ksztatw, z gbokim wyciciem na piersiach i plecach,

a rowobiay odcie jej skry olepia w tych zielonych ramach. Rowobiay, jednoczenie gorcy
i matowy - jak to powiedzie? Jak to okreli? Aha, ju wiem - najbardziej cielesny z cielesnych,
najbardziej zmysowy, dojmujcy w tej ywej cielesnoci. Tak, to ona bya jego ostatnim szalestwem.
Ale czy dla niej podci sobie yy w jedn z tych neonowych, zimnych, wietlistych nocy Parya?
- Oui - cest elle, la dernire.
Pijemy yczkami kaw z malusiekich filianeczek, palimy papierosy negro, najbardziej tragiczne
sprawy udaje nam si zamkn midzy jednym a drugim odstawieniem malutekiej filianki na
jeszcze mniejszy spodeczek. Co robi? Takie jest prawo ywych. Pamitam, jak mier tego
genialnego malarza wstrzsna Montparnasseem. Nie, nie tylko Montparnasseem! Paryem,
Francj, caym wiatem!
- A teraz poprosz o jeszcze jedn filiank kawy. Mino tyle, tyle lat od tamtej nocy.
Portinari podaje mi wspaniay egzemplarz albumu swojego Izraela.
- Niech pani to wemie na pamitk.
Stoi ten album u mnie w Warszawie wrd innych ksiek biblioteki i gdy otwieram jego karty,
pierwsza strona wita mnie wzruszajc dedykacj. Portinari napisa j po hiszpasku, ale przyjaciele
moi przetumaczyli to na polski:
Belli, ktra potrafi rozmieszy i do ez doprowadzi kamienie - z sympati
Portinari.
Pojechaymy z Monik na jak uroczysto literack do maej ksigarni na rynku. Prezesem tego
zwizku literackiego jest Jorge Amado, tak, wanie ten od Czarnej Rzeki, ktra tumaczona na jzyk
polski zdobya mu tylu sympatykw.
Prcz Jorge Amado, ktrego znaam z Wrocawia z Kongresu Intelektualistw, spotkaam tam jego
brata i dramaturga Figureido, i Carlosa Eduardo Martiusa, i Seliana Braga, i pikne, eleganckie
seniory.
Rozmawiaam z Jorge Amado o Polsce, o naszych modych pisarzach, o malarstwie, ktre - jak
z prawdziw dum wyznaam - nie stoi niej od malarstwa francuskiego i naley do przodujcych
w wiecie.
Dochodzia sidma, a miaam jeszcze, prcz wypenienia mojego posannictwa u starej pani,
umwione spotkanie z Jank S., rzewn, czu, serdeczn Janeczk, ktra tak jak Marysia bez adnych
zastrzee natury polityczno-ideologicznej - przyja mnie z rozwartymi ramionami.
A potem czekao mnie wielkie przyjcie u Seweryna, brata Henryka Szulca, o ktrym ju
niejednokrotnie pisaam.
Po wymianie odpowiednich serdecznoci wyszymy z ksigarni.
Monika podaa adres ciemnemu kierowcy, zapowiadajc mu jednoczenie, eby zaczeka na mnie,
a potem odwiz do mojej przyjaciki Janki.
Zadowolona, rozsiadam si we wspaniaej limuzynie, po dwch szklaneczkach szampana, tu przed
wypenieniem jednej z waniejszych misji na tym kontynencie, w gorcym powietrzu egzotycznego
miasta, pod nadmiernie rozgrzanym niebem. Daleko od codziennych powika mego prawdziwego
ycia w Warszawie, czuam si jak przybysz z innej planety. Rado ycia jak poprzednio wypity napj
musowaa we mnie.

O feerio wiate, o szalestwo neonw - szeroko otwarte drzwi do bogactw Sezamu. Siedzc na
mikkich poduszkach wytwornej limuzyny, ca dusz oddawaam si samej tylko radoci istnienia.
Ciemny kierowca od czasu do czasu odwraca si do mnie i rzuca krtkie zdania, staraam si wtedy
mie powany wyraz twarzy i dostojnie kiwaam gow.
I znowu mijamy wylot jakiej nie koczcej si avenidy. ukowe lampy na przestrzeni kilometrw
i baniowo migocce neony - to wszystko wyglda jak pastwo sztucznych ogni, fajerwerkw i rakiet.
Jakie to szczcie, e nie jestem w wieku miosnych pragnie, miosnych zapamita i miosnych
tsknot! Jake dobrze by poza modoci i bredniami niespokojnego ciaa. Zapalajc papierosa
umiechaam si troch drwico do minionego czasu kobiecoci. Pamitam przecie siebie sprzed
lat no, dajmy na to, czterdziestu, trzydziestu, kiedy siedzc przed lustrem i czeszc lnice,
ciemnokasztanowate pukle, przysigaam:
- Nie chc! Nie bd nigdy stara! Nie chc w lustrze zobaczy swojej twarzy z siwymi wosami, ze
zmarszczkami wok oczu! Co warte jest ycie, jeli si nie budzi niepokoju i mioci w otaczajcych
mczyznach? Co warte jest ycie bez tego okrutnego, bolesnego, a tak sodkiego szalestwa?
A teraz bogosawi okres staroci, wolny od przeklestwa pci. Caymi latami pikno wiata byo
niedostrzegalne. Nie docierao do mnie nic poza mioci. Nareszcie wolna - potargane wizy czce
mnie z ksiycem i jego odmianami. Nareszcie mina ta nieznona choroba wyobrani, widz swoimi
oczami, sysz swoimi uszami - ycie i wiat nale naprawd do mnie!
Zapalam wic papierosa i opierajc si jak najwygodniej o elastyczne poduszki samochodu, z rozkosz
przypatruj si smugom, promieniom, jarzcemu si brzegowi ciemnego ju oceanu.
Maszyna stana przed elazn bram jakiego ogrodu. Gste, liciaste krzewy tu za sztachetami
tworzyy mur, spoza ktrego nie wida byo adnych murw.
Bezradnie spojrzaam na szofera. Zrozumia, wyszed z wozu mruczc co pod nosem, po omacku
zacz szuka dzwonka. Ulica wydaa si mroczna w porwnaniu z powodzi wiate, w jakiej tono
centrum miasta. Szofer drepta to w lewo, to w prawo - gada co, czego nie rozumiaam, a wreszcie
trafi widocznie na guzik dzwonka, bo po chwili otworzya nam bram jaka pani.
W otaczajcym nas mroku nie widziaam prawie jej twarzy - biela natomiast konierzyk przy szyi.
Usyszaam niski, gardowy gos:
- Nareszcie pani! Cieszymy si wszyscy, e pani przyjechaa, a pani Jadwiga to ju doczeka si nie
moe. Prosz za mn...
- Czy pani mwi po portugalsku? - zapytaam.
- Tak, naturalnie.
- To prosz powiedzie szoferowi, eby zaczeka na mnie, niedugo tu zostan - wiem, e pani Jadwiga
jest bardzo chora...
- Nie! Nie trzeba! Pani Jadwiga nieprdko pozwoli pani odej. Wczoraj przyja wite sakramenty
i zostaa namaszczona olejami. Niech szofer jedzie, std si ju pani odele, gdzie bdzie trzeba.
Szam za ni wirem wysypan alejk - byo w tym ogrodzie wicej powietrza ni w miecie,
wyczuwao si nawet co w rodzaju leciutekiego podmuchu wietrzyka. Przede mn bielay kontury
paacyku... Upalna noc brazylijska oddychaa dungl.

Z duego hallu szerokimi schodami weszymy na pitro.


Dungla, noc brazylijska, a tutaj... Gdzie jestem? Niespokojnie rozgldaam si dookoa - jakime
sposobem nagle znalazam si we wntrzu mieszczaskiego domu z pocztkw dwudziestego wieku?
Krakowskie kilimy na pododze, secesyjne meble, wielkie gliniane dzbany z pkami pawich pir. Na
cianach obrazy Wyspiaskiego. Mehoffera, pejzae Stanisawskiego, ludowe, zielone skrzynie
malowane w re. W zotych ramach obraz Matki Boskiej Czstochowskiej z bliznami na policzku...
Zaskoczona, zdumiona, wlokam si krok za krokiem, ogldajc to dziwne wntrze... Przeszymy do
nastpnego salonu - naprzeciw wejcia duy portret piknej, rudowosej kobiety w zielonej
amazonce:
- Axentowicz! - powiedziaam pgosem.
Pani w biaym konierzyku odwrcia si do mnie.
- To przecie portret pani Jadwigi, tak wygldaa w roku 1918...
- Rzeczywicie, bardzo, bardzo pikna...
I znowu z glinianych garnkw patrzyy na mnie zielone oczy pawich pir, w wazonach sterczay pki
sczerniaej trawy... te, zeschnite, od dziesitkw lat przechowywane polskie niemiertelniki.
Mauzoleum - mylaam, a dziwny skurcz aoci i wzruszenia ciska mi gardo - tu Polsk przywioza
i... i zatrzymaa czas...
Znalazymy si w sypialni. Przymione wiato, na nocnym stoliku niedua lampa. Na olbrzymim ou
tu przede mn ley przedziwna laleczka, przypominajca figur z wosku, o obrzkej, tawej
twarzyczce staruszki, a z obu stron policzkw stercz amarantowo-czerwone warkoczyki, podobne do
wskich, cieniutkich wsteczek. Laleczka ubrana jest w srebrn, brokatow, sztywno opadajc a
do przelicznych stopek - szat. Nki laleczki zakoczone s dziesicioma piknie pomalowanymi na
amarantowo paznokietkami.
Dziesi czerwonych landrynek - stwierdzam w myli, zdjta zachwytem.
Po srebrnym brokacie spywa paszcz z cikiej, rowej crpe satin...
Upalna noc! Boe, jak ona musi si mczy tym strojem!
Pani Jadwiga ma przymknite oczy. Na przeciwlegej cianie otarz - z jednej strony Matka Boska
Czstochowska, z drugiej Matka Boska Ostrobramska - kwiaty, palce si wiece wyduaj cienie
strzelistych rolin, wdzierajcych si przez otwarte okna. Zapach wosku, zapach waleriany, koloskiej
wody i czego jeszcze... Zaraz, zaraz, ju wiem... Zapamitany z dziecistwa zapach zleaego ptna
(moja babka, otwierajc kufer w swojej sypialni, pokazywaa mi sterty przecierade, poszewek
i powoczek na kodry. Mawiaa wtedy z tajemniczym umiechem:
To dla ciebie ciuam, to na twoj wypraw, jak bdziesz wychodzia za m).
Wstrzymujc oddech staj przy ku, a obok mnie pani w biaym konierzyku...
Co znacz te czerwone warkoczyki - myl - a moe to peruczka? Boe, zmiuj si! dlaczego w takim
przedziwnym kolorze? - Przed oczyma zamajaczya mi posta Stasia i sysz jego sowa:
najpikniejsza kobieta.
Pani w biaym konierzyku pgosem oznajmia:

- Pani Jadwigo! Oczekiwana osoba przybya. Posanniczka z naszej cierpicej ojczyzny... jest tu... tu
przy ku.
Pani Jadwiga otwiera oczy, leciutko odwraca gow w moj stron:
- O, jake si ciesz! Witam! Pani Walerciu - zwraca si do mojej towarzyszki. - Pani Walerciu! prosz
poda co do picia i... i ciasteczka, i prosz przysun do ka fotel...
(Gos jej wcale, wcale... - liczny, mocny gos, a nie jakie starcze dukanie).
Siadam na fotelu i staram si nie mie idiotycznej miny - niestety, czuj, e nie stan na wysokoci
zadania. Kolor warkoczykw - a moe sama idea warkoczykw - porazia mnie, nie mog si pozbiera
- odwracam gow w stron pani Walerci. Niestety zobaczyam ju tylko rbek granatowej sukienki.
Pani Walercia wysza z sypialni. Usiowaam nada swojej twarzy normalny, uprzejmy wyraz.
Tymczasem pani Jadwiga gonym szeptem oznajmia:
- Wiedziaam, wiedziaam, e pani dzi do mnie przyjdzie. Onegdaj we nie ukazaa mi si Matka
Boska Czstochowska ze sowami: Przyjdzie do ciebie moja wysanniczka z twojej krwawicej
ojczyzny. Przyjdzie tu do ciebie, do twego oa...
I pani Jadwiga nagle i nieoczekiwanie zapakaa:
- Pani jest z Warszawy? Pani z Warszawy?
Skinam gow. Pani Jadwiga usiada na ou, klasna w donie, z wskich, drobnych piersi wydobya
liczny, dwiczny gosik:
- Walerciu! Lilko! Zuziu! Jadziu!
Natychmiast drzwi otworzyy si i cztery postacie kobiece stany przy ou. (Czy one wszystkie
czekay tu pod drzwiami, e tak prdko zdyy przybiec?)
- Walerciu, Lilko, Zuziu, Jadziu, klknijcie i procie, eby pani was pobogosawia - oto jest
wysanniczka Matki Boskiej Czstochowskiej, oto wysanniczka naszej na krzyu rozpitej ojczyzny...
Wielki pacz rozleg si w pokoju i wszystkie zwoane panie uklky przede mn, nisko pochylajc
gowy.
(To dopiero wpadam - przemkno mi przez myl).
Nie chciaam popenia witokradztwa - baam si... waciwie to jestem wierzca. Wstaam z krzesa
i przyczyam swj pacz do oglnego lamentu.
- O mj Boe, mj Boe - chlipaam - nie-po-rozu-mienie! Ca-ko-wi-ta po-oo-myka. Ja nie jestem od
Matki Boos-kiej, ja... ja od Stasia...
Ale nie syszay czy te nie chciay sysze moich sw. Woay wielkim gosem:
- Pobogosaw! Pobogosaw!
Wzbraniaam si, prosiam, bagaam:
- Kochane moje, jestem najgrzeszniejsza z grzesznych, Moje bogosawiestwo bdzie herezj,
ohydn herezj...

Ale pani Jadwiga dziwnie przewrcia biakami oczu - stao si rzecz oczywist, e kona. Zamaram
z przeraenia. Dotknam jej gowy:
- Bogosawi ci w imieniu cierpicej ojczyzny...
Chwila ciszy, a potem oglny pacz. Caoway moj organdynow, bia w czarny dese, sukienk
i coraz goniej szlochay. Po chwili zbuntowaam si. Krzyknam:
- Dosy! Prosz nas zostawi same! Mam pani Jadwidze co wanego do powiedzenia.
- Pani Jadwigo - powiedziaam, gdy popakujce cicho wymaszeroway z pokoju - pani Jadwigo,
przychodz do pani na yczenie Stasia P. Czy go pani sobie przypomina?
Gowa pani Jadwigi drgna, czerwone warkoczyki jak dwie struki krwi spyway po koronkowej
powoczce poduszki. Pani Jadwiga krtko i gono zakaa:
- Jakebym ja go moga zapomnie? Jakebym moga zapomnie mojego Wadzia! Podobno mu
bomba urwaa nog... (pacz jej sta si bardziej przenikliwy). Och, ja wiem, ja wiem wszystko... Ci
podli Niemcy tyle bomb rzucili, e zostaa z was tylko maa garsteczka kalek... Och, mj biedny
Wadzio! Wadeczek kochany!
- Pani Jadwigo - powiedziaam mocnym gosem (a moe ona nie syszy?). - Pani Jadwigo, nie aden
Wadzio, ale Sta mnie przysa.
- Co pani mwi? Daje sobie rad o kuli! On zawsze by dzielny! Ach, c to za charakter i jaka odwaga!
O, mj Wadziuniu, Waduchna!
- Nie Waduchna, nie Waduchna, ale Stasinek, Stasiulek!!!
Krzyczaam z caych si.
Ona na pewno jest gucha - mylaam z rozpacz - przecie ja... ja jestem od niej modsza, a te czsto
mi si zdarza, e nie dosysz... I co tu si dziwi? W takim wieku, w takim klimacie - czuam, e pot
spywa mi wzdu caego ciaa... Potworne gorco. O Boe, Boe...
- Sta! Wspaniay, znakomity artysta - sawa naszego narodu! Pani, pani go przecie kochaa...
Pani Jadwiga odrzucia purpurowe warkoczyki do tyu, podniosa si, opara na okciu i patrzc gdzie
przed siebie, w stron otwartych okien, w ktrych stao czarnogranatowe niebo, po stokro
przygwodone wiekami gwiazd, szepna:
- Och, przecie ja tego Tomka nigdy nie zapomn. Szaawia, nic dobrego, ale ten wdzik! Kochana
pani... przepraszam, zapomniaam imienia?
- Izabela - odszepnam.
- C robi, pani Ireczko... my, prawdziwe kobiety, uczulone jestemy przede wszystkim na wdzik
mczyzny, czy nie tak?
Skinam powanie gow.
- Tak! Na wdzik. Pani Jadwigo, gdyby pani zechciaa si skupi, na pewno by pani przypomniaa sobie
tego Stasia...
Walercia z tac w rku ukazaa si na progu.

- Postaw to tutaj na stoliczku. - Spojrzaa na mnie spod obrzmiaych, jakby spuchnitych powiek. Pani Julciu! Fe, to mi si nie podoba, nie znosz siwizny, nie znosz starych osb. Dlaczego pani ma
biae wosy? Kobieta do mierci powinna by moda i pikna. - Klasna w rce. - Walerciu, Zuziu,
Lilko! Prdko, prdko tu do mnie...
Tak jak poprzednio cay dwr pani Jadwigi wpad migiem do pokoju.
- Prosz prdko przynie farby. Umalujemy wosy naszej kochanej posanniczce - ten sam kolor co
mj! Potem spleciemy pani z obu stron twarzyczki warkoczyki! Zaraz bdzie pani modziej wyglda.
Trzeba dba o urod - to jest pierwszy obowizek kobiety! No, prdzej!
- Nie! Nie! - krzyknam, widzc w rkach Zuzi miednic. - Nie! Nie chc mie czerwonych
warkoczykw... Ja tu przyszam z posannictwem i skadam kategoryczny sprzeciw. Jestem siwa i tak
zostan. Prosz odnie miednic, farby i te wszystkie inne specyfiki. Ja... ja chc wrci do Polski
z moimi siwymi wosami.
Wszystkie damy dworu odmaszeroway. Pani Jadwiga bez niczyjej pomocy usiada na ku.
- Co pani powiedziaa? Jak? e w Polsce zabronione? Ju wiem - zaamaa rce i pocza kiwa grn
czci korpusu - wiem, teraz w Polsce za pomalowanie wosw daj kar doywotniego wizienia. O,
Boe! O, nieszczliwa dola mojej mczeskiej ojczyzny... - Tu kiwna si silniej i... wypada z ka.
Tego ju byo dla mnie za wiele! Rkoma przyciskajc walce na alarm serce zaczam woa z caych
si:
- Pani Walerciu! Zuziu, Lilko - pani umara! Pani ju nie yje!
Caa gromada kobiet wsypaa si znowu do sypialni. Pani Jadwiga leaa tu przy ku, oczy miaa
zamknite. Paszcz z rowej crpe satin, rozwiany wok jej drobniutkiego ciaka, wywoywa
wraenie, e usna na rowosrebrnej chmurze. Dziesi czerwonych landrynek lnio jak
drogocenne rubiny. Warkoczyki tworzyy krwaw aureol wok malekiej gweczki.
Pakaam coraz goniej:
- Zabiam j, zabiam... Gdyby nie ja, gdyby nie mj sprzeciw... Gdybym pozwolia sobie umalowa
wosy i zaple warkoczyki, na pewno by jeszcze ya!
- Ale niech si pani uspokoi... prosz si napi herbaty. Nasza ukochana pani od trzech do szeciu
razy dziennie wypada z ka. Na pewno nic jej si nie stao! Ona tak mao way, e te upadki nie s
grone - uspokajaa mnie pani Walercia. - Prosz, niech pani pozwoli ciasteczko do herbaty... ju...
widzi pani? Ju jest dobrze.
Pani Jadwiga, podniesiona z ziemi przez Zuzi i Lilk, leaa jak gdyby nigdy nic z powrotem na swoim
miejscu. Umiechna si do mnie, a w umiechu jej byo tyle rzewnego smutku, e znowu zy stany
mi w oczach.
- Kochana pani Elizo, niech mi pani powie, czy yj jeszcze moi najmilsi, moi najlepsi, niezapomniani
klakierzy?
- Klakierzy? - powtrzyam - Klakierzy? (czy to jest nazwisko jakiej rodziny?) Familia Klakierw? powiedziaam na gos - czy... czy oni mieszkali w Warszawie?
- Ale klakierzy, kochani, najmilsi klakierzy, no, tacy, co na przedstawieniu klaszcz w rce, ot tak. I pani Jadwiga malusiekimi jak u dziecka rczkami zrobia klak-klak.

Teraz zrozumiaam, kto s ci panowie klakierzy.


- O, oo - serdecznie dzikuj! Doskonale si czuj, przybrali ostatnio na wadze, a kiedy si
dowiedzieli, e odwiedz Ameryk Poudniow, prosili, aby w ich imieniu serdecznie pani pozdrowi.
Pani Jadwiga bardzo si ucieszya.
- Wic oni yj? Bogu najwyszemu niechaj bdzie chwaa na wysokociach. Klakierzy yj! Walerciu,
Zuziu, Lilko... Prdko, prdko!
W mig przybiegy i stany u jej oa.
- Klakierzy yj! Klakierzy przetrwali! Kto by si spodziewa? (zapakaa nagle i urwaa)... przetrwali
i bombardowanie, i rzdy Hitlera - zdrowi - utyli nawet. Prosili, eby mnie pozdrowi... Syszycie? pozdrowi!!!
Szmer zachwytu suchaczek sprawi, e poczuam odprenie.
- Na cze klakierw i na cze posanniczki zarzdzam defilad! Ja i obecna tu pani... pani... (Izabela podpowiedziaam) i obecna tu pani Izabela rwnie wemiemy w tym udzia.
To ju zupenie co nowego - pomylaam i jknam.
- Hm, doskonaa myl, ale, ale przed kim bdziemy defilowa? Kto odbierze defilad?
- Jak to kto? Corcovado - to si samo przez si rozumie...
Ale, ale przecie std do Corcovado najmniej bdzie osiem do dziesiciu kilometrw... Jak ona to
sobie wyobraa? Przecie jest taka saba, e z ka wypada... Nie! Ja nie bd ju uczestniczya w
adnych szalestwach... (Ind bunek! Ind bunek!) Nie! za nic na wiecie nie bd uczestniczy
w defiladzie - zreszt jestem zwolenniczk ustroju socjalistycznego i moja ideologia nie pozwala mi na
tego rodzaju afirmacje. Stanowczo, gosem nie znoszcym sprzeciwu powiedziaam:
- Ja osobicie nie wezm udziau w defiladzie. Bardzo prosz zorganizowa t uroczysto po moim
wyjedzie. Zreszt i tak si zasiedziaam - musz natychmiast ucieka, bo czekaj na mnie z kolacj.
Pani Jadwiga, podtrzymywana przez Walerci i Lilk, siedziaa ju na krawdzi ka, a jej przeliczne
stopki z czerwonymi landrynkami przysaniay pantofelki z rowosrebrnej plecionki.
- Idziemy ju... ju, natychmiast! Wszyscy, wszyscy - cay dom niech wemie udzia!
Zanim zdyam si obejrze, pokj zapeni si ludmi. Przybyo par kobiet (prawdopodobnie
z kuchni), wrd nich bardzo tga Murzynka w biaej w niebieskie grochy sukience, z biaymi koralami
na czarnym, jak wyrzebionym w hebanie, biucie. Byy jakie modsze, wesolutkie Mulatki, ale
najsilniejsze wraenie zrobi na mnie stary Murzyn.
Pierwszy to raz widziaam tak czarnego Murzyna z tak nienobiaymi wosami. To na pewno by
najpoboniejszy Murzyn w caej Brazylii - jeszcze przed wejciem do pokoju uklk (spostrzegam go
ju klczcego). Klcza, bi si w piersi z zamknitymi oczyma, od czasu do czasu tylko otwiera je,
aby straszliwie ypn biakami w stron otarza z Matk Bosk Czstochowsk.
Tyle ludzi w tym cichym domu. Kto by si spodziewa? Podtrzymywana przez Walerci i Lilk, pani
Jadwiga stana na dywanie - za ni sformowa si orszak...
Hm - pomylaam - hm... To oni wida ju nieraz odbywali takie defilady?

- Kochana nasza posanniczka, pani Terenia - zwrcia si do mnie staruszka - stanie tu przy moim
boku, w pierwszym szeregu.
No, tak. Trudno - pomylaam - teraz nie mog jej si sprzeciwi... Wida przeznaczone mi wzi
udzia w defiladzie do Corcovado...
Prcz Murzyna wszyscy modlili si po cichu. Ruszyymy. Pani Jadwiga sza pomalutku, krok za
kroczkiem, podtrzymywana z obu stron. W ciszy, skupieniu i zbonym milczeniu powoluteku, krok za
kroczkiem - wdrowalimy przez amfilad pokoi. Wszdzie oknami, przez koronk lici wdzierao si
blade wiato ksiyca. W ciszy sycha byo tylko pojkiwanie i posapywanie pobonego Murzyna,
idcego na samym kocu orszaku. Rowy, lnicy w ksiycu paszcz pani Jadwigi wlk si po
posadzce.
Wydao mi si nagle, e ju kiedy dawno, dawno temu uczestniczyam w takim pochodzie i e
odnajduj jaki gboki sens w tej nie do pojcia bzdurnej pielgrzymce poprzez ciemne pokoje,
owietlone powiat ksiyca - pod przewodnictwem staruszki-milionerki z purpurowymi
warkoczykami, ktrej ze staroci pomieszay si w gowie wszystkie imiona, nazwiska, dawne
przyjanie i mioci... Ludzie, ludzie! tak wyglda i wadza, i sawa, i miliony, i mio... aby w kocu
pomaszerowa do Corcovado.
Pani Jadwiga sabnie. Walercia i Lilka niemal wlok j po puszystym dywanie... W gbokiej ciszy
wchodzimy nareszcie do ostatniego pokoju amfilady - nie jest to waciwie pokj, a raczej oszklony
taras, co w rodzaju tego, co nazywa si ogrodem zimowym. Cala jedna ciana jest rozsunita, i w tej
paszczynie, obramowanej szkem, wida wzgrze Corcovado z Panem Jezusem. Dekoracja sztuki
teatralnej hiszpaskiego redniowiecza. Nierealno tego realizmu jest zaskakujca - utrwalone
mignicie snu.
Drobna posta pani Jadwigi osuwa si na szeroki, mikki fotel. Cay orszak klka - tylko ja stoj przy
fotelu i leciutko gaszcz czerwone warkoczyki. Poprzedni nastrj pierzchn.
Chc ju jak najprdzej uciec z tego paacu, w ktrym wszechwadnie krluje sublimowana
niedorzeczno, gdzie zatrzymany czas nabity do zielonej butelki fermentuje - lada chwila wysadzi
korek, a ten wyskoczy w niewiadomym kierunku z hukiem i trzaskiem, zabijajc zasuszon staruszk,
niegdy tak bardzo pikn... Skorupy krakowskich dzbanw Murzyni podejm ze mietnika. A pawie
pira? Kto wie? wiatr moe poniesie ponad czuby palm w samo serce dungli albo do stp
Corcovado?
Czule przycisnam do serca i ucaowaam pani Jadwig. C? Tak jak na mio, tak i na staro nie
ma lekarstwa - kady pocztek musi mie swj koniec i na to te nie ma rady.
Lilka odprowadzaa mnie do moich przyjaci. Miaa krtko, na jea, przystrzyone wosy, bluzk
z mskim konierzykiem i szary flanelowy kostium.
- Moje ycie skoczy si z jej yciem - powiedziaa po niemiecku - ona bya jedyn treci mojego
istnienia...
Gos jej rwa si i by jaki dziwnie guchy. Czuam si zawstydzona i marzyam, aby jak najprdzej by
u Sewkw.
Znowu rozbysy wiata rdmiecia - jezdnie wydaway si stalowymi rzekami - tysice aut suno
dugim, nie koczcym si strumieniem. Na ulicach mrowie ludzi. Za szybami wystaw fantastyczne
bogactwa towarw, modele sukien, paszczy, kostiumw... Oblane wiatem neonw i lamp - dywany
perskie, meble, drogie kamienie, manekiny ubrane w najwyszukasze stroje - a wszystko dzieli od

ulicy jedynie przezroczysta szyba. Jakby ci wytworni ludzie w najmodniejszych sukniach


i najwytworniejszych smokingach byli waciwymi gospodarzami, a ten przelewajcy si po trotuarach
rnojzyczny tum by dalsz dekoracj...
Jestem u kresu si, tylko konwencjonalno, sztampa moe mnie uratowa. Za duo z siebie daam och, Matysiakowie! Och, kochani moi Matysiakowie z Warszawy, jak bardzo mi jestecie potrzebni!

Rozdzia X
Nastpnego ranka wstpia po mnie Katia, mia, dobra Katia, ktra przemoga strach i tak odwanie
wesza na niebezpieczny polski statek.
Katia zaprowadzia mnie do maego baru, na wspania avenid Atlantica - nad samym oceanem. Bar
nazywa si O key. Usiadymy na wprost oceanu. Zielone, dzikie migday spaday na nasz stolik. Tu
wanie Julek Tuwim pisa swojego Pana Tadeusza - Kwiaty polskie.
Siadamy przy tym stoliku - stoliku Tuwima, i prosimy kelnera o dwie mae czarne. A Katia - szczliwa,
e tylko dla niej tu jestem i e tylko z ni siedz - nagle, nagle, bez adnego przejcia, bez, e tak
powiem, zagajenia, ot mieszajc cukier w filiance, zaczyna nuci. Niecodzienna historia. Przede mn
biaa piana fal, nade mn migdaowce, a tu obok starsza pani z przymknitymi oczyma skary si:
Sam mi mwie, e w moim sercu szczcie goci,
Sam mnie prosie o odrobin cho mioci...
Dlaczego dzi ju nie kamiesz,
Dlaczego serce mi amiesz?
Pij kaw, pal papierosy negro. Katia piewajc ociera Izy, a wreszcie i ja ulegam wzruszeniu. Bo to
tak: wiat run - miliony ludzi zamczono - rozstrzelano ma i syna Kati. Niemcy obcasem zmiadyli
jej podbrdek... A teraz niskim gosem:
Mj kochanek to bandyta
Pijak - gracz...
- Katiu! jak licznie piewasz te nasze dawne, przedwojenne piosenki...
- Bieoczka! Ja nie mog skazat - ach, ja tu dugo nie ostanus! Z Polski na pocztku ujechaa do
Izraela - le mi tam byo, z Izraela ja tu przyjechaa, ja cigle musz gdzie jecha, mnie nigdzie nie jest
dobrze... ja... ja...
- Wiem, Katiu, szukasz... moe szukasz, biedactwo, swojej modoci? Nie umiesz si pogodzi
z samotnoci. Tsknisz do syna, do ma - do dawnego twojego domu... Wokoo ciebie ludzie s
bardzo zajci wanymi sprawami, a ty, kochanie, utracia chyba wano wszystkich spraw.
Cruchno, cruchno - dobrze ci rozumiem. Zapiewaj jeszcze. Ani ja, ani te nikt na wiecie nie moe
ci pomc. Czekaj. Napijmy si jeszcze yk czarnej kawki...
Na Czerniakowskiej, Grnej, na Woli
W ciemnych spelunkach, gdzie ycie wre,
Tam, Czarna Maka, pijc do woli,
Tam Czarna Maka bawia si...

I nagle zrozumiaam ca istot piosenki - piosenki wszystkich krajw wiata. Bo... bo to jest tak:
piosenka podaje gotowe sformuowania, jakby uszyt w konfekcji sukienk, ktr nawet bez
przymiarki mona uzna za swoj. Ludziom, ktrym trudno jest wypowiedzie si wasnymi sowami,
wystarczy odnale waciw piosenk i... i z atwoci da si wypiewa to, co tak trudno byo
wypowiedzie...
Katia yeczk miesza w pustej filiance.
- A jak tam w Polsce? Czy wy macie jakie nowe piosenki? Ocze lublju waszi pieni... O, o - gdzie ja
ich nie pia? Na parochodach, w tylu krajach... w tylu czastiach swieta... A... a pamita pani
Ordonkie? Ach, Ordonkie - ona umiea!!! Nie zabudu nikagda Uliczki w Barcelonie...
Oczy pani Kati nagle roziskrzyy si. Rowy obok musn tawe policzki. Podpara twarz rkoma
i na gos, zupenie na gos, a ciemny kelner odwrci si w stron naszego stolika, zapiewaa:
Anim ci wzrokiem musna, ani zwaa,
Nie rzucaam ci kwiatw do stp
I anim drgna na zew twego ciaa.
Przeszam zimna, wyniosa jak grb
Szmira? Najokrutniejszy kicz... a przecie byam wzruszona gboko. Ta stara, samotna, zabkana na
szerokim wiecie kobieta, ktra wszystkich i wszystko stracia - zachowaa jedyny skarb - piosenk
swojej modoci... I... i nie miejcie si... i... i ja nad brzegiem dalekiego oceanu (cztery tygodnie
trzeba pyn, aby wreszcie po trapie zej na kej Gdyni) przyczyam zachrypnity, okropny gos,
by razem z ni, zupenie jak paczki nad brzegami Babilonu, zawodzi:
Nie umiechnam si, gdy po zwycistwie
Tum, szalejc, na rkach ci nis...
Na stoliku stay puste filianki...
Porco di Banda, skd wiesz, em kochaa
i przepakaa noc dug bez snu?...
Duga chwila ciszy. Katia ociera zy. Ja wycieram nos. Murzyn przy barze nie spuszcza z nas oczu.

Wieczorem miaymy z Marysi pojecha do Henrykw, albowiem u Henrykw miaa si odby


uczta na moj cze. Henryk dzwoni dnia poprzedniego:
- Bellusiu, zaprosiem paru przyjaci, ktrzy by chcieli ci pozna. Rega ju przygotowuje menu.
Bdzie wesoo i nareszcie si tob nacieszymy.
Wyrwana ze statku M/S Mickiewicz, olniona bogactwem i piknem Rio, oszoomiona
kalejdoskopem nowych ludzi i wrae, daam si nie wirowi ycia, ale rano nagle zrobio mi si
wstyd:
- Ty zbaamucona mapo! Jak moga zapomnie?
Zaraz zadzwoniam do Henryka:
- Henryczku, kochanie, ja... ja bardzo prosz, jeli chcesz naprawd zrobi mi frajd - zapro na dzi
wieczr kapitana z Mickiewicza, pierwszego oficera i pierwszego inyniera...

- Ale, ale, Bellusiu... jak ci to powiedzie? Ja, to znaczy... Jeeli kto si dowie, e kapitan polskiego
statku ze swymi oficerami... Nie, Bellusiu - to jest bardzo ryzykowne... Widzisz sama... Wiesz sama jest si zwizanym... Nie chciabym, eby si roznioso...
Nie, tego nie mogam przyj do wiadomoci!
- Bez nich nie przyjd. Wic to tak, wic mimo tamtych zastrzee mnie mona przyj, mona nawet
wyda wieczr na moj cze - ale ich - dlatego, e s Polakami yjcymi i pracujcymi dla swojego
kraju... Och. Henryczku! Zrezygnujmy lepiej z tego wieczoru i raczej chodmy do kina...
Dusza chwila milczenia (czy w telefonie co si zepsuo?), ale nie, znowu gos Henryka sysz
wyranie:
- No to w takim razie odwoam moich przyjaci... I zaprosz kapitana i tych panw, o ktrych
wspomniaa.
- W porzdku! Bardzo si ciesz. Wieczr na pewno si uda! A wic gdzie po nas jutro przyjedziesz i o
ktrej?
- Niech czekaj w kawiarni hotelu Copacabana o godzinie sidmej wieczr.
Nazajutrz, jak co rano, zadzwoni o dziesitej Bielicz:
- Jak zdrowie, co sycha?
Owiadczyam mu uroczycie, e kapitan, inynier i on s zaproszeni na kolacj do moich przyjaci i
eby przed sidm czekali w hotelu Copacabana.
Tolek jkn:
- Prosz pani, to jest najbardziej luksusowy hotel w caej Brazylii, a moe nawet w Ameryce
Poudniowej...
- Nie szkodzi! Jestemy mocni, zahartowani i to te wytrzymamy.
Tak wic nastpnego dnia przed sidm pojechaam z Henrykiem, aby si spotka z ca trjk
w wytwornej sali Copacabany. Prezentowali si wspaniale! Co tu duo gada! Wszyscy pozostali
mczyni wygldali przy nich jak cherlaki i pokurcze.
Kapitan Nierojewski wystpi w najmilszym mojemu sercu mundurze oficera Marynarki Polskiej. Tolek
i Maruszewski w ciemnych ubraniach cywilnych. Boe! Jak ten nasz kapitan si prezentowa! Na
statku przywykam do jego twarzy, ale tu, na tle ciemnych, tabaczkowego koloru lub oliwkowych
chudzielcw - odcina si i growa - a duma mnie rozpieraa! Gdybycie widzieli, jaki by wysoki,
mski, elegancki! O, kapitanie Nierojewski! Gdybym bya chocia o trzydzieci lat modsza zaistniaoby powane niebezpieczestwo dla pana ony, dzieci i w ogle...
Nareszcie wsiedlimy do auta i pojechalimy.
Salon jak salon. Stoowy, no, imponujcy stoowy - dopiero w toalecie stanam zdumiona. Maa, ale
gustowna zarzutka, obszyta falbankami, ozdabiaa klozet! Przyznaj, e mnie ta pelerynka bardzo
rozmieszya - nigdzie w Europie tego nie widziaam. Jeli si kto uprze, to moe tak zarzutk uszy
i woy na stoek, na pieska czy te na kotka i w razie czego na taborecik... - dlaczeg by nie mona
W tak wdziczny sposb przyozdobi klozeciku? Nie zatrzymywaabym si tak dugo nad tym
szczeglikiem, gdyby nie to, e w pniejszej podry odwiedzajc podobne apartamenty

w najbogatszych willach polskiej emigracji z nie ukrywan radoci konstatowaam, e wszystkie


posiadaj rwnie licznie ozdobione klozeciki.
Tymczasem przekonaam si, e pelerynka, ktra notabene po bliszym obejrzeniu okazaa si
poduszeczk, nie jest jedyn rewelacj w domu Henryka. ona jego wskazaa mi umywalni
z wiszcymi przy niej licznymi eponowymi rcznikami w pastelowych odcieniach. Prcz normalnych
rcznikw wisiay tam rwnie malutkie rczniki (w tych samych kolorach i odcieniach), moe troch
wiksze od zwykych chustek do nosa. Nie ukrywajc zdziwienia zapytaam do czego to suy? Pani
Rega wyjania mi, e s to rczniki dla goci, ktre po jednorazowym wytarciu rk odrzuca si do
specjalnie na ten cel przygotowanego koszyczka. Tym pomysem byam zachwycona. Znacznie pniej
w So Paulo od Jadzi Meyerowej dostaam ca wypraw takich wikszych i malekich rcznikw
i teraz w mojej azience na Mokotowie zadziwiaj one z kolei odwiedzajcych nas przyjaci.
Przeszymy do jadalni, ktra koczya si oszklonym wykuszem, czyli tak zwanym zimowym
ogrodem. St lni od sreber, krysztaw i adamaszku. Pikne, czerwone kwiaty w niskiej,
krysztaowej wazce przydaway blasku...
No i zacza si historyczna uczta w Rio de Janeiro. Henryk by gocinny, serdeczny i liryczny. Pani
Rega staraa si by czarujca. Tolek, wci oniemielony, przyglda si kapitanowi, ktry
z lekkoci i swobod ratowa pierwsze duyzny milczenia.
Kolacja, po naszych raczej domowych posikach na statku, rzeczywicie sprawia nam wszystkim
przyjemno. Kamerony w sosie pomidorowym byy wietne! Potem wniesiono faszerowane kurczaki
z saatami, jarzynami itd. Zreszt jedzenie nie byo spraw istotn w tej historycznej uczcie,
natomiast zasadniczo zawaya ilo i jako napojw wyskokowych.
Przez wzgld na chore serce nie mogam sobie pofolgowa - na szczcie zawsze miaam wyjtkow
predyspozycj do wszelkiego rodzaju baaganu - wystarczy mi najzupeniej siedzie wrd pijcych
i wcha whisky czy koniak - abym po p godzinie bya w sztok urnita. Przyznam, e wypiam do
czarnej kawy par szklaneczek szampana, ale w porwnaniu z t bateri flaszek whisky, armagnaku,
cherry brandy i innej wdecznoci, ktr opali i gospodarze domu, i moi marynarze - pozostaam na
odlegym marginesie.
Wyobracie sobie grono ludzi, ktrzy z kad chwil bardziej odrywaj si od rzeczywistoci - kade
z nich koziokujc, pynie w innym kierunku, ale mimo to coraz bardziej staj si do siebie podobni
w gradacjach szalestwa.
Kapitan w salonie przylegajcym do jadalni solo taczy trepaka. Pani domu, ktra prawdopodobnie
nigdy przedtem ani tego taca nie widziaa, ani o nim nie syszaa, nagle zsuna si z krzesa i maymi
kroczkami, zupenie jak urodzona Kozaczka, zacza drobi wok partnera, od czasu do czasu
klaszczc w rce i wydajc dziwne okrzyki - co w rodzaju: da-wajj. Henryk od duszego czasu
zamiast mwi - poszczekiwa. Inynier Maruszewski, immunizowany na wszelki sza, siedzia
spokojnie przy stole i wyjania Marysi, jak naley waciwie parzy kaw. Tolek odsun si od stou
i plec w fotelu na progu zimowego ogrodu, niefrasobliwie, agodnie i jakby to rzec? pojednawczo piewa pen piersi:
Wedle mego ogrdecka,
Zakwitaa jabonecka...
Od czasu do czasu umiecha si do olbrzymiego, czarnego kaktusa, ktry stercza jak maczuga
pokryta szpilkami tu, tu przy jego fotelu...

Co tu duo gada! Kapitan by cza-ru-j-cy! ywio i uroda! W pewnej chwili pani domu rzucia mu si
w ramiona, co go wcale nie zdziwio.
Pijaniusieki Henryk, z niejakim trudem wydobywajc gos, powiedzia:
- Bella, chod, film, telewizja...
Poszam za nim do trzeciego pokoju za salonem. By to, o ile si nie myl, jego gabinet. Przekrciam
gak. Na ekranie panienka w biaej sukience, trzymajc za uzd osa, przedzieraa si przez
chaszcze...
- Bella, musimy sobie powiedzie...
Wzi mnie za rk. Da-wajj - towarzyszce trepakowi, coraz bardziej przytumione i dalekie,
zupenie ucicho...
Dziewczyna cigna osa - nie chcia postpi ani jednego kroku dalej...
- Henryczku, pamitasz dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego?
Bylimy w tym samym czasie na uniwersytecie, tylko e on by na prawie, a ja na filozofii.
Henryk wydoby z piersi co w rodzaju miauknicia, przycign mnie do siebie - pooyam mu gow
na ramieniu. Czuam lekko, bogo, wiedziaam, e Henryk i jedynie tylko Henryk jest zdolny
zrozumie, jak ciernista i duga bya droga, ktr przeszam od czasw, kiedymy oboje nosili bia
czapk z amarantowym otokiem.
- Jestem szczliwy, e ci tu widz...
Pocaowaam go w ucho, chcc mu co o moim szczciu powiedzie, gdy do pokoju wpad kapitan:
- Bardzo prosz, niech pani wrci do salonu! To nie ma sensu, ona pana Henryka wyranie zdradza
zdenerwowanie i niepokj. Prosz natychmiast wrci do salonu!
Henryk zabekota co niewyranie, niestety, gos odmwi mu posuszestwa i nigdy si nie dowiem,
co to oznaczao... Natomiast ja, osoba ze wszech miar godna respektu, tak ze wzgldu na lata jak
i siwe wosy - zbuntowaam si jawnie:
- Nie! Nie chc nigdzie wraca, chc tu siedzie! Moe tej panience uda si przeprowadzi przez zy
odcinek drogi upartego osa! - Tu wskazaam na telewizor. - A zreszt jestem szczliwa z Henrykiem!
Kapitan nie ustpowa:
- Co pani wyprawia? Prosz wsta! Niech pani wstanie! Maonka jest niezadowolona! - A gdy to nie
odnioso skutku, pochyli si z kolei nad Henrykiem i zakrzycza mu do ucha:
- Panie Henryku! Chtnie napibym si szklaneczk whisky!
O Boe! To dopiero podziaao! Henryk skoczy na rwne nogi.
- Mam cae skrzynie! Chodmy. I-dzie-my-y.
Nie wiem, skd po dziewczynie z osem pojawi si na ekranie bardzo wysoki i bardzo blady pan. Na
gowie mia cylinder, a w rku nie znany mi przedmiot, jakby skrzyneczk - jakby trumienk zakoczon czym w rodzaju wiatraczka...
Co to jest, do czego to suy? - zastanawiaam si.

- Henryku! - w drzwiach staa Rega.


Jo ci dom,
Ty mi dos...
Tolek rozpiewa si na caego.
Kapitan zaprowadzi mnie do Marysi.
- Niech pani zje troch winogron, to pani dobrze zrobi...
- Hu-ha, hu-ha!
i ju znowu solo taczy oberka, mazura, a potem trepaka. Tym razem porwa wszystkich bez wyjtku.
- Hu-ha, hu-ha! - ryczelimy jak optani. Kady taczy tam, gdzie sta. Jedynie blady Henryk bez
przerwy pi szklankami whisky.
Marysia i inynier Maruszewski nie dali si porwa. Nie krzyczeli hu-ha! - oddzieleni murem
trzewoci.
Pani Rega bya bardzo blada. Henryk by jeszcze bledszy.
Kto przeraliwie dzwoni do drzwi frontowych, ale nikogo to nie obchodzio, dopiero rozpaczliwe
omotanie skonio kapitana do zobaczenia, co tam si za brewerie wyczynia. To ssiedzi przyszli
zoy protest.
- Po uchu da im, po uchu - wrzeszczaam wciskajc cukiernic w rce Bielicza.
- Cholerne Brazyliany! Bawi si czowiekowi nie daj!
Potem znowu wszyscy pili whisky, a ja szampana. Nie pamitam, jakimi sowami chciaam wyjani,
e jestem bliska uchwycenia prawdy, e prawda jest koloru biaego i ley tu, tu, na dnie kieliszka.
Ale oni wcale nie byli ciekawi tej biaej prawdy, ktr za chwil miaam odkry. A kaktus wyszed
z doniczki i stan naprzeciw kapitana. Nikogo to nie zdziwio, a mnie chyba najmniej. Kaktus sam
zataczy trepaka, a ja przypomniaam sobie dawno zapomniany wiersz Tuwima Wielka Teodora
i wyam:
pakom, pakom, pakom.
Kaktus podszed do mnie na tej swojej szerokiej, jednej nodze, obronitej wielkimi, szarymi
szpilkami, i uku mnie w podbrdek.
- Ty chamie! - krzyknam. - Ty amerykaski kakadu! Natychmiast wracaj do doniczki!
Dwie czarne Murzynki roznosiy lody z kremem. Ssiedzi przez drzwi wymylali po hiszpasku. Biaa
prawda co rusz wymykaa si i wymykaa...
- Nigdy do niej nie dotr. Nie tylko szko mnie od niej dzieli... a szklana ciana to... to... Och,
inynierze! To prawie tyle co pnocny i poudniowy Atlantyk. A Biskaje? A kana La Manche? A
Morze Pnocne? A... a Kana Kiloski i Batyk? Tak daleko do domu...
- Daleko do domu - podj Tolek - a moja ona... Daleko do Warszawy.
Zapakaam na gos:
- Warszawa! Warszawa!

Ssiedzi zadzwonili po policj.


Kapitan i Tolek prowadzili mnie trotuarem. Za nami sza Marysia z inynierem, za nimi Henryk z on nie chcieli si z nami ju nigdy wicej rozsta - wyszli z domu tak, jak stali.
Noc bya granatowa - zatrzsienie gwiazd. Jedna pchaa drug - nie byo dla nich do miejsca na
niebie. Wic i ja pchnam kapitana w bok:
- Do diaba! Brak im humoru, tony zotych gwodzi! Nie lubi... Ale kapitan piewa:
Wychodia na biereg Katiusza...
Tolek, inynier i ja wtrowalimy. Henryk i Rega nie znali sw, nie znali melodii. Powiedziaam:
- No, sami widzicie: nie umiecie, nie znacie. Wracajcie lepiej do swego domu i przeprocie si
z ssiadami...
Henryk i Rega wrcili. Weszlimy do jakiego autobusu. Dugo jedzilimy po miecie piewajc
wszystkie nasze piosenki. Pasaerowie przygldali si yczliwie, spokojnie i bez zbytecznych uwag.
To by pikny wieczr - wspaniaa uczta. We wspomnieniach moich nosi tytu: Historyczna popijawa
w Rio de Janeiro.

Rozdzia XI
Wreszcie nasz statek zakoczy i wyadunek, i zaadunek. Zaoga szykowaa si do odcumowania.
Rano do Marysi przyszli przyjaciele, aby si ze mn poegna. Zdziwiam si, kiedy wrd tych
znajomych twarzy zobaczyam przeliczn, mod osbk, obarczon narczem purpurowych
mieczykw i blaszanym pudem z kandyzowanymi ananasami.
- Przecie ja jej nigdy w yciu nie widziaam - szepnam Marysi.
- Na pewno j znasz, tylko wszystko ci si w gowie pomieszao. Podzikuj jej i popro, aby zostaa
i napia si kawy.
- Bardzo prosz, niech pani usidzie, napijemy si kawy - powiedziaam zaenowana, odbierajc
wspaniae dary.
- Dzikuj. Chtnie. Ciocia naprawd bya wzruszona pani odwiedzinami... Ona to wanie przysaa
pani kwiatki i ananasy, po pani wizycie poczua si lepiej. Powiada, e daa jej pani yk wody rdlanej
- jakby haust rzekiego powietrza, ktry pozwoli jej odetchn - powietrza z Polski.
Wiedziaam ju, kto mi przysa kwiaty i puszk ananasw.
Na statek odprowadziy mnie Marysia i Monika. Kapitan Nierojewski obie zaprosi na obiad.
Przygotowania do odbicia od brzegu byy w toku i z miejsca udzielia mi si gorczka statku.
Siedziaam przy stole cieszc si, e nasza polska kuchnia wici jak zwykle tryumfy - ale jednym
okiem zerkaam przez bulaj na kej.
Za p godziny, najdalej za godzin pozostanie za nami pikne Rio de Janeiro ze wspaniaym
Corcovado, z niezapomnian Copacaban.
- Do widzenia! Do widzenia - czy zobaczymy si jeszcze?

- Bdziemy ci wspomina dugo. Ty najbardziej kolorowa z kolorowych ptakw, pnocna Czajko...


- Do widzenia, Marysiu. Do widzenia, Moniko! Do zobaczenia w Warszawie...
Przyszli piloci, poszli na gr do kapitana. Potem podniesiono trap i statek powolutku odsun si od
brzegu. Kolejno zdejmowano cumy z elaznych polerw, okrt pomaleku wykrca si, a wreszcie
wczono wszystkie maszyny i... i w zwykym ich rytmie odnalazam swoje miejsce na wiecie. Tak!
Tylko tak to mona nazwa: wasne, przysdzone miejsce na wiecie.
I nagle uwiadomiam sobie, e tamci najmilsi, najserdeczniejsi, ktrzy okazali mi tyle przyjani, tyle
yczliwoci, dobroci - ktrzy obdarowali mnie przecie najpikniejszymi prezentami, z ktrymi
zwizana jestem wspomnieniami modoci - ca przedwojenn przeszoci - w miar oddalania si
od brzegu dziwnie zaczynali mi przypomina papierowe figurki, ktre w dziecistwie wystrzygiwaam
noyczkami z mamusinego pisma Mode und Haus.
Wiem, e to okrutne w taki sposb kwitowa przeszo - wiem, e to nietaktowne, a nawet
grubiaskie - ale to jest prawda. Oni dobrowolnie wyczyli si z naszego ycia. Nie chc rozumie, nie
chc tumaczy, nie chc sdzi ani bra pod uwag... Ja znalazam inn racj i dlatego stoj na rufie,
podajc skro pod rzeki, morski wiatr.
Noc zapada ciemnogranatowa z odcieniem metalicznej ultramaryny. Krzy Poudnia zatrzyma si tu
nad moj gow, a morze wiecio fosforycznym blaskiem. e te kade pikno, kade prawdziwe
pikno jest tak tragicznie dojmujce.
Przede mn niewidoczny jeszcze brzeg Santosu... A wic jutro Dzik przyjdzie po mnie... zabierze do
szklanej willi, gdzie na tarasie z widokiem na ogrd, w ktrym hoduje najdziwaczniejsze z dziwnych
orchidei, zasidziemy do kawy - wreszcie wyjanimy sobie tragiczne omyki modoci.
nieg pokry krzaki r w moim maciupekim ogrdku na Karowicza. Biay, puszysty nieg zasypa
chyba wszystkie zielece na mokotowskim WSM-ie. Z Bahii, z Rio, z kadego portu wysyam listy do
domu, do Czajnika. Przecie wiem, e codziennie rano biegnie z kluczykiem do skrzynki pocztowej,
przybitej na drzwiach frontowych...
- Jeszcze nie byo listonosza - pociesza go nasza gosposia. Naszej gosposi na imi Marysia - jest ona
najcenniejsz per mojej korony. Mdra, robotna, oszczdna, przewidujca i dobra. Marysi dobro
jest jak smak chleba, jak deszcz i soce. Marysia nie jest intelektualistk, ale ma wicej intuicji,
delikatnoci uczu i szlachetnoci ni wszyscy intelektualici razem wzici.
- Jeszcze nie byo listonosza, a zreszt za wczenie na list od naszej pani.
Czangusia patrzy to na Marysi, to na Czajnika - uszki z obu stron okrgego ebka wygldaj jak
warkoczyki grzecznej dziewczynki. Czangusia wie, e ta rozmowa ma jaki zwizek z Czajk.
Co si stao z Czajk? - myli Czangusia i marszczy czoo w wysiku. - Co si stao z Czajk? Nie
przychodzi na obiady, nie przychodzi na kolacje - nie przychodzi spa? Albo zabdzia w
Delikatesach, albo ukrad j Felu Kluska, tak jak mnie... (przed czterema laty niedobry chopiec z IV
kolonii, Felu Kluska, zapa Czangusi i trzy dni ukrywa u siebie, byy to najcisze dni jej ycia).
Biedna Czajka, Felek nie wypuszcza jej ze swego domu, a ona nie moe tam niczego je, wiem
przecie... Biedna Czajka! e te ten Czajnik nie potrafi jej oswobodzi... - I Czangusia pacze. Z jej
wypukych, podobnych do malutkich talerzykw oczu pyn zy. Spoglda poprzez te zy to na
Marysi, to na Czajnika. I jakie ma by ycie bez Czajki? W domu niemoliwie cicho, to prawie grb,
nie dom. Marysia otwiera szeroko drzwi na onieony wiat.

- Jak bzy wypuszczaj listeczki... Nie - jak zoty deszcz w kocu alejki zakwitnie - pani przyjedzie.
Moe pan naszykuje ziarno i okruchy dla wrbli, a potem pjdzie z Czangusi na spacer. Ja
posprztam mieszkanie - na obiad bdzie pomidorowa zupa z ryem i gobki z kapusty...
Metaliczny i peen lnie jest granatowy Atlantyk, a przecie poprzez rwnik i wszystkie poudniki
wiata sysz kade sowo Marysi, widz, jak wrble zlatuj si do ogrdka, siadaj na gazkach
forsycji, bzu, widz nawet, jak si gazki koysz...
Przy niadaniu powiedziaam do kapitana:
- W Santosie przyjedzie po mnie mj eks-m. (Bacznie spod oka ledziam wraenie, jakie mogy
wywoa te sowa - przecie trudno starszej, siwej pani przyznawa si do... do odchyle). Kapitan,
inynier i chief mieli kamienne maski na twarzach. - Tak, wic przyjedzie tu mj eks-m i zabierze
mnie do So Paulo. Zostan chyba miesic - a pniej statkiem M S Waryski popyn do Urugwaju,
do Montevideo, do mojej najbliszej rodziny.
- Niestety, ani dzisiaj, ani nawet jutro jeszcze nie dobijemy do kei Republiki maniana - pani przecie
ju wie - tu nie Europa, tu nigdy nie ma miejsca w porcie. Pani eks-m przyjdzie chyba, jak ju
zarzucimy kotwic - powiedzia inynier Maruszewski.
- No, jeeli specjalnie przyjedzie z So Paulo, to na pewno motorwk dopynie do naszego statku zauway Bielicz.
- Wszystko jedno dzi czy jutro - bardzo nam bdzie przyjemnie pozna pani ma - zakoczy
rozmow nasz kapitan.
Wyszam na pokad i zdumiona zobaczyam, e jestemy prawie przy brzegu Santosu.
A wic dopynam do celu. Pomimo wszystkich trudnoci i a tak dalekiej wdrwki dopiam
swego... ju prawie jestem na tarasie szklanego domu. I zaraz napij si brazylijskiej kawy.
- Uuu - uuu - Czajka, dawaj cukierki, cukierki - cu-kier-ki...
Niedwiedzie zwchay moj obecno. Pognaam elazn drabink ku grze.
Nieznona jest gorczka niecierpliwoci... Ach, jak pene udrki staje si wyczekiwanie, kiedy tu,
o wier mili morskiej, jak na doni ley brzeg. Przed przybyciem lekarza, przed przybyciem policji nikt
nie mie przypyn ani odpyn motorwk, a tego dnia ani lekarz, ani policja nie przypynli.
Dzie duy si w nieskoczono... i wieczr si duy. Tej nocy woda ju nie lnia, a niebo
pokryway chmury. Nie dochodziy mnie gosy Czajnika i Marysi - nie widziaam przysonitych zami
oczu Czangusi. Przez bulaj sczya si mleczna oma witu, kiedy nareszcie usnam.
Siedziaam na bezlistnej gazi bzu, w onieonym ogrdku. Ziemi pokrywaa gruba warstwa niegu,
nki miaam malutkie, cieniutkie jak druciki, ogonek mi si trzs i byam bardzo godna. Na
drucianej siatce okalajcej ogrdek siedzia mj m i sroy pirka. Od razu zrozumiaam, e jestem
wrblem. Co bdzie ze niadaniem? Czajka popyna do Ameryki Poudniowej odwiedza widma
dawno minionej przeszoci. A kto nam da je? Czajka cukierkami karmi niedwiedzie. C dla niej
teraz szare wrble na mokotowskim osiedlu?
Stao si, jestem wrblem, a Czajki nie ma. Zapatrzyam si paciorkami oczek w tiulow stor tych
drzwi, przez ktre co rano Czajka wynosia ziarno i pokruszon buk. Maciupekie serce mocno mi
bio pod pierzast piersi. Ooo! mj wrbli maonku, ty moja fruwajca myszeczko, patrz! patrz!
Otwieraj si drzwi i... Marysia stawia na schodkach niebiesk tac, t sam, ktr kupiam w

Poznaniu, gdy odwiedzaam Arkadego Fiedlera w Puszczykwku. Taca pena jest podrobionej buki
i chleba.
- Myszeku - woam ma - myszeku, chodmy prdko je - i ju oboje stoimy na krawdzi tacy,
stuk, stuk dziobkami, a e m mj uwanie rozglda si dokoa, bo wszdzie na nas czyha
niebezpieczestwo - moc kotw, hordy kotw szwendaj si po osiedlu - wic bior w dziobek
kruszynk chleba i siadam na supku, ktry latem podpiera krzak ry. Gow przechylam, krc ni,
patrz paciorkami oczek... i znowu sfruwam na krawd tacy. Dobre ziarenko Porwaam, smaczne
ziarenko porwaam.
A m powiada:
- Nie kr tak gwk, dziob, dziob. Co si teraz nam uda wydzioba, to nasze... Widzisz? Ju z dachu
spdzielni id, lec... lec te wielkie krowy.
Rzeczywicie z dachu maej spdzielni spuciy si dwa gobie - due, obrzydliwe, grube - ochrypymi
gosami po swojemu wydziwiaj: gro-chu, gro-chu...
Obudziam si ze cierpnitymi nogami, widocznie za dugo staam na suchej gazi bzu. Jeszcze
czuam resztki zoci do tych krw, co nam wszystko nieprawnie wyjadaj tylko dlatego, e s due,
mocne i grube...
Za drzwiami steward wali w gong:
- niadanie, prdko niadanie! Policja portowa przypyna na statek.
Bardzo mi smakowaa jajecznica z kiebas, bardzo mi smakowa chleb z serem i herbat. Jadam
powoli, nie baam si krw, nie byam ju wrbelkiem.
Przyszed Tolek.
- Panowie z policji nie chc przyoy stempelka do twojego paszportu, daj jakiej fotografii.
- Fotografii? - zdziwiam si. - W paszporcie jest przecie moja fotografia, a urzdniczka w ambasadzie
brazylijskiej a sze odbitek kazaa mi przynie. I to koniecznie fotografie musiay by zrobione na
ulicy Marszakowskiej naprzeciw Kredytowej. Pamitam, jak mnie zdziwio to rozporzdzenie
ambasady. Bo dlaczego akurat u tamtego, a nie u adnego innego fotografa?
A teraz znw fotografia...
- Hm - mylaam - to s ju wida takie rozporzdzenia kapitalistycznego wiata. Nie ma adnego
znaczenia fakt, e a dziesi odbitek zrobiam i zaniosam tej zgryliwej urzdniczce.
C, trudno, poszam z Bieliczem do wietlicy, gdzie przy dwch stoach zasiedli panowie z policji.
Nie rozumiem po hiszpasku i na dusze wywody jednego z nich (mia wypuke jak Czangusia oczy
i by rwnie czarny jak ona, ale nie posiada ani setnej jej wdziku) nie umiaam nic odpowiedzie.
Kapitan wyjani, e oni stanowczo daj, ebym jutro zrobia now fotografi (migawk) i zaniosa
j do policji morskiej - dopiero wtedy wydadz mi paszport, ktry na razie zabior ze sob.
Zmartwiam si. My w Polsce bardzo cenimy paszport zagraniczny - powiem wicej - dla nas w Polsce
paszport zagraniczny to skarb, ktrego naley bacznie strzec, a tu nagle taki facet z wyupiastymi
oczyma chowa mj paszport do swojej teczki...
- le - powiadam do Tolka - niedobrze, zabra mi paszport.

- Ech, co znowu? Gupstwo, drobnostka, formalno. Dzisiaj niedziela, wic nic z tego - zakady
fotograficzne zamknite. Jutro rano przyjdzie tu nasz agent - agent Polskich Linii Oceanicznych, pan
Dzienio. Bardzo miy, dobry, z sensem czowiek. Pjdzie z tob, zrobi si fotografi - i on ci
zaprowadzi do Policji Morskiej. Ot, stempelek bdzie - i oddadz paszport.

Rozdzia XII
Czas mi si duy. Och, jak duy! Ju drugi dzie stoimy na redzie, a Dzik jako si nie spieszy...
Trudno! Nazwaam rzecz po imieniu - nie spieszy si.
Znw poszam z cukierkami do niedwiedzi, ale nawet rozmowa z nimi si nie kleia. Wrciam na
leak. Niebo jak na zo szare, ocean jak na zo szary - tygiel gotujcego si oowiu. Mewy z ldu
przyleciay i kr nad statkiem albo przysiadaj na maszcie.
- Krowy - mwi do nich. - Krowy morskie podobne, niby rodzone siostry, do gobi. A ja jestem
wrbel, szary .wrbel z Mokotowa.
- Uhi-hi - krzykny piszczc ze miechu. - Hipopotam, nosoroec! Ale sobie ubrdaa! adny wrbel! i ju wszystkie, a byo ich siedem czy osiem, zataczaj koa w powietrzu nad statkiem. - Uhi-hi-hi popiskuj z uciechy - wrbel! Patrzcie no tylko na tego wrbelka! Gruba - gruba - knik - baba - baba!
Knik! Knik!
- Prosz pani, prosz pani... - przede mn sta pokadowy - przypyna z ldu motorwka. Jaki siwy
pan i pani pytaj...
Ju biegam, biegam co tchu, a mewy roztaczone w powietrzu ani na chwil nie przeryway lotu. Po
wewntrznych schodkach, prdzej na niszy pokad, prdzej, prdzej... Ju jestem przy burcie.
Spojrzaam w d - w motorwce sta Dzik, za nim siedziaa jaka nie znana mi pani o wyjtkowo
wyupiastych oczach - strach graniczcy z przeraeniem malowa si na jej twarzy.
- Halo, halo, Bella!
- Dzie dobry, Dzik!
- Zejd tu...
Koniec linowej drabinki, rzuconej ze statku, lea na dnie motorwki.
- Nie mog... Policja zabraa paszport. Nie mam prawa zej ze statku... Ty wejd tu.
- Gdzie, tu?
- Jak to gdzie? No tu, na statek.
Odwrci si i gwatownie j przemawia do damy. Nie odpowiadaa. Od czasu do czasu podnosia na
mnie oczy, tylko biaka jej yskay.
Co to znaczy? - mylaam - dlaczego on nie wchodzi?
Kim jest ta pani i po co on j tu przywiz? Od dawien dawna wiem, e nie mam dobrego charakteru,
jestem niecierpliwa, gwatowna i nieopanowana - wic teraz oto, otoczona marynarzami, dla ktrych

caa ta scena bya wyjtkowo interesujcym widowiskiem, postanowiam uczyni maksymalny


wysiek i... i hamowa si.
Dzik odwrci si znowu w moj stron.
- Mam wej na statek? A... a kiedy bd mg zej, to znaczy wrci?
Nie do pojcia! Co on mwi? To s pierwsze sowa powitania?
- Naturalnie, Dziczku, na statek, bo gdzie by indziej?
Nie na maszt, tylko na statek - na zwyky pokad. A... a odpyn? Nie rozumiem... kiedy przypynie po
ciebie motorwka, to znaczy, e zaley to od ciebie. Kim jest ta pani? Prosz, niech wejdzie razem
z tob...
- Nie! - krzycza z dou - ona nie moe. Czekaj zreszt, ja wejd, zaraz...
Odwrci si znowu i co gwatownie i gorczkowo gada po hiszpasku czy portugalsku. Wystraszona
paniusia przytakiwaa gow. Wreszcie uchwyci si desperacko pierwszych szczebli drabinki.
- Kim jest ten pan? - zapyta pokadowy.
- Mj eks-m - powiedziaam gono. Tyle lat tam w Polsce - tyle tygodni tu, na oceanie,
wyobraaam sobie t pierwsz chwil, kiedy podamy sobie na powitanie rce. Ot, i spenienie!
Rzadko si zdarza w yciu ludzkim, aby po wielu latach, a ju szczeglnie po latach takiej wojny, jak
bya ostatnia, doy chwili, ktr w mylach i sercu nosi si jako spenienie.
Siwy, smuky jak dawniej - pikny jak dawniej - tylko starszy... (O, czekaj, policz: od 1937 do 1958 aha, o dwadziecia jeden lat starszy) sta Dzik na pomocie przede mn. Podalimy sobie rce.
Marynarze ciekawie nam si przygldali. Rozeszo si lotem byskawicy:
- To dawny m Czajki!
- Chod - powiedziaam - chod - chciaam powiedzie do wietlicy, ale poczuam, e w tym momencie
lepiej inaczej: - Chod do smoke-room - powiedziaam. - Zapalimy papierosa.
Szed za mn wewntrznymi schodami.
O czym z nim mwi? - mylaam w popochu. - Jak zacz?
Przyciskaam rk do serca i czuam, e wszdzie wyrastaj mi pirka. I tyle trzeba byo tego
wszystkiego, ebym teraz w Santosie zamienia si we wrbla?
Dzik szed powoli - jakby niechtnie. Przystawa, odwraca gow w stron morza.
Co mu jest? Co to wszystko znaczy?
- Prosz ci, usid - wskazaam mu wygodny, szeroki fotel w pciennym, w niebieskawe kwiaty
pokrowcu. - Tu bdzie ci wygodnie.
Usiadam na drugim, dzieli nas okrgy stolik ze szklanym blatem.
- Jaki drink? Whisky z sod? Czy wolisz jaki aperitif?
- Nic nie wol, dzikuj, nie bd pi. Boli mnie, wiesz? mam heksenszus - lumbago. U was to
nazywaj postrzaem. Hm. Co?

- Ale Dziczku, tak wspaniale wchodzie po linowej drabince. Po prostu dumna byam z ciebie... A kim
jest ta pani, z ktr tu przyjechae? Psiakrew! Cholera! - wybucham nagle. - Czy jadc do mnie i po
mnie, musiae tu cign swoje zdziry?
- Bardzo ci prosz, licz si ze sowami. Ta pani jest znan artystk-malark. Bardzo porzdna kobieta
- od wielu lat moja przyjacika. Rozumiesz sama, e byem po prostu chory ze zdenerwowania.
Podpyn pod polski statek, wej na pokad, a... a jeli ty mnie tu zamania?
Sowo zamania skrcio epek wrbelkowi. Nie zdy pisn, nie zdy zatrzepota skrzydekami pad martwy na nieg. Brr - koniec.
- Coo? Jak powiedziae? - chrypiaam ju zduszonym gosem. - Co zrobiam? Zamaniam? Ciekawe!
Zamaniam. A w jakim celu ja ci zamaniam? - syczaam szeptem, gos mi si gdzie rozlaz.
- No wiesz... Syszao si co nieco o ludziach uprowadzanych przez was. Nie musz ci tumaczy - my
i tak tu wszystko wiemy...
Najrozmaiciej przedstawiaam sobie te pierwsze dziesi minut, ale jak to zwykle bywa rzeczywisto przesza wszelkie wyobraenia. Nie powiedziaam ani kretyn, ani idiota. Nie
powiedziaam bazen ani te nic podobnego. Podsunam mu papierosy. Martwy wrbelek zapada
si coraz gbiej w nieg.
- Kochanie! Jeste naprawd le poinformowany - wierzaj mi! Gdyby nawet na kolanach baga
kapitana, eby ci zabra do Polski, niestety, musiaby odmwi. eby pojecha do Polski, przede
wszystkim trzeba mie wiz wjazdow, tak jak do kadego innego kraju. Trzeba mie po pierwsze
wiz wjazdow, a po drugie opaci bilet okrtowy, bo za darmo nikt nikogo nie zabiera... Moe si
czego napijesz?
- Dzikuj, mwiem ci - okropnie cierpi.
Na dowd tego strasznie si wykrzywi i zajcza:
- Boli, boli.
Hm, dobrze, - myl sobie - ale co dalej? Zej i zosta w So Paulo?
Nagle przestaam by ciekawa tarasu szklanego domu, orchidei i rozwizywania problemw
modoci. Hm, psiakrew! Kada teraniejszo jest stokro razy silniejsza od wszystkich wspomnie.
Idiotko! Obkana idiotko! Jak moga si do tego stopnia da ponie...
- Wiesz, Dzik? Wieziemy tu, na tym statku dziesi niedwiedzi do Argentyny. Jest to dar Zwizku
Radzieckiego. Nie masz pojcia, jakie to czarujce i zabawne misie. Potem pjdziemy je obejrze zabior cukierki i zobaczysz na wasne oczy, jaki maj wdzik.
- Kto to jest? - przerwa mi, oczyma wskazujc portrety Gomuki i Cyrankiewicza, wiszce nad
biurkiem w wietlicy.
- Gomuka i Cyrankiewicz - chyba syszae te nazwiska.
- No tak, naturalnie... - Rozglda si.
Steward tymczasem przynis dla niego butelk piwa, a dla mnie szklank soku pomaraczowego.
- Wiesz? Tu jest bardzo ten tego, zupenie elegancko. Nie tak sobie wyobraaem wasze statki...

- Poka ci pniej moj kabin. Zarczam ci, e na adnym statku handlowym, francuskim ani te
brazylijskim, takiej kabiny nie zobaczysz. Ale, ale - zostaniesz u nas chyba na obiedzie?
- Och, to by moe byo pno... moja znajoma przyjechaa ze mn z So Paulo. Chciaem, eby kto
by wiadkiem Mojego wejcia na statek polski, bo w razie...
Popijaam maymi ykami sok pomaraczowy. Do wietlicy wszed kapitan Nierojewski. Boe! Jaki
wyda mi si bliski, miy. Jaki by spokojny, wytworny, swobodny, kiedy po przedstawieniu si
i uciniciu rki poprosi Edwarda, by zosta na obiedzie. Dzik wyda mi si przy nim histeryczny
i hipochondryczny z tym specyficznym, nerwowym zapalaniem i gaszeniem papierosw, z t
mczesk min cierpicego intelektualisty...
- No, to w takim razie trzeba umy rce i upudrowa nos - powiedziaam wstajc - bo ju za chwil
bdzie gong na obiad. - Czy wolisz tu zosta, czy chcesz i ze mn?
Dzik znowu zgasi dopiero co zapalonego papierosa.
- Pjd z tob...
Umiechem poegnaam kapitana:
- Do zobaczenia!
Moja kabina miaa prcz przylegajcej do niej azienki osobn ubikacj.
Podog kabiny zaciela jasny dywan. Cao sprawiaa wraenie saloniku.
- Rzeczywicie masz pikny apartament - powiedzia Dzik, siadajc na jednym z foteli - czy u was
wszyscy maj prawo w tak luksusowy sposb podrowa, czy to jest przywilejem nielicznych
wybranych?
Pytanie to zabrzmiao jako ironicznie.
Z uczesaniem na morzu zawsze jest bieda, a u mnie w szczeglnoci. Moje wosy maj ju to do
siebie, e nie chc si ani ukada, ani trzyma kupy. W Rio, po duszej naradzie, Marysia kupia mi
specjalny waek do wosw.
Siedzc teraz przed lustrem, manipulowaam szczotk i grzebieniem, wakiem, zapinkami i szpilkami starajc si, aby moja fryzura jak najlepiej wypada. Czynic te zabiegi, jednoczenie opowiadaam
Dzikowi, ktry przechadza si za moimi plecami ogldajc fotosy Tatr na cianie, histori
niedwiedzi, sarn i jelonkw, wiezionych do Buenos Aires.
- Nie wyobraasz sobie, jakie potrafi by zabawne te misie...
Z radoci skonstatowaam, e wosy trzymaj si czubka gowy. No, teraz troch pudru na nos
i szminka na wargi- Za drzwiami zabrzmia gong.
- Zaraz po obiedzie zaprowadz ci do niedwiedzi. Naturalnie, musisz bardzo uwaa, bo ten ajdak
himalajski...
Odwrciam gow - Dzika nie byo w kabinie. Ach, a jednak zostao w nim co z modego chopca
z czasw Kazimierza nad Wis. Tylko usysza o niedwiedziach i nie wytrzyma. Pewno co tchu
pobieg nacieszy si naszymi ulubiecami.
Nos wyglda jak porzeczkowa galaretka, przysypana miakim pudrem z cukru.

Tak, teraz dobrze - ucieszyam si. - Teraz nawet kapitan Nierojewski nie bdzie mg krytykowa
mojej fryzury. Ten waek z dziurkami, ktry przyniosa mi Marysia, okazuje si w uyciu naprawd
doskonay!
Przejrzaam si po raz ostatni w lustrze: najbardziej witeczna suknia z organdyny-nylonu sterczaa
wok niczym twarda tektura, pogrubiajc w dwjnasb moje i tak obfite ksztaty. Na czubku gowy
(ze wszystkich stron cinite wosy) co w rodzaju misternego gniazda argentyskiego ptaka
hornero, koloru tobiaego, albowiem od tropikalnego soca biae wosy nabray specyficznej
pozoty. Poprawiwszy po raz ostatni wizanie konierza, o ktrym pani Bialikowa z ulicy
Baboszewskiej na Mokotowie mwia z dum: istny Christian Dior - wstaam od toaletki.
Wyszam z kabiny zamykajc j na klucz. Na morzu kabin nie zamykao si, ale na redzie czy te
w portach - wszyscy, nie wyczajc kapitana, zamykalimy kabiny na klucz. Krci si wtedy na statku
tylu tubylcw, wszystkich odcieni czerni, tak wygodzonych, tak chciwych byle gaganka...
Woyam klucz do mojej najwytworniejszej biaej torebki, ktr trzy lata temu dostaam w General
Rodrigez od Dolly i poszam do jadalni. Kapitan, chief i inynier czekali.
- A... a gdzie pan Edward? - zapyta kapitan.
- Och, pobieg obejrze niedwiedzie. Opowiadaam mu histori o himalajskim zoniku i o
syberyjskim Janku-Muzykancie... Siadajmy, on na pewno za chwil nadejdzie.
St rzeczywicie wyglda odwitnie. Znalazo si par butelek, ktre miay prawdopodobnie
ugruntowa oglnie jakie lepsze samopoczucie. Wdka eksportowa, eksportowy jarzbiak
i liwowica.
Wszyscy zajli swoje miejsca, a steward napenia kieliszki. Nie lubiam go, by wyjtkowo niegrzeczny
i leniwy, natomiast cay dzie rozpowiada, jak bardzo go wszyscy zamczaj, i co chwila ociera pot
z czoa. W obecnoci kapitana by sodki jak ulepek, ale jeli zostawaam sama w jadalni, a on
wchodzi z tymi maymi, byszczcymi jak oliwki oczkami - wolaam udawa, e mam co arcypilnego
do zaatwienia, i prdko si ulatniaam.
Staraam si jak najduej przeciga czasokres zaksek. Dwa razy dobieraam ledzia, wygosiam
dusze przemwienie na temat saatki z pomidorw, a Dzika jak nie byo, tak nie byo. Wziam
wikszy kawaek baleronu na talerz. Naprzeciw siedzia Tolek. Po jego przygnbionej minie poznaam,
e cierpi wraz ze mn. Kapitan z doskona swobod dentelmena udawa, e wszystko jest
w najlepszym porzdku. Pomocnik stewarda, stojc w pentrze, postawi na cynkowym blacie, ale ju
od strony jadalni, waz z zup. Podniosam oczy na zegar cienny - byo p do drugiej.
I on uwaa siebie za kulturalnego, dobrze wychowanego Europejczyka. Cholera, psiakrew! z tak
kultur, niech to diabli wezm! U nas zwyky chop z Koziej Wlki lepiej by si zachowa! Co za cham!
Chcia widocznie upokorzy mnie. Nonszalancja! Bydlenteria! - kipiaam jak czajnik z wod na ostrym
ogniu.
Caa w umiechach opowiadaam nie koczc si histori o pewnym, bardzo zoliwym abdziu,
ktrego spotkaam na jeziorze w miejscowoci Neuheim, w pobliu Frankfurtu nad Menem:
- ...to nie bya normalna zoliwo... to bya wyrafinowana, przebiega zoliwo. Napaci jego nie
mona byo zaliczy do zwykych czynw, dyktowanych przez gniew czy te nag zo - goni za mn
przeszo dwadziecia minut - pynam kajakiem - uciekaam przestraszona jego ksykaniem,
wypron dug szyj i wychodzcymi z orbit, wciekymi oczyma.

- abdziu mj, biay abdziu. abdziu z Lohengrina, uspokj si, bagam. Czego ty waciwie
chcesz? Nie draniam ci przecie, nie ruszyam nawet wiosem. Oczarowana zieleni brzegw,
zieleni wody, bkitem nieba pynam, ani przez chwil nie podejrzewajc, e istnieje na wiecie
taki zy, przewrotny, wcieky abd. O, Boe, mj Boe, ju nigdy wicej nie przyjd tutaj... ju nigdy
nie dotkn wiosem twoich wd. Przebacz mi...
A on znowu gronie wycign szyj i podnis olbrzymie, biae skrzy...
Na progu jadalni stan marynarz pokadowy. Wosy mia rozrzucone w dzikim nieadzie, szeroko
otwarta koszula ukazywaa nag, na brz opalon pier, ktra w tej chwili unosia si w jakim
spazmatycznym rozfalowaniu.
- Panie kapitanie!... stao si nieszczcie... niedwied, niedwied uciek z klatki. Wlaz przez bulaj
do kabiny pani Czajki... okro-oo-pnie roz-ra-bia... Tucze wszystko, rozwala, bije...
Osupiali, patrzylimy na marynarza. Kapitan, chief i inynier zerwali si od stou, ja za nimi.
- Boe! Co robi! Pewno Dzik nieostronie otworzy klatk. Dzika powali albo i rzuci do morza? Kto
wie? Sam za, sam zlaz drabink na pokad, a w kocu wszed przez bulaj, i to akurat do mojej
kabiny...
Jezus Maria! Biedny Dzik! Nie darmo mia jakie wewntrzne opory... z tym wejciem na polski statek.
Czuam, jak krew opywa mi wolno serce.
Tymczasem gromada marynarzy z kapitanem na czele stana ju przed drzwiami mojej kabiny.
Chciaam podej bliej, ale kapitan nie pozwoli.
- Wykluczone! On moe rozwali drzwi! Rozwcieczone, niebezpieczne zwierz! Rewolwer, trzeba
z mojej kabiny przynie rewolwer - podawa kluczyki Tolkowi - ley w rodkowej szufladzie.
ubudu, u-bu-du... - walio w drzwi!
Wzdrygnam si! Boe! jak tam musi wyglda? Na pewno rozbi lustro, porwa na strzpy pociel,
bielizn, sukienki. Na pewno podar moje papiery... ca ksik o Francu Fiszerze... i jak on tam
wlaz? Przecie na redzie zawsze zamykam bulaj... Jezus Maria! Zbyt silne wraenia jak dla mnie! Po
tylu latach nareszcie go zobaczyam... Boe! Biedny Dzik i biedny niedwied, za gorco byo... nie
mg wytrzyma.
- Nie! Nie! Nie zabijajcie - krzyczaam - nie pozwalam! Nie mona! Co na to powie Zwizek Radziecki?
Bra go ywcem! - krzyknam apic kapitana za rce. Wyrwaam si wreszcie z krgu marynarzy. ywcem go trzeba wzi! Niech Janek przyniesie om! omem po gowie! - krzyczaam poprzez
zadyszk - omem po gowie! Oguszy go! Tylko oguszy.
Za drzwiami nagle zrobio si cicho, niedwied odrzuci wida fotel i sam si zaczai... Zbiera
widocznie siy do tej ostatniej rozgrywki z ludmi.
- Niech pani odejdzie std. Natychmiast niech si pani cofnie! Odpowiadam za pani! Nie mog jej
narazi...
Inynier i Tolek z obu stron odcignli mnie od drzwi.
- Nie! Nie! Zwizek Radziecki! - krzyczaam nieprzytomnie. - Zwizek Radziecki - pakaam na gos. Nie wolno go zabi. Oguszy omem, a pniej zwiza!

Cisza. miertelna cisza za drzwiami mojej kabiny trwaa. Nareszcie nadszed Janek ze Stasiem.
Przytaszczyli elazny, gruby om. Kapitan pooy palec na ustach, nakaza milczenie. Trzymana przez
inyniera Maruszewskiego i pierwszego oficera Bielicza, wycignam jak yrafa gow.
Pomalusieku, powoluteku otworzyli drzwi... Byo tak cicho, e syszaam plusk fali przy dziobie.
W drzwiach coraz szerzej rozchylanych nie ukazay si ani kosmate apy, ani czarne pazury. Gdzie on
jest? Dlaczego nie wypada? Napryam muskuy, z caych si targnam si w przd! Nareszcie!
Udao mi si wyrwa z rk inyniera i Tolka. Stanam przy kapitanie, nasuchiwalimy - cisza. Nic, ani
dwiku, ani sapania, ani oddechu. Zrobiam krok i przez na wpotwarte drzwi weszam.
- Szalona! - usyszaam okrzyk kapitana, ktry ju wyprzedzi mnie, odsuwajc w ty.
W maym hallu nie byo nikogo. Kapitan ju by w kabinie, a ja krok za nim. Tu przy kwiecistej
kotarze, osaniajcej ko, sta... Dzik!
- Boe, zmiuj si, Boe, Boe, miej mnie w swojej pieczy!
Rozrzucone, biae jak mleko wosy, twarz poka, o cytrynowym odcieniu, rozbiegane, szalone oczy
i ciemne, prawie czarne podkowy pod oczyma...
Milczaam. Tum marynarzy, ktry wszed za nami, milcza. Kapitan, inynier, Tolek - wszyscy milczeli.
Zaamaam rce. Fotel lea na dywanie, ale poza tym wszystko byo w porzdku, tylko rowe,
nylonowe majtki pokryway prac o Franciszku Fiszerze. Skd one si tam wziy? Zawstydzona,
wepchnam je do szuflady pod lustrem.
- Biedaku! Co ty przey! Jakim sposobem znalaze si w kabinie? - jknam rozdzierajcym gosem.
- Sama mnie zamkna! Nie udawaj!
Kapitan spojrza na mnie podejrzliwie.
O, niechby zoliwy abd z Neuheim rozupa ju raczej moj nieszczsn gow.
- Kiedy? Jakim sposobem ci zamknam? - pytaam przez zy.
- Bez adnego sposobu. Poprawiaa wosy, pudrowaa nos. Wszedem na chwil do... toalety. Jak
wyszedem, ciebie nie byo...
- Dziczku, och, Dziczku, ja nie wiedziaam... ja... ja mylaam, e poszed zobaczy niedwiedzie...
Marynarze rozeszli si do swoich zaj. Kapitan poprosi, ebymy wrcili do stou.
Poszlimy do siou. Dzik siedzia przy mnie... Nie miaam na niego spojrze, Boe! Co on czu, kiedy
sysza przez drzwi, e Zwizek Radziecki... e nie pozwalam zabi... ...omem go, omem... oguszy,
a potem zwiza. Nie mogam przekn pomidorowej zupy... Nie mogam przekn.
Po obiedzie pilimy kaw w smoke-room, palilimy papierosy i ani rusz nie umiaam znale sposobu,
eby chocia jedno zdanie brzmiao normalnie. W nim bya rozgotowana na mikko, obraona duma,
niech, potpienie i histeria. We mnie bya, zapoyczona od abdzia z Neuheim, nienawistna zo...
- Trudno, ale jestem tak zmordowany, znuony. Rozumiesz? Lumbago... heksenszus, no po prostu nie
do wytrzymania. Nie mog czeka do jutra. Zaraz, natychmiast wracam do So Paulo, musz si
pooy. We takswk, naturalnie na mj koszt - szofer dowiezie ci pod sam dom. Pamitaj, nie,
zapisz lepiej na kartce adres, ot tak: Willa Mariana na Gaspar Laurence 627, telefon 7-58-30.
Najlepiej byoby, eby z Santosu zadzwonia, kiedy wyjedasz, a ja bd sta przed domem.

Cie masztu wyduy si, siga prawie leaka. Przypyna motorwka z agentem Polskich Linii
Oceanicznych - modym, jasnym blondynem, panem Dzieniem. Zdecydowaam, e zabierze on Dzika
na ld. Dzienio tymczasem poszed na gr do kapitana omwi spraw wyadunku i zaadunku.
Rozmowa si rwie, jest mi tak, jak gdybym zostaa obrabowana z jakiego najbardziej cennego
skarbu.
Ale, co znowu ci si ubrdao? - oburzam si sama na siebie. - O co ci idzie? Biedny Dzik przey
potworne chwile strachu, ponienia, udrki. Marzy, by ju lee w swoim ku, a ty, stara idiotko...
o co ci idzie?
Dzienio i Dzik spuszczaj si linow drabink do motorwki. Stoj na dolnym pokadzie i macham
rk.
- Do widzenia, do jutra, do jutra!
Stoi wyprostowany w motorwce, a wiatr targa jego biae jak mleko wosy. Jest smuky, pikny. Jego
subtelna twarz uduchowionego poety w blasku czerwieni zachodzcego soca nabiera jeszcze
gbszego wyrazu...
Powoli wracam do swojej kabiny.
- Uf, uf! Ale to by ciki dzie! Uf!

Rozdzia XIII
Pan Dzienio przypyn o godzinie smej rano.
- Pniej bdzie straszliwy ar. Grudzie to u nas lato. Dla mnie to drobiazg, ja ju przywykem, ale dla
pani? Wolabym, abymy o jedenastej byli ju z powrotem na statku i eby pani przeleaa
najgortsze godziny...
- Tak, tak... - kapitan ykn ostatni haust herbaty. - Tak, susznie. Niech pani jedzie z panem
Dzieniem. Migawkowa fotografia. To nie potrwa duej jak dwadziecia minut, odniesiecie odbitk do
Policji Morskiej, otrzyma pani paszport i jak ar troch minie, na szst - sidm, spokojnie pani po
jedzie do So Paulo. Ach, co za cudo ta autostrada wrd gr. Chd i zapach morza, zielone zbocza,
kwiatowe drzewa i piropusze bananowcw. Wyobraam sobie pani zachwyt! I te niespodziewane
zmiany w owietleniu... Dla pani, wanie dla pani, bdzie to niezapomniane przeycie...
Pobiegam do kabiny. Woyam t moj najpikniejsz sukienk z biaej organdyny w delikatne
czarne esy-floresy. Upudrowaam starannie nos, zebraam wosy w zakupiony w Rio waek i pena
uznania dla swojej wasnej, tak niecodziennej elegancji - ostronie przelazam przez burt.
- Tyem! Trzyma si mocno szczebli! - woali marynarze.
- Niczego si nie bjcie i ja niegdy byam nieustraszonym kapitanem Bulinderem - woaam,
spuszczajc si ku motorwce.
Na grnym pokadzie kapitan i inynier Maruszewski z niepokojem przypatrywali si ekwilibrystyce
byego kapitana Bulindera, ktry obecnie w postaci siwej, tgiej damy w szerokiej, organdynowej
kiecce zazi po linowej drabince.

- Uf! - jestem.
Pan Dzienio na dole pochwyci mnie stalowymi rkoma.
- Dobra nasza! Zesza pani doskonale! No, moemy rusza.
Powiedzia co po hiszpasku do ciemnego, bosonogiego przewonika. Po chwili ruszylimy w stron
kei.
ar z nieba - zupenie jak w piekarniku, kiedy Rozyna piecze chleb - przemkno mi przez gow.
- Kade zejcie na nieznany brzeg jest jak rozpiecztowanie zalakowanej koperty. Nowa, nie
przeczuwana tre - ycie w innym aspekcie - ile brzegw, tyle aspektw - szepnam do pana
Dzienia.
Umiechn si bezbronnie, zatar rce. Naturalnie nie rozumia, o co mi idzie, ani te wcale nie
zdradza chci rozumienia tych dziwacznych skrtw. Prawdopodobnie myla:
No i przysali tak starsz, zwariowan literatk, a ty, czowieku, lataj z ni po tym arze. Chwili
odpocz nie mog, wieczne urwanie z tymi statkami... te cholerne Brazyliany tylko maniana
i maniana i na apy ci patrz, bo bez apwki ani rusz, niczego zrobi nie mona. Mickiewicza
rozadowa, zaadowa. Czech dzi przypyn, te stoi na redzie... A ta fotografia - Policja Morska.
Zostawi jej na chwil nie mona, bo po portugalsku ani w zb. Kapitan przykaza, eby jej nigdzie
samej nie zostawia. Piszca jest - cholera wie, co taka piszca wypisa moe?
- Aha - powtrzy krzywic si w socu, co miao oznacza umiech - dobrze szanowna pani powiada:
ile brzegw, tyle aspektw...
Dopynlimy do kei. Port by imponujcy. Statkw przycumowanych nie sposb wprost policzy.
Naprzeciw otwarte drzwi do olbrzymich skadw. Z daleka zobaczyam trzy chude psy, sier miay
skotunion - zrobio mi si smutno.
- Czy Murzyni nie lubi psw? - zapytaam wchodzc na brzeg.
- Czy Murzyni nie lubi psw? - powtrzy bezradnie pan Dzienio. - C znowu? Dlaczego? Owszem,
niektrzy nawet bardzo kochaj swoje psy. Zreszt to zaley...
W wyrazie twarzy pana Dzienia spostrzegam co, co by mona byo okreli jako spazm...
W porcie nie byo palm ani kaktusw. Dugi, asfaltowy chodnik, krany, dwigi, haki, dzioby. Na dole
mae drezyny, samochody z uchwytami, przeznaczone do rozwoenia wyadowywanych towarw, i te
trzy zmczone upaem, chude psy.
- Trudno - powiedziaam do pana Dzienia - trudno... Inaczej wyobraaam sobie Brazyli tam w
Polsce, a inaczej ona wyglda tu na miejscu. Zreszt tu jest port, a port to nie dungla kwitnca
orchideami... Rzeczywisto ma ostre kanty. Tam na Karowicza o zmierzchu, kiedy le pod
kwiecistym pledem, wiat wydaje mi si bardziej jaki zaokrglony, kolory bardziej urzekajce...
a teraz... teraz...
W oczach pana Dzienia ukaza si nagy strach:
- Niech pani troch odpocznie. O, tu na rogu jest bar. Napije si pani zimnego soku z pomaraczy, to
pani przejdzie. Ja to rozumiem - tu jest za gorco, soce stoi prostopadle nad gow... Nawet modzi
i bardzo wytrzymali ulegaj... hm, co to ja chciaem powiedzie? Ach tak - czy pani bya w Misku
Mazowieckim?

Za nami szed may Murzynek, liczy sobie moe czternacie lat. Pracowa w Polskich Liniach
Oceanicznych i uwaa si za Polaka.
Tak! Takie pytanie, wanie tylko takie pytanie sprawio, e od razu poczuam twardy grunt pod
nogami. Misk Mazowiecki! Naturalnie, e znam Misk Mazowiecki - trzy czy cztery lata temu byam
tam z moj Danusi. Danusia, crka kowala (patrz: Ocali mnie kowal), zawioza mnie do sdu w
Misku, bo miaa spraw z tym Pasturczakiem, ogrodnikiem z Dobrzyca...
- Dlaczego pan pyta akurat o Misk Mazowiecki?
- Bo ja stamtd pochodz. Misk Mazowiecki to moje rodzinne miasto - mj ojciec i matka, mj
dom...
Serdecznie ucisnam rk pana Dzienia. Co tu duo gada? Z Miska Mazowieckiego do Santosu...
- A jak si tu panu yje?
Murzynek szed tu obok mnie, maszerowa dumnie, a raz powiedzia:
- Eu Polaco...
- Si, si - umiechnam si do niego.
- Pracuj bardzo duo. Od rana do nocy ganiam, ale jestem tu z on i dzieckiem. Osignicia w mojej
pracy daj mi due zadowolenie. Przecie dobrze sobie zdaj spraw z tego, co znacz dewizy dla
kraju. Staram si, zreszt ju przyzwyczaiem si do tych upaw... Wszystkie polskie statki, pynce
do Ameryki Poudniowej, tu w Santosie przechodz przez moje rce.
Brudnymi uliczkami dotarlimy do zakadu fotograficznego. Po dwudziestu minutach czekania
w odkrytej ze wszystkich stron salce nieduego baru, wrcilimy do zakadu i odebralimy gotowe ju
zdjcia.
Z nimi poszlimy do Policji Morskiej. Pan Dzienio wszed razem ze mn. Za biurkiem, oddzielony od
nas barierk, siedzia chudy, zezowaty wojak w mundurze zupenie podobnym do tych, jakie nosz
nasi aktorzy w operetkach.
Pan Dzienio po portugalsku wygosi przemwienie, co pewien czas wskazujc na mnie. Kiwaam
gow i umiechaam si yczliwie.
Zezowaty pan we wspaniaym, zielonym mundurze, obwieszony orderami, prycha jak ko, oko
uciekao mu pod powiek. Zlkam si nie na arty.
Katastrofa - pomylaam - katastrofa, on bezpowrotnie straci oko...
A sama przymknam powieki.
Ale nie! Obaj nadal gono krzyczeli. Spojrzaam: zezowate oko wojskowego wrcio na miejsce, a z
obu stron przy mnie stali murzyscy andarmi w bladoniebieskich, drelichowych mundurach,
z biaymi do poowy ydki kamaszkami. Na gowach mieli tropikalne kaski. Za szerokimi, skrzanymi
pasami zwisay wielkie kolty, na domiar jeszcze przez rami przewiesili bro.
Zupenie jak w operetce - ucieszyam si w duchu - teraz rozpoczn si piewy! Ale ja zawiod na
caej linii. Przecie nie mam ani suchu, ani gosu... Jak podejm ari? Ze zdziwieniem zauwayam, e
pana Dzienia nie byo i nawet naszego polskiego Murzynka nie byo... Zostaam wic na scenie sama,
z andarmami i zezowatym solist. Oko co chwila uciekao. Przymyka je teraz, zaciska, to znw
szeroko otwiera, nie przestajc co mwi. Umiechaam si yczliwie.

Czy on do mnie? Czy do nich? Na wszelki wypadek agodnie powiedziaam:


- No entiende, I dont understand, verstehe nicht, non capisco, je ne comprends pas, nie ponimaju...
Wszystko to wyrecytowaam moliwie szybko, ciszonym gosem, z ujmujc yczliwoci - chciaam
tym zaznaczy, e mimo niezrozumienia ich jzyka - sympatia moja trwa... Wycignam z torebki
papierosa i zapaliwszy poczuam si bardzo zadowolona.
Pomyle tylko! To ci okazja! ani mi si nio w Warszawie na Karowicza, e wezm udzia w operetce
murzyskiej. No i narzeka, e ycie jest beznadziejne!!! Kto by to wymyli? Umiechnam si
patrzc na zesp. Moi onierze byli wyjtkowo dekoracyjni, czarni czarnoci hebanu, mieli
wyduony ksztat oczu, nosy cokolwiek spaszczone, uszy due - wargi moe nazbyt wywinite, ale
wyraz ich wilgotnych, lnicych, podobnych do oliwek oczu by niezwykle dobrotliwy. Znaam w
Sopocie jednego psa bernardyna - rzeczywicie - ten sam wyraz, ta sama agodno i bezbronno.
Obejmowaam zesp coraz yczliwszym spojrzeniem. Zezowaty chudym palcem stuka w blat swego
biurka - widocznie co go rozgniewao. Ze wspczuciem patrzyam na jego pok twarz, czarne
wosy lniy od oliwy.
Po co oni tyle oliwy lej sobie na gow? - zastanawiaam si, albowiem mam usposobienie agodne
i refleksyjne.
Nie wiem, dlaczego zezowaty coraz bardziej si unosi, po prostu krzycza. Krzycza i bardzo
gwatownie gestykulowa. Wreszcie podszed do mnie i pocz mnie pcha.
Aha! Widocznie ju skoczy, mog i. Wycignam rk i powiedziaam:
- Passaporte.
- No, no.
Jego gestykulacja wzmoga si. Wyczynia rkoma dziwaczne myce, nastpowa przy tym na mnie,
naciera. Cofaam si, cofaam, a znalazam si bez paszportu za drzwiami. Tu nastpio co zgoa
nieoczekiwanego - czarni andarmi wzili mnie midzy siebie i wymaszerowalimy na ulice.
- Nie piewaj. Nic z operetki - westchnam.
Z daleka na przeciwlegym trotuarze migna mi strapiona twarz pana Dzienia - szed w pewnej
odlegoci za nami. Towarzyszy mu nasz polski Murzynek.
ar wali z nieba, jeszcze w yciu takiego gorca nie przeywaam - wszystko na mnie byo mokre.
Soce olepiao, soce jarzyo, soce parzyo. Wida byo powietrze drgajce wokoo. Z czoa laa mi
si woda na oczy, z karku laa si woda... Uf... Kolty chybotay si u pasw, szam w tej
najpikniejszej, sztywnej organdynowej sukience, ale loki na czubku gowy rozsypay si. Liczni
przechodnie przystawali i patrzyli na mnie z nietajonym wstrtem.
Oni chyba myl, e jestem jak przestpczyni i e ci andarmi prowadz mnie do wizienia przemkno mi przez gow. - A zreszt co to wszystko znaczy? Uf... chciaabym si napi soku
pomaraczowego z lodem, no, niechby tylko wody z lodem - nie miejmy zbyt wygrowanych da...
Ledwie si wlokam. Stanowczo za gorco na taki dugi spacer.
Wyszlimy wreszcie z tych brudnych, portowych ulic na zielony plac.

Zielony! Jaki tam zielony - mruknam w duchu. - Palmy wyrudziae i zakurzone, kaktusy spiczaste
i sczerniae. Och tam, na przeciwlegej stronie, wida kremow will w kwiatach - przynajmniej jest
na czym oko zatrzyma.
Odwrciam si nieznacznie. Pan Dzienio i Murzynek szli za nami w pewnej odlegoci. Sapaam
troch z tego gorca, albowiem leciwa jestem i gruba. Moi andarmi mieli dobrotliwe twarze, a po
raz pierwszy w yciu z tak bliska mogam obserwowa ich jzyki, dzisa - sowem cae wntrze ust,
wic nie spuszczaam ich z oka; skonstatowaam, e oni tam maj wszystko nieporwnanie janiejsze
ni biali ludzie. Tak mnie to zafascynowao, e nie mogam od tego wzroku oderwa.
Przechodnie stawali, ogldali si za nami. Na rogach ulic zbierao si po par i wicej osb, woali za
mn jakie sowa czy zdania - a ja, posapujc, szam i nie odrywaam oczu od ust moich towarzyszy.
I tak doszlimy wreszcie do kremowej willi, ktra u nich nazywa si rezydencj.
Otaczajcy j ogrd by naprawd zachwycajcy - wielkie araukarie, drzewa laurowe, gdzieniegdzie
kwitnce hibicusy, to znw liliowe akacje, a wok tej rezydencji las fioletowej i czerwonej
passiflory. Na frontonie widnia napis wielkimi literami Polizija Politica.
Szerokimi schodami weszlimy na parter, a potem na prawo do obszernego pokoju, o wiele adniej
urzdzonego ni w Policji Morskiej. Tutaj za biurkiem siedzia zupenie mody czowiek w mundurze
khaki, z maym, czarnym wsikiem (jak si pniej dowiedziaam z gazet - komendant policji
politycznej Juao Amoroso Neto). andarmi weszli ze mn, stuknli obcasami, wykrcili si i wyszli.
liczny chopiec - skonstatowaam - wyjtkowa uroda, a co za rzsy!!!
Juao Amoroso Neto wsta ze swego fotela, utkwi grony wzrok w moim zachwyconym obliczu
i wygosi dusz przemow w jzyku portugalskim, z czego naturalnie ani jednego sowa nie
zrozumiaam. Umiechnam si wic do niego jak najserdeczniej i powiedziaam:
- No entiende, non capisco, je ne comprends pas, I dont understand, verstehe nicht, nie ponimaju, nie
rozumiem.
Przycignam spod ciany najwygodniejsze krzeso, usiadam i zapaliam papierosa, rwnie jego
grzecznie czstujc. Nie chcia. Machn rk.
Taki mody, moe jeszcze nie pali? - pomylaam z bliej nie okrelonym, ale chyba w instynkcie
macierzyskim biorcym rdo, uczuciem rzewnoci.
Juao Amoroso Neto odwrci gow i patrza na ogrd.
Rzeczywicie byo na co patrze: olbrzymie liliowe dzwonki zwieszay si z gazi o ciemnych, jakby
polakierowanych liciach. Ponce, czerwone hibicusy rozwieray swoje kielichy. Soce przewietlao
jasnozielone kicie bananowca.
Juao Amoroso Neto, patrzc ju w moj stron, dziwn francuszczyzn, o jeszcze dziwniejszym
akcencie, powoli wyduka:
- Vous, vous choisir la libert?
To byo tak niespodziewane i tak jednoczenie zabawne, e wybuchnam na gos miechem. Tam,
w domu na Karowicza, przy Czajniku i Czangusi, zawsze mylaam, e to s takie chwyty naszej
propagandy. W ogle nie wierzyam, eby mona byo tak z miejsca proponowa komu wolno.
Zoyam palce lewej rki w ksztat noyczek i pokazaam na migi, e obcinam sobie brod. Chciaam

przez to wyrazi: stary kawa, ma ju brod - a na gos powiedziaam powoli, dobitnie, eby
zrozumia:
- Merci. Je suis libre mon pays, je nai pas besoin dune autre libert.
Zmarszczy czoo, skubn zabjczego wsika, znowu utkwi wzrok w swoim piknym ogrodzie,
a potem nagle odwrci si. Z rozjanionymi oczyma, na migi pokaza, e liczy pienidze, a wreszcie
z trudem mieszajc sowa francuskie z angielskimi wymamrota:
- I give you beaucoup money.
- Je ne suis pas une fille de trottoir - owiadczyam z godnoci.
Upa stawa si nie do zniesienia. Byam cakowicie mokra od potu i pragnienie dokuczao mi
nieznonie. Poczuam nagle ogarniajc mnie nieprzezwycion senno. Ilekro mi serce nawala,
odczuwam tego rodzaju sabo - w takich razach z miejsca zasypiam. Obudziam si ze cierpnitymi
nogami. Amorosa Neta nie byo w pokoju, w ogle nikogo nie byo w pokoju. Wstaam i podeszam
do drzwi - zamknite na klucz. Zapukaam, otworzy mi jeden z moich czarnych andarmw, drugi
ciekawie wyglda pierwszemu spoza ramienia.
- Toilette - powiedziaam.
- No!
Gowami krcili, e nie. Bardzo mi si chciao siusiu.
- Psi-psi-psi - staraam si fonetycznie da do zrozumienia, o co mi idzie.
- No!
Krcili gowami. Zamknli drzwi. Usyszaam zgrzyt klucza.
Trudno, jak nie wolno, to nie wolno! Ale dlaczego wanie do mnie si przyczepili? Tyle ludzi
przyjeda i wyjeda z Brazylii... e te musi mnie zawsze spotka co, co nie zdarza si nikomu
innemu. Psiakrew! Ale pi to mi si te chce! I jedno, i drugie. Je nie musz, bo i tak gruba jestem,
ale gdyby tak odrobin wody... Stanam w oknie.
- Pi, pi!
Nigdy nie wyobraaam sobie, e pragnienie moe sta si a tak tortur. Gdyby udao mi si
zerwa jaki kwiat,: jak rolin o grubej, mikkiej odydze... Wszystko jedno, jaki miaaby smak, ale
na pewno byaby soczysta.
W oknach elazne prty, ale nie tak znowu gste, eby mi rka nie przesza. C z tego? - pod oknami
Amorosa Neta nie rosy adne soczyste odygi... Ale patrzcie tylko! Nie, to ju nie do uwierzenia! Na
palmie najbliej okna, wysoko, w samej czuprynie dugich lici, jak ptak, jak mapa - nasz Murzynek Murzynek z Polskich Linii Oceanicznych - oddzia w Santosie. Patrz i oczom nie wierz. A on
szczliwy, e go spostrzegam, obiema rkami daje mi jakie znaki, nogami tylko trzymajc si
gadkiego pnia palmy. Ani w zb nie rozumiem, o co mu chodzi, ale e pi mi si chce straszliwie, wic
na migi pokazuj na pier, a potem w kuak zwinit pi do ust podnosz i udaj, e pij. Murzynek
w gow si uderzy, wida, e zrozumia, i ju po pniu si zsuwa niczym gibbon czy te jaka inna
mapa.
Moe poszed do baru? Moe mi cay litr wody przyniesie? Nieraz takie rzeczy w kinie widywaam,
a jeli w kinie! byy, to dlaczego w yciu nie mogyby si zdarzy? Pospacerowaam troch po pokoju.

Obejrzaam map Brazylii, obejrzaam wybrzee Ameryki Poudniowej - hm, szmat ziemi...
Obejrzaam na biurku przybory do pisania, znalazam w kocu podarty program kinowy - na okadce
moda dama, z przysonitym tiulem biustem, trzyma w zbach cygaro, i rzuca spod lekko
przymruonych oczu powczyste spojrzenie. Na odwrocie piosenka, kada strofka koczy si
refrenem: O la li la la - bardzo adne i dwiczne... Zgnbiona wrciam do okna.
Tu nade mn, w czubie paskich, pokych palmowych papilotw - Murzynek z Polskich Linii
Oceanicznych tryumfujco potrzsa litrow butelk wody mineralnej. Klasnam w rce:
- No nie! - powiedziaam - kino, ksiki, teatr - mda czkawka prawdziwego ycia, mda czkawka
tryumfujcej rzeczywistoci!!!
Byam ju zupenie pewna, e mj czarny przyjaciel da mi do rk butelk, e nikt inny, tylko ja pi
bd jej przeroczyst tre, nikt inny, tylko ja. Czekaam cierpliwie. Trzymajc si nogami palmy,
zacz si buja. Wahado, nic, tylko ywe wahado w powietrzu! Tak dobuja si do krawdzi okna.
Wycignam rk za prty i najzwyczajniej w wiecie wahado podao mi do rk butelk. Oby los,
mj czarny synku, okaza si dla ciebie yczliwy, oby poj za on liczn i pracowit Murzynk, oby
dzieci twoje byy zdrowe i dobre...
Wrciam z butelk na krzeso, wyjam szpilk, a potem spink do wosw i chytrze manipulujc po
dwch minutach usunam wieczko. Chodna woda! Chodna, perlista woda, flaszka bya caa
zroszona. Nareszcie piam, niepomna na skutki piam... Ale to bya pycha! Wypiam, nie odrywajc
ust, p butelki - reszt schowaam sobie gboko pod krzeso...
Waciwie jeeli mnie nie chc wypuci do toalety, to mam prawo do... kosza Juao Amorosa Neta,
stojcego tu obok jego biurka. Po zastanowieniu porzuciam jednak t ndzn myl - co jak co, ale
jestem tutaj jedyn reprezentantk Polski, jeeli ulegn, skompromituj nie tylko siebie, ale i mj
kraj.
- Zgin raczej - zdecydowaam - zgin raczej.
Mocno zaciskajc kolana uoyam si na krzele, uprzednio przywlekszy drugie pod nogi. Pi mi si
ju nie chciao, ale co do drugiego - to rzeczywicie byo nieprzyjemnie. Nie takie w yciu miaam
przejcia - pocieszaam si w myli. Zasnam po raz drugi. Tym razem spaam dugo i mocno. niy mi
si jakie niepowizane strzpy wydarze: Warszawa, autobus 125 (skd si tu wzi wielbd), to
znw jad gdzie z Danusi...
- Danusiu - jcz - Danusiu, banialuki jak mrwki mnie oblazy. Wycignij mnie z wody i po na
trawie, moe obeschn, a one si potopi.
- Z tob razem si potopi. Ty sama jeste banialuka.
Szuraj, szuraj, trzaskaj, opoc, a si gwat taki zrobi i raban, e ju nie sposb...
Otworzyam oczy, a tu w pokoju chyba dwunastu jakich panw chodzi w marynarkach i bez
marynarek. Kady w rku trzyma aparat fotograficzny.
Hm - myl sobie - wida ca wycieczk turystyczn te przymknli, ale bdzie mi teraz wesoo! Ju
nie sama, ale w towarzystwie, czas prdzej przeleci. Moe ktry co do zjedzenia ma i mnie
poczstuje?
Byam ju wyspana, wic zdjam nogi z krzesa i usiadam. A tu widz, e wszyscy przed mn si
ustawili i chc mnie fotografowa, umiecham si wic przymilnie i momentino powiadam. Prdko
torebk otwieram, lusterko, puder, szmink do ust, grzebyk, podczesuj troch ten baagan na

gowie. Przybrawszy przyjemny wyraz twarzy daam znak, e ju mona. Zdaje mi si, e ich to
mocno zdziwio. Zrobiono co najmniej ptora tuzina zdj.
C to za uprzejmi modzi ludzie! Mogli przecie znale modsz i adniejsz. Ot, w Warszawie na
og uwaaj mnie za star i grub. Kulawy pies nie obejrzy si, a tu? Nie ma to jak dalekie podre!
Czowiek bez trudu dochodzi do jdra dziwnoci, przekracza to, co jest nie do pojcia w codziennym
yciu.
Siedz wic w tym okratowanym gabinecie Amorosa Neta, otoczona tumem modych ludzi, i wci
umiecham si bardzo uprzejmie. A tu nachyla si nade mn jeden taki, owszem sympatyczny,
w eleganckich skarpetkach, niebieskich w ciapki (w Warszawie zachwycaam si podobnymi, nosi je
nasz przemiy redaktor ze wiata - zapamitaam je wietnie, bo nie mogam si im napatrzy). Wic
ten tutaj, w tych niebieskich w ciapki skarpetkach pochyla si nade mn i z trudem, ale zupenie
zrozumiale pyta po francusku, czy wiem, dlaczego jestem aresztowana.
Powoli, wyranie, eby rwnie zrozumia, tumacz mu, e jest le poinformowany, bo nie jestem
wcale aresztowana, czekam tu tylko na paszport, bo daj jeszcze jednej fotografii i musz dopeni
jakich formalnoci.
Teraz on si zdziwi:
- A czy naczelnik policji politycznej, to jest czy komendant Juao Amoroso Neto nie zadawa pani
adnych pyta?
- Juao Amoroso Neto... ach, jakie liczne imiona. Nie przedstawi mi si i nawet nie wiedziaam, e ten
mody pan, zreszt bardzo przystojny, z przystrzyonym wsikiem, tak si nazywa. Ot Juao
Amoroso Neto (rzeczywicie imi dla namitnego bohatera hiszpaskiego romansu) zapyta, czy
pragn brazylijskiej wolnoci, a kiedy mu podzikowaam, zaproponowa mi pienidze. Staraam si
da mu do zrozumienia, e starsz i powan pani tego rodzaju propozycje obraaj... Wtedy
poszed i zostawi mnie tutaj.
- Od ktrej tu pani siedzi?
- Chyba od... zaraz... tak, o godzinie dziewitej byam w policji morskiej, tu przyszam chyba okoo
dziesitej.
- Hm, jest - spojrza na zegarek na przegubie doni - tak, teraz jest ju po smej... Czy... czy pani dali
co do zjedzenia?
- Nie, ale nawet nie prosiam, by straszliwy upa. Wy jestecie przyzwyczajeni, ale dla mnie taki ar
to...
Mj nowy znajomy zawoa koleg, ktry w tumie fotografw rej wodzi. W ogle trzeba powiedzie,
e wszyscy zebrani zachowywali si bardzo haaliwie. Podzielili si jakby na dwa obozy i, gestykulujc
namitnie, wymylali sobie nawzajem. Ten drugi kolega, niszy wzrostem, ale barczysty, mia mi
twarz, wyrnia si szlachetnym, niekrzykliwym sposobem bycia. Podszed do mnie i powiedzia co,
wic podaam mu rk. Ucisn j i gboko przy tym si ukoni. Par minut gadali po portugalsku,
a ten nowy nagle, nie mniej dukajc ni poprzedni, zapyta, czy jestem bogata. No, troch zaskoczyo
mnie takie niespodziewane pytanie. Nigdy w Europie nie syszaam tego rodzaju bezporednich
pyta, ale co kraj to obyczaj pomylaam i agodnie mu klaruj, e gdybym nie bya bogata, tobym
sobie nie moga pozwoli na tak dalek podr. (Przecie nie bd mu wyjania, e przy wyjedzie
miaam pi dolarw, a obecnie pozosta mi niecay dolar). Wtedy ten pierwszy, w skarpetkach
w ciapki, powiada, e jestem posdzona o szpiegostwo na rzecz Rosji i e policja polityczna otrzymaa

wiadomo, jakobym bya agentk komunistyczn wysan tu, by zrobi rewolucj, bo jestem
specjalnie szkolona do takiej roboty.
Ze wstydem musz wyzna, e mnie to wzio. Sam pomys, sama idea wydaa mi si fe-no-me-nalna
(jak by powiedzia Franc Fiszer).
- Czajuniu - usyszaam nagle przez ldy i oceany gos Leopolda Lewina - Czajeczko, tylko nic nie mw,
bagam ci, opanuj si, nic nie mw! Kade twoje sowo pogorszy sytuacj, kade moe spowodowa
ka-ta-stro-f...
(Lewin zawsze tak mnie prosi na zebraniach w Zwizku Literatw. Kochany, dobry Lewin stawia mi
kaw i babeczk waniliow, abym tylko nie zabieraa gosu).
I teraz, tutaj, w rezydencji policji politycznej, tak daleko od ruchomych schodw naronego domu
na Krakowskim Przedmieciu, poprzez hibicusy, araukarie, drzewa ombu i pallo buraccio dochodziy
mnie przestrogi Leopolda, widziaam jego zaniepokojone oczy... ujrzaam te najwyraniej babeczki
waniliowe...
- Tylko nic nie mw, nie odpowiadaj. Bd agodna i cierpliwa...
Nagle spostrzegam, e Juao Amoroso Neto siedzi znw za biurkiem na poprzednim miejscu.
Zaoyam nog na nog, zapaliam nowego papierosa i czule patrzyam na chmurny profil Juao
Amorosa Neta.
Na pewno dostanie gratyfikacj, a moe odznaczenie? Zapa szpiega - niebezpieczn agentk
komunistyczn, hm, wicej! - uratowa swj kraj od krwawej rewolucji. Mj Boe! ycie jest cikie, a
Secret Service USA potrafi wynagradza...
Tysice ludzi podruje - myl sobie - tysice ludzi odwiedza swoje rodziny i krewnych w Ameryce
Poudniowej. Jedzi, wraca, a nikomu nie przydarzyo si nic podobnego. Dlaczego akurat mnie?
Dlaczego? Moe ta moja gupia gba jest wszystkiemu winna? (Leopold Lewin gdzie, gdzie z
Krakowskiego Przedmiecia nakazuje milczenie). Pal papierosa i przygldam si rozptanemu
baaganowi. Krzycz, wymachuj rkoma, skacz sobie do oczu, wreszcie cichn. Ten w skarpetkach
w ciapki staje przede mn, a pozostali nagle milkn. Juao Amoroso Neto poprawia frencz i zblia si
rwnie.
- Z kim pani widziaa si w Rio de Janeiro?
- Z kim? Z dziesitkami osb, przewanie z emigracj polsk, z dawnymi koleankami, z przyjacimi,
ze znajomymi...
- Az Brazylijczykami? Niech pani mwi prawd, bo my i tak wszystko wiemy - gronie mwi Juao
Amor oso.
- Chtnie, bardzo prosz... Odwiedziam waszego najwikszego malarza Portinariego, byam na
przyjciu w ksigarni na rynku, rozmawiaam z Jorge Amado i z dramaturgiem Figureid, tym, co
napisa Listki figowe.
- Wystarczy - powiedzia Amoroso.
- Prosz pana - zwrciam si do wysokiego - prosz pana... (zamknam uszy na gos Lewina) niech
si pan zapyta naczelnika po portugalsku, bo on przecie nie rozumie, co ja do niego po francusku
mwi, niech si pan zapyta, jak ja, nie znajc ani w zb portugalskiego, mog w Brazylii zrobi
rewolucj? Czy metod starego ojca Wirgiliusza?

- A jaka to jest metoda? - zapyta ten niszy wzrostem kolega.


- No to jest taka piosenka, a raczej zabawa dziecinna - i tak jak zwykle, okropnie faszujc,
zapiewaam:
Ojciec Wirgiliusz uczy dzieci swoje,
a mia ich wszystkich sto dwadziecia troje...
Heje, dzieci, heje ha!
Rbcie wszyscy to, co ja.
Wycignam wskazujcy palec niby luf rewolweru i wydaam grone dwiki: puf, puf, puf...
naladujc strzay.
Skutek by zdumiewajcy.
Amoroso krzycza, rycza i wy - oburzenie jego nie miao granic. Poprzez wszczty na nowo straszliwy
haas, gwar, miechy i krzyki usyszaam po raz wtry gos Leopolda:
- Czajuniu, spowodowaa katastrof, a przecie ci bagaem... No i sama widzisz. Czy naprawd nie
moga si opanowa?
Wysoki mia si do rozpuku. Niszy trzyma mow do fotoreporterw - wreszcie po duszej chwili
oglnego rozprenia zapado milczenie.
Elektryczne lampy ju pony, bo zmierzch powoli przeobrazi si w ciemno. Za oknami nie byo ju
wida ani gorejcych hibicusw, ani nawet sympatycznej palmy, na ktrej rano koysa si nasz polski
Murzynek.
Po cichu zapytaam wyszego, czy nie mgby wpyn na Amorosa, aby pozwoli mi uda si do
toalety. Proba moja zostaa od razu i definitywnie odrzucona przez wadz:
- Wykluczone!
Zrozumiae - pomylaam zgnbiona, zaciskajc kolana - zrozumiae, bo jakie straszliwe a niecne
mog by skutki intrygi i zbrodniczych postpkw rosyjskiego szpiega, agentki komunistycznej,
w toalecie. Oczywicie, e Juao Amoroso Neto nie moe na to pozwoli.
Mj Boe, gdybym nie czua si w tej chwili reprezentantk Polski Ludowej, tobym chyba gdzie
w kciku... Ale - wyznam szczerze - przypada mi nagle do serca i wyobrani ta rola: by szpiegiem
i agentk, i niebezpiecznym wywrotowcem, wic mimo wyczerpania, osabiajcego znuenia i innych
cielesnych niewygd poczuam niezmoon si ducha, a gdyby mi przyszo wycierpie sto razy wicej
- wszystko bym wycierpiaa...
Tymczasem ten wyszy cakowicie ochryp od krzyku, a niszy pochyli mi si do ucha:
- Camarade - powiedzia - my damy zaraz zna do Ambasady Rosyjskiej, e oni was podstpem zwabili
na ld, nie maj prawa...
Zadraam. Dadz zna do Ambasady Rosyjskiej? A jednak Lewin mia racj...
- Nie! Nie! Nie trzeba!... - zapaam za okie mego towarzysza (konsulat polski w So Paulo jest ju
powiadomiony, pan Dzienio na pewno to zrobi - mylaam nerwowo, trzymajc rozmwc za rkaw).
- Nie ycz sobie, rozumiecie, towarzyszu, nie ycz sobie. Ja jestem Polka...
(O Boe, Boe, Lewinku, Lewinku, w co ja si tu uwikaam? Boe, Boe!!! a siusiu tak ju mi si chce,
e chyba nie wytrzymam!).

Zaciskaam kolana i z niepokojem obserwowaam wzrastajcy rozgardiasz. Teraz kcili si wszyscy


z wszystkimi i kady z kadym.
- Camarade! - znw zapaam go za okie. - Toilette! Absolument ncessaire toilette!
Mj dobry, kochany towarzysz doskoczy jak jaguar do Amorosa. Spr, ktnia, walka signa zenitu.
Amoroso przycisn dzwonek znajdujcy si pod krawdzi biurka - wkroczyo dwch andarmw
w bladoniebieskich, drelichowych mundurach, z biaymi kamaszkami do poowy ydek, pas, za pasem
kolt, bro na ramieniu. Stanli na baczno. Pad rozkaz - andarmi podeszli rytmicznym krokiem do
mojego krzesa. Wstaam. Ku oglnej radoci wymaszerowalimy z pokoju. Na korytarzu, z daleka,
zobaczyam poblad twarz pana Dzienia, zza jego ramienia, wspinajc si ciekawie na palce, wyziera
polski Murzynek. Umiechnam si do nich, mylaam o mojej dawno zmarej cioci - cioci Rzi...
Kiedy, a byam wtedy chyba czternastoletni dziewczynk, zabraa mnie ciocia na spacer do
azienek. Przysiadszy na najbliszej awce, przy kiosku z kefirem i piernikami, przedstawia mi pewn
koncepcj, ktr wanie teraz, teraz, gdy zobaczyam dugo wyczekiwane zacisze, po pidziesiciu
latach nareszcie zrozumiaam. Bya to koncepcja o negatywnych przyjemnociach. Ciocia Rzia
uwaaa, e kady bez wyjtku przykry stan nosi w sobie zarodek radoci.
Sprbuj, kochanie, jeli bardzo chce ci si siusiu, nie folgowa sobie, wstrzymuj si, wstrzymuj, a
przed ostateczn klsk - pamitaj - tu, tu przed sam katastrof dopiero ulegnij - poczujesz
niewysowion bogo. Ot, tak metod, zapamitaj, moje dziecko, tylko tak metod potrafisz
osign maksimum przyjemnoci yciowych, naturalnie rozcignwszy j na wszystkie inne gazie,
na caoksztat ycia. Pamitaj to, moje dziecko, albowiem to jest pierwszy szczebel wtajemniczenia.
Byam wanie na krok przed wtajemniczeniem - otworzyam drzwi i chciaam je zamkn za sob...
- No!
To powiedzia czarny po prawej mojej rce.
- No! - i noga w biaym kamaszu wtargna za mn do przybytku. Popatrzaam na niego z rozpacz.
Ciocia Rzia powiedziaa: wstrzymuj si a do ostatecznej katastrofy...
Przecie byam tu, tu przed katastrof... Aha, oni maj mnie tutaj pilnowa - jestem niebezpieczn
agentk, ktra w tym miejscu gotowa zada straszliwy cios kapitalizmowi...
Trudno - zdecydowaam- trudno!
Po powrocie do gwnej siedziby Amorosa w mig pojam, e moi zwyciyli. Nie wiedziaam
jedynie, na czym to zwycistwo polega. Byam tak mokra od potu, e tylko wyymaczk mona by
mnie doprowadzi do normalnego stanu. Teraz jednak poczuam zbliajcy si kres udrki.
Nagle, o dziwo, w rkach Amorosa zobaczyam moj butelk wody mineralnej, ktr poprzednio
schowaam pod krzeso. Podnis butelk w gr jak jaki sztandar, a z ust jego sypaa si kaskad mowa portugalska. Potrzsa butelk, w ktrej pozostao wszystkiego moe p szklanki wody,
wycign gronie t butelk w moj stron; w bladej twarzy pony ciemne oczy, a may, czarny
wsik sroy si jak u kocura:
- Skd pani ma t butelk? Kto j pani przynis? Czy to kto z wewntrznego garnizonu, czy
z zewntrz udao si komu tu wej?
Zegnaj, Lewinku!

- Brazylijscy komunici w zakonspirowany sposb dostarczyli mi t wod, abym moga ni popi


instrukcje, ktre zjadam na sucho - powiedziaam z kamiennym wyrazem twarzy, sadowic si
wygodnie na moim krzeseku.
Najpierw zapanowao guche milczenie, a potem ze wszystkich stron zerwaa si burza - wrzaski,
miechy, ryki - sowem, ubaw na caego.
Po odwiedzeniu toalety odzyskaam dobre samopoczucie, koniec kocem nie byo mi najgorzej miaam wspaniay spektakl pod tytuem: Policja polityczna w krajach kapitalistycznych.
Obie partie chrypiay od krzyku.
Wreszcie mj przyjaciel, z ciapkami na skarpetkach, uj mnie pod rami:
- Idziemy - powiedzia - idziemy!
Wstaam i niepewnie ruszyam w stron drzwi:
- Towarzyszu, a dokd, jeli wolno spyta, idziemy?
- Na statek polski, na statek, z ktrego podstpem cignito pani na ld.
- A... mj paszport?
- Paszport zatrzymuje Juao Amoroso Neto.
- Doskonale! wietnie! - Co mi teraz po paszporcie, byleby wrci na Mickiewicza!
Pospne oblicze Amorosa jeszcze bardziej stao si pochmurne. Nie odwracajc gowy daam si
prowadzi moim przyjacioom.
Szlimy jasno owietlonymi ulicami Santosu. A wic na przedzie ja z towarzyszami, po obu stronach
czarni andarmi w biaych kamaszkach, z koltami za pasem, za nami caa gromada fotoreporterw
z aparatami, a na samym kocu pochodu... pan Dzienio z Murzynkiem.
W porcie, wrd najrozmaitszych statkw, sta kremowo-biay z czerwon tarcz, na ktrej widniay
wideki Neptuna.
Milcz, gupie serce! Milcz, serce - o, tam na pokadzie rozpoznaj twarze moich marynarzy. O, o! Tu
przy trapie stoi Franciszek Pamplon - chleba nie je, a tam Felek. O! Ja od niedwiedzi, a na
wyszym pokadzie kto to wyciga rce?
- Tolek! - zawoaam. - Tolek!
Prdko, prdko po trapie na gr.
Zyg, zyg, marchewka! Nic ju mi zrobi nie moecie! Tu jestem u siebie, tu jestem w domu. Tu jestem
w Polsce!
Radoci, krzyku, haasu, uciskw i wiwatw byo co niemiara. Najboleniej wyglda pan Dzienio. Co
chwila apa si za gow:
- Co ja miaem, co ja miaem! Co ja miaem, co ja miaem!
Ani sowa wicej nie mona byo z niego wydusi. Murzynek natomiast teraz dopiero gwatownie
dawa folg radoci.

- Eu Polaco, eu Polaco! - uderza si w swoj chudziutk pier. To on mi poda z palmy wod ucaowaam go w karakuow gow i zapewniam, e jest prawdziwym polskim patriot. Musz
jeszcze doda, e egnajc dwch moich brazylijskich opiekunw, serdecznym uciskiem doni,
powiedziaam, e dobrze wypenili swj obowizek i e do koca ycia bd im towarzyszy najlepsze
yczenia starej Czajki.
- No, a teraz je!
Kapitan Nierojewski, inynier Maruszewski, Tolek Bielicz krcili gowami:
- Co podobnego!
- A moe jeszcze szynki?
- Ot, gorce serdelki.
- Z obiadu zostay flaki! Dawajcie!
- Niech pani napije si czerwonego wina...
O mj Boe! Jestem w domu. Jestem wrd swoich. Oby po wszystkie czasy sprzyjay im pomylne
wiatry, oby omijay ich ze mgy i sztormy!
- A teraz spa!
Poszam do kabiny. Wykpaam si, woyam cieniutk piam. Wszystko jest dobre, co si dobrze
koczy, a koncepcj cioci Rzi musz jeszcze raz przemyle.
Cicho byo. Za bulajem odcinek ciemnogranatowego nieba upstrzonego gwiazdami. Tak! Tylko na
morzu mona w tych czarnych republikach Ameryki Poudniowej zapa troszeczk oddechu.
Wycignam trzy pomaracze i jedn cytryn - zapaliam papierosa, puciam w ruch wiatraczek
i siedzc w fotelu oddawaam si poczuciu niebiaskiej bogoci.
Juao Amoroso Neto z ciemnymi wsikami, czarni andarmi, spadli z nieba towarzysze bronicy mojej
wolnoci. Co ja miaem, co ja miaem - zobaczyam poblad twarz pana Dzienia...

Obudziam si z blem gowy. Z trudem przypomniaam sobie... Aha, Amoroso Neto... towarzysze...
czarni andarmi, rowe dzisa i jzyki...
Podeszam do stolika i skonstatowaam, e zblia si dwunasta. Nawet gongu na niadanie nie
syszaam... Organdynowa sukienka leaa na porczy krzesa, woyam j, uczesaam si i wyszam
na pokad. A to co znowu?
Pod naszym statkiem zgromadzi si tum dokerw, biaych, Mulatw, Murzynw - w drelichowych
portkach, w szortach, we wzorzystych kretonach, w somkowych, wasnej roboty kapeluszach,
w dokejkach, w myckach, z goymi gowami - zwarty tum sta przed statkiem. Kiedy ciekawie
przechylona przez burt dziwiam si temu zbiegowisku, zobaczyam nagle z przeraeniem, e
wszyscy oni tam w dole na mj widok podnieli gowy i rce w pici zacinite, wydajc przy tym
jakie okrzyki. Jeden z nich zrozumiaam od razu:
- Viva el comunismo!

Boe! A jednak Amoroso Neto mia racj! Przecie to ja robi tu rewolucj! No, teraz to ju mnie
zamkn na amen. Nie potrzeba ledztwa i adni przyjaciele nie pomog. Jaka przemona sia kazaa
mi unie wysoko rk zacinit w kuak.
- Viva! - zawoaam. Gone okrzyki byy odpowiedzi.
Wrciam do kabiny. Nie zdyam ochon z wraenia, kiedy kto zapuka do drzwi.
- Id! Ju s! - jknam cichutko. W drzwiach sta kapitan Nierojewski. miejc si poda mi paszport.
- Wszystko dobre, co si dobrze koczy! Czajeczko, pan Dzienio pomoe zabra walizki i bdzie pani
towarzyszy przy rewizji celnej. Dzi z rana przyjecha jaki dygnitarz z So Paulo od prezydenta
Kubitschka. Chcia pani osobicie przeprosi, Amoroso Neto dosta ju dymisj. Ale, ale, czy pani wie
- we wszystkich gazetach jest pani fotografia, artykuy! Poal si Boe, co te oni powypisywali. Czy
pani wie, e tumy dokerw stoj przed naszym statkiem? Niech pani si nie pokazuje, bo moe doj
do zamieszek. No, ale teraz do o tym... Niech pani schowa paszport i idziemy na obiad.
*
Na komorze celnej dziay si dziwy. Na dwik nazwiska Czajka urzdnicy celni ciskali mi rce. Ani
jednej walizki nie kazano otworzy. Znaczyli kred nie patrzc. Umiechali si yczliwie, a dwch
powiedziao mi co szeptem. Naturalnie ani sowa nie zrozumiaam, natomiast skinam gow: si,
naturalnie, e si. Odprowadzana przez ca gromad celnikw dwigajcych moje walizki, stanam
wreszcie na trotuarze. Czekali na mnie kapitan Nierojewski, pan Dzienio i mj kochany, kdzierzawy
rodak: eu Polaco.
Limuzyna, w ktr wsadzono mnie wraz ze wszystkimi walizkami, bya wspaniaa. Kierowca, nie
czarny, lecz czekoladowego koloru, posiada najwytworniejsz liberi i czapk, jakie kiedykolwiek w
yciu ogldaam. Pan Dzienio wrczy mi jak horrendaln sum jako zapat dla kierowcy, a na moje
suplikacje i przejawy alu oraz wspczucia - da mi do zrozumienia, e woli strat pienidzy anieli
przey raz jeszcze to, co wczoraj przey. Dobry, biedny pan Dzienio - myl teraz, e gdyby znowu
dosta zawiadomienie z dyrekcji Polskich Linii Oceanicznych o przyjedzie Czajki - zbiegby do dungli
i nigdy wicej nie powrci do ycia cywilizowanych ludw.
Kochany, miy panie Dzieniu, jeli ta ksika dotrze do pana rk, niech pan raz jeszcze przyjmie
podzikowanie za nieustraszono, za wierno i za t bajosk sum pienidzy (ktrej nie potrafi
nawet przeliczy na polskie zote).
Siedz wic w wytwornej srebrnoszarej Hispano-Suizie z czekoladowym szoferem. Raz jeszcze
wychylam si przez okno... Posyam ostatni pocaunek od ust, ale - jeli dobrze pamitam - by on
skierowany... do kapitana Nierojewskiego.

Rozdzia XIV
A wic skoczy si rejs statkiem M/S Mickiewicz, wchodzimy w nowy rozdzia - miesiczny pobyt w
So Paulo.
Poza mn zostao portowe miasto Santos. Mj Boe, e te kady dzie bywa niepodobny do
poprzedniego. Wczoraj w policji politycznej, przygnbiona, zmczona, rozbita duchowo i fizycznie a dzisiaj? W Hispano-Suizie mkn najpikniejsz autostrad wiata ku So Paulo.

Przez otwarte okna powiao chodnym wiaterkiem. Czy mi si wydaje? Nie! - naprawd chodny
wiatr. Pdzimy serpentyn wrd wzgrz, wci wyej, coraz wyej. Z obu stron szosy migaj dugie
wstgi bananowcw i niebieskie kwiaty hortensji... a nagle wpadamy w bia chmur mgy... Nie
wida koca nosa - chyba cay kefir wiata rozla si na drodze wiodcej z Santos do So Paulo. Czy...
czy czekoladowy kierowca ma prawo jecha w takiej mgle? Na Biskajach podczas podobnej pogody
statek staje i co trzy minuty wyje syrena... czy ten kierowca w wytwornej liberii nie powinien
klaksonem dawa zna, e tu stoimy we mgle? Ale w jakim jzyku mu to powiedzie?
Odwraca wanie gow i co mi klaruje.
- No entiende - powiadam krtko i rozpaczliwie.
- Bem! - powiada - muito bem...
- Si - odpowiadam - muito bem...
Zjedamy z gry. Mga zostaje za nami. Co za przedziwne drzewa! - wrd gazi i lici wyrastaj
dugie, grube jak liny okrtowe korzenie - korzenie, ktre zwisaj wzdu konarw, sigajc ziemi.
A oto przed nami cay gaj cudacznych drzew, pokrytych kwiatami o podwjnych kolorach - z jednej
strony drzewa s niebieskolila - wyranie hiacyntowoliliowe, a po drugiej to samo drzewo ma kwiaty
rowobiae. Wzruszam ramionami:
- Te pomys. eby drzew trzymay si tego rodzaju dowcipy!
Szosa jak biay welon pynie w dal, a obok niej wije si dziwna rzeka, zupenie jak czarna aksamitka.
Jake pikny jest wiat!
O Niepojty Boe! Stworzy taki pikny wiat, a jednoczenie takie nieszczsne psuje! Tyle
harmonii, tyle urody, a jako koron tego wszystkiego - czowieka, ktry w samym zaoeniu jest
nieudanym stworem. Szamoccy si robak z ukryt pasj niszczenia i innych, i siebie. Ju od
urodzenia skazany na staro i mier, obdarzony i tsknot do mioci, i arliw pasj nienawici.
W So Paulo przed szklan will na Gaspar Laurence stoi Dzik z malutkim czowieczkiem o czarnych,
bardzo smutnych oczach. Srebrnoszara Hispano-Suiza zatrzymuje si tu przed furtk ogrodu.
- Oto jestem - mwi niepewnie. - Oto jestem z ca fur walizek - dodaj aonie, bo z miny Dzika
od razu si zorientowaam, e widok moich klamotw nie przypad mu do smaku.
W rku oprcz torby podrnej trzymam pak owinit w szary papier - dar Franciszka Pamplona wawka na wychodne. Bya tam kostka naszego polskiego masa, polskie kabanosy, pudeko
szprotek w oliwie, p wdzonego wgorza, par kiszonych ogrkw, bochenek naszego chleba i bo ja
wiem co jeszcze? W neseserze miaam trzy butelki eksportowej wdki i likier rany, ktry latem
przywiozam z Bugarii. Niejednokrotnie Czajnik chcia go odkorkowa:
- Sprbuj, tylko sprbuj...
Gronie wymachiwaam rkoma.
- Nie ma mowy! Nie pozwol! To bdzie prezent dla Dzika.
A teraz staam przed ma, zielon furtk wiodc do... do tego tarasu, a przyjaciel Dzika, w ktrym
rozpoznaam dawnego znajomego, pomaga kierowcy wycign z baganika reszt walizek.
Najgorzej si prezentowa plecak harcerski z zielonego drelichu, koszyk wypchany brudn bielizn
i szary worek z ksikami.

- Mam bardzo duo polskich ksiek, na pewno si ucieszysz...


Gos mj brzmia nieprzekonywajco. Srebrna limuzyna dawno ju odjechaa, a my wci jeszcze
stalimy przed zielon furtk.
- Zmiuj si, na Boga! Dziesi walizek i te jakie worki. Ach, spjrz - zwrci si do swojego
malekiego przyjaciela - przecie jeszcze i dwa koszyki, i ta torba... - tu wskaza na moj zachwycajc
torb podrn z jasnobrzowej skry, ostatni przedwyjazdowy nabytek z MDM, z najwspanialszego
sklepu torebek - przecie to te walizka! I gdzie ja mam to wszystko w domu upcha?
- Niemoliwe! - zwrci si do mnie ostrym gosem. - To (zakreli uk doni) zmieni mi cae wntrze
w dworzec kolejowy.
Serce cisno si do rozmiaru kulki ostu, do szarej, kujcej kulki uschnitego ostu.
Z willi wysza zgrabna, o miej twarzy Murzynka - z lewej strony biega ku nam jaka pani w jedwabnej
sukience w lilaszary dese.
- Bella, Bella - i za chwil obejmowaymy si i caoway.
Pani w liliowoszarej sukience bya siostr Dzika, koleank mojej siostry - Magosi.
- Ach, Magosiu! Jake si ciesz...
- Widzisz? Tam jest mj dom, zaraz obok Dzika.
Teraz dopiero zobaczyam, e o kilkadziesit krokw dalej, osonita drzewami i krzewami, staa
podobna willa szklana, tylko o wiele wiksza.
Za Magosi przybiegy dwa psy i chopiec, chyba trzynastoletni.
- A to jest mj syn, Dadou. Jego brat Janot, skada wanie kocowe egzaminy.
Dadou, liczny, smuky chopczyk, podszed do mnie i pocaowa w policzek.
Magosia jest on Flexora, malarza francuskiego, ktrego poznaam w Paryu, zaraz po wojnie, w
1946 roku. Dadou mia wtedy okoo ptora roku. Mieszkali za Porte-Orleans. Pamitam jak altank
w ogrodzie i Janota, ktry biega dookoa. Bardzo lubiam Magosi, mieszcz si w niej niespoyte
pokady yczliwoci, i dobroci. Wygldaa zawsze jak krew z mlekiem, rowobiaa, liczna,
beztroska i wesoa, pena wdzicznej prostoty. Ani krzty pozy, ani krzty zakamania. Serdecznie mnie
caujc, otworzya wreszcie zielon furtk do ogrodu.
- Margot! Co ja mam zrobi z jej walizkami - okrzyk Dzika przerwa nasze powitanie.
- Juaninia - zwrci si nagle po portugalsku do Murzynki. Gorczkowo co mwi, tumaczc
wskazywa na moje rzeczy.
- Dwie walizki znajdziesz w kuchni pod stolikiem, jedn mog wzi do mojej sypialni, reszt kazaem
umieci w garau...
- Dobrze, dobrze...
Magosia wsk drk prowadzia mnie w stron domu. Jakie dziwne roliny! Co za wspaniae
kwiaty, oczu oderwa nie mogam od kpy kann. Ksztat lici i ksztat kwiatu podobny do tych
szkaratno kwitncych na Placu Zbawiciela, tak - ale wielko! I co za kolor. Trzy razy wiksze,

gorejce zotem i czerwieni. Tu obok liliowy jamin, pachncy tak zawrotnie, e oparam si o rami
Magosi - w gowie mi si zakrcio.
- Au, au - dobieg nas okrzyk z tyu.
Dzik trzyma si rk za kolano.
- Au, och, jak cierpi! Nie wytrzymam, nie mog... Czekajcie! Wycign wz z garau. Musz skoczy
do apteki na rg i wzi zastrzyk... nie do wytrzymania!
Odwrci si i pokutyka na prawo.
- Bellusiu, musisz przyj do nas, zobaczy, jak teraz maluje mj m, przecie si znacie z Parya. Nie
masz pojcia, jak si jego talent rozwin!...
May, jasny hall, naprzeciw otwarte drzwi, a w dole... drugi ogrd. W hallu wisiay w ciemnych,
kolczastych ardinierkach orchidee.
Weszymy do wielkiego studia, przypominajcego scen - miao dwie kondygnacje. Na grze stao
co, co wziam w pierwszej chwili za ambon (co okazao si jednak barem), nad ambon wisiaa
olbrzymia abstrakcja, abstrakcja figuralna w szarych odcieniach z domieszk seledynu i czego
liliowego. Abstrakcja jak abstrakcja. Na lewo may st z czterema krzesekami - nad stoem rwnie
abstrakcja, mniejsza w formacie, a po bokach jakie litografie i rysunki (te abstrakcyjne).
Z tej pierwszej kondygnacji schodzio si picioma, a moe szecioma schodkami do niszej sali, ktrej
jedna ciana, cakowicie ju szklana, otwieraa si na olbrzymi taras. Musz doda, e od schodw do
ciany biegy pki z ksikami, a na pierwszej, bez ksiek, staa lampa i rozmaite figurki z majoliki
(tam pniej umieciam Chrystusika Frasobliwego z drewna, ktrego przywiozam z Warszawy). Na
lewo wisiaa sygnowana, bardzo pikna litografia Chagalla, a po bokach w majolikowych wiadrach
stay olbrzymie kaktusy i jakie szerokolistne roliny. Pod cian kanapka, kryta to-brzowym
kilimem.
Magosia bya wzruszona, ja take.
- Pomyle tylko, po tylu latach, po wszystkich okropnociach wojny... (ucaowaymy si).
- Bellusiu, pamitaj, e ja mieszkam tu obok i e o kadej porze moesz przyj. Mam odkryty taras,
fotele, moesz posiedzie, pospa. Rozumiesz? Dzik sta si bardzo nerwowy, mczy go lumbago.
Kiwaam gow. Juaninia nakrywaa do stou. Po dziesiciu minutach wrci cierpicy Dzik. Mj Boe!
co za wyraz twarzy - naprawd wyglda jak mczennik, a serce bolao patrze. Zaciska usta, to
znowu przygryza doln warg, a spojrzenie mia przewanie utkwione gdzie w dal.
Rozsun szklan cian.
Magosia przeprosia mnie i pobiega do domu, obiecujc, e wkrtce wrci.
Wyszlimy z Dzikiem na taras.
Po lewej stronie, zasnute perow mgiek, sterczay olbrzymie drapacze chmur. W dole ogrd. Po
prawej, na wzgrzu, jaka mnogo stoczonej zieleni.
Dzik wskaza mi rk to wzgrze.
- Patrz! To cmentarz. Widzisz? Tak! To cmentarz. Tam ley moja matka.

Twarz jego wyraaa nie tylko cierpienie - wyraaa rozpacz. Podnis gow i pikne, siwe wosy
utworzyy nien aureol wok uduchowionej, penej wyrazu twarzy.
- Moja matka tam ley, a obok (chwila milczenia) moja biedna siostra Maria.
Patrzaam z twarz, ktr staraam si ubra w jak najdalej idce wspczucie, czuam jednak, e
budzi si we mnie jaki nie dajcy si ujarzmi sprzeciw. Oczy jego spoglday z dzik rozpacz,
zaciska usta. Cierpienie!-Ha! Cierpienie. Cholera we mnie rosa. Staam na tym tylekro w mylach
wytsknionym tarasie i prcz szamoczcej si wciekoci nie odnajdywaam w sobie nic wicej.
Powiedziaam agodnie:
- No i widzisz? Masz szczcie, chopie, wyjdziesz na taras i od razu moesz z daleka popatrze na
grb mamusi i Marii.
Znaam dobrze jego matk - bya to zacna dusza, spokojna i cicha. Namczya si z tymi synami, bo
namczya. Lubiam j bardzo. Ale tam, wtedy na tarasie, nawet aoci nie mogam z siebie
wykrzesa.
- Napijemy si kawy?
- O, tak! Bardzo chtnie!
Jednak co nieco z tych marze zaczyna si spenia. Przecie w samym zaoeniu miaa by kawa
na tarasie, a potem dopiero opowiadania, wspomnienia, roztrzsania.
Ogrd w dole by naprawd uroczy. To nie by ogrd - raczej wypielgnowany salon.
- Po kawie wyjdziemy i poka ci moj hodowl orchidei - powiedzia Dzik. - Zobaczysz, jak tam
wilgotno i mroczno. Mam odmiany od liliowych do ciemnofioletowych, mam i seledynowe
nakrapiane brzem i biae z czerwonymi ctkami...
Duma przebijaa przez wszystkie cierpienia.
- Ale kaw wypijemy w domu, bo tu gryz moskity i dlatego trzeba stale zamyka pokj.
Weszlimy z powrotem do scenicznego wntrza. Dzik wskaza mi wsk kanap.
- Tu, tu umara Maria...
I zaraz potem:
- Ty tu bdziesz spaa.
Przysiadam na chwil.
Psiakrew! Ale twarde! Ju teraz rozumiem, dlaczego Maria umara...
(Tego nie powiedziaam na gos. Jeszcze dwa, trzy, no cztery dni pohamuj si, ale co bdzie potem?
Nie, nic dobrego z tego nie wyniknie!)
Usiedlimy przy stole na tej wyszej kondygnacji. Juaninia podaa kaw, ktra wprawia mnie
w zachwyt. Rzeczywicie takiej kawy w yciu nie piam - bya nadzwyczajna! Ekstrakt, sam ekstrakt brzowoczarny, o niebiaskim zapachu, o najszlachetniejszej goryczce.
- Wiesz? Tak cierpiaem, e chciaem umrze...

Patrza na mnie z bliska, a ja... ja zdziwiam si, bo pierwszy raz w yciu spostrzegam, e oczy jego
podobne s do guzikw.
- Chciaem umrze i pojechaem do dungli na roboty. Rozumiesz? Do dziewiczych lasw Brazylii.
Czekaj, poka ci fotografie...
Dosy lekko wsta i zapominajc o lumbago poszed do swojego pokoju, by przynie due pudo
z fotografiami. Pokaza mi zdjcie w piamie i wielkim somkowym kapeluszu, z ukochan mapk na
ramieniu. Pokaza mi zdjcie, na ktrym prawie nago, tylko z opask na biodrach, smutny patrzy
w dal, i jeszcze jedno, gdzie w ciemnym ubraniu, z zagryzion doln warg, pod olbrzymim baobabem
stoi i wyranie cierpi.
- Hm - powiedziaam - nigdzie jako nie masz wesoej miny.
- Wesoej miny? Mwiem ci przecie: nie chciaem y, cierpiaem - potwornie cierpiaem, to byo w
1943 roku.
- Cierpiae? Aha! Cierpiae. (Nagle zobaczyam. Wyranie zobaczyam wysoki, czerwony mur getta).
- Szmondak - powiedziaam nielogicznie i bez adnego powizania...
Otworzyy si drzwi i weszli profesor Flexor, Magosia i Dadou.
- No, jak ci si, Belusiu, tu podoba? Jak si czujesz?
Dzik milcza, zbierajc fotografie ze stou.
M Magosi, ktry sta si jednym z najznakomitszych malarzy w So Paulo, przygotowywa si do
wernisau, swojej zbiorowej wystawy obrazw.
- Stanowczo musisz jutro przyj i zobaczy, jak teraz maluj...
Mwilimy po francusku, bo m Magosi oprcz dziesiciu najnieprzyzwoitszych sw nie zna
polskiego jzyka.
- Mais si - mais naturellement, demain je viendrai pour voir tous les tableaux. - Spojrzaam na ciany Abstraits?
Tryumfujco skin gow.
Dzik zabra gos. W sposb dla mnie zawiy, ale dla niego i pozostaych zupenie zrozumiay, pocz
wyjania, e malarstwo abstrakcyjne teraz dopiero ma przyszo. Wyjania bardzo dugo, rozgorza
- oczy rzucay blaski. Zrozumiaam jedno - Dzik, ktry w Warszawie by elektrotechnikiem i tumaczem
jednej jedynej ksieczki (notabene oboje bylimy z niej niepomiernie dumni), teraz uwaa siebie za
jednego z nielicznych wtajemniczonych.
- Wiesz? Pisz wanie prac o abstrakcjonizmie!
Gbokie, ba, znamionujce genialne koncepcje spojrzenie utkwi w przeciwlegej cianie. Cierpia
i myla. Cierpia i docieka...
- Cholera! - powiedziaam. - Cholera, mam w dupie abstrakcj!
Zalego milczenie. Tylko profesor Flexor ucieszy si serdecznie.
- Dupa? Ja to zna. Bardzo lubi dupa - i klepn Magosi w siedzenie.

Jako tam wiedziaam, e zachowuj si jak ostatni cham. Wiedziaam, e naley mnie wzi za eb
i wyrzuci za drzwi, a przecie wyranie czuam, e jeli tego nie powiem, to pkn! Ogarna mnie
zimna, ostra, nieprzejednana nienawi, furia wciekoci.
Magosia, niespokojna, rozgldaa si.
- Bellusiu, musisz wypocz, wyspa si. Idziemy.
Dzik, jczc przeraliwie, pokutyka do sypialni. Wziam lekki prysznic i wrciam do teatrum na
niszej kondygnacji. Wszystkie okna byy zamknite, szklana ciana od tarasu zasunita. Skwar,
duchota, brak odrobinki powietrza. Pooyam si na miertelnym ou Marii. Byo to bardzo twarde
wyrko.
Nie da rady - mylaam, wiercc si na wziutkiej awie. Bolay mnie wszystkie koci. - Cholera, diabli
nadali - abstrakcja! Ma genialne koncepcje o czystej abstrakcji. Trzeba go bdzie jednak otru pocieszaam si.
Wreszcie usnam. Obudziam si przed pit rano. Szklana ciana, niczym nie osonita, olepiaa
wiatem. W domu panowaa cisza, brak mi byo rytmu maszyn. Kompletny bezruch wydawa si
sygnaem, sygnaem jakiego straszliwego niebezpieczestwa.
Usiadam na posaniu - wiato i bezruch, olbrzymia przestrze napczniaego jasnoci nieba
i bezwzgldna, nie do pojcia, cisza. Zapaliam papierosa. Smak jego wyda mi si gorzki... Otoczona
byam ksikami, bo nad wezgowiem wisiay pki z ksikami, z prawej rwnie ksiki. Na chybi
trafi signam: Les peintures abstraites poczwszy od Wasyla Kandinskyego - wkna, kropki,
zygzaki, pasemka, przecinki. Niektre pasemka raco przypominay preparaty ogldane pod
mikroskopem, jakie stafilokoki, gonokoki czy streptokoki.
A jednak co w tym musi by, skoro cay wiat widzi w abstrakcyjnym malarstwie pikno.
Wpatrywaam si w obraz wiszcy nad ambon-barem. Jak on to nazywa? Aha: Trzej krlowie
przybywaj. Co w rodzaju trzech pszczelich uli, a raczej trjcienne figury geometryczne
w jasnotych kolorach, po prostu trjkty wydymajce si ku doowi.
Jeste stara, to nie da si nadrobi - tumaczyam sobie, palc z kolei trzeciego papierosa. - Twj
umys nie nada za osigniciami dnia dzisiejszego. Utkna w cole de Paris - tego ju nie moesz
poj, tak samo jak nie rozumiesz nowej poezji. Do lamusa, Czajciu, do lamusa na strych. Do starego
kufra - le tam poke koronki lubnej sukienki, poamane rajery i pogity wachlarz ze strusich
pir. Nie dorosa do abstrakcji, dlatego twj rozsdek sprzeciwia si temu, a oko odwraca od form
i kolorw. Spokojnie, bez histerii pomyl - wyobra sobie, co by Klementyna z Taskich Hoffmanowa
powiedziaa, czytajc Hemingwaya? Ot, widzisz, to prawie tak samo jak ty i abstrakcjonizm. Nie
indycz si i nie wydziwiaj! Cae ycie gosia hasa tolerancji, a tu w So Paulo nagle popada
w furi.
Odwrcona plecami do jasnoci dnia, zasnam.

Rozdzia XV
Przy niadaniu Dzik nie rozmawia, przerzuca stos dziennikw. Chyba przyniesiono mu cay kiosk
gazet - mylaam, smarujc bueczk masem. - Co jak co, ale takiej kawy w yciu nie piam podsunam Juaninie pust filiank. Umiechna si i nalaa mi drug.

- Hm! Ale mnie urzdzia!


Siedzia przede mn w pasiastej piamie. Biaka oczu mia przekrwione i od czasu do czasu z sykiem
apa si za biodro.
- Wszystkie pisma tylko o tym trbi, nie znajdziesz ani jednej gazety, ktra by nie zamiecia twojej
fotografii. Prosz, prosz! Patrz, przyjrzyj si! A te tytuy? Naturalnie! Jake by mogo by inaczej?
Nigdy przecie nie liczya si z nikim i niczym. C, ty wyjedziesz i bdziesz si mia w kuak. Kto jak
kto, ale ja znam ci na wylot! adna sensacja! Patrz, patrz!
Rzeczywicie, na pierwszej stronie jak byk, jak byk - moja fotografia. Zamazana troch, ale na pewno
nikt nie moe mie wtpliwoci: w biaej w czarny dese sukience, z umiechem, jakbym koniecznie
chciaa pokaza migday w gardle, siedz na krzele. A tu obok tytu:
SZPIEG ROSYJSKI - AGENTKA KOMUNISTYCZNA ZATRZYMANA PRZEZ POLICJ POLITYCZN
W nastpnej gazecie, w Kurierze Santosu, groniej:
CZAJKA, AGENTKA KOMUNISTYCZNA, POCHWYCONA W OSTATNIEJ CHWILI...
Dziennik w So Paulo pokaza olbrzymich rozmiarw fotografi starszej, siwej pani, malujcej kredk
usta. Tytu za gosi:
NIEBEZPIECZNY WYWROTOWIEC UJTY PRZEZ NASZ CZUJN POLICJ POLITYCZN
Dzik tumaczy mi teksty. Ot pierwsza cz artykuu gosia saw przenikliwego kapitana Juao
Amorosa Neta, ktrego zasugi wobec ojczyzny nie maj miary ani granic. W rannych godzinach,
mimo wrogiego nastawienia komunistycznej zaogi statku M/S Mickiewicz, udao si sprowadzi na
ld sawn ze swej rewolucyjnej przeszoci - nieodrodn siostr Dolores Ibarruri.
Z artykuu wynikao, e staym miejscem mego zamieszkania s barykady (gdzie jak wida z zaczonej
fotografii starannie i ze znajomoci rzeczy szminkuj sobie usta przed wypowiedzeniem
pomiennego wezwania do ludu). Gdziekolwiek na globie ziemskim si pojawi, w lad za mn sycha
poszum skrzyde rewolucji. Gdziekolwiek spojrz, wszystko ponie. Na dwik mego gosu nawet
starcy i dzieci, chorzy i paralitycy, niewidomi i guchoniemi wawo i radonie chwytaj za bro. A ja? umiecham si i szepcz: mier tyranom! Niech yje rewolucja!
Siedziaam z zakrconymi papilotami, w swoim tym szlafroku mandaryna i maymi yczkami
popijaam kaw. Dzik strzepn pisma na podog, koo stolika utworzyy one gr papieru.
Zalego ponure milczenie. Umiechnam si do niego:
- Jak ci si spao, kochanie?
- Nie zmruyem oka - odpowiedzia cierpko. - Miaem szalone ble... Ale propos? Czy mwia
komukolwiek, e bdziesz u mnie mieszkaa? Czy podaa adres?
- Ale co znowu! Zreszt nikt mnie o to nie pyta.
Sycha kroki w hallu - drzwi si otworzyy i wesza Magosia z plikiem gazet.
- A to dopiero ci urzdzili! - miejc si caowaa mi oczy i czoo. - Ale si te kretyny rozpisay!
Nareszcie znaleli temat. Ile im od wiersza pac? - zwrcia si do Dzika.
- Nie wiem. Nie obchodzi mnie to. Auu, musz natychmiast jecha do apteki, zastrzyk, ach, jak boli.

Wsta od stou i kutykajc poszed do swego pokoju.


Magosia przysiada obok mnie.
- Nie martw si, bidulko, popisz, popisz, a si wypisz... Czy nikt do ciebie nie dzwoni? Tumy
przyjaci dopytyway si przecie o dzie twego przyjazdu.
Papieros by gorzki, kawa znowu stracia smak.
- Tak, Magosiu, po przeczytaniu tych artykuw ja sama si siebie boj, a c dopiero moi przyjaciele
- zawoaam. - Magosiu! Znajd mi w ksice telefonicznej numer polskiego konsulatu!
To przyszo jak olnienie, jak byskawica rozjaniajca gste mroki.
- Ksika telefoniczna? Ley na wierzchu najbliszej pki. O, tu masz numer: Consulato Polaco. Ja si
spiesz na targ, moja suca czeka ju z wzkiem. Jutro musisz i ze mn, wyobraam sobie, jakie to
dla ciebie bdzie interesujce.
Magosia wybiega, a ja nakrciam numer.
- Halo! - usyszaam kobiecy gos.
- Czy mog mwi z panem konsulem?
- Momentino...
I zaraz potem:
- Prosz, tu mwi konsul Woowiec...
- Prosz pana, tu mwi Czajka... Chciaabym si koniecznie z panem zobaczy.
- Naturalnie! Wiem wszystko. Zaraz do pani przyjad, prosz poda adres. Oczekiwaem pani
telefonu. Ciesz si bardzo, bardzo si ciesz, e si te pani przykroci skoczyy, przecie wczoraj
w tej sprawie poleciaem samolotem do Rio, do naszego ambasadora. Razem bylimy w
Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Okazao si, e interwencja zrobia swoje.
- Och - jknam - najmilszy, niech pan przyjeda.
Podaam adres i lekka niczym motyl zaczam si ubiera.
Zanim zdyam odoy puszek od pudru, do pokoju wszed mody mczyzna, a jego serdeczny,
dobry umiech i ucisk rki sprawiy, e wiedziaam... jestem uratowana.
Mao znam naszych konsulw, ale chciaabym, aby najlepsi z nich byli cho w jednej setnej podobni
do konsula Woowca. Ani najbliszy przyjaciel, ani rodzony brat nie umiaby mi okaza tyle dobroci
i serdecznoci. Nie byam sama... Bawany Atlantyku i gupi pismacy nie wydawali si ju groni znalazam opiekuna i przyjaciela.
Rozejrza si po kondygnacjach, abstrakcjach i serdecznie powita Dzika, ktry po zastrzyku nie jcza
i, o dziwo, wcale nie powczy nogami. Konsul podzikowa mu za opiek nade mn i zaproponowa,
e wobec nagonki wszystkich pism natychmiast zabierze mnie do siebie...
Ucieszona kiwaam gow.
- Naturalnie, Dziczku, to bdzie najrozsdniej, nie bd ci naraa, moemy si i tak codziennie
widywa.

Konsul wtrci:
- Bdzie pani miaa auto do swojej dyspozycji.
Ale oto nagle Dzika zdjo szlachetne oburzenie:
- O nie, panie konsulu, ja j zaprosiem, przyjechaa do mnie. Nie zgadzam si. Co prawda mam
lumbago-heksenszus, ale przecie to lada dzie moe przej (chocia to potrafi czasami trwa bez
koca). Poka jej miasto, wyjedziemy do lasu - zobaczy kwiaty i drzewa, ktrych nigdy w yciu nie
widziaa. Pan konsul musi przecie zaj si swoj prac, to jest powana placwka.
Koniec kocw miaam pozosta u Dzika, ale konsul kategorycznie zada, abym dzisiaj z nim
pojechaa. Chcia, ebym poznaa jego on i synkw. U nich te zostan na obiedzie, a wieczorem
odwiezie mnie osobicie do Dzika.

Przy kierownicy siedzia Jozue (tak si bowiem nazywa szofer naszego konsula w So Paulo).
Kochany, przemiy Jozue. Z czasem zawaram z nim gorc przyja i cho sowami nie moglimy si
porozumie, nasze porozumienie bez sw byo prawie doskonae.
A wic w soneczny, cudownie niebiesko-soneczny dzie jad przedziwnie nowoczesnym miastem So Paulo. Drapacze chmur pn si wrd zieleni - olbrzymie prostokty kilkudziesiciopitrowe,
avenidy cign si w nieskoczono.
ona konsula, przeurocza blondynka o ciemnych, powanie patrzcych oczach - wygldaa jak
dziewczynka i trudno byo uwierzy, e jest mamusi Fredka i Zygmusia - dwch wspaniaych
urwisw. Serdeczna, dobra - zaja si mn jak wasn matk. Konsulostwo byli jeszcze w trakcie
przeprowadzki - nie mieli sucej. Mieszkanie zajmowali due, bo prcz pomieszcze prywatnych urzdowe pokoje konsulatu i olbrzymi hall. Lidka dzielnie stawiaa czoo przeciwnociom losu.
Sprztaa, gotowaa, praa i meblowaa jednoczenie, a teraz jeszcze ja spadam jej na gow, ja,
nieznajoma starsza pani, ktra zaraz po obiedzie owiadczya, e musi si pooy. Przypuszczam, e
mnie by na jej miejscu szlag trafi, ale to drobne, wte stworzenie nie tylko, e si nie zaamao, lecz
z umiechem i pogod ducha od witu do nocy urabiao rce w tym arze.
Od pierwszego do ostatniego dnia pobytu w So Paulo dom konsula by moim domem. Nie chc, eby
to, co teraz tu, w Warszawie, pisz o Zygmuncie Woowcu, jego onie i atmosferze ich domu, byo
zrozumiane jako grzecznociowa formuka, kwitujca ich gocinno i opiek nad moj osob. To nie
jest tak. Nie byo w tym nic z opieki nad Polk, przyby z Ojczyzny. Znam najrozmaitsze nasze
placwki na szerokim wiecie, znam te zdawkowe, uprzejme rozmowy, na dnie ktrych wyczuwa
si strach, e obiekt zechce poyczy pienidzy.
Konsul Woowiec to ywy, serdeczny, swj chop. Od pierwszej chwili, kiedy przyjecha po mnie na
Gaspar Laurence, do ostatniego momentu, kiedy mnie zaadowa na fiski statek M/S Alca,
zaopatrujc w papierosy na ca dalsz podr - okaza si niezastpionym, najserdeczniejszym,
najlepszym z przyjaci. Codziennie rano telefonicznie ustalalimy plan dnia. W najciszych chwilach,
a byo ich co niemiara, swoim spokojem i optymizmem budzi we mnie nowe siy do wytrwania.
Po paru dniach wszyscy moi dawni przyjaciele mimo amerykaskiego niebezpieczestwa otoczyli
mnie zwartym koem, a jeszcze tego samego wieczoru, gdy wrciam z konsulatu, przyjechali Jurek
Szereszowski i Jerzy Sachs.

Jerzy Sachs! Przyjecha do mnie w ten najgorszy dzie nagonki caej prasy, gdy po powrocie
z konsulatu siedziaam jak pod prgierzem, suchajc cierpkich uwag i sykw blu (z powodu lumbago
i niezrozumianej duszy).
Mj Boe! Przecie za tamtych dawnych czasw mojej nieopatrznej modoci nigdy si waciwie z
Jerzym nie przyjaniam. Nalea wwczas do tak zwanej zotej modziey Warszawy. Co nieco
syszaam, e Jerzy interesuje si sztuk, e ma cenn kolekcj obrazw, e zbiera stare, angielskie
meble - z tego powodu jeszcze bardziej go lekcewayam (przechodziam wtedy pierwsze
wtajemniczenie socjalizmu). A tu nagle, w ten najsmutniejszy wieczr otwieraj si drzwi i staje
przede mn duy, barczysty chop, obejmuje mnie wp, cauje w oba policzki i powiada:
- Jak si masz? Od razu z fabryki, bez obiadu przyjechalimy z Jurkiem, eby nie czua si opuszczona
- ty nasza nowa stara Warszawo!
Zbaraniaam. Tego si naprawd nie spodziewaam, a zwaszcza od nich. Jurek Szereszowski,
szczupy, elegancki, wytworny - zupenie taki sam jak niegdy. (Jak oni si fantastycznie
zakonserwowali, Sewek, Jurek, Lutek - przecie nawet nie utyli. Do dzi dnia nie mog wyj
z podziwu).
Jerzy Sachs i konsul Woowiec ujli w swoje rce ster moich spraw w So Paulo, poznali si
i zaprzyjanili od pierwszego wejrzenia. Teraz ju miaam dwie meliny: konsulat i melina Jerzego.
Ten sam Jerzy, ktry w warszawskich czasach houbi swoich Holendrw z XVII wieku, i tutaj znalaz
pole do popisu dla swych kolekcjonerskich zamiowa. Zapozna mnie z urod drewnianych
polichromowanych witych.
Mia w swojej kolekcji chyba dwiecie, a moe i wicej takich figurek. Niektre z nich doskonale
zachoway polichromi. Czerwie, zoto, ziele i bkit szat zupenie wiee, a faramune fady!
A przedziwne ozdoby, paski, konierzyki! A nakrycia gowy, korony i opaski, czapki, kapelusze...
Najpikniejsze jednak s ich fryzury - ty gowy utrefiony w loki.
W kocu XVII wieku ojcowie jezuici zaoyli na grze Quintos klasztor. Ich to wpywy obserwujemy
jeszcze dzisiaj w sztuce murzyskiej Pernambuco i pnocnej Brazylii. Figurki te, najczystszy barok,
posiadaj nieodparty czar.
Godzinami siedziaam u Jerzego i nie mogam si napatrzy na te cuda. Przedtem spotykao si tych
figurek wiele, i to nie tylko w kocioach, ale od czasu napywu emigracji z Europy stay si one raczej
rzadkoci.
Jedn tak figurk przywiozam do Warszawy. Dostaam j od Julia Pacello, przyjaciela piknej Klelii
Benini, eks-przyjaciki Dzika.
Niestety, mj wity Antoni wyglda jak obszarpaniec wrd innych witych. Paszcz ma
w opakanym stanie i zgoa niewiteczn sukienk. Drewniana, polichromowana figurka witego
Antoniego stoi teraz pomidzy brazylijskimi, kopulastymi wiecami. Jedn rk ma odrban. Ze
zdumieniem zauwayam, e w Brazylii wikszo witych ma odrbane rce. Gdy zapytaam
Jerzego, czym to tumaczy, wyjani mi, e za nieposuszestwo wierni sami odcinaj im rce.
- Bo widzisz, to jest tak: najwiksz klsk dla ludnoci Pernambuco i Pnocnej Brazylii jest susza.
Wyobra sobie po obu stronach Rio Negro olbrzymie zamieszkane przestrzenie, dotknite posuch.
Ludzie i bydo gin z pragnienia, tysice, tysice ludzi wdruje setki kilometrw w tropikalnym
skwarze. Dzieci umieraj na rkach matek. Ludzie modl si o wod, o kropl deszczu. Wyobraasz
sobie?

Z miejsca poczuam pragnienie, nalaam sobie ca szklank wody mineralnej i wolno popijajc
suchaam:
Mw, Jerzy.
- Mod si, bo wierz, e wici pascy wstawi si za nimi do Boga. A... a jeli nie spadnie deszcz
i jeeli nadal nie napotkaj wody w wyschnitych rzeczkach i studniach, to za kar obcinaj tym
witym rce.

W szklanej gablocie u mnie, na Karowicza, stoi smutny wity Antoni.


- Widzisz? - mwi teraz do niego - widzisz? Przywiozam ci do mojej Ojczyzny. Syszysz? Syszysz ten
szum z azienki? Czajnik szykuje kpiel. Widzisz? - za oknem nieg pokry ogrdek. Patrz! Z nieba sypi
si pirka. Moesz by zupenie spokojny, tutaj nikt ci ani nogi, ani gowy nie odrbie. A zimna
przecie te nie czujesz - kaloryfery na naszym WSMie Mokotowskim przez ca zim dobrze grzej.
wity Antoni z odrban rk, wrd wiec, agodnie si umiecha...
- Co powiedzia? e tam nad brzegami Rio Negro wanie kiedy tutaj pada nieg, przychodzi fala
najciszych upaw? e dzieci i kobiety umieraj, majc w gasncych oczach blask rozjarzonego
bkitu? e trudniej umiera w jasnoci rozwcieczonego soca ni o szarym chodnym wicie?
wity Antoni, wity Antoni, mier jest mierci. mier jest zawsze mierci i nigdy nie wiadomo,
ktra jest lepsza.

Jerzy i konsul obwozili mnie po So Paulo. Dziki konsulowi zwiedziam najwikszy instytut na
wiecie, Butantan, gdzie si wytwarza surowic przeciwko jadowi wy. Obejrzaam sobie przy tym
niezliczon kolekcj wy, mij, jadowitych pajkw, (niektre skorpiony okryte rogow zbroj),
jaszczurek i innych padalcw. Wszystko to mieszka alba w szklanych klatkach, albo w ogrodzonych,
sztucznie zrobionych jaskiniach i pieczarach. Obrzydliwe, okrutne i grone. Tylko ogrd, w ktrym si
mieci Butantan, jest przepikny.
Niech do Dzika z dnia na dzie przybieraa na sile. Nie mogc - wbrew zakazowi - wyj na taras,
wychodziam do frontowego ogrdka, tu przy kuchni. Juaninia wystawiaa mi tam drewnian
skrzynk, siadaam na niej, wdychajc sodki zapach misistego jaminu. Jarzce si zotem i purpur
olbrzymie kanny co dzie na nowo mnie olnieway.
Staro narasta jak skorupa - skaryam si cicho bkitnemu motylowi, ktry porusza dugimi,
cienkimi jak jedwabne nitki wsami. - Ty, jako motyl, nie moesz tego nawet zrozumie. Dla ciebie
pojcie ludzkiego czasu nie istnieje. Chciaabym, aby jedno tylko zapamitaa sobie: staro narasta
juk skorupa - staro to ro-go-wa-ce-nie! U motyli naturalnie tego si nie dostrzega, ale u ludzi?
I jeszcze jedno. Nie wiem, czy motyle odrniaj ydw od reszty ludzi? Lecz moesz im powiedzie,
e ydzi pozostali takimi samymi jak za czasw Mojesza. A Mojesza ju nie ma i nikt ich nie ostrzee
przed gniewem Paskim.
Wieczorami zabiera mnie Jerzy do francuskiej restauracji, ktra si nazywa Casserolle. Jemy
doskonale rzeczy, pijemy Cianto i gadamy, gadamy.
Tymczasem codzienna prasa nadal podaje najniedorzeczniejsze historie o agentce komunistycznej,
malarce (?) Czajce. A wic okazao si, e policja polityczna przewioza Czajk do So Paulo, gdzie

siedzi w wizieniu. Nastpnie inne pismo ogosio zupenie rewelacyjny artyku, e Czajka nazywa si
waciwie Eleonora Gross i jest wiedenk. Przypyna do Santosu norweskim (chyba eby bardziej
skomplikowa spraw) statkiem, skradszy poprzednio w Wiedniu obkanej przyjacice piercionki,
ktre - odnalezione podczas rewizji (sic!) u Czajki-Eleonory Gross - okazay si z tombaku. Natomiast
Czajka ujawnia si jako wacicielka najwspanialszej haziendy w Brazylii. Niepokj budzi jedynie to,
e jest bezwzgldnie przeciwna budowie nowej stolicy Brazylii. Powiedziaa wrcz, e si nie zgadza,
aby transportowa cement samolotami, uwaa, e caa ta impreza to machlojka, to kombinacja
spekulacyjna bijca na zwyki cen na place i dostawy.
Jerzy i konsul nie pozwalali mi si przejmowa tymi wszystkimi bredniami, Jerzy mwi:
- Widzisz sama, e to wszystko jest nonsensem, nikt ci nie rewidowa. W Wiedniu po raz ostatni
bya w roku 1922. A ten majtek ziemski? Czy wiesz chocia, e prezydent Kubitschek chce budowa
now stolic, e tam samolotami dostarczaj cement?
- No i widzisz sama - mia si konsul - nie pozwalasz na transport cementu, widzisz, jak wan
osobistoci jeste w Brazylii.
Zaciskaam pici, ale co mogam zrobi? Widocznie w ichnim ustroju kady jeden moe gryzmoli,
co tylko mu do ba przyjdzie.
Teraz troch o przyjciach i bankietach. A wic najwspanialsze odbyo si u Lutka K., tego architekta,
ktrego drapacze chmur znane s z licznych pism i fotografii nawet u nas w Warszawie. Lutek zrobi w
Brazylii olbrzymi karier. I przyjaciele, i wrogowie uwaaj go za multimilionera.
A wic przyjcie odbyoby si godnie i z wielk tak dla gospodarza, jak i zaproszonych satysfakcj,
gdyby znowu moje nietaktowne zachowanie nie popsuo nastroju.
A wic byo tak. Mieszkanie urzdzone z najwikszym smakiem - obrazy z XVII wieku, holenderska
i woska szkoa. Niejedno muzeum takimi si nie poszczyci. Wyobraziam sobie na tym przyjciu
naszego Biaostockiego z Warszawy, ale miaby uywanie! Siedziaam we wspaniaym fotelu przed
autentyczn rzeb greck. W czarnej, opalizujcej wazie kielichy dziwnych, nakrapianych
czerwonymi i czarnymi kropkami kwiatw wydaway przenikliwy zapach. Pani domu, ktra wedug
moich oblicze musiaa by ju po pidziesitce, naprawd moga uchodzi za dwudziestoparoletni
dziewczyn (o tajemnico gabinetw kosmetycznych, tajemnico beztroskiego ycia, niezgbiona
tajemnico dolara!). Szczupo, smuko, cudowne oczy, nieskalana linia owalu twarzy i abdziej
szyi. Wosy bez jednej biaej nitki. Naprawd nie wiedziaam, gdzie zaczynaa si sztuka, a koczya
natura.
Z kad chwil przybywao goci. Przyszed te mj Jerzy, niestety jego ony nie byo w So Paulo.
Kolacja bya na poziomie - zastawa, potrawy, wina i likiery doskonae. Ale we mnie obudzi si diabe,
ktry wszem wobec i kademu oddzielnie sprzeciwia si. Rozelony diabe, siedzcy za skr
najagodniejszych ludzi. W Polsce kady przeszed wojn, okupacj. Nie mogam si zgodzi ani na ten
bezsensowny luksus, ani na ich postaw yciow, na ten ich wsplny mianownik - dolar.
Dooj, dooj z tym przesytem, z tym skoncentrowaniem kapitau w jednych rkach. Nie. To nie mogo
powsta tylko z honorariw za uczciw prac - tam musz by siuchtowe kaway, u podstawy
wszystkiego musi lee granda (przydaaby si i tu komisja specjalna) - zoliwie mylaam wypijajc
toasty wznoszone na moj cze.
- Ty wstrtna mijo! - lyam siebie po cichu - zazdro i zawi - najnisze instynkty, oto co kryjesz
pod paszczykiem przyjani. Lata cae przysyano ci nesc, lata cae, a ot, taka jest twoja

wdziczno. Szmendryki - liam si - szmondaki - przepijaam posyajc umiechy. - Uratowali ycie.


Ulotnili si jak kamfora, kiedy ich matki i siostry, spuche z godu, ebray o kruszyn chleba uratowali swoje bezcenne ycie, kiedy ich najbliszych truto jak szczury w gazowych komorach.
Idiotko, o co ci idzie? Czy raczej nie powinna si cieszy, e chocia ta garstka zdoaa si uratowa?
Mao ci milionw zamordowanych, mao ci byo tego czarnego dymu z krematoriw, ktry rozwcza
si po kracach Polski. Ale czy to sprawiedliwe, e tylko ci najbogatsi ocaleli? Nie najlepsi, nie
najsprawiedliwsi, nie jak ci z Sodomy i Gomory...
- Powiedz, jakie wraenie wyniosa z So Paulo? Co o nas mylisz - o nas, ktrzy w zupenie obcym
rodowisku w tak stosunkowo krtkim czasie potrafili sobie da rad?
Wiem, e czekali na sowa podziwu i uznania.
- Co o was myl? Myl, e jestecie koloni dolarowiczw, e macie wrodzon umiejtno
przystosowywania si wszdzie, zdolno wycigania korzyci z kadej sytuacji, w jakiej si
znajdziecie.
- A nasz klub Czterdzieci cztery? - Lutek z dum podnis gow. - Ja mu t nazw nadaem,
rozumiesz? Z Mickiewicza...
Architekt . powiedzia:
- Jutro w klubie wystawiamy Warszawiank. Och, jaka szkoda, e pani tego nie zobaczy.
Jego liczna, zotowosa ona przymkna powieki. Miaa oczy zupenie jak bawatki.
- Prosz pani, gdyby pani widziaa mojego ma biegncego przez scen z rozwianym amarantowobiaym sztandarem... Jak on piewa. Jak piewa!
Le nasz orle w grnym pdzie...
Nie wiem dlaczego, ale parsknam miechem. W oczach uczestnikw biesiady pojawio si co, co
wygldao na zgorszenie.
- Z czego si miejesz?
Zanoszc si od miechu, przerywanym gosem wykrztusiam:
- e co, e jak? Oj, nie mog, czterdzieci cztery? Cudowne. Trzymajcie mnie, bo, bo mona pc. Le
nasz orle w grnym pdzie... - miaam si do ez. Kolonia dolarowiczw w klubie czterdzieci cztery.
To ci dopiero stypa.
Taki to by bankiet na moj cze.
Nastpnego dnia byam zaproszona na kolacj do Jerzyka M., ktrego pamitam od najdawniejszych
czasw dziecistwa. Jerzyk - specyficzny rodzaj inteligencji i dowcipu, ma bardzo jakie swoiste
spojrzenie na wiat, a przede wszystkim zupenie brak mu wszelkiego snobizmu i pozy, naturalny jest
i prawdziwie dobry. Lubi go bardzo. Jerzyk oeni si z adn kobietk, wdow z trzema crkami.
ona jego te mi si podobaa, ma miesznie zadarty nosek i mi twarzyczk. O ile si
zorientowaam, jest bardzo gospodarna i Jerzykowi jest z ni dobrze. Dostateczna przyczyna, ebym
j z miejsca polubia.
Naturalnie zaproszono cay emigracyjny high life. Byy jakie zakski, ktre z apetytem zjadaam,
a potem podano, jako clou kolacji, duszone kurze wtrbki. Nie wiedziaam, e oni tam uwaaj to za
wielki przysmak. Nie znosz adnej wtroby - wszystko mi jedno, czy to jest cielca, gsia czy kurza -

sam jej zapach przyprawia mnie o mdoci, wic poprosiam o jajecznic. Pniej kto mi zwrci
uwag, e gospodyni moga to sobie poczyta za afront. Zmartwio mnie to, bo byam naprawd
daleka od chci zrobienia przykroci onie Jerzyka.
Tego wieczoru dane mi byo pozna kulisy klubu Czterdzieci cztery. Prezesem klubu ustanowiono
hrabiego Scypio del Campo i jake mogo by inaczej. Snobizm kolonii dolarowiczw poda godnej
firmy. Poznaam pani Scypio del Campo u Jerzykw. Kobiecinka taka sama jak i inne paniusiunie
przypominaa hrabin Tarnowsk z Montevideo.
Nie wiem dlaczego, ale dawni hrabiowie i hrabianki ktrych poznaam w Warszawie, s
inteligentniejsi ni ci na emigracji. Nie wiem, czym to tumaczy? A moe to tylko mj lokalny
patriotyzm takimi ich kae widzie? Tego to wieczoru doznaam wielkiego zaszczytu: zarzd klubu
askawie zaprosi mnie w swoje progi. Jerzyk szepn mi:
- Ani Sztompce, ani Michaowi Rusinkowi nie pozwolili tam przyj, ale ciebie, dawn Warszaw...
- Ooo... a dlaczeg to Sztompce i Rusinkowi nie dane byo uchyli rbka tajemnicy tego tak owianego
towiaszczyzn, tego tak zalatujcego mesjanizmem klubu? I w ogle, Jerzyku, co wy waciwie
w tym klubie robicie?
- Jak to co... Przecie to ocalay skrawek Polski przeniesiony do Brazylii. Prawdziwej, dawnej Polski; tu
yj narodowe tradycje - wtrci architekt . - Mymy przejli drzewce sztandaru nie splamionego
adnym kompromisem.
Tego ju byo dla mnie za wiele. Musiaa nastpi katastrofa.
- Och wy, ocalaa garstka nie skaonych adn plam rycerzy. Och wy, sprytne kupczyki! Wam
w ogle nie wolno mwi o Polsce - mwcie raczej o koniunkturze dolara. - Ja... ja miaabym
odwiedzi klub Czterdzieci cztery?

Rozdzia XVI
Do grona starych znajomych, ktrzy zwiedziawszy si o moim przyjedzie, tumnie mnie odwiedzali
lub zapraszali do siebie, przybyway nowe znajomoci i przyjanie. Z brazylijskich znajomych bardzo
polubiam pikn Kleli i Odyli - obie egzotyczne, podobne raczej do rajskich ptakw, jak wszystkie
kobiety na caym wiecie pochonite byy cierpieniami miosnymi.
- C, moje mie? Na to rady niema. Szczliwie ja przeszam ju to wszystko, jestem na drugim
brzegu, ta choroba mi nie grozi - przemyliwam obecnie nad wynalezieniem jakiego rodka, ktry by
znieczula na mio.
- Tak! To byoby cudowne - jkna Klelia. Miaa wosy jak krucze skrzyda i przepikne czarne oczy.
Odylia nic nie mwia. Czarne, paajce oczy w ciemnej twarzy byy tragiczne. Mae, bezbronne usta
zacinite.
Ucaowaam j w czoo.
- Ma petite chrie - ten znieczulajcy rodek bardzo by ci si przyda. Pamitam, och! jak dobrze
pamitam te czasy, kiedy prosiam Boga: zelij na mnie tyfus plamisty, zelij zapalenie wyrostka
robaczkowego, zelij koklusz poczony ze szkarlatyn, byle tylko nie mio!

Siedziaam na awce, w samym centrum miasta. So Paulo szumiao tysicami aut, autobusw,
trolejbusw i tramwajw, szumiao gwarem ludzkich gosw. Porodku zieleca palm i kaktusw,
pord kwiatw i nie znanych mi bliej drzew i krzeww, na najbliszej palmie zobaczyam dwie
mapy. Nie ruszay si, miay wpprzymknite oczy. Drzemay? Moe byy chore? Obserwowaam je
z ciekawoci, bo pierwszy raz w miecie widziaam mapy na wolnoci. Wyjam z torebki par
migdaw i rzuciam je tak, aby si skusiy i zeszy - ale nawet nie drgny.
Prawdopodobnie nie s zwolennikami migdaw. Rzuc im pomaracz. Zota kula musna eb
jednej z nich i upada na ziemi. Nie drgny. Dugie jak liny ogony opasyway ga, spuszczone ku
doowi twarze wyraay podniosy stan kontemplacji.
- Czy one si nigdy nie ruszaj? - zapytaam Dadou, ktry przyszed po mnie. By to dzie, kiedymy
postanowili wsplnie zakosztowa rozkoszy zwizanych z wyprbowywaniem przernych kiebasek,
parwek i serdelkw w naronych barach, do ktrych Dadou w tajemnicy obieca mnie zaprowadzi.
- To s leniwce -- powiedzia - najbardziej leniwy stwr wiata. Najmniejszy ruch jest dla nich
bohaterskim wyczynem, prawdopodobnie tak natur odziedziczyy po swoich przodkach i na to nie
ma rady.
- Bo ja wiem, czy to nie jest wyjcie z sytuacji? Cakowita abnegacja, odwrcenie si tyem do ycia.
Niejednokrotnie teraz, tu w Warszawie, wracam myl do tych map. W gruncie rzeczy w jaki
niewytumaczony sposb urzeka mnie ich obojtno, bezruch i filozofia, a moe one znalazy ten
znieczulajcy rodek na mio?

W teatrze byam raz jeden na Lekcji i ysej piewaczce Ionesco. Obie te sztuki widziaam rok przedtem
w Paryu. Nie! Stanowczo nasze teatry pod kadym wzgldem stoj na nieporwnanie wyszym
poziomie - tak scena, jak i publiczno.
Wydaje mi si, e w caej Ameryce Poudniowej, czy to w Brazylii, czy w Argentynie, czy te Urugwaju,
poza maymi wyjtkami panuje jaka specyficzna drtwota intelektualna. Najwaniejszym celem jest
dolar. Dolar sam w sobie. Naturalnie, e istniej literaci, poeci, malarze, teatr, ale dla spoeczestwa
dzieje si to raczej na dalekim marginesie. Ceni, szanuj, a nawet czcz Portinariego, ale saw swoj
przywiz on z Europy. Dumni s, e Portinari jest Brazylijczykiem. Ogldaam wiele wystaw i w
domach tych milionerw widziaam duo obrazw. Dwaj malarze wywarli na mnie najwiksze
wraenie. Jeden, o ile mnie pami nie myli, nazywa si Vivien - bardzo zabawny, troch prymitywny
- Rousseau na sposb murzyski. A drugi Boneiro - dobra szkoa francuska.
Muzeum Sztuki Wspczesnej zadziwio mnie iloci Manetw, Renoirw, Utrillw, Soutinw,
Chagallw, Modiglianich. Nie jestem jednak pewna, czy wszystkie s oryginaami? Obawiam si, e
niektre z nich to tylko dobre kopie.
Zbliay si wita Boego Narodzenia. Ktrego dnia po obiedzie u konsulostwa pojechaymy z Lidk
do kina. Wiz nas jak zwykle Jozue. Z pocztku byo jeszcze jasno, ale zmierzch w Brazylii spada jak
n - ciach! i ju wieczr.
Patrzaam, patrzaam i napatrzy si nie mogam. Jozue niejednokrotnie musia si zatrzymywa, a ja
wycigaam Lidk z auta, eby cho par minut przystan na jakim placu lub kawaek przej pieszo.
Tysice drzewek iglastych, liciastych - tysice palm przybranych srebrnymi, srebrno-amarantowymi,

srebrno-zielonymi kulami. Ozdoby choinkowe od nas z Polski! Poznaam je od razu i z dumy dostaam
sapki. Wszem wobec i kademu oddzielnie wyjaniaam:
- Wasze miasto nam wanie zawdzicza pikno.
Mylaam sobie o pojedynczym drzewku na placu Unii Lubelskiej, ktre zawsze budzio we mnie tyle
zachwytu. Tutaj stoj one wzdu kilometrowych bulwarw, jedno obok drugiego, skrzce si od
wiate, migocce od kolorowych, elektrycznych lampek, otoczone sieci zotych i srebrnych nici,
byskaj amarantem, szmaragdami, szafirami. A place? Jak lasy cudw. Ile fabryk w Polsce musi
wyrabia te kolorowe kule, eby jedno So Paulo cieszyo si Boym Narodzeniem?
Cichutko mwiam do siebie:
- Dewizy, dewizy, bardzo dobrze - dewizy, bardzo dobrze!
A ktrego wieczoru wracajc z Kleli, Julio Pacello i Dzikiem, na placu owietlonym ukowymi
lampami - elektrycznymi socami, gdzie byo jasno jak u nas w letnie poudnie - poerajc oczyma
feeri barw, wiate i setek ubranych choinek, poczuam nieprzepart tsknot za jedn niedu,
papierowymi acuchami domowej roboty przybrana choink, ze skromn malowank anioa
z gwiazd na najwyszej gazce.
W skwarze So Paulo, w sztucznym dniu-nocy, w zawrotnej powodzi najwspanialej przybranych
choinek-palm, choinek-eukaliptusw, choinek-araukarii, zatskniam do mojej ubouchnej choinki,
pachncej wierkiem w grudniow, nien, polsk noc. Nagle za plecami usyszaam dwiki tamtamu i ujrzaam roztaczon gromad ludzi.
- To s pierwsze jaskki karnawau - tumaczya mi Klelia, gdymy znalazy si znowu w aucie.
Gdy noc leaam na swoim wyrku, przez szklan cian weszo do pokoju cae brazylijskie niebo ze
wszystkimi gwiazdami. Odrzuciam przecierado - naprawd w tym zamknitym pomieszczeniu nie
byo krzty powietrza.
Obrzydliwie duo gwiazd - zapaliam papierosa. Kaszka manna, kaszka perowa - krupy migotliwe. Nie
lubi nadmiaru, gardz nadmiarem! A tutaj na kadym kroku zwielokrotnienie prowadzce do
rzygania.
I czy tak powinno wyglda niebo? Zdrowe, pogodne, obiecujce wieczne ycie niebo? Przybrany
cekinami paszcz woltyerki w niebosinym cyrku. Czeg mona spodziewa si po cyrku?
- Nie, Czajciu, uciekaj jak najprdzej, to nie dla ciebie. Wracaj do twojego nieba i do tej ubogiej,
jednej jedynej choinki na placu Unii Lubelskiej.

Poegnalny wieczr odby si we francuskiej restauracji La Casserolle, przed march aux fleurs.
Siedziaam przy dugim stole, ktry obsiedli wszyscy moi przyjaciele. Jerzy S. jak zwykle tu obok.
Bolenie jest egna na zawsze przyjaci, wiedzc, e nigdy si ich wicej nie zobaczy. Mog si
z nimi nie zgadza, sprzecza, kci, ale tego, co przetrwao cae ycie, tego, co si z czasw
dziecistwa wynioso, nie sposb lekceway. Jerzy raczy mnie wyszukanymi przysmakami - c,
kiedy tego wieczoru nic mi nie smakowao.
Rozstanie miao smak popiou.

Janeczka S. robia wszystko, co mona, aby byo wesoo. Janka ma swoisty, urzekajcy wdzik. Nigdy
nie potrafiam mu si oprze - ani w tamtych czasach, ani obecnie (ona si naprawd nie zmienia!).
Zaraa mnie - zmusza do miechu.
- Czekajcie, opowiem wam, ile wywozi ona std... zgadnijcie czego?
Zgadywali, zgadywali.
Helenka S. domylaa si:
- Rkawiczek?
- Nie!
Dzik zawoa:
- Wiem! Kolorowych, eponowych rcznikw. Jadka Meyerowa ofiarowaa jej tuzin! Ja drugi!
- Nie!
Halinka G. zadecydowaa:
- Bielizny osobistej!
- Nie! Ale co znowu!
Aneczka:
- Wiem! Torebek!
- I to nie! Widz, e i tak nikt si nie domyli. Wic wam powiem - noy!
- Jak to noy? Do czego jej noe? - zaniepokoi si Jerzyk.
- Wanie noe! Dziesi noy, dugich, krtkich, najkrtszych noy! Byymy wczoraj na kawie
z pewnym Polakiem z Rio, ktry Bell pamita jeszcze z Ziemiaskiej. Przyjecha z Rio i wierzy mi
nie chcia, e Bella jest tu, w So Paulo. Potem spotkalimy si w tej kawiarni z parasolami. Zapyta, co
by mg jej ofiarowa na pamitk. No i wyobracie sobie, chciaa mie noe...
Wszyscy przy stole wybuchnli miechem.
- Bo widzicie... bo ja tu u was zobaczyam noe z takimi zbeczkami. Takie wiksze do krajania chleba,
mniejsze do cytryny, najwiksze do misa... i okropnie wam zazdrociam. Wic jak on mnie zapyta,
to zaraz... no, to wtedy...
Bardzo si mieli, ale niemniej musz napisa, e na Karowicza, w Warszawie, mam najlepsze noe
w caym WSMie. Nie chc napisa: w Warszawie, boby to wiadczyo o niepohamowanej pysze!!
Z tych noy mam w uytku tylko cztery, a reszta zapakowana i zwizana spoczywa na dnie skrzynki
skarbw...
Nadesza chwila poegnania.
Miaam zy w oczach.
- Mili, kochani, dzikuj wam za wszystko, dzikuj, dzikuj i nie potrafi wicej powiedzie... Byam naprawd wzruszona i ca si woli powstrzymywaam si od paczu. - Wszyscy bez wyjtku
byli dla mnie za dobrzy, za serdeczni.

Rozdzia XVII
W czasie mego pobytu w So Paulo konsul parokrotnie jedzi do Santosu i wsplnie z panem
Dzieniem uzgodnili, e w kocu miesica popyn do Montevideo statkiem M S Waryski.
W dzie odjazdu konsul przyjecha po mnie autem, w ktrym Jozue umieci wszystkie walizki - i te
z domu, i te z garau. Wreszcie stajemy przed zielon furtk. Akurat tak, jak miesic temu...
Dzik cierpi. Pochylony, pokurczony, syczy co pewien czas z blu.
Magosia - najmilsza, najlepsza na wiecie Magosia z Dadou i profesorem Flexorem. Juaninia i dwa
psy...
Boj si spojrze na Dzika... Nie chciaabym w tej ostatniej chwili (i tak si ju wicej nie zobaczymy)
powiedzie nieopatrznie jakiego brzydkiego sowa. Konsul pogania:
- Prdzej! Wszystko si popltao! Statek M/S Waryski odpyn do Illeusu po kakao, a ciebie
odstawi do Montevideo fiski statek M/S Alca. To jest nasz charter.
Nagle al mi si robi wszystkiego: i optanych milionerw, i przyjaci, i tego, e ju ich nigdy nie
zobacz...
- Bdcie zdrowi, raz jeszcze dzikuj, do widzenia - weszam do auta.
- Do widzenia! Do widzenia!
Jozue jedzie autostrad do Santos. Dzie jest szary. Nie ma pracego, olepiajcego soca, ale
straszliwy upa.
Pasaerowie z Polski, emigranci, musieli ze statku M/S Waryski przesi si na M/S Alc, ale
obiecali konsulowi zrobi dla mnie miejsce. Jaka moda osoba, panienka z Dolnego lska, miaa ze
mn dzieli kabin - zreszt z Santosu do Montevideo tylko dwie doby podry.
ciskam rce najmilszemu pod socem konsulowi. Tyle mia ze mn kopotw - nareszcie odpocznie!
Pniemy si niezapomnian drog ku grze. I znowu jak wtedy wpadamy w morze mgie, a potem
z obu stron wzgrza i rzeczka, i drzewa, ktre maj kwiaty w dwch kolorach. Po dwch godzinach
wida port i miasto jak na doni.
- Brrr - powiadam - nie cierpi Santosu. Czy... czy oni tym razem nie zechc mnie znowu przymkn?
- Nie! Na pewno nie! Zreszt bd cay czas przy tobie. Dzienio niestety musia wyjecha do Illeusu aduj kakao na Waryskiego musi tam by obecny. Nigdzie wic nie wstpujemy, jedziemy od razu
do portu. Jeszcze tylko rewizja celna i odstawi ci na Alc.
Z odrobin niechci stanam na trotuarze. Niechtnie patrzyam nawet na mieszkacw Santosu,
ktrzy wtedy przystawali na mj widok i z obrzydzeniem wskazywali palcami agentk komunistyczn
i szpiega rosyjskiego.
Rewizja, jak i poprzednim razem, mina szczliwie. Celnicy pamitali Szajk i nie otwierajc
walizek krelili swoje znaki kred.

M S Alca ma zupenie inn budow ni nasze polskie statki. Pokad bardzo szeroki i jakby wypuky przypomina ksztatem olbrzymi patelni.
Wchodzimy po trapie, nikt tu nas nie wita umiechem ani sowami dzie dobry. Powiao czym
obcym. Idc korytarzem za Jozuem, dwigajcym walizki, natknam si na rodakw: pniej si
dowiedziaam, e to byli gospodarz wiejski z on i dwiema creczkami, mody czowiek z Wrocawia
i panna z Zielonej Gry.
- My tu wszyscy emigrujemy do Argentyny i dla nas teraz ju ten cay polski konsul nic nie znaczy.
Podczas dugiego rejsu na M/S Waryskim zyli si ze sob, dwutygodniowy pobyt na Alce jeszcze
bardziej zbliy ich do siebie, wic mnie, nowicjuszk, powitano zdecydowanie wrogo.
- On nam tu niczego rozkazywa nie moe, bo dla nas si skoczya Ludowa Polska, tu jest Ameryka.
Niech si pani std wynosi, bo nikt jej do kabiny wpuszcza nie bdzie. Zapacilimy bilety, nabrali nas
i tak, bo dwa tygodnie w tym Santosie siedziem.
- Ta pani to turystka - pogardliwie wyrzuci z siebie mody czowiek, chichoczc drwico. - Patrzajcie,
wraca za te elazne kurtyn i ze swoim konsulem przychodzi...
- Ale tu jest fiski statek i ten cay polski konsul razem z pani moe si wypcha!
Konsul poszed do kapitana. Przysiadam w jadalni, a wok wszystkie walizki, plecak, worek, koszyk
i torba.
le! - myl sobie - bardzo le, ale nie ma rady. Do So Paulo nie wrc, bo i wizy dalszej nie mam,
i za nic w wiecie ani dnia duej na cierpienia Dzika patrze nie mog. Chc czy nie chc - tutaj
pozostan.
Konsul poprosi kapitana na d.
Kapitan, ryy, o podugowatej jak jajko gowie, ubrany w biae portki, na nogach nosi ranne papucie.
Konsul prowadzi z nim oywion rozmow po angielsku. Angielskiego nie znam, wic tylko duchowo
braam w niej udzia. Konsul nalega, kapitan broni si.
Okazao si, e pasaerowie zajli kabiny oficerw. M/S Alca nigdy nie wozia pasaerw, ale na
usilne naleganie pana Dzienia kapitan zgodzi si, acz bardzo niechtnie, wzi pozostawionych w
Santosie Polakw z Waryskiego.
- Zygmunt - powiedziaam - rzu mnie raczej za burt, ja std si nie rusz! Ju mam dosy Brazylii. Ja
chc do domu...
Czuam, e za chwil si rozpacz.
- Przesta skrzecze, stara babo - powiedziaam po cichu do siebie.
- Zygmunt! Trudno, jak nie ma kabiny, to te par dni przepi si na pokadzie, gdzie bd! - na rufie,
na dziobie. To nie jest dla mnie problem, przeyo si gorsze niewygody. Powiedz kapitanowi, e
musz, e musz zosta na Alce... Pisaam do Montevideo do siostry i brata i oni mnie oczekuj...
Zygmunt arliwie przekada co kapitanowi. Rudzielec krci gow.
- Czajka! On gada po niemiecku. Sama sprbuj go namwi.
Nagle bysn mi pewien pomys.

- Kapitanie! Przecie musicie mie szpitalik na statku?


Okazao si, e jest kabina przeznaczona na ambulatorium i szpital.
- Bagam! Pozwlcie mi par dni pomieszka w szpitaliku. Na pewno przez te par dni nikt nie
zachoruje, na pewno! Ganz sicher. Ich versichere Sie. Bitte, bitte!
Kapitan wyszed. Po paru minutach, podczas ktrych razem z Zygmuntem przeylimy stan ostrego
niepokoju, wrci z pierwszym (jak si pniej zorientowaam) inynierem. Inynier nie mwi ani
sowa po niemiecku, ale wyglda dobrodusznie. By to starszy pan z duymi, pokymi, dziwnie
kapicymi zbami.
Jake oni inaczej wygldali, jak bardzo niepodobni byli do kapitanw i inynierw na naszych
statkach...
I znowu w trjk dug chwil rechotali po angielsku. Dobroduszny, z zbiskami kiwa gow.
- No! udao si, wezm pani do szpitalika!
Przyszed miy, modziutki steward. Konsul sam wzi dwie walizki, ja due, steward, na pasku - cztery
i ruszylimy za kapitanem. Szpitalik zapeniony by bagaem polskich pasaerw, ktrzy nie mogli
wszystkiego pomieci w swoich kabinach. Przy pomocy stewarda zrobilimy porzdek. Szaf
z lekarstwami i przyrzdami lekarskimi zabito gwodziami. Moje walizki zajy jedno z ek,
drobniejsze rzeczy, jak plecak, worek, koszyk, upchalimy w kt.
- Hm, cudownie - powiedziaam - przede wszystkim bd sama, aber schade, dass ich keinen Tisch
habe, ich bin Schriftstellerin, ich mchte hier arbeiten.
- O! oo, das machen wir - powiedzia rudzielec, skrobic jedn nog o drug - und zwar noch heute.
- No, nareszcie! - Konsul przysiad na krzele. - Uf, ale historia!
Wszystko dobre, co si dobrze koczy. Wycignam si na foteliku... ar, skwar, polscy
wyzwolecy, rudy kapitan - w ogle caa atmosfera na statku, po klimacie M/S Mickiewicza wydaa mi si upiorna. Ale co tu wiele gada? - i tak szczcie, e si zakwaterowaam.
Wszed Jozue. Tryumfalnie pooy przede mn dwadziecia paczek papierosw.
- Co to znaczy? - zapytaam.
- To znaczy, e zamiast kwiatw dostaa papierosy - powiedzia konsul.
- Zyg-mun-cie! - sapaam. - Zyg-mu-siu! jeste aa-nio-em! Nie wiem, naprawd, nie wiem, jak ci po...
- Dobrze, dobrze! Bardzo si ciesz, e bdziesz miaa papierosy, bo... bo widzisz Alca nie jedzie
wprost do Montevideo, to... moe podr przeduy si o jaki tydzie... Pierwszy wyadunek w Rio
Grande, drugi w Porto Alegre, wic eby ci starczyo papierosw. Ale, ale! Na statku, wrd
marynarzy znajduje si Polak. Prosiem go, eby si tob zaopiekowa - wydaje mi si miym
chopcem.
Jozue powiedzia co po portugalsku.
- On prosi, ebymy ju wracali. Wieczorem przyjedaj do mnie ludzie z Kurytyby - musz by na
czas
Serdecznie ucisnam i ucaowaam najmilszego z polskich konsulw.

I tak zostaam na Alce, ktra za godzin, dwie miaa odbi od kei w Santosie.
Zamknam rozdzia So Paulo, czyli tropem porzuconych mw.

Rozdzia XVIII
Dwa dni czy tydzie? to przecie nie zmienia postaci rzeczy. Trudno! - wytrzymam i tydzie. Uczuam
ostre ukucie w sercu. Dopiero za tydzie zobacz si z Ew i Fredkiem. W ksice Lec w wiat
powypisywaam wierutne gupstwa, obrzydlistwa, ale... ale sowa nigdy nie pokrywaj si z t
najistotniejsz prawd, a prawd jest, e najwicej na wiecie kocham Fredka i Ewuni i e... no, e
ona jedna przetrwa we mnie do samiutkiej mierci. Najdalej za tydzie sidziemy koo siebie
i bdziemy trzyma si za rce i... i znowu oyje ojciec, matka i to wszystko dawne, najdawniejsze...
Gong. Wstaam, upudrowaam nos, przyczesaam (na waku) wosy i weszam do jadalni.
Jeden dugi st. Na pierwszym miejscu siedzia kapitan, po lewej rce inynier, dalej cae
towarzystwo polskich uchodcw na drugim kocu stou, naprzeciw kapitana, m pyskatej
kobiety. Miaam tego ma po lewej rce, a po prawej bardzo naburmuszon dziewczyn z Zielonej
Gry. Na stole staa niezliczona ilo przeksek, olbrzymie bryy masa, cae koszyki knikenbrockerw
(suche placuszki - chleb szwedzki), dziesitki salaterek z najrozmaitszymi konserwami: anchois,
sardynki, ledzie po szwedzku, pmiski z wdzonymi szynkami, poldwica itp.
Ze zdumieniem obserwowaam wyczyny moich rodakw. Obywatel spod Kodzka sign po
pudeko sardynek, ca zawarto po prostu wyrzuci na swj talerz i zjad bez chleba. Nikogo to przy
stole nie zdziwio, a ona obywatela spod Kodzka, za przykadem maonka, rwnie sobie i obu
creczkom naoya na talerze po pudeku sardynek. Nigdy w yciu tak zachannych odkw nie
widziaam i jestem pewna, e nie zobacz. To nie byo obarstwo, to bya orgia opychania si! Przez
cay czas podry, ktra przeduya si do prawie trzech tygodni - wszyscy uchodcy w ten sam
sposb si odywiali. Pyskata, ktra czua do mnie wspania, ywioow nienawi, szatasko si
umiechajc, powiedziaa:
- No i nareszcie mona si naje! Przecie na Waryskim to nam w kuchni porcje wydzielali,
a sardynek to w ogle ani razu. Drb tam, na tych komunistycznych statkach, raz na tydzie.
achudry, psiakrew! Tutaj to i posmakowa mona, no nie? - zwrcia si do swojego towarzystwa.
A potem do kapitana po niemiecku: (Po niemiecku to si podczas wojny przyuczyam, moja pani - na
robotach u bauera, a teraz to mam, jakby mi kto podarowa).
- Ja, ja, Herr Kapitn, wir hungern in Polen, meine arme Kinder hungern - tu matczynym spojrzeniem
obrzucia obie dziewczynki, pyzate i rumiane.
- No, to ten gd jako nie bardzo pani dzieciom zaszkodzi - powiedziaam - przecie to okazy
zdrowia.
- Co? Jak? Okazy? Pani powiada... dobre sobie! eby mi je uroczy! - Ucaowaa jasn gwk Basiuni,
poprawia niebiesk kokard we wosach Krysi. - Moje drobinki, moje biedactwa, ile to si ju w tych
modych latach nacierpiao! A wie pani? Sardynki to one tu pierwszy raz jedz... Bya pani kiedy w
Kodzku? Nie? To szkoda, sama by si pani przekonaa, e w tych jeich Delikatesach nijakiego
towaru ni ma. Darowa sobie nie mog, e na Waryskim tyle tygodni pynam.

Kapitan w grze stou rozmawia z inynierem po angielsku. Po zakskach steward przynis cztery
olbrzymie pmichy z misem - niestety byo w tym tyle cukru, e przekn nie mogam. Podziwiaam
rodakw, ktrzy w minut trzy pmiski skonsumowali. Mj ssiad bez gryzienia poyka od razu
chyba ze wier kilo misa w jednym kawale.
- Zupenie jak niedwiedzie na Mickiewiczu - ucieszyam si po cichu.
Mody czowiek ze Lwowa zjad trzy pudeka sardynek. Kapitan kiwa gow:
- Aber die Leute aus Polen, die sind wirklich verhungert!
Byam wcieka i upokorzona. Zaraz po obiedzie poszam na pokad. Alca powoli wykrcaa si
dziobem ku oceanowi.
Fotele byy wygodne, siedziaam twarz ku miastu. Niedugo niestety rozkoszowaam si
samotnoci, uchodcy wraz z dziemi zjawili si gremialnie. Wygodzone dzieci, krzyczc,
cigny fotele, wrocawianin w szortach, do poowy nago, z lornetk w rku, wlaz na st, panna z
Zielonej Gry miaa gon czkawk. M i ona, wychyleni przez burt, dzielili si na gos uwagami:
- Patrzaj, Walek! Widzisz t czarn lafirynd? W Kodzku tak by na komisariat wzieni. Jak to trzsie
kuprem. Basiuniu, chod tu, Krysiu, prdko! Czarn map zobaczycie.
Poszam do mego szpitalika.
Nastpny dzie to by akurat 31 grudnia 1958 roku. Lunch wypad bliniaczo podobnie do
wczorajszego obiadu, z t tylko rnic, e obywatel spod Kodzka, prcz pudeka sardynek, na
przeksk zjad ca salaterk saatki z kartofli, pomidorw, ledzia i majonezu, kolega natomiast
wszystkie korniszony i pmisek misa. To by naprawd wesoy lunch, nikt nie zwraca si swkiem
do swojego ssiada, kady wcina milczkiem, mlaszczc gono i siorbic. Dopiero przy deserze
kapitan przez ca dugo stou krzykn:
- Frau Szejka, hren Sie, Frau Szejka, heute Silvester, ich lade Sie ein.
- Danke schn, mit Vergngung.
Niebo byo szare, woda oowiana, ale gorco nie mniejsze ni w Santosie.
Cho Alca bya statkiem fiskim, ca jej zaog wraz z kapitanem stanowili Szwedzi z wyspy land.
Przed wojn nieraz bywaam na szwedzkich statkach handlowych. Pamitam kapitana Eriksona. Cae
ycie uwaaam Szwedw za bardzo kulturalny nard. Byam kiedy w Sztokholmie, gocili mnie
Szwedzi, byam w Uppsali, zachwycaam si tym krajem. Najukochasza ksika mego dziecistwa to
Historia o maym braciszku - Geijerstama. A Selma Lagerlf! Cudowna podr! Gsta Berling! A Karin
Michalis - losy Uli Fangel...
Stan mi w pamici kapitan Erikson. Wysoki, siwy, o niebieskich oczach starszy pan z biaego statku
Gunderland.
Miy, kochany Erikson, nigdy nie zapomn, jak w roku 1939 w porcie Ankary powita flagowy nasz
statek M/S Lewant i jak po minucie, kiedymy tylko przycumowali - przysa dwch oficerw
z zaproszeniem na obiad (na moj cze!). Pamitam, jak w ciemn noc okupacji hitlerowskiej
pisaam do niego SOS. Listu prawdopodobnie nie otrzyma i do dnia dzisiejszego nie wiem, czy yje.
Nie! Stanowczo ci Szwedzi z wyspy land w niczym nie s podobni do Szwedw, ktrych niegdy
znaam.

Wieczorem steward zaprowadzi mnie na grny pokad, gdzie znajdowa si prywatny apartament
kapitana. Gospodarza i inyniera zastaam ju pod dobr dat. Usiadam w gbokim, mikkim fotelu.
- Wir trinken Whisky mit Soda. Bitte, Ihr Glas.
Na Sylwestra wypij szklank - mylaam - na pewno mi nie zaszkodzi. Whisky z wod sodow to
bardzo zdrowy napj.
Mwili ze sob nadal po angielsku. Kapitan wsta, przechadza si par chwil po saloniku, a stan
przede mn. By ju zupenie pijany. Ryy, z nienormalnie dug gow, grony, zwalisty nagle
gromkim gosem obwieci:
- Alle Kommunisten, alle Juden muss man vernichten!
O, niedobrze - pomylaam. Oo niedobrze, panie bobrze.
- Jetzt werden wir singen Horst-Wessel Lied.
O gorzej! - rozmylaam. - Ten Sylwester mi si uda!
Stan na baczno, podnis rk:
- Heil Hitler - zawoa, zowieszczo parskajc miechem.
Piam swoje whisky, paliam papierosa i nie odpowiadaam.
- Kommen sie, jetzt gehen wir zur Offiziersmesse...
Trzymajc si porczy, powoli schodzi na niszy pokad, za nim szed inynier, a ja na kocu.
Uchodcy spali albo te zeszli si w jednej z kabin i tam wicili Sylwestra.
W mesie kapitan przedstawi mi oficerw. Osobliwy dryl panowa na tym statku. Nie eby jaka
szczeglna dyscyplina, bo do dyscypliny przyzwyczajona jestem i na naszych statkach, od tego jest nie
tylko kapitan, ale i kolektyw okrtowy. Na Alce samodzierawnym wadc by kapitan. Nie wiem,
dlaczego a tak si go bali, jak metod osign ten specyficzny rodzaj bojani? Nikt w jego
obecnoci nie mia usi, wszyscy, jak struny wycignici, stali przed nim na baczno.
Pniej, znacznie pniej pync na M/S Piacie, spdziam niejeden wieczr w mesie marynarzy.
Kapitan M/S Piasta, Jan Mrozowicki, urzdza tam dyskusyjne wieczory. Wanie na tym statku
wysuchaam cyklu odczytw o historii naszej marynarki handlowej. Pewnego dnia kapitan poprosi,
abym powiedziaa, co wiem i co myl o naszej literaturze. Pamitam, jak dwa dni robiam konspekt
do odczytu i jak wieczorem, w bardzo licznej kompanii zebranej w mesie, opowiadaam o ksikach
napisanych po wojnie.
O Boe, mj Boe - pozwl mi raz jeszcze - nie, nie raz, ale wiele razy oddycha tym powietrzem, czu
swoisty klimat naszych polskich statkw.
Wracajmy jednak do niezapomnianego Sylwestra na Alce. Usiedlimy przy stole nakrytym mocno
ju mokrym obrusem. Na talerzach upiny od orzechw i skrki pomaraczy. Whisky, brandy, koniak
i piwo - niezliczona ilo butelek na stole, pod stoem, na krzesach. Wszyscy jak na komend wstali,
kapitan powiedzia im co po szwedzku - wznieli okrzyk. Ciko usiad przy mnie, z drugiej strony
inynier.
- Na, ja! - prosit, prosit.

Poprosiam stewarda o kaw.


Kapitan przedni czci korpusu lea na zalanym stole, inynier coraz czulej kad si na mnie.
W piekle, w piekle nie moe by gorzej!
- Ja, ja! Alle Kommunisten, alle Juden muss man vernichten. Ich kenne dieses Gesindel aus Amerika.
Den ganzen Krieg hab ich amerikanische Schiffe geleitet. Ja, ja! Heil Hitler!
Sta porodku mesy, koyszc si na nogach. Okropny, ryy, pijany.
- Die ganze Mannschaft hier!
Oficerowie stanli na baczno.
- Heil Hitler! - podnis ap w gr - Wer ist hier Kommunist? - rzuci grone pytanie. Cisza. In Reihen
- pad rozkaz.
Chopcy ustawili si w dwuszereg. Zobaczyam z daleka Polaka, z ktrym pierwszego dnia zamieniam
par sw - sta wycignity jak struna. Kapitan, chwiejc si na nogach, przechodzi rodkiem
dwuszeregu, przy kadym marynarzu zatrzymywa si i pyta, duym palcem stukajc go w pier:
- Sind sie Kommunist?
- No, sir! -odpowiada pytany.
Aha! Widocznie to jest jego ulubiona zabawa.
Inynier coraz silniej przyciska si do mnie. Kuakiem grzmotnam go w ebra:
- Weg!
- Und jetzt singen wir das Horst-Wessel Lied...
Zacisnam pici: e te mnie i to musiao si zdarzy... pitnacie lat po wojnie, na poudniowym
Atlantyku, na rodku zatoki St. Catherine (gdzie akurat buja jak na Biskajach). Wstaam, wywalajc
inyniera na ziemi, przeszam rodkiem dwuszeregu. Kapitan przesta rycze Horst-Wessel Lied.
- Wohin gehen Sie?
Zapa mnie z tyu za ramiona, cignc z powrotem. Inynier zdy wygramoli si na dawne miejsce.
Czka, umiecha si bogo, od czasu do czasu co mamroczc:
- O ja, ja. Yes, yes - zapa mnie za kolano. Kapitan zapomnia o oficerach i naciska caym sob mj
lewy bok:
- Wir haben endlich eine Frau am Bord.
- Sehr alte Frau - Gromutter. Ich bin mde, ich muss ausruhen.
adne sowa nie docieray do nich. Czuam si jak ten nieszczsny kuchcik z ksiki Londona, ktrego
wszyscy tukli, raz pojedynczo, a drugi raz wsplnymi siami.
Gowa kapitana opada na st. Wyrwaam si i ju byam przy drzwiach. Nareszcie znalazam si poza
obrbem alkoholu - haust wieego, morskiego powietrza.
Noc bardzo ciemna, ani ksiyca, ani gwiazd. Staraam si i rodkiem pokadu - w dzie straszyy
mnie obrzydliwe gby rekinw - zamiast oczu miay mae rybki, ktre je pilotoway. Wiedziaam, e
mieszkam na niszym pokadzie, ale bij zabij nie mogam sobie przypomnie, w ktrej stronie. Z tyu

pijackie miechy, piewy i wrzaski. Statek skacze jak korek na wodzie. Trzymam si brezentu, ktrym
s pokryte jakie skrzynie czy maszyny. O Boe, jeszcze nigdy od czasu wojny tak daleko nie
zabdziam we wrogi wiat. Rekiny za burt, pijany statek, pijany kapitan... Niele witam Nowy Rok.
Och! byle trafi do swojego szpitalika. Nawet wiate nie zostawili na pokadzie.
Tuk si po tej olbrzymiej patelni, wreszcie przysiadam, na jakiej skrzyni i naraz, tak jak we nie,
doznaj olnienia, nagle pojmuj istot twrczoci, tak jak we nie czowiek doznaje niespodziewanie
nagego objawienia.
Kada twrczo jest niczym innym jak protestem przeciwko nieaskawoci ycia.
Zimny bryzg wody... Psiakrew! Widocznie jestem blisko dzioba. Ale trzepno! Wstaj i ociekajc
wod ruszam przed siebie.
Boe! napotka jakiego czowieka! Znowu chlust. Jeli tak dalej pjdzie, to musi mnie zmy z pokadu
- paszcze rekinw wok statku - ale by miay niez zaksk, dobrze podjadyby sobie na Sylwestra dua bo jestem, gruba bo jestem, na pewno smaczniejsza ni te czarne wrzecionowate ryby, od
ktrych a si roi w zatoce. Tak, waciwie mona by byo to nazwa wyrwnaniem rachunku. Tyle ryb
zjadam w cigu mego ycia, e suszne byoby, eby w kocu one mnie zjady.
Ale poczucie sprawiedliwoci widocznie nie dojrzao ostatecznie w moim sumieniu. Mocno
trzymaam si brezentu. Idc po ciemku natknam si na jakie schodki wiodce w d, zeszam.
Saba arwka rozjaniaa may korytarzyk, po obu stronach zobaczyam drzwi - z caych si piciami
walnam w pierwsze. Kto mrukn po szwedzku.
No - myl sobie - za nic nie wrc na pokad. Nie ustpi, tu musz mieszka ci najprostsi marynarze
- i tutaj nic mi nie grozi. Waliam piciami i nogami w drzwi - uchyliy si wreszcie, ukazaa si
rozespana twarz, bya blada, jakby obrzka, spod czarnych brwi patrzyy uczciwe, rozumne oczy.
Tumaczyam po niemiecku, e zabdziam, e chc wrci do swojej kabiny. Bardzo mia zdziwion
min, ani sowa nie rozumia. Z wyszej koi zszed jego kolega - obaj prcz niebieskich majtek niczego
na sobie nie mieli. Rozmawiali midzy sob pgosem.
- Passageira - powiedzia ten z wyszej koi.
No, Bogu dziki zrozumieli.
- Si, si, passageira... meine cabina? Mi cabina - powtarzaam, uporczywie chwytajc ich obu za rce.
Pierwszy wycign trykotow koszulk w niebieskie poprzeczne pasy.
- Viejamo - prosiam go natarczywie.
Wymyliam naprdce ten jaki nie znany adnemu narodowi na wiecie jzyk, ktry okaza si jednak
zrozumiay.
Nowe esperanto - pomylaam - nowe esperanto, zrodzone w Zatoce witej Katarzyny. Ot
i sprawdza si - kada twrczo jest protestem przeciwko nieaskawoci losu.
Marynarz wzi mnie za rk, weszlimy z powrotem na schodki, przeszlimy rodkiem pokadu. Ze
wszystkich stron walia woda, ujam go pod rk. Szam tak jak on, rozstawiajc szeroko nogi. O!
teraz czuam si pewna. Nie znaam jego jzyka i nie umiaabym mu nawet podzikowa, ale
wiedziaam, e on nie jest mi wrogiem. Nie zapamitaam nawet rysw jego twarzy. A przecie
czuam, e to jest przyjaciel. Pokaza mi elazn drabin i puci przodem, trzymaam si mocno

porczy. Potem szlimy korytarzem na lewo, potem prosto, a potem na prawo - i ach, widz ju moje
biae drzwi.
- Miy, najmilszy, nieznajomy przyjacielu, wiem, e nigdy w yciu nie zobacz ci wicej, a nawet
gdybym zobaczya - nie poznam. Wiem, e nigdy nie przeczytasz tych sw, bo nie znasz jzyka
polskiego, a mimo to gorco, serdecznie dzikuj ci.
Ju, ju otwieraam drzwi, kiedy za plecami usyszaam kroki i pijany gos kapitana:
- Ich suche Sie berall.
Marynarz z miejsca zwia. Nie zdyam zamkn - kapitan wszed do kabiny. Psiakrew! Twrczo psiakrew, nieaskawo losu!
Rozwali si na moim foteliku przed stolikiem, ktry na polecenie kapitana zbi mi z dwch desek
okrtowy ciela. Na stoliku leay posegregowane rozdziay ksiki o Franciszku Fiszerze. Pijany Szwed
bekota po angielsku, szwedzku i niemiecku.
Psiakrew! chyba ju po trzeciej - myl sobie. - Najwyszy czas, ebym si pooya.
- Herr Kapitn, machen Sie, dass Sie fortkommen, Sie haben kein Recht in meine Kabine einzutreten...
- Alle, alle Kommuni... alle vernichten, vernichten.
- Bitte sofort meine Kabine zu verlassen.
Wcieko mnie ponosia - byam gotowa rzuci si i wydrapa mu oczy pazurami.
- Verfluchte... ver...
Mamroczc, z najeon ry szczotk wosw, z czerwonym nochalem, zataczajc si, wyszed.
Przekrciam klucz w drzwiach, zamknam bulaj i zasunam firanki. Ale ubaw! ubaw na sto dwa.
Niezapomniany Sylwester. Psiakrew! cholera! - klam, nie mogc domy brzowych od rdzy doni. Niech to diabli! - cignam przemoczon sukni i bielizn.
- A teraz do ciebie gadam, Czajka. Suchaj i dobrze rozwa: stary si bdzie mci. Daleko std do
Polski i nikt ci z pomoc nie przyjdzie, tu nie ma ani pana Dzienia, ani konsula Woowca. Sama jeste
i basta! Nie stawaj blisko burty, nie przyjmuj adnych zaprosze na kaw, wino czy inne podobne
kawaki. Sprawa jest jasna - Heil Hitler - nie ma co wakowa. Pilnuj si, to jedno, co mog ci
powiedzie, a poza tym jako protest przeciwko nieaskawoci ycia oddaj si twrczoci.
Z racji Nowego Roku woyam najadniejsz seledynow koszul. Bujao coraz silniej. Byo mi jak
w koysce w czasach niemowlctwa. Usnam.

Rozdzia XIX
Trach, tararrach ubudu! Le na ziemi przed koj.
- A to co znowi-.? Gdzie jestem?
Gow mam potuczon, okcie i kolana bol.
Co to znaczy? Nie sycha maszyn!

Wysuwam nos na korytarz. Mody czowiek z Wrocawia, z lornetk przewieszon przez rami, biega
od drzwi do drzwi.
- Wstawajta! Najechalimy na brazyliana! Katastrofa! Prdzej! prdzej - toniemy!
No tak! To si musiao tak skoczy. Bez szlafroka wybiegam na pokad. Rozgldam si: woda
spokojna jak w stawie. Tu za burt brazylijski motorowiec zanurza si lewym bokiem w morze. Na
jego pokadzie mrowi si od ludzi zdjtych panik. A u nas? - chyba dzib wygio, moe jakie
uszkodzenie w maszynach, ale stoimy rwno, nie zagbiamy si. Jak na mj gupi rozum, u nas nic
wanego.
Co prawda kapitan i oficerowie byli kompletnie pijani, ale przecie w tej wskiej zatoce, po obu
stronach zarosej jakimi suchymi patykami, nie moglimy pyn sami - na statku musia by pilot.
Tu, o trzysta, czterysta metrw - port. Przebiega koo mnie steward - wesoy, dobry, chopiec,
z ktrym wietnie porozumiewam si na migi. Typowy szwedzki chopiec, jasnowosy,
z jaskrawoniebieskimi oczyma, uprzejmy i yczliwy. api go za poy kitla - pokazuj na port i robi
pytajcy wyraz twarzy.
- O, o! Rio Grande - wykrzykuje i ju daleko miga mi tylko jego biaa marynarka.
Tymczasem na pokadzie wielkiego brazyliana ludzie krc si jak szaleni, jedni w prawo, drudzy
w lewo, a przewanie biegaj w kko. Zachowuj si zupenie jak mrwki, kiedy kto nagle wbije kij
w mrowisko. Widz bardzo pikn, mod kobiet, ktra z dzieckiem na rku ma ochot skoczy za
burt. Wychylam si i rycz:
- Stop! Stop! No; no!!
Usyszaa. Raz w yciu przynajmniej trba jerychoska mego organu gosowego na co si przydaa.
- Rekino! Multo rekino - woam. - No skakare! Stop! Stop!
Podniosa oczy ku niebu, a potem na mnie.
- No, dangerato! Stop! Rio Grande blizatore! - woam ze wszystkich si i na migawki wskazuj port.
Bogu dziki odstpia od burty, przysiada na biaym fotelu, z dzieckiem na rku, i pacze.
- No plerato, tuto biene. Momentino - woaam ju ciszej.
Jest godzina szsta rano, nasz ryy kapitan stoi na mostku i choleruje po angielsku. Wracam do siebie.
Uf! a to ci dopiero Nowy Rok!
W Warszawie wesoo zaczynamy Nowy Rok - Sylwestra przewanie spdzamy u Literatw, pniej
idziemy do Plastykw. Czajnik ju o trzeciej cignie do domu, bo pierwszego mamy uroczysto
rodzinn - imieniny mojego kuzyna Mietka. Jemy u niego wspaniay, zakrapiany obiad, a e - jak
wszem wobec wiadomo - lubi dobrze zje, wic obiad jest na poziomie. Przy mnie jak zwykle siedzi
Jerzyk S - doktor z ulicy Widok. O dobroci i subtelnoci tego doktora z Widok trzeba by par tomw
napisa, wic niczego tu wicej nie dodam, tyle tylko, e zawsze w Warszawie pierwszy dzie stycznia
dostarcza najlepszej prognozy na cay rok. Tego nie sposb powiedzie o prognozach na rok 1959.
O smej zbudzi mnie gong. Weszam do jadalni ostatnia i zajam swoje miejsce. Przez bulaj
umieszczony akurat nad gow kapitana zobaczyam, e jednak udao si nam dopyn do kei.
Jestemy w Rio Grande. Mj ssiad z lewej, uchodca spod Kodzka, zapycha si jak zwykle
sardynkami - wyranie ta rybka jest w jego gucie.

- To si nazywa prawdziwy kapitan! - mwi do mnie z zapchan gb. - Ot, na Nowy Rok da Basiuni
pi dolarw. Powiedzia, eby w Rio Grande kupia sobie adn sukienk. No! Niech pani sama
powie! A moe by taki wasz kapitan zechcia da Basiuni pi dolarw, co? Psiekrwie, achudry,
achudraski kraj - krew mnie zalewa.
- Ale prawd powiedziawszy, Basiunia zawsze nosi liczne sukienki. Ot, prosz, jak Basiuni piknie
w tej rowej, a Krysi w niebieskiej w biae kwiatki.
ona obywatela, a matka Krysi i Basi - zadowolona, poprawia Krystynce szerok szarf we wosach.
- A co pani myli? Nie sta nas byo w Polsce na sukienki dla dzieci? Bogu dziki, gospodarstwo
mielimy poniemieckie, jak si patrzy: dom murowany, cztery pokoje mieszkalne, a dwa gocinne na
pitrze. A kuchnia? - prosz siada! Piecznik, czyli piekarnik, jak tam powiadaj. Sadu samego cztery
morgi. Jednego, co mi al bdzie, to chyba tych naszych jabek - jak melony due, czerwoniusiekie,
a sodkie, a soczyste - takich jabek to przedtem nigdy nie jadam. adne pienidze bralimy za same
tylko jabka...
- Mamusiu, a gruszki? to niby nic? - wtrcia Krystynka.
- Tak, tak... gruszki. Klapsy, a moe i nie klapsy... jak byo ugry, to si w gbie sama rozpywaa, po
brodzie sok lecia. Nie, takich gruszek to i w tym Airesie na pewno nie bdzie.
- Po co nam gruszki? Oni tam maj lepsze owoce - zakoczy rozmow tatu, odstawiajc puste
pudeko po sardynkach.
Po lunchu ruszyam na miasto. Port by o p godziny jazdy tramwajem od centrum. Przystanek
znajdowa si tu obok portu. Tam na Karowicza, na WSMie Mokotw, Rio Grande - brzmiaoby jak
tytu tanga.
Jad po zwykych szynach - tramwaj dzwoni, domki malutkie, z malusiekimi ogrdkami. Skromni,
bardzo skromni ludzie musz te domki zamieszkiwa. Poty drewniane jak na naszych wsiach, na
pocie zawieszona do gry dnem niebieska emaliowana miska. (Wzdycham z rozkoszy - niebieska
emaliowana miska blisza jest mojemu sercu od gszczu passiflory wrd zielonych aluzji). Niektre
domki zamiast ogrodzenia maj ywopoty z niezbyt wysokich kaktusw, ktre o tej porze roku
kwitn to.
Wjechalimy w miasto, a raczej w miasteczko. Due ulice o wysokich, bo a trzypitrowych domach.
Porodku park, jak si pniej okazao rodzaj ogrodu zoologicznego, stay tam bowiem klatki
z mapami, papugami, japoskimi kaczkami i olbrzymim wiem. Bya to jedyna, oprcz kina, atrakcja
Rio Grande.
Co par krokw kamienne figurki przedstawiajce amorki, mod osob w jednej koszulce na
grzbiecie, trzech karzekw cigncych wzek z krlikami - niesmaczne obrzydlistwa, tak bardzo
kochane przez drobnomieszczastwo caego wiata.
W bocznej uliczce zobaczyam pikn, renesansow fasad kocioa. Weszam. Na gwnym otarzu
paliy si wiece, w szklanych wazonikach widy rowe mieczyki. Obraz Matki Boskiej z Dziecitkiem
na rku bardzo przypomina oleodruk.
Dopiero w bocznej nawie ujrzaam otarz, ktry mnie napeni zdumieniem. Nie byo w nim adnego
obrazu, za to stay tam realistyczne figury z wosku, rodzaj szopki, co jak scena z gabinetu figur
woskowych. A wic naturalnej wielkoci Pan Jezus, z prawdziwymi ciemnoblond wosami i tak
brod, ubrany w fioletow szat, naszywan zotymi cekinami, pochylony pod brzemieniem

wielkiego, drewnianego krzya. Na wprost niego zakonnica w dugim, czarnym habicie i kwefie podaje
mu zoon chusteczk do nosa. Ng Pana Jezusa spod fioletowej szaty nie wida - twarz jego nie
wyraa cierpienia ani udrki. Pochylony pod krzyem, przyglda si bacznie mniszce. Ma brwi i rzsy
zrobione z prawdziwych woskw, a na bardzo czerwonych ustach igra umiech. Posta i twarz
zakonnicy rwnie realistyczna, tylko jej jasne oczy o bardzo duych biakach wyraaj chorobliwe
osupienie.
Figury z wosku, a w ogle caa ta scena jak z ywych obrazw w jaki sposb trafia do mojej
wyobrani. Jest to na pewno prymitywny sposb oddziaywania, ale bardzo skuteczny. Trwaam tak
dug chwil, kiedy kto pooy mi rk na ramieniu. Za mn staa jedna z tych niemiertelnych,
a zamieszkujcych ca kul ziemsk, starszych, czarno ubranych dewotek. Chuda, o pokej twarzy,
szalenie mi przypominaa moj dawn gosposi, Teres. Mwia co bardzo prdko i arliwie,
wskazujc Pana Jezusa.
le jest, znowu szykuje si jaka draka - wstaam z klczek.
- No entiende. Nicht verstehe. Comprends pas - powiedziaam cicho i melancholijnie, ale stanowczo.
Gwatowny potok sw - zupenie jak Teresa, kiedy wietrzya jak moj now herezj.
Kobieta cigna mnie za rk.
le jest. Skoczy si wizieniem. Ani pana Dzienia, ani adnego polskiego konsula na horyzoncie.
Biada mi.
Szam ocigajc si.
Trudno, w razie czego przydusz j do ziemi i wezm nogi za pas. Na pewno jestem od niej dziesi
razy silniejsza...
Zaprowadzia mnie tylko na drug stron tego dziwnego otarza. Uklka, odsonia szat
i przeegnawszy si pocaowaa Pana Jezusa w pit. Na migi mi wskazaa, e mam zrobi to samo.
Uklkam, przeegnaam si rwnie i ze zgroz stwierdziam, e stopa bya do poowy zjedzona
pocaunkami. Udaam, e cauj, ale widok ten przerazi mnie. Wstaam pewna, e teraz wszystko
w porzdku i baba da mi spokj. Niestety uczepia si znowu mojego ramienia, nadal syczc jak w,
a fanatyczne zacietrzewienie, tak dobrze mi znane u Teresy - dochodzio do punktu kulminacyjnego.
Czego ona chce ode mnie, o co jej idzie?
Tupaa nogami, wreszcie zerwaa swj szal i narzucia mi na gow.
Aha, zrozumiaam nareszcie! Nie wolno wchodzi do kocioa z odkryt gow. Aha! Dobrze, dobrze.
Prdko wyjam chustk do nosa i rozprostowan pooyam na gowie. Ale i tego jej byo za mao,
dreptaa za mn. Wyszam z pcienia na jaskraw, socem oblan ulic, a utrapiony stwr rodzaju
eskiego za mn.
- No! Zwiewaj teraz, pkim dobra! A nie, to ci pod ten dychawiczny tramwaj rzuc - warknam.
Rozpywaa si caa w umiechach, egnaa mnie jak najukochasz siostr.
Szam w stron rdmiecia. Przed jakim domem zobaczyam trzy stoliki pod pasiastymi, ogromnymi
parasolami. Nareszcie usiadam, zapaliam papierosa. Murzyn w biaym kitlu, z serwet przewieszon
przez rami, zagdaka.
- Coffi, aqua tonica - zamwiam.

Ogldaam przechodzcych ulic ludzi. Murzyn przynis mi gazet. Borys Pasternak - to jedno
zrozumiaam. Prcz Borysa Pasternaka sze olbrzymich stron zajmoway same ogoszenia. Byy tam
licznie narysowane biustonosze z ramiczkami i bez ramiczek, mskie pbuciki na zupenie niskich
obcasach i na troch wyszych. Materace na sprynach i materace nadymane. Jaka bardzo
piegowata dama podnosia rce do wesoego profilu ksiyca; nad t ilustracj przemyliwaam
dobre par minut. Co ona oznacza? Moe daje do zrozumienia, e od soca dostaje si piegw, przy
ksiycu si je traci?
Wypaliam papierosa, wypiam kaw i aqua tonica. Potem poszam na poczt, wrzuciam list do
Czajnika, pisany na statku, zaniosam mapom cukierki i powoli ruszyam do tramwajowego
przystanku.
Nie chciaam wraca, jak si ciemni, port znajdowa si na odludziu, a ci na statku nie byli moimi
przyjacimi. Mog przecie zagin i nikt niczego nie zauway. Po powrocie do Polski kapitan powie,
e podczas sztormu zmyo mnie za burt, za to nikt nie odpowiada... Wolaam wic wraca za dnia.
Od obywatela z lornetk dowiedziaam si, e kapitan w szarym garniturze i panamie poszed do
miasta.
- Statek jest ubezpieczony, pilot ponosi win za to, co si stao, dlatego nasz kapitan da
odszkodowania!
Wrci na kolacj wcieky. Sw nie rozumiaam, ale domyliam si, e nie chc da odszkodowania
i win za awari jemu przypisuj.
W Rio Grande stalimy cztery dni - codziennie po lunchu wyjedaam do miasta. Razu pewnego
zauwayam szczeglne poruszenie na ulicy - siedziaam przy stoliku pod parasolem, zdyam si ju
zaprzyjani z Murzynem-kelnerem. Na moj zdziwion min wskaza rk w stron placu:
- Polaca!
Schwyci si za koniuszek ucha, cmokn i doda:
- Linda, linda.
Nie wiem, czy pisaam poprzednio, e na znak zachwytu Brazylijczycy api si za mikkie zakoczenie
ucha, cmokaj i mwi linda - to znaczy piknie. Argentyczycy natomiast robi ruch, jakby
podkrcali lewy ws, i mwi muj bien.
Poszam wzrokiem za palcem Murzyna i oto ujrzaam cae moje polskie towarzystwo z M/S Alki.
Podeszli bliej, a zobaczywszy mnie przy stoliku, okropnie si ucieszyli:
- Ach, jak to dobrze, e pani spotkalimy, fuj! co to za okropna dziura! Chcielimy kupi sukienk dla
Basiuni za te pi dolarw od kapitana. Ale czy w tym miecie jest choby jeden szykowny sklep?
Na ustach wacicielki sadu spod Kodzka ukaza si pogardliwy umiech:
- Przecie ja bym czego takiego, co tutaj pokazywali, nigdy Basiuni nie naoya...
Weszli na taras, poprzycigali sobie krzesa od pozostaych dwch stolikw.
- Dobrze, emy pani spotkali, bo tak nam si chce cholernie pi, a grosza przy duszy nikt ju z nas
nie ma. Dwa tygodnie siedzielimy w Santosie, dzieciom owocw odmwi nie byo mona, no i m
potrzebowa papierosw. Ech, ta caa Polska Ludowa, ebrakw w wiat wysya. Ale pani i kawusi,
i jak lemoniad pia, to i rodakw poratuje...

Zapaciam za cztery kawy i dwie szklanki coca-coli dla Basiuni i Krysi.

Czwartego dnia pod wieczr, z wygitym dziobem, ale zreperowanym dnem, popynlimy dalej.
Na pokadzie nie sposb byo znale spokojnego miejsca, ukochane nasze milusiskie przewracay
stoliki, fotele, a gone ich krzyki, pacze i miechy poszyy nawet rekiny. Przed wieczorem na
pokadzie patrzyam na zachodzce soce. Niestety i tam dochodzi gos piewajcego kapitana.
Po wypiciu pierwszych trzech szklaneczek whisky, rozpoczyna repertuar Erik.
- Erika, Erika - pomaga mu inynier.
Nikt obecnie nie pozdrawia popiow obkanego kanclerza Trzeciej Rzeszy. Tylko mnie, wycznie
mnie, musiaa si wydarzy ta koszmarna przygoda.
- Erika, Erika...
Rozkoszny, rzewy wiatr muska skronie, nareszcie zrobio si chodniej - powiew cign od czarnych
topieli...
- Zapomnienie to przywilej modoci. Czowiek chyba tylko dlatego si starzeje, e pamita.
Powiedziaam to do obrzydliwej gby morskiego potwora, ktry nie dalej jak trzy metry ode mnie
wychyn z morza.
- Nie wiem jak ty, ale ja nieznonie uporczywie, nieznonie jasno, nieznonie wyranie - pamitam.
- Erika, Erika...
- Niestety utraciam ten przywilej modoci: zbyt dobrze pamitam wszystko, niczego nie
zapomniaam. Niczego do mierci nie zapomn...
Znowu wychyli si eb, lecz o dziesi metrw dalej. Fantastycznie pikna jest ta purpurowa smuga
zachodu. Dobry Boe! Pozwalasz moim oczom patrze na tyle pikna. Dobry Boe! Tyle radoci dajesz
mojemu sercu...
- E-ri-ka! Eri-ka!

Szstego stycznia zarzucilimy kotwic w Porto Alegre. Dzie by bardzo gorcy, opanowao mnie
jakie specyficzne lenistwo. Leaam na ku w czterech pomalowanych olejno na biay kolor
cianach szpitalika, przy zamknitych, jak zawsze, od wewntrz drzwiach. Czuam si jak mucha
w sieci pajka. Bezradno, bezradno, niemoc - obrzydliwa historia, beznadziejna sytuacja.
Rudzielec w szarym garniturze od rana pobieg do Urzdu Morskiego. W Rio Grande nie udao mu si
zaatwi tych spraw, zwizanych z ubezpieczeniem. Moi polscy rodacy, odwitnie ubrani,
w kapeluszach na gowach - zeszli na ld. Widz to wszystko przez bulaj naprzeciw mego ka. Biae
ciany olepiaj oczy. Ciki oskot od strony kei: to polskie szyny dzwoni w Porto Alegre. Drugi
dwig wyadowuje z lukw jakie beczki... Jak dugo bdziemy tu sta?
Zasypiam w tej wrzawie. ni mi si, e id drog z Glinianek do Dobrzyca. Danusia niesie w pachcie
zielsko dla krowy. Rowo-seledynowo zachodzi soce, a ka sodko pachnie bia koniczyn...
- Pierogi z serem i mietan - mwi Danusia. - Ja wydoj krowy, a ty rozpalisz pod blach...

Ale co to? Na rowerach, na motorach, autami szarymi, czogami, wielkimi czogami, bombowcami,
myliwcami - nadjedaj, nadcigaj ze wszystkich stron. Swastyka wszdzie!
Vernichtungskommando...
- Nie damy rady, Danusiu! Nie damy rady!
Skacz przez zarola, krzaki, jaowce. Lasek olchowy daleko, a oni mnie goni. Sysz ich tupot. Sysz
warkot motorw. Sysz wybuchy bomb. Wreszcie wycie syren. Czogi, czogi. Rakiety, bomby...
- Ostrona bd jak czajka, czajki to najostroniejsze ptaki... - woa za mn Danusia.
Budz si.
Porto Alegre! - tamto mino dawno...
Bd ostrona jak czajka.
Id pod prysznic. Czesz si, ubieram. Po trapie schodz z Alki na ld.
Wmieszana w tum przechodniw, spaceruj po najgwniejszej ulicy, ktra od placu z fontann pnie
si ku kocioowi.
Stoj na progu wiktoriaskiego kocioa, wdycham biay zapach lilii i kadzide. wiece pal si rwno.
Wyglda, jakby pomie sta na wieki w srebrnych lichtarzach. Patrz na aksamitem wysan cian,
na ktrej zoc si wota, zawieszone rkoma wiernych.
I nagle pgosem powtarzam sowa zapomnianej od dawna modlitwy:
wita wizjo udrczonych serc, tsknicych do pokoju.
wita wizjo tsknicych do mioci...
Jezu Chryste, bd yw w sercu moim.
Tak przecie w dniach grozy modliam si dugie godziny, bo nic mi innego nie pozostao. Boe!
Gdyby przedtem nie istnia, to na pewno musiano by ci w tych czasach potwornej klski stworzy.
Szam dalej t ulic, ktra w pocztkach swoich bya tak toczna i gwarna, a teraz przypominaa drog
poln. Miasto zostao poza mn. Usiadam w nieduym gaiku. Co to za szare drzewa? Aha! oliwki.
Wic w cieniu oliwek, pod jaskrawym bkitem obcego nieba, przypomniaam sobie sowa modlitwy z
1943 roku.
Ciebie wzywam, o Boe (w ktrego nie wierz)
Przeklty strach mnie dusi...
Czogi, bombowce, gestapo. A ja? - pacierze.
W zagubionym wiecie moe Bg przetrwa jedynie?
Do niego woam: Po-mo-cy!
Jeli ja zgin - niechaj On nie ginie.
Pod Twoj obron - dziej si wola nieba.
Szalestwo guchej nocy,
Nikogo nie ma! Kto by przecie musi!
- Boe, ktrego nie ma:
Pomocy! Po-mo-cy!

Nastpnego dnia wybraam si do kina. Spotkaa mnie mia niespodzianka - sala bya klimatyzowana.
Poczuam wymarzony chd.
Film by amerykaski - dubbing portugalski. Niestety, mimo zainteresowania i czujnej uwagi, nie
mogam zrozumie, dlaczego gwna bohaterka, bardzo pikna, ciemnowosa pannica, bia po twarzy
jasnowose chore dziewcz, lece z kompresem na gowie. Wysoki barczysty mczyzna caowa
obie, przynosi tak jednej, jak i drugiej bransoletki, piercionki, futra, lecz ktrego wieczora obla
benzyn dom i podpali. Jedna spaa wwczas na pierwszym pitrze, druga na parterze. Pomienie
z miejsca ogarny ca rezydencj. Mczyzna chwil par przyglda si z zachwytem poarowi,
pniej wsiad do swojej wspaniaej limuzyny i szerok szos pojecha w wiat.
Ten kocowy obraz by pikny i budujcy. Na pierwszym planie z trzaskiem i hukiem walia si willa
objta morzem pomieni, a w oddali, wrd zakrtw biaego gocica, pdzio auto.
Wrciam na statek syta wrae. Porto Alegre pozostanie w mojej pamici - nie poznane i nie
zrozumiane, tak samo jak ogldany tam film.
Po trzech dniach zawrcilimy do... Rio Grande. Kapitan nadal zaatwia sprawy ubezpieczeniowe.
Zrezygnowana leaam w kabinie. Przez bulaj patrzaam na grzdy nabrzenych patykw. Od czasu
do czasu dochodzi mych uszu krzyk:
- Erika!
Niech diabli porw Rio Grande, niech diabli wezm Porto Alegre! Mam dosy! Mam dosy tej gupiej
zatoki z uschnitymi patykami. Dosy obrzydliwych mord rekinw! Dosy Eriki i rudego kapitana
Alki. O, Boe! - dopyn wreszcie do Montevideo, wej do domu, patrze na Fredka i Ew. Znale
si daleko od Horst-Wessel Lied i od Heil Hitler!!
Niestety jestem znw w Rio Grande. Po obiedzie znajomym tramwajem jad do miasta. Jak starych,
dobrych przyjaci witam malutkie domki w opotkach, umiecham si do krzeww misistego
jaminu i wysiadam niedaleko poczty. Nie mam ochoty na okazy zoologiczne, nie chc oglda
cembrowanej sadzawki z figur chopca i dziewczynki pod parasolem. Siadam przed jedyn kawiarni,
ktra ma stoliki na wieym powietrzu. Pij kaw, popijam aqua tonica i pal mocne papierosy negro.
I znowu jest wieczr. Tym razem nie sysz ani rytmu maszyn, ani skrzypu kranw, ani omotu
wyrzucanych towarw. Zrezygnowana siedz na grnym pokadzie.
Kapitan z inynierem pojechali do miasta, wartownicy przy trapie drzemi.
Czyje ostrone kroki, kto podaje mi dugi karton.
- Przyniosem pani chesterfieldy, po cenie bezcowej.
- Bardzo dzikuj!
Wyjmuj z torebki dolara i czterdzieci pi centymw. Karton mieci dziesi paczek. Polskiego
marynarza ju nie ma - boi si, e kto moe podpatrzy jego kontakty z komunistk.
Jednak porzdny chop - myl - dobry kumpel... Nie liczyam wcale na niego, a tymczasem patrzcie... patrzcie...
Niektre gwiazdy odrywaj si i lec przez p nieba.

Spadajce gwiazdy - myl - tak jak u nas w sierpniu. Ciekawam, czy i tu wypowiedziane w czasie ich
lotu yczenie spenia si tak jak u nas w Polsce? O, o! Leci! Leci!... ebym jak najprdzej bya u Ewy i
Fredka! Czy zdyam cae zdanie wypowiedzie i czy one rozumiej po polsku?
Nastpnego dnia przed wieczorem podnielimy kotwic.
- Erika! Eri-ka!
Maszyny szy ca par - nareszcie nie wida patykw. Wypynlimy na ocean.
Po niadaniu (sodkawo-kwane ledzie smakoway mi nadzwyczajnie - zjadam pierwszy raz od
pocztku rejsu na Alce dwa kawaki chleba) usiadam przy burcie. Niebo byo jasnoniebieskie,
dziwnie przejrzyste - takie jakie mode niebo.
Ju niedaleko. Teraz ju na pewno nie wrcimy do Porto Alegre ani do Rio Grande, teraz... teraz...
Montevideo. A potem na horyzoncie zobaczyam dalekie, dalekie wzgrze, ktre wyaniao si prosto
z morza. Serce zaczo mi wali na alarm.
Dawno temu eglarze ujrzawszy na horyzoncie t sam gr wykrzyknli:
- Monte video! Monte video! - Widz gr!
Tak. To moe by tylko Montevideo. Spakowaam sukienki, jasiek zdjam z ka. W azience
pozbieraam: szczotk do zbw, mydo, grzebienie. Rce mi dray, a serce walio jak oszalae
i troch popakiwaam, i troch si miaam. Do worka wrzucaam ksiki, a arkusze ksiki o Francu
Fiszerze - do brzowej teczki.
Wykonawszy te wszystkie czynnoci, na nowo wypakowaam szczotk i grzebie, jeszcze raz
uczesaam wosy, upudrowaam brzowy jak pieczone jabko nos i wyszam na grny pokad.
Och, widz ju cementowe nabrzee, a teraz nawet ulice w porcie. Wiem! Tam na wprost, na placu
stoi pomnik generaa Artigasa, a tam daleko na wybrzeu... tam... tam na lewo jest bulwar Espana,
gdzie dwa lata temu mieszkaam u Ewy i Fredka.
O Boe! Boe, zarzucamy kotwic! Nie dopyniemy do kei, znowu stajemy na redzie. Znowu nie ma
miejsca w porcie. Czuj, e za chwil rozpacz si w gos.
Ty gupi, stary babsztylu! Tyle czasu umiaa czeka, a teraz z powodu paru godzin - zy? Prcz
wstrtu, obrzydzenia i pogardy - niczego wicej do ciebie nie czuj! Stara, paksiwa kretynko!!
Wymylam sobie i psiocz, ale oczy nadal si poc.
Widz cae wybrzee jak na doni. Widz kolorowe suknie kobiet na kei. Wytam wzrok, chc
zobaczy Ew, ale na prno.
- Ewa! Ewa! Ewuniu...! - woam w mylach. - Prdko, prdko przyjd do mnie! Zabierz mnie do
domu... pacz, bo... Ach! powiem ci teraz to najwaniejsze z mojego ycia. Ty tego nie wiesz. Ty tego
nie moesz wiedzie. To dobrze, e tego nie wiesz... Kiedy okruciestwo przestaje dziaa, kiedy
brutalno, chamstwo staje si bezsilne - wtedy dobro, czuo boli. Och, Ewuniu! Gdyby ty miaa
wyobrani! Gdyby ty wiedziaa...

Jaka motorwka odbia od kei i pynie w nasz stron.

- Prosz pani! - trca mnie panna z Zielonej Gry. - Prosz pani! Tam w motorwce pani
w bladoniebieskiej sukni woa: - Czajka.
Przechylam si przez burt, wytrzeszczam oczy. Tak jest! Spostrzegam pani w bladoniebieskiej sukni,
obok pan w biaym ubraniu i panamie - ale to nie Ewa...
Ogarnia mnie drtwe przeraenie:
- Ewy nie ma! Boe! Boe! A moe ona umara? A moe Fredek umar? Tak dawno nie miaam od nich
listu...
Na dole, na samym dole, przy prawie prostopadle rzuconym trapie, widz Stell i Zdzicha
Dromlewicza. Trzymajc si liny, z trudem gramol si w gr.
- Stella! Zdzich! - rycz na cay gos. - Powiedzcie, natychmiast powiedzcie, czy Ewa yje? Czy Fredek
yje?
Po ich wystraszonych minach wyranie widz, e...
S! s ju na grze. Stella obejmuje mnie. Zdzich ciska... a ja zrozpaczona, blada, zapakana, szarpi
Stell za rkaw, cign za marynark Zdzicha.
- Bagam! Powiedzcie, powiedzcie natychmiast, kiedy umarli?
- Co ty wyprawiasz?
- Czy oszalaa?
- Nikt nie umar! Wszyscy yj!
- Ty jeste chora? Na gow jej si rzucio!
- Ewa? Gdzie Ewa? Dlaczego jej nie ma? Oszukujecie mnie! Chcecie tumani! Ja dam prawdy!!
Stella zaamuje rce. Zdzisaw wzrusza ramionami:
- Wariatka! Ewa stoi na kei, przecie nie sposb, eby wazia po prostopadle stojcej drabinie!
- Gdzie? Pokacie mi Ew!
- Std trudno j zobaczy, jest w czarnym wenianym kostiumie i w biaej bluzce. Patrz! Patrz tam...
Oo, rozmawia z kim z policji...
Wytam wzrok, wytrzeszczam oczy - ale nie widz.
- Chodcie do mnie do kabiny. Stella, przysignij, e Ewa i Fredek yj!
Stella si egna i drcym gosem przysiga.
Rzucam si na fotel i zapalam papierosa.
Zdzich popyn motorwk po Ew.
Nareszcie! O Boe! Nareszcie Ewa! Ewa, Ewunia, jak wspaniale, jak dzielnie, jak po marynarsku
wdrapuje si na Alk. Trzymam jej rce, gaszcz po wosach, obejmuj ramionami jej wt, kruch
figurk. Cauj te najpikniejsze, sarnie oczy.
- Tak si baam, e ju umara! O Boe! Jak szalenie si ciesz, e yjesz! I Fredek yje? Powiedz, yje?

- Bellusiu, co ty znowu wyprawiasz? Dlaczego miaam umrze? Bardzo dobrze si czuj i Fredek
wietnie si czuje - zarczy si i... i w niedugim czasie bdzie lub.
Nie posiadam si z radoci i z tej wanie radoci wszystko, co miaam w gowie, wywiao mi jak pierze
- zupenie jak pierze... Nie potrafi sklei ani jednego zdania. Nie potrafi absolutnie niczego
powiedzie. W kko powtarzam bez sensu:
- Jak to dobrze, e nie umara! Jak to dobrze, e yjesz... Jak to dobrze, e Fredek yje!
Zaczynam w kocu irytowa Ew i Stell. Zdzisaw dawno ju wyszed na pokad. Wreszcie Ewa bierze
sprawy w swoje rce (ubstwiam, jak ona bierze sprawy w swoje rce) i powiada:
- Dosy! Idziemy do domu.
- Tak! - zgadzam si natychmiast - ju idziemy do domu!
- Gdzie jest pan Zdzisaw? - pyta Ewa. - On chyba ju co wymyli, ebymy mogy wyj razem z tymi
walizkami?
Zjawia si Zdzisaw. Owiadcza, e pki statek nie przybije do kei, nie mona zabra walizek:
- Ale Bella moe std odej. Musi wzi paszport od kapitana. Wszystkie rzeczy zamknie tu,
w kabinie, klucz zabierze ze sob, a jutro, kiedy statek bdzie przy kei, wrcimy po rzeczy...
- A wic idziemy! - powiada Ewa. - Ju.... Trzeba pj po paszport do kapitana.
Obmierzy rudzielec bez sowa podaje mi paszport. Ogldam si, czy aby Ewa nie syszy.
- Auf Wiedersehen, ich mchte mich zum Abschied vorstellen. Ich bin eine Jdin und Kommunistin! Eri-ka!
Bior paszport, odwracam si i odchodz, a przy drzwiach jeszcze raz przystaj:
- Heil Hitler. Uns kann man nicht vernichten, wir sind sehr, sehr stark.
Schodzimy po trapie do motorwki mocno trzymajc si liny.
W motorwce, siedzc pomidzy Ew i Stell, z radoci cakiem straciam mow - nie odpowiadam na
pytania. Umiecham si gupkowato i cauj rce Ewy. Jedziemy do domu. Przejedamy ulic, przy
ktrej stoi pomnik generaa Artigasa. Powoli odzyskuj gos i nagle szeptem owiadczam:
- Kocham generaa Artigasa...
Ewa bacznie mi si przyglda, marszczy czoo i cicho mwi:
- Musisz, kochanie, od razu pooy si, ja ci zrobi chodny kompres na gow... W twoim wieku
niedobrze jest wczy si wci po wiecie... i po co... masz dom, ma...
Minlimy pomnik generaa Artigasa.
- Ewa! To nie moja wina. Ja... ja to mam po naszym dziadku. Czy go pamitasz? Ja si wrodziam w
Szymona Bocka.

ISKRY WARSZAWA 1972


PRINTED IN POLAND
Pastwowe Wydawnictwo Iskry - Warszawa 1972 r. Wydanie III. Nakad 10 000+260 egz. Ark. wyd. 12,5 Ark. druk. 13,75. Papier druk.
mat. kl. V, 70 g, 82X104. Druk ukoczono w marcu 1972 r. Szczeciskie Zakady Graficzne w Szczecinie. Zam. nr 3078. A-84-52 Cena z 24,Obwolut projektowa TADEUSZ MICHALUK
Redaktor BLANKA KOCIUK
Redaktor techniczny JANUSZ KULIGOWSKI
Korektor JZEFA MICHAOWSKA