Vous êtes sur la page 1sur 78

Anczyc Wadysaw

PRZYGODY PRAWDZIWE
EGLARZY I PODRNIKOW

Aleksander Selkirk
na wyspie Juan Ferdiiumdcz (17051709),
Spojrzyjcie na kart Ameryki poudniowej. Na Oceanie Spokojnym, oblewajcym zachodnie brzegi tego
ogromnego ldu, o sto kilkadziesit mil od ziemi, le dwie mae wysepki, rzucone w przepa ogromnych
przestworw wody. Wy-sepki te nazywaj si Juan Ferdinandez.
Jedna z nich bliej brzegw leca, zowie si z tej przyczyny Mas a Tierra (bliej ziemi), druga dalej,
nazwana Mas Fuero (bliej oddale-nia). Pierwsza na cztery mile duga i przeszo mil szeroka, jest grzysta i
gstemi lasami po-kryta ; druga stromo wybiega z bezdennych toni i jest znacznie mniejsza od swej
towarzyszki.
Obydwie powstay skutkiem dziaania ogni podziemnych, ktre do dzi dnia jeszcze nie uspokoiy si i
dlatego czste trzsienia ziemi je nawiedzaj.
Wysepki te wsawiy si czteroletnim poby-tem na nich majtka szkockiego, Aleksandra
Przygody eglarzy. 1
Selkirk, ktrego przygody nastrczyy Danielowi Foe, pisarzowi angielskiemu, myl napisania przy-padkw
Robinsona Kruzoe.
Juan Ferdinandez, eglarz hiszpaski, odkry je w roku 1563 i od niego otrzymay nazw. Marynarz ten
odby mnstwo podry morskich i prawie cae ycie przepdzi na pokadzie okrtu. Widok te tych piknych
wysp, bujn rolinnoci okrytych, obudzi w nim tsknot do spokojnego ycia i skoni do osiedlenia si tutaj.
Zabrawszy on i dzieci, zaopatrzywszy si w potrzebne narzdzia i zwierzta, a gwnie kozy, przenis si na
wysp /Was a Tierra i wy-budowa sobie tutaj osad.
Przez kilka lat Juan Ferdinandez zaywa w swej rozkosznej siedzibie bogiego pokoju, ale nakoniec
jednego lata flotylla hiszpaska zarzu-cia kotwic przy brzegach wyspy. Admira za-j j na wasno korony
hiszpaskiej, a widzc nadzwyczajn yzno ziemi, postanowi zaoy tutaj osad. Jako wkrtce ponad
zatok wznio-sa si maa forteczka i kilkanacie chat. Roz-gniewany Ferdinandez, e mu zakcono spokoj-
no, zabra rodzin i na ld stay powrci.
Hiszpanie nie znalazszy na niej zota ani drogich kamieni, znudzeni samotnem yciem i cik prac,
porzucili nowo zaoon osad, ktra te wkrtce do szcztu zniszczaa. Odtd przeszo lat sto dwadziecia nie
syszano prawie
w Europie o wyspach Jana Ferdinandeza. Okrty pyny zwykle inn drog ku wyspom rozrzu-conym po
Oceanie Spokojnym i czasem tylko, kiedy burza porwaa statek na swe barki i po-pdzia ku pnocy,
wystraszeni majtkowie, spo-strzegszy sterczce z ona wd czarne opoki wysp obu, dreli od trwogi, aeby
wcieky ura- gan nie rozkruszy ich wtego statku o skay nadbrzene.
W roku 1681 toczya si zawzita wojna mi-dzy Anglj a Hiszpanj. Kapitan Watlin dowo-dzcy maym
okrtem wojennym angielskim, ci-gany przez przewane siy hiszpaskie,, dla omy-lenia pogoni skierowa
statek ku wyspom Jana Ferdinandeza i u brzegw bliszej zarzuci ko-twic. Poniewa brakowao mu ju
ywnoci, a wyspa obfitowaa w zwierzyn, Waltin wysa kilku majtkw na polowanie, a midzy tymi In-
djanina z wybrzey Moskito, bardzo zrcznego Strzelca. W kilka godzin pniej wystrzay dzia-owe wezway
myliwych do poWrotu na pokad, wrcili oni z upolowan zwierzyn, tylko Indja- nina niedostawao.
Kapitan chcia czeka na Strzelca, lecz maj-tek utrzymujcy stra na szczycie masztu, da zna, e w
odlegoci ukazuj si trzy statki nieprzyjacielskie; niepodobna byo naraa si na walk nierwn, a zatem
rozpito agle.
Tymczasem Indjanin, zapdziwszy si za dzi-
kim kozem, ubi go nareszcie i obciony zdo-bycz wraca nad morze, lecz z najwikszem
O zadziwieniem ujrza znikajcy okrt. Pozosta wic mimowolnie na wyspie.
Dziki posiada strzelb, nieco prochu i kul, oraz wielki n myliwski. Wkrtce wystrzela ca amunicj,
fuzja wic staa mu si cakiem niepotrzebn. Rozebra j na czci, zapomoc skaki i dekla skrzesa ognia,
rozpali luf do czerwonoci i na twardej skale ku gazem; n posuy mu do nacinania elaza, a poniewa by
obeznany z kowalstwem, wykuwa z niego rne przedmioty, mianowicie te groty do strza i haczyki do
wdek.
Odtd majc uk i strzay, mg polowa na kozy, ktre, przywiezione przez Ferdinandeza zdziczay i
rozmnoyy si w ogromne stada. Oprcz kz zbiera na pokarm muszle, raki mor-skie i owi ryby, materjau na
sznurki do w-dek dostarczay mu jelita psw morskich znaj-dujce si tu w obfitoci. Po zaspokojeniu tych
najpierwszych potrzeb, pomyla o zbudowaniu chatki.
Nacinawszy noem cienkich pni drzewnych, zbudowa sobie malek chatk, pokryt limi palmowemi.
Posania dostarczy mu mech, a przy-krycia kozie skry wygarbowane sol morsk i wysuszone na socu;
suyy mu one take za odzie, a e dziki od modoci przyzwycza-
jony by do ycia bardzo skromnego, y wic bardzo wygodnie.
W cigu trzech lat, ktre Moskitaczyk prze-by na wyspie, czstokro zawijali do niej Hisz-panie, a
dowiedziawszy si o pobycie na niej dzikiego, pragnli go pochwyci kilkakrotnie, lecz Indjanin, znajc
doskonale wysp, umia w najniedostpniejszych kryjwkach szuka schro-nienia przed swoimi
przeladowcami.
Nakoniec w roku 1684 okrt francuski za-win do brzegw wyspy, a majtkowie wyldo-wawszy na ni,
znaleli Indjanina. Dziki doznaw-szy najprzyjaniejszego obejcia, uraczy swo-ich wybawcw uczt z ryb i
koziego misa, a potem wraz z nimi opuci miejsce wygnania.
Przez nastpne lat dwadziecia obie wyspy stay pustkami, nareszcie zawita tutaj Aleksan-der Selkirkj o
ktrego pobycie podajemy krtk wiadomo.
Byo to na pocztku omnastego wieku: An-glicy i Hiszpanie znowu staczali zawzite boje na wszystkich
wodach kuli ziemskiej. Hiszpanie z najwikszem wysileniem bronili swego pano-wania na morzu; a Anglja,
rosnca coraz bar-dziej w potg, zadawaa sprchniaej monarchji cios po ciosie i wkrtce miaa j przywie
do nicoci. Nietylko floty wojenne obu pastw wal-czyy z sob, lecz mnstwo korsarzy obu naro-dw,
mianowicie te angielskich, polowao na
statki kupieckie, albo te niszczyo miasta por-towe w osadach.
Hiszpanie, wadajcy Meksykiem i oprcz Bra- zylji ca poudniow Ameryk, posiadali tu bo-gate
kopalnie srebra. Pastwo to, zostajce pod wadz niedonych monarchw, ulegych lepo rozkazom
Inkwizycji witej, byo wycieczone zupenie. Upad przemys, handel i rolnictwo, a mieszkacy nie byli w
stanie paci podatkw; z tej przyczyny skarb zostawa w najwikszym niedostatku i czerpa jedyne zasoby z
kopal amerykaskich.
Srebro wysyano z osad na okrtach zwa-nych galjonami; Anglicy czatowali na nie po drogach morskich i
bardzo czsto zabierali bo-gat zdobycz, a gdy jej zabra nie mogli, za-tapiali galjony, nabawiajc tym
sposobem rzd hiszpaski najwikszych kopotw.
Nakoniec Hiszpanie, chcc uj czujnoci swych przeciwnikw, postanowili okrty, prze-woce skarby,
przeprowadza drog dalsz, lecz zato bezpieczniejsz, to jest z zachodnich brzegw amerykaskich, przez
Ocean Spokojny, opywa-jc Azj i przyldek Dobrej Nadziei.
Marynarze angielscy dociekli wkrtce tego podstpu, a admiralicja, to jest zarzd si mor-skich Wielkiej
Brytanji, wysaa w roku 1705 kilka okrtw dobrze uzbrojonych na Ocean Spokojny. Pomidzy temi
znajdowaa si fregata
wity Jerzy pod dowdztwem sawnego Dam- pierra i towarzyszcy mu bryg Pi Portw, ktry
prowadzi kapitan Stradling. Obaj kapita-' nowie byli mni i paali chci zmierzenia si z marynark
hiszpask: Stradling atoli, bdc nader gwatownego i ktliwego usposobienia, porni si wkrtce z swym
towarzyszem i po-stanowi dziaa na swoj rk.
Okrt Pi Portw mia dzieln osad, zo-on po wikszej czci z marynarzy starych, dowiadczonych
i zaprawnych do boju, ale przy- tem chciwych sawy i upw wojennych. Pord nich znajdowa si Aleksander
Selkirk, majtek dobry, ale nadzwyczajnie gwatowny i zuchway.
Ojciec Selkirka mieszka w Szkocyi, w hrab-stwie Fife. Tam te urodzi si i wychowa Ale-ksander. Skoro
doszed do jedenastego roku y-cia, rodzice posali go do szkoy, ale chopiec uczy si nie chcia, a e w
wczesnych czasach nauczyciele nie umieli inaczej mo'dziey zach-ca do nauki, jak tylko rzg, wic te
Aleksan-der kilka razy ucieka ze szkoy do domu, gdzie znowu od ojca bra plagi.
ycie takie wkrtce mu si sprzykrzyo; po-mimo odbieranej chosty, mody Selkirk nie chcia si uczy,
odda wic go ojciec do krewnego sdziego, mieszkajcego o kilkanacie mil stam-td nad granic Anglji,
spodziewajc si, e zdaleka od domu lepiej uczy si bdzie i z cza-
sem wyjdzie na prawnika. Przeby tutaj kilka lat, ale w naukach nie postpowa, a gdy go sdzia przymusza do
siedzenia za stoem i przepisy-wania papierw prawnych, potajemnie uciek do Anglji i zacign si na okrt.
Zdawao mu si, e tutaj bdzie mg robi, co mu si podoba, lecz wkrtce przekona si, e na statku
trzeba jeszcze by posuszniejszym, anieli w domu. Rodzice byli dla bardzo do-brzy; karcili go wprawdzie,
ale ile razy uda si w pokor, ojciec mu przebacza i zapomina
o wykroczeniu. Tymczasem kapitan okrtu nie przepuszcza pazem najlejszego bdu i bardzo susznie: bo
gdyby na statku raz zakrado si nieposuszestwo, wszyscy naraeni byliby na zgub.
Zuchway mokos nie mg si pogodzi z kar-noci marynarsk i po paru miesicach pobytu na okrcie
umkn napowrt do Szkocji, ale zmieni nazwisko, bojc si, aeby go nie schwy-tano i nie karano jako
dezertera.
Swoboda smakowaa bardzo Selkirkowi, ale zato bieda daa mu si we znaki: nieraz dla utrzymania ycia
najmowa si do cikiej pracy, a pomimo to czsto nacierpia si godu. Ponie-wa mia ju nieco wprawy w
robotach eglar-skich, porzuci wntrze kraju i uda si do je-dnego z miast nadmorskich, spodziewajc si, e
tam znajdzie atwiejszy zarobek.
Przez p roku w owem miecie portowem prowadzi bardzo ndzne ycie, nareszcie nie mogc ju duej
wytrzyma, postanowi podda si karnoci marynarskiej i zacign si po-wtrnie do morskiej suby.
W tym czasie Anglja prowadzia wojn na morzu, a oprcz okrtw wojennych, ktre rzd wysya
przeciwko nieprzyjacielowi, jak to ju opowiadalimy wyej, prywatni uzbrajali statki korsarskie. Std poszo,
e marynarzy wszdzie brakowao, a kapitan Stradling, majcy pyn wraz z Dampierrem na Ocean Spokojny,
przy-by do portu, gdzie si znajdowa Selkirk, aby dzielnymi Szkotami uzupeni liczb majtkw na t
wypraw.
Aleksander, przycinity bied, ochotnie uleg namowie sternika i wstpi w sub na okrcie Pi
Portw. Ndza nauczya go posusze-stwa i przez pewien przecig czasu bardzo gor-liwie peni sub na
statku. Kiedy jednak od-ywi si i o dawnych nieszczciach zapomnia, powrcia znowu dawna zuchwao.
Selkirk za-wsze chcia tak robi, jak jemu si podobao, a nie tak, jak mu rozkazywano. Z pocztku wa-dzi si
tylko z majtkami, ale potem nie prze-puci i przeoonym, wkrtce te doczeka si bardzo smutnego losu.
Wanie okrt przepywa okoo wysp Juan Ferdinandez, kiedy Selkirk, pokciwszy si z pod-
majstrzym okrtowym, zrani go ciko. Prze-stpstwo to oburzyo do najwyszego stopnia ca osad. Gdyby
kapitan nie mia litoci nad modoci i gupot Selkirka, byby go nieza-wodnie mierci ukara, lecz nie chcc
jego zguby, da mu do wyboru, albo odebra pidzie-sit plag lin, albo te opuci natychmiast sta-tek i
pozosta na pusiej wyspie, okoo ktrej przepywali.
Rozumie si, e zuchway majtek wola wy-si na wysp bezludn, anieli odebra cho-st. Natychmiast
wic spuszczono d na mo-rze, wsadzono na ni Selkirka wraz z rzeczami nalecemi do niego. Kapitan przez
lito kaza doda do tego cokolwiek narzdzi i ywnoci d popyna do brzegu i w zatoce Kumber-
landzkiej wysadzia na ld Selkirka. Kiedy obej-rza si dokoa, nie dostrzeg nigdzie ywego ducha, gdy
przypatrzy si czarnym skaom po-nuro wystrzelajcym z ona wd morskich, prze-lk si tej samotnoci i z
paczem baga do-wdcy odzi, aeby go wzi napowrt, chcc raczej wytrzyma plagi, anieli zosta
opuszczo-nym wrd niezmiernych przestworw Oceanu. Odniesiono si do kapitana Stradlinga, lecz ten ani
sucha nie chcia o probie Selkirka i roz-kaza go pozostawi na wyspie. Wkrtce d odpyna do okrtu,
ktry podnisszy kotwic, znikn z widnokrgu wyspy.
Selkirk wic pozosta sam jeden oddzielony niezmiern wd przestrzeni od reszty wiata.
Zapasy, ktre mu pozostawiono, skaday si najprzd ze skrzyneczki z garderob i bielizn; mia oprcz
tego pociel, strzelb, dwa funty prochu, nieco kul, krzesiwo, skaki i kocioek; nakoniec Pismo wite i par
innych ksiek.
Z pocztku, patrzc na odpywajcy okrt, gorzkiemi zalewa si zami; pniej znkany wpad w ponur
rozpacz, a nawet zacz bluni przeciwko Panu Bogu, e go opuci. Nie wie-dzia ten ndzny czowiek, e to,
co uwaa za najwiksze nieszczcie, wyszo mu na dobre, w kilka bowiem dni Hiszpanie schwytali statek
Pi Portw, a poniewa by to okrt korsar-ski, okuli ca osad jako rozbjnikw morskich w kajdany i
rozkazali im przez kilka lat praco-wa w kopalniach Ameryki poudniowej.
Selkirk unikn tym sposobem niewoli, a los jego, chocia bardzo dotkliwy, by nierwnie lepszym ni
nieszczliwych towarzyszw, zmu-szanych kaczugiem do cikiej pracy w wilgo-tnych, ciemnych i
niezdrowych kopalniach, y-wionych i odziewanych licho i tak drczonych, e zaledwie poowa wrcia do
Anglji, bo reszta z ndzy i nadzwyczajnej pracy pomara.
Cierpienia Aleksandra byy zupenie innego rodzaju; porzucony na wyspie bezludnej, pozba-wiony
ludzkiego towarzystwa i wszystkich dro-
bnych wygd, kre si w Europie za nic uwaa, pdzi dni bardzo smutne. Szczeglnie te przez kilka
pierwszych miesicy pobytu na wyspie, taka go drczya tsknota, e kilkakrotnie my-la o odebraniu sobie
ycia. Jad tylko wten-czas, kiedy mu dotkliwy gd dokuczy; zasypia dopiero wwczas, gdy ju ze znuenia
wytrzy-ma nie mg; nie rusza si prawie z miejsca i opuszcza siedzib na brzegu morskim, kiedy trzeba byo
koniecznie uda si na wyszukanie ywnoci.
Ale wszystkie, choby najwiksze cierpienia, czas agodzi; powoli majtek zacz si przyzwy-czaja do
swego pooenia, a widzc, e patrze-nie na morze na nic si nie przyda, e choby najbardziej tskni i paka,
to mu zy okrtu nie sprowadz, podda si woli Boskiej, pogodzi ze swoim losem i pocz nad tem rozmyla,
jakby sobie pobyt na wyspie uprzyjemni.
Z pocztku, dopki mu prochu starczyo, po-lowa na dzikie kozy; gdy wystrzela do szcztu amunicj, a
nie umia sobie sporzdzi luku i strza, by zmuszony goni je i chwyta w biegu, w czem nabra tak wielkiej
wprawy, e naj-szybsza koza nie usza rk jego. Ogie roznie-ca na wzr dzikich ludzi, trc dwa kawaki
drzewa o siebie. W rozmaitych miejscach pobu-dowa chatki na przechowywanie zapasw, a to z tej przyczyny,
aby w razie wyldowania Hisz-
panw, nieprzyjaciel nie znalaz i nie zniszczy naraz wszystkiego; nareszcie w jednej obszer-niejszej chatce,
skrytej pomidzy skaami, urz-dzi sobie sypialni i w niej te w czasie dni sotnych przesiadywa.
Kto nie dowiadcza, co to jest samotno, ten nie uwierzy, jaki ona zbawienny wpyw wy-wiera, a
mianowicie te na ludzi zepsutych. Sel- kirk przed przybyciem swem na wysp, przez cay czas pobytu na
okrcie nigdy nie pomyla
o modlitwie, nigdy nie podzikowa Panu Bogu za Jego dobrodziejstwa; teraz za sam, oddalony od ludzi,
zacz si gorco modli, w czasie pracy piewa psalmy, czytywa Pismo wite, a roz-mylajc o swej
przeszoci, aowa bardzo da-wniejszych zych postpkw.
Na ywnoci mu nie zbywao; oprcz ko-ziego misa, mia take dostatek ryb, ktre w braku sieci poawia
nastpujcym sposobem. Z oziny plt zastawki, ktremi zagradza ujcia strumieni wpadajcych do morza, jak
to u nas zwykli robi grale. Z pocztku dokucza mu bardzo braj< soli, ale wkrtce przyzwyczai si bez niej
obchodzi.
Skorupiaki morskie smakoway mu wybornie, jada je albo surowe, albo przypiekane na w-glach, niekiedy
za gotowane w wodzie; cza-sami do rosou z koziego misa dodawa rakw morskich. Kozy chwytane przez
Selkirka miay
smak wyborny, albowiem nie posiaday odraa-jcej woni, jak si odznacza miso kz euro-pejskich.
W czasie czeroletniego pobytu na wyspie Juan Ferdinandez, Selkirk schwyta przeszo ty-sic kz, z
ktrych wiksz poow wypuci wolno, naznaczywszy im tylko uszy, dla rozpo-znania na przyszo. Raz
cigajc koz, zapdzi si nad brzeg przepaci: gste krzewy zasaniay otcha, Selkirk jej nie widzia i wraz z
koz stoczy si na d. Gwatowne uderzenie przy-prawio go o strat zmysw. Po kilkunasto -go- dzinnem
omdleniu przyszed wreszcie do siebie, lecz by tak potuczony, e zaledwie zawlk si na drugi dzie do swej
chaty, odlegej o p wierci mili, i pniej przez dni dziesi nie by jej w stanie opuci.
Wwczas to nie mogc niczem si zatrudni, po caych dniach czytywa biblj i niezmiernie zasmakowa w
tej ksidze penej mdroci. Ile razy pniej napada go tsknota, albo zwtpie-nie w miosierdziu Boem,
ucieka si do czy-tania Pisma witego, czerpic w niem wytrwa-o, nadziej i pociech.
Powoli wraca mu dawniejszy wesoy humor, nieraz zapominajc o swojem smutnem pooeniu; bawi si z
oswojonemi kozami i dzielc ich igraszki z koltami, ciga si i Wesoe wypra-wia skoki.
Raz porzuciwszy nieruchawe ycie, jakie pro-wadzi z pocztku, pocz odprawia -cigle w-drwki po
wyspie, to dla dokadnego jej pozna-nia, to dla wyszukiwania rolin i zwierzt, z kt-rych mgby mie poytek.
W czasie tych wy-cieczek znalaz drzewko podobne do mirtu, zwane pimentowem, z ktrego otrzymuje si
ziarnka, zwane angielskiem zielem. Drzewko to byo mu bardzo poytecznem; gazie przesiknite y-wic, a
wic bardzo smolne, byy niezmiernie przydatne na opa, a nadto wydaway dym aro-matyczny, w ktrym
wdzca si kozina nabie-raa nader przyjemnego zapachu; ziarna mocno korzenne, stanowiy doskona
przypraw do ryb i pieczonego misa kolego. Innym razem na-potka znowu palm, ktrej soczystych lici
uy-waj w tamtejszych stronach na jarzyn i dla-tego zowi j kapust palmow. Tak pomnaaa si wci
liczba potraw, ktremi wygnaniec uroz-maica swoje obiady.
agodny i przyjemny klimat wyspy wielkiem by dla Selkirka szczciem: cby si z nim stao, gdyby
zamiast na wyspy Ferdinandeza wysadzono go gdzie na pnocy? Kt wie, czy zdoaby przey pierwsz
zim, a jeliby j na-wet przey, przez jakie straszne przechodziby koleje pord niegw i lodowatych tchnie
p-nocnego wichru, nie majc dobrze zabezpieczo-nego mieszkania. Tymczasem tutaj klimat by
nadzwyczaj miy, ani upay dokuczajce pod rwnikiem, ani mrozy i niegi nie dokuczaj, w zimie, ktr tu
zastpuje kilkotygodniowa pora deszczw, poczem znw wraca wiosna w ca-ej swej piknoci i sile. W lecie
niema skwa-rw, bo wiatry morskie odwieaj cigle po-wietrze, a mia zielono przez cay rok ziemi
okrywa.
Przez cay czas Selkirk, wyjwszy upadku ze skay, ani razu nie zachorowa. Kiedy mu si suknie zdary do
szcztu, zrobi sobie opocz z kozich skr, obuwia za nie uywa wcale.
Z pocztku trudno mu byo chodzi boso, lecz potem przyzwyczai si, a skra podeszew tak stwardniaa, e bez
trzewikw mg si obcho-dzi. Koszul posiada tak znaczny zapas, e mu . na cay czas wystarczyo. Kiedy
n zuy mu si zupenie, zrobi sobie inny z elaznej obrczy, znalezionej na brzegu morskim, wyklepa j
naj-przd na kamieniu, a potem wyostrzy na ga- ziku.
Jedna tylko okoliczno nie pozwalaa mu y w zupenym spokoju. Od czasu do czasu ukazy-way si u
brzegw wyspy okrty, a czasami nawet zarzucay w przystani kotwic. Ujrzaw-szy agiel, Selkirk wdrapywa
si na ska i z ukrycia ledzi ostronie, do jakiego narodu statki naleay. Na nieszczcie, byway to za-wsze
okrty hiszpaskie; gdyby majtkowie do-
strzegli go i dowiedzieli si, *e jest poddanym Wielkiej Brytanji, pocliwyciliby go natychmiast i uwieli do
kopal, a moe nawet i mierci ukarali; Aleksander wic kry si przed nimi. Zdaje si, e od schwytanej osady
statku Pi Portw dowiedzieli si o pobycie Selkirka, gdy kilkakrotnie przybiwszy do brzegu, wysyali na
ld majtkw, ktrzy przetrzsali nadmorskie lasy i skay, jakby kogo szukajc.
Jednego dnia oddzia uzbrojonych, z okrtu hiszpaskiego wysany, dostrzeg Selkirka i puci si za nim w
pogo; lecz ten, szybki jak strzaa, wymkn si cigajcym i schroni wewntrz wyprchniaego drzewa.
Hiszpanie przez cay dzie szukali go, lecz nadaremnie, i dopiero nad wieczorem, straciwszy wszelk nadziej
schwy-tania Szkota, odpynli na morze.
Nakoniec dnia pierwszego lutego 1709 roku, ukazay si na brzegach wyspy dwa okrty angielskie
wojenne, jeden zwany Ksi pod dowdztwem kapitana Roggersa, drugi Ksina*, ktrym dowodzi
Courtenaj. Na pokadzie pierw-szego znajdowa si Dampier, za jakie prze-winienie zdegradowany z
kapitana na sternika okrtowego.
Kiedy oba statki zbliyy si do wyspy, spusz-czono szalup na morze, a kilkunastu ludzi popyno ku
ldowi przed samym wieczorem. Osada szalupy spostrzega w oddaleniu ogie.
Przygody cglarry. 2
Anglicy w mniemaniu, e Hiszpanie znajduj si na ldzie, natychmiast powrcili do okrtu i do-piero
nazajutrz, skoro si przekonano, e nigdzie niema statku nieprzyjacielskiego, dowdcy wy-sali dwa czna
dobrze uzbrojone.
Selkirk o wicie spostrzeg okrty, a przeko-nawszy si z budowy, e to s jego rodacy, wybieg na
spotkanie szalup. Zawieziono go na okrt, a Dampier ujrzawszy go, przypomnia sobie Selkirka i zawiadczy
przed kapitanem, e wygnaniec jest dobrym majtkiem. Roggers zaproponowa Selkirkowi, eby si znowu do
suby morskiej zacign, na co te ten chtnie przysta.
W pierwszych dniach po przybyciu na okrt, Szkot nie mg si rozmwi ze swymi towa-rzyszami, gdy
przez lat cztery nie rozmawia z nikim, a zapomniawszy prawie zupenie uycia mowy, zaledwie p-sowa
wymawia. Kiedy ka-pitan rozkaza mu da kielich rumu, dotkn go nie chcia; gdy go namawiano koniecznie,
eby sprbowa, uczyni to, ale natychmiast wyplu rum z obrzydzeniem i usta popuka wod. Przez reszt
ycia adnego innego napoju oprcz wody pi nie chcia.
Kiedy kapitan dowiedzia si od Selkirka, e na wyspie takie mnstwo kz si znajduje, wy-da rozkaz,
aeby kilkunastu majtkw, umiej-cych najlepiej strzela, udao si na polowanie.
Ma si rozumie, e pomidzy nimi by i Selkirk. Skoro psy ruszyy koz, wszyscy pucili si w pogo, lecz ani
ludzie, ani zwierzta dogna jej nie mogy: wtedy Selkirk popdzi za ni z niewypowiedzian szybkoci,
dopdzi koz i schwyta. Anglicy zdumieli si, widzc tak niezmiern rczo. Polowanie zreszt powiodo si
wybornie. Pomidzy kilkudziesiciu ubitemi kozami, znalazo si jedenacie naznaczonych na uszach przez
Selkirka.
W dniu 11 lutego okrty opuciy przysta, zabierajc z sob wygnaca. Z pocztku nie mg on si
przyzwyczai do noszenia obuwia, rwnie jak i do uywania soli, od ktrej od lat czterech odwyk zupenie; z
czasem jednak pogodzi si z ni i pniej spoywa bez wstrtu solone po-trawy.
Obadwa statki nie powrciy zaraz do Anglji, lecz przez dwa lata jeszcze kryy po Oceanie Spokojnym,
upic i zabierajc okrty hiszpa-skie; dopiero w padzierniku 1711 roku okrt - Ksi po opyniciu
przyldka Dobrej Na-dziei wpyn na Tamiz.
Opisanie przygd Selkirka wielkie w Anglji obudzio zajcie. Rodzice przyjli marnotrawnego syna z
niewymown radoci, przebaczajc mu dawne winy. Trzeba przytem nadmieni, e czte-roletnia samotno
wywara nader zbawienny wpyw na burzliwego modziana. Z gwatownego
stal si on agodnym, a z zuchwaego powolnym i tak si w postpowaniu swojem odmieni, e wszyscy dawni
znajomi pozna go nie mogli. Odtd kochano go i szanowano, a Anglja po-zyskaa w nim zacnego i
uytecznego obywatela.
Na tern koczymy opisanie przypadkw Sel- kirka; mniemamy jednak, e nasi modzi czytel-nicy z chci
dowiedz si niektrych szczeg-w o dalszych losach wyspy.
W kilka lat po odpyniciu kapitana Rog- gersa, Hiszpanie, wyldowawszy tutaj, znaleli lady pobytu
Szkota. Widzc mnstwo kz prze-biegajcych wysp, domylali si, e marynarze angielscy przybywaj tutaj
dla zaopatrywania si w kozie miso. Chcc wic zniszczy t spi-arni Anglikw, general-kapitan Peru wysa
tutaj par statkw zaopatrzonych w myliwcw i psw z rozkazem zupenego wytpienia kz. Wyprawa ta
jednak chybia celu; chocia bo-wiem strzelcom udao si wybi ogromne mnstwo tych zwierzt, jednake
cz zdoaa umkn w najniedostpniejsze przesmyki gr i ukry si przed zajadymi nieprzyjacimi, a w
dziesi lat pniej liczba kz podniosa si znakomicie.
W roku 1739, kiedy Anglja i Hiszpanja znowu wypowiedziay sobie zacit wojn, rzd. W. Bry- tanji
wysa siln flot na Ocean Spokojny pod dowdztwem admiraa Ansona. Biegy i dowiad-czony ten marynarz
przeby cienin Magiella-
ska, i dy ku wyspom Jana Ferdinandeza. Obrawszy tutaj sobie przysta i obwarowawszy j dobrze, mg z
niej z wielk bardzo korzy-ci uderza na bezbronne prawie wybrzea Peru i Chili i pustoszy nadmorskie
miasta osad hisz-paskich.
Zaraz po wyjciu z cieniny, przeciwne wiatry napadszy flot, rozproszyy wszystkie jej okrty, ale
poniewa kapitanowie pojedynczych statkw mieli rozkaz zebrania si przy wyspach Jana Ferdinandeza, przeto
zwolna zgromadziy si wszystkie.
eglarze, doznawszy tylu przeciwnoci, nie mogli wyj z zachwycenia na widok tych wysp rozkosznych,
obfitujcych w wiee miso, w po-ywne roliny, ryby i raki morskie. Przez dugi te czas pozostawali tutaj,
robic szczliwe wy-prawy na zachodnie brzegi Ameryki poudniowej i znakomite odnoszc korzyci; niejeden
okrt hiszpaski bogato naadowany wpad w ich rce; niejedno miasto nadmorskie, ogromn kontrybu-cj
okupywa si musiao od zupenego znisz-czenia. Burze jednake panujce na Oceanie tak skoatay z kolei
okrty angielskie, i mu-siay opuci sw dogodn siedzib i wraca do ojczyzny. Przed odjazdem jednake
Anson po- zasiewa na wyspie wiele zb i warzyw euro-pejskich, ktre si doskonale uday.
Na odgos k!sk, zadawanych osadom przez
admiraa angielskiego, rzd hiszpaski wysa ogromn si dla zniszczenia nieprzyjacielskiej floty; zanim
jednak dosignli kryjwki Ansona, ju ten znajdowa si o kilkaset mil morskich stamtd, a Hiszpanie musieli
poprzesta na znisz-czeniu twierdz, wzniesionych przez Ansona.
W jedenacie lat pniej, rzd hiszpaski po-stanowi tutaj zbudowa fortec, aeby zapobiedz na
przyszo sadowieniu si Anglikw w pobliu swych osad. Z niemaym kosztem wzniesiono twierdz, lecz
niedugo cieszyli si ni Hiszpa-nie; zaraz bowiem w nastpujcym roku gwa-towny uragan, poczony z
trzsieniem ziemi, zburzy j do szcztu. Gubernator, wiksza cz zaogi i kilkunastu osadnikw utracio
przytem ycie.
Wreszcie wybucha w poudniowej Ameryce rewolucya. Mieszkacy jej, sprzykrzywszy sobie panowanie
Europejczykw,postanowili ogosisi niepodlegymi. Po kilkuletniej zacitej wojnie, zdoali nareszcie wyprze
Hiszpanw z Nowego wiata. Po ukoczeniu wojny dawne osady hisz-paskie rozpady si na kilka pastw, a
wyspy Jana Ferdinandeza przypady rzeczypospolitej Chili. Pastwo to zaoyo tutaj osad, lecz ta zostaa
take trzsieniem ziemi zniszczon i trze-ba byo j opuci.
W roku 1838 kapitan DUrville, dowodzcy statkiem francuskim, znalaz tam srebrnowosego
starca; Walpole za, dowdca okrtu ameryka-skiego, w om lat pniej majtka ze Stanw Zjednoczonych.
Obadwaj prowadzili ycie na wzr Robinsona Kruzoe.
Nakoniecw roku 1853 utworzyo si w Chili towarzystwo w zamiarze ukolonizowania oby-dwch wysp.
Zdaje si jednak, e zamiar ten nie powiedzie si, gdy wieo straszne wybuchy wulkaniczne nawiedziy
wyspy, a ognie pod-ziemne wci ni wstrzsajc, zagraaj kadej osadzie niechybnem zniszczeniem.
#
Jan Staden
w pierwotnych puszczach BruzyJji (1549)
Na caej kuli ziemskiej nicniasz krainy tak bogatej w pierwotne a ogromne puszcze, jak niezmierne
cesarstwo Brazylijskie. Od wschodnich wybrzey Ameryki poudniowej, od kracw Oceanu Atlantyckiego, a
po nieyste szczyty wulkanicznych Kordyljerw, po obu stronach Amazonki i jej rzek hodowniczych, na stu
ty-sicach mil kwadratowych, zalegy nieprzejrzane lasy, do dzi dnia niezbadane jeszcze dokadnie we
wszystkich swoich czciach.
Pord tych puszcz dziewiczych taka rozmai-to drzew panuje, e rzadko kiedy napotka mona dwa
jednakowe, obok siebie stojce, a cz-stokro na przestrzeni jednego morga kilkadzie-sit zupenie odmiennych
wyrasta.
Drzewa niektre dochodz olbrzymiej wyso-koci i miszu, o jakich mieszkaniec Europy wyobraenia
mie nie moe; jak ma barw kora, nie dojrzysz, bo tysice lian i powoi naj-
rozmaitszych gatunkw tak gst sieci pnie obwiny, e jej wzrok przebi nie zdoa. Co chwila tamuj kroki
nieprzebyte krzewy, to ol-brzymie paprocie, to pezajce po ziemi roliny. Rozrose konary tak gste tworz
sklepienie, e rzadko kiedy przez nie promie soneczny prze-nikn zdoa. Caa ta rolinno popltana, po-
gmatwana, tworzy gszcz nieprzebyty, tak, i wdrownicy kroku naprzd bez uycia siekiery i noa zrobi nie
mog.
rodkiem tych puszcz pynie najogromniejsza rzeka na caym wiecie, noszca nazw Ama-zonki lub
Maranionu; prawdziwe to morze rd-ziemne: rda jej bior pocztek w olbrzymich Kordyljerach, o mil
dwadziecia od brzegw Oceanu Spokojnego, od miasta Lima grami od-dzielone, le zaledwie o mil
kilkanacie od za-toki Gujauil. Maranion, przerznwszy w naj-wikszej szerokoci ld poudniowej Ameryki,
wpada do Oceanu Atlantyckiego, ujciami zaj- inujcemi szeroko mil dwudziestu. Z pnocy spieszy ku niej
olbrzymia rzeka Czarna (Rio negro), Yapura i Ica; z poudnia Ucayale, po-tna Madeira, Purus, Tapayo, Xingu,
nakoniec Toncantin, wpadajcy do wschodniego ramienia; wszystkie wyrwnywaj najwikszym europej-skim,
przewyszaj je nawet, a nam zaledwie znane s z nazwiska.
Niekiedy gbia puszcz cakiem* odmienn
#
przybiera posa. Wezbrane w porze wilgotnej rzeki nawalnemi deszczami, wystpuj ze swoich koryt i
zalewaj niezmierne lasw przestwory. Niskie ich grunty przez ustawiczne powodzie zamieniaj si z czasem w
ogromne bagniska; po upywie lat nikn drzewa zgnie w wodzie, rdze zwolna rozkada si i na powierzchni
wd tworzy warstw rodzajnej ziemi. W bujnym tym klimacie przyroda zmusza wszystko do pracy; wnet
warstwa] owa porasta najpikniejsz zielo-noci i zdaje si zaprasza strudzonego w-drowca, aeby na jej
aksamitnej spocz pocieli.
Biada temu, co nie znajc natury tych u-dzcych obszarw, skieruje ku nim swe kroki; wnet ugn si pod
jego ciarem, a nieostrony w mgnieniu oka zniknie na wieki w bezdennej toni, lub stanie si upem
arocznych kajmanw, przewalajcych ogromne swe cielska w onie bagnistych topieli.
Nieliczne gromady koczujcych Indjan prze-biegaj puszcz przestwory; zato yje w nich mnstwo pum,
jaguarw, kuguarw i innych mniejszych zwierzt drapienych; olbrzymie du-siciele czatuj na drzewach;
niezliczone roje ja-dowitych ww kryj si pod korzeniami krze-ww, a miljony ptactwa najrozmaitszej
postaci i barwy zamieszkuje rozoyste drzew konary.
Na stu siedmdziesiciu kilku tysicach mil kwadratowych, to jest na przestrzeni siedmnacie
razy wikszej od Francji, yje w Brazylji za-ledwie om niiljonw mieszkacw: najznako-mitsza cz
przebywa nad wybrzeami wscho- dniemi. Pomidzy t ludnoci znajduje si prze-szo trzy miljony
Murzynw, a ptora miljona plemienia czerwonego, czyli pierwotnych miesz-kacw tej czci ziemi: reszt
stanowi po-tomkowie Portugalczykw lub te Europejczy- kowie tutaj osiadajcy.
W czasie zdobycia mocarstwa Peru przez Hiszpanw, obliczono ludno indyjsk na kil-kanacie miljonw;
dzisiaj w caej Ameryce po-udniowej yje najwicej miljon. Zdobywcy euro-pejscy, wytpiajcy z
najokropniejszem barba-rzystwem pierwotnych mieszkacw Ameryki, zajade wojny, ktre te ciemne ludy
wiod wci midzy sob z najwikszem okruciestwem, a na- koniec wdka, ta zjadliwa trucizna europejska i
choroby, ktre biali z swej ojczyzny przynieli, mianowicie te ospa, wytpiy takie mnstwo ludzi z plemienia,
ktre niezawodnie w cigu paruset lat zupenie ulegnie zagadzie.
Krain t odkry Cabral Portugalczyk, a pa-piee nadali j na wasno krlom Portugalji. Pocztkowo
nosia nazw ziemi w. Krzya, po-tem Brazylji. Zrazu rzd ogranicza si na wy-syaniu corocznie dwch
okrtw. Statki te prze-woziy zbrodniarzy, skazanych w kraju rodzin-nym na wygnanie, a bray wzamian do
Europy
*
rozmaite pody Nowego wiata, mianowicie te drzewa farbierskie.
Poniewa liczni nawczas Indjanie niepokoili handel europejski i utrudniali wyldowanie, przeto rzd
portugalski pozakada na wybrzeach mae warownie, pod opiek ktrych wkrtce powstay kwitnce osady.
Nareszcie w r. 1547 ksi Suza, mianowany gubernatorem Brazylji, na rozkaz krla Jana III zaoy tutaj
miasto Bahja.
Poniewa nieludna Portugalja nie moga do-starczy stosownej liczby osadnikw, przeto awan-turnicy ze
wszystkich krajw europejskich za-czli si zbiega do Brazylji, aeby szuka tu swego szczcia.
Pomidzy przybywajcymi z starego wiata znajdowa si Niemiec Jan Staden. rodem z Hom- burga w
Hessji; czowiek prostych obyczajw, ale bardzo poczciwy i pobony. By on, jak na wiek, w ktrym y, dosy
wyksztaconym, od-wanym i przedsibiorczym; mstwo czerpa gwnie w nieograniczonej ufnoci w
miosier-dziu Boem i byo mu z tem bardzo dobrze.
Rodzice jego, niezamoni mieszczanie, zale-dwie sami utrzyma si mogli, Staden wic szu-ka zarobku,
suc w wojsku, lecz gdy czas suby upyn, a nie byo y z czego, posta-nowi uda si do Amferyki i tam
szuka spo-sobu do ycia.
Opuciwszy miasto rodzinne, Jan Staden udd
si najprzd do Bremy, skd popyn do Ho- landji, gdzie wsiadszy na siatek naadowany, sol, szczliwie
dosta si do Lizbony, portu-galskiej stolicy.
Przybywszy tutaj, sdzi, e natychmiast sub znajdzie, ale nadzieja go omylia, gdy przez par miesicy
zostawa bez zatrudnienia; nakoniec oberysta, u ktrego sta gospod, postara mu si o miejsce muszkietnika
na okrcie kupieckim, odpywajcym do Brazylji po adunek drzewa farbierskiego.
egluga odbya si szczliwie, ale trwaa a omdziesit cztery dni, bo okrty wczesne le zbudowane,
bardzo wolno pyny, a marynarze nie znali dobrze drogi do Ameryki poudniowej. Statek zawin do przystani
Pernambuco, zao-onej niedawno przez rzd portugalski.
Nasz awanturnik przyby w bardzo kryty-cznej chwili, albowiem wanie plemiona indyj-skie, rozjtrzone
okruciestwami biaych, po-wstay w masie, a obsadziwszy nieliczne waro-wnie europejskie, rozpoczy ich
oblenie.
Forteczki te byy liche i sabo ubezpieczone, po najwikszej czci skaday si z drewnianych koszar, z
grubych pni zbudowanych i otoczo-nych w koo palisad i gbokim rowem, nape-nionym woda.
Kiedy statek wiozcy Stadena przybi do brzegw brazylijskich, dowdca jednej z takich
warowni wysa do gubernatora, proszc o jak najprdsze przysanie posikw, a przynajmniej ywnoci.
Miejsce oblone przez lndjan znajdowao si nad wsk zatok, wrzynajc si gboko w ld stay. Sab
warowni otaczay niezmierne pusz-cze, rozcigajce si a do brzegw morskich. Indjanie umocnili zasiekami
wstp do lasw i podczas nocy kryli si w nich bezpiecznie, ponawiajc w czasie dnia szturmy.
Osada bronia si wystrzaami z ognistej broni; dzicy miotali do twierdzy gradem poci-skw, niekiedy
opatrzonych w bawen i nasi- kych ywic i uywali ich na podobiestwo dzi-siejszych rakiet kongrewskich,
chcc wznieci poar w twierdzy. Utarczki toczyy si bez wy-tchnienia; ale mimo zajadoci lndjan, nie zdo-ali
oni dotd odnie najmniejszej korzyci, a Portugalczykom nie grozio inne niebezpie-czestwo, jak tylko brak
ywnoci.
Jan Staden, posyszawszy o przykreni poo-eniu biaych, ofiarowa si dowie ywno do fortecy;
powierzono mu wic d z kilkunastu ludmi dowiadczonego mstwa.
Aby dopyn do twierdzy, naleao przeby wzmiankowan zatok wobec dzikich, zajmuj-cych oba jej
brzegi. Z pocztku szo to jako pomylnie, lecz w poowie drogi morze zaczo odpywa, a d osiada na
piasku. Natychmiast
dzicy obrzucili dokoa statek pkami suchego chrstu, pomidzy ktrym znajdowao si mn-stwo tureckiego
pieprzu. Buchny potne po-mienie, podniecone rkami Indjan, pragncych odda szalup na pastw ognia.
ar, a przytem piekcy dym pieprzu, groziy zagad Europej-czykom, i niezawodnie zginliby wszyscy, gdyby
wracajcy przypyw morza nie zala pomieni, a statku nie podwign z mielizny. Staden szcz-liwie dosta si
do miejsca przeznaczenia i za-opatrzy zaog w ywno.
Skoro dzicy ujrzeli, e im si zamiar nie po-wid, wymylili inny sposb zniszczenia powra-cajcego
statku. Po obu stronach wskiej zatoki rosy wysokie drzewa; popodcinali wic ich pnie, a uwizawszy u
wierzchokw powrozy ukrcone z lian, utrzymywali drzewa tak dugo, dopki szalupa nie nadpyna. Na dany
znak runy ogromne pnie do wody, lecz ich rozsochate ko-rony nie dosigy statku, wytrysy tylko bawany w
gr, oblewajc strumieniami wody miaych eglarzy, d popyna szczliwie dalej. Zra-eni spezniciem
na niczem zasadzki, Indjanie odstpili oblenia, a Jan Staden popyn z po-wrotem do Europy.
Szesnastomiesiczna podr i doznane przez ten czas przygody nie odstrczyly awanturni-czego Niemca od
dalszych wycieczek: przeciwnie, ch poznania Indyj, jak podwczas zwano po-
udniowe krainy nowego wiata, zwikszaa si z kadym dniem u niego i wyglda! tylko spo-sobnoci, aeby
znowu puci si na ocean. Wkrtce po swym przybyciu do Europy dowie-dzia si, e Hiszpanie gotuj
wypraw do uj rzeki La Plata, postanowi wic przyczy si do niej.
Okoo wit wielkanocnych r. 1549 flotylla, zoona z trzech okrtw, wypyna z portu Sant Lucar i po
wielu niebezpieczestwach do-staa si wreszcie do brzegw Brazylji.
W dniu witej Katarzyny eskadra zarzucia * kotwic w przepysznej zatoce; powierzchnia mo-rza
gadziutka jak zwierciado odbijaa w swych wodach ciemny szafir nieba. Szczyty wyniosych palm koysay si
wdzicznie na wysmukych pniach, przegldajc si w przejrzystych falach oceanu; wrzask zwinnych map i
rnobarwnych papug, zaguszajcy eglarzy, oznajmi im, e przybyli do odmiennego wiata, do cakiem no-
wej krainy. Ale na wybrzeu ywej duszy nie byo wida, kilka tylko chat zapadych stao nad morzem.
Hiszpanie wyldowali, cili kilka palm z rodzaju Sagowcw i rozpalili ogie. Potem za-pucili si w okolic,
lecz kt opisze ich za-dziwienie, gdy uszedszy kilkadziesit krokw, nagle, na skale sterczcej na wybrzeu,
ujrzeli znak zbawienia. Do stp krzya przywizane byo dno od baryki, a na niem znajdowa si
nastpny napis w hiszpaskim jzyku: Jeeli jaki okrt zabka si w te strony, niechaj da ognia z dziaa, a
otrzyma odpowied. Natych-miast wypalono z armaty, a wkrtce potem z zatoki w gszczu ukrytej wypyno
pi odzi dugich, napenionych dzikimi. Pomidzy nimi znajdowa si Europejczyk z wielk brod, ktry,
ujrzawszy Hiszpanw, zawoa: Witani was, bracia moi, w zatoce w. Katarzyny,! Tak przypadek zrzdzi, e
biali wanie wyldowali ' w dzie witej, ktrej nazw zatoka nosia.
Europejczyk w y od trzech lat pomidzy dzikimi Karjosami, by on Baskiem i nazywa si Juan
Ferdynando. Rzd hiszpaski poleci mu zachca Indjan do uprawy korzeni manjoku, z ktrych wyrabia si
poywna mka zwana kassawti. Tym sposobem starano si nagromadza ywno dla zaopatrywania ni
przepywajcych okrtw.
Flotylla potrzebowaa wanie ywnoci, cier-pic jej brak dotkliwie, a osada niemao ucie-szya si,
znalazszy tak niespodziewane zapasy kassawy; okrty miay jeszcze przeszo 300 mil przeby, zanimby dostay
si do miejsca prze-znaczenia, to jest do uj rzeki Srebrnej (La Plata).
eglarze zabawili w zatoce przez p roku pomidzy gocinnymi Indjanami, i wanie, gdy zamierzali
podnie kotwic, zerwaa si straszna
Przygody cgfarzy. 3
burza i zatopia dwa okrty, najmniejszy tylko pozosta. C byo robi? Dowdca wyprawy rozkaza swym
ludziom, aeby wiksza cz przerzna si przez puszcze ldem.
Nieszczliwi ci pucili si w drog, lecz mnstwo ich wymaro z godu, maa tylko ilo dosignla celu.
Pozostali na statku, a midzy nimi Jan Staden, popynli wzdu brzegw ku pnocy, gdzie Portugalczycy na
wyspie w. Win-centego zaoyli osad. Ju od kilkunastu dni byli w drodze i spodziewali si dopyn szcz-
liwie do przeznaczonego miejsca. Kiedy nie-kiedy zawijali do brzegu, zbierajc owoce lub jaja ptasie.
Nakoniec wedug oblicze dowdca osdzi, e ju wyspa w. Wincentego jest w po- bliskoci. Nagle i
niespodzianie zerwa si sza-lony uragan, a rozhukane morze, pitrzc si w niezmierne bawany, pochaniao
prawie kruchy w statek, ktry porwany wciekoci gwato-wnego ywiou, pfdzi jak strzaa. Wtem roz-leg
si trzask niezmierny, majtkowie padli na ziemi, okrt utkwi na skale. Wszystko wrzu-cono w morze, aby
uly statkowi. Powiodo si to, lecz nowe wzgrza fal pitrz si coraz wy-ej byskawice rozdzieraj
oboki, grom bije po gromie, okrcik porwany fal pdzi ku ska-om nadbrzenym. W lak strasznej chwili osada
postanawia ratowa si na odziach; po niewy-powiedzianych trudach dostaje si wreszcie do
ldu, dzikujc Bogu za cudowne prawie oca-lenie.
Rozbitki nie wiedzieli wcale, gdzie si znaj-duj; trwoga ich ogarna, bo albo z rk dzikich krajowcw, lub
te z godu na bezludnym brzegu mier im grozia. Lecz gdy zdawao si, e ju niema wcale nadziei, nagle
zabysn promie % szczcia; miejsce, na ktrem statek si rozbi, byo zaledwie o par mil odlege od osady
w. Wincentego.
Tego dnia jeszcze znaleli Portugalczykw, a gocinnie od nich przyjci, odetchnli po tak okropnem
przejciu. Wprawdzie utracili wszystko, lecz najwikszy skarb, ycie, Bg im zostawi.
Do tej pory losy Stadena byy cigle zwi-zane z losami wsptowarzyszw; w osadzie do-piero
portugalskiej rozpoczynaj si najniebez-pieczniejsze jego przygody i tylko jedynie nie-wzruszona ufno w
miosierdziu Boem utrzymaa go przy yciu, przez czas dziesiciomiesiczny, w ktrym niewypowiedzianych
cierpie doznawa.
Osada portugalska w. Wincentego znajdo-waa si na wysepce, wziuchn cienin od sta-ego ldu
oddzielonej. Naprzeciw niej na ldzie wznosio si miasteczko Bertioga, opalisadowane, a tu obok na kpie
maa forteczka San Maro. Dokoa zalegay nieprzebyte lasy, w ktrych przebyway plemiona czerwonoskre.
W pobliu osady zamieszkiwali Tupiniki, y-
3*
#
jcy w sojuszu z osadnikami, na poudniu Ka- rjosy; na pnoc za dzikie, ludoercze ludy Tupi- nambasw,
zaprzysione wrogi Portugalczykw. Od czasu do czasu wpadali oni w posiadoci Tupinikinw, aby tam nacli
wy tac niewolnikw i pore jecw. Podobne wyprawy zwykle ro-bili dwa razy na rok, raz w listopadzie, gdy
pewien rodzaj owocw, zwanych abati, dojrzewa, z ktrego Tupinambasy przyrzdzali sobie napj odurzajcy;
drugi raz w sierpniu, podczas napywu niezliczonych gromad ryb w gr rzeki, kdy ikr skadaj. Dzicy
zabijali strzaami mnstwo tych wodnych mieszkacw, suszyli i zabierali z sob.
W tych wic dwch porach trzeba byo nie-zmiernie mie si na bacznoci. Portugalczycy postanowili
umocni lepiej twierdz San Maro i zaopatrzy zaog; brako tylko zdatnego do-wdcy, ktremuby mona
bezpieczestwo jej powierzy. Wkrtce Jan Staden pozyska tyle zaufania, i postanowiono mu odda
dowdztwo; umia on dobrze kierowa dziaami, a przymiot ten ceniono wwczas niezmiernie. Przy pomocy
Europejczykw i Indjan, Staden wybudowa for- teczk z kamienia, umocni j dziaami i pilnie czuwa nad
snujcymi si dokoa dzikimi, upatru-jcymi dogodnej chwili do opanowania twierdzy.
Dni upyway spokojnie, zdawao si, e wcale nie zagraa niebezpieczestwo. Wiatr szumia
w wyniosych konarach puszczy; wietliki, ulatu-jc gromadami w powietrzu, niewypowiedzianym wdzikiem
przystrajay ciemne noce. Wszystko to rozbudzao w duszy Stadena pobono ku Ojcu przedwiecznemu,
Stwrcy tych niezliczo-nych cudw. Prowadzi on ycie samotne, i kiedy niekiedy odwiedza go rodak,
Heljodor Hesse( pracujcy w pobliskiej cukrowni. W takich chwilach oywiay si oblicza wspziomkw, myl
biega ku stronom ojczystym i mile snuy si gawdki; czasami Heljodor, od kilku lat w tych stronach
zamieszkay, opowiada Stadenowi o zwy-czajach i trybie ycia Tupinambasw, co mu si w pniejszym czasie
bardzo przydao.
Lud ten dziki, koczujcy, nie mia staych siedzib, lecz rad przenosi si z miejsca na miej-sce; mia bardzo
wiele wrodzonych zdolnoci, a przyroda obdarzya go bogato. Mczyni wy-sokiego wzrostu, piknie
zbudowani, odznaczali si si, odwag i zrcznoci. Skra ich barwy miedzianej, nosia na sobie
najrozmaitsze ry-sunki; za ca odzie uywali fartuszkw, a ra-czej krtkich spdniczek, utkanych z rnobar-
wnych pir ptasich, a na gowach rodzaj korony z tego samego materjau. W dolnej wardze mieli wronity
kamie zielony, ktry uwaali za najwiksz ozdob.
Bro ich stanowiy siekiery kamienne, ma-czugi, uki, strzay i wcznie. Ogie rozpalali
zapomoc tarcia dwch kawakw drzewa nie-rwnej twardoci; ywili si rybami, zwierzyn oraz mk
kassawy, ktr gotowali w garnkach glinianych. Oprcz wody znali jeszcze dwa ro-dzaje napojw: jeden
przyrzdzany z owocw abati, a drugi z korzeni manjoku, ktry na ten cel uto, a potem poddawano
fermentacji, po-dobnie jak piwo u nas. Nad wszystkie jednak pokarmy przekadali ludzkie miso, a gwn
zasad ich religji nie byo przykazanie: Kochaj bliniego twego*, ale * poeraj bliniego twego*.
Jan Staden, majc przez kilkanacie miesicy niewolnika z pokolenia Tupinambasw, wyuczy si ich
mowy z wasnej ciekawoci, nie przeczu-wajc, e si w ich rce dostanie. Posuchajmy, jak sam opowiada
swoje nieszczsne przygody, doznane w czasie dziesiciomiesicznej niewoli.
Pragnc zapasy ywnoci powikszy, wysa-em jednego poranku zrcznego w owiectwie niewolnika z
plemienia Karjosw do puszczy, lecej poza kanaem, przedzielajcym ld stay od forteczki, ktrej byem
dowdc. Okoo po-udnia wrci on, donoszc mi, i tak wiele ubi zwierzyny, e trudno mu byo samemu
przynie j do twierdzy i prosi, aby mu doda kogo do pomocy. Aeby uy przechadzki, postanowiem, sam
i do boru. Wybralimy si we dwch po upolowan zdobycz i przebywszy kana na lichem czenku,
zapucilimy si w gszcz lasw.
Po raz to pierwszy ogldaem puszcz pier-wotn w caej jej wspaniaoci, w poprzednich wycieczkach,
zajty pokonywaniem przeszkd i niebezpieczestw, nie zwracaem na ni uwagi; po raz to pierwszy
podziwiaem olbrzymie drzewa, ktrych wysokie pnie dochodz do bajecznej gru-boci. Wrd rolin
spltanych, pogmatwanych, przeskakujcych z drzewa na drzewo, roi si niezliczone mnstwo ptastwa
rozmai(ego rodzaju. Papugi, tukany, pieprzojady, dzicioy, drozdy, zachwycaj oko wietnem swem
upierzeniem, wydajc najrozmaitsze odgosy. W powietrzu niezmierne fnnstwo motyli, janiejcych bar-wami
najpikniejszych kwiatw, walczyo o palm pierwszestwa z drobniuchnemi kolibrami, prze- latujcemi z
drzewa na drzewo, jakby deszcz ru-binw, szmaragdw, topazw i szafirw.
Oprcz tych napowietrznych mieszkacw, setki map rnej wielkoci snuo si we wszel-kich
kierunkach, to bujajc si na gaziach, to wyprawiajc skoki, lub te strojc najpocieszniej- sze miny; taki tam
haas panowa, takie prze- rozmaite wrzaski, e przez dugi czas nie umia-em sobie zda sprawy z tego, co si
ze mn dzieje i bogi zachwyt dusz moj ogarn.
Na dole rozpociera si rodzaj miego zmroku; palce promienie soca nie zdoay przebi zie-lonego
sklepienia pogmatwanych konarw; prze-
sikle wilgoci par powietrze, ugniatajc puca, zaledwie dozwalao oddycha.
Ze strzelb pod pach, cigajc wzrokiem dzi-wne ruchy licznych mieszkacw puszczy, posu-waem si
zwolna naprzd. Nagle ze wszystkich stron zabrzmia wojenny okrzyk Tupinambasw. Pochwyciem strzelb,
lecz zanim zdoaem jej uy, ju silnie uderzony pici w gow, lea-em powalony na ziemi; rwnoczenie
strzaa przeszya mi lew nog i otrzymaem kilka pchni lanc lekkich, ale dotkliwych. Dzicy wpa-dli na mnie
ze wszystkich stron; w jednej chwili wydarto mi strzelb i kordelas, a cae ubranie poszarpano w kaway. Jeden
pochwyci kapelusz, inny kaftan, ten chustk, w koszul, a w mgnie-niu oka byem daleko gorzej od nich
ubrany.
Okrzyki triumfu, skoki i tace dzikich day mi pozna, jak si ucieszyli z dostania w sw moc komendanta
nienawistnej twierdzy. Zanim zdoaem si upamita, skrpowano mi rce, a dwch Indjan, pochwyciwszy pod
pachy, po-wloko mi ku maej zatoce, w ktrej byy ukryte odzie. Rzucili mi jak snop zboa na dno je-dnej z
nich i odbili od brzegu, wci okazujc gestami, e mi por. Wszystko to odbywao si w najwikszem
milczeniu.
Flotylla kierowaa si ku niewielkiej wysepce, lecej opodal od osad naszych. Dzicy odwie-dzali j czsto
dla zaopatrywania si w czaple
pira, ktre za najpikniejsz uwaali ozdob. Ju upynlimy znaczny kawa! drogi i rzeczona wysepka
znajdowaa si nie dalej jak o wier mili, gdy nagle z poza niej wypyno kilkana-cie odzi, napenionych
Tupinikami, sprzymie-rzecami naszymi, nienawidzcymi miertelnie Tupinambasw.
Natychmiast flotylla, na ktrej si znajdowa-em, rozwija si do bitwy. Wojownicy gotuj luki i dziryty,
wdz za potrzsa muszkietem, ktry od Francuzw, swych przyjaci, otrzyma. Zawrzaa walka, zawista w
powietrzu grad po-ciskw, lecz grony muszkiet milcza, bo wdz indyjski nie umia go uy; snad przysza
mu myl, aeby si mn wyrczy, gdy poskoczyw- szy, przeci me wizy, a dajc muszkiet w rk, zawoa:
f
Bierz i strzelaj do tych wciekych ja-guarw, strzelaj natychmiast, bo ci czaszk roz-wal.
C byo robi, z niechci nabiem muszkiet i daem ognia ma si rozumie, e wystrze-liem ponad
gowy moich sprzymierzecw. Strza ten, cho bezskuteczny zachwia odwag dzikich i ju zabierali si do
odwrotu, gdy wtem poka-zay si poza nami nowe a liczne czna Tupi- nikw. Przeladowcy moi, widzc nowy
zastp nieprzyjaci, poczli uchodzi, a chocia prze-
*
ciwnicy cigali ich zawzicie, jednake zdoali umkn szczliwie, dziki zapadajcej nocy.
Dowiedziaem si pniej, i mj niewolnik da zna Tupinikom o pochwyceniu swego pana przez wrogw
i dlatego poskoczyli mi na od-siecz, ale nieszczciem zamiar ich spezn na niczem.
Wkrtce ciemnio si zupenie. Indjanie przy-bili do brzegu i wycignli mnie na ld. Szlimy przeszo
mil rodkiem lasu, a nakoniec caa gromada zatrzymaa si na wzgrzu z drzew ogooconem, gdzie
roztasowaa si obozem, wiel-kie rozpaliwszy ogniska.
W rozpitym na gaziach drzew hamaku leaem, cierpic niewymowne ble. Twarz na- pucha mi tak od
uderze, e prawie nic widzie nie mogem; rana w nodze nieopatrzona doku-czaa mi nieznonie. Dzicy nie
dozwalali zmru-y oka. Barbarzycy ci, obskoczywszy mi do-koa, miotali najobelywszemi wyrazami,
wyszcze-rzali zby i mlaskali jzykami, rozpowiadajc, z jak rozkosz bd poera moje ciao.
W takim okropnym stanie przebyem ca noc, a rwno z brzaskiem zerwali si z legowisk i przymusili,
aebym wsta z hamaku. Wsiedlimy natychmiast na odzie i wypynli na morze.
Z pocztku nam pogoda sprzyjaa, lecz wkrtce czarne chmury zacigny widnokrg, a coraz sil-niejszy
wiatr wzdyma bawany, odzie Tupi-
nambasw, jak gdyby lekkie upinki orzechowe, poczy plsa po falach. W okropnem mem po-oeniu nie
lkaem si wcale mierci, i gdyby nie boja obraenia Opatrznoci, dabym jej, aby raz nieznone cierpienia
zakoczy.
Dzicy wylkli si niezmiernie i zaczli wy-dawa wycia rozpaczy; kiedy burza wzmagaa si coraz
bardziej, wdz przypad ku mnie i za-woa rozkazujcym tonem:
Biay czowieku, twj Bg, jak mwi, ma by daleko potniejszym od naszych bokw, mdl si
do niego, eby nas ocali, a jeeli to zrobi, uwierzymy w Boga chrzecijaskiego.
Przejty arliwoci o nawrcenie tylu zb-kanych pogan, zapominajc o blu ran i nie-bezpieczestwie,
upadem na kolana, a zoyw-szy rce, poczem woa do Pana:
O wszechmocny i wielki Boe! ktry Jona-sza z paszczki wielorybiej wyzwoli raczye, ktry d
Piotrow wyrwae z wciekoci fal morskich, oka Twoje miosierdzie niegodnemu sudze i rozka bawanom
i wichrom, aby si uciszyy; daj pozna moc Twoj tym dzikim poganom; daj im pozna, e Ty prawdziwym
Bogiem! Nie dla mnie Panie, nie dla mnie, n-dznego grzesznika, ale dla chway Twego imie-nia oka Twoj
potg, aby je wysawiali na wieki wiekw. Amen!,
1 zy jak groch posypay si po mojej twa-
rzy, a wzrok z ufnoci wznisszy ku niebu, zapatrywaem si w czarnych chmur naway, oczekujc stamtd
pomocy.
Alici jak gdyby cudem wicher zwolnia, po-rozdzieray si oowiane oboki, okazujc zdu-mionym
Indjanom przeliczny szafir niebieskiego sklepienia; i zwolna, zwolna, spienione bawany poczy drobnie,
nieysta piana nikn, odzie coraz spokojniej unosiy si na wd powierzchni i stay si posusznemi rkom.
sternikw, jako stado agodnych owieczek swemu pasterzowi. Dzicy z przestrachem i poszanowaniem wpatry-
wali si we mnie, a wdz ich zawoa:
Biay czowieku, twj Bg jest potnym!
Po dwch dniach pomylnej eglugi zawin-limy wreszcie do brzegu. W odlegoci paruset krokw
wznosia si wioska Tupinambasw, zo-ona z siedmiu ogromnych chat z gazi drzew uwitych, a mogcych
pomieci po kilka rodzin. Na widok powracajcych rodzin, starcy, niewia-sty i dzieci rojem wysypali si na
wybrzee, dziwacznemi okrzykami witajc przybyych; lecz wrzaski te przemieniy si w szalone wycia, skoro
mi skrpowanego wcieka zobaczya gromada.
Odepchnwszy na bok otaczajcych mi wo-jownikw, rozarte megery rzuciy si na mnie, klnc,
szturchajc, bijc i okazujc niepohamo-wan rado. Wrzask ich oguszy mi prawie,
z blu padem na ziemi i bybym niezawodnie uleg zajadoci kobiet indyjskich, gdyby sam wdz nie
pospieszy mi na pomoc. Wojownik ten zakreli wczni krg okoo mnie i wyrzek jakie sowo, na ktrego
dwik cofny si i tylko zdaleka ujaday:
Biay! biay! dajcie nam biaego, niech go rozszarpiemy zbami i napijemy si krwi tego, ktry
przelewa krew naszych braci! Daj-cie nam biaego! dajcie nam wroga! O jaka rozkosz pore nieprzyjaciela!
I stay dokoa z zakrwawionemi oczyma, ry-czc jak hieny, a gdyby nie opieka wodza, by-yby mi moe
ywcem poary.
Na rozkaz owego wodza, zowicego si Yperu Wassu, poprowadzono mi do chaty jego na pa-grku
lecej. Straszliwy widok uderzy mi na wstpie: ponad drzwiami sterczay na kokach dwie czaszki ludzkie
jeszcze ze krwi nie osche, a wic pochodzce z wieo zamordowanych jecw, na cianach poprzybijano
golenie i e-bra nieszczliwych; okropne te trofea odebray mi ostatek nadziei, westchnem tylko i poleci-em
si Bogu.
Stra wprowadzia mi do duej izby, w po-rodku ktrej stao szkaradne boyszcze indyj-skie wykute z
gazu: ogromna jego paszcza bya caa sposoczona, snad krwi niewinnych ofiar. Dwch Tupinambasw,
pochwyciwszy mi pod
rce, powloko przed bawana, trzeci porwa za gow, a czwarty, wziwszy w rk ostry ka-mie, zbliy si ku
mnie. Mylc, e ju nade-sza ostatnia chwila ycia, poleciem si Bogu. Skoczyo si jednak tym razem na
ogoleniu brwi, obciciu brody i ustrojeniu w rnobar-wne pira. Wiedziaem, e w ten sposb dzicy zwykli
stroi ofiary przeznaczone na poarcie.
Poczem wszyscy upadli na twarz przed bo-yszczem, a wdz zawoa:
O wielki Mango, objaw nam twoj wol.
Nastpia chwila gbokiej ciszy, poczem da
si sysze guchy oskot pod ziemi, a z pasz-czy bstwa wybiegy przyguszone sowa:
Portugalczyk ma by zabity na ofiar bogom!
Yperu Wassu wznis cik maczug, lecz zanim wymierzy cios miertelny, krzyknem:
Ja nie jestem wcale Portugalczykiem, ale Niemcem, przyjacielem Francuzw! Patrzcie na me wosy,
na brod, wszake s jasne, a Portu-galczycy, wasi nieprzyjaciele, maj zarost zupenie czarny.
Sowa te zmieszay dzikich; yjc w przy-mierzu z Francuzami, nie chcc ich sobie nara-a
zamordowaniem jeca z przyjacielskiego na-rodu, odrzucili narzdzia mordercze i opucili chat, zostawiajc
mi samego.
Odetchnem swobodniej; wkrtce kilka tych
samych kobiet, ktre mi przed chwil groziy mierci, weszo do izby, obmyo i opatrzyo rany. Poday mi
take nieco polewki z kassawy, ktr zjadszy, zasnem.
Przez kilka dni nastpnych dzicy obchodzili si ze mn nader agodnie, opatrujc mi tro-skliwie i ywic
dobrze. Przyszedem do siebie, rany zaczy si zasklepia i jedynie tylko brak odziey uczuwaem dotkliwie.
Miaem coraz wik-sz nadziej, e mi zostawi przy yciu.
Jednego dnia o wschodzie soca zasiadem przed chat wodza, wpatrujc si stsknionem okiem w
niezmierzony ocean, oddzielajcy mi swemi przepaciami od ukochanej ojczyzny. Na-gle w odlegoci
spostrzegam agiel. Peen ra-doci wbiegam do chaty, budz picego jeszcze wodza i opowiadam, e wida
okrt europejski. Yperu Wassu zerwa si z posania i wybieg przed chat.
Ciesz si! zawoa oto twoi przy-jaciele nadpywaj.
W istocie by to okrt francuski; obawa i nadzieja wstrzsay mem sercem naprzemian: statek ten nis mi
zgub lub ocalenie.
Wnet po caej osadzie rozlegy si okrzyki. Indjanie obojej pci wybiegli ku brzegom, wio-dc mi z sob.
Malowniczy to by widok: gro-mada strojna w pira, uzbrojona lancami, przy-zywaa eglarzy coraz bardziej
zbliajcego si
statku. Nakoniec zawarcza koowrot acucha kotwicznego, spuszczono szalup, a kapitan w to-warzystwie
kilkunastu majtkw i onierzy wy-siad na ld.
Natychmiast poprowadzono mi do niego, a Yperu Wassu rzek:
Wodzu biaych, powiedz nam, czy to jest syn twojego narodu.
Co, ten ndznik ma by Francuzem! odrzek kapitan z pogard. Kto jeste? za-pyta mi,
mierzc nieprzyjaznym wzrokiem.
Jestem Niemiec odpowiedziaem.
To otr Portugalczyk, zawoa niesu-mienny Francuz zabijcie go, przyjaciele, b-dziecie mieli
smaczny ksek.
W mgnieniu oka otoczyli mi dzicy, wywi-jajc gronie maczugami. Niegodziwo Fran-cuza tak mi
wzruszya, e, zapominajc o nie-bezpieczestwie, zawoaem:
Zly czowieku, niechaj ci Bg mej mierci nie pamita!
Potem, upadszy na kolana, zaczem piewa psalmy pokutne. Czy piew ten uczyni wrae-nie na dzikich,
czy te mieli jakie inne powody, nie wiem, dosy, e jeszcze i tym razem uszedem mierci.
Okrt francuski, nabrawszy drzewa farbier- skiego, odpyn. Znowu kilka dni przeszo spo-kojnie;
nakoniec jednego poranka Yperu Wassu
~
oznajmi mi, e mam si uda w drog, nie po- ||_ wiedzia jednak dokd i poco. Znaczna gro-mada uzbrojonych
Indjan otoczya mi, wdz ruszy naprzd, za nim oddzia wojownikw, na-stpnie ja pod stra dwch
Tupinambasw, a kil-kunastu innych zamykao pochd. Kobiety, starcy i dzieci pozostali w domu.
Przez trzy dni szlimy cigle ogromnemi la-sami, zakadajc co wieczr koczowiska; czwar-tego przed
poudniem ujrzaem wie, zoon z kilkudziesiciu chat, w rodku ktrej, na wy-niosym pagrku, by dom
wyszy i okazalszy od innych. Byo to mieszkanie kacyka, a raczej krla caego plemienia. Nazywa on si
Konjan Bebe; pastwo jego rozcigao si na mil kilka-dziesit wzdu brzegw i by jednym z najpo-
tniejszych wadcw pord dzikich. Rezyden-cj otacza podwjny rzd ostrokou, a na fron-towej cianie
domu pitnacie czaszek wiad-czyo o ludoerstwie Jego Kacykowskiej Moci. Westchnem pomylawszy, e
zapewne wkrtce przybdzie szesnasta... moja.
Kiedy mi przyprowadzono przed oblicze Konjana, pijaniuteki by jak bela; ujrzawszy mi, powsta, lecz
wcale nie dla uczczenia, ale dla obejrzenia pieczeni. Krok jego, chocia chwie-jcy si od nadmiaru upajajcego
trunku, by wszake powany i majestatyczny, a rozwj mus- kuw okazywa niepospolit si; w spodniej
Przygody eglarzy.
4
wardze tkwi duy, przezroczysty kamie zie-lony, a szyj zdobi acuch misternie z muszli wyrobiony i take
przystrojony kamieniem.
Yperu Wassu opowiedzia mu, kim byem i za kogo chciaem uchodzi, a potem prosi, aeby potny krl
raczy mi przyj w darze na sw monarsz kuchni.
Kto jeste? zapyta Konjan Bebe.
-= Jestem Niemiec, a nard mj nigdy nie podnosi broni przeciwko potnemu plemieniu Tupinambasw.
Kamiesz! zawoa grono kacyk jeste Portugalczyk, niegodziwy i garz jak oni wszyscy.
Nienawidz tych otrw, a gwnie dlatego, e miso ich ykowate i chude. Zjadem ju piciu i ciekawy jestem,
czy ty nie bdziesz smaczniejszym od tamtych?
Milczaem przeraony, trwoga moja zna ucie-szya dzikiego ludoerc, gdy przystpi do mnie bliej, a
uderzywszy rk po ramieniu, zapyta, bystro wpatrujc si w oczy:
Czy znacie moj potg, biali rozbjnicy?
Wiemy, e jeste panem na caem wy-brzeu i w gbi lasw.
Ojcowie moi byli daleko potniejszymi, ale odkd wasze skrzydlate domy ukazay si na naszych
brzegach, tysice moich braci zgi-no ze zdradzieckich rk twoich ziomkw. Ale zemszcz si straszliwie i
Konjan Bebe pty nie
zoy wojennej siekiery, dopki wszystkich Por-tugalczykw nie pore i nie uwolni ziemi ojcw od biaej plagi.
Wyrzekszy te sowa, odwrci si ode mnie, a natychmiast dwch dzikich pochwycio mi i odprowadzio
do jednej z chat, przeznaczonej na moje wizienie. Niedugo potem wszed Yperu Wassu i rzek mi przyjanie.
Nie lkaj si, jeszcze dwa ksiyce y bdziesz, zanim nadejdzie wielka uroczysto bo- -gw
zemsty.
Przez dwa miesice blisko zostawiono mi w spokoju. Nic nie robiem, a karmiono mi bardzo troskliwie,
abym uty i nabra delika-tnego smaku. Dzicy obchodzili si ze mn z pe- wnem uszanowaniem, nie przez
yczliwo, ale dlatego, e przeznaczony na st kacyka kacykw byem dla nich czem witem i nietykalnem.
Nareszcie zbliya si fatalna uroczysto. W wigilj tego dnia Indjanie skpali mi w rze-ce i cae ciao
jakim wonnym balsamem natarli. Wieczorem wyprowadzono mi na k, wrd ktrej krgiem cae pokolenie
stano. Znajdo-waem si w samym rodku. Blisko mierci i myl o straszliwych mkach, ktre miaem
nazajutrz wycierpie, napeniay moj dusz niewypowiedzianym smutkiem. O mj Boe! dla-czeg
porzuciem ojczyst strzech; nielepieje byo cierpie w domu ndz, anieli w odlegym
kraju tak okropnie zakoczy ycie? Jak w ka- dem strapieniu tak i teraz zwrciem serce do Boga i
odmawiajc w myli modlitwy, wpatry-waem si w ksiyc.
Dzicy zadziwieni tem, wskazali mi Konja- nowi, ktry przystpiwszy zapyta:
Dlaczego tak pilnie patrzysz w nocnego boka ?
Boek nocny jest bardzo rozgniewany na lud Tupinambasw.
Kacyk, lubo miay, zadra jednak na te sowa; pokrywajc przecie swe wzruszenie,rzek:
I dlaczeg bstwo gniewa si na swych ulubiecw?
Poniewa chc zamordowa i pore bia-ego, ktry im nic nie zawini, i naley do na-rodu
przyjaznego ludom czerwonym. Widz, i wkrtce ukryje si w czarne chmury, aeby ju nigdy wicej nie
okaza wam swego oblicza.
Mowa ta wypowiedziana powanie, wielkie zrobia wraenie na dzikich; nie przypuszczali oni, aebym
odway si kama. Konjan Bebe rozkaza mi odprowadzi nazad do wizienia, a uroczysto odoono do
nieoznaczonego czasu.
Od tego wieczoru Indjanie obchodzili si ze mn nie tylko daleko agodniej, ale z jakiem bojaliwem
uszanowaniem, mniemajc, e zostaj w zwizku z bstwami. Wkrtce znaczenie moje powikszyo si jeszcze,
gdy w czasie wybuchej
epidemji jeden z wodzw uleg chorobie, a gdy ta dosza do najwyszego stopnia, rozkaza mi przywoa i
przyrzek uroczycie, e wyprosi y-cie moje u krla, jeeli za porednictwem mojej modlitwy odzyska
zdrowie. Padem na kolana i modliem si ze zami, bagajc Pana Wszech-mocnego, aeby jemu zdrowie a
mnie ycie przy-wrci. Proby moje pokorne zostay wysucha-ne: dziki powsta z oa, a na jego proby Ko-
njan Bebe pozwoli mi zamieszka w jednej chacie z owym wodzem, ktry mi pieci jak wasnego syna. Od
tej chwili byo mi bardzo dobrze pomidzy Indjanami. Te same kobiety, ktre przed piciu miesicami groziy
mi roz-szarpaniem, teraz obdarzay mi rnemi przy- smaczkami, proszc tylko, abym im sny tuma-czy; inne
przychodziy, dajc, abym si mo-dli za ich chorych mw lub dzieci; jednem sowem byem uwaany za
witego ma. Z tem wszystkiem jednak drczyy mi dwie rzeczy: tsknota do swoich i obawa, bo Konjan
Bebe, chocia nie nastawa teraz na moje ycie, mg jednak upiwszy si, nabra nagle chtki do zabicia mi i
poarcia, a w takim razie ani proby, ani najwiksze starania nie zdoayby mi uratowa od mierci. O ucieczce
nie podo-bna byo zamarzy, a indjanie nie myleli wcale uwalnia czowieka, ktry podug powsze-chnego
mniemania by im bardzo uytecznym.
W miesic pniej Tupinambasowie stoczyli zajad walk z pokoleniem indyjskiem nieprzy- jaznem i
pochwycili kilku jecw, pomidzy ktrymi znajdowa si take Portugalczyk. Gdy wojownicy powrcili z
wyprawy, rozpocz si straszliwy wrzask, przejmujcy mi dreszczem, bo sobie przypomniaem ow chwil,
kiedy mi przyprowadzono do wsi indyjskiej.
Nastpny dzie naznaczonym zosta na po-arcie jecw: przez ca noc robiono przygo-towania do tej
piekielnej uczty, a wrzawa i nie-ustanne ryki mczyzn i kobiet nie dozwoliy mi ani na chwil zmruy powiek.
Draem, l-kajc si, aeby widok krwi nie rozjuszy Tupi- nambasw i nie zachci do zamordowania i innie
take, a z drugiej strony pakaem nad losem nieszczliwego brata Europejczyka, majcego zgin rd mk
straszliwych, ktremu nie mo-gem da najmniejszej pomocy.
Rwno ze witem zabrzmiay bbenki indyj-skie, zrobione ze skry rozpitej na wielkich wydronych
tykwach, i da si sysze smutny odgos fletw wydronych ze trzciny.
Wyprowadzono mi z chaty i postawiono tak, abym si wszystkiemu mg dobrze przy-patrzy. Yperu
Wassu przybliy si ku mnie i rzek:
Niech si jeniec przyjrzy, jak bdzie umiera blada twarz i trzej wodzowie Tupinikinw i nie-
chaj si modli do swego wielkiego Ducha, aby mu da tak mier zaszczytn.
Bodaje pokn twoje yczenia mrukn-em po niemiecku, a dziki, wziwszy te sowa za jak
przyjazn odpowied, cisn mi za rk
i odszed.
W porodku osady stay rzdem wkopane cztery supy, do ktrych mieli by przywiza-nymi wojownicy
schwytani; przed temi supami znajdowa si d wyoony kamieniami, w dole tym byy uczywa smolne i
mnstwo chrstu, a nad niemi umocowano kocio, napeniony ole-jem wycinitym z ziarn palmy
Chrystusowej,
Rozmaite narzdzia do zadawania mk po-rozkadano u podna supw: byy tam noe, strzay, oszczepy i
obcgi, sowem cay arsena okruciestwa.
Poprzed supami, na pochyoci wzgrza, ktrego szczyt zajmowaa chata Konjana Bebe, siedzieli w
pkole znakomitsi wodzowie Tupi- nambasw. Ciaa ich pomalowane czerwon ochr, a na tem tle rozmaite
gzygzaki czarne nadaway im posta szatanw. Czuby wosw na szczycie gowy przybrane mieli w czerwone
pira papug, a pomidzy temi sterczao jedno czarne, ogromne, ze skrzyda kondora. Kobiety miay twarze
ubar-wione na czarno, gdy im nie byo wolno uy-wa koloru czerwonego, nalenego wojownikom.
Indjanie siedzieli w kuczki, majc brody
wsparte na doniach, a okcie spoczywajce na kolanach. Sam tylko Konjan Bebe sta w po-rodku, a z oczu
jego byskaa wcieko, w rku trzyma maczug, strojn w pira i rzemienie.
Poza krgiem wojownikw rozstawio si ty-sice Indjan; byli to zwyczajni wojownicy, dzieci
i niewiasty, a cay tum stpa niespokojnie i wy-dawa straszne okrzyki.
Nagle Konjan skin maczug, a na ten znak uciszya si zgraja. Zdaleka zabrzmiay bbenki, muszle
wydrone i flety; bya to muzyka a-obna, lecz zarazem dzika i przeraajca.
Z gstwiny ukaza si orszak pogrzebowy. Na czele szed czarownik, niby kapan boyszcz indyjskich. Mia
on na gowie eb jaguara, ty-grysa brazylijskiego, ktrego skra spadaa mu na barki, w jednej rce trzyma
bbenek ze skry ludzkiej napitej na tykwie, w drugiej wczni dug, u ktrej wisiao kilkanacie czupryn
ludz-kich. Na szyi mia acuch zoony z drobnych kosteczek i zbw pobitych nieprzyjaci; do skry
przymocowano wypchane we, jaszczurki
i nietoperze, a na samym szczycie gowy nosi pk pir szkaratnych; niepodobna opisa, jakie na mnie
zrobia wraenie ta posta straszna i za-razem ohydn;.
Za czarownikiem postpowao kilkunastu dzi-kich w wysokich koronach z pir; jedni trzy-mali bbenki,
uderzajc w nie co chwila paecz-
kami, drudzy dli w flety trzcinowe, inni wreszcie przygrywali na konchach. Za nimi szed oddzia zbrojnych
wojownikw, a w rodku czterej jecy: pierwszy Portugalczyk, obdarty cakiem z odziey, a nastpnie winie
indyjscy, wystrojeni po swojemu jakby do boju; a na twarzach ich malowaa si spokojno i powaga,
postpowali miao i rzucali na swych katw spojrzenia obraajce, jak gdyby ich wyzywali do walki.
Orszak szed krokiem powolnym i zatrzyma si przed obrzydliwem boyszczem, wyrzezanem z drzeyya,
podobnem do tego, przed jakiem mnie p roku temu stawiano; wszyscy upadli na twarz, a czarownik zawoa:
O wielki Mango objaw nam swoj wol!
I znw jak wtedy z paszczy boka wysza
odpowied snad boek by wewntrz wydr-ony, a w rodku siedzia jaki oszust ukryty, ktry zawoa,
udajc wyroczni:
Wszyscy maj by poarci, zanim soce dojdzie najwyszego szczytu!
To miao znaczy, e nieszczliwi maj by zamordowani, nim nadejdzie poudnie.
Na te sowa cay tum zarycza z wcieko-ci: Konjan Bebe wznis w gr maczug i znw guche
nastpio milczenie; kilkunastu czarno pomalowanych starcw rozpalio pod ko-tem ognisko, chopcy znosili
chrst, aby po-
mienie coraz bardziej podsyca. Wojownicy pro-wadzcy jecw przywizali ich do supw za nogi, w rce za
podali im siekiery, aeby si mogli broni. Europejczyk nie przyj siekiery, ale podnisszy oczy w gr, pocz
piewa psalm pokutny.
Widok ten i piew mczennika przepeni aoci serce moje. Nie mogem wstrzyma si duej, a nie
zwaajc, co z tego wynikn moe, poszedem miao ku monarsze indyjskie-mu, a skoniwszy mu si do
samych ng, za-woaem :
Wielki wodzu potnego ludu Tupinam- basw ulituj si i nie odbieraj ycia biaemu
czowiekowi, a Bg ci to sowicie wynagrodzi.
Konjan surowo spojrza na mnie, a potem zwrciwszy si ku swoim wojownikom, rzek:
Blady m mia uroczysto wielkiego Mango znieway, niechaj go pochwyc i zabij razem z
czterema jecami.
Zanim zdoaem si obejrze, ju mi po-rwao czterech dzikich i krpowao mi rce w ty, podczas gdy
inni wkopywali sup pity, a tak zamiast dopomdz memu wspplemiennikowi, sam dostaem si w moc tych
szatanw.
Wszystko byo gotowem do rozpoczcia m-czarni. Lecz Indjanie maj zwyczaj przed za-daniem mierci
namawia jecw, aby przeszli do nich i pomnoyli szeregi wojownikw. Ko-
iijan wic poszed ku Portugalczykowi przywi-zanemu do pierwszego supa i rzek powanie:
Tupinambasowie wiedz, e wdz biaych jest odwany i nie chc odbiera ycia tak wa-lecznemu
wojownikowi. Niechaj wic zaprzysi-gnie wierno wielkiemu Mango i niechaj zapali fajk przymierza z
wojownikami Tupinambasw, a oni kocha go bd i dadz mu za on jedn z swych crek. Niech wdz
biaych podda si prbom mki, aby okaza, e gardzi godem, umie znosi bole ognia i ostrza now, kt-
remi natn mu warg, aby w niej zielony umie-ci kamie; niech okae, e nie lka si mierci, a cae plemi
opiewa bdzie jego mstwo i uczyni go jednym ze swoich wodzw.
Zamiast odpowiedzi Portugalczyk piewa:
>Z gbokoci woam do Ciebie, Panie,
Panie, wysuchaj gosu niego i t. d.
* Czy chcesz wzi wojenn siekier? mwi dalej Konjan czy bdziesz wojowa z nami niegodziwych
twych braci, ktrzy zabi-jaj mnych Tupinambasw?
Biay piewa dalej psalm, nie patrzc nawet na wodza indyjskiego.
Wojownik blady mwi dalej Konjan, zapalajc i coraz bardziej wojownik blady lamyka
swe uszy na przyjazn mow wodza wo-
dzw i zamiast mu odpowiedzie, piewa swj hymn bojowy.
Portugalczyk nie przestawa modlitwy.
Wic nie przyjmujesz naszej ofiary! krzy-kn wciekle wdz indyjski. mier biaemu!
mier! mier! zawoay rozjuszone tumy.
I rozjtrzony jak tygrys Konjan strzaska nieszczliwemu czaszk.
Wojownicy indyjscy poskoczyli ku zamordo-wanemu i poczli chepta krew pync z rany, poczem,
podzieliwszy midzy najstarszych wo-dzw mzg, powlekli ciao i oddali je Indjanom czarno umalowanym,
ktrzy zaczli je piec nad roznieconem ogniskiem.
Nastpnie dwch Indjan przystpio do dru-giego supa, do ktrego by uwizany jeden z wodzw
Tupinikiskich. Dzielny ten wojownik, majc rce wolne, walecznie star si z nieprzy-jacimi i jednemu zada
cik ran; pomimo to uleg wkrtce pod przewag dwch wrogw i pad trupem, a zwoki jego, podobnie jak
Euro-pejczyka, powleczono do ognia.
Ju tylko dwch jecw oddzielao mi od nielitociwych katw, modliem si gorco, po-lecajc dusz
Bogu.
Drugi Indjanin jeszcze dzielniej wytrzyma walk, z dwch przeciwnikw jeden zgin, drugi ciko
raniony musia plac boju opuci. Sdziem,
e cala horda rzuci si na niego, aby pomci mier braa, lecz stao si cakiem przeciwnie.
Konjan Bebe na czele najznakomitszych wo-dzw uda si ku przywizanemu jecowi i sta-nwszy
naprzeciwko niego, zacz piewa hymn wojenny na cze walecznego nieprzyjaciela, wy-chwalajc jego
mstwo; nastpnie wasn rk rozci krpujce go yka i zaprosi do grona naczelnikw indyjskich. Potem
zapali fajk, a pocignwszy kilka dymw, poda j w rce Yperu Wassu, a kiedy obesza wszystkich, wr-czy
j wodzowi nieprzyjacielskiemu i rzek do niego:
Niech waleczny Sunya Krw przyjmie t fajk w upominku od Konjana Bebe, wodza wodzw i
niech odtd ostrza siekier i groty strza wojownikw odwrc si od siebie, a ga-zka zielona poczy
wiecznym pokojem dwch strasznych nieprzyjaci.
Sunja Krw przyj z wielk powag ofia-rowan fajk, a urwawszy gazk powoju, roz-dzieli jej listki
midzy nieprzyjacielskich wo-dzw. Tak przymierze zostao zawarte.
Pozostawa jeszcze jeden jeniec indyjski.
Dziki ten jednak zamiast bra przykad z m-stwa swych poprzednikw, za zblieniem si nie-przyjaci
pocz dre na calem ciele i nie myla wcale o oporze.
Na widok ten rozleg si guchy szmer mie-
dzy widzami, ktry wkrtce zmieni si.w wcie-ke ryki. Ustpili dwaj wojownicy, a na znak dany przez
Konjana, gromada niewiast, uzbro-jonych w noe, rzucia si ku nieszczliwej ofierze. Zaczy si okrutne
mczarnie, ktrych nawet opisywa nie chc, albowiem dusza wzdryga si na ich wspomnienie. Trwao to przez
kilka-nacie minut, nakoniec wdz Tupinikinw po- szepn co Konjanowi, a gdy ten skin gow, Sun ja
Krw poskoczy ze swego miejsca i ro- zepchnwszy rozarte baby, zatopi! n w pier-siach trwoliwego
wspziomka.
Trupa powleczono na bok i oddano na up niewiastom, wrzeszczc:
Wojownik Tupinikinw mia w krzepkiem ciele serce niewiecie, niechaj go wic por kobiety,
aby misem swojem nie wnis tch-rzostwa w ciaa walecznych. ' Teraz nadesza kolej na mnie, ju
byem pewny, e za chwil stan przed najwyszym Sdzi, gdy wtem zasza okoliczno, zmienia-jca
zupenie stan rzeczy.
W chwili, gdy palono fajk pokoju, horyzont pocz si zaciemnia, czarne chmury zalegy przestwr
niebieski; burza zbliaa si szybkim krokiem: ju grzmot hucza zdaleka, kiedy m-czono ostatniego jeca, a w
chwili, gdy dwaj oprawcy zbliyli si ku mnie dla stoczenia mier-telnej walki, ognisty w rozdar niebo,
rozleg
si huk straszliwy, a piorun, uderzywszy w chat Konjana, ogarn! j morzem pomieni.
Indjanie jkami napenili powietrze.
Wrd oglnej wrzawy wdz indyjski nie stra-ci przytomnoci, lecz dal znak gron maczug, aeby si
wszyscy uciszyli i zawoa:
Potne Bstwo biaych nie chce, aby blada twarz pada pod ciosami Tupinambasw i w gniewie
swoim ugodzi ognist strza w chat wodza wodzw. Niechaj wic waleczny wojownik biaych zachowa swe
ycie i pojedna swe B-stwo z plemieniem czerwonych.
To rzekszy, przystpi do supa i porozcina wizy; poczem wojownicy indyjscy podnieli mi na barki,
wydajc okrzyki na cze moj, w tym samym czasie luny potoki deszczu i za-gasiy poar, przez co
znaczenie moje jeszcze si wicej podnioso.
Tak wic po raz drugi cudem uniknem mierci. Bg miosierny nie opuci swego mizer-nego sugi. Sunja
Krw po uczcie ludoerczej zosta uwolnionym i odprowadzonym rd okrzy-kw a do granic posiadoci
Konjana.
Od owej chwili, ktra do ostatniej godziny ycia pozostanie w mojej pamici, upyno jesz-cze par
miesicy do mego oswobodzenia. Przez cay ten czas doznawaem od dzikich nie-mal takiego samego
uszanowania jak sam Ko- njan Bebe. Wojownicy po kadej wyprawie ska-
dali mi cz upw; stare niewiasty nazyway mi swoim najukochaszym synem; ze wszyst-kiego atoli
pokazywao si, e nie myleli mi wcale uwolni. Dzicy uwaali mi za mogcego bardzo wiele u Pana Boga,
sdzili wic, e do-pki midzy nimi bd zostawa, Bg chrzeci-jan zachowa ich pod swoj opiek.
Dozwalano mi przechadza si po caej osadzie, a nawet w przylegych lasach, ale zawsze kilku Indjan szo
opodal i strzego mych krokw, a tak
o ucieczce nie mogem nawet zamarzy. ycie takie stao si dla mnie nieznonem i gorco prosiem
Stwrcy, aby mi z rk Tupinambasw uwolni. Jednego dnia Konjan*Bebe, wybierajc si w podr, kaza mi
przywoa i rzek:
Wielka d skrzydlata stana u brze-gw; znajduj si na niej Francuzi; wdz. czer-wonych
pozwala wojownikowi biaemu, aeby uda si nad morze i ucieszy ze swymi brami.
Podzikowaem kacykowi, a w godzin po-tem ruszylimy w dwudniow podr, ktr wszyscy, nie
wyjmujc nawet indyjskiego kr-lika, odprawiali piechot, mnie tylko na noszach transportowano, moe przez
uszanowanie, a moe dlatego, ebym nie uszed.
Kiedymy stanli na miejscu, kapitan statku wysiad na brzeg, a spostrzegszy mi, zacz si wypytywa,
jakim sposobem dostaem si w moc Indjan. Opowiedziaem mu wszystkie
moje nieszczsne przygody; zacny w Francuz, nie tak jak niegodny jego wspziomek, zacz mi pociesza,
poczstowa szklank wina i za-pewni, e wkrtce zakoczy si moja niewola, i rozkaza majtkom, aby mi
zaopatrzyli w ubir, gdy byem nagim jak dzicy.
Na drugi dzie rano, Konjan Bebe zosta zaproszony na okrt wraz z on i czterema naczelnikami
indyjskimi i ze mn. Skoromy przybyli, zastawiono st, nie szczdzc jada i wina. Po obiedzie zaprowadzono
Indjan na pokad, gdzie znajdoway si rozoone podarki dla krla i jego podwadnych. Konjan by z nich
niezmiernie zadowolony i ofiarowa wzamian kapitanowi francuskiemu rozmaite pody swej ojczyzny, midzy
ktremi znajdowao si kilka diamentw, przenoszcych stokrotnie warto towarw podarowanych dzikim.
Kiedy zamiana sza w najlepsze, a obie strony owiadczyy sobie uczucia przyjani, nagle ze trzydziestu
majtkw uzbrojonych w szable i musz-kiety wpado na pokad i, zwrciwszy bro przeciwko kapitanowi,
domagao si mego uwol-nienia.
Naprno kapitan tumaczy im, e jestem wasnoci Konjana Bebe, zuchwali majtkowie woali, e jeeli
mi nie uwolni, natychmiast za-morduj go.
C brat mj na to mwi? zapyta kapitan
Przygody eglarzy. 5
wodza indyjskiego majtkowie moi chc ode-bra swego brata, a przyjaciel potnego wodza Indjan nie ma
szedziesiciu ramion jak oni, lecz tylko dwa, i nie moe obroni wasnoci pot-nego Konjana Bebe.
Niechaj mj brat biay przywoa Tupinam- basw z brzegu, a oni ukarz nieposusznych.
Majtkowie usyszawszy to, powiedzieli kapi-tanowi, e jeeli odway si zawezwa pomocy dzikich,
zamorduj go natychmiast. Wtedy ka-cyk indyjski rzek do majtkw:
Krl krlw ludu czarnego, dla ocalenia ycia swemu przyjacielowi, daruje Francuzom swego
niewolnika bladego, niechaj go wezm z sob.
Majtkowie wydali okrzyki na cze wodza a sternik, wystpiwszy naprzd, zawoa:
Mny Konjanie, przyjmij za tw dobro w podarunku t skrzynk. To rzekszy, skin, dwaj
majtkowie postawili u stp wodza skrzy-ni, w ktrej znajdoway si: wojenny topr, tuzin siekier i ze dwa
tuziny wielkich now.
Kacyk ucieszy si niezmiernie z tego poda-runku, a nastpnie, obrciwszy si do mnie, za-cz Izy
wylewa i mwi powanym gosem:
Id, synu mj, z brami twymi ku wscho-dowi soca, lecz niechaj w duszy twej pozo-stanie
pami gociny u Tupinambasw, a jeeli kiedy le ci bdzie w twojej chacie rodzinnej,
jeeli ci zabraknie kassawy, ryb i zwierzyny, wracaj do nas, a bdziemy ci wita pieniami i wybudujemy dla
ciebie chatk.
I pocz mi ciska, a ona uklka przy mych nogach i oblewaa rce moje zami, nazy-wajc mi
najukochaszym synem. Nakoniec Indjanie wsiedli do swych odzi, a ja ucieszony niespodziewanem
uwolnieniem, upadem na ko-lana i dzikowaem Bogu za oswobodzenie.
Kiedymy podnieli kotwic, kapitan objani mi, i ze swoimi ludmi ca t komedj uo-y, aeby
dzikich nie obrazi, a mnie uwolni. Podzikowaem mu serdecznie i ofiarowaem si wzamian suy przez
ca podr na jego statku jako arfylerzysta.
egluga nasza nie odbya si bez przypadku; na trzeci dzie rano ujrzelimy okrt portugalski i musielimy
z nim stoczy bitw. Zwycistwo nam posuyo; statek nieprzyjacielski ciko uszkodzony, zaledwie zdoa
uj niewoli; ja opa-ciem jednak wygran cik ran, z powodu ktrej przez czas eglugi leaem w hamaku.
Moe mi te Pan Bg ukara za to, e walczyem przeciwko dawnym moim sprzymierzecom.
Nakoniec, po trzechmiesicznej egludze dnia 22 lutego 1555 r. zarzucilimy kotwic w por-cie Honfleur,
lecym w prowincji francuskiej, zwanej Normandj. Odpoczwszy przez kilka dni w tem miecie, wsiadem na
okrt angielski,
na ktrym dostaem si do Londynu, a std na statku holenderskim do Antwerpji. Na tem Jan Staden koczy
swoje-opowiadanie.
Powrciwszy do ojczyzny, wyda opisanie swych przygd, ktre z niezmiernem zajciem byo czytane. W
owych bowiem czasach nie byo ani pism perjodycznych, donoszcych wci wia-domoci ze wschodnich
czci wiata, ani te ciekawych ksiek, obznajmiajcych z obyczajami odlegych ludw czytelnika,
niewyruszajcego nigdy z zaktka rodzinnego.
Doznawa te nasz podrnik wielkiego po-waania u swych wspziomkw, ktrym si wy-dawao, e
nadzwyczajnych rzeczy dokaza i kt-rzy odbycie podry do Brazylji i pobyt po-midzy ludoercami za
nierwnie wiksz rzecz uwaali, anieli my podr z Ameryki do Eu-ropy balonem odbyt.
Rozbitki.
I.
Przed kilkudziesiciu laty ya w Batawji, sto-licy posiadoci holenderskich, na wyspie Jawie, zacna, dobra
i szczliwa rodzina angielska.
Pi osb j skadao, rodzice modzi jeszcze i troje dzieci, z ktrych najstarsza Sara liczya lat 14, modsza
Nelly lat 10, a najmodszy syn Jerzy zaledwie dziewitego roku dochodzi.
Sir John Woodburne, ojciec, pochodzi z zna-komitej, lecz niezbyt bogatej rodziny, a jako syn modszy
musia, wedle praw angielskich, ustpi caego spadku po rodzicach starszemu bratu. Ca- em jego majtkiem
byo bogosawiestwo ro-dzica, may zasb gotowizny, dobra gowa, nie-zmierna ch do pracy i elazna
wytrwao. Oe-ni si modo, z panienk nader mi, ktra wnio-sa mu jeden z najpikniejszych posagw, to
jest czysto serca i zamiowanie cnoty i pracy. Oboje
przy silnej woli pracujc szczerze, dorobili si sporej sumki. Sir John powzi zamiar przenie-sienia si do
Batawji, gdzie nierwnie atwiej ma- lemi pienidzmi mona byo robi korzystne han-dlowe interesy, jak w
samej Anglji.
Po kilku latach mozolnych zabiegw majtek Johna wzrs znacznie & par szczliwie do-konanych
spekulacyj uczynio go jednym z naj-bogatszych osadnikw w Batawji. Zdawao si, e nic im teraz nie brakuje
do szczcia. Oto-czeni wszelkiemi wygodami, kochajcy si tkli-wie, zajmowali si jedynie wyksztaceniem
uko-chanych dziatek! Pomylno jednak ziemska jest nader nietrwa i znikom i zawsze naley by
przygotowanym na cios, ktry lada chwila, a najprdzej wtenczas, gdy najszczliwsi jestemy, uderzy moe.
Wkrtce te rodzina Woodburnw doznaa najokropniejszej doli.
Straszna zaraza, zwyczajna w tamtych stro-nach, a zwana t febr, nawiedzia Batawj. Jedn z
najpierwszych jej ofiar bya pani Wood- burne. Zraony tym ciosem niespodziewanym ojciec, lkajc si o
ycie ukochanych dziatek, umyli na zawsze porzuci zowrog ziemi, gron zabjczym klimatem. Sprzeda
wic plan-tacje, odstpi swe zakady fabryczne i interesy bankierskie nowym przybyszom, a zabrawszy dzieci i
najmilsze mu pamitki dawnego szcz-cia, wsiad na okrt odpywajcy do Portsmouth.
egluga morska nie bya w owych czasach ani tak prdk, ani tak bezpieczn, jak dzisiaj. Cudowna potga
pary nie opanowaa jeszcze wwczas burzliwych fal oceanu. Podr statkami aglowemi, zalecemi od
kaprysu wiatru lub gronej ciszy morskiej, bya dug i mczc, zwaszcza te dla maych dziatek. Nic
dziwnego, e Sir John wsiad na okrt z bijcem sercem i tajemn trwog duszy. Jedyne swe skarby, troje lubych
dzieci, powierza rozhukanemu y-wioowi; od mierci oddzielaa je tylko ciana desek, a pierwszy lepszy
uragan, lub hak pod powierzchni fal ukryty, mg pochon na wieki ca nadziej stroskanego ojca.
Jedyn pomoc w tej podry i ulg w trwo-dze bya dla Miss Skott, guwernantka dzieci: ta zastpowaa
im matk o tyle, o ile obca osoba jest w stanie matk zastpi. Biedne sie-roty, czsto w dniach smutku i alu za
uko-chanym i straconym anioem, w jej objciu znajdoway ulg, ona ich ezki ocieraa, ona rozmaite z niemi o
matce prowadzia rozmowy, przywodzc im na pami kade jej sowo, ka-d przestrog, kad pieszczot.
Miss Skott nie bya ani mod, ani pikn, ale bardzo mi i dobr. Srebrny wos, przebijajcy gsto przez
ciemne kdziory, nadawa jej powag, a sodkie sowa pocigay modociane serduszka. C dzi-wnego, e
dzieci bardzo pokochay guwernantk,
a ojciec pod tym wzgldem przynajmniej byl spokojniejszym.
O wicie, w dniu przeznaczonym na odjazd, caa rodzina wraz z ochmistrzyni udaa si na cmentarz,
gdzie spoczyway zwoki matki. Ka-de, pomodliwszy si do Boga, urwao po kwiat-ku, zabrao po bryce ziemi
na pamitk, zo-stawiajc wzamian pery ez na upominek naj-droszej istocie, ktremi obficie jej grobowiec
skropiy.
Ojciec i dziatki rzucili si na zimny kamie, dugo, dugo przyciskali go do ust rozpalonych. Wtem wystrza
z dziaa da im zna, e nade-sza chwila rozstania. Gony plcz wydar si z piersi dziatek. Nakoniec, jak
wszystko na wiecie, tak i poegnanie musiao si skoczy; wszyscy popieszyli do portu, a za chwil okrt
rozwin agle, aeby na zawsze porzuci za-bjcze wybrzea Jawy.
II.
Okrt, na ktrym jechali do Europy, zwal si Eagle (orze). Susznie nosi t nazw, albowiem lekka jego
budowa zupenie jej odpowiadaa. Kadub wysmuky i zgrabny nie zanurza si gboko, czyli, wedle wyraenia
marynarzy, nie wiele bra wody. Wysmuke, nadzwyczaj wyso-
kie, a stosunkowo cienkie maszty, dwigajce * mnstwo agli, czyniy go wicej podobnym do brygantyny
korsarskiej, anieli do pocztowego statku. To te wiatr pomylny a niezbyt mocny dozwoli rozpuci wszystkie
agle na Orle, sta-tek sun si po falach morskich z nieporwnan szybkoci, pdzi lekko jak ptak, ktrego
mia-nem go ochrzczono.
Osada zwinna i karna, gotowa na najmniej-sze skinienie kapitana speni jak najcilej jego rozkazy,
odwana a do szalestwa, niema otuch napeniaa strwoone serce ojca. Rodzina Woodburne zajmowaa
jedno z najpikniejszych mieszka okrtu. Miljoner zapaci z chci drogo za przewz, byle tylko ukochanej
rodzinie nie zbywao na wszelkich wygodach. Obszerny, jak na statek, salonik mieci w sobie fortepian, obrazy,
kwiaty i wykwintne umeblowanie, po-nad salonikiem znajdowa si pokoik, mieszczcy par szaf napenionych
doborowemi dzieami dla modocianego wieku, kilka wygodnych, zawie-szonych u puapu foteli, aby osoby
czytajce nie doznaway wstrznie statku. W porodku okrtu, gdzie najmniej koysanie uczu si da-wao,
zawieszono oa mikko usane. Nie brako i ptaszt adnie piewajcych, zamknitych w przepysznych
klatkach. Dwie' figlarne malekie mapeczki igraszkami swemi rozpdza miay nudy podry. Zapasy za
ywnoci, wykwintnie
i troskliwie wybrane, zabezpieczay rodzin przez czas dugiej podry od uywania zwykej strawy eglarskiej,
od nieznonego solonego misa, fasoli i sucharw.
Tkliw opiek troskliwego ojca w najmniej-szej drobnostce atwo byo pozna, to te dziat-ki, a osobliwie
starsza i rozsdniejsza Sara, dzikoway mu ze wzruszeniem, e tak o wszyst- kiem pamita, e stara si
wszelkiemi siami zatrze w ich umyle wraenia nudnej i jedno-stajnej podry i trudw z ni poczonych.
Nelly tymczasem, z wysz nad swj wiek uwag, rozpatrywaa wszystko, aeby zapami-ta, gdzie si co
znajduje, i na kade skinienie ojca usuy; may za Jerzy, jak iskra biega po wszystkich ktach, zaczepia
ptaszki, dar si z mapkami i nie posiada si z radoci, e pynie na okrcie.
Najdrobniejszy szczeg na statku zajmowa go niezmiernie, mczy kapitana wci zapyta-niami: na co s
dziaa? jak si nabijaj? do czego su kotwice? naco reje? poco majtko-wie drapi si na maszty? jak si
wyciga flaga na szczyt masztu? co na niej namalowano? na-co jest na statku kompas i iga magnesowa? jakim
sposobem kieruje si okrt? jak mona z wiatru bocznego korzysta, aeby pyn pro-sto przed siebie? i tysice
podobnych zadawa mu kwestyj. Kapitan, czowiek dobry i lubicy
dzieci, o ile mu tylko dozwala czas, chtnie we wszystkiem Jerzego objania i zachwycaa go nawet ywo i
ciekawo dziecka, tern wicej, e ani jedno z tych pyta niedorzecznem nie byo.
Zwykle wieczorem zgromadzaa si caa ro-dzina w bibljotece, gdzie obsiadszy st dokoa, suchano z
uwag Sary, czytajcej ciekawe rze-czy. Nelly zatrudniaa si jak robtk. Jerzy zwykle rysowa rne
przedmioty, nalece do okrtu, tak dugo, dopki znuenie nie wytrcio mu z rk owka. Wtedy udawali si
na spo-czynek do swych wiszcych ek.
Pierwsze trzy dni eglugi byy dla nich nie-znone. Jakkolwiek dzieci wychowane w nad- morskiem
miecie, niejednokrotnie robiy z ro-dzicami wycieczki na morze, jednake nie mo-gy one oswoi ich o tyle z
koysaniem okrtu, aeby maych podrnikw zabezpieczy od cho-roby morskiej.
Lubo morze byo spokojne i okrt lekko fale przerzyna, jednake biedne dzieci ucierpiay dosy. Wkrtce
atoli z ustaniem saboci wr-cia rzewo i wesoo umysu, a w tydzie potem zupenie przyzwyczaiy si
do nowego trybu ycia.
Dziewitego dnia podry, gdy wanie Orze znajdowa si na wysokoci wysp Madywskich, okoo
pnocy zerwa si silny wicher zachodni.
Rodzina caa przebudzona trzaskiem belkowania okrtu i uderzeniem drzwiczek pokadowych, z przeraeniem
porwaa si na rwne nogi.
Sir John pragnc si dowiedzie, czy jakie niebezpieczestwo zagraa okrtowi, wybieg na pokad.
Modsze dzieci z trwog tuliy si w obj-cia Sary, Nelly gono pakaa. Jerzy za, cho-cia chcia udawa
mczyzn, poblad i trzs si z trwogi. Co chwila uderza grom straszliwy, szalony wicher d z
niepohamowan gwatowno-ci, a w przerwach burzy sycha byo wist piszczaki kapitana, zapomoc ktrej
wydawa rozkazy, oraz krzyki majtkw, walczcych z ura- ganem.
Ojciec wkrtce powrci, uspokajajc dzieci, i to przemijajca burza; na jego twarzy jednak malowaa si
niespokojno. Poszed do biurka, wyj papiery i kosztownoci, a umieciwszy je w wodotrwaym pugilaresie,
zawiesi na pier-siach ; adne z dzieci tego nie uwaao, wyjwszy Sary, ktrej bacznemu oku nie uszed aden
ruch ojca. Poznaa, i prawdziwe grozio niebezpie-czestwo, zadraa, nie o siebie, lecz o ojca i rodzestwo.
Tymczasem burza wrzaa wci z rwn moc. Okrt, miotany si fali, raz wybiega na szczyt ogromnych
bawanw, to znw pogra si w przepaci, koysanie byo tak gwatownem, i podrnicy nasi, aby nie upa,
musieli zaj
swe ka. Choroba morska znw dzieci trapi pocza, a biedny Sir John gorce myl zasya mody do nieba i
oczekiwa z utsknieniem po-ranku, majc nadziej, e wraz z nim potga burzy zwolnieje. Zawita wreszcie
dzie po-dany, lecz mimo to nie uspokoia si nawanica. Okrt pdzi na wschd z niewypowiedzian
szybkoci, pomimo, e wszystkie agle zwinito; deszcz la jak z cebra, wicher ani na chwil d nie
przestawa. Sir John uda si powtrnie na pokad dla wybadania kapitana. Odwana Sara wysuna si za nim i
stana na stopniach, wio-dcych na gr z kajuty, pragnc dowiedzie si raczej najprzykrzejszej prawdy,
rrieli w nie-pewnoci zostawa.
Panie Favart zagadn Sir John kapi-tana powiedz mi szcierze: czy jest jaka na-dzieja
ocalenia?
Hm odrzek kapitan byem nieraz w gorszem pooeniu, a udao si wyj cao.
Tak... lecz pan nie moesz za nic zar-czy?
Okrt mj jest silnie zbudowanym, osada zrczna i odwana, reszta naley do Boga.
W ktrej stronie jestemy?
Wiatr pdzi nas na wschd, przeszo 150 mil odbieglimy z naszego kierunku, jeeli bu-rza uspokoi
si wkrtce, z atwoci odzyskamy
stracon przestrze, jeeli za przecignie si dugo... nawczas...
Okrt nie zdoa si oprze wichrowi? zapyta niespokojnie John.
Ba, gdyby nas burza zaskoczya na Atlan-tyku, okrt mj nie lkaby si stawi czoa
najgwatowniejszemu uraganowi, lecz tu w po-bliu Nowej Gwinei, wrd tego morza zarosego awicami
koralowemi, trzebaby mie statek ze stali, aby...
Wtem trzask przeraliwy zaguszy sowa kapitana, ktry z najwiksz szybkoci puci si ku przodowi
okrtu.
Co to jest? zapyta z przeraeniem John przebiegajcego majtka.
Maszt przodowy strzaskany! odrzek.
Usu si pan! Usu! jeeli nie chcesz skpa si w morzu krzykn kto z boku. Sir John cofn
si na schody kajuty, zatrza-snwszy drzwiczki, a wtem ogromny bawan przelecia przez pokad pochylonego
okrtu, zmiatajc wszystko.
Dzieci! zawoa ojciec, wpadajc do kajuty odwagi! odwagi! moe wkrtce okrt ulegnie
rozbiciu, nie trwcie si, Bg nas ocali, tysice ludzi wyszo cao ze straszniejszych wypadkw!
Ojcze rzeka spokojnie Nelly na-dzieja w Bogu, a jeeli spodoba si Opatrznoci,
abymy umarli, czy nie zobaczymy tem prdzej kochanej niamy?
O, jabym si bardzo z tego ucieszy doda Jerzy mama bya taka dobra, taka liczna.
Dwie zy spyny po twarzy ojca, wycinite sowami dzieci. Widzc to, Jerzy rzek wesoo:
Nie pacz, kochany ojcze, my nie umrzemy, albo to nie umiem pywa wybornie; ty uratu-jesz
Sar, a ja wezm na siebie Nelly, bo ko-biety nigdy sobie radzi nie potrafi, co innego my mczyni.
Osobliwie te tacy, jak ty, mj wielki mczyzno zawoaa, miejc si, Sara niech ojciec
ratuje Nelly, ja wol twoje silne ramiona, mj Herkulesie.
Syszc arciki dzieci, Sir John uspokoi si nieco. Zdawao si, jakby i morze je usyszao, gdy
zmniejszya si nieco gwatowno burzy, okrt jednake pdzi z niepohamowan gwa-townoci.
Tak przeszed dzie cay, a po nim znowu nastpia noc duga. Sycha byo tylko wist wiatru i skrzyp
masztowania; od czasu do czasu drzwiczki i okiennice trzaskay, przerywajc i tak ju niespokojny sen naszych
podrnych. Nad ranem jeszcze zmniejszya si nieco sia wichru. Sir John przebudzony, z utsknieniem
wyglda pierwszych promieni soca, peen na-dziei, e si zblia godzina ocalenia.
Nareszcie zabysn upragniony dzie, niebo zaczo si wypogadza, a ojciec nie budzc dzieci, wanie
wybiera si wyj na pokad, aby dowiedzie si o pooeniu okrtu, kiedy nagle rozleg si straszliwy oskot,
poczony z nader silnem wstrznieniem. Sir John, po-mimo silnej budowy, nie mg utrzyma si na nogach, a
Sara wypada z ka; ojciec zerwa si i pobieg na gr, kdy panowao ogromne zamieszanie. Nikt mu
odpowiedzie nie chcia; usysza tylko te sowa zowieszcze: Okrt roz-bity! Woodburne nie traci odwagi,
zbieg na-tychmiast napowrt do kajuty, i nie tracc na chwil przytomnoci, rozkaza dzieciom wrzuci na
siebie lekkie ubranie, poczem zbi naprdce tratewk z desek, pozbieranych u stp tylnego masztu, i
wyprowadzi dzieci na pokad.
Wicher ucich zupenie, tylko wzburzone fale morskie z gwatownoci uderzay o boki okrtu. W
oddaleniu wida byo rysujce si na bkicie nieba wysokie gry.
Siedm stp wody! zawoa utykacz szpar okrtowych woda wdziera si trzema otworami,
zatka ich niepodobna, w najwikszym tkwi odam skay koralowej i wstrzymuje gwa-towno napywu.
Spuszcza szalup i czno! krzykn
kapitan. W mgnieniu oka spuszczono szalup, kapitan zwrci si ku tylnemu pokadowi, aeby Sir
Woodburnea najprzd do niej wsadzi, ale zanim rodzina przebya ca dugo okrtu, ju szalupa,
przepeniona majtkami, odbia od okrtu.
Rozgniewany tym postpkiem kapitan porwa tub i krzykn na uchodzcych, aby natych-miast zwrcili,
ale wobec niebezpieczestwa mierci karno wolnieje, wic i majtkowie, znaj-dujcy si w szalupie, nie
zwaajc wcale na rozkazy dowdcy, szybko robili wiosami. Ka-pitan, nie posiadajc si z gniewu, poskoczy
ku dziau, wycelowa do szalupy, pochwyci lont, lecz w chwili, gdy mia wypali, Sir John wy-rwawszy mu
lont z rki, rzuci na ziemi i za-depta nog.
Panie! krzykn kapitan gwatownie.
Kapitanie odpar zimno Anglik nie dopuszczaj si niepotrzebnego okruciestwa; wszyscy
stoimy nad grobem, ch zachowania ycia targa wszelkie wzy karnoci; lada chwila pochonie ich wcieky
ywio, po c go uprze-dza.
W tej chwili ogromna fala dognaa szalup i pogrya w przepaciach morskich.
Czno na wod! zawoa dowdca.
Zaturkotay koa windy, brzkn acuch,
czno przez chwil zawiso w powietrzu i ju koysao si na rozhukanych bawanach.
Przygody eglarzy 6
Najprzd Sir Woodburne i dzieci! krzy-kn kapitan, odtrcajc toczcych si majtkw.
Zrobiono przejcie, lecz Anglik nie ruszy si z .miejsca.
Daruj pan rzek do kapitana e nie korzystam z twej grzecznoci, po wypdku z sza-lup, nie
ufam cznu i wol moj tratw.
Jak pan chcesz mrukn z uraz ka-pitan wypeniem mj obowizek. Infir- merja naprzd!
Sir John, przecisnwszy si przez tum majt-kw, przy pomocy kilku ludzi spuci na morze tratw wraz z
dziemi do niej przywizanemi, a schwyciwszy wioso, pomaga wtemu stat-kowi przerzyna morskie fale.
Trudno wypowiedzie trudy i cierpienia bie-dnego ojca, pasujcego si z strasznym ywio-em, starajcego
si nada kierunek licho skle-conej tratwie, zalewanej co chwila wod. Dwa-dziecia minut eglugi wyday si
dwudziestu godzinami. Z czterech piersi wzniosy si wes-tchnienia do nieba, bagajc o wzajemne oca-lenie, i
snad Bg wysucha tych westchnie, gdy statek szczliwie dosta si do brzegu. Silny bawan wyrzuci go
na piasek, nadbieg drugi i ponis o kilka sni dalej. Ojciec z szyb-koci myli przeci sznury, pochwyci
dzieci za rce i uchodzi z niemi jak mona byo naj-prdzej w gb wybrzea z obawy, aeby nowe
wd natarcie nie unioso uratowanych na pene morze.
Nakoniec po wielkich usiowaniach, brnc po kolana w rozmikym piasku, dosigli skay wyrastajcej jak
wieyca z brzegu morskiego.
Z wierzchoka jej wida byo niezmierny obraz; ale na caym widnokrgu nic nie byo wida oprcz nieba i
wody. Ocean ciska si gwato-wnie, fale biy o piasek, okrywajc si mleczn 1 pian; wicher d z niepojt
si, pdzc kby biaych obokw na zachd.
Ojcze, rzeka Nelly co to znaczy, e nie widz wcale okrtu?
Zapewne go ju bawany morskie po-chony.
A czno kapitana? pytaa Sara z nie- spokojnoci nigdzie go nie dostrzegam.
W takiem wzburzeniu wd trudno, aby si je mogo na powierzchni dostrzec.
A kapitan ? zawoa Jerzy gdzie jest , kapitan? Odzie jest mj drogi przyjaciel?
Uspokj si, kt wie, moe go Bg ocali.
Wtem od morza da si sysze przytumiony
krzyk!
Wszystkich oczy zwrciy si w tamt stron. Fale morskie miotay kawaem drzewa, do kt-rego
przyczepiony rozbitek woa ratunku!
Bystre oko Sary rozpoznao pync osob.
To Miss Skott, nasza biedna guwernant-
ek
ka! zawoaa ach, mj ojcze, jake j uratujemy!
W jednej chwili wszystko czworo zbiego ze skay, pieszc ku brzegowi, a ojciec pomimo utrudzenia,
postanowi rzuci si wpaw na po-moc toncej. Naprno dzieci otoczyy go wie-cem rk, bagajc, aeby nie
naraa ycia.
Jakto, wic chcecie, aebym dozwoli zgi-n tej, co wam zastpowaa matk? Puszczajcie mi,
B.^g bdzie si mn opiekowift.
Dzieci nie miejc zatrzyma ojca, opuciy rce. John rzuci si w wod i po nadludzkich wyteniach
dopyn do guwernantki.
Trzymaj si pani drzewa, a za chwil b-dziesz ocalon.
Oplynwszy desk, zacz j popycha ku brzegowi, gdy wtem biedna kobieta, skoatana wysileniem i
trwog, stracia prawie zmysy i zamiast trzyma si zbawczego kawaka masz-tu, pucia go, i schwyciwszy
swego wybawc za szyj, konwulsyjnie ciska j pocza.
Puszczaj mi! puszczaj! woa Anglik, naprno usiujc si wydoby z rk toncej. Puszczaj
mi! bo oboje zginiemy!
Lecz Miss Skott, jak kady toncy, jeszcze sil-niej wpijaa rce w ciao wybawiciela i w mgnie-niu oka
zniknli oboje pod wod. Po dwakro dzielny pywak wydobywa si na wierzch, usi-ujc uchwyci pync
belk. Prne wytenia,
odbiegy go siy, i oboje zanurzyli si po raz trzeci, a tym razem adne nie wypyno.
Podwjny krzyk rozleg si z brzegu i morza, to ostatnie poegnanie ojca z dziatkami...
III.
W pierwszej chwili przestrachu i rozpaczy, biedne dzieci wpady w stan odrtwienia. Na-dzieja i trwoga
miotay naprzemian ich serdusz-kami. To by nie moe, aby ich najukochaszy ojciec uton. On wypynie,
morze wyniesie go na ld. Bg taki miosierny, Bg nie dopuci, aby zostay sierotami. Lecz nadzieja z kad
chwil nikna, dreszcz trwogi wstrzsa ca icli istot, nakoniec rozpacz cia ich serca lodem.
Boe! mj Boe! Nasz ojciec! Ojcze! Ojcze! czy nie syszysz twych dzieci?
Ojcze! ojcze! pjd do nas! woa Jerzy, zaamujc rczta.
Ale dokoa byo cicho i gucho. Tylko z troj-ga piersi wydobyway si kania tak rzewne, z oczt pyny
zy tak gorce, rozpacz sierot bya tak wielka, e nawet gaz nie zdoaby si oprze.
I upyway godziny, biego soce po niebie, a troje sierot jak trzy posgi boleci wpatrywao si
nieruchomem okiem w przestwory morskie, ledzc sw zgub.
Nlakoniec Nelly od wysilenia zemdlaa. Widok ten zbudzi Sar z odrtwienia, zerwaa si, za-czerpna
rk wody i ocucia siostrzyczk. Po-tem zacza oboje z niewymown mioci tuli do piersi, a zy i pocaunki
naprzemian spaday na czoa dziatek. Nakoniec zebrawszy wszystkie siy, najstarsza siostra rzeka:
Nelly, Jerzy, przestacie paka. Ojciec nasz cieszy si w niebie z ukochan mam. Cie-nie ich tu
gdzie okoo nas unosz si, one strzec bd naszych krokw. Stracilimy rodzicw, ale mamy jeszcze ojca w
niebiesiech. On nas nie opuci. Pomdlmy si do Stwrcy; on nas wzmocni, on nas ocali.
1 padszy na kolana, wzniosa rce ku niebu, w gos woajc:
Wszechmocny Boe! Ojcze sierot i nieszcz-liwych! racz rzuci okiem na biedne sieroty, pomocy Twej
wzywajce. Nie daj nam marnie gin zdaa od rodzinnego kraju. Daj si do wytrwania w przeciwnoci, ch
do pracy, roz-sdek w postpowaniu.
Potem wziwszy za rce oboje, rzeka:
Odtd ja bd waszym ojcem i matk. Przestacie paka, nabierzcie odwagi, bo nam jej bardzo
potrzeba. Musimy teraz myle o so-bie. Tam na wzgrzu las ronie, pjdmy ku niemu, a moe znajdziem
poywienie i nocleg.
I ruszya maa gromadka piaszczystem wy-
hrzeem, z trudnoci zy wstrzymujc. Ani cu-dny bkit nieba, ustrojony chmurkami, pozoco- nemi
zachodzcem socem, ani rnobarwne kamyczki i muszelki przeliczne nie zajmoway dzieci. Nic nie
widziay, tylko wzburzone morze i ukochanego ojca walczcego ze mierci.
Nakoniec po pgodzinnej wdrwce dostay si do celu podry. Wspaniay, wysokiemi drze- wy zarosy
br lea przed niemi. Gste krzewy otaczay pnie tak, i trudno byo przedrze si w gbie jego. Tysice
ptakw gwarliwym pie-wem egnao gwiazd dzienn, idc spocz w krysztaowym paacu oceanu.
Wszedszy do lasu, ujrzeli mnstwo drzew magnoljowych z owalnym liciem i piciopat- kow koron.
Ponad niemi strzelay na 120 stp w gr kazuaryny, ktrych wosiaste kpy licia naladoway koskie
buczuki, lecz jeszcze wy-ej wynosi dumne czoo eucalyptus z liciem niebieskawym, jak gdyby mk
posypanym. Wszystkie te wspaniae drzewa nie miay w o- becnej chwili najmniejszej wartoci dla Sary, oko jej
szukao krzewu, ktrego owoce mogyby od-wily podniebienie i pokrzepi strudzone ciao. Nakoniec z
radoci ujrzaa niewielki krzak czer-wonym owocem okryty.
Ach, to jamboza zawoaa Nelly, kie-rujc oko w stron, ktr jej palec starszej sio-stry
wskazywa wszak mona je jej owoce?
Nieinaczej odpowiedziaa Sara lecz nie jedzcie duo, bo owoc len cho smaczny, na czczy
odek moe wam zaszkodzi,
Ach, jakie to przewyborne mwi Je-rzy, poykajc orzewiajce jambozy. Biedne dziecko,
na widok owocw zapomniao ^o do-piero co minionem nieszczciu.
Sara odwoaa rodzestwo od krzakw, na-glc do popiechu, gdy jeszcze przed noc na-leao wynale
miejsce stosowne na nocleg. Wkrtce weszli na ma dolink, w ktrej roso kilka palm daktylowych i
kokosowych. Dzieci poczy zbiera owoc lecy pod drzewami, gdy
o zerwaniu wysoko rosncych nawet marzy nie byo mona. Daktyle migiem znikny w o-dkach
zgodniaych, ale kokosw zawierajcych poywne ziarno i posilajce mleko nie byo czem otworzy.
Porzumy kokosy radzia Nelly gdy twardej skorupy rozbi niepodobna, poc je dwiga.
O nie, zawoa przemylny Jerzy wol je zoy pod t ska, przecie znajdzie si jaki
sposb na otwarcie orzecha.
Tymczasem rd szumu lici daway si sy-sze od czasu do czasu zowrogie wycia i dzikie, nieznajome
gosy zwierzt czy ptakw. Soce chylio si ku zachodowi, a zbkane rozbitki jeszcze nie wynalazy
schronienia na nocleg; mo-
na sobie wystawi ich niespokojno i trwog. Sara dodawaa im wprawdzie mstwa, lecz sama zaledwie z
najwikszem wysileniem potrafia po-kry boja. Jerzy pocz paka. Nelly za, tu-lc si do siostry, cigle
wspominaa o ojcu, jak gdyby pragna jego pomocy.
Gdyby cho na drzewo schroni si byo mona, ale niepodobna tego wymaga od dzieci wychuchanych i
wypieszczonych; dzicy w ich wieku umiej jak mapy i wiewirki wspina si zrcznie na wierzchoki palni
kokosowych, trzeba wic byo szuka innego schronienia.
Sara spostrzega wielk kp krzeww, kt-rych koczate i na dwa okcie blisko dugie licie, plczc si z
sob, tworzyy zielony, nie- przebity wa.
Patrzcie zawoaa Sara jakie prze-pyszne miejsce na nocleg, gdybymy si tylko mogli dosta
w rodek tej kolczastej fortecy, zarczam wam, e adne zwierz nie przerwa-oby nam spoczynku.
Co to za krzaki? zagadna Nelly.
. To zamja, czy jej nigdy nie widziaa?
Nie, kochana Saro, ale jake si tam do-staniemy, to nam kolce ciao poszarpi.
Poczekajcie, poobwijam was cakiem w twarde kicie, tym kijem podnios gazie i wsun si
pierwsza, a wy za mn, tylko po-woli i ostronie.
Zacza si mozolna robota, tern bardziej, e Nelly nie moga sobie da rady a Jerzy zm-czony i picy,
zamiast pomaga, jeszcze prze-szkadza siostrze.
Wstyd si Jerzy, przecie jeste mczy-zn, ty to nam, ale nie my tobie powinnimy dopomc.
Jeeli bdziesz si tak krzywi i opusz-cza, to ci tu zostawi, a gdy przyjdzie lam- * part lub tygrys, ciekawa
jestem, jak sobie po-radzisz.
Sowa Sary rozbudziy ambicj chopca, otrz-sn si z odrtwienia i nader czynnie i zrcznie zacz jej
dopomaga do rozsuwania lici zamji; wkrtce wszystko troje byli gotowi i przy po-mocy dugich kijw
podnoszc pezajce gazie krzeww, po do dugiej i uciliwej przepra-wie dostali si nakoniec w gb
gszczu.
Na szczcie w samym rodku znajdowao si nieco wolnego miejsca, w ktrem mogli po-mieci si
wybornie. Sara urzdzia jakie takie posanie. Sierotki pobonie zmwiy pacierz, pro-szc Stwrcy, aeby
otoczy ich sw opiek w tej odludnej pustyni, a potem, ucisnwszy si serdecznie ze z w oku a myl w
sercu
o ukochanym ojcu, zasny, trzymajc si za rce.
IV.
Lube promyki wschodzcego soca zbudziy wczenie maych wygnacw. Jerzy zerwa si pierwszy, i
zdziwiony widokiem dziwnego lego-wiska, nie mg sobie zrazu przypomnie, gdzie si znajduje. Po chwili
dopiero oprzytomnia, wy-padki smutne dnia wczorajszego ywo stany mu w pamici; rozpaka si biedak na
myl
o stracie ukochanego ojca i rozbudzi Sar swem kaniem.
Co ci jest Jerzy? zawoao dziewcz, szybko stajc na nogach.
Nic, nic, kochana Saro, przyszed mi na myl tatko. O mj Boe! mj Boe! ju go ni-gdy nie
zobaczymy.
Cicho! cicho! mj anioku, swym paczem przebudzisz biedn Nelly; niechaj ona przynaj-mniej
zapomni o naszem nieszczciu.
Ale Nelly ju nie spaa i wkrtce wszystko troje, w wsplnym ucisku we zach tonli.
Sara jednak rycho upamitaa si i rzeka:
Moi drodzy, pacz nie powrci nam tatki. On ju szczliwy spoczywa po strapieniach y-cia na
onie Stwrcy. On nie potrzebuje naszej pomocy, lecz my musimy szczerze wzi si do pracy, bo inaczej
marnie zginiemy. Dalej wawo wynomy si z tego krzewistego wizienia, trzeba
pomyle o ywnoci i wynalezieniu innego miejsca na nocleg.
Czy dugo tu bdziemy bawi? zapyta Jerzy, ocierajc zy.
Dopki Pan Bg nie ulituje si nad nami i nie wyzwoli nas z tej odludnej wysepki.
Miss Skott nieraz mi nauczaa, e wszyst-ko, co tylko chcemy, moemy uprosi u Pana Boga
zawoaa Nelly poc wic chodzi szuka schronienia i ywnoci i mczy si da-remnie, lepiej poklkajmy
i mdlmy si dopty, dopki nas Pan Bg, jak Izraelitw z Egiptu, z tej nie wyzwoli pustyni.
Pan Bg wprawdzie nieraz wielkie czyni cuda i czyni je zawsze moe, bo jest wszech-mocnym,
ale nie na danie ludzkie, tylko wten-czas, kiedy si Jemu podoba. Kto zamiast pra-cowa i radzi sobie, prosi
Boga o pomoc, opusz-cza si i po caych dniach modli, oczekujc cudu, ten bardzo le robi i grzeszy. Sam
Stwrca wyrzek: pracuj czowiecze, a ja ci dopomog. Wic te tego si trzymajmy, pracujmy, starajmy si, a
niezawodnie nas Najlitociwszy nie opuci i naszej pobogosawi pracy. Dalej Jerzy! ty chocia najmodszy,
jeste mczyzn i powinie-ne przodowa siostrom we wszystkich wypra-wach. Trzeba wyj z tej kryjwki.
Jerzy pochwyci kij i sun naprzd, ale w zbytniej gorliwoci chcc si godnym poka-
za zaufania Sary, tak szybko zapuci si w gb kolczastych zaroli zamji, e zahaczywszy si, rozdar bluz
od gry do dou. Nelly take uszkodzia swe sukienki i Sara nawet nie wy-sza bez szwanku. Biedne dzieci,
dostawszy si nazewntrz kryjwki, wyglday jak gromadka ebrakw w achmanach.
Pomimo tej nieprzyjemnej przygody, byo im do przyjemnie. Przeliczny poranek tchn wieoci
powietrza; mnstwo ptaszt, siedz-cych na gaziach drzew, witao swym piewem wschodzce soce Owe
przeraliwe i nieznane gosy, ktre wczorajszego wieczora tak wystra-szyy sieroty, byy to krzyki papug, w
wietne, rnobarwne przyodzianych pira Zwierzt dzi-kich nie dosirzeono wcale, oprcz gromady map,
wykonywujcych zabawne skoki na ga-ziach palm kokosowych i daktylowych.
Jerzy ujrzawszy te pocieszne zwierztka, za-cz si mia do rozpuku i naladowa ich ru-chy; wnet
dostrzegy go mapy, a snad rozgnie-wane przedrzenianiem, z szybkoci byskawicy poczy obrywa
kokosy i daktyle, miotajc je na swego maego nieprzyjaciela. Chopak zr-cznie unikajc pociskw, drani
coraz bardziej mapy, ciskajc na nie kamieniami; tym sposo-bem nagromadzi bez trudu znaczny zapas po-
silnych i smacznych owocw.
A widzisz siostrzyczko, e si przecie
na co przydaem. Ot dziki mapom mamy przewyborne niadanie.
Po zaspokojeniu godu samemi daktylami, gdy orzechw kokosowych mimo niezmylonej chci nie
mona byo otworzy, nasi wdrowcy pucili si na wyszukanie jakiego schronienia. Wkrtce na wysokoci
gry, przytykajcej do morza, na samym brzegu lasu, Nelly dostrzega w skale zagbienie, jakby pytk grot,
w kt-rej jakkolwiek mogli si schroni w czasie bu-rzy, ale bya za szczup, aby w niej urzdzi mieszkanie.
Sara uwanie rozejrzaa si dokoa. Obok skay rs wysoki sagowiec, gatunek palmy z na-der dugiemi
korzeniami, ktre wyrastay w cz-ci ponad ziemi. Snad potok podpywajcy wy-puka ziemi. Z wielk
prac udao si naszym rozbitkom przecign cz tych korzeni ku skale, umocowa je wknami i utworzy
gatu-nek ciany pomidzy brzegiem groty a drzewem sagowca. Przestrze prn pomidzy wknami zapeniy
dzieci kamieniami i ziemi, ktr Nelly i Jerzy nazbierali w wielk wi skorup, zna-lezion na brzegu, i
nosili j Sarze, a ta ubi-jaa pord korzeni. Tym sposobem utworzya si zagroda na cztery okcie duga, a na
trzy wysoka, otaczajca w poowie wejcie do jaskini.
Naleao teraz ciank t poczy z jaski-ni rodzajem dachu. Do tego potrzebne byy
kije, ktrych jeden koniec wsparty na cianie a drugi na skale, suyby zamiast krokwi do zawieszenia lici.
Sieroty uday si nad morze dla wyszukania jakich szcztkw z rozbitego okrtu. Wyprawa 'udaa si
nadspodziewanie. Na piasku nadbrze-nym leao mnstwo kawakw drzewa, poroz-bijanych pak, due
wioso. Dzieci znosiy to wszystko w jedno miejsce, pracujc usilnie.
Naraz Jerzy, ktry si uda nieco dalej poza krzaki, wyda krzyk przeraliwy. Przelknione siostry
nadbiegy ku niemu dla zbadania przy-czyny strachu. Na wybrzeu lea trup majtka, ktrego widok wydar
okrzyk przeraenia z piersi chopaka. Z pocztku rozbitki odskoczyli od zmar-ego, przejci okropnoci
widoku, lecz wkrtce Sara, ochonwszy z pierwszego przeraenia, za-woaa :
Nie uciekajmy, wszake to nasz blini, nieszczliwy towarzysz naszej niedoli. Trzeba pogrzeba
ciao, aby nad nim nie pastwiy si drapiene ptaki. Po krtkiej naradzie dzieci umy-liy naznosi jak najwicej
kamieni, zrobi ro-dzaj ogrodzenia dokoa zwok, a potem przy-sypa je piaskiem. Jerzy, ktry zwolna oswoi
si z widokiem zmarego, odway si poszuka w kieszeniach jego, czy si nie znajdzie co, coby
nieboszczykowi na nic si nie przydao, a im mogoby by poytecznem. I w istocie znalaz
duy n z krzesiwem, zwj hubki, krzemie, kapciuch z tytuniem i fajk. Dwa te ostatnie przedmioty
pozostawiono przy umarym, a n, hubk i krzemie Jerzy zabra, mwic:
Nie ghiewaj si na nas, kochany majtku, e ci zabieramy tw wasno, ale wiesz o tem moe, e
jestemy opuszczeni i bardzo nieszcz-liwi, a twj n i krzesiwo jest dla nas nieoce-nionym skarbem.
Po czterech godzinach usilnej pracy udao st naszym rozbitkom zagrzeba zmarego tak dobrze, e ani
ptaki, ani zwierzta dzikie nie zdoayby dosta si do ciaa. Poczem brzegiem morza zaczy i napowrt ku
swej zagrodzie. Po drodze w zaomku skay Nelly znalaza kilka jaj jakiego morskiego ptaka, Sara za z nie-
zmiern radoci spory mot do poowy zagrze-bany w piasku. Nelly niosa wraz z Sar na dwch dugich
drkach kilkanacie kawakw drzewa i desek, Jerzy za kilka muszli i maego raka morskiego, ktrego
schwyta.
Zmordowani prac, ciarem i dug drog, ju o zmroku dowlekli si do swego mieszkania. Tymczasem
hubka wyscha w kieszonce Jerzego, skrzesano ognia i przy usilnem dmuchaniu, roz-palili nakoniec ogie pod
wysokim pniem palmy kokosowej. Upieczono w popiele jaja i raka, a par daktyli i wiea kryniczna woda
dope-niy wspaniaej uczty, po ktrej dzieci ukady
si na spoczynek, dzikujc gorco Stwrcy za tyle dobrodziejstw, jakich w ubiegym dniu do-znay.
W nocy jaki huk gwatowny rozleg si do-koa. Wystraszone dzieci zerway si ze snu: Nelly mniemaa,
e to wystrza dziaowy na morzu, Sarze zdawao si, e jaki gaz oderwa si od skay i stoczy do morza,
Jerzy za twier-dzi uporczywie, e grzmiao. Dokoa jednak zalega cicho, huk nie powtrzy si wicej, a
sieroty znowu usny.
Na drugi dzie zrana dowiedziay si o przy-czynie nocnego niepokoju. Pie drzewa palmo-wego, pod
ktrym rozniecono ogie, przepali si i run, a upadek jego sprawi w oskot.
O mj Boe, jaka to szkoda tak pi-knego drzewa zawoaa Nelly ze smutkiem-
Wcale nie szkoda odpar Jerzy. Patrz, co tu owocw ley na ziemi; gdyby si pie nie
przepali, nigdybymy ich nie dostali.
Ciekawa jestem, czem je otworzy? zagadna siostrzyczka.
Znajdzie si na wszystko sposb od-rzek chopczyna nie wici garnki lepi( poradz ja tym
twardym ichmocioni, a od cze-g mot i kamienie.
Mnie jeszcze wicej ciesz licie kokosowe, anieli orzechy zawoaa Sara.
A jaki z nich moemy mie poytek?
Pnygody egUriy. 7
\
Bdziemy mieli przewyborne pokrycie dachu.
Albo to bananowemi pokry nie mona?
Nie, moja duszko, gdy li bananowy prdko widnie, tymczasem widziaam, jak ko-kosowe,
pokrywajce dachy chat dzikich, dosko-nale si utrzymuj. Pjd, Nelly, ja bd obrzy-na licie, a ty no je do
naszej zagrody; ach jakie to doskonae zdarzenie.
Sara zapomoc ostrego noa, znalezionego wczoraj, nazrzynaa mnstwo lici, a Nelly na-pocia si
niezmiernie, znoszc je do jaskini. Obiedwie, potnie zmczone, zaledwie okoo poudnia ukoczyy sw prac
i usiady w cieniu groty wypocz nieco.
Tymczasem nadbieg Jerzy i zawoa z tri-umfem:
Patrzcie i ja nie zmarnowaem czasu, udao mi si otworzy kilka orzechw kokosowych, c to za
pyszne mleko, a jakie jdro! Jedzcie i pijcie, bo ja posiliem si ju znakomicie.
Po smacznym obiedzie, zmczone rodzestwo przespao si cokolwiek, a potem wzili si znown* do pracy
okoo zakoczenia zagrody; uzbierane kawaki drzewa i desek wybornie im do tego posuyy. Na wieczr,
zagrodzenie wysokie bli-sko na cztery okcie otoczyo jaskini. Teraz mogy zasypia bezpiecznie, nie lkajc
si wcale napadu dzikich zwierzt; brakowao tylko
jeszcze dachu do urzdzenia maego i wygo-dnego domku.
Nastpnego dnia pracowita Sara pobudzia rodzestwo o wicie. Wszystko troje wzili si usilnie do pracy,
ustawiajc rodzaj pochyego belkowania, naladujcego dach. Len nowoze-landzki (phormium tenax) posuy
im wybornie do czenia z sob pojedynczych kawakw drze-wa. Wkrtce pokryto, jakby wielkiemi
kawakami blachy, kokosowem liciem drzewian klatk. Pomidzy ciank i skal Sara zostawia nie-wielki
otwr, ktrym mona si byo dosta do wntrza, gdy obawiaa si zostawi przejcia w zagrodzie, a to
dlatego, iby si zwierz jaki nie dosta do rodka. Wyrwnano ziemi i uo-ono kobierzec z kokosowych lici.
Poczem, uzbie-rawszy mnstwo mchu i suchego ziela z wi-daka (lycopodium), przygotowali sobie mikkie i
ciepe posanie. Tym sposobem mieli nietylko wygodn ochron od deszczu i zimna, ale nadto bardzo wygodne
mieszkanie; to te cieszc si niem, na drugi dzie po ukoczeniu, dzieci pra-wie wcale nie wyszy,
wypoczyway tylko, posi- # lay si dawniej uzbieranemi zapasami i snuy rozmaite plany i ulepszenia na
przyszo.
Lecz po tak mile spdzonym dniu i przyjem- nem wywczasowaniu si, trzeba byo znowu wrci do pracy i
czynnego ycia. Wczorajszy zapas daktyli zupenie si wyczerpa, a samych
V
\
kokosw je nie mona. Dzieci uradziy, aby rozej si w rne strony, niezbyt daleko od mieszkania, na
wyszukanie ywnoci. Jerzy, po-mimo i przyrzek siostrom nie odchodzi od jaskini, zapuci si nad morze i
przynis kitka muszli, rakw morskich, oraz kilkanacie jaj, z ktrych par byo duych; Nelly uzbieraa
jambozy i peno daktylw; Sara nakoniec przy-bya, zginajc si pod ciarem jakich dugich rolinnych
torebek.
Co to takiego masz, Saro? zapytaa z ciekawoci Nelly, pomagajc siostrze zoy ciar na
ziemi.
Sama nie wiem odpowiedziaa tamta. Chodzc po lesie, spostrzegam wywrcon palm, na
ktrej rosy te osobliwsze worki. Obejrzaam je uwanie i zdaje mi si, i si nam na co przydadz. Suknie
nasze, i tak ju dosy uszko-dzone, kolce zamji podary w kawaki; trzeba koniecznie pomyle o nowych. Ot
zdaje mi si, e z tych workw palmowych uda nam si je zrobi.
Dzieci poczy ciekawie oglda zdobycz, worki te mogy mie ptora okcia dugoci; skaday si z
rdzawych, cienkich i bonkowa- tycli wkienek, nader cile z sob poczonych, i tworzyy doskona tkanin,
w ktrej trzeba byo tylko wyci otwory na gow i rce. N majtka wybornie do tego dopomg, a Sara z po-
ciech ujrzaa, i z woreczka bdzie wyborna sukienka. Nastpnie wic dwie jeszcze najwik-sze pochewki
wyprawia w ten sposb, powy-cinaa otwory i nowa garderoba bya gotow.
Troskliwe siostry ustroiy najprzd braciszka, ktremu w tym stroju byo bardzo wygodnie, wysuszone
wkno lnu zelandzkiego, ktrego przed kilku dniami znaczny zapas sieroty uzbie-ray, posuyo za przepask.
Jerzy z radoci pozby si starych sukienek i pyszni! si swym nowym ubiorem. Z kolei obie dziewczynki
przy-wdziay take ubrania palmowe. Sukienka Nelly, cignita paskiem, wykazywaa zgrabno jej figurki,
gincej wprzdy pod achmanami starej odziey; maa elegantka, chcc si jeszcze lepiej przystroi, ubraa si
w niebieskie kwiatki i zro-bia sobie naszyjnik z rozmaitych ziarnek czer-wonych i czarnych, przedziurawiajc
jagody kol-cami zamji i nawlekajc na wkienka lniane.
Pochewki palmowe, uyte do zrobienia no-wych sukienek, przyday si jeszcze rozbitkom i na inne posugi;
zapomoc kolcw i wkie- nek lnianych porobiy sobie majteczki wygodne i czapeczki siatkowe na gowy.
Jerzy sporzdzi z lici nadmorskich co naksztat parasolek, utkwiwszy je na prcikach; z kory drzewa, zbitej
dobrze motkiem, porobi gatunek sandaw, bardzo im potrzebnych, gdy dawne obuwie po-targao si w
kawaki; nie byy to wprawdzie
eleganckie trzewiki, ale przecie wygodnie mo-na byo w nich chodzi po twardych gazach, a tego te tylko
potrzeboway.
Od tej chwili wszystkie wycieczki byy im daleko atwiejsze do wykonania, brak sukni i obuwia nie
przeszkadza ju wicej. Zaraz te w kilka dni pniej zapucili si na odleglejsz wycieczk. Jerzy opakowa
si zapasami ywno-ci; Sara za znaczya drog, nacinajc kor drzew, fieby nie zbkali si z powrotem.
Prze-bywszy przeszo mil lasu, dostali si na brzeg niewielkiego jeziora, na ktrem pywao kilka-nacie
czarnych abdzi.
Ach mj Boe! zawoa Jerzy dla-czeg nie mam strzelby, mielibymy wyborn piecze.
Miaeby sumienie zabija te biedne pta-ki, wszak one nawet nie uciekaj przed nami.
Mialaby sumienie zje kawaek pieczeni, ktrej ju od miesica nie kosztowaa? Jaka litociwa,
a zarczam, e zajadaaby bez litoci- pulchne udko abdzie. Tymczasem jednak my-l poprzesta na jajach,
ktre tu niezawodnie gdzie si w zarolach ukrywaj. Dalej panienki na zwiady, wstyd byoby wraca z
prnemi rkoma do naszego paacu.
Znaleziono okoo dwudziestu jaj. Gromadka, zoywszy je w bezpiecznem miejscu, wziwszy kilka na
sporzdzenie obiadu, w dalsz pucia
si drog. Przebywali naprzemian to kwieciste ki, to gaiki i laski, a nareszcie wydostali si na brzeg morza.
Szeroki na par mil kana od-dziela ld, na ktrym byli, od innego, rozciga-jcego si daleko. Jerzy wybieg
na wzgrek w nadziei, e dostrzee jaki okrt, ale nadare-mnie, caa przestrze, okiem nieprzejrzana, bya
samotn i pust. Jednak chlopczyna dojrza nad brzegiem jaki czarny przedmiot zanurzony w po-owie w
wodzie. Natychmiast przywoa siostry i rzek:
Ciekawy jestem, co to by moe?
Pjdmy i zobaczmy, a dowiemy si na-tychmiast, co to takiego.
A nie lkasz si? Moe to kajman, albo inny potwr morski? Czy pamitasz kajmany opodal
Manilli, ktrycliemy si lkali?
Nie bj si, Jerzy, wcale to nie jest podo-bne do kajmana, nie rusza si wcale i jak mnie si zdaje,
jest to szcztek jakiego rozbitego statku.
Dzieci zeszy z pagrka i popieszyy nad brzeg morski. O kilkanacie krokw od niego utkwi w morzu
zdruzgotany w poowie bat. Fale morskie zapeniay go w czci, jednake woda bya do pytk.
Co mylisz, Saro? zagadn Jerzy gdybymy, pobrawszy si za rce dla lepszego oporu falom
morskim, przeszli te kilkanacie
krokw, moebymy co poytecznego na statku znaleli.
Na to nie przystan odpowiedziaa Sara cho morze nie gbokie, zanadto jednak nam si
dao we znaki, ebymy si mieli wda-wa lekkomylnie z tym zdradzieckim ywioem; wszak widzisz, teraz
morze odpywa, zaczekajmy jeszcze par godzin, a moe cakiem odejdzie i wtedy bez trudu dostaniemy si na
statek.
A c tymczasem bdziemy robi?
Ugotujemy sobie obiad.
Wdrowcy, porzuciwszy wybrzee, pucili si ku bliskiemu laskowi i w cieniu drzew rozoyli obozowisko.
Nelly nazbieraa suchych garek, Sara skrzesaa ognia i wnet buchn pomie. Tymczasem Jerzy przynis z
nad morza par skorupiakw, wydoby z kieszeni reszt daktyli i w muszli przynis wody z bliskiej krynicy. Za
chwil obiad by gotw. Na szerokim liciu ba-nanowym Sara uoya morskiego raka, kilka jaj pieczonych i
owoce. Nelly uzupenia wety jam- bozami, ktrych tu wiele roso; a uczta strudzo-nym i zgodniaym wybornie
smakowaa.
Po obiedzie, Jerzy przebiegajc po lasku, zna-laz par orzechw kokosowych; kiedy zatrudnia si
dobyciem jdra, Sara, zbierajc wkno we-wntrz orzecha znajdujce si, rzeka do rodze-stwa:
, Czy wiecie, co mi przyszo na myl?
Wszak pamitacie kokosowe maty, jakie miesz-kacy wysp Filipiskich tak zrcznie splataj? Mamy
poddostatkiem przy naszej jaskini tego ma- terjau, od jutra wic zaczn prbowa, moe mi si uda wykona
co podobnego.
A na c nam si mog maty przyda? zapytaa Nelly.
Porobimy sobie z nich rodzaj dywanw do przykrycia ziemi w jaskini.
Przewyborna myl! Bdziem mieli krlew-skie posanie! zawoa Jerzy. Ot szkoda i tych
wkien, dalej siostrzyczki, obierzmy je do szcztu. Ty, Saro, bdziesz majstrem, Nelly czeladnikiem, a ja
waszym terminatorem.
Wybieranie i rwnanie wkien zajo im par godzin czasu, tak, e skoczywszy ca t robot, spojrzeli
ku brzegowi morskiemu. Bat, skutkiem odpywu, znajdowa si ju na suchym ldzie.
Wszystko troje na wycigi pobiegli ku stat-kowi, ale nadzieje ich zawiedzione zostay. Wkocu znaleli
tylko pk sznurw i kilkana-cie gwodzi.
Mylaem rzek Jerzy z nieukontento- waniem e tu znajdziemy jakie zapasy, tym-czasem nic
niema.
Albo to mao mwia Sara zoba-czysz, jak nam si te sznury i gwodzie przy-dadz; ale
czekaj, tu co jest w piasku.
1 szybko a zrcznie pocza odgrzebywa piasek, klry poow statku pochylonego po-krywa.
Patrzcie! pa'rzcie, co to jest? rzeka Sara, wycigajc z piasku jakie naczynie.
Kocioek miedziany! zawoay dzieci z radoci.
I w istocie, by to kocioek, mogcy obj par garncy wody.
Zachceni tem odkryciem, poczli kopa jesz-cze gbiej i oprcz kocioka znaleli jeszcze obcki i due
dto.
Wieczr zapada, a nasi podrni, zaskoczeni zmrokiem, pomyleli o spoczynku. Nieatwo byo znale
stosowne miejsce; nie byo tu ani zaroli zamji, ani jaskini, w ktrejby mona bezpiecznie noc przepdzi.
Nareszcie upatrzyli drzewo grube
i wyprchniae, w ktrem, cho niewygodnie, wszystko troje pomieci si mogli. Wsunli si wic w gb
pnia, a zastawiwszy otwr .kamie-niami, uoyli si na spoczynek. Sara jednak budzia si za najmniejszym
szelestem, przyrze-kajc sobie, e ju nigdy nie puci si na tak dalek wycieczk.
Skoro tylko pierwsze promienie soca za-bysy, natychmiast podrnicy opucili wntrze wyprchniaego
drzewa. Jerzy i Nelly prostowali pokurczone ciao, a Sara uderzaa rkoma o piersi dla rozgrzania si.
Niemasz to, jak nasza luba chatka za-woaa modsza siostrzyczka i ciepo i dobrze wyspa
si mona, nie tak jak w tym szkara-dnym pniu; cae ciao mi boli od niewygodnego noclegu.
Przepraszam rzek z powag Jerzy gdyby wszyscy ludzie tobie podobnie myleli, nie
znalibymy ani Ameryki, ani Australji.
Tem lepiej, bo rodzice nasi nie opuciliby w takim razie Anglji i my nie bylibymy ska-zani na
przebywanie w tej odludnej pustyni.
Mylmy o powrocie do domu odezwaa si Sara nie chciaabym drugiego noclegu w lesie
przepdza.
Ja sdz rzecze Jerzy e majc obcki, trzebaby z nich skorzysta i wydoby jak najwicej
gwodzi z tego czna; kady ka-waeczek elaza przyda nam si bardzo, a nie tak prdko powrcimy w to
samo miejsce.
Dobrze radzisz, braciszku, a wic bierzmy si do pracy, tylko spiesznie, bo jeszcze bardzo daleko
do domu.
Dzieci zajy si usilnie robot, lecz pomimo wybornych obcgw, sza ona bardzo wolno, gdy gwodzie
zardzewiae tkwiy bardzo mo-cno w wilgotnem drzewie. Przecie po parogo-dzinnej pracy udao si wydoby
kilkadziesit sztuk gwodzi.
Zabrawszy kocioek, obcgi i pk sznurw,
gromadka pucia si brzegiem morskim w kie-runku przeciwnym wczorajszemu. Postanowiono innego dnia
wyprawi si dla zabrania jaj ab-dzich, znalezionych wczoraj, a teraz dy inn drog, aeby tem lepiej
pozna wysp. Kade dwigao desk oderwan z batu, co jednak wcale nie przeszkadzao Jerzemu skaka, a
Nelly wypiewywa. Sara tylko sama postpowaa w milczeniu.
Po caodziennej podry, przerwanej tylko parogodzinnym w poudnie spoczynkiem, ujrzeli nakoniec skay
i pikny sagowiec, znaczce ich chat. Jerzy, pragnc jak najprdzej dosta si do ulubionego mieszkania,
wyprzedzi siostry
i pierwszy przeby zagrod. Dziewczta, zwolna idce za nim, nagle usyszawszy krzyk chopca,/ pdem
pobiegy, a Sara z bijcem sercem od trwogi wspia si na ciank, woajc:
Co si tu stao?
Nic odrzek Jerzy ju po wszyst- kiem, ale wierzcie mi, em si niemao prze-straszy.
Co takiego? zapytaa nadbiegajca Nelly.
Wyprzedziwszy was opowiada Jerzy wbiegem na mur i skoczyem ze na d r- wnemi
nogami. Wtem czuj co mikkiego pod sob i w teje chwili jakie zwierz porywa si z pode mnie. Na
szczcie nie straciem przytom-
noci, lecz w teje chwili raz i drugi uderzy-em je motem, panicz paln mi ap w bok, lecz nowy cios
pozbawi go zmysw i oto ley rozcignity na ziemi; lecz tu tak ciemno, e nie mog rozezna, jakie to
zwierz.
Przy pomocy Sary Jerzy podnis zabite stworzenie. Byo co dwiga, gdy wayo naj-mniej 30 funtw.
Skoro je wyrzucono poza mur, Sara poznaa przy sabem wietle zmroku, e to jest kangur. Zna pod niebytno
mieszkacw chatki chcia skorzysta z wygodnego schronie-nia i obra je sobie za legowisko.
Trzeba bdzie jutro wynie tego niepro-szonego gocia gdzie daleko, bo jak si psu zacznie,
zapowietrzy nam chat radzi Jerzy.
O nie, braciszku rzeka Sara jutro rano cigniemy z niego skr, ktra nam si bardzo
przyda, z misa bdziemy mieli prze- wyborny obiad.
Albo to miso kangura je mona? zapytaa Nelly.
Kapitan Brown, ktry u naszego ojca nie-kiedy bywa, opowiada mi, e w nowej Holan- dji
piecze z kangura uwaaj za przysmak.
W nowej Holandji? zawoa zdziwiony Jerzy albo my jestemy w nowej Holandji?
Tego z pewnoci twierdzi nie mog odpowiedziaa Sara jednak musimy by na jakiej
wysepce blisko jej brzegw, skoro si tu
kangury znajduj, gdy w innych stronach wiata wcale ich niema.
Sara i Nelly wkrtce si pooyy i usny, ale Jerzy mia sen bardzo niespokojny. Rne plany snuy mu si
po gowie, przerywajc spo-czynek; noc wydawaa mu si niezmiernie dug
i nie mg si brzasku doczeka.
Kiedy dziewczta obudziy si z rana, zadzi-wio je to niezmiernie, e nie ujrzay brata obok siebie.
Troskliwa Sara wybiega do otworu, ale wnet uspokoia si, ujrzawszy Jerzego, zajtego obciganiem zwierza.
Oto ranny ptaszek z ciebie, c ci tak zerwao? zapytaa Sara.
Kto ma na gowie tyle co ja odrzek powanie ten dospa nie moe.
A c to takiego masz na twej maej gwce?
Najprzd trzeba kangura ze skry obe-drze, ju go wypatroszyem, potem trzeba ku-chni
urzdzi, piecze dla was upiec...
To do mnie naley przerwaa Sara z umiechem spodziewam si przecie, e mi urzdu
gospodyni nie odbierzesz.
Albo ty to potrafisz? rzek chopiec
z lekcewaeniem. Trzeba ci wiedzie, e ja' wam piecze przyrzdz po indyjsku. Powiedzie mi, jeeli tak
wyborn gospodyni jeste, jak si po indyjsku piecze robi?
Tego nie wiem, ale ciekawa jestem, od kogo nauczye si tej przyprawy.
Wyczytaem to w podrach, ktre mi nasz drogi ojciec sprowadzi z Londynu. Zaraz zobaczysz,
jaki to wyborny sposb.
Wszake nie myl, eby zaraz bra si do robienia obiadu, dopiero szsta, a do poudnia mamy
najmniej siedm godzin.
Ju ty si nie wtrcaj do mojej roboty. Przyrzdzenie pieczeni po indyjsku bardzo du-giego wymaga
czasu. Ot, jeeli chcesz mi po-mc, to wykop d na okie gboki, a ty Nelly uzbieraj kamieni. *
Obie siostry, nie chcc si sprzeciwia za-mysom brata, wziy si gorliwie do roboty. Nelly, naznosiwszy
kamieni, pomagaa Sarze za- pornoc ostrej muszli kopa d, wedug zarz-dzenia Jerzego.
Wkrtce wszystko byo gotowe. Jerzy na-zbiera suchych gazi, uoy je w dole, ktrego spd i boki
starannie kamieniami wyoy, a wkrtce potny ogie bucha, do ktrego cho-piec wci dorzuca drzewa.
Poczem przywoa siostry do lecego kan-gura i rzek im:
Te dwie tylne wiartki bd na piecze, z przodkw za sprbujesz Saro ugotowa ros. l
Z najwiksz chci odpowiedziaa Sara,
dziwic si niezmiernie rezolutnoci brata lecz nie wiem, jaki to bdzie ros bez soli.
Czy sdzisz, e i o tem nie pomylaem? zawoa z triumfem Jerzy.
To rzekszy, poskoczy szybko do chatki
i z ktka jaskini wycign muszl, w ktrej znajdowao si kilka garci soli.
W istocie sl rzeka Sara, kosztujc ale skde j wzie?
Uwaaem dawniej, przechadzajc si po brzegu morskim, e w muszlach, lecych na piasku
powysychaa woda morska, zostawiajc sl; ot dzi o brzasku wybiegiem nad morze
i z kilkudziesiciu muszli skrobaem sl i tyle si uzbierao.
Kochany Jerzy zawoaa Sara, okry-wajc go pocaunkami nigdy nie mylaam, eby by tak
przemylnym, eby nam tak wiele mg dopomaga.
Ho, ho! czy ty mylisz, siostrzyczko, e na tem koniec. Trzeba ci wiedzie, e ja mam jeszcze
wiele, wiele innych pomysw. A naj-przd skorup wia, poniewierajc si okoo naszej chatki, oczyszcz i
bdziemy z niej mieli co naksztat miednicy lub miski. Dalej, ze sznu-rw, ktremy znaleli wczoraj, porobi
nici, a Nelly, ktra umie robi siatk, zrobi mi sie na ryby, a potem...
Wszystko to przeliczne projekty prze-
rwaa Nelly lecz zagadawszy si, zapomniae zupenie o pieczeni, a tu ogie wygas prawie zupenie, przy
czeme j upieczesz?
Wanie te na to czekaem odrzek Jerzy spokojnie; nie lkaj si o piecze, po-trafi j
bez ognia przyrzdzi.
To rzekszy, poskoczy ku doowi, w ktrym si ogie pali, wygarn wgle i popi, wydo-by zapomoc
kija kilka rozpalonych kamieni, poczem wzi wiartk kangura, zbi j mocno kamieniami, owin j w
bananowe licie, uoy w dole, przyrzuci rozpalonemi kamieniami, a na-stpnie przysypa ziemi, udeptawszy
j sta-rannie.
Ciekawa jestem bardzo, coto z tego b-dzie? odezwaa si Nelly, krcc gwk. Nie chce
mi si wierzy, aby twoja piecze upie-
ka si naprawd.
Daj mu pokj, siostrzyczko szepna Sara nie odbieraje mu nadziei uczstowania nas
indyjsk pieczeni.
Tymczasem czynny Jerzy nie da prnowa Nelly i wzi si z ni do rozpltywania czci znalezionych
sznurw, a Sara, siedzc przy ko-cioku, ukadaa wkna kokosowe, z ktrych miano ple maty.
Na tej pracy zeszo im kilka godzin, a kiedy zbliaa si poudniowa pora, Sara, umieciwszy kocioek na
kilku kamieniach, nalaa do niego
Przygody eglarzy. 8
wody, obmya opatk kangura i zacza goto-wa ros. Nelly zasaa liciem kokosowym sze-roki gaz, ktry
mia suy zamiast stou do obiadu i pokada koo niego mniejsze kamienie, majce reprezentowa stoki.
Jerzy gdzie znik i obie siostry troszczyy si, e go tak dugo nie wida.
Nareszcie may kuchmistrz przyszed cokol-wiek zmczony, obejrza z zajciem st i rzek:
Wszystko to bardzo adne, kochane sio-strzyczki, tylko nieszczciem ani wazy, ani p-miska, ani
talerzy niema, a ja przez cay ranek naprno sobie suszyem mzg, czemby zastpi nakrycie, lecz trudno,
jako to bdzie! Saro! a czy gotowy ros?
Ju od godziny, ale czem go je bdzie-my, nie majc yek?
Skoro tylko jest ros, mniejsza o yki.
A twoja piecze?
Cierpliwoci! Przyniemy tu tylko kocio-ek z rosoem. Susznie zrobia, Saro, e go wi
skorup przykrya, aby nie wywietrza. Bdziemy mieli krlewski obiad.
Zaoywszy gazk w uszy kocioka, prze-nieli go pod cian chatki i zasiedli do obiadu. Nelly odmwia
modlitw, a Jerzy, umiechajc si, pooy przed kad z sistr yk.
Ciekawi zapewne jestecie, czytelnicy moi, z czego te yki byy. Ot przemylny chopak
znalaz nad brzegiem morza kilka muszli pa-skich, podobnych do tych, jakie u nas znajduj si nad rzekami, a
ktrych studenci uywaj do rozcierania farb. W tych tedy muszlach wywier-ci w cieszym kocu mae otwory,
wprawi w nie krtkie kijki i tym sposobem zrobi co bardzo podobnego do yek.
Dziewczta niezmiernie ucieszyy si tym wy-nalazkiem braciszka. Natychmiast wzito si do rosou, ktry
chocia bez woszczyzny i .korzeni, przewybornie im smakowa.
Ach co za ros, jak yj tak dobrego nie jadam! zawoaa Nelly.
Ani ja! rzek Jerzy. Niech yje ko-chana Sara! Od trzech tygodni nie mielimy nic ciepego w
ustach, jaki Pan Bg askaw, e nas takiem dobrodziejstwem obdarzy.
A pamitasz Jerzy, jak czsto grymasie przy stole i Miss Skott niemao nieraz nagnie- waa si na
ciebie, e przebierasz w potrawach,
Byem bardzo nierozsdny, siostruniu; e-bym dzisiaj mia te potrawy, jakie nasi sucy jadali,
oblizywabym paluszki i bd pewna, e jeeli kiedykolwiek Pan Bg nas z tej pustyni wybawi, poprawi si
zupenie i nigdy w yciu nie odwa si grymasi.
Po zjedzeniu rosou i sporego kawaka misa gotowanego, mae towarzystwo uczuo si tak posilonem, i
nie miao najmniejszej chci do
8*
jedzenia pieczeni. Za porad wic Sary, zosta-wili j na potem, poprzestajc na kilku daktylach i garstce jagd
jambozowych.
Po poudniu Sara zacza prbowa ple maty; Nelly znw, dla ktrej Jerzy wystruga waeczek i igiek z
drzewa, ochoczo wzia si do dziergania siatki na ryby; chopczyk za znik i zaledwie w trzy godziny pniej
do sistr po-wrci.
Gdziee to tak dugo bawi, Jerzy? zapytaa Sara.
To moja tajemnica i pozwlcie mi j za-chowa, dopki sam nie bd mg jej objani, bdcie
tylko przekonane, e ciga si ona do naszego wsplnego uytku. A teraz, moje ko-chane siostrzyczki, trzeba
wam wiedzie, e mnie si chce je bardzo. Nie wiem, czy i wam ju gd dokucza, bo jeeli jeszcze nie, to
gotw jestem poczeka.
Owszem, prosimy pana kuchmistrza, eby nas raczy uczstowa przyobiecan indyjsk pie-
czeni.
Natychmiast odrzek Jerzy, poskoczyw- szy w miejsce, gdzie miso wraz z kamieniami
zagrzeba. Sara i Nelly poszy ku niemu, ciekawe zobaczy, co si zrobio przez ten czas w dole. Jerzy szybko
ziemi odrzuci i jeszcze nie wy-doby misa, kiedy ju aromatyczny zapach roz- szed si dookoa.
\
i
W istocie, to co bdzie przepysznego zauwaya Nelly dobywaj prdzej, bo umr z
niecierpliwoci zobaczenia twojego dziea.
Nakoniec Jerzy wydoby z dou du, czarn bry, tak gorc, e j natychmiast musia zo-y na ziemi.
liczna historja! zawoaa Nelly spalie piecze na wgiel.
I mnie si tak zdaje, biedny braciszku dodaa Sara.
Ja za wcale si o to nie boj rzek Jerzy spokojnie; gdyby si tak stao, jak m-wicie, to czu
byoby przypalenizn, ale nie mia-aby tak przyjemnego zapachu.
Suszna uwaga, a wic czekamy cierpliwie.
Jerzy odj najprzd zwglony li, potem
pooskrobywa nieco czci nadwglone, a na-stpnie, umieciwszy misiwo na kamiennym stole, na ktrym z
rana jedli obiad, zawoa uroczycie:
Szanowne panie! Oto piecze karaibska, na ktr mam zaszczyt was zaprosi.
Wszake mwie, e to bdzie piecze indyjska, a teraz nazywasz j karaibsk rze-ka Nelly.
Karaibska czy indyjska, to wszystko je-dno, albowiem w mojej ksieczce czytaem, e Karaibowie
s Indjanami.
Przyjmujemy to objanienie za dostate-czne mwia Sara; - lecz ty braciszku, ktry
od paru dni okazae si tak przemylnym na drodze wynalazkw, powiedz, czy przypadkiem nie
wykoncypujesz nam jakich narzdzi, ktremi mogybymy twoj sawn piecze poywa?
Oto jest para shefjeldskich widelcw, ktre chciejcie przyj ode mnie panny siostry, jako dowd
wysokiego powaania dla waszych paluszkw.
I w samej rzeczy poda im do zgrabnie wystrugane z twartego drzewa widelce, sam za wbiwszy trzeci w
piecze, pocz j noem roz-biera, ale mu jako szo nienajzgrabniej.
Pozwl, Jerzy, ebym ci wyrczya rzeka Sara, biorc n od niego. Mona by
przewybornym fabrykantem now i yek, piec przewybomie piecze na sposb karaibski lub indyjski, ale jej
nie umie rozbiera.
Przepyszny smak! mwia Nelly, sko-sztowawszy misiwa jak yj, nic tak dobrego nie
jadam, prdzej, Saro, skosztuj!
Sara zdanie siostry potwierdzia. W istocie, piecze bya niezmiernie krucha i soczysta, a upie-czona w
zamkniciu, nie stracia nic zapachu, jak to si zwykle dzieje, gdy si piecze miso na otwarem powietrzu.
Po podwieczorku dzieci wyszy na brzeg morski przej si cokolwiek, a spacer ten po caodziennej pracy,
bardzo im byl przyjemny;
wanie, gdy modsze rodzestwo nad tern si zastanawiao, Sara odezwaa si w te sowa:
Rozmyliam, e najlepiej bdzie, jeeli sobie porzdek dnia rozoymy. Ot podam wam projekt,
na ktry, myl, e si zgodzicie. Rano, po niadaniu, wemiemy si do plecenia mat, a tymczasem Jerzy
wyjdzie na zbieranie kokosw, daktyli, jaj ptasich, sowem ywnoci. Na par godzin przed obiadem wemiemy
si do nauki...
Do nauki? przerwaa zdziwiona Nelly a jake bdziemy si liczy, kiedy ani ksiek, ani
papieru, ani atramentu nie mamy?
Bd was uczya z pamici religji, histo- rji witej, dziejw naszego kraju, zreszt wszyst-kiego,
co tylko sama umiem; wszak sami macie nieze pocztki. Co si tyczy pisania, widziaam w lesie drzewo z
bia, bardzo gadk kor, zu-penie do kory brzozowej podobn, tylko daleko szersz i rwniejsz. Odchodzi
ona bardzo atwo od drzewa; uzbieramy jej znaczny zapas, to nam papier zastpi. O pira nie trudno, bo gdzie
tyle ptactwa uwija si nad brzegiem, to i pira si znajd. Zreszt nad jeziorem zapewne s i gnia-zda abdzie;
moe uda si pochwyci jednego z tych ptakw, a trzeba wam wiedzie, e pira abdzie wyborne s do
pisania.
Ale skde atramentu wemiemy, wszake on nam najpotrzebniejszy? zapyta brat.
Wszak znasz Jerzy atramentowce (Sepia). Mnstwo icli uwija si okoo przyldka pod ska-ami;
chwyta je atwo, a wiesz, e czernido tych stworze uywa si do wyrabiania ciemnej farby, zwanej sepi,
ktr malarze posuguj si. Ot mamy i atrament.
Jak ty umiesz doskonale radzi, siostrzy-czko. Mylaem, e tylko mczyni zdolni s do
wynalazkw zawoa Jerzy ale czekaj, bd si stara dorwna ci, jeeli nie przewy-szy w tej sztuce.
Po obiedzie bdziemy robi dalsze wy-cieczki. Mam nadziej, e za kad co zyskamy,
czembymy mogli uprzyjemni pobyt na naszem wygnaniu.
W ten sposb upyway im dnie, a nakoniec zbliya si pora deszczw, czyli tamtejsza zima. Przed jej
nadejciem wygnacy zakrztnli si okoo zaopatrzenia swej chatki. Poniewa przez kilka miesicy licie dach
pokrywajce od so-necznych promieni zniszczay, zastpiono je przeto deskami z pak i odzi, znajdowanemi na
wybrzeu; na to dopiero pooono cztery lub pi warstw lici palmowych, tak, i chatka zu-penie bya
zabezpieczona od deszczu.
Przez ten czas Jerzy czstokro si oddala z domu i czasami po kilka godzin zostawa w lesie. Sara z
pocztku bardzo si tem niepo-koia i pytaa, coby robi w borze. Chopczyk
zbywa j zawsze krtko, tumaczc si, e wy-chodzi za ywnoci. Jakkolwiek odpowiedzi te nie zaspakajay
troskliwej siostry, jednak uda-waa, e poprzestaje na nich, wiedzc dobrze, e braciszek zapewne ukrywa si z
jak dla nich niespodziank.
Nakoniec jednego poranku Jerzy przybieg rozpromieniony radoci, trzymajc w rku due dwie przeszyte
strzaami papugi.
Patrzcie, siostrzyczki, oto moja tajemnica; troszczyycie si nieraz, e dugo przebywam w lesie,
niewiadomo dlaczego i poco. Teraz przyznaj si wam, e zrobiwszy potajemnie uk i strzay, uczyem si do
celu trafi; dugi czas nie mogem sobie da rady, uparte strzay nie chciay mnie sucha, ale szo coraz lepiej.
Na-koniec dzisiaj udao mi si ubi dwie papuki, wiecie, e dzicy na wyspach Filipiskich jedz je ze
smakiem. Myl wic, e teraz na misie zbywa nam nie bdzie.
Skde wzie uku i strza? zapytaa Nelly.
uk zrobiem z gazi drzewnej, strzay z trzciny nadmorskiej, elazca za z gwodzi wydobytych z
bata, nad wyciganiem ktrych tak namordowalimy si podczas naszej ostatniej wycieczki. A jak si
wprawiem w strzelanie, przekonam was natychmiast.
To rzekszy, napi uk, wymierzy, a liczna
papuga, koyszca si o czterdzieci krokw na krzaku zamji, pada nieywa.
Ot mamy i trzeci papug! zawoa Jerzy, przynoszc j z triumfem. Dla kadego jedna,
bdziemy mieli dzi przewyborne pieczyste.
Czy mylisz je upiec po indyjsku, czy po karaibsku? zagadna Nelly z umiechem.
Moja panno odrzek powanie Jerzy trzeba ci wiedzie, e drb nie piecze si po indyjsku,
ale na ronie.
A skde, mj panie, wemiesz rona? jeeli wolno zapyta mwia Nelly.
Zaraz zobaczysz, rozpal tylko ogie. A ty, Saro, masz oto n, oskub i wypatrosz moj zdobycz.
No prosz, jak on nam rozkazuje za-woaa Sara mylaby kto, e jest najstarszym z nas
wszystkich.
Mam do tego prawo rzecze z udan dum malec. Ja jestem mczyzn, rozumie-cie. A wic
cho najmodszy co do wieku, jestem najstarszym co do godnoci. Ogaszam si Je-rzym I, krlem tej wyspy, i
mianuj ciebie, Saro, wielkim burgrabi moich paacw, a ty Nelly jeste wyniesion na urzd wielkiego
kuchmistrza mojej krlewskiej moci.
Przyjmuj z wdzicznoci te dostoje-stwa rzecze skaniajc si z komiczn pokor Sara.
I ja poddaj si twym rozkazom, najpo-tniejszy monarcho. (
Dosy tego zawoa Jerzy, odchodzc z powag. Dalej, wielki burgrabio, skub pa-pugi, a
ty, wielki kuchmistrzu, pal ogie.
Wkrtce potem wrci malec, trzymajc w rku gadki kij, ktry mia zastpi roen. Za-sadzono na
papugi, ktre pieky si doskonale. Wprawdzie nie mieli masa do ich smarowania, ale byy tak tuste, e si i
bez niego obeszo.
Po smacznie zjedzonym obiedzie, wyszli po-dug zwyczaju na przechadzk. Tym razem Jerzy obj
kierunek spaceru i wyprowadzi siostry na wysokie wzgrze, wznoszce si nad przystani, do ktrej po
rozbiciu si wyldowali. Na szczycie wzgrza Sara z podziwieniem ujrzaa duy stos, z rnych kawakw
drzewa zoony.
Co to ma znaczy? kto to uoy? za-pytay obie siostry z popiechem i ciekawoci.
To jest stos, ktry uoyem, aeby, gdy przypadkiem jaki okrt ukae si zdaleka, da mu zna,
e tu jestemy i potrzebujemy ratunku. leby to byo, gdybymy dopiero wtenczas za-czli zbiera drzewo i stos
ukada, kiedy do-strzeemy okrt, bo zanimbymy ogie roznie-cili, byoby za pno.
Ja myl radzia Nelly eby na tej grze wbi wysoki sup, a na nim zawiesi cho-
rgiew, toby zaraz na okrcie ludzie poznali, e tu jestemy.
Nieza rada rzeka Sara ale c, kiedy na nieszczcie nie mamy z czego zrobi chorgwi, a
wic twoja rada nie przyda si na nic. Ciekawa jednak jestem, skd ci przyszo na myl, stos ukada.
Czy ju zapomniaa, kochana Saro, o mo-jej ksice, o tych licznych podrach, z kt-rych
nauczyem si sporzdza piecze na spo-sb indyjski? Och, jak to dobrze umie czyta, gdyby nie to, nie
umiabym sobie teraz radzi w rnych potrzebach.
Polowanie udao ci si niele mwia Sara ale rybostwo cakiem si nie udaje, tyle razy
bylimy nad morzem i ani jednej nie zowilimy rybki.
A gdybymy te poszli do jeziora, na kt- rem widzielimy abdzie?zagadna Nelly
widziaam, i do niego wpada niewielka rzeczka, w ktrej mnstwo uwijao si rybek, moe w niej prdzej uda
si pow.
Dobrze odpowiedziaa Sara pjdziemy jutro rano, a moe te Jerzemu uda si zastrze-li
abdzia, tobymy mieli przewyborny obiad.
A wic zgoda rzek Jerzy jutro tedy wielka wyprawa na jezioro.
Nazajutrz dzieci o wicie, obudziwszy si i zjadszy skromne niadanie, poszy ku lasowi,
za ktrym leao wzmiankowane jezioro. Na sa-mym wstpie do lasu Sara zmienia kierunek i zamiast i
wprost, skierowaa na lewo.
Omylia si, Saro! zawoa piesznie Jerzy to nie tdy droga nad jezioro, trzeba i wprost,
pomidzy te dwa kokosy.
Nie bd tak nagym, braciszku, i id tam, gdzie ci prowadz, a zarczam, e nie poa-ujesz.
Uszedszy kilkadziesit krokw pomidzy za-rolami, weszli na ma czk, w porodku kt-rej sta szaas,
zielonym liciem palm kokoso-wych pokryty.
Co to jest? zapyta Jerzy.
Id i zobacz.
Chopiec pobieg. Nelly rwnie ciekawa do-wiedzie si, coby to byo, popieszya za nim. Skoro uchylili
licie, zakrywajce wnijcie do szaasu, ujrzeli w porodku niewielkie wzniesie-nie, niby pagreczek z ziemi, w
rodku ktrego tkwi krzy z drzewa, do zgrabnie wystrugany.
Oto nasz koci mwia ze wzrusze-niem Sara. Wybudowalimy dla siebie miesz-kanie, a Stwrca
Wszechmocny, ktry nas a-sk swoj zachowa przy yciu, nie ma adnego przybytku. Wprawdzie on tego nie
potrzebuje, gdy cay wiat jest Jego wityni, ale tym sposobem moemy Panu Bogu okaza nasz
wdziczno za doznane dobrodziejstwa. Tutaj
tedy codzie przychodzi bdziemy dla podzi-kowania Wszechmocnemu Ojcu za Jego dary, a zarazem
pomodlimy si za dusze ukochanych rodzicw i dobrej Miss Skott, ktra dla nas drug matk bya. Dalej
siostrzyczko, dalej Jerzy, po-klkajmy i rozpocznijmy w dniu dzisiejszym nasze mody.
W milczeniu i pokorze upady dzieci na ko-lana, modlc si gorco, a zy rozrzewnienia zrosiy wiee ich
twarzyczki. Godzina przeszo upyna, zanim ukoczyli naboestwo. Sara pierwsza powstaa i w milczeniu
daa znak dzie-ciom, aby to samo uczyniy. Cichutko wysuna si gromadka z pod szaasu, ktry im teraz naj-
wspanialsz zastpowa wityni, i zagbiwszy si w las, dugo, dugo szli w milczeniu, nie mie-jc
przemwi swka, a nakoniec widok zwier-ciadlanej powierzchni jeziora wyrwa naszych wdrowcw z
zadumania, oznajmujc, i stanli u kresu wycieczki.
Pow uda si nadspodziewanie, uchwycono trzy spore rybki, a Jerzy zabi z uku modego abdzia i przed
wieczorem powrcili do domu, obcieni zdobycz.
Od tego dnia codziennie, ile razy tylko po-goda dozwalaa, biegy opuszczone dziatki do swojej wityni,
aeby pomodli si i uali przed Bogiem, ile razy spotkaa jaka dolegli wo, podzikowa za kade
dobrodziejstwo. Byo
im z tern bardzo dobrze, bardzo mio. Modlitwa pokrzepia mode serduszka, a wstajc od niej, nie zdawao si
biednym rozbitkom, e s tak opuszczone, jaka nadzieja wstpowaa w dusze i nie wtpiy, e je Bg wybawi.
Tak schodzi dzie za dniem, na rozmaitych zatrudnieniach. Sara i Nelly postpiy w robie-niu mat z
wkna kokosowego i przysposobiy ich znaczny zapas, tak, e mona byo zasa cz podogi w jaskini.
Nabytek ten przyda im si bardzo, gdy od czasu do czasu zaczy-nay deszcze ulewne pada, a wtedy kamienie
jaskini nabieray jakiej wilgoci i pomimo wy-sania kokosowym liciem, nieraz bardzo im ziby nogi.
Co to znaczy, e deszcze tak czsto pa-daj? zapytaa Nelly.
Albo nie wiesz, e to znaczy zblienie si zimy odpowiedzia Jerzy. Zna, sio-strzyczko, e
ci w Manilli zanadto zajmoway lalki i nie miaa czasu zaj si powaniejszemi rzeczami.
Jakiem/ to powaniejszemi rzeczami, mj panie filozofie? mrukna niechtnie Nelly. Prosz
mi nie wyrzuca moich lalek, bo to pan dobrodziej take po caych dniach jedzie na drewnianym koniu, albo
ustawiae papierowych onierzy; tutaj dopiero zrobie si tak nudnym i zajmujesz si powanemi rzeczami.
Widzisz, moja Nelciu, gdyby bya uwa- , niejsz, toby pewnie nie zadawaa tak za-bawnego
pytania: co znaczy, e deszcz tak cz-sto pada? Widziaa w Manilli, e tam take co rok panoway ulewy, ktre
w gorcych krajach zastpuj miejsce zimy, ale ty zawsze bya roztrzepan i pewnie ci to nawet na myl nie >
przyszo.
Wstyd si, braciszku odezwaa si Sara a kt to widzia tak dokucza siostrze.
Co!... ja?... ja miabym jej dokucza! zawoa Jerzy, tulc Nelly do siebie. C to znowu?
ezka w oczku, pfe! droga Nelciu, nie pacz, niech ci Bg broni, bo jakbym to zoba-czy raz jeszcze, to cho
jestem mczyzn, go- twbym si rozpaka.
Suchajno ty, panie mczyzno zawo-aa Sara, chcc uwag obojga do innego zwr-ci
przedmiotu. Czy nie dowiadczye przy-padkiem bezsennoci?
Jakto? zapyta zdziwiony chopiec wiesz przecie, e sypiam doskonale i nieraz musicie mi
budzi, chocia czasami wstaj pierwej od was.
Tak, to prawda, rano pisz wybornie, ale czy wieczorem zaraz usypiasz?
Oj, co nie, to nie, nieraz naprzewracam si dugo, zanim usn zdoam i wtedy naje-
ciej rozmylam nad rnemi wynalazkami; lo mi sen sprowadza.
Ot widzisz, r mnie si noc zanadto duga zdaje. Czy nie monaby jako zaradzi tej
niedogodnoci, czy nie wymyliby nam jakiego wiata ?
Wyborna myl! zawoa Jerzy a e mi te to wprzd przez gow nie przeszo. Su-chajcie
tedy mojej penej twrczoci gowy doda, napuszajc si komicznie i biorc pod boki ze skorupy
kokosowej bdziemy mieli przewyborn lampk!
Hm, liczna lampka odezwaa si z umiechem Sara lampa, ktra si sama od ognia zapala.
Nie tak prdko, jak ci si zdaje rzek Jerzy skorupa kokosu twarda i nie tak bar-dzo palna.
W rzeczy samej, dopki nie przesiknie tuszczem, ale potem zobaczysz, co si z ni stanie.
To prawda! mwi, zamylajc si Jerzy.
A wic c moja pena wynalazkw i twrczoci gwko?
Wic zrobimy lamp z muszli, ktrych jest takie mnstwo. Knot ukrci si z pochewek
palffiowych, albo z szcztkw naszych dawnych sukien, ktre si w kcie poniewieraj.
Przygody eglarzy. 0
>
Dobrze! rzeka Sara ale skd we- miem tuszczu?
Ot to sk, rzeczywicie sk rzek smutno Jerzy wszystko jest, tylko tuszczu niema.
A czy nie monaby pali lampy bez tusz-czu? zagadna Sara.
I obie dziewczta wybuchny miechem.
Saro! wstyd si, czy moesz tak namie-wa si ze mnie? zawoa Jerzy. C ja temu
winien, e nie mog oleju naszej lampie dostarczy. Ale wiecie co doda po chwili wszake na wyspach
Manilskich wytaczaj olej z kokosw, a wic...
A wic postaraj si o pras.
To rzecz najmniejsza, midzy cikiemi kamieniami daoby si wycisn.
Lecz jest inna przeszkoda, a to, e koko-sw niewiele mamy, a na jeden wieczr trze- baby
przynajmniej oleju z dziesiciu orzechw wedug za mego zdania, lepiej je zje.
Jabym moe co na to poradzia ode-zwaa si niemiao Nelly ale braciszek zaraz mi
wymieje.
Mw! mw! kochana Nelciu zawoa skwapliwie Jerzy wszak widzisz, e i ja si z moj
lamp nie tgo spisaem i wymiaycie mnie dopiero.
Ale, bo ja nie jestem mczyzn rze-ka Nelly, udajc skromno.
Ja Jerzy I, krl wyspy Wygnania, roz-kazuj ci dla dobra naszego pastwa odkry ten wynalazek.
Wczoraj widziaam tu w pobliu jakie czarne ziarnka na krzaku, rozgryzam jedno i uczulam smak
nadzwyczaj tusty, zdaje mi si, e z nich daby si olej wycisn ).
Pokano te ziarnka, siostruniu.
Nelly pobiega i przyniosa gar ziarnek. W istocie wntrze byo tak tuste, e przez samo cinienie
midzy palcami sczyo olej.
Nazbierano wic owych ziarn. Wszystko troje otukiwali je na kamykach, a potem Sara, ktra widziaa, jak
z potuczonych jder kokosu wy-ciska si olej, rozpraya w kocioku nad ogniem par kwart potuczonych
ziarn. Wsypawszy do kawaka starej bluzy, wszystko troje wytaczali je midzy kamieniami. Tak otrzymali z
ptorej kwaterki gstego oleju, a w nagrod swej pracy mieli wieczorem pierwsze posiedzenie przy wietle.
Odtd wic dzieci wieczorami plety maty, a spajajc je z sob, w kilku tygodniach naro-biy tyle, e
nietylko osoniy ca podog, ale nawet przy posaniach zawiesiy sobie 1 rodzaj
l
) Ziarnka te pochodz z kleszczowiny (Ricinus com- munis), obfitujcej w tusty i gsty olej, sprzedawany
u nas w aptekach pod nazw rycynowego.
dywanikw na skalistej cianie, tak, i od wil-goci zabezpieczyy si zupenie.
Zima szybkim zbliaa si krokiem, kilka nie-wielkich burz na pocztku maja ) zwiastowao nadejcie tej
pory. Jednego dnia gwatowna na-stpia ulewa, deszcz la jak z kadzi, a chocia dach dobrze zaopatrzony nie
przepuci wody, jednake ta, podmywszy cz cianki kamieni-stej, wdara si do mieszkania. Rozbitki co
pr-dzej uchwyciwszy posanie i troch swych ru-chomoci, zanieli je na wywyszone miejsce w jaskini i tam
skupieni przepdzili dzie cay, nie miejc ruszy si z miejsca i z trwog przysuchujc si raz wraz
uderzajcym pioru-nom. Pomimo zasonicia otworu wchodowego i ciemnoci panujcej w chatce, byskawice,
roz-dzierajce niebo, owiecay przeraajcym bla-skiem wntrze chatki, tak, i biedne dziatki mu-siay siedzie
z zamknitemi oczyma, a nawet Jerzy, przechwalajcy si zawsze swoj msk odwag i w istocie do na swj
wiek miay, dra jak listek wobec straszliwych zjawisk przyrody.
Szczciem nad wieczorem uspokoia si bu-rza. Nawczas odwayli si wyj z zagrody. Przeraajcy
widok przedstawi si ich oczom.
) Wiadomo, e na poudniowej pkuli pory roku przypadaj odwrotnie, jak na pnocnej.
Strumyk pyncy opodal przybra rozmiary rzeki. Rosnce nad jego korytem drzewa, powywracane z
korzeniami, zawalay go. Pikna murawa, roz-cielajca si kobiercem przed chatk, caa za-mulona,
przedstawiaa botniste pole. Ogromny kokos, zgruchotany piorunem, lea rozdarty na poy, sowem,
spustoszenie dokoa smutkiem na-penio serduszka biednych wygnacw.
Mj Boe, ile szkody sprawia jedna bu-rza mwi Jerzy. - C to bdzie, jak zima zapanuje w
caej sile. Nie poznamy si na wio-sn z nasz pikn okolic.
Nie trw si, braciszku odpowiedziaa Sara wszak przesza zima rwnie gwatown by
musiaa, a jednake znaku z tego nie zo-stao. Zamiast troszczy si o przyszo, po-mylmy raczej o
teraniejszoci; trzeba zaradzi, aeby za drug ulew woda nie zniszczya nam naszej chatki.
A i c my na to poradzi potrafimy mwia Nelly, wstrzsajc gwk przecie nie w naszej
mocy zatrzyma chmury i nie dozwoli pada deszczowi.
To prawda odpara Sara ale w na-szej mocy nada spadej wodzie kierunek i nie wpuci jej
do mieszkania.
Jakim sposobem? zagadn z cieka-woci Jerzy.
Trzeba dokoa chatki wykopa rw g-
\
boki dla zebrania wody i przekopa ciek dla odprowadzenia jej a do strumienia.
A wic bierzmy si do roboty natych-miast, bo kt zarczy, e jutro znowu n:e b-dzie ulewy.
Mozolna praca nie sza tak szybko, jakby to po ochocie maych robotnikw spodziewa si naleao. Brak
potrzebnych narzdzi sta temu na przeszkodzie. Jerzy dltem, znalezionem w ba-cie, podwaa ziemi. Obie
za siostry dwiema plaskiemi muszlami odgrzebyway j i odrzucay na bok. Chocia grunt rozmiky uatwia
po-niekd prac, to znw z drugiej strony dzieci walay rce pracujc i co chwila musiay biega do bliskiego
strumienia dla ich obmycia.
Noc ju panowaa, a rozbitki pracowali usil-nie. Nawet przy blasku ksiyca dugo cigna si robota, ale i
tak zaledwie skoczyli j w po-owie. Znueni, utrudzeni i godni, powrciwszy do chatki, chcieli si czem
posili, ale znalaz si zaledwie jeden orzech kokosowy, ktry nie zaspokoi wcale ich apetytu, tak, i godni
spa si pokadli.
Na drugi dzie znowu do poudnia deszcz pada, tak, i wyj na krok nie byo mona. Biedne dzieci byy
bardzo godne. Jerzy znalaz wprawdzie dwa daktyle, ale c to znaczyo dla trzech wygodniaych odkw.
Gdyby ulewa potrwaa kilka dni, trzeba byo albo umiera
L godu albo narazi si na wyjcie wrd stra-sznej burzy. Skoro si wypogodzio, Sara wy-biega na brzeg
morski dla uzbierania muszli, Jerzy ubi papug, a Nelly przyniosa nieco daktylw.
Po obiedzie, ktry im nadzwyczaj smakowa, naradzano si, jak podobnemu brakowi nadal zapobiec.
Najprzd trzeba dokoczy kopania rowu, gdy cho dzisiaj nie tak jak wczoraj, zawsze przecie
woda dochodzi do mieszkania.
Jabym za myla, Saro, e najprzd trzeba si postara o zapasy ywnoci, bo nac nam si rw
przyda, jak poumieramy z godu?
I to potrzebne i tamtego zaniedbywa nie mona mwia Nelly. My z Sar b-dziemy rw
kopay, a ty Jerzy zgromadzaj y-wno.
Zgoda! zawoa chopiec ale gdzie j przechowamy?
Czy uwaalicie otwr w grze naszej jaskini? Nie mylaam wprzd o nim, ale teraz widz, e
mgby si przyda dla przechowania owocw, tylko trudno si do niego dosta, bo jest o kilka okci w grze.
To bagatelka rzek Jerzy mamy do tyczek i wkna kokosowego, to si po-wie drabink,
a ,wic siostrzyczki, koczcie
wasz prac, a ja skoro przynios co do jedze-nia, pomyl o spiarce.
Na par godzin przed wieczorem Jerzy wr-ci, dwigajc na plecach w pochewce palmowej, niby w
worku, spory zapas daktyli. Oprcz tego przynis kilkanacie jaj rnych ptakw i jakie mae zwierztko,
podobne zupenie do wiewirki, tylko e od przednich do tylnych ng miao wycignit skr i za jej pomoc
jakby na skrzydach z drzewa na drzewo przelatywao. By to tak zwany Workolot, yjcy jedynie na wyspach
Australskich.
Kiedy Sara zaja si przyrzdzaniem wie-czerzy, a Nelly koczya kopanie rowku tu ponad strumieniem,
Jerzy sporzdzi drabink, wic do dwch tyczek szczeble wknami kokosowemi. Wkrtce bya gotow,
przystawi j wic do opoki i z niema ciekawoci pocz si wspina do otworu, znajdujcego si w skale,
otaczajcej jaskini. Obejrzawszy go z wierzchu, prbowa si wsun wewntrz, gdy otwr ten zdawa si
zachodzi dosy gboko w rodek skay.
Nelly! Nelly! zawoa chopczyk.
Czego chcesz, Jerzy? zapytaa dziew-czynka, przybiegajc szybko.
Podaj mi co ywo motek i dlto, zdaje mi si, e bdziemy mieli doskona spiarni,
ale potrzeba wprzd otwr rozprzestrzeni, gdy niepodobna dosta si w rodek, taki ciasny.
Ale kamie twardy zauwaya Nelly, podajc dane przedmioty.
Ju ty si nie pytaj, moja w tem gowa zawoa chopiec i pochwyciwszy motek, silnie w
przyoone dto uderza pocz. Po chwili oderwa si jeden kamie, nastpnie drugi i tak dalej, a chopiec bez
przestanku a do samej wieczerzy pracowa zawzicie, tak, i Nelly po kilkakro musiaa go woa, zanim
spocony cay zeszed z drabiny.
c braciszku? zapytaa Sara bar- dzo si napracowa? Powiedz nam, co zrobi.
Zostaem kamieniarzem, jak widzisz, ko-chana Saro.
Widz to po zakurzonych sukniach, lecz nie o to mi chodzi, chciaam si dowiedzie, co tam ku
tak zawzicie?
Pozwlcie mi, e o tem zamilcz; jeeli uda mi si zakoczy, co rozpoczem, w takim razie
dowiecie si o wszystkiem, jeeli nie, na- c si naprzd chwali.
Bardzo mi si podoba twoja mowa, Jerzy. Tak wanie pracowity i wytrway w swych za-miarach
czowiek mwi powinien. Przechwaki zgry do niczego nie prowadz.
Powiedziawszy to, Sara pocza rozdziela szczup wieczeFz, nie badajc ju wicej.
Przez kilka dni pogoda liczna pozwolia skoczy przedzimowe prace. Siostry obie uma-cniay mur
zewntrzny nowemi pokadami ka-mieni, poczem starannie zalepiay wszystkie otwory, przez ktre woda lub
wiatr mogy si wciska do wntrza chatki. Dach otrzyma jeszcze kilka nowych pokadw z licia, aby zu-
penie nie przepuszcza wody. Podog uoyy z desek rozebranego w czci bata, wysay li-mi kokosowemi,
ktre jeszcze na wiosn poznosiy. Zrobiy zapas pochewek palmowych, powypychay je suchym mchem, jakby
poduszki. Ze skrek kangurw, dydelfw i oposumw, ktre Jerzy rnemi czasami pozabija, Sara za, jak
umiaa, sol morsk wyprawia, zrobiy koderk wspln dla siebie i Nelly, a drug dla brata, zeszywajc je
zapomoc kolcw zamji i wkna lnianego.
Tymczasem Jerzy w dwch pierwszych dniach tak dziur w skale rozprzestrzeni, e wszystkie zapasy
mogy si w nowej jaskince umieci, wysano j suchym liciem, a tak spiarka bya gotowa, naleao tylko
postara si, aeby j byo czem zapeni.
W tym celu ponad jeziorem dzieci podpaliy kilka pni daktylowych i kokosowych; z zwalo-nych drzew
byo parset owocw kokosowych i tak duo daktyli, e je przez dwa dni zaledwie zniesiono. Kokosy ^uoyli
w piramidy podobne
do tych, jakie z kul armatnich robi, daktyle za umieszczono w spiarce, przekadajc od zepsu-cia limi
palmowemi.
Oprcz tego Jerzy usilnie szuka jaj ptasich, a znalezione ukada cieszemi kocami na d i przesypywa
piaskiem, co je od stchnienia bronio. Nieraz wspina si nawet na drzewa, szukajc gnizd. Na jednej z takich
wypraw obskoczy go rj pszcz; przelkniony chopiec pocz przeraliwie krzycze, lkajc si uk-sze,
lecz wkrtce z zadziwieniem spostrzeg, i wcale nie ksaj. By to bowiem gatunek pszcz australskich, nie
majcych de. Omielony tem, zacz poszukiwa barci i w istocie wkrtce j znalaz. Kilkanacie plastrw
miodcf nagrodzio te trudy. Trudno wypowiedzie, jak ten przy-smak naszym rozbitkom smakowa. Jerzy poob-
wija plastry w licie palmowe i zachowa je w spiarni na zim.
Jednego dnia Nelly, przynoszc kilka garci jakiego ziela, rzeka:
Saro i Jerzy, zawsze macie jakie pomy-sy ku wsplnej wygodzie, moe te i mj na co si
przyda. Syszaam od Miss Skott, e na Sumatrze z tego gatunku ostrokrzewu') krajowcy sporzdzaj sobie
herbat, nazbieraam go i na-

) Lici roliny Hex paraguayensis uywaj w Ameryce poudniowej zamiast herbaty.
parzyam, gdybymy te sprbowali zrobi sobie ten napj, jake wyborne mielibymy niadanie.
A czy to tylko nie trucizna? zapyta ostronie Jerzy.
Bd spokojnym! odpowiedziaa Sara znam t rolin, chocia herbaty z niej nigdy nie piam.
Natychmiast nastawia kocioek rzeczn wod, a poniewa nie mieli herbatnicy, skoro wic woda zawrzaa,
wsypaa gar listkw ostrokrzewu i zestawia z ognia. Poczcm z dodatkiem miodu ponalewaa herbat w
muszle, ktra im te wy-bornie smakowaa. Tak wynalazek Nelly bardzo si przyda. Odtd bowiem mieli
ciepy napj, kt-rego brak bardzo im dotd uczuwa si dawa.
Wkrtce potem nadesza uciliwa pora desz-czw. Niebo zacignite chmurami barwy oo-wianej, smutn
przybrao posta. Po caych dniach plusk nieznony deszczu i szum wiatru przerywa cisz. Biednym
wygnacom przykrzyo si niezmiernie. Czasami po kilka dni po sobie na-stpujcych nie mona byo wychyli
si z miesz-kania. Wilgo przenikaa wszystko, tak, e nawet duej na ziemi sypia nie mogli i Sara przy
pomocy Jerzego wykua w skale, lubo z wielkim trudem, rodzaj ek, na ktre po- przenosili swe posania.
ywno wprawdzie mieli, lecz musieli ogranicza si w jej uyciu, gdy rzadko kiedy, korzystajc z chwilowej
prze-
rwy, mona byo wybiedz nad brzeg morski aibo do lasu dla uzbierania jakichkolwiek zapasw.
Jednego dnia, kiedy chmury przerzedziy si nieco i uspokojenie wiatru obiecywao kilka go-dzin pogody,
Jerzy, zabrawszy uk i strzay, wy-bieg z chatki w nadziei ubicia jakiego ptaka; od kilku bowiem dni misa nie
kosztowali, a maa Nelly, skutkiem wilgoci, bardzo zasaba. Troch gorcego rosou mogo j bardzo pokrzepi,
sama wic Sara namawiaa brata, aeby szczcia sprbowa.
Upyno par godzin, a chopiec nie wraca; nakoniec mino poudnie i soce poczo chyli si ku
zachodowi, a chopca jak nie byo, tak nie byo. Wprawdzie czasami Jerzy cae dnie bawi w lesie, ale to bywao
wrd lata; obecnie za tak dla pory deszczowej, jako te dla saboci siostry, potrzebujcej posiku, dawno ju
powi-nien by wrci. Sara, w najwyszym stopniu niespokojna, nie wiedziaa, co ma pocz. Z je-dnej strony
baa si opuszcza chatki i pozosta-wi sam Nelly w domu; z drugiej lkaa si, czy Jerzemu nie wydarzy si
jaki wypadek. Widzc to chora, pocza gorco namawia sio-str, aeby wybiega poszuka brata.
Przecie mi tu nic zego spotka nie moe; id, id, moja Saro, wszak dugo bawi nie bdziesz, a
tam moe braciszek bardzo potrzebuje twojej pomocy. piesz si sio-
strzyczko, bo niedugo wieczr zapadnie, a poem daleko trudniej ci bdzie wyszuka naszego myliwca.
Sara nie daa si duej namawia, pozosta-wiwszy siostr opiece Boskiej, pucia si pie- sznie drog do
lasu.
Dugi czas nadaremnie przebiegaa znajome cieki. Zwiedzia dolink, na ktrej sta szaas, przeznaczony
na kapliczk, dzi smutny i opusz-czony, gdy w nim dawno z powodu deszczw nie byli. Nastpnie pucia ki
dolin, prowadzc ponad jezioro, tutaj bowiem Jerzy najczciej polowa, ale i tutaj nie moga dojrze adnych
znakw, ktreby jej wskaza mogy drog brata. Nakoniec w jednem miejscu spostrzega kilka
poamanych gazi na przylegych krzakach^ Z bijcem sercem przedara si przez gstwin i wydaa
krzyk przeraenia. Jerzy lea bez ru-chu rozcignity na ziemi, wyblady, z zakrwa-wion twarz. Z
niewypowiedzian szybkoci rzucia si ku niemu i pochwycia za rce szty-wne i zimne.
Jerzy! Jerzy! drogi braciszku! woaa w rozpaczy biedna dziewczyna, wstrzsajc mar- twem
ciaem nieszczliwego chopca. Jerzy!
o mj Boe! C si to stao!
Opodal pyn strumyk. Sara zaczerpna ze wody i kilkakrotnie plusna na twarz brata; po chwili cikie
westchnienie wydaro si z piersi
143
ranionego, lekki rumieniec zabarwi blad jego twarzyczk, wreszcie otworzy oczta.
Duo czasu upyno, zanim przyszed do zu-penej przytomnoci i mg wyrzec sowo. Sara podniosa go,
posadzia pod drzewem, opierajc plecy o pie jego. Nakoniec, zebrawszy zmysy, opowiedzia jej, co si stao.
Dugo chodziem po lesie, ani jednego ptaszka dostrzec nie mogem; ju mylaem po-wrci bez
niczego, kiedy w tych krzakach usy-szaem szelest, szybko przedarem si przez g-stwin i nagle ujrzaem
modego kangura. Nie tracc czasu, wziem go na cel i wypociem strza, ktra nie chybia celu. W tej samej
chwili usyszaem szelest za sob a obejrzawszy si, ujrzaem przed sob star samic, strasznie rozjuszon.
Zanim mogem pomyle o obronie, ju ugodzony silnem uderzeniem w gow lea-em na ziemi. Co si dalej
stao, nie wiem, jak dugo leaem, take nie umiem ci powiedzie, lecz myl, e si to stao przed paru
godzinami, gdy wwczas byo poudnie. Dopiero teraz, kiedym ci ujrza, przyszedem do przytomnoci. Lecz
uderzenie musiao by silne, bo gowa bardzo mi boli.
Sara opatrzya gwk Jerzego. Wprawdzie kangurzyca rozdara mu pazurem skr na czaszce, ale ko nie
bya naruszona. Chopczyk przy pomocy siostry podnis si i zawlk nad
brzeg strumienia. Dziewczynka obmya mu ran, obwizaa j kawakiem oddartej szaty i daa wody, co
pokrzepio biednego myliw-ca, tak, i zwolna bardzo, ale przecie mg postpowa. Natychmiast wyruszyli
ku domowi. Sara przeszukaa przed odejciem okoliczne krzaki, mylc, e znajdzie ubite zwierz, ale
nadaremnie, zna stara samica zabraa zwoki szczenicia.
Powoli, czsto odpoczywajc, szli biedni wy-gnacy do chatki, gdzie saba Nely z utsknie-niem i
niespokojnoci wygldaa ich powrotu. Pno ju byo, kiedy stanli przy zagrodzie, ktr z najwiksz
trudnoci raniony chopczyk przeby. Sara uoya go na posaniu i przykrya, czem moga. Nieco mleka
kokosowego orzewio i pokrzepio chorego, tak, e wkrtce usn; lecz i Nelly, bd skutkiem osabienia, bd
ze zmar-twienia i niespokojnoci, mocnej dostaa gorczki. Sen jej by nadzwyczaj niespokojny; mwia duo i
zrywaa si czsto, a biedna Sara, wcale nie mylc o spoczynku, od jednego do drugiej naprzemian
przechodzia, ledzc z niespokojno-ci postpy choroby.
Biedne dziecko, pozbawione wszelkiej pomocy, drc o ycie ukochanego rodzestwa, przep-dzio noc
ca bd przy posaniach chorych, bd te na kolanach, proszc Stwrcy o pomoc i zmiowanie. Gdyby te nie
modlitwa i ufno
w Bogu, kto wie, czy sama ze zmartwienia nie ulegaby cierpieniu. %
Dziki jednak niebu, oboje zwolna przyszli do siebie. Jerzy we dwa dni ju byt zdrw zu-penie i mg
Sarze dopomaga w codziennych zatrudnieniach. Nelly wprawdzie par dni jeszcze przeleaa, lecz na szczcie
przez tydzie blisko deszcz nie pada, a pogoda i ciepe promyki soca przywrciy siy maemu dziewczciu.
Tymczasem dzieci zrobiy wane odkrycie. Jerzy nie chodzi do lasu, gdy od wiadomego wypadku Sara
nie pozwalaa mu samemu zapusz-cza si w te strony; obra wic sobie za miejsce przechadzek brzeg morski.
Jednego razu wszystko troje, korzystajc z chwilowej pogody, poszli brzegiem blisko na p mili od domu, a
poniewa ksiyc piknie wieci, nie chciao im si powraca do domu, lecz siedzc nad brze-giem, wpatrywali
si w fale morskie, w ktrych igra blask srebrzysty tej piknej nocnej gwiazdy.
Nagle z bawanw morskich wynurzyo si co czarnego; przelknione dzieci zerway si, chcc ucieka,
lecz w teje chwili ujrzay przy wietle ksiyca, e to by w morski; wkrtce kilkanacie innych wydobyo
si z wody i po piasku zaczy si posuwa zwolna ku trzcino-wym zarolom, o parset krokw od brzegu od-
dalonym.
O gdyby to mona cho jednego wia
^izygody eglarzy. 10
upolowa! zawoa Jerzy mielibymy prze- wyborn zup, ktrej Nelly bardzo potrzebuje.
I tobie przydaaby si ona mwia Sara. Idmy wic zwolna i zastpmy drog -wiom, gdy
bd wracay napowrt, a moe nam si uda zowi cho jedno z tych poyte-cznych stworze.
Natychmiast w cichoci wyruszyli w kierunku zaroli. Nelly postpowaa ztyu, gdy siy jej jeszcze nie
dozwalay miesza si do walki. Sara upatrzya maego wia, majcego najwicej okie rednicy. Na dany
znak poskoczyli oboje z Jerzym i uchwyciwszy z boku za skorup, zdoali przewrci go nawznak. Wtedy w
by ich zdobycz. Jerzy, ktry nosi zawsze przy sobie sznury z kokosowych wkien, uwiza je do skorupy i
zaprzgszy si wraz z Sar, cignli zdobycz do chatki. Praca ta jednak bya tak uciliwa, e ju po pnocy
stanli w domu. Jerzy wia zabi, a na drugi dzie przewyborna i posilna zupa pokrzepia roz-bitkw.
Odtd, ile razy trzeba im byo misa, a po-goda dozwalaa, wychodzili na brzeg morski, zbierajc zarazem
smaczne jaja wie, ktrych znajdowali mnstwo w nadbrzenym piasku.
Misa tego jednak byo za duo, a e w go-rcym klimacie nie da si przechowa, musieli przeto znaczn
cz wrzuca w morze, aeby
wyziewy psujcego si misa nie zaraay po-wietrza.
Przesza zima i znowu wiosna oya w caej sile. Licie bujnie pokryy drzewa, rozwino si mnstwo
kwiecia, wo napeniaa powietrze. Ale wdziki te przyrody straciy swj wpyw cza- rowny na serca biednych
rozbitkw.
Lubo pozbawieni mnstwa wygd, do ktrych nawykli od lat dziecinnych, prowadzili jednak ycie do
znone i pod tym wzgldem najmniej-sze ualenie si z ust ich nie wyszo.
ywnoci mieli poddostatkiem, na sukienki palma zawsze gotow miaa materj, a biege rczta Sary
umiay z niej zawsze ozdobn, a coraz odmienn sporzdza odzie; nie brako i miodu sodkiego i orzechw
kokosowych, dak-tyli, jaj wich, a nawet i misa. Dlaczego dziatki straciy dawny swobodny humor?
Oto od swej saboci maa Nelly coraz bar-dziej upadaa na zdrowiu. Luba jej twarzyczka poblada i
zmizerniaa. Pod ocztami sinawe po-robiy si plamy, renice dziwnym byskay ogniem, a z piersi dobywa si
suchy i mczcy kaszel, okrywajc potem jasne czoko.
Nie skarya si, nie narzekaa, owszem po-stpowanie jej nabrao dziwnej sodyczy w obej-ciu si z
bratem i siostr. Staa si agodn, uprzejm, uprzedzajc jak nigdy.
Sara bya w rozpaczy, nadskakiwaa siostrze,
dogadzaa jej, czem tylko moga. Najpikniejsze owoce, najdelikatniejsze czstki misa wiego dla niej
chowaa, udajc weso mieszk; ale gdy znalaza woln chwil, biega w zarole, kl-kaa i modlia si z
paczem, bagajc Stwrcy, aeby powrci zdrowie kochanemu dzieciciu.
Co si dziao z Jerzym, trudno opisa. Bie-dny chopiec straci cay swj humor, nic go nie bawio, ani
polowanie, ani ryboostwo. Wesoe arciki opuciy go. Nieraz caemi godzinami siadywa nad brzegiem
morskim, ledzc naprno zbawczego statku, to znw zalewa si zami.
Nie uszo to uwagi Nelly, nie przewidywaa jednak, e to ona jest przyczyn smutku brata, sdzia, e i on
jest sabym i raz, zastawszy go zadumanego, zapytaa troskliwie:
Co ci jest, kochany Jerzy? posmutniae, poblade, czy ci co dolega?
Ach, moja duszko odpowiedzia chop-czyk nie uwierzysz, jak mi si tutaj przykrzy, co rano
wybiegam nad morze, patrzc, czy si nie pokae okrt, ktryby nas z tej pustyni wy-bawi. Dwa lata ju
przeszo, jak tu zostajemy, kiedy si to skoczy!
Daj pokj, Jerzy odezwaa si Sara nie powikszaj twem narzekaniem smutku sistr. Czy nie
widzisz, jak Nelci obchodzi twoje uty-skiwanie? Jej take przykrzy si i mnie to samo, a przecie cierpliwie
poddajemy si woli Boej.
O nie, kochana Saro, mnie si wcale nie przykrzy, przyzwyczaiam si do naszej wyspy. Tutaj po
raz ostatni widziaam kochanego ojca, zdaje mi si, e gdzie indziej ybym nie moga. Dzi nili mi si oboje
drodzy rodzice; matka tulia mi do piersi, ojciec pokrywa pocaun-kami. Oboje tak licznie wygldali, twarze
ich byy wiee i jasne, spojrzenia ich sodkie i a-godne; ojciec mwi do mnie: bd spokojna, moja Nelciu, da
Bg, e niedugo zobaczymy si z sob.
Jerzy wybuchn gonym paczem.
Czego plczesz, braciszku ? zapytaa go Nelly sodko czy ty nie chciaby zobaczy naszych
drogich rodzicw? Albo nam nie lepiej byoby przy nich, anieli na tej bezludnej wy-spie, a chociaby i w
Anglji? Kog tam mamy? Wszystkie nasze wspomnienia tutaj!
Sen twj by bardzo pikny, Nelciu zawoaa Sara, wstrzymujc zy, cisnce si gwa-tem do
oczu. Myl przecie, e i tutaj nie jest nam tak le, a da Bg, z rodzicami kiedy si zobaczymy, aby si z
nimi nigdy ju nie rozcza.
Prawda, kochana Saro, ale im si tam bardzo przykrzy bez dzieci. Wszak nas tu troje, a oni tam
sami, kt im usuy? kto ich roz-weseli?
i
Anioowie Pascy rzeka Sara powanie
O! przecie byoby im daleko przyjemniej mie swojego anioka rzeka Nelly, zamyla-jc si.
Jerzy wybieg, bo si nie mg wstrzyma od paczu.
I znowu par upyno miesicy.
Zdawao si, e ciepe powietrze lata zba-wiennie wpywa na zdrowie Nelly; nie kaszlaa ju w dzie, w
nocy tylko mczya j duszno. Sara otulaa j nakryciem ze skr kangurw i przyrzdzaa zawsze na noc
napj z wody i miodu dla zagodzenia kaszlu. Dziewczynka dostaa lepszego apetytu i staa si cokolwiek
weselsz.
Jerzy ucieszy si tem niezmiernie i pocz znowu po dawnemu artowa, ale Sara nie miaa tej otuchy i z
trwog ledzia najmniejsze osa-bienie siostrzyczki.
Jednego dnia o wicie, kiedy jeszcze siostry spay, wpad Jerzy do chatki, ktr by przed witaniem
opuci.
. Saro! Nelly! Wstawajcie! Wstawajcie prdko!
Co to jest! Co si stao? zawoaa z przestrachem Sara.
Okrt! Okrt! o p mili std na kotwicy!
Czy to by moe? krzykna Sara z najwiksz radoci.
Pjd, a zobaczysz odrzek Jerzy.
Dzisiaj w nocy jako spa nie mogem. Nie wiem, czy jakie przeczucie, czy te inna rzecz bya tego powodem.
Zerwaem si z posania i pobie-gem ku morzu. Byo mi tak gorco, e chciaem si ochodzi rannym
powiewem wiatru morskiego. Zaledwie usiadem, gdy wtem w oddaleniu co bysno, a potem nagle potny
huk dziaa roz-dar powietrze. Czy nie syszelicie?
Nie! odpowiedziaa Sara nad ranem mocno usnam.
Ani ja take nie syszaam zawoaa Nelly.
Co si ze mn dziao opowiada dalej Jerzy tego nie umiem wam opisa. Zrobio mi si.tak
gorco, krew uderzya do gowy, e
o mao nie zemdlaem. O wy zemdlaybycie nie-zawodnie, ale mczyni maj daleko wicej siy. Chciaem
was o tem zawiadomi, ale baem si, aby, nim wrc, okrt nie odpyn. Wybiegem wic na wzgrek, gdzie
ley stos oddawna przy-gotowany, i zapaliem go. Pjdcie, pjdcie co ywo, pomoecie mi zbiera drzewo i
dokada do ognia, aeby nie wypali si i nie zgas, za-nim go spostrzeg z okrtu.
Wkrtce wszystko troje zaczli si pi pod gr, lecz chocia nie bya wysok, Nelly w po-owie ustaa,
nie mogc im nady. Porwa j silny kaszel, a gdy spluna, krew ukazaa si na ustach.
\
Sara na ten widok z alu o mao nie omdla'a. Jerzy, zajty okrtem, wcale tego nie dostrzeg, pdzi tylko na
wierzchoek, woajc:
No, spieszcie si dziewczta, bo mi bar-dzo potrzeba drzewa.
Id, id, Saro mwia Nelly mnie ju daleko lepiej, id, siostrzyczko, bo tu idzie
o nasze ocalenie; ogie zgasn nie moe, a bie-dny Jerzy nie da sobie rady.
Sara posza, przygnieciona strasznem cierpie-niem, prawie nie wiedziaa, gdzie idzie i co robi.
Ach, ty leniuszku! zawoa Jerzy, wi-dzc j nadchodzc piesz si i dokadaj, czy nie
widzisz, w jakich tu jestem opaach.
I w istocie, biedny chopak spocony i zdy-szany, uwija si, zwczc rne suche gazie.
Przy pomocy Sary ogie wzmg si nie-zmiernie. Z okrtu dano znw ognia z dziaa, a przy wschodzcem
socu rozbitki ujrzeli pi-kny bryg wojenny z powiewajc flag zjedno-czonych trzech krlestw Wielkiej
Brytanji.
W godzin potem przybia szalupa do brzegu wyspy, a dowodzcy ni midszypman zadziwi si
niezmiernie, ujrzawszy' troje opuszczonych dziatek i owiadczy w imieniu kapitana, e je z najwiksz chci
zabiera do Anglji, gdzie wanie pyn.
Zgromadzono wszystkie ruchomoci rozbitkw dla zabrania ich do Europy. Dzieci poszy do
swojej wityni podzikowa Bogu za wybawie-nie z odludnej wyspy, na ktrej przez 27 mie-sicy zostaway.
Kapitan okrtu przyj dziatki z wspczu-ciem, sucha opowiadania ich przygd, a gdy wymieniy
nazwisko ojca, zawoa z najwyszem zadziwieniem:
Jakto! wy jestecie dziemi Johna Wood- bume, ktry, pync do Europy, zgin z ca rodzin? Czy
nie syszaycie od rodzicw na-zwiska Harrego Wighton?
I owszem odpowiedziaa Sara jest to wujeczny brat mojej matki i suy w krlew-skiej
marynarce.
Ja to jestem! ja, drogie dzieci! Jaki cud Boski sprowadzi mnie w te strony!
I pochwyci jedno po drugiem, tulc do lona i pokrywajc pocaunkami.
Sieroty znalazy przecie opiek i nie byy same na ziemi.
Wkrtce potem okrt rozwin agle i po czteromiesicznej egludze zawin do brzegw Anglji.
Ale biedna Nelly nie ujrzaa swej ojczyzny, umara w miecie. Cap, na przyldku Dobrej Nadziei i tam
grobowiec, ocieniony cienistym krzewem, pokrywa zwoki kochanego dzie-cicia.
Ani jej chwil ostatnich, ani alu Sary i Jerzego
t
nie chcemy opisywa, oszczdzajc smutku naszym czytelnikom.
Za powrotem do Anglji Harry umieci dzieci u swojej matki. Sara uczya si na pensji, a we dwa lata po jej
ukoczeniu wysza za Wiljama Wighton, syna kapitana Harrego. Jerzy w szko-ach i na uniwersytecie w
Cambridge koczy nauki i zosta prawnikiem; ale nigdy nie odzy-skali oboje swobody umysu, bo strata
rodzicw i ukochanej siostry zawsze bolenie tkwia w ich pamici, a nieukojony smutek towarzyszy im a do
mierci.
Emanuel Crespel
pord zlodowaciaych ziem Labradoru (173(>),
Na pnoc niezmiernych dzieraw Stanw Zjednoczonych rozcigaj si posiadoci korony angielskiej,
poczwszy od brzegw Oceanu Atlantyckiego a do Spokojnego. Rozlege te krainy kilkanacie razy
przewyszaj sw wiel-koci wyspy Brytaskie, lecz ludno ich sto-sunkowo jest bardzo maa, gdy dugie i
ostre zimy nie dozwalaj osiedla si czowiekowi, jak tylko w wskim pasie pogranicznym Stanom
Zjednoczonym.
Ogniskiem posiadoci angielskich s obie Kanady, wysza i nisza, dotykajce piciu ogromnych jezior
Ameryki pnocnej; ku wscho-dowi Nowy' Brunwik i Nowa Szkocja maj jeszcze nieco wicej mieszkacw;
na zachodzie bardzo mao, a ku pnocy cign si puste wy-brzea morza Lodowatego i mnstwo rozlegych
wysp, wskiemi pooddzielanych kanaami, na kt-
rych nietylko y, ale jedn nawet przepdzi zim, jest omal niepodobiestwem.
Kanada niegdy naleaa do Francuzw; po dugich wojnach, w przeszym wieku toczonych, Anglicy
wydarli j dawnym posiadaczom; lu-dno jednake do dzi dnia przewanie jest francusk, a jzyk tego narodu
wszdzie tam usysze mona.
Do pnocno-wschodniej granicy Kanady do-tyka obszerny pwysep trjktny, noszcy na-zw Labradoru.
Marynarz, zwabiony obfitoci ryb, morsw i psw morskich, goszczcych tu-mnie w wodach, otaczajcych
ten fWwysep, gdy si ku niemu zbliy, dostrzee wynurzajce si z poza mglistej opony strome i skaliste
brzegi,
0 ktre z wciekoci roztrcaj si spienione fale oceanu. Odstraszajcym tym kracom w zu-penoci
odpowiada wntrze. Na falistej powierz-chni pwyspu, zoonej z wzgrz i dolin, pustej
1 ponnej, nie dostrzeesz nigdzie ladu puga; jeziora i torfowiska gsto rozsiane, ciche i mar-twe, napeniaj
ci groz; gdzie niegdzie karo-wate gaiki i smtne wrzosy s jedyn rolin-noci wrd tej cmentarnej ziemi.
Ku poudniowi tylko, ponad odnog witego Wawrzyca, pa-nuje nieco wiksza czynno przyrody; tu mo-na
napotka lasy jodowe niskiego porostu; pnie tych wspaniaych u nas drzew s tu po-gite i pokrcone, kor ich
pokrywaj porosty
i mchy biae, w lesistych nizinach dysz ba- gniska, zk podczas lata pokryte zielonoci; jednem sowem,
caa kraina ma charakter dzi-wnie smtny, zupenie podbiegunowy.
Klimat jest nadzwyczaj surowy i nierwnie ostrzejszy, anieli we wszystkich okolicach kuli ziemskiej pod
t sam szerokoci geograficzn pooonych, tak dalece, e misja hernhutw w Nain, leca pod 57 stopniem
szerokoci p-nocnej, ma taki sam klimat, jak przyldek p-nocny (Nord Cap) w Laponji, lecy o 16 stopni
bliej bieguna.
Przez wiksz cz roku cay pwysep jest niegiem pokryty, a lodowce, nie topniejce nigdy, zajmuj
szczyty niezbyt wysokich wzgrz. Smutno tu i ponuro; oprcz koczujcych na pnocy Eskimosw na caym
ogromnym p-wyspie znajduje si zaledwie kilka osad euro-pejskich. Kernhuci zaoyli ich kilka midzy
Eskimosami i te maj nazw misji; na wy-brzeu wschodniem rybacy si osiedlili, lecz przebywaj tu tylko w
lecie, zim za chaty stoj pustkami. W gb kraju bardzo rzadko zapuszczaj si biali, unikajc tych smtnych
pusty; ku poudniowi, w grach Algonkinu, yj nieliczne plemiona Indjan, trudnice si gwnie polowaniem.
Futra ubitych zwierzt za-nosz na wybrzea morskie, wymieniajc je na rozmaite potrzebne im przedmioty, a
szczeglnie
na wdk, ktr namitnie lubi. Dzicy owi s bardzo zwinni, strzelaj wybornie z luku; liczba ich jednak,
mianowicie te w okolicach, gdzie si stykaj z plemieniem biatem, coraz bardziej si zmniejsza. '
Przed stu jeszcze laty w poudniowych stro-nach Labradoru i obu Kanadach yy bardzo liczne plemiona
Indjan, stanowice wiele maych ludw, znanych pod nazw Irokezw, Huronw, Onejdw, Mohikanw,
Algonkinw itd. W woj-nach, toczcych si pomidzy Anglj i Francj, jedne z tych ludw trzymay stron
pierwszej, inne wspieray drug; wojownicy ci straszni byli Europejczykom przez swe podstiy, mstwo, a
osobliwie znajomo kraju. Dzi ludno ta ogromnie si zmniejszya; jedne pokolenia wy-giny zupenie,
inne, liczce niegdy po parkro sto tysicy gw, dzi nie maj wicej jak dwa do trzech tysicy ludzi.
Gdy zczasem rasa czerwonych ludzi zupe-nie w tych stronach zniknie, nie pozostanie po niej przyszym
mieszkacom tej krainy nic in-nego, jak tylko nazwy gr, jezior i rzek, przez Indjan ponadawane.
Europejczykowie przejli prcz tego od dzikich sposb robienia odzi z kory brzozowej, nadzwyczaj rzadko
ulegaj-cych zepsuciu, a i w takim razie niezmiernie atwych do naprawienia. Czna te odznaczaj si
niezwyk lekkoci, tak dalece, e d, mo-
gc dwudziestu ludzi pomieci, dwch lub trzech silnych mczyzn z atwoci na barkach potrafi przenie.
Przy pomocy takich statkw jedynie mona podrowa po Kanadzie, przernitej mnstwem rzek, rzeczek
i jezior; zdarza si ich w cigu kilku mil przebywa kilkanacie; jeeli si czno zepsuje, kawaek drutu i nieco
smoy do napra-wienia jego wystarczy, a kory nigdzie nie za-braknie.
Kanada i gwna jej rzeka witego Wa-wrzyca, inne dawniej nazwisko nosiy. Jan Ba- razani, eglarz
woski, zostajcy w subie fran-cuskiej, obj t ziemi w posiadanie dla krla Franciszka I, na pocztku
szesnastego wieku i nazwa j Now Francj. W trzydzieci lat potem marynarz Jakb Cartior zapuci si w
gr rzeki witego Wawrzyca i da jej imi rzeki Nowej Francji. Odtd przez dwa wieki naleaa do
najznakomitszych osad francuskich, dopki nie dostaa si po dugich, jak wspomi-nalimy wojnach, w rce
Anglikw.
Podwczas i dzisiejsze Stany Zjednoczone byy osad angielsk, lecz do dzi dnia pomi-dzy niemi a
Kanad zachodzi niezmierna rnica. Ludno Stanw jest pochodzenia angielskiego i skada si z protestantw
rozmaitych wyzna, gdy tymczasem mieszkacy Kanady s Francu-zami i wyznaj religj katolick. Trzysta lat
pobytu w Ameryce nie zataro w potomkach pierwszych kolonistw pamici macierzystego kraju, ani te nie
wyrugowao jzyka, ktrego i dzisiaj jeszcze powszechnie tamtejsi mieszkacy uywaj. W owych czasach
duchowiestwo katolickie gwny rej wodzio w kraju; zakadao misje i klasztory i utrzymywao szkki, w
ktrych uczono zaledwie czyta i ka-techizmu.
Pomidzy Franciszkanami, znajdujcymi si w Kanadzie przy kocu zeszego wieku, byl take Emanuel
Crespel, ksidz arliwy, a obok tego bardzo agodny i poczciwy. On to skreli w roku 1-742 pobyt swj w
Kanadzie i przy-gody, jakich tam dozna. Dzieko bardzo zaj-mujce i ciekawe posuyo za materja do po-niej
zamieszczonego opisu.
W r. 1724 wypyn on z portu Rochelli do Ameryki i po ptrzeciamiesicznej podry wyldowa
szczliwie w Kwebeku, stolicy ni-szej Kanady. Po kilkudniowym wypoczynku Crespel zosta wysanym przez
swoich przeo-onych w gb kraju dla nawracania dzikich. Podczas dwunastoletniego pobytu pomidzy In-
djanami wyuczy si dokadnie jzyka Irokezw i Uaukw i pozna prawie ca Kanad; nieraz jako kapelan,
towarzyszc Francuzom w wy-prawach przeciwko zbuntowanym krajowcom, przyzwyczai si do znoszenia
ostrego
klimatu, godu i wszelkiego rodzaju niewygd, co mu si pniej bardzo przydao.
Nakoniec w r. 1736, zmczony dugoletni prac, poda prob do przeoonych zgroma-dzenia, aeby mu
pozwolili powrci do ojczy-zny, a kiedy si na to zgodzono, Crespel wsiad na okrt pyncy do Francji w dniu
3 listo-pada 1736 roku.
Statek w by prawie nowym, mia na po-kadzie czternacie dzia i znaczn osad. e-gluga odbywaa si
bardzo powoli, gdy wiatry przeciwne utrudniay pyw jego. Nakoniec dnia 14 listopada gwatowny wicher
rzuci okrtem na awic piaskow, odleg od ldu o p mili i spd roztrzaska; znajdowano si wtedy u po-
udniowego cypla wyspy Anticosti, lecej na-przeciwko ujcia rzeki witego Wawrzyca.
W chwili tego nieszczcia panowao wielkie zamieszanie na pokadzie. Wszyscy, kapitan, majtkowie i
podrni stracili prawie zmysy. Starszy tylko nad armat mia tyle przytomno-ci, e pochwyci kilka strzelb,
baryk prochu i skrzynk adunku. Zaczto spuszcza szalup na wod, moga ona obj przeszo dwadziecia
osb, lecz w popiechu zapomniano przymoco-wa utrzymujcych j sznurw. Lina na przo- dzie zerwaa si w
chwili spuszczania, d przechylia si raptownie, a wszyscy w niej bdcy znaleli mier w bezdniach
morskich.
Przygody eglarzy. 11
Po dugich i daremnych usiowaniach zdo-ano nareszcie dwign i osadzi szalup na morzu; lecz bya
tak mocno uszkodzon, e woda wdzieraa si do rodka; przytem gwato-wna nawanica dopenia miary
nieszczcia; deszcz la jak z cebra, a rozhukane morze tak silnie miotao statkiem, e rozbitki stracili wszelk
nadziej ocalenia.
Widzc oczywist mier przed sob, Cre- spel udzieli wszystkim oglnego rozgrzeszenia i piewa nad
nimi psalmy za konajcych; po-czer pomodliwszy si sam, obwin w paszcz i czeka spokojnie zakoczenia
tej katastrofy.
Jednake nie przyszo do ostatecznej zguby; wanie wcieko bawanw ocalia szalup; ogromna fala,
porwawszy j na grzbiet, z szyb-koci byskawicy poniosa ku brzegowi i a na ld rzucia; a chocia niejeden
dozna szwanku, przecie nikt nie utraci ycia. Ktry z majt-kw pochwyci lin szalupy w chwili, gdy j fale
napowrt porwa miay i tym sposobem ocali statek, majcy wszystkim pniej odda niemae usugi.
Skoro rozbitki przypatrzyli si dobrze miej-scu, na ktre ich morze wyrzucio, poznali, e si nie znajduj
na wyspie Anticosti, ale na in-nej awicy, oddzielonej od ldu wskim kana-em; nie bez niebezpieczestwa
powiodo si im przeby t gbok cienin, a przeniesienie rze-
czy niezmiernie utrudnio przepraw. Kiedy ju znajdowali si w bezpieczestwie, rozpalili ogni-sko, eby si
rozgrza, lecz nie byo to tak a-two, bo o tym czasie zima ju tutaj potnie panuje. Wyspa Anticosti ley
wprawdzie pod tym samym stopniem szerokoci pnocnej, co miasteczko Bochnia w Galicji, ale klimat jej jest
tak surowym, jak u nas w pnocnej Szwe-cji. Wiatry pnocno-wschodnie napdzaj tu od pocztku jesieni
takie masy kry od biegunw, e zima zaczyna si wczeniej, trwa duej i jest daleko, ostrzejsz, anieli byby
powinna. Z tego te powodii wyspa ta, rozlega na 115 mil kwadratowych, zamieszka jest w tera-niejszych
czasach przez kilka zaledwie rodzin; w owej jednak epoce, kiedy si na niej rozbi Crespel, ywa dusza nie
znajdowaa si na niej. Gste bory, bagniska, niziny zarose wrzosem
i nagie skay, o ktre roztrcay si spienione fale, nadaway pospne i przeraajce wejrzenie tej pustej
krainie.
Po poudniu, kiedy morze uspokoio si nieco, jeszcze sze osb dostao si do ldu; na po-kadzie byo
oprcz tych, siedmnastu. Rozbitki na wyspie nie mieli najmniejszej odrobiny y-wnoci, caa ich nadzieja
spoczywaa w zapa-sach okrtowych. Trzeba byo koniecznie do-sta si napowrt do statku, a uszkodzona sza-
lupa nie moga utrzyma si na wodzie, prze-
ir
dewszyskiem wic wzito si do jej naprawy. Na tej robocie zeszo do nocy. Mrz dotkliwy, pomimo
rozpalonych ognisk, tak dokucza bie-dakom, i sdzili, e do rana nie wytrzymaj; pozostali przy okrcie byli
przynajmniej pod dachem i mieli pociel.
Nad ranem morze uspokoio si zupenie; na-tychmiast dwch majtkw wsiado w czno
i popyno do okrtu. Wkrtce powrcili stam-td szczliwie i przywieli z sob narzdzia ciesielskie,
smo, topory i agle. Z ostatnich rozbito duy namiot dla zasonicia si od wi-chru .niegu, ktry ostatniej
nocy spad wyej okcia. Nastpnie zgodniaa rzesza posilia si ywnoci, przywiezion z okrtu, ale obcho-
dzono si z ni oszczdnie, aeby na jak naj-duszy czas wystarczy moga.
Kady z uratowanych otrzyma sze utw solonego misa, nieco buljonu i troch jarzyn. Przez dzie
nastpny pracowano nad sporz-dzeniem szalupy; drzewa dostarczy im las s-siedni, a kiedy statek by gotw,
zgromadzili si wszyscy na narad, gdzie si obrci.
Na okrcie znajdowao si wprawdzie zapa-sw na dwa miesice, lecz na nieszczcie suchary podczas
rozbicia cakiem rozmoky, a reszta pokarmw bya popsut. Po obliczeniu okazao si, e przy najwikszej
oszczdnoci ywnoci nie wystarczy na duej jak na sze
tygodni; jeeliby przed upywem tego czasu nie udao si rozbitkom opuci wyspy, lub Bg im nie zesa
ratunku, mier godowa groziaby wszystkim.
W tej porze roku prawie nigdy okrty eu-ropejskie nie przepyway koo wyspy, zatem trudno byo si
spodziewa ratunku od ludzi. Mrz, nieg, gd, niewygody i choroby sprzy-sigy si na nieszczliwych
rozbitkw. nieg pada dzie i noc i pokry wszystko biaym ca-unem; mniejsze strumienie zamarzy, a wzdu
brzegw ukazyway si gste kry, pdzone od pnocnego bieguna; ta ostatnia okoliczno naj-bardziej trwoya
osad, gdy lkali si, aby zamarzajce przy brzegu morze nie oddzielio ich wkrtce od caego wiata; trzeba
wic byo co postanowi jak najprdzej. Na odbytej na-radzie Crespel zaproponowa, aby uda si do Mingan,
osady francuskiej zimowej, pooonej na poudniowo-wschodnim brzegu Labradoru; aeby si tam dosta,
naleao opyn ca wy-sp Anticosti i przeby kana na dwanacie mil szeroki.
W chwili odjazdu, wana zasza przeszkoda. Szalupa i mae czno nie mogy pomieci wi-cej ludzi jak
trzydzieci, wszystkich za razem byo pidziesit cztery. Powsta spr, ktry Crespel stara si zaagodzi,
radzc, aby cz odpy-na, zostawiwszy wicej ni poow ywnoci
/
pozostaym, a gdy si uda szczliwie dosta do osady francuskiej, eby wysiali stamtd okrt z pomoc swym
opuszczonym wspbraciom. Rady tej nie chcieli usucha ci, ktrym zale-ao na jak najprdszem opuszczeniu
wyspy. Wkocu jednak, kiedy ich zapewni, e jak tylko doprowadzi szalup do miejsca przezna-czenia,
natychmiast sam po nich powrci, zde-cydowao si 24 osb pozosta na wyspie Anti-costi.
Przed odjazdem franciszkanin odprawi ofiar Mszy witej. Przemoczone szaty kapaskie wy-suszono
przy ogniu; potem mial wzruszajce kazanie, w ktrem napomina rozbitkw, aby z wytrwaoci znosili
dopuszczenie Boe i mieli ufno w nieskoczonem miosierdziu Stwrcy. Kiedy nadesza chwila odjazdu,
wszyscy zalali si zami i egnali si wrd gonego kania
i nie dziw, bo to byo dla niejednego ostatniem poegnaniem; mao ktry mia zobaczy swych braci.
Pozostali przeprowadzili na brzeg odje-dajcych i stali na nim, dopki im z oczu nie znikli.
Dnia 27 listopada oba statki opuciy wysp Anticosti; w szalupie znajdowao si siedmnastu, w bacie
pitnastu; przez pierwsze dni pogoda
i wiatr sprzyjay eglarzom, mrz tylko doku-cza im nieznonie, a przytem skpa ilo y-wnoci nie
wystarcza'a na utrzymanie si i cie-
pa wewntrznego. Co wieczr wysiadali na brzeg dla przenocowania, a budzili si z rana cakiem przykryci
niegiem. Drugiego grudnia zawy wicher poudniowo-wschodni, pdzc oba statki ku wybrzeom Labradoru i
wkrtce roz-dzieli bat od szalupy. Crespel, znajdujcy si w niej, nakoni towarzyszw, aby okoo przy-ldka,
zachodzcego gboko w morze, oczeki-wali na bat, lecz gdy si nie pokazywa, po-pynito dalej. Podczas tego
czekania zastrze-lono kilka lisw, ktre marynarze z wielkim apetytem spoyli, oszczdzajc przez to innej
ywnoci.
Wicher tymczasem uspokoi si, lecz inne niebezpieczestwo grozio; okoo ldu nagroma-dzao si coraz
wicej lodw i lada chwila sza-lupa, moga by rd nich uwizion. Z nad- ludzkiem wyteniem pracowali,
aby si oprze nadpywajcym krom, lecz jednego poranku obudziwszy si spostrzegli ze strachem, e sza-lupa,
otoczona dokoa ogromnemi krami, nie moe si z miejsca poruszy. Nie pozostawao teraz jak tylko puci si
pieszo ku osadzie Mingan, albo te w miejscu oczekiwa nadej-cia wiosny.
Byli tacy, ktrzy bd co bd chcieli ko-niecznie natychmiast wyruszy dalej, przeko-nali si jednak
wkrtce, e podobny zamiar byby prawdziwem szalestwem; wzmagajcy
l
I
si mrz przyprawiby niezawodnie wszystkich
o mier; postanowiono przezimowa w miejscu, gdzie si znajdowali.
Wybrano na zaoenie zimowiska miejsce
o ile by moe najbardziej zasonite od wia-tru pnocnego i wschodniego. W pobliu znaj-dowa si las
jodowy. cito drzewa tyle, ile potrzeba byo na wystawienie trzech chat; je-dna miaa suy na mieszkanie
kapitanowi, dwom oficerom i ksidzu; druga dua dla majt-kw, trzecia na przechowanie ywnoci i na-rzdzi.
Powiedzielimy wyej, e dwudziestu czterem rozbitkom na wyspie Anticosti pozosta-wiono znaczniejsz cz
ywnoci. Cay zapas wzity na szalup skada si z paru baryek mki, misa solonego i grochu.
Dowodzcy statkiem postanowi, e spiar-nia ma by otwieran w obecnoci wszystkich, a to dlatego,
aeby adne wzgldy miejsca mie nie mogy i kady rwno otrzyma. Rozdzia poywienia urzdzono w ten
sposb: rano goto-wano zup z dwch funtw mki w niegowce, na wieczr dwa funty misa solonego, take
na zup, zaprawion p funtem mki. Dwa razy w tydzie dodawano jeszcze par garci gro-chu. ywno t
rozdzielano na siedmnacie r-wnych porcyj, aeby nikomu krzywdy nie byo. Byo to wprawdzie poywienie
bardzo ndzne, lecz dostateczne do zachowania ycia. Wkrtce
atoli biedaki zaczli chorowa, gdy om lutw strawy dziennej nie wystarcza na utrzymanie si czowieka
dorosego.
Rozpacz ogarna wszystkich, kady bowiem widzia mier przed oczyma; wkrtce tak na siach upadli, e
zaledwie byli w stanie odgar-n nieg z przed drzwi chat swoich i narba drzewa na opa. Ubiory ich byy w
jak najgor-szym stanie, a jedynem naczyniem do gotowania jada, stary kocio; jeeliby jednak udao im si
wytrzyma do koca kwietnia, to jest przez pi miesicy, to mogli mie nadziej uratowania si, po ustpieniu
lodw, na swej szalupie.
Dusz caego towarzystwa by pobony ka-pan; wzruszajcemi naukami, mdr rad i energj umia
powstrzymywa od rozpaczy swoich wspbraci. Co wieczr zgromadza wszystkich na wspln modlitw. W
wita Boego Narodzenia odprawi uroczycie Msz wit, a nastpnie mia pocieszajce kazanie, w ktrem
pobonych upomina, aeby mieli niezachwian ufno w miosierdziu Boem, a cierpliwie oczekiwali, rycho
Stwrca raczy wyzwoli ich z okropnego pooenia.
Rok 1737, w ktrym cierpienia rozbitkw miay doj do najwyszego stopnia, rozpocz si bardzo
smutno. W sam dzie Nowego roku gwatowna ulewa, podobna do oberwania si chmury, nawiedzia ca
okolic i przemoczya
.wszystko, co znajdowao si w chaach; lecz wiksza jeszcze klska spotkaa wygnacw; przez par dni
deszcz la jak z cebra, roztopi niegi dokoa, a w kocu i lody nadbrzene: wicher zacz pdzi kry od ldu a
wraz z niemi i szalup, jedyn nadziej zbawienia, porwa na morze.
Mona sobie wystawi przeraenie nieszcz-snych, gdy ujrzeli si pozbawionymi jedynego rodka
ocalenia. Wszyscy zaczli na gos szlo-cha, a Crespel niemao uy trudw, zanim mu si powiodo uspokoi
nieco rozpaczajcych. Pitego stycznia, kiedy burza uspokoia si nieco, kapan odprawi naboestwo, a potem
zdoa namwi dwch towarzyszw, aeby si udali na zwiedzenie pobliskich zatok, czy przypad-kiem do
ktrej wiatr nie zapdzi zbawczej sza-lupy. Zaledwie miny dwie godziny, ujrzano obydwch powracajcych z
wesoemi okrzykami. W pobliu osady rozbitkw dwaj majtkowie na-trafili na indyjski namiot, a w nim znaleli
sie-kier i nieco soniny z psa morskiego, obok za w zatoce dwa due czna z kory drzewnej. Zdobycz ta
powrcia strapionym spokojno; widoczn byo rzecz, e okolica tutejsza tylko w zimie stoi pustkami, na
wiosn za odwie-dzaj j Indjanie.
Dwaj majtkowie, zachceni powodzeniem do- znanem, na drugi dzie rano zrobili now
wycieczk, a ta nic wysza im na niekorzy, bo nietylko znaleli szalup w bliskiej zatoce, ale nadto ca
skrzyni powrozw, ktr morze tam wyrzucio. Dziesitego stycznia, wszyscy mogcy utrzyma si na nogach
poszli ku zatoce, aeby szalup napowrt sprowadzi, lecz dokaza tego nie mogli, albowiem statek znowu
przymarz i nie da poruszy si z miejsca.
Powrt do domu byl bardzo uciliwym, mrz chwyci tak silny, e przemarzli do koci; jeden z majtkw
upad, nie mogc kroku dalej postpi; koledzy przynieli go wplmartwego do chaty, gdzie w par godzin
odda ducha. Tego samego dnia zakoczy ycie ciela okr-towy z przezibienia i upadku si. Nierwnie
straszniejszym by dzie 16 stycznia; z rana umar kapitan okrtu, po nim dwch majtkw, a nad wieczorem
artylerzysta; nakoniec 24 lu-tego jeden z najmodszych towarzyszw wy-gnania poegna braci swoich na
zawsze.
Mona sobie wyobrazi, jak strasznie te li-czne wypadki mierci musiay dziaa na po-zostaych. Z sercem
przepenionem trwog i na-dziej oczekiwali wiosny, aeby jak najprdzej opuci zowrogie miejsce. Nowa
klska o mao reszty nie pozbawia ycia. Dnia 6 marca po-wstaa taka nieyca, e chata, w ktrej miesz-ka
ksidz, zupenie zostaa zasypan. Z naj-
t
wikszem wysileniem Crespel, przy pomocy dwch swoich wspmieszkacw, zdoa prze-kopa si do chaty
majtkw, a e burza nie ustawaa i ogie wygas, musieli wszyscy prze-pdzi dni cztery bez opau i prawie bez
po-karmu.
nieg pada tak obficie, e ani mona byo pomyle o wychyleniu si z chaty, aby przy-nie ywnoci:
nareszcie czwartego dnia, kiedy ju ostatek spoyli, naleao koniecznie co po-radzi, gdy wszystkich czekaa
mier nieod-zowna. I tym razem, gdyby nie Crespel, wszy- scyby marnie zginli. Zmusi on prawie gwa-tem
trzech swoich towarzyszw, aby si z nim udali do skadu ywnoci; przez kwadrans tylko pracowali dla
usunicia niegu, zawalajcego wnijcie, a ju w tak krtkim czasie dwaj majt-kowie przemrozili sobie rce i
nogi i wkrtce potem wyzionli ducha. Przy wzrastajcym mro-zie tene sam los czeka innych, jeeliby nie
zdoano ognia roznieci; znowu na namow ksi-dza poszo z nim dwch do lasu i przynieli nieco drzewa, lecz
nad wieczorem skoczy si ten zapas, a jeden majtek z przezibienia umar.
Poniewa w wikszej chacie, gdzie dotd przebywali, zimno nader dotkliwie czu si da-wao, postanowili
przenie si do mniejszej, a wic atwiejszej do ogrzania. Przeprowadzenie chorych byo nadzwyczaj trudnem.
Dwch z nich
umaro; pogrzebani przy dawnych towarzyszach w niegu. Tymczasem i na ywnoci poczo zbywa; cay
zapas skada si z siedmiu funtw misa, trzech funtw soniny, dziesiciu grochu i siedmiu funtw wiec
ojowych. Crespel i Le- ger, pomimo mrozu, udali si na brzeg morski dla wyszukania muszli; powiodo im si
to nad-spodziewanie, a nowy ten pokarm szczeglnie te sabym, bardzo by podanym.
Chorzy znajdowali si w najopakaszym sta-nie; na caem ciele pokryci ranami, wychudli jak szkielety, z
odmroonemi rkami i nogami, jczli na posaniu, wijc si z boleci. O! jake okropny by stan tych
biedakw, oddalonych od ojczyzny i krewnych, cierpicych straszliwie, a nie majcych nadziei wyzdrowienia i
powrotu do swoich!
Jednego dnia, kiedy mrz nieco zwolnia, Crespel wyszedszy przed chat usiad na prze-wrconej kodzie i
odmawia poranne modlitwy. Wtem zdao mu si, jakoby usysza w odle-goci strza z fuzji. Przez chwil
sucha z na-teniem, e jednak ju nieraz jaki huk sysza, a nigdy nie dostrzeg ludzi, przeto mniema, e i
tym razem udzi go podobiestwo. Po chwili ujrza wychodzcego z lasu Indjanina w towa-rzystwie ony.
Byl to waciciel namiotu, ktry znaleziono opoda osady. Crespel, umiejcy, jak wiadomo,
po indyjsku, opowiedzia mu, w jak nieszczli-wym znajduj si stanie. Dziki obejrzawszy cho-rych, przyrzek
nazajutrz dostarczy im zwie-rzyny, lecz w nocy znikli oboje, zabrawszy z sob jedno czno. Skoro to
spostrzegli osadnicy, na-tychmiast drugie gboko w niegu zagrzebali.
Niejednego z czytajcych zapewne oburzy niegodny postpek Indjanina; jednake to mo-emy powiedzie
na jego usprawiedliwienie, e widok chorych przej go bojani, aby sam nie pad ofiar zarazy. Przed
przybyciem Europej-czykw do Ameryki krajowcy nie znali chorb zaraliwych, mianowicie te ospy, ktra
naj-mniej poow pierwotnej ludnoci indyjskiej wy-niszczya. Dziki myliwiec wola umkn, ani-eli siebie i
on naraa, jak mniema, na mier pewn.
I znw przeszo kilka tygodni w ndzy i cier-pieniach ; rozbitki z kolej wymarli, wyjwszy Crespela,
Legera i Fersta. Co si stao z pi-tnastoma znajdujcymi si w bacie i dwudziestn czterema pozostawionymi na
wyspie Anticosti,
o tem trzej nasi wygnacy nie wiedzieli. Ci bie-dacy ywili si muszlami znajdowanemi na mor- skiem
wybrzeu, a trzy funty szynki, reszt za-pasw stanowice, uwaali za najwikszy skarb. Z kadym dniem
pooenie ich stawao si nie- znoniejszem; nareszcie za wspln narad po-stanowiono wsi w czno i uda
si na wy-
szukanie Indjanina. Ugotowawszy szynk i na-piwszy si huljonu, mieli ju wsi w dk, gdy zapach szynki
do tego stopnia ich podra-ni, e nie pomnc na straszne pooenie w mgnie-niu oka j z niezmiern poarli
chciwoci, tak wic nie pozostao im ni, na drog. Puszcza si cznem bez ywnoci byoby szalestwem; na
odbycie podry pieszo si nie starczyo. Nie pozostao wic nic innego jak przygotowa si na mier.
Crespel upadszy na kolana, zacz si w gos modli: O Boe! woa, jeeli taka Twoja wola, aebymy
wszyscy ulegli temu samemu losowi, co czternastu naszych braci, to nie odwcz du-ej mierci, niech si
wypeni Twa wita wola, nie dozwalaj, abymy wprzd zwtpili w mio-sierdzie Twoje, zanim pomrzemy!...
Przyzwij nas do siebie, jestemy gotowi bez alu ten wiat poegna; ale, o Panie! jeeli inaczej postano-wie,
jeeli jeszcze y mamy, tedy zelij nam pomoc i daj siy do zniesienia bez szemrania Twych odwiecznych
wyrokw.
Zaledwie, pisze Crespel, skoczyem modli- tw, gdy da si sysze wystrza, na ktry od-powiedzielimy
natychmiast. Strza ten pocho-dzi od innego Indjanina, waciciela drugiego czna. Poniewa dowiedzia si
od swego wspl- plemiennika o nieszczsnem naszem pooeniu, przeto wystrzeli, aby si przekona, czy
jeszcze

yjemy. Skoro w tym wzgldzie nabra pewno-ci, przelk si i zemkn, pozostawiwszy je-dnak w lesie duy
kawa niedwiedziego misa, wzity dla siebie na drog.
Pomimo osabienia Crespel i Leger pucili si za nim w pogo, przebyli strumie przerzy-najcy drog,
ktr ucieka, i nad wieczorem docignli go. Nie byoby im si to powiodo, gdyby nie okoliczno, e dziki
mia z sob sie-dmioletniego chopca, ktry mu w ucieczce na-dy nie mg. Dwaj dobrze uzbrojeni Euro-
pejczykowie przeciwko jednemu dzikiemu byli gron potg, zwaszcza, e rozpacz podwajaa ich si i
odwag. Wymierzyli na niego swe strzelby i zadali gronie, aby im ywnoci do-starczy.
Indjanin nie myla wcale o oporze, lecz z wylk min zapyta napastnikw, czy wszy-scy chorzy
wymarli. Skoro dowiedzia si, e tak byo i e teraz moe bez najmniejszej obawy zbliy si do chat, nawrci
si i pokaza roz-bitkom ukryte miso niedwiedzie. Poarli wik-sz cz natychmiast na surowo, a reszt
ponie-li choremu Ferstowi, ktry nie by w stanie im towarzyszy. Pokrzepieni na siach, ruszyli na-tychmiast
zpowrotein, wiodc z sob Indja- nina z on i synem. Na drugi dzie rano wy-ruszyli wszyscy trzej ku
brzegowi morskiemu, poprzedza ich dziki z on, ale chopca zatrzy-
mali pomidzy sob, jako zakadnika, eby im starzy nie umknli. Kiedy dosigli brzegu, Indjanin spuci z
plecw na ziemi czno z kory brzozowej, lecz to mogo unie za-ledwie cztery osoby, dziki wic owiadczy,
e tylko ksidza zabra moe. Leger i Ferst, bojc si by opuszczonymi, nie chcieli na to pozwoli; Crespel
przyrzek im najuroczyciej, e jak tylko dostanie si do osady indyjskiej, natychmiast wyszle im pomoc; znali
oni pra-wy charakter kapana, a wic mu zawierzyli i zgodzili si, eby popyn, sami za szli pieszo brzegiem
morza, patrzc wci za kruch odzi. Po pewnym czasie dziki przybi do ldu; ksidz mniema, e on to czyni
dla wypoczynku; lecz oboje, przywizawszy sobie ukradkiem do ng drewniane ywy, po-rwali chopca i
czno na barki i z tak nad- v miern szybkoci pucili si po zmarzym niegu, e Crespel nie mg nawet
marzy o ich docigniciu.
Pobiegszy za uciekajcymi, zaraz z poczt-ku pogoni upad na ziemi i ^skaleczy nog. Leger nadszed
tymczasem powoli, zostawiwszy Fersta, nie mogcego i tak prdko; obadwaj z ksidzem postanowili i za
ladem zostawio-nym od yew na niegu. Jeszcze nie uszli dwu-stu krokw, gdy w powietrzu rozlegy si trzy
strzay, tu po sobie nastpujce; szybko udali
Przygody eglarzy. 12
si w tym kierunku i dostali si szczliwie do wielkiej chaty indyjskiej.
Wdz indyjski, mieszkajcy w niej i mwicy niele po francusku, przyj nieszczliwych tu-aczy bardzo
gocinnie i przyrzek sw pomoc jak najskwapliwiej. Poczem stara si usprawie-dliwi swych podwadnych,
tumaczc, e jedy-nie przez boja chorb zaraliwych opucili biaych, on za, dowiedziawszy si o tem, na-
tychmiast da trzy strzay, aby zbkanym wska-za kierunek, w jakim uda si maj, aby do jego chaty trafi
mogli.
Ferst, ktrego rd nocy znale nie byo mona, przywlk si niezmiernie zmczony do-piero nastpnego
ranka, a doznawszy rwnie gocinnego przyjcia, wkrtce przyszed do siebie.
Przez dwa dni uratowani przebywali w cha-cie lndjan, przecigajcych si w ich pielgno-waniu; misa
niedwiedziego i reniferowego byo do zbytku, a wic wynagrodzili so--, bie sowicie proczny gd i. prdko
odzyskali siy.
Trzeciego dnia, zaopatrzeni w cieple kou-chy, wsiedli w du d, kierowan przez in-dyjskiego wodza,
ktry ich szczliwie przy-wiz do Mingan, gdzie w dniu 3 maja wyl-dowali. Pierwsz osob, ktr tu Crespel
na-potka, by jego przyjaciel Volant, u niego wic
zamieszka, doznajc jak najtroskliwszego piel-gnowania.
Indjanin, za uratowanie trzech biaych, otrzy-ma hojny podarek w wdce i tytoniu i by z niego bardzo
zadowolony. Crespel, majc na myli wci towarzyszw, pozostawionych na wyspie Anticosti, w kilka dni po
przybyciu do Mingan wsiad na okrt i popyn im na ra-tunek.
Z dwudziestu czterech rozbitkw piciu tylko ocalao, reszta wymara. Przebyli oni takie same cierpienia,
jak ksidz i jego towarzysze na pu- stem wybrzeu Labradoru. Jeden z nich umar ju po przybyciu
wybawczego statku, napiwszy si cokolwiek wdki; pozostaych przewieziono do osady francuskiej.
Po powrocie z Anticosti, nowa wyprawa udaa si na wyszukanie zaginionego batu, a kilka trupw,
znalezionych na wybrzeu, byo jedy-nym owocem tej wyprawy, tak, e z pidzie-siciu czterech osb,
ocalonych po rozbiciu si okrtu francuskiego, zaledwie siedm doyo na-stpujcego roku.
Emanuel Crespel pozosta jeszcze przez sze tygodni w osadzie Mingan, poczem uda si do Kwebeku,
skd dopiero w padzierniku r. 1738 do Francji odpyn. Na pocztku grudnia wy-ldowa szczliwie na
brzegi Francji i wkrtce potem zacign si jako kapelan do armji kr-
12*
lewskiej, pod dowdztwo marszaka Mallebois, . a nastpnie, wystpiwszy ze suby, osiad w Paderbornie,
gdzie w roku 1742 wyda dzieko
o swoich przygodach, z ktrego autor czerpa niniejsze opisanie.
Teksas.
(Opowiadanie amerykaskiego podrnika.)
I.
ycie Europejczykw, zakadajcych osady w zachodnich puszczach Stanw Zjednoczonych, pene trudw
i wszelkiego rodzaju niebezpie-czestw, stanowi jedno nieskoczone pasmo wy-padkw, ktre dla braku
opisujcych nietylke gin dla potomnoci, ale nawet wspczenie y-jcym nie s wiadome; a jednake tyle
tam po-wice i odwagi, tyle osobistego mstwa i wy-trwaoci, e podobne walki zaledwie spotyka mona,
czytajc dzieje staroytne, albo rednio-wiecznych awanturnikw przygody.
Nieustanna walka, trudy i niebezpieczestwa nadaj hart duszy i si ciau, nierzadko te pomidzy
osadnikami natrafia si ludzi elaznej woli i niezmordowanej siy.
Jednym ze szkicw tej zachodnio-ameryka- skiej epopei pragniemy podzieli si z czytel-nikami.
Przed czterdziestu laty Stany Missuri i Ar- kanzas, dzi zaludnione, licznemi miastami i wsia-mi pokryte,
byy niemal guch puszcz. Strzelcy, jedynie amerykascy, zwabieni mnstwem zwie-rzyny, zapuszczali si w
pierwotne lasy; ale panami ich byy plemiona indyjskie, dzikie i podwczas dosy liczne. Indjanie, rozjuszeni na
Europejczykw, posuwajcych si wci coraz dalej na zachd i zagarniajcych ojczyste siedziby odwiecznych
posiadaczy, prowadzili z strzelcami nieustann i mierteln walk, a kade zetkni-cie si plemienia
kaukaskiego z amerykaskiem koczyo si obfitym krwi rozlewem.
W okrgu wczesnym Missuri, w guchym borze pierwotnym, przebywa okoo 1840,r. strze-lec James
Moore. Oeni si przed pitnastu laty z ubog i modziutk panienk, a Bg zwizek ich pobogosawi
kilkorgiem dzieci. Cay maj-tek obojga skadaa chata, z grubych pni zbu-dowana, i kawaek roli. Ko, krowa i
pies sta-nowiy inwentarz; par tapczanw, st i stoki siekier wyciosane, nieco naczy kuchennych, oraz
strzelba, wszystkie ruchomoci; pomimo to osadnicy nie doznawali wcale biedy, gdy James, przepdzajc cae
dnie w lesie, bi dosy zwie-rzyny, a zamieniajc w miasteczku wdzone miso i skry na ow, proch, sl,
herbat i mk, dostatecznie we wszystkie potrzeby zaopatrywa rodzin.
Wkrtce jednak dzielny strzelec nagle umar, a z nim pomylny byt rodziny niezmiernej uleg zmianie.
Fanny, biedna wdowa, znalaza si w roz- paczliwem pooeniu. Sama jedna wrd puszczy, obarczona
szeciorgiem dzieci, z ktrych najstar-sza crka czternacie, a najmodszy synek dwa lata liczy, zmuszon bya
stara si o ich wy-ywienie. May kawaek roli, na ktrym nieco zboa siewano, nie mg wystarczy na utrzy-
manie licznej rodziny. Inna kobieta na miejscu Fanny byaby gow stracia; ale mio dziatek podwoia si
nieszczliwej wdowy. Postanowia ona wyuczy si strzela i wkrtce przy usilnej i niezmordowanej pracy
wyrwnaa najlepszym strzelcom w caym okrgu. Odtd codzie wy-chodzia na owy, a tym sposobem
nietylko do-starczaa dzieciom poywienia, ale za skry, po-dobnie jak m, otrzymywaa z miasta rne
zapasy.
Niedugo jednak trwa ten stan pomylny. Liczni osadnicy, zwabieni yznoci gruntw w Missuri i
Arkanzas, poczli gromadnie ciga si w te strony. Paday odwieczne dby i nie-botyczne jody pod ciosami
siekier europejskich, a na miejscu lasw powstaway miasta i wioski. Wystraszona zwierzyna pierzcha na
zachd; tym sposobem dla Fanny wyschy rda za-robku. Energiczna niewiasta nie opucia rk i postanowia
przenie si w inne okolice, kdy
jeszcze roiy si stada bawow i jeleni, gdzie przesuway si w gszczu szopy i niedwiedzie, gdzie moga y
w dostatku z liczn rodzin. Sprzedaa wic chatk i rol, a za to kupiwszy wz i cztery woy, udaa si z
rodzin na zachd.
Nie byo co robi w Arkanzas, gdzie ju po-kazyway si osady biaych, zapucia si w nie-przebyte lasy,
zalegajce Teksas, wczesn me-ksykask prowincj, a wynalazszy stosowne miejsce, wezwaa pomocy
dwch przechodzcych osadnikw, ktrzy za dwa woy wybudowali chat i now zaoyli siedzib.
Teksas by rajem myliwcw. Mnstwo zwie-rzyny zamieszkiwao ogromne przestwory lasw i bez
wszelkich trudw mona byo z atwoci zaspokaja potrzeby, a nawet nieco oszczdza.
ycie rodziny upywao przyjemnie; podra- stajce dzieci pomagay matce w zatrudnieniach. Betsy
zajmowaa si kuchni i sporzdzaniem odziey, a dwunastoletni John towarzyszy czsto matce do lasu i uczy
si polowa.
Jedna tylko myl ciya na sercu biednej wdowie. Dzieci jej rosy, a nie moga im adnego da
wyksztacenia. Porzuci pustyni byo atwo, ale z czeg utrzyma si w miecie? W lasach ywnoci im nie
brako, odziey dostarczay skry bawole i jelenie; tymczasem w miecie w sk-rach chodzi niepodobna, a na
clileb zarobi ja-kim sposobem? A przecie tych maych istot nie
mona zamyka na zawsze w obszarach lenych; gdyby kiedy uday si pomidzy ludzi, c bd tam robiy, z
czego y bd, nie majc wik-szego wyksztacenia, jak czerwono-skrzy In- djanie?
Sama wprawdzie umiaa czyta i pisa, lecz od 14-stu lat ksiki nie widziaa, kto wie, czy jeszcze pamita
ksztat i nazw gosek? Myli te nie daway zasn biednej wdowie. Dugo jeszcze atoli yaby w niepewnoci,
nie wiedzc co pocz, gdyby nie nastpujce zdarzenie.
Jednego razu, wrciwszy z miasteczka Little- Rock, przyniosa sl obwinit w gazet. Dzieci, ujrzawszy
papier, osupiay z zadziwienia, i z naj-wiksz ciekawoci przypatryway si nieznanym czarnym znaczkom,
pokrywajcym wielki arkusz, nakoniec John, pochwyciwszy gazet, zawoa:
Kochana matko! powiedz nam, co znacz te czarne obrazki?
Mj chopcze odpowiedziaa Fanny to jest gazeta. Kto umie poznawa czarne znaczki na
papierze, ten moe wiedzie, co si na caym wiecie dzieje.
Ach! naucz nas tego matko! rzek John mybymy tak pragnli dowiedzie si co o wiecie,
ktrego zupenie nie znamy.
Dobrze, dobrze, naucz was, ale pniej, bo sam widzisz, e teraz najlepsza pora do po-lowania i
nie mam wcale czasu.
To rzekszy, wysza z chaty, ukrywajc zy, spywajce po twarzy. O! cby daa za to, gdyby moga
przypomnie sobie umiejtno czytania, eby moga udzieli jej biednym swym dziatkom. Z niecierpliwoci
oczekiwaa wieczora, aby by sam, a gdy dzieci spa poszy, Fanny, zapaliw-szy kaganek, zacza prbowa,
czy nie potrafi odczyta cho kilka wyrazw. Z pocztku ra-do napenia jej serce, albowiem przekonaa si,
e pamita litery... C z tego, kiedy z liter ani jednego swka zoy nie moga. Jeszcze wit zasta j nad
gazet. Doznany zawd tak napeni boleci biedn matk, i niadania nie tkna i, zaledwie par sw
przemwiwszy do dzieci, raniej ni zwykle wysza z chaty. Zga-dnijcie czytelnicy, dokd? Oto do miasta dla
zakupienia elementarza, ktry spodziewaa si atwiej odczyta.
Odtd na chwil nie rozstawaa si z ksik; udajc si na owy, braa j z sob i nieraz w godzinach
spoczynku staraa si przypomnie sobie to, czego j niegdy matka uczya. I w isto-cie,* powiodo si jej
odczyta wiele pojedynczych wyrazw, ale jednak zdania caego nie moga zrozumie z prostej bardzo
przyczyny, e piso-wnia angielska jest bardzo zawikana i zupenie rni si od wymawiania.
Ale Opatrzno, czuwajca nad wszystkimi, zesaa stroskanej matce niespodziewan pomoc.
Jaki myliwy, dcy na poudnie, wstpi do chaty Fanny Moore, szukajc schronienia przed burz. Ody
wdowa, ualajc si nad swem od-osobnieniem od wiata, zwierzya mu wszystkie zmartwienia, a osobliwie
niemono nauczania dzieci, wdrowiec natychmiast uspokoi j, ofia-rujc si zabawi dni kilka i
przypomnie jej czytanie. Jak powiedzia, tak si stao, a wkrtce Fanny z najwiksz radoci nietylko cay ele-
mentarz, ale i ow gazet biegle czyta ju moga.
Tym sposobem wkrtce rozpocza nauk dzieci. Codziennie wieczorem po powrocie z polo-wania i
ukoczeniu zaj gospodarskiej caa rodzina zasiadaa do ksiki, a w przecigu p roku wszystkie dzieci, z
wyjtkiem dwojga naj-modszych, biegle czytay. Matka kupia im p-niej Historj wit, a wreszcie zdobya
si na nabycie piknej Biblji z obrazkami; odtd ta ksiga wita bya rdem pociech dla naszych samotnikw.
Od owego czasu, ile razy matka wybieraa si na owy i opuszczaa sw rodzin, najstarsza crka
zajmowaa si gospodarstwem, a modsze z ch-ci jej dopomagay, gdy obiecywaa im po sko-czonej robocie
czyta w piknej Biblji. Zawsze te po ukoczeniu roboty zasiadaa przed chat i czytaa par rozdziaw,
ktrych modsze ro-dzestwo z witobliw uwag suchao. Biedna
dziewczyna znajdowaa si nieraz w wielkim ko-pocie, gdy dzieci zadaway jej mnstwo pyta, na ktre
sama, wcale nie wyksztacona, nie umiaa odpowiada dostatecznie. Zwykle wic za powrotem prosia matki,
aby jej rozwizaa kwestje przez dzieci zadawane, ale Fanny mimo najszczerszej chci take nie zdoaa uczyni
za-do zapytaniom crki, gdy mao co wicej od niej wiedziaa.
To te ycie w lasach byo dla niej coraz nieznoniejszem, oddalona od ludzi, od szk, od wszelkiej
pomocy duchownej, z boleci pa-trzaa na wzrastajce dzieci, ktre pomimo nau-czenia si czyta, adnych
innych nie miay i nie mogy naby wiadomoci w tym odludnym za- kcie.
Mimo atwoci wyywienia si i swobodnego ywota, jaki prowadzia w puszczy, wdowa za-mylaa
powrci do miasta i tam osi, aeby dzieciom obmyle inny sposb do ycia, jak tylko zbierze nieco wicej
zapasw. Odtd te z synem polowaa gwnie na zwierzta, ktrych futra poszukiwane i lepiej pacone byy, i z
po-ciech co miesic odkadaa po kilka a nawet kilkanacie dolarw do szkatuki, zakopanej w je-dnym
zaktku ogrodzenia osady.
Tak prowadzono przez par lat jednostajne ycie, kiedy niespodziewany wypadek powikszy ma osad.

II.
Jednego dnia, gdy przez gste zarola prze-dzieraa si Fanny, wiodc konia, obadowanego wieo zabitym
jeleniem, nagle doleciay jej ucha gosy kilku osb. Krew cia si w yach bie-dnej wdowy; przed kilkunastu
bowiem dniami jeden z bkajcych si strzelcw ostrzeg j, aby si miaa na ostronoci, albowiem liczna
horda Indjan, z pokolenia Komanszw (Coman- ches), opuciwszy swe siedziby, lece poza rzek Brazos de
Dios, pojawia si w tej stronie Te-ksas, napadajc odosobnione osady Amerykanw i siejc w nich mord i
poog.
Fanny, ukrywszy konia w gszczu, popezna chykiem ku bliskiej polance, skd dochodziy gosy. Z
ostronoci Indjanina, podsunwszy si krzewin, ujrzaa na ce rozbity szaas i z ra-doci przekonaa si, i
to jaka rodzina ame-rykaska obozuje.
Kobieta olbrzymiego wzrostu zdawaa si ca dowodzi gromad; ubrana w sukni z je-leniej skry,
sigajc ledwie do kolan, a wy-szywan czerwonym safjanem, na gowie miaa okrg czapeczk ze skry
pantery, ozdobion sokoem jjirem. Za pasem tkwia para pistole-tw, u boku szeroki kordelas, przez plecy
prze-wieszona dubeltwka oraz torba myliwska, na-daway jej postaw wojenn. Na nogach miaa
t
190
mokassiny ') z dugiemi kamaszami. Twarz ciem-na i ogorzaa, wos rozwiany, kruczy, czyniy j podobn
wicej do Indjanina, ni do Euro-pejki. Opodal chopak 18-letni, rwnie w skry odziany i uzbrojony podobnie
jak maka, obci-na gazie zesche, ktre modsze dzieci rzucay na ponce ognisko. Stary murzyn obdziera ze
skry zajca. Nieco dalej sta ogromny wz kryty, zaprzgnity szeciu woami, w pobliu za krze-winy, z
ktrej Fanny przygldaa si temu obra-zowi, para koni osiodanych i sptanych pasa si spokojnie.
Fanny widzc, i adne niebezpieczestwo jej nie grozi, i wyszedszy na polan, pozdrowia wdrowcw.
Skd Bg prowadzi? zagadna przy-by niewiast.
Z Luizjany odrzeka tamta. Ci uprzy-krzeni rolnicy
i fabrykanci cisn si coraz dalej na zachd, coraz liczniej zakadaj osady. Nie-dugo biedny myliwiec nie
bdzie si mia czem poywi, a jelenie chyba w Oceanie obior so-bie legowiska; nie mogam ju duej
wytrzy-ma i zabrawszy rodzin i tego starego murzyna, puciam si w teksaskie lasy. Kt ty jeste?
) Mokassiny, obuwie przez Indjan uywane, podo- , bne do kierpcw gralskich.
Jestem wdow po strzelcu i mam w po-bliu ma osad.
Podaj mi wic rk, koleanko zawo-aa amazonka i mnie m umar przed dwoma laty.
Powodzio nam si wcale niele, bomy oboje polowali, lecz gdy mojego starego zabra-ko, a ci przeklci
osadnicy poczli si cisn w ciche puszcze pnocnej Luizjany, porzuciam ulubiony zakt. Ciesz si, em ci
napotkaa; moesz mi wielk przysug uczyni, wskazujc miejsce, gdzieby mona postawi chat, a zna-le
zwierzyn.
Nie zabraknie jej dla nas obydwch, i mo-esz w pobliu mnie si rozgospodarowa, pr-dzej sobie
poradzimy w razie napadu Komanszw.
Wic i ty polujesz?
Z tego tylko yj; lecz jak widz, dzi-siejsze owy niebardzo wam si powiody, ubiam jelenia,
moemy si podzieli.
Bg ci zapa, dobra kobieto! masz pocz-ciwe serce, z tego odgaduj, e jeste matk.
Szeciorga dzieci.
Ja mam czterech chopakw i trzy dziew-czta, bdzie nam wesoo.
A wic ka zgasi ognisko i spakowa rzeczy, daleko ci bdzie wygodniej u mnie. Do-pki nie
wybudujesz chaty, moemy razem miesz-ka. Ja tymczasem id po mego konia.
Czy daleko do twej osady?
Nie wicej ni trzy mile'), za godzin staniemy na miejscu.
Natychmiast zwinito obz, za chwil przy-bya Fanny, prowadzc konia, dzieci wdrapay si na wz,
ktrym kierowa stary Abel, mu-rzyn, kupiony przed kilkunastu laty; Mary i Wi- Ijam, jej syn najstarszy,
dosiedli konia, a po p- toragodzinnem przedzieraniu si przez gszcze, stanli w osadzie Fanny.
Przybycie nowych goci wielk sprawio ra-do dzieciom Fanny Moore: zyskali licznych i we-soych
towarzyszw do wsplnych zabaw i wy-cieczek. Wiljam Dust, cho ju prawie dorosy i g-wnie z Johnem
Moore trudnicy si polowaniem, niejednokrotnie miesza si pomidzy dzieci i roz-maite im wymyla zabawy.
To zastawiali wi- cierze na ryby w rzeczce opodal osady pyncej, to chwytali je na wdk, to znw wprawiali
si do strzelania z ukw, ktre im bracia porobili, albo sida zastawiali na lisy i ptaki, lub wreszcie pracowali w
ogrodzie, zasiewajc, rozsadzajc rne warzywa, majc na gowach cae gospodar-stwo i staranie o modszem
rodzestwie. Obydwie matki poloway odtd spoem, dostarczajc poy-wienia, odziey i innych potrzeb dla
osad, a z ka-dym dniem wzrastaa przyja dwch niewiast.
*) Mowa tu o milach angielskich, jakich blisko pi idzie na jedn zwyczajn, czyli geograficzn.
Ubiam jelenia, moemy si podzieli.-
S>'%
s
Tymczasem Abel, przy pomocy Wiljama i Joh-na, zwali i ociosa potrzebn ilo drzew do zbudowania
chaty. Pomimo usilnej pracy robota naszym cielom nie sza sporo, bo te to nie tak atwo* mona postawi
domostwo z grubych pni, a do tego z wieego i niewysuszonego drzewa. Po dwch jednak miesicach stan
dom wygodny. Drzwi z grubych klocw zaledwie mo-gy obraca si na zawiasach, okna byy wskie i raczej
do strzelnic podobne, dokoa rozcigaa si palisada, czyli ostrok, z grubych ostro za-koczonych pni, co
nadawao osadzie podobie-stwo forteczki. Ostrono ta jednak bya nie-zbdn, gdy naraeni co chwil na
napady dzi-kich Indjan, mieszkacy w takiem tylko zabu-dowaniu mogli znale zabezpieczenie. Dach nawet
pokryty deskami, powleczono nicwypra- wnemi skrami bawow, aeby w razie walki z Komanszami nie tak
atwo da si podpali. Tak samo zaopatrzono stajnie na konie i woy. Dwie osady zaledwie o trzysta krokw
byy od-lege od siebie. Chata Mary przytykaa jedn czci do lasu, drug do niezmiernego stepu. Naprno
Fanny namawiaa ssiadk, aeby zbu-dowaa si tu koo niej dla tem wikszego bezpieczestwa.
Nigdy na to nie przystan mwia tamta to miaoby podobiestwo do wsi, a ja znie nie
mog widoku kilku chat obok siebie
Przygody eglarzy. 13
stojcych, bo mi to miasto przypomina. Zreszt, musz mieszka na kracu stepu, potrzebuj po-wietrza i nie
lubi dusi si w ciasnoci borw, bo w razie napadu tych psw czerwonoskrych niepodobna mi si obroni w
gszczu.
Mary Dust, gwatownego, niepohamowanego i uporczywego charakteru, najmniejszego sprze- ciwiestwa
nie znosia; czasami wic mae nie-porozumienia zachodziy pomidzy dwiema wdo-wami, ale zreszt kobieta
ta miaa zote serce i serdecznie kochaa rodzin Moorw, ktra jej si te szczer wypacaa wzajemnoci.
Dwie rodziny, wspierajc si wzajemnie, przychodziy do coraz wikszej zamonoci; yy za w nie-
zamconej spokojnoci, gdy strzelcy ameryka-scy podwczas jeszcze bardzo rzadko zapuszczali si w te
strony teksaskich borw, a pogoski
o Komanszach od trzech miesicy zupenie ucichy.
Tak zeszed koniec lata i caa jesie, i dopiero czstsze i nawalniejsze deszcze day pozna na-szym
osadnikom, i rozpocza si zima.
W tej porze ycie mieszkacw boru byo daleko nieznoniejszem; czste nawanice nie pozwalay im
czasami przez kilka dni ani na chwiik opuci mieszkania. Niekiedy nawet bra-kowao ywnoci, bo trudno
byo wyrusza na polowanie; w takich razach jedynym ich posi-kiem bywaa polewka z mki zaledwie sol
pzy- prawna. Obie te ssiadki ratoway si nawzajem,
i jeeli udao si jednej ubi jelenia, to z bra-tersk yczliwoci dzielia si z drug swym upem.
Czasami Mary Dust przybywaa z dziemi w dzie witeczny, aeby wsplnie si pomo-dli i posucha
czytania Pisma -go; innym ra-zem znowu rodzina Moore udawaa si w od-wiedziny do Dustw; ale i tej
rozrywki nie mo-na byo sobie dozwoli, gdy niekiedy potok, rozdzielajcy dwie osady, skutkiem gwatownej
ulewy, wzbiera i rozlewa si tak szeroko, e go przeby nie byo mona.
Przykr wic dla nich bya zima, lecz z dru-giej strony nieprzyjemna ta pora miaa swoje dogodnoci,
albowiem osadnicy mogli by pewny-mi, e dzicy Indjanie, z powodu nieprzebytych drg i trudnoci
przeprawy, zostawi ich w spo- kojnoci, dopki przyjaniejsza pora i opade rzeki nie uatwi im sposobnoci
do napadu.
III.
Zamordowane dzieci.
Nie wszyscy moi czytelnicy wiecie zapewne, gdzie ley Teksas? Rozlega ta kraina, dwa razy wiksza od
Francji, dotyka poudniowo-wscho- dniem wybrzeem do zatoki Meksykaskiej. Ogro-
inna rzeka Rio del Norte (pnocna), oddziela kraj teksaski od Meksyku, do ktrego w r. 1847 nalea jeszcze.
Red River, dwa razy duszy od Niemna, odgranicza ziemi t od Stanw Zje-dnoczonych, rodkiem za samym
pyn Colorado
i Brazos de Dios, tak wielka, jak Ren.
Mieszkacy, osiedli w nielicznych miastach, skadaj si z po-tomkw Hiszpanw, jak wszyscy Meksykanie; na
pnocy za przebyway pokolenia indyjskie, Pawnijczykw (Pawnees) i Komanszw. W roku dopiero 1847
Teksas oderwa si od Meksyku v i przyczy do Stanw Zjednoczonych
pno-
cnej Ameryki. Z tego powodu wynika wojna, zakoczona zwyciskim pokojem przez zdobyw-czych
Amerykanw, a ustpiony Teksas stanowi jeden z trzydziestu kilku Stanw.
Kraj ten, w tem pooeniu jak Algier, lecz przerznity licznemi wodami, obfituje w nie-zmierne,
nieprzebyte lasy, przepenione zwierzyn
i rnem ptactwem o cudownych, piknych, r-nobarwnych pirach.
Niebezpieczne we, oso-bliwie te grzechotnik jadowity, snuj si w la-sach, a w rzekach olbrzymie aligatory;
kiedy u nas sro si mrozy niegowe, tam wieczna panuje wiosna.
Pomidzy Red River i Brazos de Dios, w p-nocnej czci Teksas, bliej tej rzeki ostatniej, yy nasze
dwie rodziny, od p roku siln zwi-zane przyjani. Do kraca, w ktrym leay
cnaty osadnikw, przytykay nieprzejrzane stepy, a raczej niezmierne ki, zarose wysok traw, zwane
Sawanami, czce si nieprzerwanem pa-smem ze stepami Kanzasu, Missuri, Jowy, a b-dce siedliskiem
Komanszw.
%
Zachodzce soce morzem jaskrawej czer-wieni oblao step, rodkiem ktrego jedziec ja-ki pdzi na
zmordowanym koniu. Ruchy jego zdradzay niecierpliwo. Od dwch dni z wiel-kim popiechem zda w te
strony, dla odszu-kania ciotki swej Mary Dust, ktrej, przybywszy z pnocnych Stanw, naprno szuka w
Lui- zjanie. W miasteczku St. Filipe powiedziano mu, e kobieta tego nazwiska z liczn rodzin osia-da na
kracach lasw, o 18 mil ku poudniowi. Harry Denton wypytawszy si o kierunek, w ja-kim naleao jecha, po
dwudniowej podry dzikim stepem, spodziewa si dzisiejszego wie-czora stan na miejscu. I naleao mu
popie-sza, gdy ju soce dobrze nachylio si ku zachodowi, a las majacza dopiero na kracu widnokrgu.
Najnieprzyjemniejsza to rzecz podrowa samemu przez Sawany amerykaskie. Niemasz tu ani gocica,
a nietylko obery, ale nawet ndznego nie napotka si szaasu. Podrny, zmu-szony nocowa pod gwiedzistem
niebios skle-pieniem, syszy ze wstrtem, jak dokoa wyj wilki; a czasami rozedrze cisz wieczorn prze-
raliwy ryk pantery, lub co gorzej, straszny wo-jenny okrzyk Indjan.
Nasz wdrowiec nie szczdzi wic ostrg, aby unikn spotkania si z Komanszami, kt-rzy wwczas
bdc najzacitszymi wrogami bia-ych, polowali na nich jak na dzikie zwierzta. Oko Dentona z
niespokojnoci przebiegao bez- kracowy step, upatrujc Indjan; nie sdcie jednak, aby Harry by tchrzem,
ale i najdziel-niejszy czowiek obroni si nie zdoa dziesi- kro liczniejszemu nieprzyjacielowi.
Nasz podrny, przystojny mczyzna, silnie
i piknie zbudowany, siedzcy na koniu jak w-gierski huzar, by z powoania prawnikiem. Praca jednak
nieustanna i kilkoetni pobyt w Saint- Louis, gdzie si zajmowa adwokatur, tak go zmczyy, i postanowi
odetchn ubem powie-trzem puszcz, odwiey spracowany umys wi-dokiem czarownej przyrody w
niezmiernych la-sach, ktrych ludzie, gonicy za zyskiem, chciw jeszcze nie wytrzebili rk. Nie pierwsza to
bya jego wycieczka, kilkakrotnie zapuszcza si w Sa- wany pnocne a do podna Gr Skalistych
i znosi trudy, gd i niedostatek, walczc z nie-bezpieczestwami, jak gdyby si pord puszcz urodzi.
e jednak tym razem niecierpliwi si, nie-ma nic dziwnego. Od poudnia widzia ju w od-daleniu kraniec
lasu, gdzie wedle wskazanego
kierunku mia znale szukan osad, a pomimo przebytej piciugodzinnej drogi zdawao si, i przestrze
pomidzy lasem nie zmniejsza si wcale. Rzecz osobliwsza, w wysokich grach jak i w niezmiernych
rwninach oko doznaje cigego zudzenia, i nie majc stosownych do porwnania przedmiotw, nie umie
zmierzy odlegoci.
Dobra jeszcze upyna godzina i tarcza soca do poowy ju zapada za kraniec horyzontu, gdy Den ton
stan nareszcie na wierzchoku niewielkiego wzgrza, u stp kt-rego las si rozciga. Naleao teraz zapu-
ci si w te nieznane gstwiny, a nigdzie nie dostrzeg ladu cieki, ktraby wskazaa kierunek.
Wtem z przeciwnej strony ujrza z poza krza-kw wysuwajc si posta olbrzymiej niewiasty, jadcej
konno; strzelba przez rami i ogromna wier bawou przewieszona poza ni wpo- przek sioda daway pozna,
e powraca z po-lowania. Byaby to Mary Dust? Od dziesiciu lat jej nie widzia, a przy zapadajcym zmierz-
chu trudno byo o sto krokw rysy twarzy rozpozna. Postanowi pojecha za ni i zapyta o mieszkanie ciotki.
W par minut jadca znikna za zomem pagrka. Henryk popieszy za ni, lecz zdawao si, i jaka
niespokojno pdzi j ku domowi,
gdy nietylko jechaa cwaem, ale nawet nie syszaa ttentu konia Harrego.
Podrny, dojechawszy zomu gry, ujrza
o trzysta krokw na kracu lasu osad, otoczon ostrokoem. Nagle przeraliwy krzyk przeszy powietrze.
Harry spi konia ostrogami, byska-wic przebieg przedzielajc ich przestrze i sta-n przed domem.
Okropny obraz przedstawi si jego oczom; o dwa kroki przed ostrokoem na trawniku leao rozcignite
dwuletnie dzieci blade jak nieg, pywajce prawie w kauy krwi. Niewiasta skoczya z konia, stana przed
dzie-cin, zaamaa rce i zaniemiaa. Widok ten dresz-czem przeszy Dentona.
Zabita! zabita! moja Polly! moja droga! liczna dziecina zabita! O Boe! mj Boe! mj Boe!
Na gos ten czworo dzieci wybiego z gsz-czu i obskoczyo dokoa matk: wszystkie odziane jeleniemi
skrami.
Odzie Wiljam! gdzie Katy ?! zapytaa wdowa gasncym gosem.
Wszake Wiljam wczoraj jeszcze poszed do miasta po proch, kule i sl. Katy...
Odzie jest? co si tu stao? gadajcie krzykna wdowa jak w obkaniu.
O! matko zawoaa dziewczynka ao- snym gosem przed pgodzin bawilimy si w krycie, a Katy
siedziaa z Polci na tym pniu.
Wtem wypado z lasu szeciu konnych lndjan. My-my ze strachu pozostali w gszczu. Katy, wida z
przelknienia, wypucia siostrzyczk. Wtem je-den z dzikich przebi lanc dzieci, drugi za po-chwyci na
siodo Katy i zniknli w gstwinie.
Obie! obie! Boe mj! Boe jedyny! zawoaa nieszczsna matka, chwytajc na rce
zamordowane dzieci i przyciskajc do rozpalo-nych ust zimne ciako! O mj anioku! moja duszo! ju nie
usysz twego licznego gosu, ju te czarne oczta nie spojrz na biedn matk,
o moje dzieci, moje dzieci!!
Pani! zawoa Denton, zbliajc si ukj tw bole; wszake masz wicej dzieci. A widzc,
e patrzaa na niedowierzajcym wzrokiem, doda: Jestem Harry Denton.
Harry! dobrze, e przyszed, pomoesz mi si zemci nad tymi czerwonymi djabami, pomci
moje najdrosze dzieci.
Czy nie dobrze byoby, abym popieszy do najbliszego miasta i zabra osadnikw dla cigania
Komrmszw i odbicia z rk ich twej crki ?
Nie! nie! zostaniesz tu do jutra. Pjd za mn, trzeba si przygotowa do walki.
Do walki?
Tak, znam dobrze Komanszw, powtrz napad w nocy. Dick, biegnij do Fanny Moore, powiedz, co
tu si stao, niech przybywa natych-
miast z ca rodzin i dobytkiem. Razem obro-nimy si atwiej.
Chopczyna znikn za drzewami; a wdowa, zoywszy dzieci na tapczanie, pomimo boleci krztaa si
energicznie, wydobywajc bro i amu-nicj. Dubeltwka, krtka strzelba, dugi kara-bin i dwa pistolety
skaday jej arsena. Natych-miast wystrzelono stare naboje, wyczyszczono
i ponabijano bro. Karabin, pistolety oraz prawe lufy dubeltwek nabito kulami, pozostae za dwie lufki i
krtk strzelb lotkami. Mary za-stawia wieczerz dla gcia, przygotowaa mocne zapory do drzwi, a potem
pada na kolana przy ou dziecka. Harry la kule, Emmy z dymnika ledzia bacznie okolic.
W p godziny usyszano szmer w przed-sieni. Bya to rodzina,Moorw z broni i do-bytkiem.
IV.
Napad Komanszw.
Fanny Moore pada w objcia Mary Dus. Obie kobiety rzewnie pakay, jedna za swemi dziemi, druga,
lkajc si o los swoich.
Natychmiast zrobiono przygotowania do od-poru. Fanny i John przybyli uzbrojeni w du-beltwki, pistolety
i kordelasy. Poczona bro dwch rodzin stanowia dwadziecia strzaw.
Dzieci sprowadzono do niewielkiej piwniczki, wykopanej pod gwn izb, zatarasowano ba-lami drzwi i okna,
zostawiajc mafe tylko strzel-nice: na stole leay przygotowane naboje; bro za oparta o cian staa w
pogotowiu na przy-jcie dzikich. John, lec na dachu, czatowa na przybycie nieprzyjaciela. Na szczcie
penia ksi-yca owiecaa ca okolic.
Szczupa liczba obrocw nie dozwalaa my-le o dugim oporze, w razie gdyby Indjanie w wielkiej
liczbie napadli. Nieszczciem, Wi- Ijama nie byo.
Cisza do pnocy panowaa wokoo. Nagle guchy, ttnicy oskot, jakby echo odlegego grzmotu, dolecia
zdaa. John wpad do izby woajc:
Czy syszycie? Koniansze!
Mary wybiega przed dom, przysuchaa si uwanie, a potem rzeka:
Nie, to nie Indjanie, to niezmierne stado dzikich koni. Komansze sposzyli je w stepach. Mimo to
bdziemy gotowi, gdy tu za niemi cigaj te czerwone szatany.
Kilka koni znajdujcych si wewntrz pali-sady zarao radonie.
W tej chwili zatrzsa si ziemia pod kopy-tami a niezmierne stado dzikich koni ukazao si na stepie;
szalonym cwaem rzuci si cay tum ku osadzie. W odlegoci stu krokw stado
zatrzymao si, biay jak nieg rumak wybieg naprzd, a podnisszy nozdrza w gr, zara dononie. Na ten
gos konie Dentona i dwch rodzin strzeleckich, znajdujce si wrd ostro- kou, radosnem odpowiadajc
reniem, poczy si miota i okazywa wielk ch do przesko-czenia palisady i poczenia si ze swymi
brami stepowymi.
Czy strzelasz celnie? zapytaa Mary Dentona.
Nigdy nie chybiam odrzek tamten.
We wic dugi karabin i zastrzel tego
przekltego siwka, gdy zabierze nam nasze ko-nie. Ubiabym go sama, ale oczy moje zamione zami.
Harry pochwyci strzelb, wymierzy, lecz po chwili spuszczajc j, zawoa:
Nie, ani sposobem wzi go na cel, ska-cze jak szatan, krci si, nie mog zarczy, e go trafi.
A wic ja go ubij rzeka chodno Mary Dust.
I pochwyciwszy strzelb wybiega na dzie-dziniec, wzia na cel owego rumaka; lufa przez chwil
cigaa szybkie skoki konia, poczem wy-pad strza, a pikny zwierz leg bez ycia na trawie.
Natychmiast stado, przeraone mierci swoje-go dowdcy, rozpierzcho si na wszystkie strony.
Wwczas oczy osadnikw zwrciy si w t stron, skd stado nadbiego, ale nic nie mona byo dostrzedz
i przez godzin jeszcze gucha cisza panowaa na stepie. Niepodobna sobie wy-stawi przykrego pooenia
osadnikw, ktrych ta niepewno stokro gorzej mczya, ni otwarty napad Indjan. Nakoniec zdaleka na
widnokrgu zamajaczyo kilkanacie ciemnych, nieruchomych, jakby cienie, odbijajce si na obokach,
postaci, ktrych z powodu wielkiej odlegoci nie mona byo dobrze rozpozna. Siedzcy nie byli w stanie
dostrzedz, czy owe postacie stoj nieruchomo, czy te posuwaj si naprzd. Mary Dust, zna-jca doskonale
zwyczaje Indjan, zawoaa:
To Komanszowie! Boe, dziki Ci! Moje biedne dzieci bdzie pomszczone!
Bystre oko nie zawiodo jej wcale; przy jasnem wietle ksiyca wida byo, jak dostrze-one cienie
zaczy coraz bardziej si zwiksza, pozornie nie ruszajc si z miejsca. Po kilku minutach ju nawet ruch
dawa si rozpozna, nastpnie mona byo rozrni Indjan, siedz-cych na koniach, a nareszcie ich policzy.
Wszystkich byo czternastu.
Nie bdziem nawet mieli porzdnej po-tyczki! zawoaa Mary z pogard.
Dlaczego? zapyta Denton.
Gdy, majc dostateczn ilo /nabojw, nie lkaabym si spotka sama z t haastr.
Dzicy, przybliywszy si na trzysta krokw, posuwali si bardzo powoli naprzd. Denton dostrzeg ze
wzruszeniem, e jadcy na czele olbrzymi Komansz trzyma! przed sob na siodle jaki przedmiot biay, z
ktrego powiewna a do stp konia spywaa opona.
To ona, to biedna Katy! zawoa p-gosem.
Zdawao si jednak, e matka wcale nie do-strzega dziewczcia, albo te moe zajta blisk walk, ca
dusz zaja si Indjanami.
Trzynastu! wykrzykna z dzik ra-doci ani jeden nie ujdzie, jeeli tylko nie pierzchn ci
ndzni tchrze.
Denton z przeraeniem spojrza na t kobiet, miotan wciekoci. Twarz zaczerwieniona, iskrzce oczy i
rozwiany wos, czyniy j podo-bn do rozartej furji; wkrtce jednak rado Mary zmienia si w smutek,
albowiem dziwna zmiana zasza w pooeniu oblonych.
Tumany mgy, nader czsto powstajce na stepach, nagle podniosy si na horyzoncie. Z po-cztku przez t
ruchom opon przeglday gwiazdy, wkrlce jednak w rozmaitych rrtiej- scach poczy si tworzy supy
podobnych mgie; rozszerzajc si coraz bardziej i czc z sob, zleway si one w jedno niezmierne morze
mgy, ktre jakby ruchom cian zasonio cay widnokrg.
Denton na ten widok nie mg si powstrzy-ma od krzyku.
Ach, jake to cudowne!
Wkrtce zmienisz twe zdanie zawoaa Mary zimno te twoje cuda s najlepszym
sprzymierzecem dzikich i jeeli Opatrzno nie zesze wiatru dla rozpdzenia mgy, zginlimy!
Niezdolny oceni niebezpieczestwa, Denton z zadziwieniem dostrzeg, e Mary zblada jak trup. Wtem,
gdy nagle odwrci oczy ku ste-powi, zadziwienie jego zmienio si w przerae-nie. Zasona mglista w paru
minutach przekszta-cia si do niepoznania. Olbrzymie kolumny mgy zlay si w czarn gst chmur,
przybliajc si z niezmiern szybkoci ku osadzie. W tu-manach zniknli Komanszowie, a wkrtce potem
zabudowania tak czarne ogarny ciemnoci, i o kilka krokw lecej palisady dojrze nie byo mona. Nie
potrzeba dowodzi, i ciemno nie-zmiernie uatwia napad Komanszw; pod jej zason mogli zbliy si
niedostrzeeni, przeby palisad i zdoby dom, nie naraajc si wcale na ogie oblonych.
Dziesi minut, dugich jak dziesi lat, nie-znon mk drczyy osadnikw, niemogcych nawet widzie
si nawzajem. Lkano si zapala wiata, aby Indjanom nie uatwi strzelania, a co chwila oczekiwano
wojennego okrzyku dzikich.
2oa
Wtem nagle zawia wiatr od wschodu i roz-bi gst opon. Chwilka jeszcze, a zginliby niechybnie, gdy
Komanszowie, zsiadszy z koni, szybko pdzili ku palisadzie.
Mary, schwyciwszy za rk Dentona, szepna dobitnie:
Wstrzymaj si ze strzelaniem, dopki nie ujrzysz oczu tych szatanw, a wtedy pal!
Straszna chwila oczekiwania. Komanszowie zbliali si coraz bardziej, zbrojni w strzelby, uki, dzidy,
tomahawki i ostre noe, suce do rcznej walki, oraz do zdarcia czupryny pole-gemu nieprzyjacielowi.
Ostronie przebywszy palisad, zbliyli si ku domowi, a wdz ich nis w rku gruby kloc drzewa, dla
wywalenia drzwi.
Fanny, Denton i John z wymierzonemi strzel-bami oczekiwali. Nagle Mary zawoaa:
Pal!
Zagrzmia huk strzaw. Z wciekym okrzy-kiem pierzchaj dzicy, czterech wije si w osta-tnich spazmach
konania, pity naprno czoga si ku palisadzie, aeby si ukry przed celnemi strzaami biaych.
Reszta Indjan rozpierzcha si po polu, jak stado sposzonych wrbli.
Denton pragn pochwyci rannego i za drze-wem ukrytego Komansza, aeby si dowiedzie
o sile caej bandy, lecz gdy si zbliy ku niemu,
\
dziki porwa si na nogi i z wzniesionym noem wpad na Harrego.
Napad ten by tak niespodziewany, i Denton niezawodnieby pad pod ciosem, gdy wtem strza Johna
zdruzgota czaszk Komansza.
Na tem zakoczy si napad dzikich, zdawao si, e ju wicej nie wrc; zanadto wiele kosz-towaa ich
niefortunna bitwa, a kule osadni-kw pozbawiy ycia lub poraniy najdzielniej-szych wojownikw. Przytem,
chocia inne osady leay daleko, jednak mnstwo wystrzaw wicej ni godzin brzmiao w powietrzu, bo na
stepie odgos daleko sycha. Mogli wic si obawia, e oddzia jaki trapperw (strzelcw zwierzyny) moe
posysze huk i przybiec na pomoc swym ziomkom, zagroonym mierci, lub te osadnicy opodal mieszkajcy
z odsiecz popiesz.
V.
Stanowcza walka.
Wyczerpana walk Mary rzucia si na tap-czan, na ktrym leao nieywe dzieci. zy na nowo skropiy
dzik jej twarz; zdawao si, e cae jej ycie skupio si V) maych zwokach, e o niebezpieczestwie zupenie
zapomniaa. Fanny poskoczya do piwnicy obaczy, co si
Przygody ieglarzy. 14
z dziemi dzieje. John by na czatach, a Denton wystrzelon bro nabija.
Wtem John wbieg do izby, woajc: Wra-caj!
Natychmiast kady chwyci za bro i stan przy strzelnicy. Zaledwie przysposobiono si do wytrzymania
powtrnego napadu, gdy dzicy nad-biegli. Tym razem byo ich przeszo dwunastu, a poowa uzbrojona w
strzelby. Przybliywszy si na sto krokw, napadajcy rozdzielili si na dwa oddziay i dali ognia do
zabudowa.
Teraz bdziemy mieli cik robot rzeka Mary, obcierajc spocone czoo.
Trzykrotnie Koniansze powtrzyli salw, ale w chacie gboka panowaa cisza. Nawczas dzicy,
zmyliwszy popoch, odbiegli na tysic sini od osady. Denton myla, e uciekaj, ale Mary, znajca ich
podstpy, rzeka:
Wkrtce znw wrc i przybli si jesz-cze bardziej; gdy pod dom podbiegn, lotkami damy
ognia, a rcz, e to im odbierze chtk do dalszego napadu.
Dziwna ta kobieta z tak spokojnoci m-wia o wkrtce nastpi majcem spotkaniu, jak
o igraszce dziecinnej. Zaledwie skoczya m-wi, dzicy, lotem byskawicy przebiegszy prze-strze,
wiecem otoczyli chat.
Pal! zawoaa Mary.
Cztery strzay, a natychmiast drugie cztery
rozdary powietrze. Obleni z dubeltwek dali ognia do dzikich z przedziwnym skutkiem. Sze-ciu spado z
koni. Indjanie wydali wcieky okrzyk, a nie czekajc powtrzenia ognia mor-derczego, pierzchli w nieadzie.
Obrocy, ciga-jc ich wzrokiem, dostrzegli, i kilku chwieje si na siodach. Lotki ciko ich pozdrowiy; na
samym ostatku uchodzi Komansz olbrzymiej postaci, ktrego czupryn, zwizan na wierzchu gowy, zdobio
ogromne orle piro. Ruchy jego byy konwulsyjne i czsto pochyla si na szyj konia.
Lkam si, czymy nie zranili miertelnie ich wodza; gdyby umar, bylibymy zgubieni!
Dlaczego? zapyta Harry.
Komansze odpowiedziaa wdowa s trwoliwi, jak jelenie, lecz jeeli ich wdz po-legnie,
staj si wciekymi, jak pantery.
Wkrtce niezmierny i przecigy okrzyk oznajmi oblonym mier indyjskiego wodza.
Gotujmy si na mier! zawoaa Mary zimno niema ratunku, przynajmniej nie tak atwo
sprzedamy ycie.
Biedne dzieci! jkna Fanny.
Wic ich bro! na pacz niema czasu! krzykna wdowa.
P godziny jednak przemino spokojnie. Harry mniema, e dzicy, przeraeni zgonem wo-dza, zaniechaj
napadu, ale nagle ujrza czarn
mas nieprzyjaci, pojawiajc si z za wzgrza. Tym raeni zmienili plan napadu. Pozostawiwszy konie przy
grupie drzew zdaa stojcej, rzucili si w bram i pojedynczo, czogajc si wrd wysokiej trawy, bardzo wolno
posuwali si ku osadzie; w kilka minut dokoa chaty zaczy si pojawia na murawie czarne postacie,
czogajce si jak we po ziemi.
Patrzcie! tam na dole, czy widzicie ich? Podstpne gady myl, e tym sposobem uchro-ni si
przed kulami. Tym razem nie tak. atwo im bdzie!
To rzekszy daa znak, a kade z oblo-nych, wziwszy na cel dzikiego, dao ognia. Widzc, e ich
podstp odkryto, Komansze po-rwali si z ziemi, wydali wojenny okrzyk i rzu-cili si ku chacie.
Lotkami! zakomenderowaa Mary Dust.
W tej chwili zagrzmiay dubeltwki raz
i drugi, kilkunastu dzikich pado, ale reszta z tem wiksz jeszcze zajadoci rzucia si mas ku chacie.
Obleni, palc w gsty tum nieprzyja-ci, tem sroej ich ranili, lecz i to nie ostudzio wciekoci dzikich;
jakby zastp szatanw oto-czyli dom dokoa.
Ju kilkunastu wdaro si na pale ostrokou, wywijajc noami i wstrzsajc tomahawkami, gdy obleni,
nabiwszy szybko dubeltwki, ta-kim gradem lotek ich przywitali, e Komanszo-
wie, nie mogc wytrzyma piekielnego ognia, pierzchli z sraszliwem wyciem. Znowu nastpia spokojno,
lecz tym razem daleko dusza, prze-szo ptorej godziny trwaa cisza grohowa. Obl-eni mniemali, e ju si
napad nie powtrzy, a nawet ich naczelniczka rzeka:
Zdaje mi si, e te otry ju nie powrc dzisiaj, zanadto wiele krwi stracili; pomimo to nabijmy bro, moe
si jeszcze przyda.
Jednak Amerykanka nie znaa wida zaja-doci i wytrwaoci dzikich. Od pnocy kraniec widnokrgu
zajania sabem czerwonem wiatem.
Dziki Bogu rzek Denton - ju dnieje, moe te widok wiata sonecznego sposzy tych
rozbjnikw.
Nie, nie, to nie zorza! zawoaa Fanny. Podpalili stepowe trawy zawoaa z nie- spokojnoci Mary
i bd usiowali pod za-son dymu sprbowa ostatniego napadu.
Wkrtce straszliwy poar cay step ogarn, pomienie wzbiy si pod oboki, cay widnokrg rozgorza
czerwon un, supy czarnego dymu zalay ciemnoci przestrze. Zerwa si silny wicher i pocz pdzi
bawany ognia ku osa-dzie z niepojt szybkoci. Na szczcie prze-strze dokoa osady na kilkadziesit sni
bya ogoocon z trawy i zaroli, tak, i morze ognia nie zdoao przedrze si do budowli, pomimo, e wiatr
nis rozarzone gownie.
Jakkolwiek Denton znaf w caej rozcigoci niebezpieczne pooenie, jednake nie straci przy-tomnoci
ani na chwil. Pikno straszliwego widoku zachwycia go. Ju zarole i drzewka, pokrywajce pobliski
wzgrek, rozgorzay poa-rem, przez kilka minut dym i gorco tamoway oddech, waleczni obrocy
spodziewali si, e wanie tej sposobnoci uyj dzicy do ponowie-nia napadu, lecz po drugi raz Opatrzno
ulito-waa si nad nieszczliwymi, wiatr zmieniwszy kierunek, popdzi poar ku poudniowi, rozegna kby
dymu, tak, i promienie ksiyca znowu rozwieciy okolic.
W tej wanie chwili Indjanie znowu na-tarli. Ju, ju zbliali si ku chacie, kiedy zmiana naga wiatru
odkrywszy napad, odebraa im odwag. Wystrza z czterech dubeltwek zmusi ich znowu do ucieczki; klska
za klsk, strza za strzaem, siejc mier i rany midzy Koman- szami, odbieray im ochot naraenia nagich
piersi na celne kule Amerykanw.
Zdawao si, e ju ostatecznie zrzekli si swych zamiarw, ale dzikiemu pokoleniu Indjan teksaskich
nigdy wierzy nie mona. Po p-godzinnym spoczynku nagle ukaza si zastp konny, ktremu dowodzi dziki
herkulesowej po-staci, trzymajcy na koniu przed sob szesna-stoletni crk Mary Dusi' Obok niego pdzi
inny Indjanin, wywijajc wzniesion siekier nad
gow dziewczcia, jakoby na znak, i w razie strzaw z chaty zamorduje biedn dzieweczk Trzeci z nich
nis na tyce bia bawenian, pacht, niby chorgiew parlamentarn.
Nic dziwnego, e w tym razie obleni wa-hali si da ognia, a nawet niezachwiana Mary pierwszy raz w
yciu zadraa. W istocie poo-enie byo okropne ; nie mogli strzela lotkami z obawy, aby nie zrani
dzieweczki; mona byo wprawdzie ugodzi kul dwch dzikich, lecz w tym razie inni niezawodnie
zamordowaliby sw ofiar.
Tymczasem dzicy byli coraz bliej i bliej chaty; kiedy jednak tu pod palisad dobiegli, Katy zawoaa:
Matko, strzelaj! ratuj moje rodzestwo, nie zwaaj na mnie!
Nastpia okropna chwila. Ju ze strzelb zni-onych miay wypa miertelne pociski, kiedy nagle poza
dzikimi day si sysze liczne strzay, zadraa ziemia pod kopytami koni, a oddzia Amerykanw z najwiksz
gwatownoci ude-rzy na dzikich i w jednej chwili ca zgraj rozpdzi. Pomidzy nadbiegajcymi odznacza
si mody Wiljam, ktry dopadszy do Koman- sza, trzymajcego siostr, kolb od karabina zgru- chota mu
czaszk.
Komanszowie, blisko siedmdziesiciu towa-rzyszw utraciwszy, nie mieli ju wicej naje-
da tych stron i przenieli si w odlege stepy pnocne.
Odtd dwie wdowy yy szczliwie i spo-kojnie, a w miejscu, kdy zamieszkiway, po-wstao miasteczko;
nazwano je Dustown, dla uczczenia dzielnej amazonki teksaskiej.
Kajetan Osculati
wpoArd pus/.c/.y zalanej wod (1847). t
Szeroko rozlega si sawa wielkich wojowni-kw. Bitwy przez nich wygrane, zdobyte miasta, zniszczone
armje skwapliwie ryje historja na swych kartach, aeby czyny zdobywcw wiata nie zaginy dla potomnoci,
aby w par tysicy lat pniej wspominano nazwisko bohatera. Blask zwycistw olniewa dziejopisarzy,
rozgorczko-wani uwielbieniem dla wielkiego pogromcy, nie widz klsk, towarzyszcych olbrzymim wojnom,
nie sysz jkw, wydobywajcych si ze zgliszcz tysica wsi spalonych, nie dostrzegaj zniszcze-nia,
sprawionego zaartym bojem, a wrd dymu wonnych kadzide chway nie czuj duszcych wyzieww krwi
przelanej i zabjczych miazma- tw, wydobywajcych si z przegniych cia.
Prna to i czcza chwaa, coraz bardziej upadajca w wyobrani ludzi rozumnych; uwiel-
bienie dla Aleksandrw Wielkich, Cezarw i Na-poleonw tern bardziej si zmniejsza, im wicej rozwija
si zdrowy rozum, a na blaski ich sawy kir aoby po klskach, przez nich zadanych ludzkoci, coraz
czarniejsze zaciga chmury.
Jest inna chwaa, daleko wysza, daleko za- szczytniejsza; s inni bohaterowie, ktrych czyny wicej
chluby przynosz ojczynie, anieli mie-cze zwycizcw; s ludzie, ktrzy zamiast klsk
i zniszczenia, szczepi dla potomnoci sodkie owoce, aeby z nich najodleglejsze pokolenia zdrowy pokarm
poywa mogy.
Bohaterami tymi s ludzie uczeni, niezmor-dowani badacze przyrody, odkrywcy mnstwa wynalazkw,
sucych na poytek ludzkoci, a kiedy rozum ludzki najwyszej dosignie po-tgi, cay wiat wzniesie hymny
na cze tych pracownikw, a rwnoczenie imiona wielkich wojownikw, brodzcych w morzu krwi, dla
osignicia samolubnych swych celw, pjd na wieczn zatrat i hab.
Cichy zastp uczonych pracownikw toruje nowe drogi ludzkoci, jak owi przewodnicy w amerykaskich
puszczach, trzebicy gszcz siekier, dla zrobienia przejcia idcym za nimi gromadom. Rozum i nauka s
siekier tych za-suonych mw, za ktrymi postpuje rodzina ludw kuli ziemskiej.
Lecz wiadomoci nie zdobywaj si bez ofiar.
Po dugoletniej pracy w szkole i na uniwersy-tecie jedni trawi cay wiek przy stoliku, stosu-jc nabyte
wiadomoci do oglnego poytku, i kiedy ich rwiennicy uywaj rozrywek wiata, oni widn nad zapylonemi
stosami ksig i pa-pierw ; drudzy rozpraszaj si po wiecie i w spie- kych pustyniach Afryki, pod lodow
atmosfer krain podbiegunowych, w gbi puszcz amery-kaskich, ponad przepaciami kraterw, znoszc
wszelkiego rodzaju trudy i niedostatki, staraj si zbada nieznane krainy i pomnoy skarby nauki. Ilu to z
tych miaych wdrownikw yciem przypacio swe powicenie, a pomimo to zasugi ich nie doznaj takiego
uznania, imiona nie byszcz tak chwa, jak tych, ktrzy ostrzem stali wywalczali sobie wielkie imi.
Modzieniec, zasiadajcy na awie szkolnej, czerpie wiadomoci bez trudu z uzbieranych za-sobw przez
owych niestrudzonych pracowni-kw; uczc si botaniki lub zoologji, ma przed sob obrazki rolin i zwierzt i
nie wychyliwszy si z poza murw rodzinnego miasta, oglda osobliwoci wszystkich okolic kuli ziemskiej.
Mao ktremu z uczniw przyjdzie do gowy zapyta si, w jaki sposb nagromadzono tu tyle skarbw. Aby
mie chocia sabe wyobra-enie o trudach i dolegliwociach, znoszonych przez badaczy przyrody, dajemy tu
modym czytelnikom krtki opis wycieczki zoologa Kaje-
tana Osculati, jak odbywa w r. 1847 dla zba-dania naukowego rzeczypospolitej Ekwador.
Wiadomo wam, czytelnicy, e maa ta rzecz-pospolita, leca nad brzegami Oceanu Spokoj-nego, powstaa
z rozpadnicia si na trzy czci wielkiej rzeczypospolitej Kolumbijskiej. Ekwador nie odznacza si wielkoci,
ani potg, lecz jest to kraina nadzwyczaj yzna, obfitujca w mn-stwo bogatych podw i brak jej licznej,
ener-gicznej i pracowitej ludnoci, aby zakwitna pomylnoci. Niezbadane dotd dokadnie jej ziemie
zawieraj wiele skarbw, mogcych zbo- gaci umiejtnoci przyrodnicze.
Caa powierzchnia tego pastwa jest nad-zwyczaj urozmaicon. Wschodni cz skadaj gwnie
puszcze, rozpocierajce si nad brze-gami rzek, spywajcych do Maranionu. Na za-chodzie pitrz si coraz
wysze gry, a jdro ich stanowi acuch Andw, przebiegajcy cay ld poudniowo-amerykaski z pnocy a
do brzegw cieniny Magellaskiej. Szczyty tych gr wznosz si od 10 do 20.000 stp nad po-wierzchni
morza; jedne pokryte wieczystym niegiem i niezmiernemi lodowcami, s niedost-pne dla czowieka; inne
kryj w swem onie wieczne ognie i od czasu do czasu zion poto-kami lawy i rozpalonemi gazami. Tutaj znaj-
duje si Chimborasso, przed kilkudziesiciu laty uwaana za najwysz gr wiata; tu straszliwy
wulkan Cotopaxi, dalej Antizana i sawny o czte-rech wierzchokach Pichincha. Pomidzy temi grami, wrd
rozkosznej doliny, pod samym prawie rwnikiem na wysokoci 9000 stp nad powierzchni morza, ley miasto
staroytne Quito, stolica rzeczypospolitej, a niegdy potnego ce-sarstwa peruwjaskiego.
Ludno stanowi niewielka ilo biaych, po-chodzcych od Hiszpanw, Mestykowie i Indja- nie.
Pomidzy tymi odznaczaj si plemiona a-godne i pojtne. Indjanie ci pochodz od da-wniejszych
ucywilizowanych mieszkacw Peru, ktrzy przed czterema wiekami panowali nad wiksz czci Ameryki
poudniowej. Szcztki paacw i wity, wygodne murowane drogi, utrzymujce si po dzi dzie, wiadcz o
cywi-lizacji tych ludw, ktre niegdy zostaway pod rzdem rodziny lnkasw. Zamieszkuj one wy-yny
Andw, trudnic si rolnictwem i paster-stwem.
Wschodni cz kraju prawie wycznie za-mieszkuj dzicy Indjanie, tuajcy si wiecznie po lasach, a
yjcy z polowania i ryboowstwa. Przed stu laty yli w tych puszczach misjo-narze, zakadajcy misje
pomidzy dzikimi. Sta-rania ich bogie przynosiy owoce; Indjanie pod ich wpywem agodnieli i chocia
zwolna cywi-lizowali si; dzi istnieje tylko okoo 30 misyj, majcych blisko sto tysicy mieszkacw, reszta
ulega zniszczeniu. Skutkiem rewolucyj i wojen, toczcych si w cigu biecego stulecia, kraj popad prawie
zupenie w barbarzystwo i za-pewne dopty si nie podniesie, dopki leni-wego plemienia hiszpaskiego nie
zastpi przed-sibiorcza i energiczna rasa Amerykanw p-nocnych.
Klimat na wyynach Andw jest bardzo umiarkowany i byby nawet przyjemnym, gdyby czste wybuchy
wulkaniczne i trzsienia ziemi nie zakcay spokojnego bytu mieszkacw. W wschodniej czci kraju, nad
brzegami rzek, wpadajcych do Amazonki, dwa razy w rok bywaj wielkie powodzie i podug tego nawet
ludno dzieli rok na pory, z ktrych dwie zo- wi si mokremi, a dwie suchemi. Pierwsze wezbranie wd
zaczyna si w kocu lutego i trwa blisko do czerwca. Wwczas to rzeki cz si z jeziorami, lecemi
wewntrz kraju, tworzc jakby ogromne morze; niziny stoj pod wod, niekiedy podczas tej pory padaj ulewne
deszcze, rzadko jednak duej trwajce, jak dob.
Nakoniec wody zaczynaj opada i nastpuje zwolna gorca pora roku. Od koca padzier-nika do
pocztku stycznia znowu wracaj desz-cze i wezbrania, a po nich a do koca lutego trwa pora sucha.
Zastanowilimy si nieco duej nad klimaten
krainy Ekwadoru, lecz to byo koniecznym wst-pem do wycieczki Kajetana Osculati, ktr za-czynamy
opowiada.
Uczony ten zoolog odby ju poprzednio kilka podry w poudniowej Ameryce dla zbadania tych krain
pod wzgldem zamieszkujcych je stworze. Poniewa wschodnich ziem Ekwadoru jeszcze aden naturalista
szczegowo nie zwie-dzi, Osculati przyby do Quito, aeby puci si t sam drog, jak przed trzystu laty
odby a do ujcia Maranjonu Orellana, jeden z towa-rzyszw Pizzara; gwnie chodzio mu o zwie-dzenie
wybrzey rzeki Napo.
Przymioty, potrzebne do odbycia tego ro-dzaju podry, Osculati posiada. By mody i zdrw, zbudowany
silnie, wytrway, przyzwy-czajony do podrowania pieszo, znoszenia tru-dw i niewygd. Pod wzgldem
naukowym mia dostateczny zapas wiedzy i niezmierny zapa do bada i odkry.
Jakkolwiek obmyli plan swej podry, je-dnak nie przewidzia dobrze zawad, jakie go spotka miay.
Przybywszy do Quito, wyszuka przewodnikw, majcych go przeprowadzi przez labirynt puszcz, rzek, jezior i
bagnisk; nabra potrzebn ilo zapasw, narzdzi, oraz przetwo-rw chemicznych, majcych mu posuy do
przechowania zbiorw, nakoniec zaopatrzy si w rekomendacje rzdu do gubernatorw pro-
witicyj i alkadw miast i sdzi, e wicej nie potrzeba.
Przewodnicy, wybrani przez naturalist, do-prowadzili go z Quito do Tombaco; tutaj dosta innych,
zwanych Caguerosami, majcych mu towarzyszy do Archidony; lecz ci nie chcieli ruszy w drog, gdy
odbywaa si podwczas uroczysto Boego Ciaa, ktr tu obchodz procesjami, tacami i piewem. Obchd
mia trwa przez ca oktaw a Caguerosowie za nic w wiecie nie dali si namwi do jej opusz-czenia.
Oscuiati, pragnc jak najprdzej dosta si w lasy, puci si sam naprzd, a przewodnikom poleci, aeby
popieszyli za nim; popiech by nieodzownym, aby jeszcze przed deszczami prze-by gry. Ju ulewy
zaskoczyy go w drodze, zanim przyby do jeziora Papalacta; nakoniec tragarze nadeszli. Oscuiati wyprawi ich
naprzd z rzeczami, a sam zgodzi dla siebie przewodni-kw, Od tej chwili zacz si nawa trudnoci, ktre
naturalista w licie do jednego ze swoich przyjaci w Europie tak opisuje:
Przewodnicy moi, pomimo obiecanej dobrej zapaty i znacznego zadatku, okazywali wielk niech do
zapuszczania si w lasy; obawiaem si, aeby porzuciwszy me rzeczy, nie uciekli, z tego powodu zamknem
ich na noc w chacie,
- a o brzasku dnia nastpnego, pomimo deszczu, wyruszyem ku Archidonie.
Wrd nieustannej ulewy dosignlimy kra-cw puszczy; grunt bagnisty rozciela si przed nami i
niepodobna byo wynale cieki. Po-mimo widocznego zniechcenia Indjan, nie stra-ciem odwagi; na mj
rozkaz przewodnicy szli sznurem jeden za drugim, a ja na kocu post-powaem, trzymajc w pogotowiu
strzelb, aby w razie, gdyby si ktremu zachciao umkn, przywita go adunkiem rutu.
Przez trzy dni maszerowalimy w kierunku wschodnim, a w cigu tego czasu nie zaszo nic zasugujcego
na wzmiank; trzeciego dnia w poudnie Indjanin, idcy na czele, nagle za-trzyma si i drcym gosem
zawoa: Trup! Trup! trup! wrzeszczeli przeraeni przewodnicy, stajc jak wryci. Poskoczyem naprzd i
ujrza-em martwego Indjanina, lecego wpoprzek cieki. Pochwyciwszy go za wosy i odwr-ciwszy twarz w
gr, poznaem w nim jednego z tragarzy, ktry nis mj tumoczek z Quito. Wwczas ju chorowa na
dysenterj i wida w drodze z niej umar. Naprno namawiaem przewodnikw, eby go pogrzebali; jak
zabo-bonn zdjci trwog, poprzestali na zawieszeniu jego opoczy na gaziach bliskiego drzewa, a
przyrzuciwszy biedaka kup zielonych lici, ruszyli dalej.
Przygody eglarzy. 15
Wypadek fen maoznaczny wpyn nader szkodliwie na usposobienie moich towarzyszw; to mruczeli
pomidzy sob, to rzewnemi zale-wali si zami, widocznie lkajc si dozna losu tfagarza. Aby rozproszy
ponure myli, daro-waem im flaszk wdki, ktr z podliwoci wyprnili. Napj ulubiony sprawi
cudown zmian w humorze moich przewodnikw; ru-szyli naprzd wesoo, spodziewajc si dogoni tragarzy,
ktrych lady wyranie mona byo dostrzec na botnistym gruncie.
Pomimo zmartwienia, jakie mi sprawiaa nie-ch Indjan, byem w bardzo dobrem usposo-bieniu. Pgoda
pikna zajaniaa, a wspaniay widok lasw podzwrotnikowych hojnie mi wy-nagradza doznane trudy
Wyszedszy z Quito, przebywaem bory, zocone po najwikszej czci z dbw, bukw, sosen i jode, a
wszystkie krze-wy nadaway im podobiestwo do lasw euro-pejskich; po trzech dniach podry znalazem si
jakby czarodziejsk wadz przeniesiony wrd rolinnoci rwnikowej. Ta naga przemiana wprawia mnie w
zachwycenie. Wawrzyny, figi, mirty, olbrzymie skrzypy i palmy rosy tutaj nadzwyczaj bujnie; mnstwo
przelicznych kwia-tw cudown barw wzrok poio.
Dziwnie wyrastaj drzewa w tych puszczach; jedno przy drugiem toczy si, jakby im miejsca nie
dostawao; obok grubego pnia, ktrego kilku-
naslu ludzi, pochwyciwszy si za rce, objby nie zdoao, wystrzela inny, cieniuchny jak ra-mi, a pomimo to
dosigajcy rwnej z tamtym wysokoci. U gry plcz si ich korony, nie- przepuszczajce promieni
sonecznych, tak, ie tylko z wikszej lub mniejszej jasnoci dnia po-zna mona, czy pikna sprzyja pogoda,
czy te szafir nieba chmury brzemienne burz zaci-gny.
Skoro zmierzch ciemny zapanuje wpord dnia, moemy si spodziewa lada chwila gwa-townej burzy.
Nagle daje si sysze mocny sze-lest, cikie a due krople deszczu, uderzajc w liciaste sklepienie, s jego
przyczyn; w kilka chwil zamienia si w silny oskot. Wycie wichru rozlega si po lesie. Grzmoty rycz ju
zdaa, burza z nadzwyczajn szybkoci zblia si ku nam i wstrzsa posadami ziemi. Piorun po pio-runie
uderza; echo lasw powtarzajc je, zamie-nia w jeden nieprzerwany huk; uragan szaleje z nieopisan
wciekoci i zrywa korony drzew, a ciesze pnie amie jak prtki.
Taka to burza napada nas przy schyku dnia trzeciego, przecie dostalimy si do osady Ba- eza; pomimo,
em przemk do nitki i byem zmczony niewymownie, nie mona byo odda si pokrzepiajcemu
spoczynkowi z obawy, aby Indjanie nie uciekli; co chwila budziem si, suchajc niespokojnie, co robi
przewodnicy.
15*

Nastpnego dnia, to jest 20 czerwca, kiedy daem rozkaz do wymarszu, przewodnicy wzbra-niali si
wykona go, wymawiajc si rnemi blahemi przyczynami; nareszcie naczelnik ich owiadczy mi krtko, e
jednego kroku nie zrobi, bo dzi jest wito, a oni wcale nie my-l grzeszy dla mojego kaprysu. Tego ju
byo zanadto; pochwyciem kij, groc, e ich owicz, jeeli natychmiast nie rusz z miejsca. Mruczc, wybrali
si w drog, lecz zaledwie uszlimy kilkaset krokw, jeden z nich przewr-ci si naumylnie i wrzeszczc
przeraliwie, dowodzi, e i nie moe, pontewa potuk si ciko. '
To zy znak, to widocznie Pan Etg nas ostrzega, abymy podr nie gwacili dnia wi-tego
woali inni wrmy si! wrmy!
Indjanie, widzc, e nie zwaam na ich pod-stpy, ruszyli naprzd w milczeniu; naprno kilkakrotnie
zagadywaem do nich, na nic si to nie przydao, zaniemieli jak gazy.
Przez dwa nastpne dni maszerowalimy w ponurem milczeniu; wrd gszczw olbrzy-mich paproci i
sieci rolin powojnych kilkakro-tnie przewodnicy zbkali si. Nagle ukaza si na drodze spory niedwied;
pochwyciem strzelb; zwierz strwoony szczekaniem psa, wspi si na drzewo, nim jednak dosign gazi,
kula zgruchotaa mu czaszk i pad bez ycia.
*
Indjanie poskoczyli szybko i przywlekli nie-dwiedzia. W okolicach tych bezludnych podobna zdobycz
miaa nieocenion warto. Za chwil trzeszcza! wesoo ogie, a jeden z mych prze-wodnikw obraca na
drewnianem ronie tust wiartk niedwiedzia; na twarzach Indjan igra umiech zadowolenia, gdy smaczn
pieczeni spodziewali si wynagrodzi sobie trudy kilku-dniowej podry.
Przenocowalimy tutaj, lecz nazajutrz prze-wodnicy wzdragali si zabra resztek dziczyzny j pomimo to, e
im pieczyste wzoraj wybornie smakowao. Pragnem zachowa chocia skr i czaszk, nie chcieli nie
obojga. Rozjtrzony w najwyszym stopniu, obiem ich naczelnika, groc zarazem, e za najmniejszem
podejrze-niem, i chc ucieka, paln mu w eb. Po tym wypadku ruszylimy w dalsz podr. W go-dzin
pniej trzeba byo zatrzyma si na brzegu rzeki Cosana, aeby wynale brd dla dostania si na drug stron.
Nie byo to rzecz tak atw, albowiem rzeka bardzo wezbraa. Cay dzie upyn na daremnych
poszukiwaniach, a nad wieczorem zadecydowaem, e tu przenocujemy. Indjanie wzili si do zbudowania
szaasu z gazi, w ktrym miaem spa; uderzyo mnie to, e z daleko wiksz starannoci budowali go, ni
poprzednich nocy, a kiedy wkocu zaczli go

wkoo palisadowa, zapylaem naczelnika, co to ma znaczy? Indjanin odrzek mi, e to tylko prosta ostrono
przeciw napaci dzikich zwierzt.
Zrzuci mi to natychmiast zawoaem, wskazujc na ostrok, utrudniajcy mi nadzr nad
przewodnikami. A ty dodaem, zwra-cajc si do naczelnika bdziesz spa obok mnie.
Indjanin wykona mj rozkaz bez najmniej-szego oporu; w jego oczach nabiem pistolety i zaoyem
wiee pistony.
Noc przesza spokojnie. Drugiego dnia po-wiodo mi si zabi znowu niedwiedzia, a tak na ywnoci nie
zbywao. Nastpn noc prze-pdziem czuwajc, zdawao mi si bowiem, e dzicy czyhaj tylko na sposobno,
aby mnie opuci.
Dnia 24 czerwca wstawszy z rana dostrze-gem, e wody znacznie opady. Naleao szu-ka brodu;
wziem z sob starszego z prze-wodnikw i jednego z nich do pomocy. Za-ledwie uszlimy parset krokw,
gdy naczelnik w znikn w gszczu. Natychmiast pdem pobiegem ku miejscu, gdzie reszta pozostaa, cignc
za sob ostatniego przewodnika. Gdy-my przypadli do chatki, ywego ducha w niej nie byo. Zastaem moje
paczki roz-bite, a dzicy zniknli. Indjanin pozostay obu-
rzy si straszliwie na ten widok i zawoa, bijc si w piersi:
Senhor, niech moj dusz na wieki po-rwie szatan, jeeli ci opuszcz, jak ci niego-dziwcy! Ach
niepoczciwe otry, uwaaem od kilku dni, e si na co zego namawiaj, ale kryli si przede mn, bojc si,
ebym ich nie zdradzi. C teraz powie pan gubernator? Taki wstyd, taki wstyd!
I przejty aoci, pocz gorzko paka.
Uspokoiem go, jak mogem i zapytaem, co myli zrobi? >
Pjdziemy naprzd, a jak dostaniemy si do Archidony, alkad wyszle pogo za tymi
niegodiiwcami; zobaczysz pan, jak ich srogo ukarz.
To si na nic nie przyda odpowie-dziaem. -- Nie moemy tutaj tyle rzeczy zo-stawia; we
dwch nie zdoamy ich udwign. Ty pjdziesz sam, dam ci li$ty do gubernatora, aeby mi pomoc przysa, a
ja ci zato sowicie wynagrodz.
Dobrze, Senhor odrzek Indjanin lecz pjd dopiero jutro, bo w nocy jaguary czatuj w
puszczy i por twego sug, a wtedy kt ci dopomoe? Umrzesz tu z godu, bo moi wiaroomni towarzysze
zabrali ci ca ywno;
o pisz, pisz Senhor prdzej, dzi jeszcze!
Korzystajc z resztek dnia, napisaem list do
gubernatora; poczem szcztki ywnoci podzie-liem midzy siebie i Indjanina; nakoniec da-em mu poow
przyobiecanej nagrody zgry, proszc tylko, aeby w drodze jak najbardziej pospiesza. Dziki ze zami w
oczach przyrzek mi wypeni wszystko jak najpunktualniej. Uci-snem go, jak brata i pooylimy si spa;
kiedym sobie sa legowisko, Indjanin nagle zerwa si z miejsca i zanim pomiarkowa si mogem, co to ma
znaczy, przepad w g-stwinie.
Z pocztku mniemaem, e ujrza ktrego ze zbiegw i puci si za nim w pogo, zacz-em wic woa,
aeby powrci, ale tylko przy-tumione echo odpowiadao mi. Byem wic samiuteki w niezmiernych
puszczach, ostatni przewodnik zdradziecko mnie opuci, porwawszy nadto worek, zawierajcy resztk zapasw
y-wnoci.
Rozpacz na nic si nie przyda, trzeba byo raczej myle o ocaleniu ycia. Bez zwoki wzi-em si do
wyporzdzenia mego szaasu, aby sobie jakie takie schronienie zabezpieczy, gdy lada chwila moga powsta
ulewa i zgnbi mnie do ostatka. Naciem palikw, umocniem, niemi ciany chatki, przykrpowaem je
lianami, pokryem dach dwiema warstwami wieych lici, a potem pozbieraem pale rozrzucone przez Indjan i
zrobiem z nich palisad, dla zabez-
pieczenia si przeciw nocnemu napadowi mych przewodnikw i dzikich zwierzt. Zoliwe ple-mi dzikich lubi
si mci; przez ca drog zmuszali mnie do surowego postpowania, mo-na wic byo przypuci, e si
zaczaili gdzie w puszczy, a w nocy powrc, aeby mnie za-mordowa. Poczem nabiem strzelb i pistolety,
przytwierdziem ostrze lancy do tyki, a zjadszy kawaek suchara, pooyem si na kufrze.
Noc wleka si bardzo powoli; drzemaem nieco, lecz strzegem si mocno zasn. W go-dzin moe po
zajciu soca wyszedem z chaty, aeby si przekona, czy niema kogo w pobliu. Wszdzie byo cicho; daem
ognia z pistoletu dla odstraszenia niedwiedzi i jaguarw, a zara-zem dla pokazania Indjanom, e czuwam.
Ciem-no tak wielka panowaa, e nic nie mona byo rozpozna na par krokw; na dobitk, deszcz pocz
pada. Wszystko to rozstroio mnie do najwyszego stopnia i z niezmiern niecierpli-woci oczekiwaem
brzasku. O pnocy wystrze-liem powtrnie; nakoniec okoo godziny szstej z rana, kiedy na wschodzie
zaczo szarze, roz-paliem ogie i ugotowaem nieco kawy, ktrej Indjanie nie zabrali, bo im, na szczcie, nie
przypada do smaku.
Nastpnego dnia pracowaem nad wzmocnie-niem mej chaty i zabezpieczeniem si od deszczu. Indjan
obawia si przestaem, bo zapewne ju
S
gdzie bardzo daleko byli, lecz trwoya mnie obecno dzikich zwierzt, ktrych ryki nieje-dnokrotnie
poprzednich dni syszaem. Po du-giej rozwadze postanowiem z tydzie jeszcze przeczeka w tern miejscu, w
nadziei, e moe przechodzcy Indjanie wyprowadz mnie z tej nieszczsnej puszczy. Gdyby mnie to omylio,
miaem do czasu albo puci si dalej do Ar- chidony, albo te do Baezy powrci.
Postanowienie byo niezem, lecz czy moe- bnem do wykonania? to wielkie pytanie. Nie miaem ani
ywnoci, ani przewodnikw, a na-leao przeby najmniej trzy dni drogi, eby si dosta do osad ludzkich.
Pozostawao mi tylko nieco sucharw; podzieliem je na mae racje po wier funta, zachowujc na czas
najkrytyczniejszy; zebraem porozrzucane koci niedwiedzie, na ktrych jeszcze nieco misa pozostawao, a
apy i skr pokrajaem na drobne kawaki, postanowiwszy je upiec na pokarm. Zreszt miaem nadziej ubi
co ze zwierzyny, ktrej byo mnstwo w tej okolicy i tylko teraz pochowaa si z powodu nawa-nicy.
Posiliwszy si nieco w szaasie, wyszedem na dwr. Deszcz usta. Promienie soca prze-dzieray si przez
sklepienie lici. Otucha jaka napenia mnie, pochwyciem siatk i zaczem chwyta motyle, uwijajce si
rojami; kilka
przepysznych i cakiem nieznanych chrzszczw zdoaem uj, a o poudniu utrudzony i godny, ale
uszczliwiony bogat zdobycz, zasiadem we drzwiach szaasu i klasyfikowaem schwy-tane owady.
Tak zeszo mi dni par, dla nauki zyskaem wiele, ale dla siebie nic; a przepraszam, dla sie-bie zapaem
kilka wietlikw, ktre zamknite w soju, suyy mi zamiast lampy i tak mocne wydaway wiato, e mogem
przy nich czyta wybornie; natrafiem take na bar pszczeln, a chocia mnie robotnice porzdnie skuy, wy-
borny mid wynagrodzi t dolegliwo.
Dnia 27 czerwca przebudzi mnie wrzask przeraliwy, poznaem gos map; uzbrojony strzelb, biegn w
nadziei ustrzelenia ktrej i sprawienia sobie biesiady; skoczyo si na niczem; godzin przeszo biegaem po
lesie, nie dostrzegszy ani jednej mapy; tymczasem ule-wny deszcz zacz pada i zapdzi mnie do szaasu.
Burza zerwaa si tak silna, i zda-wao mi si, e moja ndzna chatka rozleci si od wicHru, albo j ulewa
rozwali. Dzie ten by jednym z najsmutniejszych w mojem yciu. Nad wieczorem ugotowaem nieco buljonu z
potu-czonych na miazg koci niedwiedzich, poczem zasnem.
Nastpnego dnia deszcz la bezustanku; rzeka wzbieraa gwatownie; nie mogem w a-
den sposb ognia roznieci. Mstwo, nieopuszcza- jce mnie dotd, zaczynao si chwia. W nocy posyszaem
szelest, przybliajcy si coraz bar-dziej; wybiegem z chaty i pochwyciwszy bro, czekaem w milczeniu, co z
tego bdzie. Wkrtce w pobliu szaasu dostrzegem jaki czarny przedmiot, posuwajcy si ku rzece. Chocia
byo ciemno, jednake po chodzie poznaem, e to jest tapir.
Ucieszyem si nadzwyczajnie, lkaem si tylko, eby go nie straci z oczu, albo nie chybi w takiej
ciemnoci. Rce mi dray z niecierpliwoci i obawy. Aby lepiej wymie-rzy, oparem strzelb o pie drzewa;
kt opisze m rado, gdy za drugim strzaem pa-do zwierz.
Poniewa nie miaem dosy siy, aeby zdo-bycz zawlec do szaasu, zostawiem j na miej-scu, gdzie pada.
Boga nadzieja oywiaa mnie, ju teraz przynajmniej nie umr z godu, my-laem sobie. Serce tak mi mocno
bio z radoci, e'dugi czas nie mogem usn, szczcie to jednak nie miao potrwa dugo.
Nad ranem obudz.il mnie guchy szmer, po-rwaem si na nogi i wybiegem z szaasu. Kt zdoa opisa
me przeraenie, gdym ujrza, e fale wezbranej wody sigaj prawie chatki. Pochwyciem kufer i reszt
ruchomoci i za-wlokem na wzgrek, znajdujcy si na szcz-
t
cie o kilkadziesit krokw. Prd wody porwa garnek blaszany i kocioek, pozostawiony we-wntrz chaty.
Zerwaem ca budowl i prze-niosem j na wzmiankowane wzgrze. Woda wzbierajca uniosa i tapira, a
tylko troch su-charw byo jedyn ochron przeciw mierci godowej. Postanowiem zachowa je na ostate-
czn potrzeb, tymczasem ywiem si jagodami i owocami lenemi.
Rzeka za wzbieraa z nieopisan szybko-ci. Potny wicher hula po lesie, gnc a ku ziemi wyniose
korony cieszych drzew; szum rozhukanej fali czy si z wyciem wiatru; ule-wny deszcz wali w licie, a od
czasu do czasu dawa si sysze huk ssiedniego wulkanu. Przyznajcie, e to by piekielny koncert.
I nie dziw, e miaem si coraz gorzej. Wilgotne wyziewy z bagnisk, kau i deszczu przejmoway mnie
dreszczem, a tu nie byo czem ani okry si, ani posili; dostaem takiej chrypki, e nie byem w stanie
najmniejszego wyda gosu. W rozpaczy wydobyem tek po-drn i napisaem ogromny list do prezydenta
rzeczypospolitej, wyliczajc w nim wszystkie dolegliwoci, jakie mnie spotkay, doczajc do tego testament i
zapakowawszy oboje w cerat, zawiesiem na kiju zatknitym pod szaasem. Dalej nad brzegiem rzeki wbiem
wysok tyk, przyczepiwszy do niej kawa ptna, aby prze-
pywajcy Indjanie dostrzegszy ten znak, po-pieszyli mi na pomoc.
Przez dnie 30 czerwca i 1 lipca deszcz la bez przerwy; siedziaem w chacie skurczony i okryty gnijc ju
skr niedwiedzia. Nie-znony wyziew wydobywa si z niej, lecz zimno tak dokuczao, e nie mogem jej
odrzuci. Od czasu do czasu braem w usta kawaek suchara posmarowanego miodem, albo nieco palonych
ziarn kawy, eby z godu nie umrze.
Po poudniu 1 lipca jaka rozpacz ogarna ca moj istot. Sidmy to ju dzie, jak mnie opucili
przeniewierczy Indjanie. Woda ani my-laa opada, fale toczyy si wci z rwn gwatownoci! Z
przeraeniem ujrzaem, e gdy jedno rami rzeki toczyo si u stp wzgrza, drugie poza niem przerzno sobie
nowe koryto, tak, e znajdowaem si na wyspie. Nie mona byo przypuszcza, aeby si udao wynale brd;
wic byem winiem.
Co chwila biegaem na brzeg, aeby na zro-bionym przezemnie wodoskazie obserwowa wy-soko wody.
Nad wieczorem ujrzaem, e za-czyna opada. Otucha mnie napenia, gdy w stronach tych powodzie rosn
szybko, ale te nader prdko opadaj.
Przez dwa nastpne dnie stan atmosfery by raz pogodny, to znowu burzliwy. Zbieraem owoce i jagody, nie
ruszajc ostatkw sucha-
rw, oczekujc opadnicia wd, aeby puci si do Archidony. Miaem mapk dokadn i igiek magnesow;
spodziewaem si, e za- ' pomoc tych przedmiotw nie zbocz z naley-tego kierunku. Wprawdzie osabione
siy nie-wielk mi wryy nadziej wytrzymania tru-dw kilkudniowej podry, aje c miaem robi; czy tak,
czy owak, nic mnie nie czekao innego> jak mier.
Postanowiem przedewszystkiem dosta si nad brzeg rzeki Kondachi, ktrej powinienbym by dosign
po dwch dniach podry. Przy-bywszy tam, zamierzyem zbudowa tratw i puci si biegiem rzeki a do
ujcia jej do Hollinu. Zdawao mi si, e tratw zrobi bez trudu, gdy ani na pniach, ani na lianach do wizania
ich nie zbywao. Tym sposobem mo-gem dosign najdalej pitego dnia osad in-dyjskich; w cigu podry
zwierzyna miaa mi dostarczy ywnoci.
Wprawdzie plan ten by bardzo trudny do wykonania, ale nierwnie trudniej byo wraca do Baezy, gdy
rd gszczu puszczy, w bagni- skach i wwozach, atwo si mogem zbka.
Czwartego lipca, zachowawszy w wypr- chniaem drzewie kufer i inne ruchomoci, kt-rych z sob zabra
nie mogem, przygotowaem si do marszu. Zastrzelony tukan dostarczy mi posiku. Pozbieraem wreszcie
przedmioty konie-
cznie potrzebne i zawinwszy w cerat, posze-dem ku rzece.
Woda opada najmniej o se, trzeba j byo przepyn; bojc si, na przypadek nie-powodzenia, utraci
ca ywno, podzieliem j na dwie czci: jedn zostawiem na brzegu, drug przymocowaem na plecach. W
czapce umieciem pienidze, zegarek i kompas i przy-wizaem j chustk do gowy, a potem, prze-egnawszy
si, wszedem w wod.
Jestem zrcznym pywakiem, lecz dwuna- stodniowe trudy i brak poywienia osabiy nie-zmiernie moje
siy, prd za by tak gwatowny, i nie mogem sobie da rady; zanim zdoaem dosign przeciwnego brzegu,
prd pochwyci mnie i unis o trzysta krokw; mimo wysile-nia, zaczem ton; dla ocalenia ycia rzuci-em
pakiet w wod, to mi ulyo. Po dugiej walce z fal, dosignem napowrt brzegu i do-staem si szczliwie
na ld. Poowa ywnoci t pistolety, zamknite w blaszanej kasetce, po-szy na dno.
Przekonaem si, e w ten sposb nie prze-pyn rzeki; smutne myli opanoway dusz, lecz postanowiem
raz jeszcze poprbowa szczcia. Nauczony dowiadczeniem, poszedem w gr rzeki i puciwszy si stamtd,
przepynem szczliwie. Dwukrotna ta przejadka odebraa mi chtk do powierzania si wodzie i po du-
KAJETAN OSCULATI.
Wyczerpany padem na ziemi, polecajc si Bogu *
gim namyle postanowiem pieszo do Baezy po-wrci.
Pierwszy raz od tylu dni doznaem oyw-czego dziaania promieni sonecznych, gdy brzeg rzeki, na
ktrym staem, nie by zacieniony drzewami. Suknie zdjte wyschy prdko; do tego powiodo mi si zastrzeli
du czapl, ktr wnet upiekem. Ogrzany i posilony odzy-skaem siy i dobry humor, ale e ju byo blisko
poudnie, nie mylaem o dalszej w tym dniu podry i wypoczywaem po trudach.
Nazajutrz znowu deszcz pada, trzeba wic byo zosta na miejscu. Przetrzsajc kuferek, znafazem kilka
funtw kukurydzy. Podczas po-bytu w Quito gatunek ten kukurydzy spodoba mi si bardzo; miaem zamiar
upowszechni go w ojczynie; o jake mi si teraz przydaa ta kukurydza!
Majc czas wolny, wydobyem kilkadziesit kart, przeznaczonych do nalepiania drobniutkich
chrzszczykw i porznem je noem na drobne ' skrawki. Miay mi one suy do znaczenia drogi, w razie
gdybym si zbka w lasach i nie mg trafi napowrt do rzeki.
Ze strzelb na plecach, z tomoczkiem, za-wierajcym reszt ywnoci i najrzadsze egzem-plarze
znalezionych owadw, porzuciem miej-sce, na ktrem tyle mnie przeciwnoci spotkao. Szedem wolnym
krokiem, aby si nie zmczy
Przygody eglarzy 16
i skrawkami kart znaczyem drog. Niepodobna sobie wyobrazi, co to za droga bya; nieraz z powodu gszczu,
par godzin czasu naleao powici dla przebycia paruset krokw; innym razem brnem po kolana w
bagnisku i namy-laem si dugo,, jak postawi drug nog, aeby nie pogry si w bezdennej otchani.
Czsto-kro zrozpaczony chciaem si rzuci na ziemi i oczekiwa mierci, wydajcej mi si wytchnie-niem po
niewypowiedzianych trudach i cierpie-niach.
Wanie w chwili takiego zwtpienia usy-szaem odlegy szmer wody; zebrawszy ustajce siy, ruszyem
naprzd i wkrtce dostaem si nad brzeg rzeki Janajassu. Dc za jej bie-giem, doszedem znowu do lewego
brzegu Cos- sangi i na nim przepdziem noc, lkajc si zabkania. Noc ta przesza mi bardzo przy-kro, gdy
mimo znuenia, nie odwayem si zasn, bo wci byo sycha ryki dzikich zwierzt.
Mona sobie wystawi, z jak niecierpliwo-ci czekaem witu. Skoro tylko si rozwidnio, natychmiast
opuciem moje legowisko i pow-drowaem dalej. Okoo poudnia z niema ra-doci poznaem miejsce, gdzie
pierwszy nie-dwied pad od mego strzau; rado t jednak cikie zatruo zmartwienie. Cay dzie wczo-
rajszy, idc wrd bagnisk, niejednokrotnie pod-
parem si strzelb, nabj zawilgn, a zamek zardzewia zupenie, jedyna wic bro pozostaa bez uytku i nie
miaem nawet czem ubi zwie-rzyny, choby si nawina; c mi teraz po fuzji. Porzuciem j pod drzewem z
wielkim alem, bo i nac dwiga byo niepotrzebny ciar?
Szedem wci a do wieczora, wypoczywa-jc tylko czasami, kiedy strudzone nogi wypo-wiaday
posuszestwo; noc przesza daleko spo-kojniej, anieli poprzednia, ryku zwierzt wcale sycha nie byo,
mogem wic pokrzepiajcym snem wzmocni wyczerpane siy.
Trzeciego dnia ku wieczorowi wydostaem si przecie z gbi puszcz; przede mn rozpo-stara si rwnina
niezbyt wielka, ale za ni pitrzyy si gry, w ktre nazajutrz miaem si zapuci. Uszedszy z mil,
zatrzymaem si u stp gr, zamierzajc dopiero jutro dalsz przedsiwzi drog. Stan mj by w najwy-szym
stopniu opakany; miejsce sukien za-jy ndzne, zbocone szmaty, obuwie zdaro si do szcztu, a nogi
obrzmiae i pokale-czone dokuczay mi przez ca noc nieznonym blem.
Przez cay dzie nastpny musiaem pozo-sta w miejscu; moczenie i okadanie glin poranionych ng
znacznie mi ulyo; poobwi- jaem je podartemi poami surduta. Nazajutrz,
16*
puciwszy si w dalsz drog, doszedem do potoku Vernello. Przewodnicy moi, uciekajc, zrzucili ogromny
pie drzewa, sucy poprze-dnio za most, aeby mi zatamowa przejcie, lecz nie zwaajc na bystro prdu,
przeby-em potok, uywszy dwch kijw do podpar-cia si i zanocowaem niedaleko stamtd w ja-skini.
Dzie dzisiejszy mia by nareszcie kresem mych cierpi, gdy Baeza nie leaa dalej, jak
o ptrzeciej mili geograficznej, lecz lkaem si, czy mi si starczy na ich przebycie. ywnoci nie miaem,
ostatni racj sucharw spoyem wczoraj wieczorem; nie pozostao mi nic, nad dwie kolby kukurydziane;
upiekem jedn na wglach i rozpoczem mozolny pochd przez lene wwozy. ,
Gste krzewy zapeniay wwz do tego stopnia, e bez pomocy noa niepodobna byo uj kilku krokw.
Ju soce chylio si ku zachodowi, a nigdzie nie mona byo dostrzec ladw pobytu ludzkiego. Siy
opuszczay mnie coraz bardziej; ju tylko trzydzieci ziarn ku-kurydzy pozostao. Zjadem je, lecz ndzny ten
pokarm nie mg ukoi silnego godu; co kil-kanacie krokw ustawaem; zdawao mi si, e ju nadszed
ostateczny kres moich m-czarni. Wyczerpany padem na ziemi?, poleca-jc si Bogu. Szum w uszach, dreszcz
w caem
ciele i osabienie, przepowiaday mi bardzo ry-ch mier.
Wtem zdaa dobieg mych uszu jaki dzi-wny gos. Podnosz si, siadam. Sucham, ta-muj oddech, aeby
pochwyci te niewyrane dwiki. To pianie koguta. O mj Boe! adna melodja nigdy w yciu nie wywara
na mnie tak czarownego wpywu, jak ten gos wrzaskliwy wiejskiego zegara. A wic znajduj si w pobliu
mieszka ludzkich! wybekotaem i zy gorce spyny po wyndzniaej twarzy.
Kiedy z gwatownego wzruszenia przysze-dem do siebie, gucha cisza panowaa wokoo; nie mogem
rozpozna, z ktrej strony dolaty-wao mnie pianie koguta. Poczciwe ptasz, jakby wiedziao, e od jego gosu
zawiso ycie czo-wieka, odzywa si znowu. Porywam si na rwne nogi i piesz za powtarzajcem si wci
pia-niem. Gszcz zaroli nie moe mnie powstrzy-ma, pdz naprzd, nie zwaajc na ciernie, kaleczce mi
rce i twarz. Nakoniec, po upywie dziesiciu minut, spostrzegam domki Baezy. Indjanie, ujrzawszy zdzicza
m posta, pierz-chaj z krzykiem zgrozy; nie zwaam na to, lecz pchnwszy nog drzwi pierwszej chaty,
wbiegam do niej, padam wysilony na ziemi, woajc: Chleba! chleba!
Obfity pokarm, ciepa strawa, ktrej od tak dawna nie miaem w ustach, a nastpnie sen
dugi i gboki, powrciy mi utracone siy. Poszedem do akada i wymieniem mu moje nazwisko; biedny
czowiek struchla, sdzc, e ma przed sob upiora, albowiem przewodnicy indyjscy za powrotem, dla
ocalenia swej skry, opowiedzieli, e utonem podczas przeprawy przez Cosang. Za chwil przyprowadzono
tych ndznikw; popadali mi do ng, bagajc, ae-bym darowa im ycie. Prosiem alkada za nimi; urzdnik
jednak kaza ich dla przykadu ocho- sta i wtrci do wizienia. Teraz wypoczywam po trudach.
Na tem koczy si wyjtek z listu Oscula- tigo. Zapewne sdzicie czytelnicy, e zraony cierpieniami,
odrzek si na zawsze wycieczek i porzuciwszy Ekwador, do Europy powrci. Nie zgadlicie; naturalista
nasz po dziesicio-dniowym wypoczynku i zaopatrzeniu si w now odzie i zapasy, z omiu przewodnikami z
pocz-ciwego pokolenia Kwirosw, wyruszy z powro-tem w lasy, dopiero co opuszczone i rozpo- czwszy na
nowo badania, po ptorarocznej po-dry, penej przygd i trudw, przyby z na- gromadzonemi skarbami
naukowemi do ujcia rzeki Maran jonu i std dopiero popyn do Europy.
Tak to wity zapa wiedzy wzbudza olbrzy-mi wytrwao w prawdziwych swych kapa-nach i wiedzie
ich w odlege i puste krainy,
w lodowate strefy biegunowe. Wielu z nich zgi-no z godu, pragnienia, pado ofiar zabjczego klimatu, lub
wyziono ducha pod noami dzi-kich, a przecie takie przykady, nie odstraszyy innych od podry
naukowych, chociaby mieli powici ycie dla zdobycia prawd nowych.
>
I
Przygody Johna Jacksona
i jego pobyt na wyspach Fidy (18361842).
I.
Modociany wiek i pierwsze kamstwo.
Urodziem si 1820 r. w poudniowej Anglji pod samem miastem Hastings, lecem w hrab-stwie Sussex,
nad samem morzem. Miasto to, jak mi nieraz mj ojciec opowiada, byo pamitnem w dziejach naszych; tutaj
bowiem Wilhelm, ksi Normandji, zwany Zdobywc, stoczy przed siedmioma wiekami bitw z wojskiem an-
glosaksoskiem, pobi je na gow i opanowa Anglj.
Ojciec mj by pastorem i pragn, abym i ja take powici si stanowi duchownemu, dlatego te napdza
mnie porzdnie do ksiki, lecz wrodzona ywo, a czemu nie wyzna prawdy, i wielkie lenistwo, nie
dozwalay mi przysiedzie fadw; wymykaem si te, jak mogem, nad brzeg morza, gdzie zwykle bawili si
synowie
rybakw, z ktrymi zostawaem w wielkiej przy-jani.
Najulubiesz zabawk tych chopcw byo robienie maych okrcikw i puszczanie ich na morze; wkrtce
nabraem takiej wprawy w ro-bieniu statkw malekich, e mnie wsptowa-rzysze mianowali ciel
okrtowym. Naprno ojciec nieraz spdza mnie z brzegu, gniewa si, a czasem i ukara; prdko o tem
zapominaem, a skoro tylko nadarzya si sposobno, zamiast pj do szkoy, biegem nad morze nowe wy-
myla igraszki.
Jednego dnia stary Dick, najzrczniejszy ry-bak w caej okolicy, wyprawia si na pow ryb; syn jego Will
powiedzia mi o tem, nama-wiajc, abym razem z nimi odby wycieczk; z niezmiern chci przystaem na to,
lecz Dick> owiadczy, e mnie nie zabierze, dopki nie wystaram si o pozwolenie ojca. Pobiegem do domu,
lecz zamiast prosi ojca o pozwolenie odbycia caodziennej przejadki po morzu, owiadczyem mu ch
odwiedzenia ciotki, mieszkajcej w miecie. Ojciec, po krtkim oporze, pozwoli, z warunkiem, ebym zaraz po
poudniu do domu wrci.
Uszczliwiony tem atwem wymkniciem si z domu, poszedem drog ku miastu, lecz gdy ju z domu
rodzicielskiego dostrzec mnie nie mogli, zawrciem w krzaki i przez zarola
ciekami przybyem do chaty rybaka, ktry widzc mnie w witecznych sukniach, uwierzy ^ kamstwu i
zabra z sob na dk. Oj ciko ; przypaciem pniej to kamstwo, jak si o tem przekonacie.
Nikt nie zdoa wyobrazi sobie mojej radoci, gdy po raz pierwszy ujrzaem si na morzu; od paru lat
naprno wzdychaem, aby tego szczcia dowiadczy, a dzi ziciy si moje marzenia najgortsze: byem w
cznie, byerrt na morzu.
Z pocztku kady zwrot odzi zabawia mnie bardzo, zarzucaem i nudziem starego Dicka ustawicznemi
pytaniami; ale on uprzejmy dla mnie, jako dla syna pastora, z chci odpowiada na wszystko, lub wyrcza si
synem, znajcym dobrze rzemioso rybackie i eglarskie.
Kiedymy si znajdowali o par mil przeszo od brzegu, starzec rozpostar sieci i rozpocz pow. Pierwsza
zapana ryba zainteresowaa mnie bardzo; miotanie si jej w sieci sprawiao mi wielk uciech, dosy, e kiedy
pno wie-czorem wracalimy do domu, pomimo lekkiego bicia serca z obawy gniewu ojca, byem bardzo
zadowolony z pierwszej morskiej wycieczki.
Zamiast i do domu, udaem si do miasta wprost do ciotki, ktra niezmiernie zadziwia si, e tak pno
przychodz. Zaczem j bardzo przeprasza i uoyem historyjk, e ojciec po-
sia mnie z rana do niej, lecz spotkawszy na drodze chopczyka znajomego, wstpiem do niego i zabawiem si
a do tej pory, a teraz nie miem wraca do domu z powodu spnio-nej pory. Ciotka zburczaa mnie zrazii, lecz
po-tem udobruchaa si i kazawszy zawoa dorok, polecia odwie mnie do domu. Ma si rozu-mie, e
wyprosiem sobie u cioci, i ani swka
o tem ojcu nie powie.
Szczliwy z takiego obrotu rzeczy, przespa-em smaczno noc, bdc pewnym, e si ju wszystko dobrze
skoczyo. Ale Pan Bg nie lubi kamcw, a karze tych, ktrzy mi oszuki-wa rodzicw. Na drugi dzie rano,
ledwie wsta-em i zaczem si ubiera, gdy ojciec przysa po mnie suc, abym w tej chwili przyszed do
kuchni. Zaledwie tam wszedem, kiedy ojciec zapyta mnie:
A wic wczoraj bye u cioci?
Tak jest odpowiedziaem byem tam od samego rana a do wieczora.
Niegodziwy kamco, nie wiedziaem, e jeste tak przewrotny. Wybrae si bez mego
pozwolenia na morze, powiedziae poczciwemu Dickowi, e ci pozwoliem; uwierzy ci, bo nie mg
przypuci, e taki-mody chopiec moe ju kama; zmylie przed ciotk, e ci kolega
zatrzyma, a teraz mnie chcesz otumani. A wic trzy razy dopucie si faszu. Czy wiesz nie-
szczliwy, e kamstwo jest pocztkiem wszyst-kiego zego? O ja nieszczliwy ojciec, czeg to
doczekaem?...
Rzuciem si do ng ojcu i rzewnie paczc, przyrzekem popraw.
Niech pan przebaczy Donowi prosi Dick, ktrego dotd nie widziaem.
On to, przynisszy ojcu par ryb w poda-runku z wczorajszego poowu, o wszystkiem opowiedzia.
Dugo ojciec by nieprzebaganym; nareszcie proszony przez matk, siostr i starego rybaka, przebaczy mi,
lecz zarazem owiadczy, i po witach wielkanocnych odele mnie do stryja, take pastora w Bosworth, w
hrabstwie Leice- ster, aebym tam, zdaa od morza, nie mia przeszkody w naukach.
Przebaczenie ojca wprawdzie mnie uspo-koio, lecz myl o wyjedzie do stryja nape-niaa mnie obaw.
Wiedziaem o tern, e jest nadzwyczajnie surowym i nie bdzie mi wcale pobaa. Nie miaem chci do nauki,
a tam czekao mnie z pewnoci caodzienne lczenie nad ksik; przytem trzeba byo wyrzec si morza i
kolekw i pojecha daleko od domu. Myli te trapiy mnie bezustanku, a im bliej byo do wit, tem bardziej
obawiaem si dnia * odjazdu.
II.
Ucieczka z domu rodzicielskiego.
Dobrze ojciec powiedzia, e kamstwo jest pocztkiem wszystkiego zego. Obawa przypro-wadzia mnie
do tego, e postanowiem uciec z domu rodzicielskiego. W wielk sobot posali mnie rodzice z siostr na
naboestwo; uprosi-em j, eby mi pozwolia pj do ciotki, ale zamiast uda si tam, pobiegem do portu.
Przed szynkiem stao kilku majtkw, pijcych piwo. Odwoaem jednego na bok i dawszy mu szy-linga,
prosiem, aby mi doradzi, jakby si dosta na wita do Boulogne, gdzie niby miaem stryja. Majtek
zaprowadzi mnie do waciciela odpy-wajcej tam barki i za opat czterech szylingw zabrano mnie na statek,
ktry w kwadrans potem rozwin agiel.
Bya to poowa mojego majtku; dostaem od cioci p gwinei i chowaem j od czterech miesicy, a teraz
na ucieczk z domu rodzicw uyem. Zdawao mi si, e z t sum mog p wiata obej, wkrtce jednak
poznaem, jak ma miaa warto.
Po przybyciu do Boulogne nie wiedziaem, gdzie- si obrci i co z, sob robi. W czasie podry
poznaem si z chopcem, nieco star-
szym ode mnie; w takim wieku, jak wiadomo, robi si atwo znajomoci. Mj koleka suy by ju na statku
wgarskim przez p roku, a teraz pragn dosta si na wikszy okrt. Skoro dowiedzia si o przyczynie, dla
jakiej uciekem z domu, pocz mnie namawia, abym zacign si na statek jako chopiec okrtowy; nie byem
wcale od tego i prosiem tylko, aby mi dopomg.
Jakubek kaza mi poczeka w miejscu, a sam, wziwszy dwa szylingi, poszed pomidzy majt-kw. Ju
mylaem, e nie powrci, ale we dwie godziny nadszed z wysokim i ogorzaym majt-kiem, ktry ujrzawszy
mnie, zawoa:
A wic to jest ten lichy kret, majcy ch suenia na naszym okrcie? Pjd abo, do kapitana ci
zaprowadz, a jeeli ci przyjmie, tak jak tego wisusa, twego koleg, to pamitaj, e ci si o to wystara Thoms
Black.
Wsiadszy w czno, popynlimy ku okr-towi. By to dwu-masztowy statek kupiecki, zwany Little
Boy. Kapitan trudni si trans-portowaniem ptna holenderskiego do Stanw Zjednoczonych i zatrzyma si w
Boulogne dla dobrania dwch majtkw, w miejsce odprawio-nych; zamiast tego przyj dwch chopcw
okrtowych, Jakubka i mnie.
Obawiaem si bardzo, aby nie wypytywa
o rodzicw, o ich pozwolenie zacignicia si
na statek i draem, kiedy kapitan przywoa mnie do siebie.
Jak si nazywasz? zapyta, roztwierajc ksig i maczajc piro.
John Jackson odpowiedziaem.
Wiele masz lat?
Czternacie i p.
Rodem?
Z Hastings.
Dobrze! zawoa, zapisujc to wszystko
przyjmuj ci, bdziesz mia pomieszkanie, st i ubranie; jeeli bdziesz si dobrze sprawia, to
pomylimy o wynagrodzeniu pieninem, jeeli le, ka ci skr wyoi. A teraz precz z t ldow skorup
doda, wskazujc na moje suknie hola Saunders! przystroi mi go na marynarza.
Po chwili, ubrany w drelichowe majtki, kaf-tan i okrgy kapelusz, co wszystko, mwic nawiasem,
naleao przedtem do jakiego z moich poprzednikw, myem wraz z drugimi pokad okrtu. Pniej dopiero
dowiedziaem si, e kapitan, nie mogc dosta majtkw, przyj pierwszych lepszych chopcw, jacy mu si
na-winli i dlatego wicej mnie nie bada.
Ju od pierwszego dnia wcale mi si nowy stan nie podoba. Sdziem, e nie bd nic innego robi, jak
tylko przypatrywa si morzu
i aglom i biega cay dzie po wszystkich k-
tach okrtu, tymczasem pdzono mnie do pracy bezustanku. Kapitan by surowy i prawie nigdy do mnie nie
mwi, chyba co rozkazujc. Ster-nik i ciela okrtowy nie odznaczali si wcale agodnoci, a majtkowie
swoj drog wyrczali si mn w kadej potrzebie, sowem, po tygo-dniu gorzko pakaem nad sw nierozwag,
ale ju byo za pno.
O mj Boe! jake mi si wydawa miym w may, wybielony pokoik, w ktrym siedzc nad
ksik, .nieraz utyskiwaem, e mnie ojciec do nauki napdza; z jak chci powrcibym teraz do niego.
Ponne marzenia, trzeba byo podda si losowi i eglowa w wiat daleki. Dnia 5 kwietnia 1837 r. opuciem na
dugi czas ziemi ojczyst.
Nie bd opisywa mojej pierwszej podry; powiem tylko, e ledwie po dwch miesicach zarzucilimy
kotwic w Bostonie, miecie stoe- cznem stanu Massachusetts, gdzie po trzechty- godniowym pobycie kapitan,
naadowawszy sta-tek wyrobami bawenianemi popyn do Bra- zylji, gdzie take kilka tygodni bawi.
Nakoniec opucilimy port Rio Janeiro, a naadowawszy okrt cukrem, popynlimy ku przyldkowi Dobrej
Nadziei, skd mielimy do Europy po-wrci.
Cieszyem si zawczasu na t myl. Jakkol-wiek ciko zawiniem przeciwko ojcu, miaem
t
przecie nadziej, e si da przebaga. lubo-waem sobie uroczycie by jak najposuszniej- szym synem i
przykadaniem si do nauki za-gadzi moj win. Postanowiem wreszcie uczy-ni zadosy woli ojca i
powici si stanowi duchownemu, gdy marynarka daa mi si ju dobrze we znaki. Wprawdzie od p roku,
odkd zostawaem na statku, ju obeznaem si doka-dnie ze sub, lecz surowa karno, a nawet grubjaskie
obchodzenie si przeoonych *i majt-kw przykrzyo mi si bardzo.
III.
Wyspa bezludna.
Przez pierwsze dwa tygodnie po opuszczeniu Brazylji nic wanego nie zaszo; wiatr nam nie sprzyja i
pynlimy, lawirujc bez przerwy. W kocu trzeciego tygodnia zerwa si uragan, bardzo pospolity w tych
stronach i przez dwa-dziecia cztery godzin miota statkiem bez odpo-czynku. W strasznej tej .burzy utracilimy
maszt przedni i wszystkie agle; powalony na bok okrt nie mg odzyska rwnowagi a po wrzu-ceniu w
morze wszystkich dzia i znacznej czci adunku.
Kilka dni jeszcze potem szalao morze, wi-cher gna nas w zupenie innym kierunku, anieli
Przygody eglarzy. 17
wypadaa droga. Okrt by tak skoatany, e bez naprawy niepodobna byo dalej pyn. Na wi-dnokrgu
ukazaa si ziemia zdaleka; poeglo- walimy ku niej. Bya to niewielka wysepka, samotna i pusta, leca pod
30 szerokoci p-nocnej, a zwana Columbus.
Wyspa ta naga i skalista, oprcz kilku r-de sodkiej wody, nie miaa adnych innych podw ziemskich,
mogcych nam si przyda; ryb jednak znajdowaa si taka obfito, e za-oszczdzilimy sobie ywnoci.
Naprawa okrtu sza wolno, bo oprcz cieli jednego, wszyscy majtkowie nie umieli sobie radzi; dobre jednak
chci wypeniay ten brak, a ja zarwno z dru-gimi pracowaem ochoczo, aby jak najprdzej wyswobodzi si z
odludnej wyspy.
Nakoniec ju wszystko byo do odjazdu go- towem. Nazajutrz o wicie mielimy wyruszy; uprosiem
kapitana, aby mi pozwoli przej si po wyspie, gdy od chwili przybycia, zajty prac nie mogem tego
uczyni. Kapitan ujty moj pracowitoci, pozwoli, lecz rozkaza mi, aebym na przeciwnym brzegu
znajdowa si przed wieczorem, albowiem okrt tam popynie dla nabrania zapasu wieej wody.
Wziwszy nieco ywnoci, puciem si na wdrwk.
Byem podwczas jeszcze bardzo mody, nic wic dziwnego, e ujrzawszy si raz wolnym od
nieustannego nadzoru moich przeoonych, chcia-em wynagrodzi sobie za wszystkie czasy. Kady krzaczek,
kady ptak, kada skaa zajmowaa mi niezmiernie. Ujrzawszy na wzgrzu ogromny gaz z mikkiego
kamienia, postanowiem noem wyry moje nazwisko. Praca sza bardzo powoli, lecz tak si ni pilnie zajem,
i nie uwaaem, jak mi na tem kilka godzin zeszo. Z przerae-niem ujrzaem, e ju soce za chwil zajdzie.
Porzuciwszy wic niedokoczon robot, puci-em si ku pnocy, aby dosta si ku brzegowi; lecz w
kwadrans potem soce zaszo. Zmrok trwa bardzo krtko, jak zwykle w tamtych stro-nach i wkrtce w
zupenych znalazem si ciem-nociach.
Pooenie moje byo okropnem. Wysepka, zo-ona po najwikszej czci z nagich ska, miaa duo
przepaci tak' dalece, e wyrusza w drog wrd nocy byo niepodobiestwem. Zjadszy wic kawaek suchara,
pooyem si w zaomku skay, a postanowiwszy wsta jak najraniej, eby na czas dosta si do portu, usnem.
Nie wiem, ktra moga by godzina, gdy nagle przebudzi mi silny huk. Zerwaem si mniemajc, e
wystrza z dziaa przyzywa mi na okrt; nim jednak mogem si zastanowi, w ktr i stron, olniewajcej
biaoci by-skawica rozdara niebo i w blisk skal uderzy piorun.
Co si nawczas ze mn dziao, wypowie-dzie nie umiem; z jednej strony lkaem si gwatownych
piorunw raz w raz uderzajcych, z drugiej za trwoyem si o okrt, co si z nim dzieje. Burza trwaa a do
samego rana; deszcz la jak z cebra; kilkakrotnie musiaem zmienia schronienie, gdy naokoo ryczay
wezbrane po-toki i baem si, eby mi ktry nie unis. Noc ta nie wyjdzie nigdy z mojej pamici, pakaem
gorzko, a najbardziej na siebie, bo bez adnego powodu, jedynie przez niepotrzebn ciekawo opuciem okrt.
Nakoniec nad ranem zaczo si wypogadza; nawanica posza na zachd, a a wschodzie uka-zyway si
pierwsze wiateka zorzy. Przemoky do nitki, drcy i zgodniay, puciem si w kie-runku pnocy,
popieszajc ze wszystkich si, aeby na czas stan na miejscu. Ptory go-dziny upyno, zanim dostaem si
na brzeg morski. Kt opisze moje przeraenie, kiedy, przy-bywszy na punkt oznaczony, nie ujrzaem statku.
Kilka razy to zbiegaem na brzeg morski, to znw wdrapywaem si na strom skal, w na-dziei ujrzenia
okrtu. Wyniosy przyldek za-krywa przedemn miejsce, skd siatek mia nadpyn. Postanowiem dosta si
na szczyt jego, sdzc, e moe za przyldkiem okrt spo-czywa na kotwicy. Kiedy wydrapaem si na wierzch,
obawa moja zamienia si w rozpacz,
gdy jak okiem zasign nic nie byo wida, oprcz nieba i ziemi.
O ja nieszczliwy! : zawoaem gono kajc a wic jestem sam opuszczony na pu-stej wyspie
oceanu? C teraz bd robi?... zgin marnie z godu i niewygd! ani rady, ani ratunku! Co to bdzie? co
bdzie?
Nagle przyszo mi na myl, e moe okrt pozosta po tamtej stronie wyspy. Otucha mi napenia i nie
zastanawiajc si, co robi, po-biegem napowrt ku przystani, w ktrej prze-pdzilimy trzy tygodnie.' W
poowie drogi za-czem rozwaa, e moe przez ten czas okrt opynie wysp, a nie znalazszy mi na ozna-
czonem miejscu, rozwinie agle.
Najlepiej bdzie, pomylaem sobie, gdy wdra-pi si na t wysok gr, z ktrej ca wysp mona
widzie, a gdy stamtd ujrz okrt, dam mu znak, gdzie si znajduj.
Blisko godzina zesza, zanim stanem na wierzchoku. Niestety, okrtu wcale wida nie byo; snad
kapitan widzc zbliajc si burz, kaza podnie kotwic i odpyn na pene morze.
Dugo staem prawie bez przytomnoci na wierzchoku, z rozpaczy ju i paka nie mogem; gd mi
dokucza, a przecie mniej na to zwa-aem, anieli na nieszczliwe pooenie; na-reszcie zbiegem z gry,
udajc si ku zatoce, ktr dzisiejszej nocy opuci nasz okrt.
Ciotka, gdym si czyta nauczy, podaro-waa mi bya ksik majc tytu: Przypadki Robinsona
Kruzoe. Ze wszystkich ksiek, jakie mi podpady pod rk, ta podobaa mi si najbardziej; sypiaem, majc j
pod po-duszk, a wreszcie ojciec rozgniewany, odebra mi j i podarowa stryjecznemu bratu, mwic, e mi
Robinson do nauki przeszkadza. W tej chwili przyszed mi na myl Robinson.
Byem jak on opuszczony na bezludnej wyspie, tylko e on szczliwszy odemnie, opuszczony w krainie
obfitujcej w rozmaite owoce i kozy; by zreszt starszym i zara- dniejszym i mia jaskini na pomieszkanie;
gdy tymczasem wyspa Columbus bya zupenie pust. Nareszcie i to mi ciko dotykao, e dostaem si na
wysp podobnie jak Ro-binson, za nieposuszestwo ojcu; wszak ucie-kem z domu take bez wiedzy rodzicw
i za-pewne t sam odnios kar. Mj Boe! mj Boe, czternacie lat przepdzi pord tych ska nagich bez
odziey i ywnoci. O ja nie-szczliwy!
1 znowu przypomniaem sobie, jak nieraz, na-czytawszy si Robinsona, pragnem gorco do-sta si na
wysp bezludn. Ot teraz na niej jeste, mwiem' sam do siebie z rozpacz, bu-duje chatk, uprawiaj
ogrdek i naciesz si do- woli swym losem.
W takich smutnych mylach doszedem do zatoki. Zdawao mi si, e kto siedzi nad brze-giem, pobiegem
bliej; patrz, stoi paka przy-kryta szczelnie desk i przywalona kamieniem. Otwieram j prdko i znajduj
wewntrz worek sucharw, kilkanacie funtw solonego misa
i du kodr wenian, w ktrej zawinita bya karteczka z napisem:
Byem tak nierozsdny, e ci pozwoliem przej si po wyspie. Burza si zblia, nie mog zosta przy
brzegach, zostawiam ci wic nieco ywnoci i okrycie. Nie lkaj si, jeeli wiatr nie przeszkodzi, wrc jutro
rano po ciebie. Ka-pitan Bell.
Odczytawszy t kartk, przeszedem z roz-paczy do najwikszej radoci, skakaem i cie-szyem si z tej
cudownej odmiany, ale cay dzie przeszed na daremnem oczekiwaniu. Wy-szukaem sobie pod ska zasony i
pooyem si spa.
Dzie za dniem upywa, a okrtu nie byo wida. Zaczynaem znowu wpada w smu-tek, jaki przypadek
musia si wydarzy kapitanowi, e po mnie nie przybywa. Z y-wnoci obchodziem si nadzwyczaj
oszczdnie
i po wikszej czci yem muszlami i rakami morskiemi, aeby mi suchary i miso na jak najduszy czas
wystarczyy; lecz oszczdno nie moga zaradzi spotrzebowaniu i dr-
czyem si t myl, e zapasy moje kiedy si skocz.
Tk przebyem ju siedm tygodni na wyspie. Naprno po caych dniach wpatrywaem si w widnokrg,
czy nie dostrzeg jakiego statku, nadaremno, nic wida nie byo. Niekiedy pusz-czaem si na wycieczki po
mojej krainie dla szukania ywnoci, ale oprcz kwanych i nie-smacznych owocw nic nie znajdowaem. Tym-
czasem ywno ju si koczya i byem pe-wny, e najdalej za dziesi dni trzeba bdzie umrze z godu.
Wanie raz byem na takiej wycieczce, kiedy zdaa usyszaem wystrza z dziaa. Porzuciem wszystko i
zaczem biec z caych si ku za-toce. O p mili od ldu sta niewielki statek kupiecki na kotwicy i wywiesi
sygna, jaki zwy-kle daje si na znak, aby powraca na okrt. Natychmiast rozpaliem ogie, a skoro buchny
kby dymu, statek spuci na wod czno, ktre szybko zaczo si zblia do brzegu. Pobiegem na brzeg i
oczekiwaem z najwiksz niecierpli-woci na mych wybawcw.
Plusny wiosa, czno zaryo si przodem w piasek, a najstarszy majtek zawoa:
No, spiesz si i siadaj! bo ju i tak nie-mao stracilimy czasu dla wyowienia ciebie.
Wskoczyem w czno, raz jeszcze obejrzaw-szy si na wysepk, wrd ktrej tyle dni samo-
tnych przepdziem i gorco dzikowaem Panu Bogu, e mi od losu Robinsona uwolni. W kwa-drans potem
byem ju na pokadzie.
IV.
Nowa suba, list od ojca, jego nastpstwa.
Dowdca statku kaza natychmiast, bym si przed nim stawi, a kiedy przyszedem, zapyta, zagldajc w
notatki:
Czy ty jeste John Jackson, chopiec okr-towy na okrcie Little Boy?
Tak jest odpowiedziaem, skoniwszy si z uszanowaniem.
Kapitan Bell nie mg wrci po ciebie, bo go wiatr zapdzi zbyt daleko; spotkawszy mi i
dowiedziawszy si, e pyn w t stron, prosi, abym ci zabra. Byo to nieco z drogi. Mniejsza o to, jeste na
pokadzie Kotwicy, lecz powiedz mi, co teraz mylisz robi?
Chciabym jak najprdzej powrci do Anglji.
Chcie moesz, ale czy ci si tak atwo powiedzie, bardzo wtpi, bo ja dla ciebie nie popyn
zamiast do Chili, do Anglji. Wprawdzie kapitan Bell wrczy mi dla ciebie cztery gwi- neje, lecz za to trudno
dosta si do domu z Val-paraiso. Chyba, e masz wicej pienidzy.
Nie mam ani jednego pensa odpowie-dziaem gdy nie pobieram wcale wynagro-dzenia.
I susznie, gdy si chopcom nic nie paci; ale cby na to powiedzia, gdybym ci ofiaro-wa
miejsce majtka na moim okrcie. Pyn do Valparaiso i odwioz ci do tego portu, a jeeli przez ten czas
okaesz si zrcznym, w takim razie za podr do Tajti^ ofiaruj ci cztery gwi- neje, a stamtd do Sydney sze.
W miecie tem, lecem na wschodnim brzegu Nowej Holandji, atwo znajdziesz okrt, ktry ci odwiezie do
domu, jedynie za sub na nim penion. Czy zgoda?
Przystaj z chci! nie wiem tylko, czy pan kapitan bdzie z mojej suby zadowolonym?
Jeeli masz ch, to ju dobrze, a teraz marsz! Przez dzi i jutro wypocznij i odyw si, pojutrze do
roboty; id zamelduj si sternikowi, a potem pjdziesz do kucharza, niech ci da je6 Marsz!
Tak wic zostaem majtkiem na statku ku-pieckim Kotwica. W p godziny potem roz-winlimy agle,
kierujc si ku cieninie Ma-giel laskiej.
Synie ta cienina z mnstwa rozbi, jakich tu od jej odkrycia doznaway okrty. Wska, duga, pokrcona,
z obu stron ostremi skaami najeona, jest nadzwyczaj niebezpieczn dla e-
glarzy. Od pnocy otacza j poudniowy kraniec Patagonji, od poudnia wyspy: jedna zwana Zie-mi
Ognist, druga mniejsza Desolation. Wielu marynarzy woli opywa pierwsz z tych wysp; lecz skalisty
przyldek Horn, znajdujcy si na jej poudniowej koczynie, rwnie jest niebez-piecznym. Kapitan nasz
postanowi przez cie-nin dosta si z Oceanu Atlantyckiego na Spo-kojny.
Nie wiem, co go do tego spowodowao, lecz mao brako, emy'utrat okrtu a moe i ycia nie przypacili
przeprawy przez t piekieln cie-nin. Zaledwie wpynlimy do niej, kiedy zer-wa si wiatr przeciwny i nie
pozwala posuwa si naprzd; tymczasem prd morski nie pusz-cza statku napowrt. Okrt koatany walk
dwch przeciwnych ywiow, kilkakrotnie o mao nie wpad na skay. Co wieczr musielimy szu-ka miejsca
na nocleg, gdy sternik, chocia zna-jcy te strony, za adn cen nie daby si sko-ni do eglowania w
ciemnoci. Par razy nie moglimy znale dna stosownego do zarzucenia kotwicy, gdy grunt by wszdzie
skalisty; na szczcie burza nas nie spotkaa, bo gdyby jeszcze i to nieszczcie przyczyo si do tylu
przeciwnoci, niezawodnie znalelibymy grb w cieninie Magiellaskiej.
Nakoniec po szeciotygodniowej walce z wi-chrem i prdem wypynlimy szczliwie z niar
bezpiecznego przesmyku, a w dziesi dni potem zarzucilimy kotwic w chilijskim porcie Valpa-raiso.
Suba na Kotwicy podobaa mi si daleko wicej ni na poprzednim statku. Kapitan Black- wood by
wprawdzie starym wilkiem morskim, to jest czowiekiem, ktry od dziecka wycho-wawszy si na okrcie,
rzadko kiedy stawa nog na ziemi. Mieszkacy ldu byli podug niego najwikszemi niedogami, a chodzenie
i jede-nie najgupszym w wiecie wynalazkiem; tylko na morzu byli ludzie, a kto nie zna si na e-gludze,
tego kapitan uwaa za istot bez duszy;
Pomimo surowej karnoci i porzdku, w ja-kim utrzymywa zaog, nie by okrutnikiem; winnego kara nie
omina, lecz nie pastwi si nigdy nad nim, jak to niejeden dowdca statku, zwaszcza prywatnego, zwyk by
czyni; nato-miast chtnie rozmawia z kadym, a czsto i po- artowa. Niedziela po obiedzie przechodzia nam
bardzo wesoo; mielimy na pokadzie dwch majtkw, z ktrych jeden gra na trbie a drugi na flecie; ju -to
grali tak, e a w uszach pisz-czao: pomimo to jednak majtkowie skakali do upadego, kapitan za chodzi
pomidzy nimi, czstowa grogiem i zachca do taca.
Za przybyciem do portu napisaem do ro-dzicw list peen skruchy i alu, bagajc, aby mi przebaczyli, i
zawiadamiajc, i bd si sta-
raf jak najprdzej powrci do domu. Dom han-dlowy, z ktrym kapitan Blackwood zostawa w stos'inkach,
przyobieca odesa go pierwszym statkiem, odchodzcym do Europy, my za, na-adowawszy okrt towarami
chilijskiemi, po omiu dniach odpynlimy w dalsz podr.
Tym razem pogoda nam nie sprzyjaa zupe-nie. Pynlimy po Oceanie Spokojnym, ale kto mu nada ten
tytu, chcia sobie wida zaarto-wa z atwowiernych ludzi, gdy burzliwszego morza nie widziaem podczas
mego zawodu e-glarskiego. Okrt nasz kilkakrotnie o mao nie uleg rozbiciu i gdyby nie energja i wiadomo
starego kapitana, bylibymy niezawodnie zginli; zwaszcza te kiedymy si znajdowali na wyso-koci wysp
Pomotu czyli Niebezpiecznych, morze szalao tak wciekle, e kapitan dla ocalenia stat-ku musiat skierowa go
ku poudniowi, przez co zboczylimy o parset mil z waciwej drogi. Okrt ucierpia tak mocno, e musielimy
bawi par tygodni w zatoce wyspy Walkier, gdzie go naprawiono.
Przecudowny klimat Tajti wynagrodzi nam sowicie dwunastotygodniowe tuactwo po morzu;
wypoczywalimy tutaj przeszo miesic: okrt musiano zaopatrzy w now kotwic i agle, gdy pierwsz
utracilimy przy wyspach Pomotu, a o dwch mniejszych niepodobna byo pyn do Nowej Holandji; agle za
podary si do
szcztu. Kapitan naj do roboty krajowych cie-li, ktrzy pod nadzorem majstra okrtowego pracowali nad
napraw statku, my za mielimy przez ten czas wolno przechadzania si po wyspie. Nadzwyczaj zdrowe
powietrze przy wie- em poywieniu bardzo dobrze nam posuyo, a szkorbut, pokazujcy si midzy zaog,
znik bez uycia lekw.
Z alem odpynlimy z portu tej piknej wyspy. Mieszkacy jej nadzwyczaj mili, agodni,
i pomimo odmiennej cery twarzy wcale adni, mocno nas ujli; przy poegnaniu gromada Taj- tianw
mocnem szlochaniem nas egnaa, proszc, abymy jak najprdzej do nich wrcili. Musie-limy pozamienia z
nimi nazwiska, co tutaj jest dowodem najwikszej przyjani; przytem rozda-wano sobie nawzajem podarunki, a
podczas tego pokazaa si najwiksza bezinteresowno nowych naszych przyjaci, chocia eglarze zwykle
ob-winiaj wyspiarzy Oceanu Spokojnego o chci-wo i chytro.
W ptrzecia miesica potem okrt wpyn do sawnej odnogi botanicznej (Botany-bay) w No-wej
Holandji. Siedmnacie miesicy upyno od czasu, jak opuciem moj ojczyzn; a dotd nie miaem
wiadomoci z domu. Bg wie, co tam zaj mogo: trudno te opisa, jakiego dozna-em wraenia, gdy
wstpiwszy na poczt w mie-
cie Sydney, otrzymaem list adresowany do mnie rk ukochanego ojca.
Drc rk rozamaem piecz, lecz gdym go przeczyta, o mao nie zemdlaem z przera-enia.
Wprawdzie rodzice i siostra byli zdrowi, ale ojciec zamiast przebaczenia, obdarzy mi tysicami wyrzutw:
Kiedy nie chcia sucha agodnych karce rodzicielskich, pisa do mnie, suchaje teraz dyscypliny
okrtowej; nie chc nic wiedzie o tobie i gdyby nie matka, nie od-pisabym ci nawet na twj list. Nie masz po
co wraca do dorru. Miaem syna, ktry by prze-znaczony do stanu kapaskiego, lecz gdy mu si spodobaa
wczga po morzu, nie mam go ju wicej. Dzieci nieposuszne obraa Pana Boga i staje si trucizn swych
rodzicw, oby ci nigdy nie spotkay takie zmartwienia, jakich z twej doznaem przyczyny. Bywaj zdrw i niech
ci Pan Bg w twoim zawodzie bogosawi, ale nie wracaj, bo ja z zuchwaymi marynarzami nie chc mie nic
do czynienia.
Przez kilka chwil staem jak wryty. Gdyby piorun uderzy przed mojemi nogami, nie bybym si tak
przerazi, jak przeczytawszy ten list nie-szczsny; spodziewaem si wyrzutw, ale nigdy zupenego
nieprzebagania. Co czyni, gdzie si uda; na morze puszcza si nie miaem ochoty, bo chocia
zasmakowaem w zawodzie marynar-skim, to list ojca obmierzi mi go ze wszystkiem.
Kiedy wrciem na pokad, kapitan ujrzawszy twarz moj, zmienion i wybladf, zapyta si, coby byo
powodem tego? Z pocztku nie od-powiadaem, lecz gdy zacz nalega na mnie z ojcowsk troskliwoci,
rozpakaem si rze- wnemi zami i wyznawszy, co mi dolegao, daem mu list przeczyta. Blackwood
uczyniwszy to, tupn nog z gniewem i rzek:
Stary dziwak, o to mi si podoba, pomiata marynarzami, kto? Taki szczur ziemski, co nigdy nog
nie stan na pokadzie. Przeskrobae, to prawda, ale naleaoby ci wypali ze dwadzie-cia pi kotw
dziewicioogonowychl) i kwita, a potem przebaczy, a nie by tak zacitym w gniewie. No i c teraz zrobisz?
Ja sam nie wiem... odrzekem szlocha-jc chyba si utopi...
-- Ja ci tu dam, bbnie, ple o utopieniu si; jak mi si raz jeszcze z czem podobnem ode-zwiesz, to
chociabym ci mia wydrze z pasz-czy rekina, tak ci sprawi ani, e mi po-pamitasz do mierci.
Przemowa ta wywara na mnie wyborny sku-tek, przestaem maza si ze strachu i zapytaem si kapitana,
co mi robi rozkae.
Popyniesz dudku ze mn i basta! Widz, e masz zdolnoci, wykieruj ci na kapitana
*) Rodzaj dyscypliny o dziewiciu rzemieniach.
okrtu; a jeeli ci si spodoba, bdziesz mg przej do marynarki krlewskiej. Dopiero si zadziwia, w
Hastings, gdy wpyniesz do portu jako kapitan wojennej fregaty. Wtedy i ojciec da si przebaga.
Nadzieja zabysa mi w duszy; zosta dowdc krlewskiego okrtu i okrytym saw rzuci si do ng ojca,
wydawao mi si rzecz bardzo pikn; jeeli gniewa si na nieposusznego chopca, to przecie nie sposb,
aby si nie da przebaga oficerowi tak piknie ubranemu. Wo-labym zapewne powrci do domu zaraz, ale
gdy to nie byo podobnem do spenienia, posta-nowiem usucha rady kapitana i owiadczyem mu to
natychmiast.
Dobrze wic odpowiedzia wszelako musisz wprzdy do ojca napisa w najpokor-niejszych
wyrazach, raz jeszcze prbujc, czy ci si nie uda wyjedna przebagania; pro, aby adresowa do Madras, gdzie
za p roku bdziemy. Jak bdziesz mia list gotowy, przynie go, a ja z mojej strony kilka sw dopisz o twem
nie- nagannem postpowaniu. Dziwny to upr tych ziemskich kretw, jak sobie upodoba w czem, to ju mu tego
klinem nie wybije z gowy. Ot i twemu ojcu zdaje si, e poza kapastwem niema ju nic dobrego na
wiecie; gdybym go mg dosta na mj okrt, tobym w p roku wybi mu z gowy te ldowe urojenia.
Przygody ieglarzy. 18
Napisaem list i oddaem na poczt, a potem wrciem do mojego zajcia. Kapitan, dowiedziaw-szy si, e
pisz niele, powierzy mi prowa-dzenie dziennika okrtowego i doda do pomocy sternikowi. Tak wic
postpiem na wyszy sto-pie i wiksz otrzymaem pensj pomimo mo-docianego wieku.
V.
Otwr w statku.
Wypynlimy z portu Sydney dnia 17 gru-dnia 1838 roku. W owej porze panuj tu naj-wiksze upay, tak
jak w Europie okoo w. Jana, gdy zapewne wiadomo naszym czytelnikom, e kiedy na pnocnej pkuli
panuje lato, na po-udniowej bywa zima i przeciwnie. Gorco byo nie do zniesienia, a czekay nas z kadym
dniem wiksze- skwary, gdy pynlimy ku rwnikowi. Na szczcie wiatr lekki wia z poudnia, niosc chd
od lodowatych krain podbiegunowych, i to nam byo bardzo na rk.
Opynwszy wschodnie wybrzea Nowej Ho- landji, przebylimy szczliwie gron cienin Torresa,
pomidzy tym ogromnym ldem a po- udniowemi brzegami Nowej Gwinei znajdujc si, a ktra prawie tak
jest niebezpieczn jak Magiellaska, z t tylko rnic, e tutaj obok prdw morskich i wiatrw przeciwnych,
wal-
czy jeszcze trzeba z podziemneini skaami, za- legajcemi pytkie dno morza.
Przerzynajc wpoprzek morze Arafurskie, w kierunku ku wyspie Timor, mielimy i wiatr pomylny i
eglug szybk i spodziewalimy si w pierwszych dniach lutego zarzuci kotwic w Kupang. W kocu
stycznia wiatr usta pra-wie zupenie; agle zwisy ciko na rejach, a okrt tak wolno pyn, i gdy zmierzono
przebyt drog w cigu dwch godzin, pokazao si, emy zaledwie upynli p mili. Kapitan rozkaza
wszystkim majtkom, wyjwszy kilku, uda si na spoczynek, przewidujc, e moe jutro bdziemy mieli burz,
chcia wic, aby nie- potrzebnem czuwaniem si swych nie marnowali.
Nad samem ranem byskawica rozjania ho-ryzont, a w kilkanacie sekund da si sysze oskot odlegego
grzmotu. Natychmiast zbudzono osad, a za chwil wszyscy zgromadzili si na pokadzie. Wnet druga
zawiecia byskawica, a po niej nastpi grzmot ju bliszy; poczem ^oraz czciej grzmiao, i w cigu godziny
cae , niebo pokryo si chmurami, a gwatowne ude-rzenia piorunw zwiastoway zbliajcy si ura- gan. Wiatr
uspokoi si, lecz wkrtce z now zerwa si wciekoci, deszcz la jak z cebra, a nieprzenikniona ciemno
otoczya okrt, kt-rym bawany morskie jakby pik miotay. Po kilku minutach musiano cign reszt agli,
aby si ustrzec caej gwatownoci uraganu. Wtem wicher z zwyk niestaoci orkanw zawy z przeciwnej
strony i nieszczsny statek na bok powali, Sternik pad na sterowe koo, a reszta majtkw powalia si wzdu
burty i z wielk trudnoci zdoaa si wydoby z po-midzy mnstwa lin i sprztw razem z ludmi w tamt
stron rzuconymi. Wszyscy mniemalimy, e okrt pjdzie na dno. Dzielny kapitan Black- wood by pierwszy,
co zerwa si na nogi i po-chwyci za rkoje steru. Po kilku chwilach zdyo mu na pomoc kilku majtkw;
lecz wycie uraganu, spitrzone bawany, uderzajce w okrt, ciemno i pooenie skone okrtu, uczyniy plon-
nemi pierwsze usiowania ratunku. Nakoniec ster-nik pochwyci za topr, majster okrtowy drugi i obadwaj
zaczli pracowa nad ocaleniem stat-ku; najpierw spad w morze maszt pj-zedni, da-lej zwalono rodkowy w
spienione way; teraz dopiero okrt zacz si zwolna podnosi i zlekka pyn, cignc za sob restki masztw
z linami, ktrych ze wszystkiem nie poodcinano.
Wprawdzie wicher d z gwatownoci, lecz zaoga staa si pani okrtu i miaa nadziej uratowania go z
caym adunkiem. Pierwszem zadaniem byo uwolni statek od zomkw masz-tw i rei, lecz chocia wszyscy
do tego si wzili, nie mogli przecie da rady, dopki dzie nie zajania. Jednak i wtedy robota nie sza
sporo, poniewa okrt chwia si cigle i nieraz prawie brzegiem dotyka powierzchni wody. Lu-dzie, ktrym to
polecono, poprzywizywali si linami, aeby ich woda nie zmiota, ale jeszcze w poowie nie ukoczyli swej
roboty, gdy tylny maszt, zamany si wiatru, przez pokad prze-lecia w morze; po nowych usiowaniach uwol-
niono nakoniec statek od szcztkw tej ostatniej zawady.
Nakoniec burza uspokoia si i mielimy otu-ch, e ju niebezpieczestwo przemino. Majt-kowie,
zakadajc nowe maszty, miali si i ar-towali, tern bardziej, i niebo wyjanione wpra-wio nas w bardzo
wesoy humor. Kapitan przez dugi czas przyglda si spokojnie pracy, gdy nagle zawoa na mnie.
Suchajno chopcze, zejdno na d i prze-konaj si, czy te podczas ratowania naszego statku woda
nie zakrada si do piwnic? Do li-cha, nie pomylaem o tem wprzdy; no, rzu siekier i marsz!
Poskoczyem na d. O Boe! c tam uj-rzaem przeszo siedm stp wody byo w ka-dubie.
Kiedym powrci i drcym gosem objawi t straszn wiadomo, wszyscy zbledli i ska-mienieli z
przestrachu. Najstraszliwsz burz, grad kul nieprzyjacielskich, najwiksze niebez-pieczestwo dzielny majtek
znosi miao, gdy
I*0
" w takich razach ufa swym sitom i zrcznoci; ale otwr w okrcie napenia go dopiero mier-telna. obaw, wie
bowiem o tem dobrze, e usi-owania ludzkie na nic tu si nie zdadz.
Mielimy jeszcze gby promyk nadziei, e moe wwczas, gdy okrt lea na boku, bawany z zewntrz
wdary si do rodka, a wic po-zostaje jeszcze ratunek.
Do pomp, chopcy! do pomp, wiarusy! krzykn kapitan ja bd wraz z wami pra-cowa.
Wnet wszyscy wzili si do pracy: podzie-lono zaog na dwa oddziay, mienice si co * dwie minuty.
Przeszo godzin pracowano usilnie w trwoliwem oczekiwaniu. Kapitan wysa mi na zmierzenie wody.
Znalazem siedm i p stopy, a wic pomimo nadludzkich usiowa przybyo wody sze cali w cigu godziny.
le mierzye, trznadlu zawoa kapi-tan i sam poszed przekona si. Widziaem go, jak
wychodzi z pod pokadu, by blady i zmie-niony i nie mwi sowa. Przez chwil majtko-wie stali jak posgi,
potem zaczli miota naj-straszliwsze przeklestwa. Kapitan nie straci odwagi, lecz kaza dalej pracowa,
cignc sam rkoje pompy dla przykadu; ale po upywie nastpnej godziny znaleziono om stp wody. Jeden
z majtkw wskoczy w wod, wypenia-
jc wntrze i przekona si, e otwr powsta od uderzenia zrzuconych masztw. Podano nju weniane koce:
zanurzy si po raz drugi i chcia zatka otwr, lecz nie mg tego dokona.
Pozostawa tylko ratunek w szalupie i cz-nie, lecz mao byo nadziei uratowania si wrd rozkoysanego
morza. Poniewa okrt szybko si zanurza, gdy przy nowem sondo-waniu przybyo o stop, naleao wic
spiesznie myle o ratunku. Obie odzie byy dostateczne do pomieszczenia nas wszystkich. Kapitan roz-kaza
je. spuci na morze. W mgnieniu oka speniono rozkaz; kilka beczek solonego misa i sucharw, oraz baryki z
wie wod spusz-czono do statkw. Czno, w ktrem znajdowa si Bosman, pierwsze od okrtu odbio,
zatrzy-mujc si w niewielkiej odlegoci, nim szalupa odbije. Kapitan wsiada ostatni wanie w chwil', gdy
przednia cz okrtu zacza nikn pod wod.
Majtkowie szybko odbili, aby usun si zdaa od wiru, powstajcego zwykle przy zatoniciu statku.
Kapitan, pomimo podeszego wieku, z nadludzk si odepchn si i wsko-czywszy w sam rodek czna,
przewrci kilku majtkw. W momencie jednak by na nogach i ster uchwyci. Poniewa okrt zanurza si
zwolna, Blackwood skrci ster, aby raz jeszcze dosta si do toncego statku. Jako powiodo
mu si wskoczy na pokad i porwa kilka strzelb i nieco amunicji. * Poczem odbi po-wtrnie, a fale unosiy
szalup z przeraajc szybkoci.
Jeszczemy nie upynli mili, gdy po-przedzajce nas czno, uderzone fal, poszo na dno z ca osad. Na
chwil przedtem i okrt ju zaton. Pynlimy w zwtpieniu i trwodze, z cinionem sercem na widok mierci
tylu towarzyszw i oczekujc tego samegu losu.
Bg jeden i tym razem uratowa ns cudo-wnie. W odlegoci okaza si okrt, kilkakrotna salwa z
wszystkich strzelb zwrcia jego uwag. Zwinito agle i zmieniono kierunek, a w dwie godziny potem
znajdowalimy si na pokadzie holenderskiego statku Biesborch, pyncego do Surabaja.
Kapitan Blackwood milcza w pierwszych dniach uporczywie, czarna troska osiada na jego twarzy; utraci
ulubiony okrt, kilkunastu da-wnych i dzielnych towarzyszw, a oprcz tego cay powierzony mu adunek. To
go najbardziej drczyo. Wprawdzie w dugim swym zawodzie marynarskim niemao trosk dozna, lecz dzi nie
by jak niegdy modzianem, aby je z po-godn znosi twarz. Kiedymy przybyli do Su-rabaja, rzek mi:
Poczciwy chopcze, serce mi boli, e si
musimy rozczy. Ja musz wraca do Sydney na statku holenderskim, aby osobicie zda spraw
wacicielom okrtu i kupcom, ktrzy mi towar powierzyli, z nieszczcia, jakie mi spotkao. Tobie radzibym
upatrzy jaki statek, odchodzcy do Indyj Wschodnich i zacign si w sub. W Madras zapewne dojdzie ci
list ojca i spodziewam si w nim przebaczenia; wic albo bdziesz mg wrci do Anglji, lub te dostaniesz
sub na okrcie Kompanji in-dyjskiej, ktra wyrwnywa prawie subie kr-lewskiej. Mam kupca znajomego
w tem miecie; oto list do niego, a tu, doda wciskajc mi w rk kilka sziuk zota, masz sze gwinei za ostatni
podr; wicej ci da nie mog, bom sam goy. Oszczdnoci moje pokna ogromna filianka sonej wody, w
ktrej i biedny mj statek za-ton. Bywaj zdrw!
al mi byo rozstawa si z kapitanem, lecz ch dostania si do Madras przezwyciya ochot powrcenia
z nim do Sydney. Nie potrze-bujc wyda ani grosza, miaem wszystkie za-robione pienidze, to jest
dwadziecia gwinei; aby jednak je zaoszczdzi, szukaem miejsca na jakim okrcie.
Zdarzyo si, e kapitan holenderskiego ku-pieckiego statku werbowa ludzi, wszyscymy wic przyjli u
niego sub, wyjwszy sternika, . ktry z kapitanem Blackwood odpyn.
VI.
Podr do Madras. Rozbjnicy malajscy. Wyprawa przeciwko nim.
Dnia 24 lutego 1838 roku opucilimy port Surabaja, kierujc si ku cieninie Malakki, ale wiatr
zachodnio-pnocny, egludze naszej prze-ciwny, zmusi kapitana do obrania innej, du-szej, lecz pewniejszej
drogi, a mianowicie przez cienin Bali, na Ocean Indyjski; okrt mia opyn poudniowy brzeg Jawy i
zachodni Su-matry, a nastpnie przy zmianie wiatru skiero-wa si ku wyspie Cejlon.
Suba morska, chtcia na caym wiecie pra-wie jednakowa, przecie na okrtach holender-skich znacznie
si rni od suby na statkach angielskich. Wymagaj Holendrzy szczeglniej punktualnoci pod kadym
wzgldem w spe-nianiu obowizkw, mianowicie te czysto po-suwaj a do przesady. Pokad, galerje
okrtowe, schody, miejsca pomidzy pokadami musz by ^ codzie szorowane, gdy na statkach angielskich
tylko raz w tydzie, w sobot. Nie miabym nic przeciw tej wzorowej czystoci, gdyby to usta-wiczne mycie nie
pocigao za sob wiecznej wilgoci, gdy zanim drzewo z dnia jednego wy-schnie, ju je na nowo polewaj
wod.
Pynlimy wolno, gdy jak wspomniaem, wiatr pomimo zmiany kierunku nie sprzyja nam ci-gle.
Kiedymy mijali cienin Sundzk, majtek, siedzcy na stray w bocianiem gniedzie, zawo-a, e widzi w
odlegoci kilka statkw pyn-cych za nami. Poniewa morza te czstokro niepokoj korsarze malajscy, przeto
kapitan roz-kaza przedsiwzi ostronoci, aby na przy-padek spotkania si z nimi by w pogotowiu. Nabito
dziaa, rozdano zaodze bro i amunicj, oraz przygotowano narzdzia do gaszenia ognia.
Przez ca noc mielimy si na bacznoci, lecz nic nie przerwao spokojnoci; nad ranem ujrzelimy w
odlegoci p mili siedm statkw widocznie okrajcych nas wkoo. Byy to okrty malajskie, dugie na 11 do
13 sni, za-opatrzone jak dawne galery rzymskie w jeden lub dwa rzdy wiose: przy jednym z najwik-szych
naliczyem ich przeszo szedziesit.
Majtek, ktry ju raz bi si z tymi rozbjni-kami, opowiada mi podczas nocnej stray, e na kadym statku
oprcz niewolnikw, uywa-nych do robienia wiosami, znajduje si 60 do 70 wojownikw; statki s dobrze
zbudowane i pyn szybko. Pokad dokoa obwarowany dre-wnian grub cian, ma jedn strzelnic, ktra
zamyka si klap i tylko otwiera dla wystrzele-nia. Zwykle na kadym bywa po jednem wiel- kiem dziale
dwunastofuntowem, a oprcz tego
znajduje si jedno lub dwa dziaka trzechfuntowe i kilka jednofuntowych. Wojownicy bywaj uzbrojeni w
karabiny, strzelby, dzidy i krysze czyli krtkie miecze malajskie. Do walki ubie-raj si czerwono, a
rozpuciwszy dugie, wosy i wstrzsajc orem, wyzywaj przeciwnikw na bj miertelny. Jeeli im si uda
dosta na pokad ciganego okrtu, wtedy wycinaj ca osad w pie i nikomu nie daj pardonu.
Kapitan zamiast uchodzi, zwrci si fron-tem ku rozbjnikom i, pync'ku nim, rozwin flag
holendersk. Natychmiast na masztach sie-dmiu statkw wywieszono bandery czerwone. Poniewa okrty
nieprzyjacielskie pyny z nie-rwn szybkoci i rozcigny si w szeroki pokrg, przeto kapitan majc
wiatr pomylny po sobie, skierowa si ku lewemu ich skrzydu i pyn wprost na ostatni kracowy statek. Wi-
dzc to nieprzyjaciel, podzieli swe siy na dwie czci, tak e trzy jego okrty chciay nam za-bra ty, dwa z
boku a dwa z przodu zacho-dziy.
Nasz trjmasztowiec, rozwinwszy prawie wszystkie agle, pdzi z niezmiern szybkoci naprzd,
pozostawiajc pi statkw malajskich poza sob w tyle, a zbliajc si coraz bardziej ku dwom pierwszym.
Kiedymy si zbliyli na strza dziaowy, hukny dwunastofuntowe ar-maty nieprzyjacielskie, lecz kule
wymierzone do
masztw, mat nam szkod zrzdziy: jedna ze-rwaa chorgiewk z przedniego masztu, druga za zerwaa
agiel na tylnym; ani jeden z osady nie otrzyma rany.
Poniewa dziaa nasze byy mniejszego ka-libru, musielimy wytrzyma jeszcze dwie salwy bez
odpowiedzi, nareszcie przysza kolej i na nas. Wystrza z omiu dzia dobrze wycelowa-nych podziurawi cay
spd statku bliszego i wida woda zacza si wdziera gwatownie wewntrz, gdy wszystko znikno z
pokadu, biegnc na spd.
Uwolniony od jednego nieprzyjaciela, kapitan posun si ku drugiemu, pierwszy wystrza zgru- chota mu
dwa maszty; Malaje odpowiedzieli nam z duego i drobnych dziaek swoich i wi-docznie pragnli zbliy si i
zahaczy nasz okrt; ale w odlegoci pidziesiciu sni ka-pitan kaza da ognia kartaczami, ktre najmniej
trzy czwarte wrogw zmioty z pokadu. Aby dokona klski, posalimy im jeszcze trzeci salw.
Malajczykowie zaczli uchodzi, nie mielimy wcale ochoty ich ciga, lecz naprawiwszy szkod,
uchodzilimy penemi aglami. Obejrzaem si w ty; pierwszy statek malajski ton: jeden z piciu popieszy
mu na ratunek, drugi ze wszystkich si uchodzi; ale cztery cigay nas zawzicie i chocia kule ich siga nas
jeszcze
nie mogy, strzelali raz wraz, wida dla dodania sobie otuchy. Gdyby zdoali nas dogna, nie potrafilibymy im
sprosta.
Szczciem okrt nasz pyn bardzo szybko. Pogo trwaa przez pi godzin, lecz statki kor-sarzy
zostaway coraz dalej poza nami, nareszcie stracilimy je z oczu. Dowdca, zaniechawszy zamierzonej drogi,
zmierza do Batawji, gdzie te zdylimy drugiego dnia okoo poudnia. Zaraz po przybyciu zoono raport
gubernato-rowi holenderskiemu o tem, co nas spotkao.
W porcie Batawji znajdowa si jeden tylko holenderski statek wojenny. Wydano mu roz-kaz, aby jak
najprdzej przygotowa si do ci-gania rozbjnikw. Korweta angielska ofiarowaa take swoje usugi:
gubernator, lubo niechtnie, przyj pomoc kapitana, bojc si narazi na gniew marynarza Wielkiej Brytanji.
Mniemaem, e i nasz statek bdzie nalea do wyprawy, lecz dowdca owiadczy zimno, e do onierzy
naley bi si, a do okrtw kupieckich wozi towary.
Rozgrzany wczorajsz walk, oburzony na obojtno mojego * dowdcy, wymwiem mu miejsce, a ze
mn jeszcze i dwch majtkw in-nych. Poszlimy wszyscy trzej do kapitana kr-lewskiej korwety,
owiadczajc, e jestemy An-glikami, i proszc, aby nam pozwoli walczy na swym okrcie.
, Mam sub w zupenym komplecie, lecz odwaga wasza podoba mi si i przyjmuj was, jednak
starajcie si odznaczy walecznoci w nagrod za zaszczyt, jaki wam czyni.
Okoo godziny czwartej po poudniu podnie-limy kotwic. Rado i ch odznaczenia si w boju
napeniay moje serce. Pynlimy przez ca noc, a nad ranem, stojc w koszu maszto-wym z wasnej ochoty,
spostrzegem sze stat-kw malajskich, eglujcych ku brzegom Borneo. Wnet wymierzono lunety, a gdy
kapitan prze-kona si o prawdzie mego doniesienia, da zna dowdcy holenderskiego okrtu o bytnoci nie-
przyjaciela.
Obadwa statki puciy si w pogo za Malajczykami, ktrzy wida nie zaraz nas spostrzegli, bo przeszo
godzin pyli dosy wlno, a przez ten czas przybliylimy si
o znaczn ku nim przestrze. Nareszcie nas ujrzeli, wic, rozpuciwszy wszystkie agle, pra-gnli uj przed
pogoni. Wkrtce odkryto siedm nowych statkw, dcych ku pierw-szym. Bya to wic sia, z ktr warto si
byo zmierzy.
Pogo nadbrzena z powodu mnstwa pod-wodnych hakw bya niezmiernie trudn. Kor-sarze zdoali
umkn do zatoki, gboko wrz - najcej si w morze i najeonej skaami i awi-cami piaskowemi. Woda w tern
miejscu pytka,
a fale wrzay i pieniy si, roztrcajc o podmor-skie gazy.
Korsarze mieli czas ustawi swoje statki w p-kole, rozcigajce si na 80100 sni. Okrty nasze nie
mogy nawet przybliy si do zatoki, tak z powodu pytkoci morza, jako i bojani, aby nie osi na skale lub
awicy. Postanowiono zatem atakowa nieprzyjaciela w szalupach.
Kapitanowie obu okrtw mieli okoo trzystu trzydziestu ludzi, nieprzyjacielsk si mona byo liczy na
tysic przeszo. Na nieszczcie artyle- rja okrtowa nie moga wspiera ogniem dzia-ania odzi, gdy . statki
nieprzyjacielskie stay poza doniosoci strzau dziaowego.
Naleaem do liczby stu siedmdziesiciu lu-dzi, wyznaczonych do atakowania korsarzy. Pi szalup i adzi
odbio od okrtw, przebywajc ostronie mielizny. Zbliywszy si na trzysta krokw, rozpoczlimy ogie z
dzia maego ka-libru, ktremi po jednem uzbrojone byy odzie. Nieprzyjaciel odpowiada nam wawo.
Wkrtce kanonada staa si ogln.
Ogie korsarzy, dobrze kierowany, ubi nam piciu ludzi a omiu rani, gdy przeciwnie kule nasze
dziurawiy tylko oszacowania i trzaskay maszty, lecz wcale nie szkodziy rozbjnikom. Majtkowie poczli
szemra, bo tym sposobem moglitriy wszyscy wygin; ale kapitan angiel-ski, dowodzcy odziami, nie zwaa
na to i ka-
Olbrzymi wdz malajski, jako mi si nawin pod karabin.
289
za naprzd pyn. Rozkaz ten by bardzo sto-sowny. Wkrtce bowiem armaty korsarskie prze-stay odziom
szkodzi, gdy nieruchome ich lufy nie mogy tak nisko siga, a kule przelatyway nad gowami naszemi.
Statki malajskie po odpywie morza znalazy si na wodzie nie gbszej nad dwa okcie, i aby si nie
przewrciy, rozbjnicy popodpierali je drgami. Kapitan kaza mierzy z dzia w te podpory, a gdy kula
zgruchotaa wszystkie po jednej stronie, statek si przewraca. Widzc to, rozbjnicy zaczli wyskakiwa ze
statkw, a ze-brawszy si w liczbie trzechset lub czterechset, z wciekym okrzykiem poszli wpaw do nas.
Kartacze i gsty ogie karabinowy wnet ich zapa ostudziy; morze zaczerwienio si od czer-wonych kaftanw
rozbjnikw, ktrych przeszo stu lego od kul naszych.
Na widok tej klski olbrzymi Malaj, siedzcy dotd spokojnie na daszku ozdobnej kajuty, znajdujcej si na
najwikszym statku, opuci swe miejsce. Z gwatownych gestw pokazy-wao si, e wyrzuca swoim
tchrzostwo; ze-brawszy ich na nowo i wzmocniwszy zastpem paruset korsarzy, pierwszy wszed w wod a za
nim caa rzesza do p tysica zbrojnych wyno-szca.
Tym razem korsarze nie szli bezadnie, ale szerokim pkrgiem, strzelajc cigle i starajc
Przygody eglarzy. 19
si nas otoczy. Kapitan angielski rozkaza wznie zasony z desek grubych, umylnie na ten cel wzitych, i
szalupom zwolna cofa si w ty. Na ten widok sza ogarn Malajczykw, mnie-mali, e uchodzimy, i
zamawszy pokrg, bez-adnie rzucili si ku odziom. Naprno dowdca ich wybieg naprzd i stara si
pierwszy po-rzdek utrzyma. Wojownicy zalepieni wcie-koci, a moe i opjum, biegli naprzd, brnc w
wodzie po pas i wywijajc kryszami.
Gsty i celny ogie sypany bez przerwy, nie zdoa powstrzyma napastnikw; kilkudziesiciu pado, lecz
reszta pdzia naprzd, jeszcze chwila, a opadn nasze odzie i rozpocznie si bj r-czny, dla eglarzy
europejskich, natoczonych w cznach, zgubny. Pomimo wprawy i mstwa padniemy wszyscy pod noami tych
szatanw. Teraz kapitan na serjo da znak do odwrotu i myla tylko o tem, jakby dosta si prdzej na gbi,
lecz to byo trudnem.
Ku naszemu statkowi) na ktrym powiewaa flaga dowdcy, bieg tum najliczniejszy, a na czele jego w
olbrzymi wdz malajski. Jako mi si nawin pod karabin; nie namylajc si dugo, wymierzyem i daem
ognia Malaj pod-skoczy, chwyci si za pier przeszyt i run w wod. 1 o cudo, caa rozwcieklona zgraja, na
widok padajcego wodza, pierzcha w niea-dzie, bolesne wydajc wycia; posalimy za nimi
kilka salw z rcznej broni. Ju nie ku statkom, lecz ku brzegowi biegli. W tum cieniony ka-pitan rozkaza da
kilka razy ognia kartaczami, co ogromne spustoszenie wrd uciekajcych sprawio.
Tymczasem pozostali na statkach, widzc kl-sk swoich, nie myleli wcale o obronie, ale rzu-cili si na
niewolnikw i zaczli ich mordowa. Na rozkaz naszego dowdcy popynlimy szybko ku statkom i z
karabinem w rku wpadszy na pokad, zaczlimy ku okrutnych rozbjnikw. Niektrzy opierali si i padli
pod ciosami na-szych bagnetw; inni rzucali si w morze, a w pi minut nie byo ju ani jednego korsarza na
statkach.
Kilkanacie trupw i ciaa kilkudziesiciu niewolnikw okrutnie pomordowanych walay si na pokadach.
Zabrano ogromn zdobycz, a statki rozbjnicze oddano na pastw pomieni. Kiedymy obliczyli polegych,
pokazao si, e 380 korsarzy zgino; z naszej strony mielimy 17 zabitych i 22 rannych; mnie kula drasna w
rami, lecz rozgorczkowany walk nie czuem prawie blu.
Za powrotem na okrt kapitan kaza wyst-pi wszystkirh biorcym udzia w wyprawie i stanwszy przed
szeregami, zapyta:
Czyj to strza celny powali malajskiego wodza?
John.Jackson go ubi odezwa si sto-jcy obok mnie podoficer.
A wic, mj chopcze, spisae si dziel-nie. Sierant Wilson poleg, mianuj ci na jego miejsce;
zasuye na t nagrod, bo twoja roz-waga ocalia ycie mnstwu ludziom, a nawet przewaya zwycistwo.
Sierancie Jacksonie! bd zawsze tak mnym i przytomnym, jak dzi, a niezawodnie kiedy dowodzi
bdziesz stat-kiem wojennym krlewskim.
O mao krew mi nie wytrysna z twarzy,
- gdy kapitan do mnie przemawia; serce bio gwatownie, a w uszach szumiao, jakby rd morskiej burzy,
zaledwie miaem tyle przytom-noci, em podzikowa kapitanowi.
Dowdca statku holenderskiego, dowie-dziawszy si o tem, posa mi w podarunku dwiecie dukatw;
oprcz tego z upw, za-branych korsarzom, otrzymaem wiele kosz-townych rzeczy. W jednym wic dniu
post-piem na stopie sieranta i znaczne zyskaem bogactwa.
W Batawji gubernator holenderski wezwa mnie przed siebie i take hojnie obdarzy. Nie-dugo bawilimy
tutaj. Okrt nasz poeglowa do Madrasu, gdzie zawinlimy w pocztkach kwietnia. Dwa lata upyway, odkd
porzuciem rodzicw; zaraz po wyjciu na ld popieszy-em na poczt; wrczono mi list, na kopercie
ktrego poznaem rk ojca. Z trwog zama-em piecz, lecz zamiast wyrzutw znalazem w nim zupene
przebaczenie. Zna kochany ojciec aowa pierwszego uniesienia i poryw-czoci w przeszym licie okazanej.
Nietylko >. nie zabrania mi pozosta w subie morskiej, lecz dowiedziawszy si z przypiskw kapitana, e si
dobrze sprawiam, zachca mnie, aebym wytrwa w obranym zawodzie; wkocu, zasy-ajc bogosawiestwo,
nadmienia, i radby jednak jak najprdzej mnie oglda. Matka i sio-stra przypisay si do listu ojca, proszc,
abym rycho do domu wraca.
Odpisaem list dugi, opowiadajc w nim me przygody, a mianowicie ostatni bitw i szcz-cie, jakie mnie
w niej spotkao. Potem, spie-niywszy zebrane upy i doczywszy pieni-dze otrzymane od kapitana i
gubernatora, ku-piem weksel na 650 funtw szterlingw i po-saem go rodzicom. Pozostawiem sobie tylko
krysz, to jest krtki krzywy miecz wodza ma- lajskiego.
Rodzice moi byli ubodzy, pensja 80 funtw rocznie i mieszkanie wolne stanowiy cay ich dochd; nieraz
ojciec utyskiwa, e nie moe zebra stu funtw dla zabezpieczenia posagu siostrze. Teraz posaem im przeszo
sze razy tyle. O jake mi to byo przyjemnie!
/
Podr do Europy. Bitwa z mieszkacami wysp Fidi. Okrt hiszpaski.
Z Madras popynlimy do Sydney. Tu dowie-dziaem si, e korwet nasz przeznaczono do Europy.
Wicekrl Egiptu gotowa si do wojny przeciw sutanowi tureckiemu. Rzd Wielkiej Bry- tanji, pragnc
wzmocni flot na morzu rdziem- nem, wyda rozkazy rnym statkom, aby po-wrciy do kraju. Nasza
korweta miaa wyrczy ( statki krce na kanale pomidzy Anglj a Fran-cj, ktra nieprzyjazn przybieraa
postaw.
Gubernator w Sydney, wrczywszy rozkaz kapitanowi, poleci mu zabra bryg, krcy okoo wysp Fidi i
do Europy popyn. W poowie lipca opucilimy Sydney, a po piciotygodnio- wej egludze ujrzelimy
szczyty wyspy Witi Lewu, okoo ktrej bryg mia si znajdowa.
Pync ku wschodowi, wzdu brzegw wy-spy, dopiero drugiego dnia napotkalimy poszu-kiwany statek.
Porucznik, nim dowodzcy, bar-dzo smutn donis kapitanowi nowin. Przed kilku dniami, wdawszy si z
wyspiarzami w nie-potrzebn ktni, jedenastu ludzi utraci, ktrych dzicy, ubiwszy, poarli.
Kapitan postanowi natychmiast pomci si na krajowcach tej klski. Wprawdzie suszno
bya po stronie tamtych, bo Anglicy dali powd do zerwania pokoju i pierwsi na dzikich ude-rzyli, lecz
mocniejszy nigdy si o suszno nie pyta. Statki nasze podpyny pod ogromn wie, zwan Rewa, na
poudniowo-wschodnim brzegu wyspy lec, i rozpoczy natychmiast bombar dowanie.
Dzicy, widzc straszliwy skutek granatw, opucili wiosk i uszli do pobliskiego lasu. Ka-pitan, spaliwszy
wie do szcztu, wysadzi na brzeg 80 ludzi z rozkazem cigania i tpienia krajowcw bez litoci. Znajdowaem
si i ja w tym oddziale. Gdymy wysiedli na brzeg, w poncej wsi ywego ducha wida nie byo, przeszlimy j
i pod przewodnictwem porucnika udalimy si ku lasowi.
Stary podoficer radzi porucznikowi, aeby nie zapuszcza si gboko w las, gdzie dzicy, korzystajc z
gstwiny i znanych kryjwek, z a-twoci mogli wprowadzi nas w zasadzk. Mody zapaleniec nie korzysta z
tej roztropnej rady, lecz wkroczy do lasu, poprzestajc tylko na tej ostronoci, i mnie z czterema onierzami
wy-sa o trzysta krokw przodem. Sam ustawi o-nierzy w acuch, co pi krokw jeden od dru-giego szli
naprzd z przygotowan broni do strzau.
Uszlimy ju kilkaset krokw, a nieprzyja-ciel ani si pokazywa. Cisza, przerywana tylko
wrzaskiem ptakw, panowaa w tym guchym borze. Zatrzymaem si przed wynios ska i wysaem dwch
onierzy do porucznika z za-pytaniem, czy mam postpowa dalej. W dzie-si minut po odejciu, chmura
strza wypada z gstwiny, dwaj onierze padli bez ycia, ja za, zanim miaem czas wystrzeli, zostaem po-
walony i skrpowany. Dwch silnych krajowcw, porwawszy mnie na rce, przez haszcze i ma-nowce biego
galopem.
Co si dalej stao z naszym oddziaem, nie wiem; syszaem tylko zdaleka gste strzay, wida wic, e
krwawa zasza potyczka.
Fidanie, pomimo e byem jednym z pusto- szycieli ich osady, obchodzili si ze mn bardzo agodnie.
Zaniesiono mnie do duej wsi w g-rach, a caa ludno wybiega dla przypatrzenia si biaemu czowiekowi.
Zoono mnie w chacie, stojcej w porodku wsi i dokoa otoczonej ba-lustrad, do zgrabnie wyrobion z
gazi. Chaa bya obszerna i miaa dach wysoki.
Stary krajowiec, snad wdz dzikich, przyst-pi do mnie i dugo co niezrozumiale bekota, poczem
rozci me wizy i pozwoli mi przecha-dza si po izbie, wskazujc przytem na czterech wojownikw,
uzbrojonych w uki, strzay i dzidy i dajc mi do zrozumienia gestem, e jeeli ze-chc wyj za drzwi,
natychmiast mnie zabij. Na jego znak musiaem zdj mundur, w ktry
natychmiast si ubra; inny zabra mi kamizelk, trzeci koszul, reszt tylko ubrania i obuwie po-zostawili
nietknite.
Nad wieczorem przyby tum wojownikw; kilkunastu z nich byo ranionych i przewizanych ykiem i
liciami. Starzec wyszed na ich spot-kanie. Wtedy z tumu wystpi inny wdz mody i dugo co opowiada,
pomagajc sobie gronemi gestami. Wkocu na jego skinienie wniesiono ciaa piciu polegych Anglikw,
pomidzy kt-rymi bez trudu poznaem zwoki dwch moich nieszczliwych towarzyszw.
Starzec, wysuchawszy przemowy do koca, potar swj nos o nos modego wodza, potem rozkaza mnie
przyprowadzi. Na widok jeca nieprzyjacielskiego zawrza wciekoci, pod-nis dzid i wyjc straszliwie,
chcia j w mej piersi zatopi; stary powstrzyma go i znowu co bekota. Mowa ta uspokoia zo wojowni-ka,
uagodzi si i opowiada co, wpatrujc si pilnie we mnie, potem odprowadzono mnie ku drzwiom chaty.
Naczelnik, usiadszy na ziemi, kaza mi sta-n przy sobie; czterech strw pilnowao, ae-bym nie uciek.
Wtem wdz mody da znak, a dzicy uszykowawszy si parami, przecignli koo nas z broni w rku, kady
za, mijajc starca, przychyla si ku ziemi.
W dziesi lub dwanacie dni potem powr-
cilimy do Rewy. Na horyzoncie okrtw angiel-skich nie byo wida. Zapewne kapitan sdzc, em poleg, jak
drudzy, kaza rozwin agle. Poczto piesznie pracowa nad odbudowaniem wsi, ktrej spalenie, jak si zdaje,
nie wywaro wielkiego wraenia na dzikich, gdy z wielk obojtnoci patrzyli na zgliszcza swoich chaup.
Czasami tylko, gdy ktry znalaz odam granatu, wydawa krzyk, a wtedy inni zbiegali si i po-dziwiali straszne
pociski biaych, wszystkie zna-lezione czerepy zanosili do wityni i skadali je, jakby jakie wotum, u stp
swych boyszcz.
Miesic upyn zaledwie, a ju wie staa odbudowana; skadao j okoo czterechset cha-up, wszystkie
jednakiej wysokoci, oprcz wy-sokiej bnicy i nieco wikszego domu kacyka.
Jednego dnia, kiedy ju wszystko byo urz- dzonem, starzec zawoa mnie do siebie, a uka-zujc karabin
angielski, da mi do zrozumienia, aebym z niego strzeli. Naprno usiowaem mu wytumaczy, e bez
prochu tego nie mona uczyni; kacyk si rozgniewa, kaza mnie zwi-za i zmniejszy racje ywnoci. Na
trzeci dzie przyszed do mnie i pokazywa na migi, e pty bd tak traktowany, dopki go nie naucz strzela.
Nie wiedzc, jak mu objani, e jedynie brak amunicji jest przeszkod, prosiem gestami, eby mnie kaza
zaprowadzi do bonicy, co gdy
si stao, pokazywaem mu kolejno czerepy gra-natw i strzelb. I teraz mnie nie poj, lecz dajc w rk odam
granatu, powtrzy swe -danie. Wwczas zaczem mu na migi pokazy-wa pasy, utrzymujce adownice;
dugi czas mnie nie rozumia, wreszcie zaprowadzi mnie do chaty, gdzie byy zoone wszystkie rzeczy,
odebrane Anglikom. Tu w istocie znalazem z dzie-si adownic, napenionych nabojami.
Kiedy nabiwszy strzelb i wymierzywszy do papugi, siedzcej niedaleko na drzewie, daem ognia, a ptak
spad z gazi, starzec poskoczy ku mnie, potar swpj nos o mj i woy mi na gow przepask z czerwonem
pirem. Gdy to krajowcy ujrzeli, upadli przed nami na twarz i odtd obchodzili si ze mn z najwikszem
uszanowaniem. Fidanie jednak nie byli ludem tak gupim, jakby si to niejednemu wydawa mogo; pomimo
czci okazywanej pilnowali mnie troskliwie, a co rano musiaem uczy strzela szeciu krajowcw, przez kacyka
wybranych.
W miesic potem ukaza si o wicie tu przy brzegach okrt europejski, mieszkacy snad wzili go za
angielski statek, gdy z wielkim krzykiem umknli do lasu, zapominajc o mnie ze wszystkiem. Korzystajc z
tego, pobiegem na brzeg i poczem powiewa chustk dla zwrce-nia uwagi eglarzy. Wkrtce mnie
dostrzegli, czno szybko przerzynao fale, zbliajc si ku
i
<
brzegowi. Byem tak szczliwy, jak wtenczas, ' kiedy mnie kapitan Blackwood z wyspy Colum-bus
wyswobodzi.
Skoro stanem na pokadzie, otoczyli mnie eglarze, czynic zapytania, ktrych jednak nie ; mogem
zrozumie, gdy byli to Hiszpanie. Ka-pitan, umiejcy cokolwiek po angielsku, zapyta mnie, kto byem. Po
opowiedzeniu przygd pro-siem go, aby mnie odwiz do pierwszej osady angielskiej, lub co lepsza do Europy,
za co mu obiecaem zapacid Obietnica ta nie bya ponn, gdy udao mi si ukry przed dzikimi gwineje.
Kapitan rzek mi, e mnie odwiezie do Europy, lecz dopiero za cztery lub pi miesicy, gdy interesy
wymagaj jego bytnoci na Oceanie Spokojnym; przez ten czas ofiarowa mi miejsce onierza na swym
okrcie. Ha! c byo robi, zgodziem si.
Dziwne wraenie zrobi na mnie statek hisz-paski, rni on si niezmiernie budow od wszystkich tych,
na ktrych dotd suyem. Ka-dub mia bardzo niski i wski, maszty za nader wysokie i obcione takiem
mnstwem agli, e nie mogem sobie wytumaczy, jak je znie zdoa. Omnacie dzia omio- i dwunasto-
funto- wych wyzierao z bocznych bateryj, na przodzie za statku staa migownica dwudziesto-cztero- funtowa,
obracajca si z wielk atwoci na
grubym stalowym czopie we wszystkich kie-runkach.
Podobnego uzbrojenia nigdzie nie widziaem. Osada take wydawaa mi si osobliwsz. Ska-dali j po
najwikszej czci Hiszpanie, lecz byli tam take Holendrzy, Amerykanie pnocni, Fran-cuzi, Anglik jeden,
kilku Arabw, a nawet dwch Murzynw. Twarze wszystkich marynarzy byy spalone od soca, a w rysach
malowaa si dzi-wna bezczelno. Na drugi dzie bya niedziela, a jednake nikt o naboestwie nie myla;
nie widziae tu uszanowania dla oficerw, a karno nieosobliwsza panowaa rd tej czeredy.
Naprno wypytywaem mego wspziomka, nie dawa mi dokadnych odpowiedzi, kiedy za zagadnem
go, komu su, odpowiedzia:
Sobie samym, a czy to nie najdogodniej-sza suba?
Z tej odpowiedzi domyliem si, e jestem na statku korsarza hiszpaskiego. Myl ta prze-ja mnie
najokropniejsz trwog. Gdyby przy-padkiem okrt wojenny jakiegokolwiekbd na-rodu schwyta nas,
zakoczybym ycie na stryczku.
Ze zami modliem si po nocach, proszc Pana Boga, aby mnie z rk tych rabusiw uwol-ni; stokro mi
byo lepiej pord dzikich miesz-kacw Witi Lewu. Najbardziej si obawiaem, aby nie nawin si korsarzom
jaki statek ku-
piecki, gdy wtedy bybym wiadkiem, a pod pewnym wzgldem i wsplnikiem szkaradnej zbrodni.
Przez kilka dni stalimy przy brzegu wyspy, czatujc, jak si zdaje, na jaki okrt kupiecki, ktry mia
tamtdy, przepywa. Jednej ciemnej nocy, kiedy oprcz stray w bocianiem gniedzie i dwch innych
czatownikw, odbywajcych su-b na przodzie okrtu, wszyscy posnli, wy-mknem si cichaczem z
hamaku, woyem na siebie podwjne uknie i po linie wywieszo-nej przez strzelnic, spuciem si do maego
indyjskiego czenka, ktrego majtkowie do wy-cieczek na ld uywali.

VIII.
Powrt do dzikich. Zostaj ulubiecem kacyka. Objazd pastwa. Kogut. Wojna.
Odbiem od okrtu w jak najwikszej cicho-ci i pynem nadzwyczaj wolno, bojc si, aby rozbjnicy nie
dostrzegli mojej ucieczki. Zale-dwie omieliem si porusza wiosem; na szcz-cie, prd morski szed w
kierunku ldu. Wkrtce byem ju daleko od okrtu, a w godzin bie-gem przez opuszczon wie Rew.
Pomimo oba-wy pogoni, nie mogem si wstrzyma, aby nie pa na kolana i nie podzikowa Bogu wszech-
mocnemu, e mnie wydoby z rk rozbjnikw morskich.
Znan drog, pord ciemnoci, puciem si ku borom w nadziei odszukania drugiej wioski, gdzie mnie
przed trzema miesicami zanieli kra-jowcy; ju si rozwidniao, kiedym usysza wy-strza z dziaa, to
znaczyo, e spostrzeono moj ucieczk; podwoiem kroku, co chwila zdawao mi si, e kto mnie ciga;
nakoniec spostrze-gem kobiet fidyjsk, ktra mnie te zaprowa-dzia do osady.
Ju wwczas mogem si cokolwieczek roz-mwi jzykiem krajowcw. Wic te przyby-wszy do
naczelnika, to urywanemi sowy, to ge-stami, staraem si da mu pozna, e uchodz przed biaymi, ktrzy
mnie zamordowa chcieli. Starzec ucieszy si niezmiernie z mego przyby-cia, uwaa to za dowd
niezachwianej ku nim przyjani i od tego dnia zwolni mnie zupenie od nadzoru, pod jakim dotd zostawaem.
Wnet mnstwo kobiet i dzieci otoczyo mnie wkoo, radosne wydajc okrzyki; jedne przyno-siy mi
gotowane ryby, a obrawszy je z oci, podaway do ust rkami; inne polewk gotowan i nalan w upiny
kokosowe czstoway; inne nakoniec podaway mi pieczone korzenie yam- yam, uoone na liciach; dzieci
wreszcie widzc, jak jestem zmczony, chodziy mnie wachlarzami.
Starzec, zowicy si Tuitakan, ogosi mnie
swoim ulubionym ptaszkiem, czyli Manu-Manu, co zupenie odpowiada znaczeniu ulubieca; od tego dnia
musiaem dzieli z nim pomieszkanie i st, a do pira czerwonego, otrzymanego da-wniej, dodano mi jeszcze
dwa inne.
W dwa tygodnie potem powrcilimy do Rewy, ktr od kilku dni opuci okrt korsarski. Od-td, gdyby
nie brak wygd europejskich i t-sknota za rodzin, byoby mi bardzo dobrze po-, midzy dzikimi. Kacyk
odbywa czste podre do ssiednich wysp, zostajcych pod jego wa-dz, w takich razach musiaem mu
towarzyszy. Gdy flota, zoona z mnstwa odzi, odbijaa od brzegu, sadzano mnie na cznie kacyka, na krze-
le stojcem poza tronowem siedzeniem jego. Jako dowd szczeglniejszej aski piastowaem czerwonego
koguta, ktry obok mnie by naj- ulubiesz istot starca. Tuitakan bez niego nigdy i nigdzie si nie ruszy.
W cigu eglugi ofiarowano czowieka ludo- jadowi, ktrego Fidanie czcz jako boka znisz-czenia.
Mnstwo tych potworw uwijao si okoo naszych odzi.
Jednego dnia wyldowalimy na wyspie An- gau. Miejscowy kacyk wyszed z ca ludnoci na nasze
spotkanie i odda cze Tuitakanowi, poczem zaraz rozpocza si uczta. Rozpalono ogromne ogniska, pieczono
wie, wieprze, drb; oprcz tego nie zbywao na soczystych owocach
PRZYGODY JOHNA JACKSONA.
Ii i ,
I
I>

,* ' ;!
H
i
i
i napoju zwanym angona, ktrym wyspiarze po-udniowego morza zwykli si upija.
Po tej uczcie, wydanej przez kacyka Angau, wyruszylimy w dalsz podr. Wszdzie podo-bne odbyway
si uczty. Wyspiarze jedli nie-zmiernie duo; orszak kacyka przeciga innych w obarstwie. Wieczorem, po
biesiadzie, odby-way si tace. Kobiety, wykonywujce je, stro-iy gowy w kwiaty i pira, skr za ca
miay natart oliw i drzewem sandaowem. Suknie skaday maty, delikatnie plecione z kory drzew, ozdobionej
frendzlami.
Zpowrotem zatrzymalimy si przy wyspie Kantawu, gdzie zamieszkiwa lud niegdy bar-dzo wrogi
Tuitakanowi; ten go zwyciy i ujarz-mi. Zrzucony z tronu kacyk kantawuski by mianowanym przez
zwycizc wielkorzdc wy-spy. .Skoro Tuitakan wstpi na wysp, wielko-rzdca przypezn na kolanach i
okciach, aby go powita. Zaledwo to powitania ceremonjalne ukoczyo si, gdy dostrzeono, em zapomnia
przynie z okrtu koguta czerwonego. Zrobi si wielki wrzask i jeden z dworakw pobieg po ptaka i wkrtce
wrci, niosc go za nogi przez mat, bo tej witoci, oprcz mnie i ka-cyka, nie wolno byo nikomu go
dotyka rkt pod kar jej odcicia.
Piastowanie to ustawiczne obrzydego ptaka
sprzykrzyo mi si wreszcie. Jednego dnia, nie
\
Przygody eglarzy. # 20
zastanowiwszy si nawet nad tem, co robi, kiedy mnie zacz dziba i drapa, ukrciem mu eb. Nikt nie jest
w stanie opisa przeraenia, jakie dwr cay ogarno. Wszyscy sdzili, e mnie kacyk zabije; niektrzy przez
pochlebstwo ta-rzali si po ziemi, inni znw' ranili sobie ciao, aby al nad mierci ulubieca okaza, wszyscy
za grono spogldali na mnie, pewni bdc, e kacyk kae mnie zabi i wyprawi z mego ciaa uczt dla caego
dworu. Gdyby krajowiec po-dobn popeni zbrodni, nicby go od strasznego losu nie zdoao ocali.
Mona te sobie wystawi zadziwienie dwo-rzan,* gdy Tuitakan, dowiedziawszy si o moim postpku,
rozmia si i rzek:
C mona wicej da od nierozsdnego cudzoziemca?
Nie straciem aski starca. Mj Boe, gdybym tak zabi w Europie pieska, faworyta jakiej sta-rej panny
lub#pani, a ona byaby kacykiem Fi-di, najniezawodniej upieczonoby mnie i poarto.
Na pocztku roku 1840 przyby posaniec ka-cyka Tui Matufata do Tuitakana z prob, aeby wsplnie z
tamtym wyprawi si przeciwko po-tnemu naczelnikowi dzikich, panujcemu nad poludniowemi wybrzeami
wyspy Wanua Lewu, ktremu wojn \vypowiedzia. Tuitakan, otrzy-mawszy znaczne podarunki w tkaninach
krajo-wych, zgodzi si wzi udzia w wojnie i na-
kaza podlegym mu kacykom, aby zgromadzili swe siy.
W kilka dni zgromadzia si flota, zoona z czterdziestu duych odzi, na ktrej znajdowao si przeszo
2000 zbrojnych. Podczas eglugi za-trzymywano si przy rozmaitych wyspach dla owienia rakw morskich,
ktrych przeszo sto tysicy ubito; gdzie indziej znowu polowano na dziczyzn, a nie pogardzano take
jaszczurkami i wielkiemi biaemi robakami. Dziczyzn opiekano tylko z wierzchu przez kilka minut, jaszczurki
podobnie, ale obrzydliwe robaki jedli dzicy ywcem, gdy tego wymaga zwyczaj wojenny.
Nakoniec wyldowalimy na zachodnim brze-gu wyspy Wanua Lewu, gdzie Tui Matufata na czele wojsk
swoich oczekiwa naszego przybycia. Droga prowadzia przez wsk dolin rzeczn, gdzie drzewa mangrowy
tak gsto rosy, e przez ich licie soneczne nie przenikay pro-mienie. W rodku znajdowa si na wzgrzu
dom kacyka, pomidzy 150 innemi chatami, naprzeciw staa wysoka bonica, do ktrej zaprosi naszego wadc
z naczelnikami podwadnymi. Najstarszy kapan mia wojenn przemow, w ktrej duo
o ludzkiem misie gada.
O wicie ruszylimy w pochd, a przed po-udniem stanlimy przed gr, wznoszc si naksztalt
gowy cukru, na ktrej szczycie znaj-dowaa si warownia nieprzyjacielska. Natych-
miast dano znak do boju, lecz wojska nasze, mimo przewaajcych si, nie mogy si wedrze na pochyo
gry.
Przeciwnicy, zaufani w sile swojego pooe-nia, szydzili z napastnikw, gotujc ogromne gazy do
stoczenia ich na nasze gowy. Trzech 7. pomidzy nich wyszo przed way i wywijajc dzidami, zaczli miota
obelgi. Nawczas strzelcy, wyuczeni przeze mnie i uzbrojeni w karabiny, dali ognia; kule powaliy
nieprzyjaci, a trupy ich stoczyy si na d. Wojownicy Tuitakana rzucili si, aby ich porwa. Zaoga wypada
dla obrony cia. Nastpia krtka walka, a wrg, utraciwszy blisko trzeci cz swych si, cofn si poza way
twierdzy.
Nasi onierze pochwycili trupy i unieli je w szeregi. Dano znak do odwrotu, okoo czwartej bylimy ju w
cznach i odbilimy od brzegu; tak w jednym dniu ukoczya si wojna dwch fidyjskich ludw.
IX.
Uczta ludoercza. Oszustwa kapanw. Wykrycie. Niebezpieczestwo.

Zadziwio mnie to niezmiernie, e pobitych wrogw posadzono, oparszy o brzegi czen, i dano im w
martwe rce dzidy. Nastpnie ka-
plan zacz im naciera twarze czerwon glink i sadzami, poczem mia do trupw, jakby do ywych, gron
przemow, natrzsa si z nich i kopniciem nogi poprzewraca wszystkich po kolei.
Przez ca drog z powrotem dzicy zacho-wali milczenie ponure. Kiedymy wysiedli w Re-wa wyniesiono
trupy na barkach. W porodku wioski ustawiono wielki stos z ludzkich koci, na nim usiad kapan fidyjski;
jeden z podrz-dnych kapanw poda mu dwie czaszki, odpifo- wane w ksztacie miseczek, inny napeni je na-
pojem angonowym. Kapan, wysczywszy nieco krwi z ran polegych, zmiesza j z napojem i poda jedn
czaszk Tuitakanowi, a sam spe- ^ ni drug. Poczem z kolei dworzanie, wodzowie i wojownicy kolejno
speniali te obrzydliwe pu-li ary.
Nastpnie wzi n i rozwiertowa jednego z zabitych. Na to haso rzucili si podrzdni ka-pani i zaczli
pata innych. Wkrtce rozpalono ogniska i zaczto piec ciaa nieszczliwych, a gdy ju byy gotowe,
najstarszy kapan podaj serce nieprzyjacielskiego wodza Tuitakanowi, ktry je zacz chciwie poera. Uczta
staa si powszechn, radosne wycia oznajmiay rado biesiadnikw.
Kacyk, przywoawszy mnie, poda mi nos, uszy i palce upieczonego wodza. Bya to nad-
%
zwyczajnie wielka aska, nie mg* te wyj z podziwienia, gdy je ze wstrtem odrzuciem.
Po uczcie pito obficie angon; rozpoczy si tace, trwajce do pnej nocy, przy blasku roz-nieconych
ogni i krzykach nieustannych pijanej zgrai.
Uczta ta szkaradna obrzydzia mi do reszty pobyt midzy dzikimi, czyhaem na sposobno wydostania si
z wyspy, lecz na nieszczcie nie pokazywa si ani jeden statek przy brze-gach Witi Lewu i z kadym dniem
traciem na-dziej wydostania si z niewoli.
Tymczasem zaszed wypadelc, mogcy mie dla mnie nadzwyczaj zgubne skutki. Zbliaa si wielka
uroczysto; wyspiarze nazabijali mn-stwo wi i napiekszy misiwa, cz rozdzielili midzy siebie, a
nierwnie wiksz zanieli do wityni, aby niem swych bawanw uraczy. Miso to, corocznie powicane
bstwu, zabie-rali potajemnie na swj uytek kapani. Wyszpie- gowaem ich w nocy, jak przez ukryte drzwi,
zakradszy si do bonicy potajemnie, wynosili wieprzowin.
Na drugi dzie z rana lud dowiedzia si z nie-zmiern radoci, e boyszcze raczyo skonsu-mowa ca
porcj wininy; tum zgromadzony wydawa szalone okrzyki, albowiem aska ta ozna-czaa, e ofiara zostaa
chtnie przyjt i boek da jeszcze wicej do zaspokojenia swego ape-
tylu. I nic dziwnego, bo na 2000 mieszkacw Rewy znajdowa si starszy kapan z trzema onami i
kilkunastoma dziemi, a oprcz tego pidziesiciu trzech kapanw z licznemi rodzi-nami, boek wic mg
trawi niezmiernie szybko.
Ot przez cay dzie nastpny zajmowano si uroczystem przygotowaniem ywnoci dla ba-wana;
wedug panujcych wyobrae u wyspiarzy bstwu mona byo tylko szynki ofiarowa; za-niesiono ich
szedziesit sztuk i zawieszono w wityni. Starszy kapan zamkn drzwi i postawi przy nich stra, z
rozkazem zabicia kadego, coby si odway zbliy w nocy do wityni.
Oszustwo to oburzyo mnie do najwyszego stopnia; postanowiem zedrze mask z tych szalbierzy.
Poniewa kapani dopiero o pnocy przychodzili zabiera wieprzowin, przeto jak si tylko zmierzcho,
zakradem si w gstwin, zakrywajc tylne drzwi wityni. Nikt mnie nie mg wypatrze, gdy w miejsce to
nikomu z prywatnych nie byo wolno zbliy si pod utrat ycia; znalazszy drzwi, otworzyem je z atwoci,
a potem biorc po dwie i trzy szynki, zanosiem je przed dom starszego ka-pana i opieraem o cian. Po
ukoczeniu tej roboty powrciem milczkiem do domu i z pod-dasza przypatrywaem si, co bdzie dalej.
Okoo pnocy oszuci, skradajc si cicho, udali si do wityni, lecz zaledwie ,tam weszli,
natychmiast wybiegli nadzwyczaj pomieszani. Przeoony ich da znak, aby zachowali milcze-nie i poszli do
domu, lecz wida, e i jego to niezmiernie zmieszao.
Przed witem zgromadzili si mieszkacy Rewy dla dowiedzenia si, czy boek rwnie jak wczoraj mia
dobry apetyt. Mona sobie wysta-wi, co si dziao, gdy lud zobaczy szynki nie-tknite przed mieszkaniem
przeoonego kapa-nw. Tuitakan przystpi do niego, a podnoszc ' straszn maczug, zapyta, co to miao
znaczy.
Sdziem, e szalbierz przyzna si natych-miast do popenionego oszustwa i sponie od 'wstydu; gdzie
tam, spojrza czelnie w twarz Tuitakana i odpowiedzia bez zajknienia:
Kapan Manua musi si wprzdy zapyta wojownikw, stojcych na stray, czy kto wcho-dzi do
wityni, niech Tuitakan sam zada im pytanie.
Zapytani stranicy powiedzieli, e przez ca noc jak najcilej pilnowali wejcia do wityni, nikt si nie
pokazywa, nikt nie wchodzi, bo gdyby nawet znalaz si jaki miaek, zamordo-waliby go bez miosierdzia,
choby to by sam Tuitakan.
Nawczas przeoony rzek, i si zapyta bstwa Malamba, dlaczego nie raczy spoy misiwa i skd si
ono wzio przed mieszka-niem jego sugi? Tuitakan skoni gow na znak
przyzwolenia, a oszust wszed do wityni i za-mkn za sob podwoje.
Kacyk, wodzowie i lud oczekiwali w milcze-niu, lecz z, najwiksz niecierpliwoci rozwiza-nia tej
wanej sprawy. Manua wicej jak p godziny zostawa w wityni. Wreszcie da si sysze straszny huk, a po
chwili roztworzyy si na ocie podwoje bonicy i przeoony ka-panw wyszed.
C zwiastuje wielki Malamba? zapy-ta kacyk.
Malamba, chcc wynagrodzi sug swego, niewidom moc przenis misiwo przed dom jego i
rozkaza, abym je z dziemi i onami po-ywa.
Szmer wybuchn midzy niszymi kapanami, niezadowolonymi, jak wida, z wykrtw Manuy, ktry
sobie ca przywaszczy ofiar.
Nie mogem ju duej znie takiego szal-bierstwa, wybiegem naprzd i oddawszy pokon Tuitakanowi,
zawoaem:
Manua skama, boek nie darowa mu wcale misiwa, ale ja je przeniosem przed dom Manuy.
Ktrdy Manu Manu wynis wieprzowin, kiedy drzwi wityni byy zamknite,. a stra moja
przy nich czuwaa? Niechaj wyzna pra-wd, bo inaczej gowa jego spadnie, a ciao zje-dz wojownicy Rewy.
Wtedy chciaem zaprowadzi Tuitakana w g-stwin i ukaza mu w niej drzwi ukryte, ale kacyk adnym
sposobem nie da si do tego na-koni, bo przestpienie witego okrgu i na jego gow cignoby pociski
mierci. Manua podburzy kapanw, ktrzy, rozbiegszy si mi-dzy ludem, potrafili rozjtrzy jego nienawi
przeciwko mnie. Widziaem, e zgin, jeeli prdko nie potrafi wykry szalbierstwa kapanw. Na-mawiaem
kacyka, aeby wszed ze mn do wi-tyni, a poka mu ukryte przejcie, ktrem oszu-ci wynosz misiwa,
lecz i tego wzbrania si uczyni. ,
C to? zawoaem czy potny Tuitakan, ktrego moc wychwalaj biali, lka si zgrai
oszustw, ktrzy obdzieraj jego pod-danych? Czy Tuitakan boi si drewnianego bo-yszcza, ktre Manua
zrobi z drzewa, aby przez nie wyudza wieprze, jamsy i angon? Czy Tuitakan mniej znaczy, jak Manua?
Na te sowa Tuitakan nabra odwagi i przy-woawszy kilku naczelnikw, wszed do wityni.
Zaprowadziem go za bawana w ty i odsun-em desk, pokrywajc otwr w ziemi, ktry do ukrytych drzwi
prowadzi; otworzylimy te drzwi .doszlimy przez krzaki a do domu Ma- nuy. Kacyk oburzy si niezmiernie,
e chytry kapan tak dugo naduywa jego atwowiernoci. Przywoa go i zgromi, nie chcia jednak kara
mierci, gdy zabobonny lud niezmiernie uwiel-bia Manu, wdz za potrzebowa Manuy. Kie-dymy wyszli
przed drzwi wityni, Tuitakan przemwi do ludu, twierdzc, e biay cudzo-ziemiec omyli si i niesusznie
posdzi Manu, ale mu naley przebaczy, bo wiadomo, e kady biay jest gupi jak papuga. Lud pocz
gronie szemra, lecz na rozkaz kacyka rozszed si spokojnie do domw.
X.
Ucieczka z wyspy Witi Lewu. Okrt francuski. Przyldek Dobrej Nadziei. Powrt do Anglji.
Teje samej nocy zbudzi mnie Tuitakan i wyprowadziwszy z domu rzeki:
Manu Manu mia suszno, Manua jest wielkim oszustem, ale Tuitakan, chocia potny kacyk,
moe by zamordowanym przez kapanw potajemnie, bo strzaa zatruta, wypuszczona z krzakw i
najdzielniejszego obali wojownika. Oto jest kij ognisty, sadze i ow. We to i sia-daj w d, a Tuitakan sam,
ci odwiezie na wysepk Watu Lele.
Dlaczeg mam ucieka? zapytaem czy nie zostaj pod tw opiek?
Opieka Tuitakana wiele znaczy, lecz Ma-nua ma dug rk i kae wojownikom, aby ci
jutro zabili i poarli na cze Malatnby. A wic uciekaj.
Przyjem wic strzelb, proch i kule, w kilka godzin stanlimy przy wysepce Watu Lele, pod-legej
kacykowi. Nawczas rozkaza tamecznym wyspiarzom, aby mnie odwieli do Wanua Lewu i polecili kacykowi
Turanga, ktrego wadz uznawa cay archipelag, nie wyjmujc samego Tuitakana.
Trzy dni bylimy na morzu, a przez ten czas przewonicy obchodzili si ze mn z wielkiem uszanowaniem.
Turanga przyj mnie bardzo do-brze; otrzymaem obok niego mieszkanie i y-wnoci poddostatkiem, a kacyk
ogosi mnie znowu swoim Manu Manu.
Wyspiarze ci czcili ogromnego i bardzo sta-rego wgorza, przebywajcego w stawie umyl-nie dla niego
wykopanym. Ryb t ywiono mi-sem niewolnikw, umylnie dla niego zabijanych. Kiedy mi pokazano
boyszcze, wymierzyem ze strzelby i chciaem je zabi, lecz Turanga uchwy-ci mnie za rk i strza poszed w
gr.
Kacyk w ostrych sowach skarci moj bez-bono, twierdzc, e gdybym zabi wgorza, ca wysp
pochonby Ocean. Poczem dla prze-bagania boyszcza zabi wasn rk niewolnika i drgajce jeszcze ciao
kawakami rzuca na pastw potwora.
Jednego dnia Turanga zaprowadzi mnie do
skadu amunicji, gdzie byo dwiecie baryek prochu i kilkanacie cetnarw oowiu. Kacyk uala si, e ma
zbyt mao zapasw strzeliwa i z wielk niecierpliwoci oczekiwa przybycia amerykaskiego okrtu, ktry mu
dostarcza brni i amunicji' wzamian za rozmaite produkty wyspy.
Zapytaem go, czy mi pozwoli odpyn z Amerykanami.
Przysigam na boyszcze, ktre chcia zabi, e ci pozwol odpyn, pod warunkiem, e mi
narobisz kul oowianych.
Poczem otworzy skrzyni i pokaza mi yki elazne i formy na kule, ktrych mu take rzd Stanw
Zjednoczonych dostarczy.
Zadaem do pomocy dwch modych kra-jowcw i w cigu miesica odlaem kilkanacie tysicy kul
karabinowych. Turanga by bardzo zadowolonym.
Dnia 30 grudnia 1841 roku okrt ameryka-ski wpyn do zatoki. Ucieszyem si niezmier-nie i prosiem
Turangi, aby swojego przyrzecze-nia dotrzyma. Kacyk przysta i wzi mnie z sob na pokad okrtu. Przez
kilka godzin odbywa si handel zamienny, nareszcie, gdy mielimy ju opuszcza statek amerykaski,
przypomniaem znowu kacykowi o sobie. Turanga z kapitanem przez dugi czas rozmawia, wci proszc za
mn, tamten za krci gow na znak odmowy.
s
Przybliyem si do kapitana i przyczyem moje proby, lecz on z gniewem zawoa:
Przeklty John Bullu1), czy mylisz, e na mym okrcie jest miejsce dla takiego psa, jak ty?
Po tej odpowiedzi nie pozostawao nic innego zrobi, jak tylko wynie si z okrtu. Niego-dziwy kapitan
w pi dni potem opuci nasz wysp i poeglowa ku archipelagowi Sandwich.
Domylaem si, e Turanga, potrzebujc mych usug, namwi Amerykanina, aby mnie na okrt nie
przyj. Wymwiem mu to gorzko
i twierdziem, e wielki wdz nie powinien ama danego sowa.
Biay czowiek ma wielki rozum. Prawda, namwiem go, ale jeli Manu Manu naprawi mi bro
ognist, to przysigam, e nietylko mu po-zwol, ale prosi bd wodza biaych, eby go wzi na swoje wielkie
czno.
Turanga zaprowadzi mnie do zbrojowni, gdzie znajdowao si przeszo tysic karabinw i par- set fuzyj,
ale zaledwie czwarta c zdolna bya do uytku. Pilniki, cgi, szrubsztaki, moty, kowada, walay si w
arsenale bez uytku. Po-niewa na okrcie < nieraz pomagaem runika- rzowi bro naprawia, a znaczna ilo
karabinw lekkie tylko miaa uszkodzenia, jak np. odru-
') Obelywy przydomek, nadawany Anglikoirt.
bowane lub zardzewiae zamki, odhartowane spryny, przeto robota bya atwa.
Zaoyem warsztat w zbrojowni i przez pi miesicy pracujc, sporzdziem blisko p ty-sica karabinw
i sto szesnacie strzelb. Reszta wymagaa znajomoci rzemiosa rusznikarskiego, lecz te parset sztuk
nienap'rawionych niewiele znaczyo.
Turanga uciska mnie i zacz tak silnie trze swym nosem o mj nos, e mi a napuch do drugiego dnia.
Poczem ponowi swoje obie-tnice, i jak tylko pierwszy okrt zawinie, po-zwoli mi na nim odpyn.
W kocu czerwca, pewnego dnia, gdy krl wyspiarzy wystroi si na jak uroczysto, spostrzegem
pomidzy paciorkami z drzewa, muszelek i sznurkami kek mosinych, zawie-szony na szyi sznurek duych i
piknych pere. Zapytaem, skd je otrzyma. Turanga odpowie-dzia, e przed dwoma laty zaton okrt, lecz
midzy innemi rzeczami wyratowano z niego
i te paciorki.
Jeeli ci si podobaj, we je biay czo-wieku; u mnie one nic nie znacz, bo mam pi-kniejsze
doda, wskazujc na sznurki kek mosinych, jakie u nas zwykle uywaj si do ozdoby rzemieni przy
uprzy. Ma si rozumie, i nie odmwiem przyjcia daru.
Jednego dnia przyby wdz fidyjski, wraca-
jcy po dwchletniej podry z Sydney. Wszyst-kie znakomitoci wyspy zgromadziy si, aby sucha
opowiadania wojaera, ktry taki kawa wiata opyn. Umiaem ju tyle jzyka dzikich, e zrozumie mogem
dobrze mow podrnika.
*By to zbir niedorzecznoci i kamstw. Mi-dzy innemi opowiada, e koszary wojska angiel-skiego w
Sydney s tak ogromne, i mierzc je sznurem, na dziesi sni dugim, przez dwa miesice codziennie nie
mg dokona pomiaru
i musia wreszcie t robot porzuci, potem m-wi o tartakach, rzncych pnie na deski, mniej wicej w
nastpnych sowach:
Chciaem sam zobaczy, jak biali kraj deski i poszedem do lasu, pooonego daleko od Sydney.
Na cztery dni wprzd, zanim dostaem si na miejsce, ju powietrze tak byo nape-nione trocinami, e nie
mogem widzie na kil-kadziesit krokw przed sob. Im bardziej si zbliaem, tern chmury trocin staway si
coraz gstszemi, tak, e wkocu zrobio si zupenie ciemno, musiaem oczy zatka, aeby nie ole-pn.
Nakoniec, macajc przed sob, doszedem do tartakw^ i c zobaczyem ? Przeszo sto ty-sicy pi,
obracanych wod, haas sprawiony ich zgrzytem by mocniejszy od najgwatowniej-szych piorunw, tak, e za
powrotem przez dwa miesice nic nie syszaem.
W kilka dni potem spuszczano na morze
\
ogromne czno, zbudowane dla Turangi; aby zepchn do wody, trzeba byo przepchn je przez kawaek ldu.
Okrutni wyspiarze, zamiast uy prostych walcw drewnianych, przywizy-wali ykami do nich niewolnikw i
po ciaach tych nieszczliwych zepchnito statek. Czter-dzieci trupw zmiadonych pywao we krwi. Miao
to niby przynie szczcie statkowi, po-dug zabobonnego przesdu dzikich wyspiarzy.
Turanga, aby si pochwali przede mn, za-prosi mnie na statek. Przy prbie spuszczania masztu stao si
nieszczcie; lina pka, a maszt padajc, zgruchota czowieka. Kacyk przel-kniony, widzc w tem sprawk
bstw nieprzy-jaznych, dla przebagania ich rozkaza zabi dwudziestu niewolnikw, ktrych nastpnie upie-
czono i poarto.
W pierwszych dniach sierpnia bryg francuski Belle Isle zawin do Witi Lewu. Kapitan przyj mnie
bardzo chtnie i ofiarowa si za darmo odwie mnie do przyldka Dobrej Na-dziei. Prosiem, aby mi pozwoli
zaj si jakim obowizkiem. Powierzy mi posad pomocnika sternika. egluga posza nam bardzo pomylnie.
W kocu listopada zawinlimy do Table-bay na przyldku Dobrej Nadziei.
Spotkaa mnie tutaj nowa niespodzianka. W zatoce spoczywaa na kotwicy pikna korweta
Prozerpina, na ktrej pokadzie odbyem wy-
Przygody eglarzy. 21
praw przeciw korsarzom malajskim; kapitan Blighs ucieszy si niezmiernie, widzc mnie przy yciu i
natychmiast ofiarowa mi miejsce mod-szego podporucznika na swym statku, zarczajc, e admiralicja wybr
ten zatwierdzi.
Czternastego grudnia opucilimy przyldek, a po trzech miesicznej egludze ujrzelimy brzegi Anglji;
kapitan Blighs mia rozkaz pyn wprost do Portsmouth, dlatego z wielkim alem moim nie mogem uda si
do Hastings.
W Portsmouth otrzymaem w nagrod owej bitwy z korsarzami stopie porucznika na kor-wecie
Prozerpina. Blighs odtd by mi praw-dziwym bratem; za jego staraniem otrzymaem urlop dwuletni dla
ksztacenia si w szkole ma-rynarki.
Kiedy owo pozwolenie przyszo, Blighs, ma-jcy rozkaz krenia w kanale brytaskim, za-wiz mnie do
Hastings. Aeby niespodziewan wieci o mem przybyciu nie zaszkodzi rodzi-com, kapitan posa do ojca z
doniesieniem, i ma dla niego listy ode mnie i chce je osobicie wrczy. Drogi ojciec, zamiast czeka na przy-
bycie kapitana, przyszed z matk.
Popynlimy w szalupie na ich spotkanie. Gdymy wysiedli, starzec, nie poznawszy mnie, zapyta:
Czy to pan porucznik przywiz mi wia-domoci o moim synu Johnie Jackson?
Nie mogem odpowiedzie, zy mi gos tu-miy. Ale tkliwe serce matki przeczuo, e ma syna przed sob.
To on! to on! to mj syn! krzykna
i pochwycia mnie w swoj objcia.
Wicej pisa nie mog. Opowiada nasze szczcie zimnemi sowy, to niepodobna! Szcz-cie to ten tylko
poj zdoa, kto tak, jak ja, przez lat sze drogich rodzicw nie oglda.