Vous êtes sur la page 1sur 210

Ziemia ponie

Jzef Sobiesiak Ryszard Jegorow

Spis treci
Cz pierwsza ......................................................................................................................................... 3 Dni nadziei i goryczy ............................................................................................................................ 3 Oko w oko z wrogiem ........................................................................................................................ 16 Smak wolnoci ................................................................................................................................... 34 W lenych ostpach........................................................................................................................... 42 O krok od mierci............................................................................................................................... 55 Tchnienie nowego ycia .................................................................................................................... 65 Cz druga ............................................................................................................................................ 72 Leni mciciele ................................................................................................................................... 72 Spotkanie ........................................................................................................................................... 81 Tropem ludzi z Wielkiej Ziemi ........................................................................................................ 90 Operacja .......................................................................................................................................... 103 Kola i Wania ..................................................................................................................................... 111 Problemy i troski.............................................................................................................................. 117 Na stacji ........................................................................................................................................... 125 Zodziej ............................................................................................................................................ 128 Ludzkie serca ................................................................................................................................... 132 Zasadzka .......................................................................................................................................... 136 ycie na Stochodzie ......................................................................................................................... 138 Zeeni ............................................................................................................................................... 145 Las jest twoim przyjacielem... ......................................................................................................... 154 Dywersanci z Depo .......................................................................................................................... 163 atwowierni ..................................................................................................................................... 166 Karasin ............................................................................................................................................. 174 Bitwa pod Barczem .......................................................................................................................... 183 Spotkanie z Bryskim ...................................................................................................................... 196

Cz pierwsza
Dni nadziei i goryczy
A jednak mimo wszystko wojna... To by niezaprzeczalny fakt. wiadczyy o nim wypadki i wydarzenia, ktre rozgryway si na moich oczach niemal w byskawicznym tempie. Jeszcze tak niedawno temu udziem si nadziej, e narastajcy konflikt z Niemcami uda si jako zaegna wsplnym wysikiem pastw zachodnich i Zwizku Radzieckiego. Wszelkie nadzieje prysy. Pozostaa rzeczywisto: wojna. Wwczas nie zdawaem sobie sprawy z tego, jakie okropne skutki przyniesie ludzkoci ta wojna. Nie mogem przewidzie jej biegu i, co wicej, jej ostatecznego kresu. Nie wiedziaem te, jak od tej chwili potoczy si moje wasne ycie. Czy mona mi si jednak dziwi, e staem w tym czasie wobec jednej wielkiej niewiadomej? Miaem tylko dwadziecia pi lat. To tak niewiele, by ocenia wielkie wydarzenia polityczne i historyczne. To, czym yem dotychczas, stao si ju dla mnie niestety zamknitym rozdziaem. Pierwsza kartka nowego rozdziau zostaa otwarta. Oto jestem ju onierzem: szeregowiec Jzef Sobiesiak kompania cznoci, numer ewidencyjny 915035. Mam mundur, karabin, mask, a wic to wszystko, co zdaniem mojego szefa kompanii jest niezbdne prawdziwemu onierzowi w walce. Nie sdziem bynajmniej inaczej. Nie mam wiele czasu, by rozejrze si w terenie. Wszystko jest tu w straszliwym ruchu. Twarze ludzi tak szybko przewijaj si przed oczyma, e nie sposb je sobie lepiej utrwali w pamici. Staram si tymczasem zapamita swego dowdc kompanii, jest nim porucznik rezerwy, oraz dowdc plutonu. Nie potrafibym zliczy, ile razy tego pierwszego dnia mojego pobytu w wojsku stawaem na zbirk. Sprawdzano nasz ewidencj. Liczono nas, dzielono i znw liczono. Otrzymywalimy rne sorty mundurowe, pniej kontrolowano, czy wszyscy je posiadaj, a pniej wydawano nam nowe rzeczy i znw wszystko powtarzao si od pocztku. Ale oto zblia si podniosa chwila. Kompania staje na zbirk do zoenia przysigi. Dwa szeregi tkwi w uroczystym bezruchu. Nie ma, jak to si powszechnie stosuje w normalnych warunkach przy tego rodzaju obrzdzie, ani mszy polowej, ani publicznoci. Jest tylko ksidz... Powtarzam sowa przysigi, ktre guchym echem odbijaj si o mury koszar, jednoczenie obserwuj uwanie ksidza. Rk kreli w powietrzu znak krzya, bogosawic szeregi. Ma bolesny wyraz twarzy, w jego oczach czai si nie ukrywany niepokj. Patrzy w niebo. Zrozumiaem, e nie wypatruje tam Boga, lecz samolotw... Przed wieczorem wyruszamy w kierunku frontu. O naszego marszu wiedzie na pnoc przez Putusk, Ran, Ostrok. Jestemy kompani cznoci, ale z braku sprztu mamy spenia rol piechoty.

Po godzinie nowe buty dotkliwie ocieraj mi nogi, ale nie ma na to rady, musz zacisn zby i trwa w szeregu. Przed sob mamy szmat drogi, a do dyspozycji ca noc. Co pewien czas sycha w grze brzczenie samolotw. Zadzieram gow, bdz oczami po wygwiedonym niebie, ale nic nie mog dostrzec. Zmczenie coraz bardziej daje mi si we znaki. Bd co bd zrobilimy ju ze trzydzieci kilometrw. Rozmylam o czekajcych nas walkach. Oczami wyobrani widz zarysy transzei wroga i siebie podrywajcego si do ataku na rozkaz dowdcy kompanii. Zdobywam pozycj wroga, strzelam i znw ruszam do ataku. Jestem pewny, e tej pierwszej nocy wszyscy moi koledzy z kompanii mieli przed oczyma podobne widziada... Gdy nasta wit, zatrzymalimy si w lesie. Zarzdzono odpoczynek i spoycie posiku. Ludzie szybko przygotowali menaki; po dugim marszu mielimy koskie apetyty. Posano jednego z onierzy, by sprowadzi pozosta w ogonie kolumny kuchni. Tymczasem szef troskliwie przeglda menaki, czy czyste. Pniej ustawilimy si w dugiej kolejce. Niestety kuchnia nie przybya. Okazao si, e znika gdzie po drodze jak kamfora. Nie mielimy czasu rzuca gromw na kucharza. Wkrtce zapomnielimy o jedzeniu. Spowodoway to niemieckie bombowce, ktre falami, jedne po drugich, zaczy atakowa nasz las. Ich bomby nie s celne, lecz mimo to potne wybuchy wzbudzaj we mnie pewien niepokj. Le na wznak i patrz w bkitne niebo, po ktrym pyn szare oboczki. Soce wkrado si midzy korony drzew i zaczo razi mnie w oczy. Usnem... Kada nowa noc zblia nas ku linii frontu. Ostatniej nocy, zanim dotarlimy jeszcze na wyznaczone pozycje, znik gdzie bez ladu dowdca kompanii. Dowdztwo po nim obj podporucznik rezerwy, z zawodu nauczyciel. 5 wrzenia, na pnoc od Rana, po raz pierwszy usyszaem huki artyleryjskich wystrzaw... A wic nareszcie!... Maszerujemy teraz ze zdwojon energi. Pragniemy jak najprdzej dotrze na pole walki. Zdaje nam si, e losy toczcej si w pobliu bitwy powinny by rozstrzygnite wanie przez nas. Spotykamy jakie oddziay piechoty, ktre zajy obron na wzgrzu, u skraju lasu. Kompania otrzymaa swj odcinek. Ca noc bez wytchnienia ryjemy okopy. Chopcy wykonuj t prac z niespotykan energi. Rano jestemy gotowi do obrony: czuwamy w okopach, wpatrujc si uparcie w przedpole. Nie ma na razie wroga. Strzelanina artyleryjska, ktr syszelimy poprzedniego dnia, toczya si znacznie dalej na pnoc. Mamy wiadomoci, e nieprzyjaciel moe pojawi si lada chwila. Jestemy znueni bezsennoci, lecz nie mylimy o odpoczynku i z niecierpliwoci oczekujemy wroga. Wreszcie! Co za oszaamiajca rado na widok pierwszych niemieckich onierzy. Poln drog sun w tumanach kurzu trzy motocykle. Niemcy nie spodziewaj si widocznie niczego, gdy miao posuwaj si w naszym kierunku. Nie czekajc na rozkaz, bior na cel pierwszego motocyklist. Powoli zgrywam szczerbink z muszk. To samo czyni niecierpliwi koledzy. Nikt z nas nie way si jednak otworzy ognia bez wyranego rozkazu. Odlego dzielca nas od motocykli szybko maleje: 600 metrw, 500, 300, 200, 150... - Ognia!

Niemcy wal si na ziemi, ich motory wywracaj kozy: koa krc si jeszcze, lecz po chwili ustaj. Jeden z motocykli ponie. Co za wspaniay widok: jedna salwa i taki rezultat. - A tomy im dali! Na lewym skrzydle grzmi teraz gsto wybuchy artyleryjskie. U nas chwila bezruchu, lecz nie na dugo. Na tej samej drodze ukazuj si sylwetki czogw. Prbuj liczy: jeden, dwa, trzy, pi, dziesi... Czuj si troch nieswojo. Czogi skrcaj z drogi i przyjmuj rozwinity szyk bojowy. Po chwili dostrzegam jzyki ognia i oboki dymu odrywajce si od czogw. Do mych uszu dochodzi falujcy w powietrzu szum leccych pociskw. - Padnij! Le wcinity w dno okopu. Sysz, jak odamki pociskw gwid mi nad gow. Jki rannych... Warkot czogw ronie. Zrywam si na nogi... Przylegam twarz do karabinu. Czogi niemieckie pr prosto na nasze pozycje. Strzelam do pierwszego, ktry nawin mi si pod luf, lecz bez skutku. Niemcy pruj w nas z cekaemw. Gdzie s u licha nasze dziaa? Bez dzia nie zdoamy ich powstrzyma! Pociski z karabinw odbijaj si od pancerzy czogw jak papierowe kulki. Nagle, tu za nami, rozlega si pierwszy wystrza oddany z naszego dziaka, ktre stoi w pobliu stodoy. Na moment robi mi si raniej na duszy. Czog, do ktrego bezskutecznie strzelaem, zakrci si wanie w miejscu i stan bokiem. Buchaj kby dymu. Pali si! Brawo artylerzyci! Rzucam wzrokiem uwanie po przedpolu i znw wkrada si niepokj. Inne czogi s ju od naszej transzei w odlegoci zaledwie dwustu metrw. A tymczasem oprcz dziaka przy stodole, ktre tak dzielnie wspiera obron, nie sycha znikd wicej naszej artylerii. Niemcy tymczasem zasypuj pozycj ulew pociskw. Jki rannych potguj si. Uwiadamiam sobie wreszcie, e nie posiadamy na naszym odcinku adnej artylerii oprcz jednego dziaka, ktre nie jest w stanie powstrzyma natarcia czogw, i na t myl robi mi si gorco. Rozgldam si bezradnie po transzei. Co teraz robi? W zgieku wybuchw nie docieraj do mnie adne rozkazy. Dopadam pierwszego z brzegu onierza, ktry kryje gow w rowie, i szarpic go za rami, krzycz: - Wycigaj granaty i na stanowisko! Siedzimy obydwaj trzymajc w pogotowiu granaty obronne. Czogi s tu, tu... W pobliu nas widz jeszcze kilku onierzy z granatami w rkach. Krople potu spywaj mi po twarzy i plecach. Jeszcze tylko p minuty. Odcigam zawleczk i wykonuj silny zamach; granat poszybowa. Sysz, jak wybucha. Podnosz gow; potne cielsko czogu paszcz armaty zieje mi prosto w twarz. Zadraem ze strachu. Pociski z cekaemu siek w moj stron. Kryj si na dnie okopu. Widz, jak kilka czogw z czarnymi krzyami gramoli si na nasz transzej. Miad ludzi.

Zamykam oczy. Po chwili rozgldam si ostronie. Jeszcze jedna maszyna wroga ponie zarzucona granatami. Ten widok nie cieszy ju jednak moich oczu. Ogarnia mnie przeraenie i bezsilna wcieko, gdy spostrzegam, e nasi onierze opuszczaj stanowiska i uciekaj. Niemcy kosz ich z kaemw. Jeli tu pozostan, wezm mnie do niewoli albo zabij. Nigdy! Pdz jak oszalay za grup ludzi uciekajcych w popochu w stron pobliskiego lasu. Towarzysz mi syki niemieckich pociskw. Na skraju padam z wycieczenia. W lesie masa naszych. Zbieramy si, liczymy: zostao okoo szedziesiciu. Posiadamy tylko kabeki. Nie ma wrd nas oficerw. Kupka rozbitkw - moralna miazga. Niemcy s przed nami i z tyu. Zostalimy odcici. Czekamy na noc. Gd krci mi w doku. Lec z ng. Nie spaem ju trzy doby. Jeden z kolegw, Tadek Kamiski, da mi kawaek suchara. Od razu zawarlimy przyja. O zmroku zapada decyzja: wyruszamy na poudnie. Wlok za sob nogi, ktre ci mi potwornie. Och, jak bardzo chce mi si spa... wit zasta nas nad brzegiem Narwi. Nie ma nigdzie mostu, promu lub innej przeprawy. Ludzie s tak zmczeni, e nie sposb podj jak decyzj. Zostajemy na miejscu; w obawie przed napaci wroga okopujemy si. Drzemiemy obaj z Tadkiem przytuleni do siebie. Okoo poudnia pojawi si w pobliu jaki oddzia piechoty nieprzyjacielskiej. Zrywamy si na nogi i prowadzimy do niej ogie. Niemcy zalegli, a po chwili odpowiadaj strzaami. Moe tym razem uda nam si pomci tamt porak? Znw wstpuje we mnie dobry duch. Chopcy zapalili si do walki: czytam to na ich twarzach. Wiem, e wystarczyoby teraz wezwa ich do ataku, a runliby na wroga z brawur... Niestety, ten dobry duch szybko mnie opuszcza, bo oto tu za niemieck piechot wyaniaj si znane mi ju potworne sylwetki czogw. Zaciskam do blu rce. Patrzymy na siebie w trwonym oczekiwaniu. Cztery czogi atakuj nas; grzmoc z armat. Pociski rozrywaj si na naszej pozycji. Mamy zabitych i rannych. Zdaj sobie spraw z tego, e nie jestemy w stanie powstrzyma ich. Ten i w spoglda za siebie, wida tam wstg Narwi. Tadek daje mi znak, ebymy wskoczyli do wody. Nie moemy si podda, pki mamy w swych rkach bro. Wszyscy to rozumiej. Tam, na drugim brzegu Narwi, znajdziemy ratunek. Trzeba tylko przepyn rzek wpaw. Nie wszyscy jednak umiej pywa. Ale to nie moe przesdzi o podjciu decyzji. Czogi s coraz bliej. Rzucamy si pojedynczo w nurt rzeki. Pyn, trzymajc karabin nad wod. Zgubiem z oczu Kamiskiego. Prd znosi mnie. Niedaleko widz onierza, ktry zaczyna ton. Prbuj dotrze do niego, ale oto znik ju pod wod. Nie wiem, czy uda mi si dobi do brzegu. Nasiky wod mundur powoduje, e ruchy moje staj si niezwykle oporne. Ostatnim wysikiem pokonuj koryto rzeki. Teraz woda ju nie znosi mnie tak bardzo, ale siy moje s ju na wyczerpaniu... Z tyu za mn hucz strzay. Niemcy bij do nas z kaemw. Czuj, e jeli nie rzuc karabinu, to za chwil pjd na dno. Uparem si jednak, e nie wypuszcz broni z rki. W tej wanie chwili staje si cud. Nogi moje uderzaj o dno. Leymy jaki czas na piasku. Liczymy. Co najmniej poowa z nas pozostaa na tamtym brzegu albo znalaza mier w odmtach rzeki... Jest rwnie Tadek. Bdziemy si trzymali razem. Bl

spowodowany bezsilnoci i doznanym upokorzeniem zawi mi oczy. Staram si nie ulega chwili saboci. Mam jeszcze nadziej, e wszystko zmieni si na dobre... Odchodzimy w kierunku poudniowo-wschodnim. Noc wszystkie drogi zalane s potokiem furmanek i pieszych. Tysice ludzi ucieka przed Niemcami na poudniowy wschd w kierunku Lublina. W tej gstwie cign rwnie onierze. Nikt nie wie, dokd i. Wielu zmobilizowanych onierzy nie ma nawet broni. Obiecano im wyda karabiny jeszcze w Ciechanowie, a teraz udzi si ich, e otrzymaj je w Siedlcach lub w Lublinie. Nie mam ju si i dalej o godzie. Mj towarzysz niedoli, Tadek Kamiski, jest tak wyczerpany fizycznie i moralnie, e nie potrafi go ju podtrzyma na duchu. - Chod do jakiej chaty - rzuca. - Moe dostaniemy co zere. Okoo stu metrw przed nami niewielka wie. Jestemy bez grosza. Waciwie trzeba by wej do jakiego gospodarza i poprosi o co do zjedzenia... Obawiam si tylko, e jak Tadek gdzie sidzie, to zaraz unie. Ale c mog na to poradzi. Wchodzimy do pierwszej z brzegu chaupy. Jest niska, bielutka, ze somian strzech. - Panie, nic nie mamy oprcz kartofli. Ci, co byli przed wami, zjedli wszystko - mwi stara kobieta niemal ze zami. Dzikujemy za dobre serce i siadamy przy stole. Gospodyni przygotowuje misk, sypie kartofle. Widz, jak paruj nad kuchni, i gono poykam lin. Gospodarz krci sobie papierosa w kcie izby. Ma z twarz. Gdy wreszcie miska znalaza si na stole, porywamy si do ataku na ziemniaki. S pyszne. Zdaje mi si, e jeszcze nigdy w yciu nie jadem takich dobrych kartofli. Nagle drzwi si otwieraj. Wchodzi kapitan piechoty. Ma szczup sylwetk i hiszpaski wsik. Od razu wida, e to nie rezerwista, lecz oficer zawodowy. Nasi rezerwici wyszli mi ju bokiem. Kapitan trzyma w rku walizk. Podrywam si na baczno. Kapitan udaje, e tego nie dostrzega. Zbliy si do gospodarza. Poszeptali chwil i znikli w przylegym pokoju. Decydujemy si z Tadkiem przyczy do kapitana. Nareszcie bdziemy mieli dowdc. Chyba nas nie odpdzi. Czekamy ju dobre dwadziecia minut, spogldajc na drzwi, za ktrymi jest nasz kapitan. Tadek, gdy mu wspomniaem, e bdziemy mieli dowdc, zaraz si oywi. Nie widz teraz na jego twarzy poprzedniego znuenia. Czekamy w wielkim napiciu. Posta kapitana ronie w moich oczach. A dziw, e tak niewiele mi potrzeba, aby nabra troch otuchy. Wreszcie poczuem mocne uderzenie serca. Drzwi od pokoju rozwary si. Stajemy na baczno. Wychodz dwie postacie... Ale c to? Kapitan jest bez munduru. Ma na sobie brzowy garnitur i cyklistwk. Szybkim krokiem zmierza do wyjcia. Czuj, e wszystka krew uderza mi do gowy. W ciemnych oczach Tadka maluje si rozpacz. Podrywamy si za nim. - Ty skur... Ruszamy dalej.

Jestemy wycieczeni trudami i godem. Nocami uny poarw, krzyki i dalekie dudnienie artylerii. Nierzadko sysz pacz kobiet i dzieci. Do czsto fala uciekinierw ostrzeliwana jest z broni maszynowej przez ukrytych wzdu drogi dywersantw. Trupy ludzi i koni gsto zalegaj rowy przydrone. Od kilku dni bezskutecznie szukamy jakiego oddziau czy dowdcy, do ktrych moglibymy doczy. - Haba! Znajdujemy si w lesie na pnoc od Wgrowa. W grze jcz napczniae od bomb samoloty. Kr, obniaj si i obsypuj las ogniem elastwa. Turkocz cikie karabiny maszynowe. Le w niewielkim sosnowym zagajniku pachncym ywic i wrzosem. Patrz w niebo, na ktrym krluj niemieckie samoloty. Widz dokadnie poszczeglne maszyny. Strzelaj z broni pokadowej. Pociski tn korony drzew. Nie prbuj nawet reagowa, gdy padaj tu obok mnie. Myl, e moe lepiej bdzie zgin tu, na tym mikkim posaniu z mchu i wrzosw. Niemieccy piraci odlatuj. Ogarnia mnie boga senno. Niestety nie sdzone mi jeszcze wypocz. Dociera do mych uszu jakie woanie: - Lec, lec! Patrzojta! Lec! Podniosem si z miejsca i poszedem w kierunku, skd dochodzi gos. Kilkunastoletnia wylkniona dziewczynka pasca krowy wskazuje rk na niebo: - O, o, patrzojta! Na niebie koysz si cztery spadochrony. Nie mamy wtpliwoci, e s to niemieccy dywersanci. Spieszymy do miejsca, gdzie spadaj. Nie moemy pozwoli, aby udao si im uj cao. Spotykalimy si z ich zbrodniczymi wyczynami na trasie naszego marszu. Wiele niewinnych dzieci i kobiet zostao ju podstpnie zamordowanych z ukrycia. Otwieramy ogie z karabinw... Przetrzsamy dokadnie las. Znajdujemy pierwszego Niemca - jest nieywy. Wisi zapltany w gaziach sosny wraz ze spadochronem. Szukamy pozostaych. Drugi jest take martwy: ley na mchu i liciach, wok niego kaue krwi. Trzeci na nasz widok usiuje ucieka, lecz na swoje nieszczcie nie zdoa jeszcze zupenie wyzwoli si od lin spadochronu. Widzc, e jestemy tu, tu - strzela sobie w eb. Pozosta jeszcze do odszukania czwarty. Niestety, mimo dokadnych szpera po wszystkich zakamarkach lasu nie moemy go nigdzie znale. Wreszcie, gdy ju mielimy zamiar zrezygnowa z dalszych poszukiwa, przybieg do nas may chopiec: - Popatrzta, wloz na gruszk... Ostronie zbliamy si do stojcej samotnie na polu gruszy. Bez trudu spostrzegamy ukrytego w koronie drzewa Niemca. - Schodzi! Dywersant trzsie si ze strachu i bagalnym gosem prosi:

- Panowie, litoci. Ja nie jestem nic winien... Dziwi mnie, skd ten przeklty szwab zna tak dobrze jzyk polski. Co z nim robi? Zbieramy si i radzimy. Jest nas okoo pitnastu ludzi. Najstarszy stopniem - kapral. Mimo wielkiej nienawici do wroga kady z nas ma jakie dziwne skrupuy. Nie mamy komu go przekaza. Rozstrzela te nikt z nas nie chce, bo jake mona zabi bezbronnego? Prowadzimy go na razie ze sob. Wkrtce spotykamy grup onierzy, a wrd nich plutonowego podchorego. Idziemy do niego z Niemcem. Opowiadamy ze szczegami cae zdarzenie. Podchory drapie si w gow: - To ci dopiero klin! Stoimy bezradni nad jednym zafajdanym szwabem. Coraz to nowi onierze doczaj do naszej grupy. Nagle sysz gos jednego ze stojcych za mn: - Czego pierony stoita nad nim? Oni mi zamordowali ojca za to, e by powstacem. A w eb tego przekltego chachara. I zanim zdoalimy zorientowa si, kropn w gow dywersantowi ze zdobycznego pistoletu. Odezway si gosy: - Ty draniu. Dajcie go tu!... Ale przemylny lzak wmiesza si szybko w tum i przepad. To zdarzenie przez kilka nastpnych dni nie dawao mi spokoju. Uwaaem, e postpek lzaka by przestpstwem. Zreszt nie inaczej sdzili i inni onierze, z ktrymi byem w grupie maszerujcych. To prawda, e Niemcy dopuszczaj si masowych zbrodni, bombardujc i strzelajc z samolotw do bezbronnej ludnoci, niszczc nasze miasta i wsie, ale to w moich oczach nie usprawiedliwiao postpku lzaka. Nie pamitam, ktrego dnia dobrnlimy do Siedlec. Poudnie. Pogoda wspaniaa. W miecie niesamowity ruch. Z rnych kierunkw napyno tu do duo onierzy. Jakie tabory konne, kilka dzia polowych, taczanki z cekaemami. Zostajemy tu na odpoczynek. Marz o tym, eby si uczciwie naje i wyspa. Jest wreszcie kuchnia poowa. Czekamy na obiad. Wtem poprzez gwar miejski coraz wyraniej przedziera si przeklty jk samolotw. Nie mam wtpliwoci, e lec Niemcy. Z okien domw wygldaj zatrwoone twarze. Ludzie wybiegaj te na balkony i patrz w niebo. Cholerny wiat! Na ulicy zamieszanie. Kto grubym basem rozkazuje: - Lotnik, kryj si!... I znw le na ziemi. Tym razem w przydronym rowie i tkwi oczami w niebie. Tymczasem niemieckie bombowce rozpoczynaj swj diabelski koncert. Dwadziecia pi byszczcych potworw

spada z nieba, wydajc przy tym niesamowity wiszczcy jk. Rozgldam si bezradnie za Tadkiem, ale nigdzie go nie mog znale. Serce ciska mi bl na myl o tym, co si tu za chwil stanie. Nie wiem, dlaczego nie zamykam oczu i nie tul si ze strachu do ziemi. Czyby byo mi ju zupenie obojtne, jak zgin? Gdzie s nasze samoloty? Gdzie jest artyleria pelot? O ironio! Jeste onierzem i nie moesz nic uczyni, by ochroni bezbronnych ludzi. Nie moesz bi wroga, bo on jest nieosigaln mgawic. Oto widz lecc bomb - czyby miaa spa wanie na mnie? Poeram j wzrokiem. Bomba ronie, ronie... Potworny huk. Dom naprzeciwko na moment jakby si otworzy. ciany usuwaj si powoli, ukazuj wntrze izb, a w nich ludzi: w niesamowitych podskokach, padajcych lub fruwajcych w powietrzu. Ten straszny obraz natychmiast znika mi sprzed oczu. Teraz guchy trzask i dom chwieje si, wali. Wielki tuman kurzu przesania mi ten piekielny widok. Jki, wycia, przytumione drce szepty, proby i zaklcia rozlegajce si zewszd powoduj, e dr cay jak w febrze. - Lekarza, lekarza, lekarza! - woam w jakim obdzie biegnc gdzie przed siebie. Czyja rka wskazuje na dom, stojcy w gbi rozlegego podwrza... To szpital. Z wntrza wylewa si masa biaych upiornych postaci: o kulach, w bandaach, bez rk, ng. Skowyczc z blu uciekaj ze szpitala. Wpadam midzy nich... Szukam lekarzy, sistr, aby dopomc im opanowa panik. Natykam si na jednego z lekarzy. Widz ogniki wciekoci w jego oczach. - Kto pan jest? - pyta. Nie odpowiadam, mierzymy si wzrokiem. - Ja jestem kapitanem i wasze rady nie s mi potrzebne. Odmaszerowa! - warkn. Ostatnim wysikiem opanowaem si, by nie wyrn go w pysk. Wracam na ulic. Siadam na skraju rowu. Bombardowanie trwa. Buchaj ognie poarw... W sercu szarpicy bl. Jestem onierzem. Mam obowizek broni kraju i narodu. Mam obowizek... I na wspomnienie tego, co dotychczas przeyem, ogarnia mnie sza. Pdz w niewiadomym kierunku. Po kilkunastu minutach padam twarz na k. Szloch bezbronnego dziecka... Gdy obudziem si po kilkugodzinnym kamiennym nie, by ju wieczr. Jestem zamany. Nie wiem, co mam dalej z sob pocz. Pojem, e jestem sam jeden, zdany tylko na wasne siy, nikomu niepotrzebny marny pyek. Sia czowieka ma swe rda w duszach ludzkich. Ja tymczasem utraciem tych, na ktrych mgbym si oprze. Czowiek zamany zawsze wraca mylami do chwil, kiedy zdawao mu si, e by sob.

auj, e nie ma tu ze mn moich najbliszych przyjaci, wsptowarzyszy, z ktrymi czy mnie jeden wsplny cel. Roztrzsiona wyobrania przywraca mi rne wspomnienia. Nagle czuj, e kto dotyka mojego ramienia. Wzdrygam si instynktownie i patrz poza siebie. - Nad czym tak rozmylasz, kolego? - pyta stojcy za mn jaki onierz. - Nad swoj zasran dol? - Cholerny wiat! - Rzeczywicie. Ale to stwierdzenie nic ci nie pomoe - cignie dalej, - Nie wiesz, co masz teraz robi? To tak, jak ja. Moe masz papierosa? Wycigam paczk machorkowych. Siada obok mnie i snuje swoj opowie, ktra udzco przypomina mi moj dotychczasow drog. Wreszcie wstaje i zdecydowanie mwi: - Chod, idziemy na Lublin. Moe si jeszcze na co przydamy... Przypominam sobie, e podczas nalotu zgubiem Tadka Kamiskiego, i robi mi si przykro z tego powodu. Waciwie zdoaem si z nim ju nieco zaprzyjani w czasie odwrotu. Jest mi go al. Nie wiem, czy ocala, czy te zgin podczas tego piekielnego nalotu. Jest dzie 11 wrzenia. Na drodze do Lublina spotykamy takich samych jak i my rozbitkw. Zbieram ich do kupy. Maszerujemy do Radzynia. Przed wejciem do miasta zatrzymuje nas jaki podoficer. Prowadzi do pobliskiego lasu, gdzie, jak si dowiadujemy, oficerowie pod dowdztwem pukownika Zakrzewskiego zbieraj rozbitkw, formujc z nich oddziay bojowe. Na wielkiej polanie zastajemy mas onierzy, wrd nich kilku oficerw. Otrzymuj przydzia do kompanii. Jestem szczliwy, e nareszcie, po tylu niepowodzeniach, znalazem oparcie w prawdziwym oddziale. Nasz kompani dowodzi podporucznik rezerwy. Robi dobre wraenie. W lesie znajduje si ju kilka batalionw, razem ze trzy tysice ludzi. A tu cigle przybywaj nowi onierze. Duch bojowy ronie. Mamy wiadomoci, e Niemcy sforsowali Wis w rejonie Gry Kalwarii i posuwaj si w kierunku Garwolina... Obron Garwolina kieruje pukownik Komorowski. Noc wychodzimy z lasu i w kolumnie marszowej cigniemy przez Radzy, Niewagosz. Marsz jest uciliwy, ale nikt z nas nie zaamuje si. Wiemy, e wkrtce bdziemy w walce. Nie mamy wtpliwoci, e maszerujemy na pozycje obronne. Wierzymy, e wojna si jeszcze nie skoczya i jej dalsze losy odwrc si na nasz korzy. O wicie atak samolotw niemieckich. Kilkadziesit maszyn z lotu koszcego uderza na kolumn. Poukrywani w nierwnociach terenu prowadzimy do Niemcw ogie z karabinw. Niewiele to skutkuje. Patrz uwanie na pole, na ktrym sdzone mi jest lee. Przede mn widz ksidza w sutannie. Rce ma wycignite w gr. Biegnie jak optany przed siebie. Tymczasem niemiecki pilot siecze z gry z kaemu. Uderzane pociskami grudki ziemi podrywaj si w gr i rozpryskuj w mczny pyek, tworzc chmur. Pilot uwzi si na ksidza - gdy pierwsza seria szczliwie go omina, wzi go na cel i teraz trafi prosto w tyek. Ksidz rozoy rce i pad. Gupi, gdyby lea na ziemi, mgby si moe uratowa...

Nalot trwa, a tymczasem ludzie si rozsypali. Oficerowie jak zwykle gdzie znikli. Z naszej kompanii pozostao ledwie kilkudziesiciu ludzi, ktrzy tworz jeszcze zwart grup. Niestety, nie ma kto nimi dowodzi. Ogarnia mnie rozpacz... Rozbici na mae grupki wleczemy si noga za nog po drogach zalanych uciekinierami w kierunku Lublina. Furmanki, samochody, rowery, wzki i caa rzeka pieszych. udzimy si nik nadziej, e moe tam trafimy na jaki oddzia bojowy, zdolny do walki... Lublin jest zniszczony nalotami niemieckich samolotw. Przez miasto przewala si masa ludnoci cywilnej i onierzy. Dowiadujemy si, e szykuje si obrona Lublina. Zgaszamy si do kapitana, ktry ma dowodzi walk. Do obrony miasta stany ze dwa bataliony onierzy z rnych formacji: z piechoty, artylerii i lotnictwa. Jest te wielu ochotnikw z ludnoci cywilnej. Par kilometrw od Lublina na szosie warszawskiej ryjemy okopy. Mamy kilka dzia i troch kaemw. Bdziemy si broni Sterczymy w transzei, wypatrujc nadejcia wroga od zachodu i pnocy. Duch bojowy wrd onierzy wspaniay. S weseli i dziarscy. Tylko przechodzcy szos uciekinierzy spogldaj na nas z wyrazem politowania, krcc ze zdziwienia gowami. W gruncie rzeczy nie przedstawialimy adnej realnej siy. Nie bylimy zdolni prowadzi duszej obrony. Nasze okopy koczyy si p kilometra od szosy. Mona by je atwo obej nie wic si z nami walk. Nie bylimy dostosowani do boju okrnego. Nie posiadalimy rodkw ogniowych, by stworzy trway wze obrony. Ale czy kto z nas, prostych obrocw Lublina, zastanowi si gbiej nad nasz sytuacj? Kiedy pojawiaj si pierwsze grupy niemieckich onierzy - patrole zwiadowcw, niszczymy je w oka mgnieniu. Niebawem nadcigaj gwne siy wroga. Niemcy dysponuj rwnie czogami i artyleri. Kilka kompanii piechoty wsparte czogami i dziaami rusza do ataku na nasze pozycje. Huraganowy ogie zrywa si po obu stronach walczcych. Nasze dziaa bij w niemieckie czogi, a celne serie z cekaemw kad dziesitki Niemcw. I oto po godzinnej walce atak wroga zostaje powstrzymany. Atakujce kompanie niemieckie wycofuj si na przyzwoit odlego, zapewniajc wzgldne bezpieczestwo. Czyby to miao oznacza, e wrg zrezygnowa z dalszej walki z nami, e odnielimy nad nim zwycistwo? Rado rozpiera nam piersi... Nie upyno p godziny, jak zrywa si piekielny ogie niemieckiej artylerii, pociski law wal si na nasze pozycje. Zrastamy si z ziemi. Kilka naszych dziaek prbuje odpowiedzie na ogie nieprzyjaciela. Ale nie robi to na Niemcach wikszego wraenia - mucha przeciwko soniowi. Dopiero teraz spostrzegamy, e wrg dysponuje caymi dziesitkami dzia, my za mamy ich zaledwie kilka. Poza tym posiada on kompanie modzierzy i kilkanacie czogw. Mamy dziesitki zabitych i rannych. Taka mordercza nawaa trwa kilkanacie minut, po czym znw uderza piechota i czogi. Bijemy do atakujcych Niemcw, wyrzdzajc im powane szkody, ale wrg le do szturmu coraz to nowe kompanie. Czy dugo potrafimy si broni? Co jaki czas atakujcy Niemcy zalegaj, a zaraz po tym ich artyleria obsypuje nas now porcj elaza, umoliwiajc piechocie ruch do przodu. W pewnej chwili dowdca plutonu wzywa mnie i wrczajc mi kartk zapisanego papieru, mwi: - Zaniesiecie to do dowdcy kompanii. Rowem czcym sun we wskazanym kierunku, gdzie wedug mniemania podporucznika powinien by dowdca kompanii. Co jaki czas wysuwam gow i rozgldam si. Brzczy rj pociskw.

Gdzie jest ten dowdca kompanii? - myl, nie mogc znale na tym skrzydle ani jednego naszego onierza. Na prawo ode mnie, o kilka metrw, zaczyna si rw obronny. Mj rw czcy nie dochodzi do niego. Widocznie nie zdoano ukoczy pracy nad poczeniem ich. Musz mimo to przedosta si tam. Wysuwam si ostronie z okopu, ale w tej samej chwili gwizdno nade mn kilka pociskw, wic znikam w gbi. Po upywie minuty bior w rk opatk i podnosz w gr. Kilka metalicznych uderze. W opatce trzy okrge otwory. Po przeczekaniu jeszcze kilku minut znw wysuwam ostronie opatk. Tym razem nikt ju w t stron nie strzela. Zbieram si na odwag i szybko wyskakuj. Szczliwie znalazem si po kilku sekundach w okopie. Zaraz jednak ogarn mnie wielki strach. I tu rwnie nie znalazem nikogo oprcz rannych i zabitych. Pojem, e dowdca kompanii z reszt ludzi wycofa si. Ale gdzie wobec tego s Niemcy? Odpowied przychodzi szybko. Kiedy wyjrzaem z okopu, zobaczyem w odlegoci kilkudziesiciu metrw ca lini czogajcych si w t stron niemieckich onierzy. Szykowali si do szturmu. Zimny pot obla mi plecy. Mocno schylony skoczyem z powrotem, pragnc przedosta si do rowu czcego. Gdy wyskakiwaem z okopu, kilka pociskw podziurawio mi nogawki spodni, nie ranic mnie jednak. Jakie byo moje zdumienie, gdy po powrocie nie zastaem ju na stanowiskach swojego plutonu. I tu, podobnie jak tam, Niemcy le jeszcze przed naszym okopem, bojc si ruszy do szturmu, chocia nasi ludzie opucili ju pozycje. Przez chwil zachciao mi si mia. Nie mogem si oprze pragnieniu sprawienia im figla. Znalazem pozostawiony na stanowisku cekaem, przypadem do niego i wziwszy na cel grupk hitlerowcw pocignem kilka serii, po czym daem nurka do tyu. Wiedziaem, e wzdu szosy cignie si przydrony rw, ktry dopomoe mi w wycofaniu si do swego plutonu. Co tchu w piersiach parem w tamt stron. Bdc ju w rowie zobaczyem lecy na szosie rower. Przez chwil przygldam si mu. Wreszcie podrywam si, chwytam rower i naciskam peday. Przez minut pdz jak szalony przy akompaniamencie gwidcych pociskw. Z tyu za mn Niemcy poderwali si ju do szturmu. Sysz pkajce granaty... Naraz, jak podcity, wal si z roweru do rowu. Tu spostrzegam, e mj wehiku zosta rozbity jakim odamkiem pocisku: zdruzgotana rama i oderwane przednie koo. Nie namylajc si wiele, pdz rowem w kierunku Lublina. Po drodze spotykam pierwsz grup naszych onierzy. Dowiaduj si, e Niemcy zaczli otacza nas z prawego skrzyda i dlatego musielimy opuci pozycj. A wic tak skoczya si nasza dzielna obrona, w ktrej pokadalimy tyle nadziei... O zmierzchu wymykam si z miasta i polami zmierzam na poudniowy wschd do Pilaszkowic, swojej rodzinnej wsi w powiecie Krasnystaw. Musz nieustannie czuwa, by nie wpa w apy Niemcw. Omijam wic wiksze osady i wsie, idc polnymi drogami. Gdy wreszcie dobijam do rodzinnej chaty, czuj si jak zbity pies. Ledwie trzymam si na nogach. Caa rodzina wychodzi mi na spotkanie. Pacz... Siedz przed domem na awie, opowiadam i zasypiam. Jak przez mg czuj, e kto ciga mi buty i obmywa odparzone nogi - to siostra z matk. O wschodzie soca egnam si z rodzin i ruszam dalej. Staraj si mnie powstrzyma. Matka pyta:

- Dokd chcesz i? - A bo ja wiem? Chyba na wschd... Jestem onierzem i dopki mam bro w rku, bd szuka walki. Wierz jeszcze, e gdzie nad Bugiem znajd jaki oddzia... W lasach janowskich oficerowie zbieraj onierzy. Doczam si do tworzonego oddziau. Na razie nie wiemy, jakie bd nasze najblisze zadania. Zblia si wieczr. Przyjecha do nas jaki pukownik. Zebrano ludzi. Pukownik zacz przemawia: - onierze, sytuacja jest beznadziejna. Niemcy zalewaj cay kraj. Wzywam was, bycie szli w kierunku granicy rumuskiej. Stamtd przedostaniemy si do Francji. Bdziemy mogli dalej walczy. Rozleg si szmer niezadowolenia. Padaj rne pytania, lecz pukownik skoczy ju i siad do swego samochodu. Kto z wtajemniczonych wyjania, e by to pukownik Koc. Sypi si przeklestwa. Wrd onierzy wre. Przyczam si do jednej z grup, w ktrych tocz si zawzite spory. Sysz jaki gos. - Dranie! Sprzedali Polsk Szwabom! W zeszym roku pomagali im zagrabia Czechosowacj, a teraz wiej do Francji. Mona byo przecie pj razem z Czechami na Niemcw... Czesi to przecie Sowianie... - Racja! - rzuci kto drugi. Z powodu panujcego pmroku nie mog dokadnie rozpozna rysw twarzy mwicego. Jego gos przypomina mi Tadka Kamiskiego. Nie jestem jednak pewny, e to on. Wiem, e nie wolno mi teraz pozosta na uboczu tej dyskusji. Trzeba si wczy. - Suchajcie, onierze. To prawda, co mwi nasz kolega. Czesi to Sowianie, tak jak i my. Zdradzono nas... Nie uwaam za sensowne maszerowa do Rumunii, a pniej na tuaczk do Francji. Lecz mamy jeszcze inne wyjcie... - Mwcie, kolego, miao - rozlego si kilka gosw. - Myl, e lepiej bdzie, jak pjdziemy na wschd, do Zwizku Radzieckiego. Rosjanie s te Sowianami i zawsze to bliej ni do dalekiej Francji... - wyrzuciem z siebie i umilkem, czekajc w napiciu na efekt swych sw. - Z bolszewikami mamy na pieku - powiedzia kto. - Nie zapominajcie, e midzy nami nie ma przyjani. - A kto temu winien? - spyta kto. - Nasz rzd. Teraz ju nie miaem adnej wtpliwoci, to by gos Tadka. Podszedem z tyu i pooyem mu rk na ramieniu. Ucisnlimy si jak odnalezieni bracia. Dyskusja trwaa dalej. Cz onierzy usuchaa gosu pukownika Koca i w zwartym szyku ruszya ku granicy rumuskiej. Wiksza cz rozproszya si jednak do domw. Zostao nas okoo dwudziestu piciu, zdecydowanych i do Zwizku Radzieckiego. Tej nocy postanowilimy wypocz w lesie, a rankiem pj za Bug w kierunku Kowla. Z powodu zimna palimy ognisko. Ludzie s godni. Nikt nie ma w swoim plecaku kawaka chleba. Kto proponuje, by zebra pienidze i pj na wie, ktra ley

o p kilometra std. Zgaszam si na ochotnika. Tadek te chce i razem ze mn. Zebralimy pitnacie zotych i ruszamy. Gospodyni, do ktrej weszlimy, jest mod i adn kobiet. Chtnie zgadza si przygotowa dla nas ca miednic klusek ze sonin i serem, nie dajc adnej zapaty. Rozmawiamy z ni. Powiedziaa, e jej m rwnie poszed na wojn i nie wie nic, co si z nim stao. Widz, jak dwie wielkie, lnice zy zabysy w kcikach jej czarnych oczu. Kiedy kluski byy ju niemal gotowe, rozlegy si gdzie od strony lasu, w ktrym zostali nasi wsptowarzysze broni, ostre strzay. Zrywamy si jak oparzeni, wybiegamy na dwr. Ale z powodu ciemnoci nic nie moemy zobaczy. - C to mogo znaczy? - pytam Tadka. - Jeli mnie such nie myli, to strzelaj - odpar artobliwie. - Nie wygupiaj si. Obawiam si, e to Niemcy. - A ja sdz, e nasi chopcy, ktrym znudzio si ju na nas czeka. Chod po kluchy i walimy prdko do nich. - Dobra! Kobieta proponuje, ebymy, zanim wyjdziemy, podjedli sobie troch. Nie mamy jednak na to czasu. Utonlimy w nocy. Mocno trzymaem przed sob miednic pen ciepych klusek i mylaem o godnych kolegach i o tym, eby nie wpa w jaki d i nie wywali jedzenia. Strzay ju ucichy, wic pomylaem, e moe to rzeczywicie oni dawali nam zna o sobie. Droga bya gruntowa, miejscami piaszczysta. Na granatowym niebie gniedziy si gwiazdy, podobne do milionw rojcych si byszczcych muszek. Od lasu dzielio nas jeszcze okoo dwustu metrw. Nagle stajemy jak wryci. Przed nami, na drodze, sycha warkot samochodw. Przymione z lekka reflektory rzucaj na nas blade wiata. Motory cichn, to znw zapalaj si. Po chwili namysu idziemy ostronie naprzd. Nie mamy pojcia, co to s za samochody. Wiemy tylko, e ugrzzy na piaszczystej drodze i nie mog si z niej wygrzeba. Zatrzymujemy si w odlegoci okoo stu metrw i nasuchujemy. Po chwili dochodz nas strzpy jakich sw i od razu robi mi si gorco. To s Niemcy. Przed oczami migaj mi czerwone paty, za gardo ciska bl. Zdaje mi si, e zaraz wywrc si na tej drodze. Tadek szepce mi do ucha, ebym zosta z miednic w przydronym rowie, a on sam uda si na poszukiwanie kolegw. Wedug naszej orientacji powinni by std o dwiecie metrw. ciana lasu staa z prawej strony drogi. Boj si go puci samego. Wiem ju teraz, e strzelanina, ktr syszelimy, oznaczaa starcie si naszych towarzyszy z Niemcami. Ale nie mamy wyboru. Tadek idzie do lasu, a ja zostaj w rowie. Czas duy mi si cholernie. Na domiar zego czuj, jak ogarnia mnie nieprzyjemne zimno. Niemcy wygrzebali si w kocu z piachu i ruszyli. Przylepiem si plackiem do rowu, w obawie, by mnie czasem nie dostrzegli. Po kilkunastu sekundach min mnie pierwszy wz, za nim przejecha nastpny, a dalej, w maych odstpach, jechao jeszcze z dziesi.

Tadek wrci po godzinie i owiadczy, e nikogo w lesie nie znalaz. A wic moje obawy sprawdziy si. Chopcy po utarczce z Niemcami odeszli z lasu. Nie byo nadziei, ebymy ich mogli odnale podczas nocy. Niemcy nie zatrzymali si we wsi. Syszaem, jak pojechali dalej. Wracamy wic do domu uprzejmej gospodyni, niosc kluski z powrotem. Dopiero teraz moglimy si do woli naje. Po tym kobieta przygotowaa nam na strychu posanie. Tadek pierwszy wdrapa si po drabinie na gr. Kiedy postawiem nog na pierwszym szczeblu z zamiarem wejcia na strych, kobieta zbliya si do mnie i biorc mnie za rk, szepna: - Jak chcesz, przyjd do mnie. Bd czekaa. Pokrciem z niechci gow i odparem: - Nie. Masz przecie ma... - Boj si, e ju nie wrci. - Wrci! Rano podjedlimy sobie porzdnie i ruszylimy w stron Wodawy. Jaka bya nasza rado, gdy przed mostem na Bugu spotkalimy naszych kolegw, pozostawionych w lesie. Okazao si, e czekajc na nas usyszeli warkot samochodw i wysunli si na drog, zajmujc stanowiska obronne. Kiedy zorientowali si, e to jad Niemcy, zasypali ich ogniem z karabinw, ale z powodu ciemnoci i przewaajcych si przeciwnika wkrtce opucili pozycj i nie czekajc naszego powrotu udali si w stron Wodawy. We Wodzimierzu dowiedzielimy si, e Armia Radziecka zajmuje wschodnie tereny Polski. Midzy Kowlem i Wodzimierzem zastpio nam drog kilkunastu Ukraicw. - Oddajcie bro! Opanowuje nas wcieko. Rozpdzamy ich kolbami i maszerujemy dalej. Bro chcemy zoy przed regularnym oddziaem Armii Czerwonej. Pewnego ranka, w pobliu Kowla, spotykamy na swej drodze kolumn czogw. Idziemy im miao naprzeciw. Czogi zatrzymuj si, lufy wymierzone w nasz stron. - Odda bro! Podchodzimy kolejno do oficera radzieckiego, ktry wraz z kilkoma onierzami wyszed z czogu. Skadamy nasze karabiny. W oczach chopcw widz zy. - Iditie damoj - mwi agodnie Rosjanin. - My nie wragi...

Oko w oko z wrogiem


Ranek 22 czerwca 1941 roku rozpocz si od artyleryjskiej kanonady. Ubraem si popiesznie i pobiegem do fabryki. W powietrzu sycha byo szum wielu samolotw. Strzelaa artyleria pelot. Przy samej bramie do fabryki spotykam dyrektora inyniera Czerewatienk. Niedawno zosta zmobilizowany. Jest w mundurze kapitana. - Czyby to miaa by wojna? - pytam inyniera.

- Ale skd znowu! To wiczenia - odpowiada z umiechem, czstujc mnie kazbekiem. Nie daj temu wiary. Wczepiam si oczami w niebo, gdzie na przyzwoitej wysokoci roj si samoloty. Maszyny szykuj si do ataku. Poznaj ten sam dwik, te same sylwetki, te same przeklte krzye. - To przecie Niemcy! - w napiciu patrz inynierowi w oczy.- Niemcy! - odpar twardo. - No c, przyszed czas, Mamy wojn, ktr musimy wygra. Co radosnego uderzyo mi w piersiach. - Towarzyszu kapitanie. Jeli tak, to i ja musz do wojska! - zawoaem, chwytajc go za rk. - Id do wojenkomatu. - Czekajcie... Nie usuchaem. Pobiegem z powrotem do swego mieszkania na ulicy Mickiewicza, by zabra dokumenty. W godzin pniej staem ju przed komendantem wojenkomatu. Oficer dugo przeglda moje papiery. - Pracujecie w MTS-ie1? - Tak jest. - Syszelimy o was wiele, towarzyszu. Dyrektor Czerewatienko zosta zmobilizowany i wy go zastpujecie. Prawda? - Prawda. Ale przecie jest wojna - powiedziaem. - Jestecie te sekretarzem MOPR-u - cign dalej oficer, nie zwracajc uwagi na to, co powiedziaem. - Musicie na razie zosta na miejscu. Jeli bdziemy was potrzebowa, dostaniecie powoanie. Wracam do fabryki. Cae miasto jest w ogniu niemieckich bomb. Nie mam czasu rozpacza z powodu nieprzyjcia mnie do armii. Na teren fabryki przybyo kilkanacie czogw, samochodw i cignikw, ktre trzeba byo szybko wyremontowa. Czogi na og wymagay niewielkiej naprawy. Wstrzymalimy nasz normaln prac i zabralimy si do usuwania uszkodze w wozach bojowych. Wrd personelu znajdowao si kilkunastu zdolnych mechanikw, ktrzy z atwoci dawali sobie rad przy regulacji poszczeglnych zespow silnikw czy wymianie jakich czci. Siedz w zakadzie cay dzie. Krc si wrd mechanikw. Bez przerwy urywaj si telefony. - Dawajcie prdzej te pi samochodw!!... Kiedy skoczycie z wozami bojowymi?... Teraz wy, towarzyszu Sobiesiak, pokacie, co umiecie... Co, jeszcze nie zrobione?... Czy wy wiecie, e Niemcy id, a my nie mamy wozw?... Wy odpowiadacie za sprawno bojow oddziau... Zrozumiaem, e mimo i nie jestem waciwie onierzem, speniam wany obowizek. Nie mam chwili wytchnienia. Ludzie pracuj ofiarnie, bez odpoczynku. Nikt nie mwi o tym, e chciaby pj do domu, chocia od chwili rozpoczcia pracy upyno ju kilkanacie godzin. Czasami wpada do mnie do gabinetu Rudek Gabry, mj przyjaciel, ktrego poznaem tu w Kowlu w czterdziestym roku. Rudek jest lzakiem i przyby na te tereny, gdy Niemcy zagarnli lsk. Nienawidzi faszyzmu i Niemcw.

MTS - odpowiednik naszego POM-u.

Mam tu jeszcze jednego przyjaciela lzaka, Emila Gryczmana, byego powstaca lskiego z lat 19191921. Gryczman przyjecha do Kowla razem z pitnastoletni crk. Pracuje w zakadach jako spawacz. Nosi brod, jest gruby i nigdy nie traci humoru. Wsplnie naradzamy si, co mamy teraz robi. Rudek i ja jestemy przygotowani w razie koniecznoci wycofa si na wschd. Emil chce zosta w Kowlu, ma bowiem uwizane rce z powodu crki. O dwunastej w poudnie suchamy przemwienia radiowego Mootowa: Niemcy w zdradziecki sposb napadli na nasz kraj. Zbombardowali Kijw, Misk, Odess, Wilno i szereg innych miast... Dalsze sowa to nawoywanie do walki. Robi mi si markotno. Czyby miao si powtrzy to, co ju raz widziaem we wrzeniu 1939 roku? Czwartego dnia z rana poszedem do komitetu partii. Panowa tu nieopisany ruch i bieganina, tak e z wielkim trudem udao mi si dosta do sekretarza komitetu towarzysza Pszenicznego. Szykowano si wanie do ewakuacji urzdw. Spytaem, co bdzie z zakadem i z nami. - Nic si nie martwcie - odpar Pszeniczny. - Za tydzie lub dwa wrcimy tu z powrotem. Nie bardzo wierzyem w jego zapewnienia o szybkim powrocie. W Kowlu znaem kilku towarzyszy z wojewdztwa lubelskiego: Franciszka Jwiaka2, Adama Jeziora, Wacawa Iwanaszk i innych. Chciaem wiedzie, jak oni oceniaj powsta sytuacj, co sami zamierzaj robi. Poszedem wic do mieszkania towarzysza Jwiaka (zdaje si na ulic Kolejow). Akurat dobrze trafiem, gdy odbywaa si tu gorca dyskusja na temat co robi. Sowa towarzysza Jwiaka, ktre najbardziej do mnie przemawiay, brzmiay mniej wicej tak: - Jestemy w rejonie przygranicznym. Sytuacja jest niejasna. Niemcy posuwaj si naprzd. Trudno powiedzie, jak dugo pozostan na tych terenach. My jestemy elementem napywowym i nic nas tu nie wie. Powinnimy wic wycofa si z Armi Czerwon. Ta wojna potrwa chyba do dugo i jeli wyjedziemy, bdziemy mogli wstpi do Armii Czerwonej lub pracowa dla potrzeb frontu. Towarzysz Jwiak powiedzia rwnie, e jeli kto z nas zechce, bdzie mg wyjecha z Kowla transportem kolejowym, ktry odjeda w nocy. Wrciem szybko do fabryki i zawiadomiem o tym Gabrysia. Od trzech dni nie opuszczam fabryki. pi, siedzc za biurkiem. Tymczasem dochodz nas coraz gorsze wiadomoci. Niemcy atakowali w kierunku na Biaystok, Baranowicze, Wodzimierz, uck, posuwajc si do przodu. Sam Kowel ominli. Przez miasto cigny oddziay Armii Czerwonej, zmierzajce na wschd. Wobec tego, e wrg wcisn si w tereny pooone na pnoc i poudnie od Kowla, zrozumiae si stao, e rwnie z tego rejonu trzeba wycofa oddziay wojskowe. W poudnie przyszed do mnie kapitan Czerewatienko. - Moecie zabra si na pocig ewakuacyjny - powiedzia. - Stoi ju na stacji. Ale lepiej zrobicie, jak zaczekacie na mnie. Wy, towarzyszu Sobiesiak, razem z Gabrysiem, bdziecie mogli wyjecha z nasz jednostk. Zaatwiem ju t spraw. Byem mu wdziczny za to, e nie zapomnia o nas. Wolaem by w tej chwili przy jednostce wojskowej ni ewakuowa si razem z ludnoci cywiln.

Chodzi o Franciszka Jwiaka Witolda.

27 czerwca z rana Czerewatienko jest znowu u mnie. Wita si popiesznie i rzuca nerwowo: - Jedziemy za godzin. Zabierzcie troch swoich rzeczy i czekajcie na nas koo cmentarza. Ju po upywie p godziny obaj z Rudkiem sterczymy w wyznaczonym miejscu, wypatrujc obiecanego samochodu. Denerwujemy si bardzo. W kocu zjawi si wz ciarowy, z gbi ktrego wysun si Czerewatienko. Odetchnlimy. Czerewatienko by wyranie zgnbiony. Wyczuem co niepokojcego w jego wyrazie twarzy. - Przykro mi, towarzysze, ale nie moecie z nami jecha - rzek ze smutkiem. - Osobyj otdie nie rozreszajet. Staem jak osupiay. Pniej, gdy samochd z kapitanem Czerewatienko ju odjecha, wrcilimy z Rudkiem do fabryki. Zostalimy na lodzie. Nasz pocig ewakuacyjny ju niestety odszed. Wszyscy towarzysze, z ktrymi spotkaem si w mieszkaniu u Jwiaka, wyjechali. * Ulicami miasta nadal przewalay si masy wojska. W grze samoloty niemieckie. Stoimy z Rudkiem przed bram fabryki i z alem patrzymy za odchodzcymi oddziaami radzieckimi. Z dachw niektrych domw sypi si zdradzieckie pociski faszystw ukraiskich... Tu i wdzie pada jaki onierz lub ko, wierzgajc nogami... Huk artyleryjskiej kanonady ronie w uszach. Niemcy s ju w pobliu miasta. T noc take spdzam w fabryce. Jaki oficer zostawi skrzynk rcznych granatw u bramy fabryki. Po wyjciu kilku granatw zakopujemy skrzynk na placu. 28 czerwca przez cay dzie Niemcy ostrzeliwali Kowel. Umwilimy si z Rudkiem, e zmienimy swoje mieszkania. Z powodu wyjazdu wielu urzdnikw mieszka wolnych byo do sporo. Znalazem sobie kwater w drugim kocu miasta. Gdy wracaem wieczorem do fabryki, widziaem cae bandy pijanych, czsto uzbrojonych rabusiw mordujcych ludzi, rozbijajcych sklepy i magazyny. To nasuno mi pewn myl. Wielu robotnikw pozostao do tej pory w fabryce. Postanowiem rozdzieli wrd nich towary znajdujce si w sklepie nalecym do fabryki, a nastpnie zwolni ich. Noc rozbijamy motem obrabiarki i inne maszyny. Cay nastpny dzie pi na swojej kwaterze jak zabity, nieczuy na to, co si dzieje w miecie. 30 czerwca z rana wysunem si na miasto, majc w kieszeni dwa granaty. W umwionym punkcie spotykam Rudka. - Szwaby s ju w Kowlu - mwi. - Chod, zobaczysz, co si dzieje na ulicy Lenina. Na trotuarach toczyo si ze trzystu ludzi. Stoimy naprzeciwko pomnika Woroszyowa, gdzie zebraa si najwiksza grupa. Jaki rudzielec o twarzy lisa woa: - Prosz si odsun. Zaraz przybd tu przedstawiciele armii niemieckiej. Trzeba ich godnie powita. - Kanalia! - szepn mi do ucha wzburzony Rudek.

Pocignem go za rkaw, eby si uspokoi. Po kilku minutach od strony zachodniej zawarczay silniki. Tum zafalowa. - Jad, jad! - zawoano. Dziki wrzask wyrwa si z piersi zebranych. Na ulicy pojawiy si trzy motocykle, a za chwil otwarte auto, z trzema oficerami niemieckimi. Rce wycignite w pozdrowieniu Heil Hitler. Tum faszystw szala: - Chaj ywe Hitler! Samochd zatrzyma si, i wtedy kto z tumu wygosi powitaln mow do niemieckich oficerw. Niebawem wjechay na plac trzy samochody ciarowe pene onierzy. Niemcy byli modzi, czysto ubrani, z rkawami zakasanymi powyej okci. Sprawnie zsiedli z wozw. Gruby niemiecki oficer w binoklach wskaza na pomnik Woroszyowa: - Sprztn to! - warkn. Zgraja odactwa rzucia si na pomnik. Opasano go zwojami lin i ju po kilku minutach pomnik zachwia si i run. Moje napicie wzroso do tego stopnia, e byem gotowy wyrwa z kieszeni granat i rzuci go w zbirw. Zwierzyem si z tego Gabrysiowi. Przeraony chwyci mnie silnie za rk, w ktrej trzymaem granat... Niemcy podjechali z kolei pod bram najwikszego kocioa w Kowlu i zawiesili na jego wiey wielk flag ze swastyk... Przez kilka nastpnych dni nie wysuwaem nosa poza prg mieszkania. O wydarzeniach informowali mnie Gabry i Gryczman. Niemcy posuwali si wci naprzd. Ktrego ranka zjawi si Gabry i przeraonym gosem zawoa: - Jzek, natychmiast uciekaj! Niemcy ci szukaj. Okazao si, e kto donis do gestapo o mojej dziaalnoci na terenie fabryki. Noc rozmylaem nad swoimi sprawami. Od pocztku wojny nic mi si nie wiodo. Przyjechaem tutaj, bo uwaaem, e po tej stronie jest moje miejsce. Nie chciaem pozosta pod niemieck okupacj, chocia bardzo tskniem za rodzinnymi stronami. Nieraz pragnem zobaczy sw rodzin i spotka si z dawnymi przyjacimi. Nie udao mi si uciec od Niemcw. Widocznie sdzone mi byo zosta z nimi. Zdawaem sobie spraw z tego, e obecnie nie mog ryzykowa pjcia dalej na wschd. Niemcy wielk aw szli w tamtym kierunku, teraz toczya si tam wielka wojna. O tym, eby przej lini frontu, nie mogo by nawet mowy. Takie ryzyko rwnaoby si mierci. I waciwie, co bym tam robi, skoro nie jestem nawet onierzem. Ale na powrt w swoje rodzinne strony te nie mogem si zdecydowa. W Pilaszkowicach oraz w pobliskich wsiach znano mnie. Pocztkowo, zaraz po wrzeniu, gdy jeszcze nie zostaa na dobre ustalona granica z Niemcami, Pilaszkowice znalazy si po radzieckiej stronie. Wraz z bratem Frankiem i kilku innymi mieszkacami wsi: Ludwikiem Dzikiem, Bolesawem Wjcikiem i Janem Antoszewskim zorganizowalimy gminny komitet rewolucyjny. Nie wiedzielimy, co mamy robi, wic niewiele te moglimy zdziaa. Zwoywalimy jedynie wiece i zebrania chopw. W majtku Epsztejna w Pilaszkowicach przeprowadzilimy kopanie ziemniakw, mock i siew zboa. Ale niedugo przysza wiadomo, e granica z Niemcami zostaje przesunita na lini Bugu, wobec tego Pilaszkowice znajd si pod niemieck okupacj. Nie namylajc si wiele, wyruszylimy z grup

ludzi za Bug. Po wielu tarapatach i bkaniu si po rnych miastach zatrzymaem si na duej w Maniewiczach, maym woyskim miasteczku oddalonym na wschd od Kowla o 63 km. Tu znalazem zatrudnienie w fabryce parkietu, pracujc na stanowisku lusarza precyzyjnego. W marcu 1941 roku zostaem skierowany do pracy w Kowlu, i tu zastaa mnie wojna. Gdzie miaem teraz pj? Na wschd, do Maniewicz, czy te na zachd, do Pilaszkowic? - to byo zasadnicze pytanie, na ktre dugo nie umiaem sobie odpowiedzie. Dopiero rano wykrystalizowaa si decyzja. Wracam do Maniewicz. Przemawiao za tym wiele argumentw. Maniewicze byy oddalone od wikszych miast o kilkadziesit kilometrw, wic mogem liczy na to, e Niemcy, przynajmniej w pierwszym okresie, nie ulokuj tam swego gestapo oraz innych urzdw. W Maniewiczach oprcz fabryki parkietu, ktra naleaa przed wojn do pewnego Belga, oraz dwch niewielkich tartakw nie byo adnych wikszych zakadw. Ludzie zajmowali si w wikszoci rolnictwem, czciowo za pracowali przy wyrbie lasw i w tartakach. Wrd mieszkacw zdecydowan wikszo stanowili ydzi, reszta to Polacy i Ukraicy - razem okoo czterech tysicy ludzi. Podczas mojego pobytu w tym miasteczku zaprzyjaniem si z niektrymi ludmi i spodziewaem si, e w razie jakiego niebezpieczestwa pomog mi. Kiedy pracowaem w fabryce parkietu, mieszkaem i stoowaem si u niejakiej Kuakowskiej. Bya to zacna kobieta, ktra utrzymywaa si z tego, e chodzia do ludzi na posugi. Razem z ni mieszkaa jej moda i adna crka Adela oraz syn Stefan. Adela liczya szesnacie lat, miaa wspaniae czarne oczy i podkochiwaa si we mnie, co nie pozostawao bez wzajemnoci. Ze wzgldu na trudne warunki mieszkaniowe - jedna izba, spaem na strychu na somie. Mimo tych prymitywnych warunkw byo mi i tak dobrze. Nie miaem zreszt wielkich wymaga. Teraz chciaem tam wanie wrci. Wiedziaem, e u tych poczciwych ludzi znajd przynajmniej tymczasowe schronienie, a pniej co si ju obmyli. Skoro wit wybraem si w drog, pozostawiajc w Kowlu swych przyjaci - Gabrysia i Gryczmana. Z przykroci egnaem si z nimi. Chocia pochodzilimy z rnych stron, czya nas przyja zrodzona ze wsplnej niedoli, bylimy tuaczami, ktrych losy wojny rzuciy w jedno miejsce. * Kuakowska, jak przypuszczaem, przyja mnie chtnie do siebie. Poniewa przez pierwsze kilka dni musiaem by na jej utrzymaniu, ofiarowaem jej swj koc. Sdziem, e wkrtce fabryka parkietu zostanie znw uruchomiona i e znajd tam zatrudnienie. Ale moje rachuby okazay si faszywe. Zniszczonym zakadem nikt si nie interesowa. Tartaki rwnie stay nieczynne. Ludzie krcili si w poszukiwaniu jakiego zajcia. Gd zacz zaglda do wielu domw. Take u Kuakowskiej ju po pierwszym tygodniu zabrako chleba. Na dodatek krowa, ktr kupia sobie ubiegego roku, miaa si niedugo ocieli i nie dawaa ju mleka. Nie wypadao mi wic ywi si z nimi z jednej miski, powiedziaem gospodyni, e bd sobie sam radzi. atwiej oczywicie byo to powiedzie, ni zrealizowa w praktyce. Nie mierdziaem przecie groszem. Nie miaem te nic do sprzedania ani adnej nadziei na zarobek. Spraw utrudnia jeszcze fakt, e w tym pocztkowym okresie wci siedziaem waciwie na swoim strychu, nie wychodzc niemal na ulic. W Maniewiczach powstay wadze, tzw. Rejonowa Uprawa, do ktrych weszli gwnie miejscowi faszyci i inni szubrawcy. Powstaa te policja faszystowska, ktra dokonaa ju wielu aresztowa wrd komunistw.

Skoro jednak zrezygnowaem z dotychczasowego wiktu, musiaem w jaki sposb znale co do jedzenia. W ssiedztwie domu Kuakowskiej by wielki ogrd, nalecy do byego oficera carskiej armii kapitana Paruckiego. W czasie dnia patrzyem przez okienko na strychu na grzdy wspaniaych czerwonych pomidorw, a noc braem koszyk i wypuszczaem si do ogrodu... Pomidory smakoway mi bardzo, ale nie zaspokajay cakowicie godu. Baem si mimo to wychodzi z domu i jedynie dziki Adeli, ktra przynosia mi czasami troch zupy, mogem przetrzyma pierwszy miesic. Zmizerniaem w tym okresie bardzo i osabem. Dziewczyna staraa si o mnie, jak umiaa. Otrzymaem od niej mnstwo najprzerniejszych ksiek, gwnie tzw. brukowych kryminaw, i czytajc je uporczywie, zabijaem czas. Czasami odwiedzali mnie w mojej kwaterze przyjaciele, mieszkacy Maniewicz, Adam Rudnicki i Jzef Tokarski. Uzyskiwane od nich wiadomoci o wypadkach na froncie wprowadzay mnie w coraz gorszy nastrj. Niemcy pchali si wci w gb Zwizku Radzieckiego. Nadzieja na szybk zmian sytuacji zmniejszya si do minimum. Wreszcie miaem ju do takiego ycia. Nie chciaem wiecznie siedzie na strychu. Postanowiem co robi. Pjd do Rejonowej Uprawy i poprosz o prac. Przewodniczcy Rejonowej Uprawy - byy petlurowiec Iwanenko, podajcy si za pukownika, za czasw Polski przed wrzeniowej, by diakiem w miejscowej cerkwi. Kulawy i lepy na jedno oko Iwanenko by zacietrzewionym faszyst i karierowiczem. Nie zwaajc na to udaem si prosto do niego. - Co chciaby robi? - spyta lustrujc mnie od stp do gw. - Mog robi, co kaecie - odparem. - To mi si podobasz. Jeste w sam raz. Wysoki, barczysty. Mam dla ciebie robot. Wstpisz do policji... Zimny pot obla mi plecy. - Bardzo dzikuj za zaufanie, ale... - No, co za ale? Przyjmujesz czy nie? Dostaniesz mundur, wyywienie i jeszcze troch pienidzy. Bdziesz mg awansowa. - Niestety, przykro mi, ale moja religia nie pozwala mi tego robi... - rzekem, wpadajc na doskonay koncept. - Jaka tam znowu religia? Pluj na religi, kiedy trzeba y. - Jestem wiadkiem Jehowy... - Gupiec! - orzek Iwanenko nastroszywszy brwi. - A wic trudno, u mnie roboty nie dostaniesz. Moesz si wynie. Ruszyem zgnbiony w stron drzwi. Zatrzyma mnie jego gos: - Gdyby by drukarzem, to moe by si co jeszcze zrobio... Przez moment namylaem si i nagle, nie wiem sam dlaczego, przyszo mi do gowy, eby skama.

- Znam si troch na tym. Kiedy byem w Warszawie przed wojn, przez kilka lat robiem w prasie rzekem. - Ot, wanie. Widzicie go, jaki moojec! Do policji nie pjdzie, a drukowa umie - Iwanenko znw si rozpogodzi. - Ano, niech ju bdzie, poprowadzisz nasz drukarni. Potrzeba mi duo drukw... Nie myl, e to taka drukarnia, jak w Warszawie. Zreszt zobaczysz zaraz sam - to powiedziawszy Iwanenko nasun czapk na oczy i wyszed ze mn na ulic. Drukarnia miecia si naprzeciwko Rejonowej Uprawy i wystarczyo tylko przej na drug stron ulicy, by si tam znale. Z bijcym sercem wszedem za Iwanenk do niewielkiego pokoju, gdzie staa paska maszyna drukarska na rczn korb z 1908 r. i dwie mae pedawki. Gdy wchodziem do drukarni, draem w obawie, e ten stary kuternoga zechce mnie od razu przeegzaminowa ze znajomoci trudnego bd co bd fachu drukarskiego, o ktrym w gruncie rzeczy nie miaem najmniejszego pojcia. Na moje szczcie wszystkie trzy maszyny znajdoway si w proszku, rozebrane na czci. - Widzisz, bolszewicy chcieli zabra te maszyny - mwi Iwanenko. - Ale chwaa Bogu nie zdyli. Udao im si tylko rozebra je na czci. Jeli bdziesz potrzebowa lusarza, eby to zoy, to powiedz - rzek patrzc mi w oczy. - Myl, e dam sobie rad -- odparem - chyba eby co brakowao. Wierzyem, e potrafi dopasowa kad cz i stworzy z nich cao. Te sprawy nie byy mi obce. Pracujc w swoim zawodzie jako lusarz precyzyjny, nieraz musiaem samodzielnie skada i rozbiera do skomplikowane maszynerie. - Moesz od dzi zabra si do roboty. Ile dni potrzebujesz, eby to zoy? - Jeeli nic nie brakuje, zrobi to za trzy, cztery dni - oznajmiem. Na pierwszy rzut oka oceniem, e zoenie maszyn nie wymaga wicej ni jednego dnia czasu, ale wolaem zarezerwowa sobie te trzy dni dla oglnego zapoznania si z prac. - No to zostae przyjty - owiadczy. - Jak skoczysz, przyjd do mnie. Masz tu klucze. W drugim pokoju jest magazyn papieru, farba i czcionki... A tam bdziesz mia swoj kwater - wskaza w korytarzu inny pokj. - Jak bdziesz co potrzebowa, przychod. - Iwanenko zamkn za sob drzwi. Zostaem sam ze swoimi maszynami. Znalazem kilka kluczy francuskich, rubokrtw i innych narzdzi i z miejsca wziem si do zoenia jednej pedawki. Po trzech godzinach maszyna bya gotowa. Zaczem manipulowa przy niej, eby si przekona, jak ona dziaa. Znalazem w ssiednim pokoju kaszty z czcionkami i prbowaem zoy kilka zda. Kiedy zdawao mi si, e wreszcie zrobiem to dobrze, nie wiedziaem, co naley uczyni, by czcionki trzymay si razem. I tak przeszo mi cae popoudnie. Byem coraz bardziej przygnbiony. Kiedy tak siedziaem samotnie nad kaszt i medytowaem, dobiega mnie zza cienkiej ciany korytarza rozmowa jakich kobiet. Stay pod drzwiami drukarni. - Tam kto musi by - powiedziaa jedna z nich. - Wydawao ci si.

- Wyranie syszaam jakie stuki i chrobotanie. W kocu kto ostronie uchyli drzwi. Rozleg si gos: - Jest tam kto? Przede mn stay dwie kobiety. Podszedem do nich i powiedziaem, e otrzymaem robot w drukarni i musz poskada maszyny. - Pan jest drukarzem? - spytaa starsza, sympatycznie wygldajca niewiasta. Od razu poznaem, e s to Polki. - Mieszkamy tu. Jestemy, jakby to powiedzie, gospodyniami tego domu -- mwia dalej ta sama kobieta. Nie wiedziaem, co mam im odpowiedzie. Gdybym je zna, wyjanibym im ca histori. - Mam wykonywa zamwienia dla Rejonowej Uprawy - odparem wymijajco. - Pan pochodzi z centralnej Polski - rzeka druga niewiasta. - Od razu to spostrzegam po akcencie. Czy mona wiedzie skd? - Nazywam si Sobiesiak i pochodz z Warszawy. Kobiety robiy wraenie zadowolonych z poznania mnie. Obydwie kiedy mieszkay w centralnej Polsce. Byy to panie: Piotrowska i jej siostra Warmiska, obie bardzo inteligentne osoby. Pani Piotrowska poprosia mnie nawet na obiad. Skorzystaem chtnie z zaproszenia, tym bardziej, e odczuwaem wielki gd. Te dwie starsze ju kobiety okazyway mi wiele uprzejmoci. Zasypyway mnie pytaniami, dotyczcymi gwnie Warszawy. Wobec tego i nie byem tam od dobrych kilku lat, nie na kade pytanie mogem odpowiedzie. W kocu tak mnie ujy swoj serdecznoci, e przyznaem im si do tego, i nie mam pojcia o pracy drukarskiej. Kobiety zmartwiy si tym. - Iwanenko jest mciwy i pody - rzeka pani Warmiska, dobijajc mnie tym zupenie. Pani Piotrowska mylaa nad czym uporczywie w kocu owiadczya: - To pan tak ani be, ani me? - Ani be, ani me - powtrzyem za ni. - A moe by pan tak sprbowa. To nie jest bardzo trudne - rzeka zachcajco. - Kiedy ju prbowaem. Nie wychodzi. -- Prosz i za mn. Cokolwiek znam si na drukarstwie. I oto sta si prawdziwy cud. Pani Piotrowska okazaa mi tyle cierpliwoci, e w cigu trzech dni poznaem mniej wicej podstawowe tajniki druku. W tym okresie Iwanenko nie zachodzi ani razu do drukarni. Czwartego dnia poszedem sam do niego i powiedziaem. - Wszystko gotowe. Moemy zaczyna! Jeszcze tego samego popoudnia otrzymaem polecenie wykonania pierwszej partii drukw. Byy to jakie kwestionariusze i kwity. Iwanenko kaza mnie zaprowiantowa w stowce dla urzdnikw i policji. Przyznano mi te niewielkie przydziay chleba, kaszy, mki i tuszczu.

Od tej pory moja sytuacja znacznie si poprawia. Rozumiaem, e dla Iwanenki kwestia uruchomienia drukarni bya rzecz najwaniejsz, bo jake mg rzdzi, wydawa polecenia i zarzdzenia, skoro nie mia adnych drukw. Nic te dziwnego, e ten niewtpliwie zy czowiek, ktry szczeglnie w pniejszym okresie wykaza si swoj krwioerczoci, ceni moj prac. Pierwsze druki zostay wykonane przy wydatnej pomocy pa Piotrowskiej i Warmiskiej. Iwanenko wyranie si ucieszy. - Ano, to z ciebie moojec - pochwali robot.-Teraz zrobisz dla mnie wizytwk na drzwi biura i drug do mieszkania. Rzecz oczywista, e od tej pory ju mogem sobie pozwoli na miae poruszanie si po miecie. Od Iwanenki otrzymaem dokument, e jestem pracownikiem Rejonowej Uprawy. Odwiedzaem wic swych przyjaci. U Kowalika, mieszkajcego w pobliu, ktry by moim bliskim znajomym, poznaem Janka Wojtowicza. Janek by komunist. Pochodzi z Koskowoli z powiatu puawskiego. By starszy ode mnie o kilka lat. Ktrego dnia powiedziaem Iwanence, e trudno mi jest poradzi sobie samemu z robot, podsun mi myl, ebym kogo poszuka. Tego kogo ju od dawna miaem upatrzonego by nim Janek Wojtowicz. Zaczlimy pracowa wsplnie. Kiedy Janek przynis odezw w jzyku polskim, podpisan przez Wand Wasilewsk. Odezwa ta kolportowana w caej okolicy - mwia o zawarciu ukadu midzy rzdami Sikorskiego i Zwizku Radzieckiego. Ten fakt podnis mnie nieco na duchu i zagrza do czynu. Decydujc si na prac w drukarni miaem swoje ukryte cele, ktre pragnem za wszelk cen zrealizowa. Pocztkowo jednak nie mogem dziaa. Trzeba byo zaczeka na dogodniejszy moment, a zyskam wicej zaufania w oczach przewodniczcego Rejonowej Uprawy. Ale ju na pocztku wrzenia, po naradzie z Jankiem Wojtowiczem, postanowilimy wyda w naszej drukarni odezw antyniemieck. Zewszd dochodziy nas wieci o mordach popenianych na ludnoci polskiej, ydowskiej i ukraiskiej. Niemcy starali si te zwerbowa do wsppracy rnych ludzi. Chodzio nam o demaskowanie wroga w oczach opinii spoecznej. Tre naszej ulotki, wydanej w nakadzie ponad stu egzemplarzy, bya nastpujca: Obywatele. miertelny wrg narodw sowiaskich okupuje kraj. Gosi hasa wyzwolenia nas spod jarzma sowieckiego. Wyzwala nas kul i godem. Hitlerowcy morduj tysice naszych ludzi. Lecz to wszystko nie potrwa dugo. Armia Czerwona zadaje wrogowi cikie straty. Nadejdzie dzie wyzwolenia. Nie dajcie si wciga do podej suby dla faszystw. Uchylajcie si od wszelkiej pomocy najedcy. Paczki wydrukowanych ulotek wynielimy wraz z Jankiem na strych do Kuakowskich. Tam rozdzielilimy je, i kilku wtajemniczonych ludzi otrzymao zadanie rozkolportowania ich z dala od Maniewicz. Do akcji tej zwerbowalimy Kowalika, Zygmunta Lasot, Tokarskiego, Ferdynanda Kozowskiego. Na wszystkich tych ludziach mogem polega. Znaem ich jeszcze z czasw mojego pierwszego pobytu w Maniewiczach i pracy w fabryce parkietu. Akcja posza jak z patka. Niemcy w Kowlu wciekali si, kiedy ujrzeli pojedyncze egzemplarze ulotek rozwieszone na parkanach. Kowalik mia radio skonstruowane wasnym sposobem. Schodzilimy si do niego na rozmowy i suchanie audycji. Kowalik ywi w zwizku z tym pewne obawy, obarczony by liczn rodzin i nie chcia si zbytnio naraa. Wrd policjantw mia kilku wrogw. Obawia si, e mog wpa

niespodziewanie i zrobi rewizj. Chcia wic zniszczy aparat. Zaproponowaem, eby mi go sprzeda. Wprawdzie nie miaem jeszcze pienidzy, ale poprzedniego dnia umwiem si ze znajomym rzenikiem, ktry chcia kupi ode mnie 50 kg papieru. Za papier obieca mi zapaci tysic rubli. W swoim magazynie drukarskim miaem ponad 4 tony papieru, a zaleao mi na tym, eby go byo jak najmniej. Zreszt radio byo obecnie dla mnie rzecz tak cenn, e dabym za nie wszystko. Kowalik zgodzi si i ktrego dnia przeniosem aparat na strych do Kuakowskich. Co prawda mieszkaem teraz obok drukarni, gdzie zwykle spaem razem z Wojtowiczem, lecz dwa lub trzy razy w tygodniu umawialimy si na spotkania na strychu, gdzie suchalimy komunikatw z frontu podawanych przez Moskw i Londyn. To miejsce byo bardzo dogodne, bowiem dom Kuakowskich sta na uboczu i z gry wida byo kady ruch na ulicy. Skrytk na radio urzdzilimy w kominie. 20 wrzenia przyjechao do Maniewicz kilka autobusw z gestapo i po duszej naradzie oficerw niemieckich z Iwanenko rozkazano wszystkim mczyznom, ydom, zebra si na rynku i owiadczono im, e otrzymaj prac z dala od Maniewicz. W ten sposb wywieziono 370 ludzi. Niebawem niedaleko Maniewicz rozlegy si strzay. Trwao to do pnego wieczora. Przeczuwalimy, co to oznacza, lecz dopiero z nadejciem witu dowiedzielimy si od naocznych wiadkw o tym, e wszyscy ludzie zabrani przez Niemcw zostali bestialsko wymordowani w pobliskim lesie. Jedynie kilku osobom udao si szczliwie zbiec. Lecz i ci niedugo cieszyli si swoim ocaleniem. Po odjedzie Niemcw Iwanenko ze sw band wyszukiwali zbiegych i sami ich mordowali. Od tej pory zaczo si systematyczne nkanie rodzin ydowskich. Bardzo gboko przeywalimy te wypadki z Jankiem Wojtowiczem. Po raz pierwszy w yciu spotkaem si z takim zezwierzceniem. Kiedy po pewnym czasie Iwanenko zaszed do drukarni, nie wytrzymaem i wygarnem mu, co o tym wszystkim myl. - Ty sobacze nasienie - warkn. - Czy ty wiesz, e wszystkich ydw, Lachw i Moskali wyrniemy bezlitonie i wsplnie z Niemcami zbudujemy tu samostijn i woln Ukrain. Ty te zginiesz, przeklty... - rzekszy to trzasn drzwiami i od tego czasu dugo nie pojawia si w drukarni. Ktrego dnia, gdy szedem pnym wieczorem do Kuakowskich, spotkaem na swej drodze kilkunastoletniego wyrostka. - Diadia, skay, gdie pakupit chleb - spyta chopiec. Popatrzyem na niego zdziwiony. O tej porze w Maniewiczach wszystkie sklepy byy zamknite. Zreszt chleb sprzedawano wycznie na kartki. Poza tym zezocio mnie, e taki smarkacz krci si o tak pnej porze po ulicy i niepotrzebnie naraa si policjantom. - Zmykaj szybko do domu. - ofuknem go ostro, lecz chopiec nie zareagowa na to. - Diadia, skay, gdie pakupit chleb? Ja ue try dnia nie kusza - powtrzy z prob w gosie. Wiedziaem, co znaczy gd, i wspczuem mu, ale c mogem na to poradzi. - A gdzie ty mieszkasz? Jutro rano przynios ci chleba - powiedziaem. - U mienia niet doma - odpar. - No, a skd jeste? - Z Kijowa.

- Masz gdzie spa? - Niet. W takiej sytuacji musiaem zrezygnowa z pjcia do Kuakowskich i zabra malca ze sob do swojego mieszkania. Chopiec mia na imi Kola. By okropnie oberwany i wymizerowany. Kiedy ju umyem go, nakarmiem i pooyem do ka, opowiedzia mi swoj histori. Mieszka wraz z rodzicami w Kijowie, gdzie uczszcza do technikum. Kiedy wybucha wojna, ojciec poszed na front. Dom, w ktrym mieszka, zosta rozbity podczas niemieckiego bombardowania. Matka zgina. Kilka dni z rzdu siedzia na gruzach domu i paka... pniej chodzi po ulicach, a pad z wyczerpania. Zaopiekowaa si nim pewna staruszka, ale to nie trwao dugo. Postanowi odnale swego wujka, ktry mieszka niedaleko Maniewicz we wsi Hulewicze nad Stochodem. W kocu wrzenia wyruszy w drog. eby nie zbdzi, maszerowa wzdu toru kolejowego. ywi si tym, co znalaz na polu, czasem uprosi gdzie kromk chleba. W cigu niespena dwch tygodni pokona on przestrze okoo 350 kilometrw. Swoj opowie zakoczy wspomnieniami o ojcu, ktrego bardzo kocha. Zasypiajc ju, powiedzia niemal szeptem: - Diadia, spj piesniu. I wtedy zanuciem ukraisk piosenk Diwczyno houbko. Rano odprowadziem go na drog. Umwiem si z pewnym chopem, e dowiezie Kol do Hulewicz. Tak rozstaem si z tym biednym radzieckim chopcem, ktrego nieszczcie bolenie wryo mi si w serce. Pod koniec padziernika Niemcy wydali odezw do miejscowej ludnoci, chwalc si w niej, e w puch rozbili Armi Czerwon, a nieliczne pozostae bandy zlikwiduj z nadejciem wiosny. Zorganizowan obron utrzymywaa rzekomo tylko Moskwa i Leningrad, lecz wedug ich owiadczenia dni tych miast byy ju policzone. Z komunikatw, ktre nadawao radio Moskwa i Londyn, wynikao, e Armia Czerwona stawia Niemcom zdecydowany opr i e dotychczasowe ich sukcesy przemieni si wkrtce w zupen klsk. * Gdzie na pocztku listopada 1941 r. wszed do drukarni komendant rejonowy policji faszystowskiej, Slipczuk. Towarzyszyo mu czterech policjantw. Slipczuk zasalutowa i oznajmi: - W imieniu prawa Rzeszy Niemieckiej aresztujemy Jzefa Sobiesiaka i Jana Wojtowicza. - Za co, panie komendancie? - rzuciem popiesznie. - Przecie nic zego nie zrobilimy. - Dowiecie si pniej, a teraz zbierajcie si. Narzuciem na siebie kurtk i wyszedem z Jankiem na dwr. Komendant szed przodem, policjanci za nami. Slipczuk kaza nas zamkn w areszcie, ktry znajdowa si w piwnicy pod posterunkiem policji.

Przez kilka godzin siedzielimy w wilgotnej norze z jednym malekim, mocno okratowanym okienkiem i trzsc si z zimna gowilimy si, jaki moe by powd naszego aresztowania. Nie powiedziano nam nic, moglimy wic tylko przypuszcza, e chodzi o ulotki, wydrukowane przez nas dwa miesice temu. Postanowilimy, e w adnym wypadku nie przyznamy si do niczego. Rozumielimy dobrze, e gdyby sprawa si wydaa, gestapo zemcioby si nie tylko na nas, lecz rwnie na wszystkich, ktrzy pomagali nam kolportowa nakad. Z nadejciem mroku zjawili si dwaj policjanci. Poprowadzili nas do Slipczuka. Siedzia za biurkiem i ironicznie si umiecha. Wiedziaem, e do 1939 roku Slipczuk by nauczycielem w polskiej szkole. Teraz, patrzc na jego przystojn i inteligentn twarz oraz siln, zgrabn sylwetk, nienawidziem go z caych si. Komendant milcza dugo, pniej otworzy szuflad i wycign z niej egzemplarz naszej ulotki. Sprawa bya jasna. Slipczuk trzyma przez chwil arkusz papieru tu przed moimi oczyma, pragnc zapewne wyczyta z mojej twarzy oznaki przeraenia, ale ja patrzyem na ulotk obojtnie, jak gdybym widzia j po raz pierwszy w yciu. - Poznajesz to? - spyta wreszcie. - Niezy z: ciebie fachowiec. Ale i my nie duraki. - Nic nie rozumiem - usiowaem okaza zdziwienie. - Nie strugaj wariata. Od dawna wiemy o twoich sztuczkach... A kto podburza ludzi? A kto szerzy wrog propagand? Mwisz, e to nie ty robie ulotki, a czy wiesz, e w caym dystrykcie nie ma zielonej farby drukarskiej? Tylko ty j miae i to ci od razu zdradzio. A zreszt wcale mi nie zaley, eby tai, kto ci wyda. Znasz przecie Kmiecia i Kmina... A moe zapomniae ju, e byli na zebraniu? To twoi rodacy... prawda? Za takie sprawki czeka kula w eb. Ty nie chciae przyj do nas, ale oni chtnie przyszli. Spuciem gow i milczaem. Tak, teraz dokadnie przypomniaem sobie tamto zebranie. W niedziel, zaraz po mszy, zebrali si u Kuakowskich moi przyjaciele, przyszed Kowalik, Lasota, Rudnicki, Wojtowicz, Waloszek. Przekazywaem wanie zebranym wiee informacje, podane przez radiostacj moskiewsk, kiedy do izby wesza crka Waloszka, Irka, a tu za ni dwaj modzi chopcy - Kmie i Kmin. Pierwszy by synem byego komendanta policji polskiej w Maniewiczach, drugi - wychowankiem waciciela tartaku, Starzyskiego. Przestaem na chwil mwi, gdy nie znaem bliej tych ludzi, lecz stary Waloszek kiwn mi gow na znak, e to swoi, wic mwiem dalej. Skd mogem wiedzie, e s zdrajcami? Mimo e rozumiaem, i nie zdoamy si ju niczym wykrci, nie chciaem si przyzna do winy. - Nic nie wiem o tym. To s kamstwa. O ulotkach te nic nie wiem... Kady moe mie zielon farb... - twierdziem z uporem. - Odprowadzi ich! - rozkaza Slipczuk. Wrcilimy do stchej i zimnej piwnicy, mylc z niepokojem o swojej sytuacji. Tymczasem nad naszymi gowami, gdzie mieci si gabinet subowy Slipczuka, rozpocza si jaka wesoa uczta. Raz po raz dobiegay stamtd piewy i miechy.

Mona by byo wykorzysta okazj i sprbowa ucieczki, gdyby nie to, e piwnica miecia si wewntrz budynku i otoczona bya z trzech stron innymi piwnicami. Od ulicy dzieli nas chyba pmetrowy mur, a my nie mielimy adnego twardego narzdzia, by wybi w nim otwr. Obmacywalimy dokadnie ciany, podog i sufit, szukajc gorczkowo jakiego haka lub gwodzia. Jaka bya nasza rado, gdy Janek znalaz kilkucalowy gruby gwd, doskonale nadajcy si do tego celu. Zacza si mudna praca skrobania twardego cementu. Na szczcie wesoa zabawa na grze nie ustawaa, wic z zapaem oddawalimy si naszemu zajciu, zmieniajc si co kilka minut. Niebawem popuchy mi palce u rk, Janek rwnie by ju bardzo zmczony. Policjanci te wyczerpali ju wida swoj energi, bo ucichli. Przerwalimy wic prac i zaczlimy nasuchiwa. Mielimy nadziej, e po takiej hulance cay posterunek zapadnie w bogi sen. Niestety, cisza nie trwaa zbyt dugo, usyszelimy kroki policjantw schodzcych do piwnicy. Zgrzytny zamki zasuwy i w blasku wiata latarek zobaczylimy dwch uzbrojonych ludzi. Stanlimy przy cianie, aby zasoni wyrw w murze. - Ej, ty, Sobiesiak. Chod z nami, troszk si pobawimy... - usyszaem ochrypy gos jednego z policjantw. Milczaem. - No chod tu, bandyto. He bd na ciebie czeka? - zrobi krok w moj stron. Staem jak skamieniay, zacisnwszy pici. Wreszcie wybuchnem: - Jeli mnie ruszysz, udusz! - Zostaw to polskie cierwo - powiedzia drugi policjant, odcigajc swego towarzysza. - I tak ju jutro zdechnie w gestapo. - Jeszcze mnie popamitasz! - pogrozi ten pierwszy, lecz pojem ju, e przelkli si moich sw i zrezygnowali z zabawy, gdy zaraz wycofali si na korytarz, zamykajc z trzaskiem drzwi. Znw musielimy czeka bezczynnie; na grze wci rozlegay si jakie podniecone rozmowy policjanci, wbrew naszym przewidywaniom, czuwali. Nie mogc si doczeka zupenej ciszy, zaczlimy kontynuowa rozpoczt prac. Tym razem bylimy bardziej ostroni. Policjant wygada si nieopatrznie, e ju jutro zostaniemy przekazani w rce gestapo. A wic jedyn nasz nadziej bya ucieczka z tej przekltej nory. Tak bardzo pragnem, by ta noc trwaa jak najduej. Wreszcie pierwsza cega poruszya si pod moimi rkami. Odetchnem z ulg, lecz w tej samej chwili usyszaem kroki na schodach. Kto skrada si ku naszym drzwiom. Pniej nastaa cisza. Nie ulegao wtpliwoci, e ten kto podsuchiwa pod drzwiami. Potem poszed na gr, lecz zaraz wrci i przynis ze sob krzeso. Zrozumielimy, e otrzyma zadanie pilnowania nas. Teraz nie moglimy ju sobie pozwoli na dalsze stukanie w cian... W ten sposb przekrelono nasz nadziej ucieczki z piwnicy. Usnlimy ju nad samym ranem, zmczeni i zamani na duchu. * O wicie wycignito nas z piwnicy. Na dworze leaa biaa pierzyna niegu. Przed posterunkiem stay trzy podwody. Byy to chopskie sanie zaprzone w marne szkapiny.

Nie wiem, kto powiadomi pani Piotrowsk, Warmisk i Adel o tym, e tego dnia zostaniemy przewiezieni do gestapo w Kowlu, w kadym razie wszystkie trzy przyszy na posterunek policji, aby nas poegna i wrczy nam na drog jedzenie. Adela przyniosa mi koc, ktry kiedy oddaem za wyywienie jej matce. Pomylaem o swojej matce, ktra nie majc od duszego czasu znaku ycia ode mnie zapewne nieraz opakiwaa mj los, i co cisno mnie za gardo... Po dwch godzinach stania na dworze rozdzielono nas z Jankiem. Ja jechaem na pierwszych saniach, pod ochron dwch policjantw, Janek Wojtowicz na drugich, rwnie w otoczeniu dwch faszystw, a w trzecich rozsiedli si dwaj konwojenci. Ca grup dowodzi komendant posterunku policji w Powrsku - Sykuta. Konie pocztkowo do rano cigny sanie. Jeden z eskortujcych mnie policjantw wyglda do poczciwie. Sprbowaem go zagadn. - Dokd nas wieziecie? - spytaem, pragnc upewni si w tym, co wczoraj usyszaem. - Nic ci nie powiedzieli? - zdziwi si. - Nic. - Na wesele do swojej narzeczonej - wtrci dowcipnie drugi policjant. - Daj spokj! - zgasi go pierwszy. Po czym rzek: - Komendant nie pozwoli z wami mwi. Jestecie bandytami. - Jaki ja bandyta? - spytaem. - Nic nie jestem winien. - Dobry z ciebie ptaszek - odpar ten drugi. - W sam raz do klatki. - Mwi prawd! - Bdziesz si tumaczy w gestapo. Powiedz mu, Stepan, niech wie, e ju niedugo bdzie gryz ziemi. Zachcony sowami kolegi, Stepan owiadczy, e odwo nas do Kowla, a poniewa most kolejowy na Stochodzie jest zerwany, jedziemy saniami do Powrska, skd dalsz drog mamy odby pocigiem. Pozy skrzypiay mocno, gdy nie ubity jeszcze nieg odsania go ziemi, nic te dziwnego, e sabe konie szybko wyczerpay swoj energi i szy teraz noga za nog. Rozmylaem uporczywie, w jaki sposb da drapaka. Nie miaem najmniejszej ochoty dosta si w apy Niemcw. Jeeli nie zmieni podwd, to konie mog dobrn do Powrska dopiero pnym wieczorem, obliczaem. Odlego, jak mielimy do pokonania, wynosia 30 kilometrw. Jadc z szybkoci okoo 5 kilometrw na godzin moglimy dobi do celu za jakie sze godzin, a wic gdzie okoo czwartej. O tej porze robio si ju ciemno. Waciwie nie miaem nic do stracenia. Ryzykujc ucieczk mogem ocali ycie. Spraw komplikowa tylko fakt, e nie porozumiaem si z Jankiem, a przecie nie mogem go w tej trudnej sytuacji pozostawi swojemu losowi. Biorc pod uwag wszystkie ewentualnoci, doszedem do wniosku, e jeli sprbuj ucieczki, to policjanci na pewno rzuc si za mn w pocig i wtedy Janek, korzystajc z chwilowego zamieszania, bdzie mg rwnie zbiec. A wic naleao zaryzykowa. Byo ju dobrze po poudniu, gdy z daleka ukazay si zabudowania jakiej wsi. Konie silnie chrapay, a para caymi kbami walia z ich spoconych grzbietw. Sanie posuway si do przodu w wim

tempie, co doskonale sprzyjao memu zamiarowi. Na nic si nie zdaway przeklestwa Sykuty ani walenie koni batem, szy jak po roztopionej smole. W pewnym momencie zobaczyem w pobliu sa sylwetk chopca w watowanych spodniach i barankowej czapce. Szed za saniami i nie odrywa ode mnie oczu. Wreszcie podsun si zupenie blisko i spyta. - Diadia, kuda jediesz? Drgnem na dwik jego gosu, to by Kola. - Jad do gestapo - odparem. - Ale to nie twoja rzecz. - Paszo won ty sobaka! - krzykn na niego jeden z policjantw. Odskoczy i szybko popdzi do przodu, sporo nas wyprzedzajc. Dopiero teraz uwiadomiem sobie, e wie, ktra znajdowaa si przed nami, nazywa si Hulewicze i e tam wanie mieszka jego wujek. Przy pierwszych zabudowaniach nasze konie wpary si nogami w ziemi i nie chciay dalej cign. Prawd mwic lepiej byoby jecha po tym maym nie utartym niegu zwykymi furmankami ni saniami. Wiedziaem ju, e bez zmiany podwd nie zajedziemy tego wieczora do Powrska. Wonicom udao si wprawdzie zmusi zwierzta, by przeszy przez ca wie, ale przy ostatniej chaupie poczciwe chopskie szkapiny, jak gdyby wyczuwajc nasz sytuacj, znowu odmwiy posuszestwa. Policjanci kazali nam zej z sa, uczynili to rwnie sami. Chopi na rozkaz Sykuty okadali nahajkami konie, a nam tymczasem pozwolono dla rozgrzewki zabija rkami. aowaem teraz, e jest jeszcze tak widno, bo to miejsce doskonale nadawao si na ucieczk. W pobliu cign si pas lasw, gdzie mona by znale schronienie przed pocigiem. Niespodziewanie dla nikogo z chaty wysun si mczyzna z dug brod i wyszedszy na drog rzek: - A nie al to stworze tak bez serca bi? Konie zmczone, nie pjd. Lepiej zmieni podwody. - Co racja, to racja - odway si powiedzie jeden z wonicw. - Zmordowane na mier. Moe panowie askawie poprosz sotysa o zmian. Pozostali wonice rwnie poparli jego prob. Czowiek z brod podszed do Sykuty. - Panowie te chyba zmczeni. Dug drog macie za sob. Warto odpocz. Zachodcie, mili, do chaty i zagrzejcie si. Wczoraj zabiem prosiaka, mam te samogon, zachodcie, mili, ja ze szczerego serca... Sykuta przyjrza si swoim ludziom, ktrzy usyszawszy o poczstunku czekali tylko na jego zezwolenie, by wej do chaty. - Pi na subie nie bdziemy - orzek Sykuta. - Ale przeksi co to by si nawet przydao - po czym wszed za starcem do domu, zostawiajc nas i policjantw na dworze. Policjanci byli wciekli. Ale po upywie kilku minut komendant uchyli drzwi i kaza nam wszystkim wej do rodka. Kiedy wchodziem do ciepej izby, otar si o mnie jaki chopiec, w ktrym ze zdziwieniem poznaem Kol. Przyszo mi do gowy, e caa ta historia z zaproszeniem policjantw do domu wysza z jego inicjatywy i od razu zrobio mi si lej na duszy.

Dwaj policjanci, trzymajc karabiny na kolanach, usiedli tu przy progu, reszta zasiada przy stole. Mnie i Janka posadzono na stokach koo pieca. Rozejrzaem si po izbie. Dwie mode dziewczyny krciy si przy kuchni, smac sonin. W mieszkaniu byo biednie, lecz schludnie i mio. Gospodarz, prawdopodobnie wujek Koli, wysun si do drugiej izby. Przez okno zobaczyem na podwrzu Kol, ktry pomaga furmanom nakry zgrzane szkapy pachtami i dawa im siano. Kiedy wrci do mieszkania, Sykuta poleci mu i z jednym z policjantw do sotysa i w jego imieniu zada nowych podwd. Tymczasem dziewczyny postawiy na stole chleb i patelni ze sonin, a gospodarz przynis litrow butelk samogonu i pokanych rozmiarw szklanki. - Pi nie bdziemy - upiera si Sykuta. Policjanci spojrzeli na niego z wyrzutem. - Po jednym nie zaszkodzi - nalega wuj Koli, napeniajc do poowy szklanice. - Dla zdrowia. Sykuta wzi duy kawa chleba, umoczy go w tuszczu, po czym pooy na wierzchu spor szperk i ugryz ks. Policjanci te zabrali si do posiku. Jedzc chleb, wszyscy akomie spozierali na pene szklanki. - To ci pijackie mordy. No, chlajcie ju, ale tylko po jednym - rzuci ze zoci Sykuta i sam pierwszy sign po wdk. Obserwujc, z jak przyjemnoci poykali wdk, pojem, na czym miaa polega pomoc Koli dla nas. Obawiaem si tylko, czy policjanci zechc dalej pi. Znajc jednak natur pijakw, byem przekonany, e nie ustpi ju teraz, a nie wyscz z butelki ostatniej kropli. Sykuta trwa jednak w swoim postanowieniu i kiedy Kola z policjantem wrcili od sotysa, zawarto butelki nie zmniejszya si. Gospodarz nala przybyemu do szklanki, lecz policjant za nic nie chcia wypi sam. Wida byo, e on jeden spord caej tej bandy nie mia wikszego pocigu do alkoholu. - Wypij, gupi - zachca go Sykuta. - Z panem komendantem to wypij - odpar tamten. - Ot, durak - Sykuta nala sobie wier szklanki i podnis do ust, ale zawaha si na moment, spojrzawszy na swoich podkomendnych. - Macie, chlajcie, tylko mi si nie upi - ostrzeg, nalewajc wszystkim po trochu. - Pozwoli pan komendant da troch je aresztowanym? - spyta gospodarz. - I co na rozgrzewk? Sykuta pocztkowo nasroy brwi, ale kiedy siedzcy najbliej niego policjant zacz mu co szepta do ucha, kiwn przyzwalajco gow. Momentalnie wcinito nam w rce po kromce chleba ze sonin, a gospodarz nala nam po p szklanki przyniesionej przez Kol wdki. Natychmiast poczuem, e nie jest to samogon, lecz czysta woda. A wic chodzio o zmylenie naszych wrogw i stworzenie wraenia, e pijc wdk nie bdziemy zdolni do adnych kawaw. Wypilimy. Komendant rozla reszt znajdujcej si w plitrwce wdki do szklanek, przy czym okazao si, e dla niego zabrako, ale Kola szybko postawi na stole now plitrwk. Zawarto butelki znikna w odkach policjantw po kilkunastu minutach. Zrobio si wesoo; policjanci zaczli zawzicie strzela oczami do dziewczt. Sykuta mrucza pod nosem melodi jakiej smtnej ukraiskiej piosenki, ale faszowa okropnie, wic dziewczta gono chichotay.

Zerkaem spod oka na Kol, ktry tak doskonale gra swoj rol, i byem mu wdziczny za jego powicenie. Postanowiem sobie, e jeli uda mi si wyj z tej opresji cao, to odnajd go i odwdzicz si, czym bd mg. Sykuta skoczy swoje zawodzenie i odwrci si w nasz stron. - A wy co tak siedzicie pod piecem i tylko tyki grzejecie? - spyta. - Smutno wam? Mnie te niewesoo. piewajcie! Postanowiem, e nie zapiewam za nic na wiecie, choby mieli ze mnie pasy drze. Milczelimy. Oczy wszystkich zwrciy si w nasz stron. W izbie sycha byo tylko wesoe strzelanie ognia pod kuchni. - Mwi po raz drugi: piewa! - Sykuta zaczyna si ju trz ze zoci. Wdka robia swoje. Policjanci umiechali si jadowicie. Milczelimy. I oto nagle mj wzrok zetkn si z oczami Koli. Patrzy na mnie w napiciu i w jego spojrzeniu wyczytaem prob... Zrozumiaem. Zaczem nuci Diwczyno houbko. Z pocztku cicho, pniej coraz goniej i goniej: Diwczyno houbko ty siad wizla mene. Nadchodytl rozucznyj nam czas. Chody, pociuju, obniawszy z toboju, bo szcze ty zapaczesz ne raz. Bo ja wyjidaju w daeku krainu ne znaju wernusia czy ne. A moe de ne bud bez tebe zahynu w czuoj, daekoj storoni... Widziaem, jak twarze policjantw pod wpywem melodii pospniay, jak sam Sykuta uspokoi si, sucha, podparszy brod doni, jak obie dziewczyny przytuliy si do siebie, a Kola patrzy na mnie powanie swoimi duymi, niebieskimi oczyma, w ktrych tkwi gboki smutek. piewaem dla niego. Gdy skoczyem ostatni zwrotk, stao si co nieoczekiwanego: Kola wybuchn nagle paczem i wybieg do drugiej izby, zaraz za nim wyszy z kuchni dziewczyny. - Brawo, brawo! - zawoa Sykuta. - I kto by to pomyla? Bandyta, a jak to piewa! * Za oknami mrok schodzi ju na ziemi milowymi krokami. Przed domem stay nowe podwody przysane przez sotysa, tym razem byy to furmanki.

Wyszlimy na dwr. Zaledwie zdyem szepn Jankowi dwa sowa: zaraz uciekamy, a ju Sykuta kaza nas rozdzieli. Idc trzymaem mocno koc pod pach i czekaem tylko na okazj, by skoczy w bok, lecz Sykuta, jakby to przeczuwajc, szed tu przy mnie. Przystanem i nieznacznie wypuciem z rki koc. Pochyliem si, aby go podnie i momentalnie poczuem przy swojej gowie pistolet. - Nie prbuj, bo nie uciekniesz! - warkn Sykuta. - Wcale nie myl ucieka - odparem, wyprostowujc si. Sykuta tymczasem przystawi mi luf pistoletu do piersi. Teraz wypadki potoczyy si byskawicznie. Lew rk wytrciem faszycie bro, a praw z caych si trzepnem go w zby. Policjant zwali si jak koda na ziemi, wrzeszczc w niebogosy. Skoczyem przez niego i pobiegem na drog. Nie obchodzio mnie teraz nic poza moj ucieczk. Miaem silne nogi i jeszcze w szkole zawsze wyprzedzaem w biegu swoich kolegw, wic ani przez chwil nie wtpiem, e i teraz zdoam wyprzedzi cigajcych mnie policjantw, ktrzy mieli niele w czubach, a ponadto byli w dugich paszczach, co utrudniao im bieg. Niemal jednoczenie z moj ucieczk rozpocz si pocig. Grad pociskw posypa si w lad za mn. Zmykaem jak zajc, kluczc bez przerwy. Syszaem, e biegn, klnc przy tym gono, wic nie osabiaem tempa. Nie wiem, jak dugo trwaa ta gonitwa. Kiedy wreszcie zatrzymaem si pod jakim drzewem, byem kompletnie wyczerpany. Nie syszaem ju pocigu. Byem wolny.

Smak wolnoci
Gdy ju nieco ochonem, pomylaem przede wszystkim o Janku Wojtowiczu. Czy on rwnie zdoa si uratowa? O ile zauwayem, to chyba wszyscy policjanci w pierwszym odruchu rzucili si za mn w pocig. Przypuszczaem, e Janek skorzysta z takiej okazji i take czmychn. yczyem sobie, by tak si wanie stao, wic wierzyem w to bez adnych zastrzee. Chodzio mi teraz o to, by jak najprdzej go odszuka. Musiaem jednak z tym poczeka, a zrobi si widno. Przed sob miaem ca noc, ktrej nie zamierzaem spdza na dworze, na kilkustopniowym mrozie. Znajdowaem si w szczerym polu. Nie chciaem wraca do Hulewicz, obawiajc si, e jest tam jeszcze Sykuta ze swoj zgraj. Skrciem w prawo, gdzie zobaczyem kilka sabo tlcych si tych wiateek. Nie miaem przy sobie adnych dokumentw, byem bez grosza, nie znaem te wcale tych okolic ani ludzi, mimo to byem tak szczliwy, e chciao mi si piewa z radoci. Ruszyem w stron jednej z chat. Zatrzymaem si pod samym oknem i nasuchiwaem odgosw rozmowy, a potem, nie namylajc si dugo, zastukaem do drzwi. Kto odsun zasuwy i znalazem si wewntrz.

W mieszkaniu panowa zaduch. Troje maych dzieci bawio si na pododze. Kilkoro wikszych wytrzeszczao na mnie zaciekawione oczy. Przy kuchni staa wyndzniaa kobieta. Gospodarz, o nic nie pytajc, podsun mi krzeso. Opowiedziaem mu, co mnie spotkao, i poprosiem o nocleg. Chop suchajc mojej opowieci blad coraz bardziej, a w kocu powiedzia: - Panie, na mio bosk, zostaw pan nas w spokoju! Oni gotowi tu jeszcze przyj. Mam mae dzieci. - A moe zna pan kogo, kto bdzie mnie mg przenocowa? - spytaem. Chop z zakopotaniem podrapa si w gow. - Nie wiem, panie. Chyba eby mj brat, on nie ma dzieci... - To niech mnie pan tam zaprowadzi. - Ale gdzie tam - odpar chop. - Id pan sam. Mieszka w ssiedztwie. Nazywa si Kuczyski - przysun si do okna i pokaza chat, do ktrej miaem i. Poszedem tam, lecz znowu powtrzya si ta sama scena. Waciciel domu nie chcia mnie przyj w obawie o wasn skr. Ledwie zdoaem go uprosi, by zaprowadzi mnie do kogo innego. Szlimy chyba z kilometr polami, potem Kuczyski zostawi mnie i wrci do siebie. Na skraju lasu sta samotny dom. Wewntrz tli si saby ogie kaganka. Dugo wahaem si, zanim zapukaem do jednego z okien. Rozlegy si popieszne szepty i jakie szuranie. Staem tu przy oknie i wstrzymawszy oddech nasuchiwaem. Nikt jednak nie zblia si do drzwi. Wyczekawszy troch, powtrzyem pukanie. Tym razem co zamajaczyo za szyb i po upywie paru sekund w oknie ukazaa si gowa kobiety. Otworzya lufcik. - A czego tam? - spytaa lkliwie. Jednoczenie rozleg si suchy trzask i z drugiego okna kto wyskoczy na dwr, uciekajc popiesznie. Nie zraony tym odparem kobiecie, e poszukuj noclegu. Nie wiem dlaczego zacza nagle lamentowa i wzywa Boga. Odszedem wic. Pod jakim drzewem odgarnem nieg i siadem z zamiarem pozostania tak do rana, lecz niedugo poczuem, e ciao moje przenika dotkliwe zimno. Wstaem i zaczem biega, ale gdy znw siadem na dawnym miejscu, skostniaem jeszcze bardziej. Wtedy przyszo mi na myl, e moe le robi pozostajc w tak bliskiej odlegoci od Hulewicz: Sykuta mg przecie wszcz alarm i sprowadzi z Powrska i z innych okolic wiksz ilo policji, organizujc na nas obaw. Tego te z pewnoci obawiali si ci proci ludzie, odmawiajc mi u siebie noclegu. Syszaem, e gdzie w tych stronach bya caa polska wie, Majdan Trojanowski, lecz nie miaem pojcia, jak si tam dosta. Podniosem si i ruszyem prosto przed siebie. Napotkawszy pierwsz lepsz chat postanowiem zaj i zapyta o Majdan Trojanowski. Cicho podkradem si pod okno i zajrzaem ukradkiem do rodka. Jaki stary czowiek zawzicie pracowa przy wielkim kotle i elaznym piecu. Zorientowaem si, e robi bimber. A wic doskonale si skada: ostrzeg go przed policj, a on w zamian za to bdzie trzyma jzyk za zbami - pomylaem. miao wszedem do izby.

Chop zobaczywszy mnie w drzwiach zmiesza si, jak zreszt przypuszczaem, i nie wiedzia, co ma robi. - Pdzicie, dziadku? - spytaem. Popatrzy na kad, potem na mnie i odpar niepewnie: - Tak sobie, troszk, panie, tego. Mam wesele w rodzinie i... - Rozumiem... wesele, to i gorzaka potrzebna. Ale czy wiecie, gospodarzu, e za bimber mona wpa?- Myl, e pan nie zrobi uytku... - Chc wam tylko powiedzie, e w kadej chwili moe tu przyj policja. Schowajcie wszystko dobrze, bo mog by kopoty. - Dzikuj panu, serdecznie dzikuj. Chop z miejsca zabra si do wylewania zawartoci kadzi. Z przylegej izby wysza stara kobieta i zacza mu pomaga. Potem postawia na stole kiebas z chlebem, lecz nie miaem chci na jedzenie. Gdy ju wszystko uprztnli, wyszedem z chopem na dwr i powiedziaem mu, co mnie spotkao, proszc, aby mnie odprowadzi do Majdanu Trojanowskiego. Do Majdanu byo kawa drogi. Szlimy wic do dugo i rozmawialimy. Zacz pada mokry nieg. - Cikie ycie, panie - narzeka starowina. - Czowiek niepewny jutra... Miaem syna, akurat byby taki jak pan... zdrowy, silny. Chopak do eniaczki... Mylaem, wnukw bd niedugo chowa... Poszed na wojn i nie wrci. Gdzie tam siedzi w Austrii, u Niemcw w plenie... Ale czy wrci? Sdny dzie przyszed na ludzi... Przyszli Ruskie. Czowiek sobie myla, e moe si ju wszystko jako uoy... Napisaem nawet przez urzd specjalne podanie po niemiecku, eby mi syna zwolnili. Powiedzieli, e wyl do Niemcw. A tu naraz trach, pach, i wszystko czort wzi... Stary ju jestem, chory, niedugo ju chyba przyjdzie mi zej z tego wiata... I komu zostawi gospodark? Suchaem w milczeniu opowiadania dziadka i pomylaem, e moi rodzice na pewno niemniej pragn mojego powrotu do domu. Od chwili wybuchu wojny ani razu nie daem o sobie zna. Kiedy ju niemal dochodzilimy do pierwszych zabudowa Majdanu Trojanowskiego, usyszelimy pojedyncze wystrzay: by to znak, e we wsi znajduje si policja. Stalimy chwil nasuchujc, po czym dziadek rzek: - Panoczku, nie moemy tam teraz i. Pi kilometrw std jest inna polska kolonia, Berecz. Znam tam jednego czowieka. Dobry chop z niego, psa by nie wypdzi z chaupy... Cielikowski si nazywa... Niech mu pan wspomni o mnie... Moje nazwisko Kowalczuk. Byo ju dobrze po pnocy, gdy doszlimy do Bercza. Staruszek pokaza mi dom Cielikowskiego. Czowiek w rzeczywicie robi wraenie bardzo uczciwego, lecz i on nie mia ochoty mnie przenocowa. - Czowieku, jeli zaczn pana szuka, to przyjd przede wszystkim do mnie. Gdy wyszedem od niego, krcio mi si w gowie. A wic to tak ma wyglda moja wolno... Uprzytomniem sobie, e wolno czowieka zaszczutego nie jest waciwie wolnoci. Wiedziaem ju, e nie mog liczy na niczyj dobro i e skazany jestem wycznie na swoje wasne siy.

Zblia si ranek i na dworze robio si coraz zimniej. Bez przerwy pada mokry nieg. Szedem szybko w kierunku na wschd, nie majc jeszcze adnego planu. W pobliu zobaczyem kontury jakich zabudowa. Na prawo szumia wysoki las. Oczy kleiy mi si z niewyspania. Nie wiedziaem, czy i do lasu, czy te sprbowa jeszcze zaj do jakiego domostwa. Powlokem si w stron lasu, lecz po zrobieniu kilkudziesiciu krokw usyszaem turkot furmanki. Kto jecha do wsi od strony lasu. Za chwil na drodze ukazaa si furmanka wypeniona drzewem. Wonica rozglda si bez przerwy dokoa. Kiedy min mnie, wysunem si z cienia i poszedem za fur. Zobaczy mnie i zacz popdza konia. I ja zwikszyem tempo, by nie zgubi furmanki. Po ujechaniu kilkuset metrw fura wjechaa na podwrko niewielkiej zagrody. Poszedem w lad za ni. Kiedy chop zobaczy mnie w swoim obejciu, by wyranie przeraony. - Co sycha? - spytaem. - Bida, panie, wojna, dzieci marzn, musiaem t furk drzewa przywie. - Jak si pan nazywa? - Byem przekonany, e chop wzi mnie za jak urzdow osob i ba si, bym nie zrobi uytku z tego, e zapaem go na kradziey. Chciaem zmusi go, by przez jaki czas przechowa mnie u siebie. - Piotrowski si nazywam, prosz pana... Niech askawy pan naczelnik wybaczy. Ja tylko raz... Jestem biedny czowiek... dzieci marzn... - No dobrze ju, dobrze... Chodmy do chaty! - powiedziaem agodnie. - Nic wam nie zrobi. Rodzina Piotrowskiego jeszcze spaa. Gospodarz obudzi on, nakazujc jej napali w piecu.- Nie macie tu gdzie jakiego miejsca? Chciabym si troch przespa - rzekem. Chop by tym wyranie zaskoczony. - A to pan szanowny chce si u mnie zatrzyma? - spyta z niewiar. - Jakby pan zgad. Zostan tu przez dzie - powiedziaem, nie podejrzewajc, e za chwil bd tego aowa. - Tylko e u mnie nie ma miejsca - odpar. Zauwayem, e od razu zhardzia, zorientowa si widocznie, e nie jestem lenikiem. - To pan podrny? - spyta. - Wszystko jedno kto. Chc spa! - Nic z tego, panie. Ja mam dosy swoich kopotw. Niech pan sobie idzie z Bogiem. Poszedem z Bogiem, przeklinajc bezduszno tego czowieka. Zamany powlokem si do lasu. Na samym skraju staa maleka chata. Na podwrku jaka szczupa kobiecina amaa chrust. - Niech bdzie pochwalony! - pozdrowia mnie. - Na wieki wiekw... - odparem, uchylajc czapki. Nie wiem, dlaczego zatrzymaem si przed ni. - Pan nietutejszy? - spytaa. - Nie - odrzekem. W tej samej chwili pokaza si na ganku mczyzna. Stan obok kobiety i take mnie pozdrowi.

Gupio mi byo tak sta przed nimi i nic nie mwi, wic odwrciem si z zamiarem pjcia do lasu. Nie zrobiem jeszcze nawet kilku krokw, gdy usyszaem gos mczyzny: - Moe pan co zje? Wrciem i wszedem do chaty. Byem tak wzruszony, e nie mogem nic mwi. Kobieta i jej m spogldali na mnie ze wspczuciem, musiaem wic chyba bardzo le wyglda. Poradzili mi, ebym zdj kurtk (by to jeszcze mj przedwrzeniowy mundur wojskowy) i powiesi j koo pieca, eby wyscha. Pod wpywem ciepa oczy kleiy mi si coraz bardziej. Mczyzna zaproponowa mi, bym zosta i przespa si w jego ku, sam za ubra si, wzi siekier i pi i poszed do lasu, gdzie pracowa przy wyrbie. Czowiek ten nazywa si Jan Nowak. * Leaem w ku i, o dziwo, wcale nie mogem zasn. Teraz, gdy ju wreszcie miaem mono wyspa si do woli, naszy mnie jakie obawy, wydawao mi si, e lada chwila wejd do izby policjanci. Mczyem si tak z p godziny, wreszcie usiadem na ku i powiedziaem Nowakowej, e jestem poszukiwany przez policj i e lepiej dla nich bdzie, jeli sobie zaraz pjd. Kobieta wcale si tym nie przeja: - Bd uwaaa. Jakby kto szed, obudz pana - rzeka. Chatka Nowakw staa ze dwiecie metrw od traktu. Dwa okna wychodziy prosto na drog. W ostatecznoci miaem jeszcze szans ucieczki do lasu. Mimo to nadal trapio mnie dziwne przewiadczenie, e stan si powodem nieszczcia tych ludzi. Wreszcie ubraem si i postanowiem nocowa na strychu. Nie wiem, dlaczego dopiero tam poczuem si znacznie pewniejszy. Po kilku godzinach twardego snu obudzia mnie Nowakowa. Bya bardzo blada. - Id! Niech pan nie wychodzi. S ju blisko. Zerwaem si na rwne nogi, chwytajc za lece koo mnie widy, ktre na wszelki wypadek wziem ze sob, wac na strych. Serce walio mi jak kowalski mot. ciskaem kurczowo rkoje wide. Nowakowa zamkna stryszek i zeskoczya na d. W izbie trzasny drzwi. Kilka par ng zaszurao po deskach podogi. Staem przy wejciu na strych, gotowy do walki. Wstrzymujc oddech przysuchiwaem si gosom z dou. - Ej, gospodyni - mwi kto ochrypym basem.--Nie byo tu u was bandyty? - Jakiego tam bandyty? - odpara ostro Nowakowa.- A co to u nas kryjwka bandycka? Wszyscy nas tu znaj. M robi w lesie, przy wyrbie. - I nie widzielicie go? - pyta z niewiar ten sam gos. - Taki w zielonej fufajce... w lackim mundurze... Mwili, e jest u was... - Ach, to moe ten, co tu rano przechodzi - rzeka kobieta. - Czekajcie, czekajcie. Mj m wybiera si wanie do roboty, jak spotka go koo domu... - No i co? Mwcie prdko, gdzie jest! - zawoa niecierpliwie jaki inny gos.

- Pyta o drog do Podryy - powiedziaa pewnym gosem. - I poszed dalej. Wcale nie wiedzielimy, e to bandyta. - A nie esz ty czasem, babo? - spyta nagle jeden z policjantw. Zadraem z obawy, e zaraz zaczn przetrzsa cay dom i znajd mnie, lecz powiedziaem sobie, e atwo im ze mn nie pjdzie. - Ja miaabym ga? - powiedziaa obraonym tonem. - Te! Ani to mj brat, ani swat. Bandyta, to bandyta. Niebezpieczny czowiek, trzeba go zapa. - Panie komendancie, nie ma co. Jedmy do Podryy. - Jedziem do Podryy. Oj, dam ja mu! - odgraa si ten, ktrego nazwano komendantem. Poznaem po gosie, e by to Sykuta. Zaraz po tym wynieli si z domu Nowakw. Otarem pot z czoa i po kilku minutach wysunem si ze swojej kryjwki. Przez okno widziaem, jak dwie furmanki jechay prdko drog w kierunku Podryy. - Ilu ich tu byo? - spytaem Nowakowej, ktra dopiero teraz bya naprawd zdenerwowana. - Chyba ze szeciu - odpara, prbujc si umiechn. - A nie widziaa pani midzy nimi jednego aresztowanego? - Mylaem oczywicie o Janku Wojtowiczu. - Nie pamitam. Tylu ich tu byo. - To ja ju sobie pjd - oznajmiem Nowakowej. - Troch posiedz w lesie. A pniej zobacz. Znalazem gsty modniak i skryem si w nim. Przed samym zmrokiem Nowak odnalaz mnie ukrytego w zarolach. - No i co, udao si? - spyta z umiechem. - Ale musi pan std i troch dalej. Mog tu jeszcze wrci. Nowak przynis mi p bochna chleba i kawa soniny na drog. - Pjdziemy do polskiej kolonii Wiseki, koo Czerewachy - mwi. - Daleko std, ale za to pewniej. Czerewacha leaa wrd lasw w odlegoci okoo 7 kilometrw od Maniewicz. Chcc tam dobrn, musielimy przej z 10 kilometrw lasami, po zasypanych niegiem bezdroach. Noc bya mroczna i jak na zo znw zacz pada gsty nieg. Co jaki czas potykaem si o korzenie drzew, a ostre gazie chostay mnie bolenie po twarzy. Na nogach miaem brezentowe pantofle i kalosze, ktre zaledwie chroniy stopy. nieg zmoczy mi onuce i skarpetki. Nowak prowadzi, ja stpaem tu za nim, jakbym by jego cieniem. Na nasze utrapienie zabdzilimy wkrtce i Nowak dugo si zastanawia, w ktr stron mamy i dalej. nieg pada bez przerwy. Bdzilimy do dugo i dopiero nad ranem trafilimy na miejsce. * Kolonia Wiseki leaa wrd lasw, na wielkiej polanie, z dala od wikszych skupisk ludzkich i liczya okoo pitnastu gospodarstw. Byli to przewanie kolonici polscy.

Paduchowie chtnie przyjli mnie na kilka dni. Wkrtce bliej poznaem tych zacnych ludzi. Przywdrowali oni z powiatu koskiego i kupili tu w 1929 roku 12 ha ziemi. Tomasz Paduch, szczupy, kocisty mczyzna liczcy 54 lata, jego ona Agnieszka, tga i silna kobieta, oraz ojciec Agnieszki, siwiuteki starzec, tworzyli zgran, zgodn rodzin. Syn Paduchw, Henryk, zosta w 1940 roku powoany do Armii Czerwonej. W czasie okrania Kijowa trafi do niewoli, skd niebawem zbieg i wrci do domu. Wkrtce jednak Niemcy kazali wszystkim byym onierzom Armii Czerwonej zgosi si na punkt zbirki. Nietrudno byo odgadn, e czekay ich obozy koncentracyjne. Henryk nie zgosi si, lecz ju po upywie tygodnia przysza po niego policja. Mody Paduch prbowa uciec, lecz skoczyo si to niefortunnie. Zosta ciko ranny w nog. Odesano go do szpitala w Maniewiczach. Wiadomo byo, e po wyzdrowieniu pjdzie do wizienia lub obozu. Starsza crka Paduchw, Janina, mieszkaa z mem w ssiedztwie rodziny. Najmodsza, Helena, miaa dopiero 14 lat. Paduchowie yli zasobnie. Ziemi mieli wprawdzie lich, piaszczyst, lecz dziki umiejtnej gospodarce dawaa nieze plony. W oborze stao sze dobrze utrzymanych krw, wic mleka i masa mieli pod dostatkiem. Zim, gdy byo mniej roboty w gospodarstwie, Tomasz zaprzga konie i rusza do zwzki drzewa w lesie. Przez pierwsze dni pobytu u Paduchw wylegiwaem si na posaniu z grochowin - musiaem przecie powetowa sobie tamte nieprzespane noce. Zreszt na c mogem si im przyda, skoro nie wolno mi byo wysun nosa poza prg mieszkania. Paduchowie wiedzieli o mnie wszystko i sami ostrzegali, bym nie wychodzi z domu. Bali si widocznie ssiadw. Dugie ju teraz wieczory upyway mi na bezczynnoci i nudzie. Czasami mj smtny nastrj rozprasza dziadek, ktry zapala swoj fajk, podkrca wsa i opowiada o tym, jak suy osiem lat w carskiej armii, jak by w dalekiej Mandurii, jak bi Japoczykw... i o swoim powodzeniu u dziewczyn, ktre w tamtych czasach byy o wiele pikniejsze i weselsze. Tomasz Paduch, ktry do czsto jedzi do Maniewicz albo do Powrska, przywozi zasyszane od ludzi wiadomoci o sytuacji na froncie. Dowiedziaem si od niego, e Niemcy stanli pod Moskw i Leningradem i w aden sposb nie mog ruszy do przodu. Afisze niemieckie, wiszce na ulicach miast i wsi, zapewniay, e armia niemiecka 7 listopada bdzie defilowaa przed Hitlerem w zdobytej Moskwie. 7 listopada ju min, a Niemcy podobno stali kilkadziesit kilometrw od miasta i dostawali nieze cigi. Tak mwiono dokoa, wiadomoci te przechodziy z ust do ust, krzepic serca ludzi. Nikt dokadnie nie wiedzia, z jakich rde pochodziy. Moe kto sucha radia, mimo e grozia za to kara mierci, a moe przenikay one od samych Niemcw? Podobno ostatnio ogromne transporty z rannymi i zabitymi dniem i noc cigny przez Kowel na zachd. W Maniewiczach w owym czasie panowa okropny gd. Miejscowym ydom zabroniono pod kar mierci opuszcza miasto. Z pobliskich wsi cignli wic do Maniewicz wieniacy, niosc na sprzeda mleko, chleb, sery, jajka. ydzi, ktrych czekaa godowa mier, atwo wyzbywali si posiadanych przedmiotw wartociowych, oddajc je za kawaek chleba lub troch kaszy. Pani Agnieszka take czsto jedzia do miasta. Bya to zacna kobieta, nie mylaa wic o atwym zysku, po prostu wspczua biedakom i chciaa im pomc. Ponadto w gospodarstwie brakowao

czsto soli, zapaek lub nafty i trzeba byo te produkty zdoby w miecie. Nade wszystko jednak cigno pani Agnieszk do Maniewicz pragnienie ujrzenia swego syna lub przynajmniej zdobycia jakich wiadomoci o nim. W ogle caa rodzina Paduchw gboko przeywaa nieszczcie Heka. Pewnego ranka dowiedziawszy si, e Paduchowa zamierza wybra si do Maniewicz, poprosiem j, by sprbowaa dowiedzie si czego o Janku Wojtowiczu i posuchaa, co ludzie mwi o nas. Obiecaa, e speni moj prob. To by dla mnie bardzo ciki dzie. Nie mogc si doczeka powrotu gospodyni, wziem si do uskania grochu. Siedziaem nad koszem penym strkw i zastanawiaem si, jakie wiadomoci przywiezie mi pani Agnieszka. Zdawaem sobie spraw z tego, e nie bd mg dugo przebywa u tych gocinnych ludzi bez naraenia ich na kopoty. Wprawdzie nie zauwayem dotychczas, eby kto z rodziny Paduchw by niezadowolony z mojego pobytu w ich domu, lecz sam pojmowaem, e na duszy czas nie uda si ukry mojej obecnoci przed ludmi. Gdybym odnalaz Janka, moglibymy wsplnie co uradzi, zdecydowa si na jaki krok. Pani Agnieszka wrcia dopiero wieczorem. A oto, co od niej usyszaem. W Maniewiczach byo o nas bardzo gono. Jeszcze tego samego dnia, gdy zabrano nas do Kowla, nasi przyjaciele: Kowalik, Tokarski, panie Warmiska i Piotrowska oraz dwie dziewczyny Adela Kuakowska i Antosia Kadelwna, sympatia Janka, zorganizowali zbirk pienin w celu wykupienia nas z rk policji. Zebrali ponad 10 tysicy rubli i ju nastpnego ranka Adela i Antosia wybray si za nami do Kowla. W Hulewiczach dowiedziay si o naszej ucieczce. Miejscowi ludzie odtworzyli im przebieg wypadkw. Ot okazao si, e po mojej ucieczce Janek Wojtowicz rwnie prbowa zbiec, lecz przytrafio mu si nieszczcie, zwichn w stawie skokowym nog. Nie mogc daleko odej, skry si pod mostkiem w rowie przydronym. O wicie odkry go tam mieszkaniec Hulewicz, emera, i wyda policji, ktra odwioza go do Kowla. Jeszcze tej pierwszej nocy, zaraz po wypadku, Sykuta zaalarmowa wszystkie okoliczne posterunki policji w Maniewiczach, Powrsku, Trojanwce i w Mielnicy. Rozpocza si obawa. Policjanci, ktrzy nas eskortowali, podobno okropnie bali si Niemcw, spodziewajc si kary. Po tygodniu bezskutecznych poszukiwa wycignli wniosek, e musiaem pj za Bug. Tak mwili ludzie, lecz moliwe, e by to tylko zwyky trik policji, ktra celowo rozpuszczaa takie wieci, sdzc, i w ten sposb przestan si kry i atwiej mnie schwyc. W kadym razie nie zamierzaem ujawnia si. Janek znajdowa si w wizieniu. Dziewczta ju dwa razy byy w Kowlu, prbujc przekupi stranikw, lecz bezskutecznie, udao im si zaledwie posa mu paczk z jedzeniem. Bolaem nad losem Janka, wiedziaem, e czekaj go mczarnie, a moe nawet mier. Tak bardzo pragnem przyj mu z pomoc, lecz c mogem uczyni dla niego, skoro sam byem bezbronny i bezradny. Prosiem Paduchow, eby posza do Adeli i daa jej zna o mnie, nie mwic, gdzie jestem. Chodzio mi o to, eby dziewczyna, bdc nastpnym razem w wizieniu, sprbowaa przekaza Jankowi wiadomo, e jestem wolny i prosz go, by ca win za ulotki zwali na mnie. Wszystko to wpyno na mnie przygnbiajco. Im duej rozwaaem swoj sytuacj, tym bardziej dochodziem do wniosku, i jest ona bez wyjcia. Siedziaem u Paduchw pod cigym strachem, kady szmer lub kroki usyszane poza domem powodoway niespokojne bicie serca. Staem si bardzo nerwowy. Nocami, gdy wszyscy mieszkacy domu spali twardym snem, ja zrywaem si nagle ze swego posania i dugo wpatrywaem si w okno, nasuchujc odgosw nocy.

Ktrego popoudnia Hela wrcia od swej koleanki mieszkajcej w pobliu i powiedziaa, e do Helki Panasiwny przychodzi policjant. Widzieli go ju dwa razy. Podobno to jej narzeczony. Agnieszka i Tomasz pobledli i spojrzeli sobie uwanie w oczy, po czym wyszli do pokoju, gdzie dugo rozmawiali. Nie od razu zrozumiaem, dlaczego ta wiadomo zrobia na nich tak wielkie wraenie. Czuem jednak e to, o czym mwili ze sob, dotyczyo mojej osoby. A wic miaem ju pewno, e Paduchowie mimo pozorw rwnie niepokoili si moj obecnoci u nich. Wieczorem postanowiem z nimi porozmawia. - Chyba pjd ju od pastwa. Byo mi u was bardzo dobrze. Jestem wam wiele winien... Gdy to mwiem, pani Agnieszka spucia gow i zapakaa. Paduch cign brwi, jego twarz wyduya si jeszcze bardziej. Rozwaa co przez chwil, wreszcie powiedzia nie bez przymusu: - Widzi pan, my bymy chcieli, eby pan jeszcze u nas zosta, mgby pan tu siedzie nawet do wiosny... Tylko e... no wie pan, rni ludzie mieszkaj w Wisekach. Tak jak wszdzie. Mamy tu rwnie swoich wrogw... Heka te wydali policji. Tomaszowi trudno przychodzio to wyznanie. By zdenerwowany i przejty. Owiadczyem, e ja sam nie chc ich naraa. Dugo rozmawialimy jeszcze o moich sprawach. Paduch wyjani mi, e Panasiwna, o ktrej wspomniaa Hela, to za i szkodliwa dziewczyna. Caa rodzina Panasiw odznaczaa si egoizmem i podoci. Pana by gajowym, lecz tak bardzo zalaz za skr miejscowym gospodarzom, e pewnego dnia znaleziono go zamordowanego w lesie. Nie wykryto winnego. Crka Panasia, Hela, po wkroczeniu Niemcw zacza si odgraa ludziom, i teraz pomci mier ojca i caa kolonia zdechnie w mczarniach. Przypuszczano, e to wanie ona doniosa policji o Heku. Ich niepokj by wic jak najbardziej uzasadniony. Musiaem odej, i to jak najszybciej. Pani Agnieszka przygotowaa mi na drog nieco jedzenia. Zastanawiaem si, dokd si teraz uda, ale nie przychodzio mi nic do gowy, gdziekolwiek bym si obrci, zewszd czyhali na mnie moi przeladowcy. Dopiero Tomasz Paduch podda mi rozsdn propozycj: - Niech pan idzie do lasu - powiedzia. - Niedaleko std s takie gstwiny, e sam czort tam pana nie znajdzie. Zaprowadz pana. Dziadek posmutnia patrzc na moje przygotowania do podry, po czym poszed do komory i przynis stamtd zupenie nowe buty. - Prosz je przymierzy - rzek. - Ale dzikuj! - odparem z zaenowaniem.- W lesie bdzie zimno. Zamarznie pan w tych swoich parciakach. Niech pan bierze. Pniej mi pan odda. Przymierzyem buty, pasoway jak ula. O zmroku ruszylimy do lasu.

W lenych ostpach
Pierwszy nieg zgin i noc utopia wszystko w czarnej otchani, wic szedem na olep, nierzadko uderzajc nosem w pie drzewa lub walc si do dou. Dziwiem si, e mj przewodnik z tak atwoci omija te wszystkie przeszkody. Sprbowaem stpa ostroniej, wycigajc przed siebie

rce, ale w tym czasie Paduch znacznie mnie wyprzedzi i musiaem zaraz przyspiesza kroku, by go nie zgubi. Ten manewr kosztowa mnie jeszcze droej, gdy przy okazji z caych si rbnem w jaki wystajcy karp, tukc si dotkliwie. Nic wic dziwnego, e odetchnem z ulg, kiedy wreszcie Paduch oznajmi mi: - Tutaj pan zostanie. Prosz std nie odchodzi daleko, bo chciabym, ebymy si niedugo zobaczyli. Jak wrc, bd kuka po trzy razy. Ucisn mi rk i odszed. Gdy zostaem sam, zgarnem na kup par garci lici i zapaliem je. Tliy si sabo, kopcc gryzcym dymem. Musiaem poszuka jakich suchych gazi. Po kilku kwadransach udao mi si rozpali jaki taki ogie. Oparem si plecami o wielki pie i przymknwszy oczy suchaem cichego szeptu drzew. Czasami nieoczekiwanie rozlegay si gdzie dziwaczne szmery, ktre przypieszay bicie mego serca. Zamieraem wtedy, gotujc si do ucieczki. Las y swoim nocnym yciem, ktrego jeszcze nie znaem. Czas duy mi si niemiosiernie. Czekaem chwili, kiedy mrok wreszcie zrzednie, ale ta noc trwaa chyba wieki. Gdzie o czwartej nad ranem skoczyem na nogi jak oparzony, usyszaem bowiem zupenie wyranie szczekanie psa. Biegem na olep, kaleczc si o ski i ostre krzewy. Kilkakrotnie padaem na ziemi, podcity wystajcym pniem lub korzeniem. Zatrzymaem si tylko na moment i cho nie syszaem ju za sob adnych odgosw pocigu, parem cigle dalej. Byo ju zupenie widno, jak znalazem si w gstych krzewach wierkw i jaowca. Wytaem such, lecz las jakby zamar w bezruchu: by i cichy i smutny. Pooyem si na mchu i odpoczywaem. Wiedziaem, e Niemcy posuguj si w pocigu specjalnie wytresowanymi psami, lecz dziwio mnie, e od pocztku mojej ucieczki pies ani razu nie zbliy si do mnie. A moe w pobliu przechodzi tylko gajowy z psem albo byo jakie ludzkie domostwo? - pomylaem i wstyd mi si zrobio z powodu mego tchrzostwa. Zawsze uwaaem si za odwanego i nigdy byle czego si nie lkaem. Ta caa historia wyjania si znacznie pniej. Stworzeniem, ktre wziem za psa, by po prostu kozio. Nie miaem jeszcze wwczas pojcia o tym, e oprcz psa istniej jeszcze inne szczekajce zwierzta. Leaem chyba do dugo, bo zacz mnie ogarnia chd. Wstaem, eby si troch rozgrza, i od razu przypomniaem sobie, e uciekajc zostawiem swj worek, w ktrym miaem troch ywnoci i zapaki. Rozejrzaem si wkoo, chcc okreli kierunek, skd przyszedem. Chciaem tam wrci i zabra worek. Zreszt umwiem si z Paduchem, e nie bd si stamtd rusza. Ale jak tu odnale waciwy kierunek? Szukaem wrd gstego poszycia ladw, lecz bezskutecznie; gdyby by nieg, atwo odnalazbym tamto miejsce. Braa mnie zo na siebie, e przez swoje tchrzostwo pozbawiem si jedzenia i moliwoci spotkania z Paduchem. Mimo to trzeba byo co przedsiwzi. Z pochylonym grzbietem wpatrywaem si w ziemi, ogldaem uwanie krzaki. Znalazem gdzie wieo uaman gazk, troch dalej poruszone licie. Te znaki podpowiedziay mi, ktrdy przyszedem. Udaem si w tamt stron, nieco dalej napotkaem nowe lady - to dodao mi otuchy i teraz ju raniej sunem przed siebie, starajc si utrzyma kierunek. Tymczasem zrobio si widno.

Jakie byo moje zdumienie, kiedy moe po upywie dwch godzin poznaem, e znw jestem w tych samych krzewach. A wic przez cay czas bdziem wkoo. Zaklem szpetnie i znowu ruszyem w drog, pilnujc, by historia nie powtrzya si. Po p godzinie stwierdziem, e grunt, po ktrym stpam, robi si coraz wilgotniejszy; przede mn rozcigao si olbrzymie bagnisko. Wystarczyo, ebym uczyni jeszcze par krokw, bym znalaz si po pas w wodzie. Musiaem popiesznie wycofa si do tyu. Westchnem ciko i znalazszy suche miejsce siadem na ziemi, zdejmujc obuwie. Chd przenika mnie do szpiku koci i naleao co przedsiwzi, by si nie nabawi choroby. Powinienem wysuszy buty i onuce. Nie miaem jednak zapaek, zostay w worku. Przypomniaem sobie, e kiedy wychodziem z chaty Paduchw, dopad mnie dziadek i wsadzi mi w rk jakie metalowe pudeko. Teraz wyjem je i otworzyem: w rodku znalazem kawaek stalowej sztabki, krzesiwo i hubk. Kiedy ju widziaem to cudo cywilizacji dwudziestego wieku, wic umiaem si z nim obchodzi. Nazbieraem suchych szpilek wierkowych i gazek, przygotowujc je do rozpalenia ognia, po czym uoyem pudeko z hubk na ziemi i zaczem uderza stal o krzesiwo. Iskry spaday na hubk, lecz nie powodoway tlenia si jej. Byem jednak wytrway w chci dopicia swego i dopty waliem zawzicie w krzemie, dopki huba si nie zatlia. Byem szczliwy, gdy ujrzaem wreszcie may pomyk trawicy wierkowe igy. Rozpaliem ogie. Wysuszyem buty i rozgrzaem nogi. Odczuem straszliwe pragnienie, wic obuem si i poszedem do bagna. Woda wygldaa na czyst, ale smak miaa obrzydliwy. Splunem i wrciem do ogniska. Niedugo uczepia si mnie senno. Obudzi mnie krzyk wodnego ptactwa, kaczki, czajki, kurki wykrzykiway w bagnach, jak gdyby toczyy ze sob prawdziw wojn. Ogie wygas. Zmierzchao. Gd harcowa mi po kiszkach. Trzeba byo pomyle o tym, skd zdoby jakie poywienie. Latem znalazbym w lesie choby jakie jagody, poziomki lub orzechy, teraz wszystko zamaro ju w przedzimowym nie oprcz zwierzt i ptakw. O odnalezieniu miejsca, w ktrym pozostawi mnie Paduch, ju nie mylaem. Poszedem na olep, gdzie mnie nogi ponios. Wlazem na krzaki berberysu obsypane czerwonymi podunymi jagodami. Zerwaem kilka i sprbowaem: miay kwany smak, lecz nie byy ze. Zjadem troch, lecz nic mi to nie dao. Noc zastaa mnie w jodowym starodrzewie. Roznieciem ogie i wycignem si na ziemi nogami do pomienia. Na niebie gniedzi si rj gwiazd. Nie mogem usn. Z daleka jak fale szy do mnie wspomnienia. Mylaem o Rudku i Gryczmanie, o swojej wrzeniowej drodze, o domu, o Warszawie i Warce. Szczeglnie wyranie powracay mi teraz wspomnienia z lat przedwojennych... * Warszawa. Rok 1936. Przyjechaem tu w poszukiwaniu pracy. Skoczyem niedawno praktyk w zawodzie lusarskim i chciabym pracowa. Znalazem maleki pokoiczek na Marymoncie, przy Opaliskiego 11. Kiedy wyjedaem, mj majster, ktry yczy mi wszystkiego najgorszego, owiadczy: Jed, jed! Tam ju czekaj na ciebie, jeszcze bdziesz chcia wrci, ale nic z tego. Rwnie inni ludzie, odradzajc mi wyjazd do Warszawy, ostrzegali mnie, e nie znajd tu adnej roboty. Mimo to przyjechaem i teraz stercz codziennie po kilka godzin w kolejce przed urzdem,

eby si dowiedzie, e na razie nic z tego. Bezrobotnych w Warszawie jest caa rzesza. Po dwch tygodniach nie miaem ju zamanego szelga przy duszy, a tu pracy ani widu. Stoj kiedy w kolejce, jak zwykle, i w pewnym momencie podchodzi do mnie mody czowiek, ktrego ju nieraz widywaem przed urzdem z jak kobiet. - Czy nie jest pan godny? - pyta. Spojrzaem na niego ze zoci. Byem potwornie godny, ale to, e mi o tym przypomnia, doprowadzio mnie wprost do szau. Bybym mu prawdopodobnie nawymyla, gdyby nie to, e w jego oczach dostrzegem dobro. - Moe zje pan u nas obiad? - cign dalej mczyzna. - Dzikuj! - odparem. Skin na kobiet, ktra staa obok i patrzya na nas. Umiechna si i podesza. Mody czowiek przedstawi mi j. W ten sposb poznaem pani Jadwig i Leona Wieczorkowskich... czonkw KPP. Poniewa byem ju czonkiem partii, wstpiem do ich komrki. Zbieralimy si na Opaliskiego i toczylimy dyskusje na tematy polityczne. Oprcz Wieczorkowskich do naszego konspiracyjnego lokalu przychodzili bardziej dowiadczeni towarzysze: Jan Turlejski, Maecki, Henryk Lang. Turlejski i Maecki niedawno dopiero wyszli z wizienia i pracowali teraz na budowie jako pomoc murarska. Ludzie ci byli dla mnie wszystkim. Nigdy dotychczas nie spotkaem si z tak dobroci i serdecznoci. Szczeglny wpyw wywar na mnie Jan Turlejski. Ten mody jeszcze komunista, ktry mia ju jednak za sob kilkuletni pobyt w wizieniu za dziaalno partyjn podczas studiw na Politechnice Warszawskiej, by dla mnie najlepszym wzorem. Dziki niemu zrozumiaem wag swego ycia, nabraem wiary w siebie. Letni por zaopatrzeni w jedzenie, pik i harmoni wybieralimy si do Powsina. Z niecierpliwoci czekaem, kiedy po miej zabawie Janek Turlejski wygosi swj referat. Suchaem zawsze jego wypowiedzi z wielk uwag. Moim zadaniem partyjnym byo kolportowanie ulotek i wywieszanie transparentw. Miaem duo czasu, wic korzystajc z tego czytaem teraz wiele ksiek. Brak pracy wci mnie jednak niepokoi. Kiedy wieczorem przyszed do mnie Janek. - Suchaj, Jzek, od jutra masz prac! - powiedzia. Popatrzyem na niego z niewiar. - Dostaniesz robot w fabryce w Warce. I rzeczywicie, prac dostaem. Fabryka naleaa do braci Lubert. Jej oficjalna nazwa brzmiaa: Fabryka Oku Budowlanych w Warce nad Pilic. Robilimy zamwienia dla wojska. Wraz ze mn znaleli tu zatrudnienie inni nasi towarzysze: Stach Sobociski, Henryk Grochulski, Jzef Kalinowski (Jzef Iwanowski), Jan Kdzierski. Wszystkich nas wcign do fabryki Janek Turlejski. Janek opowiedzia mi, jak udao mu si samemu dosta do fabryki na stanowisko kierownika narzdziowni. Kiedy studiowa jeszcze na politechnice, mia bliskiego przyjaciela, Guzickiego, z ktrym uczszcza na trzeci rok. Ojciec Guzickiego by profesorem na politechnice. Obydwaj przyjaciele naleeli do partii. Niedugo po aresztowaniu Janka Guzicki junior zosta rwnie uwiziony.

Jak si okazao, profesor Guzicki zwiza si ju dawno z ruchem rewolucyjnym. Nie wiem, czy by dziaaczem KPP, ale z jego dziaalnoci praktycznej i stosunku do przeladowanych przez policj dziaaczy politycznych wynikao niezbicie, i by naszym sympatykiem. Profesor Guzicki budowa w owym czasie now fabryk dla braci Lubert. Nieprzypadkowo wic Janek zwrci si do niego o prac. Guzicki zaatwi z Lubertem spraw zatrudnienia Turlejskiego jako kierownika narzdziowni. Pniej Janek, przy pomocy profesora, pociga nas do roboty w fabryce. Oczywicie nikt z zarzdu fabryki nie wiedzia o tym, e jestemy komunistami. Wkrtce nasza komrka, cile zakonspirowana, rozwina aktywn dziaalno polityczn. W tym okresie KPP bya oficjalnie rozwizana przez Komintern, ale czonkowie partii nie przestali dziaa. Nasza praca bya gwnie skierowana przeciwko faszystom rodzimym i hitleryzmowi, ktry da Gdaska i Pomorza i wyranie zagraa Polsce wojn. Staralimy si krzewi patriotyzm wrd robotnikw, nawoywalimy do obrony zagroonej Ojczyzny. * Usnem dopiero po pnocy, na bardzo krtko. nio mi si, e cigaj mnie Niemcy i caa sfora psw. Kiedy jeden z nich rzuci mi si do garda, zerwaem si tak energicznie, i wyrnem czoem w drzewo rosnce obok. Rozcierajc obola twarz, naprawd usyszaem szczekanie psw. Jednoczenie zaczy pia koguty. Widocznie niedaleko znajdoway si domostwa ludzkie. Nie namylajc si wiele, poszedem za tymi gosami. Podczas gdy spaem, spad do duy nieg; byem mokry i zzibnity: ogie, ktry rozpaliem z wieczora, zgas szybko. Chciao mi si je i pragnem, by wie, do ktrej zdam, bya zamieszkaa przez Polakw. Nie znaem jzyka ukraiskiego, co w mojej sytuacji utrudniao mi kontakty z miejscow ludnoci. Wiedziaem o tym, e midzy Polakami i Ukraicami istniej gbokie konflikty, za ktre gwn odpowiedzialno ponosi nasz przedwrzeniowy rzd. Niewaciwa polityka narodowociowa wobec Ukraicw, ktrzy na terenach wschodnich stanowili zdecydowan wikszo, uprawiana przez wiele lat przez urzdnikw pastwowych i policj, powodowaa niech tej ludnoci do Polakw. A wic zrozumiae byo, dlaczego wolaem spotka si ze swymi rodakami. Szczekanie psw urwao si nagle, lecz wie bya ju bardzo blisko. Rozwidnio si zupenie, kiedy stanem przed pierwsz z brzegu chat i zapukaem do drzwi. Za chwil kto zapyta: - Kto tam? - Czowiek. Otwrzcie! - Kto wy? - Jestem godny. - Idite z Bohom, ja sam ne maju szczo jisty... Druga chata jest rozwarta. Wchodz do rodka. - Prosz o co do jedzenia. Jestem podrnym, id do Sarn. - Nie ma! Wczgw nie przyjmujemy. Dopiero gdy znalazem si za drzwiami, uwiadomiem sobie, e byem u Polakw. Byem zdruzgotany moralnie: nie mogem znie sytuacji, w ktrej przyszo mi gra rol ebraka. Pali mnie wstyd. Zawrciem do lasu. Na skraju stanem i spojrzaem na wie. Z kominw rwnymi smugami unosi si w gr dym: gotowano porann straw. I wtedy pomylaem, e przecie nie wszyscy tutejsi

ludzie s jednakowi, e wszdzie s li i dobrzy, skpi i szczodrzy, egoici i uczynni. Wic wrciem, aby po raz trzeci sprbowa szczcia. Trafiem na poczciwych. Gospodyni daa mi kubek gorcego mleka i kawa chleba. - Znajte szczo - rzek gospodarz, starszy ju czowiek o czerstwej, misistej twarzy - u nas wydano takij prykaz, szczo ne mona nieznakomych ludij zaderywaty i pomahaty im. Wy tutka pozawtrakajte, a ja wyjdu na dwir i budu dywyty, czy chto czuyj ne ide, szczob was ne baczyw u mene. Mczyzna wyszed, a ja koczyem posiek. Kobieta patrzya na mnie litociwie, dolewajc mleka. - Oj, szczo ta neszczasna wijna narobya, szczo ludej tak stradajut... - rzeka z ubolewaniem. Gdy znw znalazem si na dworze, zmierzajc do lasu, dobieg mnie gos gospodarza, ktry woa: - Wtikajte chutko, policjanty! Z miejsca porwaem si do ucieczki, a chop wpad do swojej chaty. Biegem do szybko, lecz pod samym lasem obejrzaem si i spostrzegem kilku ludzi. Pady dwa strzay. Skoczyem midzy drzewa... Policjanci szli moimi ladami, zwikszaem wic cigle tempo, odrywajc si od nich. Nie ustaem przez cay dzie. Pniej zatrzymaem si na krtki odpoczynek i noc poszedem przed siebie. Znalazem wikszy trakt uczszczany przez ludzi. Teraz miaem mono zatarcia za sob ladw. Po przejciu kilku kilometrw wszedem z powrotem do lasu, odszukaem do gsty zagajnik i tam si zaszyem. Nie miaem wtpliwoci, e kto z mieszkacw wsi, do ktrych zachodziem, zdradzi mnie policji. Z tym przewiadczeniem usnem. Spaem twardo ze trzy godziny. Obudzi mnie chd. Zapaliem may ogieniek. Obawiaem si, by mnie nie zdradzi dym. Znw byem okropnie godny. Przeklinaem swj los. Pragnienie zaspokoiem niegiem. Tu zostaem do wieczora. Noc bya jasna, gwiadzista. Bra mrz. Naamaem suchego chrustu, by starczyo na duej. Zgarnem na kup podcik i zrobiem sobie do wygodne legowisko. Podczas gdy jedna strona ciaa grzaa si od ognia, druga marza, musiaem co kilka minut zmienia pozycj. Nie mogem usn, marzc o jedzeniu i ciepej izbie. Rano znw zacz pada nieg i ogie stale przygasa. Zebrany na kup chrust okryem z wierzchu limi, by nie mokn. Biegaem wok ognia, grzaem plecy, nogi i rce. Zobaczyem na niegu zajca: by o trzydzieci krokw ode mnie, gryz gazki lipy, ktra nie wiadomo skd tu wyrosa. Zajc zdawa si mnie nie dostrzega. Gd zagra mi w brzuchu. Przede mn lea kawaek suchego drzewa. Powoli, centymetr po centymetrze, schylaem si, z zamiarem rzucenia gazi w szaraka, lecz zanim zdyem j pochwyci, zajc skoczy i kilkoma susami zaszy si w gszczu. Podszedem do drzewa. Na gazkach lipy byy brzowe pki, ktre z takim apetytem zjada -zajc. Urwaem kilka i woyem do ust. Byy kleiste i miay sodkawo-mdy zapach. Zaczem u. Rwaem pki i wci uem. Chciao mi si spa, ale ledwie zmruyem oczy, budzi mnie chd. O zmroku zwinem obz, wziem sobie kawa dbowego kija i podreptaem przed siebie. Chciaem je, oprcz tego nic wicej mnie ju nie obchodzio; trzy doby nie miaem nic w ustach.

Mrz bra coraz wikszy, nieg chrzci pod stopami, strzelay z zimna gazie. Podpieraem si kijem i szedem wci naprzd. Srebrne blaski ksiyca odbijane w drobinach niegu mieniy si diamentami. Wszystko dokoa byo lnice, wspaniae, lecz ja nie byem zdolny poddawa si urokom natury. Pochaniaa mnie jedna jedyna myl: jak najprdzej trafi na ludzi, podkra si do jakiej obory lub chlewa i zje troch bydlcej karmy albo ukra kur czy g i potem wrci do lasu. Nagle ujrzaem przed sob na niegu jaki cie. Zatrzymaem si. W pierwszym momencie pomylaem, e to jaki bezdomny pies, ktry przywlk si tu z pobliskiej wsi. Ale niebawem okazao si, e byem w bdzie. To by wilk. Skra mi cierpa. Zatupaem nogami, lecz zwierz odskoczy tylko na kilka metrw i stan. lepia mu pony. Kapn zbami i podsun si bliej. Wiele syszaem o wilkach, ju w latach chopicych czytaem o nich w ksikach Jacka Londona. Wiedziaem, e wilki na og boj si ludzi i nie zdarza si, by pojedynczo atakoway czowieka, lecz kiedy s godne, mog way si na wszystko. Mj wilk nie mia zamiaru czmycha przede mn. Sta i przyglda mi si byszczcymi lepiami. Podniosem kij i rzuciem w niego. Uskoczy kilka metrw i przysiad, kapic zbami, po czym zacz si czoga w moj stron. Chciaem pj i podnie kij, ktry lea niedaleko, bez kija byem zupenie bezbronny, lecz wilk jak gdyby zrozumia mj zamiar, trzyma si w pobliu niego. Podchodziem powoli w obawie, e wilczysko lada chwila rzuci si na mnie. Zwierz by godny. Poznaem to po jego zapadnitych bokach i sterczcych gnatach. By rosy, mia wielki kudaty eb i cienkie nogi. Gdybym mia ze sob n, z atwoci mgbym przyj z nim walk. Przecie i ja take byem godny i w ostatecznoci nie pogardzibym wilczym misem upieczonym na ogniu - mylaem zbliajc si ostronie. Kiedy wreszcie schyliem si i chwyciem kij, wilk odskoczy nieco i siad. Kilkanacie razy powtarzaem ten manewr, lecz za kadym razem mj przeladowca odskakiwa tylko o kilka metrw i znw zaczyna kry wok mnie. Po dwch godzinach udao mi si pokona przestrze wynoszc zaledwie trzysta metrw. Wreszcie zdecydowaem si odpdzi natrta ogniem. Przygotowaem nieco chrustu i zaczem krzesa iskry, wilk tymczasem obserwowa uwanie moje czynnoci. Gdy zapon ogie, zwierz od razu poderwa si do ucieczki. Lecz po niedugim czasie ujrzaem go znw w odlegoci kilkudziesiciu metrw to podkradajcego si, to znw odskakujcego z powrotem. Na prno szukaem w mylach najrniejszych sposobw, by pozby si intruza, i bybym zapewne musia pozosta w tym miejscu a do rana, gdyby nie przyszed mi z pomoc przypadek. Nagle, gdzie z dala, odezwa si drugi wilk i wtedy mj przeladowca da susa w bok, znikajc jak kamfora... * Nareszcie skraj lasu! O p kilometra std rozcigaj si zabudowania gospodarskie. Doznaem uczucia wielkiej ulgi. Podsunem si cicho pod pierwsz lepsz obor. Przy ogaconej limi cianie siedziay rzdem kury. Drc z podniecenia i ze strachu podkradem si do nich. Chwyciem jedn i byskawicznie ukrciem jej eb, pniej zapaem drug, ale w tej chwili rozlego si warknicie psa. Kury jednak nie puciem i popdziem co si do lasu. Pies tymczasem narobi strasznego tumultu, wciekle szarpic si na acuchu. Daleko w lesie roznieciem ognisko i upiekem kur nie oczyszczajc jej. Zjadem apczywie na wp twarde miso, nie zostawiajc ani kawaka. Nasycony uoyem si przy ognisku i usnem. *

Nastpnego dnia w podobny sposb zaatwiem si z drug kur. Pniej jeszcze trzy razy sprbowaem szczcia, wybierajc si na Iowy. Znaem ju drog do wsi. Powoli zaczem si ju nawet orientowa w tych lasach. Gdy nie byo zawiei, siedziaem w lesie, lecz jak tylko zacz pada nieg, ruszaem do wsi. Zrobiem sobie nawet specjalny przyrzd do owienia kur. Skada si on z dwch kijw zwizanych ze sob ykiem. Tak min grudzie. Dziwne, e ani razu nie przezibiem si w tym okresie, mimo i niejednokrotnie przemarzem do szpiku koci. Tylko raz w cigu tego czasu zaszedem do ludzkiej zagrody, proszc o jedzenie. Przepdzono mnie jak psa. yem wic kradzionymi kurami. Czasem noc udao mi si wsun niepostrzeenie do jakiej stodoy. Nabieraem wtedy pene kieszenie ziarna i gryzem je surowe. Najczciej godowaem po kilka dni z rzdu. Cigle marzyem o gorcym posiku: ciepej zupie lub nawet polewce. Kiedy znalazem na podwrku jednej z zagrd niewielki potuczony i pogity garnczek. Chwyciem go jak najwikszy skarb. W lesie nasypaem do garnczka niegu i troch owsa, ktry miaem przy sobie. Ugotowaem to na ognisku i zjadem z wielkim apetytem. W owym czasie pozostaa na mnie sama skra i koci, coraz bardziej traciem siy. Nie potrafiem ju wykonywa kilkukilometrowych marszw bez odpoczynku, czsto odczuwaem zawroty gowy i mdoci. Ostatnio przywykem ju do tego, e jadaem raz na dwa lub trzy dni. Nigdy poprzednio nie sdziem, e w ten sposb mona si utrzyma przy yciu, teraz przekonaem si, e jest to moliwe. Byem brudny i okropnie zaronity. Pragnem spotkania z ludmi, a jednoczenie baem si ich. Mylaem o tym, by trafi do Wiseek i odnale Paduchw, ktrzy okazali mi tak wiele serca. Przychodziy chwile, e zaczynaem rozmawia sam ze sob. Zadawaem sobie rne pytania i odpowiadaem na nie. Wyobraaem te sobie, e oto stoi przede mn Tomasz Paduch i nie poznaje mnie, bo tak si zmieniem. Nic nie zwiastowao jakiejkolwiek zmiany na lepsze. Mrz trzyma jak w kleszczach. niegi byy olbrzymie: w niektrych miejscach dochodziy do ptora metra wysokoci. Podczas zawiei robiem dookoa swego legowiska ochronny wa ze niegu, paliem ogie i kuliem si z zimna. Zdarzao si, e pniej, kiedy chciaem po zawiei wyj z kryjwki, wpadaem w zaspy nieomal po szyj. Najbardziej przeladowao mnie poczucie osamotnienia i bezczynnoci. Bywao, e przez kilka tygodni z rzdu nie opuszczaem swego legowiska. Syszc niedaleko gosy zwierzt czy ptakw radowaem si myl, e oprcz mnie s w tej guszy jeszcze inne ywe stworzenia. Prbowaem nawet odpowiada na dwiki wydawane przez sjk, wron lub przechodzcego noc dzika. Uczyem si je naladowa, w czym doszedem do wielkiej wprawy, czasem udawao mi si je oszuka i sprowadzi niemal do tego miejsca, w ktrym byem ukryty. Te zabawy pomagay mi rozproszy nud. Stwierdziem niebawem, e zwierzta lene mog mi odda rwnie due usugi. Niedaleko mojego legowiska by trop dzikw, ktrym kadej nocy przechodziy. Ciekawio mnie, dokd te chodz te zwierzta, wic poszedem cichaczem za nimi. Droga dzikw wioda przez gsty sosnowy zagajnik, potem schodzia w d do zamarznitego strumienia: zwierzta przechodziy przez ld i wydostaway si na przeciwlegy brzeg. Zaczajony w krzakach obserwowaem, jak zatrzymyway si pod rozoystymi dbami i tam zaczynay ry ziemi w poszukiwaniu odzi; mlaskay gono, czsto wdajc si z sob w rodzinne zatargi. Byem godny, wic pomylaem e mgbym sprbowa zje troch odzi. Poszedem pniej w to miejsce i nazbieraem ich kilka garci.

W obozie wyuskaem je i ugotowaem. Byy potwornie gorzkie, lecz to nie zniechcio mnie do jedzenia, gd szarpa mi wntrznoci, wic pragnem je zapcha czymkolwiek, zreszt sdziem, e odzie posiadaj jakie wartoci odywcze, skoro utrzymuj przy yciu zwierzta. Znacznie pniej wziem si na sposb i gotujc odzie, kilka razy odlewaem gorzk wod; przekonaem si, e traciy sw gorycz i staway si znone. Pewnego razu wybraem si w drog, chcc za dnia dotrze do jakiego ludzkiego osiedla, upatrzy jak zagrod i o zmierzchu podkra si do niej z zamiarem zdobycia czego do jedzenia. Pogoda bya adna. wiecio soce. Nagle, gdzie przede mn, rozleg si krzyk sjki. Ptak zrywa si do lotu, przefruwa kilkadziesit metrw z wielkim wrzaskiem i na chwil siada na drzewie. Wiedziaem, e sjka jest strem caej zwierzyny. Na jej sygna wszystko kryo si momentalnie w nory, dziuple lub czmychao w gbin len. Zatrzymaem si nasuchujc. Ptak lecia nieco z boku ode mnie, nie przestajc krzycze. Wyczuem niebezpieczestwo. W jednej chwili ukryem si za pobliskim krzakiem jaowca. Czekaem w napiciu. Sjka przeleciaa dalej i niebawem doszy mnie odgosy czyich krokw i wyrana rozmowa ludzi. Struchlaem, lecz nie ruszaem si z miejsca. Mino moe pi minut, gdy oczom moim ukaza si nastpujcy widok: w odlegoci zaledwie stu metrw ode mnie szo, jeden za drugim, trzech policjantw. Mieli na ramionach dugie karabiny, rozgldali si po lesie gono gwarzc, jakby si sprzeczali ze sob. Przeraziem si, e zobacz lady na niegu i wypatrz moj kryjwk. Napicie wzroso jeszcze bardziej, gdy spostrzegem, e zatrzymali si nagle, naradzajc si, w ktr stron i dalej. Widziaem, jak jeden z nich wskazywa rk w moim kierunku, drugi za usiowa go przekona, e trzeba i w przeciwnym. Z tego powodu wynika nawet midzy nimi jaka sprzeczka. Powiedziaem sobie, e jeli rusz w moj stron, nie bd ucieka; nie miaem na to si, i tak by mnie schwytali. Postanowiem, e w razie czego bd udawa guchego i pgupka. Kt potrafiby na pierwszy rzut oka rozpozna we mnie teraz tamtego bandyt, ktry dwa miesice temu wyrwa im si z ap. Byem pewny, e samemu Slipczukowi ani Sykucie nie przyszoby to od razu do gowy. Na szczcie wszystko obrcio si na moj korzy: policjanci skierowali si w przeciwn stron. Poczekaem kilka minut i daem nurka do tyu. Musiaem niezwocznie odej jak najdalej od tego miejsca. Policja poszukiwaa kogo w lesie; tym kim mogem by wanie ja. A wic i tym razem udao mi si wymkn z ich rk. Dopomoga mi w tym sjka. * Maszerowaem dzie i noc. Koo poudnia nastpnego dnia znalazem si na trakcie Trojanwka Czerewacha. Zobaczyem napis na tablicy: Czerewacha - 1 km, i uradowaem si, e ju za kilka godzin bd u Paduchw w Wisekach. Teraz dopiero uwiadomiem sobie, jak daleko musiaem odej od miejsca, w ktrym pozostawi mnie Tomasz Paduch. Ciekawio mnie, jak wytumaczy sobie moje zniknicie. Nie chcc wzbudza zaciekawienia ludzi swoim wygldem, szedem w pewnym oddaleniu od traktu. Zdawaem sobie bowiem jasno spraw z tego, e obecnie jestem bardziej podobny do zwierzcia ni do czowieka. Byem niemiosiernie oberwany i brudny. Wielka broda okalaa mi twarz.

Przed wieczorem siedziaem ju na skraju lasu i obserwowaem zagrod moich zbawcw, czekajc, a przyjdzie zmierzch. Czas upywa mi straszliwie wolno, ale w kocu zrobio si ju na tyle ciemno, e mogem wyj z ukrycia. Na mj widok pani Agnieszka, ktra staa przy kuchni, spytaa. - Czego pan sobie yczy? Tomasz i dziadek rwnie przygldali mi si z zaciekawieniem. Nie mogem wypowiedzie ani jednego sowa. Siadem na stoku obok drzwi, spuciem gow i zapakaem. Wtedy Tomasz podszed i spojrzawszy mi uwanie w oczy powiedzia: - Jzek, na mio bosk, gdzie ty by? Jadem i opowiadaem. Pniej przez dwie doby spaem w stodole, budzony tylko na posiki. Kiedy po upywie tygodnia przyszedem ju jako tako do siebie, zaczem rozwaa, co z sob dalej pocz. Paduchowie nadal obawiali si rewizji w ich domu. Po moim odejciu do lasu byli u nich policjanci, spldrowali wszystkie kty i poszli. Gdy byem w lesie, czsto zaprztaem sobie gow myl, eby zdoby bro. Posiadajc bro paln mogem wej do kadego domu i zada co do jedzenia. atwiej mogem si te obroni przed napaci moich wrogw, a w ostatecznoci siedzc w gbokich lasach upolowa jakiego zwierzaka i przetrzyma najgorszy czas. Z nadejciem wiosny spodziewaem si zmian na lepsze. Wiosn atwiej mona si byo ukry i zdoby poywienie. Liczyem te na to, e moim wrogom znudzi si wreszcie dreptanie za mn krok w krok i e nastpi w tym czasie wyrane zmiany na froncie, Niemcy bowiem nie szli ju teraz tak pewnie naprzd. Stali pod Moskw i pod Leningradem, gdzie dostawali dobrze w skr. Spytaem Tomasza, czy nie wie o jakiej broni. Odpar, e jest w Wisekach pewien czowiek - Wacaw Dbrowski, ktry w 1939 roku wsplnie z onierzami polskimi ukry w lesie kilka skrzynek karabinw i granatw. Dbrowski nikomu nie zdradzi miejsca, gdzie zakopa bro. Nikt zreszt oprcz Tomasza nie by w to przez niego wtajemniczony. Paduch skontaktowa mnie z Dbrowskim. Prosiem tego czowieka, by mi przyszed z pomoc, lecz nadaremnie. Owiadczy, e skrzynie z broni zostay dokadnie zakonserwowane i znajduj si gboko w ziemi. Z powodu wielkiego niegu i tgiego mrozu wydobycie broni sprawioby mu wiele kopotu i nie dao si ukry przed ludmi. A dla jednego karabinu nie mona byo ryzykowa utraty wszystkiej broni wystarczajcej do uzbrojenia kilkudziesiciu ludzi. Pani Agnieszka z crk wyreperoway moj podart odzie. Wybieraem si znowu do lasu. Lecz myl zdobycia broni palnej nie opuszczaa mnie ani na chwil. Jeszcze kilka razy podejmowaem na ten temat rozmowy z Tomaszem. W przeddzie mojego odejcia Tomasz zaszed do mnie do stodoy i powiedzia, e kobiety przygotoway mi na drog plecak z wikszym zapasem jedzenia. mia si, e teraz ju chyba nie zostawi go w lesie. Podzikowaem mu serdecznie, lecz dodaem: - Najlepsza by bya dla mnie bro. - Masz racj - odpar, zastanawiajc si chwil. - Jeli jeste odwany, to bro mgby mie. Oywiem si od razu i zaczem go wypytywa o szczegy, wtedy Tomasz wyjani mi, e do jednej z mieszkanek wsi Iwanwka, oddalonej od Wiseek o 7 km, przychodzi wieczorami policjant uzbrojony

w pistolet maszynowy. Proponowa, bym zrobi na niego zasadzk i odebra mu bro. Sdziem, e Paduch kpi sobie ze mnie, wic czuem si uraony i nic mu nie odpowiedziaem. Nie mogem jednak przez ca noc uwolni si od tej myli. Pomys poddany mi przez Tomasza wci do mnie powraca. Sdziem jednak, e jest on nierealny, i staraem si o nim zapomnie. W kocu uczepiem si tej myli jako jedynej deski ratunku. Obmylaem ju sobie nawet rne sposoby napaci na policjanta i gdy wrci Tomasz, by zawiadomi, e czas i w drog, zebraem si na odwag i powiedziaem: - Poka mi, gdzie mieszka ta dziewczyna... * Krcc si wok zabudowa, ktre wskaza mi Paduch, stwierdziem, e na podwrzu nie ma psa. Uatwiao mi to znacznie zrobienie zasadzki. Dom mieszkalny sta zaraz przy drodze; by maleki, ogacony limi i som. W gbi podwrka miecia si maa stodoa i chlewik. Poznaem, e mieszkaj tu bardzo ubodzy ludzie, nie posiadajcy ani koni, ani krw. Za dnia przygotowaem sobie tg pa dbow i o zmroku podkradem si pod sam chat. Tylko w jednym oknie wiecia si licha lampa. Przylgnem do ciany i zaczem nasuchiwa. Zorientowaem si, e w izbie s co najmniej trzy osoby: mczyzna i dwie kobiety. Mwili po ukraisku. Na dworze byo ciemno. Mrz zela troch i dziki temu mogem pozostawa do dugo w jednym miejscu bez ruchu. Zreszt byem teraz niele zabezpieczony. Posiadaem brezentowe pbuty i kalosze owinite szczelnie szmatami (buty, ktre otrzymaem od dziadka, zwrciem mu). Staem jaki czas, liczc na to, e nieszczsny policjant lada chwila zjawi si na drodze, ale gdy miny dwie godziny, nogi mi zdrtwiay i siadem pod cian. Przysza pnoc, a mj policjant nie nadchodzi. Nie zraajc si tym czekaem nadal i dopiero gdy zaczy pia pierwsze koguty, poszedem do lasu. Nastpnego wieczoru powtrzyem swj manewr. Lecz i tym razem nic nie zapowiadao, e doczekam si nadejcia policjanta. Do pnocy nie usyszaem na drodze adnych krokw. Byem wcieky, a jednoczenie ogarniao mnie przygnbienie. Zaczem podejrzewa, e Paduch rzeczywicie sobie ze mnie zadrwi, i czuem do niego al. Nagle, gdy zastanawiaem si, czy zosta jeszcze troch, czy te zrezygnowa ze swego zamiaru odebrania broni policjantowi i pj ju do lasu, w upionej chacie rozlego si kaszlanie starego czowieka, a zaraz po tym usyszaem kroki po glinianej pododze. Skrzypny zasuwy drzwi i na zewntrz wyszed wysoki starzec w bielinie. Serce mi zamaro, lecz nie poruszyem si, przytulony do ciany. Nie baem si go, ale nie chciaem, aby mnie odkry. Mczyzna skierowa si w moj stron, czapic drewnianymi butami. Wstrzymaem dech, kurczc si w sobie. Zatrzyma si na dwa kroki ode mnie. Po chwili poczuem ze wstrtem ciep ciecz na rkach i twarzy. Starzec oddawa mocz prosto na mnie, wydajc przy tym obrzydliwe stki. Fala gorcej krwi napyna mi do gowy, jeszcze chwila, a bybym zerwa si z ziemi i trzepn go pa w eb, lecz starzec skoczy ju, odwrci si i poczapa z powrotem. Otarem rkawem twarz i rce i pohabiony poszedem sobie.

Przez cay dzie bkaem si po lesie jak struty. Poniosem cakowit klsk. Gorycz rozdzieraa mi dusz. Nie jadem nic, mimo e w plecaku miaem chleb i sonin. Dopiero koo poudnia zatrzymaem si i rozpaliem ogie. Zaczem ju myle o tym, by porzuci te strony i sprbowa pomaszerowa na zachd, bliej Warki lub Warszawy. Planowaem sobie, e moe uda mi si odszuka znajomych i przy ich pomocy przetrwa wojn. Cieszyem si na myl, e po tak dugim okresie czasu znajd si wrd swoich najbliszych i nie bd si ju musia tua po lasach, przymierajc godem. Pieciem te myli i podniecaem si nimi coraz bardziej. Sprawiay mi wielk przyjemno, gdy stwarzay wizj czego po stokro lepszego, ni dowiadczyem w tych stronach. Bawiem si nimi jak dziecko now pik. Ale nim nasta wieczr, plan pjcia na zachd zacz blednc wobec ogromu trudnoci, na jakie bybym naraony podczas swej drogi. Nie miaem przy sobie adnych dokumentw ani pienidzy. Z koniecznoci zmuszony bybym i pieszo, po bezdroach, z dala od ludzi. W kadej chwili mogem zetkn si oko w oko z faszystami... Zdecydowaem si i po raz ostatni do Iwanwki i zaczai si na policjanta. Mrok by rzadszy ni poprzednich nocy i to utrudniao mi wykonanie moich zamiarw. Mogem by atwo odkryty przez swego przeciwnika, zanim zbliy si do mnie na niezbdn odlego. Lecz nie byo wyboru. Zajem wic swoje poprzednie stanowisko i zaraz zaczy mnie trapi wtpliwoci, czy znajd w sobie tyle siy i odwagi, by wyj z ukrycia i zaatakowa uzbrojonego czowieka. Przecie kij dbowy to nie pistolet maszynowy. Wystarczy, eby policjant pocign za jzyk spustowy, a moe podziurawi mnie na sito. Mj dbowy kij mg by skuteczny tylko pod warunkiem, e wrg do ostatniej chwili nie odkryje czyhajcego na niebezpieczestwa. Powinienem bezszelestnie wyskoczy z ukrycia i uderzy tak mocno, by go oszoomi i zamroczy. Pniej byskawicznie porwa bro i w nogi. Co bdzie jednak, gdy zawiod mnie nerwy? - mylaem. Ale jednoczenie z t myl stano mi w pamici tamto wspomnienie z Hulewicz, kiedy w trudniejszej sytuacji odwayem si na miay czyn, uciekajc z rk policji. I to dodao mi odwagi. W pewnym momencie usyszaem kroki na drodze. Kto szed powoli przez wie. Gdzie obok warkn pies i zaszczeka. Skurczyem si w sobie, wczepiajc si oczami w tamt stron, skd powinien by nadej policjant. Po chwili ujrzaem ciemn sylwetk czowieka, sun bardzo powoli, jak gdyby mia kule u ng. Kilkanacie metrw od domu zatrzyma si i wwczas na moment przelkem si, e mj wrg jest ostrony i chytry i e przewidujc niebezpieczestwo przygotowuje si do walki ze mn. Ale by to przedwczesny strach, ktry min tak szybko, jak si pojawi. Czowiek na drodze zacz astmatycznie kaszle i plu, i pojem, e jest to jaki starzec. Czowiek w po chwilowym wytchnieniu poczapa dalej. Jeszcze kilka razy syszaem z daleka jego chrapliwy kaszel. Przed pnoc znw zachrzcio na drodze, jednoczenie usyszaem strzpy jakiej melodii. Czowiek idcy drog piewa. Znaczyo to, e by w doskonaym humorze. A moe nawet pijany? - pomylaem. - Jeli to mj policjant, tym lepiej dla mnie. Jest pewny siebie - to te na moj korzy. Kroki brzmiay w mych uszach coraz wyraziciej, czuem wzmagajce si pulsowanie krwi w skroniach. Sylwetka czowieka na niegu rosa w oczach. Czap, czap, czap... By coraz bliej i bliej... Wreszcie zobaczyem go zupenie wyranie. By wysoki, szczupy, pistolet mia przewieszony przez pier. Przylgnem do ciany, szykujc si do skoku.

Oto skrca ju z drogi. Tak, to jest on! Zaparo mi dech. Rce omdlay. Zdawao mi si na moment, e wszystko przepado, gdy nie odwa si skoczy i zada mu ciosu. Nadeszy ostatnie sekundy. Policjant by ju o trzy kroki ode mnie. Nagle jak kot rzuciem si do przodu. Stan jak wryty, wykorzystaem t chwil i z caej mocy uderzyem go w gow. Policjant, ze zgruchotan czaszk, bez jku osun si na nieg. Zrobio mi si sabo, nogi ugiy si pode mn. Zabiem czowieka. Wprawdzie policjant by moim przeciwnikiem, wysugiwa si Niemcom, moe nawet dopuszcza si zbrodni przeciwko innym, lecz bezporednio mi nie zagraa. Ale nie wolno mi byo marnowa czasu. Wiedziaem, e powinienem jak najprdzej opuci to miejsce. Trzscymi si z podniecenia rkami cignem swej ofierze bro. Przeszukawszy jego kieszenie znalazem kilkadziesit naboi i dodatkowy magazynek z amunicj. Wkrtce co tchu w piersiach mknem ju do lasu. * Miaem wic upragnion bro. Teraz niestraszne mi ju byo spotkanie z obcymi ludmi. Nie baem si te zetknicia z policjantami. Za moje ycie musieliby drogo zapaci. Bro dawaa mi niezastpiony or - pewno siebie. A dziw, jak ten fakt zmieni momentalnie moj psychik. Wiedziaem, e teraz o dowolnej porze bd mg wej do pierwszej lepszej chaty i nie skomle ju jak pies o okruchy, lecz da, by mnie nakarmiono, mogem te noc podej do Maniewicz, podkra si do mieszkania Slipczuka i przez okno kropn mu prosto w gow. Marzyem o tym, by mc zacz dziaa na szkod wroga. Na razie jednak nie wiedziaem, jak si do tego zabra. Potrzebny by mi kto drugi, kto chciaby dzieli ze mn mj los. Tym czowiekiem mg by, wedug mnie, tylko Janek Wojtowicz, o ktrym od duszego czasu nie miaem adnych wieci. Czsto snuem miae pomysy wyzwolenia go z wizienia; niestety, pozostaway one tylko w sferze mojej wyobrani... Min tydzie od czasu, gdy poegnaem Paducha. Przebywaem stale w lesie, ywic si zapasami, jakie miaem w plecaku. Pniej zaczem chodzi na wie, braem jedzenie i znw znikaem w gszczu lenym. W kocu wrciem do Wiseek. Tomasz by dumny ze mnie, ujrzawszy mj pistolet. Dowiedziaem si, e policja bezskutecznie poszukiwaa mordercy policjanta. Mwiono o tym wypadku do gono, lecz nikomu nawet przez myl nie przeszo, e uczyniem to ja. W czasie mojej nieobecnoci przyjedali do kolonii Wiseki Niemcy i policjanci ciga kontyngent. Wiele gospodarstw obrabowali wwczas do cna. Syn Tomasza, Heniek, nadal lea w szpitalu: otrzyma niebezpieczny postrza, kula przerwaa mu cigna. Dopki pozostawa w szpitalu w Maniewiczach, nic mu zego nie grozio, ale w kocu i tak czeka go obz koncentracyjny, wizienie lub wyrok mierci. Chciaem zosta u nich przez kilka dni, lecz Tomasz odradzi mi to, twierdzc, e ostatnimi czasy Powasiwna czsto krci si w pobliu ich domostwa, szpiegujc i wszc co. W Wisekach ludzie szeptali, e Helka jest agentem policji w Maniewiczach. Dziki Tomaszowi poznaem w Wisekach bardzo uczynnych i poczciwych ludzi - Sobolewskich. Dwoje staruszkw liczcych sobie po okoo siedemdziesit lat. Staruszkowie yli ubogo: mieli jedn lich krowin i wink. Babcia Sobolewska wychowywaa dwoje maych dzieci swej crki, ktra suya w Kowlu u pewnych pastwa. Par razy zachodziem noc do Sobolewskich. Czstowali mnie, czym

mogli: jak zup, kawakiem chleba lub kartoflami. Sobolewscy nigdy nie jadali misa, nie krasili posikw sonin czy masem, byli na to za biedni. Przedzierajc si kdy przez lene ostpy znalazem wiey trop dzikw. Poszedem za nim bardzo ostronie. Dwa kilometry dalej ujrzaem w przyzwoitej odlegoci ciemn plam na niegu. Dzik spa nie przeczuwajc niebezpieczestwa. Krok po kroku, z broni gotow do strzau, zbliaem si do niego. Stanem przy pniu grubego dbu. Zoyem si do strzau i pocignem za jzyk spustowy. Automat wyplu w stron celu z sze pociskw. Po lesie ponioso si echo. I wtedy ujrzaem ze zdziwieniem, jak z jednego miejsca porway si do ucieczki a dwa dziki (leay jeden za drugim i nie mogem ich od razu zobaczy). Zwierzta z kwikiem rozbiegy si w dwch kierunkach. Gdy podszedem do miejsca, gdzie leay, ujrzaem rozgrzebane mrowisko. (Dziki, szukajc ciepa, podczas wielkich mrozw rozgrzebyway mrowiska, wyjaday z nich mrwki i nastpnie kady si w tych miejscach). Na niegu pozostay lady krwi. A wic strzeliem celnie. Popieszyem jednym tropem. W odlegoci okoo stu metrw lea niewielki samiec, rzzi jeszcze, lecz niebawem znieruchomia. Poszedem drugim tropem. Moja wdrwka trwaa jednak do dugo. Dzik by tylko ranny i jak przypuszczaem, wcale nie mia zamiaru zdycha. Mimo to wci szedem za nim. Dopiero po godzinie znalazem go w gstych krzakach. Uradowaem si widzc, e i on te pad martwy. Poszedem do Sobolewskich, a pniej razem z dziadkiem do Tomasza Paducha. Zaprzgli konie i pojechalimy zabra zdobycz. Babcia Sobolewska ugotowaa mi szynk, ktr zabraem ze sob do lasu. Do Wiseek przyjechali znw policjanci po kontyngent i musiaem wia. Zima tego roku bya tga, siarczysta. W poowie lutego mrozy sigay trzydziestu kilku stopni. Caymi dniami paliem ognisko w lesie, ale niewiele to pomagao. Mrz i tak dobiera si czowiekowi do koci, parzy rce i nogi. Podczas gdy ogie ogrzewa jedn poow ciaa, druga w tym czasie marza. W kocioku, ktry otrzymaem na drog od Paduchw, gotowaem w rozpuszczonym niegu kawaki zmarznitego chleba, dorzucaem troch szynki. Zjadaem niemal ukrop, rozgrzewajc si w ten sposb.

O krok od mierci
Nadeszy ostatnie dni lutego. Przez kilka ostatnich nocy chodziem do Sobolewskich. Dawniej, siedzc dugimi tygodniami w swoim lenym legowisku, wci marzyem o ciepej izbie i o gorcej strawie - to by szczyt moich pragnie. Teraz miaem jedno i drugie, a moje przygnbienie roso. W ogle duo si we mnie zmienio. Nie odczuwaem ju takiego lku przed wrogiem, jak poprzednio, coraz bardziej nienawidziem swoich przeladowcw. Narastaa we mnie dzika dza odwetu, ch pomszczenia doznanych krzywd i upokorze. Moje ycie miao dla mnie sens tylko o tyle, o ile mogo si ono przyda w walce z wrogiem. Nie opuszczao mnie pragnienie czynu, podstpnego dziaania, denia do szkodzenia przeciwnikowi. Byy to jednak nadal tylko oderwane, nie uformowane jeszcze strzpy decyzji, ktra nabraa waciwych barw nieco pniej, lecz niezalenie od tego moje rozmylania czsto kryy wok tych spraw. Obecnie czuem si zbyt saby i wycieczony, by mc podj si czego konkretnego.

Tego popoudnia mrz by tak silny, e nie wytrzymaem do zmroku w lesie i poszedem do Sobolewskich wczeniej ni zwykle. Zjadem barszczu z kartoflami i nie wiedzc, co robi, pooyem si spa. Sen miaem ciki, peen widziade. Obudziem si przed samym witem niezbyt rzeki i skwaniay. Pchany jakim zym przeczuciem zamierzaem wrci do lasu, zanim si rozwidni. Lecz Sobolewska nie pozwolia mi odej o pustym odku. Czekajc na niadanie siedziaem przy kuchni i grzaem sobie bose nogi. Babcia smaya placki kartoflane, a Sobolewski zabra si od rana do rbania drzewa. Smaenie plackw wymagao jednak duszego czasu i zanim trafiy one na st, nasta ju zupeny dzie. Poykaem z zapaem pyszne, rumiane placki, popijajc je herbat z kwiatu lipowego z sacharyn i chwalc zdolnoci kulinarne gospodyni, gdy nagle wpad do kuchni przeraony dziadek Sobolewski woajc: - Panie Jzku, niech pan ucieka. Policja! Rzuciem si do drzwi. W odlegoci okoo stu metrw ujrzaem pi sa wyadowanych po brzegi uzbrojonymi ludmi. Jednym susem dopadem ka, porwaem pistolet, wsadziem bose nogi w kalosze i jak bomba wyleciaem na dwr. Biegem ciek w kierunku obory, potem skrciem, zmierzajc do widocznych niedaleko gstych krzeww. Ale oto pierwsza niespodzianka - kalosze spady mi z ng. Jak tu ucieka boso? Wrciem po nie, przy okazji rzuciem wzrokiem za siebie i zobaczyem, e policjanci biegn w moj stron. Pady pierwsze strzay. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Wobec zdecydowanej przewagi wroga nie miaem innego wyboru, jak tylko ucieka. Miaem ochot posa im seri pociskw z mego pistoletu, lecz nie chciaem na razie ujawnia swojej broni. Kada sekunda bya teraz niezwykle cenna. Musiaem zgubi swych przeladowcw. Nie wcigaem kaloszy na nogi, lecz wziem je pod pach. Sadziem wielkimi krokami po zmarznitej skorupie niegu. Najpierw skryj si w krzewach, ktre cign si ze sto metrw w stron lasu. Przedostan si na ich przeciwny skraj i stamtd dam nura do lasu. Moe w ten sposb uda mi si zmyli pocig - mylaem, sdzc e policjanci zatrzymaj si, otocz krzaki i bd mnie tam chcieli osaczy. Decydujc si na ten krok straciliby duo czasu, gdy musieliby zrobi kawa drogi dookoa. Wpadem w zwart mas dzikiej ry i tarniny. Tyle razy idc z lasu przechodziem obok tych krzeww i nigdy nie sdziem, e mog tworzy tak wielk przeszkod do pokonania. Ostre kolce weray mi si w ubranie, nie pozwalajc si szybko posuwa, rway materia na strzpy, kaleczyy bolenie rce i twarz. Syczaem z blu, lecz z caych si parem przed siebie. Z tyu syszaem przeklestwa moich przeladowcw, ktrzy w lad za mn wtargnli w przeszkod. Kiedy nareszcie gszcz si przerzedzi, byem bardzo zmordowany. Odetchnem par sekund, oceniajc sytuacj. Policjanci otaczali wysp krzeww z dwch stron i znajdowali si ju bardzo blisko mnie. Zerwaem si do dalszego biegu. Do skraju lasu byo jeszcze okoo kilometra. Faszyci walili chyba ze wszystkiej posiadanej broni, pociski syczay wok mnie niby rozjtrzone we. Sprbowaem znowu metody kluczenia, dziki ktrej powioda mi si poprzednia ucieczka.

Stopy miaem jak w ogniu; pod cienk warstw niegu, ktry spad noc, bya twarda, ostra skorupa. To ci pech, biec na bosaka w takich warunkach i podczas takiego mrozu! Obejrzaem si znowu: policjanci pdzili za mn, lecz stwierdziem, e przestrze dzielca nas nieco si zwikszya. To dodao mi otuchy. Niektrzy moi przeladowcy wzili si na sposb i mierzyli do mnie z kolana, poznaem, e s to Niemcy. Skakaem po niegowej pokrywie jak zajc. Najwaniejsza rzecz to nie da si wzi na cel. Las rs w moich oczach, ale czuem, e coraz bardziej opadam z si. Brakowao mi tchu i chwiaem si na nogach. Przed oczami skakay mi barwne paty. Czyby to mia by ju mj koniec? Reszt si dopadem pierwszych sosen, zwaliem si z ng i lec twarz do ziemi jczaem z bezsilnej wciekoci. Wiedziaem, e nie potrafi daleko uciec. Do tego potrzebne s siy. Policjantw byo ze dwudziestu, ja za tylko sam, bosy, poraniony, bez tchu. Bysna mi myl, by kropn sobie w gow, zanim tu przyjd. Ta myl na chwil przyniosa mi ulg: wydawao mi si, e jest to jedyny i najskuteczniejszy rodek na uwolnienie si od wszystkich dotychczasowych nieszcz. Podniosem si, odcignem powoli zamek pistoletu i oto usyszaem tu w pobliu gone krzyki moich wrogw. Byli z pidziesit metrw od lasu. Widziaem, jak szli zwart mas, by mnie wreszcie uj. Nagle ogarna mnie dza odwetu. Postanowiem, e zanim zabij siebie, wytocz z nich troch krwi. Poczuem niewysowion bogo na myl, e oto mam nareszcie szans zrewanowania si. Ukryem si za pniem sosny. cisnem kurczowo bro. Oparem luf o chropaw kor drzewa i zaczem szuka celu. Byo ich czterech. Na przodzie wysoki dryblas w wielkiej barankowej czapie. Trzyma w rkach karabin. Na pasie zawieszony pistolet. Za nim postpowali trzej inni. Wziem go na muszk. Rce mi dray z podniecenia, lecz pistolet przyparty mocno do drzewa ani drgn. Celowaem na wysoko pasa. Trr... Nie wierzyem wasnym oczom. Trzej policjanci jak podcici runli na ziemi, skowyczc z blu. Czwarty, zaskoczony tym niespodziewanym zdarzeniem, na moment zgupia i zerwa si do ucieczki. Posaem za nim par pociskw, lecz spudowaem. Policjant wreszcie opamita si i upad w nieg. Zobaczyem, e wszyscy moi przeladowcy zalegli na niegu i z tej pozycji otwieraj bezadny ogie. Wybraem dwch, lecych na otwartej przestrzeni, jeden obok drugiego, i puciem now seri. Znw jki, przeklestwa i rzucanie si po niegu. Krew coraz silniej pulsowaa mi w yach, a serce rozpieraa rado. Kilku policjantw nie wytrzymao nerwowo i zaczo si cofa do tyu, ale jaki niemiecki rozkaz zmusi ich do pozostania na miejscu. Czekaem jeszcze chwil, rozwaajc, co dalej czyni. Nie miaem ju zamiaru rezygnowa z dalszej ucieczki. Przekonaem si naocznie, e mj wrg jest tchrzliwy, zdolny jedynie do zabijania bezbronnych, i wiadomo tego dodaa mi si. Wybraem nowy obiekt do strzau i posaem seri. Momentalnie po tym wyczogaem si do tyu. Od pnia do pnia sunem wci w gb lasu. Faszyci widocznie nie zorientowali si jeszcze, e opuciem swoje stanowisko, gdy nie syszaem za sob pocigu. Poderwaem si i schylony pobiegem dalej. Nie uciekaem ju teraz jak sposzony zwierzak, w kieszeniach miaem ze trzydzieci naboi oprcz tych, ktre pozostay mi jeszcze w magazynku. W kadej chwili mogem powtrzy swj manewr.

Mino kilka minut i znowu doleciay do moich uszu odgosy pocigu. Paru odwaniejszych policjantw posuwao si moim tropem. Poczekaem, a podejd bliej, ukryty za pniem. Kropnem dwa razy po trzy pociski. Jeden z policjantw, jczc: Boh ty moj!, zwali si na ziemi. Odskoczyem ze dwiecie metrw. Korzystajc z chwilowej zwoki, obejrzaem swoje nogi. Bolay mnie straszliwie i pozostawiay na niegu krwawe lady. Prawdopodobnie oni sdzili, e zostaem ranny i byli pewni swego. Znw usyszaem odgosy cigajcych mnie. Szli ostronie, od drzewa do drzewa, kryjc si nieustannie. Ich sylwetki migay midzy sosnami. Nie strzelali ju. Widocznie bali si, by nie zdradzi swoich stanowisk. Gdzie z tyu znajdowali si Niemcy. Ich przeklte szwargotanie, podobne do szczekania psw, brzmiao gonym echem. Popdzali swoich sugusw, wystawiajc ich na niebezpieczestwo, sami za kryli si za ich plecami. A wic tacy byli prawdziwi Niemcy, ktrzy zwyciyli z nami w wojnie 1939 roku, a teraz poszli na wschd, w gb Zwizku Radzieckiego. Potwierdzio si moje spostrzeenie z kampanii wrzeniowej, e Niemcy s tylko wtedy silni, gdy dysponuj przytaczajc przewag w uzbrojeniu, gdy s pewni, e nic im nie grozi. W otwartej za walce wykazuj wielkie tchrzostwo. Znw oderwaem si od cigajcych, zmierzajc w najwiksze ostpy lene. Prbowaem kilkakrotnie zmienia kierunek swej trasy dla zmylenia ich, ale moje wysiki spezy na niczym; zostawiaem za sob wyrany lad, atwo widoczny z daleka. Ciekawio mnie, jak dugo bd mnie tropili. Upyno ju chyba ze trzy godziny, a pocig nie ustawa. Zamierzaem przej przez wielki wierkowy zagajnik, ktry czerni si z lewej strony. Znaem go doskonale, nieraz zakadaem w nim ptle na krliki; z rzadka tylko udaway mi si te sztuczki; krliki byy przebiege i chytre, atwo wszyy niebezpieczestwo i kryy si w swoich podziemnych norach. Modniak by rozlegy i atwo mona si byo w nim zgubi. Zniknem w jego gbinie jak kamie w wodzie. Szedem znanymi sobie tropami, zmieniajc bezustannie kierunek. Kiedy stwierdziem wreszcie, e pocig zosta daleko za mn, siadem na sprchniaym kawaku drzewa. Zdjem mundur i oderwaem z niego ca podszewk. Nie czuem ju blu w nogach, ale to dao mi do zrozumienia, e jest z nimi bardzo niedobrze. Musiaem je za wszelk cen zabezpieczy. Owinem praw nog kawakiem podszewki, robic z niej onuc, po czym wepchnem stop w kalosz, ktry na wszelki wypadek przewizaem silnie grubym paskiem materiau. Zabieraem si do opatrzenia drugiej stopy, gdy w niedalekiej odlegoci posyszaem trzaskanie amanych pod ciarem czyich ng gazi. A wic oni wci nie dawali za wygran i sunli moimi ladami. Poszedem dalej... Zagajnik ju si koczy. Zatrzymaem si i opatrzyem drug nog. Tymczasem prawa stopa zacza mnie okropnie pali, zaciskaem zby, eby nie jcze. Nie wolno mi byo odpoczywa, musiaem i wci dalej i dalej, jeli chciaem uratowa swe ycie. Siy mnie opuszczay, ale tamci pozostali daleko, wic mogem teraz i troch wolniej. Gdyby to bya noc, z atwoci umknbym przed nimi - mylaem. Ale do nadejcia nocy pozostao jeszcze sporo czasu, a ja padaem ju z wyczerpania. Nogi przy kadym stpniciu sprawiay mi straszliwy bl. Mimo mrozu pot oblewa mi plecy. Nagle gdzie przede mn rozlegy si huki wystrzaw. Stanem zdumiony. Czyby otoczyli mnie we wszystkich stron? Ale jak to si mogo sta? Nie miecio mi si to w gowie. Byem obeznany z terenem i przez cay czas ucieczki wodziem ich za nos.

Nawet gdyby moi przeladowcy okryli mnie, to i tak miaem jeszcze szans wymknicia si im. Pozostao ich, po odliczeniu tych, ktrzy oberwali ode mnie, okoo pitnastu ludzi. To byo o wiele za mao, by organizowa obaw w tak wielkim lesie. Na razie nie ruszaem si z miejsca, czekajc dalszych wypadkw. Zdawao mi si teraz, e wszystko dookoa ucicho; nawet najmniejszy szelest nie mci spokoju lasu, tym dziwniejsze wyday mi si strzay, ktre przed chwil tak wyranie syszaem. Czyby to tylko moja rozgorczkowana wyobrania? Nerwy moje byy obecnie napite do ostatecznoci, to fakt. Znikno gdzie opanowanie i spokj, ktre tak czsto przydaway mi si w rnych okolicznociach. Mimo to nie wierzyem, bym mg ulega jakim halucynacjom. Znaem siebie zbyt dobrze. Nagle z tyu co zaszelecio. Od razu zaczem ucieka. Zamierzaem oderwa si od nich na przyzwoit odlego, by pniej mc sobie odpocz. Umylnie wybieraem najwiksz gstwin, by utrudni im pocig. Ale gdy po kilkunastu minutach zwolniem troch tempo, z przeraeniem stwierdziem, e cigajcy mnie jest zupenie blisko, tu za moimi plecami. Skoczyem w lewo, pragnc cho na chwil wprowadzi go w bd i opni pocig. Uciekaem jeszcze ze trzysta metrw, po czym zatrzymaem si, szykujc si do ostatecznej walki. W pobliu rozlegy si jakie szmery. Odcignem zamek pistoletu i chciaem si wanie ukry za drzewem, gdy nagle jak grom z jasnego nieba zwali si na mnie olbrzymi owczarek alzacki. Pies potnym susem skoczy mi na piersi i tylko przypadek sprawi, e nie zwali mnie z ng. Uderzony niespodziewanie z przodu, odbiem si plecami o pie drzewa i przechylajc si z powrotem w przd oderwaem si na moment od psa. Ale i tak rozerwa mi mundur i poszarpa ciao. Wilczur zaszczeka i przysiad na apach, szykujc si do nowego skoku. Nie mogem zwleka. Podniosem pistolet i bez namysu strzeliem prosto w rozwarty pysk. Pies rzuci si w gr, zaskowycza i pad martwy. Popdziem naprzd. Po p godzinie zwolniem biegu, lecz niebawem stwierdziem, e pocig jest ju bardzo blisko. Koo mnie zagwizdao zowieszczo kilka pociskw, wic znw poderwaem si do ucieczki. Chocia spdziem w tym borze dugie tygodnie, nigdy nie zapuszczaem si a tak daleko w gb. Tych terenw nie znaem ju wcale, nic wic dziwnego, e moja ucieczka natrafiaa na coraz wiksze trudnoci. Zorientowaem si, e oni musieli mie ze sob jakiego przewodnika, bo inaczej ju dawno pogubiliby si w lesie, tracc mj trop. Mina znowu godzina, ju resztk si wgramoliem si na nasyp toru kolejowego, ktry bieg przez las ze wschodu na zachd. W odlegoci kilkuset metrw spostrzegem niewielki mostek kolejowy, w dole pyn wartki strumie. Rzeczka nie zamarza. Ld pokry j tylko przy brzegach. Prd wody musia by tu silny i gdzie w pobliu rda. Wiedziaem, e przeladowcy, cigajcy mnie tak zawzicie ju od tylu godzin, dlatego wci depcz mi po pitach, e zostawiam w lesie wiee lady. Na torze mj lad miesza si z innymi ladami, pozostawionymi przez ludzi, ktrzy tu ju byli przede mn. Ale jeli maj drugiego psa; to i tak wywszy mj trop - pomylaem. Z lasu szo echo pocigu: zbliali si do toru. Zawiesiem pistolet na szyi, przelazem za barierk mostku i skoczyem.

Ogarn mnie chd. Woda sigaa mi powyej pasa, dno byo liskie. Potykajc si, ruszyem popychany prdem wody. Pocztkowo nie odczuwaem nic oprcz usilnego pragnienia, by znale si jak najdalej od toru i zmyli lad. Ale po przejciu kilkudziesiciu metrw poczuem, e cae moje ciao zaczyna drtwie w lodowatej wodzie. Wyobraziem sobie, co si ze mn stanie, gdy sprbuj wyj na brzeg. Nie miaem si podnosi ng, lecz prd pcha mnie wci do przodu: poddawaem si mu bez oporu. Chwilami wydawao mi si, e pyn gdzie w obokach, porwany przez nieziemsk moc. Wystarczao unie nieco nog, by znale si kilka metrw dalej. Czuem si tak, jakby kto woy mi na nogi czarodziejskie buty. Przymknem oczy. Zimno mrozio mi krew i czuem, e serce ciska mi jaka elazna obrcz. Nie baem si jednak: czuem bogo i pustk. Zapomniaem ju o swoich przeladowcach, byo mi obojtne, czy widz mnie teraz, czy nie. Chciaem tylko pyn, wci dalej i dalej... Lecz to, co si stao za chwil, zmienio gruntownie moj sytuacj. Nagle uderzyem gow o co twardego, jednoczenie jaka sia udaremnia moje ruchy. Otworzyem powoli oczy i rozejrzaem si wkoo. Leaem na tafli lodowej. Z brzegu zwisay gazie olchy, jedna z nich zaczepia o pas mojego pistoletu. Poruszyem rkami z zamiarem przesunicia si bliej brzegu, ga wysuna si uwalniajc mnie. Nie wiem dlaczego, znw wrcia mi przeklta wiadomo: groza mierci i strach przed wrogiem. Nieszczciem czowieka jest jego wasna wiadomo, ktra kae mu walczy o ycie nawet wtedy, gdy wie, e nie jest ono ju nic warte. Drapaem pazurami ld, przesuwajc si nieznacznie do brzegu, pniej chwyciem si pnia olchy i siadem. Oddychaem ciko. Mokre ubranie sztywniao od mrozu, mimo to byo mi coraz cieplej. Odwrciem gow i popatrzyem w stron mostku: stali tam ludzie, moi wrogowie. Jeli mnie zobacz, nie bd nawet prbowa ruszy si z miejsca - pomylaem. Popatrzyem na swj pistolet. By pokryty warstw lodu. A gdyby mnie nawet nie wzili, to i tak zgin zamieniony w lodow bry. Kiedy po raz drugi spojrzaem na mostek, nie byo ju na nim nikogo. Siedziaem nadal oparty o drzewo. Czekaem, e przyjd i wezm mnie. Nadsuchiwaem, jak gdyby pragnc tego. Ale upyno kilkanacie minut i nikt nie zblia si w t stron. Pomylaem, e widocznie postanowili podej mnie znienacka, otoczy ze wszystkich stron. Zdawao mi si nawet, e widz, jak pezn powoli wrd jode. Ale kiedy po upywie pewnego czasu nic si nie zmienio, uwiadomiem sobie, e oni po prostu sobie poszli, zostawili mnie, abym zgin z zimna. Ta perspektywa wydaa mi si o wiele okropniejsza ni mier z rk ludzi. Zaczem woa, lecz nie mogem wydoby gosu. To, co miao by krzykiem, byo zaledwie szeptem. Chciaem odda kilka strzaw z peemu, ale w aden sposb nie mogem odcign zamka: moja bro zamarza. Z rozpaczy szarpaem wosy, ciepe, sone zy popyny mi po twarzy do kcikw ust. Pragnienie ycia opanowao mnie do ostatniej tkanki. Potn si woli targnem si do gry, lecz zaledwie stanem na nogach, runem na nieg.

Zaczem si tarza, wymachujc zaciekle nogami i rkami, ale zaraz opadem z si i ustaem. Poczuem, jak miliony ostrych szpilek kuj mi ciao. W mojej sytuacji jedynie nieustanny ruch dawa jeszcze jakie szanse zachowania ycia. Pomylaem o ogniu. Pamitaem, e w prawej kieszeni spodni byo pudeko z zapakami. Z trudem dostaem si tam i wydobyem gar oblodzonych zapaek. Nie nadaway si do uytku. Mylaem gorczkowo. Co kilka minut powtarzaem ruchy rk i ng i za kadym razem czuem ostre szpilki kujce moje ciao. W kocu ld na ubraniu skrusza i odpad, pozwalajc mi stan na nogach. Chwiaem si jak pijany, krcio mi si w gowie. Zrobiem kilka krokw i upadem. Gdy po jakim czasie znowu si podniosem, staem znacznie pewniej. Zaczem si posuwa prosto przed siebie, w stron jodowego lasu. Czepiajc si pni drzew, szedem od jednego do drugiego, czasem potykaem si i leciaem w d, ale zaraz podnosiem si i kontynuowaem drog. W gowie czuem straszliwy szum i bl. Wreszcie stao si to, co musiao niechybnie nastpi. Nogi, ktrych pocztkowo nie czuem wcale, teraz pod wpywem ruchu zaczy si rozgrzewa. Rany na okaleczonych stopach zapaliy si ogniem: runem na ziemi i zaczem jcze z blu, gryzc rce. Leaem kilkanacie minut, a nogi zmarzy z powrotem i bl usta, po czym ruszyem dalej. Powtarzao si to par razy. Wreszcie przyszed moment, e zabrako mi ju si, by utrzyma si w pozycji stojcej, i wtedy zaczem si czoga. Po kilku godzinach tej mczarni wypezem na odkryt przestrze. Uniosem gow, zobaczyem te wiateka: w odlegoci kilkuset metrw byo ludzkie osiedle. Te wiata obiecyway mi ycie... Ostatkiem si dowlokem si pod prg chaty. Skomlaem jak pies. Dalej nie wiedziaem ju nic. * Obudziem si pod wpywem blu w nogach. Rozejrzaem si wokoo i zobaczyem, e le w somie. Nie bya to izba, lecz piwnica pena kartofli i drzewa Na skrzynce staa lampa i w jej blasku zobaczyem postacie stojcych nade mn dwojga ludzi, kobiety i mczyzny. Nie pamitaem, skd si tutaj wziem i w pierwszym odruchu cofnem si z przeraeniem. Lecz zaraz opadem na posanie. - Le, Jzek, spokojnie! - powiedzia mczyzna. Nie od razu zrozumiaem wag tych sw. Leaem jaki czas z przymknitymi oczyma, usiujc zrozumie to, co mnie spotkao. Kiedy znowu otworzyem oczy, wiedziaem ju wszystko. Ludzie, do ktrych trafiem, byli moimi przyjacimi. Niewiadomie wrciem do Maniewicz i znalazem si w domu Franka Dudka, z ktrym pracowaem kiedy w fabryce parkietu. Mieszka on wraz z rodzin na kocu miasteczka, tu pod lasem. - Skd si tu wzie? - zapyta Franek. - Mwili, e zostae zabity... - Moe byoby lepiej, gdyby mnie wtedy zastrzelili - odparem mu z rezygnacj.

- Nie gadaj bzdur. Powiedz, co si stao z twoimi nogami? Rozpoczem swoj opowie. Z kolei ja dowiedziaem si, e ju dwa dni mino, jak przybyem do nich. Byem zmarznity na ko. Napoili mnie bimbrem, natarli alkoholem cae moje ciao, a nastpnie, po obmyciu ran naft, przenieli do piwnicy. Mieli mae dzieci i nie chcieli, by wiedziay, e w ich domu jest kto obcy. Przy kadym poruszeniu si nogi daway o sobie zna, kiedy leaem nieruchomy, bl ustpowa i sdziem, e niedugo bd mg wsta i pj sobie, by nie sprowadza na Dudkw nieszczcia. Nie wiedziaem jeszcze, jak le jest z moimi nogami. Ju drugiego dnia zacza mnie trawi gorczka: czuem, e nogi puchn mi a do kolan. Rany zaczy si paskudzi. Na nic nie zdaway si usilne zabiegi Dudkowej: zdejmowanie opatrunkw, obmywanie ran i zawijanie ich z powrotem. Cierpiaem w milczeniu. Dudkowa wspomniaa mi o tym, e w Maniewiczach rozniosa si plotka, i zostaem zabity w czasie ucieczki. Panie Warmiska, Piotrowska i nauczycielka Dbrowska, ich przyjacika, zamwiy w kociele msz wit za spokj mojej duszy. aowaem wic, e jeszcze mimo wszystko nie umarem. Dudek wrci z pracy pnym wieczorem. Zorientowaem si, e jest bardzo zdenerwowany. Spytaem go, co sycha w Maniewiczach. Milcza dugo, zanim si odezwa. - Niemcy zabili Sobolewskiego - powiedzia grobowym gosem. - Star skatowali, e ledwie dyszy, i aresztowali. Zabrali te z Wiseek czternastu modych chopcw. Szukaj ci po chutorach i wioskach. Paduch musia pj do lasu... Byem zdruzgotany. Musz std ucieka, natychmiast - pomylaem i porwaem si ze swego legowiska. Zasyczaem z blu, lecz jako utrzymaem si na swoich opuchnitych nogach. Dudek zastpi mi drog. - Le, wariacie. Jak pjdziesz? - popatrzy na mnie z litoci. Zapakaem i legem na somie. Naradzalimy si tej nocy, co ze mn pocz. O tym, bym sam uda si gdziekolwiek, nie mogem nawet marzy. Nie byem si w stanie porusza, na dworze czekaaby mnie mier. Lecz u Dudkw rwnie nie wolno mi byo duej pozosta. Sdziem, e bdzie najlepiej, jeli oddam si w rce policji. Gdziekolwiek poszedem, niosem ze sob mier i nieszczcie. Zwierzyem si Dudkom ze swoich myli, lecz oburzyli si na mnie. Franek wspomnia o pewnym gajowym, nazwiskiem Sowik, ktry mieszka 8 km na wschd od Maniewicz w niewielkiej osadzie Konisk otoczonej z trzech stron rozlegymi lasami. Nie wyobraaem sobie, w jaki sposb tam zajd. Dudek przemyla jednak rzecz w szczegach. Zdecydowa si odwie mnie osobicie do Sowika sankami. Staraem si wyperswadowa mu to w obawie o niego samego, lecz bezskutecznie. * Na dworze szalaa zamie. Wiatr ci mnie grudkami niegu po twarzy i rkach niby ostrym biczem. Trzs konarami drzew, zrzucajc na ziemi biae piguy, spaday gazie, trzeszczay pnie. Cay las jcza pod naporem wschodniego wiatru. Pocztkowo jechalimy len przesiek.

Leaem okutany szmatami na sankach i oddawaem si przernym mylom. Franek przystawa czsto i odpoczywa: byo mu ciko cign mnie na przeaj przez las. Sanki cigle zaczepiay o gazie i pnie, zelizgiway si w bok do rnych wykrotw. Par razy zsunem si na ziemi. Wwczas bra mnie pod ramiona i sadza z powrotem. Przeywaem piekielne mki, lecz zaciskaem zby, by nie rycze. Powicenie mego przyjaciela wydawao mi si tak ogromne, e nakazywao mi oszczdza mu dodatkowych trosk. Nad ranem wiatr usta, lecz nieg sypa bez przerwy. Pocieszyem si, e dziki temu nie pozostawilimy za sob ladu pozw i policjanci nigdy nie dowiedz si, gdzie tej nocy powdrowaem. * - To pan jest tym drukarzem z Maniewicz? - zdziwi si Kazimierz Sowik, przygldajc mi si z uwag. - Tak. - I pan yje? - Na nieszczcie tak... Sowikowie urzdzili mi lokum w stodole. Leaem zagrzebany w somie, gorczkujc bez przerwy. Rodzina Sowikw pielgnowaa mnie jak kogo najbliszego. ona Kazimierza, Irka, przyrzdzaa specjaln ma z wosku pszczelego, z ywicy wierkowej i masa, dodawaa nieco bimbru i tym smarowaa mi nogi. Maci tej uywano powszechnie w ogrodnictwie do szczepienia drzew owocowych. Za kadym razem po opatrunku odczuwaem chwilow ulg, lecz najprawdopodobniej ulegaem tylko zwykej sugestii, naprawd bowiem byo ze mn coraz gorzej. Rany jtrzyy si, wydajc przykr wo ropy, ble staway si coraz silniejsze. Irka i jej teciowa zachodziy w gow, w jaki sposb uly moim cierpieniom. Kiedy przyniosy specjaln zasypk zrobion z widaka; ta lena rolina w czerwcu wypuszczaa kremowe baki, pyek z baziek zbierany by przez tutejszych ludzi i uywany jako lekarstwo na gojenie ran. Po kilku opatrunkach stwierdziem, e rany zaczynaj nieco przysycha. Zdarzao si, e przebywajc w stodole syszaem, jak na podwrze zajeday podwody z Niemcami lub policj. Zatrzymywali si tu na popas koni. Sowik wyciga ze stodoy owies i siano, Niemcy tymczasem raczyli si w izbie. Po ich odjedzie zjawia si Kazik i opowiada mi w szczegach o wszystkim, co udao mu si podchwyci z rozmw Niemcw. Najczciej jechali oni rekwirowa produkty rolne od chopw albo likwidowa opornych. Codziennie na Woyniu giny dziesitki i setki ludzi, mordowanych w ohydny sposb. Dwa tygodnie przeleaem w stodole Sowikw. Rany zasklepiy si troch i mogem ju porusza nogami, lecz o chodzeniu wci jeszcze nie byo mowy. W owym czasie mrz zela troch i wsplnie z Kazikiem postanowilimy, e przenios si na jaki czas do lasu. Istniao podejrzenie, e policja wykrya moje miejsce pobytu u Sowikw. Kazik sysza, i do ssiadw przychodzi potajemnie policjant, wypytujc si o mnie. Korzystajc z nocnej zawiei Sowik zaprzg konia do sa i wywiz mnie w gb lasu, w najbardziej dzikie ostpy, znane dobrze jedynie jemu samemu. By gajowym i doskonale orientowa si w swoim krlestwie.

Moja kryjwka miecia si w szaasie zrobionym przez Kazika z gazi i chrustu. Wewntrz wyoona bya mchem, limi i som, a na wierzchu leaa mikka pierzyna. W pobliu szaasu kupa drzewa na ogie. Byem zaenowany jego troskliwoci o mnie. Nie baem si ju, e zamarzn w lesie. Otrzymaem dwa bochny chleba, duy kawa soniny, cebul, licie tytoniu, troch soli, krzesiwo, duy, ostry n i kocioek. Zostaem sam. Nogi goiy mi si bardzo wolno. Wyciem noem dwa mode dbczaki i zrobiem sobie kule, na ktrych w cigu dnia poruszaem si lamazarnie w pobliu szaasu. Paliem ognisko i grzaem si przy nim caymi godzinami. Smayem na ronie sonin, gotowaem w niegowej wodzie chleb z cebul i tym si poywiaem. Tak min pierwszy tydzie. Nocami wsuchiwaem si w cisz, oczekujc przybycia Kazika. Obieca, e niedugo odwiedzi mnie i uzupeni moje zapasy. Jedzenie prdko topniao. Zosta mi ju tylko kawaek chleba i kilka cebul. T reszt jedzenia podzieliem na trzy czci, postanawiajc spoywa posiek raz dziennie. Wkrtce pozostaa mi ju ostatnia porcja, ale mimo godu nie odwayem si jej zje w caoci. Nocami, czekajc na Kazika, obserwowaem ycie lenych zwierzt. Miaem ju tak wyostrzony such i wzrok, e owiem kady, najdelikatniejszy nawet, szelest lub cie. Rozpoznawaem z atwoci sylwetk skaczcego po niegu zajca lub krlika, syszaem stpajcego lisa lub sarn. Lene zwierzta odkryy wida moj bezradno, bo na mj widok nie czmychay w popochu. yy tu przy moim szaasie, podchodzc nieraz niemal do samego ogniska. Znaem ciek, ktr co noc przechodzia para dzikw - odyniec i maciora. Dziki szy do kpy dbw, znajdujcej si o kilkaset metrw od szaasu, i tam ryy tward ziemi, wygrzebujc odzie. Syszaem wtedy ich aroczne mlaskania i pochrzkiwania. W szaasie miaem ukryty pistolet, ktry jeszcze u Sowikw naoliwiem i doprowadziem do porzdku. W ostatecznoci mogem zaczai si w dbach i ubi dzika, zdobywajc w ten sposb cenne poywienie. Nie chciaem jednak robi huku w lesie, mogo si to dla mnie le skoczy. Nie byem przecie w stanie ucieka przed pocigiem. Nie orientowaem si te kompletnie, co znajduje si w odlegoci p kilometra od mojego szaasu. Sowik nadal nie wraca i zaczem si ju powanie niepokoi, e mogo si im co zego przytrafi z mojego powodu. Wyobraziem sobie, e policjanci wtargnli do nich i nie znalazszy mnie zabrali ca rodzin. Cierpiaem wic nie tylko z godu, lecz rwnie moralnie, czujc si winnym ich niedoli. Ostatnie dwie noce spdziem bezsennie, wyobraajc sobie najgorsze rzeczy. Raz widziaem, jak rozwcieczeni pijani Niemcy i policjanci wywlekaj z domu ca rodzin Sowikw i ustawiwszy ich pod stodo strzelaj do nich. To znw wyobraaem sobie, e wzili Kazika i zadajc mu straszliwe tortury daj, by wyda moj kryjwk. Kazik nie zdradzi mojego miejsca pobytu i zosta przez nich zakatowany na mier. Pniej w ten sam sposb faszyci zncali si nad jego on, ojcem i matk. Przychodziy chwile, e zamierzaem opuci szaas i uda si do najbliszego posterunku policji. Nie uczyniem tego chyba tylko dlatego, e niedaleko bym zaszed na swoich chorych nogach. Nie pozostaa mi ju ani okruszyna chleba, gryzem wic cebul i popijaem wod. Wiedziaem, e jeli nie zdobd poywienia w cigu najbliszej doby, opadn zupenie z si i umr w tym lesie.

Nie jadem ju nic trzy doby. Byo znw bardzo mrono i w cigu dnia zrobiem sobie wikszy zapas drzewa. O zmroku wziem pistolet i poszedem do dbw. Siadem za grubym pniem, zwrcony twarz w kierunku, skd zwierzta wychodziy na er. Dokuczao mi dotkliwie zimno, lecz nie opuszczaem swego stanowiska. Sypa drobny nieg. Dopiero przed sam pnoc usyszaem dobrze mi znane charakterystyczne odgosy zbliajcych si dzikw. Zwierzta suny prosto na mnie, ale w pewnej chwili zatrzymay si nagle bojaliwie, wszc niebezpieczestwo. Wstrzymaem dech, ledzc kady ich ruch. Stay za daleko, bym z ca pewnoci mg odda celny strza. Wahaem si jaki czas i to wystarczyo, by sposzone czmychny z kwikiem w gszcze. Nie byo adnej nadziei, e tej nocy zechc znw powrci w to miejsce. Wracajc zgnbiony do szaasu zowiem uchem jaki dziwny saby chrzst niepodobny do adnych lenych odgosw i od razu zadraem z radosnego podniecenia. Poznaem kroki czowieka, niosce si od pnocy, skd spodziewaem si Kazika. A wic byem uratowany, i im take si nic nie stao - pomylaem z radoci. Pokutykaem na kulach naprzeciw niemu. Powitaem Kazika jak zbawc, caujc go w oba policzki. Przynis mi troch ywnoci, tote z miejsca dorwaem si do jedzenia, suchajc pilnie wieci ze wiata. Wyjanio si, dlaczego a dwa tygodnie nie odwiedza mnie w moim lenym legowisku: u Sowikw kwaterowali przez dziesi dni Niemcy i policja. Nie mg si wic oddala do lasu, by nie wzbudza adnych podejrze, nikt natomiast z rodziny, oprcz niego, nie wiedzia, w ktrym miejscu przebywam. Kazik martwi si moim losem i czeka tylko, a faszyci opuszcz zagrod, by niezwocznie popieszy mi z pomoc. Najbardziej ze wszystkiego uradowaa mnie wiadomo, e Paduch chce si ze mn zobaczy. Pragnem tego spotkania i zwierzyem si z tego Kazikowi. - Rzeczywicie byoby ci z nim raniej, to dobry czowiek - powiedzia. Sdziem, e moe zechce zaofiarowa si i dopomc mi w jego odnalezieniu, ale Kazik nie wspomnia nic wicej na ten temat, wic umilkem. Jaki czas way co w mylach. - Musisz opuci szaas - rzek wreszcie, zapalajc papierosa. - Wydaje mi si, e nadciga fala mrozw i moesz nie wytrzyma w lesie. Trzeba by ci ulokowa w jakim domu. Poddaem si bez oporu jego woli. Kazik zaproponowa, e zaprowadzi mnie do znajomego, ktry mieszka o kilka kilometrw std. Zwinem manatki i niebawem wyruszylimy w drog.

Tchnienie nowego ycia


Przeceniem jednak swoje moliwoci. Zdawao mi si, e moje nogi wyzdrowiay ju na tyle, e bd mg bez trudu pokonywa wiksze przestrzenie. Tymczasem wystarczy kilkukilometrowy marsz, by zasklepione rany popkay i znowu zaczy krwawi. Podgrscy zajli si mn bardzo troskliwie; natychmiast zrobiono mi opatrunki z lnianych szmat zmoczonych olejem.

Nazajutrz Janek Podgrski, obejrzawszy moje nogi, powiedzia: - Tu potrzebny jest lekarz albo przynajmniej felczer. - Skd go wzi? - spytaem, nie widzc adnych moliwoci sprowadzenia lekarza. Janek zmarszczy czoo. - Znam w Maniewiczach jednego felczera. Nazywa si Lipko. To mj dobry znajomy. Poprosz go, moe przyjdzie albo da jakie lekarstwo. - Ja go rwnie znam. - Przypomniaem sobie, e kilka razy rozmawiaem z nim w sprawie leczenia Kuakowskiej. - To niezy pomys - cignem dalej. - Jeli zechciaby si pan naraa dla mnie, to mog napisa do niego par sw. Podgrskiemu odpowiadaa moja propozycja. Wrczy mi papier i atrament. Napisaem krtko: Drogi panie Lipko. Potrzebuj paskiej pomocy. Prosz mi nie odmawia. Bd panu bardzo wdziczny. Niepokoiem si okropnie, oczekujc powrotu Podgrskiego. Przyszed dopiero pnym wieczorem; by zdenerwowany i wcieky. Powiedzia, e musz zaraz ucieka. Niebawem wyszlimy razem z domu i skierowalimy si w stron lasu. Wtedy opowiedzia mi tak oto histori: Lipko by w domu sam, wic Janek miao przedstawi mu ca spraw. - Ten czowiek tak duo przey. A al patrze, jak si mczy. Trzeba mu dopomc. Wyleczy si i pjdzie sobie - powiedzia w kocu. Lipko przypatrywa mu si z napiciem. - Czy ty czasami nie upad na gow? Przechowujesz bandyt i jeszcze mnie chcesz w to wplta. adna historia, nie ma co. Mam nadstawia swoj gow za jakiego tam wczykija, zabijak, zbrodniarza. Syszaem, e pomordowa kilku policjantw, gdy go chcieli aresztowa. Zawini - niech odpowiada... Chod zaraz do Niemcw... - Czowieku, zastanw si, co mwisz - przerwa mu Janek. - Do Niemcw? Zdradzi swojego, Polaka? To by byo najwiksze ajdactwo. - Sam sobie winien. Nie wolno si sprzeciwia wadzy, jakakolwiek by ona bya. - Odda czowieka na mier? Nigdy! - Pjdziesz razem ze mn. - Nie pjd, i ty te tam nie pjdziesz - rzek Janek - Pjd! - A wic bdziesz najwikszym otrem. - Speni tylko swj obowizek. Oszczdz wielu niewinnych. - Na mio bosk, zlituj si chocia nade mn i moj rodzin - wyszepta z prob w gosie Podgrski. - Chod ze mn. Powiesz, gdzie jest, i nic ci nie bdzie!

- Nie zrobi tego! W tym momencie skrzypny drzwi i do mieszkania wszed kolega Podgrskiego, Zygmunt Lasota. Lipko si zmiesza. Zna Lasot do dobrze. Czsto spotykali si i grali w karty. Zygmunt dostrzeg wzburzenie na ich twarzach i spyta: - Co si tu dzieje? Wygldacie, jakbycie za chwil mieli si rzuci jeden na drugiego. Mw, Janek, co si stao? Podgrski waha si jaki czas, wiedzia jednak, e Zygmunt by moim dobrym przyjacielem, i postanowi wyjani wszystko. Pokaza mj list do Lipki i doda: - Prosiem go, eby mu pomg, a on chce go wyda. Lasota a otworzy usta ze zdumienia. Patrzy na Lipk bez zmruenia powiek i nagle zacz zblia si do niego z zacinitymi piciami. - Ty przeklte nasienie! Chcesz si wysugiwa Szwabom? Sprzedawa swoich? Moe ju nawet masz kogo na sumieniu, co? Jeli piniesz cho jedno sowo, zdechniesz razem z rodzin. Rozumiesz? - Zygmunt, daj spokj - wyszepta popiesznie wylkniony i blady Lipko, cofajc si do tyu. - Nie mylaem go wydawa... Chciaem tylko... nie miesza si w te sprawy... Co mnie to obchodzi... - Przysignij tu zaraz, e bdziesz milcza. - Zygmunt, po co to potrzebne? Powiedziaem, e mnie to nie obchodzi i nic nie powiem. - Przysignij. Na Boga! - Lasota wiedzia, e Lipko jest bardzo religijny. Podgrski wyszed na korytarz, a Lasota kaza Lipce uklkn i powtarza za sob sowa przysigi. Gdy ceremonia ten si skoczy, Lasota kaza Podgrskiemu wrci do domu. Pniej dogoni go jeszcze i doradzi mu, bym na wszelki wypadek poszed do lasu. * Nigdy bym nie przypuszcza, e Lipko jest a takim szubrawcem. Piszc do niego kartk nie miaem najmniejszych wtpliwoci, e przyjdzie mi z pomoc. To bya jeszcze jedna ofiara otumaniona przez niemieck propagand. Ostatnimi czasy Niemcy zdoali zaszczepi w duszach niektrych sabych ludzi przekonanie o swej niezwycionoci. Wielu wtpliwej wartoci Polakw i Ukraicw na Woyniu poszo na lep niemieckiej propagandy. Byli oni znacznie niebezpieczniejsi i gorsi ni sami Niemcy, gdy znali miejscowe stosunki oraz pogldy ludzi. Za ich zdradzieckimi podszeptami okupant terroryzowa bezbronn ludno, dopuszcza si gwatw i rabunkw. Dniem i noc nie milky strzay: mordowano setki ludzi, pony poary. Niemcy zagarniali dobytek i palili zagrody, a nawet puszczali z dymem cae wsie. Powrciem do swego szaasu w lesie. Co kilka nocy odwiedzali mnie Podgrski i Sowik, przynoszc poywienie. Teraz byo ju znacznie cieplej. Chocia w kocu marca nieg wci jeszcze lea na polach i w lesie, w powietrzu czu ju byo zbliajc si wiosn. Nogi szybko mi si goiy. W pierwszych dniach kwietnia Kazik Sowik sprawi mi mi niespodziank, przyprowadzajc ze sob Paducha. Przywitaem go serdecznie. Stwierdziem, e Tomasz zmieni si w tym czasie bardzo. Wyszczupla, twarz mu si zapada, oczy szkliy si chorobliwie. Wyglda o wiele starzej ni dawniej. Siedlimy przy ognisku i Tomasz opowiedzia mi o wypadkach w Wisekach. Niektre fakty znaem ju od Dudka, teraz dowiedziaem si szczegw.

Po mojej ucieczce policjanci wraz z Niemcami zamordowali Sobolewskiego, skatowali jego on i wnuki, po czym spalili dom i zagrod. Pniej zabrali z kolonii czternastu modych ludzi, wrd nich Wacka Dbrowskiego. Widziano, e policjanci poszli na narad do domu Panasiw, a potem skierowali si wprost do zagrody Tomasza, lecz nie zastali go w domu. (Tomasz na pierwsze odgosy strzaw wybieg z mieszkania, a spostrzegszy Niemcw i policj w pobliu Sobolewskich, zorientowa si, e jest to pocig za mn. Nie czekajc wic na dalsze wypadki, skry si w lesie). Skatowali wic dziadka, on i crk Tomasza, po czym wpadli do domu jego zicia i zamordowali go na podwrzu. Tomasz zna morderc zicia i obiecywa mu zemst. Od tamtego czasu Tomasz bka si po lesie, nie mogc zazna spokoju. Trapi si szczeglnie losem Heka, ktry ju w najbliszych dniach mia opuci szpital. Podobno rana ju mu si zagoia i zaczyna chodzi. Kazik Sowik, ktry z uwag przysuchiwa si opowiadaniu Tomasza, wtrci nagle: - Trzeba go zabra ze szpitala. - Jak to zabra? Przecie pilnuje go policja. Dzie i noc kto siedzi przy drzwiach - rzek Tomasz. - Sam przecie widziaem, kiedy jeszcze mogem do niego zachodzi. Sowik umiechn si i popatrzy na mnie zagadkowo. - To wolicie odda go Niemcom? - spyta. - Mj ty Boe... Co te za gupstwa pleciesz! Ja chciabym swego jedynego syna odda Niemcom na mier, na pohabienie? - Tomasz rozsierdzi si na Kazika. - Tobie dobrze tak gada. W domu wszyscy zdrowi, ywi. Nikt si ciebie nie czepia. Moesz spokojnie przey wojn. - Ja wcale nie artuj - kontynuowa Sowik. - Myl, e razem z Jzkiem moecie go zabra ze szpitala. Jzek ma bro. Wystarczy podej noc i po cichu sterroryzowa policjanta. Tomasz, jakby mu spad z serca wielki kamie, umiechn si i popatrzy mi w oczy. Wiedziaem, e czeka, bym powiedzia, co o tym myl. - Ja chtnie pjd. Moemy sprbowa. Zacignem u was dug, ktry mgbym teraz spaci owiadczyem, deklarujc swoj gotowo wzicia udziau w uwolnieniu Heka. Tomasz ucisn mi mocno rk. Jeszcze tej nocy udalimy si do Maniewicz. Kazik wrci do domu. Szpital sta na skraju miasteczka, w pobliu lasu. By to niewielki budynek, posiadajcy zaledwie osiem izb dla chorych. Zamierzalimy, po porwaniu Heka, pj na pnoc w kierunku Koniska, a pniej skrci do szaasu. Byo ju dobrze po pnocy, gdy zaszlimy na miejsce. W budynku szpitalnym byo ciemno. Tylko w jednym pokoju pona nocna lampa. Przez okno zobaczylimy lec na kozetce siostr dyurn. Bezszelestnie podsunlimy si do drzwi. Delikatnie, by nie robi haasu, ujem rk za klamk, ale drzwi byy zamknite od wewntrz. Stalimy chwil naradzajc si szeptem, jak dosta si do rodka. Chciaem zastuka do okna i poprosi siostr, by otworzya. Powiedziabym jej, e jestemy z ciko chorym, lecz Tomasz sprzeciwi si tej propozycji. Twierdzi, e w ten sposb podnielibymy wszystkich na nogi, a przecie warunkiem powodzenia naszego przedsiwzicia byo zachowanie ciszy.

- Zosta tu. Zaraz wrc - rzek Tomasz i obszed budynek z przeciwnej strony. Wrci po upywie minuty. - Chod! Mamy przejcie - szepn, cignc mnie za rkaw. Poszedem za nim. - Tu jest otwarte okno od ustpu. Czujesz, jak zalatuje? - spyta pszeptem. - Zgadza si. Tylko troch za wysoko i zdaje mi si, e otwr w okienku za may... - Musimy co obmyli. Na podwrzu znalelimy wielki pie do rbania drzewa, przytaszczylimy go pod okienko. Gdy stanem na nim, czarny otwr okna znalaz si na wysokoci moich piersi. Wrczyem Tomaszowi pistolet i sprbowaem przecisn si do rodka. Jaki czas gramoliem si w wskim przejciu. Tomasz niepokoi si, bym nie narobi zbytniego haasu, i kilka razy cign mnie z powrotem za nogi. Widocznie chcia sam sprbowa przej pierwszy; by ode mnie znacznie szczuplejszy i by moe atwiej by mu si to udao, lecz ja wcale nie mylaem ustpi. Byem przecie duo modszy od niego i uwaaem, e do mnie naley najwaniejsza cz roboty. (Znacznie pniej przekonaem si, e Tomasz mimo swoich 54 lat w wielu wypadkach sprytem i si przewysza modych.) W kocu przecisnem si jako. Tomasz poda mi pistolet, otworzyem szerzej okno i niedugo bylimy ju wewntrz. Paduch zna troch rozmieszczenie szpitala i wiedzia, w ktrym pokoju ley Heniek. Z tego te powodu jemu przypada teraz rola przewodnika. Drzwi od ubikacji skrzypny lekko i musielimy przeczeka chwil, nasuchujc, czy nie obudzilimy kogo. Szpital zdawa si jednak by upiony, gdy nie dobieg nas najmniejszy nawet szelest. Jeszcze przed wtargniciem do rodka umwilimy si, e najpierw udamy si do pokoju siostry dyurnej i po sterroryzowaniu jej zadamy wydania ubrania Hekowi, po czym zaatwimy si po cichu z policjantem. Sunlimy cicho jak koty po ciemnym korytarzu; nagle pod moimi nogami zatrzeszczay zbutwiae deski podogi. Na moment zamarlimy. W gbi kto poruszy si, lecz niebawem usyszaem gone chrapanie. Gdzie na rodku korytarza padaa z izby smuga wiata: tam spaa siostra dyurna. Czas duy si niemiosiernie. Syszelimy bicie naszych serc. Nogi stawialimy powoli, delikatnie, ale zanim dobrnlimy do dyurki, Tomasz stpn na desk, ktra wydaa taki gony trzask, e byem przekonany, i obudziby nawet najmniej czujnego czowieka. Znowu zatrzymalimy si na moment. Waciwie nie musielimy si ju tak bardzo ba. Z chwil przedostania si do wewntrz, nasza sprawa bya wygrana. Nawet gdyby zbudzony policjant chcia nam stawi jaki opr, posiadalimy nad nim przewag. Dysponowalimy pistoletem maszynowym, on za mia tylko karabin, jak twierdzi Tomasz, ktry by tu ju kilka razy. Na szczcie wszystko szo jak najlepiej. Byo cicho i tylko chrapanie na korytarzu rozlegao si coraz goniej. Tomasz przysun twarz do mojego ucha: - To policjant! - szepn. - pi jak urnity. Kilka sekund pnej wsunlimy si do dyurki. Na kozetce leaa moda dziewczyna w biaym fartuchu. Na stole sta telefon i walay si jakie papiery. Wyjem n i odciem sznur telefonu.

Nastpnie wziem owek i napisaem na czystej kartce papieru: Prosz si nie ba, nie zrobimy pani nic zego. Wemie pani klucz do magazynu i przyniesie ubranie Henryka Paducha. Radzimy zachowa spokj. Obudziem dziewczyn i podsunem jej przed oczy kartk. Przeczytaa i zblada, lecz nie okazywaa adnego strachu, po chwili skina gow na znak, e zrozumiaa wszystko, i umiechna si do mnie. Teraz przypomniaem sobie, e widziaem j nieraz u Adeli Kuakowskiej. A wic tym lepiej. Wzia klucze i razem z nami wysza na korytarz. Policjant siedzia na stoku i rozwarszy szeroko usta chrapa. Karabin sta oparty o framug drzwi. Tomasz wzi bro do rki, a ja zaczem askota policjanta po nosie; machn rk, jakby ogania si od much, lecz jeszcze mocniej chrapa. Wreszcie udao mi si go dobudzi; zerwa si na nogi i sign rk w miejsce, gdzie staa poprzednio jego bro. - Spokojnie. Nie denerwuj si - powiedziaem pszeptem. - Rce do gry! Tomasz przeszuka jego kieszenie. Znalaz kilkanacie naboi do kabeka. Policjant trzs si jak trzcina. Oczy ze strachu wyaziy mu z orbit. Tomasz cign mu pasek od spodni i zwiza rce do tyu. Nastpnie wyj z kieszeni kawaek grubego sznura i obaliwszy policjanta na ziemi skrpowa mu silnie nogi. W usta wepchn mu kawa bandaa, przyniesionego z dyurki. Przewrcilimy go twarz do podogi i dopiero teraz weszlimy do pokoju, gdzie by Heniek. W tej samej izbie lea jeszcze jeden pacjent. Zapalilimy wiato. Heniek oniemia ze zdziwienia, ujrzawszy nas stojcych z broni na rodku sali. Popatrzy na mnie w zdumieniu. Widzielimy si po raz pierwszy w yciu. Nie wiedzia wic, kim jestem i co mnie tu przynioso. - Wstawaj - rzek szybko Paduch. - przyszlimy ci uwolni. Teraz o nic nie pytaj. Heniek prdko wyskoczy z ka. Na ku pod oknem siedzia drugi pacjent. Szybko poj, w czym rzecz, i umiechn si z zadowoleniem. Tymczasem siostra przyniosa ubranie i Heniek zacz si popiesznie ubiera. Policjanta przenielimy do ka Heka. Korzystajc z wolnego czasu wrciem do dyurki i napisaem kartk. Zabralimy Henryka Paducha. Zawdziczamy to czujnoci waszego policjanta, ktremu naley si od was specjalna nagroda. Niedugo damy o sobie zna. Partyzanci. Kartk umieciem w grnej kieszeni munduru policjanta, tak eby bya widoczna, po czym otworzylimy drzwi frontowe i opucilimy szpital. Nie uszlimy nawet dziesiciu krokw, gdy wypada za nami siostra. - Prosz mnie zwiza! Prosz mnie te zwiza! Oni mnie zabij... Wrciem, zwizaem siostr bandaami i zakneblowaem jej usta. * Po pnocy bylimy ju w moim lenym obozowisku. Paduchowie opowiadali sobie swoje przeycia. Pakali obaj nad losem swojej rodziny i przysigali, e pomszcz sw krzywd. Przysuchiwaem si tej scenie, rozpalajc ogie i przygotowujc gorc herbat.

Obudzilimy si do pno. Zrobiem skromne niadanie, zoone z gotowanego misa, chleba i herbaty. Po niadaniu zapalilimy papierosy. (Miaem troch lici tytoniowych, ktre dostaem od Sowika.) Spytaem Paduchw, co zamierzaj teraz robi. Tomasz milcza dugo, wreszcie popatrzy mi uwanie w oczy i rzek: - Bdziemy si mcili. - Czy tylko to? - spytaem. - Bdziemy si bili z wrogiem - doda Heniek. - Przysigam, e nie spoczn, a ostatni faszysta nie zniknie z naszej ziemi - uzupeni uroczycie Tomasz. - A wic jestem z wami! - owiadczyem. To by jeden z najwspanialszych dni w moim yciu. Po tak wielu cierpieniach i cigych niepowodzeniach znalazem wreszcie oparcie i konkretny cel. Bd walczy z wrogiem. Dniem i noc, o kadej porze, bezwzgldnie, a do zwycistwa albo mierci - powiedziaem sobie zdecydowanie. Czuem rado na myl o tym, e ju wkrtce zaczn dziaa, szkodzi wrogowi, napada na niego niespodziewanie, zabija, wznieca popoch i przeraenie. Nie byem ju teraz sam jeden, cigany i przeladowany przez wroga. Miaem przyjaci, ktrzy myleli podobnie jak ja. Posiadalimy jeden pistolet maszynowy i karabin. Najwaniejsz rzecz byo teraz zdobycie broni dla Heka. Zreszt zdawaem sobie spraw z tego, e chcc prowadzi jakiekolwiek akcje zbrojne przeciwko Niemcom musimy zaopatrzy si nie tylko w bro i amunicj, lecz rwnie zdoby granaty i materiay wybuchowe. * Niedaleko od naszej kryjwki w Konisku mieszkaa liczna rodzina Polakw, ktrych niedawno poznaem dziki Sowikowi. Nazywali si Surmowie. Ludzie ci odznaczali si wielkim patriotyzmem. Stary Surma by powstacem z 1863 roku, za co ukazem carskim zosta zesany na Sybir. Tam oeni si i wychowa a piciu synw. Po odzyskaniu niepodlegoci Surma wrci w 1922 roku do Polski. Rzd sanacyjny w dowd wielkich zasug da mu w Konisku a 83 ha ziemi. Rado Surmw z tak wielkiego podarku trwaa jednak tylko tak dugo, dopki nie przybyli na miejsce i nie przekonali si naocznie, jak warto przedstawiay owe 83 ha ziemi. Bya to jedna wielka pustynia, na ktrej nie roso nic oprcz szarego mchu, zwanego popularnie chrobotkiem. Pierwsze prby obsiania piachu spezy na niczym. yto roso kpami na wysoko okcia. Stary Surma podzieli ziemi midzy synw, ale mimo wielkich wysikw nie zdoali oni nic z niej wydoby. Rodzia skpo, ledwie utrzymujc ich przy yciu. Przeklinali wic t chwil, kiedy zdecydowali si wrci z dalekiej Syberii, gdzie yli znacznie lepiej ni tu. Odwiedzajc niekiedy Surmw, poznaem ich bliej i przekonaem si, e s dzielnymi ludmi. Ich pogldy znacznie odbiegay od tych pogldw, jakich yczyy sobie od ludzi nasze wadze przedwrzeniowe. Surmowie chcieli Polski wolnej od ucisku i wyzysku. Nic wic dziwnego, e szybko znalelimy wsplny jzyk. Franek Surma - najstarszy z synw powstaca - mia ju blisko 60 lat. Jego ona bya Rosjank. On to podczas jednej z rozmw wyjawi mi, e ma ukryt bro i granaty. Teraz mylc o uzbrojeniu Heka Paducha przypomniaem sobie tamt rozmow i postanowiem si zwrci do Franka o pomoc.

...Ju trzy dni bylimy na kwaterze u Surmw. Dowiedziaem si od Franka Surmy wieych, bardzo pocieszajcych wiadomoci z frontu. Armia Czerwona odpara Niemcw 200 kilometrw na zachd od Moskwy. Leningrad nadal stawia wrogowi zacity opr. Pod Rostowem rwnie trwaa walka. Niemcy ponosili olbrzymie straty, a Armia Czerwona nie tylko ju si nie cofaa, lecz miejscami przechodzia do ofensywy. Mimo e przytaczaa nas konkretna rzeczywisto, w jakiej tkwilimy tutaj, o tysic kilometrw od linii frontu, to wiadomoci te nie tylko dodaway nam otuchy, lecz rwnie zagrzeway do czynu. Lec noc w stodole Surmw rozmylaem nad tym, od czego zacz nasz walk z wrogiem.

Cz druga
Leni mciciele
Siedziaem przy ogniu i piem gorc herbat z kwiatu lipowego. Tomasz i Heniek palili papierosy i patrzyli w arzce si wgle. Byli pospni, zamyleni. Co ich drczyo, wiedziaem o tym dobrze. Od samego pocztku popadli w jakie chorobliwe milczenie. Odzywali si pgbkiem, mieli zacite twarze. Obserwujc ich nocami spostrzegem, e czsto do samego rana nie mogli zasn. Zostalimy na razie w lesie, gdy zarwno Heniek, jak i ja sam nie moglimy swobodnie i szybko porusza si w terenie. Nasze schorowane nogi wymagay jeszcze co najmniej tygodniowego wypoczynku. Paduchowie wybrali mnie na dowdc naszej maej grupy. Postanowilimy, e za tydzie zaczniemy dziaalno. Bylimy ju zaopatrzeni w bro i granaty, otrzymane od Surmw. Pierwsze akcje miay polega na wykonaniu kilku wyrokw mierci na zdrajcach. Nie ustalilimy jeszcze szczegw akcji ani listy wrogw, ktrych naleao bezwzgldnie zlikwidowa, te sprawy mielimy ustali w przeddzie zamierzonej akcji, ale ja wiedziaem doskonale, o kim myleli obydwaj Paduchowie, co ich tak drczyo dniem i noc. Pragnli zemci si na Iwanie Sajduku, ktry zamordowa zicia Tomasza, i na Panasiwnie, ktr uwaali za sprawczyni wikszoci swoich nieszcz. Nie mogem pochopnie popiera ich propozycji zlikwidowania Sajduka i Panasiwny, gdy w gruncie rzeczy nie byem pewien, czy ich sdy s prawdziwe, czy te oparte tylko na jakich lunych podejrzeniach, wynikajcych z osobistych ssiedzkich zatargw. Nie chciaem popenia bdw ju na pocztku, gdy zdawaem sobie spraw z tego, e ich skutki odbiyby si na caej mojej pniejszej dziaalnoci. Zreszt wcale nie sprzeciwiaem si ich decyzji, mwiem jedynie, e trzeba si nad tym dobrze zastanowi i jeszcze troch poczeka. Chciaem pierwsze wyroki wykona dla przykadu, na najwikszych otrach, aeby wywoa tym wikszy efekt. Czsto widywalimy si teraz z Kazikiem. Ktrego dnia owiadczy on, e przystpuje do mojej grupy i bdzie w niej spenia rol wywiadowcy-cznika. Jako gajowy zna doskonale tutejsze tereny i mg swobodnie porusza si po nich bez wzbudzenia podejrze. W tajemnicy przed Paduchami zasignem u niego informacji o Sajduku i Panasiwnie. W sprawie Panasiwny by zdania, e rzeczywicie wsppracuje ona z faszystowsk policj, natomiast jeli chodzio o Sajduka, to poza tym, e wiedzia, i zamordowa on zicia Tomasza, niewiele mg o nim powiedzie. Prosiem go, by dowiedzia si szczegw jego dziaalnoci.

Kazik wrci jeszcze tego samego dnia. - Sajduk to najwikszy oprawca - powiedzia. - Zamordowa ca rodzin ukraisk w Czerewasze. W Maniewiczach katowa chopw zabranych z Wiseek. Przypala im stopy rozpalonym elazem, wyrywa paznokcie... Mwi o tym gono w Maniewiczach i w Czerewasze. - A wic zdechnie! - zawoa Tomasz. - Jeszcze dzi! - zapieni si Heniek zaciskajc pici. - Dobrze! - powiedziaem. - Zlikwidujemy Sajduka, lecz prosz was, nie rbcie adnych gupstw. Musimy wykona wyrok tak, by nikt nie domyli si, kto by tutaj sdzi. Kazik dowiedzia si jeszcze wielu innych szczegw z ycia Sajduka. Policjant ten od pierwszego dnia wkroczenia Niemcw by ich agentem. Wyda w ich rce kilku komunistw. Nastpnie bra udzia w wymordowaniu 370 ydw z Maniewicz. Grabi ydowskie mieszkania. W kad sobot Sajduk jedzi wieczorem do Czerew achy, gdzie mieszkaa jego rodzina. W poniedziaek o wicie wraca do Maniewicz na posterunek policji. Decyzja bya prosta: zorganizujemy zasadzk na lenej drodze z Maniewicz do Czerewachy. By wanie dzie sobotni. W obozie napisaem kartk nastpujcej treci: Za wysugiwanie si okupantowi, za zdrad ojczyzny i za mordowanie niewinnych braci. Wyrok wykonali - Partyzanci. Przed zmrokiem bylimy ju na miejscu. Zaleglimy w gstych zarolach. Okoo sidmej zaterkotay koa na trakcie. Gdy fura zrwnaa si z nami, wyszedem z ukrycia. Paduchowie zostali w krzakach, nie chciaem, by ich rozpoznano. Mnie nikt w tych stronach nie zna. Na wozie jecha jaki skulony czowiek w baraniej czapie nasunitej niemal na oczy. Przyjrzaem mu si z bliska. Chopina przerazi si na mj widok. - Boh pomyuj! Usunem si z drogi. Chop zaci konia batem i wz pomkn szybko dalej. Po paru minutach znw nadjechay dwie furmanki. Wyszedem na drog i zlustrowaem, kto jedzie. Miaem doskonay wzrok, ktry wyostrzy mi si jeszcze podczas niemal procznego przebywania w lesie. Z atwoci rozpoznawaem w mroku wszystkie szczegy z odlegoci dziesiciu metrw. Zorientowaem si, e byli to rwnie mieszkacy pobliskich wsi, ktrzy wracali z Maniewicz. Pniej wszystko ucicho. Od smej wieczorem ludzie nie wayli si opuszcza swych domw. Bali si ama zarzdzenie wydane przez gebietskomisarza Kasnera. Po godzinie policyjnej Niemcy i policjanci strzelali do ludzi bez uprzedzenia. Bya godzina dziewita, gdy znw rozleg si turkot k. Wraz z turkotem zbliajcej si fury usyszelimy gony piew pijanego czowieka. Oywilimy si od razu, spodziewajc si, e to Sajduk. Wyskoczyem na drog. Paduchowie stali kilka krokw za mn. - Sta! Kto jedzie?! - spytaem ostro. Wonica cign lejce. Wz stan. Tu za plecami chopa siedzia chwiejcy si mocno policjant. - A ty co za jeden? - spyta Sajduk przybierajc grony ton. - Chcesz, ebym ci naszpikowa oowiem?

- Milcz, ty przeklty faszysto! - krzykn Tomasz wysuwajc si raptem do przodu z karabinem gotowym do strzau. Odsunem go rk. Tymczasem zbliy si Heniek. - Zabierzcie mu bro - powiedziaem. W jednej chwili obaj Paduchowie rzucili si na policjanta, cigajc go z wozu na ziemi. Sajduk wrzasn, lecz otrzyma ode mnie potne uderzenie w kark i umilk. Wida byo, e zupenie wytrzewia. - Czy ty mordowae ydw w Maniewiczach? - Strzelaem, bo taki by rozkaz! - Zabie czowieka w Wisekach? - Tak kaza komendant Slipczuk... - I mczye aresztowanych? - Prowadziem ledztwo. A kto ty jeste, e na wadz napadasz? - Sajduk sprbowa si znw postawi hardo. - Moesz tego poaowa... W tej chwili Heniek trzepn go kolb w plecy. Sajduk zachwia si i upad. - Do! - powiedziaem ostro, nie chcc dopuszcza do zbytecznych scen. - Rozstrzela! - Litoci! - zajcza Sajduk obejmujc mnie za nogi, lecz Paduchowie oderwali go ode mnie i pocignli pod drzewo. Przez chwil syszaem szamotanie si i przypieszony bekot Sajduka. Chop siedzcy na furze gono si modli. Powiedziaem mu, eby si niczego nie ba. Pady trzy strzay. Wonica przeegna si i rzek: - Sobaczaja y i sobaczaja smert - po czym popdzi konia i odjecha. Zabralimy bro i amunicj Sajduka, do kieszeni wetknlimy mu poprzednio przygotowan kartk. * Nastpnego wieczoru przyszed do nas Kazik i opowiedzia nam, e w Maniewiczach zapanowa wrd policji wielki popoch na wiadomo o mierci Sajduka i e ludzie w miecie odetchnli z ulg dowiedziawszy si, jaki los spotka ich kata. Kazik mia w Maniewiczach mnstwo kontaktw. Jego byy przeoony, inynier lenik Szewczuk, peni obecnie funkcj sekretarza Rejonowej Uprawy. Od niego uzyska on wiadomo, e natychmiast po znalezieniu Sajduka wysano z Maniewicz meldunek do gestapo w Kowlu. Niemcy w Maniewiczach ogosili ju ostre pogotowie, szykujc si razem z policj do akcji odwetowej, ale po dwch godzinach nadszed od gebietskomisarza Kasnera rozkaz wstrzymania tymczasem wszelkich wyjazdw w teren i przygotowania uroczystego pogrzebu. W uroczystociach pogrzebowych mia uczestniczy sam Kasner. Do Maniewicz cigano policj z caego rejonu. A wic pierwsze nasze uderzenie byo trafne, gdy spowodowao wielkie zamieszanie wrd faszystw. Wrogowie nasi spostrzegli si, e na okupowanym przez nich terenie istniej jakie siy zdolne do przeciwstawienia si im.

Rozumiaem, co zamierza Kasner. Pragn on podtrzyma na duchu tych wszystkich, ktrzy wysugiwali si Niemcom, i dlatego organizowa w Maniewiczach propagandowy zjazd miejscowych faszystw. Chcia umocni w nich nienawi do wszystkiego, co przeciwstawiao si niemieckiej polityce, oraz podnie autorytet III Rzeszy. Pogrzeb Sajduka zosta wyznaczony na 15 kwietnia, Kazik otrzyma zadanie wzicia udziau w pogrzebie i poinformowania nas o jego przebiegu. Bylimy dumni z siebie. Mylelimy ju o nowych akcjach likwidacyjnych, znacznie mielszych, zakrojonych na wiksz skal. Tymczasem postanowilimy jeszcze wykona wyrok na Panasiwnie, Slipczuku i Kmieciu. Kmie by jednym z najbardziej zaufanych ludzi Slipczuka. Po wstpieniu do policji wasnorcznie zamordowa kilka osb. Czekajc na powrt Kazika wybralimy sobie nowe miejsce na obozowisko, nieco dalej od Koniska, na terenach bardziej bagnistych, a wic mniej dostpnych. Nie moglimy obecnie dugo pozostawa w jednym punkcie, balimy si, e wytropi nas szpiedzy. Jeszcze kiedy byem w lesie, syszaem od Sowika, e w rejonie Maniewicz krci si wrd lasw siedmiu ludzi, ktrzy podobnie jak ja byli poszukiwani przez Niemcw. Ludzie ci pochodzili ze wsi Maniewicze, lecej o kilka kilometrw od miasteczka o tej samej nazwie. Aresztowano ich, jako komunistw, zaraz po wkroczeniu Niemcw, i osadzono w wizieniu w Kowlu, skd po dwch miesicach zbiegli, wyamujc kraty. Ju wtedy chciaem si z nimi skontaktowa, lecz byo to niemoliwe z powodu mojej choroby. Teraz Sowik zgubi ich lad. Oprcz tego nieraz dochodziy mnie suchy, e gdzie w tych lasach istniej wiksze grupy uzbrojonych ludzi. Potwierdzi to rwnie Tomasz, ktry przebywajc samotnie w lesie po ucieczce z domu spotyka czsto wiee lady opuszczonych ognisk. Nikt z nas jednak nie mia pojcia, gdzie ich obecnie szuka. 15 kwietnia wieczorem wrcilimy na umwiony punkt. O dziewitej usyszelimy kroki zbliajcego si czowieka. Po wymianie hasa wyszlimy z ukrycia. Kazik by okropnie zmczony, mwi urywanymi zdaniami. - Dzi w nocy... mona zrobi zasadzk na drodze do Karasina... Bdzie jechao siedmiu faszystw... Macie granaty? - A co z uroczystoci? - zagadnem go. - Pniej wam wszystko opowiem. Teraz bierzcie bro i chodmy, bo mog nam si wymkn. - Ty te chcesz i z nami? - spytaem. - Oczywicie. Bdzie nas czterech. Rzucimy par granatw. Faszyci bd mieli okazj do nowej uroczystoci, a my zdobdziemy troch broni... Przyda si, niedugo bdzie nas wicej... - Jak to wicej? - zdziwiem si. - Znasz Cielikowskiego? - To ten z Bercza, ktry nie chcia mnie przyj, jak uciekaem? - Ten sam. Wspomina o tamtym wypadku. Ale nie miej do niego alu. To porzdny czowiek. Faszyci maj go na oku i musi uwaa na siebie. Spotka si teraz z grup Mazurka. Jest ich dziesiciu. Chc si z tob widzie. Pniej powiem reszt, a teraz chodcie, walimy...

- Gdzie to jest? - Bdzie z pi albo sze kilometrw std. Szlimy po wertepach i bagniskach. nieg taja szybko i wszdzie peno byo wody. Chlapao nam w butach, zagbialimy si czasami po kolana w zimnej, lodowatej wodzie, lecz nie ustawalimy nawet na moment, pragnc przyby na czas. O wp do jedenastej zajlimy stanowiska w pobliu drogi, w do obszernym zagbieniu. Mielimy obecnie dwa pistolety maszynowe, dwa kabeki i pi granatw. Uzgodnilimy midzy sob, e na mj sygna Heniek z Kazikiem rzuc dwa granaty, a my z Tomaszem przejedziemy po nich z pistoletw. Policjanci na razie nie nadjedali, wic Kazik opowiedzia nam szczegowo przebieg dzisiejszego dnia w Maniewiczach. Do miasteczka zjechao si zewszd kilkuset policjantw i Niemcw. Trumn ze zwokami Sajduka przybrano niemieck flag i kwiatami. Na cmentarzu zebrao si sporo mieszkacw Maniewicz, zmuszonych do tego specjalnymi wezwaniami i grobami Iwanenki i Slipczuka. Gebietskomisarz Kasner wygosi nad grobem policjanta pomienne przemwienie, podkrelajc jego ofiarno i powicenie dla wielkiej sprawy. Nastpnie, zwracajc si do zebranych, owiadczy, e ogniem i elazem wytpi si bandytw. Mwi te o obowizkach policji, o potrzebie zaostrzenia represji wobec wszystkich zbuntowanych, a w szczeglnoci komunistw, i o niezwycionej sile III Rzeszy. A wic wszystko si zgadzao, tak jak przewidywaem. Po pogrzebie Iwanenko wyda na cze goci wielkie przyjcie, w ktrym uczestniczyli Niemcy, policja, a nawet sam Kasner. Na ten cel zarekwirowano z pobliskich wsi kilkanacie sztuk byda, kilkaset kur i gsi. Przyjcie miao si skoczy pno w nocy. Std wanie pomys Kazika, by zorganizowa zasadzk na wracajcych z Maniewicz pijanych policjantw z Karasina. * Noc bya czarna i cicha. Tylko gdzie daleko wrzeszczay dzikie kaczki. Wraz z przesyconym wilgoci powietrzem bi w nozdrza sodki zapach bliskiej wiosny. Cichy szmerek pyncych tu zewszd strumykw nastraja do romantycznych rozmyla, budzi dobre, kojce serce wspomnienia... Najpierw dobieg mych uszu ledwie uchwytny, delikatny dwik, pniej usyszaem ju wyrany turkot k. Jechali. Zbyteczne byy przypomnienia o przygotowaniu do walki. Moi przyjaciele czuwali. Stopniowo wyoni si z mroku zarys pierwszej fury, za ni jechaa nastpna. Na wozach gwar i miech. Uniosem bro i pocignem dug seri. Zafurkotay w powietrzu granaty. Przywarem do ziemi. Dwa wybuchy wstrzsny powietrzem. Po plecach zabbniy mi kawaki kamieni. Wrzask ludzi na drodze... Momentalnie wyprostowaem si i puciem now seri. Strzelalimy tak dugo, dopki nie ucichli zupenie. Wrg nie zdoa odda ani jednego strzau. Tym razem zdobylimy pi karabinw i dwa pistolety oraz kilkadziesit sztuk amunicji. Dwa karabiny byy uszkodzone odamkami granatw. Wzilimy te ze sob trzy mundury. Przed witem dobilimy do swego obozu. Przez trzy dni nie wychodzilimy z ukrycia. Kazik uzupenia nasze zapasy ywnoci.

Nietrudno sobie wyobrazi, jaki efekt wywoaa nasza nowa akcja pod Karasinem. Policjanci byli tak bardzo wstrznici mierci siedmiu swoich kolegw, e potracili gowy. Tym razem zbiorowy pogrzeb nie mia ju charakteru uroczystoci. Sowik przynis wiadomo od Cielikowskiego, e za kilka dni moe nas skontaktowa z grup dziesiciu ludzi dowodzon przez Mazurka. Ludzie ci syszeli ju o nas i pragnli si z nami poczy. Udaem si wic niezwocznie do Cielikowskiego. Przy kieliszku samogonu Cielikowski opowiedzia mi histori Mazurka, ktrego zna doskonale. * Franciszek Mazurek pochodzi z Hulewicz, gdzie mia niewielk gospodark, a na utrzymaniu troje dzieci, on i siostr. Do 1939 roku pracowa na roli, a w wolnych chwilach najmowa si do pracy w lesie. Po klsce wrzeniowej i przyczeniu Zachodniej Ukrainy do Zwizku Radzieckiego jako jeden z pierwszych zgosi ch zorganizowania we wsi kochozu. Popar go w tym jego najbliszy ssiad i przyjaciel, Ukrainiec Fiodor Karpenko. Wkrtce przyczyli si do nich inni biedacy, ktrych w Hulewiczach byo wielu, i tak powsta zalek kochozu. Harowali w pocie czoa, by z lichej ziemi wycign jak najwiksze plony. Rozumieli, e bez uczciwej, twardej pracy nie bdzie chleba. Lecz niestety wojna przekrelia ich plany. Na Woy wkroczyli Niemcy. Mazurek, Karpenko i wielu innych ubogich wieniakw z Hulewicz, ktrzy brali udzia w zakadaniu kochozu, znaleli si teraz w szczeglnie kopotliwej sytuacji. Miejscowi bogacze, kuacy, ktrzy nienawidzili wadzy radzieckiej, szybko znaleli wsplny jzyk z Niemcami. Paali te chci zemsty na byych czonkach kochozu. Ju we wrzeniu 1941 roku syn miejscowego popa Andrej Pestrak zorganizowa w Hulewiczach faszystowsk policj i na czele swej bandy zacz znca si nad ludmi. Niemal co noc rozlegay si we wsi jki katowanych. Do dugo Pestrak nie way si wtargn do domw Mazurka i Karpenki - uchodzili oni obaj za najwikszych gierojw w caej okolicy, byli odwani i silni - lecz hulajc wci bezkarnie sta si w kocu tak pewny siebie, i wystarczya pewna okoliczno, by zdecydowa si wreszcie na aresztowanie Mazurka. Zdarzyo si kiedy, e do Hulewicz przyjechao samochodem piciu niemieckich andarmw po zarekwirowane przez Pestraka, u ludnoci produkty: drb, maso, jaja. Niemcy przybyli z Powrska, gdzie ochraniali budow mostu kolejowego (przy tych pracach, prowadzonych przez organizacj Todt, zatrudnieni byli przymusowo ydzi i niektrzy Polacy), i zatrzymali si u Pestraka, ktry nie omieszka ich godnie uraczy. Syn popa wychodzi wprost z siebie, eby si im przypodoba. Opowiada o swoich dzielnych czynach, o tym, jaki to trudny odcinek przypad mu w udziale, wyolbrzymia opr miejscowej ludnoci wobec zarzdze niemieckich, zwalajc ca win za ten stan rzeczy na kilku ludzi. Przede wszystkim wymieni wtedy nazwiska Franka Mazurka i Fiodora Karpenki. Pestrak sdzi, e Niemcy zechc ich aresztowa. W ten sposb pozbyby si ludzi, ktrych wci si jeszcze obawia. Nagle jeden z andarmw, po kilku kolejnych toastach wznoszonych na cze Hitlera i III Rzeszy, powiedzia ze miechem: - To we ich! Na co jeszcze czekasz?

- To dobra myl - wtrci drugi. - Wiemy, e jeste dzielny. Id i przyprowad ich... Zabierzemy ich z sob. Pestrak zblad i milczco patrzy w butelk wdki. - No, id po nich - napierali Niemcy - przecie masz ludzi, bro... Poj wtedy, e nie uda mu si wykrci sianem z sytuacji, w ktr si sam niepotrzebnie wplta. Teraz ju nie mia wyboru. - Dobrze! - rzek z naciskiem. - Zaraz ich przyprowadz! Franek Mazurek spodziewa si od dawna wizyty Pestraka i by na ni przygotowany. Pamitnego popoudnia zobaczy go przez okno zmierzajcego prosto do jego zagrody wraz z dwoma innymi policjantami. Jednym skokiem znalaz si w stodole, kryjc si wysoko w zapolu. W somie mia schowany pistolet maszynowy, ktry przynis do domu jego najstarszy syn. Pistolet mia roztrzaskan kolb, lecz Franek dorobi z drzewa drug, naoliwi bro i ukry. Teraz wycign pistolet i czeka na dalsze wypadki. Pestrak wtargn do mieszkania. Niedugo Franek zobaczy przez szpar w deskach, e policjanci wypadli na podwrze; zagldali do obory, po czym ruszyli do stodoy, gdzie by ukryty. Nie ba si ich. By gotowy walczy o swoje ycie. Sysza, jak grzebi po wszystkich zakamarkach, przewracaj worki ze zboem, odgarniaj som. Wreszcie Pestrak rzuci: - Stiopa, wa na gr! Pewno tam siedzi. - Moe lepiej Saszka. Ja mam on... - Ty tchrzu! - krzykn drwico Pestrak. - Niech idzie Saszka. A ciebie wypdz na cztery wiatry. Chwil trwao milczenie. Saszka waha si, lecz popdzany przez Pestraka chwyci za lec na klepisku ma drabink. Mazurek przyczai si z broni gotow do strzau. Skrzypn pierwszy szczebel, pniej drugi: policjant bardzo powoli szed w gr. Ba si. - No prdzej, Saszka! Czego si boisz? Nagle policjant zeskoczy popiesznie na d, woajc bagalnie: - Nie mog! On tam siedzi! - Idziesz czy nie?! - krzykn na niego Pestrak, uderzajc go kolb. - Nie bij... Ju id... I znw skrzypny szczeble drabiny. Franek ujrza przeraone oczy policjanta. Pocign seri. Policjant zwali si ciko na klepisko. Franek poderwa si i wycelowa do dwch pozostaych. Usysza jki i zawodzenia Pestraka, ktry wypad jak szalony ze stodoy, silnie kulejc, Saszka i Stiopa leeli na klepisku martwi.

Wyskoczy z zapola, gonic za rannym Pestrakiem. Z domu tymczasem wybiega za nim z paczem caa rodzina. On zdawa si nie dostrzega nikogo. Pdzi jak optany za uciekajcym, lecz Pestrak zdoa wpa do jego ssiada Fiodora Karpenki i to uratowao go od mierci. Mazurek opamita si: nie chcia dokonywa zemsty na wrogu w mieszkaniu swego przyjaciela Fiodora. Karpenko by onaty, mia troje dzieci. Wrci wic do domu, lecz po kilku minutach przyszo mu do gowy, by pj od razu do mieszkania popa, gdzie Pestrak urzdzi posterunek policji, i zlikwidowa pozostaych jego pobratymcw. Nie wiedzia, e s tam rwnie Niemcy. Po wsi lotem byskawicy rozesza si wiadomo o caym zdarzeniu. Niemcy wraz z trzema pozostaymi policjantami wyskoczyli na dwr. Policjanci zaczli ich usilnie nakania, by niezwocznie pojechali do bandyty i wzili go ywcem lub zabili. Niemcy stali przy samochodzie i naradzali si gorczkowo. W tym czasie Mazurek zbliy si ju do nich na odlego stu metrw, trzymajc bro gotow do strzau. Zobaczy Niemcw, lecz si nie cofn. I oto nagle wydarzyo si co niespodziewanego. Niemcy wskoczyli na samochd, warkn silnik i wz szybko pomkn w stron Powrska. Mazurek szed prosto na policjantw, ktrzy rozbiegli si w popochu. Po tym wypadku nie pozostao mu nic innego, jak pj do lasu. Ale najpierw zebra kilkunastu hulewickich gospodarzy, o ktrych wiedzia, e sprzyjali Pestrakowi, i zapowiedzia im, e odpowiadaj gow za jego rodzin. Poegna on i dzieci i poszed. Wkrtce doczyli do niego inni ludzie, ukrywajcy si przed Niemcami i policj. * Opowie Cielikowskiego przekonaa mnie, e znajd w Mazurku wsptowarzysza doli i niedoli. Ustalilimy, e za trzy dni spotkamy si z nim w umwionym miejscu. Na razie, by nie traci na prno czasu, chciaem wyrwna jeszcze pozostae rachunki. Przygotowaem trzy granaty, jakie mi jeszcze zostay, wziem pistolet i owiadczyem Paduchowi, e id do Slipczuka i Kmiecia. - Jak to! a my? - spyta Heniek. - Mam z nimi osobiste rachunki do uregulowania. Pjd sam. Gdybym czasami nie wrci, nie martwcie si i idcie sami na spotkanie z Mazurkiem. Jeli wrc, pjdziemy razem do Panasiwny. Odprowadzili mnie na skraj lasu i tu mieli czeka na mj powrt. Slipczuk mieszka w pobliu posterunku policji. Sowik powiedzia, e policjanci w Maniewiczach na og nocuj w swoich domach, na subie pozostaj jedynie dyurni. Wiedziaem te, gdzie bya kawalerska kwatera Kmiecia. Mj plan by nastpujcy: podej pod dom Slipczuka i rzuci przez okno granat, a nastpnie biegiem uda si do Kmiecia i uczyni to samo. Pniej, korzystajc z ciemnoci, umkn do lasu. Ulice byy puste i nie owietlone. Poruszaem si niemal bezszelestnie, gdy miaem na nogach kalosze. Znaem tu kady dom, wic bez trudu dobrnem do okrelonego celu. W mieszkaniu Slipczuka byo mroczno. A wic tym lepiej - osdziem. Wyjem granat, odcignem zawleczk i z caej siy walnem w szyb. Granat wpad do izby. Teraz co si w nogach sunem przed siebie.

Guchy huk wdar si w cisz nocn. Dopadem mieszkania Kmiecia, w chwili gdy zerwa si on z ka i zapala wiato. Widziaem w oknie jego sylwetk. Wciga popiesznie spodnie. Nie zwlekajc ani sekundy rzuciem drugi granat i zatrzymaem si w bezpiecznej odlegoci. Ujrzaem jasny bysk... Nad ranem bylimy ju z powrotem na naszej kwaterze. Sowik i Cielikowski, ktrzy przyszli koo poudnia, opowiedzieli nam o efektach mojej nocnej wyprawy. Okazao si, e jakim dziwnym trafem Slipczuk umkn mierci. By co prawda oguszony, ale nie trafi go aden odamek, natomiast Kmie zgin na miejscu. Slipczuk znajdowa si pod opiek lekarza, ktry zapewnia, i jego pacjent za kilka dni wrci do normy. Powiedziaem sobie, e mimo wszystko zginie z mojej rki. Tego wieczoru poszlimy do Wiseek. Zostawiem Paduchw w lesie, przy drodze do Maniewicz, a sam, przebrany w mundur policjanta, udaem si do zagrody Panasiw. Zastukaem do drzwi. - Otwrzcie. Policja! Zachrobotay skoble, wszedem do mrocznego korytarza. - Skaranie boskie, nawet w nocy czowiek nie ma spokoju - mruczaa stara kobieta, ktra otworzya mi drzwi. - Mamo, jak moesz, uspokj si - odezwa si kto z izby. - Czy jest Hela, crka? - spytaem. - Jedziemy z Powrska do Maniewicz. Komendant Slipczuk kaza j przywie. Jaka wana sprawa... - Nigdzie nie pojedzie! - postawia si Panasiowa. - Moe zaczeka do rana. - Mamo! - przerwaa jej crka. Syszaem, e podniosa si z ka i zapalaa wiato. Po chwili zawoaa mnie do pokoju. Ziewajc i przecigajc si popatrzya na mnie ze zdziwieniem: - Co ja sobie pana nie przypominam. - Nie znamy si. Nic dziwnego, dopiero tydzie temu przenieli mnie z Rafawki do Maniewicz. Ale teraz ju si chyba poznamy. Umiechna si. Bya adna i zgrabna i na moment zrobio mi si nieprzyjemnie, bo wyobraziem j sobie martw... - A co tam Slipczuk znowu chce? - spytaa. - Pomwimy o tym, jak wyjdziemy. Mamy niedaleko podwod. Nasuna chustk na gow i wcigna paszcz. Na dworze wziem j pod rk. Poruszya si, jakby pragnc uwolni rami. - Ooo, jaki pan miay... - Chc mwi o tym po cichu, eby nikt nie sysza... - To takie wane?

- Szkoda mi pani - rzekem pszeptem. - Dlaczego to? - zdziwia si. - Slipczuk jest na pani oburzony. Chodzi o Sobolewskich. Podobno oni wcale nie ukrywali tego drukarza z Maniewicz. Starego zabili niesusznie. Tak twierdz niektrzy... I pani bdzie za to odpowiada. Paducha te kto ostrzeg... - To kamstwo! - achna si Panasiwna. - Ja... ja was nigdy nie oszukiwaam! Sami jestecie fajtapy. Mieli go w apach i dali mu uciec. Tu w Wisekach jest tylu bandytw, ale ja mwi, a was to nic nie obchodzi. Przychodzicie wtedy, gdy jest ju za pno. Tak byo z Paduchem. A zreszt Slipczuk mnie i tak ocygani. Miaam dosta dwadziecia tysicy karbowacw, a da tylko pi. Niemcy mnie jeszcze nigdy nie oszukali. Panasiwna mwia szybko jak katarynka. Mj podstp uda si wspaniale. Teraz ju nie miaem adnych wtpliwoci, kim bya ta dziewczyna. Musiaem jednak dalej gra swoj rol a do chwili, kiedy na scenie uka si Paduchowie. W dalszym cigu wic prowadziem z ni konwersacj. - Niech pani si jeszcze zastanowi - rzekem. - Moe pani na mnie liczy. Powiem Slipczukowi, e nie zastaem pani w domu. - Co pan ma na myli? - Niech pani si po prostu gdzie ukryje. - Ja? Nic podobnego! Wanie pojad - rzeka z uporem. - Ju ja z nim porozmawiam. Znam te drog do gestapo... Trzymaem j mocno pod rk, zblialimy si do miejsca, gdzie zostawiem Paduchw. Nagle Panasiwna zatrzymaa si. - Gdzie jest ta podwoda? Bylimy o kilkanacie metrw od Paduchw. Ksiyc wieci jasno. Widziaem wyranie jej twarz i utkwione we mnie zdziwione oczy. - To ju tu! - powiedziaem gono. Zza grubego drzewa wysuny si dwa cienie. Panasiwna usyszaa szelest i odwrcia gow. Zacisnem kurczowo do na jej rce.- O Jezu! - krzykna, rozpoznajc Tomasza i Heka, Szarpna si z caych si do tyu, lecz ja trzymaem j jak w kleszczach. Tomasz wyglda okropnie. Sun na podobiestwo skradajcego si wilka. Wreszcie doskoczy i uderzy j kolb w pier. Zawya z blu. - Nie bij! - powiedziaem. - Zasuya na mier. Moecie j rozstrzela. - Boe, zmiuj si! Bagam was... zlitujcie si... Przysigam, e nigdy wicej... - Czepiaa si rkami mojego ubrania.

Spotkanie

Takiego go sobie wyobraaem. By wysoki, barczysty, o ostrych rysach. Siedzia na pniu i pali papierosa. Gdy zobaczy nas z daleka, wsta i wyszed nam naprzeciw. - Ciesz si, e was spotkaem - powiedzia, przygldajc mi si swoimi niebieskimi oczyma. - Mazurek jestem. Ucisnem mu do. Od pierwszej chwili przypad mi do serca. - Prosimy. - Poprowadzi nas na polan, gdzie wok ognia siedziao kilku ludzi. Czycili bro, kurzyli papierosy. Nad ogniskiem wisia osmolony duy gar, z ktrego buchaa para. Przywitalimy si ze wszystkimi po kolei. Paday nazwiska: Koniszczuk, Bulik, Nieroda Iwan, Nieroda Aleksander, Nieroda Nikita, Nieroda Micha... Popatrzyem na nich uwanie, sdzc, e drwi sobie ze mnie, ale w ich oczach nie byo drwiny, wic spytaem: - To was tu caa rodzina? - Jest nas jeszcze wicej... mona by zorganizowa ca kompani, ale tamci na razie zostali w domu. Jak bdzie trzeba, przyjd - odpar ze miechem najmodszy z braci, blondynek Iwan. Mazurek rozemia si i poczstowa mnie niemieckim papierosem. - To moi krewniacy - owiadczy. - Synowie mojej siostry. Usiedlimy. Ludzie Mazurka przygldali si nam z ciekawoci. Jaki czas trwaa cisza. Namylaem si, od czego zacz nasz rozmow. Wida byo, e Tomasz Paduch i Heniek czuli si tu bardzo nieswojo. Cielikowski, ktry nas tu przyprowadzi, patrzy to na Mazurka, to na mnie, nie mogc poj, dlaczego milczymy. - No i co? Chcielicie si spotka, a teraz milczycie, jakby was zamurowao - powiedzia. Popatrzylimy z Mazurkiem na siebie i powiedzielimy jednoczenie: - Syszelimy o was. - Wszyscy wybuchnli miechem. - Jak ucieklicie policjantom w Hulewiczach - powiedzia Mazurek - ja byem niedaleko, w lesie. Dowiedziaem si o tym wypadku i przez cay tydzie szukaem was... Pomylaem, e we dwch bdzie nam lepiej. Ale nie mogem was odnale. - Nie wiedziaem o tym. Chtnie bym si wtedy z wami spotka. - Pniej dowiedziaem si o tym policjancie z Iwanwki i od razu pomylaem, e to bya wasza robota. Odwany z was chop. - Musiaem sobie jako radzi. Bez broni byem niczym. Ale wy te dalicie bobu Pestrakowi. Mazurek umiechn si. - Pniej doszli do mnie Koniszczuk i moi krewniacy, a nastpnie Wrona, Bulik, Zimny... Kiedy dowiedzielimy si o mierci Sajduka i pogrzebie, a pniej o policjantach z Karasina, bylimy pewni, e to wasze dzieo. Cieszylimy si bardzo. Koniszczuk bez przerwy mnie nagabywa: Chod, odszukajmy tego drukarza. Z nim bdzie nam raniej. Chopaki rw si do roboty. - A to ci miglanc, sam najwicej tego chcia - wtrci Koniszczuk. - A oczywicie, ja te... owszem... bardzo si ciesz...

- Moemy teraz dziaa wsplnie - rzekem zbudowany, tym co usyszaem. - Moe macie jakie plany? - Plany s - rzek Koniszczuk. - Ale o tym pomwimy pniej. Warto by najpierw co zje. Wyszlimy na to spotkanie grubo przed witem i od poudnia poprzedniego dnia nic nie jedlimy. Ludzie Mazurka mieli ze sob troch jedzenia: sonin, miso i chleb. W saganie staa gorca zupa kartoflana. Jedlimy prosto z garnka. Byo ciepo i sonecznie. Paduchowie pooyli si na mchu i posnli. Dwch ludzi poszo na ubezpieczenie obozu. Niektrzy pozdejmowali koszule i bili wszy. Leaem na brzuchu, majc po prawej stronie Mazurka, ktry uoy si na wznak, a po lewej Koniszczuka. - To dziwne - zacz Koniszczuk - wszyscy przechodzilimy prawie to samo. Gdyby nie wojna, nic by nas nie zmusio do tego, by i do lasu i y jak dzikie zwierzta. Nigdy bymy si nie spotkali... Bo wecie na przykad mnie. Moja wie, Grywa, ley w rejonie Kamienia Koszyrskiego. Za wadzy radzieckiej wybrali mnie tam przewodniczcym gromadzkiej rady narodowej. Nie pchaem si... ludzie sami uparli si, ebym zosta. Wic zostaem... Robiem, co mogem. Nie kademu dogodziem; byli tacy, co odgraali si, e mnie zabij, jak si co zmieni... A pniej wybucha wojna. W rejonowym komitecie partyjnym powiedzieli mi: Wy, towarzyszu Koniszczuk, zostacie na miejscu. Organizujcie dywersj na tyach wroga. Nie miaem pojcia o prowadzeniu dywersji. Nie otrzymaem adnych bliszych informacji ani wytycznych. Organizujcie dywersj - to miay by wytyczne. Wrciem zamany do Grywy, ale Niemcy byli ju we wsi. Kto mnie ostrzeg, e Niemcy i kilku miejscowych, moich wrogw, przychodzili ju par razy po mnie. Nie wrciem ju do rodziny... Zamiast do domu poszedem do lasu. Miaem przy sobie pistolet. Byo mi ciko, ale jako przetrwaem zim. Kiedy usyszaem o Mazurku, przyszedem w te lasy. Spotkalimy si. Cay czas myl o tym, co mi wtedy polecono. - To bardzo dobrze - powiedziaem. - Chtnie bd z wami wspdziaa. - Niemcy wyciskaj z ludzi ostatnie soki - wtrci Mazurek. - Prawie w kadej wsi zaoyli mleczarnie. cigaj maso, mleko, jajka. Zabieraj drb... Chopaki chodz czasami do swoich wsi i przynosz wiadomoci, od ktrych skra cierpnie. - Moemy im w tym przeszkadza - rzekem z przekonaniem. - Mleczarnie trzeba poniszczy. To te bdzie dywersja. W rejonie Maniewicz jest kilka skadw ze zboem i ywnoci. S majtki, gdzie Niemcy zaopatruj si w miso i inne produkty, ktre odsyaj na front. - S te posterunki policji - doda Mazurek. - I transporty kolejowe jadce na wschd - uzupeni Koniszczuk. Zapalalimy si coraz bardziej, planujc przysze nasze akcje. - Nie sdz, ebymy tu mogli dugo przebywa - powiedzia Mazurek, rozgldajc si wokoo. - Znam lepszy punkt. Osiem kilometrw na wschd od Hulewicz s rozlege bagniska, a wrd nich niewielka wysepka pokryta gszczem. Nawet miejscowi nie znaj tam drogi. Przejcie do uroczyska, ktre zwie si Ostrwek Jaowy, zna tylko dwch ludzi: Cielikowski i ja. Tam moemy zaoy nasz baz. Propozycja Mazurka wydawaa mi si suszna. eby mc dziaa, trzeba byo stworzy sobie jak gwn baz, gdzie mona by odpocz i przygotowa si do akcji.

Ustalilimy, e jeszcze dzisiejszej nocy ruszymy do Ostrwka Jaowego. W prostej linii byo tam ze dwadziecia pi kilometrw. Nasza marszruta obliczona zostaa na trzy dni, podczas ktrych mielimy zniszczy w kilku miejscowociach mleczarnie i posterunki policji. A wic w sumie miaa wynosi ponad pidziesit kilometrw. Przynielimy ze sob nasz zdobyczn bro. Mielimy trzy zapasowe karabiny i jeden pistolet. Trzej ludzie Mazurka nie posiadali broni. Otrzymali j wic od nas, z czego byli bardzo radzi. Mazurek i Koniszczuk mieli kilka granatw. Zorientowaem si, e caa grupa, ktrej przewodzi Mazurek, skadaa si z Ukraicw. Byo nas razem z Mazurkiem tylko czterech Polakw i dziewiciu Ukraicw. Ciekawio mnie, jak si w przyszoci uo midzy nami stosunki. Obawiaem si jakichkolwiek nieporozumie lub zadranie. Znaem troch Paduchw i wiedziaem, e s niezbyt zadowoleni z naszego poczenia si. Z pobienej obserwacji wyczuem, e czterej siostrzecy Mazurka, ktrzy mieli mieszanych rodzicw (ich ojciec by Ukraicem), s mu bardzo oddani. Szczeglnie spodoba mi si najmodszy z nich Iwan Nieroda, ktry liczy sobie dwadziecia lat, a wyglda najwyej na osiemnacie. O zmroku dobilimy do poudniowego skraju wsi Houzja. Podzielilimy si na trzy grupy. Ja z Koniszczukiem, Bulikiem, Iwanem Nierod i Paduchami podkradlimy si pod posterunek policji... Policjanci uoyli si ju do snu. Wrzucilimy granat, a nastpnie po wybuchu wpadlimy do wntrza z broni gotow do strzau. Na posterunku byo tylko trzech policjantw (pozostali nocowali w domach) i wszyscy trzej ju nie yli. Zabralimy bro, amunicj i kilka granatw. Koniszczuk zerwa ze cian dwa portrety Hitlera, zwin je w rolk i schowa za pazuch. Nie rozumiaem po co je wzi. Przy mleczarni spotkalimy si z Mazurkiem, ktry zdy ju zdemolowa wszystkie urzdzenia. Trzecia grupa patrolujca wie przerwaa lini telefoniczn do Maniewicz. Teraz forsownym marszem ruszylimy do Grdka, pooonego okoo dziesiciu kilometrw na poudniowy wschd od Houzji. Na pnoc od wsi Maniewicze przecilimy tor kolejki wskotorowej i wyszlimy z lasu. Bylimy ju porzdnie zmachani, gdy mielimy za sob ze dwadziecia kilometrw drogi w trudnym, bagnistym terenie. Dopiero po pnocy dobrnlimy do Grdka. Okazao si, e tutejsi policjanci, zaraz po pamitnym wypadku zlikwidowania przez nas zaogi posterunku z Karasina, wynieli si z Grdka do Maniewicz. Bali si, by ich nie spotka podobny los. Zniszczylimy wic tylko mleczarni i weszlimy, Mazurek, Koniszczuk i ja, do jednej z chat, stojcych w samym rodku wsi. Mieszkaa tu znajoma Mazurka. Siedlimy przy stole i zaczlimy rozmawia z gospodyni, ktra poczstowaa nas gorcym barszczem. Nad piecem, na krawdzi, leay poukadane rwniutko te kostki. Mazurek take je zauway. Wsta nagle, zdj jedn kostk i obracajc j w rku spyta: - Co to jest? - Sama nie wiem - odpara niewiasta. - Przywlk to mj Sasza... Znalaz na furze... Pewnie bya onierska, bo tu jechali krasnoarmiejcy. Mylaam, e to mydo. Prbowaam pra, ale si nie mydli. Mazurek mrugn do mnie porozumiewawczo. - A duo tego macie? - spyta. - Bdzie ze trzydzieci kawakw - odpara. - A bo co? - Moglibycie nam to da?

- A bierzcie, Saszka, dasz panom, prawda? - zwrcia si do swego dziesicioletniego moe syna. - A co za to dostan? - spyta malec, poprawiajc si w ku i odgarniajc z czoa rozczochrane wosy. - Dam ci pi karbowacw. - A dziesi nie bdzie? - spyta. - Jak ci nie wstyd! - skarcia go matka. - Widzicie go. Ledwie od ziemi odrs, a ju pienidze go korc. - Kupi sobie rower! - Saszka wyskoczy rano z ka i zacz wygrzebywa z rnych zakamarkw te kostki. To by trotyl - materia wybuchowy, ktry by nam niezbdny do aktw sabotau. Zebralimy skrupulatnie wszystkie kostki, napeniajc nimi kieszenie. Chopiec otrzyma obiecane dziesi karbowacw, a my opucilimy izb uszczliwieni tak niespodziewan zdobycz. Poszlimy lasami na wschd, w kierunku Hradyska. Nad ranem rozbilimy obz w pobliu jeziorka wiskie. Wyznaczylimy sobie dyury i poukadalimy si do snu. Wstaem koo poudnia, gdy soce porzdnie przypieko mi grzbiet, i poszedem nad jeziorko, by przemy zaspane oczy. W szuwarach spotkaem Iwana Nierod i Bulika. apali goymi rkami ryby. Patrzyem, z jak wpraw zagbiali rce w mule i wycigali ciemne, olize piskorze, zote karaski i liny. Na brzegu leao ju ze trzydzieci ryb. Zebrali zdobycz i wrcili razem ze mn. Po godzinie mielimy gotow zup. Zanim osignlimy nasz baz Ostrwek Jaowy, zaatwilimy si jeszcze z mleczarni w Hradysku. Przez ten krtki czas poznaem troch lepiej Mazurka. Robi wraenie bardzo uczynnego i porzdnego czowieka. W jego gowie rodzio si wiele cennych pomysw, by przy tym odwany. Koniszczuk potrafi troszczy si o ludzi, dzieli si z nimi kadym kawakiem chleba, prowadzi koleeskie rozmowy. Zatrzymalimy si na odpoczynek w lasach koo Trojanwki. Paduchowie wymknli si do Wiseek, aby zobaczy si z rodzin, i obiecali wrci nad ranem. Wyznaczylimy midzy sob wart, ubezpieczajc nasz obz. Ludzie pooyli si spa. Nie wszyscy jednak. Zauwayem, e Mazurek i Koniszczuk rozmawiaj o czym ywo przy ognisku. Podsunem si do nich. Mazurek manipulowa co przy granacie. - Co robisz? - spytaem ostrzegawczo, obawiajc si, by nie nastpi wybuch. - Odkrcam zapalnik - odpar ze spokojem. - Ale tu le ludzie! - Nie bj si... Suyem dwa lata jako miner. Znam si na tym. Umilkem i siadem obok nich. - Czy wiecie, e za pi dni bdziemy mieli wito? - spyta Koniszczuk. - Nie pamitam, ktrego mamy dzi. - Dwudziestego pitego kwietnia.

- Pierwszy Maja, wito wszystkich ludzi pracy. wito wiosny i nadziei... - Zaczem snu swoje wspomnienia z okresu przedwojennego. Opowiadaem o tym, jak obchodzilimy ten dzie w Warszawie w trzydziestym sidmym roku. - Nie powinnimy chyba zapomnie o tym rwnie teraz - powiedzia Koniszczuk. - Warto co urzdzi, eby faszyci odczuli to na swojej skrze. - O czym mylicie? Koniszczuk pokaza na majstrujcego przy wykrcaniu zapalnika Mazurka. - Franek chce zaoy kilka puapek na Niemcw w Maniewiczach. Zdobylimy przecie trotyl. - Jeszcze nie wiadomo, czy si uda - odpar Mazurek, ktry wyj wreszcie zapalnik i czy go teraz z kostk trotylu. Bardzo mi si spodoba ich pomys. Zaproponowaem swj udzia w wyprawie do Maniewicz. Najpierw musielimy jednak wyprbowa sprawno dziaania skonstruowanej przez Franka Mazurka miny. Nim rozwidnio si na dobre, oddalilimy si nieco od obozowiska i zaoylimy adunek pod sprchniaym pniem dbu. Franek poczy zapalnik z dugim cienkim sznurkiem i z odlegoci kilkunastu metrw, ukryty za innym pniem, pocign za koniec sznurka. Nastpi wybuch. Trotyl wysadzi pie w gr, rozrywajc go na czci. Uradzilimy, e przygotujemy kilka czerwonych flag, ktre 30 kwietnia noc zatkniemy w rnych punktach miasta w pobliu niemieckich kwater. Materia mia zdoby Iwan Nieroda i Bulik. Dowiedziaem si teraz, po co byy potrzebne portrety Hitlera. Koniszczuk wytumaczy mi, e drzewca flag bd przebijay portrety. Zostan one poczone sznurkiem z zapalnikami, ukrytymi wraz z kostkami trotylu pod warstw drobnych kamieni. Kto zechce zerwa flag, zginie na miejscu. * Ostrwek Jaowy znajdowa si o ptora kilometra na poudniowy wschd, od niewielkiej wsi Berecz. Zewszd cigny si nieprzebyte, rozlege bagniska, porose olszyn, oz i wysokim sitowiem. Bagna byy miejscami gbokie na kilkanacie metrw. Brnlimy dobre dwie godziny, zanurzeni po pas w bocku, zanim wydostalimy si na niewielk, liczc z pidziesit hektarw wysepk, pokryt grabami, olch i dbami. Gdzieniegdzie tylko roso tu troch sosen. rodkiem wysepki sczy si strumyk. Nigdzie nie byo ani ladu czowieka. Ostrwek Jaowy gwarantowa w peni nasze bezpieczestwo: by niedostpn fortec. Znueni trudami posnlimy jak susy. Obudzilimy si dopiero po poudniu. Ten i w zacz si rozglda za jedzeniem. Jako nikt nie mia przy sobie adnego zapasu. Zajci rozbijaniem mleczarni, zapomnielimy na mier o tym, by zabra ze sob choby troch masa lub jajek. Nie wypadao teraz nic innego, jak posa kilku ludzi po ywno. Poszli Koniszczuk i dwch Nierodw. Ja wybraem si z Iwanem Nierod do bagna na piskorze. Bulik i Wrona zabrali si do wycinania yka i robienia apci.

Wieczorem wrci Koniszczuk i przynis ze sob w worku cay kindziuk3, ktry way z dziesi kilogramw, oraz dwa bochny chleba. Kindziuk by bardzo smaczny, lecz pniej musiaem wypi ca studni wody. Rano nie mielimy ju chleba, a wic jedlimy sam kindziuk, zalewajc si wod. Iwan i Bulik udali si po czerwony materia na flagi - przynieli z pi metrw. Postanowilimy rozbi jeszcze jedn mleczarni w Hulewiczach, by zdoby jaki zapas ywnoci. T spraw zajli si Mazurek ze swymi dwoma siostrzecami, Paduchowie i Wrona. Ja z reszt ludzi budowaem na wyspie cztery due szaasy z gazi i lici, wykadajc je wewntrz mchem i podcik. Kopalimy te prowizoryczn studni. Gdy wrci Mazurek, nasze obozowisko byo ju jako tako urzdzone. Paduchowie i Wrona przytaszczyli na plecach trzy baki po mleku. W bakach znajdowao si maso, sery i mietana. Wszystkiego ze trzydzieci kilogramw. Nierodowie przywlekli kilka gsi i z dziesi kur, a Mazurek p worka mki. Wszystko to zabrali podobno z mleczarni i z punktu zbirki kontyngentu w Hulewiczach. A wic bylimy obecnie niele zaopatrzeni w ywno. Od biedy moglimy tydzie przetrzyma bez uzupeniania zapasw. Baki z ywnoci zakopalimy w bagnie, zabezpieczajc produkty przed szybkim psuciem si. Zaczlimy przygotowywa si do uczczenia wita 1 Maja. Mazurek zaatwi si z trzema granatami; wykrci z nich zapalniki i sporzdzi miny. 30 kwietnia przed zmierzchem wysunlimy si we trzech z Ostrwka Jaowego: Mazurek, Koniszczuk i ja. Poprzedniego dnia by w naszym obozie Kazik Sowik, ktrego przyprowadzi tu Cielikowski. Kazik wyjani nam dokadnie, gdzie s kwatery Niemcw w Maniewiczach. Wyrysowalimy z nim szczegowy plan i teraz szlimy na pewniaka. Korcio mnie bardzo, eby korzystajc z okazji zlikwidowa Slipczuka, ale poniewa mogoby to popsu nam szyki, wic daem spokj. Maniewicze pogrone byy we nie. Szlimy po cichu w swoich wieo zrobionych przez Bulika apciach. Pierwsz puapk urzdzilimy w pobliu Rejonowej Uprawy, gdzie miecia si niemiecka komendantura. Zatknlimy flag przebijajc drzewcem portret Hitlera. Min umiecilimy pod spodem, robic dookoa wa ze wiru. Wyobraalimy ju sobie zdumienie i wcieko Niemcw, gdy zobacz tu obok swego posterunku czerwon flag i pohabiony portret fhrera. Drug min umiecilimy niedaleko kwatery komendanta gestapo, trzeci za przy posterunku policji. Nie dostrzeeni przez nikogo przed witem wsiklimy w lasy. Mazurek urwa si w drodze powrotnej do swojej wioski. Ja i Koniszczuk wrcilimy do bazy, gdzie posililimy si uczciwie i wkrtce pooylimy si spa. Rankiem 2 maja Franek Mazurek przyprowadzi ze sob swego najbliszego przyjaciela Fiodora Karpenk, ktrego uwaa za nieyjcego. Syszaem ju o nim od Cielikowskiego. Niebawem po wypadku z Mazurkiem zjechali do Hulewicz gestapowcy i policja z Maniewicz, eby przeprowadzi aresztowania wrd byych kochonikw. Co prawda, kiedy Pestrak, cigany przez Franka Mazurka, schroni si u Karpenki, ten obmy mu ran i odprowadzi go do ojca-popa, lecz ju nazajutrz Pestrak odwdziczy mu si wydajc go w rce gestapo. Fiodor, zabrany przez Niemcw, trafi do kowelskiego wizienia, gdzie przebywa do dziewitego marca 1942 roku. W owym czasie Niemcy wykonywali masowe egzekucje. ona Karpenki otrzymaa oficjaln wiadomo o tym, e jej m zmar w wizieniu na tyfus.

Kindziuk - potrawa miejscowej ludnoci. Kawaki wieprzowego i woowego misa mocno przyprawionego pieprzem, czosnkiem, sol i listkiem bobkowym, napchane w odek krowi, zszyty potem nim i i zalany woskiem.

Fiodor by straszliwie wymizerowany. Wieczorem, gdy cz chopcw ju posna, przysiad u ognia i zachcony przez Mazurka opowiedzia nam sw mroc krew w yach histori. * W kad noc wpadali do celi rozwcieczeni Niemcy i kolbami wypychali winiw na korytarz, gdzie torturowali ich. Katowany nieustannie Fiodor coraz bardziej traci siy. Kiedy w kocu listopada 1941 roku zbiego z wizienia siedmiu ludzi, ktrzy wyamali kraty i rozbroili posterunek przy bramie, Niemcy wpadli w sza. Codziennie katowali na mier kilku winiw. Fiodor modli si nocami o to, by wreszcie skoczyy si jego mki... Ale czas upywa, a on, cho bity i poniewierany straszliwie, cho wyschnity na ko, wci jeszcze y. Tak przyszy pierwsze dni marca. Rankiem 9 marca jak co dzie wywleczono go z celi. Fiodor ledwie si sania na nogach. Czu ju zbliajc si mier. Poprzedniej nocy nio mu si, e umiera pod razami oprawcw: przywoywa on i dzieci, by zobaczy je po raz ostatni. Tym bardziej zdziwi si, gdy stwierdzi, e gestapowcy nie prowadz go na tortury, lecz na podwrze wizienne. Stay tu trzy samochody ciarowe z drewnianymi budami. Wraz z innymi winiami zosta wepchnity w gb samochodu. Wieziono ich na mier. Fiodor by tego pewny. W samochodzie dziay si dantejskie sceny. Winiowie szeptali modlitwy, rzucali si na ciany pragnc je rozwali, inni miali si histerycznie lub piewali. Tylko Fiodor by zupenie spokojny. Nie ba si mierci, a nawet pragn jej. Wkrtce samochd zatrzyma si na terenie koszar na Grce. Na placu wykopany by dugi rw. Ustawiono ludzi w szereg, wszyscy musieli zbliy si do rowu i klkn. Fiodor wiedzia, co to znaczy. Zdy tylko wyszepta dwa sowa: Bdcie przeklci, gdy gruchna salwa. Zwali si do rowu. Pocztkowo nie czu nic. By przekonany, e umiera, lecz dziwi si, e wci jeszcze moe myle, a nawet syszy bicie swego serca i gone salwy wystrzaw. Przy tym nie mg poj, dlaczego nie czuje adnego blu. Chwil mierci z rk katw wyobraa sobie jako co bardzo bolesnego. Kula dry w ciele otwr: najpierw rozrywa skr i minie, a pniej wera si gbiej, coraz gbiej, siga serca. Czowiek syczy z blu, pniej krew dawi gardo i tryska fontann ustami... I wtedy jest koniec. Nie syszy si nic, kompletnie nic... i nie myli si... Na grze salwy nie ustaway i Fiodor je wci sysza. Nagle co cikiego zwalio si na niego, po czym zsuno si i lego obok. To co drgao jaki czas, w kocu znieruchomiao. Poczu, e ma mokre plecy. Trup krwawi. Fiodor poruszy nog i rk. Teraz ju wiedzia na pewno, e yje... Kula go nie dosiga... Oni s pewni, e mnie zabili jak innych, a ja tymczasem yj i nawet nie zostaem ranny - pomyla. I od razu przerazi si, by nie odkryli, e on nie zgin. Owadno nim pragnienie ycia. Uczepi si myli, e jeli nie zasypi ich od razu ziemi, to moe o zmroku uda mu si std wydosta. Trup lecy obok nieustannie krwawi. Jego krew spywaa teraz po rkach Fiodora. Na plecach zamarza ju, w miejscu, gdzie mia przemoczon bluz, czu twardy sopel. Ciao Fiodora przebiegay dreszcze. Na dworze by kilkustopniowy mrz, a on mia na sobie tylko cienki wizienny pasiak i na bosych stopach drewniaki. Samochody odjechay. Strzay ucichy i Fiodor sysza teraz wyranie gosy gestapowcw: miali si i opowiadali sobie dowcipy.

Mino z p godziny, znw usysza warkot motorw: na plac wracay samochody. Gone krzyki Niemcw i jki bitych kolbami winiw. Przywieziono now parti. Komenda... i oguszajcy huk dziesitkw wystrzaw. Fiodor po raz drugi wyszepta: Bdcie przeklci. Zdawao mu si bowiem, e to on sam klczy znw nad rowem. Na Fiodora spady dwa drgajce ciaa. Ten, ktry przygnit mu gow, jcza gono i pry si, wgniatajc twarz Fiodora w gliniast ziemi. Lecz Fiodor nawet nie drgn. Mokra posoka zalaa mu wosy i oczy... Drugi zwali mu si na tuw. Na kilkanacie minut zrobio mu si ciepo, a nawet duszno. Potem jednak trupy zaczy sztywnie i robio si coraz chodniej. Niemcy mieli si i szwargotali... Upyno nastpne p godziny i wszystko powtrzyo si od nowa. Trupw nieustannie przybywao. Pniej Fiodor usysza odgos kilku par podkutych butw. Wzdu rowu szli gestapowcy. Ogldali swoje dzieo, rozmawiajc gono. Nie mia pojcia, jak dugo ju lea wrd trupw. Na grze znw rozlegy si kroki, nie byy to jednak kroki gestapowcw. Ludzie ci stpali mikko i szybko, nie mwili nic. A wic s to grabarze przebiego mu przez myl - za chwil zgin zaduszony ziemi. Wsuchiwa si, czy nie dojd go dwiki opat. Ale pniej domyli si, e wycigaj z dou trupy i wynosz je gdzie i serce skulio mu si trwonie. Czeka w tym niepokoju moe kwadrans, a moe duej. Wreszcie poczu, jak szarpnli z jego plecw trupa. Po jakim czasie wrcili i wtedy jeden z nich nadepn Fiodorowi na rk. Mimo woli poruszy si i sykn. Kto szybko nachyli si nad nim i biorc go za ramiona, szepn: - Ty ywoj? - Kaetsia szczo tak! - odpar ledwie dosyszalnie Fiodor. - Biedniaga... Fiodor z trudem rozwar oczy i w szarzejcym ju mroku dostrzeg dwch radzieckich jecw wojennych. - Zaniesiemy ci do drugiego rowu. Peznij na prawo. Tam jest kupa niegu. Zagrzeb si w niej, a w nocy uciekaj - szepta mu gorczkowo do ucha jeden z jecw, biorc go pod ramiona. Drugi chwyci go za nogi. W tym momencie przypad do nich gestapowiec i wrzeszczc: Schnell banditen, uderzy ktrego kolb mauzera. Jeniec nie wypuci jednak ciaa Fiodora. Nieli go kilkadziesit metrw, po czym uoyli na trupach. Rozejrza si: rw by ju peen, na prawo rysowaa si w mroku dua kupa niegu. Jecy cay czas nosili ciaa pomordowanych. Fiodor lea przez kilka minut nieruchomo, potem wysun si z rowu i zacz pezn. Powoli, niby liszka, posuwa si do obranego punktu... Wreszcie osign zwa niegu i zacz si w niego wwierca na podobiestwo kornika. Lea w niegu ze trzy godziny. Pniej wystawi gow i zacz nasuchiwa. W powietrzu trwaa gucha cisza. Unis si na okciach i spojrza wokoo: na placu nie byo ju nikogo. Sun na czworakach jak pies... Krok po kroku, krok po kroku, dalej i dalej... Teraz druty kolczaste. Fiodor dugo nie umia sobie poradzi z t przeszkod, w kocu pokona j. Posuwa si teraz wp zgity...

wit zasta go na przedmieciu Kowla. Fiodor spotka na drodze grup ludzi, ktrzy na jego widok zaczli nagle ucieka. Pniej szo jeszcze dwch mczyzn. Minli go, patrzc na z trwog. Chcia baga ich o pomoc, lecz ludzie omijali go z daleka. Przeszo jeszcze kilka osb. W kocu jaki mczyzna zatrzyma si na jego widok i spyta: - Co z wami jest? Jestecie cay we krwi... Fiodor zrozumia i od razu zacz zmywa niegiem zakrzep krew. Tar zawzicie rkoma twarz i gow. nieg wok niego poczerwienia. Mczyzna pomg mu wsta i poprowadzi go po bezdroach do swego domu. Nastpnej nocy Fiodor wrci do rodziny. Zona ukrya go w stodole, gdzie przesiedzia ptora miesica. Mg tak pozosta do koca wojny... Wedug mniemania faszystw bandyta Fiodor Karpenko ju nie y. Franek Mazurek odwiedzi rodzin Fiodora i od jego ony dowiedzia si wszystkiego: by przecie jego najlepszym przyjacielem. Fiodor postanowi przyczy si do naszego oddziau.

Tropem ludzi z Wielkiej Ziemi


Przeywalimy wielkie chwile. Nasz oddzia stale si teraz powiksza. Zaraz nastpnego dnia po przybyciu Fiodora Karpenki doczyo do nas tamtych siedmiu ludzi, ktrzy uciekli z kowelskiego wizienia. Midzy nimi byli Dymitr Chwiszczuk, Grigorij ukieczuk, Siergiej Borysiuk, Sylwester Mytkayk, Naum Mytkayk. Posiadali dobre uzbrojenie, mieli te ze sob spory zapas amunicji i troch poywienia. Ludzie Chwiszczuka byli niezwykle cennym nabytkiem dla naszego oddziau. Wszyscy byli komunistami, czonkami KPZU. Od razu znalazem z nimi wsplny jzyk. Nocami, w wolnych chwilach, ucinalimy sobie dugie dysputy polityczne. Doszy nas suchy, e od naszych min-puapek zgino a czterech gestapowcw i dwch policjantw. Przez cay tydzie robilimy wyprawy na mleczarnie i posterunki policji w Trojanwce, Czerewasze, Nowej Rudzie, Zajczwce, oczyszczajc teren z faszystw. Akcje te prowadzilimy raczej ywioowo, bez okrelonego, szczegowego planu. Niemniej jednak daway one rezultaty, gdy w powanym stopniu utrudniay Niemcom zaopatrzenie w ywno oraz sprawn administracj okupowanego terenu. Zyskalimy te dziki nim sympati i zaufanie miejscowej ludnoci. Chcc dziaa bardziej celowo i osiga wiksze efekty naleao uj nasz lun grup w ramy jakiej organizacji, opracowa oglny program, wyznaczy kierownika, zaj si sprawami zaopatrzenia. Ten i w przebkiwa o tych rzeczach, wspominali o nich Mazurek i Koniszczuk, Chwiszczuk i Borysiuk. To byo 10 maja. Zaraz po niadaniu zaszyem si w krzakach i zabraem si do czyszczenia swego pistoletu. Noc bylimy na wyprawie, la deszcz i baem si, by na bro nie pada mi rdza. Wanie wyczyciem ju luf, gdy zobaczyem obok siebie Chwiszczuka, - Chod! Mamy wane sprawy do omwienia - powiedzia. - Jakie znw sprawy? Musz zoy pistolet... - Chod, wszyscy ju czekaj na ciebie.

- Na mnie? Nie moecie sami zdecydowa? Ja si zgodz na wszystko, co postanowicie. - To si tak nie da zaatwi - rzek. - Musisz by razem ze wszystkimi. Chcc nie chcc poszedem z nim. Ludzie mieli jakie uroczyste twarze, a poczuem si gupio. Wszyscy patrzyli na mnie, a Paduchowie umiechali si dziwnie. Nic z tego nie rozumiaem. Siadem wrd nich i wtedy odezwa si Koniszczuk: - Widzisz, Jzek, nie moemy tak azi jak banda Machny... Sam wiesz, czego chcemy. Mamy by partyzantami, a jestemy jak zbieranin bez adnego porzdku i organizacji. A zreszt, co tu duo gada... Chopcy postanowili wybra ci na dowdc... - urwa i popatrzy mi uwanie w oczy. Spojrzaem wkoo i zobaczyem, e wszyscy tak samo na mnie patrz. Byem zaskoczony tym owiadczeniem. Nigdy bym si tego nie spodziewa. - Obawiam si, e robicie to bez adnej myli - rzekem. - Czy wyobraacie sobie, e ja bd mg wami kierowa? Przyszedem tu a spod Lublina. Nie znam ani terenu, ani ludzi. Nie umiem nawet dobrze mwi po ukraisku. A przecie wy jestecie Ukraicami. Polakw jest nas tu tylko czterech. S wrd was ludzie bardziej dowiadczeni i starsi ode mnie. Ty sam, Koniszczuk, mgby obj dowdztwo. Masz troch dowiadczenia, bye przewodniczcym rady. Albo Chwiszczuk... albo Borysiuk. Jestecie z tych stron. Znacie dobrze tutejszych mieszkacw. - Ani ja, ani Chwiszczuk, ani Borysiuk - przerwa mi Koniszczuk - tylko ty... To ju zostao przez nas postanowione. Wiemy o twoich zasugach i zdolnociach. Chyba nam nie odmwisz, jeli przegosujemy spraw? Prbowaem jeszcze oponowa, tumaczy, e jako obcy nie bd si cieszy autorytetem wrd tutejszej ludnoci, lecz wszystko na prno. Przegosowali. Tej nocy dugo mwilimy o naszych sprawach organizacyjnych i przyszych planach. - Bdziemy mieli wiele kopotw - rzekem do zebranych, - Chciabym, ebycie mi pomogli. - Chtnie to uczynimy - odpar Chwiszczuk. - Wcale nie chcemy wszystkiego zostawia na twojej gowie. - To dobrze. Wydaje mi si, e najlepiej bdzie, jeli kad rzecz ustalimy sobie w kolektywie. Widz na pocztek kilka spraw do rozwizania; chodzi o oglny plan akcji, o zaopatrzenie i lini polityczn. Sdz, e pierwszy punkt nie bdzie trudny do ustalenia - przerwaem, czekajc na gosy. - No, chyba bdziemy dalej walczy z Niemcami - rzek Mazurek. - Oczywicie - popar go Koniszczuk. - Ja myl, e taka maa grupa nie moe podejmowa otwartej walki z wrogiem. Musimy si zaj gwnie dywersj. - Powinnimy robi zasadzki, podpala magazyny i zakady wykorzystywane przez wroga, wysadza pocigi, likwidowa zdrajcw, nie pozwoli na zagarnianie przez Niemcw mienia ludnoci, odbija zabrane bydo i zboe - uzupeni Chwiszczuk. - Zgadzam si z wami - powiedziaem. - Ale eby mc dziaa, musimy si mocniej zwiza z terenem. Takie nage, niespodziewane akcje wymagaj cznoci z ludnoci. - Dobrze mwi - wtrci si do rozmowy Sylwester Mytkayk. - Bez jzyka i uszu caa robota na nic. Ja wam to mwi. W tysic dziewiset siedemnastym byem w partyzantce a pod Kijowem i koo Korostenia. Tam gdzie pokpilimy spraw kontaktu z ludmi, mielimy zawsze przykre niespodzianki

ze strony petlurowcw. Czasami musielimy za to drogo paci. Pniej w dziewitnastym roku bylimy ju kuci na cztery nogi. Wszdzie, gdzie zaszlimy, mielimy naszych ludzi. Donosili nam o wszystkim. - To przecie nie takie trudne. Kady z nas ma tu swoich przyjaci - rzek Borysiuk. - Znam w Houzji jednego towarzysza. Nazywa si Anton migielski. Pogadam z nim. Na pewno zgodzi si z nami wsppracowa. - Mamy ju Sowika i Cielikowskiego. Trzeba im postawi zadanie: niech uwaaj na Niemcw w Maniewiczach - doda Mazurek. - Ja i Fiodor te mamy tu duo znajomych. W Hulewiczach, Majdanie Trojanowskim, w Trojanwce i Berczu... Prawda Fiodor? - popatrzy w stron, gdzie siedzia milczcy dotychczas Karpenko. - Jeli trzeba, pjd i zwerbuj kilku - wyrazi sw gotowo Fiodor. - A w ogle to serce mi si kraje, jak patrz, e chopaki nie umiej sobie radzi z jedzeniem. Nie mona wci si ywi na sucho. Kady yje na swoj rk. Wyjmuje z kieszeni kawa chleba albo suchara i gryzie. Raz co zje, drugi raz nie ma nic. Kto musi zorganizowa gorce poywienie. - Tego chyba nikt lepiej od ciebie nie zrobi - powiedzia Franek Mazurek. - Fiodor to wspaniay kucharz - doda zwracajc si do nas. - Nie mylaem wcale o sobie - rzek Fiodor, jakby zawstydzony. - Tylko przecie nie mona tak y... - Bardzo bymy si cieszyli, gdybycie zajli si t spraw - rzekem. - Jeli trzeba, mog gotowa. Tylko eby mnie pniej nie przeklinali. Nasza rozmowa bya gorca i ywa. Wszyscy mieli jakie propozycje. Czuem, e ci ludzie powanie traktuj swj udzia w walce na tyach wroga, e znajd u nich pene poparcie i pomoc w kadej chwili. Troch byo mi przykro, e Paduchowie, z ktrymi dotychczas tak wiele mnie czyo, stanli obecnie na uboczu, nie angaujc si w nasz dyskusj. Nie miaem teraz czasu, eby si z nimi powanie rozmwi. Zastanawialimy si jeszcze nad nasz platform polityczn. Kto si musia zaj sprawami informacji politycznej i wychowania ludzi. Jako gwn rzecz w tej pracy uwaalimy przyja midzy Polakami i Ukraicami, i innymi grupami narodowociowymi, ktre znajd si w przyszoci w naszym oddziale. To zadanie wzili na siebie Koniszczuk, Borysiuk i Mytkayk. Obralimy sobie partyzanckie pseudonimy. Ja pseudonim Maks, Mazurek - Kinor, Karpenko Terpywy, Chwiszczuk - Wiktor, Iwan Nieroda - Jastrzb, jeszcze inni: azowy, Wrona, Biegun, Zimny. Nie chcielimy posugiwa si nazwiskami, moglibymy bowiem cign w ten sposb nieszczcie na gowy rodzin partyzantw. Wiedzielimy, e Niemcy i policjanci umiej si mci. * W cigu najbliszego tygodnia nasz oddzia podzielony na mae cztero- lub picioosobowe grupki przeprowadza wypady na mleczarnie i posterunki policji. Zawsze po wykonaniu zadania zostawiaem na miejscu kartk: Akcj wykonali w imieniu narodu - partyzanci i podpisywaem j: Dowdca oddziau partyzanckiego: Maks. Uzyskaem wiadomo, e gestapowcy w Maniewiczach wraz z policj szykuj si do walki przeciwko naszemu oddziaowi. W cigu najbliszego tygodnia mieli zorganizowa wielk obaw w lasach w rejonie Trojanwki, Hradyska, Berenicy i Nowej Rudy.

Nastpnie doniesiono nam, e gdzie w pobliu Houzji pojawia si grupa uzbrojonych ludzi, ktrzy maj ze sob radiostacj. Nie mielimy pojcia, kim s ci ludzie. Wiadomo t przynis Iwan Nieroda od pewnego chopca, na ktrym nie bardzo moglimy polega. Krci si on niedaleko naszej kryjwki na Ostrwku Jaowym i twierdzi - jak opowiada nam Iwan - e otrzyma polecenie od kogo z Houzji, eby zawiadomi o tym dowdc partyzantw koo Bercza. Iwan przegna chopaka, nie dajc mu moliwoci poznania miejsca rozmieszczenia oddziau. - To nikt inny, jak Anton migielski - powiedzia oywiony nagle t wiadomoci Borysiuk. - Trzy dni temu byem u niego. Powiedzia, e jak co bdzie, przyle chopaka. - Skd mogem wiedzie? - odpar Iwan. - Przepdziem go, bo mi si wydawa podejrzany. Rwnie dobrze mogli go przysa policjanci albo Niemcy. Jeli swj, to powinien zna przynajmniej haso. - Racja - pochwaliem Iwana. - Trzeba ustali hasa dla cznikw. - Jeli przysali go policjanci, to znaczy, e zostalimy zdradzeni i powinnimy std wia - rzek rozsdnie Mazurek. - A w ogle warto sprawdzi to, co mwi chopak - rzekem zaciekawiony tym wszystkim. Pojawienie si jakiego oddziau, dziaajcego na tych terenach, mogo oznacza albo powikszenie si naszych szeregw, lub wrcz odwrotnie - walk z wrogiem. Mogli to by albo gestapowcy, ktrzy rozpoczli ju swoj akcj przeciwko nam, albo partyzanci, ktrzy przybyli w te strony z innych rejonw. W kadym razie uwaaem, e uzyskana w tych warunkach wiadomo, choby nawet najmniej prawdopodobna, winna by przez nas dokadnie sprawdzona. Poparem propozycj Mazurka, by opuci Ostrwek Jaowy i niebawem zwinlimy manatki i ruszylimy w drog. Podzieliem oddzia na dwie grupy. Pierwsza w skadzie dziesiciu ludzi pod dowdztwem Koniszczuka udaa si do Iwanwki i miaa za zadanie zlikwidowa posterunek policji, a nastpnie nawiza kontakt z ludnoci w rejonie Mielnicy. Miejsce spotkania za pi dni w rejonie jeziora Chidrza trzy kilometry na zachd od Hradyska. Druga grupa, pod moim dowdztwem, wyruszya w kierunku Houzji. Wzilimy ze sob trzy mundury policyjne. Wyznaczyem tras po bezdroach, lasami, przez uroczyska i achy, omijajc osiedla ludzkie. Ta droga wynosia z pidziesit kilometrw, chocia w prostej linii miaa o poow mniej. Musielimy zachowa wszelkie rodki ostronoci, by nie wpa w jak zasadzk. Nad ranem nastpnego dnia dobilimy w rejon bagien dwa kilometry na wschd od Houzji. Przebrani w mundury policyjne wybralimy si wraz z Borysiukiem do migielskiego, pozostawiajc reszt ludzi w lesie. migielski przelk si, ujrzawszy nas za oknami swego domu. Dugo nie otwiera drzwi, dopiero na proby i nalegania Borysiuka wpuci nas do wntrza. - Ale mnie nastraszy. Mylaem, e to rzeczywicie policja! - rzek migielski oddychajc z ulg i witajc si z nami. - Posaem do was chopaka. Wrci z paczem i powiedzia, e nie chcieli go do ciebie puci. Jaki faszysta, ktry podawa si za partyzanta, sprawi mu lanie i chopak co tam wyklepa. - Wiemy ju o tym! - wyjani Borysiuk. - To nie by aden faszysta. Ale swoj drog nie masz zbyt rozgarnitego syna. Mw, o co ci chodzio? - A wic to by wasz czowiek? To znaczy wszystko dobrze... Tylko e teraz ju za pno - westchn migielski. - Byo tu u mnie siedmiu radzieckich skoczkw spadochronowych. Mieli automaty, granaty, erkaem i radiostacj. Szukali jakiego oddziau partyzanckiego. Wymieniali nazwisko jakiego Koniszczuka...

- To nas szukali - ucieszy si Borysiuk. - Mw prdko, co dalej. - Chcieli si z wami spotka. Wicej nic nie powiedzieli. - A gdzie poszli? - Jak wrci mj chopak i opowiedzia o wszystkim, zaraz zabrali si bez sowa. - I nie wiesz, gdzie mog teraz by? - Nie mam pojcia. Nie wolno nam byo traci ani chwili czasu. Chciaem koniecznie spotka radzieckich skoczkw, od ktrych moglimy uzyska cenn pomoc. Wiadomo o posiadaniu przez nich radiostacji ucieszya mnie ogromnie: znaczyo to, e moglimy uzyska czno z jakim dowdztwem, a co za tym idzie pomoc i konkretne wytyczne do walki. Zebralimy ludzi i podzieleni na dwu- i trzyosobowe grupki zaczlimy kry w lasach wok Houzji, szukajc jakich ladw. Lecz nie bya to atwa sprawa, zwaywszy, e nieg ju dawno znikn. Siady mona byo odkry jedynie gdzie w wilgotnym miejscu lub w piachu. I chocia wilgotnych miejsc i piachu nigdzie tu nie brakowao, to jednak szukanie na lepo nie rokowao wielkich nadziei. Szedem z Karpenk, ktry okaza si nie tylko wspaniaym kucharzem, lecz rwnie doskonaym tropicielem ladw i znawc terenu, o czym ju wkrtce si przekonaem. Fiodor a piciokrotnie trafia na odbite w piachu lady stp, lecz za kadym razem po przejciu kilkunastu metrw mwi: To nie oni. Albo: Tu szo piciu chopw na targ do Maniewicz. Chodmy dalej. Przypatrywaem si uwanie tropom i nie mogem zrozumie, skd Fiodor umia okreli, czyje one byy. Wreszcie pochyli si i a wykrzykn z radoci: - O, patrz! Tdy poszli. Widzisz te lady? Zbliyem si szybko i wpatrzyem w piach. Fiodor tumaczy: - Tamci ludzie byli jak my - w apciach, a ci mieli buty... Tutaj nikt oprcz ludzi z miasta i Niemcw nie nosi butw. Niemcy maj podkute gwodziami, zreszt ich buty s cikie. A te s radzieckie, kierzowe. Od razu to wida. Ja nie tak bardzo od razu to wszystko widziaem, faktem jednak byo, e te lady rniy si znacznie od poprzednich. Zebraem grup i poszlimy odnalezionym tropem w kierunku pnocnym. Zatrzymalimy si dopiero o zmroku, znalazszy w lesie resztki ogniska, pozostawionego tu przez ludzi, za ktrymi maszerowalimy. Noc nie mielimy adnej nadziei odnalezienia ich, a nie chcc zgubi tropu, postanowilimy przenocowa i o pierwszym brzasku pj dalej. Rano wszyscy byli okropnie godni. Zajci od dwch dni spraw odnalezienia radzieckich skoczkw nie pomylelimy o zdobyciu jakiego poywienia. Wychodzc za z bazy wzilimy ze sob tylko troch chleba i soniny, co ju dawno skonsumowalimy. Kazaem przygotowa si do drogi, ale widziaem, e niektrzy s niezadowoleni. - Powinnimy co zere - rzek Wrona - tu, o sto metrw dalej, jest par lenych barci. Mona wybra troch miodu. - Teraz nic tam nie znajdziesz - powiedzia Fiodor. - W maju pusto w ulach.

- Wcale nie. Mog wej i zwali kilka pni. Ojciec mj mia ule. Znam si na tym. - Dobrze by byo troch podje, choby nawet i miodu - popar go Bulik, przeykajc lin. - Jak chcesz, id. Ale nie radz ci. To jest troch ryzykowne - powiedziaem. - Zostawiam wam jeszcze p godziny czasu - zwrciem si do wszystkich. Wrona popdzi szybko do kpy starych dbw. Na grubych gaziach wisiay kaway pni, przymocowane drutem do drzewa. Byy to lene barcie, nakryte z gry daszkami ze somy w ksztacie chochow. Iwan Nieroda, ktry najdalej poszed za Wron, zawoa, gdy ten zacz si ju wdrapywa na drzewo: - Uwaaj! Lene pszczoy s strasznie ze. Kiedy na mier zagryzy u nas jednego pastucha. - Znam je dobrze. Nic mi nie zrobi. Poszedem za innymi i z odlegoci pidziesiciu metrw przypatrywaem si Wronie, jak sprytnie sun w gr po chropawej korze dbu. Chwyci si gazi i trzymajc si teraz jedn rk pnia, drug zacz manipulowa przy drucie. Nagle z otworu pnia zacz si wydobywa gsty rj. Zdawao si, e to jaka siwa mga otoczya twarz Wrony. Zobaczyem, jak macha zawzicie rk, opdzajc si od pszcz, lecz nie schodzi z drzewa. Zaczlimy woa, by da spokj i zaraz wraca, ale na prno. Pszczoy zwart mas atakoway miaka, ktry, nieczuy, na nic, realizowa powzity zamiar. Po kilku minutach spad wraz z barci na ziemi, jczc z blu. Zerwa si i co si w nogach pogalopowa do bagna, ktre rozpocierao si niedaleko. Pszczoy hurmem ruszyy za nim. Zakry twarz rkoma i sun w diabelskich podskokach. Dopad wreszcie bagna i sun twarz w czarne boto. Pszczoy rozfruny si. Pobieglimy do niego. Obmy twarz i zacz od razu jcze. A wic speniy si nasze przestrogi: by okropnie pocity. Jego twarz obrzmiaa, staa si czerwona. W pniu nie byo miodu. Byem zy za ten jego wybryk. W ten sposb niepotrzebnie stracilimy p godziny, a teraz w dodatku musielimy wysuchiwa jego jkw. Ruszylimy w dalsz drog. Nie mina jednak godzina, jak Wrona wlokcy si na kocu, zawoa z paczem: - Nie zostawiajcie mnie! Wrcie. Ja nic nie widz! Zawrciem i obejrzaem dokadnie jego twarz. Opuchlizna zakrya mu powieki, a wic by teraz lepcem. Ogarna mnie jeszcze wiksza zo. Kazaem Iwanowi i Bulikowi prowadzi go pod rce i wysunem si na czoo, gdzie szed Karpenko i Mazurek, a tu za nimi Paduchowie i Borysiuk. - Przez jednego gupca moemy ich zgubi i nigdy nie odnale - rzekem do Karpenki. - Moe si jako uda - odpowiedzia Fiodor. - Jeli oni take nie szli noc, to niedugo ich spotkamy. Boj si tylko, eby nie zacz pada deszcz. Popatrzyem na niebo, po ktrym harcoway ciemne zway chmur. Deszcz z pewnoci zmyby wiee jeszcze lady ludzkich stp. Szlimy bardzo szybko, lecz nie moglimy ich dogoni. Widocznie nie zatrzymywali si noc na odpoczynek. Zreszt w myl wszelkich zasad konspiracji powinni tak wanie postpowa. Nie chcc si zdradza przed nikim, my te zwykle chodzilimy noc, w dzie zaszywajc si w gstwin na odpoczynek. Tylko w tym wypadku, idc ich ladem, musielimy postpowa odwrotnie. Zakadajc, e skoczkowie szli przez ca noc, powinnimy ich spotka po poudniu na

odpoczynku. Obawiaem si troch, ebymy si z nimi nie postrzelali w momencie spotkania. Zapowiedziaem ludziom, eby nie otwierali ognia, jeli usysz w pobliu jakie strzay. Dotychczas szlimy wci w kierunku pnocno-zachodnim, w stron osady Liniwka, lecz koo dwunastej w poudnie zauwaylimy, e dalsze tropy zmierzaj wyranie na zachd. W pewnej chwili Iwan Nieroda, ktry pomaga Bulikowi prowadzi olepionego Wron, wysun si na czoo i powiedzia: - Pozwlcie mi i na przedzie. Znam tu prawie kade drzewo... Pi kilometrw std jest nasza wioska - Nabrska. Zgodziem si chtnie. Tropy wiody do rodzinnej wsi Nierodw. Iwan cieszy si z tego bardzo i aowa, e jego starsi bracia poszli w drugiej dziesitce razem z Koniszczukiem. Mazurek rwnie by zadowolony, gdy nadarzaa mu si okazja odwiedzenia swej siostry - matki Iwana. Jeszcze nie zapad zmrok, gdy znalelimy si na skraju wsi. Ze wzgldu na bezpieczestwo nie naleao wychodzi z lasu a do zapadnicia zmroku, lecz istniaa obawa, e skoczkowie radzieccy, jeli zatrzymali si w Nabrsce, mog w kadej chwili opuci osad. I dlatego chtnie przystaem na prob Iwana, ktry chcia podkra si do wsi i zbada sytuacj. Patrzyem, jak sprytnie przesuwa si po polu, kryjc si to za pojedynczymi drzewami, to czogajc si na pagrkach. Pniej oderwaem od niego wzrok, przewrciem si na plecy i zamknem oczy. Byem znuony i godny; podobnie zreszt jak wszyscy moi wsptowarzysze. Pragnienie nasycenia godu walczyo we mnie z sennoci, lecz ponad wszystkim growaa ciekawo i usilne pragnienie odnalezienia ludzi, ktrzy przybyli tu a z Wielkiej Ziemi. Wyobraaem ju sobie moj rozmow z dowdc radzieckiej grupy. Najpierw przywitamy si, ciskajc sobie rce, nastpnie sidziemy, zapalimy papierosy i, tak jak wtedy przy spotkaniu z Mazurkiem, bdziemy dugo milczeli, nie wiedzc, jak zacz. A pniej?... Pniej on zapyta, czy to ja jestem Koniszczuk... W pewnym momencie wszystkie moje myli prysny, zerwaem si na nogi. Od strony Nabrski zabrzmiay serie strzaw. Chopcy wysunli si na brzeg lasu. Zlkem si o Iwana, pomylaem, e widocznie radzieccy spadochroniarze wzili go za policjanta i otworzyli do niego ogie. Lecz za chwil pojem, e byem w bdzie. Strzelanina nie tylko nie ustawaa, lecz zdawaa si nawet przybiera na sile. Zreszt wygldao na to, e ogie prowadzono z kilkudziesiciu luf. Syszaem pojedyncze strzay z karabinw, serie z automatw, z cekaemw, a nawet wybuchy granatw... To bya prawdziwa walka dwch przeciwnych sobie oddziaw. Przed sob miaem ca wie; z lewa widziaem biae chatki, kryte som, rozsiane ze wschodu na zachd, z prawa leaa ta acha piachu, tworzca do rozlege wzgrze. Zobaczyem, jak z lasu suny na to wzgrze zgite sylwetki ludzi w ciemnozielonych mundurach. U podna byo ich ju ze trzydziestu. Poznaem Niemcw i uczuem bl w piersiach. W jednej chwili zrozumiaem wszystko. Stao si nieszczcie! Nagle zobaczyem tu w pobliu czogajcego si Iwana. Dopad mnie bez tchu i zawoa: - Ratujmy ich! Niemcy ich okryli! - Co robi? - mylaem bezadnie. - Jest nas dziewiciu, nie liczc Wrony. Nie moemy tak si uderzy na wrogw, ktrych jest z dziesi razy wicej. Wystrzelaliby nas jak kaczki. Pozostaa jedna jedyna moliwo: otwarcia w ich stron niespodziewanego ognia prosto z lasu. W ten sposb zdezorientujemy ich. Zmierzyem odlego do miejsca walki: na oko wynosia ona okoo omiuset metrw. Zawoaem: - Ognia, do szwabw!

Chopcy momentalnie spenili mj rozkaz. Bilimy jak optani. Niemcy odkryli nas i zaczli grupkami odrywa si od wzgrza i sun w nasz stron. Uradowalimy si na ten widok. W gruncie rzeczy chodzio mi wanie o to, by odcign ich od wzgrza. Skokami zbliali si do lasu. Naliczyem okoo czterdziestu. Nie balimy si ich, mielimy nad nimi wyran przewag. Nas kryy pnie drzew, a Niemcy znajdowali si na odkrytym terenie. Strzelalimy teraz uwanie, biorc ich na cel, byli jednak jeszcze zbyt daleko, abymy ich mogli razi skutecznie ogniem. Udao nam si trafi zaledwie kilku. Miaem zamiar dopuci ich na odlego okoo stu metrw i dopiero wtedy wycofa si w gb lasu, odcigajc ich za sob, lecz faszyci posuwali si teraz coraz lamazarniej; wicej leeli na ziemi, prowadzc bezadny ogie, ni biegli. W kocu zalegli zupenie. Na wzgrzu trwaa nadal zawzita walka. Co i raz rozlegay si wybuchy granatw. Ogarno mnie przygnbienie. Pomylaem, e oto zblia si ju fina walki. Stano mi w pamici tamto wspomnienie z wrzenia, kiedy zaatakowani przez czogi bronilimy si granatami. Granaty byy zawsze ostatni desk ratunku. Zagryzem z wciekoci wargi, a poczuem na ustach smak krwi. Nie wiedziaem, co teraz robi: czy postawi na ostatni kart i wypa z lasu z okrzykiem hura!, czy te pozosta na tym samym stanowisku. Patrzyem w przerwach midzy seriami na twarze swych ludzi; chciaem odgadn, co oni o tym sdz. Ale nikt nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi: byli opanowani gorczk walki i gdybym rozkaza im i do przodu, porwaliby si w oka mgnieniu. A ja wci nie wiedziaem, co dalej robi. Byem bezradny jak dziecko, aowaem, e podjem si dowodzi ludmi. Przeczuwaem co bardzo gronego - byem niemal pewny, e na wzgrzu bitwa ju dogorywa, i wiedziaem, e odpowiedzialno za to, co si tam stanie, w pewnym stopniu spadnie rwnie na moje barki. Strzelalimy ju teraz rzadziej. Niemcy te osabili swj ogie i poczli si cofa z powrotem na wzgrze. Przeszo jeszcze p godziny i wszystko ucicho. Tylko gdzie dalej we wsi zawarczay motory samochodw, i bez przerwy wyy przeraone psy. Cofnlimy si nieco gbiej w las. Dugo nie odzywalimy si do siebie. Zmierzchao ju, gdy wyrway mnie z lego przykrego otpienia jakie sowa: - Pozwlcie nam pj z Bulikiem. Rozejrzymy si i za godzin, dwie bdziemy z powrotem. Trzeba te przynie co do zjedzenia. To by gos Iwana. Pooyem mu rk na ramieniu i rzekem: - Id, bracie. Noc bya jasna, gwiadzista... Taka noc, jeli nie pisz, zwykle rozbudza wspomnienia, te dobre i te ze. Ja nie mylaem o przeszoci, zbyt ywe byy jeszcze obrazy przeytej walki oraz palce pragnienie zgbienia jej rezultatw. Nie ulegao wtpliwoci, e Niemcy opucili teren walki i odjechali w kierunku Kamienia Koszyrskiego. Co jednak stao si z grup skoczkw, byo nada tajemnic. Nadzieja na wyrwanie si ich z okrenia wydawaa mi si fantazj. Obserwujc wzgrze doszedem do wniosku, e wrg dysponowa mniej wicej dwiema kompaniami wojska lub gestapo. Miejsce bitwy byo zupenie odkryte i niemoliwe byo wysunicie si z piercienia. Z gbi lasu nioso si pohukiwanie puszczyka. Wzdrygnem si. Wania i Bulik dugo nie wracali i podczas gdy inni nasi chopcy drzemali, ja i Mazurek niepokoilimy si o nich. - Boj si, eby nie wpadli w jak zasadzk - rzek Franek. - We wsi jest duo nacjonalistw, ktrzy trzymaj z Niemcami. Dlatego wanie oni te musieli ucieka do lasu - mwi o swoich siostrzecach.

- Znam sotysa, to przyjaciel Niemcw i wrg Nierodw. Ju trzech gospodarzy sprzeda gestapowcom. - Dlaczego mi tego przedtem nie powiedziae? - spytaem go z wyrzutem. - Nie wiedziaem o tym. Poszlibymy od razu wszyscy. - To byoby jeszcze gorsze - rzek. Nie odpowiedziaem nic, lecz mj niepokj siga ju zenitu. Paliem papierosy jeden po drugim, wci wpatrywaem si w stron, skd spodziewaem si nadejcia Nierody i Bulika, i nasuchiwaem... Ale bezskutecznie. Chopcy nie wracali. Zblia si wit. Ogarna mnie czarna rozpacz; przecie jeli tak dalej pjdzie, to bardzo prdko zaprzepaszcz cay oddzia. Powiedziaem sobie, e zaraz po spotkaniu si z Koniszczukiem zrezygnuj z kierowania grup. Po stokro wolaem by wykonawc rozkazw ni dowdc, ktry nie potrafi panowa nad sytuacj. Niespodziewanie usyszaem tu w pobliu krakanie wrony i drgnem caym ciaem. To by nasz umowny sygna. Karpenko i Mazurek rwnie odetchnli. - Wracaj! - powiedzia Mazurek. Podniosem si z mchu i razem z Frankiem wyszlimy im naprzeciw. Postanowiem, e porzdnie obsztorcuj Iwana, ale stao si zgoa inaczej. Iwan szed jak pijany, chwiejc si na nogach. Gdy stan przede mn i unis gow, przeraziem si jego wygldu: twarz mia wykrzywion jakim straszliwym grymasem, po policzkach cieky mu zy. Obj mnie rkami za szyj i zacz szlocha. - Mw, co si stao? - spytaem podtrzymujc go, by si nie wywrci. - Wszystko straciem. Ojca... matk... nie mam ju nic... nic... Zobaczyem, jak Mazurek zblad nagle i zadygota. - Wania, to nieprawda! - zawoa w jakiej straszliwej rozpaczy. Iwan pad na ziemi i zacz ka jeszcze goniej. Wszyscy chopcy otoczyli go koem. Tymczasem Bulik, ktry rwnie trzs si ze zdenerwowania i mia zy w oczach, opowiedzia nam cae zdarzenie. * Udali si najpierw na wzgrze, gdzie toczya si walka. Znaleli trzy trupy. W blasku ksiyca rozpoznali mundury onierzy radzieckich. Niebawem, idc w stron wsi, usyszeli jakie jki. To take by onierz radziecki. Dopadli do niego, lecz byo ju za pno na ratunek. Ostatnim wysikiem opowiedzia im, co zaszo. Skoczkowie radzieccy przybyli do Nabrski o dziewitej rano. Wstpili do jednego z gospodarzy, gdzie przygotowano im posiek. Odpoczli ze trzy godziny i udali si w stron lasu, lecz kiedy znaleli si na piaszczystym wzgrzu, spostrzegli nagle, e s otoczeni zewszd przez Niemcw. Postanowili si broni. Rozpocza si dramatyczna walka, w ktrej nie mieli adnych niemal szans. Niemcw, ktrych naliczyli ze stu, wspierali jeszcze miejscowi faszyci i policjanci. Mimo to postanowili bi si do ostatniego pocisku. Niemcy wci zacieniali wok nich piercie okrenia. Dwch onierzy radzieckich lego od kul wroga. Powetowali to sobie zabijajc i ranic z dziesiciu Niemcw, lecz stosunek si nie zmniejszy si na ich korzy. Amunicja prdko si wyczerpaa. Pad trzeci ich towarzysz - radiotelegrafista. Zostao ich teraz tylko czterech. Niemcy byli ju zaledwie o sto metrw od nich, kiedy usyszeli strzay z lasu. Wrd wrogw zapanowaa konsternacja. Nie wiedzieli, co to ma znaczy. Po chwili wiksza grupa

Niemcw skierowaa si w kierunku, skd niosy si strzay. Rosjanie, nie tracc czasu, skoczyli z zamiarem wyrwania si z okrenia. Pdzili jak szaleni. Minli pierwszych faszystw i nagle on poczu, e jest ranny w nog, zachwia si i przewrci. Zdoa tylko spojrze jeszcze raz za uciekajcymi towarzyszami, ktrym udao si zbiec. Niemcy gonili ich, lecz bezskutecznie. Podeszli do niego. Jeden z gestapowcw strzeli mu w pier, lecz kula nie zabia go. Niemcy pozbierali swoich zabitych i rannych, zabrali radiostacj i odeszli. Zosta sam. Niedugo zjawili si miejscowi, nacjonalici. Zaczli go kopa, pniej ten, u ktrego jedli niadanie, wykrci mu nog. Nazywa si Hoodiuk. Ostatnie sowa konajcego brzmiay: Pomcijcie nasz mier! Iwan i Bulik ruszyli zrozpaczeni do wsi, w ktrej jeszcze wrzao. Nie byli zupenie pewni, czy Niemcy opucili Nabrsk. Musieli zachowa czujno. Przemykali si midzy chatami jak lisy. Po obu kracach osady patrolowaa stra wyznaczona przez sotysa. W jednym z budynkw miecia si policja. Iwan idc do swego domu mia jakie ze przeczucie i cay dygota. I oto dopenia si miara rozpaczy. Na miejscu, gdzie dawniej staa zagroda, byo teraz rumowisko. Zabudowania Nierodw zrwnano z ziemi. Iwan zacz jak optany biega wokoo miejsca, gdzie kiedy sta jego dom. Przewrci si o co mikkiego. Rozpozna straszliwie zmasakrowane zwoki matki. Potem odnalaz jeszcze trzy trupy ojca, brata i siostry... Dopiero po kilku godzinach Bulikowi udao si odcign zrozpaczonego Iwana od miejsca zbrodni. Iwan nie chcia wraca do oddziau. Poszed do jednego z ssiadw, z ktrym y w przyjani i tu dowiedzia si wszystkiego. Zbrodni popenili miejscowi faszyci z sotysem na czele. Wymieni nawet nazwiska mordercw. Zbrodniarze ci strzelali take do dwch najmodszych braci Nierodw, dziesicioletniego Griszy i trzynastoletniego Borysa, ktrzy pali pod lasem krowy, lecz chopcy zdyli uciec w gszcze. Cay dobytek Nierodw - trzy krowy, dwa konie, winie, zboe i rzeczy rozgrabiono, a dom rozebrano a do fundamentw. * Ogarno nas przygnbienie. Nikt nie mia odezwa si ani sowem. Iwan cigle jeszcze paka. Nagle Mazurek zakl, porwa si z miejsca i popdzi do lasu. - Stj, co robisz? - zawoaem, lecz nie zatrzyma si. Bojc si, by sobie nie zrobi co zego, wysaem za nim obydwch Paduchw. Wszyscy trzej wrcili dopiero w poudnie, prowadzc ze sob dwch wylknionych chopcw. Byli to Grisza i Borys - najmodsi siostrzecy Franka i bracia Iwana. Mazurek odszuka ich w lesie i przyprowadzi do nas. Musielimy si zaopiekowa dziemi. Teraz miaem w oddziale a szeciu braci Nierodw. Chopcy ujrzawszy Iwana zakali i dugo nie mona ich byo uspokoi. Paduchowie przynieli skd bochen chleba i sonin. Posiliem si nieco; mdlio mnie nie tylko z godu. Zastanawiaem si, gdzie mog by teraz trzej radzieccy skoczkowie, ktrym udao si wyrwa do lasu. Bardzo mi zaleao na tym, eby ich jeszcze spotka, lecz rozumiaem, e po tym, co si stao, nieprdko wyjd z ukrycia. I znw przyszy chwile, e nie wiedziaem, co mam dalej czyni. Spotkanie z grup Koniszczuka naznaczone byo na nastpny dzie. Opuci to miejsce moglimy dopiero o zmierzchu. A do zmierzchu pozostao jeszcze z pi godzin, pi bitych godzin mczcego wyczekiwania. W grupie panowa grobowy nastrj, wszyscy milczeli. Na Iwana i Mazurka wprost nie mona byo patrze. Nie

mogem ich nawet pocieszy... bo jak to uczyni? Wyobraaem ju sobie, co si bdzie dziao, gdy spotkamy si z reszt braci Nierodw. Mazurek z posiniaymi wargami chodzi bez przerwy wzdu polany tam i z powrotem. W kocu stan nade mn w gronej postawie: - Czy mamy im to tak darowa? - spyta. - Co chcesz przez to powiedzie? - Trzeba zniszczy to plugastwo... wszystkich bandytw... krew za krew... - Mw janiej! - Jeli ty nie dasz rozkazu, pjdziemy sami. Iwan nas poprowadzi do sotysa, do Hoodiuka i do innych. - Racja! - zawoali inni, przekrzykujc jeden drugiego. - Trzeba pomci krew niewinnych. - Diadia, daj meni hwintiwku ja joho sam ubyju, toho hada Hoodiuka. I sotysa tako ubyju! - zawoa zapakany may Griszka. - Uspokjcie si! - powiedziaem gono. - Przecie nie moemy nic robi tak na hura. Najpierw trzeba obmyli plan. - Po co tu plan? Pj i wydusi zdrajcw! - zawoa Bulik. - Iwan, Griszka i Borys znaj ich wszystkich. - Suchajcie - rzek spokojnie i rzeczowo Fiodor Karpenko. - Albo jestemy partyzantami, albo bandytami. Mamy dowdc. Sami emy go wybrali. Niech decyduje. Bez baaganu, bez krzyku, wszystko zrobimy... Po tych sowach uciszyo si troch i mogem przemwi. - Jeli mamy wykona wyrok na zdrajcach, to trzeba to zrobi rozsdnie, eby nie narazi si na niepotrzebne ofiary. Zlikwidowa naley tylko tych, ktrzy rzeczywicie maj na sumieniu morderstwa. - Znam ich wszystkich - rzuci popiesznie Iwan. - To Hoodiuk zakatowa moj matk i ojca... a sotys... odrba bratu gow siekier, a pniej razem z Hoodiukiem zacignli siostr do stodoy i tam j zgwacili i udusili. - A policjanci strzelali do mnie i do Griszki - doda paczliwie Borys. - Widziaem ich, jak lecieli za nami po polu, ale emy im uciekli. - No wic dobrze. Pomylmy teraz, jak wykona akcj likwidacyjn... Bulik mwi co o jakiej stray, ktra patroluje wie z dwch kocw, i o posterunku policji. Stopniowo, jak pajk snujcy sw pajczyn, rodzi si plan likwidacji faszystw w Nabrsce. Gdy nasta zmrok, plan by ju gotw we wszystkich szczegach. rodkiem wsi przepywaa niewielka rzeczka Czerewacha, ktra w tej chwili rozlaa si do szeroko po wiosennych roztopach. Chaty stay po obu stronach rozlewiska. Wartownicy, wyznaczeni przez sotysa, chodzili w dwch grupach wzdu wsi. Iwan wskaza nam kp zaroli, gdzie ukrylimy si oczekujc, a zbliy si wiejski patrol, uzbrojony w widy i siekiery.

Nie czekalimy dugo. Wypynli z mroku jak nocne mary. Byo ich czterech. Rozmawiali sennie, zapewne klnc w duchu swoj piesk dol, niewiadomi tego, co si zaraz miao sta. Spadlimy na nich jak jastrzbie, otaczajc ich koem: - Ruki w werch! - powiedzia szeptem Mazurek. Porzucali widy i siekiery i spenili rozkaz, trzsc si ze strachu. Odcignlimy ich ze trzysta metrw od wsi. Kazaem im pooy si na brzuchach, jeden obok drugiego, i nie rusza si pod kar mierci. Zostawiem z nimi Wron, Z bagnetem nasadzonym na karabin. Wrona jeszcze niezupenie dobrze widzia, gdy opuchlizna nie ustpia mu z twarzy, i nie na wiele mg si nam przyda w dalszej akcji. Obj wic stra nad tymi Bogu ducha winnymi chopami, ktrym nie mielimy zamiaru robi adnej krzywdy, chodzio nam tylko o to, by nie dopuci do alarmu we wsi. Iwan przeprowadzi nas teraz w brd przez rzeczk. Szlimy bardzo ostronie, by nie narobi haasu i nie sposzy drugiej grupy stranikw. Po godzinie zaatwilimy si z nimi, tak samo jak z poprzedni grup. Na warcie zosta Tomasz Paduch. Teraz moglimy, ju bez adnych obaw, miao porusza si po wsi. W chacie sotysa byo ciemno. Posaem Iwana i Bulika, by stukali do okien i wywoywali ludzi. Jestemy policj z Maniewicz - mieli mwi. - cigamy bandytw, jeli chcecie nam pomc, to chodcie na zbirk do sotysa. By nie wzbudza podejrze, przebrali si w mundury policjantw. Zreszt ja rwnie miaem na sobie mundur policjanta. Heniek Paduch i Mazurek otrzymali zadanie pilnowania policjantw, by nie przeszkodzili nam w wykonaniu naszego planu. Griszka i Borys poprowadzili ich do domu, gdzie kwaterowali policjanci. Chodzio o to, eby gdy usysz strzay, rzucili do wntrza dwa granaty, po czym powrcili do nas. Zostao nas tylko czterech. Wszyscy inni otrzymali swoje zadania, teraz przysza kolej na mnie. Podszedem do chaty sotysa i mocno zastukaem w okno. - Chto tam? - Policja! - zawoa po ukraisku Karpenko. - cigamy band Maksa. S tu niedaleko w lesie. Potrzebujemy troch ludzi. Otwierajcie! Wewntrz zachrobotay zasuwy. Zapono uczywo. Przez szyb zobaczyem ubierajcego si sotysa. By niski, krpy i ysy. Wszedem razem z Karpenk. Sotys zmierzy mnie od stp do gw i spyta: - Gdzie s ci bandyci? Zaraz zwoamy naszych ludzi. Ilu ich tam moe by? , - Bdzie ze dwudziestu - odpar Karpenko. - A was? - Dwudziestu dwch. Ale chcemy zrobi obaw. Potrzebujemy z dziesiciu od was... Syszelimy, e macie tgich ludzi, ktrzy nie boj si bandytw. Gonimy ich od samych Maniewicz. Sotys umiechn si, ukazujc trzy zote zby.

- Zaraz si wszystko zrobi. Marfa, Ulana, biegajcie po Hoodiuka i innych naszych chopcw - rzek do crek. - Stukajcie do kadej chaty. Niech tu zaraz przybywaj... Obie dziewczyny wyskoczyy w sukienkach z ka i wypady na dwr, gdzie czekali ju na nich dwaj moi chopcy, ktrzy otrzymali polecenie zatrzymania kadego, kto bdzie wychodzi z domu. Sotysowi pony oczy. Posadzi mnie przy stole i wycigajc zza ka karabin mwi: - O, to nawet nieza rzecz... Tam mog by te ci bandyci z naszej wsi: Nierodowie. Ju ja im zalej sada za skr. Chyba podarujecie mi ich? - Jeli s wasi, bdziecie mogli zrobi z nimi, co zechcecie - rzekem przemagajc gniew, jaki mnie zaczyna ogarnia. Sotys siad wreszcie obok mnie i zaczem mu tumaczy, w jaki sposb przeprowadzimy akcj. Powiedziaem, e bandyci znajduj si na odpoczynku w rejonie uroczyska Pieki, pooonego o kilometr od Nabrski, i e chcemy podkra si cicho i otoczy ich ze wszystkich stron. Sotys tak si podnieci, e a pali si do walki. Spytaem go, za co tak nienawidzi Nierodw. - To przeklci komunici. Caa rodzina wysugiwaa si bolszewikom. Zmuszali gospodarzy do kochozu, a pniej sprzeciwiali si zarzdzeniom wadz niemieckich. Podburzali ludzi, eby szli do lasu... Bo izby wpad Bulik. - Panie komendancie, nie moemy duej czeka. Mog nam uciec! - Zaraz tu bd nasi - powiedzia sotys. Rzeczywicie po paru minutach wbiego do izby dwch mczyzn. Jeden z nich trzyma w rkach krtki obrzynek, drugi siekier. Nie upyn kwadrans, a w izbie znalazo si jeszcze kilku rozespanych chopw. Tylko dwaj mieli karabiny. Pozostali uzbrojeni byli w siekiery i widy. - Jeszcze tylko nie ma policjantw z posterunku - powiedzia sotys. - Czekaj ju na kocu wsi - wyjaniem mu. Stanem naprzeciw nich. Obok mnie Karpenko, Bulik i jeszcze dwch partyzantw, wszyscy uzbrojeni w automaty. Iwan wci jeszcze czeka na dworze. Serce walio mi w piersiach straszliwie. Nadesza ostatnio prba. Powiedziaem: - Wiecie, po co was tu wezwalimy. Potrzebujemy pomocy. Banda Maksa jest niedaleko w lesie. Bdziemy walczy... Walka moe by trudna, mog by ofiary... Kto ma jakie obawy, niech wraca do domu. Nie chcemy nikogo zmusza. - Idziemy na Maksa! Na Maksa!... Dajcie go tu! - zaszemrali zowrogo. Nie byo chtnych do odwrotu. - Jeli nie chcecie wraca, wic dobrze, zostacie. A teraz wszyscy rce do gry! - krzyknem ostro. Moi chopcy momentalnie wymierzyli bro w ich piersi. Zaskoczeni wybauszyli na nas przeraone oczy, niektrzy porozwierali szeroko usta, lecz podnieli rce rzucajc bro - Co to ma znaczy, panie komendancie? - pisn sotys. - Ot wiedz ty faszystowska kreaturo - rzuciem mu prosto w twarz -- e nie jestem adnym twoim komendantem. Nie znae Maksa? Teraz masz okazj go pozna. To ja nim jestem!

Sotys zachwia si :na nogach i opar o cian. - Nie ruszaj si! - ostrzegem go. Tymczasem Bulik zebra porzucon przez nich bro i uoy j na stole. Sotys opanowa si po chwili i spyta drcym gosem: - To chyba nieprawda? W tym momencie do izby wpad Iwan. Ujrzawszy go, wszyscy zamknli oczy i zawoali: - Hospody pomyuj! Prepay my... Zaterkotay automaty... Z drugiego koca wsi odpowiedziay im echa wybuchajcych granatw. Siadem za stoem i drc ze zdenerwowania rk napisaem na kartce papieru: Za wysugiwanie si okupantowi, za zdrad wasnego narodu - wyrok wykonali mciciele narodu. Dowdca oddziau partyzanckiego - Maks 10 maja 1942 r.

Operacja
Na pocztku czerwca nasz oddzia znw si powikszy i liczy ju trzydziestu ludzi. Wrcilimy do bazy na Ostrwku Jaowym i std nocami robilimy wypady na punkty zbierania kontyngentw. Niemcy, po rozbiciu przez nas urzdze mleczarni, przysali do kadej wsi specjalne metalowe i drewniane beczuki - faski, do ktrych chopi skadali wyznaczone produkty. Teraz ju nie liczono na to, e ludno sama dostarczy zebrane produkty do miast: Maniewicz, Kamienia Koszyrskiego, Kowla i Powrska. Wszystkie podwody, wiozce zebrany kontyngent, byy przez nas kontrolowane. Rekwirowalimy ywno, bydo i zboe i rozdzielalimy wrd ludnoci, biorc cz na wasne potrzeby. Niemcy, aby zdoby ywno, musieli robi cae wyprawy w teren. W kadej niemal osadzie lub wsi mielimy swoich ludzi, ktrzy informowali nas o przygotowywaniu produktw dla okupanta. Dziaalimy maymi grupkami - po trzech, piciu ludzi - ale w wielu miejscach jednoczenie, pragnc stworzy pozory wielkich si oraz zdezorientowa przeciwnika co do terenu, na jakim si poruszamy. W owym czasie bardzo powanie mylelimy nad rozszerzeniem naszej walki. Pragnlimy dotkliwiej szkodzi wrogowi, niszczy wane obiekty, urzdzenia i linie komunikacyjne, lecz nie posiadalimy na razie niezbdnych do tego celu rodkw wybuchowych. Byo to 12 czerwca. Wybraem trzynastu ludzi i udaem si z nimi do wsi Maniewicze. (Piciu z nich caa grupa Borysiuka - pochodzia z tej wanie wsi.) Otrzymalimy wiadomo, e zebrano tam wiksz ilo byda, drobiu, zboa i innych produktw. Zaatwilimy si z tym sprawnie i zaraz po pnocy opucilimy wie, biorc ze sob troch ywnoci. Poszlimy w kierunku pnocnym, na Karasin, majc zamiar o p kilometra za wsi zmieni kierunek i i na wschd, a pniej, po ominiciu wsi Grdek i osigniciu zwartego masywu lenego, skierowa si na poudnie, do bazy. W ten sposb zmylilibymy wroga co do kierunku naszego marszu. Szlimy wanie wzdu toru kolejowego wskotorwki, zbliajc si do rodka lasu, gdzie z prawej strony widoczna bya wielka polana, gdy jak grom gruchna nagle salwa karabinowa. Pociski zaszumiay wok nas. Kto jkn, kto drugi zakl.

- Padnij! - krzyknem. Lecz rozkaz by niepotrzebny: wszyscy partyzanci w oka mgnieniu rozsypali si wrd zaroli, rozpoczynajc ostrza. Nieprzyjaciel zaskoczy nas niespodziewanym ogniem, lecz uczyni to za wczenie, z odlegoci okoo stu metrw, chocia noc bya mroczna i widoczno saba. Jaki czas trwaa luna wymiana strzaw. Po byskach, jakie wydobyway si z luf, zdoaem ustali dokadnie ich stanowiska. Syszaem gosy Niemcw i Ukraicw. Siy wroga wynosiy trzydziestu do pidziesiciu ludzi. Na nasze szczcie wrg zaj jedynie praw stron polany, skd ostrzeliwa nas gsto. Obok nas kto jcza przeraliwie, lecz z powodu mroku nie mona byo si zorientowa kto. Koo mnie lea Borysiuk. Mylaem nerwowo, co przedsiwzi. Nie wolno nam byo angaowa si w dusz walk z wrogiem, gdy nie znalimy dokadnie jego siy, w kadej zreszt chwili Niemcy mogli otrzyma z Maniewicz posiki, a wtedy sytuacja nasza byaby niewesoa. Postanowiem dziaa byskawicznie, nie pozwalajc im na przedsiwzicie jakiej akcji. Daem sygna, naladujc gos puszczyka, co miao oznacza przygotowanie si do ataku. Czogalimy si jak koty wrd zaroli, zbliajc si metr po metrze do ukrytych za drzewami faszystw. Nie zamierzaem podrywa swoich chopcw od razu do bezporedniego ataku. Wszyscy doskonae znali nasze umowne sygnay. Na mj okrzyk hura! partyzanci mieli podnie przeraliwy wrzask i nie ruszajc si z miejsc rzuca w kierunku wroga granaty i strzela ze wszystkiej broni. Dopiero na haso naprzd, hura! mieli skoczy na wroga. Znalelimy si od nich w odlegoci najwyej trzydziestu, czterdziestu metrw. Niemcy, zdziwieni cakowit cisz panujc na naszej linii, wydawali teraz gone rozkazy sdzc, e opucilimy stanowiska i wycofalimy si do tyu. Szykujc si do pocigu za nami, powyazili z ukrycia. Korzystajc z okazji zawoaem hura!. Momentalnie podnis si okropny krzyk, poleciay granaty, zaterkotay nasze automaty. W szeregach wroga powstao zamieszanie; jki i nieludzkie wrzaski mieszay si z hukiem wybuchajcych granatw. Po chwili usyszaem, jak uciekaj w gb polany. Teraz podaem nastpn komend. Zerwalimy si do pocigu, strzelajc w biegu. Istniaa zasada, e w wypadku walki nocnej nie naley zbyt daleko ciga wroga, najwyej ze sto metrw. Chodzio o to, by w ciemnociach nie pogubi si lub nie postrzela midzy sob. Zatrzymalimy si na polanie nasuchujc. Niemcy wci jeszcze uciekali w popochu. Zebraem grup i dopiero teraz stwierdziem brak dwch ludzi, Zimnego i azowego. Przypomniaem sobie, e syszaem jakie jki. Wrcilimy na poprzednie miejsce. Kto sycza z blu na drodze, proszc o ratunek. By to azowy. W ciemnoci nie moglimy si zorientowa, gdzie zosta ranny. Kazaem si nim zaopiekowa jego bratu Sylwestrowi i Chwiszczukowi. Niedaleko znalelimy Zimnego, by martwy. Nie tracc czasu zabralimy zabitego koleg i rannego, ktry nieustannie jcza i poszlimy w przeciwnym kierunku, przechodzc tor kolejki. Po przejciu kilometra drogi wrd podmokych k i bagien skrcilimy jeszcze raz na pnoc wchodzc w masyw leny. Tu zrobilimy nagy zwrot, skrcajc na poudnie. Mimo osignitego sukcesu nad wrogiem byem bardzo przygnbiony z powodu ofiar, jakie ponielimy w tej walce. To byy nasze pierwsze ofiary. mier Zimnego przysza tak nagle, e nie moglimy si z nim nawet poegna, usysze jego ostatniego yczenia lub proby. Taka mier jest najgorsza. Umierajc kady chciaby powiedzie swoje ostatnie sowo, to jest samo przez si

zrozumiae. Dotychczas nie ponielimy w oddziale adnych strat. Nie zastanawiaem si nad tym, w jakim stopniu te sprawy wpyn na nasze morale, na ducha onierzy. Decydujc si na walk bylimy przygotowani w dzie i w nocy na mier. Ale co innego jest by przygotowanym na mier za suszn spraw, a co innego umiera lub patrze na mier albo mki swego ciko rannego przyjaciela. Cierpienie przyjaciela lub brata zadaje niemal fizyczny bl, drczy, spdza sen z oczu... O tym mielimy si ju niedugo przekona. azowy stka i jcza. Nie orientowalimy si dokadnie, gdzie otrzyma postrza. Wprawdzie mwi co o brzuchu, lecz byo zbyt ciemno, aby co zobaczy. Po przejciu ze trzech kilometrw jki rannego tak si spotgoway, e nie sposb ju byo maszerowa dalej. Kazaem uoy go na ziemi i zapali ogie, po czym rozebralimy azowego i obejrzelimy ran. Z prawej strony, w pobliu pachwiny, brzuch by rozerwany na jakie pitnacie centymetrw, pocisk rozdar skr i minie. Z gbi wydobyway si wntrznoci. Brzuch zalany by krwi, ktra wci jeszcze pyna. - Czy boli ci w rodku? - spytaem azowego. - Nie, tylko z wierzchu pali, jakby kto noem dga - odpar, nie przestajc stka. - Trzeba zatamowa krew - powiedziaem. Momentalnie kto zdar z siebie koszul. Podarlimy j na bandae i oboylimy ran, prbujc powstrzyma upyw krwi. - Zorganizujcie jakie nosze. Inaczej si wykrwawi - rzekem. W cigu piciu minut zrobiono prowizoryczne nosze - uamano dwa kije i przywizano do nich paszcz. Postanowiem zmieni swj pierwotny zamiar i nie wraca tej nocy do Ostrwka Jaowego, lecz przej z powrotem tor kolejki wskotorowej, a pniej, obchodzc wie Maniewicze, uda si do Koniska i szuka pomocy u Sowika. Rana azowego nie wygldaa na mierteln; kula przesza bokiem, rozrywajc tylko skr i minie brzucha. Wydawao nam si, e wystarczy dokona zabiegu chirurgicznego, to znaczy zszy brzuch, i ranny utrzyma si przy yciu. Operacj t powinien - i to natychmiast - przeprowadzi lekarz. Wiedziaem, e w rejonie Ostrwka Jaowego nie znajdziemy adnego lekarza. Najblisi lekarze byli w miastach, w Maniewiczach lub w Kamieniu Koszyrskim. Do Maniewicz mielimy znacznie bliej. Odesaem siedmiu ludzi do bazy, polecajc im pochowa po drodze Zimnego. Sam za z bratem azowego, z Borysiukiem, Chwiszczukiem i Karpenk wzilimy rannego na nosze kierujc si do Koniska. Zanim wsta ranek, zapukaem do domu Sowikw. - Mam pomys - powiedzia Kazik dowiedziawszy si o naszym zmartwieniu. - W Lipnikach mieszka dwoje staruszkw, nazywaj si Klocowie. Ona jest ciko chora, wic czsto jed do lekarza w Maniewiczach. Lekarz nazywa si Melchior i Klocowie dobrze go znaj. Poszlimy do Lipnik, ktre leay zaledwie o dwa kilometry na poudnie od Koniska. Kloc przej si nasz spraw i mimo e mia wiele pracy w polu, z miejsca pospieszy do Maniewicz. Z Lipnik do miasteczka byo zaledwie trzy kilometry, wic wrci do prdko. - Byem u Melchiora - powiedzia - ale on tylko si przestraszy. ydom nie wolno wychodzi z miasta. Niemcy im zabronili, wic ba si przyj. Poszedem do drugiego lekarza, Wajsmana, ale on take si boi.

To byli jedyni lekarze w Maniewiczach, jedyna deska ratunku dla rannego przyjaciela. Naleao co przedsiwzi, by zachci ich do udzielenia nam pomocy. Poprosiem wic Kloca, by jeszcze raz uda si do nich. Napisaem list nastpujcej treci: Panie doktorze! Wiemy o tym, e wszyscy ydzi cierpi od Niemcw i nie tylko zreszt ydzi. Mordy popeniane codziennie przez zbrodniarzy hitlerowskich bd nadal trway. My skierowalimy bro przeciwko nim i mamy ju rezultaty. Na pewno sysza pan ju co nieco o naszej walce. Ale nieatwo jest walczy nie majc odpowiedniej pomocy i poparcia od ludnoci. Teraz wanie mamy rannego towarzysza, ktry potrzebuje paskiej pomocy. Prosimy bardzo, eby pan przyszed do nas. Gwarantujemy zachowanie tajemnicy. Jeli zdecyduje si pan na to, prosz zabra ze sob rwnie swoich najbliszych. Jedynie tu, w lesie, jest szansa przeycia wojny. Piszc ten list chciaem za jednym zamachem uzyska na stae lekarza dla oddziau. Zdawaem sobie bowiem spraw z tego, e w miar nasilania si walk i powikszania si szeregw oddziau, niezbdna nam bdzie pomoc lekarska. Znajdowalimy si z rannym w tej samej gstwinie lenej, gdzie poprzednio wiodem swj ywot pustelnika. Z szaasu nie zostao ju ani ladu. Teraz wszystkie krzewy i drzewa pokryy si zwart mas listowia, tworzc naturaln ochron. Zewszd dolatywa nas niesamowity wprost gwar rnego ptactwa. Ale czy moglimy poddawa si urokowi przyrody, skoro tu przy nas lea w blach nasz towarzysz? Patrzylimy na niego bezradnie, starajc si pociesza go, e lada chwila przyjdzie lekarz i przerwie jego cierpienia. Ranny gorczkowa ju, woa czsto o wod. Podstawialimy mu do ust manierk. Pi i na krtki czas uspokaja si. Mylaem z niepokojem o tym, co zrobimy, jeli i tym razem lekarze nie zechc przyj. Ranny uwierzy wreszcie, e niebawem uzyska pomoc i e jego yciu nie zagraa niebezpieczestwo. Koo poudnia azowy zapad w sen. Wyszedem na len polan, gdzie umwilimy si z Klocem. Kroki nadchodzcego czowieka usyszaem na dugo przed tym, nim si ukaza. Wiedziaem ju, e zblia si sam. Zacisnem z wciekoci pici, po czym splunem i zaczem kl. Stary Kloc zobaczy, e jestem bardzo zdenerwowany, i nie mwi ju nic. - Niech pan wraca do domu - powiedziaem. - Dzikuj. Siadem pod rozoyst sosn, oparem si o ni plecami i dugo nie podnosiem si z miejsca. Nie mogem si zdecydowa, eby tam wrci. Baem si ich pytajcych twarzy, baem si spojrze w oczy rannemu. Nie byo dla niego ju adnego ratunku. Nie znajdowaem w sobie si, by przyj i powiedzie im ca prawd. Wolaem wszystko, tylko nie to. Nie, nie, nie! - krzyczao co we mnie. On nie moe umrze! Musisz go ratowa! Lecz ten wewntrzny gos by jedynie wybuchem rozbudzonych uczu, ktre nigdy nie godz si z rzeczywistoci, dla ktrych nie istniej nigdy prawdy obiektywne. Przed oczami stan mi obraz umierajcego w mczarniach przyjaciela. To straszne patrze bezradnie na mier czowieka, ktry zoy w twoje rce swj los. W tej chwili zdaem sobie jasno spraw ze swojej niezaradnoci. Wczeniej czy pniej naleao si spodziewa podobnych wypadkw i trzeba byo zawczasu pomyle o tym, jak zorganizowa opiek lekarsk nad rannymi i chorymi. Jako dowdca ponosiem pen odpowiedzialno nie tylko za organizowanie akcji bojowych i za zaopatrzenie oddziau, lecz rwnie za sprawy natury moralnej i wychowawczej, za kad rzecz zwizan z yciem tych ludzi. Zachowanie ich ycia byo chyba

jednym z naczelnych moich obowizkw. Uwiadomiem sobie to wszystko dopiero teraz, gdy spado na nas nieszczcie. Co teraz robi?... Kto szed z gstwiny ku mnie. Kade jego stpnicie sprawiao mi bl. Syszaem kroki jak pulsowanie krwi w skroniach. Zblia si, a ja draem jak dziecko w obawie przed czekajc go kar. To by jego brat. Usiad naprzeciw mnie. - On bez przerwy pyta o lekarza - rzek. - Czy mam mu powiedzie prawd? A wic on domyli si, dlaczego nie wracam. Zrozumia. - Nie, nie trzeba - odparem szybko. - Musimy podtrzyma w nim przekonanie, e bdzie y. Nie wolno go skazywa na podwjn mier. - To okropne patrze na konajcego w mkach brata! - wybuchn. - Czy nic nie moemy ju wicej zrobi, by go ratowa? - spojrza mi bagalnie w oczy. - Nie widz adnego ratunku. Wierz mi, ja rwnie cierpi z tego powodu. Istniej rzeczy, ktre przekraczaj granice moliwoci czowieka. Wanie w tej chwili i ty, i ja, i wszyscy nasi towarzysze znalelimy si w takiej sytuacji bez wyjcia. To rzecz straszna... Mam dziwne przeczucie, e ta okropna mier zostawi w naszej wiadomoci jakie gbokie pitno. Ale przecie nie moemy si zaama... - Wiem o tym. Bd si stara trzyma... chocia to mj brat. Chod, wracamy. * azowy spa ju bez przerwy ze cztery godziny. Drzemali rwnie Karpenko, Borysiuk i Chwiszczuk. Tylko ja z bratem azowego czuwalimy przy nim, wsuchujc si w jego ciki, urywany oddech. Mrok ukry nasze stroskane twarze, otoczy rwnie nieprzeniknion zason posta rannego, pomniejszajc jak gdyby nasz bl. Noc cika, gboka zawisa nad nami. Wszystko miao barw wgla. Niedaleko, w leszczynowych chaszczach, przedziera si dzik, kruszc z hukiem mode gazie, w grze, w konarach, pomykaa prawie bezszelestnie kuna, pokrzykiway swarliwie przed snem bekasy, dzikie kaczki, kurki, gsi i cietrzewie. A tu obok miarowy wiszczcy oddech, chwilami przerywany, cichncy, to znw wzmagajcy si. Wsuchiwaem si w te oznaki ycia naszego wsptowarzysza z dreniem w sercu. Ile jeszcze takich oddechw mu zostao? Moe kilkanacie tysicy, a moe ju tylko sto... W dzie kilka razy przemywalimy mu ran spirytusem z samogonu, ktry przynis Kazik Sowik, i posypywalimy j proszkiem z widaka. Rana przestaa krwawi, ale zacza si gorczka. Na c si zday nasze zabiegi, skoro i tak przyjdzie nieubagana chwila, gdy azowy zamknie oczy na zawsze. Nie moe przecie y z otwartym brzuchem, z wntrznociami na wierzchu. Suchaem jego oddechu jak zegarmistrz badajcy tykanie zepsutego zegarka. Chwilami nie mylaem nic. Byem pusty jak ta noc, zagubiony w niej, mroczny. Czasami ranny zachrapa goniej i budzi si na moment, mwic co i rzucajc si w malignie. Wtedy otrzsaem si z odrtwienia i ukadaem go wygodniej na legowisku z mchu i lici. Noc wloka si tak, jak kada bezsenna noc... Lecz ja nie oczekiwaem z utsknieniem witu, jak ludzie trawieni bezsennoci. Wprost przeciwnie, pragnem, by mrok trwa jak najduej. Wraz z odejciem

nocy groza nieszczcia miaa si powikszy. Ci, ktrzy w tej chwili pi obok mnie, i ci, ktrzy czuwaj wraz ze mn - brat rannego i sam azowy - bd szukali mojego wzroku. I cho, by moe, nie wypowiedz adnego sowa, ich oczy bd pytay: I co ty na to? No powiedz co? Jeste przecie dowdc. Czowiek zdany wycznie na gupie myli brnie wrd nich z wiksz zawzitoci ni ten, kto ma realne szanse rozwizania jakiego zawiego problemu. I czsto rozgorczkowana wyobrania tworzy rzeczy, ktre zdaj si by zgoa nieprawdopodobne, bezsensowne... lecz ty czepiasz si ich jak toncy brzytwy. I oto nagle wyonia si przede mn wizja takiej wanie rzeczy. Co, co nie miecio si w granicach trzewego rozsdku. Byem gotw sam dokona operacji. To przyszo na mnie jak jakie olnienie i o mao co nie skoczyem na rwne nogi, budzc wszystkich, i nie oznajmiem im o tym. Lecz trwao to zaledwie przez uamek sekundy, tak dugo, dopki nie zrodzio si pytanie: Czy nie jeste szalony? Ciki kamie, ktry ledwie zdoaem poruszy, znw opad na swoje dawne miejsce. Ale raz uchwycony wtek myli wiedzie nieuchronnie do kbka... O brzasku dnia byem ju zdecydowany. - Jeli mi pomoesz - rzekem do brata azowego - mog sprbowa go uratowa. Mytkayk wczepi si we mnie oczami, w ktrych zabysa naga nadzieja. - Ty... ty... jake to uczynisz? - Sam zrobi operacj. To nie taka trudna rzecz - rzekem, sam w to nie wierzc. - Czytaem ksiki medyczne... Widziaem kiedy podobn operacj bdc na kursie sanitarnym w Warszawie. Potrzebne s tylko jedwabne nici, iga, troch opatrunkw i spirytus. - Kamaem o kursie sanitarnym, by zyska wiksze zaufanie. - I wierzysz, e si uda? - spyta z jeszcze wikszym oywieniem. - Widzisz przecie, e nie ma dla niego ju adnego ratunku. Kada operacja przeprowadzona nawet przez chirurga wie si z pewnym ryzykiem. Bywaj rne przypadki... Ten jest do prosty. Trzeba tylko zszy ran brzucha, nie dopuszczajc do gangreny. Poczone miejsca zrosn si na pewno. - Wic co robi? - Musimy mu o tym powiedzie. Niech sam zadecyduje - rzekem. - Najlepiej, jeli ty mu to owiadczysz. - Dobrze. azowy po kilkugodzinnym nocnym wypoczynku czu si nieco lepiej. Gorczka troch spada. Zostawilimy go sam na sam z bratem. Karpenko przyrzdza na ogniu woow piecze. Ja paliem nerwowo papierosa, Borysiuk i Chwiszczuk zdjli zawszone koszule i rzucili je na mrowisko. Mrwki w mgnieniu oka wyszukiway tuste wszy i gnidy i poeray je. - Chcesz si tego podj? - spyta Karpenko. - Tak, przecie to jest ostatnia szansa. - A jeli si nie uda? - Zrobi, co bd mg.

- Ale przecie on moe umrze. I co wtedy? - Czy nie rozumiesz, e on i tak umrze, jeli mu nie pomoemy? - To bdzie co innego. Nikt nie bdzie mia do ciebie adnej pretensji. - A wic sdzisz, e... - Nic nie sdz. Ale wszystko moe si zdarzy. Jeste dowdc i nie wolno ci zawie zaufania ludzi. - Jestem zdecydowany to zrobi. - Nie bdziemy ci przeszkadza, jeli oni obaj tak postanowi - rzek koczc rozmow. Brat azowego skin gow w moj stron. Zbliyem si do rannego. Umiechn si do mnie agodnie i wyszepta: - Tak, wierz, e ty mnie uratujesz. To agodne, pene zaufania spojrzenie dodao mi otuchy, umocnio mnie w moim przekonaniu. Teraz ju adna sia nie powstrzymaaby mnie przed wykonaniem tego, co postanowiem. Poszedem do Sowikw po nici, ig, lniane ptno i samogon. Wrciem po dwch godzinach; azowego znw mczya gorczka, lecz zachowywa si wzgldnie spokojnie. Mwi do wszystkich, e niedugo przestanie ich drczy, bo wyzdrowieje na pewno. Umiecha si do mnie. Nalaem kubek bimbru i podsunem mu do zsiniaych warg. - Wypij to! atwiej zniesiesz operacj. azowy pokrci z niechci gow. - Wypij... - nalegali jego brat i Karpenko. Zacz przeyka powoli, yk po yku. Twarz jego zarowia si. - Musimy go zwiza. W czasie operacji nie moe ani drgn - powiedziaem do partyzantw. Szukali przyzwolenia w oczach azowego. Skin gow. Podczas gdy ja przygotowywaem si w napiciu do wykonania zabiegu, myjc dokadnie rce w spirytusie, zaginajc grub stalow ig do szycia workw i nawlekajc jedwabn ni, oni skrpowali mu paskami rce i nogi. Jeszcze raz umyem rce w spirytusie, moczc w nim rwnie lniane ptno, ktre miao suy za opatrunki. Byem skupiony i spokojny, jak gdybym dziaa pod wpywem jakiej hipnozy. - Ty, Fiodor, trzymaj go za ramiona! - mwiem krtko i ostro. - A ty, Borysiuk, pilnuj ng. Chwiszczuk niech wemie ptno i obciera krew. Po raz ostatni spojrzaem w twarz azowego. Przyglda mi si byszczcymi oczyma. Na jego czole pojawiy si krople potu. Poczuem, e robi mi si gorco i duszno. W ostatnim momencie przej mnie strach. Nogi ugiy si pode mn. Ale wiedziaem, e nie wolno mi si ju cofn. Opanowaem si ca si woli. Odsoniem ran i przyjrzaem si jej. Zrobi pi szww - mylaem szybko - kady osobno cign i zwi. Nasiknit spirytusem szmat wytarem ran i brzuch. azowy poruszy si niespokojnie, zaciskajc zby. Wziem ig i przebiem ni skr, po czym wsunem zakrzywione ostrze gbiej, w minie. Ciao rannego zadrgao, zasycza z blu. Struka krwi spyna mi na rce. Chwiszczuk otar krew szmat. Nie tracc czasu przecignem ig, przewlekajc cienk ni, i zaczepiem ostrze po drugiej

stronie rany. azowy jkn gono. Pot wystpi mi na czoo. Nie wolno si byo dugo zastanawia. Rozumiaem, e musz dziaa szybko nie zwaajc na cierpienia rannego. Skupiem si jeszcze bardziej. Przewlokem ig z nici. Teraz zdjem ig i cignem silnie dwa koce nici. - O Boe! - krzykn azowy. Lecz ja nie puciem kocw. Zawizaem je mocno w supeek. Otarem rkawem pot, ktry zalewa mi twarz, po czym znowu nawlokem ni. Tym razem azowy zacz wy z blu i prosi, bym go zostawi w spokoju. Czy mogem jednak przerwa rozpoczt ju operacj, zaniecha tej jedynej szansy? W adnym wypadku nie! - Trzymajcie go silniej. Za par minut bdzie po wszystkim - powiedziaem twardo w obawie, e oni mog ulec jego naleganiom i wymc na mnie, bym przerwa. Trzeci szew szed mi gorzej. Iga nie chciaa przebi minia. Baem si, by nie skaleczy kiszek, ktre wyaziy na wierzch. Rce mi zaczy dre. Pot strumieniami zalewa mi twarz i plecy. azowy wzywa na pomoc Boga, zaklina mnie i brata, rzuca wulgarne sowa... Nagle Karpenko puci ramiona azowego. - Nie mog! Przesta go mczy! - krzykn. Nie odpowiedziaem mu nic. - We go mocno za ramiona i patrz mu w oczy! - zwrciem si do brata azowego. Speni moje polecenie. Ranny wi si, gryz wargi do krwi, rycza z blu, lecz ja nie ustawaem w pracy. Szarpaem ig skr i minie, cigaem nici i wizaem. Rce miaem czerwone od krwi, jak rzenik... Zosta jeszcze tylko jeden szew, gdy nagle Mytkayk krzykn okropnie: - On umar! Zabilimy go! azowy by ty, wywrci oczy, rzeczywicie robi wraenie umarego. Strach, straszny, ciki, zwali si na mnie ca sw potg, zachwiaem si na nogach i oparem o drzewo. Mdlio mnie. Brat przypad do piersi azowego i paka aonie. Nagle podnis si raptownie i zawoa: - On chyba yje! Sysz bicie serca... -- Moe tylko zemdla. Dawajcie wody! - podchwyci Chwiszczuk. Wrciem do rannego. Skropiem jego czoo i piersi wod, po czym uderzyem go kilka razy po twarzy. Odetchnlimy z ulg, kiedy otworzy oczy. - Nie tramy czasu - powiedziaem do nich - zosta ostatni szew. Teraz ju wytrzyma do koca. I znw po chwili rozlegy si przeraliwe jki... Gdy skoczyem, poszedem na stron i dugo rzygaem. * Uoyem si ju do snu, zamknem oczy, ale wci miaem przed sob wykrzywion z blu twarz azowego i syszaem przeraliwe wrzaski, chocia dookoa byo teraz zupenie cicho. Ranny spa twardo po dokonanej operacji. Usnem dopiero pn noc.

Kiedy si obudziem, soce wznioso si ju wysoko na niebo. Karpenko postawi przede mn garnek z jak polewk i kromk chleba. - Jedz! Byem godny, ale za nim zabraem si do posiku, pomylaem o azowym. - Jak si teraz czuje? - Ma gorczk. Zaczyna bredzi. - To normalne. Za trzy, cztery dni gorczka powinna ustpi. Wtedy wszystko bdzie dobrze. - Niczego tak nie pragniemy. Tylko boj si, e on nie przetrzyma tych paru dni... Wszyscy tak myl. - Dlaczego tak sdzicie? - Czuje si coraz gorzej. Nie chce nic wzi do ust... Mwi o mierci. Zostawiem jedzenie i pobiegem do chorego. Policzki i czoo mia ziemiste, donie zakoczone sinymi palcami rozwieray si, to znw kurczyy. Szepta jakie niezrozumiae sowa, prosi o co. Gow mia rozpalon. Poleciem, by co p godziny przykadano mu na czoo kompres z zimnej wody, i wziem si za posiek. Oprcz Karpenki nikt nie odezwa si do mnie ani sowem. Nie patrzono mi w oczy, jakbym popeni co najmniej morderstwo. I teraz, w cigu jednej chwili zrozumiaem wag tego, co uczyniem. Porwaem si na rzecz, o ktrej nikt z tych ludzi nawet nie mia myle. Nie uwierzyli w moje umiejtnoci medyczne, mimo i z takim zapaem staraem si ich o tym przekona. I chocia nie powstrzymali mnie przed dokonaniem operacji i, co dziwniejsze, sami mi w niej dopomogli, wiedziaem ju, e jeli on umrze, caa wina spadnie na mnie, zostan przez nich znienawidzony na zawsze, e przepdz mnie od siebie jak zego ducha... I co wtedy zrobi? Gdzie znajd nowy przytuek i ludzi, ktrzy mnie potrafi zrozumie? Upyny trzy dni. Nie opuszczalimy azowego ani na chwil, czuwajc przy nim na zmian. Nieustannie gorczkowa, wpadajc czasami w malign. Wykrzykiwa imiona dzieci, ony, brata. Przeywaem istne katusze, patrzc, jak si mczy. Ale czwartego dnia gorczka spada i chory zupenie trzewo poprosi o jedzenie. Teraz byem ju zupenie pewny, e bdzie y. Jak na potwierdzenie tego azowy powiedzia do mnie: - Tobie zawdziczam ycie. W oddziale od razu nastpio odprenie. Zostawiem azowego pod opiek brata i Karpenki, a sam z Borysiukiem i Chwiszczukiem ruszyem do bazy.

Kola i Wania
Ju od tygodnia oddzia odbywa codziennie kilkugodzinne zajcia z nauki o broni, z teorii strzelania i taktyki piechoty. Cz zaj prowadziem sam, reszt Franek Mazurek, ktry by w saperach podoficerem. Wydzieliem kilku ludzi, ktrzy pod kierunkiem Franka uczyli si rzemiosa minerskiego. Rozbrajali granaty, robili lonty, uczyli si zakada zapalniki. Ale brak odpowiedniego sprztu

i instrukcji utrudnia nam szkolenie. Wikszo partyzantw nie suya nigdy w wojsku i trzeba ich byo uczy wszystkiego od podstaw. Podzieliem oddzia na plutony i druyny, wyznaczajc dowdcw, ustaliem te w gwnych zarysach regulamin dyscyplinarny. Nikt nie mia prawa bez mojego zezwolenia oddala si z bazy. Obowizywao skadanie raportw z przeprowadzanych akcji bojowych oraz zachowanie tajemnicy partyzanckiej. Przede mn pitrzyy si coraz to nowe sprawy, ktre wymagay zaatwienia. Kopotw byo moc. Nie wszyscy partyzanci posiadali bro. Z braku uzbrojenia czterech ludzi chodzio na zadania z obrzynkami, a piciu ze zwykymi strzelbami myliwskimi. Nieatwo byo zdoby amunicj do tego rodzaju uzbrojenia. W ogle amunicji mielimy nike iloci. Musielimy j zdobywa na wrogu, a z tym rnie bywao; raz si udao wzi z jakiego rozbitego posterunku skrzynk lub dwie naboi, drugim razem nie znajdowalimy nic. A oddzia stale si rozrasta. Ludzie syszc o naszej walce z okupantem, zgaszali si do nas na ochotnika. Nie wszystkich jednak mona byo przyj. Znajdowali si wrd nich starzy, po pidziesitce, jak rwnie bardzo modzi. Niektrzy mieli liczne rodziny. Nie chciaem, by naraali swoich najbliszych, i radziem im, eby jeszcze troch poczekali. Ci ludzie pomagali nam pniej, przynoszc wiadomoci o wrogu. W cigu dnia miaem teraz taki nawa obowizkw, e nie znajdowaem ani chwili czasu na odpoczynek. Jeli nie prowadziem szkolenia, to przyjmowaem meldunki, opracowywaem nowe akcje albo wydawaem instrukcje. Rozmawiaem te z ludmi, interesujc si ich sprawami osobistymi i bytowymi. Noc wychodziem na zadania bojowe, a gdy wracaem do bazy, czekao na mnie wiele nowych spraw do zaatwienia... Zaczem zastanawia si, w jaki sposb zorganizowa sobie prac, by mie chocia troch wolnego czasu. Wiele godzin zabierao mi prowadzenie zaj szkoleniowych. Nie wolno mi byo jednak zaniecha szkolenia. Kiedy, bdc w rejonie chutorw Serchowa, spotkaem si z kilkoma byymi onierzami Armii Czerwonej, ktrzy z rnych powodw zostali na Woyniu. Poznaem sieranta Mikoaja Bezruka, starszego sieranta Wasilija Butko i Wasilija Ziemskowa. Dowiedziaem si od nich, e w chutorach Serchowa yje a trzynastu onierzy Armii Czerwonej. Syszeli o naszym oddziale i chcieli si do nas przyczy. Wtedy jednak, ze wzgldu na brak broni i sabe zaopatrzenie, nie zdecydowaem si wzi ich do siebie. Teraz pomylaem, e dobrze byoby mie przy sobie chociaby ze dwch z nich. Butko i Bezruk byli przecie podoficerami, znali si na wyszkoleniu strzeleckim i taktyce, mogliby wic prowadzi szkolenie partyzantw. Po naradzie z Koniszczukiem, Mazurkiem, Borysiukiem i ukieczukiem posaem czowieka do Serchowa. Istniaa w naszym oddziale zasada, e zanim przyjmiemy nowego partyzanta, musimy dokadnie pozna jego przeszo. Decyzj podejmowa cay aktyw. Wanie koczyem wydawanie polece patrolom, ktre ubezpieczay przez ca dob nasze miejsce postoju, gdy obydwaj Rosjanie zjawili si przed moim szaasem. - Towarzyszu dowdco oddziau - zameldowa si starszy sierant Butko - przybylimy na wasz rozkaz! Popatrzyem na jego spryst posta, a pniej na Bezruka, stojcego na baczno, i umiechnem si do nich przyjanie. To byli prawdziwi onierze, jakich mi brakowao. - Siadajcie - rzekem. - Zaraz przyjd tu nasi towarzysze. Poznacie si z nimi. Pogadamy troch... Podoficerowie popatrzyli na siebie porozumiewawczo. Wasia Butko by troch zmieszany. Jego okrga twarz poczerwieniaa.

- Mylelimy, e moe przyjmiecie nas do siebie. Wilka cignie do lasu, a onierza do wojaczki. Chcemy bi faszystw, a wy kaecie nam czeka - powiedzia jednym tchem. - Ale z was piorun - rzekem. - W gorcej wodzie kpany. Powiedziaem przecie, e porozmawiamy. Moe co si zrobi. W tym czasie nadeszli ju Koniszczuk, Borysiuk, Mazurek, Karpenko, Chwiszczuk i ukieczuk. Rosjanie przywitali si z kadym serdecznie. - Widzicie, towarzysze - powiedziaem, zwracajc si do podoficerw. - My, partyzanci, tworzymy jakby jedn rodzin. Mamy tu swoje regulaminy i prawa. ycie w lesie trudne. Nie zawsze jest co je. Wszy nas gryz i komary. Czowiek nie dopi. Czasami poklnie troch na swoj dol, ale nie moe si zaama. Od nas nie ma ju powrotu do normalnego ycia. Chyba dopiero po zupenym zwycistwie nad faszyzmem. Wtedy wrcimy do swych rodzin. Nie dziwcie si, e dlatego wanie chcemy wiele wiedzie o kadym naszym czowieku. atwiej wtedy zrozumiemy si wzajemnie. - To normalna rzecz - wtrci Bezruk. - Jak czowiek zaczyna nowe ycie, to musi zawsze podsumowa przeszo. My zwyczajni tego, towarzyszu dowdco. Pozwolicie, e bd mwi pierwszy. Moja droga yciowa jest podobna jak kropla wody do drogi Waki Butki. I potoczyy si szczere sowa o yciu dwch radzieckich chopcw, ktrzy pochodzili z jednej wsi pod Charkowem. A wic lata szkolne, praca w druynie pionierskiej, a nastpnie w organizacji komsomolskiej. Nauka i zabawa... Pniej praca, suba wojskowa i wojna... * Stranica Ochrony Pogranicza nr 47 miecia si w pobliu Brzecia nad Bugiem. Tej nocy nadeszy do dowdcy stranicy alarmujce meldunki od posterunkw granicznych o jakim dziwnym ruchu po drugiej stronie rzeki. Zarzdzono ostre pogotowie. Sierant Kola Bezruk i starszy sierant Waka Butko, poderwani ze snu, rwnie stanli na zbirce: - Wemiecie dziesiciu ludzi i wzmocnicie odcinek czwarty. O wszystkim skada meldunki - usyszeli rozkaz dowdcy. Byo ciemno i ciepo. Wasia Butko szed na czele grupy. Za nim, gsiego, maszerowali pozostali onierze, a na samym kocu Kola. Ten kilometr drogi, jaki dzieli ich od wskazanego przez dowdc stranicy odcinka, pokonali w cigu zaledwie dziesiciu minut. Tu Wasia wyznaczy kademu onierzowi stanowisko obserwacyjne. Pniej razem z Kol legli pod jakim pniem w szuwarach, niedaleko brzegu rzeki. Z pocztku wydawao si, e wszystko jest jak zwykle. Wasia sysza cichy szmer rzeki, toczcej swe wody w wskim, lecz gbokim korycie, czasem zaszeleciy lekko szuwary i jaki ptak zatrzepota skrzydami, to znw z gonym pluskiem uderzya o lustro wody wiksza ryba. Podmuchy ciepego wiatru koysay agodnie wikle i trzcin. Wilgotne licie ocieray si o jego twarz i szyj, chodzc rozgrzane ciao. Ile to ju nocy podobnych do tej spdzi Wasia na swoim pogranicznym posterunku! Lubi swoj sub i rozumia jej wielk wag. Wrg po drugiej stronie czyha tylko, by niepostrzeenie przemyci przez granic swoich szpiegw. Wasia i Kola mieli ju na swym koncie po kilku niemieckich agentw. Obydwaj za dwa miesice koczyli sub wojskow. Planowali wic uoenie sobie ycia w cywilu. Kola mia wrci do swojej wsi i zosta traktorzyst. Wasia chcia osiedli si na tych terenach. W Brzeciu pozna dziewczyn, z ktr zamierza wzi lub. Teraz, lec jeden obok drugiego, zaczli gwarzy:

- Nic nie sycha. Jaki gupiec narobi niepotrzebnego alarmu. Moe gdzie przechodziy zwierzta, a on od razu w krzyk... - rzek szeptem Wasia. - I to moliwe. Pamitasz, Wasia, tego dzika? - spyta Kola. - Daj spokj! Butko doskonale pamita tamten wypadek, za ktry musia si przez dugi czas rumieni przed kolegami. To bya jego pierwsza nocna suba na granicy. Dowdca elementu pozostawi go na prb samego na posterunku. Wasia nie wiedzia, e sierant ukry si o kilkanacie metrw za jego plecami i ledzi zachowanie si modego onierza. Gdy zosta sam, oblecia go strach. Kady szmer lub szelest powodowa przypieszone bicie serca. Pot co chwila rosi mu czoo, a nogi dygotay. Wasia ba si nawet swojego oddechu. Wydawao mu si bowiem, e wrg, ktry na pewno kryje si gdzie w pobliu, syszy ten gony oddech. Nagle gdzie niedaleko rozleg si trzask amanej gazi. Wasia struchla. Kto przedziera si przez krzaki w jego kierunku. Mechanicznie unis pistolet. Wiedzia, e w takim wypadku powinien dopuci wroga na ma odlego, po czym ostro zawoa: Stj! Haso. Ale w owej chwili Wasia nie potrafi wydoby z garda ani sowa, a wrg by coraz bliej. I wtedy, bez adnego ostrzeenia, wypuci w tamt stron ca seri pociskw. Dobiegy go kwiki i szamotanie si w krzakach. Nie wiadomo skd zjawi si zaraz przy nim jego sierant i zacz go porzdnie sztorcowa. Zapalili latark. Niedaleko od stanowiska Wasi lea zbroczony posok wielki dzik... Przez dugi czas koledzy nazywali go pniej Wasia-myliwy. Ale to byo dawno, teraz Wasia sta si wytrawnym pogranicznikiem. Przyjaciele leeli jaki czas w milczeniu, wytajc such. W pewnym momencie Butko uowi saby, metaliczny dwik, dochodzcy z przeciwnej strony Bugu, a niedugo po tym jeszcze kilka szybko nastpujcych po sobie uderze. - Syszysz, Kola? - spyta, trcajc Bezruka okciem. - Sysz! To dziwne. Nigdy tu czego podobnego nie byo - odpar Bezruk. Niebawem doszy ich nowe gste stuki i szmery, ktre nieustannie narastay. - Co tam fryce kombinuj - powiedzia po chwili Wasia. - Kola, skocz do aparatu i zamelduj dowdcy. Bezruk wysun si bezszelestnie z krzakw. Butko przekaza po linii, eby onierze wzmogli czujno i przygotowali bro. Od tego czasu szum po stronie niemieckiej stale narasta. Wasi wydawao si, jak gdyby roio si tam od setek ludzi, ktrzy skradali si ku brzegowi. Kilka razy zachlupotaa woda... Nie mina godzina, jak nagle zerwao si istne pieko. Straszliwy omot targn powietrzem, w jednej sekundzie czarne niebo rozjaniy tysice rnokolorowych rakiet. Huragan ognia zwali si na rozsypanych po krzakach onierzy przygwadajc ich do ziemi. Pkay miny z modzierzy, sieky karabiny maszynowe. W rzece zakotowao si. Wasia po chwilowym oszoomieniu opamita si i zawoa: Ognia! Ale jego gos nie przebi si przez zgiek. Podnis nieco gow i w blasku rakiet ujrza obraz, ktry zmrozi mu krew. Przez rzek toczya si masa Niemcw, byli na pontonach i odziach. Piechota, artyleria... Na drugim brzegu widzia nowe setki sylwetek. Zacz strzela do tych, ktrzy byli najbliej niego. Plu dugimi seriami... Strzelali te jego onierze.

Niemieckie modzierze wci grzmociy po brzegu, jedna z min pada o kilkanacie metrw od niego, oguszy go straszliwy huk. Pierwszy ponton dobija ju do brzegu, Wasia zerwa si i rzuci granat. Trafi w sam rodek i Niemcy pogryli si w toni. Po dwch godzinach byo po wszystkim. Gdy przebudzi si z omdlenia, by ju biay dzie. Od razu poczu okropny, piekcy bl w lewej nodze. Od stopy do kolana mia a cztery rany od pociskw empi. Sprbowa stan, ale zwali si na ziemi. Rozejrza si wok i dostrzeg kilka trupw. Z trudem doczoga si do nich i rozpozna swoich onierzy. Gdzie daleko z tyu sycha byo huki artyleryjskiej kanonady. A wic zacza si wojna, wrg przeama granic - stwierdzi, po czym leg wyczerpany na ziemi. Powoli odtwarza sobie w pamici obrazy minionej nocy. Przyszed mu na myl Kola. Nie widzia go od momentu, gdy poszed z meldunkiem do dowdcy. Nie znalaz go te wrd zabitych onierzy. Nie mia pojcia, co si z nim stao. Poharatana noga Wasi wymagaa niezwocznego opatrunku. Ale gdzie tu pj? Stranica bya rozbita i spalona, caymi kbami wali z niej dym. Butko zna pewnego gospodarza, ktrego dom sta moe o kilometr od granicy. Poczoga si w tamt stron. Kady ruch sprawia mu ogromny bl, pezn wic bardzo lamazarnie i dopiero w poudnie znalaz si o sto metrw od punktu, do ktrego zda. Jakie byo jego zdumienie, gdy na miejscu biaej zagrody, otoczonej kiedy zielonym ogrodem penym kwiatw, zobaczy tlejc si kup wgli. Przycupn w cieniu polnej gruszy i lea tu do wieczora. Odgosy toczcej si bitwy oddalay si na wschd. Tylko w jednym miejscu, w stronie Brzecia, toczy si jeszcze bj. Wiedzia, e Brze jest do mocn twierdz i nieatwo go zdoby. Mimo blu fizycznego nie zaamywa si na duchu. Wierzy, e Armia Czerwona odepchnie Niemcw z powrotem na zachd. Z nadejciem zmroku zacz czoga si w kierunku Brzecia. Zna miasto i sdzi, e moe uda mu si przedosta do twierdzy. Przez trzy dni i trzy noce robi rozpaczliwe wysiki, by dobi do Brzecia. Kiedy w kocu znalaz si na przedmieciu, trafi akurat na Niemcw. Jechali samochodem sanitarnym. Zatrzymali si i po dugich targach midzy sob zabrali go do sanitarki. Umieszczono go w obszernym baraku, gdzie leao dziesitki rannych onierzy radzieckich. Nie byo tu adnego lekarza, adnego sanitariusza. Przed wejciem do baraku stao na warcie dwch dobrze odywionych Niemcw. Noga Wasi opucha i zacza ropie, wydajc przykry odr. Barak trzs si od jkw i przeklestw rannych. Niektrzy konali, inni woali o kropl wody, ale nikt si tym nie przejmowa. Niemcy nie wypuszczali nikogo z baraku. Nastpnego dnia Wasia dosta misk zupy ze zgniych kartofli i brukwi. apczywie spoy t obrzydliw lur, ale pniej trawio go pragnienie. Noga pucha coraz bardziej, wzrastaa gorczka. Wreszcie zacz majaczy. A gdy przyszed znw do siebie, byo ju po wszystkim. Niemcy, ktrzy nie chcieli si zajmowa rannymi onierzami radzieckimi, sprowadzili do baraku dwch polskich chirurgw z miasta. Wasia mia naruszon ko, i jego noga znalaza si w gipsie; rany zostay oczyszczone i zabandaowane. Leczenie zapowiadao si na duszy czas. Tymczasem w baraku toczyo si ju ze czterystu rannych. Pomieszane jki i wycia chorych doprowadzay go do szau. Panowa okropny zaduch. Nikt nie opiekowa si rannymi. Po pierwszym zabiegu i zaoeniu opatrunkw lekarze wicej si nie pojawili. Na szczcie wrd lekko rannych byo dwch sanitariuszy i ci z wasnej woli zajmowali si troch najbardziej cierpicymi. Ale niewiele mogli im uly nie posiadajc adnych lekw. Codziennie umierao kilkudziesiciu ludzi.

Pewnej nocy Wasia obudzi si pod wpywem gwaru, jakim wypeni si cay barak. Przywieziono nowy transport rannych i trzeba byo zrobi dla nich miejsce. Obok Wasi pooono ciko rannego w rami. onierz w wy nieludzko, nie pozwalajc mu usn. Nad ranem znw przybyli chirurdzy i zabrali si do operacji. Opatrzyli rwnie tego onierza, ktry lea obok Wasi. Przypatrujc si zabiegom lekarzy, Butko rzuci przelotne spojrzenie na twarz rannego i ze zdumieniem pozna w nim swego przyjaciela Kol Bezruka. Fala radoci przypyna mu do serca. Nie by ju teraz taki samotny, mia obok siebie swego najlepszego towarzysza, swoj niedol mg wiza od tej chwili z Kol, bo sdzi, e tylko mier mogaby ich teraz rozdzieli. Czeka, a lekarze skocz opatrunki, by pokaza si Koli. Ale zaraz po operacji Bezruk usn i Wasia zmuszony by zaczeka, a przyjaciel otworzy oczy. Uciskali si ze sob serdecznie. Dni mijay szybko. Kola i Wasia mimo godu i ndznych warunkw sanitarnych, jakie panoway w prowizorycznym szpitalu, wracali powoli do zdrowia. Niemcy codziennie zabierali z baraku jako tako wyleczonych onierzy i wywozili ich do obozw na zachd. Ani Kola, ani Wasia nie mieli zamiaru da si wywie, tym bardziej e doszy ich suchy o morderstwach popenianych przez Niemcw na radzieckich jecach wojennych. O walkach na froncie wiedzieli tylko tyle, e wrg na razie jeszcze posuwa si do przodu. Nie mieli natomiast pojcia, jak przebiegaa linia frontu. Niemniej jednak, postanowili sobie, e jak tylko bd mogli stan na nogach, uciekn i pospiesz w kierunku frontu. Taka chwila przysza niebawem. Noc wyrwali desk w cianie i wysunli si niepostrzeenie z baraku. O wicie byli ju poza miastem. Wasia szed o kulach, jego noga bya jeszcze w gipsie. Koa nie mia specjalnych trudnoci w marszu, ale ze wzgldu na przyjaciela take musia i wolniej. Po dwch tygodniach znaleli si pidziesit kilometrw na wschd od Kowla. I tu dowiedzieli si, e Niemcy posunli si ze dwiecie kilometrw do przodu. Dalszy marsz trzeba byo na razie przerwa, gdy Wasi zacza dokucza chora noga. Postanowili wic zatrzyma si gdzie na wsi i poczeka troch. Wierzyli w dobre serca tutejszych mieszkacw, ktrych poznali w czasie suby na granicy. Pewnego wrzeniowego popoudnia Kola i Wasia zaszli do chutoru pooonego niedaleko wsi Karasin. Mieszka tu bogaty gospodarz, o czym wiadczyy obszerne i dobrze utrzymane zabudowania. Poprosili o posiek. Chop chtnie ich ugoci, po czym zaproponowa nocleg w stodole. Zmczeni dug drog uoyli si zaraz w somie na spoczynek. Gospodarz zamkn stodo na kdk i poszed. Par minut po tym, kto zacz koata do drzwi stodoy. Wasia pierwszy zerwa si z posania. Przez dziur midzy deskami zobaczy jakiego czowieka. - Chopcy, wstawajcie! - woa przyciszonym gosem czowiek. Wasia waha si, czy odpowiedzie. Nie zna tego mczyzny, ale w jego gosie wyczu nut szczerego niepokoju. On co wie i chce si tym podzieli z nami - pomyla i spyta: - O co chodzi? - To zdrajca! Musicie std natychmiast ucieka. On poszed po policj. - Ej, czy wy mwicie prawd?

- Znam go dobrze. Jestem jego ssiadem. To faszysta... Zamkn was w stodole i poszed na posterunek. - Co mamy robi? - Wyama drzwi i ucieka. - Pomcie nam. - Zaraz przynios siekier, trzeba rozbi kdk. Chop oddali si, a Wasia obudzi Kol i wyjani mu, w jakiej sytuacji si znaleli. W minut po tym usyszeli szybkie kroki. Kto podwaa siekier kdk. Trwao to z p minuty i w kocu stodoa zostaa otwarta. Przypatrzyli si twarzy swego nieoczekiwanego wybawcy: bya mizerna, o ziemistej cerze i agodnych oczach. Kola spyta: - Skd wiedzielicie o nas? - Widziaem przez okno, jak zaszlicie do jego chaty. Domyliem si, kim jestecie, poznaem po mundurach... Pniej zaprowadzi was do stodoy. Wtedy pomylaem, e chce was w niej uwizi. I stao si. Gdy zamkn stodo, od razu poszed w kierunku Karasina. Tam jest posterunek. Ale nie tracie czasu... Mog tu za chwil by. Uciekajcie w t stron... do Serchowa, tam na chutorach yj dobrzy ludzie - pokaza rk. W wietle tego, co usyszeli, rzeczywicie nie pozostawao im nic innego, jak niezwocznie oddali si std. Podzikowali swemu wybawcy i poszli wskazan drog. Znacznie pniej dowiedzieli si, e wszystko, co usyszeli od tego nie znanego im czowieka, byo szczer prawd. W p godziny po ich odejciu przybya policja. Kola i Wasia zatrzymali si w Serchowie, gdzie znaleli dobrych ludzi, ktrzy im pomogli, i niedugo po tym zrezygnowali z pierwotnego zamiaru przejcia linii frontu. Postanowili zaczeka, a sytuacja si nieco wyjani. Liczyli, e z nadejciem zimy Armia Czerwona odepchnie wroga na zachd. Na chutorach Serchowa zebrao si a trzynastu byych onierzy Armii Czerwonej. Spotykali si ze sob, radzili, co robi. Cigno ich do walki, boleli nad tym, e siedz z zaoonymi rkoma, podczas gdy wrg niszczy ich kraj. I oto pewnego dnia dosza ich wie o jakiej grupie partyzanckiej, dziaajcej w pobliskich lasach, ktra prowadzi walk z okupantem i policj. Wstpia w nich otucha. Zaczli dopytywa si o partyzantw, pragnc wstpi w ich szeregi. I tak doszo do spotkania. * - Myl, e trzeba przyj towarzysza Bezruka i Butk - powiedziaem, wysuchawszy opowiadania. - Oczywicie. Tacy wanie s nam potrzebni - poparli mnie Koniszczuk, Karpenko, Chwiszczuk i Mazurek. Borysiuk skin tylko gow na znak, e rwnie zgadza si z nasz opini. - No to jestecie przyjci - owiadczyem, ciskajc im rce. - Bdziecie u nas instruktorami szkolenia wojskowego.

Problemy i troski

Nadchodzce lato nie zwiastowao adnych zmian na froncie wschodnim. Niemcy atakowali w kierunku na Stalingrad i Kaukaz. Szykowali te nowy atak na Moskw. Propaganda niemiecka gosia tryumfalne pochway na cze swojej zwyciskiej armii, wychwalaa geniusz Hitlera. Pycha i zarozumialstwo rozsadzay faszystw. Upojeni krwi rzucali si do nowych mordw. Na okupowanych terenach Ukrainy Zachodniej wrg wprowadzi powszechny terror, majcy na celu zmuszenie ludnoci do zupenego podporzdkowania si niemieckim zarzdzeniom. Ukraina, w myl zaoe Hitlera, miaa by spichlerzem Rzeszy, z ktrego miano czerpa ywno na potrzeby armii i ludnoci oraz surowce dla niemieckiego przemysu. Planowano utworzenie na Ukrainie wielkich majtkw, ktre obiecywano wyszym oficerom SS i gestapo w nagrod za sumienn sub. Ca miejscow ludno zamierzano zamieni w niewolnikw pracujcych dla niemieckich panw. Tymczasem Niemcy nie dysponowali jeszcze naleyt si, by mc ujarzmi elementy oporne. Front wschodni wymaga setek tysicy nowych onierzy. cigano ju do armii mczyzn liczcych ponad pidziesit lat. Front szybko pochania te rezerwy. Ponadto olbrzymie tereny okupowane wymagay utworzenia wielkiej administracji niemieckiej. W obawie przed oporem ludnoci podbitych krajw trzymano na tych terenach niezliczone oddziay andarmerii, gestapo i wojska. Niemcy nie byy w stanie samodzielnie zaopatrzy swojej olbrzymiej armii w sprzt bojowy, wyywienie, umundurowanie i paliwo. Potencja gospodarczy Rzeszy nie mg zaspokoi tych potrzeb. T rol od pierwszych chwil okupacji speniay kraje podbite: Polska, Francja, Czechosowacja, Austria, Dania, Jugosawia, Grecja i inne, zagarnite przez Niemcw lub pozostajce z nimi w formalnej przyjani i sojuszu, jak Wochy, Rumunia, Wgry, Bugaria. Caa niemal Europa rodkowa, zachodnia i poudniowa pracoway nad zaopatrzeniem niemieckiej machiny wojennej. Brak dostatecznych si do utrzymania w ryzach poddastwa podbitych ludw zmusza okupanta do szukania sobie sprzymierzecw wrd pewnych warstw danego spoeczestwa lub narodowoci. Niemcy werbowali do specjalnych oddziaw policji ludzi z terenw okupowanych, obiecujc im za wiern sub cz zyskw z zagrabionych dbr. Propaganda niemiecka usiowaa w tym celu wyzyska nacjonalizm tkwicy w poszczeglnych grupach narodowociowych. Za pomoc rnych kamliwych hase i obiecanek Niemcy starali si skci midzy sob poszczeglne narodowoci. Szczeglnie jaskrawo uwidaczniay si te denia wroga tam, gdzie yy obok siebie dwa lub wicej narody. W wielu wypadkach denia Niemcw przyniosy im oczekiwane rezultaty. Ukraina Zachodnia bya wanie tym szczeglnie wygodnym miejscem dla propagandy niemieckiej, gdzie zaszczepienie nacjonalizmu miao dopomc Niemcom w umocnieniu swego panowania. Od kilku wiekw zamieszkiwali te tereny oprcz Ukraicw rwnie Polacy, Biaorusini, ydzi i inne mniejszoci narodowe. Obawa przed oporem wobec zarzdze wadz niemieckich zmuszaa okupanta do intryg politycznych w celu doprowadzenia do rozlewu krwi midzy poszczeglnymi narodami. Z chwil wkroczenia na Ukrain Niemcw we Lwowie powsta rzd pod kierownictwem Bandery, ktry zadeklarowa wspprac z okupantem. Wadz w tym rzdzie sprawowali najzagorzalsi nacjonalici, przeciwnicy komunizmu. Ich deniem byo utworzenie samodzielnego pastwa ukraiskiego pod oson Rzeszy. Lecz takie rozwizanie absolutnie nie miecio si w planach hitlerowskich okupantw. Ukraina miaa by przecie w myl zaoe Hitlera rdem zyskw dla niemieckich obszarnikw, a wic krajem niewolnikw, pozbawionych wszelkich praw. Nic wic

dziwnego, e bardzo szybko zlikwidowali oni rzd Bandery, a na jego miejsce utworzyli Komisariat Ukrainy, w ktrym wadza spoczywaa w rkach niemieckiego reichskomisarza. Woy by czci skadow tego Komisariatu. W Kowlu sprawowa sw wadz odznaczajcy si szczeglnym okruciestwem faszysta gebietskomisarz Kasner. W okresie kiedy we Lwowie powsta rzd Bandery, miejscowi nacjonalici ukraiscy w Kowlu: lekarze Pirogow i Jaworowski, pop otocki oraz Pidgirski, rwnie zorganizowali sw wadz. Za ich przykadem zaczto organizowa orodki wadzy w wielu miastach i osadach na Woyniu. W Maniewiczach najgortszymi zwolennikami Bandery byli: Iwanenko, Lewczuk i Slipczuk. Wpywy Bandery byy do szerokie, szczeglnie wrd miejscowych bogaczy i popw, ktrzy nie szczdzili si i rodkw, by zyska dla swych idei poparcie spoeczestwa ukraiskiego. Za najwiksze niebezpieczestwo uwaali oni przyczenie Ukrainy do Zwizku Radzieckiego. Stawiali wic na wspprac z Niemcami. Gdy wobec poczyna niemieckich wadz okupacyjnych prysy marzenia o zachowaniu rzdw, nacjonalici znaleli si w kopotliwej sytuacji. Lecz nie mieli ju teraz odwrotu. W okresie sprawowania wadzy dopucili si oni wsplnie z Niemcami wielu mordw na niewinnej ludnoci, gnbili nie tylko Polakw i ydw, lecz rwnie wasny nard. Brnli wic teraz nadal w bagnie zdrady narodowej, wysugujc si Niemcom. Penili oni rne funkcje administracyjne w niemieckim aparacie okupacyjnym, byli urzdnikami, sotysami, poborcami podatkowymi, policjantami. Nienawi narodu skierowana wic bya nie tylko przeciw okupantowi, lecz rwnie przeciw zdrajcom ojczyzny. W pocztkowym okresie niemiecka propaganda nie kierowaa swego gwnego ataku na skcenie narodowoci zamieszkujcych Ukrain Zachodni. Jedynym wyjtkiem bya tu propaganda antyydowska. Bya to dla Niemcw konieczno spowodowana masowymi mordami popenianymi na ydach. Mimo goszenia nacjonalistycznych hase przez zwolennikw Bandery ludno ukraiska nie dostrzegaa swego potencjalnego wroga w narodzie polskim, ydowskim czy te rosyjskim. Narodowoci te w obliczu hitlerowskiego terroru yy ze sob w zgodzie. Okupant ba si czynnego oporu ruchu podziemnego, ktry tu i wdzie dawa ju o sobie zna. Przypuci wic wkrtce szturm propagandowy, chcc porni ze sob dwie najwiksze grupy narodowociowe - Polakw i Ukraicw. Jednoczenie zacz wywoywa podstpne niesnaski, tworzc bariery ekonomiczne. Niemcy wyrniali Ukraicw, poniajc Polakw, ydw i Rosjan. Organizowali bandyckie napady na chutory i wsie, zwalajc win na Polakw. Wydawali tysice ulotek i broszur nacjonalistycznych, w ktrych nawoywali do walki przeciwko Polakom. W tym deniu pomagay im bardzo czynnie rne ugrupowania nacjonalistyczne i faszystowskie, a przede wszystkim banderowcy. * Te wszystkie sprawy, rzecz oczywista, nie przechodziy bez echa rwnie u nas, w oddziale partyzanckim, chocia znajdowalimy si z dala od ycia, w gbokich lasach, otoczeni zewszd bagniskami. Podczas akcji nasi partyzanci stykali si z miejscow ludnoci, rozmawiali z ni, przynosili te do oddziau rne czasopisma wydawane przez okupanta w jzyku ukraiskim. Sytuacja naszego oddziau bya specyficzna ze wzgldu na skad narodowociowy. Na czterdziestu piciu partyzantw byo trzydziestu Ukraicw, siedmiu Polakw, piciu Rosjan i trzech Biaorusinw. Sprawa umocnienia przyjani midzy poszczeglnymi grupami nabieraa szczeglnie wanego

znaczenia wobec tego, i oddzia nasz z dnia na dzie rs w si; przybywali do nas coraz to nowi ludzie, czsto bliej nie znani. Obawa przed zrodzeniem si jakichkolwiek konfliktw wewntrz oddziau zmuszaa mnie do zastanowienia si nad tym problemem. Wrg prowadzi zdecydowan propagand, liczc na sukcesy. Zdawaem sobie spraw ze znaczenia tego przedsiwzicia i rozwaaem moliwoci kontrpropagandy. Chodzio mi nie tylko o utrzymanie w naszych szeregach ducha przyjani midzy narodami, lecz rwnie o aktywne przeciwdziaanie propagandzie wroga. Na szczcie w naszych szeregach znajdowao si a kilkunastu aktywnych komunistw, dla ktrych sprawa internacjonalizmu bya rzecz najwaniejsz. Przykadem tego by midzy innymi wybr mnie, Polaka, na dowdc oddziau, w ktrym zdecydowan wikszo stanowili Ukraicy. Wiedziaem, e w rozwizaniu tych zagadnie dopomog mi Koniszczuk, Borysiuk, ukieczuk, Mazurek, Karpenko, Chwiszczuk, Nierodowie i bracia Mytkaycy (azowy wyzdrowia i ju wrci do bazy). Na nich te oparem si w pracy politycznej wewntrz oddziau, jak rwnie w dziaalnoci grup bojowych i propagandowych w terenie. Oficjalnie wyznaczyem swego zastpc, ktry mia obowizek czuwania nad stanem moralnym i politycznym oddziau. Zosta nim Koniszczuk. Teraz wyruszajce w teren grupy otrzymyway dodatkowe zadania prowadzenia wrd ludnoci agitacji na rzecz zacienienia przyjani midzy Ukraicami i Polakami. Za przykad mia suy nasz oddzia, gdzie obok siebie, zgodnie i w przyjani, walczyli Ukraicy, Polacy i Rosjanie. Pisalimy odrcznie setki odezw, ktre partyzanci i cznicy kolportowali w okolicznych wsiach i osadach. Kiedy kto przynis ze sob gazet w jzyku ukraiskim. Niemcy donosili, e ich armia przekroczya Don i zblia si do Rostowa i Wogi. Ta wiadomo posuya mi za argument do rozpoczcia oywionej dyskusji. Powiedziaem: - W zeszym roku Niemcy krzyczeli, e rozbili ju Armi Czerwon, a do dzi dnia nie zdobyli jeszcze ani Moskwy, ani Leningradu. Sami widzicie, e to s tylko kamstwa. Armia Czerwona przestaa si ju cofa. Niemcy ponosz coraz wiksze straty. Na front cigaj wszystkie swoje rezerwy, starcw i dzieci... Co to znaczy? - To jasne. Nie maj ju modych, wic cign, co si tylko da - wtrci Karpenko. - Niedugo pol na front swoje baby. Partyzanci zaczli si mia. - Tylko e ich baby nie nadaj si do tego - podchwyci Koniszczuk. - Wojna to nie zabawa ani niaczenie dzieci. - Ale przecie maj jeszcze si, skoro morduj ludzi - zacz jeden z nowo przybyych partyzantw, mody, o ywym usposobieniu. - Wczoraj dopiero byli w Czerewasze i Karasinie. Zjechaa ich caa masa z Kowla i Maniewicz. Zaczli zabiera modych do Niemiec. Kto si opiera, tego zabijali na miejscu. Pado ze trzydzieci osb i zabrali ze sto... Pomagali im policjanci. - Oto wanie - rzek Koniszczuk. - Wywo ludzi do Niemiec. A dlaczego wywo? - Wiadomo, brak rk do pracy. - To najlepszy dowd, e si ju wyczerpuj. Niemcy siedz tylko w miastach. - A morderstwa?

- Chc nas zastraszy. Boj si zwikszenia ruchu partyzanckiego. - Jest ich za mao i dlatego wysuguj si zdrajcami. - W naszej wiosce, w Hulewiczach - rzek spokojnie i dobitnie Mazurek - syn popa Pestrak i inni faszyci sterroryzowali ca wie. Gdyby nie tacy, jak ani, Niemcy musieliby wia do swojej Germanii. - W Maniewiczach wisz na supach ogoszenia, eby ci wszyscy, ktrzy popenili jakie przestpstwa, wyszli z ukrycia - powiedzia znw ten nowo przybyy - a Wielka Rzesza Niemiecka im przebaczy. Ja uciekem z roboty przy budowie mostu w Zajczwce, bo byo za ciko i jeden z Niemcw bi mnie co dzie i kopa. Ale tu, w partyzantce, te jest trudno. Czowiek moe zgin. - Nikt ci tu nie prosi - rzek ostro Iwan Nieroda. - Jeli jeste tchrzem, to powiedz dowdcy. - Nie chc wcale odchodzi. Mwi tylko, co syszaem od ludzi. Postanowiem porozmawia z nim na osobnoci, wytumaczy mu wiele problemw, ktrych nie zdoa jeszcze poj. Innym znw razem, gdy po kolacji zasiedlimy wok ogniska palc papierosy i oganiajc si od natrtnych komarw, ktre kryy wok nas w niesamowitych ilociach, Bulik wszcz niespodziewanie rozmow na temat stosunkw polsko-ukraiskich. - W Serchowie kilku Ukraicw szykuje si do wyrnicia Polakw - powiedzia. - Dwa dni temu kto zamordowa w nocy dwie rodziny ukraiskie. To byli biedni ludzie, naleeli kiedy do kochozu. Pop tamtejszy twierdzi, e to zrobili Polacy. - I ty w to wierzysz? - spyta go Koniszczuk. - Caa wie to podchwycia. Podobno ci biedni chopi mieli jakie zatargi z polskimi osadnikami. - To faszystowskie plotki. Zrobili to sami miejscowi nacjonalici przy pomocy Niemcw - cign Koniszczuk. - Znam Serchw. Mam tam wielu przyjaci i Ukraicw, i Polakw. Nigdy nie byo w tej wsi jakich zatargw, a tym bardziej morderstw. - Powiedziaem im, e to nieprawda - usprawiedliwia si Bulik. - Ale oburzyli si na mnie. By te Iwan, niech sam powtrzy. - Prawd mwi. Tak byo. Co mielimy im powiedzie? - To, co mylicie sami. - Tak mao o tym wiemy... - Widzicie, chopcy - zacz powoli Borysiuk - w tysic dziewiset trzydziestym szstym roku byo tu u nas gorco, polao si sporo ez i krwi niewinnych. Powinnicie o tym chyba pamita. - Pamitamy, a jake - potwierdzili obaj. - Przyjechaa policja do Maniewicz i do innych wsi, aresztowali sporo ludzi. Niektrym zabrali gospodark albo spalili. - Widz, e pamitacie. To lepiej. Ludzie tu yli zawsze biednie, tak jak i teraz. Biedni byli i Polacy, i Ukraicy. Nie mieli si o co ze sob kci czy szarpa. Jednakowo wszystkich dusili. Pacilimy takie same podatki. Pamitam w trzydziestym szstym, zanim jeszcze przysza pacyfikacja, do naszej wsi przyjecha czowiek, ktrego nasali policjanci. Prbowa agitowa polskich gospodarzy przeciwko ich

ssiadom Ukraicom. Wadze sanacyjne szukay pretekstu do zastosowania represji wobec nas, komunistw. Ale Polacy przepdzili prowokatora... ukieczuk te to pamita, moe wam opowiedzie, i Chwiszczuk. - Dobrze mwi, pamitamy - zgodzili si ukieczuk i Chwiszczuk. - Mnie ju duszy czas policjanci szukali po caym powiecie. -- Zacz opowiada Chwiszczuk. - Chcieli mnie posa do Berezy... Dugo bkaem si po lasach, ale to rwnie byo niepewne. Wielu gajowych trzymao z policj i mogli mnie wyda. Wtedy poszedem do Optowy, do jednego polskiego gospodarza, Wadka Kraszewskiego. U Kraszewskiego bya bieda, ale przecie nie wypdzi mnie jak psa... zatrzyma i ukry u siebie. Trzy tygodnie przechowywa mnie i karmi. Kraszewski nie by ani komunist, ani moim bliskim znajomym. Po prostu chcia mi pomc, jak czowiek... A w tym czasie zjechali do Maniewicz granatowi. Pobili gospodarzy i Polakw, i Ukraicw. Aresztowali kilkunastu ludzi. Rozebrali niektre zagrody a do fundamentw, zabrali dobytek, z mojej chaty te nic nie zostao... A dzisiaj jest to samo. Kto trzyma z Niemcami? Popi i bogacze. Oni chc wzi wadz. Woaj: Samostijna Ukraina, a myl o tym, jak tu si jeszcze bardziej wzbogaci. Boj si wadzy radzieckiej, bo nie bd mogli wyzyskiwa biednych. - Racja, racja! - potwierdzi ukieczuk. - Co prawda, to prawda. Wszyscy bogacze jednakowi, czy to polscy, czy ukraiscy. A biednemu zawsze wiatr w oczy... Pamitam jednego roku na przednwku bya u mnie w chacie straszna ndza. Zabrako mki i kartofli. Jedyna krowina, jaka staa w oborze, zdecha nam... Dzieci pakay z godu... Co miaem robi? Niedaleko mojej chaty mieszka bogaty gospodarz, Matwiejczuk. Myl sobie, pjd do niego i poprosz o troch ziarna i kartofli, a po niwach oddam. Matwiejczuk wanie adowa na fur worki ze zboem. Jecha do miasta. Zdjem czapk i mwi: Ssiedzie drogi, przyjacielu, pom mi. Dzieci z godu upadaj. Poycz troch yta... A on jak na mnie nie fuknie: Ty taki owaki... Jaki ja dla ciebie przyjaciel? Ja pan, a ty dziad! Splunem i poszedem do domu... Zawziem si i powiedziaem sobie, e wicej nigdzie nie pjd ebra. Ale dzieciakom z tego nie przybyo chleba... Pakay i pakay, a mnie w gardle ciskao. Nie mogem wytrzyma. W Konisku znaem kilku gospodarzy, takich samych biedakw jak ja. Pomylaem, e dobrze bdzie, jak si ludziom zwierz ze swoich kopotw. Zawsze to troch uly, jak si czowiek wyali drugiemu. Poszedem o pustym odku i byle wiatr chwia mn na wszystkie strony... Ledwie si dowlokem do jednej chaty, gdzie mieszka Fioek. Co ci jest? - pyta mnie. Opowiedziaem mu o swoich troskach, a on mwi: Sam nie mam duo, ale si podziel z tob. I da mi p worka mki. Zaadowa na fur i przywiz mi do domu. I co o tym mylicie? - Porzdny czowiek - rzek Bulik. - To by Polak, a Matwiejczuk Ukrainiec. Rozmowie tej przysuchiwa si pilnie Wasilij Butko. Gdy ukieczuk skoczy, Butko splun i zakl gono. Wszyscy spojrzeli w jego stron. A on zacz podenerwowanym gosem: - Nie rozumiem, o czym wy tu rozprawiacie... Cay czas sysz Polak, Ukrainiec, Polak... Albo to dziwne, e jeden jest Polakiem, a drugi Ukraicem? Czy ludzie ju zupenie pogupieli? Jak mowa o kuakach, to rozumiem. Kuak nigdy nie by przyjacielem biednego. Ale eby dzieli ludzi wedug narodowoci, jeszcze teraz, gdy trzeba bi faszystw, tego ju nie pojmuj... U nas w Zwizku Radzieckim nikt nie ma do nikogo pretensji, e jest innej narodowoci. Kady liczy si jednakowo. Kadego ceni si wedug jego zdolnoci i pracy...

- Wiemy o tym - przerwa mu Koniszczuk. - I u nas te tak bdzie. Ale na razie jest inaczej. Trzeba pracowa z ludmi. Teraz Niemcy i banderowcy podburzaj Ukraicw przeciwko Polakom. I my musimy im przeszkadza w tym, prowadzi agitacj. - No to rbmy tak... To rozumiem - zakoczy Wasia. * W pierwszych dniach lipca bardzo czsto wychodzilimy na akcje propagandowe do wsi. Nie zaniechalimy take bezporedniej walki z wrogiem. Chcc stworzy pozory wielkiej siy, stosowalimy czsto rne fortele. Kazaem chopcom wystruga z drzewa kilka rcznych karabinw maszynowych Diektiarowa oraz dwa maksymy i pomalowa je. W nocy robiy one wraenie prawdziwych. Bdc we wsiach wystawialimy t bro przed oczy zdziwionych chopw. Kiedy spotkalimy na lenej drodze kilku wieniakw zdajcych na targ do Maniewicz. Nasi zwiadowcy, idcy na przedzie, zatrzymali ich owiadczajc, e niestety bd musieli pooy si twarz do ziemi i lee z zamknitymi oczyma, gdy zaraz bd tu przechodzi jednostki partyzanckie, a zaley nam na zachowaniu tajemnicy. Pookrywali im gowy paszczami. Jeden ze zwiadowcw zameldowa mi o tym przedsiwziciu. Byo nas trzydziestu. Rozbiem ludzi na grupy. Gdy podeszlimy do chopw, nasi partyzanci zaczli nagle ywo rozmawia, tupic nogami. Posypay si meldunki: - Towarzyszu dowdco batalionu. Lejtenant Morozow z trzeciej kompanii wraz z grup czterdziestu ludzi zosta o trzydzieci kilometrw std celem rozbicia posterunku. - Druga kompania idzie szos z Kamienia Koszyrskiego. - Tabory poszy w prawo... Artyleria ju jest na miejscu. Wszystko to miao na celu wyolbrzymienie naszych si w oczach ludnoci cywilnej, ktr wrg stara si otumani swoj potg. Liczylimy na to, e wieniacy zanios w teren wieci o naszej sile, co dojdzie rwnie do uszu Niemcw i policji, siejc wrd nich niepokj. Nasze sztuczki naleao poprze jakim wikszym czynem. Wpadlimy na doskonay koncept i z miejsca zabralimy si do jego realizacji. W Czerewasze y pewien zajady nacjonalista ukraiski, ktrego syn suy w policji w Maniewiczach. Anton migielski, ktry dostarczy mi o nim wiele danych, twierdzi, e chop ten wysuguje si Niemcom. Wybraem czterech partyzantw z Iwanem Nierod na czele i wysaem ich do niego. Przed zmrokiem byli na miejscu. - Gospodarzu, dajcie co zje. Gd piszczy w brzuchu - rzek Iwan, rozgldajc si po izbie. - Czowiek dwa dni nie mia nic w gbie. Chop obejrza uwanie przybyych. Byli uzbrojeni w automaty i granaty. - Zaraz si co znajdzie - rzek. - Matka, przygotuj panom jado! - krzykn na on. Siedli za stoem. Chop wyj tyto i poczstowa ich. - Najpierw czego przeksimy - powiedzia Iwan. - Z godu i pali si nie chce. Trudne ycie partyzantw. Nie syszelicie co o oddziale Maksa? - spyta Iwan. - Nie - odpar po chwili wahania chop.

- To dziwne. Szukamy tego oddziau. Chcemy si do nich przyczy. Idziemy a spod Piska... A tu u was co sycha?... Szarpi troch Niemcw, co? - U nas tu spokojnie - odpar chop. - Nic si nie dzieje... - To niedobrze. Na Polesiu a si roi od partyzantw - kontynuowa Iwan, obserwujc uwanie chopa. Zona gospodarza postawia posiek na stole i partyzanci zaczli go apczywie spoywa. Kiedy skoczyli, zapalili papierosy skrcone w gazecie. Iwan zwrci si do gospodarza: - Przespa by si przydao do rana. Moe macie jakie miejsce... Zapacimy wam - i wycign z kieszeni plik pienidzy. - Pienidzy mi nie trzeba - chop odsun papierki. - A przenocowa moecie. - Dzikujemy wam. Niedugo po tym udali si na nocleg do stodoy. Chop wrci do chaty. Po kwadransie partyzanci usyszeli, jak skrzypny delikatnie drzwi domu i kto wymkn si cicho na dwr. - Wszystko gra na sto dwa - rzek pgosem Iwan. Ktry z partyzantw zachichota, lecz Iwan go uciszy. Naleao zachowa pozory, e twardo posnli. Tymczasem gospodarz popieszy do pobliskiego tartaku, gdzie by telefon, i zadzwoni do policji i gestapo w Maniewiczach. Mina godzina i Iwan rozpozna w ciszy wieczoru ciche kroki czowieka. To gospodarz wraca do domu. Znowu skrzypny drzwi, po czym zalega cisza. W Maniewiczach zawrzao jak w ulu. Niemcy i policjanci, postawieni na nogi niespodziewanym meldunkiem z Czerewachy, siedli na dwa ciarowe samochody i ruszyli w drog. Zamierzali wzi partyzantw ywcem. W tym celu postanowili podej ich znienacka, otaczajc zagrod szczelnym piercieniem, by nikt nie zdoa uciec. Nauczeni dowiadczeniem - schwytani przez nich ludzie niejednokrotnie wymykali im si z rk - chcieli zabezpieczy si przed tak ewentualnoci i dlatego do Czerewachy wyruszyo a trzydziestu onierzy i policjantw. ...Na drodze wiodcej z Maniewicz do Czerewachy dziay si jakie niesamowite rzeczy. W miejscu gdzie po obydwu stronach drogi wznosiy si do pokane wzgrza, zaroio si od ludzi. W mroku paday przytumione rozkazy: - Dziesiciu ludzi z Borysiukiem i Butk z prawa ode mnie... - Koniszczuk, Paduchowie i Mazurek z Nierodami na lewo. Karpenko, Bezruk, ukieczuk i Mytkayki z reszt po drugiej stronie. Granaty rzucaj: Sasza Nieroda, Bezruk, Heniek Paduch i Butko. Niebawem wszystko ucicho... Szum motorw narasta. Wkrtce bysny z daleka wiata reflektorw. Ludzie nad drog spryli si jakby do skoku. Warkot jadcych samochodw by coraz silniejszy. Snopy wiate objy pole drogi obserwowane przez partyzantw. Grzmoty granatw jak pioruny przerway wiosenn noc. Zatrzeszczay sucho pistolety. Jasne byski na moment owietliy odkryte samochody pene niemieckich onierzy. Wrzaski i jki.

Plon tej przemylnej akcji by obfity. Oddzia nasz zlikwidowa dwudziestu dwch Niemcw i policjantw. Tylko omiu lej rannych, korzystajc z nocnych ciemnoci, umkno z powrotem do Maniewicz. Zdobylimy pitnacie karabinw, pi empi, cztery skrzynki amunicji i trzy granatw. Reszta broni bya poniszczona od wybuchw naszych granatw. Po godzinie doczyli do nas czterej partyzanci z Iwanem Nierod na czele, ktrzy spenili podczas akcji na Niemcw rol przynty.

Na stacji
Ostatnia akcja na Niemcw i policj z Maniewicz przyniosa powane rezultaty moralno-polityczne. O naszej dziaalnoci rozniosa si jeszcze goniejsza fama. Uwielokrotniono si partyzantw. Wrd Niemcw chodziy plotki, e w lasach wok Maniewicz i Kamienia Koszyrskiego dziaa a kilka grup partyzanckich, ktrych ilo obliczano na kilkaset ludzi. Spowodoway to nasze miae i zdecydowane ataki, wykonywane czsto w dwch, trzech miejscach jednoczenie. Na pewien czas wrd gestapowcw, policjantw i tych wszystkich, ktrzy wysugiwali si Niemcom, zapanowao przygnbienie, zrodzia si obawa o wasne ycie. Niemcy bali si wysuwa nosa poza obrb miast. Gebietskomisarz miota si z bezsilnej wciekoci. Wkrtce na cianach domw w caym kowelskim rejonie ukazay si ogoszenia nastpujcej treci: Kto wskae miejsce pobytu lub poda inne wiadomoci dotyczce krwawego bolszewickiego bandyty, podajcego si za Maksa, ktre dopomog do ujcia go, otrzyma nagrod Pana Gebietskomisarza w wysokoci 10 tys. marek niemieckich. Kasner nie wiedzia, e jego wpywy w terenie coraz bardziej sabn, i sdzi, e tym sposobem zdoa zlikwidowa nasz oddzia. Niezalenie od tego postanowi zorganizowa akcj likwidacyjn. W tym celu wzmocni garnizony gestapo w Maniewiczach i Kamieniu Koszyrskim. Niemcy zaczli robi na nas zasadzki w lesie. Informowani w por przez ludzi unikalimy zasadzek. Mimo to zdarzyo si, e pewnego razu, idc na zadanie, natknlimy si noc na ukryt w gstwinie lenej niemieck zasadzk. Wrg ostrzela nasz oddzia, zabijajc dwch partyzantw i ranic dwch innych. Niemcy dysponowali kilkakrotn przewag liczebn i zaskoczyli nas w niedogodnym do przyjcia walki terenie. Znajdowalimy si na odkrytej rwninie, oni za zajli pozycj na skraju lasu. Ostrzelani silnym ogniem broni maszynowej i automatw zaleglimy szukajc dogodnych stanowisk do odparcia ataku. Lecz Niemcy owietlili rwnin dziesitkami rakiet - w ten sposb mogli strzela do nas jak do kaczek. W tej sytuacji nie pozostawao mi nic innego, jak wyda rozkaz do wycofania si. Po powrocie na baz okazao si, e trzech partyzantw pozostao na placu boju. W piekielnym ogniu niemieckiej broni nie moglimy zabra naszych zabitych i rannych kolegw. Tylko jeden z rannych zdoa o wasnych siach dowlec si do Ostrwka Jaowego. Niedugo po tym otrzymalimy wieci, e gestapowcy zabrali ze sob drugiego rannego, Radiona. Niemcy nie starali si nawet tai tego, jakie bolesne tortury zadawali dzielnemu partyzantowi, chcc wydoby z niego wiadomoci dotyczce oddziau: wyamywali mu palce u rk i ng, wyrywali paznokcie, przypalali ciao nieszcznika nad ogniem. Umar w mczarniach nie pisnwszy ani sowa. Rzecz oczywista, e to zdarzenie wpyno przygnbiajco na niektrych partyzantw. Dotychczas bowiem przewanie my zadawalimy straty nieprzyjacielowi, sami uchodzc cao. Sytuacja nakazywaa mi przedsiwzicie jakich krokw w celu podniesienia ducha oddziau.

Na linii kolejowej Kowel-Sarny midzy Maniewiczami i Powrskiem miecia si maa stacja Trojanwka. Tu przy stacji staa smolarnia, dla ktrej tutejsze rozlege lasy dostarczay dostatecznej iloci surowca. Okupant by bardzo zainteresowany w powikszeniu mocy produkcyjnej tego niewielkiego zakadu. Wytwarzany produkt wysyano transportem kolejowym do Rzeszy. Ponadto na stacj zwoono tysice metrw drzewa przemysowego, ktre rwnie wdrowao do Niemiec. W owym czasie Niemcy ukoczyli napraw zniszczonego mostu kolejowego w Powrsku i pocigi z transportami wojskowymi zaczy ju regularnie kursowa na wschd. Opracowaem szczegowy plan wypadu na stacj i smolarni w Trojanwce. Stacj ochraniao omiu Niemcw, ktrzy mieli obowizek zabezpiecza wywz materiaw drzewnych do Rzeszy lub na front. W Trojanwce mieszka leniczy Pawowski. Od niego i jeszcze innych robotnikw zatrudnionych w smolarni otrzymalimy wiadomo, e przygotowano wiksz ilo materiaw do wywozu. Pawowski przysa nam specjalnego przewodnika, ktry mia wskaza kwater Niemcw oraz informowa nas w pooeniu poszczeglnych obiektw, co ze wzgldu na ciemn noc byo rzecz bardzo istotn. O pnocy bylimy na miejscu. Wyznaczyem silne ubezpieczenie, na wypadek gdyby Niemcy z Maniewicz zechcieli popieszy swoim rodakom z pomoc, po czym otoczylimy szczelnym piercieniem dom, w ktrym kwaterowali Niemcy. Czterech ludzi udao si na stacj i na sygna wybuchu granatw mieli sterroryzowa zawiadowc, uniemoliwiajc mu zaalarmowanie Maniewicz. Podkradlimy si pod okna i drzwi niemieckiej kwatery. Wewntrz byo spokojnie. Niemcy spali nie spodziewajc si niczego. Nagle, zanim zdoaem jeszcze wyda rozkaz do ataku, w domu zaszczeka pies. Partyzanci szarpnli zawleczki i rzucili przez okna granaty. Gdy nastpi wybuch, wtargnlimy do rodka. Ani jeden z Niemcw nie zosta przy yciu. Zabralimy ich bro i amunicj. Pniej udaem si do zawiadowcy stacji, ktry siedzia w swojej subowej kabinie w otoczeniu partyzantw. By blady i trzs si ze strachu. Podaem mu na przywitanie rk i spytaem: - Jakie pocigi bd szy tdy w najbliszym czasie? Zawiadowca nie od razu odpowiedzia, nie otrzsn si jeszcze z pierwszego wraenia. Musiaem powtrzy pytanie i dopiero wtedy sign do rozkadu. - Pocig towarowy nr 754538 do Sarn o godzinie pierwszej pitnacie. - Co to za pocig? - Nie wiem. Niemcy nigdy nie podaj zawartoci wagonw. - A wic moe to by transport wojskowy? - By moe. Tego nie wiem! - Wszystko jedno - rzekem. - Najwaniejsze, e nie pasaerski. Szkoda by byo ludzi... W tym momencie zawiadowca zorientowa si widocznie, o co chodzi, bo jeszcze bardziej zblad i wyszepta: - Panowie, na mio bosk, nie rbcie tu adnych zych rzeczy. Ja odpowiadam za wszystko, co si tu dzieje.

- Niech si pan nie martwi. Nic zego nie chcemy robi, same dobre rzeczy. Jeli wyrzdzimy jak szkod Niemcom, to przecie dobrze, a nie le, prawda? Zawiadowca zacz cay dygota. Spojrzaem na zegar zawieszony na cianie. Mielimy zaledwie dwadziecia minut czasu. Powiedziaem rozkazujcym tonem: - Jak otrzyma pan zawiadomienie z Powrska, natychmiast przestawi zwrotnice i skierowa pocig na lepy tor. I nie czekajc na to, co mi odpowie, wyszedem, aby powyznacza ludziom stanowiska wzdu lepego toru. Przewidywaem, i moe to by transport z onierzami jadcymi na front. W takiej sytuacji naleao by przygotowanym do otwarcia ognia. U zawiadowcy zostawiem starego Paducha i Iwana Nierod; mieli dopilnowa, by moje polecenie zostao wykonane. W oznaczonym czasie usyszelimy zbliajcy si z zachodu pocig. Dudnienie szyn, do ktrych przywarem uchem, stawao si coraz goniejsze. Wreszcie ukaza si parowz, wiecc latarniami. Jego miarowe, cikie syczenie nie ustawao, mimo e zblia si ju do stacji. Wiedziaem, e adne pocigi wojskowe nie zatrzymyway si na tej maej stacyjce. Czekalimy z zapartym tchem, co dalej nastpi. Bro trzymalimy w pogotowiu. Pocig nie hamujc z hukiem wpad na stacj. Ujrzaem, jak zjecha z gwnych szyn na lepy tor. Wagony byy zamknite, towarowe. Nie dostrzegem adnego czowieka. Po kilku sekundach rozlegy si gone trzaski. Parowz jak taran zwali si z szyn, pocigajc za sob wagony. Szczk elaza, trzask wagonw miesza si z sykiem pary. Tu i wdzie pojawiy si smugi dymu, buchny pomienie. Sprawdzilimy dzieo zniszczenia. Wagony byy przewanie zaadowane ywnoci, sprztem przeciwchemicznym oraz inynieryjno-saperskim: drutami kolczastymi, metalowymi kozami przeciwczogowymi, opatami, kilofami itp. Tylko w dwch wagonach znajdowaa si amunicja artyleryjska. Rozkazaem ludziom spali skady drzewa i smolarni, a sam udaem si do zawiadowcy: - No i co pan powie? - spytaem. - Warto byo wywali ten adunek. Nie bd mieli czym umacnia swojej obrony, gdy Armia Czerwona przejdzie do ofensywy. - Ale co teraz bdzie ze mn? - spyta kolejarz niemal ze zami. - To zaley od pana. Kto nie chce biernie czeka, a go hitlerowcy zamorduj jak barana, idzie do lasu. - Ja mam dzieci i on. - Nie namawiam wic, daj tylko rozsdn propozycj. Moemy was przyj. A teraz prosz mnie poczy telefonicznie z Kowlem - rzekem do niego. Zawiadowca wytrzeszczy ze zdumienia oczy, po czym widzc, e nie artuj, wzi suchawk i zacz krci korbk. - Potrzebna mi jest centrala miejska w Kowlu - dodaem. Po chwili wrczy mi suchawk. Usyszaem wdziczny gosik telefonistki. - Halo, sucham!

- Prosz mnie poczy z mieszkaniem gebietskomisarza Kasnera - powiedziaem zdecydowanym tonem. - O tej porze pan gebietskomisarz jest w ku i zabroni do siebie dzwoni, chyba w jakim nagym wypadku. - Mam piln spraw. Wanie taki nagy wypadek. Jaki czas trwao milczenie. Wreszcie telefonistka zdecydowaa si mnie poczy. Zapytaa: - Kogo mam zameldowa? - Starego znajomego. Zawiadowca patrzy na mnie wystraszonymi oczyma, nic z tego wszystkiego nie pojmujc. Natomiast Iwan Nieroda i Tomasz Paduch umiechali si do mnie najwyraniej rozweseleni. W kocu rozleg si zaspany gos Kasnera: - Wer spricht? - Tu mwi Maks. - Was fr ein Maks? - Przypomnij sobie, stary ole. Przecie znasz Maksa. Wyznaczye za mnie nagrod. - Du verfluchter... Bandit... - wcieka si gebietskomisarz, ktry rozumia nieco po polsku. - Suchaj, otrze - cignem dalej. - Ja mwi ze stacji Trojanwka. Wykoleiem pocig wojskowy i zniszczyem twoich odakw. Spaliem fabryczk... Niedugo spotkamy si ze sob. Bd mia przyjemno powiesi ci. Kasner zacz si krztusi ze zoci. Wygraa mi, e zawisn publicznie na szubienicy i e skoczy si moja dziaalno, gdy wszyscy bandyci, ktrzy mi pomagaj, zostan zlikwidowani przez niemieckie garnizony w Maniewiczach i Kamieniu Koszyrskim. W odpowiedzi odparem mu, e ju wkrtce z garnizonw tych nie zostanie ani ladu. To wzajemne wymylanie sobie i rzucanie grb trwao kilka minut, po czym Kasner nie wytrzyma nerwowo i rzuci suchawk.

Zodziej
Mimo widocznych rezultatw, jakie osignlimy w walce z wrogiem, ogarniaa mnie do czsto przykra apatia. Bo w gruncie rzeczy nie miaem pojcia, w jakim stopniu nasza dziaalno partyzancka przynosi pomoc wojskom walczcym na froncie, czy jest suszna i czy naley j kontynuowa wanie w tym, a nie innym kierunku. Bylimy jak gdyby odosobnieni, chocia w rzeczywistoci, o czym dobrze wiedziaem, cieszylimy si poparciem wrd ludnoci, ktra przyjmowaa nas na og yczliwie i wspomagaa, czym moga. Brak wiadomoci z frontu oraz jakichkolwiek kontaktw z innymi rejonami nie sprzyjay dobremu samopoczuciu, nie dodaway ducha. Nie dochodziy nas adne suchy o tym, by gdziekolwiek indziej rwnie dziaay jakie oddziay partyzanckie. A ta niewiadomo nie wpywaa, rzecz jasna, budujco na nasz psychik.

Cige akcje wyczerpyway ludzi nerwowo i psychicznie. Przy tym wszystkim daway nam si mocno we znaki trudnoci natury materialnej. Nasza odzie, z powodu nieustannych marszw nocnych przez lasy i bagniska, dara si w rekordowym tempie. Brak jakiegokolwiek warsztatu naprawczego, a przede wszystkim czasu, sprawiay, e chodzilimy najczciej w achmanach, bardziej podobni do bandy ebrakw ni do oddziau bojowego. Najgorzej jednak byo z bielizn. Z reguy chodzilimy w tej samej koszuli tak dugo, dopki si nie zdara doszcztnie. Nie pralimy jej wcale, gdy nie mielimy ani myda, ani adnych naczy do gotowania. Wszy rozprzestrzeniay si w bielinie i odziey w zastraszajcy sposb. Jedynym naszym sprzymierzecem w walce z nimi byy mrwki, ktre poeray pasoyty, a mrwczy jad odstrasza je na jaki czas. Lecz znacznie dotkliwiej od wszy dokuczay nam komary, ktre caymi chmarami atakoway nas w dzie i w nocy. Na nic zdawao si odstraszanie ich za pomoc dymu z zapalonych sprchniaych pni drzew. Komary wciskay si we wosy, za konierze, do rkaww i w nogawki spodni, tnc niemiosiernie nasze wyndzniae ciaa. Bylimy peni bbli i strupw. Brodzc wrd bagnisk i podmokych k si rzeczy mielimy stale mokre nogi. Normalne buty w tych warunkach stwarzayby wicej kopotu ni daway korzyci, gdy trzeba by je stale suszy. Nosilimy wic apcie, ktre szybko wysychaj od soca i temperatury samych ng, a wic byy znacznie wygodniejsze i zdrowsze. W tym stanie rzeczy kady radzi sobie jak mg, nie ogldajc si na mnie. Nic wic dziwnego, e zdarzay si czasami rzeczy, ktrych sobie nie yczyem i ktre potpiaem w duchu, lecz nie miaem odwagi, by im si zdecydowanie przeciwstawi. Wracajc z nocnych wypadw niektrzy przynosili ze sob jak now marynark, spodnie lub koszul. Wiedziaem, e nie zawsze otrzymywali to od ludzi z dobrej woli... Dopki jednak wypadki te zdarzay si sporadycznie i nie wykraczay poza ramy zwykej troski o zabezpieczenie swego ciaa, zamykaem na nie oczy. Przysza jednak chwila, e zdecydowaem si ostro zareagowa na tego rodzaju wykroczenia. Jednego razu grupa wypadowa, dziaajca w okolicy wsi Zajczwka, przywioda ze sob pewnego czowieka, ktry owiadczy mi, e policja usiowaa go aresztowa, lecz on zdoa im umkn i pragnie przyczy si do naszego oddziau. By szczupy, niepozorny, zaniedbany w ubiorze; tacy zawsze wzbudzaj lito. C miaem z nim robi? Nie pozwoli mu zosta byoby dla niego przykrym ciosem, a przy tym mgby atwo wpa w rce poszukujcej go policji. Niewiele sobie obiecywaem po nim, jako przyszym partyzancie, mia jednak wasn bro - rewolwer nagan i troch amunicji - wic uznaem, e moemy go przygarn do siebie. Posaem czowieka do Zajczwki, by zasign bliszych informacji o naszym nowym partyzancie. Jego relacja pokrywaa si z tym, co ju wiedziaem; rzeczywicie by on cigany przez policj. Lecz chopi, ktrzy potwierdzili te dane, byli skpi w sowach, jeli chodzio o przeszo tego czowieka. Zdecydowaem si pozostawi go w oddziale na prb. Iwanowi Nierodzie, ktry nieraz ju spenia przerne specjalne poruczenia, wywizujc si z nich doskonale, powierzyem zadanie obserwowania tego czowieka. Jako nie miaem do niego penego zaufania. Owej nocy, gdy wracalimy z wypadu w pobliu wsi Houzja, przypad do mnie zdyszany Iwan Nieroda, ktry maszerowa na kocu kolumny. - Towarzyszu dowdco! On gdzie przepad! Od razu zrozumiaem, kogo mia na myli. - Skd wiesz, e przepad? - spytaem. - Przecie jest ciemno cho w mord daj.

- Ale byem cay czas koo niego. Nie ma go ju chyba od Houzji. Z pocztku mylaem, e idzie przede mn, ale to by Chwiszczuk. W nocy kady diabe czarny - doda, jakby chcia usprawiedliwi swoj nieuwag. - Wracaj do tyu i nie przejmuj si - rzekem bez odrobiny niezadowolenia. Iwan by dobrym i poczciwym chopcem i nie chciaem robi mu nieuzasadnionych wymwek. Zreszt nie byo si na razie o co niepokoi. Kiedy dobilimy do Ostrwka Jaowego i sprawdziem stan ludzi, okazao si, e rzeczywicie brak nowego partyzanta. Mino p godziny od naszego powrotu, a on wci si nie zjawia, wic zaczem si troch niepokoi. Ludzie poukadali si w szaasach do snu, tylko ja i Iwan nie moglimy jeszcze spa. - Pjd go poszuka - rzek Iwan. - Daj spokj! - powiedziaem. - W taki mok nic nie zobaczysz. - A jeli to niemiecki agent? - doda z obaw w gosie. - Nie sdz. Ludzie co by o tym wiedzieli. Jutro z rana trzeba bdzie zebra o nim dokadniejsze informacje - rzekem i nakryem si na gow kocem, chcc ju zasn, ale wanie wtedy usyszaem szelest krokw. Normalnie nie zwrcibym na to adnej uwagi. W cigu nocy do czsto wracay ze zmiany posterunki i patrole ubezpieczajce baz. Tym razem jednak uniosem gow i popatrzyem w blask ogniska, ktre pono stale porodku obozu, odstraszajc troch chmary atakujcych nas komarw. Po kilku sekundach zobaczyem posta czowieka. To by on: pochylony, zgity, trzyma pod pach jaki niewielki worek. Rozejrza si uwanie dokoa, jak gdyby sprawdzajc, czy nikt go nie obserwuje, i wsun si prawie bezszelestnie do swego szaasu. W pierwszej chwili miaem ochot wsta i zapyta go, dlaczego si od nas odczy, ale pniej postanowiem wyjani t spraw rano. Znowu okryem si szczelnie kocem i zasnem. Wstaem wczenie i poszedem obmy zaspane oczy. Zdjem koszul i wanie zaczem sobie oblewa plecy, parskajc jak rebak, kiedy usyszaem czyj przypieszony oddech. Odwrciem si. Za mn sta Iwan Nieroda, gste blond wosy lepiy mu si do czoa. - Co si stao? - On zakopa co w brzozowym zagajniku - rzek, ledwie apic powietrze. - Od czasu jak wrci, nie spuszczaem go z oka. Przywlk ze sob jaki worek. Korcio mnie, eby zajrze do tego worka, ale podoy go sobie pod gow. O pierwszym brzasku wymkn si z szaasu zabierajc worek ze sob. Wysunem si za nim. Widziaem, gdzie go zakopa. - Chod, zobaczymy, co on tam ukry. Rozgarnlimy licie i ziemi. Worek zagrzebany by pytko. Wewntrz znajdoway si dwie pary niemal nowych butw, garnitur i dwa kieszonkowe zegarki. Teraz od razu wszystko stao si dla mnie jasne. - To zodziej - powiedziaem. - Chodzi z nami po to, eby si obowi. Zachowamy to na razie w tajemnicy. Pilnuj go dobrze. Przed poudniem pjdziesz do Houzji i dowiesz si, komu to skrad. Powiedz, niech si nie martwi, zwrcimy im te rzeczy.

Po odejciu Iwana biem si mylami, co zrobi ze zodziejem. Mogem go po prostu przepdzi z oddziau, ale obawiaem si, by nie sprowadzi nam na gow jakiego nieszczcia. Tacy ludzie s zdolni do wszystkiego; c by mu szkodzio i do gestapo i wyda nas. Podczas obiadu Kola Bezruk, ktry peni tego dnia obowizki dowdcy warty, przyprowadzi do mnie cznika z Powrska. By to starszy ju mczyzna, niski, ysy i otyy. Zwerbowa go do pracy Franek Mazurek. Pracowa dla nas bardzo sumiennie, przynoszc czsto cenne wiadomoci o ruchu transportw wojskowych idcych na wschd. Siadem wraz z nim na kodzie drzewa obok szaasu i jedlimy z jednej miski ugotowan przez Karpenk smaczn grochwk. (Zawsze dziwiem si, gdzie Fiodor nauczy si tak wspaniale gotowa.) Midzy jedn yk grochwki a drug prowadzilimy ze sob rozmow. cznik opowiada mi, e w ostatnich dniach znacznie wzrosa w Powrsku liczba gestapowcw, wzrosa rwnie ilo wojskowych transportw jadcych w kierunku Kowel-Sarny. W pewnym momencie mj rozmwca zamar z yk wzniesion do ust. Na jego twarzy odmalowao si zdziwienie, patrzy gdzie w jeden punkt. Spojrzaem i ja w tamto miejsce i zobaczyem naszego nowego partyzanta, ktry najspokojniej w wiecie skrca sobie papierosa. - Co si wam stao? Dlaczego nie jecie? - spytaem. - To chyba niemoliwe! On tutaj? - odpar w odpowiedzi. - Co takiego? O kim wy mwicie? - Wybaczcie, ale musz si schowa, eby mnie nie zobaczy. Znam tego czowieka. Weszlimy obydwaj do mojego szaasu. - To jest bardzo niebezpieczny czowiek - zacz cznik. - Przed wojn mieszka kilka lat w Powrsku, niedaleko mnie. W 1937 roku posadzili go do wizienia, bo okrada sklepy i mieszkania. Wyszed dopiero w czasie wojny. Ale ju w 1940 roku znw powdrowa za kratki za zodziejstwo. Po wkroczeniu Niemcw wypuszczono go i zaraz zgosi si do policji. Suy w Powrsku, lecz i tu nie zagrza miejsca. Wiadomo, jak kto ma dugie rce, to ju mu nic nie pomoe, chyba eby mu je skrci. Kiedy zwdzi swemu komendantowi zegarek. Sprawa si wydaa i ju, ju mieli go posadzi, ale zwcha pismo nosem i nawia. Pta si pniej po wsiach, gdzie rabowa, co si dao. Ale to jeszcze nie wszystko. Kiedy przyszed noc do wsi Smolary, gdzie mieszka jego kuzyn, zamordowa go, obrabowa dom i spali zabudowania, eby zatrze lady zbrodni... Musicie si go pozby. - Wiem ju co nieco o nim - rzekem w odpowiedzi. - Przyjlimy go tylko na prb, ale przekonalimy si ju, co to za ptaszek. Dzikuj wam za informacje. Jako sobie z nim poradzimy. cznik opuci szaas dopiero wtedy, gdy tamten znikn nam sprzed oczu. Niebawem wrci Iwan, ktry przynis nowe wiadomoci o naszym partyzancie. Znalaz te ludzi, ktrym skradziono rzeczy. * Tego wieczoru wybralimy si na akcj do Hradyska, gdzie spdzono kilkadziesit sztuk byda. Bydo miao by nastpnego dnia popdzone do Maniewicz, a stamtd odtransportowane na front. Kilka krw zabralimy do bazy, reszt wpdzilimy do lasu lub darowalimy chopom z innych wsi. Po pnocy robota ju bya zakoczona i waciwie moglimy ju wraca do Ostrwka, lecz pozwoliem ludziom troch wypocz. Miaem w tym swj ukryty cel. Postawiem siln ochron na obu kocach wsi i czekaem cierpliwie. Nasz nowy partyzant siedzia wraz z innymi na trawie za

obszern stodo i pali nerwowo papierosa. Moje oczy nieustannie zatrzymyway si na tej nieforemnej, zgitej sylwetce, ledwie rysujcej si w blasku czerwcowego ksiyca. Ludzie gawdzili, sypali kawaami i drapali si, arci przez wszy. Nagle stwierdziem, e jaki cie odrywa si od naszego koa i znika. Tu na nim wymkn si Iwan. Powiedziaem chopcom, e musz jeszcze co zaatwi we wsi i e zaraz wracam. Droga nowego wioda do rodka wsi. W ksiycowej powiacie jego cie to znika nam spod oczu, to znw wypywa. Trzymalimy si w przyzwoitej odlegoci, by nas nie spostrzeg. W kocu stan w prostokcie wiata padajcego z okien jakiego domu. Rozwaa co, waha si, w kocu podsun si ku drzwiom, ktre za chwil otworzyy si i zamkny za nim. Niemal bieglimy, chcielimy by wiadkami sceny, ktra si miaa rozegra w izbie. Maleka izdebka owietlona naftow lampk. Pod cian sklecone z desek nary, na ktrych ley rozczochrany mczyzna. Przed nim on, w rkach nagan: lufa rewolweru dotyka piersi czowieka lecego na narach. W oczach czowieka miertelny strach. Zalewajca si zami kobieta wyciga z szafy jakie rzeczy. Zodziej zabiera buty i jakie drobiazgi. Kobieta klka przed nim i baga o lito. Odtrca j pistoletem. Kobieta pada na podog. Moje nerwy nie wytrzymuj. Wyrywam z kabury rewolwer i wbiegam do mieszkania. - Rce do gry! Zodziej kurczy si, dygoce. Na czole krople potu, trwoliwie rozbiegane oczy. Wiem, o czym myli: zdaje sobie spraw, e to ju koniec, i szuka ratunku w ucieczce. Ale w drzwiach stoi Iwan. Kobieta opowiada chaotycznie o napaci. - Wiemy wszystko - mwi. - Niech pani wemie swoje rzeczy. * Sprawa jest jasna i nie wymaga komentarzy. Wyznaczamy sd, ktry wydaje wyrok mierci.

Ludzkie serca
Wie Werchy administracyjnie naleaa do rejonu Kamie Koszyrski. Bya biedna, maa, jak wikszo wsi rozrzuconych na granicy Woynia i Polesia. W Werchach by folwark i majtek, ktry do wrzenia trzydziestego dziewitego roku nalea do polskiego obszarnika Skrzewskiego. Niemcy spdzili do folwarku ponad sto zarekwirowanych od chopw modych koni, remontw4, przeznaczonych dla potrzeb armii. Udalimy si tam wczenie, zanim nasta zmrok. W obszernym dworku, otoczonym ogrodem, mieszka byy dziedzic Skrzewski, ktry obecnie peni obowizki administratora majtku. Trafilimy akurat na kolacj. Wszedem z Mazurkiem i Borysiukiem do pokoju stoowego. Skrzewski przelk si. Wida to byo po jego twarzy i wylknionych oczach, ktre utkwi we mnie.

Remont - ko przeznaczony dla wojska, jeszcze nie przygotowany, wymagajcy specjalnego przeszkolenia.

- Prosz si nie lka - rzekem moliwie agodnym tonem. - Jestemy partyzantami. Nie mamy do pana adnych pretensji. Skrzewski opanowa si nieco. - Czego panowie sobie ycz? Prosz siada. Zajlimy miejsca w gbokich klubowych fotelach. Gospodarz sign do kredensu, wyj krysztaow karafk, wewntrz ktrej mieni si bursztynowy trunek, i kieliszki.- Prosz bardzo - ruchem rki wskaza na wdk. - To koniak. Jeli panowie maj ch na co innego, to mog poda. Mam troch nalewki albo moe liwowic. - Niech pan sobie nie robi kopotu - powiedziaem, umiechajc si do niego. - Sprowadziy nas tu wane sprawy. W paskim majtku s konie przeznaczone dla Wehrmachtu. Nie chcemy dopuci do tego, by trafiy na miejsce przeznaczenia. Skrzewski sucha uwanie. Kiedy powiedziaem w paskim majtku, umiechn si sabo. Spostrzegem, e moje owiadczenie nie zrobio na nim wikszego wraenia. (Byo to tym dziwniejsze, i wiedziaem, e najlepsze konie naleay wanie do niego.) - Nie mam zamiaru przekonywa panw, e nie macie racji. To nie moja sprawa - powiedzia ze spokojem czowieka, ktremu jest wszystko absolutnie obojtne. - A co do majtku, to musz panom zakomunikowa, e jest on obecnie wasnoci pewnego niemieckiego majora, ktry ley na razie w szpitalu, po cikiej ranie, jak otrzyma na froncie. Tak, tak, moi panowie. To s konsekwencje wojny... Ale nie bd panw zanudza swoimi troskami, skoro waniejsze powody skoniy was do odwiedzenia tych stron... - sign po kieliszek. - Prosz, wypijmy, zanim przystpimy do sedna sprawy. Ujem may kieliszek i wypiem jego cierpk zawarto. - W sprawie koni - rzek, ocierajc doni usta - mog suy dokadnymi informacjami. Jest ich sto pi. Przewanie trzylatki, araby, wszystkie s stemplowane. Przeznaczone do taborw piechoty. Prawd mwic, dwadziecia trzy rebaki, ktre tam stoj, naleay kiedy do mnie. Teraz nie s ju moje... Metryki s w posiadaniu stajennego. Czy panowie ycz sobie, ebym go wezwa? - Dzikujemy. Nie trzeba - owiadczyem. - To niedobrze, e zdyli je ostemplowa. Trzeba bdzie je powystrzela. - Rbcie, panowie, co uwaacie za stosowne - odpar z rezygnacj Skrzewski. - Mnie jest wszystko jedno. Tylko prosibym o pozostawienie choby jakiego dokumentu. Bo Niemcy gotowi jeszcze posdzi mnie o ten czyn, a wtedy przepadem razem z rodzin. - Czy ma pan u siebie telefon? - spytaem. Skrzewski skin gow, wsta i zaprowadzi mnie do swego gabinetu. Przeciem sznur i zabraem ze sob mikrofon. Do jadalni wesza pani domu, moda jeszcze, dystyngowana niewiasta, i suca, ktra wniosa tac z dymic kolacj. - Prosz zje z nami - zapraszaa pani domu. Podzikowalimy, wymawiajc si brakiem czasu. Wyszlimy na dwr. Stajnia staa niedaleko dworku.

Stajenny posusznie otworzy szerokie wrota. By wylkniony i cay dygota. Szlimy wzdu czystej stajni. Po obydwu stronach stay w przegrodach pikne, pokryte aksamitn sierci konie, ktre na nasz widok odwracay ksztatne by i patrzyy lnicymi oczyma. Ogarn mnie al na myl, e ju za chwil bdziemy je musieli pomordowa. Ale nie miaem innego wyjcia. Konie byy poznaczone stemplami, a aden gospodarz, w obawie o sw skr, nie wziby takiego zwierzcia do swej zagrody. Wyznaczyem czterech ludzi. Niechtnie zabrali si do tego nieprzyjemnego zajcia. Strzelali koniom w by. Po chwili caa stajnia dudnia od koskich wierzga. wiee trupy zwierzt drgay w miertelnych konwulsjach. Spostrzegem, e ten i w partyzant mia wilgotne oczy. Wikszo moich ludzi to byli gospodarze, dla ktrych ko by przedmiotem wielkiego starania i troski. Niektrzy partyzanci ju po dwch oddanych wystrzaach przychodzili do mnie ze sowami: - Nie mog! Prosz mnie zwolni! C miaem robi? Wyznaczaem innych, ktrzy po chwili rwnie zwracali si do mnie z podobn prob. Stajnia przedstawiaa straszliwy widok. Kilka koni zerwao pta i amic drewniane przegrody w szalonym pdzie biegao wzdu stajni. Inne, ranione ciko, rzucay si w gr z zakrwawionymi pyskami. To by okropny widok i najchtniej bybym wyskoczy na dwr by nie by wiadkiem tej krwawej sceny, lecz wiedziaem, e wszyscy partyzanci zrobiliby to samo i cae nasze przedsiwzicie wzioby w eb. Trzeba wic byo wytrwa do samego koca. Krwawa rze trwaa. Huki wystrzaw mieszay si z okropnym reniem miertelnie przeraonych koni. Stajnia dudnia, trzsa si... Pot la si strumieniami po twarzy. Przy mnie sta stajenny, starszy czowiek o grubych spracowanych rkach i pocitej gbokimi bruzdami twarzy, po jego policzkach cieky bez przerwy zy... Kiedy ju byo po wszystkim, wyszedem na dwr, wdychajc pen piersi powietrze. Zdawao mi si, e jestem pijany. Rozkazaem Hekowi Paduchowi podpali stajni z dwch stron. Przygotowa wizki ze som, lecz w ostatniej chwili powstrzymaem go. - Gdzie jest stajenny? - spytaem, rozgldajc si wkoo. - Nie ma go tu - odparo na raz kilku ludzi. - Musia zosta w rodku. - Jak to zosta? Skocz, Iwan - rzekem do Nierody - zobacz, co on tam robi! Po kilku minutach Iwan przyprowadzi stajennego. - Nie wiem, co mu si stao - rzek. - Siedzia przy koniu i obejmowa go za szyj. Nie mogem go oderwa. Stajenny sta przede mn z opuszczon gow, jego ciaem wstrzsay kania. - Prosz si uspokoi - rzekem, kadc mu do na ramieniu. - Nie chcielimy tego robi, ale nie byo innego wyjcia. Moe ju jutro zabraliby je Niemcy. Chop nie przestawa paka. Nie wiedziaem, jak go pocieszy. Nagle podnis gow i popatrzy mi z wyrzutem w oczy.

- Wycie mojego konia te zabili - rzek i spuci gow. Powiedzia to z takim blem, e w jednej chwili pojem wszystko. Wyrzdzilimy mu wielk krzywd, zabijajc przez pomyk konia, ktry by jego osobist wasnoci. Ale dlaczego nas o tym nie uprzedzi? - Trzeba nam byo o tym powiedzie. - Mylaem, e wtedy i mnie zabijecie - rzek. - Wybaczcie, ale nie jestemy bandytami. - Ale konie zabijalicie... - Ko nie czowiek. Musielimy to zrobi, eby nie da ich wrogowi. Widziaem, e moje argumenty go nie przekonuj. - Przylemy wam innego konia - rzekem, przypominajc sobie, e na Ostrwku Jaowym mielimy trzy zdobyczne konie, ktre do niczego nam si nie przydaway. Dopiero po pewnym czasie otar rkawem oczy i troch si rozpogodzi. Wrczyem stajennemu pismo potwierdzajce wykonanie akcji i podpisane moim pseudonimem. * Przez cay czas Skrzewski nawet nie wysun nosa spoza drzwi dworku. Nie interesowao go wida, co robimy. Byem zdziwiony, e czowiek, ktry przez dugie lata zajmowa si hodowl koni, bez zmruenia oka godzi si z faktem, e zabijamy rwnie jego zwierzta. Mylc o tym, zupenie podwiadomie zaczem zastanawia si nad postaw, jak zajmowali inni byli waciciele majtkw na Woyniu. Znaem kilku z nich - myleli podobnie. Sprawa osobista przesaniaa im wszystko inne. Jesieni trzydziestego dziewitego roku, po zajciu tych terenw przez wojska radzieckie, obszarnicy w wikszoci zbiegli do Generalnego Gubernatorstwa. Wtedy uwaali si za ludzi, ktrych wojna najbardziej skrzywdzia. Nie chcieli si pogodzi z faktem utracenia raz na zawsze rde swego dobrobytu i dostatku. Pamitaem pewn rozmow, ktr przeprowadziem jeszcze we wrzeniu ubiegego roku w Maniewiczach z obszarnikiem Krzysztofowiczem, ktry posiada rozlege dobra w pobliu Kostopola. Krzysztofowicz wraca wanie z ca sw rodzin z Generalnego Gubernatorstwa do swego majtku i po drodze zatrzyma si w Maniewiczach. Interesowao mnie, co sycha w okolicach Lublina, skd wanie jecha. - Ndza i gd - owiadczy mi Krzysztofowicz. - Niemcy troch dusz ludzi. Zaczem go wypytywa, czy nie sysza czego o ruchu partyzanckim. - A po c to komu potrzebne? - odpar ze zdziwieniem. - Wszyscy wiedzieli, e bdzie wojna z bolszewikami. A kt z nas, prawdziwych Polakw, chciaby im pomaga w wojnie z Niemcami? - Ale przecie Rosjanie nas nie gnbili! A Niemcy okupuj kraj, morduj ludzi... - Zaczem go gorco przekonywa o potrzebie zbrojnego przeciwstawienia si okupantowi i kiedy zdawao mi si, e wreszcie osignem swj cel, przerwa mi: - Co pan zawraca dup frazesami. Dorad mi pan lepiej, jak tu odzyska siedemdziesit wk ziemi w guberni kijowskiej, ktr mi zagarnli bolszewicy w siedemnastym roku. Niemcy ju tam doszli...

Zatkao mnie wtedy. Zaraz po zajciu przez Niemcw Ukrainy Zachodniej i Biaorusi byli waciciele ziemscy wrcili do swoich majtkw. Sdzili, e okupant uszanuje ich wasno. Wielu z nich, udzc si tym, wizao z Niemcami swoje nadzieje. Wkrtce jednak stao si jasne, e Niemcy mieli inne plany. Dotychczasowi dziedzice zostali oficjalnie powiadomieni, e ich majtki przechodz na wasno Niemcw. Im samym wyznaczono jedynie rol administratorw. Dopiero po tym ich stosunki z okupantem zaczy ulega ozibieniu. * Za nami zostaa una poncej stajni... Dowiedzielimy si, e nastpnego ranka zjechaa do Werch specjalna komisja z Kamienia Koszyrskiego zoona z Niemcw i urzdnikw. Rzucali na nas gromy i obiecywali nam straszliw zemst.

Zasadzka
Dzie wsta bezchmurny, czysty, po ziemi wlk si welon mgie, ktre, w miar jak tarcza soca unosia si ku grze, rozpraszay si i niky. Zapach wieego listowia, ywicy i lenych zi a drani nozdrza. Przemierzalimy sosnowy i brzozowy las, ktry cign si z p kilometra. Dalej rozpocierao si botne rozlewisko, szerokie na dwiecie metrw, a o kilometr stamtd znajdowaa si baza. Przez ca noc maszerowalimy bez wytchnienia, pragnc jeszcze przed witem dobi do celu. Nie udao si nam to. Wyszlimy z Ostrwka Jaowego trzy dni temu. Podzieliem oddzia na cztery grupki, wyznaczajc im zadania. Sam objem kierownictwo nad dziesicioma ludmi. Zmordowalimy si nieludzko wykonujc kilka pomylnych wypadw na posterunki policji i teraz jedyn nasz myl byo lec gdzie pod krzakiem i spa, spa... Marsz ubezpiecza z przodu Bulik, ktry szed o sto metrw przede mn. Ale oto i bagnisko, porose trzcin i sitowiem, po przeciwnej stronie piaszczysta acha pokryta sosn i leszczyn, tu za ach rozcigay si ki, gdzie chopi par razy do roku zbierali siano dla byda. eby atwiej im byo przedosta si na ki, uoyli na bagniskach kadki z desek. Korzystalimy z tego przejcia do czsto. Szlimy gsiego, w odstpach paru krokw, baczc, by nie zsun si w boto. Sylwetka Bulika znika mi ju sprzed oczu; wszed na ach. Nagle usyszaem za sob gony plusk. - Cholera! - zakl Karpenko, wpadajc prawie po szyj w bagno. Wanie miaem zamiar cofn si i pomc mu wygrzeba si z bota, gdy z wydmy pad strza, a zaraz po tym rozlega si bezadna strzelanina. Wok mnie zabrzcza rj pociskw. Nie wahajc si ani sekundy skoczyem w botnist ma. Partyzanci jak aby odbijali si od kadki, skaczc w boto. Na szczcie znajdowalimy si zaledwie o kilkadziesit metrw od wydmy i boto miao tu nie wicej ni ptora metra gbokoci. O prowadzeniu w takich warunkach walki nie moglimy nawet myle. Nieprzyjaciel, ukryty na brzegu, mg nas bez trudu wystrzela. Na moment ogarn mnie straszliwy lk, ktry niebawem przerodzi si w jeszcze wiksze zdumienie. Wiedziaem, e nikt z naszych ludzi nie otworzy dotychczas ognia w kierunku wroga, a tymczasem na

brzegu usyszaem przeraliwe jki, jakie wydaj ciko ranni. Kto kl, kto inny wzywa pomocy Boga. A zaraz po tym krzaki na brzegu zaszumiay i rozlegy si odgosy ucieczki. Na lewo, gdzie rozcigay si gste ozy, sitowia i tataraki, kilkanacie par ng klskao w bocie. Obserwowalimy to wszystko z szeroko rozwartymi oczyma, nic nie rozumiejc. Jaki czas nie mielimy wyazi z bagna. Na wydmie nie ustaway jki rannych, tylko strzay ju ucichy. I wtedy, wrd tego penego napicia oczekiwania, dobieg nas gos Bulika: - Towarzyszu Maks, mona wychodzi! Zaatwione... Nie chciao mi si wierzy wasnym uszom. Co to wszystko znaczy? Nage strzay, wrzaski, jki, pniej jaka ucieczka, a teraz te niepojte sowa. Wygrzebaem si z bocka, wyac na brzeg, paty czarnotej mazi oblepiy mnie jak strucl a do pasa. Bulik by ju przy mnie. - Melduj o wykonaniu zadania - stan wyprostowany w postawie subowej, z jego oczu wyzierao zadowolenie i duma. Pi krokw od brzegu lea martwy policjant, w kurczowo zacinitych rkach trzyma karabin maszynowy. Opodal niego trup drugiego policjanta, a par metrw dalej wi si w boleciach trzeci, ciko ranny. Patrzyem na Bulika z uznaniem, chocia nie mogem w aden sposb zrozumie, jak si to wszystko stao. Przecie on by sam jeden, a ich kilkunastu. Bulik zrozumia moje zdumienie i popieszy z wyjanieniami: - Leeli nad brzegiem, o, w tych krzakach -- pokaza rk. - Karabin maszynowy mieli ustawiony prosto na kadk. Byo ich z pitnastu, ale ja ich pocztkowo nie spostrzegem. Wszyscy si pospali. I eby nie nage zamieszanie na kadce, plusk i przeklestwo, byliby na pewno spali dalej. Jak usyszeli haas, zerwali si i zaczli strzela. Odwrciem si do tyu i ujrzaem, jak celuj do naszych ludzi. Skoczyem za drzewo i w jednej sekundzie wymierzyem mj automat do tego z erkaemem. Trafiem go w plecy. Potem kropnem drugiego i pocignem seri po reszcie. Zerwali si i zaczli ucieka... Chyba myleli, emy ich okryli. Zabralimy ze sob rannego policjanta na przesuchanie. A oto jaka bya jego relacja. Przyjechali tu a z Maniewicz na rozkaz Slipczuka. Przez cay tydzie szukali naszych tropw, a wreszcie wczoraj wieczorem udao si im wykry nasz baz na Ostrwku Jaowym. Przywid ich tu jaki nieznany chop, ktremu dali zotego rubla. Zaczaili si przy kadce. Przez ca noc nie zmruyli oka, czekajc na nasz powrt, ale nad samym ranem posnli jak susy. Ranny policjant wyzion niebawem ducha. Dopiero teraz w caej peni zdaem sobie spraw z niebezpieczestwa, jakie nam grozio. Nie pozwoliem ludziom na odpoczynek, gdy byem pewien, e niedugo cignie tu caa chmara faszystw z caego gebietskomisariatu kowelskiego. Zarzdziem zlikwidowanie bazy na Ostrwku Jaowym i mimo kompletnego wyczerpania zabralimy si do roboty. Nie bya to atwa rzecz, gdy w bazie znajdoway si due zapasy ywnoci: soniny, solonego misa, masa, kaszy, mki, soli i ziemniakw. Prawie wszystko byo ukryte w bakach i zakopane w bagnie, ktrego chd zabezpiecza produkty przed szybkim niszczeniem. W ostatnim czasie zdobylimy te par skrzy amunicji i granatw, ktre wayy po kilkadziesit kilogramw. Pozostae grupy nie wrciy jeszcze z zadania, wic byo nas zaledwie dziesiciu ludzi. Przy tak szczupym stanie osobowym nie moglimy nawet marzy o tym, by zabra najwaniejsze choby zapasy. Z drugiej jednak strony nie chciaem zostawia tych rzeczy. Tam gdzie zamierzalimy si teraz

przenie, mogy by wiksze kopoty z ywnoci. Zreszt niedawno otrzymaem meldunki od wywiadowcw z Maniewicz i Kamienia Koszyrskiego, e Niemcy szykuj si do zakrojonej na wiksz skal obawy na nas, e ju cigaj posiki i wysyaj mieszane grupy zwiadowcze, zoone z policjantw i gestapowcw. Wielu agentw wroga wietrzyo nas w lasach i po wsiach. Musielimy si wic ukry w takim miejscu, gdzie wrg nie miaby adnego dostpu i nie potrafiby nas znale. Na naradzie, jak odbylimy przed wyruszeniem na ostatnie zadanie, postanowilimy przenie si na wschd w rejon rozlewisk rzeki Stochd, gdzie znajdowao si setki poronitych zieleni wysepek. Ustalilimy nawet dokadne miejsce na now baz. Przewidywalimy, e wobec nieuniknionej obawy bdziemy zmuszeni przez jaki czas siedzie na miejscu. A do tego potrzebowalimy ywnoci. Pracowalimy w pocie czoa, wycigajc baki, rozsypujc kasz, mk i kartofle w mniejsze worki, nadajce si do niesienia przez jednego czowieka. Z niepokojem mylaem te o grupach, ktre dotychczas nie wrciy z zadania...

ycie na Stochodzie
O dwa kilometry na pnoc od wsi Berenica Stochd usiany jest gst sieci rozlewisk i dopyww. Niebieskie yki wd tworz szerok na dwa kilometry przeszkod. Dostpu do rzeki broni grzskie bagniska - topiele, gdzie maj swe krlestwo ptaki wodne: bekasy, czaple, perkozy, kaczki, kurki, gsi. Nierzadko nad brzegami tej dzikiej rzeki spotka moesz bobry i wydry. Zwarte oczerety z ozy, sitowia, trzciny, szaleju i innych rolin s naturaln oson ptakw i zwierzt przed niepodanym okiem czowieka. Ta rzeka pokryta niezliczon iloci zielonych wysp i wysepek staa si dla nas obecnie schronieniem przed wrogiem. Miejscowi zaufani rybacy poyczyli nam kilka dek - pychwek, za pomoc ktrych przewielimy nasz sprzt, zaopatrzenie i ludzi na jedn z wysp. Bya to niewielka acha, czciowo botnista, czciowo za pokryta zocistym piaskiem. Wysepka nie bya widoczna z brzegu, zasaniay j bowiem inne wyspy oraz gstwiny wodnych rolin. Nazwalimy j Wysp partyzantw. Pierwszy tydzie ycia na wyspie upyn nam w zupenym lenistwie. Nie opuszczalimy naszego schronienia, pragnc, by Niemcy uspokoili si troch i zaniechali obawy skoncentrowanymi siami gestapo i policji. Wiedzielimy dobrze, e w owym czasie, szukajc nas, przetrzsali dokadnie lasy midzy Maniewiczami a prawym brzegiem Stochodu. Nasze siy byy wci jeszcze za szczupe, bym mg przyj otwart walk z wrogiem. Nie miaem zamiaru zaprzepaszcza oddziau, ktry tak si piknie rozwija. Zreszt naszym celem byo dziaanie z ukrycia, uderzanie na wroga tam, gdzie si tego najmniej spodziewa, niszczenie jego baz zaopatrzeniowych bez ponoszenia strat. Partyzanci w rny sposb rozpdzali nud: jedni wygrzewali si na socu, opalajc si na murzynw, drudzy wynajdywali rne gry i zabawy (midzy innymi grali w dupniaka), wieczorami nucili piosenki, snuli opowiadania i przypominali sobie kaway, inni za wypuszczali si na ryby albo ptaki wodne. Ze wzgldu na ma przestrze nie prowadzilimy tu adnego szkolenia wojskowego. Ostatnio tak si przyzwyczaiem do cigego ruchu, e ju sama myl o bezczynnym siedzeniu na wyspie denerwowaa mnie. Zaatwianie spraw zwizanych z codziennym yciem oddziau zabierao mi dziennie kilka godzin. Reszt czasu spdzaem na wasaniu si po naszym malekim pastewku lub na suchaniu rozmw i opowiada partyzantw. Na wysepce czsto znajdowalimy szkielety i czaszki

ludzkie. Stary Mytkayk zbiera koci na jedno miejsce, nastpnie zrobi z nich kopiec i usypa wspln mogi. On jeden doskonale wiedzia, skd si tu wziy ludzkie prochy. Opowiada, jak to w roku 1916 wzdu Stochodu toczya si krwawa wojna rosyjsko-niemiecka. Front sta tu okoo roku. Modzi partyzanci z ciekawoci suchali barwnych opisw starego partyzanta z czasw pierwszej wojny wiatowej. Niebawem przestaem myle o nudzie. Kiedy po niadaniu przyszli do mnie Karpenko, Mazurek i Iwan Nieroda. - Dugo tu zostaniemy? - spyta Mazurek, poprawiajc swoj bujn czupryn, ktra zakrywaa mu oczy. - Chyba z tydzie, a si szwaby troch uspokoj. A w ogle myl, e tu, na Stochodzie, urzdzimy sobie baz na duszy czas. Bdziemy zmieniali tylko wyspy. - To dobrze. Widzisz, Jzek, my przyszlimy do ciebie z prob - mwi powoli Karpenko. Od razu pomylaem, e musi to by co bardzo wanego, skoro Fiodor zabra gos. (Fiodor by zwykle bardzo maomwny. Przychodzi do mnie na rozmow tylko wwczas, gdy mia jakie trudne do rozwizania problemy zaopatrzeniowe.) - Widzisz. Troch to i wstyd mwi o tym... - Karpenko zawaha si i skubic sw pokan brod popatrzy na Mazurka. - Wal prosto z mostu! - powiedziaem. - Ale eby nas nie wymia. - Gadaj, Fiodor! - Mazurek zachci go szturchacem w ebro. - Jak byem chopcem, to mnie kijem do szkoy nie mogli wypdzi. Nauka nijak nie sza mi do gowy. Wolaem gsi i krowy pa, ptasie gniazda wybiera i ryby apa. A zreszt do szkoy byo dziesi kilometrw. Ojciec te nie nalega, bym si wzi za nauk. Chopaka trzeba do roboty sposobi mawia - a szkoa niech dla janie wielmonych zostanie. No i teraz czowiek zosta, jak to si mwi, starym osem. Popatrz sobie, jak to inni bior do rki ksik albo gazet i czytaj o rnych mdrych rzeczach. I wtedy a paka si chce. Albo ile to si czasem wstydu nagryz, jak mi chopaki zaczn dokucza. Woaj: Karpo, ile bdzie jeden odj jeden? Wczoraj stary Mytkayk z Bulikiem naapali w wicierze linw. Usmayem je na obiad. Ale dla wszystkich nie byo po caej rybie. Zaczem dzieli. Jeden dosta, a innemu zabrako. Zocili si pniej na mnie. A wszystko przez to, e czowiek jest niepimienny... - Fiodor a si spoci, mwic o swojej trosce. Gdy skoczy, odezwa si Franek. - Chcemy, eby nas pouczy... - Ale dobrze, chtnie to zrobi - powiedziaem. - Tylko skd wemiemy papieru, i co do pisania? Zaczem zastanawia si, jak rozwiza t spraw. Nigdy nie uczyem nikogo i nie wyobraaem sobie siebie w roli nauczyciela. Moja edukacja skoczya si w szkole zawodowej. Nie znaem te jeszcze dobrze jzyka ukraiskiego. - Mog skoczy do Berenicy - owiadczy Iwan. - Przynios zeszyty i jakie owki... - Nie trzeba - rzekem - sprbujemy na razie inaczej. Mona si uczy na piasku.

Od tego czasu niemal kad woln chwil spdzaem ze swoimi uczniami. Gotowo do nauki zgosili oprcz Mazurka, Karpenki i Iwana rwnie stary Mytkayk, Kruk (Koniszczuk) i inni. Podczas kilkumiesicznej pracy w drukarni Rejonowej Uprawy poznaem alfabet ukraiski. Uczyem si te troch gramatyki i zasad pisowni. Zaczem wic od alfabetu. Od razu nasuna si konieczno, abym ja sam pogbi wiadomoci z jzyka ukraiskiego. Na razie nie posiadaem adnego podrcznika. (Dopiero znacznie pniej Iwan Nieroda zaopatrzy nasz partyzanck szkk w wiele rnych ksiek.) Najpierw pisalimy patykiem na wilgotnym piasku, pniej zdobylimy papier. Byem zdumiony niezwykym uporem, z jakim ci doroli ludzie zabrali si do nauki. Z tym wikszym wic zapaem oddawaem si pracy pedagogicznej. Pomagali mi w tym take Koniszczuk i Borysiuk. Nauk czytania, pisania i rachunkw kontynuowalimy a do koca 1943 roku. W owym czasie Niemcy nieraz myszkowali na brzegu Stochodu, szukajc naszych ladw. Posugiwali si tresowanymi psami i oddanymi im miejscowymi banderowcami. Nie mogc nas wytropi odjedali do miasta. Zaczlimy znw dziaa aktywnie. Kadej nocy organizowalimy akcje na pozostae posterunki policji po obydwu brzegach rzeki. Zagarnialimy setki krw przeznaczonych dla Niemcw, palilimy skady zboa, zabieralimy kontyngenty masa, drobiu i jaj i wracalimy na wysp. * Wody Stochodu obfitoway w ryby. Wolny czas niektrzy partyzanci spdzali wic nad rzek. Niestrudzonymi rybakami okazali si stary Mytkayk, Karpenko i Bulik. owili rnymi sposobami: wdkami, sznurami, podrywkami, wicierzami, ociami. Zdarzy si nawet kiedy wypadek, e jeden z nierozwanych modych chopcw rzuci granat do wody. Oczywicie wybryk ten nie uszed mu na sucho. Wybuch granatu mg przecie zdemaskowa nasze miejsce pobytu. Chopak zosta przeze mnie surowo ukarany - przez dwa tygodnie musia siedzie na wyspie, w czasie gdy oddzia wychodzi na zadania. Ryby uzupeniay nasze szczupe menu skadajce si dotychczas przewanie z jaj, masa, sera i drobiu. Najbardziej zapalonym rybakiem by nasz partyzancki weteran Sylwester Mytkayk, ktry otrzyma od chopcw przydomek Sieryk. Rzeczywicie mia on wosy siwiutekie jak gob. Sieryk nie uznawa innego sposobu owienia ryb, jak wdk. Mia ich kilka: wierzchwk, pgruntwk, gruntwk. Rzecz zrozumiaa, e ci, ktrzy chodzili na ryby z podrywkami lub zastawiali sznury czy wicierze, zwykle wracali z poowu z wiksz zdobycz ni Sieryk. Podrwiwali wic sobie ze staruszka, woajc za nim: Dziadku, we myda! Czasem, gdy Mytkayk zaszy si w szuwary i siedzia zapatrzony w spawiki, ni std, ni zowd spada nagle do wody wielki kamie. Stary chwyta dbow lask, ktr zawsze nosi ze sob, i pdzi za psotnikami, gono zorzeczc. * Najwikszymi dowcipnisiami w sprawianiu mu figlw byli Iwan i Bulik. Kiedy Sieryk zdrzemn si nad brzegiem, chopcy ci na wzr Dziadka Szczupaka5 podpywali nurkiem pod wdk i zaczepiali na haczyku zdech ab albo kreta. adnego pogodnego dnia nasz staruszek jeszcze nigdy nie zmarnowa na prno. Zwykle, gdy oddzia wraca z nocnego zadania, wszyscy ludzie, oprcz posterunkw ochrony, zasypiali zaraz kamiennym snem. Tylko dziadek Sieryk nie kad si spa, ale bra wdk i rusza nad brzeg. Dopiero
5

Dziadek Szczupak - jeden z bohaterw ksiki M. Szoochowa Zorany Ugr.

tutaj, zanurzywszy w toni swoje sznurki, zapala fajk, mruy zaczerwienione powieki, wpatrujc si zmczonymi oczyma w szmaragdow tafl wody, po ktrej taczyy biae spawiki wykonane z gsich pir, i zaczyna drzema. Najdziwniejsze byo jednak to, e na og nie zdarzao mu si przespa najwaniejszego momentu, gdy ryba zaczynaa na dobre bra. To byo pewnego piknego sonecznego ranka. Soce wznosio si powoli ku grze, zalewajc zotem zamglon jeszcze powierzchni rzeki, nad ktr raz po raz rzucay si srebrne pocie i klenie. W przybrzenych chaszczach harcoway ptaki wodne, poloway wydry. Ten kojcy dusz nastrj sprawi, e Sieryk usn prdko, lecz po upywie kwadransa drgn nagle i otworzy oczy, ledzc lustro wody. Wanie w tej chwili jeden ze spawikw zacz taczy po powierzchni. Sieryk uj ostronie leszczynowe wdzisko i czeka, a ryba wemie lepiej. Ale ona wcale si nie spieszya. Na haczyku by nocny robak6. Po sposobie brania dziadek pozna, jaka to ryba zaja si przynt. By to lin. Wiedzia, e tylko lin potrafi tak taczy i krci spawikiem dookoa, prowadzi go, zanurza i puszcza. Lin by trudny do schwytania dla mao dowiadczonego rybaka. Przedwczesne wycignicie wdki nie dawao adnego rezultatu. Najatwiejszy do schwytania by oko, ktry rzuca si zwykle na przynt jak tygrys, wcigajc spawik gboko w wod. Lin wci jeszcze igra z robakiem, a dziadek czeka cierpliwie na dogodny moment, by poderwa wdk, gdy nagle usysza z lewej strony jaki podejrzany szelest trzcin i plusk wody. Przyszo mu na myl, e to na pewno ktry z chopcw wypyn dk, aby spata mu nowego figla. Nie odwraca gowy w tamt stron, gdy ryba w kadej chwili moga pokn haczyk, a nie chcia utraci przyjemnoci wycignicia jej w tym wanie momencie. Poza tym Sieryk postanowi do ostatka nie zdradza si, e czuwa, by z bliskiej odlegoci zada figlarzowi cios lask lub wdziskiem. Trzciny rozsuway si z szumem, pluskaa miarowo woda. Dziadek wycign rk po lask. Czeka... d bya ju zaledwie o kilkanacie metrw od niego. Jeszcze moment, a wtoczy si midzy wdki. Ogarna go zo, e mimo wszystko nie schwyta lina. Dam ja ci zaraz figle-migle - powiedzia sobie w duchu, ciskajc mocno rkoje dbowej laski. Powoli unis si do gry i nagle struchla. Ujrza d, na ktrej znajdowao si trzech Niemcw. Dwaj trzymali w rkach strzelby dwururki, trzeci siedzia przy wiole. Nie spostrzegli go jeszcze. Za chwil zobacz lece na wodzie spawiki... Trzeba natychmiast zniszczy wroga... granat jest w kieszeni, wycign zawleczk i rzuci - myla w popiechu Sieryk. Przykucn z powrotem i drc rk usiowa wycign granat, ktry jak na zo zaplta mu si w przepacistej kieszeni. Czas nie sta jednak w miejscu i d niemal zrwnaa si z jego stanowiskiem. Serce podeszo mu do garda. W ostatnim momencie wydoby wreszcie granat, podnis si znowu i patrzc poprzez trzciny na d, ktra bya od niego w odlegoci zaledwie dziesiciu metrw, zerwa zawleczk i rzuci go. W chwili gdy robi zamach, dostrzeg go otyy Niemiec, stojcy na dziobie, i z okrzykiem Verfluchter Bandit! skierowa na luf dubeltwki. Dziadek nie czeka. Run, jak sta, plackiem w boto. Niemiec strzeli, chybiajc celu, a tymczasem gony huk wstrzsn powietrzem. Granat, ktry trafi na dno dki, rozerwa j na strzpy, ranic miertelnie wszystkich trzech Niemcw. W chwil potem z gbi wyspy zaczli nadbiega zbudzeni ze snu partyzanci. Sycha byo nawoywania do zajmowania stanowisk obronnych, trzaski adowanych pistoletw i amanych gazi.

Nocny robak - dua roswka wychodzca noc z ziemi.

Sieryk wygramoli si wreszcie z bota. Pokrywaa go lepka czarna ma. Klnc Niemcw, obmy w wodzie rce i przetar oczy. W miejscu gdzie nie tak dawno pyna d, bulgotaa woda od drgajcych jeszcze cia hitlerowcw. Czerwone plamy krwi powikszay si. Sieryk patrzy ze zdziwieniem na to dzieo zniszczenia, jak gdyby wszystko, co si tu przed chwil stao, byo jakim koszmarnym snem. W pewnym momencie usysza za sob kroki. - O rany! - zawoa kto. - Chopaki, chodcie tu!... Dziadek odwrci si. Przed nim sta Iwan z rozdziawionymi ze zdumienia ustami. Z krzakw wysuway si sylwetki partyzantw. Otaczali Sieryka. - Co si stao? Dziadku, jak ty wygldasz?! - powiedzia Iwan, miejc si. - A co, rybki nie bray i granacik si rzucio? Ho, ho, widzicie! Dobre sobie... Dziadek bombarduje Bogu ducha winne rybki. No, ale to przecie wstyd. Niby to tylko wdeczk, a tu nagle... - w tej chwili Iwan spojrza na wod i dostrzeg pywajce po niej deski oraz ciaa Niemcw. Otworzy szeroko oczy. - A to co takiego? pokaza rk. - Ano, sam widzisz, granacik si rzucio - rzek Sieryk ze spokojem. Kiedy przyszedem nad brzeg, chopcy wydobyli ju z wody trupy Niemcw. Sprawdzilimy ich kieszenie. Okazao si, e byli to gestapowcy ochraniajcy most w Zajczwce - dwch podoficerw i jeden szeregowiec. Naleao niezwocznie zatrze wszelkie lady. Niemcw kazaem utopi na dnie rzeki. Poza tym rozkazaem natychmiast zlikwidowa nasz obz i przenie si na inn wysp, wysunit bardziej na pnoc. Wprawdzie wiadomo byo, e gestapowcy nie wybrali si ze strzelbami na poszukiwanie partyzantw i e najmniej pewno spodziewali si na rzece spotkania z nami, niemniej jednak byo jasne, e po znikniciu trzech niefortunnych myliwych ich koledzy rozpoczn wkrtce poszukiwania. * Nowa baza niczym waciwie nie rnia si od poprzedniej: bya to gsto poronita oz, trzcin i tatarakiem poduna wysepka pooona o trzy kilometry na pnoc od wsi Stobychwa. W poowie lipca paday obfite deszcze i bardzo czsto woda zalewaa wysp. Przenosilimy si wwczas na miejsce najwyej pooone, ale i tu nie byo zbyt bezpiecznie. Zdarzyo si nawet kiedy, e przez dwa dni musielimy siedzie na drzewach, gdy caa wyspa zostaa zatopiona. Spalimy i jedlimy naprdce zabrane zapasy, poprzywizywani paskami i sznurami do konarw i pni olch. Kiedy woda opada, zacza si plaga komarw. Byo ich tu tak duo, e nie dziaay adne rodki stosowane przez nas poprzednio na Ostrwku Jaowym. Najgorsze byy noce, gdy nie wychodzilimy na zadania. Szczeglnie agresywne byy wielkie te komary, jakich nie spotykaem nigdy przedtem. Nazywalimy je, w odrnieniu od mniejszych szarych, bombowcami. U wybrzey wyspy trzymay si caymi stadami kaczki i dzikie gsi. Na wszelki wypadek wydaem rozkaz zabraniajcy strzelania do ptakw. Tym bardziej zdziwiem si wic, kiedy stwierdziem, e od jakiego czasu bardzo czsto Fiodor karmi nas pieczonym misem, ktre z daleka pachnie dziczyzn. Przy okazji zagadnem go: - Duo masz jeszcze kur i gsi? - Bdzie ze sto sztuk.

- Jake to. Tydzie temu byo sto i teraz jest tyle samo? Kokosze sadzie na jajkach, czy co? Fiodor milcza. - A moe oswoie gsi i kaczki ze Stochodu? Co te twoje pieczenie czu za bardzo bagnem i wiatrem. Fiodor zamia si, po czym spowania i rzek: - Co tu ukrywa. Miso samo czowiekowi pcha si do garnka, to jak tu nie bra? Podbieramy po trochu... - Jak to podbieramy? - Ano podbieramy, my, to znaczy ja i Iwan. - Suchaj, Karpo. Gadaj do rzeczy, bo nic nie rozumiem. Przecie nie strzelacie do ptakw ani nie zastawiacie side? - No, nie. Skde! Przecie by rozkaz... Kaczki owimy na wdki, jak ryby, a gsi to najpierw upijamy, a pniej zbieramy. Le sobie na brzegu i ani si rusz. S pijaniusiekie w sztok. - Nic nie rozumiem. - Widzisz, to jest tak - tumaczy mi Fiodor. - Poszedem kiedy z rana z Iwanem nad wod w oczerety, Siedzimy i gwarzymy sobie o tym i o owym, a tu nagle syszymy szum w powietrzu, jakby jaka wielka kometa spadaa z nieba. Ledwie ukrylimy gowy, jak zabulgotaa woda, zatrzeszczay oczerety. Podnielimy si - o dwadziecia krokw od nas a si roio na brzegu. Siwobiae gsiory i gsi spaceruj sobie dostojnie, szczypi tataraki i trawk i ggaj, e uszy puchn. Iwan mwi do mnie: A mi linka cieknie zje sobie tak jedn. To musi by dopiero frajda. Sied cicho - rzekem - bo zaraz je sposzymy. Ale i mnie wzia chtka. Myl sobie: Tyle misa si tu marnuje, a w zapasie mamy nieduo. Kto wie, kiedy znw si co przyniesie. A Iwan nie przestaje: Mona by upiec na ronie, tak na rowo, z masekiem, a do tego kartofelki i mlaska gono. Nagle jeden z gsiorw wyczu niebezpieczestwo i wrzasn przeraliwie, podrywajc si do gry. Momentalnie cae stado poszo w jego lady. Gsi odleciay. Na drugi dzie rano znw tam wrciy. Gdy pniej wracalimy znad rzeki, Iwan powiedzia: We, Fiodor, wiadro grochu i namocz w bimbrze. Przed witem rozsypiemy go na brzegu. Ani chybi, zer groch i popij si. To nawet niezy pomys - powiedziaem. - Tylko czy zechc re? Rano wszystko zrobilimy, jak byo umwione. Siedzielimy w ukryciu i czekamy. Gsi przyleciay. Ggaj i paraduj sobie jak zawsze po brzegu. Ale do miejsca, gdzie ley przynta, nie podchodz. Troch chyba za daleko bya rozsypana. To ci dopiero miglanc z tego Iwana - myl - nic innego, tylko nabra mnie na kawa, jak to robi z Sierykiem. Patrz na niego, czy si czasem nie mieje ze mnie, ale on wcale o tym nie myli i wpatruje si bez przerwy w brzeg. Mnie zo ju braa na ten gupi pomys i chciaem zostawi Iwana i wrci do obozu, gdy ten nagle cignie mnie za rkaw i szepce: Zobacz, jak r! Spojrzaem: gsi rzuciy si do grochu ca mas. Kbiy si, trzepotay skrzydami, ggay i ary, wci ary. A mnie miech ogarn, musiaem si jednak hamowa, by nie sposzy ptakw. Po kilku minutach groch znikn, gsi przestay krzycze. Najpierw chodziy sobie dostojnie dokoa, pniej zaczy si kiwa i spuszcza szyje, wreszcie posiaday. Byo ich ze trzydzieci sztuk. Przeszo jeszcze z p godziny, a gsi ju si wcale nie ruszaj. Wtedy wylelimy z ozy i do nich. I co powiesz? Wszystkie emy wybrali - trzydzieci sztuk. A pniej jeszcze trzy razy chodzilimy.

- Oj Karpo, Karpo - rzekem miejc si. - A nie al ci robi takie sztuczki ptakom? - Co ma by al? Je przecie musimy. Zapas te jest potrzebny. Jak zabraknie, to ja wtedy wiec oczami przed ludmi. - No dobrze, ju dobrze - powiedziaem - ale wicej tego nie rbcie. A jak to byo z kaczkami? spytaem jeszcze. - Z kaczkami? Zwyczajnie. Tu nad Stochodem kady chop wie, jak bra kaczki. Wbijesz koek na brzegu. Przywizujesz sznurek, a na kocu kawaek misa albo ryby na haczyku. Kaczka zjada miso i zaczepia si na haczyk. Wtedy wysuwasz si z ukrycia i zabierasz zdobycz. Powiedziaem im, by zaprzestali tych kusowniczych sztuczek, gdy i tak niebawem zmieniamy baz i nie bdziemy ze sob cign zapasu ptactwa. * Szykowalimy si ju do opuszczenia gocinnego Stochodu i powrotu w lasy. Na odprawie ze sztabem partyzanckim omwilimy nasze najblisze zamierzenia. W dyskusji wysuno si wiele problemw, ktrych rozwizanie byo spraw pierwszoplanow. Omawialimy szczegowo przyczyny, ktre mogy spowodowa osabienie bezpieczestwa oddziau. Ostatnie przykady wytropienia przez wroga bazy na Ostrwku Jaowym i zorganizowanie na nas zasadzki wiadczyy o tym wymownie. A wic rozwaalimy obecnie spraw lepszego maskowania i ochrony miejsca postoju oddziau, jak rwnie zachowania ostronoci przy stykaniu si z miejscow ludnoci. Nie ulegao bowiem wtpliwoci, e wrg mia swoich agentw, ktrzy zbierali o nas informacje albo chodzili trop w trop za oddziaem. Jakkolwiek pracujcy dla nas ludzie - cznicy i zwiadowcy - informowali nas wyczerpujco o wszystkim, co si dzieje w danej wsi lub osadzie, to jednak wiadomoci te czsto nie wystarczay nam. W dalszym cigu wielk niewiadom byy najblisze zamierzenia wroga w stosunku do ludnoci i do naszego oddziau partyzanckiego. Ponadto niewiele wiedzielimy o tym, co si dzieje na szerokim wiecie. Te dane mona by byo zdoby jedynie za porednictwem czowieka, ktry cieszyby si wzgldami Niemcw. Ale skd takiego wzi? Kto z partyzantw wysun propozycj, eby sprbowa posa ktrego z naszych ludzi na sub do policji. Ale jako nikt nie popar jego pomysu. Bo przecie wszyscy partyzanci byli w tych stronach doskonale znani i kady miaek wpadby szybko w apy gestapo. A poza tym jakie wiadomoci mg zdobywa czowiek bdcy na stanowisku zwykego policjanta? Potrzebowalimy informacji dotyczcych szerszego rejonu, sigajcego Kowla, Rwnego, Wodzimierza, a nawet dalej. I wtedy cakiem niespodziewanie odezwa si Aleksander Nieroda: - Sdz, e tylko przeniknicie do gestapo moe da nam te informacje. Nie trzeba koniecznie i do Maniewicz, czy nawet do Kowla. W tych stronach jest to rzeczywicie do ryzykowne. Ale mona sprbowa tego we Wodzimierzu, ucku, albo nawet Dubnie... - Co ty gadasz? - wtrci Mazurek. - Gdzie Dubno, a gdzie my? - Do Dubna jest ze dwiecie kilometrw. Ale to tym lepiej. Nikt ci tam nie pozna. Widzicie, ja mam jeden pomys. Ju o tym nieraz sobie przemyliwaem. Tylko obawiaem si, e mnie zganicie... - Sasza popatrzy na mnie jakby z pewn obaw. - Mw, zobaczymy. Warto rozway kad myl - rzekem.

- W czterdziestym roku robiem na stacji w Dubnie. By tam jeden nazwiskiem Siemieniuk. Zdawao mi si, e to porzdny czowiek i troch si z nim zaprzyjaniem. Pniej si okazao, e pracowa w niemieckim wywiadzie. Jak tylko Niemcy weszli do miasta, woy mundur gestapowca. Przychodzi do mojego kawalerskiego mieszkania i mwi: No, Saszka, widzisz, jakiego to miae przyjaciela?! Ty mylae, e ja tutaj robiem dla dobra komunizmu, a ja pracowaem dla sprawy wyzwolenia ojczyzny od bolszewikw. Wtedy a mn zatrzso. O mao nie rzuciem si na niego z goymi rkami. Lecz opamitaem si i nic nie odpowiedziaem. Wtedy on mwi: Ty, Saszka, nie bd gupi. Mog zaatwi z komendantem i przyjmie ci do gestapo na tajnego agenta! Udajc spokj odparem mu, e nie mog, bo musz wraca do swojej wsi, gdy ojciec jest ciko chory i w gospodarstwie nie ma komu robi. Nastpnego dnia zwinem manatki i wrciem do Nabrski. Jestem pewny, e jeli on tam jeszcze jest, to za jego porednictwem uda mi si dosta do gestapo. - To chyba zbyt ryzykowne - rzek Karpenko. - Mog sprawdzi twoje dane. A wtedy tak wsikniesz, e ladu po tobie nie zostanie. - Ju ty si o mnie nie martw - powiedzia Sasza. - Poradz sobie. Oni nie maj teraz czasu na sprawdzanie kadego. Wystarczy, e mnie zarekomenduje taki sugus, jak Siemieniuk. A z tym Siemieniukiem to ja bd musia si pniej i tak rozliczy. - Jak wyobraasz sobie swoj prac dla oddziau? - spytaem. - Z Dubna daleka droga. - Pocigiem mona dojecha w siedem godzin. Na razie nic nie mona przewidzie. Postarabym si zosta tajnym agentem. Wtedy atwiej byoby mi si porusza w terenie. Pomys Aleksandra zasugiwa na poparcie. Praca jednego z naszych ludzi w gestapo daaby nam cenne informacje. Ryzyko byo olbrzymie, lecz znajc inteligencj Saszy nie wtpiem, e uda mu si przeama wszystkie trudnoci i wkra w aski Niemcw. A to byo najwaniejsze. Owiadczyem wic: - Jeste, Sasza, odwany. Jeli chcesz, sprbuj. Moe ci si uda. W dziesi dni pniej Sasza wrci do oddziau. By ubrany w nowy garnitur, paszcz nieprzemakalny i eleganckie buty. Pokaza mi dokument opatrzony pieczci z niemieckim orem i swastyk. Dokument stwierdza, e Aleksander Nieroda jest tajnym pracownikiem gestapo w Dubnie. Dugo opowiada nam, w jaki sposb przeszed wszystkie prby i zosta zwerbowany do pracy dla gestapo. Siemieniuk przez ten czas dosuy si stopnia oficerskiego i mia due wpywy u szefa gestapo. Niemcy potrzebowali ludzi do wsppracy. Bez wahania wic przyjli Sasz na swego agenta. Mia on zadanie penienia roli cznika i tajnego wywiadowcy w rejonach: Dubno, Rwne, Kowel.

Zeeni
Wrg zacz werbowa do wsppracy banderowcw, ktrym obiecywa olbrzymi nagrod za zlikwidowanie naszego oddziau. Niemcy pomagali te ukraiskim nacjonalistom tworzy zbrojne bandy przeznaczone do walki z partyzantami. Wiedziaem o tym dobrze od naszych ludzi rozsianych w caym rejonie kowelskim. Cenne informacje w tej sprawie dostarczy mi te nasz gestapowiec Aleksander Nieroda, ktry ju dwukrotnie odwiedzi nas w bazie. Naleao przeciwdziaa temu, zanim organizujce si bandy stan si dla nas grone. Chciaem jednak rozway ten problem w kolektywie.

Ktrego popoudnia zebralimy si na narad: Koniszczuk, Mazurek, Karpenko, Borysiuk, Butko i Bezruk. Jak tylko zaczem mwi na temat banderowcw, zewszd odezway si gosy: - Dawno trzeba byo wytpi wszystkich faszystw! - Poczekajmy, to oni si zabior za nas... - Ja bym kadego zeenego pod ciank! Jeden przekrzykiwa drugiego. Opanowaa ich gorczka zemsty na zdrajcach. Rozumiaem ich nienawi. Wielu partyzantw doznao od nich dotkliwych krzywd, o czym niejednokrotnie ju syszaem. Czsto podczas naszych wypadw nakaniali mnie do wykonania wyroku mierci na tym lub innym nacjonalicie, lecz ja, kierujc si zasad, e znacznie lepiej bdzie prowadzi prac uwiadamiajc w celu odcignicia ich od wsppracy z Niemcami, nie godziem si na te propozycje. Chodzio tu gwnie .o tych nacjonalistw ukraiskich, ktrzy mieli na swym sumieniu rne zbrodnie popenione w pierwszym okresie po zagarniciu tych terenw przez Niemcw, lecz ktrzy obecnie zaniechali czynnej wsppracy z wrogiem. Szczeglnie ciekawa pod tym wzgldem bya postawa grupy zeenych z Serchowa. Jeszcze za wadzy radzieckiej w 1940 r. grupa zeenych pod wodz Jewtucha i Kyma posza do lasu, gdzie utworzya zbrojn band, ktrej celem bya dywersja prowadzona we wsiach; likwidowanie przedstawicieli wadzy radzieckiej, przewodniczcych rad narodowych, kochozw, sekretarzy komrek partyjnych. Banda zajmowaa si te rabunkiem. Dziaalno zeenych bya inspirowana przez niemieckie centrale wywiadowcze na terenie Generalnej Guberni i w Berlinie. Po wkroczeniu Niemcw na Woy zeeni wykazali si straszliwym okruciestwem wobec wszystkich komunistw oraz sympatykw Zwizku Radzieckiego. To wanie oni wydali w rce Niemcw nasz sidemk partyzantw - komunistw z Maniewicz: Chwiszczuka, Borysiuka, Mytkaykw i pozostaych, ktrzy uciekli pniej z wizienia kowelskiego. Zeeni te pomagali Niemcom w wymordowaniu 370 ydw z Maniewicz. Z ich inicjatywy w wielu wsiach na Woyniu ustawiono dbowe krzye z wyrytymi na nich napisami: Chaj ywe genni czeowieczestwa - Adolf Hitler. Wkrtce jednak Niemcy zaczli si niechtnie odnosi do zeenych, ktrzy uwaali siebie za rwnych Niemcom i dali szerokich uprawnie za zasugi pooone dla Niemiec w okresie wadzy radzieckiej. Po krachu teorii o samostijnej Ukrainie zeeni stali si ozibli dla Niemcw. Nie mieli jednak zamiaru rzuca broni, ktra od tej pory zacza im suy jako narzdzie rabunku. Do wiosny 1942 r. zeeni trudnili si bandytyzmem. Wreszcie, obowieni do syta, wrcili do swych domostw. Ilekro partyzanci wysuwali propozycje zlikwidowania bandy, ja opieraem si temu. Sdziem bowiem, e kady zbrojny odruch z naszej strony moe spowodowa powtrne pjcie zorganizowanej bandy do lasu. Jako ludzie miejscowi zeeni znali doskonale teren i nietrudno im byo wyrzdzi nam powane szkody. Gdy gwar ucich nieco, powiedziaem: - Sasza Nieroda przynis wiadomo, e sotys wsi Woczeck, Kobun, i jego sekretarz zbieraj ludzi przeciwko nam. Bior bro od Niemcw i tworz band nacjonalistyczn. Co wy na to? - Trzeba im wygarbowa skr - powiedzia Koniszczuk. - Ja bym ich na ga - wtrci Borysiuk.

- A moe lepiej najpierw z nimi porozmawia. Rozstrzela zdymy w kadej chwili. Teraz mona ich tylko ostrzec... - podsunem propozycj. - A jeli to nie pomoe, wydamy wyrok. Od razu spostrzegem, e nie s zachwyceni tym, co powiedziaem. Mimo to nie oponowali zbytnio. Nastpnego dnia wyruszylimy do Woczecka. * Do Woczecka byo ze czterdzieci kilometrw, wic w cigu jednej nocy nie moglimy tam doj. Przed witem zatrzymalimy si w lesie na poudniowy wschd od wsi Houzja. Znueni caonocnym marszem zaszylimy si w gszcze z zamiarem ucicia sobie zasuonej drzemki. Wyznaczyem ubezpieczenie i zasnem. Tym razem suba wypada Iwanowi i Karpence. Wprawdzie obydwaj byli bardzo zmczeni, gdy przez cay poprzedni dzie nie spali, a noc brali udzia w akcji na posterunek policji w Liszniwce, ale c mogem na to poradzi. Pozostali partyzanci te uczestniczyli w akcji. Obudzi mnie huk wystrzau. Skoczyem na rwne nogi, chwytajc za bro. Gdzie z przodu dochodziy odgosy pocigu; trzeszczay amane pod stopami gazie, kto woa stj! Pobiegem w tamtym kierunku. Wyszedem na skraj polany i spojrzaem przed siebie. W odlegoci okoo pidziesiciu metrw zobaczyem Fiodora i Iwana, ktrzy prowadzili przed sob pod karabinami dwch mczyzn, okropnie oberwanych i zaronitych. Fiodor mia zwyciskie oblicze. Kiedy zbliyli si do mnie, podszed i zameldowa: - Towarzyszu dowdco, schwytalimy tych dwch. Krcili si tu, na pewno agenci albo inna swoocz... - Trzeba ich rozstrzela, bo to ani chybi zdrajcy przysani przez Niemcw - doda Iwan. - Uczciwy czowiek nie bdzie tak ucieka. Ledwie emy ich zdybali. - Zaczekajcie, zaraz wyjanimy!--rzekem, podchodzc bliej. Schwytani trzli porwanymi nogawkami spodni. Przygldali mi si wystraszonymi oczyma. Przez moment zdawao mi si, e twarz jednego z nich jest mi skd znajoma. Nagle on sam umiechn si do mnie i powiedzia: - No, teraz to ju si nie boj. Dzie dobry, panie Jzku! - i wycign do mnie czarn, spracowan rk. Od razu przypomniaem sobie wszystko. To by furman z Maniewicz, yd, ktrego wszyscy nazywali Berkiem Pukownikiem. Berek nie by podobny do yda; redniego wzrostu, krpy, ciemny blondyn, ubiera si po ukraisku w koszul zgrzebn i apcie. Jego towarzysz rwnie z wygldu by podobny do ukraiskiego chopa. - To ty, Berek?! - zawoaem, ciskajc jego rk. - A ty skd si tu wzie? Siadaj i gadaj, co tam sycha w Maniewiczach. Fiodor machn rk i mruknwszy co pod nosem, odszed. Iwan spuci oczy i nad czym medytowa. - Ciko, panie Jzku - mwi Berek. - Ludzie padaj z godu jak muchy. Co dzie umiera kilkudziesiciu. Niemcy nie puszczaj nas z miasta. Gro kar mierci. Ale przecie musz co dzieckom da je. - A nie boisz si mierci? - spytaem.

- Co mi tam mier. Zreszt, jakbym nie poszed, to i tak musiabym umrze z godu i dzieci razem ze mn. Mnie oni, Niemcy, nawet nie poznaj - zamia si ukazujc zepsute zby. - Dokd chodzicie? - Czasem do Houzji, a innym razem to a do Serchowa. - Handlujecie ywnoci? - Ee, nie, panie Jzefie. Ledwie dla siebie co si uprosi... - To mwicie, e le jest w Maniewiczach? - Gorzej ni le. Policjanci, ci nasi, s coraz gorsi. Myl, e jak bd Niemcom dobrze suy, to im daruj ycie. Ale ja tam wiem, e oni nas wszystkich chc wymordowa. Tylko ci z judenratu i policjanci wierz faszystom. Ale oni s bogaci i wcale nie myl o nas. Taki doktr Fuks to teraz si jeszcze wicej wzbogaci ni przed wojn. Albo taki Uszerflasz... - A kto to taki doktor Fuks? - To pan nic nie wie?! Niemcy utworzyli u nas wadz ydowsk - judenrat. I jego, doktora Fuksa, najbogatsi ydzi wybrali na przewodniczcego. Fuks przyjecha tu w 1939 roku z centralnej Polski i nie mia ze sob nic. A teraz on mieszka w piknej willi. Ma kilka pokoi i peno orzechowych mebli. A Uszerflasz jest policjantem. To okropny czowiek, prawdziwa bestia. On te jest teraz bogaty. Oni wzywaj czowieka i mwi: Ty, Berek, musisz da dwa ubrania i dwie obrczki. A skd ja mam wzi obrczki? Przecie ju dawno mi zabrali wszystko. Na drugi dzie policjanci przychodz do mnie i bij pakami po gowie. O, prosz zobaczy - odgarn wosy i pokaza wie, krwaw ran. - Wczoraj zabili piciu biedakw, ktrzy nie oddali wyznaczonych rzeczy. - To nie lepiej i do lasu? - spytaem. - Teraz jest lato. atwiej mona przey. Mog was wzi do partyzantki. - Ja to bym nawet zaraz poszed. Ale co zrobi z dzieckami? Oni ich zabij... i on te zabij... - Zabieraj ich ze sob. Powiedz swoim znajomym, eby szli do lasu. Tu wam Niemcy nic nie zrobi. Urzdzimy wam kryjwk. - Pan jest dobry czowiek, panie Jzef. Ale ja tak nie mog. My wszyscy jestemy z rodzinami. Jak tu y w lesie? - To wolicie zgin? - Co pan mwi? My chcemy y! - Suchaj, Berek. Zastanw si. Moemy si umwi. Ty porozmawiasz ze swoimi i spotkamy si za dziesi dni u Sowika w Konisku. - Dzikuj, dzikuj. Zrobi, jak pan sobie yczy... My o panu wiele syszeli w Maniewiczach. Niemcy si pana boj i policjanci te... Oj, joj. A my si cieszymy, jak partyzanci co Niemcom wyrzdz. Prawda, Michel? - zwrci si do swego wsptowarzysza Michela Brata. - Bd zdrw, Berek - powiedziaem, ciskajc mu do. Poegnaem si rwnie z jego towarzyszem.

Berek Pukownik i Michel Brat poszli w kierunku Maniewicz, a ja wrciem do swoich ludzi, ktrzy spali w najlepsze. * Nastpnej nocy bylimy ju w Woczecku u sotysa Kobuna. Nie ukrywaem celu naszego przybycia: owiadczyem wprost, e wiemy o jego sprawkach i damy zaprzestania wsppracy z okupantem.- Robi to, co mi Niemcy ka - odpar sotys. - Gdybym si sprzeciwi, posadziliby mnie. - Ty nam tu oczu nie mydlij - rzek ostro Koniszczuk. - Gadaj zaraz, gdzie masz bro i ktrzy ludzie ze wsi nale do bandy! - Nic nie wiem o adnej bandzie. - Suchaj, Kobun. My nie bdziemy artowa. Wszystko o tobie wiemy. Mw, o co ci pytamy. Chyba nie chcesz jeszcze umiera. Masz rodzin. My ciebie nie ruszamy, bo wierzymy, e si zmienisz. Ludzie bdz i ty te zbdzie. A teraz poka, e chcesz si zmieni, naprawi zo. - Niemcy mwi, e wy jestecie bandyci - zacz powoli Kobun. - Kazali mi zebra ludzi. Dali pi karabinw i powiedzieli: Szukaj bandytw. Jak znajdziesz, zamelduj nam. Wtedy wszystkich wystrzelamy, a ty zabierzesz ich bro i rzeczy. A pniej... - Kobun urwa wp zdania i patrzy mi w oczy, sondujc, jakie wraenie wywary na mnie jego sowa. - A co pniej? - rzuciem. - Mw, nie bj si. - Pniej mielimy i na Polakw. - Ach tak! Rozumiem. No i co ty na to? Przecie Niemcy std i tak odejd, a ty zostaniesz z ludmi. Co wtedy bdzie? - Ano teraz to ja ju nie chc. Mam przecie on i dzieci... - powiedzia ze skruch Kobun. - Moecie zabra bro, jest u sekretarza w kancelarii. W mojej stodole jest zebrany kontyngent dla Niemcw: jajka, maso i mietana. P nocy spdzilimy we wsi Woczeck. Kobun wyda wszystkich swoich wsppracownikw. Ugoci nas kolacj zakropion wdk, ktr sam pdzi. Na drog ofiarowa nam dwudziestolitrow bak bimbru. * W tydzie pniej wybralimy si do Serchowa. Dzie spdzilimy w lasach w pobliu Kociuchnwki, gdzie w 1916 roku Pisudski, jako sprzymierzeniec Niemiec, bi si z Rosjanami ze swoj legionow brygad. Ludzie yli tu w straszliwej ndzy, w malekich lepiankach, w ktrych zamiast szyb tkwiy w otworach okiennych baranie pcherze. Chyba na ironi wystawiono pord tych ndznych kurnikw wspania murowan szko im. Jzefa Pisudskiego. Na kadym niemal kroku natykalimy si na kamienne tablice, na ktrych wyryte byy takie na przykad sowa: Tutaj w 1916 r. wdz polski marszaek Jzef Pisudski jako brygadier wydawa rozkazy albo W tym miejscu wdz polski marszaek Jzef Pisudski spdzi jedn noc na odpoczynku... Patrzc na te granitowe pomniki miaem gorycz w sercu. O zmierzchu bylimy ju w pierwszych chutorach serchowskich. Prowadzili nas Bezruk i Butko, ktrzy spdzili tu prawie cay rok u dwch wdw, ktre straciy mw na wojnie w trzydziestym dziewitym roku. Znali oni doskonale wszystkich zeenych i wiedzieli, kto przewodzi serchowskiej grupie. Hersztem bandy by Jewtuch, jego zastpc Kym.

Poszlimy najpierw do Jewtucha, ale nie zastalimy go w chacie. Jego ona, krewka, czarnobrewa Ukrainka, rzeka: - Ju bdzie z tydzie, jak poszed licho wie gdzie. Taki ajza si z niego zrobi, e nijak nie utrzymasz go w domu. Baba kamaa jak z nut, lecz nie miaem sposobu, by j zmusi do zdradzenia kryjwki ma. Nie chcielimy bowiem stosowa adnych form przymusu. W kilku innych chatach rwnie nie zastalimy mczyzn. Wygldao na to, e przeczuwajc jakie niebezpieczestwo poukrywali si albo e zdyli zorganizowa si powtrnie i pj do lasu. - A mwiem, e trzeba byo wszystkich wykoczy - rzek Borysiuk z wyrzutem. - Teraz masz, co chciae. Nie my ich, lecz oni nas bd likwidowa! - Z takimi zbjami inaczej nie bdzie. Jak poszli do lasu, to moemy mie wiksze kopoty ni z Niemcami - doda Chwiszczuk. - Butko, prowad do Samejkina! - rzekem nerwowym, ostrym gosem. Samejkin by ostatnim z pomocnikw Jewtucha. Gospodarstwo Samejkina byo due i bogate. Otoczylimy chat i wszystkie zabudowania, by nikt nie mg si z nich niepostrzeenie wymkn. Dugi czas koatalimy bezskutecznie do drzwi i okien. Wreszcie otworzya nam kobieta. - Jest m? - spyta Koniszczuk. - Ano tak - odpara z niepokojem. - Stary, zwlecz si z ka! - rzucia w gb izby, zabierajc si do zapalenia lampy. W caym domu sycha byo jakie niesamowite szmery i zgrzyty, jak gdyby kto uruchomi nagle dziesitki sprynowych zabawek. Z powodu pmroku nie od razu zorientowaem si, co wywouje te podejrzane odgosy. Byem jednak wyranie zaniepokojony i rozgldaem si z obaw po izbie. Tymczasem zapono wiato i na jednej ze cian ujrzaem zawieszone dziesitki najprzerniejszych zegarw i zegarkw: zote, srebrne, niklowe i drewniane, rczne, kieszonkowe, budziki i cienne. To one wydaway taki dziwny szmer, ktry wprawi mnie w zdumienie. Nietrudno byo si domyli, e pochodziy z rabunkw. Na ku siedzia olbrzymiego wzrostu chop. Koszula odsaniaa mu wochat pier. Przyglda si nam z obdnym strachem. - Jak si masz, Samejkin - powiedziaem, wycigajc do niego rk. - Jestem Maks! Samejkin cofn si z przestrachem. - No, nie bj si. Nic ci nie zrobimy... Dlaczego nie schowae si jak inni? - On chory! - rzeka ona. - Aha, rozumiem - rzekem, patrzc na jego spocon twarz. - Jeli twoi kompani kryj si przed nami, to dlatego, e pogupieli zupenie. My do was nic nie mamy... yjcie sobie z Bogiem. Samejkin zacz nagle wpatrywa si w twarz Borysiuka. W jego oczach malowao si teraz jeszcze wiksze przeraenie, sinymi wargami szepta gorczkowo jakie sowa.

- Poznae mnie? - spyta twardo Borysiuk. - No widzisz, chciae mnie zabi, a teraz ja mog to zrobi z tob. Wysugiwae si faszystom. Tak duo grzechw masz na sumieniu, e jednej mierci na ciebie za mao. Ale ja nie jestem bandyt. Nie bd si mci. - Suchaj, Samejkin - zaczem mwi dalej. - Przesta si wreszcie ba. Nikt ci nic nie zrobi. Daj na to sowo. Co byo, to byo. Teraz trzeba myle, co bdzie dalej. - Jak to... Nie bdziecie zabija? - rzek, nie mogc uwierzy. - A dlaczego? -- My nie przyszlimy jako wrogowie. Chcemy porozmawia z waszymi ludmi. Przecie Niemcy was oszukali. Ze mona naprawi. - To nie zabijecie? - spyta jeszcze raz Samejkin, patrzc w oczy Borysiukowi. - Przesta wreszcie z tym zabijaniem - powiedziaem. - Dawaj rk! Chop niemiao wycign sw wochat ap. Potrzsnem ni. - No, a teraz wstawaj, ubieraj si i prowad do Jewtucha i Kyma. Musimy z nimi pogada. - Wiem, gdzie Jewtuch, ale gdzie Kym - nie wiem - rzek Samejkin. - No dobrze, prowad do Jewtucha. Ubra si szybko w spodnie i apcie. Niedugo stalimy ju przed jak chat na kocu wsi. To nie by dom Jewtucha. Samejkin w umowny sposb zastuka w szyb. Gdy wreszcie otworzyy si drzwi i na dwr wysun si jaki mczyzna, obskoczylimy go dookoa. - Nie ruszaj si, Jewtuch! Nic ci nie grozi, ale na wszelki wypadek oddaj te pukawki - rzekem, wyjmujc mu zza koszuli dwa pistolety TT. - A teraz chodmy do chaty. Powtrzya si podobna scena jak z Samejkinem. Po dugim przekonywaniu Jewtuch poprowadzi nas do Kyma. Szlimy po polu, na ktrym leay wieo cite kopki zboa. Ksiyc wieci jasno. Jewtuch podprowadzi nas pod wielki stg somy. Z daleka ju zobaczyem, e u podstawy stogu co si byszczy odbite w promieniach ksiyca. Jewtuch odgarn gar somy. Ujrzelimy picego czowieka. To, co tak lnio, to byy podkwki jego butw. Kym by uzbrojony w pistolet maszynowy, rewolwer i kilka granatw. Zabralimy mu bro i granaty. - Chod z nami - powiedziaem, gdy si wreszcie obudzi. - Musimy troch pogada. Niczego si nie bj. - Sraty choczu! - Id na bok i wal! - powiedziaem. Odszed par metrw i cign spodnie... Koo niego stan Butko z pistoletem gotowym do strzau. Ogarn mnie miech. Taki to by Kym, ktry wrd bandy zeenych uchodzi za najwikszego gieroja. Mia on na sumieniu wiele istnie ludzkich. Opowiadali mi chopcy, e Kym chwali si, e w okresie rewolucji w latach 1917-1918 wasnorcznie rozstrzela koo Korostenia stu komunistw. Nieraz te podkrela, e jest najbogatszym czowiekiem w caym kowelskim rejonie, gdy posiada ponad dwa pudy zota.

Wrcilimy do chaty Jewtucha. Rozpocza si kilkugodzinna rozmowa, podczas ktrej staraem si ich przekona o naszych pokojowych zamiarach. Wszyscy trzej zachowywali si jednak powcigliwie. Owiadczyli w kocu, e z Niemcami nic ich ju nie czy i cho nie uznaj te wadzy radzieckiej ani adnej innej, nie bd si nam sprzeciwiali i gotowi s nawet wspuczestniczy w niektrych wikszych wyprawach na niemieckie skady i magazyny, w zamian za co chcieliby otrzyma prawo do czci zdobyczy. Pniej Jewtuch wycign par butelek wdki i poczstowa nas. Borysiuk i Koniszczuk nie chcieli jednak wypi. W pewnym momencie Koniszczuk da mi znak, ebym wyszed na dwr. - Teraz trzeba ich w eb! Mamy najlepsz okazj. To s przecie sami hersztowie bandy. Bez nich reszta nie pjdzie do lasu - rzek do mnie. - Nie! - odparem zdecydowanie. - W ten sposb popsujemy tylko nasze sprawy. Znajd si inni, ktrzy bd ich chcieli pomci. Czy ty nie rozumiesz, e przy ich pomocy Niemcy bardzo szybko mog nas wykoczy? Do tej pory nie wystpowali przeciwko naszemu oddziaowi, to te co znaczy. Trzeba im okaza, e my ich rwnie tolerujemy. A jak ju zajdzie konieczno likwidacji, wtedy co obmylimy. - Obymy tego nie aowali. - Zobaczymy... Sdz, e tak bdzie najlepiej. Zreszt wcale nie myl darowa im ich grzechw. Gdy powrciem do dusznej chaty penej dymu, spytaem Jewtucha, czy w dowd zaufania nie podarowaliby nam troch broni. - Sami nie mamy duo - odrzek. - Ale kilka sztuk karabinw si znajdzie. - Tu Jewtuch poszepta co z Kymem, a ten z kolei zwrci si do Samejkina: - Samejkin, skocz no do Saszki. Niech da cztery maszynki i skrzynk oowiu. Posaem z Samejkinem Mazurka i jeszcze trzech partyzantw. - My myleli, e wy nas chcecie wybi - powiedzia Jewtuch. - Ale jeli wy z nami tak, to my teraz te bdziemy z wami w zgodzie. Tu w Serchowie sotys zebra ze dwiecie kurakw, ze dwie fury masa i krup. Jak chcecie, bierzcie. Wiemy, gdzie to ukrywa. * Samejkin zawzicie koata do drzwi chaty. Mazurek sta z partyzantami w pobliu i pilnie rozglda si dokoa. W pewnej chwili ujrza, jak ze stodoy, ktra staa okoo trzydziestu metrw za chat, wysun si jaki cie, a tu za nim kilka innych. Serce zabio mu gwatownie. - Uciekaj! apcie ich! - szepn do Heka Paducha. Trzej partyzanci jak koty rzucili si w pmrok. Szczkny zamki karabinw. W par sekund potem rozlegy si okrzyki: stj! stj!, a nastpnie pad strza. Tymczasem Samejkin zdoa wreszcie wywoa z chaty Saszk. Przez cay ten czas Mazurek nie spuszcza palca z jzyka spustowego pistoletu, mierzc w plecy Samejkina, ktry zaklina si, e to jakie nieporozumienie. Wkrtce caa sprawa si wyjania. Heniek przyprowadzi starsz ju niewiast z czworgiem zapakanych dzieci. Weszli do izby, ona Saszki zapalia uczywo. - Kto wy jestecie? - spyta Franek, przypatrujc si z zaciekawieniem kobiecie i dzieciom.

Niewiasta krya swoj twarz w cieniu, osaniaa te wiejsk kraciast chust dwoje najmodszych dzieci i milczaa. Dwie starsze dziewczyny rwnie zasaniay rkami oczy. - Do ciebie chyba mwi! - rzek ostro Mazurek. - Gadaj, dlaczego uciekaa? Kobieta skulia si, jak gdyby oczekujc razw, lecz nadal milczaa. - Czy to jaka niemowa? - spyta Franek. - A moe gupia? Saszka i jego ona krcili si niespokojnie. - No, a ty te nie wiesz, kto to jest? - spyta Franek, zwracajc si do Saszki. - Przecie w twojej stodole siedzieli. - E, to takie ydowiny, przybdy. Mylaem, niech sobie troch posiedz, a pniej to... - Skd ich wzie? - spyta ostro Franek. - Jewtuch i Kym o tym wiedz? - No, nie... Po co byo mwi? Mogliby ich od razu zabi. A tak, to ja troch od nich wycignem... Jej chop - wskaza na ydwk, ktra odsonia wreszcie twarz i pakaa gorzko - paci mi zotymi rublami. Przychodzi tu z Maniewicz. Nazywa si Michel Brat. Mia da za p roku sto rubli, a da tylko dziesi. Czekaem, czekaem i myl sobie, e ju chyba czas skoczy z nimi, bo jak si Jewtuch dowie, to mi nie popuci. On nie lubi ydw. Mazurek poj, e Saszka wzi ich widocznie za przyjaci zeenych i usiowa jako wytumaczy si z tego, e przechowuje ydw, uwaa, e jest to czyn niegodny czonka ich organizacji. Franek mia wielk chtk spuci mu od razu porzdne lanie, ale nie chcia si na razie z niczym zdradza. - No dobrze, ju dobrze, wemiemy ich ze sob i bdzie po kopocie. A tych rubelkw to mgby nam z pi da. Za darmo nie bdziemy brudzi rk. Saszka wysupa skd pienidze i wrczy Frankowi. Samejkin przekaza bandycie rozkaz Jewtucha o wydaniu nam broni. Saszka bez sowa speni polecenie herszta. * Kiedy Franek wrci, szykowalimy si ju do odejcia. Powiedzia mi, e odebra z rk Saszki rodzin ydowsk, ktr czekaaby tu z pewnoci mier. - Dobrze zrobi. Jak zechc, wemiemy ich ze sob do lasu - powiedziaem. Chopcy zabrali si do adowania na trzy fury zabranego od sotysa kontyngentu, ja za wyszedem na dwr porozmawia z ydwk, ktra wci jeszcze szlochaa razem z dziemi. - Niech si pani nas nie boi - rzekem - chcemy wam dopomc. Jestemy partyzantami. Prosz opowiedzie co o sobie. Przemgszy strach zacza w kocu mwi. Pochodzili z tej wsi. Uprawiali tu dwa hektary ziemi i mieli maleki sklepik. Niedugo po wkroczeniu Niemcw wyszo zarzdzenie, by wszyscy ydzi ze wsi i osad przenieli si do Maniewicz. Ale oni bali si Niemcw. Poszed tylko jej m, Michel Brat, ktry czasami przychodzi tu noc i paci za nich zotem. Skd bierze to zoto, ona nie wie, bo przedtem nigdy nie mieli adnych oszczdnoci. Ten Saszka, ktry ich przechowywa, to straszny chciwiec, kiedy jej m paci mu pienidze, to on zawsze wykrzykiwa: Dawaj jeszcze, ty cholerny ydzie, bo wydusz twoje szczeniaki! Wic m paka i prosi, by si zlitowa nad dziemi. A teraz to ona si

jeszcze gorzej boi, bo ten jeden, z wielkim pistoletem, ktry im kaza i za sob, mwi do Saszki, e ich zamorduje. - To nieprawda - zaprzeczyem, pojwszy, e kobieta mwi o Franku Mazurku. - Musia tak mwi, bo inaczej ten bandyta nie chciaby was odda. Przecie dostawa zoto. A teraz musz pani oznajmi, e widziaem niedawno pani ma. On chodzi razem z Berkiem Pukownikiem. - Oj tak, tak! - kobieta odetchna z ulg. - To pan jego widzia? - Tak. I namawiaem ich obydwch, eby przyszli do lasu, ale oni si nie mogli zdecydowa. Jak zostan w tych Maniewiczach, to Niemcy ich wszystkich wymorduj. A czego si boj? Las jak to las atwo si ukry. W lesie te mona y. Jedzenia mamy dosy. Zabiera si Niemcom. Umwiem si z Berkiem i z pani mem, e przyjd w oznaczone miejsce i powiedz, co maj zamiar robi. A was chcemy wzi ze sob. Nie bdziecie si ju musieli ba. Jak m zobaczy, e yjecie sobie u nas spokojnie, to i on zostanie, i Berek te przyprowadzi swoich. - Daby Bg. Cigle si o niego boj. On jest taki, e nic go nie moe zatrzyma. O sobie wcale nie myli. A jak wychodzi z miasta, to przecie mog go Niemcy zabi... * W godzin pniej podwody zabrane z Serchowa podwiozy nas do skraju lasu. Tu zostawilimy chopw, ktrzy powozili furmankami, kazalimy im czeka na konie i ju sami ruszylimy w gb lasu. Gdzie do drugiej w nocy zrobilimy ze siedem kilometrw i zatrzymalimy si w gstwinie na odpoczynek. Wyadowalimy sw zdobycz: kojce z kurami, worki z mk i kasz oraz baki z masem. Prdko zapadlimy w sen. Ale nie byo nam dane odpocz sobie uczciwie. Nagle okoo trzeciej cay las a zahucza od przeraliwego wrzasku. Porwalimy si na nogi. Zbudzeni z twardego snu, w pierwszym odruchu, nie pojmujc, co si stao, chwycilimy za bro. Niebawem jednak zrozumielimy wszystko. Przez las nioso si pianie dziesitkw kogutw, gosy byy rne: cienkie, piskliwe, zawodzce, huczce, lecz wszystkie razem zleway si w jeden olbrzymi alarmujcy wrzask. Zabierajc z Serchowa przygotowany dla Niemcw drb nikt nie zada sobie trudu sprawdzenia zawartoci kojcw. Zwykle uwaalimy, by nie mie w obozie kogutw, ktre mogy w kadej chwili zdradzi nasze miejsce pobytu. Tym razem przeoczylimy ten drobiazg. Dopadlimy wic do kojcw i zaczlimy dusi koguty. Okazao si, e byo ich ponad sto sztuk. Na obiad Bratowa i jej dwie starsze crki, dwudziestoletnia Ida i szesnastoletnia Raja, przygotoway nam pyszne pieczyste. Pniej zabray si do reperowania naszej porwanej odziey.

Las jest twoim przyjacielem...


Zblia si koniec lata, lasy zaroiy si od ludzi, ktrzy zbierali grzyby, orzechy, jagody, borwki i jeyny. Cae niemal wsie wypuszczay si od samego witu w najbardziej ukryte ostpy, wracajc do domu dopiero pnym wieczorem. Teraz istniaa staa obawa, e zostaniemy wykryci. Nieraz bowiem wasajcy si po lesie ludzie trafiali na nasze wysunite strae ubezpieczajce. Bylimy zmuszeni zatrzymywa zbieraczy grzybw a do pnej nocy, po czym oddala si o kilkanacie kilometrw i niezwocznie zmienia baz. Taka sytuacja wymagaa od nas lepszego ni dotychczas maskowania miejsca postoju oddziau i prowadzenia koczowniczego trybu ycia.

Pewnego razu, maszerujc z Lisowa w kierunku Woczecka, trafilimy na zasadzk. Ponielimy w walce straty - trzech ciko rannych kolegw. Znw, jak dwa miesice temu, zaistniaa konieczno sprowadzenia do oddziau lekarza. W Trojanwce, gdzie ostatnio Niemcy zgromadzili kilkuset ydw, mieszka mody lekarz, Melmersztajn, ktry przyby tu wraz z matk z Kowla. Wiedziaem, e w odbudowanej ostatnio smolarni niedaleko Trojanwki pracuje grupa pidziesiciu ydw. Przed witem zatrzymaem si z czci oddziau w lesie przy drodze wiodcej do smolarni. Wkrtce zauwaylimy zbliajcych si ludzi - byli to modzi chopcy i dziewczta - niesamowicie oberwanych i wychudzonych. Otoczylimy ich piercieniem. Widok uzbrojonych ludzi wywoa wrd nich panik. Szybko jednak przyszli do siebie i w wielu oczach spostrzec mona byo zadowolenie i podziw. Odprowadzilimy ich na niewielk polan. Najstarszym w tej grupie by trzydziestoletni moe mczyzna, silny, barczysty kowal Kramer. Widocznie uwaa siebie za przewodnika, gdy on wanie zbliy si do mnie. - Nie musicie si nas ba - owiadczyem. - Siadajcie. Jestemy partyzantami. - Mymy si od razu domylili. - Dokd tak spieszycie? - spytaem, patrzc Kramerowi w oczy. - Do pracy. Musimy co robi. W Trojanwce nie ma adnej roboty. Trzeba przecie je... - A dla kogo pracujecie? - No, pan przecie sam wie, dla kogo. Dla Niemcw! To wiadomo. - Tak, oczywicie, e wiem. Tylko nie mog tego zrozumie. Tacy modzi, zdrowi ludzie sami dobrowolnie id pracowa dla swojego wroga. To naprawd dziwne. Kramer zmiesza si troch, inni ydzi pospuszczali gowy. - Niemcy oficjalnie mwi, e was wszystkich wymorduj, a wy idziecie do roboty... Chyba gupio robicie, nie? - Tych, ktrzy pracuj, nie bd zabija - rzeka z przekonaniem moda, moe szesnastoletnia dziewczyna. - Sam rabin mwi, e trzeba dobrze pracowa, to Niemcy nam daruj. - A co oni wam maj darowa? - spytaem. - Przecie nic ecie im nie zawinili. - Tego to nasz rabin nie mwi... - Ty, Szura, bd cicho, jak jeste gupia koza - zgani j Kramer. - Niech pan dowdca nie sucha, co ona plecie. Ale co my mamy robi? - I do lasu. Wzi bro i walczy! - A nasze rodziny? - Mog y w lesie. Niemcy ich nie znajd, jak si dobrze ukryj. Mam troch zapasowej broni, mog wam da. - Trzeba si naradzi z naszymi. Tak od razu nie mona - rzek Kramer z byskiem zadowolenia w oczach.

- Namylcie si, ale szybko. Nigdy nie wiadomo, co planuj Niemcy. Postaramy si wam pomc. A teraz mam do was prob. W Trojanwce jest lekarz - Melmersztajn. Powiedzcie mu, eby jutro rano przyszed razem z wami. Jest nam potrzebny, bo mamy rannych. Jak zechce, niech wemie ze sob matk. - Dobrze, dobrze. On na pewno przyjdzie. To bardzo uczynny czowiek - Kramer popatrzy na swoich ludzi, ktrzy z zainteresowaniem przygldali si partyzantom. Nie chciaem ich duej zatrzymywa. Ich nieobecno w pracy moga wzbudzi jakie podejrzenia u Niemcw dozorujcych smolarni. Zaznaczyem, eby o naszym spotkaniu nikomu nie mwili, po czym pozwoliem im odej. Nazajutrz spotkalimy ich w innym miejscu, bliej Trojanwki. Rozmawiaem z Kramerem, ktremu towarzyszyli dwaj modzi, dziarsko wygldajcy chopcy. Kowal by zamany, mwi z jakim wewntrznym oporem. - On, Melmersztajn, powiedzia, e przyjdzie. My umwilimy si z nim w jednym miejscu. Rano on przyszed na plac, gdzie bya zbirka, ale zaraz przybieg rabin i zacz wymyla doktorowi od zdrajcw i bandytw. Mwi, e judenrat zabrania mu i do partyzantw i e jeli on nie usucha, zamelduje o tym w gestapo... A pniej krzycza jeszcze dugo na nas za to, e rozmawialimy z wami. - Ach to tak wyglda sprawa. To ten wasz judenrat wsppracuje z okupantem? Wic dobrze! mwiem w zoci. - Wobec tego moecie im powiedzie, e bdziemy ich uwaali za wrogw na rwni z Niemcami i policj. Przekacie im, e jeli nie przyl lekarza, bd odpowiada! - Nie wiem, czy to poskutkuje - odpar Kramer. - Oni strasznie si boj Niemcw. - Zobaczymy. Nastpnego ranka historia si powtrzya. Zdecydowaem si podej noc do Trojanwki i porwa lekarza si, jednoczenie postanowiem ukara czonkw judenratu. Byo to w nocy z 13 na 14 wrzenia. Noc ciemna, niebo pokryo si zwartymi zwaami chmur. Zerwa si wiatr. Po pnocy znalelimy si wrd pierwszych zabudowa Trojanwki. Nagle, gdzie w pobliu, usyszelimy salwy karabinw maszynowych i pistoletw. Obawiajc si, e to wrg zorganizowa na nas zasadzk, daem rozkaz wycofania si do lasu. Wkrtce stwierdziem, e Niemcy wcale nas nie cigaj. Zatrzymaem ludzi i zaczlimy nasuchiwa. Ale poniewa wiatr wia w przeciwnym kierunku, nie dochodziy do nas adne odgosy. Z pocztku sdziem, e to judenrat wezwa Niemcw w obawie przed nasz napaci, teraz jednak miaem co do tego wiele wtpliwoci. Niemcy nie mogli nas przecie dostrzec wrd mroku. A strzelanie na lepo nie dawao im adnych szans odniesienia nad nami sukcesu. O c tu wic chodzio? aden z naszych chopcw nie mg rozwiza tej zagadki. Nie miaem pojcia, jakimi siami dysponuje wrg. Ja miaem przy sobie tylko dwunastu ludzi, nie chciaem wic ryzykowa walki nie znajc przeciwnika. Zreszt przybylimy tu tylko po to, by sprowadzi do bazy lekarza. Na wszelki wypadek zarzdziem, eby wszyscy ludzie byli gotowi w kadej chwili do otwarcia ognia. Nie pozostawao mi nic innego, jak zaczeka, a si troch rozwidni. Bya godzina czwarta, gdy nagle wrd rzedncych ciemnoci ukazay si jakie dziwne biae zjawy, pdzce midzy drzewami w naszym kierunku. Ju - ju miaem wyda rozkaz do otwarcia ognia, ale w ostatniej sekundzie wstrzymaem si. Usyszaem bowiem jakby jaki zmieszany pacz i zawodzenie.

Wpadli midzy nas. Wtedy zerwalimy si krzyczc: stj! Tylko niektrzy spostrzegszy nas zatrzymali si lub popadali na ziemi, reszta z jeszcze wikszym impetem popdzia w lene gszcze. Zobaczylimy ludzi w bielinie: kobiety, dzieci, mczyzn. Pacz i jki rozbrzmieway gono w caym lesie. Byli wrd nich robotnicy ze smolarni, kowal Kramer i inni. Poznawszy nas mwili teraz bezadnie o tym, e w nocy przyjechali do Trojanwki Niemcy, ktrzy zaczli mordowa ydw. Zabijano cae rodziny, wyprowadzajc je z domw. Nie widzc innego wyjcia, oni sami rzucili si do ucieczki. Tymczasem rozwidnio si ju zupenie. Pacz nie ustawa. Z gstwiny wysuway si teraz strwoone sylwetki tych, ktrzy uciekli na nasz widok. Nakazaem im, by uciszyli si, w przeciwnym bowiem razie Niemcy mog ich znale, a przy okazji take i nas. W tym momencie ujrzaem przed sob sylwetk tej samej modej, adnej dziewczyny, ktr Kramer nazwa par dni temu gupi koz. Dziewczyna otara zy chud doni i rzeka: - To wszystko przez was. Rabin mwi, e nie trzeba z wami rozmawia. On mia racj. Niemcy za to si na nas zemcili. Zabili mi matk... - zacza znw gorzko zawodzi. Sowa dziewczyny odczuem jak policzek. Czyby tak wygldaa sprawa? - zadaem sobie pytanie. Jeli tak byo w istocie, to rzeczywicie ponosilimy win za wypadki w Trojanwce. Ale kt mg przewidzie, e judenrat zamelduje o wszystkim Niemcom. Przecie to oni, jako wadza zwierzchnia gminy ydowskiej, ponosili za wszystko odpowiedzialno. W tej chwili odezwa si Kramer: - Ty, Szura, lepiej by milczaa, jak nic nie wiesz. - Wanie e wiem. To ja mwiam z rabinem o doktorze... - Ty jeste suka! - sykn Kramer, zamierzajc si na ni. Chwyciem go za rk: - Nie bij jej! Teraz nie czas na to. Po chwili spytaem: - Czy duo Niemcw przyjechao do Trojanwki? - Tego nie wiemy - odrzek Kramer. - Moe stu, a moe tylko pidziesiciu... Byli te policjanci. - Czy Niemcy mieli samochody? - Nie. Przyjechali furami. - Dobrze. Suchajcie mnie - zwrciem si do wszystkich. - Dwaj nasi partyzanci odprowadz was pi kilometrw std, w miejsce gdzie was nikt nie znajdzie. Ale musicie by cicho. My pjdziemy pozbiera reszt uciekinierw. Moe te damy troch w skr Niemcom. Wieczorem bdziemy z powrotem i przyniesiemy wam jedzenie. Zostawiem z nimi Karpenk i Tomasza Paducha, a sam z reszt partyzantw szybkim marszem udaem si lasami w kierunku drogi wiodcej z Trojanwki do Powrska. Zanim doszlimy do miejsca, gdzie zamierzaem zrobi zasadzk na powracajcych mordercw, spotkalimy jeszcze ze trzydziestu ydw bkajcych si po lesie. Kazaem im doczy do tych, ktrzy byli pod opiek Karpenki.

Zdylimy na czas. Niemcy i policjanci po dokonanej rzezi zabrali si do rabowania pozostawionego przez ludno ydowsk dobytku i dopiero koo poudnia wyruszyli furami do Powrska. Byo ich okoo pidziesiciu. Ukryci w wierkowym lesie zajlimy stanowiska niedaleko drogi. Nie zamierzaem prowadzi z nimi duszej walki. W dzie, dysponujc przewag w ludziach i broni, mogli zada nam due straty. Chodzio mi tylko o to, by cho czciowo pomci mier niewinnych ludzi. Zasypalimy ich ogniem, w chwili gdy ostatnie cztery furmanki zrwnay si z nami. Reszt umylnie przepuciem, by nie da im moliwoci szybkiego przejcia do kontrataku. Cay ogie skupilimy na tych ostatnich wozach, na ktrych siedziao z dziesiciu hitlerowcw. Strzelajc gsto z bliskiej odlegoci zmietlimy ich szybko z fur. W par minut pniej, gdy z przodu zaczli nadbiega pozostali Niemcy i policjanci, usunlimy si z placu boju. Przed wieczorem wrcilimy na umwione miejsce przynoszc ze sob produkty zabrane z mleczarni w Czersku. Ludzie ocaleli od pogromu nadal rozpaczali; pacze i szlochy niosy si daleko w las. Byo mi bardzo przykro, gdy nie mogem zapomnie sw Szury, ktra win za to, co si stao w Trojanwce, obarczaa nas, partyzantw. Nie umiaem ich pocieszy. Byli bardzo nieszczliwi. Na dodatek wikszo z nich, uciekajc noc z domu, zostaa tylko w bielinie. Ci nieszcznicy trzli si teraz z zimna przy ogniskach. Pocigalimy z siebie nasze porwane kurtki, ofiarowujc je dzieciom i kobietom. Chodziem po obozowisku, liczc ludzi. Byo ich okoo stu pidziesiciu. Okazao si, e Fiodor kaza kilku mczyznom chodzi po lesie i zwoywa pozostaych przy yciu ludzi. W ten sposb udao si zebra wiksz grup. Teraz zaczem si zastanawia, co robi dalej. Uwaaem, e jestemy odpowiedzialni za losy tych ludzi i dlatego powinnimy zrobi dla nich wszystko co w naszej mocy. Ale z drugiej strony nasuway si powane trudnoci. Nasza centralna baza partyzancka miecia si o czterdzieci kilometrw std w rejonie wsi Houzja. Tam te zostay nasze gwne siy pod dowdztwem Koniszczuka. Ponadto oczekiwali na nas ranni partyzanci. Nie miaem adnych rodkw transportu, by przerzuci tam ocala od pogromu w Trojanwce ludno ydowsk. Zreszt nasza baza, do ktrej wiody niebezpieczne drogi, pooona wrd bagnisk i topieli nie bya stosownym miejscem dla tych ludzi. Noc spdziem na rozmowach z partyzantami. Naradzalimy si, co przedsiwzi. Przede wszystkim trzeba si byo zastanowi nad zaopatrzeniem tej duej iloci ludzi w ywno. To, co przynielimy z Czerska, mogo wystarczy najwyej jeszcze na dwa posiki. Wysaem Iwana Nierod z dziesicioma modymi ydami - dwch z nich uzbroilimy w karabiny - po nasze zapasy znajdujce si o kilka kilometrw std, na starej bazie w Ostrwku Jaowym. Mielimy tam cztery krowy, dwa worki mki, troch soli i nieco tuszczu. Nastpnego dnia od rana wci doczali do nas nowi ludzie. Wrd nich znaleli si take czonkowie judenratu oraz rabin. Ci, ktrzy poprzedniego dnia byli ju w obozie, odnajdywali teraz swoich najbliszych. Rozgryway si radosne sceny powitania, to znw tragiczne - na wie o mierci kogo z rodziny. Kramer, ktrego wysaem w rejon Bercza z poleceniem sprowadzenia stamtd napotkanych uciekinierw, przyprowadzi grup dwudziestu ludzi, a wrd nich tak oczekiwanego

przez nas lekarza Melmersztajna. Lekarz by bardzo zgnbiony, straci matk. Zaczem z nim rozmawia. - Bardzo panu wspczuj - powiedziaem, lecz moje sowa zabrzmiay jako sucho i niezrcznie. - Postpiem gupio, e nie przyszedem wczoraj - rzek zamanym gosem. - Chciaem i, ale zagroono mi... - Syszaem o tym. Niektrzy wasi ludzie posdzaj nas o porednie spowodowanie tego nieszczcia. - To s bzdury. Kt chciaby sprowadza sobie na kark te bestie. Nie sdz, by znalaz si wrd tych ludzi kto taki, kto zameldowa o tym Niemcom. - Co pan zamierza teraz robi? - Chciabym, jeli to bdzie moliwe, przyczy si do oddziau. Tylko mam jedn prob... - Ciesz si, e chce pan do nas i. Jest pan dzielnym czowiekiem - podaem mu z radoci do. O jak prob chodzi? Sucham. - Byem jedynakiem. Miaem matk i jeszcze jednego przyjaciela. Matka zgina w moich oczach. Zosta mi tylko przyjaciel. Oto on - Melmersztajn wskaza na mczyzn stojcego w pobliu, ktry przypatrywa si nam z uwag. - Jeli ju mam i do partyzantki, to razem z nim. Czowiek, o ktrym mwi doktor, zbliy si do nas i przedstawi si. Nazywa si Szwarcbaum. Pochodzi z Warszawy, gdzie prowadzi jakie przedsibiorstwo handlowe. W okresie wadzy radzieckiej by nauczycielem w Trojanwce. Ju na pierwszy rzut oka stwierdziem, e jest to czowiek cherlawy, nie najlepszy materia na partyzanta, przy tym wyglda zbyt elegancko, jakby wyszed prosto z magazynu md: mia na sobie nowy garnitur z angielskiej weny i lakierki. - Czy moe pan chodzi? - spytaem, patrzc na niego jak na jak zjaw. - Oczywicie - odpar Szwarcbaum z umiechem. - Ile to si czowiek nachodzi w swoim yciu. - Ale u nas trzeba chodzi a do znudzenia. I nie tylko chodzi. Czy potrafi pan na przykad zabi czowieka? - Nie, czowieka niestety nie. - No to jak bdzie z partyzantk? Przecie my walczymy z wrogiem. Czasami trzeba zabija wrogw. - Wrogw to ja mog zabija, ale ludzi nie! Zamiaem si zrozumiawszy, co mia na myli, i rzekem: - Dobrze, wemiemy pana. - Panie dowdco - wtrci niepewnym gosem Kramer, ktry by obecny przy naszej rozmowie. - A co bdzie ze mn? Pan wtedy mwi, eby wzi bro i i do lasu. To ja sobie o tym mylaem... Bo ja chciaem i... tylko nie wiedziaem jeszcze, jak to zrobi. A teraz to ja ju wiem. Ja nawet sobie wziem pistolet od policjanta Webstera, ktry mieszka koo mnie. - Kramer wyj z kieszeni zardzewiay nagan. - Mymy tak sobie rozmawiali we trzech. Ja i Micha, i Josek. To s silne chopaki. Oni byli u mnie za pomocnikw w kuni. - Gdzie s ci chopcy? Kramer machn rk i z gromady siedzcych wysunli si dwaj roli, modzi chopcy. Podeszli do nas.

- Chcecie wstpi do oddziau? - spytaem. - My ju dawno o tym mylelimy - powiedzia krpy brunet Micha Krawiec. - A co z rodzinami? - My tu nikogo nie mamy. Nasze rodziny zostay w Kowlu. - Dobrze! * Przez pi dni pozostawalimy razem z uciekinierami, starajc si dopomc im w zorganizowaniu sobie ycia w lesie. Wyznaczyem komendanta obozu, ktrym zosta jeden z energiczniejszych modych ludzi - Tiesleruk, przydzielajc mu do pomocy jeszcze dwch mczyzn. Wydzieliem im dwa karabiny. Iwan Nieroda przywid z Ostrwka Jaowego krowy i przynis wszystkie zapasy, jakie si tam znajdoway. Nastpnie zrobiem oglne zebranie. - Niestety, musimy i spenia nasz partyzancki obowizek - powiedziaem. - Niedugo tu do was wrcimy. Moe za cztery, pi dni. Pamitajcie o tym, by nie robi niepotrzebnego haasu i nie wasa si po lesie. To jest rzecz najwaniejsza. Wieczorem ruszylimy w drog do bazy, gdzie nas, jak sdzilimy, oczekiwano z wielkim niepokojem. Zabralimy ze sob nowo zwerbowanych partyzantw z lekarzem na czele i peni najlepszych myli brnlimy tylko sobie znanymi lenymi tropami. Koo pnocy zacz pada ulewny deszcz, grzmiao i waliy pioruny, lecz my nie ustawalimy w marszu. O wicie zatrzymalimy si na krtki odpoczynek. Dopiero teraz miaem mono przekona si, jak nasza nocna wdrwka podziaaa na Szwarcbauma. A lito braa patrze na jego zmczon twarz. By cay obocony. Jego buty nie miay ju nic wsplnego z eleganckimi lakierkami. Spytaem go, jak si czuje. - Widzi pan, przykro mi si przyzna, ale to bya piekielna droga. Moe z dziesi razy leaem w bocie. eby nie doktor, ktry szed przy mnie, to chyba bym zosta. Ju teraz czowiek nie ma tej werwy, co kiedy... - Ostrzegaem przecie pana. - Moe si przyzwyczaj. Tak bardzo chciabym zosta razem z doktorem. Zapaliem papierosa skrconego w gazecie. - Zdaje si, e bdzie panu ciko. - Czowiek si musi do wszystkiego przyzwyczai. Jeszcze trzy lata temu miaem wasny samochd. Ptasiego mleka mi chyba tylko brakowao. Czy pamita pan w Warszawie na placu Grzybowskim skady elazne braci Czernik? - Owszem, pamitam. Byem tam nawet kiedy, szukajc pracy. Ale nie mieli wolnego miejsca. - Bardzo mi przykro. Ja byem wspwacicielem tych skadw. Ale w biurze mnie nigdy nie byo. Miaem te kilka domw. A w ogle wikszo roku spdzaem za granic. Jedzio si do Niemiec, Francji, Woch. Byem na Riwierze i w Afryce Pnocnej... Zawsze bardzo lubiem chodzi na dalekie wycieczki. Ale takiej drogi, jak dzi, nie zrobiem jeszcze nigdy w yciu.

- No, mamy jeszcze tylko pi kilometrw. Jako pan dojdzie. Szwarcbaum z wielkim trudem cign swoje pbuciki. Cae stopy mia w ranach. Na dworze byo zimno, lecz on zdecydowa si i dalej boso. Lekarz, Kramer i dwaj jego wsptowarzysze czuli si na og dobrze, chocia w cigu tej nocy zrobilimy okoo czterdziestu kilometrw po wertepach i bagnach. * W bazie czekano na nasz powrt z niepokojem. Okazao si, e i oni mieli tu do rozwizania nie lada problemy. Tej samej nocy, kiedy odbywaa si masakra ludnoci ydowskiej w Trojanwce, Niemcy mordowali rwnie ydw w Kowlu, Maniewiczach, Rafawce, Powrsku i Kamieniu Koszyrskim. A wic bya to masowa zbrodnia hitlerowcw planowana odgrnie w caym rejonie kowelskim. Teraz pojem, jak bzdurne byy sowa Szury, ktra oskaraa nas o spowodowanie nieszcz w Trojanwce. W obozie spotkaem Michela Brata i Berka Pukownika. Michel cieszy si, e jego rodzina yje, i dzikowa mi za uratowanie jej. Tylko Berek by okropnie zgnbiony: wszyscy jego najblisi zginli od kul gestapowcw. Koniszczuk i Borysiuk dwoili si i troili, zbierajc w caej okolicy uciekinierw, ktrzy ocaleli z pogromu. Zebrali w ten sposb okoo stu osb z Maniewicz. Byo te wrd nich kilkoro ludzi przybyych a z Rafawki i Kamienia Koszyrskiego, opowiadali oni, e w lasach cigncych si wok tych miejscowoci ukrywa si kilkuset ludzi zbiegych przed mierci. Melmersztajn od razu zaj si rannymi, ktrzy byli w opakanym stanie. Tego samego dnia po poudniu zebraem partyzantw na narad. Chciaem omwi w kolektywie te wszystkie trudne sprawy, ktre si ostatnio wyoniy. Mwiem o bestialstwie Niemcw i o naszym obowizku zaopiekowania si tymi ludmi, ktrzy ocaleli. Nie miaem jeszcze adnej skrystalizowanej propozycji. Pragnem, aby partyzanci sami dopomogli mi j wysun. Zanim jeszcze skoczyem przemawia, rozlegy si gosy: - Nie poradzimy z tak mas ludzi... - Zima idzie, co zrobimy z dziemi... - Zamarzn na mier... - Czekajcie! - rzekem. - Spokojnie rozwamy spraw. - Myl, e to bdzie ponad nasze siy - rzek Heniek Paduch. - Kto da rad wyywi a piciuset ludzi. Bo tyle chyba zbierze si wszystkich. W lesie koo Koniska i Houzji jest ze dwiecie osb. Koo Trojanwki, jak sam mwie, jest te tyle. A trzeba liczy, e pod Rafawk i Kamieniem Koszyrskim zbierze si jeszcze ze stu. To to cae miasteczko! - No, a co ty proponujesz? - spytaem. - To nieatwo powiedzie. Sam nie wiem. Myl, e oni sami powinni co zdecydowa. - Przecie nie uda si ukry takiej masy ludzi przed Niemcami. Bd si wczy wszdzie, a sami sprowadz sobie na gowy wroga. A my te przy okazji moemy dobrze oberwa - mwi kto inny. Teraz znw zawrzao jak w ulu.

- Pamitacie, chopaki, zim? Jak rce ugrzejesz przy ogniu, to ci dupa zmarznie. Sam odmroziem sobie nogi. A co dopiero dzieci? Tylko utrapienia i nieszczcia. - Modych mona wzi ze sob, a reszta niech wraca. Przecie mielimy si bi ze Szwabami, a nie dzieci niaczy. - Racja, my te mamy rodziny. Nikt si o nie nie troszczy. - To jest drastwo, takie gadanie - zacz ze zoci Koniszczuk. - A wstyd mi za was. Widz, e nie rozumiecie naszych obowizkw. Opieka nad ludmi, ktrzy cierpi od faszystw, to rzecz najwaniejsza. To przecie te walka z wrogiem. Walka o ludzkie ycie... - mwi coraz namitniej. Gestykulowa przy tym rkami, zaciska pici, jak gdyby chcia si zaraz rzuci na tych wszystkich swoich przedmwcw, ktrzy starali si uchyli od ciaru opieki nad bezdomnymi i nieszczliwymi ludmi. Pniej zabra gos Sieryk. Opowiada o swoich dowiadczeniach z lat walki o wadz radzieck. Mwi, e w tamtym trudnym okresie partyzanci opiekowali si nieraz caymi wsiami i chutorami zagroonymi przez biaogwardzistw. Ta gorca dyskusja trwaa kilka godzin. Mwili: Borysiuk, Chwiszczuk, Mazurek, Karpenko, Butko i Bezruk. Wszyscy, ktrzy poprzednio mieli inne zdanie, przycichli teraz zupenie, czerwoni ze wstydu. Wniosek oglny by nastpujcy: zorganizowa obozy, to znaczy zbudowa szaasy i ziemianki. Zaopatrzy ludzi w zapasy ywnoci na ca zim. Wyznaczy komendantw obozw, ktrzy bd mieli wadz nad wszystkimi. Wydzieli z modych mczyzn samoobron, uzbroi j w karabiny i pistolety. Wyywienie i zaopatrzenie oprze na zasadach koszarowych. Otworzy warsztaty szewskie, krawieckie, piekarni, rzeni, pralni i ani. Czuwa nad bezpieczestwem obozw. W razie koniecznoci zmieni miejsce obozu. W pierwszej kolejnoci naleao zebra wszystkich wasajcych si jeszcze uciekinierw, szczeglnie z rejonu Kamienia Koszyrskiego i Rafawki. Ten obowizek wzi na siebie Koniszczuk, ktry jeszcze tego samego wieczoru wraz z kilkoma ludmi wyruszy w drog. Posaem te grup wypadow do Woczecka z poleceniem zarekwirowania kilkunastu sztuk tucznikw przygotowanych na kontyngent dla Niemcw. Kazikowi Sowikowi poleciem, by przeprowadzi w pobliskich wsiach - w Konisku, Optowej i Houzji prac uwiadamiajc wrd najbardziej oddanych nam chopw, aeby przyszli z pomoc ludnoci ydowskiej, chodzio mi szczeglnie o zdobycie zboa i kartofli. Do ochrony obozu w lesie koo Houzji i Koniska wyznaczyem dziesiciu partyzantw pod dowdztwem Borysiuka. Sam za z Mazurkiem i Chwiszczukiem udaem si do grupy pozostawionej koo Trojanwki. W obozie tym a wrzao od niepokoju. Okazao si, e Tiesleruk, ktremu powierzyem funkcj komendanta obozu, zbieg gdzie z broni, dobrawszy sobie jeszcze trzech ludzi. Wygldao na to, e Tiesleruk zlk si odpowiedzialnoci za ca grup. Mwiono, e pozostali przy yciu czonkowie judenratu dali od niego posuszestwa i e niektrzy z nich prbowali go nakoni do opuszczenia lasu i powrotu do Trojanwki. Wezwaem do siebie rabina i pozostaych czonkw judenratu i zwymylaem ich za rozbijanie jednoci obozu. Zadaem przy tym, by nie wtrcali si wicej do spraw obozu, poniewa nie s zdolni nic dobrego wymyli. Zwoaem zebranie. Opowiedziaem ludziom o wydarzeniach, jakie miay miejsce w Kowlu, Maniewiczach, Rafawce, Powrsku i Kamieniu Koszyrskim, i poinformowaem ich,

e istnieje ju drugi taki sam obz zoony z uciekinierw. Przedstawiem im te nasze plany zorganizowania w lesie jednego wielkiego obozu dla wszystkich, w ktrym bd mogli pod nasz opiek przetrwa najgorszy okres wojny. Wiedziaem, e niektrzy byli z tego bardzo zadowoleni. Przychodzili pniej do mnie i dzikowali mi za bezinteresown trosk o nich. W cigu tygodnia zaopatrzylimy ludzi z Trojanwki w zapasy ywnoci wystarczajce co najmniej na okres kilkunastu dni. Pomoglimy im te zbudowa ziemianki i szaasy.

Dywersanci z Depo
Nadszed koniec wrzenia. By to okres szczeglnie wzmoonego ruchu na liniach kolejowych KowelSarny. W owym czasie Niemcy pchali na front wschodni coraz to nowe transporty z uzbrojeniem i wojskiem. Pod Stalingradem toczya si zacita bitwa, ktr wrg wci jeszcze chcia uwaa za zwycisk dla siebie. Ale z frontem stalingradzkim robio si coraz gorzej i z tego zdawao sobie doskonale spraw Oberkommando der Wehrmacht. Niemcy bali si myle o klsce i dlatego czynili wszystko, by wzmocni ten odcinek frontu nowymi rezerwami. Dniem i noc cigny dugie we transportw kolejowych. Parowozy dyszay ciko. Czasem zdarzao si, e jaki pocig wojskowy stawa nagle w szczerym polu, gdy przeforsowany parowz nie wytrzymywa ciaru transportu, wtedy doczepiano do niego na gwat dodatkow lokomotyw. Ten nieustanny ruch pocigw wojskowych na wschd bardzo mnie denerwowa. Bo jake to: na twoich oczach wrg ciga olbrzymie siy na front, ty za przygldasz si temu zupenie bezradnie. A przecie twoja dziaalno miaa polega na pomocy radzieckiemu frontowi. No tak, ale co moesz zrobi, jeli nie posiadasz materiaw wybuchowych? Takie myli zawsze doprowadzay mnie do rozpaczy. Kiedy zdecydowaem si na nastpujcy krok. Zebraem ludzi i uzbroiwszy ich w opaty kazaem maszerowa na tor kolejowy. W pobliu uroczyska ejcha zrobilimy na dugoci kilku metrw dwa wykopy pod torem. Pocig wylecia wtedy z szyn i przerwa w ruchu trwaa niemal cay dzie, ale od tej pory wrg zacz wystawia wzdu toru specjaln stra, ktra miaa zadanie powiadamia stacj o wszelkich zauwaonych aktach dywersyjnych. Zrobienie wykopu pod torem zabierao sporo czasu i nieatwe byo nawet w porze nocnej. Musielimy wic zrezygnowa wkrtce z tego rodzaju dywersji. Mimo to myl o dywersji na linii kolejowej nie dawaa mi spokoju. Zreszt nie tylko ja niepokoiem si o te sprawy. Bardzo czsto mwili o nich partyzanci. I oto jednego razu Chwiszczuk wysun w czasie rozmowy propozycj, ktra przypada mi z miejsca do gustu. Siedzielimy wanie przy ognisku, kurzc papierosy i wpatrujc si w czerwone gownie wgli, gdy odezwa si: - Mona by jeszcze sprbowa inaczej z tymi transportami. - Co masz na myli? - spytaem z wyranym zaciekawieniem. - Niemcy zmieniaj parowozy na trasie. Wikszo transportw zatrzymuje si na stacji w Kowlu. Tam obsuguje si wagony, doczepia nowe lokomotywy... - No wic co z tego? - Widzisz, mona by zwerbowa paru ludzi. W Depo mam kilku znajomych. Robiem tam ptora roku.

- Ale kto zechce angaowa si w takie rzeczy? - Nie martw si o to. Musimy pj tylko do Bielin, to jest osiem kilometrw od Kowla. Jest tam kilku naszych ludzi. Nakonieczny, Kalczuk i Wydnik. Z Wydnikiem pracowaem w Depo w Kowlu. Myl, e tam jeszcze jest. A Nakonieczny to mj przyjaciel i towarzysz. Przed wojn by czonkiem rejonowego komitetu KPZU. Nieraz zbieralimy si u niego na narady. - Skd wiesz, e do tej pory Niemcy go nie wzili? - Mwi mi migielski, e spotka kiedy Nakoniecznego i ten prosi, ebym si z nim skontaktowa. - Suchaj, Dymitr - powiedziaem, oywiony nagle pewn myl. - Przecie ja te mam znajomych kolejarzy w Kowlu. Caa rodzina Krzysztofowiczw, ojciec i trzech synw, pracuje w warsztatach kolejowych. Jeden z synw, Tadek, przyjani si ze mn, jak byem w Kowlu. Znam te dwch lzakw, Gryczmana i Gabrysia, ktrzy rwnie robi na stacji. Od sowa do sowa uksztatowaa si decyzja niezwocznego wyruszenia do Bielin w celu zorganizowania grupy dywersyjnej na kolei w Kowlu. * Wziem ze sob niewielk grup wypadow, pragnc po drodze przeprowadzi kilka akcji na posterunki policji pooone w pobliu Kowla. Po dwch dniach bylimy ju w Bielinach. Zatrzymalimy si w domu ojca Dymitra. By to ju stary czowiek, liczcy okoo siedemdziesiciu lat. Bardzo si ucieszy, ujrzawszy swego syna. Gdy Dymitr uda si wieczorem do Nakoniecznego, ja uciem sobie ze staruszkiem dug rozmow. Okazao si, e ten stary ju czowiek doskonale orientowa si w sytuacji politycznej i umia wyciga z niej suszne i prorocze wnioski. - Niemiec wlaz do Polski i do Czech - mwi - to byo jeszcze nic. Jak wzi Francj - to jeszcze byo nic. Mg siedzie w tych krajach. Troch by mu byo trudno, bo narody by si buntoway, ale przecie on mia si: samoloty, czogi... Ale on chcia od razu pore ca Europ. To ta niemiecka pycha i chciwo pchny Hitlera na Rosj. A przecie Rosja - to caa druga Europa... Idzie sobie Hitler i woa: Za kilka miesicy rozpdz bolszewikw! Nie wie, e im dalej wejdzie w zastawiony sak, tym trudniej bdzie mu si z niego wydosta. Przeszed rok. No i co teraz? Stoi pod Moskw i Stalingradem. I tam bierze w skr. Teraz rybak zacznie wyciga sak. Ryba jest cika, bdzie ca si bia w sie, ale sak jest stalowy, nie wypuci... - staruszek umiechn si, ukazujc bezzbne dzisa, po czym zay tabaki. - A co sdzicie o partyzantach? - spytaem. - Wanie to! Partyzanci - stara rzecz. Zawsze byli, gdzie bya wojna wyzwolecza. Trzeba przeszkadza wrogowi. Napada na jego garnizony, niszczy transport... Znana rzecz. Byo si partyzantem w czasie Rewolucji Padziernikowej. Ryzykowne, ale konieczne. Niemiec zabiera ludzi do Rzeszy. Morduje tysice. Niedawno wyrn ydw w Kowlu. Niektrzy uciekli, ale takich byo mao. Ja myl, e wszyscy modzi powinni i do partyzantki. Gdy Dymitr wrci, staruszek uoy si do snu, a my udalimy si do chutoru pooonego niedaleko od Bielin, pod samym lasem, gdzie oczekiwa nas Marko Nakonieczny. By to moe pidziesicioletni barczysty mczyzna o agodnym spojrzeniu i rysach twarzy zdradzajcych upr i zdecydowanie. - Ju dawno chciaem was pozna, towarzyszu! - rzek Nakonieczny. - Wszyscy tu w Bielinach, a nawet w Kowlu, mwi o partyzantach, ktrymi kieruje Maks. No i trzeba trafu, e spotkaem migielskiego. Pytam, czy nie sysza, gdzie wy jestecie, a on mi mwi, e nie, ale wie natomiast, gdzie jest Dymitr

Chwiszczuk. Wic mwi mu, eby mnie z nim skontaktowa, bo od razu sobie pomylaem, e Dymitr musi by razem z Maksem. - Potrzebujemy waszej pomocy - powiedziaem. - Mamy trudnoci z dywersj na torach, a transporty id bez przerwy na front. Brak nam trotylu. - Mwi mi ju o tym Dymitr. To bdzie nieza rzecz. Mgbym si podj tego zadania. Porozmawiamy z chopcami z Bielin. Mamy swoj komrk partyjn. Ci chopcy robi wanie w Depo. Posaem po nich. Zaraz tu bd. W tym momencie weszli dwaj modzi mczyni. Umiechnli si zobaczywszy Chwiszczuka. - To jest towarzysz Wydnik, a to Kalczuk - przedstawi mi ich Nakonieczny, nie wyjawiajc, kim jestem. - Powiedzcie, towarzysze, czy jestecie gotowi pj na trudne i niebezpieczne ryzyko dywersji spyta Marko Nakonieczny patrzc w oczy modym. - Odpowiedzcie szczerze, nie chcemy was do niczego zmusza. - Pj to zawsze mona, tylko trzeba wiedzie gdzie i jak - odpar Wydnik. - Chodzi o dywersj na stacji w Kowlu. Trzeba zatrzyma transporty niemieckie. Zastanwcie si sami, jak to robi. Towarzysz Chwiszczuk te robi w Depo, moe podsunie jak myl. - Suchaj, Maksym - rzek teraz Dymitr, zwracajc si do Wydnika. - Przecie remontujecie parowozy, ktre id na wschd. Mona tak robi, eby daleko nie poszy. - Ja to ju nawet mylaem o tym, ale sam to si troch baem. eby jeszcze kto pomg. Kiedy sypnem do manicy piasku i jeden wagon zapali si, jak tylko wyszed z Kowla. - Ot widzisz. Wanie o to chodzi. Mona piasku do panewek zamiast oliwy - cign Chwiszczuk. Mona te w kotle tak zmontowa pomieniwki, eby woda z niego posza.- Sposobw jest duo, tylko samemu jako nijako. - Trzeba zwerbowa innych. Znasz przecie ludzi w Depo. - Zna to si zna, ale czy mona by pewnym. - Suchajcie, towarzyszu Wydnik - wtrciem. - Czy znacie Tadka Krzysztofowicza? On te pracowa kiedy w wagonwce i jego ojciec, i bracia... - Pewnie, e znam, robi tam jeszcze. Zdaje si, e to porzdni ludzie. - No to sprbujcie porozmawia z Tadkiem. Poprocie go, eby tu przyszed w tych dniach. Powiedzcie, e czeka na niego Jzef, ktry pracowa razem z Gryczmanem. - Dobrze. - Ty, Kalczuk, musisz te pomc Maksymowi - rzek Nakonieczny. - Jak bdzie trzeba, to i ja pjd na robot razem z wami. Mona jakie szyny rozkrci albo min z modzierza tak ustawi na torze, e go rozerwie. A min takich mamy tu w lesie schowanych par skrzynek. - Niektre najwaniejsze transporty ze sprztem i amunicj obsuguj niemieccy kolejarze. Do takiego parowozu trudno podej. Pilnuj, dranie, bo si boj odpowiedzialnoci. Na stacji bior tylko wod i wgiel - rzek Wydnik.

- Mona do wgla podrzuci min z modzierza - podsun pomys Nakonieczny. - Wystarczy granat wysmarowa smo, a nastpnie otoczy wglowym pyem. Bdzie wyglda jak kawaek wgla. Taki kawaek wgla rzucony do paleniska rozerwie kocio. - To w sam raz dla mnie robota - zapali si Kalczuk. - Znam dobrze stacj. Mog wrzuci tak min do tendra... Ta nasza nocna narada trwaa niemal do rana. W dwa dni pniej spotkaem si w domu Chwiszczukw z Tadkiem Krzysztofowiczem, a take z Gryczmanem i Gabrysiem. Wszyscy chtnie zgodzili si pracowa w grupie dywersyjnej. Po paru dniach jeszcze raz zebralimy si u Nakoniecznego w penym skadzie zorganizowanej ju grupy i ustalilimy konkretny plan akcji. Od tej pory niemal codziennie na wle w Kowlu oraz na liniach kolejowych Kowel-Sarny trway akcje sabotaowe: jadce na wschd wagony zapalay si nagle, pkay koty parowozw, wstrzymujc ruch nieraz na ca dob.

atwowierni
A dwa tygodnie czasu zabrao mi organizowanie grupy dywersyjnej na stacji kolejowej w Kowlu. W kocu jednak wrcilimy do lasu. Bardzo mnie interesowao, co si dzieje w zorganizowanych przez nas obozach lenych. Szczeglnie niepokoiem si o ludzi zostawionych w pobliu Ostrwka Jaowego. Druga grupa - w okolicy Houzji, Optowy i Koniska - znajdowaa si pod sta opiek Koniszczuka i Borysiuka, wic byem o ni bardziej spokojny. Nic wic dziwnego, e po opuszczeniu Kowla skierowaem swoje kroki najpierw w kierunku Ostrwka Jaowego. Przez cay tydzie paday deszcze, pniej wiay wschodnie wiatry, ktre ostatniej nocy przyniosy ze sob pierwszy przymrozek. Ziele przyprszya si srebrzystym szronem. Rano soce wstao blade, jakby wypowiae. Lekko cita przymrozkiem ziemia kruszya si pod stopami. Bylimy moe z kilometr drogi od obozu, na skraju brzozowego zagajnika. Z prawa szed trakt z Bercza do Maniewicz. W pewnej chwili stanlimy zdumieni. Na polu, tu przy lesie, leay trzy ciaa pomordowanych ludzi. Podeszlimy bliej. - To to rabin z Trojanwki! - zawoa Kramer, ktry towarzyszy mi w wyprawie do Kowla. Nietrudno byo rozpozna w tym czowieku, ubranym w chaat i krymk, rabina z Trojanwki. Jego zesztywniaa twarz bya sinobiaa. Zakrzepa struga krwi na gowie znaczya miejsce, gdzie signa zabjcza kula. Palce rk byy kurczowo wczepione w ziemi. O par krokw dalej leaa na wp naga dziewczyna. Jej twarz bya zupenie zmasakrowana. Kramer dugo jej si przypatrywa, wreszcie powiedzia zamanym gosem: - Biedna Szura. - Po czym zapaka. Spojrzaem na praw rk dziewczyny, na ktrej widziaem poprzednio maleki zoty piercionek z rubinem. Palec by odcity razem z piercionkiem. A wic to jest ona, Szura, pikna moda dziewczyna, zhabiona i zmiadona przez zbrodniarzy. Do samego koca wierzya lepo w mdro swego rabina. Zostaa przy nim i poniosa mczesk mier. Nieco z boku, w maym zagbieniu, leay zwoki drugiej kobiety. Jej ciao byo wcinite w gliniast ziemi. Kobieta miaa na lewej rce zawizany raniec, a w doni kurczowo trzymaa ma ksieczk do naboestwa z wizerunkiem Matki Boskiej. Wosy miaa czarne, nos orli - typowo semicki. Kramer szybko rozpozna zamordowan:

- To Ryfka. Ona zawsze to nosia przy sobie - rzek. - Mwia, e jak Niemcy zobacz raniec i ksieczk do naboestwa, to pomyl, e ona nie jest ydwk, i jej nie zabij. Ogarn mnie gboki niepokj. Co miay znaczy te trzy trupy? Czyby mier zajrzaa do caego obozu? Teraz niemal bieglimy do miejsca, gdzie dwa tygodnie temu zostawilimy okoo trzystu ludzi ocalaych od pogromu w Trojanwce. Nerwy miaem napite jak struny. Przeczuwaem co bardzo zego. Reszta partyzantw rwnie wyranie si przeja zagadkow mierci trojga ydw. Idc szybko przez las mielimy si jednak na bacznoci i pilnie obserwowalimy, co si dzieje przed nami. Tu i wdzie pnie drzew byy wieo pokaleczone pociskami, na ziemi leay pocinane gazie sosen. Ale oto i koniec zagajnika. Wystarcza jeden rzut oka, by si przekona, e w obozowisku nie ma ywej duszy. Co si stao z ludmi, ktrych tu zostawilimy? Rozgldamy si na wszystkie strony, badamy ziemi, przetrzsamy szaasy i ziemianki - nigdzie adnego ladu. Czyby Niemcy otoczyli cay obz i zabrali jego mieszkacw? Tak, ale c w takim razie oznaczaj trupy tamtych trojga ludzi? Trzeba szuka dalej. Rozdzielamy si i ruszamy w rnych kierunkach. Oto bagnisko, ktre wiedzie do zapasowej bazy na Ostrwku Jaowym. Bagno jest porose trzcin i tatarakiem. Nagle widz, e licie tatarakw dr lekko. To moe by dzika kaczka albo... Chwytam kurczowo automat. Trzeba si mie na bacznoci. To tutaj dwa miesice temu wrg zorganizowa na nas zasadzk. Trzciny i tataraki dr, jak gdyby poruszane jak niewidzialn rk, a na dworze panuje idealna cisza, ani ladu wiatru. Co to wszystko znaczy? - Wychodzi, bo strzelam! - zawoaem. Cisza. Powtrzyem okrzyk. I znw cisza. Ale nie daj si zwie. Jest nas w tym miejscu trzech, oprcz mnie Chwiszczuk i Butko. - Przygotujcie si do otwarcia ognia - mwi do nich, a sam wchodz midzy tataraki. Bro mam gotow do strzau. Odgarniam lew rk szeleszczce trzciny. Nagle sysz tu przed sob paczliwy gos: - Panie dowdco, niech pan mnie nie zabija. - Wychod na brzeg! - rozkazaem. - Kto ty jeste? - Ja... z obozu. - Dopiero teraz ujrzaem w bagnie gow przeraonego mczyzny, ktry zacz si wanie gramoli na brzeg. Wycignem do niego rk, pomagajc mu wyj z bota. Gdy ju wylaz, usiad i zacz paka. Na razie nie mogem nic z niego wycign. Powiedzia tylko, e w bagnie ukryo si duo ludzi z lenego obozu. Zaczlimy szuka i nawoywa, by wychodzili z ukrycia. Po dwch godzinach na brzeg wypezo ponad stu mieszkacw lenego obozowiska. Przedstawiali aosny widok. Utytani w bocie, zmarznici, godni. Zaczli chaotycznie opowiada o wypadkach, ktrych byli wiadkami. * W kilka dni po naszym odejciu wyczerpay si zostawione przez nas zapasy. Mimo moich polece w sprawie przestrzegania zasad maskowania si niektrzy ludzie zaczli wymyka si nocami poza obrb obozowiska. By wrd nich rabin i pozostali czonkowie judenratu. Jedenastego dnia z rana w obozie zawrzao jak w ulu. Nowy komendant, ktrego wyznaczyem na miejsce Tiesleruka, w ostrych sowach zgani czonkw judenratu, zabraniajc im opuszcza las. Wtedy przemwi do ludzi rabin.

- Suchajcie, wierni bracia ydzi, wyznawcy Judy... Czas ju skoczy z naszym wsplnym nieszczciem. Czy mamy umiera tu z godu i zimna? Ci, ktrzy nas wpdzili w te dzikie lasy, sami siedz w swych domach, jedz gorce potrawy i pi w kach... Oni to sprowadzili na nasze gowy te nieszczcia. Bylimy w Trojanwce. Widzielimy na wasne oczy plakaty wywieszone przez Niemcw. Pisze w nich, e kademu ydowi, ktry samorzutnie wrci do domu, zapewnia si ycie i spokojn prac. Tych, ktrzy nie usuchaj wezwania, czeka kara mierci. Wic na c jeszcze czeka? Suchajcie, matki i ojcowie! Zbierzcie swoje rzeczy i stawajcie w szeregu. Pjdziemy sami, dobrowolnie. Zyskamy pene zaufanie u Niemcw. Rabin skoczy, a zaraz po nim zaczli przemawia inni czonkowie judenratu, wreszcie w imieniu modziey wystpia Szura. Mwia o celach modziey ydowskiej i o tym, e winna ona sucha wskaza swego kapana, ktry wiedzie ca ydowsk gmin na drog szczcia. Pniej wywizaa si zaarta dyskusja, ktra w konsekwencji doprowadzia do wzajemnego wymylania sobie, a nawet gorcych bjek. Wikszo ydw nie chciaa bowiem usucha rabina. Nastpi wyrany rozam. Okoo poudnia cz mieszkacw lasu stana na zbirce, speniajc yczenie rabina. Byo ich okoo stu osb, przewanie starcy, kobiety i dzieci. Niektrzy z pozostaych w lesie modych mczyzn prbowali si powstrzyma wyruszajcych z obozu, lecz nie zdao si to na nic... Kolumna ruszya. Niemcy byli uprzedzeni o powrocie ydw do Trojanwki. Czonkowie judenratu zdyli ju przeprowadzi z nimi odpowiednie pertraktacje. Niemcy obiecali im, e dotrzymaj przyrzeczenia. Mimo to na ten dzie zjechao do Trojanwki gestapo, andarmeria i policja z Powrska i Maniewicz. Kiedy wracajcy z lasu ludzie znaleli si we wsi, nagle, ze wszystkich stron, zaczli ich otacza ukryci dotd gestapowcy. Powsta straszliwy tumult; pacz dzieci i modlitwy starcw mieszay si ze wciekymi wrzaskami andarmw. Wybrano ze trzydziestu mczyzn, wrczono im opaty i popdzono za wie, gdzie biciem zmuszono ich do kopania rowu... Po jakim czasie ten i w zacz si domyla, do czego ma suy ten rw... Rozlegy si pacze. Po dwch godzinach odebrano im opaty. I teraz nastpi fina. Ustawiono ich nad wieo wykopanym rowem, pniej pad rozkaz, by klknli i podnieli rce w gr... Huki wystrzaw zlay si z jkami konajcych ludzi. W kilkanacie minut po tym pijani gestapowcy dopadli zostawionych na wiejskim placu kobiet i dzieci. Poszy w ruch kolby i buty. Obok oficera, ktry komenderowa t band zbrodniarzy, sta skurczony i blady rabin i jeszcze dwch czonkw judenratu. Rabin mia w oczach zy, wypowiada jakie bagalne zaklcia, patrzc ulegle w twarz opasego hitlerowca, ktry zdawa si nie zwraca na niego adnej uwagi. Wreszcie wskaza rk na dziewczyn, ktr andarmi popychali do szeregu, a ona wci si im wyrywaa. Oficer popatrzy w tamt stron i kaza andarmowi puci dziewczyn. To bya Szura, w porwanej sukience, z rozwianymi czarnymi wosami i wystraszonym wzrokiem. Dopada do rabina i wtuliwszy twarz w po jego chaata pocza spazmatycznie paka. On za gaska j chudymi rkoma po gowie i szepta sowa pocieszenia. Nie mino p godziny, jak nowe serie z empi dopeniy dziea zbrodni... Ze wszystkich ludzi, ktrzy tego ranka opucili las udajc si do Trojanwki, ocalay tylko cztery osoby: rabin, dwaj inni czonkowie judenratu i Szura. Tych czworo popdzono na posterunek policji, gdzie zamknito ich w piwnicy. Nastpnego ranka odbyo si przesuchanie. - Gdzie jest reszta ydw, ktrzy uciekli do bandytw? - spyta rabina w gruby hitlerowski oficer, ktry kierowa masakr. - Zostali w lesie...

- Mwie, e przyprowadzisz wszystkich. Oszukae nas, wic poniesiesz kar. - Pan oficer obieca, e wszyscy bd yli - rzek zamanym gosem rabin. - Ty mnie nie pouczaj, co ja mam robi! - warkn Niemiec, uderzajc pici w st. - Zostaniesz zabity i tamci te. - Oni by przyszli, ale oni si bali... - A ty si nie boisz umrze? Rabin milcza, trzsc si ze strachu. - Suchaj mnie dobrze - mwi dalej faszysta - poprowadzisz nas do lasu, pokaesz miejsce, gdzie si ukrywaj ydzi. Zaprowadzisz nas te do kryjwki bandytw. Musisz uwaa, eby nas nie narazi. Jeli cho jeden nasz onierz zginie z rk bandytw, ka was wszystkich rozstrzela... Dobrze pomyl, zanim si zdecydujesz. Daj ci dwie godziny czasu do namysu. Z kolei przesuchano pozostaych. * Niemcy zabrali kilkanacie furmanek i wraz ze swymi jecami wyruszyli w drog. Podwody zostawili pod lasem i dugo medytowali nad czym, zanim zdecydowali si wreszcie wej midzy drzewa. Szli tyralier, jak do ataku, trzymajc bro w pogotowiu. Na przedzie maszerowali jecy: rabin, czonkowie judenratu i Szura. W ich oczach malowaa si rozpacz. Tu za nimi policjanci i gestapowcy. Oni rwnie nie czuli si pewnie w tym gstym lesie. Jak mieli gwarancj, e za najbliszym pniem lub w zwartych kpach krzeww nie czai si mier? W takiej sytuacji wystarczy jaki gupi przypadek, by wywoa niepodan burz. I tak si wanie stao. Jeden z gestapowcw, przeraony nagym szelestem poruszonych przez wiatr krzakw, ktre rosy w pobliu, otworzy ogie. Momentalnie w caym lesie wywizaa si ostra strzelanina. Niemcy popadali na ziemi i kropili bez pamici. Lecz nikt prcz echa nie odpowiada na te salwy, a las nis haso trwogi daleko, a do lenego obozowiska. To wystarczyo, by w obozie zapanowa popoch. Ludzie rzucili si do ucieczki. Biegli do bagnisk, potykali si, padali i wci biegli. Pniej wchodzili miao w gst botnist ma, w ktrej zagbiali si niemal po szyj. lady na bocie zatary si, a szuwary ukryy ich przed okiem mordercw. Tymczasem Niemcy opanowali si i poszli dalej. W godzin pniej byli ju w miejscu, gdzie znajdowao si obozowisko, lecz tu nie zastali nikogo. Opanowaa ich wcieko. Tukli wic kolbami pistoletw swoich jecw. Potem biegali szukajc zbiegw. Byli te przy bagnisku, lecz nie przyszo im nawet do gowy, e ci, ktrych szukaj, s tak blisko. Pniej udali si wszyscy do bazy na Ostrwku Jaowym, gdzie wedug sw rabina mieli si znajdowa bandyci. Przybyli tam dopiero po trzech godzinach. Nie znalazszy nikogo, rozstrzelali czonkw judenratu. Zosta rabin i Szura i tych zabrali ze sob, sdzc, e moe si jeszcze na co przydadz. Niedaleko skraju lasu, gdzie zostawili podwody, spotkali wystraszon kobiet, trzymajc w rku ksieczk do naboestwa i raniec. Policjanci schwytali j i przyprowadzili do oficera. Hitlerowiec zmierzy kobiet badawczym spojrzeniem i spyta: - Du bist Jdin? Nein - odpara niewiasta, drc jak w febrze.

Hitlerowiec uderzy j rkojeci pistoletu, a runa na ziemi. - Dawa tu tego przekltego rabina! - krzykn do swych odakw. Rabin od razu zrozumia, po co go wezwano. Na ziemi leaa zakrwawiona Ryfka i bagalnym wzrokiem patrzya mu w twarz. W rku trzymaa raniec i ksieczk do naboestwa. I na c ci to przyszo? - chcia zapyta, lecz nie powiedzia nic. Wiedzia, e Ryfka nosia przy sobie katolickie dewocjonalia i zawsze potpia j za to, uwaajc, e ydwka obraa w ten sposb swoj religi. Lecz teraz nie czu ju do niej urazy. By pewien, e on sam i Szura zgin za chwil od kul faszystw. Zrozumia, ile krzywdy wyrzdzi swoim wiernym. Nie uznawa kamstwa, gardzi nim i std midzy innymi braa si jego dziecinna niemal naiwno i wiara w to, co mwili Niemcy. Teraz, stojc w obliczu mierci, zdecydowa si po raz pierwszy przeciwstawi wrogowi, by cho w czci zmy z siebie hab. - Powiedz, ty przeklty rabinie, kim jest ta kobieta! Znasz j przecie, co? - pyta faszysta. - Nie wiem. Nigdy jej nie widziaem. - Nie kam! To ydwka. Gadaj prdko, bo zaraz ci wykocz! - rzuci Niemiec, wymachujc mu przed oczyma luf pistoletu. - Nie wiem. W tym momencie spady na jego gow razy. Upad, a faszysta kopa go gdzie popado, woajc za kadym nowym ciosem: - Mw, ty cholerny ydzie! W tym czasie wysun si do przodu jeden z policjantw i wskazujc na lec kobiet, powiedzia: - Panie hauptmann, ja j znam. To ydwka z Trojanwki. Ten dra kamie. Przychodzia do naszej wsi, kupowaa kury i jajka. Wszyscy j znaj w Powrsku. Hitlerowiec zzielenia ze zoci. Teraz kopa i rabina, i kobiet. Pniej, gdy przestali si ju rusza, powali jednym uderzeniem kolby Szur i bi j tak dugo po twarzy i gowie, a skonaa. Spoci si i zmczy. Rkawem paszcza otar twarz i po raz ostatni dzikim wzrokiem popatrzy na swe dzieo. Dojrza na szczupym palcu Szury maleki zoty piercionek. Jego oczy na moment zalniy. - Zabra to! - rzuci przez zby do feldfebla. * To dziao si trzy dni temu. Od tamtego czasu ludzie niemal nie opuszczali swych kryjwek w bagnie. Z godu jedli licie tataraku. Strach przed wrogiem gorszy by od godu i zimna. Ten tragiczny nastrj udzieli si rwnie partyzantom. Wszyscy zrzucili z siebie paszcze i marynarki, ofiarowujc je biedakom. Niezwocznie te odprowadzilimy ich pi kilometrw dalej na niedostpn wysepk pooon wrd bagnisk, zwan Ostrwek Czosnkowaty. Stamtd udalimy si na wypraw do mleczarni, ktra miecia si w budynku cegielni w chutorach hulewickich. Znalelimy tu spore zapasy masa (okoo 700 kg), kilkaset litrw mietany, kilkanacie skrzy jaj i dwa worki mki. Wszystko to zaadowalimy na cztery podwody. Przed witem bylimy z powrotem w lesie. Nakarmilimy godnych. Wikszo masa posza na przetopienie. Przy tej pracy zatrudnilimy dwie mode dziewczyny. (Przetopione maso zamierzaem zmagazynowa jako zapasy na zim.) Teraz nie miaem ju adnych obaw co do tego, e uciekinierzy z Trojanwki bd zachowywali wszelkie rodki ostronoci, by nie narazi wasnego ycia. Mimo to opuszczajc po kilku dniach nowe lene obozowisko pozostawiem jego mieszkacw pod opiek piciu partyzantw.

Obz w rejonie Koniska, Optowej i Houzji take przeywa w tym czasie pewne trudnoci. Wprawdzie pod kierunkiem energicznego Borysiuka, zapobiegliwego Karpenki i pozostaych partyzantw ludno, zebrana w tych lasach, zdoaa si ju jako tako urzdzi - wybudowano kilkanacie obszernych ziemianek, w ktrych nie byo ju tak zimno, jak w szaasach, urzdzono prowizoryczn pralni i ani, wykopano studni - lecz obozowi brakowao wci najwaniejszej rzeczy: ywnoci. Wsie lece w pobliu byy ubogie, a ponadto to one wanie ju od duszego czasu ywiy nasz oddzia, ktry liczy teraz ponad dziewidziesiciu ludzi. Te wanie problemy i wiele innych zmusiy mnie wkrtce do zmiany terenu i scentralizowania wszystkich obozw w jednym miejscu pooonym o kilkadziesit kilometrw na pnoc. Ale zanim to nastpio, przedsiwziem jeszcze kilka akcji. Od pewnego czasu wiele mylaem nad tym, by w jaki sposb podtrzyma na duchu ydw, ktrzy wci jeszcze przejawiali paniczny strach przed Niemcami. Pragnem przeama w nich t pass niewiary w siebie i wasne siy, wla w ich dusze otuch i wiar. Okazja nasuna si sama. Po masakrze ludnoci ydowskiej w rejonie kowelskim (znacznie pniej dowiedziaem si, e w tym samym czasie Niemcy mordowali ydw na caej Ukrainie Zachodniej) cz ydw rozproszya si po wsiach i lasach. Niemcy wiedzieli o tym i chcc zmusi ydw do wyjcia z ukrycia rozlepiali specjalne ogoszenia, w ktrych zapewniali im zachowanie ycia i prac. Tylko niewielka garstka daa si zwie tym kamliwym zapewnieniom. Wikszo pozostaa nadal w ukryciu. Wtedy pojawiy si na domach nowe ogoszenia przeznaczone dla miejscowej ludnoci, w ktrych Niemcy grozili, e za przechowywanie yda czeka kara mierci, i obiecywali kademu, kto wskae miejsce jego ukrycia lub sam odda go w rce gestapo, nagrod w postaci worka soli. W tym czasie sl miaa olbrzymi warto. Rzecz oczywista, e znaleli si ajdacy, dla ktrych mier niewinnego czowieka nie graa adnej roli. Taki wypadek zdarzy si na przykad we wsi Sobiaten, pooonej w pobliu Maniewicz. ukryway si tu dwie mode dziewczyny. Pewnego ranka grupa piciu nacjonalistw ukraiskich wtargna do stodoy, gdzie przebyway dziewczta. Tu rozegraa si tragiczna scena. Zdarto z nich sukienki i mimo rozpaczliwego oporu dokonano gwatu. Nastpnie si zawleczono zhabione dziewczta do gestapo w Maniewiczach, gdzie poniosy mier. Postanowiem, e ydzi sami ukarz zbrodniarzy z Sobiatena. W oddziale naszym byo ju siedmiu partyzantw ydw, ktrzy doskonale wywizywali si ze swych zada. Dobraem jeszcze piciu modych chopcw, ktrzy ochotniczo zgosili si do akcji likwidacyjnej, i uzbroiwszy ich w karabiny wysaem do Sobiatena pod dowdztwem Chwiszczuka. Ich zadanie polegao na publicznym rozstrzelaniu tych piciu zwyrodnialcw, ktrzy winni byli mierci dziewczt ydowskich, oraz spaleniu ich zabudowa po uprzednim wypdzeniu z nich rodzin. Wrd partyzantw byli: Berek Pukownik, Michel Brat, Kramer, Krawiec i inni. Grupa ta, dowodzona przez Chwiszczuka, wywizaa si z zadania bardzo dobrze. Egzekucj nad zbrodniarzami przeprowadzili sami ydzi na oczach zebranej ludnoci wsi. Pniej Chwiszczuk wygosi do wystraszonych wieniakw przemwienie, ostrzegajc ich, e za kady zdradziecki czyn wobec ludnoci ydowskiej lub kogokolwiek przeladowanego przez Niemcw winny poniesie zasuon kar. Ta akcja przyniosa oczekiwane efekty. Ci, ktrzy brali w niej udzia, opowiadali teraz w obozie o swojej pierwszej wyprawie. Ludzie nabierali wiary we wasne siy. Akcja wywara rwnie duy wpyw hamujcy na tych zdrajcw, ktrzy szykowali si do podobnych czynw, jakich dopucili si nacjonalici ukraiscy w Sobiatenie.

Ktrego dnia Janek Podgrski przyprowadzi ze sob doktora Melchiora, ktrego przechowywa u siebie od chwili maniewickiej masakry. Mielimy wic teraz a dwch lekarzy w obozie. Powierzyem Melchiorowi obowizek czuwania nad zdrowiem rodzin ydowskich. Tego samego dnia przyby cznik od Koniszczuka, ktry w tym czasie znajdowa si w lasach pooonych na poudnie od Kamienia Koszyrskiego. W Krasnym Borze, w niedostpnych lenych gstwinach, zgrupowa on okoo dwustu ydw ocalaych z Rafawki i Kamienia Koszyrskiego. Koniszczuk pyta przez cznika, czy nie lepiej by byo przesun rwnie w rejon Krasnego Boru obozy z okolic Trojanwki i Maniewicz. Tamte tereny znacznie lepiej nadaway si wedug niego do tego celu, gdy w promieniu kilkudziesiciu kilometrw nie byo tam nigdzie Niemcw. Jedyny, silny wprawdzie, posterunek-garnizon mieci si o pitnacie kilometrw od Krasnego Boru, w Karasinie, ale wystarczyoby przeprowadzi akcj likwidacyjn, aby cay ten rozlegy obszar znalaz si w naszych rkach. Nie znaem tamtych stron, wic nie mogem pochopnie podejmowa decyzji. W oddziale byo kilku partyzantw, ktrzy pochodzili stamtd. Zrobiem wic narad. Okazao si, e wszyscy oni potwierdzili sowa Koniszczuka, zachcajc mnie do tego kroku. Szczeglnie popierali t myl Borysiuk i Chwiszczuk. Zaczlimy si przygotowywa do dyslokacji. Nie byo to atwe przedsiwzicie. Obydwa obozy, spod Trojanwki i Maniewicz, liczyy ponad czterystu ludzi. Obz na Ostrwku Czosnkowatym by oddalony od Krasnego Boru okoo pidziesit kilometrw, obz maniewicki - o czterdzieci kilometrw. Do ewakuacji ludzi nie chciaem angaowa chopskich podwd, aby nie zostawia po sobie adnych tropw. Tak wic wszyscy - i starcy, i kobiety, i dzieci - zmuszeni byli maszerowa do nowego rejonu o wasnych siach. Taka podr wymagaa dobrej organizacji i zabezpieczenia. Biorc pod uwag to, e marsz nasz mg si odbywa w zasadzie tylko noc, przy zachowaniu wszelkich zasad maskowania si, obliczyem, e potrzebowalibymy na to co najmniej cztery doby. Nasuwaa si w zwizku z tym najwaniejsza trudno: zaopatrzenie ludzi w niezbdne poywienie na drog i na najblisze dni po osigniciu nowej bazy. W obydwu obozach nie byo adnych zapasw. Z pomoc przyszed mi cznik przybyy z rejonu wsi Czartorysk, ktry owiadczy, e do pobliskiego majtku Niemcy spdzili mas byda, za w magazynach znajduj si olbrzymie zapasy mki, zboa, cukru, soli i nafty. Do Czartoryska byo ze dwadziecia kilometrw. Naleao niezwocznie przedsiwzi akcj w celu zdobycia tych zapasw. Wybraem pitnastu partyzantw oraz trzydziestu mczyzn z obozu, nakazujc im wzi ze sob kije zamiast broni. Noc robio to wraenie prawdziwego uzbrojenia. Wyruszylimy przed zmrokiem i koo pnocy bylimy na miejscu. Najpierw naleao zlikwidowa ochron majtku, zoon z dwch onierzy niemieckich. T spraw zajli si nasi nowi partyzanci: Berek Pukownik, Brat, Kramer i Krawiec. Ja wraz z Chwiszczukiem i Karpenk udalimy si do administratora Pankiewicza, ktry pokaza nam cay inwentarz majtku i skady. Postanowiem zabra ze sob wszystko bydo, to jest a 150 sztuk. Kilkanacie krw zamierzaem zabi w lesie i miso rozda mieszkacom obozu na drog, a wikszo, okoo 70 mlecznych krw, uprowadzi na now baz. Reszt krw chciaem zostawi na Ostrwku Jaowym oraz rozdzieli wrd mieszkacw wsi Konisk, Houzja, Optowa, ktrzy zaopatrywali nas w ywno. Z magazynw postanowiem wzi okoo trzech ton mki i zboa, pi workw cukru, trzy worki soli i kilka bakw nafty. Te zapasy, wedug moich prowizorycznych oblicze, mogy nam wystarczy na okres trzech tygodni. Misa mielimy na ca zim. Po dowiezieniu produktw do lasu zamierzaem poprzesypywa je w mniejsze kilkunastokilogramowe worki i da je do niesienia wszystkim zdolnym do tego ludziom. Ludzi tych mia wyznaczy lekarz Melmersztajn i Karpenko. W ten sposb bylimy zaopatrzeni nie tylko na drog do Krasnego Boru, ale rwnie na dalsze dni.

Bydo popdzili ci partyzanci, ktrzy zamiast broni mieli ze sob kije. Wobec tego, e marsz z krowami odbywa si bardzo lamazarnie, posaem ich przodem. My za zaadowalimy ywno na podwody zabrane z majtku i take niebawem ruszylimy za t krowi awangard. Ju w lesie chopcy, ktrzy pdzili bydo, opowiedzieli mi o wesoym zdarzeniu, jakie miao miejsce po drodze. Ot maszerujc za krowami przez jedn ze wsi, napotkali na drodze dwch policjantw jadcych na rowerach. Zblia si ju wit i policjanci ujrzawszy uzbrojonych ludzi rzucili rowery i karabiny i zbiegli. Byo to o tyle wesoe, e ani jeden z ludzi pdzcych bydo nie posiada broni. Na t akcj zabralimy ze sob doktora Melchiora, gdy chciaem, eby si przyzwyczai troch do trudw partyzanckiego ycia. Noc pada deszcz i wszyscy bylimy przemoknici do nitki. Nad ranem lekarz zacz si trz z zimna. Niedugo chwycia go gorczka. W obozie zbada go Melmersztajn i owiadczy, e doktor zapad na cik gryp. Mia temperatur sigajc 40. Trzeba byo go natychmiast umieci w ciepym pomieszczeniu. Poszedem do Melchiora i spytaem: - Jak si czujecie, doktorze? - le, panie Maks. Chyba przyjdzie mi umrze. To ten deszcz tak mi dogodzi. Zimno mi okropnie. Jutro moe by zapalenie puc, a wtedy koniec. - Niech doktor nie przesadza. Jutro bdziecie zdrowi i razem z nami wyruszycie w drog. - Panie Maks, ja siebie dobrze znam. Puca mam sabe...- Dlaczego leycie w tym mokrym ubraniu? - Nie mam innego. - Trzeba cign buty i ubranie. Wysuszy przy ogniu. - Panie Maks, przecie to niemoliwe. Bd wtedy zupenie goy. Wystarczy p godziny takiego leenia na mokrej ziemi i ju po wszystkim. Poszedem do Karpenki i kazaem mu wyda dla lekarza litr bimbru. Wziem kilku ludzi i wrciem do chorego. Nalaem do duego plitrowego kubka alkoholu i podajc go Melchiorowi powiedziaem: - Prosz to wypi! Spojrza na mnie ze zdziwieniem. - Pan chyba artuje? To jest obrzydliwy bimber. Ja jestem zupenym abstynentem. Nie znosz alkoholu... - Tym lepiej. Lekarstwo bdzie skuteczniejsze - rzekem podsuwajc mu do ust kubek. Lekarz odwrci ze wstrtem gow. - Nie, ja tego nie mog wypi. - Doktorze, nie bdziemy si bawi. Musicie si wypoci. Alkohol was rozgrzeje. - Ja to rozumiem, ale przyznam si szczerze, e najwikszy wstrt w swoim yciu czuem wanie do alkoholu, a ten bimber jest obrzydliwy. - Nie mamy innego wyjcia. Trzeba wypi wdk, rozebra si, chopcy natr was spirytusem, okryjemy was paszczem, rozpalimy ognisko i wszystko bdzie w porzdku.

Iwan Nieroda rozpali ognisko, inni chopcy zabrali si do gromadzenia mchu i suchych lici. Lekarz wci jeszcze robi miny mczennika, patrzc ze wstrtem na kubek peen bimbru, wreszcie da si skoni do wypicia. - Do dna, do samiukiego dna, doktorze! - zachcaem go. Pomogem mu cign marynark, spodnie i buty, a wtedy Iwan i Krawiec zaczli naciera go caego bimbrem. Lekarz stka i prosi, by zostawi go wreszcie w spokoju, lecz chopcy masowali go tak dugo, a cae ciao stao si czerwone. Wtedy przykryem go wasnym paszczem. Melchior wycign nogi w kierunku ogniska. Poleciem Iwanowi, by pilnowa ognia. Lekarz by pijany, mrucza co pod nosem, w kocu usn. Rano temperatura znika, by zdrowy.

Karasin
Od jakiego czasu gowiem si nad tym, jak zorganizowa wypraw i zlikwidowa jedyn gron na tym terenie placwk faszystowsk w Karasinie. Mieci si tam niewielki garnizon policji i andarmerii liczcy ponad 30 ludzi. Gwn trudno w likwidacji placwki stwarza sam obiekt, ktry by przystosowany do walki okrnej. Podobno budynek posterunku by bardzo obszerny, zbudowany z potnych drewnianych klocw, pokrytych gontem. Obiekt mieci si nieco na wzgrzu, na odkrytym terenie. Oprcz zakratowanych i wzmocnionych siatk okien posterunek mia kilkanacie maych otworw strzelniczych i ukryte na dachu stanowisko dla cekaemu. Wszystkie ciany od wewntrz byy dodatkowo wzmocnione workami z piaskiem. Likwidacja tego obiektu bya w zasadzie konieczna, poniewa przeszkadza on yciu lenego obozu i wci wywoywa niepokj. Decyzj o likwidacji tej placwki cakiem niespodziewanie przyspieszya pewna informacja, ktr przywiz nasz gestapowiec, Aleksander Nieroda. Komendant gestapo w Kowlu poleci mu przesa na placwk w Karasinie pakiet zawierajcy rozkaz o likwidacji kilkudziesiciu ludzi z pobliskich wsi, ktrzy byli oporni w oddawaniu kontyngentw. Wrd wymienionych na licie nazwisk znalazo si te troje ludzi, ktrzy czynnie wsppracowali z nami jako cznicy i zwiadowcy. Naleao uprzedzi ten nowy mord faszystw. Spytaem Aleksandra: - Czy w rozkazie wyznaczony jest termin dokonania mordu? - Tak, s to dni od 26 do 30 listopada. Ja mam przywie z Karasina meldunek o wykonaniu rozkazu. - Czy bye ju na posterunku? - Nie, przecie musiaem najpierw poinformowa o tym ciebie. - To dobrze. Bdziemy musieli zniszczy ich, zanim wyrusz w teren. Aleksander umiechn si do mnie szeroko. Mwiem dalej: - Jeszcze dzi pjdziesz do Karasina i oddasz pakiet. Postaraj si zasign troch danych o sile wroga, uzbrojeniu i umocnieniu obiektu, bo tu niektrzy opowiadaj o nich niestworzone rzeczy, chocia nikt waciwie nie zna tych szczegw. Sprawa jest pilna. - Rozumiem. Moesz na mnie polega.

Gdy tylko nasz gestapowiec znikn w gszczach lenych, zebraem partyzancki sztab na narad. Zarzdziem przygotowanie broni, amunicji i sprztu saperskiego. Okazao si, e mamy troch za mao amunicji. Na jeden pistolet maszynowy wypadao zaledwie po dwa magazynki, za na kady karabin po 30 sztuk. Granatw mielimy okoo pidziesiciu. Taka ilo amunicji moga jedynie wystarczy do przeprowadzenia szybkiej, trwajcej kilkanacie minut akcji, angaowanie si w dusz walk byoby dla nas bardzo niekorzystne. Partyzanci z wielk ochot szykowali si do tej akcji. Od dawna bowiem marzyli ju o jakiej wikszej walce z wrogiem. W obozie zapanowao podniecenie, poprawiy si humory, sypay si kaway, nucono wesoe piosenki. Wprawdzie cel naszych przygotowa by znany jedynie czonkom sztabu, lecz wszyscy partyzanci szybko zorientowali si, e szykuje si co ciekawego. Zreszt nietrudno si byo zorientowa. W sztabie odbyway si narady, aktywici partyjni - Borysiuk, Koniszczuk i Chwiszczuk - chodzili wrd ludzi i rozmawiali z nimi o postawie moralnej i bohaterstwie onierza w walce z wrogiem, za Butko zbiera grupki nowicjuszy i poucza ich zawzicie o zasadach nocnej walki, o prowadzeniu ognia i maskowaniu si. Z niecierpliwoci czekaem powrotu Aleksandra. Przyszed noc 23 listopada. Mimo pnej pory wezwaem go do siebie. - No i co przynosisz dobrego? - spytaem. - Bdzie trudno! - odpar jakby ze smutkiem. - Dlaczego? - To prawdziwa forteca. ciany grube na metr. W rodku worki z piachem. Ogldaem to dokadnie. Ze wszystkich stron szczeliny zamykane od wewntrz stalowymi pytami. Trzy cekaemy, pi erkaemw, kilkadziesit pistoletw maszynowych i kabekw. W magazynie ponad tona amunicji i setki granatw. Mog si broni przez tydzie. Podejcie do budynku otwarte, atwe do ostrzelania. Moemy mie due straty. -- Ale przecie musimy ich wzi. - Trzeba podej noc, gdy bd spali. Chocia tam taki zwyczaj, e jedna zmiana ca noc czuwa. - Czy wiedz co o tym, e krcimy si w pobliu? -- Tak, kto ich o tym uprzedzi i dlatego wzmogli czujno. - To niedobrze. Kiedy wyruszaj na akcj likwidacyjn? - Dwudziestego czwartego. - A wic jutro uderzymy na nich. - To bdzie trudna sprawa. Oni s pewni siebie. Pytaem ich, co myl o partyzantach. Zaczli wymyla i odgraa si, e wkrtce po powrocie z akcji likwidacyjnej pjd w lasy i zniszcz wszystkich bandytw. - Szkoda, e nie bd mogli wyruszy na t akcj. Dalibymy im t okazj - rzekem i zamialimy si obydwaj. Ostatni dzie przed wymarszem na Karasin spdzilimy na intensywnym szkoleniu w sygnaach wspdziaania, maskowaniu oraz prowadzeniu ognia w nocy do okrelonego obiektu. Aleksander wrci do Karasina, gdzie we wsi mia wyznaczon kwater subow.

Nim zapad zmrok, utonlimy w lasach. Zabraem z obozu siedemdziesiciu ludzi, reszt, okoo dwudziestu, zostawiem dla ochrony lenej osady ydowskiej. Noc bya ksiycowa. Bra przymrozek. Wie tona ju we nie. W odlegoci kilometra od pierwszych zabudowa wsi, od strony poudniowej, zostawiem przy szosie wiodcej z Maniewicz dziesiciu ludzi w zasadzce, na wypadek gdyby zaalarmowani walk Niemcy zechcieli przyby z odsiecz do Karasina. Podobne ubezpieczenie w skadzie omiu partyzantw wyznaczyem od pnocnej strony, gdzie prowadzia szosa z Kamienia Koszyrskiego. Do akcji likwidacyjnej pozostao mi pidziesiciu dwch partyzantw, ktrych podzieliem na dwa plutony. Jeden pluton, dowodzony przeze mnie, mia otoczy poudniowowschodni cz posterunku, drugi, pod dowdztwem Koniszczuka, otrzyma zadanie otoczenia budynku od strony pnocno-zachodniej. Ze wzgldu na odkryt przestrze naleao najpierw z odlegoci okoo stu metrw zasypa obiekt gradem pociskw, a nastpnie wezwa wroga do poddania si. Ju z p godziny upyno, jak pluton Koniszczuka odczy si od nas, obchodzc posterunek od pnocy. W tym czasie przyby do nas Aleksander Nieroda. Leaem w rowie przydronym i patrzyem na widoczny wyranie w powiacie ksiyca budynek. Przez zakratowane i przesonite siatk okno przebijao sabe wiateko. Wrg czuwa. Skbione myli tocz si do gowy. Czas sczy si powoli, minuty pyn jak krople ywicy ciekajce po drzewie. Jaki bdzie rezultat walki? Czy wrg, ktry kryje si za t grub oson z kd drzewa, zechce si podda, czy te bdzie si broni do koca? Czy uda nam si zniszczy to plugawe gniazdo, gdzie kryj si zbrodniarze? Jestem pewny swoich chopcw. Bd si bi z ca odwag a do zwycistwa. Troch boj si, by nie poniosa ich zbytnia brawura. Tu mona walczy jedynie podstpem. Po pierwszej salwie zawoam gono, by wyszli z posterunku. Trzeba ich wezwa po nazwiskach i imionach. Tak jak umwilimy si z Koniszczukiem. Aleksander poda mi kilka nazwisk i imion policjantw. Jake to mam zawoa? Aha, ju pamitam: Wasyl Fedorczuk, Kuma, Szewczuk, poddajcie si. Jestecie otoczeni... i pniej jeszcze par sw... To ju samo przyjdzie... - Co za dugo si grzebi - mwi szeptem do Iwana Nierody, ktry ley koo mnie. Iwan wyjmuje z lewej kieszeni marynarki wielki jak cebula zegarek i wpatruje si w niego, po czym szepcze: - Jeszcze dziesi minut! Z jakiej zagrody wyjeda furmanka, skrzypi osie k, fura gramoli si z podwrka. - Polij, Franek, kogo, eby zatrzyma fur - mwi szybko do Mazurka. Ale ju nie potrzeba, bo ktry z chopcw poderwa si z rowu i pobieg w tamtym kierunku. Niebawem skrzypienie k ustaje. Znw cisza, gucha, wiszczca w uszach. Gr wiatr pdzi oboczki, chwilami przepywaj one pod srebrn tarcz ksiyca, rzucajc na ziemi fantastyczne cienie. Chmury goni jedna drug, rozpywaj si, pitrz, przybierajc ksztaty tajemniczych jedcw, to znw rozpraszaj si na podobiestwo morskich fal. Ile to ju takich nocy spdziem w tych lenych ostpach na pograniczu Woynia i Polesia, z dala od swoich rodzinnych stron? To to ju miny trzy lata, jak opuciem rodzin idc na wojn. Czy ktokolwiek z domu wierzy, e jeszcze yj? Chciaoby si wrci i zapuka do drzwi chaty. Dopiero zrobiliby oczy ujrzawszy mnie. Matka i siostry pakayby ze szczcia. A ojciec? Ojciec swoim zwyczajem podrapaby si w gow i powiedzia: To ci dopiero obieywiat. Pjdzie sobie, nic nie powie i wraca... za trzy lata... Ani matka, ani ojciec si nie licz. W kogo ty si, Jzek, wrodzi?

Ale czy chocia yj? Przecie tam w Generalnej Guberni rwnie trwa terror. Kto mg donie do gestapo o tym, e synowie Sobiesiakw byli komunistami. Po co od razu tak tragicznie myle? Na pewno wszystko jest w porzdku. Tam, w kraju, pewnie te toczy si walka z wrogiem. Nard nie pogodzi si z niewol. W tym momencie gdzie niedaleko rozleg si gos puszczyka. Drgnem. To by umowny sygna, donoszcy, e wszyscy s ju na wyznaczonych stanowiskach. A wic rozpoczynamy. Trzeba poda tylko haso do otwarcia ognia. Przecigy gwizd... Zlany huk dziesitkw pistoletw i karabinw uderza w cisz nocy. Pociski widruj czarne kloce budynku. Stukaj w gonty dachu upic drzewo, a tymczasem wiateko w oknie ganie. Tak, to wrg jest ju na nogach. Po p minucie ogie z naszej strony ustaje. Wysuwam si z rowu, podnosz na rkach i woam penym gosem: - Fedorczuk, Kuma, Szewczuk i inni poddajcie si! Jestecie okreni. Zostawcie niemieckich faszystw i wychodcie! Gwarantujemy wam ycie. To haba suy Niemcom. Nie dajcie si dalej oszukiwa. Bdy mona naprawi. Zostawcie Niemcw i chodcie, bo inaczej zginiecie razem z nimi... Nie zdyem dokoczy, gdy wtem niby ulewny deszcz chlusny strzay. Zaterkotay jazgotliwe kaemy, zastukay zawzicie pistolety maszynowe. Wok mnie syczay setki pociskw. Cay ogie wrg zgrupowa wanie w moim kierunku. Na szczcie zdoaem ukry gow w rowie i nie podnosiem jej tak dugo, dopki ta piekielna lawa nie ustaa. - Celowa w strzelnice. Ognia! - zakomenderowaem. Hukny strzay z naszych karabinw. Ale wrg te nie prnowa. Strzela z cekaemw i erkaemw. W zasigu powyej pidziesiciu metrw od budynku bro maszynowa wroga bya dla nas bardzo niebezpieczna. wiadczyy o tym jki pierwszych rannych z naszej strony. Rozkazaem zbliy si do obiektu na czterdzieci metrw. Wanie w tej chwili strzay z budynku ustay. Ale oto rozlega si jaki przytumiony gos, dobywajcy si jak gdyby z podziemia: - Wy przeklci bandyci! Wszyscy zginiecie. Nikogo nie oszczdzimy. Bdziemy was przypala na ogniu, a wasze rodziny polemy razem z wami do pieka! Gos sycha wyranie. Faszysta mwi dalej, a my tymczasem czogamy si coraz bliej i bliej. Po chwili ze wszystkich szczelin sypie si miercionone elastwo. Ktry z chopcw podsun si pod cian i rzuci granat. Huk targn powietrzem, lecz nie na wiele si to zdao. eby rozbi te grube kloce, trzeba by mie kilka pociskw armatnich. Zastanawiam si, co robi dalej. Jak wzi t fortec? W tym momencie ujrzaem w wietle ksiyca, jak potoczyo si co po dachu i spado na ziemi. Krzyknem padnij i zaraz po tym hukny wybuchajce granaty. Kto jcza w pobliu. Rozkazaem cofn si nieco i pilnowa dachu. Upyno moe z dziesi minut, jak przyczoga si do mnie Karpenko. - Nie damy rady - rzek szeptem. - Mamy ju dwch zabitych i dwch rannych. Lepiej wycofa si std... - Nie gadaj gupstw! - odparem mu ze zoci. - Musimy zwyciy! Znw zaczynam gorczkowo myle, ale nic mi nie przychodzi do gowy. Rozgldam si wokoo. Niedaleko std, z prawej strony, stoi pierwsze zabudowanie gospodarskie. Trzeba si tam odczoga. Wzi Iwana i Mazurka, wezwa Chwiszczuka i Borysiuka. Naradzi si z nimi! Trcam okciem Mazurka. Iwan czoga si za nami. Kilkanacie metrw dalej podrywamy si i biegiem dopadamy domu. Sapiemy ze zmczenia. Iwan mwi:

- Pjd i rzuc granat w okno! - Przecie jest osiatkowane - odpowiadam. - Rozetn siatk bagnetem i rzuc. - To nic nie da. Zobacz ci i zginiesz. - Nie zgin. A zreszt, przecie inaczej ich nie wemiemy. - Pozwl mu, niech idzie - rzeki Mazurek. - Ja go bd ubezpiecza. Tylko nie strzelajcie do nas! - Bdziemy bili gr! - Dobrze. Znw wracam na swoje stare stanowisko w rowie. Niemcy i policjanci kropi bez przerwy. Nasi chopcy strzelaj tylko do otworw strzelniczych. Ju dwa z nich przestay zion ogniem. Ale otworw jest w caym budynku z pitnacie, nie liczc dachu. Na jaki czas przerywamy ogie, pozwalajc Iwanowi i Frankowi wysun si do przodu. Wida ich spaszczone sylwetki przesuwajce si powoli po ziemi. Ta mniejsza z przodu to Iwan, par metrw z tyu dugi cie - to Franek. Pezn jak we, cicho i przy samej ziemi... Niepokoj si o nich. Serce bije mi tak silnie, jak gdyby chciao si wyrwa z piersi. Teraz strzelamy. Nasze pociski grzmoc po dachu. Chopcy pilnuj miejsca, z ktrego poprzednim razem zdradziecka rka rzucia granaty. Strzelaj gwnie tam. Koniszczuk przysya goca, ktry melduje, e maj dwch rannych, a ogie wroga jest tak silny, e nie sposb wysun gow. Rozkazuj mu trwa na stanowisku i nie pozwoli, by ktokolwiek opuci budynek. Jestem pewny, e wrg wreszcie straci swj animusz i zlknie si nas. Licz na to, e niektrzy z policjantw zaami si i bd prbowali zbiec ze swojej fortecy. Dwa cienie s ju zupenie blisko. Oto pierwszy z nich podnosi si i szybko dopada okna. Wstrzymuj oddech. Nagle ze szczeliny obok bucha seria pociskw. Iwan sania si na nogach i pada... Co chwyta mnie bolenie za gardo. A wic nie doszed. Pad ugodzony przez wroga! Czuj, jak zaczyna mn targa straszliwa wcieko i ch zemsty. Dygoc mi rce i nogi. Nie odrywam oczu od tego, co si dzieje przede mn. Teraz ten drugi cie podbiega do Iwana. Po chwili wsplnie czogaj si z powrotem. Wrg dojrza ich, siecze z cekaemu. A my walimy w otwory strzelnicze i okna. Po paru minutach Franek wraca razem z Iwanem. Iwan jest ciko ranny, bierzemy go z Mazurkiem na rce i pod gradem kul niesiemy do pierwszej chaty, gdzie jest lekarz Melmersztajn. Znajduje si tu ju trzech rannych, ktrych lekarz zdoa opatrzy. Twarz Iwana jest miertelnie blada, krew zalaa marynark na rkawie i brzuchu. cigamy zakrwawion marynark i koszul. Widz trzy straszliwe rany na brzuchu, ramieniu i w lew pier. Ta ostatnia rana jest pytka, powierzchowna; kula trafia prosto w zegarek, rozbijajc go. To cae szczcie. W przeciwnym razie ugodziaby w serce. Iwan patrzy mi bagalnie w oczy i prosi: - Przebaczcie. Nie udao si. Chyba umr... zy cisn mi si do oczu. Tak bardzo pokochaem tego dzielnego chopca, e nie mgbym znie jego mierci. - Doktorze, musicie go uratowa!

Lekarz w milczeniu zabiera si do opatrzenia ran. Przy kuchni stoi wystraszona kobieta, gotuje w saganie wod. Leje j do wielkiego cebra... Nie mog tu zosta duej. Cauj Iwana w twarz i wracam na pozycj. Mazurek zostaje w izbie przepenionej jkami rannych. Ogarnia mnie niepokj o losy walki. Mino ju ze dwie godziny od pierwszej serii, jak oddalimy w kierunku ukrytego wroga, a nic si waciwie od tamtego czasu nie zmienio. Tyle e mielimy ju a piciu rannych i dwch zabitych. Jakie straty ponis nasz przeciwnik? Tego niestety nie sposb ustali. A moe adna kula go nie trafia? Wprawdzie sam widziaem, e kilka szczelin na pewien czas umilko, ale pniej znw strzelano z nich z jeszcze wiksz zajadoci. Le w rowie za potnym gazem. (Zaczem troch pilnowa swojej gowy.) Myl o tym, ile zostao nam jeszcze amunicji. Chopcy strzelaj rzadko. Czuj, e nie nadesza jeszcze odpowiednia chwila i oszczdzaj naboje. Przed oczami staje mi wci trupio blada twarz Iwana... Rowem czogaj si ku mnie jakie cztery cienie. S ju przy mnie. Poznaj Aleksandra Nierod. Czy wie chocia, co si stao jego bratu, Iwanowi? Nie bd mu mwi. Ale gdzie on si podziewa przez cay czas walki? Zaraz po pierwszej salwie przepad gdzie. Patrz na ludzi, ktrych przywid ze sob. - Kto to jest? - pytam, dostrzegajc mundury policjantw.- To dwaj z zaogi posterunku: Tkaczuk i Czarny... Spali na prywatnej kwaterze. - Policjanci trzs si i bekoc jakie sowa, bagajc o lito. Krew uderza mi do gowy. Chwytam za pistolet. Zaraz, tu na miejscu, zatuk ich kolb pistoletu na mier! api pierwszego za gardo i powalam na ziemi. Ale Aleksander powstrzymuje mnie, woajc: - Zostaw ich! Przydadz si! Polemy ich do swoich, eby otworzyli drzwi. Teraz dopiero widz czwart sylwetk. To Chwiszczuk. - Niech id i zawoaj, by ich wpucili do rodka - mwi. - My wpadniemy za nimi. Trzeba podej pod okap ganku. Ukryjemy si za studni, ktra stoi na podwrzu, stamtd wyskoczymy do drzwi. Myl jest suszna. Nie ma tylko pewnoci, czy osaczeni policjanci i Niemcy dadz si wzi na taki chwyt. Przecie atwo zrozumiej nasz podstp. Zo ustpuje miejsca sabej nadziei, e moe si jednak powiedzie. Piciu partyzantw zgasza si na ochotnika. Pjd za policjantami. Bior ze sob granaty, wi po kilka sztuk. Maj zadanie wrzuci je przez otwarte drzwi. Jest wrd nich Berek Pukownik i Kramer. Policjanci czogaj si. Nie maj nic do wyboru: nasi trzymaj ich na muszkach. Tu za nimi wysuwaj si z rowu partyzanci. Wstrzymujemy ogie. Metr po metrze zbliaj si do studni. Widz ich wyranie, jak na doni, gdy ksiyc wysun si teraz zza chmur. Licz sylwetki: jest ich szeciu, a z przodu dwaj policjanci. Skd si wzi ten szsty? Przecie miao i tylko piciu. Jak gdyby odgadujc moje myli, odzywa si Chwiszczuk: - To Franek. Wrci ju z chaty i doczy si do nich. Jestem zy na Mazurka. Po co si pcha? Ju raz by tam z Iwanem i ledwie wyszed cao. A moe Iwan ju umar i Franek wpad w furi? Ogarnia mnie nowa fala alu. Czy to prawda? Widziaem rany Iwana i nie wierzyem, by mg dugo y. Zreszt wiadczyo o tym niepokojce milczenie lekarza. Dwaj pierwsi s ju w cieniu okapu. Sysz bagalne proby: - Wasyl. To my, Sasza i Kola. Otwrzcie! Na chwil zapada cisza. Wrg przerywa ogie.

Kto wali pici w drzwi. Znowu proby: - Otwrzcie, bandyci odeszli... - Kamiecie. S za studni, widzimy ich. Ach wy sukinsyny, zdrajcy... - klnie kto z wntrza, przez otwr strzelnicy. - Jak Boga kocham, poszli - zaklina si jeden z policjantw. - Wy psy przeklte... Zdrajcy! Znw posypay si strzay. Niemcy i policjanci pucili kilka serii do cieni przycupnitych obok drzwi. Rozlegy si miertelne wrzaski. Z dachu spad granat. Teraz caa lawa ognia zwrcia si na ludzi ukrytych za niewielk studni. Chcc ich odciy, zaczlimy bi w strzelnice. Wiedziaem, e obaj policjanci padli ugodzeni kulami swoich kolegw. A wic fortel si nie uda. Chodzio mi obecnie o to, by pomc chopcom ukrytym za studni wycofa si do rowu. Przesyam po linii rozkaz, by na moj komend zaczli woa nagle hura, pozorujc atak na posterunek. Chciaem w ten sposb cho na chwil odwrci uwag wroga od naszej dzielnej szstki partyzantw. Po minucie krzyknem co si w piersiach: - Naprzd, do ataku! - Huraaa!!! - krzyknli przeraliwie partyzanci. Zaskoczony tym wrg umilk na moment, a w tym czasie, jak zreszt przewidywaem, ludzie zza studni poderwali si do ucieczki. Wrcili, nie ponoszc adnych strat. Od Franka dowiedziaem si, e Iwan yje jeszcze, ale jest z nim bardzo le i lekarz nie daje adnej nadziei. To ju trzecia godzina oblenia - myl. - Niedugo przyjdzie wit i trzeba bdzie opuci pole walki, unoszc ze sob zamiast zwycistwa rannych i zabitych kolegw. I co bdzie dalej? Czy poniesiona tu poraka wpynie dodatnio na ducha partyzantw? Kto zechce walczy tylko po to, by ponosi ofiary? Takich gupcw nie znajdziesz! Myli rozsadzaj mi skronie. Co robi? Co robi?... Jest myl... Tak, to jedyne wyjcie... Podpali posterunek - to stary sposb, stosowany ze skutkiem tysice razy w czasie kadej wojny. Jeli nie moesz wzi wroga inaczej, musisz go wyposzy ogniem! Wprawdzie te grube kloce nie dadz si atwo zapali, ale mona zaryzykowa. To ostatnia nasza szansa. Jeli dzi std odejdziemy, jutro oni pomorduj niewinnych ludzi. Woam Borysiuka, Karpenk, Mazurka i Chwiszczuka. - Podpalimy ich. Nie mamy wyjcia. - Nie trzeba si namyla. Wydusi swoocz! - podchwycili wszyscy. Dwch chopcw skoczyo do wsi. Po kwadransie przynieli kilka snopkw wieej somy i bak nafty. Przedsiwzicie jest ryzykowne, bo ten, kto pjdzie podpali, niewielkie ma szanse powrotu. Nie bd nikogo wyznacza. Pjd sam. - Jak nie wrc, zawiadomcie Koniszczuka, niech obejmie dowdztwo- mwi. - Pjd sam. - Nie zgadzamy si - rozlego si kilka gosw. - Musisz zosta... Jeste dowdc. Sami ci wybralimy!

- Ja pjd! - mwi Chwiszczuk. - Sam nie poradzisz - dodaje Franek. - Ja mam diable szczcie. Kula mnie nie bierze. Pjd z tob. Czy mog oponowa? Jako dowdca mam zobowizania wobec nich. Wierz mi i ufaj. Moe rzeczywicie maj racj? To nie sztuka zgin i mie ju poza sob cay ten ogrom odpowiedzialnoci, jaki wziem na swoj gow. Kto wie, co nas jeszcze czeka w najbliszej przyszoci. Ale przecie nie chciaem w ten sposb uciec od tego, co jest przed nami, przed przyszoci. Widziaem j lepsz i szczliwsz. Nie chciaem tylko naraa nikogo na niechybn mier. Ale skoro nie zgadzaj si ze mn, niech bdzie, jak postanowi. Jestem wzruszony postaw swoich towarzyszy walki. Jednoczenie dr ju w obawie, czy aby i ten nasz krok nie pjdzie na marne. Ci dwaj: i Mazurek, i Chwiszczuk - to jak rodzeni moi bracia. Obejmuj ich ramieniem i cauj. Wanie olbrzymia pachta chmur wtoczya si pod srebrn tarcz ksiyca. Na ziemi pociemniao. Chwila jest doskonaa. Za par minut znw zrobi si janiej. - Idcie! Snopki somy okryte s workami, by nie byy widoczne. Przez kilkanacie sekund widz ich, jak skradaj si do przodu. Pniej pochania ich mrok. Wrg strzela przez cay czas z maymi tylko przerwami. My z rzadka. Niewiele ju zostao nam amunicji. Niepokoj si okropnie. Mam jakie bardzo ze przeczucie, e stanie si nowe nieszczcie. Posyam goca do Koniszczuka, informujc go o naszym przedsiwziciu. Czas si wlecze. Patrz na chmur zakrywajc ksiyc. Ju jedna poowa przesza na praw stron. Za jakie trzy minuty ksiyc wypynie spoza ciemnego zwau, obsypujc ziemi srebrem. Jeli do tego czasu nie zd, to koniec... Nagle spywa na mnie fala radoci. Widz maleki jzyk ognia, ktry ronie byskawicznie w sup. Na moment dostrzegam na jego tle dwie sylwetki. Wstrzymuj dech. Dlaczego jeszcze czekaj? Teraz powinni szybko ucieka! Tamci zobaczyli ju chyba ogie i bd siec w ich stron. Cienie na tle gorejcej somy i nafty wci s widoczne. Nie, ju biegn! Ale wrg strzela w ich stron. Widzi ich, w blasku pomienia. Czy zdoaj przebrn szczliwie przez t lawin pociskw? Teraz na kilka sekund znikaj w cieniu, lecz zdradziecki ksiyc wyania si zza chmur, odsaniajc przedpole. C to?... Tylko jeden z naszych chopcw peznie ku nam, drugi ley nieruchomo niedaleko studni. Tak, nie mam adnych wtpliwoci, e zosta trafiony. Kto to jest? Chwiszczuk czy Mazurek? Dlaczego ten zostawi koleg samego? A moe wcale nie wie, co si stao? Co pchno mnie nagle do szalonego kroku, by pj i zabra go z pola. Moe jeszcze yje? Skoczyem przed siebie i zaczem si czoga do lecego nieruchomo przyjaciela. Metr po metrze, coraz bliej. Pociski wiszcz koo mnie, czuj, jak dziurawi mi marynark i spodnie. Ogie przygas na moment, by po chwili buchn jeszcze wikszym pomieniem. Cay budynek jest owietlony tym blaskiem. Jzory ognia wznosz si ku grze. Teraz ju nie mam adnych wtpliwoci. Akcja si powioda! Tylko ta ofiara... Jeszcze zaledwie dziesi metrw... Nasi strzelaj jak optani. Rozumiem: chc mnie w ten sposb osoni... - Franek!... Bracie... czy yjesz? - szepcz mu w twarz, odcigajc go w cie studni. Rk, ktr podoyem mu pod plecy, wyczuwam miertelne drgawki. - Koniec! - pochylam si nad nim i pacz. Po czym chwytam za pistolet i pruj seri w stron faszystowskiej twierdzy. Oto ogie dostaje si ju na dach. Strzelaj czerwone iskry. Wrg rozpoczyna

straszliwy ostrza. Nasi milcz, jakby zapadli si pod ziemi. Zrozumieli. Faszyci zamierzaj da drapaka. Nie ujdziecie ywi - postanawiam, adujc magazynek zabrany z Frankowego pistoletu. - Chopcy, pilnowa drzwi i okien! - woam do tyu, lecz mj gos zostaje zaguszony przez piekielny huk wystrzaw. Trzymam pistolet w garci, mierzc we drzwi. Z gbi budynku dochodz zmieszane gosy. A wic zrozumieli wreszcie, e to nie arty. Jake si teraz czuj w tej poncej puapce? Moe bd chcieli si podda? Nie, nikt nie ujdzie ywy! Za duo nas to kosztowao ofiar. Mogli to uczyni wczeniej. Zabilibymy tylko gestapowcw, policjantom mona byo darowa, jeli zoyliby przyrzeczenie, e nie wezm wicej broni do rki. Teraz ju za pno. Ju cay dach objy czerwone pomienie. Strzelaj w gr iskry. Ciekawe, jak dugo tam jeszcze wytrwaj. Ciao Franka przestaje drga. Sztywnieje. Jego twarz jest biaa, oczy nieruchome, trzeba je zamkn. Dotykam rk jego oczu. Sone zy pyn strumykami i spadaj na twarz martwego przyjaciela. W tym momencie otwieraj si drzwi i na tle poncej pochodni widz cztery sylwetki. Pistolety maj w garci, pruj przed siebie. Podnosz byskawicznie bro, ale ju nie trzeba, wszyscy le martwi. Kto w gbi domu krzyczy przeraliwie, woa o pomoc, o wod. Jak oni wytrzymuj w tym arze? Przecie czuj go nawet tutaj, ze dwadziecia metrw od budynku. Dach zaczyna ju trzeszcze. Niedugo runie i wtedy bdzie po wszystkim. Spal si ywcem. Swoj drog trzeba mie wiele samozaparcia, eby da si ywcem spali. Ju przestaj strzela. Moe si podusili? Nie, skde, znowu prbuj szczcia. Teraz wypada a piciu. Podobnie jak pierwsi sdz, e pod ogniem z pistoletw uda im si wyrwa z okrenia. Biegn w szalonych podskokach, lecz partyzanci kosz ich. Dach zaczyna si zaamywa. Nagle przychodzi mi do gowy, e za chwil moe eksplodowa amunicja. Naley wic na wszelki wypadek cofn si nieco do tyu. Chwytam Franka za ramiona i cign ze sob. Jaki on jest ciki... To dobrze, e chocia przestali wreszcie pray. Ju im jest teraz wszystko jedno. Ktry z naszych chopcw podbiega do mnie, pomaga mi zabra Franka - to Aleksander. - Umar? - pyta aonie. - Mj Boe. A Iwan ledwie ju dyszy... Pyta o niego... - Czuj, e Aleksander pacze. Wrciem do rowu. W tym samym czasie dach zaama si i run. Dzikie, nieludzkie krzyki... Momentalnie nastpi straszliwy wybuch. Ponce agwie rozsypay si na kilkadziesit metrw. Teraz trzeszczay eksplodujce pociski, jak gdyby grzmocio na raz kilkanacie kaemw. * Od wschodu niebo janiao coraz bardziej. Nadchodzi wit. Na lenej rozmokej drodze turkoc fury. Droga usana jest sosnowymi okrglakami. To podobno pomaga przecign fur przez grzskie bocko. Ale nam wcale nie pomaga. Wprost przeciwnie. Wolelibymy, eby nie byo tych okrglakw, przynajmniej by nie trzso. Chodzi nam o naszych rannych. Id obok fury, na ktrej ley wycignity Iwan. Oczy ma przymknite. Lecz co chwila rozwiera je szeroko i jczy, krzywic bolenie twarz. Czasem umiecha si do mnie swymi bkitnymi jak niebo oczami. O czym myli? - Ja umr. Ale nasza sprawa zwyciy! - mwi ciskajc mnie za rk. Nagle dostrzegam w jego oczach ogniki niepokoju. Unosi si na okciach i pyta:

- Gdzie jest Franek? - Le spokojnie. Idzie z tyu. Uspokojony kadzie si i przymyka powieki. Patrz na jego powe wosy mienice si w socu zocistymi barwami i na siwy meszek zarostu pod nosem i na brodzie i dusza mi si ciska z alu. Ten chopiec jest mi chyba najbliszy ze wszystkich. - Towarzyszu dowdco oddziau - szepce znw po chwili - wy mi przebaczacie, prawda? - Jeste naszym bohaterem - mwi. - Kocham ci jak brata... - Powiedzcie prawd. Dlaczego Franek nie przychodzi? Przecie jest moim wujkiem. Aleksander, ktry rwnie idzie przy furze, odwraca gow i pacze. Iwan patrzy na mnie uwanie. Wbijam wzrok w las i milcz.- - Dlaczego?... - ranny a podrywa si w gr. - Le, bracie, spokojnie - mwi. - Nie wiedziaem, e bdziesz go potrzebowa, i posaem go, by cign ubezpieczenie. - Ale przecie niedugo wrci? - Wrci... na pewno. Fura trzsie niemiosiernie. Nie mog patrze, jak si Iwan mczy. - Chodcie, chopcy, wemiemy go na rce! Zatrzymujemy wz. Robimy nosze i niesiemy go. Ja, Sieryk, Aleksander i Chwiszczuk. Do bazy jest jeszcze dwanacie kilometrw. Ale co to dla nas znaczy? Po drodze robimy krtki odpoczynek. Partyzanci nie ciesz si ze zwycistwa, jakie odnielimy w Karasinie. Gnbi ich cierpienia rannych i al za utraconymi kolegami. Nasze straty wynosz czterech zabitych i piciu rannych. Partyzanci milcz... By moe kiedy bd o tej walce mwili z oywieniem, ale dzi trawi ich smutek. Ale oto i baza. Ludzie z lenego obozowiska wychodz nam naprzeciw. Pragn nas powita jak bohaterw, lecz widzc nasze przygnbienie nie pytaj o nic. Grupuj si teraz wok rannych, patrz ze smutkiem na zabitych... i w ich oczach szkl si zy. Polecam lekarzom, aby natychmiast zrobili operacj najciej rannym: Iwanowi i jednemu z nowych, ktrego nazwiska nie pamitam. Lekarze twierdz, e to bezcelowe, gdy wkrtce obaj zamkn oczy na zawsze. Przed poudniem Iwan kona na rkach swoich braci. Patrzy mi w twarz i pyta bagalnie: - Gdzie jest Franek? Gdzie Franek? Milczelimy...

Bitwa pod Barczem

Zaraz po pogrzebie Iwana i Mazurka Aleksander Nieroda pojecha do Kowla. Wiadomo o zniszczeniu placwki w Karasinie dosza ju do uszu gebietskomisarza Kasnera oraz szefa gestapo. Sasza po zoeniu w gestapo meldunku o wypadkach zosta wezwany przez szefa. - No, mw, jak tam byo? Przecie widziae wszystko na wasne oczy. Ilu byo bandytw? Jak mieli bro? - Wanie ludzie szykowali si do wyjazdu w teren, eby wypeni zadanie, jakie otrzymali - mwi Aleksander, ktry zna troch niemiecki. - Ja wziem sobie kwater na wsi. Tak robi zawsze, eby nikt mnie nie widzia, e mam co wsplnego z policj. Nie trzeba nikomu wazi w oczy. Takie s instrukcje... - Dobrze. Mw dalej. - Pooyem si spa o dziesitej. A o pnocy zerwaa si okropna strzelanina. Wyskoczyem na dwr. A tu wszdzie krc si jacy uzbrojeni ludzie. Ledwie zdoaem skry si za drzewo przy drodze, jak sysz rozmow: Trzeba pierwszy batalion wysa od pnocy. A drugi od poudnia - to rozmawiali ze sob bandyci. Chyba byli dowdcami, tak zmiarkowaem. Pniej jaki drugi spyta: Towarzyszu dowdco, a moe podesa kilka armat? Ale ten pierwszy odpowiedzia, e nie trzeba, e i tak dadz sobie rad... - To mwili ze sob o batalionach i armatach?... - spyta z niewiar Niemiec. - Czy aby dobrze syszae? - Such mam bardzo dobry. Samemu mi si wierzy nie chciao, e maj armaty. - No i co byo dalej? - Chciaem jako zawiadomi Maniewicze, ale oni obstawili wszystkie drogi do Karasina i nie mogem si przedosta. Strzelali okropnie, a przy tym wyli cay czas, jak Tatarzy, a skra mi cierpa. Strzelali z cekaemw i erkaemw. Obrzucali placwk granatami. A pniej budynek zacz si pali... To by straszny widok. Oni, tam w rodku, bagali o lito, ale bandyci nie chcieli nawet sucha. Wszystkich wymordowali. Gestapowiec suchajc opowiadania Saszy wytrzeszcza ze zdumienia oczy. - Ilu ich mogo by? - W nocy mao wida. Ale byo ich chyba koo tysica. - To co nieprawdopodobnego! - rzek Niemiec. - A gdzie odeszli? - Tego nie mogem zobaczy, bo schowaem si do kopki somy, ktra staa na polu. Mogli mnie w kadej chwili zapa i zamordowa. Pamitam tylko, e nad ranem przechodzio koo mnie kilku z nich. Podsuchaem, e mwili co o Kowlu. Jeden powiedzia tak: Z Kowlem bdzie nam trudniej. Tam z p tysica Niemcw. Gestapowiec zapisa skrupulatnie wszystko, co powiedzia Aleksander, i uda si do gebietskomisarza Kasnera, ktry przygotowywa si wanie do specjalnej narady z wyszymi urzdnikami swego gebietskomisariatu. Byo ju dobrze po poudniu i Sasza wrciwszy na kwater pooy si do ka, by wypocz po przeyciach ostatnich dni, gdy do drzwi zakoata ordynans szefa gestapo:

- Wstawaj prdko, pan gebietskomisarz ci wzywa! - woa rudy, szczupy chopak. - Masz zgosi si do jego gabinetu. Sasza zaniepokoi si troch. Nie wiedzia, po co go wzywaj. Jeli moje sowa wzbudziy wrd nich jakie powane wtpliwoci, to wpadem jak liwka w kompot - pomyla. Nie mia jednak innego wyjcia. Ubra si wic pospiesznie i niebawem znalaz si wraz z rudym ordynansem przed drzwiami sali, z ktrej dobiegaa do gona rozmowa. Ordynans zapuka i wszed, skadajc gebietskomisarzowi meldunek. W par sekund po tym wysun si z sali szef gestapo i powiedzia: - Czekaj tu, jak si skoczy, zawoam ci i opowiesz panu gebietskomisarzowi wszystko, co widziae i syszae w Karasinie. Sasza siad na krzele niedaleko drzwi. Ordynans poszed gdzie. A jednak co tam musi by nie w porzdku - myla Sasza. - Co to ja mu mwiem? Aha: Byem wanie na kwaterze, jak obudziy mnie gone huki wystrzaw... - i Sasza przypomina sobie po kolei swoje zeznanie, jakie zoy szefowi gestapo. Wtem usysza jakie kroki. Kto szed wzdu korytarza w kierunku sali, gdzie toczya si rozmowa. Spojrza w tamt stron i zamar z przeraenia. Pozna Slipczuka i Lewczuka, ktry peni teraz obowizki przewodniczcego Rejonowej Uprawy w Maniewiczach. (Iwanenko zosta ostatnio skierowany przez gestapo do pracy nad organizowaniem zbrojnych band banderowskich.) A wic teraz ju po mnie - pomyla z trwog. - Slipczuk widzia mnie ju kiedy, jak przychodzi w poszukiwaniu Franka. Jeli mnie pozna, nie zostanie mi nic innego, jak natychmiastowa ucieczka. Ale teraz trzeba co wymyli. Udam, e pi. Opuci gow na piersi i przymkn oczy. Slipczuk i Lewczuk zatrzymali si przed samymi drzwiami. Jeden z nich poruszy go za rami, mwic: - Prosz zameldowa nas panu gebietskomisarzowi. A wic wzili mnie za adiutanta Kasnera. To nawet niele si skada, ale nie mog si ruszy z miejsca. Trzeba spa dalej. - To ci pioch, ani go obudzi! Takiego adiutanta wyrzucibym na zbity eb - rzek Slipczuk. - Pukaj, wejdziemy sami. Przecie nas wzywa. Po chwili Sasza usysza, jak zamkny si za nimi drzwi. Odetchn z ulg. Przybyli meldowali si gebietskomisarzowi. Sasza podnis si z miejsca z zamiarem niezwocznego opuszczenia budynku. Ju zrobi par krokw w kierunku schodw, gdy spostrzeg przed sob kilku niemieckich oficerw. Szli prosto do sali, gdzie toczya si narada. Usun si nieco, robic Niemcom przejcie. Byli to oficerowie SS: pukownik, major i dwch kapitanw. Niemcy rozmawiali ze sob ywo, nie zwracajc na niego adnej uwagi. Gdy przeszli, wzia go nagle ogromna ch podsuchania tego, o czym bd mwili ci wysocy urzdnicy i wojskowi. Nie ulegao wtpliwoci, e narada wizaa si ze spraw likwidacji garnizonu w Karasinie. Wrci pod drzwi. W tym wanie momencie usysza wzburzony gos gebietskomisarza. - Pan, panie Slipczuk, wykazuje zupen nieudolno na swoim stanowisku - mwi gono Kasner. Gdyby pan ostro zabra si do bandy p roku temu, to ten przeklty Maks dawno wisiaby ju na szubienicy. A teraz on si ju was nie boi... Czy pan wie, e on ma wicej ludzi ni wy razem z kompani gestapo w Maniewiczach? Teraz wymordowa podstpnie zaog Karasina, a niedugo

wpadnie do Maniewicz. Tak dalej by nie moe! Udzielam panu ostrej nagany za zaniedbywanie swoich obowizkw! A wic widocznie Kasner uwierzy w moje zeznania - myla Sasza. - Tym lepiej. Ciekawe, o czym bd mwili dalej. I Sasza podsun si zupenie blisko drzwi, nadstawiajc ucha. Teraz z kolei zabra gos Lewczuk. Mwi znacznie ciszej i Sasza ledwie mg cokolwiek poj z jego sw. - Banda jest trudna do zlikwidowania. Maj oparcie w miejscowej ludnoci, doskonale funkcjonujcy wywiad... Houzja, Konisk, Berecz i inne... pomagaj im... - dalsze sowa byy ju tak ciche, e do uszu Saszy nie dochodzi ich sens. Pniej mwi kto inny, lecz Sasza znowu nic nie usysza. Wreszcie znw odezwa si Kasner, jego tubalny gos a hucza. - Trzeba zlikwidowa wszystkich wsppracujcych z bandydatami. Spisy pan przedstawi, panie Lewczuk, tu obecnemu panu pukownikowi Korentzowi... Sasza domyli si, e chodzi o pukownika SS, ktry wchodzi niedawno do pokoju w asycie trzech oficerw. - Trzeba przeprowadzi akcj likwidacyjn, chobymy mieli puci z dymem wszystkie wsie w rejonie Maniewicz - kontynuowa Kasner. - Ilu onierzy potrzebuje pan, pukowniku, do tego celu? - No, jeli ci bandyci rzeczywicie dysponuj tak du si, to sdz, e jakie dwa tysice ludzi... To nie bdzie wcale za duo. - Ale niech pan pamita, pukowniku, e nasi przeoeni niechtnie na to pjd. Przecie musielibymy cign te garnizony z Rwnego i ucka. - Inaczej nie podejmuj si przeprowadzi tego zadania. Przecie te Maniewicze to dziki zachd. Niemal bandycka republika. eby zaprowadzi tam porzdek, trzeba dziaa na wikszym obszarze. Musimy wysa grupy wojska do kilku, a nawet kilkunastu wsi na raz. Pan, panie Lewczuk, zechce poinformowa nas, ktre wsie s najbardziej oporne wobec niemieckich wadz. Potrzebna nam te bdzie pomoc policji. - Najczynniej pomagaj bandytom takie wsie, jak Berecz, Grdek, Hradysk, Hulewicze... - Lewczuk wymienia jeszcze wiele nazw wsi, ale Sasza nie wszystkie dosysza i zapamita. - Ot, moi panowie - mwi znowu Kasner - proponuj nastpujcy plan. Pan Lewczuk wrci do Maniewicz i rozele do wszystkich wsi zawiadomienie, e tego to a tego dnia przyjad niemieccy onierze w celu odebrania wyznaczonych kontyngentw. Nie wolno dopuci do tego, by ktokolwiek z przeznaczonych do likwidacji przejrza waciwe cele przyjazdu wojska i zbieg. Wy, panowie, odpowiadacie za zachowanie tajemnicy. Tymczasem poszczeglni dowdcy grup uzgodni z sotysami spisy osb przeznaczonych do likwidacji. Saszy wosy jeyy si na gowie, gdy sucha o planowanych zbrodniach. To, co si knuo za tymi dbowymi drzwiami, przechodzio swymi rozmiarami wszystkie zbrodnie popenione dotychczas przez faszystw w rejonie maniewickim. Jak dobrze zrobi, e zosta pod tymi drzwiami. Teraz nie ba si ju o siebie, myla intensywnie, co mona by przedsiwzi, by ratowa niewinn ludno. Tak, teraz poczekam ze spokojem do koca narady. Moe Slipczuk mnie nie pozna. A zreszt przecie ta kreatura szef wyranie powiedzia, e Kasner bdzie mnie przesuchiwa po zakoczeniu odprawy. On, Kasner, zapewne obawia si, e pukownik Korentz moe przestraszy si, gdy usyszy o iloci partyzantw, i zada jeszcze wikszych si ekspedycyjnych. Dlaczego przemilcza to, co ja mwiem, e partyzanci szykuj si na Kowel, a straszy nimi Lewczuka i Slipczuka? A swoj drog

nabraem ich na kawa uwielokrotniajc nasze siy i opowiadajc bajki o zamiarze partyzantw uderzenia na Kowel. Wewntrz sali ucicho. Po kilku minutach rozlegy si kroki... Sasza odsun si od drzwi i siad na krzele opuszczajc gow i udajc drzemk. Obok niego przeszo par osb. Mwili po ukraisku. Przeszed take Slipczuk i Lewczuk. Odetchn z ulg, gdy opucili gmach gebietskomisariatu. Niedugo po tym z sali obrad wyszli oficerowie SS. Dopiero wtedy wezwano go przed oblicze Kasnera. * Sasza opowiedzia Kasnerowi ze wszystkimi szczegami o wypadkach w Karasinie. Gebietskomisarz by bardzo zdenerwowany, raz po raz wali pici w biurko, mruczc verfluchte Banditen, w kocu odesa Nierod, nakazujc szefowi gestapo, aby ten udzieli mu specjalnej nagrody w postaci dwustu marek. Aleksander poprosi wwczas o kilkudniowy urlop, tumaczc si wyczerpaniem nerwowym. Szef gestapo zgodzi si i jeszcze tego samego popoudnia Sasza wymkn si niepostrzeenie z Kowla. Wiadomoci przywiezione przez Sasz momentalnie podniosy na nogi obz partyzancki. Bylimy bardzo niespokojni o losy mieszkacw wsi lecych wok Maniewicz. Nie znalimy nazw wszystkich wsi i osad, w ktrych Niemcy zamierzali dokona masowych mordw i przeprowadzi pacyfikacj. Sasza zapamita jedynie takie nazwy, jak Berecz, Hulewicze, Majdan, Maniewicze... Sdzc jednak z iloci si, jakie faszyci przeznaczyli do tych celw, mona byo przypuszcza, e ekspedycje karne wyrusz take do innych rejonw. Niemcy nie wiedzieli, e zmienilimy ostatnio baz i przenielimy si w rejon lasw Krasnego Boru. Nie ulegao wtpliwoci, e po pacyfikacji wsi zechc oni odnale nas w maniewickich lasach. Pozostajc w Krasnym Borze bylimy zupenie bezpieczni, ale czy moglimy ze spokojem pogodzi si z now zbrodni, jak wrg chcia dokona na tutejszych mieszkacach? Nie, to nie godzioby si z naszym partyzanckim sumieniem. Wiedzielimy a nadto dobrze, e naszym obowizkiem jest, w miar posiadanych moliwoci, utrudni wrogowi jego zamiary i uchroni jak najwiksz ilo istot ludzkich przed niechybn mierci. Szukalimy wic wszelkich moliwych sposobw, aby zrealizowa nasze plany. Po duszej naradzie zdecydowalimy si rozesa niezwocznie kilkunastu partyzantw do wsi, osad i chutorw pooonych wok Maniewicz. Mieli oni zaalarmowa mieszkacw o grocym im niebezpieczestwie i skoni ich do opuszczenia domostw i ukrycia si w lasach. Skierowalimy take cznikw do lenych obozw ydowskich, aby nakazali ich mieszkacom zachowanie wszelkich rodkw ostronoci. Niezalenie od tego postanowilimy napa na ktry z oddziaw ekspedycyjnych, aby przynajmniej w jednej wsi nie dopuci do mordu. Wybralimy rejon niewielkiej wsi Berecz, liczcej okoo stu mieszkacw. T wie wymieni Lewczuk na pierwszym miejscu, przedstawiajc swe propozycje gebietskomisarzowi. Mieszkacy Bercza bardzo czynnie wspdziaali z nami; kilkunastu ludzi z tej wsi pracowao w charakterze zwiadowcw, cznikw, czasami te uczestniczyo bezporednio w akcjach zbrojnych. Wybraem pidziesiciu partyzantw i w cigu jednej doby pomaszerowalimy w ten teren. Zatrzymalimy si niedaleko Bercza w pobliu Ostrwka Jaowego. Niemcy nie przybyli jeszcze do wsi, lecz sotys ogosi ju ludnoci, e naley przygotowa kontyngent, po ktry wkrtce przyjedzie

wojsko. Noc odwiedziem niektrych ludzi: Cielikowskiego, Kuczyskiego i innych. Powiedziaem im: - Trzeba zabra rodziny i i do lasu... - Ee, panie Maks, to chyba jakie nieporozumienie - rzek stary Kuczyski. - ydw to oni morduj masowo, bo chc ich wyniszczy, ale ludzi ze wsi nie rusz. A kto by im da je, jak zabraknie chopw? Przecie pij z nas krew jak pijawki. ywnoci potrzebuj dla frontu, ot co. - Nie bdcie naiwni - powiedziaem zirytowany. - My mamy dokadne informacje, e szykuje si masowy mord. - Dotychczas tego nie byo. No pewnie, e zabijali ludzi, ale pojedynczo albo jak rodzin - upiera si stary Kuczyski. Gdybym mu powiedzia, skd mamy te informacje, na pewno prdzej bym go przekona. Nie mogem jednak tego zrobi. Okazao si, e Cielikowski take nie dawa wiary moim sowom. Teraz pojem, jak trudn rol powierzyem tym partyzantom, ktrzy udali si z podobn misj do innych wsi i osad. Zadaem kategorycznie, by wszyscy zwiadowcy, cznicy i pozostali nasi wsppracownicy z Bercza opucili wraz z rodzinami domostwa i udali si do lasu. Przez pi dni i nocy oczekiwalimy pojawienia si wroga. Niektrzy berczanie opucili wprawdzie pocztkowo swoje domy, ale zaczli wkrtce wraca potajemnie do zagrd, zmczeni niewygodami i nkani zimnem. I wtedy stao si nieszczcie... * To byo jednego z ostatnich dni listopada 1942 roku. Wieczorem otrzymaem wiadomo, e do Bercza zjechali Niemcy. Zarzdziem alarm. Wysaem zwiad, ktry ustali, e zajli oni wie, wystawiajc silne ubezpieczenia w odlegoci p kilometra od pierwszych zabudowa. Wedug powierzchownych oblicze, Niemcw byo okoo dwustu, a wic znacznie wicej, ni przewidywalimy. Sdziem, e grupa ekspedycyjna przeznaczona do likwidacji Bercza nie bdzie liczya wicej ni stu ludzi. Z tak si byem gotw przyj walk. Teraz jednak powanie si wahaem. Tym bardziej e wrg, jak gdyby obawiajc si czego, ubezpieczy si i czuwa. Liczyem, e po pnocy Niemcy udadz si na spoczynek i wtedy napadn ich znienacka, lecz zawiodem si w swoich rachubach. Zwiadowcy donosili mi, e wrg wci jeszcze nie pi. Nasze czaty znajdoway si na skraju lenej polany, na poudnie od wsi. Kilkaset metrw przed nimi stao niemieckie ubezpieczenie. Poszedem tam razem z Karpenk i Borysiukiem. Pooylimy si na linii czatw, skd sycha byo rozmowy Niemcw. Mylelimy o mieszkacach wsi, ktrych czeka okropny los, i w sercach naszych rosa coraz wiksza nienawi do okrutnego wroga. Nie znalimy planw Niemcw, lecz z ich zachowania wysnuem wniosek, e akcja likwidacyjna rozpocznie si nastpnego dnia. Noc bowiem nie nadawaa si do takich celw, gdy ciemnoci mogy dopomc ludziom w ucieczce. Dla nas za najlepsza bya noc. Tylko walka nocna zapewniaa nam przewag nad silniejszym wrogiem. Ale w tym wypadku nie moglimy si zdecydowa nawet na ten krok, gdy przeciwnik czuwa. Tak bardzo chciaem zna ich zamiary, e zwierzyem si z tego Borysiukowi i Karpence. - Gdyby tak y nasz Iwan i Franek, to zaraz bymy co wymylili - westchn sobie Karpenko. - Ale c zrobi, wida tak musiao by. Najlepsi odchodz od nas. Bg raczy wiedzie, co nas dzisiaj czeka.

- To uwaasz, Karpo, e bez Iwana i Franka nic nie mona zrobi? - spyta pszeptem Borysiuk. - To prawda, e serdeczni to byli chopcy i odwani, ale przecie i inni te nie tchrz przed Niemiaszkami. - A ja ci mwi, e takich drugich nie znajdziesz w oddziale - cign Karpenko. - Ej, co mi si zdaje, e ci, Karpo, strach oblecia - mwi dalej Borysiuk. - Mylisz sobie, po co gow nastawia pod topr. - Jeli tak myli, to i lepiej - rzekem. - Gow masz jedn, jak ci odrbi - koniec. Lepiej jej nie nadstawia. - Ale wiadomoci zdoby trzeba - odci si Borysiuk - sam mwie. Kto musi pj i wzi jeca. Noc widna, ale Niemiec nawet w tak noc lepy. Pjd i przyprowadz jzyka. Mylaem, e Karpo mi pomoe, we dwch byoby raniej, ale on... - Fiodor nie moe i - przerwaem mu. - Przecie ma obowizki gospodarcze. Na wypad powinien i kto inny, modszy. - Jak to modszy? - zaperzy si Fiodor. - A wanie e nie! To w sam raz dla mnie robota. Dosy mam tego zajmowania si kurami i krupami. Czowiek nie ma adnego poszanowania. Byle mokos, co ledwie miesic jest w oddziale, podrwiwa sobie ze mnie i da niestworzonych rzeczy; mwi, e on pier nadstawia... A zreszt sam widzisz, co o mnie myli taki Borysiuk. To on si uwaa kiedy za mojego przyjaciela. Nieraz razem pilimy. A teraz masz, czowieku, zapat. Pffy, a mi wstyd. Tchrzem mnie zrobi - zacz si denerwowa Fiodor. - Pozwl mi i na wypad. Poka mu, co Karpenko potrafi. - Uspokjcie si wreszcie, bo Niemcy was usysz! - powiedziaem ostro. - Najlepiej idcie razem. - Nie, z nim nie pjd! - odpar Fiodor. - Niech sobie sam apie Niemiaszkw za nogi. C miaem pocz. Zgodziem si, by poszli kady z osobna, lecz przydzieliem im do pomocy jeszcze po jednym partyzancie z czat. Poszli, a ja wycofaem si do tyu, nakazujc uprzednio, by dowdca czat, Butko, w razie potrzeby wspar ich ogniem. O trzeciej rano wrci Borysiuk wiodc ze sob niemieckiego onierza, zwizanego i z zakneblowanymi ustami. Niemiec by okropnie przeraony: szczka zbami i trzs si bez przerwy. Na adne pytanie nie chcia pocztkowo odpowiada, lecz gdy po p godzinie zjawi si Karpenko i przyprowadzi ze sob a dwch Niemcw, w tym jednego feldfebla, uspokoi si nieco. Zaczlimy badanie. Na pierwszy ogie poszed feldfebel. By to szczupy mody chopiec o bladych rybich oczach i sabym zarocie. - Skd przyjechalicie? Jaka jednostka? Ilu was jest? Wasze zadanie? - pyta fachowo Sasza Nieroda. Esesowiec sypa. By mody i chcia zapewne uratowa sobie ycie, ale my adnemu Niemcowi, ktry wystpowa przeciwko nam z broni w rku, nie obiecywalimy ycia. Musia zgin. A oto jego relacja: Przybyli z Kowla. Ich batalion wchodzi w skad oddziau ekspedycyjnego, ktrym dowodzi pukownik Korentz. Do Bercza przyjechay dwie kompanie w sile dwustu onierzy SS. W pobliskich Hulewiczach i Powrsku zatrzymay si dwie inne kompanie. Likwidacji w Berczu podlegali wszyscy bez wyjtku mieszkacy wsi. Akcja miaa si rozpocz o smej z rana. Nie zwlekajc ani chwili podcignem wszystkie siy na skraj polany. Postanowiem zaatakowa ich punktualnie o smej, gdy rozlegn si pierwsze strzay. Chciaem najpierw zepchn ich ubezpieczenie, a nastpnie wedrze si na skraj wsi. Liczyem na to, e Niemcy, zaniepokojeni naszym

nagym atakiem, przerw egzekucj i rusz na nas, a wtedy w oglnym zamieszaniu cz ludzi zdoa zbiec do lasu. Mielimy dwa Diektiariewy - rczne karabiny maszynowe, trzynacie pistoletw maszynowych, trzydzieci pi karabinw i ze dwiecie granatw. (Diektiariewy i granaty zdobylimy w piwnicach posterunku w Karasinie. Jakim cudem mimo poaru cz granatw nie wybucha. Z Karasina zabralimy te par skrzynek amunicji.) Posiadalimy wic obecnie znacznie lepsze uzbrojenie i zaopatrzenie w amunicj ni dawniej. Moglimy toczy walk nawet przez ca dob. Leelimy ukryci w gstych krzewach na brzegu lasu. Chopcy zamaskowali si gaziami wierkw. O wp do smej zaczlimy si czoga w stron wroga, ktry zajmowa poudniowy skraj Bercza. Ubezpieczenie niemieckie stanowi pluton onierzy, liczcy okoo trzydziestu ludzi. Niemcy wykonali sobie niegbokie wnki. Niektrzy siedzieli w nich, inni powyazili z ukrycia i krcili si po polu. Chodzio mi o cakowite zaskoczenie wroga, i to z jak najmniejszej odlegoci. Rozkazaem wic czoga si na odlego stu metrw i dopiero wtedy uderzy na ubezpieczenie. Przedpole doskonale sprzyjao naszemu zamiarowi: byo pokryte kpkami krzakw i resztkami zeschych wrzosw, przy tym co krok znajdoway si tu rne wykroty i doy po wykarczowanych pniach; cz pni sterczaa jeszcze w ziemi. Wszystko to stwarzao nieze warunki do maskowania. Zreszt partyzanci wiele nauczyli si w cigu minionego lata. Potrafili chodzi cicho jak koty, drapa si bezszelestnie po drzewach, peza na brzuchu jak we, kry si, uderza niespodziewanie i odstpowa, gdy zaistniaa ku temu wyrana potrzeba. Za pi sma. Leelimy tu przed lini ubezpiecze, znacznie nawet bliej, ni przewidywaem pocztkowo. Niemcy zachowywali si zupenie swobodnie, miali si i rozmawiali gono. Wikszo z nich patrzya w kierunku Bercza, ktry mia si za chwil sta miejscem straszliwej zbrodni. Kazano im pilnowa, by nikt z ludnoci nie opuci wsi. Tych, ktrzy prbowaliby tego, mieli likwidowa na miejscu. Wkrtce dostrzegem, e dwa karabiny maszynowe, ktre byy w dyspozycji plutonu, Niemcy ustawili rwnie w kierunku wsi. To wszystko zadecydowao, e lini ataku przenielimy na odlego zaledwie pidziesiciu metrw. Teraz i my, i Niemcy czekalimy na pierwszy strza, jaki si rozlegnie we wsi. Ju z gry mielimy zapewniony sukces nad niemieckim plutonem, ktry wystawi do nas plecy. Wystarczyo podsun si jeszcze kilkanacie metrw i obrzuci wroga granatami. W powietrzu zapanowaa nagle cisza. Zostaa ostatnia minuta. Niemcy z ubezpieczenia umilkli, porzucali cygara i papierosy i pokadli si przy swoich erkaemach, inni trzymali w rkach mauzery. W tym momencie od strony wsi zaczy dobiega jakie zmieszane gosy, pacz dzieci i wrzaski Niemcw. Faszyci spdzali swoje ofiary na miejsce kani. Serce zabio mi gwatowniej. Ratowa ludzi, nie pozwoli nikogo zamordowa! - krzykno co we mnie i nie czekajc na pierwszy strza podniosem si z ziemi i ruchem rki wskazaem partyzantom kierunek ataku. Runlimy jak byskawica. Kilkanacie granatw poleciao na pozycje niemieckiego ubezpieczenia. Gony huk uderzy o cian lasu i odbijajc si od niej pofalowa ustokrotnionym echem do Bercza. Niemiecki pluton ubezpieczenia w kilka sekund przesta istnie. Od granatw pado kilkunastu Niemcw. Reszta poderwaa si do panicznej ucieczki. Ale w tej samej chwili zaterkotay pierwsze serie niemieckich karabinw maszynowych, siejc mier wrd mieszkacw wsi. Rwalimy caym impetem w stron pierwszych zabudowa Bercza, strzelajc po drodze do rozproszonych zbiegw. Kilku esesowcw podnioso rce w gr. Po paru minutach

bylimy ju przy pierwszych zagrodach, lecz tu wrg obsypa nas gradem pociskw. Na szczcie nie ponielimy na razie adnych strat. Niemcy, jak przypuszczalimy, pozostawili ludno i zajli stanowiska obronne. Rozpocza si gsta strzelanina. Ukryci za budynkami mieszkalnymi i stodoami praylimy do pojawiajcych si tu i tam wrogw. W tym czasie ze wsi zaczli ucieka do lasu pierwsi ludzie. Faszyci strzelali do nich, lecz wikszo zajta bya odparciem naszego niespodziewanego ataku. Formowali zwart lini, prbujc dwoma plutonami obej nas na skrzydach. W por dostrzegem ten manewr i wysunem po bokach na wzgrze nasze Diektiariewy i dwa dopiero co zdobyte na niemieckim ubezpieczeniu erkaemy. Ogie broni maszynowej przyku do ziemi obydwa plutony, zanim zdoay jeszcze wyj na rwn z nami lini. Bylimy rozczonkowani na przestrzeni okoo 300 metrw. Nie miaem zamiaru dalej atakowa, gdy mogoby to nas kosztowa zbyt drogo. Siy nasze byy nierwne i w kadej chwili wrg mia mono okrenia oddziau. Trzeba byo zwraca na ten moment szczegln uwag. Teraz Niemcy szykowali si do ataku frontalnego. Dostrzegem, jak zaczli przemyka si midzy budynkami, po czym ruszyli na nas. Bilimy bez przerwy, wic ich pierwsza linia, zoona moe z dwch plutonw, porzdnie ju przetrzebiona, zacza si wkrtce ama i zalega. Leeli przed nami na jakie sto metrw, kryjc si za budynkami. Walka toczya si ju z p godziny i lufy naszych pistoletw byy porzdnie rozgrzane. Mielimy trzech rannych i dwch zabitych. Ale wrg ponis straty sigajce ze trzydziestu ludzi. Zaczem wanie zastanawia si, czy nie cofn si ju z powrotem do lasu, gdy ujrzaem, jak ze szczytu jednego z budynkw zacz strzela cekaem. Pierwsza seria z cekaemu skosia naszych dwch partyzantw. Stanowisko ogniowe niemieckiego cekaemu byo doskonae. Z gry wida byo wszystko jak na doni. Naleao zniszczy ten punkt ogniowy wroga, zanim wyrzdzi nam wiksze szkody. Zawoaem po linii: - Na dachu cekaem, zniszczy! Kilkanacie luf ziono gradem pociskw. Po chwili dom zacz dymi. Cekaem umilk, ale niebawem przyszed meldunek od zwiadowcy, ktry siedzc na wysokiej sonie obserwowa ruchy nieprzyjaciela, e wrg prbuje obej nas z prawej strony, wykonujc szeroki manewr okrajcy. Ta informacja zelektryzowaa mnie. Nie mogem dopuci, by Niemcy, wykonujcy zadanie okrajce, trafili na ydowski obz, ktry mieci si wanie na linii ich marszruty. Naleao dziaa byskawicznie, by ich stamtd odcign. Podaem rozkaz wycofania si w lewo w kierunku uroczyska Nabornik. Wykonanie tego rozkazu miao przebieg nastpujcy: chcc zmyli przeciwnika co do naszych zamiarw, pozorowalimy atak, wydajc gony okrzyk hura! Taki moment zwykle dziaa na wroga demoralizujco. I teraz niektrzy z nich zaczli si trwoliwie kry. Natomiast my, nie przestajc krzycze hura!, wycofywalimy si powoli. Las by w odlegoci p kilometra. Ale przed lasem rosy krzewy, pitrzyo si te zrbowisko pokryte pniami. Wycofywalimy si grupami po dziesiciu-dwudziestu ludzi, ubezpieczajc si silnym ogniem erkaemw i pistoletw maszynowych. Niemcy szybko zorientowali si w naszych zamiarach i ruszyli za nami. Dopki jeszcze znajdowali si pod oson budynkw, nasz ogie niewiele im przeszkadza w ruchu, lecz w szczerym polu zostali

przygwodeni do ziemi. My tymczasem osignlimy ju pierwsze krzewy i karczowisko. Drzewa znajdoway si o sto metrw z tyu. Wezwaem Bulika i powiedziaem szybko: - Zbieraj swoje kukuki i id. Uplasuj si na brzegu polany przy mostku! - Rozkaz! Zaraz po tym usyszaem gosy naladujce kukuk. Leelimy na miejscu, prowadzc ogie do przesuwajcych si powoli w nasz stron Niemcw. W myl wpojonych im zasad taktyki podrywali si do przodu skokami. Ale my umielimy wykorzysta kad sab stron wroga. Nie strzelalimy, gdy zalegali, czekajc, a podnios si do nowego skoku. Nasze kukuki wysuny si ju z linii do lasu. Byo ich dwunastu najlepszych strzelcw. Ich zadanie miao polega na oderwaniu si od nas i zajciu stanowisk na drzewach. My - po przedostaniu si na wskazan polan - po krtkiej walce mielimy upozorowa ucieczk, naprowadzajc Niemcw prosto na ukrytych w koronach drzew strzelcw. Upyno kilkanacie minut, podczas ktrych Niemcy znacznie zbliyli si do nas. Widziaem, e znw prbuj okry nasze lewe skrzydo, wysyajc na obejcie grup kilkudziesiciu onierzy. Teraz zaczlimy przemyka si do lasu w ten sposb, by nie uszo to uwagi wroga. Niemcy runli do ataku, lecz na skraju, kryjc si za pniami, poczstowalimy ich now porcj oowiu. Nie upyny dwie minuty, jak poderwalimy si do nowej ucieczki. Nie mogem przecie pozwoli, by grupa Niemcw dziaajca z lewej strony wysza nam na tyy. Wprawdzie nie byo to w tej chwili takie niebezpieczne, bowiem esesowcy wykonujcy ten manewr trafiliby z pewnoci pod ogie naszych kukuek, ale ja miaem inny plan, polegajcy na wystawieniu pod ten ostrza gwnych si wroga. Od frontu atakowaa nas kompania liczca okoo osiemdziesiciu ludzi (mniej wicej 20 procent esesowcw byo rannych lub zabitych). Zaczlimy zagbia si w las. Nasze straty wynosiy: piciu rannych i czterech zabitych. Ranni nie schodzili z pola walki, mimo nalega Melmersztajna, ktry rwnie by z nami. Dwch zabitych kolegw zdoalimy wzi ze sob. W lesie spotkalimy grup kilkunastu ludzi, uciekinierw z Bercza. Wrd nich by Cielikowski. W czasie ucieczki otrzyma on silny postrza w brzuch i wi si teraz w boleciach. Piciu modych mczyzn z grupy berczan zwrcio si do mnie o bro. Mielimy zapasowe karabiny i pistolety maszynowe zdobyte na Niemcach z ubezpieczenia. Rozkazaem wyda im t bro. W ten sposb wzmocnilimy nieco nasze sabe siy. Wprawdzie niewiele obiecywaem sobie po tych naprdce zwerbowanych partyzantach, niemniej kada lufa liczya si teraz podwjnie. Poleciem rodzinom wieniakw, by poszy niezwocznie przodem i ukryy si w rejonie stacji Trojanwka. W pewnej chwili nad naszymi gowami zawarcza samolot. Ujrzelimy niemiecki samolot rozpoznawczy Rama. Niemiec zatoczy krg nad nami i odlecia w kierunku Powrska. Polana, na skraju ktrej ukryli si nasi strzelcy wyborowi, bya ju zupenie blisko. Poczekaem, a Niemcy znw znajd si w bezporedniej stycznoci z nami. Ukazali si niebawem, sunc lini dwoma rzutami. Na lewo dostrzegem niemieck grup okrajc. Nie udao im si nas wyprzedzi i zmuszeni byli maszerowa dalej. Poderwalimy si do ucieczki i w tym momencie wrg rzuci si za nami w pogo. Sto metrw za lini lasu skrcilimy nieoczekiwanie w lewo, idc naprzeciwko grupie okrajcej. Wkrtce zagrzechotay za nami pistolety maszynowe. To nasze kukuki siay spustoszenie wrd esesowcw. W dziesi minut pniej Bulik poczy si z nami.

- Towarzyszu dowdco oddziau - meldowa zdyszany. - Rozkaz wykonany! Faszyci uciekli, zostawiajc ze dwudziestu zabitych i rannych... - po chwili ju ciszej i ze smutkiem: - w walce pado te dwch partyzantw. Czekalimy teraz, ukryci w gszczach, na grup okrajc. Ale trwao to zbyt dugo, wrg bowiem utkn po drodze w bagnach, nie mogc si z nich wygrzeba. Poszlimy im naprzeciw. Wysaem jednoczenie kilku zwiadowcw, by informowali mnie o wszystkim, co si dzieje naokoo oddziau. Spotkalimy Niemcw w chwili, gdy grzebali si jeszcze w bagnisku. Kryjc si w gstwinie obsypalimy ich gradem ognia. Tylko garstka z nich zdoaa ocale. Niedugo po tym otrzymaem wiadomo, e z tyu za nami pojawiy si jakie liczne siy niemieckie sigajce ze stu pidziesiciu onierzy. Jednoczenie przedni zwiad donis mi, e drog z Hulewicz jedzie okoo dwudziestu podwd wypenionych Niemcami. Na drodze zauwaono te kilka dzia i modzierzy. Byem pewny, e nie s to te same kompanie, ktre poniosy w dotychczasowej walce z nami tak dotkliwe straty, lecz posiki cignite z Hulewicz i Powrska. Wiadomoci o nas otrzymali chyba z samolotu drog radiow. Niemcy pragnli zapewne wzi nas w kleszcze i osaczy. Nie wolno mi byo do tego dopuci, wic zarzdziem natychmiastowy odwrt na wschd znanymi sobie wertepami, wrd bagnisk i topieli. Zbliao si poudnie. Dni byy teraz krtkie, o czwartej zaczynao ju szarze, a cakowity mrok zapada zaraz po pitej. Te cztery godziny czasu miay zadecydowa o tym, czy zdoamy wyrwa si z ap wroga, czy te bdziemy zmuszeni stoczy z nimi ostateczn walk. Bylimy wyczerpani dotychczasowym bojem. Siy nasze osaby, gdy stracilimy razem szeciu ludzi, a liczba rannych powikszya si do omiu. Naleao opuci teren walk i uda si lasami na pnocny wschd. Odwrt utrudnia nam balast w postaci ciko rannych i zabitych kolegw, ktrych musielimy dwiga na plecach. Mimo tych trudnoci w cigu dwch pierwszych godzin, przedzierajc si przez lene gstwiny i bagna, zrobilimy okoo omiu kilometrw. Zatrzymalimy si na wypoczynek i wanie w tym czasie usyszelimy za sob strzelanin. Bylimy zdumieni tym faktem, nie mogc poj, co si stao. Najpierw pomylaem, e Niemcy trafili pewno na lene obozowisko ydowskie i sieli wrd ludzi mier. C mogem na to poradzi? Zaciskaem wic tylko z wciekoci pici i obiecywaem im zemst. Niedugo jednak usyszelimy huki armat i modzierzy. Trudno byo sobie wyobrazi, by do mordowania bezbronnych potrzebowali a uywa takiej broni. Teraz po odgosach wybuchw ustaliem, e walka toczya si nieco na lewo od lenego obozowiska. Niebawem wszystko ucicho. W par minut potem uzyskalimy odpowied na drczce nas pytanie. Przynis j Aleksander Nieroda, ktry wraz z Karpenk i kilkoma innymi partyzantami pozosta w stray tylnej. - Szwaby pra do siebie! - woa uradowany Sasza. - Ci jadcy z Hulewicz i tamci za nami spotkali si ze sob nad brzegiem malekiej rzeczki Osiny. Ci maszerujcy za nami zostali ostrzelani i zajli obron na prawym brzegu Osiny. Mwi ci, mas trupw nakadli z modzierzy i dzia, zanim si ze sob dogadali. Chopcy zaczli si mia i mnie ogarna teraz wesoo. Zdarzyo si to z pewnoci dlatego, e Niemcy wiedzieli, i partyzanci nosz ich mundury. (Rzeczywicie wikszo naszych chopcw nosia obecnie niemieckie umundurowanie, zdobyte na wrogu.) To wprowadzio ich w bd. - No a co sdzisz o ich siach i planach? - spytaem po chwili. - Czy wezm nas przed noc?

- Teraz ju fraszka. Niemiec w lesie nie straszny - odpar z pewnoci siebie. - Zginie w tych botach jak nic i armaty utopi. - Oby tak byo - rzekem. Znajdowalimy si o kilometr od chutoru Zamtyn w pobliu niewielkiego bezimiennego jeziorka. Na wschodzie rozcigao si olbrzymie bagnisko zwane Radobicza, z zachodu nieco mniejsze bagno Hukowickie, a od pnocy zabezpieczao nas bagnisko uroczyska Zabieniec. Niemcy nie mogli nas osaczy w tym miejscu, gdy jedyn moliw do przebycia drog mieli od strony poudniowej przez gste lasy i bezdroa. O cigniciu w ten rejon artylerii czy nawet modzierzy nie mogo by mowy. A wic stanowisko nasze byo niele zabezpieczone i waciwie nic nam na razie strasznego nie grozio, mimo kilkakrotnej przewagi wroga. Zrobiem krtk narad. - Zostaniemy tu do czasu pojawienia si Niemcw - powiedziaem. - Butko i Bulik pjd z kukukami na czaty. W razie ukazania si wroga da kilka salw i i za nami. - Czy mona co powiedzie, towarzyszu Maks? - spyta stary Mytkayk, ktry przysuchiwa si z zainteresowaniem temu, co mwiem. - Mw, dziadku. - Niemca trzeba wodzi za nos... a si sam zaplcze i pogubi. - Robimy to przecie - odpar Borysiuk. - Maomy im strat zadali? - Robimy, robimy! - achn si stary. - To wszystko nic nie znaczy. Trzeba, ot jak! On idzie tu, a ty idziesz tam, on znw idzie gdzie indziej, a ty mu hyc sprzed nosa w drug stron, i w bok mu troch oowiu sypniesz, ale na tym jeszcze nie koniec. To co z tego, emy im troch przetrzepali grzbiet? Grzbietu nie starczy przetrzepa, trzeba go zama... - Eee, co wy tam, dziadku, pleciecie - wtrci Karpenko. - Grzbiet zama. Niemcw caa chmara, armaty cign, a ty o amaniu grzbietu mwisz. - Poczekajcie - rzekem. - Mwcie, dziadku, to interesujce. - Ot, widz towarzyszu Maks, e z wami dojd do adu - rozpogodzi si Sieryk. - To prawda, e miejsce tu dobre na odpoczynek. Niemiaszki nic nam tu nie zrobi. A w nocy mona czmychn choby pod Grdek, a pniej pod sam Karasin i do Krasnego Boru. Ale to by byo nie po partyzancku. Trzeba ich wcign w takie miejsce, eby si z niego wicej nie wygrzebali. Myl, e musimy zrobi tak: niech wiedz Niemiaszki, w ktrym kierunku chcemy im uciec. Z tyu niech paru partyzantw demonstruje manewry i kieruje ich w stron lasu Gbokie. Po drodze s tam takie topieliska, o jakich si Niemcom nigdy nie nio. Znam jedno takie miejsce, sze kilometrw std, nazywa si uroczysko Kolin. Jest to wski na sto metrw pwysep. Ze wszystkich stron s bagna nie bardzo szerokie, ale za to gbia tam a strach. Jeli uda si ich tam wepchn, wtedy mamy zwierza w potrzasku. Z tyu trzeba im zamkn odwrt Diektiariewami i inn broni maszynow. A po przeciwnej stronie bagnisk, ze wszystkich stron, zasidzie reszta partyzantw. I wtedy zacznie si zabawa, to wszystko - stary skoczy i umiechn si bezzbnymi ustami. Byem zachwycony tym prostym i jasnym planem likwidacji Niemcw, jaki przedstawi Sieryk. Zauwayem, e partyzantom rwnie spodobaa si ta myl, a w wielu oczach zalniy ogniki zadowolenia i gotowoci do spenienia nowego zadania. Miejsce, o ktrym mwi stary, znalimy do dobrze.

- Dzikuj, dziadku, macie suszno - owiadczyem.- Sprbujemy. A teraz ruszamy w drog. Bulik z picioma ludmi niech wraca do tyu i demonstruje. Cay oddzia w oka mgnieniu by gotw. Chcc wykona plan przedstawiony przez Sieryka, naleao dziaa szybko. Ta akcja winna by przeprowadzona jeszcze za dnia. Forsownym marszem ruszylimy do wskazanego rejonu, by mie wystarczajc ilo czasu na rozmieszczenie ludzi na stanowiskach, zanim Niemcy prowadzeni przez Bulika dobrn do pwyspu uroczyska Kolin. * Dochodzia godzina wp do czwartej, gdy ze swego stanowiska dowodzenia, mieszczcego si w ozinach po zachodniej stronie uroczyska, usyszaem strzay, a niebawem moim oczom ukaza si Bulik ze swoj pitk. Cofali si, strzelajc gsto z peemw. Tu za nimi pojawili si Niemcy. Najpierw zobaczyem ich zaledwie kilku, ale za niespena trzy minuty byo ju chyba ze stu. Szli rozwinici w gst tyralier. Syszaem gone komendy podoficerw. Byli bardzo zmczeni, mimo to posuwali si szybko do przodu. Widocznie mieli ju do tego wasania si z tyu za nami i postanowili za wszelk cen zwiza si z partyzantami walk, liczc na atwe zwycistwo. Nastpi rozstrzygajcy moment. Czy wrg zdecyduje si wej w puapk, czy te w ostatniej chwili cofnie si i bdzie si stara obej to niebezpieczne miejsce? Jeli idc w lad za partyzantami trzyma si cile mapy, to moe zorientowa si w naszych planach. Najwaniejsze teraz jest to, by przeciwnik nie spostrzeg ukrytych w zasadzce partyzantw. Bulik wszed ju na pwysep i niebawem caa jego grupka skrya si w przybrzenych chaszczach, wycofujc si do tyu. Niemcy ruszyli prosto na pwysep, lecz znalazszy si u jego podstawy przez moment zawahali si, gono szwargocc midzy sob. Siedzielimy w chaszczach, z napiciem oczekujc na decyzj, jak podejm. Trzymalimy ich na muszkach. Postanowiem, e w wypadku gdy zrezygnuj z wejcia na pwysep, zaatakujemy ich w tym miejscu. Siejc z automatw moglimy std naka mas trupa. W kocu oficer dowodzcy grup wysa do przodu ze trzydziestu onierzy, reszta zacza si rozglda po bokach, niektrzy zapalili papierosy. Przeczekaem par minut i wziwszy na muszk jednego z oficerw puciem seri. Momentalnie las zatrzs si od terkotu automatw i kabekw. Niemcy rozsypali si, szukajc schronienia w tyle i za pniami rzadko rosncych w tym miejscu sosen i brzz. Lecz z tyu odwrt zamkny im cztery erkaemy i pi peemw. Rwnie pnie drzew nie chroniy przed naszym okrnym ogniem. Po upywie kilku minut z pitnastu faszystw leao martwych, a drugie tyle wio si z blu po ziemi. Nagle Niemcy wystrzelili w gr czerwon rakiet. Byo to wezwanie na pomoc. Nie zwlekajc ani chwili wyrwaem zza pasa rakietnic i wystrzeliem z kolei dwie zielone rakiety. Po czym zaadowawszy czerwon wystrzeliem j w kierunku drogi wiodcej z Grdka do Houzji. W ten sposb chciaem pokrzyowa im plany, kierujc odsiecz w stron Grdka i Houzji. Ogie nie ustawa. Niemcy, po chwilowym oszoomieniu, zebrali si wreszcie na odwag i mimo piekielnego ognia naszej broni maszynowej zerwali si do ataku, pragnc wyswobodzi si z puapki. Dwa razy zalegali przygici do ziemi, lecz za trzecim razem udao im si przerwa piercie okrenia po uprzednim zniszczeniu dwch naszych erkaemw. Min kwadrans i bitwa zostaa rozstrzygnita. Niemcy zostawili na placu boju okoo pidziesiciu zabitych i rannych. Ci, ktrzy weszli w gb pwyspu, zginli bd od naszych kul, bd te w grzskim bagnie, do ktrego skakali szukajc ratunku.

Nadszed mrok. Teraz nic nam ju nie grozio. W nocy bylimy zupenie bezpieczni. Partyzanci zaczli zbiera zdobyczn bro i amunicj. Ten i w ciga z niemieckich trupw nowe mundury rzucajc swoje porwane achmany na ziemi. Dziadek Sieryk chodzi wrd partyzantw i mwi z przechwak: - A widzicie, smyki, starego weterana sucha, a nauczycie si wojaczki. Zwiad przynis mi radosn wiadomo o tym, e resztki hitlerowskich si w skadzie okoo stu pidziesiciu onierzy maszeruj w stron Grdka i Houzji. Ludzie po caodziennej nierwnej walce wyczerpali si kompletnie, lecz nie mogem pozwoli im na nocleg. Tej nocy powinnimy wrci do Krasnego Boru. Poniewa nasza droga pokrywaa si w zasadzie z kierunkiem marszu hitlerowcw, zdecydowaem si i rwnolegle, w lad za nimi. Byem przekonany, e Niemcy po bezsennie spdzonej ubiegej nocy bd chcieli zatrzyma si w ktrej wsi na nocleg, a o wicie, wzmocnieni nowymi siami, zaczn nas znowu szuka. Nie przeliczyem si w swoich przypuszczeniach: wrg stan na nocleg w Houzji. My zorganizowalimy krtki postj na wschd od niego. Jeszcze tej nocy czekaa nas droga do Krasnego Boru. Rozpalilimy niewielkie ognisko. Siadem na pniu citego dbu, palc apczywie pierwszego w tym dniu papierosa. W pobliu mnie siedzia Borysiuk i Karpenko. Fiodor patrzy w ziemi. Mylaem, e gniewa si na Borysiuka za tamte sowa. Nagle Borysiuk nie wytrzyma i rzek: - Ty, Fiodor, zapomnij o tamtym... Tak si czowiekowi wyrwie czasem, a potem auje. Fiodor milcza i patrzy w ziemi, kopic nog zesche licie. - No przecie nie chciaem ci obrazi. Wszyscy wiedz, e jeste dzielny. Miae przecie racj mwic o Iwanie i Franku - cign dalej Borysiuk. - No, Karpo, pogd si z nim, nie bd uparty, skoro tak adnie ci prosi - powiedziaem. W tym momencie Fiodor jakby si przebudzi z letargu. Podnis gow i rzek: - To gupstwo, ju dawno zapomniaem. Myl o czym innym. Szwaby zaraz posn jak susy. Nawet patrole zaczn niedugo chrapa. I my mamy w takiej dogodnej chwili zostawi ich w spokoju? - Nie moemy ich teraz atakowa. Wszyscy jestemy cholernie zmordowani. Mamy rannych i zabitych - powiedziaem. - Nie trzeba od razu atakowa. Mona podej pod Houzj i pozdejmowa posterunki. - Ee, kto z chopcw zechce si tam pcha teraz, kiedy czeka nas caonocna droga? - Ja pjd - rzek Karpo. - I Sasza Nieroda te, i Bulik. Mwiem ju z nimi. - I ja - doda Borysiuk. - Jeli mnie Fiodor wemie. - A chod, co mi tam... Odpoczynek nasz trwa dwie godziny. Dochodzia pnoc, jak powrci Fiodor. Wedug jego sw i relacji pozostaych partyzantw, ktrzy wzili udzia w tej nocnej wyprawie do Houzji, udao si im zlikwidowa a dwunastu hitlerowcw stojcych na posterunkach bez oddania jednego strzau: do tego celu suy gwnie partyzancki n i bagnet.

Spotkanie z Bryskim

Zbliaa si zima. Nocami chwytay przymrozki. Chody daway si nam we znaki. Z uzasadnion obaw mylelimy o mrozach, ktre ju niedugo nastpi. Pamitaem ubieg zim, swoje samotne ycie w lesie, dotkliwe zimno, nieustanny gd i trosk o to, by lady na niegu nie zdradziy mej kryjwki. W cigu minionego roku sytuacja moja zmienia si gruntownie. Nie byem ju sam. Byo nas ponad stu ludzi, zahartowanych w walkach z wrogiem, zdolnych do wielu wyrzecze. Lecz jeli wiosna, lato i jesie pod kadym wzgldem pomagay nam w przezwycianiu trudw i napaway nas otuch, to nadchodzca zima budzia w sercach pewien niepokj. Nietrudno byo to wywnioskowa z tej lub innej rozmowy z partyzantami. Po pamitnej masakrze, jak hitlerowcy zgotowali mieszkacom rejonu maniewickiego, podczas ktrej zgino 1024 osoby, spad na nas dodatkowy obowizek ochrony tych rodzin, ktre zdoay si ukry przed okupantem. Ludzi tych byo ponad dwustu. Trzeba byo wyszukiwa dla nich tymczasowe kwatery u znajomych chopw po wsiach, cz z nich, szczeglnie rodziny partyzantw, pozostaa przy oddziale. Niemao kopotw sprawiay nam rwnie obozy ydowskie, potrzebujce olbrzymich iloci produktw i innych materiaw codziennego uytku, jak myda, oju do owietlenia, bielizny, medykamentw. Szeregi naszego oddziau powikszyo ostatnio jedenastu byych onierzy Armii Czerwonej, ktrzy przebywali w chutorach serchowskich, z sierantem Wasi Ziemskowem na czele. Ziemskow by przyjacielem Butki i Bezruka. Pochodzi znad Wogi. W skad oddziau weszo take 15 ydw, ze 20 Ukraicw i 15 Polakw. (Wikszo Polakw, okoo 30 ludzi, penia sub pomocnicz dla oddziau, pozostajc na miejscu w swoich osadach i wsiach. Na zadania chodzili tylko dorywczo. Do tych naleeli nadal: Kazik Sowik, Kraszewski, Baraski, rodziny Surmw, Sudzikw, Dziekaski, Domaradzki i inni.) W sumie, uwzgldniajc cznikw i zwiadowcw, oddzia liczy ponad dwustu ludzi. W lesie byo nas stu czterdziestu. Ju od miesica Koniszczuk dziaa samodzielnie z grup trzydziestu partyzantw. Czynnie zajmowa si organizowaniem i ochron obozw ydowskich, doskonale radzc sobie w rozwizywaniu rnorodnych problemw. Umia kierowa te walk. A wic sprawa jego cakowitego oddzielenia si bya ju waciwie przesdzona. Rozpatrujc wiele spraw zwizanych z najblisz nasz przyszoci, na pierwszym miejscu postawilimy zagadnienie utworzenia dwch wspdziaajcych cile ze sob oddziaw partyzanckich. Na czele dotychczasowego oddziau, liczcego okoo stu partyzantw, pozostaem ja sam, drugim mia od tego czasu dowodzi Koniszczuk. Do pomocy w kierowaniu oddziaem Koniszczuk dobra sobie paru wyrniajcych si, dzielnych partyzantw. Jego zastpc zosta Babicz. Oddzia Koniszczuka skada si teraz z kilku byych onierzy Armii Czerwonej, z trzydziestu miejscowych Ukraicw i kilkunastu ydw. W sumie liczy pidziesiciu ludzi. Uzgodnilimy midzy sob zasady wspdziaania i niesienia sobie wzajemnej pomocy. Zreszt wcale nie mylelimy rozdziela si, lecz przeciwnie, by zawsze w pobliu siebie. Na dowd tego postanowilimy nasze bazy zimowe wybudowa niedaleko, bo zaledwie w odlegoci dwch kilometrw jedna od drugiej. Rozpoczlimy intensywn prac nad przygotowaniem si do lenego ycia w warunkach zimowych. Przez dwa tygodnie w samym sercu Krasnego Boru, w najbardziej ukrytych gstwinach trwaa mozolna praca. Pod toporami partyzantw-drwali paday olbrzymie drzewa, piy ciy drzewo na kloce i okrglaki. Sierpy wycinay nad brzegami bagien trzciny, rce zbieray mas suchych lici i mchw. cigalimy do lasu materia budowlany, cegy, gazy, wapno i szko.

Jak grzyby po deszczu wyrastay codziennie nowe ziemianki. Szykowalimy do obszerny budynek przeznaczony na szpital obozowy. Materia do tego celu zdobylimy, rozbierajc opuszczon w lesie leniczwk. Zbudowalimy kuchni, magazyny i ani popularnie nazywan bani. Jednoczenie zaczlimy ciga do obozowiska mas ywnoci. Pod miasteczkiem Rafawka Niemcy zakopcowali kilkaset ton ziemniakw. Pewnej nocy wyruszylimy tam, werbujc do tego celu ze dwiecie furmanek chopskich. Midzy innymi wcignlimy do tej wyprawy zeenych. Umwilimy si z wieniakami, e z kadej furmanki oddadz nam po 50 kg ziemniakw. Noc rozgrzebalimy kopce, zabierajc niemal ca ich zawarto. W ten sposb zaopatrzylimy si w ziemniaki na zim. Z okolicznych majtkw zabralimy kilkadziesit ton zboa, ktre przerobilimy na mk w mynach Houzji i Karasina. Przy pomocy ludzi z obozu cywilnego zbudowalimy te piekarni. W obozie tym byo wielu specjalistw, midzy innymi czterech piekarzy, ktrzy piekli teraz chleb dla nas i ludnoci cywilnej. Misa mielimy pod dostatkiem. Najwiksze kopoty byy z sol i z mydem. Te artykuy dzielilimy skpo, gdy nie wiedzielimy, kiedy znw nadarzy si okazja zaopatrzenia w nie ludzi. Dla dzieci, chorych i rannych mielimy codziennie wiee mleko. W tym celu pozostawilimy dziesi krw, dla ktrych wybudowalimy specjaln obor. Oddzia wzbogaci si take w konie i furmanki, ktre byy teraz niezbdne dla sprawnego funkcjonowania zaopatrzenia. W tym czasie przeprowadziem rwnie pewn reorganizacj w oddziale. Wydzieliem grup zwiadowcw konnych, liczc dwudziestu ludzi. Reszt partyzantw podzieliem na grupy bojowe. W poowie grudnia ukoczylimy okres przygotowa do zimy i szykowalimy si do nowej wikszej akcji przeciwko Niemcom. Wysaem grup konnego zwiadu pod dowdztwem Chwiszczuka z zadaniem rozpoznania rejonw Karasina i przywiezienia wiadomoci o wrogu. Wrcili jeszcze tego samego dnia bardzo podnieceni. Chwiszczuk niezwocznie zameldowa si w mojej ziemiance. - Co si stao? - spytaem, widzc, e jest bardzo zdenerwowany. - W lasach koo Ludytowa spotkalimy uzbrojonych ludzi - rzek. - Chyba banderowcy albo wasowcy. - Gdzie s ci ludzie? - spytaem. - Nie wzilimy ich. Nie chciaem si zdradza. Byo ich siedmiu, a nas dziesiciu. Kto z nich mg uciec i zameldowa Niemcom. Przecie teraz najwaniejsze jest zachowanie tajemnicy o rejonie naszej bazy. Sam o tym mwie. - I nic o nich wicej nie wiesz? Ani gdzie poszli, ani jakie mieli zamiary? - Jako dziwnie si zachowywali. Zobaczylimy ich z daleka, jak wyszli na dukt. My ukrylimy si w zagajniku. Tak si baem, eby ktry ko nie parskn i nie zdradzi nas, ale jako zachoway si cicho. Oni byli w niemieckich mundurach, a tylko jeden mia radziecki paszcz. Przeszli koo nas, o jakie trzydzieci metrw. Syszelimy, jak rozmawiali ze sob. Dziwilimy si, e mwi po rosyjsku. - To pewnie wasowcy! - rzekem. - To by znaczyo, e Niemcy cignli w te strony ekspedycje karne. Ci wasowcy s szczeglnie niebezpieczni. Moe szukaj nas po lesie. Dobrze zrobie puszczajc ich wolno. - Posaem za nimi Bulika, ale po godzinie zniknli mu z oczu. - A swoj drog trzeba si mie na bacznoci. Suchaj, Dymitr, rozelij wszystkich zwiadowcw w teren po kilku, trzech-czterech. Niech zbior wiadomoci. Jeli trafi si gdzie jaki jeden lub dwch wasajcych si z broni po lesie, nich wezm ich ywcem, bez strzau. Wikszej grupy nie zaczepia.

Ognia nie otwiera pod adnym pozorem, chyba eby caemu obozowi grozio jakie niebezpieczestwo. - Zrobi si - odpar Dymitr. - Myl, e si co nowego szykuje - doda, wychodzc ju z ziemianki. Nie yczyem sobie, aby to co, co si szykowao, miao si sta w rejonie bazy partyzanckiej i obozw cywilnych. Za wiele wysiku kosztowao nas urzdzenie obozu zimowego. Gdyby przyszo teraz opuci to miejsce, mielibymy nie lada kopoty. Przez dwie doby zwiadowcy patrolowali lasy w promieniu pitnastu kilometrw. Trzeciego dnia o wicie jedna z grup przywioda dwch skrpowanych pasami jecw. Byli to modzi, ubrani w niemieckie mundury i paszcze chopcy. Od razu poznaem, e nie s to Niemcy, lecz Sowianie. Bulik, ktry przywid jecw pod moj ziemiank, zameldowa: - Spotkalimy ich o pi kilometrw std, jak myszkowali po lesie. Nic nie chc gada. Ale to chyba wasowcy, zdrajcy, trzeba im bdzie rozwiza jzyki, spuszczajc porzdne lanie. - Nie trzeba. Woaj tu Butk i Wasi Ziemskowa. Pomwimy z nimi powanie. Bulik zawaha si i wzruszy ramionami. Przed ziemiank zebraa si pokana grupka ludzi. Ten i w oglda przybyych z nienawici i obrzuca plugawymi sowami. Kazaem im odej. Zbliyem si i rozkazaem eskorcie rozwiza jecom rce. Po czym wyjem niemieckie papierosy i czstujc ich powiedziaem: - Palcie! Spojrzeli na mnie nieufnie i odwrcili z odraz gowy. - Nie macie chci pali, to nie. Siedziaem przez chwil w milczeniu na klocu drzewa. Niedugo potem przyszli Butko i Ziemskow. Odwoaem ich na bok i powiedziaem, eby sprbowali z nimi porozmawia po rosyjsku. - No i co, chopcy? - spyta Butko. - Sami ecie sobie piwa nawarzyli, a teraz trzeba bdzie je wypi. Ale ycia szkoda, prawda? Mleko jeszcze pod nosem... Do mamy by si chciao. Nieprawda? Chopcy milczeli. - Nie chcecie mwi? Tym gorzej dla was - rzek Ziemskow. - My, widzicie, mamy rne sposoby na takich jak wy. Moemy wam spuci lanie albo jeszcze inaczej... - Lepiej si nie wysilaj - odpar nagle z niechci i pewnoci siebie jeden z jecw, krpy, piegowaty blondyn. - I tak nic nie wskrasz. Rbcie, co chcecie... - i splun przed siebie. - Ej, co mi si wydaje, e bdziemy musieli wygarbowa ci troch skr - rzek Butko, wycigajc z kieszeni nagan. - Gadaj zaraz, ty zdrajco, po cocie tu przyszli? Kto was tu przysa? - Ty nas tym nie strasz! Sam jeste zdrajca - postawi si hardo piegowaty. Butko a zzielenia ze zoci. Szepnem mu na ucho, eby si uspokoi i prbowa porozmawia z nimi spokojnie. Po chwili schowa rewolwer i mwi dalej: - Gupcy... na sub do wroga poszli. I za co? eby to chocia mieli co z tego. Ale przecie nic. Wasny nard zdradza, pfu, a czowieka mdoci bior patrze na takich, co to za marki wrogowi dusz sprzedali... - Butko mwi jeszcze do dugo, lecz jecy wci milczeli.

- Kacie ich, towarzyszu, odesa do aresztu - powiedziaem gono do Butki. - Jak si namyl, wtedy z nimi pomwimy. Maj dwie godziny czasu do namysu. - Rozkaz, towarzyszu dowdco! - odpar Wasia stajc w postawie subowej. W tym momencie zauwayem, e obaj chopcy popatrzyli na siebie jakby z pewnym zdziwieniem, lecz zaraz eskorta skrpowaa im na powrt rce i odprowadzia do osobnej ziemianki. Upyna zaledwie godzina, jak przybieg do mnie jeden z wartownikw ochraniajcych jecw. - Towarzyszu Maks, czy mog co zameldowa? - Meldujcie!- Ci dwaj zaczli si ze sob kci i bi. A e rce mieli zwizane, to kopali si i gryli wzajemnie. Ledwiemy ich rozdzielili. Syszaem, jak jeden krzycza do drugiego, powiem wszystko, bo to s wanie oni. - Jacy oni? - spytaem nic nie rozumiejc. - A wanie, tego to i ja nie wiem. - Dawajcie ich tu! Obydwaj mieli na twarzy siniaki. Znowu wezwaem Butk do ziemianki. - No, powiedzcie, chcecie y czy nie? - spyta. - Zamiast si szarpa ze sob lepiej przyzna si od razu do swoich grzeszkw. Wtedy co najwyej wyznaczymy wam kar i zaczniecie naprawia bdy. Spojrzeli na mnie z uwag. Szczeglnie ten piegowaty przypatrywa mi si w napiciu. W pewnej chwili odezwa si: - Wy nas wzilicie za zdrajcw, a my wcale za takich si nie uwaamy. Nikogo nie zdradzilimy. - No, a suba dla Niemcw to dla was niby nie zdrada? - spyta gronie Butko. - Dla Niemcw?... - Ano tak, wanie. Kto suy faszystom, jest wrogiem nie tylko swojej ojczyzny, ale i innych narodw. Wszystkich wasowcw po wojnie nard odda pod sd. - Wasowcw to pewnie, i jeszcze innych zdrajcw. Ale co my mamy z tym wsplnego? - spyta piegowaty. - Jak to?! - Ano tak. - Gadaj janiej! - Ty mnie nie przymuszaj. Sam powiem, bo tak trzeba. Ale najpierw rozwicie te paski - odpar piegowaty. Skinem gow, kac uwolni ich. - Teraz mog powiedzie, ale towarzyszowi dowdcy - zacz, zwracajc si do mnie. - My partyzanci. Mamy zadanie odnale oddzia partyzancki Maksa. - Maksa? - spytaem. - To ja jestem.

- Tak - oywi si wyranie. - Jak usyszaem, e u was mwi towarzyszu, to od razu pomylaem, e dobrze trafilimy, tylko ci wasi partyzanci bez adnej kultury. - A wy skd przybywacie? - Z daleka, a z Biaorusi. - Jaki oddzia? - Diadi Pieti7. - Gdzie stoicie? - Dziesi kilometrw na pnoc. - Karpo, dawaj tu jedzenie i po setce dla partyzantw Diadi Pieti - zawoaem na Fiodora. - Widzicie, trzeba byo od razu tak powiedzie. Mylelimy, e jestecie wasowcami. - A my, e trafilimy do banderowcw. - No, a co wam rozkaza wasz dowdca? - spytaem. - Nawiza kontakt. Umwi spotkanie. Nasz stary chce was, towarzyszu Maks, pozna. - Moemy tam pojecha, choby dzi - rzekem. - A wy dwaj jak si nazywacie? - Ja Ostrykow - powiedzia piegowaty. - A ja Kowalow. - No dobrze, towarzysze. Posilcie si troch i ruszamy w drog - rzekem, widzc, e kucharz obozowy wnosi do ziemianki kocioki z gorcym krupnikiem, miso, bochen chleba i butelk samogonu. * W dwie godziny pniej jechalimy konno do obozu partyzanckiego Diadi Pieti. Wziem ze sob siedmiu konnych zwiadowcw. Ostrykowowi i Kowalowowi kazaem rwnie przydzieli konie, z czego byli bardzo radzi. Przez ca drog prowadzilimy z nimi rozmow na temat ycia partyzanckiego i walki. Dowiedziaem si, e na caej Biaorusi, wschodniej Ukrainie i w innych rejonach Zwizku Radzieckiego, okupowanych przez Niemcw, ju od jesieni 1941 roku dziaaj oddziay partyzanckie, ktre oczyszczaj olbrzymie rejony od wroga, niszcz transporty i niemieckie garnizony. Ostrykow z dum opowiada o olbrzymich sukcesach Armii Czerwonej na froncie. W ostatnich dniach uzyskali oni wiadomo, e Armia Czerwona otoczya pod Stalingradem wojska niemieckie - 6 Armi dowodzon przez generaa Paulusa. To byy radosne wieci. Upewnilimy si teraz, e nasz trud nie idzie na marne, e jestemy tym maym trybikiem w wielkiej machinie wojennej, ktry spenia swoj waciw funkcj. Obz oddziau Diadi Pieti mieci si wrd bagien, na polanie zewszd otoczonej zwartym masywem krzeww. Zsiedlimy z koni i przywizawszy je do drzew ruszylimy pieszo w gstwin. Ledwie jednak zrobilimy ze dwadziecia krokw, rozleg si gony okrzyk wartownika:

Diadia Pietia - pukownik Anton Pietrowicz Bryski - Bohater Zwizku Radzieckiego.

- Sta! Haso! Zatrzymalimy si, a Ostrykow zawoa: - Kijw! Tamten odpar: Kabura i Ostrykow razem z Kowalowem wysunli si przed nas. Zobaczylimy, jak z krzeww wyszed wartownik. By ubrany w kouch i barankow czapk z czerwon gwiazdk. Poszeptali co z Ostrykowem, a wartownik powiedzia gono: - Nie byo rozkazu. Id sam, jak dowdca pozwoli, wpuszcz... Zrozumiaem, e chodzio o nas. Ostrykow rzuci upartemu wartownikowi jakie przeklestwo i zawoa do mnie: - Poczekajcie tu, towarzyszu dowdco oddziau. Zaraz si zaatwi - po czym znikn w krzakach. Wartownik przyglda si nam z ciekawoci. My zapalilimy papierosy. Wkrtce wrci Ostrykow razem z brodatym, wysokim partyzantem o czarnych przenikliwych oczach, ktry powiedzia do wartownika grubym, chrapliwym gosem: - Wpuci! Rozkaz dowdcy! Poszlimy za Ostrykowem i brodaczem. Niebawem ujrzaem kilkanacie ziemianek, z ktrych wydobyway si nike dymki. Z jednej z nich wysun si redniego wzrostu, moe czterdziestoletni mczyzna z automatem na plecach i kijem w rku. Zacz i nam naprzeciw. Stan przede mn i wycign rk. - Anton Pietrowicz Bryski - rzek z umiechem, witajc si ze mn. - Jzef Sobiesiak, Maks! - odparem. - Prosz, zachodcie, towarzyszu Maks, do mojej ziemianki. Jestemy w tych lasach ssiadami. Trzeba bdzie po ssiedzku pogada. Pozna si. Zostawiem swoich chopcw na placu. Gdy szedem za Bryskim, z ziemianek zaczli wychodzi zaciekawieni partyzanci. - To ci dopiero niespodzianka! - mwi Bryski, podsuwajc mi pniak, abym usiad. - Dwa miesice temu, Batia8, wysyajc mnie tu na Woy i Polesie, powiedzia: Ty, Anton, bdziesz tam organizowa pierwszy oddzia partyzancki, uwaaj na nacjonalistw ukraiskich. Mog si z tob szybko zaatwi. Bo to, widzisz, tam jeszcze nard nic nie wie o partyzantach. Ty tam bdziesz pierwszy. A jaki ja tu pierwszy, kiedy wy ju od roku bijecie Niemca. - Ee, niewiele tu mona zrobi - rzekem. - Nie mamy materiaw ani sprztu. Ale to dziwne... skd si o nas dowiedzielicie? Bryski umiechn si. - Sami wiecie, co wart partyzant, ktry nic nie syszy i nie widzi. Moi chopcy chodz czasami do wsi. Trzeba przynie co do jedzenia i wiadomoci jakie potrzebne. Gdzie nie zajd, to ludzie pytaj: A jak tam Maks? W Karasinie przetrzepalicie Niemcom porzdnie skr, a i pod Berczem niele si im

Batia - pukownik Linkow, sawny radziecki dowdca partyzancki na Biaorusi.

dostao. Tak mwili. Myleli, e moi chopcy s z waszego oddziau. Wtedy zrozumiaem, e oprcz nas dziaaj tu jeszcze inni partyzanci. No i zaczlimy szuka. Od tej chwili potoczya si serdeczna rozmowa. Opowiedziaem mu o sobie, o naszym oddziale partyzanckim, o trudnociach i o wielu problemach dotyczcych tego rejonu. Bryski sucha bardzo uwanie, czasem wtrca jakie pytanie. Najbardziej interesoway go zagadnienia politycznego oblicza oddziau. W kocu zacz mwi o sobie: - Ze mn te bywao rnie. W armii byem oficerem politycznym. W sierpniu czterdziestego pierwszego nasz oddzia dosta si w okrenie pod Borysowem, na Biaorusi. Bilimy si do koca. Ale nadszed czas, e ju si nie starczyo. Trzeba si byo podda. Niektrzy tak zrobili. Tych Niemcy popdzili do lagrw. Byli te tacy, co woleli mier w nierwnej walce ni niewol u faszystw. Zebraem takich kilkunastu i sprbowalimy si przedrze przez niemieckie okrenie. Udao si nam. Chcielimy i w kierunku frontu, ale front przesun si ju ze dwiecie kilometrw. Nie mielimy co je. Ludzie padali z godu na drodze. Musielimy si zatrzyma w lesie. Tam doczyli si do nas inni, ktrzy mieli te same zamiary. Par razy spotykalimy si z Niemcami i policj. Wywizywaa si walka, zdarzali si ranni... To by dodatkowy balast, ktrego nie moglimy ze sob cign. Ale przecie nie wypadao zostawi ich na asce losu. Wtedy przysza zima, pamitacie dobrze, jaka bya cika... Z frontu te nie nadchodziy dobre wieci. Faszyci szli do przodu. I tak zostalimy na Biaorusi. Rozpoczlimy akcj na posterunki policji i mniejsze garnizony niemieckie. Biaorusini pomagali nam w tym. Wielu miejscowych doczyo do oddziau. Wkrtce pod ydkowicami i Lachowiczami spotkalimy spory oddzia dywersyjny Bati. Oddzia ten zosta specjalnie zrzucony na spadochronach w celu organizowania dywersji na tyach wroga. Mieli dobre zaopatrzenie w bro, ywno i rodki cznoci. Samoloty przywoziy z Wielkiej Ziemi wszystko, co jest potrzebne do takiej pracy. Przyczyem si wic do nich. Dziaalimy teraz na wielk skal. Dniem i noc nie dawalimy wrogowi wytchnienia. Wytyczne otrzymywalimy z Moskwy. Mielimy przecie czno radiow z Wielk Ziemi. Ruch partyzancki na Biaorusi szybko si rozszerzy. No a pniej przysza pora, e musiaem si poegna z Bati. Otrzymaem z Moskwy polecenie zorganizowania ruchu partyzanckiego na Woyniu. Suchajc tego, co mwi Bryski, robiem mimo woli rachunek z naszej dziaalnoci. Teraz w caej peni uwiadomiem sobie, e nasza walka nie sza na marne. Bylimy w znacznie gorszej sytuacji od partyzantw na Biaorusi. Zaczlimy goymi rkami, z trudem zdobywajc kady karabin. Nie otrzymywalimy znikd adnego zaopatrzenia, nie posiadalimy adnych wytycznych. Na domiar zego musielimy walczy nie tylko z okupantem, lecz rwnie z miejscowymi faszystami. Ten dzie i noc spdziem w obozie Bryskiego. Jego oddzia liczy zaledwie trzydziestu kilku partyzantw, lecz by doskonale uzbrojony w bro maszynow. Posiada zapasy amunicji i materiaw wybuchowych oraz radiostacj. Bryski zamierza powikszy swoje szeregi, werbujc tu na miejscu ludzi do walki. Zaprosiem Bryskiego do swego partyzanckiego obozu i o wicie ruszylimy w drog. Bryski z ciekawoci oglda nasze pastewko, chwalc pomysowo w urzdzeniu ziemianek, szpitala i ani. Pniej udalimy si do obozw cywilnych, ktre wprowadziy go w niemae zdziwienie. Wieczorem, przy szklance bimbru, powiedziaem mu:

- Wam nie bdzie tu trudno. Macie to, co najwaniejsze. Bro i trotyl. Tyle tu mona zrobi, jeli si ma trotyl. - I zaczem mu opowiada, jakich to sposobw chwytalimy si, chcc prowadzi dywersj na linii kolejowej Kowel-Sarny. - Macie racj - odrzek. - Teraz chyba transporty s najwaniejsze. Ilemy ich wysadzili na Biaorusi! I tu bdziemy robi to samo. Wiecie co, towarzyszu Maks, mog wam da troch trotylu. A minierw macie u siebie w oddziale? - No, takich prawdziwych fachowcw nie ma, jeden by, ale zgin w Karasinie. Niektrzy nasi chopcy co tam si nawet od niego nauczyli. Tor umiej rozerwa, a i pocig wysadzi. - Na wszelki wypadek przydziel wam jednego miniera od nas. Ten zna dobrze robot. Bryski rozmawia wiele z partyzantami, midzy innymi z Butkiem, Bezrukiem i Ziemskowem, onierzami Armii Czerwonej, ktrzy byli w moim oddziale. W dzie po jego odjedzie otrzymaem od niego podarunek w postaci pidziesiciu kilogramw trotylu. Trotyl przywiz Ostrykow. Okazao si, e to on wanie jest tym przydzielonym mi do pomocy minierem. Byem rad, widzc go w swoim oddziale. Rozpoczlimy przygotowania do akcji dywersyjnych na linii kolejowej Kowel-Sarny. Ostrykow zapoznawa ludzi ze sposobami minowania torw kolejowych. Ja rwnie pilnie przysuchiwaem si jego wykadom. Opracowaem plan akcji, wybierajc miejsce dywersji na odcinku Trojanwka Maniewicze i Trojanwka - Rafawka. Po paru dniach bylimy gotowi. Wrd siedemnastu partyzantw, ktrzy mieli wzi udzia w tej operacji, byli: Borysiuk, Chwiszczuk, Butko, Sowik, Kraszewski, Podgrski, Baraski. Bardzo nam si przyday informacje uzyskane od Aleksandra Nierody, dotyczce ruchu transportw wojskowych, wyruszajcych z Kowla do Sarn. Za dnia opucilimy Krasny Br zmierzajc na Karasin. Przed wieczorem bylimy ju na brzegu lasu w pobliu Karasina, po czym ruszylimy w kierunku wsi Maniewicze i dalej na poudniowy zachd w rejon uroczyska ejcha. wit zasta nas na miejscu. Siedzielimy w lesie w odlegoci kilkuset metrw od toru. Przed nami byszczaa podmoka ka, poronita kpkami krzeww i sitowia. Dalej wida byo nasyp toru kolejowego. Po przeciwnej stronie czernia si ciana wysokiego lasu, przetykana rudawozotymi pniami sosen. Co p godziny na torze pojawia si dyszcy ciko parowz, a tu za nim dugi w wagonw. Obserwowalimy ten nieustanny ruch z radosnym dreniem serca. Widzielimy platformy z czogami i armatami, wagony towarowe z wojskiem. Czasem pdziy z zawrotn szybkoci pocigi osobowe z pulmanowskimi wagonami: wiedziaem, e w takich wagonach jad oficerowie niemieccy. Mielimy do dyspozycji cay dzie. czylimy teraz stugramowe kostki trotylu w wizki po kilkadziesit sztuk kada. Jeszcze w obozie przygotowalimy specjalne deszczuki, ktrymi teraz oboylimy szczelnie kostki trotylu, wic cao sznurkami. W ten sposb powstaa dua mina o wadze 7-8 kg. W czasie tej pracy stwierdzilimy, e zgino nam kilkaset metrw sznura, ktry nis jeden z nowych partyzantw. Zgubi go w czasie nocnej wdrwki. Cae szczcie, e zauwaylimy to jeszcze za dnia. Bez tego sznurka nie mona byo nawet myle o wysadzeniu choby jednego transportu. Mielimy zapalniki nacigowe i chcc wysadzi pocig naleao uwiza do zawleczki zapalnika sznurek i szarpn nim w odpowiednim momencie, wycigaj w ten sposb zawleczk. Oczywicie e ten, kto mia to zrobi, musia si znajdowa o kilkadziesit metrw od miejsca wybuchu.

Tak wic sznurek by nam niezbdny, musielimy go koniecznie zdoby. Nie chciaem pokazywa si miejscowej ludnoci, by nie ciga na nikogo zemsty Niemcw za przysz akcj na torach. Lecz teraz nie zostao mi nic innego, jak posa ludzi do wsi. Poszed Bulik i ten nowy, ktry sznurek zgubi. - Uwaajcie na siebie - ostrzegem ich. - Nikt nie moe wiedzie, e tu jestemy. Wracajcie nie pniej, jak o trzeciej. Chopcy zniknli wkrtce w lesie, szli do wsi Czerewacha, omijajc kadego napotkanego na lenej drodze czowieka. Bulik by wcieky na swego wsptowarzysza. - Jak ja bym by dowdc, to za tak rzecz poszedby pod sd - powiedzia. - Cae szczcie, e gupcw nie wyznaczaj na dowdcw - odci si tamten. - To ja dla ciebie jestem gupiec, tak? - spyta gronie Bulik. - Wiesz, co ci powiem. Pjdziesz sam do wsi, a ja tu zaczekam. Zobaczymy, jak si sprawisz. Czy si czasami nie zesrasz w spodnie. We wsi jest policja i peno faszystw. - A jak nie pjd? - Pjdziesz. Ja ci rozkazuj! - Ee, mwi ci, e nie pjd. - Ty cierwo! - rzuci si Bulik, wyrywajc z kabury nagan. - Albo zrobisz, co mwi, albo nadziej ci mzg oowiem! - Bdziesz wtedy odpowiada! - Powiem, e ucieka i daem ci w eb. Zginiesz jako zdrajca. - No, daj spokj. Taki jak ty do wszystkiego jest zdolny. Pjd, co nie mam i. Sam jestem winien. Ale z ciebie tchrz... - No, ruszaj ju, bez gadania! W par minut po odejciu niefortunnego partyzanta Bulik wysun si za nim. Chcia go tylko wyprbowa i troch nastraszy. Widzia jego sylwetk migajc wrd drzew. Chopak szed prosto do wsi. W pewnym momencie Bulik zauway na drodze jakiego wieniaka. Nowy partyzant nie prbowa si wcale ukry, lecz siad sobie i zapali papierosa. Obcy mczyzna chcia si cofn, ale partyzant przywoa go do siebie. Po chwili zaczli o czym rozmawia. Co to wszystko moe znaczy? - myla Bulik. - Czyby zapomnia drogi do Czerewachy? Przecie ten dure gotw sprowadzi jeszcze na nas jakie nieszczcie! Zacz si do nich skrada, chcia podsucha, o czym tak ywo rozprawiaj. Przedziera si przez niewielki, lecz gsty zagajnik. Gdy znalaz si o kilkadziesit metrw od nich, zauway, e chop siad rwnie na ziemi i co manipuluje przy nogach. Nie widzia jednak dobrze, co si tam waciwie dzieje, gdy partyzant i wieniak zasonici byli modym wierkiem. Jego niepokj wzrasta. Mino z dziesi minut, chop wsta z ziemi i oddali si. Bulik wypad z ukrycia z rewolwerem w garci. - Gadaj zaraz, kto to by ten chop! - zawoa do partyzanta. - Mylae, e nic nie widziaem? Kompana spotkae? No, o czym mwilicie, gadaj, bo kropn w eb!

- Mwiem, e gupiec, i wcale si nie pomyliem - rzek spokojnie chopiec. - Chcesz wiedzie, o czym emy sobie rozmawiali, to ci powiem. O adnej pogodzie i o innych rzeczach. Musiaem go bajerowa. No, popatrz, co zdobyem - wycign z kieszeni kbek sznurka. Bulik spoglda na niego ze zdziwieniem. - Skd to wzie? - Dostaem od niego. - Nie kam! - No i gadaj tu z nim. Nie wierzysz, to szkoda gadania... Chwil trwao milczenie, w kocu Bulik rzek pojednawczo: - No mw. - Tak, to co innego. Widzisz, id drog i z daleka widz chopa. Tylko mu si nogi migaj w biaych lnianych portkach. A na nogach apcie. Wanie te apcie tak mnie zaciekawiy, e nie zszedem mu z oczu. Przecie apcie maj sznurki, motuski, kilkadziesit metrw sznurka! Zrazu chcia zwia, ale go przywoaem, poczstowaem papierosem, i pniej zagadnem o to i owo. W kocu mwi: No, dziadka, poycz mi sznurka. A on patrzy mi w oczy z umiechem i wzrusza ramionami, niby to dajc do zrozumienia, e nic takiego nie posiada. No to ja pokazuj na jego apcie: Macie na nogach. Niezy wo, w sam raz bdzie. Troch si waha, alem go wreszcie przekona. Powiedziaem, e jak nie da, nie ruszy si std ani na krok. No i da. By blady i trzs si ze strachu. Pniej, jak ju odchodzi, modli si do gono. Zdawao mu si chyba, e spotka wariata. - Ale ty spryciarz, nie wiedziaem, e taki. Dawaj ap na zgod. - Bulik miejc si ucisn do partyzanta. Bardzo mu si spodoba ten pomys i postanowi wcale nie i do Czerewachy, lecz tym samym sposobem obrobi jeszcze kilku chopw zdajcych do Maniewicz. * Nim nasta wieczr, bylimy gotowi do dziaania. Wystawiem ubezpieczenia w obydwu kierunkach toru. Ja za z Borysiukiem i Ostrykowem zrobilimy wykop i umiecilimy w nim min z zapalnikiem. Po czym przywizalimy do zawleczki sznurek z koskiego wosia. Po p godzinie robota bya ukoczona. cignem ludzi na skraj lasu, o jakie osiemdziesit metrw od toru. Teraz w wielkim napiciu czekalimy na nadejcie pocigu. Bya godzina szsta wieczorem, na dworze zrobio si mroczno. Za pi minut mia przejeda pocig wojskowy. Usyszelimy ostry gwizd parowozu od strony stacji kolejowej Maniewicze, a zaraz po tym guche dudnienie i syk pary. Trzymaem w spoconej doni sznurek i niecierpliwiem si, wypatrujc pojawienia si pocigu. A mnie bolay oczy z nadmiernego wysiku. Dudnienie na torze roso coraz bardziej. Czy aby wszystko zostao zrobione jak naley? Musz opanowa nerwy, by nie wycign zawleczki przedwczenie. Nie ma obawy. Ostrykow ley obok. Zna si na tej robocie. Umwilimy si, e poda mi sygna. Powinienem pocign za sznurek w chwili, gdy przejdzie parowz. Pocig by coraz bliej. Niebawem bysn lepiami reflektorw. Parowz dysza ciko, dudniy koa... Wstrzymaem na chwil dech, ledzc zbliajce si jasne lepia.

Nagle poczuem szarpnicie za marynark. To by sygna Ostrykowa. Z caych si pocignem za sznurek. Olepiajcy bysk i okropny huk... W gr leciay strzpy desek, kaway elaza. Trzaski i walenie o ziemi. To spaday z nasypu wagony. Sycha byo zgrzyty metalu i wrzaski ludzi. Parowz stoczy si w d wysypujc z paleniska arzce si wgle i snopy iskier. Wybuchy pomienie. W ich blasku ujrzelimy kilkanacie wagonw zwalonych z nasypu i ze dwudziestu onierzy biegajcych w popochu dokoa. Jczeli ranni. Pad jaki strza, za nim drugi, trzeci... Wtedy daem rozkaz do wycofania si. Gdy bylimy z pi kilometrw od toru, wywizaa si tam ostra strzelanina. Na noc zatrzymalimy si w lesie pod Koniskiem. Wysaem Baraskiego do Maniewicz, eby si dowiedzia, jakie straty zadalimy nieprzyjacielowi w wyniku wysadzenia transportu. Wrci nastpnego dnia koo dziesitej. Jeden z jego kolegw, Wacek Przybyszewski, pracowa na stacji kolejowej jako lusarz i po wypadku z pocigiem bra udzia w usuniciu zwalonych wagonw i naprawie torw. On to opowiedzia Baraskiemu, jakie byy straty wroga. Pocig mia trzydzieci wagonw i platform zaadowanych artyleri przeciwpancern. Trzynacie wagonw i platform spado z wysokiego nasypu. Dziaa i sprzt artyleryjski zostay zniszczone. Zgino te kilkudziesiciu hitlerowskich onierzy i oficerw z jednostki artyleryjskiej. Naprawa uszkodzonej linii kolejowej trwaa niemal dwie doby. Niemcy nie posiadali nigdzie w pobliu urzdze i dwigw do usunicia zniszczonych wagonw. Zmuszeni byli wic ciga je a z Kowla i Sarn. Czekalimy cierpliwie, a wrg oczyci lini kolejow, by sprawi mu now niespodziank. Na trzeci noc ruch na kolei wznowiono. Tym razem wybralimy odcinek na wschd od Maniewicz, bliej Rafawki, niedaleko Polskiej Gry. W tym miejscu tor kolejowy tworzy uk wysunity grzbietem na pnoc, w kierunku Woczecka. Zajlimy stanowiska z poudniowej strony toru. Wiedziaem, e w cigu doby Niemcy przepuszczaj na tej linii ponad dwadziecia wojskowych transportw. Kilka z nich to pocigi osobowe, przeznaczone dla przewozu oficerw. Wedug przepisw oficerowie niemieccy odbywali podr na front w pulmanowskich wagonach osobowych. Postanowilimy wysadzi taki wanie pocig. Mina ju od dwch godzin bya umieszczona pod torami. W kierunku Sarn przeszy trzy transporty z jakim sprztem. Widzielimy, e jeden z pocigw zawiera drewniane kloce, deski i zwoje drutw kolczastych. Pniej nastpia duga przerwa. Zaczlimy si niecierpliwi. Byo ju dobrze po pnocy, a aden nowy pocig nie jecha. Okoo trzeciej nad ranem pojawia si na torach drezyna. W wietle latarki ujrzelimy trzech andarmw. Jechali powoli, sprawdzajc tory. - Sprztniemy ich! - rzuci szeptem Chwiszczuk. - Mona ich wzi bez strzau. Skoczy na plecy. - Daj spokj - odparem. - To dobrze, e sprawdzaj tory. Widocznie niedugo przejdzie tdy wany transport. Jeli oni nie wrc, na stacji wstrzymaj ruch i wszystko diabli wezm. - Masz racj. - eby tylko nie zauwayli, e tu co si szykuje - powiedziaem. Drezyna powoli zbliaa si do miejsca, gdzie umiecilimy adunek. Mina zostaa dokadnie zamaskowana kamieniami, mimo to obawiaem si, by jej nie wykryli. Po ciemku moglimy zostawi jakie lady, ktre wzbudziyby w nich podejrzenie. Na szczcie nie byo jeszcze niegu; pierwszy, ktry spad tydzie temu, znik, zostawiajc po sobie bajora i kaue.

andarmi wiecili latarkami wzdu toru. Serce mi bio przyspieszonym rytmem. Jeli wykryj min, musimy ich kropn i odesa drezyn do Maniewicz. W dzie odczymy tylko sznurek od zawleczki, a pierwszy transport, jaki si napatoczy z wieczora, wyrzucimy w powietrze - mylaem gorczkowo, wpatrujc si w zarys poruszajcej si lamazarnie drezyny. Oto ju jechali w to miejsce. Latarka ogarna swym wiatem nasyp, jasna smuga przelizna si po torze... Wreszcie odetchnem. Przejechali. Mino jeszcze z pitnacie minut i Niemcy zniknli nam z oczu. W p godziny potem usyszelimy gwizd parowozu na stacji Rafawka. Niebawem ujrzelimy jasno owietlony pocig. Nie mielimy adnych wtpliwoci: jecha osobowy. Z tego miejsca doskonale widzielimy, jak pocig zatacza uk na wybrzuszeniu, w poszczeglnych wagonach palio si wiato. Znw trzymaem w rku sznurek, czekajc na odpowiedni moment, by zerwa min. W pewnej chwili usyszaem gos Borysiuka: - Daj, Maks, teraz ja to zrobi! - Nie, ja! - wtrci Chwiszczuk. - Nie dae wzi tamtych andarmw, to zrb mi t przyjemno! - Dajcie spokj. Nie bdziemy si teraz spiera, kto wysadzi pocig - rzekem. - Chod tu, Kazik, tobie si te co naley - oddaem sznurek Sowikowi. - Tylko cignij mocno. A wy nastpnym razem. Kazik jutro pjdzie do Maniewicz, a wy zostaniecie, okazji wam nie zabraknie. Osobowy sun w wielkim pdzie. Nagle bysk i huk, a pniej znany nam ju omot spadajcych wagonw. I znw podsumowalimy wyniki. Kazik Sowik uda si w Maniewiczach do parkieciarni, gdzie Niemcy zamwili trumny dla zabitych oficerw. Rozmawia z robotnikami, ktrzy owiadczyli, e kazano im w cigu jednego dnia zrobi sto siedemdziesit dbowych trumien. Dowiedziaem si, e z omiu wagonw, ktre byy w skadzie pocigu, pi zostao zniszczonych lub zrzuconych z nasypu. Udao nam si unieszkodliwi jeszcze cztery transporty. Poleciay w powietrze pocigi z uzbrojeniem, amunicj i zapasami ywnoci jadce na front wschodni. Dopiero po dziesiciu dniach ruszylimy z powrotem do partyzanckiej bazy w Krasnym Borze. * Zaraz po powrocie z akcji na torach spotkaem si z Koniszczukiem. - Co mylisz o Bryskim? - spyta mnie. - Zdaje si, e to uczciwy i dzielny czowiek! - I ja te tak sdz. - Teraz, gdy jestemy obok siebie, powinnimy chyba wspdziaa z nimi. Tak bdzie lepiej. On ma due dowiadczenie w walce partyzanckiej, posiada materiay wybuchowe, bro i amunicj. Ma te czno radiow z Moskw. - Zawsze marzyem o tym, ebymy mieli radio. - Czy wiesz, e Bryski zaprasza naszych chopcw do siebie na wysuchanie komunikatw radiowych? - Nie byo mnie cay tydzie.

- Ofiarowa nam pi pistoletw maszynowych i par skrzynek amunicji. Miaem trudnoci z broni. Przyszli do mnie nowi i chodzili z goymi rkami. Chopcy si bardzo ucieszyli. - Trzeba si dowiedzie, jakie s jego zamiary. Nie chciabym, eby std odszed tak nagle, jak si pojawi. - Musimy tam pj i omwi nasz wspprac... jeli si zgodzi. Tego popoudnia zjawilimy si w obozie Diadi Pieti. Bryski siedzia nad sprawozdaniem dla Linkowa. Ucieszy si ujrzawszy nas. - To bya adna robota, towarzyszu Maks - powiedzia. - W radiogramie komunikujemy o wysadzeniu przez was szeciu pocigw. - Wzi w rk arkusz zapisanego papieru i odczyta punkt dotyczcy naszej ostatniej akcji. W sprawozdaniu bya mowa o oddziaach partyzanckich - moim i Koniszczuka ktre wspdziaaj z Bryskim w walce z wrogiem, wykazujc dzieln postaw. - Jestemy wam bardzo wdziczni - rzekem wzruszony. - Mamy do was prob. - Sucham, towarzyszu Maks! - Chcielibymy uzgodni z wami nasze wspdziaanie. - No c, to dobra myl. Sam chciaem wam to zaproponowa. - A wic zostaniecie tu z nami? - spyta Koniszczuk. - Oczywicie. Po to tu przybyem. Zim spdzimy w lasach. Bdziemy rozkrca robot. Marz o tym, eby cay Woy i Polesie stay si wielkim ogniskiem walki partyzanckiej. Wierz, towarzysze, e pomoecie mi w tym. - Niczego wicej tak nie pragniemy - owiadczyem. Bryski wsta i ucisn nam mocno donie. W jego agodnych piwnych oczach dostrzegem wdziczno i zaufanie. - Moemy przecie walczy pod jednym dowdztwem - rzekem - wy, towarzyszu Bryski, wydawajcie rozkazy, a my sprbujemy je wykonywa. Popatrzy mi w oczy z wielk powag. - Czy jestecie pewni, e nasza wsppraca bdzie si naleycie ukadaa? - Tak, wierzymy w to. Bdziemy robili, co w naszej mocy, eby tak wanie byo - odparem. - A wic dobrze. Przyjmuj t propozycj. W tydzie pniej odbya si narada, na ktrej omwilimy wszystkie szczegy organizacyjnego podporzdkowania si rozkazom Diadi Pieti. Utworzylimy brygad partyzanck, w skad ktrej weszy oddziay Bryskiego, Koniszczuka i mj. Dowdc brygady zosta Bryski. Powsta sztab brygady, do ktrego, jako szef sztabu, wszed starszy sierant Wasia Butko. Zastpc dowdcy brygady by kapitan Aniszczenko. Ja otrzymaem do pomocy szefa sztabu, ktrym zosta lejtenant Borys Gierasimow z oddziau Bryskiego. Od tej pory nastpi nowy okres w dziejach naszej walki z hitlerowskim najedc. Czekaa nas jeszcze duga, trudna droga do wolnoci, droga, ktra wyrwaa wiele ofiar rwnie z naszych szeregw.

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Obwolut i stron tytuow projektowa Zygmunt Ziemka Ksika zatwierdzona przez Ministerstwo Owiaty pismem z dnia 10.VI.1961 r. nr P3-1831/61 do bibliotek licew oglnoksztaccych (ki. XXI), technikw (kl. IV-V) i zakadw ksztacenia nauczycieli. Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1966. Wydanie III Nakad 20 000 egz. Objto 19,05 ark. wyd., 20,25 ark. druk. Papier druk. mat. V kl. 65 g. (z Zakadw Celulozowo-Papierniczych im. J. Marchlewskiego we Wocawku). Format 82X104/16. Druk ukoczono w marcu 1966 r. Wojskowe Zakady Graficzne w W-wie. Zam. nr 2738 z dnia 10.XI.1965 r.