Vous êtes sur la page 1sur 132

do Genowefy

Janusz Meissner

Spis treci
1. Na puapie ........................................................................................................................................... 3
2. Ewakuacja .......................................................................................................................................... 10
3. Niezapominajki .................................................................................................................................. 15
4. Odwrt............................................................................................................................................... 20
5. Pryszczyk wieje .................................................................................................................................. 24
6. Obz w Dobrudy .............................................................................................................................. 30
7. Gra Ojca ........................................................................................................................................... 38
8. Targu-Jiu ............................................................................................................................................ 41
9. Pryszczyk wieje po raz drugi .............................................................................................................. 46
10. W drodze do Francji ........................................................................................................................ 57
11. La douce France ............................................................................................................................... 65
12. Wyspa ostatniej nadziei................................................................................................................... 67
13. do Genowefy............................................................................................................................... 69
14. Sierant Prot, nocny myliwiec ........................................................................................................ 78
15. Trzynasta wyprawa: Osnabrck ...................................................................................................... 84
16. Inny gatunek .................................................................................................................................... 91
17. Bujak nawala ................................................................................................................................... 97
18. wite bomby ................................................................................................................................ 109
19. Plama na morzu ............................................................................................................................. 118
20. G - jak Genowefa: L - jak... ...................................................................................................... 123

Opowie pod tytuem do Genowefy zaczem pisa dnia 4 wrzenia 1939 r., bo w tym dniu
zrobiem pierwsz notatk w kalendarzyku kieszonkowym; notatk, ktra - wiedziaem to ju
wwczas - pomoe mi pniej do odtworzenia obrazw i zdarze leccych jak lawina i jak lawina
porywajcych mnie z sob.

Od owego dnia upyny trzy lata i trzy miesice, zanim ukoczyem pisanie. adnej z moich ksiek
nie pisaem tak dugo i z takimi przerwami, adna z nich bowiem nie powstaa podczas wojny...
do Genowefy jest opowieci prawdziw. Nie chc przez to powiedzie, e doznaem wszystkich
przygd dotyczcych porucznika Herberta. Ale te przygody i przeycia s prawdziwe. Niektre
z nich przeyem sam istotnie; inne przeyli moi koledzy, od ktrych otrzymywaem bezporednie
ustne relacje; jeszcze inne zaczerpnite s z kronik polskich dywizjonw lotniczych w Wielkiej
Brytanii.
Nie chciabym, by ktokolwiek z lotnikw mg przypuszcza, e sobie przypisuj wszystkie loty i czyny,
w ktrych bierze udzia porucznik Herbert. Dlatego ci, ktrzy odnajd w tej postaci siebie lub innych
kolegw, niech wiedz, e nie tylko ja sam jestem tutaj Herbertem.
Prawie wszystkie inne nazwiska bohaterw tej ksiki te s zmienione.
Wreszcie - Genowefa. Nie przypominam sobie, bym widzia gdziekolwiek samolot tak nazwany.
Daem mu takie imi, poniewa po raz pierwszy leciaem na Wellingtonie oznaczonym liter G. To nie
by nawet lot bojowy - nie: po prostu krtki przelot z jednego lotniska na drugie. Ale ten przelot
odbyem w towarzystwie Grala, mego przyjaciela i byego ucznia, ktremu wiele miejsca w tej
ksice powiciem.
Janusz Meissner

1. Na puapie
Startujemy kluczem w trzy maszyny z maego polowego lotniska. Prowadzi kpt. Sikora; na lewo
sierant Wodzido, na prawo - ja. Lec po raz pierwszy w tym zespole. Tamci dwaj s zgrani i znaj si
nawzajem doskonale. By z nimi take trzeci - do wczoraj. Zestrzeliy go niemieckie messerschmitty.
Dawno ju nie siedziaem za sterem myliwskiego samolotu, chyba ze cztery miesice, a moe nawet
p roku. I z pewnoci w czasie ostatniego lotu, odbytego zapewne dla przyjemnoci, nie przyszo mi
do gowy, e nastpny odbd na zadanie bojowe podczas wojny.
Stwierdzam zreszt, e mimo braku treningu ten lot w kluczu pod nie znanym mi z latania dowdc
idzie nie najgorzej: dostosowanie kta nachylenia maszyny, obrotw miga i prdkoci do tych
samych elementw pilotowania moich towarzyszw nie sprawia mi wikszych trudnoci. Po kilku
minutach lec skrzydo w skrzydo z nimi.
Nie mam bynajmniej przedbitewnego nastroju. Musz dopiero uwiadomi sobie, e naprawd
lecimy si bi, aby w to uwierzy. Na razie nie boj si ani troch i to wydaje mi si dziwne.
Pamitam mj pierwszy lot bojowy. Miaem wtedy lat dziewitnacie, o wiele mniej do stracenia ni
obecnie, lepsze nerwy ni dzi i silniejszy organizm. Nie znaem niebezpieczestwa tak, jak znam je
teraz, po dwudziestu latach ycia spdzonego w zawodzie, w ktrym ginie bd co bd kilkanacie
procent personelu rocznie. Zreszt marzyem wtedy o tym, aby przela krew za ojczyzn, nie
bardzo zdajc sobie spraw z realnego znaczenia tych sw. A przecie wtedy baem si. Baem si
tak, jak moe si ba kady onierz nie zasugujcy na miano tchrza; robiem, co do mnie naleao.
Wykonaem do koca zadanie pod ogniem karabinw maszynowych i zarobiem na pierwszy Krzy
Walecznych...

Pniej baem si jeszcze wiele razy. Powiedziabym, e w miar przybywajcego dowiadczenia coraz bardziej. Walka ze strachem ogarniajcym mnie w akcji bywaa cika. Atakujc nieprzyjaciela
fizycznie, musiaem jednoczenie odpiera ataki przeraenia; broni si przed strachem, ktry jest
jego przedni stra w dziedzinie psychicznej.
A przecie wwczas, w tamtej wojnie, mielimy olbrzymi przewag lotnicz, cho latalimy na
starych gratach, na jakich nie poleciaby aden rozsdny pilot...
I mimo to, mimo e wanie teraz przy starcie pomylaem o tym wszystkim - nie boj si.
Lecimy zwart trjk, szybko nabierajc wysokoci: 1 000 - 1 500 - 2 000 - 3 000 metrw. Emocja tego
lotu ley w granicach skali emocji manewrw lotniczych w czasie pokoju. Mam uczucie, jak gdybym
lecia na wiczebn walk klucza: zaskoczy przeciwnika od strony soca, zbliy si, ile tylko bdzie
mona, chwyci go na celownik i pocisn spust.
Tak mniej wicej myli si, wiczc walk powietrzn nad lotniskiem. Tak wanie mylaem teraz, nie
zastanawiajc si, e gdy nacisn spust, moje karabiny maszynowe plun ogniem; e zamiast serii
zdj z fotokarabinu - trynie seria pociskw i e jeeli przeciwnikowi uda si mnie wzi na cel, nie
skoczy si to na fotografii...
Lecimy po lewej stronie toru kolejowego w kierunku Radomia, wyzyskujc rzadkie oboki jako oson.
Ziemia w dole wydaje si cicha i spokojna. Ley rozcignita w socu i drzemie. Ogldana z powietrza
jest o wiele mniej wojenna ni widziana z wasnego poziomu. Trzeba dobrze wyty wzrok, aby
dostrzec zniszczenia: leje od bomb, wywrcone supy telegraficzne, gdzieniegdzie spalone chaty. Jak
zawsze, na kach wida bydo i biae plamki pascych si gsi. Jak zawsze, powoli odkadaj si w ty
popielate linie drg, ciemniej kouchy lasw, powiej romby i prostokty ciernisk, zieleniej pasy
kartoflisk i buraczane pola, poyskuj wypolerowane pasemka szyn.
Na lewo, rwnolegle ze mn balansuje lekko maszyna Wodzidy. Widz jego kocist twarz
zwracajc si ku mnie z szerokim umiechem. Sierant potrzsa gow porozumiewawczo i raz po
raz szybko porusza ramionami: dobrze si nam leci, chocia to pierwszy raz. Potem rozglda si po
niebie i znw patrzy na mnie, ruszajc ramionami: nie wida nikogo, ale trzeba uwaa.
Rozgldam si i ja, ale niebo jest puste, bardziej bezludne ni ziemia, wic z kolei patrz na lewo
w skos, gdzie o par metrw od mego, nieco niej, w przodzie, balansuje samolot dowdcy klucza.
Ten siedzi skulony, przygarbiony, zebrany w sobie jak do skoku. Czasem tylko wyciga szyj, wychyla
gow zza odwietrznika1 i znw zasuwa si gboko, a po ramiona, w gondol samolotu.
Soce lizga si po gadkich paszczyznach skrzyde, co chwila zawadza o pryzmaty szyb przed
twarzami pilotw, zapalajc jaskrawe refleksy blasku. Stery rzucaj szare cienie na poziome
stateczniki2 w opierzeniu ogonw i drgaj lekko w d i w gr, w prawo i w lewo - jak ywe.
Ostatni obok, biay i gsty jak mietankowy krem, pynie na naszym szlaku. Dalej niebo jest czyste,
bkitne, z lekka tylko przydymione na horyzoncie.
Kapitan uprzedza nas ruchem rki: wejdziemy nad cumulus.
Dodaj gazu.

1
2

Odwietrznik - osona przed twarz pilota.


Statecznik - nieruchoma cz steru.

Maszyny wspinaj si stromo przez powietrzne prdy i oto ju wydte banie, pene biaego blasku,
zsuwaj si pod kaduby i stery, a powy kilim ziemi znika z pola widzenia. Blade, zmienne, niepewne
cienie samolotw, raz blisze i ostrzejsze, raz dalsze, otoczone aureol wiata odbitego od mlecznej
bieli - gubi si i odnajduj pod nami, skacz na eb, na szyj w d, wypywaj nieoczekiwanie
w gr, zataczaj si, holendruj po mikkich wypukociach chmury.
Na lewo w ty z wysoka leje si soce. Caa olbrzymia przestrze nad nami jest pena blasku, oszalaa
wiatem, olepiajca. Nie sposb spojrze w tamt stron. Ale trudno patrze rwnie pod siebie: ta
soneczna ulewa spada na biay atas oboku tu pod nami i wdziera si do oczu. Kade drgnienie
zmruonych powiek jest ukuciem w mzg. Kade spojrzenie na zegary i przyrzdy w kabinie pogra
w odmt zielonych i czerwonych patw, ktre lataj przed oczyma a do zawrotu gowy.
Wreszcie mijamy szczyt cumulusa i daleko przed nami wida ju ziemi. Matowy, szorstki jak
weniany koc, ciemny las wyania si spoza chmury. Wzrok odpoczywa z rozkosz, chonc t agodn
jego matowo. Jakby kto chodn, mikk do przyoy do rozpalonego gorczk czoa. Jakby
w spiekocie pustyni powia wilgotny morski wiatr.
Ale co to? - Trzy iskry bysny na ciemnym tle. Trzy inne zapaliy si tu za nimi i zgasy. Szukam ich
z nateniem i - s! Znowu!
Teraz widz: jedna... dwie... trzy trjki samolotw.
Dorniery?...
Trudno to stwierdzi z ca pewnoci: lec na tle lasw i sylwetki ich z tej odlegoci s mao
wyrane.
Cign ku nam skonie, pod soce, zbliaj si do toru kolejowego. Id prosto na stacj, zapchan
pocigami. Wszystko wydaje si wskazywa, e to s Niemcy: czego szukaliby tu nasi?
Maszyna Sikory koysze si gwatownie z burty na burt: uwaga! Kapitan wskazuje nam wycignit
rk bombowce. Potakujemy obaj ywo. Potem rami dowdcy klucza wyciga si w moj stron i w
gr. Rozumiem: mam pozosta na puapie dla ochrony tamtych dwch; oni bd atakowali.
W tej samej chwili obie maszyny kad si lekko na prawe skrzydo, pochylaj si w d i migaj pode
mnie.
Id rwniutko, jakby spojone niewidzialnymi wizaniami. Gnaj na penym gazie prosto jak strzeli, po
linii soce - stacja kolejowa. Oddalaj si szybko, malej w oczach.
Dopiero teraz ogarnia mnie emocja: dolec nie zauwaeni przez tamtych na odlego skutecznego
ognia czy nie? Uda si czy si nie uda?
Sekundy pyn powoli, mierzone uderzeniami pulsu w skroniach. Mimo woli skrcam nieco w prawo
i dodaj gazu, eby by bliej i lepiej widzie.
Dochodz.
Strzelaj ju?...
Prawy z ostatniej trjki Niemcw nagle wydziera maszyn w gr, skrca w lewo i ukazuje mi czarne
krzye na skrzydach. Niemal rwnoczenie pierwsza trjka kadzie si w gwatowny wira na lewo; za
ni skrca druga... Ale oto ten prawy z ostatniej ju dymi i wali si przez plecy w d...
Gdzie nasi?

Nie widz ich przez dwie czy trzy sekundy. Wreszcie - s!


Id razem za spadajcym dornierem, nadal nierozdzielni, bliscy, zwizani parometrow odlegoci
jak stalow klamr. I nagle dwiema rozbienymi parabolami migaj w gr, by wykwitn na niebie
powyej horyzontu.
Ju si zbiegli, ju znowu zespoleni nurkuj ku zawracajcym Niemcom. Bd atakowali powtrnie.
Ale mnie nie wolno patrze tylko na nich: nie po to zostawili mnie tu, na wysokoci trzech i p tysica
metrw, ebym si gapi w d.
Opamitaem si w sam czas: trzy czarne punkty sun na prawo ode mnie. Tu zaczyna si moje
zadanie: ochrona tych dwu, walczcych tam w dole. I oto teraz wanie ogarnia mnie uczucie
osamotnienia.
To nie jest strach: cigle jeszcze nie uwiadamiam sobie, e to bdzie walka na mier i ycie, i wcale
nie mam zamiaru umiera. Ale wiem, e bd walczy sam przeciw trzem pilotom, ktrych wcale nie
znam, o ktrych nie wiem, ile s warci i co umiej.
Jest mi tak, jakbym stawa do zawodw reprezentujc polskie barwy i jakbym nie by pewien, czy
jestem godzien je reprezentowa. Uczucie - wiem o tym bardzo dobrze - wcale nie na miejscu; wcale
nie to, ktre powinno przejmowa myliwca o tak zwanym wysokim morale.
A gdzie, do cikiej cholery, zacita wola zwycistwa? Gdzie dza natarcia? Gdzie nastawienie
zaczepne, o ktrym cigle a do znudzenia mwi nasz regulamin?
Regulamin? Jeszcze tylko tego brakowao, ebym wanie w tej chwili myla o regulaminie...
Na szczcie nie ma ju czasu na te myli: trzy messerschmitty wchodz akurat na lini prost
wyznaczon przez soce i mj samolot.
Skrcam ku nim gwatownie, cisnc maszyn w d. Soce byska mi w okrgym lusterku: jest
dokadnie za moimi plecami, podczas gdy trjka messerschmittw jest dokadnie przede mn.
Od razu nabieram pewnoci siebie: jestem niewidzialny w ulewie soca; jestem o dobre 300 metrw
wyej ni oni; mam nad nimi olbrzymi przewag w cigu najbliszych dziesiciu lub dwunastu
sekund.
Podcigam si nieco z fotelem w gr. Tak: teraz mog wygodnie mierzy. Ale na to jeszcze czas. S
daleko, o wiele za daleko, aby mj ogie by skuteczny.
Lecimy po skonych torach schodzcych si gdzie w przestrzeni, na samym horyzoncie.
To ja przecinam ich drog. To ja atakuj. To ja pierwszy zaczn strzela - oby tylko nie za wczenie.
Jeszcze troch naciskam ster i cign rczk od gazu, ktra zreszt wicej odcign si nie da: silnik
wyje na penych obrotach.
Oni lec dalej prosto, nie zmieniajc szyku i kierunku. Zapewne nie dostrzegli walki naszych
z dornierami, z pewnoci za nie dostrzegli mnie.
Widz ich. Wchodz na coraz wiksze piercienie mego celownika; potem dowdca klucza
i prawoskrzydowy ju si w nich nie mieszcz, potem lewoskrzydowy zajmuje drugi piercie, trzeci
piercie...

Maszyna gwide, spazmuje, wrzeszczy pdem, silnik ryczy, przez gow przelatuje mi niedorzeczna
myl: Usysz!
Spogldam zezem na szybkociomierz: 430.
Serce wali coraz mocniej, si woli powstrzymuj si od nacinicia spustu, natomiast zaciskam zby,
eby mi nie dygotay szczki.
Czas traci zwyke wartoci. Sekundy przestaj istnie jako stae wymierne jego jednostki: jedna
niepodobna jest do drugiej, bo trwaj coraz duej w postpie wicej ni geometrycznym, w miar jak
zbliam si do przeciwnika.
Musz mnie lada chwila zobaczy. Lada chwila kto z nas: ja, oni - lub moe soce? - wyamie si
z prostej linii, ktra stanowi tor mego lotu.
Odrywam twarz od celownika, eby sprawdzi odlego.
Jeszcze nie.
Jeszcze mnie nie widz. Jeszcze lec razem.
Spokojnie, tylko spokojnie.
Trudno jest nakaza sobie w konieczny spokj przy prdkoci prawie 450 kilometrw na godzin, na
wysokoci 3000 metrw, podczas gdy o kilometr niej toczy si walka dwch przeciw dziewiciu i gdy
ma si samemu lada chwila zacz strzela. Jeszcze trudniej utrzyma ten spokj bodaj przez dwie
sekundy.
Nie strzela! Jeszcze nie strzela! Jeszcze nie...
Lewoskrzydowy messerschmitt ronie w moim celowniku. Teraz ju nie ma czasu, eby oderwa od
niego wzrok: jest blisko. Ale jeszcze raz wstrzymuj nacisk palcw na spust i oto widz twarz
niemieckiego pilota: odwraca gow i spoglda na mnie.
Ta jasna twarz jest w samym rodku celownika. Bior poprawk i - dreszcz krtkiej serii karabinw
maszynowych wstrzsa moim samolotem.
Jednoczenie messerschmitt kadzie si lekko na skrzydo, wypywa w gr, zawija w lewo ogonem
i wali si nagle pode mnie w d korkocigiem3.
Ani na chwil nie spuszczam go z oka, przekonany, e chce mi si wymkn. Zamykam gaz,
podcigam, kopi ster w lewo i nurkuj za nim z wywrotu.
Przez sekund zapadam w ciemno: sia odrodkowa (450 kilometrw na godzin w krtkim
gwatownym przerzucie) wysysa mi wszystk krew z mzgu. Ale ju odzyskuj wzrok i obrzydliwe
uczucie mdoci mija rwnie szybko, jak przyszo.
Messerschmitt wychodzi ze zwojw, nie przestajc nurkowa.
Nic z tego nie bdzie - myl. - Sprbuj tylko wyrwna; wanie na to czekam.
Lecz on nie rwna. Nurkuje coraz ostrzej, przechodzi niemal na plecy i... dymi. Dymi! Pali si!

Figura akrobacji lotniczej.

Najpierw zdumienie, a potem rado rzuca mi do gowy fal krwi: zestrzeliem samolot! Jedn seri.
Pierwsz seri.
Przeywam wstrzs podobny do wstrzsu gracza, ktry postawi wielk stawk na numer i wygra.
Albo - jeszcze dokadniej - wstrzs myliwego, ktry pooy pierwszym strzaem grubego zwierza.
Mimo e od lat dwudziestu, od poprzedniej wojny, nie strzelaem do czowieka; mimo e przecie nie
zdoaem pozby si jeszcze caego balastu kultury pokojowej z jej wstrtem do mordw wojennych;
mimo e moja wraliwo nie stpiaa jeszcze w tej nowej wojnie - pierwsze zwycistwo w powietrzu
takie wanie na mnie robi wraenie. Ani mi przez myl nie przeszo, e z mojej rki zgin czowiek.
Widziaem, jak messerschmitt rbn w ziemi i buchn pomieniem, i ten widok bynajmniej mn nie
wstrzsn. Jakby dzik zrulowa na lenej polanie od mego strzau. To wanie byo tak.
Zreszt nie miaem zbyt wiele czasu na analiz tych uczu i na filozofowanie. Dwaj pozostali Niemcy
siedzieli mi na karku. Teraz oni mieli przewag: byli wyej i - za mn.
Nigdy jeszcze - nawet przez tak krtki czas jak wwczas - nie uwiadomiem sobie tak dokadnie, e
mam plecy. Czuem je. Caa moja wiadomo bya zwizana z ich ksztatem, z napiciem skry,
z ukadem mini i koci, nieomal z rozgazieniem y i ttnic. Nieco mniej wyranie czuem nogi od
kolan w d i ramiona od barkw po okcie. Za to kark i tylna cz czaszki stay si nagle wraliwe tak
samo jak plecy: wiedziaem o kadym wosie pod kominiark i czuem, z ktrego miejsca wyrasta.
Moje plecy, kark i czaszka naraone byy najbardziej na pociski z niemieckich samolotw. Czekay na
nie. A moja wiadomo przez kilka sekund przylepia si do tego oczekiwania.
Zapewne z tej przyczyny nie od razu zdaem sobie spraw, co mog oznacza delikatne, zaledwie
dajce si zauway, nieregularne drgania mego rozpdzonego PZL-a. Dopiero kiedy zobaczyem
tworzce si raz po raz zadry blachy na skrzydach, zrozumiaem: strzelaj.
Wiedziaem, e s blisko i e nie powinienem si oglda. Ziemia pdzia ku mnie, coraz wiksza
i coraz wyraniejsza, puchnc mi w oczach, a oni strzelali mi po skrzydach...
Zdecydowaem si na jakich piciuset metrach. Przemoc sterw odwrciem maszyn o p zwoju
korkocigu i cignem na siebie drek.
Wcisno mnie w siedzenie. Rce, nogi i odek nalao mi oowiem. Przez serce przewalia si krew
i ucieka w d, a gowa zanurzya si w chodn, mdlc ciemno, podobn chyba do mierci.
Zapewne tylko nawykiem mini wyrwnaem stery, bo przez chwil nie wiedziaem, co si ze mn
dzieje. Pierwszym wraeniem, jakiego doznaem odzyskujc wiadomo po tym ryzykownym skrcie,
byo uporczywe dzwonienie w uszach. Potem jak przez mg zobaczyem tablic zegarw wyaniajc
si z ciemnoci, coraz wyraniejsz i ustalajc si przed moim roztaczonym wzrokiem. Wreszcie zwichrowany horyzont, skonie przekrelony skrzydami mojej maszyny.
Potem usyszaem, jak silnik krztusi si i kaszle, pozbawiony nagle dopywu mieszanki i rwnie nagle
zachynity jej nadmiarem po zakrcie.
Odetchnem gboko i rozejrzaem si.
Byem sam. Daleko poza mn kady si w wira dwa messerschmitty, a dalej jeszcze, i nieco wyej,
suny ku nim z gry dwa PZL-e.
Dopiero teraz wrcia mi utracona pami poprzednich zdarze: to byy przecie PZL-e naszego
klucza... Kapitan i Wodzido zaatwili si z dornierami do szybko, aby mi przyj z pomoc. Ale

przecie dornierw byo dziewi... Dornierw byo dziewi, a ich dwch. I mimo to ju gnaj z gry
na messerschmitty, podczas gdy ja mog im si tylko przyglda..
Widz ich na tle nieba, majc soce z boku, ale nawet marzy nie mog o wziciu udziau w pocigu:
jestem o dobre czterysta metrw niej ni oni, oddalony o kilometr od nich. Nie dogoni std nigdy
messerschmittw, a one wcale nie maj zamiaru czeka na mnie... Zreszt i nasi nie dadz im rady.
Dopki szli skonie w d, dopdzali je z wolna. Teraz wyrwnali i odlego midzy nimi si zwiksza.
Messerschmitty s mniej zwrotne ni nasze jedenastki4. Niemieccy piloci s sabszymi strzelcami ni
Polacy i nie zdobywaj si na to, aby atakowa, gdy siy s rwne Za to ich samoloty s szybsze ni
nasze. Jeeli uciekaj na jednym poziomie z pocigiem - nie mona ich dopdzi. A wanie uciekaj
teraz.
*
Moi towarzysze zawracaj. Jak zawsze Polacy - trzeba czy nie trzeba - z fasonem: skrzydo od skrzyda
o metr, okrgo i gadko przeorali niebo od horyzontu do zenitu, bysnli socem na sterach
w pbeczce5, zawili - rzekby - na chwil nieruchomo w przestrzeni, drwic z prawa ziemskiej
grawitacji i - zamiast mu ulec, zamiast zwali si w d po tym mycu o trzystumetrowym promieniu
- wypynli razem w ty z zawrotu, znaczc podwjny lad warkoczami bledniejcego dymu spalin.
Dodaem gazu i wydwignem si w gr stromym zakrtem, aby si z nimi zrwna. Powitali mnie
wzniesieniem lewego ramienia - take jak na komend.
Zbliyem si, wyrwnaem, przypiem si do klucza.
Sikora spoglda na mnie raz po raz, wykrcajc gow i krzywic si niemiosiernie. Sierant
rozdziawia w umiechu swoj kocist, kosk gb i prdko rusza ramionami, co tym razem
oznaczao wielkie zadowolenie. Szlimy w d na maej prdkoci w kierunku stacji. Wtem kapitan
zawachlowa skrzydami, rozkoysa si z burty na burt, domkn gaz i run pionowo w d. Za nim
jak kamie spada sierant. Ja zostaem nieco z tyu i tak gnalimy prosto na tory kolejowe
rozcignit trjk, jak trzy spadajce pociski.
Nie od razu zrozumiaem, co to ma znaczy. Dopiero spojrzawszy uwaniej na ziemi dostrzegem
przyczyn wariackiego nurka: po obu stronach szyn, poyskujcych jak srebrne nici na klockowej
koronce podkadw, leay szcztki dwch dornierw.
Urosy mi gwatownie w oczach, wyamay si kanciasto, plastycznie z zieleni ki, zesztywniae
w bezruchu, martwe.
Pdzilimy wprost na nie ze wistem i wyciem fletnerw6, a na wysokoci stu metrw Sikora zadar
maszyn, zary brzuchem i mign z powrotem w gr nad stacj kolejow, a za nim Wodzido rykn
przeraliwie gazem w wiecy7, wylecia jak rakieta i pocign mnie swoim torem.
Miaem najwiksz prdko, bo nie domykaem gazu i wyprzedziem ich obu. Znalazszy si na czele,
skrciem w prawo i szukaem wzrokiem mojego messerschmitta. Ale oni zobaczyli go wczeniej, bo
wyminli mnie nagle jeden za drugim tu blisko i poszli w d.

Jedenastka - PZL 11, myliwski samolot polski.


Figura akrobacji lotniczej.
6
Fletnery - niewielkie korekcyjne paszczyzny na sterach zmniejszajce ich opr przy sterowaniu.
7
Figura akrobacji lotniczej.
5

Niemiec lea niedaleko, za szos, u skraju lasu i dymi jeszcze wrd czarnej plamy wypalonego
ryska. Sikora przewin si w skrcie midzy nim a drzewami; Wodzido nieomal musn podwoziem
sterczcy szkielet kaduba i kopic ster boczny raz w lewo, raz w prawo, zamiata przede mn
ogonem z wielkiej uciechy.
Wykrciem za nim. Dodalimy gazu i zwartym szykiem pocignlimy w stron lotniska. Wielki obok,
wydty jak agiel, wpeza pod soce i okrywa cieniem pobojowisko. Nad nim, na puapie, kry
samotny jastrzb, szukajcy eru...

2. Ewakuacja
Waciwie na walce z messerschmittem pod Radomiem zaczyna i koczy si moja kampania
lotnicza w Polsce, gwnie dlatego, e wanie wykoczy si silnik w jedenastce ocalonej dziwnym
zbiegiem okolicznoci z pogromu maszyn w dbliskiej skadnicy. Zawory dzwoniy w tym silniku jak
w czasie mszy na podniesienie i chyba cudem wytrzymay jego ostatni wyczyn. Ale zaraz si skoczy
i spracowany grat przy kadym obrocie miga stka, sycza i wypuszcza kompresj8 sapic jak
astmatyk. Z jego piciuset koni przynajmniej poowa pasa si po wszystkich lotniskach Polski, reszta
za - zmordowana i bezsilna - nie moga ucign maszyny, Patowiec te by rozklekotany i troch
posiekany przez niemieckie pociski. Nadawa si do generalnego remontu, nie do lotu. Trzeba byo si
z nim rozsta, i to bez nadziei na otrzymanie innego, bo sprztu byo brak...
Dostaem nowy, ziemny przydzia i z cikim sercem pojechaem zameldowa si nowemu
dowdcy.
*
Rososza, majtek pastwa Doleckich, ley o kilkanacie kilometrw na pnoc od Dblina, za Rykami.
Mieci si tam ewakuowana baza lotnicza, kwatera jej komendanta, majora T., i kolumna
samochodw ciarowych przeznaczona do wywiezienia cennego sprztu, jaki jeszcze ocala
w dbliskich skadach lotniczych.
Jestemy na ty z komendantem, ktry w lotnictwie po prostu nazywa si Maryka. Moja funkcja nie
jest waciwie bliej okrelona. Mam mu pomaga i pociesza go wrd niedoli i nieopisanego
baaganu, z ktrym nie zawsze moe sobie poradzi. Mamy zaopatrywa w benzyn i sprzt (ten,
ktry trzeba uratowa z Dblina) szkoy lotnicze. Tylko e sprztu jest wiele wagonw, benzyny kilka
milionw litrw, a my mamy kilkanacie samochodw na ich przewiezienie. Dokd? - nie wiadomo...
W dodatku o naprawie zrujnowanej bocznicy kolejowej nie ma co marzy.
Pracujemy we dnie i w nocy bez przerw. Kierowcy samochodw upadaj ze znuenia. Wywozimy, co
si da, spod bomb niemieckich i skadamy w Rososzy, aby pniej zaadowa to na pocigi w Rykach
i wywie dalej.
Nastrj tego dnia jest pody: niebo mruczy nieustannie, Niemcy bombarduj bardzo blisko nas. Ludzie
chodz zaspani, przemczeni. Samoloty niemieckie zaciekle, ale niezbyt celnie atakuj z powietrza

Kompresja - cinienie. W danym wypadku - spranie mieszanki w cylindrze przez suw toka przy obracaniu
migem.

most na Wile. Wieczorem - jak co dnia - zbieramy si przy radioodbiorniku, aby wysucha
komunikatu Warszawy. Ale tym razem Warszawa milczy...
Milczy rwnie Zygmunt, przyjaciel mj, ktrego tu spotkaem, najbardziej pyskaty czowiek, jakiego
znam. azi ponury i przepowiedziawszy koniec wiata, rozglda si po niebie, jakby czeka na potop.
Na moj uwag w tym sensie odpar z wyszoci, e potop bdzie, ale Sienkiewiczowski, nie ten ze
Starego Testamentu, i poszed do sadu na liwki, wziwszy z sob mego psa. Opychaj si obaj
wgierkami przed tym potopem, jakby ich to miao zbawi, a potem obydwu brzuchy bol. Stkaj
wic, nie dajc mi usn.
Warszawa milczy, Zygmunt milczy z gb pen liwek, a i dowdztwo adnych rozkazw nie nadsya,
wic jestemy pozbawieni wszelkich wiadomoci i - prawd mwic - nie wiemy co dalej robi.
Rano pojechaem samochodem szuka naszych hetmanw lotniczych, bo trzeba byo wreszcie
powzi jak decyzj co do podziemnych zbiornikw z benzyn, ktrej w aden sposb ewakuowa
si nie da. Ale hetmani ulotnili si jak kamfora i na prno przez sze godzin jedziem od Annasza do
Kajfasza.
Byem take w dowdztwie korpusu, gdzie pewien genera owiadczy mi, e go moja benzyna
obchodzi tyle, co zeszoroczny nieg, ale e j trzeba wysadzi w powietrze, bo nasze wojska cofaj
si za Wis.
Prosiem o saperw i rodki do tej roboty, lecz on tylko spojrza na mnie z gry i odrzek, e adnych
rodkw ani saperw mi nie da, bo ma dla nich waniejsze zadania.
- Ale tam jest benzyna dla caego lotnictwa, panie generale - powiedziaem. - Kilka milionw litrw
benzyny...
- Nu, tak benzynu podpali - zdecydowa.
Ju mnie diabli brali.
- Ja to wiem, e podpali. Tylko - jak?
Rozmieszya go moja niedomylno.
- Ot i lotczyk, a nie wie - rzek. - Nu, c? Jedna zapaka i dosy. Wzerwie si.
- A kto t zapak zapali?
Zirytowa si.
- Co pan - dziecko, panie kapitanie? Kto musi powici si...
- To moe pan genera? - spytaem chodno. - Bo ja - nie!
By tak zdumiony, e zaniemwi na chwil, ja za, korzystajc z tego, wyszedem wcieky, klnc tego,
kto go zrobi kapralem.
Dobrze po poudniu wrciem do Rososzy. Uradzilimy z Maryk, eby zaraz, co si tylko da,
zaadowa do wagonw i wysa na wschd, reszt za przewie do lasw pod Kock i dopiero potem
ewakuowa dalej skadnic dblisk, bo inaczej moemy straci wszystko. Wydaem rozkazy
i wysaem do Dblina kapitana B., eby na miejscu zbada, jak wyglda sytuacja, i zasign jzyka
w twierdzy, czy rzeczywicie nasi zamierzaj si wycofa. Sam poszedem przespa si cho troch,
bo byem ostatecznie wyczerpany.

Maryka obudzi mnie na komunikat radiowy, ale na prno krcilimy gakami odbiornika: Warszawa
milczaa.
Tymczasem wrci B.
- Nie mog dojecha do Dblina - powiada. - Ryki zbombardowane: pal si.
- No to czemu pan, do wielkiej cholery, nie objecha Ryk inn drog? - zapytaem wcieky na jego
gupi niezaradno.
Unika mego wzroku.
- Tam nie mona dojecha - mrukn.
- Dlaczego?
- Na skrzyowaniu warszawskiej szosy, za Rykami, zatrzyma mnie andarm. Dblin i caa droga dalej
s pod ostrzaem niemieckiej artylerii. Podobno Niemcy zajli Zajezierze. Most zerwali nasi saperzy,
wic...
- Wic - podj Zygmunt, wypluwajc w kt pokoju z tuzin pestek od liwek - jak psy s we wsi, to
piechota nie przejdzie?
B. spojrza na niego spode ba i pogardliwie wzruszy ramionami. - Nie kady jest takim bohaterem jak
pan - mrukn.
Zygmunt zmruy jedno oko i chcia co powiedzie, ale w tej samej chwili powietrzem targn
wcieky huk. Jkny szyby, dom zadra, podskoczyy sprzty.
- Syszy pan? - szepn kapitan poblady z wraenia.
Po pierwszym nastpi drugi huk i wstrzs, potem trzeci, czwarty, dziesity - w coraz krtszych
odstpach, a zlay si w nieustanny grzmot wybuchw.
To nie moe by artyleria zza Wisy - pomylaem.
Nasuchiwalimy wszyscy trzej. Zygmunt wyj z kieszeni gar liwek i wpakowa je sobie wszystkie
razem w usta.
- Pojedziesz ze mn? - spytaem.
u z trudem, a mu oczy wyaziy na wierzch, mruga w stron kapitana i gada, dzielc zdania, aby
raz po raz przekn liwki lub wyplu pestki.
- Bj si Boga - tfu! tam - hm - andarm na szosie ludzi przed mierci ostrzega - tfu! - Niemcy z
Zajezierza rn, a si ziemia trzsie. Ryki - tfu! - si pal, co dzielniejsi kapitanowie lotnictwa - hm do Dblina dojecha nie mog...
- Przesta pyskowa - powiedziaem. - Jedziemy?
- Bardzo si boj, ale pojad - odrzek przeknwszy reszt liwek.
Obejrza kapitana od stp do gw, wydmuchn pestki za niego, zrobi przepisowo w ty zwrot
i poszlimy.
Pryszczyk, mj kierowca, drzema na tylnym siedzeniu. Siadem za kierownic, Zygmunt obok mnie
i ruszylimy prosto na Ryki.

Wieczr zapada, powietrze nagrzane w cigu sonecznego dnia stao nieruchomo pod jasnym jeszcze
niebem, jak pod kloszem. Kurz wznosi si wielkim tumanem i wisia nad ryskami. Stada wron leciay
na zachd kraczc niespokojnie, a z poudnia, od strony, w ktr jechalimy, omotay coraz goniej
bliskie wybuchy.
Z polnej drogi skrcilimy na szos. Wzdu niej rowami pod oson drzew szli ludzie: chopi
z wzekami na plecach, kobiety z kobiakami i dziemi na rkach, ydzi w chaatach. Ogldali si za
siebie, przystawali, patrzyli w tamt stron, jakby chcc zawrci - i szli dalej. Kobiety pakay.
rodkiem jechay wozy i wzki naadowane dobytkiem, gnano chude krowy i ogupiae owce.
- To z Ryk, panie kapitanie - powiedzia do mnie Pryszczyk.
Skinem gow w milczeniu i minwszy t fal ludzk dodaem gazu.
Nagle za zakrtem ukazay si Ryki, a raczej ich dopalajce si szcztki: nagie, czarne krgosupy
kominw sterczcych wrd zgliszcz, objte pomieniami trawicymi resztki porozwalanych cian
i sprztw. Cae szeregi podobnych do siebie kominw wzdu wskich uliczek bez domw. Tylko one
zostay: jak krzye na cmentarzu, jak ponury znak, e niegdy byo tu ycie, ktre zniszczyy
niemieckie bomby zapalajce.
Szko skrzypi i zgrzyta pod koami samochodu. Trzeszcz ponce belki. Ciki zapach spalenizny wisi
w gorcym powietrzu, ktre wibruje drobnymi falami, wznoszc si pionowo w gr wraz z dymem.
Na jakim rogu byej ulicy, pod pochylonym od wybuchu bomby supem telegraficznym, ktry
z wyrazem rozpaczy zwiesi swoje porwane druty ku ziemi, dostrzegam przewrcony dziecicy wzek
nad brzegiem leja. Mimo woli zwalniam. Wzek ley tak, e widz jego wntrze: zakrwawiona
poduszka i jaki zmiadony, poszarpany ochap misa, zakoczony par maych nek dziecka...
Gdzie jest matka?
Rozgldam si, ale nie widz jej trupa. Tym gorzej dla niej, jeeli usza z yciem.
Mijam kolejno myn i elektrowni, potem dwr i gospodarstwo rybne, gdzie tyle razy bywaem
dawniej na polowaniach..
Kaczki cign po niebie, ktre na wschodzie zaczyna ju gasn, podczas gdy na zachodzie
czerwienieje coraz bardziej. Kaczki cign, cho jest wojna. Ten prosty, zwyky fakt wydaje mi si
w tej chwili karykaturalnie dziwaczny.
Ale kanonada wybuchw jest teraz zupenie bliska i ona to zwraca moje myli w kierunku zadania,
ktre mam wykona. Nie same zreszt kaczki wida na niebie: od strony Kocka na wysokoci 1500
metrw nadciga klucz niemieckich samolotw. Licz na to, e nie maj bomb, poniewa wyranie
wracaj z wyprawy, i jad dalej, nie zatrzymujc si pod oson drzew.
Na skrzyowaniu drg istotnie stoi posterunek andarmerii. Melduje, e szosa do Dblina i sam
Dblin s ostrzeliwane przez artyleri zza Wisy, natomiast grzmot potnych wybuchw, ktre
syszymy przez cay czas, to eksplozje skadw amunicyjnych w Stawach. Nie wiadomo, czy wymacali
je Niemcy, czy te nasi wysadzaj je w powietrze przed odwrotem.
Jedziemy dalej. Eksplozje s bliskie, raz po raz warczce elazo przelatuje nad naszymi gowami, rwc
po drodze licie z drzew. Kilkakrotnie wybuchaj pociski artyleryjskie wzdu szosy, ale tak daleko, e
nawet ich odamki nie dolatuj do nas. Wic Pryszczyk pokpiwa gono z niemieckich kanonierw:
- Trzeba im szos poszerzy i na autostrad przerobi, toby moe trafili.

Jest ju prawie ciemno, gdy dojedamy do miasteczka Ireny, lecego tu przy lotnisku. Pali si
szkoa rolnicza. Poza tym - Irena jeszcze nietknita, tylko szko szyb, ktre wyleciay od wybuchw,
trzeszczy na jezdni tak samo jak w Rykach. Na ulicach nie ma ywego ducha. ydowskie sklepiki na
gucho pozabijane deskami. Tylko na poczcie aduj do samochodw jakie skrzynie.
Wymijam leje w szosie i zwaliska gruzu zburzonych gmachw najpikniejszego portu lotniczego
Polski, skrcam na sadzon prastarymi topolami drog wzdu toru bocznicy kolejowej i zatrzymuj
si przed stacj benzynow. Tu przed ni szyny wyrwane z podkadw piekielnym wybuchem jakiej
cikiej bomby, owinite dokoa ogooconej z konarw topoli na wysokoci kilku metrw - robi
wraenie po prostu niesamowite. Wyglda to jak w strasznej, dziwacznej bajce: tor kolejowy stan
dba i wspi si na potne drzewo, by chwyci je w elazny splot i udusi? Albo moe - by rzuci na
nie rozjuszony, bezmylny parowz?
Podporucznik rezerwy z trzema szeregowcami siedzi tu od tygodnia i pilnuje czterech czy piciu
milionw litrw benzyny, ktra wypenia podziemne zbiorniki. Kazali mu, wic siedzi i czeka na tej
benzynie. Czeka na nowe rozkazy, ktre powinny nadej wraz ze zmian, albo na bomb, ktra
wywali zbiornik wraz z nim w powietrze.
To drugie jest znacznie prawdopodobniejsze ni pierwsze: wtpi, czy przyjd jakiekolwiek rozkazy,
sympatyczny podporuczniku w okularach o grubych szkach. Wtpi, czy ci kto zmieni, aby mg
odetchn spokojniej po tygodniu bombardowania. Wtpi, czy zdoasz ogoli si i umy przed
mierci, jeeli i nadal, jak dotd, bdziesz dzielnie trwa na tym posterunku ze swymi trzema
szeregowcami, bez wody, bez jedzenia, bez papierosw i tylko z iskr nadziei, e nie zapomniano
o tobie.
Po co byo studiowa astronomi i mozoli si nad wysz matematyk, panie podporuczniku? Po co
gromadzi ksiki, walczy o stypendia i czytywa pikne wiersze, jak pan to czyni jeszcze przed
dwoma tygodniami? Po co marzy o pracy w wielkich obserwatoriach, skoro nadesza wojna
i oderwaa pana od gwiazd i poezji, by rzuci ci tu, na ten skrawek ziemi podminowanej benzyn?
Skoro jutro, a moe jeszcze dzi, moe za chwil - wszystko to skoczy si dla ciebie raz na zawsze?
Czy pan te zadaje sobie takie pytania, dzielny, krtkowzroczny docencie w subowym, nie
dopasowanym mundurze podporucznika?
Zostawiam mu wszystkie papierosy, obiecuj konserwy i wod oraz interwencj u jego wadz, jeeli je
gdzie znajd. Ruszamy...
Koszary w twierdzy zbombardowane. Z jakiego okna powiewa duga koronkowa firanka i wychyla si
palma w rozbitej doniczce. Pod oknem - rozkadajcy si trup konia z wywalonymi na wierzch
jelitami. Cuchnie okropnie. Na drodze peno lejw od bomb, jakich szcztkw, rozbitych wozw,
pogruchotanego rynsztunku. Znw trupy koskie, znw strzaskany jaszcz, wywrcony samochd,
a nad tym wszystkim - aonie pochylone supy telegraficzne, jak krzye, i zwisajce druty.
W samej twierdzy, nie uszkodzonej zupenie, zastaj jakiego majora artylerzyst. Ma okoo dwustu
ludzi rnej zbieraniny, kilka powek i... zamierza si broni.
Pytam o most na Wile. Jest czciowo zerwany, tak e czogi nie przejd, ale pieszo mona.
Nasuwa mi si uwaga, e nie bdzie trudno naprawi takie uszkodzenie tak, aby i czogi mogy
przej, ale wstrzymuj si od dyskusji.
Czy Niemcy s na drugim brzegu Wisy - major nie wie. Wanie zamierza wysa tam rozpoznanie,
czeka tylko, a si zupenie ciemni. Dziaa ma wycelowane na most i na Zajezierze.

- Odwody?
- Kto by si tam teraz martwi o odwody? Jaki pukownik zbiera tu na lubelskiej szosie niedobitki
rnych pukw ktrej tam dywizji, wic odwody bd. A czno si robi.
Powiedzia mi jeszcze, e komenda twierdzy wraz z garnizonem wycofaa si rano, nie uprzedzajc go
o tym i nie wydajc mu adnych rozkazw, wic on na wasn rk myli broni przyczka
mostowego. Zostawili mu take kilkunastu rannych. Na szczcie jest lekarz.
Poegnaem go, uprzedzajc, e jad na most, wic eby nie strzela do mnie ze swoich powek. Da
mi cztery karabiny i troch amunicji oraz cznika, ktry ma go zawiadomi, gdy wrcimy, i - jazda.
Most objawia nam si w ciemnociach, jak czarny upir topielca olbrzyma wystajcy z jeziora mroku,
nagle - rzekby - tu przed naszymi twarzami. Na przyczku nie ma nawet warty. Jeeli istotnie jaki
niemiecki oddzia znajdowaby si po drugiej stronie, mgby tu narobi nie lada bigosu...
Wczam wiata reflektorw: nie sposb jecha na lepo, skoro gdzie przed nami jest wyrwa zdolna
pochon czog. Jeeli zaczn do nas strzela, zd jeszcze zgasi wiata i cofn si. Jeeli nie naley przypuszcza, e Niemcw nie ma w Zajezierzu.
Nie bez pewnej emocji dojedamy do nadweronego przsa w dwch trzecich dugoci mostu.
Dalej jecha nie mona: caa jezdnia zerwana i tylko z prawej strony wski chodnik dla pieszych
trzyma si jednego nie naruszonego dwigara, ot tak - na sowo honoru.
Nie widz potrzeby dalszego rozpoznania pieszo: i tak niewiele rozpoznam. Wobec tego wracamy
i reszt nocy powicamy na zbadanie stanu ewakuacji skadnicy.
Niestety bardzo znaczna cz materiaw i sprztu lotniczego jeszcze tu pozostaje. Kilkanacie
samochodw ciarowych, ktrymi rozporzdzamy, stanowi miesznie may tabor w stosunku do
tego, co naleaoby wywie.
O wicie wracamy do Rososzy. Tu dowiaduj si, e Maryka ju si wycofa z wikszoci
samochodw w kierunku Kocka. Jad za nim i znajduj go w lasach po drodze. Jest dzie - znw
zaczyna si bombardowanie.

3. Niezapominajki
t bryczk w par koni przyjechao dwch inynierw z Pastwowych Zakadw Lotniczych
i wojskowy mechanik. Przyjechali z samego rana, ledwiemy zdyli rozoy biwak na tym folwarku
pod Wodaw. Trafili jako, cho folwarczek siedzia w lasach, daleko od szosy, ukryty przed ludzkim
okiem i przed niemieckimi lotnikami, ktrzy hulali ju na dobre nad ca Polsk i strzelali nawet do
pastuchw i do krw po kach, a bombardowali nawet pojedyncze dwory wiejskie i wsie.
Wic ci inynierowie przyjechali i Zygmunt zaraz mnie obudzi, ebym tam do nich poszed. Sklem
Zygmunta, Pastwowe Zakady Lotnicze i przybyszw, bo mi si spa chciao po caonocnej jedzie za
kierownic samochodu. Ale nie miaem racji, bo inynierowie szukali pilota.
- Pilota? Po co? - zapytaem gupio.
- Oczywicie po to, eby lata.

Od razu mi senno przesza. I zo take. Zwaszcza gdy si dowiedziaem, e potrzebny jest pilot do
P 11 i e ta maszyna ma nowy silnik, i e jest uzbrojona, i e amunicji maj do nagej krwi.
- Gdzie jest takie cudo? - zapytaem, jeszcze troch niedowierzajco.
Okazao si, e zaledwie o par kilometrw, tu przy szosie, w szczerym polu albo raczej - w szczerej
polanie midzy lasami. Prcz niej s tam dwie cznikwki RWD 8 z pilotami rezerwy i wanie trzeba
ich poprowadzi do Zaleszczyk.
Nie jest to bardzo wygodna towarzyszka RWD dla jedenastki: tamta ma prdko 120, ta - ponad
300 kilometrw na godzin. Ale - mylaem - niech no ja tych bubkw odprowadz, to ju potem sam
si przyczepi do jakiej myliwskiej eskadry i wtedy...
Pojechaem wic t bryczk z inynierami, egnany przez ziewajcego Zygmunta, ktry by kwany
o to, e ledwiemy si znaleli, a ju wyrywam i zostawiam go na pastw losu i komendanta bazy.
Dzie by suchy, soneczny, gorcy jak te wszystkie dni wrzeniowe, ktre si toczyy nad Polsk
razem ze socem, przez dymy poarw i kurz marszw, w takt omotu bomb i dziaowego ognia.
Sycha byo z daleka w guchy omot, a niebo czyste i mlecznoniebieskie mruczao znowu ponurym
od interferencji warkotem niemieckich bombowcw. Las dysza ywic, nieruchomy, czarny w grze,
zoto i rdzawo ctkowany wiatem porodku, doem szklicie zielony, powy, brzowy. Tylko tu
i wdzie - jak pionowa krecha pocignita kred przez tablic - bielia si rozczochrana brzoza.
Bryczka turkotaa po szosie, kapay metalicznie a gsto cztery pary podkw, parobek siedzcy na
kole pomrukiwa co do siebie czy do koni i mi mierdzcego papierosa, inyniery milczay,
rozgldajc si po szerokim pasie nieba midzy parawanami lasu, mnie za zaczynaa z powrotem
ogarnia senno.
Kto spyta, czy mam map. Nie miaem, ale przygotowaem by sobie jaki taki szkic na wistku
papieru. Powiedziaem, e mam.
Skrcilimy w boczn drog na lewo. Obj nas cie. Bryczka podskakiwaa na korzeniach, to znw
piasek skwiercza pod koami i sypa si z elaznych obrczy, sucho szeleszczc. Potem, za zakrtem,
szeregi drzew odoyy si prost lini na prawo i pena soca zielona polana wystpia nagle przed
same oczy, jak gboka scena w teatrze zza rozsuwajcej si kurtyny. Z boku, schowane kadubami
pod niskie gazie kaliny, stay dwie zgarbione RWD i wypita piersi naprzd jedenastka.
Poszedem obejrze teren do startu. By do rwny, cho kiedy szy tu w poprzek zagony
uprawnego pola, teraz ledwie widoczne pod traw. U przeciwlegego koca pod lasem bieg wilgotny
rw peen niezapominajek. Pachniao tam mit i roje motyli unosiy si nad kwiatami.
Wrciem poszc zgraje konikw polnych, ktre tryskay mi spod ng i zapaday w k.
Przywitaem si z tymi dwoma pilotami rezerwy. Obaj mnie znali, ale ja nie pamitaem ich nazwisk.
Jeden by starszy, podporucznik, pilot pewnie jeszcze z poprzedniej wojny. Zauwayem, e troch
kuleje. onierski mundur z krzywo przyszytymi gwiazdkami wisia na nim jak na drgu. Wosy mia
dawno nie strzyone i w ogle wyglda jak strach na wrble.
Drugi, modziutki chopak, moe osiemnasto- lub dziewitnastoletni, chyba wieo wyszkolony
w jakim aeroklubie - kapral. Zaczerwieni si jak panienka i niezrcznie wyjka, e jest szczliwy, i
poleci pod moim dowdztwem.
Wzruszyem ramionami: take mi lot! - a on si jeszcze bardziej zmiesza.

Podporucznik ju siedzia w swojej maszynie i niecierpliwie spoglda ku nam.


Zawoaem go z powrotem.
- Co si panu tak pieszy? Map pan ma?
aden z nich mapy nie mia i aden nie zna drogi, wic kazaem kapralowi przerysowa mj szkic,
a potem daem go temu drugiemu i powiedziaem im, jaki jest kurs. Sam zostaem bez szkicu, ale
pamitaem go dokadnie.
Umwilimy si, e oni wystartuj razem, przede mn, a ja ich potem dogoni. W drodze maj lecie
wedug kursu busoli moliwie nisko; ja bd si krci midzy nimi wyej.
- W razie czego wyrywajcie nad sam ziemi, nie ogldajc si na mnie, bo i tak nic bycie mi pomc
nie mogli - dodaem na zakoczenie.
Mechanik, starszy podoficer, krpy i krzepki, o czerwonej twarzy, zaronitej ostr ryaw szczecin,
ju krci migo przy maszynie podporucznika. pieszy si. Wida byo, e chcia z tym skoczy
i wynie si std jak najprdzej. Przerzuca migo przez kompresje jakby ze zoci, wprawnie
i szybko i chwyta je, zanim nastpna zdya je odrzuci: raz-dwa, raz-dwa...
W ciszy sycha byo uderzenia gadkiej drewnianej krawdzi o jego muskularn do, lekki szczk
zaworw i ciche westchnienia tokw. Sta rozkraczony przed silnikiem, nieco w prawo, i zrywa
wycignite rami krtkimi szarpniciami caego tuowia, podczas gdy podporucznik gramoli si do
gondoli i zapina pasy.
- May gaz! - warkn nagle, nie przestajc krci.
- May gaz - odpowiedzia podporucznik przez nos.
Benzyna kapaa spod maski. Sierant po raz ostatni rzuci migem i odstpi dwa kroki w ty.
- Wolny!
- Wolny - twarz pilota ukazaa si zza odwietrznika i znika.
Zachrobota rozrusznik. Jedna, dwie, trzy sekundy. migo zawahao si, skoczyo z bluzgiem
bkitnego dymu: silnik zagdaka.
Mechanik skin gow.
- No przecie! - i podszed do drugiej maszyny.
Rowy kapral z aeroklubu siedzia wysoko na zwinitym spadochronie w cierpliwym oczekiwaniu.
- Gdzie si pan szkoli? - spytaem.
Spojrza na mnie zdziwiony i zarumieni si.
- W Krakowie, panie kapitanie. Przecie pan... przecie ja..: Widywaem pana codziennie i...
- Aha, pamitam - skamaem. - Duo pan wylata godzin w tej kampanii?
Powiedzia, e tylko sze, i to na RWD.
- eby tak mie na niej karabin maszynowy! - westchn.
- Duo by pan zrobi tym karabinem - mruknem.

- Zawsze inaczej by si leciao - odrzek niemiao. - Mona by si byo bi...


- Na RWD przeciw heinklom i messerschmittom - poddaem ironicznie. - Pan myli, e wystarczy mie
karabin maszynowy, eby zestrzeli Niemca? Podejdzie panu pod celownik i zaczeka, co? Niech pan
lepiej uwaa, eby pana nie podstrzelia nasza artyleria z ziemi.
- Wolny! - zawoa sierant.
- Wolny! - odpowiedzia chopak.
Silnik ruszy. Nachyliem si nad gondol i powiedziaem jeszcze:
- Zaczekajcie, a dam znak.
Skin gow, a ja wziem pod rami mechanika i odszedem do jedenastki, przy ktrej stali
inynierowie. Jeden z nich poda mi spadochron. Drugi - licho wie po co - przydwiga z pobliskiego
sgu i podoy pod koa dwa sosnowe polana.
- Do prby silnika! - odkrzykn na mj protestujcy gest.
Silnik ju pracowa. Miaem hamulce i podkadanie polan byo zupenie zbyteczne. Zagrzaem motor
na wolnych obrotach, po czym daem peny gaz.
Niemal w tej samej chwili mechanik zamacha rkami i wskaza wycignitym ramieniem na niebo.
Wszyscy trzej co krzyczeli, czego oczywicie nie mogem dosysze. Obejrzaem si z trudem. Nad
polan wysoko w socu pyny trzy dziewitki srebrzystych bombowcw, ledwie widoczne
w mlecznym bkicie
Zmniejszyem obroty i czekaem, a przejad. Potem daem znak obu pilotom, eby podkoowali do
startu.
Wysunli si z krzakw. Kapral zatrzyma swoj maszyn tu za drog u skraju polany, tak jak
kazaem, ale podporucznik koowa dalej.
- Po jak choler?! - krzyknem gono, wskazujc go inynierom. - Zatrzymajcie go!
Jeden z nich pobieg naprzd, jednoczenie za kapral, opacznie pojwszy moje gesty, doda gazu
i unisszy ogon zacz startowa. Widzc to, podporucznik te da peny gaz.
Zdyem jeszcze pomyle, e mam pod koami owe polana, trzymajce mnie w miejscu, i wanie
obejrzaem si na mechanika, eby mu je kaza wyj, gdy usyszaem nad gow wist.
Znaem go dobrze. Od razu zrozumiaem, skd pochodzi. Zreszt jelibym mia jakie wtpliwoci,
rozproszyby je suchy trel karabinw maszynowych. Nie patrzyem wic w gr, skd nurkowaa
trjka messerschmittw trzepic dugimi seriami po caej polanie, tylko szukaem wzrokiem sieranta.
Ale ani jego, ani adnego z inynierw ju nie byo.
Porwaem si z kabiny, zapomniawszy rozpi pasy. Przytrzymay mnie przez sekund. Zwolniem
zatrzask, zdarem z ramion szelki spadochronu i mocujc si z karabiczykami przy tamach u bioder,
spojrzaem przed siebie.
Podporucznik cign maszyn tu nad drzewami i wyrywa na prawo, niewidoczny zapewne z gry.
Kapral te by ju w powietrzu, ale o dobre dwiecie metrw za nim, nad rodkiem polany. Pierwszy
klucz messerschmittw podrywa si po ataku i wykrca na lewo. Drugi wanie spada z gry wprost
na atw, bezbronn zdobycz. Zawy pdem, zaterkota ogniem maszynowym, a dreszcz przeszed po
trawie, a tu i wdzie trysno piaskiem.

Kapral lecia dalej. Prali dokoa niego zdumiewajco gsto i pudowali haniebnie, podczas gdy ja
zdyem wyskoczy na ziemi i wyrwa spod k sosnowe kody.
Mylaem, e mu si uda, ale gdy ju ruszaem do startu, nie zapiwszy pasw i wyrzuciwszy precz
spadochron - trzeci klucz go wykoczy: maszyna zamaa nagle lini lotu i runa bem na d pod
sam skraj lasu.
Gnaem przez drobne, zarose darnin zagony, kiedy buchn z niej ogie.
Tymczasem pierwsza trjka Niemcw zawrcia i sza na mnie. Widziaem, e le mierz, bo ich
pociski sieky ziemi daleko przede mn, a niektre serie trzepotay si w czubach sosen, szyjc
gstym ciegiem las po drugiej stronie polany. (Moe zreszt umylnie prali do palcej si tam RWD).
Do, e byem prawie pewien, i uda mi si wystartowa mimo ich ognia.
Poczuem, jak maszyna wychodzi w powietrze, ale nie zwalniaem steru, aby nabra jak najwikszej
prdkoci przed zawrotem. Wiedziaem, e musz j poderwa nagle i rzuci wprost pod nich, eby
mnie nie zrbali od razu, i - o ile si da - eby zaraz samemu ostrzela ich przy tym zawrocie.
Czerwone pnie sosen, ociekajce socem, pdziy na moje spotkanie. Jeszcze chwila, jeszcze
sekunda, a cign okrgym ruchem ster i maszyna stanie dba nad tymi sosnami, aby zaraz
zwichn uk ptli9 w pbeczce wymierzonej prosto pod kaduby trzech nurkujcych
messerschmittw. Wtedy nacisn spust i - czuem to - trafi.
Wcigam gboko powietrze.
- Ju.
W tej samej chwili - nie: na jaki drobny uamek sekundy przedtem - mj silnik oszala. Chrupno
w nim co, trzasno i nagle roznioso go w drobny mak wraz ze szkem odwietrznika przed moj
twarz. Samolot targn si w d, omal nie wyrn koami o ziemi, uciek w lewo, zaciy ogonem,
sflacza w sterach i wpar si brzuchem w pytk przestrze przede mn. Sosnowe pnie zamkny mu
drog tu blisko, a on mia jeszcze cay pd startu, cho ju by niemal bezwadny.
To, e jaka seria z niemieckich karabinw maszynowych rozsadzia mi wszystkie cylindry i po prostu
rozcia silnik na dwoje - zrozumiaem dopiero pniej. Teraz nie miaem czasu na mylenie. Uratowa
mnie instynkt, bo chyba tylko instynkt tak byskawicznie moe wzbudzi odruchy mini.
Prawa noga, lewa lotka10!
Z pewnoci zrobiem to prdzej, ni zdoabym pomyle. W kadym razie do prdko, aby rzuci
maszyn w trawers11 lewym skrzydem midzy sosny.
Gruchna ogonem o pie, a mi wyrwao drek sterowy z rki, trzasna skrzydem po konarach
i caym ciarem wpada w otwarte ramiona olbrzymiego wierka, ktry szastn si w ty
z chrupotem amanych gazi.
Pokrwawiony i posiniaczony, na czworakach wylazem z gondoli. Byo mi sabo. Serce walio gdzie a
w gardle. Zdawao mi si, e nie zdoam wsta.

Figura akrobacji lotniczej.


Lotka - ruchoma klapa na skrzydle, stanowica ster wychyle samolotu na boki.
11
Trawers - lot po linii skonej do osi samolotu (w paszczynie poziomej).
10

Ale wstaem bardzo prdko. Raczej zerwaem si na nogi i kluczc od drzewa do drzewa, popdziem
w las jak zajc... Bo oto z gry zagrzechotay nowe serie messerschmittw....
Gazki wierkw i sosen sypny si gstym deszczem. Pociski zastukay po pniach, jakby kto kijem
tuk po czaszce; tu i wdzie cykny w piasek pokryty igliwiem, a z ziemi uniosy si wte pasemka
dymu i zatli si chrust.
Siekli tak w skraj lasu dobre dziesi minut, ja za przycupnity za wykrotem czekaem, kiedy mnie
wymacaj. Raz i drugi zabbnio po trupie mojej nieszczsnej jedenastki. Raz i drugi zakurzyo
prchnem przede mn, a wreszcie ucicho.
Zapaliem papierosa i obolay, ale ju spokojny, wyszedem z lasu na polan. RWD dopalaa si nad
zwglonym ciaem rowego kaprala. Ptaki zaczy znw wierka i pogwizdywa. Wielki pa
krlowej jak patek wielobarwnej mozaiki usiad na niezapominajkach i zoywszy skrzyda przebiera
wochatymi nkami. Odezway si koniki polne. Zielonobrunatna aba spojrzaa na mnie pytajco
topazowymi oczyma... Wtem powia leciutki wietrzyk i owion mnie mdym swdem spalonego
misa.
Brrr... C za okropna wo!
Odwrciem si i poszedem do mojej maszyny.
Nawet nie bardzo bya poamana. Tylko silnik, rozwalony zupenie, rzyga czarn oliw i benzyna
kapaa jeszcze z przewodw poskrcanych jak jelita w konwulsjach.
Zapaliem zapalniczk. Ogie buchn od razu i obj stary wierk, ktry mnie uratowa amortyzujc
uderzenie.
Wrciem do rowu na polanie i narwaem niezapominajek. Jeden pk rzuciem w ogie jedenastce,
drugi - kapralowi i jego maszynie.

4. Odwrt
Nie, to ju nie odwrt: to ucieczka Mielimy si skoncentrowa w rejonie Rawy Ruskiej, aby tam
rozpocz doszkolenie podchorych w pilotau. Ale niemieckie panowanie w powietrzu jest
cakowite. Waciwie nasze lotnictwo przestao istnie. Ma znw powsta, jak feniks z popiow, w
Rumunii, dokd ju wyrwa nasz rzd, a my od kilku dni wyrywamy za nim. Rozprzenie jest zupene.
Moe machn rk na to wszystko, wzi karabin w gar i wrci pod Warszaw?
Dni spdzamy w lasach, noce w drodze. We dnie sypiam po dwie, trzy godziny. W nocy usypiam za
kierownic samochodu albo majacz. Stada biaych soni rozstpujce si przed przymionymi
reflektorami mojego wozu, karawany rowych wielbdw, alabastrowe kolumnady i paace po obu
stronach szosy s w tych majaczeniach tak wyrane, tak plastyczne, e trudno mi uwierzy, i istniej
tylko w mojej przemczonej wyobrani.
Najgorzej jest koo pnocy. Maryka na zmian z Zygmuntem budz mnie raz po raz, ale i oni czsto
zasypiaj. Pal papierosy, piewam, deklamuj wiersze, byle nie usn. Czasem i to nie pomaga trzeba stan i przej si na wieym powietrzu.

O wicie senno mija. Zaszywamy si w las wkrtce po wschodzie soca, w miejscu zawczasu
obranym z mapy. Trzeba dopilnowa biwaku, posiku, pogada z ludmi, doda im otuchy. Trzeba
uoy dalsz marszrut i wypisa j dla kadego z osiemnastu samochodw, bo kolumna czsto si
rozpada wskutek zatorw na szosach; wybra nowe miejsce postoju; pojecha do jakiego sztabu;
nawiza czno z dowdztwem, ktre teraz si znalazo i jest albo przed nami, albo - rzadziej - za
nami. Czasem mona si umy i nawet ogoli. Na sen zostaje dwie-trzy godziny, bo o zmierzchu
ruszamy dalej.
Raz po raz dochodz nas fantastyczne wiadomoci: Bydgoszcz, Kutno i Krakw odbite! Rewolucja w
Berlinie! Wochy wypowiedziay Niemcom wojn! Zamach na ycie Hitlera!
Potem okazuje si, e to nieprawda, i serca, nagle ogrzane nadziej, stygn w coraz wikszym
zwtpieniu.
Dopiero teraz take dochodz nas wieci o walkach naszego lotnictwa. O walkach minionych, bo ju
nie ma na czym lata, jeli nie liczy samolotw cznikowych i szkolnych, o szybkoci 100-160
km/godz., podczas gdy niemieckie maj od trzystu w gr.
O walkach bohaterskich, zaciekych, krwawych dla obu stron. Wiadomoci pochodz od spotykanych
w drodze eskadr, od pojedynczych lotnikw, ze sztabw, z dowdztw. Na ich podstawie powoli
wyania si prawdziwy obraz tego, co zaszo.
Mielimy, razem z eskadrami towarzyszcymi (na przestarzaym sprzcie), okoo czterystu
samolotw. Niemcy mieli ich po rozpoczciu dziaa wojennych - okoo trzech tysicy... Zdaje si, e
stracilimy w walce mniej ni sto maszyn, bo reszta bd zostaa zuyta w morderczym wysiku lotw,
bd rozbita, bd wreszcie zniszczona na lotniskach, gdy nie dao si uratowa uszkodzonego
sprztu, chwilowe niezdatnego do lotu.
Niemcy musieli straci siedemset - osiemset samolotw, w czym poowa zestrzelona przez naszych
myliwcw. Przez naszych stu szedziesiciu myliwcw, ktrzy walczyli przeciw omiuset
myliwcom niemieckim i przeciw caej potdze ich lotnictwa bombowego.
Zwaszcza pierwszy tydzie wiele musia Niemcw kosztowa. Opowiada mi jeden z kolegw o takich
dwch walkach Toruskiego Dywizjonu Myliwskiego: drugiego wrzenia siedem maszyn 142 eskadry
spotkao nad Chemnem wypraw zoon z dwudziestu dziewiciu bombowcw niemieckich,
osanian przez sze messerschmittw 110 ze synnej eskadry im. Richthofena. Nasi zrbali siedem
bombowcw i dwa Me. (Jeden z tych Me pilotowa dowdca eskadry). Sami nie ponieli adnych
strat!
Czwartego wieczorem cay dyon w siedemnacie maszyn stoczy walk w rejonie GniewkowoAleksandrw z trzydziestu dziewiciu bombowcami i zestrzeli pi spord nich.
Takich faktw jest mnstwo, a gdy si o nich dowiadujemy, jako lej si nam robi na sercu, e
przecie nie darmo to wszystko, e i oni pac krwaw cen za t nierwn walk z nami.
Nasze osie i karasie - zwaszcza karasie - day si te we znaki Niemcom. Brygada Bombowa zrobia
ponad trzydzieci wypraw, a jak byy skuteczne, wiadczy o tym na przykad meldunek dowdcy 4
Dywizji Pancernej (niemieckiej) skierowany do dowdcy X Armii, a przechwycony przez naszych, ktry
podaje straty dywizji wskutek bombardowania polskiego na dwadziecia osiem procent w ludziach
i sprzcie.

Nasi latali na swoich 220-konnych pyrkawkach jak szatany, aby ratowa pkajc czno, dowozi
rozkazy, rozpoznawa. Latali z jednym karabinem maszynowym za cae uzbrojenie! Ba! latali piloci
sportowi i rezerwici, bez adnego uzbrojenia, na RWD 8!
A teraz... Teraz we dnie mruczy niebo; w nocy mrucz szosy. We dnie ziemia jczy od wybuchw
niemieckich bomb, a powietrze rw serie karabinw maszynowych. W nocy tworz si na drogach
olbrzymie zatory wozw, samochodw, ludzi...
Jest wojna. Mimo to przyroda wysila si na najpikniejsz jesie, a w cieple wrzeniowego soca po
lenych polanach drugi raz zakwity fioki. Tylko e nie pachn.
- C chcesz? - mwi Zygmunt. - To przecie wojenne fioki.
*
Pod Dubnem zbuntowaem si. Razem ze mn zbuntowa si Zygmunt i dwch sierantw.
Postanowilimy utworzy oddzia pieszy i wraca do Warszawy, bo tam si bij.
Po poudniu wyszlimy na szos, eby werbowa ludzi. Setki takich, ktrzy chcieli sucha
czyichkolwiek rozkazw, byle si bi, cigny na poudnie. Ale my przyjmowalimy do naszego
wojska tylko tych, ktrzy mieli karabiny i amunicj. Kto nie mia, musia si wpierw o nie postara,
aby zosta przyjty.
W dwie godziny mielimy szedziesiciu onierzy; do wieczora - przeszo dwustu. Ale nie byo mi
sdzone dowodzi t wspania kompani, ktra - jestem przekonany - biaby si jak legion
spartaski. Gdy zamierzaem na jej czele wyruszy do Dubna, gdzie pewien dzielny pukownik artylerii
organizowa orodek oporu, zjawi si nasz hetman i wdz, pukownik W. Powiedzia nam, e idziemy
do Rumunii, by stamtd natychmiast uderzy na Niemcw. Miao tam jakoby czeka na nas tysic
piset nowych samolotw angielskich.
C - przekona mnie. Ale rozkazowi zdemobilizowania mojej kompanii oparem si stanowczo
i odesaem j do Dubna temu pukownikowi artylerii, ktry chcia si bi mimo rumuskich
perspektyw. Daem im cichaczem pciarowy samochd z amunicj, cztery karabiny maszynowe,
troch konserw i benzyny. Poszli...
- Trzeba si byo zbuntowa w Rososzy - powiedzia Zygmunt. - Zostaby bohaterem, a tak...
- A tak na wszelki wypadek oblicz kurs z Bukaresztu na Warszaw - odrzekem.
Ale Zygmunt powtpiewajco krci gow.
- Ty w to naprawd wierzysz? - zapyta powanie i smutnie.
*
C da si jeszcze powiedzie o tej drodze do ziemi obiecanej?
e straciem w niej jednego z najwierniejszych przyjaci - psa, ktry zosta gdzie z autobusem
penym oficerskiego bagau? e pochowalimy jednego z kierowcw, zmiadonego koami w nocy
na ciemnej szosie podczas usuwania zatoru? e mijay nas cae kolumny wspaniaych samochodw,
ktre oprcz on i sekretarek dygnitarzy - wiozy dywany i nawet kwiaty w doniczkach, podczas gdy
dla rannych onierzy nie byo miejsca? e bdzilimy po wertepach bocznych drg, omijajc
legendarne czogi niemieckie, ktre miay gdzie tam odci nam drog? Wszystko to nie ma ju
adnego znaczenia: oto przed nami most graniczny i na nim dwie flagi - polska i rumuska.

Kres. Koniec jakiego rozdziau. Co, co bdzie znaczyo etap w naszym yciu, w tej wojnie, moe w historii.
*
Teraz to wszystko jest ju poza mn, ale jest jeszcze we mnie i wydaje mi si, e tak zostanie na
zawsze.
Stalimy na wysokim brzegu rzeki i patrzylimy na ten most, czekajc swojej kolei. Wojsko szo i szo;
pieszo, na samochodach, wozami. Nowe, wspaniae czogi, ktre ani razu nie byy w ogniu; dziaa
przeciwlotnicze; motocyklici z karabinami maszynowymi; kompanie reflektorw; saperzy
z pontonami...
onierze mieli zy w oczach. Przechodzc przez most ogldali si za siebie zupenie tak samo jak
pogorzelcy, ktrych widziaem pod poncymi Rykami. Niektrzy ukradkiem caowali rbek
trzepoccej si na wietrze polskiej flagi...
Ruszylimy. Pryszczyk prowadzi wz troch nieprzytomnie. Jego obuzerska, bezczelna gba
z zadartym nosem, pena piegw i zwykle zawadiacko umiechnita, bya teraz blada jak papier.
Wolno mijalimy obie flagi. Co mnie cisno za gardo. Nie patrzylimy na siebie, ale w pewnej
chwili wzrok nasz zawadzi o biao-czerwony strzp ptna i przywar do niego jak urzeczony. Nasze
gowy odwrciy si w prawo.
Ju...
W tej chwili spojrzelimy po sobie: Maryka, Zygmunt, ja i Pryszczyk.
- O rany! - westchn ten ostatni. - To my ju nie w Polsce...
Milczelimy. Zdaje si, e energiczne wytarcie nosa uratowao mnie od ez.
Czarne myli jak kruki obsiady mi gow, cho ponura rzeczywisto cigle jeszcze wydawaa mi si
nierealna, nieprawdziwa. Fakty nagromadzone przez te dni kilkanacie nie osiady jeszcze w mojej
wiadomoci, lecz dotykay jej jakby z wierzchu. Wraenia miay smak wrae, jakie si odczuwa
czytajc dziwn, przygnbiajc powie lub patrzc na przebieg tragedii w teatrze. Wewntrznie
rzecz biorc byem ich obserwatorem nie uczestnikiem.
Tylko najbardziej osobiste, prywatne troski o najbliszych, kochanych, ktrzy zostali daleko
odgrodzeni ode mnie fal wojny, zalani przez ni, by moe toncy bez ratunku w jej odmtach, tylko
te myli o nich, rozpaczliwe i bolesne jak zaognione i nie gojce si rany, wwiercay si w serce, arem
paliy mzg. O jake ciko odchodzi z takimi mylami!
Na punkcie kontrolnym stanlimy u skraju szosy, aby przepuci kolumn. Nasze trzy rczne
karabiny rzucone na stos do rowu trzasny sucho zamkami. Pistoletu nie oddaem.
Potem wszyscy czterej wysiedlimy z samochodu i patrzylimy. onierze podchodzili z opuszczonymi
gowami omijajc w ponurym milczeniu Rumunw i ich wycigajce si po bro rce. Rzucali
z rozmachem karabiny i bagnety i odstpowali w ty. Jeszcze mam w uszach szczk rzucanej broni.
Pryszczyk sta obok mnie z opadnit szczk i opuszczonymi rkoma. Wyglda jak uosobienie
zwtpienia i rezygnacji. Wtem drgn. Jaki oficer polski z broni pancernej zajecha motocyklem przed
nasze stanowisko, zsiad, zbliy si do grupy rumuskich wojskowych i zacz z nimi rozmawia.
Jednoczenie z pierwszego samochodu ciarowego zaczto wyciga szczeniaki. Nowiutkie, ani
razu nie uywane, lnice cienk powok tuszczu w jaskrawym blasku soca.

Wtedy z Pryszczykiem stao si co dziwnego. Krzyk zabulgota mu w krtani, twarz wykrzywia si


dziko i z oczu pocieky zy. Nagle rzuci si naprzd, wyrwa z rk onierzy pierwszego szczeniaka,
cisn go do przyczepki motocykla.
- Nie dam s.. synom! Nie dam!.. Nasze polskie szczeniaki Nie dam!.. - krzycza spazmatycznie.
Skoczy na siodo kopn rozrusznik i gwatownie ruszy w stron granicznego mostu, zanim
ktokolwiek zdoa ochon z wraenia. Tylko si zakurzyo za nim; rn na penym gazie z powrotem
- do Polski!
Wrci po kwadransie pieszo w towarzystwie dwch rumuskich andarmw bardzo zawstydzony
swoim wybuchem. Patrzy w ziemi i milcza.
Pooyem mu do na ramieniu. Spojrza na mnie zaczerwienionymi oczyma.
- Znaczy... wszystko przepado, panie kapitanie? - zapyta stumionym gosem.
- Chodcie do wozu, Pryszczyk - odrzekem. - Pogadamy pniej. Trzeba jecha.
Da si uprowadzi jak dziecko i siad za kierownic. Pojechalimy dalej.
W drodze uspokoi si troch i zacz wydziwia:
- Jakie to szosy maj w tej Rumunii! Tucznia nawalili, nie uwalcowali i dosy. Chaupy gliniane,
a podobnie tylko kukurydz jedz. O, jakie to supy telegraficzne, panie kapitanie! eby cho jeden
prosty!
Istotnie szosa bya poda, supy za kolawe, sprchniae i rachityczne.
- Leje si ich zote nazywaj - cign rozgoryczony Pryszczyk na p do siebie, na p do mnie. - Ale
podobnie za jedn nasz zotwkie tych lejw cay worek mona byo przed wojn dosta. Hy, te
mi pinidz! Rumuski, cholera... A jak to gadaj? Kto taki jzyk wymyli? Dzie dobry to u nich - sa
na tate. Jak tu y w takiem kraju?
Jechalimy dalej. Chmara dzieci brudnych, smagych jak Cyganita wylgaa w kadej wiosce przed
chaty i woaa swoje sanatate! Pryszczyk niezmiennie pomrukiwa: i na mame ty, samochd rwa
koami tucze z szosy, krzywe supy pozdrawiay nas ukonami drutw zwisajcych niemal do samej
ziemi...
Wtem zaszczeka pies i to nieoczekiwanie rozrzewnio Pryszczyka.
- O rany! - chlipn. - O rany, panie kapitanie: pies po polsku szczeka...

5. Pryszczyk wieje
Spomidzy wzgrz Staroyca, Radauti i Suczeawy, przez Fitliczeni, wjechalimy w dolin Seretu i
Modawy, a pniej w step, co si sa jak okiem sign po obu stronach rzeki. Olbrzymie, nie objte
wzrokiem any zotej kukurydzy, pastwiska sigajce od jednego do drugiego kraca horyzontu
i pustka, pustka, pustka... Tylko urawie studzien w szczerym polu spogldaj w niebo nalane
sonecznym blaskiem jak miodem. Tylko gdzie na rozdrou Chrystus rozpity na prchniejcym
krzyu. Tylko osiade, porose gogiem starodawne kurhany, bodaj z tych czasw jeszcze, kiedy tu byy
Dzikie Pola, tratowane przez tatarskie zagony... Wypalone skwarem trawy, ziemia spkana od suszy,

tumany pyu wzdu drogi za kadym samochodem. Gdzieniegdzie, daleko, daleko - stada rogatego
byda zagubione w tej pustce. Kraj przestrzenny, rozoysty, jeszcze nie ujty w poty, w miedze,
w graniczne kopce. Kraj przywodzcy na myl dawno; tskny, jaki rozlewny, cierpliwie zapatrzony
w niebo, o boym wiecie nie wiedzcy, a zoty od soca i dojrzaej kukurydzy, powy od pastwisk
latem wysuszonych, soczyst zieleni i niebieskoci Seretu jak falbanist wstg przepasany.
Przebywamy w brd Modaw pod miastem Roman, Bystrzyc pod Bacau i jeszcze par rzeczek po
drodze do Focsani. To w Rumunii sposb o wiele pewniejszy ni jazda przez mosty, przewanie
popsute, a prawie nigdy nie naprawiane. Nie wiem tylko, jak si tu jedzi, w czasie gdy rzeki s
wezbrane, nie za wysche jak teraz.
W Focsani zatrzymuj nas rumuskie wadze wojskowe. Maj si tu zbiera kolumny po pidziesit
wozw i std prawdopodobnie pod eskort jecha na Brail do Tulczy. Wcale mi si to nie podoba.
Ani mnie, ani Zygmuntowi. A ju Pryszczykowi - najmniej.
Wysiadamy, eby si czego dowiedzie i rozprostowa nogi, Maryka za pozostaje na stray wraz
z drugim naszym kierowc.
Sytuacja wyranie pachnie obozem internowanych z perspektyw na baraki i druty kolczaste, nie za
angielskimi samolotami, ktre nam obiecywano.
Robimy wic dokadniejszy wywiad i postanawiamy nie da si odrutowa. Takich jak my dwaj jest
zreszt wielu i wszyscy zamierzaj dosta si do Bukaresztu. Tam jest nasze poselstwo i attach
wojskowy. Stamtd mona bdzie jako wyrwa do Francji, eby si dalej bi. A tu...
- Nie! Tu nie zostaniemy.
Wracamy po godzinie do Maryki i przedstawiamy mu nasz plan: kupi jaki taki cywilny przyodziewek
i rnymi rodkami lokomocji po dwch i pojedynczo przemkn si do rumuskiej stolicy. Ale
Maryka nie moe si zdecydowa: ma skarbowe pienidze, ma ludzi, ma samochody...
- A was andarmi zapi, zanim si std ruszycie.
- Hy - mwi Pryszczyk z lekcewaeniem - rumuskie ziandarmy?!
Rozstajemy si tedy z Maryk, ktry wypaca nam odpraw w nowych szeleszczcych banknotach
i idziemy szuka ubra.
Nigdy w yciu nie miaem na grzbiecie takiej tandety. Wygldamy do podejrzanie: ja w zrudziaym
kusym garniturku i w za wielkiej cyklistwce - na dezertera; Zygmunt w pomidorow krat - na
handlarza ywym towarem; Pryszczyk w smokingu i w zielonych pumpach - zgoa na zodziejaszka...
Decydujemy si we dwch z Zygmuntem jecha pierwszym autobusem do Ramnicul Sarat; tam
wsi do pocigu, przesi si w Buzau na torped bukaresztesk, ale nie dojeda ni do koca,
bo podobno torpeda jest tam szczeglnie kontrolowana; przesi si wic w Ploesti znw na
autobus i dojecha nim a do rdmiecia Bukaresztu.
Pytamy Pryszczyka o jego plany, ale Pryszczyk jeszcze nie wie, jak t podr odbdzie. W kadym
razie ju on sobie da rad.
- Forsy - powiada - mam jak lodu, cho te dranie w teraniejszem czasie po dwadziecia lejw za
zotwki daj i takiem prawem bogac si na nas cholernie. A forsa to w tem kraju grunt.

Poegnalimy wic z kolei Pryszczyka, ktry mia pj jeszcze kolekie jednego podbajtlowa, eby
z nim razem wia. Zapowiedzielimy mu, eby na stacji autobusw i na dworcu si nie krci, bo go
zapi, sami za poszlimy do cafeany na tureck kaw.
Ale gdy po kawie przechodzilimy koo przystanku, Pryszczyk tam urzdowa, rozmawiajc ywo
z dwoma konduktorami. Nie wiem, po jakiemu rozmawiali, bo Pryszczyk wprawdzie potrafi kl po
rosyjsku, z francuskiego nauczy si w drodze parle wu franse?, po rumusku za - sanatate i jeszcze
dwch lub trzech sw, ktre przekrca z warszawska, lecz na tym koczya si jego znajomo
obcych jzykw. Do, e obaj urzdnicy w baranich czapach i brzowych kapotach spogldali na
z szacunkiem i co trzecie sowo tytuowali go domnoa vostra, on za mia min wan jak sam
wojewoda Micha na portrecie w cafeanie i pyskowa gono, spluwajc raz po raz przez zby czym
widocznie imponowa caej dokoa zebranej publicznoci.
Odwoaem go na bok i wypaliem kazanie. Co to za wiec tu urzdza? Czy chce nas wszystkich
wsypa? I jeeli ma zamiar jecha autobusem, to czemu nam o tym nie powiedzia?
Krci si niespokojnie, pociga nosem i spoglda zezem na swoich konduktorw.
- Autobusem? Nic podobnego, panie kapitanie.
- Wic po jakiego diaba tu sterczycie?
- Ja tak... orientacyjnie, panie kapitanie. Badam teren.
Przyrzek, e bdzie ostroniejszy i wsik gdzie midzy ludzi. Ale gdy nadszed autobus, pierwszym
pasaerem, ktry do niego wsiada, by Pryszczyk. Mrugn na mnie porozumiewawczo, e nas widzi,
cho wedug instrukcji udaje, e nas wcale nie zna, i jakby nigdy nic usiad przy oknie.
Okazao si, e bilet ju ma kupiony, wanie przez andarma, e wszystko wie lepiej ni my i e jedzie
do Ramnicul Sarat wraz z nami.
Zasonilimy si rumusk gazet, eby go nie widzie, ale robi tyle ruchu i zamieszania, e skra na
nas cierpa. Najpierw - szarmant, psiakrew - wyrwa jakiej dziewczynie walizk, eby j umieci na
pce, i wyrn ni w eb konduktora. Potem zacz si przystawia do swojej ssiadki, jdrnej,
czarnookiej Rumunki tak natarczywie, e si w to wmiesza jej m, drab wielki i grony jak sam Taras
Bulba, i omal nie doszo do awantury. Wreszcie swoim parle wu franse, zwrconym do guchawego
starego chopa, wywoa powszechn sensacj i dyskusj caego autobusu na temat, kto to moe by
ten interesujcy turysta.
Mimo wszystko do Ramnicul dojechalimy bez przeszkd.
Pryszczyk od razu znik nam z oczu, zapewne w susznej obawie, e mu natr uszu za jego wystpy,
my za, kupiwszy bilety pierwszej klasy do Buzau, ruszylimy na poszukiwanie restauracji, gdzie
mona by co zje.
Znalelimy j w pobliu dworca i wanie, zamwiwszy butelk wina, gowilimy si nad rumuskim
jadospisem, gdy drzwi otworzyy si z trzaskiem i wszed Pryszczyk obadowany paczkami, ze
zwinit w rek gazet pen winogron, ktre poera spluwajc na prawo i lewo upinkami.
Nie dostrzeg nas, bo siedzielimy w kcie, zasonici sztuczn palm, przemaszerowa przez p sali
stukajc podkutymi wojskowymi buciorami i siad przy jednym ze rodkowych stolikw.
Jaki starszy pan w okularach, siedzcy z on i crk obok popatrzy na niego znad szkie; dwaj ywo
rozprawiajcy wojskowi zamilkli; zatopiony w gazecie grubas przerwa czytanie. Pryszczyk obejrza ich

kolejno uoy troskliwie piramid swoich paczek na stole, pokrci w obu rkach kart potraw,
przekrzywiajc gow to w lewo, to w prawo, wzruszy ramionami i psykn na kelnera, kiwajc na
niego palcem.
- Psst, halo, kelner - povtic12.
Poniewa jednak kelner nie bardzo si kwapi do niego, wanie zmierzajc ku nam, bezczelne
indywiduum zapao go w drodze za po biaej, mocno ju sfatygowanej marynarki i nie zwracajc
uwagi na jego rumusk gadanin, pocigno do stolika starszej pary maeskiej z crk.
- Povtic mi to, rumuska twoja niedola - rzek szczerze warszawskim akcentem, wskazujc brudnym
paluchem talerz z dymic baranin pod nosem matrony. - Komprene? Parle franse? Dawaj w try
miga!
My zdbielimy, ale kelner zrozumia, matrona obdarzya Pryszczyka miym umiechem,
a siedemnastoletnia creczka, wymalowana rumusk mod jak wielkanocne jajo, zaszczebiotaa do
niego wcale niez francuszczyzn.
Pryszczyk zmarszczy si straszliwie z wysiku, aby co odpowiedzie, i w tej chwili zobaczy nas...
Zacisn powieki, zamruga, i nagle wyprywszy si na baczno frontem w nasz stron, po
wojskowemu trzasn kopytami, a echo poszo po sali.
Zygmunt omal nie zemdla. Ja zasoniem si gazet, a wzrok wszystkich obecnych skierowa si
z kolei na nas obu.
Przeczekalimy jako to piorunujce wraenie, jakie ogarno publiczno, i wdalimy si w trudn
konwersacj z kelnerem. Niestety umielimy po rumusku niewiele wicej ni Pryszczyk, wic
musielimy wreszcie uciec si do sposobu zamawiania potraw, jakim posugiwa si ten ostatni.
On tymczasem przysiad si do rozszczebiotanej panienki i po chwili czu si ju jak u siebie w domu.
Zamawia wino, rozprawia - gwnie gestami - i odbywa pierwsz lekcj konwersacji.
Gdymy wychodzili, starszy pan w okularach paci za niego rachunek...
Siedlimy do przedziau pierwszej klasy, w ktrym tylko dwa miejsca byy zajte przez jakiego
generaa i modego czowieka o semickich rysach. Spojrzeli na nas obojtnie i nie zwrcili uwagi na
nasz do dziwaczny wygld. Genera pali cygaro i czyta. Mody czowiek co notowa czy te oblicza
na marginesie handlowego listu.
Pocig ju rusza, gdy drzwi przedziau odsuny si i stan w nich, oczywicie, Pryszczyk ze swoimi
paczkami. Zobaczy nas, poczerwienia, zawrci z miejsca - i wymioto go jak wichrem.
Odetchnlimy z ulg, w nadziei, e pojedzie sobie a do Bukaresztu tym pocigiem.
Alici w Buzau, jak tylko wysiedlimy, wysypa si na peron cay ssiedni przedzia drugiej klasy,
w ktrym ten bcwa jecha. Paczek byo znacznie mniej, natomiast haaliwe poegnania
towarzyszyy rozstaniu Pryszczyka z jak haastr, ktra popijaa z butelek i wznosia okrzyki na cze
Polski, poklepujc go po opatkach.
Na szczcie torpeda ju staa na stacji. Skoczylimy do niej co tchu, eby nas nie widzia, i wsiedlimy
do przepenionego wagonu. Pryszczyk zreszt wgramoli si zaraz za nami i zaj ostatnie wolne

12

Povtic (rum.) - prosz.

miejsce obok mnie. Konspirowa si teraz nadzwyczajnie, nic nie gada, tylko ypa na nas oczyma
i wierci si jak na szpilkach.
Widziaem, e go trapi jaka troska, ale udawaem, e niczego nie dostrzegam. Wic on wreszcie
zasoni twarz doni od strony dalszych ssiadw i wykrzywiajc ku mnie usta zapyta pgbkiem:
- Panie kapitanie, a ile kosztuje bilet do Bukaresztu?
- Piset lei - odrzekem wprost przed siebie w powietrze.
Zmruy powieki, zmarszczy si i a sykn, jakby go sparzya ta wiadomo.
- Nie macie biletu? - zapytaem.
Ju chcia wyjecha ze swoim zwykym nic podobnego, panie kapitanie, ale si zreflektowa.
Westchn ciko i potrzsn gow.
- Musicie zaraz powiedzie o tym konduktorowi, bo wam kae zapaci kar.
To oburzyo go do gbi. On bdzie kar paci? Rumunom? To go grubo nie znaj z cywila.
- Nic podobnego, panie kapitanie. Ju ja ich wykiwam.
Zaniepokoia mnie ta obietnica.
- Kiwajcie ich, jak chcecie. Tylko pamitajcie, e ani ja, ani kapitan Wasilewski nic wsplnego z tym nie
mamy. No i - dosy tej konwersacji, comprenez?
Gba mu pojaniaa na to francuskie swko. Zrobi perskie oko, zamruga, chrzkn, rozsiad si
lepiej, trcajc mnie okciem, e to obaj lamp z Rumunw robimy i hec odstawiamy, i zaraz nabra
fantazji.
Zajrza do gazety ssiadowi na prawo, wyj z kieszeni nadtuczone lusterko chuchn na nie, wytar
chustk od nosa, przejrza si, wosy przygadzi, poprawi wze czerwonego krawata i zacz
przewraca lepiami do pani w doskonale skrojonym angielskim kostiumie, ktra siedziaa naprzeciw
niego. Poniewa wszystkie te zabiegi pozostay nie zauwaone, postanowi nieco si posili. Wsta
tedy i, wiadom dobrego wychowania, podoy sobie gazet ssiada na pluszowej awce, nim na niej
postawi nog, by sign na pk po reszt swoich zapasw. Wycign stamtd p tuzina tabliczek
czekolady, rozwin jedn z nich, rozdziawi gb, bysn tymi, szczerbatymi zbami i zacz
chrupa, mlaskajc, a si rozlegao.
To zwrcio wreszcie uwag jego vis vis. Niewiasta w angielskich wenach spojrzaa na spod oka
i widocznie powstrzymywaa umiech. Istotnie Pryszczyk wyglda pociesznie: sztywne
wybrylantynowane wosy wstrzsay mu si nad zmarszczonym czoem, brwi, uszy, grdyka i szczki wszystko byo w ruchu, a bogo nie opuszczaa jego piegowatej gby. Przekn gono, powiedzia
op-pard i zabra si do rozwijania nastpnej tabliczki. Czyni to bardzo wytwornie, trzymajc j
daleko przed sob dwoma palcami lewej rki, rozcapierzywszy jak najszerzej trzy pozostae palce.
Praw zdj cynfoli, zwin j w kulk i wdzicznie wyprztykn pod sufit. Kulka spada na kapelusz
Zygmunta; Pryszczyk skoni si w jego stron, powiedzia op-pard i okrgym, wymownym ruchem
podstawi czekolad pod nos damie.
Dama skamaa po francusku, e nie lubi czekolady, i wymawiaa si, jak moga, bardzo zaenowana.
Ale nie wiedziaa, z jakim to rycerzem sprawa... Pryszczyk zaci szczki i upar si.
- Povtic! - rzek uprzejmie, ale stanowczo i... zwyciy.

Niesyt tryumfu poczstowa w ten sam sposb ssiada na prawo, obu ssiadw damy, wreszcie za Zygmunta i mnie.
Zgrzytalimy zbami, wzrok nasz miota pioruny, ale nie mielimy odmwi, eby nas nie
zdemaskowa.
Potem przyszed konduktor. Stary, suchy, powany, wcale nie do artw. Sprawdza bilety milczc, jak
automat, bez cienia uprzejmoci. Pryszczyk a si za uchem podrapa, kiedy go zobaczy. Zacz
demonstracyjnie wywraca wszystkie kieszenie swego niesychanego garnituru, szuka pod awk, na
pce, midzy paczkami i znw po wszystkich kieszeniach.
Biletu oczywicie nie byo, bo i skde mia si wzi? A tamten czeka, grony, suchy i niewzruszony.
Cay przedzia wzi udzia w poszukiwaniach. My obaj z Zygmuntem - nie chcc si wyrnia, bo to
zwrcioby na nas uwag - szukalimy take, cho nas za krew zalewaa. Konduktor sta nad nami jak
prokurator, a Pryszczykowego biletu nie mona byo znale.
Sytuacja staa si jednak naprawd dramatyczna wwczas, gdy kolejowy sucharek wyskrzypia
drewnianym gosem po rumusku jakie pytanie, ktrego aden z nas trzech nie zrozumia. Pryszczyk
wytrzeszczy na niego oczy, poczerwienia, bkn pod nosem co, co brzmiao jak: bodaj ci cholera
utuka i rozejrza si rozpaczliwie, zatrzymujc wzrok na nas.
Wtedy staa si rzecz dziwna: wszyscy zaczli gada naraz i zrobi si straszny rejwach. Dama
w angielskim kostiumie zapaa konduktora za guzik i trajlowaa jak karabin maszynowy, prawy ssiad
zaklina si - o ile mogem zrozumie - e na wasne oczy widzia bilet tego domnula13; pani
z dzieckiem siedzca przy oknie, potakiwaa gorco; pan w meloniku gestykulowa jak aktor, a ucze
w czapce ze znaczkiem Straja Tari piszcza, jakby go kto ze skry obdziera.
Nic to jednak nie pomogo i Pryszczyk ujty pod rami przez wadz powdrowa wraz z paczkami do
subowego przedziau, aby zapaci czterokrotn cen biletu.
al mi si go zrobio, a uczucie to widocznie podzielali nasi towarzysze podry, bo dugo jeszcze nie
mogli si uspokoi i gorco dyskutowali o krzywdzie, jaka spotkaa w ich kraju sympatycznego
etranera. Pryszczyk za nie wraca.
Torpeda zatrzymaa si na stacji w Mizil, gdzie nikt nie wysiad z wyjtkiem kontrolera kolejowego
w wygalonowanym mundurze. Obserwowaem go przez okno: pobieg do bufetu i wrci dwigajc
sze butelek piwa. Do wagonu wtoczyo si jeszcze z dziesi osb, a Pryszczyka nie byo wida.
Ruszylimy. Konduktor te si nie pokazywa.
Zygmunt zacz przypuszcza moliwo rabunkowego morderstwa w przedziale subowym na
osobie naszego Guliwera... Postanowilimy to zbada i przepchnlimy si z trudem na przd
torpedy.
Zygmunt skrada si do oszklonych drzwi przedziau jak sam Sherlock Holmes. Pokaza mi odcisk
brudnych palcw na mosinej klamce, kurz na pododze i zmit gazet w kcie korytarza... Krci
gow i marszczy czoo.
- To daje do mylenia - owiadczy.

13

Domnul (rum.) - pan.

Usiowalimy zajrze do przedziau, ale okna byy zasonite. Przez szpar wida byo tylko zgodnie
koyszce si na wieszaku: mundur ze zotymi guzikami konduktora i wywiecony smoking Pryszczyka.
- No, no - szepn Zygmunt. - Kto by to przypuszcza.
- Co? - zapytaem, szalenie zaintrygowany.
Ale Zygmunt milcza, wac wnioski i dedukcje. Nie miaem mu przerywa. Wypaliem papierosa
i wanie otwieraem okno, eby wyrzuci niedopaek, gdy wagon wpad na pierwsze zwrotnice torw
stacyjnych Ploesti. Zaczy go sobie podawa: na prawo, na prawo, na lewo i znw na prawo, a mn
rzucio od ciany do ciany. Upuciem cygarniczk, schyliem si, aby j podnie i - o zgrozo! ujrzaem strug krwi wypywajc spod zamknitych drzwi subowego przedziau...
- Patrz! - szarpnem Zygmunta za portki w pomidorow krat. - Co to jest?
- Piwo - odrzek z flegm. - Chodmy.
Ochonem widzc jego spokj, cho nie bardzo jeszcze wiedziaem, co mam o tym myle. Ale
torpeda ju zgrzytaa hamulcami i po chwili stana.
- Ploesti! - dar si kto za oknem.
Wysiedlimy. Za nami wyskoczy kontroler, pogna do bufetu, porwa stamtd sze butelek piwa
i wraca troch rozfalowanym, ale szybkim krokiem.
Obejrzaem si na wagon. W oknie subowego przedziau objci przyjacielskim uciskiem stali
konduktor bez kurtki i Pryszczyk z powiewajcym czerwonym krawatem. Kady z nich w wolnej rce
dziery butelk.
Odwrciem si prdko i poszlimy zobaczy rozkad jazdy autobusem. Najbliszy odchodzi za
godzin. W Bukareszcie mg by najwczeniej za trzy godziny...
- Pryszczyk dojedzie torped w trzy kwadranse - westchn Zygmunt.
- Ale zapaci dwa tysice lei kary i wsadz go do kryminau - dodaem pocieszajco.
- Zapaci z pewnoci za sze butelek piwa - odpar Zygmunt melancholijnie. - Nastpne sze
postawi kontroler.
O adnej karze ani nawet o bilecie mowy nie ma. A ju ci dwaj go przeszwarcuj, jak lepiej nie mona.
C? Chodmy na kaw.
Poszlimy.

6. Obz w Dobrudy
Zmyto nam gowy w attachacie za nadmiar inicjatywy i kazano wrci do Tulczy, by zaj si wysyk
ludzi do Francji; przede wszystkim podchorych, podoficerskiego personelu latajcego i co
modszych mechanikw specjalistw. My mielimy wyjecha dopiero pniej.
Spojrzelimy na siebie ponuro i z twarzami czarnymi jak noc poszlimy najpierw na wino, a pniej na
dworzec kolejowy - speni rozkaz.

W Tulczy - maym miasteczku nad Dunajem w Dobrudy - zastalimy kompletny baagan. Nie byo co
je, nie byo gdzie spa, zarzdzenia krzyoway si i przeczyy jedne drugim, ludmi nikt si nie
opiekowa i rozprzenie grozio zupen utrat panowania nad kilkutysiczn mas lotnikw tu
zgrupowanych.
Jednego dnia mielimy remontowa zrujnowane koszary rumuskie na zimowe lee; drugiego dnia
ju-ju mielimy jecha do Severin; trzeciego dnia miano skoncentrowa nas w Transylwanii;
czwartego dnia - oddzieli oficerw od szeregowych; pitego znw zostawalimy wszyscy w Tulczy...
Tak samo byo z wyywieniem ludzi, podobnie z rejestracj samochodw, z wypat poborw,
z ewidencj, z kompetencjami wadz polskich, rumuskich, policyjnych i wojskowych.
Tote gdy wreszcie uporzdkowalimy jako tako koszary, gdy zorganizowalimy ludzi, dostaw
ywnoci, kuchnie itd., gdy jednym sowem, przygotowalimy si do spdzenia zimy w Tulczy, nagy
rozkaz zaadowania czterech tysicy ludzi do trzydziestu wagonw, i to w czasie niespena godziny,
celem wyjazdu w nieznane, na nowe miejsce postoju, wcale ju nas nie zdziwi. Wiadomo byo z gry,
e rozkaz musi ulec zmianie, bo do trzydziestu wagonw zmieci si najwyej tysic dwiecie chopa
z bagaem. Wiadomo byo, e wagonw na czas nie bdzie i e zaadowany transport poczeka na
stacji dziesi godzin, zanim ruszy...
W praktyce okazao si dodatkowo, e wagony podstawiono dopiero nazajutrz, e podstawiono ich
siedem i e wadze rumuskie nie wiedz, dokd nas zawie.
Dopiero trzeciego dnia pod wieczr otrzymaem nowy rozkaz zaadowania mego oddziau, zoonego
w wikszoci z podchorych (w sile okoo trzystu ludzi), i wyjazdu wraz z piciu oficerami do wsi
Sarighiol w pobliu granicy bugarskiej, gdzie miano nam przygotowa kwatery.
Przezornie zabraem z koszar, co si tylko zabra dao: kuchni, troch prowiantu, maty suce
ludziom za posania i - po piekielnej awanturze z wadzami rumuskimi - ciarowy samochd, ktry
wysaem naprzd z kwatermistrzami, nie udzc si ani przez chwil, eby Rumuni mieli istotnie
przygotowa nam kwatery w owym Sarighiolu.
Jechalimy kolej ca noc, potem za szlimy pieszo osiemnacie kilometrw od stacji kolejowej
Hamangea po okropnej drodze, poprzedzani przez tabor zoony z dwunastu chopskich furek, na
ktrych jechay nasze rzeczy i trzli si chorzy.
Pogoda bya soneczna, dzie - 13 padziernika - niemal upalny. Mijalimy wsie tonce w bocie,
poamane, pozawalane mosty i mostki, puste pola i ndzne, le uprawiane winnice albo jeszcze nie
zebrane any kukurydzy. Kraj wydawa si smutny: bezdrony, zaniedbany, rzadko zaludniony, biedny,
cho tuste gleby, niemal w poowie lece odogiem, mogy stanowi nie lada bogactwo. Ziemia,
zaledwie ruszona pugiem, nigdy nie nawoona, rodzia przecie wielekro wicej, ni wart by trud
rolnika jej powicony.
Chaty - adne, czyste i zgrabne, ulepione z gliny i wybielone wapnem - stay, jak wszdzie w Dobrudy,
wrd krzywych, walcych si murkw z kamienia, wrd trzcinowych pogniych potw, czerniejc
otworami okien czsto pozbawionych szyb. Otaczay je byle jak sklecone szopy, chlewy, obrki,
walce si, z dziurawymi dachami, z przewitujcymi cianami, garbate, kolawe.
Gorsze wraenie czyniy na p w ziemi wkopane, z dala od reprezentacyjnych domkw
umieszczone kuchnie. Przybudowane do chlewa lub do obrki, z oknami zatkanymi wiechciem
kukurydzy albo gazet, stanowi one waciwe mieszkanie gospodarza i jego licznej zwykle rodziny.

Niepodobna sobie wyobrazi zaduchu i brudu, jaki wewntrz takiej nory panuje. Skada si ona
z ciasnego przedsionka, w ktrym prawie ca podog zajmuje gliniane palenisko pod okapem
majcym ujcie do komina. Tu zim tli si ogie z wysuszonego baraniego nawozu, ktrego wysokie
sterty stoj tu przy obrce. Mae drzwiczki prowadz z przedsionka do izby o nieco niszym
poziomie. Izba jest tak niska, e stojc w niej, gow dotyka si puapu. Mae okienka, pozaklejane
gazetami, wpuszczaj nieco wiata, ktre pozwala dojrze brudn podog z gliny i takie
podwyszenie wzdu ciany przylegajcej do komina. To podwyszenie, przykryte cienk, trzcinow
mat, stanowi wsplne oe, aw, st - jednym sowem - cae umeblowanie izby. Jada przy nim,
siedzi lub sypia caa rodzina.
Biay, zwykle trzyizbowy dom z adnym ganeczkiem lub werand, zwrcony zawsze bokiem do ulicy,
a frontem do podwrza, jest nie zamieszkany i suy tylko do wielkich uroczystoci rodzinnych i do
przyjmowania goci. Gliniane podogi pokryte s w nim matami, na cianach wisz kilimy
o poerajcych si wzajem, wciekle skconych barwach, stoj pod cianami kulawe awki, jaki
rachityczny st porodku i czasem, ale to bardzo rzadko, wielki gliniany piec, opalany z zewntrz.
Panuje tu wzgldna czysto, okna s due i czsto maj cae szyby.
Sarighiol jest zupenie podobny do wszystkich wsi w Dobrudy. Mieszkaj w nim prawie wycznie
Bugarzy. Wikszo rumusk stanowi pop, nauczyciel i andarm. Poza tym jest jeszcze sklepikarz
Niemiec i dwie czy trzy rodziny rosyjskie.
Kwater oczywicie nie byo, a wysany przeze mnie oficer z trzema podchorymi na prno o nie
zabiega u primara14 i andarma, bo obaj ci dygnitarze nic nie wiedzieli o majcym nastpi naszym
przybyciu.
Bugarzy, brodaci, w baranich czapach, bronili wejcia do swych chat, wyranie zrozpaczeni naszym
najazdem. Pod oson andarmskich bagnetw wprowadzaem tam moich ludzi...
Do pilnowania nas wyznaczono porucznika Grossu. By to may, kolawy czowieczek z bielmem na
oku, wiecznie pijany, cuchncy potem i samogonem z winogron. Utrzymywa, e mwi po francusku,
ale myl, e kady Murzyn z Sudanu mwi tym jzykiem lepiej ni on.
Ju po kilku dniach pobytu w Sarighiolu zorientowaem si, dlaczego bugarska ludno wsi przyja
nas tak nieprzychylnie. Do kwatery Grossu codziennie przynosi jego ordynans (obdarty, brudny, bosy
sodat) pen kobiak jaj, kur, winogron, sera i wszelkich produktw spoywczych, rekwirowanych
prawem kaduka u chopw. To samo robi plutonowy andarm i tak samo ywili si jego podwadni.
Haracz w naturze - papierosami, naft, masem i kaw - pacili sklepikarze, wdk za - waciciel
maej gorzelni. Oglnie przypuszczano, e Polacy zadaj takich samych koncesji dla siebie, co dla
wsi byoby katastrof.
Oczywicie za wszystko pacilimy gotwk, zorganizowalimy dostaw prowiantw z rumuskich
wojskowych magazynw w miasteczku powiatowym Babadag i prowadzilimy wasn kuchni.
Wyniki takiego postpowania nie day na siebie dugo czeka. Nasi mechanicy, po prostu z nudw,
zabrali si do naprawy bron, pugw, maszyn do szycia i wszelkich narzdzi swoich gospodarzy. Trzej
brygadzici wraz z podchorym, inynierem od konstrukcji lotniczych, wyremontowali gorzelni.
Chopcy kupili i powprawiali szyby do wszystkich okien w swoich kwaterach. Uruchomilimy
nieczynn od wielu lat baj (ani). W izbie chorych nasi lekarze zorganizowali przychodni dla

14

Primar (rum.) - prefekt.

ludnoci. Potem ludzie zaczli jedzi do robt w polu, e za kady Polak pracowa za czterech karmiono i pojono ich z wdzicznoci i atmosfera z dnia na dzie zmieniaa si na nasz korzy.
Wreszcie Grossu, zaniepokojony nasz komityw z Bugarami, napisa raport do Babadag,
pochwalajc zreszt ostronie t dziaalno. Potem przyszed do mnie i wydoi flaszk mojego rumu
w dowd sympatii dla Polski, ktr wyraa w jzyku ju zgoa niezrozumiaym, jakkolwiek w jego
mniemaniu mia to by cigle jeszcze jzyk Racinea i Balzaca.
Musiaem nauczy si kilku najkonieczniejszych zwrotw po rumusku, eby si jako z nim dogada.
Niezy by to zreszt czowiek ten nasz Grossu.
Tote po zorganizowaniu cznoci z Babadag, gdzie ulokowao si nasze dowdztwo z pk Liebichem
na czele i gdzie mielimy central cywilnych ubra oraz paszportw, obz topnia szybko i bez
wielkich trudnoci. Wadze rumuskie zorientoway si jednak, e Polacy przeciekaj im midzy
palcami, i nasay mnstwo andarmw na wszystkie nasze obozy, na drogi, na stacje kolejowe, na
etapowe punkty ucieczki. A na czele andarmw przyby do Babadag pk Zoicaro.
Wyjedajc z Tulczy wiedziaem o nim tylko tyle, e zdoa wreszcie - w przeciwiestwie do swego
poprzednika - jako tako uporzdkowa rozpuszczon band, jak niewtpliwie wyda si wwczas
musiay nasze pomieszane i zdezorganizowane rozbitki oddziaw stacjonujce w tym garnizonie.
Jego drakoskie zarzdzenia i brutalno wywoyway wrd nas liczne odruchy niechci, a pniej
urosy w wersj o sadyzmie, ktry mu przypisywano.
Istotnie Zoicaro wpada we wcieky gniew przy lada okazji lub zgoa bez powodu, ilekro zdarzyo mu
si rozmawia z Polakiem. W obecnoci pk Liebicha na ulicy spra po twarzy rumuskiego andarma
za jakie drobne uchybienie, a chopa na szosie za to, e nie do szybko zjecha z drogi przed jego
samochodem. Da w pysk swemu adiutantowi i nieraz pokrwawi nosy swoim ordynansom. Jednym
sowem - typ zbliony do oficera rosyjskiego z carskiej armii.
Nasz Grossu dra przed nim jak li, plutonowy andarm blad usyszawszy jego imi, Zygmunt
zgrzyta zbami, kl po angielsku i po wosku (oraz w trzech innych niezrozumiaych jzykach)
i przysiga, e mu w eb strzeli przy pierwszej okazji, niech tylko Zoicaro do nas przyjedzie.
Jako przyjecha.
Grossu zgupia do reszty i by prawie nieprzytomny z nadmiaru subistego strachu; andarm
wytrzewia w oka mgnieniu, cho pi od rana w karczmie; Zygmunt za, dowiedziawszy si
o inspekcji, znik z horyzontu i w aden sposb nie mona go byo odszuka. Mimo wic e byem
niezdrw, poszedem sam stawi czoo gronej osobistoci.
Wyobraaem sobie pukownika Zoicaro jako zoliwego gnoma o tej twarzy i zych, biegajcych
oczach, parskajcego jeli ju nie dymem i ogniem siarczanym, to w kadym razie ci.
Ten, ktrego ujrzaem przed primari, istotnie by tawy na chudej twarzy o zapadych policzkach,
ale poza tym bynajmniej nie wyglda gronie. Nosi pince-nez, wybausza gupkowato oczy i gada
prdko po rosyjsku, na prno usiujc nada swemu gosowi ton nie znoszcy oporu.
To ma by on?! - pomylaem rozczarowany.
Ale w tej chwili w drzwiach primarii ukazaa si masywna posta innego oficera i cho wyglda zgoa
inaczej ni moje o nim wyobraenie, to jednak tym razem nie miaem adnych wtpliwoci: to by
Zoicaro.

Na czerstwej twarzy o szpakowatych wsach i krzaczastych brwiach malowaa si energia starego


onierza. W zych, zimnych oczach leaa chmura, z ktrej lada chwila mogy ukaza si byskawice
gniewu. Pomylaem, e ten pukownik istotnie moe wzbudza lk, zwaszcza u ludzi tego typu co
nasz Grossu.
Zdaem mu raport, zupenie zreszt faszywy, podajc ilo ludzi na dwustu siedemdziesiciu, podczas
gdy byo ich stu osiemdziesiciu niespena. Grossu potwierdzi, e jest nas tylu, i zameldowa, e
sprawdza wraz ze mn obecno na kwaterach tych, ktrzy jako chorzy nie przybyli na zbirk.
(Chorych wyznaczyem poprzednio i Grossu istotnie liczy ich wraz ze mn, ale nie przyszo mu
nawet do gowy, e ozdrowiej, aby uzupeni na zbirce brakujce stany).
Tymczasem zacz pada deszcz. Pukownik milcza lub rzuca bladej cytrynie w pince-nez krtkie
rozkazy. Cytryna za kadym razem a przykucaa pod ciarem tych sw i oowianego wzroku Zeusa z
Babadag, po czym prdko, obszernie i wyniole tumaczya mi po rosyjsku, o co chodzi.
Chodzio przede wszystkim o rozkaz rumuskiego Ministerstwa Obrony Narodowej, ktry miaem
odczyta przed frontem mego zgrupowania. Rozkaz napisany by po rumusku i przetumaczony na
jzyk polski przez wadze ministerialne. Przytaczam waniejsze jego ustpy:
Oficerowie, Podoficerowie i onierze Polskie!
Los zechcia, aby si znajdowali na terytorii Rumunii na pooeniju uchodcw wojennych.
Rzd i Nard Rumuski uczynili wszystko, aby zabezpieczy wasze jak najmoliwiej czowiecze
przyjcie w ramach regu i obowizkw midzynarodowych nawizanych przez sytuacj.
Dlatego te, aby uly ycie wasze, s przyjte miary zakwaterowania was, rozdzielajc
w innych miejscach ko z onierzem rumuskim, w innych za miejscach cz wojska
rumuskiego zostaa zakwaterowana u obywateli, aby zaproponowa wam koszary...
Zawiadamiamy was t drog, e jest nie zbdnie, aby swoje si trzymali jako internowane
wojskowe i posusznie wypeniali wszystkie zarzdzenia co do porzdku, jakie panowa musi.
Czynnoci nieprzyjazne, k szczciu pojedyncze, przeciw kraju, ktry was przytuli, s nie do
pojcia.
Prosz wszystkich bacznie pilnowa, aby odkry agitatorw i zda im dowdc obozu, eby
kara bya skierowana przeciw winowajcw, a nie caego obozu. Ci, ktrzy nie bd wypeniay
zarzdzenia dowdcy obozu, bd ukarany... ...apeluje do wyrozumiaoci onierzy polskich,
aby zrozumieli pooenie i zachowaliby si w ten sposb, aby ostrzega si incydentw
z przykremi skutkami, wiedzc, e bd przejte energiczne miary przeciw tych, ktrzy
zapominaj, e so wojskowe i nie wchodz w ramy duchu porzdku i dyscypliny.
Minister Obrony Narodowej
Genera Dywizji I. Ilcusu
Czytaem ten utwr wolno, z trudem chwytajc jego sens i ubierajc tre we wasne zdania, aby nie
wywoa miechu moich oficerw i onierzy. Dobrnem jako do koca, zyskujc w oczach
audytorium nie lada powaanie, gdy przypuszczano, e tumacz tekst francuski na polski.
Gdy skoczyem, deszcz la jak z cebra. Zapowiedziano mi jeszcze, e osobicie bd odpowiedzialny
za ucieczk kadego onierza, e czeka mnie sd wojskowy, wizienie itd. i e pk Zoicaro potrafi
schwyta kadego, kto si omieli opuci obz.
Zanotowa sobie stan ludzi, popatrzy swoim cikim wzrokiem na Grossu i zabiera si ju do
odjazdu, gdy z opotkw wyoni si wielki parasol, a pod nim pop, ktry przyszed prosi nas na
filiank kawy i na wino.

Byo to po mojej myli. Wysuchaem pogrek z udan obojtnoci, ale doskonale wiedziaem, e
brak mi okoo stu ludzi i e prdzej czy pniej si to wyda. Nie mogem zreszt zaniecha dalszej ich
wysyki i przemyliwaem, w jaki sposb tego dokona i jak samemu unikn wizienia. Nie miaem
pojcia, co powiem gronemu Zeusowi z Babadag i czy w ogle co wymyl, ale chciaem
porozmawia z nim przez st, wiadomo bowiem, e przy stole i przy winie rozmawia si inaczej ni
przed frontem. Chciaem go pozna z innej, nie subowej strony. Chciaem si zorientowa, co si da
u niego osign i w jaki sposb.
Pchnem wic sieranta-szefa do Zygmunta, eby go o wszystkim powiadomi i eby na t noc
w kadym razie wstrzyma wysyk ludzi z obozu, i - poszedem do popa.
Pop, mody, przystojny mczyzna, wyjtkowo inteligentny i wyksztacony, bardzo mi sprzyja. Wiele
rzeczy rozumia, sporo o naszych sprawach wiedzia, a jeszcze wicej si domyla. Mwi dobrze po
francusku, do swojej ojczyzny odnosi si z mieszanin pogardy i pobaania, ale moe i kocha ten na
p ucywilizowany kraj, bo dla Sarighiolu pracowa rzetelnie, niczym misjonarz kultury i samarytanin
na wysunitym kresowym posterunku. Poza tym - mia z on, ale za to dobre wino i bardzo dobr
kaw.
Pilimy wanie to wino, rozmawiajc o potrzebach i brakach obozu, o malarii (na ktr nb choruje tu
trzy czwarte ludnoci) i o koniecznoci zainstalowania w kwaterach piecw na zim, gdy zjawi si
Zygmunt. Troch mnie zdziwio jego przyjcie, ale zgupiaem zupenie, gdy po przedstawieniu si
pukownikowi i po wymianie pierwszych obojtnych zda przyjaciel mj z tajemnicz min wyjawi
powd swej wizyty.
- Wiem - rzek stumionym gosem - e pan pukownik Zoicaro postanowi ukrci niesubordynacj
naszych onierzy... C? My rzeczywicie nie jestemy w stanie zapobiec ich ucieczkom, ale
chcielibymy panu pukownikowi dopomc.
Tu ypn na mnie spode ba i kopn mnie w kostk pod stoem.
Omal nie wzruszyem ramionami na tak dyplomacj.
- Jeste gupi baw - mruknem po polsku. - Co ci strzelio do ba?
- Wanie - podj Zygmunt po rosyjsku, umiechajc si sodko do cytrynowej glisty, ktra tumaczya
jego sowa na rumuski i zerkaa na mnie podejrzliwie. - Wanie kapitan poleci mi szczegowiej to
panu pukownikowi przedstawi. - Tu ponowne kopnicie, tym razem w ydk. - Ot syszaem, e
pan pukownik na szczcie rozporzdza wiksz iloci andarmw...
Zrozpaczony, robiem dobr min do tej zej gry i zainteresowaem si ze swej strony dyslokacj
posterunkw, ale Zygmunt nie da mi doj do sowa.
- Nie przeszkadzaj! - warkn. - Przecie widzisz, e robi ich na szaro.
- Kretyn jeste - odrzekem uprzejmie. - Oni nas zrobi na szaro.
On za przysun si bliej z krzesem do pukownika i owiadczy konfidencjonalnie, e pragnie mu
si zwierzy, ale to w najgbszej tajemnicy i eby swka o tym nie pisn, bo moe si nie uda.
Zoicaro sucha do obojtnie. ty adiutant poprawia co chwila pince-nez i przyglda si nam
coraz podejrzliwiej.
- Dowiedziaem si - cign Zygmunt - o planie ucieczki...
Poderwao mnie.

Zwariowa chop! - pomylaem.


Ale byem bezradny, bo samym wzrokiem nie udao mi si zasztyletowa zdrajcy. Zoicaro
zainteresowa si nagle, ty strzyg uszami jak ko, a Zygmunt zapewne pka wewntrznie z dumy
i rozkoszowa si wywoanym efektem, robic obojtn min, co osiga przez kombinacj
podnoszenia brwi, marszczenia czoa i spuszczania powiek.
- O jakiej ucieczce pan mwi? - spyta Zoicaro.
- Podsuchaem rozmow - odrzek Zygmunt. - Naturalnie zupenie przypadkowo - usprawiedliwi si
zaraz.
- Czyj? - naciera tumacz, coraz bardziej zaciekawiony.
Zygmunt si nie pieszy. Zapala papierosa i ypa na mnie swymi niebieskimi oczyma, w ktrych, jak
zawsze, czaia si wesoo.
- Ryba bierze - powiedzia do mnie.
- Gruba ryba - mruknem. - Moe pokn haczyk, wdk i rybaka, patentowanego osa.
- Kapitan ma zupen racj - owiadczy mj przyjaciel. - Musimy panu pukownikowi cakowicie
zaufa.
Bodaj ci rekin zjad - pomylaem.
- Koo stu naszych onierzy ma dzi w nocy uciec z Sarighiolu - wypali Zygmunt, tym razem po
rumusku.
- Co?! - zerwa si Zoicaro.
- Co?! - pisn tumacz.
- Co takiego?! - zdumia si Grossu i zamar w bezruchu z otwart gb.
Omal i ja nie zapytaem Co takiego?, ale zorientowaem si wreszcie.
- Ryba wzia - rzekem z uznaniem. - To nie jest le pomylane.
Zaczlimy dalej dziaa wsplnie. Trzej rumuscy oficerowie nie mieli ju adnych wtpliwoci, e
postpujemy wzgldem nich lojalnie i e nawet jeeli poprzednio nie przeciwdziaalimy ucieczkom,
to przecie teraz, wobec perspektywy wizienia, bdziemy sypali wasnych ludzi. Tylko pop spoglda
na nas niechtnie i jakby z pogard. Zoicaro i jego adiutant klepali nas po ramionach, zarczali, e
bd mieli obfity pow i e nie minie nas nagroda.
Pukownik nas nie opuszcza. tek zatelefonowa po rezerw andarmerii, ktra przybya
o zachodzie soca i wedug jego wskazwek cichaczem i w wielkiej tajemnicy obstawia wie gstym
kordonem.
andarmw byo tylu, e mysz by si nie przelizna przez ich acuch. Prcz tego na wszystkich
drogach czatoway zdwojone i potrojone posterunki, a po wsi kryy patrole.
- Obawiam si, czy to nie zwrci uwagi naszych onierzy - powiedziaem do pukownika. - Mog
zaniecha ucieczki tej nocy, zwaszcza e jest ksiyc.
Lekcewaco machn rk.

- Jeeli kiedy, to wanie dzi bd si starali uciec - odrzek. - Wiedz, e pniej bdzie jeszcze
trudniej. A jutro zrobimy rewizj: oni musz tu gdzie mie cywilne ubrania.
- Z pewnoci - wtrci Zygmunt. - Tylko tak pochowane, e ich nie mona znale.
Rozeszlimy si wreszcie. Zoicaro odprowadzi mnie do kwatery, przed ktr, ku memu zdziwieniu,
sta rumuski onierz z karabinem.
- Czy to ma znaczy, e jestem aresztowany? - zapytaem pukownika.
- Skde znowu! To tylko tak... Widzi pan: zwalniam pana na t noc od wszelkiej odpowiedzialnoci.
Ja sam odpowiadam dzi za kadego paskiego onierza, ale - pan rozumie? - musz mie swoje
rodki ostronoci.
Prosi, ebym mu tego nie bra za ze i ebym nie wychodzi z domu do rana. Jutro posterunek
zostanie cignity.
yczy mi dobrej nocy, a ja jemu pogodnych marze i rozstalimy si.
Byem pewien, e Zoicaro nie bdzie spa do jutra, i nie myliem si: przez ca noc obchodzi
posterunki i tapla si w bocie po polach i drogach. Jeeli za mia jakie marzenia, to zapewne o stu
schwytanych uciekinierach, a te nie speniy si widocznie, bo Zeus z Babadag by nazajutrz wcieky.
onierze, ktrzy pilnowali kwater moich oficerw i mojej, mieli posiniaczone twarze i pokrwawione
nosy.
Pokaza mi ich mwic:
- Tak u nas w wojsku karze si niedbalstwo. Kto musia uprzedzi Polakw o moich zarzdzeniach.
C pan o tym myli? - spyta sarkastycznie.
Krew uderzya mi z lekka do twarzy, ale si pohamowaem.
- Jestem wdziczny panu pukownikowi za pokazanie mi, jak rumuscy oficerowie bij swoich
onierzy po mordzie - odpowiedziaem. - Gdyby mi kto przedtem opowiada, e taka rzecz jest
jeszcze gdziekolwiek w Europie moliwa, nie uwierzybym. U nas oficer poszedby za to pod sd.
To go doprowadzio do wybuchu wciekoci.
Nie bdzie sucha moich poucze. Polska armia? Polska armia ulega Niemcom w cigu trzech
tygodni!
Odpowiedziaem, e rumuska ulegaby w cigu trzech dni, gdyby si w ogle bia.
Nic ju na to nie powiedzia, tylko zgrzytn zbami. Potem zapyta, czy zbirka gotowa, i poszed ze
mn odebra raport i sprawdzi stan.
Tak jak przewidywaem, stawio si na plac alarmowy wszystko, co yo, z wyjtkiem rzeczywicie
chorych, ktrzy leeli w maym szpitaliku, urzdzonym obok plebanii. Razem byo na zbirce stu
siedemdziesiciu dwch ludzi.
- Gdzie reszta? - zapyta tumacz.
Wzruszyem ramionami, a Zygmunt sprycie zameldowa, e jest siedmiu chorych i dwch
kucharzy.

Zoicaro wezwa andarmw i kaza przeszuka wie. Nie znaleziono oczywicie ywego ducha. Rewizja
te nie daa wynikw, bo ubrania cywilne zawczasu zostay dobrze ukryte przez Zygmunta.
Wtedy zdumienie ogarno Rumunw: jak to?! Wic pomimo kordonu, pomimo uprzedzenia ich
przez nas, pomimo e czuwali i e sam grony Zoicaro nie zmruy oka wszc i obchodzc przez ca
noc obz tych stu zdoao zbiec?!
Zeus z Babadag nie wierzy wasnym oczom.
- Jak? Ktrdy? Jakim cudem? - pyta to swego adiutanta, to Grossu, to znw miejscowego andarma.
Podejrzewa ich wszystkich. Podejrzewa swoich onierzy, mnie, Zygmunta i popa. Do poudnia wisia
przy telefonie w nadziei, e przecie gdzie kogo zapie na drodze, w autobusie, w pocigu lub na
stacji. Na prno... Stu ludzi wpado jak kamie w wod.
Wic spokornia i zacz z innego tonu. Najpierw do Zygmunta, bo ja byem bardziej obraony:
- Dlaczego oni uciekaj? Czego im tu brak? Maj przecie co je, nie potrzebuj pracowa i s
bezpieczni. I dokd uciekaj?
- Bo ja wiem - wzruszy ramionami Zygmunt. - A rozkosznie to tu u was nie jest.
Zoicaro cakiem zmik, obieca przysa piecyki i lepsz ywno potem za mnie zaatakowa:
- Pan musi wiedzie, dokd i po co uciekaj.
Zastrzegem si, e o niczym nie wiem, ale wytumaczyem mu, e Polacy potrafili ucieka z Syberii na
Madagaskar, eby mie wolno i eby o ni walczy. e dla nas wojna si nie skoczya, zmieniy si
tylko pola bitew.
- Hm - powiedzia zamylony. - Wic trzeba si spodziewa e i pan prdzej czy pniej pojedzie do
Francji?
- Zawiadomi pana pukownika pocztwk z drogi - odpowiedziaem.
Umiechn si i poda mi rk.

7. Gra Ojca
Wkrtce po wizycie Zeusa z Babadag rozchorowaem si ciko. Rzuciy si na mnie dyzenteria, grypa,
zapalenie ucha i malaria, wszystkie razem. Byy takie chwile, kiedy mylaem, e ju wycign kopyta i
e mnie pochowaj na bagnistym sarighiolskim cmentarzu. egnaem si w myli z najdroszymi,
ktrzy zostali w kraju, a czarne myli i troska o ich los czyy si z gorczkowymi majaczeniami. Nie
miaem o nich adnej wiadomoci; nie wiedziaem, czy yj, i gryzem si tym okropnie.
Wymigaem si jednak od mierci. Tylko byem tak osabiony, e nie czuem si ju na siach dowodzi
obozem. Zostao w nim zreszt zaledwie osiemdziesiciu ludzi, ktrymi mg dalej kierowa Zygmunt.
Grossu martwi si tym bardzo i na pociech chowa do wasnej kieszeni od wypacany przez
Rumunw, faszujc stany ewidencyjne wedug moich wskazwek. Zoicaro by bezsilny; andarmi
albo brali od nas apwki, albo nie mogli nam przeszkodzi, bo chopi stali po naszej stronie:

uprzedzali mnie o majcych si odby rewizjach, wywozili furmankami ludzi a pod Konstanc
i ukrywali zbiegw u znajomych w okolicy w razie potrzeby.
W tych warunkach postanowiem odpocz par tygodni i otrzymawszy zezwolenie Delegatury
Polskiej oraz wadz rumuskich, przeniosem si do Babadag.

Baba-Dag znaczy po turecku Gra Ojca.


Wznosi si stromo nad miasteczkiem tej samej nazwy, ktre rzekomo za tureckich czasw liczyo
okoo szedziesiciu tysicy mieszkacw, teraz za liczy niespena sze tysicy. Wznosi si stromo
od wschodu, pokryta gstym, spltanym, jakby w miertelnych konwulsjach zamarym dbowobukowym lasem. Karowate pokurcza dbw, krzywe, powyginane, poskrcane, niskie, mieszaj si
z takimi bukami, z chaszczami krzakw i czerniej skotunionym kouchem od podna a po szczyt
Gry Ojca. Wydaje si ten las nie do przebycia, tak jest gsty, strzpiasty, dziki. Wrs w pytk
warstw gleby na skaach, ktrych zielonawe ysiny, tylko tu i wdzie deszczami obmyte z gliniastej
ziemi, wystaj po bokach szosy, co wije si krzywo, dziurawa, zbudowana byle jak, unoszca ni z tego,
ni z owego raz lew, raz praw burt, jakby zamierzaa zrzuci ze swego grzbietu kadego, kto by po
niej jecha.
Gdy mokry jesienny wiatr wieje od Morza Czarnego i pdzi niskie, cikie od wilgoci chmury, Gra
Ojca nurza garbaty grzbiet w obokach i potnymi barami stara si zatrzyma ich pochd. Szare
chmurzyska dugo kbi si nad ni, nim wreszcie przewal si przez szczyt i run w d po zboczu, a
do podna, na ktrym rozsiado si miasteczko.
Wtedy zaczyna my deszcz. Pada niemal codziennie, a jeli nie pada, to wisi w wilgotnym powietrzu
lub osiada mg na dachach, na bezlistnych drzewach, na niskich murach z kamienia, na kolawych
uliczkach.
Babadag tonie w bocie i w biedzie. Nigdy nie naprawiane, zapadajce si dachy z grubych, obrosych
mchem dachwek, niezdarnie wykonanych i nieporzdnie uoonych. Okna zabite zmurszaymi
deskami lub zatkane przegniymi badylami kukurydzy. Drzwi krzywo wiszce na poamanych
zawiasach. Niskie murki z kamieni uoonych jedne na drugich, walce si bd na zewntrz, bd do
wewntrz zdziczaych sadw i niechlujnych ogrdkw zarosych bujnie zielskiem. cieki cuchnce,
zawsze pene brudnej wody i gnijcych odpadkw jarzyn. Jezdnie wypenione botem po brzegi
wyboistych i rwnie zaboconych chodnikw. Krzywe zauki, lepe, strome uliczki, plugawe ciany,
z ktrych odpada tynk, nory sklepikw, rachityczne kramy, wybite szyby, ruiny dawno zawalonych
domw...
Ndza wyglda ze zwichrowanych ram okiennych, z poamanych progw i zza krzywych,
sprchniaych potw. Ndza umiecha si drwico z zamknitych na kdk, niebiesko
pomalowanych drzwi Usina Electrica nieczynnej od wielu miesicy.
Opuszczony, odrapany meczet w duym, zachwaszczonym jak wszystkie ogrodzie spoglda z wysoka
smukym minaretem, ale milczy: nigdy nikogo tam nie ma, nigdy aden gos si tam nie odezwie.
Za to primaria, duy brzydki dom o pobielonych wapnem cianach, z wypowia a do jednolitej
szaroci flag na dachu, peen jest zawsze ludzi. Polskie samochody czekaj przed wejciem.
Pumundurowani rumuscy onierze, podoficerowie wpadaj i wypadaj stamtd w popiechu.
Brodaci chopi - Rosjanie i Bugarzy, a wic obywatele ostatniej klasy - czekaj na co pokornie
i cierpliwie, oparci o barier otaczajc gmach pastwowy.

C jeszcze? - Cerkiew jak z tektury, prosta, brzydka, otoczona zamieconym rumowiskiem penym
wzgrkw gruzu i wdow, ktre porastaj chwastami; kilkanacie obskurnych, lepkich od brudu
kawiarni i herbaciarni; daleko na wyynie ponury, nieproporcjonalnie wielki, szary gmach dworca
kolejowego i, czasem, mieszny trzywagonowy pocig z ostatnich lat XIX wieku, jak zapomniana
zabawka z odlegego dziecistwa.
Psy (cae stada psw!), winie, kury i gsi brodz w bocie, wczc si po zaukach. Przejedaj
chopskie furmanki zaprzone w ndzne konie, ktrych gospodarz nigdy nie czyci, a karmi, o ile si
da, najrzadziej. Policjanci w brzowych paszczach z czerwonymi wypustkami i w wysokich futrzanych
czapach, nadci wadz wobec maluczkich i unieni wobec monych; andarmi w niebieskich
poatanych bluzach; Turcy odziani w brudne fezy, achmany i obwise w kroku porcita; Rosjanie,
przewanie rybacy, o rudych lub siwych brodach i czerwonych nosach, kupcy zboowi i winni, opali,
ze zotymi acuszkami od zegarkw na wypitych brzuchach; szary, biedny tum plugarw15
bugarskich i urzdnicy rumuscy, wszcy, gdzie by wzi apwk i zaata dziury w domowym
budecie, zaamujcym si wskutek wielomiesicznych zalegoci w wypacie godowych pensji...
Gdy zmrok zapada, w krzywych okienkach zapalaj si kopcce lampki naftowe, a po wyboistych,
ciemnych uliczkach bdz wiateka latar stajennych niesionych przez przechodniw. Czasem
zaczyna przeraliwie warcze Usina Electrica, zabysn rzadko na supach rozmieszczone arwki,
wiec sabo godzin lub dwie, po czym elektrownia znw si psuje i milczy przez par tygodni, a do
nowej prby. Czasem reflektory schlastanego botem samochodu wyowi z ciemnoci ca ulic jak
duga i szeroka, przemkn pomidzy domami i pogr je w wikszych jeszcze mrokach. Zaszczeka
pies, faszywie zapiszczy rczna harmonia z wntrza kawiarni, zawyje wiatr i znw si uspokoi, a
z wolna cichnie wszystko i Babadag usypia niewygodnym, ndznym snem biedaka, ktremu dokucza
zimno na twardym barogu pod przykryciem z achmanw.
We dnie czsto odzywa si z cerkwi dzwon. Niemal co dnia, a nieraz i par razy dziennie. Bije co kilka
sekund po jednym tpym uderzeniu, beznadziejnie i ponuro. To odbywa si jaki pogrzeb.
Cigle kto tu umiera. A dziw, e to smutne miasto nie wyludnio si dotd cakowicie: malaria, grypa
i dyzenteria hulaj wrd ludzi pozbawionych uczciwej opieki lekarskiej i zbieraj obfite niwo.
Lecz kiedy w zimowy mrony dzie rozpogodzi si niebo, kiedy nieg okryje brudne, umorusane
miasteczko - Babadag wyglda zgoa inaczej. Ni std, ni zowd dostrzegasz doprawdy adny domek na
ulicy, ktr sto razy przechodzie i na ktrej, przysigby, e go nie byo. Trzeba bowiem przyzna, e
Rumuni s urodzonymi architektami i gdyby nie to, i nie naprawiaj walcych si potw, murw
i dachw, e buduj z tandetnych materiaw, ich domki wiejskie i maomiejskie swymi doskonaymi
proporcjami, zgrabnymi gankami, werandami i kolumienkami czyniyby wraenie prostoty i pikna.
W taki jasny, szklany dzie, kiedy powietrze zdaje si dzwoni od mrozu, Babadag umiecha si
wysokimi gosami dzieci, ktre wylegy z saneczkami na pochye, strome uliczki, byszczy cianami
domw wybielonymi przez nieg i soce, zasania dyskretnie a przemylnie ndz wntrz kwiatami
szronu na szybach. Jest niemal wesoy i pogodny. Jest niemal sympatyczny i miy.

Wspiwszy si po stromej ciece na szczyt Gry Ojca, mona zobaczy wielki szmat Dobrudy, a po
Morze Czarne. Biay od niegw, szeroki, rozoysty kraj, uwieczony na horyzoncie zocist strza
wody.

15

Rolnikw.

Tam daleko jest port. A w porcie statki. Statki, ktre popyn do Francji...
I ja zamierzaem popyn do Francji, ale stao si inaczej: w pierwszych dniach stycznia otrzymaem
rozkaz przedzierzgnicia si w cywila i wyjazdu do Targu-Jiu w charakterze dyrektora Angielskiego
Funduszu Pomocy Internowanym onierzom Polskim. Zamiast wic na wschd, do Konstancy,
pojechaem na zachd, do Bukaresztu. Tam wyposaono mnie w dokumenty, instrukcje i pienidze,
po czym pewnego mronego dnia styczniowego wysiadem z wagonu na maym dworcu Targu-Jiu,
gdzie spotkaem Alojzego T. i gdzie pniej nauczyem si pracowa tak, jak on pracowa potrafi.

8. Targu-Jiu
Alojzego poznaem w roku 1938 w odzi. By tam dyrektorem YMCA, ja za przyjechaem z odczytem
dla modziey do tej wanie instytucji. Od razu przypadlimy sobie do serca i teraz w Rumunii Alojzy
najpierw dopomg mi do przedzierzgnicia si w cywila, potem za zada mojej pomocy.
Zobaczyem go na peronie dworca w Targu-Jiu, jak sta w tumie, drobny, niepozorny, ruchliwy, i jak
patrzy bystrymi ciemnymi oczami spod jasnych, rudawych rzs w okna pocigu. Wyda mi si jeszcze
dziwniejszy ni wwczas, gdy go po raz pierwszy widziaem w odzi. Bo Alojzy przy swej niepozornej
postaci ma gow lwa: zmarszczone, szerokie czoo z wielk grzyw jasnych zotawych wosw,
gboko osadzone, niedue, bystre oczy, zawsze troch zmruone, i trjktn, nadmiernie szczup
twarz o do szerokich ustach. Przy tym wyglda zadzierzycie, trzyma si prosto i t swoj lwi
gow nosi wysoko, z godnoci.
Wyskoczyem z wagonu, a on zobaczy mnie od razu i bez adnych wstpw zabra mnie saniami do
obozu, tumaczc po drodze, co i jak mamy robi.
Gdymy tam przybyli, sytuacja wydaa mi si rozpaczliwa. Cae miasto drewnianych barakw
otoczone gstym kolczastym drutem, z dala od miasta, zawiane niegiem, w szczerym polu. Bez
wiata, bez wody, bez kanalizacji, bez piecw. Sze tysicy onierzy polskich, obdartych,
zrozpaczonych lub zrezygnowanych, bez opieki oficerw, wydanych na ask losu, pod stra
rumuskich onierzy. Brak jakiejkolwiek organizacji, brak opieki lekarskiej, ndzna strawa
dostarczana przez zodziejskich intendentw, adnych najprostszych nawet urzdze sanitarnych,
adnych pism, ksiek, adnej nadziei na popraw bytu. Jednym sowem - ndza.
W pobliu, w murowanych koszarach rumuskich, ale cakowicie osobno i te za drutami, by obz
internowanych oficerw, niewiele lepszy ni onierski. Tam przebywao trzystu naszych oficerw
z rnych rodzajw broni.
Komendantem okrgu wojskowego by genera Oprescu, may, tusty, wesoy oficer z dawnej
austriackiej armii. Umiecha si do nas na poy uprzejmie, na poy podejrzliwie, kiedymy si u niego
zameldowali, aby mu przedstawi nasze upowanienia, wydane przez Ministrul de Razboi16 i przez
brytyjsk ambasad. Sucha jednym uchem tego, co mwi Alojzy po niemiecku, ucisn nam rce
z roztargnieniem i spawi nas do pukownika Dumitrescu, ktry dziery wadz nad obozami.
Pukownik Dumitrescu by zgoa inny. Inny ni genera i ni wikszo rumuskich oficerw.
W dodatku mia dobre serce, a jego wygld budzi sympati. Dumitrescu by wysoki, do tgi, ale nie
gruby, czerstwy, szpakowaty, przystojny, z jasnym, szczerym spojrzeniem i miym umiechem. Mwi
16

Ministerstwo Wojny.

doskonale po francusku, a jak si pniej dowiedziaem, by prezesem Krlewskiego Koa


Myliwskiego, przyjmowanym na dworze Karola, czowiekiem bogatym, wychowanym
i wyksztaconym za granic.
Wysucha nas bardzo uwanie i yczliwie. Obieca pomoc, ale wida byo, e zdaje sobie spraw
z trudnoci, jakie nas czekaj.
- Wasi onierze s zdemoralizowani - powiedzia. - Warunki ich ycia tutaj s ze i ja to dobrze
rozumiem. Nasz onierz jest do tego przyzwyczajony. Mieszka i jada tak samo jak Polacy, ktrzy tu s
internowani, a poza tym - peni sub. Ale wy macie inny element w wojsku: przyzwyczajony do
czystych koszar, do komfortu, o jakim w Rumunii nie ma co marzy. Element inteligentny, ambitny; za
to niesforny i, w istniejcych okolicznociach, bardzo trudny do prowadzenia. Ci ludzie s teraz
pozostawieni samym sobie, rozgoryczeni, psychicznie zaamani. W obozie panuje anarchia. Nie chc
nic robi, nie suchaj rozkazw, a gdy wezwaem kilku polskich oficerw, eby zaprowadzili tu jaki
taki wojskowy porzdek, onierze omal ich nie rozszarpali w barakach. Moe wam, panowie, uda si
lepiej...
Potem przedstawi nas pukownikowi Porfirianu, krwistemu grubasowi, ktry sprawowa obowizki
komendanta obozu onierskiego.
Porfirianu, oficer niedawno powoany ze stanu spoczynku, by z zawodu krupierem kasyna gry w
Sinaia. Jeeli potrafi w tym kasynie cign takie uboczne zyski z gry, jakie tu cign ze swego
stanowiska, to prawdopodobnie odoy sobie wcale pikny kapitalik. By typowym rumuskim
oficerem. Lubi przemawia i robi to przy kadej sposobnoci pynnie i kwiecicie, wcale niez
francuszczyzn, a przy tym by atwy w poyciu za niewielkie sumy i podarunki w naturze. Lubi
dobrze zje i jeszcze lepiej wypi, lubi bawi si wesoo, uwielbia adne kobiety, obiecywa
wszystko, o co si go poprosio, i nie dotrzymywa nigdy tych obietnic. By gocinny i wylewnie
serdeczny, a do mnie od razu zapon wielk sympati. Ja lubiem go zreszt take i udawaem, e
nie wiem o jego drobnych zodziejstwach i gagastwach. Przyrzekem mu nawet kiedy uroczycie, e
si wystaram dla niego o wysoki order w zamian za przychylno, jak w pewnych sprawach
ewakuacyjnych okaza internowanym polskim onierzom. Poniewa jednak otrzyma wwczas ode
mnie cztery pary angielskich butw i dwa koce z transportu nadesanego przez ambasad brytyjsk,
uwaam rachunek za wyrwnany, tym bardziej e nigdy nie miaem zamiaru (a moliwoci - w ogle)
obdarowywa go orderami albo si o nie dla niego stara.
Caa ta sprawa odnosi si oczywicie do czasw o wiele pniejszych. Nasze poznanie z Porfirianu
odbyo si gadko i uprzejmie, z obustronn ciekawoci i wymian komplementw, po czym zacza
si praca w obozie, o wiele trudniejsza ni wstpne rokowania z Rumunami.
Nasi onierze nie rzucili si na nas wprawdzie, kiedy weszlimy, nie bez emocji, do zatoczonych,
cuchncych brudem i potem barakw, ale zignorowali nas cakowicie. Po prostu nikt nie chcia z nami
gada...
Zamierzaem powiedzie im o naszej armii tworzcej si we Francji, o obowizkach onierza,
o ojczynie, lecz Alojzy uszczypn mnie w rami.
- Ani pary z gby o takich sprawach!
Mia racj. Jak tu czego da od tych opuszczonych ndzarzy, stoczonych po trzystu w ciemnym,
mierdzcym baraku, przeznaczonym na stu dwudziestu ludzi? Jak przemawia do nich, gdy od paru
miesicy doznawali tylko rumuskiej opieki? Co im powiedzie, skoro przez tyle czasu nikt nie
zatroszczy si o nich tak, aby to odczuli?...

Wic przemwi Alojzy, i to cakiem z innej beczki.


- Wszy was gryz - zacz. - Leycie w zaduchu i brudzie, jeden na drugim. Ciemno tu jak w lochu,
a ten kulawy elazny piecyk tyle grzeje, ile wieca w kociele.
Zrobio si cicho. Dobrze wiedzieli, e tak wanie jest, ale nikt im tego jeszcze nie powiedzia, wic
suchali, gotowi zarwno do aplauzu, jak do obrzucenia mwcy podkutymi buciorami.
- Rumuni oddali dla was dosy barakw, ebycie mogli bardziej po ludzku mieszka - cign Alojzy,
nie zwaajc na to, e natychmiast podnis si pomruk wciekoci. - Barakw jest dosy. S cegy na
zrobienie piecw, tylko...
Tu podnis si wrzask:
- Z pustym brzuchem piec bdziemy stawia?!
- Gdzie te cegy? O kilometr std!
- Postaw se pan sam!
Celnie wymierzony but z grnej pryczy, gdzie a spod puapu, mign w powietrzu, ale Alojzy dojrza
go w mroku i zapa w lot.
- A papierosy macie?! - zawoa zaguszajc gwar.
- Nie mamy! - odkrzyknli.
- Dawa fajki i chodu! - odezwa si jaki zachrypy bas.
- Zaraz dam - powiedzia Alojzy. - A teraz jeszcze jedno: pi tysicy cegie ley koo magazynu, przy
drugiej bramie. Za kad ceg, ktr mi tu kto z was przyniesie, pac pi lei gotwk.
Odpowiedzia mu wybuch miechu i kpin.
- Gdzie te fajki? - pytali coraz natarczywiej i groniej.
- Papierosy mam w sankach. Chodcie, to dostaniecie.
Wyszlimy przed barak, a za nami wysypali si jego mieszkacy, mruc oczy przed wiatem.
Papierosw byo duo: 120 000 sztuk. Rozdzielilimy je na dwadziecia barakw, niewiele dbajc
o sprawiedliwy podzia wewntrzny, bo to nie byo teraz wane. Dla Alojzego wane byo, eby ludzie
wyszli ze swoich barogw; eby ich mie tu, na wieym powietrzu.
Wskoczy na sanki i powtrzy obietnic w sprawie cegie. Odpowiedziano mu wymysami, drwinami,
w najlepszym razie - miechami niedowierzania. Ale w kocu jeden z szeregowcw, namwiony przez
kamratw, kopn si do magazynu i po dziesiciu minutach wrci, niosc trzy cegy.
Powita go szmer zainteresowania.
Wstydzi si troch kolegw, ba si, e go wymiej, jeeli da si nabra, i - nadrabiajc
bezczelnoci - rzuci nam pod nogi te trzy cegy, nadstawiajc do po pienidze.
- No, gdzie forsa?
Alojzy bez popiechu wyj pitnacie lei, pooy je na wycignitej doni onierza i przybi
z klaskiem.

- Jest forsa - powiedzia. - Kto nastpny?


Wtedy si zaczo. To nie pitnacie lei wyrwao tych ludzi z apatii. I nie nastpne par tysicy.
(Pacilimy nazajutrz rano tylko po dwie leje za ceg, a wieczorem po lei). Nie: tego onierza nie
mona byo kupi. Mona go byo tylko przekona, e przybylimy tu, aby mu pomc realnie.
Alojzy potrafi to zrobi w bardzo krtkim czasie. Trzeciego dnia mielimy dwunastu oficerw
ochotnikw z ssiedniego obozu, ktrzy zgosili si na nasze wezwanie i utworzyli polsk komend.
Dalszych stu obiecali Rumuni przysa z Rosiori de Vede, Targoviste i z innych obozw.
Czwartego dnia zorganizowalimy polsk intendentur, sze kuchen z polsk obsug i pierwsz
kantyn. Powsta wydzia kulturalno-owiatowy i zgosio si piciu podchorych, ktrzy pniej
stanowili mj sztab gwny i organ wykonawczy dalszego programu pracy. Zaczlimy te tego dnia
organizowa pierwsz wietlic w pustym baraku.
Dowdztwo rumuskie patrzyo z pobaliwym niedowierzaniem na te nasze poczynania. Nikt prcz
pukownika Dumitrescu nie wierzy, eby to miao jakie znaczenie. Nikt nie przypuszcza, eby nasza
praca wydaa jakie owoce. eby potrwaa duej ni kilka dni. Dumitrescu za powtpiewa, czy damy
sobie rad z rnymi trudnociami i z tymi onierzami, ktrzy w ogromnej wikszoci pozostawali
przecie nadal apatyczni lub nawet wrogo usposobieni do nas, do oficerw, do jakiejkolwiek roboty.
W tydzie po naszej pierwszej rozmowie pukownik nagle przyjecha do obozu swoj czarn limuzyn
i zaprosi nas obu do kancelarii rumuskiego dowdztwa. By bardzo poruszony i zakopotany.
Owiadczy, e potrzebuje naszej pomocy, ale z gry jest przygotowany na wielkie trudnoci. Wtpi,
czy bdziemy w stanie cho czciowo zaradzi temu niespodziewanemu kataklizmowi, jak si
wyrazi.
Owiadczyem, e sprbujemy, i zapytaem o szczegy kataklizmu.
- To jest zupenie nadzwyczajne - powiedzia Dumitrescu pocierajc zatroskane czoo. - To jest tak nie
po rumusku, e... No wic w paru sowach: zwrciem si do waszych oficerw w Rosiori i gdzie
indziej, eby tu przyjechali zaopiekowa si onierzami. eby dobrowolnie zamienili obecn
wzgldn swobod na prac w obozie za drutami. I wiecie, panowie, co si stao?
Pewnie nikt si nie zgosi - pomylaem.
- Zgosili si prawie wszyscy - powiedzia pukownik po dramatycznej pauzie.
Zawstydziem si troch mego przypuszczenia, potem za ucieszyem si serdecznie.
- Jutro tu przyjedzie stu dwudziestu - cign dalej Dumitrescu. - Stu dwudziestu - powtrzy dobitnie.
- Baraki dla nich mam prawie gotowe, ale gdzie oni bd jada? Ja im musz da jutro obiad
o godzinie drugiej, rozumiecie panowie? Obiad na stu dwudziestu oficerw... W kasynie obozu
oficerskiego to jest niemoliwe, bo tam jedz na trzy zmiany, i zreszt... Panowie rozumiecie: wasi
oficerowie, ktrzy tu s, z wyjtkiem kilkunastu, podpisali deklaracj, e nie bd prbowali wyjecha
z Rumunii... A tamci nie chcieli podpisa. Ja wiem, e istnieje pewien antagonizm midzy jednymi
i drugimi. Zreszt sam wicej ufam tym, ktrzy nie podpisali owych deklaracji. Wic...
Powiedzielimy, e rozumiemy. Osobicie miaem ochot uciska dzielnego pukownika, ktremu
rzd rumuski powierzy internowanych oficerw i onierzy, a ktry z wyran sympati odnosi si
do tych spord nich, ktrzy nie chcieli zrezygnowa z ucieczki.
Alojzy zamruga jasnymi rzsami, spsowia, ruszy wystajc grdyk i owiadczy:

- Jutro o drugiej bdzie obiad dla stu trzydziestu dwch polskich oficerw i dla Rumuskiej Komendy
Obozu w kasynie, tu na miejscu. Zrobi si, panie pukowniku.
Dumitrescu nie zrozumia.
- W jakim kasynie? Przecie...
- Bdzie kasyno - owiadczy Alojzy. - Zrobi si.
Pukownik spoglda na nas z wyranym powtpiewaniem, a potem wskaza nam pusty barak, ktry
mona byo zaj. Wreszcie, bardzo zatroskany, poegna nas i odjecha, my za - weszlimy do
rodka.
Prawd mwic, nie byo si czym zachwyca. Podoga zawalona gruzem, brak piecw, ciany ze
szparami, przez ktre nawiao niegu, nawet sufit nie obity pap. Poza tym pustka i zimno.
Pomylaem, e Alojzy przeholowa. Spojrzaem na niego i spotkaem jego bystre, czarne oczy
utkwione w moich. Podnis brwi, mrugn jasnymi rzsami, unis si na palce rozkraczywszy nieco
pakowate nogi i powtrzy z przekonaniem:
- Zrobi si.
Jako zrobio si. Pracowalimy trzydzieci godzin wraz z piciu podchorymi, ktrzy wynaleli
paru znajomych fachowcw pord onierzy: stolarza, dekarzy, zduna i kucharza. (Na kelnerw
zgosio si z tuzin kandydatw).
Nazajutrz przed godzin drug barak wyszorowany, obity od wewntrz pap i wybielony, przybrany
wycinankami, chorgiewkami, portretami, wyposaony w stoy i awki, z kominkiem, na ktrym sta
model aglowca sklejony z tektury, ani troch nie przypomina tego rumowiska, jakie tu zastalimy.
W dwch elaznych piecykach i na kominku szala ogie. Za przepierzeniem bya szatnia na paszcze.
W izdebce przy wejciu spiarnia z zapasami, z wag, ze stosami talerzy, szklanek, naczy i sztucw,
z papierosami, winem i konserwami w puszkach. W kuchni gotowa si obiad z trzech da na wieo
postawionym kuchennym piecu i w dwch kotach, ktre, zdaje si, zginy z rumuskich magazynw
wojskowych. Na stoach stay przekski, kieliszki i butelki.
O drugiej przyszli oficerowie i Rumuni z pukownikiem Dumitrescu. Tryumfowalimy...
Alojzy susznie przewidzia i doceni wag tego, czego zdoalimy dokona: gdyby tych stu dwudziestu
oficerw nie miao na samym wstpie gdzie si podzia, gdyby nie dostali obiadu lub gdyby musieli
go zje o spnionej porze o dwa kilometry od obozu, zmarznici i zmczeni drog - nie wpynoby
to dodatnio na ich chci do dalszej pracy. Pierwsze wraenie czasem na bardzo dugo decyduje
o stosunku do nowego miejsca przydziau. Oni, przygotowani na najgorsze - zastali gotow
organizacj, kwatery i kasyno. To w warunkach obozowych bardzo wiele znaczy.
Jeli za chodzi o Dumitrescu, to zdobylimy jego przychylno i zaufanie za jednym zamachem.
Trzeba przyzna, e umia to okaza i e pomaga nam pniej wicej, niby na to pozwalay jego
funkcje komendanta obozw internowanych.
Przy tej pomocy i wspomagani obficie pienidzmi z Brytyjskiego Komitetu, pracowalimy dalej, a po
wyjedzie Alojzego do Bukaresztu pracowaem ja i zorganizowani ju oficerowie, podoficerowie
i szeregowcy.
Kiedy w kwietniu opuszczaem Targu-Jiu, cay obz zmieni si nie do poznania. Z brytyjskich
pienidzy wydaem okoo trzech milionw lei, nie liczc rnych przedmiotw, ktre otrzymaem dla

onierzy w naturze, jak na przykad: 2 500 par butw, 1 200 ubra, 6 000 sztuk bielizny, 1 000
rcznikw, 2 000 swetrw, 2 000 kocw itd.
Urzdzilimy i wyposaylimy dziewi wietlic, kada ze stoami i awkami, z piecami i lampami,
z bibliotek, czytelni pism, radioodbiornikiem, kompletem gier. Zaoylimy dziewi sklepw
onierskich z odpowiednim wyposaeniem i ich central hurtow. Zorganizowalimy szpital na
czterdzieci ek z izbami ambulatoryjnymi: skrn, zakan, chirurgiczn i dentystyczn oraz
z kpieliskiem o dwch wannach i z instalacj do grzania wody. Przy szpitalu bya apteka z zapasem
lekarstw, odpowiednie zapasy bielizny, rodkw opatrunkowych itd.
Jeden z pustych barakw w obozie przerobilimy na kaplic, wykonujc wszystkie dekoracje, otarz
itd.
Obz mia wasn krtkofalow radiostacj podsuchow, o czym naturalnie wadze rumuskie nie
wiedziay. Wykorzystujc t stacj, moglimy wydawa codzienne pismo, odbijane na wasnych
powielaczach. Pismo nie byle jakie, bo na dwch arkuszach druku, w niedziel za - na czterech lub
piciu. Zorganizowalimy referat owiaty i kultury, ktry otrzyma specjalnie urzdzony barak szkolny.
Kiedy na zawsze wyjedaem z obozu, dziaao tam siedem staych szk i cztery kursy fachowe, na
ktrych uczyo si tysic omiuset ludzi i wykadao czterdziestu nauczycieli. Sekcja odczytowa
zorganizowaa ponad sto odczytw, a teatralna - dwadziecia sze przedstawie teatru
onierskiego, ktry mia wasn wytwrni kostiumw i dekoracji, przenon scen i kulisy.
Zaoylimy trzy due boiska sportowe z bieniami, urzdzeniami do piki nonej, siatkwki
i koszykwki oraz sal ze sprztem do boksu.
W czterech barakach zorganizowalimy warsztaty: masarski, stolarski, szewski, krawiecki, lusarski
i modelarsko-rzebiarski. Zatrudniay one ponad dwustu fachowcw i uczniw.
Przeprowadzilimy wodocigi i kanalizacj na terenie caego obozu (2 500 metrw biecych roww
i rur). Zasadzilimy 3 800 drzewek owocowych i ozdobnych, uprawialimy pod warzywa i kwiaty
160 000 metrw kwadratowych ziemi, splantowalimy i obsiali traw 30 000 metrw kwadratowych
pod boiska sportowe, urzdzilimy 1 800 metrw bitych drg...
A co najwaniejsze - wysalimy koo trzech tysicy ludzi do Armii Polskiej we Francji.
Prawda, mielimy do pienidzy od Anglikw. Prawda, mielimy stu dwudziestu oficerw do pomocy
i sze tysicy onierzy do pracy. Ale ruszenie z martwego punktu, rozpd do tej pracy, inicjatywa s
zasug jednego czowieka. Niepozornego, skromnego, a pniej nawet szkalowanego
i przeladowanego. Czowieka o wulkanicznej energii, ktry nie mia zwyczaju waha si przed adn
prac, ktry zawsze mwi: Zrobi si i robi za dziesiciu, porywajc innych swoim przykadem.
Jednym sowem - Alojzego T.

9. Pryszczyk wieje po raz drugi


Pryszczyka spotkaem w obozie Targu-Jiu zaraz w pierwszych dniach mojego tam pobytu. Rzuci mi si
na szyj w obecnoci rumuskiego sztabu, uciska mnie, a mi dech zaparo, i rozbecza si ze
wzruszenia. Potem, zignorowawszy Rumunw, zacign mnie do swojego baraku, gdzie mia prycz
w kcie na pitrze. Pali moje papierosy, czstowa nimi bra oniersk dokoa i opowiada.

Zapali go. No c? - Zapali... Ale nie adne Rumuny, tylko tajniak niemiecki. A wszystko przez nasz
ambasad... Gdyby sam podrowa dalej, pewnie byby teraz we Francji i moe kierowaby
samochodem samego generaa Sikorskiego.
ypa na mnie spode ba, czy si nie ujm za ambasad i czy nie wydaje mi si zbyt
nieprawdopodobny w przypuszczalny przydzia do generaa. Ja za bawiem si doskonale i ani mi
w gowie byo podawa w wtpliwo jego sowa, cho nawiasem mwic, jak to z caej opowieci
wynikao, Pryszczyka zgubia nie tyle polska ambasada, ile jego wrodzona szarmanteria dla dam.
A byo tak:
W Bukareszcie Pryszczyk wycygani paszport od starszego sieranta Krwki, ktry mia stosunki
w attachacie wojskowym. Dosta ten paszport oczywicie na lewo, czyli sposobem nielegalnym, bo
nie chcia czeka swojej kolejki, podobnie jak sam Krwka.
Co si tyczy tego ostatniego, to znaem go w czasach bardzo ju zamierzchych, bo w okresie, kiedy
Krwka by sierantem-szefem w Krakowskiej Szkole Pilotau w roku 1919. Wtedy te by starszym
sierantem, czyli sztabowym, jak si wwczas mwio. Wcale mnie nie zdziwio, e nie awansowa
przez tyle lat; natomiast zawsze si zastanawiaem, kto w ogle mg go kiedykolwiek mianowa
podoficerem, nawet w austriackiej armii, z ktrej pochodzi.
Krwka by duy, zwalisty, czerwony na twarzy, o rudawym zarocie, a tpy jak pie: Roch Kowalski
w najtaszym wydaniu... Mia przy tym wysokie mniemanie o swojej inteligencji i wiedzy wojskowej,
ktr nabywa latami w kancelarii kompanijnej. W rzeczywistoci ta wiedza ograniczaa si do
regulaminu suby wewntrznej, ktry Krwka umia na pami, inteligencja za przejawiaa si
gwnie w adaptowaniu wyrae zaczerpnitych ze stylu pism subowych. W dodatku pan sztabowy
nie zawsze rozumia te stylistyczne szymle i stosowa je do dowolnie w swoich przemwieniach,
udzielajc nam nauk moralnych, strofowa i uwag przy odczytywaniu rozkazw dziennych szkoy.
Lubilimy go zreszt, my, uczniowie-piloci, bo nie by to zy czowiek i traktowa nas waciwie
z ojcowsk pobaliwoci.
- Jednoroczny freiwilliger Herbert - mawia do mnie, zastawszy mnie w sali podoficerskiej siedzcego
na stole. - Jednoroczny Herbert, co z wami jest? Wczoraj widziaem was na wyej wymienionym stole
je - dzisiaj widz was na nim siedzie, a jutro?... Jutro was pewnie zobacz urzdza na
wspomnianym sprzcie koszarowym latryn, co?!
- Wymienieni w nagwku jednoroczni maj by ogoleni i oszczydzeni we wasnym zakresie - brzmia
jeden z jego sawnych rozkazw...
Takiego wic towarzysza przeznaczy los Pryszczykowi na wstpie do jego eskapady, a sdzc
z dalszego jej cigu, sierant Krwka nie zmieni si od owych czasw, w ktrych by moim
przeoonym. Musia wprawdzie postarze si troch, ale umysowo si nie rozwin, a poczciwo
i znajomo regulaminu suby wewntrznej nie na wiele by mu si przyday w Rumunii, gdyby nie
Pryszczyk, ktry obieca mu pomc w zamian za w paszport z lewej rki, ktry Krwka dostarczy.
Dowiedzieli si, e na to, aby otrzyma jakkolwiek wiz, trzeba mie najpierw plecare, to jest
rumusk wiz wyjazdow. Poszli tedy razem do urzdu policyjnego jak do smoczej jamy i wkrcili si
do samego najwyszego dygnitarza, ktry owe plecary wystawia.
Dygnitarz - jak dygnitarz: bra grub apwk hurtem, od gowy, i wszystko mu byo jedno, kto z
Rumunii wyjedzie, a kto nie. Ujrzawszy Krwk z Pryszczykiem, wzi ich paszporty, obejrza, wyczyta
w rubryce zawd, e zarwno Pryszczyk, jak Krwka s inynierami, umiechn si dobrodusznie

i wyrazi zdziwienie, e wrd Polakw opuszczajcych jego ojczyzn tylu jest inynierw. Pryszczyk
umiechn si rwnie i - jak twierdzi - odpowiedzia po francusku, e faktycznie. Krwka za nie
odpowiedzia nic, bo po pierwsze nie wiedzia, o co chodzi, po drugie za po francusku nie umia.
Wtedy dygnitarz napomkn domylnie o polskim wojsku we Francji. Na Pryszczyku skra cierpa:
temat by niebezpieczny...
Dygnitarza zapewne ubawio zakopotanie petentw.
- Niech si pan przyzna - powiedzia do Krwki. - Przecie pan wcale nie jest inynierem, tylko
majorem albo kapitanem polskiej armii.
Przepado - pomyla Pryszczyk, a widzc, e Krwka tylko wytrzeszcza oczy i sapie, odrzek
z determinacj:
- Ten domnul nie jest adnym majorem, tylko generaem!...
To wywaro wraenie. Dygnitarz zrobi si niesychanie uprzejmy. Zerwa si, przynis Krwc
krzeso, natychmiast ostemplowa paszporty i poda je z ukonem zdumionemu sierantowi. By tak
uniony i tak prdko gada, e Pryszczykowi a si w gowie zakrcio. Trci okciem towarzysza
i mruknwszy panie sztabowy, chodu-parochodu, wyszed wraz z nim, nie poegnawszy si
z wysokim urzdnikiem.
Ale to wanie dopenio wraenia. Dygnitarz wylecia za nimi, nawymyla wonemu i andarmom,
rozpdzi na cztery wiatry interesantw, eby domnul general mia wolne przejcie, i gono
usprawiedliwia si, e nie od razu pozna, z kim ma do czynienia.
Krwka by przekonany, e chc im odebra paszporty, i teraz on cign za sob Pryszczyka,
zbiegajc kusem po marmurowych schodach.
Nikt ich jednak nie goni, wic Pryszczyk znw zacz dziaa. Najpierw wymieni ca posiadan przez
nich obu polsk walut na leje, po dobrym urzdowym kursie, przedstawiajc a sze rnych
legitymacji w kilku bankach; potem zaopatrzy si w prowiant, pobra, gdzie si tylko dao, pienidze
na drog, nacigajc i Czerwony Krzy, i attach wojskowego, i ambasad; wreszcie zaprowadzi
Krwk na dworzec, kupi bilety do Konstancy, zaj cay przedzia drugiej klasy i zabarykadowa si
w nim razem z Krwk.
Do Konstancy dojechali bez przygd, ale tam wanie Pryszczyka zgubia nasza ambasada, bo da si
namwi na wyjazd z caym transportem Polakw...
Da si namwi dosy atwo, poniewa taki przejazd nic nie kosztowa. Dostali kwater z wiktem na
trzy dni, a czwartego zaprowadzono ich na dworzec morski razem z czterdziestu innymi
inynierami.
Na dworcu peno byo policjantw i andarmw, ale Pryszczyk nic sobie z nich nie robi, bo wiedzia
doskonale, e s przez naszych opacani. Natomiast niepokoili go niemieccy szpicle, ktrych nie umia
odrni od innych cywilw. Pan ambasador z konsulatu w Konstancy poucza wszystkich, eby nie
gadali po polsku, pki nie odpyn. Wic Pryszczyk zacisn szczki i postanowi ani pary z gby nie
puci. Stali na tym dworcu morskim z godzin i nudno byo okropnie. A tu nagle jaki statek
przypyn i zaczli wysiada pasaerowie. No i trzeba nieszczcia, e obok Pryszczyka przechodzia
panienka.
- ydki miaa, panie kapitanie, e no! Niech Krlikoszczak powie...

Krlikoszczak potwierdzi, e faktycznie.


- I ma si rozumie, rkawiczkie koo mnie upuszcza. To ja podnosz i powiadam: pard, silwuple!
A ona mwi: mersi bi. To ja znw mwi: prosz bardzo, nie szkodzi. Jak ona to usyszaa, jak nie
wrzanie: wu zet Polone! - i jeszcze tam co o ty narodowoci. A Krlikoszczak mnie szczypie, e niby
si nie wolno deskonspirowa. Wic spokojnie jej mwi: nic podobnego, szanowna pani - na Polone.
Ale ju byo za pno, bo jeden agenciak, tajny Niemiec, do nas posuwa i zaraz drakie z rumuskimi
andarmamy o moj osob urzdza.
Draka skoczya si fatalnie dla Pryszczyka. Znaleziono przy nim pistolet i wojskow legitymacj, a
e paszport te nie by w porzdku, wic odstawiono inyniera prosto do kryminau. Przesiedzia
tam biedak, prawie dwa miesice, po czym odesano go do Targu-Jiu pod specjaln eskort,
okradzionego z pienidzy, posiniaczonego i wychudego na szczap.
Mimo to Pryszczyk wcale nie straci fantazji. Nawet nie mia wielkiego alu do Rumunw, tylko na
niemieckich tajniakw by bardziej jeszcze zawzity.
- Az ambasadorami wicej si zadawa nie bd - owiadczy wreszcie. - Jak wialimy z panem
kapitanem i z panem kapitanem Wasilewskim, to aden ambasador nic do gadania nie mia i byo
dobrze, no nie?
Zapytaem go o dalsze jego plany i wyraziem lekkie zdziwienie, e dotychczas std nie zwia. Pokaza
mi wymownym gestem swoje achy i dziurawe kieszenie.
- Ale jak pan kapitan ju tu jest, to si zrobi - zwrci si do swoich towarzyszy.
Nie mogem zaprzeczy, wic Pryszczyk wpad w zapa i zacz wygasza pochwaln mow na moj
cze. Wyniosem si zaraz po pierwszych kilku zdaniach, nie chcc mu wprost powiedzie, e e jak
z nut, poniewa i o sobie te mwi mimochodem, przyjwszy wygodn form pierwszej osoby liczby
mnogiej w tej epopei. Mimo to zdyem usysze, jak we dwch ewakuowalimy ca skadnic
dblisk i jak pojechalimy azikiem przez most na drug stron Wisy pod same pozycje
Niemcw...

Wkrtce potem wymieniem Pryszczykowi jego achmany na wcale porzdny mundur i zajem si
nim szczeglniej, nie tylko dlatego, aby usprawiedliwi opini, jak mi wyrobi, i zaufanie, jakie do
mnie ywi, lecz rwnie dlatego, e miaem pewne plany co do jego osoby.
Pocigno to za sob faworyzowanie przeze mnie caej jego kompanii, bo Pryszczyk by koleeski,
dba o swoich towarzyszy i upomina si o nich natarczywie przy kadej sposobnoci. Nie robi sobie
wyrzutw z tego powodu: same rwne chopaki byy w tej kompanii. Co za do owych planw
dotyczcych Pryszczyka, to chodzio mi o stanowisko kierowcy samochodu pukownika Porfirianu.
Porfirianu mia subowo przydzielon ogromn bryk, chevrolet, ktra w rkach rumuskiego
szofera psua si nieustannie i przewanie bya w remoncie. Porfirianu wiedzia, e nasz kierowca
daby sobie rad z jego landar, ale ba si, e wyrwie przy pierwszej okazji, choby mu przyda
dwch Rumunw, ktrzy by go pilnowali. Pewnie by mnie to wszystko mao obchodzio, gdyby nie
fakt, e chevroleta miaa z tyu ogromny kufer-baganik.
W takim kufrze mgby si doskonale zmieci czowiek, ktrego trzeba pewnie i bezpiecznie wywie
z obozu - mylaem. - W takim kufrze mona przywie do obozu ca mas cywilnych ubra...

Postanowiem, e Pryszczyk zostanie kierowc pukownika Porfirianu. Zarczyem, e nie ucieknie, jak
dugo bdzie peni te obowizki. I Porfirianu przyj moje sowo honoru...
Trudniejsz przepraw miaem z samym Pryszczykiem. Z pocztku nie chcia sysze o niczym
podobnym.
- To po to mnie pan kapitan poratowa, ebym tu siedzia? Te map rumuskie bd wozi, a prysn
nie mog z powodu pana kapitana honorowego sowa? No to - gdzie sens?!
Da si wreszcie przekona, ale wymwi sobie, e co drugim pasaerem w baganiku bdzie jaki jego
kompan.
Zgodziem si. C byo robi?
- Pryszczyk, tylko bez lipy - powiedziaem. - Nie zwiejecie bez mego pozwolenia, tak?
Oburzy si.
- Co pan kapitan znowu?! To ja potrzebuj wariata z pana kapitana struga, eby Rumunw do wiatru
wystawi?! Ju jak ja bd wyrywa, to pan kapitan takie opere zobaczy, e no! Sportowem sposobem
w butelkie jeich nabije, honorowo!
Musz przyzna, e dotrzyma tej obietnicy: nabi Rumunw w butelk jak chyba nikt inny, cho nie
brako naprawd dobrych pomysw przy organizowaniu pojedynczych i masowych ucieczek
z obozw. Nabi ich sportowo i rzeczywicie bya to opera pierwszej klasy. Przejdzie ona
zapewne jeeli ju nie do historii - to w kadym razie do autentycznej anegdoty w Rumunii.
*
Ludzie uciekali z Targu-Jiu rozmaicie. Najprostszy i najduej stosowany sposb polega na
podkopywaniu si noc w zaspach nienych pod druty i na pezaniu w niegu a poza zasig wzroku
gsto rozstawionych wartownikw rumuskiej gardy17. Uciekajcy uywali przy tym biaych pacht
i przecierade ze szpitala. Mieli na sobie oczywicie cywilne ubrania. Przedostawali si potem polami
i bezdroami do miasta, szli do zorganizowanych przez nas placwek ewakuacyjnych, tam
zostawiali przecierada, otrzymywali przygotowane paszporty, pienidze i bilety kolejowe i byli
ekspediowani dalej, z wybranych przez nasz wywiad stacji kolejowych.
Poza tym masowe ucieczki stale zdarzay si przy takich okazjach, jak przemarsz do ani miejskiej lub
udzia w pogrzebach onierzy zmarych w obozie. Z uroczystoci tego rodzaju wracaa zwykle tylko
poowa jej uczestnikw, mimo silnej stray rumuskiej, ktra miaa pilnowa, by nikt nie uciek.
Robia si zwykle potem piekielna awantura. Porfirianu zabrania kpieli i nie pozwala na udzia
w pogrzebach, po czym szy do Bukaresztu skargi na nieludzkie traktowanie Polakw; ambasady:
polska, francuska i brytyjska interwenioway i wszystko wracao do normalnego porzdku rzeczy.
Polscy dowdcy oddziaw wewntrz obozu niecierpliwie czekali na kolejn kpiel swoich ludzi lub
kcili si o delegacje na pogrzeby swoich nieboszczykw. Pamitam, e gdy w jednym tygodniu
zmaro a trzech onierzy (co przy piciotysicznym stanie obozu nie byo znw tak nadzwyczajne,
jakby si na pozr zdawao), jeden z oficerw, ktry spawi przy tych okazjach wiksz parti swoich
ludzi, powiedzia, zacierajc rce:
- No, wcale niele. eby tak co tydzie!

17

Garda - oddzia wartowniczy.

Ale Pryszczyk tylko pogardliwie si umiecha, gdy w jego obecnoci kto wspomina tego rodzaju
ucieczki.
- To aden fason - twierdzi.
Wicej uznania w jego oczach miay wyczyny indywidualne.
Do takich naleao uprowadzenie caego oddziau - okoo stu dwudziestu ludzi - przez polskiego ich
dowdc, modego oficera, ktry zreszt w swoim czasie (zapewne niezupenie zdajc sobie spraw
z tego, co robi) podpisa deklaracj, e nie opuci granic Rumunii. Ot ten oficer, zgodnie
z regulaminem, prowadzi swj oddzia co rano na wiczenia. Bardzo si to podobao pukownikowi
Porfirianu i wszystkim Rumunom, e cho jeden taki dowdca si znalaz, ktry wypenia skrupulatnie
ich zarzdzenia. Nie wtajemniczeni Polacy dziwili si znw onierzom, e im si chce, na te wiczenia
chodzi, bo nikt poza owym oddziaem nie wiczy. Ale po dwch tygodniach plac musztry zaczto
plantowa pod boisko sportowe i oddzia nie mia gdzie wiczy... Wic obowizkowy dowdca,
niewiele mylc, z pieni na ustach wymaszerowa na czele oddziau za bram na ki. Posterunek,
widzc zwart kompani, nie protestowa, tym bardziej e przy bramie sta Porfirianu i przyglda si
z zadowoleniem dziarskiej postawie maszerujcych onierzy. Sta i przyglda si jeszcze, jak
porucznik wiczy na ce czwrki w lewo zwrot i dwuszereg w prawo front, a potem potrzsn
gow z uznaniem i poszed do swojej kancelarii. Porucznik za zakomenderowa raz jeszcze czwrki
w prawo zwrot, potem, wcale nieprzepisowo: kierunek za mn i - marsz!
Pomaszerowali przez k, weszli na drog, minli miasto, wykrcili na szos i... po dziewitnastu
godzinach znaleli si w Turnu-Severin, tu obok jugosowiaskiej granicy...
Nie potrzebuj chyba dodawa, e nikt z onierzy nie wrci do Targu-Jiu - pojechali gadko do
Francji, bo nasze placwki ewakuacyjne w Turnu-Severin dziaay bardzo sprawnie...
Przepraszam: wrci porucznik, dowdca oddziau. Wrci via Bukareszt, gdzie siedzia trzy dni, bawi
si jak krl, pi i uywa ycia. Zameldowa si subicie u Porfirianu, ktrego omal krew nie zalaa,
i wyjani spokojnie, e jego oddzia nie chcia si ani rusz zatrzyma w marszu.
- No, a pan pukownik rozumie, e przecie nie mogem opuci moich onierzy. Musiaem ich goni
i goniem do koca. Zatrzymaem si dopiero na samej granicy, ale... ja podpisaem t nieszczsn
deklaracj, panie pukowniku. Gdyby nie to...
- Gdyby nie to, to co?! - wrzasn Porfirianu.
Porucznik wyprostowa si, trzasn obcasami i rzek:
- Melduj posusznie, e gonibym ich a do Francji!

Wszystkie jednak wyej opowiedziane sposoby wiania musz zbledn przy bezczelnej ucieczce
Pryszczyka. Ta wanie bezczelno w poczeniu z naiwnoci rodkw, ktrymi si Pryszczyk przy
reyserii swojej ucieczki posuy, najlepiej chyba go maluje. Bo Pryszczyk wia lub, cilej mwic,
wychodzi z obozu w mundurze, razem z trzema swymi najbliszymi kompanami, w oczach
rumuskich oficerw, komendanta gardy i posterunkw, ktre mu ustpiy z drogi. Nikomu z nich
nie przyszo do gowy, e Pryszczyk ucieka. Nikt go nie zatrzyma. Nikt nie zaprotestowa.
Niewtpliwie pierwowzorem dla planu Pryszczyka stao si powyej opisane uprowadzenie z obozu
caego oddziau przez jego dowdc. Pamitam, e Pryszczyk wtedy wyraa si nader pochlebnie
o owym poruczniku.

- Bardzo analogicznie wykompinowane - orzek i zamyliwszy si gboko, zamilk na dusz chwil,


co mu si zdarzao tylko w bardzo wyjtkowych wypadkach.
Nie wiem, czy ju wtedy uoy swj plan, czy dopiero pniej - w kadym jednak razie musia dziaa
w sposb bardziej skomplikowany i w okolicznociach mniej sprzyjajcych, bo w okresie
przejciowego pogorszenia si stosunkw z Rumunami.
Stao si to w trzy miesice po mianowaniu Pryszczyka kierowc wozu pukownika Porfirianu.
Pryszczyk pewnego dnia przyszed do mnie bardzo zafrasowany i zacz rozmow o pogodzie. e si
wiosna robi i niegu prawie nie ma, tudzie e takiego bota w yciu swoim nie widzia. Potem
poinformowa mnie jeszcze, e takie wiosenne powietrze jest bardzo zdradliwe, bo rematyz w nim
siedzi i czowieka apie, a on, Pryszczyk, okropnie do rematyzu jest skonny.
Wiedziaem ju, dokd ta rozmowa zmierza, wic zapytaem wprost, o co mu chodzi.
- Mnie?! - zdumia si, podnoszc wysoko brwi i marszczc czoo. - Nic podobnego, panie kapitanie.
Wcale w zupenoci o nic mi nie chodzi, tylko... tu jeden by si nadal na moje miejsce; niby za szofera
do pana pukownika Porfiriana, wic przyszem, eby mnie pan kapitan puci.
- Pewnie ju wszystkich swoich chopakw wywielicie, a teraz sami chcecie brykn, tak?
Powiedzia, e nic podobnego, ale waciwie faktycznie, bo tylko Krlikoszczak, Maniek Bizun
i jeszcze jeden koleka z Czerniakowskiej z nim zostali.
- A co my z panem pukownikiem Porfirianem sto dwadziecia sztuk wywieli, to wywieli, moe nie?
widrowa mnie oczyma, drapa si za uchem i wida byo, e tak czy inaczej duej go tu nie
utrzymam, wic musiaem si zgodzi. Zastrzegem sobie tylko par dni na formalne zaatwienie
sprawy zmiany kierowcy.
Jako to tam wykrciem i rzeczywicie w dwa dni pniej ju nowy szofer prowadzi chevrolet
pukownika Porfirianu. Pryszczyk za - ku memu zdumieniu - z zapaem wzi si do pracy przy
kopaniu rowu odwadniajcego wzdu gwnej ulicy obozu, cho nikt go o to nie prosi.
Zobaczyem go przy tej robocie take nazajutrz i jeszcze bardziej mnie to zaintrygowao, ale nie
miaem czasu si tym zajmowa. Zauwayem tylko, e Pryszczyk zdy ju obj kierownictwo nad
kopicymi. Dyrygowa nie tylko Krlikowskim, Bizunem i tym trzecim z Czerniakowskiej, ale rwnie
innymi. Gada jak nakrcony, krytykowa, poprawia i by za dyrektora, czynic wiele haasu i ruchu
dokoa swojej osoby.
Nastpnego dnia miaem kilka spraw do omwienia z Porfirianu. Siedziaem w jego kancelarii, ktrej
okna wychodziy na bram i ow wewntrzn ulic obozu, gdzie wanie ukoczono kopanie rowu.
Rozmowa z pukownikiem sza do gadko. Chodzio jeszcze tylko o jakie deski, ktre mielimy
dosta jak zwykle immediat i ktrych wydanie magazynier codziennie odkada, obiecujc, e myine
diminata18 bd ju na pewno. Zdaje si, e cichaczem sprzedali komu te deski do spki
z pukownikiem, bo Porfirianu wykrca si od tematu jak piskorz. Ja za chciaem mie deski jak
najprdzej i przemyliwaem wanie, jak to osign, gdy nagle mj wzrok, szukajc natchnienia za
oknem, pad na rozgrywajc si tam scen.
Nie od razu zrozumiaem, o co waciwie chodzi, gdy za zrozumiaem wreszcie, nie mogem
powstrzyma umiechu.

18

Myine diminata (rum.) - jutro rano.

Pryszczyk i jego trzej kolekowie mierzyli drog, uywajc do tego celu tyczki z dugim na
dwadziecia metrw sznurkiem, na ktrego kocu uwizany by srebrny kieszonkowy zegarek
Krlikowskiego. Ten ostatni wbija tyczk porodku drogi, Bizun rozciga sznur, ten z Czerniakowskiej
opuszcza w d koniec sznura z zegarkiem, odgrywajcym rol ciarka u pionu, Pryszczyk za
najpierw sprawdza, czy sznur jest wycignity rwnolegle do rowu, potem stawa za Krlikowskim,
poprawia tyk i wreszcie gania do mieszkaca Czerniakowskiej, z namaszczeniem bra zwisajcy
zegarek do rki, patrzy, ktra godzina, potrzsa gow, notowa co w zeszycie i przyzywa
Krlikowskiego z tyk, eby j wbi nieco dalej.
Porfirianu wymanewrowa rozmow na spraw jakiego przyjcia w rumuskim kasynie, na ktre
mnie zaprasza. Odpowiedziaem, e przyjd, i daem ju spokj deskom: siedziaem jak na szpilkach,
rzucajc ukradkiem spojrzenia przez okno, i z bijcym sercem czekaem, co bdzie dalej.
Trzeba byo jednak rozmawia, eby nie wzbudzi podejrze Porfirianu. Zapytaem wic, kto wemie
udzia w uroczystoci i co bdzie do jedzenia, aby tylko co powiedzie, on za skwapliwie podj ten
temat.
Tymczasem kilku oficerw i podoficerw, wygrzewajcych si na socu przed barakiem rumuskiej
komendy obozu, podeszo bliej ku drodze, pewnie eby popatrze na inynierskie poczynania
Pryszczyka, ktry dotar wanie do bramy strzeonej przez santinela19 i dyurnego plutoniera.
Plutonier sta na suchej wysepce wrd fantastycznego bota i gapi si na oboki, oparty plecami
o poprzeczn belk wrt, gsto pokratkowanych kolczastym drutem.
Pomylaem, e Pryszczyk nie wzi pod uwag takich okolicznoci, e si przeliczy, e zaraz zacznie
si awantura albo e w tym wszystkim kryj si nie znane mi jeszcze spryny, ktre lada chwila
zaczn dziaa: zapal si baraki gdzie na drugim kocu obozu? Ciarowy samochd z prowiantem
wpadnie na sup i rozwali bram? Jaki alarm odwrci uwag Rumunw?...
Nic podobnego nie nastpio. Nie byo adnych ukrytych spryn.
W chwili gdy Porfirianu zacz opisywa sposb przyprawiania tujki20 na gorco, Pryszczyk zawoa
gono od swojej tyki:
- E! Domnul plutonier! - i wymownym gestem kaza mu si odsun na bok.
Podoficer zawaha si: bota byo po kostki...
Bdzie wsypa - pomylaem. - Jest ich czterech przeciw caej gardzie, s oficerowie... Przesoli
chopak; to si nie moe uda... Plutonier zaraz go zaaresztuje.
- No ju: wytyki do Ameryki - przynagli go rezolutnie Pryszczyk, przystpujc do tajemniczych praktyk
z zegarkiem.
Podoficer jeszcze si waha, ale wtem jeden z rumuskich oficerw hukn na niego ostro, eby nie
przeszkadza w robocie. Pryszczyk sprycie zasalutowa i umiechn si w stron oficera. Potem
zmierzy bram w poprzek, wezwa gapiowatego plutoniera do pomocy, otworzy wrota i zacz
sprawdza pionowe ich zawieszenie. Spoglda raz po raz na zegarek, to znw zwiesza go na sznurku,
wierci si z tyk tu i tam, drapa si kocem owka za uchem, liczy, pisa, marszczy si i w ogle by
wany jak przysigy geometra. Wreszcie z zadowoleniem potrzsn gow i zacz mierzy dalej, ale
ju poza bram...
19
20

Santinel (rum.) - wartownik, stranik.


Tujka (rum.) - wdka pdzona z winogron.

Wraca jeszcze dwa razy do wewntrz; liczy supy ogrodzenia, zoci si to na Krlikowskiego, to
Bizuna, roztrca ptajcych si gapiw i tak by przejty widoczn wag spenianych zada, e kady
mu ustpowa z drogi. Gra swoj rol doskonale, z prawdziwie aktorskim temperamentem i z icie
warszawsk fantazj.
Gdy - cigle celebrujc z tyk, sznurkiem i zegarkiem - oddali si poza zasig mego wzroku, ogarn
mnie jednak niepokj i nieprzeparta ciekawo: Co bdzie dalej? Nie pozwol im przecie w ten
sposb po prostu odej do miasta?! Zawrc ich z drogi; zapytaj, co to ma znaczy; zatrzymaj...
Oczekiwaem, e lada chwila wybuchnie strzelanina, rwetes, awantura, i coraz mniej dorzecznie
odpowiadaem na pytania Porfirianu. Zdaje si, e wreszcie zauway moje roztargnienie i poczu si
troch dotknity. Spojrza przez okno, ja za spojrzaem take w t stron z obaw, nie mogc ukry
zmieszania.
Ale za oknem wszystko byo jak zwykle: plutonier wyciera sobie buty wiechciem somy, opierajc
kolejno nogi ubabrane botem po kostki o poprzeczn belk bramy; santinel przechadza si wolno
tam i z powrotem po drugiej stronie drutw z karabinem na sznurku przewieszonym przez rami;
oficerowie siedzieli na awce nad rowem, palc papierosy.
Odetchnem. Powiedziaem co o blu gowy, eby si usprawiedliwi, i podzikowaem za
uprzejmie ofiarowane mi miejsce w chevrolecie, ktr pukownik mia wkrtce pojecha do miasta.
- Pjd pieszo. Spacer na wieym powietrzu dobrze mi zrobi.
Wyszedem piesznie i skinwszy gow plutonierowi, ktry mnie dobrze znal, minem bram.
Zobaczyem czterech geometrw o dobre piset krokw od niej, mierzcych dalej drog. Ruszyem
ku nim szybko - za chwil mia tdy jecha Porfirianu.
Ju po minucie przekonaem si, e nie zd - za mn warcza samochd.
Byem wcieky na siebie. Czemu nie pojechaem z pukownikiem? Mgbym opni jego wyjazd;
mgbym zaj go rozmow; odwrci jego uwag mijajc zbiegw...
Moe si zatrzyma i raz jeszcze zaproponuje mi, e mnie odwiezie - pomylaem.
Ale chevroleta mina mnie szybko. Porfirianu spoglda w inn stron i wcale mnie nie zauway.
Stanem i patrzyem.
Zaraz si to skoczy...
Samochd rwa ku miastu. Zarycza klakson. Pryszczyk i jego towarzysze usunli si na bok ze swoimi
przyrzdami mierniczymi. Kierowca zwolni. Cztery postacie w mundurach wypryy si na baczno,
salutujc. W otwartym oknie mign rkaw paszcza z naszywkami pukownika. Porfirianu
odsalutowa niedbale i - pojecha dalej!

Nie tu jest jednak koniec Pryszczykowej przygody; bo oto gdy nazajutrz przyjechaem jak zwykle rano
do obozu, pierwszym interesantem, ktry zameldowa si w moim biurze, by Pryszczyk. Zapuka do
drzwi, wszed i - trzasnwszy wciekle obcasami - stan przede mn z chmurnym i zacitym obliczem.
W pierwszej chwili pomylaem, e go zapali w drodze, ktr mia odby wraz ze swymi kompanami
przez Turnu-Severin, jak to ustaliem poprzedniego dnia z kierownikiem naszej placwki w Targu-Jiu,
dokd wszyscy czterej dotarli szczliwie. Ale Pryszczyk powiedzia, e nic podobnego.

- Wic co si stao? Gdzie s tamci: Bizun i Krlikowski, i ten... jake mu tam?


- Pojechali - owiadczy z gorycz. - Za ydowskimy paszportamy jeich wysali, panie kapitanie. Niby e
do Palestyny za emigrantw jad...
- No, a wy?
Skrzywi si niemiosiernie. (To mia by umiech zakopotania).
- Te tyczkie i pagat odniesem, panie kapitanie, eby posdzenia nie byo - zacz, jak zwykle,
baamutnie i od koca.
- Jak znw tyczk?
- No te, comy drogie mierzyli. Jak raz trzech wracao ze santinelem, co po poczt chodz, to si
przyczyem, a plutonier wcale nie pozna, e to nie jest Bizun i Krlikoszczak, i ten trzeci koleka;
owszem, bardzo grzecznie sanatate mi powiedzia, no i jestem z powrotem nazad w obozie.
- Ale dlaczego nie pojechalicie z nimi?! - zapytaem z naciskiem. - Rozmylilicie si czy jak?
Zostajecie tu? Nie chcecie ju jecha do Francji?
Obrazi si: jak to? On miaby tu zosta?
- Nic podobnego, panie kapitanie! Tylko ten paszport...
- Co za paszport?
Wycign zoony w czworo arkusz z kokieteryjn fotografi, zrobion jeszcze w Bukareszcie:
smoking, krawat jak postronek i narciarska koszula w kratk. Poda mi go z rezygnacj.
- Za tem paszportem miaem jecha, panie kapitanie? - zapyta z gryzc ironi.
Rozoyem dokument i czytaem:
Izydor Pupko. Urodzony dnia... miesica... roku - w Lidzie.
Wyznanie: mojeszowe. Zawd: pachciarz. Itd.
Pryszczyk mwi dalej ze szczerym rozaleniem:
- Przecie, panie kapitanie, jak ja bym za pachciarza Pupka si przedstawi, to ju koniec... Takie
nazwisko to nawet yda moe zgniewa. I to jest faktycznie wystwo co takiego wykompinowa Pupko! Dopiero by si chopaki ze mnie nabijali! To co miaem robi? Wzieem ten paszport
i przyszedem tu nazad z powrotem, eby mnie pan kapitan nie da tak poniewiera.
al mi si go zrobio. Pomylaem bezstronnie, e i mnie pewnie by nieprzyjemnie byo nosi taki
pseudonim.
- No wic jak si chcecie nazywa? - zapytaem rzeczowo.
Pryszczyk rozpogodzi si w mgnieniu oka.
- Padarewski Ignacy, melduj posusznie, panie kapitanie! - wypali bez namysu.
Dugo musiaem mu tumaczy, e cho Rumuni z trudem rozrniaj polskie nazwiska, to jednak
Paderewskiego poniektry pamita. Zgodzi si wreszcie na Korzeniowskiego, pod warunkiem, e
Ignacy bdzie mu na imi, a co do fachu - to ju moe by mechanik, niekoniecznie inynier.

- No, a jak si std wydostaniecie? - zapytaem po uzgodnieniu tych personaliw, ktre sobie
zanotowaem, aby mu nazajutrz dostarczy paszport wprost do rk wasnych w obozie.
- Okazyjnie - odrzek. - Ju ja sobie poradz. Tylko jakie cywilne achy mi pan kapitan kae da, to si
sposobno zdarzy.
Sposobno zdarzya si w czasie inspekcji dokonanej przez generaa Oprescu. Dziao si to - jak ju
wspomniaem - w okresie czasowego pogorszenia si naszych stosunkw z Rumunami, podczas
wzmoonej kontroli i surowego przestrzegania przepisw przez ich wadze wojskowe.
Okresy takie trway po par tygodni, mijay i nastpoway znowu. Wtedy wanie (w pocztkach
nieprzychylnej dla nas koniunktury) odbyway si inspekcje internowanych, zbirki, apele, po czym
sypay si dotkliwe kary na wartownikw, podoficerw i oficerw rumuskich, ktrzy nie do
sumiennie pilnowali Polakw.
Tego dnia genera osobicie chodzi po barakach, zoci si, krzycza na onierzy, wymyla
adiutantom, kci si z pukownikiem Porfirianu i wyadowywa swj gniew na zaczerwienionych
gbach santineli, okadajc je siarczystymi policzkami.
I wanie w takiej chwili Pryszczyk, najnieudolniej jak to sobie mona wyobrazi - bez pojcia
i talentu - sprbowa przemkn si w cywilnym ubraniu przez bram, przy ktrej stay zdwojone
posterunki...
Naturalnie zapano go i odstawiono przed grone oblicze generaa. Ten ostatni spiorunowa go
wzrokiem i zapyta, co to ma znaczy.
- Ja, panie generale, jestem refugiat - owiadczy rezolutnie Pryszczyk - mechanik z cywila. Szukam
roboty. Mylaem, e moe tu by mnie pan genera zatrudni...
Genera si zirytowa: co za bezczelno! W Rumunii do jest bezrobotnych Rumunw, a on ma tu
zatrudnia polskich przybdw? Refugiatw?!
- Wyrzuci go za bram! - rozkaza. - Kto go tu wpuci za druty bez przepustki? Tacy wanie
przemycaj zakazane gazety, alkohol, cywilne ubrania, paszporty. Komendant warty - do raportu!
Posterunki - do paki!
Rumuski podoficer niebacznie chcia co wytumaczy i natychmiast dosta w pysk. Porfirianu
spojrza uwanie na rzemielnika, pozna go, zdaje si, mimo cywilnego przebrania i ju otwiera
usta, eby si wtrci w t spraw, gdy genera wpad na z caym impetem:
- To take paska wina, Porfirianu! Pan za to odpowie! Za takie stosunki! Za apwki! Za wszystko!
Porfirianu zawaha si. Nagle oczy bysny mu chytrze. Trci mnie w bok i mrugn na mnie
porozumiewawczo, wskazujc ruchem gowy generaa, a potem Pryszczyka,
- Idiot - powiedzia pgosem. - Il senfuira, ce gamin21.
- Za bram tego refugiata, powiedziaem - wrzasn Oprescu. - Natychmiast!
Rozkaz speniono z popiechem. Domniemany refugiat pomkn do miasta, genera za poszed
dalej zaprowadza porzdek i dyscyplin, ktre miay zapobiec ucieczkom.

21

Il senfuira, ce gamin (franc.) - ucieknie, obuziak.

10. W drodze do Francji


Mj wyjazd z Targu-Jiu odby si z wielk pomp wedug wszelkich prawide rumuskiej sztuki
reprezentacyjnej. Bya wic poegnalna kolacja w rumuskim kasynie; Porfirianu wygosi mow,
z ktrej jasno wynikao, e jeli po wojnie Polska i Rumunia nawi serdeczne stosunki ssiedzkie, to
prawie wycznie dziki mojej dziaalnoci w obozie; bya delegacja rumuska na dworcu kolejowym;
by wreszcie adres dzikczynny Straja Tsari... Bardziej wzruszyo mnie jednak skromne przyjcie
w polskiej wietlicy obozu i mocne uciski doni onierzy, ktrzy od pocztku pracowali ze mn, oraz
powcigliwe sowa uznania ODonovana, prezesa Polish Relief Found, z ktrego wypompowaem te
miliony lei na wszystko, co w obozie trzeba byo zrobi.
W Bukareszcie miaem zosta tylko trzy dni, to jest tyle, ile trzeba byo na zaatwienie formalnoci
przed wyjazdem do Francji. Ale siedziaem miesic, poniewa - poniewa przeznaczono mnie do
wielkich zada na miejscu.
Niestety nie mog jeszcze zdradzi, jakie to byy zadania, cho mam na to szalon ochot. Byby to
najzabawniejszy rozdzia tej ksiki, jeli pomin gbszy sens caej sprawy. Tragizm nieudolnoci,
naiwnoci i gupoty czy si w niej z takim komizmem sytuacji, rozmw i nieoczekiwanych pomysw
moich przeoonych, e trzeba byo albo powiesi si z rozpaczy albo mia si do rozpuku.
Wybraem to drugie, ale duej ni miesic nie mogem wytrzyma i w pierwszych dniach maja 1940
roku zbuntowaem si ostatecznie. Owiadczyem, e jako lotnik podlegam kompetencji wadz
lotniczych, ktre od dawna wzywaj mnie do Parya; e nie bd nadal bra udziau w hecy
traktowanej na serio tylko przez autora tego bzdurnego pomysu i - rozstawszy si w gniewie
z dygnitarzem, ktry mnie usiowa jeszcze zatrzyma - poszedem zameldowa si w ekspozyturze
lotniczej na ssiedniej ulicy.
Tu wrzaa praca, i to praca realna: tysice lotnikw, mechanikw, pilotw, obserwatorw, strzelcw
emigrowao do Francji. Trzeba byo zaopatrywa ich w dokumenty, ubiera, ywi, kwaterowa
i organizowa transporty, ktre szy kilku drogami na zachd.
W gwarze i cisku odnalazem mnstwo kolegw i znajomych, a midzy innymi take Zygmunta,
ktrego straciem z oczu jeszcze w Sarighiolu w Dobrudy. Naturalnie poszlimy razem wypi obiad
i postanowilimy razem jecha do Francji.
Zygmunt przyjecha do Bukaresztu z Rosiori de Vede, gdzie pokutowa kilka miesicy w oficerskim
obozie jako adiutant polskiego komendanta. Wyrwa stamtd przed paru dniami takswk
i konspirowa si w stolicy, oczekujc, e lada chwila go przymkn. Mimo to da si namwi na
pjcie do pierwszorzdnej restauracji i nawet poszed potem ze mn do Nestora na kaw. Nie
chcia tylko w aden sposb przenie si do lepszego hotelu i wrci na noc do jakiej nory na
przedmieciu, w ktrej mieszka bez paszportu, za wysok opat.
Nazajutrz zaatwilimy reszt wiz, dostalimy rozkazy, marszrut, bilety, pienidze i - egnaj,
Rumunio!
Ten ostatni retoryczny wykrzyknik podkrelio ile tam butelek wina, po czym... po czym oddaj gos
Zygmuntowi. Oto fragmenty jego dziennika podry.

DZIENNIK ZYGMUNTA W.

Bukareszt, 9 maja 1940.


Dano nam do wyboru tras ldow i morsk. Ldow przez Belgrad i Mediolan, morsk za przez
Morze Czarne i rdziemne. Naturalnie, ze wzgldw turystycznych, wybralimy t ostatni.
Mundur i stare portki oddaem w ambasadzie. Nie chciaem tego robi, ale powiedziano mi, e te
rzeczy zawiezie kurier do Parya; nie mogem sobie odmwi takiej przyjemnoci. Bo niewtpliwie
przyjemna jest wiadomo, e dyplomatyczny kurier wali z Bukaresztu przez Jugosawi i Wochy do
Parya, wiozc moje stare portki.
Niech jad spokojnie i bezpiecznie. Wydam odpowiednie rozkazy, aby nie zamykano ich
w dyplomatycznym kufrze. Niech si przyjrz cudownym pejzaom wiosennej Rumunii, niech
kwiatw Jugosawii owionie je zapach, niech si nasyc gorcym socem Italii...
Bukareszt, 10 maja 1940.
Nie wiem, czy portki ju pojechay, ale zapewne czuj si bezpieczniej ni ja. Musz siedzie w hotelu,
bo na ulicach wczy si coraz wicej andarmw. Przysano ich specjalnie po to, eby wyapali
zbiegw. Trzeba si bdzie przenie na przedmiecie. W duym hotelu w kadej chwili oczekuj
obawy. Nawet w tak skromnym wydaniu jak moje, denerwujce jest ycie Mr. Flow - czowieka
o stu twarzach...
Konstanca, 14 maja 1940.
Wczoraj o godzinie 0.25 wyjechalimy z Gara de Norde i po siedmiogodzinnej podry przybylimy do
Konstancy, gwnego rumuskiego portu na Morzu Czarnym. Odpywamy jutro statkiem
Transylvania.
Pogoda okropna: deszcz i wicher. Morze wzburzone. Dla dodania sobie odwagi postanowilimy
urn si wieczorem. Przyszo to nam bez adnych trudnoci. Koo pierwszej po pnocy zasnlimy
w zimnym pokoiku ndznego hotelu Moderne.
Konstanca, 15 maja 1940.
Tutejsza placwka konsularna organizuje masowe transporty morskie, liczce od stu do tysica osb.
Trudno zakonspirowa tum onierzy oczekujcych na statki. Jzyk polski syszy si wszdzie, a ubir
- kurteczka i cyklistwka - zdradzaj naszych od razu. Jeeli nie ma masowych aresztowa, to tylko
dlatego, e caa policja i andarmeria rumuska zostay przekupione.
I tak nie zawsze idzie ta ewakuacja gadko. Zmiana urzdnikw policyjnych i celnych, jaki komendant
subista, a nawet kapitan statku - niejednokrotnie robi trudnoci.
Jeeli chodzi o agentw niemieckich, to nasz konsulat, naturalnie w porozumieniu z Rumunami,
sporzdza listy transportw operujc tylko imionami: Icek, Abraham, Mojesz, Srul... Niemcy s
zupenie przekonani, e tysice obywateli polskich wyjedajcych z Konstancy s wycznie
osadnikami, ktrzy udaj si do Palestyny.
Spodziewaem si wszystkiego, ale ebym jako Abram Szpilman przez Morze Czarne pyn do
Bejrutu...
Zgodnie z rozkazem napisaem dzi list do komendanta obozu w Rosior de Vede tej treci:
Uwaam za swj obowizek przeprosi Pana Kapitana za wydalenie si z obozu bez Pana
wiedzy i zgody. Udaj si do Francji, by wzi czynny udzia w walce o oswobodzenie mojej

Ojczyzny. Wierz w to i przypuszczam, e Pan rwnie wiar moj podziela, i walczy bd


rwnie o zachowanie niepodlegoci Rumunii, Paskiej Ojczyzny.
Jeeli powrc do Kraju, niezwocznie nadel swj adres, aby na pierwsze danie wadz
rumuskich stawi si do ich dyspozycji. Zechce Pan itd.
Miaem ochot dopisa: Pocauj mnie w d..., obuzie, ale poniewa rozkaz nie przewidywa takiego
postscriptum - z wielkim alem daem spokj.
Na Morzu Czarnym, 16 maja 1940.
Wczoraj koo godziny szstej wieczorem weszlimy na pokad Transylvanii, najwikszego statku
rumuskiej floty handlowej. Przydzielono nam (naturalnie razem z Herbertem) dwuosobow kajut
I klasy. Kajuta jest bardzo elegancka. Ma jasnote obicia, pomaraczow kanapk, wygodne ka,
lustra, mahoniowe szafy, kotary, firaneczki i dywany. Porcelanowy nocnik w pastelowe kwiatki
harmonizuje kolorem i stylem z caoci wntrza.
Zalecono nam koniecznie wypi przed podr szklaneczk czerwonego wina i zje par biszkoptw.
Ma to by dobry rodek przeciw morskiej chorobie. Z tym zamiarem, idc na przysta, wstpilimy z
Herbertem do baru i wypilimy butelk rumu pod turecki pieprz. Jestemy w dobrym nastroju i teraz
wszystko si nam szalenie podoba.
O godzinie 23 syrena grubym basem rykna trzy razy. Wcignito pomosty, dao si odczu lekk
wibracj maszyn i granitowy brzeg morskiego dworca zacz si wolno odsuwa od burty naszego
statku... (Zdaje si, e tak powinno si pisa o odjedzie w dalek podr).
Tysice wiate Konstancy oddalao si coraz bardziej i bardziej. Po godzinie zaledwie kilka jeszcze
byo wida, i to coraz sabiej, a wreszcie zgasy zupenie. Bylimy na penym morzu.
Poszedem na dzib statku. W grze byo ciemno, a za burt czarno. Wiatr wzmaga si. Koysao
coraz bardziej. Czuem, e coraz niej si zapadam i coraz wyej wznosz. Byo bardzo poetycznie
i gdybym si nie ba, e upadn - ramiona skrzyowabym na piersiach...
Na kolacj zjadem befsztyk po angielsku: wol rzyga befsztykiem ni biszkoptem; to jest bardziej po
msku.
Konstantynopol, 17 maja 1940.
Po kilku godzinach pobytu w miecie wrcilimy na statek przed wieczorem. Za chwil ruszymy
w dalsz drog, przez morze Marmara do Grecji.
Do Bosforu wpynlimy rano. Po obu stronach wskiej cieniny wznosiy si wysokie, zalesione
wzgrza. Rozsiane na nich biae paacyki wyglday jak pikna dekoracja w teatrze. Wraenie to
potgoway biae, wysokie, spiczaste wieyczki minaretw i prawie czarne, wysmuke cyprysy.
Mijamy marmurowy paac prezydenta Turcji, Kemala Paszy; potem wille i paacyki zaczynaj
ustpowa miejsca wielkim blokom miejskich budynkw, fabryk, skadw i wreszcie z daleka wida
przysta portow Istambuu.
Podpywa ku nam d motorowa z policj. Spuszczaj trapy, kilku cywilw i kilku policjantw
wchodzi na pokad.
- Bd nas rewizykowa - powiada jaki oblatany chopak spord naszych onierzy.
Na przystani oczekiwa na nasz transport polski attach wojskowy, a na mnie i Herberta - mj
szwagier.

Mielimy przy sobie troch prezentw ywnociowych: ja - salami i cukierki, Herbert - g


i czekoladki. Oddajc Herbertowi g do przeszwarcowania przez kontrol celn, poegnaem si z ni
ju na zawsze: wiedziaem, e nic z tego nie bdzie. Herbert szed drobnymi kroczkami, rce
przycisn do spodni i czerwony by jak burak. Gdybym nawet nie wiedzia, co ma midzy nogami, to
przysigbym, e g!
Turek kiwn palcem i co powiedzia po turecku (przypuszczalnie: Oddaj g), Herbert j odda
i pojechalimy takswk do mego szwagra.
Przedstawiono nas tego dnia konsulowi:
- Panowie uciekinierzy z Rumunii.
Mao mnie krew nie zalaa: uciekinierzy!
- Nie, prosz pana, my nie jestemy uciekinierzy. Uciekay pukowniki, generay, sztaby, naczelne
wodze, emeszety, ale my nie! Latalimy, pki byy samoloty, a gdy ich nie stao - pojechalimy do
Rumunii montowa angielskie. To nie nasza wina, e tych angielskich nie byo...
Szkoda, e tak krtko zatrzymalimy si w Konstantynopolu. Nie zdyem nawet przyjrze si miastu.
Herbert zdy przyjrze si Turczynkom i mwi, e mia racj Mahomet, e kaza im pozasania
buziaki.
Przed chwil syrena rykna trzy razy, wcignito pomosty, daa si odczu lekka wibracja maszyn itd.
P.S. Na danie Herberta umieszczam ponisze jego sprostowanie:
Nieprawd jest, ze szmuglowaem g midzy nogami i e przygldaem si Turczynkom.
Natomiast prawd jest, e Zygmunt dobrowolnie odda g Turkowi oraz e zaglda
Turczynkom pod czarczafy, za co omal nie dosta po mordzie.
Ja jednak obstaj przy swojej wersji.
Na Morzu Egejskim, 18 maja 1940.
Rano przybylimy do Pireusu. Jest niemal upalnie, sonecznie i bardzo zielono. W porcie wielki ruch.
Setki maych i wielkich statkw u wybrzea; tysiczne tumy pireusiakw na ldzie. Oblegaj nas
przekupnie z koszami owocw. Zabieramy na pokad kilku ydw udajcych si do Haify, kilku
Grekw do Kairu i kilka adniutkich tancerek, podrujcych z portu do portu.
O godzinie 13 podpyn do nas may stateczek-pilot. Pisn cienko, mymy ryknli grubo, wcignito
pomosty, daa si odczu lekka wibracja maszyn itd.
Pyniemy wprost na poudnie. Za kilka godzin z prawej burty ukae si kolebka rodu ludzkiego Kreta.
Herbert jest bardzo dumny - z szyldw ulicznych w Pireusie nauczy si kilku sw po grecku,
a mianowicie: hotel, Philips i konjak. Ma chopak zdolnoci do jzykw!
Na Morzu rdziemnym, 19 maja 1940.
Jestemy w poowie drogi do Aleksandrii. Horyzont zupenie pusty. Od wczoraj wieczr spotkalimy
tylko jeden transportowiec egipski, Cairo City. Morze jest lekko wzburzone. Na razie nas to bawi:
chodzc, zataczamy si jak pijani.

Herbert zatacza coraz blisze krgi koo lewantyskich tancerek. Mwi, e wyregulowaby je
wszystkie. Z niewiar odnosz si do tej regulacji: na pewno jedn by poklepa, drug uszczypn,
a trzeci moe by nawet ugryz... Chocia waciwie mogoby si sta inaczej: pewnie pierwsz by
ugryz, a trzeci poklepa.
Wieczorem wpywamy na wody terytorialne Egiptu. Na przedni maszt wcignito zielon flag
z biaym pksiycem. Z daleka wida niski piaszczysty brzeg i tysice szarych domw Aleksandrii.
Jest wciekle gorco i taki blask, e mruymy oczy.
Aleksandria, 20 maja 1940.
Stoimy w porcie i z daleka patrzymy na miasto, bo nie honoruj tu naszych polskich paszportw, na
co Herbert strasznie si oburza. Jest w ogle wcieky i zawiedziony: lewantyskie tancerki wysiady
nie wyregulowane... Kiedy go spytaem - do gupio zreszt - dokd idzie z papierkiem w rku i bez
szelek, odburkn: N...a na Egipt.
O godzinie 18 daa si odczu lekka wibracja maszyn i piaszczysty brzeg Aleksandrii zacz wolno
oddala si od statku, zupenie tak samo jak oddalay si dotd brzegi kamienne.
Teraz zapada noc. Statek pynie spokojnie. Jest niemal widno. Pyniemy wzdu ldu, skd dochodz
tony jakiej egzotycznej melodii. Wiatr stamtd jest suchy i gorcy.
Haifa, 21 maja 1940.
Nad ranem bya burza, i to taka silna, e kapitan zdecydowa si nie zawija do Tel Avivu jako do zbyt
niewygodnej i maej przystani. Wobec tego popynlimy wprost do Haify, gdzie przybylimy w samo
poudnie. Jest to nasz pierwszy port brytyjski.
Tumnie zebrani Anglicy witaj nas serdecznie i haaliwie. Prawie wszyscy mwi po polsku, i to
z pewnym, dobrze nam znanym akcentem. Krzycz i gestykulujc z zapaem, pokazuj na migi, e
Hitler bdzie wisia.
Okoo godziny szstej wieczorem syrena naszego statku rykna trzy razy, daa si odczu lekka
wibracja itd.
Pod cianami portowych magazynw stali rzdem robotnicy z rkami w kieszeniach. Za sztachetami
odgradzajcymi port grupa ydowskich harcerzy egnaa nas wesoo. Machali chusteczkami i z
zapaem skandowali jakie zdanie. Nie mogem wyranie dosysze, ale zdaje si, e co w tym
rodzaju:
Cze! Cze! - Makabi - Brze!
Bejrut, 22 maja 1940.
Po do burzliwej nocy nasta liczny, soneczny ranek. Koo poudnia ujrzelimy na horyzoncie gry
Libanu; w dwie godziny pniej ukazay si u ich stp biae budynki Bejrutu.
Na przystani oczekiwa nas polski konsul i grupa oficerw francuskich.
Nadjechay samochody ciarowe, na ktre zaadowao si nasze wojsko. onierze ciekawie
przypatruj si wszystkiemu. Najwicej interesuj ich egzotyczni koledzy: czarni Senegalczycy w
czerwonych portkach, drobni Indochinowie i Malaje o czarno malowanych zbach.
Jedziemy pikn nadmorsk szos do koszar, odlegych o trzy kilometry od miasta. Mijamy
pomaraczowe gaje, grupy przelicznych palm, kilkumetrowe kaktusy o dziwacznych ksztatach,

jakie wspaniae kwiaty, ogromne, jaskrawe motyle. Po drodze napotykamy karawan wielbdw
wychodzcych gdzie w pustyni...
Lokujemy onierzy i wracamy we dwch do Bejrutu, aby zakwaterowa si w hotelu D'Europe na
Rue de Port. Co prawda z Europ niewiele ma ten hotel wsplnego: wielka sala, podobna do
podwrza czynszowego domu, oszklona na wysokoci drugiego pitra, jest zarazem hallem, wok
ktrego w dwch kondygnacjach biegn galeryjki z wejciami do pokojw. Pokoje s bez okien,
podogi z terakoty, a nad kami - baldachimy i siatki przeciw moskitom.
Chcielimy jeszcze tego dnia rozpocz zwiedzanie Bejrutu, poniewa jednak zaczlimy od
hotelowego baru, na nim si naturalnie skoczyo. Usugiway nam jakie fakiry, co Herberta
z pocztku peszyo. Niedugo zreszt. Gdy pi pierwszy kieliszek, rce mu si trzsy z emocji, ale gdy
skoczy pierwsz butelk, drug rozpocz bruderszaftem z najsympatyczniejszym fakirem, Ben
Alim, synem waciciela hotelu. Bardzo Herbertowi do serca przypad ten fakir:
- G... jeste, nie fakir, ty stary byku - owiadczy. - Bd ci mwi: Alek, rozumiesz?
Potem zacz si umawia z Alkiem na jutro. Maj pj na nargile... Poniewa jestem zbyt skromny
na to, by wysuchiwa takich projektw, poszedem do pokoju wyapa moskity.
Bejrut, 23 maja 1940.
Przez cay dzie zwiedzaem miasto. W dzielnicy europejskiej nie ma nic specjalnie godnego uwagi:
palmy, szerokie ulice, nowoczesne gmachy, wielkie sklepy - to wszystko. Za to stary Bejrut jest
cudowny. Z kadej uliczki, z kadego zauka, zza kadego rogu odsaniaj si nowe, coraz pikniejsze
widoki: mury i murki, szkarpy, filary, paskie dachy, tarasy, zakratowane okienka, ostre cienie,
olepiajcy blask soca, kolorowy, egzotyczny tum, zakwefione Arabki. (Herbert mwi, e to nic nie
szkodzi...)
Dugo siedziaem na wytartych schodkach stromej, ocienionej uliczki. U jej wylotu w jaskrawym
socu otwiera si widok na wysadzan palmami nadmorsk alej. Wysokie czekoladowe pnie
rysoway si wyranie na tle granatowego morza, a ich jasnozielone wachlarze - na tle niebieskiego
nieba. Niebieskiego z fioletowym odcieniem. Na dalszym planie wida byo acuch szczytw Libanu.
Potrci mnie osio obadowany owocami. Midzy palmami nadmorskiej alei ukaza si dugi szereg
wielbdw ze skulonymi na nich biaymi sylwetkami Arabw...
Jak to dobrze, e na palmach nie siedziay mapy, za wielbdami nie cigny sonie, a po sonecznej
stronie nie wygrzeway si we boa-dusiciele! Zwariowabym na pewno...
Bejrut, 24 maja 1940.
Francuzi zaproponowali nam wycieczk do pooonej o 150 kilometrw od Bejrutu miejscowoci
Baalbek, celem zwiedzenia ruin jakiej staroytnej wityni. Wyjechalimy rano autobusami,
kierowanymi przez malekich Anamitw, doskonaych kierowcw. Trasa prowadzia przez gry
sigajce 3 000 metrw. Jest to droga do. Damaszku i Bagdadu.
Baalbek ukaza si nam z daleka, skpany w socu, biay, otoczony palmami i kaktusami. Autobusy
zajechay do koszar Legii Cudzoziemskiej. Batalion, ktry tu stoi garnizonem, przygotowuje si do
wyjazdu na front do Francji.
Nasz przyjazd sprawi ogln sensacj, a specjalnie ucieszy onierzy Polakw: obstpili nas tumnie
i gorczkowo zaczli wypytywa, skd jestemy, dokd jedziemy i - dlaczego tak prdko wojna w
Polsce si skoczya...

Bardzo wraz z Herbertem chcielimy zwiedzi wityni, ale jeszcze bardziej chcielimy pogada
z legionistami. Tote podczas gdy inni koledzy poszli podziwia staroytne kolumny, freski, sklepienia,
rzeby i inne gruzy, my - otoczeni legionistami - udalimy si do pobliskiego baru, aby pogawdzi
przy szklaneczce wina. Zreszt z okien baru witynia widoczna bya jak na doni. Nawet niezgorsza
jaka witynia.
Podzielilimy onierzy na dwie grupy: jedn wzi Herbert do stolika, a ja z drug staem przy bufecie.
Opowiadalimy legionistom, jak to byo i dlaczego tak byo. Moe to i dobrze, e nie pilimy wina,
tylko rum? Jako atwiej nam byo mwi, im za - sucha.
Potem kieliszki zamienilimy na szklaneczki, a nasze kapelusze na onierskie kepi. Niewiele
brakowao, a Legia Cudzoziemska powikszyaby swj stan o dwch dzielnych, wytrawnych onierzy.
Niestety Herbert si zala i zacz przemawia po rosyjsku. Mao tego: upar si i do wityni, eby
zobaczy westalki!
Moje perswazje nie pomogy i wkrtce caa nasza paczka opucia knajpk i udaa si w kierunku ruin.
Herbert szed na czele, piewajc tango Fatmo, opowiedz mi bajk o szczciu... Wrcilimy do
Bejrutu pnym wieczorem.
P.S. Na kategoryczne danie Herberta notuj ponisze jego sprostowanie:
Nieprawd jest, e przemawiaem po rosyjsku, e chciaem zobaczy westalki i e piewaem
tango Fatmo, opowiedz mi bajk o szczciu. Natomiast prawd jest, e Zygmunt
przemawia po francusku, e on poszed na westalki i on piewa tango Fatmo, nie
opowiadaj nikomu, jak mi daa dwa razy szczcie.
Moliwe, e tak byo: pokrcio mi si wszystko.
Bejrut, 26 maja 1940.
Pobyt nasz tutaj dobiega koca: jutro odpywamy do Marsylii. Szkoda, e tak prdko: na trzysta
stronic Baedeckera dojechalimy do pidziesitki.
Herbert bardzo si zmieni: jest powany i ponury. Pewnie ma wyrzuty sumienia po Baalbeku.
Ostatniego piastra da starej ebraczce, a zakonnika pocaowa w rk. Gdy go spytaem, czy czasem
nie zwariowa, powiedzia mi, e jestem winia. Tak, to na pewno po Baalbeku.
Na Morzu rdziemnym, 27 maja 1940.
Dzi rano wyszlimy na morze. Pyniemy wielkim francuskim transatlantykiem, 35 000 ton, cakowicie
pomalowanym na khaki nie wyczajc mosinych balustrad i metalowych ozdb. Natomiast okienka
kajut zapacykowano ultramaryn.
Publika bardzo rna. Przewaa wojsko: kilkuset Francuzw, w tym dwustu oficerw, kilkudziesiciu
Anglikw, troch Murzynw w czerwonych portkach i kilkunastu Czechw.
Wieczorem stajemy na redzie portu w Haifie, poniewa tak nam dziwacznie wypada droga. Mamy tu
nocowa. Prawd mwic - znudzia mi si ta Palestyna: jestem w niej co tydzie.
Wzdu brzegw Palestyny, 28 maja 1940.
Rano ruszamy w dalsz podr. Przeprowadzono wiczenia w nakadaniu pasw ratunkowych.
Dostaem przydzia, razem z Herbertem, do odzi numer 12. Rne miewaem przydziay...
Na morzu, 30 maja 1940

Jestemy na wysokoci Benghazi. W jednym z portw Egiptu zaadowano na nasz statek 8 000 bel
baweny.
Jest gorco. Lec na trzcinowych kanapkach na pokadzie, prowadzimy inteligentne dysputy:
- Ale te mewy! Lataj i lataj, i wcale si nie zmcz.
- E, zmcz si, cholery.
- Zmcz si?
- Pewnie, e si zmcz. O, patrz pan: jedna ma ju dosy - usiada na falach.
- Rzeczywicie usiada, ale moe si naci, bo j rak za kuper zapie i bdzie miaa.
- Skde - rak? W morzu rakw nie ma.
- W gbokim nie ma, ale tu jest ich do cholery.
- Myli pan, e pytko?
- Pewnie, e nie gboko. Patrz pan: zielony grunt przebija.
Z pocztku bawia mnie ta byskotliwa i dowcipna rozmowa, ale wszystko ma swoje granice. Kiedy
jeden z kolegw, widocznie znawca serw, obieca nam solennie, e nareszcie we Francji, w Oxfordzie
(!) uyje sobie na rokforze, zaczo mnie co zalewa. Obawiam si, e bya to za krew.
Moe bym wytrzyma, lecz niestety zaczy si piewy. Kto zanuci barytonem:
Gdie wy tiepier, kto wam cieujet palcy?
Kuda uszo wasz kitajczonok z Li?
Tu ju mnie cholera wzia.
- Panie - rzekem powanie - skd pan wie, e kitajczonok pochodzi z Li? Zarczam panu, e by
rodem z Pocka!
- Nie rozumiem, o co panu chodzi - powiedzia zaskoczony baryton.
- Wiem, e pan nie rozumie, ale jednego moe pan by pewny: skd kitajec pochodzi, to cholera jego
wie, ale na pewno nie z Li, a poza tym komunikuj panu, e tyle rokfor ma wsplnego z Oxfordem, ile
Oxford z Francj, rolls-royce z rolmopsem, sandwicz z sandaczem, a Dardanele z Lardellim!
Wieczorem Herbert powiedzia mi, e si zrobiem straszny nerwus. Dugi czas tumaczy mi, e
powinienem si oszczdza itd., a potem prosi mnie, ebym mu wyjani, skd pochodzi kitajec.
Na morzu, 3 czerwca 1940.
W cigu paru dni przebylimy Cienin Mesysk, minlimy Korsyk i Sardyni, i oto dzi ujrzelimy
z daleka Marsyli. Ubieramy si popiesznie. Jestemy bardzo podnieceni. Herbert pgosem nuci
Marsyliank, ale mu to ani rusz nie wychodzi.
Koo poudnia wyadowujemy si ze statku i stajemy na ziemi francuskiej. Moe za par dni bdziemy
ju w mundurach? Znw bdziemy mieli bro i znw bdziemy mogli bi si w powietrzu. Niech yje
Francja!

11. La douce France


Niech yje Francja! Tak: niech yje Francja, ale nie ta z czerwca roku 1940. Nie ta!
Dugo nie byo samolotw dla Polakw. Dugo im nie dowierzano, e chc walczy i e walczy
potrafi. A gdy w marcu roku 1940 przyszy maszyny myliwskie jako sprzt przeszkoleniowy dla
polskiej grupy w Bron (Lyon), to do poowy maja nie byo do nich ani jednego karabinu
maszynowego.
Natomiast kto uporczywie rozpuszcza pogoski, e cae polskie eskadry z cysternami benzyny (!)
przelatuj na stron niemieck. Cae eskadry - podczas gdy nie istniaa jeszcze adna.
A pniej przyszed czerwiec. Wyznaczono Polakom obron lotnicz rnych obiektw
przemysowych, parcelujc ich po dwch, po trzech na tak zwane kominy i klucze. Wtedy dowiedli, e
lataj i walcz lepiej ni Francuzi. Wtedy zaczto ich ceni. Zbyt pno...
Dostali zadanie obrony Lyonu, potem Parya, potem rejonu pnocnej Sekwany. Ten ostatni rejon by
duy i trudny, ale byo tam przecie prcz nas kilka dywizjonw francuskich. W Polsce stosunek si by
dla nas dwukrotnie gorszy. Wic - co tu gada - wdziczno dla Francuzw zalaa nam serca:
braterstwo broni za nasz i wasz, i tak dalej.
Tylko te maszyny...
Caudron cyklon nie chcia i w gr. Prdko mia, owszem. Wyglda zgrabnie i mio. Nawet
uzbrojenie byo nie najgorsze. Lecz jeli nieprzyjaciel lecia o piset metrw nad nami, nie sposb go
byo zaczepi...
Potem zaczy wyazi defekty. Silnik si grza, przestawa dziaa automat do zmiany skoku miga,
psuy si amortyzatory22 i zegary, zacina si mechanizm do chowania podwozia, rozdymaa si maska
przy pikowaniu na duej prdkoci...
Wreszcie zaczy odpada w powietrzu stery...
Fabryka przysaa swoich mechanikw, bo - oczywicie - nasza obsuga bya niefachowa. Fachowcy
najpierw zjedli djeuner, potem si zdrzemnli; potem obejrzeli uszkodzenia i bezradnie rozoyli
rce.
- Co tu mona poradzi?
- Wasi mechanicy s wspaniali - powiedzia inynier kierujcy t ekip. - To wcale nie ich wina. Ja
mog tylko powiedzie prywatnie: trzeba zawiesi loty na cyklonach.
Francuska komisja wojskowa zawiesia loty na cyklonach, ale nazajutrz Polacy polecieli na zadanie.
Lepiej byo lata na tych trumnach ni nie lata wcale, a tylko taka alternatywa stana przed nami.
Dopiero pniej dowiedzielimy si, e Francuzi mogli byli nam da kilkanacie curtissw albo
devoitinew spord spalonych nastpnie w skadnicach Burges i Tuluzy. Tego nikt z nas im pewno
nie zapomni; reszt - moglibymy przebole i puci w niepami.
Wielu z nas pewnie zapomniao i przebolao t reszt. Wspominam tylko drobn jej cz - bez
gniewu ju i bez blu. Raczej z umiechem politowania. Bo czy nie na taki wanie umiech zasuguje

22

Amortyzator - urzdzenie agodzce wstrzsy przenoszone przez podwozie na ca mas samolotu.

tani frazes w jednym z ostatnich rozkazw francuskiej Kwatery Gwnej, e onierz polski okaza si
godny tradycji onierza francuskiego?
Myl, e polski onierz nie zasuy na porwnanie z francuskim w roku 1940. Polacy okupywali
honor yciem, nie na odwrt. I... Warszawa bronia si do koca, cho - tak samo jak Pary - bya
miastem otwartym.
Ale mniejsza o to: s to sprawy na wielk skal i nie do mnie naley ich poruszanie.
Natomiast s sprawy drobniejsze, bardziej, e tak powiem, osobiste, o ktrych trudniej zapomnie,
choby si tego pragno. Sprawy koleestwa w powietrzu midzy lotnikami.
Nic na to nie poradz, e te sprawy jeszcze dzi wracaj jako wspomnienie.
Na dwa dni przed zawieszeniem cyklonw nasz patrol zoony z trzech samolotw spotka
w powietrzu dwanacie messerschmittw 110. O 2000 metrw powyej patrolowaa francuska
eskadra curtissw, ale aden z Francuzw nie przerwa tej nudnej pracy, aby przyj z pomoc
Polakom. Za to po wyldowaniu zgodnie potwierdzili, e polski patrol zestrzeli czterech Niemcw.
Pamitam, e francuskie dowdztwo grupy myliwskiej nie tylko nie zaliczyo Polakom tych czterech
zniszczonych Me 110 (poniewa walka odbywaa si w rejonie owej eskadry curtissw), lecz udzielio
nagany dowdcy patrolu za atak na czterokrotnie liczniejszego nieprzyjaciela. Midzy innymi
uwagami na ten temat francuski dowdca grupy poda na odprawie do wiadomoci dowdcw
eskadr odstraszajcy przykad lekkomylnoci innego Polaka, mjr W., ktry tego dnia na czele trjki
cyklonw, majc za sob tylko jeden klucz francuski (rwnie trzy maszyny) - zaatakowa osiem Me
109. Lotnicy francuscy nie uznali za stosowne miesza si do tego rodzaju polskich awantur
i wyldowali na lotnisku, a polskiej trjki dotychczas nie ma... Pewnie w ogle nie powrci.
Nazajutrz po zawieszeniu lotw na cyklonach polski dywizjon zaatakowa osiemnacie Me
i pidziesit Do nad Sekwan w okolicy Rouen, nie liczc bynajmniej na pomoc krccych si tu
i wdzie miejscowych patroli francuskich. Francuzi znw lojalnie zameldowali, e Polacy spucili
piciu Niemcw w ich rejonie; my egnalimy trzech naszych kolegw, ktrzy zapacili yciem za to
zwycistwo.
Pamitam i to, e w par dni po tej bitwie wysuchalimy radiowego komunikatu z Parya o
bohaterskim ataku polskiego dywizjonu, ktry w dziesi maszyn rzuci si na sto samolotw
i zestrzeli kilkadziesit. Na sprostowanie nie byo czasu.
Pamitam wreszcie, jak 18 czerwca - ju po rozejciu si wiadomoci o zawieszeniu broni - podczas
niemieckiego nalotu na Rochefort wystartowali do walki tylko dwaj Polacy. Wystartowali na dobrych
samolotach, ktre dywizjon zacz wanie otrzymywa: na blochach. Francuzi - ilu ich byo - patrzyli
z ziemi na t ostatni walk. Patrzyli ciekawie, przejmowali si, ale nie polecieli z odsiecz.
Jeden z oficerw zacz bi brawo, kiedy spod obokw zwaliy si dwa heinkle, zestrzelone przez tych
dwch polskich szalecw. Popatrzyem mu z bliska w oczy. Zaczerwieni si i odszed zawstydzony.
Dywizjon zdoby pitnaste i szesnaste zwycistwo w tym ostatnim dniu francuskiej kampanii, ale
ogem Polacy zestrzelili we Francji ponad pidziesit maszyn niemieckich.
Nie wiem, czy Francuzi bd nam to pamitali. Moe...

23 czerwca, po wielu przejciach, ktrych czciowo nie pamitam z powodu nawrotw malarii,
znalazem si w maym porcie St. Jean de Luz i zaadowaem si na transportowiec brytyjski
Arandora Star, ktry po dwudniowej podry zakotwiczy w Liverpoolu.
Byem otpiay jak koda drzewa. Poruszaem si mechanicznie, mao zwracajc uwagi na to, co si
wkoo mnie dzieje.
Wyadowalimy si na czarne, zadymione molo. Dwigaem swoj walizk z wysikiem i rezygnacj.
Wtem gdzie z boku podnis si zgiek i gwar gosw.
- Vive la France!
Obejrzaem si. Po schodni maego umorusanego sadz parowca maszerowali francuscy onierzeochotnicy, ktrzy razem z nami przybyli na t Wysp Ostatniej Nadziei.
Niech yje Francja! - ta Francja, ktra walczy nadal.

12. Wyspa ostatniej nadziei


Maszerowalimy przez ulice Liverpoolu czwrkami. Anglicy woali: Long live Poland! i pokazywali
kciuki obu rk. Co chwila witay nas oklaski. Za co? - Bo ja wiem? W kadym razie wzruszyo nas to
serdeczne przyjcie po ostatnich przejciach i po widoku chmurnych, obraonych Francuzw.
Pocig nasz ruszy z jakiego dworca i zatrzyma si na jakiej stacji po kilku godzinach. Szlimy znw
par mil, do wielkiego parku otaczajcego lordowsk posiado, gdzie stao cae miasto namiotw.
Potem trzy dni mieszkalimy w tych namiotach, a potem inny pocig zabra nas ze zbornego obozu do
stacji Royal Air Force w Gloucester.
Tam si zaczo pisa wykazy ewidencyjne, dzieli personel latajcy i techniczny na grupy i podgrupy
itd. Wreszcie moja grupa jeszcze innym pocigiem pojechaa do Blackpoolu. To ju by koniec
sierpnia..
Blackpool jest tani miejscowoci kpielow nad morzem. Brzydki, rozcignity wzdu morskiego
brzegu, zbudowany z czerwonej cegy, ze wspaniaym wesoym miasteczkiem i niezliczon iloci
private-hoteli, w ktrych nas zakwaterowano.
Nie mielimy adnych zaj poza porannymi zbirkami oddziaw. Nic si waciwie nie dziao. Tylko
Niemcy po nocach bombardowali pobliski Liverpool, a z Londynu przychodziy coraz to inne pogoski
o nowej organizacji naszego lotnictwa w Wielkiej Brytanii. My za - chcielimy lata i bi si.
Ostatecznie zorganizowano to lotnictwo szybciej i lepiej ni we Francji, ale w Blackpoolu czas duy
si nam okropnie. Pewnie dlatego pierwsze nasze obserwacje byy bardzo krytyczne dla tej wyspy
i dla jej ludnoci. Nie znalimy jzyka, a chobymy go znali, trudno byo z pocztku dogada si
z ludmi, ktrzy jeszcze mniej wiedzieli o Polsce i o nas ni my o Wielkiej Brytanii i o nich.
Nie zamierzam teraz opisywa ani tych ludzi, ani tego kraju. Inni zrobili to lepiej, obszerniej i z gbsz
znajomoci rzeczy, ni ja mogem zrobi po kilku miesicach ycia w Blackpoolu. Chc tylko odda
wczesny nasz nastrj i dlatego - zdajc sobie spraw z powierzchownoci pierwszego spojrzenia na
nowe dla mnie zjawisko - notuj kilka wrae z tego okresu.

Anglicy na swoich weekendach nudziliby si jak mopsy, gdyby nie Pleasure-Beach (wesoe
miasteczko). Jest rzeczywicie imponujce. Zawiera si tam znajomoci z angielskimi blondynkami
i rudymi Irlandkami. Kiedy si ciemnia, pary ciskaj si na awkach nad morzem, a w nocy polskie
adonisy haasuj u zamknitych drzwi pensjonatu.
Nie tylko po to jednak chodzi si do Pleasure-Beach, eby uwodzi anemiczne ekspedientki sklepowe,
szwaczki i kelnerki, ktre przyjechay tu na holiday (wakacje). S tam take automaty. Automaty
pasjonuj zarwno Anglikw, jak Polakw. Ju za jednego pensa moesz wygra par spinek, wod
kwiatow albo zgoa pi papierosw. Za trzy pensy - nawet zegarek. Mistrzem w tych sprawach jest
Zygmunt. Dzi wygra dwa strusie, puder, porcelanowy kaamarz i solniczk. (Solniczk podarowa
naszej gospodyni, bo sitko si nie dokrca).
Morze ciska si i pluje pian, ktra przelatuje kakami przez ca szeroko promenady. Fale staj
dba, wicher zrywa bryzgi z ich czubw i rzuca je na czerwone chodniki. Mewy, jak klamry rozpite na
niebie posiniaym od cikich chmur, le w nurcie wichury, wyginajc elastyczne skrzyda. Przewody
tramwajowe sycz, gwid i bucz, w kominach wyje, a Anglicy si kpi... Brr!...
Anglicy... Jake dalekie od rzeczywistoci byy nasze wyobraenia o nich. Albo moe to, comy o nich
wiedzieli, byo tylko legend z dawnych, bardzo dynamicznych czasw? W kadym razie spotkao nas
rozczarowanie...
Lecz - jestemy tu gomi: nie bd mwi le o gospodarzach, natomiast myl o Polsce. Myl nie
tylko z gorcym uczuciem Polaka dla ojczyzny, ale z dum, z coraz wikszym szacunkiem dla wasnego
narodu. Dla tych robotnikw, ktrzy tak wspaniale umiej pracowa; dla szewcw, ktrzy umiej
robi dobre buty; dla krawcw, ktrzy szyj wietne ubrania; dla tych wszystkich najlepszych chyba
na wiecie rzemielnikw, zdolnych, pracowitych, inteligentnych. Dla chopw, co pracuj ciko
i kochaj ziemi. Dla inynierw, ktrzy naprawd znaj technik; dla artystw; dla kupcw,
uprzejmych, rzutkich, nowoczesnych; dla kelnerw, bystrych, grzecznych, umiejcych spamita kilka
zamwie naraz; dla kucharzy ze smakiem; dla dentystw, ktrzy umiej leczy zby - nie tylko je
rwa lub wstawia sztuczne; dla ogrodnikw hodujcych warzywa i owoce; dla wszystkich ludzi pracy.
Nie tylko my w Wielkiej Brytanii mamy si czego uczy. Nie tylko my od nich. Oni od nas te mogliby
nauczy si wiele, bardzo wiele...
Ale ta Wyspa Ostatniej Nadziei sama jedna bije si dalej po upadku Francji. Ten nard, ktry nie
zazna wojny od wielu stuleci, wytrzymuje ze spokojem bombardowania niemieckiej Luftwaffe. I - s
pewni zwycistwa. I - nikt si tu nie przejmuje ani wojn nerww, ani propagand niemieck.
I lotnictwo brytyjskie jest wspaniae.
A poza tym ludzie s tu przychylni sobie nawzajem. atwi do umiechu, wybaczajcy nam,
cudzoziemcom, tysice popenianych gupstw i tysice wykrocze. Koty, psy i ptaki ufaj tu ludziom:
nie s pochliwe, bo nikt ich nigdy nie krzywdzi. Uczciwo jest zdumiewajca. Uprzejmo ujmujca.
I tego my musimy si uczy od nich.
Tylko Zygmunt nie zamierza niczego si uczy. Z pogard, pesymistycznie spoglda na Wysp
Ostatniej Nadziei. Raz tylko w przystpie pogodniejszego nastroju owiadczy, e w Anglii s zaledwie
trzy rzeczy lepsze ni u nas: herbata, drogi i to, e dookoa jest morze.
- Ale gdyby Polska bya w Anglii - doda - mielibymy lepsz herbat i jeszcze lepsze drogi. No i w
ogle nie byoby Niemcw.

13. do Genowefy
Czas mija. Wietrzne i ddyste angielskie lato z rzadka ukazujc si imitacj soca (lovely day informowali mnie w takich razach wszyscy tubylcy, poczynajc od wacicielki pensjonatu, Mrs.
Stevens, koczc za na konduktorce tramwaju i barmanie w Casino) - angielskie lato schylio si
smtnie ku jesieni i wyblake niebo na dobre zaszo chmurami, przeorywanymi przez wichry. Morze
rozbijao si o cian promenady; wesoe miasteczko pustoszao w dni powszednie, zapeniajc si po
dawnemu tylko podczas weekendw; cztery drzewa na Poudniowym Skwerze, wytargane wichrem,
zmaltretowane i zzibnite, zaczy traci licie; na kominku w smoking-roomie pony wgle,
dymic na cay pensjonat, a Mrs. Stevens wycigna z szafy cuchnce naftalin futro, ktre wietrzyo
si w azience.
Tymczasem przychodziy wiadomoci o tworzcych si wci nowych polskich dywizjonach
myliwskich i bombowych. Co par dni mona byo spotka kilku co modszych kolegw
z rozemianymi gbami, jadcych na przydziay bojowe. Starsi, tacy jak ja - przed i po czterdziestce spogldali na nich z zazdroci albo dzikowali Bogu, e nie musz - zalenie od temperamentu.
Naleaem do pierwszych, cho nie miaem adnej nadziei: po dwudziestu dwch latach pilotau, po
ostatnim wypadku w kampanii wrzeniowej w Polsce nadawaem si - zdaniem czynnikw
decydujcych - tylko do szkolenia... Obiecano mi posad instruktora w szkole pilotw, ktra miaa
si dopiero zorganizowa, i kazano czeka. I tak w oczach wielu uchodziem za wybraca losu...
Zygmunt wyjecha do nagle i niespodziewanie. Nawet nie poegna si ze mn i dopiero w tydzie
pniej dostaem od niego list.
My dear!23
W zwizku ze stanem moich nerek oczekiwaem rozkazu takiej mniej wicej treci: kpt. obs.
Zygmunt W. odejdzie do szpitala na leczenie. Tymczasem rozkaz nadszed, ale taki: PilotOfficer Zygmunt W. otrzymuje przydzia do jednostki bombowej w Bramcote, gdzie
zamelduje si itd.
Troch mnie zdziwio, e jestem Pilot-Officerem i dlaczego przez dwa f, ale okazao si, e
to po angielsku, a po polsku tyle co podporucznik, bo w Royal Air Force stopie zaley od
funkcji. Teraz dochodz do wniosku, e i tak mnie za wysoko ocenili, ale z pocztku jako
dobry onierz natychmiast schudem w biodrach, uczesaem si na jea, zapakowaem
walizk i zameldowaem si na froncie. Przyczailimy si pod jednym z wielkich miast
przemysowych, siedzimy cicho jak mysz pod miot i dotychczas Niemcy zostawiaj nas
w spokoju, ale dokoa lataj co noc. Strzelanina jak diabli, huk jak cholera, a najgorszy ze
wszystkiego nieustanny warkot silnikw nad gow. Przez pierwsze dwie noce w ogle zasn
nie mogem, ale teraz wynalazem pyszny sposb na wroga: odkrcam na cay regulator kurki
w umywalni, kad si do ka, i spokojnie zasypiam, marzc o strumyczkach i malowniczych
wodogrzmotach.
Wszystko byoby dobrze, gdyby nie braki w mojej angielszczynie. Dubluj Anglika, oficera
uzbrojenia, i ani rusz nie mog si z nim porozumie. Znam ju wiele wyrazw technicznych:
wiem, jak po angielsku nazywa si rubka, sprynka i trzpie; ale nie wiem, jak po ichniemu
jest daj buzi, sznycel, id do diaba - bez ktrych to podstawowych poj ycie staje si
nieznone...

23

My dear (ang.) - mj drogi.

Jeeli tak dalej pjdzie, to chyba zrezygnuj i wrc do Blackpoolu, o ile nie powierz mi
funkcji precyzyjnego mechanika, bo i z tym dziaem pracy te nigdy nie miaem nic
wsplnego.
ciskam Ci serdecznie
Zygmunt
Drugi list od Zygmunta przyszed dopiero w grudniu, ju z bojowego lotniska dywizjonu, ale te raczej
pesymistyczny. Zygmunt pisa, e ostatecznie znaleziono innego geniusza techniki uzbrojeniowej na
jego miejsce, on za zosta nawigatorem24; e jednak i nadal nie lata na bojowe zadania, bo dywizjon
cigle jeszcze si organizuje, a przy tym warunki atmosferyczne s pod psem; e - wreszcie - spotka
si z Pryszczykiem.. Ten ostatni odby jaki kurs mechanikw, nauczy si kl i flirtowa po angielsku
(prywatnie) i naley do brygady obsugi przy samolocie Zygmunta.
List koczy si tak:
ycz Ci, eby nadchodzce radosne wita byy dla Ciebie jak najmniej smutne. Czuj si
fatalnie: od dwch tygodni siedzimy tu bezczynnie. Koledzy ciesz si ze zdobycia Sidi Barani,
ja jednak uwaam, e zdobycie tej baraniny bdzie miao akurat taki sam wpyw na nasze
losy, jak miaby na przykad nieudany pow ososi na Alasce. A Ty - jakiego jeste zdania?
Zbrzydo mi tu bez Ciebie. Zawsze marzyem o wolnym zawodzie. Chc sobie kupi harmoni
i nauczy si kilku kawakw. Czy grasz na gitarze albo na okarynie? Byby niezgorszy duecik.
Pisz o tym dlatego, e wakuje w naszej zaodze stanowisko tylnego strzelca. Moe by plun
na t swoj obiecan instruktorsk posad i przyjecha tu?
Twj Zygmunt
Ostatnie zdanie tego listu zelektryzowao mnie i zadecydowao o moich losach. Zaczem stara si
o ten przydzia...
To nie byo takie atwe: po pierwsze - stanowisko byo podoficerskie, a ja byem starym kapitanem;
po wtre - takich jak ja amatorw zgosio si dwudziestu. Ale przecie wreszcie - po kilku tygodniach
zabiegw - zdobyem odpowiedni rozkaz, pojechaem do S. i oto jestem tu ju od miesica.
*
Nie gram ani na gitarze, ani na okarynie, ani na adnym innym instrumencie, wic do utworzenia
dueciku z Zygmuntem nie doszo. On naprawd kupi sobie harmoni, ktra oddaje mu teraz
nieocenione usugi w zabiegach miosnych okoo naszej chrzestnej matki dywizjonowej, Lordwny,
jak j nazywa sierant Koza, radiotelegrafista, kronikarz i poeta.
Tu - jak mi si wydaje - trzeba ju koniecznie opisa ca zaog wellingtona Genowefa, bo tak si
ten nasz dwusilnikowy grat nazywa.
Poniewa bya mowa o Zygmuncie (i to ju nieraz w tej ksice), zaczynam od niego. Jest najstarszy
z nas wszystkich, bo i lat ma czterdzieci dwa, i jeszcze w legionach suy. Fach wojskowy zna
doskonale, bo kiedy posiad w piechocie nieze pocztki obijania si, a przez dugi okres pniejszej
suby w lotnictwie zadziwiajco si w tej sztuce wydoskonali, co mu zreszt nie przeszkadza by
jednym z najlepszych obserwatorw lotniczych, jakich znam. Chop jest zwalisty, w biodrach
zwaszcza szeroki; oblicze te tam nienadzwyczajne, jako e tylko kobiety mog by pikne, a u
mczyzny wyraz twarzy duo znaczy. Troch ladw po ospie na tej twarzy, oczy niewielkie, ale
24

Nawigator - czonek zaogi odpowiedzialny za waciwy wybr trasy lotu i za doprowadzenie samolotu t
tras do celu lub do lotniska.

dowcipne, i umiech atwy i miy ma ten mj przyjaciel. Teraz si zakocha w naszej Lordwnie do
spki z Gralem, ktry jest na kobiety kat numer jeden.
Sia by zego narobi w Gral (spod Nowego Targu jest rodem), gdyby piewa, bo wosy ma jak
artysta dugie, lekko kdzierzawe i facjat te mtn, a kobiety - zwaszcza Angielki - piew lubi. Z
Lordwn i Zygmuntem przy kominku i odpowiednim blackoucie w kasynie sobie siaduj; Zygmunt na
harmonii gra i na przemian j zapewniaj, e life is so beautiful! Poza tym Gral jest dowdc na
pokadzie Genowefy i pierwszym pilotem naszej zaogi.
Inn zaka tego zespou jest Merkury, ktry w cywilu by agentem firmy handlowej w Gdyni. Wzrostu
- jak sam uparcie twierdzi - jest wicej ni redniego, nogi ma pakowate, a rce - jak orangutan.
Do dugi handlowy ywot wyszlamowa z niego cae romantyczne podejcie do wiata. Tylko
rzedniejce rudawe wosy i koli wzrok wiadcz, e i on mia swoj modo grn i chmurn. Musia
si w tej modoci dostatecznie wyajdaczy, bo teraz na kobiety patrzy jak na koki w pocie. Za to
trunkowy jest i jak wypije kilka gbszych, wspomina janiejsze karty swojej przeszoci. Na
Genowefie siedzi obok Grala, bo peni funkcj drugiego pilota.
Piknie i bogato zapisan kart ycia (i ewidencyjn te) ma sierant Koza. Na obczynie dorobi si
dwch walizek, a jak tak dalej pjdzie, to kilkorga dzieci te si dorobi, bo na rozkosze cielesne jest
asy i ma ogromne powodzenie w okolicy S. Fasoniarz te jest pierwszej wody, bo sypia na spodniach,
eby kanty byy, a poza tym godnie i z zapaem reprezentuje ycie intelektualne caego dyonu. Pisze
mianowicie sonety i pamitnik, by potomnoci cho niematerialny swj dorobek przekaza, skoro
ca fors na kobiet, wino, piew puszcza. Sprawiedliwie trzeba przyzna, e o ile sonety s do
chrzanu, o tyle pamitnik zupenie dobry. Alkohol te ten poeta grzmoci nie najgorzej, a w
radiotelegrafii jest czarodziejem zgoa nadzwyczajnym.
Na tym ponurym tle naszej zaogi korzystnie rysuje si posta przedniego strzelca, podchorego
Bujaka. Ten Bujak - jak sama nazwa wskazuje - ma kapacz od ucha do ucha i jest optymist. Pryszczyk
powiada, e nieszczsne s rodzice, ktrych synowie kiedy pod Jzkiem Bujakiem suy bd, bo
czek ten cholernie w czystoci si kocha, tak w duchowej, jak w cielesnej, oraz w narzeczonej, ktr
w Polsce zostawi. Din, whisky czy sherry - nie robi mu adnej rnicy, bo nie pija prawie nic prcz
herbatki z mlekiem, a ju od wody sodowej dostaje zawrotu gowy. Podobno dawniej rwny by
chopak, ale tak go ycie wojenne zepsuo.
Ostatni do golenia - sam autor. Prosz sobie wyobrazi chopisko dugie i kociste, nie cakiem jeszcze
zdezolowane, do milkliwe, a w ogle - bez znakw szczeglnych i do adnego z bohaterw
wasnych powieci niepodobne.
Teraz par sw o brygadzie obsugi.
Jest ich szeciu, tak jak nas. Szeciu staych, nie liczc dochodzcych elektrykw i zbrojmistrzw.
Z dawnych czasw znam tylko brygadzist, sieranta Talag, ktry by kiedy mechanikiem w mojej
eskadrze, oraz - Pryszczyka naturalnie. Dwaj motorowcy i dwaj kaprale od patowca s z wileskiego
puku i jeszcze nie przyjrzaem si im dokadniej. Wiem tylko, e jak nie ma roboty, trudno
o sprytniejszych azikw; ale jeeli trzeba, nasza Genowefa ma najsumienniejsz - powiedziabym najczulsz opiek.
No i wreszcie - o wspyciu z Anglikami. O wspyciu na gruncie subowym i towarzyskim.
Trzeba z miejsca stwierdzi, e wspycie i wsppraca istniej, i to na obu gruntach. Wsppraca
subowa od niedawna daje pikne wyniki przy bombardowaniu zawojowanej przez Niemcw
Europy, towarzyska za - jak mi si zdaje - przysporzy Wielkiej Brytanii sporo nowych obywateli, cho

polscy wsppracownicy ze le ukrywanym chodem odnosz si do spraw matrymonialnych. Z


Lordwn pewnie by si chcia niejeden oeni, ale inni by do tego nie dopucili, bo Lordwna jest
ekstra klasa miss i poza tym dyon straciby chrzestn mamusi. A inne misski... inne miski sodz
ycie tym zabijakom, ale to jest sacharyna angielska, nie za polski cukier - jak to obrazowo okreli
sierant Koza.
Alians z brzydk pci ma inne podoe, o wiele gbsze. Mamy w dywizjonie kilku angielskich
oficerw, stanowicych sztab taktyczno-administracyjno-dowdczy, z ktrymi zawarlimy prawdziw
przyja. Czasem trudno nam zrozumie ich powolny sposb mylenia i brak wyobrani. S inni ni
my, ale oywiamy ich wszelkimi sposobami i staramy si, by tu po nas pozostao co wicej ni
wspomnienie o romantycznych onierzach bez ojczyzny. A od nich pewnie te co nieco wemiemy
z sob do Polski, bo nie same wady maj ci brytyjscy koledzy, ale take i zalety, ktrych nam wanie
brakuje, a wytrwao i odporno przede wszystkim.
Mwimy im o Polsce, o sobie i nawet o tych naszych wadach - otwarcie i szczerze. Ksiki angielskie
o naszym kraju im kupujemy i ksztacimy ich, jak umiemy i jak moemy, w naszej historii mieszn
angielszczyzn - jak serce dyktuje - o sprawach tych mwic. Martwi si ci nasi Angliczanie razem
z nami o naszych najbliszych, ktrzy w Kraju zostali, niepokoj si, gdy lecimy, ciesz si, gdy
wracamy, i smuc si, gdy giniemy - wcale nie po angielsku. Moe tak ju rozmikli pod naszym
wpywem, a moe zawsze byli tacy - kto ich tam wie?...
*
Pierwsza moja wyprawa bombowa bardzo mnie oniemielaa. Mielimy lecie na Boulogne, zaledwie
czterysta dwadziecia mil w obie strony, z czego tylko sto mil nad Kanaem i francuskim brzegiem. Ale
po raz pierwszy w yciu nie ja miaem trzyma stery samolotu; po raz pierwszy miaem go broni
ogniem karabinw, umieszczonych daleko w tyle, na samym kocu ogona, w ruchomej wieyczce.
A w dodatku Zygmunt po odprawie zachowywa si tak, jakby szuka trzech do brida, zamiast wzi
si do opracowania trasy - i to mnie denerwowao najbardziej. Nawigatorzy pozostaych piciu
samolotw lczeli nad mapami, krelili, obliczali, kombinowali. On - najpierw azi midzy dugimi
stoami sali nawigacyjnej, przystajc i gadajc z tym i owym; potem czyta gazet; potem drzema
przy kominku, a wreszcie zacz si informowa, jak po niemiecku jest: bandyta, zodziej i podlec.
Dopiero uzyskawszy te wiadomoci, na marginesie gazety notowa par cyfr, zajrza komu przez
rami do mapy i owiadczy, e jest gotw.
Wanie ciemno si zrobio, wic - otrzymawszy na drog torebki z suszonymi owocami i czekolad pojechalimy na lotnisko.
Genowefa staa rozkraczona zaraz pierwsza z brzegu, wida, e w powanym stanie, bo z brzuchem
cikim od bomb, nisko nad ziemi. Talaga wylaz z gondoli i przysiad na pkatym pneumatyku25
koa. Raz po raz spoglda to na nas, to na start, gdzie rozstawiano ostatnie wiata. Potem, gdy
zaczlimy wchodzi po stopniach do wntrza maszyny, wsta i podszed blisko. Zdaje si, e by
bardzo podniecony; chcia co powiedzie i jako nie umia. Wyciga rk, eby pomc nam wej,
eby podtrzyma, i cofa j wp drogi: nie trzeba?...
Mnie cisn za rami nad okciem. Wtedy poczuem, jak mu dry mocna, skata do, i zobaczyem
w mroku jego zatroskan twarz. Zatrzymaem si na chwil i spojrzaem mu w oczy. Puci mnie
natychmiast.

25

Pneumatyki - ogumienie k napenione powietrzem pod cinieniem.

- W porzdku, panie kapitanie, w porzdku.


Oparem si na jego szerokich barach i daem nura do kabiny. Zobaczyem jeszcze jasn plam jego
twarzy przez kwadratowy otwr wejciowy; potem kto usun schodki i klapa szczkna, oddzielajc
nas na cztery godziny od zewntrznego wiata.
Jeszcze nie dotarem do mego stanowiska, zaczepiajc co chwila o wystpy kaduba, o ebra, zcza
i wrgi, kiedy lewy silnik zakrztusi si, sapn, zagdaka i ruszy, a zaraz po nim warkn prawy i ju
wsplnie rozdygotay dreszczem rezonansw ca gondol.
Poskadaem si jak scyzoryk w mojej wieyczce, wczyem suchawki i mikrofon, namacaem koniec
przewodu tlenowego i usyszaem wezwanie na start.
Ruszylimy z chrobotem i bbnieniem, z cmokaniem i dobijaniem amortyzatorw, jakby Genowefa
bya w ostatnim stadium reumatyzmu, ktry siedzia we wszystkich jej stawach. Gral wykrca
w prawo na lewym silniku, po czym pocign obydwoma i wtedy przez szyby zobaczyem
rozpywajce si w ciemnoci sylwetki mechanikw. Kady z nich wznosi wysoko odgite kciuki obu
rk.
- Good luck!26
Przewin si rzd lamp startowych, bysny ostrzegawczo czerwone wiateka na dachu hangaru,
jaki samochd mrugn zezem reflektorw, zamigota sygna rcznej latarki: zwrot do startu!
- Halo, halo, Genowefa...
Ostatnie zdania, zawsze te same przed odlotem, i znw:
- Good luck!
Genowefa wysila si, stka, jczy, wyje i drga. Ciemno ruszya z miejsca i pdzi pode mn, nade
mn, po bokach. Odsdz si i przypada bliej, goni i zostaje w tyle, przysiada, cwauje, bije falami
i odpywa, a wreszcie opada w d, odcinajc jak noem bolesny skowyt amortyzatorw.
Jestemy w powietrzu i po chwili kadziemy si w zakrt. Niebo, jasne jeszcze na zachodzie, przechyla
si, jakby chciao zajrze do gondoli, ale Genowefa zamiata ogonem (i mn) po horyzoncie i ju si
podnosi z wirau.

- Odchodzimy na kurs do celu - melduje Merkury, po czym zapada dugie milczenie.


To milczenie jest dla mnie szczeglnie dziwne: jako pilot rozmawiaem cigle. Nie z ludmi
wprawdzie, ale zawsze bya to rozmowa. Z zegarami w tablicy rozdzielczej, z silnikiem, z busol,
z map. Pilot, radiotelegrafista, nawigator i przedni strzelec maj z kim rozmawia i maj temat.
Strzelec tylny - nie, albo bardzo rzadko, zwaszcza w locie do celu. Bo tamci widz, co si dzieje w tej
stronie, dokd lecimy, a radiotelegrafist czy z ziemi fala jego stacji. Natomiast strzelec tylny stoi
na warcie, tylko pilnuje. Przy tym jest sam, daleko od reszty zaogi i jedynie w chwilach ataku
z powietrza staje si niezbdny, a tylko bezporednio po bombardowaniu ma co do powiedzenia:
melduje o jego skutkach.
Pilot myliwski jest gwnym elementem latajcego zespou, jaki tworzy wraz samolotem. Silnik,
skrzyda, stery, karabiny i dziaka to jego organy, ktrych uywa, ktrymi si posuguje. To on kadzie
26

Good luck (ang.) - powodzenia.

si w zakrt, mierzc jednym swoim skrzydem w ziemi, a drugim w zenit nieba. To on przewija si
w beczce i przeciga w ptli. To on spada w d, on wkrca si w korkocig, on tryska wiec w gr.
Natomiast ja - tylny strzelec?...
Mnie wydaje si teraz, e nale do organizmu tego wellingtona - potnej bestii latajcej. Jego mzg
- to nawigator. Orodek nerwowy koordynujcy ruchy - to pilot. Radiotelegrafista - such. Przedni
strzelec - wzrok. Ja za - do; organ obrony przed napaci innych, podobnych potworw
powietrznych.
Nie, nie czuj si ju samoistn, oddzieln jednostk; jestem czci skadow. Jestem narzdem, tak
wanie jak do jest narzdem pszczoy. To nie ja lec na bojowe zadanie, lecz Genowefa, ktra
midzy innymi skada si take i ze mnie.
To uczucie jest dziwne i zupenie nowe; jakie nieludzkie. Przeciwne naturze. Mojej naturze, naturze
pilota. Po raz ostatni - w Polsce - ja miaem samolot. Teraz wellington Genowefa ma mnie - tylnego
strzelca. On jest caoci, ja - jedynie fragmentem, bynajmniej nie najwaniejszym, potrzebnym tylko
czasami...
Pewnie mona do tego przywykn. Nawet mona tego wszystkiego nie dostrzec. Gral na przykad
mwi:
- Ta nasza poczciwa Genowefa - i traktuje gada jak domowe oswojone bydl, ktre wozi ca zaog,
bomby i jego, Grala, nad cel, posuszne woli pilota.
Ale ja w tym pierwszym bojowym locie nie mog tak myle o Genowefie. Dla mnie yje ona swoim
oddzielnym yciem, tak jak inne, jej podobne. I to nie my lecimy na niej bombardowa Boulogne,
tylko ona tam leci, posugujc si nami: swoim mzgiem, nerwami, suchem, wzrokiem i - dem...
Od czasu do czasu sysz, jak Zygmunt wymienia nazwy mijanych w gbokiej ciemnoci,
niewidzialnych miast: Peterborough, Ely, Cambridge... Potem: Londyn i Chatham.
Nieco pniej Bujak - oko Genowefy - mwi, jakby mwi wprost do niej:
- Wchodzimy nad Kana. Pod nami morze.
A po chwili wellington przypomina sobie o mnie i pyta gosem Grala:
- Herbert, nie pisz?
- Nie pi - odpowiadam przez cinite gardo, doznajc takiego uczucia, jakiego powinna
dowiadczy moja zdrtwiaa noga, gdy si o ni zatroszcz.
- Moe by przestrzela swoje spluwaczki? - dobrotliwie proponuje latajcy potwr.
Proponuje czy - myli? Po prostu: chce! A ja ulegam jego woli. Wykonuj funkcj jego organizmu: po
prostu funkcjonuj...
Krtki, suchy werbel serii - to mj gos; drganie zdwojonych karabinw maszynowych i pobroty
wieyczki, w lewo, w prawo - to mj ruch; smugi pociskw, miotanych w przestrze - to moje
dziaanie. Dziaanie da...
Lecz... co to?! Jaki cie, czarniejszy ni noc, zamajaczy powyej mnie, troch w lewo... Rozpyn si
i zamajaczy znowu na wprost, za ogonem Genowefy...
Jest czy nie ma go tam?...

Jest! Zblia si! Ronie!!!


Zupenie mechanicznie (czy moe: zupenie instynktownie?) podnosz sprzone lufy kaemw na
jego wysoko i w tej chwili widz cztery ogniste jzyki wyskakujce jakby z pyszczkw czterech
jaszczurek ustawionych rzdem przede mn.
Poprawka? - Niepotrzebna!
Naciskam spust, prowadz za cieniem, za ogniem; sekunda - dwie - trzy... Jaszczurki zamkny
pyszczki, cie rozpyn si, znik.
- Co tam? - pyta Gral. - Myliwiec?
- Chyba - mwi ochrypym gosem.
- No i co?
- Odskoczy po pierwszej serii.
- Jak zwykle - konkluduje Zygmunt, nie wiem: z udanym czy szczerym znudzeniem.
I znw dugie milczenie. Znw spokojny, rwny warkot silnika. Tylko ja - do samolotu, jego organ
obronny - jeszcze dr wzruszeniem. Czy nie tak wanie, jak dry do skorpiona lub osy?...
Kto melduje zuycie paliwa, a potem Merkury oznajmia:
- Pitnacie tysicy stp.
- Brzeg! - woa gono Bujak z przedniej wieyczki. - Brzeg! - a w suchawkach dzwoni.
Fakty nastpuj jedne po drugich z tak szybkoci, jakby chciay wynagrodzi sobie dugie godziny
oczekiwania na to, e si miay sta; na t chwil, w ktrej si dziej.
Kurs bojowy, zakrt, poprawka:
- Jeszcze pi stopni w prawo. Tak jak teraz, dobra.
Warkot silnikw milknie, pd gwide przy burtach.
- Ani jednego reflektora - mwi Bujak.
Artyleria milczy, wic moe to strefa myliwcw?
- Zaraz bdzie basen numer trzy - odzywa si Zygmunt, lec na pokadzie, ze wzrokiem utkwionym
w przeziernik.
Patrz w d: lecimy, zdaje si, rwnolegle do brzegu. Gdzie on widzi jaki basen?
Aha: wida co jakby port. Teraz - niewyrane, wrzecionowate ksztaty, jakby ziarnka zboa...
Ale tak, to s barki i statki, ktre Niemcy przygotowuj na inwazj...
- Uwaga - stka Zygmunt.
Zatrzymuj oddech.
- Bomby!
Raz, dwa, trzy, cztery, pi... Dlaczego nic nie sycha?!

Sze, siedem...
- S!
Duch zniszczenia przebieg po ziemi i wodzie! Gdzie stpi - buchno blaskiem, ogniem, dymem!
A potem noc jkna odgosem wybuchw i rozszalaa si artyleria.
Podmuchy jej pociskw dosigy skrzyde maszyny: wzdrygna si raz po raz, poderwaa si w gr,
przepada, gibna si na skrzydo i milczc sunie dalej nad coraz janiejszymi poarami, ktre odbija
czarna, polniewajca woda u stp kratownic dokw i midzy stoczonymi barkami.
Wtem kto zaczyna mwi po niemiecku. Mwi? - Nie: wymyla. Potok sw popyn wartko przez
suchawki, zmiesza si, zmci, nabrzmia pasj i run wodospadem przeklestw.
Byem tak zaskoczony t icie piekieln niemieck litani, e z pocztku wydawao mi si, jakby j
nam wraz z ogniem dziaowym posyaa okupowana przez Niemcw francuska ziemia. Ale pniej do
przeklestw niemieckich doczyy si rwnie soczyste polskie i francuskie, a wreszcie dyszcy
wciekoci gos oznajmi:
- ebycie, dranie, wiedzieli, e te bomby rzucili Polacy, i niech was jasna cholera wszystkich co do
jednego wy tucze!
To Zygmunt anonsuje nas niemieckiemu garnizonowi portu, a Koza, wczywszy radiostacj na
nadawanie, patrzy w niego jak w tcz. Chce mi si mia, krzycze, skaka i - wymyla take. Ale
w tej chwili sysz gos Bujaka:
- Panie kapitanie, reflektory!
Odwracam si gwatownie, wyrnem o co brod, chwytam tylce kaemw.
Z dou skonie przebiy mrok dwa skrzyowane groty biaego wiata.
Podsadzam si wygodniej, wykrcam wieyczk bardziej w lewo...
Jest jeden: blask lni na lufach, oczy bol...
Grzej - nic.
Druga, trzecia seria - nic.
Za maa poprawka - przelatuje mi przez gow.
Zakadam wicej, wal, nabrawszy pene puca tchu, i trzymam, trzymam...
- Zgas! - krzyczy Zygmunt.
Istotnie, zgas. Ale mogem go nie trafi. Tego si, niestety nigdy na pewno nie wie...
Tymczasem silniki zaczynaj mrucze i poary przez nas wzniecone oddalaj si z wolna. Patrz na nie
cigle, ostygajc z emocji, w miar jak zbliamy si do angielskiego brzegu.
Po dwudziestu piciu minutach mijamy Dover. Nad Boulogne cigle wida un, a Genowefa ry
z uciechy obu silnikami - piekielnica.
Spogldam na zegarek: dochodzi pnoc. Midzy chmurami, pod ktrymi niesie nas w podmuchach
wiatru, przebyskuj gwiazdy. Zdaje si, e deszcz pada.

W gondoli - zimno. Wazi za konierz i peznie po grzbiecie i po ramionach w d. A jednoczenie


marzn stopy i rce.
eby prdzej byo lotnisko!...
Ale droga powrotna duy si bardziej ni droga do celu; w dodatku wiatr mamy pnocno-zachodni.
Gral znw pyta co chwila, czy nie pimy, ja i Bujak. Chce mi si spa istotnie i pewnie bym zasn,
gdyby nie wewntrzna wibracja nerwowa po tych pierwszych od tak dawna wzruszeniach nocnego
lotu na zadanie bojowe.
Mija znw pl godziny i wreszcie Zygmunt mwi:
- Zaraz bdzie lotnisko.
- Nic nie widz - powiada Bujak.
I zaraz potem:
- Lotnisko pod nami!
Genowefa zawraca ukiem o 270 stopni, wypuszcza apy podwozia, otwiera klapy skrzydowe
i zaczyna ton. Na samym dnie ciemnoci zjawia si struga wiata: to reflektor lotniskowy.
Siadamy z nieodzownym gruchotem caego puda, jakby si dom wali, i koujemy za mrugajc
latark, ktr kto prowadzi nas na zwyke miejsce postoju.
Z mroku wyania si naronik drewnianego baraku i znajomy strzpiasty wierczek tu przy nim. Lewy
silnik, prawy silnik, hamulce! Ogon Genowefy podskakuje na kretowiskach, zarzuca, staje. Zmczone
motory klekoc wolno, wolno, wreszcie milkn jeden po drugim i sysz gos Talagi:
- Schodki! ywo!
Wyczam si z organizmu wellingtona: odczepiam kabel suchawek, odkadam na miejsce ppowin
przewodu tlenowego, zamocowuj kaemy...
Wyazimy, zzibnici i weseli; ja na kocu, ze zdrtwiaymi nogami, jakby mi nalano wody sodowej do
y i mini. Widz, jak Talaga liczy nas palcem, i czuj, jak mnie dotyka.
- Zdrowi wszyscy, panie kapitanie? - pyta stumionym gosem.
- Zdrowi, zdrowi. Wszystko dobrze - odpowiadam podzwaniajc melodyjnie zbami.
- A jak maszyna?
Gral mwi, e maszyna jak zoto, i widz, jak gby mechanikw rozjania umiech dumy
i zadowolenia: to przecie ich zasuga!
Potem caa zaoga otacza mnie i kady si dopytuje, jak mi si podobao. Mwi co w miar do
rzeczy i zaraz wszyscy razem zaczynaj gada o tym, co i jak byo. Wreszcie zajeda autobus, siadamy
i jedziemy na spowied do inteligentnego27.
Gorce kakao, papieros i - spa!

27

Intelligence Officer, ktry przyjmuje szczegowe ustne sprawozdania zaogi z odbytego lotu.

14. Sierant Prot, nocny myliwiec


Boulogne po raz drugi; Calais, znw Boulogne, Brest, Ostenda; tydzie niepogody - jeszcze raz
Boulogne i Brest, i Le Havre... Genowefa ciko startuje w ciemnociach, leci, przebija si przez
chmury, zaamuje promienie ksiycowego wiata w swoich oszklonych wieyczkach, wywija si
reflektorom, kluczy przez zapory artyleryjskie, upuszcza bomby i - wraca.
Mona si do tego przyzwyczai. Mona uwierzy, e tak bdzie zawsze, cho inne zaogi maj
rannych i zabitych, a czasem nie wracaj...
Zofia stracia tylnego strzelca nad Brestem; Helena miaa dwch rannych w drodze powrotnej z
Calais; Cecylia nie powrcia znad Bremy...
Genowefa dopiero w dziesitym locie z nami ldowaa przymusowo. Ldowaa na brzegu angielskim,
na jednym z lotnisk myliwskich, bez adnego wypadku zreszt.
Co tam byo nie w porzdku z przewodami oleju. Wyrzucilimy bomby do morza zamiast do Ruhry
- jak z alem mwi Koza - i Gral zawrci, przeklinajc motorzystw Talag i angielski materia. Tylko
Zygmunt zachowa olimpijski spokj: jego zdaniem odpowiedzialno za niepowodzenie ponosi po
prostu pewien ksidz, ktry tego dnia krci si po lotnisku; ksidz - wiadomo - przynosi pecha, wic
musiao si komu przytrafi. I bardzo dobrze, e tylko tyle.
Ostatecznie nawet Gralowi zo przesza, kiedy udao mu si gadko usadzi Genowef i kiedy - ku
miemu zdziwieniu caej zaogi - usyszelimy na ziemi w gbokich ciemnociach pytanie niezbyt
gocinne, ale za to po polsku:
- Kogo tam diabli po nocy przynieli?
Okazao si zaraz, e wyldowalimy w polskim nocnym dywizjonie myliwskim i e bdzie mona na
miejscu naprawi uszkodzenie w cigu paru godzin. Gral zosta w maszynie, Zygmunt poszed
z innymi do kasyna, ja za - spotkaem sieranta Prota...
Byo to jedno z tych nieoczekiwanych spotka, przejmujcych i dziwnych, ktre nagle odwracaj jak
gdyby kilkanacie zapisanych kart ycia i przenosz nas w przeszo nie tak jeszcze dawn, a przecie
ju oddzielon od teraniejszoci, odcit szeregiem zdarze jake innych ni wszystko, co t
przeszo stanowio.
Kiedy go zobaczyem w baraku, ten przerzut do ostatnich lat przed wojn dokona si we mnie tak
nagle, e nie mogem z pocztku zapanowa nad wzburzeniem i dugo ciskaem rk Prota bez
sowa, usiujc uporzdkowa myli, pohamowa obrazy i wspomnienia, ktre caym tumem
podniosy si skd, jakby spoza mnie, i pdziy jak wicher, porywajc za sob i rozwiewajc na
wszystkie strony ca moj wiadomo i przytomno.
Opanowaem si wreszcie. Poczyem jako, powizaem to, co byo, z tym, co jest. Zaczlimy
rozmawia pgosem, oddzieleni od reszty wiata - jak mi si zdawao - niematerialn przegrod
wsplnych uczu.
- Wiadomoci z Kraju? - powtrzy Prot ostatnie sowa mojego pytania. - Wiadomoci -z Kraju, to
znaczy - od moich?

Skinem gow i spojrzaem uwaniej na jego twarz, nieco postarza, z wyranymi bruzdami
biegncymi ukiem od nozdrzy do kcikw ust, ze szram przez brod i kilku ladami po ospie na
ciemnych, szczupych policzkach.
Zmarszczy brwi i zamyli si, jakby to pytanie dotyczyo spraw dalekich i dawnych, ktre dopiero
trzeba wywoa w pamici, by mc o nich mwi.
Zdziwio mnie to. Znaem on sieranta Prota i ich dwoje dzieci jeszcze w Dblinie. Ona bya
nauczycielk w szkole powszechnej. Chopiec mia wtedy ze trzy lata, a dziewczynka - Zosia, o ile
pamitam - tak, Zosia, tak samo jak matka - moe cztery albo pi. Prot kocha t Zosi chyba
najwicej. Bardziej ni on i syna. Bardziej, ni si to da wypowiedzie - jak sdz.
Pani Protowa przychodzia do nas czasem, eby poradzi si mojej ony w sprawie swetrw. (Paday
wtedy niezrozumiae terminy: supki i psupki, cieg ryowy, cieg gwiazdkowy, dwa oczka
w powietrzu itd.). Bya adna, cicha i dobra. Stanowili dobrane, kochajce si maestwo. Prot, ktry
bdc kawalerem troch popija i troch si awanturowa, pod jej wpywem sta si wzorowym
podoficerem. Dzieci byy zawsze czyste i porzdnie ubrane. Lubiem ca t rodzin, a Prota ceniem
szczeglnie jako jednego z najlepszych instruktorw w szkole, gdzie sam byem szefem pilotau.
Dlatego ywo interesowa mnie los jego ony i dzieci.
A teraz wydao mi si, e o nich zapomnia.
Siedzia przede mn na onierskim ku w kcie baraku, zwrcony ku wiatu arwki pod
zakurzonym blaszanym kloszem i patrzy ze zmarszczonymi brwiami w stron, gdzie czterech pilotw
grao w brida przy maym kulawym stole. Patrzy i pewnie wcale ich nie widzia, podobnie jak nie
widzia dwch pozostaych, rozcignitych na ssiedzkich kach. Oni te zreszt nie zwracali na nas
uwagi. Porozpinane kombinezony wisiay na nich fadzicie, a tawe kauczukowe kamizelki do
nadymania powietrzem na wypadek skoku do morza jeszcze bardziej deformoway ich postacie
rozpywajce si w pcieniu tego baraku, gdzie flight28 B spdza godziny oczekiwania na rozkaz do
lotu.
Ci dwaj na kach patrzyli w niski sufit, po ktrym aziy senne muchy i w ktrego rogach czatoway
pajki. Tamci czterej palili i grali w skupieniu, rzucajc pgosem sowa bridowej liturgii. Prot za
patrzy przez nich na wylot, gdzie bardzo daleko i nie odpowiada, jakby nie mg dojrze tych,
o ktrych zapytaem.
Nie przerywaem jego milczenia. Nigdy nie mona przewidzie, co si za takim milczeniem kryje:
rozpacz? - zapomnienie i zobojtnienie? - jaka tragedia, o ktrej si nic nie wie? Moe po prostu
niech do rozmowy o tych sprawach z czowiekiem, ktrego si znao wtedy, gdy wszystko byo
inaczej ni dzi?
- Jakie ja mog mie wiadomoci, panie kapitanie? - powiedzia nagle cichym, chrapliwym gosem. Pamita pan kapitan t k, jak si szo nad Wieprz koo stawu w parku? - zapyta, nabrawszy pene
puca powietrza, jakby chcia jednym tchem wypowiedzie wszystko od samego pocztku.
- Pamitam - odpowiedziaem pgosem, on za wstrzyma oddech i patrzy mi teraz prosto w oczy
badawczo i pilnie, czekajc chyba, abym sobie t k przypomnia.
Pamitaem j zreszt bardzo dobrze: bya rozlega, wilgotna, zaronita wysok traw, ktrej nikt nie
kosi, i pena kwiatw. Latay nad ni czajki i nasze samoloty, a dzieci zawsze tam biegay w lecie robi

28

Flight - p dywizjonu. W lotnictwie myliwskim 6 samolotw.

bukiety. Dalej zaczynay si uprawne chopskie grunty, a jeszcze dalej, midzy piaszczystymi hadami
i mieliznami, pyna rzeka obrosa po brzegach wiklin. Tam chodzilimy si kpa.
- To byo trzeciego wrzenia - zacz znw Prot odetchnwszy gboko. - Trzeciego wrzenia,
w niedziel. Dblin ju by wtedy tak zbombardowany, e nie przedstawia adnej wartoci
wojskowej. Tylko niektre domy mieszkalne ocalay. Midzy innymi ten, w ktrym kiedy pan kapitan
mieszka, zaraz obok naszego. Rano pozbieralimy ludzi i zorganizowao si na nowo oddziay, a koo
poudnia zaczy wraca rodziny: z Masowa, z Gobia i gdzie tam si kto przed bombami chroni. Ja
poszedem po swoich, eby ich gdzie na stae umieci, bo mielimy i z Dblina. Przez t k
szedem, panie kapitanie, jak ich zobaczyem z daleka wszystkich troje. Zoka mnie te zobaczya
i zacza biec do mnie. A wtedy przyleciaa wyprawa - pewnie ze trzydzieci dornierw - i dawaj grza
po lotnisku. Wszyscy stanlimy w miejscu: nie wiadomo, co robi - takie to byo nage... A midzy
nami jeszcze z p kilometra tej ki... Tylko Zoka biega ku mnie w czerwonej sukience.
Spojrza na mnie znowu, jakby chcc sprawdzi, czy sucham uwanie, sign do mojej papieronicy,
ktr mu podaem, wzi papierosa i wygniatajc go w palcach mwi dalej:
- Jeden taki syn j zobaczy, bo lecieli nisko: na trzysta do czterystu metrw. Przypikowa nad k
i zacz sia z przednich kaemw. Schodzi coraz niej, prosto na ni, a mnie - jakby kto ukropem
obla: tchu mi zabrako i nawet krzykn nie mogem, tylko patrzaem... patrzaem, pki nie upada.
Jak ja to przeyem, panie kapitanie, daj sowo - nie wiem. Czasem mi si jeszcze teraz zdaje, e to
nieprawda.
Spojrza znw poprzez barak gdzie niezmiernie daleko, a ja miaem wraenie, e odchodzi wraz z tym
spojrzeniem, e nic ma go tu wcale, cho przecie siedzia przede mn i powolnym ruchem podnosi
do ust papieros, by go wreszcie zapali. Zacign si gboko dymem i wrci: spojrza mi znw
w oczy.
- Musiaem i - powiedzia usprawiedliwiajco. - Taki by rozkaz. Ledwie zdyem j pochowa;
nawet bez ksidza.
- A ona? - wyrwao mi si. - A syn?
Rozoy rce, przechylajc gow na bok i unoszc ramiona.
- Nie wiem - wyszepta tak cicho, e gdyby nie drgnienie warg, nie rozpoznabym tych sw.
Milczelimy obaj, palc. Nie wiedziaem, co powiedzie, co zrobi.
C powiedzie czy te uczyni mogem?
Nie wiedziaem nic dotd o jego losach: dopiero tu, w tym nocnym dywizjonie myliwskim w Wielkiej
Brytanii dowiedziaem si, e Prot yje. e jest jednym z najlepszych pilotw, e zestrzeli w nocy pi
niemieckich maszyn, nie liczc tych, ktre zestrzeli w dzie podczas jesiennej bitwy o Londyn.
Wanie o nocne walki chciaem go zapyta, ale po tych przejmujcych jego sowach nie miaem
odwagi pyta o cokolwiek.
Sam zacz mwi po chwili. Najpierw wolno, z przerwami, jakby mu trudno byo wrci od tej ki
nad Wieprzem, gdzie niemiecki pilot zabi mu dziecko, potem za ju skadniej i bez przerw, podczas
ktrych wydawa si nieobecny.

- Wygasiem ich do, panie kapitanie. W Polsce - nie, bo nie byo na czym. Ale we Francji w
Finlandzkim Dywizjonie i tu, w zeszym roku. Nie zaleao mi na yciu, ale yj. Moe nawet wrc
kiedy do tego grobu na dbliskim cmentarzu...
Potem poszedem do nocnego dywizjonu. Z pocztku szo trudno i ju chciaem i z powrotem do
dziennego, bo nie mogem adnego drania upolowa. Ale wszystkiego mona si nauczy i teraz idzie.
Nawet wol te nocne polowania: mona bliej podej i pra choby z dwudziestu jardw.
Przerwa, bo przy stole wynika krtka sprzeczka o jakie wyjcie spod krla, oywi si nagle, zapali
nowego papierosa i pochylajc si ku mnie, zacz zupenie innym tonem:
- Pamitam takie pierwsze nocne spotkanie po wielu niepowodzeniach. Pan kapitan przecie wie, jak
to jest, kiedy czowiek nie moe ani rusz zapa do czego drygu w powietrzu. Zupenie jak ucze,
ktry nie moe zrozumie, na czym polega ldowanie albo start. Wydaje si, e nigdy tego nie
skapuje, choby mu nie wiem jak tumaczy. A potem przychodzi taki bysk - raz jeden - i ju:
wszystko jest atwe i proste. No nie?
Skinem gow, on za rozsiad si wygodniej i oparszy okcie na kolanach, umiechn si po raz
pierwszy tego wieczora. Umiechn si nie do mnie, lecz zapewne do swoich myli, jak umiecha si
niegdy, kiedy mia mi do opowiedzenia co, co jego zdaniem byo ciekawe. Pamitam, e umiecha
si tak zawsze, powierzajc mi jako mody instruktor swoje odkrycia z zakresu metod szkolenia
i poddajc je memu osdowi. Lubiem sucha tych jego zwierze i obserwowa, jak dojrzewa w nim
prawdziwy talent wiadomego siebie pilota. I on lubi mnie zapewne, poniewa nigdy nie
przybieraem wobec niego mentorskiego tonu, lecz staraem si pomc mu tylko w samodzielnym
myleniu.
Tak wanie umiecha si teraz, a ja - tak jak niegdy - spojrzaem na niego uwanie i zachcajco.
- Wystartowalimy z podporucznikiem Ruteckim - pan kapitan go pewnie nie zna, bo to mody pilot,
z ostatniego rocznika przed wojn - o, ten, co gra w brida, tyem do nas. Wic wystartowalimy
pno w nocy, pewnie koo drugiej. Ksiyca nie byo, ale gwiazdy wieciy i powietrze byo czyste jak
rzadko. Ledwo wcignem podwozie i zameldowaem si przez radio w operation29, podaj kurs
i wysoko - 14 000. Wchodzimy. Na szeciu tysicach - nowy kurs, o 45 stopni rnicy. Na dziesiciu znw 90 stopni rnicy. Dochodzimy do 14 000 - ka zawrci o 180 stopni. No dobrze. Trzyma si
na tym poziomie.
Lecimy, lecimy i nic. Po dziesiciu minutach sysz, jak Rutecki si melduje:
Halo, Kora, Kora - sekcja czerwona, flight B. Jestemy na wskazanym kursie i wysokoci. Nic nie
wida. Co mamy dalej robi? Odbir... Odbir...
Odpowied jest natychmiastowa:
Przed wami na wprost samoloty nieprzyjaciela.
Ju nieraz to syszaem, panie kapitanie. I zawsze wtedy najgorzej si czuj: czowiek po prostu wyazi
ze skry, eby co zobaczy i - nic. Myl sobie:
Tam w operation wiedz, gdzie ja jestem i gdzie oni s. Moe to 300, moe 200 jardw? A ja nie
widz. Pewnie s niej, na tle ziemi.

29

Operation - pomieszczenie, w ktrym koncentruj si informacje o dziaaniach lotniczych nad danym


obszarem.

Schodz niej, wypatruj nad sob na wprost, na lewo, na prawo i - znowu nic. A minuty ciekn jedna
po drugiej. Kada taka minuta to przecie wicej ni sze mil przestrzeni, a Niemcy te nie stoj
w miejscu, tylko mog odchodzi pod ktem: mog teraz by ju za mn na lewo albo na prawo w ty.
Moe wanie wchodz nad cel? Moe ju bombarduj? Moe wymykaj si z powrotem w stron
Kanau?
ebym cho wiedzia, gdzie jest ten Kana... Nie ma czasu spojrze na busol, zorientowa si. Nie ma
czasu na czno z moim numerem 2, bo wanie wtedy, gdy bd si za nim rozglda, mog min
Niemca nie zauwaywszy go wcale... Taka, psiakrew, lepa babka!
Ale wtedy zobaczyem ich: szli przede mn, troch powyej. Waciwie nie widziaem jeszcze ich
maszyny, tylko byski coraz nowych gwiazd wyaniajcych si zza jej skrzyde. Dopiero potem utrwali
mi si w oczach czarny cie na tle granatowego nieba i wwczas dostrzegem take, jak gwiazdy
gasn, gdy je przesania.
Zameldowaem si operation, e widz. Wrzepiem peny boost30. Ostronie, wolno, eby ich nie
zgubi w ciemnoci, wycignem si w gr, ponad nich. Widziaem ich cigle, coraz lepiej, cho
sunli teraz na tle ziemi, prawie tak samo czarnej jak maszyna. Nauczyem si ich widzie.
Ksiyc nie wieci, ale na skrzydach kada si blada powiata z nieba janiejszego ni noc tam
w dole. Wiedziaem ju, e odtd potrafi zawsze ich dojrze i z gry, i z dou. Wiedziaem, ale nie
mylaem o tym. Przez gow przeleciaa mi tylko jedna krtka myl: Rutecki mi si zgubi - bd
atakowa sam.
Potem ju waciwie przestaem myle: ten proces, jaki si odbywa w mzgu przed sam walk i w
czasie walki, jest chyba mechaniczn prac jakiego zespou komrek mzgowych przeznaczonych
wycznie do obliczenia odlegoci i poprawek ognia, a cay organizm, wszystkie odruchy mini
i wszystkie zmysy tak s skoncentrowane w tym jednym kierunku, e na adne myli nie ma ju
miejsca.
Zbliaem si: 300 jardw - 250 - 200...
Jaka janiejsza gwiazda przejrzaa si w szybach ich wieyczki astro31.
150 jardw: mona by otworzy ogie. Widz dokadnie ksztat skrzyde, kaduba, upierzenia ogona:
to Do 215. Balansuje w przestrzeni przede mn leniwie, agodnie, jak w ciemnym, cho
przeroczystym oleju. Ronie...
100 jardw... Trawersuj lekko w prawo, eby go mie ze skosu, bo wtedy cel jest wikszy. Redukuj
obroty, eby go nie wymin i eby jak najduej by w ogniu moich kaemw i dziaka.
50 jardw: teraz...
Czuj leciutkie drenie mojej maszyny i widz smugi pociskw przed skrzydami dorniera. Naciskam
nieco ster. Sekunda, dwie - ju w nie wchodzi; trzy - wydaje mi si, e po czarnym kadubie skacz
drobne iskierki jak z krzesiwa. Zamykam gaz: trzymam go w smugach, cho robi gboki unik w prawo,
potem w lewo. Wtem: bysk czerwony, ogromny, w tym miejscu, gdzie skrzydo wyrasta z kaduba, i lec strzpy!

30
31

Boost - urzdzenie sprarkowe zwikszajce moc silnika.


Wieyczka astro - pomieszczenie w samolocie do obserwacji gwiazd w celach nawigacyjnych.

Staram si jeszcze i za nim w d, ale to, co tam teraz spada, jest tylko cikim, stamszonym
achmanem elaza i blachy. Spada jak kamie.
Wic tylko mwi to, co mwiem kadej ich zestrzelonej zaodze. Mwi, e...
Zawaha si nagle i zamilk. Spojrza na mnie jak zbudzony ze snu, obejrza si na grajcych, na tych
dwch, ktrzy zdawali si drzema wycignici na kach, i szybkim, nieco nerwowym ruchem
zgnit niedopaek papierosa. cignite brwi drgay mu lekko. Odwrci w bok gow i cie od czoa
zakry mu oczy. Biaa blizna byszczca cienkim naskrkiem na wydatnym podbrdku zaczerwienia
si, podbiega krwi.
Nikt na niego nie zwaa. Nikt nie sysza tego, o czym mwi, i nage milczenie zawiso tylko midzy
nami dwoma jak pauza przed ostatnim akordem jakiej melodii.
Przerwa j trywialny dzwonek telefonu. Natrtny, gony, bezczelny. Dyurny telefonista zdj
suchawk. Od stolika bridowego wykrciy si w jego stron cztery postacie. Fadziste kombinezony
opuciy nogi z ek na ziemi. Kto stumi gone ziewnicie.
Telefonista powiedzia:
- Czerwona i ta sekcja do maszyn.
Prot wyd policzki i odetchn jak gdyby z ulg.
- Musz lecie - rzek do mnie rano. - Pan kapitan jeszcze tu zostaje?
- Tak. Zobaczymy si jeszcze. Good luck.
Ucisn mocno moj rk i trzyma j przez chwil w swojej twardej kocistej doni.
- Jako mi lej - powiedzia. - Dzikuj.

Poszedem do operation. Trzy telefony w loy odzyway si raz po raz:


- Halo, Kora, Kora...
Kto si meldowa, kto pyta o fix32, kto bra czas, QDM33, pogod... Potem wyczekujco:
- Odbir... odbir...
Podawano kursy, wysokoci, rozkazy. Na czarnej tablicy zjawiay si krzyyki i kreski znaczce drog
samolotw: czerwone, te, niebieskie, zielone, biae... Na wielkim kwadratowym stole
z namalowanym wycinkiem mapy przesuway si tabliczki i kolorowe strzaki ukadane przez
kilkanacie telefonistek ze suchawkami na uszach. Wszystko to, co dziao si w ciemnociach nocy,
daleko, nad wielkim szmatem ziemi i morza, tu odbijao si jako schemat w jasnym wietle lamp,
w obliczu wielkiego zegara o tarczy podzielonej na barwne sektory.
Angielski squadron-leader, kocisty, dugi, ysy jak kolano, przeglda jakie papiery i mrucza na
przemian: yes albo all right w odpowiedzi na meldunki swego pomocnika czy adiutanta, pgosem
porozumiewajcego si z oficerami, ktrzy wisieli u trzech telefonw operacyjnych. Sierant wcina

32
33

Fix - pozycja okrelana szerokoci i dugoci geograficzn.


QDM - w kodzie lotniczym: kurs od samolotu ku lotnisku.

na mapie pozycje, notowa. Czasem dyskretnie burcza telefon z grupy myliwskiej. Czasem kto
wchodzi, kad papiery na stole, zabiera inne i wychodzi.
Nie przenikay tu uczucia. Strach, powicenie, zacieko, nienawi i bohaterstwo zostay tam,
w ciemnej nocy, w powietrzu. Tu byy tylko chodne, suche fakty. Powstaway z krwi, z nerww,
z bicia serc, ale wyraane byy symbolami cyfrowymi i geometrycznymi wykresami.
Telefon na lewo obsugiwa kdzierzawy blondyn z naszywkami flight-lieutenanta.
- Ada, Ada. Red section flight B. Odbir... odbir..
Zbliyem si: to bya sekcja Prota. Usyszaem jego gos:
- Halo, Kora, Kora. Tu sekcja czerwona flight B. Odbir... odbir...
Kdzierzawy spojrza na czarn tablic. Czerwone krzyyki podcigay si ukiem ku biaym kreskom,
biegncym z poudnia na pnoc.
- Halo, Ada, Ada. Przed wami nieprzyjaciel, 15 stopni w lewo. Kurs 170. Odbir... odbir...
Flight-lieutenant opiera si lew rk o st. Czeka. Sucha.
Cisza: pi sekund, dziesi sekund, pitnacie sekund...
Wielka wskazwka skacze drobnymi susami, truchcikiem po niebieskim sektorze zegarowej tarczy,
a ja, patrzc na ni, widz oczy sieranta Prota. Czujne, wytone, wbite w ciemno, szukajce
odbicia powiaty gwiazd na skrzydach niemieckiej maszyny. Oto ciemno gstnieje w jednym
miejscu: czarna plama na granatowym tle nieba. Czarna plama, ktra w uamkach sekund gasi
przed sob, za sob za zapala gwiazdy... I jedna z tych gwiazd przeglda si w wieyczce astro!
- Halo, Kora, Kora. Widz nieprzyjaciela...
Flight-lieutenant mruga na mnie z umiechem. Suchamy...
Zegar dalej mierzy czas truchcikiem: sektor biay sektor ty...
- Pidziesit jardw... otwieram ogie - melduje Prot, jakby mwi: Otwieram ksik na dziesitym
rozdziale.
Na czarnej tablicy czerwone krzyyki wchodz na biae kreski. Wskazwka zegara siga czerwonego
sektora. Ju jest w jego poowie: to siedem sekund; to prawie kilometr lotu; to jakie tysic piset
wystrzelonych pociskw... Czy Prot jeszcze yje?
yje, sysz jego chrapliwy gos:
- Za mier Zoki! Za moje dzieci i on!...
Kdzierzawy jest nieco zgorszony: takich sw Kings Regulation nie przewiduje w kodach rozmw
lotnika z ziemi.
- Numer jeden czerwonej sekcji flightu B-Ada zestrzeli Niemca - owiadcza obojtnie i na czarnej
tablicy znika rzd biaych kresek.

15. Trzynasta wyprawa: Osnabrck

Pocigi niskich czterokoowych wzkw wygldaj jak potworne gsienice z wielkimi gowami tych
cignikw. Pezn wolno dokoa lotniska i wij si czonowatym, to nakrapianym tuowiem po
asfaltowych jezdniach. Te te ctki na czonach-wzkach to bomby...
Gsienice podpezaj ku rozkraczonym wellingtonom, wa im pod brzuchy i zatrzymuj si,
opadnite nagle przez brygady mechanikw jak przez mrwki. Wtedy z wolna otwieraj si cienkie
wargi drzwi bombowych pod kadubami samolotw i te ctki znikaj z grzbietu gsienicy,
pieczoowicie podwieszone w ciemnej czeluci rkami przemylnych mrwek.
Tak to wyglda z daleka w zapadajcym zmierzchu. Z bliska za... Tysicfuntowa bomba postawiona
pionowo na ziemi jest niemal tak wysoka jak czowiek. Pkata u dou, smuka u gry, zakoczona
konierzem z blachy, ktry wraz z wskimi statecznikami stanowi jej opierzenie, podobnie jak lotka
pira przy drewnianej strzale do uku. Konierz blaszany suy zreszt jeszcze do pewnego celu, nie
przewidzianego zapewne przez konstruktora: mechanicy i zbrojmistrze wypisuj na nim swoje
krtkie, ale dosadne yczenia pod adresem Niemiec w ogle, a ich przywdcw w szczeglnoci. Tym
razem nasze bomby maj skromny napis: Z pozdrowieniami od Hessa dla Hitlera. Nie jest zupenie
wyczone, e kto tam w Niemczach ten napis przeczyta, jeli konierz nie zostanie rozerwany
w strzpy. Tak przynajmniej myl nasi mechanicy.
Odprawa zag: godzina startu, trasa tam i z powrotem; pooenie celu, wysoko bombardowania,
rozmieszczenie baterii, reflektorw i myliwcw obrony przeciwlotniczej nieprzyjaciela; wiata;
komunikat meteorologiczny; specjalne informacje...
Opracowanie zadania: kurs do celu i od celu, czas, sposb nabierania wysokoci, sposb
bombardowania...
Senne powieki wieczora opadaj na lotnisko. Doem ciele si cie; czerwie zachodu przesaniaj
mgliste opary, jak popi przesania dogasajcy ar ogniska; tylko w zenicie niebo jest jeszcze jasne,
ale ze wschodu i z poudnia okrywa je nadpywajcy kouch obokw. Hangary, budynki, baraki,
drzewa, krzewy czerniejce dotd wokoo - zdaj si roztapia w mroku.
Zaczynaj basem warcze silniki. Cisza dry ich rytmem. Bo cisza trwa dalej; to, co dla innych moe
wydawa si nieznonym haasem, dla nas jest tylko dreniem ciszy. Warkot silnika towarzyszy nam
nieustannie, wic nie liczy si jako gos. Gos w powietrzu - to tylko stumiony huk bomb
wybuchajcych w dole (o wiele mniej donony zreszt ni ten warkot silnikw, ktry jest nasz
cisz). Glos - to take gos w suchawkach. I wreszcie gos - to wszystko to, co sycha, gdy si
zamknie gaz: wic i ta prawdziwa, ziemska cisza.
- Zaoga do maszyny!
Macam w ciemnoci stopami szczeble drabinki: jeden, dwa, trzy, cztery. Wchodz coraz wyej
i zaczynam widzie. Wewntrz gondoli jest janiej ni na zewntrz: nafosforyzowane cyfry i strzaki na
tarczach zegarw i przyrzdw rzucaj mdy, matowy blask na to wntrze, podobne chyba do
wntrza brzucha wieloryba.
Lampy i gaki radiostacji poyskuj jak wypuke gruczoy; drgaj nerwy anteny; stercz duralowe ebra
kaduba; wzdu nich biegn jelita przewodw, ukadaj si w zwoje i skrty, przeplatane czerwonymi
kablami jak sieci naczy krwiononych; luzwki gumowych pokrowcw, napite przepony
przegrd, nerkowaty ksztat kauczukowej odzi - wszystko to razem wydaje si by organizmem
ywego potwora.

Przelizguj si przez ciasny przeyk midzy kabin pilotw a stanowiskiem radiotelegrafisty. Za mn


wciska si ten ostatni i Bujak, przedni strzelec. Widz plecy pilotw i sylwetk Zygmunta.
Mechanicy zatrzaskuj waz. Ruszamy na start.
Wiem, o czym myli w tej chwili caa nasza zaoga: dzi jest pitek, 13 czerwca; to jest trzynasta
wyprawa naszego wellingtona i trzynaste zadanie bojowe Grala, ktry siedzi teraz za sterem.
O tym samym myl take wszyscy nasi mechanicy z obsugi technicznej: dwaj motorowcy, jeden
gruby, drugi chudy jak tyka; obaj kaprale patowcowi, z ktrych jeden patrzy zawsze spode ba i nic
nie mwi, tylko pracuje z dzik pasj, drugi za gada za siebie i za niego, na przemian klnc,
dowcipkujc i wzdychajc do rudej Angielki z pobliskiej farmy, gdzie si chce weni, cho to bdzie
- zdaje si - ju druga bigamia w jego modym yciu; sierant Talaga - brygadzista, ktry lubi wypi, ale
i robi potrafi, a zna tego wellingtona jak wasne dziesi palcw; palcw zgrubiaych, z bliznami od
zadziorw, z twardymi paznokciami i skr zart smarem i benzyn; zrcznych, silnych jak stalowe
narzdzia palcw mechanika; i wreszcie - Pryszczyk, nadetatowy pomocnik. aden z nas i aden z nich
nie wspomnia sowem o tej trzynastce. Jeszcze by te!
Ale na bie maszyny, obok dwunastu maych bombek namalowanych t farb, nie wymalowano
trzynastej. Natomiast tego popoudnia na burcie zjawi si grawerowany w srebrze obraz Matki
Boskiej, przykrcony czterema rubkami.
Gral od razu go zauway.
- A to skd? - zapyta szorstko.
Mechanicy popatrzyli na siebie troch zmieszani, a potem Talaga chrzkn i powiedzia:
- To... od brygady.
- Za duo forsy macie, e takie rzeczy... hm., tego... Przecie to moc pienidzy musiao kosztowa?
- A bo to nie nasza maszyna? - wtrci si kapral bigamista.
- My ta troch mniej palili i oszczdzio si - bkn gruby motorzysta.
- Gupi - warkn na niego Pryszczyk. - Brygada kupia i ju, panie kapitanie. Na nasz maszyn my
kupili.
Nie byo o tym wicej mowy. A teraz pewnie take i o tym wszyscy myl. Wellington za ciko toczy
si na skraj lotniska, gdzie migaj wiateka rcznych latarek elektrycznych i skd duga prosta linia
rzadko rozstawionych lamp wskazuje kierunek startu pod wiatr.
Daleko, na kocu tej linii stoi lampa czerwona. Tam wellington musi oderwa si od ziemi, bo... dalej
ju nie ma lotniska: s drzewa, krzaki, droga, wa za drog i w ogle same przykroci.
Gos dowdcy dywizjonu odzywa si w suchawkach:
- Halo, Genowefa, podkoowa bliej. Wykrci troch w lewo. Tak, dobrze. Moecie startowa. Good
luck!
Jednoczenie sygna zielonym wiatem i - z rykiem motorw ruszamy w ciemno.
Start jest dugi, bardzo dugi: mamy najwiksze dopuszczalne obcienie, a wiatru prawie nie ma.
Samolot rusza wolno, niechtnie podnosi ogon i toczy si, podskakuje, przysiada ciko, a jcz
amortyzatory, znw si toczy, lepi si do ziemi, nie moe odklei od niej podwozia, leniwie reaguje na

stery, rozpdza si zaledwie w poowie lotniska i jeszcze biegnie, jeszcze ciy, jeszcze drga na
nierwnociach, podczas gdy czarna masa hangaru z czerwonymi ostrzegawczymi wiatami wyania
si z mroku i ronie, zblia si, pdzi naprzeciw.
Gral przemoc wyrywa maszyn w powietrze, ale w tej chwili prdko maleje, wellington zapada
w pytk przestrze, pneumatyki i amortyzatory burcz po grudach, a wzdu wiza gondoli idzie
dreszcz wysiku.
Ostatnia - czerwona - lampa linii startowej pynie na wprost, nieco z lewej strony. Ju jest blisko. Ju
zostaje z boku. Ju... Maszyna wschodzi w powietrze!
To jest tak, jakby nie tylko ziemia zostawaa tam w dole, na dnie nocy. Wraz z ni zostaje ziemny
niepokj. Pod nami migaj teraz wierzchoki drzew, za nami zostaj czerwone wiata czuwajce na
stray hangarw. Za nami i pod nami zostaj nasze myli o tej trzynastce i myli naszej brygady,
zaczyna si lot i teraz - niech si o nas i za nas niepokoj ci, co tam zostali.
Wiem, e dowdca dywizjonu nie pjdzie spa. Bdzie chodzi po swoim pokoju; bdzie markowa po
pustym kasynie; bdzie czeka przy radiostacji; bdzie wyglda raz po raz na lotnisko i patrzy
w niebo.
Wiem, e mechanicy bd czekali do witu: czy aby nie zawrcili z drogi? Czy wszystko pjdzie
dobrze? Za cztery, moe za pi godzin ogarnie ich niecierpliwo: dlaczego Genowefa jeszcze nie
wraca? Potem bd odpdza myli o tych maszynach, ktre nie wrciy i nie wrc ju nigdy. Bd
z niepokojem patrzyli, jak lepka mga wstaje przed witem z ziemi i na pewno ktry powie, e mgy
wcale nie bdzie i e pogoda jest dobra.
Wiem, e ci ludzie s zmczeni: pracowali cay dzie, eby grata przygotowa na wypraw. Jutro
musz go przygotowa rwnie sumiennie. Moe nie zdyli nawet zje obiadu. Na pewno nie dospali
wczoraj. Ale kto musi niepokoi si za nas tej nocy po to, ebymy mogli by spokojni. Tak wida
trzeba.
Zygmunt podaje kurs i Gral cignie maszyn, eby przed grub warstw chmur nad morzem zdoby
potrzebn wysoko, bo w chmurach mogoby nas oblodzi.
Id do tylnej wieyczki, na sam koniec ogona, i siadam przed zdwojonymi karabinami maszynowymi
w ruchomej oszklonej klatce, obracalnej dokoa wasnej pionowej osi. Moim zadaniem teraz jest
osona samolotu ogniem kaemw od wszelkich atakw z tyu, w wypadku spotkania z myliwcami
nieprzyjaciela, i obserwacja nieba oraz terenu - jak mwi regulamin.
Lecimy nad Angli, ktra sunie pod nami bezksztatna i ciemna, przygnieciona gbi nocy. Tylko raz
wiato latarni morskiej przebija mrok. Wtedy take wida zarys brzegu, na ktry morze wchodzi
janiejszymi liniami fal.
Potem zaczynaj si oboki. Jedne s tu pod nami, inne zbliaj si ku nam wprost na naszym szlaku,
rosn, pitrz si, wchaniaj samolot i gnaj dokoa niego w ty, by nagle rozpa si, znikn jak
widziado, pozostawiajc tylko leciutki osad szronu na szybach. Najwysza ich warstwa, cienka,
pprzeroczysta, aurowa, jest bardzo wysoko: moe 30 000, moe 35 000 stp. Zdaje si sta
w miejscu, podczas gdy my wraz z ksiycem pyniemy na wschd. Ten ksiyc wieci blado przez
tark oboczkw. Wanie tak, jakby si o ni ociera i prszy matowym pyem wiata.
Merkury melduje od czasu do czasu:
- 10 000 stp... 10 500 stp... 11 000 stp...

Potem Bujak:
- Widz brzeg.
To brzeg Holandii. Wida na nim z daleka niemiecki beacon34 i kilka reflektorw macajcych niebo.
Pada rozkaz:
- Przestrzela karabiny.
Obracam wieyczk w lewo, w prawo. Chwytam tylce kaemw i naciskam spust. Po doniach,
zacinitych na chodnych rkojeciach, po miniach ramion, po barkach idzie dreszcz, podobny do
dreszczu odczuwanego przy prowadzeniu motocykla.
Teraz trzeba uwaa na niebo gwnie od strony ksiyca; stamtd moe podej nocny myliwiec.
Ale niebo jest puste, a oboki znw gstniej i okrywaj nas cieniem.
Po dugiej chwili i ja widz brzeg. Wchodzi pod stateczniki naszego wellingtona rwn, niemal prost
lini, przepywa i znw si urywa: mijamy wysp Texel, nastpnie za przecinamy cienin Wadden
dokadnie po wyznaczonym kursie.
Nowy ld - tym razem ju naprawd ld - zaczyna spoglda w niebo renicami gstych reflektorw.
Jest ich coraz wicej i wicej. Tn mrok noycami biaego wiata na pasy, trjkty ostroi rozwartoktne, na romby i nieregularne wieloboki; tworz stoki, ostrosupy i snopy; zakrelaj uki,
elipsy i parabole. Raz po raz smagaj skrzydo lub ogon maszyny i nie dostrzegszy jej na wysokoci
14 000 stp, krel dalej.
A nagle ta niesamowita geometria z ciemnej przestrzeni kadzie si na paszczynie ziemi, wyrbujc
z ciemnoci jakie ksztaty terenu, fragmenty drg, drzew i budynkw, po czym ganie rwnie nagle
i niespodziewanie.
Wtedy czer nocy staje si jeszcze gbsza, aksamitna, a przed wzrokiem pozostaje na chwil ostatni
obraz skconych, pokrzyowanych linii. Ale zaraz znw podnosi si jedna srebrzysta klinga, przecina
j druga, trzy inne pataj czarny aksamit na sztuki i tajemnicze manewry zaczynaj si od pocztku.
Gdzie z boku w dole byskaj drobne ogniki i przed nami rozpryskuj si setki mniejszych i wikszych
gwiazd: Niemcy stawiaj raz po raz zapory artyleryjskie.
Gral gra na silnikach jak na organach. Interferencje ich rytmu wchodz na siebie, mijaj si,
wyprzedzaj. Maszyna przewija si w zakrtach, schodzi w d, wspina si w gr, zmienia kurs.
Mijamy granic holendersko-niemieck na wysokoci 15 000 stp i po dziesiciu minutach bierzemy
nowy kurs. Reflektorw jest coraz wicej. Artyleria wszelkich kalibrw grzeje na olep kolorowymi
pociskami. Szybkostrzelne dziaka wyrzucaj ku nam race amarantowych koralikw; pkolicie
zgrupowane redniodonone baterie rozwieszaj w przestrzeni frdzle utworzone jakby z nanizanych
na niewidzialne sznury purpurowych serdelkw czy kiebasek; wielkokalibrowe, dalekosine dziaa
bluzgaj ogniem i l zielonawe lub tawe kule, ktre rosn w oczach, zbliaj si z niewiarygodn
szybkoci, i pryskaj jak baki mydlane u szczytu zakrelanej paraboli. Wzrok nie nada
w chwytaniu i absorbowaniu tych wszystkich zmiennych barw, rozbyskw, ognistych wowisk
zakwitajcych i gasncych na tle czarnej nocy, pocitej w biae pasy i kliny mieczami reflektorw. A

34

Beacon - stae wietlne urzdzenie sygnalizacyjne danego lotniska.

w gowie si krci od ich szalonej zmiennoci. A traci si poczucie pooenia maszyny i nie wie si,
gdzie niebo, gdzie ziemia.
Czuj, e co si ze mn dzieje takiego, czego nie lubi. Trudno ustali, co to za uczucie. To jest tak,
jakbym zdrtwia w niewygodnej pozycji. Albo jakbym nie mg rozprostowa zgitych ng. Albo
jakbym nie mg gboko odetchn. Ale to wszystko nie to. I nawet to nie strach, lecz jakby
wewntrzne napicie, ktre odczuwam fizycznie. C to jest u licha? Uparta wiadomo tego czego,
czego nie mog odkry, odrywa mnie od spraw zewntrznych, i wreszcie - mam! Orientuj si, e ze
wszystkich si zaciskam szczki. Rozluniam wic minie i doznaj natychmiastowej ulgi: moja uwaga
odlepia si na, chwil od wojennej iluminacji; w wyobrani widz w pcieniu gondoli sylwetki reszty
zaogi; skupione, napite, nieruchome. Moe, tak jak i mnie, otumanio ich to, co si dokoa nas
dzieje? Moe wbijaj sobie paznokcie w donie, zaciskaj zby, nic o tym nie wiedzc? Moe znajduj
si w podobnym stanie tej dziwnej hipnozy, kiedy nie myli si o niczym, kiedy mzg staje si tylko
mechanicznym odbiornikiem wrae?
Nie: Zygmunt co mwi do Grala. Ten potwierdza i kadzie maszyn w gboki zakrt o 180 stopni.
Aha: minlimy cel - zawracamy i bierzemy kurs bojowy do bombardowania.
Teraz Zygmunt kadzie si na brzuchu i przylgnwszy twarz do szyby, naprowadza pilota. Za chwil za chwil kilka tysicy funtw bomb runie w d.
Silniki zwalniaj rytm; ju tylko mrucz; ju milkn. Schodzimy niej, bo ponad nami ciele si
delikatna przesona oboczkw jak welon z biaej gazy. Teraz sycha odgosy kanonady dziaowej
i szum pdu maszyny. Fletnery na sterach nad moj gow z sykiem i gwizdem rozdzieraj gsty
opyw powietrza. Po skrzydach od czasu do czasu bbni odamki pociskw.
Cigle schodzimy w d. Merkury melduje:
- 13 500... 13 000...
Biay welon przewiewa dokoa nas, rozpada si i znika. W dole wida mtne zarysy miasta. Na naszym
kursie - o ile mog dojrze z mego stanowiska - ponie kilka poarw. To zapewne od bomb tych, co
tu byli przed nami.
Jeszcze nie jestemy nad celem. Kada sekunda wlecze si teraz nieznonie dugo, a odamki bbni
i grzechocz coraz goniej i gciej.
- 12 500 stp...
Jaki reflektor lizn spd kaduba od przedniej wieyczki a do statecznikw, zawaha si, powrci,
chlasn po prawym skrzydle, wrci znowu i chybi. Ale ju drugi rozpata na ukos ciemno, trzy
inne spojrzay ku jego biaej, wskiej jak oszczep smudze, pomacay j nad nami, pod nami i zaczynaj
szuka. Po paru sekundach jeszcze kilka kieruje si ku nam.
- Na d! Bior nas w stoek.
Ju caa bateria bije w to miejsce, gdzie bylimy przed chwil. Ju dziesi reflektorw krzyuje si
o piset stp nad nami, na szczcie nieco za bardzo w prawo i z tyu. Stoek to si rozpaszcza, to
znw zaostrza. Jego wierzchoek przechyla si to tu, to tam: raz jest wyej, raz niej; zblia si
i oddala.
Po gondoli, po skrzydach dzwoni, bbni, omoce, jakby kto puszki od konserw stacza ze schodw.
Wszystkie nerwy napinaj si w oczekiwaniu wybuchu celnego granatu: huk, bysk, uderzenie...

Ale wybuch nie nastpuje, tylko Merkury mwi gono:


- 11 500 stp.
Wyrzutnie bombowe ju dawno s otwarte. Czekamy, czekamy, czekamy, a wreszcie Zygmunt woa:
- Bomby!
Maszyna jakby westchna i wraz z tym westchnieniem pierzcho nieznone oczekiwanie na celny
pocisk artyleryjski. Przestaj sysze omot odamkw, nie widz reflektorw i ognia artylerii, nie
mam adnej innej myli w gowie i nic mnie nie obchodzi prcz tego, co nastpi za chwil: tam
w dole, w migotliwym blasku poarw poyskuj wskie pasma torw kolejowych, czernieje dworzec
i klamra mostu spita nad rozgazieniem szyn... Tam powinny upa.
- Bysk! Bysk! Jeszcze trzy byski! Jeszcze dwa!...
Przy kadym z nich ziemia rozjarza si pomaraczowym wiatem. Ogie bucha w gr ze supem
dymu, kurzu, gruzw, belek i czego, co wyglda z tej wysokoci jak miecie rozdmuchnite potnym
miechem.
W uamku sekundy widz dom narony zawalajcy si w ciasny korytarz ulicy; komin, ktry pochyla
si wolno i pka w poowie; wagony spitrzajce si w stos przed rumowiskiem dworca i otwart
ognist czelu w bloku stoczonych budynkw. Dopiero potem przychodzi stumiony huk, jak
siedmiokrotne echo. A potem wielki poar gwatownie rozjania ziemi wrd ruin, po drugiej stronie
torw.
Melduj kolejno o tym, co si tam dzieje. Nie mog widzie twarzy moich towarzyszy, ale wiem, e
rozjania je drapieny umiech. Pamitamy - i ja, i oni - Warszaw, Westerplatte, Siedlce, Kutno...
Mimo woli spogldam ku wschodowi: tam jest Polska - 350 mil std. W dwie i p godziny
moglibymy dolecie do Poznania; w niecae cztery - do Warszawy albo do Krakowa... Kt z nas nie
marzy o takim locie? S tacy, ktrzy ju maj obliczony kurs i czas co do minuty. No, ale przedtem
musimy jeszcze zniszczy Niemcy, teraz za - teraz trzeba jeszcze powrci na wasne lotnisko, do
ktrego dalej std ni do polskiej granicy.
Rwiemy na duych obrotach wprost ku Holandii, nie nabierajc ju wysokoci, bo raz po raz dajemy
nura w oboki. Kropimy troch z karabinw maszynowych po reflektorach, jeli nam za bardzo
dokuczaj midzy jedn a drug chmur, i po artylerii, ktra strzela gsto, ale za to le, bo stale
daleko poza nasz ogon. Niewielka si tam pewnie krzywda stanie obsudze niemieckiej od tego ognia
z naszych sikawek, ale moe jeden i drugi reflektor im zganie, a kanonierzy te strachu si najedz.
Wychodzimy na Zuider Zee, mijamy Alkmaar i rozstajemy si z brzegiem, egnani ostatnimi pociskami
nadmorskich baterii. Teraz prdko w d, pod chmury, ktre tu kbi si grub warstw. Lecimy tu
pod ich puapem, eby mc skoczy w nie, jeli pokae si jaki patrolujcy myliwiec.
Na wschodzie ju szarzeje pierwszy brzask, ale morze jest jeszcze ciemne, tak samo jak brzeg
angielski, ktry ukazuje si nam po lewej stronie w godzin po znikniciu brzegu holenderskiego.
Nawizujemy czno radiow z ziemi, rozpoznajemy znajome beacony, oznajmiamy si na
punkcie wlotowym, zjadamy resztki suszonych moreli i czekolady, ktre dostalimy na drog przed
startem i - zaczynamy tskni za kiem.
Jest zimno, cho lecimy cakiem nisko. Mga ley na ziemi patami, jak postrzpiona wata, chmury si
kocz i wida gwiazdy, ktre bledn na coraz janiejszym niebie.

Wtem przedni strzelec melduje:


- Widz lotnisko na wprost, troch w prawo.
A po chwili:
- Przed nami w powietrzu wellington o 200 stp wyej od nas.
Za nami te leci wellington. Nawet dwa. Wchodzimy w rund: jedna, dwie, trzy, cztery, pi, sze
maszyn. Trzy na ziemi. Jedna podchodzi do ldowania i struga wiata z reflektora startowego rzuca
si na runway35 pod jej wysunite podwozie.
Krymy z zapalonymi wiatami pozycyjnymi36, czekajc swojej kolei, a tymczasem nadlatuj coraz to
nowe wellingtony. Licz je raz jeszcze: osiemnacie. Wrciy wszystkie.

16. Inny gatunek


Jedzie si do tego szpitala autobusem, krt szos midzy kncymi ywopotami, zza ktrych
wygldaj tu i wdzie kamienne budynki farm wrd jarzbin, przybranych gronami czerwonych
jagd, i potem wchodzi si do rozlegego parku. Na prawo na cierniskach stoj rzdami snopy
ztego zboa; na lewo ogromne, stare, rozoyste dby. Dalej - grupy wierkw, zaroli i oczywicie
rododendronw, bez ktrych aden park tutaj oby si nie moe. Jeszcze dalej jest rdo i bagnisty
stawek, z ktrego wypywa strumie i spada w jar zarosy dungl traw, zi, krzakw, gogw
i chwastw, w ktrych buszuj baanty i krliki.
Ale dungla cywilizuje si zaraz za tym jarem: czki s coraz grzeczniejsze, drzewa poprzycinane,
ywopoty wy strzyone jak rekruci nazajutrz po poborze. No i wreszcie gdzie w dole wyania si
dosy stary i bardzo brzydki zamek, w ktrym mieci si polski szpital, a za tym zamkiem - bardzo
piknie utrzymany ogrd, peen cienistych alei, kasztanw, uroczych wzgrkw, aksamitnych
trawnikw, r i kwietnych klombw.
Spokojnie tu jest, cicho i adnie. Daleko od nerwowego ycia miast, od codziennych spraw, od
zgiekliwego nurtu powszedniego dnia, od wojny, cho to wojskowy szpital przecie.
Pacjentw mao maj w tym szpitalu. Wikszo stanowi starsi panowie z chronicznymi zrostami
jelit, katarami kiszek, kamieniami nerek, reumatyzmem i tym podobnymi obywatelskimi cierpieniami.
Jak si trafi jaka ofiara wypadku samochodowego, w szpitalu jest podniecenie. Gdy przywioz
zranionego odamkiem pocisku na wiczeniach albo kontuzjowanego przy wybuchu miny na
wybrzeu, to jest nadzwyczajne wydarzenie. A jak si zdarzy taki, co ucierpia od bomby lotniczej, to
ju wielkie wito.
Ale przecie jest tu take Stefan. Porucznik Stefan ., pilot myliwski, majcy na sumieniu siedem
zestrzelonych maszyn niemieckich, co mu pewnie dobry Pan Bg odpuci i po cichu na credit zapisa
kae. Stefan, do ktrego wanie przyjechaem, dowiedziawszy si o jego paskudnie zamanej rce.

35

Runway - pas startowy na lotnisku.


wiata pozycyjne - umieszczone na skrzydach i ogonie samolotu, pozwalajce rozpozna kierunek jego lotu i
pooenie w powietrzu.
36

Oczywicie o takim rodzynku wiedzia tu kady lekarz, kada siostra, kady clerk szpitalny, kady
posugacz i kady chory, chocia - jak Stefan do mnie o tym pisa - pies z kulaw nog go tu nie
odwiedza, bo nasi czasu nie maj.
Nie odwiedzali go istotnie, ale dowiedziaem si, e co dzie ktry przylatuje nad szpital, wali si
kilometr w d korkocigiem, wykrca rund poniej drugiego pitra, straszy apiduchw, wprawia
w drenie dziewczce serca sistr i szyby okien, przyczynia si do atakw ciowych kilku
ledziennikw i wtrobiarzy, poszy baanty, owce i krliki oraz niepokoi oddzia miejscowego HomeGuardeu, a wszystko to gwoli powiadomienia Stefana, e dywizjon o nim pamita i e mu yczy
szybkiego wyzdrowienia.
Wic nawet nie musiaem o niego pyta: pierwszy napotkany przeze mnie sanitariusz w biaym
fartuchu, zobaczywszy mj lotniczy mundur i stwierdziwszy powierzchownie, e mam rce i nogi cae,
oraz nie widzc ani ladu banday czy opatrunkw na mojej osobie domyli si, co mnie tu
sprowadza.
- Pan kapitan do porucznika .? - zapyta retorycznie. - Drugie pitro, pokj 37. Tdy, prosz.
Zapukaem do pokoju 37.
- Wej - warkn gronie zza drzwi Stefan.
Wszedem.
Siedzia w wygodnym fotelu, oboony gazetami i ksikami. Lew rk mia w szynie, zgit w okciu,
grubo zabandaowan, odstawion poziomo w nienaturalnej, jak mi si wydao, straszliwie
niewygodnej pozycji. W prawej, opuszczonej w d, trzyma jaki tygodnik. Przygarbiony, z pochylon
gow, zebrany jak do skoku, patrzy spode ba, jakby chcia si rzuci na wchodzcego albo
przynajmniej mu nawymyla. Kiedy mnie zobaczy, zatkno go zupenie. Zamruga, poderwa si,
sykn z blu, skrzywi si, a potem chuda, czarniawa gba rozjania mu si w umiechu.
- Jak Boga kocham, to ty! - powiedzia gono. - Przyjechae!
Zapa mnie za rk i ciska mocno.
- Mylaem, e to znw ktry z tych tutaj - gada prdko, nie dajc mi czasu na odpowied. - Cigle tu
przychodz i nudz. Siadaje. Papierosa? Trafie od razu? Bo to przecie koniec wiata: nawet
Niemcy tu nie mog trafi. Morowy chop jeste, e przyjecha. Ju mi zbrzydo tak samemu. Nie
widzielimy si przecie... czekaj: chyba od Rumunii?
Rzeczywicie tak byo: nie widziaem go od czasu pobytu w Tulcea, skd zwia jeden z pierwszych do
Francji. Zaczlimy wic opowiada sobie kolejno swoje losy raz po raz odbiegajc od tematu, zadajc
niecierpliwe pytania i przerywajc sobie w poowie odpowiedzi; opowiadajc chaotycznie,
nieporzdnie, jak opowiada si czsto o sprawach, ktre zbyt wiele zawieraj treci, aby je zamkn
w kilku zdaniach pierwszej po dugim rozstaniu rozmowy.
- Jake ci tu jest? - zapytaem wreszcie. - Jak rka?
Spojrza na t swoj rk, jakby spoglda na martwy przedmiot, ktry przecie stanowi jego
wasno. Potem na mnie - jako badawczo, uwanie; w kocu - na wsteczk Krzya Virtuti Militari
na mundurze przewieszonym przez porcz krzesa, i znw na mnie. Umiechn si. Ten umiech
w kcikach ust mia jakby odcie ironii lub goryczy.

- Widzisz, z tob przecie mog mwi po dawnemu, szczerze - powiedzia po chwili. - I, naturalnie,
opowiem ci o wszystkim. Sam osdzisz, ile to warte. Czy warte tego - wskaza ruchem gowy w
mundur, wysuwajc doln szczk.
Niezupenie rozumiaem, o co mu waciwie chodzi.
- Masz siedmiu Niemcw? - zapytaem.
- Siedmiu - odrzek z oywieniem i z nut dumy w gosie.
- No, wic...
- To zupenie inna sprawa - przerwa niecierpliwie.
Zmarszczy brwi i przesun palcami po grnej wardze, jak zwykle gdy si nad czym zastanawia.
- Za bohatera tu jestem - powiedzia nagle z irytacj. - Za bohatera, rozumiesz?
Nie rozumiaem i musiao to by tak widoczne, e zdecydowa si opowiedzie wszystko od pocztku.
- adnemu z tych tutaj nie prbowabym nawet tego wyklarowa - zacz ju zwykym swoim
pogodnym, jasnym gosem, za ktrym, zawsze odnosiem takie wraenie, kry si jakby wewntrzny
umiech. - Po pierwsze: nie rozumiej najprostszych rzeczy dotyczcych latania i w ogle lotnictwa;
po drugie - nie rozumiej nas. Zadaj gupie pytania i, sam rozumiesz, trzeba kad rzecz
rozwakowa, a w kocu nabieraj o tym, co si im opowie, jakich kolawych wyobrae, podejrze,
domysw... Nie, nie umiem ju z tymi ludmi gada, nudz mnie. Przecie eby by samym
Homerem, nie zdoasz tak opowiada i opisywa, eby kto, kto nigdy nie lata, nabra o tych
sprawach waciwego wyobraenia, no nie?
- Przesada - owiadczyem. - Homer nie by lotnikiem, a gdyby nim by...
- Toby pewnie duo o tym pisa. Ale czytelnicy i tak nie wiedzieliby, jak to jest, pki nie zaczliby sami
lata. No, ale Homer lotnikiem nie by, jak to bardzo bystrze zauwaye. I o lotnictwie na szczcie
nie pisa, co si innym, znacznie mniej zdolnym pisarzom nielotnikom teraz zdarza... Poznaj takiego
najdalej po trzecim zdaniu i diabli mnie bior: te same kolawe wyobraenia, te same faszywe
domysy, ta sama nieznajomo rzeczy, naszych spraw, naszych myli - wszystkiego tego, co jest
Lotnictwem. Ale mniejsza z tym. Jednym sowem - nie lubi gada z nielotnikiem o lataniu i o sobie.
Moe na przykad tak samo lekarz nie lubi gada o medycynie ze mn albo z jakim innym tumanem.
A co do tego lotu, to byo tak. Latalimy nad Francj przewanie na sphere albo na mosquito,
sekcjami oczywicie. A co drugi dzie na wymiatanie albo jako osona bombowcw. Nawet par razy
z waszym dyonem. To wszystko s zadania, o ktrych si wie z gry: co, kiedy i jak. O startach
alarmowych, zwaszcza caym dyonem, zostay nam tylko wspomnienia z zeszej jesieni, bo Niemcy
si przecie od dawna nie pokazuj. No, ale tego dnia przylecieli.
Zamia si cicho do swoich niedawnych wspomnie, takie mu si wida zabawne wyday. Spojrza na
mnie spod oka, poprawi t nieznonie odstajc rk, przecign doni po policzkach sinawych od
mocnego, wygolonego zarostu i zacignwszy si dymem z papierosa, mwi dalej:
- Bylimy w redinessie37. Dugi Joe - znasz go? - akurat zalicytowa szlemika bez atu, cho ja, bdc
jego przeciwnikiem, miaem asa pik, a mj partner bkn co przedtem o trzech karo - gdy
zadzwonili z operation. Zdylimy jeszcze spasowa, a tu telefonista si drze: Scramble! Joe zawsze

37

Rediness - stan gotowoci.

ma szczcie: nawet nie widzia moich kart, a potem nie chcia uwierzy w tego asa pik, bo Foka,
ktry by jego partnerem, nie wrci wtedy z lotu.
- Zabity? - zapytaem.
- Zaginiony. Licho wie, gdzie si podzia. Myl, e chyba zapdzi si a za Kana i tam... Bo ja wiem
zreszt?... Szkoda Foki: i lata z sercem, i licytowa wesoo.
Zamyli si przez chwil, ja za przypomniaem sobie Fok, miego kompana, zawsze gotowego do
awantury, do zabawy, do kieliszka i - do startu. Foka... Z kim nie pi? Kogo nie wystrychn na dudka?
Od kogo nie poycza? Kto go nie lubi?... Zawadiacki, may, gruby Foka ze sterczcymi jak pirka
wosami na czubku gowy, z maym, zadartym noskiem i ywymi czarnymi oczyma. Uwodziciel
fordanserek w drugorzdnych dansingach, udrka dowdcw na odprawach, wesoy kpiarz, opiekun
biedoty spod znaku Brata Alberta (o czym bodaj nikt prcz mnie nie wiedzia) i wietny pilot
myliwski o mnym sercu i prawdziwie polskiej fantazji. Nie wrci z lotu: jest missing, czyli, po
chrzecijasku mwic, zaginiony. To znaczy, e w najlepszym wypadku przetrwa wojn w jakim
obozie jecw...
- No wic wystartowalimy caym dyonem - cign dalej Stefan. - Zaraz nam podali kurs, ledwiemy
zdyli kulasy spitfireom powciga, i - 20 000 feet. Okrylimy Londyn od poudnia i lecimy na
wschd, nad morze. Wiedziaem, e bdzie jaka wiksza chryja, bo si Czepikowi ciotka nia. Zaraz
z rana mi mwi, ale dopiero po starcie, w powietrzu o tym sobie przypomniaem.
- C to za jeden? - przerwaem zaintrygowany wieszczymi snami owego Czepika.
- Kto, Czepik? To mj mechanik. Ile razy mu si ni ciotka, podobno straszna sekutnica, tyle razy
mamy cik robot z Niemcami. Na jesieni w zeszym roku nia mu si cigle i jak mia jak noc
spokojn, to wszyscy wiedzieli, e bdziemy odpoczywa. Mwio si po prostu nie ma dzi ciotki
i wielu nawet brykao po cichu do miasta, bo naprawd mielimy wtedy spokj. Sprawdzao si, jak w
Kings Regulation... A tym razem te si sprawdzio. A zanadto, psiakrew! Byo tego dobrego ze
dwadziecia Ju 88, a wyej pokana ilo Me 109. Prowadziem ostatni nasz klucz. Moim lewym
bocznym by Gordon; prawym - Foka, ktry od razu gdzie si zawieruszy. Dognalimy we dwch
ostatni skrajn trjk junkersw od strony soca i zaatakowalimy z lekkiej przewagi wysokoci.
Wszystko poszo dobrze i prdko: dwa Ju - dowdca klucza i lewy boczny - zaraz po pierwszej serii
zaczy dymi. Wic Gordon odszed pierwszy, a ja za nim. Ale odchodzc obejrzaem si na te
dymice Ju. Patrz - lec dalej, a messerschmitty wysoko, jakbymy ich nic, a nic nie obchodzili. al mi
si zrobio: mog, cholery, docign przez Kana, cho dymi i nie zalicz nam ich wcale albo - tylko
jako uszkodzone. Gordon si ju dobiera do innego klucza, wic myl sobie: wykocz ich. Zrobiem
skrt przez plecy, a mnie troch zamroczyo, wrzepilem boost i znalazem si znw za ogonem
swojej ofiary. Tym razem byo blisko, moe ze szedziesit metrw. Troch mnie z pocztku peszyo,
e zacz do mnie strzela prawy boczny, jeszcze nie ruszany przez nas. Ale widz, e robi to podle,
wic bior swego klienta na celownik i rbi dug seri po silniku i po kadubie, a iskrzy: Po chwili patrz - pali si! No to licznie. Przestaem strzela i czekam. A on leniwie, jak w oleju, zwala si przez
skrzydo w d i - do morza. Teraz widz: lewy boczny, ten, co Gordon go napocz, dymi, a prawy,
kiepski strzelec, wyrywa, jak umie. Wic ja za nim, zapominajc o boym wiecie. I tylko myl:
lewego bd mia na deser. Dochodz z tyu z gry, naciskam spust, a tu jak co nie trzepnie w kadub
mojego spitfirea od spodu! Wiesz, jak to wtedy jest: na dwie sekundy z najwikszego chojraka robi
si tchrz: rany boskie - chodu, bo mier! Jakby ci kto wiadro gorcej wody wyla za konierz. Nawet
nie wiem, kiedy odwaliem w prawo. Zdyem jeszcze spojrze, czy aby mam nogi cae, a tu z lewej
w gr wypryskuj cztery messerschmitty... Nie wiem, ktry z nich mi si narazi, ale pogniewaem si
na wszystkie cztery i zaraz lew we mnie wstpi, jak poczuem, e nie jestem ranny. Wiedziaem

naturalnie, e maszyn musieli mi postrzela, ale mylaem, e nieszkodliwie, wic cign za nimi
w gr. Ale zapalia si: najpierw dolne zbiorniki, od nich kabina, od kabiny moje portki... i to tak na
tempa: raz, dwa, trzy! - jak dobry chwyt broni w podchorwce piechoty. Bardzo si wzruszyem sam rozumiesz. Ale ten strach nie jest taki obrzydliwie gwatowny: zawsze mier jest od ciebie o
par metrw, nie siedzi ci na karku albo na kolanach i masz szanse, e jej si wymigasz. Wic
otwieram prdko oson kabiny i przewracam palcego si grata na plecy, bo trzeba skaka. Maszyna
reaguje na stery doskonale. Oddaem drek w przd, odpiem pasy i - zamiast wypa na wiee
powietrze - rypnem o co gow, a mi wszystkie gwiazdy zataczyy w oczach. To niezwyke
zjawisko astronomiczne tak mnie zaskoczyo, e zgupiaem na dobr chwil. Dopiero pomie
przywrci mi rozsdek. Pomie, ktry teraz siga mi a do oczu...
Zmruy powieki i odwrci twarz z grymasem cierpienia.
- Palie si kiedy? - spyta.
Skinem gow. Paliem si. Paliem si na wysokoci dwch tysicy metrw i - nie miaem wtedy
spadochronu, bo to byo w roku 1919. Miaem osiemnacie lat i bardzo chciaem y, a mylaem, e
zgin. I wtedy - o tak, pamitam! - wtedy te pomie zajrza mi do oczu.
- Wiem, jak to jest - powiedziaem. - Mw dalej.
- Okazao si, e przy oddaniu steru osona zasuna si z powrotem. Chciaem j znw odsun, ale
zacia si. Trzeba j byo wyama, i to prdko, jeeli miaem wyskoczy na surowo, nie za upieczony. Moesz sobie wyobrazi, e atwo mi to nie poszo, bo przecie waciwie staem na
gowie, wparty barkami w wygicie tej cholernej osony i nie miaem si za co zapa, eby jako
zmieni pozycj. Ale wreszcie poszo: rozwaliem j goymi rkami. Tymczasem maszyna nie
sterowana opucia eb i pod ktem 45 stopni sza na plecach w d - jeszcze wtedy nie wiedziaem:
do morza czy do ziemi? Przez dziur wybit w osonie do, jakby jaki tajfun chcia si wpakowa do
kabiny. Pomie uciek pod burty i wystrzeli po nich na zewntrz. A mnie wgnioto teraz do rodka i zapieko w oczy. Przestaem widzie i mao nie oszalaem z przeraenia: oczy! - rozumiesz? Nie wiem,
jak wylazem do poowy. Odepchnem si ze wszystkich si i poczuem, e lec. Spadaem gow
i plecami w d. Pd ta dokoa mnie, elastyczny jak hamak z gumy. Huczao mi w uszach, zapierao
oddech, wygniatao z puc powietrze, dusio... Lewa rka bolaa mnie okropnie. Zdawao mi si, e j
kto wykrca i wyrywa. Szarpnem bezpiecznik spadochronu, poczuem, jak si wywija i nagle
targno mn potnie. Wywrciem koza, jedwab chlasn, spcznia, przyhamowa, a ja zawyem
z blu: ta rka... Ale zaraz zapomniaem o rce: gdzie blisko warcza silnik samolotu. Przeleciao mi
przez otumanion gow: Niemiec! Bdzie strzela - i czekam na seri, ktra podziurawi mnie jak sito.
Obrzydliwe uczucie... Ale warkot si oddali i rka znw bolaa wciekle. Sprbowaem otworzy oczy,
ale powieki miaem sklejone. Rzsy mi si zasmayy i - ani rusz. Musiaem palcami rozdzieli powieki.
Zaczem widzie na wysokoci tysica metrw i wtedy przekonaem si, e opadam na ld. Musiao
mnie znie razem z maszyn znad morza, bo wiatr by poudniowo-wschodni, a przy tym zaraz po
zwrocie za tymi czterema messerschmittami ju miaem kierunek ku brzegowi. Rka mi dokuczaa
bardzo. Bya zupenie bezwadna i kiwaa si w takt hutania spadochronu, wic j przywizaem
drutem od radia do kamizelki. A potem - c? - wyldowaem i - nie miej si - zemdlaem jak
dziewica, wedug wszelkich prawide sztuki. No, a teraz - jak ci mwiem - jestem tu za bohatera, i to
mnie najgorzej zoci, rozumiesz?
Patrzy na mnie pilnie, czy aby na serio bior t jego zo, czy wreszcie rozumiem, o co mu idzie.

Nie, nie rozumiaem: nigdy nie by przecie przesadnie skromny; przeciwnie: uwaa, e lata lepiej ni
inni i e nie byle kto mu dorwna. Wiedzia, ile jest wart, ba - pyszni si niejednokrotnie swoimi
zestrzelonymi Niemcami... Wic?
- Mylisz, e nie naley ci si za to Virtuti? - zapytaem.
- A ty mylisz, e mi si naley?
- Myl, e tak - powiedziaem z przekonaniem.
Zaczerwieni si, w oczach bysn mu umiech, ale wnet zgas. Zmarszczy brwi.
- Suchaj - zacz powanie, bez tego pogodnego tonu, ktry mu zawsze dwicza w gosie. - Ja byem
w Warszawie do koca i... Ja wiem. Ja widziaem. Na przykad...
Urwa i zdawa si przebiera co w pamici. Co gronego i wspaniaego zarazem, bo twarz mu si
mienia i przelatyway po niej cienie i blaski, jakby to, co rozpamitywa, rzucao od wewntrz ogie
i mrok; jakby falowao wzruszeniem; jakby topniao w nim i tao na przemian.
- Na przykad wtedy, pod Okciem... Tam byy okopy, wiesz? I ju wtedy brako wody. onierze byli
spragnieni: cay dzie pod obstrzaem, rozumiesz? A tu - upa... W nocy nosiy wod kobiety i dzieci. A
Niemcy - musieli wiedzie o tym, dranie - wiecili reflektorami i strzelali do nich. Bya tam moda
dziewczyna - z ludu, jak si to askawie z paska pisao u nas w gazetach. Moe szesnastoletnia,
moe troch starsza. Niosa pen konewk z jakiej studni. Wypatrzyli j i jeszcze kilku chopakw
i pooyli przed nimi salw artyleryjsk. Chopcy jako ocaleli - ona nie: pocisk urwa jej stop...
Upada, ale wody nie rozlaa i zacza si czoga z t konwi. Doczogaa si. Wody wam
przyniosam - powiada. - Tylko mi bardzo sabo. Umara nazajutrz z upywu krwi. Moe mylisz, e
takie jak ona dostaway ordery, co? A jeeli miaaby dosta, to jakie? Virtuti? Bo jak ja dostaem
Virtuti, to im si chyba co wicej naley, nie?
Nie wiedziaem, co na to odpowiedzie. Ale Stefan nie czeka na moj odpowied. Mwi teraz gdzie
w przestrze, przed siebie, waciwie wcale nie do mnie. Mwi arliwie, dyszc ciko, jakby chcia
wyrzuci to wszystko, co przemyla, co si w nim uzbierao przez te dwa lata, co mu si osadzio
w duszy
I co teraz wzburzyo si w nim, poniewa by tu za bohatera.
- C my... C ja i Foka, i Gordon, i wszyscy? Przecie kady z nas, idc do lotnictwa, wiedzia, e
kiedy bdziemy si bili. e bdziemy strzelali i e kto bdzie strzela do nas. Kady z nas zrobi
dawno wybr. Za to pakowano w nas pienidze, za to nas uczono, za to nosilimy ten mundur,
chodzc w glorii podczas pokoju. Wic teraz to, co robimy, to jest nasz psi obowizek. Ale oni? Tamta
dziewczyna - co wzia na zadatek tego, e kiedy pocisk dziaowy urwie jej nog! Kiedy dokonaa
wyboru? Jaki dug spacaa? Powiedz!
Znw nie odpowiedziaem i znw Stefan przenis wzrok z mojej twarzy w przestrze.
- Czytasz te wszystkie pisma? - zamit kurz na pododze trzyman w rku gazet. - Syszysz, co mwi
w Londynie? Wiesz, o co si sprzeczaj? Rozumiesz te niedomwienia, te napomknienia, te
przebkiwania o przyszym przewodnictwie w narodzie, o rzdach dusz, o tworzeniu legendy?
Wyczuwasz t wstrtn obaw, ebymy zanadto nie wyroli, my - lotnicy? ebymy nie signli po...
bo ja wiem? po wadz czy po peen b? ebymy nie zawayli przypadkiem na szali przyszoci
Polski krwi przelan tutaj? Nowa legenda! Niech j sobie tworzy, kto chce, ale niech nas w ni nie
ubieraj! My nie chcemy nic za to, e si bijemy. Wzilimy zaliczk i spacamy j! Bdziemy si bili

przeciw kademu, kto palec na Polsk podniesie. Jak bdzie trzeba, to i przeciw caemu wiatu, nie
tylko przeciwko Niemcom. damy tylko jednego: ebymy mogli wyzwoli tych wszystkich, ktrzy s
w Kraju, a pniej - ebymy ich mogli zawsze obroni. Nie tak, jak w tej wojnie. eby ju nigdy
kobiety i dzieci nie giny pod ogniem nieprzyjacielskiej artylerii. eby polskie miasta nie waliy si
w gruzy od bomb. eby nam nie rozstrzeliwano profesorw i nie mczono naszych matek i sistr.
eby nie wywoono ludzi do obozw internowanych... My, lotnicy, mamy jedn ambicj: chcemy
pozosta w polskim lotnictwie i uczyni je potg. Dugim, zbrojnym ramieniem Polski, ktre signie
do kadej naszej granicy. Jak wiemy pies na acuchu, chcemy pilnowa tych granic, nie mieszajc si
do innych spraw, nie dajc laurw, odznacze i nagrd. Niech si nie boj: nie tworzymy sobie
legendy. Niech nam nie podsuwaj tego, co nam nie w gowie. Nie ma u nas takich, a jeeli s...
- Jeeli s? - podjem.
Porwa si z miejsca i wyrn pici w st. Rozdarta gazeta wyleciaa pod sufit i spyna
z szelestem na podog. Oczy mu paay. Krew rzucia si do twarzy. Sta tak chwil i me w ustach
przeklestwa, a nagle - umiechn si.
- Bdzie czas zrobi z nimi porzdek - powiedzia niemal zwykym gosem - jeeli nie powymieraj
przedtem na jakie solidne, kameralne choroby. A o personel bojowy bd spokojny: to inny gatunek!
*
Pnym wieczorem wracaem znw autobusem, krt drog, znaczon porodku zielonymi
wiatekami, jakby si na niej ustawi szereg witojaskich robaczkw. Kto rozmawia za mn po
polsku i dochodziy mnie strzpy zda wypowiadanych cierpitniczym, mdlejcym gosem. Co tam
byo o niebezpieczestwach przebytych w jakim artystycznym objedzie rnych oddziaw (Bo
przecie mogli nas Niemcy zbombardowa, prosz pana); co o niewygodach i cikiej pracy; co
o nie do wielkich aplauzach ze strony onierzy i o jakim kasynie, gdzie nie przygotowano kolacji;
a potem jeszcze o innym, rwnie tragicznym posiku, w onierskiej kuchni, uwaa pan!, po ktrym
trzeba byo samemu umy menak.
Nie chciao mi si tego sucha. Nie chciao mi si nawet obejrze, aby zobaczy narzekajcego
rodaka. Lecz gdy pada nazwa pewnej dobrze mi znanej stacji lotniczej, obejrzaem si mimo woli.
Dobrze odywiony starszy strzelec, ktrego znaem z cywila, gruby, niski, o nalanej bladej twarzy
i sennych oczach, mwi:
- Wic tam, na przykad, prosz pana, nie przygotowali dla nas noclegu. Musielimy spa w baraku
mechanikw i ja dostaem ko jakiego sieranta. Nawet bez przecierada. Brudne koce - co
okropnego, mwi panu.
- A ten sierant? - zapyta drugi.
- Sierant mia sub, bo dywizjon polecia na nocn wypraw. Widzielimy start. Wzruszajce! Ci
nasi chopcy...
Nie suchaem dalej: to by jeszcze inny gatunek...

17. Bujak nawala

Musz najpierw par sw powiedzie o mechanikach, eby kto nie myla, e to ich wina ta caa
historia z naszym przednim strzelcem.
Mwi si o nich, e dubi przy samolotach. Dubi. To jest rzeczywicie gwnie taka robota:
dubanina.
Bo na przykad silnik: tyle i tyle nakrtek, ktre musz by zabezpieczone; tyle kalibrowanych
otworw; tyle luzw, ktre maj mie akurat tyle setnych czci milimetra; pltanina kabli, z ktrych
kady musi by przyczony do odpowiedniego segmentu iskrownika; delikatne jak organy zmysw
przerywacze, kolektory i uzwojenia; cae setki uszczelnie, zaciskw, izolatorw; ganiki z dyszami
wraliwymi na najmniejsze zanieczyszczenie, z czuymi pywakami, z wyregulowanymi dawikami,
o ktre trzeba dba nieustannie. A gdzie zawory, gdzie regulacja zaponu i ustawienia tokw,
chodzenie, pompy oliwne, pompy do glikolu, pompy pneumatyczne? Gdzie przewody, obiegi, tryby,
waki, spryny, posuwacze, piercienie?
Stal, nikiel, dural, mosidz, mied - nieustpliwe, trudne, spasowane dokadnie i - nic si: tu trzeba
inteligencji i zrcznoci!
Zrczne i - powiedziabym wanie - inteligentne s donie polskiego mechanika. Donie i palce. Obyte
z kanciastym, nieustpliwym metalem, wykutym w nakrtki i sworznie, wyfrezowanym w dziwne
ksztaty, pozwijanym w spryny, ponacinanym w gwinty. Twarde, mocne jak szczki narzdzi, czarne
od pracy, ze zgrubia skr i z bliznami po zadziorach, po rozdarciach do koci. Trafiaj na olep,
chwytaj pewnie, z czuciem dokrc i rozluni, na pami znajd i rozpoznaj wszystko w tym
silniku, ktry powierzono ich opiece.
Patowiec za - patowiec te ma setk tajemnic dla kadego, kto go nie zna tak, jak mechanik.
Mechanizm podwozia, amortyzatory, usterzenie, fletnery, zbiorniki, waz do gondoli, klapy
skrzydowe, lotki... Kady z tych organw skada si z wielu czci; kady ma swoje narowy i usterki;
kady musi by przegldany, kontrolowany, smarowany i poprawiany.
Podczas gdy Anglicy maj specjalist od podwozi, od ganika, od takiego czy innego amortyzatora, od
iskrownika i nieledwie od zabezpieczenia nakrtek - polski mechanik jest uniwersalny. Umie prawie
wszystko, a jeli nie umie czego dokadnie, nauczy si w cigu paru dni, bo mu inni pomog, poka,
poprawi.
Polski mechanik jest zaradny. Ma zmys wynalazczy. Udoskonala si cigle i cigle si uczy. Obsugiwa
ju maszyny polskie i francuskie, i brytyjskie. Nie ma odpowiednich narzdzi? - Skombinuje. Brak
czci zamiennej? - Dorobi. Znajdzie bd konstrukcyjny? - Poprawi.
Wymyli, jak urzdzi wyrzutnik osony, eby pilot mg wyskoczy bez wysiku, jeli mu si samolot
zapali. Ulepszy dziaanie mechanizmu podwozia czy klap skrzydowych. Zmajstruje wszystko, czego
nie przewidzia konstruktor i - wbrew sawnej Kings Regulation - natychmiast zaradzi wasn
pomysowoci usterkom, ktre tylko areopag inynierw mgby usun po dugich ceregielach.
Jeli nie ma lotw, nikt go nie zmusi do zaj regulaminowych. Jest wtedy azikiem pierwszej klasy
i obija si jak nikt inny. Nie mona go nigdzie znale i nie sposb nakoni go do przestrzegania
ustalonego porzdku dnia. Ale w czasie akcji jest niezawodny: potrafi pracowa dwadziecia cztery
godziny na dob, moe nie je, nie spa i nie odpoczywa. Potrafi przemontowa, wyata, naprawi
rozbit lub postrzelan maszyn nieprawdopodobnie prdko i sumiennie. Jest nieoceniony,
niezastpiony!

Bo polski mechanik lotniczy ma serce i ma ambicj. Maszyn i jej zaog uwaa za co, co naley do
niego. Mwi: moja maszyna. Mj pilot. Moja zaoga.
Jego pilot musi mie sprzt pewny i przygotowany. Jego zaoga musi polecie, eby si bi. W tej
walce zaogi mechanik bierze udzia przez swoj prac. Udzia nie byle jaki: samolot, ktry jego
rkami zosta przygotowany do spenienia bojowego zadania, jest pewny i niezawodny. Zaoga miao
moe mu wierzy i ufa.
Zaoga nie powinna mie wtpliwoci i obaw o sprzt, ktrym si posuguje, bo gdyby je miaa, gdyby
musiaa z nimi walczy - nie starczyoby moe si psychicznych na walk z prawdziwym wrogiem.
A gdyby sprzt zawid - musiaaby myle o ratowaniu go i o ratowaniu wasnego ycia zamiast
o zwycistwie. Na to nie ma czasu i nie ma miejsca w lotniczych dziaaniach wojennych i dlatego te
sprawy bierze na siebie mechanik. On odpowiada za sprzt, a wic - za spokj i za ycie zaogi. On
z najwikszym niepokojem czeka powrotu maszyny; on si najbardziej cieszy, gdy samolot wraca nie
uszkodzony; on najbardziej cierpi, gdy zaoga ginie.
A przecie mao kto poza lotnikami wie o jego pracy i jej mozole, o jej wanoci i odpowiedzialnoci.
Mao kto zdaje sobie spraw z tego, jak wiele z chway lotniczej naszych zag przypada na
mechanikw, zbrojmistrzw, elektrykw, oficerw technicznych. Oni pozostaj w cieniu. Ich udzia
w bojowych zadaniach jest nieefektowny, nieznany, zwykle pomijany przez pras, przemilczany
w komunikatach.
Mao kto sysza nawet o tych brygadach obsugi technicznej, ktre pod ogniem karabinw
maszynowych niemieckiego lotnictwa, podczas bombardowa lotnisk w Wielkiej Brytanii nie
przeryway gorczkowej pracy przy samolotach. Mao kto wie, ilu mechanikw przy tej pracy zgino
i odnioso rany... Tylko krzye walecznych nadane im przez wadze wojskowe i drewniane krzye na
cmentarzach wiadcz o powiceniu, o zasudze i odwadze tych nieznanych, skromnych, a jake
wiele wartych onierzy polskiego lotnictwa.
Ale mechanicy to te tylko ludzie: sprawdzenie wszystkiego w samolocie przekracza ich moliwoci.
A przy tym s takie urzdzenia czy ich fragmenty, ktrych nie sposb sprawdza codziennie. Dopiero
okresowa kontrola komisji technicznej moe wykry ich bdy, braki i uszkodzenia. Okresowa
kontrola albo wypadek, bardziej lub mniej niebezpieczny dla zaogi...
Tak si wanie stao z podchorym Bujakiem, przednim strzelcem Genowefy.
*
Zaczo si od tego, e Bujak przesta gada. Zrobi si milczcy i senny. Zwaszcza w powietrzu.
- Co ci jest? - pytalimy go kolejno.
- Mnie? Nic mi nie jest. Bo co?
- Chory jeste?
- Ja?! Najzdrowszy w wiecie.
Zygmunt wykombinowa, e to chyba jakie ze wiadomoci z kraju.
Ma tam przecie narzeczon...
Ale to byo mao prawdopodobne: takie wiadomoci wcale nie dziaaj nasennie.

Zrobi si przy tym nerwowy, podejrzliwy w stosunku do reszty zaogi, jaki nieszczery, jakby co
ukrywa przed nami i jakby si obawia, e chcemy wyledzi, co to takiego.
Koza utrzymywa, e nasz przedni ma ukryty al do Grala od czasu, kiedy dywizjon odwiedzili krl
i krlowa. Bujak mia krlowej Elbiecie wrczy kwiaty przy powitaniu i... zaspa. Nawet wtedy
zaspa!
Po kwiaty pojecha Gral, bo ju nie byo czasu na szukanie Bujaka. Zdy wrci w sam por, gdy
przed uszykowane do przegldu dywizjony zajeday czarne rolls-roycey. Sprezentowalimy bro, a
w stawach zachrzcio, a Gral, troch zdyszany, wybekota co tam po angielsku i zaczerwieniwszy
si po uszy, poda krlowej wspaniay biao-czerwony bukiet, jeszcze uperlony ros, prosto z krzakw.
Bardzo si to krlowej podobao, a krl, ktry nas ju zna z poprzedniej swojej bytnoci, a rozjania
cay z zadowolenia. Potem bya defilada. Dywizjony szy - e rozstp si, ziemio! A hangary jczay
od tego kroku: raz, dwa! Krlowa za rozmawiaa z Gralem i spogldaa na polskich lotnikw
umiechajc si tak jako po macierzysku, e a si nam ciepo w sercach zrobio. A Bujak przywlk
si ju po wszystkim...
Tego samego dnia wieczorem polecielimy nad Mannheim. Bujak nie zameldowa brzegu, cho
musia go zobaczy pierwszy. (Noc bya pogodna i niebo bez chmur). Potem nie odpowiada na
pytania Grala i dopiero Zygmuntowi powiedzia, e nie pi, tylko mu si wyczyy suchawki.
Ale w powrotnej drodze te milcza albo odpowiada tak niechtnie, jakby ask robi, e usta otwiera.
Min tydzie i atmosfera wrd zaogi staa si nieznona. Jedni bronili Bujaka, inni zocili si na
niego za gupie pretensje, ktrych nie wyjawia otwarcie. Najbardziej irytowao nas to, e na ziemi
udawa, i nie pamita, by jego postpowanie w czasie lotu byo nienormalne. By uprzejmy, stara si
zatrze tamto wraenie sztuczn wesooci i - gas pod wpywem cierpkiej uwagi ktrego z nas.
Wtedy robio si nam go al. Ale przy nastpnym locie znw byo to samo.
- Czego on od nas chce, do jasnej cholery? - zastanawia si Zygmunt.
Gral wzrusza ramionami zniecierpliwiony.
- Histeria.
- Cnota - poprawia Merkury. - Cnota mu na mdek uderzya.
Ale duej tak trwa nie mogo. adna zaoga tego by nie wytrzymaa. Odbylimy narad
i wydelegowano mnie do zaatwienia sprawy.
Byo to chyba jedno z najbardziej niemiych zada, jakie w yciu speniaem.
Co tam pisaem w swoim pokoju po podwieczorku, kiedy rozlego si pukanie do drzwi i wszed
Bujak. Poczuem, e si rumieni i e serce mi szybciej bije. Poczuem si jak winowajca.
On zapyta:
- Mona? Nie przeszkadzam ci?
- Naturalnie, e mona - powiedziaem zmieszany, troch nieswoim gosem. - Siadaj.
Podaem mu papierosy, zapominajc, e nie pali, potem spostrzegem, e nie ma na czym usi, bo
drugie krzeso byo zawalone moimi papierami, wic cay ich stos odoyem na st i obaj siedlimy
na ku jeden obok drugiego.

Przez chwil jeszcze szukaem po wszystkich kieszeniach zapalniczki, ktra leaa na samym wierzchu,
na rogu stou, zapaliem papierosa i - nie wiedziaem, co dalej pocz...
- Mam do ciebie prob - odezwa si wreszcie Bujak. - Chciabym, eby mi pomg.
Spojrza na mnie podnoszc nieco zwieszon gow i przesun kocem jzyka po grnej wardze.
Bknem, e oczywicie, z przyjemnoci...
- Nie - przerwa mi z gorzkim umiechem. - To nie bdzie przyjemne. Ani dla ciebie, ani dla mnie.
Widzisz: ja chc z wami zosta.
Ostatnie zdanie powiedzia z naciskiem, z determinacj i si, ktra nadaa mu ton raczej dania ni
proby.
Zrozumiaem, e ju wie o wszystkim i e bdzie si broni. Co wicej - e ode mnie oczekuje pomocy.
Wanie ode mnie...
- Powiniene dosta urlop - zaczem, kadc mu rk na ramieniu. - Powiniene odpocz, bo...
- Nie jestem zmczony. Mog lata dalej. Nie wezm urlopu - przerwa gwatownie. - Przecie jestem
z waszej zaogi. Jestem od pocztku. Latam tak jak i wy. Jestem zdrw, silny; najsilniejszy z was
wszystkich i najmodszy. Wic o co chodzi? Powiedz, o co chodzi?!
Spojrza mi prosto w oczy i widziaem, e czeka na moj odpowied na poy z obaw, na poy ze
smutnym przewiadczeniem, e mu nie powiem caej prawdy. A jednak przyszed z tym wanie do
mnie. Musiaem mu prawd powiedzie, choby to miao zawie jego nadzieje. Nie mogem mu
pomc - przeciw reszcie zaogi.
- Suchaj - powiedziaem. - Czy ty nie czujesz, jak inny jest twj obecny stosunek do caej zaogi ni
dawniej?
- Mj stosunek? - zdumia si tak szczerze, i nie mogem wtpi, e nie zdaje sobie z tego sprawy. Ja przecie staram si, jak mog, powiza to, co si zerwao midzy mn a wami, nie wiem dlaczego.
Ja si staram, nie wy; nie oni - poprawi si. - I zawsze kto z nich mnie gasi. Jakbym im co zego
zrobi. Jakbym by obcy. Jakbym nie nalea do was ciaem i dusz. A przecie... ja bym si da porba
za kadego z was. Przecie dawniej nasza zaoga to... to naprawd bya zaoga! I rozumielimy si
nawzajem, i zgrani bylimy jak mao kto, i lubilicie mnie przecie...
Mwi z alem, z przekonaniem, e dzieje mu si niezasuona krzywda, przeciw ktrej nie potrafi si
obroni. Umilk na chwil, a ja namylaem si, jak najbezstronniej przedstawi mu t spraw. Czy
wspomina o tych rach dla krlowej Elbiety, od ktrych zacz ignorowa pytania Grala
w maszynie, czy lepiej nie. Znaem go stosunkowo krtko, ale do dobrze na to, aby stwierdzi z ca
pewnoci, e by inny jeszcze przed dwoma tygodniami. e wtedy pierwszy przyznaby, e
niesusznie si dsa na zaog. Nie do pomylenia zreszt byo wwczas, eby te dsy okazywa
w czasie lotu, w akcji! A teraz - teraz wanie w powietrzu robi si nieznony, i to za kadym razem,
kadej nocy.
Co si za tym kryo? Jak mona byo wytumaczy sobie logicznie tak zmian nieledwie z dnia na
dzie? I - czy on rzeczywicie nic o tym nie wiedzia?
Zgasiem niedopaek papierosa i przesiadem si na krzeso, eby by naprzeciw niego.
- Czy jeste ze mn zupenie szczery? - zapytaem.

Zmarszczy brwi, jakby si zastanawia, a moe waha przez chwil. Nagle wsta, przeszed si po
pokoju i stan na wprost mnie, po drugiej stronie ka.
- Suchaj - powiedzia znionym gosem. - Powiem ci, dlaczego do ciebie przyszedem.
Pochyli si w przd, opar si obiema rkami o materac porodku i patrzy mi prosto w oczy,
zadarszy gow.
- Czy mylisz, e nie poszedbym sam, gdyby mona byo i do innej zaogi? Ale ja mam i na
urlop, podczas gdy moja zaoga dalej bdzie lataa. Przed wylataniem godzin bojowych. Teraz, kiedy
jest najgortszy czas. Kiedy nabralimy rozpdu... Prosz ci o jedno: powiedz mi, o co chodzi? Co ja
takiego robi, e nie moecie ze mn lata?! Bo ja - nie wiem.
Wtedy uwierzyem, e naprawd nie wie. Powiedziaem mu i o tych rach, i o naszych domysach.
Patrzy na mnie z takim zdumieniem, e a mi si wstyd zrobio, e posdzalimy go o jakie dsy
z powodu owych r. To musiao by co innego.
- Widzisz - staraem si usprawiedliwi - zaraz w tym locie na Mannheim, bezporednio po wizycie
krlewskiej, odzywae si do Grala jak z aski; jak obraona primadonna. A pniej ju stale: albo
nie odpowiadasz, albo mruczysz pod nosem. I w ogle w maszynie jeste nieznony. Zupenie inny ni
dawniej. Nie dziw si, e potem, na ziemi, my nie jestemy z kolei uprzejmi, kiedy tobie zy nastrj
przechodzi.
- Wic ja taki jestem w maszynie... - powiedzia wolno.
Powiedzia to w taki sposb, jakby moje sowa upewniy go w domysach. Czyby w ogle nie
uwiadamia sobie tych rzeczy?
Postanowiem wyczerpa t spraw do koca. Powiedziaem mu, e nie pracuje jak dawniej; e nie
podaje Zygmuntowi swoich obserwacji na ziemi; e pakuje nas wprost w ogie artyleryjski zamiast
ostrzec pilota o zaporach; e w drodze powrotnej w ogle nie odpowiada na pytania; e obchodzi si
z karabinami maszynowymi, jakby pierwszy raz w yciu z nich strzela.
- Na reszcie zaogi robi to takie wraenie, jakby ci si odechciao z nami lata - dodaem. - I pomyl:
czy moemy by ciebie pewni? Czy moemy liczy na ciebie jak dawniej, e starczy ci energii, odwagi
i zacitoci, jeeli trzeba bdzie broni si przed myliwcami? Nie wiem, co tam za diabe w ciebie
wstpi, co ci gryzie i co ci dolega, bo nie chcesz czy nie moesz mi tego powiedzie. Ale co takiego
musi by. No, a skoro tak...
- Masz racj - przerwa mi energicznie. - To moja wina. Ale suchaj: ja si opanuj. Ja si zmieni.
Wezm si za eb i dam rad. Tylko pozwlcie mi zosta. Na prb. Ty przecie mgby to zrobi. Po
to do ciebie przyszedem: eby ci prosi...
Nie mogem tego duej znie. al mi go byo okropnie. Uwiadomiem sobie, ile go taka proba
musiaa kosztowa. Jego, ambitnego, modego chopca, z ktrym nie chciaa lata zaoga.
Zgodziem si natychmiast i wyprawiem go, eby si przebra w nowy mundur, poniewa zabieram
go do miasta. Nie chciaem, eby zosta sam tego wieczora.
Z reszt zaogi zaatwiem t spraw w cigu piciu minut. Potem w towarzystwie Bujaka pojechaem
do kina i do snack-baru na jakie obrzydliwe cocktaile z mleka i niesychanie kolorowych sokw.
*
Nastpnej nocy polecielimy na Ruhr.

Genowefa sabo braa wysoko, mimo e lecielimy pod wiatr; prdko mielimy kiepsk. Zygmunt
kl midzy jednym a drugim namiarem, ale to nic nie pomagao. Wiedma opaa benzyn na
zwikszonych obrotach, ryczaa basem i wloka si niechtnie pod rwny, gsty nurt wiatru jak
w smole.
Bujak zameldowa brytyjskie wiata wylotowe, potem brzeg holenderski i zamilk. Pchamy si jeszcze
z pidziesit mil dalej po wyznaczonej trasie, ale wiadomo, e nie docigniemy nad cel.
Gral schodzi niej, na 15 000 stp i co tam gada z Merkurym, czego nie mog dosysze. Zimno jak
w psiarni. Ksiyc zdaje si roztapia i rozpywa na przejrzystym granacie nieba wybitym gwiazdami.
Biay blask, nasycony z lekka bkitem i zieleni, wlewa si przez szyby mojej wieyczki do jej wntrza
i balansuje po burtach i po pokadzie, raz po raz zawadzajc o sprzone karabiny maszynowe.
- Uwaa od ksiyca - rozlega si w suchawkach.
To Gral sprawdza, czy ktry z nas si nie zdrzemn.
- U mnie czysto - odpowiadam. - Cay czas pilnuj. Nie ma nikogo.
Czekam na odpowied Bujaka. Ale Bujak milczy. Znw milczy...
Dopiero na powtrne wezwanie odpowiada zmczonym, chrapliwym gosem, e wszystko jest O.K.
Zygmunt tymczasem obliczy pozycj. (Dawno ju przerwalimy radiowy kontakt z baz).
- Nie docigniemy - pada decydujce zdanie.
Po takim owiadczeniu zawsze nastpuje chwila milczenia i kady najpierw przeklina w myli wiatr,
a potem z alem uwiadamia sobie, e trzeba wraca, nie wykonawszy zadania. Wyczamy przewody
tlenowe.
Zmarnowana noc, prny wysiek i - bomby; bomby, ktre nie wybuchn w Niemczech... To jest
chyba najgorsze.
- Ile mamy na wprost do tej Ruhry? - pyta Gral.
- Ponad sto mil.
- A na Dsseldorf jak idziemy, to co jest po drodze?
- Zaraz - mwi Zygmunt. - Zobacz.
To oywia zaog. Nikt si nie odzywa; wszyscy czekaj w napiciu, z nadziej, e przecie nasze
bomby nie spadn do morza. e znajdziemy inny cel, gdzie run budynki fabryk albo poskrcaj si na
makaron tory kolejowe, zapon niemieckie skady i magazyny.
- Po drodze... jest! Wesel si ta cholera nazywa. Ale tam, mwili, eby nie lecie, bo jeszcze bardziej
strzelaj ni koo Dsseldorfu.
Teraz zaoga jest ju w wietnym humorze i uwaga Zygmunta wywouje ogln wesoo. Kady ma
co do powiedzenia i kady dorzuca swj art do artu nawigatora. Tylko przedni strzelec milczy i nie
mieje si...
Genowefa pooya si w zakrt, a mnie ciga z siedzenia. Wida ziemi - tak jest jasno. Jaka rzeka
czy te kana i szereg staww; budynki, droga, nieregularny ksztat zalewu, jakby achy podzielonej
groblami.

Nagle - od owej achy podnosi si iskra i ukiem wzbija si w gr. Pk zielonych rozpryskw zakwita
nad ziemi i spywa w d: rakieta!
- Rakieta! - woam. - Gral, rakieta!
- Gdzie?
- Pod nami - mwi Zygmunt. - Bujak, uwaga! Tu, zdaje si, jaki samolot lduje pod nami, Herbert,
widzisz?
Nic nie widz, bo wychodzimy z zakrtu. Teraz tylko Bujak mgby co zobaczy. Ale Bujak milczy,
cho wszyscy po kolei go nawouj. Wic Gral przymyka gaz i znw kadzie maszyn do wirau.
Wypatruj: droga - kana - stawy - acha...
- Jest! Zapalili wiato!
Wyglda to jak beacon lotniskowy.
- Grzejemy w to? - pyta Merkury. - Szwaby tu lotnisko maj, jak dwa a dwa cztery.
- Grzejemy, Gral! - popiera go Zygmunt. - To lepsze ni Wesel.
Gral ju schodzi w d bez gazu: 13 000 - 12 000 - 11 000. Wyczamy przewody tlenowe.
Zakrt. Zygmunt ley na pokadzie, patrzc w przeziernik.
- Troch w prawo... Za duo... Jeszcze w lewo... Tak jak teraz.
Drzwi bombowe otwarte. 10 000 stp...
Ziemia milczy, spokojna, coraz wyraniejsza i coraz blisza. Ani jednego reflektora, ani jednego
pocisku artylerii przeciwlotniczej.
9000. Bujak powinien teraz widzie cel zupenie dokadnie, Ja zobacz go dopiero po
zbombardowaniu.
- Uwaga, Gral! - mwi Zygmunt stumionym gosem - Uwaga.
Mija sekunda, dwie sekundy...
- Bomby!
Trzy ciemne ksztaty oddzielaj si od maszyny i odchodz w d, szybko malejc.
Cisza. Tylko pd powistuje w sterach. To Genowefa po swojemu chichocze.
Wytam wzrok, waciwie niepotrzebnie, bo teren podczas wybuchw bdzie doskonale widoczny.
S! Trzy byski rozjaniajce ziemi, hangary, ach. Po chwili - potrjny grzmot jak echo.
Kto krzyczy:
- Pali si! Hangar si pali!
To Bujak oy. mieje si i powtarza jeszcze raz, e hangar si pali.
- Jeden kontiner to zgas od razu - mwi Merkury. - Ta musiaa by w lotnisko. A druga posza
w hangar.

- Dwie w lotnisko, trzecia w hangar - prostuj.


Tymczasem zawracamy, aby wyrzuci reszt bomb.
Hangar pali si rzeczywicie, a ziemia nadal milczy: nikt do nas nie strzela, cho lecimy nisko, na
6 000-6 500 stp zaledwie.
Bujak, rozgorczkowany, melduje, e widzi samoloty obok hangaru i ludzi koo poaru. Jego karabiny
zaczynaj ujada krtkimi seriami.
Potem milkn i Zygmunt znw poprawia pilota:
- Jeszcze w lewo... Jeszcze... Dobra! Trzymaj - uwaga! Bomby!
Teraz moja kolej. Spod kaduba wolno wypywa czerwony, coraz wikszy blask ognia i cae owietlone
nim lotnisko.
Trzy bomby rw si w odstpach czasu krtszych ni mgnienie oka. Zgrupowane pod hangarem
samoloty roznosi na strzpy, a w samym rogu, gdzie pada ostatnia z serii - natychmiast rozlewa si
potna kipiel pomienia i dymu: benzyna!
Genowefa idzie w zakrt - 3 000 stp nad niemieckim lotniskiem, a my obaj z Bujakiem pierzemy
z karabinw maszynowych po budynkach, po maszynach, po samochodach, po barakach!
Pewnie wystrzelalibymy wszystk amunicj, gdyby Gral nie doda gazu i nie wyprowadzi wreszcie
Genowefy na kurs powrotny. A by ju wielki czas, bo zuylimy duo wicej ni poow zapasu
paliwa.
Za sterem siad teraz Merkury, nasz drugi pilot, i powozi do domu. Ten lubi lecie wysoko.
- Dla pewnoci - powiada. - A tlenu jest dosy w Wielkiej Brytanii.
Caa zaoga dzieli si teraz wraeniami. Tylko Bujak umilk po chwili i ju si nie odzywa a do samego
lotniska.
Tymczasem poar za nami ronie i widz go cigle. Kiedy mijamy brzeg holenderski na wysokoci
Alkmaar, jeszcze widz un. cigaj nas teraz reflektory i ogie dzia obrony przeciwlotniczej, ale
Genowefa, pozbywszy si bomb, jest lekka jak motyl: mamy ponad 20 000 stp i - mog sobie
strzela.
*
Kiedy wyldowalimy na lotnisku i Genowefa zakoowaa na swoje zwykle stanowisko w
dispersalu38, Bujak nie ruszy si z miejsca. Nikt z nas pocztkowo nie zauway, e go nie ma., cho
ju by wit i widzielimy si nawzajem, odrniajc z atwoci znajome sylwetki zaogi i brygady
mechanikw.
Pierwszy Pryszczyk spostrzeg brak jednego z nas przy samolocie.
- Pana podchorego nima? - zapyta gono.
Wszyscy si obejrzeli. Czyby odszed sam, nie czekajc na nas?
- Ranny!

38

Dispersal - obszar na lotnisku przeznaczony do parkowania samolotw.

Nie. Przypomniaem sobie zaraz, e wychodzc z maszyny widziaem go, jak siedzia przygarbiony
w przedniej wieyczce.
To pewnie bya myl, ktra nam wszystkim jednoczenie przemkna przez gow. Rzucilimy si do
schodkw. Gral by pierwszy. Za nim wszed Zygmunt i zaraz zawoa:
- Nie wacie tu wszyscy; wyniesiemy go!
- O rany... - jkn Pryszczyk.
Skupilimy si u wazu, pod kadubem.
- Jestecie tam? - spyta po chwili Gral z ciemnego wntrza.
- Jestemy. Co mu jest?
- Nieprzytomny.
W otworze zwisy nogi w futrzanych butach.
- Trzymacie?
Kilka par rk unioso bezwadne ciao Bujaka.
- Pryszczyk, po doktora - powiedzia Zygmunt. - Gdzie jest sanitarka?
Samochd sanitarny sta opodal, pod hangarem. Pryszczyk ju bieg w tamt stron. My tymczasem
uoylimy Bujaka na rozcielonym paszczu, podoywszy mu pod gow spadochron. Blady by jak
kreda. Oczy mia potwarte, martwe; rce lodowato-zimne.
Nadjecha lekarz, sanitariusze wynieli nosze. Zabrali go i odjechali.
Spojrzelimy po sobie.
Nikt nie powiedzia ani sowa. Mechanicy milczeli take. Tylko Pryszczyk powtarza swoje o rany.
*
Spowied w Intelligence Service cigna si nieznonie dugo. Kadego wypytywali
o najdrobniejsze szczegy; nudzili, szukali na mapach, wyznaczali i uzgadniali miejsce
bombardowania, kierunki nalotw, wysokoci, cho Zygmunt mia te dane zapisane zupenie
dokadnie. Potem: - Gdzie przedni strzelec zosta raniony?
Merkury warkn, e wanie sami jeszcze nie wiemy. Nie wiemy nawet, czy yje. I - moe by nas
wreszcie pucili, ebymy mogli do niego pj!
Inteligentny nie mg zrozumie, dlaczego jestemy tacy rozdranieni, ale nadal by uprzejmy jak
zwykle.
Wtem zadzwoni telefon. Mwi lekarz z izby chorych. Intelligence Officer umiecha si, powtarza
yes i very good, po czym odoy suchawk.
- Oksygen - powiedzia do nas. - Tlen. On nie mia tlenu. Now he is all right. Dont worry.
*
On nie mia tlenu...

Czy mog zrozumie te sowa ludzie z ziemi?... Czy potrafi sobie uwiadomi, co to znaczy: nie mie
tlenu tam w grze?... Czy pojm, jaka groba mieci si w tym zdaniu?...
Podchory Bujak w cigu piciu czy szeciu wypraw - od czasu gdy si tak zmieni - poczynajc od
wysokoci 14 000 stp zaczyna si powoli dusi. Podczas gdy my wczalimy nasze przewody
tlenowe i oddychalimy normalnie, on wcza swj, ale oddycha tak, jakby go wcale nie mia, bo
przewd by uszkodzony.
Najpierw ogarniaa go senno i apatia. le sysza, czu, e sabnie, e kady choby najmniejszy
wysiek przychodzi mu z trudem i wywouje zawrt gowy. Nie przyszo mu wcale do gowy, e jego
przewd tlenowy nie dziaa. Walczy z sob, nie znajc prawdziwej przyczyny zego samopoczucia
i przypisujc je bd przejciowemu osabieniu organizmu, bd saboci woli. Nie chciao mu si
mwi, sucha, strzela, obserwowa. Ogarniao go lenistwo; niezwycione, zdumiewajce
lenistwo!
Potem byo mu coraz zimniej, coraz sabiej, coraz gorzej. Ju wszystko jedno, co si dzieje i co si
stanie: spa, nie rusza si, nie myle, nie walczy!
A przecie nad celem raz jeszcze si przezwycia, zwaszcza jeeli nie lecielimy bardzo wysoko. Ile
musiay go kosztowa te chwile! Czu si jak czowiek tygodniami pozbawiony snu i odpoczynku. By
przemarznity do szpiku, miertelnie zmczony, saby. Przemoc, najwyszym wysikiem woli zmusza
si do celowania, strzelania do niemieckich reflektorw, do wypowiedzenia paru sw krtkiego
meldunku.
To go tak wyczerpywao, e usypia w drodze powrotnej. Nie, wiedzia, e to brak tlenu... Ba si
zdradzi ze swoj chorob, eby mu nie zabroniono lata dalej, a jego wspaniay, mody organizm
jako wytrzymywa to wszystko a tak dugo.
Na wysokoci 18-20 000 stp cinienie atmosferyczne jest o poow mniejsze ni na ziemi,
temperatura spada do -40 stopni Celsjusza i zawarto tlenu w powietrzu gwatownie maleje. Tlenek
wgla piset razy atwiej czy si z hemoglobin ni w tlen, ktrego jest tak mao. Wystarczy
troch postrzela, eby zatru si spalinami.
Bujak strzela. Zawsze bra z sob ca wizk szmat do maszyny, mwic, e mu olej zachlapuje
szyby, wic musi je przeciera.
- Skd olej? - zdumiewa si Talaga.
Teraz ju wiedzielimy, po co mu byy potrzebne te szmaty: wymiotowa po strzelaniu. eby nie byo
ladw w wieyczce, uywa szmat i wyrzuca je przez odwietrznik.
Potem, skoatany, na p ywy, dusi si jeszcze przez dwie, czasem przez trzy godziny drogi
powrotnej.
Nam, ktrzy mielimy tlen, byo nieraz bardzo zimno. Jake musia marzn on - osabiony,
wycieczony, chory i pozbawiony tlenu!
A przecie na ziemi zdobywa si na umiech, na art, na rozmow, ktr my ucinalimy, zirytowani
jego nawaleniem w powietrzu.
Kada nastpna wyprawa musiaa by dla niego gorsza ni poprzednia. Myl o tym, jak bdzie si czu
przez te pi, sze czy siedem godzin, musiaa by zmor kadego wieczora. By coraz sabszy, coraz
bardziej wyczerpany nerwowo, fizycznie i moralnie. I coraz mocniej zacina si w sobie; nie chcia

opuci zaogi; postanowi si przemc i zosta z nami do koca. Postanowi poprawi si, nie
nawala ju wicej...
Nie powiedzia nikomu o tym, co si z nim dzieje w powietrzu; nawet mnie. Chcia lata dalej, chocia
to latanie byo dla niego mk. Skazywa si na ni dobrowolnie, znosi nasze cierpkie uwagi i ani razu
si nie zdradzi, e cierpi.
Wytrzyma tak sze wypraw. Nie wiem, ile wytrzymaby jeszcze, gdyby Merkury tym razem nie
wydrapa si z Genowef na 22 000 stp w drodze powrotnej. Na tej wysokoci Bujak zemdla. Na p
uduszonego wycignlimy z gondoli.
- Ma chop zdrowie, ja wam powiem - owiadczy Merkury. - Ja bym zdech za pierwszym razem.
Chcielimy zaraz i do niego, ale lekarz nas nie puci.
- Mao go nie utrupilicie - powiedzia z wyrzutem. - Teraz ja si nim opiekuj. Przyjdcie w poudnie,
to go moe zobaczycie.
Nie protestowalimy: niejednemu z nas ten zacny konowa uratowa poamane gnaty, a bodaj i ycie.
Poszlimy tedy spa, a przed poudniem zebralimy si na lotnisku, eby razem z mechanikami
odwiedzi Bujaka.
Okazao si, e wszyscy mielimy nieczyste sumienia, bo kady myla o jakim podarunku dla
biedaka, ktrego uwaalimy tak dugo za nawalacza.
Merkury koniecznie chcia mu zanie butelk whisky.
- Przecie on nie pije - zauwayem.
- Nic nie szkodzi: my wypijemy za niego - upiera si byy handlowiec.
Pryszczyk zwdzi z magazynu butl tlenu, eby Bujak mia czym w ty chory izbie oddycha.
- Ja mu napisaem sonet - wyzna skromnie Koza.
Stropilimy si.
- To go moe dobi - mrukn Zygmunt.
Ale Koza owiadczy, e sonet jest bardzo pikny. Pisa go w tym czasie, gdy my spalimy smacznie,
wic nie byo rady. Zreszt Merkury susznie utrzymywa, e kto wytrzyma tyle lotw bez tlenu,
wytrzyma i sonet.
Postanowilimy poza tym zanie naszemu przedniemu kwiaty. Kady z nas troch si wstydzi i
z kwiatami do kolegi, jak do panienki z dobrego domu, ale wiedzielimy, e zrobi mu to wielk
przyjemno. Wic nasi mechanicy pod wodz Merkurego wygolili do czysta z r klomby przed
kasynem, a Talaga zwiza potny wieche przewodem tlenowym, ktry wywlk z Genowefy. Tym
wanie przewodem.
No i - poszlimy, omal nie parami jak ochronka do pierwszej komunii.
Konowa - poczciwy chop - nie powiedzia jeszcze Bujakowi o tym przewodzie, eby nam t
przyjemno zostawi, wic przed drzwiami wynika sprzeczka, kto bdzie zwiastunem nowiny.
Uzgodnilimy wreszcie, e Talaga, jako brygadzista odpowiedzialny za maszyn.

Bujak lea na ku na wprost drzwi, blady jeszcze, ale ju ywy, jak stwierdzi Pryszczyk, ktry
szed za mn. Zobaczywszy t ca deputacj z kwiatami i dyndajcym wem przewodu, nie bardzo
wiedzia, co to za heca, ale umiechn si na wszelki wypadek i wycign rk na powitanie.
To nas speszyo: jako gupio byo wita si z nim kolejno, jakbymy si licho wie jak dawno nie
widzieli. Na szczcie Talaga si zorientowa i wystpi z oracj: e tlen, e przewd, e nikt nie
wiedzia, bo przegld okresowy dopiero w przyszym tygodniu, e si cieszymy ze szczliwego
zakoczenia i...
- Tu wanie te kwiaty, a ten przewd - na pamitk.
Bujak z pocztku sucha, mruga (troch z wysiku mylowego, a troch ze wzruszenia), a zrozumia:
tlen! Nie adna choroba, nie lenistwo, nie brak woli, tylko brak tlenu!
Wtedy go wzio: rozmik na dobre i pobecza si z radoci, podczas gdy my zaczlimy gada jeden
przez drugiego i ciska go za rce, bijc si w piersi za sdy o nim niesprawiedliwe.
On milcza i spoglda po nas z umiechem przez zy, a wreszcie troch mu przeszo i pocign mnie
za rkaw.
- To zostaj z wami, Herbert, tak?
- No pewnie, e zostajesz! - odrzekem z przekonaniem. - Jakeby mogo by inaczej?!
- Uff - westchn z ulg i rozemia si ju na dobre. - Ale mi dao szko! Co ja amunicji przez to
namarnowaem, mj Boe..
Zygmunt poklepa go po ramieniu.
- Odbijesz sobie w pierwszej wyprawie, nie martw si.
Nikt z nas wwczas nie mg nawet przypuszcza, jak prorocze to byy sowa.

18. wite bomby


Pierwszy tydzie sierpnia roku 1942 by dla nas i dla Genowefy bardzo mczcy: Hanower, Kolonia,
Lubeka i dwukrotnie Hamburg. Pi wypraw w cigu siedmiu nocy. W dodatku latali z nami na te
wyprawy kolejno a trzej strzelcy przedni, poniewa Bujak utlenia si w izbie chorych pod opiek
naszego konowaa.
Pierwszy z tych strzelcw, modziutki chopak, bardzo zreszt miy, nie wytrzyma nerwowo
hanowerskiej ani i trzeba go byo zamieni. Drugiego postrzelili Niemcy nad Lubek. Trzeci, stary
wyjadacz, czterdziestoletnie chopisko - dosta wietrznej ospy czy odry. Wstydzi si okropnie tej
dziecicej choroby, ale nie byo innej rady: zabrali go zaraz po drugim Hamburgu do szpitala dla
zakanych, niemal prosto z maszyny. Zygmunt mu jeszcze przygada na odjezdnym, eby do nas
napisa, czy nie ma kokluszu i czy przysa pieluszki, ale tak czy owak - zostalimy bez przedniego
strzelca i nie polecielimy ani na Koblencj, ani na Brem.
Merkury mwi, e to lepiej, bo kilka naszych zag stamtd nie wrcio, a i my moglimy nie wrci.
Zreszt trzeba byo odpocz, bo Genowefa te si zmczya, a mechanicy ledwie yli, nie pic, nie
jedzc, eby tylko wydy z robot.

Gral si na to zirytowa i powiedzia Merkuremu, e po to jestemy, eby lata, a mechanicy po to,


eby tyra, i e nie wiadomo, kto nie wrci z nastpnej wyprawy.
To brzmiao jak groba lub jak memento, ale Merkury si nie przej, tylko zaprosi Koz na
jednego, bo na kolacj mia by oso z puszki, a Merkury utrzymuje, e w takich wypadkach
koniecznie trzeba kapk si napi, eby oso nie pomyla, e go psy jedz. Przypuszczam, e
w danym wypadku oso nie mg mie adnych wtpliwoci co do ludzkiego pochodzenia tych
dwch konsumentw: widziaem ich obu wieczorem, jak si odprowadzali do baraku, obaj ciko
wiszc na skrzydo. Merkury opowiada, jak w cywilu sprzedawa diagonale i szewioty, a Koza
deklamowa sonety wasnego wyrobu...
Zygmunt z Gralem pojechali do Lordwny, chrzestnej matki dywizjonu, dalej szturmowa t
niewzruszon cnot, ja za wojowaem pirem w Kronice, odrabiajc zalegoci.
Wreszcie po kilku dniach Bujak wrci. Powitalimy go z radoci, bo si ju wszystkim to nierbstwo
sprzykrzyo, a dywizjon wanie mia skada nocn wizyt Niemcom w Wilhelmshaven, gdzie nas
jeszcze nie byo.
Oblatalimy przed poudniem nasz Genowef, sprawdzilimy przewody tlenowe, uzbrojenie
i przyrzdy, po podwieczorku za ruszylimy w bojowym nastroju na odpraw.
Odprawa - jak odprawa: kady specjalista myli, e najwaniejsze jest to wanie, o czym sam mwi.
Ale robota - wana robota - zaczyna si dopiero po odprawie. Studiujemy komunikat
meteorologiczny, kombinujemy tras, dobieramy prdkoci na poszczeglnych jej odcinkach, po
czym setki cyfr zapeniaj log39 Zygmunta.
Kada zaoga ma swoje chody i sposoby na dojcie do celu i powrt do bazy. Jedni lec zawsze tym
samym szlakiem na te same cele, jak sonki na wiosn. Inni - zalenie od pogody - zmieniaj tylko
wysoko lotu nad morzem i nad nieprzyjacielskim brzegiem. Jeszcze inni chodz na nos: tu
odskocz w bok z kursu, tam wrc; id wprost na zapory artyleryjskie, eby w ostatniej sekundzie
wykrci i przedefilowa wzdu nich bez gazu, cicho, niby cie wymykajcy si noycom reflektorw;
klucz midzy obokami, schodz pod nie lub pchaj si w chmurach; wracaj nad sam wod albo
nieomal w stratosferze. Zalenie od dnia, od wiatru, od nastroju, od przeczucia, od dziesitkw
drobnych okolicznoci i nawet przesdw.
Bo nocna wyprawa jest gr, a zaogi bombowcw s graczami. Jedne id va banque, inne podwajaj
za kadym razem stawk, inne graj ostronie, inne uywaj wybiegw przeciw zmiennemu losowi,
jeszcze inne wierz w fatum, ktre t gr rzdzi.
Na Genowefie za jest tak, e kady z nas myli troch inaczej, ale zgadzamy si w sumie doskonale.
Zaczynajc od przodu - Bujak jest optymist: jakkolwiek polecimy, damy Niemcom szko i nic si
nam nie stanie; Gral wierzy wicie, e jeli dotd yjemy, to wycznie dziki jego wykrtasom
i lotom w chmurach; Merkury powiada, e do celu najlepiej nie lecie w ogle, a jak ju koniecznie
trzeba - to wszystko jedno jak, byle prdko; natomiast wraca lubi wysoko i prost drog; Zygmunt
powoduje si przeczuciami; Koza wierzy w swoje radio i w opatrzno: klnie i modli si na przemian;
wreszcie ja podzielam po trosze przekonania ich piciu, a nade wszystko ufam, e damy sobie rad,
bo - nie ma co ukrywa - zaoga jest dorzeczna.
Zaoga jest dorzeczna - tak. Gdyby nie to, moe nie wrcilibymy tym razem znad Wilhelmshaven...

39

Log - dziennik pokadowy, w ktrym nawigator zapisuje opracowan oraz rzeczywicie odbyt tras lotu.

*
Komunikat meteo przepowiada same przykroci: silny wiatr pnocno-wschodni, bardzo niska
temperatura w grze, grady, deszcze i burze magnetyczne. Niby jak na jedn noc, to dosy...
- A bombek ile na ten raz? - pyta Zygmunt.
Gral niechtnie wymienia powan ilo funtw.
- Mam z tym wyj na 18 000 - dodaje z gryzc ironi.
Merkury robi beznadziejn uwag, e trzeba by poyczy jeszcze z piset koni mechanicznych, aby
Genowefa zdobya si na podobny wyczyn, i przechodzimy do porzdku nad t niewykonaln spraw.
Omawiamy tras powrotn, zjadamy kolacj i jedziemy ciarowym samochodem do dispersalu,
czyli - jak si to nielogicznie teraz po polsku nazywa - do punktu rozproszenia.
Po chwili cisz wieczorn zaczynaj dry blisze i dalsze warkoty, pomruki i ryki silnikw, a potem
migoc latarki elektryczne w rkach obsugi startowej, ktra kieruje maszyny na zawietrzny skraj
lotniska. Jak za dotkniciem rdki czarodzieja, zapalaj si wszystkie naraz czerwone wiata
przeszkd na dachach budynkw i na masztach radiostacji.
- Halo, Genowefa! Halo, Genowefa! - w suchawkach.
Zatrzaskuj pancerne drzwi mojej ciasnej wieyczki tylnego stanowiska strzeleckiego w ogonie
samolotu.
- Gotowi?
- Gotowi!
Ziemia rusza z miejsca i wykrca w lewo. Sylwetki mechanikw ze wzniesionymi ramionami
i odgitymi w gr kciukami obu doni. Trzsie, chrobocze, oleo-pneumatyczne amortyzatory dobijaj
twardo na nierwnociach. Potem - gadki betonowy runway. Rzd latar startowych. Budka
radiostacji. Polizgi wiata na trawie sczesywanej pdem wichru cd migie. W oddali, w mroku czarny cie wellingtona oddzielajcy si od ziemi...
I znw: - Halo, Genowefa! - w suchawkach.
Silniki omoc - raz lewy, raz prawy; zamiata mn w zakrtach po runwayu.
Wreszcie - Good luck! - i startujemy.
Zielone wiato oddala si, oddala, oddala... Na prawo wyskakuj raz po raz lampy, znaczce drog
rozbiegu. Ziemia klei si do podwozia, nie puszcza. Od rozkraczonych goleni przez podunice kaduba
id dreszcze i udzielaj si statecznikom ogona, ktre szarpi moj wieyczk, jakby w konwulsjach.
Wiem, e Genowefa dobywa wszystkich si: nabra pdu! Uly podwoziu! Oderwa si od ziemi!
Czuj wszystkimi nerwami ten straszny wysiek i sam podwiadomie bior w nim udzia. Wstrzymuj
oddech, napinaj mi si wszystkie minie, a w gowie panuje tylko jedna myl: naprzd! Naprzd i w
gr!
miga ubijaj fale powietrza na gsty, twardy nurt, ktry wali o ziemi i wygina grzbiet, by dwign
na nim skrzyda. Podsadza si pod nie, spra si coraz mocniej, coraz gwatowniej, z si wciekoci,
za ktr czyha ju tylko rozpacz u koca runwayu. Silniki wyj, pacz, skar si bolenie. Rzekby
nie dadz rady, bo wypr wci jest za may w stosunku do ciaru maszyny; ogromne paty skrzyde

orz zbity, oszalay od pdu potok wichru i nie mog znale na nim dostatecznego oparcia; zelizguj
si po jego powierzchni, grzzn w nim i ton, pki znw nie podeprze ich amortyzacja podwozia.
Genowefa przysiada i toczy si, caa rozdygotana, spazmujca, niemal pokonana przez si
przycigania ziemi. Ale gdyby si teraz poddaa - nie starczy ju lotniska na wytracenie pdu. Wic,
posuszna sterom, gna dalej naprzd.
Teleskopowe czony goleni tpo uderzaj na kadej nierwnoci betonu. cigna drgaj i dwicz,
jakby miay lada sekunda pkn. Silniki zdaj si wyamywa z oysk, a wibracja kaduba trzsie
wszystkimi instalacjami, ktre dostay febry i dzwoni szkem i metalem. Genowefa cierpi, lecz musi
wyj w powietrze albo roztrzaska si w kawaki...
Genowefa cierpi... Taki start, start z takim obcieniem pewnie jest dla niej okrutn prb. Czuj t
straszliw mk wybijanych staww, t szarpanin cigien, te skrty kaduba i omdlenia skrzyde,
bulgot wypenionych zbiornikw, stkanie wntrznoci opchanych bombami, cikich, nadrywanych
podskokami na wybojach, t nieznon wibracj przyrzdw i zegarw, to bolesne mienie
wewntrznych wiate ekranowych i drenie nerww radiostacji - lamp i anten. To musi by
okropne... Ale maszyna musi to wytrzyma, jeli ma istnie nadal. Oto opuszcza lekko ogon, by uly
podwoziu, jakby si wspinaa na palcach. Golenie przestaj dobija, pneumatyki k ledwie muskaj
powierzchni runwayu. Jeszcze chwila...
Zaciskam pici a do blu.
- W gr... W gr, Genowefo!
Czuj, jak skrzyda wchodz na tgo ubity nurt, twardy jak olbrzymia stalowa spryna. Ugina si pod
nimi, spaszcza si, ale niesie! Niesie! Ogon dwiga si do poziomu i teraz pdzimy rwnolegle do
ziemi, lecz ju ponad ni. Opyw syczy w antenie, zaczynaj gwizda fletnery na sterach i - wypycha
nas w gr: ostatnie czerwone wiata pyn coraz wolniej, zapadaj w d, malej.
- No - mwi Gral - to by byo to.
*
Pchamy si przez chmury na lepo. Nord-East cwauje po nich to tu, to tam, przysiada gdzie
zmczony i zrywa si, jakby go diabe uszczypn w poladek. Tratuje gste chmurzyska, czarne od
grozy i rude od zoci, skacze na Nord, odbija si, jakby mu Pnoc daa w pysk, i zatacza si na East,
by na eb, na szyj run w d, w jak powietrzn przepa, w ktr Genowefa zapada za nim, nagle
tracc oparcie. Robi si lekki, jakbym by z papieru, i mimo woli chwytam rkami za krawdzie mego
krzeseka, eby nie uderzy gow o kopuk wieyczki.
Lecz w tej samej chwili wszystkie moje czonki, serce, puca i wntrznoci napeniaj si oowiem; a
mnie przygina w krzyu od tego ciaru. To pod skrzydami samolotu pk olbrzymi bbel gstego
powietrza, cinity z dwch stron napierajcymi falami wichru. Pk, chlusn w prni, rozla si,
wypeni sob przepa i dwign nas w gr, by rzuci w zakrt innego podmuchu, ktry zawinie
maszyn i poda j nastpnemu z kolei. Ten wpadnie na skrzydo, wymknie si spod niego i grzmotnie
sprystym bem w drugie, a potem zatarga sterami i znw skoczy w jak studni, eby nas tam za
sob pocign.
Tak byo cigle, od stu pidziesiciu stp do szeciu tysicy, niemal od chwili startu - przez trzeci
cz drogi.

Dopiero na wysokoci siedmiu tysicy wicher nieco si uspokaja i tylko wertepy, way, leje i wyrwy
powietrznego poligonu chwiej maszyn wrd chmur. Jest bardzo ciemno. Lecimy jak w rozpylonej
sadzy, nie widzc nic zgoa, nie wiedzc, czy jestemy jeszcze cigle w chmurach, czy te przebilimy
ich warstw.
Nagle w tej czerni wybucha blask: olepiajcy, bkitnobiay, ogromny.
Niezmierny przestwr ockn si, mrukn ciemn powiek nocy, spojrza przeraliwie jasnym
wzrokiem, ktrego nie mog znie ludzkie oczy, i znw zapad w drzemk.
Byskawica owietlia skbiony odmt chmur tu pod skrzydami Genowefy, ciki brzuchaty ich
okap, ktry zdaje si urywa nad nami, i kilka sposzonych, rozpezych obokw na naszej drodze.
Ziemi nie ma. Nie ma ani gwiazd, ani nieba. wiat, w ktrym istniejemy, skada si z chaosu chmur,
z wwozw, dolin i przeczy midzy nimi. Soce, dzie, mj pokj, ziele lotniska, wszystko, na co
patrzyem jeszcze niedawno - zaledwie kilka godzin temu - oddalio si tak niezmiernie, jest takie inne
ni to, co mnie otacza, e wydaje si niemal nieprawdziwe, nie istniejce.
Nowy bysk potguje to uczucie; walimy prosto w otwart luk spitrzonych gr gstej pary, gr
o zmiennych, ruchliwych ksztatach, gr-niegr, potwornych worw, baniastych kopu
ponasadzanych wzajem na siebie, wydymajcych si, pezajcych, wijcych si w konwulsjach,
kipicych i puchncych, poerajcych si nawzajem i miotanych torsjami. Nie ma nic wicej.
Harmonia tamtego, ziemskiego wiata zgina. Jest tylko chaos, rozrywany biaymi zbami byskawic.
Mrok pruje si teraz co chwila wzdu krzywych, zygzakowatych szww i zrasta natychmiast, jeszcze
czarniejszy, jeszcze bardziej gsty. Raz po raz cie samolotu wyskakuje na chmurach przede mn
z boku, to bliski i prawie czarny, to daleki, mglisty, szary z otcz dokoa - zalenie od tego, z ktrej
strony wyszczerzy si byskawica.
Midzy zdwojonymi lufami karabinw maszynowych nieustannie przeskakuj iskierki wyadowa
elektrycznych. Jeeli zbli do do jakiegokolwiek metalowego przedmiotu, w kocach palcw czuj
ukucia takich samych iskierek.
W suchawkach - trzaski. Chrypicy, jakby czkawk przerywany gos Kozy:
- Wyczam radio.
Prbuj obrci wieyczk: w lewo, w prawo. Iskrzy!
Z fletnerw na sterach ciekn paciorki pynnego wiata; zatrzymuj si na krawdzi i skacz w mrok.
Skrzyda fosforyzuj. Pokrywa je wieccy szron, ktry rozprzestrzenia si nieregularnymi plamami
blasku, znika i znw si ukazuje. wieci biao, zielonawo, bkitnie. Pezajce, ruchliwe meduzy, we
i smoki wij si po kadubie. Mno si, rosn, to znw malej, dziel si i cz, zmieniaj ksztaty,
przeobraaj si, zlewaj si i li burty, by po chwili znw skoczy na skrzyda i taczy na lotkach jak
rozbawione chochliki. Grna antena dry jak pajczyna pokryta ros i strzsa kropelki blasku
osiadajce na niej nie wiadomo skd; dolna, lekko wygita pdem, byszczy jak wypolerowana
stalowa klinga.
Genowefa pawi si w ywym srebrze elektryzacji i sieje smugi lnicego pyu, caa w aureoli
wyadowa, drgajca, nierzeczywista jak zjawa, ktra moe rozwia si i znikn.
- Osiem tysicy stp - chrypi gos Merkurego.
Bujak zawiadamia nas ze swego przedniego stanowiska, e jeszcze w yciu swoim czego takiego nie
widzia, na co Gral odpowiada opryskliwie:

- To si przygldaj.
Ta krtka wymiana sw wraca mi poczucie rzeczywistoci: lecimy na Wilhelmshaven; to nie jest sen
z palarni opium, tylko jawa.
Gral si irytuje, e nie moe wycign maszyny wyej. Nic go nie obchodz niezwyke zjawiska
burzy magnetycznej w luce midzy chmurami. Koza martwi si o radio, ktre zwariowao w tych
warunkach, a Zygmunt z ca swoj wiedz nawigacyjn jest jak tabaka w rogu, bo - ani namiarw,
ani ziemi, ani gwiazd.
Wreszcie po godzinie wychodzimy z chmur.
- Widz gwiazdy! - woa Bujak.
Ja ich jeszcze nie widz, bo siedz tyem do kierunku lotu. Za to widz w dole co jakby fale na morzu.
Pod nami jest rzeczywicie morze usiane wyspami, na prawo za, o cztery - pi mil, brzeg
holenderski. Idziemy rwnolegle do tego brzegu i dopiero teraz nabieramy nieco wysokoci. Merkury
melduje: 9 000, 10 000, 11 000...
Wszystko to jest jednak bardzo mao. Kady z nas dobrze rozumie, e jestemy cigle w zasigu
artylerii wszystkich kalibrw.
A co bdzie nad celem?...
To nie jest myl krzepica. Kady zadaje sobie takie pytanie i kady stara si t myl odpdzi: moe
uda si wej choby na 15-16 000?...
Kady wie, e si nie uda; e uda si nie moe, bo do celu jest ju zbyt blisko. A w lad za tym
trzewym stwierdzeniem prawdy pyn natrtne myli o ratunku przed miertelnym
niebezpieczestwem.
Mamy prawo nie lecie nad cel w takich warunkach!
Moemy skrci o 90 stopni w lewo, na pnoc i wyrzuci bomby w morze!
Powinnimy zawrci!
Za nic na wiecie pierwszy nie wypowiem takiego zdania. Nie wypowie go aden z nas, cho kady
czeka, by je wypowiedzia ktokolwiek.
Gdyby jednak zostao wypowiedziane, wszyscy by zaprotestowali. Bo wolno nam si ba, ale nie
mona o tym mwi.
Nie zawrcimy. Nie skrcimy na pnoc. Nie wyrzucimy bomb do morza, bo te bomby s wite, jak
raz powiedzia Bujak.
Nie potrafi tego tak krtko i prosto wytumaczy, jak on to uj, cho nie kady od razu to pewnie
zrozumie. Ale Bujak ma racj: te bomby s wite. Musz upa na ziemi niemieckiej i wybuchn. To,
e mamy mono bombardowa Niemcy, jest naszym przywilejem. Nikt inny z Polakw tego
przywileju nie ma; tylko my. Wic nie mamy prawa zrzec si go, pki yjemy. To s nasze, polskie
bomby, cho pochodz z brytyjskiej fabryki. Dlatego s wite, dlatego kada musi wybuchn
w celu, dlatego nie rzucimy ich do morza.
Dlatego take polecimy nad cel na tej idiotycznej wysokoci, na ktrej moe nas dosign kady
pocisk. To ju trudno; nad celem bdzie gorco, ale my tam dolecie musimy.

Maszyna leci teraz spokojnie - moe z powodu wikszej wysokoci, a moe dlatego, e minlimy
front burzowy. Rozgldam si po niebie. Ksiyc wlecze si midzy obokami, umiecha si
wynurzajc zza nich jajowat, spaszczon gb i smutnieje, gdy go zakrywaj.
Wtem na lewo w skos, troch powyej nas, dwie mae gwiazdy ruszaj z miejsca. Przecieram oczy
z niedowierzaniem. Ale tak! Pyn po wielkim uku w nasz stron, rosn, mijaj inne gwiazdy...
- Samolot od ogona! Widz wiata pozycyjne - piset jardw.
- Jak to? Ma wiata?! - pyta naraz kilka gosw.
Potwierdzam, starajc si przezwyciy skurcz garda.
- Uwaaj, Gral!
Gral mwi:
- Daj mu szpryca, tylko nie za wczenie - i zapada milczenie.
Obca maszyna zblia si wolno. Jej pilot chyba nas nie widzi, bo podchodzi raz z lewej, raz z prawej,
oddala si i znw nas dogania, jakby traci lad i znw go odnajdywa. Wreszcie znia si na nasz
poziom i trawersuje lekko o dwiecie jardw od prawej ku lewej.
Teraz - myl.
Seria! - Zgasi...
Ale w tej samej chwili co dzwoni po kadubie, odzywaj si karabiny Bujaka i czarna masa jak olepy,
wystygy meteor przewala si nad nami.
Machinalnie naciskam spust - za pno! Seria mija znikajcy cie i chybia.
- To drugi! - woam dygocc z emocji.
- Atakowa z przodu, z gry - mwi Bujak. - Ten nie mia wiate!
- Uwaga, Bujak!!! - wrzeszczy Merkury. - Uwaga! Na prawo wiata!
Bujak strzela i natychmiast z mroku nade mn czterema smugami sypi si koraliki pociskw.
Szarpi karabinami, wykrcam wieyczk - poprawka - ognia!
Znw za pno. Smugi tamtego nikn, sysz, jak kto klnie i potem Bujak:
- Ten obuz...
Nie sysz koca zdania; nowa seria guszy sowa i... jest! Czerwona i zielona gwiazda podchodz za
ogon! Strzelam, prowadzc ogie przed nimi, a potem przepuszczam je w smugach moich pociskw.
Odszed. Zwalniam nacisk palcw i sysz krtkie serie Zygmunta i Bujaka - to razem, to na zmian.
Koza klnie:
- Odbiornik mi, cholery, postrzelali...
Znw co przewija si koo nas - o sto jardw? - o pidziesit jardw?...
Bujak strzela i...
- Uwaga, Herbert! Z lewej!

Podrywa mnie, mao mi oczy nie wyskocz z czaszki.


- Jest!
Wal. Bujak strzela take. Midzy dygotem serii raz po raz sysz urywane sowa, strzpy okrzykw
i wreszcie:
- Dosta! Patrzcie, jaki wybuch!
- Hura! - wrzeszczy Koza.
Wszyscy naraz gadaj - nie mog zrozumie...
- Powiedzcie mi...
Znw kilku naraz:
- Bujak go zwali! Rozlecia si! Pali si... same miecie! Bujak...
- Przed nami reflektory - mwi Bujak.
W maszynie peno dymu i czadu, ktry z wolna uchodzi przez odwietrzniki i szpary. Robi mi si mdo,
mimo tlenu. Stracilimy ze dwa tysice stp wysokoci, a reflektory macaj: pod nami na lewo, na
prawo, wyej... Jestemy nad ldem.
Zygmunt pyta:
- Jaki masz kurs?
- 80 - podaje Gral. - Ale grzej!
Po chwili Zygmunt ustala:
- Minlimy Emden. We 75.
Wkrtce potem:
- We 70.
Ziemia wysya ku nam setki i tysice pociskw. Rodz si w dole byski i iskierki, pdz, coraz wiksze,
gasn u szczytu drogi albo migaj rozpryskami wybuchw. Ronie napicie nerww. Kady z nas czeka
wstrzymujc oddech.
Reflektory, zapory ogniowe, stoki. Pociski id wysoko nad nami, odamki trzepi po skrzydach
z gry. Widz brzeg zatoki, wic wychodzimy chyba na poudnie od celu?
Tak. Zygmunt zduszonym gosem mwi:
- Kurs 350. Zamknij gaz.
Brzeg naszpikowany reflektorami usuwa si, wykrca. Ogie jest tak gsty, e nie mona zrozumie,
jakim cudem Genowefa trafia na przestrze woln od wybuchw.
Nagle ostre wiato zalewa moj wieyczk i zapewne cae wntrze gondoli. Jeden, dwa, trzy
reflektory... Ju skaniaj si ku nam ze wszystkich stron. Genowefa byszczy jak srebrna waka: kilka
promieni skupia si na niej i sunie razem z ni przez niebo. Nad caym ogromnym dnem nocy nie ma
nic wicej, tylko nasza maszyna, schodzca coraz niej i niej nad setki dzia, ktre teraz bij do niej
wszystkie - wszystkie razem!

Wiem, e wzrok kadego kanoniera wpatrzony jest w Genowef, ktra byszczy jak przynta u wdki
na pstrgi.
Kiedy rozprynie si w ogniu pociskw?...
Cae niebo, pokrelone pasemkami wiate reflektorw, zbiego si w jeden punkt. Jest tak, jakby to
Genowefa wysyaa ogromny; snop promieni, obejmujcy ziemi. Ona jest punktem centralnym. Ona
jest najwaniejsza. Ona jedna przeciw tylu bateriom!
Schodzi w d majestatycznie, wolno, syczc i gwidc opywem powietrza na sterach i w antenach.
Schodzi w d, prowadzc z sob po niebie pochylajcy; si stoek reflektorw. Jest patetyczna w tym
spokoju prostego lotu lizgowego na zamknitym gazie. Miele bez popiechu migami lnicymi
w blasku jak lustra, a na nitce jej celownika sunie ziemia przed wzrokiem Zygmunta.
Rzucamy flary40, eby t ziemi lepiej widzie. Jedna zgasa w rozprysku granatu, ale druga ponie
i widz j, jak zostaje z tyu za nami. wieci: widz miasto - port - nabrzea - statki
Cigle idziemy w d bez gazu. I cigle yjemy!
Jakim cudem?!
Widz za ogonem raz po raz kbki dymu i byski; po pi, po dziesi wybuchajcych pociskw.
Odamki trzepi po skrzydach, dzwoni o metalowe ebra, zgrzytaj po wieyczkach. Sysz wybuchy.
Jak dugo to ju trwa? Kwadrans? Godzin? P minuty? Nie wiem, nie umiabym odgadn.
Wreszcie - peny, dwiczny jak dzwon na alleluja, gos Zygmunta:
- Uwaga: bomby!
Widz je doskonale, jak migaj w pasmach wiata i kiwajc si lec w d. Zaraz potem gwatowny
myniec porywa nas w lad za nimi.
- Trzymajcie si! - woa Gral.
P zwitki korkocigu wtacza mnie w oparcie niskiego siedzenia i natychmiast rzuca z powrotem na
tylce karabinw. Serce zatrzymuje si na sekund i rusza cwaem. Strach skacze do garda.
Co si stao?
Odpowiedzi nie ma. Spadamy w d z szeciu czy siedmiu tysicy stp, jakby si nam urway skrzyda
albo stery. Spadamy, prowadzeni bez przerwy reflektorami; w potopie olepiajcego blasku - prosto
do morza. Maszyna wyje pdem, gwide, szamoce si. Sysz gosy zaogi, ale nie rozrniam sw.
Nie mog ruszy z miejsca wieyczki; zapewne zacia si albo mechanizm zosta uszkodzony
pociskami. Jestem uwiziony i nie zd wyj, jeli nawet nie zgin natychmiast przy uderzeniu
o wod.
Jaki parali opanowa mi myli i nerwy; wiem, e gdzie w moim mzgu czy w instynkcie zapali si
lont przeraenia, ale pomie jeszcze nie doszed do adunku i wybuch nie nastpuje. Nie
uwiadamiam sobie jasno grozy tego, co si dzieje. Tego, co si tak krtko bdzie jeszcze dziao... Nie
umiem sobie powtrzy, uprzytomni, nie umiem zrozumie, e nas zestrzelono, e giniemy, e to
koniec.

40

Flara - raca owietlajca, zaopatrzona w spadochronik.

Nie rozumiem take, co znaczy mrok, ktry mnie po chwili ogarnia, i ciar, ktry mnie przygniata
coraz bardziej i bardziej. Czuj tylko olbrzymi rozkoysany dzwon w uszach: raz - dwa - raz - dwa..
Och, jak sabo... Czy tak si umiera?...
Nawet ten dzwon ju cichnie...
- Herbert! Herbert! Herbert!
Nagle budz si z omdlenia.
- Herbert!
- Czego... - chc powiedzie: czego chcecie?, ale nie starcza mi gosu.
- yje, nic mu nie jest - mwi Gral.
Aha, to o mnie. Nagle wracaj mi siy.
- Czego chcecie? - pytam gono.
Kto si mieje.
- Alemy im wyrwali, no!
- Byli pewni, e nas zestrzelili, a my - cyk! nad sam wod i - moje uszanowanie! - cieszy si Gral.
- Przestali nawet strzela - potwierdza Bujak.
Rozgldam si dokoa. Lecimy nisko nad morzem. Daleko, daleko wida byszczce reflektory i ogie
artylerii, i uny poarw To Wilhelmshaven si pali.
A my yjemy! Nie urwao nam ani skrzyde, ani sterw, tylko Gral zaryzykowa sze tysicy
pionowej piki, eby wyj z ostrzau niemal wszystkich naraz baterii obrony przeciwlotniczej i wyszed! Poczciwa stara Genowefa wytrzymaa i teraz niesie nas do bazy. Podziurawiona,
z posiekanymi na strzpy burtami, z przestrzelonym radioodbiornikiem, ale ywa, grajca basem
silnikw, lekka i szybka.
O Genowefo!

19. Plama na morzu


Przesunicie naszego dywizjonu z grupy bombowej do przybrzenej nie byo degradacj, tylko miao
na celu umoliwienie nam odpoczynku. Po kadych dwch dniach lotw operacyjnych dwa dni
nastpne odpoczywamy, to znaczy - robimy loty wiczebne, trenujemy z nowymi zaogami itd. No
i nie latamy na razie w nocy - to prawda. Prawda take, i w porwnaniu z wyprawami nad
kontynent, suba w Costal Command moe by traktowana jako zajcie dla rekonwalescentw.
Przybylimy tu, na t now stacj, po ostatnim pechowym miesicu, ktry nas kosztowa kilka zag
bd zabitych, bd zaginionych i kilku ludzi rannych w akcji. Trzeba przyzna, e wszyscy bylimy
wskutek tych strat nieco oklapnici i wyczerpani nadmiern prac. Wic wysali nas na ten koniec
wiata i kazali odpocz.

Warunki do odpoczynku s tu idealne; w promieniu dziesiciu mil nie ma literalnie adnej rozrywki,
adnego baru, dansingu czy te kina; od najbliszego miasteczka, ktre ma czno z cywilizacj
w postaci wyej wspomnianych jej przejaww i gdzie jest take najblisza stacja kolejowa oraz poczta,
dzieli nas czternacie mil krtej, wskiej drogi, wiodcej stale albo z grki, albo pod grk,
obramowanej po obu stronach wysokimi ywopotami. Angielscy kierowcy jed po tych
Somosierrach z szybkoci szedziesiciu mil na godzin, rozbijajc w nieregularnych odstpach
czasu samochody, siebie i pasaerw. Komunikacja kolejowa jest duo powolniejsza - bummelzugi
do Londynu staj na kadej stacyjce, wlok si powoli i aden z nich nie idzie wprost, tylko trzeba si
przesiada i czeka po tych zakazanych stacyjkach o idiotycznych porach. Za to ani na stacjach nie
mona dosta nic do zjedzenia, ani wozu restauracyjnego nie ma w adnym pocigu. Jednym sowem
- sielanka. Sielanka kolejowa z koca ubiegego stulecia...
Zygmunt - na og pesymista - przecie w tym wypadku jest zadowolony z naszego odosobnienia, bo
ani Rubens41, ani adna inna pita kolumna tu do nas nie zaglda przez t komunikacj
i przynajmniej mamy wity spokj.
Mieszkamy w barakach z falistej blachy, czyli w tak zwanych beczkach miechu. Po omiu w jednej.
Mamy sprynowe ka (dla kadego osobne), do dziwaczne komody zamiast szafek na rzeczy (po
jednej na dwch) i co w rodzaju emaliowanych spluwaczek, co ma reprezentowa umywalnie (po
jednej na czterech). Na omiu - trzeba przyzna - jest tylko piecyk elazny. Piecyk wyglda
podejrzanie: tak jakby w nim nie mona byo pali, zwaszcza e wymiarami przypomina sprzt
z domku dla lalek. No, ale tymczasem jest jeszcze lato, a Zygmunt powiada, e tu w zimie cieplej ni
w lecie.
Wieje w tych barakach jak diabli. Kiedy deszcz pada - a pada trzy, cztery razy dziennie - kapie na
pami na kad poduszk, a oczywicie wilgotno jest zawsze, bo dookoa glina jak pod cegielni.
Za to lotnisko - jak preria! Mieli tu sta Amerykanie ze swoimi latajcymi fortecami czy jeszcze
wikszymi gratami, bo runwaye zbudowali - jak mwi Pryszczyk - z powaaniem, na ptorej mili
dugie. eby czowiek nie chcia, musi wystartowa, tyle jest rozbiegu. W dodatku lotnisko i caa stacja
siedzi na czubku ldu, na pwyspie, co sterczy w morzu niby pierg w mietanie, wysoki, stromy,
z brzegami urywajcymi si nagle stumetrow przepaci, na ktrej dnie pieni si i szumi fala
przyboju. T przepaci koczy si kady runway.
Waniejsze jednak od tego wszystkiego jest, e nad barakiem dowdztwa stacji powiewa tylko jedna,
samotna bandera lotnicza. Polska bandera.
Jestemy tu sami. Jestemy u siebie. Na polskiej stacji. Polak jest jej komendantem. Wychodz polskie
rozkazy dzienne; polskie instrukcje (i angielski ich przekad dla nielicznego ziemnego personelu
brytyjskiego) wisz na tablicach i tylko angielski kucharz truje nas w kasynie tymi okropnociami,
ktre wymylili Brytowie, aby zepsu najlepsze na wiecie produkty spoywcze.
Najwaniejsze za jest to, e od razu si nam powiodo w tej nowej dla nas, dziennej pracy na nowej
stacji. Stali tu przed nami przez czternacie miesicy Anglicy i polowali na niemieckie okrty
podwodne, ale nic nie upolowali. A my stoimy kilka tygodni i mamy dwa pewne i par
prawdopodobnych. Mamy szczcie.
To znaczy - ja myl, e mamy szczcie, bo Zygmunt na przykad myli, e to Anglicy nie mieli
szczcia. Nasz kapelan utrzymuje, e - wiadomo - jaki wity (ju nie pamitam ktry) macza w tej
sprawie palce i dlatego... W naszym Inspektoracie myl: Dobry dywizjon, staraj si chopaki, wic
41

Rubens - hotel Rubens, siedziba polskiego sztabu generalnego w Londynie.

utopili. Intelligence Officer podejrzewa, zdaje si, e mamy tak umow z Niemcami, e tylko nam
daj si topi. Nie mog napisa, co myli Pryszczyk, bo mwi bardzo brzydko o aliantach... Zreszt
nie o to chodzi, co kto myli, bo przecie kady w wojsku suy, wic mylenie to nie jego sprawa
i mia czas si odzwyczai. Chodzi o to, e dalimy Niemcom pi; pi do mierci; i - nie piwo!
*
Pierwszego U-boata zauway Lejba i jego zaoga utopia Niemca. (Lejba to nie samolot, tylko drugi
pilot wellingtona F - for Felicja).
Jak sama nazwa wskazuje - Lejba lubi piwo. Oprcz tego lubi lata i kocha je. Poza tym za niewiele
go interesuje.
- Wojn - powiada - tak czy inaczej Wielka Brytania musi wygra, bo taka ju jest tradycja. Wic po
choler mam si przejmowa, e tymczasem lej aliantw? Jak ju bdzie koniec, to si dowiem na
czas.
Nie przejmuje si zatem ani bitw o Libi i Egipt, ani japoskim blitzem, ani kolejn kampani w
Rosji, a bitwa o Atlantyk zacza go obchodzi tylko o tyle, o ile sam w niej teraz bierze udzia.
Lejba jest rumiany, do okrgy, z maym, rwno przystrzyonym wsikiem i troch sennym wyrazem
oczu. Ale te oczy ma doskonae i - jak trzeba - umie patrze. Najlepszy dowd, e pierwszy
wypenetrowa w okrt podwodny.
Opowiada nam o tym zdarzeniu nawigator Felicji, ywy, czupurny Sweet-Franio, tak nazywany
przez pikn pe, ktra w owym chopiciu - diabli wiedz dlaczego - nagminnie si kocha. Moe
zreszt Franio bywa sodki - kto go wie? Na optyk rzeczywicie jest pocigajcy. Akustycznie
znw - aksamitny ma tenor, cho nie jest bardzo gupi. No a na mechanik to taczy bardzo
powczycie... Co do reszty - nie wiem, bomy si nie ciskali i nie caowali, wic na chemi sdzi
go nie mog. A baby na niego lec...
Ale nie o tych babskich lotach czy zalotach opowiada nam tego wieczora, tylko wanie o locie z
Lejb.
Siedzielimy w kilku, z rnych zag; przy kominku w kasynie. Deszcz la naturalnie, bo to byo
w sierpniu, wiatr wy i gania po runwayach jak cae stado zwariowanych hurricanw a tu byo ciepo
i przyjemnie, bo nam fachowiec, spec angielski zapali tgi ogie, a do bufetu przyszed transport
sherry. Do tego posiwiay w bojach i troskach o nasz mess Kazimierz Kdzierzawy dostarczy tac
kanapek z kiebas, ktra zalatywaa black-marketem i czosnkiem, wic mona byo sucha byle
czego, nawet Sweet-Frania, ktry zreszt mwi z sensem.
- Wic, jak wiecie, wystartowalimy wtedy zaraz po lunchu - zacz. - Pogoda bya taka sobie: puap
niewysoki, moe ze cztery-pi tysicy stp, wiatru niewiele i dosy ciepo. Szlimy w rodku
wachlarza, zaraz na prawo od Herberta. No i - nic... W morzu minlimy jaki duy konwj, potem
samotnego Norwega, ktry nam si adnie zameldowa, a potem - pusto. Baca zacz sobie
podpiewywa za sterem bardzo faszywie, wic mu wszyscy wymylali, a Lejba poar wszystkie
kanapki, zagryz suszonymi morelami, i - widz, e si rozglda za kiem; wic si zorientowaem, e
musimy ju by ze trzysta mil od brzegu.
- Dwiecie osiemdziesit - poprawi Lejba ze swego fotela cofnitego w cie, bliej tacy
z przekskami.

- Niech bdzie dwiecie osiemdziesit - zgodzi si Franio. - Nie braem namiarw. Ale ko zaj
radiotelegrafista, bo go brzuch bola po rostbefie i Lejba musia zosta na swoim stanowisku obok
pierwszego pilota. Cae szczcie, bo nikt by tego okrtu nie zauway...
- Cae szczcie, e tamtego brzuch bola, bo Lejba zabra jego porcj i jad dalej - wtrci Baca.
Lejba poczu si dotknity.
- Dostae dwa sandwicze z serem czy nie? - zapyta.
Baca lojalnie przyzna, e dosta, cho w jednym ser by wyjedzony. Kto sign po butelk i napeni
kieliszki. Merkury dorzuci wgla na ogie i niebacznie wyj z kieszeni pen papieronic. Sze czy
siedem rk wycigno si w jego stron, nie dlatego, ebymy nie mieli swoich papierosw, tylko
dlatego, e by to sport: niszczy materialnie oszczdnego handlowca.
- Rabunek - mrukn i sam ju nie zapali.
Sweet-Franio mwi dalej :
- Wic Lejba przez dalsze pidziesit mil zjad jeszcze sze kanapek i drug torb suszonych moreli,
a Baca doszed w swoim repertuarze do Mw do mnie jeszcze... Moe w pi minut pniej - patrz
- nasz drugi pilot przylepi si do szyby i mao jej nie wygniecie, tak wypatruje. Spojrzaem i ja, ale nic
nie widz. A on si drze: Okrt podwodny przed nami! Peryskop wida tam na prawo! Jak by
picy, tak oy i takiego wrzasku narobi, e nasz strzelec mao nie oguch. Dobrze - powiada - e
okrt, ale niech pan porucznik tak nie krzyczy, bo nie mog nic zobaczy. Taki ju logiczny chopak
jest ten nasz przedni. Baca doda gazu, przy pikowa, prujemy w stron, gdzie ma by w peryskop,
i rzeczywicie: co, co sterczao nad wod, zagbia si w fale, a na powierzchni zostaje lad...
- Na wodzie - lad?! - zdumia si nowo przydzielony Abisyczyk42.
Spojrzano na ze zgorszeniem, Baca za powiedzia dobitnie:
- Keelwater, panie szanowny.
Abisyniec nie zrozumia, co to jest keelwater, ale powiedzia a-aha i zamilk speszony. Franio za
pocign z kieliszka i mwi dalej:
- To wygldao, wiecie, jak szkielet ledzia.
- Jak co?! - spyta z kolei Merkury.
- Jak szkielet ledzia. led - ryba; szkielet - kociec: krgosup i ebra, czyli oci - kapujesz? wytumaczy mu Zygmunt.
- Dobrze, ale co tak wygldao? - stara si zgbi rzecz au fond byy przedstawiciel polskiego
komercjalizmu.
Zygmunt westchn i objani:
- lad na powierzchni morza, kochanie. lad pozostawiony przez zanurzajcy si peryskop. Wiesz,
Merkurciu, co to peryskop?
- Wiem - rzek Merkury. - No?

42

Abisyczyk - oficer pochodzcy z innego rodzaju broni, przeszkolony na pilota lub nawigatora.

- Co no?
- Co to ma wsplnego ze ledziem?
- Bodaj go rekin pokn - mrukn przez zby nasz kapelan, ktry pon z ciekawoci i nie mg si
doczeka koca tego opowiadania.
Rekina jednak nie byo pod rk, poniewa za Merkury upiera si, by go dokadnie owiecono
w sprawie ledzia i peryskopu, wic zabraem gos i wyjaniem, e lad na morzu, lad znikajcy do
szybko - podkreliem - powstaje wskutek rozcinania powierzchni wody przez peryskop okrtu
podwodnego. Ten lad to drobne fale, rozchodzce si jak ebra czy te oci ledzia na obie strony za
peryskopem.
- A nieprawda - Merkury na to - bo led ma oci uoone prostopadle, nie poziomo.
Zygmunt zgrzytn zbami.
- Ale ten lad by podobny do szkieletu ledzia, ktry pywa na boku, nie na brzuchu - owiadczy.
- No, tak to co innego - zgodzi si Merkury, a Sweet-Franio mg wreszcie opowiada dalej.
- Wic jak zobaczylimy, e to naprawd okrt, od razu nas pognao. Baca przypasowa akuratnie
wzdu tego ladu i rypnlimy cztery gbinowe. Cztery supy wody wstay za nami i nasz tylny
strzelec zameldowa, e w celu, ale na wszelki wypadek zawrcilimy i wywalilimy reszt, co tylko
byo. Tymczasem radiot z emocji brzuch przesta bole, wic nadalimy swoj pozycj i meldunek
oraz - e bdziemy czekali. No i czekamy biorc wysoko, bo zeszlimy do bombardowania cakiem
nisko. Nikt z nas nie by pewien, czy bomby uszkodziy U-boata, wic rozgldamy si, czy go gdzie
nie wida pod wod. Co chwila kto krzyczy, e jest, a potem si okazuje, e to cie od zaamujcej si
fali, nie aden okrt. Ju zaczem przypuszcza, e si nam wszystkim przywidziao, a tu Lejba znw
si drze: Plama na morzu! Mylaem, e to faszywy alarm, wic mwi: Jakby tyle nie ar, nie
byoby plamy, ale tym razem rzeczywicie Lejba mia racj. Wszyscy zobaczylimy pod soce mtnie
tczow rop, jak rozlewaa si na powierzchni szerzej i szerzej. A zaraz potem jak nie zacznie kipie!
Ogromne bble powietrza wal spod wody, piana jak na wrztku i cae gejzery rozpryskw!
Mylelimy, e okrt lada chwila si wynurzy, wic strzelcy mao ze skry nie powyazili przy
karabinach maszynowych. Ale mino p godziny i nic. Tylko piana, olej czy te ropa i te bble
powietrza, cigle w tym samym miejscu...
- Nigdy nie przypuszczaem, e w takim okrcie podwodnym tyle tego si mieci - wtrci Baca. Czekalimy w powietrzu ze cztery godziny, zanim przylecieli nas zmieni i jeszcze cigle si tam
kotowao.
- No i zaliczyli wam go? - spyta Kdzierzawy.
- Costal Command pewnie by zaliczya, ale to zaley od Navy. No a Navy czeka, a si Niemcy
wypowiedz w swoim komunikacie, wic za par miesicy...
- Moe w maju, moe w grudniu, dzi na razie nie - zanuci, jak zwykle faszywie, Baca.
Franio westchn z rezygnacj.
- Dajcie no tu bliej te kanapki z kiebas - powiedzia. - Gdzie one s?
Wszystkie spojrzenia pobiegy w kierunku tacy. Ale taca staa w cieniu, a obok siedzia Lejba...
- Rany boskie! - zawoa Kdzierzawy.

Kanapek z kiebas nie byo... Lejba te si zdematerializowa, jakby wsik w ciemno nie wiadomo
jak i kiedy.

20. G - jak Genowefa: L - jak...


- Nie bd dziecinny - mwi Gral. - Kademu z nas mogo si zdarzy to samo.
Wiem o tym. Powtrzyem to sobie ju sto razy. Ale - nie pomaga...
Zamana rka boli mnie okropnie. Zapewne mam gorczk. Doktor zabroni nam rozmawia i zagrozi,
e nas rozdzieli, jeli bdziemy cigle mwi, zwaszcza e stan Zygmunta nie jest najlepszy:
poparzenia drugiego stopnia... Ale Zygmunt wreszcie usn, a doktora nie ma. Siostra te przestaa
nas uszczliwia swoj obecnoci. Wic rozmawiamy pgosem i Gral pociesza mnie, jak umie.
Ba, nie wie przecie wszystkiego. Nie zna caej prawdy... A ja jestem mimowoln przyczyn tego, co
si stao. To przeze mnie; przez moj nieuwag; przez t rk, ktra teraz rwie, boli, pulsuje
w gipsowym opatrunku.
Zamaem j wczoraj o drugiej po poudniu. Potknem si wchodzc po drabince do maszyny, tu
przed startem. Spadem z wysokoci paru stp i caym ciarem przygniotem sobie rami.
Chrupno, zabolao i - ju nie mogem wsta o wasnych siach, taki mnie ogarn bezwad.
Nie mogem, naturalnie, polecie z nimi, e za nie byo nikogo na moje miejsce - polecieli bez tylnego
strzelca, w piciu. W tamt stron mia mnie zastpi Merkury; z powrotem - Gral.
- Taki niewany lot - powiedzia ktry z nich, eby mnie uspokoi. - Damy sobie rad, nie martw si.
Nasz konowa mnie opatrzy i chcia, ebym zaraz jecha do szpitala. Nie zgodziem si.
- Zaczekam, a Genowefa wrci.
Wic kazali mi si pooy w izbie chorych. Ale nie mogem tam dugo wytrzyma. Niepokj o zaog
nie pozwala mi usn mimo zastrzyku umierzajcego bl. Nie miaem chyba tak zwanych zych
przeczu, ale po gowie latay mi myli o tym, co si dzieje z nimi tam daleko nad penym morzem gdzie midzy Zatok Biskajsk a wyjciem na Atlantyk.
W trzy godziny po starcie Genowefy, przy pomocy Pryszczyka, ktry przyszed dowiedzie si o mnie,
w tajemnicy przed lekarzem wymknem si z izby chorych i pojechaem dyurn sanitark na
lotnisko.
Wydawao mi si, e samochd trzsie jak nigdy na rwnej szosie, i rka znw bolaa mnie bardzo.
Stanlimy przed hangarem, w pobliu zwykego stanowiska Genowefy. Leaem na noszach, paliem
papierosy jeden po drugim i czekaem, czekaem, czekaem...
- Co si tak zaduma?
To pytanie przerywa mi tok myli czy te gorczkowych wspomnie. Musz zrobi duy wysiek, by
wrci do chwili obecnej.
Aha: jestem w szpitalu... Obok mnie, na prawo, pi Zygmunt. Na lewo ley Gral. To on pyta, nad
czym si zadumaem. Trzeba co odpowiedzie...

- Jak... - zaczynam i nie wiem, co dalej, bo chciaem zapyta, jak to si stao z Merkurym, a przecie
Gral jeszcze si nie dowiedzia caej prawdy. Nie, nie mog o tym mwi teraz. On straci tyle krwi,
jest taki blady i moe ja sam bym tego nie znis?
Ale Gral podejmuje z oywieniem:
- Jak to byo z nami? Nie wiesz?
- Nie wiem - odpowiadam, zgodnie z prawd. - Jeszcze nikt z was mi nie opowiedzia. Ale... spogldam na Zygmunta, ktry ley z rkami na kocu, obandaowanymi a po barki.
- On pi - mwi Gral pgosem i zaczyna opowiada.
- Cay ten sweep by pechowy. Po pierwsze - pogoda. Nie: po pierwsze, twoja rka - poprawi si. - Po
drugie pogoda. Lecielimy prosto w soce dobr godzin, i to bez jednej chmurki. Bujak mao nie
wygnit nosem szyby w swojej przedniej wieyczce, tak wypatrywa. Nic szczeglnego naturalnie nie
widzia, bo i co mona pod soce zobaczy? Zygmunt, Koza i ja przeszukiwalimy morze. Merkury
lamentowa, e mu nogi cierpn na twoim miejscu. Wyrazi nawet mniemanie, e chyba musi mie
dusze nogi ni ty, bo siedzi poskadany jak scyzoryk i ruszy si nie moe. No, ale przynajmniej on
jeden mia dobry widok.
O czwartej Zygmunt odprawi swoje czary z sekstansem43. Zaraz potem zobaczylimy brytyjski
konwj, tak jak byo przewidziane i zapowiedziane na odprawie. Podeszlimy bliej - id dwa due
kontrtorpedowce i pasaer - na oko z pitnacie tysicy ton. A Bujak mwi:
- Rany boskie - Byskawica!
- Zwariowae - powiadam - czy ci si ni?
Pogoda jak na Morzu rdziemnym, obokw nawet na lekarstwo, a ten o byskawicach. I upiera si:
- Widz Byskawic.
No to my do niego:
- Gdzie ty j widzisz, tumanie jeden?
I okazao si, e racja.
- Ten prawy kontrtorpedowiec - powiada.
Patrzymy - Byskawica! Wic Koza nie wytrzyma. Otwartym tekstem mwi do nich na fonii:
- Polski wellington pozdrawia okrt Rzeczypospolitej w konwoju!
A oni - salut bander! Licho wie, co w tym jest: niby pachta jak pachta, tyle e z orem na czerwonej
tarczy, a tak ci nas za gardo cisno, jakby nam sama Polska kiwna gow.
Co nam odpowiedzieli, nawet nie wiem co, bo tylko Koza odbiera, a tak chopaka wzio, e zamiast
nam powtrzy, nos wytar i - ani rusz...
No, a potem nadlecia konwojowy samolot z innego squadronu, wic ju nie moglimy gada z
Byskawic. Zostawilimy ich - kurs i jazda dalej pod to cholerne soce. Mielimy je teraz troch

43

Sekstans - przyrzd do namiarw wyznaczajcych pozycj samolotu (okrtu).

w prawo, ale za to niej. Na samym zachodzie wyszed pas chmur na horyzont. Zygmunt nas pociesza,
e za dwie godziny bdzie agodniejsze wiato. Saba pociecha: wanie wtedy bdziemy wracali...
Ale, jak wiesz, z tym terminem powrotu nie wyszo...
Poprawi si na posaniu, podcign si wyej na okciach i sykn z blu:
- Dogodzili mi, psiekrwie.
- Boli? - spytaem.
- Boli troch. Ale najgorsze to, e saby jestem jak mucha. Musiao ze mnie dobre par litrw krwi
wyciec...
Wiedziaem, e straci tej krwi tak wiele, i omal nie umar. By bardzo blady; prawie tak blady jak
tawe ciany szpitala, pomalowane olejn farb.
- Gdyby mnie teraz zobaczya Lucy... - zacz i nagle przerwa.
Spojrza na mnie zmieszany, jakby to imi czy te cay ten pocztek zdania wymkn mu si
przypadkiem. Jakby nieumylnie odsoni to, co nie byo przeznaczone do wiadomoci czyjejkolwiek.
Lordwna? - pomylaem. - Lordwna, Lucy! Wic on...
Udawaem, e patrz w stron Zygmunta, ale na stoliku przy jego ku stao lusterko. Zobaczyem
twarz Grala. Umiechnit, zarumienion. Wic - tak: nikt z nas dotychczas nie mwi Lucy o
Lordwnie...
Poruszyem si. Signem po papierosy. On za mwi prdko, jakby chcia wypeni sowami t
chwil milczenia, ktrej ju wypeni nie mg:
- W jakie p godziny po odejciu konwoju zobaczyem na poudnie od nas dwa punkciki. Nie byem
cakiem pewien, wic mwi do Bujaka, e od blasku czarne kropki mi si pokazuj przed oczyma.
- A gdzie patrzysz? - Bujak na to.
Wiesz, jaki on jest: od razu rozumie, o co chodzi, i nawet mu gos nie drgnie, cho doskonale wie, e
co podejrzewam.
- Patrz ku Biskajom - mwi.
Bijak milczy: 10 sekund, 15 sekund... A w maszynie cisza; tylko silniki warcz. Wreszcie Bujak mwi,
znw spokojnie, jakby to nie miao wikszego znaczenia:
-Trzy dwjki od poudnia. Myl, e to bd Ju 88.
Kady z nas pewnie by przygotowany, ale - chyba nie na sze myliwcw! Wiesz przecie, co to
znaczy: policz sobie tylko ich punkty ognia.
Przymknem oczy. Sze Ju... Pewnie ze dwanacie dziaek i dwadziecia cztery karabiny maszynowe
- na jednego wellingtona... Jeeli z zaogi odliczy pilota, ktry nie moe strzela, to na kadego
z pozostaych wypada po trzy dziaka i sze karabinw. Ju s zwrotne i szybkie; mog atakowa
z kadej strony; mog wchodzi do walki, kiedy zechc, w najdogodniejszej chwili; mog si z tej walki
zawsze wycofa. Wellington - nie. Wellington to cikie, niezwrotne bydl, due, powolne, uzbrojone
tylko w sze karabinw maszynowych. Ju walka przeciw jednemu myliwcowi jest na nim bardzo
trudna. Przeciw tylu - zupenie beznadziejna!

Nie wiem, jak oni si tam czuli w tej sytuacji. Ja suchajc tego opowiadania byem przybity,
obezwadniony, bezradny.
Gral mwi co o dalekich chmurach, o odlegoci od brzegu, o socu. Znaem ju te szczegy. Nie
chciaem o nich pamita. Oczekiwaem czegokolwiek przynoszcego choby iskr nadziei, wiedzc,
e niczego takiego w jego opowiadaniu nie bdzie. Poczuem jaki nie usprawiedliwiony al, e nie
powiedzia czego w tym rodzaju. e mwi tylko prawd: byli zgubieni, i - oczywicie - nie
postanawiali drogo sprzeda ycia, jak si to, wanie dla podniesienia na duchu, mwi czy te
pisze. Nie, wcale nie: musieli przeywa rozpaczliwy, zwierzcy strach. Taki strach, ktry czasem po
prostu paraliuje minie. Ktry wciska gow midzy ramiona i kae oczekiwa ciosu. Taki strach, o
jakim pniej wstydliwie nie mwi si wszystkiego.
Gral nie rozwodzi si nad analiz uczu; mwi o faktach. Moe zreszt nie umiaby wyrazi sowami
myli, ktre w takich razach kbi si w przeraonym mzgu. Nie myli si wtedy sowami ani nawet
pojciami, ktrymi czowiek posuguje si w mowie...
- Pierwsza dwjka zasza nas od soca, przypikowaa i - zanim zdyem zwolni bomby i zakrci o
180 stopni - Merkury otworzy do nich ogie razem z Koz. Niemieckie serie, jedna za drug, przeszy
nam po skrzydach. Jakby przez sekund grad lun i przerwa. Nie syszaem i nie widziaem
naturalnie tych serii; raczej poczuem je wszystkimi nerwami. Zaraz potem Merkury krzyczy:
Niemiec z tyu - i grzeje, a koo mnie tylko szyby dzwoni.
Wiesz, nie lubi, jak mam nieprzyjaciela z tyu. To gupio, ale wolabym dosta w pier ni w plecy.
Zrobiem unik w lewo w d, i nagle Bujak rbie z swoich sikawek, potem Zygmunt, potem znw Bujak
i - ju nie wiem, ktry z nich trafi - obaj wrzeszcz, e Ju spada. Zobaczyem go w ostatniej chwili, na
prawo od nas, jak uderza o wod. Trysna taka fontanna, e niech si Wersal schowa - i po nim.
Przez chwil, bo ja wiem - moe to trwao z pi sekund - aden z pozostaych si nie zblia i ju-ju
witao mi w gowie, e nam dadz spokj, a tu znw Merkury:
Niemiec z tyu z prawej!
Zadarem w prawo, w d, a ju byo nisko: moe z piset stp. Wyrwnaem na dwustu
i zobaczyem o jakie pidziesit jardw w lewo, jak z morza tryskaj mae, taczce gejzerki, jakby
si zagotowao. Potem ju cigle: raz z lewej, raz z prawej, raz przed nami - seria za seri. Dochodzili
nas kolejno, po dwch, nawet po trzech i prali - nie umiem ci tego opowiedzie! A si kurzyo
z morza to tu, to tam, jak ukrop. Rb tu jakie uniki - kombinuj...
Wtem Bujak krzyczy:
Na lewo w d, na lewo!
Odruchowo pooyem grata na skrzydo, kopnem orczyk i poszed - w lizg... Za ostro jak na te
dwiecie stp wysokoci. Zobaczyem jeszcze oddalajcy si war na fali, trzepno mnie po nogach
(nawet nie wiedziaem, e to pociski) i czuj, e mi si maszyna wali...
Rany boskie, c to bya za chwila! Gaz do koca, ster od siebie na burt - nic nie pomaga. Myl
sobie: to ju koniec... Patrz: fala mi ronie pod skrzydem, ronie - wstrzs!! Chlusno a na szyby,
odbio nas troch, zaczepiamy brzuchem, plusk, trzask, znw nas odbio, po gondoli id serie, a
dudni - i nagle zaczyna si co pali w przegrodzie radia!

Nie wiem, jakim cudem Genowefa wyrwnaa. Bo wyrwnaa ju sama. Do, e pod nieustannym
ogniem esami wyszlimy na jakie pidziesit, moe siedemdziesit stp i Zygmunt zapa ganic,
eby stumi poar.
Tymczasem Koza uszkodzi drugiego Ju, ktry bardzo kulawo zawrci na poudnie, a tym czterem
musiao zosta niewiele amunicji, bo strzelali teraz oszczdnie. Widocznie stracili take troch serca,
bo ju nie atakowali z maych odlegoci. Mimo to w pewnej chwili Merkury dosta odamkami po
prawym ramieniu od jednego z nich. Nie wiem, jakim cudem wymiga si od mierci, bo Zygmunt,
ktry tam do niego poszed, mwi, e wywalio dziur na trzy stopy w wieyczce akurat na wysokoci
gowy strzelca.
Nie mona byo myle o wyciganiu Merkurego, bo wanie znw si zaczo pali, i to tak, e baem
si o skrzynki z amunicj. Narobiem krzyku o te skrzynki. Zygmunt wrci i zabra si do gaszenia,
podczas gdy Koza i Bujak tylko we dwch opdzali si Niemcom. Ale ganica bya pusta, a inne podziurawione. Wic Zygmunt tumi ogie rkami i caym ciaem: pooy si i wrzeszcza, bo go
parzyo, ale przecie zgasi.
Potem Ju odeszy i zaczlimy przegld uszkodze. Dopiero wtedy po raz pierwszy zrobio mi si sabo
i poczuem bl. Zobaczyem te, e krew leje si z moich ng jak woda z rynny. Bujak mnie opatrzy i z
tak pewnoci siebie powiedzia, e to tylko dranicie, e mu uwierzyem. Waciwie nawet nie
tak bardzo mnie bolao, tylko nogi drtwiay mi i robiy si jakie mikkie jak rozgotowany makaron.
Nie mogem sobie da rady z orczykiem. Merkury by do niczego, cho Koza wywlk go wreszcie
z tylnej wieyczki i obandaowa. Wic Bujak, opatrzywszy jako tako Zygmunta, usiad przy mnie
i powozilimy Genowef w dwch.
- Gdybym by z wami - zaczem, ale Gral mi przerwa:
- Gdyby by z nami, moe dostaby w eb tym pociskiem z dziaka - powiedzia dobitnie. - A
Merkuremu si udao.
Te sowa mn wstrzsny: Merkuremu si udao... O Boe! Nie wolno przecie tak mwi; nie
mona ironizowa tak straszliwie, cho niewiadomie...
Powiem mu - pomylaem.
Ale on ju mwi dalej:
- Radio mielimy rozbite na proszek, pokrycie skrzyde i kaduba w strzpach, mechanizm podwozia
nie dziaa, wieyczki unieruchomione i - co najgorsze - zegar jednego ze zbiornikw wskazywa zero.
Bujak powiedzia o tym Zygmuntowi, ktry jczc zabra si do oblicze, ile mil dzieli nas od brzegu
Anglii. Po kilku minutach owiadcza, e nie docigniemy: moe trzydzieci, moe czterdzieci mil
przed osigniciem brzegu bdziemy musieli wodowa. A nasza dinghi44 posiekana jak sito przez
niemieckie pociski...
W maszynie cisza. Tylko Zygmunt stka na zmian z Merkurym. Kady nasuchuje, jak warcz silniki czy aby rwno? Co chwila robi mi si mdo: czuj, e krew cieknie z ran poprzez bandae. Koza
odszuka swj termos z czarn kaw, take przestrzelony wprawdzie, ale na szczcie tu przy szyjce.
P kubka dao si wycedzi. Wypiem i jako mi to pomogo.

44

Dinghi - gumowa dka ratunkowa nadymana powietrzem.

No i lecimy, lecimy - mija trzy kwadranse, a zegar drugiego zbiornika pokazuje tylko poow zuycia
benzyny...
Bujak od razu si zorientowa.
Dobra jest - powiada. - Tamten zbiornik te jest cay, tylko zegar uszkodzony. Benzyny mamy - ho ho! Do Szwecji mona dolecie.
Zaraz nam si lej na sercach zrobio, a w jakie p godziny potem - brzeg!
Brzeg to wielkie sowo. Wspaniae sowo - to ju pewnie Kolumb zauway w swoim czasie. Tylko e
za Kolumba nie byo balonw na uwizi... Mymy je spotkali oczywicie. Nie miaem si i ochoty
wymija caej tej strefy: przelecielimy jako szczliwie midzy nimi... To zreszt byo gupstwo
w porwnaniu z tamt walk nad morzem...
Bujak chcia ldowa na pierwszym lepszym polu, ale ja si uparem: dolecimy na wasne lotnisko.
Wyszlimy na M., wiesz - czterdzieci mil na poudnie od nas.
Skinem gow potakujco, on za przerwa, zapatrzy si przed siebie, jakby szuka wzrokiem tego
naszego lotniska na skalnym cyplu wysunitym w morze, i dopiero po chwili umiechn si, jakby je
odnalaz, i powiedzia:
- Wiesz, pomylaem wanie, e nie pamitam - to takie dziwne - e nie mog sobie przypomnie, jak
ldowaem. No, naturalnie, kto mwi, ale... Ty to widzia?
Spojrza na mnie bystro, pytajco, jakby z samego wyrazu mojej twarzy chcia wyczyta, czy wiem
wszystko, czy przeyem to zdarzenie i jaki lad ono pozostawio we mnie. Nie wiem, co
wywnioskowa, ale dostrzegem, e zacisn szczki, jakby pod wpywem blu. Moe to by zreszt
tylko bl fizyczny? Nie zastanawiaem si nad tym.
Odpowiedziaem, e byem wiadkiem ich powrotu; e pamitam kady szczeg i pewnie nigdy nie
zapomn.
To prawda: takich rzeczy si nie zapomina. Tkwi w pamici caym obrazem, a czas tylko porzdkuje
szczegy, przywraca im waciw wag i miejsce, gdy wiee wraenia s chaotyczne i stanowi zbir
fragmentw o rnych proporcjach nie dostosowanych do rzeczywistej perspektywy zdarzenia.
Tak wanie widziaem powrt Genowefy w tej chwili: to przecie byo wczoraj wieczorem...
Leaem na noszach w sanitarce i paliem papieros za papierosem. Pryszczyk sta obok samochodu
i rozmawia z kierowc. Syszaem ich niewyrane gosy przez cienk cian obit bia cerat. Po
chwili nadeszli nasi mechanicy. Talaga wymieni moje nazwisko - pewnie pyta, czy odjechaem do
szpitala. Pryszczyk co odpowiedzia stumionym gosem.
- Szefie! - zawoaem.
Prawie w tej samej chwili jeden z motorzystw (ten cienki i dugi - nigdy nie pamitam, ktre
nazwisko do ktrego z nich naley; zdaje si, e to Ferenc jest ten chudy, a Malinowski ten gruby, ale
moe wanie na odwrt) powiedzia:
- Sycha maszyn.
Kto zaprzeczy, ale zaraz kapral-bigamista (ten od rudej Angielki z farmy - oeni si z ni, szelma)
popar Ferenca:
- Sycha; nisko leci.

- Szefie! - krzyknem goniej.


Rumiana twarz Talagi ukazaa si za szyb i drzwi szarpnite mocno otwary si na ocie.
- Lec? - spytaem.
Mechanik wzruszy ramionami.
- Moe to oni - powiedzia z wahaniem. - Ale co wczenie...
- Wycignijcie mnie std.
Talaga si zafrasowa.
- Z t rk bdzie pan kapitan wstawa?
- Nic si jej nie stanie - uspokoiem go stanowczo.
Pryszczyk wskoczy do wewntrz. Ostronie wysunli nosze i ustawili na ziemi. Pomogli mi wsta ze
wzruszajc niezgrabn troskliwoci. Zacisnem zby: bl szarpa mi si w ramieniu, jakby je
rozszczepiano cgami.
- Gdzie ta maszyna? - spytaem.
- Tam - powiedzia ktry, wskazujc na poudnie.
Wellington min ssiedni cypel i ukaza si nad zatok.
- Genowefa! - zawoa Pryszczyk.
Nie wiem, po czym j rozpozna, ale istotnie to bya Genowefa. Sza lekkim trawersem pod saby
wiatr trzy czwarte z lewej burty. Wracaa nie zapowiedziana przez radio, bez sygnaw, niema i lepa.
Warkot silnikw cich nagle przed skrajem lotniska, ale nie wypuszczone podwozie i zamknite klapy
nie hamoway pdu: niosa si rwnolegle do powierzchni runwayu, coraz bardziej trawersujc,
wyrwnana w poziomym locie, potem zadarta w gr i przepadajca pasko cal po calu. Nagle zwalia
si w krtkim lizgu w d. Potara brzuchem o beton, zaiskrzya, warkna elazem, zajczaa,
zazgrzytaa rozdzieranymi blachami, odbia si potnie i - ju bezwadnie, jak zwierz miertelnie
ranny w ostatnim skoku - ciko runa na ziemi, wyamujc oba silniki.
Widziaem j tak przez sekund, nieruchom, z ogonem skonie wzniesionym w gr, jak lega twarz
w d, na zmiadonych skrzydach. Widziaem j zza zgitych, pochylonych ju do biegu barw Talagi
i Pryszczyka. Potem zobaczyem samochd sanitarny z otwartymi na ocie tylnymi drzwiami,
wykrcajcy gwatownie w tamt stron i - zanim mi si usun sprzed oczu - bysk ognia!
Kto wrzasn za mn:
- Pali si! Ganice!
Nie mogem biec. Szedem prdko i kady krok odzywa si szarpicym blem w ramieniu. Blem,
ktry siga przez bark i szyj a do mzgu. Jczaem, skomliem jak pies i szedem, niosc to zamane
rami, cinite upkami w temblaku, jak co obcego, co sprawia cierpienie, ale czego nie mona si
pozby i z czym trzeba postpowa ostronie, by mc doj do celu.
Do celu... Ten cel pon i bola mnie stokro wicej, cho inaczej: przeraajco; blem, ktrego nie
sposb umiejscowi, ktry nie szarpie, nie rwie, lecz przenika i wypenia, ronie, zdaje si rozsadza
umys. Genowefa palia si ciemnym jak krew pomieniem, a ja patrzyem, musiaem patrze. To byo

co takiego, jakby w moich oczach mordowano kogo bliskiego mi i kochanego. Matk? Syna? on? Nie; nie to; nie potrafi powiedzie - kogo, ale moe uczucie zgrozy i blu miaoby wwczas podobne
natenie.
Genowefa... Czuem si tak z ni zwizany, jak wwczas, w czasie pierwszej wyprawy na Boulogne.
Czuem si czci jej organizmu. To ja ponem z ni razem; to pono wszystko, co stanowio
o moim istnieniu.
Potknem si o co i omal nie upadem. ar uderzy mi w twarz. Kto krzycza:
- Panie kapitanie! Tdy!
Zobaczyem Zygmunta z okopcon twarz w tlejcym kombinezonie, saniajcego si midzy dwoma
mechanikami, ktrzy go podtrzymywali. Koza i Bujak walili drgami od noszy w ponc burt,
wybijajc w niej otwr. Pomie siga ju sterw i tylnej wieyczki.
Wtem Pryszczyk ukaza si midzy jzorami ognia, czarny i straszny jak szatan. Kaszla, krztusi si,
znikajc raz po raz w kbach dymu. Talaga skoczy na skrzydo, ktre zaamao si pod nim sypic
iskrami, schyli si i szarpn w ty. Wytoczyli si obaj z Pryszczykiem z tego pieka, dwigajc
bezwadne ciao, zawinite w koc czy te w paszcz.
Wtedy zacza wybucha amunicja. Co gwizdno koo mnie i pacno w traw. Cofnem si mimo
woli i zobaczywszy, e inni padaj na ziemi, uklkem, a potem pooyem si za sanitark.
Widziaem jeszcze uciekajcych w popochu ludzi i Pryszczyka, ktry rzuci si na ziemi obok
samolotu, nakrywajc wasnym ciaem rannego zawinitego w koce.
Na szczcie amunicji byo niewiele. Wraz z ostatnim trzaskiem wybuchajcego naboju pky
rozpalone wizania kaduba i ogon, cay ju w ogniu, run ciko na runway. Ludzie zbliali si ze
wszystkich stron, ale nie sposb byo podej do samolotu: ar bi straszny i pomie a hucza,
miotajc si nad trupem maszyny.
Kto pomg mi wsta. Podsadzono mnie do sanitarki. Zygmunt jcza lec na noszach. Przynieli
nieprzytomnego Grala. Koza i Bujak siedzieli w milczeniu.
Dopiero wtedy pomylaem o Merkurym. Nie byo go.
- Gdzie jest Merkury? - zapytaem.
Spojrzeli na mnie jak obudzeni ze snu. Dopiero po chwili Bujak skin gow w kierunku dopalajcej
si maszyny.
- Tam - powiedzia. - Nie zdylimy.
*
Gral sucha spokojnie. Zagryz tylko wargi, kiedy skoczyem. Milczelimy dusz chwil.
- Nie wiedziaem - powiedzia gucho. - A Pryszczyk?
- Nic mu nie jest. Zdrw.
Odetchn jakby z ulg.
- To on mnie wycign - teraz sobie przypominam.

Patrzyem na t, olejno malowan cian przed sob. Bya naga i pusta. Prostokt drzwi biela
w niej niewyranie - raczej szarza w zapadajcym mglistym zmierzchu. Poczuem si zmczony,
zniechcony, obojtny. To, co skoczyo si wraz z Genowef, byo ju dalekie i waciwie przestao
by bolesne z chwil, gdy zdarzenia ujem w sowa. To, co miao nastpi, byo jeszcze odlege. Zbyt
odlege, by o tym myle. Pozostawaa mglista, tawa teraniejszo z prostoktem biaych drzwi na
wprost przede mn. Dugi szereg dni jednakowych, leniwych, szarych.
Zamknem oczy. Nie chciao mi si sucha tej szpitalnej ciszy, czapicej w pantoflach po
korytarzach wykadanych linoleum. Nie chciao mi si czu zapachu jodoformu i karbolu. Nie chciao
mi si pamita, wspomina, oczekiwa, spodziewa si.
Pukanie do drzwi wydao mi si niegodn zoliwoci.
- Wej - powiedzia Gral.
Wtoczyli si wszyscy razem. Goni, rozgadani, ywi, nieznoni, z Bujakiem na czele.
Zygmunt stkn, obudzi si i zamruga osmolonymi powiekami bez rzs. Gral natychmiast dostroi
si do oglnego tonu, jakby to byo u nas na lotnisku. Kto ucisn moj zdrow rk. Zmusiem si
do wypowiedzenia paru sw nie majcych znaczenia i umilkem. Zygmunt i Gral mwili za mnie i za
siebie. Udawaem, e drzemi, wic rozmawiali pgosem.
Po chwili Bujak powiedzia wesoo:
- Mamy ju now maszyn.
Uniosem gow, eby go spiorunowa wzrokiem: przecie dopiero wczoraj stracilimy Genowef!
Nikt na mnie nie zwrci uwagi.
Koza doda:
- Oznaczona jest liter L. L - jak...
- L jak Lordwna - powiedzia Zygmunt.
- L jak Lucy - powiedzia Gral.
Sekund trwaa cisza.
Potem rozleg si miech. Przyjazny, ciepy, rozbrajajcy. Spojrzaem na Grala i umiechnem si
take. By czerwony jak rak.
- Niech ci bdzie Lucy - powiedzia Zygmunt.

Pastwowe Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1969 r. Nakad 100 000+257 egz. Ark. wyd. 11,3. Ark. druk. 12,75. Papier druk. mat. ki. V, 65
g, 70X100/32. Druk ukoczono w lutym 1969 r. dzka Drukarnia Dzieowa, d, ul. Rewolucji 1905 r. nr 45. Zam. nr 451/A/68. N-41. Cena
z 9.-