Vous êtes sur la page 1sur 115

GORZKI SMAK WŁADZY

Wspomnienia
FRANCISZEK SZLACHCIC

Od autora
Jako partyzant Armii Ludowej walczyłem z okupantem. Pod koniec wojny zostałem skierowany do służby
w organach bezpieczeostwa. Poznałem wszystkie szczeble kariery zawodowej: od referenta w
powiatowym urzędzie do stanowiska ministra spraw wewnętrznych. W latach 1962-70 byłem
wiceministrem, a w 1971 roku - szefem tego resortu. Bez wątpienia okres ten muszę uznad za
najciekawszy w przebiegu całej mojej służby. Uczestniczyłem w ważnych wydarzeniach politycznych,
byłem świadkiem wstrząsów i konfliktów społecznych. Miałem okazję poznad wielu polityków, polskich i
zagranicznych. Z resortem spraw wewnętrznych pożegnałem się w 1972 roku.
Od 1958 roku zacząłem spisywad swoje uwagi, spostrzeżenia i refleksje. Teraz - korzystając z dystansu
wobec dawnych lat i zdarzeo - uporządkowałem i rozszerzyłem swoje zapiski. Niektóre fragmenty były już
publikowane; stały się przyczyną sporów, dyskusji, a nawet protestów.
Pisałem te wspomnienia w czasie, gdy dokonywały się zasadnicze przemiany w Polsce oraz innych krajach
Europy Środkowej i Wschodniej. Lata Polski Ludowej poddane zostały surowej krytyce. Szczególnie ostro
potraktowano organy spraw wewnętrznych. Zadawałem sobie pytanie, czy nie powinienem odłożyd
publikacji moich wspomnieo do czasu, gdy na wiele spraw będzie można spojrzed z pewnego oddalenia
historycznego. Doszedłem jednak do wniosku, że właśnie teraz - w tym wielkim procesie osądzania -
obwinieni powinni byd także wysłuchani.

Stalinogród
20 kwietnia 1955 roku zostałem wezwany do Warszawy. Zameldowałem się w gabinecie Antoniego
Alstera - pierwszego zastępcy przewodniczącego Komitetu Bezpieczeostwa Publicznego1. Nie pytając o
moją zgodę oświadczył, że jestem powołany na stanowisko kierownika Wojewódzkiego Urzędu
Bezpieczeostwa w Stalinogrodzie2. Wiedziałem, że skierowanie mnie do Katowic było wyróżnieniem,
więc zapytałem, czemu zawdzięczam taki awans. „Pochodzicie z tego terenu - odpowiedział - tam
walczyliście, znają was. Katowickie władze chcą mied kogoś ze swoich na tym stanowisku. Poza tym
zmienia się stosunek władz partii do byłych żołnierzy i oficerów Armii Ludowej”. Na tym rozmowa się
skooczyła.
Po pewnym czasie miałem okazję zapoznania się z wnioskiem o powołanie mnie na to stanowisko.
Dyrektor Departamentu Kadr tak uzasadniał: Ppłk Szlachcic w organach BP pracuje od 1945 roku, cały
czas na poważnych stanowiskach kierowniczych po linii operacyjnej - ostatnie lata jako szef WUBP w
Olsztynie, a następnie w Rzeszowie. W pracy na tych stanowiskach wykazał się energicznym kierownikiem
1
1954 r. zniesiono Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i na jego miejsce powołano, podobnie jak w ZSRR, Komitet
Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
2
Od 1953 do 1956 roku Katowice nosiły nazwę Stalinogród.
i dobrym wychowawcą kadr. Był jednym z lepszych szefów WUBP. Ukooczył wyższy kurs starszych
oficerów w Moskwie jako wyróżniający się. Komitet wnosi o mianowanie ppłk. Szlachcica na stanowisko
kierownika Urzędu w Stalinogrodzie.
Urząd Bezpieczeostwa w Stalinogrodzie przejąłem 18 maja 1955 roku od płk. Józefa Jurkowskiego, który
awansował na stanowisko dyrektora w Komitecie Bezpieczeostwa. Pierwsza rozmowa była raczej drętwa.
Z pewnością przypomnieliśmy sobie obaj, że zaraz po wyzwoleniu Katowic w 1945 roku na jego polecenie
bezpodstawnie wtrącono do więzienia partyzantów Armii Ludowej i Armii Krajowej - moich kolegów. Po
chwili zwołał zastępców, naczelników wydziałów i równorzędnych funkcjonariuszy. Zawiadomił o objęciu
przeze mnie stanowiska i podziękował im za współpracę. Nikt z obecnych nie zabrał głosu.
Następnego dnia zgłosiłem się do I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR - Józefa Olszewskiego.
Nigdy go przedtem nie widziałem. Słyszałem tylko, że był działaczem partyjnym i paostwowym dużego
formatu, z jego głosem liczono się w Warszawie. Zdawałem sobie jednocześnie sprawę, że klimat nam nie
sprzyja. Był to - przypominam - okres ostrej krytyki organów bezpieczeostwa. Oskarżano je o łamanie
praworządności, zarzucano wynoszenie się ponad partię i przekształcanie w „paostwo w paostwie”.
Pierwsze nasze spotkanie usposobiło mnie przyjaźnie. Ustaliliśmy zasady współpracy. Podczas drugiej
rozmowy przeszliśmy na „ty”. Wiedziałem, że z większością aktywistów był po imieniu. W czasie
najbliższego posiedzenia Komitetu Wojewódzkiego Józef Olszewski zaproponował dokooptowanie mnie
do składu wojewódzkich władz partyjnych. Argumentował, że już w czasie okupacji byłem członkiem
konspiracyjnych władz partyjnych i walczyłem na tym terenie, Olszewski imponował inteligencją,
charakterem, odwagą i nie był małostkowy. Przedstawiałem mu pewnego razu sprawy kadrowe.
Scharakteryzowałem kandydata na stanowisko naczelnika wydziału. Mówiłem o nim w samych
superlatywach. „Jest uczciwy, nie pije i za granicą nie ma krewnych”. Zauważył z przekąsem: „Taki to
powinien pracowad w banku, a nie zajmowad się polityką”.
Jako nowy szef bezpieczeostwa składałem wizyty przewodniczącemu Wojewódzkiej Rady Narodowej i
jego zastępcom, wiceministrom górnictwa i innym gospodarzom Województwa. Przewodniczącemu
WRN, Ryszardowi Nieszporkowi, przypomniałem, że w czasie okupacji byłem członkiem konspiracyjnej
WRN w Katowicach. Powiedział, że w następnych wyborach do WRN zaproponuje umieszczenie mnie na
liście kandydatów.
Powrót do Katowic dał mi wielką satysfakcję. Przed 1939 rokiem byłem bezrobotny i największym moim
marzeniem była praca w kopalni węgla. W czasie okupacji kilkakrotnie przyjeżdżałem do Katowic,
widziałem pychę i brutalnośd hitlerowców. Czekałem niecierpliwie na taką chwilę, gdy w wolnej Polsce
będę mógł przyjśd tu znowu i zamiast flag hitlerowskich zobaczyd nasze. Teraz stało się coś, o czym nigdy
nie myślałem. Zostałem jednym z kilku ludzi rządzących najważniejszym województwem.
Pierwsze kroki nowego szefa, nawet ciche, są najgłośniejsze. Okazało się wkrótce, że znam dobrze
problemy i tajniki pracy operacyjnej i że jestem także wymagający.
W tych latach „Polska węglem stała”. Panowało przekonanie, że jego zasoby są niewyczerpalne, a im
więcej go wydobędziemy, tym lepiej. Dla władz wojewódzkich najważniejsze było zapewnienie wzrostu
wydobycia. Rozwijano współzawodnictwo, dawano nagrody i odznaczenia. Fedrowano we wszystkie dni i
noce tygodnia. Pracowali żołnierze. Utworzono specjalny Korpus Górniczy, Coraz więcej więźniów
pracowało na dole. Przebąkiwano o zamiarze zatrudnienia Chioczyków. Zrodziła się nawet anegdota, że
Komisją Planowania kieruje Chioczyk - „Min-Szyr-Wang” (od nazwiska przewodniczącego komisji, Minca i
jego zastępców, Szyra i Wanga). W tym czasie pojawiło się manipulowanie ilością i jakością węgla. Stan
ten trafnie oddawała krążąca anegdota. Ze stacji kolejowej do Ministerstwa Górnictwa przysłano
telegram takiej treści: „Mieliśmy pożar, spłonął wagon. Powiedzcie, co zrobid z węglem?”.
Zmęczenie górników, zanikanie tradycji zawodowej, nadmierna eksploatacja maszyn i urządzeo
powodowały wzrost liczby wypadków, głównie zawałów i pożarów. Warszawa domagała się nadal, aby
traktowad je jako sabotaż. Żądano poszukiwania sprawców. Takim poglądom sprzyjała postawa
niektórych dyrektorów kopalni, zwalniało to ich bowiem od odpowiedzialności za prawidłowe
prowadzenie robót.
W katowickim WUBP najliczniejszy był zatem wydział węglowy. Kierowali nim inteligentni oficerowie.
Dzięki nim - między innymi - nie wyrządzono ludziom większych krzywd. Podejrzenia o celową działalnośd
sabotażową wzmacniały rzeczywiste akty dywersji. W latach 1951-53 nieznani sprawcy dokonali
kilkunastu bombowych zamachów na elektrownie i kopalnie (i dopiero w 1961 roku zostali wykryci).
Istotna zmiana w poglądach na sprawę sabotażu dokonała się dzięki pułkownikowi Janowi Ptasioskiemu,
zastępcy przewodniczącego Komitetu Bezpieczeostwa Publicznego. Po zapoznaniu się z przebiegiem
wypadków w kopalniach i po rozmowach z ekspertami przedstawił kierownictwu partii prawdziwy stan
rzeczy. Odtąd mniej mówiono o sabotażu, a więcej o organizacji, o zaopatrzeniu, o polepszeniu
warunków pracy. Znacznie pomogła w tym obszerna ekspertyza opracowana przez inżyniera Karola
Fabrysa. Szczególną uwagę zwracano w naszym województwie na penetrację obcych wywiadów, na
walkę ze szpiegostwem. Wykryliśmy kilku szpiegów, a nawet całą siatkę wywiadowczą. Któregoś dnia
kierownik Miejskiego Urzędu Bezpieczeostwa w Rybniku zameldował o ujęciu szpiega. Powiedział, że
podejrzany przyznaje się do winy i ujawnia kanały łączności. Ponieważ osobowośd tego człowieka nie
pasowała do sprawy, poleciłem, aby przyprowadzono go do mnie. Odpowiadał dośd mętnie, a kanał -
według niego - miał przebiegad głęboko pod Odrą. Patrzę na niego i myślę - samooskarża się i fantazjuje,
ale dlaczego? Wyjaśnił, iż ukrywał się za drobne kradzieże. Nie chcąc przynosid wstydu swemu osiedlu,
przyznał się do czegoś poważniejszego.
Miałem też osobiste porachunki ze szpiegami. Z braku przezorności wróg wprowadził na stanowisko
dowódcy Armii Ludowej w V Obwodzie swego agenta. Był dowódcą parę tygodni. Spowodował ogromne
szkody. Rychło zorientowaliśmy się, że jest zdrajcą. Chcieliśmy go unieszkodliwid, lecz zniknął z pola
widzenia. Wszelki ślad po nim zaginął. Po wojnie zwracaliśmy się kilkakrotnie do MBP z prośbą o
wszczęcie poszukiwao, niestety, bez skutku.
Chciałem ująd i postawid go przed polskim trybunałem. Jeden z rozmówców twierdził, że „Ofik”3 wraz z
innymi agentami znalazł się w 1945 roku w okrążonym Wrocławiu i został ujęty przez radziecki
kontrwywiad.
Z materiałów radzieckiego kontrwywiadu, głównie protokołów przesłuchao szpiegów, wynikało, że „Ofik”
był już przed wojną agentem wywiadu hitlerowskiego. Rozpracowywał polskie jednostki wojskowe. Gdy
Wrocław został okrążony, przerzucono do niego grupę „Smiersz”, której celem było opanowanie ośrodka,
aresztowanie niemieckich agentów i zdobycie wszystkich materiałów. Akcja powiodła się, jednak
„Ofikowi” i kilku innym agentom udało się umknąd. Zainteresowałem się tymi, którzy pochodzili z
województwa katowickiego. Ustalono, że dwóch z nich mieszka na terenie Katowic. Poleciłem ściągnąd
ich na rozmowę. Byli bardzo zdziwieni, że ich odnaleziono. Gdy zorientowali się, że dużo wiem, zaczęli
mówid. Opowiadali o swej zbrodniczej działalności. Przypomnieliśmy sobie spotkanie w 1944 roku w lesie
koło Mysłowic. Wyjaśnili, że mieli polecenie wejśd do naszego partyzanckiego oddziału, rozpoznad
sytuację i przygotowad likwidację. Już wtedy podejrzewaliśmy dowództwo o zdradę i odmówiliśmy
przyjęcia. Powiedzieli, że „Ofik” wydostał się z okrążonego w 1945 roku Wrocławia i więcej go nie
widzieli. Oni zaś zostali aresztowani, wywieziono ich do ZSRR Wskazano na 20 i 25 lat więzienia. Po
wizycie kanclerza Adenauera w Moskwie zostali odesłani do RFN. Podczas przejazdu przez tereny polskie
zbiegli z transportu, powrócili do domu i mieli dotąd spokój, bo nikt nie znał ich prawdziwej przeszłości.
Wyznali też, że w 1952 roku, na ich domowe adresy, gdy jeszcze byli w ZSRR, z RFN przyszła pocztówka. Z
charakteru pisma wynikało, że pisał ją „Ofik”.
Radziłem się prokuratora, co z nimi zrobid. Oświadczył, że karę odbyli, nie ma więc podstaw do
ponownego procesu. Obaj obiecali pomoc w ujęciu „Ofika”. Zwróciłem się do szefa wywiadu MSW z
prośbą o ustalenie „Ofika” w RFN i ewentualne ujęcie zdrajcy. Natrafiono nawet na jego ślad, podjęto
pewne działania, później trop się urwał.

3
Taki u nas miał pseudonim.
Jako wiceminister spraw wewnętrznych wróciłem ponownie do tej sprawy. Zleciłem naszemu wywiadowi
wszczęcie poszukiwao. W 1965 roku znowu znaleziono ślad. Wysłano doświadczonego „łowcę
zbrodniarzy”. Opłacono zagranicznych specjalistów od tych spraw. Ujęto zdrajcę i przywieziono do
Warszawy. Okazało się, że zaistniała pomyłka. Trzeba było go z powrotem odwieźd. Tajemnicze porwanie
i przeżycia opisał w jednym z zachodnich tygodników. Wyolbrzymił swoją rolę i przecenił
wszechstronnośd socjalistycznych wywiadów.
Andrzej Wydrzyoski napisał interesującą powieśd Umarli rzucają cieo, osnutą na zdradzie „Ofika” i
próbach ujęcia go. Później zrobiono film, też niezły, może tylko za dużo w nim dowolności. Odtwarzający
moją rolę aktor też mógł byd lepszy.
W okresach wyczulenia na szpiegostwo zdarzały się wypadki świadczące o naiwności. W 1955 roku
pojawił się w województwie niejaki Ładkin. Posługując się prymitywnie podrobioną legitymacją
wysokiego oficera wojsk radzieckich, wizytował zakłady specjalne, dokonał też przeglądu jednostki
wojskowej. Wydawano dla niego obiady i kolacje. Bezczelnośd nie miała granic. Zgłosił się do urzędu i
oświadczył, że chce rozmawiad ze mną o ważnych sprawach uzbrojenia. Byłem zajęty, z zasady zresztą
stosowałem taką taktykę, że gdy ktoś na gwałt dobijał się do mnie, musiał w sekretariacie trochę
poczekad. Poczekał więc i on. W sekretariacie znajdował się także mój kierowca, wiarus frontowy, Michał
Wajdycz. Zaczęli rozmawiad. Ładkin fantazjował. Po chwili Wajdycz wszedł i mówi: „Szefie, ta to żulik”. Po
nim wszedł Ładkin, udawał obrażonego, że musiał czekad. Ponieważ zorientował się, że nie robi wrażenia,
zrobił „sieroce oczy” i podał się za syna generała radzieckiego, który zginął w czasie wojny na terenie
województwa. Przyszedł do mnie, aby prosid o samochód milicyjny, chce bowiem odnaleźd grób ojca.
Powiedziałem, że walczyłem na tym terenie, lecz nigdy nie słyszałem, aby zginął tu radziecki generał.
Dodałem, że skontaktuję go z doradcą radzieckim. Tego najbardziej się wystraszył i chciał jak najszybciej
opuścid urząd. Nie pozwoliłem mu na to.
Mniej więcej w tym czasie pojawiła się również rzekoma córka I sekretarza KC. Wizytowała zakłady,
instytucje, zbierała podarki i wydawała polecenia. Najczęściej wchodziła do gabinetu, np.
wiceprzewodniczącego WRN, mówiła, kim jest, i prosiła o połączenie z gabinetem ojca. Wystraszony
urzędnik proponował: „To może pani zadzwoni sama”. Dzwoniła do kogoś w Warszawie, sprawiając
wrażenie, że rozmawia z ojcem. Pytała, czy Wojewódzka Rada Narodowa ma jej załatwid hotel na koszt
paostwa i dad samochód do dyspozycji? Wychodziło na to, że ojciec zgadza się i żywo interesuje tym, jak
jest przyjmowana. Oszukała kilka poważnych osób, nie tylko w Katowicach - i zniknęła. Ujęto ją gdzieś na
Pomorzu.
Kierownikiem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeostwa w Katowicach (jeszcze Stalinogrodzie) byłem w
czasach, gdy rozpoczynała się destalinizacja. Coraz częściej, powracano do nazwy Katowice. Ludzie
wyzbywali się lęku. Dla organów bezpieczeostwa powstawała nowa sytuacja. Rozpoczynał się okres
pytao, wątpliwości i dezorientacji. Z góry wysyłano mylne i nierzadko sprzeczne sygnały. Nie
obowiązywała już teza o zaostrzającej się walce klas i o potencjalnych wrogach. Nie wszczynano
dochodzeo o szeptaną propagandę. Zbliżało się „trzęsienie ziemi”.

Pamiętny rok 1956


XX Zjazd KPZR - pierwszy bez Stalina - rozpoczął się 14 lutego i trwał 11 dni. Nie eksponowano już roli i
zasług Stalina, poddano krytyce kult jednostki i łamanie praworządności. Stwierdzono, że trzecia wojna
światowa nie jest nieuchronna. Dzisiaj jest to oczywiste stanowisko, wówczas tak nie było. Jeszcze przez
wiele lat kierownictwo Chioskiej Republiki Ludowej utrzymywało, iż wojna światowa jest obiektywną
koniecznością i nie trzeba się jej bad, lecz dobrze się do niej przygotowad. Mao Tse-tung miał powiedzied:
„Zginie 300-500 milionów ludzi, ale później socjalizm zwycięży na całym świecie”.
Drugą ważną konstatacją było uznanie różnorodności sposobów budowania socjalizmu w poszczególnych
krajach. Oznaczało to uznanie własnych dróg rozwoju, a więc tez, które głosiła PPR. Zniesiono zarazem
obowiązujące dotąd hasło „na czele ze Związkiem Radzieckim”. Postulowano demokratyzację partii,
władzy i stosunków społecznych.
W XX Zjeździe KPZR uczestniczyła delegacja PZPR w składzie: Bolesław Bierut, Jakub Berman, Józef
Cyrankiewicz, Aleksander Zawadzki i Jerzy Morawski.
Bierut zachorował i pozostał w Moskwie, pozostali członkowie delegacji wrócili do Warszawy. W
pierwszych dniach marca Komitet Centralny zorganizował naradę aktywu. Z województw uczestniczyli
pierwsi sekretarze KW, sekretarze propagandy i szefowie wojewódzkich urzędów bezpieczeostwa (w
pierwszym dziesięcioleciu odbywały się w KC takie narady sekretarzy i szefów bezpieczeostwa).
Mówiono o przebiegu zjazdu. Najwięcej ujawnił Jerzy Morawski. Nie potwierdzono informacji o tajnej
części zjazdu i referacie Chruszczowa. Zainteresowanie zjazdem KPZR zostało chwilowo przytłumione
nagłą śmiercią Bieruta. Nim jego zwłoki przywieziono z Moskwy do Warszawy, zaczęły docierad różne
plotki na temat tej śmierci. Dlatego też - zaraz po uroczystym pogrzebie - zastępca przewodniczącego
Komitetu Bezpieczeostwa, Antoni Alster, wezwał nas, kilku szefów wojewódzkich, i w imieniu Biura
Politycznego oświadczył, że Bierut zmarł śmiercią naturalną.
Zwołane zaraz po pogrzebie VI plenarne posiedzenie KC PZPR wybrało Edwarda Ochaba na stanowisko I
sekretarza KC PZPR. Na sekretarzy KC wybrano Jerzego Albrechta i Edwarda Gierka. Rozeszły się zaraz
pogłoski o przebiegu posiedzenia i jego kulisach. Mówiono, że Chruszczow, który uczestniczył w
pogrzebie Bieruta, specjalnie przedłużył swój pobyt, aby mied wpływ na wybór kierownictwa PZPR.
Podobno nazbyt energicznie odradzał osobę Romana Zambrowskiego na miejsce po Bierucie.
W połowie kwietnia 1956 roku przybył do Katowic nowy I sekretarz Komitetu Centralnego - Edward
Ochab (pierwsi sekretarze nie przyjeżdżali, nie przylatywali, lecz przybywali). Miał spotkad się z
katowickim aktywem, poinformowad nas o nowej sytuacji i przedstawid swój program. Wygłosił
monotonne, długie przemówienie. Mówił o sytuacji gospodarczej i politycznej. Ostro skrytykował objawy
antysemityzmu. Uprzedzając jakby pytania, podtrzymał tezę o prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniu.
„Polityczna krytyka gomułkowszczyzny była i pozostała słuszna” - stwierdził.
Zrozumiałem, że będzie kontynuował dotychczasową linię, dostosuje ją tylko do zmieniających się
warunków. Piętnował rodzimą beriowszczyznę. Prawie krzyczał: „Organy bezpieczeostwa wyniosły się
ponad partię, ten diabelski młyn działał bez kontroli”. Wynikało z tego, że on i inni członkowie
kierownictwa nie wiedzieli, co robiło MBP, co robił X Departament. Oburzyło mnie to wystąpienie.
Miałem jeszcze w świeżej pamięci jego niedawną krytykę MBP, dotyczącą braku czujności. My, szefowie
urzędów bezpieczeostwa, wiedzieliśmy, że towarzysz Ochab dużo przedtem wiedział i wiele mógł,
zaliczano go do tak zwanego wąskiego kierownictwa, które stanowili: B. Bierut, J. Berman i H. Minc. Czy
można mu zatem wierzyd, że nie wiedział o utworzeniu X Departamentu, najbardziej złowrogiego pionu
MBP, który w praktyce był bezpośrednio podporządkowany sekretarzowi KC i wąskiemu kierownictwu?
Departament ten miał ochraniad władzę i partię przed obcą agenturą. Wkrótce stał się
„bezpieczeostwem w bezpieczeostwie”. Jego praktycznym zadaniem było udowodnienie, że KPP przed
wojną, a PPR w czasie okupacji były „przeżarte” obcą agenturą. Dramat polegał na tym, że
departamentem faktycznie kierował - jak się później okazało - szpieg. W tym miejscu wtrącę, że w ZSRR i
innych krajach socjalistycznych najbardziej okrutni w wykonywaniu zaleceo Stalina byli ludzie bezideowi,
którym udało się osiągnąd wysokie stanowiska w organach bezpieczeostwa, prokuratury, sądu.
W tych trudnych dniach rozliczeo najbardziej odpowiedzialni ludzie z kierownictwa partii tłumaczyli się,
że „nie wiedzieli”. Takie tłumaczenie będzie się powtarzało w latach 1970 i 1980. Nikt z członków
kierownictwa nie może się tłumaczyd, że nie wiedział, podobnie jak nieznajomośd prawa nie
usprawiedliwia winy.
W latach 1953-56 kierownictwo PZPR było wstrzemięźliwe w naprawie błędów i wprowadzaniu odnowy.
Wynikało to też z braku właściwej orientacji, co dzieje się w ZSRR. Dzisiaj wiemy, że zaraz po śmierci
Stalina rozpoczęła się destalinizacja, zwalnianie z więzieo i obozów. Tymczasem u nas tuż po śmierci
Stalina zaostrzono wojnę z Kościołem, internowano w klasztorze kardynała Stefana Wyszyoskiego. W
maju 1954 roku sąd wojskowy skazał generała Grzegorza Korczyoskiego na karę śmierci na podstawie
absurdalnych zarzutów i spreparowanych materiałów. Jeszcze w 1954 roku nie zaniechano
przygotowywania aktu oskarżenia przeciwko Władysławowi Gomułce. Pisali go zaufani publicyści, a
rzeczniczka propagandowa władz, Wanda Odolska, przygotowywała odpowiednie teksty do audycji
radiowych.
Na początku czerwca zawiadomiono mnie, że zostałem członkiem delegacji Komitetu Bezpieczeostwa,
która ma się udad do ZSRR dla przeprowadzenia rozmów z przewodniczącym Komitetu Bezpieczeostwa
Paostwowego (KGB) - generałem pułkownikiem Iwanem Sierowem. W dniu naszego wylotu w Poznaniu
wybuchły rozruchy. Zdawaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Oświadczyłem więc przewodniczącemu
delegacji, że w takich chwilach muszę pozostad w Katowicach. Zgodził się ze mną. Powróciłem do
Katowic; w naszym województwie był spokój.
Na lipcowe uroczystości przylecieli do Polski premier ZSRR - marszałek Bułganin i minister obrony -
marszałek Żuków. Przed centralną akademią goście zwiedzili Kraków i Stalinogród. Byłem odpowiedzialny
za zabezpieczenie tras przejazdu i miejsc postoju. Z Krakowa do Stalinogrodu jechali samochodami. Na
granicy województw władze województwa przywitały ich. Podszedłem do marszałka Żukowa,
przedstawiłem się. Marszałek Żuków zapytał: „Połkownik, kak dieła?” Odpowiedziałem: „Wszystko w
porządku, towarzyszu marszałku!”
Wieczorem udali się do Warszawy. Dowiedziałem się później, że w stolicy nachalnie domagali się
ograniczenia swobody rewizjonistów i liberałów. Sugerowali wprowadzenie zdrowych sił do Biura
Politycznego i Sekretariatu KC.
Od kilku miesięcy Episkopat Polski przygotowywał wielkie jasnogórskie uroczystości rozpoczynające
obchody millenium. Był to dla władz województwa dodatkowy kłopot. W odróżnieniu do poprzednich
uroczystości, teraz władze stwarzały dobre warunki dla przebiegu święta. Postarano się o lepsze
zaopatrzenie w żywnośd i wodę do picia. Nie ograniczono transportu, a nawet po uroczystościach
zwiększono liczbę składów pociągów osobowych. Komitet Bezpieczeostwa wydał dyrektywę, aby z ojcami
paulinami uzgodnid regulację ruchu i utrzymanie porządku.
Podczas tych uroczystości byłem w Częstochowie, bo lepiej widzied niż słyszed. Przypomniałem sobie, że
gdy dwadzieścia lat temu pierwszy raz szedłem z pielgrzymką do Częstochowy, zaraz za Byczyną zdjąłem
trzewiki i włożyłem je dopiero w Częstochowie. Teraz też włączyłem się do tłumu wiernych. Poznało mnie
kilku znajomych. Nigdy dotąd nie widziałem w jednym miejscu takiej masy ludzi. Największe wrażenie
robił wystawiony pusty fotel, który symbolizował domaganie się obecności kardynała Stefana
Wyszyoskiego. Na szczęście uroczystości przebiegły spokojnie. Ocenę przebiegu uroczystości
przekazałem kierownictwu Komitetu Bezpieczeostwa Publicznego. Tym razem domagano się surowej
prawdy, bez „życzeniowej” interpretacji.
Zaraz po uroczystościach zadzwonił Antoni Alster i zapytał o ich przebieg. „Powiedz mi to, czego nie
napiszesz” - dodał. Krótko zrelacjonowałem wrażenia i powiedziałem trochę więcej o owym fotelu. W
tym miejscu Alster dodał: „Na Nowym Świecie też fotel czeka”.
Rozdarty Komitet Centralny PZPR tracił zdolnośd kierowania. Utworzyło się kilka ośrodków decyzyjnych,
nadawano mylne sygnały. Przychodziły sprzeczne dyrektywy. Wynikiem takich właśnie dyrektyw był
zakaz powrotu do Katowic wydany arcybiskupowi Adamskiemu. Na zebraniach partyjnych krytykowano
nieudolnośd ekipy kierowniczej i natarczywiej domagano się powrotu Władysława Gomułki na
stanowisko I sekretarza.
Posiedzenie Komitetu Centralnego, które jeszcze długo nazywano październikowym, rozpoczęło się 19
października, a 21 października w kilku miastach rozpoczęły się uliczne demonstracje. Najpierw w
Katowicach wybito kilka szyb, wstrzymano ruch. Pułkownikom Stanisławowi Opitkowi i Adamowi
Hnatowi z pomocą funkcjonariuszy udało się opanowad sytuację. Najgroźniejsza sytuacja wytworzyła się
w Gliwicach, gdzie w tłumie dominowały nastroje antyradzieckie. Po otrzymaniu meldunku wraz z
kilkoma oficerami pojechałem tam natychmiast. Włączyłem się w tłum. Z okrzyków zorientowałem się, że
maszerują pod pomnik Armii Radzieckiej. Doszliśmy do pomnika. Kilku awanturników nawoływało do
obalenia go. Zacząłem przemawiad, perswadowad i apelowad o spokój. Tłumaczyłem, że Polacy nigdy nie
niszczyli grobów, a żołnierze radzieccy ginęli za nasze wyzwolenie. Mówiłem, bo wiedziałem, że dopóki
mówię, a tłum słucha, dopóty nikt nie tknie pomnika. Zacząłem się już powtarzad. W tym momencie
przyszedł mi z pomocą pracownik naukowy Politechniki Gliwickiej, który mówił to samo. Zaproponował
odśpiewanie hymnu i roty; zaczęto się rozchodzid. Po chwili jednak ktoś krzyknął: „Idziemy na koszary!”.
Znowu uformował się pochód i ruszył w kierunku małej jednostki wojsk łączności Armii Radzieckiej.
Włączyłem się, idę i zastanawiam się, co robid. Nagle zagradza nam drogę kompania MO z oficerami -
Władysławem Gutem i Janem Wesołowskim. Poznali mnie, a widząc na czele maszerującego tłumu
szeroko otworzyli oczy i zasalutowali. Zbliżyłem się i cicho powiedziałem: „Przepuśdcie”. Przepuścili, ktoś
zauważył salutowanie i krzyknął: „Niech żyje milicja!”. Zaczęto śpiewad pieśni patriotyczne, my zaś
prowadziliśmy pochód, byle dalej od jednostki. Po kilkudziesięciu minutach pochód zmalał, pozostało
kilkudziesięciu. Dalszy marsz był bezcelowy.
Gdy ulice się uspokoiły, zaczęto „przenosid” decyzje VIII Plenum KC w teren. Zwoływano zebrania
członków partii i bezpartyjnych.
Obsługiwałem kilka takich zebrao i zapamiętałem te lekcje rozgoryczenia, prawdy i krytyki. Większośd
zebranych aprobowała i popierała Władysława Gomułkę i jego program. Równocześnie domagano się
pociągnięcia do odpowiedzialności winnych wypaczeo i przestępstw. Ostra krytyka niosła nadzieję.
Pierwszy raz na zebraniach tak mówiono o patriotyzmie, suwerenności i wolności. Kształtowała się nowa
świadomośd, że każdy powinien przede wszystkim troszczyd się o swoją ojczyznę.
W czasie kilku zebrao domagano się odwołania marszałka Konstantego Rokossowskiego ze stanowiska
ministra obrony narodowej. Broniłem dobrej opinii marszałka. Argumentowałem, że jest Polakiem, jego
siostra przez cały czas mieszkała w Warszawie, przed wojną był represjonowany. Jest jednym z kilku
najwybitniejszych dowódców zwycięskiej armii w II wojnie światowej. Uspokajałem trochę zebranych,
może zawstydzałem, lecz nie przekonywałem. Jedno z zebrao zakooczył profesor Ochęduszko - wybitny
autorytet naukowy, który powiedział: „Dośd wiecowania, od jutra ma byd kontynuowana nauka”.
Marszałka Rokossowskiego widziałem dwa razy w 1951 roku, w czasie polowania w Łaosku. Polowali też
Moczar, Popławski i kilku innych dowódców. Moczar mówił, że Rokossowski przed 1939 rokiem był
aresztowany jako podejrzany o kontakty z polskim wywiadem. Zarzucano mu, że zamierzał wstąpid do
legionów Józefa Piłsudskiego. Zarzucano mu niewykonanie jakiegoś rozkazu w czasie wojny 1920 roku.
Podobno przedwojenny wywiad polski także przyczynił się do szykanowania marszałka. Spreparowano
podejrzenia, podrzucono NKWD i tak się zaczęło. Wytrzymał wszystko, wybito mu zęby i nosił sztuczną
szczękę. W czasie, gdy ważyły się losy wojny, on, jak wielu oficerów, którzy nie przyznali się do niczego,
został zwolniony. Od razu mianowano go dowódcą dużego frontowego zgrupowania wojsk. Jeden ze
starszych oficerów MBP opowiadał mi w tajemnicy, że gdy Rokossowski był polskim ministrem obrony
narodowej, wysłannicy Berii nadal go obserwowali. Jego wypowiedzi były nagrywane, zapisywane i
przekazywane do gmachu przy placu Dzierżyoskiego w Moskwie. Dopiero po rozstrzelaniu Berii
zaprzestano tej praktyki. Moczar, który kilka razy rozmawiał z Rokossowskim, zanotował jego osobiste
zwierzenia o tym, jakie w Armii Radzieckiej trudności sprawiało mu polskie pochodzenie. Front, którym
dowodził, mógł zająd Berlin. Stalin nie chciał, aby ta sława spłynęła na marszałka polskiego pochodzenia.
Zdobycie Berlina zlecił marszałkowi Żukowowi. Gdy w 1956 roku Konstanty Rokossowski na zawsze
opuszczał Polskę, miał powiedzied: „W Związku Radzieckim traktowano mnie jako Polaka, w Polsce jako
Rosjanina”.
Komitet Bezpieczeostwa Publicznego opowiedział się za Gomułką i jego linią. Mimo „trzęsienia ziemi”
trzymał się i wydawało się, że jakoś przetrwa. W pewnym momencie wszystko pękło. W centrali i we
wszystkich wojewódzkich urzędach odbywały się spontaniczne i organizowane zebrania, krytykowano
poszczególnych kierowników. Oni się tłumaczyli, że chcieli dobrze, służyli sprawie, wykonywali rozkazy.
Zgłaszano postulaty powołania sejmowej komisji do stałego nadzoru nad działalnością organów
bezpieczeostwa. W poznaoskim urzędzie bezpieczeostwa zgłoszono propozycję zniesienia Służby
Bezpieczeostwa jako organizacji skompromitowanej i zbędnej w warunkach demokracji. W
Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeostwa w Katowicach miały miejsce dwa zebrania. Mnie nie
krytykowano i nikt nie domagał się mojego odejścia. Okazało się, że w poprzednich miejscach mojej
działalności również o mnie źle nie mówiono.
Wstrząs 1956 roku był testem odwagi. Większośd partyjnych aktywistów stchórzyła, bali się występowad,
spierad, zaprzeczad i bronid. Krzykliwi i „pryncypialni” towarzysze - milczeli. Wśród wojewódzkich
aktywistów znalazło się jedynie kilkunastu odważnych. Wśród nich byli: Józef Olszewski, Janusz
Korczyoski, Jan Mitręga, Jerzy Ziętek, Włodzimierz Janiurek, Zdzisław Grudzieo, Maciej Szczepaoski, Piotr
Mazelon.

Komendant milicji w Katowicach


Po październikowym plenum Komitetu Centralnego w 1956 roku rozpoczął się w Polsce zasadniczy etap
destalinizacji i odnowy socjalizmu. W pierwszej kolejności zniesiono Komitet Bezpieczeostwa
Publicznego, a Służbę Bezpieczeostwa włączono do istniejącego od 1954 roku Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych. Przewodniczący komitetu, płk Edmund Pszczółkowski, przeszedł do pracy w Komitecie
Centralnym PZPR, pozostawiając po sobie dobrą opinię (wówczas przewodniczący i jego zastępcy mieli
stopnie pułkowników, w całej Służbie Bezpieczeostwa nie było ani jednego generała, a w milicji tylko
jeden). Ministrem połączonego resortu był nadal Władysław Wicha, a jego zastępcami do spraw
politycznych zostali: Mieczysław Moczar i Antoni Alster, do spraw administracyjnych - Zygfryd Sznek. W
skład kierownictwa resortu weszli także: komendant główny milicji - Ryszard Dobieszak i dowódca wojsk
wewnętrznych - Wacław Komar. Nie było niespodzianką, iż usunięty w 1 948 roku ze stanowiska
wiceministra bezpieczeostwa publicznego Mieczysław Moczar teraz wrócił do resortu. Utrzymywano, że
on będzie szefem resortu. Oczekiwano rychłego odejścia ministra Wichy, który nie należał do bliskiego
kręgu Władysława Gomułki. Tak się jednak niestało. Jeszcze parę ładnych lat pozostał ministrem, I w tym
wypadku potwierdziła się prawidłowośd, iż tymczasowośd trwa najdłużej. Jak zorientowałem się później,
Władysław Gomułka na tym stanowisku nie chciał mied wyróżniającego się polityka, w jego przekonaniu
rola MSW nie powinna byd nadmiernie eksponowana (już w 1945 roku krytykował Ministerstwo
Bezpieczeostwa za prowadzenie własnej polityki i tworzenie „paostwa w paostwie”). Nie życzył sobie,
aby minister wchodził w skład Biura Politycznego.
Wojewódzkie i powiatowe urzędy bezpieczeostwa, dotąd samodzielne, włączono do komend milicji.
Kierownicy urzędów zostali mianowani zastępcami komendantów MO. Był to dla nich szok. W latach
1944-48 milicja miała względną samodzielnośd. Komendy terenowe nie były formalnie zależne od
urzędów bezpieczeostwa, chociaż w hierarchii politycznej szefowie urzędów bezpieczeostwa stali wyżej
niż komendanci MO. Byli oni członkami egzekutyw partyjnych. W latach 1949-54 milicja została
podporządkowana Służbie Bezpieczeostwa, co znacznie pogorszyło stosunki, które zresztą nigdy nie były
za dobre.
Krążyły pogłoski, że samodzielnośd organów bezpieczeostwa zniesiono na osobiste życzenie Władysława
Gomułki. W tym samym czasie sprawy więziennictwa wyłączono z MSW i oddano pod nadzór
Ministerstwa Sprawiedliwości.
W tym miejscu niezbędna jest dygresja. Józef Stalin, może wzorem Napoleona, starał się utrzymywad
równowagę dwóch największych sił w paostwie - armii i organów spraw wewnętrznych. Przeciwwagą
armii były wojska NKWD. To one wykonywały „brudne” prace: masowe wysiedlenia, deportacje, ochronę
obozów, konwoje itp. Armia nie wtrącała się do takich spraw. Miała byd „czysta” i jej zadaniem była
ochrona ZSRR, walka z wrogiem zewnętrznym.
Polskie organy bezpieczeostwa od początku tworzone były w podobny sposób. Istniały jednak pewne
różnice. Na przykład w ZSRR kontrwywiad wojskowy podlegał NKWD, a później KGB. U nas, od samego
początku, jako Informacja Wojskowa, podlegał ministrowi obrony narodowej i był niezależny od MBP.
W Katowicach współdziałanie urzędu bezpieczeostwa i komendy milicji układało się dobrze. Szczególnie
gdy komendantem wojewódzkim był pułkownik Stanisław Żmudzioski. W koocu października 1956 roku
powstał jednak pewien problem. Komitet Wojewódzki PZPR w Katowicach wystąpił z odpowiednią
propozycją i minister spraw wewnętrznych powołał mnie na stanowisko komendanta milicji. Był to
pierwszy tego rodzaju przypadek. Pracownicy milicji źle przyjęli tę decyzję. Zorganizowali zebranie, na
którym uchwalono rezolucję i przekazano ją Władysławowi Gomułce. W tej sytuacji - pisano - organizacja
partyjna przy Komendzie Wojewódzkiej MO w Katowicach, reagując na powszechne niezadowolenie,
wyrażone w licznych protestach funkcjonariuszy MO, w tym tak ważnym okresie, dla zapobieżenia
rozprężeniu dyscypliny służbowej i rozbiciu spoistości aparatu, uważamy, że posunięcie proponowane w
zmianie obsady komendanta wojewódzkiego MO w Katowicach jest nie na miejscu i nie ma żadnego
uzasadnienia podmiotowego. Pracownicy aparatu MO ogólnie odczuwają, że ze strony
nieodpowiedzialnych funkcjonariuszy byłego UB milicjantów traktuje się jako zdolnych do spełniania
nadal służebnej roli, jak to miało miejsce w latach 1949-54, kiedy to traktowano nas jako organizację
„chłopców na posyłki”.
Władysław Gomułka nie przyjął tego protestu. Miał ponod wówczas powiedzied: „Jeszcze nie doszliśmy
do takiej demokracji, aby podwładni wybierali sobie szefów, tym bardziej w MSW”. Pułkownik Stanisław
Żmudzioski został powołany na równorzędne stanowisko w Krakowie.
Przez cały czas kierowania komendą milicji starałem się zdobyd zaufanie pracowników MO. Nie
zmieniłem swoich zastępców, sekretarek ani nawet kierowców. Wielokrotnie byłem przenoszony z
jednego stanowiska kierowniczego na inne, nigdy nie ciągnąłem swoich.
Na przełomie października i listopada 1956 roku zostali odwołani z wojewódzkich urzędów
bezpieczeostwa doradcy radzieccy. W każdym województwie był jeden, a w Komitecie Bezpieczeostwa w
Warszawie - kilku (przypomnę, iż w latach 1950-52 odwołano ich z powiatów). Pod koniec lat
pięddziesiątych i później mówiono i pisano, że doradcy przyczynili się do deformacji w polskich organach
bezpieczeostwa. Niewątpliwie obecnośd ich była zbędna i szkodliwa, pragnę jednak zwrócid uwagę, że u
nas w Polsce, nawet w szczytowym okresie stalinizmu, nikt i nikogo nie mógł zmusid do łamania prawa,
przestępstw i nadużyd. Później, gdy pracowałem w MSW i w Komitecie Centralnym, zauważyłem
charakterystyczne zachowanie się niektórych członków naszych władz. Swój serwilizm, gorliwośd i
nadużycia zrzucali właśnie na nich.
Po wyborach do Sejmu, przed wojewódzką konferencją partyjną, Józef Olszewski zgłosił rezygnację z
funkcji I sekretarza KW PZPR w Katowicach. Powołano go na stanowisko kierownika Wydziału
Ekonomicznego KC PZPR.
Do kierowania wojewódzką organizacją partyjną nadawało się kilku kandydatów. Podobnie jak większośd
członków KW uważałem, że najlepsza będzie kandydatura Edwarda Gierka, i on właśnie został wybrany.
Pozostał jednocześnie sekretarzem Komitetu Centralnego, a później członkiem Biura Politycznego.
Od 1947 roku nieprzerwanie byłem członkiem partyjnych władz powiatowych w Olkuszu, wojewódzkich -
w Olsztynie, Rzeszowie i Katowicach. W czasie wyborów do władz czułem się dotąd pewnie, bowiem już
przed konferencją wiedziałem, że będę wybrany. Na tej konferencji taki pewny już nie byłem, bałem się
dużej liczby skreśleo. Chciałem zabrad głos, przedstawid się sali i zabiegad o wyborców. Przewodniczący
konferencji wywołał delegata Bajera i po nim zapowiedział mój głos. Okazało się, że towarzysz Bajer jest
dobrym, typowo śląskim mówcą. Mówił krytycznie, wesoło i o różnych sprawach. Nie wiem, czy dlatego,
że po nim ja właśnie miałem zabrad głos, czy z innego powodu, o milicji mówił tak: „W Polsce i u nas
narzeka się na UB i milicję. Ja ta ich krytykował nie byda. Jem trza pomoc, mają niemało kłopotów, nawet
im samochód ukradli. Co jak co, ale wstyd okradad milicję. Proponują zaapelowad do złodziei o zwrot
samochodu”.
Jak na złośd, przed tą konferencją ukradziono nam rzeczywiście jeden z trzech radiowozów.
Po jego wystąpieniu przyszła moja kolej. Zacząłem bardzo poważnie, niemal służbowo, od oceny
wyników działania milicji. Ale sala nie chciała słuchad, padały żartobliwe okrzyki: „Gdzie jest samochód?”,
„Pilnujcie się, żeby was nie ukradli” itp. Byłem przekonany, że zabraknie mi głosów. W czasie przerwy
podzieliłem się swoimi obawami z kierownikiem Wydziału Organizacyjnego KW. Odparł krótko: „Nie
zabraknie”.
Późno w nocy rozpoczęła się częśd najważniejsza - wybory wojewódzkich władz partyjnych. Zgodnie z
decyzją KC, obok uzgodnionej liczby kandydatów, sala mogła zgłaszad dowolną liczbę dodatkowych
nazwisk. Zgłoszono prawie drugą listę. W czasie wyborów trzeba było skreślid blisko połowę kandydatów.
Wynik wyborów mógł okazad się sensacją. Gdy jednak przyszło do wybierania, komisja skrutacyjna
zamiast jednej, wspólnej, ułożonej alfabetycznie listy przedstawiła dwie, jedną zaproponowaną przez
prezydium konferencji i drugą z nazwiskami zgłoszonymi z sali. Przed samymi wyborami stary działacz
partyjny zgłosił propozycję głosowania na pierwszą listę i bez skreśleo. Po podliczeniu głosów okazało się,
iż było jednak trochę skreśleo, lecz z listy prezydium nikt nie odpadł, a z drugiej listy nikt nie wszedł do
władz. Najwięcej głosów padło na Edwarda Gierka. Ja miałem kilkanaście skreśleo. W czasie pierwszego
posiedzenia Komitetu Wojewódzkiego Gierek został jednogłośnie wybrany I sekretarzem KW PZPR.
W 1957 roku ujawniła się frakcyjna działalnośd skierowana przeciwko decyzji XX Zjazdu KPZR i VIII
Plenum KC PZPR. Z naszego województwa kilkunastu aktywistów partyjnych włączyło się do tej
działalności. Gdy poinformowałem o tym Edwarda Gierka, zabronił nam jakichkolwiek działao
represyjnych. „Jest to sprawa wewnątrzpartyjna” - orzekł.
Mniej zajmowałem się teraz działalnością Służby Bezpieczeostwa, coraz bardziej interesowała mnie praca
milicji, głównie wykrywalnośd przestępstw. Służbą Bezpieczeostwa kierowali prawidłowo moi zastępcy -
płk Kazimierz Małkiewicz, płk Eugeniusz Morawski, płk Stanisław Piwooski, a później płk Marian Dziekan.
Poznawałem nową, niełatwą specjalnośd. Różniła się ona istotnie od mojej poprzedniej pracy. Najwięcej
nauczyłem się stosując obserwację czynną. Wspólnie z milicjantami patrolowałem ulice, przez kilka dni
towarzyszyłem dzielnicowym. Dużo dało mi przeglądanie spraw. Dostrzegłem wiele zbędnych działao. Już
w pierwszym okresie zauważyłem, że milicjanci ogromnie dużo piszą. Przysłuchiwałem się odprawie do
służby w komisariacie w Chorzowie. Prowadzący odprawę podoficer czytał dane o osobach i rzeczach
poszukiwanych oraz dawał wskazówki, na co tej nocy trzeba zwracad szczególną uwagę. Trwało to około
dwóch godzin. Gdy rano milicjanci wrócili ze służby, znowu pisali sprawozdania i notatki. Ograniczyłem to
zbędne pisanie.
Jeszcze gorsze wrażenie zrobiły na mnie metody pracy dzielnicowych. Okazało się bowiem, że dzielnicowi
musieli pisad jeszcze więcej. Najczęściej sporządzali opinie o mieszkaocach swego rejonu, którzy mieli
zamiar wyjechad za granicę, i o tych, do których miał przyjechad ktoś z zagranicy. Opiniowali wnioski o
zezwolenie na broo, na założenie warsztatu rzemieślniczego itd. Nie było maszynistek, więc wysyłano
rękopisy. Ponieważ znałem mechanizm działania Służby Bezpieczeostwa, doszedłem do wniosku, że
większośd tych pism jest zbędna. Przeciążeni pracą milicjanci znacznie upraszczali zbieranie opinii.
Najczęściej rozmawiali z dozorcami domów i potem pisali. Tak to jedna z opinii o pracowniku MSW
zawierała sformułowanie: „Podobno jest pracownikiem SB, ale to porządny człowiek”. Natknąłem się na
przypadki, że zapracowany milicjant nikogo nie pytał i pisał: „Nie pije, z elementem przestępczym nie
utrzymuje kontaktów, chodzi do kościoła” itp. Wiedziałem, jak bardzo łatwo jest napisad, zapisad,
zarejestrowad. O wiele trudniej wyłączyd taką notatkę z akt sprawy czy wykreślid z ewidencji. Sporządzid
notatkę z własnej inicjatywy może każdy pracownik, ale już na jej zniszczenie lub unieważnienie
potrzebna jest zgoda wyższych przełożonych.
Zaplanowałem sobie okresowe praktyki w komendzie miasta, komisariacie i na posterunku. Moi zastępcy
ani nie chwalili tego, ani też nie odradzali. Nie przejawiali jednak chęci do naśladowania mnie. Do
pierwszej próby wybrałem Komendę Milicji w Bytomiu. Komendantowi, majorowi Borkowskiemu,
powiedziałem, że przez 7 dni będę go zastępował i wypełniał jego obowiązki. Zdziwił się i rzekł: „Szefie, ta
nie wygłupiajcie się”. Po chwili zapytał, czy w tym czasie on mnie też będzie zastępował w Katowicach.
Poprosiłem, aby sobie wziął urlop. Zgodził się, lecz codziennie przychodził do komendy, „abym czegoś nie
spieprzył” - jak powiedział swoim zastępcom. Urzędowałem w gabinecie komendanta miasta.
Przyjmowałem telefony, czytałem pisma, wydawałem dyspozycje (pisma podpisywał zastępca),
przyjmowałem do raportu. Wieczorami i dwa razy w nocy, wspólnie z milicjantami, patrolowałem miasto.
W czasie takiego patrolowania ujęliśmy na gorącym uczynku włamującego się do kiosku recydywistę. Gdy
powiedziano mu, kto go ujął, burknął: „Gdybym wiedział, to bym coś poważniejszego obrobił”. Najwięcej
nauczyłem siew Komendzie Miasta w Katowicach. Zastępca komendanta, kapitan Trzcionka, był dobrym
nauczycielem i milicjantem z powołania.
Oddolna obserwacja pomogła mi krytycznie spojrzed na funkcjonowanie Komendy Wojewódzkiej. Wiele
zmieniło się na lepsze. Pamiętam, jak w pierwszych latach władzy ludowej zapisywaliśmy wszystkie
rozmowy telefoniczne, a chcąc dzwonid do województwa, trzeba było pisad raport uzasadniający
koniecznośd takiej rozmowy. Każdą czynnośd trzeba było rejestrowad. Zanotowałem wówczas: „Im niższa
gramotnośd, tym więcej pisania”.
Każda instytucja osiąga swój szczyt biurokracji. MBP osiągnęło go w latach 1951-52. Specjalnym
rozkazem ministra nakazano wtedy zakładanie „teczek obiektowych”. Każdy zakład gospodarczy miał
mied oddzielny segregator, w którym powinny się znajdowad: historia obiektu, dane o produkcji, o
zatrudnieniu, o kierownictwie, spis osób podejrzanych i zaufanych, kopie sprawozdao itp. Byłem w tym
czasie szefem Urzędu Bezpieczeostwa w Olsztynie. Na szczęście nie było tam zbyt dużo obiektów.
W czasach przyspieszonej kolektywizacji wydano rozkaz o zakładaniu „teczek gminnych”. Przysłano nam
wzory i formularze. W teczce takiej musiała znaleźd się charakterystyka gminy, opinia o wójcie i
sołtysach, spis kułaków i opis ich gospodarstw, wykaz przeciwników i zwolenników kolektywizacji oraz
listy osób zaufanych. W lutym 1952 roku zlecono rejestrację traktorów, koni i krów. Do każdej gminy
wydzielono jednego lub dwóch pracowników, którzy zbierali dane i klęli tego, co to wymyślił. Krążyły
opinie, iż autorami pomysłu byli dyrektor gabinetu ministra bezpieczeostwa i kierownik Wydziału
Administracyjnego KC. W połowie 1953 roku MBP przestało interesowad się tymi teczkami, nie
aktualizowano ich, w 1956 roku oddano na przemiał.
Pod koniec 1957 roku jako tako orientowałem się już w milicyjnym fachu. W 1958 roku postanowiłem
zwiększyd wykrywalnośd przestępstw - wszak jest to główne kryterium sprawności MO. Trzeba było
jednak bacznie uważad na tak zwane naciąganie statystycznych wyników. Osiąga się to między innymi
przez nieprzyjmowanie zgłoszeo o drobnych i trudno wykrywalnych przestępstwach. Do takich należą w
pierwszej kolejności kradzieże kieszonkowe. W1958 roku po cywilnemu obserwowałem działania
komisariatu kolejowego w Katowicach i byłem świadkiem takiej sceny. Zgłasza się pasażer, któremu
skradziono portfel i pieniądze. Dyżurny sierżant - stary wyga - wiedział, że kieszonkowe kradzieże są
najtrudniejsze do wykrycia, a niewykrycie psuje statystykę, najlepiej więc będzie, gdy nie przyjmie się w
ogóle tego zgłoszenia. Rozpoczął się dialog - dyżurny: „Skradli wam, czy skradł? Skąd pan wie, że było
kilku, a nie jeden?” Poszkodowany: „Właściwie nie wiem. Nie złapałem go za rękę.” Dyżurny: „Może
wypiliście? Może jakaś kobieta kręciła się wokół pana - mrużąc znacząco oko - może zgubiliście? Ludzie
często gubią.” Po takich pytaniach poszkodowany mówi, że może rzeczywiście zgubił. Nie ma więc
sprawy, nie trzeba niczego wykrywad i nie obciąża się statystyki.
We wszystkich policjach i milicjach świata znana jest prawidłowośd 80-20. Co oznacza, że 80 procent
przestępstw jest łatwo wykrywalnych, duża częśd z nich „sama się wykrywa”. Natomiast 20 procent
przestępstw trudno jest wykryd. Naciąganie polega na tym, że podaje się 90 procent wykrycia i nie
wtajemniczony uznaje to za sukces. Na całym świecie organy spraw wewnętrznych lubią byd chwalone,
lubią się chwalid i źle znoszą krytykę. Kierujący nimi muszą znad prawdę.
W Katowicach sprawcami drobnej przestępczości byli na ogół młodzi ludzie „urodzeni w niedzielę”.
Mieszkaocy Katowic krytykowali MO, że nie umie sobie poradzid z marginesem społecznym.
Poszukiwaliśmy więc sposobów skuteczniejszego działania. Ktoś zaproponował redukcję. W Komendzie
Milicji zebraliśmy około 80 nie pracujących. Prokurator, sędzia, przedstawiciel urzędu zatrudnienia i
oficerowie milicji prowadzili dla nich wykłady o szkodliwości działao przestępczych, o prawach i
obowiązkach i o wartości pracy. Równocześnie przedkładano oferty zatrudnienia. Dało to pewne efekty,
kilkunastu podjęło pracę. W czasie jednego z wykładów „kursanci” powiedzieli: „Lepiej już posadźcie nas,
ale nie nudźcie”. Po dwóch, trzech takich szkoleniach liczba chętnych zmalała tak, że zaprzestaliśmy tej
formy edukacji. Okazało się także, że grupowanie takich ludzi jest ryzykowne, ponieważ wymieniają
doświadczenia, zawiązują nowe grupy, umawiają wypady.
W pierwszych miesiącach pełnienia nowych obowiązków byłem poddany trudnemu egzaminowi.
Chodziło o ochronę meczu piłki nożnej między Polską a ZSRR w Chorzowie. Przed meczem poprosiłem
więc Jerzego Ziętka, by porozmawiał z Gerardem Cieślikiem, najlepszym naszym strzelcem, żeby w razie
czego, na przykład złośliwego faula, łagodził napięcie. W czasie tej rozmowy wyszła na stadion
reprezentacyjna orkiestra górnicza i zagrała: Hej. kto Polak, na bagnety. Na szczęście mecz przebiegał
prawidłowo, bez spięd. I do tego wygraliśmy. Cieślik strzelił dwa gole. Ziętek poszedł mu pogratulowad,
podziękowad za spokój. W czasie kolacji dla gości przewodniczący naszego związku piłki nożnej dziękował
radzieckim zawodnikom, że pokazali, jak się powinno grad (jakby to oni wygrali). Na to kierownik drużyny
radzieckiej odpowiedział: „Towariszcz, nie walajtie duraka”.
Podstawą sprawności działania milicji są podoficerowie, ci, którzy chodzą w niebieskich mundurach i na
co dzieo stykają się z mieszkaocami miast i wsi (piechota MSW). Niestety, była tendencja do zwiększania
liczby oficerów i zmniejszania się korpusu podoficerów. I nie udało mi się jej zmienid. Już wówczas
brakowało około 20 procent szeregowych i podoficerów. Oni wykonują najtrudniejsze prace w milicji.
Pracując w MSW zauważyłem takie np. nieprawidłowości: im więcej jest zatrudnionych pracowników w
komendach wojewódzkich i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, tym więcej jest zbędnego pisania, i im
milicja ma większe gmachy, tym mniej jest podoficerów, dzielnicowych i patroli na ulicach. Warto zwrócid
uwagę, iż w zachodnich filmach kryminalnych najważniejsze sprawy prowadzą podoficerowie. Wyżsi
oficerowie nie wyróżniają się mądrością i raczej przeszkadzają. W socjalistycznych filmach kryminalnych
nawet drobne sprawy prowadzą oficerowie, a najmądrzejsi są generałowie.
Kierując katowicką milicją starałem się utrzymad dobre stosunki z władzami województwa. Najczęściej
kontakty oficjalne przemieniały się w przyjaźo. Wśród katowickich znajomych i przyjaciół wyróżniali się
Jan Mitręga, wiceminister i później minister górnictwa, i Jerzy Ziętek, przewodniczący Wojewódzkiej Rady
Narodowej.
Jan Mitręga dbał o rozwój górnictwa węglowego, o górników i o górnicze tradycje. Dzięki niemu i jego
ekipie polskie górnictwo w latach sześddziesiątych i na początku siedemdziesiątych stało się
nowoczesnym i przodującym przemysłem. Jako wiceprezes Rady Ministrów protestował przeciwko
budowaniu kopalni w województwie lubelskim ze względu na ogromny koszt eksploatacji. Sprzeciwiał się
też budowaniu Huty Katowice.
Jerzy Ziętek miał swój styl pracy, można by rzec - patriarchalny. Rano, zwykle przed godziną ósmą, nim
usiadł za biurkiem, wizytował place budów, roboty publiczne, sklepy i poczekalnie. Lagą, z którą się nie
rozstawał, popędzał opieszałych. Zresztą tę lagę, ze srebrną rączką, otrzymał na imieniny od Komendy
Wojewódzkiej MO.
Ziętek był patriotą, lecz nigdy na darmo nie używał wielkich słów. Nie chwalił się swoimi dużymi
zasługami. Wiedziałem, na przykład, że w czasie wojny, na prośbę radzieckiego wywiadu, pośredniczył w
kontaktach z generałem Wehrmachtu pochodzącym z Chorzowa. Miał też wiele zasług w tym, że kilka
tysięcy żołnierzy Wehrmachtu, z pochodzenia Polaków, przeszło na stronę Armii Radzieckiej, a później do
szeregów Wojska Polskiego.
W1958 roku I sekretarz Komitetu Obwodowego KPZR w Doniecku zaprosił Edwarda Gierka do zwiedzenia
Donbasu. Gierek zaproszenie przyjął i zabrał ze sobą Ziętka, Janiurka i mnie. Gospodarze byli bardzo
gościnni, lecz nieco zakłopotani, bo Ziętek za dużo chciał wiedzied, stawiał trudne i kłopotliwe pytania.
Gospodarze zastosowali starą metodę - postanowili upid go. I tu wpadli, nie znali bowiem możliwości
Ziętka. Upiło się trzech członków władz, jeden na smutno. Ściągnięto jakąś mocną głowę - też się upiła, a
Jerzy wciąż wyglądał jak przy pierwszym kieliszku. O północy ściągnięto jeszcze jednego, wypili sporo, a
ponieważ było już późno, trzeźwi poszli spad. Wtedy też trochę zgrzeszyłem, po kilku toastach udałem, że
mi wystarczy, co gospodarzy ucieszyło.
W czasie naszego pożegnania towarzyszący mi szef Obwodowego Urzędu Bezpieczeostwa w Donbasie z
podziwem patrzył na Ziętka i szepnął: „Wot, mołodiec”.
Wyniki pracy katowickiej milicji docierały do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, kilka razy byłem więc
wyróżniany, chod i raz ukarany za „sprawę Cyganów”. W latach 1959-61 władze paostwowe
zliberalizowały stałe wyjazdy do RFN. Mieszkaocy Śląska podający się za Niemców grupowo opuszczali
Polskę. Podstawiano dla nich oddzielne pociągi. W latach 1960-61 wyjechało ponad 20 000 osób.
Ziomkostwa w RFN demonstracyjnie witały przyjeżdżających. Grała orkiestra, były przemówienia i
robiono zdjęcia. W ramach tych wyjazdów zgłosiła się dośd duża grupa Cyganów i naczelnik wydziału
paszportów wyraził zgodę. Cała grupa pojechała jednym pociągiem. Gdy po przekroczeniu granicy zaczęły
się powitania, uznano, że zaszła jakaś pomyłka. Uroczystości przerwano i około 400 Cyganów skierowano
do obozu, a do Warszawy przyszedł ostry protest, w którym domagano się odebrania Cyganów. Minister
spraw wewnętrznych, Władysław Wicha, zadzwonił do mnie i zażądał wyjaśnieo. Jak to zwykle robi się w
takich sytuacjach, powiedziałem, że nie znam sprawy, wyjaśnię i zamelduję. Na drugi dzieo
zameldowałem mu, że w aktach nie ma śladu o wyjeździe Cyganów. Sugerowałem, aby poinformowad
RFN, że nie umiemy rozpoznad rasy i prosimy, aby przysłano nam ich dokładne dane personalne. Po kilku
dniach nadszedł wykaz. Okazało się, że te nazwiska u nas nie figurują. Zaproponowaliśmy, że do RFN
przyjedzie oficer MO, aby na miejscu rozpoznad „naszych”. Potrwało to jeszcze ze dwa miesiące i przyszła
odpowiedź, że sprawa jest nieaktualna, bowiem wszyscy Cyganie uciekli z obozu i udali się w nieznanym
kierunku. W październiku 1961 roku minister Wicha ostrzegł mnie, że jeśli jeszcze raz coś takiego się
powtórzy, zostanę zdjęty ze stanowiska komendanta.
Wśród tych, którzy wyjechali, byli również zdolni ludzie. Niedawno czytałam, że jeden z tamtych
Cyganów jest deputowanym do parlamentu w RFN.
N aj przykrzejszą jednak sprawą było samobójstwo mecenasa Hofa. Nie wytrzymał obrazy zatrzymania i
targnął się na życie. Mimo iż nie MO wydała nakaz jego zatrzymania, musiałem się tłumaczyd. Byłem
bowiem odpowiedzialny za zdrowie i życie każdego zatrzymanego.

Zamachiii
Każda jednostka MSW ma swoje sprawy prestiżowe; są to przestępstwa mające największy ciężar
gatunkowy i trudne do wykrycia. Ujęcie sprawców takich przestępstw jest dużym sukcesem, a
niewykrycie - ujemnym obciążeniem i może byd nawet świadectwem nieudolności MSW. Dla
Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeostwa w Katowicach, a później Wojewódzkiej Komendy Milicji, takimi
prestiżowymi sprawami były akty dywersji i zamachy na terenie Zagłębia.
W latach 1951-53 w Sosnowcu i Będzinie nieznani sprawcy za pomocą materiałów wybuchowych
niszczyli urządzenia kopalni, elektrowni, kolei i innych obiektów przemysłowych. Można sobie wyobrazid,
co działo się wówczas w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeostwa, w okresie najwyższej czujności i
podejrzliwości. Zakładano więc, że sprawcami zamachów są członkowie antypaostwowych organizacji
podziemnych. Podejrzewano też członków partii, zwolenników aresztowanego Władysława Gomułki.
Licytowano się w pomysłach. Najwięcej pomysłów miał zastępca szefa WUBP - płk Marek Fink, zatem
jemu powierzono koordynację działao i kierowanie grupą operacyjną. Były to czasy łamania
praworządności, stosowania niedozwolonych metod w śledztwie i w pracy operacyjnej. Raczej umiano
wtedy „wykrywad” nie istniejące przestępstwa, natomiast z wykryciem autentycznych sprawców dywersji
było o wiele trudniej. Mimo dużego nakładu pracy do 1961 roku nie zostali oni wykryci.
Stosowano różne zabiegi. Wśród nich znalazło się też utworzenie „tajnej organizacji antypaostwowej”.
Miała ona byd przynętą dla dywersantów. Organizacja utworzona i kierowana przez urząd
bezpieczeostwa dośd szybko rozrosła się, aż w koocu utracono nad nią kontrolę i zaczęła żyd własnym
życiem. Po wykryciu prawdziwych sprawców dywersji mieliśmy sporo kłopotów z rozwiązaniem tej
antypaostwowej organizacji. W1951 roku sprawę tę skomplikowała głupota i złośliwośd pracownika
Urzędu Bezpieczeostwa w Będzinie. Chcąc się zemścid na swoim szefie, por. Panku, napisał do niego
anonim, w którym zapowiedział kolejne wybuchy. Wywołał wilka z lasu, bo rzeczywiście przepowiednia
spełniła się. Po jakimś czasie wykryto nadawcę anonimu i zaczęło się śledztwo. Autor nie mógł nic wnieśd
do sprawy, bo niczego nie wiedział. Do czasu wykrycia sprawców był to główny trop.
Od 1953 roku zamachy nie powtarzały się. Zainteresowanie sprawą zmalało. Od 1956 roku nawet nie
wspominano o niej w miesięcznych i innych okresowych sprawozdaniach.
W 1959 roku na zaproszenie władz przyjechał do Polski Nikita Chruszczow. Wspólnie z Władysławem
Gomułką wizytowali województwo katowickie. W drodze z lotniska w Mierzęcicach towarzyszył im
Edward Gierek, który koniecznie chciał, aby trasa prowadziła przez jego rodzinne Zagórze. Gdy główna
kolumna zbliżała się do Zagórza, wybuchła mina zamontowana w przydrożnym drzewie. Wyglądało na to,
że sprawca zamachu „ślepą kolumnę” wziął za prawdziwą. Goście nie zorientowali się nawet, co się stało.
Musiałem więc podjąd decyzję: czy kolumna ma dalej jechad ustaloną i znaną wszystkim trasą, czy też
inną. Na własną odpowiedzialnośd wydałem rozkaz niezmieniania trasy. Natychmiast poinformowałem o
tej decyzji Edwarda Gierka i ministra spraw wewnętrznych.
W czasie oględzin miejsca wybuchu znaleziono pozostałości miny oraz resztki ręcznego zegarka. Później,
po wykryciu sprawcy, okazało się, że zegarek był włożony jedynie po to, aby skierowad nas na fałszywy
ślad. Rzeczywiście, ten chwyt udał się. Przyjęliśmy bowiem za pewnik, że bomba była wyposażona w
mechanizm zegarowy i poszukiwaliśmy właściciela zegarka.
Sprawa tego zamachu stała się najważniejsza i prestiżowa, nadaliśmy jej kryptonim „Zagórze”, ja zaś
osobiście miałem byd odpowiedzialny za wykrycie i ujęcie sprawcy. Równocześnie, odgórnie, próbowano
mi narzucad koncepcje i sugerowad podejrzenia, co bardzo wikłało nasze działania. Mimo ogromnych
wysiłków sprawca nie został wykryty i, jak się później okazało, w ten sposób wykryty byd nie mógł.
W grudniu 1961 roku w tradycyjnym święcie górniczym wziął udział Władysław Gomułka. Na życzenie
górniczych i wojewódzkich władz miał złożyd wizytę w kopalni w Zagórzu. Odradzałem to, sugerując, że
sprawca zamachu nie został ujęty i może pokusid się podjąd ponowną próbę. Edward Gierek nie wierzył,
aby w tym samym miejscu drugi raz sprawca odważył się dokonad zamachu. Gierek podkreślał:
„Władysław Gomułka nie jest podszyty strachem i ja się też nie boję”. Mnie także wydawało się
niemożliwe, aby w tej samej miejscowości ktoś mógł się pokusid o zorganizowanie drugiego zamachu.
Starałem się równocześnie jak najlepiej zabezpieczyd teren. Już od początku listopada wzmocniono
patrole, organizowano zasadzki, podejrzanych otoczono specjalną opieką. Przygotowano trzy trasy i trzy
kolumny, z tego dwie „ślepe”.
Uroczystości były udane. Po zwiedzeniu kopalni Gomułka i towarzyszący mu Gierek udali się boczną
drogą do Katowic, a udekorowaną trasą pojechała „ślepa kolumna”. Właśnie w czasie jej przejazdu
nastąpił wybuch miny, która tym razem wmontowana była w podstawę słupa wysokiego napięcia. Na
szczęście ofiar śmiertelnych nie było. Oddziałowi KBW i ZOMO rozkazałem natychmiastowe otoczenie
miejsca wybuchu, nieruszanie niczego do czasu przyjazdu specjalistów.
Zdałem relację towarzyszowi Gomułce. Wysłuchał, zasępił się i po chwili powiedział: „Widocznie nie
umiecie zabezpieczyd mojego pobytu”. Więcej nie rozmawialiśmy na ten temat.
Nosiłem się z zamiarem złożenia rezygnacji ze stanowiska komendanta. Edward Gierek, który cały czas
był opanowany, odradzał mi to. Zadzwoniłem więc do ministra Wichy, przedstawiłem sytuację,
poprosiłem o „wolną rękę” i o nieprzysyłanie mi żadnej pomocy, jeśli sam o nią nie poproszę. Minister
zgodził się ze mną. Szczegółowo poinformowałem o zaistniałej sytuacji wiceministra Moczara.
Podtrzymywał mnie na duchu.
Zwracam uwagę na warunek, jaki postawiłem swoim przełożonym. Przysłanie pełnomocników,
komisarzy, zbyt częste żądanie informacji i wzywanie na narady przeszkadza w kierowaniu akcją. Minister
i wiceministrowie dotrzymali słowa.
Wiedziałem już sporo o znaczeniu oględzin miejsca przestępstwa i o możliwościach kryminalistyki. Do
wykrycia tej najbardziej politycznej sprawy postanowiłem zastosowad typowe milicyjne metody.
Najzdolniejsi specjaliści z Komendy Milicji przeprowadzili oględziny miejsca wybuchu. Zbadano sposób
zamontowania miny i znaleziono pewne ślady. Najważniejsze było znalezienie przewodu, za pomocą
którego odpalono ładunek. Zabezpieczone zostały miejsca cięcia drutu. Specjaliści orzekli, że jest to
dobry ślad identyfikacyjny. Znalezienie obcęgów na pewno doprowadzi do wykrycia sprawcy.
Najważniejsze teraz były obcęgi.
Metodą „burzy mózgów” ustaliliśmy wersje i zacieśnialiśmy krąg podejrzanych. Z oględzin miejsca
przestępstwa wynikało, że sprawca mieszka w pobliżu, zna się na łączności, elektryczności i instalacjach,
a także ma dostęp do materiałów wybuchowych. Z kręgu podejrzanych wykluczono kobiety, ludzi
starszych i niepełnoletnich. Powierzchowna selekcja ograniczyła krąg podejrzanych do pięddziesięciu
osób. Sformowano pięddziesiąt grup dochodzeniowo-operacyjnych. W każdej grupie był specjalista
kryminalistyki, który miał zdjęcie identyfikacyjne śladu i odpowiednie instrumenty. Po uzyskaniu
aprobaty prokuratora wojewódzkiego, sekretarza KW i przewodniczącego WRN, 8 grudnia 1961 roku, o
godzinie 5:00, rozpoczęła się operacja „Zagórze”.
Pięddziesiąt trzyosobowych grup jednocześnie zapukało i weszło do pięddziesięciu mieszkao. Przepraszali
i prosili mieszkaoców o pokazanie domowych narzędzi ślusarskich i elektrotechnicznych. Poza tym,
kierując się własnym instynktem, mogli przeprowadzid rewizję. Od chwili wybuchu nie spałem ani jednej
nocy, inni oficerowie też nie zmrużyli oka.
Czekałem w napięciu na meldunki grup operacyjnych i na ten najważniejszy. Po dwóch godzinach zaczęły
wpływad pierwsze. Trzy informowały o znalezieniu podobnych obcążków. Nagle przyszedł ten najbardziej
upragniony. Słyszę drżący głos kierownika grupy: „Zidentyfikowano obcążki i ślad cięcia, zatrzymano
właściciela, wieziemy go do Katowic.” Doznaję ulgi, a równocześnie wzrasta niepewnośd - a może technik
pomylił się? Za proste to wszystko, aby było prawdziwe. Po chwili kierownik grupy znowu melduje, że
znaleziono dalsze dowody. Są to urządzenia do zdalnego odpalania, które odpowiadają śladom. Parę
minut po godzinie 7:00 jestem już pewny sukcesu. Wydałem polecenie przerwania akcji i powrotu 49
grup do Katowic. Tylko jedna grupa miała pozostad na miejscu i kontynuowad rewizję.
O godzinie 10:00 otrzymałem pierwszą dokładniejszą relację z przebiegu śledztwa. Zatrzymany przyznaje
się i podaje szczegóły. Pewny sukcesu zdałem sprawozdanie Edwardowi Gierkowi. Był zadowolony,
gratulował mi, było mu jednak przykro, że sprawca pochodzi z jego rodzinnego Zagórza, o które tak dbał.
Następny meldunek złożyłem ministrowi Władysławowi Wiszę, Mieczysławowi Moczarowi i Antoniemu
Alsterowi. Wszyscy gratulowali mi i prosili o dalsze informacje. Wydawało mi się, że już wcześniej
wiedzieli o ujęciu sprawcy. Widocznie ktoś z mego otoczenia wyprzedził mnie. Zawsze jest wielu
chętnych do meldowania o dobrych sprawach.
Co chwila naczelnik wydziału śledczego, major Janoszek, meldował o nowych okolicznościach.
Zatrzymany zeznał w obecności prokuratora, że był także autorem zamachu w 1959 roku. Przyznał się do
zamachów w 1951 i 1952 roku. Powiedział, że do bomby, która wybuchła w 1959 roku, włożył specjalnie
zegarek, aby wprowadzid nas w błąd. Po tym wszystkim opanowało mnie wielkie zadowolenie. Kto nie
uczestniczył w wykryciu ciężkiego przestępstwa, nie zna tego uczucia.
Ryzyko tej akcji było duże. Na własną odpowiedzialnośd naruszyłem prawo i spokój 49 obywateli, toteż
po kilku dniach oficerowie SB i MO ponownie złożyli wizytę w każdym z tych domów, poinformowali o
ujęciu sprawcy i przepraszali za naruszenie spokoju. Nikt nie zgłaszał pretensji, wypytywano jedynie o
sprawcę i szczegóły śledztwa.
Sprawcą zamachu był 33-letni mieszkaniec Zagórza (mieszkał w sąsiedztwie miejsca urodzenia Gierka). Z
zawodu elektryk kopalniany. Samotnik z natury, stary kawaler, nie miał złej opinii w miejscu pracy i
zamieszkania. Nigdy nie był członkiem legalnej czy nielegalnej organizacji. Zachowywał się z
nienaturalnym spokojem. Gdy pytano go o motywy, nie bardzo mógł je sprecyzowad. Chciał zrobid coś
tak efektownego, aby o nim mówiono. Był piromanem. W czasie służby wojskowej ukradł materiał
wybuchowy, z którego zmontował miny. Patrzyłem na niego i myślałem, że jeden taki niepozorny osobnik
mógł dokonad największej zbrodni w najnowszej historii Polski. Gdy ochłonąłem, postanowiłem zrobid
analizę naszych błędów popełnionych w tej sprawie. Było ich niemało, ale główny z nich - to
upolitycznienie sprawy.
Po kilkunastu dniach minister zwołał krajową naradę, na której mówiłem o tej akcji. Akcentowałem
milicyjne metody wykrycia, przedstawiłem też charakterystykę sprawcy. Wydawało mi się, że niektórzy
koledzy byli jakby zawiedzeni, że takim prostym sposobem wykryto zamachowca i że nie było żadnej
tajnej organizacji antypaostwowej. Minister spraw wewnętrznych nie dał nam żadnych nagród, ja też o
nie nie występowałem.
Gdy zostałem powołany na stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych, wielu uważało, iż przyczyniło
się do tego wykrycie sprawcy zamachu. Może i tak było. Pragnę jednak zauważyd, że Władysław Gomułka
nigdy mnie nie zapytał o tę sprawę ani o przebieg śledztwa. Nie domagał się także surowego ukarania
sprawcy.
Radzieckie organy bezpieczeostwa też nie interesowały się kwestią zamachu. W latach 1962-64 dwa razy
rozmawiałem z Chruszczowem; nie pytał o tę sprawę.

W pierwszych dniach kwietnia 1962 roku Edward Gierek zaprosił mnie do siebie i rzekł: „Nadszedł czas
pożegnania, będziesz powołany na stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych”. Zapytałem, czy chce
się mnie pozbyd. Odpowiedział, że nie, lecz takie jest życzenie towarzyszy z kierownictwa. Nie podał mi
żadnych nazwisk. Na drugi dzieo zadzwonił Moczar i niby żartem powiedział: „Szykuj się do Warszawy”.
Po kilku dniach wezwał mnie sekretarz KC i członek Biura Politycznego, Zenon Kliszko. Oświadczył, że
jestem powołany na stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych. Udałem zaskoczonego, a on mówi:
„Nie udawajcie, Edward wam na pewno powiedział, i inni też”. Podziękowałem i dodałem, że wolałbym
pozostad w Katowicach. Zenonowi Kliszce nawet to się spodobało. Powiedział, że taka jest wola
towarzysza Wiesława. Potem zgłosiłem się do towarzysza Wichy na formalną rozmowę, a z kolei do
Mietka Moczara na długą, serdeczną i przyjacielską.
Miałem kilka dni na przekazanie komendy mojemu zastępcy, pułkownikowi Karolowi Stawarzowi, i na
pożegnanie się ze wszystkimi. Żal mi było odchodzid, w tym środowisku czułem się dobrze. Była to dobra
szkoła, równocześnie najważniejszy etap w mojej karierze politycznej. Pracując w Warszawie nie
chciałem oderwad się od Katowic. Kontynuowałem przyjaźo z Edwardem Gierkiem, Janem Mitręgą,
Januszem Korczyoskim, Jerzym Ziętkiem, Zdzisławem Grudniem i innymi kolegami. Dwa, a bywało i trzy
razy w miesiącu przyjeżdżałem tam, aby wygłaszad odczyty i przywozid wieści ze stolicy. Mieczysław
Moczar żartował: „Nie możesz oderwad się od pępowiny”.

Pierwsze kroki w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych


2 maja 1962 roku przejąłem wszelkie sprawy po odchodzącym z resortu spraw wewnętrznych
wiceministrze Antonim Alsterze. Otrzymałem gabinet na trzecim piętrze gmachu przy ulicy Rakowieckiej.
Minister i wiceministrowie zajmowali całe skrzydło na tym piętrze. Mieściła się tu także sala posiedzeo i
kuchnia dla kierownictwa. Dostępu do nas strzegli starannie dobrani milicjanci. Nawet pracownicy
resortu nie mogli wejśd bez specjalnego upoważnienia.
Ministrem spraw wewnętrznych był nadal Władysław Wicha, a wiceministrami: Mieczysław Moczar,
Zygfryd Sznek, Ryszard Dobieszak, zaś generalnym dyrektorem - Wacław Komar. Byłem tu nowym i
awansowanym ze szczebla wojewódzkiego, co zdarzało się niezmiernie rzadko. Nie pracowałem dotąd w
ministerstwie i słabo znałem mechanizm jego funkcjonowania. Moją sytuację utrudniało także i to, że
przyszło mi nadzorowad właśnie te piony, którymi kierowali moi, do niedawna, przełożeni. Było wśród
nich kilku dobrych kolegów: płk Stanisław Filipiak, płk Stanisław Morawski, płk Henryk Piętek, płk
Bonifacy Jedynak, płk Henryk Sokolak, płk Feliks Kubica, płk Idzi Bryniarski.
Mylą się bardzo nowo awansowani z tzw. terenu, jeśli sądzą, że można przejśd na stanowisko kierownicze
w centrali i od razu prawidłowo pracowad. Jest to jakościowa różnica w skali problemów, metodach i w
samym sposobie zachowania się. W innym świetle widad też problemy polityczne. Polityka paostwa ma
swoje tajemnice, które nie są uwidocznione w regulaminach i instrukcjach. I niewiele można dowiedzied
się o niej na uczelniach oraz kursach. W polityce największą wartośd ma własne doświadczenie i
umiejętnośd korzystania z doświadczenia innych. Dopiero po trzech latach zacząłem orientowad się w
tajemnicach wielkiej polityki. Z pewnym niepokojem obserwuję zachowanie się sekretarzy stanu,
ministrów i wicepremierów, którzy od razu wszystko wiedzą i tak pewnie wypowiadają się w sprawach
niepewnych.
Pierwsze kroki w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zacząłem od poznania problemów centrali,
struktury, metod i spraw podległych mi departamentów, biur i jednostek. Przez pierwsze 3-4 miesiące
słuchałem, czytałem i oglądałem. Nie wymądrzałem się, nie krytykowałem i unikałem wydawania
poleceo. Starałem się nie robid tego, co raziło mnie u innych.
Rozmawiałem z wiceministrami, dyrektorami, szefami służb. Najwięcej dowiedziałem się podczas
rozmów z Mieczysławem Moczarem. Odsłaniał mi sekrety wielkiej polityki, wprowadzał w jej kulisy i
wyjaśniał, kto jest kto, a miał rzadki dar charakteryzowania w kilku słowach. Jego zdaniem, prawdziwe
życie polityczne pulsuje jedynie w stolicy. To, co się tu dzieje, rozstrzyga o sytuacji. Wiceminister Ryszard
Dobieszak ciekawie mówił o doskonaleniu funkcjonowania milicji. Wówczas KG MO miała dużą
autonomię i samodzielnośd. Kilkakrotnie rozmawiałem także z Wacławem Komarem - generalnym
dyrektorem. Obok Moczara był on w MSW najbardziej barwną indywidualnością. Przedwojenny
komunista, walczył w Hiszpanii. Zaraz po wojnie tworzył polski wywiad, w 1950 roku został aresztowany
„za szpiegostwo”, w 1955 uniewinniony, po październiku 1956 dowodził wojskami wewnętrznymi MSW,
w latach 1960-64 zajmował się w MSW sprawami gospodarczymi. Umiał także opowiadad barwne
anegdoty. Gdy w czasie posiedzenia kolegium minister Wicha mówił za długo i bez treści, pokazywał mu
sześd palców; oznaczało to szóste przykazanie „nie cudzołóż”, a po naszemu „nie pieprz”. W czasie jednej
z rozmów radził mi: „Dużo słuchaj i patrz, mało mów, jeszcze mniej pisz i unikaj podpisów”. Podał przy
tym przykład wiceministra Mietkowskiego. Był on wiceministrem około 10 lat, nie podpisał ani jednego
pisma mającego znaczenie polityczne i w czasie rozliczeo w latach 1953-56 miał najmniej kłopotów.
Mietkowski nie tylko nie podpisywał, lecz mało mówił i jeszcze mniej czytał, wolał nie wiedzied (a w
polityce trzeba wiedzied, czego nie wiedzied). Syn Wacława Komara - Michał, napisał kilka książek, wśród
nich jedną o terrorze, w której odbija się dramat ojca. Radziłbym, aby byli pracownicy SB przeczytali ją.
Wraz z odejściem Antoniego Alstera kooczył się podział resortu na dwa ośrodki kierowania. Od 1956 roku
jednym kierował Moczar, drugim - Alster. Teraz faktycznym kierownikiem resortu stał się generał dywizji
- Mieczysław Moczar. Przez wiele lat te dwa ośrodki nie tylko nie współdziałały ze sobą, lecz bywało, że
nawet zwalczały się. Najbardziej cieszono się, gdy drugiemu ośrodkowi coś się nie udało. Były nawet
przypadki przeprowadzania wzajemnych tajnych rewizji w miejscu pracy i podkradanie spraw. W czasie
posiedzenia kolegium czy narad albo obaj wiceministrowie przemawiali, albo obaj milczeli. Kierownictwo
partyjne znało tę sytuację, lecz - mniemam, że celowo - tolerowało ją. Zwykle w każdym resorcie
wiceministrowie wzajemnie źle się znoszą, u nas znosili się bardzo źle. Minister Wicha nie ufał Alsterowi,
lecz chyba jeszcze bardziej Moczarowi. Wicha był dobrym człowiekiem, lecz wiecznie wystraszonym i
posłusznym wobec „góry”. Pragnął jedynie spokoju, aby tylko nie było kłopotów, z których miałby się
tłumaczyd w Komitecie Centralnym, a tego bardzo nie lubił. Najbardziej bał się Ryszarda Strzeleckiego,
naszego resortowego sekretarza KC PZPR.
Minister nadzorował jedynie Biuro Prezydialne, Departament Kadr i - do mego przyjścia - Departament
Finansów. Przekazał mi ten departament i przez kilka lat go nadzorowałem. Nie miałem wielu kłopotów.
Dyrektorzy tego departamentu, płk Goldsztajn i A. Dusza, mówili mi, że stosują taką zasadę, że jeśli
kwatermistrz, oficer gospodarczy czy finansowy dwa razy pod rząd nie bierze należnego urlopu,
tłumacząc się nawałem pracy, to należy go poddad kontroli, bo coś tam jest nie w porządku. W pionie
finansowym MSW nigdy nie było nadużyd.
Władysław Wicha był człowiekiem nadzwyczaj pracowitym. Przychodził o 8:00, wychodził o 16:00 i
znowu wracał i pracował od 18:00 do 22:00. I tak przez cały tydzieo, a czasami przychodził i w niedziele.
Mówił, że taki styl pozostał mu po pracy w NIK, gdy prezesem był Franciszek Jóźwiak. W dzieo się
wałęsali, a dopiero w nocy byli aktywni. Przez cały czas kierowania resortem nie opuszczał swego
gabinetu. Nie słyszałem, aby odwiedził któregoś z wiceministrów lub był w pokoju dyrektora
departamentu. Sądzę, że gdy po 10 latach odchodził z resortu, dokładnie nie wiedział, ile jest w nim
departamentów, służb i zarządów.
Po wstępnym zorientowaniu się w sposobie funkcjonowania centrali przedstawiłem się członkom Biura
Politycznego, sekretarzom KC, premierowi i członkom rządu. Zacząłem od premiera Cyrankiewicza. „
Jó-Cy” -jak wówczas mówiono - przyjął mnie na drugi dzieo. Zadzwoniłem z telefonu rządowego,
sekretarka połączyła zaraz. Cyrankiewicz miał mądre sekretarki, a to jest skarb. Wiedziały, z kim łączyd od
razu, kto musi krócej, a kto dłużej poczekad, a kto nigdy nie doczeka się rozmowy. Wszystko to robiły z
gabinetowym wdziękiem. Rozmawialiśmy prawie pół godziny, sporo o mnie wiedział, napomknął, że gdy
na posiedzeniu Biura Politycznego była rozpatrywana moja kandydatura, on był za (skądinąd wiedziałem,
że sprzeciwiało się kilku członków Biura Politycznego, wśród nich Aleksander Zawadzki i Franciszek
Waniołka). Mówiłem premierowi, że nie czuję się nazbyt zaszczycony pracą w MSW. Odpowiedział:
„Żadna praca nie haobi”. Prosił też o stały kontakt. W czasie drugiej rozmowy zaproponował przejście na
„ty” - bez bruderszaftu. Mówił, że „krakusy powinni trzymad się razem”. On umiał tworzyd przyjaźnie.
Prosił o przekazywanie mu krążących o nim anegdot, nawet tych najbardziej złośliwych. Zwykle w
przekazywanych mu do wglądu materiałach, zwłaszcza tekstach z nasłuchu, ostrożni oficerowie pomijali
anegdoty i pisali - „teraz figuranci opowiadają anegdoty”. Józefa ciekawiło to najbardziej. W czasie
pierwszych rozmów wydawało mi się, że badał, czyim jestem człowiekiem.
Poradzono mi, abym ułożył sobie dobre stosunki z szefem Urzędu Rady Ministrów, Januszem
Wieczorkiem. Rozmawiałem z nim wielokrotnie. Był uczciwy i dotrzymywał danego słowa. Przez bez mała
25 lat miałem stycznośd z Urzędem RM i na tej podstawie mogę twierdzid, że był to najbardziej
efektywny i solidny szef tego ważnego ośrodka.
Z początkiem lipca poprosiłem dyrektora Departamentu Kadr, pułkownika Teodora Mikusia, o moją
teczkę personalną. Wówczas teczki personalne były materiałami ściśle tajnymi i pracownik nie miał
prawa wglądu do nich. Przyniósł mi zaraz, i to dwie teczki. W jednej były moje akta personalne, a w
drugiej materiały do sprawy operacyjnej, którą w latach 1951-54 prowadzono przeciwko mnie. W teczce
personalnej znajdowały się ankiety, opinie i 11 życiorysów. Wówczas często pisaliśmy życiorysy, w 1951
roku napisałem ich pięd. Urzędnik „czujniak” porównywał i na czerwono podkreślał niektóre fakty,
głównie dotyczące okupacji. Zaś w drugiej teczce było co czytad. Liczyła ona ponad 200 stron i była
ciekawsza. Znajdowało się w niej postanowienie z 2 II 1951 roku o: „Założeniu sprawy tajnego
rozpracowania na szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeostwa w Olsztynie, ppłk. Franciszka Szlachcica”
oraz meldunki i doniesienia. Źródłem „założenia sprawy” był meldunek szefa WUBP w Krakowie, ppłk.
Grzegorza Łanina, o tym, że w czasie okupacji nasz oddział partyzancki wydał i wykonał wyrok na oficerze
Armii Czerwonej. W marcu 1951 roku o wszczęciu sekretnego postępowania doniósł mi pracownik X
Departamentu MBP. Tę informację potwierdził ppłk Józef Kowalski - mój zastępca, który miał kolegów w
tym departamencie. Opowiedziałem o tym ówczesnemu I sekretarzowi KW w Olsztynie, Bolesławowi
Bendkowi, i wojewodzie, Mieczysławowi Moczarowi. Prostoduszny Bendek pojechał do Warszawy i
pożalił się Jakubowi Bermanowi. Po kilku tygodniach przeniesiono mnie do Rzeszowa. W nowym miejscu
pracy zameldował się podwładny oficer i powiedział, że otrzymał supertajny rozkaz obserwowania mnie i
składania meldunków w Warszawie. Podziękowałem za uczciwośd, on z kolei obiecał, że przed wysłaniem
zapozna mnie z każdym meldunkiem. W teczce znalazłem właśnie te meldunki. W 1954 roku sprawę
przeanalizowali dyrektor Departamentu Kadr MBP, płk Mikołaj Orechwa, i dyrektor Biura do Spraw
Funkcjonariuszy MBP, płk Jerzy Siedlecki. Doszli do wniosku, że została ona założona bezpodstawnie i
była tendencyjnie prowadzona. Rzekomym oficerem radzieckim był podstawiony agent hitlerowskiego
wywiadu. Wnioskowali zaniechanie postępowania i odłożenie sprawy do archiwum. Minister
bezpieczeostwa publicznego, Stanisław Radkiewicz, 2 II 1954 r. wniosek zatwierdził. Szkoda, że mnie o
tym nie poinformowano. Widocznie nie wiedzieli, że znam tę sprawę.
W pierwszych latach w organach bezpieczeostwa pracowało wielu ideowych, uczciwych, odważnych i
skromnych komunistów. W samym Ministerstwie Bezpieczeostwa charakterem i odwagą sprzeciwiania
się ministrowi, a nawet Bierutowi, wyróżniali się płk Michał Orechwa i płk Jerzy Siedlecki. Obaj odsiedzieli
swoje w latach trzydziestych i jak wielu przedstawicieli lewicy zahaczyli o Berezę i Łubiankę. O Jerzym
Siedleckim krążyły legendy - miał obszarnicze, to znaczy obce klasowo, pochodzenie. Studiował we
Lwowie i był wyróżniającym się studentem politechniki. Wstąpił do tajnej Komunistycznej Partii Polski.
Aresztowano go i poddano śledztwu. Przy podpisywaniu protokołu domagał się, aby wpisano zdanie:
„mam zaszczyt byd komunistą”, a na to śledczy nie chciał się zgodzid. Bito go i zmuszano do rezygnacji z
tego zdania. Wreszcie śledczy ustąpił. Orechwie śledczy z NKWD połamali żebra, zarzucano mu
współpracę z polskim przedwojennym wywiadem.
Po przewertowaniu teczki zaniosłem ją Mieczysławowi Moczarowi. Przy mnie przejrzał materiały i
następnie długo rozwodził się o swojej sprawie, która była prowadzona przez X Departament w latach
1947-53. Obejmowała kilkanaście tomów i nosiła kryptonim „Bagno”. Z odrazą mówił o podłości, o
łamaniu ludzi, o zachowaniu się niektórych przyjaciół. Mieczysław pokazał mi też ciekawe materiały z
Głównego Zarządu Informacji WP. W swojej specjalnej kasie przechowywał to i owo. Zresztą prawie
wszyscy ministrowie MSW coś tam gromadzą na czarną godzinę. Na Zachodzie można z tego dobrze żyd
przez długie lata.
Na całym świecie służby wewnętrzne dzielą się na dwa główne działy: operacyjny i dochodzeniowy.
Działalnośd dochodzeniowo-śledcza jest zwykle regulowana kodeksem postępowania karnego i
nadzorowana przez prokuratorów i sądy. Działania operacyjne polegają na werbowaniu informatorów,
tajnej obserwacji, stosowaniu techniki operacyjnej, są określone tajnymi instrukcjami i nadzorowane
przez przełożonych. Nikt postronny nie ma do nich wglądu.
Wszystkie służby wewnętrzne stosują podobne metody. Różnią się jedynie przedmiotem działania,
zakresem i aktywnością. W potocznej opinii tkwi przeświadczenie, iż polskie organy bezpieczeostwa
wzorowały się na metodach NKWD. Jest w tym duża częśd prawdy. Jednak w naszej praktyce w znacznym
stopniu wykorzystano doświadczenia Drugiego Oddziału przedwojennego Sztabu Głównego WP (wywiad
i kontrwywiad) oraz policji politycznej. Na przykład w latach 1945-47 wykładowcami na kursach kadr
kierowniczych MBP byli oficerowie „Dwójki”. Pamiętam, jak z dużym zainteresowaniem słuchaliśmy
przedwojennego oficera polskiego wywiadu, który opowiadał o metodach zwalczania komunizmu i
radzieckiej agentury. Żeby było dowcipniej, szefem mojej kompanii na tym kursie był przedwojenny
podoficer żandarmerii. Solidnie nas ganiał po piaskach Legionowa. Tam zaprzyjaźniłem się z ówczesnym
szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeostwa w Wadowicach, ppor. Józefem Karkoszką. W czasie zajęd
zadawał kłopotliwe pytania. Spośród nas wyróżniał się umiejętnością gry w piłkę. Grywał w ataku
wadowickiego klubu piłki nożnej. Zdarzało się, że kibice krzyczeli „Szefie, gola!”. Trochę podśmiewaliśmy
się z wadowickich „górali”. Nikt wtedy nie przypuszczał, że Wadowice staną się sławne na cały świat.
Ze zmiennymi skutkami od 1954 roku starano się służby wewnętrzne dostosowad do zmieniających się
warunków. Najbardziej opornie szło zawężanie obszaru zainteresowao, co często wiązało się z
ograniczeniem zakresu władzy. W MSW, odwrotnie niż w ogólnej administracji, trzeba było dużo więcej
determinacji i odwagi dla podjęcia decyzji na „nie” niż na „tak”. Łatwiej było powiedzied, co robid niż
czego nie wolno robid i czym nie należy się zajmowad.
Gdy zapoznałem się z kartotekami MSW, w 1963 roku wydałem rozkaz zniszczenia znacznej ich części.
Chodziło między innymi o ewidencję repatriantów z Francji, w której znajdowali się także Edward Gierek i
Zdzisław Grudzieo. Po upływie trzech miesięcy dyrektor Departamentu Kartotek, płk Jan Zabawski,
zameldował o wykonaniu rozkazu. Zapytałem: „Czy musiało to trwad aż tak długo?”. Odpowiedział:
„Przedłużyło się z powodu mikrofilmowania”.
Płk Jan Zabawski był przedwojennym komunistą, też odsiedział swoje. Mawiał, że „sąd dał tyle, ile miał”.
Gdy w 1937 roku został aresztowany, w śledztwie odbito mu nerki i pogruchotano żebra. Nie dał się
złamad, został więc wywieziony pod polsko-radziecką granicę, gdzie powiedziano mu: „Przechodź albo cię
zastrzelimy za próbę ucieczki do ZSRR”. Przeszedł więc i zaraz przejęły go w swoje ręce organy NKWD.
Gdy pytano, kim jest i jak się tu dostał, opowiedział prawdę. Za tę prawdę trzymano go w więzieniu i
obozie do 1946 roku. W śledztwie złamano nogę i kulał do kooca życia. Siedziałby może dłużej, lecz
władze polskie interweniowały w jego sprawie.
Kształtowana w latach 1945-55 tzw. mentalnośd twierdzy spowodowała izolację i samoizolację
pracowników służb wewnętrznych. Starano się, aby mieszkali w wydzielonych koloniach, żenili się między
sobą, a w resorcie pracowały całe rodziny. Wytworzyła się więc specyficzna podkultura. Po 1956 roku
postanowiono zmienid tę sytuację, znieśd mentalnośd twierdzy oraz przekonanie o tzw. wybraocach.
Równocześnie rozluźniono wymagania kadrowe. Byłem świadkiem dialogu między Moczarem i
dyrektorem kadr na temat awansowania oficera, który „miał księdza w rodzinie”. Na wątpliwośd
dyrektora Moczar powiedział: „Jeśli biskup nie boi się, to czego my mamy się bad?”. Skądinąd
dowiedziałem się, że jednak obaj bracia mieli pewne kłopoty.
Na przełomie lat pięddziesiątych i sześddziesiątych dokonywała się w MSW pierwsza zmiana pokoleo.
Odchodzili pracownicy „pierwszych miesięcy”, przychodziło nowe pokolenie ze swoimi zaletami i
wadami. Pojawiał się nowy typ pracownika Służby Bezpieczeostwa, który miał aspiracje, chciał się
wykazad i zademonstrowad swoją władzę. Nie przeżyli oni oczyszczającego wstrząsu w latach 1955-57.
Niektórym z nich znowu zaczęło się wydawad, że wszystko wolno. Dlatego też dużo uwagi poświęcaliśmy
wychowaniu i szkoleniu.
Z inicjatywy płk. Feliksa Kubicy i innych pracowników pionu szkolenia do programów kształcenia
wprowadzono: socjologię, psychologię, logikę, ekonomię, a nawet wykłady z cybernetyki.
Na spotkania z pracownikami zapraszano wybitnych uczonych i polityków. Ta racjonalizacja systemu
funkcjonowania miała też swój uboczny skutek. Pracownicy niechętnie przychodzili wieczorami do pracy.
W gmachu przy ulicy Rakowieckiej coraz mniej paliło się świateł. Trzeba było nawet specjalnie zostawiad
światła w pokojach, aby stwarzad wrażenie, że MSW czuwa. Odchodził już do historii ideał pracownika,
który od rana do późnej nocy ślęczał w biurze, poświęcał się i mało troszczył o własne sprawy osobiste.
Generacja pierwszej dekady poświęcała się najbardziej i najgorzej też została potraktowana.

Niektóre sprawy
W październiku 1962 roku wybuchł kryzys kubaoski, który wywołał duży niepokój wśród wpływowej
części najwyższego kierownictwa. Głoszono opinię, że „wpełzamy w trzecią wojnę światową” 1 trzeba się
do niej przygotowad. W początku 1963 roku Komitet Obrony Kraju zarządził dwiczenia wojskowe.
Kierował nimi minister obrony narodowej, Marian Spychalski. „Grały” wszystkie resorty i kilka
województw. Minister zlecił mi kierowanie siłami MSW. Przygotowaliśmy się jak należy, co nie było tak
trudne, bo jak w każdych dwiczeniach wojskowych, z góry było wiadomo, kto zwycięży. Wypadliśmy
dobrze, w czym głównie zasłużyli się gen. bryg. Włodzimierz Muś - dowódca KBW i płk dypl. Garbowski,
który obok umiejętności organizatorskich znał mnóstwo anegdot wojskowych, w czym mógł
współzawodniczyd z generałami Jerzym Bordziłowskim i Bolesławem Chochą.
Dla resortowych kierowników dwiczeo najważniejszym momentem było referowanie pozorowanej
sytuacji ministrowi Spychalskiemu, który wysłuchiwał nas w otoczeniu generałów: Bordziłowskiego,
Jaruzelskiego, Chochy, Korczyoskiego, Tuczapskiego i innych. Zreferowałem regulaminowo. Marszałek
trochę pochrząkiwał, zadał dwa pytania, na które od razu odpowiedziałem. Nikt z obecnych nie miał do
MSW ani do mnie żadnych uwag. W czasie przerwy generał Bordziłowski opowiadał różne zdarzenia i
anegdoty. Zapamiętałem opowiadanie o różnicach w zachowaniu się między żołnierzami polskimi
pochodzącymi z terenu Warszawy i Poznania. W czasie wojny polsko-radzieckiej w 1920 roku on sam jako
żołnierz Armii Czerwonej wraz z innymi kolegami dostał się do polskiej niewoli. Gdy pilnowali ich
żołnierze pochodzący z Warszawy, nie było obozowego rygoru i można było rozmawiad, a nawet
wyrywad się za ogrodzenie. Gdy ochronę objęły poznaoskie pułki, od razu wprowadzono rygor i
porządek, ale za to jeocy otrzymywali regularne posiłki.
Na zakooczenie dwiczeo spotkał się z nami Władysław Gomułka. Nie zauważyłem, aby się za bardzo
interesował przebiegiem naszych działao. W pewnym momencie zapytał: „Czy przewidziano wycofanie
się naszych wojsk i wtargnięcie przeciwników na tereny polskie?”. Odpowiedziano mu: „Takiego wariantu
nie przewiduje się”.

Pion operacyjno-polityczny, który mi podlegał, już od kilku lat zajmował się niewielką, lecz bardzo
aktywną grupą członków PZPR, którzy kwestionowali uchwały XX Zjazdu KPZR i VIII Plenum KC PZPR, nie
zgadzali się z krytyką Stalina i Bieruta, podważali autorytet Gomułki i Chruszczowa, zachwycali się
polityką Chin. Liderem grupy był Kazimierz Mijal, były minister i członek KC. Kolportowali antypartyjne
materiały i głosili skrajnie lewicowe hasła. Nie mieli zresztą większego wpływu i nie stwarzali zagrożenia
dla ustroju. Żadne partyjne kierownictwo nie lubi skrzydeł, ani prawych, ani lewych, może nawet tego
drugiego bardziej. Polecono więc przerwad tę działalnośd. Zatrzymano kilkunastu członków,
przeprowadzono rewizje, kilku nawet sądzono. W czasie tych zatrzymao Mijal potajemnie opuścił kraj. W
1984 roku równie tajnie wrócił.
Większośd członków tej grupy była ideowymi i uczciwymi komunistami. W śledztwie, sądzie i więzieniu
zachowywali się godnie. Swoim zachowaniem zaimponował mi Józef Śniecioski, późniejszy redaktor
naczelny miesięcznika „Zarządzanie”. Rozmawiałem z nim, odważnie bronił swoich poglądów i kolegów.
W śledztwie niczego nie ujawnił, a w jednym przypadku nawet ośmieszył prowadzących dochodzenie.
Jeszcze przez pewien czas niektórzy członkowie grupy poddani byli tajnej obserwacji. Najwięcej kłopotów
sprawiał Hilary Chełchowski, były zastępca członka Biura Politycznego KC PZPR i wicepremier. Nabawił się
tzw. nerwicy obserwacyjnej i jeśli ktoś podążał za nim, krzyczał, wyzywał i groził pobiciem.
Pod koniec 1966 roku działalnośd tej grupy prawie zamarła. Złożyło się na to kilka przyczyn, główną z nich
było rozczarowanie polityką przewodniczącego Komunistycznej Partii Chin i barbarzyostwo rewolucji
kulturalnej.
W czasie zajmowania się tą grupą minister spraw wewnętrznych otrzymał od kogoś ważnego z KC
polecenie, aby MSW otoczyło specjalną opieką znanego działacza politycznego, członka KC, który był
przyjacielem Mijala. Minister nie sprzeciwił się i od ręki przekazał to polecenie dyrektorowi
departamentu, płk. Stanisławowi Filipiakowi. Ten z kolei odmówił wykonania rozkazu. Wicha zagroził mu
odwołaniem ze stanowiska za brak subordynacji. Sprawa dotarła do Moczara i do mnie. Przekonaliśmy
ministra, że Filipiak ma rację.

Od 1957 roku najbardziej prestiżową sprawą dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych stała się nie wykryta
sprawa okrutnego morderstwa Bogdana Piaseckiego. Pod koniec 1961 roku uznano ją za niemożliwą do
wykrycia i odłożono do archiwum. Bolesław Piasecki - ojciec Bogdana - nie godził się na to i
interweniował w KC, prokuraturze i MSW. Domagał się dalszego prowadzenia sprawy. Po kolejnej
interwencji minister Wicha poprosił mnie na rozmowę i powiedział: „Może wzięlibyście się za tę sprawę,
macie świeże doświadczenie w wykryciu sprawcy zamachu na Chruszczowa i Wiesława. Może wam się
uda” - bez większego przekonania.
Od chwili morderstwa minęło ponad trzydzieści lat, dlatego przypomnę najważniejsze fakty. 22 stycznia
1957 roku w Warszawie został uprowadzony i zamordowany Bogdan Piasecki. Miał wówczas 16 lat, był
synem przewodniczącego Stowarzyszenia PAX - Bolesława Piaseckiego. Morderstwo i zachowanie się
zbrodniarzy były wyjątkowo okrutne. Stołeczna Komenda Milicji i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych
przeprowadzały różne przedsięwzięcia dochodzeniowo-operacyjne. Dopiero 8 grudnia 1958 roku
przypadkowo natrafiono na zwłoki Bogdana. W miarę upływu czasu słabło zainteresowanie tą sprawą, aż
zmalało prawie całkowicie.
Poprosiłem o całośd akt operacyjnych i dochodzeniowych. Było tego parę tysięcy stron. Później
rozmawiałem z pracownikami, którzy zajmowali się tą sprawą. Obejrzałem miejsca zdarzeo.
Zastanawiałem się nad przyczynami niewykrycia morderców. W moim przekonaniu główną przyczyną
była karygodna nieudolnośd pracowników zajmujących się sprawą w pierwszych dniach i tygodniach po
uprowadzeniu. Błąd ówczesnego kierownictwa MSW polegał na tym, że nie doceniano znaczenia sprawy,
nie powołano do jej rozszyfrowania najzdolniejszych, nie ustalono jednolitego kierowania i ścisłych zasad
koordynacji. Istotny wpływ na ówczesne działanie resortu - jak już wspominałem - miało istnienie dwóch
ośrodków decyzyjnych. Każdy z nich miał i głosił inną wersję uprowadzenia i zamordowania. Bolesław
Piasecki i jego przyjaciele, którzy prowadzili własne dochodzenie, też mieli własną wersję. Podejrzewali
pracowników MSW co najmniej o sprzyjanie sprawcom zbrodni. Suma błędów i zachowanie się
niektórych pracowników centrali mogło nasuwad takie podejrzenia. Gwoli prawdy trzeba dodad, że w
1958 roku Służba Bezpieczeostwa nie wyszła jeszcze z szoku, jakim były dla niej przemiany 1956 roku.
Jak wynikało z materiałów i rozmów, głównym tropem i zarazem koronnym świadkiem był Ignacy
Ekerling, kierowca taksówki T-75-222. On właśnie widział morderców. Odwoził Bogdana Piaseckiego z
miejsca uprowadzenia przy ulicy Wejnerta do miejsca morderstwa przy ulicy Świerczewskiego. Plątanie
zeznao, próba wyjazdu do Izraela oraz powiązania ze światem przestępczym obciążały kierowcę i
umacniały podejrzenie o jego udziale.
Ojciec zamordowanego był przed II wojną światową jednym z przywódców nacjonalistycznych
organizacji. Ekerling - Żydem. Dla wielu zajmujących się sprawą nie ulegało wątpliwości, że był to odwet i
zemsta Żydów. Miała to potwierdzad rytualna metoda morderstwa.
Zadawałem sobie pytanie, czy aby Ekerling nie jest owym celowo włożonym „zegarkiem”, który miał nas
wprowadzid na fałszywy trop. W zachowaniu sprawców istniała sprzecznośd. Z jednej strony działają w
sposób zorganizowany i perfidny, z drugiej wynajmują taksówkę, nie zmieniają nawet numeru, co
umożliwia łatwe ustalenie kierowcy. Jak gdyby chcieli, abyśmy te właśnie fakty ustalili. Od dawna
stosowałem zasadę, że ważniejsze osoby, którymi przyszło mi się zajmowad, starałem się poznad
osobiście. Toteż przyjrzałem się kierowcy Ekerlingowi. Nie wyglądał mi na mafioso.
Dużym błędem w tym śledztwie było rozproszenie dowodów, materiałów i działao. Z analizy błędów
wynikało, że większośd z nich można naprawid. Wszystko to dawało realną nadzieję na wykrycie
zbrodniarzy. Zaproponowałem powołanie grupy operacyjnej MSW. Na jej czele stanął jeden z najbardziej
doświadczonych, wnikliwych i upartych pracowników centrali, płk Tadeusz Kwiatkowski. Minister i
kolegium chętnie przystali na moje propozycje. Rozpoczęły się od nowa żmudne działania operacyjne i
dochodzeniowe. Odtworzono scenariusz zdarzenia. Skompletowano dowody, materiały i istotnie je
uzupełniono. Przeprowadzono liczne eksperymenty. Zwrócono się o pomoc do wybitnych specjalistów
krajowych i zagranicznych. Przeanalizowano kilka wykrytych spraw uprowadzeo w innych krajach.
Komenda Główna MO posiadała już dobrze technicznie wyposażony Zakład Kryminalistyki i pracowali
tam zdolni specjaliści, którymi kierował płk Ryszard Zelwiaoski. Oni pomagali w dochodzeniu i dzięki nim
ujawniono nowe szczegóły. Pojawiały się kolejne wersje. Działalnośd dochodzeniową nadzorowali
inteligentni prokuratorzy.
Przez cały czas mojej pracy w MSW działała grupa operacyjna, która - przy okazji - wykryła kilkadziesiąt
różnych, w tym i poważnych, przestępstw. Do czasu odejścia z resortu żywiłem nadzieję na wykrycie i tej
sprawy, tym bardziej że dawało się dostrzec pewne związki morderstwa Bogdana Piaseckiego ze
sprawami zamordowania w Warszawie podoficera MO Zygmunta Kiełczykowskiego i napadu na bank
przy ulicy Jasnej. One także dotąd pozostały nie wykryte.
Bolesław Piasecki miał swój zwiad i dowiedział się o podjętych decyzjach. Zadzwonił do mnie i poprosił o
rozmowę. W czasie pierwszego spotkania opowiedziałem o podjętych działaniach. Prosiłem, aby jego
ludzie nie prowadzili prywatnego śledztwa. Partnerzy dotrzymali słowa i ściśle współdziałali z nami w
wykryciu sprawców. Ustaliliśmy także okresowe spotkania dla wymiany informacji.
Z czasem służbowe spotkania przemieniły się w przyjacielskie.
W 30. rocznicę morderstwa ukazała się książka Petera Rainy. Opublikowano śledcze dokumenty i kilka
okolicznościowych artykułów. Tygodnik „Stolica” zwrócił się do mnie z prośbą o rozmowę, która ukazała
się 18 VI 1989 r. Wyraziłem tam pogląd, że wykryciu sprawców walnie zaszkodziła odgórnie narzucona
sugestia i błędy w prowadzeniu dochodzenia.

Przez pierwsze cztery miesiące 1962 roku mieszkałem w hotelu MSW. W jednej z telefonicznych rozmów
Józef Cyrankiewicz zapytał, jak mi się mieszka w Warszawie. Odpowiedziałem: „Urząd Rady Ministrów
szuka mi czegoś”. Na drugi dzieo szef URM przydzielił mi mieszkanie przy ulicy Szarotki. Był to dom
bliźniak, wybudowany w 1961 roku dla Władysława Gomułki. Ten zaś, gdy go obejrzał, nie chciał w nim
zamieszkad. Mieszkanie przy ul. Na Skarpie bardziej mu odpowiadało.
Prawie od pierwszych dni pobytu w Warszawie Moczar włączył mnie do grona bliskich przyjaciół. Miałem
w ten sposób okazję spotykad się bezpośrednio z członkami najwyższego kierownictwa. Mieczysław
urządzał kolacje z dobrą kawą i winem. Bywali u niego: Władysław Gomułka, Zenon Kliszko, Ignacy
Loga-Sowioski, Grzegorz Korczyoski, Wojciech Jaruzelski, Jan Szczepaoski, Walery Namiotkiewicz,
Mieczysław Róg-Świostek, Kazimierz Sidor, Jan Wasilewski i inni. Podobne spotkania urządzali Grzegorz
Korczyoski i Ignacy Loga-Sowioski. Ja tylko raz urządziłem przyjęcie, lecz nie było ono, niestety, udane.
Może było za ciasno, a może nie umiałem stworzyd nastroju? W czasie spotkao głównym gościem był
Wiesław, jeśli go nawet nie było, czuło się jego obecnośd, o nim mówiono najwięcej. W towarzystwie
Wiesław był odprężony, rozmowny, śmiał się z dobrych anegdot, sam też je opowiadał. W czasie kolacji u
gen. Grzegorza Korczyoskiego serdecznie pośmiano się z pomyłki wywiadu wojskowego, którego szefem
był gospodarz. Było to tak. Minister obrony narodowej, Marian Spychalski, dowiedział się, że w Londynie
w sklepie z zabawkami można kupid miniatury zachodnich samolotów bojowych. Polecił więc zakup
całego kompletu. Szef wywiadu polecenie przekazał adiutantowi. On zaś, zamiast zatelefonowad do
naszego attache wojskowego w Londynie, polecenie przekazał szyfrem. Albo szyfrant przekłamał, albo
attache więcej się domyślał niż należało, dośd na tym, że wszczął nieoficjalne pertraktacje w sprawie
zakupu prawdziwych maszyn. Informacja o tym dotarła do dowództwa Układu Warszawskiego. Trzeba
więc było wyjaśniad nieporozumienie.
Grzegorz Korczyoski był przystojny, podobał się paniom i miał sympatyczne żony. Znał świat, obce języki i
był oczytany. W czasie towarzyskich kolacji wszyscy dbaliśmy o dobre samopoczucie Wiesława, jedynie
Grzegorz Korczyoski spierał się z nim, nie bał się i mówił to, co myślał. Miał on moralne prawo tak
rozmawiad z Wiesławem - w latach 1948-53 nie wyparł się Gomułki i nie wystąpił przeciw niemu.
Niektóre kolacje ochładzał swą obecnością Zenon Kliszko. Zawsze zamartwiał się o cały świat. Nie ulegało
wątpliwości, że spośród nas był najbardziej oczytany, znał się na malarstwie, pisał wiersze. Gdy
przebywał za granicą, zwłaszcza w ZSRR, zwiedzał sklepy ze starociami. Jeśli trafił na coś polskiego, np.
obrazy, kupował, przywoził i przekazywał do muzeum. On był najbliżej Wiesława, traktowano go jako
„osobę numer dwa”. Lubił to.
Wojciech Jaruzelski z kolei nie pił, mówił mało, a już najmniej o sobie. Był zawsze poprawny i jakby
ostrożny. Lubili go wszyscy. O wiele bardziej śmiała i otwarta była pani Barbara, zawsze elegancka żona
generała. Nigdy też nie wahała się powiedzied tego, co nie zawsze było miłe w tym gronie. Spośród nas,
generałów. Moczar wyróżniał Jaruzelskiego. Mówiono, że przed powołaniem go na szefa Głównego
Zarządu Politycznego MON były jakieś obiekcje z przeszłości, lecz Moczar i Korczyoski przekonali do niego
Gomułkę i innych wpływowych członków kierownictwa.
Na kolacjach u Mietka bywało wielu przyjaciół, partyzantów AL, AK, kombatantów, polityków, uczonych,
dziennikarzy i aktorów. Mówiono o „czwartkach u Mieczysława”. W 1966 roku częstotliwośd tych
„czwartków” zmalała.

W dniach 15-20 VI 1964 r. odbył się IV Zjazd PZPR. Byłem delegatem z województwa katowickiego,
delegatami byli także: Gierek, Mitręga, Zawadzki, Ziętek i Grudzieo. IV Zjazd zaakceptował działalnośd i
politykę kierownictwa z towarzyszem Gomułką na czele. Z perspektywy lat oceniam go jako zjazd, który
wzmocnił „małą stabilizację”. Spośród funkcjonariuszy MSW do Komitetu Centralnego wybrano Wichę,
Moczara i mnie na zastępcę członka.
Zbliżały się obchody dwudziestolecia Polski Ludowej, w tym i dwudziestej rocznicy utworzenia resortu
bezpieczeostwa. Powołano komitet obchodów i ja byłem jego przewodniczącym. Postanowiono zaprosid
Władysława Gomułkę do MSW na akademię. Przyjął mnie, wysłuchał i zapytał: „Czy podobne służby
(wywiad i kontrwywiad) w USA, Anglii Francji urządzają takie akademie?”. Odpowiedziałem wymijająco, a
on - zrobił znany grymas - i zaproszenia nie przyjął.
Odbyły się uroczystości skromniejsze niż zamierzano. Nie brałem w nich udziału, ponieważ dzieo
przedtem uległem wypadkowi samochodowemu i przebywałem w szpitalu. Dzięki profesorowi Stefanowi
Malawskiemu i opiece lekarzy MSW odzyskałem zdrowie. Z okazji dwudziestolecia PRL Rada Paostwa
nadała mi Order Sztandaru Pracy I klasy. W szpitalu wręczył mi go sekretarz KC, Ryszard Strzelecki. Było
to ostatnie paostwowe odznaczenie, jakie w życiu otrzymałem.

19 grudnia 1964 roku dokonała się formalna zmiana na stanowisku ministra spraw wewnętrznych.
Władysław Wicha przeszedł do pracy w Komitecie Centralnym PZPR, a nowym ministrem został
Mieczysław Moczar, który od 1956 roku był faktycznym kierownikiem resortu. Nie żałowano Władysława
Wichy, natomiast z Moczarem wiązano duże nadzieje. Cieszyłem się, że wreszcie mój przyjaciel objął to
bardzo odpowiedzialne stanowisko.

Z Chruszczowem w salonce i na polowaniu


Spośród wielu poznanych przeze mnie polityków najbardziej wyróżniającą się osobowością był Nikita
Sergiejewicz Chruszczow - I sekretarz KC KPZR i równocześnie prezes Rady Ministrów. Podczas jednej z
jego wizyt - ze względu na jej rangę - mnie, jako wiceministrowi spraw wewnętrznych nadzorującemu
Biuro Ochrony Rządu, zlecono opiekowanie się gościem w czasie jego pobytu w Polsce.
Przez całą drogę z Terespola, gdzie gościa przywitali Cyrankiewicz i Kliszko, do Warszawy bacznie
przyglądałem się Chruszczowowi. On chyba to zauważył, bo mówiąc często zwracał się w moją stronę.
Spostrzegłem, że lubił byd przedmiotem zainteresowania. Zresztą większośd polityków, podobnie jak
aktorów, lubi byd obiektem zainteresowania, a jeszcze bardziej podziwu. Przyglądałem się jego łysej
głowie, szerokiej twarzy z nadmiernie odstającymi uszami. Jego małe oczy z ostrym spojrzeniem były
niezwykle ruchliwe. Gestykulował. Był typem ekstrawertyka.
Zaplanowano polowanie w Łaosku. Trwało ono dwa dni. Głównego gościa i Gomułkę ustawiano na
najlepszych stanowiskach, a pozostałych według etatów. Po zakooczeniu polowania, przy ognisku
ogłoszono, kto został królem polowania, a kto wicekrólem. Wręczono mu insygnia i częstowano
specjalnie przygotowanym grogiem.
W czasie przerw Chruszczow opowiadał anegdoty i wspominał różne zdarzenia. Na każdą okazję miał coś
pod ręką.
Przy wspólnej kolacji głównymi tematami rozmów była sytuacja międzynarodowa, stosunki między ZSRR
a Chinami oraz problem niemiecki. Władysław Gomułka jakby z pretensją mówił, że o zamiarze
zbudowania berlioskiego muru nie był informowany. Gośd odpowiedział, że władze radzieckie też nie
były poinformowane. NRD jest paostwem suwerennym i może podejmowad takie decyzje, jakie uważa za
słuszne.
Nietrudno było zauważyd, że główny gośd żywi szacunek dla Gomułki i traktuje go jako swego partnera.
Można było nawet powiedzied o wzajemnej przyjaźni, jeśli na tym szczeblu można w ogóle mówid o
przyjaźni. Wydawało mi się, że lubi się pospierad z Wiesławem. Na „ty” nie byli.
14 stycznia z Łaoska, tym samym pociągiem, Chruszczow udał się przez Poznao do Berlina. W drodze do
granicy towarzyszyli mu Ignacy Loga-Sowioski i Marian Spychalski, ja też. Siedzieliśmy w salonce
Chruszczowa. Ciekawszych rozmów nie było. Po chwili Podgorny poszedł grad w domino z ochroną, co
ponod namiętnie lubił. Nasi towarzysze też poczuli się znudzeni i wyszli do swoich przedziałów. Czekałem
chwilę licząc, że Chruszczow wstanie, wejdzie do minisypialni, która znajdowała się obok. Nie wstał, lecz
zapytał, od jak dawna jestem polskim czekistą (działacze KPZR pracowników organów bezpieczeostwa
nadal nazywali czekistami). Odpowiedziałem, że byłem górnikiem, partyzantem, pracowałem w
Katowicach, a od kilku miesięcy jestem wiceministrem spraw wewnętrznych.
Od dawna interesowała mnie historia Rosji i Związku Radzieckiego. Miałem okazję rozmawiad z jednym z
najsłynniejszych przywódców i polityków. Postanowiłem wykorzystad ją. Zacząłem delikatnie sugerowad
tematy, które mnie najbardziej interesowały. Dotyczyły one głównie Stalina i Berii. Dobrze wyczułem
moment, bo powiedział o nie znanych mi wówczas sprawach.
6 stycznia 1964 roku Nikita Chruszczow ponownie przyjechał do Łaoska, aby trochę oderwad się od
codzienności, popolowad i porozmawiad. Tym razem towarzyszyli mu: Kirył Mazurów, I sekretarz partii na
Białorusi, i kierownik wydziału zagranicznego, Jurij Andropow. W Terespolu przywitali ich Ignacy
Loga-Sowioski i Marian Spychalski. Towarzyszyłem im przez cały czas pobytu w Polsce. Przy przywitaniu
się ze mną Chruszczow powiedział: „Zdrastwujtie, graf”. Pamięd miał niezłą.
Podróż z Terespola przez Warszawę do Olsztyna trwała dośd długo (specjalne pociągi mają zieloną drogę,
lecz się wloką). Była więc możliwośd przysłuchiwania się rozmowie i porozmawiania z gościem. Minister
obrony narodowej, Marian Spychalski, podobnie jak poprzednio, czuł się skrępowany. Natomiast Ignacy
Loga-Sowioski i Kirył Mazurów stwarzali dobry klimat do rozmów. W Warszawie przywitali gościa:
Gomułka, Cyrankiewicz, Kliszko i Rapacki. Później do Łaoska przyjechał Moczar. Scenariusz był podobny
jak rok temu. W czasie rozmów dominowały problemy międzynarodowe, głównie kwestia niemiecka. Do
naszych władz dotarły sygnały, jakoby kierownictwo ZSRR korygowało swoją politykę niemiecką.
Gomułka, Cyrankiewicz i całe nasze kierownictwo strzegło zasady, że na tej linii nic nie może dziad się bez
naszej wiedzy. Uważaliśmy, że Związek Radziecki jest głównym gwarantem naszej zachodniej granicy i
istnienia NRD.
Tym razem gośd był nieco rozdrażniony. Pytania i uwagi gospodarzy, dotyczące tych spraw, złościły go.
Łatwo było o spięcie. Gdy Chruszczow przekonywał o potrzebie uelastycznienia polityki w stosunku do
RFN, powiedział: „Taki jest rachunek sił, taka jest matematyka.” Siedzący przy stole Moczar wtrącił: „Ale
polityka, to nie matematyka, to algebra.” Jeszcze nie skooczył, a Chruszczow warknął: „A czto wy,
algebraist? Nie pozwolę się obrażad, zaraz wyjeżdżam, ja się tu nie prosiłem”. Wiesław go uspokajał.
Cyrankiewicz powiedział coś wesołego i z wolna udobruchali go. Wiesław zaproponował, aby Chruszczow
i Moczar na zgodę podali sobie ręce. Tak się stało.
Doszło także do spięcia przy omawianiu stosunków z Chinami. Już w czasie poprzednich rozmów nasi
mieli wątpliwości co do arbitralnego usunięcia specjalistów radzieckich z Chin, zaniechania pomocy i
odmowy ukooczenia budowy zakładów przemysłowych. Ktoś z naszych wtrącił: „Związek Radziecki jest
wielki i czy warto tak upierad się o niewielki kawałek ziemi?” (chodziło o wyspy na rzece Ussuri). Na taką
sugestię Chruszczow odburknął: „A dlaczego wy domagacie się trwałości zachodnich granic?”. Po chwili
uspokoił się i nawiązał do swojej wizyty w Chinach, do rozmowy z przewodniczącym Mao, który miał mu
radzid, że nie trzeba się bad imperializmu i wojny. Jeśliby się zaczęła, to Armia Radziecka powinna
wycofad się aż do chioskiej granicy. Następnie wspólnie z Armią Chioską uderzą, wyzwolą ZSRR i pójdą na
Zachód.
Nikita Chruszczow nie byłby sobą, gdyby uparcie nie przekonywał do słuszności swoich pomysłów. Tym
razem były nimi: kukurydza, tanie budownictwo mieszkaniowe i „agrogorody”. Pomysłów miał wiele.
Dośd obszernie prawił o możliwości rozwiązania problemu mieszkaniowego dzięki budowie tanich
mieszkao. Miały byd to czteropiętrowe budynki bez wind, balkonów i innych wygód. Poglądy te były
chyba zbieżne z poglądami Wiesława, bo u nas też zaczęto podobnie eksperymentowad. Zalecano
budowanie tanich domów w Warszawie, Katowicach i innych aglomeracjach. W Warszawie sprzeciwili się
temu pomysłowi I sekretarz KW, Walenty Titkow, i egzekutywa. Katowickie władze nie sprzeciwiły się,
lecz też nie posłuchały zaleceo. Eksperymentowano jedynie w Gdaosku, co było ostro krytykowane w
czasie naszego spotkania w 1971 roku w tym mieście.
Gdy poruszone zostały sprawy nauki i postępu technicznego, nasz gośd z nie ukrywaną złością mówił o
Akademii Nauk ZSRR. Nie był zadowolony z jej niezależności. Wynikało z tego, że kogoś protegowanego
przez KC KPZR nie wybrano do akademii. W tym kontekście pojawiło się nazwisko akademika Sacharowa.
Chruszczow mówił, że za skonstruowanie bomby termojądrowej i inne osiągnięcia otrzymał trzy Gwiazdy
Bohatera Pracy, tyle co marszałek Żuków za II wojnę światową. I dodał, że teraz protestuje przeciw broni
atomowej, ale bombę zrobił, a Kapica odmówił.
Drugi pobyt w Łaosku różnił się od pierwszego tym, że Chruszczow był bardziej niecierpliwy i napięty.
Minęło dziesięd lat jego rządów, byd może nie był zadowolony z wyników? Może przeczuwał, że jego czas
się kooczy? Może już miał jakieś sygnały o przygotowywanym spisku? W drodze z Łaoska do Terespola
towarzyszyli mu Ignacy Loga-Sowioski i minister spraw zagranicznych - Adam Rapacki. Z początku
Chruszczow nie wykazywał chęci do rozmów. Minister Rapacki próbował przerwad milczenie, lecz mu się
to nie udawało. W pewnym momencie Chruszczow zapytał o stan przestępczości w Polsce. Powiedziałem
zwięźle o szpiegostwie, przestępczości kryminalnej i modnej dywersji ideologicznej. Po chwili milczenia
rzekł: „W miarę rozwoju socjalizmu polityczna wroga działalnośd będzie zanikad. Natomiast kryminalna
przestępczośd będzie istnied zawsze. Dlatego organy bezpieczeostwa zostaną w przyszłości zniesione, a
milicja zawsze będzie potrzebna”.
Po kilkudziesięciu kilometrach obecni przy stole pojedynczo znikali w swoich przedziałach. Już
wiedziałem, że gośd nie znosi samotności i czekałem na rozmowę. Miałem ogromną ochotę zadad kilka
pytao. Wszedł niezawodny i skromny szef jego ochrony, pułkownik. Litowczenko, i zapytał, czy czegoś nie
potrzeba - i wyszedł. Zacząłem od krótkiej uwagi, że w ZSRR ukazały się ciekawe wspomnienia marszałka
Koniewa i Czujkowa. Zapytałem, czy ukażą się także wspomnienia Żukowa. I tak rozpoczęła się rozmowa.
Podobnie jak poprzednio, i z tej rozmowy, jak z innych jego wypowiedzi, zrobiłem tę notatkę. Wtedy były
to rewelacje. Później, zwłaszcza w latach 1987-90, przestały byd tajemnicami. Ukazały się obszerne
publikacje. Nie widzę więc potrzeby powtarzania zapisków. Przytoczę jedynie dwie ciekawe - moim
zdaniem - sprawy, jedna dotyczy Stalina, druga Breżniewa.
W pierwszych latach po rosyjskiej rewolucji wśród wtajemniczonych osób krążyły plotki, że Stalin jest
nieślubnym synem Przewalskiego (podobno Polaka), znanego badacza Azji. Jego nazwisko nosi azjatycki
koo stepowy. Na fotografii Przewalski i Stalin są podobni jak dwie krople. Wiedząc o tym pytałem
Chruszczowa, czy wie coś na ten temat. Nic z tego nie wyszło. Chociaż wydawało mi się, że wie coś o tym.
Natomiast dośd obszernie mówił o dużej roli Polaków w utrwalaniu władzy radzieckiej w Związku
Radzieckim. W pewnym momencie stwierdził: „Wtedy w «Czeka» głównym językiem był polski”.
Dowiedziałem się, że wśród generałów, którzy przygotowywali usunięcie Berii i aresztowali go, był także
Leonid Breżniew. Fakt ten utrzymywano w tajemnicy na jego osobistą prośbę.
Chruszczow różnił się zasadniczo od Stalina. Podróżował po Związku Radzieckim, lubił podróże
zagraniczne. Dokonał przewrotu w metodach pracy kierownictwa. Zaczęto pracowad w dzieo, w nocy
spad. Nie pił i nie pozwalał, aby w jego obecności dużo pito. Należał do tych osób, których zachowanie i
sposób reagowania zwracają uwagę. Będąc u nas pozował na rosyjskiego chłopa, upodabniał się do
chłopów - bohaterów powieści Lwa Tołstoja. Lubił samotnie spacerowad z „posochem” w ręce, coś
mruczał, czasami przystawał i potrząsał kijem. Interesowała go na przykład zabudowa Łaoska. Poprosił o
przysłanie do Moskwy łowczego i specjalistów hodowli leśnej zwierzyny i łowiectwa. Zdaje się, że
pojechał też nawet trębacz, aby uczyd sygnałów łowieckich. Interesowały go nowości techniczne,
zachodnia aparatura. Widziałem, jak włożył do kieszeni i zabrał ze sobą nowoczesne konferencyjne
mikrosłuchawki.
Nikita Chruszczow miał charyzmę i był politykiem wielkiego formatu. Cechowała go odwaga cywilna, aż
do granic ryzyka. Miał poczucie misji, lecz był pragmatykiem. Jego ideami były: pokój, potęga ZSRR i
dobrobyt radzieckiego społeczeostwa.
Mnie, jako polityka i pracownika organów MSW, interesowały okoliczności i przebieg usunięcia
Chruszczowa ze stanowiska I sekretarza KC KPZR i wszystkich innych stanowisk. Chciałem wiedzied, jak
zachował się w tym najtrudniejszym i dramatycznym momencie. Zachowanie się przywódcy w momencie
odchodzenia ze stanowiska i po odejściu ujawnia jego prawdziwy charakter i osobowośd.
Prawie przy każdej okazji rozmów z radzieckimi politykami i kolegami starałem się czegoś dowiedzied na
ten temat. W latach 1965-74 udało mi się ustalid, że głównymi przyczynami jego usunięcia były mierne
efekty gospodarcze oraz metody i styl działania. Nikt z członków władz nie czuł się pewnie. Chruszczow
zraził sobie trzy podstawowe siły: aparat partyjny, wojsko i organy bezpieczeostwa. W aparacie
partyjnym najbardziej zaszkodziło mu ogłoszenie dwukadencyjnej rotacji kadr partyjnych. Według jego
poglądu, we władzach partyjnych można było byd nie dłużej niż dwie kadencje, tzn. 6-8 lat. Praktyczna
realizacja tej zasady spowodowałaby w latach 1965-66 odejście większości członków Biura Politycznego,
członków KC, sekretarzy wojewódzkich i innych. Wielu członków KC, pierwszych sekretarzy obwodów
było we władzach już ponad dwadzieścia lat. Nic innego nie umieli robid. Jego koncepcję rotacji kadr
później nazywano „bałkaoską”. Nie obejmowała ona rotacji na stanowisku I sekretarza KC.
Częśd dowódców Armii Radzieckiej też nie była zadowolona. Chruszczow gderał, domagał się
ograniczenia zbrojeo, zwłaszcza konwencjonalnych, zmniejszenia stanu osobowego. Wojskowi nie mogli
mu zapomnied, brutalnego usunięcia marszałka Żukowa ze stanowiska ministra obrony ZSRR. Przecież
właśnie marszałek Żuków walnie przyczynił się do unieszkodliwienia Berii. W1957 roku Mołotow,
Malenkow, Kaganowicz, Woroszyłow i inni członkowie ówczesnego Biura Politycznego KPZR postanowili
usunąd Chruszczowa z najwyższych stanowisk w partii i paostwie. Mieli większośd i sadzili, że mogą obalid
Chruszczowa. Wówczas marszałek Żuków, który był tylko zastępcą członka Biura Politycznego, a więc nie
miał prawa głosu, miał powiedzied: „Armia stoi za Chruszczowem” - co miało jakoby rozstrzygające
znaczenie.
Obok wojskowego dowództwa również kierownictwo Komitetu Bezpieczeostwa Paostwowego było
niechętne Chruszczowowi. Chruszczow nieustannie ich krytykował, zarzucał tworzenie „paostwa w
paostwie” i wysoki koszt utrzymania. Nosił się z zamiarem „cywilizacji” KGB przez zniesienie stopni i
wojskowego rygoru. Przewodniczący KGB, Aleksander Szelepin, a po nim Władimir Semiczastnyj nie byli
generałami. Także nie byli członkami Biura Politycznego KPZR.
Nikita Chruszczow jako I sekretarz partii popełnił duży błąd, którego Stalin i Breżniew nigdy nie popełnili.
Równocześnie zadarł z tymi trzema siłami i musiał przegrad.
Przebieg usunięcia Chruszczowa ze stanowiska I sekretarza był utrzymywany w tajemnicy. Dowiedziałem
się jedynie, że najbardziej natarczywie domagali się jego usunięcia: Susłow, Podgorny i Szelepin.
W październiku 1964 roku Chruszczow wyjechał do Picundy, aby odpocząd. Zabrał ze sobą materiały.
Później przyleciał do niego Mikojan, z którym sie przyjaźnił. 16 października zawiadomiono go, że zebrało
się Biuro Polityczne w ważnej sprawie i proszą go i Mikojana o przybycie na Kreml. Z zachowania
Chruszczowa wynikało, że wiedział już, o co chodzi. Przylecieli do Moskwy, na lotnisku czekali: szef KGB -
Semiczastnyj i szef Biura Ochrony - gen. Czekałow. Zapytał, czy może zatelefonowad. Semiczastnyj
powiedział: „Pożałujsta”, lecz nic z tego nie wyszło, bo w nocy zmieniono numery telefonów.
Według pośrednich relacji posiedzeniu przewodniczył Susłow. Krytykowano Chruszczowa za
woluntaryzm, brak kolegialności. Wytykano, że wyjeżdżając za granicę zabierał żonę, zarzucano, że syn
miał ułatwione studia. Najostrzej krytykowano zachowanie się zięcia
- Aleksandra Adżubeja - redaktora naczelnego „Izwiestii”. W czasie wizyty w RFN lekkomyślnie
wypowiadał się on w sprawie zjednoczenia Niemiec. Przy usuwaniu przywódców często wykorzystuje się
zachowanie synów, córek, zięciów i synowych.
Chruszczow zmarł we wrześniu 1971 roku. Dopiero w dniu pogrzebu ukazał się lakoniczny komunikat o
jego śmierci. Pogrzeb odbył się na koszt rodziny, oprócz najbliższych nikogo nie wpuszczono na cmentarz.
Przed bramą zebrały się tysiące represjonowanych, którzy dzięki niemu odzyskali wolnośd. Niektórym
udało się wejśd na teren cmentarza.
W styczniu 1972 roku generał Józef Osek przesłał mi dopiero co wydane w USA Wspomnienia
Chruszczowa. Równocześnie PAP przetłumaczyła niektóre fragmenty i rozesłała członkom Biura
Politycznego. Jeden egzemplarz przekazałem Władysławowi Gomułce. Tak zresztą jak w latach 1971-75
przesyłałem mu ważniejsze materiały, artykuły o nim, ukazujące się za granicą numery paryskiej
„Kultury” oraz wydane w Izraelu Moje 14 lat.
W 1975 roku byłem na Cmentarzu Nowodziewiczym i widziałem grób Chruszczowa.

Biuro Ochrony Rządu


Od 1965 do 1971 roku nadzorowałem BOR - Biuro Ochrony Rządu i Nadwiślaoską Brygadę Ochrony
Rządu. Mieliśmy także do dyspozycji eskadrę lotniczą.
Brygada Ochrony kontynuowała tradycje i umundurowanie przedwojennej jednostki „Ochrony Zamku”.
BOR był odpowiedzialny za bezpieczeostwo osób chronionych, zapewniał transport i dysponował tzw.
bazą - specjalnym sklepem żywnościowym.
W Polsce ochraniano I sekretarza KC PZPR, przewodniczącego Rady Paostwa, premiera, wszystkich
członków Biura Politycznego, sekretarzy KC, wicepremierów, marszałka Sejmu i prezesów ZSL i SD.
Ministrowie i kierownicy wydziałów KC nigdy nie byli ochraniani i nigdy nie korzystali z przywilejów
przysługujących ochranianym osobom.
Ochrona polegała na wyznaczeniu jednego lub kilku oficerów BOR, którzy od rana do późnej nocy
towarzyszyli osobie ochranianej. Każdy ochraniany miał do dyspozycji dwa samochody z BOR i jednego
lub dwóch kierowców. Ochraniany miał prawo doboru oficera ochrony osobistej. Mógł się nie zgodzid i
zaproponowad takiego, do którego miał zaufanie. Oczywiście każdy z ochranianych mógł zrzec się
ochrony, samochodów i korzystania ze sklepu i innych przywilejów. Nie jest mi jednak znany ani jeden
taki przypadek. Jedynie prezes Rady Ministrów, Józef Cyrankiewicz, często „urywał” się ochronie.
W całym okresie istnienia Biura Ochrony Rządu zanotowano dwa zamachy na życie chronionych. W
pierwszych łatach po wojnie na życie Bolesława Bieruta. Strzelał do niego osobnik, lecz oficer ochrony
osobistej rzucił się na niego. Bierut wyszedł z tego cało, a oficer na całe życie został kaleką. Drugi zamach
miał miejsce w 1959 roku na życie Chruszczowa, Gomułki i Gierka, o czym już napisałem.
W latach 1947-53 niektórzy oficerowie ochrony osobistej niechlubnie się zapisali. Byli informatorami X
Departamentu MBP i Zarządu Głównego Informacji WP. Donosili o zachowaniu się Władysława Gomułki,
Józefa Cyrankiewicza, Mariana Spychalskiego i innych. Nawet brali udział w aresztowaniu Gomułki i
Spychalskiego. Po 1955 roku kategorycznie zabroniono takich praktyk. Nie znam ani jednego faktu, aby
oficer ochrony informował o osobach ochranianych, ujawniał ich tajemnice. Ochraniani przestali się bad i
najczęściej nabierali zaufania do swoich oficerów. Zdarzały się wypadki, że takie zaufanie było
wykorzystywane do załatwiania prywatnych spraw.
W ciągu 40-lecia istnienia BOR można było dostrzec powtarzającą się prawidłowośd. Każda nowa ekipa
władzy zaczynała od gestów skromności. Tak było w 1944-45,1956,1970 i 1980 roku. W miarę upływu
czasu i umacniania się traciła skromnośd. Domagali się lepszych warunków, przemeblowywali gabinety,
zmieniali mieszkania. Tę tendencję można zilustrowad przykładem samochodów osobowych. W 1956
roku nowi członkowie Biura Politycznego i sekretarze KC zrzekli się zagranicznych samochodów
(amerykaoskich chevroletów i radzieckich zisów) i demonstracyjnie przesiedli się na warszawy. Nie chcieli
też korzystad ze specjalnych samolotów i salonek. W niedługim czasie przesiedli się na samochody
zachodniej produkcji, głównie mercedesy. Sytuacja powtórzyła się w 1971 roku. Postanowiono przesiąśd
się na polskie fiaty. Już po paru miesiącach jeżdżono tylko mercedesami, które w połowie lat
siedemdziesiątych zostały zastąpione peugeotami. W 1980 roku znowu postanowiono, że władza będzie
jeździd polonezami. Też nie trwało to długo. Ambicję posiadania lepszego samochodu mieli prawie
wszyscy członkowie władz. Nawet robotnicy, którzy weszli w skład Biura Politycznego, domagali się
ochrony i luksusowych samochodów.
Mieszkania I sekretarza, premiera, przewodniczącego Rady Paostwa i bardziej wpływowych członków
Biura Politycznego także były ochraniane. Zwykle w ich pobliżu ustawiano posterunek BOR.
W latach sześddziesiątych pewne kłopoty sprawiało ochranianie mieszkania Ryszarda Strzeleckiego w
Pruszkowie. Rzadko tam przebywał i nie godził się na stałą ochronę. Właściciel wpadł na pomysł, aby
zainstalowad magnetofon z nagranym szczekaniem psa. Jeżeli ktoś obcy dotknie drzwi lub okna, automat
włączy się i rozlegnie się szczekanie psa. Zrobiono zgodnie z życzeniem. Był z tym kłopot, bo automat
często włączał się samoczynnie.
W Związku Radzieckim, Chinach, NRD i Bułgarii członkowie najwyższych władz mieszkali w specjalnie
wydzielonych i chronionych osiedlach. U nas też tak było od 1949 do 1956 roku. W Konstancinie
wydzielono dla nich częśd zabudowanego terenu. Po powrocie Władysława Gomułki zrezygnowano z
tego getta. Odtąd członkowie władz mieszkali w różnych dzielnicach stolicy.
W połowie lat sześddziesiątych, za przykładem Moskwy, rozszerzyła się moda na wyprowadzanie
mieszkaoców na ulice dla radosnego powitania I sekretarzy partii innych krajów socjalistycznych. Z góry
ustalano, gdzie i jak spontanicznie przerwad szpaler, zatrzymad kolumnę i wręczyd kwiaty. Lubił to bardzo
Leonid Breżniew. Organizatorzy ustawiali szpalery, głównie młodzieży szkolnej. Z tym także były kłopoty.
Gdy jedna z delegacji przejeżdżała Alejami Ujazdowskimi, ktoś z ambasady USA rozsypał czekoladki.
Dzieci opuściły szpaler.
Zachowanie się pracowników ochrony zależało od sytuacji i wymagao osoby chronionej i jej kultury.
Niemałe znaczenie miała też moda. Był czas, że oficer ochrony osobistej musiał byd niższy od osoby
ochranianej i unikad sfotografowania. Stalin miał dużą ochronę, lecz nikt nie mógł byd wyższy od niego. Z
USA przyszła moda na wysokich, którzy powinni stad tuż za szefem. Pozowali na kowbojów, stali na
rozstawionych nogach, mieli radiostacje, sterczące pistolety i byli ponurzy. Nazywano ich „gorylami” i ta
nazwa przylgnęła do wszystkich ochroniarzy. Jedynie w ZSRR nadal mówiono „tiełochranitiele”.
Zagraniczni goście, tzw. VIP (bardzo ważne osoby), przywozili własną ochronę, czasem bardzo liczną.
Niektórzy przywozili także lekarzy, kucharzy, kelnerów, nawet własną żywnośd. Najliczniejsza ochrona
towarzyszyła wizytom Breżniewa, cesarza Etiopii - Hajle Sellasje i prezydenta Rumunii - Nicolae
Ceausescu. Ochroniarzom cesarza Etiopii dodatkowych trudności przysparzał pies, którego cesarz
wszędzie zabierał ze sobą i traktował lepiej niż ministrów. Oficer ochrony cesarza dbał, aby pies się nie
nudził. Pilnował też, aby nie zadał się z jakimś psem w Polsce. Afrykaoscy i arabscy prominenci w ogóle
byli bardzo trudni do ochraniania. W zależności od kaprysów skracali lub przedłużali swój pobyt.
Prezydent Indonezji, Sukarno, woził ze sobą trzy przyjaciółki, a każda chciała mied najlepsze
pomieszczenie, najbliżej swego pana. Na tym tle duże zdziwienie wywołał premier Szwecji, który
przyleciał rejsowym samolotem i bez obstawy. Prosił o to, aby jego limuzyna nie była eskortowana przez
motocyklistów i aby na trasie przejazdu nie wstrzymywano ruchu.
Biuro Ochrony zabezpieczało także ośrodki wypoczynkowe podległe Urzędowi Rady Ministrów: w Łaosku,
na Helu i w Bieszczadach. W latach sześddziesiątych niewielka leśniczówka w Łaosku została
rozbudowana, powiększono obszar leśny, zbudowano kilka willi, salę kinową i basen kąpielowy oraz
koszary dla kompanii żołnierzy. Na soboty i niedziele do Łaoska często przyjeżdżali: I sekretarz partii,
premier i członkowie Biura Politycznego KC PZPR. Wicepremierzy, nie będący członkami władz
partyjnych, za każdym razem musieli prosid szefa URM o zgodę. Natomiast szefowie resortów, z
wyjątkiem ministrów obrony narodowej, spraw wewnętrznych i spraw zagranicznych, nawet z taką
prośbą się nie zwracali.
Byłem w Łaosku kilka razy tylko dlatego, że towarzyszyłem delegacjom. Ze wszystkich obiektów
rządowych Łaosk najbardziej upodobał sobie Gomułka. Lubił wiosłowad i pływad w jeziorze i w basenie.
Na dłuższy odpoczynek wybierał się na Hel. W Bieszczadach nigdy nie był. Podobno nawet nie wiedział,
że taki obiekt wybudowano.
Udający się na urlop członkowie kierownictwa nie mogli oderwad się od swoich gabinetów. Regularnie,
nierzadko codziennie, przywożono im do Łaoska, na Hel i w Bieszczady pocztę. Jedynie Edward Gierek
umiał prawidłowo odpoczywad.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych prowadziło właściwą dla tego resortu działalnośd dyplomatyczną.
Przyjmowaliśmy delegacje bratnich resortów z krajów socjalistycznych, myśmy też ich wizytowali.
Najbliższe kontakty mieliśmy z sąsiadami i Bułgarią. Minister Wicha nie lubił towarzyszyd delegacjom,
Moczar się wykręcał, a ponieważ znam język rosyjski i słabo niemiecki, wiec na mnie spadał obowiązek
zajmowania się przyjeżdżającymi do nas ministrami, i wiceministrami. Zwykle towarzyszyłem im przy
zwiedzaniu stolicy i w podróżach do Katowic, Krakowa i do Łaoska. Sklepy zwiedzali sami, czasami jedynie
w towarzystwie oficera ochrony. Oficerowie informowali, czym goście są najbardziej zainteresowani i do
ich zainteresowao dostosowywano podarki. W Związku Radzieckim sytuacja była uproszczona. Dawali w
kopercie trochę rubli (ilośd była zależna od wagi delegacji), prowadzili do wydzielonej części „GUM” na
placu Czerwonym i tam można było kupid prawie wszystko. Myśmy też dawali „kopertówki”, ale
specjalnego sklepu u nas nie było. Delegacje otrzymywały standardowe podarki, wódkę, pamiątki z
Warszawy i jakieś drobiazgi. Myśmy otrzymywali podobne. Dopiero w latach siedemdziesiątych dawano
cenniejsze, czasami bardzo drogie upominki. Zauważyłem, że im biedniejszy kraj, tym podarki były
droższe.
Jeśli goście chcieli peregrynowad po kraju, wtedy przed nami jechał pilot z rolkami papieru toaletowego i
zakładał je tam, gdzie mieli się zatrzymad. Miał też ręczniki i obrusy. Gorzej było, gdy postój był
rzeczywiście nieprzewidziany.
W 1968 roku towarzyszyłem delegacji z Węgier. Jechaliśmy z Warszawy do Katowic i goście wpadli na
pomysł zwiedzenia Jasnej Góry. Obejrzeli klasztor, spodobała się im Częstochowa, wobec tego
zaproponowali postój. Weszliśmy do restauracji. Zamówiliśmy coś do jedzenia i picia. Kierownik sali znał
kilka węgierskich słów, zaraz wyczarował cygaoską muzykę. W pewnym momencie główny gośd podniósł
się i ruszył w kierunku drzwi, a orkiestra za nim. Gdy wrócił, szepnął: „Mydła nie było i ręcznik brudny,
lecz orkiestra wspaniała”.
Przez cały czas, gdy jako wiceminister spraw wewnętrznych nadzorowałem BOR, dyrektorem był płk Jan
Górecki, a zastępcami - płk Mieczysław Glanc i płk Jan Piątkowski. Dzięki nim nie miałem żadnych
kłopotów i w praktyce niewiele interesowałem się funkcjonowaniem tej służby.
Również żadnych kłopotów nie miałem z brygadą, wzorowo dowodził nią płk Siuchnioski.
Walka z dywersją ideologiczną
Po objęciu stanowiska ministra spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar przeprowadził zmiany
personalne w kierownictwie resortu. Odeszli wiceministrowie: Ryszard Dobieszak, Zygfryd Sznek i
generalny dyrektor - Wacław Komar. Na ich miejsce powołano nowych wiceministrów: Kazimierza
Switałę, Bogdana Stachurę, Tadeusza Dryzka, Tadeusza Pietrzaka. Spośród pracowników MSW na
stanowisko wiceministra awansował pułkownik Stanisław Filipiak. Wiceministrów było za dużo, co było
przyczyną tard kompetencyjnych, wzajemnej niechęci, a nawet zawiści. Każdy wiceminister chciał mied
pod sobą jak najwięcej departamentów, zarządów i pionów. Wiceminister wiceministrowi nie jest równy.
Ten z nich więcej znaczy, który nadzoruje więcej ważniejszych departamentów. Z początku Moczar
traktował mnie jako swego pierwszego zastępcę. Trwało to ponad dwa lata. Z tego tytułu zastępowałem
go w czasie nieobecności. Prowadziłem niektóre narady i brałem udział w posiedzeniach Rady Ministrów.
Miał on swój styl kierowania, nie lubił posiedzeo, narad, odpraw. Kolegia resortu odbywały się rzadko i
trwały krótko. Nie lubił meldowania, raportowania, salutowania i stukania obcasami. Nie był
małostkowy. Miał też swoje wady. Niełatwo zmieniał zdanie, był uparty i zbyt tolerancyjny w stosunku do
niektórych swoich przyjaciół.
Staraliśmy się dostosowad filozofię i logikę funkcjonowania resortu do nowej sytuacji, jaka kształtowała
się w świecie i w kraju. Naszym zdaniem, organy bezpieczeostwa powinny służyd sprawie paostwa, a
milicja społeczeostwu. Coraz bardziej konsekwentnie zmienialiśmy priorytety operacyjne i metody pracy.
Na czoło walki wysunięto zapobieganie. Zalecaliśmy prowadzenie rozmów ostrzegawczych i
wyjaśniających. Minister, wiceministrowie i dyrektorzy departamentów spotykali się z ludźmi, wygłaszali
odczyty i odpowiadali na pytania. Głównym celem tych spotkao było informowanie i zapobieganie
wrogiej działalności. W latach 1964-66 miałem 25 takich spotkao, w tym kilka na Politechnice
Warszawskiej.
Moczar otworzył ministerstwo, a przede wszystkim swój gabinet, dla osób z zewnątrz. Przychodzili do nas
uczeni, działacze, kombatanci, twórcy kultury i inni ciekawi ludzie. Przychodzili, aby porozmawiad,
interweniowad i bronid krzywdzonych, głównie w sprawach wyjazdów zagranicznych.
U ministra poznałem wiele interesujących osób. Wiedzą, zachowaniem i wyglądem wyróżniał się rektor
Uniwersytetu Warszawskiego, Stanisław Turski. Nigdy nie nosił krawata i miał koszulę rozpiętą pod szyją.
Nabrał tego nawyku w czasach okupacji, gdy uciekł spod szubienicy.
Otwarcie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i zmiana metod naszego działania wzbudziły niepokój w
różnych, głównie opozycyjnych, środowiskach w kraju oraz za granicą. „Zawzięło”, się na nas Radio
„Wolna Europa”, co przyczyniło się do popularyzacji MSW i jego kierownictwa.
Po kilkunastu miesiącach pracy w MSW zorientowałem się, że muszę poszerzyd swoją wiedzę. Chciałem
więcej wiedzied o problemach makroekonomicznych, o socjologii i psychologii społecznej oraz o
zagadnieniach kultury. Zwróciłem się do kilku uczonych z prośbą udzielenia mi lekcji. Nikt nie odmówił.
Poznawałem problemy teorii rozwoju społeczeostwa, prawa, ekonomiki, organizacji i zarządzania oraz
informatyki. Wszystkim moim nauczycielom jestem wdzięczny. Jeśli zrobiłem później coś dobrego i
uniknąłem błędów, jest w tym częśd ich zasługi. Uczęszczałem także na popularne wykłady w Polskiej
Akademii Nauk i w innych instytucjach. Chodziłem na prelekcje Tadeusza Kotarbioskiego, Leszka
Kołakowskiego, Adama Schaffa, Władysława Bieokowskiego, Edwarda Lipioskiego. Pozostał mi ten
nawyk. Po dziś dzieo chodzę posłuchad ciekawych wykładów. Duże korzyści daje mi słuchanie mądrych
ludzi na spotkaniach w PTE, NOT i Klubie Inteligencji Katolickiej.
W latach sześddziesiątych ostatecznie ukształtowała się nowa antykomunistyczna doktryna. Jej stratedzy
doszli do przekonania o niemożliwości zbrojnego pokonania Związku Radzieckiego. Inicjatywę walki z
komunizmem przejęli politycy. Planowo i konsekwentnie zaczęto różnicowad, dzielid, nawet
antagonizowad kraje socjalistyczne. Dzielono partie na postępowe i konserwatywne. Członków partii na
lepszych i gorszych, liberałów i twardych, demokratów i stalinowców.
Klasykiem nowej antykomunistycznej doktryny stał się profesor Zbigniew Brzezioski. Wszystko, co napisał
lub mówił, natychmiast tłumaczono i rozsyłano jako poufne „na szerszy rozdzielnik”. Zorganizowano kilka
sesji naukowych poświęconych doktrynie Brzezioskiego, ukazały się opracowania. Koledzy z innych
krajów socjalistycznych docinali nam, że Polak jest najwybitniejszym teoretykiem antykomunizmu. Na
jednej z narad przedstawicieli krajów socjalistycznych - poświęconych doktrynie Brzezioskiego -
odcięliśmy się, że Dzierżyoski też był Polakiem. Nazwisko „Żelaznego Feliksa” działało uspokajająco.
Głównym ośrodkiem zmiękczania polskiego komunizmu stała się paryska „Kultura”. Każdy zajmujący się
polityką i ideologią starał się ją czytad, co traktowano jako wyróżnienie i wtajemniczenie. Nie było innego
wydawnictwa, które odegrałoby taką rolę. „Kultura” kształtowała myślenie elit po jednej i drugiej stronie,
a także wewnątrz poszczególnych grup partyjnych i bezpartyjnych. W latach 1963-65 chyba największą
popularnośd osiągnęło opracowanie Witolda Jedlickiego Chamy i Żydy, opublikowane w grudniowej
„Kulturze” w 1962 roku.
Tę nową antykomunistyczną strategię nazywano dywersją ideologiczną lub wojną psychologiczną.
Wszystkie partie rządzące w krajach socjalistycznych uznały dywersję ideologiczną za główny front walki.
Nie było narady, posiedzenia czy zebrania w KC, gdzie nie mówiono by o dywersji ideologicznej.
Zwiększała się liczba specjalistów. Szczytem było posiedzenie Komitetu Centralnego PZPR poświęconego
tylko tej sprawie.
W 1965 roku MSW otrzymało dyrektywę wzmocnienia walki z dywersją ideologiczną. Wykonując
polecenie wzmogliśmy ustalanie autorów i kolporterów. Trochę to przypominało walkę z szeptaną
propagandą sprzed piętnastu lat. Za najbardziej szkodliwe uznano tzw. przecieki. Chodziło o tajne lub
poufne informacje przekazywane do zachodnich ośrodków propagandowych i tam publikowane. Im
ważniejsza i szybciej opublikowana była taka informacja, tym mocniej domagano się wykrycia sprawcy.
Oczywiście były też i specjalnie inspirowane przecieki.
W 1965 roku trzy sprawy nabrały pewnego rozgłosu. Pierwszą z nich było ustalenie prawdziwego
nazwiska Tomasza Stalioskiego, autora książek wydawanych przez Instytut Literacki w Paryżu. Wielu
rozmówców wskazywało na Stefana Kisielewskiego, popularnego Kisiela. Nie mieliśmy dowodów
potwierdzających. Po ukazaniu się kolejnej opowieści Stalioskiego, w której ośmieszał wybranych
członków Biura Politycznego KC PZPR, natarczywie domagano się ustalenia autora i dowodów. Ustalid
było łatwiej, dowieśd trudniej. Pierwszy raz w działaniach MSW zwrócono się do ekspertów stylu i języka.
Przy zastosowaniu komputera ustalili ponad wszelką wątpliwośd prawdziwe nazwisko autora. Gdyby nie
zmiana władzy w 1970 roku. Kisiel miałby kłopoty. Był bardzo znienawidzony i wciąż drwił z rządzących.
Drugą sprawą była afera z Melchiorem Waokowiczem. Nie była prowadzona w podległym mi pionie.
Melchior Waokowicz był zatrzymany, rozmawiali z nim Moczar i Gomułka. Musiała to byd ważna
rozmowa, bo później odnosili się do siebie z szacunkiem i nie ujawniali treści rozmowy. Aresztowanie
było błędem.
Kłopoty sprawiał także Stanisław Cat-Mackiewicz. Od pewnego czasu umieszczał swoje artykuły w
paryskiej „Kulturze”. Podpisywał pseudonimem Gaston de Cerizy. Ustalenie autora nie było trudne,
bowiem wielu swoich znajomych zachęcał do czytania. Zachwalał ich treśd i zadawał retoryczne pytanie:
„Ciekawe, kto jest autorem tego ważnego i mądrego artykułu?”. Zamierzaliśmy powiedzied mu, że
wiemy, kto się kryje pod pseudonimem, i w ten sposób wpłynąd nao, aby zerwał kontakt z „Kulturą”.
Najpierw prosiliśmy Jerzego Putramenta, aby po przyjacielsku ostrzegł eks-premiera. Putrament
kategorycznie odmówił. Postanowiliśmy działad bezpośrednio i wysład na perswazyjną rozmowę oficera
Służby Bezpieczeostwa, też pochodzącego z Wilna. Dano mu wolną rękę w wykorzystaniu argumentów,
wśród nich „babiarskich” - jak je określił Jerzy Jaruzelski w ciekawej książce biograficznej. Bardzo
niechętnie zezwalałem oficerom MSW na wykorzystywanie takich argumentów - może dlatego, że sam
nie byłem bez grzechu. Sprawa była jednak ważna i pilna, a innych argumentów nie było. Trzeba
przyznad, że Cat miał kondycję do pozazdroszczenia i duże powodzenie. Przepadały za nim młode panie,
a on najbardziej lubił pielęgniarki.
Oficer MSW zadzwonił, zameldował się, poprosił o rozmowę. Cat zaraz się zgodził i zaprosił do siebie.
Rozmowa rozpoczęła się przyjaźnie. Po chwili oficer oświadczył, że znamy prawdziwe nazwisko autora,
wiemy o jego współpracy z „Kulturą” i zaproponował zerwanie z nią kontaktów. Cat zdenerwował się i o
mało nie wyrzucił go z mieszkania. Wtedy nasz oficer sięgnął po te „babiarskie” argumenty. Gospodarz z
zainteresowaniem zapoznał się, trochę pomruczał i rzekł: „Nieźle to wyszło”. A po chwili - już całkowicie
odprężony: „Panie majorze, czy mógłby pan zapoznad z tym Waokowicza, bo jak ja mu to mówię, nie
wierzy?”. I na tym zakooczyły się nasze możliwości perswazyjne. Ponieważ podpisał apel „34”, miał
kłopoty, które wiernie opisał Jerzy Jaruzelski.
Kierownictwo PZPR, stronnictw sojuszniczych i paostwa stawało się coraz bardziej wrażliwe na krytykę i
tzw. przejawy antypaostwowej działalności. Wydano dyrektywę - tłumid w zarodku każdy przejaw
antypaostwowej i antypartyjnej działalności. Właśnie nadarzyła się sposobnośd - memoriał Jacka Kuronia
i Karola Modzelewskiego. Postanowiono zareagowad ostro, zdecydowanie i przykładowo. Nadano mu
rozgłos, a my niechcący przyczyniliśmy się do kreowania młodych przywódców opozycji. Wśród
pracowników centrali MSW krążyły opinie o ich odwadze, uporze i godnym zachowaniu się w śledztwie.
Później wyróżniał się tym Adam Michnik.
Niektóre kraje socjalistyczne kilkakrotnie proponowały powołanie „Socjalistycznej Wolnej Europy”, która
miałaby zwalczad ideologię burżuazyjną. Nasze kierownictwo nie wyraziło zgody, aby mieściła się na
terytorium Polski i w ogóle zlekceważyło cały ten pomysł.
Z poszukiwao skutecznych metod walki z dywersją ideologiczną zrodziło się kilka ciekawych i
pożytecznych inicjatyw. Dwie zasługują na wyróżnienie. Pierwszą było utworzenie tygodnika „Forum”.
Nie wiem, czyja konkretnie to była propozycja, ale pomysł był przedni. Pierwszy raz w krajach
socjalistycznych zaczął regularnie wychodzid taki periodyk. Zawarte w nim artykuły ukazywały się
dotychczas jedynie w biuletynach specjalnych i poufnych notatkach. Można nawet powiedzied, że
„Forum” odebrało chleb wielu dyplomatom, którzy artykuły z prasy zagranicznej przerabiali na poufne
informacje.
Drugim ważnym instrumentem walki z dywersją ideologiczną była aktywizacja klubów „Ruchu”.
Wygłaszano tam różne odczyty, organizowano spotkania z ciekawymi ludźmi. Każdy mógł przyjśd, zabrad
głos, powiedzied, co mu na język przyszło. Nikt za to nie był represjonowany. Kluby „Ruchu” były
jedynymi miejscami w całym systemie socjalistycznym, gdzie istniała autentyczna swoboda wypowiedzi.
W 1963 roku nadano rozgłos książce wybitnego ekonomisty - Jana Tinbergena, w której ogłosił doktrynę
konwergencji. Na początku 1964 roku została przetłumaczona i jako materiał poufny rozesłana „na
szeroki rozdzielnik”. Zaraz po tym pojawiły się prace i artykuły innych zwolenników konwergencji: Walta
Rostowa, Pitirima Sorokina, Raymonda Arona, Johna C. Galbraitha. Dowodzili oni, że pogłębiający się
proces internacjonalizacji nauki, techniki i zachowao gospodarczych spowoduje zbliżanie się kapitalizmu i
socjalizmu. W przyszłości ludzie wezmą to, co dla nich najlepsze z obu wrogich sobie ustrojów i stworzą
coś nowego. Nie będzie to ani kapitalizm, ani socjalizm. Za ich radą prezydent USA - LB. Johnson ogłosił
doktrynę nowego społeczeostwa i budowy mostów między Zachodem a Wschodem.
W krajach socjalistycznych doktrynę konwergencji potraktowano wrogo. Uważano, że jest to próba
przeniesienia dywersji ideologicznej do gospodarki. Mówiło się nawet o dywersji ekonomicznej.
Zaostrzono czujnośd w gospodarce, ograniczono dostęp do tzw. tajemnic. Rozbudowano kancelarie tajne
i referaty wojskowe. Wnikliwie przyglądano się specjalistom wyjeżdżającym na Zachód i Wschód.
Obserwowano zachowanie się zachodnich specjalistów u nas. Przedmiotem wnikliwego zainteresowania
stał się pewien inżynier zatrudniony w ośrodku naukowym PAN, który za własne pieniądze wyjechał do
Austrii na interesującą go konferencję naukową. Podejrzewano, że coś musiało się za tym kryd, skoro na
cele służbowe poświęcił własne środki.
Obostrzenie czujności w nauce i gospodarce mocno zaniepokoiło niektórych uczonych, inżynierów i
działaczy gospodarczych. Ostrzegali i interweniowali: Jan Szczepaoski, Janusz Groszkowski, Witold
Trąmpczyoski, Adam Schaff, Kazimierz Secomski, Jan Kaczmarek, Janusz Tymowski i inni. Groziło to
oderwaniem polskiej nauki od świata.
W początku lutego 1966 roku Gomułka wezwał Moczara i mnie do zreferowania wyników walki MSW z
dywersją ideologiczną. Spokojnie wysłuchał nas, później zapytał, kto w Polsce finansuje działalnośd
antysocjalistyczną, kto daje i kto bierze? Jest realistą - pomyślałem - i nie wierzy w bezinteresowną
działalnośd. Nie umiałem odpowiedzied. On jedynie dodał: „Mało wiecie.” Zreferowałem także metody
walki z konwergencją. Powiedział, że są to wymysły różnych mędrków. Polska musi umied korzystad z
osiągnięd naukowo-technicznych Zachodu.
Po kilku tygodniach Gomułka ogłosił zarys nowej polityki gospodarczej. Zysk przedsiębiorstw uznał za
główne kryterium efektywności. Po tej rozmowie już nie akcentowaliśmy zagrożenia przez konwergencję.
Ponieważ nadzorowałem działalnośd wywiadowczą MSW, minister zlecił mi rozbudowę i zwiększenie
efektywności wywiadu gospodarczego, naukowego i technicznego. Niedoścignionym wzorem miała byd
Japonia i umiejętnośd zdobywania informacji przez japooskich specjalistów.
W pierwszej połowie lat sześddziesiątych do Polski przyszła moda na kryminalne i wywiadowcze powieści
i filmy. Pierwszy raz pokazywano stosowanie podsłuchów, podglądów, nasłuchów i tajnej obserwacji.
Wszystko to wywołało, można powiedzied, histerię podsłuchów. Krążyły anegdoty. Wojciech Młynarski
śpiewał szlagier „Ściany mają uszy”. W czasie towarzyskich rozmów włączano radio. Nawet ludzie na
wysokich stanowiskach opukiwali ściany. Prezes Rady Ministrów, Józef Cyrankiewicz, który miał przykre
doświadczenia, sprowadził z Austrii specjalną aparaturę do wykrywania u siebie podsłuchów. Niektórzy
moi znajomi żalili się na trzaski w telefonie. Uspokajałem, że trzaski nie mają nic wspólnego z
podsłuchem, ale nie wiem, czy ich przekonałem. Bywało, że inteligentni złośliwcy - podejrzewając
podsłuch - specjalnie „nadawali” dla nas, zakładając (w czym się nie za bardzo mylili), że „podsłuchanemu
bardziej wierzą niż wysłuchanemu”. Zdarzył się taki wypadek, że w ten skuteczny sposób przemawiał do
rządzących wybitny ekonomista. Trzeba przyznad, że wiele jego racji podzielono i nawet realizowano.
Dostęp do materiałów pochodzących z techniki operacyjnej był bardzo ograniczony. W MSW mogli
zapoznad się z nimi jedynie: prowadzący sprawę oficer, jego przełożony i resortowy wiceminister oraz
minister spraw wewnętrznych. Spoza resortu MSW nieograniczony dostęp do tych materiałów mieli: I
sekretarz KC, nadzorujący MSW sekretarz KC i kierownik Wydziału Administracyjnego KC. W latach
1962-70, gdy byłem wiceministrem, nie słyszałem, żeby Władysław Gomułka sugerował zakładanie u
kogoś podsłuchu. Nie przypominam sobie, aby żądał od nas materiałów dotyczących jego przeciwników.
Niechętnie, nawet podejrzliwie odnosił się do wszelkich naszych materiałów.
Minister bezpieczeostwa, a po nim minister spraw wewnętrznych formalnie wchodzili w skład Rady
Ministrów. Mimo to premier nie miał wglądu do tajnych materiałów MBP. Nie tylko, że nie miał wglądu,
lecz do 1954 roku był obserwowany i rozpracowywany. Dopiero gdy Gomułka ponownie objął
stanowisko I sekretarza partii, nakazał informowanie premiera Cyrankiewicza o wszystkim. Z
upoważnienia ministra przekazywałem mu ważniejsze materiały. Najbardziej interesowały go anegdoty i
to, co się o nim mówi. Spośród wszystkich tych, którzy w latach 1962-71 partyjnie nadzorowali MSW,
najpilniejszymi czytelnikami materiałów z techniki operacyjnej byli kolejni kierownicy Wydziału
Administracyjnego KC.
W MSW uzyskanie aprobaty na zainstalowanie podsłuchu nie było łatwe. Zgodę mógł wyrazid jedynie
minister i zainteresowany wiceminister. Nie szafowano tymi możliwościami. Było to zbyt kosztowne,
uciążliwe w obsłudze i niewielkie dawało korzyści. Dobrze, że w tym czasie szefem techniki operacyjnej
MSW był płk Stanisław Łyszkowski. Jeśli miał wątpliwości, że zastosowanie technicznego przedsięwzięcia
nie jest wskazane, zawsze znalazł pretekst, aby nie wykonad polecenia. Przyjaźniliśmy się. Podobała mi
się jego odwaga i rozsądek. Był on jednym z tych kilku pracowników MSW, którzy nie zerwali kontaktów
po usunięciu mnie z kierownictwa partii. Obok nas prawo i możliwości niezależnego od MSW zakładania
podsłuchów miały wywiad i kontrwywiad wojskowy, konkretnie II Zarząd Sztabu Generalnego i Szefostwo
Wojskowe Służby Wewnętrznej. Nie byłem zorientowany, jak szeroko stosowano te środki. Wiem
jedynie, że jakiś podsłuchiwany oficer bardzo bluźnił na ministra obrony narodowej i długo zastanawiano
się, co z tym zrobid, powiedzied ministrowi czy nie powiedzied?
Od czasu „trzęsienia ziemi” w latach 1955-57 w metodach działania Służby Bezpieczeostwa wiele się
zmieniło. Przede wszystkim nie wymuszano zeznao. Działalnośd operacyjna, dochodzeniowa i śledcza
wymagały wiedzy, umiejętności i doświadczenia. W Służbie Bezpieczeostwa pracowało coraz więcej
inteligentnych i samodzielnie myślących pracowników, i coraz mniej prymitywów, których nazywano
„młotkami”.
Mieczysław Moczar jako szef resortu strzegł jego autonomii i suwerenności. Ostro reagował, gdy któryś z
wiceministrów i dyrektorów departamentów na własną rękę przekazywał informacje do poszczególnych
członków kierownictwa partii lub przyjmował od nich polecenia. Nie znosił sytuacji, gdy pracownik na
własną rękę przekazywał tajne informacje pracownikom Służby Bezpieczeostwa innych krajów
socjalistycznych.
W latach 1964-66 poznałem prawie wszystkich ministrów i wiceministrów spraw wewnętrznych
europejskich krajów socjalistycznych. Wśród nich niewątpliwie inteligencją, kulturą i wiedzą wyróżniał się
generał-pułkownik Markus Wolf, wiceminister bezpieczeostwa paostwowego NRD.
Obok problemów politycznych w resorcie spraw wewnętrznych nadal zajmowałem się postępem
organizacyjno-technicznym i finansami. Starałem się usprawnid funkcjonowanie resortu, usuwając
zbędne działania - odbiurokratyzowad go i przynieśd ulgę w pracy funkcjonariuszom nadmiernie
obciążonym. W moim przekonaniu, najbardziej uciążliwa była praca w kartotekach, gdzie głównie
pracowały kobiety. Postanowiłem więc unowocześnid i zautomatyzowad ewidencję. Zleciłem
przeszkolenie kadry kierowniczej. Wysłuchaliśmy wykładów z cybernetyki, elektroniki i teorii informacji.
W MSW pracowało więc coraz więcej inżynierów i innych specjalistów z wyższym wykształceniem.
Spośród nich wyłoniła się grupa zwolenników elektronizacji MSW. Obok pozytywnych stron elektronizacji
pojawiły się i negatywne. Niektórym nowo przyjętym inżynierom wydawało się, że technika może byd
substytutem żywej pracy operacyjnej. Złudzenia technokratyczne objęły również MSW.

Bitwa o millenium
W latach sześddziesiątych największym wydarzeniem w Polsce były obchody millenium. Od 1956 roku
Kościół polski przygotowywał wiernych do uroczystości 1000-lecia. Obszerny program realizowano z
dokładnością mechanizmu. Odbywały się różne uroczystości. Najbardziej masowa była peregrynacja
obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Liczny udział wiernych i zdarzające się ataki na władz, rozsierdziły
kierownictwo partii. Zwracano się do Episkopatu o ograniczenie zasięgu uroczystości. Gdy to nie
pomogło, wydano polecenie zatrzymania obrazu i odwiezienia na Jasną Górę. Hierarchia Kościoła nie dała
za wygraną. Zamiast obrazu wędrowała jego rama. Wierni modlili się do pustej ramy. Emocje były
większe niż poprzednio. Władze szukały sposobu wyjścia z twarzą z tej smutnej sprawy. Na szczęście, po
pewnym czasie ksiądz Józef Wójcik wywiózł obraz z klasztoru, aby mógł ponownie peregrynowad. Z
takiego rozwiązania obydwie strony były zadowolone.
W latach 1965-66 napięcie między władzami partyjnymi i paostwowymi a Episkopatem było bardzo duże.
Na uroczystości, którym przewodniczył kardynał Stefan Wyszyoski, przychodziły tłumy wiernych. W
czasie jego kazao i wypowiedzi coraz częściej klaskano, podobnie jak na aktywach partyjnych. W celu
zorientowania się w nastrojach kilka razy wmieszałem się w tłum wiernych i wysłuchałem kazao
kardynała.
W lipcu 1965 roku I sekretarz KC wezwał ministra, mnie i dyrektora IV Departamentu, płk. Stanisława
Morawskiego, do KC w celu zreferowania sytuacji politycznej. Głównie chodziło o przebieg kościelnych
obchodów millenium. Przygotowałem sobie tezy. W Sali Biura Politycznego siedzieli sekretarze KC -
Ryszard Strzelecki i Władysław Wicha oraz kierownik Wydziału Administracyjnego KC - Kazimierz
Witaszewski. Po paru minutach weszli: Gomułka, Cyrankiewicz i Kliszko. Gospodarz zapytał, kto będzie
referował. Moczar wskazał na mnie. Wiedziałem, że Wiesław nie lubi długiego gadania ani też czytania z
kartki. Więc krótko i jasno starałem się zreferowad sytuację i przedstawid wnioski. Zreferowałem to, co
wiedzieliśmy o sytuacji w Episkopacie, o pewnych różnicach między Warszawą a Krakowem, o przebiegu
uroczystości, antysocjalistycznych wypowiedziach niektórych księży. Ponieważ niedawno byłem w
Rzymie, gdzie przeprowadzałem rozmowy, poinformowałem także o ich treści. Mówiłem, że Watykan nie
jest zadowolony z obostrzenia stosunków między Kościołem a paostwem. Nie leży to w interesie jego
wschodniej polityki. Nie podoba się zbyt duża samodzielnośd kardynała Stefana Wyszyoskiego. Moi
rozmówcy sugerowali wszczęcie rozmów rządu z Watykanem. Referując zauważyłem zdenerwowanie
Gomułki. Ledwie skooczyłem, zrobił typowy ruch ust i rzekł: „Znalazł się mądrala, filozofowad umiecie, ale
wyniki macie marne”. Zapanowała chwila ciszy. Przerwał ją niezawodny Józef Cyrankiewicz, który
powiedział: „Wiesław ma rację, trzeba działad aktywniej, MSW nie ma łatwej sytuacji, trzeba ich
wesprzed”. Nic konkretnego nie powiedział, lecz wypełnił próżnię i złagodził nastrój. Po nim Strzelecki coś
dorzucił. Inni milczeli. Na zakooczenie Gomułka dośd obszernie przedstawił własną ocenę sytuacji i wydał
nam odpowiednie zalecenia. Później od Cyrankiewicza dowiedziałem się, że przyczyną zdenerwowania
Gomułki było „zawłaszczenie tematu”. On sam chciał mówid o potrzebie rozmów z Watykanem. Bardzo
nie lubił, gdy ktoś wyprzedzał go w inicjatywach. Gomułka miał i tę - raczej rzadką - zaletę, że wydając
dyrektywy był konsekwentny. To samo mówił w wąskim gronie, co w czasie szerszych narad. Wielkie
szkody powodują ci kierownicy polityki, którzy oficjalnie mówią jedno, a nieoficjalnie drugie. Jest to
szczególnie groźne w kierowaniu organami bezpieczeostwa. Gomułka wielokrotnie ostrzegał, aby
Kościołowi nie przysparzad męczenników. Proces biskupa Kaczmarka uważał za błąd. Dużym błędem, jego
zdaniem, było internowanie i odosobnienie kardynała Wyszyoskiego.
Napięcie między władzami partyjnymi i paostwowymi a kościelnymi wzmogło się jeszcze bardziej, gdy 18
listopada 1965 roku polscy biskupi w czasie II Soboru Watykaoskiego doręczyli biskupom niemieckim
posłanie „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Przypominali cierpienia, jakich naród polski doznawał
w ciągu wieków z rąk niemieckich. Podkreślali, że granica Polski na Odrze i Nysie jest dla narodu
polskiego po prostu sprawą egzystencji. Pisali, że wyciągają rękę do zgody. Udzielają im przebaczenia
prosząc w zamian również o przebaczenie. Zapraszali niemieckich biskupów do udziału w millenium. W
odpowiedzi biskupi niemieccy 5 grudnia przysłali swoje oświadczenie.
Szkoda, że Episkopat przed wysłaniem posłania nie poinformował rządu. Niedobrze się też stało, że
pierwsze tłumaczenie przesłał korespondent, który dwa zdania, mające istotne znaczenie, błędnie
zrozumiał. Po kilku dniach otrzymaliśmy autoryzowane tłumaczenie. Posłanie polskich biskupów
wywołało oburzenie kierownictwa paostwa i partii i stało się głównym źródłem napięcia. Pierwszy raz w
Polsce Ludowej został złamany monopol polityki zagranicznej. Episkopat stał się drugim ośrodkiem jej
kreowania. W ten sposób ujawniła się alternatywna koncepcja polityki w stosunku do Niemiec. Istotą
naszej koncepcji był trwały podział i ułożenie stosunków z obydwoma paostwami niemieckimi. Druga
koncepcja zakładała zjednoczenie Niemiec. Jej autorzy wychodzili z założenia, że jedynie silne i rozwinięte
Niemcy mogą byd przeciwwagą ZSRR i gwarantem niepodległości Polski. Może zanadto uprościłem tę
koncepcję, ale tak wówczas interpretowaliśmy ją.
Tak więc obchody 1000-lecia przemieniły się w konfrontację. Różniliśmy się nawet w terminologii.
Mówiliśmy „1000- lecie paostwa polskiego”, a Kościół „millenium”. Ostre strzelanie rozpoczęło się na
posiedzeniu Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu 14 stycznia 1966 roku. Władysławowi
Gomułce pretekst do wystąpienia dał redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, Jerzy Turowicz,
który uzasadniał potrzebę pojednania z Niemcami. Gomułka był w dobrej formie - zawsze był lepszy w
ataku niż w obronie. Powiedział, że biskupi przemawiają politycznym językiem reakcji. Ostro zaatakował
kardynała Stefana Wyszyoskiego i wyjaśnił, dlaczego odmówiono mu wydania paszportu na wyjazd do
Rzymu - „żeby nie spotkał się ze swoim nauczycielem, prof. Haleckim”.
Wystąpienie zakooczył słowami: „Niech Kościół nie uważa, ze sprawuje rząd dusz w narodzie. Czasy te
przeszły w bezpowrotną przeszłośd i nigdy nie powrócą”. I tu popełnił duży błąd. Politycy nie powinni
mówid nigdy więcej. Z naszych doświadczeo wynika, że „nigdy” trwa najwyżej parę lat.
Planowo przebiegały różne paostwowe uroczystości dla uczczenia 1000-lecia paostwa. Odbyły się: zjazd
pisarzy, sesja PAN, kongres kultury polskiej. Wszędzie krytykowano orędzie biskupów. Równolegle z
kościelnymi uroczystościami zsynchronizowano dobre filmy w telewizji, mecze i kiermasze. Na duże
gnieźnieoskie uroczystości kościelne władza odpowiedziała defiladą wojskową, którą przyjmował
marszałek Spychalski. Jak na złośd popsuły się dwa wozy pancerne. Marszałek bardzo się zasmucił,
generałowie byli zdenerwowani. Obecni cywile nie bardzo się tym przejęli, a sekretarz KW, Jan Szydlak,
pozwalał sobie nawet na drwiny. Doradzał: „Może by tak popchad, może zapali”.
Punktem kulminacyjnym obchodów 1000-lecia był wiec mieszkaoców Poznania z udziałem Gomułki i
członków Biura Politycznego oraz msza celebrowana przez kardynała Stefana Wyszyoskiego. Obie
masowe uroczystości przebiegały niedaleko od siebie. W tym samym czasie przemawiali Gomułka i
Wyszyoski. Mówili głośno, jakby chcieli, aby jeden drugiego słyszał. Po uroczystościach obydwaj
dowiadywali się, jak u drugiego wypadło. W „Przekroju” ukazał się na ostatniej stronie rysunek,
przedstawiający dwa stojące naprzeciw siebie nasrożone odyoce. Redakcja podobno miała kłopoty. Nie
wiem, czy sekretariat prymasa też protestował.
Starcie przeciągnęło się do jesieni. We wrześniu zalecono przeprowadzenie wyjaśniających rozmów z
proboszczami. Rozmawiano z niewielką częścią księży. Najchętniejsi do rozmów okazali się księża jezuici.
Dla wzmocnienia akcji postanowiono do rozmów włączyd oficerów politycznych wojska. Główny Zarząd
Polityczny przygotował plan operacji. Z jego sprawozdao wynikało, że przedsięwzięcie było udane.
W czasach napięd pojawiają się różne pomysły. Najgorsi są „dopalacze”. W koocu 1966 roku pojawił się
pomysł demokratyzacji Kościoła. Zalecono namawianie księży do sprzeciwiania się feudalnym stosunkom
w Kościele i autorytarnym metodom sprawowania władzy. Uważano, że księża powinni domagad się
wewnątrzkościelnej demokracji. Mnie przypadła rozmowa z biskupem, który był znany z bardziej
liberalnych poglądów. Rozmawialiśmy w jego mieszkaniu. Gdy zaproponowałem mu oficjalne
wystąpienie przeciw autokratycznym metodom rządzenia, odpowiedział: „Ktoś tam u was oszalał” - i na
tym wyczerpał się temat.
Istotnie kardynał Wyszyoski znany był z autokratycznych metod rządzenia. Niechętnie odnosił się do
różnych nowinek i propozycji mogących zagrozid jedności i dyscyplinie Kościoła. Jego zdaniem, siła
Kościoła polegała na jedności, hierarchii i dyscyplinie. W jego przekonaniu, Kościół walczący musi byd
zdyscyplinowany, kierowany przez jeden ośrodek i jednego przywódcę. Wśród księży wzmacniał
dyscyplinę, domagał się skromności. Mówiono, że księża chcąc kupid samochód, musieli uzyskad zgodę.
Większośd księży werbowanych do współpracy z SB ujawniała mu swój grzech.
Kardynał Wyszyoski imponował swoim przeciwnikom. Nie słyszałem, aby ktoś wyrażał się o nim
lekceważąco. Swoim królewskim zachowaniem wzbudzał szacunek oficerów bezpieczeostwa, nie mówiąc
o milicjantach, którzy często mu salutowali.
Niemały wpływ na nieprawidłowy układ stosunków paostwa i Kościoła miał fakt, że w KC PZPR ten sam
wydział i ten sam sekretarz, który nadzorował MSW, prokuraturę i sądy, zajmował się również sprawami
Kościoła.
Walka tronu z ołtarzem wzbudzała zainteresowanie większości dzienników francuskich,
zachodnioniemieckich, holenderskich i innych. Jednak ani rząd, ani Kościół nie mieli dobrej prasy. Na
uroczystości 1000-lecia przyjechali do Polski różni ciekawscy. Na przykład do Krakowa przyjechała grupa
burmistrzów różnych miast USA, z pochodzenia Polaków. Jeden z nich był szczególnie złośliwy, stale pytał
o swobody religijne, z niedowierzaniem słuchał wszelkich opinii. W koocu dr Garlicki,
wiceprzewodniczący rady miasta, powiedział mu: „Jutro jest święto Bożego Ciała, więc naocznie można
się przekonad o zakresie swobód”. Rzeczywiście, na drugi dzieo goście byli świadkami imponującej
procesji. Niewierny burmistrz nie wyrażał jednak zadowolenia. Dopiero przed odlotem powiedział: „Nie
doceniałem organizacyjnych zdolności komunistów, podziwiam, że w ciągu nocy potrafiliście
zmobilizowad taki pokaz”.
Watykan był zainteresowany w złagodzeniu napięcia między Kościołem a paostwem. W tym celu
dwukrotnie, w latach 1966-67, przebywał w Polsce kardynał Agostino Casaroli. Jego wizyta miała
łagodzące skutki. Można nawet powiedzied, że od jego pobytu rozpoczęło się odprężenie.
Tak się złożyło, że mogłem porównywad charaktery, sposób działania i zachowania się dwóch
przywódców: Kościoła - prymasa kardynała Stefana Wyszyoskiego i partii - Władysława Gomułki.
Bezpośrednio spotkali się trzy razy. Pierwszy raz w 1957 roku, drugi w 1960 i trzeci w 1963. Szkoda, że
później już się nie spotkali. Na życzenie Gomułki ostatnia rozmowa była protokołowana. Dlatego znałem
cały jej przebieg. Kardynał ostrzegał przed napięciami i zagrożeniami. I sekretarz krytykował
antyustrojowe wypowiedzi biskupów i księży. W pewnym momencie kardynał powiedział: „Bracie,
zrozum nas, nie możemy milczed”. Jak sobie przypominam, jedynie do Wiesława zwracał się „bracie”.
Gdy kardynał miał dobry humor, o marksistach mówił „odłączeni bracia”. Gdy do jakiejś parafii dotarł bez
przeszkód i zabezpieczenie pobytu było wzorowe (mundurowi milicjanci regulowali ruchem) - dziękował.
Według mnie, kardynał Stefan Wyszyoski i Władysław Gomułka mieli podobne charaktery i podobny
sposób zachowania. Obydwaj strzegli suwerenności, cierpieli i równocześnie wiedzieli, że polityka jest
sztuką wykorzystania możliwości. Obydwaj niechętnie odnosili się do różnych „mędrków”. Bardziej
szanowali praktyków i praktykę.
Zajmowanie się w latach 1963-66 sprawami Kościoła sprawiało rożne przykrości. Największego kłopotu
narobił przeciek do sekretariatu prymasa tajnych wytycznych MSW. Prymas wystosował do premiera
ostry protest. Zaczęło się piekło. W książce pt. Stefan Wyszyoski - prymas i mąż stanu, znany pisarz
polityczny, Andrzej Micewski pisze: Zrządzeniem opatrzności biskupi otrzymali ten dokument. Dzięki
rozsądkowi kardynała przeciek ten nie zaognił i tak już złych stosunków między władzami politycznymi a
kościelnymi. Wszczęto dochodzenie, kto i jak przekazał wytyczne. Nie czekając na wynik, nadzorujący
MSW sekretarz KC, Ryszard Strzelecki, polecił dyscyplinarnie usunąd kilku pracowników, a płk. Stanisława
Morawskiego zdjąd ze stanowiska. Odwołałem się do Zenona Kliszki. Niebyt tak rygorystyczny, zalecił, by
z ukaraniem zaczekad do wyjaśnienia sprawy. Okazało się, że te wytyczne przekazał księdzu pracownik
Służby Bezpieczeostwa. Motywy były prozaiczne. Po prostu od kilku lat wzajemnie wymieniali tajne
informacje „coś za coś”. Obydwaj u swoich przełożonych mieli dobrą opinię.
Wszystkie znane mi ministerstwa spraw wewnętrznych interesowały się tym, co dzieje się za Spiżową
Bramą. Krążyły opinie, że Stolica Apostolska może byd wzorem zarządzania i ładu. Oficerowie wywiadów
z uznaniem i zazdrością mówili o poziomie i efektywności papieskiego wywiadu. Od ładnych paru lat
mnie też ciekawiły sprawy Watykanu. Czytałem książki, opracowania i materiały. W pierwszej połowie
1965 roku poprosiłem ministra spraw wewnętrznych o zgodę na wyjazd do Rzymu. Była to wielce
pożyteczna ekskursja. Obok różnych spostrzeżeo zanotowałem wypowiedź jednego z watykaoskich
prałatów. Gdy dziennikarz zapytał o szczegóły pewnej afery, ten odpowiedział: „ Istnieje boski nakaz, aby
nie ujawniad bez potrzeby błędów bliźniego, nie rozdzierad ran, lecz je leczyd”.

Marzec
W 1967 roku, daleko od Polski, miało miejsce zdarzenie, które wywarło istotny wpływ na sytuację w
naszym kraju. Chodzi o wojnę arabsko-izraelską.
W 1965 roku zgłosił się do nas szef wojskowego wywiadu Zjednoczonej Republiki Arabskiej i
zaproponował współdziałanie. Z jego buoczucznych wypowiedzi można było się zorientowad, że ZRA
przygotowuje się do zaczepnej wojny z Izraelem. Szef naszego wywiadu odrzucił propozycję współpracy.
Wiem, że przedstawiciele Związku Radzieckiego mitygowali i krytykowali przywódców ZRA za wypowiedzi
w rodzaju „Izraelitów zepchniemy do morza”, „usuniemy ich z tej ziemi” itp.
22 maja radziecka agencja TASS podała komunikat o zaostrzającej się sytuacji i przygotowaniach Izraela
do napadu na ZRA. U nas opublikowano ten komunikat bez własnego komentarza. 6 czerwca rozpoczęła
się wojna. Od tego dnia Izrael został nazwany agresorem. Już w drugim dniu wojny mit niezwyciężonej
armii ZRA prysnął. „Agresor” parł do przodu i odnosił zwycięstwa. Wojska ZRA kapitulowały, dawały się
okrążad i uciekały, pozostawiając broo i sprzęt bojowy, głównie produkcji Związku Radzieckiego i innych
krajów socjalistycznych. W piątym dniu los starcia został rozstrzygnięty. Największym bohaterem tej
wojny został minister obrony Izraela, generał Mosze Dajan. Mówiono, że kooczył Akademię Sztabu
Generalnego w Warszawie, a odnosid zwycięstwa uczył się w Akademii Wojskowej ZSRR.
10 czerwca prezydent ZRA Naser wystąpił w telewizji, ogłosił rezygnację ze stanowiska prezydenta i
naczelnego dowódcy i - rozpłakał się. Gdyby nie zdecydowane stanowisko Związku Radzieckiego, wynik i
skutki wojny mogły byd o wiele gorsze. Klęska ZRA wywołała szok. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu
sprawy. W potocznej opinii Żydzi nie uchodzili za dobrych wojaków. Nagle i niespodziewanie okazało się,
że Izrael ma zdolnych dowódców i bitnych żołnierzy.
Błyskawiczne zwycięstwo Izraela zaskoczyło i podzieliło polską opinię społeczną. Jak wynikało z
meldunków, większośd mieszkaoców niechętnie, nawet negatywnie, odnosiła się do sukcesu Izraela.
Niewielka częśd wyrażała zadowolenie, a nawet poparcie. Kilkunastu polskich obywateli zgłosiło chęd
ochotniczej służby w izraelskiej armii. Trzech spośród nich nie było Żydami. Wzrosła liczba składanych
wniosków o stały wyjazd z kraju polskich obywateli pochodzenia żydowskiego.
Na te sygnały Gomułka zareagował bardzo ostro. Na VI Kongresie Polskich Związków Zawodowych 19
VI1967 roku wygłosił przemówienie, w którym między innymi powiedział: Nasza partia stoi na
stanowisku, iż każdy obywatel Polski powinien mied tylko jedną ojczyznę - Polskę Ludową... Nie możemy
pozostad obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a więc również
bezpieczeostwa Polski i pokojowej pracy naszego narodu, opowiadają się za agresorem, za burzycielami i
za imperializmem.
W czasie nagle zwołanej narady pierwszych sekretarzy KC w Moskwie europejskie kraje socjalistyczne
postanowiły zerwad stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Wyłamała się jedynie Rumunia. Nasza delegacja
skrytykowała za to Rumunów.
Wśród starszych oficerów Wojska Polskiego porażka ZRA spowodowała nerwowe zaniepokojenie o stan
obronności kraju. W Sztabie Generalnym, Głównym Zarządzie Politycznym i innych instytucjach odbyły
się zebrania. Oficerowie domagali się podwyższenia poziomu sprawności obronnej. Równocześnie
demonstrowali brak zaufania do niektórych dowódców. Pod tym naporem ugięło się kierownictwo MON
i zwolniono ze służby kilkudziesięciu starszych oficerów, z pochodzenia Żydów, względnie wycofano ich
na zaplecze. Wówczas pierwszy raz w takim rozmiarze ujawniły się objawy antysemityzmu.
W sierpniu 1967 roku minister spraw wewnętrznych, Mieczysław Moczar, pojechał do Pieszczan, aby
leczyd dolegliwości kręgosłupa.
Mnie, jako swego zastępcę, pozostawił „na gospodarstwie”. Właśnie w tym czasie wpłynęła informacja o
wypowiedzi jednego z członków KC, który podważał kompetencje i autorytet Gomułki. Ze względu na
osobę i źródło informacji musiałem nadad jej bieg. Poinformowałem resortowego sekretarza KC, on
doradził mi, abym osobiście zaniósł to I sekretarzowi KC. Zadzwoniłem rządowym telefonem. Wtedy
jeszcze minister spraw wewnętrznych nie był podłączony do tzw. kaczki (specjalnego bezpośredniego
telefonu). Sekretarka oświadczyła, że jest zajęty, i zapytała, czy mam ważną sprawę. Odpowiedziałem, że
tak. Za pół godziny połączyła mnie z Gomułką. Powiedziałem, że mam ważną sprawę i chciałbym ją
osobiście zreferowad. Zapytał jedynie, czy to aż tak ważne. Wszedłem do sekretariatu, sekretarka
zawiadomiła, że jestem i po chwili wprowadziła mnie do gabinetu I sekretarza. Powiedziałem parę słów i
wręczyłem mu ten materiał. Przeczytał, poprawił okulary i ze złością zapytał: „Kto wam pozwolił
zajmowad się członkami KC, a w ogóle są to bzdury, jak śmiecie z tym do mnie przychodzid”. Nie
oponowałem, myślałem tylko o jednym, by jak najszybciej wyjśd. Gdy się uspokoił zapytałem, czy mogę
odejśd. „Możecie” - powiedział.
W1968 roku w MSW jedynie w niewielkim zakresie zajmowałem się sprawami wewnętrznymi. Oczywiście
o ważniejszych wydarzeniach, podobnie jak inni wiceministrowie, byłem informowany. Wiedziałem
zatem, że pod koniec 1967 roku i w styczniu 1968 duże zainteresowanie budziły Dziady Mickiewicza,
wystawiane przez Teatr Narodowy.
Z poufnych informacji wynikało, że spektakle te przekształcają się w antyradzieckie demonstracje. Byłem
ciekawy, jak to przebiega, i poprosiłem pracownika gabinetu ministra o bilet, bo w normalnym trybie
bilety były nieosiągalne. Miałem miejsce zarezerwowane dla przedstawicieli władzy. Zapamiętałem
jedynie oczy i głos Gustawa Holoubka.
Ostatnie przedstawienie odbyło się 30 stycznia 1968 roku. Informowano nas, że w czasie tego spektaklu
widownia wznosiła okrzyki przeciwko władzy. Po przedstawieniu składano kwiaty pod pomnikiem
Mickiewicza. Wiceminister Kazimierz Świtała, który zajmował się tymi sprawami, mówił mi, że powodem,
dla którego zawieszono spektakl, były antyradzieckie nastroje widowni, wywołane szczególną
interpretacją tekstu, co godziło w przyjaźo polsko-radziecką. Wydawało się to trochę dziwne, bo właśnie
w czasach, gdy I sekretarzem KC PZPR był Władysław Gomułka, notowano nikłą liczbę wystąpieo
antyradzieckich. Od 1970 do 1975 roku zdarzały się one sporadycznie, wzrosły dopiero po znanej
poprawce w konstytucji. Warto może przypomnied, że w lutym 1968 roku w „Prawdzie” ukazała się
pozytywna wzmianka o wystawianych Dziadach w reżyserii Kazimierza Dejmka. Zdarzało się i przedtem, i
potem, że władze polskie zalecały łagodzenie pewnych akcentów, a nawet zakazywały krytyki carów
rosyjskich.
Myślę, iż Władysław Gomułka, Zenon Kliszko i inni, którym nikt nie mógł zarzucad serwilizmu, obrazili się
na słowa Mistrza Adama:
Nie dziw, że nas tu przeklinają.
Wszak to już mija wiek.
Jak z Moskwy w Polskę nasyłają
Samych łajdaków stek.
Poważniejsze zaburzenia wystąpiły 8 marca i zaczęły się od wiecu na Uniwersytecie Warszawskim.
Ujawniły się zarazem napięcia wśród studentów Krakowa, Wrocławia i Poznania.
12 marca zanotowałem w swoim dzienniku: Parę minut po godzinie 15:00 bez uprzedzenia wszedłem do
gabinetu ministra Moczara. Stał przy oknie i obserwował tłum zgromadzony przed domem studenckim
„Riwiera”. Staliśmy tak obaj dłuższą chwilę. W pewnym momencie spora częśd zebranych ruszyła w
stronę ulicy Rakowieckiej. Przeszli może 80-100 metrów i zawrócili. Minister narzekał na nieudolnośd
dowodzenia. Irytowały go mylne informacje i brak koncepcji. Zwrócił się do mnie: „Może byś się zajął
koordynacją”. Odpowiedziałem: „Mietku, mogę się podjąd, jeśli wydasz pisemny rozkaz o powierzeniu mi
odpowiedzialności za przywrócenie spokoju na ulicach i podporządkujesz mi wszystkie niezbędne siły.
Domagałem się pisemnej decyzji nie tylko z przyczyn zasadniczych, lecz także ambicjonalnych. Rozkaz taki
został wydany.
Wieczorem zapoznałem się z sytuacją, materiałami i podjętymi już decyzjami. Utworzyliśmy stanowisko
dowodzenia zapewniające jednolitośd i koordynację działao służb MSW.
Szczęśliwie się złożyło, że I sekretarzem Komitetu Warszawskiego był Józef Kępa, samodzielnie myślący
polityk, a komendantem milicji - płk Henryk Słabczyk, doświadczony dowódca (po paru miesiącach
otrzymał awans na generała i mianowano go wiceministrem spraw wewnętrznych). Spokój w Warszawie
wydawał się kluczem do spokoju w kraju. Dlatego właśnie starałem się pomagad władzom Warszawy,
głównie Słabczykowi.
Następnego dnia duża grupa demonstrantów udała się Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem
pod gmach Komitetu Centralnego. Z tych okien można było obserwowad tłum i słuchad co głośniejszych
haseł. Metodą „klinów” rozdzielono zebranych i zmuszono ich do odwrotu. Mniejsze grupy krążyły po
mieście jeszcze do późnego wieczora. Do zasadniczego starcia z demonstrantami doszło późnym
wieczorem na Krakowskim Przedmieściu.
Teren oświetlono reflektorami. Operacją kierował komendant MO miasta Warszawy. Przebieg akcji
śledziłem z pobliskiego budynku i na bieżąco informowałem Moczara o rozwoju sytuacji. Rozpoczęła się
bijatyka. Po dwóch-trzech godzinach milicja opanowała teren.
Z jednej i drugiej strony było wielu pobitych. Największe chyba lanie dostali tajni pracownicy Służby
Bezpieczeostwa, skierowani w tłum dla prowadzenia działalności rozpoznawczej. Niewiele pomogły im
znaki identyfikacyjne. Nawiasem mówiąc, na całym świecie te dwie służby nie przepadają za sobą.
Zatrzymano ponad dwustu uczestników, w tym kilkunastu studentów. Większośd zatrzymanych
pochodziła z okolic Warszawy. Mówiono o nich „Mława” oraz „urodzeni w niedzielę”. Z zatrzymanymi
zawierano umowę, że ten, kto będzie w nocy sprzątał pole walki, rano może iśd do domu. Większośd
wyraziła zgodę.
W ciągu tych paru dni byłem w stałym kontakcie z Moczarem. Raz tylko z Katowic zadzwonił Gierek, aby
zorientowad się w sytuacji.
14 marca dziennik telewizyjny doniósł o „wiecu oburzenia” w Katowicach. Przemawiał Edward Gierek.
Pierwszy raz od czasu zaburzeo zabrał głos członek Biura Politycznego i kierownik wielkiej organizacji
partyjnej. W całym kraju za przykładem Katowic rozpoczęły się wiece i otwarte zebrania partyjne. Tu i
ówdzie chwalono województwo katowickie za gospodarnośd i porządek. Mówiono dobrze o Gierku.
Punktem kulminacyjnym wydarzeo marcowych był strajk okupacyjny studentów Politechniki
Warszawskiej. Spora ich częśd opanowała budynek. Wywieszono flagi i afisze z postulatami. Studenci
domagali się głównie demokracji, lepszych warunków życia i nauki. Zabarykadowali wejścia, wpuszczali
jedynie dostawców żywności i lekarzy. Nastroje rozpalał pacjent szpitala psychiatrycznego, który
przyplątał się do studentów i pozostał z nimi. Miał manię przemawiania. Tacy ludzie mogą stanowid w
czasie napięd duże zagrożenie.
Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego oraz władze uczelni próbowały przerwad strajk drogą perswazji.
Przekonywano studentów, aby opuścili gmach i przystąpili do zajęd. Niestety, bez skutku. Obawialiśmy
się przeniesienia strajku na inne uczelnie Warszawy i kraju.
W trzecim dniu studenckiego strajku zostałem wezwany do ministra Moczara. Po chwili zjawili się u
niego: minister obrony, marszałek Marian Spychalski, sekretarz KC, Zenon Kliszko. Skrytykowali MSW za
nieumiejętnośd rozwiązania strajku i zaprowadzenia porządku. Po chwili marszałek Spychalski oświadczył,
że wojsko przejmuje akcję. Adiutant marszałka rozłożył mapy, Spychalski przedstawił koncepcję, z której
wynikało, że żołnierze mieli wkroczyd do gmachu politechniki, wyprowadzid studentów i wywieźd ich za
Warszawę. Próbowaliśmy perswadowad, że może bez użycia siły uda się rozwiązad konflikt, jednak
marszałek i towarzyszące mu osoby nie chciały odstąpid od poprzednio podjętej decyzji. Sądzę, że
chodziło też o to, aby Moczarowi „utrzed nosa”. Zaraz zadzwoniłem do szefa Sztabu Generalnego Wojska
Polskiego, generała Wojciecha Jaruzelskiego, i przekazałem tę decyzję. Poinformowałem, że według
naszego rozeznania na politechnice strajkuje 4-5 tysięcy studentów i są gotowi do stawiania oporu. Szef
sztabu doskonale zdawał sobie sprawę ze skutków „wojskowego rozwiązania”. Oświadczył, że dla
wykonania zadania potrzeba kilkanaście tysięcy żołnierzy i kilkaset samochodów ciężarowych. Tylu
żołnierzy i samochodów nie ma w stołecznym garnizonie. Ściągnięcie żołnierzy i sprzętu z innych
garnizonów potrwa kilka dni. Stanowisko szefa sztabu przekazałem marszałkowi i zebranym. Marszałek
zasmucił się i powiedział: „Nie wiedziałem, że w Warszawie tak mało mamy wojska”. Operacja wojskowa
odpadła. Uniknęliśmy dużego nieszczęścia.
Pozostały zatem pertraktacje. Inicjatywę przejął Józef Kępa, który był także przeciwny szturmowaniu
uczelni. Zaproponował wysłanie na politechnikę zastępcy prokuratora miasta w celu perswazji i
ostrzeżenia.
Rozsądny i odważny prokurator podszedł pod bramę, poprosił o wpuszczenie. Bramy wprawdzie nie
otwarto, ale wciągnięto go przez okno do środka. Rozmawiał najpierw z komitetem strajkowym, a
później z dużą grupą studentów. Przekonywał o bezsensowności dalszego przeciągania strajku. Trafił na
lepszy grunt. Mijała już euforia i zaczęły się zwykłe w takich sytuacjach kłopoty. Studenci zgodzili się na
przerwanie strajku pod warunkiem usunięcia blokady, wycofania wszystkich sił, złożenia obietnicy, że
nikt nie będzie zatrzymany ani później represjonowany. Prokurator na mocy uprawnieo przyjął te
warunki i dał gwarancje ich dotrzymania. Nad ranem o godzinie piątej otwarła się brama i studenci
wyszli. Szli powoli, w zwartym szyku, głośno szurając nogami. Dotrzymaliśmy słowa. Nikt nie został
zatrzymany ani represjonowany. Od tego czasu napięcie w stolicy i w kraju malało.
19 marca 1968 roku zwołano wielką naradę w Sali Kongresowej Pałacu Kultury. Władysław Gomułka
wygłosił przemówienie, jak na gust sali - zbyt miękkie. Walery Namiotkiewicz tak omawia to wystąpienie:
Na wstępie Gomułka wyjaśnia powody zdjęcia z afisza „Dziadów” A. Mickiewicza w inscenizacji K.
Dejmka. (...) Próba takiego wykorzystania twórczości Mickiewicza, zrodzonej z walki patriotycznej
młodzieży przeciwko uciskowi carskiemu - mówi Gomułka - jest politycznym szalbierstwem, gdyż wielki
ten poeta nigdy nie był i nie będzie sztandarem reakcji. Następnie Gomułka opisuje różnorodne działania
podjęte przez kilkunastoosobową grupę literatów w związku ze zdjęciem z afisza Dejmkowskiej
inscenizacji „Dziadów”. Manipulacje te - podkreśla - miały na celu wywołanie niepokoju wśród młodzieży
studenckiej i pobudzenie części studentów do politycznych wystąpieo. Charakteryzuje dalej rzeczywiste
cele polityczne, przyświecające inspiratorom i organizatorom zajśd. Akcentuje ich powiązania z
działającym na Zachodzie systemem dywersji antykomunistycznej.
Większośd zebranych w Sali Kongresowej dośd chłodno przyjęła przemówienie Gomułki. Niewiele miał
oklasków. Skandowano natomiast: Gierek - Gierek.
Najgłośniejszy okazał się aktyw dzielnicy Wola, gdzie I sekretarzem Komitetu Dzielnicowego PZPR był
Jerzy Łukaszewicz. Do tego czasu niewiele o nim słyszałem. Nigdy z nim nie rozmawiałem.
Po kilku dniach powiedziano mi, że wystraszył się swojej odwagi. Na drugi dzieo w zakładach Woli
zbierano podpisy pod „listem solidarności z towarzyszem Wiesławem”. Później podpisy te zostały
wręczone Gomułce. Łukaszewicz musiał się jeszcze czymś innym przysłużyd, skoro w czasie V Zjazdu PZPR
w 1968 roku wybrano go w skład Komitetu Centralnego i był kandydatem do wysokiego stanowiska
partyjnego. Motywy tego awansu ujawnił mi sam Gomułka w 1972 roku.
Niedobrze się stało, że w Sali Kongresowej Gomułka wymienił po nazwisku trzech znanych pisarzy i
jednego mało komu znanego. Tym mało znanym był Janusz Szpotaoski. W drugim obiegu krążyły jego
wiersze, szczególnie opera Cisi i gęgacze. Cisi - to pracownicy organów bezpieczeostwa, a gęgacze - to
opozycja. W operze tej występowali również członkowie najwyższego kierownictwa partii i paostwa.
Czytając tekst pośmialiśmy się solidnie. Janusz Szpotaoski był sądzony za obrazę władzy. W więzieniu
napisał jeszcze dwie satyry. Dzięki Gomułce stał się znany. Wzrosło zainteresowanie jego twórczością.
Operę Cisi i gęgacze nazywano „Operą za trzy lata” - bo taki wyrok otrzymał autor. Później Szpotaoski
napisał jeszcze Prawdziwą historię wydarzeo marcowych.
W takich czasach ujawniają się bowiem i działają różni karierowicze i nawiedzeni. Jedni i drudzy
powodują szkody i mogą stad się bardzo groźni. W marcu 1968 roku nawiedzeni i karierowicze
zorganizowali w gmachu MSW „wiec nienawiści”. Zabierający głos oczerniali Kliszkę, Spychalskiego i
innych członków władz. Przedmiotem szczególnej nienawiści był były sekretarz KC i członek Biura
Politycznego, Roman Zambrowski. Diabolizowano jego rolę. W czasie kultu jednostki, w porównaniu z
innymi członkami Biura Politycznego, uchodził za liberała. Nie cieszył się zaufaniem Bieruta i z tego
powodu w 1956 roku Gomułka zaproponował go w skład swego kierownictwa. W marcu uznany został za
główne zagrożenie ustroju.
Informacja o przebiegu tego wiecu w MSW dotarła do Komitetu Centralnego. Moczar otrzymał polecenie
usunięcia organizatorów z pracy w MSW. Zgodził się i nikogo nie bronił. Usunięto z MSW kilku
pracowników, wśród nich Tadeusza Walichnowskiego. Dopiero po 1980 roku został ponownie przyjęty,
mianowany komendantem Akademii Spraw Wewnętrznych i otrzymał stopieo generała.
Także wynikiem przeplatania się prowokacji i głupoty było usunięcie z partii Jerzego Morawskiego,
ambasadora Polski w Londynie. Gomułka się wściekł. Kazał przeprowadzid dochodzenie i przykładowo
ukarad winnych. Mimo że nadzorowałem służby zagraniczne, nikt mnie nie informował o zamiarze
usunięcia ambasadora z partii. Wówczas już w MSW były co najmniej trzy ośrodki inspiracji, któryś z nich
na pewno maczał w tym ręce. Po powierzchownym dochodzeniu postanowiono ukarad kilku winnych,
lecz naiwnych pracowników. Prosiłem Moczara o zmianę decyzji i łagodniejsze kary. Skierował mnie do
Kliszki. Zamówiłem się na rozmowę, lecz musiałem kilka dni poczekad, on to lubił. Przedstawiłem sprawę,
zareagował w swoim stylu, lecz dał się przekonad i zgodził się na złagodzenie kar, ale pod warunkiem, że
w czasie najbliższego zebrania partyjnego w ambasadzie będą głosowad za unieważnieniem poprzedniej
uchwały i przeproszą ambasadora. Tak się stało.
Prawie we wszystkich dziennikach i tygodnikach podległych PZPR ukazywały się artykuły atakujące
kosmopolityzm, rewizjonizm, syjonizm i nihilizm. Dzielnie i uparcie opierała się temu „Polityka”. Już od
kilku lat redakcja tego tygodnika była przedmiotem szczególnej uwagi. Mimo usilnych prób i zabiegów
nie udało się rozerwad zespołu. Największa złośd skupiała się na redaktorze naczelnym, Mieczysławie P.
Rakowskim, i niektórych dziennikarzach, m.in. Danielu Passencie. Złościła niezależnośd ocen i sądów.
Redakcja nie tylko się nie ugięła, lecz odgryzała się, atakowała i ośmieszała.
W tych latach „Polityka”, nosząca hasło „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, była od
Władywostoku do Bramy Brandenburskiej najbardziej niezależnym tygodnikiem. Nic dziwnego, że była
przedmiotem zainteresowania odpowiednich służb i instytucji w ZSRR, NRD, CSRS i innych krajach. Na
Mieczysława Rakowskiego szczególnie uwziął się Erich Mielke - minister bezpieczeostwa NRD. W latach
1967-70 rozmawiałem z nim trzy razy i za każdym razem mówił o Rakowskim. Zorientowałem się, że jego
„rewolucyjna” czujnośd wywodziła się z tego, że Willi Brandt i inni przywódcy zachodnioniemieckiej
socjaldemokracji traktowali Mieczysława Rakowskiego jako socjaldemokratę, który może w przyszłości
odegrad poważną rolę. Dla Mielkego i jemu podobnych socjaldemokraci byli nadal największym
zagrożeniem dla komunizmu.
W czasie marcowego napięcia dowiedziałem się o pobiciu Stefana Kisielewskiego przez tzw. nieznanych
sprawców. Próby ustalenia tych osobników nie dały pozytywnego efektu. Działały wówczas trzy
niezależne od siebie tajne służby, któraś z nich mogła spowodowad pobicie wielce popularnego Kisiela.
W 1988 roku dotarła do mnie książka Stefana Kisielewskiego, w której - jako generał ,,S” - jestem jednym
z pozytywnych bohaterów. Zadzwoniłem do autora, przedstawiłem się jako generał „S”. Umówiliśmy się
na rozmowę. Podarował mi jeden egzemplarz powieści. Podziękowałem i poprosiłem o autograf -
odmówił. W jego wielce popularnym ABC znalazło się także moje nazwisko. Jestem stałym czytelnikiem i
słuchaczem tego wybitnego i odważnego pisarza, polityka i myśliciela. Przez wiele lat czytanie „Tygodnika
Powszechnego” rozpoczynałem od ostatniej strony (podobnie postępuję z „Polityką”). Gdy Kisiel przestał
tam pisad, rzadko czytam „Tygodnik Powszechny”.
W kwietniu 1968 roku Biuro Polityczne powołało komisję KC, której przewodniczył kierownik Wydziału
Kadr KC, ja byłem członkiem. Komisja miała wyjaśnid zarzuty zgłaszane w czasie zebrao w stosunku do
ludzi będących na stanowiskach kierowniczych. Konkretnych spraw było niewiele. Wyjaśniliśmy wszystkie
i na tym zakooczyła się praca komisji.
W latach 1967-68 skrzywdzono niewinnych, zasłużonych działaczy i uczciwych ludzi, także i w MSW. Piszę
o tym z przykrością, bo sam nie jestem bez winy. Jako członek kierownictwa MSW ponoszę częśd
odpowiedzialności. Nie inspirowałem akcji, nie wnioskowałem „czystek”, lecz nie sprzeciwiałem się
krzywdzeniu uczciwych ludzi.
Marcowe spięcie ujawniło różnice, a przemówienie Gomułki w Sali Kongresowej wywołało konflikt w
kierownictwie partii. Przewodniczący Rady Paostwa, Edward Ochab, złożył rezygnację z udziału w Biurze
Politycznym i ze stanowiska przewodniczącego. Minister spraw zagranicznych, Adam Rapacki, również
zrezygnował z Biura Politycznego i ze stanowiska ministra. Odchodząc wręczył Gomułce memoriał, z
którym członkowie KC nie zostali zapoznani.
Na wakujące stanowisko przewodniczącego Rady Paostwa Gomułka zaproponował Mariana
Spychalskiego, a na ministra spraw zagranicznych - dotychczasowego przewodniczącego Komisji
Planowania, Stefana Jędrychowskiego.
Na stanowisko ministra obrony narodowej typowano kilku kandydatów, wśród nich generała Wojciecha
Jaruzelskiego. I sekretarz nie był zachwycony jego kandydaturą. Moczar i Korczyoski przekonali go i
zgodził się. Popierał ich Edward Gierek. W kwietniu Wojciech Jaruzelski został ministrem obrony
narodowej. Przy przekazywaniu obowiązków ujawnił się spór kompetencyjny. Otóż Spychalski jako
przewodniczący Rady Paostwa chciał pozostad zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, rzekomo miał to obiecane.
Powołał sztab adiutantów i zlecił podłączenie wojskowych telefonów do Belwederu. Nie trzeba
wyjaśniad, że w ten sposób Jaruzelski miałby dodatkowego zwierzchnika, którego zresztą nigdy nie cenił.
Bezpośrednio nie oponował, lecz pożalił się Moczarowi i Korczyoskiemu. Poprosił ich o interwencję i
pomoc. Znowu udało im się przekonad Kliszkę, a następnie Gomułkę.
Po uspokojeniu nastrojów na. uczelniach w partii, zwłaszcza wśród aktywistów, nasiliły się opinie
dotyczące Moczara. Mówiono, że powinien zastąpid Gomułkę na stanowisku I sekretarza KC. Niektórzy
nieodpowiedzialni jego zwolennicy rozpowszechniali slogany w rodzaju „Kto nie z Mięciem, tego
zmięciem”. Na pewno te opinie dotarły do Gomułki. Nie było tajemnicą, że po marcowym spięciu
stosunki Moczara z Gomułką i Kliszką oziębiły się.
Marzec 1968 roku od razu stał się wydarzeniem i wszedł do historii. Równocześnie obrósł legendą i
mitami. Mimo upływu czasu kulisy i jego przebieg nie zostały zbadane. Nie ustalono rzeczywistych strat.
W1968 roku mniej zajmowałem się polityką wewnętrzną, stałem trochę z boku wydarzeo i nie wiem
wszystkiego. Mimo to w oparciu o moje rozeznanie tak osądzam spięcie:
Marzec 1968 roku był sygnałem ostrzegawczym pogarszającej się sytuacji społeczno-gospodarczej.
Niestety, rządzący krajem mylnie odczytali to ostrzeżenie. Uśmierzenie zaburzeo potraktowano jako
wielkie zwycięstwo i sukces. Dlatego musiał przyjśd grudzieo 1970 roku.
Udało się nam nie dopuścid do więzi i wspólnych wystąpieo niezadowolonej inteligencji z
niezadowolonymi robotnikami. W 1968 roku robotnicy nie wsparli studentów i inteligencji. W 1970 roku
inteligencja była bierna i obojętna w stosunku do protestu klasy robotniczej. W1968 roku antysemityzm
został celowo wykorzystany jako narzędzie walki politycznej, jako środek przeciwstawiania sobie
inteligencji i klasy robotniczej. Zabieg ten okazał się wielce szkodliwy. Był to błąd.
Wówczas i nadal utrzymują się opinie, że Marzec został sprowokowany w celu usunięcia Gomułki ze
stanowiska I sekretarza partii. Może rzeczywiście gdzieś gnieździły się takie zamiary. Ja o tym nie
wiedziałem i nadal nie wiem.

„Partyzanci”
W czasie marcowego spięcia krążyły i nadal utrzymują się opinie, że marzec 1968 roku był sprowokowany
przez grupę oficerów MSW i MON, których nazwano „partyzantami”. Rzekomo mieli oni zamiar w drodze
puczu przejąd władzę i wprowadzid wojskowo-policyjny reżim. Wśród „partyzantów”, obok Moczara i
Korczyoskiego, wymieniano także moje nazwisko. Zarzuty były poważne i wymagają wyjaśnienia.
Mit „partyzantów” ma swe źródła w latach II wojny światowej. Okupacja Polski podzieliła komunistów.
Jedni udali się na tereny Związku Radzieckiego, drudzy działali w kraju.
Kluczowym problemem była kwestia władzy. Ściślej mówiąc, obsadzanie najważniejszych stanowisk w
wojsku, organach bezpieczeostwa, aparacie paostwowym, partyjnym, w ośrodkach informacji i służbie
zagranicznej. Ci, którzy powrócili po wojnie, objęli prawie wszystkie kluczowe kierownicze stanowiska.
Złożyło się na to kilka przyczyn. Oni byli lepiej przygotowani do rządzenia, mieli poczucie większego
zaufania „Wielkiego Brata”. Może była to także świadoma polityka Stalina?
Posłużę się własnym przykładem. W czasie okupacji byłem członkiem Polskiej Partii Robotniczej i
oficerem Armii Ludowej. Działałem na terenach województwa katowickiego. Pod koniec 1944 roku
mieliśmy już własne wojewódzkie i powiatowe władze partyjne i paostwowe (rady). Wraz z Armią
Radziecką przyjechali jednak pełnomocnicy o namiestnikowskiej mentalności i oni objęli wszystkie
kluczowe stanowiska w województwie i powiatach. Już po paru miesiącach okazało się, że większośd z
nich jest małowartościowa i przypadkowa. Co narobili szkód, to narobili. Wojnę zakooczyłem w stopniu
kapitana Wojska Polskiego, a skierowano mnie do służby, gdzie moim przełożonym był oficer bez
stopnia, przybyły ze Wschodu.
My, „krajowcy”, mieliśmy poczucie dyskryminacji. Po 1948 roku zarzucano nam
prawicowo-nacjonalistyczne odchylenie. Aelowcow usuwano ze stanowisk w wojsku, organach
bezpieczeostwa i innych instytucji. Przywódcy PPR i dowódcy AL byli aresztowani, groziły im srogie
wyroki. Z ideowych, politycznych, a także osobistych powodów członkowie Armii Ludowej byli
przeciwnikami stalinizmu. Oni, a w pierwszym rzędzie generałowie: Korczyoski, Moczar, Duszyoski,
Rozłubirski, Pietrzak, walnie przyczynili się do powrotu Gomułki na scenę polityczną. Inspirowali
demaskowanie rodzimego stalinizmu, domagali się naprawienia krzywd i ujawnienia odpowiedzialnych.
Podobnie jak żołnierze AK i innych formacji, mieliśmy poczucie krzywdy spowodowanej niedocenianiem
naszej walki z okupantem, pomniejszaniem udziału Polski w II wojnie światowej. Byliśmy uwrażliwieni na
drwiny z bohaterstwa i poświęceo.
W początku lat sześddziesiątych w prasie, radiu, teatrze i filmie nasiliły się drwiny z wartości, za które
miliony Polaków walczyło, cierpiało i ginęło. W tym samym czasie w USA, Francji i innych krajach
rozpoczęła się kampania szkalowania Polaków i Polski.
Obrony godności narodu i Polski podjęła się grupa kombatantów II wojny światowej. Wśród nich
najaktywniejsi okazali się byli oficerowie Armii Ludowej. Inspirowaliśmy odpór przez odpowiednie
publikacje, audycje i spotkania kombatantów, głównie z młodzieżą. Łączył nas kompleks II wojny
światowej, polegający na poczuciu krzywdy. Ten kompleks oraz nadwrażliwośd rodziły przekonanie o
tym, że nadal istnieją siły zainteresowane w upadku Polski.
Historyk badający fenomen „partyzantów” nie znajdzie dokumentów świadczących o zorganizowanej
działalności, bo ich po prostu nie było. Nie prowadzono spisu członków, nie sporządzano protokołów.
Nawet nie wiem, ilu nas było.
Nie wiem, kto pierwszy nadał nam nazwę „partyzanci”. Prawdopodobnie na naszą działalnośd .pierwszy
zwrócił uwagę Artur Olsen, warszawski korespondent „New York Times”. W artykule z 10 czerwca 1962
roku opisał uroczystości poświęcone 20-leciu utworzenia Polskiej Partii Robotniczej. I przy tej okazji
pozytywnie zrecenzował książkę Walerego Namiotkiewicza wydaną przez MON Ludzie - fakty - refleksje.
Był to zbiór rozmów z kilkunastoma wyższymi oficerami AL. Książka zawierała między innymi wywiady z
Mieczysławem Moczarem, Grzegorzem Korczyoskim, Zygmuntem Duszyoskim. Był tam także wywiad ze
mną. W swym artykule Olsen nadał nam nazwę „partyzanci”, to się przyjęło i funkcjonuje do dzisiaj.
Walka o godnośd i poszanowanie zespalała kombatantów. Wyrazem tego była serdeczna przyjaźo
Moczara z wybitnymi dowódcami Armii Krajowej, z płk. Radosławem-Mazurkiewiczem oraz dowódcami
polskich jednostek walczących na Zachodzie. Wreszcie po wielu latach przestawaliśmy sobie wzajemnie
zarzucad wrogośd i służenie obcym interesom.
Profesor Andrzej Walicki, który w polskich sprawach stara się byd obiektywny, w jednej z ciekawych
książek tak pisał na ten temat: Przeraziła mnie również głęboka i nieukrywana niechęd, z jaką „liberalne”
skrzydło w partii (włącznie z rewizjonistami) oraz związane z nimi grupy inteligencji ustosunkowały się do
podjętej przez Moczara rehabilitacji byłych żołnierzy września i członków AK, Wiedziałem, jak
społeczeostwo polskie spragnione było takiej akcji, jak długo na nią czekało. Wiedziałem, że jest to akcja
dotycząca większości polskich rodzin, bo przecież w każdej niemal rodzinie był ktoś, kto wałczył o Polskę i
zamiast należytego szacunku, traktowany był jako obywatel drugiej kategorii”4.
Pisze to daleki od socjalizmu znawca spraw polskich, którego ojciec, oficer Armii Krajowej, przesiedział po
wojnie kilka lat w więzieniu.

4
Andrzej Walicki, Spotkania z Miłoszem, Londyn 1985, str. 85
„Partyzanci” starali się także wpływad na radzieckich autorów i wydawców wspomnieo i innych
opracowao dotyczących II wojny światowej, aby zgodnie z prawdą pisali o udziale Polski i Polaków.
Chodziło o obiektywną ocenę wojny w 1939 roku, walki z okupantem w kraju, walk armii polskiej na
frontach wschodnim i zachodnim. Zachodni autorzy, szczególnie Anglicy i Francuzi piszący o II wojnie
światowej, też coraz częściej pomijali udział Polaków.
Niemałe zasługi w ujawnianiu prawdy i popularyzacji walk Polaków ma Główny Zarząd Polityczny WP,
którym w tym czasie kierował generał dywizji, Wojciech Jaruzelski. Staraniem GZP pojawiły się śmiałe
opracowania i publikacje. Szczególnie cenne i poczytne były książki Zbigniewa Załuskiego.
Polscy historycy coraz częściej spierali się z radzieckimi historykami. W 1964 roku wziąłem udział w
konferencji naukowej zorganizowanej przez Wojskowy Instytut Historyczny. Tematem tej konferencji był
stosunek Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej i Stalina do ruchów wyzwoleoczych w krajach Europy
Wschodniej. Starano się odpowiedzied na pytanie, dlaczego Armia Ludowa otrzymała tak mało dostaw
broni i innego sprzętu niezbędnego w walce z okupantem. Porównywano dostawy dla nas z dostawami
dla Armii Krajowej i okazało się, że z terenu Anglii i Włoch przesłano więcej broni i środków niż z terenu
ZSRR. Młody historyk wojskowości powiedział na ten temat: Gdy Armia Radziecka cofała się, radziecki
Sztab Generalny i Stalin mieli ważniejsze problemy niż zajmowanie się walką partyzantów. Gdy sytuacja
odwróciła się i wojska radzieckie przeszły do ofensywy, Stalin doszedł do przekonania, że wyzwolenie
krajów Europy Wschodniej powinno byd wyłącznym dziełem Armii Radzieckiej. Stalin odnosił się
niechętnie i podejrzliwie do samoistnych ruchów politycznych.
Ktoś z sali zapytał o stosunek Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego do powstania warszawskiego.
Także zapytałem, dlaczego dowództwo Wojska Polskiego, stacjonujące w Lublinie, nie przysłało nam na
Śląsk ani jednej sztuki broni? Nie otrzymałem zadowalającej odpowiedzi.
Jak to zwykle u nas bywa, również i w tym przypadku nie „mieliśmy daru do umiaru”. Za dużo i
przesadnie pisano i mówiono o walkach Armii Ludowej. Małe starcia zamieniały się w bitwy, akcje w
operacje. Przesada wywoływała ironię i anegdoty. Mówiono, że w gazecie ukazało się takie ogłoszenie:
„Zamienię szlak bojowy do Berlina na bitwę w Lasach Janowskich”, albo opowiadano: „Jest już rok 1965,
w lasach do gajówki podchodzi w nocy grupa uzbrojonych ludzi, pukają w okna, budzą gajowego i pytają,
czy w okolicy są Niemcy. On odpowiada, że wojna już dawno skooczona i żadnych Niemców nie ma. Na
to dowódca: «Mój Boże, a my tak te linie kolejowe przerywamy i przerywamy»”.
Dobrą formą popularyzacji bojowych zasług były spotkania kombatantów w różnych środowiskach,
głównie w szkołach, uczelniach i organizacjach młodzieżowych. Podobno moje spotkania były udane.
Mówiłem żywo i ilustrowałem przykładami. Miałem sporo zaproszeo. Tylko w maju 1965 roku było ich
sześd. Młodzież raczej mało interesowała się naszą walką i działalnością. Odnosiłem wrażenie, że
spotkania te są organizowane jedynie dla nas - kombatantów.
Wśród „partyzantów” nie było wyróżniających się myślicieli, nie było ideologów, nie było też fanatyków.
W ogóle w szeregach Polskiej Partii Robotniczej znalazło się jedynie kilku teoretyków. Wśród nich
pierwsze miejsce należy przyznad Władysławowi Bieokowskiemu. On jednak stronił od „partyzantów” i
nie chciał mied z nimi nic wspólnego. Niektórzy generałowie formułowali pewne programowe
propozycje, dotyczące lewicowego patriotyzmu, komunizmu o narodowym zabarwieniu, polityki i ładu
społecznego. System funkcjonowania gospodarki nigdy nie był przedmiotem rozważao. Z dużym
zainteresowaniem spotkała się praca prof. Jana Szczepaoskiego O twórczych silach narodu.
Większośd z nas zajmowała kierownicze stanowiska w MSW i wojsku i z tego powodu wypowiadaliśmy
się w sprawach paostwa, ładu i porządku, że jedynie silne paostwo i mądra władza mogą zapewnid
rozwój Polski i dobrobyt społeczeostwa. Będąc odpowiedzialni za porządek w kraju działaliśmy na rzecz
walki z przestępczością kryminalną, chuligaostwem i innymi objawami społecznej demoralizacji i
rozkładu. Z tego powodu przyklejano nam opinie zwolenników twardego rządzenia.
Częste i nawet przesadne akcentowanie patriotyzmu spowodowało przebąkiwanie o niebezpieczeostwie
narodowego komunizmu. Zaniepokoił się tym sam Breżniew. W kwestii głoszonego przez nas
„lewicowego patriotyzmu” nie było jedności, różnie go interpretowano. Ja na przykład wyznawałem
pogląd, że patriotą jest każdy - niezależnie od pochodzenia i miejsca urodzenia - kto działa dla dobra
Polski.
Może i nie byłoby mitu „partyzantów”, gdyby nie piętno antysemityzmu. Czy były wśród nas objawy
antysemityzmu? Oczywiście były - i to nam najbardziej zaszkodziło. Wypowiedzi czy decyzje, które można
było traktowad jako akty antysemityzmu, dotyczyły odsuwania od władzy wielu Polaków pochodzenia
żydowskiego, którzy po wojnie wrócili do Polski i objęli kluczowe stanowiska w paostwie i partii. Wielki
rozgłos nadano opublikowanej Wypowiedzi Moczara, że w Polsce stalinizm wprowadzili ci, którzy z ZSRR
przyszli w szarych szynelach.
W latach 1969-73 interesowałem się objawami antysemityzmu w USA, ZSRR, Francji, Czechosłowacji,
RFN, NRD oraz innych krajach. Były kraje, w których objawy antysemityzmu były częstsze i ostrzejsze niż
u nas. Jednak Polska jest najbardziej oczerniana. W USA, ZSRR i innych krajach wielu żywi przekonanie, że
wśród wszystkich europejskich narodów Polacy są największymi antysemitami. Są oni gotowi wierzyd, że
właśnie dlatego na terenie Polski ulokowano Oświęcim, Majdanek i inne obozy zagłady. W innych
krajach, na przykład we Francji, Republice Federalnej Niemiec, USA, niektórzy czołowi politycy głosili
antysemityzm, prędko jednak o tym zapomniano. U nas wystarczyła nawet mało znacząca wypowiedź,
zaraz rozpoczynał się szum. W 1988 roku przypadła dwudziesta rocznica marca 1968 roku i pięddziesiąta
rocznica wielkiego hitlerowskiego pogromu Żydów w Trzeciej Rzeszy. Proszę porównad, co pisano o
Polsce i hitleryzmie. Wyglądało tak, jakby Polacy zrobili Żydom więcej krzywd niż hitlerowcy. Od 1968
roku wieszano na nas psy. Wielokrotnie powtarzano, że „Polacy z mlekiem matki wyssali antysemityzm”.
I ta obelga była wielokrotnie powtarzana. W 1989 roku wybuchł konflikt między prymasem Polski a grupą
Żydów z USA i znowu premier Izraela oficjalnie powtórzył tę obelgę i dodał, że także wyssaliśmy
antyrosyjskośd. Żaden izraelski mąż stanu tak nie oskarżył Niemców. Często zastanawiałem się, dlaczego
nas aż tak nienawidzą.
Liderem „partyzantów” był Mieczysław Moczar. W pierwszych latach po wojnie, jako młody oficer, sporo
słyszałem o pułkowniku czasów wojny i późniejszym generale Mieczysławie Moczarze. Krążyły legendy o
jego walce z okupantem i ze zbrojnym podziemiem. Kierował wówczas Wojewódzkim Urzędem
Bezpieczeostwa Publicznego w Łodzi. Łódź była wtedy jakby zastępczą, intelektualną stolicą zniszczonego
kraju. Mówiono, że spotykał się z uczonymi i pomagał im.
Gdy w 1947 roku byłem słuchaczem pierwszego kursu kierowników powiatowych urzędów
bezpieczeostwa, mówiono o mądrym podejściu Moczara do sprawy ujawniania się członków Armii
Krajowej. Starał się, aby to był wyłącznie nasz polski problem.
W1948 roku powołano go na stanowisko wiceministra bezpieczeostwa publicznego. W czasie tzw.
antygomułkowskiego plenum KC w jesieni 1948 roku został przesunięty z członka KC PPR na zastępcę.
Równocześnie odwołano go ze stanowiska wiceministra bezpieczeostwa publicznego i „zesłano” do
Olsztyna.
W tym trudnym, bardzo trudnym dla Mieczysława, okresie miał miejsce fakt, który pozostawił w nim
pewien kompleks. W czasie wspomnianego plenum KC odżegnał się on od linii politycznej Władysława
Gomułki i poddał ją krytyce.
Trzeba wiedzied o tym, że Bolesław Bierut i Jakub Berman potrafili dzielid, różnid, skłócad i łamad swoich
przeciwników. Jednych aresztowano, innych usuwano z władz, z partii, a jeszcze innych, jak np. Moczara,
obniżono w randze partyjnej i zesłano na „tereny zielone”, ale pozostawiono we władzach. Zresztą wielu
współtowarzyszy Gomułki także wyparło się swego przywódcy. Ten kompleks ciążył na ekipie Wiesława,
utrudniał samodzielne myślenie, partnerstwo i krytykę niesłusznych decyzji.
Pierwszy raz bezpośrednio zetknąłem się z Moczarem w 1951 roku, gdy zostałem powołany na
stanowisko kierownika Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeostwa w Olsztynie, gdzie Moczar był wojewodą.
Interesowały go głównie dwa problemy: obrona ludności miejscowej - „autochtonów” i ich integracja z
„napływowymi” oraz rolnictwo: siewy i zbiory. On to wysunął na stanowisko kierownicze kilkunastu
autochtonów, co wówczas miało duże znaczenie. Byliśmy obaj członkami egzekutywy Komitetu
Wojewódzkiego PZPR. Spotykaliśmy się często i szybko zaprzyjaźnili.
Moczar miał charyzmę. Nietrudno było zauważyd, że wśród władz olsztyoskich miał największy autorytet.
Nie trwało to jednak długo. W pierwszej połowie 1952 roku został przeniesiony na równorzędne
stanowisko do Białegostoku.
W latach 1952-56 Moczar był wojewodą w Białymstoku, wojewodą warszawskim i ministrem PGR. Nie
spotykaliśmy się w tym czasie, słyszałem jedynie, że cieszy się dobrą opinią.
Zaraz po powrocie Władysława Gomułki na stanowisko I sekretarza KC generał Mieczysław Moczar
ponownie został wiceministrem spraw wewnętrznych. Nie spieszyłem z gratulacjami, obawiałem się, że
zrozumie to jako chęd przypodobania się, czego nie lubił. W listopadzie 1956 roku zadzwonił do Katowic,
później często rozmawialiśmy. Odwiedzałem go w Warszawie, informowałem o sytuacji. Interesowały go
głównie sprawy gospodarcze. Musiałem byd zawsze przygotowany, wiedzied wszystko o stanie węgla i
produkcji hutnictwa i całej gospodarce województwa. W maju 1958 roku przyjechał pierwszy raz do
Katowic, rozmawiał z Edwardem Gierkiem, Janem Mitręgą i innymi kierownikami województwa, był też w
komendzie milicji. W czasie spotkania z działaczami zrobiono mu „katowicki nastrój”. Wypadło dobrze,
lecz po zakooczeniu sarknął: „Bez picu wy nie możecie”.
Mieczysław ma duże zasługi we właściwym wyprofilowaniu całego MSW, szczególnie pionu
bezpieczeostwa. Był zasadniczy w sprawach suwerenności MSW.
Wielokrotnie zastanawiałem się nad stosunkami między Moczarem a Gomułką. Nie ulega wątpliwości, że
wśród zwolenników Gomułki wyróżniającą się osobowością był Moczar. Miał magnes i cechy przywódcze.
W czasie walki z okupantem zawiązała się między nimi znajomośd, która przemieniła się w przyjaźo.
Wydaje mi się, że Gomułka mimo to nie miał pełnego zaufania do Moczara. Odnosił się do niego z
rezerwą. Nigdy nie włączył go do najbliższego kręgu i nie we wszystko wtajemniczał. Kilkakrotnie pytałem
Moczara o przyczyny. Zbywał milczeniem lub jakimś nic nie znaczącym zdaniem. Niektórzy wtajemniczeni
mówili mi, że ta niechęd datuje się z czasu wojny. Ktoś nawet przekonywał, że Gomułka nie ufał tym,
którzy kooczyli szkoły wywiadu w ZSRR i z wywiadowczymi zadaniami byli kierowani do kraju.
Mogło tak byd, lecz osobiście sądzę, że przyczyna była inna. Gomułka był typem autokratycznego
przywódcy. Wokół siebie źle znosił „niepokornych”. Takimi właśnie byli Moczar, Korczyoski i Duszyoski.
Gomułka lubił upokarzad. W1956 roku zamiast powoład Moczara na stanowisko szefa resortu spraw
wewnętrznych (odchodził ze stanowiska ministra PGR), skierował go na stanowisko wiceministra. Gdy w
latach 1964-68 Moczar był ministrem, Gomułka wielokrotnie robił mu różne afronty. W 1965 roku
zarządził wyłączenie wojsk wewnętrznych (KBW i WOP) z MSW i włączenie ich do Ministerstwa Obrony
Narodowej. Złośliwośd Gomułki przejawiała się i w tym, że nadzór nad MSW zlecił sekretarzowi KC,
Ryszardowi Strzeleckiemu, z którym Moczar nigdy nie miał dobrych stosunków. Gdy w 1968 roku Moczar
przeszedł do pracy w KC, nadal nie miał najlepszych stosunków z I sekretarzem partii.
Należy podkreślid, że bez rozgłośni polskiej Radia „Wolna Europa” nie byłoby mitu i domniemanego
zagrożenia „partyzantów”. W latach 1965-69 RWE poświęcała nam najwięcej uwagi. Ostrzegała przed
spiskiem i zamachem stanu. Długoletni dyrektor RWE, Jan Nowak-Jezioraoski, w wydanych
wspomnieniach5 z czasu kierowania rozgłośnią ujawnia cel i kulisy skoncentrowanego i długotrwałego
ataku na nas. Moczarowi zarzucano głównie przygotowywanie zamachu stanu i chęd objęcia władzy.
Byłem przyjacielem Moczara i innych generałów i to, co wiem, nie daje podstaw do twierdzenia o spisku i
zamachu, chociaż nigdy nie wiadomo, co komu w duszy gra. Mimo to nadal jestem gotów bronid tezy, że
Moczar nie nosił się z zamiarem usunięcia Gomułki. Pragnął jedynie byd włączony do najbliższego kręgu I
sekretarza. W moim przekonaniu Moczar nie nadawał się na następcę Gomułki. Sądzę, że on sam nie
miał takich aspiracji.
W 1988 roku minęło dwadzieścia lat od wydarzeo marcowych w 1968 roku. Okrągła rocznica stała się

5
Polska z oddali, Londyn 1988 r.
okazją do ataku na „partyzantów”, których teraz nazywano „moczarowcami”. Odbyło się kilka dyskusji w
telewizji i radiu. Prawie każdy dziennik i tygodnik publikował okolicznościowe artykuły. Spośród
wszystkich publikacji najbardziej obiektywną ocenę wydarzeo przedstawiła „Res Publica” w numerze
3/89. Wysłałem do redakcji list z wyrazami uznania. Trzeba dodad, że z wyjątkiem „Tygodnika
Powszechnego” wszystkie wydawnictwa będące pod wpływem Kościoła starały się obiektywnie
przedstawid wydarzenia sprzed dwudziestu lat. Nigdy, ani w 1968 roku, ani później, „partyzanci” nie byli
przedmiotem krytyki kardynała Stefana Wyszyoskiego i innych księży. Z zamiarem ustalenia prawdy, a
może i wywołania wilka z lasu, „Życie Literackie” opublikowało fragment moich wspomnieo dotyczący
1968 roku „partyzantów”. Ta publikacja spotkała się z mieszanym oddźwiękiem. Najbardziej oburzył mnie
artykuł Jerzego Urbana w „Trybunie Ludu” pt. Samosądy, który przedrukowało „Życie Warszawy” oraz
inne dzienniki. Otóż Urban - jeszcze wtedy rzecznik rządu - brutalnie zaatakował Moczara i mnie.
Z okazji dwudziestolecia wydarzeo marcowych 1968 roku - pisał Urban - Franciszek Szlachcic zajmuje się
akurat wyłącznie perfumowaniem swojej roli i swego ówczesnego przełożonego - kolegi w tamtych
przeszłych wydarzeniach. Czyni to przy tym z pełnym poświęcenia samozaparciem, nie szczędząc kosztów
własnych, gdyż na ich tle rysuje autoportret gamonia ubranego w sukienkę pierwszej naiwnej. Ciekawe,
czy dane nam będzie zakosztowad dalszych tego typu wzruszających odkryd i wynurzeo.
Zaraz po przeczytaniu tego paszkwilu napisałem do „Trybuny Ludu” list z prośbą o opublikowanie.
Czekałem dwa tygodnie i okazało się, że mój list nie został opublikowany. Zadzwoniłem do „Trybuny
Ludu” i „Życia Warszawy” i zapytałem, dlaczego. Od obydwu redakcji otrzymałem jednakową odpowiedź.
„Polemika z tym artykułem jest zabroniona i Pana list nie będzie opublikowany”.
W 1990 roku ukazała się obszerna rozmowa z Gierkiem6. Na pytanie dotyczące wiecu w Katowicach
Gierek odpowiada, że chciał w ten sposób poprzed Gomułkę. Jak wiem, sam Gomułka nie życzył sobie
takiego poparcia, a wypowiedź Gierka go oburzyła. Chyba wtedy podjął decyzję o usunięciu go z Katowic.
Odpowiadając na pytanie Gierek twierdzi, że za poparcie Gomułki Moczar miał do niego pretensje.
Moczar nie tylko nie miał pretensji do Gierka, lecz wyraził mu uznanie. W czasie kryzysu grudniowego w
1970 roku Moczar był jednym z tych, którzy poparli kandydaturę Gierka na stanowisko I sekretarza KC
PZPR.
Początek kooca przygody „partyzantów” rozpoczął się w 1969 roku. Pozostała jedynie legenda. Wraz z
Mieczysławem Moczarem, Grzegorzem Korczyoskim, Zygmuntem Duszyoskim, Kazimierzem Sidorem i
innymi „partyzantami” odszedł ważny i barwny kawałek najnowszej historii.

„Praska wiosna” i zmiany w MSW


Od wielu lat w Czechosłowacji pogarszał się stan gospodarki. W 1967 roku zaczęły częściej napływad
sygnały o nasilającym się niezadowoleniu. Odpowiedzialnością obciążano głównie I sekretarza
Komunistycznej Partii Czechosłowacji, równocześnie prezydenta republiki - Antonina Novotnego. Na
kongresie pisarzy domagano się zmian w polityce gospodarczej, społecznej i kulturalnej. Drwiono z
Novotnego.
W styczniu 1968 roku zebrał się komitet centralny partii i usunął go ze stanowiska I sekretarza,
pozostawiając mu urząd prezydenta. I sekretarzem wybrano Aleksandra Dubczeka - dotychczasowego I
sekretarza partii w Słowacji.
Spięcie marcowe na krótki okres odwróciło uwagę od sytuacji w CSRS. Po wygaszeniu naszego napięcia
sytuacja u południowego sąsiada spędzała sen z oczu Gomułce, Kliszce i innym.
Władysław Gomułka otrzymywał informacje o sytuacji w CSRS od komitetów centralnych innych partii,

6
Przerwana Dekada, 1990 r., str. 190, Wydawnictwo „Fakt”
nawet z Bułgarii. W pierwszych dniach czerwca zwrócił Moczarowi uwagę na ubogośd własnych
informacji. Mieczysław przekazał mi te pretensje. Ustaliliśmy, że najlepiej będzie, gdy osobiście udam się
do Pragi. Do dnia wojskowej interwencji byłem tam dwa razy. Pierwszy raz w czerwcu i drugi w lipcu. Za
każdym razem odwiedzałem Pragę, Ostrawę i Bratysławę. Rozmawiałem z polskim ambasadorem,
pracownikami ambasady, kolegami z bratniego resortu. W Ostrawie konsulem polskim był mój serdeczny
przyjaciel - Janusz Korczyoski. Dzięki niemu byłem obiektywnie zorientowany w sytuacji. Po powrocie
zreferowałem Moczarowi spostrzeżenia. Wysłuchał i zaraz połączył się z Gomułką. Powiedział o moich
uwagach i zaproponował, aby przyjął mnie na rozmowę. Prosił, abym w rozmowie z Gomułką nie
wyostrzał zagrożenia. Moczar nie był zwolennikiem wtrącania się w wewnętrzne sprawy innych krajów
socjalistycznych. Wiedziałem, że Wiesław źle znosi gadulstwo, więc starałem się jasno i zwięźle
przedstawid, co słyszałem i widziałem. Sprawa była ważna, więc zrobiłem sobie obszerną notatkę, z
której bardziej istotne fragmenty przytaczam: W Czechosłowacji dzieje się to samo, co u nas w 1956 roku.
Po XX Zjeździe KPZR u nich nic się nie zmieniło. Nadał był uprawiany kult jednostki i serwilizm.
Wszystkiemu winien jest Novotny i jego ekipa. Uczciwi członkowie partii już dłużej tego nie mogli znieśd.
W kierownictwie istnieje podział. W Pradze i innych miastach po dawnemu wisi dużo czerwonych flag i
napisów na cześd Związku Radzieckiego. Gospodarka funkcjonuje normalnie. Nie było ani jednego strajku.
Gomułka dobrze przyjął moje spostrzeżenia. Nie pytając, czy mam ochotę, zamówił kawę - co mu się
rzadko zdarzało. Przy kawie opowiedziałem mu anegdotę o Novotnym. „W 1967 roku uciekł z CSRS na
Zachód szef oddziału Sztabu Generalnego Armii CSRS, generał Szajna. Zameldowano prezydentowi
Novotnemu, że zabrał ze sobą ważne plany wojskowe. Prezydent pocieszał ich: «Nie martwcie się, mam
w kasie kopi껄.
„Po prostu rozlazło mu się to wszystko” - orzekł Gomułka. Spojrzał na jeden z aparatów telefonicznych
(łączności międzynarodowej) i dodał: „Oni są winni, do kooca go popierali”.
Przed odejściem zapytał, czy zamierzam jeszcze udad się na tereny zagrożone? Odpowiedziałem, że to
zależy od polecenia. On dodał: „Jeśli będzie coś ważnego, zgłoście się do mnie”. Referowanie spraw I
sekretarzowi partii było wyróżnieniem. Ucieszyłem się, bo wydawało mi się, że Wiesław nadal jest mi
życzliwy. Był to dobry sygnał, bowiem od kooca 1966 roku zacząłem odczuwad ochładzanie się moich
stosunków z Moczarem. Już nie zapraszano mnie na kolacje, rozmowy w ścisłym gronie i polowania.
Pytałem Moczara, co się stało? Co się zmieniło? Powiedział jedynie, że jestem przewrażliwiony.
Kilkakrotnie rozmawiałem na ten temat z Edwardem Gierkiem. Pytałem go, czy coś zauważył i jakie
mogły byd przyczyny. Powiedział, że nie wie, lecz on także czuje ochłodzenie. Na posiedzeniach Biura
Politycznego Katowice były częściej krytykowane i trudniej było coś załatwid.
W styczniu 1967 roku Moczar, jako szef resortu, wprowadził wśród wiceministrów nowy zakres
odpowiedzialności. Przestałem byd traktowany jako pierwszy zastępca ministra. Rozzłościło mnie to, lecz
starałem się trzymad nerwy na wodzy.
W pewnej chwili jednak nie wytrzymałem i zapytałem Mietka wprost, o co chodzi. Odpowiedział
wymijająco, czym mnie rozzłościł jeszcze bardziej, rozmowa stała się nerwowa, zarzucił mi brak
lojalności. Ja też powiedziałem o jedno słowo za dużo. Trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. Gdy trochę
ochłonąłem, wróciłem, przeprosiłem go za swoje zachowanie, podaliśmy sobie ręce.
Zrozumiałem, że nasze drogi rozeszły się. Wkrótce okazało się, że „życzeniowo” i mylnie odczytałem
zachowanie Gomułki.
W pierwszych dniach lipca 1968 roku Władysław Gomułka wezwał Moczara i oznajmił o odwołaniu go z
urzędu ministra spraw wewnętrznych i przeniesieniu na stanowisko sekretarza Komitetu Centralnego.
Poinformował także o zamiarze powołania wiceministra Kazimierza Świtały na jego miejsce w MSW. Był
to bardzo przykry moment dla Mietka. Jak przebiegała ta rozmowa, nigdy mi nie opowiedział.
Przesunięcie go do pracy w KC nie było traktowane jako awans, lecz jako odsunięcie. I tak też rozumiał to
Moczar. O jego odejściu z MSW plotkowano już od marca. Wszyscy spodziewali się awansu. Plotkowano
także na temat jego następcy w resorcie. Najczęściej mnie pasowano na jego miejsce. Miałem nadzieję
na awans. Byłem członkiem KC i najstarszym wiceministrem. Niestety, spotkał mnie zawód.
Zmiany na stanowisku ministra zatwierdzało Biuro Polityczne. W czasie najbliższego posiedzenia
Gomułka oznajmił o zmianach w MSW. Dodał przy tym, że brano pod uwagę dwie kandydatury - Świtały i
Szlachcica, lecz Świtała - jego zdaniem - jest lepszy. Do mnie ma pewne zastrzeżenia. Osobiście powie o
nich Gierkowi. Mówiono, że w tej sprawie doszło do starcia między Gomułką a Gierkiem. Nie była to
prawda. Gierek nie odważyłby się sprzeciwiad Gomułce.
Pożegnanie Moczara w MSW było skromne i smutne. Gratulowano mu awansu. Ja nie gratulowałem, bo
mógłby to potraktowad jako drwinę. Jedynie, gdy stuknęliśmy się kieliszkami wina, powiedział: „I tak się
wszystko kooczy”. Była to ostatnia lampka wina, jaką wspólnie wypiliśmy.
Po publicznym ogłoszeniu zmiany na stanowisku ministra spraw wewnętrznych w „Głosie Wolsztyoskim”
ukazał się wywiad z matką Świtały, która powiedziała: Kazio chodził do gimnazjum w Wolsztynie. Miał
prawie same piątki. Mąż się z tego bardzo cieszył. Dyrektor Dutkowski mówił: „Niech się pan, mój
kochany, nie martwi o przyszłośd syna. Da sobie radę w życiu. Będzie prawnikiem, bo jest dobrym
gadułą”.
13 lipca Gomułka wezwał do siebie całe kierownictwo resortu. Świtale złożył gratulacje i był dla niego
nad wyraz życzliwy. Mówił o roli MSW, akcentował, że minister spraw wewnętrznych nie może prowadzid
własnej polityki, musi realizowad wytyczne partii. Podkreślał, że w resorcie jest jeden minister. Kto mu się
nie podporządkuje, musi odejśd. Odniosłem wrażenie, że „pije do mnie”. Zastanawiałem się nad nowym
miejscem pracy. Gierek obiecał znaleźd coś na Śląsku.
Odejście Mieczysława Moczara miało znaczenie polityczne i było sygnałem, że Gomułka zabrał się do
umocnienia swej pozycji. Zmiany w kierownictwie MSW uznano za klęskę Moczara. Sam Gomułka nie
wypowiadał się na ten temat. Gdy ktoś mówił mu, że bał się „partyzantów” i Moczara, odpowiadał:
„Bzdura, ja nikogo się nie boję”.
W początku lipca Mieczysław Moczar, jako sekretarz KC nadzorujący sprawy wewnętrzne i wojskowe,
wezwał do KC ministra Świtałę, mnie i szefa wywiadu wojskowego. Poinformował o zaniepokojeniu Biura
Politycznego sytuacją w świecie i zalecił opracowywanie dla kierownictwa partii pogłębionych danych o
sytuacji w CSRS. Zasugerował, abym udał się do Pragi. Wykonując polecenie niezwłocznie udałem się
tam. Byłem dwa dni. Po powrocie złożyłem sprawozdanie ministrowi Świtale, a następnie Moczarowi.
Przypomniałem mu, że w poprzedniej rozmowie Gomułka prosił o osobiste informowanie go, gdyby było
coś istotnego. Moczar odrzekł, że da mi odpowiedź. Byłem ciekawy, czy i jak Gomułka mnie przyjmie.
Zmiany w MSW dowodziły, że jest mi niechętny. Na drugi dzieo zostałem powiadomiony, że mam się
stawid u I sekretarza.
W podobnym stylu jak poprzednio przedstawiłem ocenę sytuacji. Tym razem Wiesław nie wysłuchał do
kooca, przerwał mi. Mówił o granicach Polski i o tym, że z RFN przez CSRS najbliżej do nas. Złościła go
słabośd i nieudolnośd Aleksandra Dubczeka. Jego zdaniem, lewica w CSRS jest słaba, a władza nie jest w
stanie opanowad sytuacji. I sekretarz nie lubił „mądrali”, więc nie wtrącałem uwag.
Sprawozdanie składałem także premierowi Cyrankiewiczowi. Nie dostrzegłem, aby przejawił szczególne
zainteresowanie. Obok naszych informacji swoje oceny przysyłali także - polski ambasador w Pradze i
dziennikarze. Oni także nie wyolbrzymiali zagrożenia socjalizmu w CSRS. Nie używano słowa
kontrrewolucja.
29 lipca w Czernej nad Cisą miało miejsce spotkanie kierownictwa radzieckiego z kierownictwem
czechosłowackim. Breżniew był bardzo serdeczny. Do Dubczeka zwracał się po imieniu. Spośród
wszystkich sekretarzy jedynie do niego tak się zwracał. W czasie tego spotkania miało miejsce pouczające
zdarzenie.
Biorący udział w rozmowach członek Biura Politycznego KPZR i równocześnie I sekretarz partii na
Ukrainie, Piotr Szelest, obraził członka kierownictwa CSRS, Franciszka Kriegla. Miał powiedzied: „Co tu
robi ten polski Żyd?”. Na to Svoboda, Dubczek, Czernik i inni oświadczyli, że jeśli Kriegel nie zostanie
przeproszony, to zrywają rozmowy i jadą do Pragi. Ani Breżniew, ani jego koledzy nie spodziewali się
takiej reakcji... Powstała konsternacja. Po chwili do przedstawicieli CSRS podeszli Kosygin, Podgorny i
Mazurów i w tradycyjny sposób, butelką koniaku, próbowali załagodzid konflikt. Nie udało się. Szelest
musiał przeprosid Kriegla.
Na naszych przygranicznych terenach z Czechosłowacją od połowy czerwca gromadziły się jednostki
Armii Radzieckiej. Było pewne, że wojska Układu Warszawskiego wkroczą do CSRS. Gdy dzieo interwencji
został ustalony, podobno Gomułka zaczął się wahad. Wśród sił interwencyjnych Polska po ZSRR
wystawiła najwięcej wojska. Przygotowaniami do operacji kierował minister obrony narodowej, generał
Wojciech Jaruzelski. A był perfekcjonistą. Radzieckie dowództwo oceniało naszą armię jako najlepiej
przygotowaną. W czasie uzgadniania tej operacji z dowództwem Armii Radzieckiej nasi generałowie
zwrócili uwagę na niedobry odbiór społeczny udziału armii NRD w tej interwencji. Władze radzieckie
uznały ten argument i armia NRD nie przekroczyła granicy CSRS.
W czasie interwencji i byłem w Warszawie i z oddali interesowałem się przebiegiem działao wojskowych.
Jak wynikało z meldunków i późniejszych ocen, nasze wojsko zachowywało się wzorowo. Dowiedziałem
się, że wkroczenie obcych wojsk na teren Czechosłowacji było zaskoczeniem dla Dubczeka, Svobody,
Czernika i innych członków kierownictwa. Gdy Dubczeka zawiadomiono o przekroczeniu granicy paostwa
przez obce armie, miał powiedzied: „Więc jednak wkroczyli, myśmy nic złego nie zrobili, chcieliśmy tylko
lepiej żyd i mnie to zrobili”. Podobno rozpłakał się.
W trzecim dniu odbyły się w Moskwie rozmowy kierownictwa ZSRR i CSRS. Przedstawiciele zajętego kraju
różnymi drogami dotarli na te rozmowy. Dubczeka, Czernika, Smerkowskiego, Kriegla i innych
przywieziono pod konwojem. Husak, Bilak, Indra i inni przylecieli normalnie. Prezydentowi Svobodzie
zgotowano uroczyste powitanie. Na lotnisku oczekiwał go Breżniew. Kompania wojska oddała honory i
obydwaj w odkrytym samochodzie z lotniska udali się na Kreml. Był to jeden z owych okrutnych żartów,
które uwielbiał Stalin, a po nim Breżniew.
W specjalnym obiekcie na Leninowskich Wzgórzach odbyły się rozmowy przywódców radzieckich z
władzami CSRS. Jeden z uczestników tych rozmów opowiadał mi później, że władze radzieckie zamierzały
zatrzymad w ZSRR na pewien czas Dubczeka, Czernika, Smerkowskiego i innych „prawicowców”,
podobnie jak w 1956 roku zatrzymano niektórych Węgrów. Spokojny dotąd generał Ludwik Svoboda
zaimponował odwagą i zaskoczył gospodarzy... Oświadczył, że bez nich nie wróci do Pragi i pozostanie z
zatrzymanymi w ZSRR. Breżniew wystraszył się i wyraził zgodę na opuszczenie Moskwy przez wszystkich,
z wyjątkiem jednego - Franciszka Kriegla. Nie mogli zapomnied jego zachowania w czasie spotkania w
Czernej. A mimo to udało się wybronid Kriegla. Przekonywający był argument, że zatrzymanie uczyni go
bohaterem narodowym. Po podpisaniu „moskiewskiego protokołu” wszyscy wrócili do kraju.
Za zgodą swoich przełożonych we wrześniu po raz trzeci pojechałem do CSRS. Byłem w Hradec Kralove,
gdzie stacjonował sztab naszej armii, byłem w Pradze i Ostrawie. Chciałem bezpośrednio zorientowad się
w sytuacji po interwencji. Po kilkudniowym szoku życie wracało do normy. W Pradze zauważyłem duży
napis: „Leninie, obudź się - Breżniew zwariował”. Na podkreślenie zasługiwało dobre zaopatrzenie
sklepów z artykułami żywnościowymi. Rozmawiałem z ambasadorem, kolegami z bratniego resortu i
kilkoma politykami. Przypadkowo spotkałem znajomego oficera KGB, który w latach pięddziesiątych był u
nas jednym z doradców ówczesnego Ministerstwa Bezpieczeostwa Publicznego. Moi czechosłowaccy
rozmówcy byli bardzo rozgoryczeni. Zanotowałem kilka ich wypowiedzi. „Najważniejszą przyczyną
kryzysu był regres społeczno-gospodarczy. Kraj, który przed wojną należał do najbardziej rozwiniętych,
spadł do poziomu rozwijających się”. Mieli duże pretensje do kierownictwa ZSRR, szczególnie do
Breżniewa, że tolerował, a nawet bronił Novotnego. Gdy go krytykowano, on miał powiedzied: „Eto
charoszyj towariszcz.” Stanowisko Breżniewa ilustrowano- przykładem byłego ministra spraw
wewnętrznych CSRS, Baraka. Za czasów Novotnego był on członkiem Biura Politycznego KPCz,
wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych. Na swoje nieszczęście napisał poufny list do KC KPZR,
w którym informował, że w CSRS od XX Zjazdu KPZR nic się nie zmieniło. Nadal istnieje kult Stalina i
Novotnego, stosuje się stare metody itd. Prosił, aby KC KPZR wpłynął na zmianę sytuacji, która - jego
zdaniem - prowadzi do kryzysu. Kierownictwo KPZR przesłało ten list Novotnemu z uwagą „partie są
niezależne i o swoich sprawach muszą rozstrzygad same”. Novotny polecił zdobyd materiały obciążające
Baraka - i oczywiście znaleziono je. Aresztowano i sądzono go przy drzwiach zamkniętych i skazano za
przywłaszczenie sobie kilku złotych monet, które znaleziono w czasie rewizji. Podobno zostały mu
podrzucone. W1968 roku został uniewinniony. Odsiadka zrobiła swoje, bo po wyjściu głosił koniecznośd
zburzenia wszystkich więzieo. Z wieloletnich doświadczeo wiem, że każdemu ministrowi spraw
wewnętrznych można wytoczyd proces. „Zawsze coś się znajdzie”.
Działacze KPCz twierdzili, że Gustaw Husak, podobnie jak Janos Kadar w 1956 roku, zgodził się na
normalizację w CSRS pod warunkiem otrzymania pomocy gospodarczej i finansowej, która zapewniłaby
dobrobyt społeczeostwu. Pytałem ich o pretensje do Polski i Polaków. Odniosłem wrażenie, że woleliby,
by wkroczyła do nich jedynie Armia Radziecka. Nawet jeden z nich powiedział: „Po co wy się do tego
mieszacie”. Przypomnieli przedwojenny udział Polski w rozbiorze Czechosłowacji. W typowy dla nich
sposób żartowano z generałów radzieckich i oficerów innych armii interwencyjnych.
W języku czeskim Układ Warszawski nazywa się „Warszawska Zmowa”. Ktoś powiedział, że udział Wojska
Polskiego jest wynikiem pomyłki. Prosiliśmy o „Czerwone gitary” (bardzo wówczas popularny polski
zespół muzyczny) - wyście przysłali „Czerwone berety”.
W Czechosłowacji nie tylko z ciekawości interesowałem się „zdrowymi siłami” i chciałem ustalid nazwiska
tych, którzy zwrócili się do Breżniewa o „bratnią pomoc”. Niestety, to mi się nie udało. Jeden z
wtajemniczonych przekonywał, że nie ma takiego dokumentu. Twierdził, że wszystko to było wymysłem
ambasadora ZSRR w Pradze. O tych wszystkich spostrzeżeniach informowałem Mieczysława Moczara,
Kazimierza Świtałę, Wojciecha Jaruzelskiego i innych.
Jako polityka i członka kierownictwa MSW interesował mnie mechanizm przygotowania i
przeprowadzenia interwencji wojskowej w krajach socjalistycznych. Przypomniałem sobie przebieg
interwencji ZSRR na Węgrzech i przygotowania do interwencji w Polsce w 1956 roku. Sięgnąłem pamięcią
do lat pięddziesiątych, gdy Stalin planował interwencję w Jugosławii w celu usunięcia niesfornego Josipa
Broz-Tito. Najciekawsze dla mnie były przyczyny rezygnacji z tej interwencji. Nowe w interwencji w
Czechosłowacji było to, że brały w niej udział także inne kraje socjalistyczne. W latach 1980-81 i później
próbowałem porównywad moją wiedzę o poprzednich interwencjach z przygotowaniami do interwencji
w Polsce. Doszedłem do następujących wniosków:
Pierwszy. Władze ZSRR zawsze traktowały interwencję w krajach socjalistycznych jako ostatecznośd.
Zawsze i wszędzie dążono do tego, aby przeciwnicy ustroju zostali pokonani przez siły danego kraju.
Głównie przez wojsko i MSW. Gdy wojsko i służby wewnętrzne nie były pewne lub stanęły po stronie
przeciwników, wtedy interweniowała Armia Radziecka.
W Czechosłowacji „zdrowe siły” były za słabe, armia i MSW nie były pewne. Większośd kadr wojska i
spraw wewnętrznych popierała, sprzyjała i solidaryzowała się z siłami odnowy i przemian. Dlatego siły
zbrojne, a przede wszystkim armia, nie mogły byd użyte do rozprawiania się z przeciwnikami i do
zaprowadzenia porządku. Z tego powodu w czasie interwencji wojska CSRS były zneutralizowane.
Na Węgrzech i w Czechosłowacji, gdzie interwencja doszła do skutku, władze tych krajów zapewniły
sobie pomoc gospodarczą, która pozwalała odczuwalnie poprawid warunki życia społeczeostwa. Mówiło
się nawet o społecznej umowie między społeczeostwem a władzą. Na Węgrzech tę umowę nazywano
„gulaszowym socjalizmem”.
Porównując przygotowania i przebieg interwencji w CSRS i przygotowania do interwencji w Polsce w
latach 1980-81 skłonny jestem bronid tezy, że kierownictwo ZSRR nie miało zamiaru zbrojnej interwencji
w Polsce. Od samego początku robiono wszystko, abyśmy tę sytuację opanowali własnymi siłami. W 1980
roku zabrakło przywódcy na miarę Władysława Gomułki.
Wracam do 1968 roku. Po wyklarowaniu się sytuacji u południowego sąsiada Władysław Gomułka, Zenon
Kliszko i inni członkowie kierownictwa partii poczuli się pewniej. Postanowili uporządkowad sytuację w
partii. Mieczysław Moczar też już ochłonął z porażki i postanowił wzmocnid swoje wpływy. Zaostrzył
kontrolę nad wojskiem i Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Udało mu się przeprowadzid kilka zmian
kadrowych. Najważniejszą z nich była zmiana kierownika Wydziału Administracyjnego KC PZPR. Odszedł
generał Kazimierz Witaszewski, którego od 1956 roku nazywano „Kazio gazrurka”, na jego miejsce
przyszedł Stanisław Kania. Spodobał się Moczarowi, gdy był sekretarzem komitetu partii województwa
warszawskiego. Mieczysław mówił o nim „inteligentny kowal”.
Kania miał wrodzoną inteligencję, spryt i umiejętnośd zdobywania zaufania przełożonych. Cały czas
pracował w aparacie partyjnym, poznał wszystkie tajniki i mechanizmy funkcjonowania instancji
partyjnych, które w tych czasach były rzeczywistą władzą. Od chwili objęcia tego stanowiska najwięcej
uwagi poświęcał funkcjonowaniu MSW i temu, co tam w środku się dzieje. Już w niedługim czasie o
resorcie wiedział więcej niż minister. Nasze służbowe kontakty przemieniły się w przyjaźo i koleżeostwo.
W latach siedemdziesiątych, gdy moja pozycja słabła, a jego rosła, stawał się arogancki, a nawet
nielojalny. W połowie lat siedemdziesiątych nasze drogi rozeszły się, a przyjaźo rozpadła. W latach
osiemdziesiątych, gdy osiągnął najwyższy szczyt władzy, bezskutecznie próbowałem zbliżyd się do niego i
odnowid przyjaźo. Pomyślałem sobie, widocznie Stanisław zrobił mi jakieś grubsze świostwo, które nie
pozwoliło na odnowienie przyjaźni.

Nasz wywiad
Zbliżało się dwierdwiecze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Politycy, ekonomiści, inżynierowie,
dziennikarze, nawet literaci zastanawiali się nad ocenami i wynikami gospodarczo-społecznymi tego
okresu. W odróżnieniu od poprzednich rocznic, gdy za punkt odniesienia przyjmowano lata
przedwojenne, teraz stan naszej gospodarki i społeczeostwa porównywano z poziomem Austrii, Szwecji,
Francji i coraz częściej z RFN. Wynikające z tego porównania wnioski wzbudzały zaniepokojenie o
przyszłośd Polski. Zainteresowanie wzbudzał rozwijający się na Zachodzie proces przemian, nazywany
rewolucją naukowo-techniczną lub drugą rewolucją przemysłową. Autentyczni uczeni i prawdziwi
politycy nie mieli wątpliwości, że kapitalizm wchodzi w nową i wyższą fazę swego rozwoju. Nawet w
Wyższej Szkole Partyjnej wyśmiano naukowca, który uzasadniał odwrotną tezę. Bardzo popularna stała
się książka Richty pt. Cywilizacja na rozdrożu, wydana w Czechosłowacji i później w Polsce.
W środowisku ekonomistów wyróżniał się wówczas młody profesor, Józef Pajestka, który przejął funkcję
prezesa PTE po profesorze Oskarze Lange. Opublikował wiele wzbudzających zainteresowanie artykułów,
wygłaszał odważne przemówienia o konieczności otwarcia gospodarki i jej przebudowy strukturalnej, a
również o konieczności przesunięd strukturalnych konsumpcji. Jego poglądy trafiały do przekonania I
sekretarza ze względu na pragmatyzm. Rzadko zapraszał profesorów do KC na rozmowy. Pajestkę
zapraszał. Z uwagą słuchał ocen i propozycji i przejmował się nimi.
Władysław Gomułka zdawał sobie sprawę z opóźnienia, odstawania i wyczerpywania się ekstensywnych
czynników wzrostu gospodarczego. Uważnie czytał informacje, opracowania i artykuły traktujące o
gospodarce, rozwoju nauki i postępie technicznym. Porównywał, liczył, zestawiał i obliczał procenty.
Dużą uwagę zwracał na wydajnośd pracy. Tą wiedzą mógł zaimponowad specjalistom i ekspertom. Był
samoukiem, jednym z tych robotniczych polityków, którzy nie mieli warunków do kształcenia. Brak
uporządkowanej wiedzy ciążył na nich i ich działalności. Na tym tle Gomułka miał kompleks. Źle czuł się
wśród uczonych, ekspertów i specjalistów. Wrodzona zarozumiałośd, może nawet pycha, nie pozwalały
mu się przyznad, że czegoś nie wie i nie rozumie.
Usilne zainteresowanie się Gomułki gospodarką spowodowało, że w istocie kierował nią Komitet
Centralny, ściślej mówiąc - I sekretarz KC, sekretarz ekonomiczny Bolesław Jaszczuk i wydziały
ekonomiczne. Rząd został ubezwłasnowolniony. Nawet na posiedzeniach Rady Ministrów głos
rozstrzygający miał Jaszczuk. Przewodniczący Komisji Planowania, Stefan Jędrychowski, starał się bronid
swojego zdania i nie ze wszystkim się zgadzał, z tej przyczyny został usunięty. Jego miejsce zajął tyle
posłuszny, co nieudolny Józef Kulesza, wiceprzewodniczący Centralnej Rady Związków Zawodowych.
Gomułka nie miał szczęśliwej ręki do doboru członków władz najwyższych. Podjął wiele nietrafnych
decyzji, lecz ta była najbardziej błędna.
Od 1967 roku w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych miałem zawężony zakres działania. Faktycznie nie
zajmowałem się sprawami wewnętrznymi. Nadzorowałem I Departament, który tradycyjnie zajmował się
wywiadem. Bezpośrednio kierowali nim: płk Henryk Sokolak, płk Mirosław Milewski, płk Józef Osek i płk
Eugeniusz Pękała. Stanowiliśmy zgrany zespół. Działalnośd ta wciągnęła mnie. Miałem dostęp do
informacji o rozwoju i osiągnięciach nauki i techniki w innych krajach, zwłaszcza przodujących. Coraz
bardziej utwierdzałem się w przekonaniu o wielkim znaczeniu nauki i postępu technicznego dla rozwoju
gospodarki, cywilizacyjnego przyspieszenia i postępu społecznego. Rozwój nauki i postęp techniczny stały
się odtąd głównym przedmiotem moich zainteresowao. Uważałem, że umiejętne zdobywanie informacji
ekonomicznych, naukowych i technicznych oraz ich właściwe wykorzystanie jest niezbędne dla
efektywności i jakości produkcji. Pod moim przewodnictwem w sierpniu 1969 roku opracowano w MSW
informację o tendencjach i prognozach postępu naukowo-technicznego w świecie. Informacja kooczyła
się wnioskami. Ten materiał otrzymali Gomułka, Cyrankiewicz i inni członkowie kierownictwa partyjnego i
paostwowego. W ciągu kilku lat udało się zdobyd ciekawe i ważne informacje. Współdziałaliśmy z
ośrodkami naukowymi. W pierwszej kolejności z Komitetem Nauki i Techniki. Współpracując z
instytutami i resortami naukowymi przekonywaliśmy do zdobywania informacji naukowych, technicznych
i gospodarczych. Nie było to łatwe. Polacy są rycerscy, a wywiad jest tematem wstydliwym.
W celu ośmielenia i zachęcenia do zdobywania informacji opracowano obszerną informację o metodach
japooskiego wywiadu gospodarczego. Dowodzono, że przemysł japooski rozwinął się dzięki umiejętności
zdobywania i wykorzystywania informacji. Nasz wywiad udzielał pomocy przy realizacji konkretnych
osiągnięd naukowych. Wśród kilku odkryd naukowych duże znaczenie miało opracowanie przemysłowej
metody produkcji tlenku glinu przez profesora Akademii Górniczo-Hutniczej, Jerzego Grzymka, i jego
zespół. Produkcyjne zastosowanie tej metody miałoby duże znaczenie gospodarcze. Mielibyśmy bowiem
własny surowiec do produkcji aluminium. Niestety, zwyciężyli przeciwnicy zastosowania metody prof.
Grzymka. Przegraliśmy tę walkę. Po odejściu z MSW mało interesowałem się tlenkiem glinu. W 1985 roku
znany mi oficer wywiadu, wtajemniczony w sprawę, mówił, że jeden z największych międzynarodowych
koncernów chemicznych był zainteresowany tym, aby metoda profesora Jerzego Grzymka nie była
zastosowana na skalę produkcyjną.
Nadzorując wywiad zagraniczny MSW postanowiłem osobiście zainteresowad się losami dwóch
szpiegów, którzy spowodowali ogromne szkody. Chodziło o Józefa Światło i Michała Goleniewskiego.
Zdrada Józefa Światły była tak głośna, że nie widzę potrzeby jej omawiania. Chciałem wówczas ustalid,
gdzie się znajduje i czym się zajmuje Światło. Przy pomocy naszych źródeł i innych wywiadów
dowiedzieliśmy się jedynie, że zrobiono mu operację plastyczną i że jest zatrudniony w jednym z
ośrodków badao komunizmu. W 1968 roku przebywał w ośrodku wywiadu USA w RFN. Były czynione
próby sprowadzenia go do Polski.
Pułkownik Michał Goleniewski był naczelnikiem wydziału ds. USA w departamencie wywiadu. Później
skierowano go na stanowisko zastępcy szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego. Przed
ucieczką za granicę był zastępcą szefa wywiadu MBP. W1955 roku ze służbowego wyjazdu do RFN nie
wrócił do kraju. Po kilku miesiącach ujawnił się jako oficer wojskowego wywiadu USA. Widziano go w
mundurze pułkownika armii amerykaoskiej. W lutym 1964 roku w sądzie miasta Hamburga złożył takie
oświadczenie:
Moja matka, Aleksandra Fiodorowna Romanowa, z domu Alice Hessen-Darmstadt, zmarła w 1924 roku w
Warszawie (Polska). Ojciec mój, imperator Rosji, Mikołaj II (Mikołaj Aleksandrowicz Romanow) zmarł w
1952 roku w mieście Poznao (Polska). Proszę sąd o potwierdzenie moich praw do dziedziczenia po moich
nieżyjących rodzicach.
Z wysokim szacunkiem
Aleksy M. Romanow
Po złożeniu tego oświadczenia w kasynie oficerskim armii USA zorganizował konferencję prasową. W ten
sposób świat dowiedział się o istnieniu „rosyjskiego carewicza Aleksego”. We wrześniu 1964 roku prasa
USA podała, że na Manhattanie odbyła się ceremonia ślubna „carewicza” - następcy tronu rosyjskiego - z
księżną rosyjską.
Po ucieczce Goleniewskiego zaczęto badad jego przeszłośd, zachowanie się i okoliczności ucieczki. Z akt
personalnych wynikało, że był Polakiem, urodził się w Polsce i przez cały czas przebywał w kraju.
Wnikliwe badania podważyły jednak te dane. Właściwie nie było wiadomo, kim był naprawdę. Ponad
wszelką wątpliwośd był agentem wywiadu USA. W 1980 roku ukazała się w USA książka Łowca szpiegów,
której autor pisze, że Goleniewski był cennym szpiegiem USA na wysokim stanowisku w polskim MBP. Po
przewertowaniu sprawy skłonny byłem wierzyd, że Goleniewski był nasłanym, najpierw do ZSRR, a
później do Polski, agentem wywiadu USA. Ogłoszenie go następcą carskiego tronu wiązało się z próbą
przejęcia carskich skarbów zdeponowanych w szwajcarskich bankach. W1969 roku oficer naszego
wywiadu trafił w USA i Brazylii na ślad „carewicza” Goleniewskiego. Nie udało się jednak do niego
dotrzed. Ze wstępnych informacji wynikało, że wywiad USA ma rozbudowany i mocno utajniony ośrodek,
w którym są zatrudnieni szpiedzy i renegaci. Nadal zajmują się działalnością szpiegowską przeciw krajom
socjalistycznym. Na etacie tego ośrodka był także Józef Światło. Obaj zajmowali wysokie stanowiska w
Ministerstwie Bezpieczeostwa Publicznego. Działali w najbardziej newralgicznych punktach i w czasie,
gdy w Polsce panował okres szczególnej czujności, podejrzliwości i szpiegomanii. Po ucieczce szpiegów
jeden ze starszych oficerów M BP popełnił samobójstwo, inny zginął w tajemniczych okolicznościach.
Mimo tropów, że zdrajcy nie działali sami i pozostawili kontakty, nie przeprowadzono gruntownego
śledztwa.
Każdy wywiad pragnie ulokowad swoich agentów w sztabach wojskowych, politycznych i gospodarczych,
a już najbardziej w kierownictwie wywiadu i kontrwywiadu. Istnieją różne metody werbowania agentów i
wszystkie chwyty są dozwolone. Do 1945 roku najczęstszym argumentem w pozyskiwaniu
współpracowników wywiadu były motywy patriotyczne i ideowe. Później głównym źródłem stały się
dolary, funty i marki. Wywiad USA, który na ten cel ma najwięcej pieniędzy, kupował agentów,
informacje i operacje. Kupił Światłe, Goleniewskiego, Kuklioskiego i innych.
W każdym kraju do pracy w wywiadzie dobiera się odważnych i najzdolniejszych oficerów. W czasie
wykonywania swych tajnych zadao są oni narażeni na różne niebezpieczeostwa. Najgorsze są „wpadki”,
tzn. aresztowanie przez kontrwywiad kraju, w którym działał pracownik wywiadu. Jeśli pojawi się sygnał
o zamiarze aresztowania, agent powinien uciec i nie dad się ująd. Gdy zaś zostanie aresztowany, nie
wolno mu się przyznad. W takiej sytuacji kierownictwo wywiadu robi wszystko, co możliwe i niemożliwe,
aby wyciągnąd swego człowieka z opresji. W praktyce okazało się, że najlepszymi pośrednikami są
adwokaci. Oni najbardziej przyczynili się do wyciszania skandali, łagodzenia napięd i wymiany szpiegów.
Każde szanujące się paostwo powinno mied wywiad zewnętrzny i kontrwywiad. Niektóre paostwa od
wielu lat mają silne służby wywiadu. Najczęściej tę działalnośd osobiście nadzorują szefowie paostwa. Na
Zachodzie wielu z nich ma wywiadowcze doświadczenie. W moim przekonaniu politycy powinni przejśd
taką szkołę. Istnieje niepisana zasada, że w czasie międzypaostwowych rozmów szefów rządów i
ministrów spraw zagranicznych nie omawia się spraw wywiadu. Mówienie o tym potraktowano by jako
gruby nietakt. Zamiar poruszenia szpiegowskiej sprawy doprowadził do zerwania rozmów między I
sekretarzem KC KPZR Chruszczowem a prezydentem USA Eisenhowerem. Te sprawy omawiają i powinni
omawiad adwokaci, doradcy i specjaliści. Oni zrobią to lepiej.
Uzyskiwane przez nasz wywiad informacje otrzymywali: I sekretarz KC PZPR, premier i inni sekretarze.
Większośd ważnych informacji politycznych otrzymywali: minister spraw zagranicznych i minister obrony
narodowej. W latach 1965-70 tymi sprawami interesował się sekretarz KC - Zenon Kliszko.
W czerwcu 1969 roku byłem służbowo w Gdaosku. Okazało się, że w tym czasie był tam też Zenon
Kliszko. Zresztą najczęściej odwiedzał Gdaosk. Spotkaliśmy się przypadkowo w Komitecie Wojewódzkim
PZPR. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, w pewnym momencie towarzysz Zenon, który był
wielbicielem Cypriana Norwida, zwrócił się z propozycją, aby nasz wywiad pomógł w sprowadzeniu do
kraju szczątków i pamiątek po wielkim, lecz niedocenionym poecie. Ponieważ wyraziłem gotowośd
zajęcia się i udzielenia pomocy, Kliszko zaprosił mnie i kilku innych jego znajomych na obiad do
restauracji. Wybraliśmy dania. Gdy przyszło płacid, powiedziałem, że ja ureguluję rachunek. Kliszko uparł
się jednak, że on zapraszał i on będzie płacił. Wyciągnął portfel, dał mi 500 złotych i dodał: „Reszta dla
kelnera”. Za ten obiad zapłaciłem 2300 złotych.

Zbliża się wstrząs


Rozpoczął się 1970 rok. Noworoczne przemówienie wygłosił przewodniczący Rady Paostwa, Marian
Spychalski. W czasie sylwestrowej zabawy w gmachu Komitetu Centralnego toast wzniósł Władysław
Gomułka. Z nadzieją mówił o rozpoczynającej się dekadzie lat siedemdziesiątych. Bawiący się na tej
zabawie członkowie kierownictwa prześcigali się w komplementach dla I sekretarza. Nikt nie przeczuwał,
że jest to ostatnia sylwestrowa zabawa w gmachu Komitetu Centralnego.
Wraz z rodziną w noc sylwestrową byłem w Brynicy. O północy złożyliśmy sobie z Gierkiem noworoczne
życzenia i mówiliśmy o przyjaźni. W Nowy Rok poszliśmy na długi spacer.
Od bez mała trzech lat minister spraw wewnętrznych Wietnamu ponawiał zaproszenie dla ministra spraw
wewnętrznych PRL do odwiedzenia jego kraju. Minister Kazimierz Świtała uznał, że należałoby spełnid tę
prośbę i wyznaczył mnie na przewodniczącego delegacji. Po wstępnej rozmowie z członkami delegacji
poprosiłem ministra, aby wyraził zgodę na odwiedzenie w drodze powrotnej Indii i Japonii.
Z Warszawy wylecieliśmy w nocy. Przesiedliśmy się w Moskwie. Następnym miejscem postoju był Pekin.
W Pekinie na lotnisku musieliśmy przejśd obok wielkiego portretu przewodniczącego Mao Tse-tunga i
wysłuchad hymnu na jego cześd. Zamierzałem zatrzymad się w Pekinie trzy, najwyżej cztery dni. Okazało
się, że byliśmy cały tydzieo. Pobyt przedłużał się z tego powodu, że z nie znanych nam przyczyn nie
wpuszczano nas do samolotu lecącego do Wietnamu.
Codziennie chodziliśmy na lotnisko oczekując, aż ogłoszą odlot. Gdy niecierpliwiliśmy się i pytali, kiedy
samolot wyleci, odpowiadano, że jest to tajemnica. Czekaliśmy więc 2-3 godziny, po czym wracaliśmy do
ambasady.
Dzięki uprzejmości kierującego ambasadą zwiedziliśmy w Pekinie to, co było wtedy możliwe do
zwiedzenia. Wielkiego Muru jednak nie widziałem, bo pekioskie władze nie zgodziły się na nasz wyjazd
poza Pekin. Zaproszono nas do restauracji na chioskie dania. Jadłem zupę z płetw rekina, słoninę w lukrze
i frutti di marę. Nie powiem, żeby mi to smakowało. Wypiłem kieliszek wódki z ryżu. Złe wrażenie robili
zwłaszcza kelnerzy, traktowali nas jako przeciwników klasowych, nie podawali dao, lecz rzucali je.
Wrażenie, którego się nie zapomina, wywarły przede wszystkim ulice, tłum jednakowo ubranych kobiet i
mężczyzn. Młodzi patrzyli na nas niechętnie, nawet wrogo. Zawsze nieswojo czułem się wśród tłumu, a
teraz ta przeogromna, spiesząca gdzieś masa. Wzrok ich emanował jakąś paraliżującą energię. Tak na nas
patrzyli, ani jednego uśmiechu, ani zmrużenia oka. Setki tysięcy oczu - to paraliżuje.
W czasie rewolucji kulturalnej wyróżniał się ambasador Polski w Chinach - pan Witold Rodzioski. Gdy
hunwejbini otoczyli ambasadę ZSRR, spośród wszystkich kierowników placówek jedynie on przedzierał
się do ambasady radzieckiej i demonstrował przyjaźo. Gdy częśd pracowników radzieckiej ambasady
musiała opuścid Pekin, hunwejbini poddawali ich poniżającym udrękom. Rodzioski zjawił się na lotnisku,
bronił odlatujących. Kłócił się z napastnikami. Podobno doszło nawet do rękoczynów. Minister spraw
zagranicznych ZSRR, Andriej Gromyko, do naszego MSZ przysłał gratulacje i uznanie dla ambasadora
Rodzioskiego. Gromyce takie oświadczenia zdarzały się niezwykle rzadko.
Lecz nie jest to wszystko. Ambasador Rodzioski był jedną z tych osób, które były tajnie sprawdzane przez
MSW. Nie podobała się nam jego przeszłośd. W czasie II wojny światowej służył w amerykaoskiej armii.
Brał udział w wojnie przeciw Japonii. Mieliśmy nawet sygnał, że był oficerem amerykaoskiego wywiadu.
Na domiar złego często wchodził w konflikt z oficjalnymi i nieoficjalnymi pracownikami MSW.
Kilkakrotnie zwracano się do ministra spraw zagranicznych o usunięcie go z pracy w służbie zagranicznej.
Nie tylko nie usunięto, lecz minister Adam Rapacki wystąpił z wnioskiem o mianowanie go ambasadorem
w Chinach. Zawsze opiniowaliśmy takie wnioski. Ponieważ w MSW nadzorowałem sprawy zagraniczne
zaprotestowałem. Za wiedzą Moczara wysłałem do Zenona Kliszki pismo, w którym uzasadniałem nasze
zastrzeżenia. Kliszko zapoznał Gomułkę z tym pismem, obaj odrzucili protest i zastrzeżenia. Bezpartyjny
Witold Rodzioski był polskim ambasadorem, który swoją odwagą zrobił więcej dla przyjaźni
polsko-radzieckiej niż dziesiątki tzw. dobrych towarzyszy.
W siódmym dniu rano kolejny raz zjawiliśmy się na lotnisku. Po chwili czekania zawiadomiono, że za
godzinę samolot odleci do Hanoi. Po blisko czterech godzinach lotu z postojem w Nankinie znaleźliśmy
się w stolicy Wietnamu. Witał nas wiceminister spraw wewnętrznych. Oddano nam do dyspozycji okazałą
willę po byłym francuskim pułkowniku policji.
W Wietnamie byłem około trzech tygodni. Przeprowadziliśmy dziesiątki rozmów. Obok Hanoi zwiedziłem
teren walki, zatoki Holung i Hajfong. Niektóre miasta były całkowicie starte z ziemi.
W rejonie walk doznałem satysfakcji. Na zbombardowanej drodze mijaliśmy długą kolumnę ciężarówek
produkcji ZSRR, Chin, NRD i Czechosłowacji, a wśród nich nasze stary. Poprosiłem o zatrzymanie
kolumny, zapytałem kierowcę, czy wie, jakiej produkcji jest ten wóz? Jak go ocenia? Jak sprawuje się w
warunkach walki? Powiedział, że jest to wspaniały wóz i sprawuje się dobrze. Trzeba tylko umocnid
przedni hamulec i zmienid izolację, bo w klimacie wilgotnym i gorącym następuje spięcie. Po powrocie
przekazałem te uwagi do Starachowic.
Pokazywano nam zdobytą broo amerykaoską i przemyślne urządzenia nasłuchowe, zrzucane z
samolotów. Mówiono o metodach walki z lotnictwem USA. Pytałem o jeoców. Wyraziłem chęd
zobaczenia ich, na tę sugestię nie reagowali, więc nie nalegałem. Zauważyłem, że Wietnamczycy nie
drwili i nie ośmieszali przeciwników. Raczej podkreślali odwagę i bojowośd Amerykanów. W strefie
frontowej oglądałem „życie podziemne”: mieszkania, szpitale, szkoły, fabryki broni i inne. Rzemieślnicy
wyrabiali różne ozdoby i pamiątki ze szczątków samolotów, rakiet, min i bomb.
Z członkami kierownictwa politycznego Wietnamu rozmawiałem o polityce wewnętrznej i zagranicznej.
W tych czasach polityka zagraniczna Wietnamu polegała na utrzymaniu symetrii w stosunkach z ZSRR i
Chinami. Gdy mówiono o pomocy ZSRR, zaraz dodawano - pomagają nam także Chiny. W muzeum
pokazali trzy działa radzieckie i trzy chioskie, pięd samochodów radzieckich, tyleż samo chioskich itd.
Zacząłem pytad wprost o stosunki z Chinami - rozmówca milczał. Po chwili powiedział, że dla nich bardzo
niebezpieczne są wiatry północne. Zorientowałem się, że wiatry północne to Chiny. Od tej chwili dużo
mówiliśmy na temat pogody i wiatrów. Kilka razy oni pytali, które wiatry nie są dla nas dobre.
Koledzy z bratniej wietnamskiej służby chcieli jak najwięcej dowiedzied się o metodach działalności
naszego MSW. Interesowała ich głównie operacyjna elektronika i wykorzystanie komputerów. Zgodnie z
prawdą powiedziałem o naszym opóźnieniu w stosunku do rozwiniętych krajów. Mówiłem, poczekamy,
jakie efekty da komputeryzacja w innych krajach. Dodałem: „Na cudzych brodach chcemy się uczyd
golenia”. Zapisali, zresztą wszystko zapisywali, poszeptali między sobą i pytają, po co w technice
potrzebna jest broda? Mówię, żęto przenośnia. Po dwóch dniach znowu wrócili do brody, dlaczego
broda? Znowu im mówię, że przenośnia i znowu to zapisali. W porcie Hajfong stał polski statek. Kapitan
zaprosił na drinka, pierwszy oficer nosił brodę. Gospodarze przyjrzeli mu się i pytają, czy to on właśnie
zajmuje się techniką operacyjną? Może ich troska o brodę wynikała z tego, że mają marny zarost...
Za zgodą ministra byłem w Japonii i Indiach, a po drodze zahaczyłem o Nepal. Towarzyszył mi w podróży
pułkownik Józef Osek, który znał świat, miał dyplomatyczne doświadczenie i znał języki.
Do Japonii przyciągała mnie światowa wystawa postępu technicznego. Już wówczas Japonia przodowała i
stawała się mocarstwem gospodarczym. Pracownicy ambasady przygotowali bogaty program.
Zwiedzaliśmy wystawę, zakłady przemysłowe, stocznie i Kioto, do którego jechaliśmy najszybszym
pociągiem świata. Oczywiście, była także kolacja w towarzystwie gejsz. Z natarczywością wywiadowcy
wypytywałem o wszystko, przede wszystkim, jak oni do tego doszli, jak oni to robią?
Zaraz po powrocie do Polski napisałem (pod pseudonimem) kilka artykułów o Japonii dla katowickiej
„Trybuny Robotniczej”.
W Indiach byliśmy trzy dni, dwa w Delhi i jeden w Kalkucie. Ambasador, Romuald Spasowski, był bardzo
gościnny. W stolicy Indii towarzyszył nam jego niezwykle inteligentny syn. Dzięki niemu zauważyłem, że
niektórzy policjanci są łaocuchami przykuci do karabinów z obawy, aby im zbyt łatwo nie odebrano broni.
On namówił mnie, abym przy okazji zobaczył Katmandu, stolicę Nepalu.
Wszędzie, gdzie się zatrzymaliśmy, ambasadorzy i pracownicy ambasad starali się stworzyd nam dobre
warunki. Unikałem rozmów na temat stosunków w ambasadach, jednak niektórzy pracownicy znosili
plotki. Ujawniał się skrawek „polskiego piekła”. Wzajemne podgryzanie się, zawiśd, zazdrośd, nawet
nienawiśd. Jest to choroba placówek zagranicznych. Dowiedziałem się, że niektórzy pracownicy w czasie
swego okresu rotacyjnego ani razu nie byli w teatrze, muzeum czy na wystawie.
Po powrocie z tej sześciotygodniowej podróży chciałem złożyd informację Zenonowi Kliszce,
Mieczysławowi Moczarowi, ministrowi spraw zagranicznych i ministrowi spraw wewnętrznych. Jedynie
minister spraw zagranicznych, Stefan Jędrychowski, uważnie wysłuchał moich relacji. Odczuwałem, że
minister spraw wewnętrznych, jak i moi koledzy wiceministrowie dobrze czuli się w czasie mojej
nieobecności. Udając, że tego nie zauważyłem, zabrałem się do pracy.
Zapoznałem się z meldunkiem i informacjami o sytuacji. Wynikało z nich, że pogarsza się sytuacja
gospodarcza. Widomym znakiem społecznego niezadowolenia była ilośd przerw w pracy, których jeszcze
wtedy nie nazywano strajkami. Sięgnąłem do rocznych sprawozdao. Wynikało z nich, że w 1965 roku
zanotowano 26 przerw, w 1966 było ich 32, w 1967 - 40, w 1968 jedynie 14. W 1969 roku ich liczba
wzrosła do 62, kilka z nich miało miejsce w dużych zakładach pracy. W pierwszym kwartale były 32
przerwy. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych informowało Komitet Centralny i rząd o pogorszeniu się
nastrojów i o przerwach w pracy. Informowało o wzroście kolejkowej agresywności. W Warszawie i
niektórych innych miastach wysyłano milicjantów do regulowania porządku w kolejkach i wychładzania
napięcia. Oto wyciąg z meldunku, który charakteryzował nastroje. Przed sklepem z obuwiem ustawiła się
długa kolejka po botki. Przez trzy godziny dwa patrole MO usiłowały utrzymad jaki taki porządek w
sklepie. Botków było 80 par, a ludzi około tysiąca. Po godzinie 20:00 kilkadziesiąt kobiet zastosowało
strajk okupacyjny w sklepie. W ciągu tych kilku godzin milicjanci wysłuchali wiele cierpkich uwag na
temat: porządków, zaopatrzenia, milicji itd. Kobiety okupujące sklep nadal ostrzyły sobie języki na
milicjantach i wtedy jeden z nich uspokoił je w sposób dośd skuteczny takim monologiem: „Były wybory?
Były. Glosowałyście? Głosowały. To miejcie do siebie pretensje, że wybrałyście taki rząd i takich ministrów
- przecież to nie my jesteśmy winni”.
Nie zauważyłem, żeby meldunki MSW wzbudzały większy niepokój władz najwyższych. Przesadna
pomarcowa wiara w zaufanie klasy robotniczej utrudniała widzenie rzeczywistości.
Komisja Planowania Gospodarczego opracowała projekt planu gospodarczego na lata 1971-75. Była to w
istocie kontynuacja polityki gospodarczej. Przewidywano 1-2% wzrost płac realnych, co równało się
stagnacji, a nawet regresowi. Zamierzenia gospodarcze nie zapowiadały poprawy. Duża częśd działaczy
gospodarczych zdawała sobie sprawę z sytuacji i niebezpieczeostw. Władysław Gomułka stawał się coraz
bardziej nerwowy. Częściej pozwalał sobie na karcenie członków Biura Politycznego. Najbardziej
rygorystyczny był w stosunku do swoich najbliższych - Zenona Kliszki i Józefa Cyrankiewicza. Można było
zauważyd, że stosuje zasadę „bid swoich, aby inni się bali”. Zenon Kliszko rozpowiadał, że Wiesław
najbardziej dokucza tym, których najbardziej lubi.
Posiedzenia Biura Politycznego odbywały się rzadko. Najwięcej i coraz dłużej mówił I sekretarz. Inni na
ogół milczeli, z zasady milczał Edward Gierek, bo nie chciał się narazid. Nierzadko trudno było nawet
zorientowad się, jakie wnioski przyjęto i jakie podjęto decyzje. Jednak kierownik kancelarii KC, Stanisław
Trepczyoski, sporządzał odpowiednie protokoły z posiedzenia, tak że wszyscy byli zadowoleni. Gomułka
znał swoje otoczenie. Gdy chciał, aby jakaś jego opinia lub życzenie szybko dotarły do zainteresowanych,
zapraszał do siebie sekretarza KC, Jana Szydlaka, wtajemniczał go i prosił, aby to pozostało tajemnicą.
Mógł byd pewny, że tak się nie stanie. Jan Szydlak nie umiał utrzymywad tajemnicy, tym bardziej gdy
pochodziła od I sekretarza.
Nie ulegało wątpliwości, że ekipa Gomułki zużyła się, wyczerpała swoje możliwości i znudziła
społeczeostwo. Gomułka już 19 lat (z przerwą) był I sekretarzem partii, faktycznym szefem paostwa i
kierownikiem gospodarki. Józef Cyrankiewicz już około 25 lat był premierem i członkiem najwyższych
władz partyjnych. Inni członkowie ekipy już kilkanaście lat zasiadali w Biurze Politycznym.
W drugiej połowie 1970 roku w Warszawie pojawił się sobowtór Władysława Gomułki. Krążył po barach i
restauracjach, naśladował jego głos i sposób przemówieo. Zbierał oklaski i datki. Znalezienie go nie było
trudne. Znacznie trudniej było przekonad go, aby tego nie robił. Zgodził się na równorzędną opłatę. Słowa
dotrzymał. W 1971 roku i później już nie trzeba było płacid, już nie śmiano się.
Gdy w kronice filmowej pojawił się I sekretarz, tupano w kinach i odzywały się gwizdy. Na Edwarda
Gierka tupano po 1976 roku. W latach po 1981 roku Wojciecha Jaruzelskiego nie widziałem w kronice.
Tak więc zaciemniona sala kinowa jest testem i sygnałem, jakiego nie wolno lekceważyd. Nie bez
znaczenia sygnałem dla władz najwyższych jest także zmniejszenie zużycia prądu w czasie nadawania
przez telewizję przemówieo.
Mam podstawy do twierdzenia, że Gomułka uświadamiał sobie koniecznośd zejścia ze sceny politycznej.
Od kilku lat przygotowywał następcę. W latach 1963-66 miał nim byd Edward Gierek, później Józef
Tejchma, a w 1970 roku wyłonił się Stanisław Kociołek. Otoczenie Gomułki jednak nie skłaniało się do
zmian. Pragnęli jeszcze parę lat porządzid. Najbardziej obawiali się Edwarda Gierka, o którym w wielu
środowiskach mówiono, że powinien zająd miejsce Gomułki.
Postanowiono zmniejszyd wpływy Katowic i oderwad Gierka od jego bazy. W sierpniu 1970 roku Zenon
Kliszko i Ignacy Loga-Sowioski w imieniu I sekretarza zaproponowali Edwardowi Gierkowi objęcie
stanowiska pierwszego zastępcy prezesa Rady Ministrów. Przekonywali: „Poduczysz się, Józefa usuniemy,
a ty będziesz premierem”. Gierek nie był taki naiwny, aby nie orientowad się, o co chodzi. Tym bardziej że
kilka dni przed tą rozmową był w Łaosku, dokąd przyjechał też Cyrankiewicz. Józef uprzedził o tym Gierka
i wyjaśnił podteksty. W rozmowie z Kliszką i Logą Gierek odmówił. Tłumaczył się pylicą, stanem zdrowia i
przyzwyczajeniem do katowickiego klimatu. Wiesław był wyrozumiały, pozostawił Gierka w Katowicach.
3 grudnia ostatni raz towarzyszyłem Wiesławowi w podróży do Katowic, na święto górnicze. W czasie
uroczystego zebrania z górnikami w Zabrzu nie mówił o koocu epoki węgla. Zaapelował o zwiększenie
wydobycia. Nie był już tak wesoły jak dawniej. Pomimo próśb nie został na tradycyjnej górniczej zabawie.
Jakby przeczuwał, że jest to jego ostatnia Barbórka.

Pierwsze protesty
W drugiej połowie listopada 1970 roku dowiedziałem się o przygotowywanej podwyżce cen na niektóre
artykuły żywnościowe. Podobnie jak większośd członków władz centralnych uważałem, że jest ona
niezbędna. W piątek 11 grudnia Biuro Polityczne zaakceptowało rządowe propozycje podwyżki. W
sobotę 12 grudnia Centralna Rada Związków Zawodowych poparła te decyzje. 13 grudnia „Trybuna Ludu”
i inne dzienniki opublikowały nowe ceny. W niedzielę o godzinie 10:00 przyszedłem na Rakowiecką.
Zadzwoniłem do Edwarda Babiucha. Zaprosił do KC na kawę. Opowiedział o przebiegu wczorajszego
spotkania Stanisława Kociołka z członkami Podstawowej Organizacji Partyjnej w Stoczni Gdaoskiej. Mówił
o krytycznej reakcji obecnych na sali członków PZPR. Protestowano, krytykowano władzę, kilka kobiet
rozpłakało się. Był to pierwszy odruch protestu przeciwko podwyżce cen. Babiuch chwalił Kociołka, że
jako jedyny spośród członków władz najwyższych nie bał się rozmowy z robotnikami. Odniosłem
wrażenie, że spotkanie Kociołka w stoczni było uprzednio uzgodnione z Wydziałem Organizacyjnym KC
PZPR, którym kierował Babiuch.
Po powrocie z KC wszedłem do gabinetu dyżurnych MSW. Pytałem o sytuację w kraju. W nocy napłynęło
kilkanaście krytycznych sygnałów. Później zapoznałem się z nasłuchami Radia „Wolna Europa” i innych
rozgłośni. Zreferowano mi także ciekawsze inne nasłuchy. Na razie nic nie zapowiadało wstrząsu.
14 grudnia zebrał się Komitet Centralny na VI plenarne posiedzenie. Porządek dzienny obrad, którym
przewodniczył I sekretarz KC PZPR, Władysław Gomułka, obejmował dwa punkty:
 sytuacja ekonomiczna kraju i węzłowe zadania polityki gospodarczej w 1971 roku.
 informacja na temat układu o zasadach normalizacji stosunków między Polską Ludową a
Republiką Federalną Niemiec.
Po wysłuchaniu wprowadzającego referatu zabrało głos czternastu członków KC. Wszyscy zaaprobowali
podwyżkę cen. Przedstawiciel Katowic poparł podwyżkę cen i politykę Gomułki. Była to oportunistyczna
wypowiedź. Gdy Gierek zajął miejsce Gomułki, musiał tłumaczyd się z tego wystąpienia, m.in. w czasie
spotkania w Stoczni im. Warskiego w Szczecinie. Ani I sekretarz, ani też żaden z zabierających głos nie
wspomnieli o protestach w Gdaosku, chociaż niektórzy dokładnie wiedzieli co się dzieje. Przez cały czas
posiedzenia KC w kuluarach i w czasie przerw wrzało od wieści z Gdaoska i mało kto interesował się
przemówieniami oficjalnymi. W czasie południowej przerwy dowiedziałem się, że minister Świtała wysłał
do Gdaoska gen. Henryka Słabczyka. Do Gdaoska udali się także inni członkowie władz partyjnych. Na
zakooczenie posiedzenia zabrał głos Władysław Gomułka. Uzasadniał koniecznośd podwyżki cen. Źle
zrobił, że nie poinformował o sytuacji w Gdaosku.
Niektórzy działacze twierdzili, że powiązanie podwyżki cen z podpisaniem układu z RFN nie było
przypadkowe. Rządząca ekipa sądziła, żęto niewątpliwie wielkie osiągnięcie przesłoni dolegliwości
wynikające z podwyżki cen. Niestety, stało się odwrotnie. Podwyżka cen usunęła w cieo podpisanie
paktu.
Pod koniec posiedzenia KC minister Kazimierz Świtała powiedział, żebym po zakooczeniu posiedzenia
zgłosił się u niego. Około godziny 18:00 wszedłem do gabinetu ministra, byli już u niego inni
wiceministrowie. Świtała poinformował, że do Gdaoska wysłał wiceministra, gen. Henryka Słabczyka, do
kierowania siłami MSW. Powiedział nam, że z ramienia Ministerstwa Obrony Narodowej do Gdaoska
wyleciał wiceminister obrony narodowej, gen. Grzegorz Korczyoski. Zaproponowałem, aby w MSW
powoład sztab koordynacyjny na czele z gen. Tadeuszem Pietrzakiem, najzdolniejszym sztabowcem w
resorcie. Sugerowaliśmy ministrowi, aby osobiście i bezpośrednio informował I sekretarza KC i premiera
o sytuacji w kraju. O 22:00 zadzwonił gen. Słabczyk. Mówił o demonstracjach i starciach. Zapytałem go,
czy to, co dzieje się w Gdaosku, jest podobne do wydarzeo marcowych 1968 roku w Warszawie.
Odpowiedział: „To są robotnicy i będzie gorzej”. Mówił, że ma kontakt z Kociołkiem, Korczyoskim i
władzami województwa. O godz. 23:30 zszedłem na drugie piętro do pomieszczenia stanowiska
kierowania. Sygnały o napięciach wpłynęły także ze Szczecina i Łodzi. Po północy pojechałem do domu.
Nie mogłem zasnąd. Czytałem do 6:00 rano. We wtorek o godz. 7:30 byłem w swoim gabinecie.
Stanowisko kierowania przedstawiło zbiorczą informację o sytuacji w Gdaosku i kraju. O godz. 8:00
zebraliśmy się u Świtały. Wydał polecenie, aby do Szczecina wyleciał wiceminister Ryszard Matejewski z
podobnym zaleceniem, z jakim do Gdaoska poleciał wiceminister Słabczyk. O godz. 8.40 zadzwoniono z
KC i wezwano ministra Świtałę na godz. 9:00 do I sekretarza. Zabrał ze sobą gen. Pietrzaka.
Dramat gdaoski rozpoczął się 14 grudnia i trwał cztery dni. W moim przekonaniu, rozstrzygający o
przebiegu dramatu i jego skutkach był wtorek, 15 grudnia. W tym dniu zostały podjęte rozstrzygające
decyzje. Do Gdaoska wylecieli Zenon Kliszko i Ignacy Loga-Sowioski. W tym dniu i ja znalazłem się w
Gdaosku.
Komisja powołana przez Komitet Centralny PZPR w 1982 roku do wyjaśnienia przyczyn konfliktów
społecznych, której przewodniczył Hieronim Kubiak, stwierdza: Kluczowa dla dalszego biegu wydarzeo na
Wybrzeżu decyzja zapadła następnego dnia, we wtorek 15 grudnia rano. O godz. 9:00 w sali posiedzeo
Biura Politycznego w gmachu KC zebrana została grupa osób zajmujących najważniejsze w tej sytuacji
stanowiska w partii i paostwie. W posiedzeniu uczestniczyli: I sekretarz KC PZPR - Gomułka,
przewodniczący Rady Paostwa - Spychalski, prezes Rady Ministrów - Cyrankiewicz oraz sekretarze KC
PZPR: odpowiedzialny za sprawy ekonomiczne - Jaszczuk, za sprawy bezpieczeostwa i wojska - Moczar i
za sprawy wewnątrzpartyjne - Strzelecki, a także wezwani na posiedzenie: kierownik Wydziału
Administracyjnego KC - Kania, minister obrony narodowej - Jaruzelski, minister spraw wewnętrznych -
Świtała i komendant główny MO - Pietrzak.
W tej sytuacji Gomułka, biorąc pod uwagę napływające z Wybrzeża informacje, które świadczyły o
gwałtownym i niebezpiecznym rozszerzaniu się niszczycielskiego nurtu wydarzeo, podjął decyzję w
sprawie użycia broni przez siły porządkowe i wojsko. Broo miała byd używana w przypadku
bezpośredniego atakowania milicjantów i żołnierzy, podpalania lub niszczenia obiektów, zagrożenia dla
życia ludzkiego. Zasady użycia broni Gomułka określił następująco: po ostrzeżeniach głosem pierwsze
strzały oddawad w górę, następne po 5-10 sekundach, w przypadku zbliżania się atakującego tłumu do
milicjantów i żołnierzy, salwami w nogi. Decyzja ta wchodzi w życie o godzinie 12:00 15 grudnia7.
Około godz. 11:00 zadzwonił gen. Słabczyk, mówił o zaostrzeniu sytuacji, znowu narzekał na nieudolnośd
kierowania i zaproponował mi, abym przyjechał do Gdaoska i objął dowodzenie siłami MSW.
Argumentował: „Ty jesteś starym wiceministrem, masz większe doświadczenie, jesteś członkiem KC i
znasz dobrze Kliszkę, Logę i Korczyoskiego, będzie ci łatwiej dogadad się z nimi.” Mówił: .Jesteśmy
krytykowani za nie dośd radykalne działanie. Obawiam się dużego konfliktu. Przyjeżdżaj, będę twoim
zastępcą”. Odpowiedziałem mu: „Rozumiem cię, ale znasz moją sytuację, zadzwoo do Świtały i Moczara,
jeśli oni dadzą mi takie polecenie, przyjadę”.
Po paru minutach zadzwonił Moczar i zgodnie z życzeniem Słabczyka wydał mi polecenie udania się do
Gdaoska. Powiedziałem: „Zgadzam się, lecz pod warunkiem - za utrzymanie porządku na ulicach jest
odpowiedzialne MSW, a wojsko będzie jedynie wspierad w razie potrzeby. Jeśli mam byd odpowiedzialny
za zaprowadzenie ładu, muszę mied podporządkowane wszystkie siły, musi byd jeden ośrodek
kierowania, poza mną nikt nie może wydawad poleceo, a ja muszę mied jednego przełożonego, który
będzie mi wydawał polecenia i któremu będę meldował o wszystkim”.
Upierałem się przy takim systemie kierowania operacją, ponieważ w tym czasie zadzwonił Józef
Cyrankiewicz, pytał o sytuację i poinformował o przygotowywanej uchwale Rady Ministrów.
Zrozumiałem, że za zaprowadzenie ładu na ulicach Gdaoska będzie odpowiedzialne MSW, konkretnie
milicja. Tak w istocie została sformułowana i później ogłoszona uchwała RM. Nie ma w niej ani słowa o
wojsku.
Oświadczyłem Moczarowi: „Na ulicach Gdaoska można i trzeba zaprowadzid ład bez rozlewu krwi. Trzeba
robid wszystko, aby w starciach ulicznych nie dopuścid do pierwszej kropli krwi. Krew wzmacnia agresję,
zaciętośd i chęd odwetu”.
Moczar wysłuchał i powiedział: „Przygotuj się, a sprawę twojego wyjazdu do Gdaoska uzgodnię z
Wiesławem”.
O tej rozmowie poinformowałem ministra spraw wewnętrznych
- Kazimierza Switałę. Po chwili ponownie zadzwonił Moczar i powiedział: „Wiesław nie wyraża zgody,
wojsko - jego zdaniem
- ma zapewnid porządek i spokój, a dowodzi Grzegorz, siły MSW jemu muszą byd podporządkowane.
Mimo to jedź do Gdaoska, przygotuj zapasowe stanowisko kierowania, jeśliby Wiesław zmienił zdanie,
będziemy przygotowani. A do tego czasu pomagaj Heokowi”. Minister Świtała już znał opinię Gomułki,
lecz także aprobował mój wyjazd na Wybrzeże.

7
Sprawozdanie z prac Komisji KC PZPR powołanej dla wyjaśnienia przyczyn i przebiegu konfliktów społecznych w dziejach
Polski Ludowej, „Nowe Drogi”, 1983 r. str. 40-41
Zadzwoniłem do Gierka i poinformowałem go o wyjeździe do Gdaoska. Radził mi: „Nie wtrącaj się, bo
możesz napytad sobie nieprzyjemności”. I miał rację, do dziś żałuję, że się zgodziłem, bo miałem z tego
powodu moc przykrości i kłopotów. Z Gdaoska ani razu nie dzwoniłem do Katowic. Dobrałem sobie
zespół zdolnych sztabowców, do których miałem zaufanie jeszcze z 1968 roku. Byli wśród nich przyszli
wiceministrowie spraw wewnętrznych: płk S. Zaczkowski, mjr K. Krzysztoporski oraz szef sztabu brygady
ochrony rządu. Otrzymałem do dyspozycji samolot rządowy Ił-14. We wtorek, 15 grudnia, o godzinie
16:00 byliśmy na lotnisku wojskowym w Gdaosku. Do Komendy Wojewódzkiej MO dotarliśmy po
godzinie 17:00. Tak więc w Gdaosku byłem od godziny 17:00 15 grudnia do 19:00 18 grudnia.

Moja rola w Gdańsku


Pobyt w Gdaosku zacząłem od rozmowy z generałem Henrykiem Słabczykiem, następnie rozmawiałem z
komendantem milicji w województwie gdaoskim - Romanem Kolczyoskim i jego zastępcą do spraw
bezpieczeostwa - Władysławem Pożogą. Henryk Słabczyk dośd szczegółowo scharakteryzował sytuację i
przedstawił stan sił MO. O liczbie i rozmieszczeniu wojska nie był zorientowany. Obawiał się eskalacji
napięcia i kolejnych stard ulicznych. Żalił się na brak jednolitego kierowania i na funkcjonowanie kilku
ośrodków decyzyjnych. Krytycznie mówił o obecnych w Gdaosku politykach, którzy - w jego opinii -
zamiast iśd do stoczniowców, rozmawiad i uspokajad, zajmowali się sposobami użycia wojska i milicji.
Opowiedziałem o rozmowie z Moczarem i Świtała. Ustaliliśmy, że gen. Słabczyk jest szefem sił MSW.
Odpowiada za ich koordynację i za informacje przekazywane do MSW. Dodałem, że ze względu na moją
sytuację będę schodził z oczu Kliszce i unikał rozmów z Kociołkiem i Logą-Sowioskim. Uzgodniliśmy, że nie
będę brał udziału w posiedzeniach sztabów. Słabczyk prosił jedynie, abym pojechał z nim do gen.
Korczyoskiego.
Nie wierzyłem, że Gomułka zmieni zdanie w sprawie dowodzenia siłami porządkowymi na Wybrzeżu.
Mimo to na wszelki wypadek zastanawiałem się, jak należałoby działad, gdyby MSW było wyłącznie
odpowiedzialne za ład i porządek. O godzinie 21:00 Słabczyk został wezwany na posiedzenie sztabu
politycznego, a ja postanowiłem obejrzed miasto. Byłem pod stocznią i w innych miejscach stard.
Rozmawiałem z patrolującymi milicjantami. Nie byli w dobrej kondycji. Wróciłem około godz. 23:00. Po
kilkunastu minutach wraz ze Słabczykiem pojechaliśmy do Sopotu. W domu wypoczynkowym MSW, w
którym zatrzymał się gen. Słabczyk, miałem przespad tych kilka nocy. Po drodze Henryk opowiadał o
przebiegu posiedzenia sztabu. W jego pokoju jeszcze długo rozmawialiśmy. Powiedział mi, że od wczoraj
wszystko dokładnie notuje. Zwłaszcza kto i jakie wydaje rozkazy i jakie on sam wydaje polecenia.
W środę, 16 grudnia, o 8:00, byliśmy w Wojewódzkiej Komendzie Milicji. Poprosiłem o połączenie z
generałem Korczyoskim. Poinformowałem o przylocie i mojej roli. Nie powiem, aby się ucieszył.
Powiedział jedynie: „Wpadnij do mnie, pogadamy”. Parę minut po godz. 9:00 do KW MO przyszli: Kliszko,
Loga-Sowioski i Kociołek. Za chwilę zjawili się: dyrektor stoczni i sekretarz Komitetu Zakładowego PZPR.
Nie byłem przy tej rozmowie. O godz. 10:30 w WRN odbyła się sztabowa narada. Wzięli w niej udział:
Kliszko, Loga-Sowioski, Kociołek, Słabczyk, Karkoszka, Bejm i inni. Generał Korczyoski nie ruszał się ze
swego sztabu. Słabczyk mówił, że Kliszko ponownie krytykował MO za opieszałośd. W południe
przeczytałem w „Głosie Wybrzeża” obszerną relację z wczorajszych zajśd w Gdaosku.
Pojechałem pod stocznię. Przeszedłem kordon żołnierzy i milicjantów, stanąłem przed bramą. Wejścia do
stoczni pilnowała straż strajkowa, a wyjścia - milicja i wojsko. Gdy tak postałem kilkanaście minut, z
bramy wyszło pięciu stoczniowców. Podeszli do mnie, sądząc, że jestem kimś z władz. Oświadczyli, że są
przedstawicielami komitetu strajkowego, dyrekcji i organizacji partyjnej. Oznajmiłem, kim jestem.
Następnie zwrócili się o zwolnienie zatrzymanych kilkunastu stoczniowców. Prosili, aby nie zatrzymywad
pracowników stoczni, ponieważ każdy areszt podnieca napięcie. Argumentowali, że zwolnienie
zatrzymanych wzmocni, autorytet komitetu strajkowego i dyrekcji. Obiecałem, że prośba natychmiast
zostanie przekazana do sztabu i na pewno pozytywnie rozpatrzona. Przy okazji zapytałem o sytuację w
stoczni, o ochronę majątku, o stosunek do radzieckich specjalistów odbioru statków. Poinformowali, że w
stoczni panuje ład, majątek jest chroniony. Radzieccy specjaliści są właściwie traktowani. Jeden ze
specjalistów ma stały kontakt z komitetem strajkowym. Zauważyli tylko, że chcę za dużo wiedzied o
sytuacji w stoczni.
W budynku naprzeciwko bramy był zainstalowany punkt obserwacyjny, a w nim środki łączności.
Poinformowałem Słabczyka o przebiegu rozmowy z delegacją stoczni i przekazałem prośbę o zwolnienie
zatrzymanych. Poparłem postulaty komitetu strajkowego. Zgodził się i obiecał, że zwolnienie uzgodni ze
sztabem. Prosiłem, aby o mojej rozmowie z przedstawicielami komitetu strajkowego poinformował
Moczara i Świtałę. Po upływie dwóch godzin wszyscy zatrzymani, o których się zwracano, znaleźli się na
wolności. Z aresztu do stoczni odwieziono ich milicyjnymi samochodami. Od samego początku
zabroniono bicia i szykanowania zatrzymanych w czasie przebywania pod opieką MO. Obawialiśmy się
jednak, czy któryś z funkcjonariuszy nie złamał tego zakazu. Na szczęście nikt ze zwolnionych nie był
poturbowany.
Około 15:00 w KW MO pierwszy raz spotkałem się z Zenonem Kliszką. Zawsze odnosił się do mnie z
rezerwą. Zapytał, jaką tu spełniam rolę. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Zezłościł się na mnie, gdy
zaprzeczyłem jego opiniom o wzroście antyradzieckich nastrojów w Gdaosku.
O godzinie 18:00 pojechałem do Gdyni, aby spotkad się i porozmawiad z Korczyoskim. Towarzyszył mi
Słabczyk. Grzegorz informował o sytuacji. Uspokajał i wyrażał przekonanie, że napięcie opadnie i
wszystko wróci do normy. Gdy o godz. 21:00 żegnaliśmy się z gen. Korczyoskim, nic nie mówił o zamiarze
otoczenia Stoczni im. Komuny i niedopuszczenia do niej stoczniowców. O godz. 24:00 byłem w
Komendzie MO miasta Gdyni - rozmawialiśmy z komendantem miasta, majorem Bejmem. On także
uspokajał. Po północy udaliśmy się do Sopotu.
Okazało się, że tej nocy zapadła decyzja o aresztowaniu komitetu strajkowego w Stoczni im. Komuny.
Nad ranem aresztowano częśd członków komitetu strajkowego. Po kilkunastu godzinach zostali
zwolnieni. Nie udało się ustalid, który ośrodek decyzyjny nakazał aresztowanie.
Spośród wszystkich trudnych dni na Wybrzeżu najbardziej dramatyczny był czwartek, 17 grudnia. Rano,
po godzinie 6:00, obudził nas dyżurny, oświadczając, że w Gdyni leje się krew. Po kilkunastu minutach
wyjechaliśmy do Gdyni. W sztabie gen. Korczyoskiego byliśmy około 7:45. Jeden z oficerów sztabu
opowiedział, co się stało. Okazało się, że wicepremier Stanisław Kociołek nawoływał robotników i prosił o
podjęcie pracy w czwartek, 17 grudnia. Równocześnie po północy dowodzący wojskami podjął decyzję o
blokowaniu stoczni i niedopuszczeniu robotników do pracy. Wykonując tę decyzję wojsko użyło broni.
Byli zabici i ranni. Napięcie radykalnie wzrosło. Rano rozpoczęły się uliczne demonstracje. Duża kolumna
robotników maszerowała do miasta. Milicja i wojsko próbowały zatrzymad demonstrantów. W pewnym
momencie z tłumu padł strzał, funkcjonariusz MO został ciężko ranny. Rozpoczęły się salwy. Byli zabici i
ranni. Po południu napięcie opadło i uspokoiło się. Gen. Korczyoski był załamany.
W tym dniu po raz pierwszy spotkałem admirała Ludwika Janczyszyna - dowódcę Marynarki Wojennej.
Poznałem także jego zastępcę, kontradmirała Władysława Szczerbowskiego. Obydwaj wnosili spokój i
swoim zachowaniem zmuszali do zastanowienia się nad każdą decyzją. Spośród partyjnych i
administracyjnych władz miasta Gdyni wyróżniał się Mieczysław Mariaoski, przewodniczący Miejskiej
Rady Narodowej. On odważył się rozmawiad ze strajkującymi i demonstrantami. Inni członkowie
miejskich władz partyjnych i administracyjnych opuścili swe miejsca urzędowania i schronili się w sztabie
wojskowym. Mariaoski pozostał w swoim gabinecie. Gdy wezwano go do sztabu, uspokajał. Za jego
przykładem inni członkowie władz powrócili na swoje miejsca pracy. W południe przeczytałem przesłaną
dalekopisem uchwałę RM.
Uchwala Rady Ministrów z dnia 17 grudnia 1970 r. w sprawie zapewnienia bezpieczeostwa i porządku
publicznego.
W związku z poważnymi naruszeniami porządku publicznego, które w ostatnich dniach miały miejsce na
terenie Gdaoska i Wybrzeża, a w szczególności w związku z grabieżą mienia paostwowego, społecznego i
mienia obywateli, podpalaniem i niszczeniem gmachów oraz urządzeo publicznych, jak również z
wypadkami zabójstw i ciężkich uszkodzeo ciała Rada Ministrów na podstawie art. 32 pkt 7 Konstytucji
Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej postanawia, co następuje:
Paragraf 1
Zobowiązuje się organy ścigania i porządku publicznego oraz inne współdziałające z nimi organy w
ochronie porządku i bezpieczeostwa publicznego do bezzwłocznego podjęcia odpowiednich środków
zmierzających do przywrócenia naruszonego porządku i ładu publicznego oraz zapobieżenia próbom jego
zakłócenia.
Paragraf 2
Zobowiązuje się organy Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeostwa i inne współdziałające z nimi organy
do podjęcia wszystkich prawnie dostępnych środków przymusu włącznie do użycia broni przeciwko
osobom dopuszczającym się gwałtownych zamachów na życie obywateli, grabieży i niszczenia mienia
oraz urządzeo publicznych.
Paragraf 3
Zobowiązuje się wszystkie organy paostwowe do udzielania organom ścigania wszelkiej pomocy
niezbędnej do wykonania ich zadao.
Paragraf 4
Wzywa się wszystkich obywateli do podporządkowania się zarządzeniom podejmowanym przez
powołane organy paostwowe w celu zapewnienia porządku publicznego.
Prezes Rady Ministrów
Nietrudno zauważyd, że w uchwale nie mówi się o użyciu wojska. Wieczorem wysłuchałem przemówienia
premiera Józefa Cyrankiewicza. W Gdyni był już spokój. Gen. Słabczyk rozmawiał ze swoim sztabem w
Gdaosku, też sygnalizowano spokój. Z gen. Słabczykiem objechaliśmy kilka ulic i rzeczywiście można było
mówid o uspokojeniu. Weszliśmy do sztabu wojskowego, aby się pożegnad. Okazało się, że sztab
otrzymał sygnał, iż młodzi robotnicy, mieszkaocy hotelu robotniczego w Gdyni, przygotowują się do
demonstracji i wyjścia rano na ulice. Nie sprawdzając tej informacji sztab poinformował Warszawę i
stamtąd przyszło polecenie spacyfikowania hotelu robotniczego. Rozpoczęto przygotowanie operacji.
Chodziło o to, aby nad ranem otoczyd hotel, wkroczyd, zatrzymad mieszkaoców, a następnie wywieźd ich
poza Gdynię i rozpuścid, aby rano nie byli zdolni do demonstracji. Ta decyzja przypominała podobną
decyzję w sprawie ewakuowania studentów z Politechniki Warszawskiej w marcu 1968 roku.
Zauważyłem, że obecni w sztabie oficerowie wojska i milicji nie palili się do tej operacji. Większośd z nich
zdawała sobie sprawę z tego, że przy wykonaniu tej decyzji nie obejdzie się bez ofiar. Nikt nie sprzeciwił
się i nikt nie protestował. Doświadczeni dowódcy wojskowi i pracownicy służb MO i SB wiedzą, że w
takich sytuacjach można się nie sprzeciwiad i równocześnie nie wykonad polecenia. Istnieją dziesiątki
sposobów na jego niewykonanie. W tej sytuacji zastosowano wariant „politechnika”. Obecni dowódcy
jednostek zaczęli wyolbrzymiad trudności i piętrzyd przeszkody. Okazało się, że wozy pancerne nie będą
mogły podjechad pod hotel, nie da się działad z zaskoczenia i, co najważniejsze, nie ma tylu samochodów
ciężarowych.
Równocześnie zaproponowano wysłanie do hotelu oficerów politycznych z zadaniem przekonania jego
mieszkaoców, aby nie demonstrowali. Z takiego obrotu sprawy gen. Korczyoski był zadowolony i
propozycję zatwierdził. Po północy zamiast uzbrojonych żołnierzy do hotelu udali się, nawet bez bocznej
broni, oficerowie polityczni. Grupą oficerów kierował szef Zarządu Propagandy GZP WP - płk Konstanty
Korzeniecki. Okazało się, że robotnicy nie mieli zamiaru demonstrowad. Rzeczywiście przygotowywali się
do opuszczenia hotelu, lecz po to, aby wyjechad na święta do domu. Gdy oficerowie wrócili i opowiedzieli
o tym, wszyscy odetchnęliśmy. Korczyoski poszedł do swego gabinetu, zadzwonił do Warszawy i
poinformował o rozładowaniu napięcia w hotelu robotniczym. Zrozumiałem, że rozmawia z ministrem
obrony narodowej.
Słabczyk zawiadomił centralę MSW i zdawało mi się, że także Stanisława Kociołka w Gdaosku. W czasie
VIII plenarnego posiedzenia KC PZPR w lutym 1971 roku generał Tadeusz Pietrzak powiedział: „Kociołek,
Słabczyk, Szlachcic nie zgadzali się na oblężenie hotelu robotniczego”. Zapytałem generała Korczyoskiego,
kto go mylnie informował o hotelu robotniczym. Nie odpowiedział. Nie wiem, czy tę nieprawdziwą i złą
wiadomośd przekazali oficerowie wojskowego kontrwywiadu, czy pracownicy Służby Bezpieczeostwa z
Gdaoska.
W latach 1980-81 krążyły różne wersje i legendy na temat tej operacji. Bohaterów było wielu.
Gdy nad ranem wyjaśniła się sprawa hotelu robotniczego, a inne niepokojące sygnały nie napłynęły,
pojechałem do Sopotu, aby się ogolid i umyd. Chwilę się zdrzemnąłem. Gen. Słabczyk wyjechał wcześniej.
Do KW MO przyjechałem o godz. 9:30. O 11:00 pojechałem pod stocznię, byłem na dworcu, oglądałem
ulice, rozmawiałem z milicjantami. Około 15:00 spotkałem się w Komendzie MO ze Słabczykiem,
Korczyoskim, Pożogą oraz oficerami, którzy wraz ze mną przylecieli do Gdaoska. Wszyscy zgodnie
twierdzili, że w Gdaosku, Gdyni i Elblągu panuje spokój. Pułkownik Zaczkowski, który przed chwilą
rozmawiał z Warszawą, powiedział, że w Szczecinie i kilku innych miastach napięcie nie słabnie. O
godzinie 16:00 zadzwonił Stanisław Kania i prosił, abym natychmiast wracał do Warszawy. O powód nie
pytałem. Wydawało mi się, że chodzi o wzrost napięcia w innych rejonach.
Przed odlotem odwiedziłem w szpitalu naszych milicjantów. Inne samopoczucie mieli starsi milicjanci,
inne młodzi. Starsi byli rozgoryczeni i z troską pytali o sytuację. Młodzi byli gotowi do stawienia się w
szeregu. Ciężej rannych pytałem o stosunek lekarzy, sióstr i służby pomocniczej. Nikt się nie żalił, wszyscy
chwalili służbę zdrowia. W sali obok leżeli ranni cywile. Jeden tylko nie chciał rozmawiad i odwrócił się
plecami. Ranny sierżant opowiedział mi charakterystyczne zdarzenie. Do szpitala w godzinach rannych
przyszła kilkunastoosobowa grupa stoczniowców. Po odwiedzeniu cywilów wykazywali chęd wejścia do
sali, gdzie leżało kilku milicjantów. Lekarz i siostry uniemożliwiły ten zamiar. W oddzielnej szafie ukryto
ich broo i ubrania.
Gdaoska służba zdrowia nie tylko udzielała pomocy, lecz także łagodziła napięcia. Pojawienie się bieli i
czerwonego krzyża działało uspokajająco i ochładzało nastroje. Lekarze i siostry narażając się udzielali
pomocy potrzebującym. Wdzierali się w tłum, wynosili i wyprowadzali rannych. We wszystkich trzech
sztabach z uznaniem mówiono o pracy i sprawności służby zdrowia. W Komendzie Milicji dowiedziałem
się, że z ramienia Ministerstwa Zdrowia w czasie wstrząsu przebywał w Gdaosku, organizował i udzielał
pomocy wiceminister zdrowia, profesor Marian Śliwioski. Z uznaniem i szacunkiem mówiono o
energicznej działalności Stanisława Mlekodaja - dyrektora Instytutu Chirurgii Akademii Medycznej w
Gdaosku. Oni koordynowali działalnośd służby zdrowia.
Do wszystkich potrzebujących pomocy lekarze odnosili się z jednakową uwagą. Profesorowie Śliwioski i
Mlekodaj zabronili zatrzymao i przesłuchao na terenie placówek służby zdrowia. Nie wolno było
wykorzystywad karetek, płaszczy i innych oznak służby zdrowia przez osoby spoza niej. Odwaga,
poświęcenie i poszanowanie zasad etyki przez lekarzy, siostry, pielęgniarki i innych pracowników
zasługiwały na uznanie.
Po upływie dziesięciu lat z inicjatywy „Solidarności” w 1980 roku wszczęto badania przebiegu stard z
wojskiem i milicją. Lekarze i inni pracownicy służby zdrowia składali obiektywne oświadczenia i mimo
znanego klimatu mówili prawdę. Te oświadczenia znajdują się w zbiorze materiałów Grudzieo 1970,
wydanym w 1985 roku w Londynie.
17 i 18 grudnia rozpoczęły się pogrzeby. Miejscowe władze popełniły przy tym błędy, które mogły
spowodowad ponowny wzrost napięcia. Dzięki księżom z Gdaoska i Gdyni na szczęście tak się nie stało.
Tuż przed odlotem telefonicznie pożegnałem się z gen. Korczyoskim i bezpośrednio z gen. Słabczykiem,
płk. Korczyoskim i innymi. Sądząc, że chodzi o wzrost napięcia w kraju, zabrałem swoich oficerów. Tym
samym wojskowym samolotem odleciałem do Warszawy. Na lotnisku wojskowym czekał na mnie
adiutant generała Jaruzelskiego i zaprosił do gabinetu ministra.
Spóźnione refleksje
Grudzieo 1970 roku miał dla przyszłości Polski przełomowe znaczenie. Pierwszy raz w takiej skali i formie
ujawniła się zdolnośd ludzi pracy do samoorganizacji. Z tego protestu wyrośli późniejsi przywódcy i
liderzy opozycji. Rok 1989 zaczął się w 1970. Dla mnie osobiście ten grudzieo też miał duże znaczenie.
Wspominałem już, że rządząca wówczas ekipa postanowiła spisad mnie na straty. Okazało się, że nie
tylko nie zostałem usunięty ze stanowiska, lecz po kilku tygodniach zostałem ministrem spraw
wewnętrznych i jedną z najbardziej wpływowych osób w kraju.
Mimo upływu czasu dramat na Wybrzeżu nie dawał mi spokoju. Często szukałem odpowiedzi na pytania:
dlaczego tak się stało, czy musiało do tego dojśd? Zastanawiałem się nad stopniem mojej
odpowiedzialności, a także odpowiedzialności innych członków ówczesnych władz.
Przyczyny i przebieg wydarzeo w Gdaosku, Gdyni i Szczecinie nie zostały dotąd wyjaśnione. Nie ustalono
stopnia osobistej odpowiedzialności poszczególnych polityków. Jedni, którzy wiedzieli bardzo dużo, jak:
Władysław Gomułka, Józef Cyrankiewicz, Zenon Kliszko, Grzegorz Korczyoski, Henryk Słabczyk, nie żyją.
Pozostało jeszcze jednak kilku świadków, którzy mają obowiązek powiedzenia prawdy.
Przed komisjami badającymi przyczyny i przebieg dramatu złożyłem oświadczenie. Wypowiedziałem się
kilkakrotnie. Wówczas twierdziłem i nadal twierdzę, że grudniowego dramatu można było uniknąd.
Mogło obejśd się bez rozlewu krwi i ludzkich ofiar. Główną przyczyną tego konfliktu był wadliwy system
funkcjonowania paostwa, partii, szczególnie centralnego ośrodka decyzyjnego. Podstawową przyczyną
był deficyt demokracji, demokratycznych metod funkcjonowania władzy, jej kontroli, zmian i doboru.
Jestem przekonany, że można było uniknąd konfliktu, gdyby w czasie V Zjazdu PZPR w 1968 roku
zmieniono kierownictwo partii i paostwa. Wielka szkoda, że w czasie plenarnego posiedzenia Komitetu
Centralnego PZPR 14 grudnia 1970 roku żaden z nas, członków KC, nie odważył się zapytad o sytuację w
Gdaosku. Większośd wiedziała, że w Gdaosku rozpoczęły się strajki i demonstracje uliczne. Może takim
pytaniem zmuszono by I sekretarza do zastanowienia się przy podejmowaniu decyzji. Może nie doszłoby
do dramatu, gdyby zebrały się Biuro Polityczne, Rada Ministrów, Rada Paostwa, nie mówiąc o Sejmie,
gdyby te gremia oceniły sytuację i podjęły odpowiednie decyzje.
Decyzję o wprowadzeniu wojska i użyciu broni miała prawo podjąd jedynie Rada Ministrów, a takiej
decyzji RM nie było. Cytowaną uchwałę z 17 grudnia podjęto już po wprowadzeniu wojska i sił
porządkowych. Rodzi się pytanie, na jakiej podstawie wprowadzono wojsko? W czasie trwania konfliktu
nie zebrały się Biuro Polityczne, Rada Ministrów, Rada Paostwa. Nie zebrały się także gremia kierownicze
bratnich stronnictw. Natomiast kardynał Stefan Wyszyoski zwołał posiedzenie Episkopatu.
Na przebiegu i rozmiarach dramatu grudniowego zaważył cały splot błędów kierowania. Zamiast
niezbędnego w takich sytuacjach jednego ośrodka decyzyjnego było ich kilka. Nie było spójnego i
sprawnego obiegu informacji i decyzji. Nie wiadomo, kto i jak informował Gomułkę, że podjął tak
drastyczne decyzje. Nie są ustalone okoliczności wprowadzenia wojska, mianowania dowodzącym
Grzegorza Korczyoskiego, jego uprawnieo, roli ministra obrony narodowej.
O chaosie kierowania świadczyło istnienie w Gdaosku kilku ośrodków decyzyjnych i co najmniej dwóch w
Warszawie. Wielośd ośrodków decyzyjnych i chaos informacyjny stały się główną przyczyną dramatu w
Gdyni. Jeden ośrodek zwrócił się do stoczniowców o powrót do pracy, inny zalecił blokadę stoczni.
Do koordynacji działao politycznych Gomułka i Cyrankiewicz upoważnili wiceprezesa Rady Ministrów i
członka Biura Politycznego, Stanisława Kociołka. Jednak w praktyce najwięcej do powiedzenia mieli dwaj
członkowie Biura Politycznego: Zenon Kliszko i Ignacy Loga-Sowioski. Okazało się, że w Gdaosku
przebywali oni bez upoważnienia I sekretarza KC i premiera. Trzeba przyznad, że w Gdaosku
Loga-Sowioski wywierał łagodzący wpływ. Gdyby systemy kierowania i dowodzenia były prawidłowe,
ofiar, nieszczęśd i strat mogło byd mniej. Nieudolnośd kierowania mogła doprowadzid do jeszcze
większego nieszczęścia. Jednakże dzięki rozsądkowi oficerów wojska i milicji tak się nie stało.
Konflikt na Wybrzeżu mógł przenieśd się do innych ośrodków robotniczych i objąd cały kraj. Jedynym
sposobem zapobieżenia temu były zmiany na najwyższych stanowiskach partyjnych i paostwowych.
Musieli odejśd Gomułka, Cyrankiewicz i inni. Nie funkcjonowały normalne (legalne i demokratyczne)
metody zmian. Więc przygotowania do zmian na najwyższych stanowiskach przybierały kształt spisku.
Tak było w 1948, 1956, 1970 i 1980 roku.
Jeśli chodzi o 1970 rok, to krążyły opinie, że gdaoski konflikt był specjalnie wywołany, aby usunąd
Gomułkę i wprowadzid Gierka. Koronnym argumentem miał byd fakt, że ja byłem w Gdaosku. Następnie
jako bliski przyjaciel Edwarda Gierka pojechałem do Katowic, aby go przekonywad o objęciu stanowiska I
sekretarza. Awansowałem i stałem się ważną osobą w jego ekipie. Ludzie łatwo dają wiarę opowieściom
o istnieniu spisków. Niemała w tym była nasza wina. Przez ponad dwadzieścia lat wszystkie podobne
zdarzenia tłumaczyliśmy jako wynik celowej, zorganizowanej i spiskowej działalności. Spiskowa
interpretacja wydarzeo w Gdaosku odpowiadała wielu ludziom odsuniętym od władzy. Władysław
Gomułka do kooca swego życia nie wierzył w autentyczny protest ludzi pracy.
Czy całkowicie można wykluczyd inspiracje i celową działalnośd? Nie, tego nie mogę zdecydowanie
powiedzied. Natomiast z całą stanowczością twierdziłem i teraz oświadczam, że Edward Gierek i ja nic nie
zrobiliśmy dla wybuchu niezadowolenia i zaostrzenia tego konfliktu. Gdyby ten wstrząs rozpoczął się w
województwie katowickim, można byłoby pomawiad Gierka, mnie i innych o celową inspirację. Przez ten
cały czas w Katowicach był spokój. Od dobrych kilku lat gdaoski Komitet Wojewódzki PZPR uważano za
najbardziej popierający i realizujący linię Władysława Gomułki. Komitetem kierowali jego zwolennicy -
Jan Ptasioski, po nim Stanisław Kociołek. W Gdaosku najlepiej czuł się Zenon Kliszko i tu najczęściej
przebywał. Stanisław Kociołek, mimo przejścia do Warszawy, pozostał członkiem POP w stoczni.
Do Gdaoska przyleciałem 15 grudnia po południu. W Wojewódzkiej Komendzie Milicji byłem wieczorem.
Wynika z tego, że do Gdaoska przyleciałem wówczas, gdy napięcie osiągnęło swój szczyt, gdy byli zabici i
ranni. Komisje badające przyczyny kryzysów nie postawiły mi żadnego zarzutu. W całym sprawozdaniu z
badania komisji Hieronima Kubiaka znajduje się jedynie zapis:
Tegoż dnia o godz. 14:00 przyjechał na Wybrzeże dla zorganizowania zapasowego stanowiska kierowania
MSW wiceminister spraw wewnętrznych, Franciszek Szlachcic. Faktycznie jednak stanowisko takie nie
zostało zorganizowane.
Nie brałem udziału w posiedzeniach sztabów, nie wydawałem poleceo.
W styczniu 1971 roku powołano partyjno-rządową komisję do zbadania i ustalenia przebiegu konfliktu
oraz ustalenia stopnia odpowiedzialności za rozlew krwi w Gdaosku, Gdyni i Szczecinie. Przewodniczył
członek Biura Politycznego - Władysław Kruczek. Ponieważ robił to opieszale, zastąpił go inny członek
Biura Politycznego - Jan Szydlak. Nowy przewodniczący energicznie zajął się wykonaniem polecenia.
Zebrano materiały i rozpoczęto rozmowy z tymi, którzy wiedzieli najwięcej. Był zamiar przeprowadzenia
rozmów wyjaśniających z Władysławem Gomułką, Józefem Cyrankiewiczem i innymi. Po paru tygodniach
aktywnośd komisji osłabła, następnie zamarła. Nie zbadano wszystkich materiałów. Nie rozmawiano, nie
ustalono przebiegu i stopnia odpowiedzialności poszczególnych członków władz najwyższych.
Ekipa Edwarda Gierka nie była zainteresowana w ujawnieniu pełnej prawdy. Najbardziej obawiano się
rozmów, wyjaśnieo i oświadczeo Gomułki. Nie był bez winy Gierek, przecież od 1955 roku był członkiem
najwyższych władz. Nikt nie był bez winy, każdy ponosił częśd odpowiedzialności. Komisja ta opracowała
odpowiedni raport, który opublikowano dopiero w „Polityce” z 11.08.1990 r.
Jedynie w MSW, na wniosek gen. Tadeusza Pietrzaka, jako minister spraw wewnętrznych poleciłem
zebranie, spisanie i zabezpieczenie wszystkich dokumentów milicji i SB związanych z grudniem 1970 roku.
Wiem, że rozkaz został wykonany.
Po odejściu Gierka w 1980 roku powołano dwie komisje KC PZPR. Jedna, której przewodniczył Tadeusz
Grabski, miała ustalid stopieo odpowiedzialności za kryzys kooca lat siedemdziesiątych.
Druga, której przewodniczył Hieronim Kubiak, miała ustalid przyczyny kryzysów w PRL. Nie byłem
wzywany przed te komisje, jednak z własnej woli zgłosiłem się i złożyłem oświadczenie. Domagałem się
ustalenia prawdy. Proponowałem przeprowadzenie rozmów z Gomułką, Gierkiem, Cyrankiewiczem,
Jaroszewiczem i innymi. Nie posłuchano. Niepowetowaną szkodą jest to, że w latach siedemdziesiątych,
a szczególnie na początku lat osiemdziesiątych nie przeprowadzono kompetentnej rozmowy z Gomułką
na temat kryzysu w latach 1947-48, kryzysu w latach 1956-57 i kryzysów w 1968 i 1970 roku. Wiem, że
Władysław Gomułka w 1971 roku chciał odpowiadad na pytania. Chciał mówid na ten temat w latach
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Za jego życia i przy jego pomocy można było dojśd do prawdy. Bez
niego nie będzie to możliwe. Jedynie on mógł powiedzied, kto i jak go informował, jakie i komu wydawał
decyzje. On mógł wyjaśnid, jakie przyczyny sprawiły, że dramat poznaoski w 1956 roku ocenił właściwie i
sformułował prawidłowe wnioski, natomiast po czternastu latach podobny proces społeczny potraktował
jako kontrrewolucję.
Nie ulega wątpliwości, że rozstrzygające decyzje podejmowano w Warszawie. Najważniejszą z nich była
podjęta w gabinecie I sekretarza KC PZPR 15 grudnia o godzinie 9:00. Szkoda że to zebranie nie było
protokołowane. Nie wiadomo, kto i co mówił. Kto był za, kto miał wątpliwości. Może ktoś z obecnych nie
zgadzał się? Chyba żadna decyzja najwyższych władz nie była tak okryta tajemnicą jak właśnie ta. Znałem
Gomułkę i wiem, że jeśliby ktoś z obecnych miał odwagę i sprzeciwił się, miał odmienne zdanie, próbował
perswadowad, może nie podjęto by tej decyzji. Gdyby chod jeden z obecnych miał odwagę powiedzied
„nie”, nie doszłoby do dramatu. W czasach Stalina za sprzeciw lub odmowę wykonania rozkazu
ryzykowało się życiem. U nas, w Polsce, w czasach Bieruta można było iśd do więzienia, chociaż nie jest
mi znany taki przypadek. W czasach Gomułki można było za to jedynie stracid posadę.
Nie ustalono, kto właściwie wydał decyzję zablokowania Stoczni im. Komuny po tym, gdy Kociołek
zaapelował o powrót do pracy. Winą za to obciążono Zenona Kliszkę. On sam tego nie potwierdzał.
Uważam, że tak ważna decyzja mogła byd jedynie podjęta w Warszawie, a przynajmniej z nią uzgodniona.
W latach 1971-72 utrzymywano, że decyzje dotyczące Gdaoska przekazywał generałowi Korczyoskiemu
premier Józef Cyrankiewicz. W 1974 roku rozmawiałem z nim i powiedziałem o krążącej opinii.
Oświadczył, że nie jest to prawda. Jeśli przekazywał jakieś decyzje, to jedynie ministrowi obrony
narodowej.
W 1971 roku, po usunięciu gen. Korczyoskiego z wojska, rozmawiałem z nim. Miał poczucie
odpowiedzialności i zdawał sobie sprawę z błędów. Miał żal do swoich przełożonych. W sztabie gen.
Korczyoskiego prowadzono książkę służby, w której zapisywano wszystkie przyjęte i wydane decyzje.
Sądzę, że zanotowano, kto wydał decyzję zablokowania stoczni i aresztowania komitetu strajkowego.
Wiem, że gen. Korczyoski prowadził także własny notatnik. Generał Słabczyk również prowadził własne
zapiski. Może gdzieś jeszcze znajdują się te materiały?
Badający przyczyny i przebieg dramatu grudniowego skupili swoją uwagę wyłącznie na Gdaosku i Gdyni.
Pominięto zbadanie dramatu w Szczecinie, gdzie wojskami dowodził gen. Tadeusz Tuczapski, a służby
MSW koordynował wiceminister, gen. Ryszard Matejewski. Na pewno badanie dramatu w Szczecinie
rzuciłoby światło na proces decyzyjny i stopieo odpowiedzialności.
Jako wiceminister spraw wewnętrznych ponoszę odpowiedzialnośd, ściślej - współodpowiedzialnośd za
działalnośd resortu. Jako członek Komitetu Centralnego ponoszę odpowiedzialnośd za działalnośd władz
partyjnych. Nie uczestniczyłem wprawdzie w podejmowaniu decyzji dotyczących działao na Wybrzeżu,
jednak nie protestowałem. Byłem, więc ponoszę częśd odpowiedzialności.

Pojechałem do Katowic, aby przekonać Gierka


W gabinecie ministra obrony narodowej, obok gospodarza, czekali na mnie Edward Babiuch i Stanisław
Kania - kierownicy wydziałów Komitetu Centralnego. Poinformowali o wzrastających napięciach w
różnych ośrodkach. Obawiali się wrzenia w całym kraju. Ich zdaniem, Polsce grozi narodowy dramat.
Zapobiec katastrofie może pilna zmiana kierownictwa partii i paostwa, w pierwszej kolejności na
stanowisku I sekretarza Komitetu Centralnego PZPR. Edward Babiuch oświadczył, że takiego zdania jest
również częśd członków KC. Nie ujawnił nazwisk, a ja o nie nie pytałem. Stanisław Kania mówił o
pogarszającej się psychicznej kondycji Władysława Gomułki. Mówił o nerwowości i bezradności członków
Biura Politycznego i sekretarzy KC.
Ich zdaniem, najlepszym kandydatem na miejsce po Władysławie Gomułce jest Edward Gierek. Mnie
wezwano z Gdaoska po to, abym niezwłocznie pojechał do Katowic, przekonał Gierka i najlepiej
przyjechał z nim do Warszawy. Od paru lat uważałem, że spośród kilku pretendentów do stanowiska I
sekretarza KC najlepszy jest Gierek, więc nie miałem żadnych wątpliwości. Zapytałem jedynie, czy ktoś już
z Gierkiem rozmawiał. Okazało się, że nie i ja pierwszy mam to zrobid. Zapytałem, jak na te zmiany
zareagują władze partyjne stolicy. Odpowiedziano, że są za nimi.
Zgodziłem się na wyjazd pod warunkiem, że pojedzie także Babiuch. Argumentowałem, że nie jestem
dokładnie zorientowany w sytuacji. Z nikim nie rozmawiałem i nie wiem, co się dzieje w „Białym Domu”.
Gierek na pewno będzie o to pytał, a ja niewiele mogę powiedzied. Miałem też i drugi powód, którego nie
ujawniłem.
Byłem wiceministrem spraw wewnętrznych i wiedziałem, że kto jak kto, ale pracownik tego resortu nie
powinien przedstawiad takich propozycji. Wciąż tkwiły mi w pamięci lata 1955-57, gdy w ZSRR i u nas
zarzucano organom bezpieczeostwa wtrącanie się do nie swoich spraw. Obawiałem się, że i sam Gierek
nie czułby się dobrze, gdybym ja proponował mu objęcie najwyższego partyjnego stanowiska. Rozmówcy
przyznali mi rację i Babiuch zgodził się pojechad do Katowic. Zamówiłem samochód. Następnie Babiuch,
Kania i ja pojechaliśmy do mojego mieszkania przy ulicy Szarotki. Przez „WCz” zadzwoniłem do Edwarda
Gierka informując go, że za 3-4 godziny będę u niego i proszę o rozmowę. Zapytał, czy to takie pilne.
Odpowiedziałem, że bardzo pilne i ważne. „W takim razie przyjeżdżaj” - powiedział.
Tuż przed odjazdem Babiuch złapał się za brzuch i zaczął jęczed. Oświadczył, że ma kolejny atak woreczka
żółciowego. W takim stanie nie może jechad do Katowic. Trochę mnie to rozzłościło i powiedziałem, że
sam nie pojadę. Dobrze, że był z nami Kania. Wypowiedział popularne męskie słowo i dodał: „Jadę z
tobą”. W drodze do Katowic ustaliliśmy scenariusz rozmowy.
Po północy byliśmy u Edwarda Gierka. Mieszkał wtedy na Osiedlu Brynów w jednej z nowo
wybudowanych willi. Kierowcę zaprosił do kuchni i sam zrobił mu herbatę. Nas poprosił do gościnnego
pokoju. Zapytał, czy jesteśmy głodni i czego się napijemy. Poprosiłem o kawę, Stanisław o herbatę i
koniak. Gierkowie nie mieli stałej pracownicy domowej, gospodarz nie chciał budzid żony. Sam o
wszystko zadbał.
Po pierwszych łykach i chwili denerwującego milczenia zgodnie z ustalonym scenariuszem zacząłem
rozmowę. „Sytuacja w kraju jest dramatyczna, zaburzenia mogą objąd cały kraj. Przyjechaliśmy do ciebie,
aby przedstawid stan zagrożenia i propozycje. Sprawę lepiej zna Staszek”. Tu Gierek wtrącił, że w
Katowicach jest spokój i cisza. Kania miał trochę tremy (nigdy z Gierkiem nie był na „ty”, chociaż czasami
Gierek mówił mu: Stasiu). Kania podkreślił grozę sytuacji i oświadczył: „Członkowie Komitetu Centralnego
są zdania, że bez zmian kierownictwa partii i rządu dojdzie do tragedii. Ich zdaniem, Władysław Gomułka
musi odejśd i oni właśnie proponują Gierkowi zajęcie miejsca po Gomułce”.
Gierek słuchał spokojnie i cały czas patrzył na mnie. Wydawało mi się, że wolałby, abyśmy o tym
rozmawiali tylko we dwóch. Ja milczałem. Gdy Kania skooczył, Gierek powiedział: „Nie mogę przyjąd
propozycji, jestem chory i mam pylicę (nawet zakaszlał). Będę pomagał każdemu pierwszemu, ale chcę
pozostad w Katowicach”.
Zapanowało milczenie - ciężkie, przykre, martwe milczenie. Kania, który miał poczucie wagi misji,
zaniemówił. Przekonany był, że Gierek się zgodzi, uraduje się i będzie mu wdzięczny za tę propozycję, a
tymczasem stało się inaczej. Toteż bezradnie popatrzył na mnie. W całej tej rozmowie był to chyba
najbardziej dramatyczny moment.
Jeśli Gierek nie zgodzi się, pozostanie nadal Gomułka albo ktoś z jego upoważnienia i wówczas ci, co
przygotowywali zmiany, zamiast bohaterami odnowy staną się antypartyjną grupą, a może nawet i
spiskowcami. Uświadomiłem sobie cały tragizm sytuacji. Zwróciłem się ponownie do Gierka, zacząłem
perswadowad, tłumaczyd i przekonywad. I Gierek zgodził się. Postawił wszakże jedno zastrzeżenie i jeden
warunek, mianowicie - zgodzi się objąd stanowisko I sekretarza, gdy towarzysz Gomułka oficjalnie
zrzeknie się tego stanowiska. Postawił też warunek, że zgadza się tylko na kilka miesięcy, a później -
„szukajcie sobie innych, jestem chory i nadal chcę pozostad w Katowicach” - powiedział. Nie wiem, czy w
tym momencie był szczery, czy chciał, aby go prosid, czy też podnosił swą cenę?
Gdy wreszcie Gierek zgodził się zostad I sekretarzem, zaproponowałem, abyśmy razem udali się do
Warszawy. Odmówił tłumacząc to koniecznością przygotowania się. Obiecał, że w Warszawie będzie
przed godziną dwunastą. Dobrze zrobił, że nie z nami, lecz sam przyjechał do Warszawy. Nie chciał byd
zależny.
Wracaliśmy z Kanią do Warszawy. Chciałem się trochę zdrzemnąd. Nie mogłem. Nachodziły mnie różne
myśli. Najbardziej nurtowało to, że wplątałem się do najważniejszego mechanizmu funkcjonowania
władzy. Miałem satysfakcję z uczestniczenia w ważnym wydarzeniu. Równocześnie pierwszy raz pojawiły
się obawy, czy Gierek podoła? Jaki on teraz będzie? Miałem poczucie odpowiedzialności za niego.
Zdawałem sobie sprawę z tego, że nic nie zmieni faktu, że właśnie ja walnie przyczyniłem się do
wysunięcia go na najwyższe stanowisko w partii. Znałem jego zalety i wady. Jeśli kogoś zna się bliżej,
wady widzi się lepiej. Głęboko zastanawiałem się nad swoją rolą. Jak się zachowad, gdy wady zaczną
przeważad? Czy mam się zgadzad na zło, które za jego przyzwoleniem może się dokonad? Nie wiem, czy w
ciągu tych kilku godzin miałem w sobie więcej zadowolenia czy niepokoju. Zresztą taki już jestem, że gdy
dzieje się coś dobrego, pojawia się we mnie jakiś wewnętrzny niepokój.
Droga była śliska, kierowca jechał ostrożnie. W Warszawie byliśmy przed godziną siódmą rano, w sobotę,
19 grudnia.
Po upływie paru lat, gdy odszedłem ze stanowiska sekretarza KC i członka Biura Politycznego,
przypomniałem sobie tę noc z 18 na 19 grudnia. Dobrze zrobiłem, że nie sam pojechałem do Katowic po
Gierka, że pojechał ze mną Kania. Po 1980 roku, gdy usunięto Gierka, zainteresowani towarzysze
rozgłaszali opinię, że ja najbardziej przyczyniłem się do objęcia stanowiska I sekretarza przez Gierka, co
było prawdą. Podkreślano, że ja pojechałem i przywiozłem Gierka. Zręcznie pomijano nazwisko Kani.
W mieszkaniu odświeżyłem się i o godzinie 9:00 byłem w swoim gabinecie. Niezwłocznie złożyłem relację
Jaruzelskiemu i Babiuchowi. Okazało się, że Kania zrobił to wcześniej. On w takich wypadkach lubił byd
pierwszy. Babiuch jedynie dodał: „Byleby się Gierek nie rozmyślił. Ja znam Gierka”.
Parę minut po 10:00 wszedłem do gabinetu ministra Świtały. Rozmawialiśmy o sytuacji. Zadzwonił z
Gdaoska gen. Henryk Słabczyk i poinformował o spokoju. Natomiast w Szczecinie napięcie nie opadło:
Minister Świtała nie pytał o przyczyny powrotu z Gdaoska i o wyjazd do Katowic. Ja też mu nic nie
mówiłem. Może wiedział, może uznał, że lepiej nie wiedzied. Minister spraw wewnętrznych powinien
wiedzied, czego nie wiedzied.
Gierek dotrzymał słowa i około godziny 11:00 był w Warszawie. Zaraz zadzwonił do mnie. Rozmawiał
także z Cyrankiewiczem, Babiuchem, Olszowskim i innymi. Z Gomułką nie rozmawiał.
W sobotę, 19 grudnia, po godzinie 12:00, Gomułka, który czuł sie źle, został odwieziony do kliniki
rządowej. O godzinie 13:00 rozpoczęło się posiedzenie Biura Politycznego. Przewodniczył Józef
Cyrankiewicz. Na wniosek Gierka na to posiedzenie zaproszono także ministra obrony narodowej -
Wojciecha Jaruzelskiego. Jak się później dowiedziałem, posiedzenie było burzliwe i nerwowe. Gierek
zachowywał się dobrze.
Późnym wieczorem w pokoju hotelu sejmowego rozmawiałem z Gierkiem. Opowiedział o przebiegu
posiedzenia Biura Politycznego. Mówił, że Zenon Kliszko i inni proponują mu pełnienie stanowiska I
sekretarza KC do czasu powrotu Gomułki i nie widzą potrzeby zmian w Biurze Politycznym i rządzie. On
zaś ha takie rozwiązanie nie godzi się. Albo będzie wybrany przez KC na I sekretarza, albo wraca do
Katowic. Mówił, że częśd członków Biura Politycznego ma za sobą, a częśd przeciw. Popierał go
stanowczo minister obrony narodowej.
Wtedy zauważyłem, iż Gierek czuje się uwikłany w sytuację, z której tak prosto wyjśd się nie da. Już nie
może powiedzied „bawcie się sami, ja jadę do Katowic”. Staje się bardziej stanowczy i bardziej pewny
siebie. Najważniejsze stanowisko w partii jest w zasięgu jego ręki.
W niedzielę, 20 grudnia rano, rozmawiałem o sytuacji z Kazimierzem Świtała, generałem Tadeuszem
Pietrzakiem, generałem Henrykiem Słabczykiem i innymi. O godzinie 10:00 Babiuch i Kania zawiadomili o
przygotowaniach do VII Plenum KC.
Udałem się zaraz do Sejmu, aby porozmawiad z Gierkiem. Był zmęczony, ale czuł się lepiej, już wiedział,
że będzie I sekretarzem. Zaraz zapytałem o to, co jest najważniejsze w takich sytuacjach - o skład władz.
Na karteczce miał spisane nazwiska, kto ma pozostad, kto ma byd wybrany, a kto musi odejśd.
Najbardziej interesowało mnie, kogo zaproponuje na stanowisko premiera i przewodniczącego Rady
Paostwa. Odpowiedział: „Premierem będzie Piotr Jaroszewicz, rozmawiałem z nim i zgadza się. Nawet
mnie uściskał. Piotr od dawna marzył o tym stanowisku. Przewodniczącym Rady Paostwa - Józef
Cyrankiewicz”. Żachnąłem się. Wyjaśnił, że Józef bardzo go o to prosił i obiecał, że po kilku miesiącach
sam odejdzie. Następnie wymienił nazwiska tych, którzy muszą odejśd i kandydatów na ich miejsce. Miał
wątpliwości, czy Edward Babiuch powinien od razu wejśd do Biura Politycznego. Tak samo było przy
nazwisku Jana Szydlaka. Przekonałem go, że oni powinni byd członkami Biura.
Na liście nie było Stanisława Kani. Zapytałem, dlaczego. Odpowiedział, że na to jest jeszcze czas. Gierek
nie miał pełnego zaufania do Kani. Ktoś doniósł mu, że lubi zaglądad do kieliszka. Gierek nie pił i bardzo
źle znosił pijących. Później dowiedziałem się, że Babiuch prosił Gierka, aby wstrzymał się z awansem Kani.
Zaproponował nawet, by skierowad go do służby zagranicznej. Znałem dobrze Stanisława, byliśmy
kolegami, i przekonałem Gierka do Kani. W czasie następnego posiedzenia KC został sekretarzem.
Z wypowiedzi Gierka wywnioskowałem, że skład władz, który ma byd wybrany w czasie dzisiejszego
plenum, traktuje jako wynik kompromisu. Przy najbliższej okazji przeprowadzi dalsze zmiany. Mówił, że
zależy mu bardzo na tym, aby do Biura Politycznego wszedł minister obrony narodowej - Wojciech
Jaruzelski. Przez całą swoją kadencję Gierek odnosił się do niego z dużym szacunkiem. Można nawet
powiedzied, że z największym.
Przy omawianiu listy nowych władz Gierek pierwszy raz zapytał, czy chciałbym byd ministrem spraw
wewnętrznych i wejśd w skład Biura Politycznego. Nie byłem zaskoczony, spodziewałem się takiego
pytania. Powiedziałem: „Cieszę się, że i o mnie myślisz. Szczerze mówiąc, chciałem wyjśd z resortu. Już mi
to zbrzydło. Pobyt w Gdaosku zrobił swoje. Chciałbym robid coś innego. Mógłbym spróbowad swoich
możliwości jako sekretarz KC”. Trochę się zastanowił i powiedział: „Wolałbym, abyś kierował resortem,
lecz rozumiem, ja bym w MSW nawet jednego dnia nie wytrzymał. Teraz nie będę stawiał twojej
kandydatury. Później się zastanowimy, jak to zrobid”.
Wiedziałem już, że Józef Tejchma i podobno także Józef Kępa sprzeciwiali się wprowadzeniu ministrów
obrony narodowej i spraw wewnętrznych do Biura Politycznego. Chodziło im o zasadę. Toteż gdy później
jednak zostałem ministrem spraw wewnętrznych, nie byłem członkiem Biura Politycznego. Gierek
wręczył mi złożoną kartkę z odręcznie wpisanymi nazwiskami i prosił, aby u mnie przepisano na
maszynie, bo „jeszcze kogoś pominę lub pomylę” - dodał. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Powiedział mi o
liście KC KPZR do KC PZPR. Jeszcze raz powtórzył, że bez pisemnej rezygnacji Gomułki nie zgodzi się na
objęcie stanowiska I sekretarza.
Po wyjściu od Gierka wstąpiłem na chwilę do Stefana Olszowskiego, Babiucha i Kani. Stefan Olszowski
pisał przemówienie dla Gierka. Po godzinie 12:00 byłem w swoim gabinecie. Kartkę, którą dał mi Gierek,
przepisała moja sekretarka - Honorata Ewa Stysiak.
Zaraz po przepisaniu rękopis i maszynopis zaniosłem Gierkowi. Za chwilę miało odbyd się posiedzenie
Biura Politycznego. Czekano na powrót Cyrankiewicza i Kliszki z kliniki, gdzie udali się, aby od Gomułki
otrzymad rezygnację z funkcji. Zjawili się przed godziną 13:00 i przynieśli oczekiwany dokument.
Rezygnacja była krótka i formalna. Podobno Gomułka ostrzegał, że jeśli Cyrankiewicz jeszcze raz przyjdzie
do niego, to go wyrzuci. Tak rozerwała się przyjaźo. Była to ich ostatnia rozmowa.
20 grudnia o godzinie 17:00 rozpoczęło się w gmachu KC VII plenarne posiedzenie Komitetu Centralnego
(dotąd takie posiedzenia organizowano w URM). Przewodniczył Józef Cyrankiewicz. Najpierw odczytał
rezygnację Władysława Gomułki. Następnie w imieniu Biura Politycznego zaproponował Edwarda Gierka
na stanowisko I sekretarza. Innych kandydatur nie zgłoszono. Głosowanie było jawne. Przeciw było kilku
członków KC i wstrzymało się też kilku, wśród nich Gierek. Po ogłoszeniu wyników Gierek podziękował i
wygłosił okolicznościowe przemówienie. Potem zaproponował wyprowadzenie z Biura Politycznego
Zenona Kliszki, Bolesława Jaszczuka, Ryszarda Strzeleckiego i Mariana Spychalskiego. Za tym wnioskiem
głosowała większośd członków KC. Później zaproponował wprowadzenie do Biura Politycznego nowych
członków i zastępców. Na jego propozycję do Biura Politycznego na członków weszli: Edward Babiuch,
Mieczysław Moczar, Jan Szydlak, Piotr Jaroszewicz, Stefan Olszowski. Na zastępców: Wojciech Jaruzelski,
Kazimierz Barcikowski i Józef Kępa.
Stefan Olszowski zaproponował, aby zaraz po zakooczeniu posiedzenia KC Edward Gierek przemówił w
telewizji i radiu. Wprost z KC obaj udali się do telewizji. Przemówienie, które było transmitowane „na
żywo”, wypadło bardzo dobrze. Podziałało uspokajająco. Gierek był zadowolony, później oglądał się
jeszcze kilka razy. Stefan Olszowski powiedział, że Gierek jest „telewizyjny”. Słucha rad, dobrze się
prezentuje i dobrze czyta.
Wprost z telewizji Gierek przyjechał do Sejmu, gdzie - jako poseł - miał stały pokój. Pozostaliśmy sami w
pokoju. Oficer ochrony przygotował zimną kolację. Nie mogliśmy jeśd, czy to z podniecenia, czy też ze
zmęczenia. Nowy sekretarz był bardzo zmęczony, ale nie śpiący. Rozmawialiśmy długo, przeskakując z
tematu na temat. Omijaliśmy raczej trudne i węzłowe problemy. Nietrudno było zauważyd zmiany w
zachowaniu Gierka. Zmienił się, poczuł się pewnie, nawet głos miał jakby inny. Władza zmienia ludzi.
Nadal było jak dawniej - koleżeoskośd, otwartośd, szczerośd, mimo to pojawił się jakiś dystans, cieo. Po
powrocie do mieszkania zanotowałem: „Biorę udział w niezwykle ważnym wydarzeniu. Edward Gierek
zmienił się w ciągu kilku godzin. Sądzę, że jest zadowolony, ma satysfakcję, ale chyba nie czuje jeszcze
ogromu odpowiedzialności. Pierwszy raz zauważyłem, że pojawił się między nami dystans”.
W mieszkaniu byłem po północy. Natłok myśli nie pozwalał zasnąd. Myślałem o trwałości i kruchości
władzy. O mechanizmach zmian. Miałem satysfakcję, że moje przewidywania sprawdziły się.
Na drugi dzieo rano z gabinetu zadzwoniłem do Gierka, aby zapytad, jak się czuje. Zaprosił do siebie.
Siedział w gabinecie Gomułki. Rozmawialiśmy o przebiegu wczorajszego posiedzenia KC. Zapamiętał, kto
głosował przeciw niemu, lecz nie wykazywał złości. Gdy rozmowa zeszła na tematy radzieckie,
zaproponowałem, aby sam zadzwonił na Kreml do Breżniewa i poinformował o zmianach. Pierwszy raz
wziął do ręki słuchawkę telefonu, z którego można było rozmawiad z Kremlem. Połączono natychmiast.
Zgłosił się dyżurny Kremla i zapytał, z kim towarzysz Gomułka chce rozmawiad. Gierek zaprzeczył i jeszcze
raz podał swoje nazwisko. Dyżurny zamiast z Breżniewem połączył z Susłowem. Gierek powiedział o
zmianach. Susłow obiecał, że poinformuje Leonida Iljicza, podziękował i pogratulował. Po kilkudziesięciu
minutach zadzwonił Breżniew, pogratulował Gierkowi i całemu kierownictwu. Wyraził przekonanie, że
wkrótce spotkają się i porozmawiają. 22 grudnia zaczęły napływad telegramy z gratulacjami. „Trybuna
Ludu” opublikowała zdjęcie członków władz partyjnych. Ukazał się też komunikat o stanie zdrowia
Władysława Gomułki. Radziecka „Prawda” opublikowała informacje o zmianach w Polsce. Nie
wspomniano o liście KC KPZR do kierownictwa PZPR. 23 grudnia zebrał się Sejm. Gierek zaproponował
Józefa Cyrankiewicza na przewodniczącego Rady Paostwa, a Piotra Jaroszewicza na prezesa Rady
Ministrów. Przeciw było siedmiu posłów, wstrzymało się jedenastu.
Od 23 grudnia Gierek zamieszkał w willi URM przy ulicy Parkowej. Przez najbliższych parę tygodni
codziennie byłem u niego. Rzadziej w jego miejscu pracy, częściej w mieszkaniu. Gdy wybuchł gdzieś
strajk lub inny konflikt, starałem się spotkad z nim rano.
Przychodziłem na śniadanie Jego samopoczucie zależało od tego, kto i jak go informował. Wolałem byd
pierwszy. Niezależnie od sytuacji, jeśli tylko nic innego nie wypadło, po południu przychodziłem na
Parkową. Po kolacji rozmawialiśmy i oglądaliśmy filmy, takie, jakie lubił gospodarz. 27 grudnia, w czasie
posiedzenia Biura politycznego z udziałem ministra spraw wewnętrznych, generalnego prokuratora i
ministra sprawiedliwości, zalecono zwolnid wszystkich zatrzymanych na Wybrzeżu w okresie 14-19 XII, z
wyjątkiem przestępców kryminalnych.
28 grudnia Edward Gierek zrzekł się stanowiska I sekretarza KW PZPR w Katowicach. Na swoje miejsce
zaproponował Zdzisława Grudnia i wybrano go jednogłośnie. 30 grudnia Gierek nagrał swoje noworoczne
przemówienie.
Pierwszy raz od wielu lat w gmachu Komitetu Centralnego nie organizowano tradycyjnej zabawy
sylwestrowej. Już nigdy później takich zabaw nie organizowano. Edward Gierek uważał, że w budynkach
partyjnych nie należy organizowad zabaw, bankietów i przyjęd. Zabronił także wieszania jego portretów.
W latach siedemdziesiątych jedynie w dwóch gabinetach I sekretarzy KW zauważyłem wiszące duże
fotografie Gierka i u jednego - członka Biura Politycznego - jego popiersie.
W sylwestra i Nowy Rok, wraz z rodzinami, byliśmy w Brynicy koło Katowic. Lubiliśmy to miejsce. Była już
cała rodzina Edwardą Gierka: żona, dwóch synów – Adam i Jerzy z żonami, które były siostrami. Był
Zdzisław Grudzieo, już jako I sekretarz KW w Katowicach, z żoną i teściową. W czasie świąt dużo
spacerowaliśmy, Gierek lubił chodzid, zresztą lekarze zalecali mu spacery. Omówiłem z nim z
pozytywnym skutkiem jedną tylko dobrą sprawę.
Edward Babiuch, Stanisław Kania, Wojciech Jaruzelski i ja poczuwaliśmy się do odpowiedzialności za
zmiany, za najbliższą przyszłośd i po części również za Gierka...Dlatego dośd często spotykaliśmy się i
omawialiśmy różne sprawy i problemy. W czasie jednej z takich rozmów doszliśmy do przekonania, że
należy wyznaczyd zastępcę i następcę Edwarda Gierka. Naszym zdaniem, powinien nim byd Józef
Tejchma. Do tej koncepcji i kandydatury zobowiązałem się przekonad Gierka w czasie świąt i Nowego
Roku. Nie sprawiło to trudności. Później poinformowano o tym Tejchmę i zawiadomiono aparat KC PZPR i
ambasadorów innych krajów. Jeśli Edward Gierek załamałby się lub zrzekł stanowiska, następca był
gotowy. Płynna sukcesja zapewniona.
Od pierwszych dni 1971 roku Józef Tejchma zastępował Edwarda Gierka. Przewodniczył posiedzeniom
Biura Politycznego i Sekretariatu. Tak było kilka miesięcy.
Szczegółowo opisałem te kilka dni, między innymi z tej przyczyny, że krążyły o nich różne plotki. Sam
Gierek w zależności od sytuacji różnie przedstawiał ich przebieg. W cytowanych już wspomnieniach
mówi, że I sekretarzem został na osobiste życzenie Gomułki i że nie był faworytem radzieckiego
kierownictwa. Jako uczestnik przemian i świadek wydarzeo wyjaśniam: Edward Gierek został I
sekretarzem KC PZPR dzięki grupie członków KC, w której główną rolę odegrali: Edward Babiuch,
Stanisław Kania, Wojciech Jaruzelski, Józef Tejchma, Stefan Olszowski i ja. W przełomowych momentach
rozstrzygał głos ministra obrony narodowej. Do grupy tej nie był włączony sekretarz KC i zastępca członka
Biura Politycznego - Jan Szydlak. Nie ufano mu. Gdy Stefan Olszowski pisał przemówienie dla Gierka jako
nowego I sekretarza, Jan Szydlak nadal wykonywał polecenie Władysława Gomułki i pracował nad
projektem odezwy - ostrzeżenia do społeczeostwa Wybrzeża, - że protest stoczniowców jest aktem
antypaostwowym.
Czy Edward Gierek był faworytem kierownictwa ZSRR? Ależ był - i to nie byle kogo, lecz samego Leonida
Breżniewa. Od kilku lat Gierek usilnie zabiegał o jego zaufanie. Co roku spędzał urlop na Krymie. Za
każdym razem pragnął spotkad się z Breżniewem ewentualnie innymi członkami kierownictwa. Katowice
starały się przodowad w umacnianiu przyjaźni polsko-radzieckiej.
Jestem przekonany, że radzieckie kierownictwo upatrzyło sobie Gierka na miejsce Gomułki. Nie ulega
wątpliwości, że list KC KPZR do KC PZPR miał istotny wpływ na przeprowadzenie zmian. Wyraźnie
ostrzegali, że konflikt między klasą robotniczą a kierownictwem partii i paostwa powinien byd rozwiązany
metodami politycznymi. Zadawałem sobie pytania, dlaczego władze radzieckie taki akcent kładły na
polityczne rozwiązanie? Czyżby ktoś z naszych zwracał się o zbrojną pomoc? Gdy ambasador ZSRR zgłosił
się z tym listem, Gomułka wymawiając się zmęczeniem skierował ambasadora do J. Cyrankiewicza.
Czyżby już znał jego treśd? Pytao było wiele.
Władze radzieckie zawsze starały się mied wpływ na przebieg zmian politycznych i personalnych w
krajach socjalistycznych. W Polsce tylko raz, w 1956 roku, dokonały się zmiany bez ich aprobaty.
W koocu 1970 roku i w pierwszych tygodniach 1971 roku dowiedziałem się, że w czasie grudniowego
dramatu minister obrony narodowej, Wojciech Jaruzelski, kilkakrotnie rozmawiał z ministrem obrony
ZSRR, marszałkiem Andriejem Greczko. W wąskim gronie szeptano, że Greczko namawiał Jaruzelskiego
do poparcia zmian w kierownictwie partii.
W jednym z wywiadów dla prasy Józef Tejchma twierdził, że marszałek Greczko rozmawiał z dowódcami
naszego wojska. Informował, że w czasie grudniowego dramatu w 1970 roku Biuro Polityczne KC KPZR
kilkakrotnie zajmowało się sytuacją w Polsce. Obawiali się, że dojdzie do zaburzeo w całym kraju. Gdyby
do tego doszło, oświadczył im, że radziecka armia nie będzie interweniowad. Jedynym rozwiązaniem
konfliktu - zdaniem Greczki - jest zmiana najwyższego kierownictwa politycznego.
19 grudnia z Moskwy do Katowic specjalnym samolotem wyleciał pomocnik Breżniewa. Z powodu złej
pogody na lotnisku w Mierzęcicach nie można było lądowad. Poleciał do Ostrawy. Stamtąd udał się
samochodem do Katowic. Gierek nie ujawnił mi, o czym rozmawiali. W wielkiej polityce są sprawy, o
których nie mówi się nawet w rodzinie. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że przywiózł poparcie
Breżniewa. Równocześnie chciał zorientowad się w sytuacji.

Strajki i mój awans


Leonid Breżniew przypomniał sobie o rozmowie z Gierkiem i zaprosił go do Moskwy. Gierek zabrał ze
sobą premiera, Piotra Jaroszewicza. 6 stycznia 1971 roku około trzech godzin rozmawiali na Kremlu z
generalnym sekretarzem KC KPZR, Breżniewem, i premierem ZSRR, Aleksiejem Kosyginem. Przedstawili
zarys pogrudniowej polityki społeczno-gospodarczej. Udało im się przyjaźnie usposobid radzieckie
kierownictwo do zmian, zamierzeo i do siebie. Breżniew zapytał o zdrowie Gomułki i pozytywnie o nim
się wyrażał. Jedynie Kosygin uznał, że Gomułka zrobił wielki błąd, że przed świętami Bożego Narodzenia
ważył się podnieśd ceny na artykuły żywnościowe. Jego zdaniem. Polska jest krajem katolickim i władza
powinna się z tym liczyd. Po powrocie z Moskwy Gierek i Jaroszewicz poczuli się pewniej. W styczniu i
lutym obaj byli jeszcze w Pradze, Berlinie i Budapeszcie.
Od chwili objęcia urzędu premiera Piotr Jaroszewicz wyróżniał się odwagą podejmowania decyzji,
pracowitością i rzetelnością. Sądzę, że wówczas nie było lepszego kandydata na premiera. Różnił się
zasadniczo od Cyrankiewicza. Dzięki niemu Rada Ministrów znowu stała się ośrodkiem kierowania
gospodarką i administracją. Jako doświadczony polityk wiedział, że głównym warunkiem społecznej
aprobaty nowej ekipy jest podjęcie takich przedsięwzięd, które zostaną pozytywnie przyjęte przez
społeczeostwo. Z jego inicjatywy Rada Ministrów podjęła uchwałę o zamrożeniu cen na najbliższe dwa
lata. Podejmowano i inne decyzje, dobrze przyjęte przez społeczeostwo.
W pierwszych dniach 1971 roku dotychczasowy minister spraw wewnętrznych złożył rezygnację z prośbą
o skierowanie do innej pracy. 9 stycznia prezes Rady Ministrów, Piotr Jaroszewicz, zwrócił się do Sejmu o
odwołanie Kazimierza Świtały i powołanie mnie na stanowisko ministra spraw wewnętrznych. Sejm miał
się zebrad w lutym. Zmiany władz centralnych spowodowały uspokojenie nastrojów i oczekiwanie na
pierwsze kroki nowych władz.
W pierwszej połowie stycznia sporo kłopotu narobił artykuł Barbary Seidler w „Życiu Literackim”. Autorka
domagała się pełnego wyjaśnienia okoliczności i odpowiedzialności za dramat grudniowy 1970 roku.
Niektórzy członkowie nowej ekipy kierowniczej poczuli się urażeni i zagrożeni. Na ten artykuł najbardziej
obraziło się Ministerstwo Obrony Narodowej. Proponowano nawet usunięcie redaktora naczelnego
„Życia Literackiego”, Władysława Machejka. W tym miejscu wtrącę, że w latach siedemdziesiątych
najbardziej nie lubianym przez ekipę rządzącą tygodnikiem było „Życie Literackie” oraz jego redaktor
naczelny - Władysław Machejek.
W drugiej połowie stycznia zaczęły napływad sygnały i informacje o pogarszających się nastrojach w
zakładach pracy. Sygnalizowano możliwośd wybuchu strajków i demonstracji. W czwartek, 21 stycznia,
zastrajkowała Stocznia „Parnica” w Szczecinie. Na drugi dzieo stanęła Stocznia im. Warskiego. Pretekstem
do strajku była głupota wojewódzkich władz partyjnych, które chcąc się przypodobad nowej ekipie w
Warszawie, w imieniu załogi ogłosiły zobowiązanie o podjęciu przez nią czynu produkcyjnego, co nie było
prawdą. Bywają sytuacje, że głupcy są groźniejsi od wrogów. Stoczniowcy poczuli się manipulowani.
Zebrali się na protestacyjnym wiecu, ogłosili strajk i wybrali komitet strajkowy. Na przewodniczącego
komitetu wybrano Edmunda Bałukę. Komitet sporządził listę postulatów. Były wśród nich postulaty o
charakterze politycznym. Od pierwszej chwili strajk w Stoczni im. Warskiego był dobrze zorganizowany.
Świadczył, że zdolnośd ludzi pracy do samoorganizacji weszła w wyższą fazę i przybrała nową jakośd.
Władze miejscowe zareagowały podobnie jak miesiąc temu. Stocznia została otoczona kordonem milicji.
Rozpętano propagandę antystrajkową. W sobotę, 23 stycznia, oprócz stoczni strajkowało kilka zakładów
w Szczecinie. Z polecenia Gierka do Szczecina udał się sekretarz KC PZPR - Kazimierz Barcikowski.
Jaroszewicz wysłał wicepremiera Franciszka Kaima. Dla koordynacji siłami MSW do Szczecina udał się
gen. Henryk Słabczyk.
Gierek, Jaroszewicz, Jaruzelski, Babiuch i inni członkowie władz nie byli zadowoleni z działania MSW. Dało
się zauważyd brak koordynacji, istnienie kilku ośrodków decyzyjnych. Niepokoiła ich tendencja do
siłowego rozwiązywania konfliktów. W tej sytuacji Piotr Jaroszewicz 23 stycznia zwolnił Kazimierza
Świtałę ze stanowiska ministra i do czasu zebrania się Sejmu mnie upoważnił do kierowania resortem
spraw wewnętrznych.
Już jako kierownik resortu zadzwoniłem do komendanta wojewódzkiego milicji w Szczecinie. Zameldował
o sytuacji, mówił o ogłoszeniu w Stoczni im. Warskiego strajku okupacyjnego i wystosowaniu apelu o
strajk generalny. Kilka zakładów dostosowało się do tego apelu. Zapytałem o zamiary miejscowych władz
i przedsięwzięcia sił MSW. Odpowiedział, że chcą złamad strajk, wzmocnid blokadę, odciąd dopływ
energii. Jeśli to nie da skutku, zamierzają z helikoptera obrzucid stocznię gazem łzawiącym. Nie pytałem,
czy ktoś w Warszawie to aprobował. Ostrzegłem, że bez mojej zgody nie wolno tego robid. Zaleciłem
unikanie spięd. Dyżurny stanowiska dowodzenia MSW złożył mi relację z sytuacji w innych
województwach. Kilka z nich sygnalizowało o solidaryzowaniu się ich zakładów ze Stocznią im.
Warskiego.
Parę minut po godzinie 9:00 byłem w mieszkaniu Gierka. Okazało się, że już go ktoś poinformował o
groźnej sytuacji w Szczecinie. Trochę go uspokoiłem. Zadzwonił do Szczecina. Rozmawiał z I sekretarzem
Komitetu Wojewódzkiego. Sekretarz uspokajał. Zapewnił, że ludzie pracy popierają nowe kierownictwo
partii t paostwa, jedynie mała grupa wichrzycieli jest niezadowolona. Zdaniem sekretarza, za jeden lub
dwa dni strajk załamie się i w Szczecinie zapanuje spokój.
Po chwili zadzwonił Leonid Breżniew. Ponieważ był trochę głuchy, mówił głośno, więc prawie wszystko
słyszałem. Z jego słów wynikało, że jest dobrze zorientowany w sytuacji w Szczecinie. Uspokajał i
przestrzegał przed zastosowaniem siły. Po tej rozmowie Gierek poczuł się pewniej. Rozmawialiśmy
jeszcze chwilę i ustaliliśmy, że najlepiej będzie, gdy udamy się do Szczecina. Na miejscu zastanowimy się,
co robid. Po chwili dodał, że polecimy we trójkę. Zadzwonił do premiera Jaroszewicza, powiedział o
zamiarze udania się do Szczecina. Premier zgodził się bez wahania. Z mieszkania Gierka zadzwoniłem do
ministra obrony, Wojciecha Jaruzelskiego, i sekretarza KC, Edwarda Babiucha. Jaruzelski nie tylko
pochwalił zamiar, lecz sam wyraził chęd udania się z nami. Odradzałem mu, był uparty i nie dał się
przekonad. Edward Babiuch uważał, że lepiej zaprosid przedstawicieli Szczecina i Gdaoska do Warszawy i
tu z nimi porozmawiad.
Około godz. 11:00 byłem w gmachu KC. W gabinecie Józefa Tejchmy spotkali się: Babiuch, Kania,
Olszowski, Szydlak i ja. Po chwili doszedł Moczar. Opowiedziałem o rozmowie Gierka z Breżniewem i
decyzji udania się do Szczecina. Zaczęto deliberowad i zgłaszad różne pomysły. Niektórzy popierali
propozycję zaproszenia przedstawicieli Wybrzeża do Warszawy. Ktoś zaproponował, aby w Szczecinie
zorganizowad spotkanie aktywu partyjnego w teatrze. Przekonywano, że władze Szczecina nie są
zadowolone z zamiaru przylotu Gierka i Jaroszewicza. Ich zdaniem, rozmowy ze strajkującymi wzmocnią
ich upór i nadadzą wysoką rangę. O tych rozważaniach i propozycjach telefonicznie poinformowałem
Gierka. Był stanowczy. Na propozycję spotkania w teatrze odpowiedział: „Jeszcze by tego brakowało,
abym do strajkujących robotników przemawiał z teatru”. Poza naszą czwórką nikt z ówczesnych członków
Biura Politycznego nie zgłosił chęci wyjazdu do Szczecina. W Przerwanej dekadzie Gierek mówi, że
zaproponował Moczarowi wyjazd z nami, lecz ten odmówił. Sądzę, że Gierkowi nie dopisuje pamięd lub
celowo oczernia swego nieżyjącego przeciwnika. Wiem na pewno, że z Moczarem nie rozmawiał.
Strajk w Stoczni im. Warskiego ujawnił głębokie różnice w Biurze Politycznym. Dotyczyły one oceny
przyczyn i przebiegu dramatu grudniowego w 1970 roku, sposobu rozwiązania konfliktu w Szczecinie i w
ogóle konfliktów społecznych. Częśd członków Biura - z Gierkiem, Jaroszewiczem i Jaruzelskim - była
mocno przekonana, że dramat nie może się powtórzyd. Nawet nie dopuszczali myśli o użyciu broni. Kilku
członków najwyższego kierownictwa nie taiło swych ocen, że zmiana na stanowisku I sekretarza KC,
premiera i inne zmiany niewiele dały. Skłonny byłem sądzid, że byliby zadowoleni z siłowego rozwiązania
strajku. Taka decyzja w odniesieniu do Stoczni im. Warskiego dowodziłaby słuszności podejmowanych
decyzji w grudniu 1970 roku.
Ustaliłem z Gierkiem, że do Szczecina wylecimy o godzinie 14:00. Powiedziałem mu, że władze Szczecina i
będący tam Kazimierz Barcikowski odradzają przylot, Gierek warknął: „Nie będziemy ich pytad o zgodę, z
samolotu zawiadomimy, aby na lotnisku oczekiwały samochody”. Zawiadomiłem Jaruzelskiego, aby na
godz. 14:00 był na lotnisku. Wpadłem na Rakowiecką , poprosiłem Kazimierza Świtałę, aby w czasie
mojego pobytu w Szczecinie jeszcze przez kilka dni koordynował działalnością MSW. Tak więc we
czwórkę, w towarzystwie dyrektora Biura Ochrony Rządu, płk. Jana Góreckiego, i grupy jego oficerów,
wylecieliśmy do Szczecina. Mieliśmy jasny cel: za wszelką cenę, bez użycia siły przerwad strajk. Nie
mieliśmy jednak sprecyzowanego planu działania. Miał byd opracowany na miejscu. W samolocie zrodziła
się myśl o spotkaniu w stoczni że strajkującymi. Ustaliliśmy, że w celu przygotowania spotkania ze
strajkującymi prosto z lotniska udam cię do stoczni. Po wylądowaniu Gierek, Jaroszewicz i Jaruzelski
pojechali do Komitetu Wojewódzkiego, a ja do stoczni.
Po 30-40 minutach jazy samochodem znalazłem się przed główną bramą stoczni Przed bramą stała duża
grupa milicjantów, kilkudziesięciu cywilów i kilku oficerów Wojska Polskiego. Kilku starszych oficerów
milicji poznało mnie, byli wyraźnie zdziwieni, lecz o nic nie pytali. W bramie i za ogrodzeniem naprzeciw
milicji stała duża grupa młodych stoczniowców. Na głowach mieli kaski, w rękach pręty i kable. Przed
bramą dołączył do mnie Franciszek Kaim.
Podszedłem pod bramę, przedstawiłem się i powiedziałem: „Proszę zaprowadzid nie do komitetu
strajkowego”. Oni byli jeszcze bardziej zdziwieni niż oficerowie MO. Ktoś krzyknął: „Generał, otworzyd
bramę”. Bez komendy utworzyli szpaler. Stali, przyglądali mi się, w rękach trzymali pręty i kable. Szedłem
wolno, patrzyłem im w oczy i próbowałem się uśmiechad, co wyglądało sztucznie, bo nikt z nich się nie
uśmiechał. Byłem w cywilnym ubraniu. Nie lubiłem munduru, krępował mnie. Gdy byłem komendantem
milicji, ubierałem mundur jedynie w święto milicji, przy przyjmowaniu do raportu i do fotografii.
Generalskiego munduru w ogóle nie miałem. Raz tylko do fotografii pożyczył mi swoją bluzę Tadeusz
Pietrzak.
Doszedłem do budynku, w którym nieustannie obradował komitet strajkowy. W pokoju wyglądającym na
małą świetlicę siedziało 26 osób i nad czymś radziło. Była wśród młoda i ładna pracownica stoczni.
Pomyślałem sobie, że nie jest tak źle. Przedstawiłem się.
Franciszka Kaima już znali. Powiedziałem: „Do Szczecina przylecieli Edward Gierek, Piotr Jaroszewicz i
Wojciech Jaruzelski, aby zorientowad się na miejscu w sytuacji i rozmawiad z załogą. Moim zadaniem jest
ustalenie warunków spotkania”.
Na to zza stołu wstał średniego wzrostu i takiegoż wieku mężczyzna i zaproponował, abym wyszedł na
chwilę, to się naradzą. Zapytałem, kim jest. Przedstawił się jako Edmund Bałuka, przewodniczący
komitetu strajkowego. Odpowiedziałem mu: „Nie ma co się naradzad, nie wyjdę, zaraz ustalmy formę i
warunki spotkania.” Bałuka upierał się, ale kilku członków komitetu przychyliło się do mojej propozycji.
Na znak, że nie mam zamiaru wychodzid, usiadłem przy stole. Bałuka zgodził się i zaproponował
spotkanie tylko z komitetem strajkowym. Ja nie zgadzam się i proponuję spotkanie z całą załogą i z tymi,
którzy nie strajkują. Nie zgodzili się, argumentując, że na spotkanie z dużą częścią załogi nie ma
odpowiedniej sali. Bałuka proponuje spotkanie z komitetem strajkowym i delegacją wydziałów stoczni -
razem będzie 500-600 osób. Zgodziłem się. Zaczęliśmy omawiad szczegóły dotyczące miejsca,
przewodnictwa, prezydium, listy mówców i czasu wystąpieo. Wytworzyła się dobra, można nawet
powiedzied, przyjazna atmosfera. Oni mieli poczucie satysfakcji, może nawet zwycięstwa. Ustaliliśmy, że
na dobre przygotowanie spotkania potrzeba dwóch godzin. W obecności komitetu strajkowego
poprosiłem wicepremiera Kaima, aby pojechał do Komitetu Wojewódzkiego, poinformował o przebiegu
pertraktacji i za dwie godziny przywiózł Gierka, Jaroszewicza i Jaruzelskiego. Słysząc to Bałuka zapytał, czy
do czasu spotkania mam zamiar pozostad w stoczni. Odpowiedziałem, że tak. On na to: „W takim razie
damy wam kogoś do towarzystwa”. Udałem oburzenie i powiedziałem: „Nie jest jeszcze tak źle, aby
minister spraw wewnętrznych musiał byd obserwowany. Mogę się jedynie zgodzid, gdy towarzyszyd mi
będzie młoda dama siedząca za stołem”. Napięcie się rozładowało. Jeden z członków komitetu chciał się
upewnid, czy mam przy sobie tajną radiostację. Powiedziałem, że mam jedynie antenę. Mogę mu na
osobności pokazad. Dał mi spokój.
Nie upłynęło 30-40 minut, gdy w stoczni zjawili się Edward Gierek, Piotr Jaroszewicz, Wojciech Jaruzelski i
kilka innych osób. Pytam Edwarda Gierka, dlaczego nie wyczekał, a on podniecony: „Nie będę czekał, nikt
mi nie będzie rozkazywał i ustalał, kiedy i z kim mam się spotkad. Idziemy na halę”.
Próbowaliśmy rozmawiad z małymi grupami, raczej nas unikali i nie byli rozmowni, jakby się umówili i
czekali na ogólne spotkanie. Była to dla nas pierwsza lekcja pokory. Ustaleo trzeba przestrzegad.
Dokładnie po dwóch godzinach w hali zebrało się ponad 600 osób, w tym 30 członków komitetu, 300
przedstawicieli wydziałów, około 150 porządkowych. Nas było więcej niż 50. Zainstalowano głośniki w
każdej hali i nawet na zewnątrz stoczni. Kto chciał, mógł przysłuchiwad się przebiegowi spotkania. Za
stołem prezydialnym zasiedli: Gierek, Jaroszewicz, Jaruzelski i ja oraz przedstawiciele komitetu
strajkowego. Współprzewodniczyli Gierek i Bałuka. Spotkanie zagaił przewodniczący komitetu
strajkowego. Mówił o ciężkiej sytuacji stoczniowców, postulatach i o celu spotkania. Wtedy pierwszy raz
dowiedziałem się, że już w piątek zgłosili postulat spotkania z Gierkiem, że wczoraj wysłali do niego list z
propozycją rozmów, bo nie mają zaufania do władz szczecioskich. Ani postulat, ani list nie dotarły do
Gierka i ja też o nich nie wiedziałem. Okazało się, że rzeczywiście był taki list, lecz po drodze zaginął. Ktoś
był zainteresowany, aby nie dotarł do Gierka.
Po wystąpieniu Edmunda Bałuki kolejno zabierali głos przedstawiciele wszystkich wydziałów stoczni.
Mówili twardo i krytykowali kierownictwo partii i rządu, domagali się odejścia Józefa Cyrankiewicza.
Ostro krytykowali Antoniego Walaszka, byłego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego. Gierek, który
pomagał mu w awansowaniu, teraz musiał wysłuchad przykrych opinii. Dobrze zachowywali się i mądrze
przemawiali dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Stoczniowego, inż. Skrobot, i dyrektor stoczni, inż. Cynkier.
Obok twardych i rzeczowych wypowiedzi stoczniowców było kilka gorszych. Jedno było sloganowe i
nudne. W tej sytuacji nudziarz był naszym sojusznikiem. Ochłodził nastrój, a nam dał chwilę wytchnienia.
Sala zaczęła szemrad, tupad, a on mówił dalej. Gdy ktoś powiedział: „Zamknij się”, wstałem i głośno
powiedziałem: „Każdy ma prawo mówid. Musimy strzec demokracji”. Z sali ktoś krzyknął: „O, znalazł się
demokrata”.
Siedziałem w prezydium obok członka komitetu strajkowego, pana Wilanowskiego. Wymieniliśmy opinie
i uwagi. Mówił, że kiedyś był prokuratorem wojskowym, usunięto go z wojska i od kilku lat pracuje w
stoczni. Mądrze bronił interesów stoczniowców. Miałem jeszcze jeden dowód, że w sytuacjach
konfliktowych prawnicy obniżają temperaturę napięcia i są niezbędni.
Z zawodowego przyzwyczajenia obserwowałem salę i zebranych. Zauważyłem, że głównym
organizatorem strajku i taktycznym szefem sztabu był magister socjologii, członek PZPR, Lucjan
Adamczak. Sterował salą, ustalał kolejnośd wystąpieo i dowodził. Robił to mądrze, spokojnie i nie
afiszował się. Władze wojewódzkie jego najbardziej się obawiały. Okazał się nieprzekupny. Później
robiono wszystko, aby usunąd go ze Szczecina.
Po zabraniu głosu przez przedstawicieli wydziałów i kilku członków komitetu przemawiali: Edward Gierek,
Piotr Jaroszewicz, Wojciech Jaruzelski i ja. Spośród władz szczecioskich nie było chętnych.
Edward Gierek mówił dwukrotnie. Przesadnie krytykował Władysława Gomułkę i odsuniętą częśd
kierownictwa. Mimo iż był długoletnim członkiem kierownictwa partii, w jego przemówieniu nie było ani
słowa samokrytyki. On nie poczuwał się do odpowiedzialności za to, co się stało.
W pierwszej połowie 1971 roku Gierek często powtarzał, że I sekretarzem będzie jedynie kilka miesięcy,
najwyżej do zjazdu. Do stoczniowców mówił tak:
„My, chcę wam powiedzied o tym, będziemy dążyd do tego, żeby w tym roku zwoład nadzwyczajny zjazd
naszej partii, żeby wybrad nowe władze Komitetu Centralnego. Ja chciałbym to doprowadzid, rozumiecie,
do zjazdu. Jeśli Komitet Centralny uzna, że powinienem jeszcze przez jakiś czas stad na czele KC, to w
każdym bądź razie, towarzysze, i ze względu na stan zdrowia, jestem człowiekiem chorym, i ze względu
na inne jeszcze, powiedzmy, sprawy będę starał się, aby ten okres na pewno nie był za długi, zresztą
zaczekajmy, dożyjemy - zobaczymy. W każdym bądź razie możecie byd przekonani, że tym, który zrobi
ten początek, na pewno będę ja”. Za to Gierek otrzymał największe oklaski.
Po nim mówił premier Piotr Jaroszewicz. Wypadł lepiej niż Gierek. Również nie zgodził się na powrót do
starych cen. Również apelował o przerwanie strajku. Następnie zabrał głos generał Jaruzelski. Dobrze
mówił, bronił dobrej opinii wojska. Został dobrze przyjęty.
Przyszła kolej na mnie. Przeżywałem każde przemówienie, najbardziej obawiałem się przemawiania do
dużej grupy osób. Jąkałem się, powtarzałem i połykałem słowa, źle rozkładałem pauzy i akcenty. Jedyną
dla mnie pociechą było to, gdy ktoś mówił gorzej.
Po naszych wypowiedziach rozpoczęło się głosowanie za przerwaniem strajku lub jego kontynuacją.
Głosowano wydziałami, a potem członkowie komitetu strajkowego. Na samym koocu - Bałuka. Jedynie
kilku delegatów głosowało za kontynuacją strajku. Po północy z niedzieli, 24 stycznia, na poniedziałek
strajk w Stoczni im. Warskiego został zawieszony. Komitet strajkowy miał nadal funkcjonowad. Dyrektor
Cynkier zaapelował o stawienie się rano do pracy, kto nie zdąży do domu, może otrzymad śniadanie w
stoczni.
Wychodziliśmy ze stoczni zmęczeni, ale zadowoleni. Do bramy odprowadziła nas grupa delegatów. Rano
wszystkie zakłady Szczecina pracowały normalnie. Był to pierwszy wielki sukces Gierka, Jaroszewicza i
zwolenników nowego.
Około godziny drugiej po północy spotkaliśmy się z oczekującymi członkami Komitetu Wojewódzkiego
PZPR i sekretarzami podstawowych organizacji partyjnych większych zakładów pracy. Edward Gierek
poinformował o przebiegu spotkania w stoczni i wyniku. Nikt z sali o nic nie zapytał i nikt nie zabrał głosu.
Milczeliśmy chwilę. Sekretarz KW podziękował zebranym i spotkanie skooczyło się.
Może się mylę, ale nie odniosłem wrażenia, aby byli zachwyceni obrotem sprawy. Starałem się ich
zrozumied. Jeszcze do wczoraj strajkujący byli warchołami, niemal wrogami, a dzisiaj najwyższe władze
przyjeżdżają do nich, pertraktują, usprawiedliwiają się i proszą. Tego jeszcze nie było. Byliśmy więźniami
swojej wieloletniej propagandy. Przez lata głosiliśmy, że wszelki opór przeciw władzy jest wrogą
działalnością. Z wrogami się nie pertraktuje, wróg musi się poddad albo zginąd, w tej walce nie ma
kompromisów, a ustępstwa są wyrazem słabości i oportunizmu. Teraz zbieramy tego owoce. Czasy się
zmieniają i my musimy się zmienid. Jeśli wyciągniemy prawidłowe wnioski z tego, co się tej nocy stało,
będzie miało to wielkie znaczenie.
W1985 roku w Londynie ukazała się książka Grudzieo 1970. Jest to zbiór dokumentów i oświadczeo
dotyczących dramatu na Wybrzeżu. Znajduje się tam również oświadczenie Edmunda Bałuki. Tak
przedstawia on rozmowę ze mną:
Tak się właśnie rozpoczął ten drugi strajk. Po trzech dniach, 24 stycznia, w niedzielę, przyjeżdża Gierek.
Zaskoczenie, trzeba zaznaczyd, że cały ten spektakl tak by nie wyglądał, gdyby nas Szlachcic w ostatniej
chwili nie wykołował. On jako pierwszy mediator wszedł do stoczni. On był oficerem MSW, w tym dniu
został mianowany ministrem spraw wewnętrznych. Mówi, że tow. Gierek jest w Szczecinie i chce przyjśd
do stoczni. A my jeszcze ani postulatów gotowych, ani z „piątkami” żadnej konsultacji nie mieliśmy, nic
konkretnego. Mówimy więc: Dobrze, ale towarzysz Gierek będzie musiał poczekad jakiś czas. Ile wam to
zajmie? Na to my: No, jakieś półtorej godziny. Zanim wybierzemy „piątki”, zanim pójdą na wydziały,
zanim skonsultują się... Szlachcic mówi: Nie! Jak to, żeby towarzysz Gierek półtorej godziny czekał za
bramą? My mówimy: No cóż, trudno, my nie jesteśmy jeszcze gotowi. Napisaliśmy list, czekaliśmy trzy
dni, to można poczekad jeszcze półtorej godziny. Oczywiście on mówi: Ja się nie boję. Towarzysz Gierek
też się nie boi. Chcemy rozmawiad z ludźmi, z załogą. Naturalnie nie w ten sposób. Ja już w tej chwili
mogę iśd do stoczni. Ciskał się, chciał to zademonstrowad. To ja mówię do komendanta ochrony: Proszę
dad 100 ludzi, żeby go obstawili. On mówi: Ja nie pójdę, jestem ministrem spraw bezpieczeostwa itd.
Usiadł na dupie i sprawa załatwiona. Dalej te przetargi. Wreszcie Szlachcicowi zachciało się siusiu i
poprosił, aby go zaprowadzid do ubikacji. Ulfik, mój zastępca, nieżyjący zresztą, poszedł do ubikacji. Ulfik
coś tam wspominał, że on wcale wtedy nie siusiał. Bardzo niekulturalny minister. On wtedy
prawdopodobnie nadawał krótkofalówką sygnał dla Gierka, żeby przekroczył bramę8.
W czasie spotkania w Stoczni im. Warskiego Edward Gierek przesłał mi kartkę, na której było napisane:
„Piotr i ja proponujemy podobne spotkanie w Gdaosku”. Odpowiedziałem mu, że pomysł bardzo dobry.
W czasie przerwy prosiłem o przekazanie tego życzenia Edwardowi Babiuchowi. Po godzinie otrzymałem
odpowiedź. Babiuch proponował, zamiast spotkania w Gdaosku, zaproszenie delegatów do Warszawy.
Gierek uparł się, że spotkanie musi odbyd się w Gdaosku. Gdaosk nie może byd gorzej potraktowany niż
Szczecin. Ponieważ w tym czasie w Gdaosku stocznie ani inne zakłady nie strajkowały, postanowiono
spotkad się z przedstawicielami załóg i partyjnymi aktywistami.
Po krótkim odpoczynku polecieliśmy do Gdaoska. Gen. Wojciech Jaruzelski odłączył i pojechał do
dowództwa marynarki. Natomiast dołączył Edward Babiuch. Spotkaliśmy się w sali WRN. Przewodniczył I
sekretarz KW - Alojzy Karkoszka. Po nim mówili uczestnicy, głównie robotnicy, spotkanie było burzliwe,
krytyka jeszcze ostrzejsza, nawet brutalna. W czasie pierwszej przerwy podeszło do mnie dwóch
pracowników Stoczni im. Lenina. Przypomnieli o rozmowie 16 grudnia 1970 roku przed bramą stoczni i
zwolnieniu zatrzymanych stoczniowców. Trochę mnie rozczulili.
Po przerwie wypowiedzi były jeszcze ostrzejsze. Domagano się pociągnięcia do odpowiedzialności tych,
którzy doprowadzili do rozlewu krwi. W prezydium spotkania byłem jedynym przedstawicielem sił
porządkowych i w czasie wydarzeo byłem w Gdaosku. Wydawało mi się, że te ostre pretensje były
adresowane do mnie. Przychodziły mi różne myśli i wspomnienia, w pewnym momencie przypomniał mi
się mój udział w strajkach przed 1939 rokiem: starcie z policją paostwową w Jaworznie i w Chrzanowie.
Miałem wówczas 16 lat i razem z bezrobotnymi demonstrowałem i ścierałem się z oddziałem policji. Po
35 latach jestem oskarżony o tłumienie protestu robotników.
Nie czułem się dobrze, byłem niewyspany, zmęczony i rozgoryczony, ale wiedziałem, że muszę zabrad
głos.
Po drugiej przerwie, bez uprzedzenia, zapowiedziano moje wystąpienie. Podchodząc do mikrofonu nie
miałem uporządkowanych myśli. Wiedziałem jedynie, że muszę mówid zwięźle i krótko. Myśl o tym, jak
wypadnę, jeszcze bardziej napinała moje nerwy. Przedstawiłem dokładne dane o liczbie zatrzymanych,

8
Grudzień 1970, str. 504-505, Wyd. „Spotkania”, Londyn 1985.
aresztowanych i zwolnionych w czasie grudniowych zaburzeo. Mówiłem o trudnej i odpowiedzialnej
pracy funkcjonariuszy milicji. Podniosłem głos, aby podkreślid, że użycia broni w dniach grudniowych
można było uniknąd. Już nigdy tragedia grudniowa nie może się powtórzyd. W tym momencie nerwy mi
nie dopisały. Pojawiły się łzy i załkałem. Trwało to tylko chwilę. Zaraz się opanowałem i powiedziałem:
„Przepraszam, kto jak kto, ale minister spraw wewnętrznych nie powinien się rozklejad. Wybaczcie,
dopiero drugi dzieo jestem szefem resortu”. Większośd obecnych na sali życzliwie, może nawet ze
współczuciem, przyjęła moją wypowiedź i łzy. Z natury jestem człowiekiem łatwych łez. Niektórzy moi
„przyjaciele” ośmieszali mnie z tego powodu. Zawsze bałem się zimnych ludzi, niezdolnych do
serdecznego śmiechu i łez. Zawsze raziły mnie cynizm, egoizm i radośd z cudzego nieszczęścia.
Po mnie zabrał głos Piotr Jaroszewicz. Przedstawił stan gospodarki i zamierzenia rządu. Nie zgodził się na
unieważnienie uchwały Rady Ministrów z 12 grudnia 1970 roku w sprawie podwyżki cen. Przemówienie
premiera było dobrze przyjęte. Na zakooczenie spotkania zabrał głos Edward Gierek. To przemówienie
było lepsze niż w Szczecinie. Czuł się pewniej i głos miał jakby bardziej stanowczy. W pewnym momencie
wzniósł ręce do góry i głośno powiedział: „Potrzeba nam spokoju, zaufania i pomocy, czy nam
pomożecie?” Sala odrzekła: „Pomożemy”. Owo „pomożecie” było momentem przełomowym. Spotkanie
zakooczyło się nieomal entuzjastycznie. W całej dekadzie lat siedemdziesiątych był to największy,
osobisty sukces Edwarda Gierka jako I sekretarza Komitetu Centralnego. Jego przemówienie w Gdaosku
przypominało ważne przemówienie prezydenta Francji, gen. de Gaulle'a. Gierek wiele lat spędził we
Francji, zawsze ją dobrze wspominał. Wzorem, którego sposób bycia pragnął naśladowad, był gen. de
Gaulle. Po upływie lat uczestnicy tego spotkania, pani Walentynowicz, pan Wałęsa i inni, zapamiętali
jedynie „pomożecie” Gierka i mój szloch.
Spotkania ze strajkującymi w Szczecinie i Gdaosku stały się wielkim wydarzeniem i znakiem nowego. Po
raz pierwszy I sekretarz partii, premier, ministrowie obrony narodowej i spraw wewnętrznych spotkali się
ze strajkującymi. Tłumaczyli, przepraszali i prosili. Tego jeszcze nie było. Niestety, było to także ostatnie
takie spotkanie.
Gdy w 1980 roku Gierek został usunięty ze stanowiska I sekretarza KC, odwiedziłem go. Rozmawialiśmy o
wielu sprawach, w pewnej chwili zapytałem, dlaczego w 1980 roku nie rozmawiał w Lublinie ze
strajkującymi kolejarzami, a później w Gdaosku i Szczecinie ze strajkującymi stoczniowcami? Oznajmił:
„Miałem taki zamiar, lecz Stanisław Kania i inni członkowie władz partyjnych odradzili mi. Żałuję, że ich
posłuchałem”. Sądzę, że gdyby wówczas odważył się rozmawiad ze strajkującymi i uznał ich krytykę i
postulaty, przeprosił i obiecał poprawę, nie spotkałby go tak marny koniec. W latach osiemdziesiątych I
sekretarz, premier, ministrowie obrony i spraw wewnętrznych także nie rozmawiali ze strajkującymi.
W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych kilka razy wspominano o tym wydarzeniu. Nie mówiono
jednak, że ja pierwszy udałem się do stoczni. Później ze wzmianek o tym spotkaniu wykreślono moje
nazwisko. Wycięto mnie także z dokumentalnego filmu. Natomiast w Wielkiej Brytanii nakręcono film.
Mnie gra dośd dobry aktor, przemawia lepiej niż ja to zrobiłem. Za granicą i w tak zwanym drugim obiegu
ukazało się kilka książek, wśród nich pełny stenogram spotkania. Natomiast oficjalnie w kraju niewiele
tego było.
W 1989 roku za granicą i w kraju ukazały się wspomnienia przewodniczącego „Solidarności”, Lecha
Wałęsy. Autor obszernie opisuje dramat grudniowy. Przytacza raczej pozytywne fakty dotyczące mojej
obecności w Gdaosku. Okazuje się, że był na sali w czasie spotkania. Nie przemawiał, więc go nie
zauważyłem. Odnośnie mojej wypowiedzi tak pisze. Zebranie zaczęło się od przemówienia ministra spraw
wewnętrznych. Zaczął chlipad jak dziecko. Płakał chyba autentycznie. Mówił, że za jego kierowania tym
resortem Polak do Polaka nie będzie strzelał. Tłumaczył, że w Grudniu nie miał nic do gadania9.
Minęło dwadzieścia lat od spotkao naszej czwórki w Szczecinie i Gdaosku. W tym czasie dokonały się
zasadnicze zmiany. Jesteśmy bogatsi o ważne doświadczenia. W 1980 r. Stocznia im. Lenina i Gdaosk

9
Droga nadziei. Tom I. Wyd. Rytm, 1989 r., str. 81-82.
stały się symbolem przemian. Gdyby pogrudniowa ekipa kierująca paostwem była bardziej przewidująca i
rzeczywiście chciała działad po nowemu, już od 1971 roku mogły rozwijad się nowe związki zawodowe.
Ośrodkiem inicjatywy i symbolem nowego stałyby się Szczecin i Stocznia im. Warskiego. Wśród członków
komitetu strajkowego Stoczni im. Warskiego znajdowali się zdolni kandydaci na autentycznych
przywódców - Bałuka, Adamczak, Wilanowski, Jurczyk i inni.
W czasie spotkania w Stoczni im. Warskiego zaprosiłem Bałukę do Warszawy w celu kontynuowania
rozmów. Prosiłem o informowanie mnie o sprawach, których w Szczecinie nie można załatwid. Była także
przewidywana rozmowa Bałuki i jego towarzyszy z Edwardem Gierkiem i Edwardem Babiuchem.
W drugiej połowie lutego przewodniczący stoczniowego komitetu strajkowego, Edmund Bałuka, złożył mi
wizytę. Przyjechali do Warszawy we dwóch, z innym członkiem komitetu, lecz ten drugi bał się wejśd do
gmachu MSW. Po śniadaniu Bałuka przedstawił kilka spraw do załatwienia, użalał się na stosunek władz
miejscowych. Nawet w pociągu ze Szczecina do Warszawy mieli swego „anioła stróża”. Na prośbę władz
Szczecina do rozmowy z Gierkiem i Babiuchem nie doszło. Po VIII Plenum KC PZPR i po zakooczeniu
strajku w Łodzi nowa ekipa czuła się pewniej i mogła już lekceważyd komitet strajkowy. Nie wiem,
dlaczego w swoich relacjach z lat 1970-71 Bałuka przemilcza fakt tej rozmowy.
Bez mojej wiedzy Służba Bezpieczeostwa w Szczecinie aktywnie zajęła się rozpracowaniem i nękaniem
członków stoczniowego komitetu strajkowego. Gromadzono dane o ich przeszłości, poszukiwano
kompromitujących faktów. Zabroniłem takich działao. Nie dostosowano się do nakazu. Po moim odejściu
z MSW działania przeciwko komitetowi stały się jeszcze bardziej destrukcyjne. Moi przeciwnicy w MSW
ściągnęli ze Szczecina taśmę z moją wypowiedzią w Stoczni im. Warskiego. Odtwarzali i naśmiewali się.
Ekipa Gierka, do której i ja się zaliczałem, nie umiała w szczecioskim strajku dostrzec sygnału nowej
jakości procesu społecznego. Stoczniowcy pragnęli nowych, wolnych i autentycznych związków
zawodowych. I taki właśnie związek założyli w stoczni. W najwyższych władzach partyjnych nie było
takiego, który umiałby sformułowad nową filozofię, logikę działania i przekonad do niej innych. Zamiast
nowego górę wzięło stare. Jak na ironię, na miejsce odchodzącego ze stanowiska przewodniczącego
Centralnej Rady Związków Zawodowych, Ignacego Logi-Sowioskiego, skierowano Władysława Kruczka.
Uwstecznianie związków zawodowych pogłębiło się jeszcze bardziej.
Wielka szkoda, że zaprzepaszczono pierwszą próbę tworzenia autentycznego ruchu społecznego. To, co
w 1980 roku zrodziło się w Gdaosku, mogło rozpocząd się w Szczecinie. Sądzę, że i Leonida Breżniewa
można było przekonad. On pragnął w Polsce spokoju.
W poniedziałek, 25 stycznia, późnym wieczorem powróciliśmy z Gdaoska do Warszawy. Na drugi dzieo
zadzwonił do mnie przewodniczący Komitetu Bezpieczeostwa Paostwowego ZSRR - Jurij Andropow.
Gratulował powołania na stanowisko szefa resortu spraw wewnętrznych i wyraził uznanie za rozwiązanie
konfliktu w Szczecinie i Gdaosku. Zaprosił do Moskwy, ja zaprosiłem go do Warszawy.
27 stycznia Episkopat Polski zwrócił się do wiernych o modlitwę za poległych, cierpiących, za sprawców
nieszczęśd oraz za tych, którzy przejęli odpowiedzialnośd za ład i spokój wewnętrzny. Księża uspokajali,
apelowali o dobrą pracę. Jeszcze raz kardynał Stefan Wyszyoski dowiódł swej mądrości. Pierwszy raz od
1956 roku poparł rządzących.

Plenum KC - 6-7 lutego 1971 roku


Urząd ministra spraw wewnętrznych formalnie przejąłem 2 lutego. Nie spisywaliśmy
zdawczo-odbiorczego protokołu. Nie było co spisywad. Kazimierz Świtała pozostawił puste szafy. Mimo
przejęcia urzędu mało zajmowałem się sprawami resortu. Główną uwagę skupiłem nad przygotowaniem
VIII plenarnego posiedzenia Komitetu Centralnego, które miało sformułowad istotę i główne kierunki
pogrudniowej polityki partii. Chcieliśmy przedstawid ocenę dramatu grudniowego, filozofię przemian i
zasady działania partii i paostwa. Komisja Biura Politycznego naprędce opracowała ocenę wydarzeo
grudniowych. Uważaliśmy, że przed przekazaniem jej członkom KC musi z nią zapoznad się Władysław
Gomułka. Był jeszcze w klinice, lecz czuł się na tyle dobrze, że mógł zapoznad się z tym materiałem. Po
przeczytaniu niezwłocznie przesłał list do członków KC.
Ze względu na znaczenie zawartych w nim stwierdzeo i ocen przytaczam go w całości:

Do VIII Plenum KC PZPR


na ręce I sekretarza KC PZPR
tow. Edwarda Gierka
Szanowni Towarzysze!
Z uwagi na stan mego zdrowia, które nie pozwala mi na wzięcie udziału w pracach VIII Plenum KC PZPR,
zwracam się do plenum z następującym oświadczeniem:
W dniu 5 lutego br. doręczono mi materiał na VIII Plenum KC PZPR zatytułowany „Ocena wydarzeo
grudniowych i wynikające z niej wnioski”. W materiale tym w sposób opaczny i niezgodny z prawdą
przedstawiono szereg okoliczności i moje postępowanie w czasie tych wydarzeo. W szczególności nie
odpowiada prawdzie, jakoby decyzja o użyciu broni została podjęta jednoosobowo przeze mnie. Decyzja
ta została podjęta kolektywnie przy udziale towarzyszy: Cyrankiewicza, Spychalskiego, Moczara i innych
członków kierownictwa, po zreferowaniu sytuacji w Gdaosku przez b. ministra spraw wewnętrznych, tow.
Świtałę i tow. Moczara. Z przedstawionego obrazu sytuacji wynikało, że w starciach z demonstrantami
zostało zabitych dwóch funkcjonariuszy milicji (w tym 1 zlinczowany), a kilkudziesięciu milicjantów
zostało rannych. Tłum miał szturmowad gmach Komendy Wojewódzkiej MO, który został podpalony. Na
zapytanie odnośnie użycia gazów łzawiących padła odpowiedź, że gazów już zabrakło oraz że zostaną
dostarczone z rezerw innych komend wojewódzkich. Na zapytanie, dlaczego milicja nie użyła broni w
obronie własnej, padła odpowiedź (tow. Świtały i tow. Pietrzaka), że „nie było decyzji politycznej”. Na
zapytanie, czy komendy MO posiadają instrukcje ministerstwa, w jakich okolicznościach mają prawo
użycia broni, nie otrzymałem konkretnej odpowiedzi. Instrukcji takiej MSW nigdy nie opracowało i nie
wydało. W tej sytuacji zająłem stanowisko, że w obliczu brutalnego gwałcenia porządku publicznego,
masakrowania milicjantów, palenia gmachów publicznych itp. należy użyd broni wobec napastników, przy
czym strzelad należy w nogi. Nikt z obecnych nie wysunął jakichkolwiek zastrzeżeo. Tow. Cyrankiewicz
dopełnił moją propozycję wnioskiem, aby w Gdaosku ogłosid stan wyjątkowy i godzinę milicyjną. Zostało
to również przyjęte.
W trakcie posiedzenia i bezpośrednio po posiedzeniu dostaję informacje, że tłum oblega gmach KW partii
w Gdaosku, że gmach ten się pali, wewnątrz zaś znajdują się żołnierze KB W oraz pracownicy. Za chwilę
komunikuje mi tow. Cyrankiewicz (który odebrał telefon), że żołnierze znajdujący się wewnątrz palącego
się gmachu KW chcą rzucid w ogieo amunicję i opuścid palący się gmach wraz z pracownikami. Wówczas
wyraziłem pogląd, żeby zastosowad wobec tłumu gazy łzawiące rozprowadzone za pomocą helikopterów.
Tow. Cyrankiewicz przedłożył tę propozycję tow. Jaruzelskiemu, do którego jednocześnie zwrócił się o
polecenie jednostce wojskowej stacjonującej w Gdaosku przyjścia z pomocą oblężonym w gmachu KW.
Odrzuciłem propozycję przekazaną mi przez tow. Cyrankiewicza, aby dla rozpędzenia tłumu użyd
samolotów ponaddźwiękowych, które miały nad tłumem przebijad barierę dźwięku. Wychodziłem
bowiem z założenia, że pociągnie to za sobą masowe wysadzanie i rozbicie okien.
Z informacji MSW o wydarzeniach w Gdaosku wysunąłem wniosek, że są one niepełne i niedokładne. W
związku z tym, a także wobec podjęcia decyzji o przesunięciu do Gdaoska jednostek wojskowych (dywizji)
z Elbląga i Koszalina, zaproponowałem powołanie w Gdaosku ośrodka polityczno-operacyjnego w
następującym składzie: tow. Kociołek z ramienia Biura Politycznego, tow. Korczyoski z ramienia wojska,
tow. Słabczyk z ramienia MSW, tow. Karkoszka, I sekretarz KW w Gdaosku, oraz komendant wojewódzki
MO w Gdaosku. Ośrodek ten miał za zadanie opracowad skoordynowany plan działania, podejmowad
decyzje we własnym zakresie odnośnie wszystkich spraw dotyczących sytuacji w Gdaosku łącznie z
użyciem broni i udzielad władzom centralnym sprawdzonych informacji. Dla udzielenia pomocy temu
ośrodkowi, zwłaszcza przy opracowywaniu planu działao wojska i MO, udał się do Gdaoska szef Sztabu
Generalnego WP, gen. Chocha, który wraz z ministrem Jaruzelskim oraz ministrem Świtała brał udział w
posiedzeniu członków Biura i Sekretariatu, na którym ośrodek ten na moją propozycję został powołany.
Nie odpowiada prawdzie zawarte na stronie 6. materiału stwierdzenie, że „Obok powołanego decyzją
tow. Gomułki lokalnego sztabu kierowania akcją (...) na Wybrzeżu zostali dodatkowo delegowani przez I
sekretarza KC członkowie BP tow. tow.: Zenon Kliszko i Ignacy Loga-Sowioski.” Nikogo nie delegowałem.
Wyjechali z własnej inicjatywy. Nie wydawałem też poleceo żadnemu z nich, dotyczących kierowania
akcją, gdyż do tego celu została powołana wymieniona wyżej 5-osobowa grupa towarzyszy.
Tendencyjne i nieścisłe jest również zawarte na str. 6. materiału zdanie o treści następującej: „Fakt
pospiesznego użycia wojska w szerokiej skali (...) charakteryzuje szczególnie dobitnie postawę tow.
Gomułki”.
Użycie wojska było koniecznością. Ale nie ja byłem inicjatorem wezwania wojska do Gdaoska. Jeszcze
przed posiedzeniem w dniu 15 grudnia ub. roku, na którym zapadła decyzja o konieczności użycia broni,
tow. Cyrankiewicz powiadomił mnie, że zwrócił się już do tow. Jaruzelskiego z poleceniem, aby przerzucił
do Gdaoska dywizję stacjonującą w Elblągu, czego miał domagad się tow. Kociołek. Również na wniosek
tow. Cyrankiewicza (który uważałem za słuszny) została przerzucona do Trójmiasta dywizja WP
stacjonująca w Koszalinie. W tej sprawie tow. Cyrankiewicz w mojej obecności dzwonił do tow.
Jaruzelskiego.
Ani czas, ani obecny stan mego zdrowia nie pozwalają mi na ustosunkowanie się do innych
bezpodstawnych zarzutów podniesionych przeciwko mnie w materiale na VIII Plenum, rozesłanym
członkom KC. W oparciu o ten materiał plenum nie może ocenid prawidłowo mojej działalności. Żywię
nadzieję, że po upływie 2-3 miesięcy będę mógł stanąd przed Komitetem Centralnym partii, ustosunkowad
się do wszystkich zarzutów i oskarżeo, które zostały przeciwko mnie podniesione, zdad rzetelnie sprawę z
mojej działalności i mojego postępowania. O to się zwracam do Komitetu Centralnego partii jako jeden z
jej członków. Oskarżony ma prawo do obrony. Wyrok nie może byd wydany bez wysłuchania
oskarżonego.
Z tego względu widziałem się zmuszony odrzucid złożoną mi w dniu 30 stycznia br. przez tow.
Cyrankiewicza propozycję, abym zrzekł się mandatu członka Komitetu Centralnego, gdyż w przeciwnym
razie na VIII Plenum mogę zostad pozbawiony tego mandatu. Nikt chyba nie pomyśli, że będę walczył o
mandat członka KC. Obecnie nie chcę jednak zrzec się tego mandatu, dlatego iż oznaczałoby to zrzeczenie
się prawa do obrony przed niesłusznymi lub wręcz bezpodstawnymi zarzutami i oskarżeniami, które
podnoszone są przeciwko mojej osobie. Chodzi przy tym o coś więcej niż o moją osobę. Chodzi o
normalne, statutowe prawo członka partii, o partyjne postępowanie wobec niego.
W przekonaniu, że te prawa członka partii zostaną mi zachowane, pozostaję
z partyjnym pozdrowieniem
W. Gomułka
Dnia 6 lutego 1971 r.

Z opracowaną przez komisję oceną wydarzeo grudniowych, jak i z listem Gomułki zapoznali się wszyscy
członkowie KC. Po posiedzeniu Komitetu Centralnego wszyscy członkowie Biura Politycznego podpisali i
wysłali do Gomułki list, zwracający mu uwagę, że nie rozumie tego, co się stało, i na brak samokrytyki.
Przed zebraniem KC zastanawiano się, czy można oceniad działalnośd Gomułki podczas jego
nieobecności. Tejchma, Kępa, Barcikowski, Moczar i ja także proponowaliśmy dopuszczenie go do udziału
w posiedzeniu względnie odłożenie jego oceny. Zdaniem innych, w tym I sekretarza, mającego głos
rozstrzygający, należy ocenid bez jego obecności. Gierek bał się obecności Gomułki, bał się starcia z nim.
Obecnośd Gomułki zaważyłaby na przebiegu obrad.
Sądzę, że należy porównad zachowanie się Gomułki i Gierka. Obaj zostali usunięci ze stanowisk wówczas,
gdy przebywali w szpitalu. Władysław Gomułka domagał się obiektywnej oceny swej działalności i
ustalenia prawdy o podejmowaniu decyzji w grudniu 1970 roku. Domagał się udziału w plenarnym
posiedzeniu KC, aby móc się bronid. Nie zgodzono się. Gomułka był szczególnie uwrażliwiony na
kłamstwo. Gierka zapraszano na plenarne posiedzenie KC i na IX Zjazd partii, aby mógł się bronid. Nie
skorzystał z tej możliwości. Zaocznie usunięto go z partii. Gomułka i Gierek były to różne osobowości.
Gierek nie umiał zachowad się w ani czasie powodzenia, ani nieszczęścia.
Posiedzenie rozpoczęło się rano 6 lutego i trwało dwa dni. Większośd zabierających głos ostro
krytykowała członków ekipy Gomułki., Będący na sali jej członkowie zachowywali się godnie. Jedynie
Marian Spychalski krytycznie mówił o Gomułce. Zenon Kliszko zapytał: „Po co 12 grudnia do stoczni w
Gdaosku pojechał Kociołek?” Chodziło o jego spotkanie, od czego zaczęły się zaburzenia. Nie otrzymał
odpowiedzi. Najbardziej podobał się Ryszard Strzelecki, nie bronił się, lecz atakował. Skrytykował Gierka,
domagał się obecności Władysława Gomułki. W pewnym momencie powiedział: „Zarzucacie mi, że jako
sekretarz KC, odpowiadający za partię, doprowadziłem do jej osłabienia, że źle dobierałem kadrę. Jest w
tym brak logiki. Mój podwładny, towarzysz Babiuch, został w grupie Gierka sekretarzem Komitetu
Centralnego i członkiem Biura Politycznego. Więc nie tak znowu źle dobierałem kadry. Za to samo jestem
usuwany, a Babiuch awansowany”.
Z dużą uwagą wysłuchano wystąpienia członka Biura Politycznego i sekretarza KC, Mieczysława Moczara.
Mówił on: Nie mam zamiaru bronid towarzysza Wiesława ani też go obrażad. Znam go ponad dwierd
wieku. Związałem się z nim w bardzo trudnych czasach - czasach okupacji. Ale muszę powiedzied, że tow.
Wiesław był jak gdyby patriarchą w partii, był niewątpliwie też i autokratą. Nie mogli się znajdowad
wokół niego ludzie nieposłuszni. Tego Wiesław absolutnie nie znosił, odsuwał ich, a jednocześnie nie
dopuszczał do siebie myśli, że tak nie wolno kierowad partią, że należy wysłuchad poglądów innych. Ileż
to na ten temat przeprowadzono rozmów, w różnych okolicznościach, między towarzyszami, których
raziło postępowanie Wiesława, i to bardzo. Myślę oczywiście o rozmowach indywidualnych.
W takiej sytuacji, jak wiadomo, muszą zawsze znaleźd się ludzie, którzy „pomogą”. No i oczywiście
pomagali również Wiesławowi swoją prymitywną zarozumiałością, utrzymywali go w przekonaniu, że to,
co on robi, jest dobre, że jest genialne, że tak właśnie trzeba itd. Warto przy okazji podkreślid, że tego
rodzaju ludzi - pochlebców, nadgorliwców - trzeba się było wystrzegad wczoraj, trzeba ich się wystrzegad
dzisiaj i należy ich się wystrzegad jeszcze długo.
Gomułka do kooca życia nie zapomniał mu tej wypowiedzi. Kliszko i inni też mieli do Moczara duże
pretensje.
W czasie plenarnego posiedzenia dwóch członków KC domagało się usunięcia z partii Władysława
Gomułki. Gierek nie godził się z tymi propozycjami, był im przeciwny. Zastanawialiśmy się, co robid. Jakie
zastosowad sankcje? Po tym, co się stało, i ze względu na domaganie się ukarania odpowiedzialnych nie
powinien pozostad w składzie KC. Biorąc jednak pod uwagę jego duże zasługi oraz nieobecnośd, nie
należało go usuwad. Znaleziono kompromisowe rozwiązanie. Postanowiono zawiesid go w prawach
członka KC. Statut partii nie przewidywał takiej kary. Za takim wnioskiem głosowała większośd zebranych.
Wstrzymało się kilku, wśród nich Edward Gierek.
Ze składu Komitetu Centralnego usunięto Zenona Kliszkę i Bolesława Jaszczuka. Po przegłosowaniu tego
wniosku obaj opuścili salę. Był to przykry widok. Jeszcze dwa miesiące temu zabiegano o ich względy,
teraz byli samotni. Nigdy nie umieliśmy się rozstawad z usuwanymi i odchodzącymi. W poczuciu
zwycięstwa skrzywdziliśmy częśd zdolnych i solidnych fachowców i polityków. Usuwano ich tylko dlatego,
że byli związani z poprzednią ekipą. I tak na przykład brutalnie usunięto wiceministra górnictwa, Janusza
Kuczmę. W latach siedemdziesiątych był moim zastępcą. Uważam go za zdolnego specjalistę i dobrego
przyjaciela. Równocześnie do nowej ekipy przyklejali się różni karierowicze i miernoty. Jednym z nich był
niejaki Zdzisław Rurarz.
W czasie posiedzenia KC trzech zabierających głos pozytywnie mówiło o mojej działalności.
Na zakooczenie posiedzenia Gierek odczytał, uprzednio przygotowane, słowo koocowe. Podjęto decyzję,
że referat, wypowiedzi i uchwały zostaną wydane w specjalnym numerze „Nowych Dróg”. Były z tym
pewne kłopoty. Zabierający głos otrzymali do autoryzacji swoje wystąpienia. Niektórzy tak je pozmieniali,
że co innego mówili, a co innego było opublikowane. Po wielu kłopotach ukazał się jednak specjalny
numer „Nowych Dróg”. Nie był dostępny w normalnej sprzedaży.
Przebieg i decyzje VIII plenarnego posiedzenia KC spowodowały odprężenie, lepsze samopoczucie, a
nawet zadowolenie ekipy kierowniczej. Wydawało się nam, że w ten sposób został zamknięty dramat
grudniowy.
Nasze zadowolenie zostało zburzone nagłym i niespodziewanym strajkiem w Łodzi. Stało się najgorsze, co
mogło się stad. Ruszyły kobiety zatrudnione w łódzkich zakładach pracy. W odróżnieniu od postulatów
zgłaszanych w Szczecinie i Gdaosku, łódzkie robotnice ograniczyły się do postulatów socjalnych.
Proponowały zniesienie nocnej zmiany, polepszenie warunków pracy, postulowały podwyżkę płac.
Wszędzie domagano się powrotu do cen sprzed 12 grudnia. Ta pechowa podwyżka cen „przewróciła”
Gomułkę i jego ekipę. Teraz mogła obalid ekipę Gierka.
Od pierwszego sygnału o strajku w Łodzi wzrosło nerwowe napięcie wśród członków władz centralnych.
W pierwszym dniu do Łodzi udali się przewodniczący CRZZ, Władysław Kruczek, sekretarze KC PZPR, Józef
Tejchma i Jan Szydlak oraz wicepremier Jan Mitręga. Wyjechali z kolektywnym i twardym
postanowieniem, że odstępstwa od podwyżki cen nie będzie. Nie ustąpiliśmy w Szczecinie i Gdaosku,
teraz też nie ustąpimy. Nic nie wskórali, na drugi dzieo przyjechał premier Piotr Jaroszewicz. W tym
samym dniu i ja znalazłem się w Łodzi. Wszyscy wymienieni udali się na rozmowy ze strajkującymi i nie
strajkującymi oraz z członkami PZPR. Ja byłem w komendzie MO i nieoficjalnie brałem udział w
niektórych spotkaniach.
W drugim dniu zorganizowano spotkanie tzw. aktywu robotniczego. Spotkanie udało się. Zebrani poparli
stanowisko kierownictwa, iż nie będzie odstępstwa od podwyżki cen. Niestety, strajk trwał. Trzeba było
znowu udad się do zakładów, rozmawiad, przekonywad, namawiad i prosid. Ustalono spotkanie w
zakładach „1 Maja”. Zaproponowano strajkującym kobietom wyłonienie komitetu strajkowego - nie
zgodziły się. Obawiały się aresztowao i innych represji wobec członków komitetu strajkowego.
Przemawiali: Piotr Jaroszewicz, Władysław Kruczek, Jan Szydlak, Jan Mitręga. Najlepiej wypadły
przemówienia Jaroszewicza i Mitręgi. Kruczek też mówił i tak między innymi powiedział: „Uwierzcie nam,
jesteśmy nowym kierownictwem”, na to głos z sali: „Co, nowe kierownictwo? Jesteście starą bandą”
(burza oklasków).
Nic nie wskóraliśmy, strajk trwał. Wróciliśmy do Warszawy. Z całego kraju napływały niepokojące
informacje. Najgroźniejsze były te, które mówiły o solidaryzowaniu się innych regionów z Łodzią.
Obawiano się strajku powszechnego. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tym razem trzeba ustąpid, lecz nikt nie
ośmielił się zaproponowad takiej decyzji. Zrobił to Gierek i od razu poparł go Jaroszewicz. Biuro Polityczne
i Rada Ministrów 15 lutego podjęły decyzję o wycofaniu podwyżki i powrocie do cen sprzed dramatu z
kooca ubiegłego roku. Zaraz po ogłoszeniu tej decyzji przerwano strajk w Łodzi i uspokoiło się w całym
kraju.
Strajk ten głęboko odbił się na naszym myśleniu. W pierwszej połowie dekady lat siedemdziesiątych
baliśmy się podnosid ceny. Gdy w 1976 roku spróbowano, natychmiast się wycofano. Niektórzy
ekonomiści oraz byli kierownicy naszej gospodarki mieli nam to za złe. Ich zdaniem, nie należało ulegad
strajkującym w Łodzi, tym bardziej kobietom. Tak mogli mówid tylko tacy, którzy nie stykali się ze
strajkującymi. Co nie udało się strajkującym stoczniowcom w Szczecinie i robotnikom w Gdaosku, udało
się łódzkim kobietom.
W tym miejscu należy zwrócid uwagę na zmianę stosunku władz do komitetów strajkowych. W grudniu
1970 roku negowaliśmy istnienie komitetów strajkowych. Zabroniono rozmawiad i pertraktowad z nimi.
Członkowie komitetu strajkowego w Stoczni im. Komuny byli aresztowani. W styczniu 1971 roku
przedstawiciele najwyższych władz partyjnych i paostwowych siedzieli za stołem prezydialnym obok
przewodniczącego komitetu strajkowego i jego członków. W czasie strajku w Łodzi sami namawialiśmy
do powołania komitetu. Ludzie pracy zdobyli cenne doświadczenie i obalili jeden z dogmatów. W latach
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wszędzie, gdzie wybuchał strajk, od razu powoływano komitety.
Tak rodziły się nowe związki zawodowe.
Po upływie kilku tygodni dały się zauważyd cechy stylu Gierka. Swoim zachowaniem zasadniczo różnił się
od Gomułki. Świadomie starał się wszystko robid inaczej. Niewiele czytał i mało mówił. Dawał się
wygadad innym. Nie narzucał swego punktu widzenia. Był skromny i skrępowany. W tym czasie
rzeczywiście był „pierwszym wśród równych”. Józef Tejchma, który umiał formułowad oceny, stwierdził,
że „takie zachowanie się nie tylko nie obniża autorytetu pierwszego, lecz go wzmacnia”.
Posiedzenia Biura Politycznego i Sekretariatu odbywały się regularnie według miesięcznego planu.
Zmieniono proporcje tematów. Teraz w mniejszym zakresie zajmowano się problemami gospodarczymi,
a więcej sprawami partyjnymi, politycznymi i socjalnymi. Premier Jaroszewicz i wicepremier Jagielski
starali się usamodzielnid rząd i wzmacniad jego autorytet. Pragnęli w praktyce realizowad zasadę: „rząd
rządzi, a partia kieruje”. Z inicjatywy Gierka rozpoczęto publikowanie komunikatów z posiedzeo Biura
Politycznego, co było nowością.
I sekretarz stołecznego Komitetu Partyjnego, Józef Kępa, zainicjował opracowanie programu rozbudowy i
unowocześnienia stolicy. Władze miasta opracowały ambitną koncepcję. Kępa pozyskał życzliwośd,
poparcie Edwarda Gierka oraz pomoc Piotra Jaroszewicza. Gierkowi spodobała się inicjatywa odbudowy
Zamku Królewskiego. Może dlatego, że jego poprzednik był tego zdecydowanym przeciwnikiem. 14
marca 1971 roku, w czasie narady stołecznych działaczy politycznych i gospodarczych, program
rozbudowy i unowocześnienia został omówiony i zaakceptowany.
W marcu został odwołany ambasador ZSRR, Aristow, który nie był życzliwy nowej ekipie. Na jego miejsce
przysłano Stanisława Piłotowicza, byłego sekretarza Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii
Białorusi. Przyjechał z pozytywnym nastawieniem do Gierka i jego ekipy. Piłotowicz był nam życzliwy,
taktowny i ostrożny w wypowiedziach. Byłem z nim cztery razy na polowaniu, zjedliśmy kilka obiadów i
wypiliśmy niejedną butelkę wina. Przyjaźo jednak nie zawiązała się. Gdy w układzie władz moja pozycja
osłabła, Piłotowicz unikał mnie.
Gierek, w odróżnieniu do Gomułki, nie lubił przesiadywad w swoim gabinecie, jeszcze gorzej znosił
samotnośd. Więc albo zwiedzał województwa, albo spotykał się z przedstawicielami różnych środowisk.
Dużą przyjemnośd sprawiało mu, gdy zebrani akcentowali: „Pierwszy raz spotkaliśmy się z I sekretarzem.
Jeszcze nigdy tego nie było”. Coraz częściej pojawiał się przymiotnik „historyczny”, „historyczne”.

Na stołku ministra
W latach 1944-80 był w Polsce jeden minister bezpieczeostwa publicznego, dwóch przewodniczących
Komitetu Bezpieczeostwa Publicznego i ośmiu ministrów spraw wewnętrznych. Spośród wszystkich ja
byłem szefem resortu najkrócej, bo zaledwie dziesięd miesięcy. Wiedziałem, że po VI Zjeździe partii
przejdę do pracy w Komitecie Centralnym. Mimo to działałem i zachowywałem się tak, jakbym miał
kierowad resortem przez kilka lat. W oparciu o wieloletnie doświadczenie i krytyczną obserwację
działania MSW uważałem, że funkcjonowanie resortu trzeba dostosowad do nowych warunków. Miałem
sprzyjające okoliczności, przede wszystkim zaufanie I sekretarza, premiera i większości członków Biura
Politycznego. Edward Gierek zapraszał na niektóre posiedzenia Biura Politycznego. Byłem wtajemniczony
w zamierzenia i plany kierownictwa politycznego. W celu wzmocnienia autorytetu rządu i premiera
osobiście brałem udział w posiedzeniach Rady Ministrów. W czasach, gdy prezesem RM był Józef
Cyrankiewicz, bardzo rzadko na posiedzeniu RM zjawiał się minister spraw wewnętrznych - zwykle
wysyłał wiceministra. Piotr Jaroszewicz chciał byd autentycznym szefem administracji, zwracał uwagę na
działalnośd MSW. Bywało, że krytykował i wydawał polecenia. Było to nowe, tego na tej sali jeszcze nie
było. Wydał polecenie okresowego składania Radzie Ministrów sprawozdania o stanie dyscypliny
społecznej, ładu i bezpieczeostwa. Była to też nowośd. Redaktor Daniel Passent opublikował w „Polityce”
obszerną relację z posiedzenia RM, na którym referowałem stan bezpieczeostwa i porządku. Artykuł
wzbudził duże zainteresowanie.
Namówiłem Edwarda Gierka, aby przyszedł do gmachu MSW i spotkał się z kadrą kierowniczą. Nie miał
obiekcji. Najbardziej przekonał go argument, że jeszcze nigdy I sekretarz KC PZPR nie złożył wizyty na
Rakowieckiej. 7 marca 1971 roku odbyło się proponowane spotkanie. Obecni byli: wiceministrowie,
dyrektorzy, wicedyrektorzy, szefowie służb i naczelnicy wydziałów. Przywitałem Gierka i krótko
powiedziałem o walce z przestępczością, o naszych zamierzeniach. Dodałem parę dobrych słów o
zachowaniu się funkcjonariuszy milicji i Służby Bezpieczeostwa w grudniu 1970 roku, w styczniu 1971
roku i w czasie strajku łódzkiego. Mówiło kilku wyznaczonych oficerów. Po nich zabrał głos Gierek. Mówił
o gospodarce i polityce społecznej. Chciał zrobid dobre wrażenie - i zrobił. Pochwali MSW i mnie dodając:
„Wasz minister jest moim serdecznym przyjacielem i dużo nam pomaga”. Potem poprosił o pytania. Nie
było ich wiele. Zgrabnie na nie odpowiedział. Na zakooczenie powiedziałem: „Jest to pierwsza wizyta I
sekretarza KC w gmachu MSW i pierwsze od 1947 roku spotkanie z kadrą resortu”. Podziękowałem
Gierkowi i zapewniłem, że będziemy strzec ładu i porządku. Byliśmy zadowoleni z tego spotkania.
Zawsze w czasie wstrząsów i konfliktów społecznych elementy przestępcze ożywiają się. Tak było i tym
razem. Przypomnę, że w czasie dramatu na Wybrzeżu w 1970 roku elementy kryminalne były najbardziej
agresywne. W czasie spotkania w Stoczni im. Warskiego najbardziej brutalnie odnosił się do mnie
wielokrotnie karany za przestępstwa kryminalne. A ja musiałem to znosid. Wzrost przestępstw
kryminalnych w pierwszym kwartale zaniepokoił mnie i uraził ambicję starego milicjanta. Czułem, że
muszę zareagowad, podjąd jakieś działanie. Miałem trochę milicyjnego doświadczenia. Zwróciłem się do
specjalistów z Komendy Głównej MO o zastanowienie się, co robid. Następnie zaprosiłem ich do pałacyku
MSW przy ulicy Zawrat. Zapowiedziałem, ze jest to wolna dyskusja, każdy może mówid, co chce, nie
obawiając się skutków. Padały różne propozycje. Zastępca komendanta głównego MO, płk Piotrowski,
zaproponował zorganizowanie zmasowanego i akcyjnego uderzenia w świat przestępczy. Wszyscy
zgodziliśmy się z taką propozycją i uzupełniali ją różnymi praktycznymi szczegółami. Z informacji szefa
służby kryminalnej MO, płk. Stanisława Górnickiego, wynikało, że aktualnie było zarejestrowanych 45000
karanych za napady i rozboje, w tym 7000 za zbrodnie, 74000 włamywaczy, 11000 kieszonkowców i
oszustów, 33000 za inne kryminalne przestępstwa oraz ponad 150000 „urodzonych w niedzielę”, tzn.
notorycznie uchylających się od pracy. Ustaliliśmy, że tej akcji nadamy kryptonim „Porządek”. Zleciłem
Komendzie Głównej MO opracowanie planu i koordynację. Najbardziej zależało mi na porządku w stolicy
i w dużych ośrodkach miejskich. Przeprowadzenie takiej operacji na innych terenach zależało od decyzji
władz miejscowych.
Było wiadomo, że tylko siłami milicji, zwłaszcza w Warszawie, takiej akcji nie da się skutecznie
przeprowadzid. Więc wydałem rozkaz włączenia pracowników Służby Bezpieczeostwa, służb
pomocniczych i pracowników administracji obojga płci. Pracujący w gmachu MSW czuli się czymś
lepszym od zatrudnionych w komendach i posterunkach milicji. Na czas akcji „Porządek” zostali
zrównani, a nawet podporządkowani milicji. Kwasów z tego powodu było niemało. Wzmocniono patrole,
nasilono penetrowanie melin i zagrożonych terenów. Prowadzono zapobiegawcze rozmowy.
Zatrzymywano pijanych i podejrzanych. Ostro reagowano na chuligaostwo i niekulturalne zachowanie
się. W ciągu tylko jednej nocy w Warszawie ujęto na gorącym uczynku lub z dowodami przestępstw 120
przestępców. Najgorzej czuły się panie, które pełniły rolę „przynęt” dla różnych typów zaczepiających
samotne kobiety. Mimo że w pobliżu „przynęt” czaili się komandosi z MSW, musiały najeśd się strachu.
Dzięki nim ujęto od dawna poszukiwanego gwałciciela oraz kilku działających „na wyrwę” - przestępców
wyrywających starszym paniom torebki. Ponad osiemdziesięciu zostało spałowanych za zaczepianie
samotnych pao. Pierwszy raz w takiej skali i bezpośrednio pracownicy MSW zapoznali się z trudną pracą
milicjantów. Dochodziło do mnie, że wielu pracowników centrali dekowało się i niechętnie wykonywało
moje polecenie. Nawet urągali mi i drwili. Wiadomo, że lepiej siedzied za biurkiem i wydawad
telefoniczne lub pisemne polecenia. Również częśd pracownic administracji nie ukrywała pretensji i klęła
ministra, „który wymyśla takie głupstwa”.
Po dwóch tygodniach trwania akcji „Porządek” wyraźnie zmniejszyła się liczba przestępstw i wykroczeo.
W koocu kwietnia odwołano akcję. W drugim kwartale było już mniej przestępstw. Pod tym względem
cały 1971 rok był lepszy od poprzedniego. Prasa, radio i telewizja pozytywnie odnotowały nasze wysiłki i
wyniki. W kierowaniu akcją wyróżniali się: zastępca komendanta głównego MO - płk Piotrowski,
komendant MO w Krakowie - płk Żmudzioski, zastępca komendanta MO w Katowicach - płk Hnat, w
Warszawie zastępca komendanta miasta - płk Jabłooski. W maju 1971 roku jeden z historyków, jakby dla
dodania otuchy, przysłał mi wypis jednej wypowiedzi marszałka Józefa Piłsudskiego z 1928 roku na temat
ładu i porządku, w której padło hasło „bid kurwy i złodziei”.
Akcja „Porządek” miała jeszcze dwa aspekty, o których oficjalnie nie mówiono. Pierwszy - umocnienie w
społeczeostwie poczucia bezpieczeostwa i przekonania o sprawności MSW. Drugi aspekt wynikał z logiki
rządzenia. Każde nowe kierownictwo partii i paostwa powinno starad się, aby po zmianach coś się
zmieniło i poprawiło, coś działo się lepiej. Niech to na przykład będzie zaopatrzenie sklepów,
sprawniejszy transport, czystsze ulice i place, polepszenie ładu i porządku.
W czasie opisanego już spotkania Gierka, Jaroszewicza, Babiucha i mnie z przedstawicielami załóg w
Gdaosku zgłoszono propozycję, abym oddzielnie spotkał się ze stoczniowcami i odpowiedział na pytania.
Zgodziłem się i obiecałem, lecz obawiałem się tych spotkao. Mimo ponagleo odkładałem termin wyjazdu.
Wreszcie 6 maja zjawiłem się w Gdaosku. W czasie krótkiej rozmowy w Komitecie Wojewódzkim
ustaliliśmy, że zwiedzę Stocznię im. Lenina w Gdaosku i w Stoczni im. Komuny Paryskiej spotkam się z
przedstawicielami wydziałów. Rozpocząłem od stoczni w Gdaosku. Przeszedłem trzy wydziały.
Próbowałem rozmów na stanowiskach pracy. Większośd robotników unikała zetknięcia ze mną. Niektórzy
demonstracyjnie milczeli i odwracali się plecami. W Stoczni im. Komuny było podobnie. Po zwiedzeniu
dwóch wydziałów spotkałem się z około 200-osobową grupą zatrudnionych w stoczni. Było to niezwykle
trudne dla mnie spotkanie. Nie ukrywali niechęci do mnie. Czuło się napięcie, może nawet większe niż w
Stoczni im. Warskiego. I sekretarz KW w Gdaosku, Alojzy Karkoszka, w swoim stylu próbował rozładowad
napięcie. Uspokajająco oddziaływali dyrektor stoczni, inż. Bogacz, sekretarz KZ PZPR, Lidzbarski, i
przewodniczący ZMS. Zaczęło się od ostrych, nawet agresywnych, wypowiedzi. Wszyscy domagali się
prawdy o tym, co się stało, kto, dlaczego i na jakiej podstawie podjął decyzję o strzelaniu do
stoczniowców. Domagano się prawdy, ścisłego ustalenia odpowiedzialności i oddania pod sąd tych,
którzy podjęli decyzję i wydawali rozkazy.
Nie mogłem powiedzied całej prawdy, ponieważ wówczas jeszcze jej nie znałem. Celowo ukryłem znane
mi fakty, aby nie wzniecad napięcia. Bałem się wywołania strajku i konfliktu. Podstawowym kryterium
polityki jest efekt, stopieo osiągania celu. Moim celem było uspokojenie. Przytaczam odtworzone z taśmy
ważniejsze moje stwierdzenia:
W związku z tragicznymi wydarzeniami najczęściej padają pytania, kto podjął decyzję o użyciu siły. Na
ostatnim plenum powiedziano, że tę decyzję podjął I sekretarz, Władysław Gomułka. Według jego oceny,
mieliśmy do czynienia z kontrrewolucją i zamachem na władzę ludową. Z takiej oceny wynikały decyzje o
użyciu sił zbrojnych i sił porządkowych. Teraz wiemy, że ocena była fałszywa. Jednostki wojskowe i siły
porządkowe otrzymały rozkaz zaprowadzenia porządku i musiały go wykonad. (...) Był to dramat partii,
władzy i osobiście Wiesława. Wymaga głębokiej analizy zachowanie się I sekretarza, 15 lat temu
prawidłowo ocenił przyczyny wydarzeo poznaoskich. Ostro skrytykował swych poprzedników za to, że
doprowadzili do kryzysu. Strajk i demonstracje w Poznaniu uznał za słuszny odruch protestu. Powiedział,
że przelana krew ma jeden kolor. Były to nowe i znamienne stwierdzenia. Teraz, po tylu latach, taki sam
protest nazwał kontrrewolucją i polecił zdławid siłą. Nie wiem, co się z nim stało...
(...) Wiceminister obrony narodowej, generał Grzegorz Korczyoski, należy do grona najbardziej
zasłużonych w walce o niepodległośd i socjalizm. Jako oficer walczył w Hiszpanii, w czasie okupacji dotarł
do Polski, aby walczyd z okupantem. Dowodził oddziałami partyzanckimi i obwodem Armii Ludowej. Był
członkiem konspiracyjnego KC PPR i dowództwa Armii Ludowej. W czasach kultu jednostki został
niewinnie skazany na karę śmierci za tak zwane prawicowo-nacjonalistyczne odchylenie. Zachowywał się
godnie. Dwa lata w celi śmierci czekał na wyrok. Po śmierci Stalina i rozstrzelaniu Berii wyszedł na
wolnośd. Jest to mój osobisty przyjaciel. Błędem było mianowanie go dowódcą wojska i sił MSW w
Gdaosku. Ktoś z was zapytał, czy jest prawdą, że działał wbrew rozkazom ministra obrony narodowej,
generała Jaruzelskiego. Nie wiem, jak było. Nie wyobrażam sobie, aby zastępca ministra działał wbrew
ministrowi. (...) Domagacie się sądzenia winnych strzelania do robotników. Jednak jakoś nikt nie domaga
się ukarania sprawców napadów, podpaleo, strzelania do wojska i milicji. Pomóżcie mi wykryd tych, co
zrabowali broo, palili, grabili, co strzelali, wtedy będzie sprawiedliwośd pełna. Dziwię się, dlaczego nikt nie
pyta, ilu było pobitych i rannych milicjantów i żołnierzy. Równocześnie jeszcze raz zapewniam, że dopóki
będę ministrem spraw wewnętrznych, nie dopuszczę do rozlewu krwi.
(...) Postulujecie upamiętnienie poległych przez wmurowanie tablicy. Nie mam uprawnieo do aprobaty tej
propozycji. Przedstawię kierownictwu i poinformuję was. Pragnę w tym miejscu przypomnied, że w czasie
zamachu majowego w 1926 roku zginęło około 600 ludzi. Gdy zwrócono się do Józefa Piłsudskiego o
pomnik, nie zgodził się i odpowiedział: „Gdy brat zabija brata, nie jest to okazja, aby czcid pomnikami,
jedynie możemy prosid Boga, aby nam wybaczył”.
W tym dniu spotkałem się jeszcze z kierownictwem KW PZPR, komendantem milicji i jego zastępcami.
Wszyscy próbowali mnie rozchmurzyd i odprężyd. Nie byłem zadowolony, szczególnie ze spotkania w
Stoczni im. Komuny. Mogło byd jeszcze gorzej, bo nie wszystkich chętnych wpuszczono na salę.
Po powrocie z Gdaoska poinformowałem Gierka o moich spostrzeżeniach i propozycji upamiętnienia
tych, co zginęli. Wysłuchał i powiedział: „Postaw tę sprawę na Sekretariacie”. Zaproszono mnie na
najbliższe posiedzenie Sekretariatu KC. Opowiedziałem o spotkaniach w Gdaosku i Gdyni, przedstawiłem
propozycję kierownictwa i załogi dotyczącą wmurowania tablicy. Zgodzili się wszyscy. W miarę
wygaszania napięd i stabilizacji odkładano tę decyzję, aż ją całkowicie odłożono. W1980 roku
przypomniano o moim spotkaniu w stoczni i o tablicy. Wówczas już jednak nie o tablicę chodziło.
Zbieg okoliczności sprawił, że pewne zdarzenie z pierwszej połowy 1971 roku nabrało dużego rozgłosu.
Chodzi o odejście Mieczysława Moczara ze stanowiska sekretarza KC i jego stosunki z Edwardem
Gierkiem. Pojawiło się dużo różnorakich plotek. Gierka i Moczara nigdy nie wiązała mocniejsza przyjaźo.
Moczar od pierwszych dni kwietnia 1971 roku nosił się z zamiarem złożenia rezygnacji ze stanowiska
sekretarza KC i przejścia do innej pracy. Ten jego zamiar zbiegł się w czasie z pewnym kaprysem Gierka i
całośd nazwano „olsztyoską aferą”.
W maju Gierek włączył mnie do delegacji, która pod jego przewodnictwem udawała się do Pragi na XV
Zjazd Komunistycznej Partii Czechosłowacji. W jej skład wchodzili również Stefan Olszowski i Zdzisław
Grudzieo. Zjazd rozpoczął się 24 maja. Miał trwad 6 dni. Po wysłuchaniu przemówienia sekretarza
generalnego, Gustava Husaka, Leonida Breżniewa i po swoim przemówieniu Edward Gierek zaczął się
nudzid. Postanowił na dwa dni wrócid do kraju. Gospodarzom wytłumaczył się pilnymi sprawami
paostwowymi, członkom delegacji wizytacją paostwowych gospodarstw rolnych w Olsztyoskiem. Mnie
powiedział prawdę, że chce dwa dni pobyd z rodziną w Łaosku. 26 maja rano samolotem udał się do
Olsztyna. Nie wiedział, że 27 maja miała się odbyd dawniej zaplanowana narada wojewódzkich działaczy
partyjnych. Według uprzednich ustaleo udział w tej naradzie zapowiedział sekretarz KC i członek Biura
Politycznego, Mieczysław Moczar. Gdy tylko Moczar dowiedział się o przylocie Gierka do Łaoska, wraz z I
sekretarzem KW udali się do niego i zaprosili na naradę. Gierek zgodził się pod warunkiem, że chwilę
tylko będzie na naradzie. Potem wspólnie z Moczarem złożą wizytę w Olsztyoskich Zakładach Gumowych.
Następnie już sam Gierek miał zamiar, przy udziale telewizji, zwiedzid jeden lub dwa pegeery. Tak się
stało.
Nie zapowiedziany przyjazd Gierka z Pragi wprost do Olsztyna, obecnośd Moczara i późniejsze jego
usunięcie wywołały całą serię plotek, które dotarły do RWE. Według tych plotek Moczar pojechał do
Olsztyna, aby przygotowywad usunięcie Gierka i jego ekipy. Ja miałem go o tym ostrzec i Gierek osobiście
udał się do Olsztyna, aby udaremnid zamach. Wszystko było zmyślone. Jeśliby tak było, czyżby minister
spraw wewnętrznych pozostał w Pradze i nie przyleciał razem z Gierkiem? Na całym świecie jest tak, że
ministrowie spraw wewnętrznych albo zapobiegają zamachom stanu, albo je organizują. Bez ich udziału
takie rzeczy nie dzieją się. W 1971 roku Edwarda Gierka wspierała duża częśd społeczeostwa. Jedynie
szaleniec mógł ważyd się na usunięcie Gierka. Moczar szaleocem nie był. 28 maja Gierek z Łaoska
powrócił do Pragi.
W trzy lata po „praskiej wiośnie” zjazd przebiegał prawidłowo. Krytykowano Dubczeka i innych.
Chwalono Breżniewa i nowe kierownictwo KPCz z Gustavem Husakiem. Zaproponowaliśmy przyjacielskie
rozmowy z Husakiem, Honeckerem i Breżniewem.
Oczywiście ta ostatnia była najważniejsza. Przed rozmową z delegacją radziecką sekretarz Breżniewa
zapytał, o czym chcemy mówid i czego chcemy? Wręczyliśmy mu listę potrzeb, przygotowaną przez
Piotra Jaroszewicza i Mieczysława Jagielskiego. Chcieliśmy otrzymad dolarowe kredyty, metale do
produkcji i ropę. Leonid Breżniew zaprosił Gierka i mnie na śniadanie na zamek, gdzie się zatrzymał.
Niewiele zmienił się od ostatniego razu, gdy go widziałem. Przybyła mu tylko nowa gwiazda. Zachowywał
się też jak poprzednio. Widad było, że najlepiej mu smakuje to, czego może bezpośrednio dotknąd
rękami. Gierek raczej optymistycznie przedstawił sytuację w Polsce. Wydawało się, że gospodarz go nie
słuchał, nie przerwał i ani głową nie kiwnął. Gdy Gierek skooczył, powiedział tylko: „Charaszo”, a jego
sekretarz otworzył teczkę, z którą się nie rozstawał, i zaczął podawad Breżniewowi kartki. A on nam
odczytał odpowiedź Bajbakowa - przewodniczącego Komisji Planowania ZSRR - na nasze prośby. Każda
odpowiedź zaczynała się od słów: „»Gospłan« dokładnie rozpatrzył prośbę Polaków i jest zdania...”. I tu
następowało stanowisko.
Już z wcześniejszych doświadczeo wiedziałem, że towarzysze radzieccy stosowali trzy możliwe
odpowiedzi. Jedną na tak, drugą na nie i trzecią - rozpatrzymy. „Rozpatrzenie” też było odmową, lecz
delikatniejszą. Pozytywnie załatwiono połowę próśb. Przewodniczący naszej Komisji Planowania ucieszył
się z tej połowy, bo i tak prosiliśmy o połowę za dużo. „Każda strona była zadowolona, oni, że dali tylko
połowę, a my, że otrzymaliśmy aż połowę”.
Po odczytaniu kartek Breżniew zapytał o sytuację w Polsce. Gierek znowu krótko ją scharakteryzował.
Obecny przy rozmowie członek radzieckiej delegacji, Szelest, wyjątkowy gbur, zapytał o nacjonalizm w
Polsce. Nie wiem, po co mu to było potrzebne. Nie minął rok, jak został usunięty ze swego stanowiska.
Zarzucono mu ukraioski nacjonalizm.
Po powrocie Gierka z Pragi Moczar zwrócił się do niego o zwolnienie z obowiązków sekretarza KC i
przeniesienie na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Prosił także o to, aby mógł pozostad
członkiem Biura Politycznego. Gierek zgodził się i obiecał, że i po VI Zjeździe Moczar pozostanie w
składzie tego gremium. 23 czerwca Sejm powołał Moczara na stanowisko prezesa NIK. Na tym
stanowisku był przez cały czas rządów Gierka i Jaroszewicza. Brał udział w posiedzeniach Rady Ministrów.
Również przez cały czas był członkiem Komitetu Centralnego.
Przy obejmowaniu nowego stanowiska Moczar prosił mnie, abym spowodował, by Stanisław Kania, jako
sekretarz KC, nie nadzorował Najwyższej Izby Kontroli, lecz Edward Babiuch. I żeby Związkiem
Bojowników o Wolnośd i Demokrację, którego prezesem był Moczar, nie zajmował się sekretarz KC - Jan
Szydlak. Stało się po jego myśli. Takie i podobne moje interwencje tworzyły mi przeciwników.
Najważniejszym warunkiem utrzymania steru rządów przez naszą ekipę były spokój i stabilizacja. Jako
minister spraw wewnętrznych czułem się odpowiedzialny za zapewnienie spokoju. W kwietniu, maju,
czerwcu i następnych miesiącach zdarzały się napięcia, konflikty i strajki. Częściej miały miejsce w
mniejszych ośrodkach, rzadziej w większych. Najważniejszy do rozwiązania był strajk w zakładach
Piotrkowa. Wszędzie starałem się „gasid pożary”. Pomagałem też przy autentycznym gaszeniu pożaru,
który 30 czerwca wybuchł w rafinerii ropy w Dziedzicach.
Mimo konfliktów z robotnikami bardziej obawiałem się niechęci, nawet oporów, inteligencji. Bez jej
poparcia, bez czynnego udziału uczonych, inżynierów, specjalistów, polityka pogrudniowa nie miała
szans. Mieliśmy kompleks marca 1968 roku. Szczególnie odczuwał go Gierek. Oficjalnie nie
przyznawaliśmy się do błędów. W praktyce starano się naprawid wyrządzone krzywdy.
Spotkałem się z profesorem Edwardem Lipioskim, który zawsze miał do załatwienia kilka spraw. Na ogół
pomyślnie interweniował w sprawach ponownego przyjęcia na uczelnie i odblokowania wyjazdów
zagranicznych i innych. W podobnych sprawach interweniowali profesorowie: Janusz Groszkowski, Jan
Szczepaoski i inni.
Przeprowadziłem rozmowy z kilkoma biskupami, księżmi i świeckimi działaczami katolickimi. Na dobrej
drodze toczyły się przygotowania do złożenia wizyty kardynałowi Stefanowi Wyszyoskiemu. Miałem
poinformowad o negatywnych zjawiskach społecznych i walce z przestępczością kryminalną. Edward
Gierek uznał jednak, że z kardynałem powinien rozmawiad premier. On sam też miał ochotę na takie
spotkanie. Pogrudniowa liberalizacja objęła wszystkie dziedziny życia społecznego. Znacznie ograniczono
listę zastrzeżeo dla polskich obywateli, którzy chcieli wyjechad za granicę, i tych, którzy chcieli przyjechad
do kraju.
W związku z tym zdarzył mi się ciekawy przypadek. Któregoś dnia w czerwcu siedziałem w gabinecie.
Sekretarka poinformowała, że jakiś pan dzwoni ze Szwecji i prosi o rozmowę. Poprosiłem o połączenie.
Dzwonił obywatel Szwecji, który pochodził z Polski, i prosił o wyrażenie zgody na wyjazd jego matki do
Szwecji. Zapisałem dane personalne i obiecałem rozpatrzyd sprawę. Okazało się, że rzeczywiście była
zastrzeżona. W niedługim czasie matka otrzymała zgodę i wyjechała. W 1973 roku moja córka i zięd
zostali zaproszeni przez swoich znajomych do Finlandii. Udali się samochodem przez Szwecję. Na dwa dni
zatrzymali się w Sztokholmie. W drugim dniu do hotelu zgłosił się nieznany pan, Szwed, zaprosił na
kolację, pytał o życzenia i oferował pomoc. Podejrzewając złe zamiary, nawet prowokację, odmówili i nie
chcieli z nim rozmawiad. W koocu zgodzili się na kolację. Przy pożegnaniu gospodarz powiedział, że w ten
sposób pragnie podziękowad za rozmowę ze mną i jej skutek.
W pierwszych dniach czerwca 1971 roku powołano komisję do spraw gospodarki paostwa. Zostałem
członkiem prezydium tej komisji. Wiedzieliśmy, że trzeba zmienid system funkcjonowania gospodarki. Nie
wiedzieliśmy, jak. Zwrócono się do ekspertów i specjalistów o opracowanie propozycji, ekspertyz,
sugestii. Nikt nie odmówił. Pod koniec 1971 roku zrodził się zarys koncepcji reformy, którą później
nazwano „wogowską”. Udział w pracach komisji umożliwił mi zapoznanie się z systemami i
mechanizmami funkcjonowania gospodarki. Przy tej okazji poznałem wielu wyróżniających się
ekonomistów, inżynierów, socjologów i prawników. To wszystko pozwoliło mi wnikliwiej spojrzed na
funkcjonowanie MSW.
Ten, kto chce prawidłowo kierowad resortem, wielką organizacją, dużym systemem, musi wiedzied, czego
chce. Jaki ma cel i co chce osiągnąd. Jest to niezbędne w kierowaniu resortem spraw wewnętrznych.
Pewien zarys nowej filozofii i logiki działania resortu miałem już wcześniej. Wszakże od 1962 roku byłem
wiceministrem. Wychodziłem z ogólnego założenia, że jednym z głównych warunków rozwoju Polski jest
silne paostwo. Jednym z jego instrumentów jest sprawnie działająca milicja. W tym celu musiałem ustalid
cele główne, priorytety i do tego dostosowad strukturę, środki, metody i sposób działania.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych miało dwa główne cele. Jednym z nich była ochrona paostwa, drugim
- ochrona życia, zdrowia i mienia obywateli. Ochroną paostwa zajmowała się Służba Bezpieczeostwa.
Ochroną obywateli - milicja. Dla prawidłowego funkcjonowania Ministerstwa Spraw Wewnętrznych
zasadnicze znaczenie miało ustalenie głównego priorytetu. Gdy ja obejmowałem urząd ministra,
priorytet miały ochrona paostwa i Służba Bezpieczeostwa. Dominowała działalnośd polityczna. Istniały
rozbudowane piony Służby Bezpieczeostwa. Pracownicy SB mieli prawo wydawania poleceo
funkcjonariuszom MO. Natomiast milicjanci takiego prawa nie mieli. Pracownicy SB mogli milicji nakazad
lub zakazad prowadzenia danej sprawy, mogli ją przejąd. W strukturze i praktyce działania MSW została
złamana zasada adekwatności, polegająca na dostosowaniu struktury i działao do stanu zagrożenia.
Nadmiernie eksponowano polityczne zagrożenie paostwa i nie doceniano potrzeby walki z
przestępczością kryminalną. Jednym słowem, „za duże było MSW i za mała milicja”. Rakowiecka pękała w
szwach i były gotowe plany budowy nowych gmachów.
Dla opracowania konkretnych propozycji powołałem zespół pod przewodnictwem wiceministra Bogdana
Stachury. Po trzech tygodniach przedstawiono mi program restrukturyzacji MSW. Proponowano
zmniejszenie centrali, zamrożenie komend wojewódzkich. Natomiast miały byd wzmocnione posterunki
MO, komisariaty, komendy powiatowe i miejskie. Proponowano uściślid funkcje SB i MO. Zasadniczo
dowartościowad milicję. W moim przekonaniu, podobnie jak w latach 1954-56, Komenda Główna MO
powinna byd względnie autonomiczna i samodzielna. Zrobiłem błąd, że zgodziłem się na odwołanie gen.
Tadeusza Pietrzaka ze stanowiska komendanta głównego MO i powołałem na to stanowisko jednego z
najlepszych komendantów wojewódzkich. Nie sprawdził się. Można byd dobrym w województwie i nie
dawad sobie rady w Warszawie. Rozpoczęto realizację programu opracowanego przez zespół
wiceministra Stachury. Mieliśmy pierwsze tego efekty. Uważaliśmy, że MSW jest zbyt kosztowne jak na
możliwości paostwa. W 1971 roku zmniejszono wykorzystanie budżetu, a na 1972 nie planowano jego
wzrostu. Był to chyba jedyny taki rok.
Świadomie i celowo dużo uwagi poświęcałem funkcjonowaniu milicji i pracy milicjantów. Lubiłem słuchad
opowieści doświadczonych podoficerów. Niewiele miałem czasu, mimo to odwiedziłem kilka
województw. W drodze z Wrocławia do Warszawy wpadłem do gminnego posterunku. Nie
przedstawiłem się. Komendant nie wyjrzał przez okno i nie zauważył mercedesa. Potraktował mnie dośd
lekceważąco. Gdy się przedstawiłem, przyjął postawę zasadniczą i zaraportował: „Cieszę się bardzo, bo
zrobimy sobie zdjęcie”.
Gdy byłem w Komendzie Powiatowej MO w Jarosławiu, wypytywałem komendanta o przestępczośd i
wykrywalnośd. Przejęty rozmową z ministrem referował chaotycznie. Przerwałem mu i zapytałem, jakie
komenda ma cele? Odpowiedział: „Jeszcze przedwojenne, ale ubikacje są nowe”. Po drodze do
Bydgoszczy zatrzymałem się przy komisariacie milicji na przedmieściach Torunia. Był tylko jeden milicjant
i w małej balijce moczył nogi. Przedstawiłem się i poprosiłem, aby sobie nie przerywał. Użalał się, że zaraz
z rana zrobił 16-kilometrowy obchód i bolą go nogi, ma żylaki, moczenie nóg przynosi ulgę.
Zaproponował, aby wszystkie komisariaty i posterunki wyposażyd w balie lub większe miednice.
Jednym z najlepszych specjalistów od zwalczania przestępczości kryminalnej był zastępca komendanta
stołecznej milicji - płk Jabłooski. Umiał ciekawie opowiadad o inteligencji i przebiegłości recydywy
kryminalnej, o podkulturze podziemia przestępczego. Osobiście znał w Warszawie większośd melin i
potencjalnych przestępców. Można się było od niego wiele nauczyd. Kilka razy udaliśmy się na eskapady,
aby oglądnąd nocne życie Warszawy. Zaczynaliśmy od nocnych lokali, a kooczyliśmy na spelunkach i
melinach. Było co oglądad.
Na wszelki wypadek prosiłem o wydanie mi legitymacji starszego sierżanta MO. Kilka razy była mi
potrzebna. Jako minister spraw wewnętrznych miałem prawo do ochrony BOR. Przedstawiono mi kilku
kandydatów. Rozmawiałem z każdym. Był wśród nich major Józef Piękosz. Poprzednio ochraniał Jakuba
Bermana, później Zenona Kliszkę, teraz miałby chodzid za mną. Naprowadziłem rozmowę na temat
Bermana i Kliszki. Nic mi nie powiedział, jedynie że w stosunku do otoczenia zachowywali się poprawnie.
To mi wystarczyło i został moim oficerem ochrony. Praktycznie był kierownikiem mojej kancelarii i
oficerem do załatwiania spraw ludzkich. Gdy przeszedłem do pracy w Komitecie Centralnym, też
przeszedł ze mną. Miał pecha. Wszyscy, których ochraniał, byli usuwani ze stanowisk.
A w takich sytuacjach oficerowie ochrony, kierowcy i sekretarki mają niemałe przykrości i kłopoty. Po
trzykrod miał je Józef Piękosz. Wielce poczciwy, pracowity i solidny oficer. Ani jako minister spraw
wewnętrznych, ani jako sekretarz KC nie zmieniałem sekretarek ani kierowców. W pokoju nowego
urzędowania nie przestawiłem nawet krzesła. Miałem dwóch kierowców. Obaj wspaniale prowadzili
wozy i umieli milczed. Gdy samochód prowadził pan Wacław Jurczak, mogłem się zdrzemnąd. Byłem
spóźniony na naradę w Krakowie, więc popędziłem go. Zwykle cierpliwy pan Wacek odciął się: „Ja się
panu nie wtrącam do ministerstwa i niech pan nie wtrąca się do samochodu, niech każdy robi swoje”.
Grudzieo 1970, styczeo i luty 1971 roku dowiodły, że opór społeczny przybrał nową formę. Najbardziej
obawiałem się spontanicznych i żywiołowych ulicznych zaburzeo i demonstracji. Nawet w
cywilizowanych społeczeostwach zdarzają się momenty, że jakiś diabeł opanuje grupę ludzi i mogą oni
spowodowad duże szkody. Starałem się przygotowad MSW do działao w takich sytuacjach. Obejrzałem
filmy dokumentalne o działaniu takich formacji w USA, Francji i RFN. Przeczytałem obowiązujące w tych
krajach instrukcje i metody. Najwięcej dowiedziałem się z lektury amerykaoskiego opracowania
Rozruchy, bunty i powstania, wydanego przez komitet doradczy prezydenta USA do spraw rozruchów w
1969 roku. Zapoznałem się z taktyką działania. Dostarczono mi instrukcję przedwojennej policji
paostwowej oraz zarządzenia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 12 sierpnia 1930 roku. Nasze
instrukcje niewiele różniły się od zagranicznych i polskich przedwojennych. Przedłożono mi także
opracowanie z 1928 roku Stefana Roweckiego-Grota, komendanta głównego Armii Krajowej.
Opracowanie nosiło tytuł: Walki uliczne - o udzieleniu pomocy wojskowej władzom cywilnym w tłumieniu
ruchów rewolucyjnych.
Przy tej okazji zaciekawiły mnie zarządzenia, rozkazy, metody działania oraz losy ministrów spraw
wewnętrznych i komendantów głównych policji w latach 1918-39. Spośród wszystkich ministrów spraw
wewnętrznych niewątpliwie wyróżniającą się i najbardziej barwną osobowością był generał
Sławoj-Składkowski. Przeczytałem Strzępy meldunków i Nie ostatnie słowo oskarżonego. W tej drugiej
książce zawarł niemało goryczy z okresu, gdy był ministrem, premierem i odsuniętym tułaczem. Gdy jako
prezes Rady Ministrów informował prezydenta Ignacego Mościckiego o sytuacji, najczęściej prezydent
mówił z wyrzutem: „A co, znowu policja strzelała, panie premierze?”.
Wielkim błędem było utworzenie obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej. Sławoj-Składkowski tak
motywuje i wyjaśnia: Do Berezy wsadzano agentów sowieckich, komunistów polskich, których trudno
było złapad na gorącym uczynku. Agentów niemieckich umieszczano tylko w wypadkach wyjątkowych,
gdyż wpływało to na retorsję ludności polskiej w Niemczech10.
Berezę Kartuską wizytowali i zbierali doświadczenia hitlerowcy, organizatorzy obozów koncentracyjnych.
Komendant przedwojennej policji paostwowej, gen. Kordian Zamorski, swoją pierwszą wizytę
zagraniczną złożył Himmlerowi i ustalił z nim zasady współdziałania w zwalczaniu szeroko pojmowanego
komunizmu.
Sławoj-Składkowski użalał się, że jako prezes Rady Ministrów niewielki miał wpływ na decyzje polityczne i
kadrowe, które podejmowano w innych ośrodkach. Na przykład o rozpoczęciu wojny w 1939 roku
dowiedział się o 5:00 rano od wojewody krakowskiego, który zameldował o bombardowaniu Krakowa.
Zleciłem zebranie wszystkich zarządzeo, rozkazów, sprawozdao i innych dokumentów przedwojennego
MSW i policji. Powinny one znajdowad się w archiwach powojennego MSW. Okazało się, że większa częśd
dokumentów została zniszczona lub wywieziona za granicę. Każda policja robi wszystko, aby jej materiały
nie dostały się w ręce przeciwnika. Porównanie zarządzeo i danych MSW sprzed 1939 roku dowodzi
ciągłości pewnych tendencji i podobieostwa metod. Zanotowałem sobie, że w dwudziestym roku
istnienia II Rzeczypospolitej aresztowano około 5000 osób podejrzanych o komunizm. W 1964 roku, po
dwudziestu latach istnienia PRL, wszystkich aresztowanych podejrzanych o polityczną działalnośd było
220, w 1971 roku w więzieniach przebywało 76 więźniów politycznych.
20 sierpnia 1971 roku we własnym mieszkaniu został zamordowany pułkownik Jan Gerhard, poseł na
Sejm PRL, literat i publicysta. Mord był okrutny, poruszył krajową i światową opinię społeczną. Sprawa od
razu przybrała wymiar polityczny, stała się prestiżowa dla MSW i testem sprawności dla organów
ścigania.
W kraju ani za granicą nie było wątpliwości, że pisarza zamordowano z powodów politycznych. Osobiście
zająłem się tą sprawą. Ponieważ morderstwo Jana Gerharda miało pewne podobieostwo z morderstwem
Bogdana Piaseckiego, zleciłem pracę nad wykryciem płk. Tadeuszowi Kwiatkowskiemu, który prowadził

10
Nie ostatnie słowo oskarżonego, str. 223
tamtą sprawę. Przywiązywaliśmy szczególną uwagę do oględzin miejsca przestępstwa i ekspertyz. W
mieszkaniu zamordowanego przeprowadziłem kilka narad z prowadzącymi sprawę. Wydawało się, że w
tym miejscu, metodą swobodnych skojarzeo, „burzą mózgów” ustalimy wersje, które powinny
naprowadzid na ślad mordercy. Właśnie tak zrodziły się główne kierunki działao śledczych i
pozaśledczych. Jak się później okazało, wnioskowano prawidłowo.
Za pomocą ręcznego zegarka sprawca chciał naprowadzid nas na fałszywy trop. Zamordowanemu
Gerhardowi zdjął z ręki zegarek, przestawił godzinę, stłukł szkło, aby na tak nastawionej godzinie zegarek
stanął. Drugim fałszywym tropem była ulica Bagno, przy której morderca pozostawił zrabowany
samochód.
Mieszkaoców przy ulicy Bagno poddano rutynowej, niejawnej lustracji. W trakcie tych czynności ustalono
tajemnicze mieszkanie, w którym rzadko przebywał właściciel, a jego nazwisko okazało się fałszywe.
Rzecz jasna, że ten szczegół wzbudził duże zainteresowanie i nadzieje. Okazało się, że był to także mylny
trop.
Jan Gerhard miał wielu przyjaciół wśród znanych osób, literatów, dziennikarzy i ludzi władzy. Z
niektórymi był w bardzo zażyłej przyjaźni. Należało zakładad, że oni mogli coś wiedzied i naprowadzid na
jakiś ślad. Ludzie nie lubią byd przesłuchiwani, nie lubią takich rozmów. A jeszcze bardziej nie lubią tego
członkowie władz. Jeśli już ktoś taki musiał byd przesłuchany, najczęściej przesłuchujący przychodził do
przesłuchiwanego i prosił o zgodę na zadawanie pytao. Dla dobra sprawy trzeba było przesłuchiwad i
rozmawiad. Z niektórymi rozmawiałem osobiście. Wiem, że w ten sposób przysporzyłem sobie
przeciwników.
W styczniu 1972 roku opuściłem MSW, a już w lutym natrafiono na właściwy ślad. Ukazał się komunikat
PAP o wykryciu sprawców morderstwa Jana Gerharda. 15 kwietnia Andrzej Wróblewski w „Polityce”
napisał komentarz takiej treści:
Rzadko kiedy tak istotna informacja zawarta została w tak niewielu słowach: „ujęto sprawców zabójstwa
Gerharda”. Tym uważniej śledzid będzie opinia publiczna przebieg procesu, będzie on miar nie tylko
dowieśd winy oskarżonym, ale również nam samym, że żyjemy w kraju bezpiecznym i cywilizowanym w
bardziej ludzkim sensie.
16 czerwca 1972 roku sprawcy, było ich dwóch, zostali skazani na karę śmierci. Z samej ciekawości,
pracując w KC, zapoznałem się z materiałami śledztwa. Okazało się, że byli to typowi kryminaliści i
zamordowali na tle rabunkowym.
Gdy byłem szefem resortu w 1971 roku, nadal moim „oczkiem w głowie” był wywiad, jego sprawnośd i
efektywnośd. Uznałem, że do kierowania wywiadem najlepiej nadaje się gen. Józef Osek. Na stanowisko
dyrektora I Departamentu MSW powołałem go w lipcu 1971 roku. Nie zawiodłem się, lecz zrobiłem mu
krzywdę. W 1973-74 roku ostrzegał Edwarda Gierka i innych członków władz przed nadmiernym
zadłużeniem i kupowaniem wątpliwych licencji. Gdy odszedłem z kierownictwa partii, usunięto go ze
stanowiska dyrektora i z pracy w MSW.
Spośród wszystkich antykomunistycznych ośrodków najwięcej kłopotów sprawiała rozgłośnia polska
Radia „Wolna Europa”. Zabiegaliśmy o posiadanie tam swoich ludzi. Przypadek sprawił, że w 1971 roku
musieliśmy wycofad z pracy w RWE kpt. Mieczysława Czechowicza. Z początku nie zamierzano sprawie tej
nadawad rozgłosu, chociażby z tej przyczyny, że RWE dośd oględnie odnosiła się do zmian i do naszej
ekipy. Przeważyła jednak opinia kierujących propagandą. Postanowiono zrobid szum. W pośpiechu
skrzywdzono kilku dziennikarzy i polityków.
Ulubionym wrogiem był długoletni dyrektor polskiej rozgłośni RWE, Jan Nowak-Jezioraoski. Barwna
postad, jeden z bohaterów walki z okupantami. Autor kilku książek, setek audycji i artykułów. Spośród
wszystkich jego publikacji najlepszą jest Kurier z Warszawy.
Analizowaliśmy jego wypowiedzi, chcieliśmy wszystko o nim wiedzied. Drżeliśmy, aby mu coś złego się
nie stało. Zawsze MSW byłoby winne. Równocześnie utrudnialiśmy mu kierowanie rozgłośnią, głównie
przez podkładanie kłód i skłócanie zespołu.
Jan Nowak-Jezioraoski od 1944 roku nie był w Polsce. Przyjechał w 1989 roku. Spotykał się w wielu
środowiskach. W jego spotkaniu z pracownikami i studentami UW wziąłem także udział. Wielu
uczestników zauważyło moją obecnośd, o czym niezwłocznie uprzedzono bohatera spotkania. Gdy
umilkły owacje i opuszczono „zajączki”, gośd rozpoczął przemówienie. Były to raczej dwa przemówienia.
Jedno wygłosił jako uczestnik walki z hitlerowskim okupantem. Drugie jako przedstawiciel RWE. W
pierwszym wzruszył mnie jego głęboki patriotyzm, uznanie wyrażone dla Polaków mieszkających i
pracujących w kraju. W drugiej części przemówienia raził mnie wszakże negatywizm i właściwy dla lat
pięddziesiątych antykomunizm. Napięcie głosu i stopieo nienawiści przypominały Jakuba Bermana. Jan
Nowak-Jezioraoski zachowywał się tak, jakby przyjechał na nasz pogrzeb. W pewnym momencie
przywołał moje nazwisko. Zanotowałem sobie: W latach sześddziesiątych postanowiliśmy rozmiękczad
partię i dzielid ją. Uznaliśmy, że największym zagrożeniem jest grupa Moczara i Szlachcica. Mówiąc to
podniósł rękę, zwrócił się w moją stronę i nasilił głos. Nie zwlekając napisałem kartkę z prośbą o głos i
przekazałem ją w stronę prezydium. Gdy gośd skooczył przemówienie, przewodniczący zebrania
zapowiedział jedynie odpowiedzi na pytania. Zgłoszono ich dośd dużo. Otrzymaliśmy odpowiedzi jedynie
na kilka. Nie wiem, co stało się z moją kartką.
Gdybym miał możliwośd zabrania głosu, wyraziłbym uznanie za reklamę „partyzantów”, jaką zrobiła nam
i mnie rozgłośnia. Podjąłbym także polemikę z opisami i ocenami niektórych faktów zawartych w drugim
tomie Polski z oddali. Moje wrażenie z tego spotkania opublikowała „Polityka” z 23 X 1989 r. w artykule
Kurier w Warszawie.
Jana Nowaka-Jezioraoskiego znałem dotychczas z nasłuchów, meldunków wywiadu, tajnych filmów
zrobionych w Monachium. Znałem go z publikacji. Teraz - ponad półtorej godziny - przyglądałem mu się.
Muszę wyznad, że w bezpośrednim spotkaniu robi o wiele korzystniejsze wrażenie. Pomyślałem sobie, że
taki przeciwnik ujmy nie przynosi.
W pierwszych dniach sierpnia 1972 r. zadzwonił Jurij Andropow, przewodniczący Komitetu
Bezpieczeostwa Paostwowego ZSRR. Zapytał, czy mógłby przylecied do Warszawy na dwa dni.
Zaprosiłem. W koocu sierpnia zjawił się. Wiedziałem, że głównym jego celem było zorientowanie się w
sytuacji i wyrobienie sobie opinii o nowej ekipie. Wielcy zawsze chcą wiedzied, co dzieje się u mniejszych.
Mając na uwadze cel wizyty, wyjaśniłem istotę nowej polityki, podkreślałem naszą specyfikę i tradycje.
Wydawało mi się, że go uspokoiłem, może nawet rozwiałem obawy. Złożyliśmy wizyty Gierkowi i
Jaroszewiczowi.
Po oficjalnych rozmowach zaproponowałem wizytę w zakładach przemysłowych Warszawy. On
zaproponował zwiedzanie kościołów i kilku sklepów, w tym także prywatnych. Byliśmy w kościele św.
Krzyża i w katedrze. Interesowała go architektura, malowidła, obrazy i rzeźby. Cicho zapytał, czy gdzieś w
kościele można spotkad kardynała Wyszyoskiego. Odpowiedziałem, że tylko w czasie dużych uroczystości.
„Może poprosid o audiencję u kardynała?” - zażartowałem. On to poważnie potraktował. I po chwili
namysłu dodał: „A jeśli odmówi?”. Wszystkich goszczących u nas polityków z krajów socjalistycznych
interesował kardynał.
Towarzyszyłem Andropowowi także przy zwiedzaniu sklepów, nie kupował, tylko pytał o ceny. Na
szczęście ekspedientki zachowywały się grzecznie. W prywatnym sklepie z damskimi bluzkami
właścicielka, która znała język rosyjski, na siłę chciała mu coś sprzedad. Przekonywała, że u niej dużo
Ruskich kupuje. Rozgadała się o swoim pobycie w ZSRR. Włączył się oficer ochrony i zaproponował
oglądanie następnego sklepu.
Andropow mało mówił, słuchał i dużo pytał. Nie lubił się zwierzad. Mimo to udało mi się naprowadzid
rozmowę na temat Stalina i Berii. Jego zdaniem, Stalin nie był normalnym człowiekiem. Miał paranoiczne
zaburzenia. Odkrył je i ujawnił w 1927 roku psychiatra Bechterow. Zaraz potem zmarł w tajemniczych
okolicznościach. Przy pożegnaniu przewodniczący KGB ujawnił, że wystąpił do Rady Najwyższej ZSRR o
nadanie mi wysokiego odznaczenia za przeprowadzenie pewnej wspólnej, ważnej wywiadowczej
operacji. Po kilku miesiącach otrzymałem Order Rewolucji. Dawniej za wspólną walkę z okupantem
udekorowano mnie orderem Czerwonego Sztandaru.
Chciałbym wyjaśnid zasady współdziałania naszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z Komitetem
Bezpieczeostwa Paostwowego ZSRR. Większośd mieszkaoców Polski jest przekonana, że istniała prosta
zależnośd między KGB a MSW i że w Moskwie wydawano decyzje i instrukcje. W rzeczywistości zależnośd
i współdziałanie były bardziej złożone i zmieniały się w czasie.
W pierwszych latach po wojnie istniała duża zależnośd Ministerstwa Bezpieczeostwa Publicznego od
NKWD. Zasadnicza zmiana
dokonała się w 1956 roku. Od tego czasu polskie MSW było samodzielne. Z KGB współdziałano w oparciu
o międzyrządowe umowy.
W czerwcu 1971 roku otrzymałem sygnał, że jeden z zachodnich wywiadów ma swego agenta na
kierowniczym stanowisku w MSW. Okazało się, że już w latach 1968-69 wpłynęły takie same sygnały, lecz
je zlekceważono. Wydałem rozkazy i stworzyłem odpowiednie warunki dla zdemaskowania szpiega. Gdy
przystąpiono do działao, po kilku dniach tajemniczo zginął starszy oficer MSW, który mógł sporo
wiedzied. Wyjaśniający ten wypadek trafili na nadużycia. Zatrzymano podejrzanych, w czasie rewizji
znaleziono u nich po kilka kilogramów złota. Przyznali się do nadużyd i obciążyli wiceministra spraw
wewnętrznych - gen. Ryszarda Matejewskiego. Postanowiłem zawiesid go w wykonywaniu obowiązków.
Zrobiłem to brutalnie, co mi się rzadko zdarzało. Byłem rozwścieczony, że odpowiedzialni pracownicy
oraz wiceminister brali udział w przestępczej działalności. Od samego początku pracy w organach
zwalczałem nadużycia i nadmierne bogacenie się. Pracownik, który ma takie skłonności, powinien byd
odsunięty od pracy polityczno-operacyjnej. Po paru tygodniach dochodzenia Matejewski został
aresztowany. Był sądzony i otrzymał wysoki wyrok. Innych też skazano na kilkuletni pobyt w więzieniu.
Sprawa gen. Matejewskiego miała charakter kryminalny. Mimo to węszące za sensacjami wrogie ośrodki
zrobiły z tego aferę polityczną Nawet się temu nie dziwię, bo w takich instytucjach sprawa kryminalna
staje się polityczną. W czasie, gdy ja kierowałem resortem spraw wewnętrznych, nie udało się wykryd
tego szpiega.
Jako szef resortu miałem dobre warunki do działania. Sprzyjały temu moje osobiste stosunki z Edwardem
Gierkiem. On w odróżnieniu od swojego poprzednika miał zaufanie do Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych i ministra.
W drugiej połowie 1971 roku rzadziej odwiedzałem Gierka. Nie potrzebował już takiej podpory i ja też się
nie wpraszałem. W sprawach służbowych przychodziłem do jego gabinetu w KC. Z przyzwyczajenia
nastawiał radiową muzykę. Sekretarki; zwłaszcza inteligentna pani Maria, nikogo w tym czasie nie łączyły
i nie wpuszczały. Równocześnie odpędzały jednego z natrętnych oficerów ochrony osobistej Gierka, który
o wszystkim chciał wiedzied.
4 września 1971 roku referowałem Gierkowi ocenę sytuacji w kraju. Przyniosłem wykazy i inne dane
posiłkowe, w tym także materiały uzyskane za pomocą środków technicznych. Gierek nie lubił czytad.
Nudziły go obszerniejsze materiały. Wziął do ręki, przejrzał kilka kartek i powiedział: „Same »bery«, nie
warto na to tracid czasu.” Po chwili zapytał: „A iluż to podsłuchujecie?”. Nie wiedziałem i
odpowiedziałem, że nie wiem. „To się dowiedz i zreferuj mi”. Zrobiono spis i zgłosiłem się z nim do
Gierka. On dośd wnikliwie przejrzał, było kilka nazwisk ludzi znanych mu osobiście. Przy dwóch
nazwiskach mruknął: „Jacy tam oni wrogowie, w ubiegłym roku rozmawiałem z nimi w Katowicach”. Przy
mnie od razu mazakiem skreślił prawie połowę nazwisk i dośd stanowczo powiedział: „Zaprzestad, a
materiały spalid”.
Mój następca prosił Gierka o zgodę na objęcie specjalną inwigilacją kilku osób spośród członków byłego
kierownictwa partii i paostwa. Chodziło o tych, którzy krytykowali naszą politykę i źle mówili o Gierku. On
zabronił i dodał: „Niech sobie gadają, odsunięci mają prawo sarkad, a co, mają nas chwalid, żeśmy im
zabrali stołki”.
W 1971 roku wzmocniła się moja przyjaźo z Wojciechem Jaruzelskim. Znaliśmy się od 1962 roku. Czas
utrwalał naszą przyjaźo. Wydarzenia w 1968, 1970 i 1971 roku scementowały ją. Kierowaliśmy dwoma
głównymi siłami systemu i ostoi władzy. Wspólna troska o kraj, o zapobieganie deformacjom i błędom
zbliżała nas. Wojciech był doświadczonym i mądrym kolegą, na którym, jak mi się wydawało, można
polegad. Nie umiałem żyd bez przyjaźni, bez przyjaciół. Wydawało mi się, że los dał mi przyjaciela, jakiego
pragnąłem.

Pożegnanie z resortem spraw wewnętrznych


Od V Zjazdu PZPR nie upłynął statutowy okres. Postanowiono jednak wcześniej zwoład VI Zjazd i nazwad
go nadzwyczajnym. Duża częśd działaczy partyjnych wyrażała przekonanie, że nową politykę, nazywaną
pogrudniową, powinien zaakceptowad zjazd. Chodziło także o wybór nowych władz. „Nowa polityka -
nowi ludzie”.
Przed zjazdem Edward Gierek osobiście zwrócił się do ponad 400 uczonych i praktyków z prośbą o
propozycje i uwagi. Odpowiedzieli wszyscy. Niektóre propozycje miały znaczenie programowe i zostały
wykorzystane przy opracowaniu koncepcji i materiałów zjazdu. Cenne propozycje przesłali profesorowie:
Jan Szczepaoski, Janusz Tymowski, Jan Strzelecki, Szczepan Pieniążek, Marian Śliwioski i wielu innych.
Koncepcję polityki i gospodarki oraz referat programowy na zjazd opracowali: Piotr Jaroszewicz,
Mieczysław Jagielski, Józef Tejchma, Wojciech Jaruzelski, Stanisław Kania, Stefan Olszowski i ja. Pomagali:
Andrzej Werblan, Józef Pajestka, Józef Piokowski, Mieczysław Rakowski, Andrzej Karpioski, Ryszard
Frelek, Jerzy Waszczuk i inni. Edward Babiuch zajmował się organizacyjnym przygotowaniem zjazdu. On
umiał to robid.
W czasie jednej z wieczornych rozmów Gierek napomknął o rezygnacji ze stanowiska pierwszego. Mówił,
że rok, najwyżej dwa po zjeździe złoży rezygnację. Przekonywałem go, że powinien dotrwad do VII Zjazdu.
Pełną kadencję. Argumentowałem, że w ciągu czterech lat można dużo zrobid i pozostawid dobry ślad.
Każda nowa ekipa miała dobrą pierwszą kadencję. Ktoś dowcipnie powiedział: „Pan Bóg sprzyja każdej
nowej ekipie, dopóki się na niej nie pozna”. Uważałem, że Gierek powinien wytrzymad do następnego
zjazdu, lecz nie dłużej. Obaj byliśmy w Katowicach wybierani jako delegaci na zjazd. Zasugerowałem
Gierkowi, żeby w czasie konferencji wyborczej oświadczył o zamiarze odejścia ze stanowiska I sekretarza
KC. Zgodził się. Ta częśd jego przemówienia została bardzo dobrze przyjęta. Zebranym spodobały się
słowa: „Jestem jednym z was, zaraz po VII Zjeździe wrócę do Katowic. Jako I sekretarz KC tak będę działał,
abym po odejściu z tego stanowiska każdemu mógł patrzed prosto w oczy.” Szkoda, że nie dotrzymał
danego słowa.
Przed zjazdem katowicka „Trybuna Robotnicza” opublikowała panegiryk na jego cześd. W treści i formie
przypominał lata pięddziesiąte. Artykuł źle mu się przysłużył. Powiedziałem mu o tym proponując, aby
zganił autora. Niechętnie przyjął moje uwagi.
Nadzwyczajny VI Zjazd rozpoczął się 15 grudnia 1971 roku. Dokładnie rok po dramacie na Wybrzeżu.
Zabierający głos delegaci krytykowali poprzednie kierownictwo i chwalili nowe. Kilku z nich domagało się
odpowiedzialności za grudzieo 1970 r. Jan Szydlak zainspirował przyjęcie rezolucji o zasługach Edwarda
Gierka. Nie był to dobry pomysł. W wyborach do Komitetu Centralnego najwięcej skreśleo miał Moczar,
najmniej Gierek i Babiuch. Mnie skreśliło 220 delegatów. W kuluarach zjazdu krążyły plotki, że przed
zjazdem ustalono, kto i ile ma mied skreśleo.
W czasie zjazdu zwołano pierwsze posiedzenie Komitetu Centralnego. Mieliśmy wybrad I sekretarza,
Biuro Polityczne i sekretarzy KC. Przedstawiciel Katowic zgłosił Edwarda Gierka na stanowisko I
sekretarza. Nie pytano, czy są inne kandydatury, jednogłośnie wybrano. On podziękował, był
autentycznie wzruszony. Następnie wyciągnął kartkę, odczytał nazwiska proponowanych do Biura
Politycznego i Sekretariatu. Wszyscy zostaliśmy wybrani. W ten sposób zostałem członkiem Biura
Politycznego i sekretarzem KC. Moczara nie zgłoszono do składu Biura Politycznego. Bardzo był
rozgoryczony.
Przed zjazdem ustaliłem z Gierkiem, czym mam zajmowad się w Komitecie Centralnym. Mimo jego
prośby nie zgodziłem się na nadzorowanie MSW, prokuratury i sądownictwa. Nie chciałem z tego
powodu, że mi to obrzydło, i dlatego, że zajmował się tym Stanisław Kania i robił to dobrze. Niektóre
problemy i sprawy znał lepiej od ministra. Miał osobiste kontakty z wiceministrami i dyrektorami
departamentów. Całą dekadę lat siedemdziesiątych zajmował się sprawami MSW.
Kiedy zostałem wybrany w skład Biura Politycznego i Sekretariatu KC, Gierek zwrócił się do mnie z
pytaniem, czy ministrem spraw wewnętrznych mógłby byd Wiesław Ociepka, dotychczasowy zastępca
Stanisława Kani. Znałem kilku lepszych, lecz nie oponowałem. Ustaliliśmy, że w pierwszych dniach
stycznia 1972 roku przekażę urząd nowemu ministrowi. Parę dni, które mi pozostały, wykorzystałem na
pożegnania z pracownikami i uporządkowanie swoich spraw.
W ostatnich dniach urzędowania w MSW zameldował się dyrektor Biura Ewidencji i Archiwów
Operacyjnych MSW. Przypomniał mi o rozmowie sprzed dwóch lat, dotyczącej materiałów, które
powinno się zniszczyd. Przypomniałem sobie, że chodziło o „makulaturę operacyjną” X Departamentu
Ministerstwa Bezpieczeostwa Publicznego z lat 1948-53. Były tam doniesienia informatorów, głównie
agentów celnych, meldunki z obserwacji i stenogramy odtwarzanych rozmów. Były głównie materiały
dotyczące życia osobistego kilkudziesięciu znanych osób i kilku członków władz najwyższych. Uważałem,
że takie materiały powinny zostad zniszczone. Wydałem takie pisemne polecenie.
Kooczył się trudny, burzliwy i ciekawy 1971 rok. Był to zarazem pierwszy rok dekady nadziei i możliwości.
Dziesięd miesięcy byłem ministrem spraw wewnętrznych i za ten okres ponoszę pełną odpowiedzialnośd.
Mimo napięd, strajków i konfliktów nie zastosowano siły. Politycznych aresztów nie było wiele. Nie
dotarły do mnie meldunki, aby ktoś w czasie dochodzenia, aresztowania lub śledztwa został pobity. W
lutym 1971 roku, po objęciu stanowiska ministra spraw wewnętrznych, głównym moim celem było
zapewnienie spokoju w kraju i ten cel został osiągnięty.
Oficjalnie urząd ministra spraw wewnętrznych przekazałem mojemu następcy 3 stycznia 1972 roku. Nie
mógł ukryd zadowolenia i radości. Już w pierwszych dniach żartowano, że jedną z jego pierwszych decyzji
było zainstalowanie barku. Za swój awans odwdzięczył się Gierkowi w ten sposób, że Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych w rekordowym tempie wybudowało w Spale nowoczesny ośrodek wypoczynkowy,
wyłącznie dla I sekretarza.
Po rozstaniu się z MSW chciałem byd jak najdalej od tych spraw. Nie było to łatwe. Długoletnia praca w
tym resorcie ciążyła i jestem przekonany, że będzie ciążyd do kooca życia. Stosunek do policji w Polsce,
zwłaszcza politycznej, był zawsze negatywny, wręcz wrogi. Nie sądzę, aby ten stosunek szybko się
zmienił.
Po latach doświadczeo i rozczarowao wiem, że gdybym ponownie zaczynał, wybrałbym inną drogę.

Zawartość
Od autora ........................................................................................................................................................................ 2
Stalinogród ..................................................................................................................................................................... 2
Pamiętny rok 1956 ......................................................................................................................................................... 5
Komendant milicji w Katowicach .................................................................................................................................. 9
Zamach ......................................................................................................................................................................... 14
Pierwsze kroki w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych ............................................................................................... 17
Niektóre sprawy ........................................................................................................................................................... 21
Z Chruszczowem w salonce i na polowaniu ................................................................................................................ 25
Biuro Ochrony Rządu .................................................................................................................................................. 29
Walka z dywersją ideologiczną .................................................................................................................................... 32
Bitwa o millenium ........................................................................................................................................................ 36
Marzec.......................................................................................................................................................................... 39
„Partyzanci” ................................................................................................................................................................. 45
„Praska wiosna” i zmiany w MSW .............................................................................................................................. 50
Nasz wywiad ................................................................................................................................................................ 55
Zbliża się wstrząs ......................................................................................................................................................... 58
Pierwsze protesty ......................................................................................................................................................... 61
Moja rola w Gdańsku ................................................................................................................................................... 64
Spóźnione refleksje ...................................................................................................................................................... 68
Pojechałem do Katowic, aby przekonać Gierka ........................................................................................................... 70
Strajki i mój awans ....................................................................................................................................................... 76
Plenum KC - 6-7 lutego 1971 roku .............................................................................................................................. 83
Na stołku ministra ........................................................................................................................................................ 88
Pożegnanie z resortem spraw wewnętrznych ............................................................................................................... 99

W partyzantce, w zdobycznym mundurze lotnika niemieckiego (1943 r.)


Jako funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Olkuszu (1947 r.)

W czasie ćwiczeń na poligonie KBW (lata sześćdziesiąte)


Nominacja generalska (1964 r.)

Po udanym polowaniu (1964 r.)


W Wołdze pływały jeszcze takie jesiotry (1965 r.)

Z Gomułką, Cyrankiewiczem i Moczarem (1966 r.)


Podczas Barbórki w Katowicach (1967 r.)

W Łańsku z Mieczysławem Moczarem (1969 r.)


Nominacja na ministra spraw wewnętrznych
"Niedźwiedź" z Jurijem Andropowem (1971 r.)

Z Miszą Wolfem, szefem wywiadu NRD (1971 r.)


Biuro Polityczne i Sekretariat KC wybrane na VI Zjeździe PZPR (grudzień '71)

Z prezydentem Nixonem (1972 r.)


Podczas spotkania z oficerami Północnej Grupy Wojsk Radzieckich (1973 r.)

Polowanie z udziałem ministrów Paktu Warszawskiego


Legitymacja służbowa wicepremiera

Na emeryturze (lipiec '90)


i Zabić Wiesława
Dzieje polskiego terroru

Skromny elektryk z Zagórza dwa razy próbował zabić Władysława Gomułkę i przez
10 lat wodził za nos cały aparat bezpieczeństwa.

Dwa razy mieszkaniec miasteczka nieopodal Sosnowca zaplanował i dokonał nieudanego zamachu na najważniejszego
człowieka w PRL - Władysława Gomułkę. Za pierwszym o mały włos nie zabił także Nikity Chruszczowa i Edwarda
Gierka. Gdyby mu się udało, zapewne zmieniłby bieg historii nie tylko Polski, ale i całego świata.
W połowie lipca 1959 roku szosą z Sosnowca jechała do zagłębiowskiego Zagórza kolumna rządowych limuzyn. Z
okazji 15-lecia Polski Ludowej I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka obwoził po najbardziej uprzemysłowionym
regionie kraju gościa z Kremla, I sekretarza KC KPZR Nikitę Chruszczowa. Za przewodnika służył im kierujący
Komitetem Wojewódzkim PZPR w Katowicach, doskonale znający swe rodzinne strony Edward Gierek. Gdy samochody
ruszyły spod miejscowego posterunku Milicji Obywatelskiej, potężna eksplozja rozerwała konary stojącej w pobliżu
lipy. Trzy lata później w trakcie śledztwa Stanisław Jaros wyjaśnił, że zwlekał z odpaleniem umieszczonego na drzewie
ładunku ze względu na zgromadzony nieopodal tłum ludzi. Spóźnił się dosłownie o kilka sekund.
"W czasie oględzin miejsca wybuchu znaleziono pozostałości miny oraz resztki ręcznego zegarka - zapisał we
wspomnieniach ówczesny szef katowickiej Służby Bezpieczeństwa Franciszek Szlachcic. - Później, po wykryciu
sprawcy, okazało się, że zegarek był włożony jedynie po to, aby skierować nas na fałszywy ślad".
Podstęp z zegarkiem udał się znakomicie. Specjaliści bezpieki uznali, że ładunek odpalono przy jego użyciu. Mając ten
jedyny trop, szukali właściciela czasomierza. Do przesłuchań wytypowali ponad 800 osób, aresztowali aż 76. Nie dało
to jednak efektów. Mimo szerokich uprawnień specjalnej ekipy śledczej (funkcjonariusze mogli wejść do każdego
mieszkania i dokonać rewizji bez nakazu prokuratora), okazało się, że zatrzymano niewłaściwych ludzi, których po
pewnym czasie musiano zwolnić. Ta najbardziej prestiżowa sprawa, prowadzona przez Franciszka Szlachcica, omal nie
złamała mu kariery. Gomułka żądał wykrycia zamachowca, który wprawdzie nikogo nie zabił, ale naraził go na
kompromitację i o mało co nie skłócił z Chruszczowem.
Przywódcy bratnich partii komunistycznych nie darzyli się nadmiernym zaufaniem. Obaj przez całą karierę polityczną
mieli do czynienia z licznymi spiskami. Chruszczow zdobył władzę na Kremlu, biorąc udział w zmowie, której celem było
zabicie bezpośredniego następcy Stalina - Ławrientija Berii. Z kolei Gomułka na kilka lat trafił do więzienia, gdy jego
koledzy z Bolesławem Bierutem na czele, na polecenie Moskwy, odsunęli towarzysza "Wiesława", bo taki pseudonim
miał Gomułka, od szefostwa w partii. Obaj przywódcy mieli wszelkie podstawy, aby o zorganizowanie zamachu
podejrzewać któregoś ze swoich konkurentów do władzy.
Dodatkowo jeszcze I sekretarz KC PZPR usiłował ukryć przed Chruszczowem, że słyszany przez niego wybuch był
zamachem terrorystycznym. To był poważny błąd. Chruszczow o wszystkim się dowiedział. Prawdopodobnie szefowi
KPZR prawdziwe informacje przekazali rezydujący w Polsce przedstawiciele KGB. Równie dobrze mógł to zrobić któryś
z członków Biura Politycznego KC PZPR, aby sobie zaskarbić względy towarzyszy w Moskwie, co wtedy praktykowano
nagminnie. Chruszczow w rozmowie telefonicznej z Gomułką nie krył irytacji.
Przed Chruszczowem się nie ukryło, ale informacja o zamachu dalej się nie rozniosła. Cenzura nie pozwoliła obecnym
tam dziennikarzom (na miejscu byli reporterzy katowickiego "Wieczoru") opublikować czegokolwiek o wybuchu.
Pomysł, aby powiadomić obywateli, że ktoś chciał zabić najważniejszą osobę w państwie, wydawał się reżimowi
niedorzeczny. Bano się naśladowców, ale przede wszystkim porażki propagandowej.
Śledztwo szybko stanęło w miejscu. "Jednocześnie odgórnie próbowano mi narzucić koncepcje i sugerować
podejrzenia, co bardzo wikłało nasze działania" - skarżył się po latach Franciszek Szlachcic. Jedyną konstruktywną
rzeczą, jaką przypomnieli sobie prowadzący śledztwo, było to, że kilka lat wcześniej w tym rejonie ktoś przeprowadził
parę akcji terrorystycznych.
Stanisław Jaros, który przez dziesięć lat wodził za nos cały aparat bezpieczeństwa na Górnym Śląsku i w Zagłębiu,
urodził się w 1932 roku. Ten niepozorny, żyjący samotnie elektryk swoją nietypową karierę rozpoczął w 1948 roku,
kiedy z sosnowieckiej fabryki kotłów próbował wynieść 100 nabojów oraz części do broni palnej. W tym czasie w kraju
trwała regularna wojna: Ludowe Wojsko Polskie i siły bezpieczeństwa przy wsparciu oddziałów NKWD walczyły z
niepodległościowym podziemiem. Co chciał zrobić ze skradzioną bronią niedoświadczony szesnastolatek - nie
wiadomo. Aresztowany, w czasie przesłuchań był brutalnie bity przez milicjantów, ale sąd okazał się nadzwyczaj
wyrozumiały i skazał go tylko na dwa lata więzienia w zawieszeniu.
Pozostając na wolności, postanowił zrewanżować się władzy ludowej. W 1951 roku wysadził w powietrze skrzynkę
połączeń telefonicznych i semaforowych w Dąbrowie Górniczej. Potem amonitem ukradzionym z kopalni, w której
pracował, zniszczył słup wysokiego napięcia w sosnowieckiej hucie i koparkę w kopalni Kazimierz. Aby uczcić śmierć
Stalina, w marcu 1953 roku Jaros podłożył bombę pod transformator w kopalni im. Stalina, potem przemianowanej na
Sosnowiec.
Nigdy nie pozostawiał po sobie śladów. Nikt go nie widział, obyło się też bez ofiar w ludziach. Wojewódzki Urząd
Bezpieczeństwa Publicznego był zupełnie bezradny. Prowadzący śledztwo zakładali, że mają do czynienia z jakąś
zakonspirowaną grupą, a nie z pojedynczym człowiekiem. Rozpoczęto skomplikowaną grę operacyjną polegającą na
utworzeniu fikcyjnej organizacji niepodległościowej walczącej z komunizmem.
"Miała być przynętą dla dywersantów - wyjaśniał we wspomnieniach Franciszek Szlachcic. - Dość szybko rozrosła się,
aż w końcu utracono nad nią kontrolę i zaczęła żyć własnym życiem" - dodawał. UB miał potem duży kłopot ze
zlikwidowaniem własnego tworu. Pościg za nieuchwytnym cieniem przynosił katowickim ubekom same straty i kłopoty.
Koordynujący poczynania śledczych zastępca szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach
płk Marek Fik podejrzewał na przykład, że zamachowcami są członkowie PZPR, zwolennicy znajdującego się wówczas
w areszcie domowym Władysława Gomułki. Wśród nich prowadzono więc przesłuchania i aresztowania.
"Były to czasy łamania praworządności, stosowania niedozwolonych metod w śledztwie i w pracy operacyjnej" - tymi
oględnymi słowami Szlachcic we wspomnieniach streszczał to, co spotykało zatrzymywanych komunistów. Jako że
stosowanie tortur było wtedy na porządku dziennym, łatwo sobie wyobrazić los Bogu ducha winnych zwolenników
władzy ludowej.
Dodatkowo śledztwo zagmatwały rozgrywki wewnętrzne w łonie bezpieki. Jeden z jej pracowników, chcąc się zemścić
na zwierzchniku i wprowadzić go w błąd, wysłał anonim, zapowiadając kolejny zamach. Zbieg okoliczności sprawił, że
Jaros wcielił tę przepowiednię w życie. Mając tak wyraźny ślad, UB ujął autora anonimu i do kolejnego wybuchu
wszyscy pozostawali w przekonaniu, że złapali właściwego terrorystę.
Tymczasem w 1953 roku Stanisław Jaros otrzymał powołanie do wojska i tym sposobem zakończył pierwszy etap swej
działalności. Kolejne lata nie okazały się jednak dla niego stracone. W armii dokształcił się w dziedzinie materiałów
wybuchowych, konstruowania ładunków odpalanych na odległość oraz min. Musiał swoją wiedzę poszerzać z dużym
zaangażowaniem, bo na koniec służby otrzymał odznakę "Wzorowy Żołnierz" oraz propozycję starania się o przyjęcie
do Wojskowej Akademii Technicznej. Wolał jednak wrócić do cywila i podjąć pracę jako elektryk. Jak potem przyznał w
śledztwie, pod koniec lat 50. przeczytał książkę "Ostatni zamach na Hitlera" i wówczas przyszedł mu do głowy pomysł
zabicia I sekretarza KC oraz ucieczki przez zieloną granicę na Zachód. Latem 1959 roku, podczas opisanej wizyty
Chruszczowa na Śląsku, nadarzyła się pierwsza okazja, lecz ją zmarnował. Cierpliwie czekał na kolejną.
Na początku grudnia 1961 roku z okazji zbliżania się górniczego święta I sekretarz KC PZPR po raz kolejny odwiedził
Górny Śląsk i Zagłębie. Edward Gierek koniecznie chciał, aby dostojny gość zawitał do jego rodzinnych okolic, czyli
także do Zagórza. "Odradzałem to, sugerując, że sprawca zamachu nie został ujęty i może pokusić się podjąć nową
próbę" - wspominał odpowiedzialny za bezpieczeństwo gości Franciszek Szlachcic. - Władysław Gomułka nie jest
podszyty strachem i ja się też nie boję - miał na to odrzec Gierek. Wprowadzono zatem zaostrzone środki
bezpieczeństwa, a Szlachcic wymógł na gościach, żeby do miasta oraz w drogę powrotną wyruszyły trzy identyczne
kolumny aut. Niewielu wiedziało, w której z nich pojedzie Gomułka. Poza organizatorem ochrony nikt jednak nie
wierzył, że ktoś ponownie odważy się na zamach w tym samym miejscu.
Bomba eksplodowała przy głównej trasie, niedaleko miejsca wybuchu sprzed dwóch lat. Według relacji Szlachcica
poszkodowana została "ślepa kolumna", bo ta wioząca Gomułkę i Gierka w tym czasie chyłkiem przemykała się boczną
drogą do Katowic. Nikt nie zginął, ale kilka osób zostało rannych.
Gdy oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i ZOMO otoczyły miejsce eksplozji, żeby zabezpieczyć ślady,
wściekły Gomułka wezwał do siebie Szlachcica, aby go poinformować, że nie umie zapewnić mu bezpieczeństwa.
Brzmiało to jak wyrok oznaczający koniec kariery.
Sprawa była jednak o wiele poważniejsza, bo właśnie Szlachcic i Gierek znaleźli się na liście głównych podejrzanych o
organizację zamachu. Szef katowickiej bezpieki, mimo poparcia w Warszawie ze strony wpływowego wiceministra
spraw wewnętrznych gen. Mieczysława Moczara, nie miał zbyt wiele czasu. Rozpoczął więc poszukiwania na wielką
skalę.
Z pomocą przyszedł mu przypadek. Na miejscu wybuchu specjaliści znaleźli kawałek przewodu, za pomocą którego
odpalono ładunek. Odkryli na nim cięcie wykonane specyficznymi cążkami. To był jedyny, wątły ślad, ale Szlachcic już
nie wypuścił go z rąk. Wiedział, że sprawca mieszka w okolicy, zna się na łączności i elektryczności, ma też dostęp do
materiałów wybuchowych.
Wytypowano 50 takich osób i tyle samo grup operacyjnych. O piątej rano 8 grudnia 1961 roku rozpoczęto akcję o
kryptonimie Zagórze. Każda grupa wkraczała do wyznaczonego mieszkania i rozpoczynała przesłuchanie
podejrzanego, a jeśli trzeba było, robiła rewizję. O siódmej rano jedna z grup przysłała meldunek, że chyba ujęła
zamachowca, bo odnalezione cążki pasują do śladów cięcia na drucie. W tym czasie aresztowanego Jarosa wieziono już
do Katowic. Trzy godziny później Szlachcic zameldował ministrowi spraw wewnętrznych Władysławowi Wisze o
sukcesie, dzwonił też do gen. Moczara.
Po intensywnym przesłuchaniu Jaros przyznał się do zarzucanych mu czynów. "Zachowywał się z nienaturalnym
spokojem. Gdy pytano go o motywy, nie bardzo mógł je sprecyzować. Chciał zrobić coś tak efektownego, aby o nim
mówiono. Był piromanem" - takimi słowami opisał sprawcę Franciszek Szlachcic. Trudno powiedzieć, ile prawdy jest w
opinii człowieka, który dzięki temu sukcesowi, zamiast zakończyć karierę, już w kwietniu 1962 roku awansował na
wiceministra spraw wewnętrznych.
Stanisław Jaros nie miał szans, by publicznie przedstawić własną wersję zdarzeń. Proces prowadzony przy drzwiach
zamkniętych przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach trwał dwa tygodnie. Oskarżonego skazano na karę śmierci.
Potem równie szybko Sąd Najwyższy odrzucił rewizję wyroku, a Rada Państwa odmówiła prawa łaski. Egzekucję
wyznaczono - również w ekspresowym tempie - na 5 stycznia 1963 roku. O sprawie Jarosa wiedzieli tylko nieliczni. Całą
rzecz ściśle utajniono. Terror nie mieścił się w ramach socjalistycznego państwa.

Andrzej Krajewski

ii
Od kilkunastu lat Sławomir Równicki bezskutecznie walczy o odszkodowanie za znęcanie się nad jego
rodziną w czasach PRL-u. W 1959 roku SB aresztowała matkę Równickiego, oskarżając ją o próbę zamachu na
I sekretarza KC KPZR Nikitę Chruszczowa. Miała podłożyć bombę na trasie przejazdu bratniej delegacji
przez Zagórze - dzielnicę Sosnowca. Prawdziwy bombiarz wpadł dwa lata później, gdy w podobny sposób
chciał zabić Władysława Gomułkę.

15 lipca 1959. 15-lecie władzy ludowej. "Trybuna Robotnicza" podała trasę przejazdu Chruszczowa, chyba po to, aby
ludność mogła spontanicznie przywitać Wielkiego Brata. Gorączkowe przygotowania trwały od dłuższego czasu, w
końcu to wizyta najwierniejszego przyjaciela Polski. Sowiecka delegacja, której towarzyszył I sekretarz KC PZPR
Władysław Gomułka, miała przejechać m.in. ulicą Armii Czerwonej - główną arterią Zagórza. Kwietną dekorację na
budynkach przygotowywał dziadek Równickiego - Stanisław Rokicki, stolarz z kopalni "Mortimer" (potem
"Czerwone Zagłębie"). W kwiaty udekorowany był również posterunek MO. 15 lipca wszystko było zapięte na ostatni
guzik. Nikt nie wiedział, że w nocy, tuż obok posterunku - wydawałoby się w miejscu najbardziej bezpiecznym -
umieszczono bombę.

Pies Marks

Wybuch nastąpił krótko po godz. 15. Delegacja z Chruszczowem przejechała jednak obok posterunku dwie godziny
później, kiedy teren był już zabezpieczony.
W aktach śledztwa czytamy: "W godzinach zbliżonych do planowanego przejazdu przy ul. Armii Czerwonej nastąpiła
eksplozja zawieszonej na jednym z drzew bomby zegarowej. Ta zbieżność wskazuje w sposób nie budzący
wątpliwości, że celem sprawców było dokonanie gwałtownego zamachu na członków ww. Delegacji. W wyniku
eksplozji częściowemu zniszczeniu uległo drzewo, wyleciały szyby z kilku okien, a jedna osoba została lekko ranna
odłamkiem".
Czy bombiarz nie wiedział, że pierwsi sekretarze pojawią się później, gdyż zabawili gdzieś w powiecie będzińskim,
czy specjalnie przyspieszył wykonanie planu? Czy była to prawdziwa próba zamachu, czy tylko pozorowana akcja?
Do dziś nie udało się tego ustalić.
W miejscu detonacji zebrała się grupka ludzi.
- Moja mama szła akurat chodnikiem, mieszkała zresztą 100 metrów dalej. Milicja puściła psa, nazywał się Marks -
Sławomir Równicki relacjonuje wydarzenia, jakby działy się wczoraj i jakby sam brał w nich udział. Choć urodził się
kilka lat później, ten dzień zaważył na życiu matki i jego. - Mama przestraszyła się wilczura i zaczęła uciekać w
kierunku domu. Marks chwycił trop. Nie pobiegł dalej, tylko zatrzymał się na pierwszym piętrze, przed mieszkaniem
mamy. A gdyby pobiegła w kierunku komórek?
Prawdziwy bombiarz był bezpieczny, obserwował wszystko z ukrycia.

Dowody jak drut

Matka Równickiego, wówczas nosząca panieńskie nazwisko Rokicka, była krawcową. Ponieważ nie mogła znaleźć
pracy w wyuczonym zawodzie, zatrudniła się w administracji jednej ze śląskich kopalń. Halina Rokicka zjeżdżającym
na dół górnikom przydzielała identyfikatory. Tak było do dnia wybuchu.
- Ulica Armii Czerwonej została otoczona. Dawno nie było tu tylu esbeków, kilkunastu weszło do mieszkania mamy -
mówi dalej Równicki. - Zrobili rewizję, wszystko przewrócili do góry nogami - niszczyli meble, zrywali podłogę. W
końcu znaleźli narzędzie niedoszłego mordu. Był to... (Równicki bierze głębszy oddech) drut, służący do rozwieszania
prania. Esbecy uznali, że użyto go do zainstalowania bomby. Najpierw zabrali dziadka (tego, który przygotował
dekorację na trasie przejazdu delegacji) i wujka - Zbyszka Szymczyka, a drugiego dnia mamę. Był 16 lipca 1959.
Już sama przeszłość rodziny Szymczyka świadczyła przeciwko aresztowanym. We wrześniu 1939 roku jego ojciec
wydostał się na Zachód przez Rumunię (żona została w kraju i zginęła w Oświęcimiu). Po 1945 roku do Polski nie
wrócił, bo jako żołnierz Polskich Siłach Zbrojnych wiedział, co go tu czeka. W 1952 roku ludowej władzy podpadł
Zbigniew Szymczyk - za udział w nielegalnej organizacji młodzieżowej wojskowy sąd w Olsztynie skazał go na 12 lat
więzienia. Wyszedł na mocy amnestii.
- Rodzina miała jednoznaczne poglądy, ale w żadnym zamachu nie brali udziału - podkreśla Równicki. - Mamę wzięli
najpierw do aresztu w Będzinie, a potem do Katowic. Zaczęły się ciężkie przesłuchania. Polewali ją wodą, znęcali się
psychicznie. Zarzut - próba obalenia siłą ustroju, za co groziła kara śmierci. Jedynym dowodem był drut do prania.
Mama urządziła w więzieniu głodówkę.

22 tomy akt

Całą trójkę wypuszczono po trzech tygodniach. Do niczego się nie przyznali.


Sławomir Równicki: - Za mamą wstawił się adwokat Buczek. Do dziś jestem mu wdzięczny, bo bardzo się narażał,
bronił przecież wroga ludu.
Mimo wyjścia na wolność praktycznie nadal pozostawali w areszcie - tym razem domowym. Cały czas byli śledzeni,
musieli zgłaszać się na milicję. Śledztwo umorzono dopiero w czerwcu 1960 roku.
Akta dotyczące zamachu Równicki dostał w 1996 roku, dzięki zaprzyjaźnionemu senatorowi AW"S". 22 tomy - po
kilkadziesiąt stron każdy. Dwa tomy dotyczące jego matki były rozproszone.
- Co jest w aktach? Przez dwie godziny esbecy pytali np. o drut. Są zeznania kilkunastu osób, w tym sąsiadów.
Wszyscy mówili, że nie znają mamy, chociaż utrzymywali bliskie kontakty. Akta pochodziły z Sądu Wojewódzkiego
w Katowicach. Tylko w jaki sposób się tam znalazły? Przecież śledztwo zostało umorzone. Może liczono na to, że
któryś z aresztowanych, np. mama, w ciężkim śledztwie przyzna się do autorstwa zamachu.
Prawdziwy bombiarz - Stanisław Jaros był wcześniej karany za kradzież materiałów wybuchowych. Mimo to bezpieka
nie zainteresowała się nim.

Na liście Wildsteina

Grudzień 1961. Drugi zamach, również w Zagórzu. Tym razem ofiarą miał być Władysław Gomułka. Towarzyszył mu
I sekretarz KW PZPR w Katowicach Edward Gierek. Jemu szczególnie zależało na odpowiedniej oprawie wizyty -
pochodził z tych stron. Mimo ostrzeżeń o grożącym niebezpieczeństwie, zdecydował się na przejazd ulicami Zagórza.
Wybuch był na tyle silny, że z okien okolicznych domów znów wyleciały szyby. Jednak i tym razem przywódców
partii nie udało się dosięgnąć - w momencie eksplozji kolumna z Gomułką była już kilkadziesiąt metrów dalej. Ciężko
ranny został mieszkaniec Zagórza - jeden z tłumu gapiów. Okolica ponownie zaroiła się od funkcjonariuszy SB.
Sprowadzono nawet specjalistę z Moskwy.
Równicki: - Nikt z rodziny nie został wówczas aresztowany. Nie było takiej potrzeby, cały czas byli obserwowani.
W porównaniu z zamachem sprzed dwóch lat była jedna różnica. Za kraty trafił Stanisław Jaros. Władza zdawała sobie
sprawę, że tym razem musi znaleźć sprawcę. Po procesie Jaros został skazany na karę śmierci i 5 stycznia 1963 roku
powieszony. Do dziś trwają spekulacje, kim naprawdę był - radykalnym antykomunistą, młodym, porywczym
piromanem (rocznik 1932), agentem bezpieki? Na liście Wildsteina Stanisław Jaros figuruje jako pracownik SB. Ale
czy to na pewno ta sama osoba?
Trzeba pamiętać, że oba zamachy miały miejsce po 1956 roku, kiedy wpływy aparatu bezpieczeństwa w państwie
zostały ograniczone. Może bezpieka chciała pokazać partii, że nadal jest silna i nie da się tak łatwo zmarginalizować?
A może Jaros w ogóle nie miał z tym nic wspólnego (wpadł na skutek donosu, przesłuchania trwały po kilkanaście
godzin dziennie). Niewykluczone, że chciał po prostu odegrać się na milicji za to, że wcześniej wykryła u niego
skradzione materiały wybuchowe. Podobno teczka Jarosa została zniszczona w 1989 roku, a może jeszcze się
odnajdzie?

Najmłodszy strajkujący

Dla Stanisława Równickiego to, kim był Jaros, nie ma większego znaczenia. W więzieniu jego matka straciła zdrowie.
O swoich przeżyciach na UB opowiadała tylko w gronie najbliższych. Zmarła w lipcu 1995 roku.
- Wyjaśnienie sprawy jest moim obowiązkiem - mówi Równicki.
W Sierpniu 1980 pracował w Zakładzie Silników Elektrycznych Małej Mocy Sigma. Specjalizacja - ślusarz
narzędziowy. Miał 17 lat, był najmłodszym strajkującym. Jego młodzieżowa organizacja podlegała hucie "Katowice".
Na mieście rozwieszał ulotki z napisem: "Solidarność Gdańsk", kolportował "Wolnego Związkowca". Do stanu
wojennego działał w NSZZ "Solidarność". Potem, ze względu na sprawę mamy i swoją działalność był szykanowany
w pracy.
- Wyrzucili mnie w 1989 roku, już za rządów Tadeusza Mazowieckiego, ale zwolnienie było przygotowane wcześniej.
Sławomir Równicki zamieszkał w domu pomocy społecznej w Sosnowcu, utrzymuje się z renty. Gdy miał dziewięć
lat, zmarł jego ojciec - mąż Haliny Rokickiej. Od kilkunastu lat bezskutecznie walczy o odszkodowanie za znęcanie się
nad matką. Równicki liczy również na ukaranie winnych. Śledczy jego matki mogą jeszcze żyć.

Tadeusz M. Płużański

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".