Vous êtes sur la page 1sur 33

O PATOLOGII ŻYCIA NAUKOWEGO:

CASUS ŁYSENKO
Stefan Amsterdamski
W tekście tym1 mowa będzie o największym zapewne skandalu w historii nauki współczesnej, to jest
o tym jak w połowie XX wieku, w Europie, szarlatan-samouk zdołał wbrew społeczności uczonych, a
za pomocą środków administracyjnych i politycznych narzucad przez trzydzieści pięd lat naukom
biologicznym w swym kraju poglądy, które trudno nawet nazwad fałszywą teorią, rolnictwu zaś -
aplikowad nieskuteczne, a w wielu przypadkach katastrofalne dlao praktyki.

Jeśli skandalem tym warto w ogóle zajmowad się, to z pewnością nie w celu dyskredytacji tych
poglądów. Może on natomiast byd interesujący, ponieważ ujawnia - i to w postaci niezwykle
drastycznej - procesy patologiczne grożące życiu naukowemu w sytuacji, kiedy nauka powiązana jest
instytucjonalnie z ekonomiką i polityką (co współcześnie jest zjawiskiem powszechnym na całym
świecie) i kiedy ponadto instytucjonalizacja dokonuje się w ramach totalitarnego systemu rządzenia.
Próba ujawnienia mechanizmów tych procesów jest celem, dla którego przypominam tę historię.

Przypadek, o którym będzie mowa, jest szczególnie monstrualny. Zrodził się bowiem ze splotu wielu
konfliktów: trudności teoretycznych w dyscyplinie, której dotyczył, i praktycznych potrzeb jej
stosowania; starych sporów filozoficznych i aktualnych kontrowersji ideologicznych; kłopotów
ekonomicznych zacofanego kraju oraz wewnętrznych i zewnętrznych napięd politycznych;
sprzeczności między tradycją i metodą naukową a pragmatycznym i woluntarystycznym poglądem na
cele i zadania nauki. Splot taki jest z pewnością niepowtarzalny. Ale niemal każdy ze składających się
nao konfliktów nie tylko jest powtarzalny, ale w określonych warunkach społecznych jest
dostatecznie patogenny, by warto było potrudzid się o jego analizę.

POCZĄTEK KARIERY

7 sierpnia 1927 roku moskiewska „Prawda” donosiła, że miejscowy agronom z rolniczej stacji
doświadczalnej Gandża w Azerbejdżanie „rozwiązał problem użyźniania pól bez pomocy nawozów

1
Ze względu na charakter niniejszego opracowania zrezygnowałem z obciążania tekstu licznymi
przypisami. Podaję więc główne źródła, z których korzystałem: (a) La situation dans la science
biologique, Moscou 1949 (Stenogram Sesji WASCHNILu w dn. 31.7-7.8.1948); (b) T.D. Łysenko: O
sytuacji w biologii (referat wygłoszony na tejże sesji), Warszawa 1949; (c) D. Joravsky: The Lysenko
Affair, Harvard U.P. 1970; (d) Ż. Miedwiediew: Grandeur et Chute de T.D. Lysenko, Paris 1971; (e) M.
Popowski: Tysiacza dniej akadiemika Wawiłowa, „Prostor” nr 7 i 8, Paris 1966; Autorom opracowao
monograficznych, na których podstawie cytowałem dokumenty, artykuły, przemówienia, listy, które
oni zebrali - winien jestem podziękowanie za dług, który zaciągnąłem.

Dotyczy to szczególnie D. Joravsky'ego, którego praca zawiera nie tylko ogrom materiału źródłowego
i ogromną bibliografię zagadnienia, ale także liczne interpretacje, które wydały mi się trafne. Za
próbę całościowej interpretacji odpowiedzialnośd spada wszakże na mnie.

Od czasu gdy napisałem ten tekst, ilośd materiałów radzieckich dotyczących tej afery znacznie
wzrosła. Przynoszą one sporo interesujących szczegółów, ale nie skłaniają mnie do zmiany
zaproponowanych wcześniej interpretacji.
sztucznych”. Zimowe zasiewy grochu użyźnid miały pola i zapewnid zieloną paszę bydłu, które zimą
przymierało głodem. Bohater tego reportażu nazywał się Trofim Dienisowicz Łysenko. Miał wówczas
dwadzieścia dziewięd lat, pochodził z biednej chłopskiej rodziny na Ukrainie, wykształcenie odebrał
na studiach zaocznych w Kijowskim Instytucie Rolniczym. Nie była to jedyna sensacja naukowa tego
rodzaju, o jakiej donosiła w tych latach radziecka prasa. Poszukiwanie i promowanie wywodzących się
z ludu „praktyków”, którzy zreformowad mieli oderwaną od życia naukę „burżuazyjną”, było hasłem
dnia. Łysenko nie był jedynym, który miał na tym zrobid karierę. Miał swych poprzedników - na
przykład Iwana Władimirowicza Miczurina - i miał mied licznych następców.

Tłumacząc korespondentowi „Prawdy”, na czym polega jego odkrycie, Łysenko powiedział:

Każda roślina potrzebuje określonej ilości ciepła, by przejśd przez wszystkie stadia swego rozwoju - od
kiełkowania do wydania nasion. Jeśli ilośd tę zmierzyd w kaloriach, problem zimowych zasiewów
rozwiązad można na pomiętym skrawku papieru.

Że był to nonsens - nie trzeba przekonywad. O rozwoju rośliny nie decyduje globalna ilośd ciepła, lecz
przeciętne dzienne temperatury w całym okresie wegetacji. W pierwszej publikacji Łysenki z 1928
roku nonsensu tego już nie było. Zawierała ona jednak elementarne błędy rachunkowe z zakresu
statystyki i - co najważniejsze - całkowicie ignorowała wszystko, co wiadomo było dotąd o wpływie
temperatury na rozwój roślin. Jednym słowem, w tych punktach, w których nie była błędna
rachunkowo, niczego nowego do wiedzy nie wnosiła. Tak w każdym razie ocenili ją wybitni znawcy
problemu - akademicy Nikołaj A. Maksimów i P.I. Lisicyn.

Taki był początek tej zadziwiającej kariery naukowej człowieka, który dziesięd lat później został
prezesem Wszechzwiązkowej Akademii Rolniczej im. W.I. Lenina (WASCHNIL), a po kolejnych
dziesięciu latach dokonał niesłychanego pogromu w radzieckiej biologii, by sprawowad w niej władzę
monopolisty.

O cudownej metodzie zimowych zasiewów grochu rychło zapomniano. Ale już ten pierwszy epizod
każe zwrócid uwagę na kilka okoliczności natury ogólniejszej, które karierze tej będą stale
towarzyszyd. Po pierwsze, ignorancki lub nihilistyczny stosunek do dotychczasowych osiągnięd wiedzy
i metody postępowania badawczego; po drugie, informowanie o swych odkryciach, w celu ich
legitymizacji, nie społeczności badaczy, lecz władz gospodarczych i politycznych oraz zabieganie u
nich o poparcie dla swych koncepcji. Jest to sposób postępowania szukających uznania i reklamy
szarlatanów sfrustrowanych z powodu negliżowania ich przez oficjalną naukę. Łysenko nigdy nie
przeszedł żadnego treningu pracy badawczej, nigdy nie uzyskał w normalnej drodze żadnego stopnia
naukowego. Do społeczności uczonych został wprowadzony na mocy administracyjnych decyzji, to
jest kolejnych nominacji na kierownicze stanowiska. Był jednak niewątpliwie mistrzem w tym, co
Amerykanie nazywają „public relations”.

Zarówno treśd jak styl publikacji naukowych Łysenki - pisał J. Monod - dowodziły, że był on zupełnym
ignorantem nie tylko w sprawach współczesnej biologii, ale i w kwestiach metody naukowej.
Przypominały one małe broszurki wydawane z reguły własnym sumptem przez szarlatanów, którzy są
przekonani, że odkryli tajemnicę życia albo sposób leczenia raka, i którzy z wściekłością uskarżają się
na ignorowanie ich przez naukowy establishment.
Ale kariera Trofima Dienisowicza Łysenki w niczym nie będzie przypominad karier tego rodzaju mało
szkodliwych dziwaków, których nigdy w nauce nie brakowało i nie brakuje pod żadną szerokością
geograficzną. Sprzyjały temu rozmaite okoliczności.

Stad się tak mogło dlatego, ponieważ minęły już te czasy, kiedy nauka była wyłącznie dostarczycielką
bezinteresownych informacji. W XX wieku stawała się ona coraz bardziej producentem recept
manipulowania przedmiotami i ludźmi i utożsamiała się z działalnością produkcyjną nastawioną na
wytwarzanie wartości użytkowych. W rezultacie badania naukowe organizowane i finansowane są
przez instytucje pozanaukowe - rządy, jednostki gospodarcze - w których funkcjonowad muszą inne
kryteria oceny niż w autonomicznych społecznościach badaczy. Nawet jeśli założyd, że wiedzą
użyteczną z punktu widzenia tych instytucji może byd wyłącznie wiedza prawdziwa, to i tak w
określonej sytuacji i dla określonego odbiorcy nie każda wiedza prawdziwa jest jednakowo użyteczna.
Okolicznośd ta, zwłaszcza w pierwszym okresie działalności Łysenki, odegrała, jak jeszcze zobaczymy,
istotne znaczenie. W każdym razie w wyniku procesu uprzemysławiania nauki, który w wieku XX ma
zasięg światowy, społecznośd uczonych przestaję byd jedynym adresatem twórczości naukowej i
jedynym szafarzem społecznego uznania, o które zabiegad może badacz. W rezultacie nawet dla
prawdziwych uczonych powstaje w nauce system krzyżujących się lojalności rodzący konflikty
moralne.

Po drugie zaś, i to w omawianym przypadku jest najważniejsze, ów zewnętrzny odbiorca, o którego


względy zabiegał w całej swej karierze Łysenko, jest odbiorcą bardzo szczególnym. Tak szczególnym,
że zdolny jest udzielid petentowi cząstki swego monopolu władzy i że udzielając go sam stad się może
w rezultacie ofiarą szarlatana. W ten sposób nieszkodliwy w innych okolicznościach dziwak stad się
może zagrożeniem społecznym.

ODKRYCIA AGROBIOLOGICZNE

Prawdziwie wielka kariera Łysenki rozpoczęła się w 1929 roku. Wówczas to doradził on swemu ojcu,
by ze względu na wielkie straty w zasiewach ozimin, spowodowane w ubiegłych latach przez
szczególnie mroźne zimy, nie zasiał pszenicy jesienią, lecz przechował ją w chłodnym miejscu, wiosną
zwilżył i wysiał lekko już kiełkujące ziarno. W ten sposób - jak powiadał - ziarno przejdzie przez
zimowe stadium wegetacji w dogodnych warunkach i przeobrazi się w pszenicę jarą. Ojciec miał
posłuchad syna i przeprowadził ten eksperyment na swej półhektarowej działce przyzagrodowej.
Jesienią obaj zawiadomili władze o znakomitym wyniku tego zabiegu, któremu nadano miano
jarowizacji zbóż. Miał on przynosid zwiększenie plonów a zarazem świadczyd o możliwości
przeobrażania jednego gatunku roślin w drugi pod wpływem czynników zewnętrznych.

Wobec dotkliwych klęsk nieurodzaju, spowodowanych w tych latach zarówno przez wyjątkowe
mrozy, jak - przede wszystkim - przez przymusową kolektywizację, Komisariat Rolnictwa Ukrainy, a
później i Wszechzwiązkowy nadały niesłychany rozgłos tej sprawie. W lipcu 1931 roku komisarz
rolnictwa I.A. Jakowlew po wysłuchaniu sprawozdania Łysenki nakazał masowe siewy jarowizowanej
pszenicy. Wszyscy agronomowie mieli bezwarunkowo słuchad zaleceo Łysenki. On sam zaś został
dyrektorem odeskiej filii WIR-u (Wszechzwiązkowego Instytutu Uprawy Roślin), którego prezesem był
akademik Nikołaj I. Wawiłow. W 1933 roku metodą Łysenki obsianych miało byd kilka milionów
hektarów.

Stosunek uczonych do jarowizacji był z grubsza rzecz biorąc następujący:

Po pierwsze - metoda nie jest nowa. Stosowana była w Rosji i w niektórych rejonach Stanów
Zjednoczonych już w połowie ub. stulecia i uznana za nieskuteczną, jeśli chodzi o zwiększanie plonów.
Chroniła istotnie zasiewy przed wymarzaniem, ale koszty jej przeprowadzania były wysokie i
nieopłacalne.

Po drugie - doświadczenie przeprowadzone na półhektarowej działce bez wysiania próbki kontrolnej


tego samego, lecz niejarowizowanego ziarna, nawet jeśli rzeczywiście dało w tym wypadku dobre
wyniki, o niczym jeszcze nie świadczy. Przed masowym zastosowaniem metoda powinna zostad
rzetelnie sprawdzona.

Po trzecie - przekształcenie pszenicy ozimej w jarą i odwrotnie nie świadczy o możliwości


przekształcania gatunków pod wpływem czynników zewnętrznych. Fakty te dają się wyśmienicie
wyjaśnid również na gruncie teorii przeczącej dziedziczeniu cech nabytych, w omawianym bowiem
przypadku nie zachodzi przemiana genotypu. Wyhodowanie zaś odmian odpowiednich dla
określonych warunków klimatycznych wymaga przeprowadzania krzyżówek płciowych i selekcji
hybrydów otrzymywanych w proporcjach zgodnych z prawami dziedziczenia, wykrytymi przez
Johanna G. Mendla. Dopiero wielokrotna selekcja doprowadzid może do otrzymania linii czystych, to
jest takich hybrydów, które w każdym następnym pokoleniu dawad będą praktycznie jednorodne
genetycznie potomstwo. Taka procedura stosowana od wieków przez hodowców roślin i zwierząt,
którzy praw Mendla nie znali i działali metodą prób i błędów, wymaga czasu, cierpliwości i
dokładnych doświadczeo. Toteż obietnice wyhodowania w dwa-trzy lata odmiany pszenicy
wytrzymałej na syberyjskie mrozy - co obiecywał Łysenko - są, delikatnie mówiąc, nierozważne.
Mówiąc zaś mniej delikatnie - to zwykły bluff.

A jednak władze rolnictwa dały posłuch Łysence, a nie uczonym. Nie ma potrzeby omawiania tu
wszystkich perypetii sprawy jarowizacji pszenicy i produkowania przez Łysenkę coraz to nowych jej
odmian. Wspomnę tylko, że w 1935 roku Jakowlew otrzymał od niego z Odessy depeszę
zawiadamiającą o nowej rewelacyjnej metodzie „odnawiania gatunków”, które z pokolenia na
pokolenie rzekomo ulegad mają degeneracji wskutek samozapylania. Łysenko domagał się, aby
wprowadzid ją natychmiast w życie w 50-70 tysiącach gospodarstw rolnych. Uprzednie doświadczenia
kontrolne - powiadał - są zbędne, wynik ich bowiem gwarantuje słuszna teoria. Wprowadzenie w
życie tej metody wymagało odkomenderowania do pracy dodatkowo 800 tys. chłopów. Biologom
wiadomo było jednak doskonale, że rośliny samo-zapylające się - jak pszenica - istnieją w przyrodzie
od wieków i nie ulegają bynajmniej żadnej degeneracji. Akademicy Wawiłow, Lisicyn i Konstantinow
ostro zaprotestowali przeciwko „racjonalizatorskiemu” pomysłowi polegającemu na tym, by armia
chłopów uzbrojonych w pincetki chodziła po kołchozowych polach i wyrywała po kolei z każdego
kłosa pręciki, by nie dopuścid do samozapylenia. (Następnie kłosy zapylane miały byd pyłkiem innej
odmiany.) Pomijając cały teoretyczny nonsens tej imprezy, na który wskazywali uczeni, było jasne, że
proponowana metoda nie może zapobiec zapylaniu pyłkiem niesionym przez wiatr. Łysenki
przekonad było jednak nie sposób i Jakowlew znów zalecił tę metodę do powszechnego stosowania,
by po dwu latach popadła ona w należne jej zapomnienie.
Notabene, walka Łysenki z samozapylaniem miała dalszą historię. Na początku stulecia, na podstawie
rozważao teoretycznych opartych na prawach Mendla amerykaoski uczony G.H. Shull spróbował
uzyskad czyste linie kukurydzy metodą samozapylania. W normalnych warunkach kukurydza nie jest
rośliną samozapylającą się, a wobec tego wiadomo z góry, że w każdym następnym pokoleniu rośliny
będą się degenerowad - będą coraz mniejsze i coraz mniej będą dawad ziarna. Ze względów
praktycznych był to więc pomysł zdawałoby się szaleoczy. Ale Shullowi nie chodziło o
natychmiastowy efekt praktyczny. Chciał mied czyste linie do badao nad genetyką kukurydzy i tyle.
Otóż badania te wykazały, że krzyżówki między różnymi liniami czystymi uzyskanymi w drodze
samozapylania dawały w następnych pokoleniach rośliny, które były nie tylko lepsze w porównaniu z
poprzednim pokoleniem, ale również dużo lepsze od odmian, z których owe linie czyste zostały
pierwotnie wyhodowane. Shull poradził więc hodowad linie wsobne po to, by ich następnie użyd do
produkowania nowych hybrydów. Zastosowanie tej metody w Stanach w połowie lat trzydziestych
dało w stosunkowo krótkim czasie wzrost urodzaju około 100%. W 1943 roku obliczono, że nadwyżka
plonów uzyskana dzięki stosowaniu tej metody wyniosła 23,5 miliona ton i że gdyby ziarnem tym
skarmid świnie, to dałoby to około 25 kg wieprzowiny na głowę mieszkaoca USA. Wyhodowanie
nowych odmian kukurydzy było w latach trzydziestych największym praktycznym sukcesem
zastosowao genetyki.

Łysenko, wyłącznie z tej racji, iż nie uznawał praw Mendla oraz genetyki, która przeczyła
dziedziczeniu cech nabytych, wbrew propozycji Wawiłowa nie dopuścił do stosowania tej metody w
ZSRR. Kiedy zaś w 1948 roku nie mógł już zaprzeczad uzyskanym w USA rezultatom, powiedział:

Morganiści proponują nam pewne skomplikowane metody otrzymywania kukurydzy: najpierw


samozapylenie, później selekcja linii czystych, dalej hybrydyzacja. Metodę tę trudno stosowad w
wielkiej skali. Służy ona w oczywisty sposób kapitalistom, sprzedają bowiem ziarno biednym
farmerom, którzy sami go w ten sposób wyhodowad nie mogą.

Dopiero w 1954 roku z inicjatywy Nikity Siergiejewicza Chruszczowa plenum KC KPZR postanowiło
sprowadzad ze Stanów hybrydyzowaną kukurydzę i stosowad tę metodę w ZSRR. (Nie przeszkodziło
to jednak temuż Chruszczowowi nadal bronid łysenkizmu przed uczonymi.)

O jeszcze jednej kampanii okresu przedwojennego warto tu wspomnied, a mianowicie o późnym


(letnim) sadzeniu kartofli. Opierając się na zupełnie bezzasadnych przesłankach, Łysenko twierdził, że
choroba, na którą kartofel jest szczególnie podatny w gorącym i suchym klimacie, nie jest chorobą
dziedziczną, lecz wynika z „fazowego starzenia się bulw” dojrzewających podczas gorącego lata.
Zamiast więc hodowad odmiany niepodatne na tę chorobę i dokonywad ich selekcji, kazał po prostu
sadzid kartofle późno, tak by dojrzewały w porze chłodniejszej.

I znów wbrew oporowi uczonych władze przez parę lat zalecały tę metodę. Rezultatem było
zarzucenie selekcji materiału do reprodukcji i zawleczenie wspomnianej choroby do rejonów
centralnych, gdzie jej uprzednio nie znano. (Notabene, i ta metoda znana była od dawna, ale jej nie
stosowano, ponieważ trudno jest przechowywad sadzeniaki aż do późnego lata.)

Po wojnie, w koocu lat czterdziestych Łysenko opracował tak zwaną gniazdową metodę sadzenia
drzew. Na niej oparty był wielki Stalinowski plan przekształcenia przyrody w Średniej Azji. Wielkie
pasy leśne miały zmienid klimat południowych, pustynnych rejonów kraju. Metoda oparta była na
zaprzeczeniu istnienia wewnątrzgatunkowej walki o byt, czyli doboru naturalnego wewnątrz gatunku.
Odrzucenie tej podstawowej tezy darwinizmu Łysenko uzasadniał tym, że Darwin przejął ją od
Malthusa, a Malthusa krytykował Marks.

Otóż zdaniem Łysenki, sadzone gniazdowo młode dąbki zamiast ze sobą współzawodniczyd o światło i
pożywienie, będą się nawzajem wspomagad. Słabsze egzemplarze będą dla dobra gatunku poświęcad
się i ustępowad miejsca egzemplarzom silniejszym. Posadzone kosztem milionów rubli dąbki nie znały
widad przodującej teorii biologicznej, nie chciały ani ze sobą współpracowad, ani poświęcad się dla
dobra kolektywu i wyginęły prawie doszczętnie w ciągu paru lat W 1952 roku żyła już tylko połowa
zasadzonych drzewek, a w 1956 roku - niespełna 5%. Ale po roku 1948 uczeni nie mieli nawet prawa
krytykowad teorii Łysenki podniesionych do rangi oficjalnej ideologii.

Pominę tu omawianie innych rewelacyjnych metod i koncepcji Łysenki z okresu powojennego


dotyczących hodowli zwierząt czy metod nawożenia ziemi. Wszystkie były równie zasadne i skuteczne
co wspomniane poprzednio. Podaruję sobie również omawianie zupełnie już fantastycznej teorii
przekształcania gatunków, w myśl której - na przykład - pszenica hodowana w odpowiednich
warunkach mogłaby rodzid żyto. Wszystkie publikacje na ten temat - a było ich sporo - bądź oparte
były na jawnie sfałszowanych danych, bądź donosiły o wyhodowaniu odmian dawno już znanych.

Wszystkie te metody oparte były na przekonaniu, że odpowiednio manipulując warunkami


zewnętrznymi, można dowolnie przekształcad gatunki, a cechy nabywane w toku rozwoju
filogenetycznego przekazywane są dziedzicznie. Te właśnie koncepcje ekshumujące najbardziej
naiwne przekonania witalistyczne i teleologiczne, do których nie przyznałby się nawet żaden
szanujący się współczesny witalista, nazwane zostały „twórczym darwinizmem” lub „biologią
miczurinowską”.

DYGRESJA O MICZURINIE

Iwan Władimirowicz Miczurin zmarł w 1935 roku, to jest właśnie wówczas, gdy Łysenko rozpoczynał
swój pochód krzyżowy przeciwko genetyce. Na umizgi Łysenki w ostatnich latach życia Miczurin
pozostał głuchy. Ale fakt, że po jego śmierci Łysenko wybrał go sobie za patrona, nie był bynajmniej
przypadkowy.

Miczurin przez całe życie był sadownikiem. Twierdził, że udało mu się wyhodowad sto nowych
odmian owoców, które otrzymywał w drodze przeszczepów (krzyżówek wegetatywnych), i że
uzyskane przez niego odmiany nadają się do reprodukcji. Powołując się na te osiągnięcia, zwracał się
najpierw do władz carskich, a następnie do radzieckich o pomoc finansową dla przeprowadzania
swych eksperymentów. Teorią nie interesował się i nie miał na ten temat nic do powiedzenia,
przynajmniej dopóki uczeni nie powiedzieli mu, że jego odmiany nie mogą byd prawdziwymi
hybrydami i rodzid takiego samego jak one potomstwa, bowiem w drodze krzyżówek wegetatywnych
nie może nastąpid przekaz substancji genetycznej. Odpowiadał na to, że prawa Mendla nie stosują się
do owoców bądź że w ogóle żadne prawidłowości dziedziczenia nie istnieją, a przyroda w swych
tworach daje nieskooczoną różnorodnośd form i nigdy, nawet w identycznych warunkach się nie
powtarza.
O sukcesie hodowcy - mówił - nie decyduje żadna teoria, lecz jego potoczna intuicja. Dzięki niej może
on podporządkowywad rośliny własnej woli.

Miał typowe dla szarlatana przekonanie, iż jego intuicja jest ostatecznym kryterium prawdy.

Miczurin przez długie lata (podobnie zresztą jak jego odpowiednik w Stanach Zjednoczonych -
Burbank) toczył walkę z uczonymi, którzy nie chcieli uznad jego osiągnięd i traktowali go jako dziwaka
marzącego o tym, by hodowad gruszki na wierzbie. Ale sława Miczurina miała przydmid famę
Burbanka.

Jesienią 1923 roku wystawił on na pierwszej Ogólnorosyjskiej Wystawie Rolniczej swe okazy, które
znów nie znalazły uznania uczonych. Uzyskał jednak tyle, że 14 października tegoż roku „Izwiestia”
opublikowały artykuł pt. W Kozłowie czy w Waszyngtonie? Autor zapytywał, czy wielkie osiągnięcia
Miczurina w dziedzinie hodowli owoców zrealizowane zostaną w ZSRR czy w USA. Miesiąc później
Rada Komisarzy Ludowych postanowiła, iż sad Miczurina jest instytucją o znaczeniu paostwowym i że
należy okazad mu pomoc finansową.

W ten sposób, znów za pośrednictwem reklamy prasowej, wykreowany został kolejny „bohater
ludowy”, „ojciec jabłek”, wielki praktyk, który rewolucjonizuje zrutynizowaną i skostniałą naukę
oficjalną. Siedemdziesiąta rocznica urodzin Miczurina obchodzona już była w całym kraju z wielka
pompą.

Sam Miczurin nie aspirował, jak się zdaje, do tego, by uchodzid za uczonego. Sława wielkiego
sadownika zupełnie go satysfakcjonowała. Na kongresie radzieckich biologów w 1929 roku w ogóle
nie wspomniano o jego odkryciach, ale w ostatnim dniu obrad kongres uznał za stosowne
wystosowanie dwóch depesz gratulacyjnych - do KC Partii i do Miczurina. Parę tygodni przed śmiercią
Miczurin został wybrany honorowym członkiem Akademii Nauk ZSRR. Stało się to miedzy innymi na
wniosek Wawiłowa. Nazwisko Miczurina, jak trafnie zauważa David Joravsky, stało się symbolem:

Wykorzystano je do stworzenia obrazu Związku Radzieckiego zasypanego cudownymi owocami


stworzonymi przez niewykształconych jak on sam praktyków, na przekór surowemu klimatowi i
pesymizmowi uczonych specjalistów.

W liście skierowanym do Miczurina w osiemdziesiątą rocznicę jego urodzin komisarz rolnictwa


Jakowlew pisał:

jest zasadnicza różnica miedzy Tobą a (...) przedstawicielami nauki burżuazyjnej, którzy wytężają cały
swój dowcip, by okazad niemożliwośd zmieniania genotypów roślin. Ty natomiast, idąc od
doświadczenia do doświadczenia, dowiodłeś, iż za pośrednictwem czynników zewnętrznych zmieniad
można przekazywane dziedzicznie cechy roślin.

Nie ulega wątpliwości, że Łysenko trafnie wybrał sobie Miczurina na ojca chrzestnego swej teorii.
Termin „biologia miczurinowska”, który ukuł, stanowid miał usankcjonowanie jego pomysłów
teoretycznych, a nawet miał je przeżyd.
SZARLATAN I WŁADZE

Spróbujmy teraz zastanowid się, jak to było możliwe, że w kwestiach zdawałoby się sprawdzalnych
doświadczalnie władze, których nie można posądzad o celowe działanie na szkodę rolnictwa, dawały
przez trzydzieści pięd lat posłuch szarlatanowi. Rozmyślnie pominę tu teoretyczne aspekty sporu o
mechanizmy dziedziczenia, o czym władze nie miały i ostatecznie nie miały obowiązku mied pojęcia,
ale też i rozstrzyganie których nie było niezbędne do tego, by nie dawad na ślepo wiary Łysence.

Wydaje się, że niejakie światło na tę ciemną sprawę rzucid może uwzględnienie następujących
okoliczności, z których dwie pierwsze dotyczą zwłaszcza początkowego, a ostatnia - całego okresu
działalności Łysenki.

Stan genetyki w owych latach nie da się porównad z jej stanem dzisiejszym. Przekonanie o istnieniu
niezmiennych genów przechodzących w różnych kombinacjach z organizmów rodzicielskich do
potomnych znajdowało wprawdzie mocne potwierdzenie w zjawiskach obserwowalnych, ale mogło
byd i było z rozmaitych względów kwestionowane nie tylko przez szarlatanów. Wielu poważnych
uczonych sądziło na przykład, że teza o czysto przypadkowym charakterze mutacji jako jedynego
mechanizmu zmian w procesie ewolucyjnym nie da się pogodzid z tym, co na podstawie innych
danych dobrze wiadomo o tempie, w jakim dokonywała się ewolucja gatunków na ziemi. Nie znane
były wówczas ani czynniki mutagenne, ani chemiczny mechanizm mutacji i replikacji. Genetyka w
swym ówczesnym stadium nie stwarzała dobrze uzasadnionej nadziei na to, by w przyszłości możliwa
była ludzka interwencja w procesy dziedziczenia, inna niż stosowane od wieków krzyżowanie i
selekcja odmian. Zresztą i dziś inżynieria genetyczna, chod ma mocne podstawy teoretyczne, jest
wciąż stosowalna tylko w wąskim zakresie. Jej szerokie zastosowanie jest nadal jeszcze pieśnią
przyszłości i to wcale nie wiadomo, czy pieśnią radosną. Ale to już całkiem inna sprawa. Łysenko
natomiast, w odróżnieniu od genetyków, proponował metody, które miały rzekomo przynieśd niemal
natychmiastowe efekty praktyczne. W tym właśnie sensie prawda genetyki nie była prawdą
użyteczną dla szefów radzieckiego rolnictwa, którym się śpieszyło. Nie będąc zaś użyteczną, nie była
dla nich prawdą w ogóle.

Chociaż więc oponenci Łysenki mieli teoretycznie rację, to nie byli w stanie zaproponowad tak
szybkich środków działania, jak on. Kiedy Łysenko obiecywał nową odmianę pszenicy za dwa lata,
jego krytycy obiecywali ją za lat 8-10. Kiedy on proponował letnie sadzenie kartofli na południu kraju
zamiast wożenia zdrowego materiału reprodukcyjnego z północy, władze wiedziały, że przeciążony
transport nie podoła temu zadaniu i że jeśli posłuchają uczonych, będą musiały czekad na praktyczne
skutki ich badao przez lata. Analogicznie, kiedy Łysenko proponował absurdalne z naukowego punktu
widzenia metody nawożenia gleby, władze znów wiedziały, że przemysł nie jest w stanie dostarczyd
potrzebnej ilości nawozów sztucznych. Rezultat był oczywiście taki, że metody Łysenki były w
najlepszym razie nieszkodliwe a jego obietnice pozostawały puste, uczonym natomiast nie stwarzano
możliwości, by hodowali i selekcjonowali nowe odmiany roślin, stosując właściwe metody.

Ta sytuacja ściągała na uczonych w najlepszym razie zarzuty, iż są oderwani od życia, że zajmują się
zagadnieniami pozbawionymi praktycznego znaczenia - na przykład badaniem mechanizmu
dziedziczenia koloru oczu przez muszkę owocową - w gorszym zaś przypadku oskarżano ich o
rozmyślne szkodnictwo. I jak było ludziom nie mającym pojęcia o biologii tłumaczyd, że drozofila jest
szczególnie dogodnym obiektem eksperymentowania, albowiem - po pierwsze - bardzo szybko się
rozmnaża, a po drugie - ma mało skomplikowany układ chromosomów? I jak to było tłumaczyd tym,
którzy twierdzili, że chromosomy nie mają w ogóle żadnego wpływu na dziedziczenie, a geny to
burżuazyjny wymysł? Jeszcze w 1948 roku, kiedy sytuacja teoretyczna była już zupełnie inna i
wiadomo było, że odkrycie chemicznego mechanizmu dziedziczenia jest tylko kwestią czasu i to
krótkiego, badania zaś nad drozofilami i bakteriami zrobiły niesłychaną karierę na całym świecie,
dyrektor Instytutu Sadownictwa z Ukrainy, poplecznik Łysenki P. Plesiecki mówił:

Nasi morganiści, jak profesor Dubinin, zajmują się tak kapitalnym problemem jak ten, ile to muszek
owocowych zginęło w Woroneżu podczas wojny i jak warunki wojny wpłynęły na genetyczne zmiany
w ich populacji. I zajmują się oni tymi wielkimi problemami, kiedy kraj nasz leży w ruinach po wojnie.

Brak zaufania do uczonych, którzy w okresie, o jakim tu mowa, to jest w latach trzydziestych,
wywodzili się głównie z przedrewolucyjnej inteligencji, niewiara w to, że ogromna ich większośd ma
głęboko wpojone zasady rzetelnego wykonywania swego zawodu i kieruje się w swych badaniach
tymi zasadami, nie zaś interesem klasowym, co im dowolnie imputowano, całkowita ignorancja władz
w kwestiach merytorycznych biologii oraz metod naukowego postępowania, a wreszcie atmosfera
polityczna w kraju - wszystko to razem sprawiało, że zarzut sabotażu był chlebem powszednim nawet
wówczas, gdy w grę nie wchodziły interesy i kariery młodych arywistów. A przecież wchodziły. Ten
brak zaufania niewątpliwie paraliżował krytyków, a jednocześnie stanowił żyzną glebę dla wyrastania
szarlatanów. Toteż i wyrastali. Głos tych, którzy byli w stanie ich zidentyfikowad, przestawał się liczyd,
a oni sami robili wszystko, by co bardziej upartych uciszad. (Notabene, ci bardziej uparci wywodzili się
często z tych, którym zdawało się, że są politycznie bezpieczni.).

Po drugie, jednym z zasadniczych elementów stalinowskiej teorii i praktyki był woluntaryzm, wiara,
że - jak powiadał Josif Wissarionowicz Stalin:

każdy cel może byd osiągnięty, każda przeszkoda przezwyciężona, jeśli tylko tego dostatecznie mocno
chcemy.

Odpowiednio do tego naukę traktowano jako narzędzie osiągania wyznaczonych celów praktycznych
i o tyle ją ceniono, o ile potrafiła byd narzędziem skutecznym. Jeśli zaś możliwości osiągnięcia jakiegoś
celu przeczyła, jeśli była niezdolna do jego realizacji i to szybkiej, uznawano ją za pseudonaukę,
określano jako burżuazyjną, wrogą itd. Epitetów nie brakowało.

Praktyka i tylko praktyka jest jedynym kryterium wartości teorii zarówno w naukach przyrodniczych
jak społecznych.

Naukę uprawia dziś cały naród radziecki, skutecznie przeobrażając swój kraj.

Tylko praktyka produkcyjna jest kryterium prawdy i istotą konkretnego poznania. I ta sama praktyka,
która wytwarza obiekt zgodnie z postulowanym prawem, umożliwia produkcję tego obiektu w skali
masowej, czego potrzebuje społeczeostwo. Mistrzowskie opanowanie praktyki społeczno-
ekonomicznej stanowi rzeczywisty sens poznania.

Tak pisali ideolodzy. Praktycy natomiast przekładali te wskazania na własne kategorie. Jeden
sowchoz, w którym zgromadzi się 500-1000 chłopów-nowatorów produkcji z całego kraju więcej jest
wart niż jakikolwiek instytut naukowy, gdy chodzi o kształcenie uczonych - stwierdził w 1931 roku
rzecznik Komisariatu Rolnictwa na posiedzeniu dyrekcji WASCHNILu, stawiając przed Akademią
zadanie wykształcenia w ten sposób 25 tysięcy nowych specjalistów w ciągu 2 lat.

Ten woluntaryzm, podzielany szczerze czy nieszczerze przez aparat władzy, był wiatrem w żagle
Łysenki i jemu podobnych. Łysenko naprawdę wierzył, że można dowolnie przekształcad gatunki
zgodnie z własnymi życzeniami. Było w nim coś ze średniowiecznego alchemika wierzącego święcie w
możliwośd dokonywania dowolnych transmutacji pierwiastków. To właśnie wypowiedź w tym duchu
na naradzie pracowników rolnictwa w 1935 roku przerwał mu Stalin słowami:

Brawo, towarzyszu Łysenko!

Kiedy zaś na naradzie WASCHNILu w 1936 roku akademik Kierkis wyraził zdziwienie, jak Łysenko
może twierdzid, że

(...) aby otrzymad jakiś wynik, trzeba bardzo mocno chcied go uzyskad i jeśli bardzo mocno się chce, to
na pewno się go uzyska.

Łysenko odparł:

I mam rację! A potrzebuję tylko takich ludzi, którzy będą uzyskiwad wyniki, jakich ja potrzebuję!

Ten naukowy woluntaryzm Łysenki zgadzał się wyśmienicie z woluntaryzmem władzy. Kiedy zaś w
latach sześddziesiątych woluntaryzm ten wychodził już z mody, a Łysenko nadal twierdził, iż zdolny
jest wedle własnej woli przekształcad gatunki, musiał się czud zdradzony przez swoich szefów.

Po trzecie, i to w ścisłym związku z dwiema poprzednimi okolicznościami, Łysenko zawsze


kategorycznie sprzeciwiał się wszelkim próbom sprawdzania swych metod w warunkach
kontrolowanych. W wywiadzie udzielonym korespondentowi „Izwiestii” 15 lipca 1935 roku stwierdził:

Czy mamy prawo tracid 2-3 lata na uprzednie sprawdzanie metody opartej na słusznej teorii i
przeprowadzad w tym celu doświadczenia na małych działkach w stacjach doświadczalnych? Nie! Nie
mamy prawa tracid ani jednego cennego dnia!

Wiele lat później zachwycony tą jego postawą biograf napisze:

Niedowiarkowie i zrzędy stają na drodze młodego uczonego, próbują go zatrzymad w jego marszu. Ci
ludzie dowiedzieli się, że nie powtórzył on doświadczeo Gassnera. Ale on nie będzie dodawał jeszcze
jednego doświadczenia do tysiąca już przeprowadzonych. Nie da im tej satysfakcji, by mogli okazad,
że nie ma racji. Oczywiście, chcieliby, aby powrócił do Gandży, spędził tam długie lata na uporczywej
pracy, w której wyniku przedstawiłby im długie kolumny liczb. Ale on dobrze wie, co takie
eksperymenty są czasem warte. Niedoświadczony badacz pakuje ziarno do ziemi, nie biorąc pod
uwagę warunków środowiska, okoliczności. Nie wiedząc, czego roślina naprawdę potrzebuje,
wyhoduje on w ten sposób małego zielonego potworka i uzna, że teoria *wpływu środowiska - SA.] nit
została potwierdzona. Nie, on nie pozwoli im okazać, te się myli. *Podkreślenie moje - SA.]

Trudno byłoby wyłożyd trafniej regułę Łysenkowskiej metodologii.

Czasem jednak, zwłaszcza w pierwszym okresie, rzetelnej kontroli trudno było uniknąd. W latach
1931-1936 akademik P.N. Konstantinow przeprowadził na 54 działkach kontrolę wyników jarowizacji
35 odmian pszenicy. Uzyskał pewnośd, że jarowizacja nie podnosi plonów. Przeciętny wynik był taki,
że w przypadku jarowizacji otrzymywano 960 kg ziarna z hektara, bez niej - 956 kg. Różnica nie
przekracza błędu doświadczenia i jest praktycznie bez znaczenia. Na konferencji WASCHNILu w 1936
roku Konstantinow przedstawił te wyniki. Nie mogąc ich podważyd, Łysenko powiedział:

Akademik Konstantinow dobrze by uczynił, gdyby pamiętał, że za każdym razem, kiedy tego rodzaju
błędy eliminowane są z nauki, to eliminowani są również ci, którzy nie chcą ich zrozumied i upierają
się przy nich.

Od 1936 do 1962 roku nikt już nie odważał się ogłaszad takich wyników.

Można jednak słusznie zauważyd, że metodologia Łysenki nie tłumaczy metodologii władzy. Dlaczego
zatem, mimo kolejnych niepowodzeo, kierownicy radzieckiego rolnictwa raz po raz przez trzydzieści
pięd lat forsowali wbrew opinii uczonych kolejne pomysły szarlatana, nie poddając ich uprzednio
rzetelnemu sprawdzeniu? Próbując odpowiedzied na to pytanie inaczej niż słowami Kuźmy Prutkowa
„nie sposób pojąd niepojętego”, wkraczamy na grząski teren dociekao na temat, jak władza totalna
pada ofiarą własnych metod rządzenia.

Zarówno Komisariat Rolnictwa, jak Łysenko domagali się, oczywiście, rozmaitych sprawozdao z
kołchozów i sowchozów o wynikach stosowanych metod. Łysenko sam opracowywał szczegółowe
formularze sprawozdawcze dla dyrektorów i agronomów. Ale jak można się spodziewad
wiarygodnych sprawozdao, skoro przewodniczący kołchozów wiedzieli doskonale, że metody te
narzucane są par force przez władzę i świetnie rozumieli, jakich sprawozdao się od nich oczekuje. Nie
wątpili, że informacja o niepowodzeniach ściągnie im na głowę komisje i kontrole tropiące
niedbalstwo i sabotaż. Toteż istotnie Łysenko miał i ludzi, i wyniki, jakich potrzebował. A w każdym
razie mógł wybierad z otrzymanych sprawozdao te, które mu dogadzały. Ż. Miedwiediew pisze, że
bywało i tak, iż podczas gdy jakaś republika meldowała o spadku w danym roku urodzaju, wszystkie
kołchozy informowały Łysenkę, że uzyskały przyrost plonów.

Przy takiej procedurze sprawdzania Łysenko mógł zawsze twierdzid, że jeśli nawet donoszono o
niepowodzeniach, to dlatego, gdyż metod jego nie stosowano dokładnie, co skądinąd zapewne
odpowiadało prawdzie. Co bardziej wykształceni agronomowie w kołchozach niewątpliwie metod
zalecanych przez Łysenkę w ogóle nie stosowali, a sprawozdania pisali mniej więcej tak, jak Lejzorek
Rojtszwanc pisał o rozmnażaniu królików. W 1964 roku podróżujący po ZSRR i odwiedzający stacje
doświadczalne oraz gospodarstwa rolne amerykaoski specjalista stwierdził, że w ZSRR nie
wyhodowano w ogóle żadnych hybrydów zbożowych w ścisłym sensie tego słowa.

Im władza dalej angażowała się w popieranie łysenkizmu, im głośniej chwaliła się sukcesami, tym
trudniej stawało się Łysenkę zdezawuowad. Dezawuując jego, dezawuowałaby przede wszystkim
siebie, a to w grę nie wchodziło, przynajmniej w stosunku do aktualnie rządzących. Wszelka krytyka
Łysenki stawała się automatycznie krytyką władzy. Kółko się zamykało. Toteż z reguły działo się tak,
że po paru latach ogłaszania sukcesów, stosowanie każdej kolejnej metody pod takim czy innym
pretekstem po cichu zawieszano. Jest to normalny sposób naprawiania błędów w systemie, w którym
maksymalnej koncentracji władzy odpowiada maksymalne rozproszenie odpowiedzialności, w którym
nie działają normalne mechanizmy samoregulacji.
Władze zresztą też w gruncie rzeczy nigdy nie wiedziały, i przy takich metodach sprawdzania wiedzied
nie mogły, czy to metody Łysenki są nic nie warte, czy też są wadliwie wprowadzane, a zresztą jedno
drugiego nie wykluczało.

Łysenko umiał doskonale korzystad z owoców swej metodologii, a władze - skoro raz zgodziły się na
takie postępowanie, wynikające z ignoranckiej koncepcji stosunku nauki do praktyki i woluntaryzmu -
stawały się bezbronne wobec szarlatana. Tak stosowane kryterium praktyki nie pozwalało odróżnid
nauki od humbugu, nawet gdy szarlatan zaawanturował się w gniazdowe sadzenie drzew.

Kiedy podczas dyskusji w 1936 roku Łysenko przedstawił sprawozdania z kołchozów, akademik Lisicyn
powiedział:

Kapłani kiedyś dowodzili, że ofiary składane bogom chronią żeglarzy przed nieszczęściami. Z reguły
powoływali się przy tym na tych, którzy szczęśliwie dopłynęli do portu. Nigdy natomiast nie
wspominali o tych, którzy mimo składania ofiar zginęli. Pytam więc towarzysza Łysenkę: gdzie są
analizy nieudanych prób stosowania metody jarowizacji?

Ówcześni bossowie radzieckiego rolnictwa bądź pytania tego nie rozumieli, bądź - jeśli je rozumieli -
mieli je za wrogie. Ani nie dysponowali danymi, by na nie odpowiedzied, ani odpowiadad nie chcieli,
czy to innym, czy nawet sobie. Sami też ostatecznie byli odpowiedzialni przed władzą najwyższą i
dobrze wiedzieli, jakich sprawozdao się od nich oczekuje.

Ale to nie tylko brak wykształcenia, lecz - przede wszystkim - system sprawowania władzy, w jaki byli
uwikłani, decydował o ich postępowaniu. Pierwszy patron Łysenki - Jakowlew - był człowiekiem bez
wykształcenia zawodowego. Jego następcy - Weiniediktow, Mackiewicz, Łobanow - byli jednak
absolwentami Akademii im. Tiemieriazjewa, najlepszej szkoły rolniczej w kraju, i to z czasów, gdy
wykładano tam jeszcze prawdziwą biologię, a biologia radziecka była wówczas jedną z lepszych w
świecie. Problem polega na tym, że swe kierownicze funkcje paostwowe pełnili oni nie jako
specjaliści, lecz jako politycy. Toteż działali wedle reguł funkcjonowania systemu władzy, nie zaś
wedle tych, które narzucałoby otrzymane wykształcenie. Wszyscy trzej wymienieni działacze najpierw
bezwarunkowo popierali Łysenkę, a później, gdy ich zwierzchnicy postanowili skooczyd z jego
monopolem, porzucili swego protegowanego.

Myślę, że wbrew technokratycznym złudzeniom sprawowanie kierowniczych funkcji w aparacie takiej


władzy przez ludzi nawet z autentycznymi dyplomami nie zmienia zasad funkcjonowania systemu. O
wiele częściej deprecjonuje dyplomy.

Przedstawione wyżej okoliczności z pewnością nie wyczerpują wszystkich powodów poparcia, jakimi
cieszył się Łysenko u szefów rolnictwa radzieckiego. Sądzę, że powyższe uwagi rzucają jednak pewne
światło na mechanizmy, które torowały drogę tej niezwykłej karierze i które z nieszkodliwego w
innych warunkach politycznych dziwaka uczyniły groźne zjawisko. O innych mechanizmach mowa
będzie niżej. Obecnie natomiast spróbujmy przyjrzed się, w jaki sposób Łysenko zdobywał monopol
na terenie akademickim.
SZARLATAN WŚRÓD UCZONYCH

Przez długie lata wielu laików sądziło, że Trofim Dienisowicz Łysenko dokonał ważnych odkryd w
dziedzinie fizjologii roślin, pobłądził natomiast, gdy z odkryd tych próbował wyprowadzid wnioski
teoretyczne dotyczące mechanizmów dziedziczenia. Do utrzymywania się tego błędnego, jak
widzieliśmy, przekonania przyczyniało się również poparcie, jakim cieszył się u władz rolnictwa.
Istotnie, trudno było przypuszczad, by popierały one tak długo i takim kosztem stosowanie metod
bądź to nieskutecznych (jak jarowizacja), bądź szkodliwych (jak letnie sadzenie kartofli czy - później -
buraków) czy wreszcie katastrofalnych (jak gniazdowe sadzenie drzew). Mogło więc wydawad się, że
problem polega na znalezieniu właściwego teoretycznego wyjaśnienia tych odkryd.

Mniej więcej do 1936-1937 roku takie - nazwijmy je kompromisowym - stanowisko wobec łysenkizmu
zajmowało wielu biologów radzieckich, nie tylko sympatyków lamarkizmu, ale również genetyków,
jak N.I. Wawiłow, G.K. Meister czy B.M. Zawadowski, dla których lamarkistowska koncepcja
dziedziczenia cech nabytych stanowiła miniony etap rozwoju nauki. Trudno powiedzied, w jakim
stopniu wypowiedzi genetyków w tym duchu były szczere, a w jakim miały na celu uniknięcie
otwartego konfliktu z władzami, które popierały Łysenkę, oraz ograniczenie sporów do kwestii
teoretycznych, do których władze nie musiałyby się wtrącad. Można przypuszczad, że jak to zwykle w
takich przypadkach bywa, w grę wchodziły zarówno względy merytoryczne jak taktyczne. Zajmując
ważne stanowiska organizacyjne w nauce radzieckiej, Wawiłow i Meister znajdowali się niewątpliwie
pod szczególnie silną presją władz, domagających się od nauki na ich sposób rozumianej „jedności z
praktyką”. Nacisk ten, przynajmniej do czasu, skłaniad musiał tych uczonych do szukania
kompromisu. (Mieli za to później drogo zapłacid.) Wawiłow, na przykład, przyczynił się w znacznym
stopniu do wylansowania Miczurina, nie ustępując mu jednak w niczym, gdy chodziło o zagadnienia
teoretyczne. Podobne stanowisko zajmował teraz wobec Łysenki.

I wszystko to mogło mied sens przy założeniu, że Łysenko i jego zwolennicy, których pozyskał w
Instytucie w Odessie (M.A. Olszaoski, D.A. Dołguszyn, P. Plesiecki, I.E. Głuszczenko), podporządkują
się regułom rozstrzygania sporów teoretycznych przyjętym w nauce, że, jednym słowem,
zachowywad się będą jak uczeni.

Kompromis nie jest jednak stanowiskiem, na który przystad może szarlatan. On z góry wie, co jest
słuszne, i stawia swój intuicyjny sąd wyżej od przyjętych reguł postępowania badawczego. Toteż
Łysenko przyjmował komplementy składane mu przez uczonych za jego wybitne osiągnięcia
praktyczne jako należną mu daninę, a im więcej mu ich składano, tym stawał się bardziej agresywny
oraz pewny swego w kwestiach teorii. I w pewnym sensie miał rację: gdyby bowiem istotnie niektóre
z proponowanych przez niego metod były skuteczne, w co wierzył, musiałby też mied rację w
kwestiach teorii, w których nawet „kompromisowcy” nie chcieli mu ani na jotę ustąpid.

Dziś, z perspektywy czasu, trudno wątpid w to, że owo kompromisowe stanowisko ułatwiało Łysence
zdobywanie terenu w nauce akademickiej - nobilitowało go bowiem jako stronę w rzeczywistym
sporze naukowym, na co nie zasługiwał. Ułatwiało nie dlatego, że było pryncypialnie niesłuszne -
przeciwnie, było zgodne z naukowym savoir vivre - lecz z tego powodu, że normalne mechanizmy
ujawniania szarlatanów w nauce miały zostad zablokowane, a demokratyczny savoir vivre życia
naukowego popadał w coraz ostrzejszy konflikt z utrwalającym się systemem rządzenia i zarządzania,
któremu podlegad miało całe życie społeczne, w tym i nauka. To właśnie „kompromisowcy” stali się
głównym celem ataku Łysenki, im bowiem najłatwiej było okazad niekonsekwencję. Jeśli można się
czemuś tu dziwid, to nie tyle wynikom tego konfliktu, co raczej temu, że pełny sukces na terenie
akademickim łysenkowcy zdołali osiągnąd dopiero w 1948 roku.

W każdym razie w połowie lat trzydziestych tylko stosunkowo nieliczna grupa uczonych - miedzy
innymi akademicy Sieriebrowski, Konstantinow, Lisicyn oraz pracujący w ZSRR późniejszy laureat
nagrody Nobla, Amerykanin H.J. Müller - zajęła od początku wobec Łysenki stanowisko
bezkompromisowe. Traktowali go słusznie jako szarlatana i uważali, że jego metody badawcze oraz
sposób dyskusji z miejsca dyskwalifikują go jako partnera sporów naukowych. Znakomita większośd
uczonych starała się natomiast, jeśli tylko mogła, trzymad się w ogóle z dala od całej tej dyskusji i
dalej robid swoje. Neutralnośd taką o wiele łatwiej było oczywiście zachowad tym badaczom, którzy
bezpośrednio nie zajmowali się procesami dziedziczenia.

Stanowisko kompromisowe odpowiadało, jak się wydaje, w tych latach również i władzom partyjnym,
odpowiedzialnym za naukę, które - inaczej niż szefowie rolnictwa - aż do 1948 roku nie zdecydowały
się na bezwzględne opowiedzenie się w sporze po stronie łysenkizmu i do tego czasu nie udzieliły
zgody na absolutny monopol Łysenki na terenie akademickim, to jest w Akademii Nauk ZSRR. w
WASCHNILu, w Akademii im. Tiemieriazjewa i w czołowych uniwersytetach.

Dwie kolejne dyskusje: pierwsza, zorganizowana w 1936 roku przez WASCHNIL i druga - w 1939 roku
przez redakcję centralnego pisma ideologicznego „Pod znamieniem marksizma” - były próbami
uzyskania takiego kompromisu. Pamiętad przy tym należy, że w rozumieniu władz, inaczej niż
uczonych, dyskusja miała byd nie sposobem rozstrzygania spornego problemu, lecz sposobem
doprowadzenia do tego, by jej uczestnicy przyjęli z góry ustalone, „jedynie słuszne” stanowisko. Jest
to normalne rozumienie kompromisu przez władzę totalitarną

Otóż w artykule opublikowanym w „Prawdzie” tuż przed dyskusją 1936 roku ówczesny kierownik
wydziału nauki KC, K.I. Bauman pisał o potrzebie połączenia wszystkich sił uczonych dla dobra
rolnictwa radzieckiego. Podkreślał, że Łysenko, ze względu na jego wielkie zasługi praktyczne,
powinien cieszyd się poparciem uczonych. Na temat zaś sporu teoretycznego powiadał tylko tyle, że

(...) pomimo iż w wielu kwestiach T. D. Łysenko nie zgadza się z poglądem dominującym wśród
genetyków, ci nie powinni lekką ręką odrzucad jego stanowiska, lecz przysłuchiwad się jego
argumentom i rzetelnie z nim dyskutowad.

Znaczyło to w sposób oczywisty, że władze najwyższe, chod popierają Łysenkę, ocenę jego poglądów
pozostawiają nadal uczonym i liczą na pogodzenie jego „agrobiologii” z genetyką. Taki też w intencji
władz powinien byd wynik dyskusji.

Głównymi referentami na sesji w 1936 roku byli akademicy A.S. Sieriebrowski i H.J. Müller, z drugiej
zaś strony - LI. Priezient, od kilku lat główny doradca Łysenki w sprawach teoretycznych i
ideologicznych, z wykształcenia filozof. (Jeszcze w 1930 roku, to jest przed nawróceniem się na
łysenkizm, Priezient wraz z trzema biologami marksistami I.J. Agolem, S.G. Lewitem oraz tymże
Sieriebrowskim dowodzili na teoretycznej konferencji biologów, że genetyka jest całkowicie zgodna z
filozoficznymi założeniami materializmu dialektycznego, ten zaś nie da się pogodzid z lamarkizmem i
witalizmem.)
Referat Priezienta na sesji dowodził jego całkowitej ignorancji w kwestiach genetyki. Uczeni, którzy
chcieli na sesji uzyskad od Łysenki chodby odcięcie się od bredni Priezienta, usłyszeli w odpowiedzi:

Akademik Sieriebrowski nie ma racji twierdząc, że Łysenko przeczy istnieniu genów. Ani ja, ani
Priezient nigdy nie przeczyliśmy ich istnieniu. (...) Przeczymy natomiast istnieniu cząstek, korpuskuł
dziedziczności. Czy jeśli człowiek przeczy istnieniu cząstek temperatury, znaczy to, że przeczy istnieniu
swoistej substancji temperatury, czy znaczy to, że przeczy istnieniu temperatury jako jednej z
właściwości stanu materii? Przeczymy istnieniu korpuskuł, molekuł swoistej „substancji dziedzicznej”,
ale zarazem nie tylko uznajemy, ale niepomiernie lepiej od was, genetyków, rozumiemy dziedziczną
podstawę form roślinnych.

Bertrand Russell pisał kiedyś, że istnieją twierdzenia, którym nie przysługuje nawet ten przywilej, by
można było o nich orzec, iż są fałszywe. Było oczywiste, że o żadnej dyskusji i kompromisie z
łysenkowcami nie może byd mowy. Wbrew oczekiwaniom władz, konferencja nie tylko nie
doprowadziła do jedności - bo nie mogła - lecz przyczyniła się do dalszej polaryzacji stanowisk.
Wykazała przede wszystkim brak jakiegokolwiek consensus omnium, w którego ramach dyskusja
mogłaby się toczyd. Coraz bardziej aktualne stawało się pytanie, czy i jak daleko posuną się władze w
forsowaniu stanowiska Łysenki.

Jeszcze w 1932 roku międzynarodowe stowarzyszenie genetyków powierzyło organizację kolejnego


kongresu genetyki uczonym radzieckim. Miał się on odbyd w 1937 roku w Moskwie. Decyzja ta była
niewątpliwym wyrazem uznania dla osiągnięd genetyki w ZSRR. Teraz zaś odbycie kongresu w
Moskwie stanowid by mogło mocny atut w walce z łysenkizmem.

Ale wiosną 1937 r. Stalin wygłosił na plenum KC słynny referat O niedociągnięciach w pracy Partii i o
środkach likwidacji trockistów i innych zdrajców. Zaczęła się „wielka czystka”, która dotknęła również
środowiska naukowe, w tym i biologów.

Łysenkowcy nie omieszkali wykorzystad tej sytuacji. Oto kilka fragmentów ich artykułów z prasy tego
okresu:

I.I. PRIEZIENT: Podczas gdy radziecki świat naukowy rozszerzył front walki przeciwko tendencjom
metafizycznym w biologii, podczas gdy zgodnie ze wskazaniami I. W. Miczurina i T. D. Łysenki wszyscy
staramy się przebudowad biologię radziecką na gruncie twórczego darwinizmu podniesionego do
rangi marksizmu, ciemne siły podjęły próbę przeciwstawienia się tej twórczej orientacji biologii
radzieckiej. (...) Trockistowski bandyta, genetyk Agol *dopiero co aresztowany sekretarz Ukraioskiej
Akademii Nauk, z którym siedem lat temu Priezient wspólnie bronił genetyki - SA.+ próbował siad
zamieszanie w umysłach radzieckich biologów, lansując metafizykę Weismanna. Jakże znaczący to
fakt, że zagraniczni genetycy wystąpili zaraz w jego obronie.(...) Również i przyjaciel trockistów, wróg
ludu Bucharin podpisuje się pod metafizycznymi aspektami genetyki i twierdzi, że teoria zmienności
przez rekombinację genów, oparta na prawach Mendla, koncepcja linii czystych Johansena i
uogólnienia amerykaoskiej szkoły Morgana stanowią ostatnie słowo w rozwoju darwinizmu. Tenże
Bucharin okazywał wiele szacunku i sympatii N.I. Wawiłowowi. *Wawiłow był wciąż prezesem WIRu i
vice-prezesem WASCHNILu - SA.]

M.S. DUNIN: Wszyscy ludzie radzieccy wiedzą obecnie, kim są tacy uczeni, jak akademik Kolcow czy
akademik Sieriebrowski oraz pozostali rycerze genów. Ale fakt, że wróg ludu Bucharin zwalczał u ich
boku darwinizm, był dotąd przemilczany. Nie miejcie zaufania do potwora, który pod owczą skórą
kryje wilcze zęby.

I.A. JAKOWLEW: Trzeba zapewnid, aby genetyka stała się w przyszłości nauką, a nie lokajem Goebbelsa.

I jeszcze raz PRIEZIENT: Nie jest ważne, kto kogo uczył - faszyści Kolcowa, czy Kolcow faszystów.
Kierując się programem Kolcowa, faszyści zabijają tysiące istot ludzkich. Dla Kolcowa wszakże to tylko
tysiące fenotypów.

Winą Kolcowa było zajmowanie się genetyką człowieka i chorobami dziedzicznymi.

Tego rodzaju publicznych denuncjacji były dziesiątki, jeśli nie setki. Niepubliczne można tylko
podejrzewad2.

Mimo to nie wydaje się, by wielka czystka w środowisku biologicznym miała za swe kryterium
stosunek uczonych do łysenkizmu. Przebiegała ona tu raczej wedle tych samych „zasad” co we
wszystkich innych środowiskach. Wśród jej ofiar byli nie tylko przeciwnicy Łysenki, ale i niektórzy jego
zwolennicy. Co więcej, najbardziej zdecydowani przeciwnicy Łysenki nie zostali ani aresztowani, ani
nawet pozbawieni pracy. (Dotyczy to Sieriebrowskiego, Zawadowskiego, Sabinina, Lisicyna,
Konstantinowa, Rozanowa, Dubinina, Żebraka, Schmalhausena, Rappaporta, Żukowskiego, a nawet
Kolcowa - bite noire łysenkowców, któremu wprawdzie odebrano instytut, ale którego nie
aresztowano.) Amerykaoski badacz historii nauki radzieckiej David Joravsky podaje listę 82 uczonych
biologów represjonowanych (to jest co najmniej aresztowanych) w tych czasach. Znajdują się na niej
54 nazwiska osób, które publicznie żadnego stanowiska w sporze z Łysenką nie zajmowały, 12
zdecydowanych przeciwników Łysenki, 8 kompromisowców oraz 8 łysenkowców. Nawet jeśli autor
książki nie dotarł do wszystkich nazwisk poszkodowanych, to wydaje się, że proporcje na tej liście
odpowiadają z grubsza rozkładowi stanowisk w całości populacji biologów radzieckich w tym czasie:
znakomita większośd stroniących od angażowania się w konflikt, stosunkowo nieliczna grupa
otwarcie zaangażowanych w spór, a wśród nich znikoma wciąż mniejszośd łysenkowców.

Nie znaczy to oczywiście, że terror nie przyczynił się do sukcesów Łysenki na terenie akademickim,
ani że łysenkowcy nie próbowali wykorzystywad go dla swych celów (próbki przytoczyłem).

Przede wszystkim terror zastraszył niewątpliwie środowisko i skonformizował je w takim stopniu,


który trudno tu opisywad. Każda polemika teoretyczna, każda obrona własnych poglądów
odbiegających od oficjalnych urastała teraz do poziomu bohaterstwa. Uległośd i serwilizm, jak się
wydawało, były jedynym sposobem na przeżycie.

Ponadto łysenkowcy zdołali w wyniku czystek uzyskad kilka ważnych stanowisk w nauce radzieckiej i
zdobyd sobie w niej pierwszy przyczółek. Po aresztowaniu prezesa WASCHNILu Murałowa stanowisko
to objął po nim sam Łysenko. Niemniej nominacje łysenkowców na zwolnione stanowiska nie były
regułą i po czystce stanowili oni nadal na terenie akademickim, wprawdzie hałaśliwą i wojującą, ale
mniejszośd, na co nieustannie, aż do 1948 roku uskarżali się władzom. Genetyka była nadal
wykładana, badania prowadzili uczeni z prawdziwego zdarzenia - w tym wielu już z młodszego
pokolenia. Oni przede wszystkim kształcili młodzież i swych następców, co wywoływało szczególną
furię zwolenników przodującej biologii. Ci uzyskali jednak tyle, że na uniwersytetach powołano

2
Radziecka prasa ujawniła w 1987 roku wiele donosów składanych na Wawiłowa.
„gabinety twórczego darwinizmu”. Były to placówki o charakterze ideologicznym, obsadzane przede
wszystkim przez filozofów. Priezient kierował takimi gabinetami w uniwersytetach moskiewskim i
leningradzkim.

I wreszcie, próby uwikłania sporów teoretycznych w biologii w kontekst polityczny i ideologiczny


odegrały ogromną rolę na dłuższą metę. Pretensje łysenkizmu do tego, iż jest jedyną prawidłową
wykładnią marksizmu na terenie biologii, stały się głównym orężem w walce z genetyką na najbliższe
dwierdwiecze. Notabene, dyskusja 1939 roku odbywała się już nie w Akademii Nauk Rolniczych, lecz
w redakcji ,,Pod znamieniem marksizma”, co oznaczało, że stosunek do łysenkizmu stał się sprawą
ideologii.

Do analizy pretensji i argumentów w tej kwestii wypadnie jeszcze powrócid. Tu ograniczę się do
stwierdzenia, że do 1948 roku nie znalazły one pełnej aprobaty najwyższej instancji. M.B. Mitin,
główny kapłan ideologii w tych latach, podsumowując dyskusję 1939 roku stwierdził znów, że uczeni
powinni uznad praktyczne znaczenie agrobiologii, porzucid swą „arystokratyczną, paoską dla niej
pogardę” i znaleźd dla niej miejsce w biologii teoretycznej. Łysenkowcy natomiast, jak powiedział,
porzucid powinni swój antyintelektualny, „machajewski” stosunek do genetyki. (Machajski był
działaczem polskiego ruchu robotniczego; twierdził, że ruch proletariacki powinien pozbyd się
intelektualistów, ci bowiem będą usiłowali stad się nową klasą panującą.) Mitin tak potraktował w
dyskusji Priezienta, że Łysenko zapytał: „Towarzyszu Mitin, czy aby kopnąd mnie, musicie kopad
Priezienta?”

Konferencja z 1939 roku raz jeszcze ujawniła, że sensowna dyskusja między uczonymi a
łysenkowcami jest niemożliwa. Kto wie, czy gdyby nie wojna, wydarzenia 1948 roku nie nastąpiłyby
wcześniej.

Światowy kongres genetyki w Moskwie nie odbył się. Najpierw komitet organizacyjny, któremu
przewodniczył Murałow, poprosił władze międzynarodowe o przesunięcie terminu kongresu o rok;
ale po aresztowaniach Meistera, Murałowa i Lewita na przełomie roku 1937 i 1938 władze
międzynarodowe ostatecznie go odwołały. Kontakty biologii radzieckiej z nauką światową zerwane
zostały na blisko dwadzieścia lat.

SPRAWA WAWIŁOWA

Objęcie przez Łysenkę stanowiska prezesa WASCHNILu dało mu do ręki nowe instrumenty walki z
genetyką, której znaczna częśd podlegała mu teraz instytucjonalnie, chod w Akademii był raczej
osamotniony. Rozpoczęły się pierwsze próby ,,mutowania” uczonych na łysenkowców metodami
administracyjnymi i eliminowanie tymiż metodami tych, którzy przerobid się nie dawali. Pierwszym
obiektem ataku stał się Nikołaj Iwanowicz Wawiłow.

Sprawa Wawiłowa wydaje się symptomatyczna jako przykład zderzenia postawy uczonego, który
widzi swe powołanie w zastosowaniu nauki do racjonalizacji życia społecznego i powołanie to
traktuje ogromnie poważnie, z nowym systemem społecznym, kierującym się zgoła inną
racjonalnością od tej, jaka właściwa jest tradycji naukowej.
W latach dwudziestych Wawiłow był pełen entuzjazmu i wiary w możliwości, jakie nowy porządek
stwarza naukowej przebudowie zacofanego rolnictwa. Wierzył, że pozwoli on na racjonalne i planowe
korzystanie z zasobów roślinnych całej kuli ziemskiej, a genetyka ze swej strony pozwoli już w
niedalekiej przyszłości na syntezę nie znanych dotąd form roślinnych, tak jak synteza chemiczna
umożliwiła produkowanie nowych, nie występujących w przyrodzie substancji. Idei tej poświęcił swe
nieprzeciętne zdolności organizacyjne i talent badacza. W 1922 roku zaproponował rządowi
zorganizowanie w Rosji czegoś na wzór amerykaoskiego departamentu rolnictwa - federacji
instytutów badawczych i stacji doświadczalnych. Inicjatywa ta znalazła poparcie władz i w ten sposób
powstał WASCHNIL, którego pierwszym prezesem został z wyboru uczonych Wawiłow. Jego
entuzjazm, autorytet naukowy i umiejętnośd współpracy z ludźmi sprawiły, że zdołał pozyskad dla
swej idei wielu uczonych. Jeszcze w 1930 roku podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych namawiał
profesora Dobzhaoskiego, jednego z najwybitniejszych genetyków na świecie, który wyemigrował z
Rosji po rewolucji, by powrócił do kraju i dopomógł wielkiej sprawie przebudowy rosyjskiego
rolnictwa. (Podczas swego ostatniego pobytu za granicą na międzynarodowym kongresie genetyki w
1932 roku mówił już jednak Dobrzaoskiemu, że powrót mógłby byd dlao niebezpieczny.)

Z powodów, które starałem się uprzednio przedstawid, sytuacja Wawiłowa w początkach lat
trzydziestych stawała się coraz trudniejsza. Nie mógł on ani sprostad fantastycznym często
wymaganiom władz, ani zaakceptowad ich woluntarystycznej i pragmatycznej koncepcji nauki, ani
skutecznie opierad się wzbierającej fali szarlatanerii, która znajdowała wsparcie w tej polityce.
Widzieliśmy, jak do 1936 roku szukał kompromisu. Po dyskusji, w tymże roku oraz wydarzeniach lat
1937/1938 nie miał już żadnych wątpliwości, że o kompromisie nie ma co marzyd. Kiedy Łysenko
został prezesem Akademii Rolniczej, sytuacja stała się dla Wawiłowa dramatyczna. Oto co mówił w
1939 roku podczas wspomnianej już poprzednio dyskusji w redakcji „Pod znamieniem marksizma”:

Nasze różnice zdao wynikają stąd, iż proponuje się nam, byśmy w imię nauki postępowej powrócili do
poglądów z pierwszej połowy XIX wieku.(...)

Jest to sprawa, której nie rozstrzygnie nawet dekret Komisariatu Rolnictwa. Można nas zaciągnąd do
rzeźni, można nas spalid na stosie, ale nie można nas zmusid, byśmy zrezygnowali z naszych
poglądów. I nie chodzi tu o akt wiary, lecz o fakty. Jakąkolwiek książkę weźmiecie do ręki, stwierdzicie,
że mówi ona zupełnie co innego niż to, czego naucza się w Instytucie w Odessie. Czy chcecie, abyśmy
spalili te książki? Tego nie uczynimy. Będziemy do kooca, do kresu możliwości uwzględniad to, co
dzieje się w postępowej nauce na świecie.

Było to przemówienie człowieka pozbawionego już wszelkich iluzji i to nie tylko w kwestii możliwości
pogodzenia łysenkizmu z genetyką. Władze też już nie mogły mied wątpliwości, że Wawiłow nie jest
człowiekiem, który zgodzi się byd uległym narzędziem obranego w latach trzydziestych kursu
politycznego.

W maju 1939 roku rząd pod przewodnictwem Wiaczesława Michajłowicza Mołotowa wysłuchał
sprawozdania Łysenki o sytuacji w Akademii Nauk ZSRR i odrzucił przedstawiony plan badao w
zakresie nauk biologicznych. W rezultacie prezydium Akademii zarzuciło Wawiłowowi, iż izoluje swój
instytut od kierunku badao, jaki wskazują prace akademika Łysenko i zaleciło mu:
(...) atakowad klasowo wrogie pozycje na froncie teoretycznym; skoncentrowad się na ważnych
ekonomicznie zagadnieniach i szybko je rozwiązad; podporządkowad całą pracę zadaniu
przekształcania natury roślin w drodze ich reedukacji.

Styl tej rezolucji nie pozwala wątpid, spod czyjego wyszła pióra. Łysenko miał teraz otwartą drogę do
stosowania środków administracyjnych.

Podsumowując dyskusję z Wawiłowem na prezydium WASCHNILu w maju 1939 roku, stwierdził on


bez ogródek:

Nikołaju Iwanowiczu, napotykacie trudności w prowadzeniu waszych prac. Mówiliśmy o tym


wielokrotnie i jest mi z tego powodu przykro. Ale okazujecie jawną wobec mnie niesubordynację.
Dochodzę do wniosku, że czas podjąd odpowiednie środki. Tak dalej byd nie może. Będziemy zmuszeni
zaufad innym ludziom, przyjąd inną linię postępowania - linię administracyjnego podporządkowania.

Z listu Wawiłowa do władz z wiosny 1940 roku dowiadujemy się, na czym ta nowa linia postępowania
polegała. Wawiłow pisał:

Korzystając ze swego wysokiego stanowiska T.D. Łysenko organizuje represje wobec swych
oponentów. (...) We wrześniu, nie uzgadniając tego ze mną, zwolnił z pracy czternastu profesorów i
wielu kandydatów nauk z mego instytutu tylko dlatego, że nie podzielają jego poglądów. (...) W
podobny sposób mianowano nowych zastępców dyrektora i sekretarza naukowego instytutu. Ludzie
ci zajmują się głównie organizowaniem intryg, paraliżowaniem mojej pracy i pozyskiwaniem
względów prezesa Akademii.

List ten pozostał bez odpowiedzi.

W sierpniu tego roku, podczas jednej ze swych podróży służbowych Wawiłow został aresztowany, a
rok później skazany przez trzyosobowe kolegium w niejawnym procesie na karę śmierci za
„przynależnośd do prawicowej konspiracji, sabotaż w rolnictwie, utrzymywanie stosunków z
rosyjskimi emigrantami”. Wyroku nie wykonano. Później zamieniono go na dziesięd lat więzienia. W
1942 roku, podczas wojny, Royal Society wybrało Wawiłowa na swego członka. Nie pomogło, nie
zwolniono go. W 1943 roku zmarł on z wycieoczenia w więzieniu. Wkrótce po jego aresztowaniu
podobny los spotkał jego najbliższych współpracowników - Lewickiego, Karpietczenkę i Goworowa.
WIR przeszedł w ręce łysenkowców, stając się do 1948 roku ich główną twierdzą na terenie
akademickim.

Proces rehabilitacyjny Wawiłowa w 1955 roku ujawnił, że mianowany przez Łysenkę sekretarz
naukowy instytutu, niejaki Szudienko, był pracownikiem NKWD i po aresztowaniu Wawiłowa
kierował śledztwem przeciwko niemu. W aktach sprawy znaleziono zeznania i donosy osób, które nie
zdołały się oprzed presji policji politycznej.

W ten sposób rozstrzygnął się konflikt między totalitarną władzą a uczonym, który w imię społecznej
funkcji nauki chciał bronid jej intelektualnej autonomii.
SESJA WASCHNIL W 1948 ROKU

Absolutną władzę i monopol dla swych koncepcji zdobył Łysenko na mocy decyzji władz politycznych
w 1948 roku. Kolejna dyskusja w WASCHNILu w sierpniu tego roku miała przypieczętowad publicznie
tę decyzję. Odtąd akceptacja łysenkizmu stad się miała kryterium politycznej prawomyślności w ZSRR
oraz kryterium wierności zasadom marksizmu na całym świecie. Był to - przypomnijmy - początek
zimnej wojny, walki z kosmopolityzmem w kulturze, rozpalania ksenofobii, wynoszenia pod niebiosa
wszystkiego, co rodzime, zdrowe, radzieckie, w przeciwieostwie do tego, co obce, burżuazyjne,
zdegenerowane.

W lipcu 1948 roku Łysenko uzyskał zgodę władz politycznych na bezprawne - bo bez wyborów -
mianowanie 35 swych zwolenników na członków Akademii Nauk Rolniczych. Oni właśnie zapewnili
mu większośd wśród dyskutantów na sesji, która obradowała od 31 lipca do 7 sierpnia.

Nikt nie mógł mied tym razem najmniejszych wątpliwości, że wszystkie decyzje zapadły na
najwyższym szczeblu przed zwołaniem konferencji. Łysenko potwierdził to zresztą sam w
podsumowaniu dyskusji ostatniego dnia obrad. Powiedział:

Komitet Centralny Partii rozpatrzył mój referat i uznał go za słuszny.

Po tym stwierdzeniu, jak podaje oficjalny stenogram, wszyscy obecni (a obradom przysłuchiwało się
700 osób z całego kraju) wstali, rozległy się burzliwe oklaski przechodzące w owację. I trudno się
dziwid: był to sukces, o który łysenkowcy walczyli od lat dwudziestu.

Decyzję ostateczną podjęło prawdopodobnie trzech ludzi: Stalin, Mołotow i Malenkow. Istnieją
świadectwa, że odpowiedzialny za sprawy nauki i kultury w biurze politycznym Andriej A. Żdanow,
autor słynnych pogromowych referatów o sytuacji w literaturze, muzyce i filozofii z 1947 i 1948 roku
był tym razem przeciwnikiem tej decyzji. Jego syn, a zarazem zięd Stalina, ówczesny kierownik
wydziału nauki KC - Jurij Andriejewicz Żdanow opublikował w „Prawdzie” z dnia 7 sierpnia, to jest w
dniu zakooczenia sesji, list do Stalina datowany z lipca tego roku, w którym składał samokrytykę za to,
iż dotychczas bronił i popierał przeciwników łysenkizmu. Następnego dnia po zakooczeniu sesji
referat Łysenki wydrukowany został w całej radzieckiej prasie codziennej, to znaczy w kilkudziesięciu
milionach egzemplarzy. Nieco później wydany został w wielu językach pełny stenogram sesji.

W referacie na sesji Trofim Dienisowicz Łysenko stwierdził między innymi:

Socjalistyczne rolnictwo, ustrój sowchozowo-kołchozowy stworzyły w istocie nową, własną,


miczurinowską biologię, która rozwija się w ścisłej jedności z praktyką jako agrobiologia.(...)

Ścisły związek między nauką a praktyką kołchozów i sowchozów stwarza niewyczerpalne możliwości
dla rozwoju naszej teorii, dla coraz dokładniejszego poznania natury substancji żywej i gleby. Nie
będzie przesadą, jeśli powiemy, że bezsilna morganowska nauka o naturze istot żywych nie może byd
w ogóle porównywana z naszą twórczą agrobiologią.(...) Nowy, twórczy kierunek w biologii napotyka
na silny sprzeciw zarówno przedstawicieli reakcyjnej biologu z zagranicy, jak i wielu uczonych naszego
kraju. Przedstawiciele reakcyjnej biologii bronią tak zwanej chromosomowej teorii dziedziczenia. Za
Weismannem twierdzą, że w chromosomach istnieje jakaś swoista substancja dziedziczna, geny,
przebywająca w ciele osobnika jak w futerale, substancja, która jest przekazywana następnym
pokoleniom niezależnie od jakościowych właściwości ciała i jego warunków życiowych. Z koncepcji tej
wynika, że nabyte przez organizm w określonych warunkach jego rozwoju i życia nowe skłonności i
zmiany nie mogą mied ewolucyjnego znaczenia. Zgodnie z tą teorią właściwości nabyte nie mogą byd
przekazane następnym pokoleniom, nie mogą byd dziedziczonej...)

My, miczurinowcy, powinniśmy otwarcie przyznad, że nie potrafiliśmy dotąd wykorzystad wszystkich
możliwości, jakie dają w naszym kraju partia i rząd w celu zupełnego zdemaskowania metafizyki
morganowskiej, pochodzącej z całkowicie wrogiej nam biologii zagranicznej. Akademia nasza, w skład
której weszło ostatnio wielu akademików miczurinowców, powinna teraz spełnid to ważne zadanie.

O atmosferze, jaka panowała podczas tej sesji, trudno właściwie opowiedzied. Trzeba by było
przedrukowad cały sześd set stron i co wy stenogram. Oto kilka wybranych przykładów ilustrujących
ton tych naukowych obrad.

P. PLESIECKI (Dyrektor Instytutu Sadownictwa Ukrainy): Wojna się jeszcze nie skooczyła, a już w krajach
kapitalistycznych podżegacze do nowej wojny wszczęli swą działalnośd. A wśród nich tacy
przedstawiciele mendelizmu jak Sax czy Darlington. I w tej sytuacji profesor Żebrak w artykule
opublikowanym w piśmie „Science” pozwala sobie twierdzid, że zajmuje się tworzeniem jednej
biologii, wspólnej dla całego świata. Takie jest polityczne oblicze naszych mendelistów-morganistów.

S.S. PIEROW (Członek Akademii): Mamy więc nową gwiazdę genetyki formalnej, profesora Alikhaniana.
który mówi już o chemicznej naturze genów. I coś takiego drukuje się w wydawnictwie Uniwersytetu
Moskiewskiego pt. Postępy współczesnej biologii Ładny mi to postęp.(...) Ogromna ilośd literatury
zagranicznej, jaką cytuje Alikhanian, wskazuje na jego serwilizm wobec zagranicy. Nie może on
jednak ukryd tego, że - jak sam stwierdza - „wkład chemii do wyjaśnienia ewolucji biologicznej jest
jeszcze bardzo ograniczony, chod wydaje się ogromnie obiecujący na przyszłośd”. No i Bogu dzięki.
Jest bowiem rzeczą oczywistą, że ten nowy kierunek w genetyce jest jeszcze gorszy od poprzedniego.

I.I PRIEZIENT (Nowo mianowany akademik): Jesteśmy tu, aby dyskutowad. Ale z morganistami
dyskutowad nie będziemy. (Oklaski) Będziemy ich demaskowad jako przedstawicieli tendencji
importowanej z zagranicy, tendencji z gruntu antynaukowej, szkodliwej, która nie ma niczego
wspólnego z naszą ideologią

P.P. ŁOBANOW (kolejny nominat Łysenki, minister sowchozów, notabene - przewodniczący obrad):
Musimy teraz ostatecznie i nieodwołalnie zdetronizowad tę pseudonaukową i reakcyjną teorię, jaką
jest genetyka. I jeśli nie spotęgujemy „wpływów zewnętrznych” na umysły naszych oponentów i nie
stworzymy im „odpowiednich warunków środowiskowych”, nigdy ich nie przekształcimy.

On przynajmniej rozumiał, na czym polega jednośd łysenkowskiej teorii z polityczną praktyką władzy.
Trudno się dziwid, że w obliczu tej wykładni wielu wolało nie poddawad się najbardziej przodującym
metodom biologicznym przekonywania oponentów i przejśd „dobrowolnie” pod zwycięskie
sztandary. Zresztą ludzi, których maksymą życiową jest „byd zawsze z silniejszymi”, nigdy nie brakuje,
nawet w mniej drastycznych okolicznościach niż te, o których tu mowa.

Przeciwnicy Łysenki bądź na sesję w ogóle nie przyszli (jak na przykład N.P. Dubinin), bądź nie
zabierali głosu, uważając, że nie ma sensu wdawad się w dyskusję naukową w tej pogromowej
atmosferze, jaka panowała na sali. Oto jak próbowano ich skłonid do zabrania głosu w oczekiwaniu na
samokrytyki (trudno wątpid, że naciski nie ograniczyły się do tego, co zanotowano w stenogramie
obrad, z którego korzystam).

P.P. ŁOBANOW przewodniczący obrad): Do prezydium wpłynęło pytanie: „Dlaczego zwolennicy genetyki
milczą? Czy nie proszą o głos, czy też się go im nie udziela?” Odpowiadam: Nikt z nich dotąd się nie
zgłosił. Należy jednak oczekiwad, że towarzysze ci skorzystają z możliwości, jaką im dajemy na tej
sesji. Byłoby rzeczą niegodną uczonego milczed, gdy chodzi o principia.

Kiedy apel Łobanowa wciąż nie skutkował, a z mównicy już trzeci dzieo lał się niczym nie zmącony
potok naukowych bredni, oszczerstw i gróźb, zabrał głos kolejny świeżo upieczony akademik A.A.
Awakian:

Uważamy za rzecz niegodną radzieckiego uczonego nieobecnośd na tej sali.(...) Proponuję więc uznad,
że kontynuatorzy doktryny Weismanna sami postawili się poza społecznością radzieckich uczonych.
Akademik Zawadowski upiera się w swej odmowie uczestniczenia w obradach. Jeśli będzie nadal
milczał, trzeba go będzie skłonid, by zabrał głos. Sądzę, że jest to opinia wszystkich członków
Akademii.(Oklaski) A jeśli nadal będzie odmawiał, to trzeba będzie od niego zażądad, by wyłożył nam
tu swoje poglądy. Musimy bowiem wiedzied, czy mamy Zawadowskiemu pomagad, czy też raczej
czynid mu przeszkody w jego pracy. A przeszkody będziemy musieli mu czynid, jeśli nadal będzie
traktował maltuzjanizm jako podstawę darwinizmu.

Pod tą presją ośmiu uczonych, a mianowicie: B.M. Zawadowski, A.I. Rappaport, S.I. Alikhanian, P.M.
Żukowski, W.S. Niemczynow, I.M. Polakow, A. Żebrak, I.I. Schmalhausen. zdecydowało się bronid
swego stanowiska, a przede wszystkim chyba ludzi, którzy z nimi współpracowali. Boris M.
Zawadowski zaczaj tak:

Przede wszystkim muszę wytłumaczyd, dlaczego nie zamierzałem przemawiad. Otóż sądzę, że warunki
organizacji tej sesji oraz przebieg jej obrad nie są całkiem normalne, a możliwości, jakie dano ludziom
słusznie lub niesłusznie oskarżonym o poglądy zgodne z weismanizmem-morganizmem, nie pozwalają
im wypowiedzied się spokojnie i w sposób odpowiedzialny.

Na to w gruncie rzeczy kompromisowe przemówienie, w którym Zawadowski próbował raz jeszcze


dowodzid, iż istnieje trzecia droga między skrajnościami łysenkizmu i weismanizmu, a więc na
przemówienie w duchu owego kompromisu z lat trzydziestych nowo mianowany akademik F.A.
Dworiakin odpowiedział:

Boże, uchowaj nas od Zawadowskich, z Rappaportami sami damy sobie radę.

Anatol I. Rappaport zajął bowiem w swym przemówieniu stanowisko nieustępliwe:

Musimy z wielką ostrożnością odnieśd się do krytyki, której poddał tu biologię współczesną towarzysz
Łysenko. (...)

Gen jest cząsteczką materialną o ogromnym ciężarze cząsteczkowym. Geny umiejscowione są w


jądrze komórki w ściśle określonych miejscach złożonej struktury zwanej chromosomem. Poznaliśmy
te jednostki na podstawie długich, żmudnych doświadczeo. Stwierdziliśmy, że można je sztucznie
przenosid z jednej struktury chromosomowej do drugiej, że geny nie są niezmienne, przeciwnie -
podlegają mutacjom (...). Stoimy obecnie w genetyce u progu wielkich odkryd (...)3. Myślę, że biologia
będzie się rozwijad na gruncie szerokiego zastosowania zasady doboru naturalnego, zasady, która nie
da się pogodzid z lamarkizmem. Lamarkizm, obalony przez Darwina a akceptowany przez Łysenkę,
jest koncepcją błędną. W dziesiątkach i tysiącach bardzo dokładnych doświadczeo stwierdziliśmy, że
sama tylko nasza chęd nie wystarczy do przekształcania roślin i zwierząt.

A oto fragment stenogramu z wystąpienia rektora Akademii im. Tiemieriazjewa, jednego z


najwybitniejszych radzieckich matematyków Wasilij S. Niemczynowa:

W.S. NIEMCZYNOW: Zmuszony jestem stwierdzid, iż nie podzielam głoszonego tu poglądu, że


chromosomy nie mają niczego wspólnego z mechanizmami dziedziczenia. (Szum na sali

GLOS Z SALI: Mechanizmy takie w ogóle nie istnieją...

W.S. NIEMCZYNOW: To wy tak twierdzicie. Ja nie podzielam poglądu, który wyraził nasz prezes, a
zgodnie z którym chromosomowa teoria dziedziczenia, a w szczególności prawa Mendla mają
charakter idealistyczny i reakcyjny. Osobiście uważam ten pogląd za błędny. Taka jest moja opinia,
jeśli to kogo interesuje

GŁOS Z SALI: Jeszcze jak interesuje...

W.S. NIEMCZYNOW: Poglądu tego nigdy nie ukrywałem...

GŁOS Z SALI: Powinniście więc podad się do dymisji...

W.S. NIEMCZYNOW: Niewykluczone, że tak zrobię. *I zrobił - SA.] Nie trzymam się stołka...

GŁOS Z SALI: To wasz błąd...

W.S. NIEMCZYNOW: Myślę, że mam w tej sprawie rację i że agresywny charakter wystąpieo oraz
żądania, by zakazad profesorowi Żebrakowi pracy w Akademii, są zupełnie bezpodstawne.

Identyczna była atmosfera podczas wystąpieo pozostałych obrooców genetyki. Do ostatniego dnia
obrad, to jest do chwili, kiedy Łysenko ogłosił, że uzyskał dla swego stanowiska najwyższą aprobatę, a
w „Prawdzie” ukazał się wspomniany już list Jurija Andriejewicza Żdanowa, wszyscy przemawiający
genetycy zajmowali zdecydowane stanowisko. Dubinin i Konstantinow milczeli natomiast nadal.

A jednak, kiedy dziś czyta się ten stenogram, trudno oprzed się wrażeniu, jak wiele w tych
wystąpieniach, nawet najbardziej zdecydowanych - jak A.I. Rappaporta czy A. Żebraka - było
stwierdzeo i deklaracji wynikających z uprzednio zawartych już kompromisów.

Wszyscy „oskarżeni” bronią się na warunkach narzuconych przez przeciwnika i na wyznaczonym


przez niego terenie. Wszyscy zaklinają się, że są „dobrymi miczurinowcami”, wszyscy odrzucają zarzut
„mendelizmu-morganizmu”, chod de facto bronią teorii Mendla i Morgana. I nie wydaje się, aby była
to tylko retoryka. Zresztą przyjęcie tej retoryki też jest ustępstwem merytorycznym, albowiem
pewnych prawd w ten sposób wypowiedzied się nie da. Jak pogodzid odrzucenie tezy o możliwości
dziedziczenia cech nabytych z deklaracjami, iż jest się miczurinowcem? Nic tedy dziwnego, że

3
W największych laboratoriach na świecie toczył sie wówczas wyścig o pierwszeostwo w odkryciu struktury
kwasu dezoksyrybonukleinowego. Za to odkrycie w 1953 r. Crick i Watson otrzymali nagrodę Nobla.
każdemu występującemu genetykowi zadawano z sali lub z prezydium to „krzyżowe” pytanie.
Ułatwiało to ogromnie łysenkowcom wykazywanie niekonsekwencji i rzekomej „dwulicowości” ich
oponentów. Majstersztykiem z tego punktu widzenia było wystąpienie Priezienta, który przemawiał
ostatni w dyskusji. Powiedział między innymi:

Aby morganiści mogli zostad pogodzeni z teorią Miczurina *czyż to nie język procesu inkwizycyjnego? -
SA.+, muszą oni wszyscy aż do ostatniego zrezygnowad ze wszystkich zasad ich doktryny. Nauka
miczurinowska nie da się wciągnąd w żaden inny kompromis. Nikomu nie uda się sfałszowad teorii
Miczurina tak, by godzid ją z reakcyjnym morganizmem i móc zarazem powiadad o sobie, iż jest się
miczurinowcem. Dziś w naszym kraju nie ma wielu konsekwentnych morganistów. Aby zajmowad
takie stanowisko, trzeba by bowiem identyfikowad się z Dubininem. (Oklaski) I gdyby ktoś mnie pytał,
co stanowi największe niebezpieczeostwo dla rozwoju miczurinizmu w naszym kraju, powiedziałbym:
stanowi je nie Dubinin, Żebrak i im podobni, lecz Zawadowscy i Alikhanianowie, którzy usiłują
przefarbowad się na miczurinowców.

Nie sztuka, oczywiście, byd „konsekwentnym” mając za sobą gwarancję zwycięstwa, którą jak
przysłowiowego fałszywego asa wyciągnie się z rękawa na zakooczenie rozgrywki. Podziwiad trzeba
raczej zdeterminowanie tych, którzy się nie odezwali, i nie złożyli oczekiwanej samokrytyki.

Kiedy porównuje się wystąpienia akademików Żukowskiego, Alikhaniana i Polakowa na sesji,


wystąpienia, w których stawiali czoła zalewowi nonsensu i serwilizmu, z ich oświadczeniami
samokrytycznymi złożonymi tuż przed zamknięciem obrad, można zrozumied, co się działo na tej sali i
poza nią. RM. Żukowski na przykład oświadczył:

Moje dzisiejsze wystąpienie nie ma niczego wspólnego z opublikowaniem przez „Prawdę” listu
towarzysza J.A. Żdanowa. Może to potwierdzid minister Łobanow, któremu jeszcze wczoraj
komunikowałem zamiar wystąpienia dziś raz jeszcze (...).

Moje wystąpienie sprzed dwu dni było niegodne członka partii komunistycznej, skoro Komitet
Centralny określił linię rozgraniczającą dwa kierunki w biologii, i niegodne było radzieckiego
uczonego.

Analogiczne były oświadczenia samokrytyczne profesorów Alikhaniana i Polakowa.

Stojąc przed doprowadzonym do ostateczności konfliktem między postawą naukową a zachowaniem


lojalności politycznej, tak jak oni ją rozumieli, czy też konformizmem wobec władzy, jak określiliby to
inni, między prawem do własnego zdania i zrzeczeniem się tego prawa na rzecz zwierzchności,
abdykowali oni z własnej autonomii i z intelektualnej autonomii nauki. I o to w gruncie rzeczy z
punktu widzenia władzy toczyła się walka. Dubinin i Konstantinow oraz pozostała piątka, która
samokrytyk żadnych złożyd nie chciała (a byli wśród nich również członkowie partii), tej abdykacji nie
podpisała. Sądzę, że w tym miejscu dotykamy sedna zagadnienia: pomijając ideologiczne czy
psychologiczne motywacje, abstrahując od etycznych ocen dokonywanych wyborów, dostrzegamy
mechanizmy polityczne i socjologiczne, które doprowadziły ten konflikt do ostateczności.

Aresztowao po sesji nie było. (W 1949 roku aresztowano genetyka W.P. Efroimsona, notabene już
represjonowanego w latach 1936-1937, nie wydaje się wszakże, by pozostawało to w związku z
omawianą kontrowersją.) Ale rezultatem sesji był zakaz nauczania genetyki w całym systemie
oświatowym ZSRR, włączenie do prohibitów wszystkich podręczników i monografii z tej dziedziny,
zmiana programów nauczania, likwidacja znacznej liczby placówek zajmujących się teorią i
zastosowaniami genetyki w uprawie roślin, hodowli zwierząt i w medycynie (Łysenko nie uznawał
istnienia chorób dziedzicznych), zwolnienie z pracy ogromnej liczby ludzi. (Ż. Miedwiediew podaje, że
usunięto z pracy około 3 tysiące pracowników naukowych), obsadzenie wszystkich kierowniczych
stanowisk w naukach biologicznych przez zwolenników Łysenki. Rezultatem sesji był też ogrom
krzywdy i cierpieo ludzkich, niemożliwośd prowadzenia badao, „Berufsverboten”, wszystkie efekty
szczucia i ostracyzmu. Niektórzy nie wytrzymywali psychicznie tej sytuacji. Profesor Sabinin popełnił
samobójstwo.

W skali międzynarodowej sesja była monstrualną kompromitacją. Po ogłoszeniu jej wyników i


przebiegu wielu zagranicznych członków Akademii Nauk ZSRR zrezygnowało z członkostwa. Był wśród
nich również laureat Nobla Hermann J. Müller, który w 1936 roku opuścił Związek Radziecki, wyjechał
do Hiszpanii, by organizowad służbę lekarską armii republikaoskiej, później wrócił do Stanów, a teraz
rezygnował z zaszczytu. Kilku bardzo wybitnych biologów, jak Jaques Monod we Francji i John B.S.
Haldane w Anglii, wystąpiło z partii komunistycznych. Sesja miała oczywiście reperkusje w krajach
demokracji ludowej. Omawianie recepcji łysenkizmu poza granicami ZSRR wymagałoby jednak
oddzielnego opracowania.

KONIEC KARIERY

O konsekwencjach tej sesji dla rozwoju biologii w ZSRR nie trzeba wiele mówid.

Wspominad się ją zawsze będzie - pisze Ż. Miedwiediew - jako gigantyczny pogrom i szalbierstwo.
Cofnęła ona biologię w ZSRR o kilka dziesięcioleci i zahamowała na wiele lat rozwój rolnictwa.

Nowo mianowani akademicy i profesorowie kształcili następne pokolenie ignorantów i serwilistów na


własne podobieostwo. Na tyle umocnili się na zdobytych pozycjach, że kiedy pod koniec lat
pięddziesiątych genetykę po cichu zaczęto znów powoli dopuszczad do głosu, potrafili nadal tępid ją
środkami administracyjnymi, powołując się przy tym na swe prerogatywy potwierdzone w 1948 roku.
Prerogatyw tych nikt nigdy nie odwołał, podobnie jak nie odwoływano nigdy zaleceo stosowania
agronomicznych metod Łysenki. Ulegały po prostu milczącemu zawieszeniu. Metody autokorekcji
systemu pozostały takie same, nawet po 1964 roku, kiedy władze zdecydowały się ostatecznie
zlikwidowad monopol Łysenki.

W pewnym momencie władcy spostrzegli się, że padają ofiarą kosztownego samooszustwa. Niektórzy
sądzą, że pierwszą tego oznaką była już praca Stalina O zagadnieniach językoznawstwa sygnalizująca
odejście od dotychczasowego woluntaryzmu i zasady partyjności w nauce oraz potępiająca
„arakczejewowski reżim” w nauce, tak jakby spadł on z nieba. Nawet jeśli to przypuszczenie jest
trafne, to za życia Stalina nic się oczywiście nie zmieniło.

Niezwykle charakterystyczne jest, jak po śmierci Stalina i po XX Zjeździe KPZR Nikita Siergiejewicz
Chruszczow miotał się między dwoma nie dającymi się pogodzid stanowiskami. Z jednej strony,
domagał się od uczonych obiektywnych opinii ekspertów, z drugiej, narzucał im, jak to było dotąd w
zwyczaju, własne opinie „doświadczonego praktyka”. Prezesowi Ukraioskiej Akademii Nauk,
profesorowi P.A. Własiukowi, który zwierzył się publicznie, że pod przymusem władz, a wbrew
własnej opinii wprowadzał do rolnictwa metody lansowane przez szarlatanów (w tym przypadku
chodziło o system trawopolny Williamsa), Chruszczow powiedział, że powinien był postąpid jak
profesor N.M. Tulakow i ustąpid. (Tulakow został stracony w 1937 roku za sabotaż.)

W ogóle nie rozumiecie towarzyszu Własiuk, co to jest partia i na czym polegają obowiązki jej
członków

- pouczył Własiuka. Ale w tym samym czasie zmuszał tegoż profesora Własiuka, by wprowadzał w
życie aktualnie promowane przez Łysenkę absurdalne metody nawożenia ziemi. Własiuk znów
oczywiście zrobił, jak mu kazano, przypominając sobie, byd może, historię Balaama i jego oślicy i
myśląc po cichu, że ,jest rzeczą przeciwną zdrowemu rozumowi używad zdrowego rozumu do kłótni z
rozumem absolutnym” (L. Kołakowski).

Kiedy w 1962 roku AN ZSRR powołała specjalną komisję do badania wyników doświadczeo
przeprowadzonych przez Łysenkę, Chruszczow przyczynił się do rozwiązania tej komisji. Kiedy zaś w
1963 roku Akademia, notabene na wniosek Andrieja D. Sacharowa, odrzuciła w wyborach
kandydatury dwóch łysenkowców, Chruszczow kazał powoład specjalną komisję mającą rozważyd
ewentualnośd rozwiązania Akademii. Takiej Akademii - powiedział jej prezesowi - w ogóle nie
potrzebujemy.

Jawny stalinowski terror w skali masowej skooczył się. Formalnie Komitet Centralny nie podejmował
już żadnych uchwał o sytuacji w jakiejkolwiek dziedzinie wiedzy czy kultury, a problem pozostawał
ten sam: jak pogodzid monopol władzy z normalnym funkcjonowaniem społeczności uczonych?
Likwidacja monopolu Łysenki nie zlikwidowała tego problemu.

Kariera Trofima Dienisowicza Łysenki skooczyła się tak, jak się zaczęła: na mocy politycznych decyzji
KC KPZR, które w 1964 roku odsunęło od władzy Nikitę Siergiejewicza Chruszczowa. Podobno sprawa
łysenkizmu zajęła na tym plenum wiele czasu i miejsca. W każdym razie jeszcze podczas trwania
plenum kierownik wydziału rolnego KC zatelefonował do wyrzuconego w 1948 roku z partii i z pracy
w Uniwersytecie Moskiewskim profesora Rappaporta, zatrudnionego aktualnie jako laborant w
jakimś przedsiębiorstwie farmaceutycznym i poprosił go, by napisał w ciągu 24 godzin artykuł o
objętości około 30 stron dla gazety „Sielskaja Żyzo” o stanie genetyki na świecie. Rappaport
odpowiedział, że w tak krótkim czasie tak poważnego tekstu napisad niepodobna, a ponadto
zauważył, że „Sielskaja Żyzo” będąca w rękach łysenkowców artykułu z pewnością nie wydrukuje.
Kiedy powiedziano mu, że o to może się nie troszczyd i że otrzyma natychmiast wszelką niezbędną
pomoc techniczną, Rappaport zapytał, czy może poświęcid akapit Morganowi i Mendlowi. Otrzymał
odpowiedź pozytywną. Kilka dni po ogłoszeniu dymisji Chruszczowa artykuł prof. Rappaporta ukazał
się istotnie w „Sielskoj Żyzni” …, ale bez akapitu o Mendlu i Morganie.

Trofim Dienisowicz Łysenko zmarł w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Oczywiście nigdy nie
pozbawiono go ani tytułów naukowych, ani odznaczeo paostwowych. Tyle tylko, że pozbawiony
monopolu zagwarantowanego przez władze polityczne przestał istnied jako uczony. To samo dotyczy
większości jego zwolenników. Niektórzy z nich zajmują jednak po dziś dzieo wysokie stanowiska
organizacyjne w nauce radzieckiej.
NAUKA, ŁYSENKIZM, MARKSIZM

Starałem się przedstawid przebieg procesu, w którego wyniku Łysenko uzyskał monopol dla swych
poglądów. Z rozmysłem pomijałem dotąd omawianie teoretycznych i filozoficznych aspektów sporu.
Trzeba teraz do nich powrócid. Odpowiedzi wymagają tu, jak się zdaje, dwa pytania:

(a) jaką rolę odegrały w tej historii rzeczywiste sporne problemy biologii, o których sądzid by
można, że stanowiły integralną pożywkę łysenkizmu?

(b) w jakim stopniu prawdziwe jest mniemanie, że łysenkizm stał się teorią obowiązującą w ZSRR,
ponieważ znajdował swe uzasadnienie w marksizmie?

Należy przede wszystkim przypomnied, że przedmiotem ideologicznych ataków była w ZSRR nie tylko
genetyka. Za niemarksistowską, a więc idealistyczną, metafizyczną czy wręcz reakcyjną, uchodziła w
swoim czasie zarówno teoria względności, jak mechanika kwantowa. Zarówno teoria rezonansu
chemicznego, jak cybernetyka, by nie mówid już o tym, co się działo w naukach humanistycznych i
społecznych. Jeśli pominąd te ostatnie, to biologia była jednak przypadkiem szczególnym.

Wybitni fizycy radzieccy - Tamm. Kapica, Landau, Lifszyc, Fock - nie musieli tak bardzo jak ich koledzy
biologowie przejmowad się tym, co o teorii względności i mechanice kwantowej mieli do powiedzenia
tacy filozofowie, jak Maksimów czy Omielanowski. W każdym razie filozoficzne ataki na te lub inne
stanowiska w spornych kwestiach teoretycznych fizyki czy chemii, chod miały charakter podobny jak
w biologii, nie doprowadziły w tych dyscyplinach do zjawisk podobnych do łysenkizmu. Nie powstała
„radziecka fizyka” odmawiająca uznania czy to zasady Heisenberga, czy zasady względności Einsteina.
Teoretyczne spory na temat fizyki współczesnej w ZSRR nie różniły się tak bardzo od tych, jakie
toczyły się w całej nauce światowej, z tym tylko, że zwolennicy wszystkich reprezentowanych
stanowisk przedstawiali je jako zgodne czy nawet jedynie zgodne z marksizmem. Nikt z nich wszakże,
nawet wówczas gdy był przedmiotem napaści ideologicznych, nie był zmuszony do porzucenia
zagadnieo, którymi się zajmował i do uprawiania „innej fizyki” niż jego zagraniczni koledzy po fachu.
Mówiąc krótko, w fizyce, inaczej niż w biologii, szarlataneria nie dotknęła w zasadzie teoretycznej
substancji tej dyscypliny.

Trudno wątpid, że ta różnica nie jest przypadkowa, a i przyczyny jej wydają się dośd proste.

Po pierwsze, status metodologiczny fizyki i biologii w latach trzydziestych nie był taki sam, ani jeśli
chodzi o kryteria empirycznej sprawdzalności ich twierdzeo teoretycznych, ani jeśli chodzi o
mechanizmy praktycznych zastosowao. Koncepcja, by robotnicy w praktyce produkcyjnej decydowali
o słuszności zasady Heisenberga, nigdy, o ile mi wiadomo, nawet się nie zrodziła. Można to
powiedzied i tak, że fizyka, już od czasów Galileusza, miała ustalony status wiedzy nie mówiącej
bezpośrednio o tym, co dane w gołym doświadczeniu zmysłowym, lecz o obiektach abstrakcyjnych,
podczas gdy biologia taki status dopiero sobie - właśnie dzięki genetyce - zdobywała, i tkwiła jeszcze
w znacznym stopniu w Arystotelesowym paradygmacie wiedzy naukowej.

Po drugie, spory teoretyczne w fizyce, mimo wszelkich ich filozoficznych uwikłao, znajdowały się w o
wiele bardziej pośrednim stosunku do wszelkich koncepcji rozwoju społecznego niż spory w biologii.
Ze względu na obydwie te okoliczności fizyka była bardziej niż biologia odporna na ingerencje z
zewnątrz.

Istnieje jednak dośd zasadnicza różnica pomiędzy tym banalnym, zdawałoby się, stwierdzeniem, a
przekonaniem, że łysenkizm, ze względu na teoretyczny stan biologii, stanowił jedną z uprawnionych,
chod jak miało się okazad - błędnych prób rozwiązania jej problemów teoretycznych. Mówiąc bardziej
lapidarnie: chod istniały rozmaite powody teoretyczne czy filozoficzne, by powątpiewad w niektóre
twierdzenia genetyki, to nie istniały żadne powody merytoryczne, by akceptowad łysenkizm.

Kiedy genetycy wskazywali biologom o przekonaniach lamarkistowskich, na czym polega różnica


między genotypem a fenotypem i jak należy odróżniad cechy dziedziczne od niedziedzicznych, ci bądź
porzucali swe spekulacje na ten temat, bądź - jeśli nadal mieli wątpliwości - zachowywali się tak, jak
zwykli w takiej sytuacji zachowywad się ludzie należący do społeczności uczonych: podejmowali
mianowicie kolejne sporne zagadnienia wynikające z tych ustaleo, których już dalej, zgodnie z
akceptowanymi wzorcami racjonalności, kwestionowad nie mogli. Łysenko natomiast na te same
argumenty odpowiadał, iż samo odróżnienie genotypu od fenotypu jest „akademickim nonsensem”, i
forsował uznanie tego poglądu za pomocą środków pozanaukowych. Kiedy dwaj biologowie
łysenkowcy przedstawili dane statystyczne, mające ich zdaniem dowodzid fałszu praw Mendla, a
najwybitniejszy w świecie specjalista od rachunku prawdopodobieostwa Andriej N. Kołmogorow
okazał, że badacze ci błędnie zinterpretowali własne wyniki doświadczalne, które de facto prawa
Mendla potwierdzają, Łysenko odpowiedział Kołmogorowowi:

Biologów nic nie obchodzą matematyczne obliczenia, które potwierdzają bezużyteczne wzory Mendla.

Otóż zajmowanie takiego stanowiska nie pozostawało w żadnym związku z jakimikolwiek kłopotami
teoretycznymi biologii. Żaden biolog będący przeciwnikiem genetyki niczego podobnego by nie
powiedział. W odróżnieniu od innych stanowisk opozycyjnych wobec genetyki łysenkizm bez poparcia
politycznego nie przetrwałby ani chwili w konfrontacji z genetyką ani z jakąkolwiek inną teorią
biologiczną

Nie ulega wątpliwości, że szanse pojawiania się szarlatanów są znacznie mniejsze w fizyce niż w
biologii czy medycynie, nie mówiąc o naukach społecznych, i że pojawiali się oni nie tylko w ZSRR. Z
okoliczności tej wszakże nie wynika, że poglądy ich miały uzasadnienie w teoretycznym stanie
dyscypliny, że nie można w niej było odróżnid uczonych od szarlatanów. Co najwyżej można
powiedzied, że metodologiczny status dyscypliny stwarzał władzom większe szanse forsowania
szarlatanów w biologii niż w fizyce i - co więcej - tam, gdzie władze działały w tym kierunku, bez
porównania większe były szanse na samooszukiwanie się. Tym tylko tłumaczyłbym fakt, że w fizyce
radzieckiej nie pojawił się żaden Łysenko, a było ich sporo w biologii (Williams, Boszjan,
Lepieszynskaja - by wymienid tylko najbardziej znanych) i co nie miara w naukach społecznych.

Powiedziałbym zatem, iż opinia, wedle której łysenkizm był produktem teoretycznych kłopotów
biologii, wydaje się absurdalna. Stanów i ona raczej racjonalizację ex post i próbę usprawiedliwienia
tego, co się stało. Mówię o tym, albowiem z oczywistych względów politycznych prób tego rodzaju
wyjaśnieo podejmowano niestety wiele. Źródłem sukcesów łysenkizmu nie była biologia, lecz życie
społeczne.
Jeśli zaś chodzi o pytanie drugie, to jest faktem niewątpliwym, iż począwszy od 1934-1935 roku
Łysenko, a zwłaszcza Priezient, powoływali się na marksizm dla uzasadnienia swych poglądów i że w
1948 r. uzyskali oni od władz najwyższych, do których należało ostatnie słowo w kwestiach
dotyczących interpretacji doktryny, autorytatywne potwierdzenie ich stanowiska. Jeśli zatem przyjąd
takie rozumienie marksizmu, iż jest nim to, co władze za zgodne z doktryną uznają (a historia
marksizmu w ZSRR skłania do przyjęcia takiego rozumienia), to uznad trzeba, iż teza, że łysenkizm
miał swe uzasadnienie w marksizmie, jest trywialnie prawdziwa. Znaczy ona dokładnie tyle, że władze
popierały łysenkizm, a zadaniem marksistowskich filozofów było uzasadnianie tego poparcia w
kategoriach filozoficznych czy ideologicznych, co też i robili. Nie znaczy to natomiast, by ze względów
filozoficznych czy ideologicznych władze nie mogły popierad genetyki, a gdyby okazały jej takie
poparcie albo przynajmniej nie angażowały się w tę sprawę, to filozofowie marksistowscy nie mogliby
dostarczyd uzasadnienia takiej decyzji. Będąc wszakże trywialnie prawdziwą, teza ta niczego nie
wyjaśnia: odsyła bowiem do pytania, dlaczego ideologiczne błogosławieostwo uzyskał łysenkizm, a
nie genetyka..

Nie znaczy to, że w spory o genetykę nie były uwikłane żadne rzeczywiste problemy filozoficzne.
Przeciwnie - były. Wymienię je tu w największym skrócie.

A więc - po pierwsze - stare jak świat zagadnienie determinizmu i indeterminizmu konkretyzowało się
tu w pytaniu o mechanizm mutacji. Przyjęcie tezy o przypadkowym charakterze mutacji przekreślało
przekonanie o ewolucji ukierunkowanej, której konsekwencją celową czy też nieuchronną było
powstanie gatunku ludzkiego. Zażarte polemiki, jakie wywołała książka Monoda4 , świadczą, że
pytanie to bynajmniej nie jest przebrzmiałe.

Po drugie - w spór ten uwikłane było również stare zagadnienie stosunku tego, co dziedziczone z
pokolenia na pokolenie w sposób „naturalny”, to jest niezależny od świadomej ludzkiej ingerencji, od
tego, co przez świadomą ludzką ingerencję zmienione byd może. Pytanie to konkretyzowało się z
kolei w sporze o możliwośd dziedziczenia cech nabytych, a jego rozwiązanie w myśl genetyki zdawało
się co najmniej ograniczad zakres możliwej ludzkiej ingerencji w przebieg procesów przyrodniczych,
przede wszystkim autokreacyjnych możliwości gatunku ludzkiego.

Po trzecie wreszcie - uwikłane weo było pytanie o to, w jakim stopniu gatunek ludzki sam należy do
przyrody i podlega jej, niezależnym od człowieka, prawom, a w jakim stopniu zdolny jest w swym
życiu społecznym wykraczad poza przyrodnicze uwarunkowania. Pytanie to konkretyzowało się w
takich zagadnieniach, jak spory o biologiczne uwarunkowania życia społecznego, stosunek do
rasizmu, eugeniki itd. Współczesne spory wokół socjobiologii podnoszą na nowo te zagadnienia.

Nie miejsce tu, by zagadnienia te rozważad. O każdym da się napisad oddzielną monografię. Powiem
więc tylko, że jeśli chodzi o trzecie z nich, to akceptacja genetyki, wedle opinii wielu ludzi, nie narzuca
żadnego rozwiązania, jest to bowiem pytanie dotyczące wartości, a nie faktów. Jeśli zaś chodzi o dwa
pierwsze, to warto może zauważyd, że odpowiedzi, jakie sugeruje na nie genetyka, nie różnią się pod
względem filozoficznym w jakiś zasadniczy sposób od tych, jakie dawała teoria ewolucji Darwina, i że
powstanie genetyki w początkach naszego stulecia nie wywołało na świecie takiego „szoku

4
J. Monod, Le hasard et la necessité, Paris 1972.
światopoglądowego”, jaki był rezultatem opublikowania O pochodzeniu gatunków. Po powstaniu
darwinizmu genetyka miała w znacznym stopniu drogę filozoficznie przetartą.

Wracając do kwestii roli marksizmu w uzyskaniu przez Łysenkę politycznie podżyrowanego monopolu
w radzieckiej biologii, broniłbym następujących czterech tez:

Po pierwsze - każdemu rozwiązaniu tych sporów można było nadad miano marksistowskiego, nie
istnieje bowiem w sensie rzeczowym żadna taka interpretacja doktryny Marksa, którą - primo -
można by było uznad za jedyną prawowitą, i z której - secundo - wynikałyby jednoznacznie
rozstrzygnięcia jakichkolwiek spornych kwestii biologicznych czy też innej dyscypliny naukowej.

Dla uzasadnienia tej tezy przypomnę, że Plechanow i Kautsky interpretowali teorię mutacji De Vriesa i
Morgana jako potwierdzenie tezy materializmu dialektycznego o „skokach” w ewolucji i że do 1933
roku filozofowie marksistowscy w ZSRR włącznie z Priezentem bronili genetyki przeciwko
lamarkizmowi i witalizmowi. Dyskusje na temat stosunku biologii do marksizmu, jakie toczyły się w
czasach Łysenki w ZSRR, przedstawia trafnie następująca karykatura z powieści Miszniewa Stopieo
naukowy:

ŁYSENKOWIEC: Czy wasza teoria hormonów roślinnych zgodna jest z filozofią materialistyczną?

FIZJOLOG ROŚLIN: Tak: hormony są materialne i materialna jest również nadwyżka plonów, jaką one
powodują

Po drugie - podniesienie marksizmu do rangi ideologii paostwowej zmuszało obie strony w tym
sporze do odwoływania się doo w celu legitymizacji swych poglądów teoretycznych, i obie strony tak
postępowały. Tezę tę poświadcza ogromna literatura na ten temat, dotycząca zresztą nie tylko
sporów teoretycznych w biologii, ale również w fizyce, w chemii i w innych dziedzinach. Potwierdza
to również ta okolicznośd, iż analogiczne spory toczone w innych krajach nie były uwikłane w ten
kontekst. W każdym razie, w interesującym nas przypadku na marksizm powoływali się w
jednakowym stopniu obroocy genetyki co łysenkowcy.

Po trzecie - legitymizacja poglądów Łysenki należała w ostatniej instancji do władzy, która bądź jej
odmawiała (jak do 1933 roku i po roku 1964), bądź wstrzymywała się od wydania jednoznacznego
wyroku (jak w okresie od 1933 roku do 1947 roku), bądź jej udzielała (jak to uczyniła w 1948 roku).
Decyzje te zależały, jak się zdaje, od spraw nie mających wiele wspólnego z meritum autentycznych
sporów filozoficznych, o których wspomniałem wyżej. Woluntaryzm władzy, ksenofobia wobec nauki
i kultury zachodniej, szowinizm, kłopoty gospodarcze, koniunkturalne względy walki politycznej
odgrywały tu rolę niewspółmierną do tej, jaką mogły mied poglądy politycznego establishmentu na
temat roli przypadkowych mutacji w procesie ewolucji gatunków czy w kwestii stosunku chemii do
biologii.

Po czwarte wreszcie - najistotniejszym aspektem tej sprawy było, jak sądzę, bynajmniej nie to, które
ze stanowisk zaangażowanych w teoretyczne spory współczesnej biologii jest zgodne z tak czy inaczej
rozumianą filozofią Karola Marksa, lecz to, że spory te toczyły się w tych właśnie kategoriach. Samo
bowiem ich rozstrzyganie w tych kategoriach oznaczało de facto, że decyzje w kwestiach
teoretycznych danej dyscypliny przestają należed do autonomicznej sfery życia naukowego, a
podlegają decyzjom władz politycznych, do których należy ostatnie słowo w interpretacji doktryny.
Każde więc rozstrzygnięcie, a ściślej - każde odwołanie się do marksizmu w celu legitymizacji
jakichkolwiek poglądów naukowych oznaczało w tych warunkach supremację polityki (i to doraźnej)
nad nauką, już nie tylko w jej wymiarach instytucjonalnych, lecz także intelektualnych. Jakikolwiek
byłby wyrok co do zgodności tego lub innego stanowiska naukowego z marksizmem, to skoro
wymagał on takiej właśnie legitymizacji, władza wyszłaby na swoje: do niej bowiem należałoby jego
usankcjonowanie. Pod tym względem w czasach, o których tu była mowa, sytuacja była analogiczna i
w fizyce, i w biologii, i w naukach społecznych, i w sztuce. Różnica polegała jedynie na tym, jaki
użytek władza robiła z tych swoich kompetencji.

Jeśli więc marksizm spełniał w tych sporach jakąś istotną rolę, to nie dlatego że głosił określone treści
filozoficzne, lecz z tej racji, ponieważ był obowiązującą ideologią paostwową, a w tym charakterze
podważał (a w drastycznych przypadkach przekreślał) intelektualną autonomię nauki. I jakiekolwiek
treści filozoficzne by głosił, to będąc ideologią paostwową, spełniałby tę właśnie funkcję, do której
powołana jest każda ideologia paostwowa: funkcję podporządkowywania władzy politycznej całości
życia społecznego we wszystkich jego wymiarach.

Spory filozoficzne są od wieków w naszej kulturze elementem życia naukowego i można w tych
sprawach zajmowad bardzo różne stanowiska, optowad za różnymi filozofiami. Z chwilą wszakże, gdy
jakakolwiek filozofia podniesiona zostaje do rangi ideologii paostwowej, dyskusje filozoficzne,
przynajmniej w jej kategoriach, kooczą się.

***

Przedstawiłem najważniejsze, jak mi się zdaje, mechanizmy, które zrodziły łysenkizm, zarówno jako
określone stanowisko w biologii, jak też - szerzej - jako patologiczne zjawisko życia naukowego.
Wszystkie one - wprawdzie z różnym nasileniem w poszczególnych okresach - działały w tym samym
kierunku: niszczyły intelektualną autonomię nauki, narzucały jej obce kryteria oceny wyników pracy
badawczej i odcinały od związków z zagranicą, skazując na zaściankowośd; podporządkowywały ją
wąsko pragmatycznym celom polityki bieżącej i niszczyły jej mechanizmy samoobronne przed
szarlatanami, wymuszały administracyjnie, a nawet policyjnie konformizm społeczności uczonych
wobec ośrodków władzy i przekształcały uczonych w posłusznych urzędników, tym lepszych, im
posłuszniej wykonujących polecenia, im łatwiej rezygnujących z własnego zdania. W najlepszym razie
czyniły z nich doradców technicznych w kwestiach dotyczących metod realizacji celów, których ocena
wyjęta została spod ich kompetencji.

Niektóre z tych mechanizmów, jak na przykład masowy terror, należą dziś do przeszłości, niektóre
jednak funkcjonują nadal i powodują analogiczne, chod oczywiście nie tak monstrualne objawy
patologiczne. Nierozstrzygalny jest bowiem problem, jak możliwe jest skuteczne funkcjonowanie
reguł życia naukowego w systemie sprawowania władzy, który z założenia nie toleruje żadnych
autonomicznych wobec siebie obszarów i organizacji życia społecznego.

Warszawa 1978

Tekst drukowany w „drugim obiegu” w broszurze Towarzystwa Kursów Naukowych 1978, a następnie
w „Krytyce” 1979.