Vous êtes sur la page 1sur 179

Szosa wookoamska

Aleksander Bek

Spis treci
Na przedniej linii ...................................................................................................................................... 3 Czowiek bez nazwiska ........................................................................................................................ 3 Strach................................................................................................................................................... 7 Sdcie mnie!..................................................................................................................................... 12 Nie umiera, lecz y! ........................................................................................................................ 18 General Panfiow ............................................................................................................................... 24 Trzy miesice temu............................................................................................................................ 32 Ko ysek i koska historia ......................................................................................................... 39 Pierwszy marsz .................................................................................................................................. 45 Naprzd! ............................................................................................................................................ 51 Sprbujcie, zmierzcie si z nami!....................................................................................................... 58 Bj.......................................................................................................................................................... 62 Znowu u Baurdana Momysz-Uy ...................................................................................................... 62 W przeddzie bitwy ........................................................................................................................... 64 Godzina w towarzystwie Panfiowa .................................................................................................. 68 Bitwa na drodze................................................................................................................................. 78 Oddae Moskw! .............................................................................................................................. 88 Jeszcze jeden bj o drog .................................................................................................................. 94 Dwudziesty trzeci padziernika ....................................................................................................... 103 23 padziernika - u schyku dnia ...................................................................................................... 116 Jestemy tutaj! ................................................................................................................................ 127 W domu gajowego .......................................................................................................................... 139 Osiemdziesit siedem ...................................................................................................................... 146 Ranek ............................................................................................................................................... 151 Na skrzyowaniu drg ..................................................................................................................... 155 W Wookoamsku u Panfiowa ........................................................................................................ 169

Na przedniej linii
Opowie Baurdana Momysz-Uy, oficera armii czerwonej, o strachu i nieustraszonoci

Jeli czowiekowi zdarzy si w yciu ujrze co niezwykego, na przykad: wybuch ziejcej ogniem gry, ktry znis z powierzchni ziemi kwitnce osiedle ludzkie, powstanie uciemionego narodu przeciw wszechmocnemu wadcy lub najazd nieznanego i nieposkromionego plemienia na ziemi ojczyst - wszystko to winien przela na papier. Jeli za nie jest obeznany ze sztuk snucia sw opowieci za pomoc paeczki do pisania, winien opowiedzie swe wspomnienia czowiekowi dowiadczonemu w pimie, aby ten na trwaym papierze opisa, co mu opowiedziano - dla pouczenia wnukw i prawnukw. Z opowieci W. Jana Dengis Chan

Czowiek bez nazwiska


1 W ksice tej speniam tylko rol sumiennego i starannego kronikarza. Oto s jej dzieje. 2 - Nie - odpowiedzia ostro Baurdan Momysz-Uy - nic wam nie opowiem. Nie znosz, kiedy ludzie pisz o wojnie na podstawie cudzych sw. - Dlaczego? Odpowiedzia pytaniem. - Czy wiecie, co to jest mio? - Wiem. - Przed wojn rwnie sdziem, e wiem. Kochaem kobiet, poznaem, co to jest namitno, lecz wszystko to jest niczym w porwnaniu z uczuciem mioci rodzcym si w walce. Na wojnie, w walce, rodzi si najsilniejsza mio i najsilniejsza nienawi, o jakich ludzie, ktrzy tego nie przeyli, nie maj pojcia. A czy zdajecie sobie spraw z tego, co to jest walka wewntrzna, co to jest poczucie obowizku albo, jak my to nazywamy, sumienie onierza? - Rozumiem - odpowiedziaem mniej pewnie. - Nie, nie rozumiecie tego. Nie macie pojcia o tym, jak walcz ze sob, jak szarpi si nawzajem i wyrywaj sobie wosy dwa uczucia: strach i obowizek. Najdrapieniejszy zwierz nie potrafi walczy tak zaciekle, jak te dwa uczucia. Wiecie, co to jest sumienie czowieka pracy, sumienie czowieka w ogle, ale o sumieniu onierza nic nie wiecie. Czy rzucalicie ju kiedy granat w schron nieprzyjaciela? - Nie...

- Wic jake bdziecie pisa? onierz naciera wraz ze swoj kompani, strzelaj do niego z karabinw maszynowych, obok padaj jego koledzy, a on wci czoga si i czoga. Mija godzina - szedziesit minut. Kada minuta liczy szedziesit sekund. I w cigu kadej sekundy moe on by ze sto razy zabity. A mimo to czoga si. To jest sumienie onierza, jego obowizek. A rado? Czy wiecie, co to jest uczucie radoci? - Chyba i tego nie wiem - odpowiedziaem. - Susznie! Znacie radosne uczucie mioci, a moe i rado twrczoci. Najprawdopodobniej ona dzielia si z wami szczciem macierzystwa. Ale kto nie zazna radoci zwycistwa nad wrogiem, radoci z powodu czynu bojowego, ten nie zna najsilniejszego, najpomienniejszego uczucia radoci. Wic jake bdziecie o tym pisa? Macie zamiar zmyla? Na stole lea numer czasopisma z reportaem o panfiowcach, o onierzach tego puku, ktrym dowodzi Baurdan Momysz-Uy. Przysun gwatownie pismo do lampy - ruchy jego byy porywcze nawet wtedy, gdy rzuca zapak po zapaleniu papierosa - przejrza kartki, pochyli si nad otwart stronic i odsun zeszyt czasopisma. - Nie mog czyta! - rzek. - Na wojnie czytaem ksik napisan krwi, nie atramentem i nie owkiem. Lecz c moecie wy napisa o wojnie? Prbowaem oponowa, ale Baurdan Momysz-Uy by nieprzejednany. - Nie - powiedzia ostro - nienawidz kamstwa, wy za nie napiszecie prawdy. 3 Dugo szukaem czowieka, ktry mgby mi opowiedzie o bitwie pod Moskw, czowieka, ktrego opowiadanie ujoby cel i istotny sens tej operacji, a zarazem zaprowadzioby mnie tam, gdzie wszystko zostaje wystawione na prb, gdzie wszystko si decyduje - w bj. Nie bd opisywa moich poszukiwa. Opowiem tylko to, co jest niezbdne. Z przestudiowanego przeze mnie materiau wiedziaem, e nacierajc w padzierniku i listopadzie 1941 r. na Moskw i usiujc zewrze kleszcze wok naszej stolicy, nieprzyjaciel rwnoczenie par do celu wprost, zadajc gwny cios wzdu szosy wookoamskiej, nastpnie za wzdu leningradzkiej. W cikich dniach padziernika, kiedy Niemcy przeamali front pod Wiam i na czogach, motocyklach, ciarwkach posuwali si w kierunku Moskwy, na przedpolach szosy wookoamskiej zagrodzia im drog 316 dywizja piechoty, obecnie znana powszechnie jako 8 dywizja gwardii im. generaa-majora Iwana Panfiowa. Nieprzyjaciel, rozpoczwszy drug, listopadow, ofensyw na Moskw, wbija klin w tym samym kierunku - i znw walczyli tutaj panfiowcy. W siedmiodniowej bitwie pod Kriukowem, w odlegoci trzydziestu kilometrw od Moskwy, panfiowcy wesp z innymi jednostkami Armii Czerwonej wstrzymali napr Niemcw i odparli nieprzyjaciela. Udaem si do panfiowcw nie znajc jeszcze ani nazwiska, ani stopnia wojskowego tego czowieka, ktry opowie mi histori wielkiej dwumiesicznej bitwy. Miaem jednak gbokie przewiadczenie, e go spotkam. I rzeczywicie spotkaem go. By to Baurdan Momysz-Uy - w dniach bitwy pod Moskw starszy lejtenant, dzi za, po dwu latach pukownik gwardii.

4 Zapoznajc si ze mn wymieni swoje nazwisko. Nie dosyszaem, wic zapytaem jeszcze raz. - Baurdan Momysz-Uy - powtrzy wymawiajc wyranie sylaby. Wydao mi si, e w tonie, jakim to powiedzia, brzmi nuta zniecierpliwienia. Lubi widocznie, by go rozumiano od razu, pomylaem sobie. Zwyczajem korespondenta wyjem notes. - Przepraszam, jak si pisze wasze nazwisko? Odpowiedzia: - Nie mam nazwiska. Byem zdumiony. Wytumaczy mi, e w przekadzie na rosyjski Momysz-Uy oznacza syn Momysza. - Jest to imi mego ojca - cign dalej. - A nazwiska nie mam. Rozumiecie? - Nie, nie rozumiem. Spojrza na mnie i nic nie powiedzia. Dopiero pniej, kiedy zapoznalimy si bliej, dowiedziaem si, dlaczego mwi o sobie jako o czowieku bez nazwiska. - Byem i bd Kazachem - rzek!. - Kiedy uczyem si w szkole razem z Rosjanami, wiele dzieci kazachskich zamiast swoich imion zaczo przybiera odpowiednie imiona rosyjskie: Kostia zamiast Kuranbek, Szura - zamiast Szupan. Mnie dzieci zaczy nazywa Borysem, Bori... Mwiem: Nie jestem Bori, byem i pozostan Baurdanem. A chopcy na to: Boria! Krzyczaem: Boria? Masz za Bori! Jak tylko kto nazwa mnie Bori, dostawa po karku. Dochodzio nie tylko do ez, lecz nawet do przelewu krwi. Wreszcie dyrektor szkoy, dobry i mdry staruszek, zebra nasz klas i rzek: Nie nazywajcie go Bori, ma on adne imi Baurdan. Momysz-Uy chcia si umiechn, ale mu si nie udao. Ostro zarysowane, jak gdyby wyrzebione wargi poruszyy si, drgny i zwary si. Twarz jego nie wyraaa owej macierzyskiej agodnoci cechujcej, jak powszechnie sdz, ludzi Wschodu. Spotyka si wiele twarzy, ktre wydaj si wyrzebione - jedne z wyjtkow starannoci, inne znw niedbale, byle jak. Twarz Baurdana Momysz-Uy robia wanie wraenie rzeby. Zdawaa si by wyryta w brzie ostrym narzdziem, ktre nie pozostawio ani jednej agodnej, mikkiej linii. Twarz ta obudzia we mnie pewne wspomnienie z lat dziecicych. Na sztywnych granatowych okadkach dziel Mayne Reida czy Fenimore Coopera by wytoczony ostry profil Indianina. Wydawao mi si, e profil Baurdana przypomina w wypuky wizerunek. Z jego mongolskiej niadej twarzy o nieco wystajcych kociach policzkowych, zazwyczaj spokojnej, w chwili gniewu nie podobna byo nic wyczyta, wiecia jedynie para wielkich, czarnych oczu. Przygldaem mu si i na nowo ogarniao mnie zdumienie. Czowiek o tak silnym poczuciu dumy narodowej, ktry w obronie honoru swego kazachskiego imienia stacza krwawe bjki, opowiada o tym wszystkim po rosyjsku, swobodnie wada caym bogactwem tego jzyka. Nawet wzruszony, mwi poprawnie, budowa zdania bez zarzutu, jedynie pewna powolno jego mowy brzmiaa nienaturalnie. Spostrzegem, e kiedy mwi po kazachsku, sowa jego pyny potoczyciej. Wzi papierosa, z trzaskiem zamkn papieronic i powiedzia uparcie:

- Jeeli mimo wszystko bdziecie kiedykolwiek o mnie pisali, prosz nazywa mnie po kazachsku: Baurdan Momysz-Uy. Niechaj wiedz wszyscy, e jestem Kazachem, pastuchem, ktry pasa barany w stepie, e jestem czowiekiem bez nazwiska. 5 Od razu pierwszego wieczora naszej znajomoci miaem szczcie by obecnym przy rozmowie Baurdana Momysz-Uy z przybyymi do puku oficerami - ludmi, ktrzy jeszcze nie wchali prochu. Baurdan mwi o duszy onierza. Rozwija sw myl wolno i opowiedzia midzy innymi o jednej z bitew koo szosy wookoamskiej. Serce we mnie zadrao. Szybko wyjem notes, usiadem w pobliu lampy, ktra palia si bez szka, i zaczem skwapliwie notowa. Nie wierzyem jeszcze we wasne szczcie, ale czuem: oto s stronice tak dugo oczekiwanej opowieci. Po skoczonej rozmowie skorzystaem z okazji i poprosiem Baurdana, by od pocztku do koca opowiedzia histori wookoamskiej szosy. - Nie - odpowiedzia Baurdan Momysz-Uy - nic wam nie opowiem. Czytelnik zna ju dalszy przebieg naszej rozmowy. 6 Nie ulegao dla mnie wtpliwoci, e Baurdan Momysz-Uy w tym wypadku by niesprawiedliwy. Pragnem tego samego co on: prawdy. Jego charakterystyki i oceny ludzi, zwaszcza tych, ktrzy nie zaznali ycia onierskiego, byy jednak czstokro zbyt surowe. Sdz, e mona by to czciowo wytumaczy modoci Baurdana. W tym czasie, gdymy si poznali, ukoczy wanie trzydzieci lat. Otrzymawszy kategoryczn odmow przestaem nalega, w cigu jednak wielu dni nie odstpowaem Baurdana. Lubi i umia opowiada. Korzystaem z okazji i starajc si nie przeszkadza mu, cierpliwie notowaem. Przyzwyczai si do mnie. Przyjaciele Baurdana opowiedzieli mi histori jego ycia. W szkole dano mu dwa przezwiska: Wielkooki i Szan Tymes. To drugie przezwisko oznacza w dosownym przekadzie: niedostpny dla kurzu. Bya to nazwa legendarnego konia, ktry pdzi z tak szybkoci, e nawet kurz, wzbity jego kopytami, nie osiada na nim. Pewnego razu powiedziaem do Baurdana: - A jednak napisz o was. I gdzie w jakim miejscu wspomn, e w szkole nazywano was Szan Tymes. Umiechn si. Umiech zmienia jego twarz - surowe, niby dutem rzebione oblicze nabierao nagle dziecinnego wyrazu. - A wy jestecie koniem artyleryjskim - powiedzia agodnie. - Nie obraajcie si, to komplement. Ko artyleryjski idzie wolno, trudno go zawrci, ale kiedy zawraca, cignie za sob rwnie dziao. Zawrcilicie mnie... Opowiem wam wszystko, co chcecie. Ale pod warunkiem... musicie pisa prawd. Skoczon ksik przyniesiecie mi. Zgoda?

- Zgoda - odpowiedziaem. Jego wielkie czarne oczy spoglday na mnie badawczo. - Bierzcie papier, owek - rzek. - Piszcie: Rozdzia pierwszy. Strach.

Strach
1 - Piszcie - powiedzia Baurdan Momysz-Uy. - Rozdzia pierwszy, Strach. Pomyla chwilk, po czym rzeki: - Nie znajc strachu panfiowcy rwali si do boju... Jak wam si zdaje - dobry pocztek? - Nie wiem - odpowiedziaem ostronie. Tak pisz kaprale od literatury - powiedzia ostro. W cigu tych paru dni, ktre tu spdzilicie, kazaem was umylnie oprowadza po takich miejscach, gdzie od czasu do czasu wybuchaj dwie, trzy miny, gdzie czasami wiszcz kule. Chciaem, ebycie poznali uczucie strachu. Nie macie potrzeby przyznawa si, wiem doskonale, e musielicie pokonywa w sobie strach. Czemu wic wy i wasi koledzy-pisarze mniemacie, e wojuj jacy nadprzyrodzeni ludzie, a nie tacy sami jak wy? Dlaczego sdzicie, e onierz wyzuty jest z uczu ludzkich waciwych wam? Jestecie moe zdania, e bohaterstwo - to dar przyrody? Albo moe dar magazyniera, ktry wraz z paszczem wydaje kwit na nieustraszono zaznaczajc w spisie: otrzyma? Byem do dugo na wojnie, zostaem dowdc puku i mam, zdaje mi si, do podstaw, by owiadczy: rzeczywisto wyglda inaczej! Na co liczyli Niemcy, gdy wtargnli do naszego olbrzymiego kraju? Byli przekonani, e wraz z nimi uda si na wypraw wschodni na czele kolumn pancernych genera Strach, przed ktrym wszystko, co ywe, pochyli gowy lub rzuci si do ucieczki. Nasza pierwsza bitwa w nocy z 15 na 16 padziernika 1941 roku bya rwnie bitw ze strachem. A po siedmiu tygodniach, kiedy odparlimy Niemcw spod Moskwy, pobieg za nimi rwnie genera Strach. Wreszcie Niemcy zaznali - moe po raz pierwszy podczas tej wojny - co to znaczy, kiedy komu strach depce po pitach. 2 Do poowy padziernika, do chwili rozpoczcia si walk na pozycjach pod Moskw, nie uczestniczylimy w bitwach. Po wyruszeniu z Kazachstanu w cigu ptora miesica przebywalimy w botach obwodu leningradzkiego, w odlegoci trzydziestu do czterdziestu kilometrw od frontu, na tak zwanej drugiej linii obrony, stanowic odwd naczelnego dowdztwa. Rano 6 padziernika otrzymaem rozkaz wymarszu z batalionem w kierunku najbliszej mijanki. Czekay ju tam na nas wagony towarowe i platformy. W nocy, po zaadowaniu si batalionu, pocig ruszy. Dokd? Tego chwilowo nie powinien by wiedzie nikt, nawet ja - dowdca batalionu.

Zdawao si, e jedziemy nie na front, lecz w przeciwnym kierunku. Pocig pdzi do stacji wzowej Boogoje nigdzie si nie zatrzymujc. Po drodze powiedziano nam, e na stacji Boogoje czeka nas obiad. Ale kto wci pogania, wci popdza nasz pocig. Obiadu nie zdono nam rozda. Zmiany parowozu dokonano w cigu dwch, trzech minut. Sygna lokomotywy - i pocig ruszy w dalsz drog. Kady by ciekawy, w jakim kierunku pojedziemy z Boogoje. Wkrtce wyjanio si - pocig szed w kierunku Moskwy. Tam wanie co ptorej - co dwie godziny pdziy, nie zwalniajc biegu na maych przystankach, nasze transporty - 316 dywizja piechoty. Po co, w jakim celu, przerzucaj nas tam? Nie wiadomo. Dlaczego pdzimy z tak szybkoci? Dokd, jak drog ruszymy z Moskwy dalej? Gdzie si zatrzymamy? Nie wiadomo, nie wiadomo. Niezwyka szybko ruchu wprawia nas wszystkich w stan trwonego podniecenia. Mylelimy: nareszcie zaczyna si dla nas prawdziwe ycie onierzy, nareszcie zabieramy si do czynu, idziemy w bj! 3 7 padziernika wyadowalimy si w lesie w pobliu Wookoamska, w odlegoci stu dwudziestu kilometrw na zachd od Moskwy. Wezwano mnie na stacj do dowdcy puku. Wryy mi si gboko w pami niskie, elazne wiee cignce si wzdu toru kolejowego, pokryte w celu zamaskowania szarymi i zielonymi pasmami. Byy to zbiorniki benzyny. Czy mogem wwczas przypuszcza, e wkrtce ujrz, jak na tle ponurego padziernikowego nieba te elazne wiee bez adnego dwiku - dwik dobieg dopiero pniej - bez ognia i dymu, ktrym pokry si horyzont dopiero po chwili, e ujrz, jak te wiee unios si wszystkie naraz w gr i wolno, jak gdyby zawisnwszy na chwil w powietrzu, run z powrotem na ziemi? Kiedy zbliyem si do budynku stacji, z ktrego pniej pozosta jedynie pozbawiony dachu szkielet z cegy i dugie pasma sadzy nad wybitymi oknami, ujrzaem z dala dugi pocig skadajcy si z platform zaadowanych dziaami. Kto mnie zawoa. Obok pocigu ujrzaem pukownika Malinina, dowdc puku artylerii naszej dywizji. - Jak si wam te cacka podobaj, odszczepiecze - powiedzia Malinin. - adne, co? Nazywa mnie odszczepiecem, od kiedy si dowiedzia, e ja, artylerzysta i dowdca baterii, na wasne yczenie przeniosem si do piechoty. Dziaa byy posmarowane fabrycznie - grub warstw ciemnego, gstego smaru armatniego. Przybyy one tutaj przed chwil jako uzupenienie naszej artylerii dywizyjnej. - Oho - powiedziaem - s wrd nich i cikie. - Te hipopotamy bdziemy ustawia jako dziaa forteczne...

- Czy dugo tu pozostaniemy? - Przezimujemy chyba. Obejmujemy wookoamski RU. Wiecie chyba, e RU to skrt oznaczajcy rejon umocniony? Byem rozczarowany. A wic znw bdziemy na tyach, znw w odwodzie. Nie wiedziaem, e daleko na przedzie, za Wiam, Niemcy przecili front osaniajcy Moskw, e cztery dni temu Hitler wobec caego wiata owiadczy przez radio: Armia Czerwona jest unicestwiona, droga na Moskw stoi otworem. A Moskwa budowaa w owym czasie gorczkowo now lini frontu w odlegoci stu dwudziestu do stu pidziesiciu kilometrw od miasta, na pozycjach, ktre weszy do historii jako dalekie przedpola stolicy. Z dworcw moskiewskich bez przemwie i orkiestr odchodziy bataliony komunistyczne w cywilnej odziey. Bro i umundurowanie onierze otrzymywali w drodze. Na dzie, dwa przed naszym przybyciem przerzucono samochodami ciarowymi przez Wookoamsk w kierunku Morza Moskiewskiego Oficersk Szkol im. Rady Najwyszej. Tu za ni udaa si tam wraz z dziaami wiczebnymi Moskiewska Oficerska Szkoa Artylerii odznaczona orderem Czerwonego Sztandaru. Moskwa - uywam tego wielkiego sowa symbolicznie, majc przy tym na myli Kwater Gwn, Kreml, Stalina - Moskwa wysyaa przeciwko nieprzyjacielowi wiee siy i sprzt bojowy, midzy innymi rwnie i te dziaa. W sztabie puku potwierdzono, e dywizja otrzymaa rozkaz objcia i umocnienia wookoamskiego rejonu umocnionego. Wskazano mi odcinek mego batalionu. 4 Wieczorem rozpoczlimy marsz nocny w kierunku rzeki Ruzy, pooonej w odlegoci trzydziestu kilometrw od Wookoamska. Jako mieszkaniec poudniowego Kazachstanu, przyzwyczajony byem do pnej zimy, tutaj za, pod Moskw, na pocztku padziernika poranki byy ju mrone. O wicie po zamarznitej drodze, po stwardniaym, rozkopanym przez kola biocie, zbliylimy si do wsi Nowlanskoje, najwikszego osiedla na odcinku wyznaczonym naszemu batalionowi. Oko moje od razu spostrzego kontury niewysokiej dzwonnicy, czerniejcej na tle zamglonego nieba. Pozostawiem batalion w pobliu wsi w lesie, sam za razem z dowdcami kompanii udaem si na rozpoznanie. Batalionowi memu wyznaczono odcinek obrony: siedem kilometrw wzdu brzegu wskiej, krtej rzeki Ruzy. Wedug regulaminu taki odcinek podczas bitwy za duy jest nawet dla puku. Nie niepokoio mnie to jednak. Byem przekonany, e jeli nieprzyjaciel istotnie dotrze kiedykolwiek tutaj, spotka si na przestrzeni tych siedmiu kilometrw nie z jednym batalionem, lecz z dziesicioma naszymi batalionami. Z takim wyrachowaniem, mwiem sobie, trzeba przygotowa umocnienia. Nie spodziewajcie si po mnie, e odmaluj w sposb artystyczny przyrod. Nie wiem nawet, czy rozpocierajcy si przede mn widok by adny, czy te nie. Na ciemnym zwierciadle wskiej, spokojnej Ruzy leay wielkie, jakby rzebione licie, z ktrych latem prawdopodobnie wykwitay biae lilie. Jest to, by moe, pikne, ja jednak zanotowaem sobie: ndzna rzeczuka - pytka i dogodna do przeprawy dla nieprzyjaciela.

Jednake stoki brzegu z naszej strony uczynilimy niedostpnymi dla czogw. W d ku wodzie opada urwisty taras, zwany w jzyku wojskowym przeciwczogowym skopem stoku lub krtko skarp. Brzeg byszcza od wieo wykopanej gliny z wycinitymi na niej ladami opat. Daleko za rzek wida byo otwarte pole i masywy lene. W pewnym miejscu, nieco na ukos od wsi Nowlanskoje, las znajdujcy si na przeciwlegym brzegu siga prawie do rzeki. Posiada wszystko, czego mg sobie yczy artysta-malarz malujcy rosyjski las na jesieni, ale co do mnie, to wyda mi si obrzydliwy: najprawdopodobniej tu wanie, ukrywajc si przed naszym ogniem, mg skoncentrowa nieprzyjaciel swe siy do ataku. Do diaba z tymi sosnami i wierkami! Wyrba je! Odsun las od rzeki! Jakkolwiek nikt z nas, jak ju mwiem, nie spodziewa si tutaj w najbliszym czasie walk, to jednak postawiono przed nami zadanie umocnienia skraju obrony. Trzeba byo wic zadanie to wykona z najwiksz sumiennoci, jak przystoi oficerom i onierzom Armii Czerwonej. 5 Nastpnego dnia ujrzelimy pierwszych zwiastunw odwrotu. Wlekli si mieszkacy, ktrzy pozostawili gdzie cay swj dobytek. Wida byo wrd nich onierzy; niewielkimi grupami wydostawali si z okrenia. Dzie by pochmurny, wia zimny wiatr. Drobny, kolcy nieg, niby kasza, pokry traw i skupia si niewielkimi plamami koo stwardniaych grudek zoranej ziemi. Bya pora obiadowa. onierze jedli kryjc si przed wiatrem za kopczykami gliny albo w nie wykoczonych okopach. Idc wzdu linii, zaznaczonej sterczcymi w ziemi opatami, usyszaem: - Nie, chopcy, nie uderzy on stamtd, skd oczekujecie... Nie lubi on le tam, gdzie si go spodziewaj!... Brzczay yki. W dole, za niewysokim nasypem, kilku onierzy jado obiad. - A c on lubi? Z wymowy poznaem, e pytanie to zada Kazach. - Oskrzydli i basta... A wtedy dowiesz si, co lubi... I znw odezwa si Kazach: - A co wtedy? Czyj to okop? Kto tu jest z Kazachw? Pami podpowiedziaa mi, e to moe by Barambajew. Tak, tu znajdowaa si obsuga jego karabinu maszynowego. Albo Galliulin... Obydwaj naleeli do tej samej obsugi karabinu maszynowego. - Wtedy nie daj si - powiedzia jaki inny gos. - U Niemcw zginiesz... - Las nas ukryje... Do lasu on nie lubi chodzi. I znowu cicho zabrzczay yki. Milczenie przerwa czyj nieznany glos. - Worek mj tam zosta i menaka. Siedzielimy, jedlimy tak jak teraz, a tu nagle... Domyliem si: razem z moimi onierzami jedli tu obiad ci, ktrzy wydostali si z okrenia. Chciaem si wtrci, gdy nagle przysza mi do gowy pewna myl... W pobliu ujrzaem byszczc stal

lufy karabinu maszynowego, ukrytego za starannie uoon darnin. Obok karabinu maszynowego dyurowa onierz z obsugi. W magazynie sterczaa tama z nabojami. - Czy w porzdku? - spytaem. - Wystarczy nacisn, towarzyszu dowdco batalionu! Przykucnem, wycelowaem w powierzchni rzeki i nacisnem na jzyk spustowy. Karabin maszynowy zatrzs si i da seri. Zajci budow schronw, nie strzelalimy tu jeszcze - byy to pierwsze strzay, ktre rozlegy si nad skrajem naszej obrony. Kto wyskoczy z dou. - Alarm! - krzyknem. - do broni! I w tej samej chwili, jak faszywe echo, odezwa si czyj glos: - Niemcy! Gos by dziwnie przyguszony, czowiek nie wykrzykn, lecz raczej wyszepta to sowo, jak gdyby Niemcy byli obok, jak gdyby bal si, e Niemcy go usysz. W nastpnej chwili ludzie zaczli ucieka. Nie zdyem nawet zauway, jak si to stao. Wszystko odbyo si w mgnieniu oka. Do lasu byo niedaleko - sto pidziesit do dwustu krokw. Ludzie biegli w tym kierunku. W pobliu usyszaem wcieky okrzyk: - Stj! Po chwili tym samym gosem kto zacz siarczycie kl. By to cekaemista Bocha. Gdy mnie spostrzeg, pobieg w moim kierunku, do karabinu maszynowego. Przenikno mnie ostre niby iga uczucie mioci. adnej kobiety nie kochaem tak jak biegncego ku mnie Boch. Teraz zatrzyma si Galliulin, olbrzymiego wzrostu Kazach, tragarz z zawodu, ktry z atwoci dwiga na swych szerokich barach ciki karabin maszynowy. Opuci gow i przyciskajc rk do serca, w milczeniu prosi o wybaczenie, podczas gdy nogi niosy go ju w moj stron razem z Boch. Nastpny bieg ku mnie Murin w okularach: przed wojn by aspirantem konserwatorium i pisywa artykuy z dziedziny historii muzyki. Ale kto popchn go wskazujc mu pobliski las i Murin znw pomkn jak zajc, lecz ponownie odwrci si i stan. Jego spocona twarz na wtej szyi zwracaa si to w moj stron, to znw w stron lasu. Po chwili przetar szka palcami i pobieg z powrotem do mnie. Wszyscy oni naleeli do jednej druyny, stanowili obsug tego samego karabinu maszynowego... Brako teraz tylko dowdcy druyny - sieranta Barambajewa. Czsto przygldaem si, jak zwinnie Kazach Barambajew skada i rozkada karabin maszynowy, z jak atwoci niczym mechanik odnajduje defekty. Oto i my, Kazachowie, podobnie jak Rosjanie, stajemy si narodem mechanikw, mylaem sobie niekiedy, obserwujc Barambajewa. A teraz Barambajew przemkn prawdopodobnie niepostrzeenie nie majc odwagi spojrze mi w oczy... W milczeniu patrzyem na powracajcych... Wiedziaem, e moi onierze s uczciwymi ludmi. W tej chwili drczyo ich uczucie wstydu. W jaki sposb zaoszczdzi im w przyszoci tak mczcego

uczucia, uratowa ich od haby? Czy mog mie pewno, e i w przyszoci nie rzuc si do ucieczki, a potem znw nie bd rozumieli, jak si to mogo im zdarzy? C miaem z nimi robi? Perswadowa? Porozmawia? Skrzycze? Wsadzi do aresztu? Odpowiedzcie, prosz, co miaem robi?

Sdcie mnie!
1 Siedziaem w swoim schronie podparszy opuszczon gow rkami tak oto (Baurdan Momysz-Uy pokaza, jak) i utkwiwszy wzrok w pododze rozmylaem. - Czy mona wej, towarzyszu dowdco batalionu? Kiwnem na znak zgody, nie podnoszc gowy. Wszed oficer polityczny kompanii cikich karabinw maszynowych, Damuhammed Bozanow. - Aksaka - powiedzia cicho Bozanow po kazachsku. Aksaka oznacza dosownie siwobrody - tak nazywaj u nas najstarszego w rodzie - ojca. Aksakaem nazywa mnie niekiedy Bozanow. Spojrzaem na Bozanowa. Jego okrga poczciwa twarz wyraaa zdenerwowanie. - Aksaka... W kompanii zaszed niezwyky wypadek. Sierant Barambajew przestrzeli sobie rk. - Barambajew? - Tak jest... Doznaem uczucia, jak gdyby kto mnie cisn za serce. Barambajew by Kazachem tak samo jak i ja, mia zote serce. By dowdc obsugi cikiego karabinu maszynowego. To jego wanie nie doczekaem si wwczas. - Co z nim zrobi? Zabie go? - Nie... Opatrzyem i... - I co? - Aresztowaem go i przyprowadziem do was... - Gdzie jest? Wprowad go tutaj! Tak... A wic mam w batalionie pierwszego zdrajc, ktry sam sobie zada ran. I kto okaza si tym zdrajc? Barambajew... Wszed stpajc zwolna. W pierwszej chwili nie poznaem go, Twarz mia szar, obrzk, jak gdyby zastyg - podobna bya do maski. Taki wyraz twarzy maj zazwyczaj umysowo chorzy. Zabandaowana lewa rka Barambajewa zwisaa: banda by zakrwawiony. Jego prawa rka drgna ale spotkawszy si z moim wzrokiem Barambajew nie odway si zasalutowa i opuci bojaliwie rk.

- Mw - rozkazaem. - Sam nie wiem, towarzyszu dowdco batalionu, jak si to stao... Jako niechccy... Sam nie wiem jak. Powtarza w kko te sowa. - Mw. Nie usysza ode mnie ani jednego obelywego sowa, chocia si tego widocznie spodziewa. Zdarzaj si w yciu chwile, kiedy wszelkie wymylanie nie ma ju adnego sensu. Barambajew opowiedzia, e biegnc w stron lasu potkn si, upad i wwczas karabin wystrzeli. - Kamstwo! - powiedziaem. - Jeste tchrzem! Zdrajc! Ta kich jak ty ojczyzna tpi! Spojrzaem na zegarek. Byo okoo godziny pitnastej. - Lejtenancie Rachimow! Rachimow, szef sztabu batalionu, wsta. - Lejtenancie Rachimow! Prosz tu przysa szeregowca Boch Niech si stawi niezwocznie. - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. - Za godzin i kwadrans - o szesnastej zero zero - zarzdzi zbirk batalionu na polance na skraju lasu... To wszystko. Moecie odej - rozkazaem Rachimowowi. - Co chcecie ze mn zrobi? Co chcecie ze mn zrobi? - jednym tchem, jakby obawiajc si, e nie zdy, wymwi Barambajew. - Zostaniesz rozstrzelany przed frontem batalionu! I nagle Barambajew klkn. Swe rce, zarwno zdrow, jak i obandaowan, zaplamion krwi - wiadectwo haniebnego czynu wycign ku mnie. - Towarzyszu dowdco batalionu... powiem prawd... Towarzyszu dowdco... To ja sam... Umylnie... - Powsta! - powiedziaem. - Przynajmniej w obliczu mierci nie zachowuj si jak ndzny robak. - Wybaczcie... - Wsta! Wsta. - Ech, Barambajew - agodnie zwrci si do niego Bozanow. - Powiedz mi, co ty sobie myla? Przez chwil zdawao mi si, e to ja wypowiedziaem te sowa, e wyrwao mi si to, czego nie wolno i nie naleao mwi. - Nie mylaem - wyszepta Barambajew - nie mylaem ani przez chwil. Sam nie wiem, jak si to stao. Znw czepia si tych sw jak toncy brzytwy. - Nie kam, Barambajew! - powiedzia Bozanow. - Mw dowdcy batalionu prawd.

- Ale to prawda, wita prawda... Patrz... Krew... oprzytomniaem - po co to zrobiem? Szatan skusi... Nie rozstrzeliwujcie mnie, przebaczcie mi, towarzyszu dowdco batalionu! Moliwe, e w tej chwili mwi prawd. Moliwe, e tak wanie odbyo si wszystko: zamroczenie, byskawiczna katastrofa - strach wzi gr nad rozsdkiem. Ale tak wanie ludzie uciekaj z pola walki, popeniaj zbrodni wobec ojczyzny nie zdajc sobie potem czstokro sprawy z tego, jak si to mogo sta. Zwrciem si do Bozanowa: - Zamiast Barambajewa dowdc druyny bdzie Bocha. I ta druyna, ludzie, z ktrymi razem y i ktrych porzuci ratujc si ucieczk, rozstrzelaj go przed frontem batalionu. Bozanow nachyli si do mnie i szepn: - Aksaka, a czy mamy prawo? - Tak - odpowiedziaem. - Pniej zdam komu trzeba spraw, ale teraz, za godzin, wykonam to, o czym mwiem. A wy przygotujecie tymczasem meldunek. Ciko dyszc wszed do schronu szeregowiec Bocha i poruszajc jasnymi, ledwo zaznaczonymi brwiami zameldowa w sposb niezupenie regulaminowy, e si stawi. - Czy ty wiesz, po co ci wezwano? - spytaem. - Nie, towarzyszu dowdco batalionu. - Spjrz na tego tu... Poznajesz? Wskazaem na Barambajewa. - Ech, ty!... - rzek Bocha. Ton, jakim to powiedzia, by peen pogardy i politowania. - i morda twoja staa si jaka plugawa. - Rozstrzelacie go wy - zwrciem si do Bochy - wasza druyna. Bocha zblad. Zaczerpn powietrza, westchn pen piersi i rzek: - Wedug rozkazu, towarzyszu dowdco batalionu. - Wyznaczam was na dowdc druyny. Wraz z oficerem politycznym Bozanowem - przygotujcie ludzi. - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. Podszedem do Barambajewa i zdarem z jego munduru dystynkcje i czerwon gwiazd. Sta z poszarza, znieruchomia twarz; rce opady mu bezradnie. 2 W oznaczonym czasie, punktualnie o czwartej - poszedem do batalionu, ktry ustawi si w ksztacie podkowy. Porodku wolnej od ludzi przestrzeni sta Barambajew w paszczu, zwrcony twarz do szeregw. - Batalion, baczno! - poda komend Rachimow.

W panujcej dokoa ciszy rozleg si i zamar dwik niezwyky, uchwytny tylko dla ucha dowdcy: to poruszyy si i zastygy naraz wszystkie karabiny. Zasmucon dusz napenio na chwil uczucie radoci. Nie, to ju nie tum odziany w szare paszcze to onierze, sia, batalion. - Na wasz rozkaz batalion gotw! - zameldowa Rachimow. W takiej chwili, na tym skrawku ziemi rosyjskiej, wobec stojcego przed szeregami czowieka bez pasa i bez gwiazdy, z haniebn ran na zabandaowanej rce - wzruszay nawet zwyke sowa meldunku. - Dowdco druyny, Bocha! Wraz z druyn - do mnie! - rozkazaem. W milczeniu szli przez pole - na przedzie niewysoki Bocha i olbrzymi Galliulin, tu za nim Murin i Dobriakow, ktry wczoraj mia sub przy karabinach maszynowych; powani, skupieni, szli jeden za drugim, starajc si w obliczu kilkuset ludzi zachowa spokj. Byli jednak zdenerwowani. Bocha da komend: Druyna, stj! Wszystkie karabiny opuciy si jednoczenie do nogi. Bocha spojrza na mnie, zapomnia jednak zameldowa. Poszedem sam do niego i zasalutowaem. W odpowiedzi rwnie zasalutowa i niezupenie przepisowo zameldowa, e wraz z druyn stawi si na rozkaz. Tu spytacie zapewne, po co to wszystko, w dodatku w takich okolicznociach? Ot wanie w takiej chwili staraem si podkreli w kadym drobiazgu, e jestemy wojskiem, jednostk wojskow. Druyna ustawia si w szereg i na komend wykonaa w ty zwrot. Powiedziaem: - Towarzysze onierze i dowdcy! - Ludzie, ktrzy tu stoj przed wami, rzucili si wczoraj do ucieczki, kiedy wydaem komend: Alarm! Do broni! Po chwili jednak odzyskali panowanie nad sob i wrcili... Tylko jeden spord nich nie wrci - ich dowdca... Przestrzeli sobie rk, eby wymiga si od frontu. Ten tchrz, ktry zdradzi ojczyzn, bdzie teraz na mj rozkaz rozstrzelany. Oto on! Odwrciem si w stron Barambajewa i wskazaem na niego palcem. Patrzy na mnie, wycznie na mnie, chwytajc si kurczowo ostatniej nadziei. Mwiem dalej: - On kocha ycie, pragnie si cieszy powietrzem, ziemi, niebem, rozkoszowa si wasnym oddechem, uderzeniami swego serca. Wic postanowi: wy umierajcie, a ja bd y. Tak yj pasoyty - cudzym kosztem. Suchano mnie w milczeniu, bez ruchu. Kilkuset onierzy stojcych przede mn wiedziao: nie wszyscy pozostan przy yciu, wielu spord nich wytrci z szeregu mier. Ale w cigu tych kilku minut przekraczali jak granic i w sowach wyraziem to, co zrodzio si w ich duszach. - Tak, bd tacy, ktrzy polegn w boju. Ale tego, kto zginie mierci onierza, ojczyzna nie zapomni. Synowie i crki bd mwili z dum, e ojciec ich by bohaterem Wojny Narodowej. Bd o nim mwili rwnie jego wnukowie i prawnukowie. Ale czy wszyscy zginiemy? Nie. onierz idzie do boju

nie po to, by umrze, lecz by zabija wroga. I tego, kto po spenieniu swego obowizku, po stoczonych bojach wrci do domu, ludzie bd rwnie nazywali bohaterem Wojny Narodowej. Jak dumnie, jak sodko brzmi sowo: bohater. My, uczciwi onierze, doznamy sodkiego uczucia chway, a ty... - Tu znw zwrciem si w stron Barambajewa - bdziesz tu lea jak padlina, bez czci i honoru. Dzieci twoje wyrzekn si ciebie. - Wybaczcie - cicho wymwi Barambajew po kazachska. - Zlitujcie si nad dziemi. - Co, przypomniae sobie dzieci? One stay si dziemi zdrajcy. Bd ze wstydem wspominay twoje imi, bd ukryway, kto by ich ojcem. ona twoja zostanie wdow po tchrzu, zdrajcy, ktrego rozstrzelano przed frontem oddziau. Przeklnie dzie, w ktrym zostaa twoj on. Napiszemy o tobie do domu. Niech tam wszyscy wiedz, e sami zgadzilicie siebie. - Wybaczcie... Polijcie mnie w bj... Sowa te wymwi nie bardzo gono, ale poczuem, e syszeli go wszyscy. - Nie! - odrzekem. - My wszyscy ruszymy w bj! Cay batalion pjdzie w bj! Czy widzisz tych oto onierzy, ktrym rozkazaem wystpi z szeregw? Poznae ich? To onierze druyny, ktrej bye dowdc... Rzucili si do ucieczki wraz z tob, ale zawrcili. Tote nie pozbawieni zostali zaszczytu brania udziau w walce. Mieszkae z nimi razem, jade z nimi z jednej menaki, przykrywae si jednym paszczem jak uczciwy onierz. Oni rusz w bj - Bocha i Galliulin, Murin i Dobriakow. Wszyscy rusz w bj wystawiajc sw pier na pociski i kule. Ale przedtem rozstrzelaj ciebie tchrza, ktry uciek z pola walki. I podaem komend: - Druyna, w ty zwrot! onierze zbledli wykonujc mj rozkaz. Poczuem, e i mnie przeszy zimny dreszcz. - Szeregowiec Bocha! Zdejmcie paszcz ze zdrajcy! Bocha z ponur twarz zbliy si do Bararnbajewa. Barambajew7 podnis niezabandaowan rk i sam zacz zdejmowa paszcz. Zdziwio mnie to. Ten, ktry, zdawaoby si, tak pragn y, bardziej ni wszyscy inni - nie mia woli ycia w sobie. Szed na mier bezwolny, zamany. Paszcz zosta zdjty. Bocha rzuci go na ziemi i wrci do druyny. - Zdrajca, w ty zwrot! Barambajew po raz ostatni rzuci na mnie bagalne spojrzenie - i odwrci si tyem. Podaem komend: - W tchrza, w zdrajc ojczyzny, w krzywoprzysizc... druyna... onierze wymierzyli karabiny i zamarli na miejscu. Tylko jeden karabin dra... Murin sta drc na caym ciele, wargi jego zbielay. I nagle zrobio mi si strasznie al Bararnbajewa. 3 Zdawao si, e karabin, ktry dry w rkach Murina, woa: Zlituj si nad nim, wybacz mu!

I onierze, ktrzy jeszcze nie uczestniczyli w walkach, ktrym obce byo jeszcze uczucie nienawici do tchrza i ktrzy teraz z napreniem czekali na mj rozkaz: Ognia!, jakby rwnie prosili: Nie trzeba tego, wybacz!. I nagle wiatr cich na chwil, jak gdyby po to, bym mg wyraniej usysze t nie wypowiedzian prob. Widziaem przed sob szerokie plecy Galliulina, ktry o gow przewysza wszystkich innych. By on gotw wykona rozkaz - i oto teraz ten Kazach mierzy w Kazacha, ktry zaledwie przed kilku godzinami by jego najbliszym przyjacielem. Zdawao si, e ca sw postaw Galliulin woa: Nie zmuszaj nas, wybacz!. Przypomniaem sobie wszystko, co wiedziaem dobrego o Barambajewie: jak troskliwie i zwinnie skada i rozkada karabin maszynowy niczym rusznikarz; jak w gbi duszy byem dumny z tego, e oto i my, Kazachowie, stajemy si narodem mechanikw. ...Nie jestem zwierzciem, jestem czowiekiem. I krzyknem: - Wr! Zdawao si, e karabiny nie opuciy si, lecz opady, jak gdyby byy z elaza. I w teje chwili ciar spad mi z serca. - Barambajew! - zawoaem. Odwrci si i spojrza na mnie niepewnym i pytajcym wzrokiem, ale w oczach jego pona ju rado ycia. - W paszcz! - Ja? - W paszcz! Do szeregu, marsz! Umiechn si niemiao, potem rozemia si, chwyci paszcz i wkadajc go w biegu, nie trafiajc w rkawy, pobieg do druyny. Murin, poczciwy okularnik Murin, ktremu draa rka trzymajca karabin, dawa mu po cichu znak doni opuszczonej rki: Sta obok - a potem po koleesku szturchn go w bok. Barambajew by znw onierzem, koleg. Podszedem do Barambajewa i uderzyem go po ramieniu. - Bdziesz teraz walczy? Kiwn gow i umiechn si. I wszyscy dokoa umiechali si. Wszyscy odczuli jak ulg... I wycie chyba odczuli ulg! I czytelnicy tej powieci take westchn zapewne z ulg, gdy dojd do komendy Wr! A w rzeczywistoci byo inaczej. Wszystko, co powiedziaem przed chwil, przemkno mi tylko przez myl jak marzenie. Byo inaczej. ...Gdy zauwayem, e Murinowi dry rka z wycelowanym karabinem, krzyknem:

- Murin, drysz? Drgn, wyprostowa si i mocniej przycisn karabin. Rka staa si pewniejsza. Powtrzyem komend: - W tchrza, zdrajc ojczyzny, w krzywoprzysizc... druyna... ognia! I tchrza rozstrzelano. Sdcie mnie! Kiedy ojca mego, koczownika, uksi w pustyni jadowity pajk. Ojciec by sam wrd piaskw, obok nie byo nikogo prcz wielbda. Jad tego pajka jest miertelny. Ojciec wyj n i wyci sobie kawa ciaa - z tego miejsca, gdzie uksi go pajk. To samo uczyniem teraz i ja, wyciem noem kawa wasnego ciaa. Jestem czowiekiem - i wszystko, co ludzkie, buntowao si we mnie: Nie trzeba, zlituj si, przebacz! Nie przebaczyem jednak. Jestem dowdc, ojcem. Zabiem syna, ale przede mn stao kilkuset synw. Obowizkiem moim byo zapisa krwi w ich sercach: nie ma zmiowania dla zdrajcy i by nie moe! Chciaem, eby kady onierz wiedzia: jeeli stchrzysz, popenisz zdrad - nikt ci nie przebaczy, chociaby nawet jak najbardziej tego chcia. Opiszcie to - niech przeczytaj ci wszyscy, ktrzy woyli lub zamierzaj woy mundur onierski. Niechaj wiedz: jeeli by z ciebie nawet dobry chop, jeeli ci przedtem nawet kochano i chwalono, mimo to za przestpstwo wojskowe, za tchrzostwo, za zdrad bdziesz ukarany mierci.

Nie umiera, lecz y!


1 Z rana znw dokonaem objazdu odcinka. Tak samo jak wczoraj onierze kopali schrony. Twarze mieli ponure. Nie sycha byo miechu, oczy na prno szukay wesoej twarzy. Podjedam. Widz, e onierz przykry schron erdziami i przysypa z wierzchu ziemi. - Co ty zrobi? - Schron, towarzyszu dowdco batalionu. - A co tam z wierzchu? - Drzewka, towarzyszu dowdco batalionu. - Wya stamtd, zaraz ci poka, co to za drzewka. onierz wyskoczy z okopu. Wyjem rewolwer i wpakowaem kilka naboi w cienki pokad z drzewek. - Wa z powrotem! Spjrz, czy kule przeszy na wylot.

Po chwili onierz odpowiada: - Przeszy, towarzyszu dowdco. - Ce ty wic zbudowa? Co to ma by, szaas ogrodnika czy jak? Przed socem bdziesz si tam ukrywa? Dlaczego nie odpowiadasz? Czerwonoarmista mwi niechtnie: - Ona czowieka wszdzie znajdzie... - Kto ona? Nie odpowiada. Rzecz jasna - boi si mierci. Pytam: - C, y ci si nie chce? - Chce, towarzyszu dowdco batalionu! - No to wyrzu do diaba te twoje kijki. Kad belki grubo; supa telegraficznego, pi rzdw, eby aden pocisk, jeeli trafi, nie mg przebi... Czerwonoarmista niezdecydowanie spoglda na okop, to znw na las: tam, w lesie, z dala od skraju, trzeba rba drzewa i stamtd wlec je tutaj. - Jako to bdzie, moe nie trafi - powiada. A wic przetrwao i tutaj - to tak trudne do wytpienia: Jako to bdzie. Rozrzuci! - krzyknem. - I znw ka ci rozrzuci, jeeli ni? uoysz w pi rzdw. onierz westchn, wzi opat i zacz odrzuca nasypan z wierzchu ziemi. Przygldam mu si w milczeniu. Cigle jeszcze nie wierzy, e z tego schronu, niedostpny dla wroga, bdzie zabija faszystw. 2 Niektre plutony wiczyy si tego dnia - zgodnie z planem - w ostrym strzelaniu. Na przeciwlegym brzegu, skd mg nadcign nieprzyjaciel, ustawiono w rnych odlegociach, bliej i dalej, tarcze przedstawiajce faszystw w rnych postawach. Chciaem, by kady onierz nauczy si strzela ze swego schronu, ze swego domu podziemnego; chciaem, aby kady punkt pooony na terenie przed naszymi okopami znajdowa si pod celnym ogniem batalionu. Do tarcz strzelano z karabinw maszynowych i zwykych. Schodziem do okopw i uczyem onierzy. - Chybie! Pomyl, dlaczego? Czy le wycelowae, czy le trzymae karabin? Sprawd celownik... wystrzel jeszcze raz... Wreszcie onierz pakowa w malowan gb hitlerowsk dwa na boje z trzech wystrzelonych. By to wynik nienajgorszy. onierzowi trudno byo wwczas ukry uczucie dumy.

3 Tymczasem myl moja pracowaa bez przerwy. Mylaem - podczas objazdu siedmiokilometrowego odcinka, po powrocie wieczorem do schronu, podczas pracy w sztabie, w nocy - wci mylaem. Co si stao z batalionem? Czy wczoraj rozstrzeliwujc zdrajc, ktry uciek ratujc wasne ycie - nie zabiem rwnoczenie z t salw wielkiego umiowania ycia, czy nie stumiem potnego instynktu samozachowawczego? Przypomniaem sobie nastpujc myl, ktr wyczytaem w jakim artykule: Podczas walki zmagaj si w czowieku dwie siy: wiadomo obowizku i instynkt samozachowawczy. Zaczyna oddziaywa trzecia sia - karno - i wwczas wiadomo obowizku bierze gr. Czy tak jest w rzeczywistoci? Nasz dowdca, genera Panfiow by innego zdania. Kiedy w AmaAcie, w czasie nocnej rozmowy (nie pytajcie, nie przeszkadzajcie mi, pniej opowiem wam ca rozmow), Panfiow powiedzia: onierz idzie w bj nie po to, by umrze, lecz po to, by y. Bardzo mi si spodobay te sowa i powtarzaem je niekiedy. Teraz, przygotowujc si do pierwszego boju i mylc o batalionie, ktremu wypado walczy pod Moskw, przypomniaem sobie sowa Panfiowa. - Czyby tylko w ucieczce ujawniaa si wola ycia, instynkt samozachowawczy - ten potny odwieczny motor, waciwy kadej istocie yjcej? Czy instynkt ten nie osiga punktu kulminacyjnego wwczas, gdy ywa istota walczy, bije si, drapie, gryzie w miertelnej walce z wrogiem, broni si i napada? Nie! W tej niebywaej wojnie o przyszo naszego kraju i kadego z nas umiowanie i ch do ycia, wiecznie ywy instynkt samozachowawczy, winny sta si naszymi sprzymierzecami, a nie przeciwnikami. 4 O okrelonej godzinie, zgodnie z rozkadem zaj, odbyway si w kompaniach pogadanki lub czytano na gos gazety. Postanowiem pj do oddziaw, posucha, co mwi oficerowie polityczni onierzom. W pierwszej kompanii przeprowadza pogadank oficer Dordia. Trzymajc w rku karabiny onierze zwart grup siedzieli pod goym niebem w pobliu okopw. Pada drobny nieg. Na ciemnozielonych igach sosen osiady ju pierwsze patki. Dokoa panowaa cisza, lecz kady od czasu do czasu spoglda z wielkim napreniem w dal. Wszyscy oczekiwali, e oto za chwil rozlegnie si straszny oskot, e ze wistem i wyciem, o ktrych jak dotd wiedziano jedynie z opowiada, padn tutaj pociski i miny, uka si pdzce przez pole i strzelajce w biegu czogi, a z lasu padajc na ziemi i znw si podnoszc wybiegn ludzie w zielonych paszczach - ci, ktrzy chc nas zabi. Dordia przemawia zagldajc niekiedy do notatek. Byy to sowa prawdy, wite sowa. Mwi o tym, e faszyci niemieccy napadli zdradziecko na nasz kraj, e wrg zagraa Moskwie, e ojczyzna da, by kady z nas, jeeli zajdzie potrzeba, poleg na posterunku, lecz nie przepuci nieprzyjaciela, e my, onierze Armii Czerwonej, obowizani jestemy walczy nie szczdzc tego, co najdrosze - wasnego ycia. Spojrzaem na onierzy. Siedzieli przylgnwszy do siebie i gowy mieli opuszczone lub zmczeni patrzyli przed siebie.

Ech, oficerze polityczny Dordia, nie bardzo ci jako suchaj... Czuem, e mczy to i samego Dordi, marzyciela, ktry przed wojn by nauczycielem. Nie jest on bynajmniej gociem w batalionie. Podobnie jak tych, do ktrych przemawia, czeka i jego pierwszy w yciu bj. By moe jutro lub pojutrze bdzie musia z bijcym jak mot sercem przebiega z okopu do okopu pod ogniem nieprzyjaciela, a obok bdzie z hukiem wylatywaa w powietrze ziemia. I tam wanie, a nie pod spokojnym niebem - wypadnie rozmawia z onierzami. Widziaem go pniej w takich chwilach - z waciwym sobie umiechem przemawia wasnymi, nie zanotowanymi na papierku, sowami. Ale owego dnia, przeywajc podobnie jak wszyscy co bezgranicznie wanego, nie znajdowa jeszcze waciwych sw, nie potrafi jeszcze swoimi uczuciami zespoli serc onierzy. Powtarza w kko. Ojczyzna da, ojczyzna rozkazuje... Kiedy wymawia: Bdziemy waczyli na mier, umrzemy, lecz nie cofniemy si - czuo si, e wyraa swoje myli, zdecydowan wol, ktra w nim dojrzaa, ale... Po c, oficerze polityczny Dordia, uciekasz si do gotowych frazesw? Przecie nie tylko stal, lecz rwnie sowa, i to nawet najbardziej wite - zuywaj si jak tryby ze startymi zbami, gdy przez dugi czas nie poprawia si gwintowego nacicia. Najwaniejsze za, po co bez przerwy powtarzasz umrze, umrze? Czy o tym naley mwi obecnie? Sdzisz, e w sowie tym tkwi bezlitosna prawda o wojnie, ktr trzeba jasno widzie nie odwracajc od niej wzroku, z ktr trzeba si pogodzi? Nie, Dordia, nie na tym, nie na tym polega okrutna prawda wojny. 5 Zaczekaem, a Dordia skoczy. Potem spytaem jednego z onierzy: - Czy wiesz, co to jest ojczyzna? - Wiem, towarzyszu dowdco batalionu. - A wic mw... - Ojczyzna to nasz Zwizek Radziecki, nasze terytorium. - Sid. Pytam innego: - A ty co powiesz? - Ojczyzna to... tam, gdzie si urodziem. No, jakby to powiedzie... miejscowo... - Sid. A ty jak sdzisz? - Ojczyzna? To nasza wadza radziecka... To... Dajmy na to Moskwa... Ot bronimy jej teraz. Nie byem tam... Nie widziaem jej ale to ojczyzna. - A zatem nigdy ojczyzny nie widzia? Milczenie.

- A wic, c to jest ojczyzna? Zaczli prosi, bym im wytumaczy. - Zgoda... Wszyscy mwilicie susznie, a jednak... Czy chcesz ty? - Chc. - A ty? - Chc. - A ty? - Chc. - Kto nie chce y, niech podniesie rk. Nie podniosa si ani jedna rka. Ale twarze nie byy ju tak ponure - sowa moje wzbudziy zainteresowanie. W owych dniach onierze wiele razy syszeli sowo: mier ja natomiast mwiem o yciu. - A wic wszyscy chcecie y? wietnie. Zap komara i spytaj go Chcesz y?, a on zapiszczy w odpowiedzi: Chc! A c ty, komarze, robisz w tym celu? - Ss krew. A ty, onierzu, co robisz w tym celu? Czerwonoarmista milczy. Pytam dalej: - Jeste onaty? - Tak. - Czy kochasz on? Zmiesza si. - Mw - kochasz j? Gdybym nie kocha, to bym si nie oeni. Susznie. Dzieci masz? Mam syna i crk. - Chat masz? - Mam. - Przyzwoit? - Mnie si podoba. - Czy chciaby wrci do domu, ucisn on, dzieci? - Teraz nie chc myle o domu... trzeba wojowa. - No, a po wojnie. Chciaby? - Kt by tam nie chcia...

- Nie, ty nie chcesz! - Jak to nie chc? - Od ciebie zaley, czy wrcisz do domu, czy nie wrcisz. To jest w twojej mocy. Pragniesz pozosta przy yciu? A wic powiniene zabi tego, kto pragnie zabi ciebie. A co ty zrobi, eby wyj cao z walki i wrci po wojnie do domu? Czy celnie strzelasz z karabinu. - Nie... - A widzisz... Wic nie zabijesz wroga - on ciebie zabije. Nie wrcisz do domu. Czy dobrze biegasz? - Niele. - Czy umiesz dobrze si czoga? - Nie... - No, widzisz... Trafi ci kula wroga. Po co wic mwisz, e chcesz y? Potrafisz dobrze rzuca granaty, maskowa si, okopywa? - To ostatnie robi dobrze. - Kamiesz! Lenisz si. Ile razy zmuszaem ci do tego, by rozrzuca puap? - Jeden jedyny raz... - I mimo to owiadczasz, e chcesz y? Nieprawda, nie chcesz y! Czy nie mam racji, towarzysze? On nie chce y! Widz ju na niektrych twarzach umiech - innym zrobio si nieco lej na sercu. Ale czerwonoarmista mwi: - Nie, towarzyszu dowdco, chc y... - Nie wystarczy sama ch... trzeba j poprze czynem. Ty powtarzasz w kko, e pragniesz y, czyny za twoje pchaj ci w mogi. A ja ci stamtd haczykiem wycigam. Rozleg si miech, pierwszy szczery miech w cigu ostatnich dwu dni. Mwiem dalej. Kiedy rozrzucam cienki puap nad twoim schronem, robi to dla twojego dobra. Przecie ja tam siedzie nie bd. Kiedy udzielam ci nagany za to, e karabin twj jest brudny, robi to dla twojego dobra. Nie ja przecie bd z niego strzela. Wszystko, czego si od ciebie wymaga, wszystkie rozkazy, ktre dowdcy tobie wydaj - wszystko to robi si dla twego dobra. Czy zrozumia wreszcie, co to jest ojczyzna? - Nie, towarzyszu dowdco batalionu. - Ojczyzna - to ty! Zabij tego, kto pragnie zabi ciebie! Dla czyjego to dobra? Dla twojego, ony twojej, twojego ojca i matki, twoich dzieci! Ojczyzna - to ty sam, twoja rodzina, twoja ona i dzieci. onierze suchali uwanie. Obok mnie usiad Dordia. Odrzuciwszy w ty gow przyglda mi si i od czasu do czasu mruga oczyma, gdy patek nieny spada mu na rzsy. Niekiedy umiecha si mimo woli.

Mwic zwracaem si rwnie do niego. Chciabym, by rwnie on, oficer polityczny Dordia, ktry podobnie jak inni przygotowywa si do pierwszego boju, upewni si, e okrutna prawda wojny tkwia nie w sowie: umrzyj, lecz w sowie zabij. Nie uyem wyrazu instynkt, ale apelowaem rwnie do niego, do potnego instynktu samozachowawczego. Staraem si go rozbudzi i zmobilizowa w celu zwycistwa w walce. - Wrg zmierza do tego, by zabi zarwno ciebie, jak i mnie - cignem dalej. - Pouczam ci, dam od ciebie: zabij go; umiej zabija, poniewa my musimy y. I kady z nas da, rozkazuj ci: zabij - bo my chcemy y. I ty dasz od swych towarzyszy, obowizany jeste da, jeeli rzeczywicie chcesz y - zabij! Obowizany jeste da od innych, nie dopu do tego, eby ciebie zabili, umiej sam zabija! Susznie powiedziae: Ojczyzna - to Zwizek Radziecki, Moskwa. Ale prcz tego Ojczyzna - to ty sam, Ojczyzna - to ja, Ojczyzna - to my wszyscy, nasze rodziny, nasze matki, ony i dzieci. Ojczyzna to nasz nard. Nakazuj nam: yj i zabijaj! Moliwe, e ci mimo to trafi kula, ale przedtem zabij! Wytp jak najwicej nieprzyjaci! Uratujesz w ten sposb ycie temu, temu i temu (palcami wskazywaem onierzy), ycie twych kolegw, z ktrymi czy ci wsplny okop i or! Ja, wasz dowdca, chc wypeni nakaz naszych on i matek, nakaz naszego narodu, chc was poprowadzi do boju nie po to, bycie polegli, lecz po to, bycie yli! Zrozumielicie? Skoczyem! Dowdco kompanii! Odprowadzi ludzi na stanowiska ogniowe! 6 Rozlega si komenda: Pierwszy pluton - w dwuszeregu zbirka, drugi pluton - w dwuszeregu zbirka!... onierze zrywali si z miejsc, pdzili do szeregw, stali prosto, jak nakazywa regulamin. Chwiejna linia bagnetw wyrwnywaa si szybko. Odczuwao si wyranie, e s to szeregi bojowe, sia zdyscyplinowana, posuszna dowdcy. Moliwe, e moje przemwienie byo nieco naiwne, ale zdawao mi si w tej chwili, kiedy je wygaszaem, e udao mi si osign to, co sobie postawiem za cel. Nie odstpujc od nakazw sumienia, obowizku czy honoru, ludzie wyzbywali si natarczywej, przygnbiajcej myli: umrze.

General Panfiow
1 Przyjecha do nas nastpnego dnia - trzynastego. Nie spodziewalimy si go; przypadek jednak zrzdzi, e w sztabie wanie znajdowali si zawezwani przeze mnie dowdcy kompanii. Zbyteczn jest chyba rzecz opisywa pomieszczenie naszego sztabu. Spjrzcie dokoa: tam, w lesie pooonym pod Moskw, miecilimy si tak samo - w schronie w wilgotnej skrzynce z belek, wkopanej w ziemi, w ktrej nie podobna byo oprze si o cian: byy one pokryte smo. We dnie i w nocy palia si lampa. Z zewntrz w rnych kierunkach biegy druty telefoniczne, ktre si tu czyy jak gdyby zacinite w pi. Dowdcy krelili na mapach schematy pl minowych - trzeba tam byo w nocy umieci miny. Dla ruchu koowego pozostawiono jedynie szos oraz most koo wsi Nowlanskoje, reszt drg zaminowano.

Na stole obok lampy lea duy arkusz papieru rysunkowego, byt na nim nakrelony schemat naszej obrony. Wykona go szef sztabu Rachimow, ktry wietnie rysowa i kreli. Zachowaem ten schemat. Moe chcecie go obejrze? adny, co? Nie tylko adny, lecz rwnie bardzo dokadny. Ta zygzakowata niebieskawa linia - to rzeka Ruza. Linia amana wzdu brzegu - to skop stoku brzegowego, tj. skarpa. Ciemnozielon barw znaczone s lasy. Czarne kropki po tamtej stronie - to pola minowe. Pytkie czerwone luki, zwrcone zewntrzn stron na zachd - to przedni skraj naszej linii obrony. Rnymi znakami - jak widzicie, s one rwnie czerwone - oznaczono rowy strzeleckie, gniazda karabinw maszynowych, dziaka przeciwpancerne i dziaka poow przydzielone do batalionu. Wyznaczona nam linia bya, jak wam wiadomo, bardzo duga: na batalion wypado siedem kilometrw. Nasz batalion, bronicy tej linii, przypomina, jak si potem wyrazi Panfiow, niteczk. Owego dnia - trzynastego padziernika - nawet mi na myl nie przyszo, e ta oto niteczka bdzie w rejonie szosy wookoamskiej jedyn przeszkod przegradzajc drog Niemcom, kiedy rwc si ku Moskwie wyjd na dalekie przedpola, na nasz skraj obrony. Ale... Dowdcy kompanii siedzieli dokoa lampy, zaznaczajc na swoich mapach pola minowe. Toczya si wesoa rozmowa - o trzynastce. - Mnie osobicie trzynastka przynosi szczcie - mwi lejtenant Krajew, dowdca kompanii cikich karabinw maszynowych. - Urodziem si trzynastego, trzynastego rwnie oeniem si. Wszystko, do czego zabieram si trzynastego, udaje mi si, czego zapragn - zici si. Mia dziwny sposb wysawiania si. Warcza - i nie zawsze mona byo si zorientowa: czy artuje, czy mwi powanie. - Czego na przykad zapragnlicie dzisiaj? - spyta kto z obecnych. Wszyscy z zainteresowaniem spojrzeli na szczup, o szerokich kociach policzkowych, rozszerzajc si ku doowi twarz Krajewa. Wiadomo byo powszechnie, e ma niepospolit zdolno odwalania kawaw i wymylania niestworzonych rzeczy. - Butelki koniaku - warkn i zatrzs si od gonego miechu. Wszed szef sztabu Rachimow. Chodzi zawsze szybkim krokiem i bezszelestnie - wydawao si, e na nogach ma pantofle filcowe, a nie wysokie buty. Towarzyszu dowdco baonu, wasz rozkaz zosta wykonany - rzek zwykym, spokojnym gosem. Wysaem go z plutonem konnych zwiadowcw na rozpoznanie polecajc wyjani, w jakiej odlegoci od nas toczy si bj. Sztab puku nie mia w tej sprawie adnych pewnych danych. Rachimow powrci niespodziewanie szybko. - Wyjanilicie? - spytaem. - Tak jest, towarzyszu dowdco baonu. - Meldujcie. - Czy wolno mi bdzie zoy meldunek na pimie? - powiedzia wrczajc zapisan kartk.

Przeczytaem trzy sowa. Przed nami Niemcy. Przej mnie dreszcz. Czyby przyszed czas na nas? Mdry, bardzo mdry jest Rachimow. Dowiedziawszy si od wartownika, e w schronie jestem nie sam - nakreli - zanim - wszed - te trzy sowa, by nie wypowiedzie ich na gos i ani swoim wygldem, ani tonem nie przestraszy obecnych, zaskoczonych t niespodziewan wiadomoci. Rzuciem wzrokiem na schemat - ujrzaem pola minowe, rzek z cigncym si wzdu brzegu skopem stoku, schrony przykryte puapem z czterema rzdami belek, karabiny maszynowe i dziaa, i wreszcie ludzi w paszczach onierskich. Spytaem po kazachsku: - Czy sam widzia? - Tak - odpowiedzia. - Gdzie? - W odlegoci dwudziestu do dwudziestu piciu kilometrw std. We wsi Sierieda i w innych wsiach. - Zdaje mi si, Krajew - powiedziaem po rosyjsku - e wasze yczenie si speni. Przybyo pod waszym adresem wiele flaszek z koniakiem. Wszyscy pytajco spojrzeli na mnie. - I z rumem - mwiem dalej. - Przed nami s Niemcy. Rachimow, zapoznajcie nas z sytuacj. Rachimowa wysuchano w milczeniu i tylko Krajew mrukn: - No i c, bardzo dobrze... - C w tym dobrego? - spyta kto. - A czy sta na jednym miejscu jest lepiej? Za dugomy ju stali... Nie pytajc o zezwolenie wbieg do schronu mj ordynans Sinczenko. - Towarzyszu dowdco batalionu, genera... - szepn gono - idzie tu. Szybko woyem czapk, doprowadziem do porzdku mundur i wybiegem na spotkanie. Ale w tej chwili otworzyy si ju drzwi... do schronu wszed dowdca dywizji, genera-major Iwan Wasiljewicz Panfiow. 2 Stanem na baczno i zameldowaem: - Towarzyszu generale! Melduj: batalion zajty jest umocnienieniem skraju obrony. Dowdcy kompanii przerysowuj schemat pl minowych. Melduje dowdca batalionu, starszy lejtenant Baurdan Momysz-Uy. Panfiow zapyta: - Gzy byy jakie nadzwyczajne wypadki?

Wie - przemkno mi przez gow. Odpowiedziaem: - Tak jest, towarzyszu generale. Tchrz, ktry sam siebie zrani w rk, zosta rozstrzelany przed frontem batalionu. - Dlaczegocie go nie oddali pod sd? Zaczem nerwowo tumaczy, dlaczego tak postpiem. Mwiem, e w innych okolicznociach bybym go odda pod sd. Ale w tym wypadku trzeba byo zareagowa niezwocznie, wobec czego wziem na siebie odpowiedzialno. Panfiow nie przerywa mi. Widziaem go po raz pierwszy w krtkim kouszku. Mikki, biay kouszek z juchty pachnia z lekka i przyjemnie dziegciem. Zrobiony nie na miar, by na niego za szeroki, ale ju si uoy na figurze, uwydatniajc zapad pier przepasan pasem koalicyjnym i przygarbione plecy. Suchajc nie patrzy na mnie i pochyli sw pomarszczon szyj. Zdawao mi si, e nie aprobuje mego postpowania. - Rozstrzelalicie osobicie? - spyta. - Nie, towarzyszu generale... Rozstrzelaa druyna, ktr dowodzi. Ale ja wydaem rozkaz... Panfiow unis gow. Gste brwi nad malekimi, z lekka skonymi oczami byy cignite. - Uczynilicie susznie - powiedzia. Po namyle powtrzy. - Susznie uczynilicie, towarzyszu MomyszUy. Zcie raport na pimie. Dopiero teraz, zdaje si, zauway, e wszyscy dokoa stoj. - Siadajcie, towarzysze, siadajcie - powiedzia. Odpi pas i zacz zdejmowa kouszek. W sukiennej bluzie, przyozdobionej ledwo dostrzegalnymi gwiazdkami koloru ochronnego, jeszcze wyraniej uwydatniay si jego przygarbione plecy. - Zimnawo tu jednak u was, towarzyszu Momysz-Uy... Dlaczego w piecyku nie palicie? I gorcej herbaty pewnie te nie ma? Podszed do elaznego piecyka, dotkn rk zimnej rury, zajrza za piec, jak gdyby tam czego szuka. Zobaczy siekier, przykucn i zrcznie lekkimi, lecz umiejtnymi uderzeniami zacz rozupywa polano na drobne kawaki. Podbieg do niego Rachimow. - Towarzyszu generale, prosz pozwoli, ja... - A po co? Lubi to zajcie... Innym razem bdziecie oczywicie sami musieli zatroszczy si o swego dowdc. Taki ju mia zwyczaj Panfiow - czstokro udziela nagany nie wprost, lecz za pomoc, e tak powiem, uderzenia flankowego. Nigdy nie widziaem, by kto ukada polana tak jak Panfiow. Niektre wiksze way najpierw w rku. Jedno polano woy do pieca, ale zawaha si i wycign je z powrotem. Nie wiem, jestecie by moe zdania, e generaowi nie przystao waha si nawet wwczas, gdy pali w piecu. Ale kiedy Panfiow podoy kory brzozowej i zapali zapak, w piecu od razu zatrzeszczao.

Chwil jeszcze siedzia przy piecu. Czerwone byski mieniy si na jego pidziesicioletniej twarzy, pokrytej zmarszczkami, lecz nie zdradzajcej zmczenia. - No tak - powiedzia wstajc - tak jest jako weselej. - Czy skoczylicie, towarzyszu Momysz-Uy? - Tak jest, towarzyszu generale. Podaem mu krtki raport. Przeczyta go, stojc przy lampie, pooy papier na stole, zanurzy piro w atramencie i westchnwszy napisa: Akceptuj. 3 Na stole, jak wiecie, lea wietnie wykonany schemat naszych pozycji obronnych. Panfiow odsun raport i dugo przyglda si schematowi. - Zakorkowalicie si, jak widz, niele - powiedzia. - Potem przejd si z wami, towarzyszu Momysz-Uy, chc to wszystko zobaczy w terenie... Zwrci si do dowdcw: - Czy znacie sytuacj, towarzysze? Wycign z torby polowej map - ju nieco zniszczon i wytart na zgiciach, rozwin j i pooy na schemacie. - Prosz, towarzysze, bliej - powiedzia. - Nieprzyjaciel przedar si tu i tu... Wskaza na mapie kilka miejscowoci w pobliu Wiamy. Spojrza na otaczajcych go dowdcw: czy aby wszyscy widz to, co pokazuje na mapie, czy wszyscy go zrozumieli, po czym mwi dalej: - Wojska nasze walcz w rejonie Gacka i Syczewki... Oto gwne orodki oporu. Nie zatemperowanym kocem owka nakreli lekko w rnych miejscach mapy kilka nieforemnych, nierwnych pokrgych linii. Potem znw spojrza na swych suchaczy. - Sdzilicie, by moe - powiedzia kadc owek - e ci wojacy, ktrzy w ostatnich dniach przechodzili tdy, to wanie nasze wojsko? Umiechn si i od maych jego oczu pobiegy, niby gsie apki, drobne zmarszczki. Nikt nie mia odwagi potwierdzi, tylko Krajew kiwn gow. - Przyznajcie si, sdzilicie tak? Nikt nie odpowiedzia. Panfiow poruszy spraw, ktra lega jak zmora ciarem na ich sercach. - Nie, towarzysze. Armia walczy. Czy Niemcy pozwoliliby siedzie nam tutaj tak dugo, gdyby nie walczyy z nimi nasze formacje? Teraz nieprzyjaciel dotar do naszej linii obrony, ale s to tylko niewielkie oddziay... Nasze wojska, ktre walcz na tyach wroga, paraliuj jego ruchy. Dywizja ma bardzo dugi pas do obrony, lecz... Panfiow zamilk. - Do naszej dywizji przydzielono kilka pukw artylerii przeciwpancernej. Liczby ich nie wymieni. Jest to rezerwa artylerii naczelnego dowdztwa.

Panfiow znw wzi do rki owek i zacz przyglda si mapie. Jego gowa o krtko ostrzyonych wosach, wrd ktrych, jak si zdawao, czarnych byo tyle co i siwych - pochylia si nad map. Oczy, ktrymi oglda znaki topograficzne, zmruyy si, jak gdyby usiowa dostrzec co niewyranego. - Na czym polega obecnie nasze zadanie? - cichym gosem spyta jak gdyby samego siebie. - Polega ono na tym, by uraczy Niemcw t artyleri tam, gdzie sprbuj nam zada gwny cios. Jeeli gwny cios sprbuj zada tu, na waszym odcinku, wwczas wesprze was rezerwa artylerii naczelnego dowdztwa. Moecie, towarzysze dowdcy, zakomunikowa to swoim onierzom. Zreszt, ile czasu potrzebujecie, towarzyszu Momysz-Uy, by zebra batalion? - Na alarm, towarzyszu generale? - Nie, po co na alarm? Czy wystarczy godzina? - Tak jest, towarzyszu generale... Przyjedajc do nas, Panfiow po sprawdzeniu gotowoci bojowej rozmawia zazwyczaj z onierzami. Teraz jednak wyj zegarek, potar kciukiem szko i rzek: - Nie trzeba zwoywa batalionu, towarzyszu Momysz-Uy. Nie mog, mj kontroler nie pozwala i wskaza na zegarek. - Tak wic, towarzysze dowdcy, zaczniemy wojowa... Podejd otry pooymy ich trupem. Jeszcze raz podejd - znowu pooymy trupem. Bdziemy ich przepuszczali jakby przez mynek. Panfiow wsta - wszyscy natychmiast wstali. - Jak przez mynek... Panfiow powtrzy te sowa, ktre wypowiedzia Stalin, i jak gdyby przysuchujc si ich dwikowi umiechn si. - Czy zrozumielicie mnie, towarzysze? Koczc rozmow Panfiow prawie zawsze zadawa to pytanie i przyglda si uwanie twarzom swych rozmwcw. - A teraz... Teraz byoby dobrze wypi szklank herbaty. Zdaje si, e bya o tym mowa? Zawoaem: - Sinczenko! Samowar! Biegiem! - Ho-ho, zaopatrzylicie si nawet w samowar? Widz, towarzyszu dowdco batalionu, e zaczynacie si orientowa w sprawach wojennych... Wszyscy si umiechnli. Panfiow zaraa sw pewn postaw, ktra nie miaa w sobie nic sztucznego i ktr nie afiszowa si. Poegna si z dowdcami, zoy i schowa map. Na stole znw lea barwny arkusz z piknie naszkicowanym schematem naszych pozycji obronnych. Panfiow znowu przyglda mu si ze dwie, trzy minuty i nic nie mwi. Wbieg Sinczenko niosc buchajcy par samowar. - Wolnego, wolnego - powiedzia Panfiow. - Po co biec z samowarem w rkach?

- Po to jest wojna, towarzyszu generale - odpowiedzia Sinczenko. - eby biega? Sinczenko zwinnie postawi samowar na stole. - Biegam z obrachunkiem. Odpowied spodobaa si Panfiowi. - Niele, niele - rzek. - Ale teraz, towarzyszu, trzeba bdzie wojowa nie tylko z obrachunkiem. - Az czym, towarzyszu generale? - Z potrjnym obrachunkiem - Panfiow rozemia si. - Czy nie macie zielonej herbaty cegiekowej? Panfiow dugie lata mieszka w Azji rodkowej i przyzwyczai si do tej herbaty. - Nie mamy, towarzyszu generale. - Szkoda... Ano, pokacie, co zaparzylicie? Sinczenko poda napoczt paczk. Panfiow spojrza na opakowanie, powcha: - Nieza... Troch wywietrzaa. Przydaoby si, towarzyszu, pudeko... Dajcie czajnik, ja si tym zajm. Dwukrotnie wypuka wrztkiem may biay czajnik, wrzuci szczypt herbaty, doda jeszcze, po czym bez wody postawi na ogie. - Niech si zagrzeje - rzek. Przed nami byli Niemcy, za nami - Moskwa, Panfiow za na przednim skraju smakowicie i ze znawstwem zaparza herbat. - Schematu, towarzyszu Momysz-Uy, nie chowajcie - powiedzia Panfiow - razem go obejrzymy... Czemu to jestecie smutni, towarzyszu? Panfiow powiedzia to agodnym tonem; ale ja ledwo nie upadem, jak gdyby uderzy mnie tym pytaniem. Przecie dopiero wczoraj zadaem to pytanie jednemu ze swoich onierzy. Czybym ja robi takie samo wraenie, jakie wczoraj zrobili na mnie moi onierze? - Co was, towarzyszu Momysz-Uy, niepokoi? Nie wstawajcie. Siedcie, prosz, siedcie... - Widzicie, towarzyszu generale... - W tonie, jakim to powiedziaem, stwierdziem z przykroci nut niepewnoci, t sam nut, ktr kleszczami wycigaem z innych. - Powiedzcie mi, towarzyszu generale, czy batalion rzeczywicie bdzie musia broni siedmiokilometrowego odcinka? - Nie... Kilka chwil Panfiow milcza. Przymruy oczy i umiechn si. - Nie... Dzi jeszcze zabior wam jedn kompani waszego puku... Potem, by moe, zabior jeszcze jedn... Tak wic, towarzyszu Momysz-Uy, bdziecie musieli zaopiekowa si jeszcze jednym, moe ptora kilometrem...

- Jeszcze kilometrem? - A c robi, towarzyszu Momysz-Uy? Poradcie. Panfiow powiedzia to bez krzty ironii i wraz ze stokiem przysun si do mnie - ywo, jak zawsze, jak gdybym ja, starszy lejtenant, mg rzeczywicie udzieli jakiejkolwiek rady jemu, generaowi. - Wic c robi? - powtrzy. - Przecie jestemy niteczk. Przerwa t niteczk nietrudno... A jeeli przerwie gdzie... Na pewno przerwie. C dalej? W oczekiwaniu odpowiedzi przyjrza mi si z zaciekawieniem. Milczaem. - Ot wanie, ze wzgldu na to dalej zabieram kompani... Nieostronie? Spyta tak, jak gdybym ja to powiedzia. Ale ja suchaem nie otwierajc ust. - Teraz nie mona by ostronym... Teraz trzeba by - znw chytrze zmruy oczy - po trzykro ostronym... Wtedy, przypuszczam, bdziemy mogli na tym odcinku na drodze do Wookoamska przytrzyma go z miesic... - Na drodze do Wookoamska? Cofa si, towarzyszu generale? - Sdz, e nie bdzie mona siedzie na jednym miejscu. Trzeba dziaa tak, by wszdzie, gdzie si przedrze, mia przeciwko sobie nasze wojska. Rozumiecie mnie? - Rozumiem, towarzyszu generale. Genera wsta, podszed do samowaru, nala do czajniczka wrztku, postawi z powrotem na ogie i wrci. Stojc pochyli si nad szkicem i znw, jak poprzednio, powiedzia: - Zakorkowalicie si mocno. W tonie, jakim to powiedzia, nie czuo si aprobaty. - Jako bardzo ciasno. Czy nie pozostawilicie tu zbyt mao przej? - I wziwszy owek wskaza na pola minowe. - Czy nie zamknlicie tu, towarzyszu Momysz-Uy, samego siebie? - Ale to przecie przed nami, towarzyszu generale - odpowiedziaem zdziwiony. - Ot wanie, e przed... Nie mona si ruszy, ciasno... Pomylaem sobie: ciasno? Na moich siedmiu kilometrach ciasno? Co on mwi? Nie naciskajc na owek Panfiow cienkimi liniami nakreli kilka przej przez zapory minowe. Wci jeszcze nie rozumiaem, w jakim celu. A tymczasem Panfiow lekkim dotkniciem zwykego czarnego owka - innego owka nie lubi - narysowa strzak, ktra przekrelia pikny schemat naszej linii obronnej, biega naprzd, w kierunku ugrupowania wojsk niemieckich. Nie mogem poj, czego on waciwie chce. Abymy - siedmiuset ludzi, ktrzy zajmuj siedmiokilometrowy odcinek frontu - przeszli do natarcia, zaatakowali gromadzce si wojska niemieckie? I to po udzielonej przez niego informacji, e zabierze mi kompani, e batalion bdzie musia obsadzi jeszcze jeden do ptora kilometra; po owiadczeniu, e trzeba by po trzykro

wyrachowanym i ostronym? Po sowach: Na drodze do Wookoamska? I c to ma by? Rozkaz? - Gdybym by w waszej sytuacji - powiedzia cieniujc z lekka strzak .- pomylabym o tym... Narysowa krzyw, ktra od ostrza strzaki biega z powrotem w kierunku skraju naszej obrony i spojrza na mnie. - Pomylabym. A na waszym obrazku nie widz nawet cienia myli o tym... Panfiow wyj zegarek i zwrci si w stron samowaru. - Ten pan rwnie ma swoje wymagania... Wypijemy po szklance herbaty i pjdziemy... - Czy przenocujecie u nas, towarzyszu generale? - spyta Sinczenko. - Nie, towarzyszu... Teraz nie ma czasu na nocowanie. I w nocy teraz trzeba czuwa jak we dnie... Umiechn si, wzi czajnik, zdj pokrywk, powcha i rzek: - Teraz to jest napj, jak si naley... Poda mi szklank i figlarnie przymruy oczy. - A przecie dzi mamy niewielki jubileusz... Nasza dywizja ukoczya dzi dokadnie trzy miesice... Naleaoby urzdzi obchd, jak si patrzy, ale... Zdymy jeszcze... I mino dokadnie trzy miesice od chwili, kiedymy si z wami, towarzyszu Momysz-Uy, spotkali po raz pierwszy... Czy pamitacie, jak chwacko przemaszerowalicie wwczas przede mn? I znw si umiechn.

Trzy miesice temu


1 Tak, pamitaem. Byo to trzy miesice temu, 13 lipca 1941 roku. Przechodziem przez podwrze Komisariatu Wojskowego Kazachstanu, gdzie pracowaem jako instruktor. Patrz, porodku podwrza stoi niewysoki, nieco zgarbiony czowiek w generalskim mundurze w towarzystwie dwch majorw. Genera sta odwrcony z zaoonymi w ty rkami, nogi mia z lekka rozstawione. Twarz, ktr widziaem tylko z profilu, wydaa mi si bardzo niada, prawie taka jak moja. Pochyli gow przysuchujc si, co mu mwi jeden z majorw. Zza wysokiego generalskiego konierza wygldaa opalona na brz, poorana gbokimi zmarszczkami szyja. Z racji swego stanowiska artylerzysty nosiem ostrogi i - musz przyzna si do tej saboci - nie zwyke, lecz posrebrzane, wydajce przyjemny dwik. Mijajc generaa przemaszerowaem przed nim rwnym krokiem. Odbijaem: raz - dzy; dwa - dzy! Genera odwrci si, spojrza w moj stron i odsalutowa. Twarz mia modsz od szyi. W wsach przystrzyonych po angielsku - w postaci dwu maych kwadratw - nie byo siwych wosw. Ostro wystpoway koci policzkowe. W jego przymruonych wskich i lekko skonych oczach byo co mongolskiego.

Pomylaem sobie - zapewne Tatar. Zaciekawiony, przeczuwajc co niezwykego, wszedem do pokoju, gdzie wraz z kilkoma wsppracownikami zaatwiaem mao interesujce mnie wwczas sprawy. Zapytaem towarzyszy: Co to za genera? Po co przyszed do nas? Powiedziano mi, e jest to genera Panfiow, komisarz wojskowy Kirgizji. - Czy wiecie, kto to jest wojskowy komisarz republiki? Jest to kierownik komisariatu wojskowego instytucji radzieckiej, zajmujcy si ewidencj osb, podlegajcych obowizkowi suby wojskowej, mobilizacj, przysposobieniem wojskowym modziey w wieku przedpoborowym. Midzy naszymi dwoma Komisariatami Wojskowymi - Kirgizji i Kazachstanu - istniaa umowa o wspzawodnictwie socjalistycznym. Raz lub dwa razy do roku zawieralimy now umow. Sdzono powszechnie, e wanie w zwizku z tym przyjecha genera Panfiow. Usiadem przy stole, wziem teczk i zajrzaem do niej. Przypominam sobie, e tego dnia ukadaem plan komsomolskiego biegu na przeaj. Bya to oczywicie rzecz potrzebna i poyteczna, moecie sami wybra odpowiednie okrelenie, ale... Ale praca nad tym jako mnie nie zadowalaa. Prawie miesic temu rozpocza si wojna, gazety podaway coraz nowe kierunki dziaa, wymieniay coraz nowe miasta zdobyte przez nieprzyjaciela, ja za, starszy lejtenant Armii Czerwonej, siedziaem w AmaAcie, w odlegoci trzech tysicy kilometrw od frontu, i ukadaem plan komsomolskiego biegu na przeaj. le! Bardzo le, Baurdanie! 2 Otworzyy si drzwi i wszed genera w towarzystwie obydwu majorw. Wstalimy. - Sidcie, prosz, sidcie - powiedzia genera. - Dzie dobry... Po przywitaniu usiedlimy. - Ktry z was jest starszym lejtenantem Momysz-Uy? - spyta genera. C to znaczy? Dlaczego genera pyta o mnie? Zdenerwowany wstaem z miejsca. Genera umiechn si. Mia grube wargi i okrgy rosyjski nos pomidzy wystajcymi mongolskimi komi policzkowymi. - Prosz, sidcie, towarzyszu Momysz-Uy, sidcie. Mwi nieco ochrypym, cichym gosem. Podszed do mnie, przysun krzeso, usiad, zdj generalsk czapk z czerwonym otokiem i pooy j na stole. Czarne, krtko ostrzyone wosy byy mocno przyprszone siwizn. W caej jego postaci, w jego twarzy, w sposobie mwienia nie byo, zdaje si, nic wadczego. Tylko brwi mocno zarysowane, tworzce jakby lini aman, prawie pod ktem prostym, przeczyy temu. Siwizna nie dotkna jego brwi i wsw. - A wic zapoznajmy si - powiedzia - jestem Panfiow, Iwan Wasiljewicz. Czy wiecie, e tu u nas w Ama-Acie formuje si nowa dywizja? - Nie wiem.

- Ot... dowdc dywizji mianowano mnie. Z rozkazu dowdztwa rodkowo-Azjatyckiego Okrgu Wojskowego przydzielono was do mojej dywizji na stanowisko dowdcy batalionu. Wyj rozkaz i dorczy mi go. - Rozmiecilimy si tymczasem, towarzyszu Momysz-Uy, w domu Armii Czerwonej. Przekacie komu wasze sprawy i przyjdcie. Wsta, skin wszystkim gow na poegnanie i skierowa si do wyjcia. Szed lekko, jak gdyby by o wiele modszy ni w rzeczywistoci. W drzwiach genera zatrzyma si, odwrci, wyj zegarek, spojrza i pogadzi kciukiem szko. - Prosz mi powiedzie, towarzyszu Momysz-Uy, ile potrzebujecie czasu, by przekaza wasze sprawy? - Niewiele. Mog si stawi za dwie godziny. Pomyla. - Nie, nie trzeba. Jestecie onaci? - Tak jest. - A wic... poegnajcie si dzi z rodzin i przyjdcie do mnie jutro o dwunastej. Schowa zegarek i wyszed. 3 Nazajutrz, za pi dwunasta, wchodziem po szerokich schodach do przedsionka domu Armii Czerwonej. Przed domem nie byo warty. Wewntrz nie spotkaem rwnie ani jednego wojskowego. Nowa dywizja nie miaa jeszcze, jak wida, sztabu. Wony wskaza mi pokj, w ktrym mieszka genera. Zapukaem. Poznaem ochrypy gos generaa i wszedem. May, zgarbiony, z gow wcinit w ramiona, genera siedzia przy duym biurku i przeglda jakie papiery. Potem czsto spotykaem si z Panfiowem, ale tylko wtedy widziaem go zajtego papierami. Jedynym papierem, z ktrym pniej, pod Moskw, nigdy si nie rozstawa, bya mapa sztabowa. I teraz leaa przed nim mapa. Poznaem j od razu: by to plan miasta i okolic Ama-Aty. Na mapie lea zegarek z odpitym rzemykiem. Genera spojrza na zegarek, szybko wsta, odsun ciki fotel i wyszed zza biurka. Uderzyy mnie jego energiczne ruchy, zupenie nie odpowiadajce wiekowi. Miaem wraenie, e cieszy go moliwo oderwania si od papierw. Rozmawialimy stojc. Panfiow przechadza si po pokoju, przystawa przede mn z zaoonymi w ty rkami. Jak si pniej przekonaem, bya to jego ulubiona poza. - Ot - rozpocz - dywizji, towarzyszu Momysz-Uy, nie ma jeszcze. Nie ma ani sztabu, ani pukw, ani batalionw. A zatem nie macie kim dowodzi. Ale wszystko to bdzie, sformujemy wszystko. A tymczasem bdziecie mi musieli pomc. Chc si was poradzi... Jak sdzicie, gdzie mona by szybko pobieli koty?

Zauway widocznie w moich oczach zdziwienie i powiedzia: - Nasza dywizja bdzie jakby dywizj pospolitego ruszenia: zostaje sformowana ponad plan. Na nowy ekwipunek nie ma co liczy. Nie zadamy go nawet. Powiedziaem, e spdzielnia w Ama-Acie ma w miecie szereg drobnych warsztatw. - A kto nimi kieruje? - spyta ywo. - Znacie go? Co to za czowiek? Pyta i sucha z zaciekawieniem. Musiaem odpowiedzie na wiele innych, przewanie tego rodzaju pyta, przy czym nie mogem pozby si wraenia, e Panfiow interesuje si sprawami, ktrymi, zdawaoby si, nie wypada interesowa si generaowi. Ale genera by widocznie innego zdania. Pod koniec rozmowy, wrczajc mi arkusz papieru, da polecenie: - Macie tu spis adresw lokali - powiedzia - w ktrych zamierzam urzdzi punkty formowania jednostek dywizji. Trzeba te lokale obejrze i sprawdzi, czy si nadaj. Trzeba obejrze podwrza czy bdzie mona tam wiczy. Trzeba sprawdzi, czy s kuchnie, koty itd. Oddajc mi spis, spojrza na mnie i powiedzia: - Czy zrozumielicie mnie? - Tak jest, towarzyszu generale. Spojrza na zegarek. - Ile czasu potrzebujecie, by wykona polecenie? - Do wieczora, towarzyszu generale. Zmarszczy brwi z niezadowoleniem. - Co znaczy do wieczora? - Do godziny szstej, towarzyszu generale. Pomyla: - Do szstej... Nie... Zameldujcie mi o wykonaniu polecenia o godzinie smej. 4 Mijay dni, byem wci zajty zaatwianiem drobnych polece generaa. A tymczasem rodzia si, powstawaa do ycia dywizja, przybywali dowdcy. Pewnego razu, po wyjciu od Panfiowa, spotkaem pukownika artylerii. Mia dugie nogi i pocig twarz ze zmarszczkami koo ust. Ustpiem mu w przejciu. Pukownik spojrza na moje patki i stan. - Artylerzysta? - spyta. - Tak jest, towarzyszu pukowniku. - Do mojej dyspozycji? - Nie wiem. Wyznaczony zostaem na stanowisko dowdcy batalionu.

- W piechocie? Jak to? Pjdziemy do generaa. W toku rozmowy u generaa dowiedziaem si, e porywczy pukownik by to przybyy przed chwil dowdca puku artylerii naszej dywizji. - Prosz, towarzyszu generale, skierowa go do mojej dyspozycji. Niech od razu, dzisiaj, przyjmie dyon. Panfiow zwrci si do mnie: - A c wy, towarzyszu Momysz-Uy, o tym sdzicie? Czy dacie sobie rad z dyonem? - Nie, towarzyszu generale, nie dam rady. Panfiow usiad wygodniej. W przymruonych, o mongolskim typie oczach wida byo zaciekawienie. Bya to jedna z cech mu waciwych: niezgaszona, nieosabiona przez wiek, zadziwiajca w jego latach - ciekawo. Zdawao si, oczekiwa z zainteresowaniem, co powie na to pukownik. - Jak to, nie dacie sobie rady? - gniewnie zapyta pukownik. Dowodzilicie bateri? - Tak jest. - A wic doskonale... Albo moe mam postawi zamiast was na dyon majora? Moe oficera dyplomowanego? Takich ani jednego nam nie przyl. Prosz, towarzyszu generale, uzna t spraw za przesdzon i zaatwion. Na to z penym szacunkiem, lecz stanowczo powiedziaem: - Towarzyszu generale! Uwaam za swj obowizek powiedzie uczciwie: z dyonem nie dam sobie rady, brak mi wyksztacenia. Czy wiecie, kto ponosi win za mj wczesny upr? Profesor Diakonow, ktry prawdopodobnie nawet nie wie o moim istnieniu. Autor kapitalnej pracy Teoria ognia artyleryjskiego w trzech tomach, czowiek, ktrego uwielbiaj wszyscy artylerzyci skadajc mu hod za jego uczono. Nie znam wyszej matematyki, ukoczyem po szkole redniej tylko dziewiciomiesiczne kursy artyleryjskie, tote nie daem sobie rady, nie opanowaem tej pracy. C ze mnie za dowdca dyonu, jake bd kierowa ogniem baterii, jeli nie potrafi obliczy wystrzau wedug Diakonowa ani wykona dokadnie salwy diakonowskiej? W pniejszym dopiero czasie, obserwujc na wojnie artyleri i artylerzystw zrozumiaem, e racj mia jednak pukownik. Wojna to najlepsza akademia. Walczc na wojnie, po pewnym czasie, dowodziem niegorzej od innych i nie zrobibym wstydu artylerii. - Czeg wy chcecie? - spyta pukownik. - Baterii - rzekem. - Co znowu! Mam modszych lejtenantw na stanowiskach dowdcw baterii. Czy chcecie pj do sztabu na pomocnika szefa sztabu? Wymkno mi si: - Bro Boe! Genera, ktry z zainteresowaniem sucha naszej rozmowy, rozemia si.

- Nie macie racji, towarzyszu Momysz-Uy... Sztab to niekoniecznie papiery. I niekoniecznie czerwony owek... - Jaki czerwony owek? - spyta pukownik. - Zdaje mi si, e to dotyczy i was, pukowniku - artobliwie powiedzia Panfiow. - Pniej wam opowiem. Nastpnie ju powanie doda: - Rozwa to. Moecie odej, towarzyszu Momysz-Uy. Dalszy cig nastpi tej samej nocy. 5 Tego wieczora byem oficerem inspekcyjnym sztabu. Panfiow pracowa do pna w nocy. Nie tylko na froncie pod Moskw, lecz rwnie w Ama-Acie sypia niewiele - cztery do piciu godzin na dob. Jak zwykle stale wzywa do siebie dowdcw. Rodzia si dywizja. W szkoach, ktre latem stay pustkami, urzdzilimy nasze punkty formowania jednostek dywizji. cigali tam wwczas powoani do suby wojskowej, z tumoczkami i walizkami mieszkacy miasta i okolicznych kochozw. Byli to czsto ludzie ju niemodzi, w wieku trzydziestu, trzydziestu piciu lat, ktrzy przewanie nigdy przedtem w wojsku nie suyli. Jakimi ludmi w rednim wieku, z cenzusem, ktrzy w komisariatach wojskowych znajduj si zazwyczaj na specjalnej licie pozawojskowej, uzupenia Kazachstan swoj dywizj, formujc si ponad plan, podobnie jak jednostki pospolitego ruszenia. O tej godzinie przyszli panfiowcy spali. W duym murowanym domu zapanowaa wreszcie cisza. Skrzypny drzwi, w korytarzu rozlegy si kroki. Wstaem, poprawiem mundur, gdy poznaem generaa po chodzie. Zajrza przez otwarte drzwi. - Jestecie tu, towarzyszu Momysz-Uy? Macie sub? - Panfiow trzyma rcznik. By bez generalskiego munduru. Mia na sobie bia nocn koszul, odsaniajc pier. Twarz zdradzaa zmczenie. Spojrza na mnie, wszed do pokoju i odoy rcznik. W pokoju byo peno dymu. Panfiow otworzy okno i usiad na parapecie. - Mylaem o was, towarzyszu Momysz-Uy, wiele mylaem - powiedzia. - Poradcie mi, co mam z wami zrobi. - Towarzyszu generale, pjd tam, gdzie mi rozka. Ale jeli pytacie o moje zdanie... - A wic, jeli pytam o wasze zdanie... - ...to ja bym prosi, towarzyszu generale, o powierzenie mi nie dyonu, lecz baterii lub batalionu. - Batalion? Dowodzi batalionem - to rzecz nieatwa - mwi dalej, jak gdyby kontynuujc rozpoczt poprzednio rozmow - nie, nieatwa... Czy interesowalicie si kiedy taktyk ogln? Czytalicie co na ten temat? Wymieniem kilka ksiek. - A bj odwrotowy? Czycie si tym interesowali?

- Nie, towarzyszu generale. - To nieatwo wam bdzie dowodzi batalionem - powtrzy Panfiow. - Moliwe - rbnem. - Ale umrze potrafi z honorem, towarzyszu generale. - Razem z batalionem? - Razem z batalionem. Panfiow rozemia si nagle. - Bardzo dzikuj za takiego dowdc... Nie, towarzyszu Momysz-Uy, sprbujcie stoczy na czele batalionu dziesi bitew, dwadziecia bitew, trzydzieci bitew i zachowa batalion. Wtedy onierz bdzie wam wdziczny. Zeskoczy z parapetu i usiad obok mnie na kanapie. - Sam jestem onierzem... onierz nie chce umiera. Idzie do boju po to, by y, a nie umrze. I dowdcw potrzebuje wanie takich... A wy z atwoci powiadacie umr wraz z batalionem... W batalionie, towarzyszu Momysz-Uy, jest siedmiuset onierzy... Jake mog wam ich powierzy? Milczaem. Milcza rwnie Panfiow przygldajc mi si uwanie. Wreszcie powiedzia: - C wy na to, towarzyszu Momysz-Uy? Czy podejmujecie si poprowadzi ludzi w bj nie po to, by umrze, lecz po to, by y? - Podejmuj si, towarzyszu generale. - wietnie odpowiedzielicie, jak przystao na onierza... A czy wiecie, co trzeba w tym celu zrobi? - Pozwlcie, towarzyszu generale, e was poprosz, abycie sami mi to powiedzieli. - Chytra bestia... Chytra... Po pierwsze, towarzyszu Momysz-Uy - i uderzy si w czoo - powiem wam poufnie - artobliwie szepn genera - na wojnie take spotyka si gupcw. Po czym przesta si umiecha i cign: - Oprcz tego potrzebna jest jeszcze jedna wana rzecz... Bardzo wana i okrutna. Dyscyplina! 6 Jeszcze kilka dni pozostaem w sztabie wykonujc polecenia generaa. Przygldajc mu si zrozumiaem, jak kieruje dywizj ten na pozr agodny czowiek. Nie zawsze jednak by agodny. Pewnego razu zauwayem, jak oficer sztabowy, ktry przyzwyczai si widocznie do staego: Sidcie, prosz, sidcie, wszed do Panfiowa i usiad bez zaproszenia. - Prosz wsta! - powiedzia ostro Panfiow. - Wyjdcie z pokoju, pomylcie sobie troch za drzwiami, potem wrcicie. Wkrtce spostrzegem, e w kadej sprawie ucieka si do pomocy wiernego towarzysza, maego dokadnego mechanizmu - zegarka kieszonkowego. Panfiow zawsze zadawa pytanie: - Ile czasu potrzebujecie na to?

Po otrzymaniu odpowiedzi zwykle myla. Pniej sam wyznacza potrzebny okres czasu, niekiedy skracajc, ale przewanie przeduajc go w porwnaniu z tym, jaki mu wymieniono. I nigdy nie zapomnia sprawdzi, czy wykonano jego polecenie w oznaczonym terminie. Byem pewnego razu wiadkiem, jak zwymyla dowdc, ktry nie wykona polecenia na czas. - Jestecie oficerem niesumiennym, niezdyscyplinowanym. Znam was zaledwie kilka dni, ale, niestety, przekonaem si, e okazalicie si czowiekiem leniwym. cign swe dziwne brwi i wydao si, e zaamuj si pod bardziej ostrym ktem ni zazwyczaj. Nie krzycza, tylko mwi troch goniej i nieco dobitniej ni zwykle. Miao to taki skutek, e czowiekowi robio si szczeglnie ciko na sercu. Utkwi mi w pamici pewien drobny fakt. Z polecenia generaa odebraem i przewiozem do magazynu wraz z grup czerwonoarmistw pierwszy modzierz przysany do dywizji Panfiow wyrazi ch obejrzenia modzierza. Krzyknem przez okno pomagajcemu mi onierzowi: - Przyniecie z magazynu modzierz! Za pi minut bdcie tu! Odwrciem si i ujrzaem Panfiowa, ktry zmruywszy oczy patrzy na mnie takim samym ironicznym spojrzeniem, jakie raz ju zmusio mnie do zaczerwienienia si. - Za pi minut, towarzyszu Momysz-Uy - powiedzia genera - nie zdy wrci. Panfiow nic wicej nie powiedzia. Ale byem zdumiony t jego prost uwag. Ile to razy nie zastanawiajc si mwiem: Za pi minut! Ale Panfiow zastanawia si.

Ko ysek i koska historia


1 Nadszed wreszcie dzie, w ktrym poegnawszy si z generaem wyjechaem, by obj dowdztwo nad batalionem. Ale przedtem zdarzy si pewien wypadek, ktry musz opowiedzie Dla przejadek po miecie braem konia ze sztabu dywizji. By; to adny, rosy ko - ysek, bardzo silnie reagujcy na ruch cugli. W cigu ptora tygodnia mego pobytu w sztabie nauczyem go bardzo wielu rzeczy. Ale do batalionu, ju przeniesionego za miasto do stanicy Tagar w odlegoci dwudziestu piciu kilometrw od Ama-Aty, miaem pojecha samochodem, ktry szed wanie w tamt stron. Wstaem rano o godzinie pitej, kiedy w sztabie panowaa jeszcze zupena cisza, i wyszedem na podwrze. Samochd spni si. Chciaem na poegnanie odwiedzi yska. W stajni poklepaem go i pogaskaem. Mikkim pyskiem szuka mojej doni, gdy przywyk, e za posuszestwo dawaem mu kawaek chleba lub cukru. Ale teraz nic nie daem yskowi, nie byo za co... Zacz uderza przednimi nogami jak przy kusie hiszpaskim, tak jak go uczyem. Umiechnem si, osiodaem go i wyprowadziem ze stajni.

Przejechaem kilka razy dokoa podwrza, po czym puciem konia skrconym galopem, a nastpnie, zamyliwszy si nad czym - kusem hiszpaskim. Byo, jak ju powiedziaem, bardzo wczenie. Zdawao si, e na podwrzu nie ma ywej duszy. Nagle usyszaem: - Gdybycie potrafili, towarzyszu Momysz-Uy, tak samo kierowa batalionem... Na ganku sta genera. Zmieszany, zeskoczyem z konia. - Prosz sobie nie przeszkadza - powiedzia Panfiow - przygldam si z przyjemnoci. Podszed. - Wic taki, okazuje si, macie zwyczaj... A tam - i pokaza w dal - czy potraficie tak samo kierowa? Odpowiedziaem: - Towarzyszu generale... Kiedy powiedziano mi zupenie to samo. To jest, niezupenie powiedziano. - To ciekawe, bardzo ciekawe... Prosz, opowiedzcie... Ale ju aowaem. Kto mnie u licha cign za jzyk? Po co bd zabiera generaowi czas jakimi historyjkami, ktre miay znaczenie tylko dla mnie? Starajc si by zwizym, zaczem opowiada, e kiedy jako modszy lejtenant nie umiaem utrzyma w karnoci swego plutonu. Niejednokrotnie karano mnie, a wreszcie zawezwa mnie dowdca puku i wygosi odczyt o tym, jak naley kierowa koniem. To pomogo. - Nie, prosz, opowiedzcie mi dokadniej... Co on wam powiedzia? - dopytywa si Panfiow. - Mwi o dobrym jedcu, o tym, e dobry jedziec potrafi zrobi wiec, puci konia kusem hiszpaskim i nawet zataczy... Nastpnie o rodkach kierowania koniem. S to, po pierwsze, wodze: wdzidowe, munsztukowe - to ju jest kierowanie... - Tak, tak... Ciekawe... - Mwi, e dobry jedziec nigdy nie uywa caej rki, a nawet doni... Konia szarpie jedynie winiopas. No i tak dalej, w tym rodzaju. - Nie, nie... Prosz, opowiadajcie dalej. C on jeszcze mwi? Panfiow, zdawao si, by tym wszystkim niezwykle zainteresowany. Umiecha si, umiechay si zmarszczki dokoa oczu. - Mwi rwnie o innych rodkach kierowania koniem. O przesuniciu nieuchwytnym ruchem punktu oparcia na grzbiecie konia. O nodze jedca. Istnieje dwadziecia rnych sposobw kierowania koniem sam tylko ostrog - przez uderzenie wprost, lekkie dotknicie, itd. Ale dobry jedziec rzadko kiedy uywa ostrg. Wystarczy, e nacinie konia ydk - i ten od razu pojmuje. Jak to osign? - Wanie, wanie... Jak to osign? Zaciekawienie Panfiowa porwao mnie. Teraz mwiem z zapaem: - Wanie, jak zmusi konia do tego, by niezwocznie spenia kade danie jedca? Rzecz najwaniejsza - to uporczywe zdanie do postawionego sobie celu. Jeeli danie nie zostao

wypenione - ukarz, nigdy nie przepuszczaj tego bezkarnie! Jeeli wypenione zostao dobrze pochwal! Wszystko to mwi spokojnie, po czym rzek: Moecie odej... - C wy na to? - Z pocztku nie rozumiaem, po co mnie zawezwano. Odwrciem si i wyszedem. Na progu jakby mnie kto uderzy po gowie: C to, czowieka uwaa za konia? Mnie uwaa za konia?! Chciaem wrci i krzykn: Nie jestem koniem! Panfiow trzs si od miechu. Nigdy nie widziaem go tak wesoego. Wyj chusteczk i zacz wyciera zy iskrzce si w oczach. Wreszcie powiedzia: - Niegupia, wcale niegupia historia. A wic szarpi tylko winiopasy? miejc si pogaska yska i zapyta: - Podoba si wam ten ko, towarzyszu Momysz-Uy? - Bardzo, towarzyszu generale... - Zabierzcie go ze sob-. To podarunek... Niech bdzie z wami w batalionie. I za kadym razem, kiedy bdziecie wsiadali na niego, przypomnijcie sobie kosk histori... Czy zrozumielicie mnie? - Wedug rozkazu, towarzyszu generale, przypomn sobie. Dzikuj, towarzyszu generale! Nie czekaem ju na auto i wierzchem na ysku pojechaem do batalionu. 2 Umwilimy si z wami, e nie bd opisywa przyrody. Znajd si inni, ktrzy zrobi to znacznie lepiej. Kiedy po wojnie przyjedziecie do mnie latem w gocin i zobaczycie sami, jak pikny jest Kazachstan. Opiszecie wtedy okolice Ama-Aty, stanic Tagar i burzliw rzek grsk Tagark. Po przyjedzie do stanicy odszukaem siedzib instytutu rolniczego, w ktrej rozmieci si batalion. Zapoznaem si z szefem sztabu, szczuplutkim, ruchliwym Kazachem Rachimowem, byym agronomem. Nosi jeszcze cywilne ubranie. Na marynarce mia odznak alpinisty. Ale ten mj alpinista nie umia ani stan na baczno, ani zameldowa si. Obejrzaem w jego towarzystwie dom. Wszdzie byo peno ludzi, ale mundur wojskowy miaem tylko ja na sobie. Ludzie wczyli si po korytarzach, leeli, piewali. Zarzdziem zbirk batalionu. Ludzie ustawiali si w szeregi dugo, nieumiejtnie. Alpinista jako tako wyrwna szeregi, poda komend: Baczno i wybauszy na mnie oczy, zamiast zoy raport. Westchnem ciko i podszedem do szeregw. Przywitaem si. Powiedziaem, kim jestem, i zawiadomiem, e zostaem mianowany dowdc batalionu. Czy mogem wwczas przypuszcza, e ci sami ludzie, ktrzy nie potrafili wyrwna szeregw i stali tak niezgrabnie, wsawi si kiedy w bitwie o Moskw wraz z ca dywizj Panfiowa? Ze pokocham tych ludzi tak, jak nigdy jeszcze nikogo nie kochaem? Powiedziaem im wtedy: - Ojczyzna zawezwaa nas do szeregw. Macie na sobie wci jeszcze cywilne ubrania. Wczoraj bylicie ludmi rnych zawodw -byli wrd was i zwykli kochonicy, i dyrektorzy. Poczynajc od

dnia dzisiejszego jestecie szeregowcami i podoficerami Robotniczo-Chopskiej Armii Czerwonej. Ja jestem waszym dowdc. Ja rozkazuj - wy podporzdkowujecie si. Ja narzucam wam swoj wol wy j wykonujecie. Umylnie mwiem w sposb tak ostry. - Kady z was bdzie wykonywa wszystko, co ja rozka. Wczoraj moglicie sprzecza si ze swoim zwierzchnikiem; mielicie prawo dyskutowa, czy sowa jego s suszne, czy postpi we waciwy sposb. Od dnia dzisiejszego ojczyzna pozbawia was tego prawa. Poczynajc od dnia dzisiejszego jedynym prawem jest dla was rozkaz dowdcy. Ojczyzna powierzya mi rozkazywanie, wam kazaa wykonywa moje rozkazy. Regulamin wojskowy jest surowy, ale na nim opiera si wojsko. Czy chcecie odeprze wroga, ktry zamierza ujarzmi nasz kraj? Wiedzcie wic, e wszystko to jest potrzebne do zwycistwa. Nastpnie krtko mwiem o uczciwoci, obowizku i honorze. Uczciwo wobec ojczyzny, wobec wasnego rzdu, wobec dowdcy - to najwysza cnota onierza. - Czowiek moe posiada wiedz, zdolnoci - mwiem dalej - by zwinny i dowiadczony, jeeli jednak obca mu jest wiadomo obowizku wojskowego - niechaj nie spodziewa si po mnie litoci! I wreszcie honor. Wytumaczyem to na swj sposb. Istniej dwa przysowia kazachskie. Jedno z nich gosi: Zajc umiera od szumu trzciny, bohater umiera w obronie honoru. Drugie przysowie skada si z niewielu sw: Honor jest silniejszy od mierci. Powiedziaem to po kazachsku i przetumaczyem na jzyk rosyjski. Batalion w jedne; trzeciej skada si z Kazachw, reszta byli to Rosjanie i Ukraicy Kiedy skoczyem, w szeregach kto miao powiedzia na gos: - Towarzyszu dowdco batalionu! Czy mog powiedzie... Z szeregw wystpi krzepki modzieniec w cienkiej czarnej koszuli, pod ktr uwydatniay si szerokie bary. - Nie pozwalam - powiedziaem. - To nie wiec. Dowdcy kompanii! Odprowadzi kompanie. Takie byo moje pierwsze przemwienie, taka bya moja pierwsza znajomo z batalionem. 3 Spieszyem korytarzem do przygotowanego dla mnie pokoju. - Towarzyszu dowdco batalionu! Prosz mi pozwoli zameldowa... Przede mn sta onierz - ten sam, ktry pierwszy nazwa mnie dowdc batalionu. Wosy mia jeszcze nie ostrzyone. Tylna cz gowy bya ogolona, spod czapki wyglda kdzierzawy czub. - Nazwisko? - spytaem. - Szeregowiec Kurbatow. Stojc na baczno mia postaw prawdziwie wojskow. - W wojsku suye? - Nie, towarzyszu dowdco batalionu... Suyem w zmilitaryzowanej stray kolejowej.

- A wic, towarzyszu Kurbatow... Aby si zwrci do dowdcy batalionu, trzeba otrzyma zezwolenie dowdcy kompanii... Zwrcie si do niego... - On, towarzyszu dowdco batalionu, nie uwzgldnia... Ja w sprawie ochrony... Tylnych drzwi, towarzyszu dowdco batalionu, nikt nie pilnuje, furtki rwnie... A jeeli nagle, towarzyszu dowdco... Zuch, pomylaem sobie. Spodoba mi si jego zapal, upr, otwarte spojrzenie, szerokie barki. Ale powiedziaem co zupenie innego. - W ty zwrot! Odmaszerowa! Kurbatow poczerwienia. Przez chwil waha si, potem zrobi w ty zwrot i pomaszerowa po korytarzu. Zwrciem si do Rachimowa, ktry sta obok mnie. - Towarzyszu szefie sztabu! Szeregowca Kurbatowa mianujcie dowdc druyny. Z tyu kto dotkn mnie. Odwrciem si, zauwayem, jak kto niepewnie cofn rk. - Zwracaem si do mego dowdcy... Powiedzia, ebym si zwrci do was, towarzyszu dowdco batalionu. Ujrzaem czowieka w okularach. Byo to moje pierwsze spotkanie z Murinem. W marynarce, w krawacie, ktry zjecha troszk na bok. umiecha si nie wiedzc, gdzie ma podzia rce. Chocia by ju lipiec, jego delikatne donie byy prawie nieopalone, tak sarno zreszt jak biaa poduna twarz. - Ja, towarzyszu dowdco batalionu, zostaem skierowany do suby pomocniczej. Ale prosiem, eby mnie wcielono do batalionu - owiadczy z dum. - Dowiodem im, e okulary moje cakowicie wyrwnaj braki wzroku... Na przykad tam na suficie... Prosz spojrze, towarzyszu dowdco batalionu... Mucha! Widz j zupenie wyranie... - Dobrze, towarzyszu, przekonaem si. Dalej. - W batalionie jednak przydzielono mnie znowu do suby pomocniczej. Dano mi konia i wzek. A ja nie mam najmniejszego pojcia, co to jest ko. I nie po to wstpiem do szeregw... Chciabym, towarzyszu dowdco batalionu, aby mnie przydzielono do kompanii cikich karabinw maszynowych! Spytaem, jak si nazywa, i powiedziaem: - Mona, towarzyszu Murin, zrobi to. Idcie... Ale on, zdaje si, nie mia pewnoci, e sprawa jest zaatwiona. Pragn przytoczy dodatkowe argumenty. - Syszaem wasze przemwienie, towarzyszu dowdco batalionu... Macie zupen racj... Kady wasz rozkaz jest dla mnie prawem obowizujcym. - Idcie - powtrzyem. Spojrza na mnie ze zdziwieniem i jak gdyby nigdy nic, mwi dalej.

- Ja, towarzyszu dowdco batalionu, jestem muzykiem. Aspirantem konserwatorium. Ale teraz wszyscy powinni strzela. Aby lepiej to wyrazi, pokrci palcami. Krzyknem: - Jak stoicie? Rce! Murin, przeraony, wyprostowa si. - Dwa razy powtrzyem: Idcie. A wy co? Wydaje si wam, e prosicie, aby wam zaufano rzecz najtrudniejsz: strzelanie! Nie, towarzyszu Murin, najtrudniejsz, najcisz rzecz w armii jest posuszestwo! Murin otworzy usta, by odpowiedzie, ale ja mwiem dalej: - Nieraz bdziecie mieli wraenie, e dowdca nie ma racji i zechcecie podyskutowa, a w odpowiedzi usyszycie: Milcze! Przyrzekam wam to. Idcie. Murin odszed. 4 Tego dnia zapoznaem si z dowdcami kompanii i plutonw; opracowaem rozkad wicze, zorganizowaem sub wartownicz, zajty byem sprawami cznoci, gospodarstwa i dopiero pno wieczorem pozostaem sam. Wyjem z torby polowej regulaminy piechoty, ktre mi dano w sztabie, i zabraem si do czytania. Potem odsunem je i zaczem rozmyla. W jaki sposb, w cigu niezwykle krtkiego czasu, uczyni z siedmiuset ludzi uczciwych, oddanych ojczynie, ale nie wojskowych, nie wyszkolonych w duchu dyscypliny - jak z nich uczyni si bojow, ktra potrafi oprze si nieprzyjacielowi i sta si dla niego gron. Tej nocy mylaem o wielkiej wojnie, na ktr wyrusz z batalionem, o yciu i mierci, o rzeczy najdoniolejszej, podstawowej, nad ktr myl nieczsto si zatrzymuje. Przypomniaem sobie kosk histori. Genera Panfiow mia si, ja miaem si rwnie, tymczasem jednak... Przypomniaem sobie, jak to ze mnie, wolnego Kazacha, konia stepowego, nie znoszcego wdzide, zrobiono onierza. Ciko, niewypowiedzianie ciko upyny moje pierwsze miesice w wojsku. Uwaaem za rzecz poniajc biec do dowdcy, sta przed nim na baczno, sucha zwizych rozkazw: Bez gadania! W ty zwrot! Wszystko si we mnie buntowao: Dlaczego bez gadania? Czybym by niewolnikiem? Czy nie jestem takim samym czowiekiem jak on? Bladem i czerwieniem si na przemian. Odpowiadaem zuchwale, nie podporzdkowywaem si. Czy wiecie, co wreszcie ze mn zrobiono? Posano mnie do szkoy oficerskiej i mianowano oficerem Armii Czerwonej. Dopiero stopniowo zrozumiaem konieczno bezwarunkowego, zupenego, absolutnego podporzdkowania si woli dowdcy. Jest to fundament wojska. Bez tego ludzie nawet najbardziej miujcy ojczyzn nie zwyciaj w boju. Bez tego puki i bataliony przeksztacaj si w niezorganizowany tum. Wiedziaem jedno: jeeli nie potrafi by nieugity, jeeli nie potrafi zaprowadzi surowej dyscypliny - wygubi mj batalion - siedmiuset obywateli radzieckich, ktrych powierzy mi Panfiow.

Podpowiedziao mi to cae moje niewielkie, lecz ciko zdobyte dowiadczenie onierza, mwi mi o tym na poegnanie genera Panfiow. W jaki jednak sposb osign to jak najprdzej? Przecie miaem do rozporzdzenia tylko liczone dni, kilka tygodni... W jaki sposb w tak krtkim czasie stworzy zdyscyplinowan, wyszkolon, gron dla nieprzyjaciela si, ktrej na imi batalion?

Pierwszy marsz
1 Nie bd ze wszystkimi szczegami opowiada, jak szkoliem onierzy i uczyem ich przezwycia trudnoci. Nie starczyoby mi na to czasu. Opisz tylko jeden marsz. Upyno siedem czy osiem dni od chwili, kiedy objem dowdztwo batalionu. Bylimy ju umundurowani i uzbrojeni. Uczylimy si obchodzi z karabinem, okopywa si, biega, czoga si, maszerowa. Wieczorem otrzymalimy rozkaz: wyruszy nad ranem, przej pidziesit kilometrw, dotrze do okrelonego punktu w dolinie rzeki. Przenocowa tam i do koca nastpnego dnia przej te same pidziesit kilometrw i wrci do Tagaru. Rwnie uciliwe marszruty wyznaczono i innym batalionom - genera Panfiow przyzwyczaja dywizj do odbywania forsownych marszw. Ludzie przygotowali si do marszu z wieczora, w nocy odpoczli i ledwo wit, kiedy soce jeszcze nie wzeszo, batalion ustawi si w szeregi. Wy, jako czowiek, ktry nigdy nie by onierzem, bylibycie prawdopodobnie zdania, e macie przed sob gron jednostk wojskow. Szeregi stay rwno, na karabinach byszczay nowiutekie bagnety. onierze byli w penym rynsztunku: zwinite paszcze, maski gazowe i saperki w zielonych niewypowiaych pokrowcach; hemy stalowe, przymocowane do plecakw. Na pasach, obcigajc je z lekka w ty, wisiay granaty i adownice, w ktrych znajdowao si po sto dwadziecia ostrych naboi. ...Obcigajc je z lekka... A u wielu nawet nie z lekka. Oko moje od razu to spostrzego. Widziaem niedostatecznie szczelnie zwinite paszcze, plecaki ze le cignitymi pasami; torby z granatami zwisajce na brzuch. Niewielu spord onierzy wyrniao si prawdziwie oniersk postaw. Wrd tych niewielu by Kurbatow. Wywoaem go z szeregu i powiedziaem: - Towarzysze! Oto podoficer, ktry przygotowujc si do marszu woy rynsztunek tak, jak przystoi onierzowi. W marszu lej mu bdzie ni innym. Spjrzcie, jak wszystko ma w porzdku, jak cignity jest jego rzemie. Niejednokrotnie objaniaem, pokazywaem, jak to zrobi. Ale jzyk mj jest zapewne nie do ostry. Wicej nie bd mwi, udzielam gosu waszemu zwinitemu paszczowi, waszej saperce, plecakowi... Niech teraz przemwi do was... Sdzicie, e nie maj jzyka? Maj! I ostrzejszy ni mj! Szeregowiec Harkusza, do mnie! Podbieg zawsze umiechnity Harkusza o zadartym nosie. Torba z granatami spezaa mu na . brzuch i koysaa si przy chodzeniu.

- Jestecie gotowi do marszu? - Tak jest, towarzyszu dowdco batalionu. - Stacie obok Kurbatowa. Szeregowiec Goubcow, do mnie! Paszcz Goubcowa by zwinity tak grubo, e dotyka policzka. Plecak wisia luno na plecach. - Jestecie gotowi do marszu? - Tak jest, towarzyszu dowdco batalionu. - Stacie obok Harkuszy. Wybraem w ten sposb okoo dziesiciu, na ktrych wszystko wisiao szczeglnie luno, i postawiem ich na przedzie kolumny. - Batalion, baczno! W prawo zwrot! Kierunek za mn marsz! Ruszylimy. Maszerowaem obok tych, ktrych wywoaem, spogldajc na nich cay czas jednym okiem. Dziesi, pitnacie minut szli z atwoci. Torba z granatami cay czas uderzaa Harkusz z lekka po nogach Wreszcie w kierunku torby wycigna si rka, aby j poprawi. Goubcow chcia odepchn zawinitko z paszczem. Szorstkie sukno onierskie zaczo naciera mu szyj. Trzeciego opata uderzaa po tylnej czci. Poprawiali w czasie marszu, ale to nie pomagao. Po nastpnych dziesiciu minutach Harkusza przechyli si w ty i wysun brzuch naprzd, aby przytrzyma koyszc si torb. Kiedy spostrzeg, e na niego patrz, umiechn si z wysikiem. Goubcow krcc szyj usiowa odepchn zwinity paszcz. Zacz mu dokucza rwnie plecak. Wsunwszy rk pod rzemie usiowa niepostrzeenie pocign torb w gr. Harkusza ju nie wystawia brzucha - szed jak gdyby mia krzywy bok i zwolni kroku. Rozkazaem: Harkusza, duszy krok! Nie pozostawa w tyle za Kurbatowem! Przemaszerowalimy w ten sposb sze kilometrw. I znw pokazaem onierzom Kurbatowa, a nastpnie krzyknem: - Harkusza, do mnie! Podbieg skurczony. W szeregach rozleg si miech. - A wic, Harkusza, melduj. Jeste gotw do marszu? Harkusza milcza ponuro. - Z granatami rozmawiae? - Rozmawiaem... - Opowiedz onierzom, co ci mwiy.

Milcza. - Mw, nie wstyd si... Co mam mwi? onierz sowu nie wierzy, sam chce wymaca... - Wymacae? - Nie ja wymacaem, lecz one mnie... I tu Harkusza paln swko, ktre nie nadaje si do druku. onierze mieli si. Harkusza, ktry uly sobie, mia si rwnie. Zawoaem Goubcowa, spoconego, z natart do czerwonoci szyj. - Towarzysze, spjrzcie teraz na tego... Rozmawiae ze swym zwinitym paszczem? Z plecakiem rozmawiae? Powiedz, czego ci nauczyy... Goubcowa rwnie zmusiem do mwienia. W ten sposb po kolei zademonstrowaem onierzom wszystkich tych, ktrzy mieli udrk z rynsztunkiem. Potem powiedziaem: - Komu trudno chodzi, kiedy paszcz jest le zwinity, kiedy torba z granatami lub plecak jest nie na miejscu? onierzowi czy dowdcy batalionu? onierzowi! Mwiem wam to nieraz, ale wycie na pewno myleli: Dobrze, zrobimy to dla niego, byle si nie czepia. I robilicie to byle jak. Okazao si jednak, e to wcale nie dla niego, lecz dla siebie. Rzeczy nauczyy ju wielu. Teraz na postoju niech kady z was sprawdzi i poprawi rynsztunek. Jeeli zobacz, e i teraz ktry z was mnie nie zrozumia, wywoam z szeregw, niechaj w mojej obecnoci porozmawia z rzeczami, niech si przekona, e rzeczy maj jzyk ostrzejszy ni ja. Po tym krtkim postoju nie miaem potrzeby wywoywa kogokolwiek z szeregw. Nikt ju nie chcia rozmawia z rzeczami. 2 Batalion znw rusza w drog. Pidziesit kilometrw w lipcowej spiekocie - to droga nieatwa, zwaszcza dla ludzi nieprzyzwyczajonych do marszu. Dowdcy kompanii i oficerowie polityczni szli na przedzie swych jednostek. Jedynie ja jechaem konno. Przepuszczaem obok siebie szeregi, potem pdz na czoo kolumny - i znw przepuszczam. Patrz - kompanie zaczynaj si wydua, niektrzy onierze zostaj w tyle. Zwrciem uwag dowdcw. Po pewnym czasie znw sprawdziem. Moje sowa nic nie pomogy, kolumna wydua si coraz bardziej. Pogadaem z dowdcami troch ostrzej - znw nie poskutkowao. I w tym wypadku sowa nie pomogy. Niektrzy spord dowdcw sami si zmczyli. Wyjechaem na czoo batalionu i krzyknem: - Dowdca kompanii cikich karabinw maszynowych na czoo kolumny! Poda dalej! Po kwadransie przybieg zdyszany dugonogi Krajew. - Towarzyszu dowdco batalionu, melduj si na rozkaz!

- Dlaczego wasza kompania wyduya si? Dlaczego nie zachowujecie dystansu? Nie mam zamiaru sto razy powtarza wam tego! Dopki nie zaprowadzicie porzdku, bd was wzywa na czoo kolumny! Skoczyem, moecie odej! Biec wzdu szeregw batalionu przeganiajc go - to rzecz nieatwa. Droga wynosi prawie kilometr. Nastpnie wezwaem dowdc drugiej kompanii, Siewriukowa. By to czowiek niemody, przed wojn by gwnym ksigowym fabryki wyrobw tytoniowych w Ama-Acie. Kiedy przybieg do mnie, nie mg zapa tchu. W odpowiedzi na moje sowa Siewriukow rzeki: - Towarzyszu dowdco batalionu, onierzom bardzo ciko. Czy nie mona by czci rynsztunku pooy na wozy? Ostro odmwiem. - Co w takim razie robi z pozostajcymi w tyle? Jak zmusi czowieka, jeeli on ju nie moe?... - Czego nie moe? Wykona rozkazu? Siewriukow zamilk. Kady z dowdcw jeden raz by u mnie. Ale wci jeszcze w kompanii Siewriukowa ludzie pozostawali w tyle. Spojrzaem na niego, czterdziestoletniego zmczonego czowieka, maszerujcego na czele kompanii. Po biaawych, dokadnie przystrzyonych skroniach, po zakurzonej twarzy - spyway strumyki potu Czy rzeczywicie nie mona si obej bez tego, eby jeszcze raz tu bieg? Przecie to dla niego bardzo uciliwe! Ale c robi? Siewriukow lituje si nad onierzami, ja si nad nim zlituj, a potem... Co bdzie z nami tam - na froncie? Pocwaowaem na ysku na czoo kolumny i krzyknem: - Dowdca drugiej kompanii, na czoo kolumny! Teraz wreszcie pomogo. Przepuszczajc przed siebie szeregi ujrzaem, e Siewriukow idzie ju nie na przedzie, lecz z tyu kompanii. Wygld mia energiczny i nawet gos mu si zmieni: syszaem, jak rozkazywa ostrym tonem. Szeregi batalionu byy znw uporzdkowane, odlego midzy kolumnami zaznaczya si znw wyranie, nikt ju nie pozostawa w tyle. W ten sposb zrobiwszy pidziesit kilometrw przybylimy na miejsce przeznaczenia w cakowitym porzdku. Ale ludzie byli zmczeni. Na komend: Rozej si - onierze jak martwi rzucili si na ziemi. Wszyscy myleli, e teraz zostanie rozdany obiad, bdzie mona sobie podje, a potem zasn! Ale stao si zupenie inaczej. 3 W pochd wzilimy ze sob wedug przepisw kilka kuchni polowych. Kiedy jednak zatrzymalimy si na nocleg, rozkazaem: drzewa dla kuchni nie bra i produktw do kotw nie ka, lecz rozda je

w stanie surowym onierzom, wedug normy przepisowej: tyle a tyle gramw misa, tyle a tyle kaszy, tuszczu itd. onierzom i dowdcom oczy wylazy na wierzch. Przecie wszystko to jest surowe - co z tym zrobi? Wielu spord nich nigdy w yciu nie gotowao, nie miao pojcia, jak ugotowa zup. Rozlegy si gosy: - Mamy przecie kuchni! Krzyknem: - Milcze! Wykona, co rozkazaem! Niech kady sam przygotuje kolacj! I oto w rozlegym stepie kazachskim, na brzegu rzeki Ili, zapono kilkaset ognisk. Niektrzy onierze byli tak zmczeni, tak zdehumorowani, e nic sobie nie ugotowali, pooyli si spa o pustym odku. Innym znw przypalia si kasza - wicej wyrzucili, ni zjedli. Bya to dla nich pierwsza lekcja sztuki kulinarnej. Z rana znw nie pozwoliem rozpala ognia w kuchniach i rozkazaem wyda onierzom racje ywnociowe. Nastpnie zarzdziem zbirk batalionu i zwrciem si do onierzy z takim mniej wicej przemwieniem: - Po pierwsze: jestecie, towarzysze, niezadowoleni, e wypado wam maszerowa tak dugo, a marsz by tak uciliwy. Wszystko to zrobione byo celowo. Bdziemy musieli wojowa, przej nie pidziesit i nie sto, lecz wiele setek kilometrw. Na wojnie, po to by oszuka nieprzyjaciela, by zada mu nieoczekiwany cios, bdziemy musieli odbywa marsze jeszcze bardziej dugotrwae, jeszcze bardziej uciliwe. To, cocie wczoraj przeyli, s to fraszki w porwnaniu z tym, co was czeka na froncie. Sawny rosyjski wdz Suworow tak wanie wychowa swoich onierzy, ktrzy otrzymali miano cudownych bohaterw. Zostawi on nam przykazanie: Ciko jest na wiczeniach, bdzie atwo w boju. Czy chcecie walczy jak wojska Suworowa? Kto nie chce - dwa kroki naprzd! Nikt si nie ruszy. Mwiem dalej: - Po drugie: Jestecie niezadowoleni, e wydano wam surowe miso, chocia mamy kuchnie, i e zmuszono was, zmczonych, do gotowania sobie zupy w kociokach. Mylicie, e na froncie kuchnia zawsze bdzie pod rk? Mylicie si. Na froncie kuchnie bd pozostaway w tyle. Czasami bdziecie godowali! Syszycie? Bdziecie godowali, nie bdziecie te mieli co pali! Solennie to wam przyrzekam. Taka jest wojna, takie jest ycie onierza bronicego ojczyzny. Czasami naje si od syta, kiedy indziej znw nie bdzie mia co woy do ust. Cierp, ale strze honoru onierskiego! Gowa do gry! Kady powinien umie gotowa! Co z ciebie za onierz, co z ciebie za wojak, jeeli nie potrafisz ugotowa sobie zupy! Wiem, e niektrzy z was nigdy w yciu nie gotowali. Wiem, e wielu przychodzc do restauracji woao: Kelner! Kufel piwa i befsztyk po angielsku! A tu nagle zamiast befsztyka marsz pidziesiciokilometrowy, w dodatku z ciarem trzydziestodwukilogramowym na plecach. A po tym wszystkim trzeba sobie jeszcze ugotowa zup. Kiedycie j gotowali nienawidzilicie mnie! Czy prawda? Rozlegy si glosy: Prawda, towarzyszu dowdco batalionu, prawda! Midzy mn a onierzami jakby przebiegi prd elektryczny, nawizaa si ni porozumienia. Ja rozumiaem ich, oni mnie swego dowdc. Sprbujcie, prosz, opisa, jakim uczuciem napenia serce czowieka taka czno. Mam wtpliwoci, czy si wam uda: nie przeywalicie tego.

4 Ruszylimy w drog powrotn. Do naszego obozu w Tagarze prowadzia znakomita szosa. Po takiej szosie atwo si idzie. atwo - a wic do diaba z szos, oddalmy si od niej. Czy na wojnie chodzi bdziemy po szosach? Rozkazaem, aby ludzi poprowadzono nie szos i aby oddalono si od niej o sto do dwustu metrw. Jeeli droga pokryta bdzie kamieniami - maszerujcie po kamieniach, jeeli napotkacie parw naprzd przez parw; jeeli natkniecie si na piasek - marsz przez piasek. Dzie by gorcy, bez wiatru. Nielitociwie prayo soce. Zdawao si, e powietrze drga - zdarzaj si takie dni: od rozpalonej jak piec ziemi unosz si w gr przezroczyste strugi. Krtkie postoje urzdzalimy nie nad strumykami i nie w cieniu, lecz pod palcym socem. Wiedziaem, e ludziom jest ciko... Ale wiedziaem rwnie, e wymaga tego wojna, e wymaga tego zwycistwo. 5 W pobliu Tagaru podjecha do nas na maym koniku genera Panfiow. Wyjecha na spotkanie powracajcych batalionw. Ujrzawszy generaa czerwonoarmici przyjli postaw oniersk i doprowadzili do porzdku umundurowanie, na komend kompanie zaczy maszerowa rwnym krokiem; onierze zmczeni, lecz idcy rwno i miarowo, mieli dumnie wzniesione gowy: oto jacy jestemy! Panfiow umiechn si. Od malekich oczu po ogorzaej, jakby osmolonej twarzy rozpyna si sie drobnych zmarszczek. Stan w strzemionach i krzykn: - Wspaniale maszerujecie! Dzikuj, towarzysze, w imieniu suby! - Suymy Zwizkowi Radzieckiemu! Batalion wrzasn to tak gono, e ko si przestraszy. Panfiow mimo woli chwyci za wodze, pokiwa gow i rozemia si. Teraz i ja wraz z innymi wykrzyknem te sowa. Odpowiedziaem nie tylko generaowi. Kademu onierzowi, kademu dowdcy, wasnemu sumieniu, kademu, kto - na gos czy milczco - zadaby pytanie: Dlaczego taki surowy? - mgbym z dum odpowiedzie to samo: Su Zwizkowi Radzieckiemu! Wrcilimy w wyznaczonym czasie. Odbyem przegld kompanii, ktre ustawiy si w czworoboku dokoa mnie. Czerwonoarmici schudli, sczernieli, furaerki byy przepocone, cikie buty zakurzone. Stali z karabinami u nogi. Byli zmczeni, nogi mieli obolae, teraz pragnli tylko jednego - pooy si; a jednak cierpliwie czekali, a padnie komenda. Nie opierali si jak starcy na karabinach i czujc na sobie spojrzenie dowdcy prostowali si. Byli to ju nie ci sami ludzie, ktrzy tydzie temu stali tutaj na placu w czapkach, marynarkach, trykotowych koszulach. Byli nawet ju inni ni wwczas, gdy w nowym, nieumiejtnie wdzianym umundurowaniu wychodzili o wicie w marsz - pierwszy wielki marsz. Teraz byli to onierze, ktrzy zaszczytnie zdali pierwszy egzamin wojskowy. Takie oto byy wyniki marszu.

Naprzd!
1 Chciabym wiele jeszcze opowiedzie o tym, jak przygotowywalimy si do walki, jak do batalionu przyjeda genera Panfiow, jak rozmawia z onierzami i powtarza im i mnie: Zwycistwo trzeba ku przed bitw. Ale... nie zatrzymujmy si na tym. Nastpia wreszcie chwila, dla ktrej wzilimy do rk karabiny, dla ktrej uczylimy si rzemiosa onierskiego, stania na baczno i podporzdkowywania si dowdztwu, bezapelacyjnego wykonywania jego rozkazw: nadesza chwila, kiedy mielimy przey to, co nosi nazw boju. Po przybyciu pod Moskw zajlimy odcinek w pobliu Wookoamska; w tym miejscu, na naszym odcinku, ukaza si trzynastego padziernika nieprzyjaciel, wyszkolona, zmotoryzowana armia bandytw, ktra daleko na zachodzie przeamaa nasz front i rzucia si w kierunku Moskwy wykonujc, jak si zdawao Niemcom, ostatni akt wojny byskawicznej. Tego dnia, trzynastego padziernika, kiedy oddzia rozpoznawczy donis, e przed nami znajduj si Niemcy, do batalionu, jak wiadomo, przyjecha genera Panfiow. Genera wypi dwie szklanki mocnej, gorcej herbaty, spojrza na zegarek i powiedzia: - Dzikuj, towarzyszu Momysz-Uy... starczy... Chodmy na skraj obrony. W pobliu, na skraju lasu, czeka na generaa samochd. Tylne kola byy szczelnie okrcone acuchami; w stalowych ogniwach nagromadzi si ubity, sczerniay nieg. Wszystko dokoa byo pokryte niegiem; w tych dniach ustalia si sanna przy lekkim przymrozku; na zachmurzonym niebie nie byo wida, jak we dnie, wieccej biaawej plamy, poza ktr znajdowao si soce; na horyzoncie ukazay si niewyrane tawe pasma, ale w nienej bieli wieczr wydawa si jasny. Po piciu minutach bylimy na odcinku drugiej kompanii. Panfiow z atwoci wskakiwa do roww, wazi pod puapy, wyglda przez strzelnice, sprawdzajc pole obstrzau. Bra karabin i prbowa, czy wygodnie strzela, zadawa onierzom zwyke, banalne pytania, np.: jak karmi?, czy wydaj dosy machorki? Odpowiadajc na pytania onierze patrzyli na generaa penymi oczekiwania oczami. W rowkach strzeleckich rozesza si wiadomo, ktr przynieli zwiadowcy: przed nami s Niemcy. Panfiow rozmawia, dowcipkowa - ale oczy onierzy byy pene oczekiwania - czekali, zdawao si, e genera wypowie jakie niezwyke sowo, ktre naley zna podczas bitwy i dziki ktremu wraa sia nie bdzie wicej straszna. Po zwiedzeniu kilku okopw Panfiow w milczeniu szed brzegiem ciemnej, niezamarzej Ruzy. Gow mia opuszczon, jak zwykle, gdy myla. Poprawiajc po drodze czapk, spod ktrej wyglday starannie wygolone skronie, podbieg do generaa dowdca kompanii Siewriukow, a za nim, w odlegoci trzech, czterech krokw, zachowujc stale ten sam dystans biego kilku czerwonoarmistw. Po wysuchaniu raportu Panfiow spyta:

- A co to za wita? - To moi cznicy, towarzyszu generale. - I wci tak biegaj za wami? - Tak jest, towarzyszu generale! A jeeli nagle zajdzie potrzeba... - To dobrze... Bardzo dobrze... I wasze okopy, towarzyszu Siewriukow, zbudowane s z sensem... Niemoda twarz byego gwnego buchaltera poczerwieniaa z zadowolenia. - Pomylaem sobie, towarzyszu generale - zacz rozwanie wywodzi Siewriukow - nagle bdziecie chcieli zebra kompani, pomwi. A cznikw mam pod rk. Wszyscy to s, towarzyszu generale, szybkobiegacze. Prosz da rozkaz, a za dziesi minut kompania bdzie tu. Panfiow wycign zegarek, spojrza, pomyla. - Za dziesi minut? Tutaj? - Tak jest, towarzyszu generale. - To dobrze... Bardzo dobrze... A prosz mi powiedzie, towarzyszu Siewriukow, w cigu ilu minut moglibycie skoncentrowa kompani tam? I odwrciwszy si Panfiow wskaza na drugi brzeg Ruzy. - Tam? - zapyta Siewriukow. - Tak... Siewriukow spojrza na wskazujcy palec generaa, nastpnie na punkt, do ktrego prowadzia od palca powietrzna linia prosta. Byo jeszcze do widno, eby dostrzec wyranie - rka wskazywaa na las pooony na przeciwlegym brzegu rzeki. Ale Siewriukow jeszcze raz spyta: - Po tamtej stronie? - No, oczywicie po tamtej, towarzyszu Siewriukow. Siewriukow spojrza na czarn niezamarz rzek, zwrci gow w stron, gdzie w odlegoci ptora kilometra znajdowa si most ukryty za skrtem rzeki; wyj chusteczk, wytar niezrcznie nos i znw zacz przyglda si rzece. Panfiow czeka w milczeniu. - Nie wiem... Czy w brd, towarzyszu generale? Tam porodku woda siga wyej pasa. Ludzie przemokn, towarzyszu generale! - Ale nie... Po co mieliby mokn? Przecie to nie lato. Postarajmy si wojowa nie moknc. A wic, towarzyszu Siewriukow, w cigu ilu minut? - Nie wiem... Na to, towarzyszu generale, trzeba nie minut, lecz... Panfiow obrci si do mnie. - le, towarzyszu Momysz-Uy - powiedzia dobitnie.

Po raz pierwszy genera Panfiow uy w stosunku do mnie wyrazu le. Podobnego wyrazu nie syszaem nigdy przedtem ani te pniej - podczas bitwy pod Moskw. - le - powtrzy genera. - Dlaczego nie przygotowalicie niewielkich mostw z desek? Dlaczego nie ma tratew, dek? Okopalicie si w ziemi - umiejtnie, rozsdnie... Teraz czekacie, a uderzy na was Niemiec. To ju niedorzeczno. A co, jeeli bardziej dogodnie bdzie odeprze uderzenie uderzeniem; a co, jeeli wytworzy si sytuacja pozwalajca na zadanie ciosu nieprzyjacielowi? Czy jestecie przygotowani do tego? Nieprzyjaciel jest teraz bezczelny, zarozumiay - trzeba to wykorzysta. A wy, towarzyszu Momysz-Uy, nie pomylelicie o tym. Mwi surowo, bez waciwej mu agodnoci. Staem na baczno i, czerwony ze wstydu, wysuchaem nagany. 2 Genera znw odwrci si do Siewriukowa. - A zatem, towarzyszu Siewriukow, nie moecie w szybkim tempie skoncentrowa tam kompanii? le... Pomylcie o tym. A ile czasu zajmie przegrupowanie skrzydowe kompanii? - Przegrupowanie skrzydowe? Jak lini zaj, towarzyszu generale? Panfiow wskaza na skraj lasu, gdzie znajdowao si stanowisko dowdcy batalionu i skd przywiozo nas auto pozostawiajc na niegu lad ju ledwo widoczny w zmroku. - Oto linia, towarzyszu Siewriukow - od lasu do brzegu... Cel: osona batalionu od skrzyda. Siewriukow po namyle rzek: - Od pitnastu do dwudziestu minut, towarzyszu generale. Panfiow oywi si. - Czy aby nie fantazjujecie? A wic wykonujcie... Wydajcie komend, towarzyszu Siewriukow. Licz czas. Siewriukow zasalutowa, zrobi w ty zwrot i nie pieszc si poszed do swych ordynansw. Z p minuty sta w milczeniu, ogldajc teren. Woaem do niego wzrokiem: Czego marudzisz? Szybciej, szybciej! I nagle ochrypy szept: Zuch, zastanawia si. To Panfiow z umiechem szepn mi na ucho. Jego twarz nie bya ju tak surowa. Z zaciekawieniem obserwowa Siewriukowa. A tymczasem Siewriukow wskazywa punkty obserwacyjne. - Pluton karabinw maszynowych osania, potem cofa si ostatni... Muratw, biegiem marsz! Panfiow nie mg si powstrzyma i kiwn gow na znak zgody. Czterdziestoletni lejtenant, byy gwny buchalter fabryki tytoniowej w Ama-Acie, wyranie mu si podoba. Muratw, may, krzepki Tatar, pdzi ju wzdu brzegu, wyrzucajc butami bryy niegu. Za nim popdzi inny, a w przeciwnym kierunku jeszcze inny. W stron lasu bieg wysoki Bewicki, ktry przed wojn by studentem instytutu pedagogicznego. Stan jak latarnia w linii, ktr wyznaczy genera. Przemkna myl: Bd! pod obstrzaem czowiek tak sta nie bdzie. Ale Siewriukow dawa mu energicznie znaki rk, pokazujc, eby si nachyli. Bewicki nie zrozumia, Siewriukow sam si nachyli, a tamten domyli si, o co chodzi. W coraz gciej zapadajcym zmroku ukazaa si wreszcie pierwsza biegnca w kierunku lasu tyraliera. Poznaem atletyczn posta Galliulina, ktry w biegu nachyli si nad karabinem

maszynowym, ale nawet w tej pozycji przewysza innych. Pluton karabinw maszynowych przyczai si lec na ziemi. Omijajc go biegli w kierunku lasu strzelcy trzymajc karabiny do ataku. Oto rzucaj si na nieg. Na biaym polu zarysowuje si czarna kropkowana granica nowej linii obronnej. Miaem wraenie, e zegarek, ktry Panfiow trzyma w rku, spogldajc na od czasu do czasu, wybija sekundy wewntrz mnie. Kada sekunda wybijaa: dobrze! dobrze! dobrze! Nie wiem, czy mnie rozumiecie. Przecie to by mj batalion, dzieo mojej pracy, w ktre woyem wszystko, co byo w mojej mocy, batalion, o ktrym wedug regulaminu powinienem mwi ja. Nagle przemkna znw przez gow myl: A czy potrafimy tak samo wykona manewr pod obstrzaem, kiedy nad polem walki bd leciay kule, kiedy z hukiem i trzaskiem bd pkay pociski i miny? Co bdzie, jeeli wtedy kto w panice krzyknie: Jestemy otoczeni! i pobiegnie w kierunku lasu? Co, jeeli zarazi t panik innych, ktrzy pobiegn za nim? Nie, nie! Takiego onierza poo na miejscu trupem dowdcy, zastrzel koledzy-onierze! onierze biegli koo nas, kadli si na ziemi i od razu zaczynali pracowa saperkami, nasypujc przed sob niewielkie pagrki niegu. Wrcili wysani przez Siewriukowa onierze i znw zebrali si dokoa niego. Na polu zabarwionym ju na fioletowo zarysowaa si znw sylwetka Galliulina dwigajcego na atletycznych plecach karabin maszynowy. Pluton karabinw maszynowych, ktry osania przegrupowujc si kompani, cofa si, by zaj swe miejsce na linii obronnej kompanii. Teraz przez pole bieg tylko jeden czowiek, ktry pozosta w tyle. Siewriukow ledzi go wzrokiem. Zaczeka, a onierz ten pad na nieg, i podszed do Panfiowa. - Towarzyszu generale! Zgodnie z Waszym rozkazem, kompania wykonaa przegrupowanie skrzydowe. Zajlimy lini obronn, ktr wyznaczylicie! Panfiow zmruonymi oczami patrza na zegarek. - wietnie! - zawoa. - Osiemnacie i p minuty. wietnie, towarzyszu Siewriukow! wietnie, towarzyszu Momysz-Uy... Nie wyjad, zanim nie podzikuj onierzom! Jeeli z takimi onierzami nie potrafimy pobi wroga, to nie jestemy nic warci. Jakich jeszcze maj nam da onierzy? Zarzdcie tutaj szybko zbirk kompanii, towarzyszu Siewriukow... Znw popdzili gocy. Wkrtce zaczy przybywa plutony i kompania zebraa si wok generaa. Siewriukow rwnajc szeregi, poda komend: Baczno! i zoy meldunek generaowi: Byo ju ciemno, twarzy onierzy nie byo wida, ale zarysy kompanii wystpoway bardzo wyranie. Panfiiow nie lubi wygasza przemwie, wola zazwyczaj gawdzi z siedzcymi dokoa onierzami, ale dzisiaj przemwi do kompanii - co prawda bardzo krtko. Przemwienie trwao dwie, trzy minuty. Nie ukrywajc radoci pochwali onierzy. - Powiem wam, towarzysze, jako stary onierz - powiedzia cichym gosem - e z takimi onierzami nic nie jest straszne. Nawet nie widzc jego twarzy mona byo pozna po gosie, e si umiecha. Chwil milcza i nagle zada jak gdyby samemu sobie pytanie:

- Co to jest onierz? onierz musi si wszystkim podporzdkowa - musi sta przed kadym dowdc na baczno, musi wykonywa rozkazy. To najniszy stopie wojskowy. Ale czym jest rozkaz bez onierza? Jest myl, fantazj, marzeniem. Najlepszy, najmdrzejszy rozkaz zostanie marzeniem, fantazj, jeeli onierz jest le wyszkolony. Zdolno bojowa wojska - to, towarzysze, przede wszystkim zdolno bojowa onierza. Na wojnie onierz jest si decydujc. Jeeli kompania dziaa tak, jak dziaalicie przed chwil wy, jeeli wykonuje rozkazy tak jak wy... nie ujrzy Niemiec Moskwy! Dzikuj, towarzysze, za znakomite wyszkolenie bojowe! Dzikuj w imieniu suby. Nad polem rozlego si: - Suymy Zwizkowi Radzieckiemu! I znw zapanowaa cisza. - Dzikuj, towarzyszu Siewriukow - powiedzia genera i ucisn rk dowdcy kompanii. - Z takimi orami sam czuj si orem. W ciszy, ktra panowaa dokoa, sowa te usyszeli wszyscy. I znw mona byo pozna po gosie, e Panfiow umiecha si. Umiechali si rwnie onierze. Przecie bywa tak, e umiech odczuwa si poprzez mrok i poprzez cisz, ale na tym wanie polegao moje nieszczcie, moja mka, e tego wieczora, po udzielonej mi naganie, ktra wci mnie drczya, nie odczuwaem wzniosego uczucia zespolenia z onierzami, o ktrym opowiadaem i ktre niejednokrotnie byo dla mnie nagrod. Nie widziaem twarzy. By moe, e ludzie si umiechali, moliwe jednak, e wci jeszcze drczyo ich oczekiwanie, e byli smutni i mieli nadziej, i genera obdarzy ich jakim magicznym sowem, ktre dopomoe w boju; nie zdawali sobie sprawy, e sowo to zostao ju wypowiedziane. Nie syszaem oddechu kompanii, nie widziaem jej oblicza. Moment ten wraz z otrzyman nagan by kar za jaki powany bd. Na czym polega ten bd? Analizowaem ostre sowa generaa... Nie widz nawet, ebycie pomyleli o tym - powiedzia wskazujc strzak kierunek uderzenia na nieprzyjaciela. Pomyle! Susznie, pewnych spraw nie przemylaem do ostatka, czego nie doprowadziem do koca. I nie tylko w sprawie pl minowych i rodkw przeprawy, ale nawet jeli chodzi o dusze onierzy. Ale czego, czego? Ach, gdyby tak jeden zwyciski bj - oto czego nam potrzeba! Odprowadziem generaa do auta. - Prowadcie jak najstaranniej rozpoznanie - mwi stojc na stopniu. - Posyajcie moliwie wicej ludzi naprzd. Nie wolno, by skurczeni siedzieli wci w ziemi. Niech si przyjrz Niemcom przed bitw! Poda mi na poegnanie rk i zatrzymujc moj mwi dalej: - Czy wiecie, towarzyszu Momysz-Uy, czego brak batalionowi? Musi choby raz pobi wroga. Drgnem. Mwi wanie o tym, czego sam namitnie pragnem.

- Wwczas, towarzyszu Momysz-Uy, nie bdzie to ju batalion. Nie, wwczas bdzie to prawdziwy buat ze stali! Czy wiecie, co to jest buat? Wzoru wycyzelowanego na jego klindze nie potrafi zetrze adna sia na wiecie. Czy zrozumielicie mnie? - Tak... aksaka... Sam nie wiem, jak mi si wyrwao to sowo. Nazwaem Panfiowa tak, jak Bozanow nazywa mnie, jak my Kazachowie, nazywamy starszego w rodzie, ojca. Poczuem, e ucisn mi rk. - Nie czekajcie, lecz sami szukajcie okazji! I jeeli si nadarzy, obliczcie i bijcie! Rozwacie to, towarzyszu Momysz-Uy. Przysunwszy si do mnie, by lepiej mnie widzie, znw spyta: - Zrozumielicie mnie? - Tak jest, towarzyszu generale. Panfiow obydwiema rkami, po kazachsku, ucisn mi rk. Bya to pieszczota. Drzwiczki za Panfiowem zatrzasny si. Auto z przymionymi latarniami ruszyo przez niene pole. Dugo jeszcze staem na miejscu, patrzc za oddalajcym si generaem. 3 W nocy uoylimy plan. O wicie trzy druyny - po jednej z kadej kompanii piechoty - rnymi drogami wyruszyy na rozpoznanie. Nastpnie co dwie godziny, wedug planu, druyna po druynie przeprawiay si za rzek i szy naprzd - tam, skd zbliali si Niemcy. onierze otrzymali zadanie: zobaczy na wasne oczy ywych Niemcw i wrci. Chciaem, by onierze sami przekonali si, e bd mieli do czynienia nie z okrytymi usk potworami o dugich ogonach, nie z duchami lenymi lub smokami ziejcymi ogniem, lecz z ludmi. Z ludmi zdemoralizowanymi wprawdzie, o duszy mordercw, ale ludmi majcymi takie same ciaa jak my, ciaa pokryte skr, ktr atwo przebija bagnet i kula - sowem, z istotami, ktre mona zabi. Ostronie, trzymajc si skraju lasu, onierze czogali si w kierunku wsi, po cichu woali kochonikw, dowiadywali si, gdzie s Niemcy, ilu ich jest. I dowiedziawszy si pezli dalej, aby popatrze na Niemca. Kiedy szli pierwszy raz, odczuwali strach, ale szli. Szli naprzd. Zza krzakw, spoza potw, z dow, ze ciernisk, z ogrodw przygldali si, jak wygldaj wrogowie, ktrzy chc nas zabi. Druyna po druynie wracay. onierze na wycigi opowiadali, jak Niemcy chodzili po wsi, jak si myli i jedli, jak strzelali do kur i mieli si, jak gadali o czym po niemiecku. Rachimow zadawa pytania dowdcom druyn, wyjania, jaka jest liczebno i uzbrojenie nieprzyjaciela, jego ruchy; wszystko to Rachimow dokadnie notowa. A ja suchajc tych opowiada onierzy wpatrywaem si w twarze, badaem ttno batalionu. Wielu wracao z rozpoznania w stanie bardzo oywionym, jednak u niektrych wci jeszcze tkwi smutek w oczach - ci jeszcze nie wyzbyli si strachu. Jedna druyna, na czele z Kurbatowem, wrcia szczeglnie wesoa. Kurbatow chwacko zasalutowa, stukn obcasami i patrzc na mnie miejcymi si, czarnymi oczami powiedzia:

- Towarzyszu dowdco batalionu, melduj, e rozkazu nie wykonaem. - Co to ma znaczy? - Miaem rozkaz nie strzela, ale sama rka zacza dziaa. Dwa razy wystrzeliem... Tak samo szeregowiec Harkusza. - No i co? - Dwch pooylimy trupem, towarzyszu dowdco batalionu. A mi tchu zabrako - zabieray otry kobiecie wieprza... Uczepia si jednego z nich, ley na ziemi, pacze. A on j obcasem w twarz. Nie wytrzymaem, wycelowaem... bac, bac. I szeregowiec Harkusza rwnie. No i upadli na ziemi... Harkusza - ten sam, ktry kiedy podczas pierwszego marszu umczy si z torb z granatami dorzuci swko. - A ja, towarzyszu dowdco batalionu, miaem jeszcze jedn przyczyn. - Jak? Harkusza spojrza na towarzyszy i mrugn porozumiewawczo: - Rosjanin wasnym oczom nie wierzy, musi pomaca. - No i jak? Pomacae? Bierze ich kula? - To za mao, towarzyszu dowdco batalionu... Mam ochot inaczej pomaca. I Harkusza paln co takiego, co si do druku nie nadaje. Dokoa wszyscy si rozemieli. Suchaem z przyjemnoci. Tego dnia miech, niezwykle askawy i kapryny go - kilka razy zjawia si w naszym gronie. Ale nie pozostawa dugo. Miao si wraenie, e tylko na chwil siada obok nas, nastpnie odlatywa i znowu wraca, jak gdyby zastanawiajc si, czy nie zawita do nas na stae. Podeszli do mnie: powany Bocha, Galliulin, Murin - wszyscy z obsugi karabinw maszynowych. - Towarzyszu dowdco batalionu, pozwlcie, prosz, powiedzie kilka sw - powiedzia Bocha. Pozwoliem. Bocha szturchn Galliulina okciem w bok. Murin pchn go z tyu. Olbrzymi Kazach o niadej i poyskujcej twarzy powiedzia niemiao: - Towarzyszu dowdco batalionu... - O co chodzi? - Towarzyszu dowdco batalionu, czy nie gniewacie si na nas? - Nie, nie gniewam si. - A dlaczego to wszyscy id popatrzy na wroga, a my z obsugi karabinw maszynowych nie bylimy jeszcze? - Dokd was posa z karabinem maszynowym? Karabiny maszynowe s tu potrzebne. - A my nie na dugo, towarzyszu dowdco batalionu... I od razu wrcimy. Murin nie wytrzyma. - Towarzyszu dowdco batalionu, my na jedn noc. W nocy te na nich popatrzymy. Podpalimy co i oni wybiegn. I pozwlcie nam, towarzyszu dowdco batalionu, zuy po jednej tamie.

Do batalionu niewtpliwie zawitao co nowego. Murin by interesujcym czowiekiem. Zauwayem, e pierwszy spuszcza nos na kwint, kiedy nastrj w batalionie stawa si kiepski, i jemu rwnie pierwszemu poprawia si humor, kiedy nastrj w batalionie stawa si lepszy. On pierwszy, jak si zdawao, odzwierciedla oblicze bojowe batalionu, oblicze, ktre czasami byo niejasne, to znw nabierao wyranych rysw. Wiedziaem, e czowiek ten nie jest jeszcze wycyzelowanym wzorem na klindze, ktrego nic na wiecie nie zetrze. O stalowej klindze buata opowiedzia mi, jak wiecie, Panfiow. Im gbiej zastanawiaem si nad wskazwkami, ktrych nam udziela, im uwaniej przygldaem si onierzom i przysuchiwaem si doniesieniom zwiadowcw, -ich sowom i intonacji, tym wyraniejszych ksztatw nabiera pewien pomys. Odpowiedziaem moim kaemowcom: - Dobrze, Galliulin. Nie stanie si wam krzywda. Jutro bdziecie mieli robot.

Sprbujcie, zmierzcie si z nami!


1 Pomys by nastpujcy. W odlegoci mniej wicej dwudziestu kilometrw przed nami znajdowaa si dua wie Sierieda, ta sama wie, w ktrej 13 padziernika szef sztabu Rachimow, na czele plutonu konnych zwiadowcw, stwierdzi obecno Niemcw. We wsi tej zbiegao si kilka traktw, w stron Wookoamska, Kalinina i Moajska. Porwnujc doniesienia onierzy i oficerw, ktrzy prowadzili rozpoznanie, zadajc pytania uchodzcym przed Niemcami mieszkacom, stwierdzilimy, e nieprzyjaciel urzdzi w Sieriedzie co w rodzaju punktu etapowego. Rozmieciy si tam magazyny ywnociowe i amunicyjne oraz skady materiaw pdnych. Tam zatrzymyway si na nocleg przechodzce do wyznaczonych punktw oddziay wojsk niemieckich, ktre nastpnie skierowywano na pnoc - do Kalinina, na poudnie - po drodze prowadzcej do Moajska, obchodzc w ten sposb z dwch stron nasze pozycje obronne. Powstaa myl: czy nie naleaoby zaatakowa tej wsi nie czekajc na uderzenie ze strony Niemcw? Czy nie naleaoby dokona wypadu na Sieried? Ale Panfiow powiedzia: Obliczcie! Obliczcie i bijcie! Wysaem na rozpoznanie oddzia skadajcy si z dowdcw; dowdc oddziau mianowaem Rachimowa. Trzydziestodwuletni Kazach o europejskich rysach twarzy by zawoanym sportowcem i turyst. Mwiem ju, zdaje si; e w Kazachstanie zyska sobie pewien rozgos jako alpinista. Chodzi szybko i rwnoczenie nie spieszy si. Prcz zimnej krwi i niezwykle rzadkiej u ludzi dokadnoci w wykonywaniu rozkazw - mia on jeszcze jedn zalet - nieocenion na wojnie zdolno orientowania si w terenie. Miao si wraenie, e widzi w ciemnoci. Z niecierpliwoci oczekiwaem powrotu Rachimowa. Wyruszy 14 padziernika pod wieczr i nie byo go przez nastpn noc i nastpny ranek. Wreszcie w poudnie powrci. Wszystko si zgadzao. W Sieriedzie rzeczywicie znajdowa si punkt etapowy; zwo tam sprzt; nocuj tam wiksze formacje, ktre z rana kontynuuj marsz. Ochrona

Sieriedy zorganizowana jest kiepsko. Niemcy widocznie s przekonani, e nikt nie odway si na nich napa. Postanowiem: tej samej nocy dokonam napadu. Do wieczora sformowalimy oddzia ze stu ludzi, po jednym, dwch onierzy z kadej druyny. Wzicie udziau w wypadzie uwaano za nagrod dla onierzy. Zadanie byo nastpujce: o pnej godzinie nocnej wpa z trzech stron do Sieriedy, zaku i powystrzela Niemcw, podpali magazyny, wzi jecw i jeli starczy czasu, wyoy miny na drogach prowadzcych do Sieriedy i z Sieriedy. Utrzyma si we wsi nie byo potrzeby, naleao nad ranem wrci do miejsca postoju batalionu. Dowdca puku da zgod, ale nie pozwoli, bym poszed z oddziaem. Na dowdc oddziau wyznaczyem Rachimowa, jako oficer polityczny wysany zosta Bozanow. Wieczorem, kiedy ciemniao, stu onierzy stano na skraju lasu, w pobliu schronu sztabu. Nad nierwn lini czapek wznosia si gowa Galliulina i mona si byo domyli, e obok niego stoi may, krpy Bocha. Dotrzymaem przyrzeczenia: obsuga karabinw maszynowych wyruszaa rwnie na nocn wypraw. Znw nie widziaem twarzy, lecz czuem w ciemnoci jakby prd elektryczny. Draem nerwowo i wiedziaem, nawet nie dotykajc onierzy, e oni rwnie dr nie ze strachu, lecz z niecierpliwoci; byo to podniecenie przed walk. Przyszo mi do gowy stare przysowie kazachskie, ktre przypomnia niedawno Bozanow. Powtrzyem je oddziaowi: - Wrg jest straszny, pki nie sprbowae smaku jego krwi. Idcie, towarzysze! Sprawdcie, z czego si skada. Czy bdzie krwawi, kiedy go spotka wasza kula? Czy bdzie wy, kiedy mu wbijecie w ciao bagnet! Czy umierajc bdzie gryz zbami ziemi? Niechaj gryzie - poczstujcie go nasz ziemi! Sprbujcie, jaki ma smak jego krew! Genera Panfiow nazwa was orami! Naprzd, ory! Rachimow poprowadzi onierzy. Patrzyem, jak kolumna znika w pmgle. Podszed do mnie Krajew. - Dlaczego nie pozwolilicie mi pj z nimi, towarzyszu dowdco batalionu? - Mnie rwnie nie pozwolono, Krajew. Tego wieczora obaj zazdrocilimy onierzom. Nastpia noc z pitnastego na szesnasty padziernika, noc pierwszego boju. 2 Tej nocy nie mogem zasn. Nie mogem rwnie usiedzie w schronie. Krciem si na skraju lasu, chodziem po ciece i nie po ciece i wci spogldaem na zachd, dokd poszed oddzia, nadstawiaem ucha, jak gdyby stamtd, z odlegoci, mogy doj huki wystrzaw albo krzyki. W dzie od strony poudnia sycha byo huk armat. Nie wiedzielimy jeszcze, e tego dnia, 15 padziernika, kolumny czogw niemieckich rzucono w kierunku Moskwy - miay one obej lewe skrzydo naszej dywizji: e tam, w pobliu sowchozu Buyczewo - zanotujcie sobie t nazw, zostanie ona kiedy zotymi zgoskami wyryta w marmurze, w przyszym klubie-paacu naszej dywizji panfiowcy rozpoczli bj. W nocy tam rwnie nastpia cisza.

Na kocu wydeptanej, czerniejcej wrd otaczajcego niegu cieki, ktra prowadzia do schronu sztabowego, sta wartownik. Patrzy w tym samym kierunku co i ja; sto orw wyruszyo do boju; cay batalion czeka: co przyniesie pierwsze starcie z Niemcami? Bez przerwy spogldaem na zegarek. wiecce w ciemnoci wskazwki pokazyway trzeci, p do czwartej, czwart... Jak wprzdy oko napotykao wszdzie ciemnoci, wytone ucho chwytao cakowit cisz. Nagle na niebie co zabyso. Nie, to zudzenie... I znw ukazaa si na niebie ledwo dostrzegalna zamglona smuga... Co to? wita? Ale czy tam wschodzi soce? Przywidziao mi si - niebo znw byo ciemne... I znw co zabyso na niebie... I zgaso... I znw jaki blask... Teraz wida go byo wyranie, niekiedy rozlewa si po niebie, to znw kurczy si - ale nie znika. Nabra rowego koloru. Przygldaem mu si jak zaczarowany. Jak gdyby rozwiane potnymi pucami nocne niebo zalewaa pulsujca fala ognia - una. Wartownik odetchn z ulg: - Pal ich nasi! Bij ich! Chciaem co odpowiedzie, ale nie mogem. Z radoci skurcz chwyci mnie za gardo. Rado pulsowaa we mnie jak luna na niebie. Miaem wraenie, e w yach moich pynie nie krew, lecz rado! 3 Oddzia wrci nad ranem. Z bliskich i dalekich okopw biegli mu na spotkanie onierze. Radonie witajc powracajcych przygldali si ze zdziwieniem i zaciekawieniem ndznej figurce wzitego do niewoli Niemca, ktrego oddzia wzi ze sob wraz z reszt zdobyczy. Niemiec siedzia na wozie: mia na sobie zielonkawy mundur i tak pilotk, patrzy na wszystko spode ba, obracajc wolno gow, osadzon na ylastej szyi z wystpujc naprzd du grdyk. - Mona bdzie z nim pogada - powiedzia Bozanow. - Rozumie troch po rosyjsku. Jak nazwisko? Jeniec co mrukn. - Goniej! - krzykn na niego Bozanow. Nigdy jeszcze nie widziaem mojego poczciwego Bozanowa tak gronego. Rce Niemca same opady w d, stan na baczno przed Kazachem i wyranie wymieni swoje nazwisko. Wszyscy przygldali si ywemu, rozmawiajcemu Niemcowi. - onaty? - Nie... Kawaler... Bozanow gono si rozemia. Jego dobroduszna, pena twarz staa si jeszcze starsza, malekie oczki zniky. mieli si wszyscy: Kawaler! A to ci dopiero kawaler! Niemiec oglda si dokoa. Kto krzykn: - Ciszej, posuchajcie, co powie oficer polityczny... Bozanow podnis rk. - Oficer polityczny powiada: miejcie si.

I prawdopodobnie dla samego siebie nieoczekiwanie zakoczy aforyzmem, bardzo rozpowszechnionym pniej w batalionie. - miech - to na froncie rzecz najpowaniejsza. Starajc si mwi wolno i wyranie Bozanow zacz wypytywa jeca o plany dowdztwa niemieckiego. Jeniec nie od razu zrozumia. Wreszcie uchwyciwszy sens pytania powiedzia, kaleczc sowa rosyjskie: - niadanie - Wolokolamsk, kolacja - Moskau. Wymwi to wszystko powanie, stojc na baczno, widocznie tu nawet, w niewoli, nie wtpi, e tak wanie bdzie: niadanie - Wolokolamsk, kolacja - Moskau. I znw wszyscy dokoa wybuchnli miechem... Czuem, jak pod wpywem tego niepohamowanego miechu onierze wyzbywaj si strachu. Krcc szyj jeniec rzuca z ukosa spojrzenie na wszystkie strony. Nie rozumia, co si stao z tymi Rosjanami. Tak oto wygralimy pierwsz bitw. Tak oto na naszym odcinku ponis klsk genera Strach. 4 Rachimow i Bozanow zoyli mi szczegowy meldunek o nocnym wypadzie. Jest oczywicie rzecz jasn, e przebieg bitwy by niezupenie taki, jak przewidywa plan. Jedna grupa, natknwszy si przypadkowo na patrol, rozpocza dziaania, zanim jeszcze wie zostaa cakowicie otoczona. onierze wpadli do domw, przebijali faszystw bagnetami i strzelali do nich; ale wci jeszcze pozostawa szereg wyj nie odcitych przez nas. Wielu Niemcom udao si uciec. Opamitali si jednak i zorganizowali obron wczeniej, ni przypuszczalimy. Oddzia pooy trupem ze dwustu hitlerowcw, podminowa drogi, podpali mnstwo samochodw i kilka magazynw, w tym rwnie zbiornik z benzyn. Niemcom udao si jednak uratowa co nieco na innym kocu wsi. Ale gwny cel wyprawy zosta osignity. onierze widzieli uciekajcych przed nimi Niemcw, syszeli, jak wyli umierajcy faszyci, wyprbowali ich skr kul i bagnetem, sprbowali smaku wraej krwi. Razem z Rachimowem i Bozanowem szedem wzdu skraju obrony. onierze, uczestnicy wyprawy, rozeszli si do plutonw i kompanii. Na mj rozkaz zajcia i wszelka praca zostay przerwane na dwie godziny. Wszdzie grupy onierzy zbieray si wok bohaterw, ktrzy dali upnia Niemcom. To tam, to wdzie rozlega si miech. Wszdzie na mj widok rozlegaa si komenda: Wsta! Baczno! Ju to samo pozwalao odczu dusz onierza. Jak wesoo brzmiay te sowa owego dnia! Po drodze spotkaem Murina, ktry z obsug cikiego karabinu maszynowego rwnie uczestniczy w wypadzie nocnym. Kiedy mnie ujrza z dala, przybra wojownicz postaw; znajdujc si jeszcze w odlegoci dobrych dziesiciu metrw zacz maszerowa rwnym krokiem. Bylimy na przednim skraju. Od Niemcw oddziela nas tylko pas ziemi, ktry na froncie nazywaj neutralnym. A tymczasem Murin przemaszerowa przed dowdc batalionu, jak gdyby by na defiladzie. Odsalutowaem. Murin spogldajc na mnie umiechn si. W odpowiedzi umiechnem si rwnie. I tyle. Nie stanlimy, nie powiedzielimy sobie wzajem ani sowa, lecz znw, jak w nocy, dusz napenio uczucie radoci. Czuem, e go lubi i e on mnie rwnie lubi.

To byy cudowne chwile szczcia, specyficznego szczcia dowdcy, ktry czuje, e tworzy niepodzieln cao z batalionem. Uwiadomiem sobie, e w batalionie rodzi si dzisiaj mstwo. Dokoa niby nic si nie zmienio. Poza czarn niezamarz rzek cigna si biaa przestrze. Spod wczesnego niegu wyglday gdzieniegdzie pachetki zaoranej ziemi. Z dala czerni si las. W dalszym cigu wiedziaem, e lada chwila wszystko zahuczy: po niegu, pozostawiajc czarne lady, popezn czogi; z lasu, padajc i znw si podnoszc, pobiegn ludzie w zielonkawych paszczach, uzbrojeni w pistolety maszynowe, ludzie, ktrzy pragn nas zabi; ale wewntrz siebie syszaem gos: Sprbujcie, zmierzcie si z nami! Zdawao mi si, e w spojrzeniach, w sowach, w umiechu, w umiechu, ktry teraz stale nam towarzyszy, czytam to samo: Sprbujcie, zmierzcie si z nami! Takim sta si owego dnia nasz batalion, nasz stalowy buat. Chciabym wyrazi to w sposb obrazowy, na przykad: nasz batalion stawa si buatem, zahartowan, ostr, wzorzyst kling, ktra kraje ciao, z ktrej nic na wiecie nie potrafi zetrze wycyzelowanego wzoru. Ale bdmy skromniejsi: tego dnia ukoczylimy zaledwie rednie wyksztacenie onierskie. Ostatnia klasa tej szkoy - to cios, czyli - w terminologii wojskowej pchnicie bagnetem nie w manekin, lecz w ywe ciao nieprzyjaciela. Uderzenie to, ktre uwolnio nas od strachu, udao si nam stosunkowo atwo w brawurowym ataku nocnym. Cikie bitwy, straszne prby mstwa - wszystko to czekao nas w przyszoci. Wielka dwumiesiczna walka pod Moskw dopiero si zaczynaa. W cigu tych dwch miesicy pierwszy batalion puku tagarskiego stoczy trzydzieci pi bitew; przez pewien czas naleelimy do odwodw dywizji generaa Panfiowa; rzucano nas w bj, zgodnie z zasadami sztuki wojskowej, w szczeglnie cikich sytuacjach; bilimy si pod Wookoamskiem, pod Istr, pod Kriukowem; zwyciylimy i przepdzilimy wroga. O naszych trzydziestu piciu bitwach opowiem pniej. A teraz... - Teraz - powiedzia Baurdan Momysz-Uy - postawcie du kropk. Piszcie: koniec pierwszej opowieci.

Bj
Druga opowie o panfiowcach.

O wojnie, o wstrzsajcych cierpieniach ludzkich trzeba pisa tylko prawd - nie wystylizowan, lecz pync z serca i duszy, utrzyman w ramach zakrelonych przez etyk i prawo wojenne, przez krwawe dowiadczenie wojny... Z listu pukownika gwardii Baurdana Momysz-Uy do redaktora czasopisma Znamia

Znowu u Baurdana Momysz-Uy

1 Czowiekowi temu, ktry da od pisarza prawdy pyncej z serca i duszy, mojemu bohaterowi Baurdanowi Momysz-Uy, przywiozem na front do ziemianki maszynopis poprzedniej opowieci. Maszynopis zosta do uroczycie wydobyty z plecaka i pooony na stole. Ale upyno wiele godzin, zanim Baurdan Momysz-Uy - dowdca puku gwardii - mg si nim zaj. Wreszcie znalaz woln chwil, przysun maszynopis bliej do naftowej lampy i pochyli si nad pierwsz stronic. Nie widzielimy si p roku. Przez ten czas Momysz-Uy schud, cienie na jego twarzy byy ciemne, ostre kciki duych oczu, niezwykych dla Mongoa, zabarwia - dao si we znaki napicie wywoane wojn. Ostro zarysowany w wietle lampy profil przypomina, jak i poprzednio, profil Indianina, znany z ksiek dla modziey. Szybko przeczyta pierwszy rozdzia, zawierajcy histori powstania ksiki. W rozdziale tym opisaem znajomo z Baurdanem, wraenie, jakie wywar na mnie wygld, zachowanie si i charakter tego zadziwiajcego czowieka. Po przeczytaniu wstpu rzuci okiem na zakoczenie, potem spojrza na mnie - w oczach jego nie byo yczliwoci. - Dlaczego cay czas powtarzacie, e jestem Kazachem? - powiedzia niecierpliwie. - Napisalicie o tym raz jeden - i starczy. Ma si wraenie, e wykrzykujecie: - Spjrzcie, co za okaz natury! Obraacie tego, ktrego chcielibycie przygarn do serca. Jest to pieszczota hipopotama... Na mojej twarzy odbio si widoczne zmartwienie: pisaem, pisaem - i oto rezultaty. Baurdan umiechn si. - Ale hipopotamw jest wiele - powiedzia. - I nie ma rady, trzeba pogodzi si z ich pieszczotami. 2 Wcisnem si w kt, w pmrok, aeby nie przeszkadza, i obserwowaem stamtd rzecz, ktrej wiadkiem autor bywa nieczsto: oto bohater powieci czyta powie o sobie. Baurdan Momysz-Uy czyta powie o Baurdanie Momysz-Uy. Ktrego dnia prosiem Baurdana, by opowiedzia mi o swym dziecistwie, o latach modzieczych, o swym yciu osobistym. Odpowiedzia lakonicznie: To zbyteczne. Dlaczego? To mi jest potrzebne Nie wam opowiadam - rzek. Nie mnie? Nie wam, lecz caemu pokoleniu. Opowiadam o tym, co przeylimy pod Moskw, o czynach bohaterskich batalionu panfiowcw. Byoby rzecz gupi i nieszlachetn przemyci do tej powieci wasny yciorys. Nie udao mi si przekona Baurdana: mj bohater by upartym, nieustpliwym czowiekiem. Pochylony nad rkopisem nie garbi si jednak. Od czasu do czasu szybkim ruchem wskiej, szczupej doni odrzuca przeczytan stronic. Niekiedy gadzi swe czarne jak smoa wosy, ktre znw uporczywie podnosiy si w gr, gdy tylko opuszcza rk. Przygldaem si mu z ciemnego kta. Oto wycign rk do lecej na stole otwartej srebrnej papieronicy, wzi papierosa i przez pewien czas, zatopiony w mylach, obraca go nad lamp, by wysuszy tyto. Wreszcie zapali papierosa i czyta dalej, nie robic adnych uwag, nie wymawiajc ani sowa.

Oto znw podnis gow - tym razem gwatownym ruchem - wyj z planszetki owek i zacz co pisa w poprzek bladofioletowej stronicy maszynopisu. Nie bd cytowa wszystkich jego uwag. Przytocz co nieco z rozmowy, ktr prowadzilimy po przeczytaniu rkopisu. 3 - Nie czuj Moskwy, nie czuj atmosfery bitwy pod Moskw - mwi Baurdan. - Nie potraficie odda momentu historycznego - padziernika 1941 roku. Sd jego, jak zwykle, by surowy - niekiedy niesprawiedliwie surowy. - Nastpnie, nie zgadzam si z wasz ocen strachu. - Z moj? Dlaczego z moj? Streciem tylko wasze myli... - Moliwe... Moliwe, e opowiadaem mniej wicej tak, jak na pisalicie. Ale z tego, co napisalicie, widz, e wyszo co brutalnego, niezdarnego, nieociosanego. Przecie strach bywa rnego rodzaju i o rnym nasileniu, podobnie jak mio: strach bywa may i wielki, tu za (wskaza na rkopis) ludzi od razu ogarnia dziki strach w stopniu najwyszym, okropne przeraenie - a po tym wszystkim zupenie, wyzbywaj si strachu. Niesusznie! W dodatku jednoczenie poniylicie onierza. Zaprotestowaem. Ale Baurdan obstawa przy swoim. - Tak, poniylicie. Napoleon powiedzia: Czowiekiem kieruje strach i osobisty interes. Do takiego rozumienia czowieka staczacie si niekiedy i wy. Nie spuszczajc ze mnie spojrzenia swych duych czarnych oczu, mwi dalej: - Ludmi kieruje strach i interes osobisty... A ideay? A szlachetno, sumienie, honor, patriotyzm, gotowo do dzielenia z towarzyszami trudnoci i niebezpieczestw, powicenie si w walce? Czy to s tylko puste sowa? Czy bez tego moglibymy zwyciy? - Baurdan by niezadowolony ze mnie, z samego siebie, ze swego opowiadania. - Dlaczego - pyta - nie dalicie opisw poraek? Dlaczego nie opowiedzielicie o smutnych rozmylaniach, zrodzonych przez te poraki? Przecie opowiedziaem wam o tym wszystkim. Milczaem. - Gdyby front literatury - ostro powiedzia Baurdan - by rzeczywicie frontem, na ktrym tchrzw rozstrzeliwuj, rozstrzelano by was ju dawno. Spostrzegszy, jak mnie jego sowa zmartwiy, umiechn si znowu i doda: - Zwaszcza gdybym ja tam by dowdc. I z tym upartym i bezwzgldnym czowiekiem, ktry tak surowy sd wyda o pierwszej opowieci, zabralimy si do opracowania nastpnej.

W przeddzie bitwy

1 - Nasza druga opowie - rozpocz Bauraan Momysz-Uy - wkada na nas jeszcze wiksz odpowiedzialno. Dotd mwilimy o przygotowaniu onierza. Teraz mowa bdzie o bitwie. Nieatwa to rzecz sta si onierzem; nie atwo dowdcy zaprowadzi karno wrd wojsk; jeszcze trudniej wojowa. 2 - Dnia 16 padziernika 1941 roku - mwi dalej Baurdan Momysz-Uy - ja, dowdca batalionu, leaem na ku polowym w swoim schronie. Od Moskwy dzielio mnie sto trzydzieci kilometrw. Z daleka sycha byo kanonad, niekiedy wzmagajc si, to znw przycichajc. Guchy jej grzmot dochodzi z lewej strony - z odlegoci dwudziestu do dwudziestu piciu kilometrw. Tam, na lewym skrzydle dywizji, Niemcy, jak dowiedzielimy si pniej, usiowali atakiem czogw dokona wyomu w naszej obronie. A tymczasem u nas, na odcinku batalionu, byo zupenie cicho. Nieprzyjaciel nie zblia si do skraju obrony batalionu, do centralnego odcinka tak zwanego Wookoamskiego Rejonu Ufortyfikowanego. Leaem i rozmylaem. Dokucza mi stale mj ordynans, Sinczenko, jedyny czowiek w batalionie, ktry mia prawo zrzdzi na mnie. To kpiel bya dla mnie gotowa, to znw obiad. - Pniej... Nie przeszkadzaj. - Powtarzacie w kko: nie przeszkadzaj, nie przeszkadzaj. V przecie cay dzie nic nie robicie. - Myl. Zrozumiae? Myl! - Bo to czowiek moe tyle myle? - Moe. Jeeli ci z powodu mojej gupoty zabij, to co ja wwczas powiem twojej onie? A przecie jeste w batalionie nie sam. Moe i wy rwnie uwaacie, e dowdca batalionu - zwaszcza w takiej chwili, w przededniu bitwy obowizany jest co robi: rozmawia przez telefon, wzywa swoich podkomendnych, wydawa rozkazy. Ale nasz genera Panfiow niejednokrotnie poucza mnie, e najwaniejszym obowizkiem dowdcy - jest myle, stale myle. 3 Jak wiecie, w nocy na szesnasty padziernika stu moich onierzy wyruszyo na odlego dwudziestu kilometrw, by zaatakowa ugrupowania nieprzyjacielskie. Wrcili jako zwycizcy. To pierwsze zwycistwo przeobrazio dusz onierza, przeobrazio batalion. A dalej? Nasza zuchwaa operacja nie moga, oczywicie, nic zmieni w oglnej sytuacji na froncie. My, siedmiuset onierzy pierwszego batalionu tagarskiego puku, bronilimy na przedpolach Moskwy omiokilometrowego odcinka, na ktrym koncentroway si dywizje niemieckie. Zaczy mnie znw drczy myli, ktre nie daway mi spokoju w cigu ostatnich dwch, trzech dni.

Zajmujc odcinek na chwil nawet nie przypuszczaem, jak wiecie, e tu, na tej pozycji, na tym omiokilometrowym pasie, nieprzyjaciel bdzie mia przeciwko sobie tylko jeden batalion; sdziem, e z tylu, za nami, bdzie zbudowana druga i moe jeszcze trzecia linia obronna, wzdu ktrych bd rozmieszczone inne jednostki Armii Czerwonej; przypuszczaem, e po odparciu pierwszego uderzenia wroga i zatrzymaniu go na pewien czas - cofniemy si na pozycje zajmowane przez nasze gwne siy. Ale przed dwoma czy trzema dniami dowiedzielimy si, e przed naszymi liniami znajduje si hitlerowska armia, ktra przeamaa front pod Wiam, e drugiej linii obrony za nami nie ma, e Wookoamska i szosy wookoamskiej - prostej, bezporedniej drogi na Moskw - broni tylko nasza dywizja rozcignita na tym wielokilometrowym froncie oraz kilka pukw artylerii przeciwpancernej. Tak zoyy si okolicznoci wojny. Powstrzyma nieprzyjaciela na przedpolach Moskwy drobnymi siami, powstrzyma go, dopki przybd rezerwy - takie byo wwczas zadanie postawione przed Armi Czerwon. 4 Nie bd uywa takich wyrae, jak: ojczyzna rozkazuje, ojczyzna da... Nie chc uywa zbytecznych sw, gdy mowa o mioci ojczyzny. Moecie nie wtpi, e nie mniej silnie ni wy czuj, czym jest ojczyzna socjalistyczna, czym jest kraj, ktrego bronimy, w ktrym yjemy. Cale umiowanie ojczyzny, wszystek zapa, uczucie najgbsze - wszystko to w owych dniach skoncentrowao si wok jednej sprawy - jak obroni pozycj batalionu, jak wykona zadanie wyznaczone naszemu batalionowi. Lec na ku polowym widziaem w wyobrani, jak nieprzyjaciel po przebyciu dwunastu do pitnastu kilometrw nie umocnionego pasa, ktry w tej chwili oddziela nas od Niemcw, dotrze do brzegw Ruzy, do naszych pozycji. Napotkawszy opr naszej linii obronnej skoncentruje po kryjomu, gdzie w lesie pod oson nocy, w miejscu, ktre sam obierze, grup uderzeniow, cignie artyleri i nastpnie, gdy bdzie ju zupenie gotw, ugrupuje wojska na swj ulubiony sposb: w klin - ruszy naprzd na wskim odcinku, od poowy do jednego kilometra, na odcinku, ktrego broni zaledwie jeden pluton piechoty i jedna druyna karabinw maszynowych. Przy tym nie miaem odwodw. Zwyke obliczenie odlegoci wskazywao na to, e Niemcy dokonujc szybkiego i nieoczekiwanego ataku mog przeama nasz lini obronn - zanim nadejd posiki z innych odcinkw - na tym niemoliwym do ustalenia z gry kilometrze. A czy nie mona odgadn, jakie miejsce, jaki kilometr Niemcy bd uwaali za najdogodniejszy, najodpowiedniejszy do natarcia, jeli w mylach stan na miejscu nieprzyjaciela, jeli przeobrazi si na chwil w dowdc ugrupowania wojsk niemieckich? Ale nieprzyjaciel przecie te nie jest gupi. Ja staram si myle za niego, a on ze swej strony postara si myle za mnie. Z atwoci, oczywicie, odgadnie moje zamiary i znajdzie sposb, eby mnie oszuka. Uderzy w jednym miejscu, dokd popiesznie cign moje kompanie, przerzuc modzierze i dziaa, a tymczasem inne ugrupowanie przekroczy ogoocony z wojsk odcinek frontu. Moe ju teraz nawet, w odlegoci dwudziestu kilometrw, z umiechem czyta w moich mylach.

W swej wyobrani widziaem twarz dowdcy niemieckiego ugrupowania, ktre koncentruje si naprzeciw nas: zarozumiaa, starannie ogolona fizjonomia Niemca, z odznakami pukownika, a nawet generaa. Przeciw moim omiu kilometrom, przeciw mojemu batalionowi rzuci on jutro lub pojutrze mniej wicej dywizj, cigajc wchodzce w ni jednostki z gbi obrony. Wpatrujc si uporczywie w wyimaginowane oblicze niemieckiego dowdcy, z ktrym w walce ju teraz, lec na ku, musz wygra bitw - bitw intelektu z intelektem - usiujc sobie wyobrazi bieg jego myli, jego plany, powtarzaem sobie: Baurdan, nie licz na to, e masz przed sob gupca. Ale oczy, ktre, zdawao si, widziay przed sob: przenikliwe, okrutne, niemode oczy, w ktrych gotw by zapon ogie hazardu wojennego i ktre dugo z zainteresowaniem mogy wpatrywa si w map, w tej chwili byy bez wyrazu, bez myli. Niemiecki pukownik czy genera odnosi si z pogard do mnie, do stawiajcego mu opr batalionu - kilkuset onierzy, bronicych omiokilometrowego odcinka na przedpolach Moskwy. Nudzi si. Uwaa, e wojna na wschodzie jest ju wygrana; droga do Moskwy stoi otworem; pozostawao tylko zmiady mimochodem drobne oddziay; lekceway nas; uwaa za zbyt wielki zaszczyt dla nas wysila swj mzg. A moe si myl? Moe dowiadczenie wojny - bohaterski opr wojsk pogranicznych Armii Czerwonej, walki obronne pod Smoleskiem, obrona Odessy, Leningradu - zmusiy go do zastanowienia si? Moe nasza nocna wyprawa, nasze wyzwanie przekonay go, e pod Moskw czeka go walka na mier i ycie? Wtpliwe... Temu zdobywcy, przewiadczonemu, e za par dni bdzie oglda z samochodu place i ulice Moskwy, nocna wyprawa setki czerwonoarmistw wydawaa si zapewne konwulsyjn prb wypadu partyzanckiego, wypadu, jakich rwnie w przyszoci bdzie niemao i z ktrymi da sobie rad gestapo i andarmeria poowa. Odczuem intuicyjnie, e zgadem, e przeniknem do czaszki przeciwnika. Ogarna mnie wcieko, nienawi. Gardzisz mn? Nudzisz si? Poczekaj, zmusimy ci do mylenia! A tymczasem... A tymczasem po tym zawodowym zwycizcy, nie raczcym zaprzta swej gowy mylami, naleao si spodziewa dziaa wedug przyjtego szablonu. Jest on powszechnie znany. Po przebyciu w cigu kilku godzin dwunastu do pitnastu kilometrw nieumocnionego pasa i odrzuceniu naszych oddziaw ubezpieczajcych... Musiaem si umiechn. Po przenikniciu do mzgu przeciwnika nie o wiele si posunem naprzd: zrobiem koo i wrciem do punktu, z ktrego wyszedem. 5 Powiedziaem: szablon jest powszechnie znany. Czy tak jest w rzeczywistoci? Znaem wojn z literatury, z podrcznikw, z regulaminw, z rozmw z tymi, ktrzy uczestniczyli w bitwach; braem udzia w wiczeniach, wiczyem onierzy; wyruszyem z nimi na front; a przecie wojna pozostawaa dla mnie tajemnic, podobnie jak dla kadego, kto nie by jej uczestnikiem. W Polsce, we Francji hitlerowcy zademonstrowali swj sposb prowadzenia wojny: po przeamaniu w kilku miejscach linii frontu posuwali si szybko naprzd na czogach, ciarwkach, motocyklach, likwidujc opr rozproszonych i otoczonych grup. Tak samo prbowali dziaa i u nas. W toku rozmylania i ja rwnie uyem szablonowych wyrazw: odrzucajc, przeamujc, likwidujc, lecz co to znaczy? Dlaczego likwidujc? Jak si to odbywa?

Nie patrzc na map, ktr znaem na pami, widziaem krte brzegi wskiej, pyncej wolno Ruzy, nasz skraj obrony - acuch, skadajcy si z szeregu stanowisk karabinw maszynowych i piechoty. Z tyu, w lesie, stao w ukryciu osiem dzia przydzielanych do batalionu: wzdu brzegu rzeki przed naszym przednim skrajem przebiegaa spadzista pochya ciana cita przeciw czogom, zwana w terminologii wojskowej przeciwczogowym skopem stoku lub krtko - skarp. Wzrok wybiega dalej, za rzek, w kierunku nieprzyjaciela. Widziaem szczegowo pas pooony midzy naszymi a niemieckimi wojskami, opuszczony ju przez nas, lecz jeszcze nie zajty przez hitlerowcw; widziaem drogi prowadzce z punktw koncentracji wojsk niemieckich do naszych pozycji; widziaem parowy i lasy jak gdyby umylnie stworzone do urzdzania zasadzek. Bolao mnie serce, ilekro wyobraaem sobie, jak to niemieckie kolumny, nie napotykajc oporu, bd przechodziy koo tych paroww i lasw, dzi jeszcze dostpnych dla nas, paroww i lasw, w ktrych mogyby si przyczai cae kompanie. W mojej gowie zrodzia si myl o zadaniu uderzenia od tyu, z zasadzki, w plecy kolumnom, ktre jeszcze nie rozwiny szykw i ktre zostan w ten sposb wzite w dwa ognie. Powstawa plan boju spotkaniowego - zaatakowanie znienacka nieprzyjaciela, gdy bdzie si zblia do linii frontu. Ale skd wzi siy do tego? Czy wyprowadzi batalion z umocnie? Podczas swych niedawnych odwiedzin genera Panfiow zwraca uporczywie moj uwag na moliwo zaatakowania Niemcw w odpowiedzi na ich natarcie, jeli si oczywicie nadarzy okazja. Ale mam przecie zaledwie siedmiuset onierzy na osiem kilometrw frontu. Nie mog przecie rzuci do ataku caego batalionu pozostawiajc skraj obrony bez wojska. Nie jestem w stanie opisa mki dowdcy: za mao si... za mao sil... Bdc w mylach na miejscu przeciwnika widziaem wiele sposobw rozwizania stojcego przed nim zadania - przeamania linii obrony mego batalionu. Sam za nie mogem uoy planu, znale rozwizania, pozwalajcego zapobiec przeamaniu obrony na moim odcinku. Mczyem si okrutnie, sam sobie wymylaem. Czuem bl w caym ciele, jak gdyby mnie kto zbi. 6 Wieczorem otrzymaem rozkaz: o godzinie pitej rano stawi si w rejonie mego ssiada z lewej strony, w ziemiance dowdcy graniczcego z nami batalionu.

Godzina w towarzystwie Panfiowa


1 Do mego ssiada z lewej strony pojechaem konno. Podkrelcie, prosz, z lewej. Chciabym, ebycie sobie cho z grubsza, ale wyranie zdawali spraw z sytuacji. Jeszcze raz wyobracie sobie lini obrony batalionu, biegnc wzdu rzeki Ruzy. Stacie twarz do przeciwnika. Trzeba, ebycie w przyszoci mieli przed sob wyrany obraz: to a to dzieje si przed wami, przed frontem batalionu: to a to z prawej strony, to a to z lewej strony, gdzie takie same bataliony jak nasz broniy tak samo dugich odcinkw. Po wczesnej zimie, niezwykej w padzierniku, kiedy to w przecigu ptora, dwch tygodni mielimy ju sann, pogoda zmienia si. Mrz zela, nastpia jesienna sota. Noce byy ciemne, bezksiycowe.

Obawiajc si, e w ciemnoci mog wraz z koniem wpa do jakiego dou, pojechaem nie wprost, wzdu brzegu, lecz drog poln, dokoa. Ko z trudem posuwa si naprzd, nawet stpa. ysek, opuszczajc eb, z chlustem wyciga nogi z lepkiego bota. Siedziaem nieruchomo w siodle, pogrony w mylach. Zaczem spotyka po drodze onierzy idcych w tym samym kierunku. Ocknem si. Kt to? wiee oddziay? Posiki? Zapalaem od czasu do czasu latark elektryczn i jej wiato przeszywao ciemnoci. Co si stao? Czy ci ludzie pozostali w tyle za swoim oddziaem? Id we dwch, we trzech, w zesztywniaych pelerynach, z ktrych cieka bez przerwy woda. Stercz lufy karabinw. Kto pyta: - Towarzyszu dowdco, jak daleko do Sipunowa? Mwi: - Z jakiego oddziau? Skd? Dowiaduj si: przechodzi tdy w nocy batalion zapasowy z Wookoamska; moi rozmwcy to onierze, ktrzy podczas marszu pozostali w tyle. Znw pytaj, jak daleko do Sipunowa. Odpowiadam i pozostawiam ich za sob. Przez pewien czas nikogo nie spotykam. Dokoa panuje cisza; nie sycha nawet dalekiej kanonady. Ale oto na przedzie kto znowu wlecze si z trudem. Potem jeszcze dwaj, trzej. Ciesz mnie posiki, ale... Ale, do diaba, jak oni maszeruj. Nie czuje si szkoy, jak nam da Panfiow: nasze oddziay nie rozcigay si wzdu caej szosy, onierze nie pozostawali w tyle. Po chwili z boku zawieciy ogniki papierosw. Kilku onierzy ley obok rowu przydronego pal; zbolae ze zmczenia ciao nie reaguje na wilgo. I ze wszystkich stron sysz wci to samo pytanie: jak daleko do Sipunowa? Jechaem rwnie w kierunku Sipunowa. W pobliu tej wsi, w lesie, znajdowao si stanowisko dowdcy ssiedniego batalionu 2 Dobrnem wreszcie i po wilgotnych stopniach zaczem schodzie do ziemianki, stanowiska dowdcy. - A, towarzysz Momysz-Uy, witam... By to tak dobrze znany mi ochrypy gos. Ujrzaem generaa Panfiowa. Siedzia koo elaznego piecyka i suszy nogi. Jeden but zdj i szczup, niedu nog trzyma koo rozarzonego pieca. Obok niego siedzia jego adiutant - modziutki rumiany lejtenant; w drugim kcie - nieznajomy mi kapitan. Stanem na baczno i zameldowaem o przybyciu. Panfiom wyj zegarek, spojrza. - Zdejmcie paszcz. Sidcie koo ognia. Wsta, rozoy wilgotne z jednej strony onuce, postawi nog na suchej czci ptna i szybko, umiejtnie, po oniersku, bez jednej fady zawin onuc. Potem woy but.

Pociemniay od deszczu paszcz, ze skromnymi gwiazdkami, o barwie ochronnej, sech nad piecykiem. Przyjmujc now jednostk wojskow przyby do dywizji, Panfiow by widocznie na pozycjach; dugo przebywa na deszczu i, by moe, nie spa ca noc. Jednake jego niada, pokryta zmarszczkami twarz o czarnych przystrzyonych wsikach mimo zmczenia nie bya ponura. - Czy syszelicie, towarzyszu Momysz-Uy, jak mymy si dzi spisali? - spyta z umiechem, przymruywszy oczy. Trudno wyrazi, jak przyjemnie dziaa na mnie w tej chwili jego spokojny, yczliwy glos, jego figlarnie poyskujce, przymruone oczy. Poczuem nagle, e nie jestem samotny, e nie zostaem pozostawiony samemu sobie przed obliczem nieprzyjaciela, bdcego w posiadaniu czego osobliwego, jakiej tajemnicy wojennej, ktrej nie mam ja, czowiek niedowiadczony w bitwach. Pomylaem: tajemnic t zna rwnie nasz genera - onierz pierwszej wojny wiatowej, pniej, po rewolucji, dowdca batalionu, puku, dywizji. Umiechajc si Panfiow w krtkich sowach opowiedzia o wydarzeniach poprzedniego dnia, o bitwie na lewym skrzydle dywizji, w okolicach sowchozu Buyczewo. Nieprzyjaciel rzuci tam do szturmu grup pancern usiujc za jednym zamachem wyj na szos wookoamsk. Okoo osiemdziesit czogw niemieckich przekroczyo nasz lini obrony, ale ogie naszych wojsk odci fale piechoty niemieckiej od poprzedzajcych je czogw. Grupa pancerna, nie wsparta przez piechot, natkna si w gbi naszej obrony na artyleri i straciwszy blisko dwadziecia czogw zawrcia, cofajc si w kierunku swej podstawy wyjciowej i porzucajc zajte poprzednio miejscowoci. Panfiow mwi: - Odparlimy... - westchn artobliwie. - Uf... Ale si baem! Tylko nikomu o tym nie mwcie, towarzyszu Momysz-Uy. Przecie czogi przedary si... On - Panfiow wskaza na adiutanta - by tam ze mn, co nieco widzia. Powiedz no - jak onierze odpierali atak? Adiutant skoczy i powiedzia radonie: - Wasn piersi odparli, towarzyszu generale. Dziwne, ostro wygite czarne brwi Panfiowa uniosy si w niezadowoleniu. - Piersi? - zapyta. - Nie, askawco, pier atwo mona przebi kadym ostrym narzdziem, a nie tylko kul. Gupstwa gadasz - piersi! Ot to, zaufaj takiemu dziwakowi w mundurze wojskowym kompani, a poprowadzi j do ataku piersi przeciw czogom. Nie piersi, lecz ogniem! Odparlimy ogniem z dzia! Nie widziae czy co? Adiutant zgodzi si popiesznie. Ale Panfiow powtrzy zjadliwie: - Piersi... Id i spjrz, czy nakarmiono konie... I powiedz, eby za p godziny byy osiodane. Adiutant zasalutowa i wyszed zmieszany. - Mody - powiedzia agodnie Panfiow. Spojrza na mnie, potem na nieznajomego kapitana i zacz bbni palcami po stole. - Nie wolno walczy piersi onierza - powiedzia - zwaszcza teraz... Mamy tu pod Moskw niewiele wojska... Trzeba oszczdza onierza.

Suchaem generaa w napiciu, starajc si znale w jego sowach odpowiedzi na drczce mnie pytania - ale tymczasem nie znajdowaem. Pomyla chwil i doda: - Oszczdza nie w sowach, lecz czynem, ogniem. 3 Panfiow mwi dalej: - Macie teraz, towarzyszu Momysz-Uy, nowego ssiada... Zapoznajcie si z nim: kapitan Szyow. Kapitan sta przy stole. Wysoki, przystojny, zbyt mody jak na swoj szar, wyglda na lat dwadziecia siedem. Na gowie zamiast czapki futrzanej, jak mieli wszyscy onierze i oficerowie dywizji Panfiowa, nosi czapk koloru khaki z amarantowym otokiem piechoty. Nie wymwi dotd ani sowa, ale nawet to milczenie, dopki nie zwrci si do niego kto starszy rang, obok umundurowania, postawy itd. zdradzao w nim oficera zawodowego. Przywitalimy si. - Jechalicie drog, towarzyszu Momysz-Uy? - spyta Panfiow. - Tak jest, towarzyszu generale. - Czy wielu onierzy pozostao w tyle? - Wielu! - odpowiedziaem. Panfiowowi wymkno si niezadowolone: - Oh... Zwrci si do kapitana, ktry poczerwienia i stan na baczno. Ale zamiast nagany Panfiow powiedzia: - Wiem, wiem, kapitanie, o czym mylicie. Nie wiadomo, kto ich wychowa, uczy, a teraz ja, kapitan Szyow, bd musia za nich odpowiada. Czy nie tak? Panfiow umiechn si; umiechn si rwnie Szyow. - Nie towarzyszu generale, nie tak! - Nie tak? Genera ywo przysun si do kapitana. Jego malekie oczy byszczay ciekawoci. Szyow stanowczym gosem odpowiedzia: - Nie o sobie myl, towarzyszu generale. Obawiam si, e onierze bd musieli zapaci za to zbyt drogo. Czy mog wyj, aby wyda odpowiednie zarzdzenie, towarzyszu generale? - Chcecie da bur tym, ktrzy pozostali w tyle za batalionem? - Nie, towarzyszu generale. Trzeba natrze uszu dowdcom. I ka rwnie wyjani, komu si naley podwjna porcja. Panfiow rozemia si. - No dobrze, dobrze, kapitanie. - Czy mog wyj?

- Prosz, zaczekajcie. Panfiow chwil milcza. Pogry si w mylach. Nastpnie powiedzia: - A wic, towarzyszu Momysz-Uy - macie teraz nowego ssiada. Batalion jest saby, le wyszkolony. Zgoda, kapitanie? - Tak jest, towarzyszu generale. Zwrciwszy si do mnie Panfiow tumaczy mi, e do dywizji przydzielono znajdujcy si w Wookoamsku batalion zapasowy. Kapitan Szyow dopiero kilka dni temu obj nad nim dowdztwo. - Poprzedniego dowdc zmuszony byem usun - mwi Panfiow. - Nie umia trzyma onierzy w karbach, aowa ich. Dziwak! Przecie aowa ludzi to znaczy wanie nie aowa ich wcale! Zrozumielicie mnie, kapitanie? - Tak jest. Wiem o tym, towarzyszu generale. Kilka sekund Panfiow przyglda si modej twarzy kapitana Szyowa, a potem zwrci si do mnie. - Was, towarzyszu Momysz-Uy, wezwaem w nastpujcej sprawie... Zamieniem si cay w such... Ale genera po prostu powiedzia, e powinienem razem z kapitanem Szyowem obejrze styk i midzypole. - Jeeli nieprzyjaciel wedrze si w miejsce zetknicia si batalionw, bijcie go wsplnymi siami. Przygotowujcie si do tego. Uzgodnijcie w terenie wszystkie kwestie cznoci i wsplnych dziaa. Pomagajcie sobie nawzajem w gronej chwili. Panfiow jeszcze raz spojrza uwanie na kapitana i pozwoli mu wyj. Mnie jednak w dalszym cigu mczyy nie rozwizane kwestie. Bijcie ich wsplnymi siami! Jak? Jakimi siami? Zabra ludzi z okopw? Ogooci, odsoni front? A jeli nieprzyjaciel uderzy rwnoczenie i w innym miejscu? Bijcie go wsplnymi siami. A przecie nieprzyjaciel bdzie i nas bi! Bdzie bi przewaajcymi siami, w rnych miejscach, z rnych stron. Sposb osignicia zwycistwa w tej walce pozostawa dla mnie nadal osonity tajemnic. 4 Drzwi za kapitanem zamkny si. - Zdaje mi si, e to zota gowa - powiedzia w zamyleniu Panfiow. - Tylko... A wic, towarzyszu Momysz-Uy, czy wielu onierzy pozostao w tyle za batalionem? Bardzo wielu? - Bardzo, towarzyszu generale. - Ech, nawet czowiek o zotej gowie yknie biedy, jeeli onierz nie jest wyszkolony. Twarz Panfiowa staa si nagle zmczona, ponura. Ale po chwili spojrza na mnie i umiechn si. Jego malekie oczy z drobnym zmarszczkami dokoa zabysy ywo. - Sucham was, towarzyszu Momysz-Uy, opowiadajcie... Zoyem krtki meldunek o udanym wypadzie nocnym. Ale Panfiow zadawa pytania, da, bym mu opowiedzia szczegy. I znw, jak to ju byo kilka razy, meldunek zamieni si w rozmow. Mrugnwszy porozumiewawczo Panfiow powiedzia:

- Towarzyszu Momysz-Uy! Opowiedzcie to wszystko Szyowowi Dodajcie mu bodca... Chciabym, aby jutro i on trzepn nieprzyjaciela na wasz sposb. Genera nie powinszowa mi, nie ciska rki, nie mwi: wietnie! zuch! - ale pochwali inaczej, w sposb rzeczowy; jego serdeczno bya rwnie rzeczowa. - Oto, towarzyszu Momysz-Uy - mwi dalej - oto nauczylicie si bi Niemcw. Odpowiedziaem smutnie: - Nie, towarzyszu generale, nie nauczyem si. Brwi generaa uniosy si w gr. - Jak to? - Towarzyszu generale, dzi cay dzie ami sobie gow nad tym. Kiedy w mylach jestem na miejscu nieprzyjaciela - zwyciam z atwoci. Kiedy myl za siebie - nie wiem, jak go bi, jak odrzuci. Twarz Panfiowa spospniaa. Jaki czas milcza, przygldaem mu si. Nastpnie rozkaza: - Zcie szczegowy raport! Wecie map! 5 Rozoyem swoj map na stole. Czerwonym owkiem nakrelona bya na niej nasza linia obronna, nigdzie jeszcze nie naruszona, nie zmieniona przez walk. Z obydwu stron naszego odcinka batalionowego cigna si linia obronna ssiednich batalionw. Linia ta, acuszek o rzadkich ogniwach w postaci pojedynczych stanowisk strzeleckich i gniazd karabinw maszynowych - osaniaa Moskw przed nieprzyjacielem. Zakomunikowaem szczerze, e po zanalizowaniu sytuacji nie widz adnej moliwoci, aby wasnymi siami zapobiec przeamaniu przez nieprzyjaciela frontu na odcinku batalionu. Trudno wymwi co podobnego - kady dowdca zrozumie mnie - ale mimo to wymwiem. Panfiow skin gow, abym mwi dalej. Opowiedziaem o drczcych mnie mylach: o tym, e nie mam w odwodzie ani jednego plutonu; e gdyby nieprzyjaciel uderzy znienacka, nie bd mia czym wesprze mojego batalionu, nie bd mia czym odeprze nieprzyjaciela. - Jestem przekonany, towarzyszu generale, e mj batalion nie cofnie si, lecz potrafi, jeeli bdzie potrzeba, umrze na stanowisku, ale... - Nie spieszcie si umiera, uczcie si walczy - przerwa mi Panfiow. - Ale mwcie dalej, towarzyszu Momysz-Uy, mwcie dalej. - Nastpnie, towarzyszu generale, niepokoi mnie tego rodzaju sprawca... Obecnie lini obronn batalionu oddziela od nieprzyjaciela pas szerokoci najwyej pitnastu kilometrw. Pokazaem Panfiowowi ten pas na mapie. Panfiow znw skin gow. - I c, towarzyszu generale, mamy mu ten pas odda bez sprzeciwu? - Nie rozumiem. Jak to odda? Wytumaczyem: - Przecie, gdy nieprzyjaciel wyprze nasze ubezpieczenie, szybko dotrze, towarzyszu generale... - Dlaczego wyprze?

Panfiow sucha dotd uwanie i w skupieniu. Ale tu, po raz pierwszy podczas naszej rozmowy, na twarzy jego odbio si niezadowolenie. Powtrzy ostro: - Dlaczego wyprze? Nie odpowiedziaem. Dla mnie byo rzecz jasn, e jeden lub dwa pododdziay ubezpieczajce, liczce od dziesiciu do dwudziestu ludzi, nie potrafi zatrzyma znacznych si nieprzyjaciela. - Podziwiam was, towarzyszu Momysz-Uy - powiedzia genera. - Pobilicie przecie Niemcw? - Ale, towarzyszu generale, wtedy my bylimy stron napadajc... I w dodatku w nocy, znienacka... - Podziwiam was - powtrzy genera. - Mylaem, towarzyszu Momysz-Uy, e zrozumielicie prost zasad: onierz nie powinien siedzie i czeka, a go mier spotka. Powinien nie mier nieprzyjacielowi, napada. Bo przecie jeeli czowiek sam nie gra, to staje si igraszk w rku innych. - Jake tu napada, towarzyszu generale? Czy znowu na Sieried? Nieprzyjaciel ma si tam ju na bacznoci. - A to co? Panfiow szybkim ruchem chwyci owek i wskaza na mapie pas midzy pozycjami naszymi i nieprzyjacielskimi. - Macie pod jednym wzgldem racj, towarzyszu Momysz-Uy: kiedy przeciwnik dotrze bezporednio do naszej linii obronnej, to go nasza nitka nie zatrzyma. Ale przecie musi w tym celu dotrze. Powiadacie: wyprze... Nie, towarzyszu Momysz-Uy, ten pas jest wanie stworzony do walki... Wecie tam inicjatyw ognia artyleryjskiego w swoje rce, napadajcie... W jakich miejscach znajduje si ubezpieczenie? Pokazaem. Od linii nieprzyjacielskich do pozycji naszego batalionu prowadziy dwie drogi: droga polowa i trakt. Na kadej z tych drg wystawilimy oddzia ubezpieczajcy w odlegoci trzech, czterech kilometrw od linii obrony naszego batalionu. Panfiow spospnia. - Ilu ludzi jest w tym pododdziale? Odpowiedziaem. - To za mao, towarzyszu Momysz-Uy. Tu powinny dziaa wzmocnione plutony. Dajcie im jak najwicej rcznych karabinw maszynowych. Cikich nie trzeba. Grupy powinny by niczym nie obcione, zdolne do szybkiego manewrowania. I posyajcie je miao jak najdalej w kierunku nieprzyjaciela. Niechaj witaj nieprzyjaciela ogniem, jeeli sprbuje w tym miejscu posun si naprzd. - Ale nieprzyjaciel, towarzyszu generale, obejdzie je... Obejdzie z dwch stron. Panfiow umiechn si. - Sdzicie, e: gdzie przejdzie jele, tam rwnie przejdzie onierz; gdzie przejdzie onierz, tam rwnie przejdzie armia? To, towarzyszu Momysz-Uy, nie dotyczy Niemcw. Czy wiecie, jak Niemcy obecnie wojuj? Gdzie przejdzie ciarwka, tam rwnie przejdzie armia. A powiedzcie mi, jak si przez te jary i wwozy potrafi przedosta samochody, jeeli drogi s zaryglowane? Powiedzcie, towarzyszu Momysz-Uy, ktrdy? - W takim razie, wyprze...

- Wyprze? Nie tak atwo wyprze pluton uzbrojony w trzy do czterech karabinw maszynowych. Trzeba rozwin ugrupowanie, zawiza bj... To zajmie, towarzyszu Momysz-Uy, p dnia... Niech obejdzie, to nie straszne. Byleby nie otoczy. Trzeba si w odpowiedniej chwili cofn, wylizn. Mniej wicej tak... Panfiow owkiem dotkn z lekka mapy i przegrodzi jedn z drg w pobliu wsi, zajtej przez Niemcw: nastpnie owek zboczy z drogi, zrobi ptl i wrci w innym miejscu na drog, troch bliej linii obrony batalionu. Genera spojrza, czy ledz i rozumiem go, zrobi jeszcze jedn ptl, nastpnie jeszcze jedn, coraz bliej naszego skraju obrony. - Spjrzcie - powiedzia - co za spirala, spryna. Ile razy zmusicie nieprzyjaciela do tego, e bdzie uderza w prni? Ile dni zejdzie na to na prno? C pan na to, szanowny panie nieprzyjacielu? Rozwaaem. Przecie mylaem o czym podobnym, ale przed rozmow z Panfiowetn nie mogem si wyzby hipnotyzujcego wpywu umocnie: zdawao mi si, e nie mam prawa wyprowadzi ludzi z roww strzeleckich. 6 Wszed adiutant Panfiowa. - Konie s osiodane, towarzyszu generale. Panfiow spojrza na zegarek. - Dobrze... Zadzwocie, prosz, do sztabu, e za dziesi minut wyjedamy. Dotkn konierza i plecw paszcza, ktry schn koo pieca, przykucn, dorzuci drzewa do paleniska i minut siedzia tak przed otwartymi drzwiczkami pieca. W tych prostych ruchach wyczuem znw, podobnie jak podczas poprzedniego spotkania, pewno siebie. Czuo si, e genera jest przygotowany do walki przemylanej i dugotrwaej. Nastpnie Panfiow wrci do mapy, rzuci na ni spojrzenie i zacz obraca owkiem. - Oczywicie, towarzyszu Momysz-Uy - powiedzia. - Bitwa moe mie inny przebieg, nie taki, o jakim teraz mwilimy. Walczy nie owek, nie mapa, na ktrej naszkicowano przebieg bitwy - walczy czowiek. Mwi we waciwy sobie sposb, jak gdyby rozmylajc na glos. - Wybierzcie dla wzmocnionych plutonw - cign dalej - odwanych i ebskich dowdcw, eby tu mieli co nieco. Uderzy si w czoo. - Spord tych, ktrzy uczestniczyli w wypadzie nocnym, towarzyszu generale? Panfiow przymruy oczy. - Ja, towarzyszu dowdco batalionu, nie zamierzam dowodzi zamiast was batalionem. Mam dywizj. Bdziecie musieli sami sobie poradzi; wybra stanowiska midzy pozycjami naszymi a nieprzyjacielskimi dla oddziaw ubezpieczajcych, wyznaczy dowdcw. Pomyla jednak chwil, potem rzeki: - Nie, po co posya tych, ktrzy ju uczestniczyli w operacji? Niechaj rwnie inni powchaj prochu. Wszyscy musz wojowa. Ale uwiadomcie sobie, towarzyszu Momysz-Uy, rzecz najwaniejsz: nie

przepuszczajcie Niemcw za nic w wiecie, nie przepuszczajcie ich po drogach. Nie pozwlcie im zbliy si do skraju obrony batalionu. Dzi nieprzyjaciel znajduje si w odlegoci mniej wicej pitnastu kilometrw. To bardzo niewiele, towarzyszu Momysz-Uy, jeeli si nie napotka oporu, i bardzo wiele, jeeli kady lasek, kade wzgrze stawia opr. Znw rzuci spojrzenie na map, chwil milcza i mwi dalej: - Jeszcze jedna sprawa, towarzyszu Momysz-Uy. Sprawdcie, jaka jest zdolno manewrowa batalionu. I stale zwaajcie, czy gotowe s wozy, uprz, konie. Na wojnie bywa rnie. Bdcie gotowi na rozkaz z gry natychmiast wszystko tu zwin i w szybkim tempie wyruszy. Miaem wraenie, e jest to jaka przenonia, e jego sowa s niejasne. Po co on mi to wszystko mwi? I znowu postanowiem wyrazi bez ogrdek swoje zdumienie. - Towarzyszu generale, pozwlcie, e zadam pytanie. - Prosz, prosz. W tym celu wanie rozmawiamy. - Nie rozumiem, towarzyszu generale. Przecie nieprzyjaciel zbliy si do skraju obrony batalionu. Powiedzielicie: nie utrzymamy. Pozwlcie, e zadam pytanie. Jak wygldaj perspektywy? Do czego powinienem by gotw ja, dowdca batalionu? Do odwrotu? Panfiow zacz bbni palcami po stole. wiadczyo to, e odpowied sprawia mu trudno. - A jakiego zdania jestecie wy sami, towarzyszu Momysz-Uy? - Nie wiem, towarzyszu generale. - Wiecie, co wam powiem, towarzyszu Momysz-Uy - rzek po namyle - dowdca powinien zawsze rozway najgorszy wariant. Nasze zadanie polega na tym, by utrzyma drogi. Jeeli Niemcy przeami front, przed nimi na drogach powinny znw znale si nasze wojska. Oto dlaczego zabraem std batalion. Chciaem zabra wasz batalion, ale broni on bardzo wanej drogi. Pokaza mi na mapie drog - Sierieda-Wookoamsk, ktr przecinaa w poprzek czerwona linia batalionu. - Nie linia ma znaczenie, lecz droga, towarzyszu Momysz-Uy. Jeli zajdzie potrzeba, miao wyprowadcie ludzi z okopw, ale brocie drogi. Zrozumielicie mnie? - Tak jest, towarzyszu generale. Podszed do paszcza i wkadajc go zapyta: - Czy znacie nastpujc zagadk: Co na wiecie jest najdusze, a zarazem najkrtsze, najszybsze, a rwnoczenie najwolniejsze, co najbardziej lekcewa i czego najbardziej auj? Domyliem si nie od razu. Panfiow zadowolony, e da mi trudny orzech do zgryzienia, wyj zegarek i pokaza mi go: - Ot co! Czas! Obecnie nasze zadanie polega na walce o czas - odbiera nieprzyjacielowi czas. Odprowadcie mnie. Wyszlimy ze schronu. 7 By szary wit. Drzewa ledwo majaczyy przez mg. Przyprowadzili konia. Panfiow obejrza si.

- A gdzie si podzia Szyow? Idmy na razie pieszo, eby mg nas dogoni. Po drodze Panfiow spyta mnie, co robi ludzie na naszym odcinku. Zameldowaem, e batalion kopie rowy czce. Panfiow stan. - Czym kopiecie? - Czym? Oczywicie, opatami, towarzyszu generale. - opatami? Rozumiem, trzeba kopa - powiedzia to agodnie, ze zwykym sobie humorem. Narzucilicie tam chyba sporo ziemi. Musicie teraz, towarzyszu Momysz-Uy, kopa pozorne rowy. Trzeba uywa fortelw, oszukiwa. Zdziwiem si. Z rozmowy z generaem odniosem wraenie, e nie przypisuje szczeglnego znaczenia linii obronnej. Z tego, co powiedzia, wynikao teraz, e tak nie jest. Odpowiedziaem: - Rozkaz, kopa pozorne rowy, towarzyszu generale. Dogoni nas biegnc kapitan Szyow. Obok drogi, w tym miejscu, gdzie koczya si cieka, sta onierz na warcie - chopak w wieku lat dwudziestu, o powanych szarych oczach. Nie bardzo zgrabnie, lecz starannie zasalutowa generaowi prezentujc bro. - Jak si powodzi, onierzu? Chopak zmiesza si. W owym czasie w naszej armii nie uywano w stosunku do czerwonoarmistw wyrazu onierz. Mwiono: czerwonoarmista, bojownik. Po raz pierwszy moe nazwano go onierzem. Panfiow zauwaywszy, e onierz si zmiesza, rzek: - onierz - to wielkie sowo. My wszyscy jestemy onierzami. No, powiedz, jak ci si powodzi? - Dobrze, towarzyszu generale. Panfiow spojrza w d. Cikie buty onierza byy zabocone: boto pokrywao nawet sznurowada. Wida byo, e onierz w oczyszcza swe rzeczy z bota zapewne gazk lub kawakiem drzewa, lecz lady pozostay na mokrych owijaczach i nawet wyej. Rka trzymajca karabin zsiniaa od porannego zimna. - Dobrze? - powiedzia Panfiow wolno. - No, a powiedz mi, jak przeszed marsz? - Dobrze, towarzyszu generale. Panfiow zwrci si do Szyowa. - Towarzyszu Szyow, jak przeszed marsz? - le, towarzyszu generale. - Oho... Okazuje si, e ty, onierzu, skamae. - Panfiow umiechn si. - No, mwe, mw, jak ci si powodzi? Wartownik powtrzy uporczywie: - Dobrze, towarzyszu generale.

- Nie - powiedzia Panfiow. - Czy podczas wojny moe si powodzi dobrze? Maszerowa w nocy, w deszcz, po takim bocisku - co w tym dobrego? Spae po marszu? Nie. Jade? Nie. Musisz tu sta na wietrze, na wskro przemoknity, albo kopa rowy strzeleckie. A jutro lub pojutrze pjdziesz w bj, gdzie poleje si krew. Co w tym dobrego? onierz sabo si umiechn. Panfiow mwi dalej: - Nie, bracie, na wojnie onierzowi dobrze si nie powodzi... Ale nasi ojcowie umieli to mnie znosi, umieli przezwycia trudnoci ycia bojowego, bi wroga. Ty, bracie, nie stykae si jeszcze z wrogiem w boju... Ale walczy z zimnem, ze zmczeniem, z bied oniersk - to to samo co stoczy bj - potrzebna jest do tego taka sama odwaga. I mimo to nie zwiesie gowy, nie stkasz... To dobrze, onierzu! Jak si nazywasz? - Pozunow, towarzyszu generale... Chciaem wanie powiedzie to samo co i wy, towarzyszu generale... - Znakomite nazwisko... By taki synny mechanik... Chciae... Dlaczego nie powiedzia? - Wybaczcie, towarzyszu generale. Po prostu nie pomylaem. - onierz zawsze powinien myle. onierz musi walczy rozumem. A wic, Pozunow... Bd o tobie pamita. Chc jeszcze usysze o tobie. Zrozumiae mnie? - Zrozumiaem, towarzyszu generale. Zadumany, z utkwionymi w ziemi oczami, Panfiow szed wolno drog. Spojrza na Szyowa i na mnie. - Cikie jest ycie onierza - powiedzia. - Nie ma co, cikie. Trzeba onierzowi mwi o tym wprost w oczy, a jeeli kamie, od razu sprostowa. Milcza chwil, rozmyla. - Nie oszczdzajcie onierza przed bitw, towarzyszu Szyow, ale podczas bitwy... Oszczdzajcie onierzy podczas bitwy, oszczdzajcie. W sowach tych nie byo nic z rozkazu. Byy one czym wicej - nakazem. Dreszcz mnie przeszed. Ale zaraz potem Panfiow ju innym tonem, tonem zwierzchnika, surowo powiedzia: - Oszczdzajcie... Innych formacji, innych onierzy nie mamy obecnie tu, pod Moskw. Jeeli tych stracimy, nie bdziemy mieli czym zatrzyma Niemcw. Poegna si, skoczy na konia i ruszy kusem brzegiem szosy.

Bitwa na drodze
1 Zgodnie ze wskazwkami Panfiowa zwiedziem wraz z kapitanem Szyowem rejon styku. Obejrzelimy teren i umwilimy si co do wsplnych dziaa, co do pomocy koleeskiej podczas bitwy.

Poegnaem si z kapitanem. Z powrotem do sztabu wracaem wzdu rzeki. Po bezsennej nocy, spdzonej na mczcych rozmylaniach, po rozmowie z Panfiowem, kiedy system nerwowy pozostawa znw w napiciu, nie czuem si, rzecz dziwna, zmczony; przeciwnie byo mi zadziwiajco lekko na sercu. Ociao, z jak siedziaem na koniu w nocy, znika, adna myl mnie nie gnbia. Zdawao si, e nawet ysek biegnie z wiksz atwoci. Wok byo cicho. Nie sycha kanonady - ani bliskiej, ani dalekiej. Tego dnia, siedemnastego padziernika, cisza zapanowaa rwnie tam, gdzie wczoraj czogi niemieckie usioway przeama nasz lini obronn, gdzie rozlega si szczk broni. Do dzi dnia pamitam t cisz; pamitam czarne jak wgiel niebo; grzskie pole i niewielkie na nim kaue poyskujce blaskiem oowiu; pamitam ziemi, ktr onierze kopic rowy wyrzucali opatami, taw gliniast ziemi okolic podmoskiewskich. Z powodu tej gliny Panfiow dopiero co zrobi mi wymwk; zdradzaa ona dyslokacj stanowisk ogniowych, trzeba j byo niezwocznie uprztn, rozrzuci po caym polu, ale wwczas, w przejmujcej ciszy, przygldaem si tej ziemi, pasmom gliniastej gleby - przygldaem si utrwalajc j w pamici na zawsze. Za rzek wida byo czarn, mokr drog, ktra gina w pobliskim lesie. Po tej stronie droga ta, zaznaczona supami telegraficznymi, wspinaa si na wysoki brzeg i przecinaa lini obronn batalionu. Obok ciemnych od deszczu domkw wiejskich, obok niskiej murowanej cerkwi prowadzia tam, dokd zda wrg - do szosy wookoamskiej, do Moskwy. Dotd pamitam niespokojne, pytajce spojrzenie kobiety, ktre poczuem na sobie przez chwil, kiedy ysek szed drobnym kusem przez wie pooon wzdu rzeki. Wrya mi si w pami jej twarz niemoda, sczerniaa od soca, wiatru i pracy, o nieco wyblakych jasnoniebieskich oczach - twarz rosyjskiej chopki, rosyjskiej kobiety. Zdawao si, e chce mnie spyta: Dokd? Jakie przynosisz wieci? Co bdzie z nami? Zdawao si, e prosi: Powiedz cho swko, uspokj. Ale ominlimy ju wie. Zobaczyem trzymajcego kocioek czerwonoarmist, ktry pochyli si ku malekiemu chopcu. Czerwonoarmista wyprostowa si; poznaem sprytn i dobroduszn twarz kaemisty Bochy, jego druyna staa w pobliu. Bocha od razu spowania, cign ledwo zarysowane brwi i zasalutowa. Z tak samo powanym wyrazem twarzy zasalutowa rwnie chopiec. Bya to zwyka scenka; niekiedy czowiek spojrzy i zapomni, ale tego rana chopiec z tak ufnoci spogldajcy na wojskowego, onierza, wzruszy mnie, a mi si serce cisno. Przecie wszystko, co przed chwil przemkno przede mn - to - mj kraj, mj nard, nasz ustrj. Czy mona tedy nie walczy zaciekle, na mier i ycie, w obronie bezbronnego picioletniego chopca, ktry mi zasalutowa, ktrego, pki w swych rkach mamy bro, si i wadz, nikt nie odway si skrzywdzi, ktrego nikt w naszym kraju nie bdzie ciemiy. 2 Minem wie i podjechaem do plutonu lejtenanta Brudnego. onierze tego plutonu, podobnie jak innych plutonw, zajci byli kopaniem roww czcych. Jaki czowiek, obnaony do pasa, nie baczc na wilgo i zimno rba ziemi kilofem. Jego szerokie spocone plecy byszczay jak lakierowane. By to Kurbatow, zastpca dowdcy plutonu.

- Sam si zabraem do roboty - powiedzia. - Grunt jest tu kamienisty, trzeba pomc. No, i rozgrza si... Muskularny, silny - sta spokojnie, z obnaon piersi na przejmujcym wietrze padziernikowym. Czsto wzbudza we mnie zachwyt i dum ten czowiek, w ktrym uderzaa jaka szczeglna uroda onierza. Ale teraz powiedziaem: - Cocie tyle ziemi ponarzucali? Z odlegoci trzech kilometrw wida. Porozrzucajcie j jak najprdzej, zrwnajcie j. Gdzie lejtenant? Lejtenant Brudny, maleki, ruchliwy, w dobrze lecym, mocno obcignitym paszczu wojskowym bieg ju do mnie. Raport jego by bez zarzutu. Powiedziaem mu: - Niech ludzie kocz prac. Niech wszystko zamaskuj. Wydajcie rozkazy, towarzyszu lejtenancie, a potem biegiem do mnie, do sztabu batalionu. Odpowiedzia szybko: - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. Lejtenant Brudny by jednym z dwch dowdcw wybranych przeze mnie do wykonania zadania, ktre genera nakreli owkiem na mapie. Na stanowisku dowdcy - w schronie - czeka na mnie mj maleki sztab; szef sztabu lejtenant Rachimow i mj najmodszy adiutant lejtenant Donskich. Rachimow zameldowa: nic nowego nie zaszo; nieprzyjaciel w dalszym cigu zachowuje si spokojnie, nie wysya nadal grup rozpoznawczych. Zajem si z Rachimowem zaatwieniem niektrych pilnych spraw. Schemat pozornych pozycji nakreli on ju kilka dni temu. Rozkazaem, by rozpoczto natychmiast kopanie pozornych pozycji, natomiast zaprzestano pracy na przednim skraju, z wyjtkiem prac majcych na celu maskowanie. - Sucham, towarzyszu dowdco - powiedzia Rachimow. - Czy mog wykonywa? - Prosz. Rachimow spojrza na lejtenanta Donskich. - Towarzyszu dowdco, czy potrzebny wam jest teraz lejtenant Donskich? - Potrzebny. Rachimow zasalutowa i wyszed. Wkrtce zadyszany, z zaczerwienion twarz, zjawi si Brudny. Jego mdre oczy obiegy schron i zatrzymay si na mnie; byo w nich zdziwienie i oczekiwanie. Donskich siedzia przy stole piszc co. - Donskich! Chodcie tu bliej. Wecie ze sob map. Postanowiem mianowa mego adiutanta, komsomolca Donskich, dowdc drugiego wzmocnionego plutonu. 3 Obaj - zarwno Brudny, jak Donskich - byli komsomolcami obaj ukoczyli niedawno szkol redni i spdziwszy nastpnie pewien czas w szkole oficerskiej zostali lejtenantami.

Podczas formowania dywizji Donskich zosta mianowany dowdc kompanii, pniej jednak zdjto go ze stanowiska za nie do energiczne postpowanie. Niemiay, wstydliwy, nie umia by surowy dla tych, ktrzy zawinili. Wymagalno, surowo w stosunku do podkomendnych - cechy konieczne dla dowdcy - byy mu obce, ale gdy go zdjto ze stanowiska dowdcy kompanii, by przez dugi czas bardzo smutny. Rozumiaem go - zdawao mu si: Ech, nie zaufali ci, komsomolcu Donskich, poprowadzenia kompanii do boju. Przed dwoma dniami, pitnastego padziernika, kiedy w kompaniach dobierano onierzy do wypadu nocnego, podszed do mnie Donskich i spuciwszy oczy powiedzia: Towarzyszu dowdco batalionu, pozwlcie mi pj z oddziaem. Ale na t zuchwa wypraw nocn zosta ju wyznaczony mj starszy adiutant i zarazem szef sztabu, Rachimow. Odpowiedziaem lejtenantowi Donskich krtko: Nie. Donskich odszed nie od razu. Powinienem by moe powiedzie: Zaczekaj, Donskich, przydasz si jeszcze! Jeszcze bdziesz wojowa. Ale nie powiedziaem ani sowa. Milcza rwnie Donskich. Miaem mono przyjrze si swemu adiutantowi. Podobaa mi si jego duma, niegadatliwo i powaga, z jak wykonywa polecenia. Teraz znw sta przede mn, wycigajc do mnie map. Czowiek zawsze pragnie widzie twarz i spojrzenie tego, komu poleca jakie zadanie. Mieszkalimy w tej samej ziemiance - a przecie nie mogem powstrzyma si od tego, by nie przyjrze si raz jeszcze twarzy lejtenanta Donskich szczerej twarzy o delikatnej, prawie dziewczcej cerze. Podoba mi si rwnie Brudny. By chyba moim najlepszym dowdc plutonu. Niezwykle pomysowy, zrczny, potrafi szybciej od innych zdoby, gdzie tylko byo mona, rny sprzt pomocniczy: opaty, siekiery i piy w jego plutonie byy zawsze w dobrym stanie; w pracy pluton jego przodowa i Brudny pragn zawsze - kt nie ma swoich sabostek? - aby to nie uszo mojej uwagi. W takich razach ten may, przemylny czowieczek by bardzo prostoduszny - zdawao si, e jego czarne oczki bagaj: pochwal mnie. Pewnego razu miaem okazj przekona si, e Brudny nie jest tchrzem. Budow umocnie ziemnych wykoczy wczeniej ni inne plutony. Ogldajc te umocnienia odniosem wraenie, e czoowe nasypy s sabe. Spytaem Brudnego: Uwaasz, e to gotowe? - Tak jest, towarzyszu dowdco batalionu. - Umiecisz tam swoich onierzy? - Tak jest, towarzyszu dowdco batalionu. Wziem karabin od jednego z onierzy. Brudny, wa tam! Zrozumia i zblad. Powiedziaem: Chciae powsadza tam onierzy, naraajc ich na kule, teraz wa tam. Bd strzela! Brudny waha si jedn chwil, potem zasalutowa, zrobi w ty zwrot i skoczy do rowu strzeleckiego. Krzyknem: Stj! Odejd na bok! Odszed. Wystrzeliem. Kula nie przesza, nie przebia nasypu. Brudny mia prawo by dumny. Jego triumfujce spojrzenie mwio jak gdyby: No i c? Pochwale! Odtd, od czasu, kiedy przekonaem si o jego postawie onierskiej, pokochaem tego czarnookiego, dziarskiego lejtenanta. - Sid, Brudny! Sid, Donskich - powiedziaem. 4 Donskich rozoy map. W myli zdecydowaem ju, gdzie bd urzdzone zasadzki; ale postanowiem decyzj sw jeszcze raz sprawdzi na mapie. Potem wyjaniem zadanie: przyczai si przy drogach, umocni i zatrzyma si tam nie dopuszczajc, by niemieckie kolumny samochodowe i artyleria posuway si tymi drogami; drobne grupy zwiadowcw przepuszcza bez wystrzaw, natomiast kolumny przyjmowa salwami karabinowymi i seriami z karabinw maszynowych. Oszoomiwszy nieprzyjaciela nieoczekiwanymi atakami ogniowymi onierze bd mogli atwo si wycofa.

- Ale nie to jest waszym celem - mwiem dalej. -= Przeciwnie, trzeba zaczeka, a nieprzyjaciel opamita si ostatecznie, dopki nie rozpocznie boju. Nie wypuszczajcie z rk drogi. Zmucie nieprzyjaciela do tego, by rozwin swe ugrupowanie bojowe przeciwko wam. To po pierwsze. Czy zrozumielicie? - Zrozumiaem - niepewnym gosem odpowiedzia Brudny. Jego twarz, zazwyczaj bardzo ruchliwa, bya teraz sztywna, skupiona. Donskich milcza. - Czy zrozumiae, Donskich? - spytaem. - Zrozumiaem, towarzyszu dowdco. Zgin, lecz nie przepuci... - Nie, Donskich. Nie gin, lecz dziaa. Manewrowa. Napada. - Napada? - spyta Brudny. - Tak. Napada z zasadzki. Wytrzebi ogniem moliwie najwicej hitlerowcw. Nastpnie zaczeka. Niech przeciwnik rozwinie swe ugrupowanie bojowe, podejmie bj, wyle wojska, by was otoczy. Wtedy trzeba si wylizn i znw w innym miejscu wyj na drog, wyprzedzi nieprzyjaciela, znw przegrodzi mu drog. Nakreliem na mapie spiral Panfiowa. - W ten sposb zmusimy nieprzyjaciela do przedwczesnego rozwinicia ugrupowania bojowego, do bezskutecznego atakowania nas. Sowem, wystrychniemy go na dudka; potem jeeli znw ruszy naprzd, trzeba napada. - Napada? - ponownie spyta Brudny. Jego twarz oywia si, oczy byszczay. Donskich umiechn si milczc. Zrozumia rwnie. Sowo napada, ktrego nauczy mnie Panfiow, miao jaki magiczny wpyw. Uczynio zadanie od razu zrozumiae, wstrzsno do gbi duszy, przeobrazio ludzi, dodao odwagi. Pomylaem sobie: to nie tylko taktyka, to jest co wicej. Omawialimy szczegy. Brudny by podniecony. Jego mzg wprawiony w ruch zacz pracowa. Zastanawia si ju, gdzie ukry i jak zamaskowa ludzi. Powiedziaem: - Tak, onierze musz si okopa, zamaskowa. Mwi to zwaszcza do ciebie, Donskich. Tutaj, Donskich, nie wolno si litowa. Donskich milczc patrzy na mnie. Powtrzyem sowa Panfiowa. - aowa - znaczy nie aowa. Zrozumiae? Donskich odpowiedzia stanowczym tonem: - Tak jest, towarzyszu dowdco batalionu! Jego niebieskie oczy byy ju inne ni p godziny temu - pociemniay, stay si bardziej surowe. O ojczynie, o Moskwie nie wspominalimy podczas naszej rozmowy ani sowem, ale i ojczyzna, i Moskwa kryy si za wszystkim, co mwilimy, yy w kadym z nas.

5 Lejtenanci wyszli, eby przygotowa plutony do drogi. Zamyliem si znw. Dziwi was to? Decyzja zapada, rozkaz zosta wydany, wyjaniony, zrozumiany przez wykonawcw - c wic jeszcze pozostao? Pozosta bj. Kiedy bdziecie pisali o wojnie, nie zapomnijcie, prosz, uwzgldni jednej drobnostki: na wojnie istnieje nieprzyjaciel, ktry nie zawsze postpuje tak, jak wy bycie chcieli. Czuem: w walce intelektu z intelektem - my odnielimy zwycistwo, odnis zwycistwo Panfiow, lecz dalej? Czy Niemcy jak barany wystawi si na kule raz, drugi, trzeci? Co przedsiwemie nieprzyjaciel potem, gdy dowdca niemiecki, butny pan Wielkich Niemiec, zrobi nam zaszczyt i zacznie myle? Na wojnie istnieje nie jeden, lecz dwa plany; nie jeden, lecz dwa rozkazy. Podczas bitwy czyj plan, czyj rozkaz nie zostanie wykonany. Dlaczego? Prosz mi odpowiedzie: dlaczego? 6 O zmroku plutony byy gotowe do wymarszu. Grupa lejtenanta Donskich ustawia si na mocie przez rzek Ruz. Podjechaem na koniu do onierzy. Byo ich niewielu - pidziesiciu czterech. Wszyscy dwigali ciary na plecach. Czterej nieli rczne karabiny maszynowe, inni woyli do plecakw zalutowane pudla z nabojami dla karabinw rcznych i maszynowych; telefonici mieli na plecach zwoje drutu elektrycznego. Oddziaowi towarzyszyli sanitariusze. Na prawym skrzydle, uzbrojony tak samo jak wszyscy w karabin, sta zastpca dowdcy plutonu, sierant Wokow, lusarz z zawodu - zawsze pochmurny i zy przy penieniu obowizkw subowych. Zeszej nocy uczestniczy w napadzie na Sieried; zabija, jak mi opowiedzieli, milczc; niewiele mwi rwnie po powrocie. Umylnie poczyem ich - modego lejtenanta Donskich i dowiadczonego, czterdziestoletniego Wokowa. Poniewa nie byo jeszcze ciemno, poznawaem wszystkich. Wielu z nich bdzie po raz pierwszy strzela do wrogw. Niejednemu zatrzepocze, zamrze jutro serce, kiedy si pierwszy raz znajdzie pod ogniem broni nieprzyjaciela. - Co wam powiedzie, onierze, na drog? Wszystko, co mogem wam powiedzie, powiedziaem ju; co miaem do oddania - oddaem. A teraz, na poegnanie... - Baczno! W lewo zwrot! aduj bro! Do samotnej jody w wierzchoek, salwami, pluton... Cicho i gronie szczkny dobrze naoliwione zamki karabinw. Pidziesit luf unioso si w gr. Na wysokim brzegu wida byo ciemne kontury wysokiej, potnej jody. onierze czekali na rozkaz strzelania. Krzyknem: - Ognia!

Rozlego si: r-r-r... Na chwil powstaa ognista linia wybuchw, ktra owietlia bagnety i koce luf. Usyszelimy trzask przestrzelonych gazi - amic si spaday na nieg. Znowu szczkny zamki karabinw, ktre znw znieruchomiay przycinite do ramion. Nie byo ju czarnej zwartej masy igliwia, w miejscach, skd spady gazie, szarzao niebo. - Ognia! Znw bysny czerwone da; zabrzmiaa salwa, spaday cikie gazie. - Ognia! Po trzeciej salwie wierzchoek zgi si jakby podrbany, potem zadra, wyprostowa si i znw zacz si przechyla, opadajc coraz niej. Jeszcze kilka chwil chwia si, potem run na dolne gazie i amic je spad na ziemi. Zamiast ostrego wierzchoka sta teraz na tle nieba city, wyszczerbiony stoek. Podaem komend: Do nogi bro! i powiedziaem: - Dobrze strzelacie! onierze odpowiedzieli zgodnie: - Suymy Zwizkowi Radzieckiemu! - Ot tak wanie bijcie wroga! Na rozkaz, salw! eby mier kosia, lecz nie przypominaa drobnego deszczu! Ufajcie swemu karabinowi, towarzysze! Lejtenant Donskich, moecie wyruszy. W innym miejscu poegnaem si z plutonem Brudnego. 7 Spodziewaem si, e nastpnego dnia, osiemnastego padziernika, pluton lejtenanta Donskich lub lejtenanta Brudnego rozpocznie bj. Ale zarwno osiemnastego, jak dziewitnastego Niemcy nie posuwali si na naszym odcinku. Obie zasadzki przyczaiy si na skraju lasu i wyryy ukrycia podziemne, obliczone na dugotrway bj. Na wierzchokach sosen siedzieli obserwatorzy patrzc w kierunku, w ktrym znajdowali si Niemcy. Ale obie drogi byy zupenie puste. Kilka razy dziennie w okrelonych godzinach Donskich i Brudny zawiadamiali mnie telefonicznie: Nieprzyjaciel nie pokazuje si. Na caym centralnym odcinku wookoamskiego rejonu ufortyfikowanego - zarwno na naszym, jak rwnie na odcinkach ssiednich batalionw - nie odczuwalimy adnego nacisku wroga: Niemcy nie wysyali tutaj nawet oddziaw rozpoznawczych. Ale z boku, spoza lewego skrzyda odcinka, zajmowanego przez batalion, zza lasw, wrd ktrych gina rzeka Ruza, sycha byo nieprzerwany huk armat. Tam walczya nasza artyleria przeciwpancerna. Tam wanie, na lewym skrzydle dywizji, Panfiow skoncentrowa wszystkie przeciwlotnicze karabiny maszynowe, rwnie te, ktre poprzednio wspieray nasz batalion. Przerzuci tam jedn kompani batalionu zajmujcego odcinek na prawo od nas i rozkaza wypeni pozostaymi wojskami ogoocony odcinek. W nocy orientowalimy si w przebiegu bitwy wedug lun, we dnie - wedug kanonady. Huk armat nie zblia si, przeciwnie, oddala, ale oddala si w gb naszego frontu, posuwajc si coraz dalej, na tyy naszego batalionu. W oglnych zarysach znaem sytuacj. O uderzenia niemieckiego pozostawaa ta sama co i szesnastego. Niemcy cignli posiki i posunli si naprzd. Dwie czy trzy dywizje niemieckie, w tym

jedna pancerna, przedary si na drog z Moajska do Wookoamska, na przebiegajc za nami, tak zwan drog rokadow (napiszcie, prosz, w nawiasach: drog rokadow nazywa si droga, ktra biegnie prostopadle albo pod ktem do magistrali, czyli w tym wypadku do szosy wookoamskiej). Przedary si i ruszyy w kierunku Wookoamska. Nasz batalion osania wojska walczce na drodze rokadowej od uderzenia na tyy albo na skrzydo. Ale Niemcy nie zbliali si do nas. Midzy nami i nieprzyjacielem w dalszym cigu bya pusta przestrze szerokoci dwunastu, pitnastu kilometrw. 8 Dwudziestego padziernika Donskich zatelefonowa o niezwykej godzinie. - Towarzyszu dowdco batalionu, ciarwka na drodze. Niemiecka piechota. - Czy jedna ciarwka? - Jedna - Przepuci. Po kilku minutach Donskich zatelefonowa: - Towarzyszu dowdco batalionu, ukazaa si kolumna samochodw. Rwnie z piechot. - Ile? - Koca nie wida. Jak dotd dziesi. Nie, dopiero co powiedziano mi, e jeszcze dwie. - No, Donskich... - powiedziaem. - Trzymaj si - zakoczy zdanie Donskich. Syszaem przez suchawk, jak Donskich westchn. - Czy nie tak, towarzyszu dowdco batalionu? - Tak. - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. Nie przepucimy... Donskich odszed. A ja nadal staem przy telefonie przyciskajc suchawk do ucha. Na drugim kocu drutu telefonicznego, ktry by ukryty w ziemi, znajdowa si cznik. Komunikowa mi, co si dzieje. Such mj zaostrzy si. Reagowaem nie tylko na sowa, lecz rwnie na intonacj, z jak byy wypowiedziane. Znajdujc si w schronie sztabu, w odlegoci omiu kilometrw od plutonu, widziaem jak gdyby wszystko to, co widzia ze swego okopu cznik. Podune ciarwki jechay wolno drog, ktra w tym czasie znw zamarza, staa si twarda i teraz bya z lekka przyprszona wczesnym niegiem padziernikowym. Na awkach umocowanych z obu stron kadej ciarwki i wewntrz puda siedzieli onierze niemieccy, uzbrojeni w karabiny i pistolety maszynowe. Obecnie wydaje si to nieprawdopodobiestwem, ale wwczas pod Moskw, w padzierniku 1941 roku, ruchy ofensywne wojsk niemieckich odbyway si w taki wanie sposb: niekiedy bez uprzedniego rozpoznania, bez ubezpieczenia, bez stray przedniej i bocznej, wygodnie, ciarwkami, tak byli pewni, e w razie spotkania potrafi przepdzi Rusw. A Rus przyczai si na skraju lasu, nie spuszczajc oczu z ludzi w zielonkawych paszczach i furaerkach, ktrzy jedzili po naszej ziemi, jakby byli jej panami - lea przyciskajc do siebie wycelowany karabin i czekajc na rozkaz ognia. Nagle wydao mi si, e w membranie sycha jaki szczk.

- Halo, co tam sycha? Jeszcze raz ten sam dwik. - Halo, co tam sycha? - powtrzyem. - Strzelamy, towarzyszu dowdco batalionu. I ja rwnie strzelam. - Salwami? - Tak jest, na komend, towarzyszu dowdco batalionu. - A Niemcy? Nastpio nieznonie dugie milczenie. - Uciekaj - krzykn cznik. - Jak Boga kocham, uciekaj... Nie posiadaem si z radoci. Wrg ucieka. A wic to tak si odbywa, to tak uciekaj na wojnie! Wic mamy w sobie t moc, ktra potrafi razi wroga - jego dusz i ciao, ktra spowodowaa, e wrg zapomnia o dyscyplinie, zapomnia, e jest wysz ras, zdobywc wiata, e ma niezwycion armi. Ech, gdybym mia teraz kawaleri. Zaczlibymy ciga go i rba tak dugo, jak dugo by si nie opamita i ucieka. Upajao mnie nie tylko zwycistwo, lecz i tajemnica zwycistwa, ktr zaczynaem rozumie. A wic mamy w sobie t moc! Na imi jej... Nie, w tej chwili nie potrafiem jeszcze nazwa jej po imieniu. 9 Po pewnym czasie Donskich zakomunikowa mi telefonicznie: w cigu pierwszych kilku minut nasz pluton pooy trupem blisko stu hitlerowcw, drugie tyle, a moe i wicej, ocalao; hitlerowcy rzucili si do ucieczki, ale potem przywrcili porzdek, rozwinli ugrupowanie bojowe, okopali si, zaczli strzela. - Dobrze. O to wanie chodzio - powiedziaem. - Pobaw si z nimi. Niech troch podrepcz w miejscu. Ludzi ukryj. Ale bd czujny, patrz na wszystkie strony. ledziem przebieg bitwy wedug doniesie telefonicznych. Z pocztku Niemcy otworzyli ogie z pistoletw maszynowych, karabinw, erkaemw i cekaemw, nastpnie zaczy dziaa modzierze. W owym czasie armia hitlerowska miaa przewag nad nami - bya wyposaona w mnstwo modzierzy. Zmotoryzowana piechota wioza je ze sob na ciarwkach jak drzewo. onierze weszli do schronw. Niemiecki oddzia rozpoznawczy, ktry po dwugodzinnym obstrzale zbliy si do lasu, zosta przyjty ogniem. Pluton y, pluton nie ustpowa z drogi. Poinformowaem telefonicznie dowdcw kompanii o przebiegu bitwy i kazaem poinformowa o tym niezwocznie onierzy, eby wiedzieli, jak ich koledzy bij wroga. Dowdca drugiej kompanii, stateczny, czterdziestoletni lejtenant Siewriukow, odpowiedzia: - onierze ju wiedz, towarzyszu dowdco batalionu. - Skd? - Funkcjonuje, towarzyszu dowdco batalionu, onierski telefon bez drutu. Czuem, e Siewriukow si umiecha.

- Co za telefon? - Przybyli ranni. I na wycigi opowiadaj. Zdumiony jestem, towarzyszu dowdco... Zastanowi si, nim wypowiedzia sw myl. Suchaem go z umiechem, z zaciekawieniem. - Zdumiony jestem... Ludzie s ranni - to jest przecie cierpienie, bl - a mimo to s weseli. Zadalimy im bobu. - i wiecie co? - bl dziki temu jest pono mniej dotkliwy... Okazuje si, towarzyszu dowdco batalionu, e ranni potrafi dodawa otuchy. - Ilu przybyo rannych? - Czterech... S wprawdzie opatrzeni, ale mimo to naleaoby ich jak najprdzej odesa na punkt opatrunkowy. A to jest niemoliwe: bez przerwy opowiadaj o tym, jak si bili. Rado, ktra bya w jego gosie, ttnia rwnie we mnie; odoyem suchawk. Mj szef sztabu, szczupy, maomwny i szybko orientujcy si Rachimow, wsta i powiedzia: - Czy mog, towarzyszu dowdco batalionu, pj do rannych, aby szczegowo wyjani sytuacj? - Prosz. 10 Po pewnym czasie Donskich znw mnie zawezwa do telefonu. Powiedzia mi, e od skrzyde tyraliery niemieckiej oddzieliy si dwie grupy, po czterdziestu onierzy w kadej, z wyranym zamiarem otoczenia plutonu. W gosie lejtenanta przebijaa trwoga. Zrozumiaem: ogarn go przestrach, chciaby spyta, czy nie czas ju wycofa si, ale Donskich, wstydliwy, dumny Donskich - mimo to nie zada mi tego pytania. - Nic strasznego, Donskich - powiedziaem. - Wylij onierzy, niech ledz. Jeeli nadarzy si okazja niech sypn ogniem. Nie bj si. Nieprzyjaciel ciebie si boi. Nastpna informacja lejtenanta Donskich gosia: - Towarzyszu dowdco batalionu! Ostrzeliwuj nas z trzech stron - krzycz: Rus, poddaj si. - A ty? - My rwnie strzelamy. - wietnie, przetrzymaj ich jeszcze, Donskich. W odpowiedzi Donskich powiedzia: - Towarzyszu dowdco batalionu! Mog nas otoczy... - To nic, Donskich. Wieczr blisko. W ciemnoci wyrwiesz si. Trzymaj si, mj drogi. Sowo to wyrwao mi si mimo woli. Mwiem z nim, niebieskookim lejtenantem, nie wedug regulaminu, lecz od serca. Jak to wam wytumaczy - czowiekowi, ktry nie zakosztowa wojny? Mylicie sobie by moe: czego si Donskich denerwowa? Wydaje wam si moe, e brak mu byo odwagi? Ale zrozumcie, prosz, w czasach pokojowych znajdowa si przy biurku, nie przy maszynie, nie na placu wicze. Dokoa bya mier. Sysza jej wist - widzia j - Niemcy strzelali kulami wietlnymi: leciay ze wszystkich stron w postaci czerwonych i niebieskawych wietlikw.

Przelatyway tu obok, nieomal dotykajc. I serce wbrew rozumowi i woli trzepotao w piersi. Donskich nie by ani mechanizmem, ani martwym klocem, nie by te kawakiem elaza. Przeywa swj pierwszy bj - niezwykle krytyczny moment w yciu czowieka. Oddzielao nas osiem kilometrw - ale odczuwaem bicie jego serca. Nie tylko rozkazywaem dotykaem jego serca. Sia ducha, ktr staraem si raczej instynktownie ni wiadomie podtrzyma w nim - w oficerze bezporednio prowadzcym bj - udzielaa si rwnie jego onierzom. I nagle - wanie nagle, zupenie jako niespodziewanie, Donskich ze wzruszeniem w gosie zawiadomi mnie, e Niemcy cofnli si. Z pocztku nie uwierzyem. Ale okienko schronu sztabowego byo ju ciemne; na dworze bya noc. Wkrtce Donskich potwierdzi; tak, strzelali, krzyczeli i cofnli si zabierajc pod oson ciemnoci polegych. Bya to drobna utarczka, ale draem ze szczcia, chciao mi si mia; chciaem skoczy na konia i popdzi tam - do lejtenanta Donskich, do onierzy, do naszych bohaterw... W nocy pluton lejtenanta Donskich przenis si na inn pozycj.

Oddae Moskw!
1 Nastpnego rana znw gucho zahuczay dziaa za naszymi plecami w gbi naszego ufortyfikowanego rejonu. Lecz na odcinku batalionu byo cicho. W zawczasu ustalonych godzinach Donskich i Brudny komunikowali: drogi s puste. Tam, daleko na przedzie, obserwatorzy siedzc na wysokich drzewach, podobnie jak wczoraj, ledzili Niemcw. Czekaem na nieprzewidziany wynik telefonu. Rozleg si wreszcie. Dyurny telefonista powiedzia: - Towarzyszu dowdco batalionu, stamtd... Telefonista y wsplnym yciem z nami: komentarze byy zbyteczne - zrozumiaem skd. - Sucham... - Towarzyszu dowdco batalionu, to ci dopiero historia: niemieccy kawalerzyci... jad drog. Poznaj Brudnego, kt inny mgby mwi tak prdko. Przysza wida kolej na niego. Pluton Brudnego, jak wiecie, przyczai si przy drugiej drodze. - Ilu? - Dwudziestu. - Przepuci. W lad za kawalerzystami ukazali si motocyklici. Nieprzyjaciel dziaa dzi ostroniej: wysa stra przedni. Ale onierze byli umiejtnie schowani w lasku. Przydrony lasek, w ktrym pluton Brudnego urzdzi zasadzk, by niewielki. Ale w pobliu, w odlegoci zaledwie p kilometra, by inny lasek, do ktrego w dogodnej chwili mona byo przebiec, eby nastpnie, wymknwszy si nieprzyjacielowi, wrci na drog.

Godzin pniej Niemcy, wierzchem i na motocyklach, jechali z powrotem - droga do rzeki wydala im si wolna. Wkrtce Brudny zakomunikowa mi, e wida kolumn ciarwek z piechot. Uwaajc, e droga jest wolna, Niemcy, podobnie jak wczoraj, jechali samochodami, bez stray bocznej. - Przygotowae si? - Tak jest, towarzyszu dowdco batalionu. Jestemy przygotowani. - Niech si zbli, a wtedy napadnij! Dziaaj spokojnie. W suchawce rozleg si spokojny, powany glos: - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. O zajciach informowa mnie znw cznik. Na drodze, ktrej broni! Brudny, dziao si to samo co wczoraj... Salwa z zasadzki. Druga, Trzecia. I znw powtrzyo si to samo. Niemcy zeskoczyli z ciarwek i zaczli ucieka zapominajc wszystkiego, czego ich uczono: zapomnieli, e istnieje komenda, dyscyplina, e s niezwycieni; stali si tumem ogarnitym panik. Wypytywaem telefonist, ktry z dalekiego lasu informowa mnie o przebiegu bitwy. - Uciekaj? Okopali si? Odpowiedz dokadnie! - Uciekaj, towarzyszu dowdco batalionu... Ale wiej! Dopiero co znw ich zdzielilimy. Wczoraj jeszcze zastanawiaem si nad tym, jak powinni byliby zachowa si Niemcy, ktrych niespodzianie zaczto pray salwami. Niezwocznie pa na ziemi, przywrze do niej, prowadzi morderczy ogie w odpowiedzi na ogie nieprzyjaciela. Zdawaoby si, e nawet bez rozkazu, kierujc si jedynie instynktem samozachowawczym, powinni byli tak wanie postpi. Okazuje si jednak, e na wojnie istnieje sia, ktra paraliuje zdolno orientowania si, odbiera czowiekowi rozsdek, urzdza mu najdziwaczniejsze kaway, czynic ze atw zdobycz dla mierci. 2 Nieoczekiwanie, zaraz na samym pocztku bitwy, przerwana zostaa czno z plutonem Brudnego. Wysaem telefonistw, by sprawdzili lini. Wrcili natknwszy si na Niemcw. Wypytywaem telefonistw bardzo szczegowo, gdy nie rozumiaem, co si stao. Nieprzyjaciel zacz do nich strzela ze wsi pooonej przy drodze. Telefonici nie wiedzieli, ilu tam jest Niemcw, czy przedostay si tam ciarwki. Gdzie jest nasz pluton? Co si z nim stao? Czyby by otoczony? Czyby Brudny - zdolny i roztropny dowdca - przeoczy moment, kiedy naleao si wymkn? Co robi? Nie pozwol przecie, eby moi ludzie zginli. Ale jak im pomc? Czym? Zapragnem mocno sam stan na czele plutonu i przyj im z odsiecz. Ale nie, nie mam prawa, jestem odpowiedzialny za batalion, za osiem kilometrw frontu - obowizany jestem pozosta tu. Kazaem zamilkn sercu, ktre wyrywao si do swoich, aby im pomc, i usiowaem z zimn krwi zanalizowa sytuacj. Przypumy, e pluton jest otoczony. Ale czy podobna, eby pidziesiciu moich onierzy, pidziesiciu synw, poddao si? Podnioso rce do gry? Nigdy, bd walczyli w obronie ycia. Wierzyem w to, wierzyem w moich onierzy, w dowdc. Maj karabiny, maj cztery rczne karabiny maszynowe, pod dostatkiem naboi, niech nieprzyjaciel sprbuje zbliy si do nich!

Wysaem na pomoc ppluton pieszych zwiadowcw. Ppluton! Takimi oto siami prowadzilimy wwczas wojn. Dowdca otrzyma ode mnie rozkaz: Zbli si niepostrzeenie, nie nadstawiaj zbytecznie karku; dziaaj rozumnie, spokojnie, czekaj, a si ciemni; wtedy skomunikuj si z Brudnym, pom mu. Jak bardzo pragnem ujrze onierzy, powiedzie im kilka prostych, dobrych sw, przepojonych mioci ku nim. Ale poleciem, by zakomunikowano Brudnemu: po wyrwaniu si z otoczenia winien wraz z plutonem znw wyj na drog, zgodnie z rozkazem; niech jutro z innej zasadzki przywita Niemcw ogniem. 3 Poegnaem si z dowdc i wyszedem ze schronu. Niebo byo spowite mg. Chmury leay nisko nad gow. Do zmroku pozostawao ze dwie godziny. Nie chciaem nikogo widzie, z nikim rozmawia. Myl moja zajta bya wycznie odcitym plutonem, losem pidziesiciu onierzy, ktrzy walcz gdzie w przydronym lesie. Znw zapragnem by z nimi. Wolnym krokiem szedem w kierunku rzeki. Czerwonoarmici ryli zamarz ziemi, wlekli budulec, przygotowujc pozorne pozycje. Nie miaem chci tam pj. Z daleka wydawao mi si, e pracuj z duymi przerwami, e marudz... Szybciej! Pidziesiciu naszych onierzy broni si, walczy za rzek, wywalczajc dla nas niezbdne godziny, minuty, wic wroga. Udaremniaj plany nieprzyjaciela. Czuem: jeeli podejd, napicie znajdzie ujcie - skrzycz winnych i niewinnych. Ucho starao si chwyci wystrzay modzierzy za rzek. Ale tam panowaa cisza. A jeeli tam si wszystko ju skoczyo? I nigdy ju nie ujrz Brudnego, Kurbatowa i innych?... Pniej, kiedy serce stwardniao na wojnie, rzadko reagowao tak ywo i bolenie. Wrciem do schronu. Czekaem na zwiadowcw, na wiadomoci. - Towarzyszu dowdco batalionu, wzywaj was do telefonu - powiedzia telefonista. Dzwoni dowdca drugiej kompanii, lejtenant Siewriukow. Meldowa: - Towarzyszu dowdco batalionu! Pluton lejtenanta Brudnego wydosta si z okrenia. 4 Szybko spytaem: - Skd o tym wiecie? - Jak to skd? Przecie s tutaj. - Gdzie? - Przecie melduj - mwi Siewriukow we waciwy sobie sposb, bez popiechu, co doprowadzao mnie niekiedy do szalestwa - przecie melduj, towarzyszu dowdco batalionu, e s tutaj. Wrcili do kompanii. - Kto? Jeszcze nie rozumiaem albo raczej rozumiem ju, ale... Ale moe za chwil wyjani si, e tak nie jest. Siewriukow odpowiedzia:

- Lejtenant Brudny... I onierze... Ci, ktrzy wrcili. Szeciu zostao zabitych, towarzyszu dowdco batalionu. - A Niemcy? A droga? Pytanie to wyrwao mi si mimo woli, bo po c waciwie byo pyta? Przecie wszystko jest jasne... Usyszaem odpowied Siewriukowa: drog zaj nieprzyjaciel. Milczaem. Siewriukow spyta: - Towarzyszu dowdco batalionu, czy jestecie przy telefonie? - Tak. - Czy mam zawezwa do telefonu Brudnego? - Nie trzeba. - Czy mam przyj do was? - Nie trzeba. - Wic c? - Czekajcie na mnie. Pooyem suchawk, ale nie od razu wstaem z miejsca. 5 A wic zaszo to, co byo najokropniejsze. Nie tylko utrata drogi bya cikim ciosem. Spodziewaem si tego. Nawet wedug naszego wasnego planu taktycznego musiao si to sta jutro lub pojutrze. Ale dzi mj lejtenant, mj pluton, moi onierze cofnli si, porzucili drog bez rozkazu. Uciekli! To wanie mnie przygnbio. Dlatego te nie mogem od razu wsta z miejsca. Po kilku minutach podjechaem do stanowiska dowdcy drugiej kompanii. Niedaleko std trzy dni temu, pamitnego wieczoru, odprowadzaem o zmroku onierzy. I teraz panowa zmrok. Ale wwczas, trzy dni temu, stay przede mn rwne szeregi. Teraz czerwonoarmici, ktrzy wrcili, leeli i siedzieli zmczeni na ziemi pokrytej pierwszym niegiem. Przed schronem, u stp stromego pagrka gincego wrd fadzistego brzegu - staa grupa oficerw. Jeden z nich - czowiek niewielkiego wzrostu - wystpi naprzd i pobieg w moim kierunku. Biegnc poda komend: - Wsta! Baczno! By to Brudny. Zbliywszy si do mnie zasalutowa i stan na baczno. - Towarzyszu dowdco batalionu - zacz rzeczowo. Przerwaem mu: - Lejtenant Siewriukow! Do mnie! Czterdziestoletni Siewriukow, byy gwny ksigowy fabryki wyrobw tytoniowych w Ama-Acie, ociaym krokiem podszed do mnie: - Kto spord was jest najstarszym oficerem?

- Ja, towarzyszu dowdco batalionu. - Wic dlaczego nie wy podajecie komend? Dlaczego pluton nie jest ustawiony? Co to za banda? W dwuszeregu zbirka! Dowdcy do szeregu! Podszed do mnie Bozanow, oficer polityczny kompanii karabinw maszynowych. Cicho spyta po kazachsku: - Co si stao? Odpowiedziaem po rosyjsku: - Czy was, towarzyszu oficerze polityczny, mj rozkaz nie dotyczy? Do szeregu! Kilka sekund Bozanow sta nieruchomo, zwrciwszy ku mnie sw okrg twarz. Wida byo wyranie, e chce co powiedzie, ale nie zdecydowa si. Rozumia, e w tej chwili nie znios adnych agodzcych perswazji, nie pozwol na to, by mwi. Rwne szeregi onierzy czerniay na tle niegu. Byo cicho. Tylko z dala, z gbi naszego terytorium ze wschodu - sycha byo guchy huk armat. Podszedem do szeregw. Raport zoy mi Siewriukow. Obok, w natonej postawie, wyprostowany sta Brudny. Zwrciem si do niego: - Meldujcie! Zacz mwi popiesznie: - Towarzyszu dowdco batalionu. Dzi wzmocniony pluton pod moim dowdztwem zgadzi okoo stu faszystw. Ale zostalimy otoczeni. Zdecydowaem: atakowa, wyrwa si... - Dobrze. Ale dlaczegocie ponownie nie wyszli na drog? - Towarzyszu dowdco batalionu, Niemcy cigali nas... - cigali? Wykrzyknem to sowo z wciekoci, z nienawici. - cigali? Jak w ogle moge wymwi to sowo? Nieprzyjaciel owiadczy, e bdzie nas goni do Uralu, wic uwaasz, e tak si wanie stanie? Oddamy Moskw, oddamy nasz kraj, przybiegniemy do rodzin, do starcw, do kobiet i powiemy im: cigano nas... Tak? Odpowiedz... Brudny milcza. - Szkoda - mwiem dalej - e sw twoich nie syszay kobiety. Spoliczkowayby ci, napluyby ci w twarz. Jeste tchrzem, a nie oficerem Armii Czerwonej. Z gbi znw dobieg guchy huk dzia. - Czy syszysz? Niemcy s rwnie tam - z tylu, za nami. Tam nieprzyjaciel rwie si ku Moskwie. Tam walcz nasi bracia. My, nasz batalion, osaniamy ich tutaj przed uderzeniem od skrzyda. Ufaj nam, wierz, e utrzymamy si, e nie przepucimy wroga. I ja zaufaem tobie. Bronie drogi, zamkne j. I stchrzye. Ucieke. Mylisz, e odda drog? Nie, oddae Moskw. - Ja... ja... ja mylaem... - Rozmowa z tob jest skoczona. Id. - Dokd?

- Tam, gdzie wedug rozkazu powiniene si znajdowa. Pokazaem za rzek. Gowa Brudnego drgna nerwowo - zdawao si, e chce spojrze w kierunku, w ktrym wskazuje moja rka. Ale nie wykona zamierzonego ruchu i w dalszym cigu sta przede mn nieruchomo na baczno. Sta osupiay, jak gdyby to, co zaszo, okropniejsze od mierci, nie dotaro do jego wiadomoci; sta czekajc, e powiem jeszcze jakie ostatnie sowo. Ale ja milczc patrzyem mu prosto w twarz. Byem w tej chwili jak skamieniay. Nie czuem w sercu najmniejszej litoci. Zrozumie mnie kady, kto uczestniczy w wojnie; w takich chwilach nienawi jak ogie wypala wszystkie uczucia, ktre s z ni sprzeczne. Brudny zrozumia: wszystko zostao powiedziane. Potrafi zebra siy i zasalutowa. - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu! Zrobi w ty zwrot i poszed, coraz bardziej przypieszajc kroku, jak gdyby pragn jak najprdzej znikn z oczu, poszed w kierunku mostu przez Ruz w gst mg, tam, gdzie przyczai si wrg. Od czarnej ciany plutonu oderwa si czowiek i pobieg za Brudnym. Usyszelimy wszyscy: - Towarzyszu lejtenancie, pjd z wami... Poznaem wysok, barczyst posta Kurbatowa z przewieszonym przez rami pistoletem maszynowym, poznaem go po gosie. - Kurbatow, wr. Stan. - Towarzyszu dowdco batalionu, my te jestemy winni. - Kto ci pozwoli wystpi z szeregu? - Towarzyszu dowdco batalionu, tam czowiek nie moe pj sam. Tam... - Kto ci pozwoli wystpi z szeregu? Na miejsce! Jeeli trzeba, zwr si do mnie, tak jak naley si zwraca do dowdcy w Armii Czerwonej. Kurbatow wrci do szeregw. - Towarzyszu dowdco batalionu - powiedzia - czy mog zwrci si do was z prob? - Nie pozwalam. To nie wiec. Wiem - uciekalicie razem ze swoim dowdc. Ale odpowiada za was dowdca. Jeeli on kae ucieka, jestecie obowizani ucieka! Czy wszyscy mnie sysz? Jeeli dowdca kae ucieka, jestecie obowizani ucieka. Odpowiedzialno ponosi on. Ale z chwil, kiedy dowdca daje rozkaz: stj, to zarwno on sam, jak i kady z was, kady uczciwy onierz, obowizany jest zabi tego, kto rzuci si do ucieczki. Wasz dowdca nie potrafi uj was w karby, zatrzyma was, zastrzeli na miejscu tych, ktrzy go nie usuchali. Poniesie za to kar. Nagle zza mgy, w ktrej przepad Brudny, wynurzya si jak czarne widmo jego posta. Obok nienawici, ktra znw mnie ogarna, poczuem dla niego pogard. A wic - wrci, by mnie prosi. Stchrzy i teraz? - Czego chcesz? - Towarzyszu dowdco batalionu, komu mam odda dokumenty?

- Jakie? - Legitymacja komsomolska, legitymacja dowdcy, listy. Wezwaem Bozanowa. - Towarzyszu oficerze polityczny, prosz przyj dokumenty. Brudny wycign z kieszeni cienk paczk papierw i odda Bozanowowi. - Aksaka - ledwo dosyszalnym gosem szepn mi Bozanow. Nic wicej nie powiedzia, ale baga mnie tym jednym sowem. Brudny sta z opuszczon gow. Wydawao mi si, e to wybieg tchrza. Zapewne wracajc liczy na to, e dowdca batalionu zawezwie oficera politycznego, ktry wstawi si za nim. Pomylaem sobie: a wic tutaj uywasz wybiegw, a nie przeciwko wrogowi? Chciaem ci da mono uratowania honoru, a jeli znw stchrzye, niech ci diabli wezm, gi okryty hab. - Brudny - powiedziaem - moesz zatrzyma dokumenty. Moesz tam nie i. Tu oto masz inn drog. I pokazaem na ciek prowadzc na tyy. - Id do sztabu puku... Zamelduj, e wypdziem ci z batalionu, oddaem pod sd... Usprawiedliwiaj si sam. Brudny zaczerpn powietrza. Z ledwo dosyszalnym, wiszczcym dwikiem, podobnym do kania. - Towarzyszu dowdco batalionu, ja... ja dowiod... zabij... - gos mu dra: to, co tumi dotychczas, wybucho nagle - zabij tam wartownika... Przynios jego bro, jego papiery... dowiod. Suchaem. Stopniowo malaa, znikaa nienawi. Chciaem szepn tak, by tylko on dosysza: Zuch, zuch, tak wanie trzeba! Serce we mnie drgno. Nikt jednak nie dowiedzia si o tym. Bozanow zapali latark elektryczn. Promie latarki owietli pociemnia, wychud twarz Brudnego - oczy gboko zapadnite, policzki pokryte czerwonymi plamami. Dalej wiato pado na paczk papierw. Bozanow wzi j do siebie. Latarka zgasa. Odwrciwszy si Brudny szybkim krokiem poszed w kierunku rzeki. Krzyknem: - Kurbatow, daj lejtenantowi pistolet maszynowy. To jedynie mogem dla niego uczyni. Byem odpowiedzialny za nieugito batalionu, za odcinek, za hart duszy i za pozycje wzdu brzegu Ruzy, ktre osaniay Moskw.

Jeszcze jeden bj o drog


1 Wrciwszy do schronu sztabu, zawezwaem do siebie Kurbatowa Wszed z ponur twarz. Wrg zmusi do ucieczki rwnie jego - czowieka o dumnie wzniesionej gowie, rosego, silnego i, zdawaoby si, odwanego. Dlaczego? Dlaczego tak si stao? Musiaem to wiedzie. - Opowiedz - rzekem - co si tam z wami stao? Dlaczegocie uciekli?

Kurbatow opowiada bardzo zwile. Podczas potyczki z Niemcami, ktrzy si okopali, rozlegy si strzay, z tyu, zupenie z bliska. Kule wietlne zza drzew zaczy rani onierzy w plecy. Brudny krzykn: Za mn!, i pluton z najeonymi do ataku bagnetami wybieg z lasu, by ukry si w ssiednim zagajniku, jak to byo z gry przewidziane. Ale i stamtd poleciay kule w biegncych onierzy. Kto upad, kto inny krzykn. Ludzie rzucili si w bok, ale od tej chwili nie byli ju w stanie si zatrzyma. Wszdzie dosigay ich kule wietlne. Niemcy strzelajc szli w lad za nimi; w jzyku wojskowym nazywaj to: deptali po pitach. Spytaem: - Ilu tam byo tych fizylierw, ktrzy was cigali? Kurbatow ponuro odpowiedzia. - Nie wiem, towarzyszu dowdco batalionu. - Chyba z tuzin, a moe i mniej? Kurbatow milcza opuciwszy gow. - Id - powiedziaem. 2 Kurbatow wyszed. Co przeywa ten mj onierz? Widziaem, e mu wstyd. Wstyd... Czy zastanawialicie si, co to znaczy? Jeeli na wojnie wstyd w onierzu zostanie zabity, jeeli ten potpiajcy gos wewntrzny zamilknie, adne wyszkolenie, adna dyscyplina nie potrafi ju wtedy scementowa wojska. Kurbatow, cigany przez kule, ucieka wraz z innymi. Strach krzycza mu do uszu: - Zgine; zgubione jest twoje mode ycie, zaraz ci zabij albo na zawsze okalecz. Ratuj si, chowaj si, uciekaj! Ale mwi rwnie inny wadczy gos: - Nie, zatrzymaj si! Uciekajc postpujesz nikczemnie i haniebnie. Ludzie bd tob pogardza jako tchrzem! Zatrzymaj si, walcz, bd godnym synem swej ojczyzny! O, jak bardzo potrzebna bya w chwili tej rozpaczliwej walki wewntrznej, kiedy szala przechyla si to w jedn, to w drug stron, kiedy dusz onierza rozdzieray sprzeczne uczucia - jak bardzo w takiej chwili potrzebna bya komenda! Spokojny, gony, stanowczy rozkaz dowdcy - byby rozkazem udzielonym przez ojczyzn synowi. Rozkaz wyrwaby onierza z pazurw zwtpienia; rozkaz zmobilizowaby nie tylko to, co zostao zaszczepione przez wyszkolenie wojskowe, przez dyscyplin, lecz rwnie najszlachetniejsze uczucia - sumienie, honor, patriotyzm. Brudny straci gow, przepuci moment, kiedy mg i obowizany by poda komend. Wskutek tego pluton zosta w boju rozbity. Wskutek tego uczciwy onierz wstydzi si teraz spojrze mi w oczy. 3 Dowdca plutonu ponis kar za swe przewinienie.

A ja? Przecie za wszystko, co si dziao i co si dzieje w batalionie, za kad porak w boju, za kady wypadek ucieczki, za kadego dowdc i onierza ponosz odpowiedzialno ja. Jeeli mj pluton nie wykona rozkazu bojowego - znaczy to, e rozkazu bojowego nie wykonaem ja. Zawiadomiem dowdc puku o tym, co si stao, udzieliem wymaganych ode mnie wyjanie i odoyem suchawk... I zaczem spowiada si przed surowym sdzi - przed wasnym sumieniem, wasnym rozsdkiem. Obowizany byem stwierdzi, na czym polega moja wina. Czy aby nie na tym, e dowdc plutonu mianowaem nieodpowiedniego czowieka? Moe powinienem by zauway zawczasu, e jest tchrzem? Nie, nie na tym. Przecie nawet po ucieczce, po surowym ukaraniu go przed frontem onierzy, potrafi znw rozbudzi w moim sercu mio ku sobie, wykaza, e jest czowiekiem o gbokim poczuciu honoru. C wic zaszo w nim tam, pod gradem kul? Dlaczego zapomnia o obowizku dowdcy? Na czym polega mj bd? Jeszcze kilka dni temu, kiedy zaznajamiaem lejtenantw z ich zadaniem, pomylaem sobie: czy rzeczywicie Niemcy raz, drugi i trzeci, jak barany, nadstawi karku pod nasze ciosy, pod salwy naszych karabinw? Przeciwnik okaza si jednak mdrzejszy, ni przypuszczaem. Rzecz jasna, e ju po pierwszej walce o drog zmusilimy dowdc wojsk niemieckich do zastanowienia si nad sytuacj; uczyni to wczeniej, ni mylaem. Na wypadek boju z zasadzk opracowa widocznie jaki plan, ktrego zawczasu nie odgadem. Na taktyk uderzenia znienacka odpowiedzia tak sam taktyk. Zmusi do ucieczki i gna mj pluton, moich onierzy, stosujc ten sam rodek - niespodziewany atak ogniowy z bliska, ktry poprzednio zmusi do ucieczki jego wasnych onierzy ogarnitych panik. Dzi zwyciy on, zmuszajc mnie do ucieczki - uyem w myli wanie tego wyrazu mnie - ale nie dlatego, e jego oficerowie i onierze byli mniejsi lub lepiej wyszkoleni. Nie zwyciy mnie rwnie przewag liczebn, wedug naszego planu taktycznego mona byo przeciwko duej liczbie nieprzyjaci walczy dugo nieznacznymi siami. Zwyciy mnie z kolei swoim planem, pocigniciem taktycznym, intelektem. Tak, za mao wczoraj rozmylaem! Zostaem rozbity jeszcze przed rozpoczciem bitwy. Na tym polegaa moja wina. 4 Ogldaem uwanie map; odtwarzaem w wyobrani obraz walki, obraz ucieczki; staraem si odgadn, jak mj wrg, dowdca niemiecki, przygotowa i zrealizowa swj plan. Moi onierze uciekli. Ogldaem w mylach ucieczk. Widziaem, jak zdyszani pdzili przed siebie, popdzani smugami wietlnych kul, popdzani przez mier. Ile zagajnikw, krzakw, jarw byo na drodze ich ucieczki. Mona si byo ukry, natychmiast okopa, odwrci wszystkie lufy w stron nieprzyjaciela, triumfujcego, ogarnitego hazardem pogoni, da mu si zbliy i z zimn krwi strzela do z bliska. Brudny nie zachowa zimnej krwi. Straci panowanie nad wasn dusz i nad duszami onierzy; na tym polegao jego przestpstwo. Ale ja, dowdca batalionu, obowizany byem wczoraj, jeszcze przed bitw, pomyle za niego, przewidzie.

Nieprzyjaciel zagarn drog. Ale tylko jedn. Drugiej jeszcze nie ma w swoich rkach. Na drugiej, zmieniwszy miejsce zasadzki, czeka na Niemcw pluton lejtenanta Donskich. Jutro nieprzyjaciel sprbuje w jakikolwiek bd sposb zmusi do ucieczki rwnie ten pluton. A wic dobrze, szanowny obywatelu Wielkich Niemiec - sprbuj pan. 5 Poczyem si telefonicznie z lejtenatern Donskich i rozkazaem, by wzi ze sob ochron i zgosi si do mnie. Po blisko ptorej godzinie Donskich przyby. Na pierwszy rzut oka nie zmieni si. Cer mia tak samo bia, delikatn. Ujrzawszy mnie zarumieni si. Ale ju pierwszy jego ruch, pierwsze sowa pozwoliy mi stwierdzi: Donskich zmieni si. Kiedy spotka si z moim wzrokiem, umiechn si; by to dawny niemiay umiech, ale mia w sobie co nowego - jak moc wewntrzn; jak gdyby uwiadamia sobie, e ma prawo si umiechn. Ruchy stay si pewniejsze, szybsze. Zasalutowa swobodniej ni przedtem: zameldowa, e si zjawi. - Sid - powiedziaem. - Wycignij map. Na mapie, ktr rozoy Donskich, miejsce zasadzek nie byo w ogle zaznaczone. W takich wypadkach nie wolno powierza mapie tajemnicy. Ale miejsce pierwszego boju - nie byo ju tajemnic. Donskich, jak gdyby dla upamitnienia, otoczy je czerwonym koem. Spojrzaem na nie. Wiedzielimy obaj, e dokonaa si wielka prba ducha; przeylimy tam wielk rado zwycistwa, zdawalimy sobie z tego spraw, a jednak aden z nas nie wymwi na ten temat ani sowa. - Czy pamitasz, Donskich - powiedziaem - o czym mwilimy z tob zeszym razem? - Moe si zdarzy, e wrg otoczy ludzi w zasadzce. Do tego mona jeszcze dopuci. Ale w adnym razie nie wolno dopuci do cakowitego otoczenia. Donskich skin gow. Spojrzenie jego mwio mi, e rozumie, o co chodzi. Cignem dalej: - Ale nieprzyjaciel moe otoczy niespodzianie. Na przykad... Otoczy ci z tej strony... Nie zatemperowanym kocem owka pokazaem ten ruch na mapie. - Wtedy bdziesz mia wyjcie tdy. Wyliniesz si, zaczniesz si cofa, a tymczasem nieprzyjaciel, ktry zbliy si niepostrzeenie, przeci ci drog, czeka ju tu na ciebie, widzi ci ju. I przyjmie wystrzaami prosto w twarz. Co bdzie wtedy? - Co? - zapyta Donskich. - Na bagnety! - Ech, Donskich... Sign bagnetem - to duga droga: nieprzyjaciel powystrzela. Czy nie stracisz gowy? Nie rzucisz si do ucieczki. Donskich podnis z lekka gow. - Ja, towarzyszu dowdco batalionu, nie bd ucieka. - Nie o tobie tylko mowa. A onierze? Donskich milcza spogldajc na map. Myla szukajc rzetelnej odpowiedzi. - Oczywicie, Donskich, trzeba walczy nawet w najbardziej rozpaczliwej sytuacji. Ale po c mamy si znale w takiej sytuacji? Pozostawmy to Niemcom. Bagnetem zabijesz jednego, rozumem - tysice. Tak, Donskich, powiada przysowie kazachskie... - Ale jak, towarzyszu dowdco batalionu?

Modziecze niebieskie oczy lejtenanta patrzyy na mnie z ufnoci. - Ucieka! - powiedziaem - ucieka bezadnie, w popochu, jak tego chc Niemcy. Przez dziesi, a nawet pitnacie minut dla pozoru udawaj panik. Niech cigaj. To wanie jest nam potrzebne! Inicjatywa w grze bdzie naleaa do nas i my zmusimy ich, rozumiesz mnie, zmusimy podstpem - by nas cigali. Trzymaj si bliej drogi. Stocz si do tego jaru (znw pokazaem na mapie nie zatemperowanym kocem owka). Albo wybierz inne, bardziej odpowiednie miejsce. Trzeba bdzie ukry si tam i okopa w mgnieniu oka. Niech pierwsza grupa przepuci Niemcw. Druga za poczstuje ich seriami z karabinw maszynowych i salwami prosto w twarz. Rzuc si w bok, zawrc i zaczn ucieka. Trzeba w nich wwczas chlusn ogniem, wybi do nogi wszystkich, ktrzy nas cigali! Rozumiesz? Przeywajc w mylach walk spojrzaem na lejtenanta z triumfujcym umiechem. Donskich nie odpowiedzia mi umiechem. Widziaem z jego oczu, e uchwyci myl, ale w gbi renic, ktre jakby na chwil zastygy, wyczytaem, e si wzdraga. Nie od razu zrozumiaem, co si z nim dzieje. Lejtenanta Donskich oblecia, by moe, chwilowy strach na myl o rzezi, krwawej rzezi, ktr mia sprawi Niemcom. Odpowiedzia jednak spokojnie: - Zrozumiaem, towarzyszu dowdco batalionu. Omwilimy rne szczegy. Nastpnie powiedziaem: - Wytumacz ten manewr onierzom. Donskich zapyta: - Manewr? Sowo to wydao mu si nie wiedzie dlaczego dziwne. Zapewne dotd wyraz manewr kojarzy si w jego umyle nie z tym, co go czekao - nie z zabijaniem nieprzyjaci. Ale natychmiast odpowiedzia przepisowo: - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. - A wic, Donskich, to wszystko. Wsta. Temu modziecowi o delikatnej twarzy i wraliwej duszy wypadnie jutro zwabi nieprzyjaciela podstpem w zasadzk i zabija z bliska biegncych oszalaych ludzi. Nie wtpiem, e potrafi to zrobi. 6 Zdawao si, e dowiadczenie naszej dzisiejszej poraki winno sta si zapowiedzi jutrzejszego zwycistwa. Czuem ulg. Po odejciu lejtenanta Donskich pooyem si, przykryem paszczem i odwrciem si do ciany zamierzajc usn. Przed zamknitymi oczami zarysowaa si mapa topograficzna, zarysowaa si pena uwagi twarz lejtenanta. Nie zatemperowanym kocem owka dotykam mapy i pokazuj mu: Zaczn ucieka, pobiegn tutaj, a tu znw przywitamy ich salwami!

I nagle chwila ta wrya mi si w pami z niezwyk si - zobaczyem: nie mj owek dotyka mapy, a czyj obcy. Ja miaem zwyky czarny owek, ten za, ktry dotyka mapy, jest polakierowany na czerwono, jest graniasty, ma ostro zatemperowane niebieskie do. I rka jest te nie moja. Biaa, pokryta jasnorudawymi woskami. Spojrzenie moje pobiego w gr - od rki do twarzy. Tak, to by on, mj przeciwnik, niemiecki dowdca o bezlitosnym spojrzeniu. Zwracajc si do jakiego stojcego obok czowieka wymwi sowo w sowo to samo, co przed chwil powiedziaem ja: Zaczn ucieka, pobiegn tutaj, tu znw ich przywitamy .salwami. I na mapie spod owka wyjrza nie jar, nie jutrzejsza zasadzka, lecz odcinek mego batalionu. Wytyem wzrok, by ujrze, zanotowa w pamici miejsce, na ktre wskazywa owek. Caym ciaem nachyliem si gwatownie naprzd. I otworzyem oczy... W schronie palia si lampa naftowa. W kcie przy telefonie siedzia telefonista. Odwrciem si znw do ciany i zaczem drzema. Przypomniaem sobie twarz Brudnego, owietlon na chwil latark; twarz pen mki, lecz nie pozbawion wyrazu dumy. Gboko osadzone oczy, gorczkowe plamy na wychudych policzkach. Przypomniaem sobie jego drcy, gorczkowy glos w ostatniej chwili - dowiod wam. Potem jeszcze co; wreszcie wszystko si zmienio - ogarn mnie ciki, mczcy sen. 7 Z rana, ledwo si przebudziem, mj ordynans Sinczenko do tajemniczo zameldowa mi: - Towarzyszu dowdco batalionu - wskaza na drzwi - lejtenant Brudny... Czeka, a wstaniecie. - Po co przyszed? Ale serce zakoatao w piersi. Wrci? Wykona to, o czym mwi na poegnanie? Sinczenko doda popiesznie: - Chodzi, towarzyszu dowdco batalionu, do Niemcw. Przynis pistolety maszynowe. Teraz siedzi, z nikim nie rozmawia, chce mwi z wami osobicie. - Niech wejdzie - powiedziaem. Sinczenko znik. Za chwil drzwi znw si otworzyy. Nie mwic ani sowa, z zacinitymi ustami, Brudny podszed do stou, przy ktrym siedziaem, i pooy przede mn dwa niemieckie pistolety maszynowe, dwie legitymacje onierskie, listy, zeszyt, niemieckie pienidze papierowe i monet. Jego gboko zapade czarne oczy patrzyy na mnie, nie unikajc mego spojrzenia, ale dziko, spode ba. Chciaem mu powiedzie: Sid. Ale nagle poczuem, e nie mog wymwi ani sowa, e skurcz cisn mi gardo. Wziem papierosa, wstaem, zaczem szuka w paszczu zapaek, chocia miaem je w kieszeni spodni. Zapaliem papierosa, stanem przy oknie i wyjrzaem na wiat, na pnie i korzenie sosen, na nieg, ktrym gdzieniegdzie midzy drzewami bya przyprszona ziemia. Potem odwrciem si i powiedziaem spokojnie: - Sid, Brudny... Jade niadanie? Brudny nie odpowiedzia; i on rwnie nie mg w tej chwili wymwi ani sowa. Przez otwarte drzwi zajrza Sinczenko; podbieg do mnie i szepn mi do ucha: - Czy wdki do niadania poda, towarzyszu dowdco batalionu?

Mj poczciwy Sinczenko wiedzia podobnie jak wszyscy w batalionie o wczorajszej historii. I teraz zrozumia wszystko. - Tak - powiedziaem - nalej lejtenantowi kieliszek. niadanie jedlimy razem. Brudny opowiada o swej nocnej wdrwce, o tym, jak zabi dwch Niemcw. Oczy, ktre od wdki stay si wilgotne i byszczce, od czasu do czasu iskrzyy si filuternie przypominajc dawnego Brudnego. - Co si tam wczoraj z tob stao? - spytaem. - Jake mg si cofn bez rozkazu? Stal si pospny - nie chcia o tym mwi. - Przecie wiecie... - Nie wiem... Powiedzia jeszcze bardziej niechtnie: - Przecie sami powiedzielicie... - Stchrzye? Kiwn gow. Teraz, kiedy powtrzyem wczorajsze sowo, atwiej mu byo mwi o tym. - Sam nie mog poj, towarzyszu dowdco batalionu... Byo tak, jakby si wyrazi... Jak gdyby kamieniem po bie... I jak gdybym nie by ju wicej sob... Przestaem rozumie... Plecy Brudnego drgny nerwowo... - Jak gdyby kamieniem - powtrzy. Zapony nagle przede mn sowa, ktrych ju od dawna szukaa moja myl. - Poraenie psychiki! Mzgu! Duszy! Dziwna rzecz, ale wanie ten moment, w ktrym, zdawaoby si, nic szczeglnego nie zaszo, utkwi mi w pamici na rwni z najbardziej silnymi przeyciami wojny. Poraenie psychiki - w tej chwili po raz pierwszy uwiadomiem sobie jasno t prost prawd. Przecie nie ma adnych tajemniczych promieni dla oddziaywania na psychik. Przecie wojn prowadzi si narzdziami przeznaczonymi do fizycznego wytpienia wroga, przecie narzdzia te kalecz ciao, a nie dusz i psychik. Nie, wanie e rwnie dusz! I potem, gdy psychika zostaa poraona, gdy czowiek zosta zamany na duchu, mona go gna, dopdza, zabija, bra do niewoli tumy nieprzyjaci. Nieprzyjaciel dy do tego, by zrobi to z nami. Raz jeden udaa si panu - szanowny obywatelu Wielkich Niemiec - taka historia w stosunku do mnie, do mojego plutonu. Ale - na tym koniec! Do Brudnego powiedziaem: - Posuchaj... Plutonu ci tymczasem nie dam... Ale przypuszczam, e Niemcw nie boisz si ju teraz. Bd ci posya do nich. Mianuj ci zastpc dowdcy plutonu zwiadowczego. Brudny zerwa si rozpromieniony: - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu.

Poegnaem si z nim. Poraenie psychiki! Przecie zjawisko to znane jest od najdawniejszych czasw. I od najdawniejszych czasw osiga si to dziki uderzeniu znienacka. I czy nie na tym polega kunszt wojenny w boju, w taktyce, by za pomoc uderzenia znienacka oszoomi nieprzyjaciela i zabezpieczy przed takim samym niespodziewanym uderzeniem wasne wojsko? Myli te nie s nowe; ale w toku wojny, po dugich, czstokro mczcych rozmylaniach, sukcesach i niepowodzeniach wojennych, odkryem i zrozumiaem je na nowo. I przedtem majaczyy one ju przede mn niewyranie. Ale teraz tajemnica boju bya dla mnie jasna! Tak mi si zdawao. Ale tego samego dnia, kilka godzin pniej, nieprzyjaciel dowid mi, e bynajmniej nie wszystko zrozumiaem; dowid, e istniej rwnie inne prawa boju. Na wojnie za dowody, jak wiadomo, s nieco inne ni w logice czy matematyce. Na wojnie dowody s napisane krwi. 8 Oto, co powiedzieli mi onierze plutonu lejtenanta Donskich, ktrzy wrcili z pola bitwy. Tego dnia, dwudziestego drugiego padziernika, nieprzyjaciel przerzucajc przed frontem batalionu artyleri i adunki - drog zagarnit przez niego, wznowi ruch rwnie na drugiej drodze, po ktrej wczoraj zasadzka urzdzona przez lejtenanta Donskich nie przepucia Niemcw. Teraz Niemcy posuwali si naprzd ostroniej i pieszo, w rozsypce, ostrzeliwujc z pistoletw maszynowych przydrone lasy i krzaki. Prne ciarwki jechay wolno obok onierzy. Pluton lejtenanta Donskich przywita teraz Niemcw salwami. Ale nieprzyjaciel by na to przygotowany. Niemcy od razu padli na ziemi. Nastpnie, przebiegajc z miejsca na miejsce, zaczli otacza pluton. Teraz rozpocza si realizacja naszego planu, nasta czas udawania paniki - bezadnego uciekania w rozsypk. To zostao zrobione. Niemcy widzc uciekajcych zaczli krzycze: A Rus wieje! Naprzd! I zacza si pogo. Nasi onierze zgodnie z planem uciekali nie oddalajc si zbytnio od drogi. Niemieccy szoferzy pucili w ruch motory; onierze powazili na ciarwki i stojc w pudach samochodw strzelali w ruchu, cigali naszych onierzy z komfortem, w samochodach. Pluton stoczy si do jaru. onierze ukryli si szybko za krzakami i pagrkami z obydwu stron drogi. Ukazay si samochody. Uniesieni pogoni Niemcy strzelali na chybi trafi, przedziurawiajc powietrze wietlnymi kulami. Gdzie Rus? Dokd uciek?! Naprzd! Nagle salwa z boku. I ogie przeciwszturmowy na bliski dystans z karabinw maszynowych. Padli zabici, rozlegy si krzyki. Cz szoferw pada pod kulami, inni wyskakiwali z kabinek, nie zdywszy wyczy motorw. Samochody zderzyy si. Z boku padaa salwa za salw, ogie, ogie bez przerwy. Niemcy, oszoomieni, ogarnici strachem, rzucali si z samochodw na ziemi; uciekali jak oszalae stado. A w plecy razi ich ogie, razia mier. I nagle z drugiej strony, z tej, w ktr Niemcy, ukrywajc si za samochodami, uciekli przed kulami, znw miertelny cios w twarz, znw salwa, znw podobny do uderzenia sztyletu przeciwszturmowy ogie rcznych karabinw maszynowych.

Wanie w tej chwili zaszo to, czego nie przewidziaem. Drugi cios, uderzenie znienacka, przywrcio jakby nieprzyjacielowi zdrowy rozsdek. Niemcy zrobili jedyn rzecz, ktra moga ich uratowa od ostatecznego unicestwienia: wyjcy, rozwcieczony tum jak fala rzuci si naprzd przeciwko kulom, na nasz zasadzk. Moliwe, e rozpacz dodaa Niemcom sit albo te w krytycznej chwili ich dowdca odzyska panowanie nad nimi. Niemcy rzucili si na nasz rzadk tyralier. Wyprzedzay ich dugie ogniste linie wietlnych kul. I wszystko od razu si zmienio. Zaczo dziaa elementarne prawo wojny - prawo liczby, prawo przewagi liczebnej i ogniowej. Przeszo dwustu rozwcieczonych ludzi, ogarnitych szaem mordowania, pdzio w kierunku naszych onierzy, ktrych bya garstka, p plutonu, dwudziestu piciu ludzi. W samym planie boju, jak to zrozumiaem pniej, kry si bd. Walczc drobnymi siami przeciwko wielkim, nie wolno nieprzyjaciela obchodzi ani otacza. Takie oto byy gorzkie nauki boju. Co mg zrobi Donskich? W takich strasznych chwilach mstwo albo zupenie opuszcza czowieka, albo ujawnia si z niebywa sil. A mstwo dowdcy - to przede wszystkim: rozsdek, przytomno umysu, jasno i ostro pracujca myl. Donskich rozkaza cofa si przez parw do pobliskiego lasku. Sam za - mny, szlachetny oficerkomsomolec - pozosta przy rcznym karabinie maszynowym osaniajc wraz z kilkoma onierzami odwrt plutonu. Niemcy strzelajc zbliali si coraz bardziej, ale Donskich przeszywa ich kulami z karabinu maszynowego, koszc jednego po drugim i zamykajc wejcie do parowu - najkrtsz drog pogoni. Zosta ranny kilkoma kulami, ale strzela w dalszym cigu, nie czujc w zapale walki, e spywa krwi. Z tylu za lejtenantem Donskich zaterkota nasz drugi karabin maszynowy. To ponury Wokow, zastpca dowdcy plutonu, osania odwrt lejtenanta. Donskich by jeszcze w stanie przebiec kilka krokw w kierunku swoich onierzy, ale trafiony ponownie kul upad. A Wokow - wyrzuca krtkie i dugie serie, nie dajc Niemcom zbliy si do lejtenanta. onierze czogajc si wycignli lejtenanta z pola walki i zanieli go na skraj lasu. Tam opatrzono lejtenantowi Donskich siedem ran postrzaowych. A sierant Wokow - maomwny, zy podczas penienia obowizkw subowych i w boju czowiek sprawiedliwy, jak go nazwali onierze - poleg obok swego karabinu maszynowego. 9 Tak oto Niemcy zdobyli pas pooony midzy naszymi a ich pozycjami. Ja, dowdca batalionu, nie jestem oczywicie powoany do opisania oglnej sytuacji operacyjnej pod Moskw albo chociaby tylko na odcinku wookoamskim. Jednake w danym wypadku, wbrew tej naszej zasadzie, powiem krtko, co nastpuje: przegldajc w pniejszym okresie zebrane dla muzeum dokumenty o czynach bojowych panfiowcw przeczytaem niektre komunikaty operacyjne armii generaa Rokossowskiego, ktra bronia rejonu Wookoamska. Komunikat z dwudziestego drugiego padziernika gosi: Dzi wieczorem nieprzyjaciel zakoczy koncentracj gwnego ugrupowania na lewym skrzydle naszej armii i grupy wspierajcej, skierowanej przeciwko centralnej czci naszej armii. Przeciwko centralnej czci... W owe dni by to nasz batalion oraz dwa ssiednie bataliony z przydzielon do nich artyleri - dwa tysice czerwonoarmistw na dwadziecia kilometrw frontu.

Dwudziesty trzeci padziernika


1 Dwudziestego trzeciego padziernika o wicie zjawi si nad nami niemiecki samolot korekcyjny. Ma on skrzyda od tyu skone jak komar: czerwonoarmici przezywali go garbusem. Pniej przywyklimy do garbusw, nauczylimy si je strca, nauczylimy je nalenego szacunku zachowaj przyzwoit odlego, komarze! Tego jednak rana widzielimy garbusa po raz pierwszy. Bezkarnie kry w niskich jesiennych chmurach zahaczajc niekiedy o szary ich skraj, czasem znw, wyczajc motor, spada spiral w d, aby wyledzi nas z mniejszej wysokoci. W batalionie brak byo broni przeciwlotniczej. Mwiem ju, e przeciwlotnicze karabiny maszynowe na rozkaz Panfiowa kierowano na lewe skrzydo dywizji, gdzie nieprzyjaciel rzucajc do ataku czogi wprowadza rwnoczenie do boju lotnictwo. Nie wiedziaem wwczas, e mona samoloty strca salwami karabinw - t stosunkowo nieskomplikowan tajemnic odkrylimy dopiero pniej. Wszyscy ledzili oczami garbusa. Przypominam sobie na przykad taki moment. Samolot wzbi si w gr, znik na chwil w obokach, wynurzy si i nagle wszystko naokoo zahuczao. Bysny pomienie i na polu wybuchy supy ziemi. Nie zdyy jeszcze opa te pierwsze, jeszcze wida byo wolno padajce kawaki zamarznitej ziemi, a ju obok wybuchay nowe pociski. wist leccych pociskw, charakter wybuchw pozwoliy mi stwierdzi, e nieprzyjaciel prowadzi skoncentrowany ogie z dzia rnego kalibru, e rwnoczenie strzela z modzierzy. Wyjem zegarek. Byo dwie minuty po dziewitej. Po powrocie do ukrytego w lesie schronu sztabowego i wysuchaniu raportw kompanijnych zoyem telefonicznie meldunek dowdcy puku: o dziewitej zero-zero artyleria nieprzyjacielska zacza intensywnie ostrzeliwa przedni skraj na caym odcinku batalionu. Odpowiedziano mi, e tak samo intensywnie nieprzyjaciel ostrzeliwuje batalion z prawej strony. 2 Byo rzecz jasn: jest to artyleryjskie przygotowanie natarcia. W takich chwilach wszyscy maj nerwy niezwykle napite. Ucho chwyta cigy oskot, szczeglnie gony pod ziemi; ciao odczuwa drenie belek w schronie; z gry poprzez ciki puap, kiedy wybuchy s bliskie, sypi si padajc na podog, na st bryki ziemi. Ale nerwy s najbardziej napite w chwilach ciszy. Wszyscy milcz, wszyscy oczekuj nowych uderze... Cisza... A wic... Ale znw: trach, trach... I znw huk, wybuchy, znw drgaj belki, znw ludzie oczekuj najgroniejszego ciszy. Niemcy - to kawalarze. Tego dnia, grajc na naszych nerwach, kilka razy przerywali na przecig dwch czy trzech minut strzelanin, a potem rozpoczynali znowu. Nie podobna byo wprost duej wytrzyma. Gdyby cho prdzej rozpoczli atak. Ale mino p godziny, godzina, a potem jeszcze godzina - bombardowanie trwao nadal. Ja, ktry do niedawna byem jeszcze artylerzyst, nie przypuszczaem, by skoncentrowany i skombinowany ogie artylerii, skierowany przeciw umocnieniom polowym, przeciw naszym pozycjom, ktre nie miay ani jednego elbetonowego schronu, mg trwa tyle godzin. Niemieckie dziaa wyrzucay wagony

pociskw - wszystko, co cignli tutaj z zaplecza, kiedy si zatrzymali - gruntownie rozdrabniajc ziemi, liczc na to, e w ten sposb niewtpliwie zdruzgoc nasz obron, zdziesitkuj, zmiad nas i nastpnie uderzeniem piechoty z atwoci zakocz spraw. Od czasu do czasu rozmawiaem telefonicznie z dowdcami kompanii. Komunikowali mi: nie udao si nigdzie stwierdzi koncentracji piechoty niemieckiej. czno czsto si przerywaa. Odamki wci zryway druty telefoniczne. Dyurni telefonici czyli druty pod obstrzaem nieprzyjacielskim. W poowie dnia, kiedy nie wiadomo ktry ju raz znw przecito druty, dyurny wymkn si ze schronu, a ja wyszedem tu za nim, by zobaczy, co si dzieje na wiecie. Pociski wpaday rwnie do lasu. Co hukno wrd wierzchokw drzew; zatrzeszczao zamane drzewo, posypay si gazki. Zapragnem w tej chwili znale si znw pod ziemi. Ale w mylach przywoaem si do porzdku i wyszedem na skraj lasu. Nad nami w dalszym cigu kry garbus. Na zanieonym polu zrytym lejami i przyprszonym pyem, gdzieniegdzie niemal czarnym, w rnych miejscach wci wylatywaa w powietrze ziemia - niekiedy nisko, opadajc na wszystkie strony w jaskrawym wietle pomieni; to znw staway supy, wysokie jak las, kiedy wybucha pocisk cikiej artylerii. Po kilku minutach nerwy uspokoiy si troch, przestaem dre, spokojniej reagowaem na huki, widziaem ju, co si dzieje wokoo. I nagle cisza. Znw napicie nerwowe. Potem guchy trzask w niebie i ostry, przeraliwy wist, od ktrego cierpnie skra. Znw trzask i przenikliwy wist. Tak wybuchaj szrapnele. Przylgnem do drzewa, czujc, e znw trzsie mn jak w febrze. Niemcy, jak si okazao, po krtkiej przerwie zmienili kombinacj pociskw - kombinacj wybuchw, dwikw i efektw wzrokowych. Teraz bili szrapnelami i pociskami rozpryskowymi, ktre z zastraszajcym hukiem wybuchay w pomieniach tu nad ziemi. Dla onierza, ukrytego w rowie strzeleckim, tego rodzaju pociski nie s niebezpieczne, ale Niemcy dyli do tego, by zama ludzi na duchu, bombardowali psychik onierza. W cigu tych minut, przylgnwszy do drzewa, usiowaem odgadywa, uczyem si rozumie chwyty nieprzyjaciela. Nastpnie zaczy wybucha pociski burzce, wyrzucajc w powietrze czarne gry ziemi i gsty, podobny do wglowego, py materiaw wybuchowych. Silny wybuch wyrzuci w powietrze belki i kloce, ukryte dotd pod nasypem. Oczywicie, niemiecki lotnik, korygujcy ogie artylerii, w tej chwili zatriumfowa. Ale umiechaem si zoliwie i ja. Uda si nasz fortel wojenny. Nieprzyjaciel kilka godzin z rzdu gromi pozorn pozycj. Podobne do grzybw, ukryte za nasypem, przysypane niegiem, w ktrym specjalnie wydeptywalimy cieki, pozorne schrony cigny si - do widoczne dla oka - wzdu rzeki. A rzeczywiste pozycje, w ktrych ukryli si onierze, wykopalimy, jak wiadomo, bliej rzeki w pochyociach nadbrzenych i pokrylimy trzema lub czterema rzdami wielkich drzew do wysokoci brzegu. Strzelajc wprost do celu albo nawet po powierzchni, Niemcy walili rwnie w brzeg, jednake aby przebi nasze umocnienia, trzeba byoby trafi nie w cikie grne puapy, lecz w stosunkowo saby

nasyp czoowy. Linia naszej obrony bya, jak wiadomo, tak rzadko obsadzona, e straty batalionu w ludziach byy przypadkowe i minimalne. 3 Okoo czwartej po poudniu nieprzyjaciel wzmg gwatowny ogie w rejonie drugiej kompanii, w okolicach wsi Nowlanskoje, tam gdzie przechodzi droga z Sieriedy do Wookoamska. Stwierdziem to od razu wedug detonacji i wstrzsw. Zatelefonowaem niezwocznie do dowdcy drugiej kompanii Siewriukowa. - Nie ma go... Poznaem glos jednego z cznikw - niziutkiego Muratowa, Tatara. - A gdzie jest? - Poczoga si na punkt obserwacyjny... - A dlaczego ty pozostae? - Chcia pj sam, eby nikt nie wiedzia. On, towarzyszu dowdco batalionu, zna taktyk. Muratw mwi ywo. W takich chwilach czowiek jest szczeglnie wraliwy nawet na odcienie w gosie onierza; przysuchuje si im z tak sam uwag, z jak czyta raport bojowy. Wezwano mnie do drugiego telefonu. Mwi Siewriukow. - Czy to wy, towarzyszu dowdco batalionu? - Tak. Gdzie si znajdujecie? Skd mwicie? - Znajduj si na punkcie obserwacyjnym artylerii... Patrz przez lornet artyleryjsk... Bardzo ciekawy widok. Nawet teraz, w ogniu artylerii, pozostawa tak samo powolny jak zazwyczaj. Popdzaem go przez zadawanie pyta. - Co tam widzicie ciekawego? - Niemcy skoncentrowali swe siy na skraju lasu... Roi si tam od nich... Krztaj si... Oficer niemiecki rwnie patrzy przez lornet. - Ilu ich tam jest? - eby nie skama, z batalion, prawdopodobnie... Myl, towarzyszu dowdco batalionu, e trzeba by ich byo... - A po co tu myle? Zawoajcie do telefonu Kuchtarienk! Szybko! - To wanie miaem na myli, towarzyszu dowdco batalionu... Denerwowaa mnie czsto powolno Siewriukowa. A przecie nie chciabym mie adnego innego dowdcy kompanii zamiast czterdziestoletniego rozwanego Siewriukowa, ktry tego dnia niejednokrotnie czoga si przez straszne pola, by w rowach strzeleckich i na punktach obserwacyjnych. Do telefonu podszed lejtenant Kuchtarienko - artylerzysta korygujcy ogie. Osiem dzia, przydzielonych do batalionu i ukrytych w lesie, cay dzie milczao nie zdradzajc swej obecnoci a

do decydujcego momentu. Moment ten si zblia. Skraj lasu, gdzie Niemcy skoncentrowali swe siy do ataku, jak zreszt cala przestrze przed lini frontu batalionu byy od dawna wystrzelane przez nasz artyleri. Mj plan bitwy by nastpujcy: puci w ruch ukryt artyleri dopiero w chwili, gdy przeznaczone do ataku siy nieprzyjacielskie przygotuj si do natarcia; uderzy jak kamieniem po bie, oszoomi, rozproszy, zerwa atak. Miaem ch poda komend: W skoncentrowane siy nieprzyjaciela, ze wszystkich dzia, ognia! Ale naleao przede wszystkim da kilka strzaw prbnych, skorygowa ogie, dokrci, jak powiadaj nasi artylerzyci, odpowiednio do siy wiatru, cinienia atmosferycznego, usuwania si ziemi pod ciarem dzia i wielu innych, niestaych czynnikw. Potrzeba na to byo niewiele czasu - zaledwie dwch do trzech minut. Ale czy pamitacie zagadk Panfiowa na temat czasu? Czy wiecie, co si moe sta na wojnie w cigu dwch, trzech minut? 4 Po wydaniu rozkazu nie odoyem suchawki wczonej do sieci artyleryjskiej. Sysz, e stanowiskom ogniowym artylerii podano komend: - Do dzia! adowa i zameldowa! Nastpnie Kuchtarienko - ywe oko ukrytych w lesie dzia - wskaza wsprzdne. Kto je powtarza. Teraz lufy dzia podnosz si wolno w gr. A czas mija, czas upywa... Wreszcie sysz: - Gotowe! I od razu komenda Kuchtarienki: - Po dwa pociski! Szybki ogie! Znw milczenie, nie sycha przepisowego meldunku o wykonaniu, mijaj sekundy... Widocznie jednak nie wszystko jest gotowe. Szybciej, szybciej do diabla! I nagle sycha przez suchawk to sowo. Kuchtarienko krzyczy: - Szybciej! Wtrcam swoje sowo: - Kuchtarienko, co si tam dzieje? - Niemcy przygotowuj si, towarzyszu dowdco batalionu, wkadaj plecaki, hemy. Kuchtarienko krzyczy: - Stanowisko ogniowe! - Sucham! - Szybciej! - Wystrza! Wystrza! Seria!

Wrd nieustannych hukw, ktre przytpiaj such, nie podobna odrni naszych strzaw, ale pociski wyleciay, lec - tymczasem prbne, tylko dwa. Kuchtarienko ujrzy za chwil wybuchy. Czy padn daleko od celu? A moe od razu trafi do celu? Przecie bywa i tak. Nie! Kuchtarienko koryguje: - Cel plus jeden. Na prawo zero... I nagle silny huk w membranie i zdanie si urywa. - Kuchtarienko! Nie ma odpowiedzi. - Kuchtarienko! Grobowa cisza... Na prawo zero... Zero dziewi? Zero trzy? A moe zero, zero trzy? Mamy duo pociskw, osiem dzia, ale w chwili, kiedy s najbardziej potrzebne, przeklty przypadek zrzdzi, e oniemiay. Dyurny suby cznoci artylerii wybieg ju na lini - ale czas mija bezpowrotnie... Jednake nie czno zostaa przerwana. Nieszczcie, jak si okazao, byo znacznie wiksze. Zawoano mnie do innego telefonu. Ze stanowiska dowdcy drugiej kompanii mwi znw Muratw may onierzyk, ktry kilka minut temu odpowiada tak wesoo na moje pytania... Teraz mwi przybitym gosem: - Towarzyszu dowdco batalionu, dowdca kompanii zosta ranny. - Gdzie? Czy ciko? - Nie wiem... Jeszcze go nie przynieli... S tam rwnie inni, nie wiem, zabici czy ranni. - Gdzie tam? - Na obserwacyjnym... Std wszyscy poszli, by wynie dowdc i innych... Mnie zostawiono... Kazali, ebym do was dzwoni... - Co si tam stao... na punkcie obserwacyjnym? Wymwiem to z trudem, wiedzc ju, e stao si nieszczcie - Zburzony... Milczaem. Muratw czeka troch, pniej aonie spyta: - Dokd mam pj, towarzyszu dowdco batalionu? Kto bdzie nami teraz dowodzi? Odczuem osierocenie onierza, ktry zosta bez dowdcy. Za chwil huk umilknie i nastpi straszliwa cisza: za chwil skoncentrowana piechota niemiecka, przygotowana do ataku, przekroczy rzek - a tymczasem punkt obserwacyjny jest zburzony, dziaa olepy, kompania zostaa bez dowdcy. Powiedziaem:

- Muratw, zbierz cznikw. Niech zawiadomi plutony; lejtenant Siewriukow zosta ranny; na stanowisku dowdcy kompanii zamiast niego znajduje si dowdca batalionu. Zaraz przyjd. Odoyem suchawk i rozkazaem szefowi sztabu Rachimowowi: - Poczcie si niezwocznie z Krajewem. Niech si zgosi, by obj dowdztwo nad drug kompani. Nastpnie zawoaem: - Sinczenko! Konia! 5 Popdzilimy galopem przez pole - ja na ysku, za mn mj ordynans Sinczenko. ysek podnis swe cienkie uszy w gr; pdziem wprost, cignwszy krtko cugle, nie pozwalaem, by rzuca si w bok przy wybuchach. Myl pracowaa bez przerwy: Szybciej, szybciej! Byleby nie cisza! Byleby zdy! Z przeciwnej strony, ze wsi Nowlanskoje, wypada cwaem taczanka. Wonica popdza batem konie. Wzdu boku jednego z koni pyna krew. - Stj! Wonica nie od razu zahamowa. - Stj! Na tylnym siedzeniu ujrzaem Kuchtarienk. Na niezwykle bladej jego twarzy ctkami osiada ziemia. W poprzek czoa wida byo wiee zadranicie, wok ktrego skrzepa ju krew. Na powalanym glin paszczu wisiaa lorneta artyleryjska. - Kuchtarienko, dokd? - Na... na... - jak jkaa nie mg od razu wymwi sowa. - Na stanowisko ogniowe, towarzyszu dowdco batalionu. - Po co? - Punkt obserwacyjny... - Wiem! Odpowiedz - po co? Uciekasz? Z powrotem! - Towarzyszu dowdco, ja... - Z powrotem! Kuchtarienko spojrza na mnie szeroko otwartymi, jak gdyby martwymi oczami, w ktrych zastyg przeyty strach. Nage, pod wpywem wadczego spojrzenia dowdcy, zmieniy si renice Kuchtarienki, jak gdyby kto od wewntrz wstawi mu inne. Zerwa si z miejsca i rykn gosem jeszcze bardziej wciekym ni ja: - Z powrotem! I zacz kl na czym wiat stoi.

Popdzilimy do wsi. Za mn, nie zwaajc na drog i stale podrzucajc w gr wz, pdzia ociaa para koni artyleryjskich. W cerkwi, zakoczonej dzwonnic, znajdowa si punkt opatrunkowy. Na ulicy za murem cerkiewnym, osaniajcym od kul, rozmiecia si kuchnia batalionowa. Dowdca plutonu gospodarczego, lejtenant Borysow, stan na baczno. - Borysow, czno w porzdku? - W porzdku, towarzyszu dowdco batalionu. - Gdzie telefon? - Tutaj, towarzyszu dowdco batalionu, w budce dozorcy. Na oko odlego od dzwonnicy do budki wynosia mniej wicej sto pidziesit metrw. - Drut masz? Otrzymawszy twierdzc odpowied rozkazaem: - Szybko telefon na dzwonnic! Biegiem! Kada sekunda jest droga, Borysow! Po kamiennych schodkach przedsionka wbiegem do cerkwi. Uderzy mnie zapach krwi. Na somie przykrytej paszczami leeli ranni. - Towarzyszu dowdco batalionu... To cichym gosem woa mnie Siewriukow. Szybko podszedem do niego i ucisnem jego dziwnie cikie, poke donie. - Przepraszam ci, Siewriukow... Nie mog teraz... Ale Siewriukow nie puszcza mnie. Jego niemoda twarz, z przyprszonymi siwizn skroniami, z wyranie czerniejc szczecink na policzkach, schuda i bya bardzo blada. - Kto mnie zastpuje? - Ja, Siewriukow. Wybacz, nie mam wicej czasu... Ucisnem i puciem jego cikie rce. Siewriukow patrzy za mn, umiechajc si sabo. Na dzwonnic bieg telefonista z aparatem telefonicznym. Cign za sob cienki drut. Po drodze zatrzyma mnie nasz lekarz, Krasnienko. - Towarzyszu dowdco batalionu, jak tam sprawy? - Zajmijcie si, prosz, waszymi sprawami. Opatrujcie i jak najszybciej ewakuujcie rannych. Spyta zaniepokojony: - Jak najszybciej? Rozgniewao mnie to: - Jeli jeszcze raz zauwa, e na sowo jak najszybciej wykrzywi si wam fizjonomia, postpi z wami jak z tchrzem. Czy zrozumielicie? Idcie...

Po krtych schodach wszedem na dzwonnic. Kuchtarienko ju tam by. Przykucnwszy obserwowa nieprzyjaciela przez lornet spoza murowanej balustrady. Telefonista przymocowywa drut do telefonu. - O ile na prawo? - spytaem. Kuchtarienko spojrza na mnie ze zdziwieniem, potem zrozumia. - Zero pi - odpowiedzia. Zwrciem si do telefonisty. - Czy prdko? - Za chwil, towarzyszu dowdco batalionu. Kuchtarienko poda mi lornet. Przystosowaem j do wzroku, obejrzaem zbat lini lasu, ktra przysuna si bardzo blisko - i nagle ujrzaem zupenie wyranie Niemcw; zdawao si, e dzieli mnie od nich pidziesit krokw. Nie stali wprawdzie na baczno, lecz uformowani ju byli w szeregach. Mona byo odrni pododdziay: poszczeglne grupy - prawdopodobnie plutony ustawione byy w niewielkich od siebie odstpach w nastpujcym porzdku: na przedzie - jedna druyna, z tyu, na obydwu skrzydach - dwie druyny. Oficerowie, rwnie w hemach, wyjli ju rewolwery, ktre Niemcy - widziaem to wtedy po raz pierwszy - nosz z lewej strony na brzuchu... A wic oto s ci, ktrzy zbliyli si do Moskwy - zawodowi zwycizcy! Za chwil pjd w brd przez rzek. 6 - Gotowe! - powiedzia telefonista. - czno, towarzyszu dowdco batalionu, funkcjonuje. - Pocz ze stanowiskiem ogniowym... I oto wreszcie podana zostaa komenda, zakoczone rozpoczte zdanie. - Cel plus jeden! Na prawo - zero - zero pi! Dwa pociski, szybki ogie! Oddaem lornet Kuchtarience. Nie rozrniajc ju Niemcw wpatrywaem si w skraj lasu goym okiem, czekajc w napiciu na wybuchy. Midzy drzewami bysno, potem tu obok siebie ukaza si w dwch miejscach dym. Nie wierzyem sam sobie, ale przecie zdawao mi si, e trafilimy wprost do celu. - Wprost do celu - powiedzia Kuchtarienko opuszczajc lornet. Twarz, obsypana ctkami ziemi gdzieniegdzie ju rozmazanej, z opuchnitym zadrapaniem w poprzek czoa, promieniaa. Nie suchajc do koca chwyciem suchawk telefoniczn i podaem komend: - Ze wszystkich dzia, pociskami odamkowymi po osiem na dziao, bateria, szybki ogie! Kuchtarienko uprzejmie i z dum poda mi lornet. Obserwowaem. Widocznie prbne strzay zraniy kogo. W jednym miejscu stao kilku Niemcw, odwrconych do nas plecami. Schylili si nad rannym. Ale szeregi stay nieruchomo. Mdlcie si teraz do waszego Boga! Poprzez huk i grzmot, na ktry ucho ju nie reagowao, usyszelimy gos naszych dzia. Przechyliem si przez balustrad i ogldaem przez lornet skraj lasu:

tam, gdzie skoncentrowali si Niemcy, buchay pomienie, unosia si w powietrzu ziemia, paday drzewa, wylatyway w gr pistolety maszynowe i hemy. Kuchtarienko przemoc pocign mnie w ty. - Padnij! - krzykn. Zauwaono nas. Z oguszajcym ohydnym szumem przelecia koo dzwonnicy garbus. Strzela z karabinu maszynowego. Kilka kul uderzyo w czworoktny sup pozostawiajc lepe otwory. Samolot przelecia tak nisko, e zdawao mi si, i widz zwrcon do nas wykrzywion twarz lotnika. Wiedziaem, e trzeba si rzuci na ziemi, ale w aden sposb nie mogem przezwyciy w sobie uczucia, ktre nie pozwalao mi pa przed Niemcem. Wycignem szybko rewolwer i nie spuszczajc oka z samolotu, naciskaem na kurek tak dugo, a oprniem cay magazyn. Samolot oddali si po linii prostej. W dzwonnic zaczto strzela z dzia. Jeden pocisk trafi poniej nas, w grube, mocne obmurowanie. Otoczya nas chmura drobnego pyu ceglastego, ktry zazgrzyta w zbach. Ale doznaem wraenia, e pociski nieprzyjacielskie s nieprawdziwe, e dzieje si to wszystko w kinie, e wybuchaj one na ekranie, gdzie obok, ale zarazem w innym wiecie - nie tak jak nasze; nasze uderzaj i miad, rozszarpuj ciaa onierzy nieprzyjacielskich. Znw przelecia garbus. I znw paday kule. Ukryem si za supem. Telefonista jkn. - Gdzie ci ranio? Czy potrafisz zej na d? - Potrafi, towarzyszu dowdco batalionu. Wezwaem przez telefon Borysowa. - Telefonista zosta ranny. Przylij na dzwonnic innego. Nie zdyem jeszcze wymwi tych sw, gdy usyszaem, e mwi dziwnie gono. Zapanowaa zupena cisza. Straszna, pulsujca w uszach cisza. Tylko gdzie, z odlegoci, z tylu dochodzi huk armat. Tam nasi toczyli walki; Niemcy przygotowywali si, by run na nich nowym klinem poprzez nasz oson. Rozkazaem Kuchtarience: - Kieruj ogniem! Wal bez litoci, jeeli znowu sprbuj. - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. Teraz biegem na d, skaczc przez dwa stopnie; jak najszybciej z powrotem do kompanii. 7 Znw na ysku, znowu galopem przez wie, ku rzece. Wzdu brzegu przyprszonego niegiem, na ktrym gdzieniegdzie widniay czarne plamy wybuchw, bieg pdem onierz z karabinem w rku. Podjechaem. Patrzyy na mnie czarne mae oczki niziutkiego Muratowa, ktry stan i momentalnie przykucn. - Zejdcie, towarzyszu dowdco batalionu, zejdcie - zacz mwi popiesznie. - Dokd pdzisz? - Do plutonu... Zakomunikowa, e dowdztwo nad kompani obj oficer polityczny Bozanow.

I doda jakby dla usprawiedliwienia: - Dugo was nie byo, towarzyszu dowdco batalionu, a on... - Dobrze. Pd. Na stanowisku dowdcy kompanii, przed gbokim schronem, w odlegoci pidziesiciu krokw od linii roww strzeleckich, ktrych istnienia mona si byo jedynie domyla dziki wskim pasemkom roww czcych, zatrzymaem yska i zeskoczyem na ziemi. Uszy yska nie drgay, nie strzyg ju nimi. Dziki ci, koniku! Dzi pierwszy raz bylimy razem pod obstrzaem. Chciaem go pogaska... Ale nie ma czasu, ani chwili czasu, mj przyjacielu! Oddaem wodze Sinczence i dotknem ostronie uzdy. ysek wilgotnymi wargami delikatnie pochwyci moje palce i na chwil je zatrzyma. Ujrzaem wilgotne oko. Odwrciem si i podszedem szybko do pokrytych lodem schodw prowadzcych do schronu. Po drodze krzyknem: - Sinczenko, do parowu! W panujcych pod ziemi ciemnociach nie od razu dostrzegem Bozanowa. Na ziemi, opierajc si plecami o ciany, siedzieli onierze. Wszyscy wstali zasaniajc skpe wiato z otworu czoowego nasypu. Nie widzc twarzy pomylaem sobie: co to jest, dlaczego tu tylu ludzi? Bozanow zameldowa, e obj dowdztwo zamiast Siewriukowa. Bozanow, oficer polityczny kompanii karabinw maszynowych, ktra ze wzgldu na charakter naszej obrony bya rozmieszczona w postaci oddzielnych gniazd ogniowych wzdu linii frontu, przez cay dzie bd biegnc, bd czogajc si przechodzi od jednego stanowiska ogniowego do drugiego, odwiedzajc obsug. Z chwil gdy nieprzyjaciel p godziny temu skoncentrowa ogie na wsi Nowlanskoje, na odcinku drugiej kompanii, Bozanow pobieg do wsi. Pierwsze pytanie, ktre zadaem, brzmiao: - Co si dzieje przed frontem kompanii? Gdzie jest nieprzyjaciel? - Nie rusza si, towarzyszu dowdco batalionu. Oczy moje przyzwyczaiy si do ciemnoci. W kcie, podpierajc pochylon gow grne belki, stal Galliulin. - Co to za ludzie? - zapytaem. - Po co tu przyszli? Bozanow wytumaczy mi, e spodziewajc si ataku Niemcw postanowi przerzuci na stanowisko dowdcy kompanii jeden karabin maszynowy, jako ruchomy punkt oporu, eby by przygotowanym na wszelkie ewentualnoci. - Susznie! - powiedziaem. Bozanow by czowiekiem nieco korpulentnym o okrgej twarzy, ale niezwykle ruchliwym, ywe srebro, jak to mwi. W tej chwili sta przede mn wyprostowany i meldowa zwile, przepisowo. W jego spojrzeniu mona byo pozna napicie nerwowe. wiadczyy o tym rwnie zacinite usta i skpe, pewne ruchy. Bozanow uczestniczy w wojnie fiskiej w charakterze oficera politycznego niejednokrotnie bra udzia w bitwach i zosta odznaczony medalem Za odwag. Mwi czsto o tym, e chciaby zosta oficerem liniowym. Jego yczenie zicio si teraz, w gronej chwili boju. Przed czarnym cielskiem karabinu maszynowego, zaopatrzonego w tam, z luf wstawion do strzelnicy, sta na baczno Bocha. Nie usiad, chocia mu zezwoliem, nie opar si o cian, by powany; jego ledwo zarysowane, jasne brwi drgay nerwowo.

Ruchliwy Murin, przed wojn aspirant konserwatorium, przylgn do belek nasypu czoowego obok obserwatora i uporczywie patrzy przez otwr w dal. Zbliyem si do nich. Nierwny brzeg i skop przeciwczogowy zasaniay rzek; przeciwny brzeg rzeki wida byo wyranie. Bez lornety artyleryjskiej nie mogem rozrni poamanych, strzaskanych drzew, tam gdzie przed chwil wybuchay pociski. Mona byo jedynie zauway kilka choin lecych na ziemi. Umoliwiay one orientacj. Stamtd wanie powinni byli wyj Niemcy. Niech sprbuj! Kuchatarienko siedzi na dzwonnicy, dziaa s wycelowane w to miejsce, wycelowane s rwnie cikie karabiny maszynowe, karabiny, erkaemy. Cisza... Pustka... Rozleg si ostry, pojedynczy wystrza z dziaa niemieckiego. Wytyem wzrok spodziewajc si, e ujrz wybiegajce z lasu zielonkawe figurki. Ale w tej samej chwili jakby setki miotw zabbniy na blasze. Niemcy znw walili do naszego przedniego skraju: do cerkwi, w ktrej stwierdzili obecno obserwatora; do dzia, ktre zdradziy swe stanowiska. - A wic teraz ju si nie ruszycie - rzek Bocha. Wszyscy zrozumieli, co ma na myli Bocha. Pierwszy atak odparto zanim si rozpocz - zosta zduszony w zarodku przez ogie artyleryjski. Niemcy nie odwayli si ruszy do ataku z podstawy wyjciowej, zasypywanej naszymi pociskami. Ale dzie jeszcze si nie skoczy. Spojrzaem na zegarek. Byo pi minut po trzeciej - sidma godzina bombardowania. Zatelefonowaem do sztabu batalionu i rozkazaem: dziaa i korygujcy artylerzysta pozostan na miejscach; do cerkwi jeszcze jednego korygujcego ogie artylerzyst z zapasowymi rodkami cznoci, aeby w razie gdy pocisk artyleryjski trafi bezporednio w nasz punkt obserwacyjny, mona byo niezwocznie przywrci punkt obserwacyjny na dzwonnicy; czerwonoarmici i oficerowie plutonu gospodarczego wraz z sanitariuszami winni przenie rannych do parowu w lesie. - Krajew stawi si na wasz rozkaz - zakomunikowa mi Rachimow. - Czy mam go przysa? - Nie. Niech zaczeka, zaraz bd w sztabie. 8 Postanowiem przed powrotem do sztabu odwiedzi onierzy w rowach strzeleckich. Wyszedem ze schronu, usiadem w rowie strzeleckim i zaczem si rozglda... Niebo si wypogodzio. Za rzek wyjrzao zza chmur soce. Snopy promieni paday troch na ukos, pokryty pyem nieg nie iskrzy si. Za dwie czy trzy godziny nastpi mrok. Z huku armat, z gstoci ognia niemieckiego wywnioskowaem, e nastpi atak. Nastpi gdzie. Gdzie tutaj, w pobliu. Dzie bojowy nie skoczy si na samej tylko strzelaninie. Jak gdyby biorc odwet Niemcy bili z dzia i modzierzy rnego kalibru po przednim skraju naszej obrony. Cz pociskw, przeszywajc ze wistem powietrze, padaa tam, gdzie w ukrytych pozycjach, w schronach, ustawione byy nasze armaty. Cz pociskw padaa w pobliu. W polu mniej byo teraz wybuchw ni w dzie. Paday bliej - obok grzbietu wzgrz nadbrzenych, tam gdzie na stokach wyryte byy ledwo dostrzegalne wejcia. Sdzc ze zmiany kierunku ognia, nieprzyjaciel odnalaz nasz ukryt lini obronn. Zdradzi j widocznie ruch biegncych tam i z powrotem cznikw i dowdcw. Skurczony, stojc na stopniu wskich schodkw, obserwowaem wybuchy. Nie wiem dlaczego, ale poczuem, e mi zimno... Byem bez paszcza, w watowanej kurtce, cignitej pasem.

A moe lepiej nie i tam, do okopw? W chwili gdy zadaem sobie to pytanie, zrozumiaem, e si boj. Zdawao si, e tysice pazurw wbio si w moj kurtk; e tysice pudw trzyma mnie w okopie. Wyrwaem si z pazurw, zrzuciem tysice pudw - i biegiem marsz do brzegu. Kiedy pdziem na koniu przez pole, a nastpnie kiedy biegem na dzwonnic, nie zwracaem uwagi na pociski - a teraz... Sprbujcie, moe uda si wam pniej to opisa. Ja za opowiem o tym krtko: po dziesiciu krokach miaem mokre plecy. Do rowu strzeleckiego wszedem jednak, jak przystao na dowdc. - Dzie dobry, onierzu! - Dzie dobry, towarzyszu dowdco batalionu! O, jak dobrze czuem si tam po przebyciu otwartego pola - W mrocznej piwnicy, pokrytej cikimi belkami. By to okop dla jednego onierza - tak zwane pojedyncze stanowisko strzeleckie. Dotychczas pamitam twarz onierza, jego nazwisko. Zanotujcie sobie: Sudaruszkin, onierz rosyjski, chop, kochonik spod Ama-Aty. By blady i powany; czapka z czerwon gwiazd zsuna mu si na bok. Prawie osiem godzin sysza huki, od ktrych trzsa si i opadaa ze cian ziemia. Cay dzie patrzy przez strzelnic na rzek i na przeciwlegy brzeg; by tu samotny, by sam na sam ze sob. Wyjrzaem przez strzelnic - miaem std rozlege pole widzenia; szerokie pasmo pl na drugim brzegu, pokryte biaym niegiem, wida byo zupenie wyranie. Co mam powiedzie onierzowi? Przecie wszystko jest jasne: jeeli Niemcy si poka - trzeba do nich celowa i zabija. Jeeli my nie zabijemy ich - oni zabij nas. Przez strzelnic wyglda bagnet gotowego do strzau karabinu. Przy wstrzsach na karabin paday kawaki zmarzej ziemi, niektre z nich przylgny do smaru. Zagadnem go surowo: - Sudaruszkin, dlaczego karabin jest brudny? - Sucham, towarzyszu dowdco batalionu, zaraz wyczyszcz... Bdzie w porzdeczku... Wsun skwapliwie rk do kieszeni wycigajc nieskomplikowane mienie onierskie. Byo mu przyjemnie, e w takiej chwili strofuj go jak w zwykych warunkach; poczu si silniejszy, spokojniejszy pod mocn rk dowdcy. Oczyszczajc zamek z kurzu szmatami spoglda od czasu do czasu na mnie, jak gdyby proszc: Jeszcze mnie troch zbesztaj, stwierd, e jeszcze jest co nie w porzdku, pozosta jeszcze! Sudaruszkin, gdyby wiedzia, jak bardzo pragnbym tu pozosta. nie wychodzi tam, gdzie diabli wiedz co czowiekowi spadnie na eb. Znw wpiy si we mnie pazury, znw nogi moje stay si cikie, jak gdyby kto przywiza do nich wiele pudw. Sam szukaem, czego bym si mg uczepi, by pozosta jeszcze chwil. Ale wszystko byo w porzdku - nawet naboje leay nie na ziemi, lecz w otwartym plecaku. Spojrzaem dookoa, w gr. Jake przyjemnie byo widzie teraz nad gow te nie ociosane pnie choiny, z gruba tylko oczyszczone z gazi. Sudaruszkin spojrza w tym samym kierunku, umiechnlimy si obaj, przypomnielimy sobie, jak rozrzucaem cienki nasyp, jak kazaem nosi cikie belki pokrzykujc na niezadowolonych. Sudaruszkin spyta: - Jak sdzicie, towarzyszu dowdco batalionu, czy bdzie tej nocy atak? Jak chtnie bym spyta kogo. Ale odpowiedziaem stanowczym tonem:

- Bdzie, dzi jeszcze wyprbujemy na nich karabiny. Z onierzem nie wolno bawi si w chowanego. Nie wolno w jego obecnoci wzdycha: a moe to jako minie... Jest na wojnie, powinien wiedzie, e znajduje si tam, gdzie zabijaj, e przyszed tu, aby zabija nieprzyjaciela. - Popraw czapk - powiedziaem. - Miej si na bacznoci. Dzi pooymy ich trupem koo tej rzeczki. I znw skupiajc wszystkie siy wewntrzne wyrwaem si z pazurw i wyszedem z okopu. Ale zauwacie: teraz stao si to atwiej ni poprzednio, ciyo na mnie nie tysic, lecz tylko piset pudw. A ju po dziesiciu minutach, kiedy wbiegem do ostatniego ze zwiedzanych przeze mnie okopw, nie czuem ani grama ciaru. I jeszcze jedno: jest rzecz zupenie zbyteczn, by dowdca batalionu biega pod ogniem artylerii po okopach. Jest to zbyteczna, niedopuszczalna gra ze mierci. Sdziem jednak, e w pierwszym boju dowdca batalionu moe sobie na to pozwoli. onierze bd potem mwili: Nasz dowdca nie jest tchrzem, przyszed do nas pod ogniem artyleryjskim, kiedy czowiek boi si wyj za potrzeb. Wystarczy, mylaem dalej, e zrobiem to raz jeden; bd o tym wszyscy pamitali i onierz mi zaufa. A to ma wielkie znaczenie na wojnie. Czy ty, dowdco, moesz wobec wasnego sumienia rzec: wierz w moich onierzy? Tak, moesz, jeeli onierz wierzy w ciebie! A jednak biegaem niepotrzebnie... Ile to razy pniej musiaem z koniecznoci biec tam, gdzie panowaa mier, ile razy zmuszony byem ze zoci, wyzywajco, jak na przykad na dzwonnicy patrze w czarne oczodoy tej baby Jagi. 9 Musz opowiedzie o pewnym zdarzeniu, ktre mnie troch zdziwio, miao za miejsce wanie wtedy, kiedy biegem z okopu do okopu. Biegn i nagle widz: kto wyskoczy spod ziemi i schylony pdzi mi co si na spotkanie. Co takiego? C to za pgwek? Do siebie, oczywicie, nie stosowaem tego. Co za pgwek biega pod takim ogniem wzdu przedniego skraju? Ba, to przecie Tostunow... Zdaje mi si, e jeszcze o nim nie mwiem. Na krtko przed bitw przyszed do mnie i przedstawi si: Instruktor puku do spraw propagandy, popracuj w waszym batalionie. Przyznam si, e spojrzaem na niego z niechci. Nie, w powierzchownoci ani w twarzy nie mia nic nieprzyjemnego. By bardzo opanowany, zachowywa si z godnoci. Wyczuwao si w nim wojskowego. Od razu, z pierwszej krtkiej rozmowy, dowiedziaem si, e Tostunow suy w szeregach armii ju od dziesiciu lat, e rozpocz sub jako szeregowiec. A jednak spojrzaem na niego z niechci. Tostunow zosta przydzielony do batalionu na nieokrelony czas. Jeeli mam mwi prawd, to przyznam si, e odczuem to jako pewne ograniczenie mojej wadzy. Wedug regulaminu Tostunow nie korzysta w batalionie z adnych praw, nie by moim komisarzem (komisarzy w owym czasie bataliony nie miay), ale... zapoznajc si ze mn Tostunow powiedzia: Skierowa mnie do waszego batalionu komisarz puku. Dobrze - pomylaem sobie - id i rb, co ci kazano. Zobaczymy, jak si bdziesz zachowywa podczas boju. I nagle - to spotkanie. - Dowdco batalionu! - Tostunow zawsze nazywa mnie tak. - Dowdco batalionu, co tu robisz? Padnij!

- Sam padnij! - Ano, padn. Rzucilimy si obaj na ziemi. - Dowdco batalionu, co tu robisz? - A ty co robisz? - Jestem tu z urzdu... Jego piwne oczy miay si. Do diaba, czyby si domyla, co o nim sdz? - Z urzdu? - A tak. onierzowi weselej na sercu, kiedy czowiek do zajrzy. Myli sobie, e skoro dowdca przyszed do niego, to znw nie jest tak strasznie... W pobliu wybuch pocisk. Dowdca batalionu i instruktor do spraw propagandy przylgnli do ziemi starajc si gdziekolwiek ukry gowy. Uderzya fala powietrzna. Tostunow podnis gow - twarz jego zblada. Powiedzia powanie: - No i masz, nie tak strasznie... Zbytecznie biegasz tu, dowdco batalionu. Sami sobie damy z tym rad... No, bywaj... Zapoznalimy si wreszcie... Wsta wymachujc na poegnanie rk. Za sekund bieglimy, ile si starczy, w rne strony. Zapoznalimy si wreszcie... A wic taki jest Tostunow... Waciwie tu dopiero zacza si nasza znajomo. Nie spostrzegem nawet, kiedy zaczlimy sobie mwi ty. Zajrzaem jeszcze do dwch czy trzech okopw, w ktrych przed chwil by Tostunow. Tak, onierze w tych okopach byli weselsi, spokojniejsi. Tak oto my, oficerowie liniowi i polityczni, odpieralimy bombardowanie psychiczne Niemcw. Tak oto toczy si bj, w ktrym ani jeden onierz nie wystrzeli dotd ani razu. Ale czy nie dosy biegania na dzisiaj? Od rzeki, od przedniego skraju, zawrciem w kierunku lasu. Przed samym skrajem lasu wybuch nad moj gow pocisk rozpryskowy. Od razu rzuciem si na ziemi. Odamki pociskw rozpryskowych, wybuchajcych w powietrzu, lec naprzd.. Zatrzsa si sosna, sypn nieg, na korze ukazay si wiee biae blizny. Poczuem nieprzyjemne bicie serca. W lesie wierny Sinczenko, ktry przez cay czas postpowa za mn z komi, idc wzdu lasu, od razu przyprowadzi! yska. Czas, najwyszy czas - do sztabu.

23 padziernika - u schyku dnia

1 W sztabie czeka na mnie dowdca kompanii karabinw maszynowych, Krajew. Po jego twarzy wzdu skroni i podbrdka pyna krew. Krajew wyciera j gniewnie, rozmazujc po swej kanciastej twarzy. Ale czerwona smuga znw wystpowaa na powierzchni zakrzepej krwi. - Co ci jest, Krajew? - Diabli wiedz... zahaczyo... - Id na punkt opatrunkowy. Rachimow, czy rannych przenieli z cerkwi w inne miejsce? - Przenosz, towarzyszu dowdco batalionu. Punkt opatrunkowy urzdzilimy w lesie, w domku gajowego. - Dobrze. Id tam, Krajew. - Nie pjd... Powiedzia to ponuro, uparcie. Krzyknem: - Czy mam ci w takim stanie posa, eby mi ludzi straszy? Umyj si, daj si opatrzy. Potem pomwimy. Sinczenko, dwie menaki z wod dla lejtenanta Krajewa. Umiechnwszy si ponuro Krajew wyszed. Lecz nie sdzone byo mu tego dnia pj na opatrunek. Do telefonu wezwa mnie dowdca puku, major Jelin. - Momysz-Uy? Czy to ty? Nieprzyjaciel atakuje szst kompani w rejonie Krasnaja Gora. W tej chwili wdarli si do okopw. Pom mi. Kogo tam masz pod rk koo sztabu? Major Jelin, ktry uczestniczy ju w dwch wojnach, by czowiekiem zrwnowaonym, o mocnych nerwach. I w tej chwili wymawiajc sowa: pom mi! oddycha zupenie spokojnie. Wie Krasnaja Gora znajdowaa si w odlegoci dwch i p kilometra na prawo od wsi Nowlanskoje. Czym rozporzdzaem? Oddziaem ochrony sztabu, kilkoma odpoczywajcymi telefonistami, plutonem gospodarczym. Zameldowaem o tym. - Rusz ich na pomoc szstej kompanii. We pod uwag, e z pnocy idzie tam pluton pod dowdztwem lejtenanta Isamkuowa. Uprzed ludzi, eby si nie powystrzelali nawzajem. O wykonaniu zamelduj! Kazaem Rachimowowi zaalarmowa pluton gospodarczy oraz wszystkich, ktrzy si znajduj w pobliu sztabu, i opuciem schron. W lesie zapada ju zmierzch. Nie opodal my si Krajew. Jego nieforemna twarz o szerokiej szczce i gstych zwisajcych brwiach bya ju zupenie czysta, ale spywajca po twarzy woda rowia si. - Krajew. Przybieg. Po mokrej twarzy znowu pyna smuga krwi. Wytar j gniewnie. Miaem zamiar poprzednio mianowa Krajewa dowdc drugiej kompanii. Ale... on poprowadzi oddzia do Krasnej Gory. Ze schronu wybieg telefonista. - Towarzyszu dowdco batalionu, wzywaj was do telefonu. - Kto?

- Dowdca puku. Niezwocznie. Teraz major Jelin mwi prdko i nerwowo. - Momysz-Uy! Odwoaj! Za pno! Nieprzyjaciel wdar si w wyrw rozszerzajc j: jedna grupa idzie tutaj, w kierunku sztabu. Ja si cofam. Druga, ktrej liczebnoci nie mog okreli, posuwa si w twoim kierunku, na skrzydo. Przygotuj si do obrony... Trzymaj si! Potem... Gos jego nagle zamilk, czno zostaa przerwana. W martwej membranie nie sycha byo ani szumu, ani trzasku, spowodowanego wyadowaniem elektrycznoci. Cisza... Odoyem suchawk, ktra bya ju zbdna. I znw uderzya mnie nieprzyjemna cisza. Cicho byo nie tylko w membranie. Dokoa rwnie panowaa cisza. Artyleria nieprzyjacielska przestaa ostrzeliwa nasz odcinek. Co to? Czy za chwil nastpi atak? Czy piechota zamierza przerwa obron drugiej kompanii? Nie, front zosta ju przerwany. 2 Front zosta przerwany. Niemcy s ju na tym brzegu i posuwaj si w gb terenu. Id rwnie w naszym kierunku, ale nie od tej strony, gdzie droga jest przegrodzona okopami, gdzie czekaj na nich w gotowoci bojowej onierze przy strzelnicach, eby uraczy ich kulami, gdzie kady skrawek ziemi mg w kadej chwili znale si pod obstrzaem naszych dzia i karabinw maszynowych. Id z boku i z tyu, przez nie osonione pole, gdzie nie maj przed sob adnego frontu. Na chwil w wyobrani ujrzaem swoich onierzy zaskoczonych w ciemnych studniach-okopach wyrytych w stokach nadbrzenych - z tyu nie byo strzelnic. Spojrzaem szybko na zegarek. Bya za kwadrans czwarta. Rachimow, zawsze czujny, rozumiejcy zazwyczaj wszystko bez zbdnych sw, pooy przede mn map. Spotkawszy si z jego pytajcym spojrzeniem skinem twierdzco gow. - W rejonie Krasnaja Gora? - zapyta. - Tak. Patrzyem na map suchajc, jak bije zegar, jak mijaj sekundy, czujc, e nie czas na ogldanie, e trzeba dziaa. Ale si woli zmuszaem siebie do obejrzenia mapy. O, gdybycie potrafili opisa t chwil - jedn chwil, ktr ja, dowdca, miaem do swej dyspozycji, eby powzi decyzj! Odda Nowlanskoje! Odda wie, pooon na szosie tak wanej dla nieprzyjaciela, po ktrej na samochodach uderzy wprost w bok naszego bratniego puku, walczcego na drodze rokadowej. Ne atwo mi byo odpowiedzie samemu sobie: tak, odda! Ale inaczej nie uratuj batalionu. A jeeli uratuj... Wwczas zobaczymy jeszcze, do kogo bdzie naleaa droga. Na mapie - tymczasem tylko na mapie - powstaa nowa linia obronna, idca poprzez pole, przecinajca drog Niemcom. Zakomunikowaem Rachimowowi swoj decyzj i kazaem wysa dziaa na skraj lasu, w kierunku nowej linii obronnej. Wydaem jeszcze kilka rozkazw i wybiegem ze schronu. - Sinczenko! - Jestem. - Konia! I dla Rachimowa! Dla Krajewa! Krajew, za mn!

I znw przez to samo pole - teraz ju ciche - popdzilimy do drugiej kompanii. P nieba byo ju wolne od chmur. Gdzie nisko nad ziemi bilo wprost w oczy czerwone soce. 3 Pognaem yska galopem. Nagle nad gow zaczy lata czerwone wietliki. Stanem na chwil w strzemionach i rzuciem okiem dokoa; w tej chwili ujrzaem Niemcw. Szli tym samym polem, przez ktre my pdzilimy na przeaj. W odlegoci mniej wicej kilometra od nas szli tyralier, wyprostowani, w szyku rozproszonym, w odstpach dwch, trzech krokw. Wiedziaem, e Niemcy maj paszcze i hemy zielonkawe, ale teraz na nienym tle wydawali si czarni. Szli i terkoczc pistoletami maszynowymi w marszu, dla wzbudzenia strachu wypuszczali tysice kul wietlnych. A dobry konik pdzi dalej. Przed stanowiskiem dowdcy kompanii Galliulin dwiga ju na plecach karabin maszynowy. Jeden z cznikw bieg na ukos w kierunku rzeki na skrzydo batalionu. Rachimow zdy ju tu zatelefonowa i wytumaczy wyznaczone kompanii zadanie. Bozanow wyszed z okopw, by wyprowadzi obsug karabinu maszynowego. Obok stali cznicy: may dziobaty Muratw i wysoki Biewicki, przed wojn student instytutu pedagogicznego. Muratw, jak gdyby marz, uderza nog o nog. Podjechawszy rozkazaem: - Bozanow! Poprowadzisz karabiny maszynowe. Powtrz zadanie! - Umrze - powiedzia gucho - ale... - y! Stanowisko ogniowe musi y! Trzymaj si, a zorganizujemy na skrzydach now pozycj obronn!... - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. Stanowisko ogniowe musi y... - Przejd parowem. Dziaaj z zimn krwi. Wyczekaj, niech si zbli... Spojrzaem na Murina, Dobriakowa, Boch, strasznie obadowanych tamami. - Biegiem! Towarzysze, zmucie si t band do rzucenia si na ziemi! Krajew, za mn! Sinczenko, za mn! Podszed do mnie Muratw. - A my, towarzyszu dowdco batalionu? - zapyta. - Z oficerem politycznym! cznicy, telefonici, obserwatorzy, wszyscy pjdziecie z oficerem politycznym! Popdzilimy polem w luk midzy rzek a wsi poza Nowlanskoje, na skrzyda batalionu. Std, zza wzgrza, nie wida byo maszerujcych Niemcw, ale ze skrajnych okopw onierze ju wyszli: niektrzy siedzieli na schodach wysuwajc z ziemi tylko gow, gdzieniegdzie stay niewielkie grupy; wszyscy patrzyli tam, wstecz, gdzie rozleg si terkot pistoletw maszynowych, skd wylatyway w niebo czerwone smugi wieccych kul. Od krwawej czerwonej kuli zachodzcego soca paday na ziemi ukone promienie. Dowdca plutonu z drugiej kompanii, mody lejtenant Burnaszow, wybiegi kilka krokw naprzd w kierunku wystrzaw i stan gboko wstrznity i zmieszany. cznik nie przyszed tu jeszcze.

Oszoomiony niespodziewanym biegiem wydarze Burnaszow, nie majc rozkazu, nie wiedzia, co robi, jak poda komend. Straci panowanie nad sob, by moe, na chwil, ale w przecigu tej chwili strasznej, krytycznej chwili - onierze stracili dowdc. Nie wida byo podoficerw - byli oczywicie gdzie tutaj w pobliu, ale nie wyodrbniali si spord pozostaej masy onierzy. Dyscyplina wojskowa, postawa wojskowa, ktre umiaem zawsze dostrzec od pierwszego wejrzenia, zostay tu podwaone przez nage i nieoczekiwane wypadki. Zrozumiaem: tak wanie gin cale bataliony. Nikt jeszcze nie rzuci si do ucieczki, ale... Jeden czerwonoarmista, nie spuszczajc oczu ze wieccych smug, wolno porusza si w miejscu, nastpnie zacz wolno posuwa si w stron brzegu. Tymczasem wolno... Tymczasem jeden... Ale jeeli ten rzuci si do ucieczki, czy nie zaczn za jego przykadem ucieka rwnie wszyscy inni? I nagle kto energicznym ruchem rki wskaza w kierunku uchodzcego czerwonoarmisty. To dziwne... Kto si tu rozporzdza? Kto z tak stanowczoci wskaza rk? Poznaem z odlegoci wysmuk posta Tostunowa. Odetchnem od razu z ulg. Przeszo mi przez myl: dobrze, e on tu jest. W tej samej chwili usyszaem grony okrzyk: - Dokd? Ani kroku bez rozkazu! Sowa te wykrzykn organizator partyjny, szeregowiec Bukiejew, may Kazach o spiczastym nosie. I dopiero wtedy zauwayem w rnych miejscach jeszcze kilka postaci wyodrbniajcych si spord reszty. Tostunow, ktry znajdowa si porodku, jak gdyby uycza innym swej skupionej woli, ktra z tak wyrazistoci przebijaa w jego milczcej postaci. Nie by to zwyky dla oka dowdcy batalionu trzon plutonu, ale widziaem: ci ludzie w tej chwili trzymaj, cementuj pluton. Przemwia w ten sposb inna sia, ktrej na imi partia. Podjechaem bliej i krzyknem: - Burnaszow! Czego taki kwany? Gdzie s dowdcy druyn? Burnaszow drgn, poczerwienia. Wstyd mu byo, e mg do takiego stopnia straci panowanie nad sob. Krzykn popiesznie: - Dowdcy druyn, do mnie! Krtko i gono obwieciem im swoj decyzj: przygotowa si do obrony na skrzydach, odda przeciwnikowi wie. Potem rozkazaem: - Dowdca pierwszej druyny, wyprowadzi onierzy! Kady musi wiedzie, gdzie ma wyznaczone miejsce wedug kolejnoci numerw! Pierwsz druyn poprowadz ja! Drug - Tostunow! Trzeci Burnaszow! Krajew, obejmij dowdztwo nad kompani. Wyprowad nastpny pluton. Przyczysz si do nas. Wysad w powietrze most. - Rozkaz - towarzyszu dowdco batalionu. - Tostunow - do swej druyny! - Dowdco batalionu, ja myl...

- Nie ma co myle... Zachowa odlego pidziesiciu metrw. Nie pozostawa w tyle. Nie skupia si. Pierwsza druyna na moj komend: Kierunek za mn! Biegiem, marsz! Przycisnwszy zgite w okciu rce do piersi pobiegem szybko niestromym zboczem, koo ciemnych domw wsi i polem zoranym pociskami w kierunku lasu. W poyskujcych szybach okien odbijao si zachodzce soce. Z tyu sycha byo tupot ng - to biegli za mn onierze mego oddziau. 4 Byem ju na p drogi, gdy znw ujrzaem Niemcw. Oho, jak ju s blisko, jak wyrosy posuwajce si po niegu czarne figury. Id szybko: sto metrw - na minut. A my musimy biec jeszcze dugo... Skraj lasu jest daleko, niby kraniec wiata. Nawet do pierwszych drzew pozostao prawie p kilometra. Szarpnem si gwatownie i przypieszyem biegu starajc si nie chwyta powietrza ustami, eby oddycha rwno, a jednak chwytaem je czasami wcigajc przez silnie zacinite zby. Niemiecka tyraliera zauwaya nas. Czerwone smugi krzyujc si przeciy powietrze z przodu i z tyu, unosiy si nad gow lub z lekkim sykiem gasy u ng. Niemcy strzelali nie celujc, w marszu, ale nie aowali kul. Z tyu kto upad. Rozleg si szarpicy nerwy krzyk: - Towarzysze!... Obejrzaem si i krzyknem: - Za mn! Podnios go! Niemcw pcha instynkt pogoni - aha, Rus ucieka! - i take przypieszyli kroku. Ale i las by ju niedaleko - o sto krokw. I nagle z rozpacz poczuem, e opuszczaj mnie siy. Dao mi si we znaki gwatowne szarpnicie i przypieszenie biegu podczas drogi. Sapanie, tupot ng coraz blisze, moi onierze doganiaj mnie. By rozkaz: nie i gromad. A oni skupili si jednak. Tak, taki marsz w obliczu wroga, pod obstrzaem pistoletw maszynowych z brzmicym w uszach rozdzierajcym okrzykiem rannego - to nie zmiana szyku podczas wicze. - Druyna, stj! Czy rozumiecie? W tej chwili, w tym rozkazie, w jednym sowie stj skondensoway si nasze poprzednie dzieje, dzieje batalionu panfiowcw. Tu znalaza swj wyraz wiadomo obowizku wobec ojczyzny i stanie na baczno, i zwyke, bezlitosne: speni rozkaz!, ktre stao si nawykiem, to jest drug natur onierza; i rozstrzelanie tchrza przed frontem oddziau, i nocny atak na Sieried, gdzie ju raz zwyciylimy Niemca, zwyciylimy strach. A nuby onierze nie zatrzymali si i z rozbiegu rzucili si do lasu?... Wtedy - nie mgby y nadal dowdca batalionu Baurdan Momysz-Uy. Takie s prawa w naszej armii - za niesawn ucieczk onierzy ponosi odpowiedzialno zniesawiony dowdca. onierze stali, ciko dyszc - stali obok mnie. - Dowdca druyny! - Jestem! - Kad si tutaj! Strzelaj! Prawoskrzydowy!

- Ja! - Chod tutaj! Kad si! Strzelaj! Rozsypa si! Odlego pi metrw! Gdzie si kadziesz? Odbiegnij dalej! Tutaj! Strzelaj! 5 Popeniem bd. Trzeba byo pooy si, ale nie strzela, przygotowa si, wzi na cel, nieco uspokoi szalony omot krwi i dopiero wtedy na dany sygna chlusn salwami. onierze nie strzelali jednoczenie, strzelali w gorczkowym popiechu i jak w gorczce niedokadnie. Niemcy szli na nas acuchem, sypic potokiem wieccych kul i aden z nich nie pada. Soce, o wiele janiejsze ni dnia poprzedniego, rzucao promienie z boku i owietlao ich. Nie wydawali si ju czarn, niewyran mas. Soce znw zabarwio wszystkich. Pod zielonkawymi kaskami bielay twarze bez zarostu, na niektrych byszczay binokle. Ale dlaczego, dlaczego aden z nich nie pada? Dopiero w tym momencie zrozumiaem, e Niemcy w rzeczywistoci s jeszcze do daleko, w odlegoci trzystu do czterystu metrw. A mymy palili do nich pozostawiwszy w popiechu celownik na pierwszej podziace, na stumetrwce. - Celownik dwa i p - zawoaem, starajc si przekrzycze kanonad. Przez pola, w lad za nami, biega druyna Tostunowa. Spoza domw wsi Nowlanskoje wyonia si trzecia druyna. Ze wsi wyjeday galopem naadowane wzki. Wonice popdzali konie... Niemcy zbliali si. W ich szeregu pad jeden, drugi... Ale i u nas rozleg si czyj jk. Odlegy koniec acucha wroga skry si za domami. Przeciwnik ju w Nowlanskoje, zaj wie. A inni id, id naprzd. Zaraz rozlegnie si komenda: biegiem marsz! Zmierzyem okiem odlego. Zmiad nas! Ach, czycie doznawali kiedy podobnego uczucia, sscego a do torsji: zmiad nas! - Karabin maszynowy! - Gdzie jestecie, Bozanow, Murin, Bocha? Gdzie karabin maszynowy? Gdzie karabin? Tu obok kto krzykn zawodzc: - Ojej... umieram... ojej... Rozpaczliwy krzyk szarpa nerwy, paraliowa mstwo. Kadego przeladowao wraenie: zaraz to samo stanie si i ze mn, zaraz i we mnie ugodzi kula, z ciaa trynie krew, krzykn w miertelnej mce. Powiadam: kadego z nas... I mnie take... Tak, ja take dygotaem, suchajc tego straszliwego zawodzenia: od brzucha a do garda pez chd, pozbawia si, paraliowa wol. Spojrzaem w tym kierunku, skd sycha byo jki. Oto on - ranny - siedzi w niegu, bez czapki, twarz ma powalan wie krwi, ktra cieknie z podbrdka na paszcz. Jakie ma straszne, biae oczy: oczodoy si rozszerzyy, biaka powikszyy si niezwykle. A tu obok ley kto, twarz w niegu, cisnwszy gow rkami, jakby po to, aeby nic nie widzie, nie sysze. Co to? - Czy zabity? Nie, rce trzs mu si jak w febrze... Obok na niegu czerni si pistolet maszynowy. Kt to jest? To szeregowiec Dylbajew - Kazach. Nie jest ranny, stchrzy tylko,

nikczemnik! Przez ciebie jednego haba pokryje nasz nard; przez ciebie bd mwi o nas, Kazachach: To tchrze, ojczyzn maj tylko na jzyku, a nie w sercu. Rzuciem si ku niemu. - Dylbajew! Drgn, oderwa od niegu ziemisto blad twarz. - Kanalio! Strzelaj! Chwyci pistolet maszynowy, przycisn do ramienia, popiesznie wystrzeli. Powiedziaem: - Celuj spokojnie. Zabijaj. Spojrza na mnie. Oczy mia wci jeszcze przeraone, ale ju przytomne. Odpowiedzia cicho: - Bd strzela, aksaka. A Niemcy szli... Szli pewnie, szybko, wyprostowani, terkoczc w marszu pistoletami maszynowymi, ktre zdaway si wyposaone w dugie ogniste ostrza sigajce ku nam - tak wyglday pociski smugowe wylatujce bez przerwy z pistoletw maszynowych. Rozumiaem, e Niemcy zmierzali do tego, eby nas oguszy i olepi, eby nikt z nas nie by w stanie podnie gowy, eby nikt nie mg celowa z zimn krwi. Ech, nie wytrzymamy, nie wytrzymamy! Gdzie Bozanow? Gdzie karabin maszynowy? Dlaczego milczy karabin maszynowy? A ranny wci krzyczy. Podbiegem ku niemu. Ujrzaem z bliska twarz zalan krwi, czerwone, mokre rce. - Kad si! Milcz! - Oj!... - Milcz! Gry czapk, gry paszcz, jeli ci boli, ale milcz! I ten dobry, uczciwy onierz - zamilk. A oto nareszcie... Nareszcie - terkotanie karabinu maszynowego... Duga salwa: tak-tak-tak-tak... Oho, jak blisko dal im podej Bozanow. Panowa nad sob nie zdradzajc si niczym, do ostatniej chwili. Za to teraz karabin maszynowy uderza jak sztylet, niespodziewanie blisko, miertelnie. Pierwsze salwy skosiy rodek niemieckiego szeregu. O, jak tam zawrzao! Po raz pierwszy usyszaem, jak wrg krzyczy. Pniej mielimy nieraz okazj przekona si, e to jest jedna z osobliwoci niemieckiej armii: podczas walki, wobec oporu lub niepowodzenia, ranni Niemcy wrzeszcz na cay gos woajc o pomoc - tak prawie nigdy nie krzycz nasi onierze. Mielimy jednak przed sob zdyscyplinowan sil. Rozlega si cudzoziemska komenda i acuch Niemcw, z naszego koca nie tknity przez karabin maszynowy, od razu pad na ziemi. No, teraz mona bdzie odetchn. Po chwili przyczoga si do mnie Tostunow. - Jak mylisz, dowdco batalionu? Hura? Zrobiem przeczcy ruch gow. Przeciwnik zachowa rwnowag. A w takich wypadkach hura to sprawa niezbyt prosta.

Ale hura tego wieczoru jednak zabrzmiao. Nie tylko mj batalion istnia na wiecie i nie ja sam kierowaem walk. Hura zabrzmiao tam, gdzie ani my, ani Niemcy nie spodziewali si tego. 6 Z klinu lenego, nieco w tyle za lecymi Niemcami, ukaza si biegncy w rozsypce szereg. W promieniach dogasajcego soca ujrzelimy czerwonoarmistw: nasze czapki, nasze paszcze, nasze bagnety pochylone ku przodowi. Nie byo ich wielu - czterdziestu, pidziesiciu. Domyliem si: by to pluton lejtenanta Isamkuowa, wysany z innego miejsca na przerwan lini frontu. Teraz nie my, ale Niemcy mieli dowiadczy, czym jest uderzenie na skrzyda i na tyy, Ale i Niemcy, moecie by tego pewni, znali manewr polegajcy na zajciu obrony skrzydowej. Koniec acucha podnis si, Niemcy strzelajc zaczli si cofa tworzc uk. - Dowdco batalionu! - odezwa si rozgorczkowany Tostunow. Skinem w jego stron: tak... Nastpnie krzyknem: - Powtrzy w szeregu: przygotowa si do ataku! I nie poznaem wasnego gosu - by przyduszony, zachrypnity, Od onierza do onierza niosy si te sowa: przygotowa si do ataku. I kademu, rzecz jasna, zamaro i nierwno zabio serce. Od strony lasu biegi acuch onierzy, ktrzy przyszli nam na pomoc; stamtd dochodzio ciche: h-ua-a-a! Niemcy szybko przegrupowywali swe szeregi. Naprzeciw nas linia Niemcw zrzeda, ale podcignito tam ju dwa rczne karabiny maszynowe, ktre przedtem poday zapewne nieco w tyle za atakujcymi onierzami. Jeden z karabinw maszynowych, znajdujcy si bliej prawego koca acucha, tego, gdzie ja si znajdowaem, rozpocz ju strzelanin - spotgowa si nieprzyjemny wist nad gowami. A w naszym szeregu strzelanina przycicha; onierze leeli ciskajc karabiny, w oczekiwaniu momentu, o ktrym kady myla od chwili mobilizacji do wojska, ktry wydaje si kademu najstraszniejszy na wojnie - w oczekiwaniu komendy: do ataku. Byem zaskoczony t mimowoln przerw w strzelaniu: nie tak trzeba, nie tak! Nie byo ju jednak czasu, aby to zmieni. Trzeba dziaa jak najszybciej, dopki wrg jeszcze si nie opamita, pki nie zostay ustawione i wprowadzone w bj inne karabiny maszynowe. Krzyknem: - Burnaszow! Lejtenant Burnaszow - dowdca plutonu, ten sam, ktry niedawno zaczerwieni si tak silnie ze wstydu, e straci na chwil panowanie nad sob - lea z lewej strony acucha, o sto metrw ode mnie. Szybko unis si i opuci rk na znak, e syszy. - Burnaszow, prowad! Mina sekunda. Pewniecie nieraz czytali i syszeli o przejawach zbiorowego bohaterstwa w Armii Czerwonej. To prawda, to wite sowa. Wiedzcie jednak - zbiorowe bohaterstwo nie ujawnia si, jeli brak przywdcy, jeli nie ma tego, kto idzie pierwszy. Nie atwo ruszy do ataku. I nikt nie ruszy, jeli nie bdzie pierwszego, jeli nie podniesie si jeden i nie pjdzie naprzd pocigajc za sob pozostaych.

Burnaszew podnis si. Na tle zachodzcego soca zarysowaa si sylwetka jego pochylonej nieco naprzd postaci. Przed nim, na poziomie ramienia, ciemn zaostrzon smug widnia bagnet lejtenant wyrwa komu karabin. Porusza otwartymi ustami. Oderwawszy si od ziemi, speniajc rozkaz - nie tylko mj, lecz zarazem rozkaz, ktry ojczyzna dala swemu synowi - Burnaszow krzykn, a rozlego si w polu: - Za Ojczyzn! Za Stalina! Przedtem zdarzao mi si nieraz czyta w gazetach opisy atakw. Prawie zawsze ludzie szli do ataku z tym okrzykiem. Na papierze wygldao to czasem jako ju zbyt atwo i mylaem: kiedy nastpi nasza kolej, kiedy trzeba bdzie i na bagnety, zapewne wszystko bdzie wygldao zupenie inaczej. Ale oto w tej podniosej i strasznej chwili Burnaszow, rwc tysice wizw, ktre pod obstrzaem przykuwaj czowieka do ziemi, ruszy naprzd krzyczc wanie tak: - Za Ojczyzn! Za Stalina! Hura-a-a! Kilka krokw Burnaszow przebieg sam, lecz oto zerwa si drugi, trzeci onierz... I w rnych punktach naszego szeregu podniosy si i ruszyy przed siebie postacie onierzy - wstali, rzecz jasna, nie wszyscy od razu, wielu dopiero co sprzgao siy, eby si oderwa od ziemi, lecz ju za lejtenantem biegli ci, ktrzy wyprzedzajc innych pierwsi d za przewodnikiem. W tej chwili rozlego si terkotanie drugiego karabinu maszynowego. Teraz zaterkota niemiecki karabin maszynowy z lewej strony i zasypa ogniem biegncych do ataku. Gos Burnaszowa oberwa si, Burnaszow upad, jakby potkn si o drut przecignity pod nogami. Zdawao si, e zaraz wstanie, e znw krzyknie, pobiegnie dalej, i ci, ktrzy jeszcze nie wstali, wszyscy pobiegn na wroga z nim razem, z wycignitymi przed sob bagnetami. Lecz Burnaszow lea nieruchomo, z twarz w niegu, a obok niego padli i inni, tak samo jak i on, rozpostarszy rce. Niemieckie karabiny maszynowe nie przestaway bi. Znw kto upad, kto inny obejrza si... Jeszcze chwila i wszyscy, ywi i martwi - wszyscy padli na nieg, przywarli do ziemi, onierze kompanii patrzyli na tych, ktrzy padli, na rozcignitego na niegu lejtenanta, podcitego kul po pierwszych krokach; onierze na co czekali. I znowu kto podnis si, i znw wrd terkotu karabinw maszynowych zabrzmia ponad polem apel: - Za Ojczyzn! Za Stalina! Gos by nienaturalnie wysoki, lecz po akcencie, ktry nie brzmia po rosyjsku, po chudej, niskiej figurce wszyscy poznali czerwonoarmist Bukajewa. Ale i ten pad, zaledwie ruszy naprzd. Czuem, jak spra si moje ciao, palce zagarny i zacisny nieg. Przeciw nam dziaay dwa karabiny maszynowe; w zmroku wyranie wida byo dugi drgajcy pomie, ktry wylatywa z luf; pomie ten niejasno owietla obsug cekaemw, ktra klczaa, zasonita do poowy tarczami, i osaniaa przegrupowanie si Niemcw, nie dajc nam i na bagnety, wstrzymujc nas huraganowym ogniem. Nasi towarzysze - czterdziestu, pidziesiciu czerwonoarmistw, ktrzy potrafili znale odpowiedni moment, aby uderzy w plecy wroga - zbliali si do Niemcw; ci stworzyli rwnie z tamtej strony

lini frontu i rozpoczli ju tam ogie - a mymy leeli przycinici do ziemi, leeli skazujc na zagad gar naszych odwanych braci. C to? Czy mamy tak lee i okaza si tchrzami, zdrajcami naszych braci? I nagle poczuem, e wszystkie spojrzenia utkwione s we mnie; poczuem, e ja, starszy oficer, dowdca batalionu, niczym centralny punkt walki skupiam na sobie ca uwag. Zdawao mi si, e wszyscy czekaj, co powie, jak postpi dowdca batalionu. I zdajc sobie dokadnie spraw, e popeniam szalestwo, rzuciem si naprzd, eby pocign innych wasnym przykadem. Ale w tej samej chwili Tostunow chwyci mnie mocno za ramiona i przycisn do niegu. Zakl siarczycie po rosyjsku. - Nie rb gupstw, nie wa si, dowdco batalionu! Ja... Jego przyjemna, z gruba ciosana twarz w jednej chwili zmienia si; minie twarzy stay, skamieniay. Uczyni gwatowny ruch, eby wsta, ale teraz ja chwyciem go za rk. Nie, nie chc straci take Tostunowa. Opanowaem si ju, znowu byem dowdc batalionu. Poprzednie uczucie stao si jeszcze wyraniejsze: zdawao mi si, e wszyscy, co do jednego, ktem oka patrz na mnie. onierze oczywicie zauwayli: dowdca batalionu chcia wsta i nie wsta; oficer polityczny chcia wsta i nie wsta. Instynkt, nigdy nie porzucajcy dowdcy podczas walki, powiedzia mi: mj daremny wysiek, eby si podnie, zamci wiadomo onierzy. Jeli dowdca chcia wsta, ale si nie podnis, to znaczy, e wsta nie mona. Dowdca powinien wiedzie, e podczas walki kade jego sowo, ruch, wyraz twarzy dziaaj na wszystkich, wszyscy je podchwytuj; powinien wiedzie, e kierowa walk to znaczy nie tylko kierowa ogniem lub przesuniciem wojsk, ale i kierowa psychik onierzy, ich duchem. Opamitaem si ju. Susznie, to nie jest zadaniem dowdcy batalionu - prowadzenie kompanii do walki na bagnety. Przypomniaem sobie, czego nas uczono, przypomniaem sobie sowa Panfiowa: Nie wolno walczy yw sil piechoty. Oszczdzaj onierzy. Oszczdzaj za pomoc manewrowania i ognia... Opowiadam wam o tym rozwlekle i szczegowo, lecz tam, w polu, trwao to tylko sekundy. W cigu tych sekund uczyem si, jak i my wszyscy, uczyem si walczy. Krzyknem: - Gsty ogie do obsugi karabinw maszynowych. Z erkaemw - dugimi salwami do obsugi karabinw! eby nie mogli podnie si z ziemi! onierze zrozumieli. Teraz nasze kule zawistay nad gowami strzelajcych Niemcw. Jeden nasz karabin maszynowy sta nie opodal. On take przycich po tym, jak rozkazaem Burnaszowowi: Prowad! Teraz onierze obsugujcy karabin popiesznie wstawiali nowy magazyn. Tostunow szybko czoga si w jego stron. onierze strzelali gorczkowo. Oto odezwa si i ten karabin maszynowy. Aha - Niemcy pooyli si przy karabinach maszynowych, ukryli za tarczami. Aha - ktry z nich zosta postrzelony. Jeden z karabinw maszynowych zaci si, dugi ostry pomie przesta si ukazywa. By moe, e tam zmieniaj magazyn. Nie, pod gradem kul to nie jest rzecz atw... Wic... Czekaem na odpowiedni chwil, eby da komend. Ale nie zdyem da komendy. Nad szeregiem rozleg si pomienny krzyk Tostunowa.

- Komunici! Ten okrzyk by zwrcony do wszystkich, nie tylko do komunistw. Ujrzelimy, jak Tostunow podnis si z erkaemem w rkach i pobieg przyciskajc do siebie kolb, krzyczc i strzelajc w biegu. I znw nad polem zabrzmiay te same sowa. Po raz trzeci zabrzmia gorcy zew peen uczucia: - Za Ojczyzn! Za Stalina! Hura! Glos Tostunowa rozpyn si w chrze innych gosw. onierze zerwali si. Z wciekym krzykiem, z twarzami wykrzywionymi nienawici, wyprzedzajc Tostunowa, szli na wroga, aby si z nim zetkn twarz w twarz. W tym momencie waki zdyem zauway wzniesion ku grze ogromn, o charakterystycznym ksztacie kolb erkaemu - Tostunow wystrzeliwszy wszystkie naboje chwyci za luf i niczym pak unis nad gow cika kolb karabinu maszynowego. Niemcy nie odpowiedzieli na atak, nie przyjli wyzwania do walki na bagnety. Ugrupowanie ich zostao zmite. Uciekali przed nami. cigajc wroga, zabijajc tych, ktrych mona byo dosign, nasza druga kompania oraz pluton lejtenanta Isamkuowra (ten sam, ktry uderzeniem w ty wroga rozpocz wietny kontratak) z rnych stron wdary si do wsi Nowlanskoje.

Jestemy tutaj!
1 W lad za onierzami poszedem do wsi. Trwaa tu strzelanina, ruch. Czerwonoarmici oczyszczali wie z tych Niemcw, ktrzy nie zdyli si wycofa. Obok, nie widzc mnie, z pistoletem maszynowym w rku, przebiegi chudziutki Kazach Abil Dylbajew. Poy paszcza mia zatknite za pas, czapk rozwizan, nauszniki jej chwiay si jak uszy cielaka, kiedy przestraszony skacze na ce. Dylbajew, zdyszany, podbieg do towarzysza, take Kazacha, i wskaza palcem w nieokrelonym kierunku. - Tam faszysta... strzela, diabe... Chodmy... Porozumieli si i razem pobiegli z powrotem. Abil bieg przed siebie, rozgorczkowany, trzymajc pistolet maszynowy w pogotowiu. A jego towarzysz zacz si oddala - jak wida, chcia wroga podej z boku. I nagle w najwikszym pdzie - stop! - Abil odwrci si w stron towarzysza i krzykn: - Ej, Monarbek, jak to bdzie po niemiecku? Zdaje si, hult? Wybuchnem miechem. Kilka dni temu batalion otrzyma rozkaz: kady onierz musi zna dziesi sw po niemiecku: stj, poddaj si, marsz za mn i tak dalej. Ale nie byo czasu sprawdzi. Towarzysz zatrzyma si take. Woali do siebie po kazachsku: - Jake powiedzia?

- Zdaje si, hult? - Dobrze. I przyjaciele pobiegli znowu. Krzyknem za nimi: - Nie tak, Dylbajew! Halt! Abil obejrza si, ujrza dowdc batalionu i pomkn jeszcze szybciej, a nauszniki chwiay mu si w biegu. Rozemiaem si znowu. Szedem, miaem si i dziwiem si temu nieopanowanemu wybuchowi miechu. Tak wyadowywao si nerwowe napicie bojowe. - Baurdan! Czego si miejesz! Kto to? Ju dawno nikt nie zwraca si do mnie po imieniu. Z umiechem zbliy si lejtenant Muhametku Isamkuow. Pobiegem w jego stron. Mahametku stan na baczno i zasalutowa. - Towarzyszu starszy lejtenancie! Zgodnie z rozkazem przybyem wraz z plutonem do waszej dyspozycji. Dowdca plutonu lejtenant Islamkuow. Obydwiema rkami, bez sowa, ucisnem jego do. Znalimy si ju dawno, jeszcze z Ama-Aty. Tam Muhametku Isamkuow by dziennikarzem, wsppracownikiem gazety Socjalistyczny Kazachstan. Teraz z czul mioci, jakiej nie znalem w czasach przedwojennych, patrzyem na jego pikn twarz, koloru jasnego brzu; zachwycaem si nim - wysokim, zgrabnym, umiechnitym. Tutaj, w decydujcej chwili, Isamkuow okaza si prawdziwym onierzem: odwanym i zrcznym. To nie jest rzecz atwa - skrada si za przeciwnikiem w oczekiwaniu odpowiedniego momentu i gdy taki moment nastpi, znienacka uderzy na wroga z tyu. Powiedziaem mu: - Doprowad do porzdku swj pluton. Potem przyjd do mnie do sztabu. Pogadamy. Bj przycich. Niemcy, ktrzy ocaleli, uchodzili za rzek, szli w brd po pas, po pier w lodowatej wodzie. Inni, dalej od rzeki, rzucili si ku Krasnej Grze. Tam te onierze doganiali uciekajcych. O zmroku wida byo byski wystrzaw - to bronili si jeszcze cigani poszczeglni onierze wroga. 2 Nagle zza rzeki, z miejsca, gdzie ukrya si dosy zwarta grupa Niemcw, uniosy si ku grze sygnay wietlne. Nie owietliy wybrzey, tylko w ciemnej toni odbiy si mtne kolorowe wiata rakiet. Dwie zielone, pomaraczowa, biaa, potem znw dwie zielone. Mrok, przerwa i znw sze rakiet w tej samej kolejnoci. - Rzecz jasna - Niemcy przesyali wiadomoci. Ale jakie? Czy informowali o tym, co si stao? A moe prosili o pomoc, dawali zna o przygotowujcym si ataku? W odpowiedzi w rozmaitych punktach ukazay si sygnay wietlne. Spojrzaem na horyzont, cay w ognistych zygzakach. Oho! Do diaska, dokd zalaz przeciwnik! Bylimy w paszczy zwierza.

Zamajaczyy Cwietki, ytacha i inne wsie za rzek naprzeciw naszych okopw, wsie, ktre podczas przegrupowania na przestrzeni dwch kilometrw byy czciowo porzucone przez naszych onierzy. To otwarty odcinek frontu. A na tym brzegu, w gr rzeki Ruzy, posyaa rakiety Krasnaja Gora. Nieco z boku, w gbi, wida byo fajerwerki nad Nowoszczurinem, gdzie we dnie znajdowa si sztab puku; potem, zataczajc coraz cianiejsze krgi wok nas, ukazyway si nad Jemielianowem, nad azariewem... Dalej ciemna przestrze, spokojne, wieczorne niebo, nie poprzerzynane ogniami... Lecz przestrze ta bya dziwnie wska. Obrciwszy si plecami w stron Krasnej Gory patrzyem zdumiony. Zdawao si, e rakiety wybuchaj i nad wsi Sipunowo. Co to jest? Przecie tam znajduje si batalion kapitana Szyowa, to jego tyy. Ognie powoli blady i zniky rozsypujc si na drobne iskierki... Zrobio si ciemno. Nie, to nie Sipunowo. Sdzc z czasu, ktry upyn, z charakteru uderzenia, zmierzajcego po przerwaniu frontu do przedarcia si w gb, przeciwnik nie mg tam przenikn. Niemcy zapewne i tu urzdzaj jakie surowe kaway. Przerazilimy si jakiego sygnalisty, ktrego Niemcy zawczasu przerzucili na nasze tyy. Powinienem teraz, powinienem koniecznie by w sztabie, porozumie si stamtd z kapitanem Szyowem, wyjani, skd te dziwne rakiety na jego tyach, zorganizowa poszukiwanie. Dziaaj, dziaaj sam, wydawaj rozkazy beze mnie, Rachimow! Naley wyjani, wyjani jak najprdzej, co to za sztuczki tam, koo Sipunowa. I tak jest nam ciko... Prawie wszystkie drogi krzyujce si we wsi Nowlanskoje s w rkach przeciwnika. Jeli wrg przerzuci tu na ciarwkach albo biegiem sw piechot z rnych stron, wszystko si zawali. Uderz nas w plecy i nic nie uratuje moich onierzy, ktrzy si rozbiegli po polu roznamitnieni walk. Odszukawszy Krajewa kazaem mu wyprowadzi kompani ze wsi i okopa si w poprzek pola na tej linii, z ktrej ruszylimy do ataku. Nastpnie poszedem do sztabu. Na skraju lasu, nieco w gbi, obok miejsca, gdzie znajdowa si sztab batalionu, stay ukryte wrd drzew moje armaty. Byo ich osiem. Zgodnie z rozkazem przesunito je tutaj. Ciemne lufy patrzyy na drog, ktra sza z Nowoszczurina. Wezwaem dowdc. - Czy trzymasz drog na muszce? - Tak, towarzyszu dowdco batalionu. - Przepuci Niemcw do wsi Nowlanskoje, jeli si uka. - Przepuci? - Tak. Widzisz wie? Przed nami, w odlegoci siedmiuset metrw, cigna si szeroka ulica, oznaczona czarnymi sylwetkami domw. Std nawoujc si wzajemnie, szukajc w marszu swych druyn i plutonw, cofali si nasi onierze. - Widz. - Skieruj lufy w stron ulicy. Niech przeciwnik zajmie wie. Wtedy go stukniemy mierzc wprost. - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu.

Na horyzoncie znw zajaniay rakiety. Pierwsze nad Nowoszczurinem, nastpnie dokoa. I znw kolorowe smugi przeciy niebo daleko za lasem, z tej strony, gdzie leao Sipunowo. Co za licho? Trzeba biec do sztabu. 3 Wszedem do schronu, w ktrym mieci si sztab. Wszyscy wstali. Wrd zebranych zauwayem Isamkuowa. Lecz z dala od lampy, w kcie, kto siedzia nadal, utkwiwszy oczy w pododze, jakby nie widzc nic wok. Na gowie mia nie czapk z nausznikami, jak my wszyscy, lecz czapk koloru ochronnego z malinowym otokiem, jaki nosi piechota. - Kapitanie Szyow! To wy? Kapitan wsta opierajc si o brzeg stou. Powoli podnis rk do czapki. Pamitam pierwsze wraenie: jak ten czowiek cierpi, jak panuje nad cierpieniem. Co si z nim dzieje? Czy jest ranny? Dlaczego jest tutaj? - Co z wami, kapitanie? - Nie odpowiedzia. Powtrzyem pytanie. - Co z wami? Co z batalionem? - Batalion... - kcik jego ust zadrga kilkakrotnie. Szybko, jakby co przekn. Potem wyrzek: Batalion zosta rozbity. Spojrza na mnie oczekujc pyta. Ujrzaem jego oczy. Ciko oparty o st nie odwrci spojrzenia. O co pyta? Batalion zosta rozbity... A ty? A ty, dowdco batalionu? Nie, teraz nie czas na to, nie czas na te pytania. Batalion zosta rozbity! Szyow u mnie w schronie, w moim sztabie... A wic? Wic front zosta przerwany i z lewej strony. Nie mogem zapa oddechu. Klatk piersiow dawi ciar, jakbym lea pod osypiskiem, przyduszony zwalon ziemi. Szyow usiad utkwiwszy oczy w pododze. - Czy mog zameldowa? - spyta Rachimow. Odpowiedziaem: - Mwcie. 4 Rachimow rozoy map. Meldujc spoglda na znaki topograficzne. Machinalnie ledziem ruchy jego owka, zatemperowanego starannie jak zwykle. Rwnym, opanowanym gosem Rachimow wymieni godzin i minut, kiedy stao si nieszczcie. Ale le go syszaem i nie rozumiaem dobrze. Jakby skd z daleka dochodzi mnie gos: Bez artyleryjskiego przygotowania, nagle, nieprzyjaciel zaatakowa batalion kapitana Szyowa. Nastpnie przerwawszy lini obronn pod wsi Sipunowo... Mimo woli wyobraziem sobie, co nastpio potem. Odyy w pamici niedawne chwile. onierze wyszli z roww strzeleckich... Niektrzy stali w przejciach, inni zgrupowani po dwch, po trzech...

Wszyscy patrzyli poza siebie, tam gdzie trzaskay pistolety maszynowe, skd wylatyway w gr czerwone rakiety. W sercach popoch. Gdzie si schroni? Niemcy s z przodu i z tyu... Jeszcze chwila i... batalion nie istnieje... Rachimow mwi dalej. Jak wida, oddziay niemieckie, ktre przed wieczorem przerway lini obrony z obu stron naszego odcinka, zajmowanego przez batalion, nie spotkay si jeszcze na naszych tyach. Nasz konny oddzia rozpoznawczy, wysany na tyy, by kilkakrotnie ostrzelany. Lecz w niektrych wsiach nikt nie zatrzymywa naszych jedcw. Niemcy przeszli bokiem. Przez te punkty, polnymi drogami, mona byo si przemkn. Rachimow wskaza na mapie te drogi. Poprzednia linia obrony, linia zwartych ogniw przegradzajcych drog do Moskwy, zostaa starta gumk. Gumka stara owek, stara poysk papieru, na mapie zostay ledwie dostrzegalne lady. Poprzedni skraj batalionu, na nowo oznaczony na mapie, cign si lini krzyw w ksztacie podkowy. Obydwa jej koce byy odrbane, obydwa opieray si o prni. Nie, nie o prni. Mielimy ssiadw, ssiadem z prawej strony byli Niemcy, ssiadem z lewej strony byli Niemcy; za nami, na nie osonitych tyach, dokd Rachimow przerzuci dwa karabiny maszynowe i wysa warty, za nami take byli Niemcy. Rachimow przypuszcza, e o zmroku Niemcy zakoczyli swj dzie bojowy. Znalimy ich obyczaje: w nocy spa, wojowa we dnie. Przed witem zapewne nie przedsiwezm nowych posuni. Wski przesmyk, ktry mg nas wyprowadzi do swoich, prawdopodobnie nie zostanie zajty a do witu. Rachimow meldowa spokojnie, rzeczowo, zwile. Bardzo ceniem jego ciso w mwieniu. By dokadny nawet w tych sprawach, o ktrych nic nie wiedzia - wtedy tak si wanie wyraa: nie wiem. Nie wiedzia, jakie s siy przeciwnika, ktry przerwa nasz obron w dwch miejscach; nie wiedzia, gdzie si znajduje sztab puku, czy dosta si do niewoli, czy te zgin, nie wiedzia, dokd cofaj si nasze oddziay, ale ustali, e tam, do swoich, mona si przemkn. Przedwstpne rozkazy Rachimow wyda beze mnie. Amunicja, prowiant, sprzt techniczny, punkt sanitarny - to wszystko byo ju na wozach, konie stay w zaprzgu. W chwili krytycznej Rachimow dziaa szybko i mdrze; meldowa bez zbdnego gestu niepokoju, bez nerwowej nutki w gosie. A ja milczaem. 5 Naleao powiedzie tak i batalion, przygotowany do wymarszu, ruszyby w drog, aby wylizn si z paszczy wroga. Lecz ja milczaem. Zrozumcie mnie. Przed czterema godzinami mwi ze mn przez telefon dowdca puku, major Jelin. Pamitam t rozmow dosownie, pamitam kade sowo z szybkich oderwanych zda: MomyszUy, to ty? Za pno. Odwoaj. Przeciwnik przerwa lini. Jedna kolumna posuwa si w kierunku sztabu puku. Ja si cofam. Druga, ktrej liczebnoci nie mog okreli, posuwa si w twoim kierunku, chce ci zaj na skrzydo. Przygotuj si do obrony! Trzymaj si! Potem... I nagle, jak gdyby obckami obcito glos, czno si urwaa. Potem... - Co potem? Cofaj si? Wstyd wyzna, lecz bya chwila, w ktrej gotw byem oszuka sam siebie. Gotw byem przekonywa i namawia samego siebie: Przecie syszae, syszae take ostatnie sowo, nie cae, ale pierwsz sylab, pierwsze litery - potem cof...

Kamstwo. Nie kam, nie lawiruj przed wasnym sumieniem. Syszae, nie? Czy dowdca kaza ci si cofa, czy te nie masz takiego rozkazu? Rachimow czeka. Naleao powiedzie tak i batalion, przygotowany do wymarszu, ruszyby w drog, aby wylizn si z paszczy wroga. Lecz ja milczaem. Nie miaem takiego rozkazu. Czy mg major Jelin powiedzie: Cofaj si? Tak przecie sam owiadczy: Ja si cofam... Ale mg i nie powiedzie. Przed dwiema godzinami sytuacja bya inna. Na lewo od nas front nie by przerwany, nie byo wyomu. A teraz? Gdzie jest teraz dowdca puku? Ja si cofam. Dokd? czno zostaa przerwana wczeniej, anieli zdy powiedzie, dokd, w ktr stron, jak drog albo i cakiem bez drogi cofa si jego sztab, prawie zupenie bezbronny. Dowdca puku nie mia odwodw, tam, w sztabie, posiadano jeden karabin maszynowy; tam wraz z oficerami byo co najwyej trzydziestu, czterdziestu ludzi. Gdzie s? Czy jeszcze yj? Czy dowdca puku wie, e nasz batalion wpad w puapk? Zapewne wydaby taki rozkaz: Korzystajc z ciemnoci cofnijcie si i rankiem, jak spod ziemi, stacie znw przed wrogiem na nowej linii obrony. Ale czno zostaa przerwana, jestemy odcici. Rachimow czeka. Za cianami schronu ugrupowany w ksztacie podkowy czeka batalion. A ja milcz. Nie mam rozkazu. Telefonista powiedzia: - Towarzyszu dowdco batalionu, do was. - Kto? - Lejtenant Krajew. Wziem suchawk. Z nikim nie chciao mi si mwi, opanowaa mnie dziwna apatia. Krajew zakomunikowa, e nieprzyjaciel znowu zaj Nowlanskoje, opuszczone przez nas. Zgodnie z doniesieniem obserwatorw weszo tam czternacie ciarwek z piechot. - Skd? Jak drog? - Z Nowoszczurina. Jak wida, w Nowoszczurinie wrg urzdzi punkt zborny i stamtd kierowa na nas zmotoryzowan piechot. Kto wszed. Innym razem obejrzabym si natychmiast... Teraz nie miaem ochoty odwrci gowy, by ujrze kogokolwiek, wysucha czegokolwiek i cokolwiek odpowiedzie... Trzymajc suchawk mruknem przez rami: - Do Rachimowa... Krajew komunikowa szczegy.

- Rozeszli si po wsi, towarzyszu dowdco batalionu. Zapalili wiato w domach. Okien nie zaciemniaj Kilka ciarwek pomkno ku rzece. Zdaje si, e z pontonami. Ha, czyby ju dzisiaj Niemcy zbudowali nowy most na miejsce tego, ktrymy wysadzili w powietrze? Jak wida, niemiecka maszyna wojenna nie zatrzymaa swych dziaa na przecig nocy i funkcjonuje nadal. - Czy nas widz? - spytaem. - Nie... Ale od naszej strony postawili posterunki. Zapewne i karabiny maszynowe gdzie tam stoj. Myl jednak, towarzyszu dowdco batalionu, e do rana si nie rusz. Jak zwykle, Krajew mwi tak, jakby si zziaja. Zamilk, ale w suchawce telefonu sycha byo jego oddech. Krajew take czego ode mnie oczekiwa, chcia usysze moje sowo. Ale c ja mogem, c powinienem by mu powiedzie? 7 Powiedziaem: - Dobrze. I odoyem suchawk. W kcie siedzia Szyow nie ruszajc si, nie zmieniajc pozycji. Koo lampy stal powany i skupiony Isamkuow. - Gdzie Rachimow? - spytaem. - Wyszed do zwiadowcw. Przywieli wiadomoci. - Co tam nowego? - Nie wiem... Zdaje si, e nic szczeglnego. Popatrzyem na Islamkuowa dugim, niewesoym spojrzeniem. Miaem ochot zapyta: Czy ty mnie rozumiesz, przyjacielu? Czarne oczy, czujne, mdre, odpowiedziay: Rozumiem. 8 Istnieje stare kazachskie przysowie: honor jest silniejszy od mierci. Trzy miesice temu we wsi Tagar, niedaleko Ama-Aty, w gorcy lipcowy dzie, przemawiaem po raz pierwszy do batalionu, do kilkuset ludzi, jeszcze ubranych po cywilnemu, do tych, co z karabinami w rku le teraz na niegu, na zamarzej ziemi w okolicach Moskwy. Przytoczyem wtedy to przysowie, to przykazanie rycerza. Tam wanie, w Ama-Acie, pewnej nocy mwi ze mn Panfiow. W duym murowanym gmachu, w sztabie dywizji, spali wszyscy, oprcz dyurnych. Nie spa take Panfiow. O tej pnej godzinie, zmczony, bez munduru generalskiego, w biaej nocnej koszuli, z rcznikiem w rce, zajrza do dyurki. Miaem wanie sub. - Siadajcie, towarzyszu Momysz-Uy, siadajcie! Usiad i on. Rozpoczlimy niezapomnian dla mnie rozmow. Po kilku pytaniach Panfiow powiedzia w zamyleniu: - Tak, nieatwo wam bdzie dowodzi batalionem, towarzyszu Momysz-Uy! To mnie ubodo. Powiedziaem: - Ale umrze potrafi z honorem, towarzyszu generale. Wraz z batalionem Panfiow rozemia si. - Dzikuj za takiego dowdc. Jak to si atwo mwi: umr z batalionem! Batalion, towarzyszu Momysz-Uy, liczy siedmiuset ludzi. Jeli potraficie przeprowadzi dziesi bitew, dwadziecia bitew, trzydzieci bitew i zachowa swj batalion, wtedy onierz wam za to podzikuje!

I ostatnie sowa, ktre usyszaem ode kilka dni temu i ktre, brzmiay jak testament, sowa powiedziane w chwali rozstania, gosiy to samo. Dbajcie o kadego onierza. Innego wojska, innych onierzy tu, pod Moskw, nie mamy. Jeli ich stracicie, kt zatrzyma Niemcw? Po co wic ta udrka? Rachimow przygotowa wszystko; baga zaadowany, trzeba tylko wyrzec: Niech tak bdzie i batalion ruszy naprzd, batalion bdzie uratowany. Ale ja nie mam rozkazu; jestem pozbawiony cznoci radiowej. W takiej chwili, kiedy front zosta przerwany, kiedy Niemcy dwiema kolumnami, coraz szersze zataczajc krgi, sun w stron Wookoamska, zajmujc drogi, przecinajc druty, dezorganizujc nasze rodki dowodzenia i cznoci, czy ja mog w takiej chwili, czy mam prawo czeka, a wejdzie oficer cznikowy i wrczy mi rozkaz? A jeli oficer nie trafi do nas, jeli wszdzie napotyka Niemcw? Jeli zosta zabity? Jeli zabdzi omijajc bite drogi? Majaczyo mi natrtnie: wrd nocy rozbrzmiewa i wzywa glos Panfiowa. Nie mogem pozby si wraenia, e sysz albo raczej chwytam, odczuwam, jak z daleka wola do mnie, jak powtarza: Wychod! Wyprowad batalion! Jestecie potrzebni, eby osoni Moskw? Widziaem w wyobrani, jak radonie nas wita, jak ciska mi rk i pyta: - Batalion cay? - Tak, towarzyszu generale! - Armaty, karabiny maszynowe? - Mamy ze sob, towarzyszu generale... Nie, do diabla, zjawy! To mistyka, autosugestia. Dowdca nie ma prawa ulega tajemniczym podszeptom. Ma przecie rozum. Na wojnie trzeba kierowa si rozumem - mwi Panfiow. 9 Przypomniao mi si kade sowo powiedziane przez Panfiowa podczas naszego ostatniego spotkania. ...Wroga nitk nie zatrzymamy! ...Bdcie zawsze gotowi do wymarszu, abycie mogli szybka przerzuca si z miejsca na miejsce. ..Postpujcie tak, eby wszdzie, gdzie tylko przedar si wrg spotyka na drogach nasze oddziay. Przypomniaa mi si panfiowska spryna-spirala. Przecie, gdymy si spotkali u kapitana Szyowa, Panfiow wtajemniczy mnie w swoje myli, chcia, ebym ja, dowdca batalionu, skoncentrowa operacyjny plan dowdcy dywizji, chcia, aebym w zmiennej sytuacji bojowej, wrd wstrzsw i skokw bitwy, dziaa rozumiejc i domylajc si tutaj to sowo jest uyte waciwie - czego ode mnie chce ten, ktry kieruje walk. To nie mistyczne nawoywania, nie czary, nie autosugestia. Wic czemu zwlekam? Dosy przeywania., Trzeba otrzsn si z przekltej saboci. Na moje sowo czekaj. Trzeba wyda rozkazy. 10 Wrci Rachimow. - Co tam? - Niedua przykro. Wrg zaj Dogorukowk. - Dogorukowk?

- Tak... Na tej drodze, ktra bya wolna. Wesza tam, jak donosz, niewielka grupa - okoo czterdziestu ludzi, jeden pluton. Rachimow wskaza na mapie Dogorukowk w wskim zygzakowatym zauku, sabo zaznaczonym przerywan lini, jedno wygicie otoczy granatowym owkiem. Przejcie zostao zamknite. Tak... Wrg nie traci czasu. Ruch trwa. Chocia jest ju noc, niemiecka maszyna wojenna jeszcze nie ucicha, jeszcze si obraca. - Rozmawiaem ze zwiadowcami - cign dalej Rachimow. - Czy mog zameldowa, jakie s moje spostrzeenia? - Prosz. Rachimow owiadczy, e wedug niego, uwzgldniajc waciwoci terenowe, mona postpi dwojako. Na ptora kilometra przed Dogorukowk, nie dochodzc do niej, skrci w pole i polan, wrd lasu, gdzie nie ma ani jarw, ani citych pni, gdzie wraz z piechot atwo przejd armaty i obozy, obej wie. Potem, zrobiwszy takie koo, mona znw wyj na drog. Mona take, rzecz jasna, zgnie Niemcw w Dogorukowce, ale to si zapewne nie uda bez haasu... A to zaalarmuje wroga... - Kto by zwiadowc w tej okolicy? - spytaem. - Niech tu przyjdzie, biegiem. Rachimow otworzy drzwi i zawoa kogo. Do schronu wszed popiesznie lejtenant Brudny. 11 Lejtenant Brudny! Ten sam, ktremu przed kilkoma dniami powiedziaem: Tchrzu! Ty odda Moskw! Ten, ktry wygnany z batalionu poszed z powrotem w kierunku nieprzyjaciela, a rankiem przynis bro i dokumenty dwch hitlerowcw, ktrych w nocy zaku; przynis i pooy przede mn jako swj utracony i znw odzyskany honor. Mianowaem go, jak zapewne pamitacie, zastpc dowdcy plutonu zwiadowcw. - Towarzyszu dowdco batalionu, melduj swoje przybycie. Stal przede mn - bystry, dziarski, rozpromieniony. Ja za patrzyem na niego wstrznity. To jemu, jemu krzyknem niedawno: Tchrzu, ty odda Moskw! A wic tak, wic to tak bywa, e si wycofuje bez rozkazu. Tu i wizje, i hipnotyczne nawoywania, i rozmylania o onierzach, i logiczne wywody - wszystko prowadzi do jednego: cofnij si! Wic to tak! - Wic i rozwaania pchaj mnie do tego samego, wic i one s na usugach strachu. Nie otrzymaem rozkazu o odwrocie, niech wic diabli wezm rozwaania. Nie, nie mam racji! Czy nie powtarza nam Panfiow, e dowdca zawsze, w kadej okolicznoci, winien dziaa z zastanowieniem, z rozmysem? Znw staraem si przedstawi sobie sytuacj, w jakiej znalaza si dywizja po przerwaniu frontu przez Niemcw, staraem si przedstawi sobie, jakby dziaa Panfiow, jaki byby jego plan obrony. Nie linia jest wana - wana jest droga - przekonywa mnie niedawno. Droga idca przez Nowlanskoje zostaa powierzona nam, mojemu batalionowi. Panfiow zna nas, zna mnie. By moe, e wanie w tej chwili Panfiow rozwaa - batalion Momysz-Uy nie odda drogi, nie cofnie si bez rozkazu. By moe wanie na to liczy, kiedy manewrujc niewielkimi silami rozmieszcza oddziay ubezpieczajce, przesuwa formacje, aeby w gbi zamkn lini frontu.

A jeli to nie jest tak? Jeli Panfiowowi brak onierzy, eby zlikwidowa wyrw frontu? Jeli mu natychmiast potrzebny jest nasz batalion? Jeli rozkaz o cofniciu si zosta wysany, a oficer cznikowy nie zdoa ju dotrze do nas? Nie wiem! Nie mam rozkazu - i to wystarcza. Nie zdradziem niczym waha, ktre szarpay mn przed chwil. O walkach wewntrznych dowdcy batalionu wie tylko on sam. W batalionie jest jedynym rozkazodawc. Sam decyduje i dyktuje rozkazy. Zdecydowaem wic. 12 - C, Brudny - odezwaem si - czy gotw do drogi? Znasz przejcia? Brudny odpowiedzia czupurnie: - To dla mnie, towarzyszu dowdco batalionu, jakby szczeniaka podku. Przeprowadz i wyprowadz... Obok Dogorukowki przejdziemy spokojnie. Kapitan Szyow podnis si gwatownie. Ju od duszego czasu siedzia z podniesion gow i przysuchiwa si. - Towarzyszu starszy lejtenancie... Tutaj ze mn jest kilku moich onierzy. Oni prosz, aby ich wykorzystano w tej grupie, ktra pjdzie przodem, gdy batalion bdzie si przedziera... Szyow znw mwi skpo i skoczywszy zacisn wargi, jakby powstrzymujc cisnce si na usta sowa. Ale ani jednym sowem Szyow nie stara si wybieli samego siebie, nie stara si opowiedzie, jak si to stao, e straci swj batalion i znajduje si tutaj. Widziaem jak i przedtem, e cierpi, e hamuje wewntrzny bl, ale odpowied moja bya krtka. - Nie bd si, przedziera. Nie mam takiego rozkazu. Wszyscy milczeli, jak naley milcze, kiedy dowdca ogasza swoj decyzj. Jednym zdaniem przekreliem rozporzdzenia, ktre Rachimow wyda podczas mojej nieobecnoci, ale jego spokojne oblicze nie wyraao nic oprcz uwagi. Pochyliwszy nieco gow Rachimow wsta, gotw, jak zwykle, wysucha, zrozumie i wykona. Cignem dalej: - Bd walczy w okreniu... Regulamin Armii Czerwonej, jak ju wam mwiem, kae dowdcy, gdy mwi o swym oddziale, uywa zwrotu ja. Ja dowdcy to jego onierze. Oni bd walczy w okreniu. - Wy, lejtenancie Brudny, bdziecie musieli tej nocy powdrowa midzy Niemcw. Pjdziecie we dwjk z Kurbatowem. Wskazaem mu na mapie dziesi, dwanacie wsi, gdzie, jak przewidywaem, mg si znajdowa sztab puku. Jeli w tej wsi s Niemcy - mwiem Brudnemu - przekradajcie si do nastpnej. Jeli i ta jest zajta przez wroga, idcie dalej. Zadanie bojowe: nie wpa pod obstrza. Znajdcie sztab puku, zameldujcie o sytuacji i wracajcie tutaj z rozkazem. - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. Brudny wyszed. Kapitan Szyow zbliy si do mapy.

- Moje dziaa s tam - powiedzia z wysikiem. - Gdzie? Wysadzone w powietrze? - Nie... Porzucone w lesie... Tutaj... I zaznaczy owkiem na mapie. - Suchajcie, kapitanie - powiedziaem. - Czy nie mona by byo sprbowa wycign je stamtd? Wecie moje konie, wecie onierzy... Pjdziecie? Szyow umiechn si ponuro ktem ust. - Nie, teraz ze mnie nie piechur... Odwrciwszy si ku mnie odrzuci po paszcza. Ujrzaem rozprute spodnie, przecit cholew. Spuchnita noga bya obandaowana. Przez gaz sczya si krew, sukno spodni nasiko krwi. - Czycie byli na punkcie opatrunkowym? - spytaem. Ko caa? - Diabli j wiedz... onierze zrobili opatrunek... Dziaa porzucili... - Szyow po raz pierwszy zakl siarczycie - a mnie wynieli... Nie zginajc w kolanie przestrzelonej nogi ciko usiad na stoiku. - Sinczenko - zawoaem. - Nosze! Prdko! Szyow milcza dugo, potem odezwa si: - Oto siedz, myl o batalionie i nie mog rozstrzygn: czy mj batalion zosta rozbity zgodnie z prawami wojennymi... Tak, onierze nie byli wyszkoleni jak naley... Znw zakl i spojrzawszy na mnie, z nieoczekiwan si cign nadal: - Mylicie pewnie, e si rozbiegli jak barany? Nie, dwie kompanie walczyy dzielnie... I przecie nie porzucili swego dowdcy: przecie... I Szyow znw nie dokoczy, zacisn wargi. Do schronu przynieli nosze. Opierajc si na Sinczence Szyow z trudem wsta. Isamkuowowi rozkazaem, aby poprowadzi swj pluton i wyszed na tyy wsi Dogorukowki. Ten oddzia nie wchodzi w skad batalionu, nie uwaaem wic za waciwe zatrzymywa u siebie czterdziestu, pidziesiciu onierzy wiedzc, e Panfiow wyta teraz wszystkie siy, aby ma iloci wojska przegrodzi nieprzyjacielowi wszystkie drogi, e Panfiowowi w tej chwili potrzebna jest kada druyna, kady pluton. Islamkuow poczerwienia i prbowa protestowa. Zrodzio si w nim szlachetne pragnienie podzielenia z nami losu. Ale nie pozwoliem mu oponowa. Rachimow zapyta: - Czy wejdziemy do lasu? Obrona wzdu skraju? - Tak.

Rachimow o nic wicej nie pyta, wzi papier i nakreliwszy od rki zarysy lasu pocz wyznacza kompanijne odcinki obrony okrnej. Wraz z Islamkuowem wyszedem ze schronu. Byo ciemno i cicho. Dziaa zamilky; nie byo sycha bliskich ani dalekich odgosw walki. Nad czarnymi gaziami drzew wieciy gwiazdy. - Id - powiedziaem - tam jeste potrzebniejszy. Wtedy powiedzia z wahaniem: - Baurdan... Milczc zezwoliem w chwili rozstania tak si nazwa. Wtedy powtrzy mielej: - Baurdan, jeli tak jest naprawd, jeli tam jest potrzebniejszy jeden pluton, to batalion... to batalion... Pomyl tylko... - Nie mog, Islamkuow, nie mam prawa. Id! Nie pocaowalimy si. To nie jest w zwyczaju naszego narodu. 14 Rachimow w cigu kilku minut nakreli od rki szkic: nasz las, zwany przez ludno miejscow wysp, pobliskie miejscowoci, pobliskie polany i drogi. Zarys wyspy by podzielony na odcinki poszczeglnych kompanii. W centrum by zaznaczony dom lenika, gdzie znajdowa si punkt opatrunkowy. Byo rzecz wiadom, e dom jest obszerny, i za moj zgod Rachimow narysowa chorgiewk - przenosilimy tam, w samo centrum, stanowisko dowdcy batalionu. Szkic by od razu opracowany na czysto, od razu skopiowany w czterech egzemplarzach dla dorczenia dowdcom kompanii. Podajc schemat do podpisania Rachimow doda: - Noc okopiemy si nie zauwaeni. Zreszt i rano nie zauwa. achnem si. Ech, Rachimow! Czego mu brako do tego, eby by nie tylko szefem sztabu, ale i dowdc. - Telefonisto - odezwaem si - wezwijcie bateri... - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu.. Prosz mwi, towarzyszu dowdco batalionu. Przy telefonie dowdca baterii. Wziem suchawk: - Czy obserwujecie przeciwnika? Czy Niemcy s we wsi? - - Tak, towarzyszu dowdco batalionu. Zgodnie z rozkazem pozwoliem im przej. - Co robi? - Na rzece przy ogniskach naprawiaj most. Inni siedz w domach albo na ulicy obok swych aut. - Dziaa wycelowane? - Wycelowane. - Uderz, mierzc wprost, salwami, czterdzieci pociskw, eby zawrzeszczeli.

- Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu - czterdzieci pociskw salwami. Po chwili poprzez grub warstw ziemi dotara do naszego podziemia salwa armatnia. Wcale nie chciaem by nie zauwaony. Grzmotem armat, ktre nagle rozbrzmiay nad milczcymi polami i zahuczay w mroku, dawaem zna: jestemy tutaj. Atakujcie nas; zwrcie przeciwko nam, skierujcie na nas artyleri i piechot. Uderzcie z powietrza, jestemy tutaj. Pozbawieni cznoci, wzici w kleszcze, nie odeszlimy, chocia wabia nas ostatnia nie zajta droga wska cieka, ktrej nie bdzie ju jutro. Zostalimy tutaj nie po to, eby si schowa, ale po to, aby przyku do siebie wroga, cign na siebie uderzenia przeznaczone dla tych, ktrzy na nowym skraju obrony osaniali Moskw. Nasze dziaa waliy w widomy cel, wprost, z odlegoci siedmiuset metrw. Kada salwa gosia: nie odeszlimy, jestemy tutaj. W jakim tam nie znanym nam punkcie syszy nas sztab puku. Gdzie tam podnis gow Panfiow i unisszy w gr brwi powiedzia z radoci: Oho! Znowu wezwaem do telefonu dowdc baterii. - Jak tam? Wrzeszcz? Jeszcze salw na domy! Burzcymi. Wyszedem ze schronu. Niedaleko zagray armaty. Na niebo pad biay odblask. W lesie znw mrok, znw cisza... I nagle, jakby jakie spnione echo, rozlegy si guche uderzenia innych armat. Wycignem szyj przysuchujc si chciwie. Armaty znowu si odezway. Grzmiay w odlegoci dziesiciu kilometrw z prawej strony i trudno byo ustali dokadnie - jakby na linii batalionu, na linii Ruzy. Z dali, z gbi, dochodzi bardzo odlegy, ale przecigy i potny dwik. Zdawao si, e z tamtej strony kto dotkn basowych strun niewidocznie przecignitych na niebie. To Katiusza! Setkami pociskw, wypuszczonych jednoczenie i tworzcych w locie podobny huk, gdzie tam, daleko, daleko, czstuj nasi wrogw podczas ich noclegu. Huk przebrzmia. W lesie znw cicho, ciemno.

W domu gajowego
1 Gruba ciana z belek dzielia dom gajowego na dwie czci. Wszystkich rannych przeniesiono do jednej poowy, w drugiej, gdzie zainstalowano ju rodki cznoci, zebrali si wezwani przeze mnie dowdcy oddziaw, oficerowie polityczni. Owiadczyem: - Suchajcie mego rozkazu!

Po pierwsze: batalion jest otoczony. Moja decyzja: walczy w okreniu a do otrzymania rozkazu cofnicia si. Odcinki obrony okrnej zostay wyznaczone i wskazane dowdcom kompanii. Pracowa w nocy, aeby do rana kady onierz mia wykopany rw strzelecki o penym profilu. Po drugie: nie poddawa si do niewoli, jecw nie bra. Wszyscy dowdcy maj prawo rozstrzeliwania tchrzw na miejscu. Po trzecie: oszczdza amunicji. Strzelanie z karabinw lub erkaemw i cekaemw do odlegego celu jest zabronione. Strzela tylko na pewniaka. Rannym i zabitym zabiera karabiny i naboje. Bro zabitych niszczy, z ich nabojw korzysta. Strzela do przedostatniego naboju. Ostatni nabj - dla siebie. Po czwarte: artyleria ma strzela wycznie wprost do ywego celu. Strzela do przedostatniego pocisku. Ostatnim wysadza dziaa. Po pite: poda to wszystko do wiadomoci onierzy. 2 Wysuchano rozkazu. Zaczekaem, czy nie bdzie jakich pyta. Ale nikt o nic nie pyta. Naftowa lampa, potrzaskujc z lekka, sabo owietlaa belkowane ciany domu gajowego: tu znajdowao si obecnie stanowisko dowdcy batalionu. Dowdcy i oficerowie polityczni odeszli do swych oddziaw. Zatrzymaem oficera politycznego kompanii karabinw maszynowych, Bozanowa. - Bozanow, gdzie s twoje ory? - Tu, towarzyszu dowdco batalionu, obok sztabu. - Ilu ich jest? - Omiu. Byo tam kilku cznikw i obsuga karabinu maszynowego Bochy - ta sama, ktra w czasie ostatniego boju przypucia na blisk odlego posuwajc si naprzd tyralier wroga i bia do niej ogniem przeciwszturmowym. - Udasz si ze swym oddziaem na tyy Niemcw - powiedziaem. Rozoyem na stole map i pokazaem Bozanowowi to miejsce, w ktrym kapitan Szyow zrobi znak owkiem. Tam, w zapadym kcie ssiedniego lasu, zostay porzucone dziaa i pociski, nalece do batalionu Szyowa. Trzeba sprbowa wykra je nieprzyjacielowi sprzed nosa. - We konie, uprz, ludzi. Dziaaj sprytnie i cicho... - Aksaka... - z umiechem powiedzia Bozanow. - Co? - Aksaka, chciaem was prosi. Niech ci ludzie bd ju moim pododdziaem. Wiecie ju, e karabiny maszynowe naleay u nas do kompanii strzeleckiej i w batalionie, w gruncie rzeczy, nie byo ju osobnej kompanii karabinw maszynowych, ktrej oficerem politycznym by formalnie Bozanow. - I c to bdzie za pododdzia? Bozanow szybko odpowiedzia: - Odwd dowdcy batalionu... Wasz oddzia, towarzyszu dowdco batalionu. - A wic, towarzyszu dowdco odwodu - powiedziaem - chodmy do twego wojska.

3 W gb lasu przenika mtny blask ksiyca. - Stj! Kto idzie? - Murin, to ty? - spyta Bozanow, zamiast odpowiedzi. - Ja, towarzyszu oficerze polityczny. Cae wojsko Bozanowa miecio si pod jedn sosn. onierze spali na posaniu z igliwia, przytuleni do siebie, okryci a po gowy pelerynami. Murin mia sub. Obok piramidki karabinw czernia cekaem. - Murin, trzeba zbudzi ludzi - powiedzia Bozanow. Olbrzymi Galliulin, zmorzony snem, spa mocniej od innych. Ockn si, usiad i znowu zwali si na mikkie igliwie. Ledwo zdoano go dobudzi. - Wzi karabiny, ustawi si! - da cicho komend Bozanow. Obrzuciwszy wzrokiem swj niewielki oddzia wystpi naprzd i zoy raport. - Ogocie mj rozkaz - powiedziaem. - Suchajcie, towarzysze - zacz Bozanow zbliywszy si do ustawionych onierzy - batalion jest otoczony... Potem, tak samo cicho, wyoy punkt po punkcie tre rozkazu: zaj obron okrn, do niewoli si nie poddawa, oszczdza amunicji, strzela na pewniaka. Bozanow mwi dalej: - Mamy dziaa, karabiny maszynowe, mamy braterstwo bojowe... Tylko sprbuj, przystp... Powiedziaem: - Towarzyszu oficerze polityczny. Wyjanijcie zadanie grupy. Bozanow spokojnie objani, e musz i na tyy Niemcw po porzucone w lesie dziaa. - Moecie si rozej - powiedziaem, kiedy skoczy. - Przygotujcie si. Sprawdcie bro. Zbierzcie rzeczy. Ale najpierw chodcie tu, przyjaciele. W cigu jednej chwili byli przy mnie. Tylko dugi Murin pozosta na warcie przy karabinie maszynowym. Chcia rwnie sysze, o czym bdzie mowa. Wic zwrci si ku nam gow i wycign szyj, w wietle ksiyca bysny jego szka. - Przyjaciele! - Po raz pierwszy nazwaem tak swoich onierzy. Nigdy mi si nie podobao, gdy zwracajc si do onierzy mwiono chopcy. Czy to zabawa dziecica, czy jak? Ale przyjaciele - to co innego i teraz odruchowo wypowiedziaem to sowo. - Dzisiaj bilicie si, towarzysze, dobrze, mdrze... onierze nie stali w szyku. Razem odpowiedzie nie mogli. Wszyscy milczeli. - Teraz postarajcie si sprytnie wycign po cichu te dziaa i pociski. Wtedy bdziemy bogaci. Muratw powiedzia:

- Towarzyszu dowdco batalionu, kiebasy trzeba by wzi ze sob. Chcia nas widocznie rozmieszy, lecz nikt si nie zamia. Gdy wyczul brak aprobaty ze strony kolegw, doda popiesznie: - Towarzyszu dowdco batalionu, to nie dowcip. Moe Niemcy maj tam czogi. Opowiadaj, e oni pi w czogach, a na noc do czogw przywizuj psy. - Nie ple byle czego... - surowo powiedzia Bocha. Nie byo to byle co. O psach naleao rzeczywicie pomyle, ale w tej chwili trzeba byo innych sw, innej rozmowy- Sw nie byo. Wszyscy milczeli. - Towarzyszu dowdco batalionu, czy mog powiedzie? - zapyta Murin. Czekaem niecierpliwie, co powie. Ale Murin po prostu zapyta: - Gdzie zostawi karabin maszynowy? Przypomniaem sobie, jak trzy miesice temu po raz pierwszy podszed do mnie: w marynarce, w krawacie, ktry nieco zjecha mu na bok, w okularach, dugi, niezgrabny, nie wiedzia, jak ma sta przed dowdc, gdzie ma podzia swe cienkie nieopalone rce. Przyszed ze skarg. Towarzyszu dowdco batalionu, zaliczono mnie do suby pomocniczej. Dano konia i wz. A ja absolutnie nie mam pojcia, co to jest ko. I nie po to zgosiem si do wojska. Przypominam sobie, jak ulegajc panice haniebnie ucieka wraz z innymi, gdy w pobliu nagle zaterkota karabin maszynowy i kto krzykn: Niemcy. Karabin mu si trzs, kiedy stojc w szeregu mierzy do zdrajcy, do tchrza, ktrego kazaem rozstrzela przed frontem batalionu. By moe, silniej ni ktokolwiek inny przey Murin strach wojny. Teraz usyszawszy rozkaz, dowiedziawszy si o tym, e trzeba i na tyy wroga, po prostu zapyta: - Gdzie zostawi cekaem? - Wtpi, towarzyszu Murin, czy si tam przydacie. Z komi nie dacie sobie rady. Pozostacie tu, przy cekaemie. Spodziewaem si zwykej onierskiej odpowiedzi: wedug rozkazu!, ale nie nastpia. Murin przemwi po chwilowej przerwie: - Towarzyszu dowdco batalionu, czy mog was prosi... w takiej chwili... - Zatrzyma si, odetchn i cign dalej guchym gosem. - W takiej chwili, towarzyszu dowdco batalionu, czowiek chce by ze swoimi towarzyszami. Prosz was: gdzie oni, tam i ja... A wic tak... Wic jak inni by rwnie podniecony, myla, rozumia, jak cika to bya chwila dla batalionu. Kierowa nim w tej chwili nie tylko obowizek subowy i poczucie dyscypliny, lecz bardziej podniose uczucie - bya to decyzja, by umrze za ojczyzn, lecz nie podda si, nie cofn, nie ustpi wrogowi. Signem na chwil w gb duszy batalionu, miaem teraz pewno, e bdziemy zabija wroga, zabija a do ostatniego naboju. Powiedziaem: - Dobrze, Murin. Galliulin, bierz cekaem. Bierzcie tamy. Odniecie do sztabu. Bocha, ustaw ludzi. W drog, towarzysze. 4 Mijay nocne godziny, nocne dumania.

onierze, obrbujc odnogi korzeni, okopywali si w zmarzej ziemi, wzdu caego skraju lasu. Poszy w ruch piy, paday drzewa, wyrbywano cieki, aby mona byo manewrowa dziaami. Nie krylimy si. Niech wrg wie: jestemy tu! Wrg nie bdzie panowa nad drog prowadzc do Nowlanskoje: droga jest pod obstrzaem naszych dzia. Tu, obok naszej wysepki, nie przejd jego auta, nie przejdzie artyleria. Lecz c z tego? Kolumny pyn innymi drogami, przez inne miejscowoci, przez Sipunowo, przez Krasn Gor. Ale przecie stamtd, spoza Krasnej Gory, odezway si nasze dziaa. Gdzie trzymali si nasi: gdzie wgryli si w ziemi jak i my, zamknli Niemcom drog w rnych miejscach. Front jest mimo wszystko pokawakowany, zapora przerwana. Niemcy, omijajc nas, posuwaj si w kierunku Wookoamska, w kierunku Moskwy! Czy uda si zatrzyma wroga pod Wookoamskiem? Znw nieodparcie ogarno mnie pragnienie, aby by tam - razem z Panfiowem, ze swoimi. Gdzie jest w tej chwili Brudny? Czy powrci przed witem? Czy przywiezie rozkaz? Nie, Baurdanie, nie czekaj... Sztab puku moe jest ju otoczony. A jutro, pojutrze linia frontu bdzie o trzydzieci, czterdzieci kilometrw poza nami. I rozkaz nie dojdzie, rozkazu nie bdzie. Co bdzie wwczas? Jestem dowdc, moim obowizkiem jest rozway na trzewo najgorsz moliwo. Rozkaz nie przyjdzie. Co bdzie wwczas? Przeciwnik zewrze koo, zaproponuje poddanie si, my odpowiemy kulami. Ufaem onierzom batalionu. Wiedziaem: oni ufaj mnie, swemu dowdcy. Teraz oto ryj ziemi, pochylaj si ku matce ziemi, opiekunce onierza. W umocnieniach ziemnych nie dosign nas pociski ani bomby. Trzeba by skupi tu ca artyleri, ktr Niemcy rzucili na Moskw, aby nas zniszczy ogniem z dzia. A bombardowanie przetrzymamy. Przetrzymamy i gd. S konie - koniny starczy na dugo. Sprbujcie tylko, ruszcie nas, sprbujcie nas zmiady. Mam szeciuset pidziesiciu onierzy. Kady zabije kilku Niemcw, zanim padnie w boju. Potrzeba dywizji, aby zniszczy nasz batalion. Niech Niemcy zapac t cen za batalion onierzy generaa Panfiowa. Tak rozmylaem siedzc w nowym punkcie dowdztwa, w domu gajowego. Tu ju sta telefon, druty telefoniczne prowadziy do kompani i dzia. Std bd mg kierowa oporem, bd mg przerzuci siy na spotkanie wroga. Jeli zrobiwszy wyom dostanie si do lasu, bdziemy si bi w lesie, bdziemy zabija spoza drzew, spoza pni. Ostatnia linia, ostatnia granica obrony, bdzie tu, przy domu gajowego. Zluzowani wartownicy i telefonici nie pi, ryj umocnienia dokoa sztabu, ryj doy, rowy cige, rezerwowe gniazda karabinw maszynowych, zwalaj drzewa na zaway. Okna zaoymy belkami, przetniemy w zrbie strzelnice, bdziemy si bili nawet w tym domu. Przyniesiono tu dwie skrzynie granatw, w sieni stoi karabin maszynowy. Ufaem swym onierzom, swym dowdcom: Niemcy nikogo nie wezm ywcem. Drczya niepokojca myl: a ranni? 5 A ranni? Co z nimi bdzie? Poprzez sie przeszedem na drug poow, do rannych.

Knot w lampie by przykrcony. Nasz felczer, stary niebieskooki Kiriejew, pali w piecu. Drzwiczki pieca byy otwarte. Odblask ognia migota na belkach ciany, na szarych kocach, na twarzach. Kto majaczy. Kto cicho powiedzia: - Towarzyszu dowdco batalionu! Zbliyem si na palcach. To wola mnie Siewriukow. Lea na wznak, na skraju naprdce skleconej pryczy, gowa, wcinita w poduszki, nie uniosa si. Oddycha wydajc lekki wiszczcy dwik, odamki pocisku przebiy mu pier, rany byy cikie, ale nie miertelne. Przez chwil doznaem dziwnego wraenia: wydao mi si, e jest ju ranny bardzo dawno, w rzeczywistoci zdarzyo si to zaledwie kilka godzin temu. Usiadem na chwil przy nim, w nogach. Oparszy si na okciach Siewriukow usiowa podnie si, lecz gowa mu opada i jkn gucho. Podbieg Kiriejew. Ukada ostronie Siewriukowa i agodnym zrzdzcym tonem strofowa go niby nieposuszne dziecko. - Idcie ju, Kiriejew - rzek krtko Siewriukow. Milcza, pki felczer nie odszed do pieca. Potem szepn: - Pochylcie si troch. Chc wiedzie, co si tam dzieje. - Pokaza oczyma na cian. - Co jest, towarzyszu dowdco batalionu? - Jak to, co jest? - Dlaczego nie wysyacie nas na tyy? Co odpowiedzie? Oszuka? Nie. Niech Siewriukow wie. Odpowiedziaem: - Batalion jest otoczony. Siewriukow zamkn oczy. Wydawao si, e jego twarz obrosa szczecin, ze starannie zaczesanymi szpakowatymi wosami na skroniach, ley na biaej poduszce bez ycia. O czym myla? Ciemne rzsy uniosy si. - Towarzyszu dowdco batalionu... Prosz mi da bro... - Tak, to trzeba bdzie zrobi, Siewriukow. Wydam zarzdzenie... Chciaem wsta, ale Siewriukow uj mnie za rk. - Wy... Wy nie zostawicie? Nie zostawicie nas? Uczepi si mnie rk i oczami. - Nie, Siewriukow, nie zostawi. Palce rozluniy si. Umiechn si do mnie lekko, ufa swemu dowdcy batalionu. Z cikim sercem, bez szmeru poszedem ku drzwiom. Ale usyszaem jeszcze raz: - Towarzyszu dowdco batalionu... Zbliyem si. Gowa w biaym, czystym bandau wydawaa si dziwnie dua. Opatrunek zakrywa czoo, ale twarz bya odsonita. Na kodrze leaa nieruchomo, jakby ju nie naleaa do niego, zabandaowana rka. Rwnie bya dziwnie wielka.

- Kiedy ci si to wydarzyo? - Czy nie pamitacie, towarzyszu dowdco batalionu? Tak, to by on... Przypomniaem sobie teraz twarz, zalan krwi, mokre, czerwone rce, okropne jednostajne krzyki. Sudaruszkin zapyta: - Odpdzili go? Po co przedwczenie zamca mu spokj duszy. Powiedziaem: - Tak. - Dziki ci... A mnie, towarzyszu dowdco batalionu, mnie puszcz do domu na odpoczynek? - Oczywicie - odpowiedziaem. Umiechn si. - A potem, towarzyszu dowdco batalionu, potem znw do was przyjd, bd znw waszym onierzem... - Oczywicie... Szybko odszedem, aby nie sucha pyta i odpowiadajc nie kama. Obejrzawszy si ujrzaem kapitana Szyowa. Na wp siedzc, okryty kodr tylko do pasa, opiera si plecami o belkowan cian i patrzy na mnie. Kaganek rzuca sabe wiato, gbokie cienie jaskrawo odcinay jego wychudzon twarz. Prawdopodobnie nie mg i nie usiowa nawet zasn. Przywieziony ze zmiadon nog, by tu jedynym rannym, ktry wiedzia o tym, co na razie pozostawao tajemnic dla reszty. Wiedzia i milcza. Milcza nawet teraz, o nic nie pyta, nie rozwar nawet warg. Tak mijay nocne godziny. 6 Brudny nie wraca. Bozanow nie wraca. Konno wyruszyem na skraj lasu, ku linii robt. onierze kopali rowy strzeleckie zagbiajc si w ziemi po pas, po ramiona i gbiej. Niektrzy skryli si cakowicie, tylko z czarnych dow podnosiy si w gr opaty wyrzucajc ziemi. Ksiyc wieci jasno, to znw zachodzi mg. Mrz zela. Patrzyem w ciemn dal, skd mg si zjawi Brudny. Miaem ch znowu da salw z dzia w kierunku Nowoszczurina. My nie pimy i nie pozwolimy wam spa! Lecz naleao oszczdza pociskw; byy potrzebne, aby panowa nad drog, aby w odpowiedniej chwili powita kartaczami atakujce tyraliery nieprzyjaciela. Noc duya si ogromnie. Od skraju lasu skierowaem yska z powrotem do sztabu. Dobry ko szed wolno pomidzy drzewami. Nie popdzaem go. I po co? Okoo godziny pierwszej w nocy w sztabie zahucza telefon. - Towarzyszu dowdco batalionu, prosz was - powiedzia telefonista.

Dzwoni Muratw. Bozanow wysa naprzd swego szybkobiegacza, aby zawiadomi mnie, e jego oddzia zblia si wraz z wydobytymi pociskami i dziaami. ysek sta osiodany. Popieszyem na spotkanie. Czterysta pociskw, ho, ho! Teraz mona waln w Nowlanskoje, w Nowoszczurino. Tam do izb ponajedao na nocleg peno hitlerowcw. Zaraz bdziecie wy, wyskoczycie z ciepa, panowie zwycizcy! My nie pimy i wam nie damy spa.

Osiemdziesit siedem
1 Konno, w asycie Sinczenki, spotkaem kolumn w pobliu lasu. Stanem przepuszczajc zaprzgi. Cikie koa artyleryjskie przebijay nieg a do czarnego gruntu. Bozanow meldowa z oywieniem: nikt nie przeszkodzi jego malekiemu wojsku. Nie spotka ani niemieckich patroli, ani wart; kiedy Niemcy nocuj we wsi, nie pilnuj lasu. ysek pozna natychmiast Damuhammeda, wycign do niego pysk. Ten czsto gaska i czstowa konia i teraz w zbach yska zachrzci cukier. Malekiemu wojsku... Jakiemu tam do diaba malekiemu? C to? Skd on wzi tylu ludzi? Obok koni, obok dzia szy postacie z karabinami, w paszczach. Spytaem: - Kogo sprowadzie? Kto to jest? Bozanow odpowiedzia radonie: - Blisko sto osb, towarzyszu dowdco batalionu. Z batalionu Szyowa. Wychodzili z lasu grupami po dwch, po trzech. Omal e nas nie caowali. Wydaem rozkaz: - Kolumna stj! Konie stany, ustal skrzyp k. - Towarzyszu dowdco batalionu - powiedzia Bozanow po kazachsku. Mianujcie mnie ich dowdc. Ja ich sprowadziem, ja ich poprowadz do boju. Dajcie nam zadanie, wyznaczcie odcinek bojowy 2 Nie rozumiejc mowy kazachskiej, suchali wszyscy toczc si koo yska. Stalimy przy drodze, ktra sza w kierunku Dogorukowki i prowadzia do naszych. Wzdu wskiego zauka patrolowa tam nasz konny zwiad, ktry mia zadanie: ledzi bezustannie, czy droga jest wolna, czy nie zamkna si, nie znika szczelina. Wezwawszy jednego z modszych dowdcw konnego zwiadu spytaem: - Co nowego? - Nic... Cisza, towarzyszu dowdco batalionu. Odwrciwszy si do ludzi, ktrzy stali i suchali, powiedziaem:

- Karabiny wszyscy maj? - Wszyscy... Wszyscy... - Niech kady odpowiada tylko za siebie. Granaty s? - S! Ja mam. Jestem Pozunow. W waszej obecnoci rozmawia ze mn genera. Pamitacie? Pozunow... Nie mogem go dojrze we mgle, ale przypomniaem sobie modziecze oblicze, pulchne, z lekka wydte wargi, powane szare oczy, przypomniaem sobie upart odpowied: Dobrze, towarzyszu generale. - Pozunow bdzie u was starszym. Ustaw ludzi. Niech przybior postaw wojskow. Kto ma granaty, na prawe skrzydo. Nie oczekujc ju innej komendy ludzie ustawili si popiesznie. Wydaem komend: - Rwnaj! Pozunow, wyrwnaj szeregi! Baczno! Rozmowy przerwa! Nie porusza si! Kolejno odlicz! Pozunow zameldowa, e w szeregach wraz z nim jest osiemdziesiciu siedmiu onierzy. Powiedziaem: - Dowdc oddziau mianuj oficera politycznego Bozanowa. W prawo zwrot! Kierunek za mn, marsz! 3 Ujwszy wodze puciem yska rwnym, niezbyt szybkim krokiem. Za mn dwjkami postpowali ludzie, osiemdziesit siedem osb. Obok mnie szed Bozanow. Zaczo si pasmo brudnego, niemal czarnego niegu. ysek obchodzi leje. Oto linia naszych dawnych roww strzeleckich. Teraz s ciche i puste. Z boku, ze wsi Nowlanskoje, wida byo dwa, trzy owietlone okna, Niemcy nie obawiali si nas, nie dbali o zasanianie okien. Ogarna mnie nienawi. No, czekajcie! Minlimy lini pustych okopw i zeszlimy w d ku rzece. Znalimy tu kady brd, kad belk przerzucon z jednego brzegu na drugi. Przy jednym takim mostku zatrzymaem ludzi. Rzeka pyna z szumem ponad przerzuconymi belkami tworzc niewielki biay prg. Po tamtej stronie, w odlegoci stu krokw od wody, czernia las. Pgosem wyjaniem zadanie: podej do Nowlanskoje lasem z tamtego brzegu, pod wsi znowu przej rzek w brd, wedrze si do wsi, powybija Niemcw, podpali auta, podpali most pontonowy. Potem spytaem: - Zrozumiano? Odpowiedzieli pgosem: - Zrozumiano!

- Przechodzi tutaj, pojedynczo. Potem posuwa si gsiego, w odstpach - rozkazaem. - Pozunow, naprzd. Pobieg schylony, trzymajc przed sob karabin gotowy do strzau. Zatrzyma si przed mostkiem, wszed na olizge belki. Potem znik na ciemnym tle rzeki. Wkrtce sylwetka jego ukazaa si na jasnej pochyoci przeciwlegego brzegu. Pozunow wdrapa si po zboczu, przed samym wierzchokiem przywar do ziemi, potem podnis si, wyprostowa i poszed w stron lasu. Powiedziaem: - Prawoskrzydowy, naprzd! W lesie i gsiego, w kolejnoci numerw. Odlego pi do omiu krokw. Dotknem wodzy i ysek wszed do rzeki. Byo tu pytko, woda sigaa koskiego brzucha. Po dopdzeniu Pozunowa jechaem pomidzy drzewami na samym przedzie, nie oddalajc si od skraju lasu. Nie ogldaem si. Robio si cieplej, z gazi paday krople. Oboki zasoniy ksiyc, ktry ledwo przewieca mtn i rozpywajc si plam. Wyszlimy na skraj lasu. Obok bya droga, ktra prowadzia do wsi Nowlanskoje. W pobliu znajdowa si most pontonowy, potem by wzgrek, na wzgrku leaa wie. Par okien wiecio jasno. Ludzie podchodzili pojedynczo. Zamyka oddzia Bozanow. Kazaem ustawi si w szyku. - Pozunow! Przelicz, ilu jest obecnych! Obszed wszystkich i szeptem zameldowa: - Osiemdziesiciu siedmiu, towarzyszu dowdco. 4 Doszed nas zbliajcy si warkot motoru samochodowego. Zwrciem gow w stron, z ktrej dochodzi dwik, gdy nagle poprzez drzewa pado na nas blade wiato reflektorw. Latarnie auta, ktre wjechao na agodn pochyo, wieciy penym wiatem. wiata pady w nasz stron. Nikt nie poruszy si w szyku. Wszyscy stali bladzi, ciskajc byszczce w wietle karabiny i patrzc z napiciem przed siebie. Powoli przesuway si czarne, jakby rzebione cienie drzew. wiato pomkno dalej. Biae pasma, koyszc si to w gr, to w d, staway si coraz krtsze, a pady na drog. Zeskoczyem z konia. Olepiony wiatem reflektorw nic nie mogem rozpozna, tylko w mroku majaczyy biae nogi yska. - Padnij! - Obserwowa! - rozkazaem. Oczy znw przyzwyczaiy si do ciemnoci... wiato reflektora odbio si w wodzie. Sycha byo stuk auta o przsa mostu. Przed autem bysna czerwona plama latarki elektrycznej. Samochd wjecha na tamten brzeg i zahamowa. Przed autem, w pamie wiata, ukaza si wartownik. Niektre jego gesty byy zrozumiae. Odwrciwszy si ze dwa razy, wskaza rk na las, w ktrym ukry si nasz batalion, a potem w kierunku wsi Krasnaja Gora. Tamtdy widocznie trzeba byo objeda.

Zahucza motor. Auto ruszyo pod gr, latarnie na chwil wyrway z ciemnoci zalan blaskiem ulic z dugimi ciarwkami, stojcymi obok domw. Potem snopy wiata popezy w bok i ruszyy wzdu brzegu drog okrn. Kto podszed do mnie: - Towarzyszu dowdco, ja si podejm. By to znajomy gos. - Paszko? - Wedug rozkazu... Ja si podejm. - Czego? - Zdejm go... - Wartownika? W jaki sposb? Paszko uchyli paszcza, bysno jasne ostrze fiskiego noa. - Bdcie spok... - powiedzia. - Potem gwizdn. - Nie wolno... - Podaem mu elektryczn latark. - We. Zapalisz trzy razy. Schowa latark pod czapk. - Mog zdobyczn da sygna... czerwon. Mona? - Mona... Zapalisz trzy razy: droga wolna. Dasz sobie sam rad? - Dam... - Id... Paszko szybko znikn. No, niech bdzie, co bdzie... Cofn si ju nie podobna. C, wpadniemy tak - ca hord? Przywoaem Bozanowa. - Podziel ludzi na grupy, po dziesi osb... Z jedn grup pjdziesz sam: uderzysz od tyu na stra, ktra stoi naprzeciwko batalionu. Druga grupa ma zadanie: podpali most... Pozostae niech dziaaj we wsi, wszyscy z granatami niech id tam... - Rozkaz, towarzyszu dowdco batalionu. Bozanow wyda odpowiednie rozkazy. Przejechay jeszcze dwa auta. W pamie wiata znw ukaza si wartownik. Reflektory znw zalay blaskiem ulic. W ktrym domu otworzyy si drzwi. Wyszed jaki wysoki czowiek, w bielinie, boso i przecigajc si ze snu posta na ganku. - Patrzcie, jak te otry sypiaj na froncie - w domach, na kach, rozbieraj si do bielizny. Wszystko znw utono w mroku. Biae snopy wiate koyszc si skrciy na bok i ruszyy okrn drog.

Leelimy wpatrujc si z napiciem w t stron, gdzie znik Paszko. Czy mu si uda? Czy da sygna? A potem? Jak to si odbdzie - co potem? Kiedy bdzie sygna?... Mijaj dugie, mczce minuty. Aha, zdaje si, e jest... W ciemnoci obok mostu w czyjej niewidzialnej rce zjawi si czerwony krek... Zawis i znik... Raz... Bysn znw... Dwa.., Potem trzy. Powiedziaem: - Powsta! Przygotuj si! Granaty w pogotowiu! No, towarzysze! onierska zasada: wz albo przewz. Wedrze si w milczeniu. Bozanow, prowad! - Przez most? - Tak. Szeptem wyda komend: - Za mn! I pobieg. Za nim rzucili si wszyscy. Po chwili byli ju na mocie. 5 Wszystko si udao... Udao si nieprawdopodobnie atwo. Powoli wjechaem przez most do wsi, owietlonej purpurow un poaru. Gdzieniegdzie pkay granaty, wszdzie sycha byo huk wystrzaw, rozlegay si krzyki i jki. To nie by bj, tylko pobojowisko. Wystawiwszy ubezpieczenie od strony lasu, do ktrego cofn si nasz batalion, hitlerowcy rozebrali si i ulokowali na noc w kach lub na sianie. Gdy usyszeli strzay, wybuchy granatw, w popochu zaczli wyskakiwa i chowa si, gdzie tylko byo mona: pod kami, na piecach, w piwnicach, w szopach. Wycignito ich stamtd, drcych z zimna i strachu. Nie bd opisywa tych scen. Rado, ktra ogarna nas w pierwszej chwili, poczya si z groz. Czy rozumiecie to: rado i zarazem groza... Pon most oblany benzyn. Widniay zarysy ciemnego masywu cerkwi. Ktry to raz w cigu tej jednej doby powracaem tu, do tej cerkwi; szyby wyleciay, otwory okienne ziay pustk, w rozbitym szkle odbija si blask pomieni. Poleciem Sinczence szuka Bozanowa; kazaem zebra onierzy i prowadzi ich do batalionu. 6 ysek znw sun pomidzy drzewami w stron domu gajowego. W wielkiej belkowanej izbie sztabu palia si lampa. Podnis si Rachimow, twarz mia zmczon. Czy pyta? Spytaem, chocia odpowied bya wypisana na jego twarzy. Tak. Brudnego nie byo, rozkazu nie byo

Przynieli kolacj, ale nie byem godny... Wkrtce zjawi si Bozanow. Mia dla mnie podarunek: niemieck lornet. Zblia si ranek. Zegar wskazywa blisko trzeci godzin. Naleao przespa si do rana. Ale czuem: nie zasn. - Kad si, Rachimow, odpocznij - powiedziaem. - A wy? Zawoaem Sinczenk. - Sinczenko, czy jest wdka? Wypijesz, Rachimow?... Wymwi si. Nalaem Bozanowowi, nalaem sobie. Wypij, moe wtedy zasn...

Ranek
1 Pooyem si podsunwszy pod gow stebnowan kurtk watowan, jeszcze pachnc poarem. Zapaliem papierosa, spojrzaem na zegarek, ujrzaem na awce sw futrzan czapk. Leaa do daleko, nie na swoim miejscu. Naleao j podnie, przywiza do rzemyka futerau rewolwerowego, aby w razie czego, jeli zbudzi mnie alarm, nie szuka... Ale nie miaem ochoty myle ani o alarmach, ani o niczym, co mnie jeszcze czekao. Jednak mimo wszystko wstaem i zadajc sobie gwat, przezwyciajc si, zrobiem tych kilka krokw po czapk, ktra przypominaa mi otaczajc mnie rzeczywisto. Pragnem zapomnienia, chciaem uciec mylami z tego domu, z lasu. Pooyem si znowu, zamknem oczy... Przed oczyma przemkny mi drogie obrazy przeszoci. Trudno je wszystkie spamita. Przewino si ich wiele. Jedno wiem dobrze: mylaem nie tylko o sobie, mylaem take o batalionie. Zreszt to te byo o sobie. W chwilach tych strzpy moich marze nie byy, oczywicie, zgodne z paragrafem regulaminu, nakazujcym dowdcy mwi o swej formacji: ja. Dla mnie by to nie paragraf, tylko honor, sumienie, twrczo, namitno. Jak jeszcze mona to wyrazi? Zaprawd, woyem w spraw mego batalionu ca sw istot. By to mj twr, jedyne, co stworzyem na ziemi. Przypominay mi si rozmaite rzeczy. Byy wrd nich pewnie i drobiazgi, i rzeczy wzruszajce, i mieszne. Na przykad? Dobrze, oto macie na przykad. 2 W soneczny dzie sierpniowy batalion poszed na strzelnic. Rozbilimy obz nad brzegiem bystrej grskiej rzeczki Tagarki. Nie opodal stanicy Tagar zieleniy si sady, w ktrych rosy olbrzymie, najlepsze w wiecie jabka z Ama-Aty. Dokoa rozciga si rwny, spalony przez soce step. Lecz na poudniu ponad stepem wznosz si przedgrza Tia-Sza. Gdzie wysoko, zaznaczone ledwo widoczn kresk na tle byszczcego nieba, wieciy wieczne niegi na szczytach gr. To jest poudniowy Kazachstan - jego pikna nie potrafi nigdy opisa.

Step - to idealna strzelnica. Jest tu obok, nie tylko pod rk, ale dosownie pod nog, jest gadka jak deska do prasowania. atwo i przyjemnie - przej dwa, trzy kilometry po takiej rwninie, postrzela i wrci. Ale ja przecie przygotowywaem ludzi do wojny. atwa? Przyjemna droga? A wic, jeli tak, to nic nie warta! Poprowadziem tedy batalion w gry. Wspilimy si na pierwszy taras. Peno tu byo suchych i kujcych krzakw, pezajcych krzeww kuraj. Nie, tu strzela nie mona. Na nastpny taras prowadzio strome kamieniste wejcie. Batalion, naprzd! Za mn! Wspinali si pod gr. Spod onierskich butw z szumem potoczyy si w d kamienie. Dostali si wreszcie. Do diabla, i tu nie ma gdzie strzela. Wznosi si ciana soczystej trawy, wysokiej, niemal wzrostu ludzkiego. Wic dokd i? Wyej, na zboczach, wida ciemn ziele dbrowy. Takie s kontrasty w grach. Ale taki jest, nawiasem mwic, cay Kazachstan. Czy syszelicie legend o stworzeniu Kazachstanu? Na pocztku wiata Bg stworzy niebo i ziemi, morze i oceany, wszystkie kraje, wszystkie ldy, lecz o Kazachstanie zapomnia. Przypomnia sobie w ostatniej chwili, gdy ju zabrako materiau. Wic z rnych miejsc szybko pozdejmowa po kawaeczku: - koniuszek Ameryki, brzeek Woch, skrawek pustyni afrykaskiej, pasemko Kaukazu - zoy to wszystko razem i przylepi w tym miejscu, gdzie mia si znajdowa Kazachstan. Tam, w ojczynie mojej, znajdziecie wszystko: wiecznie nagie, jak gdyby przeklte przez niebo, bezwodne przestrzenie przesycone sol i najbardziej bogosawione krainy. Ale gdzie mamy strzela? Ustawiem batalion czwrkami i poprowadziem t cian na cian trawy. Przeszli tam i z powrotem kilkakrotnie. Cikie wojskowe buty gnioty, amay, tratoway traw. Wreszcie przemaszerowali wycigajc rkoma ocalae dba. Stanem z boku, cieszyem si tym widokiem. Jaka to sia - batalion! Wkrtce nadejdzie chwila i mj batalion - zdyscyplinowany, gotowy do boju, zahartowany - zacznie kosi chmary wrogw i przejdzie po nich tak jak teraz, wdeptujc ich w ziemi. Wiedziaem, e wojna tak nie wyglda, lecz mimo to wyobraaem j sobie w ten sposb. W trawie wykoszono dugi obszerny czworokt. Na jednym kocu ustawiono tarcze, do ktrych onierze mieli strzela. Batalion wci jeszcze sta w szyku. Wszyscy widzieli gowy w hemach ze swastyk, narysowane wglem na arkuszach dykty. Pragnem jeszcze raz uzmysowi sobie si batalionu. Kazaem pierwszemu szeregowi pa na ziemi, drugiemu - strzela z kolana, potem wydaem komend: - Przeciw faszystom... Batalion salw... Zatrzymaem si. Kilkaset karabinw skierowanych byo w stron czterech tarcz. Regulamin bojowy nie poleca wwczas batalionowi strzelania salwami, ale prbowaem: - Ognia! Do diaba! Po jednej salwie pozostalimy bez tarcz do strzelania. Jakby je cio. Siedemset wystrzaw od razu - to straszna rzecz. Paliki, do ktrych byy przybite tarcze, przecite byy kulami, dykta rozszczepiona, rozdarta. I klem, i miaem si zarazem: wspinalimy si, utorowalimy strzelnic i znw nie mona strzela... W ten sposb uczylimy si, w ten sposb kruszylimy wroga, zanim jeszcze wzilimy udzia w walkach. A tu... Ale o tym, co tu, nie chciaem myle.

I znw przechodziy przed oczyma drogie obrazy przeszoci. Nie, nie tylko o batalionie. Rwnie o innych sprawach. Przewino si wiele obrazw, bardzo wiele. 3 Nagle zabrzmia gos Brudnego. - Towarzyszu dowdco batalionu... Zerwaem si. Rachimow ju zdy wsta. Paszcz jego lea na pododze. I mj niezwykle staranny, opanowany szef sztabu nie podnis go. Umiecha si. Patrzy na Brudnego i Kurbatowa. Weszli we dwjk. Na ich paszczach jeszcze wiecia gadka warstwa niezaschnitego bota: pewnie gdzie musieli si czoga. - Towarzyszu dowdco batalionu, melduj... Pamitam, przemkna myl - czy to wszystko nie sen. Nie, to by najprawdziwszy Brudny - jego szybka mowa, ruchliwe spojrzenie, rozpalone policzki. - Macie rozkaz? - Jest, towarzyszu dowdco batalionu. Brudny wrczy mi kartk. Dowdca puku major Jelin nakazywa odwrt. W kilku popiesznie napisanych wierszach komunikowa, e w lesie za wsi Dogorukowk bdzie na nas czeka jeden z oficerw sztabu; ten wskae nam dalsz marszrut na Wookoamsk - tam zbiera si puk. Na Wookoamsk! Cofn si o trzydzieci kilometrw! Ale na przeywanie nie ma czasu. Spojrzaem na zegarek. P do czwartej. Czybym lea zaledwie kilka minut? Czy zegarek nie stoi? Nie. Pl do czwartej. A o sidmej wita. 4 W mroku po grzskiej ziemi posuwaj si kolumny marszowe batalionu. Id onierze, jad dziaa, taczanki z karabinami maszynowymi, wozy z amunicj, wzki sanitarne, potem znowu onierze. Z przyzwyczajenia przepuszczam szeregi obok siebie, potem popdzam yska, mijam je i znowu przepuszczam. Chwilami na czarnym niebie ukazuje si mtna plama ksiyca. Kolumn prowadzi Krajew. Jego kompania idzie na czele. Rozpryskujc wod i wymachujc dugimi rkami, jak zwykle z lekka pochylony naprzd, wci wybija krok nadajc tempo. Za nim czwrkami postpuj onierze. Kompania przechodzi. Za ni jad wozy plutonu sanitarnego, znajdujcego si pomidzy oddziaami bojowymi. Mamy ze sob czterdziestu rannych. Poznaj naszego felczera, starego Kiriejewa, nieco ociaego, z brzuszkiem. Nawet teraz nie przestaje troszczy si o rannych; idzie obok wozu, pochyla si nad kim, co tam poprawia i znika we mgle. Ominwszy Dogorukowk zbliamy si do drogi, tej samej, o ktrej nieraz bya mowa w naszej powieci, drogi bitej, ktra prowadzia w stron Wookoamska i niemal pod ktem prostym dochodzia w tym miejscu do wookoamskiej szosy. Kilka dni temu, szesnastego padziernika, zebrawszy potne siy Niemcy zaatakowali t drog chcc jednym uderzeniem przeama nasz obron, potem, z miejsca, na czogach, ciarwkach i motocyklach wedrze si szos wookoamsk do Moskwy. Niemcy odparci pod sowchozem

Buyczewo, zatrzymani potem i w innych miejscowociach, wiedzc, jak niewielkie siy walcz przeciw nim na tym odcinku, nie mogli si pogodzi z niepowodzeniem. Wydawao im si: jeszcze jeden wysiek, jeszcze jeden cios, a przeszkoda bdzie pokonana i stanie otworem droga na Moskw - asfalt szosy wookoamskiej. Nasze oddziay bronice drogi cofay si. Lecz nazajutrz te same puki, te same bataliony znw staway na drodze wroga, znw zmuszay go do prowadzenia dugiej i uporczywej walki. Za kadym razem Niemcy myleli: to ostatnia prba oporu, ostatni bj, i uparcie atakowali nie chcc rezygnowa z obranego kierunku. Szosa wookoamska pozostawaa nadal osi ich gwnego uderzenia. 5 Za Dogorukowk oczekiwa nas zastpca szefa sztabu puku, lejtenant Kurganski. Wraz z Kurganskim przybyo do batalionu kilka wozw z ywnoci. Przysano nam ton biaego chleba, wypieczonego w nocy w Wolokoamsku. Wozy pozostawilimy w lesie. Postanowiem ukry tu batalion, rozda ywno, da ludziom wytchn, nakarmi konie. Jednak silne konie artyleryjskie miay odby drog powrotn. W opuszczonym przez nas lesie ukryem sze dzia i czterysta pociskw - te same, ktremy zdobyli w nocy. Postanowiem jeszcze raz sprztn je sprzed nosa Niemcw. Na wschodzie zaczo wita, ale mga spowijaa wszystko dokoa. Batalion wchodzi do lasu. Podjechaem do Bozanowa. - Bozanow! Zatrzymaj swoich! Dziesi krokw w bok! Po wydaniu innym pododdziaom komendy: na wprost! obejrzaem mj nieprzewidziany etatem odwd. Zamykali szeregi moi onierze z obsugi karabinw maszynowych, ktrzy stali z brzegu, obok cekaemu. Dalej w szeregach byli ci, ktrych w nocy przyjem do batalionu. Rozkazaem Bozanowowi wzi konie artyleryjskie i korzystajc z mgy sprbowa przywie tu pociski i dziaa. - Bierz cay swj oddzia. Otocz dziaa ze wszystkich czterech stron. Jeli natrafisz na drobn grup staraj si j zniszczy. Ale w powan walk si nie wdawaj. Raczej wysad dziaa w powietrze i cofnij si. Dziaaj szybko. Pamitaj - czekamy tu na ciebie. Bozanow stan na baczno, zasalutowa sprycie i odpowiedzia: - Wedug rozkazu, towarzyszu dowdco batalionu. Wydawao mi si, e jest zgrabniejszy ni zwykle: twarz jego wyraaa energi, podobaa mu si rola dowdcy, podobao mu si, e moe samodzielnie wykonywa zuchwae zadania. 6 onierze rozpalili ogniska, gotowali herbat, suszyli si. Wielu narbao gazi choiny i spao na nich na zielonej, onierskiej pierzynie. W kuchniach polowych gotowaa si zupa misna. Batalion odpoczywa wystawiwszy dokoa warty. witao. nieg topnia. Mga unosia si w gr. Zapowiada si pochmurny poranek. Okoo dziewitej, gdy wedug moich oblicze Bozanow powinien by ju wrci, usyszelimy na niebie szybko zbliajcy si warkot samolotw. Ujrzelimy je. Niemieckie bombowce szy nisko, pod obokami, nieco z boku od nas. Niemal natychmiast rozpoczy z ziemi swj koncert niewidoczne dla

nas karabiny maszynowe i dziaa. Zagrzmiay silne wybuchy bomb lotniczych. Samoloty szy falami, grupa za grup, i zrzucay swj adunek w jakim punkcie, pooonym o cztery czy pi kilometrw od nas, tam gdzie przebiegaa szosa prowadzca do Wookoamska. Nagle strzelanina gwatownie si wzmoga. Na niebie ju nie byo samolotw, lecz tam, gdzie dopiero co spady bomby, grzmiay teraz armaty - nie dziesi czy dwadziecia, lecz chyba ze sto lub sto pidziesit dzia. Moi kawalerzyci, wysani tam, donieli: odbywa si atak czogowy Niemcw i nasza artyleria walczy z czogami. Wkrtce rozpocza si strzelanina rwnie z drugiej strony od nas - te w odlegoci czterech czy piciu kilometrw. Ogie artylerii by tam o wiele sabszy, lecz sycha byo strzay z karabinw zwykych i maszynowych. A Bozanow nie wraca... Diabe mnie skusi, eby urzdzi tu postj batalionu. Diabe skusi, by wysa konie i onierzy po dziaa... Trzeba byo tam na miejscu wysadzi dziaa w powietrze i byby koniec! Gdzie si teraz podziej bez artyleryjskich zaprzgw? I nie o zaprzgi tylko idzie... Czy mog, nie doczekawszy si oddziau, odej, porzuci swoich? Musz cofn si jak najszybciej, tak jak mi polecono w rozkazie, i nie mog si ruszy... Powiedziaem do Rachimowa: - Rozkacie wszystkim dowdcom kompanii, niech zarzdz zbirk i zorganizuj obron okrn.

Na skrzyowaniu drg
1 Na szosie, do ktrej oko nie sigao, po chwilowym zaciszu znw zahuczay armaty. Wrd cigego huku ucho z rzadka tylko rozrniao poszczeglne strzay. Po drugiej stronie bj rwnie nie ustawa. A Bozanowa nie ma. Do diaba! Przeklinaem i siebie, i jego; wysaem mu na spotkanie konny zwiad, zadrczaem si. Ale zo si czy nie, czowieku, wszystko jedno - z miejsca ruszy nie mogem. Sam si tu wpakowaem, sam si zagrzebaem... onierze kopali na skraju lasu obron okrn. Kazaem to robi na wszelki wypadek... Niechby si tylko zjawi Bozanow, a natychmiast ruszymy dalej. onierze pozrzdz: na prno rylimy. Daj Boe, aby to byo na prno. Wraz z Rachimowem dokonaem przegldu kompanii. Po krtkim odpoczynku, po zjedzeniu biaego chleba i gorcej misnej zupy, ludzie nabrali humoru. Witano mnie arcikami. Pobliski huk dzia i strzelanina, ktr sycha byo zewszd, nie wywieray szczeglnego wraenia. To dla nas nie pierwszyzna, strach nalea ju do przeszoci, do historii batalionu. Pomylaem sobie: nie zginiemy. 2 Wezwaem do sztabu dowdcw kompanii. Wyjaniem, e oddzia Bozanowa uda si po armaty, lecz nie powraca, chocia termin przewidziany na t wypraw upyn. I zakomunikowaem im swoj decyzj: batalion nie odejdzie, pki nasi nie wrc. Jeeli trzeba bdzie, przyjdziemy im z pomoc.

Po oczach poznaem: wszyscy zrozumieli, z uznaniem przyjli ten rozkaz. Pomwiem z dowdcami i zwolniem ich. Wyszlimy razem z namiotu sztabowego. Midzy drzewami ujrzelimy jedca. Z daleka krzycza radonie: - Id! Zatrzymali si wszyscy. Jedziec przywiz nam tak upragnion wiadomo: nasi id, oddzia Bozanowa zblia si do lasu i cignie dziaa. Teraz wreszcie mogem wyda rozkaz kontynuowania marszu na Wookoamsk. - Wszyscy na miejsca! - powiedziaem. - Przygotowa si do marszu. Filimonow, zaczekaj! Filimonow, czterdziestoletni, szczupy i energiczny lejtenant, by dowdc trzeciej kompanii. Daem mu takie zadanie: natychmiast wyruszy ze swoj kompani jako stra przednia. Tak naley w warunkach bojowych uszykowa batalion w marszu: stra przednia wyprzedza gwn kolumn o trzy do czterech kilometrw. Obejrzelimy razem z Filimonowem map. Prost i najbardziej dla nas wygodn drog bya szosa. Z powodu odwily wszystkie okoliczne drogi na pewno zmieniy si w grzzawiska, z wyjtkiem tego jednego twardego pasma. Ale na t wanie drog z kilku punktw parli dwiema czy trzema grupami Niemcy. Nakreliem marszrut cisz, lecz pewniejsz. Naleao przeci szos, potem skrci na pnoc i bocznymi drogami doj do Wookoamska. Filimonow powinien by natychmiast ruszy t marszrut wyprzedzajc o przepisow odlego gwn kolumn batalionu. Filimonow pobieg do kompanii. Sinczenko przyprowadzi yska. Wskoczyem na konia i pojechaem do oddziau Bozanowa. Wielkie konie artyleryjskie z wysikiem cigny dziaa po bezdrou oyskiem pytkiego parowu. Mga zlizaa cienki pokrowiec niegu. Koa ciy dar. onierze wsparli si nogami w mokr traw i pomagali koniom. Na mnie spogldali pospnie. Kto zakl ponuro. Kto powiedzia: - Ech, towarzyszu dowdco batalionu... Pr wszystkimi drogami... Inny, utkwiwszy wzrok w ziemi, mrukn: - A jemu co? Smagnie batem koby i tu go widz... Poznaem Paszk. - Paszko, co ty powiedzia? - Nic... Naleao przywoa go do porzdku, ale zmilczaem. Nie rozumiaem, co si stao z ludmi. Przecie szczliwie powrcili z trudnej, niebezpiecznej wyprawy, z honorem wypenili zadanie bojowe. Czemu wic zamiast dumy, zamiast radoci - to przygnbienie. Podszed Bozanow. Zazwyczaj oywiony, umiechnity, mia teraz rwnie pospny wyraz twarzy. Bozanow zacz meldowa przepisowo, ale przerwaem mu:

- Co si tam u was stao? Czemu jestecie tak wszyscy oklapnici? Zniywszy gos Bozanow powiedzia niechtnie: - Dowiedzieli si... - O czym si dowiedzieli? - Nasi zewszd si wycofali. A my znw... - Jakie znw? Co to za bzdury? Bozanow spojrza mi przecigle w oczy i powiedzia ze smutkiem: - Towarzyszu dowdco batalionu, czemu tak ze mn mwicie? Przecie wiecie, e ja... Ale znw mu przerwaem: - Twoje ja - patrz! - Wskazaem na pospnych onierzy, ktrzy cignli armaty. - Pamitaj o nich: ty odpowiadasz za ludzi. No, co my znw? - Znw sami... - Skd to wzie? - Samimy widzieli, jak cigano posterunki. Wszyscy si cofali... Ju dawno, towarzyszu dowdco batalionu. - Ach, wic to tak! - Przypomniay si sowa Siewriukowa o onierskim telefonie bez drutu. Jake cieszy nas ten telefon wwczas, w chwilach powodzenia wojennego. Ale teraz, w czasie odwrotu byo inaczej. Powoli posuway si dziaa i jaszcze z pociskami. Zamylony spogldaem na ludzi. Znw ujrzaem Paszk. Z opuszczon wci gow wraz z innymi popycha armaty, ca si muskularnego ciaa pcha dziao, wparszy si obcasami w mikk, odtaja ziemi. Boto oblepio mu buty, widoczne byy jednak wysokie eleganckie cholewy z tego chromu. Mimo woli spytaem Bozanowa: - Skd on ma te buty? Bozanow odpowiedzia: - Zdj w Nowlanskoje z Niemca. Zabi oficera i zdj. Tak, dziwny chop z tego Paszki. Odwany, ale... Ale nie ma jeszcze, nie wyczuwa si w nim, jak ju to zauwayem w nocy, najwaniejszej cnoty onierza - karnoci, zdyscyplinowania, ktr wpaja si drog uporczywych wicze wojskowych i ktra staje si drug natur onierza. aowaem, e przed chwil nie zbesztaem go. To wpynoby na innych... Trzeba byo, aby wszyscy usyszeli natychmiast sowo dowdcy. Ale nie byo ju na to czasu. Musiaem bezzwocznie sprawdzi wiadomo, ktr przywiz Bozanow: wyjani sytuacj, zorientowa si, powzi decyzj. 3 Wystrzay armatnie, ktre niedawno zleway si w przecigy huk, staway si rzadsze, ale brzmiay dononiej. Czy dlatego, e byy blisze, czy moe dlatego, e tu poza lasem drzewa nie tumiy huku. Natomiast terkotanie karabinw i cekaemw oddalio si, odeszo gdzie daleko w bok.

A przed nami, jak i poprzednio, byo pusto: odcinek drogi pobyskujcy kauami i botem, wilgotne stoki parowu, wyranie zarysowany na tle szarego nieba nierwny wierzchoek zasaniajcy horyzont, z tyu las. Ciko znale si bez okrelonego zadania wrd oddzielnych ognisk walki, kiedy nic dokadnie nie wiesz, nic nie widzisz. Bezpieczestwa batalionu strzegy rozstawione patrole, ale po informacjach Bozanowa postanowiem rozejrze si dokoa z jakiego najbliszego wzgrza, zobaczy, co si dzieje. Powiedziaem Bozanowowi: - Wcigaj dziaa do lasu. Ja tylko dopadn wzgrka, rozejrz si. Sinczenko ruszy za mn, lecz kazaem mu czeka na skraju lasu. Po chwili ysek wynis mnie na szczyt pagrka. Stamtd ujrzaem wie, rozrzucon wzdu szosy. Dostrzegem szybkie biae wybuchy strzaw armatnich. Skierowaem tam lornet. Nasza artyleria cofaa si. Traktory, cignce dziaa, wypezay ze wsi i posuway si polem, skrcajc z szosy w bok. Obok armat szli artylerzyci. Rozrniem wysok posta pukownika Malinina, dowdcy puku artylerii. Ujrzaem przez lornet, jak si zatrzyma, wyj i otworzy papieronic, wzi papierosa i zapali - wszystko to zrobi powoli, ze wiadomie podkrelonym spokojem. Potem zatrzyma mijajce go wanie dziao i wskaza jaki kierunek. Traktor ruszy dalej, artylerzyci stanli na swoich miejscach. Skierowawszy lornet w stron, ktr wskaza Malinin, po raz pierwszy ujrzaem niemieckie czogi... Biae krzye na sinawo-czarnym opancerzeniu, pomie buchajcy z wysmukych luf... Strzelajc w ruchu czogi wchodziy do wsi. Chciaoby si, nie odrywajc wzroku, obserwowa t bitw, oglda rozwijajc si przede mn wstg wspczesnej wojny, ale opuciem lornet i spojrzaem wokoo. Drog, ktra prowadzia na szos, pdzili moi jedcy. Pomylaem: pewnie zetknli si gdzie z nadcigajcymi tu Niemcami; nasze oddziay, cofajce si na pnoc, prawdopodobnie ju opuciy t drog poln. W jaki teraz sposb, ktrdy wydostaniemy si std? Naleao natychmiast przerzuci batalion na drug stron drogi polnej, dopki wolne jest wejcie na szos, aby nas nie odcili, nie zamknli w ktownicy drg. Z niepokojem dalej obserwowaem okolic, gdy nagle ujrzaem kompani Filimonowa, ktra ju wyruszya zgodnie z moim rozkazem. Uszykowana w kolumn marszow kompania wyruszya parowem nie widzc czogw ani tego, co si dzieje we wsi, posuwaa si w t stron prosto w apy Niemcw. Czy on oszala? Idzie, do diaba, jak lepy! Z wciekoci uderzyem ostrogami yska, ktry zadra z blu. Mijajc las i batalion pomknem galopem za kompani. 4 Dogoniem. - Kompania, stj! Filimonow, dokd leziesz? Zaskoczony odpowiedzia: - Wedug rozkazu, towarzyszu dowdco batalionu! - Dokd idziesz?

- Chciaem, towarzyszu dowdco batalionu, tym parowem doj do wsi. A potem i ustalon marszrut. - Czemu nie wysa patroli? We wsi s Niemcy! Na jego czerwonej twarzy ukaza si wyraz skonsternowania. On, Jefim Filimonow, ktry potem stal si jednym z bohaterw batalionu, omal nie wyprowadzi teraz swej kompanii, pozbawionej zupenie broni przeciwpancernej, wprost na czogi wroga; wid onierzy jarem nie wiedzc, co si dzieje dokoa. Zdyem go zatrzyma; kompania nie stracia ani jednego onierza, ale stracono wiele czasu. Kto pdzi do nas konno parowem, pdzi co tchu, galopem. Poznaem szar koby Sinczenki. Zatrzyma si. - Towarzyszu dowdco batalionu, pouciekali... - Kto? By zdenerwowany, szybko oddycha i nie odpowiadajc cign dalej: - Zobaczyli was... Krzyknli: dowdca batalionu uciek. I rzucili si... - Kto? - Ci... wczorajsi... ktrych przyjlicie... - A batalion? - Nie wiem... Na drodze s ju Niemcy. Ci krzyknli: dowdca batalionu uciek i rzucili si w rne strony. A ja zaraz po was... Zawoaem: - Filimonow! Kompania wraca! Biegiem! Sinczenko za mn! I po raz drugi tego dnia daem ostrogi yskowi. 5 Popdziem w stron lasu. Z daleka wydawao si, e jest pusty. Czyby naprawd by pusty? Czyby to bya panika? Czy moja bro, mj batalion, rozlecia si w jednej chwili. Wic nie ma po co y? Ale nie wierz, nie wierz. Gdy pdziem w stron lasu, dostrzegem na skraju kilka osb. Jak gdyby na mnie czekali. Dopadem ich. Ujrzaem pospn twarz Krajewa, ujrzaem lini nie dokoczonych stanowisk strzeleckich, pagrki wieo wykopanej ziemi. onierzy nie byo. - Krajew! Co si dzieje z batalionem? Gdzie s onierze? Zasalutowawszy odpowiedzia: - Towarzyszu dowdco batalionu, bya komenda przygotowa si do marszu... - Wic... Gdzie jest kompania? - Uszykowana czeka w lesie... W kompanii, towarzyszu dowdco, jest wszystko w porzdku.

- Wic co si stao? Gdzie? Krajew wskaza w kierunku miejsca, gdzie kilka minut temu spotkaem oddzia powracajcy z dziaami. Mrukn pospnie: - Tam... No, tak szybko nic z niego nie da si wydoby. ysek ponis mnie galopem. Z jakiego punktu na sekund odsonia si droga polna. Jad auta, peno aut, sun cigniki z armatami. Niemcy! Teraz z gry, do parowu. Dwch dzia jeszcze nie wcignito do lasu. Obok dzia stali stoczeni ci, ktrych wczoraj po nocnej walce w Nowlanskoje przyjem do batalionu. Nie wycigali dzia, nie pracowali, bezadnie przywarli do ugrzzych k, do stojcych koni. Ujrzaem Bozanowa; by blady, gorczkowo zaciska wargi. - Bozanow! - zawoaem. - Czy oni krzyczeli, e dowdca batalionu uciek? W milczeniu kiwn gow. Wargi jego byy wci zacite, znajoma okrga twarz miaa wyraz tak surowy, e zmienia si nie do poznania, policzki zapady, rysy si zaostrzyy. - Oto jest wasz dowdca batalionu! Czy wszyscy widz? Spojrzaem na tum onierzy. - No, wszyscy widzicie dowdc batalionu? Wszyscy syszycie? Bozanow, doprowad ludzi do porzdku! Wcignij armaty! Potem przyjdziesz do sztabu, do mnie, wyznacz ci odcinek do obrony. Dotknem wodzy: dobry, wypoczty konik, posuszny najmniejszej woli jedca, ruszy do namiotu sztabowego, do lasu. 6 Znalelimy si w ktownicy niemieckich kolumn. Batalion by znw odcity. Jeeli przyszy krytyk naszej powieci bdzie uwaa za waciwe oskary o to kogo, uatwi mu zadanie, to ja zawiniem! Bez ryzyka nie ma wojny! Zaryzykowaem, posaem ludzi na tyy po zostawione tam pociski i armaty. Armaty zostay wydobyte, ale batalion ugrzz, batalion zosta odcity. Teraz nie wyjdziemy std a do zmroku. Czy nie narobiem bdw? Moliwe. Czy nie naleao dziaa bardziej mdrze, bardziej przewidujco? Moliwe. Jeli na to zasuyem, niechaj mnie zbesztaj bez pardonu za te bdy, ale nie chc uchodzi za nieomylnego, nie jestem zotym dowdc, takim, co go mona do rany przyoy. Znalelimy si w ktownicy niemieckich kolumn. Bit drog szy czogi. Za nimi dwoma rzdami, na Wookoamsk, na Moskw, sza artyleria, jechay ciarwki z piechot i amunicj. Mimo nas posuwao si zgrupowanie wojsk niemieckich w kierunku gwnego uderzenia nieprzyjaciela. A drog poln w tym samym kierunku wchodziy na szos transporty zgrupowania wspierajcego, ktre przedary si wczoraj obok nas. Na skrzyowaniu drg powstawa korek. Niemiecka suba drogowa ju regulowaa ruch zatrzymujc to jedn, to drug kolumn.

Patrzyem przez lornet. Na awkach umieszczonych w dugich chyboczcych si w czasie ruchu ciarwkach siedzieli niemieccy onierze, niemal wycznie najmodsze roczniki - w letnich furaerkach, ubrani w cienkie paszcze. Wielu wsuno zzibnite rce w rkawy, dokuczaa im zimna padziernikowa wilgo. Nacierali, zbliali si do Moskwy, lecz ani w ich zachowaniu, ani na twarzach nie mona byo dostrzec podniecenia z powodu zwycistwa. Dla nich, zdobywcw, to by chleb powszedni. Byli pewni, e zawsze tak bd jecha, wci naprzd i naprzd! Podszed do mnie dowdca baterii artyleryjskiej. - Czy dziaa s wycelowane? - zapytaem. - Tak jest, towarzyszu dowdco batalionu. - Zaadowa dziaa i zameldowa! W czci lasu najbardziej wysunitej w stron skrzyowania drg ustawilimy osiem armat. Cz artylerzystw zostaa przerzucona do innego punktu, gdzie stao sze armat batalionu Szyowa. Odlego od lasu do skrzyowania drg wynosia zaledwie kilometr, wie leaa tu przed nami, niemieckie ciarwki znajdoway si w zasigu strzau armatniego i byy dobrze widoczne; to si nazywa: bi na wprost. - Gotowe - zameldowa dowdca baterii. - Zaczynaj! Bi salwami! Salwami! Rozlega si komenda: - Bateria... Pauza. - Ognia! Bysno. Buchno. Zadraa ziemia. Widziaem przez lornet: poleciay kawaki drzewa i blachy. - Ognia! Niemcy zeskakiwali z ciarwek, kryli si w rowach przydronych po obu stronach drogi, znika gdzie suba regulacji ruchu. - Ognia! Nie, panowie zwycizcy, nie przejdziecie tu! Odcilicie nas? - Nie. Nasz ogie odci wam drog, rozbi wasze kolumny. Pilno wam do Moskwy. Zatrzymajcie si. Najprzd zmierzcie si z nami, jeli aska, sprbujcie zgnie batalion Armii Czerwonej. 7 Ruch na szosie zosta wstrzymany. Nasze salwy armatnie paralioway ruch kolumn niemieckich. Tylne ciarwki z trudem zawracay i omijajc samochody jadce im naprzeciw wracay do wsi zatrzymujc si w miejscach, gdzie znw powstaway korki. Pozostawiem w tej czci lasu dwie armaty. Kazaem bi w niemieckie samochody, a potem, kiedy przeciwnik zacznie odpowiada, zmieni pozycj.

Pozostae armaty przetoczylimy przez las, toporami i piami torujc szybko drog do skraju pooonego najbliej wsi. onierze korygujcy ogie wdrapali si na sosny z lornetami, z aparatami telefonicznymi. Z tych punktw obserwacyjnych donieli: wie zapchana jest samochodami, zostaj one skierowane na boczn drog poln, ale tam ciarwki grzzn w bocie. Powiedziaem dowdcy baterii: - Dodaj im aru! Rzu w to skupisko szedziesit pociskw. Potem czekaj na dalsze rozkazy. Jeeli si rusz, powtrzymy. Poszedem w kierunku sztabu. Kompanie zajy w lesie obron okrn. onierze wryli si w ziemi. Klin lasu, w ktrym umocnilimy si teraz, by obszerniejszy od naszej wczorajszej wysepki, ale nie poprzestajc na tym umylnie szerzej rozcignem obron, aby zmniejszy straty od niemieckiego ognia, ktry jak si spodziewaem, musia nastpi. Jeden pluton karabinw maszynowych i trzy plutony strzeleckie zostay odsunite w gb i rozmieszczone w rnych punktach jako odwd. onierzom odwodu kazano kopa dla siebie rowy. Punkt opatrunkowy z rannymi ukryty by rwnie w umocnieniach ziemnych, w wskich rowach cigych. Pluton gospodarczy kopa schrony dla koni. Stanowisko dowdcy batalionu nie miecio si ju w namiocie, tylko w ziemi, pod wielowarstwowym belkowanym nakryciem. Jak zwykle, palia si tam lampa, stal znajomy st, w kcie ulokowali si telefonici i na przywitanie, jak zwykle, wsta ze swego miejsca Rachimow. Zadzwoniem tam, gdzie rozmieciy si na stanowiskach ogniowych armaty Szyowa. Skierowane byy na drog poln zapchan teraz zniszczonymi autami. Kazaem wystrzeli pidziesit pociskw na najblisz wie na drodze polnej, gdzie skupiy si auta. Czuem: nieprzyjaciel jest osaczony. Jest przygwodony: ani w t, ani w tamt stron. Teraz pokae nam sw paszcz. C, zobaczymy, czy potrafi nas pokn... Czy mu nie stanie w poprzek garda ten kolcami najeony ksek. Nie wiem, czy znacie to uczucie skupienia si twrczych, kiedy mzg chwyta i analizuje wszystko z niezwyk jasnoci, a ciao odczuwa cudown lekko. Z rnych stron grzmiay moje armaty. Mymy nacierali. Mymy prowadzili gr. Wczorajszego przygnbienia, wczorajszych obaw - jak gdyby nigdy nie byo. 8 Zasada taktyki wojny byskawicznej, stosowana przez Niemcw jeszcze w Polsce, w Holandii, w Belgii i we Francji, polegaa, jak wiadomo, midzy innymi na nastpujcym chwycie: po przeamaniu w rnych miejscach linii frontu pdzili naprzd, wci naprzd, pozostawiajc za sob rozdzielone, rozdarte, zdemoralizowane oddziay nieprzyjaciela. Pod Moskw to si hitlerowcom nie udao. Bd jednak opowiada tylko o swoim batalionie. Zostalimy odcici w czasie marszu, na postoju, powtrz w nawiasie: z mojej winy, w pobliu jedynej w tej okolicy twardej, bitej drogi. Niemcy mogli pdzi t drog naprzd, ale mymy z kolei przecili j naszym ogniem. W jzyku wojskowym nazywa si to: kontrolowa drog za pomoc ognia. W ten sposb zmusilimy Niemcw zamiast - naprzd, naprzd! do zajcia si likwidacj gniazda oporu. Zmusilimy... w jzyku wojskowym to si nazywa: narzuci sw wol nieprzyjacielowi.

Niemcy zaczli siec las pociskami i minami. Mymy odpowiadali manewrujc swoj artyleri. Skupiwszy w jednym miejscu wszystkie czternacie armat dawalimy kilka salw na tyy przeciwnika, potem szybko rozrzuciwszy artyleri po dwa lub cztery dziaa, ostrzeliwalimy szybkim ogniem inne punkty. Z wierzchokw sosen moglimy dojrze sze wiosek. Wszystkie sze byy zajte przez Niemcw. Dopiekalimy wrogowi kolejno w tych punktach, gdy pociskw i armat mielimy dosy. Przeleciao dziewi bombowcw. Wyjc przecigle przeszy w lot nurkowy. Las dra od cikich wybuchw. I c? Matka ziemia obronia... ucierpiay gwnie konie, dla ktrych nie zdono przygotowa schronw. Czternacie zabitych koni, dwie rozbite armaty i szeciu ludzi rannych - oto wynik nalotu lotniczego. Okoo poudnia, daleko, w odlegoci jakich pitnastu kilometrw na pnoc, to jest od strony Wookoamska, zagrzmiay znowu, jak z rana, armaty. Chwilami dalekie wystrzay zleway si w jeden grzmot; jeli sdzi z huku, strzelao tam nie dziesi i nie dwadziecia, lecz tak jak rano: sto lub sto pidziesit armat. Pniej dowiedzielimy si, e inny puk artyleryjski przywita tam niemieckie czogi. A tymczasem mymy nie przepuszczali posikw, ktre szy t drog, nie przepuszczalimy artylerii, zmotoryzowanej piechoty, amunicji. Trzykrotnie atakoway nas tyraliery piechoty. Za kadym razem dopuszczalimy ich na niewielki dystans, a potem salwami karabinw i ogniem przeciwszturmowym karabinw maszynowych miadylimy niemieckie tyraliery zmuszajc pozostaych przy yciu onierzy do czogania si po ziemi i cofania si. Jeden z atakw rozpoczli tam, gdzie wanie znajdowao si kilka naszych armat manewrujcych w lesie. Nadarzy si wypadek - wypadek, ktrego oczekuje w gbi duszy kady prawdziwy artylerzysta - mono przywitania piechoty przeciwnika kartaczami. Czy wiecie, co to znaczy strzela kartaczami? Pocisk wyrzucony z lufy rozrywa si w powietrzu, w locie, na tysice odamkw, na tysice palcych ostrych kropli, ktre z wielk sil bij w twarz nacierajcej piechoty. Tego dnia trzykrotnie dowiedlimy wrogom susznoci elementarnej prawdy wojskowej: daremnym wysikiem jest atakowanie pod ogniem przeciwszturmowym, daremnym wysikiem jest atakowanie pozycji, jeli nie s zniszczone gniazda ogniowe, jeli duch obrocw nie jest zdawiony. Lecz ile czasu, ile artyleryjskich pociskw musieliby zuy Niemcy, gdyby chcieli nas zgnie. Czas oto, co stracili przez nas Niemcy. Niszczylimy im rwnie ludzi, yw si bojow. Nieznacznie zapad wieczr. Czas byo ju pomyle o odejciu. Ale, wyobracie sobie, nie chciao mi si odchodzi. Nasza amunicja wyczerpaa si, gdyby nie to, powojowabym na tym miejscu jeszcze dob, jeszcze dob przytrzymabym tu nieprzyjaciela, pobawibym si z nim... Ju nie czuem lku. Zniky, pozostay gdzie we wczorajszym lesie moje mczce rozmylania. Tak wyzbyem si lku przed okreniem. Tak ukoczyem pierwszy kurs wyszego wyksztacenia wojskowego. 9 Zapad zmrok. Zwiadowcy donieli: wszystkie okoliczne wsie s obsadzone przez wojska niemieckie, dokoa kadej wsi wystawiono silne ubezpieczenie. Wszystkie drogi odwrotu s dla batalionu odcite. Ale gwna szosa, pki my tu jestemy, nie naley do Niemcw. Niemcy, korzystajc z ciemnoci, sprbowali znowu posuwa si szos. Ale mymy im nie pozwolili. Usiowali objecha szos bocznymi drogami. Ale mymy im przeszkadzali, strzelalimy po rozwidleniu drg. Miaem uczucie, e przyciem przeciwnikowi ogon. I nie chciao mi si go wypuszcza.

O dziewitej czy dziesitej godzinie wieczorem przyby wysany przez Panfiowa lejtenant Anisjin. Poda mi kartk od generaa: natychmiast wychodzi z okrenia, wyprowadzi batalion w stron Wookoamska. Anisjin przedosta si do nas lasem. Odlego midzy batalionem i naszymi wojskami dochodzia do dwudziestu piciu kilometrw. Jak przeby t przestrze? Mona cofn si lasem. Spjrzcie na map - widzicie wyduone pasmo lasu, z kilkoma przerwami cignie si ono na pnoc, podchodzc bezporednio do Wookoamska. Piechota przejdzie lasem atwo. Ale armaty, tabory? Czy porzuci je? Powziem decyzj: przedosta si w ciemnoci do masywu lenego i maszerowa kierujc si kompasem wprost na Wookoamsk, torujc toporami drog dla artylerii i taborw. Dalimy poegnalny koncert, poegnalne salwy z dzia, godzc w niemieckie tyy wszdzie, gdzie sigay nasze armaty. A teraz do widzenia, panowie! Spotkamy si jeszcze. Batalion zacz zbiera si do marszu. 10 W ciemnoci posuwamy si wci naprzd lasem. By to stary, wiekowy rezerwat. Pracuj piy i siekiery, zwalamy i odsuwamy na bok drzewa, wyrbujemy przejcia, wyrbujemy po sobie. W batalionie jest siedemdziesit pi, sto pidziesit siekier - wszystkie s w ruchu. Idziemy wci naprzd. W ciemnoci sabo wieciy wieo cite pnie. Wyrbanym przejciem cign wzki, wozy sanitarne, armaty. Mamy ze sob dwanacie dzia. Dwa zostay zniszczone w boju i ostatecznie wysadzone przez nas w powietrze. Stracilimy okoo dwudziestu koni, ale i ciarw mamy mniej: przeszo tysic pociskw wystrzelilimy, pozostaa tylko elazna racja. Niewiele pozostao i jaszczy z nabojami. Na wozach nie ma chleba, konserw, kasz, warzyw, co nieco tylko zostawiono dla rannych. Ju czas, ju czas odchodzi. Jutro byoby ciko. Idziemy, tniemy, rbiemy. Posuwamy si powoli. W niektrych miejscach, w wiatroomie, w gstwinie, robilimy mniej ni kilometr na godzin. Mimo wszystko jednak torujemy sobie przejcie wedug kompasu. Na dziesitki lat zostawiamy pamitk po sobie. Posuwamy si bez postojw; bez wytchnienia, tylko co godzin zmieniaj si oddziay przy pracy. wit zastaje nas w lesie, w ruchu. Wysokie pnie padaj ze wistem, z hukiem, amic swym ciarem i gniotc pod sob mode drzewka i uschnite pnie i gazie. Nagle wszystko staje. Cichn piy. Urywa si stuk siekier. Jaki spniony wierzchoek wiszczc zakreli uk i rbanie ustaje! Stra przednia doniosa: batalion zbliy si do polany idcej w poprzek lasu. Przechodzia tamtdy droga polna, ktra prowadzia w stron szosy. Droga ta zajta bya przez nieprzyjaciela. 11 Stoj na skraju lasu i patrz. Pezn ciarwki, wizn w bocie, staj. Te z awkami, ktre wioz piechot, jad prne, ale w pudach, obok kabin, jak drzewo uoone byy lufy modzierzy. onierze id pieszo podpierajc i wycigajc z bota auta. Niektre samochody s po brzegi naadowane amunicj, inne - cign lekkie armaty. Gdzie w autach le karabiny maszynowe, granaty. Stoj pi, dziesi minut, patrz i rozmylam. Auta wci pezn, spod k pryskaj ukone fontanny bota. Piechota podpiera auta i wraz z nimi posuwa si naprzd. Jedcy, ktrych wysaem na skraj

lasu, powrcili z wiadomoci: koca nie wida. Tdy przepywa potok, ktremu wczoraj przecilimy drog przy szosie. Polana miaa blisko kilometr szerokoci. Trzeba przeby ten kilometr, przeby i znikn w lecej naprzeciw cianie lasu. Co robi? Przygotowa dziaa? Zdj z wzkw karabiny maszynowe? Rozpocz bitw? Ale pociskw prawie nie ma. Nabojw zostao niewiele. Przeczeka do nocy? Nie wolno! Przeciwnik dowiedzia si ju na pewno albo wkrtce si dowie, e porzucilimy nasze wczorajsze gniazdo. Idc w lad za nami korytarzem, ktry przerbalimy, mog nas w kadej chwili tu odkry, a batalion nie ma ju czym si broni, dugo nie potrafimy odpowiada ogniem na ogie nieprzyjaciela. Co prawda, mona by sprbowa cofn si w gb lasu, ukry si a do zapadnicia zmroku. Niemcy nie lubi przenika w gb lasw, wol nie rozpoczyna tam bojw. Ale mam rozkaz: prowadzi batalion w kierunku Wookoamska. Oczekuje nas Panfiow. Potrzebni jestemy tam, aby ogniem przywita te hordy, potrzebni jestemy jak najprdzej, aby podeprze nasz przegrod uginajc si pod naporem wroga. Trzeba si przedrze! Przebi si natychmiast! Jak? Niespodziewanym atakiem na bagnety? Zaskoczeni znienacka, Niemcy niewtpliwie nie oka w pierwszej chwili powanego oporu. Zmieszaj si, gdy w ciszy zagrzmi nagle grone rosyjskie hura. Po przebiciu szerokiej bramy ukryjemy si po obu stronach drogi i utrzymamy to przejcie dotd, a przejd nasze wozy, artyleria, ranni. Stworzymy im zason ogniow, na ten cel starczy nabojw. Potem wyrusz i cofn si kompanie. Ich odejcie trzeba bdzie rwnie osoni. Jak? Dwoma karabinami maszynowymi. Najcisze zadanie, nieludzko cikie zadanie wypadnie do spenienia obsudze cekaemw, tym, ktrzy zostan ostatni, aby walczy oko w oko z nacierajcym wrogiem. Ci ludzie nie bd mieli osony, nie ujd cao. Do takiego czynu, do takiego bohaterstwa potrzebni s ludzie najbardziej nieugici, najbardziej oddani. Ci, ktrzy bd strzela do ostatniego tchu, ktrzy speni do koca wity obowizek onierza, wypeni rozkaz i nie cofn si! Ciko... Ciko powiedzie nawet samemu sobie: ostatnia pozostanie obsuga karabinu maszynowego Bochy. Zostanie na zawsze na tej lenej polanie. I Bozanow... Tak, wraz z obsug cekaemw zostanie Bozanow. Teraz jestem spokojny o to, e przy cekaemach nikt nie drgnie, e cofniemy si w porzdku, e zdoamy zabra ze sob wszystkich rannych i zabitych. Wszystkich... Prcz ostatniej garstki bohaterw. 12 Batalion w ciszy ciga do skraju lasu. Wydaem rozkaz: - Podaj dalej: dowdcy kompanii - do mnie. Oficer polityczny Bozanow - do mnie! Jak to powiem Bozanowowi? Jak wymwi: Damuhammed, skadam ciebie w ofierze? Oczekujc dowdcw wpatrywaem si cigle w zwolna posuwajcy si potok niemieckich aut. Na razie nie wida tam najmniejszych objaww niepokoju. Nikt nie przypuszcza, e tu obok znajduje si ukryty w lesie batalion Armii Czerwonej.

A moe dziaa inaczej? Moe... Ale to okropne ryzyko. Obejrzaem si na onierzy, ktrzy stali cicho pomidzy drzewami nie odrywajc oczu od Niemcw. Kady z mych onierzy mia karabin, kady mia w adownicy przepisow ilo nabojw - po sto dwadziecia na kadego. A jeeli jednak... Ach, karabinie, mj karabinie, czy nie wyratujesz nas? Do diaba - jeeli zdecydujemy si na wykonanie ryzykownego pomysu, ktry zawadn cakowicie mymi mylami, to w razie niepowodzenia moemy wszyscy zgin, ale za to, jeeli si uda, wszyscy zostaniemy przy yciu, nikogo nie trzeba bdzie skada w ofierze w paszcz mierci. C, ryzyko - to szlachetna rzecz. Nie, ryzyko bez rozwagi nie jest szlachetne. Ale w tym wypadku przecie rozwayem spraw. Znw spojrzaem na onierzy. Jeli zapyta ktregokolwiek z nich: Jak mylisz - czy pozostawi na zgub kilku towarzyszy, eby uratowa reszt, czy te zaryzykowa: albo wszyscy zginiemy, albo wszyscy bez reszty wyjdziemy cao - kady z nich powie: zaryzykujemy. No dobrze, przyjaciele! Nikogo nie zostawimy. Kolejno zjawiali si dowdcy. Z czuoci spojrzaem na Bozanowa. Zauway to, zdziwiony wpatrywa si we mnie i niemiao umiechn si w odpowiedzi. 13 Wyjaniem dowdcom pomys przedarcia si. Wygldao to tak: batalion ustawia si w jeden szereg tworzc romb. Wewntrz rombu umieszczamy wozy i armaty. Na moj komend batalion posuwa si wolnym krokiem, zachowujc ksztat rombu. Karabiny trzyma gotowe do strzau. Na moj komend strzela salwami w marszu. Strzela nie w powietrze i nie w ziemi, ale mierzc bezporednio, celujc wprost w nieprzyjaciela. W lesie trudno byo si ustawi. Na przedzie w ostrym kcie umieciem Rachimowa, w bocznych ktach - Krajewa i Filimonowra, z tylu zamyka kolumn Bozanow. Oddzia Bozanowa, mj nie przewidziany planem odwd, osania tyy. Powiedziaem im, naszym przybranym dzieciom: - Wyznaczam wam, towarzysze, najbardziej odpowiedzialne miejsce. Ufam wam! Jeli pjdzie dobrze - wszystkie grzechy wam si zapomni. Rozdano im dodatkowo granaty, w tej liczbie i wielkie, przeciwczogowe, aby pod koniec, gdy batalion ju si przedrze, spowodowa kilka wybuchw w kolumnie niemieckich aut. Wyszedem z tylnego kta i mijajc wozy i armaty stanem na przedzie, obok Rachimowa. Obejrzaem si. Wydaem cicho rozkaz: - Batalion... marsz! I poszedem. Poprowadziem naprzd najeony romb. Niemcy nie od razu zrozumieli, kim jestemy, co za dziwna milczca kolumna wysuwa si z lasu. Wielu w dalszym cigu pchao auta, inni zwrceni w nasz stron, parzyli ze zdziwieniem. Bya to dla nich rzeczywicie rzecz niepojta. Czerwonoarmici nie id na bagnety, nie krzycz hura, to nie jest natarcie. Chc si podda? Ale nie podobna... Zwariowali? Jakie osiemdziesit, sto metrw pozwolili nam przej nie wszczynajc alarmu. Potem zabrzmia rozkazujco okrzyk w jzyku niemieckim. Zorientowaem si: niektrzy rzucili si do aut, do broni, do karabinw maszynowych. Wanie zorientowaem si: czas rozoy si teraz jakby na najdrobniejsze odcinki.

- Batalion... Chwila ciszy. Nikt nie podnis karabinu. Jak wiecie, otrzymali rozkaz strzelania w ruchu z rki przyciskajc kolb do adownicy. - Ognia! Cisz rozdara salwa. - Ognia! Wydajc urywany grzmicy huk, ktry budzi dreszcz zgrozy, wysalimy znw wachlarzem kilkaset naboi. - Ognia! Mymy szli i strzelali. To straszna rzecz - salwy ognia batalionowego, jeden zbiorowy strza z siedmiuset karabinw, powtarzajcy si w rnych odstpach czasu. Przycisnlimy wrogw do ziemi, nie dalimy im podnie gowy, poruszy si. Mymy szli i strzelali, miadc wszystko na swojej drodze. Ani jeden onierz nie wyszed z szeregu, ani jeden nie drgn. Prowadziem batalion w przerw pomidzy autami. Na drodze, w bocie, leeli zabici hitlerowcy. Wydajc komend prowadziem batalion prosto, nie zbaczajc. Ludzie, konie, armaty i wozy przeszli po trupach poprzez niemieck kolumn. Batalion min drog. Rozlego si kilka wybuchw: to dziaay nasze granaty. A my posuwamy si wci naprzd i strzelamy salwami. W jednej z przerw pomidzy salwami krzyknem: - Batalion! Sucha komendy lejtenanta Rachimowa! Teraz Rachimow wykrzykiwa Ognia!... onierze odwracali si i strzelali. W dalszym cigu nie pozwalalimy wrogowi podnie gowy, poruszy si. Pozostajc wewntrz rombu, poszedem z powrotem, omijajc wozy i armaty, i zajem stanowisko obok Bozanowa. Do lasu pozostao dwiecie, dwiecie pidziesit krokw. Ani jeden Niemiec nie mg dotd uy broni. Nagle z dala ukazao si kilka czogw. Szy na nas z wci wzrastajcym zgrzytem i strzelay w ruchu z karabinw maszynowych. Wytajc gos komenderowaem: - Batalion! Biegiem! Konie - galopem! Do lasu! Wszyscy pomknli. I tylko garstka - tylny kt, onierze Szyowa - Bozanowa, wci jeszcze szli, spogldajc na Bozanowa i na mnie. Mimo napicia, jakie panowao, rozemiaem si. Do diaba, no i oduczyem ich od biegania. Krzyknem do nich: - A wam co - potrzeba osobnej komendy? Za mn! Biegiem! Pobieglimy i my. A z tyu sycha szczk, huk i terkot karabinw maszynowych. Ludzie, wozy, armaty - wchodzili ju w las. Przed samym lasem, jakie dwadziecia, trzydzieci krokw, upadem. Umylnie. Naleao obejrze si; czy nie ma rannych, czy nie pozostawiono kogo w polu bezbronnego, bez pomocy; jeli pozostawiono choby jednego, trzeba jako zatrzyma wroga, wynie rannych i zabitych z pola. Ale nikogo nie pozostawiono. Dwaj onierze pochyleni nisko biegli niosc kogo na rkach.

Rozejrzaem si dokoa. Obok mnie upad Bozanow i jeszcze pi osb. Wrd nich by Pozunow. Ukry si za pniakiem; by nieco blady, wycign uwanie szyj, jego rozumne, jasne oczy szybko rozglday si po okolicy, w rku trzyma gotowy do rzutu przeciwczogowy ciki granat. Jego twarz z pulchnymi modzieczymi wargami, ktra wrya mi si w pami owego ranka, kiedy z Pozunowem rozmawia Panfiow, bya teraz zupenie zmieniona. Zastanawiao w niej skupienie i stanowczo. Krzyknem: - Pozunow! Jeeli zobacz jeszcze generaa, usyszy on o tobie. Pozunow umiechn si. Zakomenderowaem: - No, dalej, biegiem! Za mn. Skoczylimy i pomknlimy znw w stron lasu. Z jakiego czogu skierowano na nas strumie kul wietlnych. Jedna z nich sykna mi nieprzyjemnie koo nogi. Ale w lesie ustawiy si ju nasze armaty. Buch! Buch! Nadesza chwila naruszenia elaznych porcji. W biegu obejrzaem si. Jeden czog z rozwalonymi gsienicami obraca si w miejscu, niby wielki huczcy bk. Pozostae zatrzymay si. Nieatwa to rzecz dla czogw i na armaty bezpiecznie ukryte poza stuletnimi sosnami. Wpadlimy do lasu. Czogi, warczc i wci jeszcze strzelajc, zaczy si wycofywa. 14 Kilkakrotnie mwiem w tej powieci o strzelaniu salwami. Robiem to umylnie. Chciaem, aby niektre myli mojej prawdziwej, nie wymylonej powieci zostay jak gdyby wyrnione tustym drukiem, kursyw. Sposb ten jest oczywicie nieco wulgarny. Byoby o wiele przyjemniej, gdyby krytyka sama wyjania wszelkie aluzje, zestawia pewne momenty i wytumaczya, co do czego naley. Ale chodzi tu nie o mio, ktr kady przey i ktra dla kadego jest zrozumiaa, lecz o technik prowadzenia boju, o zagadnienia sztuki wojennej, o wojskow specjalno. Dlatego wszystko wytumaczymy sami. Dowiadczenie wojny nauczyo nas, dowdcw, e we wspczesnym boju, zarwno w obronie, jak i w natarciu, decydujcym rodkiem oddziaywania na nieprzyjaciela, na jego psychik - jest ogie. Przy tym najpewniej dziaa niespodziewany ogie, oszaamiajcy, byskawicznie paraliujcy wol. W boju zwycia ten, kto potrafi wzi inicjatyw ognia w swoje rce, posi przewag ogniow w odpowiednim momencie i w odpowiednim kierunku skupi wachlarz siejcych mier trajektorii. W boju zwycia ten, kto potrafi przycisn przeciwnika do ziemi, oguszy go i olepi, aby nastpnie zniszczy bezlitonie. Uwaam si za ucznia Panfiowa i pragn by godny tego miana. A Panfiow, jak ju wiecie, uporczywie powtarza: Dbajcie o onierza! Okazujcie mu sw dbao nie tylko sowami, ale czynem, ogniem! Tak, piechot trzeba chroni za pomoc ognia i manewrowania. Trzeba torowa i oczyszcza jej drog za pomoc ognia, ognia i jeszcze raz ognia! Mam tu na myli nie tylko artyleri. Licz na artyleri, ale i sam nie zasypiaj! Artyleria nie bdzie zamiast ciebie strzela z karabinu, artyleria nie bdzie zamiast ciebie kierowa twoj kompani, twoim batalionem. To s take sowa Panfiowa, wypowiedziane pewnego razu podczas zaj.

Tak, piechota ma do siy, aby swoje posunicia osoni wasnym ogniem. Piechota ma bro o wielkiej sile - bro, ktra umiejtnie wykorzystana, szczeglnie w wojnie manewrowej, ruchowej, sparaliuje psychik nieprzyjaciela. Broni t jest salwa karabinowa. Sia salwy karabinowej tkwi w tym, e taka salwa jest niespodziewana, a podstaw, pominwszy wybr odpowiedniej chwili dla rozpoczcia ognia, jest znw i jeszcze raz dyscyplina. Takie oto myli chciabym wyrni kursyw: trzeba posuwa naprzd piechot z pomoc ognia, i to nie tylko artyleryjskiego, ale i jej wasnego, z pomoc salw karabinowych ognia piechoty.

W Wookoamsku u Panfiowa
1 Znowu idziemy przez las. Tniemy, wycinamy, wyrbujemy drog. Wookoamsk niedaleko. Sycha strzelanin. Oto skraj lasu. Std w oddali majacz dzwonnice. Nieco z boku i bliej ku nam czerwieniej wzniesione z cegy budynki stacji Wookoamsk. Stacja jest oddalona od miasta o kilka kilometrw. Na stacji wre walka. Nagle unosz si tam w powietrze pkate, elazne wiee - ogromne zbiorniki benzyny - przez chwil zawisy, potem ciko osiady na ziemi i rozleciay si. Bucha pomie i dym. Nastpnie rozlega si huk wybuchu. Stacja jest jeszcze w naszych rkach. Ale wojska ju wysadzaj kolej, skady i zbiorniki, eby nie zostawi wrogowi ani kropli benzyny, ani ziarna zboa. Id z batalionem ku miastu. Zatrzymuj nas posterunki. To onierze naszego puku. Od nich dowiaduj si, e sztab puku znajduje si w miecie, w dzielnicy pnocno-wschodniej. Do miasta idziemy brukowan drog, dalej cignie si asfalt, cignie si a do samej Moskwy, jest to owa szosa wookoamska, ktra tak nci Niemcw. O sto krokw od pierwszych domkw zatrzymaem batalion na krtki postj, na jednego papierosa. A po dziesiciu minutach kolumnami, ze wszystkimi dziaami, taczankami z cekaemami, jaszczami i wozami, rozstawionymi midzy oddziaami, ruszylimy ku miastu. Szedem na przedzie, powierzywszy yska ordynansowi. 2 Pamitam wraenie, jakie wywar Wookoamsk. Niektre domy, przede wszystkim w centrum, byy rozbite przez bomby lotnicze. Jak wida, lotnictwo wroga nieraz robio naloty na miasto. Cika bomba rozwalia drewniany skad mki. Jeden naronik by wyrwany, w wyomie sterczay zaostrzone koce rozupanych belek, dach zapad si, brama i ramy okienne wyleciay w powietrze. Mka, rozsypana przez wybuch, nie tknita tu ani stop ludzk, ani koami - szar warstw pokrya brzegi przydronego rowu. Na jezdni pod stopami chrzcio szko. Mk z rozbitego skadu rozdawano ludnoci. Wida byo pewien porzdek, jak kolejk, lecz mki ju nie waono. Rozdawano j z popiechem, sypic wiadrami do nastawionych workw, do powoczek. A mymy szli w szeregu, czwrkami, rwno i w nog. Zdawao si, e na ulicy wszyscy dokd piesz, biegn, miotaj si niespokojnie, zdawao si, e nikt z mieszkacw nie potrafi ju chodzi spokojnie.

Oto po drodze znw rozwalony przez bomb nieduy drewniany dom, znw zwalone na bok belki ze wieymi tymi ladami zaama, znw chrzst szka pod nogami. Obok ruin na skraju chodnika le zwoki starej kobiety. Wiatr porusza siwymi, potarganymi wosami. Niedua kaua krwi krzepnie na ziemi wok gowy. Jak wida, czyje rce odsuny zabit na bok i teraz obok zwok nie ma nikogo; ani bliskich, ani ciekawych. Z murowanej kamienicy o pustych czarnych otworach zamiast okien fala powietrza zerwaa szyld, ktry zawis na jednym haku i ktrego nikt ju nie poprawia. Ulic przechodzi patrol; na skrzyowaniu ulic, z karabinem na ramieniu, z czerwon opask na rkawie, stoi onierz i reguluje ruch. Na nasz widok staje na baczno i salutuje. W miecie panuje wojskowy lad, lecz z poprzedniego, zwykego adu cywilnego nie pozostao ju ani ladu. Mieszkacy mijaj nas szybko, biegn tu i tam, rzucaj w popiechu jakie zdania, niektrzy przenosz rzeczy z miejsca na miejsce i wszyscy piesz si, piesz. Pamitam, wydawao mi si wwczas, e tak zapewne zachowuj si pasaerowie rozbitego przez burz okrtu, wyrzuconego na nieznane skay. Dusz ogarnia strach: za chwil wizada pkn, okrt pjdzie na dno. Przed bram jakiego domu stoi wyrostek lat siedemnastu. Na sekund spotkay si nasze spojrzenia. Patrzy badawczo, lecz spode ba. Modziecza twarz jest bardzo powana, gowa nieco pochylona naprzd. W tej postawie i w tym spojrzeniu dojrzaem upr i wyrzut. Po jakich stu metrach, gono liczc krok, obejrzaem si na szeregi batalionu i znw zauwayem tego samego chopca przed bram. Stal nadal bez ruchu jakby na uboczu tego zamieszania i zgieku. Pniej, kiedymy si dowiedzieli o walce wookoamskich partyzantw z zaborcami, o omiu powieszonych w Wookoamsku, przypomnia mi si nie wiadomo czemu ten modzieniec. Pomylaem, e wanie on musia by wrd tych, ktrzy walczyli. Nie by sam w miecie. Ale wtedy, w ten niewesoy padziernikowy poranek, rzucia si nam w oczy jedynie bieganina uliczna i niepokj. Zapewne co podobnego dziao si i w wielu innych miastach, nad ktrymi zawisa straszliwa zagada wszystkiego, czym si yo przedtem, zawisa katastrofa - okupacja. Jeszcze nie zdobyte przez wroga, nie opuszczone przez nas miasto byo jak gdyby ju podbite, podbite przez strach. A mymy szli i szli ponuro rozgldajc si wok. Na nas patrzono take. Ulicami miasta, dokd przenika ze stacji dym pogorzeliska, szli onierze w bojowym rynsztunku, przestrzegajc przepisowych odstpw midzy szeregami, z oficerami na czele oddziaw, z armatami, karabinami maszynowymi i taborami. Nie, nie odstukiwalimy krokw, nie kroczylimy jak na defiladzie. onierze szli ponuro, byli zmczeni, nie spodziewali si wypoczynku lub radoci, lecz jeszcze ciszych walk, ale pod spojrzeniami mieszkacw prostowali si, szli rwno, miarowym krokiem. I patrzono na nas bez entuzjazmu, nikt nie zachwyca si nami. Wojska, ktre cofaj si, nie wywouj zachwytu, armia, ktra si cofa, nie budzi entuzjazmu. Kobiety patrzyy z litoci, niektre wycieray zy. Wielu najpewniej mylao, e wojska ju porzucaj miasto. Przeraone, smutne spojrzenia zdaway si pyta: Czyby wszystko byo skoczone? Czyby przepado wszystko, czemumy powicili nasze siy, nasze marzenia? Ciki, ciki by ten przemarsz przez miasto, lecz w odpowiedzi na spojrzenia mieszkacw, w odpowiedzi na panik, niepokj, strach, ktry ogarn miasto, dumnie wznosilimy gowy, pryli ramiona, uparcie i ze zoci stawiali kroki.

Kady swym krokiem, jak gdyby wsplnym krokiem setek onierzy, odpowiadalimy: - Nie, okrt radziecki nie zatonie. Nie, to nie katastrofa, to wojna. onierskim krokiem odpowiadalimy na strach, na niepokj, na lito. - Nie, nie jestemy ndznymi resztkami, wydostajcymi si z okrenia, rozbitymi przez wroga. My to zorganizowana armia radziecka, ktra sobie uwiadomia wasn si na polu walki. Bilimy hitlerowcw, kroczylimy po ich trupach, patrzcie na nas, przechodzimy koo was w szyku bojowym, z podniesionymi gowami jak dumny oddzia wojsk, oddzia Armii Czerwonej, wielkiej i gronej Armii Stalina! 3 Batalion zblia si do pnocno-wschodniego przedmiecia, gdzie znajdowa si sztab puku. W jednym z domw, pamitam jego czyciutkie niebieskie okiennice, nagle, jakby od silnego pchnicia, szeroko otworzyo si okno. W gwatownym ruchu wyjrza z niego komisarz puku, Piotr ogwinienko, i radonie zamacha nam rk. A z ganku bieg ju nam na spotkanie siwawy major szef sztabu puku, Sorokin. Ucisn mi rk, a jego niemode oczy, ktre ju wiele widziay, byszczay ze wzruszenia. ogwinienko, ktry znalaz si zaraz na ulicy, pochwyci mnie w objcia, pocign na bok i zacz caowa. Z temperamentem, burzliwie wyraa swe uczucia. A dla mnie bya to chwila zdumienia. Dlaczego nas tak witaj? Po drodze mylaem, e raczej otrzymamy nagan za opnienie. I dopiero teraz zrozumiaem, jak denerwowali si nasi towarzysze, jak niepokoili si o losy batalionu odcitego przez Niemcw, dawno nie dajcego zna o sobie. Po cichu nieraz musiaa ich trapi ponura myl o naszej mierci, po cichu niejeden, by moe, posya nam bolesne sowa poegnania. Dowdca puku, major Jelin - opanowany i skryty - stal w milczeniu na ganku i patrzy na przechodzce szeregi. Podszedem do niego z raportem. Wysuchawszy powiedzia krtko: - Dobrze, przyjdziecie pniej z dokadnym sprawozdaniem. A tymczasem rozlokujcie batalion po kwaterach. Mona odpocz. Nasz puk stanowi odwd dowdcy dywizji. W jego spokojnym gosie przy wymawianiu ostatnich sw zadwiczaa duma. Jelin nie potrafi jej ukry. Podczas poprzedniej wojny wiatowej by modym oficerem, potem wojskowym zawodowym Armii Czerwonej, dumny by z tej armii, do ktrej mia honor nalee. Czy rozumiecie, jaki sens miao wwczas, po tym wszystkim, co si przeyo, to zwyke zdanie: puk stanowi odwd dowdcy dywizji?Oznaczao ono, e po tym, jak Niemcy przerwali front, po dwch - trzech krytycznych dniach i nocach dywizja stoi znowu w obliczu wroga, gotowa do walki obronnej, z siln grup odwodow, rozmieszczon nieco w gbi. To zwyke zdanie wyjanio, e przed hitlerowcami, ktrzy przerwali front, wyrs nowy front, e Moskwa jest osonita jak przedtem. Batalion wci szed i szed. Cigny armaty. Zjawi si adiutant Panfiowa, mody, rumiany lejtenant. Zasalutowa: - Towarzyszu Momysz-Uy! Do generaa! - A gdzie genera? - Chodmy. W tym domku. Genera, wiecie, spojrza w okno: Co to takiego? Skd tyle wojska?

I adiutant rozemia si. Wezwaem Rachimowa; kazaem rozkwaterowa ludzi i poszedem za adiutantem. 4 Przez pokj przejciowy, gdzie ulokowali si telefonici z aparatami, gdzie dyurowali oficerowie sztabu, wszedem do Panfiowa. Szybkim ruchem wsta zza stou, na ktrym take znajdoway si telefony i leaa rozoona mapa sztabowa. Stanem na baczno i chciaem meldowa. Ale Panfiow nie pozwoli. Szybko zbliy si do mnie, wzi za rk i silnie ucisn - ucisn nie po rosyjsku, ale tak, jak to jest w zwyczaju mego narodu, u Kazachw, obydwiema rkami. - Siadajcie, towarzyszu Momysz-Uy, siadajcie... Herbaty chcecie? I czego dla wzmocnienia? I nie czekajc na odpowied otworzy drzwi i powiedzia do kogo: - Dajcie tu obiad, zaksk, samowar... I wszystko, co trzeba. Potem zwrci si ku mnie. Jego umiechnite malekie oczy, osadzone nieco ukonie, po mongolsku, pene byy serdecznoci. - Siadajcie. Opowiadajcie. Czy due macie straty w ludziach? Wymieniem liczb zabitych. - Rannych wywielicie? - Tak, towarzyszu generale! - Czycie kazali ludziom odpocz, wysuszy odzie? Czycie kazali ich nakarmi? - Tak, towarzyszu generale! Panfiow zbliy si do aparatu telefonicznego, poczy si z szefem sztabu dywizji i rozkaza mu natychmiast zameldowa do sztabu armii, Rokossowskiemu, e do Wookoamska przedar si penowartociowy batalion, ktry znajdowa si dotd na tyach wroga. Wysuchawszy z kolei przez telefon jakiej wiadomoci, Panfiow pochyli si nad map i zacz o co wypytywa. Usyszaem: - Az pnocy? Spokojnie? Kiedy mielicie stamtd ostatnie wiadomoci? A pniej? Nie mam zaufania, moi drodzy, do tej ciszy. Spytajcie jeszcze raz, wyjanijcie... I przylijcie, prosz, do mnie kapitana Hofmana ze wszystkimi raportami. Odoywszy suchawk Panfiow przez pewien czas nadal studiowa map. Twarz mia powan, nawet ponur... Parokrotnie cicho zachichota. Machinalnie wycign papieronic, wzi stamtd papierosa i w zamyleniu zastuka ustnikiem po stole, nastpnie, opamitawszy si, spojrza na mnie. - Przepraszam... I szybko wycign ku mnie otwart papieronic. - C, towarzyszu Momysz-Uy, opowiadajcie. Opowiadajcie o wszystkim.

5 Postanowiem zoy raport jak najzwilej, aeby nie zatrzymywa generaa i nie zabra mu zbyt wiele czasu. Zdawao mi si, e teraz, w atmosferze walki penej napicia, nie moe on, rzecz jasna, zajmowa si mn i moim raportem. - Dwudziestego trzeciego padziernika wieczorem... zaczem... - Patrzcie, od czego zacz - przerwa Panfiow - poczekajcie z dwudziestym trzecim padziernika... Opowiedzcie najpierw o walkach na drodze. Pamitacie nasz spiral, spryn? No, jake dziaaa tam u was? Te drobne potyczki, te niewielkie ze wzgldu na swj rozmach dziaania, walki drobnych grup plutonu, Donskich i plutonu Brudnego - teraz, po wydarzeniach, ktre tylekro groziy zagad caemu batalionowi, odsuny si ode mnie gdzie bardzo daleko. Dziwne - po co Panfiow o to pyta? Jakie znaczenie maj teraz nasze dawne, pierwsze potyczki? Panfiow umiechn si, jakby zgadujc, o czym myl. - Moje wojska - powiedzia - to moja akademia. Mona to samo powiedzie i o was, towarzyszu Momysz-Uy. Wasz batalion - to wasza akademia. A wic, czegocie si nauczyli? Od tych sw nagle zrobio mi si ciepo na sercu. Chocia staraem si zachowa spokj ducha, obraz miasta opanowanego przez strach podziaa na mnie, rzecz jasna, przygnbiajco. A Panfiow w tym miecie, w pokoiku, do ktrego wyranie dolatywa huk armat, spyta z umiechem: A wic czegocie si nauczyli? I nagle udzieliy mi si jego spokj i pewno siebie. Pochylony ku mnie caym ciaem Panfiow z ywym i szczerym zainteresowaniem czeka na odpowied. Czego si naprawd nauczyem? A wic, byo nie byo, wyo najgwniejsze. Powiedziaem: - Towarzyszu generale, zrozumiaem, e wojna byskawiczna, ktr chc prowadzi przeciw nam Niemcy, to wojna psychiczna. I ja uczyem si, towarzyszu generale, bi ich t sam broni. - Jakecie powiedzieli? Wojna psychiczna? - Tak, towarzyszu generale. Bywa atak psychiczny, a tutaj cala wojna jest wojn psychiczn... - Psychiczn?... - znw z pytajcym akcentem powtrzy Panfiow. Zgodnie ze swym zwyczajem, genera milcza przez chwil, myla. Czekaem z dreniem, co powie dalej, lecz w tej samej chwili otworzono drzwi. Kto spyta: - Czy mona wej? - Tak, tak, wejdcie! Wszed szef oddziau operacyjnego sztabu dywizji, kapitan Hofman, z du czarn teczk. - Przybyem na rozkaz... - Tak, tak, siadajcie. Wstaem, jak nakazywaa przyzwoito. - Dokd, towarzyszu Momysz-Uy? - powiedzia Panfiow.

Nastpnie zaartowa: - Chcecie zamkn ksik w najciekawszym miejscu? Tak si nie robi. Czy mg przewidzie, e sowa te znajd si kiedy istotnie na stronicach ksiki? - Czstujcie si tymczasem... Panfiow uprzejmie wskaza na st, gdzie ju od pewnego czasu sta przygotowany dla mnie obiad. 6 Nie uwaaem za waciwe przysuchiwa si cicho prowadzonej rozmowie. Lecz pojedyncze zdania dolatyway do mnie. Panfiow, jak mimo woli uwiadomiem sobie, nie dowierza uspokajajcym raportom z jakiego odcinka frontu, dotychczas wzgldnie cichego, oddalonego od kierunku, w ktrym szo gwne natarcie Niemcw. Zada, aby gruntownie i skrupulatnie sprawdzono te informacje. Potem usyszaem: - Czycie zrozumieli? Takim pytaniem nasz genera zwykle koczy rozmow. Wiele razy zdarzyo mi si sysze, jak Panfiow wymawia te dwa sowa: to nie byo dla niego puste powiedzonko, zwyke powtarzanie natrtnie narzucajcego si zdania. To nie byo powiedzonko, lecz rzeczywiste pytanie, ktre Panfiow zadawa wpatrujc si w tego, do kogo si zwraca. Zasalutowawszy, kapitan skierowa si ju ku wyjciu, ale Panfiow znw zwrci si do niego. Usyszaem pytanie, ktremu w tej chwili nie nadaem znaczenia: jego sens sta si dla mnie jasny nieco pniej. Panfiow spyta: Czy przedstawiciel siedemdziesitej smej jedzie do nas? - Tak, towarzyszu generale. Wkrtce tu bdzie. - Dobrze. Skierujcie go, prosz, do mnie od razu. Skinieniem gowy poegna kapitana. Potem podszed do mnie i powiedzia: - Jedzcie, jedzcie, towarzyszu Momysz-Uy. Wstaem i podzikowaem. - Siadajcie, prosz, siadajcie. Starowiecki pkaty samowar, podany do stou, wypiewywa piskliw, przycichajc melodi. Panfiow nala mnie i sobie mocnej, gorcej herbaty, usiad, wcign nozdrzami par, unoszc si ze szklanki, cichutko mlasn jzykiem i umiechn si. Miaem ochot wyoy swoje myli o wojnie psychicznej, powrci do tego, na czym nam pi zerwali, ale Panfiow sam pokierowa rozmow. - A wic towarzyszu Momysz-Uy - powiedzia - opowiadajcie kolejno, po porzdku. Jak wypado to, comy z wami zaznaczyli oweczkiem na mapie? Jak plutony daway sobie rad po drodze?

Zaczem swj raport. Panfiow sucha uwanie, popijajc herbat malekimi ykami. Od czasu do czasu rzuca zwize uwagi, na razie zreszt nie poruszajc rzeczy wanych... Tak na przykad zapyta o lejtenanta Donskich. - Czy posalicie list do domu, do jego bliskich? - Nie, towarzyszu generale. - Szkoda. To niedobrze, towarzyszu Momysz-Uy, nie po oniersku. I nie po ludzku. Napiszcie, prosz. Napiszcie take do komitetu Komsomou. Lejtenanta Brudnego Panfiow kaza powoa na poprzednie stanowisko. - Zasuy na to - wyjani genera. - I w ogle, towarzyszu Momysz-Uy, bez szczeglnej potrzeby nie naley przerzuca ludzi. onierz przyzwyczaja si do swego dowdcy jak do wasnego karabinu. Ale mwcie dalej, mwcie dalej... Opowiedziaem o dwudziestym trzecim padziernika, o tym jak batalion zosta otoczony przez wroga. Odsunwszy szklank Panfiow sucha, z lekka pochylony ku mnie, przygldajc mi si bacznie, jak gdyby czyta z mych sw wicej, anieli ja w nie wkadaem. Mj raport wyjani Panfiowowi niektre szczegy bitwy, ktra cigna si a dotd, chocia ju przesza w drug faz... By moe, e dopiero teraz Panfiow cakowicie uwiadomi sobie, dlaczego w pewnej chwili, dwie doby temu, kierujc naton walk, poczu nagle, e sabnie nacisk wroga, e mona nieco odetchn. Wtedy to, w tej wanie chwili, z dala od Wookoamska, z dala od swoich, wstpiy w bj nasze dziaa, nasz batalion, otoczony u skrzyowania drg. Kolumny wroga zostay rozdzielone, gwna droga odcita i na pewien czas Niemcom zabrako si do rozwinicia natarcia, do udzielenia pomocy swym wojskom. W czasie walki wszystko to wydawao si szczliwym zbiegiem okolicznoci. Ale dzisiejszy przypadek Panfiow nastpnego dnia stosowa jako przemylane i wiadome posunicie taktyczne. O tym zdoaem si przekona w kilka dni pniej, gdy w nowych warunkach Panfiow dawa mi nowe zadania bojowe. Tak, jego armia bya jego akademi. 7 Przeywajc znowu wzruszenia walki opisaem, jak salwami torowalimy sobie drog poprzez kolumny wojsk niemieckich, jak przeszlimy po trupach. W duszy byem dumny ze zwycistwa na polanie wrd lasu - tam, podczas tej krtkotrwaej walki, poczuem po raz pierwszy, e opanowuj nie tylko wiedz, lecz i sztuk wojenn. - Opowiadacie o tym tak - powiedzia z umiechem Panfiow - jak gdyby strzelanie salwami byo waszym wynalazkiem. Mymy, towarzyszu Momysz-Uy, strzelali tak jeszcze w carskiej armii, strzelalimy na komend: Kompania salwami pal!... Pomylawszy przez chwil, cign znowu: - Ale to nie jest zarzut przeciwko wam, towarzyszu Momysz-Uy. Dobrze, bardzo dobrze, ecie si tak zapalili do tego. Rbcie tak i na przyszo. Uczcie tego swoich ludzi. Zamilk, patrzc na mnie dobrotliwie i czekajc, co jeszcze powiem. Odezwaem si: - To wszystko, towarzyszu generale. Panfiow wsta, przeszed si po pokoju...

- Wojna psychiczna... - odezwa si nieoczekiwanie. - Nie, to sowo, towarzyszu Momysz-Uy, nie ogarnia, nie obejmuje obecnej wojny. Nasza wojna jest pojciem szerszym... Lecz jeeli macie na myli zjawisko, jak: czolgo-strach, automato-strach, okrenio-strach i temu podobne (Panfiow uy wanie tych dziwacznych skojarze sownych, ktre wwczas usyszaem po raz pierwszy), to macie najzupeniejsz suszno. Podszedszy do stou, na ktrym leaa mapa, przywoa mnie: - Prosz tutaj, towarzyszu Momysz-Uy. Nastpnie zwile zapozna mnie z sytuacj. Przeciwnik naciera na Wookoamsk z pnocy i poudnia, przenikn na wschd od Wookoamska pomidzy dwie szosy, zagrozi tyom dywizji, ale nie udao mu si jeszcze ani w jednym punkcie wyj na szos wookoamsk. - Tutaj jest krucho i tutaj dosy ciko - mwi Panfiow, wskazujc na map. - A ja siedz tu i naraam sztab na niebezpieczestwo. Trzeba by byo nieco odsun sztab, ale wtedy zanim si obejrzysz i sztaby pukw nieco si odsun. No i dowdca batalionu take poszuka sobie wygodniejszej rezydencji. A wszystko to bdzie zgodne z przepisami, zgodne z prawem. Tymczasem po okopach rozejdzie si szept: Sztaby odchodz. I zanim si obejrzysz, onierz straci spokj i hart. Panfiow umiechn si znowu swym czarujcym i mdrym umiechem. - Wojna psychiczna... - Panfiow chrzkn, nie przestajc si umiecha. Jak wida, to okrelenie przypado mu jednak do gustu. - Tak, mona byo na tym pasie obrony (Panfiow pokaza porzucony przez nas pas obronny przed Wookoamskiem), mona by tu byo Niemca przytrzyma z miesic, ale kto tam da si zapa na jego sztuczki, gdzieniegdzie udao mu si nas podej. A jednak ju prawie dwa tygodnie, jeli liczy od pitnastego, wodzimy go tu za nos. I okazuje si, towarzyszu MomyszUy, e nawet zwyciajc mona okaza si zwycionym. - Jak to, towarzyszu generale? - A cena? - ywo odpowiedzia Panfiow. - Cena, ktr si paci za zwycistwo? Wymieniwszy w przyblieniu cyfr strat poniesionych przez przeciwnika w okresie walki pod Wookoamskiem (okoo pitnastu tysicy zabitych i rannych), Panfiow powiedzia, e chocia cyfra ta sama przez si nie jest zbyt wielka, daje si ona jednak niezwykle we znaki tej grupie niemieckich wojsk, ktra chce si przedosta na szos wookoamsk. - Ale najwaniejszym czynnikiem dla nas jest teraz czas - cign dalej Panfiow. Przysuchujc si guchemu oskotowi armat, zwrci twarz w tym kierunku, potem znw spojrzawszy na mnie, nagle mrugn porozumiewawczo. - Haasu u nich nie brak - odezwa si - ale gdzie jest ta byskawiczno... Gdzie, towarzyszu MomyszUy? Nasza armia zamaa j, odebraa Hitlerowi - i mymy take brali w tym udzia. Mymy, towarzyszu Momysz-Uy, wygrali i wygramy na czasie. Milcza przez chwil, po czym powtrzy: - Tak, nawet zwyciajc mona si okaza zwycionym. Czycie mnie zrozumieli, towarzyszu Momysz-Uy? Zblia si koniec rozmowy, Panfiow zadawa ostatnie pytania.

- No, a onierze? Co, wedug was, wynis z tych walk onierz? Czy zrozumia, czym jest to, comy nazwali wojn psychiczn? Czy poj, czym jest wrg? Nagle przypomniaem sobie Pozunowa. - Przepraszam, towarzyszu generale. Zapomniaem opowiedzie o Pozunowie. Panfiow unis brwi, przypomnia sobie... - A... Tak, tak... - powiedzia z zaciekawieniem. 8 Drzwi otworzyy si znowu. Wszed adiutant. - Towarzyszu generale, przyszed podpukownik Witiewski. Ze sztabu siedemdziesitej smej dywizji strzeleckiej. Panfiow spojrza na zegarek. - Dobrze, bardzo dobrze. Potem machinalnie przygadzi wosy, musn czarnego, podcitego wsa, nieco wyprostowa zgite plecy. Jak wida, miao to by wane spotkanie. Jednake, spojrzawszy na mnie, powiedzia do adiutanta: - Poprocie, aeby nieco poczeka. Nie chcia urywa rozmowy ze mn. Nasz genera umia szczodrze udziela czasu dowdcy batalionu. - Wic, wic... C Pozunow?... - zapyta. Opowiedziaem, jaki by Pozunow, kiedy wyszed z lasu w liczbie tych, ktrych nazwaem uciekinierami, opowiedziaem, jakim widziaem go w ostatniej walce, kiedy czujnym, jasnym, mdrym spojrzeniem ogarn okolic z granatem przeciwczogowym w pogotowiu. - Oddajcie mu pozdrowienie ode mnie! - powiedzia Panfiow. - Nie zapomnijcie mu powtrzy. Kady onierz, towarzyszu Momysz-Uy, pragnie usysze ciepe sowo za sw wiern sub. Jeszcze nie egnajc si ze mn, wycign do mnie rk i zatrzymawszy moj do w swojej, znw ucisn j gorco, serdecznie, obiema rkami, po kazachsku. - Prosz was, towarzyszu Momysz-Uy, abycie natychmiast przedstawili do nagrody tych, ktrzy na to zasuyli. Prosz, eby jeszcze dzisiaj lista i charakterystyki znalazy si u mnie... A teraz idcie. Zdaje si, e bd mg pozwoli waszemu batalionowi odpocz do jutra. Wszystkiego dobrego... Wyprzedzajc mnie, szybko zbliy si do drzwi i otworzy je. - Towarzyszu pukowniku, prosz. Wszed podpukownik w czapce z czerwonym otokiem, jakie si nosi na tyach. Chciaem wyj, ale Panfiow pocign mnie za rkaw. Wskazawszy oczyma na wchodzcego szepn mi do ucha: - To posiki, towarzyszu Momysz-Uy, z Dalekiego Wschodu. Pdzili przez dwanacie dni. Zdyli. Oto, widzicie, towarzyszu Momysz-Uy, jaki jest sens walki obronnej pod Wookoamskiem. Czas, zyskalimy na czasie!

Mg wzruszenia, mg szczcia pokryy si na chwil jego oczy. Zamykajc za sob drzwi, jeszcze raz ujrzaem generaa Panfiowa - kad na stole zegarek kieszonkowy z odpitym paseczkiem. May, zgarbiony, z opalon, pomarszczon szyj, sta plecami do drzwi i uprzejmym gestem wskazywa podpukownikowi krzeso. A drug rk - raczej tylko duym palcem, machinalnie gadzi wypuke szkieko zegarka. ...Na ulicy pada silny deszcz. Puap ciemnego nieba zawis nisko. Koo stacji grzmiay armaty. Pachniao pogorzeliskiem. Wszystko wok byo pokryte caunem ruchomej mgy.

KSIKA i WIEDZA WARSZAWA 1953 Tytu oryginau: - Przeoy z jzyka rosyjskiego STEFAN KLONOWSKI Okadk projektowa Stanisaw Tpfer Redaktor: Hanna Rzechte Ksika i Wiedza, Warszawa, czerwiec 1953 r. Wyd. VI. * Nakad 50 000 + 223 egz. * Obj. ark. wyd. 14,6. * Obj. ark. druk. 15. Papier druk. sat. kl. V 70 g, 59 X 84/16. * Oddano do skadu dn. 4.III 53. Podpis, do druku dn. 12.V 53. * Druk ukocz, dn 25.VI. 53. Toczono w Zak. Graf. i Wyd. Dom Sowa Polskiego. Nr zam. 1231/A. * 4-B-50840. Cena z 8.-