Vous êtes sur la page 1sur 118

Cie spadochronu

Edwin Rozubirski

Spis treci
To trzeba przey..................................................................................................................................... 2
Kwestia charakteru .................................................................................................................................. 8
Baweniana linka.................................................................................................................................... 13
Maskotka ............................................................................................................................................... 20
Trudna alternatywa ............................................................................................................................... 23
Dziwna historia ...................................................................................................................................... 31
Decyzja................................................................................................................................................... 38
Barrrdzo dobrzel .................................................................................................................................... 43
Lekcja ..................................................................................................................................................... 49
Rzut granatem ....................................................................................................................................... 56
Niemiecka ziemia................................................................................................................................... 64
Landrynki ............................................................................................................................................... 68
Zoto ...................................................................................................................................................... 74
Wysoka stawka ...................................................................................................................................... 88
Donie .................................................................................................................................................... 93
Tchrz .................................................................................................................................................... 99
Zwyky dzie ........................................................................................................................................ 107

To trzeba przey
Dla Andrzeja wszystko tutaj byo nowe i - nie ma co ukrywa - obce. Poczynajc od munduru,
w ktrego mnogoci kieszeni nie by jeszcze w stanie si zorientowa, poprzez trzewiki na grubej
wibramowej podeszwie i wymarzony bordowy beret a do gwaru w izbie onierskiej, w ktrej mia
odtd zamieszkiwa wesp z kilkudziesicioma kolegami. Doda do tego naley jeszcze wietlic,
ktra bya teraz miejscem jego odpoczynku i rozrywki, oraz stowk o akustyce w niczym nie
przypominajcej zacisznego mieszkania rodzicw. Koledzy, z ktrymi zdy zapozna si w czasie
podry do Krakowa, teraz - krtko podstrzyeni i ubrani w jednakowe drelichowe mundury -

wydawali si jacy obcy, jakby nie ci sami, z ktrymi wesoo spdzi ostatnie beztroskie chwile
w cywilu.
Jdrek, a waciwie ju teraz szeregowiec Brzozowski, zdawa sobie spraw z tego, e trudno mu
bdzie przywykn do nowego ycia.
Jego bezporedni przeoony, kapral Stanisaw Sikora, ktry z dum nosi swoje podoficerskie
naszywki, by dopiero niedawno awansowany; ukoczy szko podoficersk jako jeden
z przodownikw. Teraz opiekowa si nowo przybyymi, starajc si jak najbardziej uatwi im
pierwsze dni w wojsku, a rwnoczenie nic nie straci z autorytetu przeoonego i dowdcy.
Podporucznik Pantorski zrobi na Andrzeju grone wraenie. Dowodzony przez niego pluton
uplasowa si na jednym z pierwszych miejsc w jednostce, co naturalnie zobowizywao. Bd od
was wymaga i jeszcze raz wymaga - zapowiedzia podporucznik podczas zapoznania si z modymi
onierzami. To nie brzmiao zachcajco i Andrzej z pewnym niepokojem zastanawia si, czy podoa
tym wymaganiom. Jednake z najwikszym zaciekawieniem i on, i jego koledzy przygldali si
sierantowi Ryszardowi Gryczowi, ktrego przedstawiono im jako instruktora spadochronowego
kompanii. Ten na pierwszy rzut oka niepozorny, redniego wzrostu blondyn o spokojnych ruchach nie
wyglda na zdobywc czy pogromc przestworzy. Tote z pewnym zdziwieniem przyjli wiadomo,
e w tym roku zdoby zaszczytny tytu mistrza spadochronowego Wojska Polskiego. Jeszcze
dotychczas sierant nie prowadzi z nimi zaj; widywali go jedynie przelotnie, gdy szed do magazynu
spadochronowego kompanii lub gdy onierze starszego rocznika - jak dowiedzieli si: ukadacze dwigali za nim spadochrony w torbach transportowych. Kady z nowicjuszy myla wtedy o tym, co
miao przynie najwiksze przeycia, najsilniejsze emocje: o przyszych skokach ze spadochronem.
Dochodziy do nich wieci o rnych wypadkach, podkolorowane i uplastycznione fantazj, urastajce
do rozmiarw legend, wpaday w ucho sowa: korkocig1, kicha2, kalafior3, przyssanie4, ktre znali
dotychczas w ich prozaicznym aspekcie, nie majcym nic wsplnego ze spadochroniarstwem. Koledzy
ze starszego rocznika nie szczdzili mrocych krew w yach historii: ... Szef kompanii mia kich na
szczelinie5... odci tamy none noem, zostawi czasz w powietrzu i ratowa si na zapasowym. ...
Bralskiemu pilocik zaczepi o sprzczk buta... pikowa w d, jak wieca, trzysta metrw, potem
strzepn nog i mia prawidowe otwarcie. ... Linia wysokiego napicia nie jest straszna, byle tylko
nie dotkn przewodw ciaem, a jeeli czasz i linkami - to nic: spon, ale czowiekowi nic si nie
stanie... I to najgorsze, najbardziej sugestywne, bo opowiadane w pierwszej osobie: ... Sabo
wybiem si z ia,6 trzepnem o burt - dwa tygodnie miaem bok siny Potknem si i przez to
wyszo mi nieprawidowe odejcie z Antka,7 poszedem gow w d, noga wpada mi w linki i tak
przyrnbym gow o ziemi, gdyby nie to, e na poowie wysokoci udao mi si jako wyplta...
- Ja chyba jednak nie odwa si skaka, zrezygnuj - powiedzia kiedy jeden z kolegw Andrzeja.

Korkocig - ruch obrotowy, bardzo niebezpieczny dla skoczka. Moe skomplikowa proces otwarcia si
spadochronu, a nawet uniemoliwi otwarcie.
2
Kicha - zjawisko wystpujce przy nieprawidowym otwarciu spadochronu, polegajce na spltaniu obrzea
czaszy z linkami, przez co nie moe ona napeni si powietrzem.
3
Kalafior - zjawisko wystpujce przy czciowo nieprawidowym otwarciu spadochronu, polegajce na
przejciu pewnej iloci linek nad czasz, przez co traci ona cz siy nonej.
4
Przyssanie - w czasie opadania paskiego, spowodowane opywem strug powietrza wok ciaa skoczka, moe
wystpi zjawisko przyssania, w wyniku czego pilocik nie odskakuje od otwartego pokrowca. Nastpuje
wwczas opnienie w otwarciu spadochronu a do zmiany pozycji skoczka.
5
Szczelina - mowa o szczelinowym spadochronie wyczynowym.
6
I - samolot transportowy I-14.
7
Antek - popularna nazwa samolotu transportowego AN-2.

- Zrezygnujesz? - zamia si ktry ze starych. - To ci si tylko tak zdaje. Gdy przyszlimy do wojska,
by u nas na spotkaniu dowdca dywizji. Zapyta, kto nie chce skaka ze spadochronem, kto si boi?
Kilku podnioso rk do gry sdzc, e odel ich. Na to pukownik: Dobra, zapisa ich! Boicie si
skaka ze spadochronem, bdziecie skakali bez spadochronu. I co mylisz? Skakali jak szatany...
naturalnie ze spadochronami. A ty zrezygnujesz?
Andrzej wiedzia, e nie zrezygnuje. Nie dlatego, e byo to niemoliwe - w ogle nie zastanawia si,
czy istnieje taka moliwo - lecz dlatego, e by ambitny. Niemniej sam przed sob przyznawa si, e
z dreniem oczekuje skokw, a zarazem pragnie, aby jak najprdzej mie to za sob...

Dopiero wwczas, gdy yknli sporo onierskiego abecada, zaczy si zajcia z wyszkolenia
spadochronowego, prowadzone przez sieranta Grycza. Pocztkowo pltay si linki spadochronw,
rozcignitych na specjalnych, dugich stoach, myliy si kliny, wylizgiway si z niewprawnych
palcw sterty stylonu. Andrzej dwoi si i troi, po prostu chon wiedz. Najsprawniej szo mu
w ogrdku spadochronowym: wiczenia na trapezie, gdzie onierze, podwieszani na specjalnych
urzdzeniach w uprzy spadochronowej, uczyli si robi zwroty i skrty w powietrzu, sterowa
spadochronem; na trampolinach, gdzie wypracowywano ostatni faz skoku - ldowanie, oraz na
wszelkiego rodzaju - jak je nazywali - wirwkach, czyli reskim kole, kole o trzech punktach swobody
i loopingu. W sukurs przychodzio mu jego dobre przygotowanie sportowe.
Zblia si termin pierwszych skokw. Andrzej oznaczy sobie ten dzie w kalendarzu. Pocztkowo by
on jako bezpiecznie odlegy - dwa tygodnie - pniej zrobi si z tego tydzie, trzy dni, pojutrze
i teraz byo to ju jutro.
Druyna Andrzeja zostaa wyznaczona do pomocy w spadochroniarni. Wynosili spadochrony i ukadali
je na przyczepie, na ktrej rano miay by przewiezione na lotnisko. Wynosili wic cikie torby
transportowe, ale robili to w sposb delikatny, uwanie. Zdawali sobie spraw, e od tego adunku,
od tego ciaru, znajdujcego si w niezgrabnej brezentowej torbie, zaley ycie kadego z nich.
Gdy spadochrony byy wyniesione i uoone, a przyczepa zaplombowana, Grycz poczstowa ich
papierosami. Usiedli na awce przy spadochroniarni.
- No, jak? - zapyta ich instruktor. - Przeywacie?
Odpowiedzieli pswkami, nie chcc przyzna si, jak bardzo denerwowali si przed jutrzejszymi
skokami, a jednoczenie wstydzc si zaprzeczy, poniewa stan, w jakim si znajdowali, by a nazbyt
widoczny. Grycz umiechn si do nich.
- To normalne, ale zapewniam was, e nie ma powodu do niepokoju. Kady z was jest dobrze
przygotowany, fizyczn zapraw te przeszlicie mocn. Jeeli tylko nie stracicie gowy i bdziecie
robili to, czego was nauczyem, nie ma adnego niebezpieczestwa. adnego - podkreli. Spadochrony uoone s prawidowo; widzielicie, zreszt sami je ukadalicie. Bezawaryjno
otwarcia si jest przy tym typie spadochronw prawie zagwarantowana. Trzeba tylko dobrze odej
od samolotu, nie zaplta si w linki, no i pracowa w powietrzu. Nie da si znie na przeszkod,
ldowa w ou wiatru; nogi razem, ugite, minie napite. Nie stara si szuka nogami ziemi pamitajcie - ziemia najdzie na was, najdzie sama. Wycignicie ng przed zetkniciem si z ziemi
powoduje zsumowanie si szybkoci; uderzenie jest wtedy duo mocniejsze. Pamita, eby nogi nie
byy wyprostowane; w takim wypadku kociec przyjmuje cae uderzenie, a minie nie s w stanie go
zamortyzowa. To moe by przykre, no i moe mie nieprzyjemne konsekwencje. Uwaa wic na
ustawienie ng! Stuka w powietrzu przed ldowaniem, eby si upewni, e podeszwy s na jednym

poziomie. Nie wychyla palcw do przodu, ale i nie uderzy pitami. Pamitajcie: powierzchnia ng rwnolegle z powierzchni ziemi. W momencie ldowania nie starajcie si podciga na tamach. Nie
zdoacie wyczu waciwego momentu i tylko pogorszycie sytuacj. Takie wyczucie przyjdzie
z czasem... Szybko opadania jest niedua, wag macie w sam raz, ldowanie powinno by mikkie.
Niedawno paday deszcze - lotnisko jest mokre, ziemia namika. Na jutro zapowiadaj bardzo saby
wiatr. Pamitajcie, gdyby bya zupena cisza, wtedy bdziecie opadali prawie pionowo w d, to na
wysokoci stu metrw nad ziemi, gdy zaczniecie dokadnie rozrnia trawki, podcign lekko obie
przednie tamy; rwno, eby nie spowodowa wahnicia. W ten sposb nadacie sobie lekki ruch
poziomy do przodu. To jest korzystniejsze. Mona te ldowa opadajc pionowo, ale wtedy nogi
trzeba mie mocniej ugite. W kadym jednak wypadku - stopy rwnolegle do powierzchni ziemi.
Zreszt porozmawiamy jeszcze na lotnisku. - Chcia wsta, ale onierze zatrzymali go.
- Obywatelu sierancie! Czy to prawda, e obywatel sierant wykona siedemset skokw?
- Prawda, a nawet siedemset pidziesit.
Dziwne, ale fakt wykonania takiej iloci skokw przez ich instruktora doda im otuchy. Kady
rozumowa podwiadomie: jeeli on tyle zrobi i jeszcze moe skaka, to znaczy, e nie jest to takie
straszne i - aden nie chcia uy tego okrelenia - e skok nie jest bynajmniej rwnoznaczny
z samobjstwem, chocia wielu z nich teraz tak wanie o tym mylao.
- A skoki na wod? - zapyta ktry. - To chyba bardzo skomplikowane?
- Czy bardzo? Przekonacie si, bo jeszcze w tym roku bdziecie skakali do wody. Ja uwaam, e skok
do wody jest nawet jeszcze przyjemniejszy ni skok na ld.
- Tak? Przecie mona si utopi?
- Tak, mona si utopi. Wszystko mona! Mona na przykad wpa pod samochd, przechodzc
przez jezdni. Tam jest, widzicie, ta tylko trudno, e po otwarciu spadochronu trzeba rozpi
uprz, poprawi si, bardzo gboko usi, a siedzi si tylko na szelce okalajcej. Trzeba nadmucha
kamizelk ratunkow, a gdy ju jest si niewysoko nad wod, naley zsun si z szelki okalajcej,
zawisn na rkach i w chwili dotknicia stopami wody puci uprz, eby czasza odesza i nie
nakrya skoczka, nie spowodowaa zapltania si skoczka w uprzy i linkach. Kamizelka pomoe
pyn do momentu, gdy podpynie kuter i skoczek znajdzie si w bezpiecznym miejscu.
- A w czym przejawia si przyjemno?
- Widzicie, nie ma uderzenia o ziemi. W ten sposb skoczek oszczdza si fizycznie. Woda
amortyzuje. Uderzenie nogami o wod w zasadzie nie powoduje adnego uczucia blu, nie wymaga
napicia mini, nie daje tego przecienia, gdy nie nastpuje natychmiastowe wyhamowanie
szybkoci. Po prostu skoczek zanurza si pod wod i jeeli wypuci uprz dwa, trzy metry nad wod,
to znurkuje na nie wiksz gboko, po czym kamizelka pomaga mu wypyn. Tylko trzeba przed
zanurzeniem si do wody nabra powietrza, a nie - jak to robi nowicjusze - przed wod: wydech;
pod wod: zassanie. -Rozemia si. - Ale skoki do wody to jeszcze piew przyszoci. Do wody
bdziemy skakali dopiero w sierpniu. Na razie mamy przed sob skoki dzienne na ld, potem nocne.
Oby tylko nie na moe.
- Jak to na morze? - Nie zrozumieli. - Syszelimy o skokach do jeziora?
- Skok na moe, to znaczy: zapiszcie mnie na list, dajcie spadochron, a ja... moe skocz.
Rozemieli si wszyscy. Grycz chcia wsta, ale znowu go zatrzymali.

- Prosimy, eby obywatel sierant jeszcze nam opowiedzia, jak sam odczuwa skok.
- No, widzicie, skok odczuwa si rnie. aden skok nie jest identyczny z jakim innym, a nawet mao
jest skokw podobnych do siebie. Kady jest inny. Podczas pierwszych skokw przeycia s silniejsze;
wczeniej zaczyna si przeywa. Dlatego wy ju dzisiaj - przecie widz to - denerwujecie si, ale
denerwujecie si, zapewniam was, zupenie bezpodstawnie i bez potrzeby. Zobaczycie, e to uczucie
zdenerwowania spotguje si, gdy przyjedziecie na lotnisko, gdy bdziecie dopasowywali uprz, gdy
bdziecie wsiadali do samolotu. Ale bd tam razem z wami i moecie mi zaufa: kadego sprawdz
i nie przepuszcz najmniejszej usterki. Pniej wykoujemy, samolot wystartuje, zrobi krg, wyjdzie
na prost - po czwartym skrcie znajdziemy si nad lotniskiem. Dowdca zaogi wczy sygna: te
wiato - przygotowa si! Wtedy ja wam dam zna, wstaniecie. Otworz drzwi i jeszcze raz kadego
sprawdz: czy lina desantowa nie przechodzi pod rk, czy komu nie otwiera si spadochron, czy
tamy uprzy s prawidowo zapite. Na sygna dowdcy zaogi - w punkcie rozpoczcia zrzutu zapali si zielone wiato, zabrzczy syrenka. Kadego dotkn rk przed oddzieleniem si; kademu
dam zna. Nie trzeba si spieszy, bdziemy skakali na maej szybkoci - sto czterdzieci kilometrw
na godzin - co dwie sekundy. Zrzutowisko jest dugie, nie trzeba si pcha. Kadego dotkn rk
i dam mu znak: skok! Wtedy, tak jak mwiem: odbi si lew nog od lewego brzegu, nogi zczy
i liczy: sto dwadziecia jeden, sto dwadziecia dwa, sto dwadziecia trzy... jeeli nie poczujesz
mocnego szarpnicia - rwa uchwyt awaryjny8. Nie gubi uchwytu, chopcy! Pamitacie, gdzie go
zapi: na zapasowym spadochronie jest z prawej strony specjalny karabinek. Potem naley po
pierwsze: skontrolowa, czy czasza prawidowo otwarta, po drugie: poprawi si w uprzy. Jeeliby
czasza bya nieprawidowo otwarta - zobaczy, co si stao. Jeeli linki przez ni przeszy - kalafior - to
przeci linki; n ma kady. Jeeli kicha - nie przewiduj takiego wypadku, bywa niezwykle rzadko wtedy otwiera zapasowy spadochron. Poprawi si w uprzy, zobaczy, dokd niesie, stwierdzi,
czy leci si w ou wiatru, porwna kierunek znoszenia i swoje ustawienie ze strza uoon na
murawie, ktra wskazuje aktualny wiatr przy ziemi. Ustawi si zgodnie z kierunkiem tej strzay. Jeli
nie zdoacie obrci spadochronu - zrobi nad ziemi skrt. Jeeli szybko wiatru bdzie mniejsza ni
cztery metry na sekund, nie trzeba robi skrtu, po prostu na stu metrach podcigniecie przednie
tamy tak, jak was uczyem, i wyldujecie miciutko. Potem - rejon zbirki znacie... Pasa startowego
nie wolno przekracza. Spadochron zwin, zoy. Torba umocowana bdzie pod cigaczami9
spadochronu zapasowego. Spotkamy si na miejscu zbirki i zobaczycie sami, jakie to jest wspaniae
przeycie. Zreszt powiem wam: atwiej jest wykona siedemset skokw, ni opisa swoje wraenie
podczas jednego. Dziwicie si, dlaczego? Bo wtedy yje si niezwykle intensywnie, niezwykle szybko...
Przecie kademu z nas sprawioby wielk trudno opowiedzie, co dziao si, na przykad, w piciu,
dziesiciu czy dwudziestu sekundach przedwczorajszego, wczorajszego lub nawet dzisiejszego dnia.
Gin one, zacieraj si w setkach podobnych do nich. A te sekundy skoku pamita si doskonale.
Niezwykle wyrazicie! Myl pracuje wtedy z tak wielk szybkoci, e jest to nie do wyobraenia
sobie, nie do przyjcia w innych warunkach. Pamitam, miaem kiedy kalafior. Byskawicznie
zorientowaem si, ktre to linki przeszy, wycignem n, przeciem i patrz na wysokociomierz:
opadaem wszystkiego pidziesit do stu metrw... Uamki sekund wystarczyy mi wtedy na ocen
stanu rzeczy, do podjcia decyzji i wprowadzenia jej w czyn. Tam myli si bardzo szybko. Myli si i
yje szybciej, bardziej intensywnie. I chyba to jest wanie to, co cignie nas do skokw, co powoduje,
e spadochroniarstwo pochania czowieka. I tylko sabi, nieambitni boj si pniej skokw. Mocny
czowiek pragnie ich jak... jakby to powiedzie?... Nie, nie powiem: jak pijak wdki, chocia mona
8

Uchwyt awaryjny - uchwyt sucy do otwarcia spadochronu gwnego przy skoku na lin (z otwarciem
samoczynnym), gdyby system otwarcia samoczynnego zawid, np. w przypadku urwania si liny.
9
cigacze - elastyczne odcigi odrzucajce na boki paty pokrowca spadochronu i uatwiajce w ten sposb
wypadnicie pilocika i czaszy.

byoby uy i takiego porwnania, tak to okreli, bo przecie spadochroniarstwo jest jak nag...
Trudno jest jednake wyrazi to sowami... To trzeba samemu przey...

- To trzeba samemu przey... To trzeba samemu przey... - powtarza bezmylnie Andrzej. Samolot
przechyla si na skrtach. Metalowe siedzenia byy twarde, niewygodne, uprz ciskaa mocno,
plastykowy kask ugniata policzki, w kabinie byo duszno. - To trzeba samemu przey... To trzeba
samemu przey... Ale po co? Po co? Po co mam to przeywa? Po co? Tyle ludzi yje i nie skacze.
Dlaczego wanie ja mam skaka? Dlaczego wanie ja?! Czyby to trzeba byo naprawd samemu
przey? Czy ja to przeyj? Pamitam dokadnie wszystkie wskazwki Grycza, ale czy potrafi dziaa
tak szybko, czy potrafi tak szybko myle, jak on mwi? Jestem stremowany ... Czuj, jestem prawie
pewny, e co nie wyjdzie, e co moe si sta... Gdyby mona byo to odoy... Gdyby mona byo
ten dzisiejszy skok, ten dzisiejszy dzie, przesun gdzie w przyszo. W odleg przyszo - zapa
si na tej myli. Samolot znowu si przechyli.
- Zrobilimy czwarty skrt! ... - Usysza zguszone przez warkot silnika i stumione przez kask sowa
Grycza. - Zaraz bdziemy na drodze bojowej... - I rzeczywicie: zapalio si te wiateko. Sygna
rk: Powsta! Tu obok Andrzeja, przygniatajc go nieco spadochronem, Grycz odsuwa metalow
zasuwk, zdejmuje gumowe zabezpieczenie z klamki, naciska j, otwiera drzwi... Zimny powiew
dostaje si na pokad samolotu. wiee, rzekie powietrze. Ktem oka - hen, w dole - Andrzej
dostrzega zamglone, jakby za cienk warstw waty albo za zaparowan szyb, domy, drzewa, drogi wszystko to miniaturowe, odlege i obce, koysze si kilkaset metrw niej.
Nie wyskocz... Nie wyskocz... - mwi nie Andrzej, ale kto w Andrzeju, lecz jednoczenie skd
nadpywaj sowa: Wszystko to trzeba samemu przey... Trzeba samemu przey... Samemu
przey...
- No, chopaki, trzyma si! - Dobiega jakby zza obokw gos Grycza.
Andrzej stoi pierwszy, zgodnie z ustalon kolejnoci. Grycz, prawym ramieniem oparty o burt,
zasania mu nieco widok. Andrzej ciekawie patrzy: w dole przesuwaj si pola, szosa, wida ju pot
okalajcy lotnisko... Zielona murawa... Lampy na przedueniu pasa startowego...
- Skaczemy nad pasem! - woa Grycz. - Wiatr bdzie nas znosi w kierunku wioski. Przypominam:
ustawia si twarz w kierunku wioski! Ldowanie w kierunku na Balice!
Kiwaj gowami, e zrozumieli. Kwadratowe oczy, zacite usta, poblade twarze. Grycz patrzy na nich
dobrotliwie.
- Chopaki...
W tym momencie byska zielone wiato, brzczy sygna. Sierant usuwa rami, praw doni dotyka
Andrzeja.
- Skok!
Andrzej z determinacj, bezwadnie rzuca si w kierunku drzwi i, niepomny adnych wskazwek,
wylatuje raczej, ni wyskakuje z samolotu. Za nim, w podobny sposb, koledzy. Strugi powietrza bij
go po twarzy, zatykaj oddech, zazawiaj oczy. Wszystko wiruje dookoa niego: mieszny, z dou jakby w skrcie - widziany samolot; sylwetki koziokujcych kolegw; wycigajce si nad nimi dugie
we spadochronw; jakie zielonobure plamy: ziemia. Nagle potne uderzenie, zapierajce oddech,
wywoujce uczucie, e jego kady wewntrzny organ jakby si oderwa; cios jakby motem w gow,

powodujcy odpynicie krwi. To uderzenie dynamiczne! Otwarcie spadochronu! Uczucie


bezgranicznej, nie znanej dotychczas radoci. Kontrolujcy wzrok w gr: czasza jest nad nim.
W porzdku! adnych komplikacji, adnych kalafiorw! Pod nogami koysze si ziemia jak fotel na
biegunach.
Mam wahnicia... Wygasi!... Zaraz, ktre to tamy trzeba cign?... Nie, nie te! Odwrotnie! - powoli
zblia si zielona tafla lotniska, coraz mniej gadka, coraz bardziej rzeczywista. Z boku zostaje szary
betonowy pas.
Nogi pod siebie!... A jak s stopy? Zaraz... Stopy razem... podgi nogi... Nie palcami w d... Niesie
mnie za pot? Nie, niesie na traw... Chyba bdzie dobrze... Aha, nie wyciga ng... Tak, nie wyciga
ng...
Mocne uderzenie, wywrotka. Zerwa si, zgasi czasz! Ale podniesienie si sprawia trudno.
Spadochron z potn si wielkiego agla-czaszy wlecze Andrzeja w kierunku cigle jeszcze odlegego
potu. Andrzej przypomina sobie: Tak, dolne! Wybiera, cign dolne linki! Dolne!... - Kurczowo
wczepia si w trzy linki, cignie je, przechwytuje drug rk. - Jeszcze raz... Lewa!... Prawa, teraz
znowu lewa... Czasza powoli zalega, opada coraz niej, ganie...
Andrzej wstaje. Chce mu si piewa, skaka z radoci. Pragnie podbiec do ldujcych w pobliu
kolegw, ale zapltuje si w linkach. Racja, nie zdjem spadochronu!... Szybko rozpina uprz,
przerzuca zapasowy spadochron na plecy. Ile tych linek ley na ziemi...
W powietrzu kto na spadochronie szczelinowym... Kto to? Ach, to sierant Grycz!
Instruktor lduje obok nich.
- No jak, chopaki?
- Wspaniale! Cudownie! - dobiegaj go gosy ze wszystkich stron. - Jeszcze raz! Czy mona jeszcze
raz?
- Zaraz, powoli, nie dzisiaj, na wszystko przyjdzie czas.
Andrzej take podbiega do niego. Chce jako wyrazi swoj rado, wdziczno, chce podzikowa
za przygotowanie go, za to, e si udao, e yje, e jest cay i zdrw... I gdy sierant ciska im rce
gratulujc udanego pierwszego skoku i artobliwie zapowiadajc, e zaraz odbdzie si lasowanie10,
Andrzej przypomina sobie jego sowa wypowiedziane wczoraj i dopiero teraz uwiadamia sobie, jak
gbok zawieraj one mdro.
- Tak, to prawda - szepcze. - Tego nie mona opowiedzie, to trzeba samemu przey...

Kwestia charakteru
Silniki ia pracuj rwno. Ich monotonny warkot wdziera si na pokad samolotu przez otwarte drzwi.
te wiato sygnau wyawia z mroku postacie skoczkw, objuczonych spadochronami. Minie
napite a do blu, donie zacinite; lewa na tamie nonej spadochronu zapasowego, prawa na
uchwycie awaryjnym. Oczy wpatrzone w lampk-sygna. Gdy tylko bynie zielonym wiatem, run
10

Lasowanie - tradycyjny zwyczaj bicia w miejsce do tego przeznaczone po wykonaniu pierwszego skoku, a
take okrgej liczby skokw: 10, 20, 50, 100, 200 itd.

bezgonie przez otwarty luk w zionc groz otcha, tylko pozornie nieruchom; za chwil potne
strugi powietrza zamiotaj kadym z nich.
Przeraliwe wycie syreny i... upiorni w zielonym wietle spadochroniarze, jeden za drugim, nikn za
lukiem.
Warkot odlatujcych samolotw cichnie. Na wysokoci kilkuset metrw, niejako zawieszeni pod
nylonowymi czaszami midzy niebem a ziemi, spadochroniarze. Pod nimi wybuchy petard, serie
z pistoletw maszynowych.
To pierwsza fala desantu walczy o uchwycenie zrzutowiska.
Dowdca dywizji, ktry skaka w tej wanie fali desantu, gorczkowo stara si obliczy kierunek
i szybko znoszenia, aby mc prawidowo ustawi si do ldowania. Jake trudno jest dokona tego
w czasie nocnego skoku, gdy ma si wok siebie nieprzeniknion smo ciemnoci.
Tu obok - jak duch, jak zjawa - przemkna czasza czyjego spadochronu, dotd nie zauwaona.
lizg!
Odejcie!
Trzeba szybko wygasi wahnicia!
Lekki, chodny powiew wiejcy od dou, a moe te jaki szczeglny zmys spadochroniarza,
podpowiada pukownikowi, e ziemia jest tu, tu.
Ugicie ng...
Rce na tamy...
Silne uderzenie w nogi...
Jake dobrze znany tpy bl, przenikajcy cae ciao, wywoujcy pulsowanie w skroniach. Uderzenie
rkami o ziemi, szarpanie si czaszy, jakby jakiego ywego stworzenia.
Wyldowa...
Teraz szybko zbiera dolne linki. Zgasi czasz!
Ale czasza szamocze si, nie ulega. Wiatr przy ziemi silny. Pukownik czuje, e nie zdoa zerwa si
i zgasi czaszy zabiegniciem. Systematycznie, metr po metrze, ciga dolne linki, wleczony po
chropowatej powierzchni cierniska, uderzajc bolenie ciaem o kad bry stwardniaej ziemi.
Wreszcie czasza poddaje si, zamiera, zalega bez ruchu jak pokonane zwierz.
Pukownik wstaje i rozpina zamki uprzy. Jest na ziemi!
Teraz szybko w rejon zbirki sztabu, skd miga czerwone wiateko sygnau. Pistolet maszynowy na
rami, torb polow przerzuci na bok - mona i.
Wikszo oficerw sztabu jest ju na miejscu. Pozostali schodz si z rnych kierunkw.
- Jednostki pierwszego rzutu wykonay swoje zadanie - melduje szef sztabu. - Wychodz teraz
w rejony zerodkowa. Sztab wyldowa ju prawie cay. Nieszczliwie tylko podpukownik Rudzicki,
ktrego uszko D uderzyo w gow jeszcze w powietrzu, oraz szef suby zdrowia, major K., ktry
mia cikie ldowanie i by wleczony. Wydaje si, e nie bdzie mg bra udziau w wiczeniach.

Desantowanie dobiega koca. Podczas gdy oddziay spadochroniarzy nikn w czarnej gstwinie lasu,
z dala wida tylko czerwone wiateka pozycyjne sanitarki odwocej majora K. po tym cikim
ldowaniu, jak okreli to szef sztabu.
*
Kolumna gazikw skrcia z szosy i wjechaa do lasu.
Wartownik stojcy przy wjedzie do obozu podnis szlaban i dziarsko zasalutowa. Jego biae zby,
widoczne w umiechu, kontrastoway z brzem opalonej twarzy.
Pukownik umiechn si; lubi swoich onierzy, a dzi mia szczeglny powd, aby by z nich
dumny. W czasie dopiero co ukoczonych dwudniowych wicze jednostki dywizji wykonay swoje
zadania na celujco, a dywizja zasuya na pochwa dowdcy wyszego szczebla, kierujcego
wiczeniami.
Z najbliszego namiotu wybieg oficer z biao-czerwon opask dyurnego operacyjnego na rkawie.
Pukownik otworzy drzwiczki i zanim kierowca zdoa zatrzyma wz, wyskoczy na drog.
Stereotypowy meldunek: W sztabie i podlegych jednostkach nic wanego nie zaszo.
Zmrozi pukownika dopiero ostatni fragment meldunku.
- Major K. znajduje si w szpitalu. Podejrzenie o powany uraz krgosupa...
Uraz krgosupa! Wic taka bya cena udanych wicze... Taka bya cena owej radoci...

Zza szkie okularw w grubej oprawie ze smutkiem patrzyy oczy komendanta szpitala.
- A wic, bezsprzecznie stwierdzilimy kompresyjne zgniecenie sidmego i szstego krgu
piersiowego. Wielkie szczcie, e nie wystpiy tu powikania neurologiczne. Jedyne, co medycyna
moe zastosowa w tej sytuacji, to pancerz gipsowy; leczenie przez unieruchomienie.
- A potem?
- Potem rokowania s jak najlepsze. Po zroniciu si zgniecionych krgw chory bdzie nadal
w penej sprawnoci fizycznej. To znaczy niezupenie w penej. Bo, na przykad, skaka ze
spadochronem, moim zdaniem, nie bdzie mg ju nigdy...

- Nad sam ziemi - opowiada major K. siedzcym wok ka oficerom - dostaem poryw
i ldowaem na wahniciu. Nogi poszy do przodu i... dalej ju chyba rzecz jasna.
Pukownik przymkn oczy. Ba, kt lepiej od niego mg sobie wyobrazi, co zaszo owej nocy na
ciernisku, dwiecie metrw od miejsca, w ktrym on sam wyldowa.
Niespodziewany poryw wiatru, nadludzki wysiek, eby wygasi wahnicie. Linki palce skr doni i...
jake potne uderzenie o ziemi.
Tak, winy majora nie byo w tym adnej. Moe si to zdarzy kademu ze spadochroniarzy; kademu
z nich, kademu z nas... Kademu. Take i mnie...

Poczu, e robi mu si chodno. Dobrze wiedzia, e bya to prawda. Twarda prawda losu
spadochroniarza...
Trzeba byo co zrobi, aby rozweseli, aby sprawi rado temu oficerowi, na dugie miesice
zakutemu w pancerz z gipsu. Nie namylajc si dugo, pukownik wyj z kieszeni dugopis i szybkimi
ruchami narysowa na odsonitej czci gipsu, na wysokoci torsu chorego, spadochron. Taki, jaki
rysuje si jako znak taktyczny na mapie, oznaczajcy rejon desantowania.
Major umiechn si.
- Prosz jeszcze o autograf, obywatelu pukowniku.
Dowdca bez namysu pooy zamaszysty, nieczytelny podpis obok rysunku spadochronu.
Nie wiedzia, e tym samym pooy niejako kamie wgielny pod kolekcj podpisw kolegwspadochroniarzy, oficerw i onierzy, ktrzy odwiedza bd chorego. I nie wiedzia, jak dalece ten
prymitywny rysunek stanie si symbolem nieziszczalnych, wic tym bardziej gorcych marze
chorego.
W tym czasie stao si ju oczywiste i nie podlegao dyskusji, e kariera majora jako skoczka jest
definitywnie skoczona. Musiano ujawni prawd...
Dugie tygodnie spdzone bez ruchu w szpitalu stwarzay warunki do rozmyla. Do momentu owego
tragicznego skoku major sam nie zdawa sobie z tego sprawy, nie analizowa, jak bardzo, jak
nierozerwalnie zwizany jest ze spadochroniarstwem. Ale w miar upywajcego czasu i wobec
sytuacji, w ktrej spadochroniarstwo stao si dla niego bezpowrotnie stracone, wszystko to, co byo
niejednokrotnie trudne do przezwycienia, a czasem nawet w pewnym sensie odpychao - stawao
si mie, niezapomniane, upragnione. Moe wanie dlatego, e byo bezpowrotnie stracone.
W czasie dugich, bliniaczo podobnych do siebie godzin szpitalnych wspomina a do blu twardy
ucisk uprzy spadochronowej, koysanie samolotu, uczucie niepewnoci, gdy pod stopami otwieraa
si kilkusetmetrowa przepa, miotanie ciaa skoczka przez strugi powietrzne, gwatowny wstrzs
w momencie uderzenia dynamicznego, szalon rado po otwarciu czaszy. Wspaniae uczucie
podczas opadania na spadochronie, wreszcie rozpierajce pier szczcie po udanym ldowaniu.
Tak. To byy przeycia nie do opisania, niemoliwe do zapomnienia i jake trudne do wyrzeczenia
si... Zwaszcza gdy wyrzeczenie to byo spowodowane przez nieubagane okolicznoci...
Chciaoby si chocia raz jeszcze poczu na sobie ciar spadochronu, jeszcze raz usysze
w samolocie wycie syreny, zobaczy zielony sygna i z szeroko rozwartymi ramionami rzuci si
w czekajc otcha. Jeszcze raz napawa si szelestem i opotem nylonu rozwijajcego si nad
skoczkiem, wistem linek i bezpieczn twardoci tam... Zobaczy kochane, a zarazem grone oblicze
ziemi...
Dowdca odwiedza go, chcc okaza sw yczliwo, chocia sam nie wiedzia, czy tymi wizytami
sprawia choremu rado, czy te powiksza jego cierpienia, zmuszajc go, przykutego do oa, do
patrzenia na nich, zdrowych.
Jednake przychodzi do szpitala. Starannie unika tematu zwizanego z przysz sub majora,
a wic take z moliwoci wykonywania przez niego skokw ze spadochronem. Unika za tego
tematu po prostu dlatego, e nie wiedzia, jak naley postpi. Czy mona, czy naley udzi chorego
spadochroniarza ewentualn moliwoci wykonywania przez niego w przyszoci skokw? Sdzi, e
to nie prowadzio do niczego. Prdzej czy pniej major bdzie musia stan w obliczu nagiej

prawdy, tym okrutniejszej, e robiono mu przecie jakie nadzieje. Mwienie za o tym, e jego
kariera spadochroniarza skoczya si, wydawao si nieludzkie i dowdca nie mg si na to zdoby.
Majorowi rwnie ciko byo poruszy ten temat, omieli si dopiero na kilka dni przed zdjciem
gipsu.
W nieskadnych sowach, zaamujcym si gosem opowiedzia pukownikowi o swojej tragedii.
- ... Chwilami wszystko wydaje mi si tak absolutnie obojtne, tak beznadziejnie obojtne... To ju nie
rozpacz i nie zniechcenie... to ju... dno...
Pukownik dugo nie mg po tym wyznaniu wydusi z siebie sowa. I dopiero pniej, gdy si troch
opanowa, nawizujc do stanu, w jakim znajdowa si obecnie major, zacz mu opowiada
o najtragiczniejszej chwili swojego ycia. O momencie, w ktrym rwnie sdzi, e... to ju dno.
Opar si o ko chorego i, starajc si nie patrze na gips, upstrzony wykonanym przez siebie
rysunkiem spadochronu i licznymi podpisami, mwi o straszliwej tragedii, jak kiedy przey, mwi
o tym, z czego dotychczas nie zwierza si nikomu.
- Co zaamao si wwczas we mnie... Rozumie mnie major? Zaamao si. Co runo! Rne myli
przychodziy mi wwczas do gowy. Najbardziej ncca z nich - to strzeli sobie w eb... Zimne
dotknicie lufy pistoletu przyoonego do skroni, may ruch wskazujcego palca na jzyku spustowym
i... reszty dokona dziewiciomilimetrowy pocisk... Cisza i spokj... adnych trosk, nie spenionych
pragnie, adnych namitnoci, zawodw... Nico... Zupena, cakowita nico. Urzekajce!... Czarny
wylot lufy hipnotyzuje... Dlaczego wwczas nie zrobiem tego? Moe brak mi byo odwagi, eby
zrobi ten may ruch wskazujcym palcem? A moe jestem zbyt odwany, zbyt twardy, eby
odpowiadao mi takie tchrzowskie rozwizanie. Ucieczka od ycia jest jak dezercja z pola walki.
Trzeba si wzi w gar, drogi majorze! Spadochroniarz nie przestaje by spadochroniarzem, gdy ju
nie moe skaka. To nie jest kwestia tylko skokw. W pierwszym rzdzie to kwestia hartu, kwestia
charakteru. Nie jest sztuk by twardym, gdy wszystko ukada si nam tak, jak bymy tego pragnli.
Sztuk jest przezwyciy trudnoci, ama je, ama samego siebie. ama samego siebie wtedy, gdy
zajdzie tego potrzeba. Major jest lekarzem i ma przed sob lata pracy w tym zawodzie. Ile jeszcze jest
do zrobienia, ile do dokonania! Medycyna, cigle jeszcze tak niedoskonaa... Choby komisyjne
i okresowe badania spadochroniarzy, jake s niewystarczajce, nie dajce penego obrazu... Gdyby
na przykad znale metod na badanie twardoci systemu kostnego; zawartoci fosforu w kocu,
naturalnie bez pobierania wycinka. Ile ludzi, pozornie odpowiadajcych warunkom, naleaoby
wyeliminowa, ilu wypadkom mona byoby zapobiec! Albo metoda wzmacniania, uodporniania
systemu nerwowego na niezwykle silne bodce. Tak, wiele jest na tym polu do zrobienia... A wic
gowa do gry, majorze!
Wsta ciko. Mocno uj podan sobie do. W odpowiedzi poczu silny, mski ucisk.
W tej chwili, bardziej jasno ni kiedykolwiek dotd, zdawa sobie spraw z tego, jak odpowiedzialna,
a zarazem trudna i cika jest rola dowdcy.
Kilka dni pniej dane mu byo utwierdzi si w tym przekonaniu. Wraz z innymi pismami
przedoono mu do podpisu take dokument dotyczcy dalszej suby majora. Do dokumentu
doczone byo orzeczenie komisji lekarskiej: Niezdolny do wykonywania skokw ze spadochronem,
niezdolny do suby w wojskach powietrzno-desantowych.

Baweniana linka
Lidia wyrosa w kulcie pienidza i tego wszystkiego, do czego pienidz toruje drog. Lubia si adnie
ubiera, bawi si, spdza czas w eleganckich, drogich lokalach. Przez uniwersytet przebrna bez
wikszych trudnoci, a mniejsze, gdy si czasami pojawiay, usuwa ojciec, ktry po przedwczesnej
mierci ony ca mio przela na jedynaczk. Chcia z jej drogi usun te wszystkie trudnoci, przez
ktre musia si sam przebija jako dziecko ubogiej, wielodzietnej rodziny. Wybitny specjalista, czsto
zapraszany za granic, dorobi si sporego - jak na stosunki polskie - majtku i mg nie tylko otoczy
crk dobrobytem, ale nawet spenia rne jej kaprysy. I robi to, a dotychczasowe dowiadczenie
zdawao si potwierdza suszno tej nieskomplikowanej metody wychowawczej. Lidia nie
naduywaa jego zaufania, atmosfera w domu bya przyjemna, towarzystwo, ktre bywao,
zaspokajao snobizm zarwno ojca, jak crki. Tak wic po studiach ycie Lidii pyno beztrosko a do
momentu, w ktrym poznaa Artura.
By duo starszy od niej, ale posiada te wszystkie cechy, ktrymi mczyzna moe zaimponowa
modej dziewczynie. Przystojny, zgrabny, wytworny, umiejcy znale si w kadym towarzystwie,
legitymujcy si znajomociami wrd wysoko postawionych osb, by lekarzem o specjalnoci, ktra
przy uprawianiu prywatnej praktyki gwarantuje wysokie zarobki, a to si take liczyo. Wychowanej
w cieplarnianej atmosferze Lidii szczeglnie imponowaa odwaga, nic wic dziwnego, e wpada
w zachwyt i oniemielenie, gdy si dowiedziaa od Artura, e uprawia spadochroniarstwo.
Z podziwem i wzruszeniem wyobraaa sobie tego wytwornego mczyzn, gdy w spadochroniarskim
ekwipunku stoi na progu otwartych drzwi leccego na duej wysokoci samolotu.
Poprosia go o zdjcia z tego okresu; chciaa skonfrontowa swoje wyobraenia z rzeczywistoci...
Jedli wwczas kolacj w najlepszej restauracji hotelowej, powiatowego miasteczka, malowniczo
pooonego nad wielkim jeziorem.
Powiedzia, e pokae jej z przyjemnoci, ma je na grze, w pokoju. Pili wwczas duo, taczyli...
Gdy, ju pno, znaleli si na grze, nie byo mowy o zdjciach..,
Tak si to zaczo.
Od owej nocy Artur przesoni Lidii cay wiat. Kade jej pragnienie, kade jej marzenie byo
nierozerwalnie zwizane z nim. Spotykali si co tydzie, przeywajc szczliwe chwile w tym samym
hotelu, w ktrym zacza si ich mio. Lidia nie rozstawaa si z zaofiarowanym jej zdjciem, cho
nie byo to niestety zdjcie spadochroniarskie. Pokazywa jej wprawdzie fotografie rwnie i z tego
okresu, ale wszystkie byy robione z wikszej odlegoci, gdy ukochany albo jeszcze znajdowa si
w powietrzu, albo dopiero wsiada do samolotu... W tej sytuacji sylwetki spadochroniarzy s
jednakowo znieksztacone garbami spadochronw i tamami uprzy.
Lidi cieszy fakt, e Artur jest ambitny i nie chce korzysta z dobrobytu, jaki moe im zapewni ojciec.
Pragn niezalenoci, zamierza otworzy prywatny gabinet i rozpocz praktyk lekarsk. Niestety,
wyposaenie gabinetu kosztowao bardzo drogo; Artur nie by jeszcze w stanie uczyni tego
z wasnych funduszw.
Lidia z entuzjazmem zaofiarowaa mu swoj pomoc, jednak jej moliwoci ograniczay si do sum,
ktre otrzymywaa od ojca na swoje wydatki. Byy to sumy due, mogy zaspokoi jej najwiksze
nawet potrzeby, ale nie wystarczay na gabinet lekarski. Czciowo wic musiaa wtajemniczy
w swoje plany ojca, dziki czemu udao si jej otrzyma od niego i przekaza Arturowi sporo

pienidzy. Bya dumna, e w ten sposb przyczynia si do zrealizowania planw swego


najdroszego...

Odkryty sportowy spartak, ktry na razie mia ukoi tsknot do mercedesa, mkn po krtej drodze.
Lidia prowadzia samochd energicznie, po msku. Spieszya si do Artura, ktremu dzi wanie
miaa przywie sum trzydziestu tysicy zotych, niezbdn - jak jej powiedzia - do okazyjnego
zakupienia zagranicznego zestawu bardzo precyzyjnych narzdzi. Niestety ojciec, ktry ostatnio
sceptycznie i z pewnym niepokojem zacz patrzy na t spraw, mimo proby, wrczy jej sum
nisz. Nie miaa prosi go po raz drugi, ale teraz aowaa tego.
Okazja moe si zmarnowa, a Artur bdzie mia do mnie al... - mylaa.
Minimalnie zmniejszajc szybko, Lidia mina zakrt, potem z wyboistej, brukowanej kamieniami
drogi wyjechaa na asfaltow. Std miaa ju niedaleko. Mocniej przycisna peda podania paliwa.
Wz mkn po asfaltowej szosie, wiatr szarpa szyfonow chusteczk dziewczyny, przypit
efektownymi klipsami przy uszach.
Artur czeka na Lidi przed restauracj. Gdy nadjechaa, podbieg do samochodu, otworzy drzwiczki,
pomg jej wysi. Delikatnie musn wargami jej do.
- Pozwl, e ja zaparkuj wz, ty tymczasem wejd do restauracji. Siedz przy naszym stoliku...
Gdy po chwili Artur wszed do sali restauracyjnej, Lidia zamawiaa ju kolacj u kelnera. Usiad przy
niej i z niezadowoleniem zauway, e wzrok jej skierowany jest na stolik, przy ktrym siedziao kilku
oficerw w polowych mundurach. Lece na jednym z krzeseek bordowe berety wskazyway, e s to
spadochroniarze.
- Zainteresowali ci? - zapyta.
- Przecie to spadochroniarze - odpowiedziaa.
- Te... - machn pogardliwie rk. - C to z nich za spadochroniarze? Suyem kiedy w tej dywizji,
byem na przeszkoleniu jako lekarz. Wstyd mwi! Przecie aden z nich nie skacze z wasnej woli, ich
wszystkich wyrzuca si przy skoku... Badaem im przed skokiem ttno; nie schodzi niej stu
dwudziestu uderze na minut. Ndza...
- Taaak? - zdziwia si. - Trudno uwierzy, popatrz, wygldaj tak dziarsko.
- Pozory myl, moja droga - rozemia si. - Zamwia kolacj?
- Tak, dla ciebie to, co zawsze.
- Dzikuj ci... - Pocaowa jej do i, nachylajc si bliej, zapyta:
- Przywioza?
Skina potakujco gow:
- Porozmawiamy na grze...
Wiedziaa, e nieuchronnie zblia si przykry moment, w ktrym bdzie zmuszona powiadomi go
o tym, e suma, ktr przywioza, jest nisza od tej, ktrej oczekiwa. Chciaa ten moment jak
najbardziej odsun.

Jeden ze spadochroniarzy wsta i dopiero teraz Artur dostrzeg, e to nie by oficer, lecz starszy
szeregowiec.
- Spjrz - zwrci na niego uwag Lidii - popatrz, jaka u nich dyscyplina: z oficerami - szeregowiec...
- Czy to co zego?
- No, zego nic, ale to nie wiadczy dobrze o dyscyplinie.
Lidia odprowadzia wzrokiem wychodzcego spadochroniarza.
- A jednak prezentuj si adnie - szepna.
- Napijmy si - zaproponowa Artur.
Ale Lidia nie miaa ochoty pi, czua si nieswojo. Bya roztargniona, nie tak uwanie, jak zwykle,
suchaa sw narzeczonego. Artur zwali to na karb jej zainteresowania spadochroniarzami,
a poniewa zauway rwnie spojrzenia oficerw kierowane ku Lidii, ktrej nieprzecitna uroda nie
moga by przez nich nie zauwaona, zaproponowa wczeniejsze ni zwykle pjcie na gr do
pokoju.
Lidia bya wiadoma tego, e duej nie mona odwleka chwili przykrej rozmowy i dlatego chciaa
mie j jak najszybciej za sob. Gdy tylko znaleli si w pokoju, wrczya mu pienidze wymieniajc
kwot.
- Dlaczego tylko tyle? - zapyta, wyranie zaskoczony, z nie ukrywanym niezadowoleniem.
- Wierz mi, e nie mogam wicej.
- Nie mogam, nie mogam. A szwedzkie narzdzia sprztn mi sprzed nosa!
Lidia milczaa zaciskajc usta.
- Interesujesz si obcymi mczyznami! - krzykn Artur. - Dobrze widziaem dzisiaj w restauracji!...
Twoja pomoc, ktr nieopatrznie przyjem, przybiera teraz form aski!
- Artur! Jak moesz tak mwi?!... -Usiowaa zarzuci mu ramiona na szyj.
Chwyci j za przeguby rk, mocno cisn, szarpn i brutalnie odepchn od siebie.
Lidia bez sowa porwaa lec na stole torebk i jak szalona wybiega z pokoju.
Zdyszana, dopada samochodu, nieomal mechanicznie uruchomia silnik i, nie ogldajc si za siebie,
ruszya z miejsca.
Aby jak najdalej std... Aby jak najszybciej do domu!
Mocne reflektory spartaka z trudem przebijay cielc si pasmami mg. Lidia prowadzia wz
szybko; zy niepowstrzymanym strumieniem pyny jej z oczu. Przewidywaa, e dzisiejsza randka
bdzie przykra, ale w najgorszych nawet przypuszczeniach nie sdzia, e bdzie a tak koszmarna.
- Wic to ju koniec, koniec... - szeptaa do siebie.
Droga wioda teraz przez las; mga bya tu gciejsza... Lidii wydao si, e przed ni zamajaczyo co,
jakby nie owietlona furmanka. Otara rk zapakane oczy i przyhamowaa gwatownie; gumowy
protektor zablokowanych hamulcami tylnych k utraci przyczepno...

Wz wpad w polizg. Lidia stracia nad nim panowanie... Drzewo, sup telegraficzny, drzewo wszystko to zataczy i wok niej w szalonym wirze, po czym rozpyno si w zgrzycie gniecionej
i rwanej blachy.

Starszy szeregowiec Palicki z napenionymi paliwem zbiornikami gazika wraca wanie z obozu; mia
dzi jeszcze zawie oficerw na lotnisko. Na lenym odcinku drogi zwolni; widoczno bya coraz
gorsza.
Jeeli tak samo jest na lotnisku, to nie mamy tam po co jecha - pomyla. - Nocnych skokw i tak dzi
nie bdzie.
Pogoda zdawaa si nie sprzyja spadochroniarzom; w prognozie przewidywano mgy i zamglenia,
a dopiero w trzeciej dekadzie miesica - polepszenie. Dwa dni, ktre spdzili tu na obozie, jakby
potwierdzay suszno pierwszej czci prognozy. Jak bdzie z tym polepszeniem - nie wiadomo...
Palicki wyta wzrok. W takim mleku nietrudno byo nadzia si na co. Ale droga bya pusta.
Albo jest mao uczszczana, albo te nikt nie ryzykuje jazdy w tak piekieln pogod - myla.
Nagle rozproszone przez mg wiato reflektorw gazika wyowio w rowie, po lewej stronie drogi,
jakby odblask chromowanych metalowych czci.
To chyba samochd! W rowie!...
Zatrzyma gazika po prawej stronie i wyskoczy. Jednake jego wzrok, przyzwyczajony do wiate, nie
mg nic rozpozna w ciemnociach.
Wrci do gazika, cofn i skrci teraz wz w lewo. W wietle reflektorw zobaczy rozbity samochd
sportowy i przewieszon przez jego drzwi bezwadn posta kobiety. Byskawicznie znalaz si przy
niej. Tryskajca z rozcitej ttnicy rki krew podpowiedziaa mu, e nie ma ani jednej sekundy do
stracenia.
- Trzeba zatamowa krwotok, ale czym? - szepn.
Rozejrza si wok siebie bezradnie. Na dopasowanych spodniach uesu11 nie nosi paska.
A pas gwny jest za szeroki - pomyla.
Nagle przypomnia sobie o lince. Wozi ze sob w samochodzie kawaek linki spadochronowej,
zwykej bawenianej linki od D-112. Uwaa, e zawsze moe si do czego przyda, na przykad do
zwizania kanistrw lub przywizania plandeki. Szybko j wydosta, zoy we trzy i dwukrotnie owin
ni rami kobiety.
Teraz skrci! - W kieszeni mia rubokrt; woy go midzy sploty linki i zakrci.
Krwotok usta.
Podnis nieprzytomn, lecc mu przez rce kobiet i z trudem, ale delikatnie uoy na tylnym
siedzeniu gazika. Podbieg jeszcze do wraka i rozejrza si, czy nie zostawia jakich rzeczy, ktre

11

Potoczna nazwa polowego umundurowania wojsk powietrzno-desantowych, powstaa z pierwszych liter


sw: ubir skoczka.
12
D-1 - typ spadochronu desantowego.

mogyby zgin w pozostawionym bez opieki samochodzie. Dostrzeg damsk torebk, lec na
pochylonym przednim siedzeniu. Chwyci j i wskoczy do swojego gazika.
- Teraz jak najszybciej do miasteczka, do szpitala! - powiedzia gono.
Oficerowie uregulowali ju rachunek i z niecierpliwoci czekali na Palickiego. Denerwowali si.
- Dlaczego nie przyjeda? Moemy spni si na lotnisko; stary bdzie si piekli...

Chyba co powanego musiao si sta, jeli taki punktualny, wzorowy kierowca nawala...
W tym momencie drzwi si otworzyy i, jakby wywoany sowami oficerw, stan w nich starszy
szeregowiec Palicki. Ale w jakim stanie! Wygld jego przerazi oficerw; rce i cay mundur kierowcy
zbroczone byy krwi.
- Co si z wami stao?!
- Ze mn nic, obywatelu kapitanie - zameldowa starszy szeregowiec. - W lesie natknem si na
rozbity wz i rann, nieprzytomn kobiet. Zatamowaem jej krew i odwiozem do szpitala.
- yje?
- Nie wiem. Gdy j dowiozem, jeszcze ya, ale stracia duo krwi...
- Jedziemy na lotnisko!

Kapitan milicji, w narzuconym na mundur biaym fartuchu, usiad na szpitalnym krzeseku obok ka
Lidii.
- Otrzymalimy pani prob o odnalezienie zotej bransolety, ktra zgina prawdopodobnie podczas
wypadku. Ze wzgldu na szczeglny charakter tej sprawy otrzymaem polecenie porozmawiania
z pani, zanim przystpimy do wszczcia postpowania wyjaniajcego. Ot, o ile jest pani
przekonana, e miaa j na rku, w momencie gdy wyjedaa z miasta, wszystkie podejrzenia
skierowane bd przeciwko temu onierzowi, ktry uratowa pani ycie... Dlatego chcielibymy
jeszcze raz usysze, czy podtrzymuje pani swoj prob?
Lidia zakrya oczy przedramieniem.
Jakby nie syszc postawionego sobie pytania, odpowiedziaa szeptem:
- Ja musz odzyska t bransolet, musz... musz...
- Nie bd w takim razie wicej pani mczy - powiedzia oficer i cicho wyszed z pokoju.

Oficer dyurny jednostki powietrzno-desantowej z trudem uzyska poczenie telefoniczne z


Warszaw.
- Halo! Redakcja onierza Wolnoci? Sekretariat? Tu oficer dyurny N-tej jednostki. Wysalimy do
was notatk o wzorowej postawie starszego szeregowca Palickiego. Miaa by zamieszczona
w rubryce Ludzie dzielni s wszdzie. Prosimy o wstrzymanie tej notatki.

Starszy szeregowiec Palicki przeywa cikie chwile. Z wczorajszego bohatera dnia sta si
czowiekiem podejrzanym o pody uczynek: o ograbienie nieprzytomnej kobiety. Przeoeni w peni
ufali jego zaprzeczeniom w tej sprawie, ale przekazane do WSW przez milicj postpowanie
wyjaniajce prowadzone byo w dalszym cigu.
Gdy tylko stan zdrowia Lidii polepszy si na tyle, e moga ju odby podr samochodem, przyjecha
po ni ojciec. Dzie by pikny, pogodny. Lidia po dugim pobycie w szpitalu z przyjemnoci
wdychaa czyste, rzekie powietrze. Jechali powoli; ojciec ostronie prowadzi wz, aby zaoszczdzi
crce wstrzsw. Gdy zbliali si do lotniska, Lidia poprosia ojca, aby na chwil zatrzyma samochd.
- le si czujesz? - zapyta, przestraszony.
- Nie, tatusiu, spjrz do gry...
Poniej ledwie widocznego na duej wysokoci samolotu w szaleczym tempie opaday ku ziemi trzy
czarne punkciki. Rozchodziy si od siebie, oddalay i nagle prawie jednoczenie nad wszystkimi
trzema rozpostary si biae grzybki spadochronw.
- Wspaniali... szepna Lidia.
Po chwili od samolotu oderwao si czterech spadochroniarzy. Z pocztku trzymali si za rce, krelc
na bkitnym niebie szare smugi przywizanymi do ng granatami dymnymi, po czym pucili si
i znowu - jak uprzednio tamci trzej - odchodzili od siebie coraz dalej, coraz dalej, opadajc
w ogromnym tempie, i znw nieomal jednoczenie otworzyli spadochrony.
- Wspaniali... - powtrzya Lidia. Przypomniaa sobie sowa Artura o wypychanych z samolotu
spadochroniarzach. Ci, ktrych widziaa teraz, na pewno nie byli wyrzucani...
Ojciec, widzc zainteresowanie crki, zacz opowiada, e jadc po ni, oglda jeszcze bardziej
karkoomne wyczyny spadochroniarzy, ktrzy, doganiajc si w powietrzu, przekazywali sobie jaki
dymicy przedmiot! Zreszt, caa okolica mwi teraz o ich wyczynach ... To po prostu szatani, ludzie
me znajcy lku - zakoczy relacj.
Gowa Lidii opada na poduszk...
- Jedmy, tatusiu... - Zamkna oczy.
Po raz pierwszy - obok mioci do Artura i wielkiej tsknoty za nim - pojawi si w jej duszy cie
niewiary...

- Prosz siada - powiedzia uprzejmie do Lidii oficer milicji. - Wezwalimy tutaj pani w sprawie,
w ktrej zwrcia si pani do nas, to jest w sprawie odnalezienia zotej bransolety. Prosz j opisa.
Lidia jeszcze raz podaa cechy charakterystyczne: gruby splot zakoczony gow wa, misterny
zameczek, niewidoczny z zewntrz, i inicjay.
- Zgadza si - powiedzia oficer i wyj z elaznej kasety bransolet.
Na jej widok rado bysna w oczach Lidii.
- Tak, to ona! Jak bardzo si ciesz!
- Tylko zameczek jest zepsuty - zauway.

- Ale to drobnostka!
- A tu prosz pokwitowa...
Prawie bezwiednie zoya podpis.
- Czy mona dowiedzie si, w jaki sposb panowie j odzyskali dla mnie? - zapytaa. - Jestem do tej
bransolety bardzo przywizana. Dostaam j od matki, ktra ju nie yje...
- To nie stanowi tajemnicy. Zreszt do tej sprawy i tak bdziemy musieli wrci. W zwizku
z malwersacj dokonan w pewnej spdzielni od dawna by poszukiwany, a obecnie zosta
zatrzymany niejaki Klemens Kopytko, wystpujcy rwnie pod przybranym nazwiskiem jako Artur
Tarnowski...
Bransoleta wysuna si z rk Lidii na biurko, twarz jej zbielaa.
- ...Pod rnymi pretekstami wyudza pienidze, przewanie od kobiet, podawa si za lekarza, mwi
o swoich rzekomo szerokich kontaktach. Wszystko to byo wyssane z palca, nie mia nawet
ukoczonej szkoy redniej... Wanie u niego znaleziono pani bransolet oraz cay szereg innych
przedmiotw, a midzy nimi takie, co do ktrych trudno nam odgadn, w jakim celu je sobie
przywaszczy. Na przykad zdjcia ukradzione z gabloty reklamowej Aeroklubu... Pocztkowo
wypiera si znajomoci z pani, ale, przycinity do muru, zezna, e bransolet zdar pani z rki
w czasie nieporozumienia, jakie zaszo midzy pani a nim w hotelu, kilkanacie minut przed
wypadkiem, jakiemu pani ulega. Bya pani zdenerwowana i dlatego najprawdopodobniej nie
zauwaya od razu jej braku. Najpierw podejrzenia szy w innym kierunku... Niestety, duo przykroci
mia spadochroniarz, ktry uratowa pani ycie...
- Czy... on... ju... wie o tym? - wyjkaa Lidia.
- Tak, dowdztwo jednostki zostao przez nas powiadomione za porednictwem WSW... Ale co pani
jest? Sabo?... Moe wody?...

Duy szary samochd podjecha do szlabanu opuszczonego w poprzek lenej drogi.


- Pani do kogo? - zapyta spadochroniarz stojcy na posterunku.
- Chciaabym zobaczy si ze starszym szeregowcem Palickim... - odpowiedziaa Lidia nieco
zmieszana.
- Prosz zaparkowa wz. Tu, na prawo. Zaraz zawiadomi oficera dyurnego...
Oficer dyurny obejrza jej dowd osobisty, porwna podobiestwo twarzy ze zdjciem.
- Prosz za mn. Moe pani nie zamyka samochodu, tutaj jest bezpiecznie.
Odprowadzi j do namiotu, nad ktrym napis gosi, e jest to izba przyj.
- Prosz tu zaczeka.
Zostaa sama.
Po paru minutach poy namiotu rozchyliy si i mody onierz w mundurze spadochroniarza wszed
do rodka.

- Nazywam si Palicki... - powiedzia nieco zdziwiony. - Pani podobno chciaa ze mn rozmawia... Nagle pozna j. - Ach, to pani... - szepn.
Postpia krok w jego stron.
- Tak, to ja... Przyjechaam przeprosi pana... za wszystko i za wszystko panu dzikowa... Trudno mi
wyrazi sowami moj wdziczno... i powiedzie, e jest mi strasznie przykro... Na pewno domyla
si pan, z jakiego powodu... Zachowaam t link, ktr przewiza pan moj rk. Zostaa mi ona
jako pamitka po panu... Chciaabym, aby i pan mia ode mnie jak pamitk... Dlatego pozwoliam
sobie przywie panu to... - Wrczya mu may pakiecik. - To jest japoskie radio tranzystorowe.
Doskonae. Na pewno si panu przyda...
Spadochroniarz podnis nieco wyej gow.
- Nie chc pani za nic dzikowa, a krzywda, ktr mi pani wyrzdzia, nie moe by naprawiona. A ju
na pewno nie moe by przeliczona na wartoci materialne - powiedzia. - Dlatego prosz zabra
radio z powrotem... Jeeli naprawd chce mi pani wyrazi swoj wdziczno, to prosz odesa mi t
link... - Widzc jej zdumione spojrzenie, doda: - Nie dlatego, eby bya mi potrzebna... nie... ale to
jest linka spadochronowa... Nie kady potrafi waciwie tak rzecz oceni. W kadym razie nie
potrafi tego ludzie, ktrzy nie znaj wikszych wartoci ni pienidz.
- Ale...
Spadochroniarz odwrci si i wyszed, pozostawiajc Lidi sam.

Maskotka
Betonow, ocienion drzewami alej szlimy w kierunku parku. Milczelimy obaj, pogreni w swoich
mylach. Ja, bo wytrci mnie z rwnowagi pewien telefon, pomocnik, major-inynier, bo doskonale
wyczuwa mj nastrj. Dzwoni do mnie i prosi o normaln koleesk przysug czowiek, ktremu
wielokrotnie w yciu pomogem i ktry pniej mia okazj do zapisania si w mojej pamici bardzo
plastycznym epizodem.
Dziao si to wtedy, kiedy w wyniku znanej sytuacji, jaka powstaa w naszym kraju, znalazem si poza
wojskiem. Przez dugi okres czasu nie mogem otrzyma adnej pracy, w kocu przyjem
zaofiarowan mi robot. Aczkolwiek nie odpowiadaa ona w zupenoci moim kwalifikacjom,
umiejtnociom i ambicjom, z wielk radoci chwyciem si jej jako jedynej deski ratunku.
W mrony styczniowy wieczr wracaem po pracy do domu. Staem wanie na przystanku
tramwajowym przy Marszakowskiej w pobliu placu Unii Lubelskiej. Zzibnity, wtulaem brod
w podniesiony konierz watowanej kurtki. Zdawaem sobie spraw, e nie wygldam zbyt efektownie;
stare wojskowe spodnie, zmite i potuszczone smarami, i tak samo zabrudzona watowana kurtka
oraz czapka-uszanka bez orzeka. Ale c byo robi... Charakter pracy wymaga roboczego ubioru.
Podczas gdy z niecierpliwoci czekaem na przyjazd osiemnastki, tu przy przystanku zatrzyma si
samochd i wysiado z niego dwch oficerw. W jednym z nich, w stopniu podpukownika,
rozpoznaem koleg, ktry dzi do mnie telefonowa. Spojrzaem na niego i... w pierwszej chwili
chciaem si przywita, ale w uamek sekundy pniej uwiadomiem sobie, e mj strj nie
predestynuje mnie do koleeskiego przywitania si z oficerem posiadajcym tak wysoki stopie.

w czowiek, powoujcy si przed godzin na czc nas ongi przyja, spojrza na mnie badawczo,
ale ani jeden misie nie drgn w jego twarzy. Razem z koleg powoli si oddalili.
Sdziem, e mnie nie pozna; widywa mnie przecie zawsze w mundurze, a tu takie ubranie...
Dosyszaem jednak strzp zdania:
To te jeden z tych... W por poznano si na nich i oczyszczono wojsko... Paru sw nie usyszaem,
ale dobieg mnie wybuch miechu obu oficerw, przy czym towarzysz podpukownika obejrza si za
mn przez rami.

Zbliylimy si do parku.
- Gdzie s, majorze, kierowcy-rezerwici? - zapytaem.
- W tej chwili na niadaniu, obywatelu pukowniku. Dlatego te proponuj najpierw obejrze
transportery opancerzone, zobaczy, co przy nich zostao zrobione, a nastpnie bdzie mg
obywatel pukownik, o ile uzna to za wskazane, porozmawia z kierowcami.
Na lewo od bramy wejciowej parku stay czogi. Przykryte brezentowymi plandekami, wyglday jak
olbrzymie, dziwaczne sonie. Na prawo, w rwnym szeregu, transportery opancerzone. Z bliska
wydaway si jeszcze bardziej potne, ni byy w rzeczywistoci. Grube opony ich pneumatykw
o zmiennym cinieniu lniy czerni; niektre z nich miay podniesione pancerne pokrywy silnikw.
W tej czci parku wrzaa praca; przygotowywano transportery do okresu wzmoonej eksploatacji
i prawie przy kadym z nich uwijao si kilku onierzy.
Wzrok mj zatrzyma si na onierzu lecym pod najbliszym z transporterw. Wida byo zaledwie
doln cz jego ciaa, wystajc spod wozu. Pracowa przy ukadzie kierowniczym; lea na plecach.
Jego stopy wparte byy mocno w chodn ziemi i wida byo po napiciu mini, po drganiu ng, e
pracuje z duym wysikiem.
Przymknem oczy...
Fala wspomnie, wywoana, by moe, poprzednimi refleksjami, a obecnie pobudzona widokiem
onierza, ktry lea pod swoim wozem, tak jak kilka zaledwie lat temu leaem ja pod starem-25,
nadpyna z nieodpart si i ogarna mnie.
Warsztaty bazy... zimny beton i... stale nawalajcy star...
Przy minimum kwalifikacji kierowcy trudno mi byo niejednokrotnie ustali, gdy co pukao lub
skrzypiao, co w wozie si psuo, wiedziaem tylko, e jest le.
Codziennie miaem trudnoci z uruchomieniem silnika. Ustawienie zbienoci k byo dla mnie
czarn magi. Tysice kopotw, nie mwic ju o niezbadanym labiryncie instalacji elektrycznej,
ktry by jedn wielk niewiadom... Wymogi pracy byy twarde i nieubagane: plan, plan! Plan
dyktowa wszystko, plan rzutowa na premi, plan zaszeregowywa pracownika.
Nie liczyem wwczas na niczyj pomoc, czuem si osamotniony. Wyszedem z wojska, ktre jakby
odsuno si od mnie na niewymierzaln odlego; trafiem do ludzi, wrd ktrych czuem si obcy
i ktrzy mnie traktowali jako obcego. Sdziem, a raczej odczuwaem to, e jestem zdany wycznie na
wasne siy. Wyaziem z siebie, wyaziem ze skry; robiem wszystko, eby jako ten plan wykona,
ale to mi si nie udawao... Przy moich wczesnych kwalifikacjach rzecz bya nie do zrealizowania.

I wanie wtedy, kiedy byem ju bliski rezygnacji, kiedy dochodziem do bolesnego wniosku, e nie
dam rady, odczuem pomocn do kolegw. Niemal codziennie ktry z nich pomaga mi uruchomi
silnik, tracc cenne minuty wasnej pracy. Przy trudnociach z ganikiem - a wyregulowanie jego byo
dla mnie zadaniem ponad siy, a raczej umiejtnoci - pomg mi Antek. Nieco tylko starszy ode mnie,
ale ju dowiadczony kierowca, kilkoma sprawnymi ruchami potrafi zdziaa to, czego ja nie mogem
zrobi w cigu godziny mozolnych prb.
Odpowietrzenie hamulcw, ktre dla mnie stawao si problemem, dla niego, jak i dla kilku jeszcze
kolegw, ktrzy rwnie udzielali mi pomocy, byo kwesti zaledwie dziesiciu minut.
W taki sposb, pomau, wasnym przykadem, wasn prac wprowadzali mnie oni w tajniki, w arkana
zawodu kierowcy. Pniej, rzecz jasna, staraem si im odwdziczy, ale przyznam si, e nie bardzo
miaem do tego okazj; zawsze w por dawali sobie rad ze swoimi samochodami i z reguy
wyjedali z bazy przede mn.
Gdy usiowaem im dzikowa, mwili: Przesta! To jest normalna sprawa, nie ma o czym gada.
Dziao si to w tym samym czasie, kiedy wyznawca normalnych koleeskich przysug, spotkawszy
mnie na ulicy, udowodni czynem, jak pojmuje koleestwo.
Min bezpowrotnie czas, w ktrym czuem si upokorzony swoim nowym zawodem i charakterem
pracy. Ja, oficer, byy spadochroniarz, teraz za kierownic ciarwki! Wrcz przeciwnie, zaczynaa
rodzi si we mnie duma. e wanie ja, oficer i byy spadochroniarz, potrafi da sobie rad w tak
trudnej pracy. Czuem dum, byem zadowolony ze swojej postawy, ale nie potrafiem od siebie
odegna wspomnienia spadochronu. Moja tsknota znalaza swj namacalny wyraz w malutkim
spadochroniku, zrobionym z poowy pieczki ping-pongowej, nitek podwieszonych do jej
wystrzpionego brzegu oraz zawieszonej na nich podkwki, majcej przynosi szczcie.
Spadochronik zawieszony by na lusterku wstecznym w kabinie wozu, miejscu gdzie inni kierowcy
wieszali sobie niedwiadki, mapki, pajace...
Koledzy niejednokrotnie miali si z mojej maskotki, a ja wtedy tumaczyem im, e jest to wyraz
moich wspomnie, nie przyznajc si przed nimi, a nawet w najwikszej skrytoci ducha przed
samym sob, e by to wyraz najbardziej skrytych - i jake wwczas beznadziejnych - marze...
Tak, okres ten by dla mnie trudn szko ycia, ale nigdy pniej ani przez chwil nie aowaem, e j
przeszedem. Nastpio wwczas jakie przewartociowanie poj, przetasowanie wartoci, nastpia
zmiana oceny ludzi. Wydaje mi si, e w tym okresie dojrzaem. Dojrzaem jako czowiek.
Wszystko to miaem teraz za sob. Przeycia odeszy w przeszo, ale kontury ich nie zatary si;
pozostay nadal precyzyjnie wyraziste...
- Do jutra powinnimy zakoczy prac - meldowa mi major - jutro lub pojutrze moemy zacz kurs
przeszkalania kierowcw-rezerwistw na transporterach.
- No, dobrze - powiedziaem, jakby otrzsajc si z dawnych wspomnie. - Pjdziemy teraz do nich.
Kierowcy wyszli ze stowki i stali na zbirce. Przesunem wzrokiem po ich twarzach i... wraenie
byo tak silne, e a drgnem: W grupie wieo umundurowanych rezerwistw, jakby wyczarowani
moimi wspomnieniami, stali dawni koledzy z bazy!
- Dajcie: spocznij i w miejscu rozej si! - poleciem meldujcemu mi podoficerowi, po czym
natychmiast, gdy tylko zostay wydane te komendy, podszedem do kolegw.
- No c, nie spodziewalicie si takiego spotkania?

- Ale skd, obywatelu pukowniku! - powiedzia nie mniej ode mnie zmieszany i zaskoczony Antek.
Co cisno mnie za gardo.
- Antek, daje spokj, jaki ja dla ciebie jestem pukownik! Przesta si wygupia! - Chwyciem go
w objcia.
Oficerowie, zdumieni, przygldali si tej scenie.
Po chwili siedzielimy przy kawie w klubie oficerskim jednostki. Opowiadalimy sobie koleje naszego
ycia od czasu, gdymy si rozstali, to jest od jesieni 1956 roku, kiedy to wrciem do wojska.
Na bazie w zasadzie nic si nie zmienio, niektrzy odeszli, inni awansowali, ot, normalne koleje...
Zainstalowano nowy dwig pneumatyczny, ju nie trzeba tak jak dawniej krci.
Pamitaem, jak bola krzy od krcenia olbrzymi korb, gdy trzeba byo mechanicznym dwigiem
podnosi samochody do przegldu podwozia.
- No, a u mnie... powiedziaem. - Zreszt sami zobaczycie, co wam bd opowiada.
Trzeba byo si rozsta; zarwno ich, jak i mnie czekaa praca. Wyszlimy przed klub.
- Co major na to? - zapytaem stojcego obok mnie pomocnika.
- Wszystko jasne, obywatelu pukowniku. Wycignem jeden wniosek: co sobota powinni mie
przepustk.
Spojrzaem na niego z wdzicznoci.
Koledzy zaczli mi dzikowa.
- Nie ma za co - powiedziaem, bezwiednie powtarzajc ich dawne sowa. - To jest normalna sprawa...
- Zamy - powiedzia Antek miejc si. - Ale przyznam ci si, e wszystko to jest jakby
nieprawdziwe, jakby nierealne. A ju chyba najbardziej dziwne, to fakt, e ty jeste tutaj... Wiedzc
o tym, e wrcie do wojska, w mylach zawsze kojarzyem sobie ciebie ze spadochronem. Pamitasz
swoj maskotk w starze?
- Pamitam! - rozemiaem si. - Moesz si przekona, e i teraz jest ona zawieszona na lusterku
w samochodzie, ale ju w osobowym. Pozostaje dalej wyrazem moich nie tylko wspomnie, ale
i marze... Myl, e w obecnej chwili ju bardziej realnych...

Trudna alternatywa
Kapral Wadysaw Skawiski zameldowa si w gabinecie swojego dowdcy.
- Dokumenty podry otrzymaem, obywatelu pukowniku - zameldowa.
Dowdca wsta zza biurka i podszed do niego.
- O ktrej macie pocig?
- Za dwie godziny, obywatelu pukowniku.

- Niewiele wam zostao czasu. Zapracowalicie na ten urlop, to trzeba przyzna. Odpocznijcie dobrze
i wracajcie zdrowo - zakoczy z umiechem, poprawiajc kapralowi nieco przekrzywion odznak
skoczka spadochronowego.
Przyjacielskim wzrokiem odprowadzi go do drzwi.
Dobry chopak - pomyla - nie tylko jako kierowca i spadochroniarz, ale pod kadym wzgldem.
*
Urlop, ktry Skawiski spdzi u rodzicw w maej podwarszawskiej miejscowoci K., mia si ku
kocowi. Ostatniego popoudnia mody czowiek wybra si samochodem ojca do stolicy, aby
poegna si ze swoj dziewczyn. Chocia obieca matce, e nie wrci pno, nie mg odmwi
zjedzenia kolacji, na ktr zaprosia go matka Zosi. Atmosfera gocinnego domu spowodowaa, e
zatraci rachub czasu. Gdy przypadkowo spojrza na zegarek, dochodzia godzina dwudziesta trzecia.
By zaskoczony. Z popiechem zerwa si i zacz si egna.
Zosia odprowadzia go na d.
- Pisz czsto, kochany! Jed ostronie! - zawoaa w lad za oddalajc si warszaw.
Czerwcowa noc bya ciepa. Niebo - usiane gwiazdami. Skawiski opuci szyb i wiatr przyjemnie
chodzi jego rozpalon twarz. Dawaa si przy tym odczu dua szybko, z jak prowadzi wz. Od
kilku lat by kierowc, sporo jedzi, wic za kierownic czu si pewnie.
Teraz spieszy si, wic jeszcze bardziej zwikszy szybko. Szeroka, betonowa szosa bya o tej porze
mao uczszczana. Wadek z przyjemnoci chon ywiczn wo lasu. Min zagajnik. Ten odcinek
szosy obsadzony by starymi drzewami, ktrych grube pnie w dolnej swojej czci miay namalowane
bia farb szerokie pasy.
Nagle wydao mu si, e zza drzewa rosncego po prawej stronie szosy wyskoczy jaki ciemny cie
i prawie rwnoczenie poczu silne uderzenie przedni czci wozu o jaki duy przedmiot.
Przyhamowa gwatownie. Dobrze utrzymana i sucha nawierzchnia oraz doskonay stan techniczny
wozu sprawiy, e droga hamowania bya krtka. Nie gaszc silnika Skawiski wyskoczy z wozu,
mocno zaniepokojony pobieg do tyu i zaraz spostrzeg lece na szosie ciao czowieka.
Przejechaem go! Trzeba mu natychmiast udzieli pomocy! - pomyla gorczkowo.
Ale gdy si zbliy do lecego, z przeraeniem zobaczy, e gowa denata bya roztrzaskana od
uderzenia o betonow nawierzchni szosy. Nikt i nic nie mogo mu ju pomc...
Skawiskiego zdj strach; trzeba byo myle o sobie. Pierwszy jego odruch by: ucieka! W panice
pobieg i wskoczy do swojego wozu. Zgasi wiata.
Szosa bya pusta; zapiszczay opony i wz ruszy z miejsca od razu z du szybkoci.
Natychmiast po odjedzie nie owietlonej warszawy z lasu wynurzyo si dwch mczyzn. Rozejrzeli
si po szosie i szybko podbiegli do lecego.
- All right, John - szepn jeden z nich. - He is dead, we have nothing to do here13.
Zawrcili i po chwili zniknli w gszczu lasu. Tu doczy do nich trzeci mczyzna, nioscy urzdzenie
podobne do aparatu filmowego z zamontowanym na nim reflektorem.
13

W porzdku, John. Nie yje. Nie mamy tu nic do roboty.

- Have you anything?14 - zapyta John.


- Everything. The car Warsaw number TK-0532. Military driver. With a red beret. He was alone.15
Pbiegiem przedarli si do ukrytego w gstwinie luksusowego samochodu. Krtymi lenymi drogami,
najwidoczniej uprzednio rozpoznanymi, bezbdnie dotarli do innej szosy i popdzili w kierunku
Warszawy.
Prawie natychmiast po ich odjedzie z gstwiny lasu wyjecha na szos inny wz. Wyskoczy z niego
mody czowiek w szarym ubraniu. Nachyli si nad lecym.
- Tak jak mwili: nie yje - powiedzia wyprostowujc si. - Nie przypuszczaem, e posun si a tak
daleko...
- Przekazaem to ju - owiadczy zdejmujc suchawki z uszu jeden z mczyzn siedzcych
w samochodzie. Jest decyzja zostawi zwoki.
- A co z tamtymi?
- Masz na myli mercedesa?
- Tak.
- Tych mamy z gowy. Zaopiekuje si nimi grupa Kotarby.
- To cae szczcie! Zdrtwiaem od siedzenia bez ruchu. Pomyle tylko - sze godzin w tym lesie...
- Siadajcie, poruczniku, jedziemy!

Mimo pnej pory pastwo Skawiscy nie spali; czekali na syna. Wadka, ktry wszed do mieszkania
i chcia po cichu przej do swojego pokoju, zatrzyma gos ojca:
- Czekalimy na ciebie. Co tak dugo robi w garau? Przyjechae przecie chyba przed p godzin.
- Chciaem... zostawi wz w porzdku.
- Poda ci kolacj? - zapytaa matka.
- Nie, dzikuj, mamusiu. Jadem u Zosi. Pjd ju spa, bo jutro raniutko wyjedam.
- No to id, syneczku, dobranoc...
- Co mu si stao? Jest jakby nieswj? - odezwa si zaniepokojony ojciec.
- Czy zaraz musiao si co sta? Poegna si z Zosi, nas zostawia... - uspokoia go ona.
- Moe masz racj, chodmy spa. On te niech si wypi.
Wadek dugo nie mg zasn. Lea z otwartymi oczyma.
Jak na porysowanej pycie patefonowej powtarza si cigle ten sam motyw melodii, tak przed jego
oczami wci uparcie przesuwa si ten sam obraz: lecy nieruchomo czowiek i powikszajca si na
betonowej szosie kaua ciemnej krwi.

14
15

Masz co?
Wszystko. Samochd warszawa numer TK-0532. Kierowca wojskowy, w czerwonym berecie. By sam.

- Jak to si mogo sta? - szepta do siebie. - Wyskoczy w ostatniej chwili tu przed mask... Nie
mogem zdy zahamowa... Nawet gdybym jecha z duo mniejsz szybkoci, nie zdybym...
Musiaem go uderzy. Wic ja nie jestem tu winien... Ale dlaczego on wybieg przed wz?... Przecie
nie mg mnie nie zauway, wieciem dugie wiata. Czyby chcia popeni samobjstwo? Trudno
w to uwierzy... Ale jakkolwiek byo, ten nieszczsny nie yje, a ja mog by uznany za jedynego
sprawc jego mierci. Milicja moe wpa na mj lad... Uciekem z miejsca wypadku... Nie uwierz
mi, e nie miaem moliwoci zahamowania wozu w por... Ale nie mam wiadka. Nikogo w pobliu
nie byo, potem kilka kilometrw jechaem bez wiate... Bd szukali samochodu! Na wozie ojca nie
ma ju adnych ladw... Wrc do jednostki, bd daleko, nikt nawet nie pomyli, e to ja...
achn si. Zacz myle gorczkowo.
Do jednostki? Tam dowdca pozna po mnie od razu, e stao si co zego. Nigdy przed nim niczego
nie umiaem ukry, a zreszt to, czego mu nie mwiem, to i tak potrafi wyczyta z mojej twarzy. Ale
nie powiem mu! W takim wypadku nawet on nie zdoa mnie osoni. On uwierzyby mi, e nie byo
w tym mojej winy, ale fakt jest faktem! Zabity czowiek zosta na szosie... Gdyby si to wydao,
stracibym wszystko, stracibym Zosi... Nawet gdybym si przyzna, temu czowiekowi nic by to nie
pomogo, a mnie czekayby lata wizienia... A przecie ja jestem niewinny! Niewinny... Nie, nie
powiem o tym nikomu i nikt si nie dowie... Nie ma przecie adnych ladw.
Zasn dopiero nad ranem.

Min miesic od powrotu kaprala Skawiskiego do jednostki. Okolicznoci sprzyjay mu. W dniu,
w ktrym przyjecha, rozpocza si inspekcja. Zaaferowany i zapracowany dowdca nie zauway
nienaturalnego pocztkowo zachowania si swojego kierowcy. Wadek jedzi teraz duo, aby jak
najkrcej przebywa z kolegami, w kompanii. Stara si by taki, jaki by poprzednio, pogodny
i naturalny. Ale cigle obawia si, e mu si to nie udaje.
O tamtej sprawie nie byo adnych alarmujcych sygnaw. Sucha wzmianka, ktr znalaz w prasie,
nie uspokoia go, ale te nie daa powodu do wikszych obaw. ... Sprawca zbieg. Organa MO
prowadz dochodzenie.
Powoli zaczyna si uspokaja.
Ktrego dnia, tu po wicie lipcowym, gdy jak zwykle odwiz dowdc do domu, wracajc do
koszar zatrzyma samochd w pobliu budki, w ktrej zawsze kupowa papierosy. Gdy wraca z paczk
wrocawskich w rku, zobaczy, e obok jego wozu stao dwch mczyzn, wyranie czekajc na
niego.
- Chcielicie, panowie, ebym was podwiz? - zapyta z umiechem. Niestety nie mog. - Przeszed na
drug stron samochodu, eby otworzy drzwiczki.
- Chcielimy z panem porozmawia - odpar jeden z mczyzn kadc rk na dachu samochodu.
W jego gosie byo co takiego, co kazao Skawiskiemu zatrzyma si wp ruchu.
- Porozmawia ze mn? A o czym moglibymy rozmawia? - Stara si mwi obojtnie, ale wypado
to sztucznie. - Zreszt, nie mam czasu. - Zrobi ruch, jakby chcia wsi do samochodu.
- Znamy tematy, ktre by pana zainteresoway - odpowiedzia szybko drugi mczyzna, jakby chcc
uprzedzi dalsze dziaanie Skawiskiego. - Na przykad noc z siedemnastego na osiemnastego
czerwca...

Skawiski zamar.
Nieznajomy cign dalej:
- Trasa: Warszawa - miejscowo K.
- O czym panowie mwicie? - zapyta Skawiski zdawionym gosem, nie mogc ju ukry
zdenerwowania.
- Skoro pan nie wie, o czym mwimy, to moe mamy si uda dla uzyskania danych do waciciela
warszawy numer TK-0532?
To milicja! Wiedz! - byskawic przemkno Wadkowi przez gow. Jzykiem przesun po nagle
wyschnitych wargach.
Mczyzna, ktry trzyma rk na dachu warszawy, zabbni beztrosko palcami.
- A moe wolaby pan, ebymy porozmawiali na ten temat z milicj? - zapyta.
A wic nie s z milicji! - Wadek w pierwszej chwili przyj to jako ulg. Jednoczenie umys jego zacz
gorczkowo pracowa. Wic kim oni s? Czego chc? Czyby to by szanta?...
- Wic jak? Porozmawia pan z nami? - zapyta drugi mczyzna.
- Tak... - szepn zbielaymi ustami.
- Trzeba tak byo od razu - wycedzi przez zby ten pierwszy. - Zamknij wz i chod, przejdziemy si.

Tego dnia wieczorem urzdniczka na poczcie w Krakowie przyjmowaa telegram nastpujcej treci:
Dokonaem planowanego zakupu. Towar mam odebra za cztery dni. Prosz o przysanie Jacka.
- Jak nazwisko adresata? - zapytaa.
- Czytajc po polsku: Johnson... - odpowiedzia mczyzna nadajcy telegram. - Chyba wyranie
napisaem?
- Tak, ale nazwisko wydao mi si dziwne. Chyba to nie Polak? - umiechna si panienka.
W dwie godziny pniej w pewnej ambasadzie w Warszawie szpakowaty, wytworny pan odczyta
tre telegramu, ju przetumaczon na jzyk angielski. Nacisn guzik wewntrznego poczenia
telefonicznego. W goniku odezwa si czyj gboki gos.
- Halo, Colonel! - powiedzia szpakowaty. - We have received the telegram from Cracow. They have
entered into connections with the parachutist. He agreed to communicate some news. The next
meeting in four days. They ask to send Jack to them16.
- All right, dear Major - odpowiedzia gboki gos. - Let Mister Jack know about the time of driving
out17.
Miny dwa dni od spotkania z nieznajomymi. Wadek straci apetyt, po nocach nie mg spa.
Zachowywa si jak bdny. Dwa razy cudem tylko unikn wypadku samochodowego. Kada minuta

16

Halo, pukowniku! Otrzymalimy telegram z Krakowa. Nawizali kontakt ze spadochroniarzem. Zgodzi si


udzieli informacji. Nastpne spotkanie za cztery dni. Prosz o przysanie Jacka.
17
W porzdku, drogi majorze! Prosz zawiadomi Jacka o terminie wyjazdu.

zbliaa go nieuchronnie do umwionego spotkania. Zostay mu ju tylko dwie doby. Przecie jeeli na
to spotkanie nie pjdzie...
Wzdryga si na myl o konsekwencjach, bo wiedzia, e pj mu nie wolno. Czu si jak w puapce,
jak w matni, bo te bya to matnia. Istniay tylko dwa wyjcia i kade z nich byo nie do przyjcia.
Zaamywa rce w bezsilnej rozpaczy. adnej nadziei, adnego rozwizania, znikd pomocy...
Znikd?... - Pomyla o dowdcy. - Dowdca! Tak! I do niego i opowiedzie mu wszystko, a potem
niech si dzieje, co chce! Niech mnie zamkn... Zamkn... Nawet to, ale nie bd zdrajc! Nie zami
przysigi i kademu bd mg spojrze w oczy... Jestem przecie onierzem, spadochroniarzem,
nosz czerwony beret! Od razu powinienem by to zrobi! Teraz widz, e by to straszliwy bd! Ale
ja to naprawi! Jeszcze nie jest za pno...

- To ju wszystko, obywatelu pukowniku! - zakoczy swj meldunek kapral Skawiski i wsta.


Przez chwil pukownik przyglda mu si uwanie, jakby co przemyliwa.
- Usidcie jeszcze, Skawiski. By moe, e was zaskoczy to, co wam powiem. Ale... sprawa ta jest mi
znana. Jest ona o wiele powaniejsza, ni mylicie, i bynajmniej nie wy tu jestecie centraln postaci.
Punkt cikoci ley zupenie gdzie indziej... Liczyem na to, e przyjdziecie z tym do mnie.
Wiedziaem, e przyjdziecie... Wicej, zarczyem za was. My, spadochroniarze, jestemy twardymi
ludmi. I powinnimy umie powiedzie sobie wszystko, wanie wszystko. Powinnimy mie do
siebie zaufanie i wierzy jeden drugiemu... I wierzy jeden w drugiego.
Wsta, pooy rk na suchawce.
- Poczekajcie teraz w adiutanturze.
- Z oddziaem WSW - rzuci krtko, gdy zgosia si telefonistka.
- Halo, mwi Gryza. Tak jak przewidywaem. Przed chwil wyszed ode mnie.
- Tak, wszystko opowiedzia.
- Za dwa dni.
- W takim razie czekam. - Odoy suchawk, przycisn guzik dzwonka. W drzwiach stan wyprony
adiutant.
- Za chwil przyjedzie tu podpukownik Szumski - wpucie go od razu.
- Rozkaz, obywatelu pukowniku!

Zgodnie z umow kapral Skawiski w oznaczonym czasie wszed do restauracji. Od razu dostrzeg
dwch swoich znajomych i zaniepokoi si. Przy tym samym stoliku siedzia jeszcze kto trzeci,
mody czowiek o twarzy boksera, bez przerwy poruszajcy szczk, jakby co u.
Jeden z czekajcych dostrzeg spadochroniarza i podnis rk na znak powitania.
Skawiski podszed do stolika i przywita si. Usiad.
- To nasz kolega. Wanie on chce panu zada par pyta - krtko przedstawi ujcego gum jeden
z mczyzn.

- No to do konkretw! - Kolega o twarzy boksera mwi powoli, z obcym akcentem. Ju po


pierwszych jego sowach Skawiski zorientowa si, e jego rozmwca jest cudzoziemcem.
- Niech mi pan powie, jak w waszej dywizji desantuje si czogi. Czy samoloty musz z nimi ldowa,
czy te mona je zrzuca na spadochronach?
- O tym nie wolno mi mwi - odpowiedzia Skawiski. - Te sprawy s otoczone tajemnic wojskow.
- Nie pieprz gupstw o tajemnicy! - przerwano mu brutalnie. - Mw wszystko, co wiesz! Jeeli masz
trudnoci, to moe to ci pomoe? - Jeden z mczyzn rzuci na st fotografi tak, e upada przed
Skawiskim.
Kapral wpi si w ni oczami. Wszystko a zatrzso si w nim z przeraenia i wciekoci; nad lecymi
w kauy krwi zwokami mczyzny nachyla si... on sam!
Powid wzrokiem po twarzach obecnych. Na dwch wyczyta tryumf, na trzeciej oczekiwanie.
Przekn lin.
- Dobrze... Bd mwi...
Rozmowa, a raczej indagacja trwaa okoo p godziny i najwyraniej zadowolia cudzoziemca.
- Na razie wystarczy - powiedzia. - Ja wyjd pierwszy, wy dwaj po mnie, a onierz poczeka jeszcze
dziesi minut, zanim wyjdzie. No i zaraz umwcie si na nastpne spotkanie, aby nie traci kontaktu.
Jak bdziesz potrzebny - zwrci si do Skawiskiego - damy ci zna. A ty - klepn po ramieniu
jednego ze swoich wsplnikw - dostarczysz mi wieczorem aparacik. - Wsta i nie egnajc si z nimi,
wyszed.
Zamkn za sob drzwi restauracji i sprystym krokiem poszed w kierunku miejsca, gdzie sta
zaparkowany jego samochd.
Uszed zaledwie kilka krokw, gdy drog zastpio mu dwch modych ludzi.
- Pan pozwoli. Milicja.
- Co panowie chcecie ode mnie? Nie znam was!
- Milicja - powtrzy goniej jeden z modych ludzi. - Jest pan aresztowany.
- Ja? Jakim prawem! - krzykn. - Jestem obywatelem obcego pastwa! Ja protestuj!
Podjechaa milicyjna warszawa, otworzyy si drzwiczki.
- Prosz wsiada!
- Nie wsid! To gwat! Protestuj!
Z wozu wyskoczyo dwch milicjantw i chwycio go pod rce. Po chwili znalaz si w rodku
i warszawa ruszya z miejsca.
W tym samym czasie dwaj ubrani po cywilnemu funkcjonariusze milicji podeszli do drzwi lokalu
i weszli do rodka. Jednak tu przed nimi wszed kto z ulicy i zacz gono opowiada czekajcym na
niego przy stoliku kobietom, e dopiero co widzia, jak aresztowano jakiego cudzoziemca, zapewne
szpiega. Wiadomo ta wywoaa zainteresowanie wrd blisko siedzcych goci.

Dwaj towarzyszcy Skawiskiemu mczyni te usyszeli nowin i zerwali si z miejsc. Wadek


przestraszy si, e zdoaj uciec, i chwyci jednego z nich za rami, ale zatrzymany odrzuci go
potnym ciosem i sign rk do kieszeni.
Ma pistolet! - pomyla ze zgroz Skawiski, ale zanim zdy w jakikolwiek sposb zareagowa,
a tamten wycign bro, czterej modzi ludzie, siedzcy przy ssiednim stoliku, poderwali si, rzucili
na towarzyszy Skawiskiego i byskawicznie obezwadnili ich.
W restauracji powstao zamieszanie.
- Spokj! Prosz zachowa spokj! - zawoa jeden z milicjantw, ktrzy uprzednio zatrzymali
cudzoziemca, a obecnie blokowali drzwi lokalu.
Cywilni funkcjonariusze milicji byskawicznie oprnili kieszenie dwch zatrzymanych. Pistolety,
minifon, fotografie, dokumenty oraz inne drobiazgi powdroway do specjalnej torby.
*
W gabinecie podpukownika Szumskiego znaleli si: zatrzymani, kapral Skawiski oraz cywilni
funkcjonariusze milicji.
- Ja protestuj! - owiadczy ktry z kolei raz cudzoziemiec. - Protestuj! Zostaem aresztowany bez
powodu. Jestem obywatelem obcego pastwa, pracownikiem ambasady. Domagam si, aby mnie
natychmiast puszczono. O co tu chodzi? Ja nie znam tych ludzi! To pomyka! Nie mam z nimi nic
wsplnego. Zatrzymalicie mnie bez powodu!
- Spokojnie - mitygowa go Szumski. - Czy bez powodu, to si zaraz wyjani. Kapralu Skawiski, dajcie
minifon.
Skawiski bez sowa wyj z kieszeni dany przedmiot i wrczy go pukownikowi. Ten uruchomi go
i ironicznie przygldajc si, jak aresztowani rzucaj wcieke spojrzenia na kaprala, przewin tam,
po czym wczy odtwarzanie. Cierpliwie doczeka momentu, w ktrym cudzoziemiec zada pytanie
dotyczce powietrznego transportu czogw. Przycisn klawisz wycznika.
- No jak tam, czy na pewno bez powodu? Nie zna pan tych ludzi? No... i jak bdzie z tym protestem? Umiechn si zoliwie. - Zreszt sdz, e nie gorzej nagrao si i na waszym minifonie.
Cudzoziemiec zagryz warg.
- Idioci! - warkn do swoich kolegw.
Jeden z nich obruszy si:
- To ty, durny kowboju, zorganizowae to spotkanie!
- Zakoczymy t wymian grzecznoci - przerwa zimno podpukownik Szumski. - Odnosz wraenie,
e z protestu bd nici.
Nacisn guzik dzwonka.
- Wyprowadzi aresztowanych!
Gdy ju wyszli, podpukownik zwrci si do kaprala:
- Czowieka, ktrego przejechalicie w czerwcu, rzucono wam pod wz. Wsppracowa on z obcym
wywiadem i w pewnym momencie sta si dla tego wywiadu niewygodny. Dlatego zgin. Wy

popenilicie wielki bd nie meldujc od razu o wypadku, ale potem z trudnej alternatywy
potrafilicie wybra jedyne suszne wyjcie. Bezporednio po uderzeniu czowieka na szosie
postpilicie tak, jak naleao: wrcilicie, aby udzieli pomocy ofierze wypadku. Wiedzielimy o tym.
A dodatkowym dowodem na t okoliczno jest zdjcie wykonane przez agenta obcego wywiadu za
pomoc promieni podczerwonych.
Potrzsn trzymanym w rku zdjciem.
- Jest ono teraz dla was, jak powiedziaem, dowodem odciajcym, a wedug zaoe jego autorw
miao suy do szantaowania was. Reasumujc, za wypadek samochodowy winy nie ponosicie.
Z miejsca wypadku odjechalicie dopiero po stwierdzeniu, e denatowi natychmiastowa pomoc na
nic si ju nie moe przyda. Natomiast ponosicie win za niezameldowanie o wypadku natychmiast
po jego zaistnieniu. Powanie agodzi ca spraw fakt pniejszego zameldowania o tym, co zaszo,
jak te o prbie nawizania z wami kontaktu przez agentw obcego wywiadu. Postawa wasza przy
spotkaniu z agentami oraz w czasie aresztowania ich bya wzorowa i zasuguje na pochwa. Pismo tej
treci zostanie skierowane przez nas do dowdcy jednostki. Jestecie dzielnym chopcem, godnym
czerwonego beretu, ycz wam wszystkiego dobrego, a ju najlepsze, czego mog yczy, to
dokonywania zawsze takiego wyboru, jak tym razem; takiego wyboru w wypadku kadej trudnej
alternatywy.

Dziwna historia
- Trzeba si zatrzyma - powiedzia szef sztabu. - Jednostki oddaliy si od nas na tyle, e bez
wysunicia anteny teleskopowej nie nawiemy z nimi cznoci.
Skinem potakujco gow.
- Tak, trzeba tylko znale dobre miejsce.
Pochylilimy si obaj nad map. Gazik trzs niemiosiernie na wyboistej drodze.
- O, tu - zaproponowa szef sztabu - niedaleko jest pegeer.
- Zgoda.
Po chwili sze osobowo-terenowych samochodw grupy operacyjnej wjechao na wielkie podwrze
pegeeru. Wysiadem z wozu, aby troch rozprostowa koci. Byo zimno, gooled. Ju drugi dzie
nasz zwizek taktyczny wiczy. Bylimy teraz w fazie wykonywania zadania nastpnego: po
desantowaniu i zniszczeniu nakazanych obiektw przenikalimy przez teren nieprzyjaciela
w kierunku poudniowym.
- Kierownik pegeeru prosi nas na gorce mleko - zameldowa mi kwatermistrz.
Z radoci przyjlimy t propozycj. Otoczeni gromad dzieci, z zaciekawieniem przygldajcych si
oficerom ubranym w polowe uesy i uzbrojonym w pistolety maszynowe, ruszylimy w kierunku
zabudowa. Budynek wydawa mi si dziwnie znajomy, jakbym go ju kiedy widzia. Nieraz tak bywa,
e trudno sobie uwiadomi, czy to byo na jawie, czy we nie, ale ma si wraenie, e kiedy taka
sytuacja ju istniaa, e obecna jest tylko powtrzeniem jakiej dawno minionej. Ale nie mogem
sobie przypomnie.

Weszlimy do wntrza budynku. Z mrocznej sieni wchodzio si do obszernej wietlicy. Szerokie,


oszklone drzwi wiody na taras otoczony kamienn balustrad, ozdobion wielkimi kulami po obu
stronach szerokich, zasypanych niegiem schodw.
- Kiedy by to prywatny majtek - mwi kierownik pegeeru, podczas gdy siadalimy na krzesach
wok olbrzymiego stou - w tej sali miecia si jadalnia. Pastwo urzdzali tu przyjcia, nawet ju
podczas okupacji, panienka zapraszaa goci. Ale potem przepada jak kamie w wod i nikt do dzi
nie wie, co si z ni stao. Rnie mwili: jedni, e udao jej si wyjecha zagranic, inni - jeszcze
inaczej. Pan cakiem zdziwacza, zaczli u niego bywa jacy podejrzani ludzie, szeptano, e si zwiza
z Eneszetem. Potem oboje pastwo w czterdziestym czwartym roku pojechali na Zachd i te ju nie
dali znaku ycia. Czy spotkali tam crk? Nikt nie wie nic pewnego. Ale eby nawet nie napisa?
Dziwna historia...
Wniesiono mleko w dzbankach i szklanki; mode dziewczta naleway i roznosiy wok stou gorcy
napj. Pochylony nad stoem, grzaem sobie donie o szklank, opierajc jednoczenie czoo na
przedramieniu. Potworne zmczenie, spowodowane forsownymi wiczeniami, brao nade mn gr,
gos kierownika pegeeru, opowiadajcego o jakich dawnych wydarzeniach, zaciera si, rozpywa...
Przestaem go sucha.
Wiedziaem ju wszystko, jakby nagle zasona spada mi z oczu. Duo zmienio si tutaj w cigu
dwudziestu lat, ale przecie poznabym ten budynek wrd tysica innych nie tylko po dwudziestu,
ale i po stu latach. S takie przeycia, ktrych zapomnie nie mona i ktrych si nie zapomina.
Dwadziecia lat temu...
Tak... Mino dwadziecia lat od chwili, kiedy w letnie popoudnie wpadlimy tutaj na spienionych
koniach, my, zwiadowcy konni Oddziau Partyzantw Ziemi Kieleckiej. Waciciel tego majtku,
w owym czasie kierownik liegenschaftu, wyszed przed dom.
- Musimy tu odpocz - owiadczyem mu wprost. - Prosz o wydzielenie miejsca, gdzie bdziemy
mogli schroni konie, i wydanie polecenia, aby nas nakarmiono. Nikomu nie wolno si oddala przez
cay czas, jaki tu pozostaniemy.
- A dugo tu panowie macie zamiar zosta? - W gosie jego wyczuem niech.
- Tak dugo, jak bdzie to potrzebne - odpowiedziaem niezbyt grzecznie. Zobaczyem skurcz
zniecierpliwienia na jego twarzy. Od razu byo wida, e nie jest przychylnie nastawiony, ale konie
nasze byy zmordowane, my rwnie nie czulimy ju ng, ktre po wielu godzinach jazdy byy jak
z waty. Chcieli czy nie chcieli nas tutaj ugoci, zdecydowaem, e zostaniemy.
Konie uy owies na klepisku, a my, prozebrani, leelimy na wieym sianie, gdy nagle otworzyy si
wrota stodoy. Uniosem si na okciu i zobaczyem... j. Staa w smudze wpadajcych przez uchylone
wrota sonecznych promieni, zotawych, letnich promieni zachodzcego soca, ktre skrzyy jej si
we wosach. Zgrabna, smuka, swobodna.
- Dzie dobry panom! - powiedziaa melodyjnym gosem i na jego dwik wszyscy, ktrzy nie spali, od
razu poderwali si na rwne nogi.
- Dzie dobry! - odpowiedzielimy, naraz dziwnie zmieszani naszym niedbaym strojem, chocia
przecie tumaczyo nas zmczenie.

- Jestem crk waciciela tego majtku... obecnie kierownika - powiedziaa prosto. - Przyjechaam
tutaj z Kielc, z koleankami, aby spdzi niedziel z rodzicami, i bardzo mi byo mio usysze, e dom
nasz goci polskich partyzantw.
W gosie dziewczyny brzmiaa sympatyczna nuta serdecznoci.
Byskawicznie nacignem buty i zapinajc bluz, podszedem do niej.
- Pozwoli pani, e si przedstawi: dowdca druyny, kapral Gustaw.
- Bardzo mi mio - odpowiedziaa grzecznie, podajc mi drobn, delikatn rk. - Na imi mi Teresa.
Nie bardzo zrozumiaam: pan jest dowdc druyny, znaczy dowdc tych, ktrzy tu s?
- Tak jest - odpowiedziaem.
- Ot prosz pozwoli mi w imieniu rodzicw i wasnym zaprosi pana i jego kolegw na wieczorek.
Mamy patefon i troch pyt, a moje koleanki z przyjemnoci spdz ten wieczr w towarzystwie
panw... W towarzystwie partyzantw-dodaa umiechajc si.
Z zakopotaniem odgarniaem z czoa wosy, w ktrych byo peno siana.
Wygldam jak dziki zwierzak - pomylaem ze zoci i poczuem, e si czerwieni.
- Z przyjemnoci przyjmiemy zaproszenie, ale jak pani widzi, nie jestemy odpowiednio ubrani bkaem pod nosem, czujc si jak sztubak przy egzaminie, co jeszcze bardziej powikszao moje
zmieszanie.
- Ale nic nie szkodzi, przecie to sprawa zrozumiaa: jest wojna, panowie jestecie partyzantami.
Bardzo prosz nie robi mi przykroci i nie odmawia mojej probie.
- Ale przyjdziemy, naturalnie, e przyjdziemy - odpowiedziaem widzc pene aprobaty spojrzenia
kolegw, dla ktrych perspektywa zabawy bya czym niecodziennym i bardzo przyjemnym, zreszt
tak samo, jak i dla mnie.
- No to doskonale! W takim razie prosz panw na godzin dziewit.
Trudno wyrazi sowami, co dziao si w stodole po wyjciu Teresy. Sza porzdkowania,
doprowadzania si do jak najbardziej przyzwoitego wygldu, ogarn nas wszystkich. Czarna pasta do
butw bya na wag zota. Na gwat przyszywano brakujce guziki. Martwiono si, co zrobi
z brudnymi koszulami, eby jako jak najmniej byo to widoczne. Bya sma i w cigu godziny, ktra
dzielia nas od dziewitej, dokonalimy nieomal cudu.
Wymyci, gadko przyczesani, wypucowani, pozapinani na wszystkie guziki wyruszylimy do dworu.
Koledzy pozostajcy na ubezpieczeniach zazdrocili nam ogromnie, ale obiecaem im, e
ubezpieczenia bd si czsto zmieniay, eby wszyscy mogli si pobawi. Zrezygnowa z ubezpiecze
niestety nie mona byo.
Gdy tylko weszlimy do stoowego pokoju, Teresa od razu podesza do mnie i pocigna w stron
ojca.
- Pozwl, tatusiu, e ci przedstawi: to jest pan... dowdca... dowdca...
- Druyny - podpowiedziaem.
- Miaem ju przyjemno pozna pana - odpowiedzia jej ojciec chodno, ale ju nie tak niechtnie jak
uprzednio. Prawdopodobnie towarzyska impreza zorganizowana przez jego crk nie bya dla niego

przyjemna, tym niemniej - zapewne bardzo kochajc jedynaczk - gotw by dla niej na najwiksze
powicenia, nie tylko na zorganizowanie wieczorku dla partyzantw Gwardii Ludowej.
Koleanek byo pi: Teresa przedstawiaa mnie im kolejno. Bkaem pod nosem swoje imi,
ciskaem delikatne dziewczce rce, ale prawie nie widziaem, nie rozrniaem twarzy, takie byy
wszystkie podobne do siebie albo przynajmniej tak mi si wwczas wydawao. Zreszt nic nie
widziaem, a dokadnie mwic, nikogo nie widziaem... poza Teres.
Kto nastawi patefon i popyny dwiki tanga. Stalimy oboje z Teres i rozmawialimy i wtedy ona,
tak jako po prostu, chocia nie bardzo to byo w Polsce przyjte, eby niewiasta prosia mczyzn,
zaproponowaa:
- Zataczymy?
Taczya lekko, z duym wyczuciem rytmu, wczuwajc si w kady ruch partnera, niezwykle
przyjemnie, po kobiecemu, a jednoczenie jako niewinnie, dziewczco.
Byem ni oczarowany. Prbowaem sobie to ogarniajce mnie uczucie jako wytumaczy, wybi
z gowy.
Przesta, uspokj si, nie rozklejaj si, chopie! Zobaczye smarkul i zawrcia ci gow od
pierwszego wejrzenia - mwi mi gos rozwagi, ale rwnoczenie jaki inny odpowiada:
Od pierwszego wejrzenia, no i co z tego? Bywa przecie tak, e od pierwszego wejrzenia... Nie ma
w tym nic dziwnego. A czy ona jest smarkata? Na pewno w moim wieku.
I tak chyba miaa wtedy: siedemnacie lat.
Taczylimy. Patefon zatrzyma si, muzyka ucicha, a my tego nawet nie zauwaylimy.
Przez cay wieczr byem jak we nie. Pytano mnie o co, odpowiadaem machinalnie, jadem kolacj,
piem herbat, umiechaem si do kogo, ale wszystko to jakby robi za mnie kto inny; ja widziaem
tylko Teres i ilekro patrzyem na ni, mogem si przekona, e i ona na mnie patrzy.
Byo ju pno. Matka Teresy dawno posza spa, tylko ojciec jeszcze dotrzymywa nam, bawicym
si, towarzystwa. Po jednym z szybkich tacw Teresa opara si na moim ramieniu i powiedziaa
cichutko:
- Gorco tu... Przejdziemy si?
Nie odpowiedziaem, tylko ujwszy j pod rk, przez taras i szerokie schody, ktrych balustrad
zdobiy wielkie kamienne kule, wyszedem z ni do ogrodu. Znaa kady jego zakamarek, jak si
pniej dowiedziaem, tu spdzia cae swe dziecistwo. Szlimy alejk; wysokie i gste drzewa
zasaniay nam chwilami ksiyc. Noc bya pikna, bynajmniej nie chodna. I nie umiem wytumaczy,
jak to si stao, ale w pewnej chwili zatrzymalimy si oboje, zwrcilimy si do siebie i pocaowaem
j. W pierwszym odruchu odsuna si, jakby przeraona, ale po chwili przygarna si do mnie caym
ciaem. Usiedlimy pod rozoystym, grujcym nad innymi drzewami dbem, na mojej kurtce, ktr
troskliwie rozcieliem na mchu. Gdy caowaem Teres, czuem jak niezwyk, wprost rozpierajc
mnie rado, a jednoczenie gnbia mnie myl, e ja podchodz do sprawy uczuciowo, a ona
zapewne chce przey przygod z partyzantem, eby si mc tym chwali w gronie koleanek.
Ot, romantyczna dziewczynka, zaimponowa jej pistolet maszynowy i dowdca... druyny - mylaem,
ale mimo tych myli nie mogem przesta jej caowa, nie mogem si od niej oderwa. I dopiero
pniej zrozumiaem, jak bardzo j krzywdziem takimi podejrzeniami i w ogle, jak bardzo j

skrzywdziem, bez zastanowienia przyjmujc jej ofiar. Leaa oparta gow na moim ramieniu
i leciutko draa od nastajcego ju chodu lub te ze zdenerwowania.
- Chod, pjdziemy do domu, odprowadz ci, przezibisz si - powiedziaem.
Dugo stalimy w milczeniu, zanim, spleceni ramionami, ruszylimy w kierunku domu.
Rano osiodalimy konie, nikt nie przyszed nas egna. Drog wiodc przez pola ku lasowi
ruszylimy galopem. Obejrzaem si za siebie; poprzez tumany kurzu, podniesionego kopytami
naszych koni, wida byo ukryty wrd drzew budynek dworu, a wyej, na tle jasnego letniego nieba,
soczycie zielon kopu starego dbu.
Ale nie mogem zapomnie Teresy, nie mogem oddali od siebie jej obrazu. W trzy tygodnie pniej
tak lawirowaem, aby w sobot znale si w pobliu majtku. Baem si jednak, e Teresa nie bdzie
chciaa ze mn rozmawia, moe obrazia si za to, e odprowadzajc j, nie poprosiem
o wyznaczenie spotkania; nie uzgodniem z ni, w jaki sposb bdziemy mogli si spotka. A ja byem
wtedy jak nieprzytomny; nie mylaem o niczym, nie byem w stanie myle o niczym.
I teraz, zostawiwszy druyn w pobliu majtku, sam, pieszo, ruszyem w kierunku dworu. Olbrzymia
korona starego dbu, ciemniejca na tle gwiadzistego nieba, bya doskonaym punktem
orientacyjnym. Przyszedem znw na podwrze, ju teraz prosto do okna, do tego okna, przez ktre
wtedy pomogem jej wej. Delikatnie zastukaem w wsk szyb i po chwili zobaczyem Teres.
- Kto to?
- To ja, Gustaw - odpowiedziaem szeptem.
- Poczekaj, zaraz wyjd do ciebie.
I znw bylimy razem.
Cigno si to tak przez kilka miesicy. Kad okazj, kad woln chwil staraem si spdzi z ni.
I chocia tych okazji byo mao, a wolnych chwil jeszcze mniej, kochaem j i wiedziaem, e jestem
przez ni kochany.
Rodzice Teresy wkrtce dowiedzieli si o wszystkim. Ich pogldy - rzecz jasna - kracowo rniy si
od naszych. Dla Teresy byem jej ukochanym, natomiast dla jej rodzicw - czowiekiem stojcym
w przeciwnym obozie politycznym; modym, bez przyszoci, ktry jak nie dzi, to jutro mg dosta
kul w eb, a ewentualno ta miaa wiele cech prawdopodobiestwa. Nie zamierzali wiza losu swej
ukochanej jedynaczki z takim jak ja czowiekiem i powzili decyzj, jak zwykle w takich wypadkach
podejmuj rodzice, przekonani, e robi to jedynie dla dobra swoich dzieci. Postanowili mianowicie
wyda Teres za m. Teresa powiedziaa mi o tym pewnej nocy, kiedy j odwiedziem, powiedziaa
mi to pod tym samym olbrzymim dbem, pod ktrym znalelimy si tutaj pierwszego wieczoru
naszej znajomoci, pierwszego wieczoru naszej mioci. Powiedziaa mi o tym spokojnie, otwarcie, jak
zawsze zreszt mwia mi wszystko.
- To niemoliwe! - zawoaem. Natychmiast wyobraziem sobie Teres w ramionach innego
mczyzny i, nie znajc tego wybranego przez jej rodzicw, znienawidziem go od razu ca dusz,
ca si nienawici mczyzny, zagroonego w swoich prawach do ukochanej kobiety.
- Ale to nie stanie si nigdy - powiedziaa. - Nigdy! Rozumiesz? Kocham ciebie, jestem twoj i twoj
bd zawsze. Nigdy niczyj. Moesz mi wierzy.

I ja jej wierzyem. Wierzyem w to, e spotkaem w yciu mio prawdziw, czyst, i wiedziaem,
byem gboko przekonany, e Teresa mnie nie zawiedzie.
Tymczasem w terenie zacza dziaa karna ekspedycja hitlerowska. Gwne siy oddziau zostay
zaangaowane w walce przeciw niej. Na korzy gwnych si dziaaa dowodzona przeze mnie
druyna zwiadu. W czasie jednej z krwawych potyczek druyna stracia konie. Zmniejszyo to bardzo
jej operatywno, a zarazem moje moliwoci spotykania si z Teres. I tak si zoyo, e przez trzy
miesice nie widziaem si z ni, nie miaem od niej adnego znaku. Marzyem o chwili, kiedy znw
bd mg by z ni, choby to miao trwa zaledwie minut. Byle zobaczy j... Wiedziaem, e doda
mi to si na dalsze miesice walki.
Dowdca oddziau ciga reszt druyn dziaajcych dotychczas samodzielnie, aby stworzy kuak
uderzeniowy dla ostatecznego rozbicia karnej ekspedycji.
Na koncentracji pod Zaleziank spotkaem si z tymi kolegami, ktrzy do ostatniej chwili samodzielnie
dziaali w terenie. Opowiadalimy sobie wzajemnie przeycia ostatnich dni i tygodni, historie
ostatnich walk, wspominalimy kolegw, ktrzy zginli. Kaliski opowiada, jak dowodzona przez
niego druyna zostaa okrona przez Niemcw niedaleko kolonii Klonw.
- Mylaem - mwi - e nic si nie uda. Poszlimy na pene ryzyko, na caego. Przypacio to yciem
kilku chopcw, ale przecie wikszo z nas wyrwaa si. Ale nie tylko chopcy przypacili to yciem.
ebycie wiedzieli, jak dziewczyn mielimy w druynie... i ona wanie tam zgina. Zgina
bohatersko.
- Tak? - zainteresowa si kto. - Opowiedzcie o niej.
- Prosia nas o pistolet i dostaa waltera. Biega niedaleko mnie; zostaa ciko ranna i, lec, jeszcze
wystrzelia. Trafia esesmana, ktry j rani. Prbowalimy j nie, ale skonaa nam na rkach. Od
niedawna bya w oddziale, w ogle to jest jaka romantyczna historia. Podobno bya crk waciciela
majtku; ucieka z domu i trafia do nas, do druyny. Powiedziaa, e chce walczy z Niemcami, e ju
duej nie moe wysiedzie w domu, tym bardziej e midzy ni a rodzicami doszo do rozdwiku na
tle pogldw politycznych. Nie moga pogodzi si z fornalsk ndz, uwaaa, e obszarnicy to
pasoyty. Rozmawiaa na ten temat z ojcem. A on, waciciel olbrzymiego majtku, wymia te, jak
mwi, mrzonki. Denia do reform spoecznych uwaa za fantazj ludzi tumanionych przez
komunistw. Dochodzio do tego, e po kilka dni nie rozmawia z crk. Matka - rozpaczaa. W kocu
dziewczyna ucieka z domu. Ale dziewczta z innych druyn wycigny od niej tajemnic, e nie by
to jedyny powd jej ucieczki. Podobno rodzice chcieli j przymusowo wyda za m, a ona kochaa
kogo innego...
- Jak ona si nazywaa? - zapytaem nieswoim gosem.
- Teresa - odpowiedzia Kaliski.
Teresa?!...
Poprosiem, eby dokadnie opisa mi jej wygld i, niestety, kade sowo Kaliskiego potwierdzao, e
wedug wszelkiego prawdopodobiestwa dziewczyn, ktra zgina koo kolonii Klonw, bya moja
Teresa.
Byem nieprzytomny z rozpaczy, otpiay z blu, nie obchodzio mnie nic. W walkach, majcych na
celu ostateczne zniszczenie karnej ekspedycji, zachowywaem si jak manekin. Ludzie, ktrzy chcieli
y, ginli tu obok mnie, ja chciaem zgin, ale mier omijaa mnie za kadym razem. Przeyem te
walki... Nawet nie zostaem w nich ranny...

Pniej, korzystajc z pierwszej nadarzajcej si okazji, przedostaem si w rejon majtku rodzicw


Teresy. Od okolicznej ludnoci dowiedziaem si, e panny Teresy nie widziano ju od kilku miesicy;
nie ma jej w domu. Pani dziedziczka nosi aob, ale nikt nie wie po kim.
Ja wiedziaem...
Wiedziaem, e straciem wszystko, co miaem w yciu najdroszego, e takiej mioci ju nigdy nie
bdzie, e taka mio przychodzi w yciu tylko raz i jest niepowtarzalna. Wiedziaem, a jednoczenie
nie mogem uwiadomi sobie tego, e ju nigdy nie zobacz Teresy, nigdy nie usysz jej miechu
i nigdy jej do siebie nie przytul.
I oto teraz, po dwudziestu latach, zupenie przypadkowo, w czasie wicze, znalazem si w domu,
ktry kiedy by jej domem. Jasne stao si teraz dla mnie, dlaczego widok oficerw w plamiastych
polowych mundurach, idcych z pistoletami w kierunku budynku, przypomnia mi jakie zdarzenie,
ktre podobnie wygldao. Tak jest! Dwadziecia lat temu, tak samo z pistoletami maszynowymi
przewieszonymi zawadiacko przez rami, szli w kierunku tych drzwi moi zwiadowcy.
Nie mogem odegna od siebie natrtnie powracajcej wizji. Nie mogem przesta myle o wielkiej
mioci, ktra zacza si w tym domu, i o losie, ktry po tylu latach przyprowadzi mnie w te progi.
...Wtedy, po upewnieniu si, e Teresy nie ma we dworze, e to o niej opowiada Kaliski, wracaem
do druyny jak nieprzytomny. Raczej odczuem, ni dostrzegem cienie przemykajcych midzy
krzakami ludzi. Niemcy? Policjanci? Eneszetowcy? - przemkno mi przez gow, ale ju nie zdyem
podnie pistoletu maszynowego; z gstwiny kaskad ognistych iskier bluzna seria. Przez moj lew
rk jakby przeszed prd elektryczny, staa si zupenie bezwadna, przebiegay po niej tysice
mrwek. Rzucajc si do ucieczki, ktem oka dostrzegem czowieka podnoszcego karabin do
strzau...
Drzwi otworzyy si z trzaskiem gonym jak wystrza.
Poderwaem gow, wodzc po twarzach oficerw niezbyt przytomnym spojrzeniem. Lewa rka,
niewygodnie uoona na stole i przygnieciona gow, zdrtwiaa i teraz bolaa. Uniosem j nieco do
gry, aby odpyna krew. Senne majaki prysny, jakby ich nigdy nie byo. Do wietlicy wszed szef
sztabu.
- czno z jednostkami nawizana - zameldowa kadc przede mn map z naniesion sytuacj. Dwie przeprawiaj si przez rzek, wykonujc zadanie zgodnie z planem, trzecia ju si przeprawia
i zblia si do rejonu zerodkowania przed wykonaniem nastpnego zadania. czno z ni jest coraz
sabsza, trzeba bdzie, obywatelu pukowniku, przesun stanowisko dowodzenia do przodu zaproponowa.
Spojrzaem na map. Czerwone wyki kolumn przecinay niebiesk wstk rzeki. Owal rejonu
zgrupowania jednostki znajdowa si daleko w przodzie. Midzy nim a rzek - narysowana
przerywan lini chorgiewka proponowanego stanowiska dowodzenia. Poczona z ni brzow
krzyw marszruty czerwona chorgiewka stanowiska dowodzenia, zajmowanego przez nas obecnie,
wsparta bya kocem drzewca o czarny punkcik pegeeru. Obok malutkimi literkami wypisana nazwa
zupenie mi obca, nic nie mwica, nieznana... Przetarem oczy, przecignem rk po czole. Nie
wypite mleko wystygo w szklance powlekajc si cienk warstw kouszka. Szef sztabu patrza na
mnie pytajco.
- Zgoda, pukowniku... - odpowiedziaem i wstaem ciko.

Wszyscy oficerowie drgnli na dwik mojego zmienionego gosu. Zaraz potem siadalimy do
samochodw, a po chwili, podnoszc na podwrzu tumany nienego pyu, wjechalimy na
oblodzon drog.
Oddaem map szefowi sztabu.
- Prosz, niech pukownik prowadzi kolumn.
Mimo woli obejrzaem si za siebie i a drgnem, tak bardzo nieoczekiwane byo to, co zobaczyem.
W zasypanym niegiem parku, przewyszajc inne drzewa, rozpociera potne, ogoocone z lici
konary rozoysty db-mocarz.
- Dziwna historia... - szepnem.

Decyzja
Uwanie czytaem lec przede mn, zadrukowan maszynowym pismem, niewielk kartk papieru.
Kodogram z wyszego sztabu nakazywa mi przeprowadzenie postpowania wyjaniajcego
w sprawie wypadku, jaki dwa dni temu mia miejsce podczas wykonywania skokw
spadochronowych do wody.
...Wedug posiadanych przez nas sygnaw - czytaem - mia miejsce fakt zlekcewaenia
obowizujcych przepisw, w wyniku czego cikim obraeniom uleg szef cznoci N-tej jednostki
szturmowej.
Dowdca jednostki w lekkomylny sposb narazi siebie oraz podlegych mu oficerw. Tego rodzaju
postpowanie sprzeczne jest z dobrem suby i w zwizku z powyszym poleca si, po
przeprowadzeniu postpowania wyjaniajcego, przedsiwzi stanowcze rodki, majce na celu
niedopuszczenie do zaistnienia podobnych wypadkw w przyszoci, oraz zameldowa o wykonaniu
w terminie do...
Termin by krtki. Spojrzaem na kalendarzowy plan zaj na obozie letnim.
Jutro, N-ta jednostka: Szkolenie inynieryjne... strzelanie pojedynczobojowe... rzut granatem. Zaj
taktycznych nie mieli.
- Zawiadomcie majora W. - powiedziaem do stojcego przede mn adiutanta - aby jutro o godzinie
sidmej zero-zero zameldowa si u mnie.

Nazajutrz siedzielimy naprzeciw siebie w wozie sztabowym, ktry od miesica zastpowa mi


mieszkanie i gabinet. Major mwi krtko, zwile, w skupieniu relacjonujc przebieg wydarze.
Skoncentrowaem uwag, chocia znaem szczegy; przedwczoraj wysany by w tej sprawie
meldunek.
Pozornie obojtny, suchaem dowdcy jednostki, obserwujc go jednak z uwag. Znaem dobrze
tego oficera. Wysportowany, szczupy, nie wyglda na swoje lata. Teraz, spalony socem poligonu,
wydawa si jeszcze modszy. Jasna tarcza zegarka, noszonego po spadochroniarsku na wewntrznej
stronie przegubu, ostro kontrastowaa z brzem opalonej rki. W skpych sowach, bynajmniej nie
starajc si tumaczy, rysowa przede mn wydarzenia sprzed dwch dni.

*
- Jednostka, zgodnie z planem, wykonywaa skoki na Jezioro Paskie. Rozpoczlimy skoki o godzinie
szesnastej zero zero. Szybko wiatru przy ziemi: rednio cztery metry na sekund. W ostatnim
wylocie leciao nas omiu, to jest midzy innymi: szef suby spadochronowej jednostki, szef
cznoci, dwch oficerw sztabu oraz ja. Po starcie samolotu odczulimy niewielkie wstrzsy,
domyliem si, e wiatr si usili. Byy to raczej porywy, uznaem wic sytuacj za niegron i za
wskazane, aby skaka. Gdy znajdowalimy si ju na kursie bojowym, znowu odczulimy wstrzsy rzucao samolotem. W pierwszym najciu skoczyo czterech, w tym dwch oficerw sztabu oraz
cznociowiec. Samolot wychodzi na nastpny krg i wtedy zorientowalimy si, e porywisty wiatr
niesie wszystkich czterech skoczkw w kierunku ldu, na pnocn stron jeziora, na nie
wykarczowany wyrb leny. Wszyscy czterej wykonywali lizgi, jednak szybko wiatru bya taka, e
nie udao si im docign do jeziora.
I rzeczywicie, gdy znajdowalimy si ju na drugim skrcie, tamci wyldowali na ziemi...
*
Suchajc majora przymknem oczy. W caej wyrazistoci stan przede mn obraz sytuacji na
pokadzie samolotu, sytuacji zrozumiaej dla kadego spadochroniarza. Zdenerwowana zaoga
gorczkowo oblicza poprawk dla ustalenia prawidowego punktu zrzutu. Skoczkowie przywarli
pobladymi twarzami do pleksy okrgych okienek. Cztery plamiaste czasze, szarpane porywistym
wiatrem, nieuchronnie zbliaj si do wyrbu lasu. Wyranie wida silne wahnicia. Po chwili lduj...
Wiedziaem, e w tym momencie odczuli potworne uderzenie o ziemi. Trzech z nich gasi czasze;
czwarta przez chwil cignie skoczka po wyrbie, a zapltana w krzaki, ganie. Powierzchnia trzech
czasz zmniejsza si - skoczkowie je zwijaj. Czwarta ley nieruchomo.
Ci, ktrzy z zapartym tchem na brzegu jeziora oczekiwali skoczkw, nie wiedz jeszcze, ale ju
przeczuwaj. Nie widz oni skoczkw, bo zasania ich gsta ciana zagajnika. Natomiast ci
w samolocie ju wiedz, e stao si nieszczcie.
Gwatowny poryw wiatru rzuca samolotem. Dowdca zaogi melduje:
- Trudno ustali prawidowy punkt zrzutu...
Ze zrzutowiska meldunek posterunku meteo: Szybko wiatru przy ziemi sze metrw na sekund.
A wic wiatr, ktry zerwa si tak nagle, wieje wyej. Okreli jego siy i kierunku w tak krtkim czasie,
jaki dzieli ich od wyjcia na kurs bojowy, nie mona.
Trzej na pokadzie to dowiadczeni skoczkowie, oficerowie suby spadochronowej, czwarty - to ich
dowdca. Szef suby spadochronowej, doskonay instruktor, mistrz sportu spadochronowego, ma za
sob przeszo siedemset skokw. Niepokoi si o dowdc, proszco patrzy na niego.
- Obywatelu majorze! W takich warunkach... Proponuj... nie skaka.
Samolot zblia si do trzeciego skrtu.
Na dole wszyscy zamarli. Ci, ktrzy skoczyli jeszcze w warunkach spokojnych, nieomal bezwietrznych,
teraz przestali si przebiera, przestali si wyciera, nie czuj zimna. Wszystkie gowy skierowane s
ku grze, ku brzczcemu jak trzmiel samolotowi transportowemu. Na pokadzie tego samolotu jest
ich dowdca.
Nie powinien skaka - szepcz onierze. - Minimalna szansa trafienia w jezioro.

Kady ze spadochroniarzy rozumie: w trampkach, przy nie usztywnionych stawach skokowych, przy
silnym wietrze, ldowanie na nierwnym terenie to nieuchronny wypadek.
Szef suby spadochronowej nie powinien dopuci dowdcy do skoku, powinni wrci na lotnisko!
- mwi. Ale kady z nich wie, e te yczenia najprawdopodobniej si nie speni. Gdyby samolot
teraz zawrci i polecia w kierunku lotniska, odetchnliby z ulg, ale wszyscy s przekonani, e tak si
nie stanie; znaj swojego dowdc.
W przygniatajcej ciszy przeraliwy jak ostrze noa sygna sanitarki, wymijajcej stojce na lenej
drodze stary, zaadowane mokrymi spadochronami, spieszcej po tamtych.
Na wysokoci szeciuset metrw, w potnym, guszcym wszystko warkocie silnika samolotowego
trzech skoczkw i zaoga wpatruj si w twarz majora. Przeywa on dramatyczne momenty. Musi
podj decyzj, od ktrej zaley zdrowie, a moe i ycie nie tylko jego, ale jeszcze i trzech towarzyszy.
Wie o tym, e najbezpieczniejsza dla niego decyzja, to nie skoczy. Ale z drugiej strony zdaje on sobie
spraw z tego, e niewykonanie skoku oznaczaoby kapitulacj, rwnaoby si okazaniu mikkiej
postawy wobec zaistniaych trudnoci, a na to on, jako dowdca, nie moe sobie pozwoli.
Przeywa take dramat czysto osobisty. Przedwczoraj przyjechaa do obozu jego ona z creczk. Dzi
zapragny zobaczy skoki i teraz tam, na brzegu jeziora, wrd onierzy, ktrzy denerwuj si
o swojego dowdc, ktrzy si o niego niepokoj i dr w trosce o jego bezpieczestwo, jest take
ona z ma. I na pewno nie gorzej od nich zdaje sobie spraw z dramatycznej sytuacji, w jakiej znalaz
si jej m.
Tak te jest w istocie. Kobieta pali papierosa zacigajc si gboko, nerwowo. Niedopaek parzy jej
palce - nie zwraca na to uwagi, przypala drugi papieros. eby nie skoczy, eby nie skoczy... W duchu ywi jeszcze cie nadziei, ale jednoczenie jest wiadoma nicoci tej nadziei. Wie, bo go zna.
On skoczy.
- Ja nie mog wrci ze spadochronem na lotnisko - odpowiada major na propozycj szefa suby
spadochronowej, na milczce spojrzenia.
- Przygotowa si... - Niemal uroczycie brzmi komenda instruktora.
Otwarte drzwi, chodny powiew powietrza wdziera si do kabiny samolotu.
Ju s za trzecim zakrtem... Jezioro - z tej wysokoci - wielkoci beretu, nieco podune, niczym nie
przypomina teraz gadkiej tafli, jak byo przed godzin; jest pomarszczone, matowe. Poniej
samolotu - silny wiatr. odzie ratownicze wygldaj jak malutkie zabawki z kory. Za nimi rozszerzajcy si trjktnie do tyu biay, pienisty kilwater.
Czwarty skrt...
- Wychodzimy na kurs bojowy. - Zawsze spokojny dowdca zaogi teraz z trudem opanowuje drenie
gosu. Chocia on nie musi skaka, ale nie mniej od spadochroniarzy przeywa te pene napicia,
nabrzmiae niepokojem chwile.
Na dole wszyscy zamieraj. Creczka dowdcy, nie zdajc sobie sprawy ze szczegw dramatu, jaki
si tu rozgrywa, ale intuicj dziecka wyczuwajc powag sytuacji, w milczeniu, po dorosemu
skupiona, wpatruje si w malutki samolocik, w ktrym znajduje si jej ojciec.
Dreszcz grozy, a jednoczenie westchnienie ulgi, e to ju...

Stojcy na dole zobaczyli oddzielajce si jedna za drug malekie figurki i po chwili cztery czasze
spadochronw wykwity na tle ciemniejcego ju nieba. Wszyscy wiedzieli: ten ciemny punkcik pod
pierwsz czasz to dowdca.
Obserwujcych z dou ogarnia uczucie obezwadniajcej, wprost poniajcej bezsilnoci. Nikt nie jest
w stanie w niczym pomc tym w grze, zawieszonym midzy niebem a ziemi.
Gwatowne porywy wiatru rzucaj spadochroniarzami jak limi. Gboki lizg w kierunku na jezioro!
Czasza zaamuje si do poowy, niemal do kominka. Wicej nie mona, grozioby to przewiniciem.
Potna sia wiatru szarpie napite w lizgu minie rk. Czasza o przeszo osiemdziesiciometrowej
powierzchni pracuje jak agiel, atakowana gwatownymi uderzeniami. Wyrywajce si z rk linki
parz donie. lizg gbiej! Szybko zbliajca si tafla jeziora! Westchnienie ulgi... Ale na wysokoci
czterystu metrw gwatowny poryw odciga spadochroniarzy od zbawczej tafli. Pdzi ich na wyrb.
Znowu lizg! Jednoczenie praw rk trzeba gorczkowo odpina karabinki uprzy, ktre opieraj
si i pod uderzeniami wiatru wyrywaj z rk. Teraz przerzuci spadochron zapasowy na plecy. Znowu
lizg! Zby zaciskaj si na ustniku wyka kamizelki ratunkowej. Potny wydech - kamizelka
napenia si powoli. lizg! Dosownie o kilkanacie metrw pod nogami zielony pas przybrzenych
wodorostw. Tafla wody zblia si z niesamowit szybkoci. Jeszcze jeden lizg! Wysunicie si
z uprzy, lodowatochodna to jeziora zamyka si nad gow. Nogami wybi si do gry! Po chwili
mona chwyci oddech. Obok na fali koysze si brezentowy pakiet pezetki18, nieco dalej pociemniaa, nasiknita wod czasza.
Major gorczkowo szuka wzrokiem kolegw, widzi, jak szef suby spadochronowej, prawie przy
samym brzegu, z nie nadmuchan kamizelk, na gbokim lizgu, ale w rozpitej uprzy, idzie
w wod.
Oby byo do gboko, eby nie uderzy o dno - myli major. Szef suby spadochronowej nie
wypywa... Dopiero gboko pod wod spracowuje automatyczn kamizelk. Wyrzuca go ona na
powierzchni jak korek. Mistrz sportu spadochronowego unosi w gr praw do z wysunitym
kciukiem: wszystko w porzdku!
Dwaj pozostali woduj dwadziecia i trzydzieci metrw od brzegu. Major ociera z czoa wod
zalewajc mu oczy. W ich kierunku ju pyn odzie.
Na brzegu westchnienie ulgi, napicie pryska jak baka mydlana, rozlegaj si radosne okrzyki; ciar
spada wszystkim z serca. Tylko ona dowdcy na moment zasania doni oczy, ale i ona natychmiast
odzyskuje rwnowag. Odrzuca papierosa, rk przygadza wosy. Nie mona okaza zdenerwowania,
niech m nie widzi, co ona przeya, niech chocia to bdzie mu oszczdzone.
odzie ze skoczkami pyn do brzegu. Powolutku podjeda sanitarka.
Major wyskakuje na brzeg. Nie dostrzega oczu onierzy patrzcych na niego z radoci i
przywizaniem, onierzy dumnych ze swego dowdcy. Zanim si przebierze, zanim podejdzie do
ony i pooy rk na gwce creczki, wejdzie do sanitarki. Wok jego ng tworz si kaue wody
ciekajcej z kombinezonu. Pochyla si nad szefem cznoci.
- No jak, kapitanie?
- Straszny bl... Plecy... - szepcze oficer zbielaymi ustami.

18

Od liter PZ - skrt rosyjskiej nazwy spadochronu zapasowego: Paraszut zapasnoj.

Dzi odwioz go do szpitala, jutro bdzie ju wiadomo: ma zamany krgosup. Kompresyjne


zgniecenie jedenastego krgu brzmi orzeczenie lekarskie. Na szczcie bez powika
neurologicznych... To znaczy, e nie wystpi bezwad dolnych koczyn. Na szczcie...
*
- Wczoraj odwiedziem kapitana - koczy swj meldunek major. - Zaoono mu ju gips, bl powoli
ustpuje, czuje si niele. Za trzy miesice bdzie mona gips zdj. To wszystko, co mog w tej
sprawie zameldowa, obywatelu pukowniku.
*
Patrz mu prosto w oczy, nie ucieka spojrzeniem.
Milczymy. Obaj zdajemy sobie spraw z tego, co zaszo. Oficer zama krgosup, ale stao si to
jeszcze wtedy, gdy nikt nie wiedzia, jak silny jest wiatr, ktry zerwa si nagle. Wiatr przy ziemi nie
zmieni si, nie byo podstaw do zmiany decyzji. Szef cznoci skaka w pierwszym najciu, a wic
przed tym, nim dowdca jednostki zdecydowa, e on nie moe wrci samolotem na lotnisko. Ci,
ktrzy skakali z nim, trafili do wody. Nic im si nie stao.
Czy wolno mu byo tak ryzykowa?
Zastanawiam si chwil nad tym, a potem odwracam pytanie: Czy wolno mu byo tego nie zrobi?
Przecie do naszych podstawowych obowizkw naley nie tylko wyszkolenie onierzy, ale
wychowanie ich, przygotowanie do dziaania w najtrudniejszych warunkach, wpojenie w nich
przekonania, e my, ich dowdcy, nigdy ich nie zawiedziemy, e zawsze tam, gdzie bdzie
najniebezpieczniej, znajdziemy si razem z nimi, e potrafimy ich wszdzie poprowadzi i przez
wszystko przeprowadzi; e wykonujc kade zadanie, zachowamy ich przy yciu. Kwestia budowania
zaufania onierskiego, wiary w dowdcw, powinna by traktowana jako pierwszoplanowa. Czy
major postpi le? Czy kady dowdca potrafiby postpi tak, jak on? Czy znalazby w sobie tyle siy
i hartu ducha? Jak w takiej sytuacji zachowabym si ja sam? Podobnie do puszczonego w zawrotnym
tempie filmu przesuwaj si w mojej pamici sceny z partyzantki, z powstania warszawskiego, z walk
z bandami UPA.
...Akcja majca na celu zniszczenie kolumny samochodowej batalionu SS-Sturmbannfhrera Bauera
pod wsi Krasna: Poderwaem si z niskiego zboa, w ktrym bylimy ukryci, i prujc z pistoletu
maszynowego, rzuciem si na trzykrotnie silniejszego od nas nieprzyjaciela. Za mn, jak jeden
czowiek, caa druyna. Pluton SS, zaskoczony i oszoomiony desperackim atakiem, zosta wybity do
nogi, samochody spalone, zaledwie kilku kierowcw ocalao.
...Likwidacja sztabu karnej ekspedycji. Opanowalimy parter budynku, z pierwszego pitra sypay si
granaty. Oficerowie i esesmani z ochrony sztabu bronili si z rozpaczliw zacitoci. Partyzanci
przywarli za zwaami gruzu i rozbitych mebli. Nasz szturm utraci sw dynamiczno, w pewnym
sensie - zaama si. Zdaem sobie spraw z tego, e rozkaz nie jest w stanie naprawi sytuacji;
z bolesn jasnoci zrozumiaem: konieczny jest przykad. Gorczkowo wyszarpywaem porcelanowe
kulki bezpiecznikw niemieckich granatw trzonkowych. Oguszajce huki wybuchw, zlewajce si
w przecigy grzmot, bolenie zapierajca oddech fala podmuchu, wtaczajca w puca kurz i ceglany
py; byski ognia z lufy pistoletu maszynowego, szalony pd po trzy stopnie na raz, pod nogami
mikkie worki - nie worki, tu za mn - moi chopcy.
...Powstanie. Poncy czog na placu Zamkowym, zioncy ogniem budynek nr 7 na Ksicej.

...Rozbicie band astywki i Buraka.


Osobisty przykad! Czy dowdca jednostki musia skoczy? Czy bya to po prostu brawura
i lekkomylno. Czy te tak wanie naleao postpi?
Trudno odpowiedzie na te pytania siedzc spokojnie za stoem wozu sztabowego, ale o ile trudniej
podj decyzj w cigu umykajcych sekund. Podj decyzj, podczas gdy samolot wychodzi na kurs
bojowy i od jednego sowa, od jednego ruchu warg, zaley tak wiele...
Kad rk na kartce zapisanej maszynowym pismem: Przedsiwzi stanowcze kroki...
Z poligonu saperskiego, na ktrym odbywa si teraz szkolenie minerskie, dochodz odgosy
potnych detonacji, wybuchy cz si ze sob, huk pulsuje tak, jak wtedy wybuchy granatw
w budynku hitlerowskiego sztabu...
Wspomnienia z walk, jak klamr, spiy teraniejszo i przeszo.
Mam ogromn ch wsta, wzi majora w ramiona i powiedzie mu: Drogi chopcze! Czeg wicej
mgbym sobie yczy, jak tego, aby mie wanie takich jak ty oficerw, takich jak ty dowdcw
jednostek.
Ale tekst kodogramu jest niedwuznaczny; musz podj decyzj. Decyzj nie mniej trudn od tej,
ktr podj major W. stojc w otwartych drzwiach miotanego podmuchami wiatru samolotu
transportowego, leccego na wysokoci szeciuset metrw na kursie bojowym.

Barrrdzo dobrzel
Spadochroniarz, trzymajc si uchwytu przesuwajcego si po napitej stalowej linie, przemkn nad
nimi jak strzaa.
Powiedli za nim wzrokiem. Lina wiergotaa drgajc pod przesuwajcym si ciarem a do momentu,
w ktrym usyszeli guchy odgos ldowania - tam, za rzek.
Po chwili nad stojcymi przemkn drugi spadochroniarz.
- Duy kt podniesienia liny - powiedzia jeden z oficerw odprowadzajc wzrokiem mkncego
onierza.
- No i co z tego? - rzuci dowdca.
- Ldowanie takie jak przy szybkoci wiatru osiem metrw na sekund. - Jakby nie syszc tej
rozmowy, obojtnie stwierdzi szef suby spadochronowej.
- Wanie - podchwyci oficer, ktry pierwszy rozpocz rozmow na ten temat. - Jak przy szybkoci
omiu metrw na sekund. A przecie nie powinnimy skaka przy tej szybkoci wiatru. Uwaam, e
szkolne skoki dopuszczalne s przy najwyej dwch, trzech metrach. A wiczebne ewentualnie przy
piciu metrach na sekund.
- Nie zgadzam si z wami, majorze Dalski - przerwa mu dowdca. My szkolimy spadochroniarzy,
a nie... zesp pieni i taca. I dlatego powinnimy tak szkoli onierzy, eby byli przygotowani do
desantowania i prowadzenia walki w najtrudniejszych sytuacjach. A cieplarniana szkka ze skokami

wykonywanymi w malanych warunkach nie moe da adnych pozytywnych rezultatw. Wrcz


przeciwnie. Wskaniki, o ktrych mwicie, nie wynikaj z niczego i s nie do przyjcia.
- Przy wietrze wiejcym z mniejsz szybkoci - nie poddawa si major Dalski - jest mniejsze
prawdopodobiestwo zaistnienia wypadku...
Znowu zawiergotaa lina i rozmawiajcy na chwil zamilkli, uwanie obserwujc nastpnego
spadochroniarza.
- Jeszcze raz wam przypominam, majorze - kontynuowa dowdca - e nie jestemy tu po to, aby
unika wypadkw, ale po to, eby szkoli spadochroniarzy. A wasze denie do uniknicia wypadku za
wszelk cen przypomina mi wyolbrzymione poczucie instynktu samozachowawczego, ktry jake
czsto na wojnie pata ludziom gupie figle. Zapominali, e okopy kopie si po to, eby prowadzi
z nich celny ogie; niektrym wydawao si wtedy, e okopy s po to, aby po prostu chowa si
w nich przed nieprzyjacielem. A droga do uniknicia wypadkw prowadzi nie przez uatwianie
warunkw szkolenia, nie przez stworzenie - jak ju powiedziaem - warunkw cieplarnianych, ale
przez umiejtnie prowadzon profilaktyk. Przez wyeliminowanie przesanek do wypadkw, przez
waciwy poziom szkolenia. Zna major wytyczne Inspektoratu?
Oficerowie milczeli. Dopiero po minucie odezwa si Dalski:
- Tak jest, znam, obywatelu pukowniku. Ale nas w tej chwili nie sta na tak wysoki poziom. A za
wypadki bij w nas.
- Mam inny pogld na t spraw, majorze! A zdanie moje znane wam jest nie od dzi. Jak mam
zrozumie to nie sta nas? Nas nie sta?! To kogo sta? Przecie spadochroniarze szkol si na
caym wiecie. Dlaczeg to wanie nas nie sta?
Major milcza, ale po wyrazie jego twarzy mona byo pozna, e nie zosta przekonany.
Podszed do nich mody, dziarski kapitan.
- Obywatelu pukowniku! Melduj trzeci kompani szturmow po pokonaniu liny. Kompania
przesza trzy razy.
- I jak? - zapyta dowdca.
- Bez wypadku, obywatelu pukowniku.
- Dobrze. Prosz podnie grny koniec liny o jeden metr i jeszcze raz przepuci kompani.
- Rozkaz! - Kapitan zasalutowa.
- Stworzy to szybko jak przy dziewiciu metrach na sekund - zauway szef suby
spadochronowej, znowu jakby nie syszc caej rozmowy.
- Barrrdzo dobrze, barrrdzo dobrze! - z zadowoleniem podkreli dowdca, w charakterystyczny
sposb akcentujc swj ulubiony zwrot, podczas gdy jego chopcy migali na linie podniesionej
o jeden metr wyej. - I tak trzyma! - krzykn w stron kapitana i trenujcych onierzy, wsiadajc ju
do gazika.
Do sztabu wracali zadowoleni. Kompania sprawnie i bez wypadku przesza nadprogramowo lin
o podniesionym grnym kocu.

Mimo to przykre myli nie opuszczay dowdcy dywizji. Wiedzia doskonale, e stosowane przez
niego twarde metody szkolenia nie znajdoway akceptacji w dowdztwie korpusu, w skad ktrego
wchodzia dywizja.
Niejednokrotnie przeoeni dawali mu do zrozumienia, e zaley im na zredukowaniu do minimum
iloci nieszczliwych wypadkw.
Pod tym wzgldem korpus zajmowa jedno z ostatnich miejsc w wojsku. Wprawdzie dywizja - jak
mwili mu przeoeni - nie miaa wikszej iloci wypadkw ni inne zwizki taktyczne, niestety on
swoimi ekstrawaganckimi - jak je nazywano metodami szkolenia cigle stwarza realne
niebezpieczestwo zaistnienia ich.
Wysuwanych przez niego argumentw, dotyczcych charakteru dywizji oraz jej specyfiki, nie brano
pod uwag.
Kada dywizja ma swoj specyfik! Tym stwierdzeniem zamykano dyskusj.
Sprawy te rzutoway na ogln ocen dywizji, ktra w zwizku z tym plasowaa si w klasyfikacji
korpunej na ostatnim miejscu. Wprawdzie kadra dywizji przekonana bya o susznoci stanowiska
zajmowanego przez ich dowdc, tym niemniej niektrzy oficerowie uwaali, e ich stary postpuje
zbyt bezkompromisowo. Byli zdania, e w konkretnej sytuacji naleaoby dziaa bardziej
dyplomatycznie; nie zaognia sprawy i nie doprowadza do konfliktu z dowdztwem korpusu, ktre
wolao bardziej tolerancyjnie traktowa realizowanie programu wyszkolenia - uzyskujc za to pikn
statystyk.
Jednake dowdca dywizji z elazn konsekwencj trzyma si wytyczonej przez siebie linii. Nie byo
to wynikiem ani jego krytycznej postawy wobec przeoonych, ani zbytniej pewnoci siebie, lecz
wypywao z gbokiego przekonania o prawidowoci teje linii. A niezalenie od wszystkiego
postawa dowdcy w tej czy innej sprawie cile wizaa si z jego osobowoci. Osobowoci, ktra
od najmodszych lat ksztatowaa si w niezwykle trudnych warunkach.
Modo jego opali pomie wojny; pistolet maszynowy, granaty, n szturmowy, marsz,
odpoczynek, woda ze strumienia, nagle wybuchajce i tak samo nagle milknce strzelaniny, wist
pociskw, przyjaciele konajcy na jego rkach. Gnijce rany, skrcajcy kiszki gd, pragnienie
zamieniajce jzyk w suchy wir, wszy, okrutna, bezpardonowa walka na tyach wroga - wszystko to
wycisno na nim swoje pitno. Pozornie beztroski sposb bycia wprowadza w bd jedynie
niedowiadczonych. Ledwo dostrzegalne, twarde byski pojawiay si w jego oczach, gdy, oceniajc
czowieka, myla: Jakby ty zachowa si, gdyby zobaczy przed oczami luf pistoletu? Gdyby koo
ciebie zaczy rwa si pociski?
Nie umia i nie chcia odej od tych kryteriw odwagi i sprawnoci. Dlatego tak duy nacisk kad na
tward szko. A ju szczeglnie wielk wag przywizywa do szkolenia spadochronowego, traktujc
je w pierwszym rzdzie jako szko charakteru, sprawdzian odwagi.
Teraz te wraca z placu wicze peen satysfakcji z postawy onierzy i z wynikw dzisiejszego
szkolenia. Po raz nie wiadomo ktry utwierdza si w susznoci swego stanowiska, a jednoczenie nie
mg zapomnie sw wypowiedzianych przez majora Dalskiego:
Tym razem udao si, ale... Znaczce niedomwienie sugerowao, e nastpnym razem moe nie
pj tak gadko, a wtedy...
*

Zblia si okres wicze nakazanych przez sztab korpusu.


Sprawa przeprowadzenia ich bya przedmiotem narady w dowdztwie dywizji. Zdania byy
podzielone. Postulaty szy w dwch kierunkach. Dowdca bez wahania odrzuci projekt opracowania
wiczenia w warunkach zagodzonych, w ktrych przewidywano midzy innymi desantowanie na
lotnisko przy szybkoci wiatru nie przekraczajcej czterech metrw na sekund, bez zasobnikw
indywidualnych i z samolotw leccych z szybkoci do stu szedziesiciu kilometrw na godzin.
Mimo e rozwizanie takie ncio gwarancj powodzenia, a co za tym idzie wysok ocen, dowdca
dywizji zdecydowa si przeprowadzi wiczenie w warunkach maksymalnie zblionych do bojowych:
desantowa oddziay noc, w terenie przygodnym, w warunkach meteorologicznych - o ile zajdzie
tego potrzeba - trudnych, z penym oporzdzeniem, potrzebnym spadochroniarzom do prowadzenia
walki na tyach wroga.
Szef sztabu, ktrego pogldy byy analogiczne z pogldami dowdcy, z nie ukrywanym zadowoleniem
przyj takie wanie rozwizanie.
By on ubiany i szanowany zarwno przez dowdc, jak i podwadnych. Mia za sob pikn
przeszo onierza frontowego. Jako szeregowiec, a pniej dowdca plutonu zwiadu, przemierzy
drogi wojny od Lenino do Berlina. Niejednokrotnie dawa dowody swojej odwagi, twardoci
charakteru i okrelonej postawy duchowej.
Do wysokiego stanowiska oraz stopnia podpukownika doszed dziki nieprzecitnym zdolnociom
i wytonej pracy. Prawdomwny i prostolinijny, z uporem amicy trudnoci stojce na jego drodze,
nie lkajcy si wyrazi swojej opinii, mimo i wiedzia, e niejednokrotnie nie pokrywa si ona
z opiniami przeoonych, fizycznie wytrzymay, miao wykonujcy skoki, by - zdaniem dowdcy wzorem oficera-spadochroniarza.
Jemu te z ca ufnoci powierzy kierownictwo nad opracowaniem caoci wiczenia.

- Nie bardzo rozumiem, dlaczego przedkada mi pukownik dwie teczki? - zapyta dowdca siedzcego
po drugiej stronie biurka szefa sztabu.
Ten nie opuci wzroku.
- Jedna, obywatelu pukowniku - odpowiedzia spokojnie - to dokumentacja wiczenia opracowanego
wedug wariantu twardej szkoy. Druga... - tu jakby zmiesza si. Trwao to zaledwie uamek
sekundy, ale zostao dostrzeone. - Druga - podj - to wariant wiczenia opracowanego... no...
wedug atwiejszych warunkw. Sdziem, e obywatel pukownik moe zadecyduje przeprowadzi
wiczenia kontrolne z zastosowaniem... - znowu nie mg znale odpowiedniego sowa z zastosowaniem, nazwijmy to, pewnej atwizny. Otrzymalibymy na pewno wysok ocen,
odczepiono by si od nas. Dano by nam na jaki czas spokj, a my kontynuowalibymy nasz metod
szkolenia.
Dowdca nie odpowiedzia. Otworzy teczk, przebieg oczami dane cyfrowe: szybko wiatru do
czterech metrw na sekund, miejsce zrzutu - lotnisko L., ekwipunek skoczkw - pistolety
maszynowe.
Spojrza znw na szefa sztabu.
- A gdyby pukownik by na moim miejscu, ktry z tych wariantw przyjby?
Szef sztabu milcza.

- A wic jasne! Uwaajmy nasz rozmow za nieby, a ten mikki wariant za nie istniejcy.
Mimo woli obraca owek w rku, mylc o przykrociach, ktre mog przez to spotka dywizj. Jak
na przesuwajcej si szybko tamie filmowej zobaczy minione narady i odprawy, posiedzenia
i konferencje, wykresy, tabele, niebieskie ramki i dywizj sklasyfikowan przez specw od statystyki
na... ostatnim miejscu. Zobaczy te mdre oczy dowdcy korpusu, ktrego spojrzenie
podtrzymywao go w cikich chwilach...
Mocniej cisn owek. Nachyli si nad biurkiem i pod sowem zatwierdzam, decydujcym
o przeprowadzeniu bardziej trudnego wariantu, podpisa si szybkim ruchem doni - wyranie.
Poniej dopisa kilka sw. Zdumiony szef sztabu odczyta: Kierownictwo wiczenia i rozjemcw
desantowa razem z oddziaami.
Znali si doskonale i rozumieli bez sw. Zreszt - sowa byy tu zbyteczne.
Wpadajce przez okno promienie zachodzcego soca rzucay czerwone odblaski na ich postacie, na
due zdjcie rozpitej czaszy i na rozoon na biurku map z twardym wariantem wiczenia.

Noc. Porywisty wiatr rozpdza gst mg kbic si przy ziemi.


Znajdujcy si na zrzutowisku oficerowie sztabu korpusu marzli. Podnosili konierze ciepych
polowych kurtek, z niecierpliwoci oczekujc zrzutu.
- Chyba nic z tego nie wyjdzie - mrukn jeden z nich. - Wiatr do dziewiciu metrw na sekund.
- A w dodatku ma tendencje usilania si - doda drugi. - Piekielne ryzyko.
- Ryzyko? - zaprotestowa ktry. - Szalestwo! O ile zrzut dojdzie do skutku, to wiczenie bdzie
gwodziem do trumny obecnego dowdztwa dywizji.
- A jeeli realnie oceni istniejce na zrzutowisku warunki i zrezygnuj ze zrzutu?
- Tym bardziej! Wtedy okae si, e cae to gadanie o tak zwanej twardej szkole to tylko dymna
zasona, ktra miaa zamaskowa wasne niedocignicia i wynikajce std niebezpieczestwo
zaistnienia wypadkw. Jestem zwolennikiem nienaraania ludzi i niedopuszczania do zrzutu.
- Ja te, ale dowdca korpusu na odprawie przed naszym odjazdem wyranie zabroni nam
ingerowa...
- Tak, to prawda.
- W dodatku to nierwne zrzutowisko, po prostu wertepy. Przy takim wietrze, w nocy, chyba nie
zdecyduj si, chocia to szalecy! Maj zapewne troch zdrowego...
- Cisza! - przerwano mu.
Oficerowie usyszeli z pocztku cichutki, ledwo rozpoznawalny, a potem coraz bardziej wyrany
i gony warkot nadlatujcych samolotw.
Pierwsza ich trjka, uszykowana w klin, przeleciaa nad zrzutowiskiem.
- Ale pruj! - szepn ktry ze stojcych na dole oficerw.
- Nie mniej ni dwiecie na godzin - odpowiedzia drugi.

Na tle granatowoczarnego nieba rozkwity ciemniejsze od niego plamy spadochronw.


Po minutowym odstpie nadleciaa druga trjka samolotw. Za ni nastpna.
Wrd oficerw sztabu korpusu zaniepokojenie i oywienie.
- Cholera, tam w grze wiatr chyba jeszcze silniejszy! Spjrz, jak przemieszczaj si w paszczynie
poziomej.
- Oj, przewiduj, e le si skoczy ta zabawa!
Jakby na potwierdzenie tych sw, w pobliu obserwujcej grupy wyldowa skoczek. Oficerowie
usyszeli guche uderzenie o ziemi, potem zobaczyli, e gasi on czasz lec.
- No, ten ju jest zaatwiony. Podama si chyba...
Ale w tej samej chwili skoczek zerwa si i byskawicznie zrzuci z siebie uprz. Po wydobyciu
pistoletu maszynowego z pokrowca zarzuci zasobnik na plecy i... jakby rozpyn si w ciemnoci.
- Ale twardy, czort!
Podczas gdy kolejni spadochroniarze ldowali, pierwsza fala desantu ju toczya bj.
Huki wybuchajcych petard mieszay si z seriami z pistoletw maszynowych i zanoszcych si
szczekaniem rcznych karabinw maszynowych. Odgosy walki nasilay si, a zarazem oddalay.
Zrzut si zakoczy. Ostatnia trjka samolotw odleciaa w migotliwym wietle rakiet.
Oficerowie dojrzeli opustoszae ju zrzutowisko, pokryte bezuytecznymi w tej chwili spadochronami.
Desant walczy...
Obok oficerw przejechay sanitarki z grupy zabezpieczenia ldowiska. Wysoki major podbieg do
pierwszej z nich i zamacha rk, eby si zatrzymaa.
- Ilu macie potuczonych? - zapyta.
- Ani jednego, obywatelu majorze! - odpar z umiechem kierowca. W gosie jego, obok zadowolenia,
mona byo wyczu nutk dumy.
Powietrzem wstrzsny odlege odgosy guchej detonacji. To grupa niszczca dotara ju do obiektu
nieprzyjaciela i wysadzia go.
Pukownik ze sztabu korpusu spojrza na zegarek.
- Szybko...
- Ale szatani! - mrukn drugi.
- A ja jestem zdania - wysoki major umiechn si z przymusem - e oni jednak maj wicej szczcia
ni rozumu.
- Ja natomiast sdz, e posiadaj w rwnej mierze i jedno, i drugie - odpowiedzia pukownik.
Umiech zgas na twarzy majora.

wit bieli rzek, gdy zmczeni caonocnym marszem spadochroniarze szykowali przepraw na
rodkach podrcznych.
Dowdca dywizji, nachylony nad brzegiem, czerpa domi wod i chodzi ni rozpalon twarz.
Podbieg do niego major Dalski.
- Obywatelu pukowniku! Melduj, e jednostki za pitnacie minut bd gotowe do przeprawy.
Pukownik podnis gow. Spojrza na majora.
- No i jak, majorze?
- Barrrdzo dobrze! - odpowiedzia ten, bezwiednie naladujc sposb mwienia dowdcy dywizji. Barrrdzo dobrze!

Lekcja
Gdy Janek Bojanowski po raz pierwszy przekroczy bram Oficerskiej Szkoy Wojsk
Zmechanizowanych im. Tadeusza Kociuszki, sdzi, e znajduje si na najlepszej drodze do
zrealizowania swoich planw. Od dziecka pragn suy w wojsku, by oficerem. Pniej marzenia te
sprecyzoway si dokadniej. Chcia zosta oficerem-spadochroniarzem; nosi czerwony beret,
polowy mundur z licznymi kieszeniami, n przy boku, imponowa dziewcztom. Szkieletem
konstrukcyjnym tych marze byy pobiene obserwacje, dokonywane w czasie nielicznych i krtkich
wizyt u stryja w Krakowie.
Okres pobytu w szkole oficerskiej powici cakowicie na szkolenie, traktowa je bowiem jako drog
do osignicia zamierzonego celu. Ukoczy kurs z wysok ocen i dobr lokat, po czym napisa
raport o skierowanie go do dywizji powietrzno-desantowej.
Sdzi, e wraz z woeniem czerwonego beretu oraz przypiciem na nim oficerskich gwiazdek zacznie
si dla niego nowe ycie, inne ni dotychczasowe, ycie, o jakim marzy. Poniewa podporucznik
Bojanowski cieszy si dobr opini i mia dodatnie wyniki nauki, raport jego zosta zaatwiony
pozytywnie. I rzeczywicie zaczo si dla niego inne ycie.
W jednostce, do ktrej zosta skierowany, na gow modego podporucznika zwali si ogrom
obowizkw: szkolenie powierzonego mu plutonu, dbanie o potrzeby yciowe onierzy, osobiste
zajcia w grupie dowdcy batalionu, ponadto szkolenie spadochronowe oraz skoki. Teoretycznie
przygotowany by do tych wszystkich czynnoci dobrze, natomiast w praktyce nie umia zorganizowa
sobie dnia. Wychodzi z koszar nie wczeniej ni o godzinie dwudziestej i nigdy nie mia poczucia, e
zrobi wszystko, co naleao do jego obowizkw.
Do internatu, w ktrym mieszka, czsto wraca razem z podporucznikiem Wadysawem Drzazg,
z tego samego rocznika w szkole, z ktrym jednoczenie zosta skierowany do dywizji. Wadek by
podobnie jak on zaharowany i tak samo niewiele mia wolnych chwil dla siebie. Nie lepiej wyglday
te sprawy u kilku innych kolegw z ich roku.
W Bojanowskim wzbierao niezadowolenie przeradzajce si stopniowo w bunt. Nie tego oczekiwa
od suby oficera-spadochroniarza. Nie byo mowy o odwiedzaniu nocnych lokali, o pysznieniu si

czerwonym beretem, o ciganiu na siebie zachwyconych spojrze dziewczt. Nie byo na to ani
czasu, ani energii.
- To ja po to trzy lata tyraem w szkole, eby tutaj pada na pysk? Mam naraa ycie podczas
skokw, nie mogc nawet tego zdyskontowa?
Niejednokrotnie dzieli si swoimi mylami z Wadkiem Drzazg. Ten jednake uspokaja koleg:
- Daj spokj, Janek! Teraz trzeba zacisn zby i pracowa. Zrobimy sobie mark, wejdziemy w cay
ten rytm, bdziemy wiedzieli, jak i czym si to je, a wtedy bdzie mona sobie poszumie. Mylisz, e
ja nie mam tego dosy?
Argumenty Drzazgi nie trafiay Bojanowskiemu do przekonania. Ktrego dnia w kasynie jednostki
przysiad si do Wadka w czasie obiadu.
- Suchaj, Wadek! Inni chodz, szalej i wszystko jest w porzdku, a my co? Nic! Dzisiaj urywamy si
wczeniej, przebieramy i idziemy gdzie jak ludzie.
Wadek troch si opiera z powodu czekajcych go jeszcze tego dnia obowizkw, ale by to opr
raczej formalny. Mia ochot na wspln z Jankiem eskapad.
Dowdca pierwszej druyny plutonu dowodzonego przez podporucznika Bojanowskiego ze
zdumieniem przyj otrzymane polecenie przeprowadzenia za dowdc plutonu instruktau do zaj
na dzie nastpny. Byo to wydarzenie bez precedensu w jego dotychczasowej praktyce, ale rozkaz
jest rozkazem. Ani jeden misie nie drgn na twarzy kaprala.
- Rozkaz, obywatelu poruczniku! - odpowiedzia krtko.
Bojanowski z Drzazg spotkali si na ulicy, za rogiem koszar, jak spiskowcy.
- Nie bd dzisiaj na zajciach w spadochroniarni - mrukn troch aonie Wadek.
- Nie martw si, znajdziemy sobie przyjemniejsze zajcie.
Zdziwiony portier internatu wrczy im klucz.
- Panowie dzi tak wczenie?
Na gr pobiegli przeskakujc po dwa schodki, zrzucili uesy, dokonali toalety, woyli wyjciowe
mundury. Przypili do nich skombinowane uprzednio przez Bojanowskiego znaczki spadochronowe,
do ktrych nie mieli prawa, gdy jeszcze dotd nie uzyskali tytuu skoczka.
Ale Bojanowski by zdania, e pokaza si na ulicy w berecie z gwiazdkami, a bez znaczka - to haba.
Drzazga, milczc, zgodzi si z tym rozumowaniem. W dugich wyjciowych spodniach,
odprasowanych na kant, odwieeni, pachncy wod kolosk - poczuli si innymi ludmi.
Wchona ich gwarna krakowska ulica. Likier i lody w kawiarnianym ogrdku pod parasolami - inne
ycie! Siedzca ze swoim towarzyszem przy ssiednim stoliku dziewczyna o oryginalnej urodzie
umiecha si do nich. Partner idzie za wzrokiem dziewczyny, dostrzega spadochroniarskie znaczki na
mundurach modych, przystojnych oficerw i... pasuje. Nawet nie robi jej wymwek.
Bojanowski mruga porozumiewawczo do Drzazgi: Widzisz? Zaczyna si.
Towarzysz dziewczyny przywouje kelnerk i paci. Odchodz. Dziewczyna dwukrotnie oglda si
i rzuca im powczyste spojrzenie.

- Jeeli dalej pjdzie tak, jak dotd - zauway Drzazga - to wieczr zapowiada si przyjemnie.
Bojanowski spojrza na zegarek.
- Tak, ale jeeli chcemy dosta stolik w lokalu, to ju trzeba i.
Nieco koyszcym si krokiem wyszli z kawiarni. Ich specjalnie niedbae ruchy miay oznacza
swobod i niewymuszono. Czuli si jak aktorzy na scenie; wydawao im si, e wszyscy na nich
patrz. W lokalu bez trudu znaleli wolne miejsce.
Orkiestra graa rytmicznie. Pary, przytulone do siebie, kryy po parkiecie. Obydwaj oficerowie
siedzieli przy stoliku tak usytuowanym, e doskonale mogli obserwowa sal. Bojanowski bacznie si
rozglda.
- Jest par adnych babek - skonstatowa. - Wpierw trzeba si posili, potem wemiemy si do
roboty...
Zamwili jedzenie i wdk.
- Na razie p litra - rozemia si Bojanowski na zapytanie kelnera.
Po drugim p litrze uzna, e ju si posilili. Szumiao im w gowie, wiat wydawa si pikny,
wszystkie kobiety atwe. Orkiestra znowu zacza gra.
- To jest moje ulubione tango - owiadczy Janek - id rwa.
- Ja jeszcze nie dokonaem wyboru. Zaczekam.
Bojanowski wsta i podszed do stolika stojcego w pobliu, zajtego przez dwie mode kobiety
i towarzyszcych im panw. Skoni si szarmancko jednej z nich, platynowej blondynce. Pokrcia
przeczco gow. Zaskoczyo go to niemile, nieomal oszoomio. Wymamrota pod nosem co, co
miao oznacza przepraszam, i wrci do czekajcego kolegi.
- Widziae? - zapyta. - Bezczelno! A to dziwka! Ze mn nie chciaa taczy!
- Zostawimy to tak?
- Trzeba si zastanowi. W kadym razie sdz, e sytuacja dojrzaa do tego, eby zamwi jeszcze
jedn butelk...
W trzeciej butelce znaleli olnienie. Uznali, e w lokalu s tylko oni; reszta si nie liczy. Gdy orkiestra
zacza gra, Bojanowski zerwa si ze swojego miejsca i wrzasn na cae gardo:
- Teraz bawi si spadochroniarze!
Pocign Wadka za rk i obaj ruszyli w kierunku pa, z ktrych jedna ju uprzednio odmwia
Bojanowskiemu taca. Koyszc si na nogach, skonili si niezgrabnie. Panie spojrzay pytajco na
swoich partnerw. Obaj przeczco pokrcili gowami. Bojanowski uderzy pici w st, a kilka
kieliszkw si przewrcio.
- Komu ty krcisz gow, baranie! - rykn. - Syszae, kto si teraz bawi? Wstawaj, laleczko! - Chcia
chwyci kobiet za rk, ale obaj mczyni zerwali si, a jeden z nich usiowa stan midzy
Bojanowskim a obiema paniami.
Wadek chwyci go za konierz.
- Syszae, e jeste baran? Gdzie si pchasz?

Mczyzna usiowa si uwolni, odpychajc go od siebie. Krzeso przewrcio si z trzaskiem.


Bojanowski odwrci si, dostrzeg szamoczcych si, le zrozumia t scen i doskoczy do nich.
- Bijesz mojego koleg, obuzie?! Tobie go nawet dotkn nie wolno! Czekaj, ja ciebie dotkn! Pici uderzy w twarz mczyzn, ktry si zachwia. Kobiety zaczy krzycze, najbliej siedzcy
ludzie zerwali si z miejsc. Zrobio si zbiegowisko. Orkiestra przestaa gra. Nadbieg kierownik
lokalu.
- Co tu si dzieje, panowie?
- Nic - odpowiedzia Bojanowski. - Ten obuz uderzy mojego koleg, wic mu daj nauczk... A obaj
nie wiedz, co to znaczy, e spadochroniarze si bawi. Ale zaraz si dowiedz. - Zrobi
niedwuznaczny ruch w stron drugiego towarzysza przeraonych kobiet.
- Ale spokojnie, panie poruczniku, spokojnie - mitygowa go kierownik lokalu.
- A ty skd si tu wzi? Ze skadu trumien, e taki na czarno? Nie przeszkadzaj!
Najwidoczniej jednak kierownik zamierza przeszkadza, bo Bojanowski wyda Wadkowi polecenie,
aby usun go z pola widzenia, co kolega chcia skwapliwie wykona. Nadbiegli portierzy, zacza si
oglna szamotanina. Obaj spadochroniarze rozpaczliwie wyrywali si z rk ludzi usiujcych ich
obezwadni.
- Na kogo wy si rzucacie, ajdaki! - rycza Bojanowski. - Was by... z samolotu... bez...
spadochronw!...
Oprzytomnia dopiero wtedy, gdy zobaczy przed sob znajom twarz oficera WSW.

Pierwsza kara zrobia na podporuczniku Drzazdze przygnbiajce wraenie. Wiadomo o awanturze


rozesza si lotem byskawicy wrd oficerw jednostki, budzc oglny niesmak. Na domiar zego
wysza na jaw sprawa bezprawnie przypitych przez nich znaczkw skoczka spadochronowego wojsk
powietrzno-desantowych. Kto rzuci ironicznie: Skoczkowie na pokrzywy - i przezwisko to
przylgno do nich. Drzazga chodzi osowiay, milczcy, zasklepiony w sobie, pracowa duo, schodzi
ludziom z oczu. Bojanowski rwnie przeywa kar, ale w inny sposb. By oburzony brakiem
solidarnoci kolegw.
Dzi wydarzyo si to mnie - rozumowa - jutro moe zdarzy si komu innemu. Po co tak si
odcinaj od nas? Hipokryci, wazeliniarze!
Najbardziej martwi go fakt, e Wadek Drzazga odmwi kategorycznie dalszego udziau
w jakichkolwiek eskapadach.
- Jeste miczak - powiedzia mu Bojanowski. - Po jednej wpadce wygldasz, jakby z ciebie powietrze
wypuszczono. To ma by spadochroniarz?
- Daj mi spokj! - achn si Drzazga. - I bez tego do mi dokuczaj tym skoczkiem na pokrzywy.
y si odechciewa!
- Jak sobie chcesz, to gnij w koszarach! Ja nie mam zamiaru!
Z caej tej historii Bojanowski wycign kilka wnioskw: nie przejmowa si niepowodzeniem,
gwizda na to, co mwi koledzy, pracowa, ale tylko tak, eby Polska nie zgina, nie rezygnowa

z uciech tego wiata. Wycofaniem si miczaka, jak nazywa po ostatniej rozmowie podporucznika
Drzazg, nie przej si.
I bez niego dam sobie rad - pomyla. - A swoim porzdkiem, idc do lokalu, trzeba ju mie ze sob
jak ugadan babk, a nie tam podrywa.
Rozmowa, na ktr wezwa go major Szalecki, zastpca dowdcy jednostki do spraw politycznych, nie
zrobia na nim adnego wraenia. Major, dowiadczony pracownik aparatu politycznego, a zarazem
stary spadochroniarz, mwi mu o obowizkach i honorze oficera, o koniecznoci poznania swoich
podwadnych, zajcia si rwnie ich osobistymi sprawami, oraz o specjalnym charakterze jednostki,
w ktrej suy. Bojanowski przyj z cakowit obojtnoci sowa Szaleckiego. Potakujc mu, stara
si przybra wyraz twarzy mwicy o cakowitej zgodnoci jego pogldw ze sowami rozmwcy. Gdy
jednak zamkn za sob drzwi gabinetu, mrukn do siebie:
- Mowa trawa! Gadaj sobie zdrw! Ty wiesz swoje, ja swoje.
W pierwsz sobot po odbyciu kary aresztu domowego znw opuci koszary przed zakoczeniem
zaj, zostawiajc pluton pod opiek podoficera.
Tego wieczoru uciechy ycia trway nieco duej ni poprzednim razem. Bojanowski bawi si
z przygodn znajom, zapoznan w kawiarni tu przed pjciem do lokalu. Majc w pamici odmow
zataczenia i wynik z tego faktu awantur, sdzi, e pjcie do lokalu w towarzystwie damskim jest
waciwym rozwizaniem. Dlatego te zdecydowa si zaprosi dziewczyn, ktra waciwie niezbyt
mu si podobaa. Bya prymitywna, wyzywajco ubrana, le umalowana.
Jaka jest, taka jest, ale jest - pomyla.
W lokalu, w ktrym si znaleli, Bojanowski by po raz pierwszy. Dua sala, krysztaowe lustra, gsto
ustawione stoliki, z ktrych wikszo bya ju zajta. Nieco pewnoci doda mu fakt, e wrd
towarzystwa na sali zobaczy kilku oficerw z dywizji. Uwaa, e przyczyn niepomylnego obrotu
sprawy w czasie ostatniej awantury byo to, e w krytycznej sytuacji znaleli si tam tylko we dwch z
Wadkiem. Teraz nie grozio mu osamotnienie.
Kolacja, mocno zakrapiana alkoholem i przerywana tacami, mina bezawaryjnie. Krtkie spicie
nastpio z chwil, gdy orkiestra zacza ju pakowa instrumenty. Bojanowski gromko zada, aby
grali dalej; jego partnerka, ktra przez cay czas dzielnie mu sekundowaa w oprnianiu butelek,
teraz popara go krzykliwym gosem. Zwrcili na siebie ogln uwag, zaczto si im przyglda:
Bojanowski w rozpitym mundurze, z przekrzywionym na bok krawatem, dziewczyna z rozrzuconymi
wosami i roztartym na twarzy makijaem. Kelner usiowa j mitygowa; odpowiedziaa na to
stekiem wyzwisk.
Zarwno dotychczasowy przebieg awantury, jak i jej dalszy cig znalazy dokadne odbicie w zwizym
meldunku, ktry w poniedziaek rano znalaz si na biurku dowdcy dywizji. Wynikao z niego
niedwuznacznie, e Bojanowski usiowa zastosowa rkoczyny w stosunku do orkiestry, e do tego
samego nawoywa znajdujcych si na sali oficerw-spadochroniarzy i gdyby nie ich interwencja,
doszoby do jeszcze bardziej gorszcej awantury. Oficerowie-spadochroniarze obezwadnili go
i spowodowali odwiezienie do oddziau WSW. Towarzyszka podporucznika Bojanowskiego okazaa si
od dawna notowan w rejestrach milicji prostytutk, kilkakrotnie ju karan za kradziee w lokalach
rozrywkowych.
Automatycznie sprawa podporucznika Bojanowskiego wysza poza ramy jednostki i znalaza si na
szczeblu dywizyjnym. W jednostce zawrzao.

Skompromitowa nas - mwili oficerowie - wybra si, i to z kim...! Szarga honor beretu, rycerz
pwiatka!
I to przezwisko przyjo si obok ju stosowanego skoczka na pokrzywy.
Przy raporcie subowym u dowdcy dywizji Bojanowski usysza wiele ostrych sw.
- Podczas swojej krtkiej suby w dywizji - owiadczy pukownik wywoalicie ju drug awantur.
Spord wszystkich oficerw, ktrzy przybyli do nas razem z wami, macie najmniejsz ilo skokw.
W plutonie waszym dyscyplina jest niska, przestajecie z osobami niepredestynowanymi do
przebywania w towarzystwie oficerw. Ostrzegam was, e jestecie na najgorszej drodze. Moe si to
dla was skoczy bardzo smutno. eby nie byy to tylko czcze sowa, karz was... - Tu nastpia
regulaminowa formuka.
Tym razem kara aresztu bya wysza od poprzedniej.
Niedugo pniej zostaa przeprowadzona kontrola ze szczebla Okrgu. Pluton dowodzony przez
podporucznika Bojanowskiego zosta sklasyfikowany na ostatnim miejscu w jednostce, majc - jako
jedyny - z kilku dyscyplin oceny niezadowalajce. Bojanowski zosta wezwany na rozmow do
sekretarza komitetu partyjnego.
- Nie bardzo wiem, dlaczego mnie tutaj wezwano - zapyta. - Legitymacj kandydack odebrano mi
przecie po tym, jak ukara mnie dowdca dywizji.
- Usunito was z szeregw kandydatw, co nie oznacza, e nie moecie znale si w tych szeregach
z powrotem. Ale na to trzeba zapracowa - owiadczy sekretarz.
Bojanowski zachowywa si wyniole, wprost arogancko. Ta rozmowa rwnie nie zrobia na nim
najmniejszego wraenia.
Odbd kar - myla - tymczasem sprawa przyschnie i mona bdzie sprbowa na nowo, tym razem
moe bardziej szczliwie.
Kara aresztu zbliaa si ku kocowi, gdy szef suby spadochronowej jednostki przywoa go do siebie
w czasie zaj w ogrdku spadochronowym.
- Zaczynamy nocne skoki - powiedzia - a wy, Bojanowski, cigle macie tylko trzy dzienne. Nie
dopuszcz was.
- Nadrobi, zd, obywatelu majorze. To co mi brakuje, odwal w dwa dni lotne.
- No, zobaczymy. Na razie co mi na to nie wyglda...
Jednake Bojanowski by niepoprawny. W lad za przewinieniami posypay si, jak z rogu obfitoci,
kary. Sytuacja jego przedstawiaa si coraz gorzej: ostrzeenie o niepenej przydatnoci na
zajmowanym stanowisku subowym; zawieszenie w prawie wykonywania skokw spadochronowych
i wreszcie najgorsze: zawieszenie w czynnociach subowych oraz skierowanie jego sprawy do
rozpatrzenia przez Oficerski Sd Honorowy. Te surowe sankcje zostay zastosowane w stosunku do
Bojanowskiego po opuszczeniu przez niego jednostki w godzinach subowych, wprowadzeniu si
w stan upojenia alkoholem, zanieczyszczeniu autobusu komunikacji miejskiej, w ktrym rozbi
butelk wina, odnoszc si przy tym ordynarnie do personelu obsugujcego autobus, wreszcie za
wywoanie jeszcze jednej gorszcej awantury w restauracji. W dniu, w ktrym mia stawi si do
raportu subowego u dowdcy dywizji, zosta znaleziony w stanie cakowitego zamroczenia
alkoholem w melinie prostytutek. Oficerski Sd Honorowy wnikliwie rozpatrzy spraw, nie znajdujc

adnych okolicznoci agodzcych. Wystpiono do najwyszych przeoonych z daleko idcymi


wnioskami.
Bojanowski nie potraktowa tego powanie, sdzi, e jest to po prostu prba zastraszenia.
- Przesta ju pi - mwili mu oficerowie, wsplokatorzy w hotelu-internacie, gdy, jak zwykle,
przyszed w nocy pijany.
- Nic mi nie bdzie - owiadczy z chepliwoci pijaka. - Zanim mi co zrobi, zd jeszcze
spowodowa co najmniej siedem wypadkw nadzwyczajnych... - Widzc zdumione spojrzenia
kolegw, owiadczy skromnie: - Trzy ju zrobiem.
Nikt z nim teraz nie przestawa, odsunli si nawet koledzy z jego rocznika.
Wyjazd jednostki na obz letni si rzeczy wpyn na zmian postpowania Bojanowskiego, ale
w niczym nie zmieni jego postawy moralnej. Zamiast odwiedza nocne lokale upija si teraz
w pobliskich wsiach, niejednokrotnie bezporednio w pobliu sklepw, w ktrych kupowa alkohol.
W czasie gdy jego koledzy nie szczdzili si, aby jak najlepiej przygotowa dowodzone przez siebie
pododdziay do inspekcji, spodziewanej w dywizji - on wczy si po okolicy wydajc pienidze na
paskie uciechy.
Wezwany pewnego dnia do oficera dyurnego, otrzyma zakaz opuszczania jego namiotu.
- Aresztowalicie mnie? - zapyta ironicznie. - Chyba do tego nie macie prawa.
- Wobec notorycznego opuszczania obozu, w dniu dzisiejszym zabraniam wam wyj z tego namiotu powiedzia powanie oficer dyurny. - Jest to rozkaz dowdcy jednostki.
- A jeeli wyjd, to co? Bdziesz strzela? - zapyta zadziornie Bojanowski.
- Sprowadz was przy pomocy warty - odpowiedzia oficer.
Bojanowski skrzywi si pogardliwie.
Pewnie szykuj jak now sztuczk - pomyla - ale przelicz si...
- Nie zgrywaj si na wanego - owiadczy oficerowi dyurnemu. - I przesta by taki oficjalny...
Zawsze bylimy na ty. Tfu! Glista!
- Jestem oficerem dyurnym. Przywouj was do porzdku!
- Kogo straszysz? Mnie? Spadochroniarza?
Dyurny spojrza na niego jak na powietrze.
- Wy, poruczniku Bojanowski, tak jestecie podobni do spadochroniarza, jak izba wytrzewie do Izby
Lordw... Rozkazuj wam usi i zabraniam wychodzi z namiotu! - Dostrzeg ruch Bojanowskiego,
ktry najwidoczniej nie przywizujc znaczenia do jego sw zamierza wyj poza namiot. - Stj! Bez
komedii, bo wezw onierzy ze zmiany czuwajcej i przytrzymam was si!
Bojanowski przez chwil patrzy na niego, po czym bez sowa usiad na awce. Sign po lece na
stole gazety. Chcc okaza lekcewaenie oficerowi dyurnemu, pogwizdywa przegldajc pras.
W kilka godzin pniej oficer dyurny zaprowadzi go na plac zbirek. Bojanowski z pewnym
zdziwieniem zobaczy zebranych tu wszystkich oficerw jego jednostki oraz po kilku oficerw z innych
jednostek dywizji. Kazano mu doczy do stojcych ju na zbirce. Nadjechay gaziki. Wysiad z nich

dowdca dywizji wraz z oficerami dowdztwa. Dowdca przyj raport, przywita si z oficerami.
Bojanowskiego wywoano przed front.
Czyby to dla mnie caa ta ceremonia? - pomyla zjadliwie. By teraz obrcony twarz do stojcych
na zbirce oficerw. Szef sztabu poda komend obywatele oficerowie, dowdca jednostki zacz
czyta rozkaz. Ju po odczytaniu pierwszych sw rozkazu Bojanowski zdrtwia.
Rozkaz Ministra Obrony Narodowej dotyczy jego.
Sta z poblad twarz pod prgierzem setek oczu. Tego mimo wszystko si nie spodziewa. Wolaby
si raczej zapa pod ziemi, ni znosi na sobie ciar tych spojrze, wrd ktrych nie dostrzeg ani
jednego wspczujcego; we wszystkich byo potpienie. Opuci gow. Jak przez wat usysza
ostatnie sowa rozkazu: Podporucznikowi Bojanowskiemu Janowi, synowi Stanisawa, obniam
stopie wojskowy do stopnia szeregowca i rozkazuj przenie go do rezerwy! Szeregi oficerw
zamary. Odczytano podpis. Cisz przerway sowa dowdcy jednostki:
- Szef sztabu! Zdj szeregowcowi Bojanowskiemu gwiazdki oficerskie!
Mody, szczupy major podszed do niego. Gdy zdejmowa srebrzyste metalowe gwiazdki z
naramiennikw munduru Bojanowskiego i wypruwa wyszyte na berecie, na twarzy jego nie mona
byo wyczyta adnego uczucia. Bya obojtna.
- Szeregowiec Bojanowski, odmaszerowa! Po raz pierwszy zwrcono si do niego bezporednio tym
sowem: szeregowiec. Zabrzmiao to jak jk pknitej struny, ktr lekkomylnie przecign.
Odszed powczc nogami, ktre nagle stay si cikie jak ow.
Tego samego dnia wrczono mu skierowanie do Wojskowej Komendy Rejonowej oraz zlecenie na
bilet kolejowy.
Bezmylnie mitosi w rku dopiero co otrzymane dokumenty. Zbliaa si pora kolacji; oficerowie szli
grupkami do namiotu kasyna. Nie mia prawa i nie mia do nich doczy. Usunito go z ich grona
i czu, e stao si to nie tylko formalnie. Nikt z byych kolegw nie solidaryzowa si z nim, nikt nawet
nie wspczu. Wyizolowanie z grupy, o przynalenoci do ktrej marzy od dziecistwa, byo
bolesnym ciosem. Tym bardziej bolesnym, e adna inna grupa na niego nie czekaa; pozosta sam.
Zdawa si to potwierdza brzk menaek niesionych przez onierzy, ktrzy maszerowali w kierunku
kuchni onierskiej. Do nich te nie nalea. Ci spord nich, ktrzy go bliej znali, jego byli podwadni,
ywili w stosunku do niego uczucie alu, a w najlepszym wypadku - byli obojtni.
Spojrza na trzymany w rku bordowy beret z dwiema ciemniejszymi plamkami, ladami po
wyprutych gwiazdkach. Czerwone berety... To bya spoeczno, obok ktrej y, nie rozumiejc jej,
nawet nie starajc si zrozumie. Miaa ona utrwalone w okrelony sposb symbole hartu,
koleestwa, siy, odwagi. Jake inne wartoci podstawia pod te symbole!
Wanie dlatego musia by usunity, wyobcowany ze zdrowego organizmu kadry oficerskiej. Mdry
ogrodnik, dbay o dobro sadu, odcina chor ga od zdrowego pnia drzewa, choby w danej chwili
rodzia jeszcze owoce.

Rzut granatem

Twarz kaprala nie drgna; wyraaa kamienny spokj, graniczcy z obojtnoci. Sta w nienagannej
postawie, lekko odcigajc kciukiem prawej rki pas pistoletu maszynowego, przewieszonego przez
rami.
- Druyna wasza nie umie przyj postawy strzeleckiej lec! - Podnis gos stojcy o trzy kroki od
niego podpukownik. Spokj podoficera najwyraniej wyprowadza go z rwnowagi, wywoywa
wcieko. - Ja was cign na ziemi z tych samolotowych obokw! - krzycza. - W gowach wam si
poprzewracao od sukcesw, nie wiecie, na jakim wiecie si znajdujecie, ale ja z tym zrobi
porzdek...
Usta dowdcy druyny poruszyy si.
- Mwilicie co? - gronym gosem zapyta podpukownik.
Twarz podoficera w dalszym cigu bya spokojna. Milcza.
- Odpowiadajcie!
- Nie mam nic do powiedzenia, obywatelu pukowniku.
Obserwujcy t scen dowdca jednostki zagryz wargi.
- W czasie strzelania powinna by zachowana cisza - powiedzia jakby do siebie.
Pady suche sowa komendy. Zaterkotay serie z pistoletw maszynowych. Jasnobkitny dymek
zakbi si w wilgotnym powietrzu i pomau rozwiewa si nad strzelajcymi.
- Zmiana odstrzelaa! - zameldowa kierownik strzelania. - Bro rozadowana i sprawdzona.
- Pokaza wyniki. Zobaczymy, ile nastrzelay te ory - zarzdzi podpukownik.
Wszystkie tarcze okazay si raone.
- Przypadek - autorytatywnie stwierdzi podpukownik. - Dawajcie nastpn zmian, zobaczymy, jak
pjdzie.
Jednak mimo nastroju zdenerwowania, wywoanego jawn zoliwoci i sarkazmem podpukownika,
wyniki byy doskonae. Przeszo dziewidziesit procent onierzy wykonao strzelanie na ocen
bardzo dobr i dobr. Podpukownik z trudem ukry niezadowolenie.
- Jak macie nastpn dyscyplin? - zapyta.
- Trzecia kompania ma zdawa rzut granatem - odpowiedzia dowdca jednostki.
- Daleko do rzutni?
- Okoo dwch kilometrw,
- Mamy czym jecha?
- Tak jest.
Na znak dany rk podjecha gazik. Obydwaj oficerowie wsiedli do niego i po chwili wz skry si za
zakrtem botnistej drogi.
- To niesychane! - powiedzia porucznik kierujcy strzelaniem do dowdcy kompanii, gdy ten da ju
komend spocznij. - W taki sposb zachowa si na strzelnicy? Robi wszystko, aby obniy wyniki.
A widziae, jak patrzyli na siebie z dowdc jednostki?

- Trudno byoby nie zauway.


- To nie jest normalne. Ci ludzie ju kiedy musieli si spotka, midzy nimi co jest...
- I ja tak myl.

Rozmawiajcy nie mylili si.


Obydwaj oficerowie, jadcy teraz osobowo-terenowym samochodem w kierunku rzutni granatw,
milczeli. Myleli o tym samym: o przeszoci.
Dziao si to sze lat temu. Obecny dowdca jednostki powietrzno-desantowej, pukownik Orda,
dowodzi wwczas pukiem zmechanizowanym. Kadra puku stanowia zgrany kolektyw, puk mia
dobre wyniki w wyszkoleniu, dyscyplin jego oceniano jako wysok. Zastpc Ordy do spraw
liniowych by wwczas podpukownik Wgielek, przystojny, doskonale znajcy swoje rzemioso,
szanowany i lubiany przez podwadnych, mimo e bywa czasem nieco ostry. Wszyscy jednak
wiedzieli, e Wgielek moe obruga, ale pretensji dugo do nikogo nie ma i e stosunek jego do
podwadnych jest jak najbardziej serdeczny i yczliwy.
Tote jak grom z jasnego nieba spada na puk wiadomo, e podpukownik Wgielek zostaje
przeniesiony na wykadowc do Akademii Sztabu Generalnego.
Do puku wkrtce przyby nowy zastpca do spraw liniowych. Wygld zewntrzny majora
Dulewskiego by kracowo rny od wygldu jego poprzednika. Niewysoki, przygarbiony, o nieadnej,
bladej twarzy, w okularach o grubych szkach, zza ktrych patrzyy bezbarwne oczy krtkowidza - nie
wyglda na oficera liniowego. Niedaleka przyszo miaa wykaza, e Dulewski nie tylko wygldem
rni si od swego poprzednika. Brak kondycji fizycznej powodowa, e nie wytrzymywa on trudw
wicze, a saby wzrok i nieprzyswojenie sobie nawykw strzeleckich byy przyczyn niewykonywania
strzela osobistych. Dugoletnia praca w wyszych sztabach, na stanowiskach umoliwiajcych
dotarcie zaledwie do wskiego krgu zagadnie, doprowadzia do zupenej nieznajomoci problemw
ycia i szkolenia wspczesnej jednostki zmechanizowanej. Major Dulewski zdawa sobie spraw ze
swoich brakw, a ta wiadomo nie moga pozosta bez wpywu na jego psychik. wiadomo
niepenej wartoci, wiadomo tego, e wielu jego podwadnych przerasta go o gow, wytworzya
w nim kompleks niszoci. Kompleks, ktry, tak jak kady inny, musia by w jaki sposb
zrekompensowany. Dulewski usiowa wic uzasadni rozumowymi argumentami wszystkie swoje
impulsywne poczynania, dyktowane emocjami, zawici, mciwoci, przesadn ambicj, chci
zdobycia akceptacji i potrzeb dominowania. Ta potrzeba bya chyba oglnie zauwaona
w rodowisku obcujcych z nim oficerw i onierzy. Na kadym kroku przejawia skonno zwalania
winy za wasne pomyki na wszystkich dokoa: kolegw, podwadnych, przeoonych, wreszcie - na
okolicznoci obiektywne.
Gdy Dulewski zameldowa si w puku, Orda powiedzia mu otwarcie:
- Bdzie major mia trudn sytuacj. Przychodzi major po zastpcy, ktry by lubiany i szanowany.
Stwarza to dodatkowe trudnoci i nakada dodatkowe obowizki.
Dulewski mrukn co, co miao oznacza, e rozumie sytuacj i e nie zawiedzie pokadanego w nim
zaufania.
Ale praktyka wykazaa co zupenie innego. Nowy zastpca do spraw liniowych zosta szybko
rozszyfrowany przez dowdcw batalionw jako dyletant, a po pewnym czasie nawet i modsi

oficerowie zorientowali si, e nie ma on pojcia o szkoleniu, e w sposb autorytatywny zabiera


gos, nie bdc przekonany o swojej susznoci, e nadrabia min, e stara si gra na autorytecie
swojego stanowiska i posiadanego stopnia wojskowego. Dulewski zrazi sobie oficerw zarwno
nieznajomoci rzeczy, jak i opryskliwoci, ktr usiowa zamaskowa swoj nieumiejtno.
A moe po prostu sdzi, e na tym polega dowodzenie...
Orda stosowa do niego taktyk twardej szkoy; nie szed na adne ustpstwa. Wymaga jak od
kadego innego oficera, a Dulewski odczytywa to jako... zncanie si nad nim. Wreszcie dowdca,
ktry pocztkowo robi nawet wysiki, aby podbudowa autorytet swego zastpcy, zda sobie spraw
z faktu, e Dulewski nie nadaje si na zajmowane stanowisko, e nie wyrobi si nigdy i nigdy w puku
nie zaaklimatyzuje.
I wanie wtedy Dulewski zgosi si do niego z prob o przeprowadzenie rozmowy.
Gdy usiedli w gabinecie Ordy naprzeciw siebie, po obu stronach szerokiego stou, Dulewski zacz
mwi o wysikach, jakie podejmuje dla poprawienia rzekomo nie zadowalajcego poziomu
wyszkolenia puku, o ogromie pracy, jak w to woy. Orda sucha spokojnie.
- Ale niech major przejdzie do sedna rzeczy - przerwa wreszcie wywody swego zastpcy. - O co
chodzi?
Dulewski, nieco si zajkujc, wyjani, e bardzo prosi, aby dowdca napisa na niego wniosek.
Orda spowania.
- Wniosek? Wysaem, wyszed dwa dni temu.
Twarz Dulewskiego rozjania si.
- No to serdecznie dzikuj, bo przecie obywatel pukownik wie, e przyszedem do puku w zasadzie
po to, aby odby praktyk i mc dosta awans.
- Jak to: awans? - ze zdziwieniem zapyta Orda.
- Chodzi mi przecie o wniosek awansowy...
Dowdca puku rozemia si.
- Ale to zupene nieporozumienie! We wniosku, o ktrym ja mwi, zaproponowaem zdjcie majora
z zajmowanego stanowiska ze wzgldu na zupen nieprzydatno.
Dulewski zblad jak kreda.
- Jak? Co? - wyjka.
- Czy trzeba to tumaczy? Nie nadaje si major na zajmowane stanowisko. Nie ma major autorytetu.
W cigu dziesiciu miesicy nie zorganizowa major ani jednego wiczenia pokazowego. Dowdcy
batalionw umiechaj si syszc uwagi majora; wiedz, e s one niezgodne z obowizujcymi
regulaminami, instrukcjami, z koncepcjami szkolenia. Na adnym z dotychczas przeprowadzanych
wicze nie wytrzyma major do koca; kondycyjnie jest major na to za saby. Ani jednego ze strzela
major nie wykona, zawali major rwnie trzy strzelania osobiste w czasie inspekcji, obniajc przez
to oceny uzyskane przez sztab i dowdztwo. W takiej sytuacji nasuwa si prosty wniosek: na
zajmowane stanowisko major nie odpowiada. Mylelicie o awansie do stopnia podpukownika...
O tym nie moe by nawet mowy! Stopie podpukownika to sprawa powana. Awansowany do tego
stopnia moe by tylko major, ktry doskonale wywizuje si ze swoich obowizkw na etacie co

najmniej podpukownika. W konkretnym wypadku - zgadzaj si tylko stopnie: posiadany i etatowy,


natomiast nie moe by mowy o wzorowym wykonywaniu swoich obowizkw, w ogle
o wywizywaniu si z zada stawianych przed majorem. Dziwi si, e w takiej sytuacji major mia
jakie nadzieje i zdecydowa si na ten temat ze mn rozmawia. Ma major jeszcze jakie sprawy do
mnie?
- Jeeli wolno, jedno pytanie...
- Sucham... - powiedzia niechtnie Orda.
- Czy mog zna powody napisania na mnie tego wniosku zamiast awansowego?
Orda spojrza na Dulewskiego tak, jakby na jego miejscu zobaczy ciel o dwch gowach.
- Majorze! - powiedzia twardo. - Powody nienapisania wniosku awansowego, aczkolwiek mog ich
nie podawa, ju podaem majorowi. Nie musz si tumaczy ani z faktu nienapisania wniosku
awansowego, ani z napisania wniosku o przeniesienie majora z zajmowanego stanowiska. Obydwie te
sprawy le w granicach moich kompetencji. Uznaem za wskazane odpowiedzie na pytanie majora,
a majora spraw jest interpretowa moj odpowied tak, jak major uwaa. To wszystko. Jest major
wolny
Wkrtce potem Dulewskiego przeniesiono z puku.
Podobno wykaza si prac sztabow, pisa artykuy o przebiegu procesu szkolenia.
Dwa lata pniej Dulewski zosta podpukownikiem. Pracowa w sztabie nadrzdnym i obecnie
w skadzie komisji kontrolnej, jako przewodniczcy podkomisji szkolenia ogniowego, trafi do
jednostki powietrzno-desantowej, ktr dowodzi Orda.
Jechali milczc. Orda - wcieky z powodu zachowania si Dulewskiego, Dulewski - niezadowolony
z dobrych wynikw uzyskanych przez pierwsz kompani.
cignie nas z obokw na ziemi... - Orda przeuwa w myli wypowied Dulewskiego. Z samolotowych obokw! Idiotyczne okrelenie, c to bowiem s samolotowe oboki? I kto to
mwi? Przecie znam go jako tchrza...
Wyobrazi sobie Dulewskiego, cinitego uprz spadochronow, w samolocie leccym na
wysokoci nie mniejszej ni szeset metrw. Ach, zaadowa go do samolotu... No nie, naturalnie
nie wyrzuci, bo przecie by si poama, rozsypaby si w powietrzu ju w czasie uderzenia
dynamicznego... Ale tak potrzyma go w otwartym luku za konierz, zmusi, eby wystawi gow,
eby poczu strugi powietrza, eby zobaczy, jak ziemia koysze si w bezdennej przepaci! Znw
zobaczy jego kwadratowe oczy, tak jak wtedy na rzutni. Na rzutni... Umiechn si uwiadamiajc
sobie, e teraz wanie znw jad na rzutni granatw.

Trzecia kompania szturmowa staa ju na zbirce. Orda przyj raport od jej dowdcy.
- Dzikuj. Spocznij, w miejscu rozej si! Sanitariusz jest?
- Tak jest, obywatelu pukowniku!
- Sygnalista?
- Tak jest!

Wszystko byo przygotowane do rzutw. Dulewski dostrzeg to i zacz robi atmosfer.


- Przegldaem wasze programy - wtrci si. - Piszecie tam bzdury, kapitanie.
- Jak to: bzdury? - Twarz dowdcy kompanii oblaa si krwi.
- Naturalnie. Po co w tygodniowym rozkadzie zaj wypisywa czynnoci tego typu, jak na przykad
zaprawa poranna? Wynika to wyranie z porzdku dnia.
- Tak jest, wynika - odpowiedzia dowdca kompanii. - Tym niemniej bardzo czsto skoki
spadochronowe zaczynaj si ju o pitej rano, wtedy porzdek dnia wyglda zupenie inaczej.
Dlatego w rozkadzie zaj kadego dnia szkoleniowego wpisujemy wszystkie czynnoci, jakie
bdziemy wykonywa. Nie sdz, aby to przeszkadzao czemukolwiek.
- Nie tylko, e w niewaciwy sposb opracowujecie rozkad zaj - odpowiedzia opryskliwie Dulewski
- ale jeszcze uwaacie, e zawsze macie racj. Za bardzo zarozumiali jestecie, kapitanie. Zwracam
wam uwag.
Dowdca kompanii zagryz wargi; nie odpowiedzia. Doskonale zdawa sobie spraw z tego, e
uwaga, ktr mu zwrcono, jest cakowicie niesuszna. Rozumia to dobrze i dowdca jednostki.
Dowdca kompanii, widzc, e podpukownik Orda nie zajmuje stanowiska, rwnie postanowi
zachowa milczenie.
- No, na co czekacie? - zapyta Dulewski. - Cigle tylko mwicie: Skoki, skoki. Przystpujcie do
rzucania granatami!
Kapitan zasalutowa, zrobi w ty zwrot.
- Chwileczk, kapitanie - zatrzyma go Orda. W duszy mia pieko. Ogarna go nieopanowana dza
udzielenia Dulewskiemu nauczki. Nauczki takiej, eby tamten dugo j pamita. Byskawic migno
w pamici wspomnienie wydarzenia sprzed lat. Puk... Rzutnia granatw... Plan dojrza w uamku
sekundy. - Prosz wzi kompani do roww, dla mnie trzy granaty RG-42 z zapalnikami i miar.
Pjd sprawdzi rednic lejw. Pukownik - zwrci si do Dulewskiego - chyba zechce te sprawy
skontrolowa? - I widzc lekkie wahanie Dulewskiego doda: - Jeeli rednica leja jest wiksza, wyniki
bd zawyone...
Dulewski, nie podejrzewajc podstpu, skin potakujco gow.
- Tak, naturalnie. Niech daj miar. Pjd.
Orda woy dwa z podanych mu trzech granatw do kieszeni polowego munduru, a z trzecim w rku
ruszy w kierunku lejw. Za nim szed Dulewski z drewnian, dwumetrow miar.
Spadochroniarze zeskakiwali do roww ochronnych. Dulewski skrupulatnie zmierzy leje; ich rednica
z milimetrow dokadnoci zgodna bya z wymogami instrukcji.
- W porzdku, moemy i do ukrycia.
Orda zatrzyma go.
- Momencik...
Dulewski stan niezdecydowanie, jakby przeczuwajc co niedobrego. Tymczasem Orda, trzymajc
granat w prawym rku, metodycznie odgina wsiki zawleczki, po czym gwatownym ruchem
wyszarpn j z zapalnika.

- Co pukownik robi?! - wyrwao si Dulewskiemu.


- Nic... - odpowiedzia spokojnie dowdca jednostki. - Prbny rzut. Trening ksztatujcy odporno
psychiczn... - Jakby od niechcenia rzuci trzymany w rku granat do pytkiego leja, znajdujcego si
w odlegoci zaledwie trzech metrw od nich.
Dulewski zrobi ruch, jakby chcia rzuci si do ucieczki w kierunku roww.
- Sta!... - rozkazujco sykn Orda. - Sta! onierze patrz na nas. Jestemy oficerami!
Dulewski zatrzyma si bezwolny, spokorniay. Orda zobaczy na jego twarzy to, czego oczekiwa:
wyraz zwierzcego strachu; strachu, ktrego ten czowiek nie umia i nie by w stanie opanowa.
- Sta! - powtrzy. - Ani kroku std!
Dulewski, jak zaczarowany, patrzy na lej znajdujcy si tu, tu. Podmuch powietrza owia ich ciep
fal, charakterystycznym zapachem zdetonowanego trotylu. Orda wiedzia, e pochyo leja - biorc
pod uwag odlego, w ktrej stali - uniemoliwia raenie ich odamkami; wyliczy to sobie na zimno.
Dulewski nie by do tego zdolny. Nie by w stanie myle w sposb zorganizowany; nad wszystkim, co
robi i odczuwa w danej chwili, dominowao jedno pragnienie: odej std, uciec, odczoga si.
Wszystko jedno jak... Obojtne, co bdzie potem... Ale za wszelk cen znale si w bezpiecznej
odlegoci od miejsca wybuchw. Za wszelk cen! Przed oczami mia plastyczn wizj wypadku
w puku: rzutnia granatw, w rowie on, spocony z wraenia onierz i ten nienawistny mu Orda.
onierz robi zamach, uderza wierzchem doni o betonow ciank rowu. Obronny granat wylatuje
mu z rki, gony trzask sponki... Ciemnozielony, oby ksztat ponacinanej skorupy granatu na tle
jasnego piasku, ktrym wysypane byo dno rowu, tu, tu... Wytrzeszczone oczy, poblada twarz
onierza. Nieprzeparte, nie do zrealizowania pragnienie rozpynicia si, wcinicia, wprasowania
w betonow ciank, stania si dwuwymiarowym... Fizycznie bolesne przewidywanie tego, co si
stanie, bezwad koczyn i cisncy si na usta okrzyk: Nie! Byskawiczny skok Ordy... Schwyci
granat, ale wybuchu nie opni... Czerwony mrok za opuszczonymi powiekami... Wybuch, ktry
nastpi za przedpiersiem, obsypa ich piaskiem i kawakami darni. Jak przez wat usysza: Mgby
si major troch usun, ledwo si przedostaem. I zaraz potem: Poprawi przedpiersie! Jeszcze
jeden granat! Nie rbcie tak silnego zamachu, bo rozbijecie sobie rk...
Dulewski przesun jzykiem po suchych wargach, donie mia lepkie od potu. By wyczerpany,
psychicznie zaamany; to, co przey, byo ponad jego siy. Orda wiedzia o tym, rozszyfrowa go, ale
nigdy nie da tego po sobie pozna... Dopiero teraz, gdy zosta doprowadzony do ostatecznoci...
A on, gupiec, myla, e bdc na kontroli, ma Ord w rku. Gdyby mg cofn to wszystko, co dzi
zrobi, cofnby bez sekundy zastanowienia. Ale fakty byy faktami, i oto teraz znajdowali si tu, na
rzutni...
Znowu zrobi ruch, jakby chcia ucieka, gdy zobaczy, e Orda wyjmuje z kieszeni nastpny granat.
Dowdca jednostki spostrzeg to.
- Nie! Zostajemy tutaj - powiedzia z naciskiem. - Pukownik mwi co o tym, e tylko skoki i skoki,
e sprowadzi nas na ziemi z tych samolotowych - mocno podkreli to sowo - obokw. Ciekaw
jestem, jak pukownik to zrobi? Poleci pukownik z nami w te oboki? Samolotem? Ze spadochronem?
Moralne prawo mia si z odwanych maj tylko ci, ktrzy s od nich odwaniejsi. Zobaczmy wic,
jak jest z t odwag... - Wyrwa zawleczk z granatu, przekrci go w rku. Dwignia bezpiecznika
odskoczya, rozleg si trzask przypominajcy wystrza pistoletowy. Pod Dulewskim ugiy si nogi.
- Rzuci! Rzuci!

- Spokojnie, mamy czas... - Mwic to Orda specjalnie niedbaym ruchem rzuci, a raczej upuci
granat do leja. Po niespena dwch sekundach rozleg si wybuch.
- Chodmy ju! Chodmy ju! - wyjka Dulewski. - To jest... nie do zniesienia.
- Dlaczego? Mam jeszcze trzeci granat. Moe pukownik sam rzuci?
Dulewski odskoczy, jakby podawano mu nie granat, ale rozarzon sztab elaza.
- Dosy tego! - krzykn.
Orda zacz podrzuca granat, jak pik, do gry, chwytajc go w locie. Dulewski wodzi za nim
wzrokiem jak zahipnotyzowany: w gr... w d... w gr... w d... w gr... w d...
- Dosy... dooosy... - jkn.
Orda mia na tyle szybk orientacj, e zdy podtrzyma Dulewskiego, ktry, wykoczony nerwowo
i na nic niepomny, chcia pooy si na ziemi.
- Darujemy sobie ten trzeci - powiedzia wkadajc granat do kieszeni. - Chodmy do roww. Niech
kompania rzuca.
Dulewski wlk si za nim bezwolny. Raczej osun si, ni zeskoczy do rowu. Nie zrobi adnej uwagi
na temat rzutw, zreszt rzuty szy pynnie, granaty w olbrzymiej wikszoci trafiay - zgodnie
z przeznaczeniem - do lejw. Podpisa list z wynikami, nie mwi ju nic o skokach... Dopiero gdy
znaleli si przy samochodzie, odzyska mow.
- To byo nieludzkie - powiedzia starajc si w dalszym cigu unika wzroku Ordy. - Nie mia
pukownik prawa tak postpi.
- Czyby? Pukownik zapowiedzia kapralowi Marzeckiemu, e midzy innymi i jego zdejmie
z obokw. Prosz przyj do wiadomoci, e on z tych obokw - jeeli to tak mona nazwa - zszed
sam. Pod Erfurtem skakalimy zza chmur. Marzeckiemu nie otworzy si gwny spadochron; mia
awari. Zapasowy zdoa otworzy sto metrw nad ziemi. Pozostay mu tylko trzy sekundy... Sto
metrw dzielio go od ziemi, sto metrw dzielio go od mierci... mier ma rne wymiary, nie
zawsze mona je okreli wartociami liczbowymi. Wtedy byy to trzy sekundy albo sto metrw... Nie
widziaem jego twarzy, ale wiem, e bya ona tak samo skupiona i spokojna jak dzi, gdy pukownik
krzycza na niego, i to krzycza niesusznie. Powiedzia pukownik, e nie miaem prawa zrobi tego, co
zrobiem... By moe, chocia naraaem siebie na takie samo niebezpieczestwo - zakadajc, e ono
w ogle nam grozio - na takie samo niebezpieczestwo, na jakie naraaem pukownika. To mnie
troch usprawiedliwia, o ile s mi potrzebne usprawiedliwienia. Jasne byo, e odamki pjd
w poduszk ziemn stoku leja. W moim pojciu dym trotylowy nie jest rzecz straszn ani
niebezpieczn; mier bya bardzo daleko - pukownik czu j tu koo siebie... Jej wymiary s pynne,
mgliste, zale od subiektywnej oceny, od osobowoci oceniajcego... Ale nie to jest najwaniejsze gos Ordy stwardnia. - Twierdz, e pukownik nie mia prawa zapowiada Marzeckiemu cigania go
z samolotowych obokw. Tak jak nie na miejscu byy uszczypliwe uwagi dotyczce skokw,
wypowiedziane pod adresem dowdcy trzeciej kompanii. Pod Erfurtem, w czasie uderzenia
dynamicznego, tama uszkodzia mu staw barkowy; leczy si do dnia dzisiejszego. Skaczemy
naraajc si. Ocieramy si o mier, mamy przed oczami jej twarz, twarz ziemi. Ale skaczemy i... nie
umieramy. A pukownik umiera ju nieraz; wtedy, w puku, na rzutni, pamita pukownik? - Spojrza
na blad twarz Dulewskiego, na ktrej wyraniej ni kiedykolwiek wida byo plamki piegw. - Tak...
i dzi nie mniej ni trzy razy... A moe nawet wicej... Bo tchrze umieraj wielokrotnie.

Niemiecka ziemia
Przez okna chmur ledwie dostrzec mona byo czerwone dachy. Erfurt by tam, za progiem luku,
w przeraliwie gbokiej, chybotliwej, trjwymiarowej otchani, w tej chwili jeszcze milczcej. Pod
stopami twardy, dajcy poczucie bezpieczestwa stalowy pokad samolotu transportowego.
Najmocniejsze zjawisko akustyczne, przyjmowane teraz przez nas, to potny warkot silnikw
turbomigowych. Bynicie zielonej lampki zmieni wszystko: Zdecydowany skok w kierunku luku...
Utracenie kontaktu z pokadem... Warkot rozpynie si w opoczcym szumie strug powietrza,
rozcinanych ze wistem ciaem skoczka; namacalne odczucie szybkoci zadominuje nad wszystkim.
Dzika, przekorna rado, e ju si stao, e skoczyem, w dziwny sposb - jak na abstrakcyjnym
malowidle - pomieszana z przemon obaw wpadnicia w korkocig, obaw przed tym wszystkim,
co moe si zdarzy - a do uderzenia dynamicznego, do klanicia czaszy, ktra przesoni niebo...
I nie bdzie w yciu radoniejszego widoku od tego regularnego plamiastego ksztatu, dostrzeonego
w uamku sekundy, munitego kontrolujcym spojrzeniem.
A wic wszystko w porzdku!
Rozadowujce uczucie ulgi, pynna lawa zadowolenia napeniajca cae jestestwo. Zawieszony
w przestrzeni!... Na razie nie odczuwa si opadania. Ziemia przesuwa si pod nogami; dookoa powyej i poniej - setki spadochronw. Na lewo - betonowe pasy lotniska. Doskonay,
atwosterowny radziecki spadochron pozwala na odejcie od zadrzewionego jaru i bezawaryjne
wyldowanie. Mikko przyja mnie ziemia. Niemiecka ziemia...
Niemiecka ziemia. Gdy stawalimy na niej po raz pierwszy tward stop zwyciskich onierzy
w niezapomnianym tysic dziewiset czterdziestym pitym roku, witaa nas ona artyleryjskim
ogniem, puapkami minowych pl, rozbitym sprztem wojskowym, zawalajcym rowy, a niekiedy
i szosy, wystraszonymi spojrzeniami mieszkacw. onierze nieprzyjacielscy wychodzili z ukry
z podniesionymi do gry rkami: Hitler kaputt! Nicht schieen! Nie koczce si kolumny jecw.
Wybuchajce nagle gwatowne i zacite strzelaniny, najczciej z oddziaami SS, usiujcymi
przedosta si na zachd.
Wreszcie nadszed przez tyle lat oczekiwany dzie smy maja...
Prulimy w niebo dugimi seriami, a smar dymi na rozgrzanych lufach pistoletw maszynowych.
Magazynek pusty. Nastpny! uski z guchym brzkiem sypay si na bruk ulic niemieckich miast.
Niemieckich miast maja 1945 roku, miast zasypanych tynkiem i szkem, upstrzonych upiorn sylwetk
namalowanego czarn farb mczyzny obok napisu Pssst... i biaymi strzaami wskazujcymi
schrony przeciwlotnicze; ostatnim hasem Goebbelsa: Berlin bleibt deutsch i... biel flag,
wywieszanych na kadym domu, w kadym oknie. Hitler nie yje! Berlin wzity! Niemcy
skapituloway! smy maja - Dzie Zwycistwa!
Bylimy pijani szczciem. Dla nas sowa te, powtarzane wszdzie i przez wszystkich, miay wag
symbolu, oznaczay nowe ycie, a raczej w ogle ycie.
Bylimy zwycisk armi. Polskie flagi opotay obok radzieckich nad dymicymi zgliszczami Berlina,
zatknite nad Bram Brandenbursk.
Mielimy prawo do tej radoci.

Mielimy za sob drog przez klsk, przez upokorzenia, przez gd, ndz i poniewierk. Na naszej
ziemi dymiy piece Majdanka i Owicimia, to nasza stolica pona w tej wojnie trzykrotnie, to nasz
kraj przey tysic dziewiset okupacyjnych nocy i kadej spord nich gestapo brutaln pici
walio do naszych drzwi, to u nas nie ma rodziny, ktra nie opakiwaaby kogo bliskiego. To my
stracilimy bezcenne skarby kultury, olbrzymi procent majtku narodowego.
Mielimy za sob setki i tysice kilometrw frontowych drg, w ogniu i dymie, wrd wistu pociskw
i wybuchu bomb; ponce wsie i szturmem brane miasta, forsowane rzeki i pola minowe, setki
dywersyjnych akcji, kleszcze obaw, rany, mier i zniszczenie.
To wszystko byo wwczas za nami. Ostatnia strona historii tej wojny zostaa zakoczona sowami:
Bezwarunkowa kapitulacja Niemiec hitlerowskich.
smy maja - Dzie Zwycistwa.
Mielimy prawo do radoci.

Dwadziecia lat pniej... Tym razem nie jest to tytu popularnej powieci Aleksandra Dumasa. To
okres, w czasie ktrego dokonay si w naszym yciu kolosalne zmiany, olbrzymie przeobraenia.
Spojrzaem w gr, na niebo pokryte spadochronami; widok by urzekajco pikny, a zarazem
imponujcy i grony... Potne radzieckie samoloty AN-12 wrd guszcego wszystko warkotu
silnikw cigny za sob czarne smugi spalin; cztery warstwy spadochroniarzy, znajdujce si jedna
nad drug; zasobniki z modzierzami, dziaami bezodrzutowymi, amunicj, samochody terenowe,
wyrzutnie pociskw rakietowych, przeciwlotnicze karabiny maszynowe, radiostacje - wszystko to
leciao na zrzutowisko, prosto i dosownie z nieba...
Rozpinajc uprz, uwalniajc sprzt z tary desantowej, trzeba nieustannie obserwowa niebo:
zasobniki i platformy ze sprztem nie wybieraj sobie miejsca ldowania... Znowu dziesitki i setki
spadochroniarzy - dywizja desantowaa si.
Nasilajcy si terkot broni maszynowej, guche stknicia wybuchajcych petard - to oddziay
pierwszej fali desantu likwiduj zaskoczonego nieprzyjaciela, obezwadniaj rodki obrony
przeciwlotniczej lotniska. Byskaj rakiety sygnaowe, strzelanina cichnie. Lotnisko Erfurt jest
w rkach naszych spadochroniarzy. Saperzy byskawicznie sprawdzaj pas startowy.
Minut po rzucie spadochronowym przez pas kouj pierwsze samoloty z najciszym sprztem.
Dziaa szturmowe i transportery opancerzone na maksymalnej szybkoci doczaj do jednostek
pierwszego rzutu. Pododdziay przyjmuj ugrupowanie marszowe, przechodz do wykonania zada.
W rejonie zerodkowania lduje migowiec z oficerami cznikowymi Sztabu Zwizku Operacyjnego,
z ktrym dziaamy na kierunkach zbienych. Rozkadamy pachty map. Gwnymi siami dywizji
wykona uderzenie na ty nacierajcego zgrupowania nieprzyjaciela, z zadaniem... Czci si
wzbroni podejcia jego odwodw pancernych i izolowa rejon dziaa bojowych a do...
Czci si? Ze zdj lotniczych wynika wyranie, e z gbi operacyjnej podchodzi dywizja pancerna
nieprzyjaciela. Zadanie jest sprecyzowane jasno: Wzbroni podejcia. A wic nie rozgromi...
Damy rad!
Zadanie przekazujemy jednostce drog radiow. Szef sztabu rozszyfrowuje odpowied: Jasne...
Zrozumiaem... uchwyci przeprawy na rzece... Wikszoci si wyj na tyy dywizji nieprzyjaciela...

Atakowa w pierwszym rzdzie sztaby, orodki cznoci... Zdezorganizowa dowodzenie... Zwiza


walk... Nie dopuci do przekroczenia rubiey rzeki... Wykonuj.
Nadjeda kolumna samochodw. Z pierwszego z nich wysiada Minister Obrony Narodowej,
Marszaek Polski. Krtkie spotkanie; zwarte szeregi, skupione twarze spadochroniarzy.
- Dywizja desantowaa brawurowo... Postawione przed wami zadania wykonalicie bardzo dobrze...
Gratuluj i ycz dalszych sukcesw... Dzikuj Wam w imieniu suby!
- Ku chwale Ojczyzny, Obywatelu Marszaku! - niesie si jak grom przez niemieckie lasy. Oczy
onierzy byszcz. Nic tak nie podnosi ducha, jak wiadomo dobrze spenionego obowizku,
pozytywna ocena, uznanie wyraone przez dowdcw. Teraz niech na nas wychodzi nie jedna
dywizja. Niech nawet dwie, trzy!
Z lasu wytaczaj si kolumny transporterw opancerzonych i dzia szturmowych, zwinne BRDM-y
z rakietami przeciwpancernymi, potne SKOT-y19 oblepione spadochroniarzami; gwne siy dywizji
wychodz na kierunek uderzenia. Przed nami - dwie dywizje nieprzyjaciela... Czy starczy nam si?...
Uderzamy gwatownie, zdecydowanie, natychmiast po zakoczeniu pozorowanego przygotowania
artyleryjskiego. W powietrzu swd spalonego trotylu. Grudy ziemi wylatuj spod gsienic i k. Nie
ustajcy ani na chwil terkot setek i tysicy pistoletw maszynowych i erkaemw! Naprzd! Naprzd!
Dywizja wrzyna si klinem w ugrupowanie nieprzyjaciela. Strzelanina wzmaga si jeszcze bardziej...
- Czogi z prawej, czogi z prawej! - Trzeszczy w suchawce radiostacji. - Wychodz na moje skrzydo!
- Wyrzutnie! Rubie rozwinicia si... Kierunek dziaania... Cel - nieprzyjacielskie czogi!
- Bateria dzia bezodrzutowych! ... Rubie...
I do jednostki nacierajcej na gwnym kierunku:
- Lampart! Lampart! Wykonuj zadanie! Nie zatrzymuj si! Skrzydo masz osonite!
Mamy za sob trzy dni dynamicznie prowadzonych wicze, trzy dni onierskiego znoju i wysiku
uwieczonego wysok ocen naszych przeoonych. Wielokilometrow kolumn dywizja jedzie
w kierunku Erfurtu. Na skrzyowaniach drg niemieccy onierze reguluj ruch: umiechy,
przyjacielskie okrzyki, pozdrowienia. Wzdu trasy - tumy ludzi: kwiaty, kwiaty i jeszcze raz kwiaty:
Es lebe Polen! Es lebe Freundschaft! Es leben die roten Teufel! - to najczciej powtarzajce si
okrzyki.
Es leben... Samochody zarzucone kwiatami, czekolad, sodyczami. Trudno mi po prostu uwierzy
w to, co widz; trudno mi uwiadomi sobie, e to jest realna rzeczywisto, e to dzieje si w
Niemczech.
Niemcy...
Przeycia osobiste nieodwoalnie cz si z wydarzeniami odnoszcymi si do innej, wikszej skali;
uzupeniaj je, potwierdzaj, staj si nierozdzielne.
Dwadziecia lat ...
Jest rok 1965. yjemy w konkretnych warunkach polityczno-militarnych. Jestemy komunistami; nic
nie powinno nas dziwi, nic nie powinno nas zaskakiwa. Wszystko to ju dawno przyswoilimy sobie
19

BRDM, SKOT - typy transporterw opancerzonych.

rozumem. Okazuje si, e duo trudniej jest zrozumie... sercem. To co zobaczylimy teraz, to
spotkanie na niemieckiej ziemi, jest dla nas mimo wszystko niespodziank, zaskoczeniem.
W koszarach czeka delegacja Zwizku Zawodowego Cukiernikw z miasta Gotha. Wrczaj na moje
rce dla dowdztwa dywizji tort bagatelnych rozmiarw - rednica sto osiemdziesit centymetrw!
W rodku herb miasta Gotha.
Delegacje zakadw pracy, jednostek wojskowych. Witaj nas tak, e trudno to wyrazi sowami,
trudno opowiedzie.
Wystarczy wyjecha na miasto, aby wz zosta zarzucony kwiatami. Do bukietw najczciej
przywizane bileciki z kilkoma serdecznymi sowami- Piszcie! - i adres. Jestemy mile zaskoczeni.
Starsze maestwo idzie ulic. Dostrzegaj nas i zatrzymuj si: Also das sind diese roten Teufel! gono mwi mczyzna i oboje z on bij brawo. Salutujemy.
- A wic to s Niemcy... - szepcz do siebie.
Spotykamy naszych spadochroniarzy na przepustkach; s orodkiem zainteresowania, otoczeni
gromadami modziey niemieckiej.
Bezwiednie przecieram oczy. Dwadziecia lat temu... Trudno, niestety, o tych sprawach zapomnie.
Dwadziecia lat temu byem partyzantem. Nie byo i nie mogo by wwczas mowy o przyjaznych
stosunkach z modzie niemieck; bylimy wtedy we wrogich obozach. Kto pierwszy dostrzeg
drugiego - strzela; kto pierwszy strzeli - zostawa przy yciu. Dwadziecia lat! Zmian, ktre zaszy, nie
sposb mierzy jednostkami czasu, ktry min.
Gorczkowe przygotowania do defilady czterech zaprzyjanionych armii, a wic mycie samochodw,
transporterw opancerzonych, dzia szturmowych, wyrzutni rakietowych; doprowadzanie
umundurowania do poziomu defiladowego. Zaproszenie na przyjcie do Ministra Obrony NRD,
generaa Hoffmanna. W odrnieniu od jednostek, ktre przybyy do Turyngii transportem
kolejowym, my, spadochroniarze, mamy tylko mundury polowe (niemoliwoci byo wzicie
mundurw wyjciowych do zasobnikw i skakanie z nimi) i w nich idziemy na przyjcie.
Uciski doni, gratulacje. Szczliwi jestemy, e, jako jedynym przedstawicielom ludowego Wojska
Polskiego na owych wsplnych wiczeniach, udao nam si jak najbardziej godnie je reprezentowa.
Przy stoach przemieszani ze sob onierze czterech armii. Obok mnie siedzi mody feldfebel,
kierownik organizacji FDJ w puku zmechanizowanym, ktry wspdziaa z nami w czasie natarcia. Od
piciu lat suy w wojsku. Pochodzi std, z Turyngii. Ojciec jego zgin na wojnie. Mwi mi o tym
spuszczajc oczy. Zgin w Polsce...
W Polsce... To stwierdzenie powoduje, e na chwil wyczam si z rozmowy. Opanowuje mnie myl,
e przecie nikt nie moe autorytatywnie stwierdzi, i nie spotkaem si z nim, z tym ojcem modego
feldfebla, w owych jake krwawych latach. Nikt nie moe zarczy, e to nie by ten onierz, ktry
otworzy do nas ogie na rogu ulic Kruczej i Nowogrodzkiej podczas rzucania bomby do lokalu dla SS.
Albo e to nie by andarm, ktry mnie ciga po akcji pod wiaduktem na ulicy Radzymiskiej. A moe
by tym wehrmachtowcem, z ktrym naskoczylimy na siebie w mrocznym korytarzyku wiodcym do
zakrystii kocioa Najwitszej Marii Panny na Starwce? A moe to by w onierz z obsugi karabinu
maszynowego, z ktrym stoczyem zacit walk podczas opanowywania przez moich zwiadowcw
stanowiska ogniowego w obawie pod Zaleziank? Ale moe mier jego nie bya zwizana ze mn
osobicie? Moe zgin w akcji, o ktrej nic nie syszaem, w wyniku dziaalnoci oddziaw, z ktrymi

nigdy nie miaem stycznoci? W tej chwili pragn w to wierzy... Bo gdybymy si kiedy zetknli, on
i ja, i gdyby to on strzeli o uamek sekundy wczeniej, nie siedziabym tu teraz.
Jak wiele wydarze musiao mie miejsce i jak wiele nie mogo si zdarzy po to, eby w roku 1965 w
Erfurcie mogli usi przy jednym stole: mody podoficer niemiecki i polski genera-spadochroniarz.

Landrynki
wit wstawa jasny, pogodny. Pastelowoniebieskie niebo wryo adn pogod. Spojrza na budzik:
dochodzia czwarta. Powoli, delikatnie, aby nie obudzi ony, wycign rk i nacisn guziczek
wycznika. Niech si nie rozdzwoni; ona moe jeszcze pospa. Popatrzy na on; leaa wtulona
twarz w poduszk, z jasnymi, rozsypanymi wok gowy wosami. Na zarowionym policzku,
pokrytym jak u brzoskwini delikatnym meszkiem, janiejszy lad odcinitej mereki, zdobicej
poszewk. We nie wygldaa modo, jeszcze modziej ni zawsze, a ju w adnym wypadku nie na
swoje dwadziecia pi lat. Przesun wzrokiem po jej postaci okrytej kodr, po widocznym ponad
ni rbku jasnego ramienia. Zamkn oczy. Zapewne tak samo leaa wtedy, w Warszawie... Nie! Nie
mg o tym zapomnie, nie mg przesta o tym myle!
Ewa...
Poznali si, gdy bya jeszcze studentk; pobrali, gdy bya ju na ostatnim roku. Teraz jest cenionym
chirurgiem-okulist, pracujcym rwnie naukowo. Imponowao mu to troch, e on sierant, majcy
zaledwie rednie wyksztacenie, ma on lekarza. By zadowolony, e Ewa ma osignicia w pracy, e
cieszy si uznaniem. Tym niemniej w towarzystwie jej kolegw-lekarzy czu si nieswj, nie rozumia
wielu zwrotw w toczcych si rozmowach. Sprawy zawodowe, dla nich tak zrozumiae i proste, dla
niego stanowiy jedn wielk niewiadom. Obijay mu si o uszy wyrazy: katarakta, dioptria,
odwarstwienie siatkwki, ktrych nie rozumia. Podczas takich spotka Ewa czua si bardzo
swobodnie; on by skrpowany.
Opierzyo si moje kurcztko - myla. Stara si sobie wytumaczy, e jej wyszo nad nim jest tylko
pozorna, zreszt byo tak w istocie. By doskonaym fachowcem, wieloletnim instruktorem suby
spadochronowej, a w swoim czasie znanym zawodnikiem, osigajcym pikne rezultaty na zawodach
w kraju i za granic. Przeoeni cenili go jako wysokiej klasy specjalist. Lubi swoj prac, pasjonowa
si skokami. Do szalestwa kocha on, modsz od niego o dwanacie lat, Ewa rwnie kochaa
ma i zdawao si, e nic nie zamci ich szczliwego poycia. Byli w stosunku do siebie absolutnie
szczerzy. On nigdy nie zwraca uwagi na inne kobiety, stara si na nie nie patrze, nie dostrzega w
nich kobiet, pragn by onie wierny nawet mylami. Ona - jak sama zreszt mwia - nie robia nic,
z czego nie mogaby mu si zwierzy. Opowiadaa mowi o wszystkim, co jej dotyczyo, co mogo go
zainteresowa lub mie dla niego jakiekolwiek znaczenie.
Pewnego razu, opowiadajc mu o wydarzeniach, jakie miay miejsce w szpitalu, wspomniaa
mimochodem:
- Wiesz, od paru dni mamy nowego zastpc szefa oddziau. Docent, przyjecha ze lska. Bardzo miy
i sympatyczny, do mnie od razu yczliwie si ustosunkowa...
Popatrzy wtedy na ni widocznie jako dziwnie, bo Ewa szybko dodaa:

- No, nie wyobraaj sobie zaraz jakich strasznych rzeczy! Zreszt, ja poza tob w nikim nie widz
mczyzny, a o nim nie pomylaam sobie ani przez chwil... Zreszt onaty, ma dzieci, naukowiec,
ml ksikowy. Nie wyobraam go sobie podczas skoku ze spadochronem - dodaa przymilnie.
Umiechn si z przymusem, starajc si nie okaza, jak dotkna go ta wiadomo. Nie chcia zrobi
onie przykroci.
Podoba si i c w tym dziwnego? Kobieta przystojna, inteligentna, moda... Nie jej wina, e si
podoba...
Niedugo potem wyjechaa do Warszawy na trzydniowy zjazd okulistw. Chcia j odprowadzi na
dworzec, ale odmwia. Nie trud si. Jeste zmordowany, masz tyle pracy... Ustpi. Rozstawali si
rzadko, najczciej wtedy, gdy on wyjeda na obozy lub wiczenia. Teraz, bez niej, mieszkanie
wydawao si puste, obce, jakby inne. Zazwyczaj wyjeda bardzo niechtnie; nie chcia si z ni
rozstawa, ale tym razem, gdy otrzyma rozkaz wyjazdu do Legionowa celem odebrania partii
nowego sprztu z wytwrni, przyj to prawie z radoci. Wszystko byo lepsze od przebywania
w mieszkaniu bez niej.
W Warszawie odbywaa si odprawa dowdcw jednostek i zwizkw taktycznych; miejsca
w hotelach garnizonowych byy zajte. Uczynna panienka z recepcji, z sympati patrzc na jego
czerwony beret, zatelefonowaa do jednego z hoteli miejskich.
- Tak, jedno miejsce. Na jedn dob... Dzikuj bardzo. W hotelu Warszawa - powiedziaa
z umiechem - ma pan zarezerwowany pokj.

Wsta wczenie, ogoli si i umy. Musia jecha do Inspektoratu Lotnictwa po upowanienie,


a nastpnie do wytwrni, dokd okoo dziesitej powinny byy ju przyjecha samochody dywizji.
Spakowa teczk z przyborami toaletowymi i nocn bielizn, zlustrowa wzrokiem pokj, czy niczego
nie zapomnia, i zamkn za sob drzwi na klucz.
W dugim korytarzu, wyoonym mikkim chodnikiem, panowa pmrok. Nieregularny czworobok
wiata nagle rozjani czerwie chodnika; z jednego z dalszych pokoi wyszli mczyzna i kobieta.
Szczkn zamek. Mczyzna nis dwie niewielkie walizeczki, kobieta pooya poufaym gestem do
na jego ramieniu. Sierant Gromicki zatrzyma si, jakby natrafi na niewidoczn szklan pyt.
Ewa?! Ewa w towarzystwie obcego mczyzny?!
Nie zauwaywszy go, poszli korytarzem w kierunku wyjcia. Powlk si do schodw oszoomiony,
bezsilny, bezradny.
- Nie, to niemoliwe... - szepta do siebie. - Ewa z mczyzn... to jakie nieporozumienie... To na
pewno jaki kolega... Moe ze szpitala? Ale ta rka na ramieniu... Moe to tak przyjte w koleeskich
stosunkach? - prbowa sam siebie uspokoi czy raczej ... oszuka.
Na drzwiach, ktre si za nimi zamkny, byszczaa chromem tabliczka z numerem: 213. Nie lubi
trzynastki. Nie by przesdny, ale ta liczba bya mu niemia. Dwiecie trzynacie... Omen?...
Podszed do recepcji.
- Czy nie byby pan uprzejmy powiedzie mi - zapyta - kto zajmuje pokj dwiecie trzynacie?
Mody czowiek w nienagannie biaej koszuli spojrza na list, przesun po niej palcem.

- Dwiecie dziewi, dwiecie jedenacie, dwiecie trzynacie. Docent... - tu pado nazwisko. To samo,
ktre Ewa wymienia wtedy. - Wanie przed chwil wyszed.
Gromicki otar czoo nagle zroszone potem. - Dzikuj panu. A ta pani, ktra razem wysza?
- To pani doktor Gromicka. Zaja pokj... zaraz, chwileczk... - przebieg wzrokiem po licie. - Pokj
czterysta dwadziecia.
- Dzikuj panu ... - powtrzy Gromicki.

Stara si nie da po sobie pozna, e wie. Wrci do domu pierwszy; nawet nie wspomnia, e jedzi
do Warszawy.
Zachowywaa si na pozr swobodnie i gdyby nie wiedzia, nie dostrzegby u niej momentu wahania
si, niepewnoci, bysku ostronoci w oczach. Starannie omijaa wszystko, co nie byo zwizane
z przebiegiem zjazdu i jej referatem, ktry wzbudzi oglne zainteresowanie.
- Ciesz si z twojego sukcesu - powiedzia nie patrzc na ni.
Kocha j! Kocha j bezgranicznie i zdawa sobie spraw, e bez niej nie ma dla niego ycia. I dlatego
nie mg jej powiedzie. Rozumia, e przy jego ambicji bdzie to w konsekwencji musiao pocign
zerwanie, a on nie mg bez niej y. Zadrcza si wywoujc w wyobrani plastyczny obraz Ewy
w ramionach tamtego. Kad najbardziej intymn chwil psua mu myl, e ona przeywaa to samo
z tamtym, e tamten widzia j i czu koo siebie tak sam. e czu dotknicie jej ciaa, jej pocaunki...
oplot ramion na szyi, bicie serca, szybki oddech przy uchu. Wszystko, co poprzednio byo mu tak
drogie, wspaniae, teraz stao si jeszcze jedn tortur. Nie mg si od tych myli oderwa,
przeladoway go cigle, w dzie i w nocy. Zdawa sobie spraw z tego, e tak duej y nie mona,
ale by bezsilny. Odegnanie tego koszmaru od siebie pozostawao poza sfer jego moliwoci.
Problemy subowe, dotychczas znajdujce si w centrum jego uwagi, nagle straciy wano, zblady,
odpyny na dalszy plan. Wszystko dziao si jakby obok niego, jakby go nie dotyczyo, nie docierao
do niego. Dawniej nie uchodzio jego spojrzeniu najmniejsze nawet uchybienie w czasie szkolenia,
teraz, w wyniku nieprawidowego oddzielenia si od makiety samolotu, onierz z jego grupy
szkoleniowej rozbi sobie nos o batut. Gromicki usysza wtedy kilka nieprzyjemnych sw od szefa
suby spadochronowej jednostki. Co gorsza, major stwierdzi obluzowanie supw loopingu.
- Dlaczego nie meldowalicie o tym? - zapyta.
- Nie zauwayem, obywatelu majorze.
- Nie zauwaylicie? Mam wam tumaczy, czym grozi obluzowany looping?
Bezwiednie przymkn oczy. Widzia kiedy taki wypadek jeszcze w modoci, w aeroklubie. Supy
loopingu obluzoway si. Krccy salto mody chopiec wylecia w gr razem ze supami i uderzy
ca si o ziemi. Zamanie krgosupa, a mogo by jeszcze gorzej.
Milcza.
- Wecie si za siebie, Gromicki. Ostatnio z wami dzieje si co niedobrego.
Tak, dziao si z nim co niedobrego. To prawda...
Potem byo kontrolne strzelanie z pistoletu wojskowego. On, ktry je zawsze wykonywa na bardzo
dobrze, wystrzela zaledwie na dostatecznie. Z pewnym zdziwieniem stwierdzi, e nie przej si

tym wynikiem. Dugo czyci pistolet. Udajc, e sprawdza czysto lufy, patrza w jej czarny otwr.
Nie mia si, czu si przegrany, zaamany, wykoczony...
Jego serdeczny przyjaciel, sierant Orsza, trci go w rami.
- Daj t spluw, oddam razem z moj - powiedzia - po co masz chodzi.
Poda mu ju zapit kabur.
- Dzikuj ci, Jurku...
Czy to przypadek? - myla patrzc za odchodzcym Orsz. - Czy te on co zauway, co
podejrzewa?...
*
Poprzedniego wieczoru, podczas kolacji, Ewa powiedziaa jakby mimochodem:
- Wiesz, jutro jad na kilka dni do Warszawy. Mam narad w zwizku z now metod operowania
gaki ocznej przy jednoczesnym obnieniu jej temperatury...
W pierwszej chwili zdoby si tylko na przecige: Taaak?... Moteczki waliy mu w skroniach, gdy
starajc si nada gosowi normalne brzmienie, zauway, e przecie dotychczas opracowywaa
metod czenia odklejonej siatkwki oka za pomoc lasera. Zbya to zdawkow uwag
o wszechstronnoci specjalizacji, o koniecznoci zapoznawania si z szerokim wachlarzem osigni
nauki.
- Jedzie prawie cay nasz oddzia - dodaa. - Wrc za jakie dwa-trzy dni.
Skin potakujco gow, udajc, e przeyka duy ks buki.

Zapi na sobie ues, sprawdzi zawarto torby z przyborami do skokw. Trzewiki z amortyzujc
podeszw, n, stoper, wysokociomierz. Brakowao kasku ochronnego i landrynek, ktre mia
zwyczaj ssa podczas skoku. Sign do szafy w cianie po kask i rka opada mu bezwolnie. Kask lea
na walizce, na szarej plastykowej walizce zamykanej na zamek byskawiczny. Tej samej, ktr kupi
Ewie po wiczeniach w Erfurcie za dziewitnacie marek, za dziewitnacie z dwudziestu, ktre
otrzyma jako diety. Na tej samej walizce, ktr wwczas nis w rku mczyzna idcy z Ew
w korytarzu hotelu Warszawa. Zrobi olbrzymi wysiek, wzi kask, woy go do torby.
To ju chyba wszystko... - Z torb zarzucon na rami cicho zamkn drzwi wejciowe.
Dzie, po raz pierwszy od duszego czasu, zapowiada si pikny, bezwietrzny.
Gdy przyjecha na lotnisko, onierze z kompanii sztabowej wyadowywali spadochrony ze starw
i ukadali je w dugich szeregach na rozcignitych pciennych stoach polowych. Nachyli si
pragnc odszuka swj.
- Spadochron obywatela sieranta nie zosta przywieziony - zameldowa mu wysoki, przystojny kapral,
dowdca druyny ukadaczy. - Szef nie wyda go z magazynu. Obywatel sierant nie podpisa wczoraj
karty - doda tonem wyjanienia.
Przyj t wiadomo w milczeniu.

Nie przywieziono jego spadochronu... Dzi maj si odby skoki metodyczne dla kadry instruktorskiej,
organizowane przez szefa suby spadochronowej dywizji. Kadra ma skaka na spadochronach
szczelinowych ST-5 ZM. Kady mia przydzielony swj; rezerwowych spadochronw tego typu nie
byo.
- Podpisabym na lotnisku - mrukn do siebie. Oczywicie, wczoraj z roztargnienia zapomnia o tym.
Kapral najwidoczniej usysza:
- Sierant-szef nie wyda... - powtrzy. - Ale mamy zapasowe pedeciaki.
Tak, trzeba bdzie skaka na kwadratowym PD-47.
Szef suby spadochronowej dywizji zarzdzi zbirk.
- Uwaga, instruktorzy! Zadanie na dzisiaj: skaczemy z tysica piciuset metrw, szybko sto
szedziesit na godzin, opnienie: dwadziecia sekund. Opada stylem paskim. Dwa kapy20: jeden
na cinienie, na wysokoci piset metrw, drugi na czas: dwadziecia dwie sekundy. Odejcie od
samolotu co ptorej, dwie sekundy. Kierunek najcia: wzdu pasa startowego. Rejon ldowania: jak
najbliej grupy. Dla pedeciaka: na pnoc od pasa startowego. Warunki meteo...
Ostatnie sprawdzenie spadochronw: uchwyt, odcigacze, podczenie kapw, stalowa linka,
zawleczki, zapasowy.
- To wycie ukadali ten spadochron? - pyta Gromickiego pukownik Topr.
- Nie, wziem rezerwowy. Mojego ST-5 ZM nie ma tu. Po uoeniu nie podpisaem metryczki, nie
przywieli go.
- Wystpcie z szeregu! Nastpny z drugiego wylotu: uzupeni! - i pukownik dodaje tonem
wyjanienia: - Odksztacona zawleczka. Wymiecie link.
Wanie podkoowuje Antek, po kaczemu koyszc skrzydami. Kapral podaje stalow link
z pomalowanym na czerwono uchwytem, pomaga Gromickiemu wymieni j. Wreszcie gotowy!
Teraz tylko uzbroi spadochron - zapi odcigacze. Szybko, bo zaraz bdzie drugi wylot i nastpna
kolejka przepadnie!
Spadochroniarze z pierwszego wylotu ju ldowali. Antek, podnisszy kurz na betonie, powoli,
majestatycznie podkoowuje.
- No tak, teraz w porzdku - mruczy pukownik Topr. - Do samolotu!
Gromicki, idc w szeregu skoczkw, usiuje wcisn praw rk do kieszeni spodni - po landrynki.
Udaje mu si to po przezwycieniu oporu tamy udowej, ale kiesze jest pusta.

20

Kap lub automat - popularne nazwy urzdzenia powodujcego automatyczne otwarcie spadochronu po
okrelonej iloci sekund wzgl. na oznaczonej wysokoci (ustawienie na cinienie powietrza). Stosuje si je
obowizkowo przy skokach na wolne otwarcie jako dodatkowe zabezpieczenie. Przy skokach z duym
opnieniem otwarcia spadochronu, dla zwikszenia bezpieczestwa, mona stosowa dwa kapy, z ktrych
jeden nastawia si na czas, a drugi na cinienie powietrza. Kap uruchamia si (a cilej mwic: odbezpiecza)
przez wycignicie zastawki blokujcej. Dokonuje si to samoczynnie (w momencie oddzielenia si skoczka) za
pomoc cienkiej linki, ktrej jeden koniec umocowany jest do zawleczki, a drugi do liny pokadowej samolotu.
Nazwa kap powstaa z pierwszych liter sw: Kombinowany automatyczny przyrzd.

Jak to? A gdzie landrynki?! No tak, przecie nie zabraem ich z domu... Miaem wzi kask
i landrynki... Wziem kask... Tak, walizka,
Erfurt, potem Warszawa... Ewa... Jej do na czyim ramieniu... Landrynek nie ma... - Odruchowo
patrzy na zegarek: dochodzi godzina szsta.
Za dwie godziny odjeda ekspres do Warszawy... - myli bezwiednie - Ewa...
Powietrze, odrzucane do tyu migem samolotu, przyjemnie chodzi rozpalon twarz. Zamykaj
drzwi. AN kouje, rozpdza si na pasie i po chwili odrywa si koami od betonu; pomau nabiera
wysokoci. Sierant Gromicki patrzy na wysokociomierz, umocowany na spadochronie zapasowym.
Dopiero osiemset metrw... Skaczemy z ptora tysica. Ewa wyjeda do Warszawy... Jedzie prawie
cay nasz oddzia... Pani doktor... Wszechstronno specjalizacji... Ewa... Jej twarz, po dziewczcemu
ufna, wtulona w poduszk, lad mereki odcinitej na policzku, rozrzucone w nieadzie jasne wosy...
Jego Ewa! Tak bardzo jego i.., tak zupenie nie jego... Wieczorem nie bdzie jej w mieszkaniu.
W mieszkaniu, ktre tak bardzo lubili, ktre wsplnie urzdzali. Nie bdzie jej wieczorem i nie bdzie
jej w nocy.
Gromicki spoglda na wysokociomierz: tysic metrw.
Zamiar krystalizuje si jakby bez jego udziau, jakby za niego myla kto inny, kto beznamitny,
obojtny, niezainteresowany. Rzut oka na twarze kolegw: kady z nich zajty jest w tej chwili sob.
Siedz skupieni, napici. Nie powinni zauway. Naley ostronie wyj n ze skrzanej pochewki,
umocowanej pod odcigaczami na spadochronie zapasowym. Jest! Teraz do tyu... Namaca prawy
kap - cinieniowy. Poniej elastycznej osony stalowej linki znajduje si linka wycigajca zawleczk...
Gdzie ona jest? Czyby jeszcze niej? Znajoma chropowato linki pod palcem, cicie ostrym jak
brzytwa noem... Koniec linki - pod odcigacz... Teraz jeszcze drugi kap...
Samolot wykonuje skrt. Gromicki jest dziwnie spokojny, prawie radosny. Jedynie twarz ma
kamienn, jedynie szczki nieznacznie poruszaj si z przyzwyczajenia, jakby ssa landrynki. Usta
schn... landrynek nie ma...
Tysic piset metrw! Drzwi otwarte, Antek wychodzi na drog bojow. Pod stopami koysze si
przepa. Jeden za drugim rzucaj si w ni bez zastanowienia, odwanie, sprawnymi ruchami ludzi,
ktrzy czynno t powtarzali ju setki razy.
Opada pasko. Lekki przechy na nogi; cofn rce bliej gowy, wyrwna. Pod sob mia szar
wstg pasa betonowego, na prawo - przewitujce spoza drzew zabudowania wioski; po lewej
stronie - ciemnozielon plam lasu. Powietrze wiszcz w uszach. Powoli zaczo go obraca w lewo.
Odruchowo wysun praw rk w bok, ale prawie natychmiast cofn j: Korkocig! No i c? Mign
mu przed oczami szary pas startowy, las, pstrokacizna wioski, beton, las, wioska. Szalony walc ziemi!
Obraca si teraz z coraz wiksz szybkoci...
Przemona ch spojrzenia na spokojn, obojtn ziemi. Prawa rka i lewa noga. Obroty ustaj...
Pod nim beton jakby wybiega na spotkanie... W kapach zawleczki... Nie mog spracowa... Ewa...
kochana, poda, niewarta... Erfurt, walizka, nie trud si, Warszawa, kask, landrynki...
Szary pas szczerzy kwadraty betonowych pyt. Wieczno odmierzana uamkami sekund. Odruchowe
signicie doni do uchwytu...

Ca si woli rozwar palce kurczowo zacinite na czerwonej metalowej rczce i, jakby bronic si
przed samym sob, wepchn do pod tamy zapicia piersiowego, tam, gdzie serce bio
niesamowitym, rozszalaym rytmem.

Zoto
- Popatrz, Malutki - szepn modzieniec stojcy na przystanku autobusowym naprzeciwko kawiarni
Sielanka do swojego bardzo wysokiego, szczupego towarzysza. - Idzie parasolarz!
Obaj wytyli wzrok obserwujc nadchodzcego. Zapadajce ciemnoci zacieray rysy jego twarzy.
Malutki wpi si w ni bystrymi oczami.
- Nie pasuje - szepn zawiedziony. - Nie saper. Nie przypominam go sobie, a ryzykowa nie moemy.
- No tak...
Nadchodzcy spadochroniarz, nie zdajc sobie sprawy z tego, e by obiektem obserwacji, zbliy si
do drzwi i wszed do Sielanki.
Mody czowiek, siedzcy samotnie przy stoliku pod oknem, odchyli firank, spojrza na ulic, po
czym cofn gow.
Spadochroniarz rozejrza si po zatoczonej sali. Wolnych stolikw nie byo. Przez chwil sta
niezdecydowany, potem ruszy w kierunku okna, gdzie przy stoliku, zajtym przez modego
mczyzn, stay a trzy wolne krzesa.
- Przepraszam bardzo, czy mog si przysi? - zapyta.
- Niestety, nie - brzmiaa odpowied. - Czekam na kogo.
Spadochroniarz, nieco speszony, przeprosi, rozejrza si jeszcze raz po sali i, nie widzc dla siebie
miejsca, wyszed.
W drzwiach napotka grup kolegw.
- Co, ju z powrotem?
- Nie ma miejsca, chopaki. Trzeba jecha do miasta.
- No trudno, jedziemy!
Wanie nadjeda prawie pusty autobus. Gwarn gromadk zaadowali si do niego.
Na przystanku pozostali tylko dwaj modzi obserwatorzy. Widocznie nie czekali na autobus...
- Jeeli bd tak chodzili stadami, jak wczoraj i dzisiaj - mrukn Malutki - to korzonki tu pucimy,
zanim namotamy jakiego faceta.
- Uwaaj! - Garbus stukn okciem koleg - idzie jaki. Sam! Ale czy to saper? Poczekaj chwileczk.
Saper! Poznaj! Na pewno! Zawsze zapycha w pierwszej czwrce.
Nadchodzcy spadochroniarz, wysoki, barczysty chopak, wszed do kawiarni.

Prawie jednoczenie z jego wejciem mody czowiek znowu wyjrza na ulic. Najwidoczniej dojrza
tam co, czego oczekiwa, bo na jego twarzy pojawi si wyraz napicia.
Spadochroniarz rozglda si wyranie rozczarowany. Wolnych stolikw nadal nie byo. Ju chcia si
skierowa do wyjcia, gdy nagle zauway, e siedzcy samotnie pod oknem mody czowiek robi
w jego stron zapraszajcy gest rk.
- Szuka pan miejsca? Bardzo prosz! Wanie zwalniam stolik - powiedzia do podchodzcego
spadochroniarza.
Ten podzikowa i zaj oprnione miejsce.
Tymczasem Garbus skinieniem rki przywoa mod dziewczyn, ktra spacerowaa po przeciwnej
stronie ulicy.
- Baka! Do roboty! Nie widzisz, e Kitus wyszed?
Rzeczywicie. Drzwi kawiarni chwiay si jeszcze pchnite mocnym uderzeniem modzieca, ktry
przed chwil ustpi miejsca spadochroniarzowi, a teraz, skrciwszy za rg ulicy, jakby si rozpyn
w mroku.
Dziewczyna zwilya koniuszkiem jzyka wargi, poprawia wosy, po czym troch wyzywajcym,
sprystym krokiem podesza do drzwi kawiarni i znikna za nimi.
Wtedy obaj obserwatorzy zbliyli si do okna i przez szpar midzy zasonami zobaczyli, jak Basia - po
krtkiej wymianie sw - przysiada si do umiechnitego i wyranie zadowolonego z takiego obrotu
rzeczy spadochroniarza.
Malutki zatar rce.
- No, teraz trzeba da Bace chwil do dziaania, a potem kolej na nas.,

Pocztkowo sdzili, e do zrealizowania planw, ktre powzili, potrzebny im jest wykrywacz min.
Pniej jednak zorientowali si, e sam przyrzd nie wystarczy. Nieodzownym dodatkiem do
wykrywacza min musia by wyszkolony saper.
Koncepcja zrodzia si w wizieniu, gdzie Malutki, odsiadujcy kar za wamanie, pozna Kitusa. Ten
rwnie mia na sumieniu drobne przewinienia. Zreszt obaj waciciele wdzicznych pseudonimw
nie pierwszy ju raz siedzieli w wizieniu.
Kitus nader sceptycznie zapatrywa si na dotychczasow dziaalno zarwno swoj, jak
i przypadkowego towarzysza celi. Gdy poznali si lepiej i Kitus nabra do Malutkiego zaufania, wyoy
mu swoj teori.
- Po choler nadstawia ba za grosze? Nie warto! Nakryj za nic, za frajer. Trzeba zwcha jaki
wikszy interes albo nadzianego faceta. Zrobi mdry skok, a potem siedzie cicho z pienichami
i czeka, a si sprawa zaklepie.
Malutki zgadza si z nim bez zastrzee.
- Ale do tego trzeba mie kopyta.
- Jak to: kopyta? - nie zrozumia mniej oblatany Malutki.

- No, elazka! Nie wiesz?... Rur z kolankiem... Pistolet!


- Ale skd to wzi?
- Wanie w tym sk! Trzeba poniucha, pokrci si, wykombinowa i dopiero wtedy, jak si bdzie
miao z czym, mona zaczyna.
- Wiesz, Kitus, znam takiego jednego gwniarza, ktrego brat by w bandzie. Mwi mi co o jakiej
ukrytej broni. Tego brata pniej rozwalili, ale co z t broni, dokadnie nie wiem. Nie interesowaem
si dotd.
- A masz do tego chopaka dotarcie? - zainteresowa si Kitus.
- Naturalnie! Jak tylko nas wypuszcz...
- Dobra!
Malutki opuci wizienie jako pierwszy i rzeczywicie, gdy tylko znalaz si na wolnoci, natychmiast
nawiza kontakt z chopcem, o ktrym opowiada Kitusowi. Ten bez wahania zgodzi si udzieli im
pomocy. Szkopu by tylko w tym, e obiecujcy chopczyk nie zna dokadnie miejsca, w ktrym bro
zostaa zakopana.
Gdy Kitus doczy do nich, wiadomoci te zafrapoway go.
- Duo tam tego jest? - zapyta rzeczowo.
- Pi czy sze pistoletw i kilka automatw. Poza tym byy granaty i sporo amunicji.
Kitusowi zawieciy si oczy.
- A jakie to byy pistolety?
- Nie wiem. Byem wtedy za may, nie znaem si na tym. Pamitam tylko, e pistolety byy due.
- To znaczy, e dziewitki albo tetenki. Wanie to, czego nam potrzeba... Ale jeeli tak po prostu
rzucili je do ziemi - zaspi si - to znaczy, e ju dawno rdza je zara.
- Tego nie mamy si co obawia! Pamitam dobrze, jak brat z kolegami cay wieczr nurzali
przymocowan do prta bro w kotle z gorcym smarem. Najwaniejsze, eby to znale - perorowa
chopak.
- Nie martw si, na to znajdziemy sposb. A jak ci na imi?
- Janek.
- Odtd bdziesz Garbus.
- A dlaczego Garbus? - zdziwi si tamten.
- Bo ten kaptur od wiatrwki wyglda u ciebie jak garb.
I Janek zosta Garbusem.
Kitus zacz gorczkowo poszukiwa sposobu odnalezienia broni. Plac wicze Pasternik, na ktrym
jakoby zostaa ona schowana, obejmowa rozlegy teren. Jedyn wskazwk, ktrej dodatkowo
udzieli Garbus, byo to, e bro zakopano w pobliu fortu. Ale ktrego? Fortw byo kilka;
przekopanie paru hektarw ziemi byo niemoliwe.

Kumple zaczli traci nadziej.


- A moe zabierzemy spluw jakiemu blacharzowi albo wojskowemu? - zaproponowa Malutki. W ciemnej ulicy rzucimy si we trzech - ani pinie.
Kitus zdecydowanie odrzuci ten projekt.
- Po pierwsze moe nie pj nam tak atwo; nigdy nie wiadomo, na kogo si trafi. Po drugie, po
ulicach teraz azi masa parasolarzy w czerwonych beretach. Niech by tylko napadnity krzykn,
zlecieliby si. A wtedy... roznieliby nas po prostu. A nawet zamy, e nam si uda. To zdobdziemy
tylko jedn sztuk, a tymczasem powstanie szum i ani na robot i, ani rusza si swobodnie po
miecie. Nic to nam nie daje.
Trudno byo odmwi susznoci temu rozumowaniu. Gdy ju wydawao si, e problem odnalezienia
broni przerasta moliwoci nowo powstaej spki bandziorw, nagle szczcie umiechno si do
nich. Pewnego dnia Malutki z gazet w rku wpad do izdebki Kitusa.
- Masz, przeczytaj! - Podsun mu pod nos gazet.
Kitus przebieg oczyma po nagwkach artykuw.
- Co waciwie mam czyta? - zapyta.
Malutki wskaza mu palcem reporta o spadochroniarzach. Kumpel spojrza na niego zdumiony.
- Chcesz moe do nich wstpi?
- Te pomysy! - rozemia si Malutki.- Przeczytaj, ofermo! Oni maj przyrzdy, ktrymi mog wykry
metal znajdujcy si w ziemi na gbokoci nawet dwch metrw. Rozumiesz? A to wanie jest nam
potrzebne.
Kitus a podskoczy.
- Ale ty masz eb nie na wszy! - wrzasn. I z radoci a waln koleg.
Wysiki ich zerodkoway si teraz na zdobyciu magnetycznego wykrywacza min, jak nazwano w
przyrzd w reportau. Obaj krcili si w pobliu koszar, o ktrych wiedzieli, e stacjonuje tam
jednostka spadochroniarzy. Orientujc si wedug sprztu, noszonego przez pododdziay maszerujce
na zajcia, bez trudu rozpoznawali kolumn saperw. Przygldali si bacznie onierzom, starajc si
utrwali sobie w pamici ich twarze. Plan krystalizowa si...
Postanowili nawiza kontakt z ktrym z saperw i zaproponowa mu sprzedanie lub wypoyczenie
im poszukiwacza min. Sdzili, e najatwiej bdzie tego dokona w pobliskiej, czsto odwiedzanej
przez spadochroniarzy kawiarni Sielanka. W tym te celu Kitus wcign do wsppracy swoj
dziewczyn, Bak. Jej nieprzecitna uroda i spryt mogy by tu bardzo pomocne.
Jednak dwukrotne prby nawizania kontaktu z saperami spezy na niczym.
Pierwszy saper-spadochroniarz, z ktrym si zapoznali, stanowczo odmwi wejcia z nimi
w jakiekolwiek kontakty, a gdy nastawali, zagrozi milicj. Wystraszeni, starali si wykrci, e byy to
tylko arty, po czym spynli.
Z drugim poszo nie lepiej; te odmwi im dostarczenia przyrzdu.
- Po co wam? - zapyta ostro.

Opowiedzieli mu przygotowan w tym celu legend o zotych przedmiotach zakopanych w metalowej


skrzynce. Spadochroniarz rozemia si.
- Dzieci jestecie czy co! Po pierwsze, nie potraficie tego przyrzdu uy. Co wy mylicie? e to jest jak
adapter? Podejdziecie, naoycie pyt i pucicie w ruch? Do tego trzeba by wyszkolonym saperem.
Po drugie, idcie lepiej do uczciwej pracy zamiast marzy o jakich skarbach. W Nowej Hucie podobno
dobrze pac...
Rozliczy si z kelnerk za wino, ktre wypi, i odszed bez poegnania, ironicznie si umiechajc.
Nie starali si go zatrzyma. Nie byo po co...
Mimo niepowodze nie opuszczali rk. Rozumieli, e musz zdoby tak potrzebny im przedmiot, aby
zrealizowa swoje zamierzenia. W rozmowie z drugim saperem uwiadomili sobie suszno
niektrych jego wywodw. Rzeczywicie, nie mieli zielonego pojcia o obsudze wykrywacza min.
Zdecydowali wic, e nastpnym razem bd targowa si ju nie o sam przyrzd, ale i o jego
obsug. To znaczy o sapera.
I oto teraz po raz trzeci doprowadzili do analogicznej sytuacji, cigle ywic nadziej, e tym razem
moe im si uda...

Znowu spojrzeli na sal przez szpar w zasonach. Baka ywo rozmawiaa ze spadochroniarzem.
Malutki spojrza na zegarek.
- Mino ju dziesi minut. Chyba zdya go namota?
Garbus rozemia si.
- Na pewno.
- Idziemy!
- O, to s wanie moi koledzy - powiedziaa Baka na ich widok. - Dlaczegocie si tak spnili,
chopcy? - I nie czekajc na odpowied, trajkotaa: - Gdyby nie uprzejmo pana wojskowego, nie
miaabym nawet stolika. Ale, racja! Wy si jeszcze nie znacie.
Spadochroniarz powsta. Podali sobie rce. W odpowiedzi na swoje mruknicia koledzy Baki usyszeli
wyranie powiedziane nazwisko: Wronecki.
Malutki zamwi butelk wina.
- Skoro by pan uprzejmy dla naszej koleanki - powiedzia - nie odmwi pan chyba wypicia z nami?
Spadochroniarz skin gow. Nie mia specjalnej ochoty na wino, ale nie chcia robi przykroci
kolegom sympatycznej dziewczyny, ktra mu si podobaa.
Baka podniosa si.
- Poczekajcie chwileczk - tu umiechna si do Wroneckiego - musz podej do koleanki. Mam do
niej spraw. Zaraz wrc.
Mczyni przy stoliku wypili po lampce wina, po czym Malutki zacz ostronie wykada spraw.
Rozpocz od poechtania ambicji spadochroniarza. Powiedzia, e czsto czytuje pochlebne wzmianki
w gazetach, e czerwone berety s twarzowym nakryciem gowy...

- A jakie powodzenie macie u kobiet! - wtrci Garbus.


- Najlepszym przykadem nasza Basia. Nie spuszczaa z pana oczu - potwierdzi Malutki.
Spostrzegli z zadowoleniem, e spadochroniarz yka ich sowa jak sodkie piguki. Mona byo jecha
dalej.
- Wie pan, mamy pewien kopot - zacz Malutki. - Kilkanacie lat temu moja ciotka, obawiajc si
bandytw, zakopaa swoje kosztownoci. Obecnie teren zmieni si na tyle, e nie moe wskaza
miejsca, w ktrym zostay one zakopane. Jest staruszk, ma trudnoci w poruszaniu si. Prosia,
ebym zaj si t spraw, to znaczy odnalaz kosztownoci i je wykopa. Koledzy chcieli mi pomc.
Prbowalimy kopa, ale nie moglimy odnale waciwego miejsca. Niedawno dowiedziaem si
z prasy, e spadochroniarze posiadaj urzdzenia, za pomoc ktrych mog wykrywa metalowe
przedmioty, znajdujce si nawet na gbokoci dwch metrw. Pomylaem sobie, e gdybym
znalaz uczynnego onierza, ktry zechciaby wanie takim przyrzdem pomc odnale zgub,
mgbym speni prob staruszki. A ona na pewno wynagrodziaby w odpowiedni sposb tak
przysug. Zrobi pan na naszej koleance, a rwnie na mnie i na koledze - wskaza gow na Garbusa
- niezwykle dobre wraenie. I dlatego omielam si zapyta pana, czy nie zechciaby pan nam w tym
pomc.
Wronecki umiechn si zaenowany.
- Przykro mi, e musz panw rozczarowa. Ale... niestety. Nic tu pomc nie mog. Nie wolno nam
uywa sprztu do tego rodzaju prywatnych akcji.
Garbus zrobi ruch, jakby chcia co powiedzie, ale Malutki trci go nog pod stoem.
Ruch ten nie uszed uwadze spadochroniarza i wzbudzi jego nieufno.
Malutki, nie speszony odmow, cign dalej:
- My to rozumiemy... Ale, widzi pan, nie chodzi tu o jakie dugotrwae wykorzystywanie albo
naraanie tego sprztu na zniszczenie.
Wystarczy to tylko raz przynie i sprawa byaby zaatwiona. Przecie panowie wykorzystujecie to do
szkolenia. Zrobiby pan sobie taki prywatny trening - umiechn si.
- Niestety, nie mog. - Nie ustpowa spadochroniarz.
- Niech pan si zastanowi. To si opaci. Wiedzc, jak bardzo ciotce mojej zaley na odzyskaniu
kosztownoci, mog pana w jej imieniu zapewni, e hojnie wynagrodzi pana.
- Przykro mi... - zacz Wronecki.
W tym momencie podesza do nich Baka.
- Na pewno przyjemnie wam si rozmawiao... Ale widz, e zostao jeszcze wino. Napijmy si!
Malutki napeni kieliszki.
- Za nasz mi znajomo! - Barbara podniosa do ust kieliszek.
Wypili do dna.
Dziewczyna nagle jakby si zaniepokoia.
- Ma pan zegarek? - zapytaa Wroneckiego. - Ktra godzina?

Spadochroniarz odchyli rkaw munduru i spojrza na wewntrzn stron przegubu.


- Dwudziesta pierwsza pitnacie.
- Och! - przestraszya si Baka. - Od pitnastu minut powinnam by ju w domu. Mama skrzyczy
mnie... Odprowadzicie mnie, chopaki? - zwrcia si do kolegw.
Podnieli si. Malutki poszuka wzrokiem kelnerki.
- Pani szefowo! Chcemy rozgrzeszenia!
Gdy Baka po poegnaniu si z Wroneckim sza ju w kierunku drzwi, Malutki zatrzyma si na chwil
przy stoliku.
- Niech pan jeszcze nie mwi nie - powiedzia. - Niech pan si zastanowi, gra jest warta wieczki.
Nie musi pan si teraz decydowa. Pojutrze od godziny dwudziestej do dwudziestej pierwszej
bdziemy tu na pana z Bak czekali. Niech pan przyjdzie - doda. - Do zobaczenia!

Wracajc do koszar Wronecki nie mg przesta myle o dzisiejszym spotkaniu i o ludziach, z ktrymi
rozmawia. Spraw, z ktr si do niego zwrcili, uzna za nieczyst, a histori z ciotk - za wyssan
z palca. Najprostsze rozwizanie to nie przyj wicej i stara si ich unika.
Ale - pomyla - takie rozwizanie stwarza pewne niebezpieczestwo. Oni mog natrafi na ktrego
z niedowiadczonych lub po prostu bardziej lekkomylnych kolegw i wplta go w jakie
nieszczcie...
Jak miao to nieszczcie wyglda, trudno mu byo sprecyzowa. By jednak prawie pewien, e za
spraw rzekomej biuterii starej ciotki kryje si co innego. Dlatego te, zanim przekroczy bram
koszar, powzi decyzj. Przed udaniem si na spoczynek postanowi zameldowa o tym, co go
spotkao, swojemu dowdcy kompanii.
Kapitan Miodowski cieszy si wielkim szacunkiem i przywizaniem onierzy. Bardzo ludzki, ale
zarazem wymagajcy, doskonay fachowiec, by w oczach kompanii boyszczem. Mieszka w bloku
oficerskim, w pobliu koszar; kady z onierzy doskonale wiedzia, w ktrej klatce.
Wronecki po paru minutach zapuka do drzwi, na ktrych widniaa tabliczka z nazwiskiem: Tadeusz
Miodowski.
Dowdca kompanii podzieli zdanie Wroneckiego; sprawa bya nieczysta.
- Trzeba zawiadomi WSW - zdecydowa. Podnis suchawk telefoniczn i gdy zgosi si dyurny
centrali, powiedzia: - Prosz poczy mnie z mieszkaniem porucznika Sosny.
W oddziale WSW spraw, o ktrej zameldowa Wronecki, potraktowano powanie.
Nazajutrz porucznik Sosna spotka si z saperem i ustalono plan dziaania. Wronecki otrzyma
polecenie udania si do Sielanki w umwionym czasie. Po pewnym wahaniu mia wyrazi zgod na
wzicie udziau w eskapadzie wraz z nielegalnie wyniesionym w tym celu magnetycznym
wykrywaczem min. Nastpnie powinien by umwi si konkretnie co do dnia i miejsca spotkania,
motywujc to koniecznoci przewiezienia w dogodnej dla siebie chwili przyrzdu bezporednio
w rejon przyszej akcji. Ze wzgldu na rozmiary wykrywacza trudno byo swobodnie porusza si
z nim po miecie.

Ustalenie miejsca akcji miao kapitalne znaczenie dla WSW, bowiem umoliwiao zorganizowanie
zasadzki.

W umwionym dniu, po godzinie dwudziestej, Wronecki wszed do Sielanki.


Nowi znajomi czekali ju na niego.
Gdy podszed do ich stolika, nie starali si ukry zadowolenia.
- Dobry wieczr, panno Barbaro.
Nieco duej, ni byo to konieczne - a moe mu si tylko tak wydawao - przetrzymaa jego do
w swojej.
Butelka wina staa ju na stole. Wronecki, bystro wszystko obserwujcy, zauway, e i dla niego by
zawczasu przygotowany kieliszek.
Byli z gry pewni, e przyjd - pomyla.
Jakby odgadujc jego myli, Malutki umiechn si szeroko.
- Wiedzielimy, e pan przyjdzie. Liczylimy na pask uczynno.
- A ja sdziam, e zechce pan si jeszcze raz ze mn zobaczy - powiedziaa Baka jako dziwnie
mikko.
Wronecki zmiesza si pod jej spojrzeniem.
Gra, czy mwi prawd? - zastanowi si.
- Podoba mi si diabelnie, ale wszystko przemawia raczej za tym, e jest wpltana w t afer.
Malutki dostrzeg zarwno jego zmieszanie, jak wyraz oczu Baki, jakiego nigdy jeszcze u niej nie
widzia. Uzna za wskazane natychmiast wrci do tematu.
- Wic kiedy moe si pan z nami wybra?
- Nie powiedziaem jeszcze tak - spokojnie odpar Wronecki.
- Ma pan na myli spraw wynagrodzenia? - podchwyci szybko Malutki. - Bdzie pan zadowolony.
- O to jestem spokojny - umiechn si Wronecki - ale jednak... jest to dla mnie wielkie ryzyko.
Opuci koszary z duym przyrzdem to nie tak atwo... Boj si, e nie dam rady.
Malutki - podobnie jak przy pierwszym spotkaniu - postanowi zagra na jego ambicji.
- Pan nie da rady? Pan, spadochroniarz? To chyba art.
Ale ty cwany - pomyla Wronecki. Uda, e mile poechtay go sowa Malutkiego.
- Na pewno sta nas na niejeden wyczyn, ale wykrywacz min to duy przedmiot. Zamy, e uda mi
si go wynie z koszar, to jak si z tym dostan do miasta? Przecie do takswki nie wsid z takim
bagaem. Niektrzy takswkarze s bardzo podejrzliwi. A w tumie, w autobusie, nikt nie zwrci na to
uwagi. Wanie niedaleko od koszar staje autobus, ktry idzie w stron... Trzeba te przyrzd zrcznie
opakowa...
- Ale musi pan znale jakie wyjcie, bo wanie trzeba go bdzie przewie do miasta.

- Po co wie go do miasta? To tylko skomplikuje spraw. Najlepiej od razu zawie go w rejon,


w ktrym bdziemy dokonywali poszukiwa.
Malutki i Garbus wymienili znaczce spojrzenia, co take nie uszo uwadze Wroneckiego.
- Niestety, nie ma innego wyjcia. A jak pan to technicznie zaatwi, pozostawiamy paskiej
przemylnoci spadochroniarza. No to jak, zgoda?
- Zgoda...
- No, wic w takim razie, kiedy si pan moe wyrwa z koszar? Prosz pamita, e cala rzecz musi si
odby po zapadniciu zmroku.
Wronecki przez chwil udawa, e si zastanawia.
- Pojutrze. Odpowiadaoby to panom?
- Tak! A wic pojutrze o dwudziestej, pod Cracovi. Na tym przystanku, na ktrym wysidzie pan
jadc z Woli - odpowiedzia Malutki.
Tym razem Wronecki by pewien: Baka cisna jego do mocno i tak jako niekonwencjonalnie...
*
- To klawo! - powiedzia Kitus. - Nareszcie dao si urobi parasolarza. Teraz trzeba przystpi do
roboty na ca par. Czasu mamy mao. Ty, Garbus, zorganizujesz opaty, kilofy i om. Malutki - latarki
i dwa worki. Ja zawiadomi Wadzia-Majchra i Redaktora.
- A oni po co? - zapytaa Baka.
- Jak ci powiem, e do gry w bryda, to nie uwierzysz - odpowiedzia Kitus. - I nie do kopania ziemi...
A przynajmniej nie tylko do kopania... Potrzebni s do zaatwienia parasolarza.
- Chcecie go zabi? Ale dlaczego! Po co?!
- Dobra sobie! Po co? Wiesz przecie, co jest w skrzynce. A on wie, e... zoto.
- Dajcie spokj, przecie to mody chopiec!
- A co, moe spodoba ci si?
- Oj! Co nie bez tego - wtrci Malutki. - Trzeba ci byo widzie, jak na siebie spogldali.
- Taaak?... - warkn Kitus. - Jeszcze jeden powd, eby go zaatwi. Bdzie wcha kwiatki, ale... od
strony korzonkw. A z tob, mijo - doda - policz si potem. Odechce ci si robienia sodkich oczu.
Baka zblada. Kitus zdawa si nie zwraca na ni uwagi; wyjania plan Malutkiemu i Garbusowi.
- Wy dwaj czekacie na parasolarza na przystanku, potem we trjk przyjedacie na Pasternik. Tam
bdziemy was oczekiwa: Wadzio-Majcher, Redaktor i ja. Mam nadziej, e ten onierz nie
przypomni mnie sobie. Widzia mnie w kawiarni tylko przez chwil. Zreszt bdzie ju ciemnawo.
Macie mu powiedzie, e umwilicie si z kolegami, ktrzy pomog wam kopa. My bdziemy mieli
ze sob opaty i worki.
Nagle odwrci si.
- Wyjd std, Baka!

Dopiero gdy zamkny si za ni drzwi, cign dalej ciszonym gosem: - Razem pjdziemy w stron
najbliszego fortu i przystpimy do poszukiwa za pomoc tej magicznej sztuczki. Gdy znajdziemy
skrzyni, Majcher od razu powinien nacelowa si na parasolarza. Ten z nas, ktry bdzie najbliej,
pomoe mu. Wane jest, eby wszystko byo zaatwione jak najciszej...
- A co zrobimy z nim potem? - zapyta szeptem Malutki.
- Zapakujemy go na miejsce elaza. D przykryjemy darni, rozsypie si grudki ziemi. Zreszt
dokadne zatarcie ladw to zadanie Wadzia-Majchra i Redaktora. Wszystko jasne?
- Jasne!
- No to cze, chopaki!
*
Tym razem na spotkanie z szeregowcem Wroneckim prcz porucznika Sosny przyjecha zastpca
szefa Oddziau WSW, podpukownik Szumski.
Wysuchali uwanie relacji Wroneckiego, po czym wsplnie ustalili plan dziaania. Najwiksz
trudno sprawia im fakt, e Wronecki nie zdoa dowiedzie si o miejscu akcji.
- Jest to dla nas bardzo niekorzystne, ale postaramy si temu jako zaradzi. Polemy za wami
cywilnego wywiadowc, ktrego zadaniem bdzie ustali, dokd si udacie, i nas powiadomi. Fakt,
e tamci nie zdradzili miejsca, w ktrym ma by przeprowadzona akcja, daje wiele do mylenia powiedzia porucznik Sosna.
- Tak, to z pewnoci niebezpieczni ludzie - potwierdzi pukownik. - I dlatego, Wronecki, zrobimy
wszystko, eby zapewni wam bezpieczestwo. Na wszelki wypadek wecie to... - Wycign z teczki
byszczcy oksydowan czerni pistolet subowy. - Umiecie si z tym obchodzi?
- Tak jest, obywatelu pukowniku! Szkolono nas.
Pukownik umiechn si, ale zaraz spowania.
Jeszcze raz pragn podkreli, e sprawa jest niebezpieczna. Macie prawo si wycofa. Decyzja naley
do was.
Wronecki spojrza pukownikowi prosto w oczy.
- Id! - powiedzia twardo.
Zamiast odpowiedzi pukownik ojcowskim ruchem pooy mu rk na ramieniu.

Wronecki z poszukiwaczem min, zapakowanym w torby spadochronowe, wyskoczy z autobusu.


Malutki i Garbus ju go oczekiwali. Wronecki nieznacznie rozejrza si dookoa. W pobliu niego byo
sporo ludzi.
Ciekawe, ktry z nich jest owym wywiadowc - pomyla, ale nie byo czasu na zastanawianie si, bo
Malutki nagli.
- Chodmy, trzeba si spieszy!
Przeszli na inny przystanek autobusowy.

Rwnie i tu stao kilka osb.


Wrd nich na pewno jest ten wywiadowca... - uspokaja siebie Wronecki i na myl, e nie jest sam,
zrobio mu si raniej na duszy. Ucisk pistoletu ukrytego pod mundurem rwnie dodawa mu
odwagi.
Nadjecha autobus. Kilku oczekujcych wsiado, lecz Malutki i Garbus nawet si nie poruszyli.
Widocznie czekamy na autobus innej linii - rozumowa saper.
Ale w tym momencie, gdy konduktor da sygna odjazdu, obaj zrcznie wskoczyli pocigajc za sob
Wroneckiego. Automatyczne drzwi zamkny si za nimi; autobus ruszy.

W dziesi minut pniej na biurku dyurnego oficera Oddziau WSW zadzwoni telefon.
- Mwi Halina - oficer usysza zadyszany gos kobiety. - Straciam ich w ostatniej chwili... Wsiedli do
autobusu... w kierunku Balic. Usiowaam chwyci jak takswk albo prywatny samochd, ale nie
udao mi si...
- Zrozumiaem. W kierunku Balic - powtrzy oficer. - Dzikuj.
Pooy suchawk i nacisn guzik bezporedniego poczenia z szefem Oddziau.
- Melduj, e Halina stracia lad. Wsiedli do autobusu odjedajcego w stron Balic...
Szef Oddziau wymownie spojrza na siedzcego z drugiej strony biurka podpukownika Szumskiego.
- Wariant najmniej korzystny - ponuro stwierdzi Szumski.
- Trzeba natychmiast uruchomi nasze siy rezerwowe, a ja zadzwoni na milicj. Poprosz, aby
komendant puci na miasto wszystkie radiowozy. Wskazane byoby take zadzwoni do dywizji,
postawi w stan gotowoci bojowej pododdzia alarmowy.
W tym momencie znowu wczy si dyurny oficer.
- Obywatelu pukowniku! - zameldowa.
- Otrzymaem z miasta telefon. Dzwonia jaka kobieta. Bya bardzo zdenerwowana. Podaa mi
nastpujc wiadomo: w najbliszym czasie ma zosta zamordowany na Pasterniku onierz
z dywizji powietrzno-desantowej. Prosia o popiech.
- Podaa nazwisko? - zapyta pukownik.
- Nie. Gdy j zapytaem, wyczya si.
- Skd dzwonia?
- Sprawdzaem, obywatelu pukowniku. Z automatu. Jej gos zosta utrwalony; rozmowa jest nagrana
na magnetofon.
- Dzikuj - powiedzia pukownik.
- Wszystkie siy na Pasternik? - zapyta Szumski.
- Niiie... - powoli odpowiedzia szef. - To moe by prawda, ale moe te by celowe wprowadzenie
nas w bd. Nasze siy rozelemy zgodnie z planem. A na Pasternik - grupa porucznika Sosny.

Niedaleko fortu stali trzej nie znani Wroneckiemu mczyni. Mimo e by o tym uprzedzony, zrobio
mu si gorco.
Stosunek si: jeden do piciu - pomyla. - Coraz weselej...
W ciemnociach nie mg rozpozna rysw twarzy tych nowych, ale odnosi wraenie, e s to ludzie
starsi od jego dotychczasowych znajomych.
- Jestemy na miejscu - owiadczy Malutki. - Moemy zaczyna.
Wronecki rozpakowa przyrzd i przygotowa go do pracy. Zaoy suchawki na uszy. Aparatura
dziaaa sprawnie. Przesun mack po ziemi i rozpocz poszukiwania. Posuwa si powoli, metr po
metrze, tak jak na zajciach szkoleniowych. Piciu mczyzn przygldao mu si ciekawie.
Po kilku minutach pracy usysza trzaski. Ucichy. Znowu trzaski.
- Aha, wic to tutaj... - zatrzyma si. - Jest co eliwnego, panowie - owiadczy powanie.
Zdj suchawki. Dwaj spord obecnych i Garbus chwycili opaty i zaczli kopa.
Wronecki instynktownie wyczul niebezpieczestwo. Nieznacznie obejrza si za siebie. Ten
z nieznajomych, ktrego nazywano Wadziem, sta za nim. Udajc, e nie spostrzeg nic podejrzanego,
saper przesun si nieco w prawo. Stwierdzi, e Wadzio zrobi to samo i w dalszym cigu znajdowa
si za jego plecami.
Kopicy wydostali przedmiot, ktry wywoa impulsy magnetyczne. By to... kawaek elaznej belki.
Zaklli.
- Szukaj dalej! - odezwa si jeden z nieznajomych.
Wroneckiego uderzy fakt nagego przejcia na ty oraz arogancki sposb, w jaki byy powiedziane te
sowa. Ale znowu nie da niczego po sobie pozna.
Zaoy suchawki na uszy i przystpi do dalszego poszukiwania.
- Samochd jedzie... - szepn Malutki.
Przez chwil stali nasuchujc.
- To daleko, szos - mrukn wreszcie Kitus.
Wronecki kontynuowa poszukiwania. Po paru minutach znowu si zatrzyma. Tym razem sygna
brzczyka w suchawkach by duo wyraniejszy, bardziej skondensowany.
- Znowu co eliwnego...
opaty zazgrzytay o ziemi.
Wronecki nie interesowa si i nie by w stanie interesowa si wynikami poszukiwa. Za plecami czu
obecno nie odstpujcego go ani na chwil Wadzia.
Robota sza ciko; grunt w tym miejscu by dawno nie ruszany, kamienisty.
Kitus od czasu do czasu owietla d latark, osaniajc j rk, aby wiato si nie rozpraszao.

Nic nie byo wida oprcz grud ciemnej, wilgotnej, rozkopanej ziemi, gsto usianej janiejszymi od
niej kawaami kamienia.
Malutki przesta kopa. Opar si na opacie.
- A moe tam nic nie ma?
- Tego tylko brakowao! - sykn Kitus. onierz, sprawdzaj jeszcze raz!
Wronecki uruchomi aparat. Woy mack do powstaego otworu. Teraz nie trzeba byo nawet
nakada suchawek; wszyscy usyszeli ciche brzczenie.
- Jest - powiedzia.
Znowu przystpiono do kopania. Przez dug chwil sycha byo tylko zgrzyt opat o kamyki,
uderzenia odrzucanej ziemi i gone sapanie pracujcych. opata Garbusa natrafia na jaki opr.
Prbowa pchn mocniej; nie dawao si.
- Co tu jest - powiedzia zadyszany. - Moe znalelimy?
Kitus znowu owietli dno dou. Nic nie byo wida. Tempo pracy zwikszyo si.
Wronecki sta skupiony, napity. Lew rk nieznacznie odpi dolny guzik bluzy, eby atwiej mona
byo wycign ukryty pod ni pistolet.
Czy maj bro? - myla gorczkowo. - Pistoletw raczej nie, ale noe na pewno. No i... opaty.
Rozejrza si nieznacznie. Gdzie tu, w tych krzakach, powinni znajdowa si chopcy z WSW. Ale
ciemno przysaniaa wszystko...
Odrzucono ostatni warstw ziemi i w nikym wietle latarki Kitusa ukazaa si zardzewiaa
powierzchnia blachy, ktr obita bya sporych rozmiarw skrzynia.
- Jest! - krzykn radonie Garbus.
Kitus cisn go za rami.
- Cicho, idioto! Jeszcze nam kogo na kark sprowadzisz.
- Obkopa j z bokw!
- Nie trzeba! S uchwyty.
- No to jazda! Sprbujmy wycign!
Skrzynia ani drgna.
- Mwiem, eby obkopa jeszcze po bokach. Potem podoymy opaty. Musi wyj!
Po minucie pracy trzonki opat z trudem zostay wcinite w uchwyty.
- Jazda, teraz do gry! Ty, Redaktor, chwytaj z Malutkim, a ja z Garbusem. Razem... Do gry!
Skrzynia, podcignita wsplnym wysikiem, zostaa uniesiona o kilka centymetrw, po czym
obsuna si z powrotem, gucho uderzajc o dno jamy.
Kosztownoci cioci - pomyla ironicznie Wronecki. - Musiaa by bogata... - Intuicyjnie czu, e
niebezpieczestwo jakby si zagszczao wok niego.

- Uwaga, cigniemy! - komenderowa tymczasem Kitus. - No, raaaz!... Naty wszystkie siy!
Obruszona ziemia ustpia i skrzynia znalaza si na powierzchni.
Kitus, pochylony nad jej wiekiem, nagle podnis gow i spojrza na Majchra...

Baka wcisna twarz w poduszk.


- Boe, co ja zrobiam! - szeptaa jczc. - Jeeli Kitus dowie si o tym, to mnie zatucze. A przecie on
si na pewno dowie... Ale nie mogam, nie mogam zrobi inaczej... No... nie mogam! eby tylko
tamci mi uwierzyli! Moe zdoaj uratowa tego chopca... On nic zego nie zrobi... A przecie beze
mnie oni by go nie namotali. Nie, nie mogam inaczej zrobi...

Wadzio-Majcher, chcc rozprawi si z przeciwnikiem wyprbowanym sposobem, zamierza cisn


jego szyj zaoonym od tyu kluczem lewej rki, a praw zada noem decydujcy cios. Sprycie
rzuci si do przodu...
Znaczce spojrzenie Kitusa Wronecki odebra jako sygna alarmowy dla siebie. Mikkim kocim
ruchem odskoczy w bok... Majcher trafi w prni i straci na chwil rwnowag. Wronecki
dostrzeg stal noa w jego rku. Byskawicznym ruchem wycign pistolet.
W tej samej sekundzie zaatakowa go Malutki.
Unik!
Kurek pistoletu by nie odcignity. Teraz nie byo nawet uamka sekundy czasu, aeby tego dokona.
Lewy sierp w odek Malutkiego...
Odbezpieczy pistolet!
Kitus napar na niego caym ciaem...
Strza!
Impet Kitusa zwali Wroneckiego z ng. Lec, ktem oka dostrzeg wijcego si na ziemi napastnika
oraz trzech zbirw z noami w rkach. Zbliali si do niego. Opar si na lewej rce, usiujc wsta.
Przez chwil trzyma ich w szachu luf pistoletu.
Pierwszy rzuci si na niego Majcher.
Strza! Odbicie si lew rk w prawo i prawie jednoczenie straszliwy, przenikajcy a do szpiku
koci bl w lewej rce. Gorce strumyki pocieky po przedramieniu spadochroniarza.

Gdy porucznik Sosna znalaz si ze swoj grup na Pasterniku, w pierwszej chwili nie bardzo wiedzia,
jak naley postpi.
Plac wicze zajmowa olbrzymi teren. Porucznik zdecydowa, e najlepiej bdzie, jeeli rozmieszcz
si mniej wicej w rodku, skd najbliej bdzie do kadego punktu.
Kilka minut szli ostronie, zachowujc pen cisz. Nagle usyszeli strza.

- To od strony fortu! - zawoa jeden z onierzy.


- Biegiem w tamtym kierunku! - zakomenderowa Sosna.
Pomknli w stron, skd doszed ich huk wystrzau. Nie baczc ju teraz na haas, jaki robili,
przedzierali si przez krzaki i przeskakiwali przez pnie zwalonych drzew. adna przeszkoda nie moga
ich zatrzyma. Mieli przecie za sob rok suby w dywizji powietrzno-desantowe j.
Usyszeli drugi strza i dostrzegli jego bysk.
- Ju blisko! Szybciej!
*
Upyw krwi by coraz wikszy i Wroneckiemu przed oczami zaczy wirowa czarno-czerwone plamy...
Straci przytomno.
Podniosy go troskliwe rce. By slaby jak po cikiej chorobie. Lewa rka tak mu zdrtwiaa, e nawet
nie czu blu. W jaskrawym wietle reflektorw latarek dostrzeg chopcw w czerwonych beretach
i biaych pasach, zakadajcych kajdanki na rce Garbusa, Malutkiego i Redaktora. Obok nieruchomo
lecych cia Kitusa i Majchra staa ju otwarta skrzynia. W niej zalane grub warstw gstego
smaru... pistolety.
Umiechn si.
- To... ich zoto... - wyszepta.

Wysoka stawka
Dugie rzdy spadochronw, uoonych na pciennych polowych stoach. Opodal, w rwnych
semkach, objuczeni spadochroniarskim ekwipunkiem skoczkowie, oczekujcy na swoj kolejno. Co
kilka minut niezmiennie pojawia si nad lotniskiem leccy na wysokoci omiuset metrw Antek
i wyrzuca ze swego wntrza skoczkw. Widok ten powtarza si tak regularnie, e spadochroniarze
z pewnym ju spadkiem zainteresowania obserwuj to, co si dzieje w powietrzu.
Kierujcy skokami oficer znajduje si w pobliu stanowiska dowodzenia. Ze suchawek radiostacji
dochodzi go metaliczny dwik sw:
- Wychodz na kurs bojowy. Prosz o zezwolenie na zrzut.
I odpowied:
- Zrzut. Zezwalam.
Po chwili plamiaste czasze rozkwitaj nad czarnymi punkcikami skoczkw oddzielajcych si od
samolotu.
- Zrzut skoczyem.
- Schodzi na prawo...
Po wykonaniu niewielkiego krgu AN bdzie ldowa na pasie betonowym.

Tymczasem na kurs bojowy wychodzi nastpny; wszystko pracuje jak precyzyjny mechanizm, jak
dobrze chodzcy zegarek.
Wanie do kierownika skokw podchodzi grupa onierzy dwigajcych cikie toboy
spadochronw, aby zameldowa si po wykonaniu skokw, gdy nagle to, co si dzieje na wysokoci
kilkuset metrw, elektryzuje wszystkich. Podczas gdy siedmiu skoczkw koysze si miarowo pod
nylonowymi czaszami swoich spadochronw, smy, a raczej pierwszy z tego wylotu, z wielk
szybkoci mknie w d. Za nim cignie si pomaraczowy jzyk osony, ktra nie zesza z czaszy
spadochronu gwnego.
Spadochroniarze kamieniej z przeraenia. Dostrzegaj zawieszony, hen, wysoko nad skoczkiem,
oderwany od osony, malutki parasolik pilocika.
Dla wszystkich jest oczywiste, e osona nie zejdzie i jeeli skoczek zaraz, w cigu najbliszych sekund,
nie otworzy spadochronu zapasowego, to... Wszyscy rozumiej, co w takim wypadku sta si musi
nieodwoalnie.
Zrywaj si z miejsc, krzycz tak, jakby mogli podpowiedzie leccemu:
- Rwij uchwyt! Uchwyt zapasowego! Es-zet-ka!21
W momencie gdy wydawao si, e skoczek min ju lini krytyczn, poza ktr spadochron nie zdy
si otworzy, nawet gdyby wyszarpnito uchwyt, nad skoczkiem rozkwita biaa czasza spadochronu
zapasowego. Cigncy si za nim pomaraczowy jzyk osony opada w d. Po chwili spadochroniarz
lduje i podnosi si z ziemi. Westchnienie ulgi.
Szef suby spadochronowej jednostki, jak wszyscy obecni blady z przeytej emocji, nie straci gowy.
- Natychmiast zabezpieczy sprzt!
Zadyszani onierze przynosz spadochron i oderwany pilocik. Oficerowie pochylaj si nad
rozcigan na ziemi czasz, ogldaj oson. Linka czca pilocik z oson jest do poowy swojej
gruboci jakby przecita czym ostrym, a dalej - oberwana. Postrzpione koce wkien z obydwu
stron stercz jak zakoczenie pdzelkw.
- Skierowa do ekspertyzy!
- Obowizkowo - mwi zastpca szefa i obydwaj dopilnowuj zaplombowania spadochronu w torbie.
Do rozmawiajcych podjeda gazik, z ktrego wyskakuje zaalarmowany wiadomoci dowdca
jednostki. Wie ju, e wszystko skoczyo si szczliwie, jednake sam fakt zaistnienia tego rodzaju
wypadku nie moe przej nie zauwaony.
- Kto skaka?
- Porucznik Bruzda, obywatelu majorze - melduje mu szef suby spadochronowej.
- Spadochron skierowa do laboratorium na ekspertyz, a o wynikach meldowa mi osobicie.
- Rozkaz, obywatelu majorze.

Porucznik Bruzda...
21

Eszetka - popularna nazwa spadochronu zapasowego, powstaa z pierwszych liter: es-zet.

Czoo dowdcy zaspia si. Gdy wraca do sztabu, nie moe odpdzi od siebie natrtnej myli: A wic
skoro chodzi tu o Bruzd, czy mona sdzi, e by to zwyky przypadek? Jednostka wykonuje tysice
skokw i nikomu nie zdarzyo si nic podobnego, tylko akurat Brudzie...
Dowdca przeciera doni czoo. Czy ja nie ulegam sugestii? - niepokoi si.
Wiedzia dobrze, e porucznik Bruzda nie by ubiany. By jednym z tych dowdcw, ktrzy nie
potrafili pozyska sobie serc onierzy. Dowodzony przez niego pluton mia zawsze bardzo dobre albo
dobre wyniki szkolenia i Brudzie nie mona byo nic zarzuci. Rozmowy z onierzami rwnie nie
daway adnego rezultatu; nikt nie mia do niego pretensji. A jednak porucznik Bruzda nie by
lubiany...
Sprawa ta bya kiedy omawiana nawet w zespole dowdztwa jednostki. Jeden z zastpcw wyrazi
wtedy swoje przypuszczenie, e onierze zrobi kiedy temu Brudzie gupiego psikusa. Ale nikt nie
poprosi ani o dokadniejsze wyjanienie, co znacz te sowa, ani te nikt nie stara si domyli, co
mogo si kry za okreleniem gupi psikus.
Ale tamto byo tylko przypuszczeniem, niejasn sugesti, a teraz by fakt. Konkretny: linka,
najprawdopodobniej nadcita czym ostrym Kady spadochroniarz dobrze wie, co znaczy oderwanie
si linki pilocika. I wanie ta linka w tym spadochronie bya nadcita. W takiej sytuacji mona
wprawdzie zaoy, e by to po prostu przypadek, ale czy wolno teraz tak zakada? Czy nie naley
wycign wniosku, e zrobi to kto naumylnie? I dalszego wniosku: e moe to by przecie nie
tylko akt wrogoci w stosunku do Bruzdy. Moe to by akt sabotau, dywersji... A Bruzda - jako
najbardziej nielubiany - poszed na pierwszy ogie. Kto pjdzie jutro?
Nie byo przecie moliwoci sprawdzania wszystkich spadochronw bezporednio przed skokiem,
przynajmniej dokadnego sprawdzenia. A ile to mona zrobi zabiegw, ktre utrudni, skomplikuj
lub wrcz uniemoliwi otwarcie si spadochronu, a same bd nieatwe do wykrycia! Co robi
w takiej sytuacji? Co robi? Jeeli jest to dywersja - ale raczej nie trzeba nazywa tego tak brutalnie jeeli jest to rezultat czyjego celowego dziaania, naley przewidywa, e obiektem dalszych tego
rodzaju zabiegw bd spadochrony w pierwszym rzdzie kadry. A wic te spadochrony naleaoby
w pierwszej kolejnoci zabezpieczy.
Zabezpieczy... Istnia tylko jeden sposb zabezpieczenia: po uoeniu i sprawdzeniu - natychmiast
zaplombowa.
Ale czy takie rozwizanie nie bdzie kapitulacj wobec wroga? Kapitulacj wobec siebie, kapitulacj
wobec wasnych onierzy? Bo przecie my, spadochroniarze, jestemy jakby jedn wielk rodzin.
Oprcz tego, e jestemy onierzami jednego rodzaju wojsk, istnieje cay szereg elementw, ktre
nas zespalaj, cementuj w zwarty kolektyw. A fakt, e zarwno teraz, w warunkach pokojowych,
szkoleniowych, jak i w warunkach bojowych, jestemy naraeni na szczeglne niebezpieczestwo,
duo wiksze ni onierze innych rodzajw wojsk, wytwarza jakie specjalne poczucie koleestwa,
solidarnoci. I co? Jednym administracyjnym pocigniciem przeci to, przerwa? Wyizolowa z tego
zespou kadr?
Drugie rozwizanie to: nie zabezpiecza spadochronw kadry. Rozwizania poredniego nie ma.
A jeeli jutro... nie otworzy si kilka spadochronw?
Gazik objecha klomb dookoa i zatrzyma si przed budynkiem sztabu.
Oficer dyurny wypry si na widok dowdcy.

- Powiadomcie zastpc, e oczekuj go u siebie - powiedzia i, zatrzymujc si, doda: - Aha,


zawiadomcie rwnie oficera kontrwywiadu. Niech natychmiast przyjdzie do mnie.

Wypadek, jaki mia miejsce w czasie skokw, znalaz si w centrum zainteresowania wszystkich
onierzy jednostki. Opowiadano sobie o nim w rnych wersjach, mniej lub bardziej zblionych do
prawdziwej. W kadej jednak powtarzao si uporczywe pytanie: w jaki sposb - i ewentualnie: przez
kogo - zostaa nadcita linka pilocika? Na to pytanie nikt nie umia da odpowiedzi.
Gubiono si w domysach. Ta ciekawo i zainteresowanie nie mogy budzi niczyjego zdziwienia.
Kady z nich, kady ze spadochroniarzy, nie dzi, to jutro, nie jutro to pojutrze - mia skaka.
Jednostka znajdowaa si w okresie intensywnych skokw szkoleniowych. A wic taki lub podobny
wypadek o ile mia si powtrzy - mg spotka kadego z nich.
Wszyscy ze zrozumiaym zaciekawieniem i niecierpliwoci oczekiwali jakich krokw ze strony
dowdcy: rozkazw, zarzdze regulujcych tryb ycia w jednostce, a w szczeglnoci sposb
postpowania ze spadochronami. I aczkolwiek wszyscy czekali na to, z wyran ulg przyjmowali, e
nic takiego nie nastpowao. Dlatego z ulg, e by to najbardziej jasny, najbardziej przekonywajcy
dowd, i dowdca wierzy w swoich podwadnych i e jest przekonany o przypadkowoci owego
niecodziennego w swej grozie wypadku.
Jednake znaleli si i tacy, ktrzy byli odmiennego zdania. Uwaali mianowicie, e niepodejmowanie
odpowiednich krokw, zmierzajcych do maksymalnego zabezpieczenia sprztu spadochronowego,
jest lekkomylnoci.
Stary kozakuje - mwili. - Wiara w ludzi jest wiar w ludzi, ale niebezpieczestwo, realne
niebezpieczestwo, jest czym ponad to i nie wolno tego nie bra pod uwag. Ja swj spadochron
bd plombowa...
Jest rzecz zrozumia, e gosy te dotary do dowdcy.
W zwizku z tym podj on jedyn mdr i suszn w jego przekonaniu decyzj, jak mona byo
podj: On, dowdztwo jednostki oraz sztab - na skoki! Codziennie na skoki! Razem z onierzami,
razem z oficerami pododdziaw szturmowych. Skaka! Pokaza, e ma si zarwno pene zaufanie
do suby spadochronowej, do sprztu spadochronowego, jak i do wszystkich onierzy majcych do
niego dostp. Praktycznie mwic: do wszystkich spadochroniarzy.
Ju nazajutrz po podjciu tej decyzji cae dowdztwo jednostki wraz ze sztabem znalazo si na
lotnisku.
Pogoda bya jak wymarzona, leciutki wiaterek pochyla zwilgotnia od rannej rosy traw lotniska.
Bkitne niebo zdawao si zapewnia nieograniczon obserwacj.
Nieco sztywno stpajc z powodu cignicia kostek ng elastycznymi ochraniaczami, z plastykowym
kaskiem oraz spadochroniarskim noem w rku dowdca jednostki zbliy si do rzdu
przygotowanych spadochronw. Nagle zatrzyma si, zaszokowany. Z tym nie mg si pogodzi: jego
spadochron, pierwszy od brzegu, nie by jak zawsze wyjty, ale znajdowa si w torbie transportowej.
Przez otworki torby przewleczony by sznurek zakoczony oowian plomb.
Plombowali jego spadochron!

W pierwszej chwili zawaha si, nie wiedzc, co pocz. Przecie skakanie na zaplombowanym
uprzednio spadochronie niczego nie przeamywao, nie zabezpieczano i nie rozwizywao. Wrcz
przeciwnie, byo dowodem niewiary, zaprzeczeniem jego intencji.
- Kto kaza plombowa mj spadochron? - zapyta dyurnego oficera.
- Obywatelu majorze! Trudno powiedzie... To obywatel kapitan... Nam chodzio o bezpieczestwo,
Odpowiadamy przecie za ycie...
- Dzikuj, wystarczy!
Wszystko stao si dla niego jasne. Ju wiedzia, jak naley postpi.
Szybko przesun wzrokiem po onierzach stojcych za grup oficerw sztabu. Zwrci si do jednego
z nich:
- Zblicie si do mnie, szeregowiec. Zdejmujcie swj spadochron.
onierz zacz rozpina klamry uprzy.
- Co robisz? - szepn zastpca nachylajc si do dowdcy. - Zastanowie si, co robisz?
- Tak... Szybko zdejmujcie! - Wrczy swj spadochron zdumionemu onierzowi. - Bdziecie skaka
z moim, a ja - z waszym.
onierz, sdzc, e minie go kolejka skokw, zdejmowa spadochron bez entuzjazmu. Teraz
umiechn si. Zrozumia.
Dowdca z jego pomoc zarzuci sobie na ramiona tamy uprzy.
- Ubiera si, obywatele oficerowie! Szykowa si! Skaczemy w nastpnym wylocie!
Poszli dugim rzdem w kierunku startu.
Zastpca znw zbliy si do dowdcy.
- Czy zastanowie si, co robisz? - powtrzy podkadajc kciuki pod ugniatajce mu ramiona tamy
uprzy. - Znasz przecie rozkaz dowdcy dywizji, wyranie zabraniajcy skakania na cudzych
spadochronach.
- Znam. Tak dobrze pamitasz jego rozkazy? Wic przypomnij sobie, co on stawia na pierwszym
miejscu! e mamy wychowa onierzy, z ktrymi bdziemy dziaali na tyach nieprzyjaciela. A nie
onierzy, ktrzy teraz, w warunkach pokojowych, potrafi pokazywa sztuki na przyrzdach
gimnastycznych i robi dziurki w tarczy. I tylko to... to jest gwny kierunek naszego dziaania. Mamy
wychowywa ludzi, ktrzy nam wierz i ktrym my wierzymy. Czy uwaasz, e najodpowiedniejsz
metod do osignicia tego celu jest plombowanie spadochronw?
- Na pewno nie, ale... trzeba przecie dba o siebie, dba o swoje bezpieczestwo...
- Przekonany jestem, e nic mi si nie stanie. Nie ma adnego niebezpieczestwa. Rozumiesz?
Wierz! Po prostu wierz swoim onierzom. Wierz i chc ich o tym przekona. I siebie rwnie.
Zastpca nie ustpowa:
- Rozumiem, ale przecie nie moe to by kosztem najwyszej ceny... Najwyszej stawki...

- A jeeli wanie za t cen? Trzeba umie postawi wysoko - umiechn si. - Zagra wysoko
i wygra.
Szybkim krokiem ruszyli w kierunku samolotu, ktry wanie podkoowywa.

Mino kilka kolejnych dni intensywnych skokw. W jednostce nie byo ju ani jednego oficera, ktry
kazaby plombowa swj spadochron. Sprawa wypadku przy skoku porucznika Bruzdy zaczynaa
pomau cichn.
Ostatnim jej akordem byo otrzymanie wynikw ekspertyzy: W czasie otwierania si pokrowca
spadochronu, w wyniku nieprawidowej pozycji skoczka po oddzieleniu, linka pilocika dostaa si pod
blaszk zatrzaskowego zapicia pokrowca. Zostaa przez ni w strugach nadcita, a nastpnie,
z powodu zmniejszenia si jej wytrzymaoci, oberwaa si.
Fakt takiego, a nie innego przebiegu pocztku procesu otwierania si spadochronu porucznika Bruzdy
zosta z ca stanowczoci stwierdzony przez ekspertw. Wykazali oni ponadto, e pod blaszk
zapicia zatrzaskowego znaleziono strzpy wkien, ktre okazay si, po szczegowym ich zbadaniu,
wknami pochodzcymi z oberwanej linki pilocika.
Wyniki ekspertyzy, podane na rozkaz dowdcy do wiadomoci caego stanu osobowego,
spadochroniarze przyjli z ulg.
Nie ma w tej wiadomoci niczego, co mogoby nas zaskoczy - brzmiao zakoczenie wydanego w tej
sprawie rozkazu dowdcy jednostki. - Dowdztwo przekonane byo, e wanie taka bdzie opinia
fachowcw.
Tak, byem o tym przekonany i gotw byem to udowodni - pomyla major nie bez satysfakcji,
podpisujc rozkaz. - Udowodni, chociaby przyszo zapaci kad cen, nawet... Udowodniem.
Stawka nie okazaa si za wysoka.

Donie
Ta ta ta, ta ta ta... Suche serie bysny ogniem wystrzaw wzdu linii stanowisk. Jeszcze dymice
uski posypay si w piasek.
- Przerwij ogie! Kontrolny strza! Rozaduj bro! - zabrzmiaa komenda oficera kierujcego
strzelaniem.
Szczkny zamki pistoletw maszynowych.
- Powsta! Do przejrzenia bro! - A nastpnie rzucone krtko do suchawki telefonicznej: - Pokaza
wyniki! - I znowu do onierzy, ktrzy odbyli strzelanie: - W ty zwrot!
Ze schronu znajdujcego si w odlegoci trzystu metrw, ledwie widoczny na tle kulochwytu, ukaza
si starszy zmiany tarczowej oraz dwch onierzy. Z naklejkami podchodzili kolejno do wszystkich
tarcz, ktre teraz znowu si podniosy. Ogldali uwanie. onierze w napiciu obserwowali ich ruchy.
Starali si obliczy ilo przestrzelin w tarczach.

- U Wadka chyba nie ma... Ale nie, jest! Klei co - mwili do siebie szeptem. - U Janka dugo co tam
majstruj. Albo duo klej, albo nie mog znale przestrzeliny.
Trzej tarczowi wrcili i ju po chwili odezwa si brzczyk telefonu na stoliku kierujcego strzelaniem.
Trzymajc suchawk przy uchu, dokonywa on adnotacji na licie strzelajcych, po czym zacz
ogasza wyniki:
- Nowak - pi; Stanisawski - cztery; Krawczyk - pi; Lambiosz - pi; Czubaj - cztery. I dalej
nazwiska, i wyniki: pi, pi, cztery, a do ostatniego, strzelajcego na dziesitym stanowisku: Kowalewski - trzy...
- Zmiana w prawo zwrot! Za lini wyjciow, do czyszczenia broni odmaszerowa!
Kowalewski zacisn usta. Znowu trja! Ale sam przed sob musia si przyzna, e by zadowolony
z tego wyniku. Zawali przecie kilka treningw; obawia si, e bdzie jeszcze gorzej. Koledzy bd
mieli pretensje - pomyla. Znowu obniy redni druyny i plutonu, a przecie druyna i pluton bray
udzia we wspzawodnictwie. Druyna walczya o zaszczytny tytu Druyny Suby Socjalistycznej.
Szed ociale za kolegami do stow, przy ktrych czyszczono bro. Dyurny rozdawa czyciwo.
Kowalewski wzi pczek paku i zacz rozkada pistolet maszynowy.
Kto trci go w rami. - No jak, Krzysiek?
Obejrza si. Przed nim sta kolega, z ktrym y najbliej, Wojtek Barynia.
Wszyscy dziwili si, co wpyno na zaprzyjanienie si tych dwch tak rnych charakterami
chopcw. Wojtek pochodzi ze wsi, podczas gdy Krzysztof urodzi si i wychowa w Warszawie.
Wojtek zdoby matur chopskim uporem, wyton prac, Krzysiek - byskotliwie inteligentny przelizgiwa si przez egzaminy, znajc zagadnienia zaledwie po ebkach. Wysportowany i oczytany,
obraca si w towarzystwie ludzi o duej ogadzie towarzyskiej, podczas gdy rwnie dobrze rozwinite
minie Wojtka byy raczej rezultatem cikiej pracy na roli. Poznali si w dniu przyjcia do wojska.
Trafili do jednego pododdziau. Od pocztku polubili si, a wkrtce przylgnli do siebie, by moe
dlatego, e uzupeniali si wzajemnie. Pomagali sobie w czasie dyurw i prac, razem chodzili na
przepustki.
Ale nikt w kompanii nie wiedzia, nawet nie domyla si, e od pewnego czasu zasza zasadnicza
zmiana w ich wzajemnych stosunkach, e nastpi zwrot, w wyniku ktrego przestawali ze sob
jedynie na zasadzie prawa inercji, bo w nowych warunkach przyja musiaa ustpi miejsca,
w najlepszym wypadku, obojtnoci.
Krzysztof nie odpowiedzia, spuci wzrok.
- Dwja? - przestraszy si tamten. - Znowu zawalie druynie punkty!
- Nie - umiechn si blado Kowalewski. - Tak le jeszcze nie jest: trjka.
- Dobre i to, ale znowu najgorzej ze wszystkich.
- Zobaczymy, jak ty wypadniesz!
- Zobaczymy! Strzelam w nastpnej zmianie.
Barynia odszed, a Krzysztof z zapaem, jakby chcc w ten sposb zrekompensowa saby wynik
strzelania, zacz czyci luf pistoletu maszynowego.
Po obiedzie, gdy spadochroniarze wychodzili ju ze stowki, Krzysztof odcign Wojtka na bok.

- Chod no tu na chwil! Mam do ciebie spraw.


- Co takiego?
- Zmywam si dzi po poudniu. Kryj mnie.
- Znowu?
- Daj spokj, nie wydziwiaj! Musz!
- Ale dzisiaj jest trening w ogrdku spadochronowym.
- No to co? Nie dam sobie rady? A pamitasz tamten raz, gdy dowdca dywizji kaza zjeda na
podwyszonej linie? Co, moe le pojechaem?
- A jak byo z treningami strzeleckimi? Opucie par i dzi ledwie trj wycign! Ja trenowaem
i mam pitk.
- Suchaj! Tylko jeden trening w ogrdku. Zrobisz?
- Zrobi - ustpi Wojtek niechtnie. - Ale nie podpadnij gdzie!
- Bd spokojny. O mnie si nie martw, o mnie si nie martw...
Mieli jeszcze osiemnacie minut czasu do rozpoczcia zaj. Wojtek pooy si na ku i spod
przymruonych powiek patrzy, jak Krzysztof robi przygotowania do zmycia si. Obcign mundur,
naoy beret na ucho, wedug najnowszej mody, aby wida byo adnie harmonizujc z bordowym
kolorem jasn czupryn. Przejrza si w lusterku oceniajc, czy wyglda to do fantazyjnie, mrugn
na poegnanie do kolegi i wybieg z sali tak szybko, a powiay czarne, specjalnie wycignite
wsteczki beretu, sigajce do nasady szyi.
W sali onierskiej panowa gwar. Co chwila kto wchodzi, wychodzi - trzaskay drzwi.
Spadochroniarze przygotowywali si do zaj popoudniowych.
Wojtek, pragnc odizolowa si psychicznie od otoczenia, zamkn oczy. Nie pyta Krzysztofa, dokd
idzie, bo przecie nie mia do tego prawa. Moe nawet nie umiaby zada takiego pytania, nie
przeszoby mu ono przez gardo. Ale by wewntrznie przekonany, e Krzysztof poszed do niej, do
Aliny.
Alina!
Wojtek pozna j miesic temu, podczas pierwszej i jedynej przepustki spdzonej bez Krzysztofa,
ktry pojecha wwczas z grup onierzy po odbir spadochronw z wytwrni. Spodobaa mu si od
pierwszego wejrzenia. On rwnie przypad jej do gustu: sprysty, przystojny, zgrabny w swym
spadochroniarskim mundurze.
Odtd widywali si we trjk. Wojtek nie odway si powiedzie Krzysztofowi: Pjd sam; Alina
bardzo dobrze czua si w towarzystwie obu modych ludzi; Krzysztof zdawa si nie zauwaa
niezrcznoci sytuacji.
Pocztkowo nie analizujc swojego stosunku uczuciowego do Aliny, Wojtek po pewnym czasie
uwiadomi sobie dwa fakty: e kocha t dziewczyn i e j straci.
Stao si to dla niego zupenie jasne kilka dni temu, w sobot, gdy we trjk znaleli si w lokalu.
Biae tango... Poprawi si na krzele, przygotowujc si do wstania. Ju czu j w ramionach...

Alina, pochylajc gwk, umiechna si do Krzysztofa i mikkim ruchem pooya do na jego


doni. Wstali i, przytuleni do siebie, zniknli mu z oczu, wmieszani w krg taczcych.
I wtedy wanie Wojtek uwiadomi sobie, jak bardzo droga i bliska mu, a zarazem nieosigalna staa
si Alina.
Od tego wieczoru, moe nawet od tego momentu, stosunek Aliny i Krzysztofa do niego wyda mu si
okrutny. Usiowa sobie wytumaczy, e nie ma adnych podstaw do takiej interpretacji ich
postpowania. Przecie nigdy Alinie nie wyzna swoich uczu, nie powiedzia jej o swojej mioci, bo
jemu samemu byo trudno sprecyzowa lub choby okreli uczucie, jakie do niej ywi. Nigdy na jej
temat i na temat swoich uczu nie mwi take z Krzysztofem.
A wic - oni mieli woln rk.
Dlaczego jednak ona nie wybraa mnie? - z gorycz zastanawia si Wojtek. - Dlaczego, wwczas gdy
zapowiedziano to pamitne biae tango, nie pooya swej doni na mojej?...
Wojtek by przodownikiem wyszkolenia, znanym w caej jednostce, doskonaym skoczkiem;
malowniczy sznur wzorowego strzelca wojsk powietrzno-desantowych ozdabia jego mundur, na
klapie kieszonki byszczaa odznaka wzorowego onierza. Ale Krzysztof lepiej taczy, zgrabniej
precyzowa i wyraa swoje myli, by bardziej szarmancki i lepiej obyty w tym wiecie, ktry ona
uwaaa za swj wiat.
- Trzecia kompania szturmowa, zbirka do zaj! - rozleg si gos dyurnego.
Spadochroniarze zerwali si z ek i gono tupoczc, opucili sal.

Starszy sierant Klonowski, dowiadczony skoczek i instruktor, prowadzc zajcia w ogrdku


spadochronowym, wyciska z onierzy sidme poty. Podchodzili kolejno do grup, wiczcych kada
przy innym przyrzdzie.
- Nie, nie tak! Zupenie nie tak! - zawoa podchodzc do trenujcych oddzielenie si z makiety
samolotu. - Oddzielenie ma by dynamiczne! Wybi si praw nog, i gow w przd! Nie, jeszcze
nie tak! Czekajcie, poka wam! Skok z ia, chopaki, to nie zabawka! To nie to samo, co skok przez
bufet - rozemia si.
Spadochroniarze wybuchnli gonym miechem. Lubili Klonowskiego za jego jowialno oraz za
serce, ktre wkada w wyszkolenie skoczkw.
Starszy sierant, stawiajc nog na pierwszym stopniu drabinki, odwrci si jeszcze do chopcw:
- Pamitajcie, e ktry nie wybije si mocno, to go strugi rzuc na burt. Policzy nity! A mog si
zdarzy i jeszcze gorsze komplikacje.
Po zademonstrowaniu wzorowego oddzielenia si trening szed sprawniej.
- A gdzie to Kowalewski? - zapyta nagle Klonowski. - Jako nie widz go tutaj.
- On trenowa przed poudniem z pierwsz kompani - zameldowa nieswoim gosem Barynia. - Po
poudniu mia i do lekarza.
- Co, niezdrw?
- Nie, badania kontrolne - odpowiedzia przygotowan wczeniej formuk Barynia.

Byo mu ogromnie nieprzyjemnie, e musia wprowadzi w bd wanie tego tak ubianego przez
wszystkich czowieka. Ale przecie koleestwo zobowizywao...
Grupa, w ktrej znajdowa si Barynia, przesza jeszcze przez trapez i trampoliny, po czym Klonowski
uzna j za dostatecznie przygotowan.
Zmczeni, spoceni wracali do koszar.
- Krzysztof nie przeszed tego treningu. A jutro przecie skoki wanie z ia... - pomyla mciwie
Wojtek i sam przestraszy si swojej myli.

Srebrzyste iy byszczay w porannym socu. Silniki pracoway na wysokich obrotach; technicy


rozgrzewali je. Trzecia kompania szturmowa bya ju przygotowana do skoku. onierze, ciasno
cinici dopasowanymi tamami uprzy spadochronowej, podzieleni na wyloty, siedzieli w rwnych
szeregach - jak zwykle w takich sytuacjach - skupieni i milczcy. Do lku, ktry zawsze towarzyszy
oczekiwaniu na skok, doczy si teraz niepokj wynikajcy z nieznajomoci samolotu, z ktrego
mieli skaka, i to na duej szybkoci.
Nieufnie ogldali usterzenie ogonowe znajdujce si na poowie wysokoci drzwi. Przecie to musi
uderzy! Jak to omin! Czy zd pj w d, zanim to na mnie naleci?...
- Co tam byo wczoraj w mapim gaju? - zapyta szeptem Krzysztof Baryni.
- Przygotowanie do skoku z ia. Stracie duo.
- Rany boskie! - przestraszy si Krzysztof. - Przecie ja nie mam o tym pojcia! Powiedz co, bd
koleg!
- Koleg... - ironicznie powtrzy Wojtek, ale prawie natychmiast, jakby chcc zatuszowa t ironi,
zacz objania. Myla przy tym sceptycznie o nikej wartoci samych tylko wskazwek przy braku
przygotowania praktycznego.
Samoloty przykooway. Spadochroniarze z pierwszych wylotw wstali i dugimi szeregami poszli
w ich kierunku.
- W nastpnym wylocie my - szepn Krzysztof. Wojtek nie odpowiedzia. Chocia by przekonany, e
przygotowany jest dobrze, tak jak wszyscy pozostali denerwowa si.
Iy wystartoway. Nabieray wysokoci. Przyjty ugrupowanie potok i po zrobieniu krgu wyszy na
kurs bojowy.
Od pierwszego z nich zaczy odrywa si czarne punkciki i prawie natychmiast rozkwitay plamiaste
czasze. Wida byo, e otwieraj si jeszcze na duej szybkoci poziomej. W pierwszych sekundach
znajdoway si w pooeniu poziomym, tak jakby skoczek lecia jeszcze za samolotem, z ktrego
wyskoczy, podczas gdy czasza gwatownie go wyhamowywaa.
Sycha byo gone klanicia w momencie otwierania si czasz. Siedzcy na ziemi skoczkowie,
obserwujcy to, co dziao si w powietrzu, odczuwali ucisk uprzy wasnych spadochronw tak,
jakby ju przeywali uderzenie dynamiczne.
Iy wychodziy na drugie najcie, gdy spadochroniarze z pierwszego, wygaszajc wahnicia, spywali
na zielon muraw lotniska za betonowym pasem startowym.

Powietrze byo rzekie, gste; powodowao to zmniejszenie szybkoci opadania, ale te i silniejsze
uderzenie dynamiczne.
Spadochroniarze z nastpnych wylotw ciko wstawali z ziemi; trzeba byo i na start.
Wojtek poprawi lin desantow onierzowi idcemu przed nim.
- Zobacz, jak tam moja? - zwrci si do Krzysztofa.
- W porzdku.
Pd powietrza odrzucanego do tyu przez pracujce silniki stara si jakby zepchn ich z metalowej
drabinki, po ktrej z trudem wspinali si i niknli kolejno w ciemnej czeluci ia. Drabink odcignito,
instruktor zamkn drzwi. Teraz wiato wpadao tylko przez prostoktne iluminatory, rozmieszczone
wzdu burty. Ostro szczkny karabinki zatrzaskiwane na linach pokadowych. Gony warkot
silnikw zaguszy wszystko. I wykoowa i rozpdza si na pasie; za chwil by ju w powietrzu. Krg
wykonany z lekkim przechyem na skrzydo; samolot wyszed na kurs bojowy.
- Powsta! - pada komenda instruktora. - Przygotowa si!
Przez otwarte drzwi wdaro si chodne powietrze. Wojtek sta tu za porucznikiem, dowdc
plutonu, ktry mia skaka pierwszy. Gdy tamten podcign niej pod kolana szelk okalajc,
Wojtek zrobi to samo. Za nim sta Krzysztof. Barynia czu na swoim karku jego gorcy, przyspieszony
oddech. Jeszcze raz sprawdzi, czy lina desantowa zapita jest prawidowo.
eby tylko nie przesza pod rk albo pod szyj - pomyla trwonie.
te wiato: Przygotowa si! byskawicznie zamienione zostaje zielonym. Pada komenda
instruktora: Skok! i rwnoczenie odbicie si od progu dowdcy plutonu.

Wojtek mechanicznie wykonuje wszystkie czynnoci wypracowane na treningu. Wykonuje tak, jakby
to za niego robi kto inny: sprawny, zrczny, gibki. O niczym nie myli. Nie moe myle.
Strugi powietrza przyjmuj go brutalnie, lecz elastycznie; zatykaj oddech, olepiaj i, prawie
natychmiast, potne uderzenie dynamiczne. Czasza otwarta!... Powierzchnia ziemi dziwnie ukona.
Aha! To ja znajduj si w ukonym pooeniu. Zaraz przejd w pionowe. - Teraz ju myli, i to
gorczkowo. I tak, jak go uczono, bystrym spojrzeniem sprawdza czasz. Otwarta prawidowo! Nagle
z przeraeniem spostrzega, e dzieje si z ni co niedobrego; na poowie odlegoci midzy
kominkiem a obrzeem zostaje gwatownie czym przygnieciona. Jakim ciarem, ktry nastpnie
spywa w kierunku obrzea i gdy przelatuje przez jego linki, Wojtek zdaje sobie spraw, e jest to
skoczek opltany wasn czasz. Zaczepia on linkami swego spadochronu o spadochron zapasowy
Wojtka. Powoduje to gwatowne szarpnicie i Wojtek widzi, jak linki powoli zelizguj si z pokrowca
jego spadochronu zapasowego, podczas gdy jego czasza rozprostowaa si i pracuje prawidowo.
To Krzysztof! On skaka zaraz za mn. Musia za szybko wyskoczy! - Z byskawiczn szybkoci
Wojtek ocenia sytuacj i decyduje si. Chwyta za linki zelizgujce si ju z pokrowca i przytrzymuje je
z si niemal nadludzk.
Spojrzenie w d, Krzysztof, opltany czasz i linkami wasnego spadochronu, wisi o kilka metrw pod
nim. Otworzy spadochronu zapasowego nie moe...

Wojtek zdaje sobie spraw z tego, e ycie Krzysztofa wisi na wosku, a raczej na linkach, ktre on
zaciska teraz w swoich rkach.
Wahnicia powoduj, e pod ciarem Krzysztofa linki wylizguj mu si z rk zdzierajc z nich skr.
Grymas straszliwego blu wykrzywia mu twarz.
- Nie wytrzymam... Puszcz... - szepcze, a jaki wewntrzny gos podpowiada mu: Pu, pu...
Alina... Jeszcze mocniej zaciska obolae donie. Krew sczy si na linki.
Ziemia zblia si gwatownie, nabiega na nich. - Jeszcze sekunda... Jeszcze dwie... - zdaje sobie
spraw, e jest bliski kresu wytrzymaoci.
Mocne uderzenie o ziemi przyjmuje jak wyzwolenie, jak ulg.

- Nic mu nie bdzie - powiedzia lekarz po zbadaniu lecego Krzysztofa. - Fizycznie bez uszkodze,
lekki szok nerwowy. A waszymi rkami - skin na Wojtka - trzeba si zaj.
Podczas gdy opatrywa donie Baryni, jeden z instruktorw objania skoczkom, co zaszo
w powietrzu.
- Niewaciwie oddzieli si, w dodatku za szybko, natychmiast po poprzedniku, i poszed po burcie.
Dlatego dosta obroty w momencie otwierania si spadochronu. Spadochron znajdowa si
w kierunku lotu samolotu, przed nim, co spowodowao, e skoczek wpad w swoj czasz, ktra go
oplota. Niezwykle rzadki wypadek, nawet jeeli wzi pod uwag nieprawidowe odejcie. A Barynia
to zuch! Prawdziwy spadochroniarz! Zorientowa si byskawicznie, o co chodzi, i nie straci gowy.
Tylko jemu zawdzicza Kowalewski ycie. Poza Baryni nie byo siy, ktra mogaby go uratowa...

Rozkazem dowdcy jednostki szeregowiec Wojciech Barynia za okazan przytomno umysu oraz
twardo charakteru otrzyma jako nagrod dziesiciodniowy urlop. Mia go wykorzysta po
wyleczeniu rk.
Tego wieczoru Wojtek zdecydowa si wyj z koszar. Czu potrzeb stopienia si z gwarnym tumem,
chcia chocia popatrze na ludzi, nie mg ani chwili duej siedzie sam i drczy si mylami. Szed
ludnymi Plantami, obserwujc przechodniw, gdy nagle zza wikszej grupy wyonia si efektowna
para.
Alina i Krzysztof. On w czerwonym berecie, jak zawsze zawadiacko zaoonym na ucho, ona
w bkitnej sukience, rozemiana, szczliwa.
Minli Wojtka, nawet go nie dostrzegajc, pogreni, zatopieni w sobie. Donie ich byy splecione.
Wojtek zatrzyma si i sta chwil, jakby ten widok przyku go do miejsca. Bezradnym spojrzeniem
powid za oddalajcymi si, po czym opuci gow. Przed oczyma mia biae plamy swoich wasnych
obandaowanych doni.

Tchrz

Sierant z zawadiacko umocowan na mundurze odznak skoczka spadochronowego pooy na


moim biurku teczk z poczt, potem sprycie zrobi w ty zwrot i po chwili drzwi si za nim
zamkny. Szybko przegldaem lece przede mn papiery. Nie byo tam nic specjalnie ciekawego:
Przesyamy wam wzr zasobnika do wypowiedzenia si... Opracowany przez was program zaj
zosta zatwierdzony przez Dowdc Okrgu... Zabezpieczenie zimowego obozu przeprowadzi do
koca grudnia... Otrzymujecie kredyty na zapotrzebowan przez was ilo nart... Limit godzin
lotnych zostaje zmniejszony w zwizku ze szkoleniem zag samolotw transportowych w lotach
nocnych...
Na biurku zadzwoni telefon. Podniosem suchawk i wymieniem nazwisko z nieodcznym:
- Sucham.
Odezwa si gos znany mi, jednak nie mogem sobie od razu uzmysowi, do kogo on naley.
- Cze, stary, nie poznajesz mnie?
Gupio mi byo powiedzie, e nie poznaj, wic bknem co, co zwykle w takich razach si mwi:
- Ale naturalnie, poznaem od razu. Skd dzwonisz?
- Jestem w Krakowie i jeeli pozwolisz, chciabym wykorzysta t okazj, aeby si z tob zobaczy.
Nie widzielimy si przecie dwanacie lat. Pamitasz, ostatni raz wtedy...
- Pamitam! - Teraz sobie rzeczywicie przypomniaem.
By to mj kolega jeszcze z partyzantki, z ktrym pniej wielokrotnie spotykaem si, gdy razem
suylimy w wojsku. Mia opini nieustraszonego. Nie byo akcji, ktrej by si nie podj; nie byo
zadania, ktrego by nie wykona. Syn z brawury, za co niejednokrotnie nawet go upominano.
Umiecha si wwczas tylko lub wzrusza ramionami.
Nie potrafi inaczej - mwi i rzeczywicie odnosio si wraenie, e nie potrafiby.
Byy to trudne czasy. Pracowalimy obaj na stanowiskach liniowych i to, co mnie przychodzio
niejednokrotnie z trudem, co musiaem przeamywa wyton prac i wielkim wysikiem, on
pokonywa lekko, nieomal z umiechem na ustach. Ot, na przykad, taka prosta rzecz, jak
zrealizowanie programu rzutw granatem. onierze przychodzili do wojska z jakim dziwnym
strachem przed granatami, z lkiem przed potn, niszczycielsk si, zaklt w tym niewielkim
przedmiocie. Kryy rne prawdziwe i nieprawdziwe opowiadania wzgldnie wspomnienia ludzi,
ktrzy kiedy suyli w wojsku, o wypadkach z granatami: Rozerwao oficera i trzech szeregowcw...
Nieumiejtnie rzucony granat urwa onierzowi rk... Granat rzucony z oplecionego wiklin rowu
zaczepi si o wiklin i upad; szeregowca rozerwao na strzpy, kapral zosta kalek na cae ycie.
Takie i podobne wersje kryy wrd modych onierzy. Dochodzio do tego, e mimo teoretycznego
przeszkolenia, mimo wielokrotnych objanie, jak z granatami naley si obchodzi, i wyjanie, e
granaty s niebezpieczne, ale tylko dla nieprzyjaciela i le wyszkolonego onierza, ludzie - gdy
przychodzili na rzutni - dreli. Granat w rku ciskali tak mocno, e a im palce bielay. Jak si kto
dosadnie wyrazi: A sok z granatu ciek. Przeama te opory byo trudno, a w takich warunkach
rzeczywicie wszystko mogo si zdarzy. Widmo wypadku ciyo nade mn jak chmura gradowa;
z trudem, na si, przepychaem dzie za dniem pododdziay przez rzutni granatw.
Gdy na jednej z odpraw spotkaem si z koleg i w czasie przerwy rozmawialimy o rnych
napotykanych trudnociach, ja jako zasadnicz - wycignem spraw granatw. Kolega mj
rozemia si:

- Dla mnie to nie jest problem, daj sobie z tym rad w sposb zupenie prosty.
- W jaki sposb? - zapytaem. - Czyby u ciebie w puku nie bali si?
- Ale skde! Naturalnie, e si bali, ale, widzisz, ja robiem w ten sposb: ca kompani adowaem
w rowy na rzutni, sam stawaem nad rowem, braem granat zaczepny RG-42 i mwiem: Wiem, e
wy si tego boicie, popatrzcie wic, co ja z tym zrobi! Odbezpieczaem i rzucaem przed siebie na
jakie trzydzieci, trzydzieci pi metrw. Staem zwrcony twarz do miejsca, w ktrym granat
upad. Nastpowa wybuch. Potem mwiem: A teraz na ochotnika, kto wyjdzie z rowu na
zewntrz? Jeszcze nie miaem wypadku, eby chocia jeden zosta. Jedni wychodzili, bo sobie nie
zdawali sprawy z niebezpieczestwa, drudzy - bo byli odwani, trzeci - bo wstydzili si zosta, jeszcze
inni - bo bali si drwin kolektywu. I wtedy rzucaem, jeden za drugim, dwa, trzy granaty. Potem
mwiem: Teraz sami widzicie, jaka to zabawka. A F-1, obronny, tak samo, nie ma adnego
niebezpieczestwa, tylko tamten trzeba rzuca z rowu. Nastpnie szlimy rzuca granaty ju wedug
programu. Trudnoci, jak widzisz, nie miaem.
Zdumiaem si.
- Jake ty mg ryzykowa swoim yciem i yciem onierzy? Przecie to niedozwolone, niezgodne
z instrukcj!
Rozemia si.
- Zgoda! Nazwijmy to agodnie maym odchyleniem od instrukcji. Ale efekt: moi onierze granatw
si nie boj. Cel zosta osignity.
Milczaem. Dugo jako nie mogem pogodzi si z tym, co usyszaem. Rzeczywicie cel zosta
osignity. Ale jakim kosztem? Wypadku adnego nie byo, czyli kosztem tylko ryzyka. Tylko ryzyka...
Czy jednak wolno byo tak ryzykowa? A poza tym, jak trzeba mie odwag, aby sta samemu
twarz do wybuchu! Twarz do wybuchu granatu, ktrego odamki, cho nieliczne, ale przecie
odamki, mogy... no, chociaby wybi oko, jeeli nie zabi. Przecie teraz s czasy pokojowe... Wtedy,
w partyzantce, a potem na froncie, to byo co zupenie innego! Nie chciao mi si to wszystko
pomieci w gowie, w ktrej uparcie widroway sowa wypowiedziane przez koleg: Cel zosta
osignity: moi onierze granatw si nie boj.
Postpowa tak zawsze. Wszystko przeamywa jak szalon brawur, nie liczc si z niczym
odwag. Jedni mwili o nim, e to czowiek, ktry nie zna strachu, inni - e nie jest zupenie normalny.
Oglnie uwaano, e jest pozbawiony instynktu samozachowawczego.
Ja sdziem o nim, e jest po prostu odwany. Lubiem go, imponowa mi. Czasami sam siebie apaem
na myli, e mu nieco zazdroszcz. I faktycznie zazdrociem mu tej jakiej pewnoci siebie, tej
umiejtnoci lekcewaenia tego, co inni uwaali za niebezpieczestwo, twardej postawy wobec
niebezpieczestwa. Tak. Zazdrociem mu tego.
I oto dzi, po latach, znw usyszaem jego gos.
Zapytaem:
- Dugo bdziesz w Krakowie?
- Jutro wyjedam. Chciabym si przedtem z tob zobaczy, ale na pewno jeste diabelnie zajty, jak
zwykle? - Rozemia si.

- Owszem, jestem zajty - odpowiedziaem zgodnie z prawd - ale dla ciebie zawsze znajd czas.
Jeeli masz swobodn chwil dzi wieczorem, prosibym ci, eby do mnie wpad. - Podaem adres.
- Zgoda! - odpowiedzia. - Bd.
Wieczorem, ju po kolacji, podczas gdy ja przygotowywaem w ekspresie kaw, on
z zainteresowaniem przyglda si mojej kolekcji noy szturmowych. Spostrzegem, e uwag jego
przycign nie jaki rzadko spotykany egzemplarz, lecz zwyky bagnet, jaki mia kady hitlerowski
onierz; tysice takich bagnetw poniewierao si po wojnie w Polsce. Wzi go do rki, oglda
dugo, w skupieniu.
- Miaem kiedy taki... - szepn.
- Pamitam. W partyzantce.
- A pamitasz, jak zdejmowalimy ubezpieczenia przed sztabem karnej ekspedycji?
- Naturalnie.
Obrci bagnet w rku, popatrzy na jego ostrze pod wiato.
- Nic wtedy nie spostrzege? - spyta.
- Noc bya ciemna... Wszystko poszo szybko i sprawnie. Cicho... Pamitam olbrzymie napicie
nerwowe, ktre jakby wyzwalao niezwyk si fizyczn i wielk sprawno. Po zlikwidowaniu
wartownikw prawie rwnoczenie dopadlimy do drzwi. Odcigae wanie zamek automatu... Nic
wicej nie zauwayem ... albo nie pamitam. W kadym bd razie nic takiego, co utkwioby mi
w pamici. Zreszt nie wiem, o co ci chodzi.
- Nie zorientowae si wic. A ja si obawiaem...
- Czego si obawiae?
Nie odpowiedzia wprost. Pooy bagnet na stole i energicznym ruchem, jakby chcia co od siebie
odrzuci, odsun go.
- Trudno mi o tym mwi - powiedzia cicho. - Nawet z tob. - Z naciskiem powtrzy: - Nawet
z tob...
- Nie wiem, o czym mwisz. Ale nie dziwi si, e dzi trudniej ci jest ze mn rozmawia ni wtedy,
gdy spalimy na goej ziemi grzejc si wzajemnie ciepem naszych cia, gdy zim okrywalimy si
jednym kouszkiem. Gdy te same wszy nas gryzy. Okazuje si, e wesz zblia...
- Nie ironizuj, Gustaw! To wszystko ma dla mnie ogromne znaczenie.
- Znaczenie? I do tego ogromne? To byo przecie dwadziecia lat temu. Ja zaliczam to niemal do
historii, do ju odlegych wspomnie... W dodatku mocno zatartych.
- A dla mnie ma znaczenie. Wiksze ni sdzisz. Wiksze nawet od tych dwudziestu lat, ktre nas
dziel od partyzantki. Nie dziw si, ale tamte wydarzenia odegray w moim yciu olbrzymi rol.
Nigdy ju pniej nie przeywaem tak silnych emocji, nigdy nie yem tak intensywnie! aden inny
okres mego ycia nie da mi tyle materiau do rozmyla, do analizowania wasnych odczu...
- Przyznam si, e nie zastanawiaem si nad tym. Ale to, co mwisz, jest ciekawe. Tak... Ty zawsze
szukae mocnych wrae, no i na brak ich nie moge narzeka, nawet w latach powojennych... Masz

racj, e teraz trudno o podobnie emocjonalne nasycenie czasu. Co w pewnym sensie zblionego
mona obecnie znale chyba tylko w spadochroniarstwie.
- Doszede do tego wniosku?
- Po prostu gono myl.
Przez chwil panowao milczenie. Napeniem likierem kieliszki, nalaem gotow ju kaw.
Ciekawa rzecz - mylaem. - Nigdy dotychczas nie dostrzegem analogii midzy partyzantk
a spadochroniarstwem. Przeycia psychiczne... intensywno wrae...
- Suchaj, Gustaw - przerwa milczenie mj go. - Masz racj przypominajc mi, e ju mino
dwadziecia lat, od czasu gdy bylimy tak sobie bliscy. I moe wanie w imi tych wsplnych przey,
wsplnych niebezpieczestw, zgodzisz si porozmawia ze mn tak, jakby tych dwudziestu lat... jakby
ich nie byo?
- Sdz, e my teraz tak wanie rozmawiamy.
- A wic nie ma tych lat? - nastawa.
- Nie ma - zgodziem si.
Odetchn z wyran ulg. Milcza, jakby zbierajc myli. Przysunem mu cukiernic.
- Osd kaw i mw, co ci ley na sercu.
Skin potakujco gow, ale milcza jeszcze przez dug chwil.
- Tak... - powiedzia wreszcie. - Na pewno nie mgby sobie nawet wyobrazi, z czym do ciebie
przyszedem.
- Jak to z czym? - Zdziwiem si. - Masz jak spraw do mnie?
- No nie, nie nazywajmy tego spraw. Po prostu ju od lat, od kilku lat, pragnem z tob
porozmawia i jako nie mogem si na to zdoby. Gdy byem ju zdecydowany na przyjazd,
dowiedziaem si, e jeste za granic.
Wyjechaem na studia - wtrciem.
- Wiem o tym. I dlatego dopiero teraz, bdc subowo w Krakowie, mogem zrealizowa swj zamiar
zobaczenia si z tob i porozmawiania.
- Wspomniae, e jest co, co ci gnbi od kilku lat?
- Tak - powiedzia. - Tylko e to co gnbi mnie duo dawniej. A od kilku lat czuj nieprzepart ch
wyspowiadania si przed tob.
- Wyspowiadania si? - Nie zrozumiaem.
- Widzisz, musz ci co wyzna - powiedzia. - Wanie tobie, z ktrym tyle mnie czy. - Zamilk na
moment, jakby szuka odpowiednich sw, ale zaraz rzuci mi pytanie:
- Czy pamitasz nasz wspln akcj na posterunek andarmerii w Wchocku?
- Pamitam - odpowiedziaem i pomylaem, e trudno by mi byo o tym zapomnie. Posterunek
broni si. Pod morderczym ogniem nie mona byo podej. Wtedy on jakim zwariowanym
sprintem, susami dopad do okna i znalaz si pod cian, w martwym polu. Jeden po drugim rzuci

dwa granaty. Nim zdylimy si zorientowa, co zaszo, by ju na parapecie okna. Za nim runli inni
chopcy. Rozgorzaa straszliwa, zacita walka o kady pokj, o kady zaom muru, ale posterunek
zosta opanowany. Wszyscy partyzanci, od dowdcy grupy do modziutkiego Jzka, ktry par dni
temu przyszed do oddziau, zdawali sobie spraw, e gdyby nie on, posterunek nie byby zdobyty,
a w najlepszym wypadku okupilibymy t akcj powanymi stratami.
- Byem pewien, e tego nie zapomnia - podj mj kolega. - To mi uatwia wyznanie. Chocia wiem,
e i tak mnie nie zrozumiesz, moe nawet nie uwierzysz, mam nadziej, e nie wymiejesz... tym
niemniej musz ci to wreszcie powiedzie: nie jestem tym, za kogo mnie wszyscy uwaaj.
- Jak to nie jeste tym?
- Moe le si wyraziem, raczej naleaoby powiedzie: nie jestem takim, za jakiego mnie wszyscy
uwaaj.
- Takim? To znaczy jakim nie jeste? - Nie rozumiaem caej tej gadaniny. Sdziem przez moment, e
to jaki kawa, ale cignite brwi i skupiona twarz mojego rozmwcy wskazyway na to, e co
gboko przeywa. Postanowiem wic uwanie sucha i stara si go zrozumie.
- Widzisz - zacz - przeywam obecnie wielk tragedi. Cignie si to za mn ju od lat, prawd
mwic, od dziecistwa.
Milczaem.
- Kiedy, gdy byem dzieckiem, wyjechaem z rodzicami na wie. Suka - podwrzowy kundel uwizana przy budzie, karmia szczenita. May synek naszych gospodarzy podszed do niej.
Najprawdopodobniej nie chcia zrobi krzywdy szczenitom, chcia je tylko obejrze, moe pogaska,
ale instynkt macierzyski tej suki by niezwykle silny. Rzucia si na chopaka i... do dzisiejszego dnia
stoi mi przed oczyma ta scena: dziecko odskakuje z krzykiem... z zakrwawion rk biegnie do
domu... z rozszarpanej doni leje si krew. To wydarzenie sprawio, e przez wiele lat panicznie baem
si psw. Moe to miesznie brzmi, ale gdy szedem z matk ulic - byem ju siedmioletnim
chopakiem i chodziem do szkoy - a kto obok prowadzi psa, to jako zawijaem si koo ng matki,
chciaem pdzi do bramy, ze spazmatycznym krzykiem wyrywaem si. Baem si, rozumiesz? Baem
si.
Jako nie bardzo mogem go sobie wyobrazi bojcego si. Nie pasowao mi to do tego wszystkiego,
co o nim wiedziaem, do tego, jakim go pamitaem.
- No wic, zamy - powiedziaem - e by to uraz w dziecistwie, uraz, ktry przecie z wiekiem
przeszed. Obecnie psw si nie boisz. Pamitam i to, e miae psa.
Umiechn si gorzko.
- Mwisz: Uraz w dziecistwie, ktry przeszed. Nie, mj drogi, ten uraz mi nie przeszed. Miaem
psa. Owszem, psw si nie boj, ale na cae ycie zostao mi uczucie strachu, ktre wtedy poznaem.
Rozumiesz?
Nie rozumiaem, wic przeczco pokrciem gow.
- Nie rozumiesz, jednak musisz mi uwierzy, e ja baem si i obecnie te si boj.
- Co te ty opowiadasz! - nie wytrzymaem. - Przecie zazdroszczono ci odwagi, ja sam ci
zazdrociem. Powiem otwarcie, e do dzisiejszego dnia zazdroszcz.
Umiechn si smutno.

- Nie masz mi czego zazdroci. Ot wanie to, to wszystko chciaem ci opowiedzie. I pozwl, nie
przerywaj, to mi przyniesie ulg.
Kiwnem gow na znak zgody. Mj rozmwca wyj papierosa, zapali, zacign si gboko.
- Wic widzisz, wtedy gdy poszedem do partyzantki... Powiem ci prawd: nie poszedem
z patriotyzmu, chciaem zobaczy sam siebie. Strasznie si baem, rozumiesz, baem si mierci,
kalectwa. Kada yka trzsa si we mnie ze strachu. Przed oczami cigle stawa mi ten sam obraz:
padam ranny, krew si leje. Zawsze to mi przypominao krew lejc si z rki chopca na wsi. Byo to
widzenie plastyczne, przekonujce. Baem si.
- Ale co ty opowiadasz! - zawoaem. - Przecie jak mona byo, bojc si, dokonywa takich czynw?
- No wanie... Bo, widzisz, baem si podwjnie: baem si, e zostan ranny, e mnie zabij, e mnie
nie bdzie, a do tego dochodzi strach, ktry by chyba jeszcze silniejszy ni ten pierwszy, e wszyscy
zobacz, e ja si boj, e nazw mnie tym najstraszniejszym sowem... I dlatego ca si woli
staraem si jako nie ujawni swojego strachu. I bojc si, e, by moe, kto zdoa rozszyfrowa
moj tajemnic, staraem si pokaza bardziej odwanym ni inni, eby nikomu nie mogo nawet
zawita w gowie podejrzenie, e ja si boj. Nie wiem, czy mnie rozumiesz... ale to przecie
normalne denie ludzi, aby ukrywa swoj sabo, maskowa si. Niejednokrotnie krtkowidze nie
nosz okularw, bo wstydz si swojej wady tak, jakby bya ich win. Tak jak garbus wstydzi si
swojego garbu, tak ja wstydziem si swojego strachu. Pytaem ci dzi, czy nic nie zauwaye wtedy,
gdy zdjlimy wartownikw. Ja... ja wtedy nie miaem swojego bagnetu... Zostawiem... Nie miaem
odwagi ani siy go zabra. Pniej, w budynku sztabu, wziem inny, taki sam, jak ten mj poprzedni,
i woyem go do pochwy, ktr miaem przy pasie. A gdy dobieglimy do drzwi, ja byem ledwo
ywy... Rce mi si trzsy, mao co widziaem... Nie byem zdolny do adnego dziaania... Ty
otworzye ogie w korytarzu... Ja bezwolnie przyczyem si do ciebie...
- Ale to niemoliwe, to jest wprost nie do wiary! - wykrzyknem. - No dobrze, ale przecie i po
wojnie... Pamitasz histori z granatami?
- Pewnie, e pamitam...
- Przecie stae tam wtedy nad rowem niejednokrotnie, kad kompani tak przepuszczae.
- Tak jest, staem. Staem, ale onierze nie widzieli mojej twarzy. Staem odwrcony twarz do
rzuconego granatu, tyem do nich, i wtedy, kiedy oni uwaali, e ja stoj twardo, miao, jak mur, jak
opoka... we mnie wszystko zamierao ze strachu. Nie wyobraasz sobie, jakiego wysiku musiaem
dokona, eby nie dray mi nogi, eby nie wskoczy do rowu, eby nie zatka uszu od tego huku, nie
zasoni oczu i nie zacz krzycze: Nie! Nie! Ja ju wicej nie mog, nie chc! Ja jestem tchrzem!!!
Tchrzem!!!... Nie mog!!!... Ale nigdy tego nie zrobiem. Pniej, gdy wojsko nasze upancerniao si,
dowodziem pukiem czogw. Zdobyem kwalifikacje mechanika-kierowcy wozw bojowych trzeciej
klasy, a nastpnie drugiej, jedziem po torze przeszkd, wszyscy mwili: Jedzi brawurowo.
Przejedaem przez wa, to jest przez przeszkod, ktra przewidziana jest do pokonania przy
egzaminie na pierwsz klas. Przeszkoda, na ktrej, jak oglnie mwiono, mechanicy-kierowcy ami
sobie krgosupy. Ja przez ni przejedaem z guchym chrzstem stali. Czog przewala si jak
lawina. Mwili: Ale on brawurowo jedzi! A ja, zamknity w stalowym pudle, trzsem si ze
strachu, e zami sobie krgosup. Wychodziem, pot rosi mi czoo, byem blady z przeytej emocji,
a oni mwili: No prosz, zobacz, nawet si nie zaczerwieni. Wszystko byo nieporozumieniem...
cae moje ycie byo nieporozumieniem, jednym faszem i obud... Oficerowie i onierze kochali
mnie, imponowaem im, wiedziaem o tym i mimo to, e ja byem rwnie do nich przywizany,

oszukiwaem ich co dzie i co godzin. Oni uwaali, e ja trzymam ich elazn rk, e dowodz nimi
twardo, e jestem nieustpliwy, e jestem tym, ktry si nigdy nie ugi i nie ugnie; tym, ktry - gdy
zajdzie tego potrzeba - poprowadzi ich w najwiksze pieko i z tego pieka potrafi ich wyprowadzi.
Wierzyli mi i ufali mi, a ja... Ja ich podle oszukiwaem... Gdy odchodziem na inne stanowisko, do
sztabu wyszego szczebla, kadra egnaa mnie z alem. Sdzili, e trac takiego dowdc, jakiego ju
nigdy nie bd mieli, a ja z gorycz mylaem: Rzeczywicie takiego ju chyba nigdy nie bdziecie
mieli. Tylko e ja kadem w te sowa sens kracowo inny ni ten, ktry kadli w nie oni. Pniej
nastpiy lata w sztabie, troch pracowaem naukowo, ale cigle amaa mnie wiadomo, e nie
jestem penowartociowy, e jestem gorszy, sabszy od innych. Zapisaem si na kurs
spadochronowy. Miaem ju te swoje trzydzieci par latek, nie najlepszy wiek do tego rodzaju
sportu, ktry, jak sam to chyba wiesz najlepiej, nie jest sportem dla... no, powiedzmy sobie, dla
starszych panw i ciarnych kobiet. Ale pragnem znowu przeamywa sam siebie, pokaza sobie
samemu, e potrafi zamaskowa strach, e cho znowu bd si ba, nikt o tym nie bdzie wiedzia.
Przeszedem kurs przeszkolenia teoretycznego, nastpnie praktyczne przygotowanie naziemne,
zdaem egzamin. Nastpi moment pierwszego skoku. Trudno mi opisa, z jakim uczuciem zapinaem
na sobie klamry uprzy spadochronu, wiedzc, e nie jest to tylko trening, nie jest to
dopasowywanie uprzy, e teraz rozepn te klamry po skoku. Jak we nie szedem w szeregu
skoczkw do samolotu. Silniki pracoway. Pd miga stara si jakby odepchn mnie od drabinki, po
ktrej wchodzio si przez luk. Metalowe siedzenia transportowego samolotu, wewntrzne cianki
koloru khaki, stalowa lina pokadowa, za ktr instruktor zaczepi karabinek liny desantowej mojego
spadochronu. Znasz to wszystko. Samolot pokoowa, nabra szybkoci i po chwili bylimy
w powietrzu. Krg. Mnie tymczasem uparcie tuka si w gowie myl: Po co si tu pcha? Po co ci to
wszystko byo? Po co? Odruchowo spojrzaem przez okienko: w dole ziemia uciekaa spod ng,
a wraz z ni mae drzewa, mae domy, wziutkie tamy betonowych pasw lotniska ... Nie, nie!
Przecie czowiek nie jest stworzeniem, ktre mogoby szybowa w powietrzu. Odczuwa si
normalny lk przed przestrzeni - tumaczyem sobie - ja nie odczuwam wikszego ni inni, ale po co
mi to? Po co mam skaka? Po co? Samolot wychodzi na kurs, otwarto luk. Pd powietrza wdar si
do kabiny samolotu.
Przygotowa si! - zabrzmiay sowa komendy instruktora. Podnielimy si z miejsc. Dokoa
skupione twarze kolegw, niektre wykrzywione przeraeniem. Czy i ja tak wygldam? pomylaem i staraem si przywoa na twarz umiech, ale chyba by to raczej grymas. Jako
najciszy, miaem skaka pierwszy. Stanem przy drzwiach, instruktor uoy mi rce na tamach
nonych spadochronu zapasowego. Liczy sto dwadziecia jeden, sto dwadziecia dwa, sto
dwadziecia trzy - krzycza mi w ucho, starajc si przekrzycze szum silnikw i pd powietrza
wpadajcego przez otwarte drzwi. Skinem gow, e rozumiem.
Skok! - pada komenda. Nieprzytomny ze strachu, gow w d runem z samolotu.
O adnym liczeniu - rzecz jasna - nie byo mowy. Leciaem jak tumok, jak worek, kbek
roztrzsionych nerww. Z gonym klaniciem otworzy si nade mn spadochron. Zgodnie z tym,
czego mnie nauczono, spojrzaem w gr, czy czasza otwarta jest prawidowo, czy nie robi si
kalafior. Nie. Nic takiego nie byo; pynnie opadaem w kierunku lotniska. Teraz ju jedno
niebezpieczestwo miaem poza sob. Spadochron otworzy si, ale przede mn byo jeszcze
ldowanie. Tak, jak mnie uczono, zoyem nogi razem, leciutko je podkulajc i napinajc minie.
Stopy razem - powtarzaem w myli sowa instruktora. - Ziemia ma lecie pod nogi, a nie ucieka
spod ng, to jest...
- Moesz mi nie mwi tych szczegw - przerwaem mu.

- To jasne, wybacz. - Umiechn si. - Nastpio brutalne zetknicie z ziemi. Zerwaem si, staraem
si zgasi czasz, co mi si po chwili udao. Wic i to byo ju poza mn, ale uczucie przezwycienia
si nie przyszo, ulgi mi ten skok nie przynis. Wiedziaem, w gbi duszy byem pewien, e gdyby
tam, w samolocie, nikogo nie byo, gdybym mg wrci nie naraajc si na wstyd, gdyby nikt nie
mia si o tym dowiedzie, na pewno nie wyskoczybym i wrcibym na ziemi. A wic nie osignem
nad sob zwycistwa. Uciekem tylko od tego, czego baem si najbardziej: od pogardy. A ludzie
odwani nie uciekaj...
Zaczem kontynuowa skoki. Uwaano mnie za odwanego. Raz, pamitam, gdy przy silnym wietrze
podczas ldowania upadem i bolenie zraniem sobie rk, zgosiem si, aby skaka tego dnia
powtrnie. Byo to sprzeczne z przepisami i instruktor odmwi mi, a obecny przy skokach lekarz
spojrza na mnie z politowaniem: Czego si te panu zachciewa? - powiedzia. I znowu mwili:
Potuk si, a chcia skaka drugi raz. Nie, takiego drugiego szaleca si nie znajdzie. Nikt nie
wiedzia, e ja w samolocie przed skokiem omal nie wyem ze strachu. Czuem jak nieprzepart
ch oparcia si rkami o brzegi luku i krzyknicia: Nie! nie! Ja nie wyskocz, ja nie chc, ju mi
wszystko jedno, miejcie si, rbcie, co chcecie, nie wyskocz!!! Ale nie miaem siy, aby tak zrobi.
Nie miaem...
Balem si tak postpi. Byem na to zbyt wielkim tchrzem... Rozumiesz?

Rozumiaem. Wiedziaem, e nie jestem w stanie go przekona, a jemu widocznie to, e opowiedzia
mi ca prawd, przynioso ulg. Ujlimy kieliszki, wypilimy. Kawa w filiankach ju wystyga, ale nie
zwracaem na to uwagi. Patrzyem na znkan twarz kolegi z dawnych lat, odwanego partyzanta,
czowieka, ktry stale pcha si tam, gdzie byo najniebezpieczniej, ktry setki razy ryzykowa yciem,
czowieka, ktry uparcie myla, e oszukuje wszystkich, a oszukiwa siebie samego. I prosz si nie
dziwi, e to opowiadanie o nim nazwaem TCHRZ.
Nie postawiem cudzysowu. Sdz, e zrobi to za mnie czytelnik.

Zwyky dzie
Na lotnisku powiao niepokojem.
Instruktorzy suby spadochronowej, cinici pasami uprzy skoczkowie, czekajcy na swoj
kolejk, zaogi samolotw, wszyscy wpatrywali si w gr. Nie byo dla nich w tej chwili nic
waniejszego od tych omiu czasz spadochronowych, ciemniejcych na tle jasnego nieba. Przeczuwali
nadchodzce zo, ale nikt nie by w stanie mu zapobiec, nikt nie by w stanie pomc zawieszonym
w przestrzeni.
Niespodziewany poryw termiczny nis spadochroniarzy w kierunku pnocnym, poza lotnisko.
Jeszcze przed chwil bya cisza; wylot za wylotem, spadochroniarze ldowali na mikkiej trawie,
midzy betonowym pasem a ogrodzeniem. I nagle...
Podpukownik Wilecki zagryz wargi. Zawsze, gdy w powietrzu dziao si co niedobrego,
opanowywao go przygnbiajce uczucie bezradnoci, bezsilnoci, z ktrym nie mg si pogodzi,
chocia, niestety, niejednokrotnie musia.

- Nie zmieszcz si w granicach lotniska - szepn stojcy obok niego szef suby spadochronowej. Pjd na wiosk albo nawet poza ni...
Spojrzeli na siebie; nie trzeba byo dodawa nic wicej; wszystko byo jasne: za wiosk przechodzia
linia wysokiego napicia.
Tymczasem, chocia wiatr uspokoi si rwnie nagle, jak si zerwa, skoczkw znioso zbyt daleko, aby
zdoali docign nad lotnisko. Pierwsi z nich znikali ju za gstymi drzewami, rosncymi w wiosce B.
Nagle stao si to, co wszyscy przeczuwali i czego obawiali si najbardziej: pomaraczowoczerwony
ogie bysn zza zbitej zielonej gstwiny drzew. Wyadowanie elektryczne! Skoczek uderzy
o przewody wysokiego napicia...
Gone wycie sygnau samochodu sanitarnego. Guche milczenie na lotnisku. Wilecki podnosi rk
i ociera spotniae czoo.
- Wstrzymaem loty a do nowego meldunku meteo - zameldowa mu kierownik lotw.
- Prawidowo... - odpowiedzia pukownik nieswoim gosem. - Wypuci balon-sond.
Podjecha gazik; kierowca nie czeka na rozkaz. Wilecki wskoczy do wozu, za nim szef suby
spadochronowej. Popdzili w kierunku bramy lotniska. Wartownik w szarym mundurze opuci
acuch, wz zakrci na szosie, a zapiszczay opony. Wioska B. bya przed nimi.
Pozostawiajc za sob tumany kurzu, dojechali do grupy wojskowych stojcych obok sanitarki.
Oprcz lekarza i personelu sanitarnego byli tu skoczkowie z owego nieszczsnego wylotu.
- Szsty, sidmy - liczy gorczkowo Wilecki. - Omiu! Wszyscy! - Odetchn z ulg. Nie sucha
meldunku lekarza.
- Ktry to? - zapyta, cho pytanie byo zbyteczne. Trzymana przez onierza w rku uprz
spadochronu z odcitymi tamami nonymi mwia sama za siebie.
- Uderzyem o przewody czasz i linkami - meldowa onierz, blady z przeytej emocji. - Bysno,
czasza zacza si pali. Wycignem n i przeciem tamy none. Spadem na ziemi i nic mi si
nie stao... Do ziemi byo jakie sze metrw - doda wyjaniajco.
- A to s resztki czaszy. - Jeden ze stojcych obok skoczkw podnis do gry osmalone pachty
plamiastego perkalu.
A wic skoczyo si szczliwie...
Wrcili na lotnisko.
- Jakie meteo?
- redni wiatr do wysokoci omiuset metrw; pi metrw na sekund - zameldowa kierownik
lotw. - To by nagy poryw termiczny. Nie przewiduje si powtrzenia podobnych.
- W takim razie: zaogi do samolotw! Skaczemy!
- Rozkaz, obywatelu pukowniku! Skaczemy!
Wilecki powid wzrokiem po bladych twarzach onierzy czekajcych na skok. Rozumia, jakie to byo
przeycie dla nich, niedowiadczonych, wykonywajcych dopiero pierwsz dziesitk skokw, skoro
dla niego, dowiadczonego skoczka, byo to wstrzsajce. Wiedzia, e na komend wstan i pjd do

samolotw, wiedzia, e skocz, ale zarazem czu, e w tej trudnej dla nich chwili powinien by razem
z nimi.
- Przygotowa dla mnie spadochron! - rzuci krtko.
- Ale obywatel pukownik nie planowa skoku na dzisiaj - zauway zdziwiony szef suby
spadochronowej.
- Nie planowaem, ale bd skaka. Przygotowa!
Podszed do niego szef sztabu: - A moe przerwiemy skoki, obywatelu pukowniku? Zdarzy si jeden
poryw termiczny, moe zdarzy si i drugi... Dobrze wygldamy z planem wykonania skokw. Jeden
dzie przerwy nie zawali nam nic, a po co ryzykowa.
Wilecki popatrzy na niego przecigle.
- Spadochroniarstwo to w ogle ryzyko i... ryzykowa trzeba zawsze. Dlaczego wanie dzisiaj nie?
Zreszt, poryw termiczny moe przyj kadego dnia, w dowolnej chwili. Obawia si nam ich nie
wolno, bo musielibymy zupenie zrezygnowa ze skokw, prawda? Majorze, gowa do gry! Nie
rozkleja si!
Przyniesiono spadochron dowdcy. Wilecki by w polowym mundurze, ale nie mia na nogach
nakostnikw. Rzeczywicie, nie planowa na ten dzie skokw. Wiedzia, e bezpieczniej jest skaka
w nakostnikach, szczeglnie w jego przypadku; obydwa stawy skokowe mia ju uszkodzone podczas
ldowania zim na tym samym lotnisku, wwczas zamarznitym. Kosztowao go to trzy miesice
blu. Trzy miesice leczenia si w miejscowym szpitalu na oddziale fizykoterapii.
Jednake wiedzia, czu, e dzi powinien skoczy.
Z podkrelonym spokojem zakada na siebie spadochron, dociga tamy i zapina klamry uprzy. Na
czele szeregu skoczkw ruszy do samolotu. Postanowi skaka jako pierwszy, w pierwszym wylocie
po owym nieszczliwym podmuchu.
Poczciwy AN wycign ich na siedemset metrw; sierant-instruktor otworzy drzwi. Wilecki stan
przy luku.
- Jestemy na kursie! - krzykn mu w ucho instruktor. Wilecki skin potakujco gow. Praw stop
postawi rwnolegle z progiem luku, praw rk chwyci za brzeg burty. Bysno zielone wiato,
instruktor machn rk. Wilecki wysun si caym ciaem za luk, wycign lew rk i lew nog,
lekko ugite w okciu i w kolanie, prawymi odbi si, jakby odepchn od samolotu. Poszed pynnie na
strugi, pasko. Przez kilka sekund (sekunda?... wieczno?...) lecia w milczc przepa bez dna.
Gwatowne, ostre szarpnicie - to uderzenie dynamiczne. Lotnisko zakoysao si pod nim.
Automatycznym, wprawnym ruchem podcign pod kolana szelk okalajc. Ogarno go
obezwadniajce uczucie odprenia, uspokojenia, wyzwalajce od wszelkich lkw, ale i natychmiast
rodzce nowy niepokj: Dokd niesie mnie wiatr? Ldowanie... Nie mam nakostnikw. - Obejrza si
do tyu: siedem plamiastych czasz w rwnych odstpach wisiao w powietrzu za nim.
Poszli wszyscy - umiechn si do siebie. - aden si nie zawaha...
W dole ziemia zmieniaa oblicze: uprzednio, z duej wysokoci, podobna do wycinka wielkiej mapy,
teraz gwatownie zmniejszaa skal; przedmioty, dotychczas niezauwaalne, wida byo coraz
wyraniej. Zasig wzroku ogranicza odcinek obserwacji, zmniejsza jego promie. Zza mgy
niepamici wyania si wspomnienie szkolnych lat: czytanka. Mody faraon u mdrca-kapana patrzy
w krysztaow kul... Widzi w niej map Egiptu. Map majc t cudown waciwo, e

w ktrykolwiek z jej punktw spojrze, ten powiksza si, powiksza coraz bardziej, olbrzymieje, a
wreszcie przybiera rzeczywiste rozmiary. Teraz tak samo powiksza si wycinek lotniska. Wida
wyranie kad kpk trawy, kade dbo, kady ty kopczyk kretowiska... Ziemia tu, tu... Nogi
razem! Podcignicie si na tamach; mocne uderzenie o ziemi; zgaszenie czaszy.
Pukownik rozpina klamry uprzy, przerzuca przez gow spadochron zapasowy. Nie opodal lduj
onierze z jego wylotu. W powietrzu wisi semka nastpnych skoczkw. Trzeci AN wychodzi na kurs
bojowy. Skoki id!
Trzeba jecha! - przypomina sobie nagle. - Trzeba jecha na strzelnic...

Jeszcze raz zlustrowa wzrokiem strzelnic. Oznaczone: linia ognia i linia wyjciowa; punkt
amunicyjny, sanitariusz, stoy do czyszczenia broni, sygnalista; stolik dowdcy pododdziau z list
strzelajcych i polowym telefonem. Wszystko zgodnie z instrukcj.
- Nie przeszkadzajcie sobie - rzuci dowdcy kompanii. Usiad przy stoliku, przejrza wyniki. Nie byy
one najlepsze: trzy, trzy, trzy, dwa, trzy.
Rzadko trzaskay wystrzay z pistoletw maszynowych; zmiana czekajca staraa si ponad gowami
strzelajcych kolegw dostrzec wyniki. Byo to niemoliwe; od tarcz dzielio ich przeszo sto metrw.
Po chwili rozlegy si komendy:
- Przerwij ogie! Rozaduj bro! - i sygna: Pokaza!
Wilecki przyglda si uwanie pracy tarczowych. Obok niego, oparty okciem o stolik, dowdca
kompanii notowa wyniki, gono powtarzane przez telefonist. - Stanowisko numer jeden: trzy;
stanowisko numer dwa: trzy; stanowisko numer trzy: dwja; stanowisko numer cztery: dwja...
Dowdca kompanii by wyranie speszony. Strzelanie przygotowywa starannie i liczy na wysokie
wyniki. Tymczasem taki blama i do tego jeszcze w obecnoci dowdcy jednostki!
Wilecki wyj dugopis; w milczeniu dokonywa oblicze.
- No, tak... - mrukn. Podnis gow, popatrzy na zmieszanego kapitana. - Wasze wnioski? - zapyta.
- Przeprowadz strzelanie do koca - odpowiedzia kapitan - potem podlicz... zamelduj wyniki...
- Pytam was o wnioski - powtrzy z naciskiem Wilecki.
- Bd pracowa nad tymi, ktrzy... ktrzy nie wykonali... - plta si, jkajc, dowdca kompanii.
- Przerwijcie strzelanie! - zadysponowa pukownik. - Zmiana, ktra odstrzelaa, ze mn do tarcz!
Szli w milczeniu. Wilecki zatrzyma si przed tarcz numer jeden.
- Widzicie, jak strzelalicie? Mielicie szans wykona na bardzo dobrze... Patrzcie: jeden pocisk dziesi, drugi pocisk - osiem. A gdzie trzeci?
Trzeciego ladu w tarczy nie byo. Stojcy przed ni onierz milcza strapiony. Wilecki podszed do
drugiej tarczy.
- To samo! Dziesi, dziewi; trzeciego pocisku nie ma...

U onierza strzelajcego do trzeciej tarczy wszystkie przestrzeliny znajdoway si w jej lewym grnym
rogu.
- Skupienie dobre, ale albo punkt celowania zy, albo co jest nie w porzdku z przyrzdami
celowniczymi. - Obejrza nastpne tarcze, po czym wzi pistolet maszynowy onierza strzelajcego
do trzeciej. - Wracamy! Dajcie mi trzy sztuki amunicji.
Zagrano sygna: Chowa si, strzelamy! Wilecki pooy si na pachcie namiotowej, rozpostartej na
trzecim stanowisku. Sprawdzi nastawienie celownika, zaadowa pistolet maszynowy magazynkiem,
odcign do tyu zamek. Celowa uwanie, pynnie cign jzyk spustowy. Gucho trzasn strza;
poleciaa do tyu dymica uska. Znowu przyrzdy celownicze zamajaczyy zgrane pod czarnym
skrajem figury na tarczy. Strza! Po trzecim ruszyli do tarcz. Przestrzeliny uoyy si prawie
identycznie z przestrzelinami onierza.
- Rusznikarz! Przesun muszk! - Szybko obliczy, jakie poprawki naley dokona. - Nieco w lewo
i podwyszy!
onierz wyj z torby narzdzia, byskawicznie wykona polecenie. Wrcili na lini ognia. Wilecki
znowu pooy si na trzecim stanowisku. Tym razem strzay uoyy si w dziesitym i dziewitym
krgu.
- Prosz - odda bro jej wacicielowi. - Trzy sztuki amunicji!
onierz pooy si. Wida byo, e stara si osign jak najlepsze wyniki; celowa bardzo uwanie.
Po trzecim strzale pokazano rezultat. Przestrzeliny byy nie w tak maym gabarycie, jak dowdcy
jednostki, ale nie wyszy poza semk.
- No, tak... - Wilecki popatrzy z wyrzutem na dowdc kompanii; ten milcza. Podeszli do stolika.
Pukownik postuka palcami w list. - Za strzelanie macie dwa. Podliczcie, ju przeszo dwadziecia
pi procent onierzy nie wykonao. Prowadzi strzelanie w takich warunkach to strata amunicji i...
czasu. Przerwijcie!
- Rozkaz! - wypry si kapitan.
- Przystpcie do przestrzeliwania broni. Poza tym - trzeba zacz przygotowywa si do tego
strzelania naprawd, a nie na los szczcia. Jakie stwierdziem popeniane przez was bdy? Nie
poruszam ju sprawy zego stanu broni..., zaczn od tego, e nie analizujecie przyczyn niewykonania
strzelania przez poszczeglnych onierzy. Poprzestajecie, kapitanie, na tym, e wasi ludzie wykonuj
strzelanie na dostatecznie. Niektrzy onierze wykonuj na dostatecznie dwoma strzaami. Gdzie
podzia si trzeci? Jeeli onierz trafia w dziesitk i dziewitk, to znaczy, e opanowa podstawowe
zasady oddawania strzau. Jak to si dzieje, e trzeci pocisk idzie poza tarcz? Trzeba popracowa nad
tymi onierzami, znale przyczyn, wyeliminowa j... A przyczyn moe by wiele... Postawcie sobie
zadanie: Szukam trzeciego utraconego strzau. No i pamitajcie, e najniebezpieczniejsi s nie ci
onierze, ktrzy wykonuj na niedostatecznie, ale wanie ci, ktrzy wykonuj na dostatecznie
dwoma strzaami. Uciek jeden pocisk, zaistniao potencjalne niebezpieczestwo ucieczki drugiego,
wtedy: dwja! Poza tym: niektrzy onierze maj bardzo dobre skupienie, ale w niewaciwym
punkcie tarczy. O, tak jak ten, na trzecim stanowisku. Przyczyna prosta: ze ustawienie przyrzdw
celowniczych. Trzeba to wzi pod uwag. Szczeglne znaczenie ma wpyw owietlenia. No,
zobaczcie: teraz soce wieci z prawej strony - wikszo pociskw uoya si z lewej strony tarcz;
spjrzcie, gdzie jest wikszo naklejek... Do wszystkiego trzeba podej analitycznie, a do kadego
onierza indywidualnie. Jasne?

- Tak jest, obywatelu pukowniku!


- Jeszcze jedno. Spadochroniarz musi umie strzela w kadej sytuacji, z kadej postawy, do kadego
celu i na kad odlego. Celno strzau przy jednoczesnej maksymalnej oszczdnoci amunicji to
elazne prawo spadochroniarza. Aeby je osign, trzeba mie zaufanie do swojej broni i do swoich
umiejtnoci. Jeeli dojdziecie do tego, na strzelnicy nie bdzie nastroju zdenerwowania; wszyscy
bd ze spokojem i pewnoci wykonywali zadania ogniowe. Wtedy - umiechn si - bdziecie
mogli w warunkach walki da taki rozkaz, jaki ja otrzymaem kiedy w partyzantce. Mianowicie
rozkaz, ebym otwiera ogie dopiero wtedy, gdy zdoam okreli, jaki jest... kolor oczu nieprzyjaciela.
- Dostrzeg zdumione spojrzenie kapitana. - Tak, chodzio o maksymalne zaskoczenie nieprzyjaciela
i zadanie mu jak najwikszych strat przy minimum rozchodu amunicji... Ale eby mc wyda
onierzom taki rozkaz, trzeba mie olbrzymie zaufanie do ich umiejtnoci strzeleckich, do ich
pewnoci siebie, do siy ich woli i charakteru. W naszych warunkach, w warunkach szkolenia si,
przygotowywania si do dziaa na tyach nieprzyjaciela, te cechy powinnimy ksztatowa w kadym
spadochroniarzu. Gdy bdziecie gotowi do strzelania, zameldujcie mi. Chc by obecny.

- To... obywatelu pukowniku, jeszcze raz bardzo prosz, eby mi cofn wymwienie.
Wilecki pooy do na zapisanym arkuszu papieru.
- Zapoznaem si z pani odwoaniem i rozmawiaem z kwatermistrzem. Mimo szczerej chci przyjcia
pani z pomoc w trudnej sytuacji, w jakiej pani si znajduje, nie jestem w stanie nic zmieni. Fakty s
bezsporne: w pani torbie w czasie rewizji znaleziono kiebas i miso, ktre zginy ze stowki. Bya
pani zamieszana w t afer. Pani tumaczenie, e przysza pani ju po tym, jak miso byo wrzucone
do kota, niestety nie odpowiada prawdzie, bo wiadkowie powiedzieli co innego. Dochodzenie
zostao przeprowadzone przez organa WSW i cakowicie wyjanio spraw. Biorc pod uwag pani
trudn sytuacj yciow... dzieci... zdecydowalimy nie kierowa pani sprawy do prokuratury, ale
z pracy musi by pani zwolniona.
- Panie pukowniku... - nie ustpowaa kobieta. - Ja wiem, e zrobiam le... Ja ju wicej tego nigdy
nie zrobi... Niech pan si nie gniewa na mnie... Niech mnie pan zostawi...
Wilecki umiechn si blado.
- Ja si na pani nie gniewam i w ogle nie chodzi tutaj o mj czy nie mj gniew. Po prostu tej sprawy
inaczej zaatwi nie mona. A tylko dlatego, e rozumiemy pani sytuacj, nie skierowalimy sprawy do
prokuratury. Nic wicej zrobi tu nie mog...
- Panie pukowniku!
Na biurku zadzwoni telefon. Pukownik podnis suchawk:
- Wilecki! - Pozna gos przeoonego. - Melduj si, obywatelu generale! - Sucha uwanie, szybko
robic notatki w grubym brulionie. - Tak jest! Tak jest! Sprawdz i zamelduj, obywatelu generale!
Rozkaz! - Odoy suchawk, spojrza na wci jeszcze siedzc kobiet.
- No wic tak wygldaj sprawy...
- Ale niech pan jeszcze pomyli, niech pan co zrobi, panie pukowniku...
- Niestety, nie mog. - Wsta zza biurka. Kobieta podniosa si.
- Ja wiem, e gdyby pan chcia, to ja mogabym zosta w pracy - powiedziaa.

- Przykro mi, e pani tak sdzi. Niestety, sprawa wyglda inaczej... Do widzenia!

- Ja rozumiem, e pani niepokoi si o syna, to jest dla mnie jasne. Ale syn pani chce by
spadochroniarzem, chce skaka. Sdz wic, e trzeba byo raczej z nim rozmawia, eby nie pisa
raportu z prob o skierowanie go do jednostki powietrzno-desantowej. Teraz jest
spadochroniarzem. auj, ale pani proba nie moe stanowi podstawy do przeniesienia go do innej
jednostki. Nie moe, tym bardziej e on chce by u nas.
- Panie pukowniku...
...Starsza kobieta, wdowa... Ma jednego syna, jedyn pociech, nadziej, podpor na staro... A tu
nagle syn-spadochroniarz! Dry serce matki... Niepokj... Ze przeczucia... Przeczucia?... A jeeli
naprawd?... Jeeli zostawi go u nas, a on... Nie! Tak nie wolno myle! A jeeli naprawd?...
Gupstwa! Rozklejam si...
- Wybaczy pani, ale syn jej zostanie u nas.
Odprowadzi kobiet do drzwi, wrci za biurko.
...Matka... zrozumiae, e nie chce, eby si naraa. Nie moe zrozumie, e przenie go, to znaczy
wyrzdzi mu krzywd. Kieruje si emocjami. A ja? Czym ja si kieruj? Nie emocjami? Kazaem
zwolni z pracy kuchark za to, e znaleziono u niej kawaek misa i troch kiebasy. Kradzie,
dobrze... Ale przecie wiem, e ona ma troje dzieci i tylko formalnie nie jest jedynym ywicielem
rodziny. M, pijak, wicej przepije, ni przyniesie do domu. Ukrada, to pewne... ale przecie nie na
sprzeda, chciaa zanie dzieciom... Matka... Narzeka na ni szef kuchni... Narzeka... Ale kto mi
powie, jak to jest naprawd? Czy ona rzeczywicie pracowaa opieszale? A moe byo tak, jak
z sierantem Klitczakiem, ktry kadej kobiecie, nie do ulegle przyjmujcej jego zaloty, wystawia
opini, e nie nadaje si do pracy w kuchni. Sprawa wysza na jaw dopiero na zebraniu partyjnym...
po dochodzeniu wylecia dyscyplinarnie do cywila... Kto wie, jak jest tutaj? Ale przecie nie wolno mi
tolerowa zodziejstwa. Dzi troch kiebasy, a jutro...
Dzwonek telefonu. Pozna gos przewodniczcego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej.
- Co? Rowy?... Powd?... Owszem, zgadzam si z wami, e rowy melioracyjne mog zabezpieczy ten
teren przed zalaniem, ale na razie powd nie grozi, a obowizek kopania tych roww ciy na
przedsibiorstwie melioracyjnym. onierzy do tego celu da nie mog, nie wolno mi. Poza tym nasze
plany szkoleniowe s tak napite, e nie ma w nich adnych luzw... Niestety, musz odmwi...
Przykro mi...
Odoy suchawk.
...Przeczucia... Matka Cenka te miaa przeczucie, e z nim dzieje si co niedobrego. Podobno w nocy
przed jego mierci pko lustro w szafie. A w chwili gdy gin - otoczony pod Szydowcem przez
andarmw - krysztaowa popielnica rozsypaa si w kawaki... bez adnego powodu... Przypadek?
Zbieg okolicznoci?... A moe... Do! Do, bo mona straci rozum! A tamta? Troje dzieci...
Jednake, do diaba, to ona powinna myle o nich, ona powinna tak postpowa, eby zabezpieczy
dzieciom byt nie uciekajc si do kradziey. Ona i ich ojciec! O moje dzieci ja dbam, nikogo nie prosz,
eby bra pod uwag, e mam dzieci... Tylko co te dzieci s winne?...
Znowu telefon:
- Wilecki. Sucham.

-
- Gdzie jest ten cywil, ktry namawia onierza, aby sprzeda mu kurtk?
-
- U was na dyurce? Zatrzymajcie go, zadzwocie do dyurnego oficera Komendy MO, niech go
zabior...
Szef sztabu pooy przed nim teczk z papierami.
- Obywatelu pukowniku, oto dokumenty na odpraw oficerw. Czy obywatel pukownik zechce si
z nimi przedtem zapozna?
- Tak... dobrze... dzikuj. Prosz, niech major je zostawi.
- Czy mog by wolny?
- Tak... Niech major przekae kwatermistrzowi, eby do mnie zadzwoni.
...Stale co z t kuchni i stowk!... Troje dzieci... A ta druga: Jedyny syn, nie chc, eby si
naraa. Naraa!... Tak, jakby skok ze spadochronem rwna si wyrokowi mierci! Wszyscy
skaczemy... Ja te skacz... przecie mam dzieci. Skaczemy z tych samych samolotw, na takich
samych spadochronach, ziemia jest jednakowo twarda dla nas wszystkich. Ryzyko... Jeeli ono jest, to
jednakowe dla kadego z nas.
Znw telefon.
- Melduje si major Bielecki na rozkaz, obywatelu pukowniku.
- Majorze, c to si dzieje w stowce? Przecie tam z kuchni wal takie kby pary, e nic nie wida!
-
- Ja wiem, e przy gotowaniu powstaje para, ale przecie tam jest nowe urzdzenie wycigowe?
- Wic trzeba alarmowa WZRKB, WAK - niech co zrobi! Ludzie nie mog ani pracowa, ani je
w takich warunkach! Wszystko.
W drzwiach stan zastpca do spraw politycznych:
- Zgodnie z decyzj obywatela pukownika zarzdziem odpraw dowdcw druyn i dziaonw
z pododdziaw modego rocznika na godzin osiemnast trzydzieci, przed kolacj.
- Zgoda! - Spojrza na zegarek. - Pno... Trzeba ju i na odpraw oficerw.
W korytarzu natkn si na szefa kancelarii.
- Co macie? - zapyta.
- Jest poczta, obywatelu pukowniku.
- Dobrze, dacie mi j, gdy wrc z odprawy...
wietlica pododdziau dzia bezodrzutowych zapeniona bya podoficerami. Wilecki obrzuci j
szybkim spojrzeniem; stoy i taborety na nkach z gitych rurek; na cianach papieroplastyka
przedstawiajca przewanie spadochrony; gazetki: Gos Przeciwpancerniaka i Humor spod
Plamiastej Czaszy; midzy oknami - godo pastwowe, portrety. Przesun wzrokiem po smagych

twarzach modych spadochroniarzy; mieli za sob prawie rok intensywnego szkolenia, udzia
w szeregu wicze, skoki ze spadochronem w dzie i w nocy - na ld i na wod - setki kilometrw
w nogach, wreszcie egzaminy, przez ktre przebrnli zwycisko i zostali awansowani do stopni
podoficerskich. Obecnie dowodzili druynami i dziaonami w jego jednostce. Zacz si dla nich
zupenie nowy okres w yciu - zostali dowdcami. Przedtem byli elewami szkoy podoficerskiej, kady
z nich odpowiada tylko za siebie, teraz dowodzili zespoami... Ile to trudnoci przed nimi, ile klsk
i goryczy, ile satysfakcji i radoci z sukcesw... Jak pomc im w unikniciu tych klsk, zaoszczdzi im
smaku goryczy, przekaza wasne dowiadczenie? Jak przemwi, eby sowa nie byy tylko pustym
dwikiem, nie pozostawiajcym po sobie wraenia, ale eby trafiy do ich serc i zapady w nie
gboko?
Wic zacz o specjalnym charakterze suby, o ich podwadnych, onierzach modego rocznika,
ktrzy tak niedawno zostali wcieleni do wojska. Stara si mwi rzeczowo, prosto, odwoywa si do
ich osobistych przey: Pamitacie przecie pierwszy okres w wojsku: wszystko nowe, obce
i niejednokrotnie... straszne. Tumaczy, e trzeba wyj modszym kolegom naprzeciw, pomc im
w tym najtrudniejszym dla nich okresie. Mwi o autorytecie dowdcy; o tym, jak trudno ten
autorytet zdoby i jak atwo go utraci; o tym, e nie krzyk, nie ganianie... e we wspczesnym
wojsku - a szczeglnie w jednostkach powietrzno-desantowych przeznaczonych do dziaania na tyach
wroga - nie ma miejsca na dyscyplin opart na przymusie; e konieczne jest zgranie zespow,
wzajemne zrozumienie i zaufanie. Mwi o tym z penym przekonaniem, ale jednoczenie zdawa
sobie spraw z tego, e to nie w tak i sposb, nie tak trzeba im to przedstawi. By zmczony...
Fizycznie i psychicznie zmczony. Jak po walce i dugim, wyczerpujcym marszu... Partyzantka!
I nagle przyszo jakby olnienie. Bez jakiego specjalnego przejcia zacz opowiada im o swoich
przeyciach jako dowdcy druyny; o udanych i nieudanych prbach, przeprowadzanych po omacku,
na wyczucie, w strasznym czasie hitlerowskiej okupacji, w partyzantce. Teraz by ju pewien, e
osign zamierzony cel; podoficerowie niemal zawili wzrokiem na jego ustach.
Opowiada o bojowych akcjach oddziau, w ktrym walczy. Napicie suchajcych roso wraz
z komplikowaniem si sytuacji; westchnienie ulgi witao szczliwe jej rozwikanie. Urwa. Posypay
si pytania. Udziela odpowiedzi, wyjania szczegy. Wywizaa si dyskusja szczera, otwarta,
niewymuszona. Wysun problem dzisiejszego strzelania, zawalonego przez drug kompani
szturmow.
- Nie byo wida pracy podoficerw - powiedzia - woonej w przygotowanie. Nie potrafiono
stworzy odpowiedniego nastroju, doda ducha modemu onierzowi. Wyszkolenie ogniowe to
niezwykle wana dziedzina, szczeglnie dla nas. Niczego nie wolno tu zlekceway...
Dawno min czas kolacji, ale nikt nie odczuwa godu, dopiero dowdca, spojrzawszy na zegarek,
zawoa:
- Alemy si zasiedzieli, chopaki! Na posiek!
Zabolaa go rka od wielu mocnych uciskw twardych onierskich doni.

W gabinecie czeka na niego szef sztabu z pismami do podpisu.


- Musz i gocem. Mija termin, a cigle brak nam byo danych - zameldowa.

Wilecki szybko przejrza papiery; czyni to raczej dla zwyczaju, bo wiedzia, e wszystko, co przedkada
mu szef sztabu, jest dopracowane, zapite na ostatni guzik. Podpisa, unis gow znad
dokumentw.
- Jeszcze jedna sprawa, majorze. Dzwoni dzi dowdca dywizji. Poleci, eby ustali, czy powstay
szkody w zasiewach w pobliu wioski C. w czasie wicze kompanijnych... Skary si kto do
Wojewdzkiej Rady Narodowej...
- Co tam mogliby zniszczy? Mao co byo na polach...
- Nie wiem. Moe okopowe? Ale to raczej prba wycignicia czego od wojska - a nu si uda?
Trzeba tam wysa oficera. No, do jutra, majorze! - Ucisnli sobie donie.
- Kaza, eby wz podjecha? - zapyta szef sztabu wychodzc.
- Tak, pojad ju do domu... Ale!... - przypomnia sobie. - Jeszcze nie przejrzaem poczty! Niech wz
podjedzie za dwadziecia minut.
Pobienie przeglda korespondencj.
Wyniki bada okresowych... Protok kontroli bazy wyszkoleniowej... Zmiana przydziau kredytw na
czwarty kwarta... (W sam por - nie ma co!) Termin zakoczenia zwoenia zapasw... Notatka
o wykroczeniu dyscyplinarnym... (Cholera!) Termin dostawy kaskw plastykowych zostaje
przesunity ze wzgldu na pilne zamwienia eksportowe... (Widocznie gowy za granic s cenniejsze
od naszych!) TPPR prosi o orkiestr... (Trzeba da...) Zebranie zarzdu ZBOWiD-u... (Zaraz, zaraz,
ktrego? Gdzie terminarz? Choroba! Akurat zazbia si ze szkoleniem kadry.) Sesja Miejskiej Rady
Narodowej... (Zapisa!) Harcerze prosz o berety... (Co to, myl, e my mamy wytwrni?)
Przyjedzie komisja w sprawie trzewikw... (Najwyszy czas!).
Zainteresowa go protok opracowany przez komisj dokonywajc lustracji kuchni onierskiej. Niesychane! - powiedzia gono i grub czerwon kredk podkreli: Stwierdzone uszkodzenia
wynikaj nie z usterek technicznych wykonawcy, jak sugerowa uytkownik, lecz s wynikiem
niewaciwej i niedbaej eksploatacji. - Niesychane! - powtrzy. - Znaczy si, e to nasza wina, e
pacz si drzwi, wykonane w wilgotnym pomieszczeniu ze sklejki nieodpornej na wod? e kratki
ciekowe nie s w najniszych punktach posadzki? e silniki wentylatorw s za sabe i pal si? Nie
wiem, czy warto si tym denerwowa, czy te po prostu mia si z tego?
Wsta. Schowa papiery, zamkn kas pancern. Refleks wiata bysn tcz na krysztaowej
popielniczce.
...Kryszta... Jak co? Jak nic... zwyky kryszta...
Woy beret, przejrza si w lustrze wiszcym na korytarzu. Ze szklanej tafli spojrzaa na niego jakby
obca twarz: wychudzona, z podkronymi oczami.
Zmczony jestem... - pomyla.
Na dworze byo ju ciemno, my jesienny deszcz. Kierowca ruszy na duych obrotach; rozgrzewa
zimny silnik. Nad bram wjazdow wiecia lampa w mlecznobiaym kulistym kloszu, otoczonym
wiecem skrzcych si kropli.
Wyglda, zaraz... Jak co ona wyglda? Ale tak! Jak krysztaowa kula kapana, w ktr patrzy mody
faraon... Krysztaowa... Jak popielniczka...

Wartownik, widzc samochd dowdcy, podnis szlaban, zasalutowa. Unoszc rk do beretu,


Wilecki cigle myla o starej legendzie. Jak nazywa si w kapan? Nie mg sobie przypomnie.
Wz mkn przez puste ulice z rzadka napotykajc zapnionych przechodniw. wiata latarni
odbijay si w mokrym asfalcie.
Krysztaowa kula... Te mi...
Otworzy drzwi kluczem. W wikszym pokoju lampa bya zgaszona. ona wesza do przedpokoju:
- Zjesz kolacj?
- Tak, chtnie.
- Podam ci do maego pokoju. Idzie Kobra.
Umiechn si. - Wszystko jedno, gdzie ci wygodniej...
Jad w milczeniu, ona krztaa si z troskliwoci.
- Moe wyskoczylibymy dzisiaj do klubu? - zapytaa. Zapomniaam ju, kiedy bylimy tam ostatni raz.
Spojrza na on pprzytomnym wzrokiem.
- Do klubu?
- Tak, do klubu. Organizacja Rodzin Wojskowych urzdzia wieczorek taneczny...
- Ju wiem! - powiedzia nagle. - Nazywa si... Herhor!
- Co ty mwisz? - zdziwia si.
- Nie... Nic... To po prostu by kapan... kapan egipski. Mia cudown krysztaow kul. Ale zdaje mi
si, e to jednak nie Herhor... ten mia dusze imi... Dugie i trudne...
- Suchaj, co z tob jest? Proponuj ci pjcie do klubu, a ty mi tu o jakim kapanie...
- Do klubu? - powtrzy i umiechn si blado. - Wiesz... nie dzi. Kiedy indziej...
- Jeste zmczony? A moe... moe stao si co? - zapytaa szybko, nagle zaniepokojona. - Moe na...
- zawahaa si i nie dokoczya, nie mic wymwi sw: na lotnisku.
Przygarn j do siebie.
- Nie, nic si dzisiaj nie stao... Po prostu by... zwyky dzie.

Obwolut i stron tytuowa projektowa ZYGMUNT ZIEMKA


Redaktor ZOFIA DOBOSZYSKA
Redaktor techniczny JOANNA ROGOZISKA
Korektor IZABELA SOJEWSKA
Printed in Poland Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narokowej Warszawa 1967. Wydanie I
Nakad 10 000+304 eg z. Objto: 10,41 ark. wyd., 9,125 ark. druk. Papier druk. mat. IV kl. 65 g., format 76 x 90 z Fabryki Celulozy i Papieru
im. J. Dbrowskiego w Kluczach. Druk ukoczono we wrzeniu 1967 r. Wojskowe Zakady Graficzne w Warszawie. Zam. nr 2984 z dnia
14.IV.1967 r.
Cena z 14.- T-93