Vous êtes sur la page 1sur 46

MACIEJ ŚWIĘCH

I cóż że ze
... Szwecji?!

(PO POPRAWKACH)

2008
Spis treści

Wyjazd ……………………………………………………………………………. 3

Napój owocowy ………………………………………………….…....... 5

Sibbarp .................................................................. 8

Logistka ............................................................... 10

Egon i „Olsen” ……………………………………….…........………… 13

STENA .................................................................. 17

Taked Easy ........................................................... 19

Pan Bogdan .......................................................... 24

Pożar Bębena ....................................................... 25

Dźwig ................................................................... 27

Henry G ................................................................ 30

Ystad .................................................................... 33

Spleen .................................................................. 36

Nie oryginalny ...................................................... 37

Nareszcie ............................................................. 39

Zdjęcia i Mapy ……….…………………………………….……………… 43

1
” Cudze chwalicie, swego nie znacie.”

2
Wyjazd

Jak się okazuje, czas jest najlepszym i najskuteczniejszym czynnikiem łagodzącym.

Wspomnienie czegoś traumatycznego, jest z upływem czasu coraz łatwiejsze. Po jakimś

czasie wracamy do pewnych podświadomych schematów i sytuacji, o których przed

subiektywnym jego upływem, nigdy byśmy nie wrócili. Tak było i w naszym przypadku. Po

dość traumatycznym pobycie w kraju Trzech Koron, dwa lata wcześniej, rzekomo nauczenie

doświadczeniami (patrz mądrzejsi), znów zaczęliśmy rozważać podobny wyjazd.

- A Ty byś jechał jeszcze raz na pałę?

- No … tak. Ale jedynie do miasta bo na jakimś zadupiu, bez samochodu nie mamy szans,

- Wiadomo,

- Myślę ze do Malmö będzie najlepiej, mają tam dużo fabryk, no i to jest

trzecie miasto jeśli chodzi o wielkość, także myślę że tam by można spróbować.

- Trzeba pogadać z Kurdzielem, co on na to.

Siedząc pod mostem na Zarabiu, popijając piwo, zrodził się kolejny, nie do końca

przemyślany, motywowany chęcią łatwego zdobycia kasy, pomysł. Rozmyślając w ciszy, na

temat dopiero co powstałej idei, kończyłem piwo. Milczenie przerwał Bęben,

- Idziemy po jeszcze jedno?

Kolejne dni przepełniły szybkie i konkretne działania logistyczne. Naturalnie, pytanie

Kurdziela o to czy jedzie, okazało się retoryczne. Nawet nie pytając o szczegóły, wyraził

chęć. Niedługo przed wyjazdem udaliśmy się do Krakowa, w celu zakupienia biletów i

niezbędnego sprzętu (namiot i karimaty). Załatwienie tych niezbędnych formalności,

3
przysporzyło znacznie więcej trudności, niż mogło by się wydawać. Od początku

towarzyszył nam pech. Jakby coś chciało nas odwieźć od wyjazdu. Po nabyciu bardzo

„dobrej jakości” namiotu na promocji w TESCO, udaliśmy się na mieszkanie Kurdziela, skąd

po spożyciu kilku piw, mieliśmy wrócić do Myślenic. Fatum jednak nas nie opuściło.

Szybki przejazd tramwajem na dziko nie powiódł się. Po pięciu minutach zostaliśmy

skontrolowani. 60PLN powiększyło budżet operacyjny wyjazdu. Pozostawało jeszcze

zakupić standardowy na tego typu wyjazdy, prowiant.

W przeddzień wyjazdu wieczorem rozmawiałem na GG z Kurdzielem. Okazało się że

ostatnio rozmyślał w podobnych kategoriach co ja. Mając już doświadczenie w tym temacie,

rozważaliśmy za i przeciw. Co ciekawe przeważał ton negatywny. Zastanawialiśmy się czy

jest to warte swojej ceny. Dziś położymy się przecież w ciepłym łóżku, zjemy normalną

kolację, a jutro…?

Dzień wyjazdu przyszedł bardzo szybko. Pociąg był o 22, dzień ciągnął się powoli. Do

Krakowa odwoził nas ojciec Kurdziela. Na dworcu, zaopatrzyliśmy się w napoje na drogę.

Podróż upłynęła, pod znakiem ostatniej imprezy przed alkoholową stagnacją. W Świnoujściu

zawitaliśmy do jednej z knajp w porcie. Miła pani pozwoliła zostawić toboły w lokalu.

Większa część miasta znajdowała się na wyspie, gdzie można było się dostać kursującymi

non-stop, promami. Przepłynęliśmy „Orlikiem” na drugi brzeg żeby kupić tytoń. Wcześniej

Kurdziel wymyślił, że to będzie najbardziej ekonomiczny zakup. Nabyliśmy więc po paczce

tytoniu i blety. Prom odpływał w południe. Podróż trwała osiem godzin. Z premedytacją

tłumiłem w sobie myśl na temat tego gdzie będziemy spać. Znów płynęliśmy przecież w

nieznane. Prom był mniejszy niż ten, znany nam z poprzedniej podróży do Szwecji. .Po

wejściu na pokład, trzeba było odnaleźć się w miejscowej logistyce. W pierwszej kolejności

chcieliśmy zlokalizować sklep. Po odnalezieniu okazało się, że otwierają go dopiero w

4
godzinę po odpłynięciu. Długą godzinę. W sklepie zakupiliśmy korzystne cenowo, litrowe

FAXE. Jak się później okazało, było to ostatnie prawdziwe piwo wypite przez nas, na długi

czas. Podróż nie trwała długo. Odległość pomiędzy Świnoujściem a Ystad to było zaledwie

80 km. Czas podróży, wraz z dokowaniem, nie przekraczała 8 godzin. Był on z naszego

punktu widzenia zbyt krótki. Może dla, zapewnie większości pasażerów, był to atut. My

jednak, wolelibyśmy nieco dłużej oswajać się z tą sytuacją. Niestety, jak zwykle w takich

sytuacjach, czas upłynął niemiłosiernie szybko.

Napój owocowy

Prom powoli zbliżał się do celu. Naszym oczom, ukazywał się post-industrialny

krajobraz Ystad. Odprawa nie trwała długo. Zeszliśmy z promu około 19. Przytłaczający

był widok ludzi wsiadających do samochodów, które na nich czekały i odjeżdżały.

Stanęliśmy po raz kolejny na szwedzkiej ziemi, z niepewnymi wyrazami twarzy,

spoglądając z lekkim uśmiechem na siebie nawzajem,

- No … i co robimy?

Zapytałem.

- Proponuje zapalić.

Odpowiedział Bęben. Słońce chyliło się ku zachodowi a ja miałem swoiste deja-vu.

Postanowiliśmy udać się gdzieś w ustronne miejsce. Takie, żeby rozbić namiot. Z każdym

krokiem, toboły ciążyły coraz bardziej. Parowały resztki alkoholu, krążącego jeszcze we

krwi. Dotarliśmy do polnej dróżki wzdłuż morza. W powietrzu unosił się przeraźliwy smród,

wyrzucanych na brzeg, gnijących glonów. Przy tym widoku, nawet śmierdzący ropą naftową,

5
sopocki Bałtyk z piosenki Kazika, zdawał się nie wyglądać tak źle. Zastanawiałem się gdzie

ta krystalicznie czysta Szwecja? Zapaliliśmy. Na brzegu leżały odwrócone do góry dnem

łódki. Nauczeni doświadczeniem, postanowiliśmy ukryć pod nimi nasze toboły i udać się na

obchód po mieście. Na tyle znaliśmy już miejscowe realia, że wiedzieliśmy iż są tam

bezpieczne. Postanowiliśmy, poszukać sklepu, żeby zakupić jakiś napój. Z oczywistością

stwierdziłem, że gdzieś tam musi być sklep. W końcu było to miasto. Nie była to jeszcze

późna pora… Jak się okazało sklep nie był wcale tak blisko. Szwedzi, przechodzą w stan

hibernacji gdy minie godzina 20, więc praktycznie wszystko było zamknięte. Po około 30

minutach znaleźliśmy sklep. Okazało się jednak, że nie było tam prawie wcale,

interesującego nas asortymentu. Na dolnej półce znalazłem puszkę z czymś alkoholowym, no

powiedzmy… że alkoholowym. Wróciwszy na ławkę przystąpiliśmy do degustacji. Wedle

napisu widniejącego na puszce, miało to 3,5%. Wspólnie z Bębenem stwierdziliśmy, że co

prawda piwa to nie przypomina, ale z chęcią kupował by to w Polsce żeby ukoić pragnienie.

Smakowało to jak napój owocowy bądź oranżada. Droga oranżada… Siedząc, popijając

napój, wdychając otaczający nas smród, spoglądaliśmy z przerażeniem na odpływający do

Polski prom. Kurdziel dostał sms-a od Kyja. „Wiem że teraz może być przejebane, ale

trzymajcie się na pewno będzie dobrze”. Było to miłe wrażenie, że ktoś oprócz nas, wie co

jest grane. Kyju miał już podobne doświadczenia w swoim życiorysie, a teraz nie

towarzyszył nam bo wówczas miał stałą pracę. Skończywszy „piwo” , wzięliśmy się za

rozbijanie namiotu w krzakach. Spotkało się to naturalnie, z zainteresowaniem nielicznych,

spacerujących Szwedów. Następnego dnia trzeba było rozpocząć realizowanie planu, tj.

znalezienia pracy i miejsca do stacjonowania. Po kilku godzinach chodzenia po Ystad,

doszliśmy do wspólnej konkluzji. Trzeba jechać do Malmö. Tam będą większe możliwości

zarówno logistyczne jak i zawodowe. Zwinąwszy obóz, założyliśmy na siebie toboły i

niczym Cyganie, udaliśmy się na stacje. Podróż pociągiem trwała około godziny i upłynęła

6
ocenie komfortu wagonu i analizy wyposażenia WC. Po dojechaniu na miejsce, trzeba było

skoncentrować się na znalezieniu kampingu. W dużym mieście, raczej ciężko było by rozbić

się na noc, w krzakach. Kurdziel zasięgnął informacji w miejscowym sklepie, my w tym

czasie usiedliśmy na przystanku żeby zapalić. Po krótkim rekonesansie, stwierdziłem w

dosyć dobitnych słowach iż wszędzie roi się od azjatów i murzynów. Bęben podzielił moją

obserwację i pogląd, iż nie jest to normalne. Doszliśmy do wniosku że Szwedzi przygarniają

chyba, cały świat. Naszą dosyć głośną i kontrowersyjną zarazem rozmowę, usłyszał, jak się

później okazało jeden z kierowców komunikacji miejskiej. Niepewnym głosem zapytał –

Polacy? Przedstawiliśmy mu pokrótce naszą sytuacje i zapytaliśmy gdzie w mieście jest

najbliższy kamping, oraz jak ewentualnie tam dojechać. Kierowca poinstruował nas, którym

autobusem tam dojechać. Ważniejsza, jak się później okazało, od strony szczególnie

ekonomicznej była informacja odnośnie zakupu biletów jak również tego, na jakiej zasadzie

funkcjonuje tutejszy system ich egzekucji. Kierowca powiedział, że skoro jest nas trzech to

najlepiej będzie gdy zakupimy „family ticket” czyli bilet rodzinny. Jego cena po podzieleniu

na trzech była niższa, niż gdybyśmy kupowali normalne bilety osobno. Jedynym

mankamentem było to, że jeden z trójki pasażerów musiał mieć nie więcej niż 17 lat.

Nieletnim został Kurdziel. Jedyną przeszkodą był kierowca, który sprzedaje bilet po wejściu

do autobusu. Na szczęście w większości wypadków udawało się ich przekonywać.

Podziękowaliśmy napotkanemu kierowcy, a ten życzył nam powodzenia, poczym wsiadł do

autobusu. Odszukaliśmy odpowiedni autobus, zamontowaliśmy na siebie wszystkie toboły i

wsiedliśmy. Jadąc przez miasto w oczy rzucał się widok wszechobecnych arabów, którzy jak

się później okazało w tym mieście byli prawdziwą plagą. To co kiedyś widzieliśmy w

Sztokholmie było rażące. Tutaj intensyfikacja imigrantów zdawała się znacznie większa. Po

kilkudziesięciu minutach dotarliśmy do celu.

7
Sipbarp

Wychodząc z autobusu poznaliśmy dwie Polki, które przyjechały tego samego dnia i to

jak się okazało dokładnie w tym samym celu co my. Tendencja wiary w skandynawski mit,

była jak widać znacznie szerzej rozpowszechniona. Wspólnie udaliśmy się do recepcji

kampingu. Sipbarp Camping mieścił się w południowej części miasta, w ekskluzywnej

dzielnicy Limhamn. Ceny wynajęcia miejsca pod namiot nie były promocyjne, dlatego też

wykupiliśmy tylko dwie doby. Otrzymaliśmy też kartę do pryszniców, kuchni i innych

pomieszczeń dla gości kampingu. Ten rodzaj zabezpieczenia nie był nam znany z pobytu na

północy. Sklep na kampusie nie był zbyt dobrze zaopatrzony, tak więc plan oblania nowego

miejsca zamieszkania, spalił na panewce. Poznane wcześniej koleżanki, rozbiły się obok nas.

Z pola mieliśmy widok na most łączący Szwecje z Danią. Starym zwyczajem udałem się do

pokoju telewizyjnego. Oprócz telewizora był tam też komputer. Kurdziel szybko

zainteresował się tym sprzętem. W szafce była też karta Wi-Fi. Szybko powstała desperacka

koncepcja. Jeśli nie udało by nam się znaleźć pracy, Kurdziel oznajmił, iż zamierza

„zaadoptować” ową kartę i dysk, natomiast my możemy podzielić się pozostałymi

podzespołami. Miało by to przynajmniej częściowo zwrócić nam koszta. Większość kampusu

zajmowały opasłe przyczepy kempingowe Szwedów. My, stacjonowaliśmy w uboższej i

mniej licznej części, przeznaczonej dla samotnych namiotów. Styl wypoczynku Szwedów

tylko z nazwy przypominał polski. Głównie siedzieli oni w swoich naszpikowanych

elektroniką przyczepach, bez cienia świadomości, że można inaczej spędzić wczasy. Były

oczywiście wyjątki ale najczęściej nie szwedzkie, jak na przykład, okraszona przez nas jako

„duńska rodzina patologiczna”. Ludzie ci całą dobę w zintegrowanym rodzinnym (około

pięciorga dzieci) gronie upajali się alkoholem, co jakiś czas jeżdżąc tylko, żeby uzupełnić

jego zapasy. Obok nas rozbili się w kilka dni później również inni Polacy. Postanowiliśmy

8
jednak, starym zwyczajem, nie utrzymywać z nimi kontaktu. Przypuszczaliśmy, iż podobnie

jak my nie przyjechali tutaj na wczasy. Na tym nie skończył się napływ naszych obywateli.

Obok nas rozbiła się niejaka „parka”. Kobieta w zaawansowanej ciąży z mężem. Nasza

koncepcja na ich temat była prosta. Chcą się tutaj przenieść a żeby sobie to ułatwić, kobieta

miała tutaj urodzić dziecko. „Parka”, z którą również nie nawiązaliśmy znajomości, szybko

stwierdziła, że nasze zbyt bliskie sąsiedztwo nie będzie dla nich dobre. Żyjąc w namiotach

obok siebie trudno o prywatność. Kilkakrotnie myśląc że ich nie ma w różny, nie do końca

cenzuralny sposób wyrażaliśmy opinie na ich temat. Którejś nocy obudziły mnie odgłosy ich

kopulacji. Naturalnie nie potrafiłem tego przemilczeć a wraz ze mną szybko uświadomieni

przeze mnie moi towarzysze. Po tym zdarzeniu, parka przebiła namiot, zachowując od nas

bezpieczny dystans. Szwedzki kamping to bardzo barwne miejsce. Dzieje się tak szczególnie

wtedy, gdy staje się on twoim domem na dłużej. Naturalnie po dwóch dobach

postanowiliśmy, nie przedłużać oficjalnie naszego pobytu na kampingu. Mieliśmy w tego

typu egzystencji spore doświadczenie. Resztę czasu byliśmy nielegalnymi gośćmi.

Wymieniało się tylko sąsiedztwo. Wśród naszych sąsiadów były np. dwie nieletnie lesbijki,

Łotysze czy Włosi. Któregoś wieczora siedzieliśmy z Bębenem przed namiotem. Kurdziel

zgłosił chorobę i położył się wcześniej spać. Usłyszeliśmy warkot silników. Na nasze pole

zjechał fan klub motocyklowy z Niemiec. Po przybyciu, zaczęli sobie robić zdjęcia na tle

mostu. Podszedłem żeby zapytać, czy nie mają przypadkiem papierosa. Po krótkich

poszukiwaniach przynieśli mi dwa, ale wcześniej zostałem poproszony o zrobienie im

okolicznościowych zdjęć całą grupą. Otrzymałem do tego celu kilkanaście aparatów. Po

wszystkim, podszedł do mnie gość odpowiedzialny w ich grupie za sprawy organizacyjne.

Zapytał czy lubię sznapsa? Naturalnie odpowiedziałem, że tak (było mi obojętne co byle

alkoholowe). Po chwili udał się do samochodu. Spodziewałem się że dostanę może

szklaneczkę. Po chwili gość wrócił i oznajmił że nie ma jednak sznapsa. Nie czułem się

9
specjalnie zaskoczony, ale w momencie zmieniło się moje samopoczucie gdy skończył

zdanie i powiedział że ma austriacki rum 70%. Do tego dostałem paczkę cienkich cygar.

Zszokowany wróciłem do namiotu i oznajmiłem Bębenowi, żeby organizował Pepsi. Wtem

cudownego ozdrowienia, doznał Kurdziel. Wyskakując z namiotu, naciągnął spodnie i

oznajmił, że chętnie pójdzie zakupić napój. Euforia była ogromna, możliwość upojenia się

alkoholem w tym parszywym miejscu była jak scena z filmu sciene-fiction. Naturalnie

Szwedzkie państwo niczego nam nie ułatwiło. Sklep był nieczynny i musieliśmy zadowolić

się rumem z niesłodzoną herbatą. Prysznice i inne pomieszczenia dla klientów kampusu były

zabezpieczone kartą. Po tym jak nie przedłużyliśmy oficjalnego pobytu, musieliśmy naszą

oddać. Nie była to jednak wielka bariera. Po jakimś czasie opracowaliśmy system

wchodzenia i korzystania z pryszniców czy kuchni na tzw. ”telefon”. System był prosty.

Jeden z nas z akcesoriami do mycia stał przy wejściu do łazienek i improwizował rozmowę

przez telefon. W tym czasie dwaj pozostali siedzieli nieopodal na ławce, lokalizując

potencjalnych użytkowników prysznica. Gdy na horyzoncie pojawiał się klient z ręcznikiem

dawali znać telefonującemu, a ten kończył rozmowę, sugerując otoczeniu, że telefon

przerwał mu drogę do łazienki, po czym wchodził wraz ze zbliżającym się upatrzonym

klientem. W środku odczekawszy chwile nie domykał drzwi i pozostali mogli wejść. System

był skuteczny. Po jakimś czasie zaczęły jednak pojawiać się niepokojące sygnały, sugerujące

że jesteśmy namierzani. W części dla samych namiotów pojawiły się linie, mające określać

pola przeznaczone dla jednego namiotu. Niewzruszeni, postanowiliśmy je ignorować.

Czujność była jednak większa, szczególnie w momentach gdy pojawiał się w pobliżu szef

kampingu, jeżdżący na rowerze i notujący gdzie zwalniało się miejsce. Jakiś czas później

postanowiliśmy dla dezorientacji przeciwnika przebić namiot. Postanowiliśmy że zrobimy to

wcześnie rano żeby nikt nas nie widział. Konwersacja na temat technicznej strony tej operacji

była krótka. Na zapytanie Kurdziela jak mamy to zrobić, Bęben odparł, że normalnie. Jeden

10
biegnie z tropikiem a za nim dwóch pozostałych przenosi niezłożony namiot. Następnie

nawrót po toboły. Operacja precyzyjnie, zgodnie z opisanym planem została wykonana około

5 rano. Na starym miejscu pozostała po nas tylko biała plama na trawie, jak gdyby po

lądowaniu UFO.

Logistyka

Pierwsze dni upłynęły na bezustannych i niestety bezowocnych poszukiwaniach,

połączonych z poznawaniem miasta. Zapasy sypkiego i puszkowanego jedzenia z Polski,

powoli się kończyły. Trzeba było wrócić do znanych nam, szwedzkich produktów z serii

„EUROSHOPPER” bądź „X-CUT” , które jako jedyne odpowiadały nam cenowo, …szkoda

że tylko cenowo. Chociaż byli zwolennicy niektórych z nich. Bęben zaspakajał braki innych

używek, opychając się musem jabłkowym, który ze względu na cenę w stosunku do

objętości, kupowaliśmy wszyscy. Inne standardowe produkty, jak chleb krojony w Willy’s,

tuńczyki w puszce, czy niskiej jakości salami weszły na dobre w skład codziennych

posiłków. Ciągłe chodzenie po mieście i szukanie, przy braku jakiegokolwiek pojazdu było

bardzo męczące. Ograniczaliśmy się do kupienia tylko biletu do i z centrum, a jego ważność

to godzina. Dlatego też, pokonywanie dziesiątków kilometrów pieszo, stało się

codziennością. Udało nam się usprawnić podróżowanie przerzucając się z jednego „family

ticket” na 3 „barn ticket”. Bilet dziecięcy był tańszy, ale mankamentem było to, że wszyscy

musieli mieć już maksimum 17 lat. Dlatego częstsze stały się przeprawy z kierowcami,

którzy nie jednokrotnie kwestionowali, szczególnie mój wiek. Staliśmy się z czasem

profesjonalistami jeśli chodzi o optymalizację wydatków do minimum, co pozawalało nam

funkcjonować tam przez jakiś czas bez pracy. Puszki zwracaliśmy do automatów w

marketach dostając za każdą 50 öre czyli jakieś 20 groszy. Ale gdy było ich 30-40 to można

11
już było zrobić za to małe zakupy. Próbowaliśmy wielu rzeczy. Po zlokalizowaniu Polskiego

sklepu, wywiesiliśmy ogłoszenie na tablicy przed wejściem i numer telefonu Bębena bo on

jako jedyny mógł odbierać rozmowy (abonament). Niestety odpowiedzi na nasze ogłoszenie

zaczęły pojawiać się dopiero, gdy byliśmy w Polsce. Podczas pobytu wychodziło w praniu

wiele spraw, których nie dopilnowaliśmy. Jedną z nich były sim-locki na telefonach. Kolejny

raz popełniliśmy ten sam błąd. A mówi się że mądry Polak po szkodzie… Żaden z nas nie

pomyślał by zdjąć blokadę w kraju. Dlatego mieliśmy praktycznie zerowy kontakt ze

światem, bo telefonowanie z roamingu nie wchodziło w grę. Po jakimś czasie

zlokalizowaliśmy bibliotekę oddaloną od kampusu o jakieś 2km. Była tam możliwość po

okazaniu dowodu osobistego, przez godzinę korzystać z Internetu, nie odpłatnie. Naturalnie

wykorzystywaliśmy tę możliwość, do granic cierpliwości bibliotekarki. Z czasem Polacy

opanowali to miejsce. Dwie koleżanki mieszkające obok nas, do których przyjechał brat i

chłopak jednej oraz wspominana wcześniej „parka” oraz inni Polacy stacjonujący na

kampingu bywali tam często. Przypadkowe spotkania z ową „parką” , uchodziły pod znakiem

hasła - „powiało chłodem”.

W tym państwie istnieje tylko jeden sposób na kupienie prawdziwego alkoholu. Jest nim

sieć sklepów „System Bolaget”. Dziesiątki rodzajów piwa, wina i innych

wysokoprocentowych alkoholi uginają pułki. Dla nas ten sklep spełniał jedynie funkcję

muzealną. Chodziliśmy oglądając ekspozycje piw z całego świata, kręcąc głowami po

przeanalizowaniu cen. Najciekawszą jednak cechą tego miejsca były godziny jego otwarcia.

Codziennie w godzinach 10-17, w soboty do 13 natomiast w niedzielę nieczynny(!). Chcąc

więc napić się legalnie alkoholu, o normalnych porach, czyli wieczorem bądź w weekend,

nawet jeśli posiadamy odpowiedni zapas gotówki, srogo się zawiedziemy.

Regułą stały się wieczorne relaksacyjne rozmowy, na ławce obok mostu do Danii.

Spożywaliśmy podczas nich „piwo”. Był to głównie zabieg psychologiczny, ponieważ owe

12
piwo, jedyne na jakie było nas stać to „Dansken” mający 2,2%. Kupowaliśmy je w Willys,

wmawiając sobie że coś „czujemy”. Wlewaliśmy w siebie po 6-8 jednego wieczora,

oglądając lądujące i startujące samoloty z Kopenhagi i chowające się za Danią słońce.

Dodatkiem były skręcane kiepy, z resztek tytoniu kupionego w Świnoujściu. Kiedyś podczas

drogi na ławkę pod mostem, Kurdziel zauważył leżące w trawie małe zawiniątko. Mając

nadzieje na łatwy łup, zainteresował się jego zawartością. Po otwarciu okazało się że w

środku były najzwyczajniej w świecie psie odchody. Bęben zapytał tylko,

– Jak tam Marek? Masz fanty?

To był jeden ze szwedzkich patentów mający na celu utrzymanie czystości trawników.

Właściciel psa ładuje to co narobił jego pupil do torebki i zostawia. Później specjalna do tego

służba zbiera owe zawiniątka. Naturalnie spotykaliśmy podobne paczuszki wiele razy, nigdy

więcej jednak Marek nie zastanawiał się nad ich zawartością. Każdego dnia byliśmy pełni

nadziei, że jutro na pewno coś znajdziemy. Ale każdego następnego te nadzieje malały i

coraz bliżej zaglądała do nas wizja powrotu „na tarczy”.

Egon i „Olsen”

Co jakiś czas na kampusie pojawiali się nowi Polacy. Nie byli zbyt trudni do

identyfikacji, nawet jeśli się nie odzywali. Kiedyś zaczął zwracać naszą uwagę specyficzny

duet. Dwóch dorosłych mężczyzn. Jeden wysoki i szczupły w podkoszulku na ramiączkach i

zapewne skracanych, krótkich dżinsowych spodniach. Natomiast drugi niższy, ewidentnie

nafaszerowany sterydami kafar. Próbowaliśmy zlokalizować miejsce ich pobytu ale na

początku to się nie udawało. Pojawiali się na kampusie, ze specyficznym imbryczkiem,

gotowali wodę, brali prysznic i znikali gdzieś. Innymi słowy, korzystali po prostu z usług

13
kampusu podobnie jak my, nie odpłatne. W końcu udało się ich zlokalizować na obszernym

parkingu za kampusem. Mieszkali w samochodzie. Był to stary Ford Sierra kombi na

blachach z Drawska Pomorskiego – ZDA. Przez jakiś czas nie dawaliśmy im poznać że

jesteśmy ich rodakami, starając się przy nich nie rozmawiać. W końcu ktoś wpadł na pomysł,

że skoro mają samochód może warto wejść z nimi w układ i wspólnie pojeździć po

miejscowych farmach w poszukiwaniu roboty. Któregoś dnia gdy się pojawili, poszedłem

nawiązać znajomość. Jak się okazało byli murarzami również poszukującymi pracy.

Właściwie to ten wyższy, Egon był murarzem i jeździł do Szwecji pracować już wiele lat.

Ciekawszy jednak był ten drugi, niejaki Lechu. Wedle mojej oceny był z niego taki murarz

jak ze mnie ksiądz. Zachęcony dobrymi zarobkami przybył do Szwecji z Egonem, który był

głową i szyją tej ekipy. Wkrótce Bęben określił ich mianem Egona i „Olsena”. Transakcja

miała być wymienna, my znamy angielski na tyle żeby się dogadać, natomiast oni mają

samochód. Po krótkiej wymianie poglądów i opinii zgodzili się i wkrótce udaliśmy się na

wspólne poszukiwania pracy. Dla wielu widok starej Sierry wypełnionej tobołami na

polskich blachach, był wystarczająco wymowny i odstraszający. W większości gospodarstw

nie było już miejsc. W jednej stadninie co prawda, kobieta dała nam numer telefonu, ale jak

się później okazało nie zadzwoniła. Egon jako doświadczony pracownik tego państwa

nastrajał nas optymistycznie, sugerując że numer telefonu to już połowa sukcesu i że jak

robota ruszy to później będziemy przebierać w ofertach. Dał on wkrótce popis swoich

umiejętności lingwistycznych. Podjechaliśmy do jednego domu w którym przeprowadzany

był remont dachu. Kurdziel zapytał właściciela, czy nie było by dla nas jakiejś pracy.

Reakcja była inna niż w większości miejsc, bo facet zaczął się zastanawiać. Wtedy z

samochodu wyszedł Egon i zaczął swoją autoreklamę.

- Ich arbeta hier długo! Ich arbeta In Lund, Helsingborg, Ty dać telefon…

14
Po czym zwrócił się do Marka, żeby ten powiedział że umie murować, malować itp. I że

wszyscy są z niego zadowoleni. Koleś z lekkim poirytowaniem, wyjął komórkę i zapisał jego

numer. Po tym zdarzeniu miałem ochotę już wracać i nie kontynuować tych nędznych

poszukiwań. Całodniowy wyjazd nie przyniósł żadnych rezultatów. Wieczorem Egon i

„Olsen” przyszli w odwiedziny i przynieśli duńskie piwo. Czarne puszeczki Carlsberga 0,3l

przywiezione z Danii, były pierwszym prawdziwym piwem od kilkunastu dni. Odkupiliśmy

od nich po kilka sztuk żeby móc poczuć smak alkoholu. Lechu przez cały czas pisał jakieś

sms-y. Egon mówił mu że zaraz wyrzuci ten telefon, bo przez niego nie może w nocy spać.

Jak się okazało Lechu był od 12 lat żonaty i miał córkę. Nie pisał jednak ani do żony ani do

córki, ale do jakiś poznanych w Polsce kobiet. Jak stwierdził w rozmowie ze mną, ”wiesz,

wiesz można mieć żonę rok, dwa ale dłużej to się kurwa nie da, wiesz to się szuka, wiesz coś

nowego trzeba…” . Lechu na trzeźwo był trudny do zrozumienia a po kilki piwach było to

już wybitnie trudne. Żeby wyłapać sens zdania z pomiędzy ciągłego „wiesz, wiesz…” trzeba

było naprawdę intensywnie myśleć”. Jego opinia na temat życia osobistego, to było nic w

porównaniu do np. wyobrażeń na temat sportu. „Wiesz, wiesz, sport to misi być krew!

Walka! Wiesz, coś się musi dziać, łamanie rąk, wiesz rywalizacja! To jest sport, wiesz a nie

tam jakieś wiesz rzucanie czymś czy bieganie”. Podobną opinię miał na temat imprezowania

„teraz to wiesz, już nie ma takich imprez, dawniej to wiesz, poszło się do lokalu i wiesz tylko

się któryś popatrzył i wiesz…Mordobicie, wiesz walka to jest to…”. Po tych komentarzach

stwierdziłem że ten neandertalczyk może być niebezpieczny i lepiej nie wdawać się z nim w

głębsze polemiki. Piwo się skończyło, więc poszedłem z nim do samochodu po następne.

Lechu był już jednak pobudzony tym co wypił i powoli włączał się jego agresor. Idąc przez

kampus, podeszliśmy do jakiś starych Szwedów, którzy jak to Szwedzi, profanowali

normalnie rozumiany wypoczynek. Mianowicie palili świeczkę przed swoją przyczepą i w

15
milczeniu z kamiennymi twarzami wpatrywali się w nią bezosobowo niczym zombi. Lechu

od razu zauważył te scenkę i podszedł do nich na odległość około 1,5 m.

- widzisz kurwa, patrz, to są pojeby! Powybijałbym to wszystko, bo wiesz przyjechać na

wczasy i robić coś takiego to wiesz …

Wystraszeni staruszkowie musieli być na pograniczu ataku serca. Siedzą i spędzają w sobie

tylko znany sposób wczasy, kiedy nagle podchodzi do nich jakiś napakowany Polak i

wykrzykuje po Polsku coś w ich kierunku. Pomimo ogólnej opinii jaką wyrobiłem sobie o

Lechu, akurat w tym aspekcie trudno było się z nim nie zgodzić. Mimo tego jego sposób

wyrażania emocji był nie do przyjęcia. Obawiając się, że staruchy mogą wezwać pomoc a w

przypadku naszego nielegalnego pobytu w tym miejscu oznaczało by to nasz koniec, szybko

odwróciłem uwagę Lecha od siedzących dziadów i poszliśmy dalej. Można powiedzieć że

był jak duży pies który działa na komendy ale nigdy nie wiadomo czy nie wymknie się z pod

kontroli i nie pogryzie. Po drodze spotkaliśmy Parę młodszych Szwedów, jak się okazało ci

wbrew konwencją, właśnie robili imprezę w przyczepie. Wstąpiliśmy. Towarzystwo było

ciekawe bo Szwed miał około 25 lat jego partnerka jak się okazało podczas rozmowy jest 42

letnią mężatką. Jej mąż w tym czasie bawił w domu ich dzieci. Oprócz nich była tam jeszcze

stara i wielka Turczynka mieszkająca w Malmö, pracująca tu jako pielęgniarka oraz Łotysz

który przyjechał z kolegami poprzedniego wieczoru. Lechu zainteresował się od razu jedyną

wolną w tym gronie czyli ową pielęgniarką. Powiedział żebym tłumaczył wszystko co ona do

niego mówi i vice versa. Szwedzi pytali Lecha czy zażywa sterydy anaboliczne, naturalnie

cała rozmowa była bardzo luźna bo wszyscy mieli w sobie sporo alkoholu. Lechu starał się

być jednak śmiertelnie poważny. I z kamienną twarzą odparł” powiedz im że wiesz, tylko

sery i białka”. Później pomyliłem jakieś słowo i po chwili wszyscy zaczęliśmy się z tego

śmiać. Reakcja Lecha była inna, „ ej kurwa! Oni się z Ciebie śmieją! Jebiemy ich!?”. I znów

jak rozjuszonego psa musiałem go uspakajać. Na szczęście z czasem zajął się Turczynką

16
która najpierw trzymała go za rękę a potem siedziała już na kolanach. Będąc w amoku

alkoholowym nie zauważyłem nawet, że w pewnym momencie Lechu wraz z nią gdzieś

zniknęli. No tak…żona to góra na dwa lata później wiesz… Zaczęło świtać, więc udałem się

do namiotu w towarzystwie Łotysza, szukającego swojej Jetty najlepsze było to, że ja a nie

on wiedziałem gdzie stoi jego samochód.

Po kilku dniach Egon i Lechu znaleźli pracę. Odezwał się do nich jakiś Polak,

odpowiadając na ich ogłoszenie wystawione na Polskim sklepie. Było to murowanie komina

i basenu. Jak się szybko okazało nie są to typowi polscy „ciułacze” którzy wszystko co

zarobili, chowali głęboko a plasterek sera dzielili na trzy. Pierwsza zaliczka poszła na kolejne

zgrzewki duńskiego piwa, na czym my również jako bezrobotni skorzystaliśmy. Pewnego

wieczoru spotkałem Lecha. Oznajmił iż po ostatniej libacji, Egon skręcił nogę tak, że

praktycznie nie mógł chodzić. Po kilku dniach zaleczania, okazało się że bez lekarza się nie

obejdzie, tak więc wraz z Lechem pojechali do Polski.

STENA

Kolejne dni mijały. Nasze poszukiwania nie przynosiły żadnych rezultatów.

Pokonywanie codziennie ogromnych odległości pieszo, nie nastrajało optymistycznie do

kolejnych dni. Dodatkowo przez nieodpowiednie buty miałem na stopach ogromne odciski.

Każdy krok sprawiał mi ból. Jednego dnia musiałem zostać na kampusie, żeby nogi

odpoczęły. Marek i Przemek ruszyli kolejny raz na poszukiwania. Dzień upływał na leżeniu i

obserwowaniu, tych coraz bardziej w moich oczach upośledzonych ludzi z kampusu. Nawet

17
zwierzęta domowe nie zachowywały się normalnie. Zaobserwowałem jak wielki opasły

szwedzki kocur zaatakował i unicestwił dwa malutkie króliczki, których w tym kraju na

każdym skwerku żyły setki. Nawet zwierzęta tutaj dziczeją pomyślałem. Wieczorem wrócili

moi towarzysze niedoli. Zmęczeni ale z jedną optymistyczną nowiną. Znaleźli mianowicie

dzielnice przemysłową. Były tam dziesiątki fabryk i zakładów, ciągnących się wzdłuż

długich, prostych ulic. Pojawiła się nadzieja. Tam na pewno coś znajdziemy.

Na drugi dzień zebraliśmy się dosyć szybko i pojechaliśmy autobusem aż do końca

trasy. Dzielnica była ogromna, pozbawiona jakichkolwiek domów czy też w ogóle

wszystkiego co w innych częściach miasta było. Tylko kolejne zakłady poprzedzielane

ogrodzeniami. Niestety jak się szybko okazało Szwedzi w Lipcu mają „semester” czyli po

prostu wakacje. Więc tak naprawdę większość firm i zakładów przemysłowych jest w stanie

hibernacji przez miesiąc. Długo zastanawialiśmy się jak to państwo funkcjonuje, skoro przez

miesiąc każdego roku ich przemysł ma wakacje. Wszędzie mówiono nam że nie ma szefa

lub osoby odpowiedzialnej za przyjmowanie ludzi, bo jest na wakacjach. Ewentualnie

mówiono nam, że najzwyczajniej nie potrzebują pracowników. Z determinacją wchodziliśmy

do każdego zakładu ,kolejno posuwając się do końca jednej z ulic. Miała ona długość około 2

kilometrów. Wreszcie dotarliśmy na koniec ulicy i zarazem do ostatniego tutaj zakładu. Duże

zabudowania oraz leżące wszędzie hałdy metalu i innych tworzyw, otaczały budynki.

Wszedłszy do środka, naprzeciw nam wyszedł wysoki, starszy człowiek w okularach. Na

pytanie czy jest tutaj jakaś praca odpowiedział że musimy rozmawiać z szefem. Ale inaczej

niż dotychczas, szef nie był na wakacjach. Szef był obecny i po chwili rozmowy stwierdził że

postara się nam pomóc. Gdy dowiedział się że jesteśmy z Polski powiedział, że już zatrudniał

Polaków. Jak się później okazało nie był jednak, zbyt precyzyjny przy tym stwierdzeniu.

Było by to jednak zbyt piękne. Gdzieś musiał być haczyk. I był. Nasza wizja zarobków, po

rozmowach min. z doświadczonym Egonem, kształtowała się na poziomie 50-60 koron za

18
godzinę. Nam zaproponowano 30. W pierwszej chwili odmówiliśmy ale mając na uwadze, że

wyczerpaliśmy już większość możliwości i nie chcąc wracać z niczym do domu, czyli

jednym słowem będąc pod ścianą, zgodziliśmy się. Następnym razem mieliśmy przynieść

jakiś dokument tożsamości. Plan był prosty. Odrabiamy straty i spadamy. W drodze

powrotnej udaliśmy się do biblioteki, żeby wysłać do Polski wesołą nowinę. Wieczorem

siedzieliśmy z umiarkowanym optymizmem na naszej ławeczce pod mostem. Bęben w

poczet nowej wypłaty zainwestował w papierosy. Ktoś mógłby pomyśleć że stawaliśmy na

nogi.

„Taked Easy”

Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, na każdym kroku musiały pojawiać się jakieś

problemy. W tym wypadku chodziło o dojazd. Pech chciał że kamping był na samym

południu natomiast nasza firma dokładnie na drugim biegunie miasta. Nasz autobus jechał

tam prawie godzinę, ale nie dowoził nas na miejsce, ale jedynie na początek dwu

kilometrowej ulicy. Co oznaczało codzienny przymusowy spacerek w obie strony.

Pierwszego dnia od razu przekonaliśmy się jak mało precyzyjne było stwierdzenie szefa

„…współpracowałem już z Polakami”. Polacy stanowili zdecydowaną większość

pracowników. Na temat wspominanych dokumentów tożsamości, też więcej nie było ani

słowa. Skierowano nas do szatni, gdzie mieliśmy dostać jakieś łachmany do roboty. I

dokładnie tak się stało, dostaliśmy…łachmany. Jako pierwszy, wziął nas pod opiekę jakiś

arab. Nie wiedząc kim jest wykonywałem jego polecenia. Kurdziel został gdzieś osobno

oddelegowany, po tym jak oprócz drelichu dostał kask. Nam dano maski i przeszliśmy wraz z

19
arabem do pomieszczenia obok gdzie magazynowano papier. W terminologii zakładu to

miejsce nazywano po prostu „na papierach”. Tam na cyrkularce mieliśmy rozcinać zużyte

rolki zwojów papieru biurowego. Było tam kilka koszy. Szwed który jeździł w tym

pomieszczeniu fadromą, poinstruował nas jak mamy włączać i wyłączać maszynę. Gdy

odszedł zacząłem analizować pomieszczenie pod kątem ewentualnych kamer. Wydawało mi

się że je zlokalizowałem, ale jak się później okazało był to fałszywy alarm. Nie mieliśmy

pojęcia jak szybko mamy pracować więc robiliśmy to na 60% naszych możliwości. Kosze z

rolkami szybko pustoszały. Na chwilę wyłączyłem maszynę. Podszedł do nas wspominany

wcześniej Szwed. Bęben od razu chciał wznawiać robotę. Tymczasem on podszedł i

powiedział to po raz pierwszy, „taked easy”. Powiedział też, żebyśmy usiedli i odpoczęli.

Wtedy dopiero zaczęliśmy sobie uświadamiać, że może zarobki nie ale wszystko inne jednak

szwedzkie. W między czasie przyszedł arab. Wsiadł do wózka widłowego. Próbował nim

przesunąć bardziej oddalone od nas, jeszcze pełne kosze z rolkami. Szybko zorientowaliśmy

się że ten pan tutaj tylko sprząta. Podniósł kosz tylko na jednym raku, po czym ten zaczął się

bujać w powietrzu, gdy próbował go ponownie postawić na ziemi, kosz przechylił się i rozbił

przednią szybę. Arab wpadł w panikę i zaczął zamiatać. Akurat pojawił się szef, zapytał nas

jak się pracuje ale zaraz zobaczył dzieło arabusa. Mohammed Said bo tak się on nazywał był

życiowym nieudacznikiem, a zarazem w tym wolnym kraju, niewolnikiem własnej matki.

Szybko przekonaliśmy się że akurat tego gościa trzeba traktować jak powietrze. Podczas

przerwy pojawił się Kurdziel. Był umorusany w smarze. Wysłano go na remont prasy do

metalu w dalszej części zakładu. Stwierdziliśmy że mieliśmy szczęście, bo nasza robota jest

dużo czystsza. Podczas przerwy poznaliśmy kolejnych pracowników. W zasadzie o każdym z

nich można by napisać mniej lub bardziej opasłą książkę. Gdy opowiedzieliśmy co zrobił

arab, usłyszeliśmy na jego temat wiele ciekawostek. Podstawową było to co już wcześniej

wspomniałem, arab był niewolnikiem matki. W tej firmie pracował od 7 do 16. Matka

20
zabierała go z pracy i wiozła do następnej, swojej, a ona zajmowała się sprzątaniem

mieszkań. Tyle, że zajmowała się w teorii bo w praktyce robił to jej syn. Arab sprzątał kilka

godzin średnio 4-5 po czym był wieziony do domu spać. Jego dzień zaczynał się przed 4 rano

ponieważ wtedy rozwoził gazety. Miłośnik pieniędzy? Pracoholik? Nic z tych rzeczy.

Mohammed miał 28 lat i nie miał nawet własnego portfela a jego szafka robocza była

regularnie inwigilowana przez matkę. Naturalnie człowiek normalnie rozwinięty nie

pozwoliłby sobie na takie traktowanie, ale on normalny nie był. Po tym jak zauważył, że

wykonujemy na początku jego polecenia szybko próbował to wykorzystać. Pełna ignorancja

była skuteczna. Arabus był znienawidzony przez wszystkich polskich pracowników. Raz

próbował zmusić Kurdziela, by ten pozamiatał. Zauważył to Pan Bogdan, zakładowy

mechanik po czterdziestce. Zawołał do siebie Kurdziela i powiedział, żeby nie słuchał tego

„brudasa”. Kurdziel zapytał co będzie jeśli pójdzie do szefa? Na co Bogdan ze stoickim

spokojem i lekkim uśmiechem, odparł że na pewno nie pójdzie. Wtedy arab podszedł do

Marka i zaczął coś mówić. Chciał żeby gdzieś z nim pójść. Pan Bogdan chwycił araba za

ramie i z wymownym gestem głowy, powiedział,

-wypierdalaj!

Arab się oddalił. Niedługo po przerwie, skończyliśmy ciąć rolki. Wtedy Robban (Szwed z

fadromy), kazał nam wmiatać makulaturę na pas transmisyjny do ubijarki. Naturalnie, gdy

wyjaśnił co mamy zrobić dodał - „taked easy”. Od tego momentu, zacząłem się bez

ograniczeń stosować do tej zasady. Niestety, Bęben nie do końca potrafił się przestawić na

szwedzki tryb pracy i przez cały czas miał obawy, że nas zwolnią. Po jakimś czasie przyszedł

Thomas(ten, który wyszedł do nas gdy przyszliśmy pytać o pracę) i kazał mi i iść z nim.

Wróciliśmy Volkswagenem LT do warsztatu, gdzie dał mi kask i zawiózł na drugi koniec

zakładu. Naturalnie w tym czasie, przerażony Bęben był pewien, że zostałem zwolniony. Na

końcu zakładu odbywał się remont kapitalny prasy do złomu. Wcześniej był tutaj

21
oddelegowany Kurdziel. Thomas wskazał mi dużego murzyna i powiedział, że to jest mój

szef tutaj i mam robić to, co mi powie. Oprócz mnie, Kurdziela i murzyna Kinga, pracował

tam też Macedończyk Dżenan Mekić, oraz dwóch spawaczy, z innej firmy. Byli oni tutaj na

zleceniu. Prace, na pozór mogły wydawać się zaawansowane, na pozór. Dwaj spawacze,

bardzo szanowali swoją pracę i w sposób profesjonalny stosowali zasadę „taked easy”. Jeden

z nich Magnus, wyglądający jak viking, przez wszystkie dni kiedy tam pracowaliśmy siedział

na stołku, w jednym miejscu i wypełniał spawami, niczym zegarmistrz, mniej więcej

metrowej szerokości pas metalu. Natomiast drugi, zajmował się odkręconym skrzydłem

prasy, postawionym obok. Wiele razy próbowałem się dowiedzieć czym się zajmował i

próbowałem analizować ewentualne postępy, bezskutecznie. Mój nieoficjalny szef King, też

okazał się być „wybitnym” fachowcem. Przez cały czas chował się po kontach, odliczając

czas, do kolejnej przerwy. Być może, z Afryki przywiózł jakiś syndrom nabyty w

dzieciństwie, który kazał mu się wiecznie chować, przed ewentualnymi wrogami. King, miał

problemy z podstawowymi czynnościami, jak trzymanie właściwie płaskiego klucza na

śrubie czy używania śrubokręta. W tym towarzystwie, postanowiłem sam być dla siebie

szefem. Dołączyłem do Kurdziela i Dżenana, z którym godzinami szlifowaliśmy, bezmyślnie

wewnętrzne ścianki prasy. Kolejnego dnia dołączył do nas Bęben. Nadal nie mógł wyzbyć

się „syndromu zwalnianego” i podczas gdy my, z Kurdzielem nie robiliśmy dosłownie nic on

ciągle gdzieś, wprawdzie bezcelowo ale jednak, stukał i pukał. Prasa była na terenie firmy

STENA. My jednak, nie pracowaliśmy w tej firmie, a jedynie byliśmy do niej wypożyczani,

z firmy naszego szefa, Görana (czyt. Jeran), STAB-TEKNIK. „Na Stenie” obowiązywały

wyższe standardy bezpieczeństwa. Obowiązkowy kask i odblaskowa kamizelka. Naturalnie

była to tylko „pokazówka”. Ostatni, z naszych współpracowników na prasie Dżenan, gdy

tylko wchodził na jej górne piętro, ściągał kask, koszulkę i przez większość czasu się opalał.

Dżenan był specyficznym człowiekiem. Komunikacja z nim była abstrakcją. Mówił,

22
żebyśmy nie rozmawiali z nim po angielsku, tylko po polsku. On odpowiadał po szwedzku.

Jedyne, co dało się wychwycić, to jego ciągłe „den sestem” co oznaczało mniej więcej „gra

gitara”. Co jakiś, czas na miejscu remontu pojawiał się niejaki „inżynier”. Był to pokryty

tatuażami i kolczykami, wygolony na łyso Szwed, w średnim wieku. Przychodził z planami

remontu i dywagował, wraz z dwoma spawaczami, nad postępem prac. Najczęściej, jego

pojawienie zwiastowało ponowne odkręcanie jednej ze ścian prasy. Należy nadmienić, jednej

i tej samej ściany. Robiliśmy to 5 może 6 razy, a za każdym razem, było to bardziej

denerwujące. Oprócz tej czynności, mieliśmy tam jeszcze tylko jedną misję – odkręcanie rury

z olejem. Zajęło nam to kilka godzin. Któregoś dnia zaczął padać deszcz. Pierwszy ze

spawaczy, (ten zajmujący się odkręconym skrzydłem górnym prasy) postanowił dospawać do

niego cztery słupki, na których później zawiesił plandekę. Miało to być prowizoryczne

zadaszenie, nad jego miejscem pracy. Jednak nim skończył realizować swój pomysł, deszcz

przestał padać i okazało się to bezcelowe. Łącznie spędziliśmy na „prasie” jakieś 5 dni, śpiąc

paląc, rozmawiając i robiąc wiele innych rzeczy. Na pewno jednak, nie pracując. Poznaliśmy

tam również innego murzyna, Richmonda. Obok nas mieściły się stanowiska palaczy metalu.

Richmond był jednym z nich. Dużo bardziej wesoły i rozmowny niż King. Naturalnie,

poinformował nas o podstawowych typach zachowań. Podstwą było, „every time bizzy”.

Chodziło o pozorowanie, robienia czegoś ważnego, w momencie gdy ktoś szedł. W

rzeczywistości nie robiło się w tym czasie nic konstruktywnego. Trzeba jasno stwierdzić, że

murzyni przywożą z Afryki syndrom strachu, który zostaje im na całe życie. Największą

zaletą pracy z murzynami, była jednak ich niezwykła punktualność. Żaden z nas, nie

potrzebował zegarka żeby sprawdzić czy zbliża się przerwa. King jakieś dziesięć minut

przed, stał już w gotowości, a gdy było mniej więcej za sześć, ruszał. Był w tym

profesjonalistą, wiedział dokładnie jak iść, żeby ominąć kamery i dotrzeć do celu dokładnie

na przerwę.

23
Pan Bodan

Przerwy, były najczęściej dla nas przerwami od przerw, jak i okazją do porozmawiania

z kimś nowym. Przestał dziwić widok codziennie pojawiających się nowych Polaków.

Ciekawą postacią, był wspominany już wcześniej Pan Bogdan. Człowiek który podobno

pełnił funkcję mechanika i spawacza warsztatowego. Pan Bogdan był raczej małomówny. Do

perfekcji opanował tryb pracy w tym zakładzie. Na 99% przypadków gdy przyszło się do

warsztatu Bogdan siedział w swojej kanciapie, paląc papierosa i czytając gazetę. Ewentualnie

stał oparty o stół warsztatowy i pił kawę. Praktycznie jedynym jego zajęciem, było

codzienne wyprowadzanie psa Görana. Pan Bogdan robił to bardzo skrupulatnie i

wyprowadzał go, co najmniej dwie godziny. Często przechadzał się też po placu przed

zakładem, pokątnie pijąc piwo. Czasami trudno było zgadnąć, skąd brały się pewne decyzje.

Po kilu deszczowych i bezcelowych dniach spędzonych na prasie, przyjechał po nas niejaki

Tobbe. Stary zgrzybiały Szwed, któremu „białko” zniekształciło mowę i twarz. Tobbe

pokierował nas na warsztat, gdzie Bogdan miał mieć dla nas jakąś pracę. Udaliśmy się tam

więc. Bogdan jak zwykle siedział i czytając gazetę, trzymał w ręku resztkę papierosa.

Oznajmiłem mu, że kazali nam się do niego zgłosić. Ze zdziwieniem, wolno zapytał,

- do mnie, a po co?

- podobno ma pan dla nas jakąś pracę,

- ja?!

Bogdan, roześmiał się. Nie miał oczywiście pojęcia, kto i po co nas do niego przysłał.

Powiedział, żebyśmy poszli do biura, do Thomasa i zapytali, co mamy robić. Skierowaliśmy

się w stronę biura po czym Bogdan nas zawołał, - albo chodźcie tu. Poszliśmy z nim na

24
piętro warsztatu. Tam leżały jakieś aluminiowe konstrukcje poskręcane śrubami

wpustowymi. Powiedział że możemy to sobie porozkręcać, po czym wrócił do swoich zajęć.

Do końca dnia rozkręcaliśmy te konstrukcje. Później okazało się, że zrobiliśmy to

niepotrzebnie, bo to i tak w całości szło do przetopienia. Cóż, najważniejsze że mieliśmy

zajęcie… Podobnych zajęć mieliśmy wiele. Kiedyś Thomas mnie i Bębenowi, zlecił

wypróżnienie małego kontenera, który ktoś wcześniej podpalił. W środku były spalone i

nadpalone tektury. Zastanawialiśmy się, gdzie jest sens naszej pracy. Wystarczyło by

przecież, podnieść go dźwigiem i obrócić, zamiast przez cały dzień wynosić na drugi koniec

placu masę dykt. Podczas tej iście groteskowej czynności, nawiedził nas Pan Bogdan. – Co

wy tu kurwa robicie? Zapytał. Wytłumaczyliśmy co mamy zrobić. Bogdan tylko się

roześmiał, wypalił papierosa i wrócił do siebie. Czasami zastanawialiśmy się, czy ta firma to

po prostu nie jakiś Big Brother i że w pewnym momencie ktoś wyjdzie z ukrycia i powie, że

jesteśmy nominowani do opuszczenia programu.

Pożar Bębena

Tak jak jest to opisane wyżej wyglądał, mniej więcej tydzień. Mówiąc oględnie, nie dało

się tam nam przepracować. Weekend natomiast, miał bardziej charakter zabawy i biesiady.

W weekend, praca nie była obowiązkowa, więc zarówno większość Szwedów jak i wszyscy

inni obcokrajowcy z wyłączeniem Polaków i Araba, nie pracowali. W sobotę pracował z

nami również jeden z nielicznych normalnych Polaków, Marek. Na placu, były przywiezione

jakieś nowe metalowe elementy, do pocięcia palnikami. Naturalnie, żaden z nas wcześniej

tego nie robił. Marek zapytał mnie tylko, czy kiedyś „paliłem”? Odpowiedziałem, że nie, na

co on odparł że zaraz mnie nauczy. Po szybkim, pięciominutowym instruktarzu, przystąpiłem

25
do przepalania pierwszej blachy. Nie było to zbyt bezpieczne zajęcie. Nikt jednak, nie

zamierzał nas pilnować. Wszyscy pozostali udali się do kanciapy Bogdana, gdzie wspólnie z

sobotnim brygadzistą Rollandem Nilsonem, spożywali alkohol. Bęben, wziął się za

przepalanie jakiejś dziwacznej konstrukcji, na czterech podporach. Obok leżały fragmenty

starej łódki z włókna szklanego. Odpryskujące z palnika iskry, zaprószyły ogień. Bęben

zawołał mnie żebym to ugasił. Odłożyłem swój palnik i poszedłem zasypać ognisko żwirem,

po czym wróciłem, do swojego zajęcia. Sądziłem, że teraz sam zachowa ostrożność. Bęben

był jednak nieuważny, po chwili, włókno, znów zajęło się ogniem. Było ciepło i wietrzenie,

więc ogień szybko się rozszerzał. Po chwili stwierdziliśmy że trzeba przynieść wodę. Bęben

pobiegł do warsztatu, a my w tym czasie próbowaliśmy manualnie ugasić ogień wraz z

Kurdzielem. Nad placem unosił się coraz większy czarny dym. W nasze działania, zaczęła

wdzierać się panika. Zaniechaliśmy bezskutecznego gaszenia i pobiegliśmy odkręcać butle z

gazem. Tym czasem Bęben wbiegł do warsztatu. Wszyscy siedzieli jak gdyby nigdy nic u

Bogdana. Bęben zapytał gdzie jest woda, na co pragmatyk Bogdan odpowiedział.

– Co się głupio pytasz, w łazience,

- A jakieś wiaderka?

- A po co ci to?

- Pali się tam!

Bogdan wyszedł z kanciapy i spojrzał w kierunku placu. Stwierdził żeby dać spokój, bo jak

to określił tutaj ciągle pali się jakiś syf., popali się i zgaśnie. Ogień podsycany wiatrem wcale

nie miał zamiaru się zmniejszyć, ale wręcz przeciwnie. Po kilku minutach paliła się już

powierzchnia, około dziesięciu metrów kwadratowych. W panice, odciągając na bezpieczną

odległość butlę z gazem i tlenem, z utęsknieniem spoglądaliśmy w kierunku warsztatu.

Wreszcie na horyzoncie pojawił się Bęben. W ręku niósł konewkę z wodą. Wtedy pierwszy

26
raz pomyślałem, żeby uciekać. Dym był jednak tak duży i gęsty że zaraz pojawili się

pozostali. Marek biegnąc w naszym kierunku krzyczał.

- Ja pierdole! Co wyście kurwa zrobili! Zaraz tu będzie straż pożarna i Policja!

Wtedy już naprawdę chciałem uciekać. W chwile później pojawił się Bogdan rozwijający

wąż. Chwyciliśmy się wszyscy i zaczęliśmy go rozciągać. W tym całym motłochu, stoicki

spokój zachował gość, który w tym dniu odpowiadał za ten cały bajzel – Rolland Nilson. Z

rękoma w kieszeniach, powolnym krokiem, podążał w kierunku zdarzenia. Wcześniej

poinstruował Eryka, syna Görana, który w tym czasie naprawiał ciężarówkę, by ten wziął

fadromę i nabrał całą łyżkę ziemi. W milczeniu, gestykulując niczym arbiter piłkarski,

wskazał na nas żeby się odsunąć, po czym ruchem rąk nakazał Erykowi sypać. Gdy było już

dość, machnął by ten odjechał. Następnie wskazał na Kurdziela, trzymającego koniec węża,

że teraz jego kolej. Był to iście stoicki spokój. Po godzinie pogorzelisko przestało dymić.

Zdarzenie to, zmobilizowało pozostałych do pozostania na placu i dokończenia za nas cięcia.

Od tej pory często gdy szliśmy coś robić, było to obarczone komentarzem „tylko czegoś nie

spalcie”. Ukazało to jednocześnie, luki w doskonałości działań, teoretycznie największego z

naszej trójki BHP-owca, Bębena.

Dźwig

Następnego dnia, wszyscy opowiadali o pożarze, mając przy tym niezły ubaw. Rolland

Nilson mieszkał w baraku na terenie zakładu. Był to prawie sześćdziesięcioletni, długowłosy

Szwed z dużym poczuciem humoru. Podobno, w życiu miał wszystko, dwa sklepy, drogie

samochody, jacht i duży dom. Po tym jak wszedł w konflikt z prawem stracił wszystko i

27
pozostał dodatkowo, ze sporymi długami. Skończył w budzie na placu, ale jak sam mówił

miał tu wszystko czego potrzebował od życia, whisky i hasz. Pozornie więc wiódł szczęśliwe

życie. W rzeczywistości był jednak, całodobowym niewolnikiem Görana. Ten prowadził za

Rolanda konto, na które wpłacał jego wypłaty, dając mu tylko część na życie. Z siostrą

Rolanda, ożenił się drugi z brygadzistów w naszej firmie, Stampe. Nie było to jego imię ani

nazwisko. Naprawdę nazywał się Samuel Kvant. Nawiedził jednak, tego imienia. Dlatego

mówiono do niego Stampe. Po jakiś czasie, dzięki niemu nie musieliśmy, codziennie

pokonywać 2 kilometrów, bo zabierał nas z miejsca, gdzie dojeżdżał autobus. Stampe był

grubym łysiejącym Szwedem z gęstą brodą. Miał specyficzne poczucie humoru. Ze względu

na chorobę krtani, ciężko było go zrozumieć. Dlatego często, na jego żarty odpowiadało się

improwizowanym śmiechem. Któregoś dnia, pojechaliśmy na znajdujący się w tej samej

dzielnicy, stary dźwig przeładunkowy. Dźwig ten, poruszał się na szynach, po betonowym

molo i służył kiedyś do rozładunku statków. W niedługim czasie, miał być rozbierany przez

naszą firmę. Wcześniej wysłano tam nas, w celu usunięcia szkieł, gruzu. W drugiej

kolejności kazano nam zdemontować miedziane okablowanie, znajdującej się jakieś 20

metrów nad ziemią kabiny. Jechaliśmy na pace, wraz z kilkoma łopatami i miotłami. Był z

nami również King. Stwierdził on, że czuje się jakbyśmy byli żołnierzami na wojnie. Na co

Kurdziel odpowiedział wskazując miotłę, że pewnie to jest nasza broń. Syndrom

uciekającego towarzyszył Kingowi, jak widać cały czas. Na miejscu, ja miałem zająć się

uprzątaniem molo, King odpalaniem jakiś blach, natomiast Bęben i Kurdziel mieli zacząć

wypruwać kable w kabinie. Po kilku minutach, King prawie przepalił podest na którym stał,

po czym Stampe oddelegował go by wraz ze mną sprzątał molo. Były tam duże miedziane

rury, obcięte i czekające na załadunek. King podzielił się ze mną planem, że można by je

przerzucić w okoliczne krzaki, przyjechać po nie samochodem, w nocy i zawieźć je do

skupu. Podobno było to„lots of Money”. Jak się okazało cały następny tydzień mieliśmy

28
razem z Kurdzielem, spędzić właśnie tutaj. Bęben był oddelegowany do Ystad. Naszym

zadaniem, miało być usunięcie wszystkich miedzianych przewodów z wnętrza, i w miarę

możliwości z zewnątrz kabiny. Wydawało się to ciekawym i przyjemnym zajęciem, tym

bardziej że Stampe przywoził nas pod bramę, dawał klucze, kazał się zamknąć od środka i

pod koniec dnia po nas wracał. Mankament był taki, że pracę którą mieliśmy wykonać,

skończyliśmy, nie wysilając się zbytnio, w jakieś 1,5 dnia. Reszta była możliwa przy użyciu

Boscha. Nie dało się go jednak podłączyć bez przelotki z 380v na 230v. Próbowaliśmy, przez

dwa bądź trzy dni, wyegzekwować ją od Stampego. Bezskutecznie. Podobno ktoś wziął ją na

robotę i nie było drugiej! Dawaliśmy dosłownie do zrozumienia że jutro nie będziemy mieli

tam już nic do roboty, z nadzieją, że nie zostaniemy tam wywiezieni. Zasada była jednak

prosta. Lepiej że byliśmy sami gdzieś tam na odludziu, niż mielibyśmy nic nie robić pod

nosem Görana. Dni ciągły się powoli. Codziennie jak skazańcy, odsiadywaliśmy wyrok na

dźwigu. Paradoksem było że nic nie robienie, stało się bardziej męczące, niż ciężka praca.

Dźwig był usytuowany w innej części dzielnicy przemysłowej. W około nie było sklepów,

ludzi, niczego. Tylko wielkie fabryki, z których co jakiś czas, wyjeżdżał jakiś TIR. Któregoś

dnia, w krzakach przy drodze, zauważyłem duże łóżko z materacem. Postanowiliśmy, że jeśli

już nic nie robimy to wykorzystajmy ten czas na sen. Problemem było tylko, jak wciągnąć

wielki dwu osobowy materac do kabiny, 20 metrów nad ziemią. Polak potrafi. Znaleźliśmy

sznur. Wnieśliśmy materac za bramę i wciągnęliśmy. Okazało się to nie łatwe bo wokół

kabiny były barierki a materac był ciężki. Naturalnie trzeba było uważać żeby nie zwrócić na

siebie uwagi. Droga przed molo, prowadziła z miasta min. do naszej firmy i w każdej chwili,

mógł tam przejechać np. szef czy ktokolwiek, a nie sposób było nie zauważyć wielkiego

materaca, wiszącego w powietrzu. Po kilkudziesięciominutowej operacji, udało się!

Wzbudziliśmy ciekawość tylko jednego TIR-owca, stacjonującego nieopodal. Przez kolejne

3 dni mogliśmy się wyspać w lepszych warunkach niż w namiocie. Po kilku dniach prace na

29
dźwigu na jakiś czas zostały zawieszone, łóżko pozostało dla ewentualnych kolejnych

„skazanych”. Dziś wiem że ani w tym ani w następnym roku owy dźwig nie został jeszcze

zdemontowany. Być może, teraz ktoś inny, się w nim…wysypia.

Henry G.

Któregoś dnia, siedzieliśmy z Kurdzielem na przerwie, w szatni. Jak już wspominałem,

ciągle pojawiali się nowi pracownicy. I tym razem było podobnie. Drzwi się otworzyły i do

szatni wszedł niski facet. Nie powiedział ani cześć, ani szwedzkiego hey! Klient, wyglądał

jakby przyszedł prosto z dworca centralnego, na którym mieszkał. Długie gęste pozlepiane

włosy, gęsta rosnąca chaotycznie, niczym trawa na polu, broda i mocne okulary. Zasłaniały

one, jedyny nie zarośnięty fragment twarzy, czyli nos i oczy. Spojrzałem z ironią na

Kurdziela, po czym stwierdziłem na głos, że to zapewne kolejny zryty psychicznie Szwed.

Koleś spojrzał na nas, i bez słowa podszedł do swojej szafki z napisem „Henry G. Privat”.

Podczas gdy my jeździliśmy na sławetny dźwig, Bęben był od tygodnia na delegacji w Ystad.

Zajmowali się tam rozbiórką stacji benzynowej i silosów po ropie. Powiedziano nam, że jutro

pojedziemy tam wszyscy, bo jest tam dla nas specjalne zadanie. Bęben wspominał nam, że

tam naprawdę odpoczniemy. Po męczącym, skądinąd pobycie na dźwigu, z zadowoleniem.

Tryb pracy w Ystad, pod kierownictwem wielkiego grubego Szweda z długimi włosami i

brodą o ksywie Kabel, był wedle jego opowieści sielanką. Przerwa, która normalnie trwała

15 minut, i zaczynała się o 9.15, tam ciągła się, wedle jego opowieści do 11, podczas

obiadowej Kabel kupował ciastka i również, nie była ona zachowana w ryzach czasowych.

Bęben jeździł tam, na pace samochodu, bo w kabinie były trzy miejsca, zajęte przez

30
Andrzeja, Mariusza i niejakiego Henia. Gdy w przeddzień wyjazdu, ich ekipa wróciła my

byliśmy już dawno w warsztacie. Poszedłem z Bębenem po kawę. W prowadzącym do

jadalni korytarzu, spotkaliśmy wspominanego na początku dziwaka z szatni. Ku mojemu

osłupieniu, gość podszedł do Bębena i powiedział – „I jak?”. Okazało się, iż to właśnie był

wspomniany Heniu. Nie poruszył sprawy, incydentu z szatni, ani słowem. Przeszedł

natomiast, do charakteryzowania tego, co jutro będziemy robić w Ystad. Okazało się, że

mieliśmy z Kurdzielem, zająć się usuwaniem żwiru z dachu, na budynku stacji benzynowej.

Była nim przysypana papa, pokrywającą dach.

Henryk Gawron, bo tak brzmiały pełne dane osobowe tego osobnika, miał 49 lat i

mieszkał w Szwecji, od ponad trzydziestu. Przez większość czasu, wraz z matką i siostrą.

Niedawno matka. wróciła na emeryturę do Krakowa skąd pochodził, natomiast Heniek został

sam. Nie był jednak, do końca na to przygotowany. Przez większość życia, wydawał

wszystko, na różne abstrakcyjne często drogie i nie do końca, bądź wcale mu niepotrzebne

rzeczy. Noc w hotelu Hilton, podłączenie do Internetu bez komputera, abonament na pakiet

filmowy bez anteny satelitarnej itp. Matka zajmowała się wszystkim, a on przez większość

życia roznosił gazety. Od dwóch lat pracował u Görana, bo matka jak już mówiłem

wyjechała. Dał tutaj, już nie jeden popis, swoich manualnych umiejętności. Generalnie był

postrzegany przez wszystkich, jako przybysz z innej planety. Nikt nie traktował go poważnie.

Henry nie przywiązywał najmniejszej, uwagi do wyglądu. Mimo że potrafił kupić, pilota do

telewizora, za kilka tysięcy koron to chodził w roboczej kurtce i podartych spodniach. Były

różne koncepcje, na temat tej postaci. Wszystkie one miały jednak wspólną dziedzinę.

Mianowicie, każdy kto mówił nam coś o Heńku zawsze dodawał, napatrzcie się dobrze, bo

takiego drugiego przypadku nie widzieliście i nie zobaczycie już nigdy. Na wyposażeniu,

trzy pokojowego mieszkania Henryka, do którego co jakiś czas zaglądał komornik, były 3

krzesła stolik i kieliszek. Niezwykły to był dorobek jak na trzydzieści lat stałego pobytu. Jego

31
kawały i rozbrajający śmiech, były dla nikogo niezrozumiałe. Można było śmiać się jedynie

z niego i tego jak, a nie co mówi. Był on idealnym wręcz dopełnieniem, dewiacji społecznej,

z jaką spotkałem się tylko tam. Któregoś dnia poznaliśmy kolejnego Polaka, pracującego

tam już od dawna. Był to Olek. Poznałem go, gdy szukał, dość mocno zdenerwowany,

swojego kubka do kawy. Olek był bardzo nerwowym człowiekiem, dziennie wypijał do

kilkunastu puszek red bulla. Jednak ważniejsze było to, że Olek był szwagrem Heńka.

Szwagrem, który go nienawidził. Miał dziecko z siostrą Henryka, ale ta nie pozwalała mu się

z nim widywać i robiła mu ciągłe problemy, w sprawie rozwodu. Podczas rozmowy o

Krakowie, bo jak się okazało również stamtąd pochodził Olek, pojawił się Heniek z kawą. Z

kawą w kubku którego 20 minut szukał Olek.

- To ja kurwa szukam jak debil mojego kubka!

- A co? Mało tutaj jest kubków, weź sobie któryś i już,

- Dlaczego mam pić z czyjegoś skoro mam swój, masz go umyć i postawić tam gdzie był!!!

- Sam sobie umyj, co ja ci będę mył … czy ty jesteś niepoważny?

Heniu usiadł i pił kawę w milczeniu, paląc papierosa. Olek oddychał ciężko. Po chwili

Henryk, zwrócił się w naszym kierunku i zapytał w swój charakterystyczny sposób. – I jak?

- Było by zajebiście gdyby nie twoja kurewska siostra! Odpowiedział Olek.

Heniu bez słowa dopił kawę, wstał i odszedł.

32
Ystad

Do Ystad, wyjeżdżaliśmy większą ekipą. VW LT-kiem, jechał Mariusz, Andrzej i Heniu.

Natomiast my trzej jechaliśmy, ciężarówką, z kierowcą Boose. Na miejscu, miał być

kierujący robotą Kabel. Stacja, mieściła się nad samym morzem, nieopodal miejsca, w

którym spędziliśmy pierwszą noc po przyjeździe. Liczyliśmy, że będzie szybko łatwo i

przyjemnie. Już sam dojazd był korzystny, bo w jedną stronę trzeba było liczyć ponad

godzinę drogi. Na miejscu, Bęben został przydzielony do ekipy z panem Henrykiem, Andrzej

i Mariusz na palniki a my z Kurdzielem na dach. Niestety pogoda zaczęła się psuć. Był duży

wiatr od morza i siąpił coraz większy deszcz. Poinstruowani przez Bębena,, że przecież

podczas, najmniej niesprzyjających warunków, przerywamy pracę, nie przejmowaliśmy się

tym. Byliśmy w błędzie. Mimo deszczu, udaliśmy się na dach. Zrzucanie żwiru, wcale nie

było takie łatwe, co gorsza w zagłębieniach, zaczęła zbierać się woda. Doczekaliśmy do

pierwszej przerwy, z nadzieją że Będzie długa i zdążymy wyschnąć. Ku naszemu

zaskoczeniu po piętnastu minutach, znów staliśmy na dachu i w deszczu, czy też ulewie

zrzucaliśmy żwir, przeklinając pod nosem Bębena. W przerwie Heniek z Bębenem, założyli

peleryny. My również znaleźliśmy jakieś, ale były to w zasadzie tylko strzępy. Heniu

podszedł i powiedział „pelerynka ciepło ci da!” Nie zastanawiając się nad sensem tego

zdania, wyszedłem. Wiatr od morza, przerodził się w sztorm, deszcz w ulewę. Byliśmy

totalnie przemoczeni, a co gorsza zapchany odpływ powodował że staliśmy w kilku

centymetrowych kałużach. Spojrzałem w kierunku morza. Zobaczyłem odpływający do

Polski prom. O niczym tak nie marzyłem, jak żeby być na jego pokładzie. Wtedy wiatr

podwiał strzępy peleryny, które miałem na sobie. Mokra folia wylądowała mi na twarzy . No

33
tak, pomyślałem, pelerynka ciepło mi da. Ulewa trwała jeszcze około godziny później

zaczęło się przejaśniać. Nie zmieniło to faktu że brodziliśmy w wodzie.

Bęben tym czasem, wraz z Heniem przystępowali do przecinania rur, łączących silosy ze

stacją. Heniu, jeśli chodzi o wiedzę teoretyczną, był świetny, gorzej z praktyką… Postanowił

że przetną kolanko od rury, jakieś pół metra wyżej, twierdząc że cała ropa została

spuszczona. Nie zwrócił uwagi na sugestię Bębena by zrobić to inaczej. Po przecięciu Kabel

uniósł rurę dźwigiem, po czym na trawnik wylało się jakieś 2000 litrów ropy. Heniu

stwierdził, że jednak całość ropy musiała nie zejść z rur. Po tym zdarzeniu wraz z

Kurdzielem musieliśmy usuwać skutki tego zdarzenia, przez kilka godzin. To nie był koniec

innowacyjnych pomysłów Henryka. Ich kolejnym zadaniem było odcięcie mniejszych rur

łączących dwie beczki z ropą. Mieli to zrobić przy użyciu piły szablastej HILTI. Wcześniej

Kabel, dał im kilka wymiennych nożyków. Jak stwierdził Bęben, można do tej roboty użyć

jednego, można ale nie kiedy pracuje się z Heniem. Naturalnie w teorii był świetnie

przygotowany „ tnij po krawędzi bo jak włożysz końcówkę do środka to ci się

zakleszczy…”. Bęben przystąpił do przecinania. Po kilku minutach, Heniu zaproponował, że

go zmieni. Zaczął ciąć na kolanku, w którym według niego nie było ropy. Po chwili, będąca

jednak w środku ropa, pod wpływem temperatury, zaczęła się palić. Heniu nie ciął zgodnie

ze swoimi instrukcjami, po krawędzi, ale wsadził ostrze do środka i zgodnie również z jego

wiedzą, zakleszczyło się ono. Rura była mocno rozgrzana. Ropa pod ciśnieniem, zaczęła

tryskać mu w twarz, on jednak nie mógł wyjąć ostrza. Po dłuższej chwili siłowania się,

wyrwał ostrze, padając na plecy. Cała twarz ociekała w ropie, na pytanie czy nic mu nie jest,

odpowiedział – dobrze że miałem okulary, przynieś mi jakąś szmatę… Naturalnie w między

czasie wszystkie pięć nożyków do piły nadawało się do wyrzucenia. Podczas przerwy

wszyscy pytali tylko „Heniek, nie wiesz co tu tak śmierdzi ropą?”.

34
Naturalnie przez cały okres pobytu, towarzyszyło nam „czynnie” określenie –

„adoptować”. Adoptowaliśmy raczej rzadko, ale gdy nadarzała się okazja. Zarazem raziła

nas, niegospodarność Szwedów, więc wykorzystywaliśmy to. Podczas pracy w Ystad, toaleta

była w budynku, z którego, zrzucaliśmy żwir, był on odcięty od prądu. Heniu poinstruował

Bębena, że gdy będzie korzystał z WC, obok ma do dyspozycji latarkę Kabla, „do

podcierania”. Kurdziel nie wiedząc o przynależności latarki, zaadoptował ją. Po powrocie na

kampus, zaprezentował nam nabytek, czym wzbudził oburzenie Bębena, który kazał mu ją

odnieść na miejsce, następnego dnia. Naturalnie Kurdziel, tak też zrobił.

Gdy nazajutrz jechaliśmy do Ystad, mijaliśmy na autostradzie sznur samochodów, które

właśnie zjechały z promu. Wśród nich dostrzegliśmy czarną sierre Egona. Wieczorem

Kurdziel i Bęben spotkali go na kampusie. Jak się okazało nie wrócił z Lechem, który zaraz

po powrocie do Polski zniknął. Prawdopodobnie udał się do jednej ze swoich sms-owych

znajomych. Najgorsze jednak było to, że jego żona wraz z dzieckiem, przyszła do Egona z

pretensjami, że przez niego Lechu zaginął.

W pracy zajęliśmy się rozbiórką „blaszaków” i sprzątaniem terenu. Nauczeni

doświadczeniem, uważaliśmy na Henryka, bo w jego otoczeniu mogło czychać wiele

niebezpieczeństw. Słynął on ze spektakularnych akcji, kiedyś wpadł do kontenera

wypełnionego watą szklaną. Uległ też poparzeniu olejem, w wyniku nieuważnego

przecinania, starej maszyny. Podczas rozbiórki jednego z garaży, prawie wybił mi oko

blachą, którą odbijał od konstrukcji. W kolejnych dniach, nie jeździliśmy już do Ystad. Miała

się tam pojawić komisja, oceniająca poprawność sanitarną podczas pracy. Dodatkowo my

jako oficjalnie nie istniejący pracownicy, zapisani na tablicy prac w biurze jako x,y,z (ja

byłem y), nie mogliśmy tam być.

35
Spleen

Pogoda była z dnia na dzień coraz gorsza. Ciągłe opady i coraz większy chłód w nocy,

wyniszczały psychicznie. Namiot, zdawał się każdego dnia wrzeszczeć nam w twarz, „czego

wymagasz, jestem z TESCO!” , notorycznie przemakając na wylot i fragmentarycznie się

rozpadając. Dodatkowo nabawiłem się przeziębienia. Ciągłe ataki kaszlu w nocy, były

ciężkie do zniesienia, zapewne nie tylko dla mnie. Później Kurdziel przyznał, iż myślał, że

podczas któregoś z nich, umrę. Od jakiegoś czasu wdrażaliśmy pomysł Bębena,

upodabniania się do Szwedów. Mówiąc wprost, nie goliliśmy się kilkanaście dni. Miało się to

nijak do „promocyjnych” przejazdów autobusem. Któregoś dnia, wracając na mokry kampus,

kierowca, stanowczo odmówił mi sprzedania biletu dla dzieci. Uzasadniając to bardzo prosto

zdaniem, iż nie mam na pewno siedemnastu lat. Im dłużej tam przebywaliśmy tym mniejsze

rzeczy potrafiły wyprowadzać z równowagi. Tak było i tym razem, kiedy miałem ochotę jak

w piosence, której słuchaliśmy wieczorami, „kupić nóż i powyrzynać wszystkich w koło”.

Szwedzi, bardzo rzetelnie podchodzili do okresu wakacyjnego. Wraz z jego

zakończeniem tj. 1 sierpnia, połowa kampusu opustoszała. A teren dla samych namiotów

całkowicie. Wracając wieczorem, postanowiliśmy nie udawać się na kampus, by nie skupiać

wokół siebie, zbytniej uwagi. Poszliśmy przeczekać dalej aż się ściemni. Zastanawialiśmy się

jednocześnie co dalej. Dalszy pobyt na kampusie był wykluczony. Z pośród kilku wariantów,

wybraliśmy, wczesno-poranne przebicie poza teren kampusu, w miejscowe zarośla. Mieliśmy

w tym doświadczenie więc cała operacja przebiegła dosyć sprawnie. Na trawniku kolejny raz

pozostał ślad jak po lądowaniu UFO. Jak się później, okazało to było już nasze ostatnie

przebicie. Pogoda nie dawała spokoju i praktycznie całymi nocami padał deszcz, któremu

wtórował wiejący wiatr. Co rano cały namiot „pływał”. Państwo szwedzkie zdawało się

36
mówić, że już u siebie, nie chce. Wspólną decyzją stwierdziliśmy, że nie można dłużej tego

ciągnąć. Wcześniej ustalaliśmy z Göranem, termin naszego wyjazdu. Kiedy chcieliśmy go

skrócić, odmówił. Dał nam ultimatum, że możemy jechać gdy skończymy aktualną robotę w

Oxie. Z jednej strony było to pewne dowartościowanie. Koniec końców wreszcie byliśmy

potrzebni. W tamtej sytuacji, nie miało to niestety, najmniejszego znaczenia. Nie przyszedł,

upragniony koniec. Mieszkanie w zaroślach, utrudniało wszystko. Korzystanie z kampusu,

trzeba było ograniczyć do minimum. W każdej chwili mógł podejść szef i zapytać gdzie nasz

namiot? Dlatego dodatkowo stresujący, był widok przejeżdżających białych samochodów z

napisem „POLIS”. Wydaje się jednak, że szef musiałby być ślepy, żeby nie wiedział o

naszym nielegalnym pobycie, od dawna. Widywał nas przecież codziennie. Żyjąc na granicy

prawa, jak bezpańskie psy, chowające się w zaroślach, wegetowaliśmy w naszej „budzie”.

„Nie oryginalny”

Ostatnia robota, jak już wspominałem była w Oxie. Była to malutka miejscowość, między

Malmo a Ystad, ograniczająca się głównie do kameralnego ryneczku i kilku sklepów, które

go otaczały. Naszym zadaniem, miało być zdemontowanie kilkunastu szklanych wiat

rozstawionych na długości całego rynku. Minęły już czasy, w których, zastanawiałbym się

dlaczego coś co ma może 2-3 lata, się demontuje. Tym razem, trafiliśmy do innej firmowej

ekipy wraz z Arabem, Stampe oraz Piotrkiem, trzydziestoletnim Polakiem, który właśnie

wrócił z urlopu. Oficjalnie zmieniliśmy też firmę, ponieważ Stampe nie pracował w Stab-

Teknik a w Swedrig AB. Na miejsce udało się jeszcze dwóch innych Szwedów. Operator

HDS-u, w ciężarówce oraz niejaki „szczur”. Był to chuderlawy okularnik,, z bardzo

prawdopodobnym urazem mózgu.

37
Ja miałem jechać LT-kiem, wraz z Piotrkiem i Arabem. Naturalnie Piotrek, jak wszyscy

inni Polacy, nie znosił jak go nazywał „brudasa”. Arab, miał znać drogę ponieważ, był tam

już wcześniej. Jak się szybko okazało, nie do końca znał. Jechaliśmy długo, za długo. Piotrek

przeklinał w tylko sobie charakterystyczny sposób, araba. Ten siedząc w środku niczego nie

świadomy jadł.

- Patrz, znowu wpierdala, Kurwa.

Powiedział Piotrek wskazując araba.

- Nie wypisuje przerw tylko wdupca w aucie! Zawsze to samo, wyjebie to żarcie, śmierdzi od

tego, chuj wie co to za gówno przecież.

Piotrek szybko w naszej nomenklaturze, stał się prawdziwym tekściarzem. Z przyczyn

technicznych (nie chcę przekręcać) nie przytoczę jednak zbyt wielu. Arab został nauczony

kilku zwrotów po Polsku. Nie znając ich znaczenia, często bezmyślnie powtarzał np. „Kuję w

dupę!” bądź „Jebał arab turka, aż została skórka”. Gdy zaczynał powtarzać to w samochodzie

Piotrek szybko podnosząc rękę mówił – Milcz Kurwa!

Po przyjeździe na miejsce, arab dostał zlecenie rozciągnięcia przedłużaczy. Szybko chciał

zwerbować do tej czynności mnie. Piotrek zatrzasnął mu drzwi przed nosem i w znany nam

już sposób kazał odejść. Wtedy zaczęliśmy śniadanie. Przed samochodem, Stampe

rozmawiał z kierowcą ciężarówki. Po zjedzeniu bułki, Piotrek zapytał czy palę?

Odpowiedziałem, że mogę zapalić, będąc pewny że poczęstuje mnie papierosem. Ku mojemu

zaskoczeniu, wyjął lufkę odpalił i mi podał. To był hasz. Jak się okazało, w tym kraju

popularniejszy i łatwiejszy w nabyciu niż trawa czy nawet alkohol. „Wzmocniony” i

rozluźniony poszedłem szukać chłopaków. Zalogowali się w kontenerze, po drugiej stronie

budynku. Chwilę później, przyszedł Stampe i powiedział co mamy robić. Po odcięciu i

spuszczeniu na ziemię szklanych wiat, my mieliśmy odkręcać listwy, wyjmować szyby a

38
następnie, całkowicie rozmontowywać konstrukcję, tnąc ją piłą szablastą. Arab, dostał

zadanie skuwania młotem pneumatycznym podmurówek, które pozostały po wiatach. Gdy to

usłyszał, oznajmił Stampemu, że nie będzie tego robił, bo jest Szwedem, a to jest robota dla

Polaków. Po tym, Stampe wściekł się i powiedział że skuje, w takim razie wszystkie. Było

ich ponad 40. Gdy Piotrek usłyszał, o tym co powiedział arab, roześmiał się i stwierdził że

jest Szwedem ale chyba nie oryginalnym. Praca w Oxie, nie była zbyt ciężka. Przez cały nasz

pobyt , towarzyszyły nam miejscowe dzieci na rowerach. Wpatrywali się, w to co robimy

tak, jakbyśmy co najmniej uprawiali magię. Cóż, człowiek nigdy by nie pomyślał, jak

fascynujące okazuje się, odkręcanie śrub ale może dlatego, że nie urodził się w Skandynawii.

Kolejnego dnia, arab kontynuował skuwanie murków młotem. Po tym, jak dzień wcześniej

przytłukł kabel zasilający od młota, czym go spalił, dostał dwa razy cięższy egzemplarz

marki BOSCH. Teraz, suwał nim tylko po ziemi i średnio co 20 minut zatapiał w gruzie,

błagając bezskutecznie o pomoc. Podczas przerwy, oznajmił iż wie gdzie jest woda.

Spragniony Piotrek, wziął butelkę i stwierdził, że co prawda wstydzi się iść gdzieś z arabem,

ale w tej sytuacji pójdzie. Po chwili wrócił sam z nadal pustą butelką i z wściekłością rzucił

ją na pakę. – Ten Brudas pokazuje mi gofry, jak go pytam gdzie woda to mówi że nie wie!.

Kurwa nie jestem rasistą, ale to nie moja wina, że araby to głupsza rasa i chuj!

Nareszcie

Prace posuwały się dość szybko, aż nadszedł upragniony ostatni dzień. Po powrocie na

firmę, przebieraliśmy się po raz ostatni z łachmanów. Zaadoptowałem pamiątkową czapkę z

szatni. Na nasze miejsce, pojawili się kilka dni wcześniej, czterej młodzi Polacy.

39
Zamieszkiwali w baraku, na terenie zakładu. Nie wyglądali na zbyt ciekawe postacie i byłem

pewien, że nie zagrzeją tutaj długo miejsca. Jak się później okazało nie zagrzali. Nie

zaskoczył nas także szef. Wszelkie spekulacje, że może dostaniemy jakąś dodatkową kasę,

okazały się zbędne. Dostaliśmy dokładnie tyle, ile było przewidziane. Z drugiej strony lepsze

to, niż gdyby miał być mniej. Po pożegnaniu, ruszyliśmy w ostatnią dwu kilometrową trasę

na autobus. Nie mogliśmy się dodzwonić w sprawie rezerwacji biletów. Po wielu próbach

udało się. Czasu było bardzo niewiele. W Ystad mieliśmy być na 22. A trzeba było jeszcze

pozbierać toboły i namiot. Szybki prysznic i najszybsze w historii składanie namiotu,

upłynęło w nerwowej atmosferze. Spoglądając ostatni raz na kampus, wsiedliśmy w autobus.

Następnie trzeba było zlokalizować miejsce przesiadki i autobus jadący na dworzec.

Poinstruował nas kierowca. Byliśmy na dworcu o 20.40. Kilka minut wcześniej, odjechał

pociąg do Ystad. Następny był 21.10. Do samego końca trwaliśmy w niepewności. Czy

zdążymy? Czy może historia zatoczy koło i rozbijemy się tam, gdzie pierwszej nocy. Siedząc

w pociągu, każdy z nas w głowie, powtarzał sobie słowo – szybciej! Pociąg dojechał kilka

minut przed 22. W biegu, spoglądaliśmy na stojący prom. Na szczęście, wcale jeszcze nie

odpływał. Czekając na odprawę paszportową, myślami byłem już na pokładzie, popijając

piwo. Po wejściu, znów czekała nas bardzo długa godzina. Godzina do otwarcia sklepu. W

oczekiwaniu wraz z Bębenem wyszliśmy na zewnątrz. Prom odpływał. To, co przez ostatnie

kilkanaście dni było marzeniem, spełniało się. Na promie, spotkaliśmy też wielu naszych

rodaków, min. Marek spotkał kolegów którzy wracali z Norwegii. Było też dwoje facetów,

którzy jak stwierdziliśmy po ich historii, mieli znaczenie gorzej od nas. Mieszkali w lesie i

nie widzieli chleba, przez miesiąc. Błądzili gdzieś, po norweskich lasach, jedząc owoce

leśne. Tej nocy, wspólnie ze wszystkimi chyba na statku Polakami, upajaliśmy się

alkoholem. Generalnie na tym etapie, byliśmy zadowoleni. Udało się znaleźć pracę i zarobić

parę groszy. Niektórzy kończyli gorzej. Po kilku godzinach, każdy znalazł kawałek wolnej

40
podłogi i położył się spać. Rano, zbudził mnie Kurdziel. Prom był już zadokowany. Zaczęła

się też odprawa. Podniosłem głowę i zobaczyłem Polskę. W takich momentach człowiek ma

w sobie nutkę prawdziwego patrioty. To jednak szybko mija, bardzo szybko. Po zejściu,

udaliśmy się na stację PKP, zakupić bilet powrotny. Mieliśmy czas do odjazdu pociągu więc

wsiadłszy na „orlika” udaliśmy się na drugą stronę, Świny po pizze. Prawdziwe jedzenie od

dawna. Trzeba było naturalnie zaopatrzyć się również w napoje do pociągu. Gdy wsiedliśmy

do pociągu, nikt nie zastanawiał się, żeby sprawdzić swoje miejsce na bilecie. Znaleźliśmy

pusty przedział i przystąpiliśmy do konsumpcji. Została ona zakłócona, przez wchodzących

pasażerów, mówiących że zajęliśmy ich miejsca. Gdy ten proceder powtórzył się trzy razy,

sprawdziliśmy gdzie nasze miejsca. Okazało się że są wolne. Problem w tym, że byliśmy

rozrzuceni po całym pociągu, niczym gnój po polu. Upojony alkoholem, usiadłem w

wypełnionym przedziale na swoim miejscu, czym nie wzbudziłem zachwytu

współpasażerów. Atmosfera była nie do zniesienia więc postanowiłem udać się do Kurdziela,

żeby wspólnie na korytarzu wypalić papierosa. Okazało się, że i on znajduje się w podobnej

sytuacji. Gdy przeciskając się, chciał wyjść, przewrócił się w na przejście, czym wzbudził

odrazę a zarazem przerażenie jednej starej kobiety, która krzyknęła „Bierzcie go!”. Reszta

podróży, poza jedną wizytą w WARS-ie, minęła, przebywając każdy, na swoich miejscach,

w oczekiwaniu dotarcia do celu podróży. Około 22 ukazał się nam Krakowski Dworzec

PKP. To był już koniec.

Kilka kolejnych dni upłynęło pod znakiem imprez powitalnych. Spożywaliśmy alkohol,

wspominając te surrealistyczne historie. Ciężko było wielu, zrozumieć sens tego wyjazdu.

Podstawowe pytanie to, ile kasy przywieźliśmy?. A po tym, co tam przeżyliśmy to miało

akurat, trzeciorzędne znaczenie. Któregoś dnia spotkałem się w Krakowie z jednym kolegą.

Stwierdził, że skoro wróciłem ze Szwecji, to teraz mogę stawiać. Pomyślałem sobie wtedy, I

cóż że ze Szwecji?!. Po czym poszliśmy do miejscowego baru.

41
Wielu ludzi nie przekona się nigdy o absurdalności tego państwa, jeśli osobiście tego nie

przeżyje. Stereotypowa Szwecja, o pięknych czystych ulicach, wspaniałej opiece socjalnej i

ogromnych zarobkach, może i jest dostępna, ale tylko dla wąskiego grona rodowitych

Skandynawów. Oni tak naprawdę nie dostrzegają, nie znają i nie rozumieją, wielorakiego

absurdu, w jakim żyją. Trwają w nim, nie mając większego pojęcia o prawdziwym brutalnym

życiu.

To krótkie sprawozdanie, jest przestrogą, dla wszystkich tych, którzy myślą, że złapali

pana Boga za nogi, wyjeżdżając za granicę. Lepiej dziesięć razy się zastanowić i wziąć pod

uwagę wiele negatywnych wariantów, niż jechać na przysłowiową „pałę” w nieznane.

Pozostaje oczywiście również, drugi aspekt. Możliwość zobaczenia rzeczy i ludzi, których

nie spotkamy we własnym mieście, na własnym podwórku. Jednakże z pewnością, nie jest to

najlepszy sposób, dla każdego amatora przygód. Należy jednak pamiętać że, co cię nie

zabije, to cię wzmocni.

KONIEC

42
Zdjęcia

Sławetna ławeczka

Widok z ławeczki ☺

Kampus, widok

na kuchnie i prysznice

43
Arab

Pan Bogdan (z prawej)

i Rolland

Robota

44
Mapy

Pole namiotowe,

z zaznaczonymi

miejscami przebijania

namiotu, (Google Earth)

Widok drogi

codziennie pokonywanej

pieszo do roboty

oraz zaznaczony dźwig,

(Google Earth)

Odległość kampusu od

Firmy, (Google Earth)

Copyright © Maciej Święch, sviechovicius@gmail.com

45