Vous êtes sur la page 1sur 247

Michael Moorcock

Smok w mieczu
(The Dragon in the Sword)

przeoy Lech Brywczyski

Jest to trzecia i ostatnia opowie w cyklu dziejw Johna Dakera, Wiecznego


Wojownika.

Minerwie,
najszlachetniejszej Rzymiance

Ro wszystkich r, ro caego wiata!


Ty take przybya tam, gdzie przewalaj si mroczne fale przypywu
Na nadbrzeu smutku sycha dzwonienie
Dzwonu, ktry nas wzywa; piknego, odlegego przedmiotu.
Pikno posmutniao, bo byo wieczne
Jeste taka jak my, jak to mtne, szare morze.
Nasze dugie okrty bezmylnie egluj bd wyczekuj,
Bg bowiem skaza je na jednaki los;
A gdy ostatni z nich zostanie pokonany w Jego wojnach,
Zaton wszystkie pod tym samym, gwiadzistym niebem,
A On nie bdzie sysza cichego paczu
Naszych smutnych serc, nie umiejcych ani y, ani umiera.

W. B. Yeats,
Ra Wojny

PROLOG

Jestem Johnem Dakerem, ofiar marze caego wiata. Jestem Erekose, Wojownikiem
Ludzkoci, ktry wymordowa ludzk ras. Jestem Urlikiem Skarsolem, Panem Mronej
Twierdzy, ktry podnis Czarny Miecz. Jestem Ilianem z Garatherm, Elrykiem Zabjc
Kobiet, Ksiycowym Jastrzbiem, Coru-mem i wieloma, wieloma ^innymi - mczyznami,
kobietami i obojnakami. Byem nimi wszystkimi. A wszyscy s wojownikami odwiecznej
Wojny o Rwnowag, ktrzy prbuj broni we wszechwiecie sprawiedliwoci, cigle
zagroonej inwazj Chaosu, narzuci czasowi wizy egzystencji bez pocztku i koca. Jednak
nawet to nie jest mym prawdziwym przeznaczeniem.
Moje prawdziwe przeznaczenie polega na tym, e pamitam, cho niedokadnie,
wszystkie poszczeglne wcielenia, kad chwil nieskoczonej liczby istnie, niezliczon
ilo epok i wiatw - tak rwnoczesnych, jak i kolejno nastpujcych po sobie.
Czas jest rwnoczenie agoni Teraniejszoci, dugotrwa mczarni Przeszoci i
straszliw perspektyw niezliczonych Przyszoci. Jest te systemem delikatnie
przenikajcych si rzeczywistoci, nieprzewidywalnych skutkw i nieodkrywal-nych
przyczyn, ukrytych gboko napi i zalenoci.
Cigle do koca nie wiem, dlaczego mnie wybrano, ani jak udao mi si zakoczy
cykl, co - jeli mnie nawet nie uwolnio - to przynajmniej stworzyo moliwo zmniejszenia
mych cierpie.
Wiem tylko, e moim losem jest ustawiczna walka i krtkotrwae okresy pokoju,
albowiem jestem Wiecznym Wojownikiem - zarazem obroc i najwikszym zagroeniem
sprawiedliwoci. Za moj spraw caa ludzko jest w stanie wojny. Ja sprawiam, e
mczyzna i kobieta cz si, ja sprawiam, e ze sob walcz. We mnie tak wiele ras pragnie
zrealizowa swoje mity i marzenia...
Jednak jestem istot ludzk w nie mniejszym ani nie wikszym stopniu ni
ktrykolwiek z moich blinich. Rwnie atwo poddaj si mioci, jak i rozpaczy, obawie i
nienawici.
Byem i jestem Johnem Dakerem. W kocu osignem jaki spokj, doszedem do
jakich rozstrzygni. Oto moja prba opisania ostatniej historii...
Opisywaem ju, jak krl Rigenos wezwa mnie do walki przeciwko Eldrenom, jak si
zakochaem i popeniem straszliwy grzech. Opowiadaem, co mnie spotkao, gdy zostaem
wezwany do Rowenarcu (wierzyem wtedy, e bya to kara za moj zbrodni), jak nakoniono
mnie wbrew mej woli, abym podj Czarne Ostrze, jak spotkaem Srebrn Krlow i co
robilimy na rwninach Poudniowego Lodu. Sdz te, e spisaem gdzie inne moje
przygody (lub te spisali je ci, ktrym je szczegowo opowiedziaem). Opowiadaem troch,
jak doszo do mojej podry czarnym okrtem, prowadzonym przez lepego sternika. Nie
jestem jednak pewien, czy kiedykolwiek opisaem, jak to si stao, e opuciem wiat
Poudniowego Lodu i moje tam wcielenie, Urlika Skarsola. Zaczn wic swoj opowie od
ostatnich wspomnie umierajcej planety. Jej ldy powoli paday upem chodu, a jej ospae
morza byy tak gste od soli, e ich powierzchnia moga utrzyma rosego czowieka. W tym
wiecie udao mi si, przynajmniej w pewnym stopniu, odkupi moje wczeniejsze grzechy,
miaem wic nadziej, e moe bd mg si znowu poczy z moj jedn jedyn mioci,
pikn Ksiniczk Eldrenw - Ermizhad.
Mimo e w oczach tych, ktrym pomagaem, byem bohaterem, w miar upywu czasu
stawaem si coraz bardziej samotny. Ogarniaa mnie melancholia bliska niemal myli o
samobjstwie. Zdarzao si niekiedy, e wciekle i bezsensownie buntowaem si przeciw
losowi, jaki sta si moim udziaem, przeciw wszystkiemu i wszystkim, ktrzy rozdzielili
mnie z kobiet stojc mi w oczach na jawie i we nie. Ermizhad! Ermizhad! Czy kto
kiedykolwiek kocha tak gboko? Tak wytrwale?
W rydwanie ze srebra i brzu cignitym przez wielkie, biae niedwiedzie,
przemierzaem bezkresne poacie Poudniowego
Lodu, wci niezmordowanie przywoujc wspomnienia i modlc si o poczenie si
z Ermizhad, tsknota za ni bya bowiem dla mnie zbyt bolesna. Sypiaem niewiele. Od czasu
do czasu zagldaem do Szkaratnego Fiordu, gdzie miaem wielu przyjaci i wdzicznych
suchaczy. Jednak zwyke, yciowe ludzkie sprawy irytoway mnie. Nie chcc uchodzi za
gbura, gdy tylko byo to moliwe - unikaem ich gocinnoci. Zamykaem si zwykle w
moich pokojach, tam za w stanie nerwowego wyczerpania usiowaem wprawi moj dusz
w stan letargu i usun j z ciaa, aby moga na planie astralnym (jak o tym mylaem) uda
si na poszukiwania mojej utraconej mioci. Byo jednak tak wiele planw i poziomw
egzystencji - nieprzebrana wielo wiatw i ich kombinacji. Bya te, o czym wiedziaem,
nieograniczona rnorodno chronologicznych i geograficznych kombinacji. Czy byoby w
ogle moliwe przeszukanie ich wszystkich, aby odnale moj Ermizhad?
Powiedziano mi, e mog j znale w Tanelorn. Ale gdzie byo Tanelorn? Ze
wspomnie pochodzcych z moich poprzednich wciele wiedziaem tylko, e miasto to
przybierao rozmaite formy i byo zawsze nieuchwytne, nawet dla kogo, kto skazany by na
wieczn wdrwk pomidzy mnogimi poziomami Miliona Sfer. Jakie miabym szans,
skazany na jedno ciao i na jedn egzystencj, aby odnale Tanelorn? Gdyby to byo
moliwe, to musiabym do tej pory natrafi na nie wielokrotnie.
Wyczerpanie stopniowo brao przewag nad moim umysem. Jedni uwaali, e moe
to doprowadzi do mojej mierci, inni za sdzili, e mog oszale. Zapewniaem ich, e
umys mj jest wystarczajco silny, zgodziem si jednak przyjmowa lekarstwa, jakie mi
proponowano. Dziki nim pogryem si w kocu w gbokim nie, w trakcie ktrego, ku
mojej radoci, nawiedza mnie zaczy dziwne, senne urojenia.
Pocztkowo zdawao mi si, e dryfuj na falach bezksztatnego oceanu kolorw i
wiate, docierajcych do mnie z kadej strony. Stopniowo zorientowaem si, e to, co
widziaem, byo obrazem wielkoci i zoonoci Wielowiata. Przynajmniej
do pewnego stopnia zdolny byem zauway i rozrni poszczeglne jego poziomy i
okresy. Moje zmysy nie byy jednak w stanie wyowi z tej zdumiewajcej wizji adnego
konkretnego szczegu.
Pniej poczuem, e bardzo powoli spadam poprzez wszystkie wieki i sfery
rzeczywistoci, poprzez przerne wiaty, miasta, grupy mczyzn i kobiet, lasy, gry,
oceany, a zobaczyem przed sob ma, pask wysepk, ktrej ziele dawaa kojce
poczucie trwaoci i solidnoci. Kiedy tylko moje stopy dotkny jej, wyczuem zapach
wieej trawy, zobaczyem kpki torfu i jakie dziko rosnce kwiaty. Wszystko to wygldao
cudownie i prosto. Prostota ta kontrastowaa z rozmazanym chaosem kolorw i falami wiate
o wci zmieniajcej si intensywnoci. Nad owym fragmentem stabilnego wiata staa jaka
posta. Bya zakuta w pancerz, mienicy si to-czarn krat od korony a po pity. Miaa
opuszczon przybic, tote nie mogem ujrze twarzy.
Mimo to poznaem go, bo ju si kiedy spotkalimy. Znaem go jako Czarno-tego
Rycerza. Powitaem go, jednak nie odpowiedzia. Pomylaem, e moe zamarz na mier w
swym pancerzu. Pomidzy nami trzepotaa wyblaka flaga bez adnych symboli. Moga to
by flaga oznaczajca rozejm, ale przecie nie bylimy wrogami. By to ogromny mczyzna,
wyszy nawet ode mnie. Gdy spotkalimy si ostatnim razem, stalimy na wzgrzu i
obserwowalimy, jak armie ludzkoci przemierzaj w walce okoliczne doliny. Teraz nie
obserwowalimy niczego. Chciaem, aby unis przybic i pokaza mi twarz. Nie zrobi tego.
Chciaem, aby przemwi do mnie. Nie uczyni tego. Chciaem, aby upewni mnie, e nie jest
martwy. Nie da mi adnego znaku.
Ten sen powtarza si wielokrotnie, co noc. Kadej nocy bagaem go, aby si odsoni,
stawiaem take inne dania, ale za kadym razem odmawia mi odpowiedzi.
Wreszcie pewnej nocy nastpia zmiana. Nim zaczem swoje zwyke proby, Czarno-
Zty Rycerz przemwi do mnie...
- Ju ci to wczeniej mwiem. Odpowiem ci na kade pytanie.
Brzmiao to tak, jakby-kontynuowa rozmow, ktrej pocztku ju nie pamitaem.
- W jaki sposb mog poczy si znowu z Ermizhad?
- Wsiadajc na Mroczny Statek.
- Gdzie znajd Mroczny Statek?
- Sam do ciebie przypynie.
- Jak dugo musz jeszcze czeka?
- Duej, ni by tego chcia. Musisz powcign sw niecierpliwo.
- To bardzo nieprecyzyjna odpowied.
- Niestety jedyna, jakiej mog udzieli.
- Jak si nazywasz?
- Podobnie jak ty obdarzany jestem wieloma imionami. Jestem Czarno-ltym
Rycerzem. Jestem Wojownikiem, Ktry Nie Moe Walczy. Niekiedy bywam te nazywany
Czystym Sztandarem.
- Poka mi swoj twarz.
- Nie.
- Z jakiego powodu?
- Ach, to delikatna sprawa. Chyba nie przyszed jeszcze na to czas. Gdybym pokaza ci
zbyt wiele, mogoby to zaszkodzi wielu innym chronologiom. Musisz wiedzie, e Chaos
zagraa wszystkim sferom i dziedzinom Wielowiata. Rwnowaga przechyla si zbytnio na
jego stron. Trzeba pomc Prawu. Musimy uwaa, by nie uczyni jeszcze wikszej szkody.
Ju wkrtce usyszysz moje imi, jestem tego pewien. Wkrtce - to sowo traktuj wedle
twojej miary czasu, bo wedug mojej mogoby to by choby i dziesi tysicy lat...
- Czy pomoesz mi powrci do Ermizhad?
- Ju wyjaniaem, e musisz czeka na statek.
- Kiedy mj umys zazna wreszcie spokoju?
- Kiedy spenisz wszystkie twoje zadania. Zanim zdysz otrzyma nastpne.
- Jeste okrutny, Czarno-ty Rycerzu, dajc mi tak niejasne odpowiedzi.
- Chc ci zapewni, Johnie Daker, e nie ma wyraniej-szych. Nie jeste jedynym,
ktry oskara mnie o okruciestwo...
Uczyni ruch rk i zobaczyem skalne urwisko. Przy samej jego krawdzi, jedni
pieszo, inni w siodach (cho stwory, jakich dosiadali, nie przypominay w niczym koni), stay
szeregi wojownikw w pogitych zbrojach. Byem na tyle blisko, e mogem przyjrze si ich
twarzom. Mieli oczy bez wyrazu, jakby przywyke do widoku mierci. Nie mogli nas widzie,
ale wydao mi si, e si do nas modl - a przynajmniej do Czar-no-tego Rycerza.
Zawoaem:
- Kim jestecie?
Oni za odpowiedzieli mi, unoszc gowy, aby zaintonowa straszn litani:
- Jestemy zgubieni. Jestemy ostatni. Jestemy okrutni. Jestemy Wojownikami na
Krawdzi Czasu. Jestemy wyniszczeni, jestemy zrozpaczeni, jestemy zdradzeni. Jestemy
weteranami tysica psychicznych wojen.
Zupenie jakbym da im znak, sposobno do wyraenia swoich obaw, tsknot i alu
nad mijajcymi wiekami. Ich chr brzmia zimno i melancholijnie. Czuem, e trwali na tej
skalnej krawdzi przez ca wieczno, odzywajc si jedynie wtedy, gdy zadano im pytanie.
Skandowanie nie zostao przerwane, a wrcz przeciwnie - stao si goniejsze...
- Jestemy Wojownikami na Krawdzi Czasu. Gdzie nasza rado? Gdzie nasz
smutek? Gdzie nasza trwoga? Jestemy gusi, niemi i lepi. Jestemy niemiertelni. Tak zimno
jest na Krawdzi Czasu. Gdzie nasze matki i nasi ojcowie? Gdzie nasze dzieci? Zbyt zimno
jest na Krawdzi Czasu! Jestemy nienarodzeni, nieznani, nie moemy umrze. Zbyt zimno
jest na Krawdzi Czasu! Jestemy zmczeni. Tak bardzo jestemy zmczeni. Zmczeni na
Krawdzi Czasu...
Byo w tym tyle blu, e chciaem zakry domi uszy.
- Nie! - krzyczaem. - Nie! Nie wolno wam zwraca si do mnie. Idcie std!
Zapada cisza. Odeszli.
Obrciem si w stron Czarno-tego Rycerza, ale i on znikn. Czyby by jednym
z nich? Moe ich przywdc? Albo te, pomylaem, moe wszyscy oni byli jedynie
rozmaitymi aspektami jednej i tej samej istoty - mnie samego?
Nie do, e nie potrafiem odpowiedzie na te pytania, to w istocie wcale nie
pragnem usysze odpowiedzi.
Nie jestem pewien, czy zdarzyo si to wanie w tym momencie, czy w jaki czas
pniej, w innym nie, ale znalazem si na skalistej play patrzc na spowity gst mg
ocean.
Pocztkowo mga uniemoliwiaa zobaczenie czegokolwiek, potem jednak stopniowo
spostrzegem coraz wyraniejszy ciemny ksztat, zakotwiczony blisko brzegu.
Wiedziaem, e by to Mroczny Statek.
Na pokadzie statku migocc to tu, to tam, wiecio pomaraczowe wiato. Byo to
ciepe, spokojne wiato. Wydawao mi si te, e sysz grube gosy nawoujce si midzy
rejami a pokadem. Najpewniej to ja wezwaem statek, on za odpowiedzia na moje
wezwanie. Wkrtce - przywieziony szalup - byem ju na gwnym pokadzie. Staem
naprzeciw wysokiego, pospnego mczyzny, ubranego w skrzany sztorm-iak, sigajcy mu
poniej kolan. Dotkn mego ramienia, jakby na powitanie.
Innym szczegem, ktry utkwi mi w pamici, byo to, i cay okrt, kady cal jego
powierzchni, pokryty by najrozmaitszymi zdobieniami - niektre z nich przypominay figury
geometryczne, inne jakie dziwaczne stwory, jakby wyjte ywcem z najbardziej
nieprawdopodobnych historii.
- Znowu popyniesz z nami - powiedzia kapitan.
- Znowu - potwierdziem, jakkolwiek w aden sposb nie mogem sobie przypomnie,
kiedy to pynem z nim poprzednim razem.
Pniej opuszczaem ten statek wielokrotnie, pod wieloma rnymi postaciami, aby
zazna najrniejszych przygd. Jedno z moich wciele wryo mi si w pami bardziej ni
inne, tak, e pamitaem nawet moje imi. Brzmiao ono: Cie z Cie Gar. Przypominaa mi
si jaka wojna pomidzy Niebem a Piekem. Przypomniaem sobie oszustwo, zdrad i jakie
zwycistwo. Potem znowu powrciem na pokad okrtu.
- Ermizhad! Tanelorn! Czy tam pyniemy? Kapitan dotkn mojej twarzy koniuszkami
palcw i otar mi zy.
- Jeszcze nie teraz.
- W takim razie nie spdz wicej ani minuty na pokadzie tego statku... - rozzociem
si. Ostrzegem kapitana, e nie chc by traktowany jak wizie. Nie pozwol zwiza mego
losu z tym statkiem. Sam zadecyduj o swoim losie.
Nie sprzeciwia si memu odejciu, cho wydawao si, i jest nim zmartwiony.
Obudziem si raz jeszcze, w ku, w moim pokoju, w Szkaratnym Fiordzie. Miaem
gorczk. Otoczony byem przez gromad sucych, ktrzy nadbiegli, syszc moje krzyki.
Midzy nimi przeciska si w moim kierunku przystojny, rudowosy Bladrak Poranna
Wcznia, ktry ju kiedy ocali mi ycie. By zaniepokojony. Pamitam, e krzyczaem do
niego, aby mi pomg, aby wydoby n i uwolni mnie wreszcie z tego ciaa.
- Zabij mnie, Bladraku, jeli cenisz sobie nasz przyja!
Nie posucha mnie jednak. Dugie noce nadchodziy kolejno i przemijay. W trakcie
niektrych z nich wydawao mi si, e jestem ponownie na pokadzie okrtu. Innym razem
wydawao mi si, e kto mnie wzywa. Ermizhad? Czy to ona mnie wzywaa? Wyczuwaem
obecno kobiety...
Kiedy jednak przyjrzaem si memu kolejnemu gociowi, zauwayem, e jest nim
karze o kanciastej twarzy. Karze taczy i plsa, mruczc do siebie pod nosem,
najwidoczniej mnie nie poznajc. Wydawao mi si, e go poznaj, nie pamitaem jednak
jego imienia.
- Kim jeste? Czy przysa ci lepy sternik? Moe jeste wysannikiem Czarno-
tego Rycerza?
Moje pytania jakby zaskoczyy kara. Zwrci ku mnie swe przedziwne oblicze,
odsun czapk ku tyowi i wyszczerzy zby w umiechu.
- Pytasz, kim jestem? To dla mnie zaskakujce, jestemy bowiem starymi znajomymi,
ty i ja, Johnie Daker.
- Znasz mnie pod starym imieniem? Jako Johna Dakera?
- Znam ci pod wszystkimi twoimi imionami. Ale tylko pod dwoma z nich moesz si
pojawia wicej ni jeden raz. Czy jest to dla ciebie zagadk?
- Tak. Czy musz w tej chwili znale jej rozwizanie?
- Jeli bdziesz chcia, to znajdziesz. Zadajesz wiele pyta, Johnie Daker.
- Wolabym, eby nazywa mnie Erekose.
- Twoje pragnienia speni si. W kocu otrzymasz odpowiedzi na swoje pytania! Nie
jestem a tak zym karem, nieprawda?
- Przypominam sobie! Zw ci Jermays, Garbaty Jermays. Jestemy do siebie podobni
- twoje liczne wcielenia stanowi rne postacie tej samej osoby. Spotkalimy si przy grocie
jelenia morskiego.
Przypomniaem sobie nasz wczesn rozmow. Czy to nie on jako pierwszy
powiedzia mi o Czarnym Mieczu?
- Bylimy starymi przyjacimi, Wojowniku, ale nie poznae mnie wtedy, podobnie
jak i teraz nie moge mnie sobie przypomnie. Moe masz zbyt wiele do zapamitania, co?
Nie obrazio mnie twoje zachowanie. Widz, e znw zgubie swj miecz...
- Nigdy wicej nie wezm go ju do rki. To bya przeraajca bro. Nic mi po niej.
Nie chc te adnego miecza, jeli bdzie podobny do tego. Przypominam sobie, e mwie
wtedy, i s takie dwa...
- Mwiem, e niekiedy s dwa. Mwiem te, e moe to by zudzenie, bowiem w
istocie jest zawsze tylko jeden. Nie jestem jednak pewny. Miae w doni ten, ktry nazywasz
(czy te nazywae) Przywoujcym Burz. Teraz, jak przypuszczam, bdziesz potrzebowa
miecza zwanego aobnym Ostrzem.
- Wspominae, e z tymi mieczami zwizane jest jakie przeznaczenie.
Zasugerowae te, e z tym przeznaczeniem wie si mj los...
- Naprawd tak mwiem? Widz, e pami ci wraca. Dobrze, dobrze. Jestem pewny,
e moja wiedza moe ci troch pomc. Moe zreszt nie? Czy wiesz o tym, e kady z tych
mieczy jest tylko pokryw, naczyniem dla czego wicej? Zostay wykute, jak rozumiem, aby
zosta wypenione, zamieszkane, aby posiada co, co mgby nazwa dusz. Widz, e
zbiem ci nieco z tropu. Niestety, jestem z natury tajemniczy. Mam pewne wiadomoci, to
prawda. Mam wiedz na temat naszych przedziwnych losw; losw, ktre s czsto bardzo
popltane. Obawiam si, e kontynuujc swoje rozwaania sprawi ci tylko wiele przykroci,
a moe take i sobie! Ju widz, e jeste niedysponowany. Czy jest to jedynie przejaw zego
stanu zdrowia, czy te rozciga si to take na twj umys?
- Czy moesz mi pomc w odnalezieniu Ermizhad, Jermays? Czy moesz powiedzie
mi, gdzie ley Tanelorn? To jest wszystko, co chciabym wiedzie. O reszt nie dbam. Nie
chc wicej sysze o przeznaczeniu, o mieczach, o statkach i rnych dziwnych krajach.
Gdzie jest Tanelorn?
- Ten statek tam pynie, nieprawda? Rozumiem, e Tanelorn jest jego portem
przeznaczenia. Jest tak wiele miast zwanych Tanelorn, statek za ma do przewiezienia
adunek tak wielu osobowoci, nawet jeli s tylko rnymi stronami tej samej postaci. To
zbyt wiele jak dla mnie, Wojowniku. Musisz powrci na pokad okrtu.
- Nie mam zamiaru wraca na Mroczny Statek.
- Zbyt wczenie zszede z pokadu.
- Nie wiedziaem, dokd ten okrt mnie zabiera. Balem si, e zagubi si i nigdy
wicej nie odnajd Ermizhad.
- To dlatego odszede! Przypuszczae, e ju dotare do swojego celu? Ze jest jaki
inny sposb, aby go znale?
- Czy opuciem statek wbrew woli kapitana? Czy bd za to ukarany?
- Nie sdz. Kapitan nie lubi kara. Nie lubi te by sdzi. Okrelibym go raczej
jako tumacza, komentatora. Wszystkie moje wyjanienia maj na celu skoni ci do powrotu
na pokad statku.
- Nie chc by znowu na pokadzie Mrocznego Statku.
Otarem z policzkw mieszanin ez i potu; stao si tak, jakbym zarazem usun
sprzed oczu Jermaysa, bowiem ten znik.
Wstaem i przyodziaem si, krzyczc, aby podano mi mj stary pancerz. Zmusiem
ich, aby go na mnie woyli, pomimo e trudno mi byo utrzyma si na nogach. Potem
poleciem, aby przygotowano dla mnie wielkie sanie wodne z napdem w postaci potnych
czapli, ktre umiay cign je poprzez tamtejsze zasolone, pofadowane rwniny
umierajcych oceanw. Opryskliwie potraktowaem tych, ktrzy chcieli mi towarzyszy,
polecajc im, aby powrcili do Szkaratnego Fiordu.
Odrzuciem ich przyja. Uciekem przed wzrokiem ludzkoci, pograjc si w
mrokach przesyconej zapachem soli nocy. Unoszc gow, zawyem z rozpaczy niczym pies,
wzywajc Ermizhad, nie otrzymaem jednak odpowiedzi. Po prawdzie, nie liczyem na ni.
Wymieniem to imi na przekr kapitanowi Mrocznego Okrtu. Zwracaem si do kadego
boga czy bogini, jakich mogem kiedykolwiek zna. A na koniec zwrciem si sam do
siebie, do Johna Dakera, Ereko-se, Clana, Elryka, Ksiycowego Jastrzbia, Coruma i
wszystkich innych. Na koniec zwrciem si nawet do Czarnego Miecza, ale odpowiedziaa
mi tylko straszna, okrutna cisza.
Rzuciem okiem na blade wiato witu i wydao mi si, e widz wielkie urwisko, na
ktrym stoj wyndzniali wojownicy - ci sami wojownicy, ktrzy mieli tam sta ca
wieczno, a kady z nich mia moj twarz. Jednak byy tam tylko chmury, niemal tak samo
gste jak morze, po ktrym eglowaem.
-.Ermizhad! Gdzie jeste? Co lub kto moe mnie z tob poczy?
Usyszaem przenikliwy, nieprzyjemny wist wiatru, zbliajcego si od strony
horyzontu. Usyszaem trzepot skrzyde moich czapli. Usyszaem, jak moje morskie sanie z
oskotem wpadaj pod powierzchni fal. Usyszaem te swj gos mwicy, e mog zrobi
jeszcze tylko jedn rzecz, adna bowiem sia nie przyjdzie mi z pomoc. To wanie byo
przyczyn, e przybyem tu sam. To dlatego przywdziaem zbroj bojow Urlika Skarsola,
Pana Mronej Twierdzy.
- Musisz rzuci si do morza - powiedziaem do siebie. - Musisz si utopi, musisz
uton. Gdy zginiesz, z pewnoci bdzie ci dane jakie inne wcielenie. Moe staniesz si
ponownie Erekose i uda ci si poczy z twoj Ermizhad? Swoj drog, byby to przykad
wiernoci, ktry nawet bogowie musieliby doceni. Moe tego wanie od ciebie oczekuj?
Moe chc zobaczy, jak daleko siga twoja odwaga? I sprawdzi, jak bardzo j kochasz?
Z tymi sowy wypuciem z doni wodze sa, dziki ktrym mogem wpywa na
tempo i kierunek lotu ogromnych czapli i przygotowywaem si na zanurzenie w tym
strasznym lepkim morzu.
Nagle jednak tu przede mn na pokadzie stan Czarno-ty Rycerz i pooy mi na
ramieniu sw do w stalowej rkawicy. W drugiej rce dziery Czysty Sztandar. Tym razem
podnis przybic, abym mg zobaczy jego twarz.
Przywodzia ona na myl wielko i janiaa niezwyk, staroytn mdroci. Byo to
oblicze, ktre zapewne widziao o wiele wicej, ni ja ujrz we wszystkich swych wcieleniach
razem wzitych. Rysy tej twarzy byy ascetyczne i subtelne, a wielkie oczy patrzyy
przenikliwie i wadczo. Skra miaa kolor byszczcej, wypolerowanej miki, a jego gos by
niski, gboki, peen poczucia siy i niezomnej woli.
- To nie bylaby odwaga, Wojowniku. To byaby, w najlepszym razie, gupota. Wydaje
ci si, e czego szukasz, ale zamierzasz si zachowa jak kto, kto chce jedynie pooy kres
cierpieniom. S jednak sprawy, ktre trudniej Wojownikowi wybaczy ni to. Mog ci przy
tym powiedzie, e twoje obecne cikie przeycia nie potrwaj ju dugo. Przybybym do
ciebie wczeniej, ale byem zajty gdzie indziej.
- Kim bye zajty?
- Ach, oczywicie tob. Ale to tylko bajeczka, opowiadana w innym wiecie i moe w
twej przyszoci, z uwagi na to, e Milion Sfer wci wiruje w czasie i przestrzeni z rn
szybkoci. Ich kadorazowe zetknicie si jest zaskoczeniem, nawet dla mnie. Zapewniam
ci, e wybrae bardzo niewaciwy moment na pozbawienie si ycia, a w kadym razie
tego ciaa. Nie mwi nawet o konsekwencjach, cho nie wtpi, e byyby nieprzyjemne.
Wielka i powana przygoda jest wanie przed tob. Jeli spenisz tam swj obowizek jako
Wojownik, w sposb moliwie najlepszy, moesz czciowo uwolni si od przeznaczenia.
Moe to spowodowa pocztek i koniec wielkich przedsiwzi. Niech ci wezw. Ju
pewnie syszae te gosy?
- Niczego nie byem w stanie zrozumie z ich gosw. To przecie nie mog by owi
wojownicy, ktrzy woaj...
- Oni woaj o uwolnienie ich od wasnego przeznaczenia. Nie, to inni ci wzywaj;
tak, jak wzywano ci przedtem. Czy nie syszae adnego imienia? Nowego dla ciebie?
- Chyba nie.
- To oznacza, e powiniene powrci na Mroczny Statek. To wszystko, co mog ci
doradzi w tej sytuacji. Jestem gboko zaskoczony...
- Jeli ty jeste zaskoczony, Rycerzu, to ja jestem doprawdy skonfundowany! Nie chc
podda si temu czowiekowi i jego okrtowi. To wzmaga moje poczucie bezradnoci. Co
wicej, nadal mam to samo ciao. W tym ciele z pewnoci nie odnajd Ermizhad. Aby j
odnale, musiabym by w ciele Erekose lub Johna Dakera.
- Widocznie twj nowy wygld nie jest jeszcze gotowy. Siy zaangaowane w te
sprawy dziaaj bardzo rozwanie. Mimo wszystko musisz jako wrci na ten statek...
- Czy tylko to masz mi do zaproponowania? Czy moesz mi da nadziej, e jeli
rzeczywicie znajd si na Mrocznym Statku, odzyskam moj Ermizhad?
- Wybacz mi, Wojowniku. - Do czarnego giganta wci spoczywaa na moim
ramieniu. - Doprawdy, nie jestem wszechwiedzcy. Kt mgby by, skoro caa struktura
Czasu i Przestrzeni jest w ustawicznym ruchu?
- Co chcesz przez to powiedzie?
- Nie mog ci powiedzie nic ponad to, co sam postrzegam. Niech ten okrt ci
zabierze, to wszystko, co mog ci przekaza. Wiem, e dziki temu znajdziesz si wrd tych,
ktrzy ci najbardziej potrzebuj i czekaj na tw pomoc. Z kolei ich pomoc moe ci
przynie jak form uwolnienia od twych obecnych cierpie. Poza tym moesz tam uzyska
obietnic przyszego poczenia. Takie jest moje zdanie...
- Gdzie mam szuka tego statku?
- Jeli bdziesz tego chcia, statek sam do ciebie przypynie. Z pewnoci ci znajdzie.
Nie musisz si obawia.
Czarno-ty Rycerz zagwizda nagle, a z pomaraczowej mgy wypad galopujcy
ogier, bijc kopytami o powierzchni wody, nie pograjc si w niej jednak. Czarno-Zty
Rycerz wsiad na t besti. Jej sier bya rwnie czarna jak jego skra. Nie mogem poj,
jak to si dzieje, e rumak stoi na powierzchni wody nie pograjc si w niej ani na cal.
Byem tym widokiem tak dalece oszoomiony, e zapomniaem zada jedcowi dalszych
pyta. Wstaem tylko i patrzyem, jak unis w gr w gecie pozdrowienia swj Czysty
Sztandar. Potem zwrci swego bojowego rumaka w stron chmur i pdem odjecha.
Pozostaem sam, pogrony w domysach, ale Czarno-Zty Rycerz przynis mi
troch nadziei i powstrzyma moje pogranie si w szalestwie. Zdecydowaem, e si nie
zabij, cho perspektywa znalezienia si na pokadzie Mrocznego Statku wcale mi si nie
umiechaa. Pomylaem sobie, e najlepiej bdzie, gdy si poo w saniach, a czaple niech
zawioz mnie tam, gdzie same zechc (by moe do Szkaratnego Fiordu, bo ich
wytrzymao si skoczy, a by moe inaczej - zasid na pokadzie, odpoczywajc, nim
rusz w dalsz wdrwk po powierzchni oceanu. I tak wiadomo, e prdzej czy pniej
powrc do domu). Szkoda, e nie zapytaem Rycerza o imi. Niekiedy imi potrafi obudzi
upione wspomnienia, obrazy przyszoci i zdarzenia z przeszoci.
Zasnem, a gdy tak spaem, sny powrciy. Usyszaem odlege gosy - byy to gosy
skandujcych wojownikw, wojownikw z Krawdzi.
- Kim jestecie? - zwrciem si do nich bagalnie. Miaem ju do moich wasnych
pyta - zbyt wiele byo wok tajemnic. Nagle jednak inkantacja wojownikw zacza
zmienia tonacj, a w kocu syszaem tylko pojedyncze imi:
- SHARADIM! SHARADIM!
Sowo to nic mi nie mwio. Wiedziaem, e to nie jest moje imi. To nigdy nie byo
moje imi. I nigdy nim nie bdzie. Czybym by ofiar jakiego fatalnego, kosmicznego
bdu?
- SHARADIM! SHARADIM! W MIECZU JEST SMOK! SHARADIM!
SHARADIM! PRZYBD DO NAS, BAGAMY! SHARADIM! SHARADIM! TRZEBA
UWOLNI SMOKA!
- Ale ja nie jestem Sharadim - powiedziaem gono. - Nie mog wam pomc.
- KSINICZKO SHARADIM, NIE ODMAWIAJ NAM!
- Nie jestem wasz ksiniczk, nie jestem Sharadim. Czekam na wezwanie, to
prawda. Ale wy potrzebujecie kogo innego...
Czyby bya jeszcze jaka druga, podobnie nieszczliwa dusza, skazana na los
podobny do mojego? Moe jest wielu takich jak ja?
- UWOLNIENIE SMOKA TO OSWOBODZENIE NASZEJ RASY! SHARADIM,
NIE POZWL NAM DUEJ POZOSTAWA NA WYGNANIU! SUCHAJ, JAK SMO-
CZYCA RYCZY WE WNTRZU KLINGI, PRAGNC SI POCZY ZE SWYM
KRLEM. UWOLNIJ NAS WSZYSTKICH, SHARADIM! UWOLNIJ NAS, SHARADIM!
TYLKO KTO Z TWOJEJ KRWI MOE PODJ MIECZ I ZROBI TO, CO POWINNO
BY ZROBIONE!
Brzmiao to dla mnie nieco bardziej znajomo, cho wiedziaem, e nie byem
Sharadim. Jak okreliby to John Daker, byem niczym radio odbierajce niewaciwe pasmo.
Tym wikszym paradoksem byo, i wanie chciaem pozby si mego obecnego ciaa,
przyj inne, najchtniej ciao Erekose i poczy si z Ermizhad.
Wci nie mogem si pozby tych gosw. Inkantacja stawaa si coraz goniejsza,
teraz mogem zobaczy nawet zarysy kobiecych postaci otaczajcych mnie koem. Nadal
jednak byem w saniach. Nawet przez sen wyczuwaem ich nierwn powierzchni pod
swymi domi. Tymczasem otaczajce mnie postacie zaczy powoli kry wok mnie,
pocztkowo zgodnie z ruchem wskazwek zegara, a potem w przeciwn stron. Byo to tylko
koo zewntrzne, podczas gdy koo wewntrzne stanowiy blade pomienie, ktrych blask
niemal mnie olepia.
- Nie mog przyj! Nie jestem tym, kogo potrzebujecie! Musicie szuka gdzie
indziej! Jestem potrzebny gdzie indziej...
- UWOLNIJ SMOKA! UWOLNIJ SMOKA! SHARADIM! SHARADIM! UWOLNIJ
GO, SHARADIM!
- Nie! To wy powinnicie wreszcie uwolni mnie! Uwierzcie mi, kimkolwiek
jestecie, e to nie mnie potrzebujecie! Dajcie mi odej! Dajcie mi odej!
- SHARADIM! SHARADIM! UWOLNIJ SMOKA!
Ich gosy byy rwnie zdesperowane jak mj. Jak gono nie woabym i tak by mnie
nie syszay, poniewa uniemoliwiao im to ich wasne woanie. Miaem w stosunku do nich
braters-
kie uczucia. Chtnie przemwibym do nich, aby przekaza choby t niewielk
wiedz, jak mam, ale mj gos wci nie by syszalny.
Usiowaem przypomnie sobie moje wczeniejsze rozmowy. Czy kiedykolwiek
mwiono mi o smoku uwizionym w mieczu? Czy dziao si to w trakcie rozmowy z Czarno-
tym Rycerzem? A moe mwi mi o tym Garbaty Jer-mays? Czy kapitan opowiada mi o
tym, e zostaem wybrany, aby wzi taki miecz i czy dlatego wanie opuciem pokad
statku? Tego wszystkiego nie pamitaem. Wszystkie sny przemieszay si ze sob. Podobnie
wszystkie moje poprzednie wcielenia nie daway si od siebie odrni, krc po moim
umyle niczym ryby wyskakujce na powierzchni wd jeziora, aby po chwili pogry si
znowu w wodnych odmtach.
Teraz gos zawoa: - ELRYK! l znw: - ASQUIOL! Inna grupa wzywaa Coruma,
jeszcze inne Ksiycowego Jastrzbia, Rashona, Malanni. Woaem, aby przestali. Nikt nie
wzywa Erekose. Nikt mnie nie wzywa! Wiedziaem jednak, e to wanie ja jestem
rwnoczenie nimi wszystkimi - nimi wszystkimi i jeszcze wieloma innymi.
Ale nie byem Sharadim.
Zaczem ucieka przed tymi gosami. Bagaem, aby dano mi spokj. Wszystko,
czego pragnem, to Ermizhad. Moje stopy zanurzyy si nieco w gstej od soli powierzchni
oceanu. Obawiaem si, e uton, opuciem jednak moje sanie. Brnem w wodzie, sigajcej
mi a po uda, trzymajc miecz nad gow. Przed sob za widziaem smuky statek o
wysokich kasztelach, sterczcych na dziobie i na rufie, rysujcy si ciemn bry na tle mgy.
Na wielkim, gwnym maszcie okrtu zwinity by ciki agiel, a wszystkie drewniane
elementy statku byy misternie rzebione. Dziobnica okrtu bya masywna i zakrzywiona, a
na obu wysokich pokadach znajdoway si wielkie koa sterowe.
Zawoaem:
- Kapitanie! Kapitanie! To ja! To ja, Erekose, powrciem! Jestem tu, aby speni moje
zadanie! Zrobi wszystko, co zechcesz!
- Ach, to ty, Wojowniku. Miaem nadziej odnale ci tutaj. Wejd na pokad i
rozgo si. Na razie nie ma tu innych pasaerw. Bdziesz i tak mia wiele do zrobienia...
Wiedziaem, e kapitan mwi do mnie i e wanie opuciem wiat Rowenarcu,
Poudniowego Lodu i Szkaratnego Fiordu, pozostawiajc je za sob na zawsze. Na pewno
wszyscy uznaj, e wypynem na rodek oceanu i napotkaem jelenia morskiego lub po
prostu utonem. al mi byo jedynie tego, e nie poegnaem si w inny sposb z Bladra-
kiem Porann Wczni, ktry by moim dobrym przyjacielem.
- Czy moja podr bdzie duga, Kapitanie? - zapytaem, wspinajc si po spuszczonej
dla mnie drabinie. Zdaem sobie nagle spraw, e odziany jestem tylko w prost spdniczk z
mikkiej skry, sanday i szeroki pas na piersiach. Spojrzaem w oczy umiechajcego si
kapitana, ktry wycign muskularn rk, aby pomc mi przele przez burt. Jego odzienie
byo rwnie proste jak przedtem, wcznie z sztormiakiem z cielcej skry.
- Nie, Wojowniku. Moim zdaniem, bardzo szybko znajdziesz cel tej podry. Chodzi o
rozgrywk pomidzy Prawem a Chaosem i ambicjami arcyksicia Balarizaafa, kimkolwiek on
jest!
- Nie znasz wic naszego celu? - zdziwiem si. Poszedem za nim do jego maej
kabiny umieszczonej pod pokadem szacowym. Na stole przygotowany by posiek dla nas
obu. Jedzenie pachniao wybornie. Zaprosi mnie gestem, abym usiad naprzeciw niego.
Powiedzia:
- By moe naszym celem jest Maaschanheen. Czy znasz ten wiat?
- Nie.
- W takim razie wkrtce si z nim zapoznasz. Moe nie powinienem zbyt duo mwi.
Mgbym ci wprowadzi w bd. W kadym razie cel to ostatnia rzecz, jaka powinna teraz
ci zajmowa. Jedz, bo moe ju niedugo opucisz pokad ponownie. Jedzenie wzmocni ci
przed wykonaniem zadania.
Sam rwnie przyczy si do posiku. Jedzenie byo zdrowe i sycce, ale najwiksz
przyjemno sprawio mi picie wina. Palce niczym ogie dodao mi wigoru i energii do
dziaania.
- Moe opowiesz mi co o tym Maaschanheem, Kapitanie?
- Jest to wiat bliski temu, ktry znae jako John Daker. W kadym razie znacznie
bliszy ni kady z tych, jakie dotychczas odwiedzie. Ludzie z czasw Dakera, orientujcy
si dobrze w tych sprawach, powiedzieliby, e jest to Pogranicze Czasw, bowiem ich wiat
przecina si tam z owym wiatem, cho tylko niewielu dane jest przenosi si midzy nimi.
Ziemia nie jest przy tym wcale czci systemu, do ktrego naley Maaschanheem. W
systemie tym znajduje si sze sfer, a ich mieszkacy nazywaj je Sferami Kola.
- Sze planet?
- Nie, Wojowniku. Sze sfer. Sze kosmicznych paszczyzn, obracajcych si wok
centralnie ustawionej osi, krcych niezalenie od siebie, wirujcych na osi i ukazujcych
sobie nawzajem rne swoje strony w rnych momentach swego ruchu. Rwnoczenie
kada sfera kry take wok swego soca, takiego jak to, ktre przyzwyczaie si oglda
na swoim niebie, na niebie Johna Dakera. Milion Sfer stanowi bowiem jedynie rne wersje
tej samej planety - planety, ktr John Daker nazywa Ziemi. Na tej samej zasadzie kade z
twoich wciele jest jedynie jedn z wersji twojej osoby. Jak wiesz, niektrzy nazywaj to
Wielowiatem. Sfery we wntrzu innych sfer, powierzchnie przenikajce si z innymi
powierzchniami, wymiary zachodzce na siebie, spotykajce si, a niekiedy tworzce bramy i
przejcia midzy sob. Czasem nie spotykaj si nigdy. To jest przyczyn trudnoci w
przechodzeniu midzy tymi wiatami i jedynie okrt, taki jak ten, moe w Jym pomc.
- Odmalowae ponury obraz, Kapitanie. Okrutny dla mnie, ktry szukam kogo
wrd tej mnogoci egzystencji.
- Powiniene si cieszy, Wojowniku, bowiem tylko owej rnorodnoci zawdziczasz
swoje istnienie. Gdyby twoja Ziemia miaa tylko jeden wymiar, a ty tylko jedn osobowo,
gdyby Prawo i Chaos miay tylko po jednym wymiarze, to cay ten wiat przepadby, zgin
zaraz po stworzeniu. Milion Sfer oferuje tymczasem nieskoczon mnogo i wybr wielu
moliwoci.
- Ktrych liczb ogranicza Prawo?
- Tak, bo w przeciwnym razie Chaos zdobyby przewag. Dlatego wanie musisz
walczy, aby utrzyma Kosmiczn Rwnowag. Ta krucha rwnowaga midzy obiema siami
jest konieczna, aby ludzko moga rozkwita i wykorzystywa wszystkie swoje moliwoci.
Ciy na tobie wielka odpowiedzialno, Wojowniku, niezalenie od postaci, pod jak
wystpujesz.
- A jaka bdzie moja nastpna posta? Czy moe to by kobieta? Niejaka ksiniczka
Sharadim? Kapitan potrzsn przeczco gow.
- Nie sdz. Ju wkrtce poznasz swe nowe imi. Musisz mi obieca, e gdy
zakoczysz pomylnie swe zadanie, powrcisz do mnie, gdy po ciebie przybd. Obiecasz?
- Dlaczego miabym to zrobi?
- Dlatego, e bdzie to dla ciebie korzystne, uwierz mi.
- A jeli do ciebie nie przybd?
- Nie wiem, co si wwczas stanie.
- W takim razie nie obiecam. Kapitanie, chc ju teraz zna bardziej szczegowe
odpowiedzi na moje pytania. Mog tylko powiedzie, e prawdopodobnie bd znowu szuka
tego statku.
- Bdziesz nas szuka? To ju atwiej byoby ci znale bez niczyjej pomocy Tanelorn.
- Kapitan by wyranie rozbawiony. - Nas si nie da odszuka. To my szukamy i znajdujemy. -
Zaczai jednak zdradza zaniepokojenie, potrzsajc z niedowierzaniem gow. Grzecznie lecz
zdecydowanie zakoczy rozmow, mwic: - Ju pno. Musisz odpocz, aby zebra siy.
Zaprowadzi mnie do wielkiej kajuty na rufie okrtu. Pomieszczenie to przeznaczone
byo dla znacznie wikszej iloci ludzi, byem tu jednak sam. Przygotowaem sobie koj,
umyem si w nalanej do - tego celu wodzie i uoyem si do snu. Zauwayem z ironi, e
jest to w pewnym sensie sen wewntrz innego snu, ktry rwnie mieci si w jeszcze innym
nie. Jak wielu poziomw istnienia dowiadczam obecnie, nie mwic nawet o tych, o
ktrych wspomina kapitan?
Znowu pogryem si w sennych marzeniach i usyszaem t sam inkantacj,
ujrzaem te same kobiety, ktrym usiowaem wytumaczy, e wzywaj niewaciw osob.
Teraz wiedziaem na pewno, bo przecie sam kapitan to potwierdzi.
- Nie jestem wasz ksiniczk Sharadim!
- SHARADIM! UWOLNIJ SMOKA! SHARADIM! WE MIECZ! SHARADIM,
UWOLNIJ WINIA PICEGO W STALOWYM OSTRZU WYKUTYM PRZEZ
CHAOS! SHARADIM, PRZYBD NA ZGROMADZENIE! KSINICZKO
SHARADIM, TYLKO TY MOESZ WZI TEN MIECZ W DO. PRZYJD DO NAS,
KSINICZKO SHARADIM! BDZIEMY NA CIEBIE CZEKA!
- Nie jestem Sharadim!
Gosy saby, a woanie zostao zaguszone innym.
- Jestemy zmczeni, smutni, niewidzcy. Jestemy Wojownikami Na Krawdzi
Czasu. Jestemy znueni, tak bardzo znueni. Jestemy zmczeni mioci... - Przez moment
zauwayem raz jeszcze wojownikw, czekajcych na Krawdzi. Usiowaem przemwi do
nich, ale zniknli. Krzyczaem. Obudziem si, kapitan pochyla si nade mn.
- Johnie Daker, ju czas, aby nas znowu opuci.
Na zewntrz byo rwnie ciemno i mglicie, co zawsze. Gwny agiel by wzdty
niczym brzuch godujcego dziecka. Po chwili bezwadnie zwis na maszcie. Odnosio si
takie wraenie, jakby statek zarzuci kotwic.
Kapitan wskaza na reling. Sta tam mczyzna niezwykle podobny do kapitana, tyle
e niewidomy. Da mi znak, abym zszed po drabince i wszed z nim do dki. Nie miaem na
sobie ubrania, ani miecza w doni. Byem cakiem nagi.
- Pozwl mi znale jakie odzienie i bro.
Stojcy obok mnie kapitan potrzsn przeczco gow.
- Wszystko, czego potrzebujesz, bdzie tam na ciebie czekao, Johnie Daker. Cialo,
imi i bro... Pamitaj o jednym. Jeli powrcisz do nas, gdy do ciebie przybdziemy, bdzie
to dla ciebie najlepsze rozwizanie.
- Wolabym mie poczucie, przynajmniej teraz, e cho troch mog wpywa na
wasny los - powiedziaem.
Zszedem po drabince na pokad odzi; wydao mi si, e sysz delikatny i cichy
miech kapitana. Nie by to miech drwicy ani sardoniczny. Po prostu komentarz do moich
ostatnich sw.
Szalupa przepywajca przez mg wywioza mnie na chodne powietrze witu. Szare
wiato rozbyskiwao midzy pasmami chmur. Wielkie, biae ptaki przelatyway nad czym,
co przypominao olbrzymie bagno, pobyskujce gdzieniegdzie powierzchni szarych wd,
miejscami za urozmaicone pkami trzcin. Obok bagna, na niewielkim pagrku, zauwayem
jak stojc posta. Staa niczym pomnik, wyprostowana i sztywna. Wiedziaem jednak, e
posta ta nie bya wykonana z elaza ani z kamienia. Miaem wiadomo, e zbudowana jest
z ludzkiego ciaa. Domylaem si nawet ksztatw.
Zauwayem, e posta ta ubrana bya na czarno: w dopasowane do ciaa skrzane
odzienie, z grub, skrzan peleryn, zwieszajc si z ramion oraz w sterczcy, spiczasty
kapelusz na gowie. W doni miaa pik o dugim drzewcu, na ktrej si opieraa. Osobnik ten
mia take ze sob jaki inny or, ktrego szczegy trudniej byo okreli.
Kiedy nasza d zbliaa si do tej sztywnej postaci, zauwayem w oddaleniu drug
sylwetk. Czowiek ten wydawa si nieodpowiednio ubrany jak na wiat, w ktrym si
znajdowa. By znuony i wyglda na kogo, kto ucieka przed pogoni. Mia na sobie co, co
przypominao szcztki dwudziestowiecznego garnituru. By zmczony i skoatany, a jego
bladobkit-ne oczy spoglday z twarzy, ktrej rysy wyrzebio co wicej ni tylko wiatr i
wiato soneczne. Mia najprawdopodobniej nie wicej ni trzydzieci pi lat. Gow mia
odkryt i wida byo jego jasne wosy. By szczupy, cho silnie zbudowany. Sdzc z
wygldu, by bliski wyczerpania. Zamacha w kierunku stojcej nieruchomo postaci i zawoa
co, czego nie byem w stanie usysze. By wyczerpany, lecz si swej woli brn mozolnie
przez bagniste bezdroa.
Sobowtr kapitana da mi znak, abym opuci d. Nie kwapiem si do tego. Kiedy
postawiem bos stop na grzskim torfie, przewodnik rzek:
- Johnie Daker,. pozwl mi yczy ci czego innego ni szczcia. Zamiast tego ycz
ci, aby, gdy nadejdzie czas, by zdolny zmobilizowa cala sw odwag i caly swj rozsdek
wanie wtedy, gdy bdziesz ich najbardziej potrzebowa. Powodzenia! Wierz, e bdziesz
chcia popyn znowu z nami...
Jego sowa wcale nie poprawiy mojego nastroju, wawiej wic wygramoliem si z
dki.
- Ze swej strony mam nadziej, e nigdy wicej nie zobacz ani ciebie, ani twojego
statku...
Ale odzi, wiolarza ani stojcej nieruchomo postaci ju nie byo. Obrciem swj
zesztywniay kark, aby ich odszuka i poczuem, e jest mi nagle nieco cieplej. Zrozumiaem
od razu, dlaczego znikna nieruchoma posta - teraz to ja j zamieszkiwaem i oywiaem.
Nadal jednak nie wiedziaem, jak brzmi moje imi i jakie zadanie mam w tym wiecie do
spenienia.
Drugi z mczyzn wci brn w moim kierunku poprzez moczary, woajc co bez
przerwy. Na znak pozdrowienia uniosem moj cik pik.
Poczuem nagle przytaczajcy strach. Co mi mwio, e w tym wanie moim
najnowszym wcieleniu bd musia utraci wszystko, co kiedykolwiek posiadaem i
wszystko, czego pragnem...

KSIGA PIERWSZA
Sny niosy go w gr, po chropawych kamieniach Marzenia senne kryy w rne
strony, niosc go. Im duej ni, tym bardziej by samotny A przyszo pozostaa za nim.
Budzc si zesztywniay i gramolc z trudem Z blaskiem pierwszego, sztucznego
wiata Wprawia w drenie okoliczne drzewa A przeszo cielia si przed nim.
Jego zaginiony smok ukry si gdzie Nie mg si wymkn, ani zazna drzemki.
Wiedzia, e jest ju jak martwy w swym wntrzu, Ale mier to dopiero poowa drogi.
Louis MacNeice, Spalony Most

Czowiek ten nazywa si Ulrich von Bek i niedawno wyszed z obozu w Niemczech
zwanego Sachsenwald. Jego zbrodnia polegaa na tym, e by chrzecijaninem i wypowiada
si przeciwko nazistom. Zwolniono go (dziki wstawiennictwu wpywowych przyjaci) w
1938 roku. W 1939 z kolei, gdy nie powioda si jego prba zabicia Adolfa Hitlera, uciekajc
przed gestapo schroni si w sferze, w ktrej teraz znajdowalimy si obaj. Nazywaem j
Maaschanheem, on za okrela j po prostu jako Pogranicze. By zaskoczony moj
znajomoci wiata, ktry wanie opuci.
- Wygldasz raczej na rycerza z Pieni o Nibelungach! - stwierdzi. - W dodatku
mwisz dziwn, archaiczn niemczyzn, pewnie gdzie tutaj jeszcze uywan. A mimo to
twierdzisz, e pochodzisz z Anglii?
Nie widziaem powodu, aby opowiada mu zbyt szczegowo o moim yciu jako
yciu Johna Dakera, ani o tym, e urodziem si w wiecie, w ktrym Hitler by ju dawno
pokonany. Dawno przekonaem si, e takie wyznania czsto miewaj fatalne konsekwencje.
On za przyby nie tylko po to, aby si ocali, ale i po to, aby znale sposb na zniszczenie
potwora, ktry zawadn dusz jego narodu. Moje nieuwane sowa mogyby zawrci go z
drogi przeznaczenia. Z tego, co wiedziaem, von Bek mg spowodowa klsk Hitlera!
Wyjaniem mu tyle z mojej wasnej sytuacji, ile uwaaem za suszne, ale i to wystarczyo,
aby otworzy usta ze zdumienia.
- Pozostaje faktem - dodaem - e aden z nas nie jest zbyt dobrze przystosowany, aby
dawa sobie rad akurat w tym wiecie. Ty chocia znasz swoje wasne imi!
- Nic nie pamitasz z Maaschanheem?
- Nic. Jedyne co mam, to zdolno posugiwania si jzykami, jakie napotykam w
rnych wiatach. Mwie, e masz map?
- Miaem, otrzymaem j w spadku, ale straciem j w tej walce z uzbrojonymi
chopcami, usiujcymi wywlec mnie z domu, opowiadaem ci. Nie wyrniaa si niczym
specjalnym. Jak si domylaem, narysowano j gdzie w pitnastym wieku. To dziki niej
mogem dotrze do tego miejsca i miaem nadziej, e umoliwi mi te odejcie std, gdy
skocz si powody, dla ktrych si tu znalazem. Teraz jednak boj si, e pozostan tu
dotd, a znajd kogo, kto pomoe mi si std wydosta.
- Wiemy na razie tylko tyle, e to miejsce jest zamieszkane. Spotkae ju po drodze
jakich ludzi. Moe oni bd mogli co pomc?
Tworzylimy bardzo dziwn par. Moje ubranie wydawao si by dostosowane do
terenu, w jakim si poruszalimy - buciory sigay mi a po uda, u pasa miaem haczykowate
mosine ostrze na dugim trzonku (przypominajce ciki ocie do polowania na ososie),
posiadaem te zakrzywiony n z zbkowanym ostrzem oraz sakw zawierajc suszone
miso, troch monet, naczyko z atramentem, piro i kilka przybrudzonych arkuszy
czerpanego papieru. Nie dawao mi to wprawdzie adnego wyobraenia co do celu mojej
misji, ale przynajmniej nie dane byo mi nieszczcie noszenia na sobie szarego flanelowego
garnituru, puloweru o krzykliwych kolorach i koszuli bez konierzyka. Zaproponowaem von
Be-kowi, aby zaoy mj paszcz, ale na razie odmwi. Powiedzia mi, e przywyk ju do
raczej melancholijnej pogody tego miejsca.
By to jaki bardzo dziwny wiat. Szare chmury tylko czasem rozstpoway si, aby
przepuci wizk promieni sonecznych, owietlajcych jak okiem sign pytkie, bagienne
wody. wiat ten wydawa si skada z wskich pasemek ldu, nieznacznie tylko wystajcych
ponad poziom wd, poprzecinanych moczarami i strumieniami. Prawie nie byo wysokich
drzew. Zaledwie kilka krzeww nadawao si na kryjwk dla przedziwnie ubarwionych
ptakw wodnych i rwnie dziwacznych zwierztek, jakie co jaki czas spotykalimy.
Usiedlimy na poronitym traw pagrku, rozgldajc si wok i ujc wytrwale wysuszone
miso. Von Bek (z pewnym zaenowaniem wyzna, e by w Niemczech hrabi) by bardzo
wygodzony i wida byo, i ledwo powstrzymuje si, aby nie pokn misa przed jego
przeuciem. Zgodzilimy si, e najlepiej bdzie pozosta na razie razem, poniewa jestemy
w podobnej sytuacji. Podkreli, e celem, ktry go tutaj przywid, byo znalezienie sposobu
na pokonanie Hitlera. To wanie zawsze bdzie dla niego najwaniejsze. Odrzekem na to, e
i ja mam tu do spenienia jakie zadanie, ale dopki nie zostanie ono sprecyzowane, z
przyjemnoci bd mu towarzyszy jako sojusznik.
Nagle oczy von Beka zwziy si. Wskaza na jaki punkt, pooony za moimi
plecami. Obrciwszy si, zauwayem budynek lecy daleko od nas. Byem pewny, i go
tam przedtem nie widziaem, ale domyliem si, e przysaniaa go mga. Bylimy zbyt
daleko, aby rozpozna jakiekolwiek szczegy.
- Nie ma co - powiedziaem - chyba powinnimy pj
w tym kierunku.
Hrabia von Bek zgodzi si entuzjastycznie. - Bez ryzyka nie ma efektw - odrzek.
Dziki odpoczynkowi i jedzeniu odrodzi si jakby fizycznie i psychicznie. By to, jak si
wydaje, zadowolony z siebie stoik. Krtko mwic - Niemiec najlepszego gatunku- tak to
okrelalimy, gdy byem jeszcze w szkole - wiele wiekw temu, w innym wiecie.
Powoli i mudnie brnlimy przez bagnisko. Czsto musielimy przystawa, aby przy
pomocy mojej piki bd ocienia, ktry nis teraz von Bek, wybada przed sob grunt,
znale sposb na przedostanie si z jednej kpy staego ldu na drug, ratowa si nawzajem
przed wpadniciem po pas w gsty, wodnisty szlam, chroni si przed nadzianiem na ostre
szpikulce trzcin, ktre wydaway si by najwyszymi rolinami w tych okolicach. Czasami
widzielimy przed sob w tajemniczy budynek, innym za razem wydawa si znika.
Czasem znowu sprawia wraenie sporej wielkoci miasta lub wielkiego zamku.
- Sdz, e ma wyranie redniowieczny wygld - zwrci si do mnie von Bek. - Czy
nie przypomina Norymbe-
rgi?
- No c - odparem - aby tylko lokatorzy nie byli podobni do tych, ktrzy obecnie
zamieszkuj twj wiat!
Znowu by wyranie zdziwiony moj wiedz na temat jego wiata. Postanowiem, e
bd jak najrzadziej wspomina temat hitlerowskich Niemiec i dwudziestego wieku, ktrego
obaj bylimy wiadkami.
Gdy pomogem mu przebrn przez jeden z najbardziej nieprzyjemnych odcinkw
bagna, powiedzia do mnie: - Czy to moliwe, e musielimy si wanie tutaj spotka? Czy
nasze przeznaczenia mog by w jakikolwiek sposb powizane?
- Wybacz, jeli ci rozczaruj - odparem - ale zbyt wiele ostatnio syszaem o
przeznaczeniu i kosmicznych planach. Mam ich do. Wszystko, czego pragn, to odnale
kobiet, ktr kocham i pozosta z ni tam, gdzie nikt nam nie bdzie przeszkadza!
Wyranie mi wspczu. - Musz przyzna, e caa ta gadanina o przeznaczeniu i losie
ma w sobie co wagnerowskiego i nazbyt przypomina mi haniebne wykorzystywanie przez
hitlerowcw naszych mitw i legend w celu usprawiedliwienia upiornych zbrodni.
- Ja rwnie dowiadczyem wielu zwodniczych tumacze, majcych
usprawiedliwia akty najgorszego okruciestwa i zdziczenia - przytaknem. - Zazwyczaj dla
ich autorw maj one wydwik sentymentalny, ale zupenie inny dla ich ofiar, czy to w
przypadku jednostek, jak u markiza de Sade, czy te wtedy, gdy przywdca narodu wzywa do
wzajemnego zabijania.
Poczuem, e zrobio si nieco chodniej i zacz my deszcz. Tym razem udao mi
si zmusi von Beka do zaoenia mojego paszcza. Wbiem moj pik w ziemny pagrek, tu
obok kpy szczeglnie wysokich trzcin, on za pooy swj ocie na ziemi, aby mie wolne
rce i mc porzdnie opatuli si paszczem.
- Czyby robio si ciemno? - zdziwi si patrzc ku niebu. - Mam tutaj wielkie
kopoty z okreleniem czasu. Spdziem tu ju dwie noce, ale nadal nie potrafi powiedzie,
ile godzin trwa doba.
Miaem uczucie, e mrok gstnieje. Chciaem wanie zaproponowa, abymy raz
jeszcze zajrzeli do mojej sakwy, aby znale tam co, co pomogoby nam rozpali ogie, gdy
nagle otrzymaem potne uderzenie w rami i poleciaem twarz ku ziemi. Uklkem i
obrciem si, usiujc sign po pik, ktra - poza krtkim noem - bya moim jedynym
orem, gdy okoo tuzina dziwacznie uzbrojonych wojownikw wyskoczyo z kpy trzcin i
ruszyo w naszym kierunku.
Jeden z nich rzuci uprzednio pak, co spowodowao mj upadek. Von Bek wrzasn,
schylajc si po ocie, gdy druga paka ugodzia go w gow.
- Sta! - wrzasn w kierunku napastnikw. - Dlaczego nie pertraktujecie? Przecie nie
jestemy waszymi wrogami!
- To tylko twoja opinia, mj przyjacielu - warkn jeden z nich, a pozostali
zawtrowali mu nieprzyjemnym miechem.
Von Bek skuli si, zakrywajc twarz. W miejscu, gdzie zosta uderzony pak,
widniaa sina prga.
- Czy chcecie nas zabi, nie dajc nam adnej szansy? - zawoa.
- Zabijemy was tak, jak tylko zechcemy. Wiesz o tym, e kady moe zabija bagienn
hoot.
Ich pancerze byy mieszanin metalu i skry, w kolorach jasnozielonym i szarym, aby
nie odrniay si od ta. Rwnie ich bro bya podobnej barwy, za na odsonite czci
ciaa naoyli warstewk rozsmarowanego bota, aby tym bardziej upodobni si do
otoczenia. Mieli rzeczywicie barbarzyski wygld, najgorszy by jednak bijcy od nich
nieznony smrd - mieszanina odoru ludzkiego, smrodu zwierzcych odchodw i bagiennej
zgnilizny. Sama wo wystarczaa, by zwali z ng ofiar!
Nie wiedziaem, co to takiego bagienna hoota, wiedziaem jednak, e mamy
niewielk szans, aby przey ich atak, zbliali si bowiem, trzymajc w doniach maczugi i
miecze i chichotali.
Prbowaem sign po moj pik, ale odtoczyem si zbyt daleko. Gdybym zechcia
dobrn do niej na czworakach poprzez mokre, mikkie trawy, to nim bym tam dotar, dosig-
noby mnie uderzenie maczugi lub miecza.
Von Bek by jeszcze gorzej przygotowany do walki.
Mogem tylko krzykn do niego: - Uciekaj, czowieku! Von Bek, uciekaj! Nie ma
powodu, abymy zginli obydwaj!
Na moment nadcigny chmury, zrobio si jeszcze ciemniej. Bya nadzieja, e mj
towarzysz moe schroni si w mrokach nocy.
Jeli o mnie chodzi, to instynktownie uniosem ramiona, aby zasoni si przed
skierowanym w moj stron orem.
Pierwsze uderzenie wyldowao na moim ramieniu i omal go nie zamao.
Oczekiwaem na drugie i trzecie. Ktre wreszcie pozbawi mnie przytomnoci. Na to tylko
mogem mie nadziej - na szybk i bezbolesn mier.
Nagle usyszaem niezwyky dwik, ktry jednak natychmiast rozpoznaem. Ostry
huk wystrzau, a za nim dwa nastpne. Najbliszy przeciwnik pad jak city, najwyraniej
ginc na miejscu. Nie zastanawiajc si nad przyczynami tej nagej odmiany porwaem
pierwszy z brzegu miecz, a zaraz potem drugi. Byy to ordynarne, cikie miecze, pasujce
bardziej rze-nikom ni szermierzom, ale byy wszystkim, czego mi byo trzeba. Miaem teraz
nadziej na przeycie!
Powrciem na miejsce, gdzie ostatni raz widziaem von Beka; by tam - widziaem
ktem oka, jak podnosi si z klczek, trzymajc w doniach pistolet automatyczny z dymic
jeszcze luf.
Od bardzo dawna ju nie widziaem i nie syszaem takiej broni. Rozbawio mnie
nieco, i von Bek nie by cakiem bezbronny, przybywajc do Maaschanheemu. Wykaza du
przytomno umysu, zabierajc ze sob co tak bardzo przydatnego w tym dziwnym wiecie!
- Daj mi miecz! - krzykn do mnie. - Mam ju tylko dwie kule i wolabym zachowa
je na inn okazj.
Prawie nie patrzc w jego stron, rzuciem mu jeden z mieczy, po czym wsplnie
ruszylimy przeciw naszym wrogom, ktrych morale, po owych niespodziewanych strzaach,
znacznie si pogorszyo. Nigdy przedtem nie syszeli strzaw!
Ich przywdca burkn co i rzuci w moim kierunku kolejn maczug. Zdoaem si
uchyli. Pozostali natarli na nas wciekle, najpierw rzucajc prtami, przed ktrymi
uskakiwalimy lub zasanialimy si, potem za starlimy si z nimi twarz w twarz.
Zabiem dwch, nim zdoaem si zastanowi nad tym, co robi. Miaem ca
wieczno dowiadczenia w tego typu walce, tote wiedziaem, e jeli ich szybko nie zabij,
to sam ryzykuj utrat ycia. Walczc z trzecim, opanowaem si na tyle, e poprzestaem na
wytrceniu miecza z jego rki. Tymczasem von Bek, najwidoczniej mistrz fechtunku, jak
wielu ludzi z jego sfery, poradzi sobie szybko z dwoma innymi, tak e pozostao ju tylko
czterech czy piciu przeciwnikw.
Wtedy ich przywdca zawoa do nas, abymy zaprzestali walki.
- Cofam swoje sowa! Jak si okazuje, nie jestecie bagienn hoot. Popenilimy
bd, atakujc was bez ostrzeenia. Wstrzymajcie miecze, panowie i porozmawiajmy.
Bogowie wiedz, e nie obawiam si przyzna do bdu.
W gotowoci do zareagowania na moliw zdrad ze strony jego ludzi z wahaniem
odoylimy or.
Podnieli wrzaw, chowajc bro do pochew i pomagajc powsta na nogi swym
rannym towarzyszom. Zabrali si te do polegych, natychmiast odzierajc ich z broni i
sakiewek. Dowdca warkn jednak na nich gniewnie:
- Gdy ta caa sprawa si zakoczy, pozdejmujemy z nich pancerze ku zadowoleniu
wszystkich. Spjrzcie, dom jest ju cakiem blisko.
Spojrzaem we wskazanym kierunku. Ku swemu zdziwieniu zauwayem, e by tam
budynek - czy moe dwa budynki - ku ktrym od pewnego czasu szlimy z von Bekiem.
Wida byo dym sczcy si z kominw, flagi na wieyczkach, wiecce tu i wdzie wiata.
- C wic zrobimy, panowie? - zapyta dowdca. - Co naley zrobi? Zabilicie sporo
naszych ludzi. Fakt, e zaatakowalimy, ale aden z was nie odnis powaniejszych ran.
Macie take dwa nasze miecze, ktre przedstawiaj dla nas du warto. Czy chcecie pj
w swoj stron i nie wspomina wicej o caej sprawie?
- Czy tym wiatem rzdzi takie bezprawie, e moecie atakowa kadego, kogo
chcecie, bez ponoszenia konsekwencji? - zapyta von Bek. - Jeli tak, to jest tu podobnie jak
w wiecie, ktry niedawno opuciem!
Nie widziaem wikszego sensu w kontynuowaniu dalszej sprzeczki w tym duchu.
Zorientowaem si, e tutejsi ludzie, niezalenie od specyfiki wiata, w ktrym yj, nie maj
ani wyczucia, ani zrozumienia dla spraw zwizanych z moralnoci. Przypuszczaem, e
wzito nas za jakiego rodzaju banitw wyjtych spod prawa, teraz za okazywali nam
oszczdne w sowach powaanie i szacunek. Chciaem, wykorzystujc t szans, dosta si do
ich miasta, aby rozejrze si i zorientowa, w jaki sposb moemy by uyteczni ich wad-
com.
W oglnym zarysie przedstawiem moje pogldy von Beko-wi, ktry okaza si w tym
wzgldzie bardziej sceptyczny. Wida byo, e jest to czowiek nader pryncypialny (tacy
wanie ludzie uznali za swj obowizek przeciwstawi si terrorowi, rozptanemu przez
Hitlera) i szanowaem go za to. Bagaem go jednak, by pozostawi ocen tych ludzi na
pniej, gdy bdziemy wicej wiedzieli na ich temat.
- Wydaje mi si, e s bardzo prymitywni. Nie wolno nam oczekiwa od nich zbyt
wiele. By moe stan si tylko rodkiem, ktry pomoe nam pozna ten wiat lub w razie
potrzeby go opuci.
Von Bek broni swoich ideaw niczym pies bronicy swego pana, w kocu jednak
zrezygnowa. - Powinnimy jednak zatrzyma miecze - doda.
Robio si coraz ciemniej. Nasi przeladowcy stawali si coraz bardziej nerwowi. -
Jeli chcecie pertraktowa, to moe zechcielibycie robi to jako nasi gocie. Zarczamy
wam, e tej nocy jestecie bezpieczni. Dajemy wam Obietnic Pokadu.
Sowa te zostay wypowiedziane z powag, co miao podkrela ich znaczenie, gotw
wic byem przyj ich warunki. Aby przeci nasze wahanie, ich dowdca zdj z gowy
swj szaro-zielony hem i przyoy go do serca.
- Wiedzcie, panowie - oznajmi - e jestem Mopher Gorb, Stranik skrzy Armiada-
naam-Slifogg-ig-Vortana. Ta wyliczanka imion take musiaa mie jakie znaczenie.
- Kim jest ten Armiad? - zapytaem, a na jego twarzy odmalowao si osupienie.
- Jest to Baron Kapitan naszego domu-kaduba zwanego Zmarszczona Tarcza,
rachmistrz naszego kotwicowiska zwanego Szponiast Doni. Musielicie o tym sysze. Jest
nastpc Barona Kapitana Nedau-naam-Sliforg-ig-Vortana...
Von Bek unis donie do gry z okrzykiem zgrozy. - Do tego! Wszystkie te imiona
przyprawiaj mnie o bl gowy. Zgadzam si przyj wasz gocinn propozycj i bardzo za
ni dzikuj.
Mopher Gorb nie zrobi jednak adnego ruchu, trwajc nieruchomo. Najwyraniej na
co oczekiwa. Po chwili zorientowaem si, o co chodzi, tote take zdjem mj stokowaty
hem i przycisnem go do serca.
- Jestem John Daker, zwany Erekose, niekiedy zwany Mistrzem krla Rigenosa, ongi
Pan Lodowej Bryy i Szkaratnego Fiordu, to za jest mj brat po mieczu, Ulrich von Bek,
pochodzcy z Bek w ksistwie Saksonii w Niemczech...
Cignem jeszcze troch w tym duchu, a wyczuem, e jest zadowolony z iloci
wymienionych przeze mnie imion i nazw, cho pewnie nie zrozumia z tego ani sowa.
Widocznie potwierdzenie obietnicy wyliczeniem dugiej listy imion i tytuw miao
gwarantowa dotrzymanie sowa.
Tymczasem von Bek, mniej biegy w tych sprawach i nie umiejcy udawa, o mao co
nie wybuchn miechem i bardzo stara si nie spotka wzrokiem mego spojrzenia.
Podczas gdy to wszystko si dziao, domu-kadub urs. Dopiero teraz stao si
widoczne, e cay ten masyw kadub przyblia si do nas. Byo to nie tyle zwyke miasto czy
zamek, co raczej rodzaj statku lub tratwy o niewiarygodnych rozmiarach (cho moe nieco
mniejszych ni dwudziestowiecznych transatlantykw), a jego napd stanowiy jakie
maszyny wydzielajce dym, ktry z oddali wyglda jak zwyky, swojski dym z domowego
ogniska. Nic dziwnego jednak, e z daleka wziem t budowl za jak redniowieczn
fortec, bowiem kominy ustawione byy w wielu miejscach budowli, a wieyczki, baszty i
krenelae wyglday jak wykonane z kamienia, podczas gdy w rzeczywistoci pokryway je
drewno i ceramika, to za, co wziem za proporce, byo po prostu wysokimi masztami, z
ktrych zwieszay si reje, jakie ptna i resztki ta-kielunku. Wygldao to niczym dzieo
szalonego pajka. Bandery, powiewajce na masztach, byy mocno przybrudzone. Dym,
wydobywajcy si z otworw wentylacyjnych, by to-szary; niekiedy porywa ze sob
okruchy popiou, czsto rozarzonego do biaoci. Popi ten najwyraniej nie stanowi dla
statku ryzyka i nie grozi poarem, osadza si jednak grub warstw na pokadzie. Dziwiem
si, e ci ludzie potrafi y w takim brudzie.
Masywny, ryczcy okrt brn powoli przez poyskliwe wody bagniska, ja za
uwiadomiem sobie, e odr, wydzielany przez naszych przeciwnikw by po prostu woni
ich statku. Pomimo e okrt by jeszcze daleko, ju wyczuwao si ohydny smrd dolatujcy
stamtd. Piece, z ktrych dym wychodzi na zewntrz kominami, spalay zapewne wszelkiego
rodzaju odpadki i mieci.
Von Bek spojrza na mnie, jakby chcia zrezygnowa z gocinnoci Mophera Gorba,
ale wiedziaem, e jest ju za pno, aby si wycofa. Bardzo mi zaleao, aby dowiedzie si
wicej o tym wiecie, w czym na pewno nie mogoby pomc obraanie naszych gospodarzy.
Von Bek powiedzia co do mnie, ale nie dosyszaem tego, bo ponad wszystkim groway
teraz okrzyki oraz buczenie statku, ktry wanie zbliy si do nas, widoczny jako ciemna
brya na tle szarych chmur.
Potrzsnem przeczco gow. Von Bek wzruszy ramionami i wycign z kieszeni
starannie uprasowan jedwabn chusteczk. Z niesmakiem przycisn j do twarzy, udajc, e
ma katar.
Wok olbrzymiego kaduba, zoonego z niezliczonej liczby kawakw i at
wykonanych z metalu lub drewna, mieszay si i wiroway bagniste wody, krc w rnych
kierunkach, opryskujc nas wod, ziemi i botem. Z niejak ulg zauwaylimy, e z
miejsca, znajdujcego si blisko rufy, opuszczono zwodzony most. Mopher Gorb wszed na
jako pierwszy, okrzykujc si komu wewntrz.
- Oni nie s bagienn hoot. To nasi gocie, ludzie honoru. Jak sdz, pochodz z
innej sfery i id na zgromadzenie przeznaczenia. Przedstawilimy si sobie wzajemnie.
Pozwlcie nam wej na statek w pokoju!
Jaka niewielka cz mego umysu podniosa niespodziewany alarm. Jedno z
wypowiedzianych przed chwil sw byo mi dziwnie znajome, cho nie wiedziaem, ktre.
Mopher wspomnia o zgromadzeniu. Gdzie syszaem przedtem to okrelenie? W
jakim z moich snw? W ktrym z moich wciele? Czyby to bya jaka przestroga?
Obowizkiem Wiecznego Wojownika byo pamitanie przeszoci i przyszoci. Czas i
Konsekwencje nie poddaj si naszym yczeniom.
Nie byem w stanie przypomnie sobie nic wicej i zaczem lekceway ten problem,
gdy tak szlimy za Mopherem Gor-bem, Stranikiem Szkatuy Zmarszczonej Tarczy (co z
pewnoci byo nazw okrtu) wprost do wntrza cuchncego, nieprzyjemnego kaduba.
Kiedy bylimy ju na pomocie, odr sta si tak nieznony, e bliski byem
wymiotw, jednak ostatkiem si powstrzymaem si. Wntrze okrtu rozwietlone byo
pochodniami. Szlimy po deskach; patrzc pomidzy nimi zauwayem, e poniej biegaj
jacy obnaeni ludzie, wprawiajcy w ruch co, co zapewne byo koami, na ktrych porusza
si kadub okrtu. Widziaem wiele drabinek na rnych poziomach - niektre byy z metalu,
inne z drewna, jeszcze inne stanowiy po prostu linki, przecignite midzy twardymi
elementami. Syszaem jki i okrzyki, dochodzce z miejsc, gdzie pracowali mczyni i
kobiety, obsugujcy koa i waki, na ktrych toczy si kadub, zapewne oliwic i czyszczc
ich mechanizmy. Potem przemierzylimy nastpny odcinek drewnianych schodw, a
znalelimy si w wielkim hallu, penym pancerzy i uzbrojenia. Na spotkanie wyszed nam
przepocony jegomo, wysoki, lecz tak otyy, e byo cudem, i w ogle by w stanie si
porusza.
- Wymienilicie wasze imiona, tote witamy was gorco na pokadzie Zmarszczonej
Tarczy, panowie. Nazywam si Drejit Uphi i jestem na tym pokadzie Gwnym Zbrojmist-
rzem. Widz, e trzymacie w doniach dwa nasze miecze, tote prosz was bardzo o ich
zwrcenie. Ciebie take, Mopher. I pozostaych rwnie. Zcie wszelk bro, a take
pancerze. A co z pozostaymi? Czy musimy posa po ich pancerze?
Mopher wydawa si by zawstydzony. - Tak. Zaatakowalimy naszych goci, sdzc,
e s oni bagiennym robactwem.
Okazao si, e jest zupenie inaczej. Umift, lor, Wetch, Gobs-hot i Strote s ju
paliwem. Trzeba zabra ich zbroje.
Wzmianka o paliwie wyjania mi, dlaczego dym z kominw mia szczeglnie ohydny
zapach i dlaczego wszystko na pokadzie pokryte byo warstewk lepkiego, kleistego smaru.
Drejit Uphi wzruszy ramionami. - Moje gratulacje, panowie. Znakomicie walczycie.
Ci wojownicy byli dobrze wyszkoleni i sprytni. - Stara si by tak uprzejmy, jak tylko
potrafi, ale wida byo, e nie jest zadowolony ani z nas, ani z Mop-hera.
Poniewa nie pomyleli nawet o tym, aby zabra pistolet von Beka, poczuem si
nieco bezpieczniejszy. Mopher zdj swj paszcz, ukazujc brudn, bawenian bluz i
bryczesy. Po chwili poszlimy za nim na wysze pitra miasta-okrtu.
Cae wntrze okrtu byo zatoczone, przypominao to nieco redniowieczne miasto.
Ludzie wypeniali wszystkie korytarzyki, alejki i chodniki przenoszc towary, nawoujc si,
handlujc, plotkujc i kcc. Wszyscy byli brudni, bladzi, wygldali niezdrowo, ich odzienie
pokryte byo brudnym pyem. Ich garda wydaway si zatkane popioem, tak jak pokryta nim
bya ich skra. Kiedy wyszlimy na otwarte nocne powietrze i przemierzalimy dugi most
przerzucony nad targowiskiem, charczelimy, a z nosa i oczu cieko nam obficie. Mopher od
razu zorientowa si, co si nam stao i zaczai si mia.
- Prdzej czy pniej wasze ciaa przyzwyczaj si do tego - powiedzia dodajc: -
Spjrzcie na mnie! Do tej pory przez moje puca przesza przynajmniej poowa tego statku!
I zaczai si znowu mia.
Szedem dalej, trzymajc si barierki mostu, ten bowiem buja si na skutek
powieww wiatru oraz wstrzsw spowodowanych toczeniem si k statku. Powyej
zauwayem pilnie pracujce ludzi, podczas gdy inni wdrapywali si i schodzili z olinowania.
Wszystko to owietlone byo jzykami ognia i snopami iskier, wydobywajcych si z
kominw. Spostrzegem teraz, e wiksze kawaki poncego ulu wyapywane byy przez
sieci otaczajce wierzchoki kominw i albo osiaday po bokach, gromadzc si w sieciach,
albo wpaday ponownie do wntrza kominw.
Von Bek potrzsn z niedowierzaniem gow. - Wszystko tu jest ndzne i
rozklekotane, ale w sumie to cud zwariowanej inynierii. Mona by przypuszcza, e
wprawiaj to wszystko w ruch maszyny parowe.
Mopher usysza jego sowa. - Fofegowie syn ze swych naukowych wynalazkw -
powiedzia. - Mj dziadek by Folfegiem, z kotwicowiska Rannego Raka. On wanie by
twrc napdu dla wielkiego Rozpalonego Mosslizarda, ktry mia wyruszy ladem Ilbarna
Kreyma, a na Krawd. Statek powrci, jak wiedz wszyscy mieszkacy Maaschanheemu, z
jednym tylko czowiekiem na pokadzie, jednak maszyny nie zawiody, one to wanie
przywiody statek z powrotem do kotwico wiska Rannego Raka. Podczas Wojny Kadubw
okrt ten zdoby czternacie wrogich kotwicowisk, w tej liczbie Zerwan Flag, Dryfujc
Papro, Uwolnionego Homara, Polujcego Rekina, Zaman Pik i wszystkie okoliczne
kaduby.
Von Bek by jeszcze bardziej zdumiony ni ja. - Jak nazywacie wasze kotwicowiska? -
zapyta. - Rozumiem, e chodzi o pasma staego ldu, pomidzy ktrymi egluj wasze
kaduby.
Teraz znowu Mopher wyglda na zdziwionego. - Sprawa jest bardzo prosta. Nazwy
kotwicowisk zwizane s z tym, co przypominaj one na mapie. Jak uksztatowany jest ld.
- Oczywicie - odrzek von Bek, przyciskajc chusteczk do ust, jego gos by teraz
przytumiony. - Przepraszam za moj naiwno.
- Moecie zadawa nam dowolne pytania - powiedzia Mopher, usiujc nada swej
twarzy przyjemniejszy wyraz - poznalimy bowiem wzajemnie nasze imiona i moemy
wyjawi wam wszystko, co wiemy, poza rzeczami witymi.
Dotarlimy wreszcie do koca mostu, gdzie znajdowaa si kratownica, za ktr wida
byo cienisty hali, na cianach ktrego migotay latarnie. Na wezwanie Mophera okratowana
brama zostaa podniesiona, umoliwiajc nam wejcie. Hali by bardziej kunsztownie
zdobiony ni pozostae pomieszczenia; odkryem przy tym, e kratownica pokryta bya
dodatkowo siateczk, dziki czemu do hallu przedostawao si bardzo niewiele popiou.
Rozleg si dwik trbki (niezbyt przyjemny, skrzekliwy), a z owietlonej mdym
wiatem galeryjki, pooonej nad naszymi gowami, zabrzmia jaki donony gos:
- Witam was, nasi szanowni gocie. witujcie dzisiaj z Baronem Kapitanem i
zatrzymajcie si u nas a do Zgromadzenia.
Nie moglimy zobaczy mwicego, by to jednak najwidoczniej tylko herold. Teraz
dopiero, na szerokich, otwartych schodach po przeciwnej stronie sali ukaza si niski, krpy
osobnik o twarzy gladiatora i nader agresywnym zachowaniu czowieka, ktry z trudem
opanowuje swj temperament.
Mia na sobie szat pokryt urozmaiconymi wzorkami z czerwonego, zotego i
bkitnego brokatu, za na grubych nogach nosi byszczce spodnie, obcione na dole
kulkami z rnobarwnego filcu. Na gowie mia jeden z najdziwniejszych kapeluszy, jakie
zdarzyo mi si widzie w trakcie moich wdrwek w Wielowiecie i nic dziwnego, e nie
pooy go, zgodnie z tutejszymi zwyczajami, na sercu. Kapelusz mia niemal metr
wysokoci, wyglda niczym starowiecki cylinder, tyle e mia nieco wsze rondo.
Domylaem si, e jest wewntrz usztywniony, ale jego rondo byo powyginane w
najrniejsze strony, a barw kapelusza bya krzykliwa musztardowa , tak jaskrawa, e w
obawie przed olepieniem musiaem odwrci wzrok. Jedyne, na co si zdobyem, to
powstrzymanie si przed wybuchem miechu.
Waciciel tego dziwacznego stroju sprawia wraenie, jakby uwaa, e jego ubir
jest nie tylko bardzo na miejscu, ale wrcz szykowny. Dotarszy do podna schodw
zatrzyma si, uczyni w nasz stron nieznaczny gest powitania, a potem zwrci si do
Mophera Gorba:
- Jeste odprawiony, Straniku Skrzy. Mam nadziej, e wicej nie popenisz
podobnego bdu. Nie mona myli naszych drogich goci z bagienn hoot, a w dodatku
utracie dobrych wojownikw.
Mopher ukoni si nisko. - Twoja wola. Baronie Kapitanie.
Nagle nasz okrt zacz dre i jcze, jakby skarc si na zadawany mu bl. Przez
kilka chwil musielimy wszyscy trzyma si czego si dao, a wreszcie drenie ustao.
Wwczas Mopher Gorb kontynuowa: - Przeka nadzr nad skrzyniami memu nastpcy i
licz na to, e zapie on wiele hooty dla naszych piecw.
Mimo e bardzo mglicie rozeznawaem si w tym, o czym mwi, to i tak zaczo mi
si zbiera na wymioty.
Mopher Gorb wyszed, a krata zostaa natychmiast opuszczona. Baron Kapitan ruszy
w nasz stron, potrzsajc swym kapeluszem.
- Jestem Armiad-naam-Sliforg-ig-Vortan. Jestem Baronem Kapitanem tego kaduba,
rachmistrzem Szponiastej Doni. Jest dla mnie prawdziwym zaszczytem, i mog powita
ciebie i twojego przyjaciela.
Zwraca si bezporednio do mnie, a jego gos by podejrzanie ugrzeczniony. Jego
sowa zaskoczyy mnie i musiao to uwidoczni si na moim obliczu, poniewa Armiad
umiechn si.
- Wiem, szlachetny panie, e tytuy, jakie wymienie mojemu Stranikowi Skrzy, s
tylko nielicznymi pord tych, jakimi si szczycisz, ani nie dziwi mnie to, e nie chciae
wymienia ich wszystkich komu takiemu jak on. Myl jednak, e jako Baron Kapitan mam
chyba prawo, aby powita ci tym imieniem, jakie znane jest wszystkim najlepiej,
przynajmniej tutaj, w Maaschanheem.
- Naprawd znasz moje imi, Baronie Kapitanie?
- Ale oczywicie, Wasza Wysoko. Znam twoj twarz z naszych ksig. Wszyscy
czytalimy o wyczynach, jakich dokonae, walczc przeciw jedcom Tynuru. O twych
poszukiwaniach oraz pogoni za Starym Ogarem i jego dziemi. O tajemnicy, jak rozwikae
w Dzikim Miecie. I o wielu, wielu innych sprawach. Jeste czczony jako bohater w
Maaschanheem, wasza wysoko, zupenie tak samo jak wrd swoich wasnych
Draachenmenschw. Nie potrafi wyrazi, jak dalece jestem szczliwy, mogc ci powita i
ugoci. Zarwno moja osoba, jak i cay okrt s do twojej dyspozycji. To dla nas prawdziwy
zaszczyt.
Z wielkim trudem powstrzymywaem umiech, widzc jak ten nieprzyjemny, brzydki
czowieczek stara si usilnie nada swemu zachowaniu pozory dobrych manier. Postanowiem
zachowywa si wyniole, bo tego wanie ode mnie oczekiwa.
- Jak wobec tego mnie nazywacie?
- Ach, wasza wysoko! - umiechn si sztucznie. - Jeste Ksi Flamadin,
Wybrany Wadca Yaladek, jeste bohaterem znanym we wszystkich Szeciu Wymiarach Koa!
Chyba wreszcie poznaem moje nowe imi. Zadraem, pomylaem bowiem, e
prawdopodobnie oczekuje si ode mnie wicej ni mog i chc dokona.
Von Bek umiechn si do mnie z nutk ironii. - Rwnie przede mn ukrye, panie,
ten sekret.
Ju wczeniej wyjaniem mu wszystkie zoonoci mojej sytuacji. Rzuciem mu
przelotne spojrzenie.
- Teraz, szlachetni panowie, zechciejcie by moimi gomi w trakcie uroczystoci,
jakie dla was przygotowaem - oznajmi Baron Kapitan Armiad, wskazujc na odlegy kraniec
hallu, gdzie jedna ze cian uniosa si powoli, ukazujc rzsicie owietlone pomieszczenie, w
ktrym zastawiono olbrzymi, dbowy st. Potrawy przygotowane na stole wyglday
ohydnie.
Unikaem spojrze von Beka i modliem si w duchu, aby znale cho jedn potraw,
ktra okae si jako tako zdatna do jedzenia.
- Domylam si, szlachetni panowie - powiedzia Armiad, gdy dotarlimy do naszych
siedze - e pragniecie odpocz na pokadzie naszego statku, nim udacie si w dalsz drog
na Zgromadzenie.
Poniewa byem bardzo ciekaw, co mia na myli, mwic o Zgromadzeniu,
przytaknem z powag.
- Myl, e oczekuje was nowa przygoda - doda Armiad. Jego ogromny kapelusz
zachwia si niebezpiecznie, gdy siada koo mnie. Cho wo bijca od niego nie bya a tak
nieznon, to jednak przypominaa smrd cia jego pachokw.
Nie wtpiem, e jest czowiekiem, ktry nie tylko z zasady gardzi reguami dobrego
wychowania, ale te po prostu nie mia wikszego wyobraenia o zwykej ogadzie. Mao
tego - gdyby jego prnoci nie dogadzao goszczenie nas, kazaby podern nam garda i
umieci nasze ciaa w skrzyniach albo spali je w piecach. Byem szczliwy, e rozpozna
we mnie tego, jak mu tam, ksicia Flamadrina (albo te pomyli mnie z nim!) i postanowiem
korzysta z jego gocinnoci w moliwie najmniejszym zakresie.
Po posiku zapytaem go, jak dugo, jego zdaniem, potrwa droga na Zgromadzenie.
- Dwa dni, nie wicej. Dlaczego, szlachetny panie? Czy tak ci si spieszy, by by tam,
nim zgromadz si wszyscy inni? Jeli tak, moemy przyspieszy tempo poruszania si
naszego statku - to jedynie kwestia regulacji mechanizmw i spalenia wikszej iloci paliwa...
Pospiesznie zaprzeczyem. - Niech bd dwa dni. A czy wszyscy przybd na owo
Zgromadzenie?
- Jak sam o tym wiesz, wasza wysoko, przybd przedstawiciele Szeciu Sfer. Nie
potrafi oczywicie przewidzie obecnoci specjalnych goci naszego Zgromadzenia.
Odbywamy je zawsze w Maaschanheem niezalenie od tego, czy sfery zbliaj si akurat do
siebie, czy te nie. Corocznie od zawarcia Rozejmu, gdy zakoczya si definitywnie Wojna
Kadubw. Wielu przybdzie, gwarantujc sobie oczywicie nawzajem bezpieczestwo.
Nawet bagienna hoota, ci okropni renegaci bez okrtu i kotwicowiska mog przyby i nie
zosta zapakowanymi do skrzy. Tak, tam naprawd zbierze si doskonae towarzystwo,
jeden w drugiego, wasza wysoko. Zapewniam, e bdziesz mia, panie, poczesne miejsce w
tym gronie. Nikt nie bdzie mg tego zanegowa. Zmarszczona Tarcza jest twoja, panie!
- Jestem bardzo zobowizany, Baronie Kapitanie!
Sucy przychodzili i wychodzili, stawiajc przed nami straszliwe pmiski. Odmowa
jedzenia nie bya tu niemile widziana i nie denerwowaa nikogo. Zauwayem, e podobnie
jak ja, von Bek zaj si saatk ze stosunkowo smacznych rolin bagiennych.
W kocu zabra gos i on: - Wybacz mi, Baronie Kapitanie. Jak zapewne wspomina
ju jego wysoko, jestem w nienajlepszym stanie i moja pami mocno ucierpiaa. Jakie s
inne sfery poza t?
Podziwiaem jego bezporednio i metod, dziki ktrej unikn sprawiania mi
kopotw.
- Jak jego wysoko wie - odpar Armiad z ledwo skrywan niecierpliwoci - jest
Sze Sfer, Sfer Koa. Jest Maas-chanheem, gdzie wanie si znajdujemy. Jest
Draachenheem, gdzie wada Ksi Flamadin (jeli nie przeywa przygd gdzie indziej!) -
skin w moj stron - jest te Gheestenheem, Sfera Ludoerczych Kobiet-Widm. Inne sfery
to Barganheem, dziedzina tajemniczych Ksit Ursine; Fluugensheem, ktrego mieszkacw
chroni Latajca Wyspa, oraz Rootsenheem, ktrego wojownicy znani s z gorcej krwi. Jest
te, rzecz jasna, sama Sfera Centralna, nikt jednak stamtd nie przybywa i nikt tam si nie
udaje. Nazywamy j Alptroomensheem, Sfer Nocnych Zmor. Czy wszystko ju ci si
przypomniao, hrabio von Bek?
- Cakowicie, Baronie Kapitanie, dzikuj ci za trosk. Boj si, e nawet w
najlepszych czasach nie miaem najlepszej pamici do nazw.
Z pewn ulg, czy moe tak mi si tylko wydawao, Baron Kapitan zwrci swe
aroganckie, niezbyt mie spojrzenie ponownie w moj stron.
- A czy twoja narzeczona, panie, take spotka si z nami na Zgromadzeniu? Czy moe
Ksiniczka Sharadim pozostaje, aby pilnowa Sfery, podczas gdy ty udajesz si na
poszukiwanie przygd?
- Och - odrzekem, nie potrafic ukry swego zaskoczenia, jeli nawet nie szoku. -
Ksiniczka Sharadim. To trudno ju teraz okreli.
I nawet w tej chwili usyszaem dochodzce z gbi mej wiadomoci rozpaczliwe
woanie:
- SHARADIM! SHARADIM! OGNISTY SMOK MUSI BY UWOLNIONY!
Wtedy poczuem, e jestem zmczony i poprosiem Barona Kapitana, aby poleci
zaprowadzi mnie do oa.
Kiedy znalazem si ju w swojej kwaterze, odwiedzi mnie von Bek, ktrego pokj
by tu obok mojego.
- Chyba nie czujesz si najlepiej, Herr Daker - powiedzia. - Czyby si obawia, e
twoja mistyfikacja wyjdzie na jaw, e powrci prawdziwy ksi, ujawniajc si na owym
Zgromadzeniu?
- Ach, nie - stwierdziem. - Nie mam raczej wtpliwoci, e jestem prawdziwym
ksiciem, przyjacielu. Szokuje mnie natomiast fakt, e jedyne imi, jakie syszaem przed
przybyciem do tego wiata i ktre ju wtedy wydawao mi si dziwnie znajome, naley do
mojej narzeczonej!
Von Bek powiedzia: - Musisz starannie ukrywa swe zakopotanie, gdy j w kocu
spotkasz.
- Postaram si - odparem, ale w gbi duszy wcale si nie uspokoiem i sam nie
wiedziaem dlaczego. Tej nocy nie mogem zasn. Zaczynaem ba si swoich snw.
Nastpnego poranka nie miaem kopotw ze wstaniem. Noc wypeniy mi wizje i
halucynacje, skandujce kobiety, rozpaczajcy wojownicy, jakie gosy wzywajce nie tylko
Shara-dim, ale take mnie, nazywajce mnie tysicem przernych imion.
Kiedy przyszed do mnie von Bek, koczyem wanie porann toalet, on za znowu
zacz mwi o tym, jak le wygldam. - Czy te twoje okropne sny przeladuj ci zawsze,
czy tylko w okrelonych sytuacjach?
- Nie zawsze - odparem - ale czsto.
- Nie zazdroszcz ci, Herr Daker.
Von Bekowi dano nowe ubranie. Porusza si niezdarnie w koszuli i spodniach z
cienkiej skry, kurtce, wykonanej z nieco grubszej skry oraz wysokich buciorach.
- Wygldam raczej jak rozbjnik ze sztuki Sturm und Drang - zauway.
By nieco rozbawiony nasz sytuacj i, co przyznaj, sprawia mi przyjemno swym
towarzystwem. Byo ono nieporwnywalne z drczcymi mnie zwykle wizjami i
proroctwami.
- To ubranie - cign - jest przynajmniej czyste! Widz te, e i dla ciebie
przygotowano ciep wod. Chyba powinnimy uwaa si za szczciarzy. Ubiegej nocy
byem tak zbity z tropu, e zapomniaem ci podzikowa za pomoc, jakiej mi udzielie.
Pragnbym zaofiarowa ci moj przyja, panie - wycign do w moj stron.
Ucisnem j serdecznie. - Moesz liczy na moj - odrzekem. - To dla mnie
szczcie i zaszczyt mie takiego przyjaciela. Nie liczyem na tak wiele.
- Syszaem o wielu cudach, jakie zdarzaj si w Strefie Pogranicza - kontynuowa -
ale nic nie jest chyba dziwniejsze ni ten wlokcy si ciko okrt. Zwrciem uwag na
mechanizmy wprawiajce go w ruch. S nader prymitywne - oczywicie parowe - i moe zbyt
dugo ju nie pocign. Nie widziae chyba nigdy tylu prtw ani tokw w jednym miejscu!
Wszystko to musi by niezwykle stare, niewiele tu chyba ulepszono w cigu ostatniego
stulecia. Mechanizmy jako tako zesztukowane, podwizane, przymocowane, byle jak
zespawa-ne. Koty i piece s bardzo masywne, pracuj wydajnie. Wprawiaj przecie w ruch
tona rwny mniej wicej waszej Queen Elizabeth, a woda tylko czciowo uatwia
poruszanie si. W porwnaniu z okrtem oceanicznym o wiele wiksz rol odgrywa tu
oczywicie sia ludzkich mini. Co prawda musz przyzna, e moja inynierska wiedza jest
ograniczona i sprowadza si zaledwie do roku studiw technicznych, na ktre udaem si z
polecenia ojca. To by postpowy czowiek!
- Bardziej postpowy ni ja - powiedziaem. - Zupenie nie znam si na tych sprawach,
a chciabym. Nie zdarzyo si, abym by zmuszony do uywania tego typu wiedzy w
wiatach, w ktrych dotychczas byem. Magia jest chyba dla nas teraz waniejsza - mam na
myli to, co nazywane byo magi w naszym, dwudziestym wieku.
- Moja rodzina - wtrci von Bek z jednym z tych swoich ironicznych umiechw -
zawara blisk znajomo take i z magi.
Nastpnie hrabia von Bek opowiedzia dzieje swojej rodziny, cofajc si a do
siedemnastego wieku. Jak si wydawao, jego przodkowie zawsze dysponowali moliwoci
podrowania pomidzy rnymi Strefami, do rnych wiatw, w ktrych panoway rne
prawa. - Zapewne musiay pozosta jakie lady tych wydarze - doda - ale nie zgbilimy
ich nigdy, z wyjtkiem jednego przypadku, ktry by, czciowo przynajmniej, oszustwem!
Dlatego w walce przeciw Hitlerowi przyj pomoc kogo, kogo nazywa Szatanem.
To wanie Szatan pomg mu odnale drog do Pogranicza i zapowiedzia, e tu wanie
moe znale pomoc oraz sposb na pokonanie Kanclerza.
Ale czy ten Szatan jest tym samym, ktry zosta wypdzony z Nieba, czy te moe jest
jakim pomniejszym bstwem, uwizionym w tej postaci, tego nie podejmuj si okreli. W
kadym razie pomg mi.
Jego sowa przyniosy mi ulg. Cho ja sdziem, e powinien - Von Bek nie
spodziewa si zbyt wiele od czego, co byo dla niego zupen nowoci, podczas gdy dla
mnie sprawy te byy rzecz znajom i oczywist. Jak by jednak nie byo, ten wiat nie
dysponowa zapewne adnymi nadnaturalnymi cudami, z wyjtkiem tego, e przyjmowa za
oczywiste istnienie innych wiatw. To umacniao mnie w dotychczasowych wyobraeniach.
Von Bek, ktry jak stwierdzi zdy ju czciowo zwiedzi statek, poprowadzi mnie
po skrzypicych, drewnianych korytarzach, ktrymi szlimy ju uprzednio, idc po paacu
Barona Kapitana. Dotarlimy ostatecznie do izby obitej pikowanym suknem, utkanym
zadziwiajco dobrze jak na ten wiat. Zastawiono tam obszerny, drewniany st.
Sprbowaem troszeczk sonej, sproszkowanej masy, majcej by serem, nieco twardego
chleba i popiem to czym, co przypominao mi rozcieczony jogurt. W kocu skusiem si na
wypicie kubka wzgldnie przejrzystej wody i zjedzenie ugotowanego na twardo jaja jakiego
nie znanego mi ptaka. Nastpnie poszedem w lad za von Bekiem poprzez labirynt
rozkoysanych korytarzykw i galeryjek, a na kruchy pomost, rozcignity pomidzy dwoma
masztami. Chwia si tak zamaszycie, e dostaem zawrotw gowy i musiaem mocno
trzyma si barierki. Poniej zaoga okrtu zajta bya swoimi sprawami. Widziaem wozy
cignite przez stworzenia podobne do wow, syszaem okrzyki kobiet woajcych do siebie
z okien rozklekotanych budynkw, widziaem dzieci bawice si pord zwisajcego nisko
takielunku i obszczekiwane przez stojce na pokadzie psy. Wszdzie kbi si dym,
przesaniajc cakowicie niektre miejsca. Co jaki czas wiatr rozwiewa spaliny i wtedy
mona byo zaczerpn odrobin wieego powietrza znad bagien, przez ktre brna
Zmarszczona Tarcza, posuwajc si z niezdarn godnoci.
Mimo e monotonny i szaro-zielony w swej barwie, Maas-chanheen by imponujcy.
Chmury przepyway czsto po niebie, tote przenikajce przez nie wiato byo zmienne,
owietlao najrniejsze laguny, bagna i wskie pasemka ldu, bdce kotwicowiskami
ludzi yjcych poza statkami. Stada dziwnych, lecz piknych ptakw krztay si po
powierzchni wody lub pord okolicznych trzcin, zrywajc si niekiedy gromadnie do lotu i
lecc w kierunku niewidzialnego horyzontu.
Niezwykle wygldajce zwierzta zanurzay si w trawy bd wystawiay swe gowy
spod powierzchni wody, rozgldajc si ciekawie. Najdziwniejsze wyday mi si zwierztka
podobne do wydr, tyle e wiksze ni lwy morskie. Jak dowiedzielimy si, zwano je
vaasarhundami. Jzyk tutejszych ludzi, ktrym ja posugiwaem si lepiej ni von Bek, by
teutoskiego pochodzenia, spokrewniony ze starogermaskim i holenderskim, a w mniejszym
stopniu - z angielskim i z jzykami skandynawskimi. Wiedziaem teraz, dlaczego mwiono
mi, e wiat ten bardziej ni ktrykolwiek spord dotychczas przeze mnie odwiedzonych
przypomina wiat Johna Dakera.
Psy wodne baraszkoway w wodzie i niczym foki pyny za okrtem, utrzymujc
przez cay czas bezpieczn odlego, zwaszcza wtedy, gdy wpynlimy na gbsze wody
(cho nigdy nie byo tak, abymy cho troch nie ocierali si o dno). Czsto poszczekiway
lub rzucay si na resztki jedzenia, ktre rzucali im ludzie ze statku.
Zorientowaem si tego dnia do szybko, e zaoga kaduba nie bya zoona z ludzi
zych, cho tutejszy wadca i jego Stranicy Skrzy byli doprawdy mao sympatyczni.
Mieszkacy statku nauczyli si y w brudnym popiele, sypicym si z kominw i nie razi
ich ju smrd tego miejsca; robili wraenie do wesoych z natury i przyjacielskich, od kiedy
dowiedzieli si, e nie stanowimy dla nich zagroenia i nie jestemy bagienn hoot. Tym
okreleniem, jak si wydaje, oznaczano iudzi nie majcych swego okrtu. Mogli to by
zarwno tacy, ktrzy zostali banitami z uwagi na swe zbrodnie, jak i ci, ktrzy po prostu
wybrali takie ycie. Niekiedy tworzyli bandy, mogce - jeli nadarzya si okazja po temu -
napada okrty lub porywa z ich pokadw ludzi. W adnym razie jednak nie uwaaem, aby
zasugiwali na jednoznaczne potpienie oraz na traktowanie ich jako own zwierzyn.
Dowiedzielimy si, e to sam Baron Kapitan Armiad by twrc prawa, wedle ktrego ludzie
yjcy na ldzie musieli by zabijani, a ich ciaa - skadane w skrzyniach.
- W rezultacie - powiedziaa nam jedna z kobiet garbujc skrzana pacht - nikt z
ldu nie chce handlowa ze Zmarszczon Tarcz. W tej sytuacji zmuszeni jestemy zdobywa
sobie ywno na wasn rk na kotwicowisku lub liczy na to, co Stranicy Skrzy wycisn
od bagiennej hooty. - Wzruszya ramionami. - Ale to co nowego.
Odkrylimy, e najszybszym sposobem poruszania si po miecie jest uywanie
wskich chodnikw pomidzy masztami. Dziki temu moglimy oszczdzi wiele czasu, jaki
stracilibymy, przemierzajc krte uliczki. W ten sposb rwnie atwiej byo nam
zorientowa si w terenie. Przy masztach znajdoway si umocowane na trwae drabinki,
osonite na caej swej dugoci kratownic, ktra chronia przechodniw przed upadkiem na
znajdujce si poniej budynki.
Szlimy wraz z grup modych mczyzn i kobiet. Ludzie ci byli rwnie licho odziani
i ponurzy jak ich wspplemiecy - byo w nich jednak co szlachetnego. Przyczyli si do
nas, gdy znajdowalimy si na dachu wieyczki i obserwowalimy ruf okrtu z jej
olbrzymimi sterami, uywanymi zarwno do hamowania, jak i do zakrcania. Zdarzay si
chwile, gdy stery zagbiay si mocno w pokady muu. Jedna z kobiet, w wieku okoo
dwudziestu lat, o jasnych wosach, ubrana w strj podobny do stroju von Beka, przedstawia
si nam pierwsza.
- Nazywam si Bellanda-naam-Folfag-ig-Fornster - powiedziaa, kadc sw
czapeczk na sercu. - Chcielimy pogratulowa wam waszej walki z Mopherem Gorbem i
jego poborcami. Zanadto przywykli do cigania wycieczonych z godu odszczepiecw.
Mam nadziej, e dostali od was dobr nauczk, jeeli tacy osobnicy s w stanie nauczy si
czegokolwiek.
Przedstawia nam swoich dwu braci i grup przyjaci.
- Wygldacie na studentw - powiedzia von Bek. - Czy tu na pokadzie jest wysza
uczelnia?
- Jest - odpowiedziaa dziewczyna - chodzimy tam, gdy jest otwarta. Odkd jednak
nasz nowy Baron Kapitan przej wadz, nie zachca si zbytnio nikogo do nauki. Szczerze
pogardza on tym, co okrela jako jaowe rozwaania. Nie najlepiej wiedzie si take artystom
i intelektualistom, tote nasz okrt jest od trzech lat omijany przez niemal wszystkich z ich
grona. Ci, ktrzy zdoali opuci Zmarszczon Tarcz i mogli sw wiedz oraz umiejtnoci
zaoferowa innym statkom, ju dawno odeszli. Pozostaa nam tylko nasza modzie i jej zapa
do nauki. W najbliszym czasie nie ma nadziei na zmiany. W dziejach rnych kadubw
znane byy gorsze tyranie, bardziej krwioerczy przywdcy, wiksi gupcy. Niemia jest
wiadomo, e stalimy si pomiewiskiem caej sfery, e aden przyzwoity czowiek z
innego okrtu nie zechce ci polubi czy nawet by z tob widziany. Jedynie podczas
Zgromadzenia jestemy w stanie nawiza pewne kontakty, jednak na krtko i zbyt formalnie.
- A gdybycie wszyscy opucili statek...? - zacz von Bek
- Stalibymy si po prostu bagienn hoot. Mamy tylko nadziej, e obecny Baron
Kapitan wpadnie midzy tryby lub w taki czy inny sposb zakoczy moliwie szybko swe
ycie! Nie nale do snobw, ale jest to najgorszy przykad arywis-ty.
- Czy wadza nie jest u was dziedziczna? - zapytaem.
- Zwykle tak. Armiad jednak obali naszego poprzedniego Barona Kapitana. Armiad
by zarzdc Barona Kapitana Ne-dau i - jak to czsto bywa, gdy bezdzietny wadca si
starzeje
- stopniowo zacz przejmowa przywdztwo. Mielimy zamiar wybra nowego
Barona Kapitana spord najbliszej rodziny Nedaua. Moja matka jest jego krewn, ze strony
Fornsterw. Natomiast wuj Arbreka - tu wskazaa modego, rudowosego czowieka, ktry by
tak niemiay, i rumiece na jego twarzy mogy wspzawodniczy z kolorem wosw
- mia tytu Lorda Rendeps i czyo go z wczesnym wadc zamiowanie do poezji.
By wreszcie Doowrehsi, wywodzcy si z rodu Santa Monica, ktrego czyy z wadc
bliskie wizy krwi, cho pdzi ycie samotnie na odludziu, pogrony w naukach. Na nich
wszystkich mielimy gosowa. Wwczas, chyba z powodu starczej zgrzybiaoci (bo chyba
nie chodzio tu o nic innego), Baron Kapitan Nedau zarzdzi Prb Krwi. Nie zdarzyo si to
od czasw Wojen Kadubw, czyli od bardzo dawna. Nadal jednak jest to przewidziane w
spisie praw i trzeba tego przestrzega. Dlaczego Nedau wyzwa Ar-miada do walki, tego nie
wiedzielimy; domylamy si, e Nedau zosta sprowokowany przez jak obraz lub grob,
e odkryty zostanie jaki sekret. Armiad oczywicie przyj wyzwanie i obaj walczyli na
wysokim chodniku, wiszcym pomidzy gwnymi masztami. Wszyscy obserwowalimy
walk z dou, zgodnie z tradycj, o jakiej ju teraz nikt nie pamita i pomimo, e dym z
kominw utrudnia nam widoczno, to nie byo wtpliwoci, e Nedau otrzyma pchnicie
prosto w serce, a potem spad z wysokoci niemal stu metrw na plac targowy. Tym
sposobem, dziki staremu prawu, ktre nie zostao na czas zmienione, mamy nowego Barona
Kapitana - prostackiego, prymitywnego tyrana.
- Wiem co na temat takich tyranw - wtrci von Bek. - Czy nie jest niebezpiecznie
mwi takie rzeczy publicznie?
- Moliwe, e tak - zgodzia si - ale wiem, jak wielkim jest on tchrzem. Niepokoi go
przy tym to, e inni Baronowie Kapitanowie wcale go nie znaj lub znaj bardzo sabo.
Unikaj go i nie zapraszaj na adne uroczystoci. Nie odwiedzaj naszego okrtu. Nie uwaa
si ju nas za czonkw wsplnoty. Jedyne, co nam pozostao, to nasze doroczne
Zgromadzenie, gdzie wszyscy musz si spotka, a sprzeczki s zakazane. Rwnie tam
zaogi innych okrtw okazuj nam minimum uprzejmoci. Zmarszczona Tarcza ma opini
barbarzyskiego kaduba, godnego najciemniejszej przeszoci, nawet z okresu
poprzedzajcego Wojny Kadubw. To wszystko osign Armiad, przywracajc do ycia
stare, zapomniane prawa. I zabijajc, bo tak to nazywamy, swego pana. Gdyby prbowa
popeni nastpne przestpstwa przeciw wasnym ludziom, na przykad uciszy nas,
krewnych starego Barona Kapitana, to jego szans na zaakceptowanie przez ludzi
szlachetnych jeszcze bardziej zmalej. Czyni mieszne wysiki, aby ich sobie pozyska, ale
robi to w sposb aosny i prymitywny. Im bardziej prbuje ich sobie zjedna - czy to
podarkami, czy pokazujc sw odwag lub stanowczo, jak na przykad w stosunku do
bagiennej hooty - tym bardziej separuje si od nich. - Bellanda umiechna si. - To jedna z
niewielu rozrywek, jaka pozostaa nam na pokadzie Zmarszczonej Tarczy.
- Nie ma sposobu, aby go usun?
- Nie, ksi Flamadinie, bowiem tylko Baron Kapitan moe wyzwa kogokolwiek na
Prb Krwi.
- A czy inni Baronowie Kapitanowie nie mogliby wam pomc? - zainteresowa si von
Bek.
- Prawo zabrania im tego. Takie s postanowienia wielkiego pokoju, jaki zawarto, gdy
zakoczyy si Wojny Kadubw. Zabrania si ingerencji w wewntrzne sprawy innego
miasta-okrtu. - Sowa te wypowiedzia, jkajc si lekko, Arbrek, po czym doda: - Bylimy
wtedy dumni z tego prawa, ale obecnie dziaa ono na nasz niekorzy, na niekorzy
Zmarszczonej Tarczy...
- Teraz chyba rozumiesz, ksi - powiedziaa Bellanda, umiechajc si nieznacznie -
dlaczego Armiad tak ci dogadza. Syszelimy, e paszczy si przed tob.
- Musz przyzna, e nie jest to dla mnie najzrczniejsza sytuacja. Dlaczego on to
wszystko robi, dlaczego nie chce zachowywa si w stosunku do was w sposb
cywilizowany?
- Uwaa nas za sabszych od siebie. Ty za jeste silniejszy, w kadym razie on tak
sdzi. Zasadnicz jednak przyczyn, dla ktrej ci nadskakuje, jest bez wtpienia ch
zaimponowania innym Baronom Kapitanom. Jeli pojawi si na Zgromadzeniu, majc u
swego boku synnego ksicia Flamadina z Va-ladek, to na pewno inni zaakceptuj go w
swoim gronie.
Von Bek by mocno rozbawiony. Wybuchn miechem. - I to jest jedyny powd?
- W kadym razie powd zasadniczy - odpowiedziaa dziewczyna, podzielajc jego
rozbawienie. - To prymitywny facet, nieprawda?
- Tacy ludzie, im bardziej s prymitywni, tym bardziej s niebezpieczni - odrzekem. -
Chciabym, Bellando, abymy okazali si pomocni przy wyzwalaniu was od tyranii.
- Mamy tylko nadziej, e zdarzy mu si wkrtce jaki nieszczliwy wypadek -
odrzeka. Mwia to szczerze i otwarcie. Najwidoczniej nie mieli zamiaru wzbogaca dziejw
statku o kolejne morderstwo.
Byem wdziczny Bellandzie za nawietlenie sytuacji. Postanowiem od razu
skorzysta z jej pomocy. - Usyszaem od Armiada ostatniej nocy - powiedziaem - e jestem
dla wikszoci waszych ludzi kim w rodzaju bohatera ludowego. Mwi o przygodach, ktre
jednak nie s mi zbyt dobrze znane. Czy wiesz, co takiego mia na myli, mwic o tym?
Zamiaa si znowu. - Podziwiam tw skromno, ksi Flamadinie. Albo te swym
wdzikiem i taktem starasz si dorwna swej skromnoci. Na pewno wiesz, e w
Maaschanhe-em, jak i we wszystkich Sferach Koa, twoje przygody opowiadane s przez
kadego ulicznego bajarza. W caym Maaschan-heem sprzedaje si ksiki, zwykle
wydrukowane na posiadajcych drukarnie statkach, w ktrych opisuje si szeroko, jak zabie
potwora czy uratowae ycie dziewczynie. Nie powiesz chyba, e ich nigdy nie widziae na
oczy!
- Tutaj... - powiedzia jaki mody czowiek, trzymajc nad gow kolorow ksik,
przypominajc mi nieco stare, wiktoriaskie powiecida. Dopchn si do mnie ze sowami:
- Prosz! Chciabym prosi o podpis, panie.
Von Bek powiedzia cicho: - Wspominae o tym, e bywae wieloma bohaterami w
swych licznych wcieleniach, Herr Daker, ale jak dotd nie miaem w rkach adnego na to
dowodu!
Ku memu zakopotaniu wzi ksik z rk chopca i przeglda j, przysuwajc
zarazem do mnie. Wizerunki z ksiki byy do mnie, z grubsza biorc, podobne.
Przedstawiay mnie siedzcego na grzbiecie jakiego jaszczurowatego stwora, z mieczem w
wycignitej doni, jakbym walczy z czym, co przypominao skrzyowanie wielkiego
pawiana z psem wodnym. Wystraszona moda kobieta siedziaa na moim siodle z tyu, za nad
rysunkiem, niczym w komiksie, widnia tytu: KSI FLAMADIN, BOHATER SZECIU
WIATW. Wewntrz ksiki kiepsk proz spisana bya historia moich wyczynw, bdca
po czci ewidentnym zmyleniem. Opisano tam moje wymagajce odwagi wyczyny,
szlachetne uczucia, niezwykle atrakcyjny wygld i tak dalej. Wszystko to sprawio, e byem
rwnie skonfundowany, co speszony, ale mimo to przed oddaniem ksiki zoyem na niej
swj podpis - Flama-din. Zrobiem to niejako automatycznie. By moe taki wanie by mj
charakter w tym wcieleniu. Nie sprawiao mi trudnoci odpowiadanie na pytania,
posugiwanie si ich jzykiem ani czytanie. Westchnem ciko. Jak dotd nie zdarzyo mi
si nic rwnie banalnego, a zarazem dziwnego. Byem w tym wiecie bohaterem i to
bohaterem, ktrego dzieje obrosy fikcj. Byem niczym Jesse James, Buffalo Bili, czy - w
mniejszym stopniu - niektre gwiazdy sportu czy muzyki z dwudziestego wieku!
Von Bek podrapa si w gow. - Nie miaem pojcia, e zaprzyjaniem si z kim tak
sawnym jak Old Shatterhand czy Sherlock Holmes - powiedzia.
- Czy wszystko, co tu napisano, jest prawd? - zapyta waciciel ksiki. - Trudno
uwierzy, panie, e dokonae tego wszystkiego i nadal wygldasz cakiem modo!
- Co jest prawd, to pozostawiam waszemu osdowi - odrzekem. - Powiem jedynie,
e jest tu nieco upiksze.
- Dobrze - wtrcia Bellanda z szerokim umiechem. - Jestem gotowa uwierzy w
kade sowo. Zdarzaj si plotki, e to twoja siostra dysponuje prawdziw moc, podczas gdy
ty uyczasz jedynie swego imienia pisarzom tworzcym sensacyjne opowiadania. Teraz
jednak, gdy ci spotkaam, ksi Flamadinie, mog potwierdzi, e w kadym calu jeste
bohaterem!
- Jeste bardzo uprzejma - skoniem si. - Oczywicie moja siostra rwnie zasuguje
na zaufanie.
- Ksiniczka Sharadim? Jak syszaam, zabrania opisywania jej w podobnych
broszurach.
- Sharadim? Znowu to imi! Dopiero wczoraj opisano mi j jako moj narzeczon.
- Tak... - Bellanda wygldaa na zaskoczon. - Czybym bya zbyt miaa w moich
artach, ksi...?
- Nie, skde. Czy Sharadim to wsplne imi na mojej ziemi...? - zadaem gupie
pytanie. Speszyem j.
- Nie bardzo rozumiem, panie...
Von Bek znowu przyszed mi w sukurs. - Syszaem, e Ksiniczka Sharadim bya
przeznaczona na on dla Ksicia Flamadina...
- I jest - powiedziaa Bellanda - bdc zarazem jego siostr. Taka jest przecie tradycja
w naszym wiecie, nieprawda? - Speszya si jeszcze bardziej. - Jeli okazao si, e zanadto
wierzyam w niektre plotki czy powtarzaam gupie przypuszczenia, to doprawdy
przepraszam, bo naprawd...
Wziem si w gar. - To nie ty powinna przeprasza. - Podszedem do krawdzi
wieyczki i wychyliem si. Wia porywisty wiatr, rozwiewajc dymy i dostarczajc mym
pucom wieego powietrza, chodzc skr, a zarazem uatwiajc mi zebranie myli. - Jestem
zmczony. Czasem zdarza si, e o czym zapominam...
- Chodmy - powiedzia von Bek, egnajc si z modzie. - Pomog ci doj do
twojej kwatery. Musisz z godzin odpocz. Z pewnoci poczujesz si lepiej.
Pozwoliem mu si prowadzi, oddalajc si od grupy zdezorientowanych modych
ludzi.
Gdy dotarlimy do kabiny, przy drzwiach czeka ju na nas posaniec. - askawi
panowie - powiedzia - Baron Kapitan przesya wam wyrazy uszanowania. Chtnie podejmie
was lunchem.
- Czy oznacza to, e powinnimy stawi si u niego tak szybko, jak to moliwe? -
zapyta von Bek.
- Gdybycie tylko zechcieli, panowie. Weszlimy do wntrza, kierujc si w stron
mojej sypialni. Usiadem ciko
- Przepraszam ci, von Bek. Te wiadomoci nie powinny mnie poruszy do tego
stopnia. Gdyby nie te moje sny te kobiety woajce na mnie wanie Sharadim...
- Myl, e ci rozumiem - odrzek - ale musisz si wzi w gar. Nie chcesz chyba,
aby ci ludzie stanli przeciwko nam. W kadym razie jeszcze nie teraz, mj przyjacielu. Z
pewnoci wrd inteligencji wielu jest zainteresowanych twoj osob i chciaoby wiedzie,
czy naprawd jeste takim bohaterem, jakim przedstawiaj ci ksiki. Kr te pogoski, e
ksi Flamadin jest tylko marionetk. Czy to rozumiesz?
Skinem gow. - Moe dlatego woaj Sharadim.
- Nie jestem pewien, czy ci rozumiem.
- Wedle tych pogosek to ona posiada prawdziw moc, a jej brat - jej narzeczony - jest
ledwie pozorantem. By moe odpowiada jej on jako uosobienie ywej legendy i ludowy
bohater. Takie sytuacje zdarzay si ju wielokrotnie.
- Nie sigabym myl tak daleko, ale rzeczywicie jest to moliwe. Czy to oznacza,
e ty i ksi Flamadin moecie mie rne charaktery?
- Zewntrzna powoka czowieka jest zmienna, von Bek, ale charakter pozostaje
niezmienny. Nie pierwszy raz okae si, e wcielono mnie w bohatera, ale nie takiego,
jakiego wszyscy oczekiwali.
- Swoj drog, na twoim miejscu zastanawiabym si, czy ju kiedy nie byem na tym
wiecie. Czy liczysz na to, e ju wkrtce znajdziesz odpowiedzi na drczce ci pytania?
- Przyjacielu, nie jestem pewny absolutnie niczego - odparem, wstajc i
rozprostowujc si. - Lepiej przygotujmy si na nowe niespodzianki, czekajce nas. przy
posiku.
Gdy szlimy w stron salonu Barona Kapitana, von Bek powiedzia: - Zastanawiam
si, czy ksiniczka Sharadim zjawi si na Zgromadzeniu. Musz przyzna, e jestem coraz
bardziej zaciekawiony tym spotkaniem. A ty?
Zmusiem si do umiechu. - Lkam si tego spotkania, przyjacielu. Boj si ndzy i
terroru, jakie z niego wynikn.
Von Bek spojrza z powag w moj twarz. - Myl, e gdyby nie mia na obliczu tego
upiornego grymasu, to robiby lepsze wraenie.
Baron Kapitan Armiad zaczai w askawym tonie. Od czasu owego spotkania ze
studentami oczekiwaem, e zapyta mnie, czy nie zechciabym wywiadczy mu przysugi i
odwiedzi wraz z nim inny okrt jeszcze przed Zgromadzeniem.
- Kaduby przybywaj kolejno na Miejsce Zgromadzenia, czsto eglujc blisko siebie
przez wiele mil, nim tam dotr. Do tej pory umieszczone na najwyszych masztach posterunki
obserwacyjne zauwayy trzy inne kaduby. Sdzc po sygnaach, s to Zielona Dziewczyna,
Pewny Skalpel oraz Nowy Argument, wszystkie pochodz z najodleglejszych kotwicowisk.
Musiay przeby dug drog nim dotary a tutaj. Naley do tradycji, e Baronowie
Kapitanowie zapraszaj si wzajemnie w takiej sytuacji. Odmowa moe by
usprawiedliwiona jedynie chorob na pokadzie lub inn, rwnie wan przyczyn. Mgbym
przekaza do Nowego Argumentu sygnay z informacj, e chcemy zoy tam wizyt. Czy
nie mielibycie ochoty odwiedzi innego statku?
- Przyjmujemy zaproszenie z przyjemnoci - powiedziaem. Nie tylko miaem ochot
porwna sytuacj na rnych okrtach, ale take sdziem, e bdzie to okazja, aby
zorientowa si, jak traktuj Armiada inni Baronowie Kapitanowie. Z tego co mwi, w
obecnej sytuacji nie wypadao odmwi nawet jemu. Oczywiste byo, e zamierza
wykorzysta mnie jako gocia, aby podnie sw reputacj przed rozpoczciem
Zgromadzenia. Liczy, e inni go zaakceptuj i podniesie swj presti.
Zupenie si odpry, syszc moj odpowied. Jego tusta twarz wypogodzia si. -
Dobrze. Wydam polecenie, aby przekazano sygnay.
Poegna si z nami i podzikowa za przybycie. Udalimy si w dalsz wdrwk,
aby lepiej obejrze okrt. Bardzo szybko znalelimy si znowu w towarzystwie Bellandy i
jej przyjaci. Byli to z pewnoci najbardziej interesujcy ludzie, jakich tu do tej pory
spotkalimy. Zabrali nas na najwysze maszty, aby pokaza nam dymy snujce si z
odlegych kadubw, powoli przesuwajcych si w kierunku miejsca, gdzie miao si odby
Zgromadzenie.
Bladolicy chopiec imieniem Jurgin mia lunet, dziki ktrej mg rozpozna flagi
wszystkich okrtw. Szybko odczytywa ich nazwy i wykrzykiwa:
- To jest Odlegy Targ z kotwicowiska Pywajcej Gowy. A tam dalej Zielona
Dziewczyna z Rozbitego Dzbana...
Zdziwiem si, skd moe to wszystko wiedzie. Wrczy mi lunet.
- To proste, Wasza Wysoko. Na flagach przedstawiony jest ksztat, jaki
kotwicowiska maj na mapie, a nazwy statkw wskazuj, co ten ksztat najbardziej
przypomina. Tym sposobem okrelamy take konfiguracje gwiazd. Nazwy statkw w wielu
przypadkach wywodz si z czasw staroytnych i s imionami okrcikw, na jakich
wyruszyli po raz pierwszy nasi przodkowie. Dopiero stopniowo przeksztaciy si one w
pywajce miasta, jakimi s obecnie.
Wziwszy lunet, obserwowaem flag zamocowan na najwyszym maszcie
ssiedniego statku. Na fladze przedstawiono czerwony rysunek na czarnym polu.
- Powiedziabym, e jest to co w rodzaju chochlika. Gar-gulec.
Jurgin zamia si. - Ta flaga pochodzi z kotwicowiska Brzydala, a okrt zwie si
Nowy Argument i pochodzi z dalekiej pnocy. Zdaje si, e ten wanie statek masz, panie,
odwiedzi dzi wieczorem?
Zdumiao mnie jego jasnowidztwo. - Skd o tym wiesz? Czy moe macie swoich
szpiegw u dworu?
Potrzsn przeczco gow, wci si miejc. - To jest o wiele prostsze, wasza
wysoko. - Wskaza na nasz najwyszy maszt, gdzie na lekkim wietrzyku opota cay szereg
flag i proporczykw. - Tak mwi nasza wasna sygnalizacja. A Nowy Argument odpowiedzia
kurtuazyjnie (zapewne ukrywajc niech do naszego wielkiego Barona Kapitana), e
zaprasza ci na godzin przed zmrokiem. Oznacza to - doda - e nie masz, panie, zbyt wiele
czasu, bo Armiad nienawidzi podrowania przez bagno po zmroku. Boi si pewnie zemsty
tych, ktrych nazywa bagienn hoot i zamyka w skrzyniach.
Z pewnoci na Nowym Argumencie rwnie zdaj sobie z tego spraw!
W kilka godzin pniej von Bek i ja w towarzystwie Barona Kapitana Armiada-naam-
Sliforga-ig-Vortera, wszyscy odziani w bogato zdobione, wyrafinowane (i nieodparcie
mieszne) stroje, wsiedlimy do dki z maymi kkami, poruszajcej si si mini okoo
tuzina (odzianych w rwnie pstrokate liberie) mczyzn, odpychajcych d palami od dna.
d niekiedy pyna, innym razem za toczya si na koach, przemierzajc bagna i laguny,
dzielce nas od Nowego Argumentu, nie tak znw odlegego od Zmarszczonej Tarczy, jak si
pocztkowo wydawao. Armiad prawie nie mg si porusza w swym pikowanym paszczu i
watowanych poczochach oraz w osobliwym kapeluszu na gowie. Najprawdopodobniej
znalaz gdzie jak star rycin, przedstawiajc osob w takim wanie stroju i musia doj
do wniosku, i tak wanie ubiera si powinien prawdziwy Baron Kapitan. Mia pewne
trudnoci z wejciem do dki, gdy za zrywa si wiatr, musia trzyma oburcz swj
kapelusz. Flisacy bardzo wolno popychali nasz d, tym bardziej, e Armiad stale na nich
pokrzykiwa, napominajc, aby byli uwani i nie dopucili do rozbicia lub wywrcenia dki.
Poniewa ubrani bylimy w znacznie wygodniejsze stroje i pozbawieni broni, wic nie
mielimy problemw tego rodzaju i ca swoj uwag moglimy skupi na powstrzymywaniu
si od miechu.
Nowy Argument by nie mniej poobijany i poatany ni Zmarszczona Tarcza, moe
nawet nieco starszy, ale mimo wszystko w lepszym stanie ni nasza skorupa. Dym z jego
kominw by mniej ty, a osony wok kominw szczelniej-sze, tote na pokady opadao
znacznie mniej pyw. Flagi byy bardziej czyste (cho oczywicie i im wiele brakowao do
doskonaoci), a i barwy, jakie pokryway statek, byy wyra-niejsze. Wida, e statkiem
opiekowano si troskliwie, chocia domylaem si, i zrobiono to specjalnie w zwizku ze
zbliajcym si Zgromadzeniem. Wydao nam si dziwne, i Armiad nie rozkaza, aby
podobne porzdki zrobiono take na pokadzie jego statku, a e tego nie zrobi, wiadczy
mogo jedynie o jego wasnej niskiej inteligencji, sabym morale jego ludzi i o tuzinie innych
tego typu rzeczy.
Przebywszy zimne, mtne wody, dotarlimy wreszcie do wysokiej burty Nowego
Argumentu. Spuszczono specjalny podest, a nasi flisacy z trudem wepchnli na d, po
czym wcignito nas do wntrza gocinnego okrtu. Rozejrzaem si ciekawie wok.
Widok oglny przypomina to, co widzielimy na pokadzie poprzedniego statku.
Panowa tu jednak swoisty ad i porzdek, ktry sprawia, e okrt Armiada by, w
zestawieniu z tym okrtem niczym stary parowiec przy okrcie liniowym. Ludzie, jakich
spotkalimy na pokadzie, ubrani byli podobnie do tych, ktrych spotkalimy onegdaj na
bagnach, byli jednak czyciejsi i nie razili swym wygldem. Pomimo, e von Bek i ja
starannie wykpalimy si przed podr i nalegalimy na otrzymanie czystych ubra, to i tak
- nim zdoalimy doj do naszej odzi - osiada na nas warstwa brudu. Caa nasza trjka
miaa wic zapach statku, z ktrego przybywalimy. Nie zdawalimy sobie z tego sprawy,
zdoalimy si bowiem do niego przyzwyczai. Byo te oczywiste, e zaoga Nowego
Argumentu znajdowaa strj Armiada rwnie zabawnym jak i my!
Nie mielimy wtpliwoci, e to nie tylko snobizm przyczyni si do tego, i inni
Baronowie Kapitanowie nie chcieli oglda na swych pokadach tej pokracznej kreatury. Jeli
nawet byo w tym troch snobizmu, to osobowo Armiada potwierdzaa kade ich
zastrzeenie.
Najwyraniej nie zdajc sobie sprawy z fatalnego wraenia, jakie robi, Armiad
zachowywa si wrcz wyzywajco. Na powitalnym przyjciu, podczas prezentacji i
oficjalnego powitania z pompatyczn dum owiadczy, e przyprowadzi ze sob na pokad
Nowego Argumentu goci i by zachwycony, gdy gospodarze objawili zaskoczenie, a nawet
szok, usyszawszy nasze imiona.
- Tak, w istocie - ogosi. - Ksi Flamadin i jego towarzysz wybrali nasz statek,
Zmarszczona Tarcz, aby na jej pokadzie przyby na Zgromadzenie. Nasz kadub w tym
okresie bdzie ich kwater. Teraz, dobrzy ludzie, prowadcie nas do swych panw. Ksi
Flamadin nie przywyk do takiej ospaoci.
Bardzo zaambarasowany jego fatalnymi manierami, chcc pokaza gospodarzom, e
nie podzielam jego opinii, udaem si wraz z witajc nas wit poprzez kolejne podesty na
zewntrzny pokad. Take na tym statku zbudowano prawdziwe miasto, adne i dobrze
prosperujce. Wida byo galeryjki, tawerny, sklepy z ywnoci, a nawet teatr. Von Bek
wyrazi mrukniciem sw aprobat, a idcy obok niego Ar-miad powiedzia gonym,
scenicznym szeptem, e zauwaa tu wszdzie oznaki dekadencji. Znaem niegdy, jako
John Daker, wielu Anglikw, ktrzy utosamiali zamiowanie do czystoci z dekadencj i
ktrych nie przekonaby zapewne poziom sztuk i rzemiosa na pokadzie Nowego Argumentu.
Zdoaem w kadym razie porozmawia cho troch z paroma osobami spord witajcej nas
wity, robicymi wraenie przyjemnych, modych ludzi. Odpowiadali mi jednak niechtnie,
mimo e chwaliem wygld i pikno, jakie zastaem na pokadzie ich okrtu.
Przemierzylimy cay szereg korytarzykw, docierajc wreszcie do pomieszczenia
przypominajcego olbrzymi, urzdow sal. Sala ta nie sprawiaa wraenia ufortyfikowanej
twierdzy. Przeszlimy przez ukowato sklepione wejcie wprost na dziedziniec otoczony
piknymi arkadami. Z lewego skrzyda owej kolumnady wyonia si grupa mczyzn i
kobiet, wszyscy mniej wicej w rednim wieku. Ubrani byli w dugie szaty o barwnych
kolorach i kapelusze o wygitych rondach, a w kadym z owych kapeluszy zatknite byo
kolorowe piro; donie okryway jasne, skrzane rkawice. Twarze ich byy sabo widoczne,
zakrywali je bowiem maskami z gazy. Zdjli je jednak natychmiast, kadc do na sercu w
gecie podobnym do tego, jaki uczyni Mopher Gorb i jego ludzie, gdy ich po raz pierwszy
spotkalimy. Szlachetne rysy tych ludzi wywary na mnie due wraenie. Zaskoczyo mnie, e
dwoje spord nich miao brzow skr. Witajca nas wita zoona bya wycznie z ludzi
biaej rasy.
Ich maniery byy bez zarzutu, pene kurtuazji i elegancji, czuo si jednak, e
niechtnie widzieli nas tutaj. Najwyraniej nie robili rnicy pomidzy von Bekiem, mn i
Armiadem (ktry, rzecz jasna, zachowywa si po swojemu), tote odnosio si wraenie, e
to rzymscy patrycjusze przyjmuj delegacj barbarzycw z odlegego kraju.
- Witajcie, szanowni gocie ze Zmarszczonej Tarczy\ My, rada naszego Barona
Kapitana Denou Pra, krewnego Toir-seta Larensa i naszego nienego Obrocy, witamy
was w jego imieniu i prosimy, abycie zechcieli przyczy si do nas i wzi udzia w lekkim
poczstunku w Sali Gocinnej.
- Dobra, dobra - odpar Armiad gestykulujc tak szeroko, e musia uwaa, aby nie
spad mu kapelusz. - Ksi Flamadin i ja jestemy zaszczyceni, bdc waszymi gomi.
I tym razem moje imi nie zrobio na nich zbyt miego wraenia. Ich dyscyplina
wewntrzna bya jednak na tyle dua, e w niczym nie okazali niesmaku czy niezadowolenia.
Skonili si jedynie i przepucili nas przodem poprzez sklepione przejcie, ku drzwiom
wyoonym kolorowym szkem. Znalelimy si w przytulnej izbie, owietlonej baniastymi
lampami. Sklepienie izby zdobione byo scenami przedstawiajcymi stylizowan wersj
zamierzchych dziejw statku. Przypomniaem sobie, e Nowy Argument przyby z Pnocy,
zapewne spod bieguna (jeli ten wiat posiada biegun w takiej postaci, o jakiej mylaem) i
std bray si zapewne wyobraenia lodowych bry.
Jaki stary czowiek zdj mask, odkrywajc swoj twarz, unis si z pokrytego
brokatem krzesa i pooy do na sercu. Wydawa si bardzo wty, a jego gos, gdy
przemawia, by bardzo saby.
- Baronie Kapitanie Armiadzie, ksi Flamadinie, hrabio Ulrichu von Bek - jestem
Baron Kapitan Denou Pra. Zblicie si, prosz i usidcie koo mnie.
- Spotkalimy si ju przedtem raz czy dwa - powiedzia Armiad tonem wulgarnej
wrcz zayoci. - Przypominasz sobie, bracie Denou Pra? Na Konferencji Kadubw, na
pokadzie Oka Lamparta, za w zeszym roku na pokadzie Mojej Ciotki Jeroldeen, na
pogrzebie naszego brata Grallerifa.
- Pamitam ci dobrze, bracie Armiad. Czy na twym statku wszystko w porzdku?
- W jak najlepszym, dzikuj. A na twoim?
- Dzikuj, utrzymujemy rwnowag, jak sdz.
Bardzo szybko stao si jasne, e Denou Pra chciaby nada tej rozmowie charakter
czysto formalny. Armiad nie dawa jednak za wygran.
- Nie co dzie zdarza si mie na pokadzie Wybranego Ksicia Yaladek.
- To prawda - potwierdzi bez entuzjazmu Denou Pra. - Tak, tyle e askawy pan
Flamadin nie jest ju Wybranym Ksiciem swego ludu.
Dla Armiada sowa te byy prawdziwym szokiem. Wiedziaem, e Denou Pra mwi
to bez specjalnego celu i stara si by grzeczny, nie wiedziaem jednak, jak mam rozumie
jego sowa: - Nie jest ju Wybranym?
- Czy askawy pan nie wspomnia ci o tym? - Kiedy Denou Pra mwi, pozostali
czonkowie Rady zbierali si wok stou i zajmowali swe miejsca. Wszyscy patrzyli w moj
stron. Potrzsnem gow. - Czuj si zakopotany. Baronie Kapitanie Denou Pra, moe
zechciaby mi pan to wyjani?
- Jeli nie zostanie mi to poczytane za niegocinno - tym razem Denou Pra
wydawa si zaskoczony. Zapewne nie spodziewa si takiego pytania. Chciaem jednak
wykorzysta sposobno i wycign od niego moliwie duo informacji. - Wieci na ten
temat docieray do nas ju od pewnego czasu. Syszelimy, e zostae wygnany przez
Sharadim, tw bliniacz siostr, ktrej nie zgodzie si polubi. Porzucie wszystkie swoje
obowizki. Wybacz mi, askawy panie, ale nie bd kontynuowa, obawiam si bowiem, e
okazabym si mao gocinny...
- Prosz, mw dalej, Baronie Kapitanie. Pomoe to wyjani niektre rzeczy, bdce
dla mnie tajemnic.
Zawaha si nieco, jakby nie by pewny faktw. - Stao si tak, e ksiniczka
Sharadim zagrozia, i wyjawi niektre z twych zbrodni - lub te byy to oszukacze
oskarenia i to, e usiowae j zabi. Jak syszelimy, nawet wtedy bya gotowa ci
wybaczy, jeli zgodzisz si zaj nalene ci miejsce obok niej i sta si wadc
Draachenheem. Odmwie wwczas, twierdzc, e pragniesz zaznawa przygd za granic.
- Innymi sowy, zachowaem si jak rozpieszczony ulubieniec tumw. Tak wic,
majc na widoku jedynie swoje egoistyczne cele, usiowaem j zabi?
- Tak mwiy wieci, dobiegajce nas z Draachenheem, askawy panie. Tak napisano
w owiadczeniu, podpisanym przez ksiniczk Sharadim. Wedle tego dokumentu nie jeste
ju Wybranym Ksiciem, lecz osob wyjt spod prawa.
- Wyjty spod prawa! - Armiad a unis si z krzesa. Gdyby sobie nie przypomnia,
gdzie si znajduje, z pewnoci wyrnby pici w st. - Banita! Nic mi o tym nie
powiedziae, gdy wszede na pokad mojego statku! Nie powiedziae o tym, przedstawiajc
si moim ludziom.
- Baronie Kapitanie Armiad, imi, jakim przedstawiem si twemu Stranikowi
Skrzyni nie brzmiao wcale Flamadin. To ty uye tego imienia jako pierwszy.
- Ach! To sprytny wybieg!
Denou Pra by przeraony tym naruszeniem etykiety. Unis kocist rk. -
Panowie!
Czonkowie Rady rwnie byli zbulwersowani. Jedna z kobiet, ktra nas uprzednio
witaa, powiedziaa pospiesznie: - Przepraszamy najmocniej, jeli was obrazilimy, drodzy
gocie...
- Obrazilicie! - powiedzia gono Armiad, z nabieg krwi twarz. - To ja zostaem
obraony, nie za wy, drodzy czonkowie Rady, ani ty, Bracie Denou Pra. Nie wy mnie
obrazilicie. Moja dobra wola, moja inteligencja, caa moja skorupa zostaa obraona przez
tych szarlatanw. Powinni mi wyjani, jakim cudem znaleli si na naszym kotwico wisku!
- To, o czym mwiem, byo publikowane - powiedzia Denou Pra. - I nie wydaje mi
si, aby askawy pan Flamadin dopuci si jakiegokolwiek oszustwa. Sam przecie
dopytywa si, co byo w tych doniesieniach. Gdyby je zna lub gdyby chcia ukry prawd,
czy postpowaby w ten sposb?
- Prosz o wybaczenie, panie - rzekem. - Mj towarzysz i ja nie zamierzalimy okry
wstydem waszego statku ani te udawa, e jestemy kim innym ni jestemy w istocie.
- Nic o tym wszystkim nie wiedziaem! - rykn Armiad.
- Ale przecie gazety... - powiedziaa jedna z kobiet. - Niemal w kadej wiele pisano
na ten temat...
- Nie toleruj takich rzeczy na pokadzie mojego statku. Powoduj upadek morale
zaogi.
Teraz dopiero wyjanio mi si, jak to si stao, e powszechnie znana w
Maaschanheem historia nie dotara do filisters-kich uszu Armiada.
- Jeste oszustem! - wybuchn pod moim adresem. Rozejrza si wok, obserwujc
obecnych spod swych krzaczastych brwi i daremnie oczekujc od nich aprobaty dla swego
postpowania. Z trudem powstrzyma si od dalszych obelg.
- askawi panowie s przecie twoimi gomi - powiedzia Denou Pra, skubic sw
bia, kozi brdk. - Przynajmniej do czasu Zgromadzenia jeste zobowizany traktowa ich
gocinnie.
Armiad wyda z siebie cikie westchnienie. Wsta. - Czy Prawo nie przewiduje innej
moliwoci? Czy nie wspomniaem, i podali faszywe imiona?
- Czy to ty nazwae askawego pana Flamadinem? - zapyta jaki starzec z odlegego
koca stou.
- Rozpoznaem go. Czy to nie oczywiste?
- Nie zaczekae, a on si przedstawi, lecz sam wymienie jego imi. Oznacza to, e
nie przyby on na pokad twej skorupy jako oszust. Wydaje si, e mamy tu do czynienia z
przypadkiem samooszukania si...
- Przypisujesz mi ca win.
Czonkowie Rady milczeli. Armiad zasapa i poczerwienia. Spojrza w moj stron. -
Powiniene by mi powiedzie, e nie jeste ju Wybranym Ksiciem, e jeste przestpc
ciganym w swojej sferze. Jestecie po prostu bagienn hoot, ot co!
- Doprawdy, askawi panowie! - Baron Kapitan Denou Pra unis do gry swe
wychude, brzowe palce. Nie jest to zachowanie, jakie przystoi gociom ani
gospodarzom...
Armiad, poniewa bardzo zaleao mu na akceptacji ze strony rwnych mu baronw,
ustpi. - Moecie rozgoci si na moim pokadzie - zwrci si do nas - dopki nie
rozpocznie si Zgromadzenie. - Spojrza w kierunku Denou Pra. - Prosz mi wybaczy
pogwacenie etykiety, Bracie Denou Pra. Gdybym wiedzia, kogo przyprowadziem na wasz
pokad, to wierzcie mi, e nigdy...
Jedna z kobiet wtrcia si: - Nie prosimy o wyjanienia, zwaszcza, jeli nie mieszcz
si one w naszych tradycjach gocinnoci. Wymieniono imiona i trzeba okazywa gocinno.
To wszystko. Pozwl nam, prosz, pamita o tym.
Pozostaa cz spotkania upyna w sztywnej atmosferze. Von Bek i ja patrzylimy
na siebie, nie prbujc nawet przemwi, podczas gdy Armiad pochrzkiwa i mamrota co
do siebie, niemal nie odpowiadajc na kurtuazyjne uwagi czynione przez Barona Kapitana
Denou Pra i jego Rad. Wydawa si zaamany. Nie mia ju ochoty przebywa w miejscu,
gdzie jego presti dozna tak powanego uszczerbku. Nie chcia te, oczywicie, zabiera nas
ze sob na okrt. Na koniec jednak, gdy zaczo robi si ciemno, da nam obu znak do
wyjcia. Skoni si przed Denou Prazem i usiowa nieporadnie wytumaczy si ze swego
bdu i napicia, jakie tu wywoa. Von Bek i ja wymamrotalimy najkrtsze sowa
poegnania, jakie znalimy, natomiast Baron Kapitan Denou Pra oznajmi: - Nie mam prawa
ocenia ludzi wedle tego, jak opisuj ich gazety. Domylam si, e wcale nie szukae sawy,
jaka ci otoczya, czynic ci bohaterem ludowych legend, uosobieniem dzielnoci i
szlachetnoci. Tym trudniej jest ci teraz pogodzi si z obecn opini o tobie jako o ajdaku.
Licz na to, e wybaczysz mi przejawy zego smaku, na jakie sobie pozwoliem, a ktre
sprawiy, e omieliem si ciebie osdza, askawy panie, nie poznawszy ani ciebie, ani
twych dziejw. Przeprosiny nie s konieczne, Baronie Kapitanie. Jestem ci zobowizany za
twoj uprzejmo i grzeczno. Jeli zdarzy si, e jeszcze znajd si na waszym statku, to
mam nadziej, i bd wwczas w waszych oczach godnym tego zaszczytu.
- Cholerne pikne swka - kl Armiad, gdy w honorowej asycie szlimy krtymi
korytarzykami do miejsca, gdzie znajdowaa si nasza szalupa, gotowa zawie nas na pokad
Zmarszczonej Tarczy - dla czowieka, ktry usiowa zabi wasn siostr! I to dlaczego? Bo
chciaa powiedzie wiatu prawd o nim. Jeste ajdakiem i niegodziwcem. Mwi ci, nie
pozostaniecie duej na pokadzie naszej skorupy ni do samego Zgromadzenia. Potem
bdziesz mia do wyboru: albo szuka szczcia na kotwicowiskach, albo w cigu dwudziestu
godzin znale inny statek. Oczywicie jeli ci tam przyjm, w co wtpi. Jestecie ju
martwi, obydwaj.
Spuszczono nas w d. Zrobio si ju cakiem ciemno, a znad lagun wia zimny,
przenikliwy wiatr, zginajc trzciny i szeleszczc przecigle. Armiad zadra z zimna. -
Szybciej, maruderzy! - wrzasn. Szturchn najbliej stojcego czowieka zacinitym
kuakiem. - Nie obrazicie ju adnego statku sw obecnoci na jego pokadzie - zwrci si
do nas. - Ju jutro wszyscy dowiedz si o waszych sprawkach, jeszcze przed rozpoczciem
Zgromadzenia. Moecie sobie poczyta za szczcie, e w czasie Zgromadzenia rozlew krwi
jest zabroniony. Nie mona zabi nawet owada. Wyzwabym was sam, gdybym uzna was za
godnych tego...
- Prba Krwi, Baronie? - zapyta von Bek, tumic miech. Wydawao si, e caa ta
sprawa niezwykle go mieszy. - Czy chcesz wyzwa na Prb Krwi ksicia Flamadina? To,
zdaje si, przywilej Barona Kapitana, czy nie?
Syszc to, Armiad rzuci mu tak ostre spojrzenie, i wydawao si, e przetnie nim go
na p. - Uwaaj, co mwisz, hrabio von Bek. Nie wiem, jakie zbrodnie popenie, bez
wtpienia jednak ju wkrtce wyjdg one na jaw. Ty take otrzymasz wyrok, na jaki
zasuye!
Von Bek mrukn do mnie: - Nic tak nie rozwciecza czowieka jak odkrycie, e sam
siebie oszuka!
Armiad dosysza to. - Nasza gocinno ma swoje granice, hrabio von Bek. Jeli
naruszyby te granice, to wwczas wolno by mi byo, wedle Prawa, wygna ci czy nawet
postpi jeszcze gorzej. Gdybym mg postpi tak, jak chc, to powiesibym was obu na
maszcie. Bdcie wdziczni tym dekadenckim i sabowitym starcom z Nowego Argumentu za
ich wstawiennictwo. Macie szczcie, e przestrzegam prawa. W przeciwiestwie do was.
Przestaem sucha tej gadaniny. Zamyliem si gboko. Zrozumiaem wreszcie, jak
to si stao, e ksi Flamadin znalaz si osamotniony w Maaschenheem. Dlaczego jednak
nie chcia polubi swojej bliniaczej siostry, Sharadim, skoro wiedzia, co go spotka? I czy
naprawd usiowa j zamordowa? Czy naprawd by takim ajdakiem, jakim przedstawiaa
go jego siostra? Tak czy inaczej, wiat odwrci si do niego plecami. Ludzie bardzo nie lubi
sytuacji, gdy uwielbiany przez nich bohater okazuje si mie zwyke, ludzkie saboci.
Armiad z wielkim niezadowoleniem zezwoli nam na udanie si wraz z nim do jego
paacu. - Uwaajcie jednak - ostrzeg - bo wystarczy mi najmniejsze przekroczenie prawa z
waszej strony, aby sobie z wami poradzi...
Poszlimy do swoich kwater.
Gdy znalelimy si w moim pokoju, von Bek zaczai mia si przeraliwie,
trzymajc si za brzuch. - Biedny Baron Kapitan mia nadziej, e dziki tobie zyska presti,
a tymczasem straci tylko twarz wrd rwnych sobie! Och, jak bardzo chciaby nas zabi!
Zarygluj dzi na noc drzwi, bo nie mam zamiaru przezibi si i umrze...
Byem znacznie mniej rozbawiony ni on, miaem bowiem wicej tajemnic do
odkrycia. Mylaem ju, e w tym wiecie cieszy si bd prestiem i bd mia wadz.
Teraz to wszystko przepado. A jeli Sharadim naprawd bya jedyn si Draachenheem, to
dlaczego wezwano mnie, abym zamieszka w ciele ksicia Flamadina?
Tego wszystkiego naprawd nie oczekiwaem. Wzywano Sharadim, moj bliniacz
siostr, chyba wanie dlatego, e wiedziano o jej mocy i o tym, e ja byem tylko pozorantem
udzielajcym swego imienia wielu fikcyjnym historyjkom. Taka teoria bya do logiczna i
wiarygodna. Mimo to jednak zarwno Czarno-ty Rycerz, jak i lepy kapitan uwaali, e
Wieczny Wojownik by w tym wiecie potrzebny.
Staraem si jak mogem, aby nie myle o tych sprawach i skoncentrowa si na
biecych problemach. - Odwieczne zwyczaje pozwalaj nam pozosta tutaj a do
Zgromadzenia. Po tym terminie bdziemy wyjci spod prawa, staniemy si zwierzyn own
dla Stranikw Skrzy Armiada. Czy dobrze to ujem?
- Ja te tak to rozumiem - przytakn von Bek. - On ma nadziej, e nikt nie przyjmie
nas na swj pokad. Osobicie wcale mi zreszt nie zaley, aby spdzi reszt ycia na
pokadzie jednego z tych wrakw.
W chwili, gdy mwi te sowa, naszym statkiem zatrzso tak mocno, e polecielimy
a na cian. Ruszylimy w dalsz drog.
- Ciekaw jestem, jakie mamy szans, aby dotrze do innej sfery? Domylam si, e na
Pograniczu nie jest to trudne.
- Najlepszy plan, jaki znam, to pozosta tutaj i czeka na Zgromadzenie. Tam
bdziemy mogli zorientowa si ostatecznie, kto i dlaczego jest mi niechtny, kto nie wierzy
Sharadim, a kto mnie nadal powaa.
- Spodziewam si, e znajdziesz tam niewielu przyjaci. W kocu ty - lub te ksi
Flamadin - bye odpowiedzialny za jakie zbrodnie albo stae si ofiar oszczerczej
propagandy. Wiem, co to znaczy, gdy kto z dnia na dzie zrobi z ciebie ajdaka. Hitler i
Goebbels to mistrzowie w tych sprawach. Moliwe jednak, e podczas Zgromadzenia zdoasz
udowodni sw niewinno.
- Jak si do tego zabra?
- Tego dowiemy si dopiero jutro. Pki co, pozostamy na swoim miejscu. Czy
zauwaye, e zadzwoniem na sucego, gdy tylko tu weszlimy?
- I nikt nie przyszed. To byo do przewidzenia. Wydaje si, e zaznamy tylko
minimum gocinnoci.
aden z nas nie by godny. Umylimy si, jak si dao i udalimy si do ek.
Wiedziaem, e potrzebny mi jest odpoczynek, ale zmory nocne byy tego dnia szczeglnie
silne. Znw syszaem gosy wzywajce Sharadim. Gosy te stanowiy dla mnie prawdziw
udrk. Potem za, w miar jak zagbiaem si w sen, zaczynaem widzie kobiety, ktre
wzyway moj siostr. Wszystkie byy wysokie i zdumiewajco pikne. Pikne byy zarwno
ich ciaa, jak i oblicza. Miay wysmuke ksztaty, ktre tak dobrze znaem, wskie podbrdki,
wysoko zaznaczone koci policzkowe, delikatne uszy, mikkie wosy i wielkie oczy o
migdaowym wykroju, skone oczy. Rniy si tylko strojami. Uformoway koo wok
ognia, a ich gosy wypeniay ciemno. Byy Eldrenkami. Ras, z ktrej pochodziy,
nazywano niekiedy Yadhagh, innym razem za - Melniboneczykami. Rasa ta bya blisko
spokrewniona z ludem Johna Dakera. Jako Wieczny Wojownik naleaem wic do obu tych
ras. Jako Erekose kochaem jedn z takich kobiet.
Gdy biae pomienie obniyy si i mogem przenikn je wzrokiem, zobaczyem co,
co sprawio, i poczuem jednoczenie ekstaz i obaw. Wycignem donie, krzyczaem,
usiujc dotkn znajomej mi twarzy.
- Ermizhad! - krzyczaem. - O, moja ukochana! Jestem tutaj! Jestem tutaj. Pom mi
przeby pomienie. Jestem tutaj!
Niestety owa kobieta, jedna z tych, ktre stay, trzymajc si za rce, nie usyszaa
mnie. Miaa zamknite oczy. Wci tylko piewaa i koysaa si, piewaa i koysaa si.
Ogarny mnie wtpliwoci, czy to naprawd bya ona. A moe to Eldreni wzywali mnie do
siebie, wzywali Sharadim, mylc, e wzywaj mnie. Ogie spotnia i olepi mnie.
Ujrzaem j znowu. Byem niemal pewny, e jest to moja utracona mio.
Niespodziewanie zostaem wyrwany z tego snu i przeniesiony do innego. Znw nie
wiedziaem, jak brzmi moje imi. Ujrzaem poczerwieniae niebo, na ktrym wiroway smoki.
Olbrzymie latajce gady, ktre, jak si wydawao, suchay polece grupy ludzi, stojcych na
poczerniaych ruinach miasta. Nie byem jednym z tych ludzi, ale staem wraz z nimi. Oni
take przypominali Eldrenw, cho ich ubiory byy bardziej kunsztowne, przypominajce
cacka. Nie byem w stanie poj, skd wiedziaem tak wiele o tych ludziach. To na pewno
byli Eldreni, pochodzcy jednak z innego miejsca i czasu. Wygldao na to, e maj jakie
wielkie zmartwienie. Stosunki pomidzy nimi a latajcymi u gry gadami byy trudne do
uchwycenia, mimo e przychodziy mi do gowy pewne wspomnienia (lub te ostrzeenia, co
dla mnie oznacza to samo). Usiowaem odezwa si do jednego z moich kompanw, ale oni
wcale mnie nie zauwaali. Niebawem znowu wszystko zawirowao i ujrzaem, e stoj na
gadkiej, szklistej rwninie bez koca. Zmieniaa ona barwy od zieleni do purpury, potem do
bkitu, aby powrci do zieleni, jakby zupenie niedawno zostaa stworzona i musiaa si
dopiero ustabilizowa. Jaka zdumiewajcej urody istota staa przede mn; skr miaa zotej
barwy, a wejrzenie tak agodne, i podobnego nigdy przedtem nie widziaem. Mwia do
mnie, ja jednak byem nagle von Bekiem. Nie rozumiaem jej sw, byy bowiem skierowane
do niewaciwej osoby. Usiowaem przedstawi jej sytuacj, nie byem jednak w stanie
poruszy ustami. Okazao si, e staem si pomnikiem, byem wykonany z takiego samego
szklistego, wieccego tworzywa, jak i caa rwnina.
- My - zgubieni, ostatni, nieczuli - jestemy Wojownikami Na Krawdzi Czasu.
Naszym losem chd i bezruch, jestemy gusi i lepi. Jestemy odwodem Losu, weteranami
wojen psychicznych...
Znowu widziaem tych zrozpaczonych onierzy, stojcych na krawdzi wysokiej
skay, ponad niezgbion przepaci. Czy zwracali si do mnie, czy moe odzywali si
zawsze wtedy, gdy wiedzieli, e ktokolwiek moe ich usysze?
Spostrzegem czowieka w czarno-tej zbroi, jadcego na potnym czarnym
rumaku bojowym poprzez wzburzone wody. Zawoaem na niego, ale albo mnie nie sysza,
albo zignorowa moje woanie.
Potem znowu migna mi twarz Ermizhad. Przez kilka sekund syszaem goniejsze
ni zwykle skandowanie:
- SHARADIM! SHARADIM! SHARADIM! POM NAM, SHARADIM!
UWOLNIJ SMOKA! UWOLNIJ SMOKA, SHARADIM, A PRZEZ TO UWOLNISZ NAS!
- Ermizhad!
Otworzywszy oczy zauwayem, e wykrzykuj jej imi prosto w twarz
zaniepokojonego i zakopotanego Ulricha von Beka.
- Obud si, czowieku! - powiedzia. - Zdaje si, e przybylimy ju na
Zgromadzenie. Chod, to sam zobaczysz.
Potrzsnem gow, nie mogc nadal wyzwoli si ze swych nocnych koszmarw.
- Moe jeste chory? - zapyta. - Moe poszukam jakiego lekarza, jeli kto taki jest
tutaj?
Kilkakrotnie wcignem powietrze do puc. - Wybacz mi. Nie miaem wcale zamiaru
ci straszy. Miaem sny.
- nia ci si ta kobieta, ktrej szukasz? Ta, ktr kochasz?
- Wanie.
- Wykrzykiwae jej imi. Przepraszam, jeli ci przeszkodziem, przyjacielu.
Pozostawi ci tutaj samego, aby mg doj do siebie...
- Nie, von Bek. Zosta, prosz. Zwyke ludzkie towarzystwo to rzecz, ktrej mi
najbardziej brakuje. Wychodzie ju na pokad?
- Nie mogem zasn, bo przeszkadza mi ruch statku. I oczywicie smrd. Moe
jestem zbyt wymagajcy, ale wo ta przypomina mi obz koncentracyjny, do ktrego mnie
wysano.
Spojrzaem na niego ze wspczuciem, coraz lepiej rozumiejc jego wstrt do statku
Armiada.
Szybko ubraem si i odwieyem. Wyszedem wraz z von Bekiem na galeryjk,
pooon tu przy naszych kabinach. Widok stamtd by bardzo dobry. Poprzez dym, poprzez
spltany takielunek, midzy flagami, kominami i wieyczkami zauwayem, e przybilimy
do brzegu, dziobem do play, stanowicej brzeg wyspy o niemal owalnym ksztacie. W
samym centrum wyspy wznosi si prosty, kamienny monolit, podobny do tych, jakie
widywaem w Kornwalii jako John Daker. Przybyo tu take okoo pidziesiciu skorup, a na
ich potnych bryach wida byo uwijajce si ludzkie figurki. Statki nadal wytwarzay par,
ale do chaotycznie. Co jaki czas ktry z nich z dononym sykiem wypuszcza kby pary
w powietrze, co sprawiao, e cay obraz przypomina nieco stado wyrzuconych na brzeg
wielorybw. Tylko precyzja ustawienia psua to wraenie - odstpy midzy burtami byy
idealnie rwne.
Skorupy te utworzyy pkole wok wyspy. Na odlegym kracu tego pkola
znajdoway si wysmuke eleganckie okrty przypominajce nieco greckie galery, z ma
iloci masztw i oaglowania na pokadzie; wiosa byy opuszczone. Ich wygld wywoywa
wraenie pikna i przepychu. Wzibym je za okrty pynce z poselstwem jakiego bogatego
narodu. Byo ich okoo piciu. Obok nich wida byo sze mniejszych jednostek, ktre
rwnie sprawiay przyjemne wraenie. Od dziobu do rufy pomalowane byy na biao. Prawie
wszystko, co dao si pomalowa, byo biae. Maszty, agle i wiosa - nawet flagi,
powiewajce nad pokadami, byy biae, zachowujc jedynie may, czarny symbol w lewym
grnym rogu. Wygldao to na krzy, ktrego kady z kocw zwieczony zosta dugim
hakiem.
Dalej przycumowano trzy znacznie wiksze, pkate statki napdzane par, zupenie
nie przypominajce poprzednich. Zbudowane byy z drewna, miay wysokie kasztele, luki dla
dzia lub wiose, pojedynczy gruby komin w czci rufowej i rzd mniej wicej omiu maych
k opatkowych na kadej burcie. Wygldao to tak, jakby kto wymyli parowiec i
zbudowa go, nie baczc na to, czy projekt jest sensowny, czy te nie. Wiedziaem jednak, e
nie jest moj rzecz sprawy te ocenia. Pokraczne z wygldu okrty mogy by wewntrz
cakiem funkcjonalne. Bliej przycumowano wiele statkw w ksztacie pmiskw,
najwyraniej wyciosanych z jednego kawaa drewna (cho drzewo to musiao by zaiste
ogromne). Byy pozacane, wyrniay si masztem umieszczonym na jednym z kocw i
mnstwem dugich, drewnianych wiose. Statki te nie wydaway si wytworem szczeglnie
wyrafinowanej myli technicznej - ludzie, ktrzy nimi przypynli, nie musieli zapewne
przeby dugiej drogi, aby tu dotrze.
Na kocu, pomidzy pmiskoksztatnymi statkami a najdalej na lewo pooon
skorup z Maaschenheem, znajdowa si wielki okrt, wygldajcy ni mniej ni wicej jak
Arka Noego na starych rycinach. By drewniany, ze spiczastym sterem i dziobem. Nad
pokadem wznosi si jeden, potny budynek prostej konstrukcji, wysoki na cztery
kondygnacje, z regularnie umieszczonymi drzwiami i oknami. By to najbardziej
funkcjonalny i pozbawiony ozdb statek, jaki mona byo wymyli.
Jedyne, co mnie dziwio, to fakt, e drzwi wydaway si znacznie wiksze ni
wymagaby tego czowiek przecitnego wzrostu. Nad pokadem nie byo flag; von Bek by
rwnie bezradny jak ja w zgadywaniu, do kogo naley statek i skd przypyn.
W oddali wida byo troch krccych si ludzi, dzielia nas jednak zbyt dua
odlego, aby dao si zobaczy jakiekolwiek szczegy. Ludzie z biaych okrtw mieli na
sobie ubrania okrywajce ich od stp do gw, oczywicie biae. Ci z bogato zdobionych galer
rwnie nosili jasne stroje. Zaogi wielkich, otwartych odzi wzniosy wysokie, kanciaste
namioty; sdzc po unoszcych si nad namiotami dymach, przygotowywano tam sobie
jedzenie. Nie byo adnych oznak obecnoci mieszkacw Arki.
Widziaem niewiele z uwagi na znaczn odlego i aowaem, e nie mam ze sob
lunety Jurgina, bowiem chciabym bardzo pozna wszystkich mieszkacw tak zwanych
Szeciu Sfer.
Rozwaalimy wanie rnorodno przybyych tu ludzi, gdy z gry rozleg si
donony gos:
- Cieszcie si lenistwem, askawi panowie! Niewiele go zaznacie po Zgromadzeniu.
Zobaczymy, czy byy ksi Yaladek umie ucieka tak szybko, jak zwyka bagienna mysz!
By to Armiad, czerwony na twarzy i nadty, ubrany w co w rodzaju szlafroka
czerwonej barwy, przetykanego gdzieniegdzie kolorem winiowym. Wychyla si z
pooonego nad nami balkonu, nerwowo zaciskajc pici, jakby w ten sposb zamierza
wycisn ycie z naszych cia.
Ukonilimy si, yczc miego poranka i powrcilimy do wntrza. Mimo ryzyka
zdecydowalimy si opuci kwatery, zabierajc z sob wszystko, co mielimy. Pragnlimy
odszuka naszych modych przyjaci, majc nadziej, e nadal bd chcieli przebywa w
naszym towarzystwie.
Zastalimy Belland i jej przyjaci siedzcych na paskiej przybudwce jednego z
pokadw, grajcych kolorowymi etonami w jak gr. Zdziwili si naszym widokiem i
niechtnie oderwali od gry.
- Jak widz, nowiny ju do was dotary - powiedziaem do Bellandy, ktrej moda,
liczna twarz wyraaa szczere zakopotanie. - Wyglda na to, e z bohatera staem si
ajdakiem. Czy uwierzycie cho troch moim sowom, jeli powiem, e nie mam nic
wsplnego ze zbrodniami, o ktrych bya mowa?
- Nie wygldasz na kogo, kto atwo porzucaby swoje obowizki lub zamordowa
wasn siostr - powiedziaa cichym gosem Bellanda. Spojrzaa mi w oczy. - Ale nie
zostaby ludowym bohaterem, gdyby nie fama o twojej uczciwoci i prawoci. Po piknej
twarzy nie poznasz, co kryje si w sercu, jak mwimy na Zmarszczonej Tarczy. atwiej jest
odczyta ze cechy charakteru... - Na moment odwrcia gow, ale potem znowu spojrzaa na
mnie swymi jasnymi, szczerymi oczami. - Mimo wszystko, ksi Fla-madinie - czy moe
eks-ksi? - uwaam, e powinnimy sobie wzajemnie ufa, bo lepsze to ni ufanie innym
mitom czy te edyktom naszego Barona Kapitana Armiada! Zamiaa si. - Czemu jednak
zaley ci na naszej opinii? Nie moemy ci przecie ani pomc, ani zaszkodzi. My tutaj, na
Zmarszczonej Tarczy, jestemy kompletnie bezsilni...
- Sdz, e wanie wasza przyja jest tym, czego ksi Flamadin potrzebuje
najbardziej - odrzek na to von Bek. - Byoby to przynajmniej potwierdzeniem, e to, co
cenimy, ma warto pozytywn.
- Jeste pochlebc, mj drogi hrabio? - umiechna si do mego przyjaciela.
Teraz on si zmiesza.
Spogldajc do gry zobaczyem Jurgina, siedzcego na wysokim maszcie i
obserwujcego przez lunet jeden ze statkw. Po krtkiej rozmowie ze zgromadzon
modzie zaczem wspina si po olinowaniu, dopki nie usiadem obok niego na belce.
- Co szczeglnie ciekawego? - zapytaem.
Potrzsn przeczco gow. - Ja tylko z zazdroci podpatrywaem inne statki. Nasz
jest najbrudniejszy, najbardziej zaniedbany i najbiedniejszy ze wszystkich. A przecie niegdy
szczycilimy si wygldem naszego okrtu. Czego nie rozumiem, to tego, e Armiad po
zabiciu starego Barona Kapitana nie zauwaa, co dzieje si z naszym kadubem. O co mu
waciwie chodzi?
- Niegodziwcy bardzo czsto uwaaj, e jeli sprawuj wadz dla swoich osobistych
korzyci, to i inni z tego powodu powinni by szczliwi. Zagarniaj t wadz w bardzo
rny sposb, a potem nie przychodzi im do gowy, e pozostali rwnie ndznymi ludmi,
jakimi byli przedtem. Armiad dokona mordu w nadziei, e to przyniesie mu szczcie. Teraz
za jego jedyn satysfakcj jest fakt, e moe doprowadza innych do stanu rozgoryczenia
rwnego swojemu!
- To do skomplikowana teoria, ksi Flamadinie. Czy nadal mamy uywa tego
imienia? Widziaem ci z Bellanda i domylam si, e pozostali zdecydowani s pozosta
twymi przyjacimi. Ale skoro jeste wydziedziczony...
- Jeli chcecie, mwcie mi po prostu Flamadin. Przybyem tutaj, aby zapyta, czy
mgbym poyczy lunet. Szczeglnie zainteresowany jestem tym wielkim, prostej budowy
statkiem i ludmi w bieli. Mgby mi o nich cokolwiek opowiedzie?
- Ten wielki kadub jest jedynym tego rodzaju okrtem, wasnoci Niedwiedzich
Ksit. Zapewne pozostan na pokadzie, dopki nie rozpocznie si waciwe Zgromadzenie.
Mwi si, e ubrane na biao kobiety s kanibalkami. Niepodobne s do innych istot ludzkich.
Rodz wycznie dziewczynki, tote musz z wiadomych wzgldw kupowa lub porywa
mczyzn z innych Sfer. Okrelamy je jako Kobiety-Zjawy. Cae ich ciaa ukryte s od stp
do gw w pancerzach z koci soniowej i rzadko kiedy udaje si zobaczy ich twarze.
Przyzwyczajeni jestemy ba si ich i trzyma od nich z daleka. Zdarza si, e urzdzaj
najazdy na inne sfery w pogoni za mczyznami. Najbardziej zainteresowane s chopcami i
bardzo modymi mczyznami. Rzecz jasna, e w czasie Zgromadzenia nie bd tak
postpowa i zadowol si tym, co uda im si zdoby drog handlu. Twoi ludzie, ksi,
czsto zaatwiali z nimi tego typu interesy, a i Armiad chtnie by to obi, gdyby nie obawia
si bojkotu ze strony innych Baronw Kapitanw. Od kilku stuleci adna z naszych skorup
nie handluje z nimi.
- A wic moi poddani, ludzie z Draachenheem, kupuj i sprzedaj mczyzn i kobiety?
- Czyby o tym nie wiedzia, ksi? Przecie wszyscy o tym mwi. Czy twj lud
robi to tylko w czasie Zgromadzenia?
- Musisz zrozumie, Jurgin, e cierpi na zaniki pamici. Zwyczaje i tradycje
Draachenheem s mi tak samo nieznane, jak i tobie.
- S wysmuke i eleganckie - powiedzia Jurgin, podajc mi lunet - ale najgorsze jest
to, i uwaa si je za ludoer-czynie. S niczym pajki, ktre zjadaj mczyzn zaraz potem,
gdy speni ju swoje zadanie.
- Jak na pajki, wygldaj cakiem niele - odrzekem. Rozmawiay wanie midzy
sob. Zapewne byo im niewygodnie w zbrojach z koci soniowej, ktre nie wydaway mi si
ju biae, ale lniy ca gam kolorw, od tego do brzowego, jaki przyjmuje ko
soniowa poddana obrbce. Na powierzchni pancerzy wyryte byy ozdoby, a cao odzienia
spinana bya kocianymi guzikami i ptelkami ze skry. Ubir by dobrze dopasowany i
zakrywa szczelnie cae ciao, sprawiajc, e posta przypominaa z postury owada o
zdobionym pancerzu. Ich wzrost przewysza redni, a sposb poruszania si by peen
wdziku, mimo e ubir im tego nie uatwia. Byy bardzo atrakcyjne. Trudno uwierzy, e
istoty tej piknoci mog zajmowa si handlem niewolnikami i lu-doerstwem.
Dwie spord owych kobiet przybliyy do siebie swe osonite hemami gowy, aby
porozmawia. Jedna z nich potrzsna niecierpliwie gow, a druga, chcc by lepiej
syszana, uniosa przybic.
Udao mi si zobaczy fragment jej twarzy.
Bya rwnie moda, co i pikna. Jej skra bya jasna, a oczy due i ciemne. Miaa
podun, trjktn twarz i bya podobna do Eldrenw. Kiedy obrcia si ku nam, luneta
omal nie wypada mi z rki.
Patrzyem oto w oblicze kobiety, ktra tak czsto odwiedzaa mnie w snach, ktra
wzywaa moj siostr Sharadim, ktra tak rozpaczliwie mwia o smoku i mieczu...
Najbardziej wstrzsn mn fakt, e byem w stanie te twarz rozpozna.
Bya to twarz kobiety, ktrej szukaem w otchani wiekw aby j wreszcie odnale;
kobiety, za ktr tskniem we dnie i w nocy i z ktr chciaem si poczy...
Bya to twarz mojej Ermizhad!

Wydawao mi si, e wpatrywaem si w t twarz przez wieki. Nie pamitam nawet,


jak zszedem na pokad. Bez ustanku powtarzaem sobie jej imi. Potem niecierpliwie
przypatrywaem si jej przez lunet, ledzc kady ruch. Umiechaa si do innych kobiet,
jakby lekko artujc, potem za uniosa do i opucia przybic swego hemu.
- Nie! - zawoaem, nie chcc, aby ukrywaa sw przepikn twarz. - Ermizhad! Nie!
To ja, Erekose! Czy mnie syszysz? Szukam ci od tak dawna...
Miaem wraenie, e jakie donie pomagaj mi zej z olinowania. Usiowaem je
strci, ale daremnie, bo byy zbyt liczne. Powoli zbliaem si do pokadu, podczas gdy
jakie ciekawe usta wypytyway mnie, co si stao. Byem w stanie zdoby si jedynie na
nieustanne powtarzanie jej imienia i walk, aby uwolni si i pj za ni.
- Ermizhad!
W gbi serca miaem wiadomo, e kobieta ta nie jest moj on, a jedynie kim
bardzo do niej podobnym. Czujc to, broniem si przed zaakceptowaniem tej myli z
zapaem rwnym temu, z jakim obejmowali mnie moi zdumieni towarzysze.
- Daker! Herr Daker! Co z tob? Czy to znowu jakie omamy?
Hrabia von Bek uj mnie silnie pod brod i spojrza mi prosto w oczy. - Zachowujesz
si niczym szaleniec!
Zaczerpnem powietrza. Dyszaem ciko. Byem spocony. Nienawidziem ich
wszystkich za to, e mnie zatrzymywali, zmusiem si jednak do zachowania spokoju.
- Ujrzaem kobiet, ktra moe by siostr Ermizhad - powiedziaem do von Beka. -
T sam kobiet widziaem take we nie ubiegej nocy. To nie moe by Ermizhad. Nie
zwariowaem do tego stopnia, aby si co do tego udzi. Jej rysy s uderzajco podobne do
twarzy Ermizhad. Musz i do niej, von Bek, musz z ni pomwi.
Bellanda krzykna za moimi plecami: - Nie moesz tam i! Zabrania tego Prawo.
Wszelkie spotkania musz mie charakter wycznie formalny. Czas Zgromadzenia jeszcze
nie nadszed. Musisz zaczeka.
- Nie mog czeka - odparem. - I tak czekaem za dugo. Rozluniem moje ciao,
czujc, i ucisk sabnie. - Nikt nie jest w stanie zrozumie, ile istnie czekaem na jej
odnalezienie...
Zaczynali mi wspczu. Przymknem oczy. Po chwili otworzyem je nieznacznie.
Obserwowaem wybrzee.
W chwil pniej zerwaem si,przebiegem par metrw po pokadzie,
przeskoczyem porcz i rzuciem si w kierunku olinowania. Przelizgujc si midzy linami,
raz skaczc, a innym razem spadajc, opuszczaem si w d, na najniszy, zewntrzny
pokad. Chocia wielu pracujcych tam robotnikw pokrzykiwao na mnie, przemknem
pomidzy nimi, parokrotnie w ostatnim momencie unikajc uderzenia. Udao mi si take
omin tych, ktrzy toczyli baryki po wakach lub przenosili drewniane belki. Chronic si
przed nimi, uskoczyem w bok, gdzie odkryem umocowane liny, dziki ktrym mona byo
spuci si niej. Uczyniem to, docierajc na galeryjk z desek, potem przedostaem si na
postument, z ktrego zeskoczyem bezporednio na ziemi. Biegiem ruszyem po grzskim
terenie, w kierunku odzi Kobiet-Zjaw.
Byem ju w poowie drogi do ich obozowiska, gdy cigajcy (o ktrych
zapomniaem) dopadli mnie. Walczyem zaciekle, zapltany w olbrzymi sie. Poprzez oka
sieci zobaczyem von Beka, Belland i kilkoro modych ludzi. Bya tam te grupa stranikw.
- Ksi Flamadinie! - woaa Bellanda. - Armiad szuka tylko okazji, aby ci
zniszczy. Wtargnicie do innego obozu przed rozpoczciem Zgromadzenia moe by
ukarane mierci!
- Nie dbam o to. Musz si zobaczy z Ermizhad. Widziaem j - czy te kogo, kto
by moe wie, gdzie ona jest. Pozwlcie jni i. Bagam was, pozwlcie mi i!
Von Bek odstpi o krok. - Daker! Przyjacielu! Ci ludzie maj nakazane, aby ci zabi
w razie potrzeby! Jeli nie wemiesz si w gar, to spotka ci tragiczny koniec!
- Czy zdajesz sobie spraw z tego, co zobaczyem, von Bek?
- Chyba tak. Jeli zechcesz zaczeka do czasu Zgromadzenia, bdziesz mg zbliy
si do tej kobiety w sposb cywilizowany. Przecie to ju niedugo.
Przytaknem. O mao co nie straciem cakowicie gowy. Mogem zreszt stworzy
zagroenie dla moich przyjaci. Zmusiem si do powrotu do normalnego, ludzkiego
mylenia.
Kiedy wstaem, byem ju w peni wiadom swych czynw. Obrciwszy si, ruszyem
w kierunku naszego statku. Z ziemi awica okrtw wygldaa jeszcze bardziej imponujco.
Wygldao to tak, jakby zgromadziy si tu najwiksze transatlantyki, z Titanikiem na czele.
Wszystkie zacumowane obok siebie, z dziobami w kierunku ldu, wszystkie z adunkiem w
postaci caego redniowiecznego miasta. Widok ten przynajmniej na moment odwrci moj
uwag od Ermizhad. Zaczynaem zdawa sobie spraw, e przed chwil doznaem jakby
halucynacji, swego rodzaju przeduenia moich snw. Tak, ta kobieta naprawd bya podobna
do Ermizhad, poczwszy od ukadu ust, a skoczywszy na subtelnej kolorystyce oczu.
Kobiety te byy wic Eldrenkami, tyle e nie pochodziy z tego czasu, a prawdopodobnie
nawet z tego wiata co kobieta, z ktr zostaem wbrew mojej woli rozczony. Zamierzaem
spotka si z nimi tak szybko, jak tylko to bdzie moliwe. Moe bd miay jaki klucz,
ktry pomoe mi odnale miejsce pobytu Ermizhad? Chciabym te dowiedzie si,
dlaczego wzyway Sharadim.
Von Bek i ja wzilimy uprzednio ze sob cay nasz dobytek i postpilimy bardzo
roztropnie. Kiedy bowiem dotarlimy do okratowanej bramy, stanowicej wejcie do paacu
Armia-da, odpowiedziaa nam miast stranikw jedynie gucha cisza. Gdy wezwalimy
stranika po raz trzeci, odpowiedzia nam jaki bekotliwy gos.
- Mw goniej, czowieku! - krzykn von Bek. - S jakie kopoty?
Stranik odkrzykn w kocu, e brama zostaa uszkodzona i upynie wiele godzin,
nim bdzie mona j zreperowa.
Spojrzelimy z von Bekiem po sobie i rozemielimy si. Nasze podejrzenia
potwierdziy si. Armiadowi nie wolno byo wyrzuci nas z okrtu, ale stara si jak mg
utrudni nam ycie.
Powiem szczerze, cieszyem si nawet, i pozbdziemy si jego towarzystwa.
Poszlimy w stron miejsca, gdzie zwykle gromadzili si nasi przyjaciele, studenci. Cz z
nich bya tu jeszcze, jak zwykle grajc w etony, natomiast Bellanda, jak si dowiedzielimy,
posza do jakiego nauczyciela, ktry niedawno zosta zwolniony ze szkoy.
W towarzystwie yczliwego nam Jurgina obserwowalimy trwajce bez przerwy
przygotowania do Zgromadzenia. Wznoszono najrozmaitsze kramy, budki, zagrody i namioty.
Wszystkie zaogi, pochodzce z najodleglejszych zaktkw Szeciu Sfer, przywiozy tutaj
produkty na sprzeda, jak rwnie zwierzta domowe, publikacje i nowe narzdzia. Ludzie z
Draachen-heem zachowywali si wobec innych jakby lekcewaco, podczas gdy Kobiety-
Zjawy trzymay si od wszystkich z daleka.
Jedna z grup wydawaa si szczeglnie przyzwyczajona do handlu. Mieli twarde i
miae wejrzenia ludzi przywykych do wykadania swego towaru w wielu miejscowociach.
Szybko budowali stragany, przygldali si ciekawie ssiadom, chtnie rozmawiali midzy
sob. Zaskakiway mnie jedynie ich niedostosowane do tych stron odzie; byyby bardziej
przydatne do eglugi rdldowej. Ludzie ci, jak mi powiedziano, pochodzili ze sfery zwanej
Fluugensheem, osanianej - wedle tego, co mi mwiono przez latajc wysp. Wygld ich by
a nadto zwyczajny jak na ludzi pochodzcych z tak egzotycznych stron.
Nigdzie natomiast nie byo wida zaogi arki o dziwnym ksztacie, ani mieszkacw
trzech grubych parowcw z opatkowymi koami po obu stronach.
- Dzisiaj wieczorem - powiedzia mi Jurgin - odbdzie si pierwsza ceremonia,
wszyscy kolejno ogosz swe przybycie i podadz swe imiona.. Zobaczysz wtedy wszystkich,
cznie z Niedwiedzimi Ksitami.
Nie powiedzia ju nic wicej. Gdy zaczem go wypytywa na temat owych Ksit,
umiechn si do mnie szeroko, ale nie udzieli mi adnych wyjanie. Poniewa moje myli
nadal skupiay si na Kobietach-Zjawach, nie zwrciem wikszej uwagi na jego dziwn
tajemniczo.
Nie musz mwi, e ani von Bek, ani ja nie bylimy zaproszeni na t pierwsz
ceremoni i siedzc na maszcie Zmarszczonej Tarczy widzielimy, jak rne ludy z Szeciu
Sfer stopniowo gromadz si wok wielkiego monolitu. Jak si dowiedzielimy, zwano go
Kamieniem Spotka i wzniesiony zosta wiele stuleci temu, gdy zaczto odbywa takie
zgromadzenia. Jak powiedziaa mi Bellanda, uprzednio wszystkie wiaty odnosiy si do
siebie podejrzliwie i bezustannie ze sob walczyy. Stopniowo, poznajc si wzajemnie,
walk zastpiy wymian handlow i przekazywaniem sobie informacji. Co trzynacie i p
miesica Sze Sfer stykao si i mona byo przemieszcza si midzy nimi. Okres ten by
bardzo krtki - okoo trzech dni - ale wystarczajcy do zaatwienia swoich spraw, przy
zaoeniu, e zaatwia sieje bdzie w drodze sformalizowanej. Nie wolno traci czasu -
trzeba dziaa bardzo konkretnie.
Teraz beznamitni handlowcy z Fluugensheem zaczli zajmowa swe miejsca przy
monolicie. Po przeciwnej stronie Kamienia Spotka znalazy miejsce Kobiety-Zjawy z
Gheestenhe-em. Za nimi byo szeciu Baronw Kapitanw z Maaschanhe-em, szeciu
wspaniaej postawy lordw z Draachenheem, a potem szeciu okrytych futrami, brodatych
przedstawicieli Rootsenheemer, pochodzcych z owych dziwnych parowcw. Ci ostatni mieli
na gowach maski, zasaniajce im poow gowy, a na doniach metalowe rkawice. Oni
jednak najmniej mnie interesowali.
Imi Niedwiedzich Ksit nie byo przenoni. Pi wielkich, przyjemnych z
wygldu bestii, wychodzcych ze swej odzi i idcych nabrzeem nie byo wcale istotami
ludzkimi. Byy to niedwiedzie, wiksze ni grizzly, odziane w szaty z suto marszczonego
jedwabiu i kraciastego sukna. Kady z nich mia na ramionach cienk ramk, z ktrej
zwieszaa si flaga powiewajca nad gow - zapewne rodowa.
Von Bek by zbulwersowany.
- To szokujce! Jakbym oglda legendarnych zaoycieli Berlina! Jak wiesz, mamy
legendy... moja rodzina znaa historie o inteligentnych zwierztach. Mylaem, e chodzio o
wilki, ale dotyczyo to jednak niedwiedzi. Widziae w czasie swych dotychczasowych
podry co takiego?
- Takich stworze na pewno nie widziaem - odrzekem. Byem pod wraeniem ich
pikna. Po chwili one take zgroma-
dziy si wok Kamienia Spotka. Usyszelimy strzpy wypowiedzi. Kady
przedstawia swe imi i cel, w jakim przyby na Zgromadzenie. Potem jeden z Baronw
Kapitanw ogosi:
- W takim razie spotkamy si rankiem! Rozlega si gromka odpowied:
- Do rana!
Wszyscy wolnym krokiem rozeszli si do swych statkw i odzi.
Wytaem such, aby usysze imiona, jakimi przedstawiay si Kobiety-Zjawy, ale
nie dosyszaem niczego, co cho troch przypominaoby dwik imienia: Ermizhad.
Tej nocy gocilimy u studentw, pic w ich i tak ju zatoczonych kwaterach. W
powietrzu peno tam byo popiou, szalay przecigi, a nasze ciaa wstrzsane byy co jaki
czas nagymi poruszeniami kaduba statku, ktry, mimo e ju nie pyn, to nadal podlega
wstrzsom i koysaniu. Niekiedy wydawao mi si, e drgnienia Zmarszczonej Tarczy s
zestrojone z drgnieniami mojej duszy.
Tej nocy znowu towarzyszyy mi senne majaki. Syszaem skandowanie Kobiet-Zjaw,
ale tym razem nie pochodzio ono z moich snw, a z ich obozowiska. Obudziwszy si,
chciaem tam i, lecz von Bek i Jurgin szybko mnie pochwycili i zatrzymali.
- Musisz by cierpliwy - nalega von Bek. - Pamitaj, co nam wszystkim obiecae.
- Ale one wzywaj Sharadim. Musz si dowiedzie, o co im chodzi.
- Z pewnoci to wanie ona jest im potrzebna, a nie ty - uci von Bek, dodajc: -
Jeli teraz std odejdziesz, Armiad i jego ludzie na pewno ci tego nie daruj. Bd mieli
prawo ci zabi. Po co ci ryzyko, skoro jutro bdziesz mg spotka si z nimi w ramach
Zgromadzenia?
Zgodziem si, e moje pomysy byy dziecinad. Zmusiem si i pooyem
ponownie. Leaem tak, gapic si w otwory dachowe, gdzie migay ponce drobiny popiou.
Niebo byo szare i zimne, ja za, lec, staraem si nie myle o Ermizhad ani o Kobietach-
Zjawach. Spaem krtko, ledwo bowiem zdyem zasn, w moim umyle ponownie
rozlegy si gosy.
- Nie jestem Sharadim! - krzyknem w pewnej chwili. Ju witao. Studenci
przypatrywali mi si w osupieniu. Bel-landa przedostaa si do mnie, omijajc picych
kolegw.
- O co chodzi, Flamadinie?
- Ja nie jestem Sharadim! - powiedziaem. - Chc, ebym sta si moj siostr. O co tu
chodzi? To nie ja jestem wzywany. Nie mnie wzywaj - ale kieruj do mnie imi mojej
siostry. Czy moe by tak, e Sharadim i Flamadin to jedna i ta sama osoba?
- W kocu jestecie bliniakami. Ale jedno z was jest mczyzn, drugie kobiet. Nie
moesz by z ni mylony... - Gos Bellandy by nieco zaspany. - Wybacz mi. Chyba mwi
gupstwa.
Wycignem rk, aby jej dotkn. Uspokoiem si ju.
- Nie, Bellando, to ja powinienem ci przeprosi. Ostatnio tak si skada, e przez cay
czas gadam gupstwa. Umiechna si.
- Jeli tak uwaasz, to nie moesz by cakiem szalony. Powiadasz, e te kobiety przez
ca noc wzywaj ksiniczk Sharadim? Ja nie sysz ich tak wyranie. To brzmiao niczym
zaklcia. Czy one uwaaj Sharadim za istot nadziemsk?
- Trudno mi odpowiedzie. Dotychczas w swoich snach zawsze spotykaem takie imi,
z ktrym mogem si utosami i odpowiedzie na wezwanie. Byem ju Urlikiem Skarsolem,
a potem wieloma innymi osobami, potem znw Skarsolem, a teraz Flamadinem. Jest faktem,
Bellando, e czuj, i one wzywaj wanie mnie!
Poniewa te sowa zabrzmiay niczym zwierzenia maniaka i mogy nimi by,
poprzestaem na tym. Wzruszyem ramionami, po czym pooyem si na swym legowisku.
- Ju niedugo - dodaem - bd mia okazj, aby osobicie je o wszystko zapyta!
Zasnem ponownie, nic o moim dawnym yciu z Ermiz-had, kiedy wsplnie
wadalimy Eldrenami.
Gdy si obudziem, wszyscy ju od dawna nie spali. Przecignem si, potykajc si
dotarem do umywalki, umyem si, usiujc zmy ze swego ciaa oleist ma.
Gdy ponownie zerknem w stron miejsca, gdzie miao odbywa si Zgromadzenie,
zauwayem sceny rwnie zaskakujce, co imponujce. Wielu ludzi stao grupkami,
dyskutujc zawzicie. Spostrzegem dwa niedwiedzie, kucajce obok Ko-biety-Zjawy i
dyskutujce z ni zapalczywie. Wszdzie wida byo rzdy maych kramikw, co stwarzao
wraenie, e by to tylko zwyky targ; cay teren by ogrodzony, a wejcia broniy dwa
wstrtne i zoliwe jaszczury, stojce na zadnich nogach, przypominajce nieco dinozaury.
Aktualnie jaszczury skieroway swe paszcze w kierunku dwch mieszkacw Maaschan-
heem, ktrzy wanie pokazywali na czci siode oraz uprzy potworw i rozmawiali z
wacicielem zwierzakw, wysokim Draachenheemczykiem. Zapewne owe jaszczury day
swe imi temu narodowi.
Wszdzie byo wida rne gatunki dziwnych zwierzt domowych, cho byy te
takie, ktre znaem bliej. Znajdoway si tam liczne produkty, ktrych przeznaczenia nie
mogem okreli, lecz ktre najpewniej byy tu bardzo potrzebne.
Zachowywano si haaliwie, ale z du, wzajemn yczliwoci. Ludzie spacerowali
maymi grupami, nie kupujc i nie sprzedajc, a tylko cieszc si uczestnictwem w tym
spektaklu.
Obok wielkiej arki, okrtu Niedwiedzich Ksit, widoczne byy sceny mniej
przyjemne. Stali tu wystraszeni, nastoletni modziecy, obnaeni i skuci, pod stra Kobiet-
Zjaw. Nie mogem poj, e Eldreny mogy do do takiego stanu, aby zajmowa si handlem
niewolnikami i ludoerstwem.
- Czy tak wygldaj te istoty, ktre przedstawiae mi jako szlachetniejsze od ludzi? -
zapyta von Bek. Mwi to z ironi, ale widok ten najwyraniej sprawia mu przykro. - Jak
mog tu znale pomoc dla mojej misji, jeli pozwala si na takie rzeczy?
Przyczya si do nas Bellanda.
- Niedwiedzi Ksita wadaj wiatem, gdzie ludzie s bardzo okrutni. Zabijaj i
zjadaj si wzajemnie. Tote Ksita uwaaj, e jest to normaln praktyk take wrd
ludzi tutejszych i chcieliby na tym zarobi. Ci chopcy nie s le traktowani - przynajmniej
przez niedwiedzie.
- A co robi z nimi kobiety?
- Rozmnaaj si dziki nim - powiedziaa Bellanda. - To odwrcenie sytuacji, jak
mona spotka take u nas.
- Tyle, e my nie zjadamy swoich on - wtrci von Bek. Bellanda nie odpowiedziaa.
- Widzc to wszystko - powiedziaem - nie chc tam i. Wolabym zbliy si do
Kobiet-Zjaw, aby zada im par pyta. Czy na pewno jest to dozwolone?
- Wolno wymienia informacje - rzeka Bellanda. - Ale nie wolno ci przerywa
transakcji handlowych, pki trwaj.
Zeszlimy na ld wraz z tumem innych, ktrzy zainteresowani byli odwiedzinami
miejsca Zgromadzenia oraz bogactwem wystawianych towarw. Wraz z von Bekiem
skierowalimy si wprost do biaych okrtw Kobiet-Zjaw, ktre porozbijay tu swe namioty,
przetykane jedwabiem. Nie znajdujc nikogo na zewntrz, wszedem do najwikszego z
pawilonw. Przy wejciu nie byo posterunku. Wszedem dalej. Stanem jak wryty.
Stojcy za mn von Bek powiedzia: - Mj Boe! To istny targ bydlcy!
Odr cia zalega nad tym miejscem. Wanie tutaj handlarze niewolnikw
prezentowali swj towar. Kupujcy ogldali, cho niektrzy z nich wydawali si tym
zaambarasowani.
W mroku zauwayem okoo tuzina wybiegw i zagrd, penych modych chopcw, z
ktrych wielu miao na swych ciaach lady wszelkiego rodzaju okruciestw. Niektrzy starali
si zachowa godno, stojc prosto i wpatrujc si w zasonite twarze pilnujcych ich
Kobiet-Zjaw. Inni byli z kolei pasywni i pokorni niczym cielta.
Najbardziej zaszokowa mnie jednak widok Barona Kapitana Armiada, wyranie
usiujcego dobi targu z jedn ze straniczek ukrytych pod pancerzem z koci soniowej.
Jaki otr, ktry chyba nie pochodzi z naszego okrtu, trzyma na postronku grup okoo
szeciu chopcw; lina uwizana bya wok ich karkw. Armiad wskazywa na zalety
towaru, jaki przyprowadzi, artujc i popisujc si przed kobiet, ktra jednak
najwyraniej ani go nie rozumiaa, ani nie chciaa go sucha. Zapewne Armiad uwaa, e
jest to najlepszy i najbardziej zyskowny sposb na pozbycie si czci swej ludnoci, ktr
uwaa za nazbyt liczn. Poniewa mieszkacy Maas-chanheem nienawidzili handlu
niewolnikami, wola swj proceder uprawia skrycie.
W poowie rozmowy, z wulgarnym umiechem na twarzy, Armiad przypadkowo
spojrza w nasz stron i zobaczy mnie oraz von Beka. Krzykn z furi:
- To szpiedzy, wyrzutki spoeczestwa! W taki sposb zamierzalicie zemci si na
mnie, gdy odkryem wasz perfidi!
Uniosem rce do gry, chcc mu pokaza, e nie zamierzamy miesza si w jego
sprawy. Nie przekonaem go jednak. Wyrwa lin z rk swego sugi i nie przestajc krzycze
ruszy w nasz stron.
- apcie tych cholernych niewolnikw! - wrzasn do zaskoczonej Kobiety-Zjawy, po
czym doda: - Moecie ich przeznaczy na swoj dzisiejsz kolacj, a ja bd yczy wam
smacznego. Chod, Rooper, zmieniamy plany. - Dopadszy do mnie, zatrzyma si. Jego twarz
nabiega krwi. Spojrza mi prosto w oczy. - Flamadin, ty renegacie. Dlaczego si za mn
wczysz? Czy miae zamiar mnie szantaowa i oczernia? Aby tym bardziej pogry
mnie w oczach innych Baronw Kapitanw? No c, prawda jest taka, e wcale nie
zamierzaem sprzedawa tych modziecw. Miaem zamiar ich uwolni.
- Nie interesuj mnie twoje sprawy, Armiad - odparem zimno. - A tym mniej twoje
kamstwa.
- Uwaasz wic, e ja kami?
Wzruszyem ramionami. - Przybyem tu, aby porozmawia z Kobietami-Zjawami.
Moesz dalej zaatwia swoje interesy. Rb sobie, co tylko chcesz. Naprawd nie chciabym
mie z tob nic wsplnego, Baronie Kapitanie.
- Nadal wyraasz si wyniole, nazbyt wyniole jak na wygnaca i niedoszego
morderc swych krewnych.
Odstpi o krok. Zamachn si w moj stron. Uskoczyem. Spod ubrania wycign
dugi n. Na Zgromadzeniu nie wolno byo mie broni. Wiedzielimy o tym. Nawet von Bek
zostawi swj pistolet Bellandzie. Rzuciem si naprzd, chcc uchwyci go za przegub doni,
ale zdy si wymkn. Przez chwil sta, dyszc niby pies. Spojrza na mnie i ruszy do
ataku, z noem nad gow.
Tym razem jednak w pawilonie rozlegy si krzyki protestu, zamano bowiem
wielowiekowe Prawo Zgromadzenia. Usiowaem si broni, wzywajc von Beka na pomoc.
Mj przyjaciel jednak, jak si okazao, zaatakowany zosta przez pachoka Armiada i sam
musia broni si przed ciosem noa.
Powoli wycofywalimy si ku wyjciu z wielkiego namiotu, wzywajc pomocy, a
jednoczenie nakaniajc Armiada i Ro-opera do opamitania. Ich postpowanie niepotrzebnie
zwracao uwag zgromadzonych.
Wreszcie rozdzielia nas gromada mczyzn i kobiet, odcigajc Armiada i jego zbira
do tyu, zabierajc im noe.
- Ja si tylko broniem - powiedzia Armiad - przed tym ajdakiem. Przysigam, e to
oni przynieli tutaj noe.
Nie sdziem, aby ktokolwiek uwierzy w t historyjk, ale pewien przysadzisty
mieszkaniec Draachenheem splun mi pod nogi.
- Chyba mnie znasz, Flamadinie. Byem jednym z tych, ktrzy wybrali ci na naszego
Wadc. Ty jednak wzgardzie nami, a nawet gorzej. Masz szczcie, e nie mona tutaj
przelewa krwi, Flamadinie. Gdyby nie to, sam wzibym n do rki, aby ci zabi! Zdrajca!
Szarlatan!
Splun raz jeszcze.
Teraz niemal wszyscy spord zgromadzonych przypatrywali mi si z wrogoci.
Tylko kobiety, przesonite swymi nieprzeniknionymi maskami, patrzyy na mnie w
inny sposb. Miaem wraenie, e poznay mnie i s zainteresowane moj osob.
- Kiedy skoczy si Zgromadzenie, znajdziemy ci od razu, Flamadinie! - krzycza
Draachenheemczyk. Odwrci si i poszed w kierunku zagrd z niewolnikami.
Armiad by najwidoczniej tak samo jak i ja zaskoczony faktem, i uwierzono w jego
bajeczk. Poprawi swoje ubranie. Kaszln i odchrzkn, po czym zwrci si do
zgromadzonych:
- Kto jeszcze omieli si pogwaci nasze odwieczne prawa?
Byli tacy, ktrzy mu nie uwierzyli. Przewaali jednak ci, ktrzy mnie nienawidzili i
przypisywali mi niezliczone zbrodnie poza tymi, ktre byy powszechnie znane!
- Armiad - powiedziaem - zapewniam ci, e nie zamierzaem miesza si w twoje
sprawy. Przybyem tu wycznie po to, aby odwiedzi Kobiety-Zjawy.
- Kt inny, jak tylko handlarz niewolnikw, odwiedzaby Kobiety-Zjawy? - zawoa
Armiad w kierunku tumu.
Szeroki w barach starszy mczyzna przepchn si w naszym kierunku. Mia ze sob
lask niemal dwa razy dusz od niego. Na jego obliczu malowaa si powaga i przekonanie
o wielkim znaczeniu swojej funkcji.
- adnych sprzeczek, adnej walki, adnych pojedynkw. Takie s nasze prawa. Idcie
kady w swoj stron, askawi panowie i nie zawstydzajcie nas swym postpowaniem.
Kobiety-Zjawy interesoway si ju tylko mn. Przypatryway mi si bardzo uwanie i
dyskutoway midzy sob. Usyszaem imi Flamadin, ktre powtarzao si w tych
rozmowach. Skoniem si przed nimi.
- Jestem tutaj jako przyjaciel rasy Eldrenw. Nie uzyskaem odpowiedzi. Kobiety
wydaway si rwnie nieporuszone jak ich maski.
- Chciabym z wami porozmawia - nie ustpowaem. Wci brak odpowiedzi. Dwie
spord kobiet odwrciy si ode mnie.
Armiad wci robi szum wok siebie, przypisujc mi win za wszystko. Starzec,
ktry sam siebie nazywa Mediatorem, by niewzruszony. Nie liczyo si dla niego, kto
rozpocz spr - wszelkie zwady byy zakazane, dopki trwa Zgromadzenie.
- Obydwaj bdziecie zamknici na swych statkach i nie wolno wam wychodzi pod
kar mierci. Tak mwi Prawo.
- Ale ja przecie musz porozmawia z Kobietami-Zjawa-mi - powiedziaem, dodajc:
- Po to wanie tutaj przybyem. Nie mam zamiaru wdawa si w spory z tym samochwaem.
- Do ju wyzwisk! - przerwa mi Mediator. - W przeciwnym razie kara moe by
jeszcze surowsza. Wracajcie na Zmarszczon Tarcz, askawi panowie. Musicie tam pozosta,
dopki nie zakoczy si Zgromadzenie.
Von Bek mrukn: - Nic ju teraz nie zrobisz na oczach tych ludzi. Bdziesz musia
poczeka do nocy.
Armiad rzuci mi zoliwe spojrzenie. Nie wtpiem, e obmyla ju zemst i moj
zgub. W obecnej sytuacji mao kto obwiniby go, gdyby kaza mnie uwizi czy skaza na
mier pod byle pretekstem zaraz po zakoczeniu Zgromadzenia.
Jego myli byy na tyle prymitywne, e nietrudno byo je odczyta.
Niechtnie ruszyem w kierunku statku, wesp z Armia-dem. Eskortowa nas
Mediator wraz z grup ludzi, ktrzy zapewne byli wybrani po to, aby pilnowa tutaj
przestrzegania Prawa. Stao teraz przede mn trudne zadanie, jeli chciaem opuci statek i
dotrze do Kobiet-Zjaw.
Obejrzaem si przez rami. Stay w zwartej grupie i przyglday mi si, zapominajc
o wszystkim innym. Stao si oczywiste, e kobiety byy bardzo zainteresowane moj
ewentualn wizyt, tyle e nie miaem pojcia, dlaczego, ani te, co maj zamiar ze mn
zrobi.
Kiedy dotarlimy na pokad, Armiad pozwoli ludziom Mediatora odprowadzi nas do
naszych pierwotnych kwater. By rozradowany. Koniec kocw, sprawy potoczyy si dla
niego korzystnie. Nie wiedziaem, o co zamierza nas oskary, ale ani przez chwil nie
wtpiem, e mia ju gotowy plan.
Jego sowa, gdy poegna nas, nim skierowa si w stron swych pokoi, brzmiay
wrcz radonie:
- Ju niedugo, askawi panowie, bdziecie marzy o tym, e to Kobiety-Zjawy was
uwiziy i oddzielaj wam ciao od koci, jedz was po kawaku, podczas gdy reszta waszego
ciaa piecze si jeszcze w ogniu.
Von Bek unis brwi.
- Wszystko jest przyjemniejsze od twojej kuchni, Baronie
Kapitanie.
Armiad wzdrygn si, starajc si zrozumie, o co chodzi. Potem rzuci nam
piorunujce spojrzenie i poszed.
W chwil pniej usyszelimy, jak za naszymi drzwiami zamykaj si kraty.
Moglimy jeszcze, co prawda, wychodzi na balkon, ale stamtd byoby trudno dosta si na
najbliszy z pokadw; nie byo te pewnoci, czy Armiad celowo nie pozostawi nam tej
drogi ucieczki, aby mc atwiej nas zapa. Musielimy by teraz bardzo przezorni
poszukujc drogi ucieczki. Zapewne jeszcze ta noc bdzie spokojna, ale to nic pewnego.
- Wtpi, aby on by tak subtelny, jak przewidujesz - powiedzia von Bek. Rozglda
si wanie za czym, co mogoby suy jako lina.
Ja, ze swej strony, miaem o czym myle. Usiadem na ku, mechanicznie
pomagajc mu wiza ze sob koce. Rozmylaem wci o wydarzeniach tego poranka.
- Kobiety-Zjawy rozpoznay mnie - powiedziaem. Von Bek wyglda na
rozbawionego.
- Jak i wikszo obecnych tam ludzi. Nie masz tutaj zbyt wielu przyjaci!
Pogwacenie przez ciebie tradycji uchodzi tu za wielk zbrodni, a jeszcze prba
zamordowania siostry! Taka propaganda jest mi znana. Moi rodacy czsto si ni posuguj.
Jakie bdziesz mia szans, nawet jeli uda ci si opuci ten statek? Wikszo ludzi, poza
moe Niedwiedzimi Ksitami i Kobietami-Zjawami, bdzie ci ciga. Dokd zatem
uciekniesz, przyjacielu?
- Przyznam, e wanie mylaem o tym samym - umiechnem si. - Liczyem, e
moe ty mi co podpowiesz.
- Naszym pierwszym zadaniem musi by przegld wszelkich moliwych drg ucieczki
- powiedzia. - Gdy ktr wybierzemy, bdziemy musieli czeka na zapadnicie zmroku.
Przedtem nie ma co prbowa.
- Obawiam si - wtrciem przepraszajco - e moje towarzystwo nie przynioso ci
szczcia. Zamia si.
- Nie miaem chyba wielkiego wyboru, przyjacielu. Czy nie tak?
Obecno von Beka bardzo poprawia mi nastrj i byem mu za to bardzo wdziczny.
Gdy omwilimy wszystkie sposoby wydostania si na wolno (przy czym aden z nich nie
wydawa si zbyt bezpieczny), pooyem si na ku i zastanawiaem si, dlaczego Kobiety-
Zjawy tak mi si przypatryway. Czyby pomyliy mnie, o ironio, z moj siostr Sharadim?
Nadesza noc. Zdecydowalimy si na najbardziej oczywist drog ucieczki: przez
balkon, dalej po najbliszym maszcie, a potem w d po olinowaniu. Nie mielimy adnej
broni, bowiem von Bek odda swj pistolet Bellandzie. Liczylimy, e uda nam si uciec
nawet wtedy, gdy zostaniemy zauwaeni.
Wyszlimy na zimne powietrze, obserwujc w oddali okoo setki ognisk, syszc
odgosy nawoywa ludzi rnych ras i kultur. Niektrzy z nich nie byli nawet ludmi, a
mimo to witowali na Zgromadzeniu wraz z innymi. Von Bek sporzdzi co w rodzaju haka,
wykonanego z kawaka drewnianego mebla. Zamierzalimy zaczepi nim najblisz lin i
przycign j bliej. Poleci mi by w gotowoci, po czyni zarzuci hak. Rozleg si dwik
uderzenia, ale hak nie zaczepi si. Jeszcze cztery czy pi nastpnych rzutw nie przynioso
efektu, a wreszcie udao si. Popuszczaem lin do momentu, gdy von Bek da mi wreszcie
znak. Kocwk naszej liny przywiza do balustrady.
- Teraz - wymamrota - pozostao nam jedynie liczy na szczcie. Mam i pierwszy?
Potrzsnem przeczco gow. Poniewa caa ta kabaa bya wynikiem moich obsesji,
wypadao, abym to wanie ja wzi na siebie gwne ryzyko. Przeszedem na drug stron
balustrady, po czym zaczem pi si po linie.
W tym wanie momencie z gry rozleg si triumfalny gos:
- Zodzieje uciekaj! apa ich, szybko!
Nagle cay statek oywi si, pojawio si mnstwo ludzi, kierujcych snopy wiata ze
swych latarni na mnie, wiszcego na linie i niezdolnego do marszu ani do przodu, ani do tyu,
a take na von Beka, ktry tkwi przy balustradzie.
- Poddajemy si! - krzykn von Bek w moim kierunku. - Wracajmy do naszego
wizienia!
Syk odpowiedzi Armiada przepeniony by nienawici:
- O nie, moi panowie. Musicie spa na pokad i nim was zapiemy, poama sobie
troch koci.
- Jeste bkartem o zimnym sercu i parweniuszem, pozbawionym dobrych manier -
rzuci mu von Bek. Zacz poluzo-wywa koniec liny przywizany do belki. Czyby chcia
mnie zabi? Nastpnie podskoczy, chwytajc lin poniej mnie i zawoa: - Trzymaj si, Herr
Daker!
Wze rozwiza si, my za polecielimy z du szybkoci w kierunku masztu,
uderzajc po drodze o wysmoowane liny, ktre odzieray nam skr z twarzy i rk, ale
rwnie strcay naszych wrogw z najbliszych posterunkw. Zaczlimy zazi po linach
coraz niej.
Cay kadub roi si teraz od uzbrojonych ludzi i nawet postawienie stopy na pokadzie
nie dawao gwarancji, e zaraz nie obskoczy nas czereda napastnikw.
Spogldajc w d wyjrzelimy przez najblisz balustrad.
Nie byo drogi zejcia, nie byo nawet czego si chwyci.
U gry rozleg si dziwny grzechot. Spojrzaem tam i, ku memu zdziwieniu,
zauwayem wysok kobiet, ubran w biay pancerz, ktra opuszczaa w naszym kierunku
dug lin. Pod pach trzymaa miecz, a z nadgarstka zwiesza si jej na rzemieniu bojowy
topr. Wyldowaa obok nas, machajc swym orem w powietrzu.
Co w istocie zrobia ona Maaschanheemczykom, nie wiem, ale wydawao mi si, e
padaj pocici na kawaki. Daa nam znak, abymy podyli za ni, na co oczywicie chtnie
przystalimy. Teraz na pokadzie wida byo ju okoo tuzina Ko-biet-Zjaw. Gdzie si ruszyy,
tam nikt nie way si zastpi im drogi.
Usyszaem miech Armiada, miech bardzo nieprzyjemny. O map nie zadawi si
tym miechem.
- egnajcie, przeklte psy. Zasugujecie na swj los. Czeka was to, co najgorsze i
czego nawet ja bym nie wymyli!
Kobiety-Zjawy uformoway wok nas ywy mur, poruszajc si szybko i niszczc
przed sob wszelki opr.
Ju za moment znalelimy si poza statkiem, a kobiety prowadziy nas w stron
wasnego okrtu.
Zrozumiaem, e zamay wszelkie prawa Zgromadze.
C mogo by dla nich a tak wane, e podjy to wielkie ryzyko? Bez Zgromadze
bdzie im bardzo trudno zdoby nowych niewolnikw - mczyzn. Ich rasa moe wygin!
Usyszaem gos wstrznitego von Beka:
- Co mi si wydaje, mj przyjacielu, e jestemy bardziej ich winiami ni gomi.
C u licha mogyby z nami robi? Jedna z kobiet powiedziaa ostro:
- Uciszcie si. Nasza przyszo, caa nasza egzystencja s teraz pod znakiem
zapytania. Przybyymy, aby was odnale, a nie po to, aby z kimkolwiek walczy. Musimy
teraz szybko std znikn.
- Odej? - zapytaem, a mj odek skurczy si ze strachu. - Dokd nas zabieracie?
- Do Gheestenheem, oczywicie. Von Beka chwyci dziki miech.
- No nie, jak dla mnie to za wiele. Uciekem przed torturami Hitlera tylko po to, aby
zosta witeczn gsi, upieczon na ronie. Licz, pani, e znajdziesz moje ciao
smacznym. Jestemy zbyt szczupli jak na to, co nas czeka.
Wniesiono nas na pokad jednej z ich wysmukych odzi i ci-nito w kt. Rozleg si
szmer wiose.
- No c, von Bek - zwrciem si do przyjaciela. - Przynajmniej bdziemy mieli
sposobno, na wasn rk, przemkn tajemnice Gheestenheemu!
Usiadem i wyprostowaem si. Nikt mi nie przeszkadza, gdy oparszy si na
drewnianym siedzeniu wyjrzaem przez burt i spojrzaem na czarne wody.
Za nami pozostay ognie i cienie Zgromadzenia. Wiedziaem, e ju nigdy ich nie
zobacz.
Zwrciem si w stron kobiety sterujcej naszym statkiem:
- Dlaczego tak wiele ryzykujecie? Chyba nie bdziecie mogy ju nigdy przyby na
adne Zgromadzenie, czy tak? Wci nie wiem, czy mam wam dzikowa za uwolnienie, czy
nie!
Rozwizywaa swj pancerz i staraa si zdj pokryw, zasaniajc twarz.
- Sam to musisz oceni - powiedziaa - gdy ju znajdziemy si w Gheestenheem.
Zdja wreszcie przybic.
Bya to ta sama kobieta, ktr widziaem przedtem. Wpatrujc si w jej przeliczne
rysy, przypomniaem sobie sen, jaki mi si kiedy przyni. Rozmawiaem wtedy z Ermizhad.
Powiedziaa mi, e nie moe przyjmowa innych wciele, tak jak ja, ale jej duch moe wej
do innego ciaa; musi to by jednak ciao takie jak jej. Powiedziaa te, e zawsze bdzie mnie
kocha. Nie znalazem jej w tej osobie, ale zy potoczyy si po moich policzkach.
- Czy to ty, Ermizhad? - spytaem. Kobieta przypatrywaa mi si zdumiona.
- Nazywam si Alisaarda - odrzeka. - Dlaczego paczesz?

KSIGA DRUGA

Pamitliwi, idziemy drogami swego wygnania


wrd byszczcych gwiazd; Nieskoczone s godziny czasu, ktre wydzieramy nocy,
wrd niekoczcych si dni. Wrd uroczystej wesooci, gwiazdy ukryte na
nieboskonie
tacz zalotnie; Tchnienie bzu rozchodzi si wrd jaskrawych wiate,
mienic si zieleni i bkitem, Ale zapadajca noc, spowita w mrok, powoduje,
e zacieraj si kontury rzeczy, Wzywajc nasze oddane serca, aby powrciy
ze swych nieustannych wdrwek; Wzywajc pikno, aby poczyo si z piknem i
podyo
na zew czarodzieja Utracone godziny mioci, ktre spony
w odwiecznym ogniu. I liczne, niemiertelne twarze, rzucajce cie
na poblad ziemi I sabi, niemiali, krcy niczym ma,
w kierunku twej biaej doni. Ach, kime jestem, aby wznosi si i growa
nad bogini zmroku?
A.E. (George Russell), Afrodyta

Niewiele pamitam z tej podry, trwajcej a do witu dnia nastpnego. Wstao


soce: czerwone, masywne i zimne. Odbijao si w kropelkach rosy, nadajc falom rowy i
szkaratny poblask. Wia silny wiatr, wypeniajcy biay agiel. My sami, podobnie jak
powierzchnia wody, na skutek sonecznego blasku rwnie mienilimy si kolorami tczy.
Przed nami zaczo si ukazywa stopniowo co, co przypominao zestaw
gigantycznych fontann; dopiero po chwili uzmysowiem sobie, e nie bya to woda, lecz
wiato - potne kolumny wiata, spywajcego z nieba i owietlajcego znaczn
powierzchni wody. Wok przeleway si wzburzone, pokryte pian i mtne fale, gdy
ograniczona wietlistymi kolumnami tafla wody bya spokojna.
Von Bek poszed na dzib, jedn rk trzyma si napronej liny, drug za
przesania oczy przed blaskiem z gry. By wyranie podekscytowany. Jego skra byszczaa
wieoci. Wyglda jak przywrcony do ycia. Ja take z ulg przyjmowaem unoszc si
w powietrzu par wodn gst od soli, bowiem oczyszczaa ona moj skr od oleistego
smaru.
- Ale to cud natury! - wykrzykiwa von Bek. - Jak mylisz, Daker, skd to si bierze?
Potrzsnem gow.
- W moim przekonaniu jest to najzwyklejsza magia.
Zaczem si dziko mia, zrozumiaem bowiem ca ironi moich sw. Wychylajc
sw ciemnorud gow, Alisaarda wysuna si na pokad.
- Ach - powiedziaa z powag - zapewne widzielicie Wejcie.
- Wejcie? - zdziwi si von Bek. - Wejcie dokd?
- Oczywicie wejcie do Gheestenheem - odpara, znajdujc jego naiwno czarujc.
Nie wiedzie czemu, przeszya mnie zazdro. Dlaczego ta kobieta jest wanie dla niego taka
mia? Nie bya moj Ermizhad. Trudno mi jednak byo zaakceptowa t myl, tak bardzo j
przypominaa.
Obrcia si w moj stron.
- Czy dobrze spae? Spae przez ca noc, ksi Flama-dinie?
Ton jej gosu peen by wspczucia, ale i rozbawienia. Bardzo si to kcio z moimi
wyobraeniami o tych kobietach, jako o okrutnych posiadaczkach niewolnikw i ludoerczy-
niach. Z wasnego dowiadczenia wiedziaem take, i bardzo czsto zdarza si, e kultury o
cechach penych humanizmu, godnoci i nowoczesnoci maj jedn jedyn cech, ktra, cho
dla nich bardzo zwyczajna, moe si innym wydawa bardzo dziwn i odraajc. Mimo
wszystko, kobiety te miay t przewag, e mogem je utosamia z Eldrenkami.
- Czy same siebie take nazywacie Kobietami-Zjawami? - zapytaem j, gwnie
dlatego, aby zwrci na siebie jej uwag.
- Nie. Ale ju dawno temu odkryymy, e nasz najsilniejsz broni moe by
podsycanie lku u innych. Nasze pancerze speniaj wiele poytecznych celw, zwaszcza na
pokadzie tych dymicych kadubw, a przy okazji maj ucielenia pewn tajemnic,
straszc tych, ktrzy mieliby ochot na obraanie nas lub na agresj.
- Jak wobec tego same siebie nazywacie? - zapytaem, nie bardzo interesujc si jej
odpowiedzi.
- Jestemy kobietami z rasy Eldrenw - odrzeka.
- A wic wasz lud mieszka w Gheestenheem? - moje serce zaczo bi mocniej.
- Kobiety tak - powiedziaa. - Kobiety mieszkaj w Gheestenheem.
- Tylko kobiety? Nie macie mczyzn?
- Mamy, ale jestemy od nich odseparowane. To by exodus. Eldreny zostay wyparte
ze swego rodzinnego wiata przez barbarzycw, ktrzy sami siebie zwali Mabdenami.
Wszdzie szukaymy ucieczki, ale w efekcie zostaymy oddzielone od mczyzn. Dlatego
od wielu stuleci musimy si rozmnaa dziki mczyznom pochodzcym spord ludzi. Z
takich zwizkw moemy rodzi jedynie dziewczynki. Umoliwia nam to zachowanie
gatunku, ale nie jest dla nas przyjemne.
- Co dzieje si potem z owymi mczyznami?
Zamiaa si, odrzucajc gow tak, i wydawao si, e Soce swymi promieniami
zapali jej wosy.
- Mylisz pewnie, e utuczymy ci i zarniemy na uczt, ksi Flamadinie? Dowiesz
si wszystkiego, gdy przybdziemy wreszcie do Gheestenheem!
- Dlaczego podjycie tak wielkie ryzyko, aby nas uratowa?
- Wcale nie zamierzaymy was ratowa. Nie wiedziaymy, e jestecie w
niebezpieczestwie. Chciaymy jedynie porozmawia. Widzc za, co si dzieje,
zdecydowaymy si wam pomc.
- Przybyycie wic, aby mnie pojma?
- Aby porozmawia. Moe wolaby wrci na ten cuchncy statek?
Bez wahania odrzuciem wszelkie pomysy powrotu na Zmarszczon Tarcz.
- Kiedy wreszcie dowiem si wszystkiego?
- Kiedy znajdziemy si w Gheestenheem - odpara z naciskiem. - Popatrzcie!
Kolumny wiata byy ju cakiem blisko, mimo e okrt jeszcze do nich nie dotar.
Nasz biay statek owietlony by jaskrawo odbitym od wody wiatem. Pocztkowo sdziem,
e kolumny s biae niczym marmur, ale okazao si, e janiej wszystkimi barwami tczy.
Sterniczki dwoiy si i troiy, aby tylko unikn zderzenia z ktrkolwiek z kolumn.
- Ich dotyk jest bardzo niebezpieczny - wyjaniaa Alisa-arda. - Taki statek jak nasz
moe spali si w przecigu kilku sekund.
Byem olepiony rozproszonym wiatem. Odniosem wraenie, jakby u podstaw
kolumn przewalay si jakie ogromne fale, mogce przewrci stateczek i wcign go w
ktr z nich. Nasza zaoga miaa jednak wielkie dowiadczenie. Nagle przebilimy Wejcie i
zaczlimy posuwa si po powierzchni wody w absolutnej ciszy. Spojrzaem ku grze.
Jakbym by w wielkim, nie majcym koca tunelu. Panowaa tu atmosfera spokoju, mogca
rozproszy wszelkie obawy przed dalsz eglug.
Von Bek osupia.
- To niesychane! Czy to nie jest prawdziwa magia? Alisaarda odrzeka: - Czy jeste
rwnie zabobonny jak wszyscy, hrabio von Bek? Mylaam ju, e nie.
- To przekracza wszystko, co mogem sobie wyobrazi - odrzek z umiechem. - Czy
to moe nie magia?
- Traktujemy to jako zjawisko cakowicie naturalne. Tak dzieje si zawsze wtedy, gdy
nasz wiat spotyka si z innym wiatem. Tworzy si wtedy co na ksztat wiru. Jeli kto ma
do odwagi lub ciekawoci, aby wej w ten wir, moe si dosta do wszystkich Sfer Koa.
Mamy mapy, ktre pomagaj nam okreli, kiedy i gdzie tworz si takie przejcia, dokd
prowadz i tak dalej. Poniewa drogi te s regularne i atwe do przewidzenia, trudno je
okreli jako magi. Czy taki opis wam wystarczy?
- Doskonale, madame - von Bek unis brwi. - Czy jednak zdoabym przekona
Alberta Einsteina o istnieniu takiego tunelu, tego nie wiem.
Oczywicie nie bya w stanie zrozumie jego sw, umiechna si jednak. Wida
byo, e Alisaardzie spodoba si von Bek. Do mnie zwracaa si znacznie chodniej; nie
miaem pojcia, dlaczego chyba, e take i ona uwierzya w historyjki o moich zbrodniach i
zdradach. Dlaczego mnie chciano porwa? Te kobiety chciay mie przecie Sharadim, moj
bliniacz siostr. Moe pragny ofiarowa jej mnie, w zamian za pomoc? Byem przecie
banit. Handel mczyznami to dla nich nic nadzwyczajnego. Czybym by tylko rodkiem
patniczym?
Myli te szybko jednak wywietrzay mi z gowy, gdy tylko statek zacz wirowa.
Rzucio nami potnie, a potem wirowalimy bezustannie, ale nie na tyle szybko, aby mogo
to wyrzuci nas z pokadu. Potem zaczlimy unosi si w powietrze. Wygldao na to, e
jestemy wcigani w tunel, ktry chce nas wessa do innego wiata. Okrt przechyli si tak
mocno, e obawiaem si wyrzucenia za burt, jako jednak udao si nam utrzyma
rwnowag. Pynlimy teraz tunelem, zupenie jakby bya to egluga po rzece. udziem si,
e zobacz brzegi tej rzeki, ale nie byo tam nic, poza wiatoci w kolorach tczy. Znowu
byem bliski szlochu, tym razem powodem byo pikno i przedziwny czar otoczenia.
- To zupenie tak, jakby zgromadzono tutaj promienie wicej ni jednego soca -
powiedzia von Bek, stajc tu obok mnie. - Bardzo chciabym dowiedzie si jak najwicej o
Szeciu Sferach.
- Tak jak ja to rozumiem, Wielowiat skada si z tuzinw rnie skonstruowanych
ukadw - powiedziaem - jak te z rnych rodzajw gwiazd i planet podlegajcych
odmiennym prawom fizyki. Dla nas, mieszkacw Ziemi, wiele z tych spraw jest niemoliwe
do ogarnicia umysem, to wszystko. Dlaczego tak si dzieje, nie mam pojcia. Niekiedy
wydaje mi si, e nasz wiat jest zaledwie koloni dla niedorozwinitej, okaleczonej rasy,
skoro tak wiele innych ras traktuje Wielowiat jako co cakowicie normalnego.
- Mgbym sobie szczliwie y w wiecie, gdzie takie widoki jak ten spotyka si na
kadym kroku - odpar von Bek.
Nasz okrt mkn szybko wietlistym tunelem. Zauwayem jednak, e sterniczka ma
wci napit uwag. Stao si jasne, e moe nam zagraa jakie nowe niebezpieczestwo.
W chwil pniej statek zaczai zmienia sw pozycj, groc tym, i moe si
pogry w ciemnym niczym smoa mroku. Zaoga pokrzykiwaa na siebie gorczkowo,
jakby przygotowujc si na co. Alisaarda polecia nam trzyma si z caej siy burty.
- I mdlcie si, abymy dotarli bezpiecznie do Gheesten-heem - dodaa. - Te tunele
znane s z tego, e wsysaj zawarto i wtrcaj podrnych w swoje czelucie!
Ciemno bya tak gboka, e nie widziaem nikogo spord moich towarzyszy
podry. Czuem niepokj i niepewno, syszaem trzeszczenie statku; po chwili, stopniowo,
zaczo si robi coraz janiej. Znowu pynlimy po zwykych wodach, a wok nas janiay
promienne kolumny wiata - tym razem wiato to byo nieco sabsze ni poprzednio.
- Przepynlimy! Przepynlimy! - krzyczaa Alisaarda.
Okrt nasz podskakiwa i szarpa si, mknc midzy kolumnami, kierowany pewn
rk sterniczki i poruszaniem wiose. Jeszcze jedna wysoka fala i byo po wszystkim.
Pynlimy ku odlegemu wybrzeu, ktre, nie wiedzie czemu, przypominao mi zwieczone
soczyst zieleni, kredowe skay Dover.
Nad bkitn tafl wd rozbyso zociste soce. Na niebie wisiay mae, biae
chmurki. Zapomniaem ju niemal, jak rado moe sprawi pogodny, letni krajobraz. Jak
sdz, upyno kilka nieskoczonoci, odkd po raz ostatni widziaem takie widoki. Chyba
wtedy, gdy byem razem z Ermiz-had.
- Mj Boe! - wykrzykn von Bek. - Czy to nie Anglia? A moe Irlandia?
Sowa te oczywicie nic dla Alisaardy nie znaczyy. Potrzsna gow:
- Hrabio von Bek, jeste skarbnic dziwnych nazw. Zapewne wiele w swym yciu
podrowae? Rozmieszyo go to.
- Teraz to ty jeste naiwna, pani. Mog ci zapewni, e moje podre byy niczym
wobec tej, jak teraz odbylimy!
- To, co niezwyke, zazwyczaj jest najbardziej egzotyczne - powiedziaa, cieszc si
podmuchami ciepego wietrzyku. Zdja pozostae czci swego pancerza, aby wystawi sw
skr na dziaanie sonecznych promieni. Podobnie uczyniy pozostae kobiety.
- Maaschanheem to ponury wiat. Ponury wiat i ponure tam s wody.
Spojrzaa przed siebie. Skay rozstpoway si, tworzc wielk zatok. Brzeg zatoki
stanowio nabrzee, za ktrym z trzech stron wznosio si nad powierzchni wody miasto.
- Oto Barobanay! - powiedziaa Alisaarda z odcieniem ulgi w gosie. - Tu moemy
znowu by sob. Nie znosz tej maskarady.
Zdja z siebie resztki biaego pancerza.
Przy nabrzeach Barobanay przycumowane byo cae mnstwo statkw, aden z nich
nie by jednak podobny do naszego. Zgadywaem, e biay wystrj statkw by jedn z form
kamuflau, jak stosoway Kobiety-Zjawy wzgldem innych, aby budzi w nich strach.
Nasz okrt zwolni, wiosa przestay pracowa, a cumy rzucono w kierunku modych
kobiet i mczyzn, stojcych na nabrzeu, ktrzy okrcili je wok pachokw. Kobiety byy
bez wtpienia Eldrenkami, natomiast mczyni ludmi. Obie
pcie nie sprawiay wraenia niewolnikw. Zwrciem na to uwag Alisaardy.
- Poza tym, e s pozbawieni pewnych, bardzo szczeglnych praw - powiedziaa - to
yj tu bardzo szczliwie.
- Ale prawdopodobnie byli tacy, ktrzy mimo wszystko prbowali uciec od tego
szczcia? - zauway przytomnie von Bek.
- Musieliby najpierw znale Tunel Wyjciowy - odpara Alisaarda, gdy nasza d
uderzya o nabrzee.
Pomidzy nabrzeem a statkiem przerzucono pomost i Alisaarda sprowadzia nas na
stay ld. Szlimy przez may, wybrukowany placyk, potem za strom, krt ciek, w
kierunku stojcego na wzgrzu domu, o architekturze zblionej do gotyku. Budowla ta robia
wraenie urzdu.
Wspinalimy si po stopniach wiodcych do budynku, a soce ogrzewao nasze ciaa
swymi promieniami.
- To nasz Dom Rady - oznajmia Alisaarda. - Do skromny, niemniej jest to siedziba
naszych wadz.
- Jest rwnie bezpretensjonalny jak stare niemieckie ratusze - skin z uznaniem gow
von Bek. - Poza tym - doda - jest adniejszy od wszystkiego, co ostatnio widzielimy. Pomyl
tylko, Daker, co mgby zrobi z takiego gmachu wyznaczony przez Armiada Stranik
Skrzy!
Byem tego samego zdania.
Weszlimy do wntrza. Panowa tutaj przyjemny chodek, urozmaicany woni
kwiatw i rolin. Posadzka bya marmurowa, ale wszdzie rozoono pikne dywany. Nie
byo tu zimna, tak charakterystycznego dla skalnych cian. Na cianach rozwieszono barwne
gobeliny, natomiast sufit upstrzony by wyszukanymi, przycigajcymi oko wzorami. W sali
panowaa atmosfera spokoju i godnoci, tym bardziej wic wtpiem, aby te kobiety chciay
mnie uy w charakterze wymiennego towaru.
Starsza kobieta o siwych wosach upitych do gry, wygldajca tak typowo dla
swego wieku, jakby naleaa do rasy ludzkiej, wyonia si z maych drzwi znajdujcych si
po prawej stronie.
- A wic w kocu dae si przekona i przybye do nas, ksi Flamadinie -
powiedziaa ciepo. - Ciesz si z tego bardzo.
Alisaarda przedstawia jej von Beka i opowiedziaa o tym, co si wydarzyo. Starsza
pani miaa na sobie fadzist szat w kolorze czerwonym i zotym. Przywitaa si z nami, po
czym oznajmia, i jest Ogaszajc i ma na imi Phalizaarna.
- Nikt chyba do tej pory nie wyjani ci, ksi, dlaczego waciwie ci szukaymy? -
spytaa.
- Odniosem wraenie, pani, e potrzebujecie pomocy nie mojej, lecz mojej siostry,
Sharadim.
Bya zaskoczona. Daa nam znak, abymy poszli w lad za ni, do izby, penej
najdziwniejszych i najpikniejszych kwiatw. - Skd o tym wiesz?
- Mam w takich sprawach jakby szsty zmys. Czy to prawda?
Zamylia si, pochylajc si nad purpurowym rododendronem. Najwidoczniej
zakopotay j moje sowa.
- Jest prawd, ksi, e niektre spord nas usioway, niekonwencjonalnymi
metodami, sprowadzi twoj siostr, lub choby poprosi j o pomoc w naszych kopotach.
Nie zakazywano im tego, ale, oglnie biorc, patrzono na to niechtnie. Nasza Rada take nie
bya temu przychylna. Takie zblienie z Ksiniczk Sharadim wydawao nam si
niestosowne i barbarzyskie.
- Wynika z tego, e te kobiety nie reprezentuj wszystkich Eldrenw?
- To tylko grupa.
Ogaszajca spojrzaa z dezaprobat w stron Alisaardy, ta za spucia wzrok.
Najwidoczniej Alisaarda bya jedn z tych, ktre wanie przywoyway moj siostr
barbarzyskimi metodami. Dlaczego jednak uratowano mnie z rk Armiada? Dlaczego
mnie tu przywieziono?
Uznaem za stosowne powiedzie co na korzy Alisaar-dzie.
- Musz przyzna, pani - zwrciem si do Ogaszajcej
- e takie wezwania nie s dla mnie niczym nadzwyczajnym.
- Umiechnem si do Alisaardy, ktra przypatrywaa mi
si, mile zaskoczona. - Nie pierwszy to raz, gdy wzywany byem poprzez granice
dzielce rne wiaty. Co mnie zdumiewa, to fakt, i syszaem wezwania kierowane nie do
mnie, lecz do Sharadim.
- To dlatego, e my nie pragniemy wcale Sharadim - wtrcia Alisaarda. - Musz
przyzna, e do wczoraj byam gotowa przysic, i wyrocznia wprowadzia nas w bd.
Byam przekonana, e aden mczyzna rasy ludzkiej nie byby zdolny wej w kontakt z
Eldrenkami, potrzebujcymi pilnie jego pomocy. Oczywicie wiedziaymy o was obojgu.
Wiedziaymy, e jestecie bliniakami. Uznaymy jednak, e wyrocznia pomylia si,
wymieniajc imi Flamadin zamiast Sharadim.
- W tej sprawie toczyo si wiele sporw i to bardzo gwatownych - wtrcia taktownie
Phalizaarna. - Wanie w tej sali.
- Dwie noce temu - cigna Alisaarda - zdecydowaymy si raz jeszcze wezwa
Sharadim. Pomylaymy sobie, e nie ma na to lepszego miejsca ni teren Zgromadzenia.
Przenikaa nas wwczas wielka sia, wiksza ni kiedykolwiek przedtem. Rozpaliymy
ogie, wziymy si za ramiona, skoncentrowaymy si. I wtedy po raz pierwszy
zobaczyymy osob, na ktr czekaymy. Wiesz teraz zapewne, czyj twarz zobaczyymy.
- Bya to, jak sdz, twarz ksicia Flamadina - powiedziaa Phalizaarna, ukrywajc z
trudem satysfakcj. - A potem ukaza si wam fizycznie...
- Pamitaymy, e wyznaczya sterniczk Danifel do kontaktw z ksiciem
Flamadinem, jeli ten pojawi si na Zgromadzeniu. Poszymy do niej, aby oznajmi, e
szukaymy przedtem niewaciwej osoby. Razem poszymy odwiedzi ksicia. Musiaymy
zachowywa ostrono, bowiem naruszaymy obyczaje Zgromadze, a przy tym trzeba byo
bra pod uwag grubiaski charakter Barona Kapitana statku, na ktrym przebywa ksi
Flamadin. Ku naszemu kompletnemu osupieniu spotkaymy ksicia i hrabiego von Beka w
trakcie ucieczki, tote pomogymy im.
- Alisaardo - spytaa cicho Phalizaarna - czy przemylaa zaproszenie ksicia
Flamadina do Gheestenheem? Czy daa mu wybr?
- W tym natoku wydarze nie byo czasu, aby o tym pomyle, pani. Prosz
wszystkich o wybaczenie. Baymy si pocigu.
- Pocigu?
- cigali nas krwioerczy wrogowie, z rk ktrych ocalia nas Alisaarda - wtrci
pospiesznie von Bek. - Zawdziczamy ci ycie, pani. I oczywicie, w caej rozcigoci
przyjmujemy wasze zaproszenie.
Phalizaarna umiechna si. J take oczarowaa staronie-miecka kurtuazja von Beka.
- Jeste prawdziwym dworskim bywalcem, hrabio. Albo raczej urodzonym dyplomat.
- Wolabym to drugie okrelenie, pani. My, von Bekowie, nigdy specjalnie nie
lubilimy monarchw, a jeden z czonkw naszej rodziny by nawet w rewolucyjnym
Francuskim Zgromadzeniu Narodowym!
I tym razem jego sowa nie zostay zrozumiane, brzmiay bardzo dziwnie dla
wszystkich poza mn. W kocu von Bek nauczy si take tego, co ja: nigdy nie powoywa
si w rozmowach na przykady pochodzce z dwudziestego wieku.
- Mimo wszystko nadal nie wiem, czego si po mnie spodziewacie - powiedziaem. -
Zapewniam ci, pani, e jestem tu z wasnej woli, mimo e napotkaem na swej drodze wielu
wrogw, ale chc by z wami szczery. Nie mam pamici jako ksi Flamadin, bowiem
dopiero od kilku dni nim jestem. Jeli liczyycie na to, e Flamadin wie o was, to musz was
rozczarowa.
Syszc to, Phalizaarna rozpromienia si.
- Z ulg sysz te sowa, ksi. Dokadno naszej wyroczni, jak okrela j
Alisaarda, zostaa raz jeszcze potwierdzona. Wszystkiego dowiesz si, gdy zbierze si caa
nasza Rada. Nie mog na razie nic mwi, dopki nie zostan upowaniona.
- Kiedy zbierze si Rada? - zapytaem.
- Dzi wieczorem. Moecie swobodnie zwiedza nasz stolic, jeli pragniecie, lub
odpoczywa. Przygotowano dla was pokoje. Jeli bdziecie potrzebowali czegokolwiek,
ywnoci lub ubrania, powiedzcie. Z wielk przyjemnoci widz ci u nas, ksi
Flamadinie. Baam si ju, e bdzie za pno!
Te tajemnicze sowa zakoczyy nasz rozmow. Alisaarda zaprowadzia nas do
moich pokoi. - Nie oczekiwaymy ci u nas, hrabio, tote przygotowania do godnego
przyjcia ci jeszcze potrwaj. Ale tu s dwie poczone izby, a oe jest wystarczajco
wielkie nawet dla mczyzny twego wzrostu.
Otworzyem drzwi.
- O tym wanie marzyem - powiedziaem zadowolony. Znajdowaa si tu olbrzymia
balia do kpieli, w stylu jakby wiktoriaskim, cho nie byo wida rur kanalizacyjnych.
- Czy moemy w jaki sposb zdoby ciep wod? Wskazaa na co, co wziem
uprzednio za dzwoneczek umocowany na kocu liny:
- Dwa szarpnicia na ciep wod, jedno na zimn.
- Jak woda dociera do balii? - zainteresowaem si.
- Przewodami - odrzeka. Wskazaa na jak dziwn za-tyczk, znajdujc si w jednej
ze cian wanny. - Woda tu dociera i tdy wypywa.
Mwia do mnie tak, jakbym by swego rodzaju barbarzyc, nie znajcym zdobyczy
cywilizacji.
- Dziki - odrzekem. - Z pewnoci ju wkrtce zapoznam si z dziaaniem tych
urzdze.
Mydo, ktre mi daa, byo chropawe niczym pumeks, w zetkniciu z wod stawao si
jednak znacznie przyjemniejsze w dotyku. Pierwszy strumie wody, jaki na mnie spad, omal
mnie nie zabi. Zapomniaa mi powiedzie, e aby otrzyma odpowiedni do kpieli
mieszank ciepej i zimnej wody, naley szarpn trzy razy...
Podczas gdy braem kpiel, von Bek zabawia Alisaard rozmow. Wysza, nim
nadesza jego kolej. Von Bek nie musia eksperymentowa z wod do kpieli, bo mogem mu
suy swym wieej daty dowiadczeniem. Namydlajc si, rechota ze miechu.
- Zapytaem Alisaard, czy ona i ludzie mog mie wsplne potomstwo, krzyowa
si. Zaskoczya j taka myl, cho moga tylko powoywa si na swoje wasne obserwacje.
Najwyraniej te sprawy nie przebiegaj u nich tak atwo. Powiedziaa, e wymagaj sporej
dozy alchemii. Widocznie uy-
waj chemikaliw lub innych rodkw. A moe stosuj sztuczne zapodnienie?
- Niestety, nie znam si na tych sprawach. Niemniej Eld-reny zawsze byy sprytne,
jeli idzie o rodki medyczne. Co mnie zaskakuje, to owa separacja kobiet od mczyzn. Czy
to potomkowie Eldrenw, ktrych znaem, czy ich przodkowie?
- Przestaj nada za twymi mylami - przyzna von Bek i zacz gwizda jak
popularn, jazzow piosenk ze swych czasw (o kilka lat wczeniejszych od mojej epoki
jako Johna Dakera).
Wszystkie izby umeblowane byy podobnie jak reszta Domu Rady - rzebione meble z
twardego drewna, gobeliny, dywany. Przez moje ko przerzucona bya kodra. Samo za
ko, sdzc po jego kunsztownym wykonaniu, musiao by owocem wieloletniej pracy.
Znajdowao si tu wiele kwiatw, a z okien widoczny by dziedziniec, na ktrym wida byo
wirowe alejki, zielone trawniki, a w samym centrum - fontann. Panowaa atmosfera spokoju
i odprenia.
Wydawao si, e wrd tych ludzi mona byo wie radosne ycie. Nie miaem
jednak wtpliwoci - nie po to tutaj przybyem. Przeszy mnie bl niemal fizyczny. Jak bardzo
tskniem za Ermizhad!
- W porzdku - powiedzia von Bek, wycierajc si rcznikiem. - Gdybym nie mia
pewnych porachunkw z kanclerzem Niemiec, to mgbym uwaa Barobanay za wietne
miejsce na spdzenie wakacji, no nie?
- Pewnie - odpowiedziaem machinalnie. - Myl jednak, von Bek, e ju wkrtce
bdziemy mieli pene rce roboty. Te kobiety najwyraniej uwaaj nasze przybycie tutaj za
spraw niezwykle wan. Nadal nie pojmuj, dlaczego wzywano Sharadim, a nie mnie. Czy
Alisaarda przedstawia ci jakie dalsze wyjanienia?
- Sdz, e to sprawa pryncypiw. Nie mieci si jej w gowie, e mczyzna moe
by im w jakikolwiek sposb pomocny! Zapewne opiera to na swym wasnym
dowiadczeniu. Wiem jedynie, e chodzi o morderstwo, czy te prawdopodobnie o
morderstwo.
- Co takiego? O morderstwo, jakiego rzekomo miaem si dopuci? Czy one
naprawd sdz, e ja nadal mam zamiar prbowa zamordowa swoj siostr?
P _ Nie oczywicie, e nie - von Bek przygadzi wosy doni - Czy nie byo ci z
nami, gdy Alisaarda o tym mwia Jak si wydaje, ksi Flamadin prawie na pewno nie yje.
Historyjki spreparowane w Draachenheem s kamliwe, l o Flamadin zosta, jak si wydaje,
zamordowany z polecenia
UznaTto za do zabawne, zamia si bowiem i klepn mnie po ramieniu. - Dziwnie
si plecie na tym wiecie, co,
przyjacielu?
- Istotnie - zgodziem si, a moje serce zabio mocniej. -
Dziwnie si plecie...
- Musimy wam najpierw oznajmi - powiedziaa Phalizaar-na, unoszc si z krzesa,
na ktrym siedziaa pord innych kobiet - e grozi nam wielkie niebezpieczestwo. Od wielu
ju lat usiujemy odnale nasz wasny nard - Eldreny - i przyczy si do nich. Sposb, w
jaki zapewniamy cigo naszej rasy, jest dla nas, jak si zapewne domylacie, odraajcy.
Mczyni, jakich udaje nam si zdoby, traktowani s dobrze i ciesz si wszelkimi
przywilejami, ale jest to sytuacja nienaturalna. Wolaybymy mie dzieci z kontaktw z tymi,
ktrzy maj wolny wybr. Od dawna przeprowadzamy wiele eksperymentw, aby tylko
odnale naszych ludzi.
Kiedy wreszcie ustalimy miejsce ich pobytu, znajdziemy z pewnoci sposb, aby si
z nimi poczy. Na nieszczcie, poszukiwania nie przyniosy nam oczekiwanych skutkw.
Wskutek ustawicznych kompromisw niektre z nas zeszy na z drog. Twoja siostra
Sharadim, na przykad, wie z pewnoci o wiele wicej ni my, ale zachowuje to dla siebie.
- Musicie lepiej nawietli mi te sprawy - powiedziaem. Siedziaem wraz z von
Bekiem naprzeciwko kobiet. Wikszo z nich podobna bya do Phalizaarny, w jej wieku,
cho sporo byo modszych, a jedna czy dwie - starsze. Alisaardy nie byo, nie byo te adnej
spord tych, ktre uratoway nas na statku Armiada.
- Oczywicie, nawietlimy - odpara Ogaszajca. Najpierw jednak zacza mi
opowiada w moliwie najkrtszy sposb dzieje jej narodu od chwili, kiedy to garstka
niedobitkw musiaa si coraz bardziej cofa pod naporem barbarzycw. Zadecydowali w
kocu, e uciekn do innego wiata i tam rozpoczn nowe ycie, aby Mabdenowie nie mogli
ju ich ciga. Przemierzyli rne, nowe wiaty, szukali jednak takiego, gdzie nie byoby
ludzi. Pracowali nad sposobami dotarcia do takiego wiata. Jedni ze zwiadowcw powrcili z
dwiema wielkimi bestiami, ktre przycigay ich dziwnym wygldem. Wiedziano, e owe
bestie maj sposb na to, aby przeby granic dzielc je od ich wasnego wiata. Eldreny
postanowiy wypuci bestie, a potem pody w lad za nimi. Istoty te nie byy
wrogie Eldrenom. Midzy obu gatunkami panowa trudny do zdefiniowania rodzaj
wzajemnego respektu. Eldreny sdziy, e taka koegzystencja umoliwi im spokojne ycie.
Tak wic pierwsza partia, zoona z mczyzn, ruszya z besti pci mskiej do innego wiata.
Kobiety miay ruszy pniej, gdy mczyni upewni si, e droga jest bezpieczna. Czekay
wic, a potem, nie majc wieci o adnym niebezpieczestwie, puciy przed sob besti pci
eskiej, ktra w drodze nagle znikna. Rozlegay si tylko odgosy walki i wida byo, e
bestia chce przekaza jakie ostrzeenie. Kobiety znalazy si wic w nieznanym wiecie, a
bestia, ktra miaa je prowadzi, widocznie zgubia drog lub zostaa porwana.
- Nasza brama musiaa si przesun. W Wielowiecie poszczeglne wiaty przenikaj
si niczym koa zbate w mechanizmie zegarowym. Jeden ruch wahada, a znajdziesz si w
zupenie innym wiecie, nieskoczenie odlegym od tego, ktrego szukae. Tak wanie stao
si z nami. Do niedawna nie miaymy pojcia, co przydarzyo si owej bestii, ktra miaa nas
przeprowadzi. Aby przey, zmuszone byymy uy naszej wiedzy w dziedzinie alchemii,
aby mc rodzi dzieci z ludmi, jakich napotykamy. W kocu uznaymy, e mczyzn
bdziemy kupoway od handlarzy niewolnikami z Szeciu Sfer. Wszystkie sfery przenikaj si
jedynie w okresie Zgromadze, niekiedy jednak nie jest trudno odwiedzi jeden czy dwa
najblisze wiaty. Zagbiymy si w badania nad budow wielo-wiata, nad tym, jak i kiedy
przenikaj si poszczeglne sfery. Dziki naszym psychicznym zdolnociom, tym samym,
ktrym zawdziczamy znalezienie ciebie, udao nam si parokrotnie nawiza przelotny
kontakt z naszymi mczyznami. Jedynym ratunkiem dla nas jest odnalezienie bestii, ktra
mogaby zaprowadzi nas na miejsce. Kilka lat temu przyby nam nowy problem. Zaczy si
wyczerpywa roliny, ktrych uywamy do rozmnaania. Nie wiemy, dlaczego tak si dzieje,
by moe nastpia jaka zmiana klimatyczna. W naszych specjalnych ogrodach moemy
uprawia roliny bardzo podobne do tamtych, ale ich waciwoci nie s identyczne. rda
zaopatrzenia w te zioa szybko si kocz i prawie nie mamy ju dzieci.
Niedugo nie bdziemy ich mie wcale i nasza rasa wyginie. Dlatego wanie nasze
ostatnie dziaania byy tak gorczkowe. Potem spotkaymy kogo, kto powiedzia nam, e
wie, gdzie mona znale nasze bestie. Jednak w caym Wielowiecie istnieje tylko jedna
osoba, ktra jest w stanie je odnale. Osob t jest Wieczny Wojownik. Odezwaa si inna
kobieta:
- Nie wiedziaymy, czy Wieczny Wojownik jest mczyzn, czy kobiet,
czowiekiem, czy Eldrenem. Miaymy tylko Actoriosa, kamie.
- Powiedziano nam, e w kamie pomoe nam ci odnale - powiedziaa
Phalizaarna. Z sakiewki, ktr miaa u pasa, wycigna go, kadc na doni. - Czy go
rozpoznajesz?
Co we mnie mwio, e kamie ten jest mi znany, ale moja pami nie potrafia
przywoa adnego na to dowodu. Rozoyem bezradnie ramiona.
Phalizaarna umiechna si.
- No c, za to ten kamie ci chyba zna.
Klejnot by ciemny i mieni si niewyczerpan rnorodnoci kolorw. Wydawao
si, jakby zmienia ksztat, lec na jej doni. Poczuem pragnienie posiadania tego kamienia.
Miaem nawet zamiar wycign rk i pochwyci go, ale powstrzymaem si.
- Jest twj - odezwa si nagle gos, dobiegajcy zza moich plecw. Von Bek i ja
obejrzelimy si. - Jest twj. We go.
Za nami sta czarny olbrzym, Sepiriz, tym razem nie w -to-czarnym stroju, lecz
spowity w purpur. Przyglda mi si z rozbawieniem i wspczuciem.
- Zawsze bdzie twj, gdziekolwiek go spotkasz - cign. - We go, on ci pomoe i
bdzie suy.
Kamie by ciepy. Trzymajc go dotykao si jakby ywego ciaa. Zadraem,
cisnwszy go w doni. Jakby przekazywa mi wielk dawk energii.
- Dziki - powiedziaem, skaniajc si przed Ogaszajc i Sepirizem. Ukryem
kamie w zawieszonej u pasa sakiewce.
- Czy to wanie ty jeste ich wyroczni, Sepirizie? Czy je wiesz swymi
przepowiedniami tak, jak to robie ze mn? - zapytaem z emfaz.
- Actorios zajmie kiedy miejsce w Piercieniu Krlw - odrzek gigant. - A ty
powiniene mie go zawsze z sob. Teraz jednak stoj przed tob pilniejsze sprawy, Johnie
Daker. Umoliwi ci one zblienie do tego, na czym ci najbardziej zaley.
- To bardzo niejasna propozycja, Rycerzu. Skin gow.
- W bardzo niewielu sprawach wolno mi by konkretnym i jasnym. Rwnowaga jest
obecnie zachowana i nie chc jej narusza. Nie w tym stadium. Czy pani Phalizaarna opisaa
zagubion besti?
- Doskonale pamitam sowa z moich snw. By to smok, ognisty smok. Smok ten, jak
rozumiem, jest winiem - dodaem. - dano, abym ja (czy te Sharadim) uwolni to
stworzenie. Czy wizieniem smoka jest wiat, ktry tylko ja mog odwiedzi?
- Niezupenie tak. Jest on uwiziony w przedmiocie, ktry jedynie ty moesz wzi w
do...
- Znowu ten przeklty miecz! - wykrzyknem, cofajc si o krok i potrzsajc gow.
- Nie! Nie, Sepirizie, nigdy wicej tego nie zrobi! Czarny Miecz jest wcielonym zem. Nie
chc znowu dowiadcza tego, co on ze mn robi.
- To niajest ten sam miecz - odpar spokojnym gosem.
- Nie ma takich waciwoci. Niektrzy twierdz, e wszystkie bliniacze miecze s
takie same, inni - e rni si tysicami cech. Ja w to wszystko nie wierz. Miecz zosta
zmuszony do wchonicia czego na ksztat duszy, demona, czy jak to sobie nazwiesz.
Nieszczliwym zbiegiem okolicznoci bestia pci eskiej, w wanie smok, zosta
wchonity i uwiziony w mieczu, wypeniajc jego wntrze - tam te teraz przebywa.
- Smoki s olbrzymie, a miecz...
- Zwyke, potoczne wyobraenia na temat czasu i przestrzeni niewiele ci pomog w
analizie podobnych problemw
- przerwa mi Sepiriz, unoszc gow. - Miecz ten zosta wykuty cakiem niedawno.
Ci, ktrzy go zrobili, nie wykoczyli naleycie swego dziea. Miecz stawa si coraz
zimniejszy. Tymczasem Wielowiat poddawany by gwatownym ruchom, a Chaos i Prawo
wci walczyy o zawadnicie mieczem i jego
bliniakiem. Wymiary paczyy si, historie zmieniay si w cigu sekund, nawet same
prawa natury podlega zaczy przemianom. Wwczas to smok - drugi ze smokw - usiowa
przenikn midzy poszczeglnymi sferami i dosta si do innego wiata. Niestety, w wyniku
nieprzewidywalnych wydarze, w rezultacie owych wielkich zaburze, smok zosta
uwiziony w mieczu. adne wezwania nie mog go uwolni, klinga jest bowiem
przeznaczona do tego, aby kto j zamieszkiwa. Gdy raz kto zostanie tam uwiziony, to jego
uwolnienie moe nastpi tylko w bardzo szczeglnych warunkach. Tylko ty moesz uwolni
smoka. Miecz jest bardzo potny nawet sam, bez ciebie. Gdyby wpad w niepowoane rce,
mgby zniszczy wszystko, co cenimy, by moe na zawsze. Sharadim take wierzy w jego
moc. Syszaa woajce j gosy. Zadawaa pytania i na niektre z nich otrzymaa odpowiedzi.
Teraz pragnie sta si posiadaczk tego wszechwadnego narzdzia i zawadn Szecioma
Sferami Koa. Majc Miecz Smoka moe atwo tego dokona.
- Skd wiesz, e jej zamiary s ze? - zapytaem Sepiriza. - Pord mieszkacw
Szeciu Sfer - w kadym razie wikszoci z nich - uchodzi ona za wzr cnt.
- Sprawa jest bardzo prosta - odezwaa si pani Phalizaarna. - Odkryymy to
wszystko niedawno, w czasie wyprawy handlowej do Draachenheem. Kupiymy tam grup
mczyzn, ktrzy penili sub na dworze. Wielu byo szlachetnie urodzonych. Aby ich
uciszy, Sharadim sprzedaa ich nam. Niekiedy zdarza si - z uwagi na to, e posdza si nas
o zjadanie mczyzn, ktrych kupujemy - e jestemy uznawane za wygodn okazj do
pozbycia si niepodanych ludzi. Niektrzy z tych mczyzn powiadczaj, i Sharadim
zatrua wino przeznaczone dla ciebie, gdy powrcie z ktrej ze swoich wypraw. Przekupia
cz dworzan, a pozostaych aresztowaa jako konspiratorw, najemnikw Flamadina i
sprzedaa nam.
- Czemu chciaa mnie otru?
- Nie chciae jej polubi. Nienawidzie jej przebiegoci i okruciestwa. Przez lata
zachcaa ci do szukania przygd za granic. Odpowiadao to twemu temperamentowi, ona
za zapewniaa ci, e krlestwo jest bezpieczne pod jej rzdami.
Stopniowo jednak zaczynae zdawa sobie spraw z tego, e jest inaczej i e ona
przygotowuje Draachenheem do wojny z innymi wiatami, niszczc wszystko, co uwaae za
dobre i szlachetne. Przysige, e opowiesz ca prawd na najbliszym Zgromadzeniu.
Tymczasem ona zrozumiaa co z tego, co skandoway kobiety Eldrenw. Zorientowaa si
te, e szukaj nie jej, lecz ciebie. Miaa wiele motyww, aby ci zamordowa.
- Jakim sposobem jestem wic tutaj?
- Zgadzam si, to jest zagadkowe. Niektrzy spord owych mczyzn widzieli nawet
twoj mier. Bye podobno sztywny i martwy.
- A co miao si sta z moim ciaem?
- By moe Sharadim je posiada. Mwi si nawet, e odprawia nad nim najbardziej
odraajce rytuay...
- Tu powstaje problem: kim ja waciwie jestem? - spytaem. - A jeli nie jestem
ksiciem Flamadinem?
- Ale jeste ksiciem Flamadinem - odrzek Sepiriz. - Wszyscy jestemy w tej
sprawie zgodni. Zastanawialimy si jedynie, w jaki sposb udao ci si uciec...
- dasz zatem ode mnie, abym odszuka ten miecz? A co wwczas?
- Musi by przyniesiony w miejsce, gdzie odbywaj si Zgromadzenia. Wwczas
kobiety Eldrenw bd wiedziay, co zrobi.
- Czy wiesz, gdzie naley go szuka?
- Znamy tylko niejasne pogoski. Wielokrotnie przechodzi z rk do rk. Wikszo z
tych, ktrzy usiowali uy go dla wasnej korzyci, zgina i to okropn mierci.
- Niechby wic Sharadim znalaza go. Wtedy ona zginie, przynios wam ten miecz...
- Dowcipy nigdy nie byy twoj najmocniejsz stron, Wojowniku - zdenerwowa si
Sepiriz. - Przecie Sharadim moe odkry sposb kontrolowania miecza. Moe sprawi, e
sia miecza stanie si dla niej niegrona. Nie jest ani gupia, ani pozbawiona wiedzy. Kiedy
odnajdzie miecz, z pewnoci bdzie wiedziaa, jaki z niego zrobi uytek. Ju dawno wysaa
swych sugusw, aby zbierali wiadomoci na temat tego miecza.
- Czyby wiedziaa wicej ni ty, lordzie Sepiriz?
- Co wie, a to ju wicej, ni bym sobie yczy.
- Tak wic musz odnale miecz jako pierwszy, nim ona zdoa tego dokona? A moe
powinienem jej w jaki sposb przeszkodzi? Nie powiedziae jasno, czego ode mnie
oczekujesz, panie.
Sepiriz nie by zachwycony moim oporem, ja jednak naprawd nie miaem ochoty na
to, aby widzie znowu bro podobn do Czarnego Miecza, nie mwic nawet o tym, eby
wzi j w do.
- Oczekuj, e spenisz swj obowizek, Wojowniku.
- A jeli odmwi?
- Nie zaznasz nawet cienia wolnoci, choby przemierza jedn wieczno za drug.
Bdziesz cierpia straszniej ni ci, ktrych twj egoizm wtrci w najczarniejsz rozpacz.
Chaos jest tak sytuacj zainteresowany. Syszae moe o arcyksiciu Balarizaafie? Jest
jednym z najambitniejszych Wadcw Chaosu. Sharadim negocjuje z nim, oferujc sojusz.
Jeli Chaos opanuje Sze Sfer, oznacza to bdzie ohydn destrukcj i pen trwogi agoni
podbitych ludw, tak Eldrenw, jak i ludzi. Sharadim zainteresowana jest tylko wadz, aby
mc dawa upust swym najbardziej perwersyjnym zachciankom. Staa si dla ar-cyksicia
Balarizaafa doskonaym narzdziem. On za zna si miecza z pewnoci jeszcze lepiej ni
ona...
- A wic wchodzi tu w gr walka midzy Prawem a Chaosem? - zdziwiem si. - I
mam w niej wzi udzia, walczc, tym razem, po stronie Prawa?
- Tego wymaga Rwnowaga - potwierdzi Sepiriz, z nieoczekiwan nabonoci w
gosie.
- No c, chyba musz ci zaufa - powiedziaem. - Nie mam wielkiego wyboru. Ale
nie zrobi nic, dopki nie potwierdzisz, e to, co zrobi, przyniesie dobre skutki kobietom
Eldrenw, bowiem to one, a nie wielkie kosmiczne siy ciesz si moim najwikszym
szacunkiem. Czy jeli moja misja si powiedzie, pocz si ze swymi mczyznami?
- To ci mog obieca - przytakn Sepiriz, sprawiajc wraenie bardziej poruszonego
ni uraonego moim warunkiem.
- W takim razie zrobi wszystko, aby odnale Miecz Smoka i uwolni jego winia -
oznajmiem.
- Przyjmuj te sowa jako twoj przysig - odrzek z zadowoleniem Sepiriz.
Odetchn z wyran ulg. Zbliy si do nas von Bek.
- Pozwlcie sobie przerwa, panowie, ale bybym zobowizany, gdybycie mogli mi
powiedzie, czy i ja mam jakie zadania i czy moje przeznaczenie jest z nimi zwizane. Czy
moe mam szuka drogi powrotnej do domu?
Sepiriz pooy do na prawym ramieniu saksoskiego hrabiego.
- Mj mody przyjacielu, z tob sprawy wygldaj znacznie prociej, mog atwo
przedstawi twoj sytuacj. Jeli bdziesz kontynuowa swoje poszukiwania i pomaga
Mistrzowi w wypenieniu jego zada, to obiecuj, e osigniesz to, na czym ci najbardziej
zaley.
- Zniszczenie Hitlera i nazistw?
- Przysigam ci to.
Trudno byo mi milcze w tej sytuacji. Wiedziaem dobrze, e nazici i tak zostali
pokonani. Zaraz potem pomylaem jednak sobie, e moe tak si nie stao, moe to von Bek i
ja przyczynimy si do ich klski.
Zaczynaem teraz rozumie, dlaczego Sepiriz wyraa si zazwyczaj tak tajemniczo.
Zna przecie przyszo, zna miliony rnych przyszoci, miliony rnych wiatw,
miliony wiekw...
- wietnie zatem - odpar von Bek - bd kontynuowa to, co dotychczas,
przynajmniej na razie.
- Alisaarda te wyruszy z tob - powiedziaa pani Phali-zaarna. - Zgosia si na
ochotnika, czua si bowiem osobicie odpowiedzialna za to, e Sharadim dowiedziaa si tak
wiele. Oczywicie wemiesz te ludzi.
- Ludzi? Jakich ludzi? - rozejrzaem si zdezorientowany.
- Chodzi o mczyzn, ktrzy byli niegdy dworzanami Sharadim - odrzeka.
- Do czeg miabym ich potrzebowa?
- Bd wiadkami - wtrci Sepiriz. - Bowiem twoim pierwszym zadaniem jest uda
si do Draachenheem, stan
przed twoj siostr i oskary j. Pozbawienie jej wadzy uatwioby znacznie twoje
zadanie.
- Sdzisz, e moemy tego dokona? Nas troje i garstka mczyzn?
- Nie masz wyboru - odpowiedzia ze smutkiem Sepiriz. - Jeli pragniesz odnale
Miecz Smoka, to musisz najpierw pozbawi wadzy Sharadim. Lepszego pocztku by nie
moe, jak pozby si zej siostry-bliniaczki. Pamitaj, Wojowniku, e czas i materia to
najwaniejsze rzeczy i jedyne, jakich musisz si trzyma. Aby przey, musimy dziaa
logicznie i stanowczo. Kady krok bdzie ci zblia do twego ostatecznego przeznaczenia i
spenienia twych pragnie...
Spojrzaem na twarze zgromadzonych kobiet eldreskich, z ktrych, spod maski
uprzejmoci i opanowania, wyzierao zdenerwowanie i desperacja. Zamyliem si. Ju raz
suyem temu narodowi, przeciw swej wasnej rasie. Tym bardziej nie mog opuci ich
teraz.
Z uwagi na moj mio do Ermizhad, nie w wyniku namw Sepiriza i jego oracji,
zdecydowaem si wyruszy do Draachenheem, aby przeciwstawi si zu.
- Wyruszamy rankiem - owiadczyem.
Byo nas zaledwie dwanacie osb. Zajwszy miejsca w odzi, ruszylimy w kierunku
wietlistych kolumn, oznaczajcych granic pomidzy wiatami. Alisaarda, odziana w swj
pancerz, sterowaa, podczas gdy reszta zaogi rozsiada si przy burtach, gapic si i ziewajc.
W naszej dwunastce znajdowao si dziewiciu szlachcicw z Drachenheem. Dwch z nich
byo ksitami, wadcami swych narodw, ktrych porwano zapewne tej samej nocy, gdy
Flamadin zosta zamordowany. Czterech dalszych byo z wyboru szeryfami wielkich miast, a
trzech innych - giermkami u dworu, ktrzy widzieli, jak zadawano trucizn.
- Wielu innych nie yje - powiedzia ksi Ottro, starszy pan z szerok blizn na
twarzy. - Poniewa jednak nie moga wszystkich zabi, wobec tego sprzedaa nas do
Gheestenheem. Pomyl tylko, bdziemy pierwszymi, ktrzy powrc.
- Jestemy jednak zobowizani do zachowania tajemnicy - przypomnia mu mody
Federit Shaus. - Zawdziczamy kobietom Eldrenw co wicej ni ycie.
Caa dziewitka popara go. Wszyscy zobowizali si nie wyjawia tajemnicy
spowijajcej Gheestenheem.
Nasza d pdzia poprzez nienaturalne, tczowe wiato, co jaki czas podskakujc i
schodzc z kursu, nigdy jednak nie zwalniajc tempa. Potem zaczlimy znowu huta si na
bkitnej toni, lawirujc pomidzy kolumnami, a wypynlimy na ocean. Nad gowami
ukazao si czyste niebo, a silny wiatr wia nam w plecy.
Dwch spord Draachenheemczykw dyskutowao z Alisaarda, pochylajc si nad
map i usiujc ustali nasze pooenie. Zmierzalimy wprost do Yaladeka, ojczyzny
Sharadim i Flamadina. Niektrzy z Draachenheemczykw woleliby wrci do swych
rodzinnych prowincji, aby zebra armie i wyruszy przeciwko Sharadim. Sepiriz wymg
jednak na nas, abymy skierowali si wprost do Yaladeka.
Ukazaa si linia wybrzea, upstrzona urwistymi skaami, rysujcymi si wyranie na
tle bladego nieba. Skay te przypo-
minay mi wizje z moich snw. Wszdzie wida byo jedynie wod rozpryskujc si
na skaach - trudno byo znale miejsce do przycumowania.
- To wielki atut Yaladeki - powiedzia Madvad z Drane, czowiek o kruczoczarnych
wosach i niebywale szerokich brwiach. - Wyspa jest dziki temu trudna do zaatakowania z
morza. Jest tylko kilka portw i s pilnie strzeone.
- Czy bdziemy zmuszeni zawin do ktrego z nich? - dopytywa si von Bek.
- Znamy ma zatoczk - umiechn si Madvad - gdzie mona, w pewnych
warunkach, przybi bezpiecznie do brzegu. Pyniemy tam teraz.
Zapad ju prawie zmrok, nim wreszcie zdoalimy wcisn si do zatoczki otoczonej
zewszd czarnymi, granitowymi skaami, wrd ktrych widoczne byy ruiny jakiego
staroytnego zamku. d przybia do brzegu, a jeden z giermkw, Ru-berd z Hanzo,
poprowadzi nas przez szereg tajemnych przej i stare schody. Znalelimy si pord
gruzw, pozostaych po opuszczonej twierdzy.
- Niegdy ya tu jedna z naszych najpowaniejszych rodzin - powiedzia Rubard. -
Twoi przodkowie, ksi Fla-madinie.
Przerwa na chwil, jakby zaambarasowany.
- Czy nie mgbym mwi prociej: przodkowie ksicia Flamadina? Mwisz, e nie
jeste sob, panie, cho mgbym przysic, e jeste naszym Wybranym Ksiciem...
Nie widziaem powodu, aby oszukiwa tych szlachetnych ludzi. Opowiedziaem im
tyle, ile - jak sdziem - byli w stanie poj.
- Tutaj w pobliu jest jaka wioska, czy nie? - zapyta stary Ottro. - Idmy tam jak
najszybciej. Najlepiej zrobioby mi troch jedzenia i garniec piwa. Odpoczlibymy przez
noc, a rankiem ruszylibymy dalej konno, zgoda?
- Wczesnym rankiem - poprawiem go, przypominajc o naszym planie. - Musimy
dotrze do Rhetaliku przed poudniem, nim, jak mwicie, Sharadim ukoronuje si jako
cesarzowa.
Rhetalik by stolic Yaladeka.
- Zgoda, mody prawie-ksi - odrzek. - Zdaj sobie spraw, e musimy si spieszy.
Kady jednak myli i dziaa sprawniej, gdy ma peny odek i jest wypoczty.
Ani Alisaarda, ani ja, nie bylimy zbyt ciekawi owej wioski. Ruszylimy jednak w
drog i znalelimy tawern, w ktrej moglimy si wszyscy pomieci. Gospodarz by
zachwycony nasz obecnoci w swoich progach, my za mielimy sporo miejscowych
pienidzy i nie aowalimy ich. Zjedlimy obiad, po czym wyspalimy si doskonale i
dosiedlimy najlepszych koni, jakie tu byy. Ruszylimy w stron Rhetaliku. Musielimy
przedstawia dla ludzi z Yaladeka osobliwy widok, ja bowiem byem ubrany w skrzany strj
myliwego z bagien, von Bek za mia na sobie koszul i spodnie, przypominajce dokadnie
przyodziewek, jaki mia na sobie wtedy, gdy ujrzaem go po raz pierwszy. (Nowy strj
otrzyma od Eldrenek, ktre dodatkowo wyekwipoway go w rkawice, buty i kapelusz o
szerokim rondzie). Dwaj Draachenheemczycy ubrani byli w stroje z jedwabiu i weny,
mienice si kolorami waciwymi dla klanu, z ktrego si wywodzili, czterej inni poyczyli
od kobiet pancerze w kolorze koci soniowej, a trzej pozostali skorzystali z przyodziewku
Eldrenw. Jechaem konno na czele tej dziwnej gromady, majc po bokach Alisaard i von
Beka. Alisaarda miaa na gowie hem, chyba z przyzwyczajenia, lub dlatego, e Eldreny z
natury niechtnie pokazuj swe oblicza osobom pochodzcym z innych wiatw. Dano mi w
do sztandar, abym go zatkn na swej lancy, teraz jednak by zoony i schowany. Nie chcc
by na razie rozpoznanym, zasaniaem oblicze kapturem, ilekro spotykalimy kogokolwiek
na drodze.
Stopniowo gociniec, ktrym jechalimy, stawa si coraz szerszy, a przeksztaci si
w brukowan drog. Przyczao si do nas coraz wicej osb jadcych w tym samym
kierunku. Byli w pogodnym nastroju. Spotykalimy mnstwo rozmaitych typw ludzkich.
Byli ludzie o surowym, klasztornym niemal wygldzie, lecz i tacy, ktrych upodobania byy
najwidoczniej zupenie wieckie. Mczyni, kobiety i dzieci - wszyscy w strojnych szatach,
mienicych si kolorami i wzorami, wrd ktrych dominowaa krata. Ich gust bardzo mi si
spo-
doba, tote tym gorzej si czuem w moim nieciekawym, pozbawionym upiksze
stroju.
Po jakim czasie po obu stronach drogi pojawia si zaczy pozacane poski,
przedstawiajce mczyzn, kobiety, grupy postaci, potwory i najrozmaitsze jaszczury,
przypominajce te, ktre widziaem podczas Zgromadzenia. Widocznie stwory te uchodziy
tutaj za niezwyke, wikszo poskw przedstawiaa bowiem konie, osy, woy lub dziwne
stworzenia podobne do wi, tyle e wiksze, ktrych dosiadali ludzie, siedzc na wysokich
siodach.
- Spjrz! - zawoa ksi Ottro, podjedajc bliej. - Teraz jest najlepsza pora na to,
aby niepostrzeenie wjecha do Rhetaliku, tak jak mwiem.
Miasto otoczone byo bardzo wysokimi murami z piaskowca o rdzawym kolorze,
zwieczonymi ogromnymi skalnymi szpikulcami, przypominajcymi nieco krenelae
redniowiecznego zamku, cho o odmiennym ksztacie. Kada z tych wieyc miaa otwr w
samym centrum, tak aby mg si tam ukry rosy wojownik i strzela, samemu nie
wystawiajc si na ciosy. Miasto byo doskonale przygotowane do wojny, cho Ottro
zapewnia mnie, e od wielu lat w Draachenheem panuje pokj. W samym miecie byo sporo
ufortyfikowanych budowli, pysznych paacw, arkad, kanaw, wieyczek, magazynw i
innych budynkw, zaspokajajcych najrozmaitsze potrzeby tego handlowego orodka.
Rhetalik wydawa si zapada ku rodkowi - wszystkie jego wskie ulice prowadziy
w d, w kierunku znajdujcego si w samym centrum jeziora. Porodku jeziora, na
mieszczcej si tam sztucznej wyspie, sta wielki paac, zdobiony marmurem, kwarcem i
terakot. Paac byszcza i mieni si kolorami, podobnie jak obeliski, usytuowane na
obwodzie wyspy. Na centralnych wieyczkach paacu powiewao okoo setki sztandarw, a
kady stanowi sam w sobie dzieo sztuki. ukowaty, wysmuky most przerzucony by nad
fos, prowadzc do paacowej bramy, pilnowanej przez stranikw w wyjtkowo
utrudniajcych ruchy i niezwykle kolorowych pancerzach. Barokowy efekt tych postaci
potgoway towarzyszce im potwory, stojce sztywno jak ich panowie i rwnie barwnie
przyozdobione.
Byy to takie same wielkie, suce do jazdy jaszczury, jakie widziaem przedtem.
Smoki, od ktrych wzi sw nazw ten wiat. Ottro wyjani mi, e w czasach staroytnych
stwory te byy niezmiernie liczne, a ludzie musieli walczy z nimi o ziemi. Zatrzymalimy
nasze konie przy murze, zasaniajcym nam widok na jezioro i zamek. Okoliczne ulice
wypenione byy flagami, sztandarami i maymi lusterkami, tak i wszystko wok tono w
srebrzystej powiacie. Ludno Yaladeka witowaa uroczycie koronacj swojej cesarzowej.
Wszdzie sycha byo muzyk, wida tumy rozradowanych mczyzn i kobiet,
spacerujcych po okolicznych drkach.
- To wito wyglda cakiem niewinnie - powiedzia von Bek, rozprostowujc si w
siodle i przecigajc. Od lat nie podrowa konno.
- Trudno uwierzy, e tak radonie wituj wyniesienie kogo, kto mgby zosta
uznany za uosobienie za!
- Zo najlepiej rozkwita w przebraniu - wtrci ponuro Ottro. Jego towarzysze
potaknli w milczeniu.
- A najlepszym przebraniem jest prostota - doda modzieniec, Federit Shaus. - Szczery
patriotyzm, radosny idealizm...
- Jeste cyniczny, modziecze - umiechn si do niego von Bek. - Niestety, moje
wasne dowiadczenia potwierdzaj twoj tez. Poka mi czowieka mwicego: Za czy
dobra, ale to moja ojczyzna, a ja poka ci zaraz drugiego, ktry wymorduje poow swego
wasnego narodu pod sztandarem patriotyzmu.
- Kto kiedy powiedzia, e nard to jedynie pretekst do zbrodni - wtrci Ottro. - W
jej przypadku mog si z tym zgodzi. Wykorzystaa mio i zaufanie ludzi do swych
wasnych celw. Wybrali j cesarzow caej Sfery, uznali bowiem, i najlepiej ucielenia
wszystko co najlepsze w naturze ludzkiej. Do dzi cieszy si ich sympati. Czy brat nie
usiowa jej zabi? Czy przez lata nie walczya w obronie jego reputacji? Czy nie wmawiaa
ludziom, e jest wielki i szlachetny, podczas gdy w istocie by pody i tchrzliwy? - Ottro
mwi to z gorycz.
- Dobrze wic - odezwaem si - skoro jej brat ma ju nie y, a wy mielicie by jego
ofiarami (tak bajeczk roz-
powszechniono), to pomylcie, jak bardzo si ucieszy, gdy przekona si, e nie
powinna bya mu ufa!
- Zabije nas natychmiast, nie wtpi w to - von Bek nie by przekonany do naszego
planu.
- Wtpi, aby Sepiriz, tak sprytny i przebiegy, posa nas na pewn mier -
powiedziaa Alisaarda. - Powinnimy mu ufa. Jego wiedza jest znacznie wiksza od naszej.
- Nigdy nie lubiem czu si pionkiem w grze mocarzy - nie ustpowa von Bek.
- Ani ja - przytaknem. - Cho moglibycie pomyle, e ju zdyem do tego
przywykn. Nadal uwaam, e jednostka moe dokona rwnie wiele, co wszystkie te
sojusze ludzi i bogw, o ktrych mwi Sepiriz. Wielokrotnie miaem wraenie, e oni do tego
stopnia zagubili si w swej wielkiej, kosmicznej grze, i zapomnieli o drobnych, konkretnych
sprawach.
- Jak widz, nie masz zbytniego szacunku dla bogw i pbogw - powiedziaa
Alisaarda, podnoszc do do ust, jakby zapomniaa, e twarz ma zasonit przybic. -
Musz przyzna, e my w Gheestenheem rzadko kiedy mylimy o tych istotach. To, co o nich
syszymy, zbyt czsto przypomina zabawy chopcw!
- To smutne - doda von Bek - e mali chopcy bardziej troszcz si o zdobycie wadzy
ni wikszo z nas. A kiedy ju j zdobd, bd mogli zniszczy nas wszystkich, ktrzy nie
chcielimy wczy si w ich zabawy!
Alverid z Prucca zdj paszcz z ramion. By, jak dotd, najbardziej milczcym
spord nas. Pochodzi z zachodniej czci tej krainy, gdzie ludzie mwi niewiele, ale
rozumiej duo.
- Niech bdzie jak chce - powiedzia. - I tak musimy sobie z tym poradzi. Zblia si
poudnie. Czy wszyscy pamitaj plan?
- Nie jest trudny - skomentowa von Bek. Unis si w siodle. - Bierzmy si do dziea.
Zblialimy si do mostu, torujc sobie powoli drog wrd rozentuzjazmowanych
tumw. Tu te stali wartownicy ze smokami. Oddali nam honory.
- Jestemy zaproszon delegacj Szeciu Sfer - powiedziaa Alisaarda. - Przybywamy
zoy uszanowanie waszej nowej Wadczyni.
- ZAPROSZENI? - zdziwi si jeden ze stranikw.
- Tak, jestemy zaproszeni. Zaproszeni przez sam ksiniczk, cesarzow Sharadim.
Czy mamy tu czeka, jak sprzedawcy wiecideek, albo moe i do wejcia dla suby? Od
siostry oczekiwaem serdeczniejszego przyjcia...
Stranicy spojrzeli po sobie i zdezorientowani, przepucili nas. Skoro pierwszy
posterunek nas przepuci, kolejne robiy to rwnie, nie pytajc o nic.
- Teraz ja poprowadz - powiedzia Ottro, wypuszczajc swego rumaka na czoo. On
najlepiej zna rozkad paacowego terenu i reguy tutejszego protokou. Ruszy w stron
szerokiej na kilka metrw sklepionej bramy, zbudowanej z masywnego granitu. Minwszy j
znalelimy si na wysypanym wirem i wyoonym darni dziedzicu. Przejechalimy go
nie zatrzymywani. Rozejrzaem si. Wok wznosiy si wysokie ciany paacu, zwieczone
przepiknymi, niemal eterycznymi, iglicami. Mimo tego pikna odnosiem wraenie, e
wchodz do puapki, z ktrej nie ma wyjcia.
Przebylimy tak kilka kolejnych bram, dopki nie znalelimy si wrd grupy
modych ludzi, ubranych w zielono - brzowe liberie. Ottro rozpozna ich bez trudu. -
Giermkowie! - krzykn. - Odprowadcie nasze konie. I tak jestemy spnieni na ceremoni.
Giermkowie pospiesznie zabrali si do wypeniania jego polece. Pozsiadalimy z
koni, a Ottro bez wahania ruszy w stron gwnego wejcia. Znalelimy si w czym, co z
pewnoci byo prywatnym apartamentem, cho obecnie wyranie niezamieszkaym.
- Znaem niegdy dam, zamieszkujc te pokoje - powiedzia wyjaniajcym tonem. -
Pospieszcie si, przyjaciele. Jak dotd mielimy szczcie.
Otworzy wewntrzne drzwi - przekroczywszy je znalelimy si w chodnym
korytarzu o wysokich sklepieniach i ozdobionych wieloma kolorami cianach. Stao tu kilku
chopcw, ubranych w identyczne liberie jak ci na zewntrz, bya tu take
moda kobieta w czerwono - biaej tunice oraz starzec okryty grubym pledem.
Wszyscy przypatrywali si nam z ciekawoci, my za kroczylimy miaym krokiem za
nieustraszonym Ottro. Przemierzylimy kilka zakrtw korytarza i trzy serie marmurowych
schodw, a stanlimy przed wielkimi drewnianymi drzwiami. Ottro otworzy je ostronie i
da nam znak, abymy podyli za nim.
Znalelimy si w mrocznej, niezamieszkaej komnacie. Zasony wisiay we
wszystkich oknach. Na rodku pono kadzido o cikim, niemal mdlcym zapachu.
Mnogo wielkich rolin o grubych liciach sprawiaa, i izba ta miaa w sobie co z cieplarni.
Powietrze byo tu prawie wilgotne, przypominajce tropiki.
- Co to za miejsce? - spyta, wzdrygnwszy si, von Bek. - Tu jest zupenie inna
atmosfera ni wszdzie indziej.
- To pokj, w ktrym umar ksi Flamadin - poinformowa jeden z giermkw. - Na
tamtym ku - wskaza. - To, co czujesz, panie, to zapach za...
- Dlaczego tu jest tak ciemno? - zapytaem.
- W tej izbie, jak mwi, Sharadim wci komunikuje si z dusz swego zmarego
brata...
Zadraem. Czyby chodzio tu o dusz nalec do ciaa, ktre byo teraz moim?
- Podobno trzyma tutaj jego ciao - doda kto inny. - Zamroone i dalekie od
rozkadu. Zoono je tutaj, gdy tylko wyda ostatnie tchnienie.
Straciem cierpliwo. - To zwyke plotki.
- Tak jest, Wasza Wysoko - skwapliwie zgodzi si giermek. Potem spochmurnia.
Zaczynaem mu wspczu. Nie on jeden by zdetonowany obecn sytuacj. Zostaem
w tym pokoju zamordowany, a w kadym razie zamordowano tu co, co byo prawie mn.
Przyoyem do do czoa. Moje zmysy byy ju bliskie tego, by mnie opuci.
Von Bek uj mnie silnie pod rami. - Trzymaj si, czowieku. Bg wie, co to
wszystko moe oznacza dla ciebie. Dla mnie to wystarczajco ze.
Z jego pomoc doszedem jako do siebie. Ottro poprowadzi nas dalej, poprzez inne,
rwnie ciemne jak pierwsza, komnaty. W kocu dotarlimy dp drzwi zewntrznych i
zatrzymalimy si.
Syszelimy dochodzce zza nich dwiki. Muzyk. Okrzyki. Wiwaty.
Pamitaem dobrze nasz plan, cho nie miaem pewnoci co do jego powodzenia.
Moje serce zabio mocniej. Daem znak Ottro.
Starzec zdecydowanym ruchem odryglowa drzwi, po czym potnym kopniciem
otworzy je.
Ujrzelimy przed sob morze kolorw, metalu, jedwabiu oraz przypatrujcych si nam
z zaciekawieniem twarzy. Wielka, wysoko sklepiona sala, bdca sal najbardziej uroczystych
przyj, pena bya proporcw i sztandarw oraz broni najrniejszego autoramentu.
Dominujcymi barwami byy ro-czerwie z biel i zoto z czerni. Z olbrzymich okien,
usytuowanych po obu stronach sali, wdzieray si do wntrza snopy olepiajcego wiata
sonecznego.
Mozaiki, gobeliny i kolorowe szklane nakrycia kontrastoway przepiknie z szarymi
kamiennymi cianami. W samym rodku przyciga wzrok tron z obsydianu, o bkitno-
szmara-gdowej barwie. Na tronie siedziaa kobieta niesychanej urody - jej wzrok spotka si
na moment z moim, gdy dotarem do pierwszych schodw, wiodcych wprost do podestu, na
ktrym usytuowano tron.
Po obu stronach wadczyni stali mczyni i kobiety odziani w cikie togi. Byli to
religijni dostojnicy Yaladek, polubione sobie rodzestwa, co byo naszym obyczajem od
dwch tysicy lat. Wadczyni miaa na sobie antyczn Szat Zwycistwa, ktrej od stuleci nie
przywdziewa ju aden z wadcw. Nie chciano jej zakada, poniewa bya to Szata Wojny,
szata symbolizujca zbrojny podbj. Proponowaa j kiedy mnie, ale odmwiem.
W doniach trzymaa Pmiecz - star, zaman kling wykut przez naszych
barbarzyskich przodkw, ktra podobno miaa zgadzi ostatniego przedstawiciela rodu
Anishad, szecioletni dziewczynk, umoliwiajc panowanie naszej rodziny
a do czasw reformy monarchii, kiedy to ksita i ksiniczki zacz wybiera
nard. Wanie Sharadim i Flamadin byli wybrani. Wybrano nas, poniewa bylimy
bliniakami, co uznano za dobry omen. Mielimy si pobra i bogosawi ludowi, ktry
wierzy, e przyniesiemy mu szczcie. Nikt nie zdawa sobie sprawy, jak dalece Sharadim
poda tej szansy. Pamitaem nasze spory. Pamitaem jej obrzydzenie do tego, co braa za
moj sabo. Przypomniaem jej, e zostalimy wybrani, e nasza wadza bya darem ludu, e
jestemy odpowiedzialni przed parlamentem i rad. Wymiaa mnie wtedy.
- Przez trzy i pl stulecia nasza krew czekaa na zemst. Przez trzy i pl stulecia duchy
naszych przodkw czekay w spokoju, wiedzc, e gupcy zapomn o wszystkim, e przyjdzie
ich czas. Wiedzieli, e niegdy, aby wynie do wadzy swego ostatniego prawowitego
wadc, Sardatriana Bharaleena, musieli zabi wszystkich wrogw, do ostatniego, nawet
najdalszych krewnych, tak jak si to stao z Anishadami. W nas pynie ta sama krew,
Flamadinie. Nasz lud oczekuje, e spenimy nasze przeznaczenie...
- NIE!
Wszedem na schody. Oczy Sharadim rozszerzyy si na mj widok.
- Nie, Sharadim. Nie pjdzie ci tak atwo z przejciem wadzy. Niech wiat
przynajmniej wie, jak brudnymi metodami do tego dosza. Niech wszyscy si dowiedz, e
sprowadzisz na nich tylko chaos, przeraenie, krwaw ani i strach. Powiadom wszystkich,
e zamierzasz sprzymierzy si z najciemniejszymi siami Chaosu, e zamierzasz najpierw
podbi t Sfer, aby potem zosta Wadczyni Szeciu Sfer Koa. Powiedz im wszystkim, e
masz zamiar zlikwidowa nawet bariery zastawiajce drog siom Mrocznych Ostpw.
Niech to szacowne zgromadzenie dowie si, Sharadim, moja siostro, e czujesz wobec nich
jedynie pogard, poniewa zapomnieli o potdze naszej krwi, ta za, tylekro
powstrzymywana, rozgorzaa z tym wiksz si. Niech si dowiedz, jak si staraa najpierw
mnie uwie, a potem zabi. Niech wiedz, e chcesz zosta niemierteln i zaj miejsce w
panteonie Chaosu!
Liczyem na ogromny efekt sw wypowiadanych w tak rozlegej sali. Mj gos hucza
nad sklepieniem. Moje sowa byy noami, z ktrych kady trafia prosto w cel. Jednak a do
tej chwili nie wiedziaem, co dokadnie powiedzie.
Pami powrcia mi nagle. W uamku sekundy posiadem, jak si zdawao, cay
umys Flamadina wraz z pamici o wszystkich sowach, wypowiedzianych kiedy przez jego
siostr.
Miaem zamiar przytoczy jak najwicej przykadw przed tym zgromadzeniem
notabli i dostojnikw z wielu krajw. To jednak, co mwiem, moja precyzja i dokadno,
zadziwiy nawet mnie samego! Do tej pory wadaem ciaem ksicia Flamadina. Teraz ksi
Flamadin owadn mn.
- Niech poznaj wszystkie twoje myli, siostro! - zawoaem, idc pord
niezliczonych kwiatw r. Ich wo bya tak intensywna, e upajaa niczym narkotyk. -
Powiedz im prawd!
Sharadim odrzucia Pmiecz, ktry jeszcze przed momentem czule piecia w doni.
Jej oblicze przepenione byo nienawici, a jednoczenie jak przedziwn radoci.
Zupenie jakby odkrya w swym bracie co, o czym od dawna marzya.
Patki kwiatw kryy leniwie w powietrzu, podwietlone promieniami wpadajcymi
do izby poprzez wielkie okienne witrae. Zatrzymaem si na chwil, opierajc donie na
biodrach, stajc w wyzywajcej postawie.
- Powiedz im, Sharadim, siostro moja! Kiedy mi wreszcie odpowiedziaa, w jej gosie
nie byo ladu niepewnoci. By to gos peen pogardy i zimnej nienawici.
- Ksi Flamadin nie yje, mj panie. Nie yje. Ty za jeste zwykym oszustem!
Czekaem a do tej chwili, aby zdj z gowy kaptur. Pord zgromadzonych osb
rozszed si szmer rozpoznania. Niektrzy cofnli si w trwodze, jakbym by duchem, inni
za przeciwnie - zbliyli si, aby widzie mnie lepiej. Na znak dany przez Sharadim do izby
wpado p setki zbrojnych z halabardami w doniach. Natychmiast otoczyli tron.
Wskazaem rk za siebie. - Jeli ja jestem oszustem, to kim s oni? Panie i panowie,
czy rozpoznajecie szlachetnie urodzonych, ktrzy s tu ze mn?
Ottro, Udzielny ksi Yaldany, stan obok mnie jako pierwszy. Potem postpi bliej
Madvad, Ksi Drane, Halmad, Udzielny Ksi Ruradani i wszyscy pozostali szlachcice
oraz giermkowie.
- Tych oto ludzi sprzedaa w niewol, Sharadim. Zapewne aujesz teraz, e nie
kazaa ich zabi, tak jak pozabijaa innych!
- Czarna magia! - krzykna moja bliniacza siostra. - To zjawy, nasane przez Chaos!
Nie obawiajcie si, moi onierze je zniszcz!
Teraz jednak wicej szlachetnie urodzonych podeszo do nas bliej. Jaki wysoki,
stary czowiek w koronie z kolorowych muszli na gowie unis do gry do.
- W tym miejscu nie wolno przelewa krwi. Znam dobrze Ottro z Waldany, jako e
jest moim krewnym. Powiedziano nam, Ottro, e wybrae si na poszukiwanie przygd, aby
znale bramy do innych wiatw. Czy to prawda?
- Zostaem aresztowany, ksi Albrecie, gdy usiowaem wypyn w stron moich
ziem. To aresztowanie zarzdzia ksiniczka Sharadim. W tydzie pniej za my wszyscy,
ktrych tutaj widzicie, zostalimy sprzedani Kobietom-Zjawom jako niewolnicy.
Przez tum przeszed kolejny pomruk.
- Kupiymy tych ludzi w dobrej wierze - wtrcia Alisa-arda, stojc z opuszczon
przybic. - Kiedy jednak dowiedziaymy si caej prawdy, postanowiymy ich zwolni.
- To najbardziej aosne kamstwo, jakie zdarzyo mi si kiedykolwiek sysze -
zawoaa Sharadim, siadajc znowu na tronie. - Od kiedy to Kobiety-Zjawy troszcz si o to,
z jakich rde pochodz sprzedawani im niewolnicy? To spisek, zawizany przez
zbuntowan szlacht i naszych wrogw z zagranicy. Ich celem jest zdyskredytowa mnie i
osabi Dra-achenheem...
- Zbuntowani? - ksi Ottro zbliy si do mnie jeszcze bliej. - Ale, pani, przeciw
czemu mielimy si buntowa? Twoja wadza ma charakter czysto ceremonialny, czy nie
tak? A jeli tak nie jest, to czemu nie odkrywasz nam prawdy?
- Mwiam o zwykej zdradzie - odrzeka. - Zdradzie wszystkich naszych Sfer i
zamieszkujcych je narodw. Ci ludzie znikneli nie dlatego, e zostali pochwyceni, ale
dlatego, i weszli w sojusz z mieszkankami Gheestenheem. To wanie oni usiowali
wykorzysta dla swych wasnych celw nasze tradycje i zwyczaje. To wanie oni chc
zdoby wadz i sprawowa j wbrew woli nas wszystkich.
Twarz Sharadim janiaa witym oburzeniem. Jej bkitne oczy nigdy nie wyglday
rwnie niewinnie jak teraz, a caa posta bya uosobieniem uczciwoci. - Zostaam wybrana
na Wadczyni tej Sfery dziki gosom wielu baronw i ksit. Mog jednak zrezygnowa z
tego zaszczytu, jeli miaoby to doprowadzi do rozkadu, a nie do jednoci Draachenheem...
Jej sowa spotkay si z poparciem, a wielu zaczo woa do niej, aby nie zwracaa na
nas uwagi.
- Ta kobieta oszukaa niemal ca Sfer - kontynuowa Ottro. - Sprowadzi na nas
wszystkich nieszczcia i tragedie, wiem o tym. Jest mistrzyni oszustwa. Czy widzicie tego
chopca? - Wskaza modego Federita Shausa. - Wielu z was na pewno go poznaje. By
giermkiem na subie ksicia Flamadi-na. Widzia, jak ksiniczka Sharadim dodaje trucizny
do wina, przeznaczonego dla brata. Potem widzia, jak ksi Fla-madin upada...
- Miaabym zamordowa mego brata? - Sharadim spojrzaa zdumionym wzrokiem na
zgromadzonych. - Zamordowa go? To zdumiewajce! Czy nie mwilicie, e ten oto
czowiek jest moim bratem?
- Jestem nim.
- A czy jeste martwy, panie? W sali rozleg si donony miech.
- Twe plany si nie powiody tym razem, pani.
- Nie zamordowaam ksicia Flamadina. Ksi Flama-din zosta wygnany, poniewa
to on usiowa mnie zabi. Cay wiat o tym wie. Wie o tym kady, kto yje w ktrej z
Szeciu Sfer. Wielu uwaao, e powinnam bya go zabi i sdzio, e jestem wobec niego
nazbyt wyrozumiaa. Jeli zatem jeste ksiciem Flamadinem, ktry powrci z wygnania, to
zamae prawo, przybywajc tutaj, powiniene zosta aresztowany.
- Ksiniczko Sharadim - powiedziaem. - Zbyt szybko okrelia mnie jako oszusta.
Powinna rozpozna mnie jako swego brata...
- Mj brat mia swoje sabostki, to prawda, ale wiem na pewno, e nie by szalecem!
Jej sowa znowu wywoay salw miechu, cho niektrzy wahali si jeszcze.
- To nie wystarczy - zawoa starzec w koronie z muszli.
- Jako Dziedziczny Stranik Praw powinienem zaj si t spraw. Wszystko musi si
odbywa zgodnie z Prawem. Niech kady ma moliwo przemwi za siebie. Jeden dzie,
jak sdz, wystarczy, aby wysucha wszystkich. Wwczas za, jeli wszystko bdzie w
porzdku, przystpimy do koronacji. Co na to Wasza Wysoko? A wy, panowie i panie? Jeli
mamy zaatwi te sprawy w sposb zadowalajcy nas wszystkich, musimy przeprowadzi
Przesuchanie. W tej Sali, po poudniu. Sharadim nie moga odmwi. Dla nas za bya to
doskonaa okazja. Zgodzilimy si bez wahania.
- Sharadim! - zawoaem. - Czy moesz mi udzieli prywatnej audiencji? Moesz mie
ze sob trzech zaufanych ludzi, ja te bd mia trzech.
Zawahaa si, rozgldajc si jakby w oczekiwaniu rady, po czym skina gow. - W
bocznym saloniku, za p godziny
- oznajmia. - Nie przekonasz mnie jednak, panie, e jeste moim wygnanym bratem.
Nie liczye chyba na to, e mog ci rozpozna jako swego tak bliskiego krewnego?
- Kime wic jestem, pani? Duchem?
Wysza wraz ze sw stra przyboczn, powiewajc jedwabiami.
Tymczasem Stranik Praw da nam obu znak, abymy udali si wraz z nim do
pobliskiej, maej i chodnej izby, posiadajcej zaledwie jedno owalne okno. Zamknwszy
drzwi, westchn ciko.
- Ksi Ottro, baem si, e dawno nie yjesz, podobnie jak ty, ksi Flamadinie.
Byy na ten temat rne, niepotwierdzone pogoski. Co do mnie, wasze dzisiejsze sowa
potwierdzaj jedynie moje podejrzenia wobec tej kobiety. Nie zaprosibym do mego domu
adnego z tych, ktrzy gosowali za tym, aby obwoa Sharadim Wadczyni. Wszyscy s
ambitnymi sualcami i gupcami, rwcymi si do wadzy. Z pewnoci to wanie im
zaoferowaa. Jest te, oczywicie, garstka ludzi uczciwych, idealistw, traktujcych j jak
bogini, jak uosobienie najskrytszych pragnie i marze. Bardzo pomaga jej przy tym uroda.
Ja jednak nie potrzebowaem waszych dzisiejszych melodramatycznych deklaracji, aby
zrozumie, e pogramy si w tyranii. Ju teraz ksiniczka powtarza czsto (cho uywa
agodnych okrele), jak to mieszkacy ssiednich Sfer zazdroszcz nam naszego bogactwa i
jak to powinnimy by lepiej przygotowani do obrony przed nimi...
- Mczyni zazwyczaj nie doceniaj kobiet - wczya si Alisaarda z nut satysfakcji
w gosie - dziki czemu mog one zdoby o wiele wiksz wadz, ni to si mczyznom
wydaje. Zauwayam to w trakcie moich bada historycznych podczas podry przez rne
Sfery.
- Wierz mi, pani, e nie ma mowy o tym, abym jej nie docenia - odrzek Mistrz
Ceremonii i gestem zaprosi nas do zajcia miejsc za dugim stoem z polerowanego dbu.
- Pamitasz moe, ksi, i zwracaem ci uwag, aby by nieco ostroniejszy. Ty
jednak nie moge uwierzy w knowania twej siostry, w jej perfidi. Traktowaa ci jak
rozpieszczone dziecko, a nie jak brata. A to tym bardziej wzmagao twoj dz przygd. Ty
udawae si na swoje awanturnicze wyprawy, ona za gromadzia tymczasem coraz wicej
sojusznikw. Jednak nawet wtedy nie odkryby jej zych zamiarw,
gdyby nie to, e stracia cierpliwo i polecia ci, aby si z ni oeni. Po to tylko, aby
umocni jej pozycj. Miaa nadziej, e zdoa ci kontrolowa, albo przynajmniej
utrzymywa daleko od Dworu. Ty jednak przeciwstawie si. Przeciwstawie si jej
ambicjom, jej metodom, jej caej filozofii. O ile wiem, usiowaa ci przekona. A co si stao
potem?
- Usiowaa mnie zabi.
- Oskarajc wanie ciebie, e jeste tym, ktry chcia dopuci si mordu. e to ty
wystpie przeciw naszym ideaom i tradycjom. Staa si jakby nowym wcieleniem
Sheralinn, krlowej Yaladeku, ktra czsto wypeniaa fos krwi tych, ktrych uwaaa za
swych wrogw. Wiele rzeczy, jakie tu przedstawie, byo przedmiotem moich domysw, nie
podejrzew,a-em jednak, e ona moe pragn ustanowi na nowo wadz waszej dynastii w
Draachenheem. Powiedziae, e liczy na pomoc Chaosu? Chaos nie zaglda do Szeciu Sfer
od czasw Wojen Magw, okoo tysica lat temu. Chaos jest poza Sferami Koa, w Sferze
Nocnych Zmor. Poprzysiglimy, i nie pozwolimy im nigdy wicej dosta si do nas.
- Syszaem, e ju skontaktowaa si z arcyksiciem Ba-larizaafem z Chaosu, aby ten
dopomg jej w spenieniu ambicji.
- Jakiej ceny zada za to Arcyksi? - zaniepokoi si jeszcze bardziej Stranik
Praw.
- Zapewne wysokiej - wtrci cicho ksi Ottro i w zamyleniu splt rce na
piersiach.
- Czy takie istoty naprawd istniej? A moe uywacie przenoni? - zainteresowa si
von Bek.
- Istniej, niestety - odrzek z powag Stranik Praw. - Istniej, a ich liczba jest
nieprzebrana. Zamierzaj podbi Wie-lowiat, wykorzystujc do tego naiwno i
dobroduszno ludzi. Wadcy Prawa, ze swej strony, pragn uy ludzkiego idealizmu
przeciw Chaosowi dla zupenie innych celw. Tymczasem Kosmiczna Rwnowaga musi by
utrzymana. Tak przynajmniej twierdz ci, ktrzy uznaj istnienie Wielowiata i cho troch
podrowali pomidzy rnymi Sferami.
- Czy znasz legend dotyczc miecza? - zapyta von Bek. - I istoty zamknitej w tym
mieczu?
- Smok w Mieczu. Tak, oczywicie, syszaem o Mieczu Smoka. Jak by na to nie
patrze, jest to straszliwa bro. Jest dzieem Chaosu, tak si mwi, mona dziki niemu
podbi Chaos. Wadcy Chaosu daliby za ten miecz wiele...
- Czy moe to by zapata dla arcyksicia Balarizaafa? - zaproponowa von Bek.
Zaimponowao mi tempo, w jakim zacz rozumie logik wiata, w ktrym si
znalelimy.
- Zaiste! - krzykn Stranik Praw, rozszerzajc oczy. - To moe by godziwa cena!
- A wic dlatego ona pragnie tego miecza. Dlatego z przyjemnoci suchaa, gdy o
nim mwilimy! - Alisaarda a klasna swymi opancerzonymi domi. - Ale byymy
gupie, e opowiedziaymy jej to wszystko! Powinnimy byy wiedzie, e osoba, ktrej
szukamy, nie zadawaaby tak wielu pyta.
- Przekazywaycie jej informacje? - zapytaem ze zdziwieniem.
- Opowiedziaymy jej wszystko, co same wiemy.
- Niewtpliwie posiadaa rwnie informacje z innych jeszcze rde - wtrci Ottro. -
Chyba jednak nie po to chciaycie mie Miecz Smoka, aby ukada si z Chaosem?
- By nam potrzebny jedynie po to, aby poczy si z naszym narodem,
przebywajcym gdzie w innej sferze. Eldreny nie zadaj si z Chaosem.
- Czy jest jeszcze co, o czym powinienem wiedzie? - dopytywa si Stranik Praw. -
Musimy na Przesuchaniu sprbowa udowodni win Sharadim. Jeli jednak nie powiedzie
si nam i gosowanie wypadnie na nasz niekorzy, trzeba bdzie zatrzyma j w jaki inny
sposb.
- Zapewne nasze zeznania przekonaj Trybuna - powiedziaa Alisaarda.
Von Bek spojrza na ni, jakby zazdroszczc jej niewinnoci i atwowiernoci.
- Niedawno przybyem tutaj ze wiata - powiedzia - ktrego wadcy s mistrzami w
zastpowaniu prawdy kamstwami i sprawianiu, e prawda wyglda niczym najbrudniejsze
kamstwo. To wcale nie jest takie trudne. Nie spodziewajmy
si, e przyznaj nam racj tylko dlatego, e wiemy, i mwimy prawd.
- Problem ley w tym - wtrci Stranik Praw - e wielu pragnie widzie w Sharadim
wzr doskonaoci i chce jej wierzy. Ludzie potrafi czsto walczy zaciekle w obronie
swych zudze oraz niszczy tych, ktrzy te zudzenia zwalczaj.
Dyskutowalimy dugo, a Stranik Praw oznajmi, e musimy uda si na spotkanie z
Sharadim. Ruszylimy we czwrk: Alisaarda, von Bek, ksi Ottro i ja. Pod eskort
przemierzylimy olbrzymi hali, teraz ju opustoszay, cho nadal wyoony kwieciem.
Przebywszy schodki, weszlimy do zespou komnat, przypominajcych ptaszarni. Na kocu
znalelimy si w owalnym pokoju, ktrego okna wychodziy na ogrd, urozmaicony
ywopotami i trawnikami, oraz na dziedziniec. Siedziaa tu ksiniczka Sharadim. Po jej
prawicy siedzia jaki osobnik o wydatnej szczce i zmierzwionych, jasnych wosach.
Odziany by w pomaraczowy paszcz oraz bluz i spodnie koloru tego. Za po lewej
stronie Sharadim siedziaa na fotelu gruba, pulchna kreatura, o ruchliwych oczkach i
poruszajcej si ustawicznie, jakby co przeuwajcej, szczce. Ostatnim by modzieniec o
tak dekadenckim wygldzie, e nie mogem wprost uwierzy wasnym oczom. Mia grube
wilgotne usta, obwise powieki, blad, niezdrow cer, obwise minie, drgajce palce i
rudawe, krcone wosy. Przedstawili si w pretensjonalny, wyzywajcy sposb. Pierwszy
zwa si Peri-chost z Risphert i by Ksiciem Orrawh z dalekiego zachodu. Drugim by
Neterpino Sloch, Komendant Befeel Host, za trzecim - lord Pharl Asclett, Dziedziczny
Ksi Screnaw, znany lepiej jako Pharl Cika Do.
- Znam was wszystkich, panowie - powiedzia Ottro, wyranie zdegustowany ich
widokiem. - Znacie ksicia Flama-dina. Oto za jego przyjaciel, hrabia Ulrich von Bek. Mam
te przyjemno przedstawi Alisaard, Komendantk Legionu z Gheestenheem.
Sharadim niecierpliwie oczekiwaa na koniec tych prezentacji. Potem wstaa ze swego
krzesa i rozepchnwszy swych towarzyszy, ruszya wprost na mnie, patrzc mi wyzywajco
w twarz.
- Jeste oszustem, musisz to przyzna. Wiesz rwnie dobrze jak ci wszyscy, ktrzy z
tob przybyli, e zabiam ksicia Flamadina. To prawda, e jego ciao nie ulego rozkadowi i
ley, rwnie teraz, w jednej z moich piwnic. Wanie stamtd to wracam. Ciao nadal tam
ley! Wiem, e jeste tym, ktrego zw Mistrzem i to ciebie wzyway te gupie kobiety, mylc
mnie z tob. Domylam si te, jakie cele masz w tej maskaradzie...
- Oni po prostu chc jako pierwsi zdoby miecz - klasn w donie Pharl. - I sami
dogada si z arcyksiciem.
- Zamilcz, ksi - przerwaa mu pogardliwie. - Twoja wyobrania, jak zwykle, jest
uboga. Nie kady ma ambicje identyczne z twoimi!
Ponownie zwrcia si do nas:
- Albo zamierzacie usun mnie z tronu i rzdzi sami - rzeka - albo chcecie tylko
pokrzyowa moje plany. Czy mam racj? Wszyscy suycie Prawu? Czy wynajto was do
walki przeciwko Chaosowi i jego sojusznikom? Znam nieco twoj legend, Wojowniku. Czy
nie takie s twoje zamiary?
- Nie przeszkadzaj mi twe rozwaania, pani, nie zamierzam jednak negowa ich ani
potwierdza. Nie jestem tu po to, by da ci wiksz wadz.
- Wolisz okra mnie z tej, ktr ju posiadam?
- Jeli zrezygnujesz ze swych planw, jeli przyrzekniesz nie zadawa si wicej z
Chaosem, jeli opowiesz nam wszystko, co wiesz o Mieczu Smoka, to nie bd twoim
nieprzyjacielem. Jeeli za, jak przypuszczam, nie przyjmiesz moich warunkw, to bd
musia z tob walczy, ksiniczko Sharadim. Za ta walka, prawie na pewno, zakoczy si
twoj klsk...
- Lub twoj - wtrcia spokojnym tonem.
- Mnie nie mona zniszczy.
- Mam inne wiadomoci na ten temat. - Zamiaa si. - Ta posta, to ciao, w jakim si
pojawiasz, moe by bardzo atwo unicestwione. To, co kochasz, take moe by zniszczone.
To, co podziwiasz, moe by take ponione. Daj spokj, Wojowniku, szkoda traci czas na
sowa, gdy kade z nas dobrze wie, jaka jest stawka tej gry!
- Ofiarowaem ci uczciwe warunki, pani.
- Gdzie indziej dostaam jeszcze lepsze.
- Wadcy Chaosu to notoryczni zdrajcy. Ich sudzy gin zazwyczaj w strasznych
okolicznociach... - Wzruszyem ramionami.
- Sudzy? - zdziwia si. - Nie su nikomu. Jestem rwnoprawn sojuszniczk.
- Balarizaaf - odrzekem. - On ci oszuka, pani.
- Albo ja jego - umiechna si dumnie.
Widywaem ju wiele podobnych do niej osb. Uwaaa si za sprytniejsz ni bya w
istocie, bowiem jej sojusznikom odpowiadao utrzymywanie w niej takiego mniemania.
- Jestem uczciwy, ksiniczko Sharadim! - zawoaem. Byo mi jej al, tym bardziej,
e widziaem jej zalepienie. - Nie jestem twoim bratem, to prawda. Jest jednak we mnie co z
duszy twego brata. Wiem, e zabraknie ci siy, aby walczy z Chaosem, gdy ten zwrci si
przeciw tobie.
- Nie zwrci si przeciwko mnie, Wojowniku. Poza tym, mj brat niewiele wiedzia o
moich zwizkach z Chaosem. Te informacje musiae zdoby z cakiem innego rda.
Jej sowa ostudziy troch moje zapdy. Jeli rzeczywicie brat nie orientowa si w jej
konszachtach, to istotnie musiaem mie moj wiedz z innego rda. Pomylaem sobie, e
posiadaem jak telepatyczn wi z ksiniczk Sharadim. Zapewne dziki temu
wiedziaem o jej zamiarach. Myl ta wydaa mi si jednak nieprzyjemna.
Flamadin i Sharadim byli przecie bliniakami, a ja obecnie zamieszkiwaem ciao
stanowice duplikat ciaa Flamadina. Moga midzy nami istnie jaka ponadnaturalna wi.
Jeli tak, to znaem w rwnym stopniu tajemnice Sharadim, jak ona moje.
Jeszcze bardziej niepokoia mnie myl, i w piwnicach zoone jest ciao identyczne
ze mn. Nie wiedziaem, czemu waciwie wydawao mi si to tak niemie, niemniej
dostawaem gsiej skrki. Rwnoczenie stana mi przed oczami niespodziewana wizja:
ciana z bladego, czerwonego krysztau, w niej miecz o barwach zielonej i czarnej,
byszczcy niekiedy ywymi pomieniami.
- Jakim sposobem rozbijesz ten kryszta, Sharadim? - zapytaem. - Jak wyrwiesz
miecz z jego wizienia?
Wzruszya ramionami. - Wiesz wicej, ni mylaam. To gupie. Czy nie moglibymy
zawiza sojuszu? Wszyscy chtnie uwierz w odwoanie Flamadina z wygnania. Pobierzemy
si. Nard Draachenheem bdzie uradowany. Jakie bd uroczystoci! Nasza wadza umocni
si. Wszystko, co zdobdziemy, podzielimy rwno midzy siebie.
Odwrciem si od niej. - Takie same propozycje skadaa swemu bratu, gdy za
odmwi, zabia go. Jeli teraz ja odmwi, to czy i mnie zabijesz? Na miejscu, tu i teraz,
Shara-dim?
Spluna mi w twarz.
- Z kad chwil rosn w si. Kiedy rozptam burz, zmiecie ci ona z powierzchni
ziemi i wszyscy szybko o tobie zapomn, Wojowniku, podobnie jak o twoich towarzyszach.
Ja bd wada Szecioma Sferami wraz z ludmi, ktrych sama wybior, ktrzy speni
kade moje yczenie. Oto z czego rezygnujesz - z niemiertelnoci i przyjemnego ycia! To
za, co wybierasz, to duga agonia i pewna mier!
Bya gupia, a im gupsza, tym bardziej niebezpieczna. Nie miaem co do tego
wtpliwoci. Baem si, ale rdem tego strachu nie byy wcale jej groby. Jeeli ona
sprzymierzy si z Balarizaafem, to nasze poszukiwania miecza bd niezwykle trudne i
niebezpieczne. Natomiast jeli jej si nie powiedzie, to gotowa bdzie - nie ma co do tego
wtpliwoci - pogrzeba wszystko wraz z sob. Odpowiadaby mi raczej wrg mniej
nieobliczalny.
- No c - odezwa si stojcy za mn von Bek. - Poczekajmy, co przyniesie
Przesuchanie. Niech lud zadecyduje o wszystkim.
Przez oblicze Sharadim przemkny jakie przebiege myli.
- Co uczynia, pani? - zawoa ksi Ottro. - Uwaaj, ksi. Widz w jej oczach
jakie podstpne knowania!
Syszc to, ksi Pharl zwany Cik Doni wydoby z siebie gupkowaty chichot.
Rozlego si walenie w drzwi, a jaki gos wydziera si po tamtej stronie: - Pani!
Wiadomo niezwykej wagi!
Sharadim skina gow, po czym Perichost, Ksi Orrawh, zerwa si, aby otworzy
drzwi.
Sta tam jaki wystraszony sucy, jedn rk zasaniajc twarz.
- Ach, pani. Dokonano mordu!
- Mordu? - Sharadim udaa przeraenie i zaskoczenie. - Mordu, powiedziae?
- Tak jest, pani. Zgin Stranik Praw, jego ona oraz dwch modych giermkw.
Wszyscy zostali cici w Srebrnej Sali!
Sharadim zwrcia si w moj stron z byskiem podniecenia w bkitnych oczach.
- No c, panie, wydaje si, e gwat i przemoc chodz za tob krok w krok. Pord
nas takie rzeczy s niezwykle rzadkie, trzeba byo dopiero twojej obecnoci, aby mogo si
wydarzy co takiego.
- To ty go zabia! - krzykn Ottro. Uczyni ruch doni w stron swego biodra, zanim
zda sobie spraw, e - podobnie jak my wszyscy - by bez broni. - Zabia tego dobrego,
starego czowieka!
- I jak? - zwrcia si Sharadim do swego sugi. - Czy nie orientujesz si, kto moe
by odpowiedzialny za t zbrodni?
- Mwi si, e to Federit Shaus i dwaj jego przyjaciele. e wykonywali polecenia
ksicia Halmada z Ruradani.
- Co takiego? Zrobili to ludzie, ktrzy przybyli tutaj wraz z Mistrzem?
- Tak si mwi w paacu, pani. Wpadem w sza.
- Zaplanowaa to. W cigu godziny dokonaa kolejnej zbrodni, jakby mao ci byo
dotychczasowych. Ani Shaus, ani Halmad, ani aden z moich ludzi nie mia ze sob broni!
- Opowiedz nam - Sharadim zwrcia si ponownie do sugi - jak zabito tego
szlachetnego czowieka i jego on?
- Rytualnymi mieczami, ktre znajduj si na stae w Srebrnej Sali - odrzek suga,
rzucajc dzikie spojrzenia na mnie i na moich przyjaci. By niespokojny.
- Nie mielibymy adnego powodu, aby zabija ksicia Al-breta - rykn w zdumieniu
i gniewie Ottro. - Ty go zabia, aby nie mg nic powiedzie. Zabia go, aby dostarczy
sobie
pretekstu do rozprawy z nami. Chodmy na Przesuchanie. Tam przedstawimy
dowody!
Sharadim mwia cicho, lecz z triumfem w gosie.
- Nie bdzie adnego Przesuchania. Dla wszystkich jest oczywiste, e przybylicie
tutaj w celu dokonania morderstwa. Od pocztku wam o to chodzio.
W tym momencie von Bek skoczy za jej plecy i ramieniem otoczy jej gardo.
- Po co to robisz? - przerazia si Alisaarda, zmieszana caym tym ajdactwem. - Jeeli
zaczniemy stosowa przemoc, upodobnimy si do nich, a wtedy wszyscy uwierz w nasze
domniemane zbrodnie!
Von Bek nie zwolni ucisku.
- Zapewniam ci, pani Alisaardo, e nie dziaam bezmylnie. - Sharadim prbowaa
si wyrwa, ale osadzi j na miejscu silnym uciskiem. - Zbyt dobrze znam takie spiski jak
ten, ktry przygotowaa. Nie udmy si, e mamy jakie szans. I tak nie byoby uczciwego
przesuchania. Byoby cudem, gdyby udao si nam ywym opuci ten pokj. Dopiero teraz
mamy na to jakie takie szans.
Trzej towarzysze Sharadim ruszyli niemrawo w stron von Beka. Zastpiem im
drog. Zaczo mi si mci w gowie, przemkna mi przez myl seria dziwnych wspomnie
i emocji, o ktrych wiedziaem, e nie naleay do mnie. Zapewne byy to myli mojej
bliniaczej siostry. Znowu ujrzaem krysztaow cian i wejcie do jaskini. Usyszaem jakie
imi, ktre brzmiao chyba Morandi Pag. Jakie urwane sowa. Imiona: Armiad, a potem -
Barganheem.
Ottro, a potem Alisaarda, zbliyli si do mnie. Nasi trzej przeciwnicy mieli zamiar nas
zaatakowa, ale nie powayli si na to. Widzc, e Neterpino Sloch wsuwa rk za pazuch,
skoczyem do przodu, zadajc mu potny cios w szczk. Run niczym oguszona winia.
Jcza i wi si na pododze, ja za przeskoczyem nad nim, odchyliem po jego kurtki i
wycignem stamtd n, dugi na jakie dziewi cali. Obnayem ostrze i obszukaem obu
pozostaych. Nie stawiali oporu, chocia wyranie nie byo im to w smak. Znalazem dwa
kolejne noe.
- Jake podstpne z was otry - zawoaem, po czym wrczyem po sztylecie ksiciu
Ottro i von Bekowi. - Teraz, Sharadim, powiedz swemu sudze, ktry stoi pod drzwiami, eby
sprowadzi naszych pozostaych przyjaci. Niech wejd sami.
Dawic si niemal, zrobia, co jej poleciem. Von Bek zwolni nieco ucisk jej garda,
przyoy natomiast ostrze noa do jej boku.
Kilka minut pniej otworzyy si drzwi i do wntrza wszed Federit Shaus,
wygldajcy na zamroczonego i wystraszonego, a za nim wszyscy ci, ktrzy byli z nami od
pocztku wyprawy.
- Teraz wydaj polecenie swej stray, aby przeszukali wschodnie skrzydo paacu -
nakazaem. Czerwona ze zoci, wypenia polecenie. Zwrciem si do moich towarzyszy: -
Musicie powrci na dziedziniec i jak najszybciej osioda konie. Powiedzcie koniuszym, e
cigacie mordercw. Potem zaczekajcie na nas, albo - jeli uznacie - i sytuacja tego wymaga,
uciekajcie tam, gdzie - jak sdzicie - bdziecie najbezpieczniejsi. Prbujcie te przekonywa
ludzi o zych zamiarach Sharadim. To ona polecia zamordowa ksicia Albreta i jego on,
aeby ich uciszy, a zarazem oskary nas o t zbrodni. Musz wystpi przeciw niej cae
armie, cho kilku z was powinno si wymkn. Uwiadomcie swj lud o jej planach.
Przeciwstawcie go jej. Postaramy si moliwie szybko doczy do was.
- Idcie - potwierdzi Ottro. - On ma racj. Nie ma innego wyjcia. Ja zostan.
Mdlcie si, aby cho niektrym z nas si powiodo.
Kiedy zniknli, ksi Ottro spojrza na mnie pytajco. - Jak dugo moemy
wytrzyma napr wszystkich si Valadeku? Sdz, e powinnimy teraz j zabi.
Sharadim jkna i usiowaa si wyrwa, ale n von Beka, ktry wbija jej si w bok,
szybko przywoa j do porzdku.
- Nie - powiedziaa Alisaarda. - Nie moemy przejmowa jej metod. Nie moe by
adnego usprawiedliwienia dla mordu z zimn krwi.
- To prawda - zgodziem si. - Robic to, co zrobiliby oni, stalibymy si tacy sami. A
wtedy musielibymy przegra!
Ottro obruszy si.
- Ciekawy punkt widzenia, ale nie wiem, czy bdziemy mieli czas na takie ceregiele.
Jeli natychmiast nie zaczniemy dziaa, to w cigu godziny bdziemy martwi.
- Jej mier nic nam nie przyniesie - powiedziaem. - Musimy jej uy jako
zakadniczki. Nie mamy innego wyjcia.
Sharadim poruszya si gwatownie w objciach von Beka, usiujc odsun si od
ostrza.
- Najlepiej zabijcie mnie teraz - wycedzia. - Bo jeli tego nie zrobicie, bd was
ciga we wszystkich Szeciu Sferach, a gdy was dopadn...
Tu wymienia szereg rzeczy, ktre zmroziy mi krew w yach, Alisaarda o mao co
nie zwymiotowaa, za ksi Ottro zblad niczym pancerze Kobiet-Zjaw. Tylko von Bek
trwa nieporuszony, zapewne dlatego, e wiele z tego, o czym mwia Sharadim, widywa w
hitlerowskich katowniach.
Podjem decyzj. Zaczerpnem gboko powietrza.
- Zgoda - powiedziaem - najprawdopodobniej zabijemy ci, ksiniczko Sharadim.
By moe jest to jedyny sposb, aby Chaos nie podbi Szeciu Sfer Koa. Powinnimy te,
moim zdaniem, zabi ci w taki sposb, jaki ty nam przedstawia.
Rzucia mi zuchwae spojrzenie, wtpic, abym mwi prawd. Zamiaem si jej
prosto w twarz. - Ach, pani - zawoaem - nie wyobraasz sobie nawet ile krwi ju przelaem.
Nie wiesz, jakich okruciestw byem ju sprawc. Nawet nie wyobraasz sobie tragedii, jaka
si czeka.
Przywoaem wspomnienia moich czynw, aby i ona zapoznaa si z nimi, aby ujrzaa
moje odwieczne bitwy, zagad, aby ujrzaa czasy, gdy jako Erekose przewodziem armiom
Eldre-nw, likwidujcych resztki ludzkiej rasy, Sharadim krzykna i osuna si na ziemi.
- Zemdlaa - oznajmi ogupiay von Bek.
- Teraz moemy i - zawoaem.
Naszymi jedynymi sprzymierzecami byy: szybko i gwatowno dziaania.
Towarzyszy Sharadim pozostawilimy zwizanych i zakneblowanych, za nieprzytomn
ksiniczk zabralimy z sob. Trzymaem j w ramionach, jakby bya moj kochank. Z
kadym razem, gdy spotykalimy na naszej drodze stranikw, mwilimy im, e ksiniczka
jest chora i niesiemy j do szpitalnego skrzyda paacu. Wkrtce bylimy na dziedzicu,
biegnc w kierunku naszych koni.
Sharadim zawinlimy w paszcz i przeoylimy przez siodo ksicia Ottro.
Przejechalimy most i znalelimy si w miecie. Nadal nie byo pogoni. Najwidoczniej
wci wszyscy zaszokowani byli mierci Stranika Praw, tote nikt nie zauway porwania
ksiniczki.
Przy wyjedzie z miasta Sharadim zacza odzyskiwa przytomno. Syszaem jej
stumione paszczem protesty, lecz nie zwracaem na nie uwagi.
W kocu wyjechalimy na otwart drog i ruszylimy w stron miejsca, w ktrym
pozostawilimy odzie. Nikt nas nie ciga, cho przez cay czas z niepokojeni ogldalimy si
za siebie.
Von Bek umiechn si szeroko.
- Ju mylaem, e ywi z tego nie wyjdziemy. To ci dopiero przeycie!
- Naley szybko myle i rwnie szybko dziaa - dodaem. Podobnie jak on, byem
zaskoczony nasz bezkarnoci. Poza zamordowaniem ksicia Albreta wszystko przebiegao
po naszej myli, tym bardziej, i cay paac przygotowywa si do wielkich uroczystoci.
Stranicy ubrani byli w witeczne stroje. Wszdzie wida byo obcokrajowcw, ktrzy
zjawili si tutaj specjalnie na uroczystoci. Do tej pory musieli ju znale Neterpino Slocha,
ksit Perichosta i Pharla, musieli te podnie alarm w paacu. Nie wydawao si jednak,
aby w tym wiecie znane byy jakie rodki cznoci o dalekim zasigu. Jeeli na czas
dotrzemy do odzi, to mamy szans znikn z Yaladeka.
- A co z naszym jecem? - zapyta ksi Ottro. - Co z ni zrobimy? Zabierzemy j z
sob?
- Byaby tylko zbdnym balastem - odrzekem.
- W takim razie proponuj j zabi - nalega Ottro - aby tym sposobem ocali Sze
Sfer. Ona i tak si nam nie przyda.
Alisaarda mrukna co niechtnie. Milczaem. Wiedziaem, e Sharadim jest ju
przytomna i moe sysze t rozmow. Wiedziaem rwnie, e ju do j nastraszyem i nie
musz tego ponownie robi.
Dwie godziny pniej wypucilimy nasze konie na pastwisko, sami za zaczlimy
schodzi po skalistym wybrzeu coraz niej, aby dotrze do miejsca, gdzie pozostawilimy
nasz d. Von Bek dwiga Sharadim na ramieniu, Ottro prowadzi. Wreszcie dotarlimy na
miejsce. Niebo byo szare, a plaa wydawaa si cakowicie wyludniona. Rwnie ocean by
cichy i pozbawiony ycia.
- Moemy wzi j na pokad - zaproponowa Ottro - a potem utopi w morzu. Tym
sposobem skoczymy z ni raz na zawsze. Szlachta potem wybierze sobie nowego wadc.
- A jeli raczej zechce poszuka na was zemsty za zabicie mnie, panowie? - zapytaa
sama zainteresowana. Staa teraz na piasku, potrzsajc zotymi wosami. Jej bkitne oczy
byszczay. - Moesz sprowadzi na nasz wiat wojn domow, ksi Ottro. Czy tego
wanie pragniesz? Ja w kadym razie zapewniam jedno.
Odwrci si od niej i zabra si do oaglowania, przygotowujc je do rejsu.
- Dlaczego sama nie udasz si do Barganheem i nie sprbujesz zdoby tego miecza? -
spytaem. Blefowaem, wiedziaem bowiem bardzo niewiele na temat miejsca pobytu miecza.
- Wiesz dobrze, e byoby to dla mnie igraszk - odpara. - Mog wkroczy do
Barganheem na czele armii i wzi sobie to, czego tylko zapragn.
- Czyby Morandi Pag by przeciwny?
- A jeli nawet?
- A moe Armiad?
Skrzywia si z niesmakiem i obrzydzeniem. - Ten barbarzyca? Ten parweniusz? On
robi, co mu si kae. Gdyby przyby do nas kilka godzin przed Zgromadzeniem,
zaatwilibymy te sprawy raz na zawsze. Nie wiedzielimy wwczas, gdzie jeste.
- Szukalicie mnie podczas Zgromadzenia?
- By tam ksi Pharl. Zamierza kupi was obu, ywych czy umarych, od Armiada. I
zrobiby to, gdyby nie wmieszay si w to Kobiety-Zjawy. Armiad to kiepski sojusznik, jest
jednak jak na razie jedynym, jakiego mamy w Maaschanheem.
Zdaem sobie spraw, e jej dziaania ju dawno przekroczyy granic wiata. Robia,
co tylko moga i tam, gdzie si dao. Armiad za, tak bardzo nienawidzcy mnie, tym chtniej
przysta na jej sub. Wiedziaem te obecnie, e Miecz Smoka by najprawdopodobniej w
Barganheem i e kto zwany Morandi Pag zna dokadnie miejsce jego pobytu lub te jest jego
stranikiem. Wiedziaem take, e jest na tyle potny, i Sharadim potrzebowaaby caej
armii, aby go pokona.
Tymczasem Federit Shaus, Alisaarda i ksi Halmad przygotowali d do
odpynicia. Ksi Ottro wycign dugi n, ktry zabraem w paacu Neterpino Slochowi.
- Czyja mam to zrobi? Musimy mie to wreszcie za sob.
- Nie moemy jej tak po prostu zamordowa - powiedziaem stanowczo. - W jednej
sprawie ona ma racj. Stanie si to powodem do wojny domowej. Jeli za zostawimy j przy
yciu, to wielu przekona si, i nie jestemy takimi mordercami, jakimi nas przedstawia.
- Wojna domowa jest i tak nieunikniona - odrzek niechtnie Ottro. - Niejeden kraj nie
uzna jej jako Wadczyni.
- Jednak wiele innych uzna j. Niech nasze czyny bd wiadectwem uczciwoci i
humanitaryzmu.
Ksi Halmad i Alisaarda poparli mnie gorco.
- Niech osdzi j prawo - powiedziaa Alisaarda. - Nie zniajmy si do jej metod. -
Flamadin ma racj. Wielu zacznie teraz j podejrzewa. Jej ludzie mog sami odda j pod
sd...
- To raczej mao prawdopodobne - wtrci rzeczowo von Bek. - Ci, ktrzy tego
zadaj, bardzo szybko znikn. Tego
typu tyranie dziaaj wedle podobnego wzorca, waciwego zapewne wszystkim
epokom. Co by nie powiedzie - taka, a nie inna jest wymowa faktw.
- Widz, e nie znajd w was zwolennikw - podsumowa Ottro. - W takim razie
zostawmy j, a sami odpywajmy jak najszybciej w stron Waldany. Dopiero tam poczuj si
bezpieczny.
Sharadim miaa si, gdy odbijalimy od brzegu. Wiatr rozwiewa zamaszycie jej
cudowne wosy, przyciskajc zarazem paszcz do ciaa. Stanem na rufie odzi, przypatrujc
si jej. Patrzyem jej prosto w oczy, jakbym tym sposobem usiowa zniszczy mieszkajce w
niej zo. Jej miech stawa si jednak coraz dononiejszy. Syszaem go stale, nawet wtedy,
gdy nasza d skrcia i stracilimy j z pola widzenia.
O ile pamitam, drugiego dnia eglugi zauwaylimy za sob kilka wielkich
szkunerw. Na szczcie ich zaogi spostrzegy nas. Wkrtce potem znalelimy si u
brzegw Waldany. Noc wysadzilimy Ottro i jego ludzi w okolicy maego portu rybackiego.
- Id, aby wezwa mj nard do broni - poegna si z nami Ottro. - My przynajmniej
wystpimy przeciw Sharadim.
Nie mielimy czasu na odpoczynek.
- Na pnoc - powiedziaa Alisaarda. Na rzemyku u szyi miaa rodzaj kompasu. -
Musimy si spieszy. Rankiem moe by za pno.
Ruszylimy na pnoc, eglujc poprzez leciutko tylko pofalowan powierzchni
oceanu, ktry rankiem, w pierwszych promieniach soca, zaczai byszcze niby metalowa
patera. Wkrtce potem na horyzoncie ujrzelimy wejcie. Wida byo, e niedugo bdzie ono
zamknite. Alisaarda z wielk wpraw wykorzystywaa najlejszy nawet podmuch wiatru dla
nadania naszej odzi wikszej prdkoci. Wpatrywalimy si z von Be-kiem w napiciu w
wietliste kolumny, ktrych rdo i przeznaczenie byo nam nieznane.
- Bd musiaa zaryzykowa szybsze zblienie - zawoaa Alisaarda. - Zostay tylko
sekundy do zamknicia wejcia.
Mwic to, skierowaa d w szczelin pomidzy dwoma kolumnami. Przewit by
tak niewielki, e byem pewny, i rozbijemy si o kolumny. Caa wietlista konstrukcja
kurczya si, kolumny zbliay si do siebie, jakby chciay stopi si w jeden promie.
Mimo wszystko zdoalimy si zmieci. Tunel by o wiele wikszy ni ostatnio, ale
wiedzielimy, e jestemy bezpieczni. Nasz okrcik pdzi z olbrzymi szybkoci,
podskakujc i koyszc si.
- Mamy du wpraw w odnajdywaniu i przenikaniu do przej pomidzy wiatami -
poinformowaa nas Alisaarda. - Mamy mapy i prowadzimy obliczenia. Znamy te terminy
otwarcia i zamknicia poszczeglnych wej. Nie ma obawy, ju wkrtce znajdziemy si w
Barganheem. Przybdziemy tam zapewne okoo poudnia.
Von Bek by znuony. Opad na dno odzi, ze sabym umiechem na obliczu.
- Zaufaem twej decyzji, Herr Daker, ale naprawd nie mam pojcia, jakim cudem uda
si nam odnale ten miecz w Barganheem.
Wyjaniam mu rdo mojej wiedzy. - Mam t wyszo nad Sharadim, e mog
wiadomie odczytywa jej myli, ona za moe si tylko domyla moich. Oznacza to, i ma
t sam moc, lecz nie wie, jak jej uy. Przez moment pozwoliem jej czyta w moich
mylach.
- I to wanie wtedy zemdlaa? No tak! Ciesz si, Herr Daker, e to nie mnie spotka
ten przywilej! - ziewn. - Z tego wszystkiego wynika jednak, e Sharadim moe rwnie, w
pewnej sytuacji, pozna twoje myli oraz wiedz i zrobi z nich uytek. Takiej ewentualnoci
nie mona wykluczy!
- Tak, musi jednak polega na swojej intuicji, aby okreli, ktre z obrazw, jakie
podsuwa jej podwiadomo, s prawdziwe. Oczywicie nie mona wykluczy, e wybierze
waciwe rozwizania.
d zatrzsa si. Natychmiast spojrzelimy przed siebie. Na wprost widniaa
byszczca jaskraw zieleni masa wiata w ksztacie kuli przypominajcej nieco Soce.
Barwa kuli stopniowo zmienia si w bkitn, a potem w szar. Nasz tunel
pocz si zwa. Przywarlimy do dna odzi. Rozlegy si haasy, przypominajce ni
to wycie wiatru, ni to muzyk, a take znowu jakie nieokrelone dwiki. d skakaa w
gr i w d na czym, co chyba nie byo ju wod.
Pod nami byy chmury. W grze zajaniao bkitne niebo i Soce w zenicie.
wietliste kolumny znikny. Nie znajdowalimy si ju na wodzie, a na zielonej, grskiej
ce. Na ssiednim poletku, oddzielonym od naszego kamiennym murkiem, pasy si trzy
biao-czarne krowy. Dwie przypatryway si nam z niemym zdziwieniem, podczas gdy trzecia
wzgardliwie nie zwracaa na nas uwagi.
Dookoa jak okiem sign widoczne byy takie same strome ki, mury i grskie
szczyty. Nieco poniej poziomu, na ktrym si znajdowalimy, rozcigaa si nieprzenikniona
dla oka paszczyzna chmur. Panowa tu dziwny, przyjemny spokj. Von Bek wystawi nogi za
burt, po czym zwrci si do Alisaardy z umiechem:
- Czy cay Barganheem jest rwnie spokojny, pani?
- Znaczna jego cz - odpowiedziaa. - Kupcy rzeczni bywaj ktliwi, ale oni nigdy
nie zapuszczaj si tak wysoko.
- A co z rolnikami? Czy nie bd zaskoczeni widokiem odzi na jednym ze swych pl?
- pyta von Bek z waciwym sobie sarkazmem.
Alisaarda zdja hem. Gdy jej dugie wosy rozwiay si na wietrze, raz jeszcze
uderzyo mnie jej podobiestwo do mojej Ermizhad, widoczne zarwno w wygldzie, jak i w
sposobie poruszania si. Znowu te poczuem ukucie zazdroci, gdy udzielaa von Bekowi
odpowiedzi z umiechem, za ktrym kryo si, byem pewien, co wicej ni tylko
zwyczajowa uprzejmo. Ukryem, oczywicie, to uczucie, bo przecie nie miaem do niego
prawa. Kochaem wci Ermizhad. Bya mi drosza ni wszystko inne na ktrymkolwiek ze
wiatw. Alisaarda nie bya Ermizhad i musiaem to zaakceptowa. Jeeli ona i von Bek
przypadli sobie do gustu, to powinienem si tylko cieszy. Jednak zoliwy diabeek w moim
umyle szepta dalej. Gdybym tylko mg, wypalibym go z siebie rozarzonym do biaoci
elazem.
- Jak sam zauwaysz, tutejsi gospodarze raczej nie wypuszczaj na te pola zwierzt
gospodarskich - powiedziaa Alisaarda. - Oni wiedz, e to miejsce ma moc magiczn. Ich
krowy znikaj, gdy ukazuj si Supy Raju. Mieli okazj oglda tu rzeczy o wiele
dziwniejsze ni d. Mimo to nie moemy oczekiwa od nich zbyt wielkiej pomocy, nie maj
bowiem dowiadczenia w przemieszczaniu si pomidzy Sferami. Takie przygody
pozostawiaj kupcom podrujcym rzekami, ktre pyn w dolinach.
- Jak moemy odnale Morandi Paga? - bezceremonialnie wtrciem si do rozmowy.
- Mwia, Alisaardo, e moesz odgadn miejsca jego pobytu bez niczyjej pomocy.
Spojrzaa na mnie ze zdziwieniem, zupenie jakby zostaa dotknita w czue miejsce.
- Co ci si stao, ksi?
- Jestem tylko niecierpliwy - odrzekem krtko. - Nie wolno nam da Sharadim ani
minuty...
- Czy nie uwaasz, e i nam naley si troch czasu dla siebie? - zapyta von Bek,
dotykajc domi trawy. Poklepa si po twarzy i ziewn.
- Troch czasu zyskalimy, ale i troch stracilimy - przypomniaem mu. - Ona
skieruje sw armi do Barganheem albo opracuje jak now strategi. Jak przypuszczam, jej
denie do wadzy jeszcze si nasili, tote bdzie usiowaa za wszelk cen zdoby Miecz
Smoka przed nami. Tak wic, pani, gdzie twoim zdaniem powinnimy rozpocz
poszukiwania Morandi Paga?
Alisaarda w milczeniu zesza kilka krokw niej, w stron powoki chmur.
- Niestety, musimy zej do rzecznej doliny. To imi nie brzmi dla mnie zbyt
przejrzycie. Kiedy jednak dotrzemy na miejsce, uwaajcie! - musicie mi da mwi. Tutejsi
ludzie od wiekw handluj z Gheestenheem i my jestemy jedynymi ludmi, ktrzy nigdy nie
przynosili w te strony gwatu i przemocy. Jeli maj zaufa komukolwiek spoza swej Sfery,
zaufaj mnie. Warn nie bd ufa ani na jot.
- Jaka ksenofobiczna rasa, co? - zamia si von Bek, przygotowujc si do drogi.
- Maj swoje powody - odpara Alisaarda. - Wy, Mab-deny, stanowicie przypadek
niezwyky i niepokojcy. Wikszo z nas poznaje rnorodno ras i kultur, cieszc si ich
bogactwem, podczas gdy wasza historia stanowi, jak si wydaje, jedno pasmo przeladowa i
zniszczenia wszystkich i wszystkiego, co rni si od was. Dlaczego tak jest, jak sdzisz?
- Gdybym zna odpowied na to pytanie, moja pani - odpowiedzia von Bek - zapewne
nie byoby mnie tutaj i nie miabym okazji odbywa tej interesujcej rozmowy. Mog ci
zapewni, e s wrd Mabdenw tacy, ktrzy maj zdanie podobne do twego. Niekiedy
wydaje mi si, e nasza egzystencja jest jedynie monstrualnym koszmarem, w ktrym rzdz
strach i przeraenie, my za odsuwamy wszelk myl o zmianie tego stanu!
Jego pasja zrobia na niej wraenie. aowaem, e to nie ja byem tak elokwentny i to
nie ja budziem jej zainteresowanie. Ruszylimy w d grskim szlakiem, ja za zmuszaem
si do zainteresowania otaczajcymi nas widokami grskich poonin.
- Gdy zejdziemy niej - powiedziaa Alisaarda - opucimy wreszcie pastwiska.
Popatrzcie, wida ju jeden z domw nalecych do tutejszych farmerw...
Budynek by do wysoki i stokowaty. Mia komin, a jego strzecha sigaa niemal do
samej ziemi. Obok domku zauwayem dwie lub trzy postacie, zajmujce si wanie prac na
farmie. W ich ruchach byo jednak co niezwykego. Bylimy ju cakiem blisko, a oni nie
zwracali na nas najmniejszej uwagi, mimo e z pewnoci od dawna nas widzieli.
Najwyraniej woleli udawa, e nas tu nie ma. Dziki temu mogem im si bezkarnie
przyglda.
Sprawiali wraenie nienaturalnie pochylonych. Pocztkowo przypisywaem to
wykonywanej przez nich pracy i dziwnemu krojowi ich ubiorw, ale gdy spojrzaem na ich
twarze zorientowaem si, e w ogle nie byli ludmi. W pierwszym skojarzeniu pomylaem
o jakim gatunku pawianw. Dopiero teraz zrozumiaem, co Alisaarda miaa na myli. Przy
nastpnym spojrzeniu z bliska zauwayem, e zamiast stp maj kopyta. Kime byli owi
niegroni, cisi farmerzy, jak nie najzwyklejszymi diabami z zabobonw wiata Johna
Dakera?
- No, c - zamiaem si - jak si wydaje, von Bek, znalelimy si w piekle.
Mj przyjaciel umiechn si zgryliwie.
- Zapewniam ci, Herr Daker, e pieko nie jest nawet w przyblieniu tak przyjemne.
Alisaarda zawoaa przyjanie w stron pracujcych rolnikw. Jej powitanie brzmiao
niczym agodny, ptasi wiergot i byo prawdziw muzyk dla uszu. Rolnicy, syszc to,
spojrzeli na ni. Ich przedziwne, szerokie twarze rozjaniy si. Zaczli macha w nasz
stron i co pokrzykiwa. Jzyk ich by jednak tak dziwaczny, e nie byem w stanie
zrozumie ani sowa. Alisaarda powiedziaa mi, e ycz nam szczcia pod poziomem
morzem.
- Oni uwaaj chmury za ocean, a ludzi po ich stronie traktuj jak jakie mityczne
stwory. Rzecz jasna, nigdy nie widzieli prawdziwego morza. Poniej s wielkie jeziora, ale
oni nigdy nie zapuszczaj si w te rejony. Tak wic ich morze to chmury.
Dopiero teraz uprzytomniem sobie, e wchodzimy w chmury i e widoczno bardzo
si pogorszya. Obejrzaem si. Farma bya ju ledwo widoczna.
- Teraz - powiedziaa^ Alisaarda - musimy si chwyci za rce. Bd prowadzia.
cieka jest oznakowana kopcami, ale zwierzta czsto je rozrzucaj. Uwaajcie te na we
dymne. S zazwyczaj barwy ciemnoszarej, tote trudno jest je czasem zobaczy pod stopami.
- C to takiego, te szare we? - spyta von Bek, wycigajc rk do Alisaardy. Drug
rk chwyci moj do.
- Po prostu si broni, jeli na nie nadepn - odrzeka. - A skoro nie mamy broni,
poza noami, to musimy naprawd uwaa. Ja bd si rozgldaa za kopcami, wy
obserwujcie ziemi. Pamitajcie, s ciemnoszare.
Z mgy wyaniay si resztki murw, skay w kolorze biaym lub szarym oraz kpki
traw. Skrupulatnie wpatrywaem si w ziemi, jak pouczya nas Alisaarda. Ufaem jej
zarwno jako towarzyszce, jak i przewodniczce. Moje samopoczucie nie byo jednak
najlepsze, zwaszcza e wydawao mi si, i Alisaarda rzuca von Bekowi pene podziwu
spojrzenia.
Szlimy na skutek przemczenia coraz wolniej, mimo to jednak przez cay czas
wypatrywaem niebezpiecznych wy. Niekiedy zauwaaem jakie poruszenie: co ruszao
si pezajc, a taki widok byskawicznie usuwa zmczenie i wyczula zmysy. Ruch wy
niekiedy by syszalny, poniewa szeleciy trawy.
- Czy ten dwik powoduj we? - zwrciem si do Ali-saardy. Byem zdumiony
tym, jak mga znieksztaca dwik. Mj gos brzmia dla mnie zupenie obco.
Alisaarda przytakna, wypatrujc w napiciu kolejnych kopcw.
Zrobio si zimno, a nasze ubrania byy przemoczone. Nie byo te nadziei na to, e po
wyjciu z mgy ociepli si, bowiem zasona chmur i mgy skutecznie blokowaa promienie
soneczne. Von Bek take by porzdnie zmarznity, dra bowiem z zimna.
Zastanawiaem si, czy pancerz z koci soniowej, jaki miaa na sobie Alisaarda, daje
jej cho troch ciepa. Nagle spostrzegem, e jakie trzy stopy za plecami Alisaardy unosi si
z ziemi jaki szary, wowaty ksztat. Krzyknem ostrzegawczo. Nie odpowiedziaa nic,
zatrzymaa si jednak. W milczeniu obserwowalimy, jak w powoli znika we mgle.
- Nie trzeba si obawia tych wy, jeli si zachowuj tak jak ten - powiedziaa
Alisaarda. - One si nam tylko przygldaj. Jeli mog nas zobaczy, nie ma
niebezpieczestwa. Atakuj zazwyczaj tylko mode osobniki i to jedynie wtedy, gdy zostan
raptownie przebudzone. Ale przypominam - nie wolno nadepn na dymnego wa. Reaguje
wtedy bardzo gwatownie. Tymi stokami przechodzio wielu podrnikw i we zdyy si
ju przyzwyczai. Czy to jasne?
Bya niecierpliwa, jakby tumaczya co przygupiemu i leniwemu dziecku.
Przeprosiem j za moj panik. Przyrzekem, e bd pamita o tym, co powiedziaa i skupi
si na najbliszym otoczeniu.
Von Bek zrozumia jej sowa jako reprymend pod moim adresem. Spojrza w moj
stron i mrugn porozumiewawczo.
W teje chwili zauwayem, e jego noga zmierza wprost na zwinitego spiralnie
wa.
- Von Bek!
Spojrza na mnie z przeraeniem, zdajc sobie spraw z tego, co ujrzaem. Jego oczy
rozszerzyy si z blu.
- Mj Boe - powiedzia cicho - on jest na mojej ydce...
Alisaarda rzucia si nagle na ziemi, unoszc n i wycigajc lew rk przed siebie.
Ciemnoszary zwj pi si powoli lecz nieubaganie po nodze von Beka. Widoczno
bya, na skutek mgy, bardzo kiepska, wiedziaem jednak, e stwr peznie coraz wyej po
jego ciele, dc do twarzy. Signem w tym kierunku, usiujc go strci. Rozleg si
metaliczny syk. Drugi w oddzieli si od tamtego, owijajc si wok mego nadgarstka.
Usiowaem poci go noem na kawaki, ale jakim cudem nie zdoaem zrobi mu krzywdy.
Von Bek take uywa swego noa, z rwnie marnym skutkiem. Przez mg bardzo sabo
widziaem Alisa-ard. Wci leaa na ziemi, krzyczc i klnc, jakby szukaa czego, co
zgubia. Syszaem jej pancerz grzechoczcy o skay. Wydawao mi si, e widz jej rami
unoszce si, to znw opadajce. W wci wspina si po moim ramieniu, a drugi po nodze
von Beka. Byem miertelnie przeraony, a twarz von Beka staa si bledsza ni otaczajca
nas mga.
Spojrzaem znowu na wa, ktry dotar ju do mojego ramienia. Widziaem teraz
wyraniej ksztaty bestii. W zaatakowa moj twarz jakby z nienawici. Uczuem ostry bl
policzka, popyna krew. Widziaem wyranie gow dymnego wa, z cienkimi, ale ostrymi
zbami, drgajce nozdrza, cie jzyka. Gowa bestii miaa teraz straszn, row barw,
poniewa zbroczona bya moj krwi.
W kilka sekund pniej w stawa si bardziej czerwony. Druga z jego gw (jeli by
to jeden w, ktry zaatakowa nas obu) dosiga twarzy von Beka ostrymi niby szpileczki
zbami, wyszarpujc mu, podobnie jak mnie, drobne kawaeczki ciaa. Wiedziaem, e w
bdzie tak ksa, dopki z mojej gowy nie pozostanie pozbawiona misa czaszka.
Krzyczaem co, ale nie pamitam sw. Miaem przed sob perspektyw straszliwej mierci,
tym straszniejszej, e nie miaa nastpi szybko. Wci wymachiwaem noem przed sob,
aby zasoni twarz i odpdzi napastnika. W wykazywa jednak zadziwiajc cierpliwo i
ostrono, zupenie jakby wyczekiwa na powstanie luki w mojej osonie, ktr mgby
wykorzysta do kolejnego ataku. Po kadym takim ataku na mojej twarzy pojawiaa si
kolejna ranka. Przypomniaem sobie blizny na twarzy jednego z ludzi, ktrego ujrzaem
podczas Wielkiego Zgromadzenia. Nie miaem wwczas pojcia, skd si te okaleczenia
wziy. Wrzasnem znowu. W kocu, pomylaem, mona si uratowa przed dymnym
wem. Tamtemu si udao, mimo e kosztowao go to utrat oka i poowy twarzy.
Von Bek krzycza rwnie. Atak bestii mia w sobie jak przeraajc nieuchronno.
Nasze ramiona unosiy si z coraz wikszym trudem, podczas gdy w czeka cierpliwie,
uparcie trzymajc si naszych koczyn, co jaki czas wydajc z siebie obrzydliwy, metaliczny
syk.
Najbardziej przeraa mnie fakt, e bestia nie wykazywaa oznak wciekoci. By to
zapewne zwierzak bardzo prymitywny, ktry reagowa tylko wtedy, gdy wydawao mu si, e
jest zaatakowany. Kiedy oplt ju swymi zwojami jaki przedmiot, prbowa jego smaku.
Jeli za w smak przypad mu do gustu, traktowa w przedmiot jako sw zdobycz. Zapewne
nie pamita ju nawet przyczyny, dla ktrej zaatakowa von Beka. Obecnie nie mia powodu
do popiechu i mg zaczeka z posikiem.
Jeszcze raz sprbowaem pchn noem uzbion paszcz. Logika podpowiadaa, e
stworzenie, ktre moe zadawa straszne rany, moe je rwnie otrzymywa. Teza ta nie
spraw-
dzaa si jednak. Mj n z atwoci wnika w ciao gada, przecinajc je; wwczas
gow wa otacza rowy py, niczym aureola, po czym ciao zwierzcia ukazywao si
znowu w nienaruszonym stanie.
Wszystko to odbywao si, oczywicie, w cigu zaledwie kilku sekund.
Tymczasem Alisaarda wci kla i krzyczaa. Nie widziaem jej, syszaem jedynie
dochodzcy jakby z kracw mojej wiadomoci grzechot pancerza oraz okrzyki i jakby
zwierzce pomruki i chrzknicia.
Twarz von Beka wygldaa tak, jakby paka krwawymi zami. Strumienie krwi
spyway po jego policzkach. Mia odgryziony kawaek lewego ucha. Na rodku czoa widnia
lad ukszenia - miejsce to byo nabrzmiae krwi. Oddycha ciko i chrapliwie. Jego oczy
nie wyraay przeraenia, lecz rozpacz, jakby nie mg si pogodzi z rodzajem swej mierci.
Nagle tonacja gosu Alisaardy zmienia si. By to teraz niemal okrzyk triumfu, co w
rodzaju ekstatycznego wycia. Nadal jej nie widziaem, spostrzegem jedynie bia rk,
zamierzajc si na niewidoczne dla mnie ciao wa. Wydaa z siebie kilka postkiwa, po
czym zobaczyem jej rk w kolejnym zamachu. Tym razem w doni trzymaa n.
Oplatajcy mnie w unis wyej gow i odchyli si nieco do tyu. Nie wtpiem, e
tym razem zaatakuje jedno z moich oczu. Uniosem rk, szczelniej osaniajc twarz. Nie
widzc teraz wa, bybym nawet gotw uwierzy, e gad ten nigdy nie istnia i jest tylko
wytworem mojej chorej wyobrani. O jego istnieniu przypomina mi jedynie ucisk splotw
jego ciaa.
Usyszaem nagle donony okrzyk von Beka. Zapewne w ugodzi go w jakie
szczeglnie bolesne miejsce. Nie patrzc ruszyem w jego stron, cho wiedziaem, e i tak
nie mgbym go uratowa. Pamitam, e mylaem: Przynajmniej umr prbujc. Taka
myl moe przynie duszy pociech, nawet w godzinie gwatownej i straszliwej mierci.
Obejmoway mnie czyje ramiona. Otworzyem oczy. Dyniny w nie oplata ju
swym uciskiem ciaa von Beka. Pomylaem, e moe obaj ju nie yjemy. e to zudzenie
ocalenia, podczas gdy nasza krew wypenia odek naszego przeladowcy.
- Herr Daker! - w gosie von Beka brzmiao jakby zaskoczenie. - Zdaje si, e on
zemdleje, pani.
Leaem na ziemi. Widziaem pochylajcych si nade mn przyjaci. Wydao mi si
to dziwne i zarazem zabawne. Spojrzaem na nich. Odetchnem z ulg, e widz ich ywych.
I znowu przeszyo mnie do zazdroci, gdy zobaczyem, jak ich gowy, pochylajce si nade
mn, zetkny si.
- Nie - wymamrotaem. - Ty musisz by Ermizhad. Bd Ermizhad choby przez jedn
chwil, pki nie umr...
- Ju kiedy wypowiada to imi - powiedziaa Alisaarda. Najwyraniej nie byli
zainteresowani tym, e ich przyjaciel umiera. Czy sami byli ju martwi?
- To imi kobiety eldreskiej, takiej jak ty - usyszaem gos von Beka. - On j kocha.
Szuka jej w niezliczonych wiatach, ktre odwiedzi. Jego zdaniem ty j przypominasz.
Rysy jej twarzy zagodniay. Zdja rkawic i dotkna doni mojej twarzy.
Poruszyem ustami i wyszeptaem raz jeszcze: - Ermizhad, zanim umr...
Wracao mi jednak poczucie rzeczywistoci, chocia staraem si odwlec ujawnienie
tego przed nimi. Chciaem przeduy t chwil i nadal by obiektem wspczucia i
serdecznoci, jakiej ju kiedy dowiadczyem: wtedy, gdy byem z Ermizhad. Wreszcie
przemogem si i powiedziaem stanowczym tonem: - Wybacz mi, pani. Jestem przytomny.
Dochodz ju do siebie. Moe zechcesz mi wyjani, jakim sposobem hrabia von Bek i ja
jestemy nadal wrd ywych?
Von Bek pomg mi usi. Mga nie bya ju tak nieprzenikniona jak przedtem.
Widziaem fragment grskiego zbocza, wiodcy ku szerokiej, wodnej tafli.
Alisaarda usiada na skalnym odamku. Obok jej stopy, uoone na szerokiej,
krzemiennej skorupie, co leao. Przypominao to zwoje wa, ale byo mae i niegrone.
Trcia ten czarny przedmiot kling noa. Wyglda na zupenie nieywego. Co wicej, zacz
si rozpada i po chwili pozostao tam tylko troch czarnego pyu.
Nie wierzc wasnym oczom zapytaem: - To chyba nie s pozostaoci po tym
dymnym wu?
Spojrzaa na mnie, zagryzajc doln warg i unoszc brwi, po czym skina gow.
Von Bek przyjrza si w zadumie szcztkom wa.
- Zosta zniszczony w najzwyklejszy sposb, przez niezwyk kobiet. Jego sowa
sprawiy jej przyjemno.
- Znam tylko jeden sposb zabicia dymnego wa.Naley znale centrum nerwowe i
przeci je, dziki czemu powstaje natychmiast tyle nowych wy, ile byo kawakw. Trzeba
go wykrwawi i zabi, nim zdy podzieli swe ciao na nowe we. Wanie jego krew
zawiera najgroniejsz bro przeciw niemu. Na szczcie o tym pamitaam. Dobrze te, e,
jak wszyscy w Geestenheem, podruj zawsze ze swym wyposaeniem.
- Ale co go zabio, pani? W jaki sposb ocalia nam ycie, skoro nasze noe nie robiy
wom adnej krzywdy?
Von Bek nie pozwoli jej odpowiedzie, miejc si: - Bdziesz mia dobry ubaw, gdy
si dowiesz. Prosz, Alisaardo, nie ka mu duej czeka! Ten biedny czowiek cierpi!
Alisaarda pokazaa mi sw lew do. Widniay tam lady biaego proszku.
- Sl. Zawsze mamy ze sob sl.
- Stwr zareagowa rwnie szybko jak zwyky ogrodowy limak! - von Bek by
rozentuzjazmowany. - Kiedy tylko odnalaza rdze a ju to wymagao niewiarygodnej odwagi
- wykonaa cicie, aby pokazaa si krew i jednoczenie wrzucia do rany troch soli. Rdze
wysech natychmiast. I to wanie nas ocalio.
Dotkn lekko doni niewielkich skalecze na swej twarzy. Rany zabliniay si ju,
pozostawiajc niewielkie lady. Miaem nadziej, e i ja wyjd z tej przygody rwnie tanim
kosztem.
- Nie ma o czym mwi - doda mj przyjaciel - bdzie wygldao jak lady po
trdziku.
Pomg mi stan na nogi. Skoniem si przed Alisaarda. Teraz przypominaa mi
Ermizhad bardziej ni kiedykolwiek.
- Dzikuj ci z gbi serca, pani. Dzikuj za ocalenie ycia.
- Ty take zrobie wiele, prbujc ratowa hrabiego von Beka - odrzeka uprzejmie. -
Na szczcie mam w tych sprawach du wiedz.
,
Spojrzaa na von Beka wzrokiem penym zdecydowania i rozbawienia.
- Mam te nadziej, e pewien dentelmen bdzie baczniej patrze pod nogi, zamiast
na swego towarzysza podry.
Zbesztany, von Bek zachowa si jak przystao na niemieckiego arystokrat.
Wyprostowa si, stan na baczno, po czym stukn obcasami i skoni si gboko,
akceptujc swoj win.
Zarwno Alisaarda, jak i ja nie moglimy powstrzyma si od rozbawienia na widok
niespodziewanego zamiowania naszego przyjaciela do starych, grzecznociowych gestw.
- Chodcie - powiedziaa na koniec Alisaarda - musimy si pospieszy, aby moliwie
szybko zej niej. Tam nie bd nam ju groziy dymne we, odpoczniemy sobie
bezpiecznie. Jest ju zbyt pno, aby i w stron miasta, maj tam bowiem zwyczaj
odprawia precz wszystkich, ktrzy przybywaj po zmroku. Jeeli odpoczniemy i udamy si
tam rano, to moemy liczy, e pomog nam w odnalezieniu Morandi Paga.
Mga uniosa si do gry, zrobio si ciemniej i zimniej. Nasza trjka trzymaa si
teraz blisko siebie w poszukiwaniu ciepa. Schodzilimy coraz niej i niej po agodnym
stoku, poronitym darni. Momentami wida byo, e u podna naszej gry znajduje si co
na ksztat zatoczki, okalajcej grskie jeziora. Wok zatoczki i dalej, wzdu brzegu
wpadajcej do jeziora rzeki, migotay wiata i gdzieniegdzie pony ognie. Wydawao mi
si, e sysz jakie gosy, mogy to jednak by dwiki wydawane przez stado czarnych,
padlinoernych ptakw, szykujcych si do odlotu w najbardziej niedostpne grskie
rozpadliny, gdzie miay swoje gniazda. Przypatrywaem si miastu. Nie widziaem adnych
budynkw. Nie byo te okrtw, mimo e zapewne byy tu jakie nabrzea lub mola. W
dalszej czci brzeg jeziora porasta gsty las, o drzewach przypominajcych dby. Rwnie
w lesie poyskiway ognie, jakby i tam zamieszkiwano. Na prno rozgldaem si za
budynkami - nie byo ich. Zastanawiaem si, czy nie wpadem w jaki letarg lub omamienie,
utrudniajce mi widzenie. A moe miasto i jego mieszkacy s niewidzialni dla ludzkiego
oka? Pamitaem, e byli ju tacy ludzie, ktrych nazywali - ducha-
mi - ci, ktrzy nie byli w stanie ich zrozumie. Dobrze byoby skupi myli na czym
konkretnym i namacalnym, ale mj umys by ju na tyle przemczony i przeadowany
mylami, e nic nie mogo z tego wyj. Moe miao to zwizek z Ermiz-had? Obrciem si.
Mimo skpego wiata udao mi si zobaczy upion twarz Alisaardy.
Spowity w mroki nocy opakiwaem Ermizhad, dopki sen nie przerwa tej mki. Nie
zaznaem jednak ulgi, bowiem nio mi si sto kobiet: setka, ktra zostaa zdradzona przez
wojowniczych mczyzn, z ich obdem bohaterstwa przez swoje gbokie i czue uczucia
oraz romantyczny idealizm. nia mi si setka kobiet, a kad z nich znaem z imienia, kad
z nich kochaem. Wszystkie byy moj Ermizhad. I kad utraciem.
Zbudziem si o wicie, by stwierdzi, e chmury zgromadzone nad przeciwlegym
brzegiem jeziora rozeszy si, ustpujc miejsca czerwono-zotemu snopowi sonecznego.
wiata, odbijajcego si w wodzie. Ta eksplozja blasku stanowia ostry kontrast z czerni i
szaroci okolicznych gr oraz powierzchni jeziora, co nadawao naszej sytuacji dodatkowej
dramaturgii. Niemal oczekiwaem dwikw muzyki, wybiegajcych z miasta ludzi,
cieszcych si gono tak piknym porankiem. Jednak jedynym dwikiem dochodzcym z
pooonego poniej osiedla byo pobrzkiwanie domowych sprztw, porykiwanie zwierzt
oraz jakie piskliwe gosy.
Nadal nie byem w stanie zobaczy, gdzie waciwie znajduje si samo miasto. Moe
ten lud mieszka w jaskiniach, starannie maskujc wejcia do nich? Takie scenki widywaem w
wielu wiatach, jakie zdarzyo mi si odwiedzi. Teraz jednak nieco byem zdziwiony, i
kupcy, nie wahajcy si podrowa w interesach midzy Kolumnami, nie mieszkaj w
bardziej cywilizowanych budynkach.
Syszc o moich wtpliwociach, Alisaarda umiechna si. Wzia mnie pod rk i
spojrzaa prosto w oczy. Bya weselszego usposobienia ni Ermizhad, a jej oczy miay nieco
inne zabarwienie, podobnie jak wosy. Podobiestwo do mojej ukochanej sprawiao jednak,
e przebywanie blisko niej wydawao mi si szczeglnie bolesne.
- Wszystkie tajemnice zostan wyjanione w Adelstane - obiecaa. Potem za uja von
Beka za rk i niczym uczennica na pikniku, poprowadzia nas w d trawiastego zbocza w
kierunku osiedla. Staem przez chwil, nim ruszyem za nimi. Na moment straciem poczucie
rzeczywistoci, zapomniaem gdzie jestem i skd si tutaj wziem. Zdawao mi si, e
wyczuwam zapach papierosowego dymu, e sysz przejedajcy ulic autobus. Zmusiem
si, by spojrze w d, w stron chmur, kbicych si nad odlegym brzegiem jeziora.
Wreszcie otrzsnem si z tych majakw i przypomniaem sobie moje obecne imi -
Flamadin. Przypomniaa mi si te Sharadim. Wstrzsn mn nagy dreszcz.
Ruszyem w lad za przyjacimi, ktrych dognaem dopiero wtedy, gdy byli ju
niemal u stp gry i przechodzili przez bram w niskim murku. Wanie zorientowali si, e
mnie nie ma i zaczynali si niepokoi.
Ju razem poszlimy wijc si drk, prowadzc do miejsca, gdzie woda bya
szczeglnie pytka, tworzc brd. Ta przeprawa zostaa zbudowana specjalnie i miaa dla
tutejszych mieszkacw t zalet, e - w przeciwiestwie do ewentualnego mostu - bya sabo
widoczna z gry. Wanie dlatego mostu nie zbudowano. Zdziwia mnie ta nadmierna
przezorno.
Brodzc w czystej, zimnej wodzie ku przeciwlegemu brzegowi, przygldalimy si
olbrzymim otworom w powierzchni skalistego wybrzea, z ktrych kady by zrcznie
ufortyfikowany. Widzc to uwiadomiem sobie, e mieszkajcy tu ludzie posiedli znaczne
umiejtnoci w dziedzinie architektury i budownictwa.
Alisaarda uniosa przybic swego hemu, po czym zoya donie w trbk i zawoaa:
- S tutaj przyjanie nastawieni gocie, pragncy zda si na ask Adelstane i jej wadcw!
Odpowiedziaa gucha cisza. Nie syszelimy nawet szczku domowych sprztw.
- Przynosimy wieci, ktre mog by wane dla nas wszystkich - nie ustpowaa. - Nie
mamy ze sob broni i nie suymy ani nie sprzyjamy adnemu z waszych wrogw.
Byo to ju co w rodzaju deklaracji politycznej, uprzejmoci, ktra bya niezbdna,
jeli chcielimy dostpi zaszczytu uzyskania audiencji u tych troglodytw.
Cisz przerway jakie guche odgosy. Jeden, potem drugi. Pniej inny dwik -
jakby uderzenie o siebie kawakw metalu. Wreszcie, z grnych wej do jaskini, rozlegy si
dwiki gongu, przecige i dudnice.
Alisaarda z zadowolon min opucia ramiona.
Czekalimy w milczeniu. Von Bek mia zamiar przemwi, ale nasza przewodniczka
gestem nakazaa mu powcign jzyk.
Gong ucich. W zamian usyszelimy chrapliwy ryk, jakby jaki olbrzym prbowa
zagra na monstrualnej trbie. Na koniec otwara si cz najbliszego wejcia do jaskini,
odsaniajc ciemny i poszarpany otwr. Wykorzystano tu zapewne naturalne pknicie w
skale.
Alisaarda ruszya przodem i z gracj przecisna si przez otwr wejciowy.
Poszlimy za ni, cho daleko nam byo do jej zrcznoci.
Kiedy znalelimy si w rodku, z nabon czci wpatrzylimy si w to, co nas
otaczao.
Bylimy w najbardziej penym wdziku miecie, jakie zdarzyo mi si widzie. Jego
architektura bya symfoni strzelistego pikna. Byo biae i byszczce, jakby owietlao je
wiato ksiyca i tym wyraniej rysowao si na tle ciemnej gbi ogromnej jaskini. Znowu
usyszelimy nad sob gardowy ryk, a potem buczenie. Dopiero teraz zdalimy sobie spraw,
e odgosy te byy znieksztacone naturalnymi waciwociami jaskini, majcej ponad trzy
mile szerokoci. Jej sklepienia, z powodu rozmiarw, nie byo wida. To miasto, poyskujce
marmurem, kwarcem i granitem, byo z pozoru tak delikatne, i wydawao si, e lada
podmuch moe je zniszczy. Byo kruche niczym pikne zudzenie. Baem si, e gdy
zamkn oczy i otworz je ponownie, nie ujrz go ju przed sob. Miaem racj podejrzewajc,
e prymitywizm tych ludzi by pozorny, ale myliem si przypuszczajc, e rzeczni kupcy
oka si barbarzycami.
- To wyglda jak miasto zbudowane z koronek - wyszepta z przejciem von Bek. -
Jest tysic razy pikniejsze ni nawet Drezno!
- Chodcie - powiedziaa Alisaarda, schodzc wielkimi, wypolerowanymi schodami,
prowadzcymi do drogi, ktra z kolei wioda do Adelstane. - Nasze zachowanie musi by od
tej pory pozbawione jakiegokolwiek wahania - dodaa. - Wadcy tego miasta s
przewraliwieni na punkcie wykrywania szpiegw i zwiadowcw przeciwnika.
Nad nami na skaach pony ognie. Niekiedy widziaem przy nich jakie biae twarze,
wychylajce si z surowych, skalnych pek. Ludzie ci gromadzili si i azili tani i z
powrotem, zanim wreszcie powrcili do swych zaj. Nie mogem jako skojarzy tych
dzikusw z budowniczymi tego wspaniaego miasta lub jego mieszkacami.
Zapytaem Alisaard, kim s owi skalni ludzie, ona za przeprosia mnie, i wczeniej
mi wszystkiego nie powiedziaa.
- To Mabdeny, oczywicie. Lkaj si miasta. Boj si zreszt niemal wszystkiego.
Nie wolno im posiada jakiejkolwiek broni, sucej do atakowania tego, czego si boj, stali
si wic tacy, jakimi ich widzicie. Wydaje si, e Mabdeny mog jedynie zabija bd
ucieka. Ich mzgi nie s przez nich wcale uywane.
Von Bek by sceptyczny.
- Wygldaj mi na bezproduktywne elementy jakiego bardzo surowego systemu
politycznego, ktre wywieziono tutaj, aby nie byy ciarem dla innych.
Alisaarda zmarszczya brwi.
- Nie nadam za twoim rozumowaniem. Von Bek umiecha si, niemal sam do
siebie.
- Masz ogromne dowiadczenie w dziedzinie magii i cudw nauki, Alisaardo, ale
wydaje mi si, e w Wielowiecie jest bardzo mao cywilizacji rozwinitych gospodarczo!
Chyba go zrozumiaa, bo rozpogodzia si natychmiast.
- No tak! Chyba wiem, o co ci chodzi. Tak, twoje przypuszczenie jest mniej wicej
trafne. To nie jest dobry sektor dla takich spoeczestw.
Z przyjemnoci spogldaem na twarz von Beka, gdy zdawa sobie spraw, e nie
tylko wykaza arogancj intelektualn, ale e zosta przywoany do porzdku przez kogo bez
wtpienia przewyszajcego go poziomem umysowym.
Von Bek spojrza na mnie w zaambarasowaniu.
- To zadziwiajce, jak atwo wpadamy w przekonanie o wyszoci i nieomylnoci
naszej wasnej kultury, gdy tylko stykamy si z czym nieznanym lub niewytumaczalnym.
Jeli kiedykolwiek powrc do swoich czasw i swego kraju, wezm si za napisanie ksiki
lub dwch, ktre powic reakcjom ludzkoci na nowe i niesychane zjawiska.
Poklepaem go po ramieniu.
- Unikasz jednej puapki, przyjacielu, wpadajc zarazem w drug. Nie mam
wtpliwoci, e gdy ten moment nadejdzie, zajmiesz si codziennym yciem i nie napiszesz
adnych rozpraw. To dowiadczenie yciowe i wysiek poprawiaj nasz los, a nie ilo
przeczytanych tomw.
Nie do koca mnie zrozumia.
- Jak si wydaje, w gbi serca jeste prostym onierzem.
- Z pewnoci mona znale kilku prostszych ode mnie. Wprawia mnie w
zakopotanie, e nie wiem, dlaczego staem si tym, kim jestem - odrzekem.
- Zapewne jedynie istota wolna od nadmiernej skonnoci do skomplikowania spraw
byaby w stanie ogarn swym umysem tyle dowiadcze yciowych i tak ilo informacji,
co ty - powiedzia von Bek z odcieniem wspczucia. Chrzkn. - Nadmierny intelektualizm
nie jest chyba mniej grony ni nadmierny sentymentalizm, co?
Podeszlimy do rozsiewajcej jaskrawy blask, owalnej bramy miasta. Ognisty
piercie pon, jak mi si zdawao, rwno i nie dawa ciepa. Byszcza jednak tak mocno, e
olepia nas, uniemoliwiajc patrzenie na Adelstane przez bram.
Alisaarda nie zatrzymaa si, lecz ruszya miao w stron krgu i przesza przeze w
miejscu, gdzie styka si z powierzchni skay. Nie pozostao nam nic innego, jak ruszy za
ni. Zamknwszy oczy wkroczyem w poncy ogie i niemal w tej samej chwili bez szwanku
znalazem si po drugiej stronie. Nastpny by von Bek. Okreli to przejcie jako epizod
godny uwagi.
Alisaarda szepna cicho: - Ten ogie jest zimny jedynie dla tych, ktrzy przybywaj
tu w przyjaznych zamiarach.
Wadcy Adelstane powitali nas z penym zaufaniem. Powinnimy czu si wyrnieni.
Zobaczylimy pi postaci, stojcych na biaej drodze, wci owietlanej wiatem
ogni, poncych za naszymi plecami. Figury te byy odziane w pofadowane togi, utkane z
tkanin o spokojnych, ciepych kolorach; ich stroje byy bogato zdobione jedwabiem i
koronkami, dziki czemu mogy rywalizowa piknem z architektur miasta. Kada z postaci
dzierya w doniach drzewce, na ktre nacignity by may proporczyk. Proporczyki te
stanowiy same w sobie mae dziea sztuki - rysunki byy stylizowane i metaforyczne, dlatego
trudno mi byo zorientowa si, co waciwie przedstawiaj. Moj uwag zaprztny jednak
nie proporczyki, lecz twarze tych piciu. Nie byy to twarze ludzkie. Nie byy to rwnie
spiczaste oblicza wspplemiecw Alisaardy. Do tej chwili nie uwiadamiaem sobie, e
Barganhe-em jest wiatem rzdzonym przez niezwyke zwierzta - przez Niedwiedzich
Ksit. Tutejsi mieszkacy przypominali swym wygldem niedwiedzie, cho w budowie
ciaa zauwaalne byy rnice, zwaszcza jeli idzie o gowy i ramiona. Postaw stojc
przyjmowali bez trudu. Ich czarne oczy miay barw wypolerowanego hebanu, nie byo w
nich jednak wrogich uczu.
- Bdcie pozdrowieni w Adelstane - zawoali chrem.
Ich gosy byy niskie, wibrujce, przynosiy te, mona by rzec, pewn ulg. Dziwiem
si, jak mona by wrogiem podobnych istot. Byem przekonany, e mgbym zaufa
kademu z nich i zrobi to, o co by mnie poprosili. Cofnem si, rozkadajc ramiona na
znak powitania. Postpiem nastpnie dwa kroki do przodu.
Ludzie-niedwiedzie cofnli si nieznacznie, wszc z niepokojem w powietrzu. Po
chwili poaowali swego postpowania i wida byo, e nie s z siebie zadowolone.
- To wina naszego zapachu - Alisaarda szepna mi do ucha. - Jest dla nich wstrtny.
Oczekiwaem na jak bardziej uroczyst form powitania w postaci przyjcia mnie i
moich przyjaci w jakim salonie audiencyjnym, gdzie gocie mogliby wyuszczy
przyczyn swej wizyty w obecnoci wszystkich Niedwiedzich Ksit i caej ich wity.
Ceremonia taka dorwnywaaby wspaniaoci miasta.
Pomyliem si jednak. Pi dostojnych istot poprowadzio nas bowiem niezwykle
czystymi ulicami miasta, przy ktrych roio si od oszaamiajcej piknoci budynkw, do
niewielkiej, zwieczonej kopu budowli. Przypominaa mi ona sw prostot stary koci
baptystw. Wewntrz znalelimy wygodne krzesa, bibliotek - sowem skarby, o jakich
marzyby kady wykadowca uniwersytecki, powicajcy ycie naukowym badaniom.
- Tutaj spdzamy wikszo czasu - odezwa si jeden z niedwiedziopodobnych
osobnikw. - Oczywicie, mamy oprcz tego swoje domy. Std kierujemy naszymi sprawami.
Mam nadziej, e nie macie nam za ze, i witamy was tak nieformalnie. Macie moe ochot
na wino? Albo jakie inne napoje?
- Wysoko cenimy wasz gocinno - odpowiedziaem zakopotany. Miaem wanie
zamiar doda, e zaley nam na moliwie szybkiej audiencji u ksit, e mamy pilne sprawy,
ale przerwaa mi Alisaarda, domylajc si zapewne moich myli.
- Tak, bardzo jestemy wdziczni za wasz gocinno. Jestemy te zaszczyceni
moliwoci spotkania tych, ktrych we wszystkich Sferach Koa zw Niedwiedzimi
Ksitami.
Byem wdziczny, e zrobia to za mnie, a przy tym zaskoczony jej przenikliwoci i
taktem. Nie mylaem, e tak pikne i bogato zdobione miasto wystpi z tak nieformalnym i
prostym powitaniem. Teraz z kolei obawiaem si, e ta pitka to jedyne istoty, ktre zechc
si z nami spotka.
W olbrzymim pokoju rozchodzia si wo perfum. Na palenisku, znajdujcym si
porodku ciany po lewej stronie
pony wielkie kadzida. Zapewne nasza wo bya dla nich na tyle nieznona, e
postanowili zaguszy j tymi okropnymi pachnidami.
- Tak, rozumiem - powiedzia jeden z niedwiedzi, siadajc w wielkim fotelu.
Poprawi sw pofadowan odzie, po czym zaczai mwi:
- Takie s nasze zwyczaje. Mam nadziej, e wybaczycie nam niektre dziwactwa.
Jestemy do starzy i zanadto pochonici wasnymi sprawami. Jestem Groaffer Rolm,
Ksi Pnocnej Rzeki, dziedzic rodu Autuvian. Niestety, jestem jego ostatnim
przedstawicielem.
Potar ap swj pysk, po czym westchn ciko. Im duej z nimi przebywaem, tym
bardziej upewniaem si, e tylko powierzchownie przypominaj niedwiedzie. Moliwe, e
byli to przodkowie tego gatunku, ale istnieli ju na dugo przed waciwymi niedwiedziami.
- To jest Snothelifard Plare, Ksina Wielkiej Poudniowej Rzeki i Modej
Wschodniej, dziedziczna pani Zimowej Karawany. Tam za widzicie Whiclar Hald-Halg,
Ksin Wielkiego Jeziora, ostatni wadczyni Krzemienia. Jest te Glanat Khlin, Ksina
Gbokich Kanaw, Gos Nietoperzy. Na koniec moja ona, Faladerj Oro, Ksina Szybkiej
Mowy i Re-gentka Zachodnich Pr Roku. - Groaffer Rolm odchrzkn z wdzikiem. -
Obawiam si, e jestem ostatnim ksiciem pci mskiej.
- Czy wasz lud naprawd jest tak wyniszczony przez agresorw? - zapyta ze
wspczuciem von Bek po zakoczeniu wzajemnych prezentacji. - Czy to dlatego, ksi, z
takimi obawami przyjmowalicie nas tutaj?
Ksi Groaffer Rolm przerwa mu, unoszc do.
- Jak si wydaje, nie macie niezbdnej wiedzy na ten temat. Ot przez dugie stulecia
w naszym wiecie panowa pokj. Jednak wydarzenia z zamierzchej przeszoci zmusiy nas,
aby chowa si przed wrogami i std pozosta nam nawyk cigej ostronoci. Nasze miasto
zbudowalimy wic z dala od ciekawskich oczu Mabdenw i innych intruzw.
Tu uda, e sprawdza ogie i odwrci gow. Chcia widocznie cho przez moment
odpocz od naszego zapachu.
Odezwaa si jego ona, ksina Faladerj Oro. - Wikszo rzeczy, ktre posiadamy,
jest zbyt liczna, zbyt wyjtkowa, aby nimi handlowa. Widzicie oto przed sob pitk
starych, dekadenckich istot, u progu zagady ich narodu. ylimy zbyt dugo bez zmian. Teraz
umieramy.
- Inna sprawa - powiedziaa wygldajca nieco modziej od pozostaych Whiclar Hald-
Halg - e obejrzelimy ju cztery pene cykle dziejw Wielowiata. Mao kto przey cho
jeden. Niewiele ludw ma histori tak dug jak ci, ktrych zwiecie Niedwiedzimi
Ksitami. My sami nazywamy siebie Oager Uv. Zawsze bylimy ludmi rzeki. - Rozsiada
si, starannie poprawiajc swoje koronki, jak to czynia przedtem.
Ksi Groaffer Rolm cierpliwie czeka na zakoczenie tej oracji.
- Tacy wic jestemy, jakimi nas widzicie. Niewielu ju nas zostao i liczymy na to, e
uda si nam doczeka spokojnego koca. Mabdeny nie stanowi dla nas niebezpieczestwa.
Czasem sprzedadz nam kogo ze swej modziey, na swj sposb uwaaj nas za
uytecznych i niezbdnych dla nich. My z kolei przesyamy tych modziecw do Gheesten-
heem, gdzie, jak wiemy, nie dzieje im si nic zego. Teraz jednak dobiegy nas wieci o armii
wyzwolicieli, chccych wyzwoli Mabdeny z rzekomej niewoli. Czy to o tym chcecie nas
uprzedzi?
Alisaarda bya zakopotana.
- Nic nie wiem o takiej armii. Kto miaby ni dowodzi?
- Jaki Mabden. Nie pamitam jego imienia. Przybywaj w wielkiej liczbie na
Wschodni Brzeg. Oczywicie, sami nie odwiedzamy tego miejsca od wielu lat. Jeli
potrzebuj tylko tych terenw, to chtnie je oddamy. Nie potrzebujemy nic oprcz tego miasta
i spokoju. Jednak dziki Mabdenowi bardziej uczciwemu ni og jego rodakw
dowiedzielimy si na czas o planowanej inwazji. Niedugo za maj tu przyby nasi
sprzymierzecy, aby nas osania u schyku naszych dni. To zakrawa na ironi, ale tak wanie
jest. Tak to w dziejach bywa, e pozostaoci arystokratycznych rodw s bronione przez
tych, ktrzy niegdy byli ich miertelnymi wrogami!
Zaniepokoiem si, podobnie jak Alisaarda i von Bek.
- Chwileczk, ksi - odezwaa si Alisaarda. - Czy moemy pozna imi tego, kto
powiadomi was o grocej wam witej wojnie? I kiedy was powiadomi?
- Powiadomiono nas nie wicej ni trzydzieci witw temu.
- A jak brzmiao imi tego Mabdena?
- Tak, pamitam to imi. Bya to ksiniczka Sharadim z Draachenheem. Staa si
nasz serdeczn przyjacik, w zamian nie dajc niczego. Rozumie nasze zasady i
obyczaje, a studiowanie naszych dziejw stao si jej pasj. To istota o wielkim sercu. To dla
nas prawdziwe bogosawiestwo, e nasze pozostae miasta s ju od dawna wyludnione.
Bdzie musiaa broni tylko tego jednego. Spodziewamy si przybycia jej wojsk podczas
najbliszej koniunkcji.
Alisaarda zarumienia si. Podobnie jak ja i von Bek, nie wiedziaa, jak wyprowadzi
z bdu Niedwiedzie Ksita, a przy tym nie obrazi ich.
W kocu von Bek powiedzia bez ogrdek: - A wic oszukaa take i was. Podobnie
jak wielu w swoim kraju. Uwaa was za gupcw, moi panowie, to pewne.
Zapada cisza, przerywana tylko pojedynczymi chrzkniciami i trzaskiem poncych
na palenisku szczap.
- To prawda, ksi - Alisaarda mwia z wielk arliwoci. - Ta kobieta zamierza
sprzymierzy si z Chaosem, aby zniszczy wszelkie bariery pomidzy Sferami,
przeksztacajc dziki temu Sfery Koa w jedn olbrzymi paszczyzn bezprawia, na ktrej
ona i Chaos sprawowaliby despotyczne rzdy!
- Chaos? - ksina Glanat Khlin zbliya si do ognia, chciwie pochaniajc nozdrzami
dym. - aden Mabden nie moe sprzymierzy si z Chaosem i przey, w kadym razie nie w
swojej postaci. A moe ona sama zamierza zosta Wadc Chaosu? Tacy ludzie miewaj
niekiedy podobne ambicje...
- Chciaabym przypomnie - wtrcia Snothelifard Plare - e dopiero co trjka naszych
goci przedstawia nam powane zarzuty, nie przedkadajc jednak adnych dowodw. Ja, ze
swej strony, instynktownie ufam mabdeskiej kobiecie imie-
niem Sharadim. Na swj sposb rozumiem takich ludzi. Moe to wy jestecie
wysacami naszych wrogw, idcych na podbj Adelstane?
- Daj sowo - krzykna Alisaarda - e nie naleymy do waszych wrogw. Nie
suymy ani Sharadim, ani dihad, o ktrej mwicie. Przybylimy tu, aby prosi was o
pomoc w naszej wasnej sprawie. Chcielibymy przerwa rozprzestrzenianie si za i
zatrzyma zowrbne plany Chaosu wobec naszych wiatw. Przybylimy tutaj majc
nadziej znale Morandi Paga.
- Tu was mamy! - Snothelifard Plare dotkna ap brody i postukaa palcami po
zbach. - Tu was mamy!
Alisaarda przypatrywaa si im po kolei, nie rozumiejc, o co chodzi.
- Czy co si stao?
Groaffer Rolm znowu zacign si dymem. Kiedy mwi, wypuszcza dym
nozdrzami.
- Morandi Pag zwariowa. By jednym z nas, Niedwiedzim Ksiciem, jak to si u was
nazywa. Ksiciem Poudniowego Wschodu i Zimnych Staww, wielkim kupcem, doskonaym
sternikiem i niezastpionym przyjacielem. Ach!
Unis pysk do gry w niemym gecie rozpaczy i aoby.
- To jego przyjaciel z dziecistwa - wtrcia Faladerj Oro, gadzc ma po gowie.
Westchna ciko. - Dostalimy wiadomo, e jest z nimi. Posalimy po niego.
Pilnie. Powiedzielimy, e chcemy go ujrze w Adelstone i usysze z jego ust, e nie suy
Mab-denom. Niestety, nie przyby. Nie przesa adnej wiadomoci. Wrd naszego ludu
panuje przekonanie, i krce o nim plotki s prawdziwe.
- Morandi Pag ma dziwny umys - powiedziaa Glanat Khlin. - Tak zreszt byo
zawsze. Jego dewiz byo: dziaa. Dziaanie zawsze byo konsekwencj jego subtelnej i
nieczytelnej logiki. Jako kupiec, by ostatnim spord prawdziwych ksit Rzecznych. Jako
jasnowidz mia zdolno widzenia tysica miejsc i rzeczy rwnoczenie. Jako naukowiec
tworzy teorie o wielkiej zawioci. O tak, Morandi Pag by podobny do naszych przodkw.
Dziwny umys, ktry jest
w stanie przewidzie niewyobraalne dla innych moliwoci. Tak wic w kocu uciek
na swoj ska. Nie wiedzielimy, e nie zgadza si z nasz polityk wobec Mabdenw, z ich
traktowaniem. Mg nam to jasno powiedzie. My jedynie spenialimy to, co Mabdeny
przedstawiy nam jako swoje proby. Zaofiarowalimy Mabdenom jedno z naszych
najpikniejszych miast, ale oni odmwili. Jeli w czym pobdzilimy, to trzeba nam byo o
tym powiedzie i moglibymy zmieni postpowanie. Jeli Mabdeny chc powrci do sfer
zamieszkanych przez ich pobratymcw, to moemy im w tym pomc. adne nasze
propozycje nie s jednak przez nich analizowane. Moim zdaniem, nie pobdzilimy w
niczym.
- Moe jednak postpilimy le - odezwaa si Snotheli-fard Plare. - Jeli tak, to
Morandi Pag by ze wszystkich Ksit najbardziej odpowiednim, eby nam wyjani t
spraw. A teraz jest ju za pno - barbarzyskie armie zmierzaj w nasz stron. To oznacza
zabijanie, bo przecie nie moemy broni si przed nimi, nie zadajc mierci. Mabdeny znaj
mier i wiedz, jak z ni wspy. Jeli idzie o nas, to nie jestemy przygotowani do walki
nawet pod wzgldem narzdzi.
- To prawda - doda Groaffer Rolni. - Sami broni nie posiadamy, a i Sharadim ma j
dopiero znale. Ona, jak sama mwi, broni pikna. Naszym zdaniem, pikna naley broni.
Nieatwo jest nam pogodzi si z myl o zadawaniu mierci. Co innego Mabdeny, dla nich
zadawanie mierci nie jest adnym wydarzeniem. Ach, Morandi Pag! Nie przysa nawet
pisma. Wcale. Nie potrzebujemy wcale Mabdenw. To robactwo!
Mwic to, znowu odwrci gow w kierunku paleniska, jego ona za rzucia nam
przepraszajce spojrzenie, zawstydzona opini ma o tych, ktrych uwaaa za nasz gatunek.
- Oni s nawet gorsi od robactwa, ksino - wtrciem szybko. - W kadym razie s to
najpodlejsze stworzenia, jakie znam. Gdziekolwiek zaatakuj, pozostawiaj za sob jedynie
nieszczcie i ruiny. Obawiam si jednak, e obydwie armie Mabdenw dowodzone s przez
Sharadim. Jedna z nich ma was przestraszy, a druga rzekomo broni. Wiemy, e zamie-
raa wprowadzi tutaj swoje wojska, sdzilimy jednak, e wyrusza przeciwko
Morandi Pagowi. Jakim wic sposobem mogaby by z nim w zmowie?
- Kto powinien w kocu odwiedzi t ska - Groaffer Rolm znowu wypuci dym
nozdrzami. - Musimy wyjani, czy on jest chory, czy moe nie yje. Zgadzam si z naszymi
gomi, przyjaciele. Nie wolno nam duej ufa Sharadim. Podejrzewam, e zbyt dugo ju
czekalimy na pojawienie si Ma-bdena, ktrego moralno moglibymy szanowa i
udzilimy samych siebie.
- Ksiniczka Sharadim jest osob godn szacunku - wtrcia Snothelifard Plare. -
Mam takie przeczucie, a ono nie kamie.
- Dlaczego dotychczas nie wysalicie nikogo do Morandi Paga? - zapytaem. - Tym
bardziej jeli podejrzewacie, e moe by chory.
Groaffer Rolm pocign nosem, po czym odchyli si do tyu tak dalece, e prawie
nie by widoczny.
- Jestemy zbyt starzy - powiedzia - nikt z nas nie daby rady odby takiej podry.
- Czy ta skaa jest daleko std? - gos von Beka by peen emocji.
- Niezbyt daleko - odpar Groaffer Rolm, prostujc si zamaszycie. - Okoo piciu
mil, jak przypuszczam.
- Nie macie nikogo, kto mgby przeby pi mil? - gos von Beka wyraa tym razem
podejrzliw niech.
- To po przeciwnej stronie jeziora - wyjania Glanat Khlin. - Jezioro jest nam dobrze
znane, ale najlepiej zna je sam Morandi Pag, ktry niegdy szuka tam tajemniczego Przejcia
Centralnego, majcego przebiega przez wszystkie Sfery jednoczenie. Znalaz jednak tylko
t ska. W tej okolicy z reguy s potne wiry wodne i silne wiatry, my za nie mamy
stosownych do takiej eglugi odzi. Nie mamy nic. To jest wanie przyczyna, dla ktrej nie
moemy si tam uda.
- Wy, wielcy Rzeczni Ksita, nie macie odzi? Przecie na Zgromadzeniu widziaem
wasz ark. Na pewno macie odzie - dodaem, nie mogc uwierzy w ich kamstwa.
- Tylko kilka. Arka jest zwykym oszukastwem, aby aden Mabden nie poakomi si
na nasze dziea. Podobnych strategii uywaj Kobiety-Zjawy. To sprawia, e zawsze bylimy
sojusznikami. Kilka maych odzi nam zostao, ale jestemy ju zbyt starzy.
- W takim razie poyczcie nam jedn z nich - powiedziaa Alisaarda. Z pewnym
wahaniem pooya sw do na masywnym ramieniu Groaffera Rolma. - Poyczcie nam
d, a my przepyniemy jezioro, aby odnale Morandi Paga. Moe okae si, i on wcale
nie sprzymierzy si z waszymi wrogami? Moe wszystkiemu winne s jedynie kamstwa,
jakimi racz was Mabdeny?
- Ksiniczka Sharadim ma, jak wida, zdolno przewidywania - burkna
Snothelifard Plare. - Potrafi odczyta myli Morandi Paga i odgadn nasze przeznaczenie.
- Mimo wszystko naley wykorzysta wszelkie moliwoci - Groaffer Rolm powsta
ze swego krzesa, postkujc i dyszc. - C zego moe dla nas wynikn, jeli damy im
sprbowa?
Snothelifard Plare pochylia si ponownie w stron kominka, aby raz jeszcze
zaczerpn w nozdrza kadzidlanego dymu.
- Wecie d, ale bdcie ostroni - powiedziaa Fala-derj Oro z powag. -
Uprzedzam was jednak, e ta skaa ley blisko Soca. Jest tam gorco, a woda zachowuje si
niekiedy do dziwnie. Morandi Pag uda si tam, aby y w samotnoci, sprzyjajcej
naukowej pracy. Zosta na dobre. On jeden zna dokadn drog do tego miejsca. To by jeden
z jego najznamienitszych talentw. Jako mode dziewczta podziwiaymy go. Wypuszcza si
w swojej tratwie na miae wyprawy. Przed jego urodzeniem mielimy zaledwie poow tych
map, ktre mamy obecnie - druga poowa jest jego dzieem, efektem jego wypraw. Nawet
dugowieczne ludy, jak nasz, nie przeyy czterech penych cykli Wielowiata. On by nasz
ostatni, wielk dum. Gdyby by naszym przywdc, to, jak sdz, przeylibymy nie cztery,
lecz pi cykli naszego wiata. - Nie wydawaa si zbyt przejta perspektyw wyginicia
swojej rasy. - Morandi Pag czerpa sw wiedz ze wszystkich zaktkw Wielowiata. W
porwnaniu z nim jestemy ignorantami
i prowincjonalnymi gburami. Nasze odzie znajduj si tam, poniej. Musimy je
wystawi na nabrzee. Czy zechcecie zaczeka tam na d? Damy wam mapy. Damy
prowiant. Damy wiadomoci od nas dla Morandi Paga. Jeli jeszcze yje, to na pewno
odpowie.
Niespena godzin pniej stalimy na kamiennym nabrzeu u podna wielkich,
klifowych ska, obserwujc, jak z gbi wypywa zotawa d ze sterczcym masztem i
napitym aglem. Byy te wiosa i wodoszczelne puda, wypenione sodkimi substancjami o
konsystencji papki oraz ziarnem. d, gotowa do rejsu, zatrzymaa si przy nabrzeu,
ociekajc wod.
- Ju raz widziaam te ich odzie - powiedziaa Alisaarda, bez wahania zajmujc
miejsce na pokadzie i poprawiajc swoje siedzenie. - Nie mog nabiera wody. W kadubie
znajduje si mnstwo kanalikw i zaworw, ale tak chytrze ukrytych, e nie znajdzie ich nikt
poza ich twrcami.
d bya znacznie szersza ni ta, ktrej uywalimy poprzednio. Zapewne jej
rozmiary przystosowane byy do cia niedwiedzi. Daa si jednak atwo sterowa i gadko
suna po falach.
Nie zobaczywszy si ju z Niedwiedzimi Ksitami, wypynlimy, kierujc si w
stron miejsca, gdzie w szczelnej powoce chmur widniaa wyrwa - otwr, przez ktry
przeciska si potny snop wiata, byszczc na powierzchni wody. Woda, poddana tak
intensywnemu promieniowaniu, pienia si i burzya, wypuszczajc co jaki czas w gr
gejzery gorcej pary.
- Ta woda musi parzy - zauway z niepokojem von Bek. Sprawia wraenie
zmczonego i zniechconego. - To najlepsza osona dla skay Morandi Paga. Spjrz na mapy,
Herr Daker. Sprawd, czy nie ma innej drogi, aby tam dotrze.
Ale innej drogi nie byo.
Wkrtce ujrzelimy ska, wystajc na kilkadziesit metrw ponad powierzchni
wody, osonit zewszd spienionymi wodami. Na samym szczycie skay, teraz wyranie to
byo wida, widnia gmach podobny do tych, jakie ogldalimy na
brzegu jeziora. By moe byo to dzieo natury, wynik tysicy lat oddziaywania si
przyrody, ale nie wtpiem, e tak nie jest. To z ca pewnoci by dom Morandi Paga.
Zwolnilimy bieg odzi, aby powoli wpyn w stref spienionych odmtw i wirw.
Unoszca si nad wod para bya tak gorca, e ju po chwili bylimy wszyscy zlani potem.
W okolicy znajdowao si wiele ska, mniejszych i wikszych, sterczcych zdradliwie nad
powierzchni wody. Skaa Morandi Paga growaa jednak nad wszystkimi. Wyprostowalimy
si, stojc na pokadzie odzi. Machalimy ramionami w nadziei, i zostaniemy przez niego
zauwaeni i poprowadzeni przez spienion to. Z biaego paacu na wzgrzu nie dochodziy
jednak adne oznaki ycia.
Alisaarda rozoya mapy. - Moemy przedosta si tdy - wskazaa doni. - Jest tu
skalna brama, dzieo morza, ktre uczynio sobie w tej skale przejcie. To nam da oson
przed gejzerami. Bdziemy musieli bardzo uwanie sterowa midzy skaami, ale woda,
wedug map, ma tam by nieco chodniejsza. U podna skay Morandi Paga znajduje si
zatoczka. Tam wanie musimy dotrze, jeli oczywicie nie rozbijemy si przedtem o skay.
To nasze jedyne wyjcie. Drugim byby powrt do Adelstane i opowiedzenie im o naszym
niepowodzeniu. Moemy tam czeka, a przybdzie Sharadim ze swoj armi. Co zatem
robimy?
Sama udzielia odpowiedzi na swoje pytanie. Musimy i do przodu. - Alisaarda, nie
czekajc nawet na nasz odpowied, chwycia map zbami, jedn doni ujmujc za ster, a
drug za olinowanie. Ruszylimy w kierunku ryczcej, gorcej powierzchni morza.
Trudno byoby mi przypomnie sobie szczegy tej trudnej eglugi. Pamitam jedynie
dzikie, niebezpieczne fale, rzucajce nasz dk w rne strony, w gr i w d, a take ostre
krawdzie ska, ktre mijalimy dosownie o wos, a nade wszystko dziwn, jkliw i
zawodzc pie, ktr Alisaarda piewaa przez cay czas tej niebezpiecznej eglugi.
Wreszcie ukaza si czarny otwr skalnej bramy - natychmiast zostalimy przeze
wchonici. Morze wyo i huczao wok nas. d zawadzia raz o jedn, raz o drug skaln
cian. Alisaarda wci piewaa. Bya to pikna, dumna pie. Brzmiaa niczym
wyzwanie dla si Wielowiata.
Wreszcie trafilimy na prd wodny, ktry wynis nas z tunelu wprost na wynios
ska Morandi Paga. Spojrzaem ku grze. Intensywne promienie soneczne owietlay
ogromnym snopem okolic, skupiajc si szczeglnie na skale i biaym paacu, ktrego
znaczna cz, jak si okazao, bya zrujnowana.
Byem wcieky. Z furi uderzyem pici o burt odzi. - Ryzykowalimy tak wiele i
wszystko na nic. Morandi Pag nie yje. W tym paacu nikt nie mieszka od lat!
Alisaarda zignorowaa mnie jednak. Subtelnie, lecz precyzyjnie sterowaa nasz odzi
w kierunku skay. Ku naszemu zdumieniu ujrzelimy niebawem osonit wysokimi skaami
zatoczk. Powierzchnia wody bya tu spokojna. Jedyne wejcie do zatoczki byo do wskie,
lecz Alisaarda bez wahania skierowaa tam nasz dk. Z ulg wpynlimy do tej enklawy
spokoju. Ryczce fale, spienione wody, gejzery gorcej pary - to wszystko pozostao za nami,
przytumione, cichsze teraz, jakby nierzeczywiste. Przybilimy delikatnie do nabrzea.
Alisaarda zakoczya swoj pie, stana na pokadzie i zacza mia si do rozpuku.
My take. Nikt nie mia si chyba rwnie radonie i szczerze jak my.
Widocznie adrenalina wci krya w naszych yach, poniewa nie byo po nas
wida oznak wyczerpania. Nawet na Alisaardzie. Wyskoczya z odzi i byskawicznie wesza
po wrbach portowej ciany na gr, czekajc, a doczymy do niej.
- Tam - powiedziaa, wskazujc schody wiodce ku grze. - Tam znajduje si wejcie
do paacu Morandi Paga.
Ulrich von Bek spojrza za siebie, ku spienionym morskim falom. - Wolabym, eby
ten Pag wybra sobie jakie spokojniejsze miejsce. Dobrze byoby, gdyby cho doradzi nam
atwiejsz tras powrotn. Ju teraz z niepokojem myl o drodze powrotnej!
Alisaarda ruszya jako pierwsza, a z jej pancerza spyway ostatnie krople morskiej
wody. Zacza wzywa Morandi Paga.
Von Bek zamia si nagle.
- Powinna si przedstawi jako agentka przedsibiorstwa pogrzebowego. Ten stary
niedwied od lat nie yje. Wystarczy spojrze, w jakim stanie znajduje si to miejsce!
Alisaarda zacza wygasza inny wariant proklamacji, ktr uoya jeszcze w
Adelstane. - Jestemy spokojnymi podrnikami, jestemy wrogami waszych wrogw.
Chcielimy wej do waszego domu, wierzc, i ten zaszczyt nie bdzie nam odmwiony.
Przerwaa. Odpowiedzi nie byo.
Nasza trjka przekroczya zburzone, pokryte pleni wejcie, ktre, ku naszemu
zdziwieniu, prowadzio zaraz potem do kolejnych stopni, tym razem prowadzcych w d.
Poszum fal by ju niemal niesyszalny. W powietrzu unosia si wo zgnilizny.
Wydawao mi si, e usyszaem pochrzki-wanie podobne do dwikw, jakie wydawa z
siebie Groaffer Rolm. Pochrzkiwanie dochodzio gdzie z dou.
Umiechnem si nagle, a moi przyjaciele umiechnli si rwnie.
U naszych stp ukaza si gsty, zielonkawy dym, zapierajcy dech.
- Jak sdz, Niedwiedzi Ksi przygotowuje si do powitania nas - oznajmi von
Bek. Alisaarda zachichotaa z aprobat. Jej reakcja wydaa mi si przesadzona.
Brnc pord gstniejcego dymu schodzilimy po stopniach w d, a znalelimy si
w nisko sklepionym przejciu. W izbie za przejciem wida byo stoy, inne meble, ksiki,
drabiny, najrozmaitsze instrumenty, modele planetarne oraz lampy dziwnego ksztatu. Zza
tego wszystkiego powoli, powczc nogami, wyonio si ogromne cielsko samego Moran-di
Paga. Nie mia na sobie zbyt wiele ubrania. Odziany by w biay strj, zdobiony koronkami i
haftami.
Jego wielkie, ciemne oczy spoglday na nas uwanie i czujnie, z ciekawoci, ktrej
tak brakowao jego wspplemie-com. By w nich te dziwny blask zdradzajcy zdolno do
widzenia rzeczy ukrytych dla innych. Gos jego by gboki i spokojny, a zarazem bardziej
dwiczny ni gosy innych Niedwiedzich Ksit. Sposb bycia zdradza zamylenie i
oderwanie od otaczajcej go rzeczywistoci. Zupenie jakby
ba si skoncentrowa na otaczajcych go sprawach, ktre mogyby odwie go od
myli bardziej wzniosych i gbokich. Bya w nim wielka inteligencja, ale wida byo, i jest
to mdro osoby bolenie zranionej przez los. Podobne oblicza widywaem u ludzi, ktrzy
przeyli najrniejszego rodzaju tragedie. Von Bek odnis najwidoczniej podobne wraenie,
bowiem spojrza na mnie porozumiewawczo.
Morandi Pag stara si by uprzejmy. - Kolejni mabdescy odkrywcy, czy tak?
Witajcie zatem, Mabdeny. Czy sporzdzalicie mapy tych wd, jak ja kiedy?
- Nie jestemy poszukiwaczami przygd ani handlarzami, panie - odpara ze spokojem
Alisaarda. - Przybylimy tutaj majc nadziej, e uda nam si ocali Sze Sfer przed
Chaosem.
W jego oczach pojawi si bysk zrozumienia. Najwyraniej wszelkie dalsze
wyjanienia byy zbdne. Morandi Pag zagwizda jak melodyjk na tym, co pozostao z
jego zbw, po czym odwrci si w stron swoich ksig i instrumentw.
- Jestem ju stary - powiedzia, nie patrzc na nas. - Jestem zbyt stary.
Najprawdopodobniej moja wiedza uczynia mnie na poy szalecem. Nie mog przyda si
nikomu, wam take.
Odwrci si gwatownie, patrzc na mnie. I to do mnie krzycza:
- Ty! To si zdarzy! To zdarzy si wkrtce, mj may, biedny Mabdenie!
Opar si o aw, na ktrej zapalonych byo kilkanacie palnikw. To one wanie
stanowiy rdo owej smrodliwej woni.
- Zdarza si, e wiedza przestaje by mdroci, a dzieje si tak wtedy, gdy nie ma si
pojcia, jak spoytkowa to, co si wie. Zgoda? To jest chyba nieuniknione. Czy tak?
- Ksi Morandi Pag - odrzeka na to stanowczym tonem Alisaarda - nasza misja jest
wanie taka, jak powiedzielimy. Jestemy przeciw Chaosowi i przeciw wszystkiemu, co z
sob niesie. Z pewnoci nie mgby ukrywa przed nami czegokolwiek, jeli moe to mie
zasadnicze znaczenie dla naszej sprawy!
- Chcecie pomocy i ochrony - powiedzia, przytakujc w zamyleniu. - Rozumiem.
Wanie tego.
- Czy wiesz, gdzie znajduje si Miecz Smoka? - zapyta prosto z mostu von Bek.
- O, tak. To o to chodzi. Oczywicie, e wiem, gdzie znajduje si miecz. Moecie go
nawet zobaczy, jeli chcecie. - Na dole westchn ciko. - Czy to wszystko? Chcecie tylko
tego starego, piekielnego miecza? Tak, tak.
Jego wzrok zwrci si ju jednak ku stojcemu na stole szklanemu naczyniu bkitnej
barwy. We wntrzu tego naczynia plsa wietlik, a dwik, jaki przy tym wydawa, stanowi
dla Morandi Paga wielk i subteln przyjemno.
Po chwili znowu obrci sw wielk gow w naszym kierunku. Prawie minut
rozwaa co, po czym oznajmi z powag, cho gos dra mu nieco ze staroci: - Jestem
doprawdy przeraony tym, co si dzieje. Jak to jest, e wasza trjka si nie boi?
- To dlatego, ksi, e mamy jeszcze co do zaatwienia - odrzek von Bek. Mwi
agodnym tonem, jakby przemawia do gaskanego przez siebie kucyka.
- Ach, tak! - powiedzia Morandi Pag, wydajc si by zadowolony z takiej
odpowiedzi. - Nie moecie sobie nawet wyobrazi, nawet wyobrazi...
Zacz znowu sprawia wraenie szaleca. Wymienia jakie imiona, wzory i
rwnania matematyczne, cytowa fragmenty ksig, a wszystko to w jzykach, ktrych nie
bylimy w stanie zrozumie.
- La, la, la, la. Czy nie zechcielibycie skorzysta z tego, co mam? ywno, jak
zapewne syszelicie, nigdy nie bya tu problemem.
Podrapa si za lewym uchem i spojrza na nas pytajco.
- Chodzi nam o Miecz Smoka, ksi - powiedziaa mu Alisaarda.
- Tak. Chcecie go ujrze? Jest tam, w dole.
- Czy moesz nas do niego zaprowadzi? Czy te musimy i tam sami? - zapytaa. -
Co nam radzisz, ksi?
- To jeszcze zobaczymy. - Ksi natychmiast zapomnia o przedmiocie naszej
rozmowy, zacz stuka w swoje naczynia i przyrzdy. - La, la, la, la.
Von Bek ruszy w stron widniejcych po przeciwnej stronie pokoju drzwi.
- Musimy zobaczy, co si tam znajduje. Przepraszam, jeli moja zachowanie wyda
si niegrzeczne, ale mamy bardzo mao czasu.
Ruszy dalej, omijajc pergaminy i opase tomy, porzucone przyrzdy, naczynia
zawierajce tajemnicze substancje. Kiedy znalaz si przy drzwiach, zatrzyma si, patrzc
pytajco na Morandi Paga.
Znowu rozleg si gos starego niedwiedzia. - Oczywicie, moecie tam i, aby
przyjrze si mieczowi.
Przyczylimy si do von Beka w momencie, gdy naciska klamk. Drzwi nie byy
wykonane z drewna, lecz ze zdobionej kolorowo skalnej pyty, przypominajcej w dotyku
pumeks. Caa ich powierzchnia pokryta bya wyrytymi wzorami, przypominajcymi do
zudzenia te, ktre widzielimy nie tak dawno w Adelstane. Nie wiedziaem, co maj
przedstawia.
Drzwi otwary si cicho i lekko, odsaniajc przed nami may, owalny pokoik, bdcy
zapewne spiarni. Owietlenie stanowiy lampy, na pkach za mona byo znale paczki,
zwoje, rulony, puda, soje, owinite som butle oraz inne przedmioty, ktrych przeznaczenie
stanowio dla nas tajemnic.
Nasz uwag zwrci natomiast przedmiot wiszcy na wielkim haku z brzu. Bya to
ornamentowana klatka, ktra, sdzc po zalegajcym w niej zaschnitym ajnie oraz po jej
rozmiarach, suya niegdy do trzymania jakiego wielkiego ptaka.
Teraz jednak ptaka tu nie byo, a zza krat przyglda nam si jaki may czowieczek.
Ubrany by w co na ksztat redniowiecznego, pstrokatego przyodziewku. By wyranie
zadowolony z naszej wizyty. Nie wiadomo, od jak dawna tutaj siedzia.
Za naszymi plecami rozleg si tubalny gos Morandi Paga.
- Ach, tak. Teraz sobie przypominam, e ukryem tutaj tego maego Mabdena.
Czowiekiem w klatce by Garbus Jermays. Rozpozna mnie natychmiast i rozemia
si gono.
- Co za spotkanie, Wojowniku! Mio mi ci znowu widzie!
Morandi Pag zbliy si do klatki, usiujc j otworzy. Zamek by wielki i
skomplikowany.
- Umieciem go tutaj, gdy tylko zobaczyem wasz d. Tym sposobem moi
wrogowie uwaaliby go za mego niewolnika lub maskotk i nie zrobiliby mu krzywdy.
- Wstawi mnie tutaj - powiedzia Jermays bez cienia zoliwoci czy niechci w gosie
- pomimo moich gonych protestw. To ju pity raz zamykasz mnie w tej przekltej klatce,
ksi Pag. Czy dobrze licz?
- Czybym zamyka ci tutaj przedtem?
- Niemal zawsze, ilekro zauwaysz jaki statek - odpar Jermays, wylizgujc si
zrcznie z klatki i wyskakujc na podog. Znw spojrza na mnie. - Gratuluj, Wojowniku.
Jako pierwszy dotare tam, gdzie bardzo trudno jest dotrze. Musisz by niezwykle
sprawnym sternikiem.
- To nie moja zasuga, lecz lady Alisaardy. Ona jest ekspertem w dziedzinie morskich
podry.
Jermays skoni si przed ni. Mody karze na pakowatych nogach, z rud brod,
mia w sobie mimo to pewne dostojestwo. Alisaarda wygldaa na oczarowan. Nastpnie
przedstawi si von Bekowi. Powitali si wymieniajc swe imiona
- Znasz wic ju mojego maego Mabdena? - zdziwi si Morandi Pag. - To z
pewnoci dla niego niezwykle mie mie towarzystwo istot z jego rasy. Wiem o tym, e
jeste Mistrzem. Tak, wiem, e jeste Mistrzem. I dlatego... - Jego spojrzenie stao si nagle
bezmylne i puste. Stan z otwartym pyskiem, wpatrujc si w jaki odlegy punkt.
Jermays rzuci si do przodu, ujmujc starego niedwiedzia za rami i prowadzc go
na fotel.
- Jego wiedza go przytacza. C, czasem takie rzeczy si zdarzaj.
- Dobrze go znasz? - spytaa zdziwiona Alisaarda.
- O, tak. Byem tutaj jego jedynym towarzyszem przez jakie siedemdziesit lat. Nie
miaem wyboru. W obecnych warunkach nie jestem w stanie samodzielnie przebi si przez
granic pomidzy Sferami, co niegdy mi si udawao. Nie uwaam jednak tego czasu za
stracony. No, ale zdaje si, szukalicie czego. Chciabym wam pomc - zaoferowa swe
usugi, pomagajc ksiciu usi wygodnie.
- Morandi Pag powiedzia, e pokae nam Miecz Smoka - powiedzia von Bek.
- Mia zapewne na myli Szkaratny Kryszta? Tak, wiem, gdzie mona go znale.
Oczywicie, e mog was tam zaprowadzi, ale bdziemy musieli zabra ze sob Morandi
Paga. Czary to nie moja specjalno. Czy moecie da mu przedtem chwil odpoczynku?
- Nasza sprawa jest niebywale pilna - powiedziaa Alisaarda.
- Moemy i choby teraz! - zawoa niespodziewanie Morandi Pag, wstajc nage.
By peen wigoru. - Natychmiast! Mwicie, e to pilne? Bardzo dobrze. Chodcie, poka
wam Miecz Smoka!
W drugim kocu spiarni znajdoway si dodatkowe, mae drzwi. Morandi Pag
poprowadzi nas tamtdy w d, po krtych stopniach. Coraz goniej sycha byo teraz szum
morza i oskot przewalajcych si fal. Dwik ten by tak potny, e obawialimy si, i fale
mog skruszy skaln cian i strci nas w odmty.
Jermays zapali pochodni, pochyli si, owietlajc podoe, po czym wycign swe
szponiaste rami i pochwyci za przymocowany do wilgotnej podogi acuch. Otworzy waz,
z ktrego wydobywao si przymione wiato. Opuci si do wntrza, dawszy nam
uprzednio znak rk, abymy podali za nim.
Morandi Pag powiedzia: - Ja pjd ostatni. Jestem za stary i za gruby.
Von Bek zawaha si. Zapewne podejrzewa jaki podstp. Alisaarda jednak ponaglia
go, aby szed przed ni. Zaczem schodzi za ni po liskiej drabince.
Drabinka prowadzia wprost do jaskini, stanowicej w istocie wydrony szczyt skay.
Stalimy tam, przypatrujc si spienionym, burzliwym wodom, przelewajcym si pord
ska i wpadajcym przez skalne szczeliny, rozmieszczone tak regularnie, e sprawiay
wraenie okien. Odpyw wody zapewniay niewidoczne otwory w dnie. Widok by tak pikny
i imponujcy, e podziwialimy go przez dusz chwil w milczeniu, zastanawiajc si
zarazem, dokd mielibymy std i.
Poczuem ap niedwiedzia na moim ramieniu. Obrciwszy si spostrzegem, e jego
spojrzenie byo nad wyraz melancholijne.
- To nadmiar wiedzy - powiedzia. - To si zdarzy i tobie, jeli nie bdziesz temu
przeciwdziaa. Nasze umysy maj ograniczon zdolno przyswajania informacji. Czy nie
tak?
- Przypuszczam, e tak, ksi. Czy ten miecz moe mi w jaki sposb zaszkodzi?
- Na razie nie. Nie sdz, eby szkody, jakie ten miecz mgby ci teraz czy w
przyszoci wyrzdzi, miay cokolwiek wsplnego z twoim obecnym przeznaczeniem.
Oczywicie rne dziaania mog zmieni los. Nie jestem pewien... - Chrzkn. - Chcecie
jednak zobaczy ten miecz, co? Jeli tak, to musicie spojrze tam, w gbiny.
- Nie ujrz go tam, ksi Pag - wtrci Jermays, przekrzykujc szum wody. - Bez
twego zaklcia nic z tego nie bdzie.
- Tak, rzeczywicie - Morandi Pag wyglda na zdenerwowanego. Podrapa si w siw
pier, po czym raz jeszcze poklepa mnie po ramieniu. - Nie obawiaj si. To szczeglnie
skomplikowana operacja logiczna. Musz uoy w pamici rwnanie. Dobrze mi robi, jeli
sobie piewam. Wybaczycie mi? - Po czym wyda z siebie szereg dwikw, ktre stanowiy
pasmo pochrzkiwa, szczekania i wycia.
- Znowu zwariowa? - zdziwi si von Bek.
Jermays szturchn go w plecy. - Idcie na krawd skay. Na krawd. Patrzcie
uwanie w wod. Nie mylcie o niczym. Szybko. Morandi Pag odprawia wanie swoje
zaklcia!
Caa nasza czwrka ruszya natychmiast w kierunku krawdzi, wpatrujc si
uporczywie w spienion to. Ta woda miaa moc hipnotyczn, cakowicie absorbowaa nasz
uwag. Za-
czem koysa si w rytm fal, gdy may Jermays zbliy si do mnie.
- Nie obawiaj si, e wpadniesz - powiedzia. - Koncentruj si tylko na powierzchni
wody.
Z pewnym dreniem postpiem wedle jego zalecenia. Syszaem wci gos Morandi
Paga, ale stopniowo zlewa si on z poszumem fal. Pniej przyjmowa zaczai posta niemal
rzeczywist, namacaln. Powierzchnia wd zacza stopniowo przybiera szkaratne
zabarwienie, a fale wci rozbijay si o skay. Sam rodek wodnej topieli stawa si jednak
coraz gstszy i twardszy, przeksztacajc si stopniowo w zbiorowisko krysztaowych
okruchw. W kocu sta si potnym blokiem z krysztau. Nagle przestaem sysze gos
Morandi Paga i odgosy fal. Zapanowa potny, wszechogarniajcy bezruch.
Patrzc na olbrzymi, purpurowy kryszta spostrzeglimy, e w jego wntrzu zatopiony
jest jaki przedmiot, zasklepiony tam i zamknity niczym owad we wntrzu bursztynu.
- To jest Miecz Smoka - wyszeptaa Alisaarda. - W naszych wizjach wyglda zupenie
tak samo!
Z czarn kling i zielon rkojeci Miecz Smoka wydawa si dre i wibrowa w
swych krysztaowym wizieniu. Zdawao mi si, e widz jaki may, ty ognik,
poruszajcy si we wntrzu klingi, jakby w mieczu uwizione byo co jeszcze, podobnie jak
miecz w krysztale.
- Czy mog wzi ten miecz w do, Morandi Pag? - zapytaa szeptem Alisaarda. -
Znam zaklcie, mogce uwolni smoka. Musz zabra go z powrotem do Gheestenheem.
Niedwiedzi Ksi by na rwni z nami zachwycony tym przedziwnym a piknym
widokiem. Wydawao si, e nie dosysza nawet pytania Alisaardy.
- Tak, to doprawdy przepikna rzecz. Pikna, a tak bardzo niebezpieczna.
- Pozwl nam go wzi, ksi - baga von Bek. - Uyjemy go w dobrej sprawie.
Podobno zo tego miecza jest zawsze rwne zu, jakie reprezentuje ten, kto go trzyma w
doni...
- Zgoda, ale chyba o czym zapomniae. Mwi te bowiem, e kady, kto go
wemie w do, przejmuje od niego cz za. Poza tym nie do mnie naley okrelanie
i decydowanie, kto ma go wzi, a kto nie. Nie jest mj. Nie mog go dawa.
- Czy nie znajduje si on w twojej jaskini? Czy wic nie ty jeste jego wacicielem?
- zapytaa podejrzliwie Alisaarda.
- Mog wezwa go do tej jaskini z uwagi na jej pooenie. Co ja waciwie mwi?
Przecie mog tylko wezwa cie...
Cakiem niespodziewanie Morandi Pag osun si agodnie na kamienne podoe i
pogry si w spokojnym nie.
- Czy on si le czuje? - zaniepokoia si Alisaarda.
- Jest po prostu zmczony, to wszystko - wstawi si ze swym przyjacielem Jermays.
Pooy do na pofadowanej gowie niedwiedzia, drug za na jego sercu. - Tylko
zmczony. Zwyk ostatnio przesypia poow dnia, nie mwic o nocy. Jego gatunek z reguy
prowadzi nocne ycie.
Von Bek krzykn przeraliwie.
- Miecz! Miecz znika! Krysztaowa ciana znika!
- Sami przecie mwilicie, e chcecie zobaczy miecz - powiedzia Jermays,
prostujc si. - I zobaczylicie. Czego wicej chcecie?
- Naszym celem jest uwolnienie smoka, zamknitego w mieczu - wtrcia Alisaarda. -
Zanim miecz zacznie suy Chaosowi. Smok powinien trafi do swego kraju rodzinnego.
Zatrzymaj ten miecz, Jermays. Daj nam czas, niezbdny do uwolnienia smoka! Bagam!
- Nie mog tego zrobi. Ani ja, ani ksi Pag - oznajmi wyranie skonfudowany
Jermays. - To, co tu widzielicie, byo jedynie iluzj - czy moe raczej wizj Miecza Smoka.
Kryszta z mieczem w rodku nie znajduje si w tej jaskini, to musicie wiedzie!
Purpurowa powiata znikna. Wszystko wrcio do normy oraz do swej zwyczajowej
barwy. Morze znw ryczao, dudnio i szumiao. Jermays poprosi, abymy pomogli mu
postawi Morandi Paga na nogi. Dziki naszym zabiegom stary niedwied zacz szybko
przychodzi do siebie.
- Wydawao nam si, e miecz by tu obecny fizycznie - zdenerwowa si von Bek. -
Tak mwi Morandi Pag.
Alisaarda poprawia go z lekkim umiechem ironii na twarzy: - Powiedzia tylko, e
moemy go tutaj zobaczy - zwr-
cia si do von Beka. - To wszystko. No c, to zawsze lepsze ni nic. Moe teraz, gdy
odzyska przytomno, powie nam, gdzie mona odnale miecz.
Morandi Pag mamrota co, gdy Jermays usiowa doprowadzi go do przytomnoci. Z
moj pomoc udao mu si oprze niedwiedzia o drabin. Z wielkim trudem wcignlimy
go na gr i wprowadzilimy do komnaty, w ktrej bylimy uprzednio. Otrzewia wwczas
zupenie; mao tego, ruszy jako pierwszy.
- Tutaj! - zawoa. - Poprowadz was. Musimy i tdy.
Kiedy dotarlimy za nim do gwnej komnaty, okazao si, e ley w swoim fotelu i
pi tak gboko, jakby nigdy si przedtem nie budzi.
Jermays spojrza na niego ze zrozumieniem.
- Bdzie teraz spa przez cay dzie.
- Czy bdziemy musieli tak dugo czeka, nim ponownie rozpoczniemy nasze
poszukiwania? - zapytaem.
- To zaley, jaki jest cel waszych poszukiwa - zauway rozsdnie Jermays.
- Jak stwierdzie, darowano nam jedynie wizj, obraz miecza. Gdzie jednak znajduje
si naprawd purpurowy kryszta? Jak tam mona si dosta? - Alisaarda bya nieustpliwa.
- Zdawao si nam, e wicej wiecie o sprawach zwizanych z mieczem, e moecie
da sobie rad bez dodatkowych wyjanie - odrzek Jermays.
- Nie mamy adnych poszlak - poinformowaa Alisaarda. - Nie wiemy nawet, w jakiej
sferze szuka miecza!
- No tak. To wiele wyjania - powiedzia Jermays. - C wic powiecie, gdy
poinformuj was, e miecz znajduje si w sferze Nocnych Zmor i jest tam rwnie dugo, jak
dawno obecni mieszkacy Gheestenheem tam wanie zamieszkuj? Czy nie porzucicie
wobec tego zamiaru odnalezienia miecza?
Alisaarda zakrya twarz domi. Ta wiadomo bya dla niej tragedi. Na krtki czas
stracia swj, zwykle wielki, rezon.
- Jakie szans ma troje miertelnikw, aby tam cokolwiek znale? Jakie mamy szans
na przeycie tej wyprawy?
- Zaiste, niewielkie - potwierdzi Jermays. - Oczywicie Actorios moe by waszym
wielkim atutem, cho sam moe
by rdem niebezpieczestwa. Nikt was zreszt std nie wygania - moecie zosta z
nami. Ja osobicie cieszybym si bardzo z urozmaicenia, jakim byoby wasze towarzystwo.
Niewiele karcianych gier mona rozgrywa we dwjk. Zwaszcza, e Morandi Pag nie moe
si ostatnio skupi, nawet przy swoich ulubionych grach.
- Dlaczego posiadanie kamienia, zwanego Actoriosem, miaoby dawa nam wiksze
szans w sferze Nocnych Zmor? - zapytaem. Mwic to, signem do mojej sakiewki,
wiszcej u pasa, aby dotkn ciepego, liskiego, przypominajcego w dotyku ludzkie ciao,
kamienia zwanego Actoriosem. Otrzymaem go od Phalizaarny z Gheestenheem, a jego
przeznaczenie, zdaniem Sepiriza, byo w jaki sposb powizane z moim wasnym.
- On ma co wsplnego z berem runicznym - zwrci si do mnie Jermays. - Moe
mie pewien wpyw na swoje otoczenie, w niektrych sprawach porwnywalny jest z moc o
wiele potniejszych przedmiotw magicznych. Bdzie stabilizowa to, co zostanie przez
Chaos wytrcone z waciwej sobie rwnowagi. Poza tym czy go pewne pokrewiestwo z
owymi mieczami. Dlatego moe ci pomc prowadzc ci do miecza, ktrego poszukujesz... -
wzruszy swymi pakowatymi ramionami. - Ale czy to, czego szukasz, moe da ci
szczcie? Zreszt nie wiem, czy posiadacie Actoriosa, tote nasza dyskusja jest chyba
bezprzedmiotowa.
Wycignem z sakwy ciepy, pulsujcy kamie i pokazaem go Jermaysowi na
otwartej doni.
Przez chwil przypatrywa si w milczeniu, po czym drgn, jakby przestraszony. -
No, no - bkn - widz, e macie niezy kamyczek. Aha.
- Czy to zmienia twoj ocen naszych szans na przebycie tych, tak zwanych Nocnych
Zmor? - zapyta von Bek.
Jermays rzuci mi dziwnie wspczujce spojrzenie. Odwrci si od nas udajc, i
interesuj go bardzo alchemiczne naczynia Morandi Paga.
- Chtnie zjadbym gruszk. Mam na to wielk ochot. No, mogoby te by jakie
bardzo dobre jabko. wiee jedzenie to tutaj rzadko. No, chyba, e chodzi o ryby. Chyba
sobie niedugo zowi co wieego. Sytuacja jest niewesoa. Rwnowaga jest
zachwiana, Bogowie si budz. A kiedy zaczn ju sw gr, to, jak zwykle, cisn mnie gdzie
daleko. W t stron, albo w tamt... Co wtedy stanie si z Morandi Pagiem?
- W tym kierunku zmierza wojsko - powiedziaa Alisaar-da. - Maj zamiar wydoby z
niego informacje przy pomocy tortur, albo go zabi. Nie wiemy tego dokadnie. Ksiniczka
Sharadim stanie na czele tej armii.
- Sharadim? - Jermays znowu spojrza na mnie. Pokrci gow. - To twoja siostra,
nieprawda?
- W pewnym sensie. Jermays, jak moemy si dosta do sfery Nocnych Zmor?
Rozoy swe nienaturalnie dugie ramiona i zbliy si do picego Niedwiedziego
Ksicia.
- Nikt was nie zatrzymuje - powiedzia. - Nocne Zmory z reguy nie odmawiaj
nikomu odwiedzin u siebie. Wikszo spord tych, ktrzy tam trafiaj, czyni to wbrew
wasnej woli. Tym miejscem rzdzi Chaos. Tam wanie zosta wygnany po wielkich wojnach,
tak wiele stuleci temu, e nikt ju tego nie pamita. Na samym pocztku dziejw. Nie
pamitam dokadnie. Sfera Nocnych Zmor znajduje si w pobliu osi Koa. Dziaaj tam te
same siy, co w Szeciu Sferach, cho jakby sprasowane przez rodzaj grawitacji. Czy
Sharadim nie zamierza uwolni tych si? Arcyksi Balarizaaf? Po co i do niego? On sam
tu si wkrtce zjawi! - wzruszy ramionami.
- Czy znasz posunicia Sharadim? - zapytaa Alisaarda. - Jeste w stanie przewidzie
jej postpowanie?
- Moje przepowiednie nigdy nie s dokadne - odpar Jermays. - Nikomu nie mog si
przyda. Omiatam spojrzeniem na przemian rne miejsca. Niewiele jestem w stanie
zobaczy i przekaza, a tym bardziej trudno to zebra do kupy i wycign wnioski. Moe
wanie dlatego Bogowie pozwalaj mi na wdrwki pomidzy tyloma wiatami. Jestem
cieniem, a nie czowiekiem, moja pani. Moja obecna rola to jedna z najbardziej solidnych.
Niestety, nie moe trwa zbyt dugo. Ambicje Sharadim s wielkie i niegodziwe. Wiem o tym.
Nie mam niestety adnych informacji, ktre mogyby si wam przyda.
Co ma si sta i tak nastpi. Jej celem jest Miecz Smoka, czy nie tak? Dziki niemu
moe zapewni Panu Chaosowi najwiksz wadz, jak kiedykolwiek mia. Doprawdy...
Niespodziewanie przebudzi si Morandi Pag, prychajc i potrzsajc wielk, kudat
gow. W kocu otworzy swe wielkie, inteligentne oczy.
- Ksiniczka Sharadim prowadzi armi przeciwko moim rodakom. To wanie
mielicie mi powiedzie? Co ona atakuje? Adelstane? Inne sfery? Chaos si w to miesza? To
niesychane. Gdzie ona jest? - Teraz, Flamadinie, mj faszywy bracie, nie bdziesz mg
mnie pokona. Moja potga wzrasta rwnie szybko, jak maleje twoja. Czy ona uwaa, e
nadal znajduj si w Adelstane? Na to wyglda. Ona szturmuje bramy. Czy wedrze si do
wntrza? Kto wie? Tam s moi bracia, siostry. Tam jest mj stary przyjaciel Groaffer Rolm.
Czy to oni wanie wysali was do mnie?
- Posyaj ci wiadomo, e bardzo si o ciebie martwi, ksi. Chc ci take
przekaza, e s w niebezpieczestwie i potrzebuj twojej pomocy. Atakuj ich Mabdeny.
Mabde-nw moe by wicej ni kiedykolwiek.
- A czy nie chodzi o was?
- Cokolwiek by si nie stao, ksi, my jestemy twymi sojusznikami przeciwko
wsplnemu wrogowi.
- Musz wic pomyle, co robi. Po czym zamkn oczy i zasn znowu.
- Czy wiesz, Jermays, w jaki sposb moemy si dosta do sfery Nocnych Zmor? -
zapyta von Bek. - Czy opowiesz nam?
Jermays skin gow w roztargnieniu i pogmera przy pasie Morandi Paga. Nastpnie
da nura pod aw, na ktrej lea Morandi Pag, skd zaczai wydobywa stare pergaminy.
Pniej przeszed na drugi koniec pokoju, a dotar do jakiej wielkiej skrzyni. Otworzy j i
znalaz tam starannie zrolowane zwoje pergaminu. Ilo ich bya doprawdy imponujca.
Spojrza na nie i westchn ciko, po czym delikatnym ruchem wybra jeden z nich, starajc
si nie porusza innych.
- To s mapy Morandi Paga. Mapy wielu wiatw. Tyle tu konfiguracji, ukadw i
elips! - Rozwin swj rulon. -
Tego wanie szukaem. - Powid palcem w d pergaminu. - Tak. Zdaje si, e jest
otwarte przejcie na pnocnym zachodzie. Niedaleko Gry Goradyn. Moecie wybra t
drog. Doprowadzi was do Maaschanheem, stamtd za udacie si do Zranionego Raka, gdzie
zaczekacie, a otworzy si przejcie do Sfery Czerwonych Welonw. Dobrze. Tam, przy
wulkanie, zwanym przez nas Tortacanuzzo, znajdziecie prost drog do sfery Nocnych Zmor.
Tak w kadym razie mwi mapa. Jeeli jednak zechcecie zaczeka pi dni, siedem godzin i
dwanacie sekund, to bdziecie mogli uda si tam bezporednio z Adelstane, poprzez
Draachenheem, Fluugensheem, a stamtd dotrze do Zranionego Raka. Zajmie wam to prawie
tyle samo czasu, co z Goradynu. Moecie take wyruszy w gry, zaczeka na nadejcie
Zamienia, ktre jest rzadkim zjawiskiem i warto je przey, a potem dosta si wprost do
Rootsenheem. W kocu Alisaarda uciszya go.
- Gdzie znajduje si bezporednie przejcie do Maaschanheem?
Zamilk, studiujc mapy tak uwanie, jak dwudziestowieczny czowiek wertowaby
rozkady jazdy pocigw. - Bezporednio? Z Maaschenheem? To za dwanacie lat...
- Zatem nie mamy innego wyjcia, jak tylko zmierza do kotwicowiska Zranionego
Raka? - zapytaem.
- Chyba nie. Gdybycie jednak zechcieli pj przez miejsce zwane Podart Koszul,
to...
- Wyglda na to, e w tym wiecie jest podobnie jak w moim - powiedzia von Bek z
przeksem - tu i tam trudno jest si dosta do Pieka.
Alisaarda nie zwrcia uwagi na jego sowa.
- Zraniony Rak - Rootsenheem - Tortacanuzzo - staraa si zapamita nazwy. - To
najkrtsza droga, tak?
- Na to wyglda. Zwracam przy tym uwag, e powinnicie w moliwie krtkim
czasie przeby Fluugensheem. Uwaajcie szczeglnie, bo zdaje si, e jest tam jakie
skrzyowanie tras. Znasz je?
Alisaarda potrzsna gow.
- Nie mamy zbyt wielkich wyczynw nawigacyjnych na koncie. Nie podrujemy
nigdy dla sawy lub przyjemnoci,
zwaszcza, od kiedy jestemy oddzielone od mczyzn. Teraz, Wojowniku Jermays,
powiedz nam, gdzie w Sferze Nocnych Zmor znajdziemy Miecz Smoka?
- W samym rodku, nigdzie indziej! - zabrzmia tubalny gos Morandi Paga. Usiowa
nieporadnie powsta. - W miejscu zwanym Pocztkiem wiata. To samo serce sfery Zmor
Nocnych. Wanie ten miecz j podtrzymuje. Jednake tylko czowiek majcy w yach
okrelon krew moe wzi ten miecz w do. Musi to by kto z twojej krwi, Wojowniku.
Tylko kto z twojej krwi.
- Sharadim nie jest z mojej krwi.
- Ma jej w sobie do, aby posuy Balarizaafowi. Jeli tylko poyje wystarczajco
dugo, aby wydoby miecz z okuwajcej go krysztaowej pokrywy, to dopnie swego.
- Czy to oznacza, e nikt nie moe wydoby miecza z krysztau?
- Ty moesz, Wojowniku. A take twoja siostra. Domylam si, e ona nawet wie, na
jakie ryzyko si powaa. Grozi jej nie tylko zwyka mier. Moe jej si uda, a gdy tak si
stanie, bdzie moga sta si niemierteln jako Wadczyni Piekie. Moe by tak potna jak
krlowa Xiombarg, Mabelode Bez Twarzy, albo nawet sam Stary Slortar. To wanie sprawia,
i podejmuje tak wielkie ryzyko. Stawka tej gry przerasta chyba jej wyobraenia. - Chwyci
si apami za gow. - Wszystkie stulecia krzepn w mojej gowie, stajc si wielk i martw
bry. Wiesz, co mam na myli, Wojowniku, albo dowiesz si tego w przyszoci. Chodcie,
musimy opuci to miejsce. Musimy powrci na stay ld. Do Adelstane. Ja mam swj
obowizek do spenienia, a wy, oczywicie, swoje.
- Moemy popyn nasz odzi - wtrcia Alisaarda. - Sdz, e dam rad sterowa
w tamt stron rwnie skutecznie, jak w t.
Syszc to, Morandi Pag chrzkn, rozbawiony.
- Mam nadziej, e tym razem pozwolisz sterowa mnie. Dobrze mi zrobi, jeli znw
bd mia okazj wyczuwa wodne prdy i wymija skay, aby dotrze bezpiecznie do
Adelstane.
- Niektrzy twierdz, e istnieje nie wicej ni czterdzieci sze wzorw, jakie mog
tworzy morskie fale - powiedzia Morandi Pag, zasiadajc w odzi. - Tak jednak twierdzi
mog jedynie ci, ktrzy, niczym feudalni wyspiarze ze Wschodu, ceni przede wszystkim
prostot oraz marz o atwym uporzdkowaniu pogmatwanych problemw i spraw, jakie ich
otaczaj. Dlatego ja osobicie uwaam, e istnieje tyle samo wzorw, co i fal. Niegdy
uwaaem za powd do dumy fakt, i z atwoci potrafiem wyczuwa rytm ich wszystkich.
Fale, same w sobie, s Wielowiatem. Caa tajemnica eglowania zasadza si w tym, e trzeba
traktowa kad powsta sytuacj jako cakowicie now i niepowtarzaln. Nie mona forma-
lizowa, wpada w rutyn, bo jest to pierwszy krok do samozagady. Istnieje nieskoczona
liczba moliwoci. Kada fala czy wir wodny to oddzielna osobowo. - Pocign nosem.
- Czy nadal potrafi wyczuwa prdy? To tak samo, jak z przecinajcymi si wiatami
i sferami Wielowiata. Jakie to cudowne! Chyba nie ma si czego ba.
Mwic to, da Alisaardzie znak do odcumowania, obrci nieco agiel, po czym
poruszy sterem, my za przywarlimy do pokadu odzi, pdzcej teraz pord ryczcych fal
w kierunku skalnej bramy.
Podczas eglugi ani przez moment nie odczuwalimy strachu. Nasz okrcik taczy na
powierzchni fal z wdzikiem rwnym poruszeniom skrzyde leccego w przestworzach ptaka.
Fale podrzucay nas czasami, innym razem za rzucay nami na boki, a para wodna i
porywisty wiatr atakoway nasze twarze, utrudniajc dodatkowo widoczno. Morandi Pag
rycza ze miechu przez cay czas, zaguszajc niemal ryk fal. Cay czas jednak prowadzi
pewn rk nasz d przez kipiel.
Jermays podskakiwa z radoci. Siedzia na dziobie, cieszc si z kadego udanego
manewru i zwrotu.
Morandi Pag porusza pyskiem w szczeglny sposb, ktry wyraa, albo te mia
wyraa, zadowolenie i dum ze swych umiejtnoci.
- Od bardzo dawna tego nie robiem - powiedzia. - Brak mi co prawda modoci i siy,
ale to nic. Dopyniemy do Adelstane.
Szybko przemierzalimy ocean. Zewszd nad naszymi gowami unosiy si wielkie,
czarne gry. Na koniec wpynlimy do przystani i przycumowalimy d. Nie zwlekajc,
ruszylimy w kierunku miejsca, w ktrym bylimy uprzednio przyjmowani. Nie min
kwadrans, a ponownie znalelimy si w komfortowej bibliotece, jak zwykle wypenionej
woni kadzide, a Niedwiedzi Ksita nie mogli nacieszy si swym dawno nie widzianym
krewniakiem. Sceny te byy bardzo wzruszajce, tote kady z nas ukradkiem ociera zy. Te
przedziwne istoty potrafiy okazywa sobie nawzajem wielk delikatno i czuo.
Groaffer Rolm, wci jeszcze bardzo wzruszony, przesta nam w kocu dzikowa za
odzyskanie swego od dawna zaginionego brata i powiedzia:
- Mamy wieci o ksiniczce Sharadim. Jej armia jest w stanie gotowoci, czeka
jedynie na moment otwarcia bramy. Gdy wejd do naszego wiata, od razu znajd si nie
wicej jak o mil od Adelstane. Wiemy take, i druga armia maszeruje w tym kierunku,
wykorzystujc nasze stare przejcia i moe by tutaj w cigu dnia!
- Domylam si, Morandi Pag, e jeste podobnego zdania co Mabdeny - Sharadim
stanowi dla nas zagroenie, czy tak?
- Mabdeny mwi prawd - odrzek Morandi Pag. - Maj jednak swoje wasne sprawy
do zaatwienia. Musz dotrze do Maaschanheem, stamtd za, poprzez Rootsenheem i
Fluugensheem, do sfery Nocnych Zmor.
- Sfera Nocnych Zmor! - Faladerj Oro bya naprawd przeraona. - Kt z wasnej
woli chciaby tam i?
- Chodzi o ocalenie wszystkich Szeciu Sfer z rk Sharadim i jej sojusznikw -
powiedzia von Bek. - Nie mamy wyboru.
- Jestecie doprawdy bohaterami - powiedziaa Whiclar Hald-Halg. Zamiaa si
dononie. - Mabdeny bohaterami! To prawdziwa ironia losu!
- Osobicie zaprowadz was do pierwszej bramy - zaofiarowa si Morandi Pag.
- A co z Sharadim i jej armiami? Jak dacie sobie z nimi rad?
Groaffer Rolm wzruszy ramionami. - Jestemy teraz wszyscy razem. Chroni nas
piercie ognia. Nieatwo bdzie im go przeby. A nawet jeli si przedostan, to bd musieli
nas znale. Mamy wiele sposobw, aby ich zmyli.
Garbaty Jermays pocign yk wina z dzbana.
- Nie zapominajcie, e ona chce podbi wszystkie wiaty - powiedzia. - Moe dotrze
do wszystkich kultur, jakie napotka. To, co dzieje si tutaj, w taki czy inny sposb dzieje si
te gdzie indziej. Co moemy zrobi, aby si temu wszystkiemu przeciwstawi?
- Nie jestemy w stanie prowadzi wojny na terytorium innych sfer, nie mamy nawet
takiego zamiaru - powiedzia Groaffer Rolm. - Moemy jedynie mie nadziej, e uda nam si
powstrzyma Sharadim tutaj, w Adelstane. Jeeli jednak jako sojusznik Sharadim wmiesza si
Chaos, to, jak sdz, nasz los bdzie przesdzony.
Poegnalimy si z Niedwiedzimi Ksitami, za Morandi Pag poprowadzi nas
wzdu brzegw antycznych kanaw, bdcych teraz korytem wielkiej, powoli pyncej
rzeki, w kierunku spitrzonych grskich cian. Tu zatrzyma si i chcia wanie przemwi,
gdy niespodziewanie masyw grski zadra, a ciemno zacza ustpowa pod naporem
potgujcego si promieniowania, ktre mienio si wszystkimi kolorami tczy. Stopniowo z
feerii barw wyoni si obraz szeciu kolumn, ustawionych na obwodzie koa,
przypominajcych swym wygldem ogromn wityni.
- To jest cudowne - mrukn von Bek. - Po raz kolejny jestem zachwycony.
Morandi Pag potar si ap w okolicy brwi. - Musiaa si spieszy - powiedzia. -
Wyczuwam armie Mabdenw w okolicy Adelstane. Pjdziesz z nimi, Jermays?
- Pozwl mi pozosta z tob - powiedzia Jermays. - Odwykem od podrowania i nie
wiem, jakby mi to wyszo. Skoro tak, to pewnie bardziej ci si tutaj przydam. egnaj,
Wojowniku. egnaj, pikna pani, i ty, hrabio von Bek.
Patrzc ku grze, wstpilimy w przestrze pomidzy supami. Przyspieszylimy
kroku. Wdrwka ta wyzwalaa w nas dziwne odczucia, inne ni podczas eglugi odzi. Nie
znajdowalimy si w stanie niewakoci, zdawao si nam natomiast, i jaki ogromny
strumie unosi nas ze sob niczym bezwolne patyki. Strumie ten nie stanowi jednak dla nas
adnego zagroenia. Przed nami pono jakie szare, zamglone wiato. Zakrcio mi si w
gowie, po kilku sekundach moje ciao zostao wyrzucone ku grze przez jak wielk, a
zarazem delikatn rk. Po chwili staem ju na twardym gruncie, otoczony wietlnymi
supami. Alisaarda staa obok mnie, a nieco dalej zafascynowany von Bek. Niemiecki hrabia i
tym razem potrzsa gow z niedowierzaniem.
- Doprawdy fascynujce. Dlaczego przejcie pomidzy moim wiatem a wiatem
Bagien wygldao inaczej?
- Pomidzy rnymi wiatami znajduj si rne przejcia - odpowiedziaa mu
Alisaarda. - Takie przejcia s waciwe dla Sfer Koa.
Wyszlimy ze wietlistego krgu, aby znale si w znanym nam dobrze krajobrazie
Maaschanheem. Wszdzie wok wida byo ostre trawy, trzciny, sadzawki, przewiecajce
wod moczary. Nad gowami przelatyway nam bagienne jasnopire ptaki. W krajobrazie
dominoway stojce wody oraz wysepki staego gruntu.
Alisaarda wydobya z sakwy podrczne mapy. Znalazszy kawaek wzgldnie suchego
gruntu, rozoya jedn z nich.
- Musimy odszuka kotwicowisko Zranionego Raka. Tu znajduje si Gra miechu.
Nie mamy innego wyboru jak tylko i tamtdy. T drog da si pokona, sdzc po mapach.
S tam przejcia przez bagna.
- Jak daleko std do kotwicowiska Zranionego Raka? - zapyta von Bek.
- Siedemdziesit pi mil - odpowiedziaa.
W ponurych nastrojach zaczlimy brn w kierunku pnocnym.
Nie uszlimy wicej ni okoo pitnastu mil, gdy ujrzelimy na horyzoncie przed sob
ciemny kontur wielkiego kaduba. Dymi bardziej ni to si zazwyczaj zdarzao, ale rwnie
nie
porusza si. Domylalimy si, e zaoga moe mie jakie kopoty. Ja byem za tym,
aby pozostawi statek wasnemu losowi, ale Alisaarda liczya na to, e bd nam mogli cho
w niewielkim stopniu pomc.
- Wikszo ludzi ze wszystkich wiatw jest nastawiona przyjanie wobec
mieszkacw Gheestenheem - powiedziaa.
- Czy zapomniaa ju, co zaszo na pokadzie Zmarszczonej Tarczy? - przypomniaem
jej. - Pomagajc mnie i von Bekowi w ucieczce naruszyycie najwitsze zasady
Zgromadzenia. Dlatego nie przypuszczam, aby twoja rasa bya tu dobrze witana. Wasz
postpek zosta z pewnoci wykorzystany propagandowo przez Sharadim, ktra przecie
pilnie potrzebuje sojusznikw i zaley jej na wyrobieniu wam jak najgorszej opinii. Co do nas
dwch, to na pewno nie mamy na co liczy, jeli wpadniemy w apy tutejszych oprawcw.
Nie radzibym si zblia do tej skorupy.
Von Bek wysun si na czoo.
- Mam wraenie, e nie grozi nam niebezpieczestwo - powiedzia. - Popatrzcie. Ten
dym nie pochodzi z kominw. Ten statek po prostu ponie! Zosta zaatakowany i zniszczony!
Alisaarda bya jeszcze bardziej zaszokowana tym odkryciem ni ja czy von Bek.
- Walcz midzy sob! To nie zdarzao si tu od stuleci. C to moe oznacza?
Pucilimy si pdem w kierunku zniszczonego kaduba, biegnc po grzskim,
niepewnym gruncie. Nim dobieglimy, wiedzielimy ju, co si wydarzyo. Cay okrt
ogarnity by pomieniami, a w rnych miejscach pokadu oraz na zwglonym oaglowaniu
wida byo poczerniae zwoki ludzkie, zastyge w najrniejszych, agonalnych pozach.
Wyglday niczym pogruchotane lalki w skadzie drewna, jakim sta si teraz okrt. mier
przepeniaa sw woni okolic. Ptaki padlinoerne z powag i zadowoleniem przechadzay
si pord tego zbiorowiska trupw, tuste niczym domowe pudle. Mczyni i kobiety, dzieci
i niemowlta - wszyscy byli martwi. Okrt lea na boku, zanurzony w mule, spldrowany.
W odlegoci pidziesiciu krokw od nas kilka postaci wyskoczyo z szuwarw i
zaczo si szybko oddala. Niektrzy
z nich byli lepi, prowadzili ich inni, co bardzo utrudniao i opniao poruszanie si
tej grupy. Zawoaem do nich:
- Nie jestemy waszymi wrogami. Co to za kadub?
Nieszcznicy odwrcili w nasz stron swe pokaleczone, biae twarze. Byli w
achmanach - porwali ze sob to, co tylko dao si uratowa. Wygldali na wygodzonych. W
wikszoci byy to stare kobiety, znajdowao si tam jednak troch modziey.
Alisaarda, si przyzwyczajenia,opucia wczeniej sw przybic. Uniosa j teraz,
mwic agodnie: - Jestemy waszymi przyjacimi, dobrzy ludzie. Moemy wam poda
nasze imiona.
Wysoka, stara kobieta, odezwaa si z zaskakujc powag: - Znamy was. Ca wasz
trjk. Jestecie Flamadin, von Bek i renegatka Kobieta-Zjawa. Wszyscy jestecie wyjci
spod prawa. By moe jestecie wrogami naszych wrogw, ale wcale nie musi to oznacza, i
jestecie naszymi przyjacimi. Nie od dzi wiat zdradza wszystko to, co sobie cenimy.
Ksiniczka Sharadim was ciga, czy nie tak? Rwnie ten parweniusz o rkach
zbroczonych krwi, Armiad, jej najwierniejszy sojusznik...
Von Bek straci cierpliwo. Znowu wysun si do przodu.
- Kim jestecie? Co takiego si tutaj stao? Stara kobieta uniosa do ku grze.
- Nie jestecie tu mile widziani. To wy sprowadzilicie zo do naszego wiata. Zo,
ktre przez tak wiele stuleci udawao nam si pokona. Teraz znowu pomidzy kadubami
panuje wojna.
- Spotkalimy si ju - powiedziaem. - Tylko gdzie?
Wzruszya ramionami. - Moje imi brzmi Pra Oniad, byam maonk nienego
Obrocy. Byam wspkapitanem i krewn Toirseta Larensa. To, co tutaj widzicie, to
pozostaoci naszego kaduba, Nowego Argumentu i naszych najbliszych. To jest druga
wojna midzy kadubami, dowodzona przez Armiada. Pomimo, e to nie wy rozpoczlicie t
wojn, bylicie jednym z pretekstw do jej rozptania. amic wite zasady Zgromadzenia
wprowadzilicie ducha niepewnoci.
- Przecie nie moemy odpowiada za chore ambicje Armiada! - zawoaa Alisaarda. -
Istniay wczeniej ni my si tu pojawilimy!
- Mwiam o pretekcie - podkrelia Pra Oniad. - Ogosi, i inne okrty pomagay
Kobietom-Zjawom w napadzie na jego okrt. Tak wanie powiedzia. Pniej za stwierdzi,
i musi by przygotowany do obrony przed kolejnymi kadubami. Z Draachenheem przybyli
mu sojusznicy. To zaprawieni w bojach odacy, ktrzy wiedz, jak zabija, jak prowadzi
wojny. Od dawna te posiada sojusznikw pord zag niektrych kadubw. Sprzyjaj mu
ci, ktrzy boj si jego potgi i nie chc by zniszczeni jak wielu przed nimi. Armiad dowodzi
teraz trzydziestoma kadubami. Zbrukali teren Zgromadze, przeksztacajc go w obz
wojenny, swoj twierdz, do ktrej zaprosili te Draachenheemczykw. Obecnie wszystkie
pozostae statki musz paci danin i uznawa Armiada za Krla Admiraa. Nikt nie uywa
tego tytuu od setek lat.
- Jak to wszystko mogo si wydarzy w tak krtkim czasie? - wymamrota
zaskoczony von Bek.
- Zapominasz - wyjaniem mu - e czas upywa nieco inaczej w kadym spord
wiatw. Nie mona stawia znaku rwnoci. Oznacza to, i od czasu, gdy opucilimy
Wielkie Zgromadzenie, upyno ju kilka miesicy.
- Mamy nadziej powstrzyma ksiniczk Sharadim i jej sojusznikw - zwrciem si
do starej kobiety. - Jej plany, jak rwnie Armiada, byy opracowane na dugo przedtem, ni
je ujawniono. Pragn nas zniszczy, znamy bowiem sposb, aby ich pokona.
Stara kobieta spojrzaa na nas sceptycznie, na jej twarzy odbi si jednak saby
przebysk nadziei. - My z Nowego Argumentu nie damy zemsty - powiedziaa. -
Wolelibymy zgin, jeli oznaczaoby to koniec tej straszliwej wojny.
- Wojna zagraa wszystkim Szeciu Sferom. - Alisaarda zbliya si do niej, delikatnie
ujmujc za rami. - Pani, to wszystko wina Sharadim. Kiedy jej brat okaza si nieustpliwy,
oczernia jego imi i wyja spod prawa.
Stara kobieta spojrzaa na mnie podejrzliwie.
- Ludzie mwi, e nie jeste ksiciem Flamadinem, lecz doppelgangerem. Mwi, e
w istocie jeste arcyksiciem Bala-rizaafem z Chaosu, ktry przybra ludzk posta. Mwi,
e Chaos ju wkrtce opanuje wszystkie Sfery Koa.
- Cz tego, co syszaa, jest bliska prawdy - przyznaem. - Mog ci jednak
zapewni, e nie jestem przyjacielem Chaosu. Zamierzamy pokona Chaos i mamy nadziej,
e w wyniku tego podboju w Szeciu Sferach zapanuje pokj. Ten wanie cel przywieca
nam w naszej wdrwce ku Sferze Nocnych Zmor...
Pra Oniad zamiaa si gorzko.
- adna istota ludzka nie udaje si z wasnej woli do tego wiata. Czy to kolejne
kamstwa? Nie uda si wam przey takiej wyprawy. Pomiesza si wam w gowach.
miertelnicy nie mog oglda tych iluzji i widziade, nie wariujc przy tym!
- To nasza jedyna nadzieja na pokonanie Sharadim i wszystkich jej sprzymierzecw -
powiedziaa Alisaarda. - Sojusznikw, wrd ktrych jest te, to prawda, arcyksi
Balarizaaf.
Stara kobieta westchna.
- Jak moemy mie wic nadziej? - spytaa. - To tylko rozpaczliwe szalestwo.
- Idziemy do Zranionego Raka, aby odnale bram - wtrci von Bek. - Gdzie jest to
kotwicowisko, pani?
- To jest Rozlewisko Fontanny - powiedziaa. - Kotwicowisko Ryby Wyobrani, take
zniszczonej przez miotacze ognia, jakie Armiad otrzyma od Sharadim. My broni nie mamy,
on za ma jej bardzo wiele. Zraniony Rak jest o cae mile std. Jak chcecie si tam dosta?
- Pieszo - rzucia Alisaarda. - Nie mamy wyboru, pani. Kobieta zmarszczya brwi,
rozwaajc co w mylach, a nastpnie stwierdzia:
- Mamy ma, paskodenn d, ktra nie jest nam potrzebna. Jeeli mwicie prawd,
a zgaduj, e tak jest, to w was nasza jedyna nadzieja. Nawet saba nadzieja jest lepsza ni
adna. Wecie zatem nasz dk. Moe si wam przyda przy pokonywaniu rozlewisk i
bagien. Moe zdoacie dziki temu przyby jutro na miejsce.
Z dymicego wraka wycignli d o paskim dnie. mierdziaa spalenizn oraz
zniszczeniem, nie bya jednak uszkodzona i pywaa zwinnie po wodzie. Dostalimy rwnie
drgi. Pouczono nas, jak si nimi posugiwa, aby odpycha dk od dna i posuwa si
naprzd. Pozostawilimy grup rozbitkw na brzegu, kierujc si w stron kotwicowiska
Zranionego Raka.
- Bdcie ostroni - woaa za nami Pra Oniad - bo ludzie Armiada grasuj teraz
wszdzie. Posiadaj statki wykonane przez Draachenheemczykw, ktre z atwoci mog
wyprzedzi nasze!
Poruszalimy si z wysikiem, wiosujc, a raczej odpychajc d przez ca noc, z
rzadka tylko odpoczywajc. Na koniec Alisaarda spojrzaa w swoje mapy i wskazaa doni
przed siebie. W mroku zauwaylimy w dali sabe, migotliwe wiateko.
Tam byo przejcie.
Jednake pomidzy nami a bram ukaza si zwalisty ksztat ogromnego kaduba. W
odrnieniu od poprzedniego nie by niesprawny. Wrcz przeciwnie - powiewa wszystkimi
swymi flagami.
- To okrt gotowy do walki - powiedzia von Bek.
- Czyby Armiad lub Sharadim dowiedzieli si o naszej wyprawie i przysali ten okrt,
aby nas zatrzyma? - zwrciem si do Alisaardy.
W niemym milczeniu potrzsna gow. Nie wiedziaa. Bylimy wyczerpani
wiosowaniem i nie mielimy szans w walce z wielkim okrtem.
Wszystko, co moglimy zrobi, to przybi odzi do brzegu i rzuci si biegiem ku
wieccej bramie. Tak te postpilimy, potykajc si i przewracajc, brnc z wysikiem przed
siebie, po kolana w bagnie, co krok wpltujc nogi w zielsko. Bardzo powoli zblialimy si
do bramy, zostalimy jednak zauwaeni. Na pokadzie rozlegy si okrzyki i nawoywania.
Zauwayem jakie postacie ldujce na przyldku w pobliu bramy. Postacie te odziane byy
w zielono - te pancerze, a ich uzbrojenie stanowiy miecze i piki. Bez broni nie mielimy
adnych szans na pokonanie intruzw.
Z bijcymi sercami brnlimy wci ku bramie, liczc na ut szczcia, ktry
pozwoliby nam dotrze na miejsce wczeniej,
ni uczyni to uzbrojeni wojownicy, nawoujcy si wanie, a idcy szerok aw
naprzeciw nam.
Ju po chwili zostalimy otoczeni. Przygotowalimy si na walk, choby goymi
rkami.
Pancerzy, jakie mieli nasi przeciwnicy, nie widziaem dotd w Maaschanheem,
przypominay mi raczej stroje bojowe z Draachenheem. Kiedy ich przywdca odziany w
metal i skr wysun si o kilka krokw do przodu i zdj swj hem, przyjrzaem si
uwanie jego twarzy.
Twarz ta bya mokra od potu, nie wygldaa zdrowo. Bya mi dziwnie znajoma.
Spodziewaem si tu Armiada lub ktrego z jego Stranikw Skrzy, tymczasem sta oto
przede mn lord Pharl Asclett, ktrego niegdy pozostawilimy zwizanego w saloniku
Sharadim, kiedy to uciekalimy z paacu. Jego twarz wykrzywi grymas, ktry mia
przypomina szeroki umiech.
- Ciesz si, e znowu was widz - powiedzia. - Mam dla was zaproszenie od
Wadczyni Sharadim. Ucieszy si z waszej obecnoci na jej lubie, ktry odbdzie si
niebawem.
- A wic jest ju wadczyni? - zapytaa Alisaarda, rozgldajc si za jakim sabym
miejscem w ich szeregach.
- Czy naprawd liczylicie, e si jej to nie uda? - zdziwi si ksi Pharl z
szelmowskim umiechem.
- A kto jest jej oblubiecem? - von Bek te prbowa zyska na czasie. - Moe ty,
Pharlu z Cik Rk? Syszaem, e nie masz szczeglnego upodobania do pci przeciwnej.
A waciwie do adnej pci, jeli o to chodzi.
Ksi rzuci mu cikie spojrzenie. - Jest dla mnie honorem mc suy mojej
Wadczyni w dowolny sposb. Nawet w ten. Ona jednak ma polubi ksicia Flamadina. Nie
syszelicie o tym? Uroczystoci odbywaj si we Fluugensheem. Wybrali Wadczyni i jej
maonka, aby objli rzdy nad nimi, odkd krl Latajcego Miasta straci tron z powodu
pijastwa. Czy zechcecie uda si z nami na pokad naszego okrtu? Czekamy tu na was od
piciu dni...
- Skd wiedzielicie, gdzie nas szuka? - zapytaem.
- Nasza Cesarzowa ma potnych sprzymierzecw, wadajcych nadnaturaln moc.
Sama jest zreszt wielk wr-
k. Poza tym rozmiecia swoich kapitanw przy wielu bramach w Maaschanheem i
Draachenheem. To przejcie zostao uznane za jedno z tych, ktre najprawdopodobniej
wybierzecie, cho musz przyzna, e oczekiwaem raczej, i wyonicie si z przeciwnej
strony tej bramy...
Przerwa na chwil, usysza bowiem co na ksztat odlegego grzmotu i zwrci sw
gow w tamtym kierunku.
Mielimy chwil czasu, by rozejrze si po okolicy. Wielki kadub chcia wykona
skrt, lecz nie mg tego uczyni z uwagi na spowijajc go niewidzialn sie. Zauwayem,
jak iskrzca si ognista kula oderwaa si od pokadu, lecz powrcia, jakby odbia si od
niewidzialnej sieci. Spostrzegem gromad wawo pyncych statkw, przypominajcych te,
jakie widywaem w Gheestenheem. Statki otoczyy kadub. Haas, jaki syszelimy, pochodzi
od ich uderze.
Nim ksi Pharl zdoa wydoby z siebie jaki rozkaz, niespodziewanie podniosa si
z ziemi chmara wojownikw, ktrzy zaatakowali naszych przeladowcw. Atakiem kierowa
may czowieczek, ktry mia na sobie jedynie napiernik i hem, a za uzbrojenie suy mu
oszczep, dwa razy wikszy od niego. Czowieczek podskakiwa wawo pord swych
wojownikw, zagrzewajc ich do walki. Wszyscy wojownicy nosili pancerze w kolorze
szarozielonym, jakie widziaem w Maaschanheem. Czowieczek umiechn si do mnie
szeroko. To by Garbaty Jermays!
- My take uprzedzamy posunicia nieprzyjaciela! - zawoa. Chrzkn z
zadowoleniem, widzc, jak jego ludzie rzucaj si na wojownikw ksicia Pharla i pokonuj
ich. Sam Pharl zosta wzity do niewoli i przypatrywa si nam z wciekoci. Kiedy
zwycizcy podnieli przybice, ukazujc oblicza zarwno Kobiet-Zjaw, jak i rdzennych
mieszkacw Maaschanheem, by bliski paczu.
Jermays podskakiwa z radoci jak pieczka.
- Ludzie z wielu wiatw zjednoczyli si teraz, aby przeciwstawi si Sharadim i jej
pomagierom. Mimo to jest nas niezbyt wielu. Musicie si spieszy, bo brama moe si
niedugo zamkn. Sharadim panuje w Draachenheem. Ottro zgin w bitwie. Ksi Halmad
nadal walczy przeciwko
Wadczyni. Naterpino Sloch nie wygra bitwy pod Fancil Sepaht i zapaci za to -
straci nogi. Sharadim wysaa Mabdeny z tej sfery do Gheestenheem, wojna stoi teraz przed
Eldrenkami. W midzyczasie konsoliduje sw wadz nad Fluugensheem, za cay
Rootsenheem jest w jej rkach. Jej sugusi oblegaj Adelstane, odkd Niedwiedzi Ksita
okazali, e poznali si na jej sztuczkach. Bardzo wiele zaley teraz od was. Jej wadza jest ju
prawie tak wielka, e bdzie moga wezwa na pomoc Chaos i poczy z nim siy obszarw,
jakie podbia. Pospieszcie si - szybko przez bram!
- Przecie idziemy do Rootsenheem! - zawoaem. - Jeli ona tam panuje, to jak moe
si nam powie?
- Podawajcie faszywe nazwiska! - poradzi nam, troch naiwnie.
Ruszylimy wic znowu, brnc pomidzy wietlistymi kolumnami, owietlajcymi
wejcie do tunelu. Lecielimy przeze niczym ptaki, unoszone przez powietrzne prdy, przed
nami za jarzyo si olepiajce te wiato. Po kilku sekundach stalimy na ciepym piasku,
patrzc w kierunku ogromnego masywnego Zikkuratu z ciosanych kamieni, ktry wydawa
si by starszy ni sam Wielowiat.
Alisaarda odezwaa si cicho:
- Tak, jestemy ju w Sferze Czerwonych Welonw. Ty bdziesz zwa si Farkos z
Fluugensheem. Ty, hrabio von Bek, bdziesz si nazywa Mederic z Draachenheem. Ja bd
Eld-renk Amelar. Nie rozmawiajmy wicej. Nadchodz ju - wskazaa doni.
U podstawy Zikkuratu pokazao si wejcie, z ktrego wysuna si grupa mczyzn
w dziwnych strojach podobnych do tych, ktre zauwayem po raz pierwszy na Wielkim
Zgromadzeniu.
Ludzie ci mieli dugie brody, za jedwab na ich ciaach niemal ich nie dotyka,
rozcignity by bowiem na szerokich ramach. Mieli zadziwiajco wielkie rkawice, a ich
hemy wykonane byy z lekkiego i zapewne twardego drewna. Wzdu ramion mieli dugie
kabki. Zatrzymali si o kilka krokw od nas, unoszc oba ramiona na znak powitania.
W skrytoci ducha obawiaem si jakiego nowego ataku, jeden z nich odezwa si
jednak gosem ywym i penym powagi:
- Przybylicie do Sfery Czerwonych Welonw. Czy przebylicie ten prg
przypadkowo, czy umylnie? Jestemy dziedzicznymi stranikami tej bramy i musimy zada
wam to pytanie, nim zezwolimy na dalsz drog.
Alisaarda wysuna si do przodu i przedstawia nas naszymi faszywymi imionami.
- Przyszlimy tu wiadomie, szlachetni panowie. Nie jestemy jednak kupcami.
Pokornie prosimy o pozwolenie na przejcie przez wasz wiat do nastpnej bramy.
Twarze stranikw stay si teraz lepiej widoczne. Mieli due oczy otoczone czerwon
obwdk. Gowy osaniay im hemy, lecz widziaem teraz, i poniej kadego oka na
drucianej ramce podwieszone mieli malekie pucharki. Dreszcz obrzydzenia przemkn przez
moje ciao, gdy zdaem sobie spraw, e ich oczy stale wydzielaj z siebie lepk ma,
przypominajc czerwonej barwy luz i e w istocie ich badawcze spojrzenia s spojrzeniami
lepcw.
- Jakie to sprawy sprowadzaj was, szlachetna pani? - zapyta na koniec jeden z nich.
- akniemy wiedzy.
- W jakim celu zamierzacie wiedzy tej uy?
- Zamierzamy sporzdzi mapy przej pomidzy wiatami. Wiedza ta bdzie
korzystna dla wszystkich Szeciu Sfer, przysigam.
- Nie zrobicie nam krzywdy? Nie zabierzecie z tego wiata niczego, co nie bdzie
wam z dobrej woli podarowane?
- Przysigamy - Alisaarda daa nam znak, abymy powtrzyli to za ni.
- Bicie waszych serc wskazuje trwog - powiedzia jeden z pozostaych stranikw. -
Czego si lkacie?
- Dopiero co ucieklimy piratom z Maaschanheem - powiedziaa im Alisaarda. -
Ostatnimi czasy s to bardzo niebezpieczne rejony.
- Jakie tam grozi niebezpieczestwo?
- Trwa wojna domowa, a dodatkowo grozi im opanowanie przez Chaos - wyjania.
- Tak, rozumiem - odpar inny stranik. - Wobec tego musicie szybko zaatwi swoje
sprawy. U nas, w Rootsenheem, nie gro nam takie niebezpieczestwa, bowiem chroni nas
nasza bogini, ktra oby bogosawia take wam wszystkim.
- Niech nasza bogini i wam bogosawi - dodali z zapaem pozostali.
Zrodzio si we mnie jakie instynktowne podejrzenie.
- Szlachetni mowie, kogo zwiecie wasz bogini? - zapytaem.
- Nazywana jest Sharadim Mdra.
Wiedzielimy teraz, dlaczego wojna i zagada ominy Rootsenheem. Sharadim nie
miaa tu ju nic wicej do osignicia. Ten wiat by od dawna zdobyty, zapewne od wielu lat.
Nietrudno byo sobie wyobrazi, z jak atwoci oszukaa ten staroytny, zgrzybiay nard.
Kiedy odda ten wiat Chaosowi, niewielu, jak przypuszczaem, bdzie mogo protestowa -
mao tego, niewielu tylko zorientuje si, co zaszo.
To wszystko jednak dodawao tylko pilnoci naszej misji. Alisaarda powiedziaa: -
Szukamy miejsca zwanego Tortaca-nuzoo. Gdzie, szlachetni panowie, moemy je znale?
- Musicie przeby pustyni, zmierzajc w kierunku zachodnim. W tym celu potrzebne
wam bdzie zwierz. Przyprowadzimy wam jedno. Kiedy zwierz nie bdzie wam ju
potrzebny, sam powrci do nas.
Tym wic sposobem, na wielkiej drewnianej platformie zamocowanej na grzbiecie
zwierzcia, przypominajcego swym wygldem i rozmiarami nosoroca, ruszylimy przez
pustyni.
- Ju wkrtce Sharadim kontrolowa bdzie wszystkie wiaty poza Gheestenheem -
powiedziaa ponuro Alisaarda. - Nawet i Gheestenheem moe upa, bo nie jest w stanie da
rady caej jej potdze. Ona dowodzi teraz milionami wojownikw. Jak si wydaje, oywia te
zwoki zamordowanego brata, aby zaimponowa mieszkacom Fluugensheem.
- Tego nie mog poj - powiedziaem, wzruszajc ramionami. - Czy domylasz si,
jakie s jej plany?
- Chyba tak. Legendy i mity Fluugensheem wiele mwi na temat dualizmu.
Nawizuj one do Zotego Wieku, kiedy to wadali wsplnie Krl i Krlowa, a wszystkie
miasta latay.
Obecnie tylko jedno z nich ma t zdolno, a i to starzeje si, jego mieszkacy nie
posiadaj ju bowiem wiedzy budowania statkw. Przybyli, jak si wydaje, spoza tego wiata.
Jeeli Sharadim moga tchn ycie w ciao Flamadina, oznacza to, e sia, jak otrzymaa od
Chaosu, jest wiksza ni kiedykolwiek. Bez wtpienia, dziki swemu sprytowi i umiejtnoci
przewidywania przekonaa mieszkacw Fluugensheem, i wieci, jakie syszeli, e ksi
Flamadin jest wyjty spod prawa, nie byy prawdziwe. Ona ma wielk umiejtno trafiania w
skryte myli i yczenia tych, ktrych oszukuje. Kademu z Szeciu wiatw ukazuje zupenie
inn twarz - tak, jak wanie chcieliby widzie, odpowiadajc ich marzeniom o spokoju i
porzdku...
- Jest wobec tego klasycznym demagogiem - podsumowa von Bek, czepiajc si
krawdzi siedzenia, nasz zwierz bowiem zatrzs si nieco i nim powrci do rwnowagi,
zaczai wydziela z siebie cuchnc wo. - W tym wanie tkwi sekret Hitlera, e potrafi
ukazywa jednym inne cechy, a drugim zupenie przeciwstawne. Wanie dlatego tacy ludzie
szybko dochodz do wadzy. To rzeczywicie dziwaczne istoty. Mog zmienia swj ksztat i
kolor lepiej ni kameleony. Maj owe przedziwne zdolnoci, a przy tym jedynym ich celem,
jedyn spraw, ktra ich interesuje, jest zwikszenie zakresu wadzy.
Jego sowa zrobiy na Alisaardzie due wraenie.
- Zapewne dogbnie badae wasz histori? - spytaa. - Skd tak wiele wiesz o
tyranach?
- Jestem ofiar jednego z nich - odpar von Bek. - Jeeli za nam si nie powiedzie,
stan si take ofiar drugiego!
Wycigna do, aby uj go za rami.
- Musisz by dzielny, hrabio von Bek. Twoje obawy s zrozumiae, wiele ju
przeszede. Widziaam niewielu tak dzielnych jak ty.
Von Bek w odpowiedzi ucisn jej do.
Zaznaem ponownie owego strasznego, niepojtego uczucia zazdroci, jakby to
Ermizhad okazywaa mio memu rywalowi, jakby bya tu ze mn jedyna kobieta, jak
kiedykolwiek kochaem!
Zauwayli moje zmieszanie i zaniepokoili si o mnie, ja jednak zbyem ich pytania
byle czym. Powiedziaem im, e zaszkodzio mi promieniowanie starego, czerwonego soca,
ktre mielimy nad gow. Udawaem, e jestem zmczony. Usiowaem zasn. Ukrywajc
twarz w doniach, chciaem ukry przepeniajce mnie emocje.
Zblia si ju wieczr, gdy usyszaem okrzyk von Beka. Otworzywszy oczy
spostrzegem, i jego rami obejmuje teraz ramiona Alisaardy. Wskazywa co na horyzoncie,
tam, gdzie akurat zachodzio soce. Wydawao si, e soneczna tarcza pogra si w
piaskach pustyni, wsikajc w nie niczym krew. Na tle szkaratnej pkuli rysowa si
wyranie czarny kontur grskiego szczytu.
- To moe by jedynie Tortacanuzoo - powiedziaa Ali-saarda. Jej gos nieco dra, ale
nie podejmowaem si okreli, czy dziao si tak na skutek bliskoci von Beka, czy te
powodem bya blisko celu naszej podry.
Pogreni w swych najtajniejszych mylach zblialimy si w milczeniu do bramy,
wiodcej do wiata arcyksicia Balari-zaafa. Mielimy wanie wstpi do Krlestwa Chaosu.
Rozmylalimy nad ogromem naszej wdrwki, a take nad nikymi szansami przeycia.
Nasza bestia para wci w kierunku Tortacanuzoo. Nagle, jakby na powitanie,
staroytna gra wydaa z siebie gos, przypominajcy ryk ludzkiego garda. Aby
odpowiedzie, bestia uniosa gow. Jej gos by niemal identyczny, brzmia dziwnie i
tajemniczo.
Nagle szczyt gry rozwietli jasny pomie, a wydobywajcy si dym unis si
leniwie ku grze, wolno krc wok zachodzcego Soca.
Przeszy mnie dreszcz strachu. aowaem, e nie pochwyci nas u bram do tego
wiata ksi Pharl, albo e nie zginem w walce z wem dymnym. Pozostaa dwjka nie
miaa do tej pory kontaktw z Chaosem. Ja sam, o ile pamitaem, te nie zetknem si z nim
jeszcze tak bezporednio, jak mielimy to zamiar zrobi teraz z tym strasznym wiatem.
Jednak w stosunku do mnie moi towarzysze byli niewinni i niedowiadczeni. Ja miaem
przynajmniej jak
zgbion, fataln moc Wadcw Chaosu, ktrych w wiecie Johna Dakera nazwano
by Arcydemonami, Ksitami Piekie. Potrafili oni wykorzystywa dla niecnych celw
nawet najbardziej szanowane wartoci i najczystsze uczucia. Byli w stanie wytworzy niemal
kad iluzj. Zdawaem te sobie spraw, e jedynie ostrono powstrzymuje ich od
opuszczenia twierdzy i szybkiego wyruszenia na podbj innych sfer. Niechtnie myleli o
walce z siami Prawa i nie byli do niej przygotowani. Skoro jednak zostan zaproszeni przez
ludzi, przybd z pewnoci.
Przybd, jeli ludzko zagwarantuje im swoj lojalno, a t gwarancj stanowiy
kolejne zwycistwa Sharadim.
Draem syszc pomrukiwania starego wulkanu oraz czujc jego wyziewy. Nie mogo
ulega wtpliwoci, i to wanie ta gra jest wejciem do wntrza piekielnych czeluci.
Zmusiem si do dziaania. Zeskoczyem z siedzenia i zaczem i w stron
Tortacanuzoo, brnc po kostki w miakim piasku. Odwrciwszy si, zawoaem w kierunku
wahajcych si kochankw:
- Chodcie, przyjaciele! Mamy umwione spotkanie z ar-cyksiciem Balarizaafem.
Nie pozwlmy mu dugo czeka! Odpowiedzia mi zmieszany gos von Beka:
- Herr Daker! Herr Daker! Czy nic nie widzisz? Popatrz tam! To Wadczyni Sharadim,
we wasnej osobie!

Bya to rzeczywicie Sharadim.


Siedziaa na koniu, w otoczeniu ubranych na biao dworzan. Wygldali niczym grupa
arystokratw na pikniku lub polowaniu. Jechali przed nami grskim zboczem. Teraz, poza
mruczeniem wulkanu, syszaem take strzpy rozmw, miechy.
- Nie zauwayli nas! - zawoaa pgosem Alisaarda, dajc mi znaki, abym powrci
do zwierzcia. Von Bek i ona schronili si wanie za jednym z jego masywnych ud. Bez
wahania przyczyem si do nich.
- Potga, jak dysponuj, wpdzia ich w eufori, tote nie przychodzi im do gowy, i
moe grozi im jakiekolwiek niebezpieczestwo w wiecie, w ktrym Sharadim czczona jest
jako bogini - powiedziaa Alisaarda. - Gdy tylko skrc i znikn nam z pola widzenia, musimy
szybko dotrze do tamtych schodw wycitych u podna skay, ktre widzicie w oddali.
Robio si ciemno. Przyznaem racj taktyce Alisaardy i skinem gow. Po chwili
ostatni z rozbawionych towarzyszy Sharadim znikn za zakrtem. W lad za Alisaarda
rzucilimy si obaj w kierunku schodw i ukrylimy si, zanim Sharadim ukazaa si po
drugiej stronie. Z niezwyk ostronoci ruszylimy schodami w gr, ladami naszego
najniebezpieczniejszego przeciwnika.
Kiedy znalelimy si po drugiej stronie, zobaczyem grup luksusowych namiotw
rozbitych w dolinie. Jaki suga karmi obozowe zwierzta. Namioty tworzyy prawie
samodzieln wiosk. Byo to obozowisko Sharadim. Chyba jednak nie zamierzaa uda si
prosto do Piekie! Nie bya a tak zalepiona dum, aby uwaa sw potg za niezagroon.
Tempo marszu ich koni stawao si tym wolniejsze, im bliej szczytu si znajdowali.
Natomiast my, poruszajc si schodami, moglimy zblia si do szczytu w miar swobodnie.
W krtkim czasie wyprzedzilimy ich, nie na tyle jednak, aby sysze prowadzone rozmowy.
Gosy zbliay si. Rozpoznawaem wrd nich gos Barona Kapitana Armiada z
Maaschanheem, ksicia Perichosta
z Draachenheem oraz paacowych dworzan. By tam te jaki Mabden o szczupej
twarzy i dzikim spojrzeniu barbarzycy, a take jacy ludzie w dziwacznych, watowanych
liberiach. By moe byli to przedstawiciele rnych kultur Szeciu Sfer - wszystkich, oprcz
Eldrenw i Niedwiedzich Ksit.
Zaczem si domyla intencji Sharadim. Zapewne miaa to by z jej strony
demonstracja potgi. Chciaa upewni si co do podatnoci sprzymierzecw na groby i
obietnice z jej strony.
Obok Sharadim jecha nieznany mi czowiek w pelerynie z kapturem zakrywajcym
twarz. Robi wraenie duchownego. Cesarzowa bya w szampaskim humorze, miaa si
wci i dowcipkowaa ze wszystkimi. Jej niewiarygodna uroda raz jeszcze zrobia na mnie
wielkie wraenie. Nietrudno byo poj, czemu z atwoci udao si jej tak wielu przekona o
swoim agodnym charakterze. Po c zreszt mwi o tym, skoro udao si jej przekona
nawet lepych mieszkacw wiata, w ktrym si wanie znajdowalimy, i jest ich bogini,
cho nigdy nie widzieli jej twarzy.
Znalelimy si teraz w rodzaju amfiteatru, stanowicego szczyt wulkanu. W samym
jego centrum znajdowaa si czerwona, rozarzona, ppynna substancja, ktra co jaki czas
wydzielaa z siebie jzyki ognia i kby dymu. Wulkan by najwyraniej w stanie upienia i
nie zanosio si na erupcj, tote nie obawiaem si o ycie. Fascynowa mnie natomiast
widok kilku rzdw kamiennych siedze, wznoszcych si na zboczu. Prowadzia do nich
grobla, rwnie zbudowana z ciosanego z geometryczn dokadnoci kamienia. Po grobli
jechaa wanie konno Sharadim i jej wita. Wygldali jak pasaerowie wchodzcy po trapie
na statek.
Ruchem doni Sharadim polecia swym dworzanom zej z koni i zasi na
pobliskich siedzeniach. Sama pozostaa na koniu w towarzystwie zakapturzonego osobnika,
ktremu polecia pozosta przy sobie.
Wytajc gos, aby nie zagusza go wulkan, Sharadim zacza mwi:v
- Niektrzy z was mieli wtpliwoci, czy moemy liczy na pomoc ze strony Chaosu
w okresie naszych kocowych podbojw. dalicie potwierdzenia i dowodu na to, e
nagrody
dla was bdzie niemal nieograniczone. A wic za chwil przywoam jednego z
najpotniejszych wadcw Chaosu, samego arcyksicia Balarizaafa! Z jego ust usyszycie
rzeczy, w ktrych prawdziwo wtpilicie, syszc je ode mnie! Ci, ktrzy pozostan lojalni
wobec Chaosu i nie ulkn si czekajcych ich zada, wymagajcych zdecydowania, a nawet
okruciestwa, zostan wyniesieni ponad wszystkich innych. Poznacie i zrozumiecie znaczenie
kadej fantazji, kadego najtajniejszego snu, kadego, najskrytszego nawet, marzenia.
Zaznacie cakowitego spenienia, o jakim nie mog nawet marzy ludzie sabi. Zaraz staniecie
przed obliczem Balarizaafa, arcyksicia Chaosu i zrozumiecie, co znaczy by naprawd
silnym. Mwi o takiej sile, ktra nagina rzeczywisto do indywidualnej woli i ksztatuje
wedle uznania. O sile, ktra moe zniszczy cay wiat, jeli tego zapragnie. O sile, ktra daje
niemiertelno. A niemiertelno umoliwi zrealizowanie najbardziej nawet ulotnych
kaprysw! Bdziemy bogami! Chaos obiecuje nam nieskoczono moliwoci, wolnych od
najdrobniejszego skrpowania Prawem!
Obrcia si, wycigajc ramiona w kierunku wulkanu. Jej gos nis si czysto i
dononie w spokojnym, wieczornym powietrzu:
- LORDZIE BALARIZAAF, ARCYKSI CHAOSU, WADCO PIEKIE, TWOI
SUDZY WZYWAJ CI! PRZYNOSIMY CI W DARZE NASZE WIATY.
PRZYNOSIMY CI DANIN. PRZYNOSIMY CI MILIONY DUSZ! PRZYNOSIMY CI
KREW I PRZERAENIE! PRZYNOSIMY CI OFIAR Z NASZYCH SABOCI!
PRZYNOSIMY CI NASZ SI! POM NAM, LORDZIE BALARIZAAF. PRZYBD
DO NAS, LORDZIE BALARIZAAF. SPROWAD TU MOCE CHAOSU, KTRE NA ZA
WSZE NIECH ROZGROMI PR WO!
W odpowiedzi krwawy pomie w sercu wulkanu rozgorza janiej. Sharadim wci
zawodzia, a jej dworacy przyczyli si do piewu. Ich gosy wypeniay noc, soce zaszo
cakowicie, a jedynym wiatem byo teraz wiato wulkanicznych pomieni.
- Pom nam, lordzie Balarizaaf!
Na koniec, przebijajc si jakby przez niewidzialn paszczyzn, rozbysn pierwszy
snop wiata, a potem kolejne. Nie
byy biae, jak w bramach, ktre poprzednio przekraczalimy, miay bowiem
zabarwienie raczej szkaratne. Przypominay sw barw ywe, krwawice ciao.
Jeden po drugim staway si coraz szersze i gorzay coraz janiej, a na koniec
pomidzy niebem a wulkanicznym szczytem rozcigno si ich trzynacie i nie sposb byo
okreli ich koca ani pocztku.
Twarz i rce Sharadim przybray krwaw barw piekielnych wiate, ona za wci
nucia i zawodzia. Wykrzykiwaa nieprzyzwoite sowa i rozpaczliwe bagania, oferowaa
swemu bogu wszystko, co tylko mona byo mu odda.
- Balarizaafie! Lordzie Balarizaafie! Prosimy ci, przybd do naszego wiata!
Wulkan zatrzs si.
Uczuem, jak grunt przemieszcza si pod moimi stopami. Alisaarda, von Bek i ja -
wszyscy troje spojrzelimy po sobie niepewnie. Brama bya otwarta. Wioda, nie byo co do
tego wtpliwoci, wprost do Chaosu. Co jednak moe si nam sta, jeli zechcemy j teraz
przekroczy?
- BALARIZAAFIE! PANIE NAS WSZYSTKICH! PRZYBD DO NAS!
Wok nas zerwaa si wichura. O krawd krateru zaczy uderza byskawice. Gra
znowu zadraa, nasza trjka omal nie zostaa zrzucona ze schodw wprost na poblisk
grobl.
wietliste kolumny dray, jak ywe organizmy. Rozlego si przejmujce wycie,
dochodzce jakby z oddali. Wiedziaem, e rdem tego dwiku s wietliste supy.
- BALARIZAAFIE! PRZYJD DO NAS!
Wycie przeistoczyo si w pisk, ten za w mrocy krew w yach miech. Potem, w
byskach czarnych i pomaraczowych pomieni, ukazaa si jaka posta o drcych i
rozmytych konturach. Jej ksztat zmienia si co chwila i trudno byo za owymi zmianami
nady. Bya wzrostu wysokiego mczyzny, a z jej ust wydobywa si oguszajcy ryk:
- CZY TO TY, MAA SHARADIM, OMIELASZ SI WZYWA BALARIZAAFA?
CZY CZAS JU NADSZED? CZY MAM JU ZAPROWADZI CI DO MIECZA?
- Czas ju nadszed, lordzie Balarizaaf. Wkrtce podbijemy wszystkie Sze Sfer,
ktre stan si wwczas jednym wiatem. wiatem Chaosu. Za moj nagrod bdzie Miecz,
ktry da mi...
- Nieograniczon moc. Prawo bycia jedn z tych osb, ktre s Wadcami Miecza.
Wadczyni Chaosu! Albowiem tylko ty oraz czowiek zwany Mistrzem, jestecie w stanie
uj ten miecz w do i y! Czy musz mwi jeszcze, maa Shara-dim?
- Nie musisz, panie.
- To dobrze, albowiem jest dla mnie bolesne przebywa w tym wiecie, gdy nie naley
on jeszcze do mnie. Miecz uczyni go moj wasnoci. Przybd do mnie wkrtce, Sharadim!
Pomylaem sobie, e lord Balarizaaf da sabe gwarancje. Ci ludzie byli jednak tak
zalepieni wizj nieograniczonej potgi, e mogli uwierzy we wszystko, co im mwiono.
Balarizaaf niespodziewanie znik.
W dole dworacy Sharadim szeptali midzy sob. Nie mona byo wtpi, e po tym,
co zobaczyli, bd wobec niej cakowicie lojalni. Jeden czy dwch ju przed ni uklko.
Sharadim wycigna do w kierunku zakapturzonego towarzysza, siedzcego wci na
koniu i zdja mu kaptur, odsaniajc twarz, ktr znaem a za dobrze!
Bya to szara i pozbawiona ycia twarz o oczach cynowej barwy, patrzcych tpo
przed siebie. To bya moja twarz. Patrzyem na swego sobowtra.
Kiedy tak si przygldaem, jego martwe oczy spojrzay na mnie, wypeniajc si
powoli wzrastajc energi. Usta poruszyy si, a donony gos przemwi:
- On jest tutaj, pani. To, co mi obiecaa, jest tutaj. Daj mi go. Daj mi jego dusz. Daj
mi jego ycie...
Alisaarda krzyczaa na mnie, a von Bek szarpa za rami. Cignli mnie za sob w d,
ku grobli. Na jej drugim kocu wszystkie gowy odwrciy si w nasz stron.
Wskoczylimy na grobl, zelizgujc si po gadkich kamieniach i pobieglimy ile si
w nogach w kierunku byszczcych krwawo supw.
- Flamadin! - rozleg si krzyk mojej pseudo-siostry.
Dworacy wyli niczym szakale, cigajc nas, cho niezbyt chtnie zbliali si do
bramy, wiedzc, e kryje si za ni Pieko.
Nasza trjka dotara do supw. Zawahalimy si. Sharadim i jej wita zbliali si do
nas. Mj sobowtr porusza si niczym manekin.
- Jego ycie naley do mnie, pani! Von Bek dysza ciko.
- Na Boga, Herr Daker, nigdy nie widziaem zombie, ale to jest najwyraniej to, o
czym mi mwiono. Co to takiego?
- Mj sobowtr - powiedziaem. - Oywia zwoki Fla-madina obietnic uzyskania
nowej duszy!
Von Bek pocign mnie do rodka koa, wyznaczonego przez wietliste kolumny.
Stojc, przypatrywalimy si wrzcemu sercu wulkanu.
Powoli skorupa rozstpowaa si, odsaniajc potny ar, ktrego zapach by zarazem
sodki i odraajcy. Po chwili zostalimy wcignici w samo jego centrum. Wcignici w
piekielne czelucie, do wiata, ktrego wadc by lord Balarizaaf.
Nie pamitam tego, lecz przypuszczani, e wszyscy krzyczelimy przeraliwie,
przebywajc poncy tunel. Nasz lot zdawa si nie mie koca, za te i czerwone
pomienie ogarniay nas ze wszystkich stron.
Potem poczuem stay grunt pod stopami. Odetchnem z ulg, stwierdziwszy, i jest
on cakiem normalny - bya to najzwyklejsza dar, ktra nie falowaa, nie pona, ani nie
prbowaa mnie wchon. A w dodatku jej zapach by take cakiem naturalny.
Po drugiej stronie wietlistych kolumn, ktrych kolor sta si teraz lekko rowy,
zauwayem bkit nieba, zarys lasu - syszaem nawet piew ptakw. Wraz z przyjacimi
wyszedem ze wietlistego krgu wprost na len polan, pokryt bujn rolinnoci;
szczeglnie wyrniay si jaskry i stokrotki. Wrd drzew dominoway rose dby,
imponujce swym wygldem, za przez sam rodek polany wi si strumie, ktrego szmer
stanowi mie to dla klskania egzotycznie ubarwionych ptakw, przelatujcych po
spokojnym niebie lub przeskakujcych z gazi na ga.
Rozgldalimy si wok niczym zachwycone dzieci. Alisa-arda umiechna si, ja
za zadowoliem si wdychaniem wieego, lenego powietrza, przesyconego woni trawy i
kwiatw.
Usiedlimy nad brzegiem rzeczki, umiechajc si do siebie nawzajem. To byo
niczym idylla z najpikniejszego snu.
Von Bek odezwa si pierwszy:
- Co takiego! - wykrzykn w zachwycie. - To na pewno nie jest Pieko, przyjaciele.
To mi przypomina raczej najwspanialszy raj!
Jednak w moim umyle zrodziy si ju podejrzenia. Kiedy obejrzaem si za siebie,
nie byo ju krwawych supw. Zamiast nich widziaem okolic bardzo przypominajc nasze
otoczenie. Odwrciem si i poszedem po wasnych ladach, daremnie wypatrujc wejcia.
Moje podejrzenia wzrastay coraz bardziej. W atmosferze tego miejsca byo co dziwnego,
nienaturalnego. Instynktownie wycignem rk. Moja do napotkaa gadk, tward cian
- cian, ktra odbijaa ten rajski krajobraz, nie odbijajc przy tym naszych postaci!
Zawoaem w kierunku moich przyjaci. miali si wanie, rozmawiajc wesoo,
pochonici swymi intymnymi sprawami. Zniecierpliwiem si. Nie by to najlepszy czas na
miosne wyznania.
- Lady Alisaardo! Von Bek! Bdcie ostroni! W kocu zwrcili na mnie uwag.
- Co si stao, czowieku? - von Bek by poirytowany moj natarczywoci.
- To miejsce jest tylko iluzj - powiedziaem. - Podejrzewam, e ma ona ukry przed
naszym wzrokiem co znacznie mniej przyjemnego. Chodcie zreszt zobaczy.
Niechtnie, trzymajc si za rce, ruszyli w moj stron po mikkiej, arkadyjskiej
trawie.
Teraz, gdy zbliyem si do nieprzeniknionej ciany, wydawao mi si, e widz po
drugiej stronie zamglone, poruszajce si postacie, a take jakie szkaradne twarze,
wyraajce baganie lub grob oraz nieksztatne koczyny, wycignite w naszym kierunku.
- Oto prawdziwi mieszkacy tego wiata - oznajmiem. Moi przyjaciele nie dojrzeli
jednak niczego.
- Widzisz jedynie to, co ukazuje ci twj umys, a czego sam si lkasz - powiedzia
von Bek. - To iluzja, taka jak inne. Mog uwierzy, e miejsce to jest nietypowe i e bez
wtpienia jest tworem sztucznym, ale nie mog przy tym nie stwierdzi, i jest tu bardzo
przyjemnie. Czyby Chaos by nie tylko strachem i brzydot?
- Zapewne - potwierdziem. - Tutaj mamy wanie t atrakcyjn stron. Chaos moe
wytworzy pikno wszelkiego rodzaju, nic jednak nie jest tu proste i jednoznaczne. Wszystko
ma tu wiele znacze, a jedna iluzja maskuje drug. W Chaosie nie ma miejsca na prostot, jest
moliwy jedynie jej pozr - dodaem. Wycignem z mojej sakiewki Actoriosa. Uniosem go
do gry, tak aby dziwne, ciemne promienie rozchodziy si od niego we wszystkich
kierunkach.
- Widzicie?
Skierowaem Actoriosa w stron lustrzanej ciany, a wwczas iluzje raptownie
znikny, odsaniajc to, co byo ukryte po drugiej stronie. Von Bek i Alisaarda cofnli si
odruchowo o krok. Ich oczy rozszerzyy si, a twarze poblady.
Ukazay si istoty ni to ludzkie, ni zwierzce, pokraczne i przygarbione, wczce si
pord brudnych chat, ktre wyglday na zbudowane ze stopionego krzemienia. Niektrzy z
owych osobnikw przyciskali swe groteskowe twarze do dzielcej ich od nas ciany, w
pozach rozpaczliwej melancholii, inni za kryli po wiosce, zajci wasnymi sprawami. Nie
byo wrd nich ani jednego, ktry nie powczyby nogami lub nie utyka, ich koczyny byy
bowiem znieksztacone.
- C to za istoty? - bkn przeraony von Bek. - Przypominaj postacie ze
redniowiecznych malowide! Kim oni s, Herr Daker?
- Oni byli niegdy ludmi - wtrcia cicho Alisaarda. - Skoro jednak poprzysigli
posuszestwo Chaosowi, to zaakceptowali logik Chaosu. A Chaos nie moe zachowa
staoci, on si wci zmienia. To, co widzicie, jest tym, co zmieniajcy si Chaos potrafi
zrobi z ludzi. Wanie to oferuje Shara-dim Szeciu Sferom. To prawda, e niektrzy mog
zazna przez moment wielkiej potgi, ale koniec kocw i tak dojd do tego stanu.
- Nieszczsne diaby! - wymamrota von Bek.
- Nieszczsne diaby - powiedziaem do niego - to bardzo dobry opis ich sytuacji...
- Czy oni mogliby zaatakowa, gdyby ciana ich nie powstrzymywaa? - zapyta von
Bek.
- Tylko wtedy, gdyby uznali, e jestemy od nich sabsi. Nie przypominaj
wojowniczych istot, jakimi dowodzi Shara-dim. Ci tutaj su Chaosowi, bowiem licz, e w
jaki sposb im si to opaci.
Alisaarda odwrcia si, nabraa w puca powietrza, po czym wypucia je
gwatownie, jakby obawiaa si, e jest ono skaone.
- To byo szalestwo - powiedziaa. - Szczyt gupoty. Mwiono nam, eby odszuka
centrum, w ktrym znajdziemy miecz. Jestemy jednak teraz w czeluciach Chaosu. Tutaj nic
nie jest stae, nie wiemy wic nawet, w ktrym kierunku si uda.
Von Bek stara si j pocieszy. Znowu zapragnem zwalczy moje emocje, zazdro
bowiem ogarna mnie raz jeszcze.
- Moemy si i tak uwaa za szczciarzy, albowiem ar-cyksi Balarizaaf, jak
dotd, nie zdaje sobie sprawy z naszej tutaj obecnoci. Nie mamy chwili czasu do stracenia.
Musimy oddali si moliwie najdalej od tej bramy w kierunku lasu.
- Skoro jednak panuje tutaj Balarizaaf, to odnajdzie nas, jak tylko zacznie szuka -
powiedziaa Alisaarda. Zaprzeczyem ruchem gowy.
- Niekoniecznie. Jest tutaj rzeczywicie wszechmocny, nie jest jednak
wszechwiedzcy. Mamy pewn szans na osignicie celu zanim nas odnajdzie.
- To si nazywa optymizm! - von Bek klepn mnie po ramieniu i zamia si, unikajc
wzrokiem widoku wioski. Kiedy zaczlimy si oddala, ciana znowu zacza odbija las.
- Zaczynam ba si tych drzew - powiedzia do mnie von Bek - przypuszczam jednak,
i nie mamy wyboru. Straszna gstwina, nieprawda? Jak puszcza z niemieckiej legendy. Jeli
si nam poszczci, spotkamy drwala, ktry wskae nam waciw drog, a moe nawet
speni nasze trzy yczenia.
Alisaarda umiechna si lekko, nabierajc otuchy. Obja go swymi ramionami.
- Bardzo dziwnie mwisz, hrabio von Bek. Ale te twoje brednie brzmi dla mnie
niczym przyjemna muzyka.
Co do mnie, to nie przywizywaem wagi do jego fantazjo wa.
Dbowy las mia w sobie atmosfer staoci, tak jakby rs w tym miejscu od tysica
lat lub jeszcze duej. W chodnym cieniu, jaki rzucaa zielona rolinno, widzielimy krliki
i wiewirki, a w okolicy panowa bogi spokj, nioscy ze sob czarowny, upojny nastrj. Ja
jednak, nie odwoujc si nawet do pomocy Actoriosa, zdawaem sobie spraw, i ocieram si
o co zupenie odmiennego. Taka bya elazna regua Chaosu, jedna z niewielu, jakich tu
przestrzegano.
Uszlimy zaledwie kilka krokw pord drzew, gdy zauwaylimy stojc w pcieniu
wysok, uzbrojon posta. Caa bya zakuta w czarne i te blachy.
Pocztkowo z ulg przyjem widok Sepiriza w tym miejscu, potem za pomylaem
sobie, e moe i on jest iluzj. Zatrzymaem si, a moi przyjaciele stanli tu za mn.
- Czy to ty, Czarno-ty Rycerzu? - zapytaem, ciskajc w doni Actoriosa. - W jaki
sposb przybye do Chaosu? Czy moe i ty suysz teraz Chaosowi?
Opancerzona posta wysuna si bardziej na wiato. Jego strj wydawa si jarzy
wasnym promieniowaniem. Zdj hem, a wtedy zobaczyem charakterystyczne, hebanowe
rysy, mogce nalee jedynie do Sepiriza, bojownika o Rwnowag. By nieco rozbawiony
moimi podejrzeniami wobec niego, ale nie dziwi si im.
- Masz racj, kwestionujc wszystko, co w tym wiecie napotkasz - powiedzia.
Ziewn i przecign si w swym pancerzu. - Wybaczcie, jestem jeszcze troch picy.
Spaem, czekajc na was. Ciesz si, e udao si wam odnale wejcie. Podziwiam te
odwag, ktra pozwolia wam tu przyby. Teraz jednak musicie si zdoby na odwag
wiksz ni kiedykolwiek. Tutaj, w Sferze Nocnych Zmor, moecie znale mk lub
ocalenie dla wszystkich Szeciu Sfer, a nawet wicej! Tylko, e Chaos ma w swym arsenale
wiele rnych broni, a nie
wszystko z nich mona poj. W tej chwili Sharadim przygotowuje swoj kreatur na
przyjcie twojej duszy, Wojowniku. Czy rozumiesz, czym to grozi?
Spojrzawszy na mnie, zobaczy, e nie zrozumiaem.
Zawaha si, po czym kontynuowa:
- Zwoki, ktrymi ona kieruje, bd w stanie wzi w donie Miecz Smoka, jeli tylko
wypeni je twoja dusza, dusza Johna Dakera. Sharadim cakowicie kontroluje tego uasi-
Flamadina, wic stanie si on jej narzdziem. W ten sposb ryzykuje znacznie mniej, ni
gdyby osobicie prbowaa podj ten miecz.
- Zamierza zatem oszuka swego sojusznika, arcyksicia Balarizaafa, ktry jest
przekonany, i to ona osobicie bdzie dziery miecz w jego imieniu?
- On nie dba o to, ktre z was dwojga wejdzie w posiadanie miecza, aby tylko miecz
zosta uyty z korzyci dla niego. Dlatego zapewne wolaby widzie w tobie swego
sojusznika, a nie wroga, Wojowniku. O tym musisz pamita. I pamitaj jeszcze o jednym: -
w Sferze Nocnych Zmor nikt nie obawia si mierci. mier tu niemal nie istnieje. By
niemiertelnym w tym wiecie jest losem najgorszym z moliwych! Wiedz take, e masz
tutaj sojusznikw. Zajc zaprowadzi ci do pucharu, puchar za wskae ci drog do rogatego
konia. Rogaty ko zaprowadzi ci do muru, a w tym murze znajdziesz swj miecz.
- Jakim cudem mog tu istnie nasi sprzymierzecy, w tym wiecie, zdominowanym
przez tyrani Chaosu? - spytaa Alisaarda.
Sepiriz spojrza na ni z delikatnym umiechem. - Nawet w dziedzinach Chaosu
znajduj si tacy, ktrych czysto i uczciwo s na tyle nienaruszone, e nie szkodzi im
wrogie otoczenie. S wic zdolni mieszka i stawia opr nawet w samym sercu Chaosu. To
paradoks, ktry bawi nawet Wadcw Chaosu. To ironia losu, ktra sprawia rado nawet
powanym Wadcom Prawa.
- A czy wanie z uwagi na to, i ty dysponujesz ow czystoci, jeste w stanie
przyby tutaj, do Sfery Nocnych Zmor, lordzie Sepirizie? - zapyta von Bek.
- Masz racj, pytajc mnie o to, hrabio von Bek. Nie, czas, jaki mog spdzi w tym
wiecie, jest ograniczony. Gdyby tak nie byo, z pewnoci sam udabym si na poszukiwanie
Miecza Smoka! - umiechn si. - Jako emisariusz Rwnowagi mam daleko wiksz
swobod podrowania ni inni. Ta swoboda nie jest jednak nieograniczona. Zblia si czas,
gdy bd musia std odej. Nie chciabym sprowadzi na was Balarizaafa. Jeszcze nie teraz.
- Czy Sharadim ma jakie sposoby, aby powiadomi Wadc Chaosu, e wkroczylimy
do jego dziedziny? - zapytaem.
- Ona nie moe kontaktowa si ze swym sojusznikiem, gdy tylko tego zapragnie -
odpar Sepiriz. - Potrafi jednak osobicie wej do Sfery Nocnych Zmor, a wtedy znajdziecie
si w najgorszym niebezpieczestwie.
- Zatem nie moemy liczy tu na pozyskanie sprzymierzecw - skonstatowa trzewo
von Bek.
- Moecie liczy jedynie na Zagubionych Wojownikw - powiedzia Sepiriz. - Tych,
ktrzy czekaj na Krawdzi Czasu. Jednak ich pomocy mona wezwa tylko raz i tylko
wtedy, gdy nie bdzie innych sposobw na ocalenie. Ci wojownicy mog walczy tylko raz w
caym cyklu Wielowiata. Kiedy wycign miecze z pochew, to fakt ten pociga za sob
nieuchronne konsekwencje. Ale to chyba wiesz, Wojowniku?
- Syszaem ju gosy Zagubionych Rycerzy - potwierdziem. - Wzywali mnie w
moich snach. Nic poza tym jednak nie pamitam.
- W jaki sposb mona wezwa tych rycerzy? - spyta von Bek., - Rozbijajc
Actoriosa na kawaki - odrzek Sepiriz.
- Ale tego kamienia nie mona rozbi! On jest niezniszczalny. - gos Alisaardy
przepojony by gniewem. - Igrasz sobie z naszym losem, lordzie Sepirizie!
- Mona go rozbi. Uderzeniem Miecza Smoka. Tyle wiem.
Mwic to, Sepiriz zaoy hem na gow. Von Bek rozemia si desperacko.
- Naprawd znajdujemy si w krlestwie Chaosu. Kolejny paradoks - moemy
wezwa naszych sojusznikw jedynie wtedy, gdy bdziemy ju w posiadaniu Miecza Smoka!
Wtedy, gdy nie bd nam ju potrzebni!
- Sami zadecydujecie o wszystkim, gdy nadejdzie czas - rozleg si dobiegajcy z
oddali gos Sepiriza, guchy i dudnicy, co byo tym dziwniejsze, i jego pancerz sta wci na
swoim miejscu. - Pamitajcie - wasz najlepsz broni jest odwaga i inteligencja. Szybko
przeniknijcie przez ten las. Tam jest droga, ktr wskae wam Actorios. Podajcie tamtdy.
Jak wszystkie drogi w Chaosie, rwnie i ta drka prowadzi ostatecznie do miejsca, zwanego
tutaj Pocztkiem wiata... Pancerz Sepiriza zacz rozprasza si, zanika, rozpywa si
wrd drobin pyu, taczcych w promieniach sonecznych.
- Szybko, szybko. Chaos zdobywa nowe terytoria z upywem kadej godziny.
Zdobywa rwnie zastpy dusz, gotowych mu suy. Wasz wiat stanie si wkrtce tylko
wspomnieniem, jeeli nie odnajdziecie Miecza Smoka...
Pancerz znik ostatecznie, a po to-Czarnym Rycerzu pozostao jedynie sabnce
echo szeptu, ale i ono wkrtce ucicho.
Wycignem Actoriosa i trzymajc go przed sob, obracaem si we wszystkie strony.
Wreszcie z ulg zatrzymaem si. U naszych stp ukaza si dugi na zaledwie kilka
krokw, blado migoccy zarys cieki.
Odnalelimy drog ku Mieczowi Smoka.

KSIGA TRZECIA

Dalej, dalej, jeli pragniesz,


Pij t wiedz, lub j scz,
Pd wrd drzew jak pd wiosenny,
Krzyczc, chwal najwysz jasno,
Ale czujnym bd! Czai si w tobie moe puapka: Niczym tajemna pieszczota. Tu
napotkasz wiato, przyby z oddali, Tu aden sekret nie jest tajemnic. Jeste jak plotka w
awicy potwora, Ktry jest panem was wszystkich; Jeste sztywny i suchy. Zorzeczysz temu,
co niepojte; Pochwycony szponami potwora, Poddany jego wadzy, Nienawidzisz jego
cienia; Zgubie si w Westermain: W kierunku Ziemi rzuca si soneczny sp, Jakby bya ona
padlin. Puchary gono woaj o jad, Aby wznie toast na cze tego, kogo nie wida: Po
podou wij si kwiaty, Spowijajc szcztki piekielne: Kcza pikne niczym warkocze,
Widzc je, krzyczysz w zachwycie: Ohydne kopyta i rogi Przewracaj si na tej drodze.
Ndzna to Mdro, niegdy majestatyczna, Roztacza fantastyczne wizje:
Alegoryczne lichtarze,
Wokl bezbone myli,
Jeden skrzat taczy, drugi przemyka,
Skrzat albo demoniczne dziewcz,
Pene szalestwa! Taczc z chochlikiem, znika w jamie,
Wirujc przedtem wok ciebie i z tob.
Szybko wypenia si rdo,
Poza oczami tego, ktrego nie wida;
Tumy za tumami,
Zmoczone diabelskim wyziewem:
Ty za pytasz, gdzie mgby si schroni,
W jakiej smrodliwej norze, Oddany na er robactwu. Glosy wskazuj ci drog.
Wkroczye bowiem w ten nawiedzony las,
Omielie si to uczyni.
George Maredith, Lasy Westermain

Przeszlimy okoo piciu mil, gdy otaczajcy nas wok zielony las zacz gwatownie
szeleci, jakby na znak przeraenia. Kierowalimy si jedynie zarysem cieki. Pomimo
wzrastajcego w lesie ruchu szlimy pewnym krokiem przed siebie. Ali-saarda zbliya si do
mnie.
- Wyglda to tak, jakby las odkry nasz obecno i podnis alarm - powiedziaa
cicho.
W teje chwili dby, jeden po drugim, skamieniay, a kamienie stay si pynne. Cay
krajobraz zmieni si diametralnie. Wci widzielimy nasz drk, ale otaczay nas teraz
monstrualne, zielone pnie, na szczycie ktrych, wysoko nad naszymi gowami, widniay te
kielichy gigantycznych onkili.
- Czy to wanie kryo si za tamt iluzj? - zapyta przeraony von Bek.
- To jest zarwno rzeczywisto, jak i iluzja - odrzekem. - Chaos ma swoje nastroje i
kaprysy, to wszystko. Jak ci przedtem mwiem, nie moe by stay. Jego natura polega na
zmiennoci.
- Natomiast w naturze Prawa - wyjaniaa Alisaarda - ley uporzdkowanie.
Rwnowaga polega na tym, e ani Prawo, ani Chaos nie mog uzyska zupenej przewagi,
jedno z nich oznacza bowiem jaowo, a drugie - zaburzenia.
- A czy ta walka pomidzy Prawem a Chaosem ma miejsce w kadym ze wiatw,
jakie znajduj si w Wielowiecie? - zainteresowa si von Bek. Rozejrza si, przygldajc
si kwiatom. Ich wo bya jak narkotyk.
- Ta walka trwa wszdzie, w tej czy innej formie. To wieczna wojna. Jest te, jak
mwi, mistrz skazany na to, aby bra w tej walce udzia a do kraca czasu...
- Doprawdy, Alisaardo - wtrciem - wolabym, aby nie przypominaa mi o losie, jaki
czeka Wiecznego Wojownika! - Nie byem w nastroju do artw.
Alisaarda przeprosia mnie. Szlimy dalej w milczeniu, pokonujc okoo mili, gdy
krajobraz zadra ponownie i raz
jeszcze si zmieni. Tym razem miejsce gigantycznych onkili zajy szubienice. Na
wszystkich koysay si klatki, a w kadej z nich znajdowa si wyndzniay, umierajcy
czowiek, woajcy o pomoc.
Poleciem ignorowa otaczajce nas widoki i trzyma si cieki
- A to? Czy to te jedynie iluzja? - zawoa do mnie von Bek. By bliski ez.
- Zapewniam ci, e tak wanie jest. Ta wizja zniknie, jak znikny poprzednie.
Nagle winiowie wydostali si ze swoich klatek i zniknli. Na ich miejscu pojawiy
si olbrzymie ziby, wrzeszczce o pokarm. W kocu szubienice znikny, ziby odleciay,
za wok nas, jak okiem sign, ujrzelimy olbrzymie, szklane budynki. Charakteryzowafy
si mieszanin stylw architektonicznych. Tu jednak te nie byo stabilnoci - co kilka chwil
jeden z budynkw zawala si z hukiem i brzkiem, niekiedy powodujc rwnie upadek
ssiednich gmachw. Aby nie zej ze cieki, zmuszeni bylimy przeazi przez sterty
rozbitego szka, ktre grzechotao nam pod nogami. Z budynkw dochodziy gosy,
widzielimy jednak, e gmachy s puste. Byy to odgosy miechu i bolesne lamenty.
Przejmujce szlochy. Jki torturowanych. Szko stopniowo zaczynao si topi, a stopiwszy
si przyjmowao wygld twarzy konajcych ludzi. Twarze te miay rozmiary budynkw!
- Tak, to na pewno jest Pieko! - zakrzykn von Bek - a to s dusze potpionych!
Twarze wzleciay w powietrze, przeksztacajc si w wielkie metalowe ostrza w
ksztacie lici paproci.
Nadal podalimy nasz cienist drk. Zmuszaem si, aby myle jedynie o celu
naszej wdrwki, o Mieczu Smoka, ktry mg przywrci eldreskim kobietom moliwo
dotarcia do ich ojczyzny, a ktry nie powinien wpa w rce Chaosu. Zastanawiaem si,
jakich rodkw uyje Sharadim, usiujc nas pokona. Jak dugo moe utrzyma pozory ycia
w martwym ciele mojego sobowtra?
W metalowych liciach zabrzcza podmuch wiatru. Trzasny i zabrzczay, co
sprawio, i zaczem szczka zbami ze
strachu, mimo e nie stanowiy one dla nas bezporedniego niebezpieczestwa. Chaos
nie by sam w sobie zy i nie mia zych zamiarw. Jego ambicje byy jednak wrogie
pragnieniom ludzi i Eldrenw, jak te pozostaych ras zamieszkujcych Wielowiat.
W pewnej chwili pord tej metalowej dungli spostrzegem jakie postacie,
poruszajce si podobnie jak my. Uniosem Actoriosa. Dziki niemu mogem wykry
wszelkie ywe stworzenia. Jeeli jednak kto szed naszym ladem, to zapewne by od nas
zbyt oddalony, aby nasz kamie mg go odkry.
Po kilku chwilach licie paproci zmieniy si w zamroone we. Pniej we oyy i
zaczy si nawzajem poera. Wszystko wok nas wio si, splatao i syczao. Byo tak,
jakby obie strony naszej drogi otacza spltany ywopot z wy. Mocno chwyciem drce
rami Alisaardy.
- Pamitaj, e one w adnym razie nie zaatakuj nas bezporednio. One rwnie nie s
rzeczywiste!
Mwic to, miaem jednak wiadomo, i iluzje Chaosu s na tyle realne, aby,
pomimo krtkoci swego trwania, wyrzdzi wszelkie szkody.
W kocu we zmieniy si w gazie jeyn, a nasza droga staa si piaszczyst
ciek, wiodc ku odlegemu morzu.
Poczuem si nieco pewniej, mimo e zdawaem sobie spraw z iluzorycznoci tego
bezpieczestwa. Zaczem sobie nawet pogwizdywa dla dodania animuszu, gdy nagle za
zakrtem cieki spostrzegem, e nasz drog blokuje gromada jedcw. Na ich czele sta
nasz stary wrg Baron Kapitan Armiad ze Zmarszczonej Tarczy. Jego rysy byy teraz jeszcze
bardziej zwierzce ni wtedy, gdy widzielimy go po raz ostatni. Nozdrza stay si tak
szerokie, e przypominay wiski ryj. Twarz poronita bya kpkami wosw, podobnie jak
kark, gdy za mwi, gos jego przywodzi na myl krowi ryk.
Byli to czonkowie wity Sharadim, ci sami, ktrych pozostawilimy za sob,
wchodzc w bram wiodc do wiata, w ktrym obecnie przebywalimy. Najwidoczniej nie
stracili zbyt wiele czasu ruszajc za nami w pocig.
Nadal bylimy bezbronni i nie mielimy szans na pokonanie ich. Spltane jeyny byy
na tyle gste, e uniemoliwiay
ucieczk w jakkolwiek stron poza t, z ktrej przyszlimy. W kadej chwili grozio
nam stratowanie.
- Gdzie twoja pani, Baronie Wieprzu? - zawoaem stajc. - Czy jest tak tchrzliwa, e
boi si sama przyby do Chaosu?
Oczy Armiada - i tak ju wskie - stay si teraz wziutkimi szparkami. Chrzkn i
pocign nosem. Jego nozdrza i oczy lniy wilgoci.
- Wadczyni Sharadim ma sprawy o wiele waniejsze ni ciganie nic nie znaczcego
robactwa. My mylimy o upie najwikszym z moliwych.
Sowa Armiada spotkay si z przychylnym przyjciem jego kompanw, ktrzy
wyrazili swe poparcie istn kanonad parskania i pochrzkiwania. Ich twarze i ciaa
zmienione byy w wyniku mirau z Chaosem. Zastanawiaem si, czy byli wiadomi tych
zmian, czy ich mzgi byy rwnie spaczone jak fizjonomie. Niektrych z nich nie byem w
stanie rozpozna. Szczupa, nieprzyjemna twarz ksicia Perichosta obecnie przypominaa
wygodzonego chomika. Ciekaw byem, ile czasu tutaj spdzili.
- A jaki to up jest najwikszym z moliwych? - zwrci si do Armiada von Bek.
Umylnie przecigalimy spraw, liczc na to, e kolejna zmiana otoczenia bdzie dla nas
bardziej korzystna.
- Dobrze wiesz, o co idzie! - rykn Armiad z poczerwienia twarz, wykrzywion we
wciekym grymasie. - Sami te tego szukacie. Wiem to. Nie moecie zaprzeczy!
- Ale czy ty wiesz o co chodzi, Baronie Ksi Armiadzie? - zapytaa Alisaarda. - Czy
Wadczyni dopucia ci do swych sekretw? Nie sdz, zwaywszy, i gdy ostatnio mwia o
tobie, narzekaa, e nie jeste waciwym materiaem do jej celw. Powiedziaa, e zostaniesz
powiadomiony, gdy nadejdzie czas na twe usugi. Jak sdzisz, Baronie Kapitanie, czy ten czas
ju nadszed? Czy ju otrzymae to, czego pragniesz najbardziej? Czy w kocu inni
kapitanowie ci szanuj? Czy pozdrawiaj swego Krla Admiraa, ilekro jego statek
przepywa opodal? Czy te moe zachowuj cisz, albowiem Zmarszczona Tarcza jest rwnie
brudna i odraajca jak nie-
gdy, tyle e jest jedn z ostatnich skorup toczcych si po Maaschanheem?
Udao si jej wykpi go i sprowokowa. Staraa si go zarazem wybada i dowiedzie
si, jak brzmiay instrukcje Sharadim. Z powcigliwoci Armiada wida byo, i z ca
pewnoci otrzyma rozkaz, aby dostarczy nas ywych.
Jego mae oczka rozbysy pragnieniem mordu, lecz zacisn donie na krawdzi
sioda.
Ju mia odpowiedzie, gdy wtrci si von Bek.
- Jeste gupim, ciemnym, zachannym czowiekiem, Baronie Kapitanie. Czy nie jeste
w stanie zauway, i ona pozbya si niepotrzebnych ju sprzymierzecw? Wysaa was do
Chaosu, sama za kontynuuje podbj Szeciu Sfer. Gdzie ona teraz jest? Walczy z eldreskimi
kobietami? Likwiduje niedobitki Czerwonych Welonw?
Syszc to, Armiad wyda z siebie triumfalny ryk, ktry zapewne mia by miechem.
- Jaki poytek miaaby z walki z Eldrenkami? Ju ich nie ma. Pewno opuciy Gheestenheem.
Ucieky w obawie przed nasz flot. Cay Gheestenheem jest w naszych rkach!
Alisaarda uwierzya mu. Byo wida, e mwi prawd. Blada i drca, z trudem
panowaa nad sob.
- Gdzie one ucieky? Nie ma takiego miejsca, gdzie mogyby si schroni.
- Gdzieby indziej, jak nie u swych odwiecznych sojusznikw? Ucieky do Adelstane i
kul si tam ze strachu wraz z Niedwiedzimi Ksitami za murami twierdzy, podczas gdy
armia mojej Wadczyni oblega ich. Upadek twierdzy jest przesdzony. Garstka walczy jeszcze
przeciwko nam, wraz z piratami z mego wasnego wiata, ale wikszo schronia si w
Adelstane, oczekujc tam na nieuniknion rze!
- Musiay skorzysta z przejcia pomidzy Barobanay a twierdz Ksit -
wymamrotaa Alisaarda. - To bya rzeczywicie jedyna moliwa strategia przeciw tak
potnym siom jak te, ktrymi dowodzi Sharadim.
Baron Kapitan Armiad raz jeszcze rykn ze miechu.
- We wszystkich Szeciu Sferach podbj by bardzo szybki. Moja pani
przygotowywaa swe plany od lat. A gdy
wreszcie nadszed czas, aby je urzeczywistni, w niezrwnany sposb spenia swe
zamierzenia.
- Udao si jej tylko dlatego, e bardzo niewielu rozsdnych ludzi jest w stanie
zrozumie tak wielk dz wadzy - odrzek z emfaz von Bek. - Nie ma nic bardziej
dziecinnego ni umys tyrana.
- I nic bardziej przeraajcego - mruknem pod nosem.
odygi jeyn zaczy si wi ku grze, przeksztacajc si w splecion, wielobarwn
gaz. Bez jednego sowa Alisaarda, von Bek i ja zniknlimy ze cieki jakby na dany znak,
dajc nura w szeleszczc gstwin, podczas gdy w nasz stron runa wyjca, bezadna
gromada. Groteskowo tych postaci spotgowana bya dodatkowo znieksztaceniami ich cia.
W kadym razie mieli nad nami t przewag, i siedzieli na koskich grzbietach.
Zgubilimy drog, miotajc si z miejsca na miejsce. Baron Armiad i jego kompani
bdzili w pogoni za nami, nawoywali si porykiwaniem i gwizdami. Odgosy te mogy
stwarza wraenie, i jestemy tropieni przez stado zwierzt, a nie przez istoty ludzkie.
W tym wszystkim nie byo jednak nic komicznego, bylimy naprawd przeraeni.
Zdawalimy sobie spraw, e Sharadim polecia wzi nas ywcem, lecz przecie w swej
gupocie i zalepieniu ci prymitywni gupcy mogli nas zabi zupenie przypadkowo!
W odruchu rozpaczy wycignem Actoriosa, aby poszuka jakiej innej drogi.
Zwoje gazy stay si teraz wielkimi, wodnymi fontannami, bijcymi wysoko w niebo.
Staralimy si kry za nimi, aby tylko znikn z pola widzenia. Wtem ksi Perichost
spostrzeg Alisaard i z triumfalnym parskniciem wydoby miecz, po czym rzuci si na ni.
Zauwayem, e von Bek zawrci, prbujc j ratowa. Ja miaem jednak bliej. Rzuciem
si na napastnika, chwyciem go za nadgarstek i wykrciwszy mu rk, zmusiem do
upuszczenia miecza na ziemi. Jego do przypominaa szpony. Alisaarda pochylia si, aby
podnie miecz, podczas gdy ja, uywajc wszystkich si i wykorzystujc wag mego ciaa,
zwaliem wreszcie ksicia na ziemi.
- Von Bek! - zawoaem. - Wskakuj na siodo! - Rzuciem Actoriosa Alisaardzie, ktra
pochwycia go nie bardzo rozumiejc, o co chodzi. Zostalimy ju zauwaeni przez wiksz
liczb nieprzyjaci, ktrzy tumnie zbliali si w nasz stron.
Von Bek wskoczy na siodo i pomg Alisaardzie usi za nim. Przez chwil biegem
obok konia, krzyczc do nich, aby ruszyli szybciej do przodu i szukali nowej drogi, ja za
postaram si ich potem odnale.
Pniej odwrciem si, aby stawi czoa mabdeskiemu barbarzycy, ktrego lanca
mierzya wprost w moj pachwin. Zrobiem unik, dziki czemu nie zostaem ugodzony i
chwyciem drzewce, szarpic je w prawo. Liczyem na to, i Mabden okae si na tyle gupi,
e nie wypuci drzewca z rki. Tak si te stao. Mabden wylecia z sioda jak pirko.
Byskawicznie skorzystaem z tego, zajmujc jego miejsce w siodle, majc w dodatku jego
lanc. Ruszyem na poszukiwanie przyjaci.
Zarwno von Bek, jak i ja bylimy bardziej biegli w jedzie konnej ni cigajcy nas
rycerze. Kluczc pomidzy wielkimi fontannami, stopniowo zniknlimy z pola widzenia
Barona Armiada i jego bandy. W decydujcej za chwili pomidzy nimi a nami pojawia si
kolejna lustrzana ciana. Naszych przeladowcw wida byo przez ni bardzo wyranie. Nie
istnia oczywicie aden szczeglny powd, aby ciana musiaa pojawi si wanie w tym
miejscu - by to po prostu przypadek, jakich wiele w Chaosie, tyle e bardzo dla nas
szczliwy. Mokrzy od potu, zwolnilimy tempo naszej wdrwki.
Zauwayem, jak von Bek obraca si w siodle i cauje Alisaard. Odpowiedziaa na to
z radoci, obejmujc go ramionami. Actorios zabrzcza w jej piknej doni.
To Ermizhad pocaowaa mego przyjaciela. To Ermizhad, ktra mnie zdradzia. A
wierzyem, e z jej strony zdrada mnie nigdy nie spotka!
Wiedziaem teraz z ca pewnoci, e to ona. Oszukiwaa mnie przez ca drog. Z
mioci do niej mordowaem kiedy cae narody, ona za odwdziczaa si za moje oddanie i
wierno w taki sposb!
Co gorsza, von Bek, ktrego uwaaem za swego przyjaciela, nie mia w tej materii
adnych skrupuw. Oboje wystawiali na pokaz swoje uczucia. Obejmowali si, jakby kpic
ze wszystkiego, co byo mi drogie. Jake mogem im ufa?
Wiedziaem, e nie mam wyboru, jak tylko ukara ich za bl, jakiego mi przysporzyli
swym postpowaniem.
Osadziwszy konia na miejscu, uniosem lanc zabran Mab-denowi. Zwayem j w
doni. Znaem si dobrze na wadaniu tak broni i wiedziaem, e wystarczy jeden rzut, aby
przebi ich ciaa, wtedy pocz si na zawsze. Byaby to nagroda godna ich zdrady.
- Ermizhad! Jak to moliwe?!
Cofnem rk, przygotowujc si do rzutu. Widziaem, jak oczy von Beka spogldaj
na mnie z przeraeniem i trwog, nie rozumiejc grocego niebezpieczestwa. Rwnie
Ermizhad odwrcia si w lad za jego spojrzeniem.
Zaczem si z nich mia.
Mj miech odbija si echem po okolicy, jakby chcia wypeni cay ten wiat.
Von Bek krzycza. Ermizhad krzyczaa. Bez wtpienia bagali o lito. Daremnie - nie
mog jej ode mnie oczekiwa. miech stawa si coraz goniejszy i goniejszy. Nie by to
jedynie mj miech, syszaem te inny, miejcy si gos.
Zawahaem si.
Usyszaem okrzyk von Beka. - Herr Daker! Co ci optao? Co si dzieje?
Zignorowaem go. Zrozumiaem teraz, jak mnie zwodzi, jak wiadomie zabiega o
moj przyja, wiedzc, e dziki temu atwiej mu bdzie nawiza romans z moj on. A
czy Ermizhad nie pomagaa mu w urzeczywistnieniu tego planu? Logika podpowiadaa, e
tak by musiao. Jak mogem by tak zalepiony, e tego nie spostrzegem? Skoncentrowaem
si na innych, mniej wanych sprawach. Tymczasem Miecz Smoka wcale nie jest mi
potrzebny. Nie musz by lojalny wobec Szeciu Sfer. Dlaczego miabym da si ogupi
tymi sprawami, podczas gdy ona zdradza mnie na moich oczach?
Przestaem si mia. Chwyciem lanc w taki sposb, aby by gotowym do rzutu.
I wtedy zdaem sobie spraw, e nadal sysz miech. To nie by ju mj miech.
Spojrzawszy w bok, zauwayem stojcego nieopodal mczyzn. Mia na sobie szaty
w kolorach czarnym i ciemnob-kitnym. Jego twarz wydaa mi si dziwnie znajoma, cho nie
mogem sobie przypomnie, dlaczego. Mia wygld mdrego, zrwnowaonego ma stanu w
rednim wieku. Jedynie jego dziki miech nie pasowa do tego wizerunku.
Zrozumiaem, e stoi przede mn wadca tego wiata, sam arcyksi Balarizaaf.
Bez namysu rzuciem lanc wprost w jego serce.
mia si nadal, nawet patrzc na lanc wbit w jego ciao.
- , jakie to zabawne - powiedzia w kocu. - Znacznie zabawniejsze ni podbijanie
innych wiatw i ujarzmienie narodw. Czy nie przyznasz mi racji, Wojowniku?
Poniewczasie zdaem sobie spraw, e staem si ofiar iluzji i halucynacji tego
wiata. Byem bliski tego, aby w przypywie szalestwa zabi dwoje najlepszych przyjaci.
Wtem arcyksi Balarizaaf znik, rozleg si natomiast skierowany do mnie okrzyk
Alisaardy. Okazao si, e dziki pomocy Actoriosa odnalaza inn drog, o podobnie
zamglonym zarysie. Bardziej jednak zaintrygowa mnie wielki, brzowy zajc, ktry posuwa
si susami po tej drodze.
- Musimy pody jego ladem - powiedziaem, wci nie mogc ochon na myl o
tym, czego niemal nie popeniem. - Pamitacie, co mwi Sepiriz? Ten zajc jest naszym
pierwszym przewodnikiem w drodze do Miecza.
Von Bek spojrza na mnie badawczo.
- Czy znowu jeste sob, mj przyjacielu?
- Mam nadziej - powiedziaem. Jechaem teraz na czele w lad za zajcem, ktry -
poruszajc si w charakterystyczny sposb - prowadzi nas ciek.
Wkrtce nasza droga zwzia si, a konie zaczy potyka si na skaach. Zsiadem,
prowadzc mego wierzchowca za uzd. Von Bek i Alisaarda postpili podobnie.
Zajc czeka na nas cierpliwie, pniej rczo ruszy do przodu.
Na koniec zwierzak zatrzyma si w miejscu, gdzie zarys naszej drogi zdawa si
zderza z potn ska. Poniej
zobaczylimy szerok kotlin, rzek, przypominajc wielkoci Missisipi oraz
potn twierdz, najwyraniej zbudowan ze srebra. Prowadzc konie, zbliylimy si do
zajca i do skalnej ciany. Wycignem do w kierunku zwierzaka, ten jednak odskoczy.
Potem, niespodziewanie, zaczem spada w ciemno, w melancholiczn pustk kosmosu.
Czybym znowu sysza donony miech Balarizaafa? Czybymy dali si, koniec kocw,
zapa w puapk, zastawion przez arcy-ksicia Chaosu? Czy wtrcono nas w Otcha po
wieczne czasy?
Zdawao mi si, e spadaem tak przez dugie miesice, a moe i lata, nim zdaem
sobie wreszcie spraw, i odczucie ruchu zniko. Staem oto na twardym gruncie, tyle e
otoczony kompletn ciemnoci. Rozleg si jaki gos:
- Johnie Daker, jeste tam?
- Jestem tutaj von Bek, gdziekolwiek by to byo. Co z Ali-saard?
- Jestem z von Bekiem - odpowiedziaa.
Stopniowo udao si nam zbliy do siebie i uj si za rce.
- Gdzie jestemy? - dziwi si von Bek. - Czy to nie jedna z puapek arcyksicia
Balarizaafa?
- Moliwe - odparem - cho miaem wraenie, i to zajc nas tu przyprowadzi.
- To tak jak z Alicj, ktra wpada do krliczej jamy, pamitasz? - zamia si von
Bek.
Umiechnem si rwnie. Alisaarda milczaa, zapewne dlatego, e nie rozumiejc, o
czym mwimy, bya zakopotana. Na koniec rzeka:
- W Chaosie znajduje si wiele takich miejsc, gdzie powoka Wielowiata jest cienka,
s te takie, gdzie poszczeglne wiaty przecinaj si. Nie mona takich miejsc nanie na
mapy, jak robimy to z naszymi bramami, pomimo e wiele z nich pozostaje w tym samym
miejscu przez stulecia. By moe wpadlimy w jedn z takich dziur w powoce. Nie wiem, w
jakiej czci Wielowiata moemy si znajdowa...
- Moe nigdzie? - zapyta von Bek.
- Moe nigdzie - przytakna.
Nadal nie opuszczaa mnie myl, e zajc sprowadzi nas tutaj umylnie.
- Mielimy znale puchar, ktry zaprowadziby nas do rogatego konia, a ten z kolei
mia wskaza nam drog do miecza. Wierz w Sepiriza, w jego umiejtnoci przewidywania.
Myl, e znalelimy si tutaj, aby znale ten puchar.
- Przyjacielu, nawet jeeli puchar jest gdzie tutaj - zaoponowa von Bek - to i tak go
przecie nie zauwaymy, nieprawda?
Schyliem si, aby dotkn podoa. Byo wilgotne. W powietrzu unosi si zapach
pleni. Sigajc rk coraz dalej, potwierdziem swoje przypuszczenia, i stoimy na starym,
pooranym bruzdami bruku.
- To dzieo rk ludzkich - powiedziaem. - Domylam si, e jestemy w jakim
podziemnym pomieszczeniu. To oznacza, e gdzie tu musi by ciana. ciana, w ktrej, by
moe, znajdziemy jakie drzwi. Chodcie - powiedziaem, prowadzc ich powolutku po
podou a do chwili, gdy moje palce natrafiy na pokryty luzem kamie. By nieprzyjemny
w dotyku, przekonaem si jednak wkrtce, i jest to pocztek ciany. Szlimy dalej wzdu
niej, dochodzc do jednego rogu, a potem do drugiego. Izba miaa okoo siedmiu metrw
szerokoci. W trzeciej z kolei cianie znajdoway si drewniane drzwi z metalowymi
zawiasami i potnym, staromodnym zamkiem. Uchwyciem za klamk i nacisnem j.
Ulega ze zdumiewajc lekkoci. Szarpnem. Za drzwiami byo wiato. Ostronie
otworzyem drzwi na kilka cali, po czym wystawiem gow na korytarz.
Korytarz by niski, o falistym sklepieniu i wydawa si rwnie stary jak sama izba. We
wnkach, rozmieszczonych wzdu korytarza, wieciy si, jak si od razu zorientowaem,
typowe dla dwudziestego wieku arwki, zawieszone na goych przewodach, jakby byy
przeznaczone jedynie do prowizorycznego uytku. Po mojej prawej stronie korytarz koczy
si drzwiami, z lewej za cign si przez pewien czas, a potem zakrca. Zamyliem si.
Nie byem pewny kierunku dalszej wdrwki.
- Wydaje mi si, e jestemy w lochach redniowiecznego zamku - szepnem do von
Beka - cho jest tu nowoczesne owietlenie. Sam zreszt wyjrzyj.
Po chwili cofn gow i zamkn drzwi. Syszaem, jak ciko oddycha, lecz nie
powiedzia nic.
- O co chodzi? - zapytaem.
- Nic takiego, przyjacielu. Mam jakie ze przeczucie. Wiem, e moemy by teraz
wszdzie, miaem jednak odczu-
ci, e rozpoznaj ten korytarz. Oczywicie, jest to raczej niemoliwe. Takie miejsca z
reguy bywaj do siebie podobne. To co, badamy okolic?
- Jeli jeste gotw... - odparem. Zamia si nieznacznie.
- Oczywicie. Mj umys jest nieco podekscytowany ostatnimi wydarzeniami, to
wszystko.
Wyszlimy na korytarz. Wygldalimy doprawdy oryginalnie. Alisaarda w biaej zbroi,
ja w skrzanym stroju wojownikw z bagien, a von Bek w imitacji dwudziestowiecznego
ubioru. Posuwalimy si naprzd z du ostronoci, a dotarlimy do zakrtu. Miejsce to
wygldao na cakowicie wyludnione, cho zapewne byo w uyciu, zwaywszy silne
owietlenie. Przyjrzaem si najbliszej arwce. Bya nieznanego mi typu, dziaaa jednak
bez wtpienia na tych samych zasadach, co wszelkie inne arwki.
Tak dalece bylimy zaabsorbowani badaniem korytarza, e zapomnielimy o
ostronoci, gdy tymczasem otwary si jedne z drzwi i wyszed z nich mczyzna.
Stanlimy jak zamurowani, gotowi stawi czoa ewentualnemu atakowi. Cho nie
widzielimy go zbyt wyranie, byo oczywiste, e jest osob fizycznie istniejc. Dla mnie
jego ubir by szokujcy, nie mwic ju o von Beku, ktry a zasapa z wraenia.
Sta przed nami, ni mniej ni wicej, sztabowy oficer SS! Pogrony by w lekturze
dokumentw, po chwili unis jednak gow, wpatrujc si wprost w nasze twarze.
Milczelimy. Wzdrygn si, spojrza raz jeszcze, wzruszy ramionami, po czym, mruczc co
pod nosem, odwrci si. Poszed w przeciwnym kierunku, przecierajc oczy.
Alisaarda zachichotaa.
- A wic mamy, mimo wszystko, take pewne atuty w tej niewesoej sytuacji -
powiedziaa.
- Dlaczego nic do nas nie powiedzia? - zapyta von Bek.
- Jestemy w tym wiecie jedynie cieniami. Czsto syszaam o takich rzeczach, ale
nigdy sama tego nie dowiadczyam. Jestemy tutaj zmaterializowani tylko czciowo. -
Zamiaa si raz jeszcze. - Tu jestemy tym, za co zawsze w Szeciu
Sferach uwaano Eldreny. Jestemy duchami, przyjaciele! Ten czowiek uzna, e
cierpi na halucynacje!
- Czy wszyscy tutaj bd podobnego zdania? - zapyta nerwowo von Bek. Jak na
ducha, zanadto si poci. On lepiej ni ja wiedzia, co znaczy dosta si w apska tych
bydlakw.
- Myl, e moemy mie tak nadziej - odpara Alisa-arda, cho sama chyba nie
bya do koca pewna, czy ma racj. - Widok tego czowieka przerazi ci, hrabio von Bek.
Czy to nie on powinien si ciebie teraz ba?
- Zdaje si, e co z tego rozumiem - wtrciem. - Jak sdz, Sepiriz zamierza w ten
sposb speni swe zobowizania wobec hrabiego von Beka, osigajc zarazem swoje wasne
cele. Powiedziae, von Bek, e rozpoznajesz to miejsce. Czy przypominasz sobie teraz, kiedy
je moge przedtem widzie?
Pochyli gow, ukrywajc twarz w doniach. Po chwili przeprosi nas za stan, w jakim
si znalaz, wyprostowa si i skin gow.
- Tak. To byo kilka lat temu. Przyprowadzi mnie tutaj daleki kuzyn. By zagorzaym
narodowym socjalist i chcia zrobi na mnie wraenie tym, co okrela jako wskrzeszenie
staroytnej kultury germaskiej. Znajdujemy si w tak zwanych ukrytych komnatach
wielkiego zamku w Norymberdze. To jest samo centrum tego, co nazici uwaaj za sw
duchow twierdz. Oczywicie teraz nikt z zewntrz nie ma szans tu wej, wtedy jednak byli
mniej liczni, mniej si liczyli i mieli mniej wadzy. Mwi si, e te podziemia s rwnie stare,
jak pierwsi budowniczowie Gotw, przybyych tutaj jeszcze przed Rzymianami. Ich groby
znajduj si u podna, na ktrym zbudowany jest ten zamek. Odkopano je cakiem
niedawno. Kiedy przybyem tutaj, wiele mwiono o tym odkryciu jako o podwalinach
prawdziwej historii Niemiec. Wtedy ju byem przyzwyczajony do podobnych nonsensw. To
miejsce denerwowao mnie z uwagi na znaczenie, przypisywane mu przez mojego
nazistowskiego kuzyna. Niedugo potem, jak si dowiedziaem, zakazano wejcia wszystkim
poza czonkami najwyszej hitlerowskiej hierarchii. Nie mam pojcia, dlaczego. Rozchodziy
si normalne w takich sytuacjach plotki, sugerujce, i odbywaj si tutaj obrzdy
hitlerowskiej czarnej magii,
ale nie wierzyem temu. Sdziem raczej, e bdzie si tu mieci jaka tajna instalacja
wojskowa. W tamtym okresie nazici zmuszeni byli udawa, i przestrzegaj ukadw
rozbrojeniowych.
- Sepiriz mwi przecie, e zajc zaprowadzi nas do pucharu - powiedziaem w
zadumie. - Jakiego rodzaju puchar moemy odnale w Norymberdze?
- Jestem pewna, e odkryjemy to w odpowiednim czasie
- Alisaarda bya ju zniecierpliwiona nasz dyskusj. - Chodmy dalej. Pamitajcie, e
wci bardzo wiele od nas zaley. W naszych rkach spoczywa los Szeciu Sfer. Von Bek
rozejrza si.
- Pamitam, e gdzie tu bya gwna krypta, co w rodzaju komnaty obrzdowej,
ktrej mj kuzyn przypisywa znaczenie niemal mistyczne. Nazywa j osi ducha
germaskiego, czy tym podobne bzdury. Musz si przyzna, e jego gadanina nudzia mnie i
sprawiaa, e robio mi si niedobrze. Moe wanie tam znajduje si to, czego szukamy?
- Czy pamitasz drog? - zapytaem. Rozwaa co przez chwil, po czym odrzek:
- Musimy pj w tym kierunku. Na kocu korytarza znajduj si drzwi. Jestem
niemal pewien, e prowadz do tej wanie, gwnej komnaty.
Poszlimy za nim. Mino nas dwch dalszych hitlerowcw, ale zauway tylko jeden
z nich, ktem oka. Rwnie i on uzna to za zudzenie. Jeli rzeczywicie byy to czasy
wspczesne von Bekowi, to niewtpliwie wikszo tych ludzi spaa bardzo mao i
przywyka ju do wszelkiego rodzaju majakw i halucynacji. Gdybym ja by czonkiem SS,
zapewne take widywabym wszelkie odmiany duchw.
Von Bek zatrzyma si przy drzwiach, ktre z pewnoci zostay wykonane cakiem
niedawno, cho w stylu romaskim, jak wikszo pozostaych.
- Myl, e to jest ta komnata - powiedzia. Zawaha si.
- Czy mam otworzy drzwi?
Biorc nasze milczenie za zgod, chwyci wielk, elazn gak, prbujc j obrci.
Bezskutecznie. Przywar ramieniem do dbowych drzwi, usiujc je popchn, ale nic to nie
dao. Potrzsn gow.
- Zamknite. Podejrzewam, e po drugiej stronie drzwi znajduj si nowoczesne
zamki. Ciko bdzie sobie z tym poradzi.
- A czy jest moliwe, e - skoro nasze ciaa nie s w tym wiecie takie, jakimi by
powinny - to nie posiadamy odpowiedniej siy? Moe dlatego nie udaje si otworzy tych
drzwi? - zapytaa Alisaarda.
Ona nie miaa zbyt wielkiej wiedzy o podobnych zjawiskach. Zasugerowaa, aby
zobaczy, w jaki sposb drzwi s otwierane przez innych.
- Moe za tym kryje si jaka sztuczka - dodaa.
Postpilimy tak, chowajc si w najbliszej niszy i obserwujc maszerujcych
korytarzem nazistowskich oficerw. Nie byo tutaj uzbrojonych wartownikw, tote
doszlimy do wniosku, i hitlerowcy czuj si tu cakowicie bezpieczni.
Czekalimy tak okoo godziny i zaczynalimy ju traci cierpliwo, gdy jaki wysoki,
siwowosy czowiek w czarno-srebrzys-tym stroju, przypominajcym mundur SS, skrci w
nasz cz korytarza i ruszy w naszym kierunku. Wyglda niczym kapan celebrujcy swe
obowizki. Trzyma w doniach ma skrzynk. Stan przy drzwiach do naszej komnaty,
otworzy skrzynk, wycign klucz i woy do zamka. Usyszelimy zgrzyt - drzwi
otworzyy si. Z komnaty wydoby si zapach pleni.
W lad za siwowosym osobnikiem natychmiast weszlimy cicho do izby.
Przygotowywa zapewne sal do jakiego obrzdu, tak jak kapan przygotowywaby koci
do naboestwa. Zapali wiele wiec, duych i maych. ciany krypty byy z pewnoci
bardzo stare, za sklepienie wzmocnione niezliczonymi arkadami, tote trudno byoby
okreli rzeczywist wielko tego pomieszczenia. Pomienie wiec migotay, rzucajc
ruchliwe cienie, wic nietrudno byo nam si ukry. Kiedy kapan skoczy sw prac i
wyszed z komnaty, zamkn za sob drzwi na klucz.
Teraz moglimy swobodnie porusza si po komnacie. Zorientowalimy si, e
miejsce to zapewne stosunkowo niedawno zostao przeksztacone w swego rodzaju wityni.
Na przeciwlegym kocu komnaty znajdowa si otarz. ciana za otarzem udekorowana bya
flag hitlerowsk z czarn swas-
tyk na biaym tle, w otoczeniu czerwieni, a take innymi, rwnie barbarzyskimi
symbolami, ktre miay by podobiznami starych, teutoskich wzorw. Na samym otarzu
znajdowao si stylizowane srebrne drzewko, za obok niego wykonana z litego zota figurka
szarujcego byka.
- Takimi przedmiotami nazici pragnliby wypeni nasze kocioy - szepn von Bek.
- Pogaskie figurki i przedmioty kultu, ktre oni uwaaj za symbole prawdziwie niemieckiej
religii. S rwnie antychrzecijascy, co antysemiccy. Zdaje si, e nienawidz wszelkich
systemw mylowych, ktre w jakikolwiek sposb podwaaj ich pseudofilozoficzny bekot,
peen mistycznych frazesw! - Przyglda si otarzowi z obrzydzeniem. - To najgorszy
gatunek nihilistw. Nie wiedz nawet, e niszcz wszystko, nie tworzc w zamian nic. Ich
dziea s rwnie puste jak twory Chaosu, ktre niedawno widziaem. Nie ma w tym
prawdziwej historii, konkretnej treci, gbi, ani intelektualnej jakoci. Jest jedynie negacja,
brutalne odrzucenie wszystkich niemieckich tradycyjnych cnt.
Znowu by bliski ez. Alisaarda uja go za rami. Niewiele rozumiaa z tego, o czym
mwi, ale bardzo mu wspczua.
- Sprbuj skoncentrowa si na naszym celu - powiedziaa cicho. - On przecie ma
suy take twojej sprawie, kochany.
Po raz pierwszy usyszaem z jej ust takie okrelenie. Raz jeszcze przeszya mnie
zazdro. O, jak bardzo tskniem za pocieszeniem ze strony takiej kobiety, kogo tak
podobnego do mojej Ermizhad, e mgbym z atwoci udawa, i to wanie ona. Szybko
poradziem sobie jednak z moj saboci. Przypomniaem sobie szalestwo, ktre ogarno
mnie nie tak dawno. Cigle grozio mi niebezpieczestwo ze strony takich iluzji.
Von Bek by jej wdziczny za trosk i przypomnienie o celu naszego dziaania.
- Puchar - Graal - naley z pewnoci do ich gwnych przedmiotw kultowych. Nie
widz go jednak nigdzie - powiedzia.
- Graal? Czy nie opowiadae mi, gdy si po raz pierwszy spotkalimy, e twoja
rodzina jest w pewien sposb zwizana ze witym Graalem?
- To tylko legenda. Niektrzy z> moich przodkw podobno go widzieli, a inni mieli go
nawet pod swoj opiek. Caa historia wydaje mi si jednak zanadto dziwaczna. Jedna z
legend mwia nawet o tym, i nasz rd mia go przechowywa nie dla Boga, lecz dla
Szatana! Czytaem wiele na ten temat, kiedy poszukiwaem moliwoci zniknicia z Bek tak,
aby na-zici tego nie zauwayli. W taki wanie sposb wpady mi w rce mapy i ksiki na
temat Pogranicza Bagien...
Przerwa, syszc dobiegajce z korytarza odgosy. Byskawicznie ukrylimy si w
jednej z wnk.
Drzwi otwary si raz jeszcze, wpuszczajc do izby ostry snop elektrycznego wiata,
rozwietlajcy panujcy tu mrok. Pojawiy si trzy postacie. Caa trjka nie bya specjalnie
wysoka, a ich twarze byy dla nas niewidoczne z uwagi na wysokie, usztywnione konierze,
osaniajce gowy. Ich paszcze przypominay stroje noszone przez niektre zakony rycerskie,
jak choby templariuszy. Jakby dla spotgowania tego wraenia, osobnicy ci trzymali w
osonitych rkawicami doniach szerokie miecze, a pod pach kady z nich nis ciki,
elazny hem redniowiecznej roboty. Stroje tych ludzi nadaway im surowy wygld i
stwarzay wraenie barbarzyskiej siy. Kiedy zamknli i zaryglowali za sob drzwi, ruszyli w
stron otarza. Zauwayem wtedy, i jeden z nich by bardzo szczupy i lekko utyka, drugi,
spasiony jak wieprz, sapa, idc pod arkadami. Natomiast trzeci porusza si ze specyficzn,
sztucznie wygldajc sztywnoci, jego ramiona byy cofnite ku tyowi, jak u czowieka
niskiego wzrostu, ktry chce udawa wyszego ni jest. Wycignem do, aby uj von
Beka za rami. Dra, ale ja nie dziwiem si temu.
Nie mogo by wtpliwoci, e mielimy oto przed sob trzech arcy-ajdakw
dwudziestego wieku: - Goebbelsa, Goe-ringa i Hitlera. Wszystko, co swego czasu czytaem
na temat ich dziwacznych, mistycznych wierze, wiary w ponadnatural-ne moce i
przewiadczenia o istnieniu nadprzyrodzonych, nieprawdopodobnych zjawisk, potwierdzao
si tutaj w caej peni.
Nie wiedzc, e s obserwowani, zaczli nuci fragmenty poezji Goethego. W ich
ustach frazy te brzmiay niczym ob-
ra i profanacja. Podobnie jak w przypadku wielu innych romantycznych ideaw,
wypaczyli rwnie idee zawarte w wierszach Goethego, aby dostosowa je do swoich
niegodziwych celw. Rwnie dobrze mogliby piewa tu Czarn Msz lub bezczeci
synagog swymi bezecestwami - efekt byby ten sam.
Allen Gewalten Zum Trutz sich er hal ten, Nimmer sich beugen, Kraftig sich zeigen,
Rufet die Arme Der Go t ter hierbei.
Wszelka moc dana bdzie duszom nieustraszonym, gdy silny i niezomny, gdy
liczysz sam na siebie, wtedy i bogowie bd ci suy!
Naduywali tych sw jak wszelkich innych, jak manipulowali najszczytniejszymi
ideaami i uczuciami narodu niemieckiego, budujc z nich sw wasn, patetyczn i
oszukacz ideologi. Nie zdziwibym si, gdybym zobaczy nagle tu obok siebie ducha
Goethego, paajcego dz odwetu na tych, ktrzy tak dalece wypaczyli jego zamysy.
Goebbels postpi krok do przodu, aby zapali dwie wielkie, czerwone wiece,
umieszczone po obu stronach otarza.
Z atwoci mogem zrozumie stojcego tu koo mnie von Beka, ktry z ledwoci
powstrzymywa si przed zaatakowaniem tych niegodziwcw. Nie odzywajc si,
powstrzymywaem go. Musielimy czeka i zobaczy to, co miao by nam tutaj ujawnione.
Sepiriz bez wtpienia pragn, abymy si tutaj znaleli. To on sprowadzi zajca, aby ten nas
tu przysa. Musielimy zaczeka i obejrze majcy nastpi rytua.
Byem zaskoczony banalnoci i paskoci ich wypowiedzi. Peno w nich byo
wezwa pod adresem staroytnych bogw, do Wotana i duchw Dbu, elaza i Ognia.
wiato wiec owietlao ich twarze: Goebbels wykrzywi sw szczurz twarz. w umiechu
niczym niesforny uczniak, z luboci oddajcy si obuzowaniu; Goering by nadty i
powany, wierzcy
w kade wypowiedziane sowo, najwyraniej pijany lub znar-kotyzowany. Wreszcie
Adolf Hitler, kanclerz Trzeciej Rzeszy, o ciemnych, byszczcych niczym lustra oczach,
bladej twarzy, janiejcej jakim niesamowitym blaskiem, pragncy, aby wszystko, co powie,
stawao si rzeczywistoci, a cay wiat ulega jego szaleczym zamierzeniom.
Widok ten robi niezwykle silne wraenie - mam nadziej niczego podobnego nigdy
nie dowiadczy. Nawet najgorsze przejawy Chaosu byy niczym wobec tego bezmiaru
ludzkiej perwersyjnoci. W dodatku sceny te byy tak bliskie moim wasnym czasom, e z
atwoci wczuwaem si w pooenie von Beka i wspczuem mu. Von Bek zmaga si ze
sob niczym pies acuchowy, pragncy tylko jednego - zabi. Widzia na wasne oczy zo,
jakie ci trzej sprowadzili na jego nard. Jego jedynym celem byo zniszczenie ich, aby tym
sposobem mc ocali swj wiat od za. Wanie ten cel poczy jego los z moim.
Spojrzaem na Alisaard. Nawet ona odczuwaa potg za, jak reprezentowali trzej
ofiarnicy.
- Niechaj potga naszych staroytnych plemiennych bogw, bogw, ktrzy uyczyli
swej siy zdobywcom Rzymu, udzieli si Niemcom take i teraz, w chwili, gdy way si ich
przeznaczenie, w chwili decyzji - mwi Goebbels, nie bardzo chyba wierzcy w to, co sam
mwi, ale zdajcy sobie doskonale spraw, e Hitler i Goering s gorliwymi wyznawcami. -
Niech udzieli si nam mistyczna moc wielkich bogw Starego wiata, wypeniajc nas
niepojt, naturaln energi, t sam, ktra niegdy pokonaa poraonych judeo-
chrzecijaskich wrogw naszej staroytnej ziemi. Niech nasza krew, bdca czyst,
nierozcieczon krwi naszych nieustraszonych przodkw, znowu popynie naszymi yami
tym samym sodkim rytmem co w czasach, gdy nasi uczciwi, niewinni przodkowie nie zostali
jeszcze zdeprawowani przez obce im religie Wschodu. Niech Niemcy powrc do
nieskrpowanego zrozumienia swej wasnej tosamoci!
Cign dalej w tym duchu, plotc bzdury, podczas gdy von Bek niecierpliwi si
coraz bardziej, za ja i Alisaarda zaczynalimy si nudzi i traci cierpliwo.
- Teraz wezwijmy Kielich, naczynie zawierajce nasz duchow tre; Kielich,
ktrego poszukiwa Parsifal, Kielich Mdroci, ktry chrzecijanie ukradli nam i wczyli do
wasnej mitologii, nazywajc witym Graalem! - Goebbels zacz nuci, przenoszc ciar
ciaa z jednej nogi na drug, podskakujc niczym jaki pokraczny karze.
- Wezwijmy Kielich, abymy mogli skorzysta z jego zawartoci i napeni si
Mdroci, ktrej poszukujemy! Jego sowa powtrzyli Hitler i Goering.
- Teraz uklknijmy! - zakrzykn Goebbels, najwyraniej rozkoszujc si chwilami,
podczas ktrych mia wadz nad dwjk pozostaych.
Nazici posusznie przyklknli, jedynie Goebbels sta nadal zwrcony ku otarzowi z
rozoonymi ramionami.
- Tutaj, w miejscu najbardziej staroytnym, gdzie bya siedziba Kielicha od pocztkw
Czasu, niech owadnie nami wizja. Pijmy t mdro. Niech udzieli si nam potga naszych
dawnych bogw, niech przemwi wiedza naszej dawnej krwi, a nasza dawna sia niech da
nam pewno. Musimy pozna kierunek naszej drogi. Musimy wiedzie, czy mamy skupi
siy na owadniciu potg atomu, czy te sprosta najpierw wyzwaniu i zagroeniu ze
Wschodu. Wielcy bogowie, dajcie nam znak. Musimy otrzyma od was znak!
Nie mam pojcia, czy Goebbels odgrywa tylko teatralny spektakl przed swymi
wierzcymi gorco kompanami, czy te rwnie wierzy w bzdury spywajce z jego wskich
ust. Nie wiem, czy jego pena zakl mowa miaa cokolwiek wsplnego z tym, co miao
pniej nastpi, czy te moe to obecno tutaj von Beka staa si przyczyn zjawiska, ktre
nastpio. Jego rodzina bya przecie blisko zwizana ze witym Graalem, tak jak ja, pod
rnymi postaciami, zwizany byem z mieczem. Moe to wanie dlatego nasze losy tak si
spltay, albowiem walka, jak wsplnie prowadzilimy, bya wielk i wan spraw. Jak
wielk rol odgrywa Sepiriz i jak wiele wiedzia, tego nie byem w stanie oszacowa, ale z
pewnoci jego zdolnoci postrzegania oraz przewidywania wykorzystane zostay do tego,
abymy znaleli si we waciwym miejscu o waciwyrr czasie.
Teraz zacza si kolejna faza rytuau, ktra zaskoczya ca trjk celebrantw, a w
szczeglnoci Goebbelsa. Usyszelimy sodkie dwiki muzyki, wypeniajce izb.
Towarzyszy im zapach podobny do woni r.
Muzyka bya chralna i jaskrawo kontrastowaa zarwno z otaczajcymi nas
ciemnociami oraz z ponurym nastrojem tego miejsca, jak rwnie i z pogaskimi
akcesoriami, przeznaczonymi przez nazistw do obrzdw. Nagle pojawio si biae,
olepiajce wiato, przepenione tak mioci, i mona byo wpatrywa si w nie bez blu
dla oczu. Jak si okazao, sprawia to umieszczony w centrum wiata przedmiot, bdcy te
rdem owej muzyki i upajajcej woni - prosty kielich, podobny do pozacanego pucharu,
ktry widziaem tylko raz.
By to przedmiot, zwany w chrzecijaskich legendach witym Graalem, a wrd
Celtw Czar Mdroci. Istnia od zawsze, pod wieloma imionami, podobnie jak i Miecz
miewa rozmaite imiona, tak samo jak ja miewaem rozmaite imiona, bdc Wiecznym
Wojownikiem. Mimo przenikliwej wiatoci zauwayem, i wszyscy trzej - Goebbels, Hitler
i Goering klczeli, przypatrujc si w niemym osupieniu nieoczekiwanej wizji.
Usyszaem, e Hitler mamrocze bez koca te same, bezsensowne zaklcia. Goeringa
zapaa czkawka, z trudem usiowa unie swoje cikie ciao i powsta, natomiast Goebbels
zacz szczerzy si w umiechu niczym zoliwy ucze, ktry dokona strasznego odkrycia.
mia si.
- To prawda! To prawda! - krzycza ju Goebbels, zwracajc si do siebie samego i do
swoich wtpliwoci. - To prawda. Otrzymalimy znak! Co musimy teraz zrobi? Czy mamy
odpowiedzie na zagroenie ze Wschodu, nim skoncentrujemy swoje siy na zbudowaniu
bomby atomowej, czy te powinnimy konsolidowa dotychczasowe zdobycze, udzielajc
zarazem penego wsparcia naszym naukowcom? Jak wiele czasu musi min, nim zaatakuje
nas Rosja? Czy moe Ameryka z Angli napadn na nas? Co mamy robi? Nasze podboje
nastpiy tak szybko, e nie mielimy nawet czasu zastanowi si nad nimi. Potrzebujemy
prawdy. Czy naprawd jeste znakiem danym nam przez starych bogw? Czy oni gotowi s
skierowa nas na waciw drog, mogc zapewni Niemcom dominujc pozycj w
wiecie?
- Puchar nie moe do nas przemwi, Herr Doctor! - wtrci pogardliwie Adolf Hitler,
wyczuwajc niepewno swojego ministra. - Naley uj go w donie, a wtedy ujawni si nam
prawda. Czy nie tak?
- Nie, nie, nie! - Goering zdoa wreszcie powsta, pocc si obficie. Mia
zaczerwienione oczy, zsiniay nos, a usta pene liny. Odetchn gboko, penymi pucami. -
Musi by jaka dziewczyna, z ca pewnoci. Panna, pilnujca Graala. Dziewczyna znad
Renu, co? Z Wagnera, co? - Zachichota.
Z trudem mogem uwierzy, e mam oto przed sob ludzi, ktrzy w tak wielkim
stopniu wpynli na histori mojego wiata. Wydao mi si oczywiste, e wszyscy w jakim
stopniu podlegaj dziaaniu narkotykw. Zachowywali si niczym gupiutkie dzieci.
Powinienem zrozumie, e w naturze takich osobnikw ley infantylno, ukryta w gbi
serca. Jedynie dzieci wierz, e uda im si zdoby ogromn wadz, wadz nad wiatem, nie
pacc za to adnej ceny. Za cen t czsto bywa utrata rozsdku u tego, kto owej wadzy
poda. W jakim sensie ci osobnicy byli nawet bardziej groteskowi i bardziej przypominali
karykatury ludzi, ktrymi niegdy byli, ni nieszczsne istoty, ktre moglimy zobaczy w
Chaosie. Czy zdawali sobie z tego spraw? I czy uwiadomienie sobie tego doprowadzi ich do
jeszcze gbszego szalestwa?
- Tak - oznajmi Hitler, z ktrego promieniowao mieszne przekonanie o wanoci
wasnej osoby. - Reskie Dziewice, Walkirie, Wotan wreszcie. Ten kielich symbolizuje
jedynie ich obecno.
Ta absurdalna debata trwaa jeszcze chwil. Jak sdz, nie podali wcale tej wizji.
Odprawiali rytuay w celu wzmocnienia wasnej woli, aby upewni si co do susznoci
swego postpowania. Ta krypta w podziemiach norymberskiego zamku, ich stroje, piewy,
miay jedynie rozwia ich wahania, chcieli dziki temu uwierzy w swoje mistyczne
przeznaczenie.
Nagle olnia mnie myl, e Graal moe wcale nie pojawi si w odpowiedzi na
wezwanie doktora Goebbelsa. Moe zjawi si tutaj, poniewa my tu bylimy, lub te,
konkretniej,
poniewa by tutaj von Bek. Spojrzaem na przyjaciela. Jego twarz promieniaa, gdy
przypatrywa si Graalowi. Zapewne przedtem nie zdawa sobie sprawy z tego, jak bardzo
jego los jest z nim zwizany, mimo e zna przecie rodzinne legendy.
Hitler postpi do przodu, a jego dziwna, drobna twarz bya zadziwiajco powana,
gdy wyciga drce donie w stron Graala. Blask bijcy z pucharu nadawa jego skrze
znami przeraajcej bladoci i sprawia, e caa posta wygldaa na chor. Nie mogem
uwierzy, e taki degenerat by w stanie choby spojrze na Graala, nie mwic nawet o jego
dotkniciu.
Szponiaste palce, na ktrych ciya krew milionw ludzi, wycigny si w stron
piewajcego przepiknie kielicha. Jego oczy arzyy si, byszczc niczym lnice kamienie,
wilgotne usta rozszerzyy si, a twarz wykrzywia w niesamowitym grymasie.
- Zdajcie sobie spraw, przyjaciele, e to jest poszukiwane przez nas rdo energii. To
potga, ktra pozwoli nam pokona kadego nieprzyjaciela. ydzi myl si, jak zwykle,
zwracajc si - celem zbudowania bomby atomowej - w niewaciwym kierunku. My
znalelimy ten sposb tutaj, w Norymberdze. Znalelimy go w samym sercu naszej
duchowej twierdzy! Oto energia, mogca zniszczy cay glob - albo te zbudowa go na nowo
- w ksztacie, jakiego zadamy! Jake marne jest to, co nazywane bywa nauk! My mamy
co daleko potniejszego! Mamy nasz Wiar. Mamy Si, znacznie wiksz ni Rozum.
Mamy mdro, przekraczajc zwyk wiedz. Mamy Graala, ktry jest Kielichem
Nieograniczonej Potgi!
Jego donie przypominay teraz czarne szpony, wycigajce si ku czystemu wiatu,
jakim promieniowa kielich - jakby mia zamiar ograbi ten cudowny przedmiot z jego
walorw, o ktrych nie miaem nawet myle.
Teraz jednak Puchar zaczai piewa goniej. By to prawie pisk, wyraajcy jakby
przeraenie zamiarami Hitlera. Melodia staa si jednym dononym znakiem ostrzeenia.
Mimo tego dyktator zdecydowa si pochwyci domi puchar. Jego palce zetkny si z
byszczc, zot powierzchni.
Pisk Adolfa Hitlera zabrzmia goniej ni pisk pucharu. Cofn si. Zaszlocha.
Spojrza na swoje palce. Byy poczerniae,
jakby skra na nich zostaa wypalona do koci. Po chwili, niczym mae dziecko
woy palce do ust i usiad nagle na posadzce staroytnej groty.
Goebbels wzdrygn si. Wycign do w stron pucharu, ale nieco ostroniej. Raz
jeszcze Graal ostrzegawczo zagwizda. Goering wycofywa si, osaniajc twarz ramieniem i
krzycza:
- Nie, nie! Nie jestem twoim wrogiem! Joseph Goebbels odezwa si pojednawczo:
- Nie chcielimy pogwaci nietykalnoci tego przedmiotu. Pragnlimy jedynie
skorzysta z jego wiedzy.
By przestraszony. Rozglda si w poszukiwaniu drogi ucieczki jakby nagle
zatrwoy si tym, co sam przypadkowo powoa do ycia. Tymczasem jego wadca siedzia
wci na posadzce ssc palce i przypatrujc si uwanie Graalowi, a od czasu do czasu
mruczc co pod nosem.
Bojc si, e puchar moe znikn rwnie szybko, jak si pojawi, rzuciem si
naprzd, aby go pochwyci. Zorientowaem si, e jestem przez nich widziany w blasku, jaki
panowa w izbie. Pierwszy zauway mnie Hitler i przypatrywa mi si uwanie, osaniajc
doni oczy. Zdecydowaem si na zabranie pucharu. Powiedziaem do von Beka:
- Pospiesz si, czowieku. Jestem przekonany, e tylko ty jeste w stanie pooy na
kielichu sw do. We go. To nasz klucz do Miecza Smoka. Bierz go, von Bek!
Trzej nazici zbliali si do nas, zapewne zafascynowani trzema ciemnymi postaciami,
ktre zauwayli. Chcieli upewni si, czy to, co widz, jest prawdziwe.
Alisaarda stana pomidzy nimi a Graalem, unoszc rk.
- Dalej ani kroku! - zawoaa. - Ten puchar nie naley do was. Jest nasz. Potrzebujemy
go, aby ocali Sze Sfer przed wadz Chaosu!
Staraa si przemawia rozsdnie, nie zdajc sobie sprawy, kim oni w istocie s.
Hermann Goering by przekonany, e wreszcie widzi swoj Resk Dziewic. Hitler
jednak przyglda si nam, potrzsajc gow, jakby chcia si pozby jakiej halucynacji.
Goebbels szczerzy si tylko w umiechu, zafascynowany chyba swym wasnym
szalestwem.
- Suchajcie! - zawoa Goering. - Czy poznajecie t mow? Ona uywa
staroniemieckiego jzyka! Przywoalimy cay Panteon!
Hitler przygryza doln warg, starajc si podj jak decyzj. Co chwila spoglda
to na nas, to znw na swoje palce i tak po kolei.
- Co mam zrobi? - zapyta wreszcie.
Alisaarda nie zrozumiaa go. Wskazaa na drzwi. - Idcie! Idcie! Ten kielich naley
do nas. To po niego tutaj przyszlimy
- Mog przysic, e to staroniemiecki - upiera si Goering. Byo jednak oczywiste, e
nie rozumia jej wcale lepiej ni ona jego. - Ona usiuje przekaza nam waciw decyzj. Ona
pokazuje. Ona pokazuje na Wschd!
- We ten puchar, czowieku - przynaglaem von Beka. Nie byem w stanie
przewidzie, co si wydarzy, jeli pozostaniemy tu duej. Nazici byli nieobliczalni. Jeli
wybiegn z tego pokoju i zamkn za sob drzwi, to znajdziemy si w puapce. Moliwe, e
umrzemy tutaj, nim zdecyduj si ponownie na otwarcie drzwi do tej izby.
Wreszcie von Bek zdecydowa si dziaa. Bardzo powoli wycign rce w stron
piknego kielicha, ten za ukry si w jego doniach jakby by tam zawsze. Dwiki stay si
jeszcze milsze, a blask sabszy. Natomiast zapach by nawet silniejszy. Twarz von Beka bya
rozwietlona wiatoci kielicha. Wyglda na bohaterskiego i czystego, jak prawdziwy
rycerz krla Artura, ktry swe ycie powici pogoni za Graalem.
Poprowadziem jego i Alisaard obok zdezorientowanych nazistw w kierunku drzwi
wyjciowych. Kielich wzilimy ze sob. Nie prbowali nawet nas zatrzyma, nie byli te
pewni, czy i za nami, czy pozosta.
Odezwaem si do nich tak, jak bym mwi do psa: - Zostacie tu! Tutaj!
Alisaarda uniosa rygiel u drzwi.
- Tak - bkn Goering. - Mamy znak, na ktry czekalimy.
- Ale przecie Graal - wtrci Hitler - ma by rdem naszej potgi...
- Jeszcze go znajdziemy - zapewni go Goebbels. Powiedzia to nieco niepewnym
tonem. Wydawao si, e ostatni rzecz, jakiej pragnby, byoby ponowne ujrzenie Graala
lub nas. Podwaylimy przemony, dziwny wpyw, jaki wywiera na swych nazistowskich
kompanw, a zwaszcza na swego wodza Hitlera. Spord caej trjki jedynie Goebbels by
zadowolony z naszego odejcia. Zamknlimy za sob drzwi. Zamknlibymy je na klucz,
gdybymy go mieli.
- Teraz - powiedziaem - musimy jak najspieszniej powrci do pokoju, z ktrego
przyszlimy tutaj. Przypuszczam, e to umoliwi nam powrt do Chaosu...
Von Bek wci trzyma oburcz puchar, idc jak w natchnieniu, z wyrazem skupienia i
napicia na twarzy.
Alisaarda przygldaa mu si zakochanymi oczyma, delikatnie podtrzymujc go za
rami. Kiedy teraz oficerowie SS natknli si na nas, natychmiast wycofywali si, olepieni
blaskiem kielicha. Bez przeszkd dotarlimy do naszej izby. Ujwszy za klamk otworzyem
drzwi wiodce do mrocznego wntrza. Wsunem si ostronie do rodka, za mn Alisaarda,
prowadzca za sob von Beka, ktrego wzrok bezustannie spoczywa na Graalu. Umiech
zachwytu bka si po jego przystojnej twarzy. Nie wiedzie czemu niepokoio mnie to.
Potem Alisaarda zamkna za nami drzwi, a izb wypeni blask, jaki emitowa kielich.
W tym wietle bylimy jedynie mrocznymi cieniami.
Ku swemu zdumieniu odkryem, e poza mn byy tu jeszcze trzy cienie!
Najmniejszy z nich przysun si do mnie bliej. Umiechn si szeroko i przywita
ze mn.
By to Garbaty Jermays. Nie mia ju na sobie bagiennego pancerza - ubrany by teraz
w strj bardziej rnobarwny.
- Widz, e zaznae ostatnio rzeczy, ktre s dla mnie chlebem powszednim -
powiedzia, kaniajc si. - Wiesz ju, czym jest moc i wiesz, co to znaczy by duchem!
Ucisnem jego do, wycignit w moim kierunku.
- Co tu robisz, Jermays? Czy przynosisz jakie wieci z Maaschanheem?
- Dziaam teraz w subie Prawa. Mam do przekazania wiadomo od Sepiriza -
odrzek. Twarz mu spochmurniaa.
- Tak, s take wieci z Maaschanheem. Wieci o klsce - doda powoli.
- Adelstane? - rzucia si do nas Alisaarda, odgarniajc wosy ze swojej piknej
twarzy. - Czy Adelstane upado?
- Jeszcze nie - powiedzia z powag karze - ale Maaschanheem jest podbijany w coraz
wikszym stopniu. Niedobitki take cigay do twierdzy Niedwiedzich Ksit. Obecnie
jednak Sharadim wysya w pocig za nimi nawet najwiksze kaduby, ktre przepywaj
pomidzy Filarami Raju! adna ze sfer nie jest wolna od groby inwazji. Kada jest
zaatakowana. Mieszkacy Rootsenheem s zniewoleni - maj do wyboru albo przysig na
wierno Chaosowi, albo mier. To samo ma miejsce w Fluugensheem i, co oczywiste, w
Draachenheem. Gheestenheem jest teraz pod okupacj wojsk Sharadim. Ludzie wszdzie s
pokonani. Eldreny i Niedwiedzi Ksita stawiaj opr, ale obawiam si, e nie bd ju w
stanie broni Adelstane zbyt dugo. Stamtd wanie przybywam. Pani Phalizarna, ksi
Morandi Pag i ksi Groapher Rolni przesyaj wam najlepsze yczenia, modl si za sukces
waszej wyprawy. Jeeli Sharadim lub jej kreatura dotr do Miecza Smoka przed wami, to ju
niedugo Chaos przebije si przez bram Adelstane i opanuje miasto. Co wicej, kobiety
eldreskie nie pocz si z reszt swojej rasy...
Wieci, jakie przywiz, przeraziy mnie.
- Czy wiesz co konkretnego na temat samej Sharadim i jej brata?
- Nic nie wiem, syszaem tylko, e udaa si do Chaosu wraz z nim, aby dokoczy
swoje sprawy...
- W takim razie my rwnie musimy uda si do Chaosu
- powiedziaem. - Mamy kielich, o ktrym mwi nam Sepi-riz. Teraz bdziemy
szuka rogatego konia. Ale czy moesz powiedzie nam, Jermays, jakim sposobem moemy
powrci do Chaosu?
- Przecie w nim jestecie - zdziwi si Jermays, po czym otworzy drzwi.
Ukazao si wiato dnia. W powietrzu unosi si bogaty, egzotyczny zapach, wida
byo wiee, ciemnozielone licie oraz szlak, wiodcy w gb czego, co przypominao
tropikalny las.
Kiedy przekroczylimy prg, opuszczajc izb, okazao si, e Jermays znik, zniky
te drzwi i wszelki lad po norymberskich lochach.
Dopiero wtedy von Bek ockn si, opuci kielich i zawoa z rozpacz:
- Zawiodem! Jak bardzo zawiodem! Och, dlaczego pozwolilicie mi stamtd odej!
- O co chodzi? - zawoaa zaskoczona Alisaarda. - Co ci si stao, kochany?
- Miaem okazj ich zabi, a nie zrobiem tego!
- Czy uwaasz, e mgby ich zabi w obecnoci tego kielicha? - zapytaem dodajc:
- Zreszt nie miae broni. Uspokoi si nieco.
- Ale to przecie bya moja jedyna okazja, aby ich zabi. Mogem ocali miliony
ludzkich istnie. Z pewnoci nie nadarzy mi si druga taka szansa!
- Osigne swoje cele - powiedziaem. - Osigne je jednak w sposb poredni,
zgodnie z zasadami Rwnowagi. Mog ci obieca, i oni sami siebie teraz zniszcz dziki
temu, co zaszo dzisiaj w krypcie. Wierz mi, von Bek, ich los jest teraz tak samo przesdzony,
jak los ich ofiar.
- Naprawd? - zastanawia si von Bek, spojrzawszy ponownie na kielich. Kielich nie
byszcza teraz, cho byo oczywiste, e jego potga wcale nie zmalaa.
- To prawda, przysigam.
- Nie wiedziaem, e posiadasz take zdolno przewidywania przyszoci, Herr
Daker.
- W tym wypadku mam. Oni nie przetrwaj zbyt dugo. Po jakim czasie wszyscy trzej
zgin mierci samobjcz, a ich tyrania si skoczy.
- Niemcy i wiat uwolni si od nich?
- wiat uwolni si od tego za, to mog ci obieca. Uwolni si od wszystkiego, co ma
z nimi zwizek, pozostanie jedynie pami o ich okruciestwie i barbarzystwie.
Odetchn gboko, spazmatycznie.
- Wierz ci. Zatem Sepiriz dotrzyma danego mi sowa?
- Dotrzyma, jak zawsze dotrzymuje - potwierdziem. - A przy tym zaspokoi zarwno
twoje pragnienie, jak i zrealizowa swoje cele. Wszelkie nasze dziaania s powizane, a nasze
przeznaczenia maj co wsplnego. Dziaanie, podjte w jednym z zaktkw Wielowiata,
moe w efekcie przynosi zmiany zupenie gdzie indziej, o tysice lat (jak zreszt mierzy ten
dystans?) std. Sepiriz bierze udzia w grze o Rwnowag. Sprawdza, reguluje, dokonuje
zmian, a wszystko to suy ma zachowaniu Rwnowagi. Nie jest jedynym takim sug. Poza
nim - wedle tego, co wiem - s jeszcze inni, ktrzy przemieszczaj si wrd miliardw
wiatw i cykli Wielowiata. Ostatecznie nikt z nas nie jest w stanie wyobrazi sobie caoci
tego systemu, ani wykry jego prawdziwego koca czy pocztku. S tu cykle wewntrz cykli,
schematy wewntrz schematw; by moe, jest to cao ograniczona, ale nam, miertelnym,
wydaje si nieskoczona. Wtpi, czy nawet Sepiriz ma peny obraz sytuacji. On tylko robi
to, co sprawia, e ani Prawo, ani Chaos nie osigaj zupenej przewagi.
- A co z Wadcami Grnych wiatw? - zapytaa Alisa-arda, ktra z pewnoci
orientowaa si w tych sprawach. - Czy oni ogarniaj cao?
- Wtpi - odrzekem. - Ich wizja jest z pewnoci w jakim sensie nawet bardziej
ograniczona ni nasza wasna. Bywa tak, e pionek widzi wicej ni krl czy krlowa, chyba
dlatego, e ma po prostu bliej.
Von Bek potrzsn gow i wymamrota cicho:
- Zastanawiam si, czy kiedykolwiek nadejdzie taki czas, e wszyscy ci bogowie,
boginie, czy pbogowie zaprzestan tej walki? e, na przykad, przestan istnie?
- Moliwe, e takie okresy zdarzaj si w okresie cyklicznych dziejw niezliczonych
wiatw - odrzekem. - To wszystko moe znale swj koniec, gdy Wadcy Grnych
wiatw i caa maszyneria kosmicznych tajemnic przestan istnie. I moe wanie dlatego
tak si boj zwykych miertelnikw. Sekret ich zagady, jak podejrzewam, zawarty jest
w nas, tyle, e my nie zdajemy sobie jeszcze sprawy z naszej potgi.
- A czy ty, Wieczny Wojowniku, domylasz si, jakiego to rodzaju potga moe by? -
spytaa Alisaarda. Umiechnem si.
- Jak sdz, tkwi w nas denie do stworzenia takiego wiata, w ktrym nie byoby
potrzeby istnienia wszystkiego, co nadnaturalne, a nawet byoby to zakazane!
W tym momencie dungla spitrzya si nagle, przeksztacajc si we wzburzony
ocean ciekego szka, ktry tylko jakim cudem nas nie pochon.
Von Bek zawy i upad, nie wypuszczajc z ucisku kielicha. Alisaarda uja go wp,
usiujc pomc mu wsta. Wia przeraliwie wyjcy wiatr. Zbliyem si do mych towarzyszy.
Von Bek sta ju na nogach.
- Uyj Actoriosa! - krzyknem do Alisaardy, ktra nadal opiekowaa si tym
kamieniem. - Znajd nasz ciek!
Kiedy signa do sakiewki, aby odszuka Actoriosa, Graal znowu zaczai piewa.
Melodia rnia si bardzo od tej, ktr syszelimy poprzednio. Bya spokojniejsza i cichsza,
mimo to jednak miaa wielk moc. Wzburzone, szkliste fale stopniowo uspokoiy si.
Gadkie, obsydianowe pagrki znieruchomiay. Midzy nimi ujrzelimy nasz ciek.
Wioda ku piaszczystej play.
Trzymajc przed sob kielich, von Bek prowadzi nas ku temu brzegowi. Wioda nas
sia, jak si domylam, o wiele potniejsza od Actoriosa. Sia porzdku i rwnowagi, zdolna
wywiera olbrzymi wpyw na otoczenie. Przysza mi do gowy myl, e wikszo tego, co
mnie spotkao dotychczas, byo zaaranowane przez Sepiriza i jemu podobnych. Ju
wczeniej zorientowaem si, e von Bek jest zwizany z Graalem na podobnej zasadzie, jak
ja z Mieczem. Von Bek potrzebny by do odnalezienia tego kielicha, teraz za przynis go
tutaj, do tego wiata, w poblie miejsca, zwanego Pocztkiem wiata. Czy mogo to mie
jakie znaczenie?
Dotarlimy wreszcie do brzegu. Powyej znajdoway si poronite traw wydmy,
przesaniajce horyzont. Wdrapalimy si na jedn z nich, aby stamtd rozejrze si po
cigncej si
bez koca rwninie. Istna nieskoczono trawiastych pagrkw, upstrzonych
gdzieniegdzie dzikimi kwiatami. Na prno byoby szuka choby drzewa czy grskiego
szczytu, amicego t jednostajno. Wok nas unosia si przyjemna wo. Gdy si
obrcilimy, spostrzeglimy, e szklany ocean gdzie znikn. Rwnie w tamtym kierunku
wida byo jedynie falist rwnin!
Spostrzegem zbliajcego si do nas czowieka. Brn powoli poprzez wysokie trawy.
Lekki wietrzyk porusza jego odzieniem w kolorach srebra i czerni. Przez uamek sekundy
mylaem, e to moe Hitler lub jeden z jego fagasw dotar za nami a do tego wiata. Po
chwili rozpoznaem jednak szpakowate wosy i patriarchalne oblicze. By to arcyksi
Balarizaaf. Kiedy tylko zauwayem go, stan i unis do w gecie powitania.
- Jeli pozwolicie, miertelni, to nie podejd do was bliej. Przedmiot, ktry ze sob
macie, jest dla mnie bardzo szkodliwy! - Umiechn si, jakby z samego siebie. -. Musz te
przyzna, e nie odpowiada mi obecno tego przedmiotu w mojej Sferze. Jeeli zechcecie
mnie wysucha, dobijemy targu.
- Nie targuj si z Chaosem - powiedziaem. - Chyba sam to rozumiesz? Odchrzkn.
- Och, Wojowniku, jak sabo znasz sw wasn natur. Byway ju takie czasy i
nadejd inne, kiedy bdziesz lojalny tylko wobec Chaosu...
Nie daem si zbi z tropu. Powiedziaem stanowczo:
- No c, arcyksi, mog ci zapewni, e w chwili obecnej nie poczuwam si do
podobnej lojalnoci. Sam decyduj o sobie, najlepiej jak potrafi.
- Zawsze taki bye, Wojowniku, niezalenie od tego, ktrej stronie suye. To jest,
jak podejrzewam, tajemnica twej dugowiecznoci. Uwierz mi, naprawd ci podziwiam... -
Odchrzkn, jakby zapa si na nieuprzejmoci. - Szanuj to, co mwisz, Wojowniku.
Chciabym ci jednak ofiarowa szans na zmian przeznaczenia caego cyklu dziejowego oraz
twego wasnego przeznaczenia, na ocalenie przed mczarnia-
mi, jakich ju zapewne zaznae. Zapewniam ci, e jeli bdziesz postpowa tak jak
dotychczas, to spotka ci znowu bl i wyrzuty sumienia.
- Powiedziano mi, e zaznam wreszcie nieco spokoju, e bd mia moliwo
poczy si znowu z Ermizhad - odparem stanowczo. Odrzucaem jego argumenty, mimo
ich pozornego rozsdku i konkretnoci.
- To byaby tylko przerwa. Zacznij suy mnie, a otrzymasz niemal wszystko, czego
zapragniesz. I to natychmiast.
- Ermizhad?
- Kogo tak podobnego do niej, e zapomnisz o jakiejkolwiek rnicy. Kogo jeszcze
pikniejszego. Kogo, kto bdzie ci wielbi tak bardzo, jak jeszcze aden mczyzna nie by
wielbiony.
Ku jego zdumieniu rozemiaem si w gos.
- Jeste naprawd Wadc Chaosu, arcyksi Balarizaa-fie. Masz wielk wyobrani.
Jeste przekonany, e celem wszystkich miertelnikw jest osignicie tej samej wadzy, jak
ty dysponujesz. Kochaem konkretn osob w caej jej zoonoci. Zrozumiaem to jeszcze
lepiej, odkd zapoznaem si ze zudami, jakie narzuca ludzkiemu umysowi ten wiat. Jeli
nie mog mie tej, ktr kocham, to nie chc substytutw. C dla mnie moe znaczy
uwielbienie takiej istoty? Kocham Ermizhad dla niej samej. Moj wyobrani cieszy nie to, e
byaby mi posuszna, lecz to, e istnieje. Nie mam udziau w powoaniu jej do ycia, lecz po
prostu czcz jej istnienie. I zawsze bd j czci, nawet jeli nie bdzie mi dane si z ni
poczy. A jeeli cho na krtki czas bd mg si z ni spotka, samo to bdzie ju
wystarczajcym usprawiedliwieniem dla przebytych cierpie. Sam wykazae, arcyksi,
czym naprawd jest Chaos, co jest wart i podae przyczyny, dla ktrych z nim wanie
walcz!
Balarizaaf wzruszy ramionami, traktujc moje sowa z humorem.
- Moe w takim razie jest jeszcze co, co mgbym ci ofiarowa? Ze swej strony
prosz ci tylko o jedno - aby unis Miecz Smoka w moim imieniu. Eldrenyskie s prawie
wykoczone. Sharadim i Flamadin wadaj wszystkimi szecioma
Sferami Koa. Jeli pomoesz mi w tej jednej, maej sprawie, abym mg zjednoczy
ten niewielki fragment Wielowiata pod moim wadaniem, zrobi wszystko, co bd mg,
aby przywrci ci twoj Ermizhad. Gra jest ju skoczona, Wojowniku. My wygralimy. C
wicej moesz zrobi? Masz teraz okazj zadba o siebie. Nie chcesz chyba zosta ju na
zawsze gupcem Fortuny?
Pokusa bya wielka i zaczynaem ju si waha, gdy spojrzaem na zdesperowan
twarz Alisaardy. Podjem przecie t walk z lojalnoci wobec Eldrenw. Jeeli teraz j
odrzuc, podwa tym samym moje prawo do poczenia si z kobiet, ktr kocham.
Potrzsnem wic przeczco gow, zwracajc si zarazem do hrabiego Ulricha von Beka.
- Przyjacielu, czy byby tak dobry zbliy nieco kielich do arcyksicia, aby mg go
sobie lepiej obejrze?
Z piskiem, z dzikim, straszliwym krzykiem przeraenia, tak rnym od sodkiego tonu
poprzednich jego wypowiedzi, arcy-ksi Balarizaaf cofn si, a jego wygld zaczai
zmienia si w miar, jak zblia si do niego von Bek z kielichem. Jego ciao wydawao si
wrze, przywierajc do koci i zmieniajc ustawicznie sw posta. W przecigu kilku chwil
ukaza nam tysice rozmaitych twarzy, z ktrych tylko nieliczne przypominay od biedy
twarze ludzkie.
Wreszcie znik cakowicie.
Opadem na kolana, drc i szlochajc. Dopiero teraz zdaem sobie spraw, czemu si
przeciwstawiem, jak bardzo kusiy mnie jego propozycje i obietnice. Caa moja sia usza ze
mnie.
Przyjaciele pomogli mi wsta.
Chodny wiatr szumia wrd traw i wydawao mi si, e nie jest on wytworem
Chaosu. By to, zapewne czasowy, ale jednak efekt wpywu Graala. Zaimponowaa mi raz
jeszcze potga tego kielicha, ktry porzdkowa otoczenie nawet tu, w samym sercu Chaosu!
Alisaarda zwrcia si do mnie cichym gosem.
- On jest tutaj - powiedziaa. - Rogaty ko tu jest. Z uniesion gow ko stpa powoli
w naszym kierunku. Zara, jakby na powitanie. By to zwierz o barwie ciaa cza-
sem srebrnej, czasem za zotej. Z czoa wyrasta mu jeden rg. Podobnie jak Graal,
przypomina mi wtki znanej ziemskiej mitologii. Alisaarda umiechaa si, patrzc z
przyjemnoci na zwierz, ktre podeszo bliej, obwchujc jej rk.
Za naszymi plecami rozleg si gos. By nam znany, nie by to jednak gos arcyksicia
Balarizaafa.
- Teraz ja zabior puchar - usyszelimy. Sta tam Sepiriz. W jego oczach byo co, co
sugerowao, e cierpi. Wycign sw wielk, czarn rk do von Beka.
- Prosz o puchar. Von Bek opiera si.
- On naley do mnie - odrzek.
Sepiriz, jak rzadko kiedy, da si ponie zoci.
- Ten puchar nie jest niczyj - burkn. - Sam jest swoim panem. Sam jest wacicielem
potgi. Wszyscy, ktrzy usiuj wej w jego posiadanie, s przearci pragnieniami i
zachannoci. Nie spodziewaem si tego po tobie, hrabio von Bek!
Skonfudowany von Bek opuci gow.
- Wybacz mi. Herr Daker powiedzia, e to ty umoliwie mi zapocztkowanie
samozniszczenia nazistw.
- To prawda. Ich przeznaczenie jest teraz nieuniknione dziki waszym odwanym
czynom, jak te dziki temu, co wydarzyo si, gdy szukalicie Graala. Mog ci zapewni,
von Bek, e zrobie bardzo wiele dla swojego narodu.
Z westchnieniem ulgi von Bek wrczy Sepirizowi Graala.
- Dzikuj ci, panie. A wic to, czego pragnem, spenio si.
- Tak. Jeli tego pragniesz, moesz powrci do swego wiata i do swych czasw. Nie
masz ju wobec mnie adnych zobowiza.
Von Bek spojrza jednak czule na Alisaard i umiechn si do mnie.
- Sdz, e powinienem zosta i doczeka koca tej sprawy, czy si uda, czy te nie.
Mam zamiar by wiadkiem, jak skoczy si ta cz twej gry, lordzie Sepiriz.
Sepiriz wydawa si by zadowolony, syszc jego sowa, cho w jego oczach nadal
widoczna bya jaka tajemna obawa.
- Musicie i za tym koniem - powiedzia. - Doprowadzi was do Miecza Smoka. Siy
za dysponuj teraz jeszcze wiksz potg. Nie upynie wiele czasu, nim wszystkie Sfery
Koa zostan cakowicie opanowane, stajc si upem Chaosu. Ten wiat jest w miar stabilny,
jeli zrwnowaone jest jego otoczenie. Jeli tak nie bdzie, zapanuje kompletny chaos. Bd
si dziay tak przeraajce obrzydliwoci, e te tutaj, w Sferze Nocnych Zmor, oka si
wobec nich niczym. Nic nie przetrwa w swej poprzedniej formie, wy za pozostaniecie tu na
zawsze jak w puapce. Bdziecie zaleni od kaprysw Bala-rizaafa, tysickrotnie
potniejszego ni obecnie!
Przerwa na chwil, nabierajc powietrza. - Czy nadal wolisz tu pozosta, hrabio von
Bek?
- Oczywicie - odpar mj przyjaciel ze specyficzn dla siebie, arystokratyczn
powag. - Niewielu jest na wiecie Niemcw, ktrzy rozumiej natur dobra i za i wiedz, na
czym polega ich obowizek!
- Niech tak bdzie - powiedzia Sepiriz. Okry kielich poami swego odzienia i znik.
Nie wiedzc, co robi, gdy przybdziemy na miejsce, ruszylimy za jednorocem.
Wpyw Graala stawa si coraz sabszy. Trawa najpierw przybraa szczegln, t barw,
potem zabarwia si na pomaraczowo, a w kocu na czerwono.
Jednoroec brn teraz przez rozlege jezioro krwi.
Zanurzeni po pas, drc z przeraenia, szlimy za nim.
Byo tak, jakbymy brnli przez krew tych wszystkich, ktrzy zginli gdzie daleko
std, suc perwersyjnemu deniu Sharadim do niemiertelnej potgi.
Straszliwe jezioro rozlewao si we wszystkich kierunkach, wypeniajc cay
horyzont. Poza nami oraz prowadzcym nas jednorocem, nie byo tu nikogo, a cay Chaos
wydawa si bezludny.
Z jakiego powodu nie mogem pozby si myli, e brodzimy we krwi niezliczonych
pomordowanych dusz. Po chwili wydao mi si, e nie musiaa to by krew przelana przez
Sharadim czy Wadcw Chaosu. Rwnie dobrze moga to by krew, ktr rozlaem ja -
Wieczny Wojownik. Przecie wymordowaem ca ludzko. Byem odpowiedzialny za
mier wielu ludzi, zabijaem ich, przybierajc tak rozmaite postacie. Pomylaem, e nawet
to jezioro jest jedynie niewielk czci przelanej przeze mnie krwi.
Moi przyjaciele objli si znowu jak kochankowie. Wyprzedziem ich nieco, idc
wci za jednorocem. Wpatrywaem si w powierzchni czerwonej cieczy. Zobaczyem moj
twarz jako Johna Dakera, jako Erekose, jako Urlika Skarsola, jako Clena z Cie Gar. A wiatr,
wiejcy nad jeziorem, wraz ze swym chodnym powiewem przynosi take sowa.
- Ty jeste Elryk, ktrego nazywali Zabjc Kobiet. Elryk, ktry zdradzil sw ras,
podobnie jak zdradzi j Erekose. Ty jeste Corum, zabity przez kobiet z rasy Mabdenw,
ktr kochae. Czy pamitasz Zarozini? Przypomnij sobie Medhbh. Przypomnij sobie
wszystkich, ktrych zdradzie i tych, ktrzy zdradzili ciebie. Przypomnij sobie wszystkie
bitwy, w ktrych walczye. Przypomnij sobie hrabiego Brassa i Yiseld. Jeste Wiecznym
Wojownikiem, ktrego przeznaczeniem po wsze czasy jest bra udzia we wszystkich
wojnach ludzkoci, we wszystkich wojnach Eldrenw, niezalenie od tego, czy s one
sprawiedliwe, czy te nie. Jake pozbawione sensu s twoje czyny! Szlachetny staje si
niegodziwcem. Czysty staje si zbrukanym. Wszystko wok jest podatne. Wszystko si
zmienia. Nic nie pozostaje niezmienne w rozgrywce midzy Czowiekiem a Bogami. Ty za
pokonujesz bezkresy wiecznoci, przemieszczasz si
midzy rnymi poziomami egzystencji, pozwalasz na to, e stae si pionkiem w
bezcelowej, kosmicznej grze...
- Nie - powiedziaem sam do siebie - w tym co jest. Musz odby pokut, aby
rozproszy wyrzuty sumienia. Musz znale odkupienie. Moe w ten sposb zaznam
spokoju. Wwczas, by moe, odnajd moj Ermizhad? Potrzebuj troch wolnoci...
- Ty jeste Ghardas Yalabasian. Zdobywca Odlegych Soc, ktry nikogo nie
potrzebuje...
- Jestem Wiecznym Wojownikiem, zwizanym kosmicznymi wizami i zmuszonym
do speniania niedokonanych obowizkw!
- Jeste Mv Okom Sebpt ORilsy, Wadca Armat z Qui Lors. Ty jeste Alivale, ty
jeste Artos. Ty jeste Dorian, Jere-miah, Asuiol, Goldberg, Franik...
Lista imion cigna si bez koca, jedno za drugim, a kade z nich brzmiao w moich
uszach niczym dzwon, dudnio niczym bben, dwiczao jak bro wojenna. Or, ociekajcy
strumieniami krwi. Milion twarzy osaczyo mnie. Milion zamordowanych istot.
- Ty jeste Wiecznym Wojownikiem, skazanym na nieustann walk bez odpoczynku.
Ta bitwa nie bdzie miaa koca. Prawo i Chaos to nieugici przeciwnicy. Zgoda midzy nimi
nigdy nie nastpi. Rwnowaga da od ciebie zbyt wiele, Wojowniku. W jej subie stracisz
siy...
- Nie mam wyboru. Takie jest wanie moje przeznaczenie. A przecie kady z nas
musi si podda swemu przeznaczeniu. Nie moe by adnego wyboru. Nie ma wyboru...
- Moesz wybra stron, po ktrej chcesz walczy. Moesz zbuntowa si przeciw
swemu przeznaczeniu. Moesz je odrzuci.
- Ale nie mog go zmieni. Jestem Wiecznym Wojownikiem i nie mam adnego
innego przeznaczenia poza tym wanie, nie mam innego ycia poza tym yciem, nie zaznam
innego blu poza tym blem. Och, Ermizhad, moja Ermizhad...
Rytm moich wlokcych si stp by taki sam jak wibrujcych w mojej gowie sw.
Mwiem teraz gono:
- Jestem Wiecznym Wojownikiem, ktrego ciga Kosmiczny Los. Jestem Wiecznym
Wojownikiem, a moje przeznacze-
nie jest ju okrelone. Jest nim wojna i mier. Moim przeznaczeniem jest strach...
To mj gos wymawia te sowa. To mj gos pyta mnie i odpowiada. Z moich oczu
pyny zy, ale wytarem je. Wci szedem. Wci brnem przez upiorne jezioro krwi.
Poczuem nagle na ramieniu czyj do. Strzsnem j.
- Jestem Wiecznym Wojownikiem. Nie mam adnego innego ycia poza takim
wanie. Nie mam sposobu, aby zmieni to, co mnie czeka. Jestem Wojownikiem. Jestem
bohaterem tysicy wiatw, a mimo to nie mam adnego, swojego wasnego imienia...
- Daker! Daker, czowieku! Co z tob si dzieje? Co ty tam mamroczesz? - rozleg si
gos von Beka, odlegy, peen afektacji.
- ciga mnie moje przeznaczenie. Jestem jedynie zabawk w rkach losu. Wadca
Chaosu mia w tym wzgldzie racj. Ja jednak nie osabem. Nie bd suy jego sprawie.
Jestem Wiecznym Wojownikiem. Moja skrucha jest zupena, moja wina jest wielka, a moje
przeznaczenie ju jest okrelone...
- Daker! We si w gar!
Ja jednak pochonity byem i zagubiony w maniakalnych rozmylaniach na temat
siebie samego. Nie mogem myle o niczym innym, jak o straszliwej ironii mojego
pooenia. W Szeciu Sferach byem oto pbogiem, legendarnym bohaterem Wielowiata,
szlachetnym mitem dla milionw. Tymczasem jedyne, czego zaznaem, to smutek i
przeraenie.
- Na Boga, czowieku, ty kompletnie zwariujesz! Suchaj mnie! Bez ciebie Alisaarda i
ja jestemy bezapelacyjnie zgubieni. Nie mamy sposobu dowiedzie si, gdzie jestemy i co
mamy robi. Jednoroec prowadzi nas do miecza. Tylko ty z nas trojga moesz ten miecz
podnie, tak jak tylko ja mogem podnie Graala!
Wojenne bbny nadal dudniy w mojej gowie. Mj umys wypeniony by brzkiem
metalu, a serce przearte melancholi rozczulao si nad straszliwym losem.
Znowu wdar si w to wszystko gos von Beka.
- Pamitaj, kim jeste, czowieku! Pamitaj, co masz tutaj zrobi! Herr Daker!
Widziaem przed sob jedynie krew, krew bya take za mn, krew otaczaa mnie
zewszd.
- Herr Daker! John!
- Jestem Erekose, ktry wymordowa ras ludzk. Jestem Urlik Skarsol, ktry walczy
z Belphigiem. Jestem Elryk z Mel-nibone i bd jeszcze wieloma innymi...
- Nie, czowieku! Pamitaj, kim naprawd jeste. Sam mi to wszystko swego czasu
opowiadae. By niegdy taki czas, gdy nie miae pojcia, e jeste Wojownikiem. Czy to
by dla ciebie pocztek ycia? Dlaczego nadal nazywany jeste Joh-nem Dakerem? To bya
twoja pierwsza tosamo. Zanim zostae wezwany, zanim zostae Wojownikiem.
- Ach, jake wiele cykli w dziejach Wielowiata mino od tamtej pory!
- Johnie Daker, zbierz swoje siy. Dla dobra naszej wsplnej sprawy! - woa von Bek,
ale jego gos dochodzi do mnie nadal z oddalenia.
- Ty jeste Wojownikiem, ktry dziery Czarny Miecz. Ty jeste Wojownikiem,
Bohaterem Tysica Mil...
Krew chlupotaa na wysokoci piersi. Nie wiedzie czemu osuwaem si coraz gbiej
i gbiej na dno. Ju niemal tonem we krwi, ktr sam przelaem.
- Herr Daker! Wr do nas! Wr do samego siebie!
Nie mogem ju by pewien adnej swej tosamoci. Tyle ich ju miaem. Czy one
wszystkie byy takie same? Jakie ndzne i niespenione byo moje ycie, spdzone na walce.
Nigdy nie zamierzaem walczy. Nie dotknem nigdy miecza, dopki krl Rigenos nie
przywoa mnie, jako Obrocy Ludzkoci...
Krew sigaa mi ju do podbrdka. Umiechnem si. Czemu miabym si
przejmowa? To tylko spenienie.
Znowu rozleg si zimny, cichy gos: - Johnie Daker, to bdzie twoja jedyna
prawdziwa zdrada, jeli zdradzisz sw tosamo. Wcielenie, w ktrym jeste sob samym -
brzmia gos von Beka. Wzruszyem ramionami.
- Zginiesz - doda - nie z powodu swych ludzkich saboci, ale dlatego, e posiadasz
nieludzk si. Zapomnij o tym, e bye Wiecznym Wojownikiem. Pamitaj o swej
miertelnoci!
Krew dotara mi do ust. Zaczem si mia.
- Popatrz! Ton w bardzo konkretnej postaci mojej winy!
- W takim razie jeste gupcem, Herr Daker. Popenilimy bd, ufajc ci jako
przyjacielowi. Podobnie jak eldreskie kobiety. Podobnie jak Niedwiedzi Ksita. Podobnie
jak Er-mizhad, ktra gupio wierzya ci jako ukochanemu. Ona kochaa Johna Dakera, nie
Erekose, ktry jest jedynie potwornym narzdziem Fortuny...
Krew zalaa mi usta. Zaczynaem j wypluwa. Podniosem si na kolana, ciko
dyszc. Poziom jeziora, jak si okazao, wcale si nie podnis. To tylko ja upadem. Stanem
wyprostowany, wpatrujc si przez chwil bezmylnie w von Beka i Alisaard. Trzymali mnie
oboje i potrzsali mn.
- Jeste Johnem Dakerem - usyszaem znw gos. - To John Daker by kochany przez
Ermizhad, a nie ten niezmordowany szermierz!
Odkaszlnem. Nadal nie rozumiaem go zbyt dobrze. Dopiero po chwili dotar do
mnie sens jego sw. A gdy to si stao, zaczem si zastanawia, czy mwi prawd.
- Ermizhad kochaa Erekose - powiedziaem.
- Moga ci tak nazywa, bo takie imi da ci krl Rigenos. Ale ten, kogo naprawd
kochaa, to John Daker, zwyky, skromny miertelnik, ktry zapany zosta w sie nienawici i
przeraajcego przeznaczenia. Nie moesz zmieni tego, co przeye, ale moesz zmieni to,
czym si stae, Johnie Daker! Czy nie widzisz tego? Moesz zmieni to, czym si stae!
Wydao mi si, e s to najmdrzejsze sowa, jakie mi si zdarzyo sysze w yciu.
Otarem ciecz ze swojej twarzy. To wcale nie bya krew. Strzsnem krople z oczu i rk.
Jednoroec zatrzyma si, czekajc na nas cierpliwie. Zrozumiaem, e raz jeszcze
utraciem poczucie rzeczywistoci. Tym razem jednak byo jasne, e w jaki sposb
zagubiem pewn cz mojej wasnej osobowoci pord moich kosmicznych przygd. Jako
John Daker nie byem zadowolony z mojego ycia, a wiat wydawa mi si szary i bezbarwny.
By jednak w pewnym sensie bogatszy ni cay ten dziki, fantastyczny cig wiatw, jakie
potem odwiedziem...
Pochyliem si, aby ucisn von Beka. Umiechnem si do niego.
- Dzikuj, przyjacielu. Jeste najlepszym koleg, jakiego kiedykolwiek miaem...
On take si umiechn. Caa nasza trjka staa tak porodku szkaratnego jeziora,
obejmujc si nawzajem, podczas gdy niebo nad nami zaczo wrze i kipie, po czym stao
si rwnie czerwone jak wody jeziora.
Po chwili zdawao si nam, e krwawy ocean powsta, aby spotka si z opadajcym
niebem, tworzc jednolit, potn cian z byszczcego, purpurowego krysztau.
Rozgldalimy si za jednorocem, ale przepad bez ladu. Przed nami nie byo nic,
poza strom, szkaratn skaln cian. Nagle przypomniaem sobie wizj, jak mielimy u
Mo-randi Paga. A przypatrujc si skalnej cianie zauwayem zatopiony w niej niczym owad
w bursztynowej bryle zielono-cza-rny miecz, w ktrym migota may, ty punkt.
- Tam jest - powiedziaem. - Oto Miecz Smoka!
Moi przyjaciele milczeli.
Dopiero po chwili zorientowaem si, e caa ciecz w jeziorze zastyga. Nasze stopy
byy tak samo zatopione w krystalicznej skale jak miecz. Bylimy w puapce.
Usyszaem stukot kopyt. Skaa, w ktrej uwizione byy moje nogi, draa pod
zbliajcymi si komi. Z trudem wykrcajc ciao, obejrzaem si przez rami.
Zbliay si dwie postacie, jadce na identycznych koniach. Konie byy czarne i
byszczce. Obie postacie odziane byy w barwne, paradne stroje, odpowiednio dobrane,
podobnie jak miecze i proporce. Jednym z jedcw bya Sharadim, Wadczyni Szeciu Sfer.
Drugim jej martwy brat, Flamadin, ktry chcia posi moj dusz.
U podstawy wielkiej, czerwonej skay pojawi si arcyksi Balarizaaf. Znowu mia
posta statycznego patrycjusza i czeka ze skrzyowanymi ramionami. Umiecha si. Zbyt
mn gardzi, aby na mnie spojrze. Miast tego zawoa w kierunku Sharadim i Flamadina:
- Witajcie, moi sodcy sudzy. Dotrzymaem danej wam obietnicy. Tu oto widzicie trzy
mae kawaki cierwa, przykle-
jone niczym muchy do lepu. Moecie z nimi zrobi, co tylko zechcecie!
Flamadin odrzuci sw wychud, szar gow do tyu i zacz si dononie mia.
miech ten by jeszcze bardziej pozbawiony ycia ni wtedy, gdy syszaem go po raz
pierwszy, przy krawdzi wulkanu w Rootsenheem.
- Nareszcie! Znowu bd kompletny. Nauczyem si ju by mdrym. Nauczyem si,
e nie warto suy adnemu innemu panu poza Chaosem!
Pilnie szukaem cho cienia inteligencji na jego nieszczsnej, martwej twarzy. Nie
znalazem nic.
Miaem jednak wraenie, e przypatruj si wasnym rysom. Flamadin mia by jakby
parodi, majc przypomnie mi, czym byem jako Wieczny Wojownik, albo raczej czym
mogem si sta.
Zrobio mi si al tej nieszczsnej istoty, zarazem jednak bardzo si baem.
Oboje zwolnili bieg swych koni, powoli zbliajc si do nas. Sharadim spojrzaa na
Alisaard i umiechna si sztucznie.
- Czy ju syszaa, moja droga? Eldreskie kobiety usunite zostay ze swojej Sfery.
Pochoway si jak szczury w zakamarkach siedziby starych niedwiedzi!
Alisaarda wytrzymaa jej spojrzenie.
- T wiadomo znam ju od twego lokaja, Armiada. Kiedy go ostatnio widziaam,
przypomina jeszcze bardziej wini, ktr w istocie jest. Czyby i na twojej twarzy, pani,
miay si pojawi podobne zmiany? Jak wiele czasu musi upyn, nim twoje powinowactwo
z Chaosem wyjdzie na jaw?
Sharadim rzucia jej wcieke spojrzenie i przyspieszya bieg konia. Von Bek
umiechn si do Alisaardy. Jej cios by rzeczywicie celny. Nic nie powiedzia, ignorujc
oboje jedcw najlepiej jak potrafi. Sharadim prychna i podjechaa do mnie.
- Witaj, Wojowniku! - powiedziaa. - C to za zudny wiat! Ale teraz zaznasz rzeczy
najlepszych, jakie mog si zdarzy. Udawae mego brata, Flamadina. Czy wiesz, e w
Szeciu Sferach, pord tych nielicznych, ktrych nie udao si dotd zabi lub pochwyci,
kursuje legenda, e Flamadin,
ten dawny Flamadin z bani, powrci, aby pomc im w walce przeciwko mnie?
Flamadin jednak stanowi teraz jedno ze sw siostr. Wzilimy lub. Czy syszae?
Wadamy wsplnie, na rwnych prawach.
Umiechna si. By to umiech straszny i zy.
Postanowiem j ignorowa jak von Bek.
Podjechaa do krystalicznej ciany, przyldajc si jej uwanie. Oblizaa wargi.
- Ten Miecz ju wkrtce bdzie nasz - powiedziaa. - Czy miaby ochot uj go w
rce, bracie?
- Moje rce - powiedzia Flamadin. Jego oczy pozbawione byy wyrazu. Bezmylnie
spoglda ku grze. - Moje dwie rce.
- On jest godny - powiedziaa z udanym wspczuciem Sharadim. - Odczuwa gd
posiadania swej duszy, jak widzicie. Brak mu duszy. - Po czym jadowicie spojrzaa mi prosto
w oczy. Poczuem, jakby z jej okrutnym spojrzeniem wbijay mi si w renice niezliczone
ostrza noy. Zmusiem si jednak z trudem, aby patrze na ni. Pomylaem:
- Jestem John Daker. Urodziem si w Londynie, w roku 1941, podczas nalotu. Moja
matka miaa na imi Helena, a mj ojciec Paul. Nie mam braci ani sistr. Poszedem do
szkoy...
Nie mogem sobie jednak przypomnie, gdzie po raz pierwszy chodziem do szkoy.
Prbowaem zmusi si do mylenia. Zobaczyem bia, podmiejsk drog. O ile pamitam,
po Blit-zu przenielimy si do poudniowego Londynu. Do Norwo-od, czy tak? Ale szkoa?
Jakie imi nosia ta szkoa?
Sharadim bya zdeprymowana. Zrozumiaa zapewne, e byem myl daleko od
rzeczywistoci. Moe obawiaa si, e mam jak ukryt si, jaki sposb ucieczki.
Powiedziaa:
- Jak sdz, nie wolno nam marnowa wicej czasu, lordzie Balarizaafie.
- Twoja kreatura - odrzek - powinna otrzyma dusz Wojownika, choby na krtk
chwil. Jeli to si nie powiedzie, musisz dotrzyma danego mi sowa i osobicie wzi
miecz. Taki by nasz ukad.
- A co z twoimi zobowizaniami, panie, czy ich dotrzymasz? - spytaa. Przez chwil
miaa nieco wadzy nad tym bogiem za.
- No c, zostaniesz przyjta do Panteonu Chaosu. Zostaniesz jedn z tych, ktrzy
wadaj Mieczem. Zastpisz kogo, kto skazany zosta na banicj.
Balarizaaf spojrza na mnie jakby z alem, e nie przyjem jego oferty. Byo jasne, e
wolaby widzie mnie jako swego sojusznika.
- Jeste potnym wrogiem - powiedzia w zamyleniu - pod kad postaci. Czy
pamitasz, lordzie Corumie, jak walczye przeciwko moim braciom i siostrom? Czy
pamitasz sw wielk Wojn przeciwko Bogom?
Nie byem Corumem. Byem Johnem Dakerem. Odrzuciem wszystkie inne wcielenia.
- Zapomniae mojego imienia, panie - powiedziaem. - Nazywam si John Daker.
Wzruszy ramionami.
- Co za rnica, jakie imi sobie wybierzesz, Wojowniku? Mgby wada wiatem
pod ktrymkolwiek ze swych bardzo licznych imion.
- Mam tylko jedno - odparem.
Zaczai si zastanawia. Sharadim rwnie nie moga zrozumie, co mogem mie na
myli. Dziki moim ostatnim dowiadczeniom i pomocy przyjaci, mogem mwi teraz sam
za siebie. Musz uwaa siebie za pojedyncz osob oraz za zwykego miertelnika.
Domylaem si, e w tym wanie tkwi klucz do ocalenia mojego i tych, ktrych kochaem.
Spojrzaem w oczy Balarizaafa i zobaczyem w nich przepastn otcha. Potem zwrciem
spojrzenie ku Sharadim i zauwayem w jej twarzy t sam pustk, co u Wadcy Chaosu.
Biedna, blada twarz Flamadina bya niczym wobec tego, co zobaczyem w ich twarzach.
- Nie zaprzeczysz, jak sdz, e jeste Wiecznym Wojownikiem - zauwaya
ironicznie Sharadim. - Bo wiemy, e jeste.
- Ja jestem tylko Johnem Dakerem - odrzekem.
- To jest John Daker - wtrci von Bek. - Z Londynu. To miasto w Anglii. Nie potrafi,
niestety, okreli, jaka to
cz Wielowiata. Moe ty bdziesz umiaa to zrobi, Shara-dim?
Wspomaga mnie i byem mu za to wdziczny.
- To bezsensowna strata czasu - ucia Sharadim, zeskakujc z konia. - Flamadin jest
godny. Potem musi wzi Miecz i zada uderzenie, ktre pozwoli Chaosowi rozprzestrzeni
si na wszystkie Sze Sfer!
- Nie powinna zwleka, moja pani - powiedzia zimno von Bek - cho z drugiej
strony czonkowie twej wity powinni take to zobaczy. O ile pamitam, obiecywaa swym
dostojnikom prawdziwy spektakl...
- To bydo! - Sharadim zrobia pogardliwy gest. Umiechna si, zwracajc si do
Alisaardy. - Okazali si nieuyteczni. Rzuciam ich przeciwko Adelstane. Tam mog by
szczliwi, szarujc na mury. Ju wkrtce ci, ktrzy si za nimi ukrywaj wraz z twymi
rodaczkami, zaznaj niewesoego koca! No, Flamadinie, mj kochany, martwy bracie. Zejd
z konia. Czy pamitasz, co masz zrobi?
- Pamitam.
Wpatrywaem si w niego uporczywie, on za zsiad z konia i zaczai i w moim
kierunku, powczc nogami. Spostrzegem, e Alisaarda podaa co von Bekowi, ktry sta
bliej mnie. Sharadim nie zauwaya tego. Caa jej uwaga skupiona bya na martwym ciele
brata, ktrego sama zamordowaa. Kiedy by ju blisko mnie, poczuem bijcy od niego
zapach zgnilizny. Czy wanie w takim ciele miaa si znale moja dusza?
Uczuem dotyk rki von Beka. Otworzyem do i pochwyciem to, co mi poda.
Ogrzao mnie pulsujce ciepo Actorio-sa. To bya nasza jedyna obrona przed magi tego
wiata.
Martwe palce Flamadina sigay teraz ku mojej twarzy. Uniosem ramiona, aby si
zasoni, wci nie mogc wyzwoli ng zakutych w litej skale. Usta Flamadina
wykrzywione byy w specyficzny sposb, przypominajcy bardziej miertelny grymas ni
wyraz uczucia. Jego oddech by wstrtny i cuchncy.
- Daj mi swoj dusz, Wojowniku. Musz si ni naje, a wtedy stan si znowu
caoci...
Nie mylc wiele, uniosem Actoriosa i ugodziem nim w na wp zbutwiae czoo.
Kamie wbi si w ciao niczym rozarzony grot. Poczuem zapach spalenizny. Flamadin sta
tam gdzie by, wydajc z siebie zdawiony oddech. Na gowie, w miejscu, w ktre uderzy
Actorios, wida byo wypalone znami.
- Co to jest? Co to jest? - zapiszcza sfrustrowanym, zowrbnym tonem Balarizaaf. -
Nie ma czasu na zwok. Nie teraz! Pospiesz si. Zrb wreszcie to, co masz zrobi!
Flamadin ponownie wycign ramiona w moj stron. Przygotowywaem si ju do
zadania drugiego ciosu, gdy przyszo mi do gowy co innego. cisnem Actoriosa i
narysowaem koo wok moich stp, ryjc nim w czerwonej, krystalicznej skale.
- Nie! - krzykna Sharadim. - Ach, on ma Actoriosa! Nie wiedziaam o tym!
Skaa wok moich stp zacza falowa i bulgota, wydzielajc row par.
Uwolniem nogi i stanem na twardej, skalnej powoce. Rzuciem Actoriosa von Bekowi,
polecajc mu, aby zrobi to samo co ja, sam za zaczem biec w stron purpurowej ciany. Za
mn czapa Flamadin. Sharadim krzyczaa:
- Lordzie Balarizaafie! Zatrzymaj go! On dotrze do miecza! Balarizaaf odpar
roztropnie:
- Nie dbam o to, ktre z was dotrze do miecza, aby tylko by uniesiony w mojej
sprawie.
Z jego strony nie grozio mi wic niebezpieczestwo. Czyby bya to puapka
zastawiona na mnie przez Wadc Chaosu? Obrciem si. Moi przyjaciele biegli za mn,
Flamadin by jednak znacznie bliej. Jego drapiene palce znowu wycigay si w stron
mojej twarzy.
- Musz si nasyci - powiedzia. - Musz mie twoj dusz. Nic innego mnie nie
nakarmi.
Tym razem nie miaem z sob Actoriosa. Prbowaem go odpycha, ale z kadym
dotkniciem czuem, jakby co ze mnie uciekao, przepywajc do jego ciaa. Usiowaem
oderwa si od niego, lecz nie miaem drogi ucieczki, byem bowiem tu przy krystalicznej
cianie.
- Wojownik! - zawoa podliwie Flamadin. Jego oczy zaczynay nabiera pozorw
ycia. - Wojownik. Bohater. Bd znowu bohaterem... Bd mia to, co mi si susznie
naley...
Walczyem zaciekle, ale moja energia odpywaa wci do jego ciaa. Dotarli do nas
moi przyjaciele. Usiowali go oderwa, ale przywar do mnie niczym pijawka. Usyszaem
miech Sharadim. Wtem Alisaarda wbia Actoriosa w gardo Flamadina. Rykn przeraliwie i
zakaszla, usiujc j odepchn. Wydawao mi si, e ar Actoriosa parzy mj wasny kark.
Byem przeraony daleko posunit symbioz, ktrej wanie dowiadczaem. Szlochaem,
usiujc si uwolni.
Zmartwiae ciao Flamadina janiao teraz moim yciem. Moje spojrzenie zasnuwaa
mga. Co chwil zaczynaem widzie samego siebie oczyma Flamadina.
- Jestem John Daker! - krzyczaem. - Jestem John Da-ker!
Tymi sowami usiowaem zmusi samego siebie do odzyskania tosamoci.
Spanikowana Alisaarda uya jednak znowu Actoriosa. Moje ciao znowu pono.
W kocu upadem na ziemi kompletnie wyczerpany. Przyjaciele usiowali odcign
mnie od istot z Chaosu, ja jednak bagaem ich, by zatrzymali Flamadina. By ju bardzo
blisko miejsca, w ktrym znajdowa si zatopiony w skale miecz. Widziaem, jak cal za calem
wchaniany by przez ska, a cakowicie w ni wnikn. Czuem, e ja take przenikam
przez purpurow ska. Widziaem moj rk sigajc po rkoje wielkiego, czarno-
zielonego miecza z pokryt runicznymi znakami kling, ktr przenika ty pomie.
Patrzc oczyma Johna Dakera, zobaczyem umiech Balari-zaafa. By zadowolony z
tego, co zaszo i nie zamierza interweniowa.
Sharadim jednak bya nieco zdezorientowana. Nie moga okreli, jak wiele mojego
wntrza zostao wchonite przez mego sobowtra. Mj wasny punkt widzenia podlega
ustawicznym zmianom. Raz byem Flamadinem, sigajcym po rkoje wielkiego miecza, to
znowu Johnem Dakerem, ktremu przyjaciele udzielali pomocy, dziko rozgldajcym si
wok
za jakkolwiek drog ucieczki lub choby za jakim orem. Wci mielimy
Actoriosa. Byem przekonany, e dopki mamy ten kamie, to ani Balarizaaf, ani Sharadim
nie bd skorzy do tego, aby si do nas zbliy.
Flamadin przemierza powoli wntrze skay. Moje ciao przeszywa intensywny bl.
Bez przerwy mamrotaem, e jestem Johnem Dakerem i tylko Johnem Dakerem. Tymczasem
moje zgrabiae palce sigay po miecz dowodzc, e byem te Flamadinem. Jknem.
Chciao mi si wymiotowa. W mojej gowie dudni jaki szept, ktry - jak przypuszczam -
by dusz Flamadina, walczc o ycie. Byo to echo sw, jakie paday podczas sprzeczki
poprzedzajcej zapewne zamordowanie go przez Sharadim.
- Miecz moe wyleczy zo u samego rda... Miecz moe przywrci harmoni...
Miecz to szlachetna bro... Ale nie w zych rkach... Miecz uyty do obrony jest w istocie
dobry...
- Nie! - krzyknem, zwracajc si do tego, co pozostao z prawdziwego Flamadina. -
To oszustwo! Miecz jest tylko mieczem. Miecz, Flamadinie, jest tylko mieczem, niczym
wicej! Dotknij go, ksi Flamadinie z Yaladek, a bdziesz po wsze czasy potpiony...
Usyszaem ponaglajcy krzyk Sharadim. Oczyma Johna Dakera widziaem, jak
postpia o krok bliej do skalnej ciany. Donie Flamadina spoczyway niemal na rkojeci
miecza.
We wntrzu tego upiornego ciaa walczyem o powstrzymanie rk. Miaem jednak
przeciwko sobie si zdesperowanej woli. Flamadin opanowany by przez dz ycia, dz
otrzymania obiecanej nagrody.
Wok mnie janiao czerwone wiato. Wszdzie widziaem okruchy, kawaki ska,
odbyski promieni. Mgbym tu zobaczy tysice moich odbi. Zrobio mi si sabo.
- Jestem Johnem Dakerem - jknem. - Jestem tylko Johnem Dakerem...
Flamadin dotkn Miecza, ktry jkn leciutko, jakby poznajc go. Obj rkoje.
Miecz nie broni si. Dotyk miecza nie sprawia Flamadinowi blu. Teraz byem niemal
prawdziwym Flamadinem, przejtym swoj potg, t przedziwn wersj ycia, jak ja
osignem niegdy.
Uniosem Miecz. Pokazaem go tym, ktrzy przygldali mi si przez krysztaow
cian.
Jako John Daker umieraem powoli, a resztki mojej duszy zaczy miesza si z dusz
Flamadina.
Walczyem sam ze sob. Skowyczaem i skamlaem, wycigajc rk po Actoriosa,
ktrego nadal trzymaa Alisa-arda.
- Jestem Johnem Dakerem. To jest moja rzeczywisto.
Te same donie, ktre przed chwil ujmoway Miecz, teraz chwytay Actoriosa.
Usyszaem pisk. To by mj gos. Gos Flamadina. Gos Johna Dakera. Byem nimi oboma
rwnoczenie. Zostaem rozdarty na dwoje.
Teraz John Daker uczyni potny zryw, aby wreszcie wyzwoli sw dusz z ciaa
Flamadina. Przypominaem sobie moje dziecistwo, moj pierwsz prac, moje wakacje.
Wynajmowalimy w Somerset kryt som chat, tu nad brzegiem morza. W ktrym to byo
roku?
Flamadin nieco osab. Jego punkt widzenia zamazywa si, podczas gdy John Daker
widzia coraz lepiej. Przywoujc to, co ludzkie i odrzucajc rol bohatera, miaem nadziej
wyzwoli si z przygniatajcego mnie ciaru. A uwalniajc siebie, mogem, by moe,
pomc take innym.
Pewny byem, e John Daker wygrywa t walk, gdy wczya si do niej Sharadim, a
nawet Balarizaaf. Usyszaem ich gosy, ponaglajce Flamadina, aby uy Miecza, aby zrobi
to, co przyrzek uczyni.
Zaczem z nimi walczy. Ale jego rami zgio si. Nawet wtedy prbowaem go
zatrzyma. Jego rami posuno si jednak do przodu, a Miecz Smoka wrzyna si w
krystaliczn cian. On wyrbywa sobie drog do Chaosu!
Jknem, miotajc si w swej bezradnoci - jako John Daker. Zabrawszy moj dusz
Flamadinowi, teraz wolabym, aby tam pozostaa, tak abym mg wpywa na jego
postpowanie i zatrzyma go.
Miecz Smoka unis si raz jeszcze. Raz jeszcze uderzy w skaln cian. Rozbyso
rowe wiato. We wszystkie strony rozbiegy si promienie. W otworze wyrbanym przez
Miecz Smoka ujrzaem ciemno. A za t ciemnoci kry si
inny wiat. wiat, w ktrym migny mi byszczce, biae wiee. Znany mi wiat.
Bardzo dokadnie to zaplanowali! Brama do Chaosu miaa by zarazem bram do
wielkiej jaskini Adelstane, gdzie stacjonuje armia Sharadim, oblegajca ostatnich obrocw
Szeciu Sfer!
Wydaem z siebie krzyk przeraenia. Usyszaem miech Sharadim. Obrciem si
jako John Daker, aby zobaczy Bala-rizaafa, jak ronie na podwjn wysoko swego ciaa, a
na jego obliczu maluje si wyraz najwyszej satysfakcji i triumfu.
- On wyrbuje drog do Adelstane! - zawoaem do przyjaci. - Musimy go
zatrzyma!
Cokolwiek kierowao teraz Flamadinem, nie bya to z pewnoci moja dusza.
Odzyskaem j ju w zupenoci. Wraz z powjotem mojej siy spostrzegem, e skaa znowu
staje si pynna i rozmywa si, za owo niesamowite promieniowanie zaczyna si ju
przedostawa do gigantycznej groty.
Niewiele mylc, ruszyem w pogo za Flamadinem, majc wci nadziej go
zatrzyma. On jednak znik za zakrtem wyrbanego przez siebie przejcia. Widziaem, e
zmierza w kierunku, w ktrym na podou jaskini rozbiy swoje obozowiska wojska
Sharadim. Byy tutaj namioty i kamienne chaty, gdzieniegdzie za ogromne kaduby z
Maaschanheem, skierowane do walki przeciw Adelstane.
Alisaarda i von Bek biegli wraz ze mn po kamiennych stopniach na dno jaskini.
Flamadin krzycza co w stron wojownikw, spord ktrych wielu byo ju nadgryzionych
zbem Chaosu. Mieli spaczone, zwierzce rysy, jakie widziaem u Ar-miada i jego ludzi.
- Za Chaos! Za Chaos! - krzycza Flamadin. - Powrciem! Teraz poprowadz was
przeciw waszym wrogom. Wreszcie zaznamy smaku zwycistwa!
Byem w stanie uwierzy, e to sam Miecz kieruje postpowaniem Flamadina!
Armia bya oszoomiona i zaskoczona szkaratn powiat, niespodziewanie
wlewajc si do groty. Sharadim i Balarizaaf jeszcze tu nie dotarli. Wiedziaem, e ju
wkrtce wejcie poszerzy si na tyle, i cay Chaos tu wtargnie, e delikatny
Barganheem, a potem wszystkie Sze Sfer zostan zajte. Nie byem w stanie nic na
to poradzi.
- PRZESZLIMY! OCH, PRZESZLIMY!
By to gos Sharadim, ktry rozleg si za moimi plecami. Znw wsiada na swego
czarnego rumaka i wycigna wasny miecz. Jechaa za nami.
Flamadin, poruszajc si niezgrabnie niczym strach na wrble, zmierza w kierunku
najbliszego kaduba. Z okrtu wydobywa si okropny smrd. Dym, sczcy si z jego
kominw by jeszcze bardziej cuchncy ni kiedykolwiek przedtem.
Moj jedyn myl byo, aby dotrze do Flamadina wczeniej ni zdoa to uczyni
Sharadim, wyrwa Miecz z jego rki i potem prbowa zrobi, co tylko bdzie moliwe, dla
ocalenia tych, ktrzy jeszcze przeyli w Adelstane. Wiedziaem, e moi przyjaciele maj
identyczne zamiary. Razem bieglimy pod gr, w kierunku okrtu, mimo e zbierao si nam
na wymioty. Wszdzie wok nas rozlegay si bekoty, pochrz-kiwania, piski i wycia.
Potem, gdy przejedaa Sharadim byszczca purpurow wiatoci, rozlegay si gromkie
wiwaty.
Spojrzaem w kierunku Adelstane, otoczonego poncym krgiem, za ktrym wida
byo delikatne, koronkowe, biae wiee o niezwykej piknoci. Nie mog pozwoli na
zniszczenie tego, dopki bd y. Kiedy nasza trjka dotara do okrtu, spostrzeglimy na
gwnym pomocie Barona Kapitana Armiada, unoszcego swj miecz w gecie powitania
Flamadina. Przypadkowo lub te w zgodzie z przeznaczeniem, mielimy si znowu zjawi na
pokadzie Zmarszczonej Tarczy!
Tak bardzo byli pochonici swoim triumfem, e nie zauwayli nawet naszego wejcia
na pokad. Bylimy przeraeni fatalnym stanem okrtu. Nieliczni mieszkacy, jacy tu jeszcze
pozostali, byli z pewnoci przymuszani do brania udziau w tej wojennej pracy. Mczyni,
kobiety i dzieci - wszyscy byli w achmanach. Wygldali na wygodzonych i pobitych. Kilka
twarzy na nasz widok rozjanio si promykami nadziei.
Zamierzalimy ukry si w ktrym z domw. Niemal natychmiast przyczya si do
nas jaka wychudzona nieszcz-
nica, ktrej przybrudzona twarz wci zdradzaa lady modoci i urody.
- Wojowniku - powiedziaa - czy to ty? A kim s oni?
Bya to Bellanda, rozentuzjazmowana moda studentka, ktr spotkalimy niegdy po
raz pierwszy na pokadzie tego okrtu. Jej gos by chropawy, wygldaa na blisk mierci.
- Co z tob, Bellando? - szepna Alisaarda. Moda kobieta potrzsna gow.
- Nic szczeglnego. Od kiedy Armiad ogosi wojn przeciwko tym, ktrzy mu si
sprzeciwiali, zmuszani bylimy do cikiej pracy niemal bez odpoczynku. Wielu umaro. My
tutaj, na Zmarszczonej Tarczy, moemy si uwaa za szczliwych. Nadal nie mog poj,
jak to si mogo sta i jak nasz wiat ze wiata sprawiedliwoci sta si wiatem
zdominowanym przez tyrani...
- Kiedy ta plaga si skoczy - powiedzia z powag von Bek - cho tak szybko si
rozprzestrzenia, i trudno nad ni zapanowa. To samo zdarzyo si take w moim wiecie.
Jak wida, trzeba by zawsze czujnym!
Widziaem, jak Armiad prowadzi Flamadina do schodw wiodcych na gwny
pokad. Flamadin wci dziery Miecz Smoka nad gow, ukazujc go wszystkim obecnym.
Rozejrzawszy si po zakamarkach groty, spostrzegem jadc w kierunku statku Sharadim,
wzywajc gromko Flamadina, ten jednak ignorowa j. Wci przeywa swj wielki, nagy
triumf. Jego szkaradne, trupie rysy wykrzywione byy czym, co mona by nazwa parodi
radoci. Przeszed po gwnym pomocie i wspi si na takielunek gwnego masztu, aby
by widzianym przez wszystkich zgromadzonych.
Wiedziaem, e mam teraz kilka chwil czasu na to, aby dotrze do Flamadina
wczeniej, ni zdoa to uczyni jego siostra. Niewiele mylc, zaczem wspina si ku grze,
zamierzajc wykorzysta pltanin lin i erdzi, aby znale si jak najwyej, jak uczyniem to
ju przedtem. Powoli wspinaem si coraz wyej, ku gwnemu pokadowi.
Flamadin sta na podecie w taki sposb, aby mc unosi do gry miecz i pokazywa
go zebranym. Jego nieszczsne, wyniszczone ciao sprawiao wraenie, jakby miao lada
moment
odpa od koci. Jego gest, gdy unosi do gry miecz, by niemal patetyczny.
- Wasz bohater - zawoa swym martwym, pustym gosem - wanie powrci.
Mimo e przez cay czas pochonity byem uporczywym wspinaniem si, nie byem
w stanie opdzi si od myli, e jest on teraz czym w rodzaju parodii mnie samego, jako
Wiecznego Wojownika. Nie podobao mi si to. Wci wspinaem si, pniej za pezem po
rei, znajdujcej si ponad gowami zgromadzonych rycerzy. Cay czas wbijaem sobie w
gow, jaki byem jako John Daker. Zdaje si, e malowaem jakie obrazki i miaem studio z
widokiem na Tamiz.
Flamadin wyczu mnie, gdy zaczem opuszcza si ku niemu. Jego trupie oczy
spojrzay na mnie. Mia wygld przestraszonego dziecka, ktremu lada moment odbior
ulubion zabawk.
- Prosz - powiedzia cicho. - Pozostaw mi go jeszcze na chwil. Sharadim take tego
pragnie.
- Nie ma ju czasu - odrzekem.
Zeskoczyem tu za nim. Trzymajc za plecami Actoriosa, wycignem do po
Miecz Smoka. Wida byo byszczcy w jego klindze ty pomie, podwietlajcy runiczne
znaki.
- Prosz - baga Flamadin.
- W imi tego, czym niegdy bye, ksi Flamadinie, daj mi ten miecz - nalegaem.
Wykrzywi si z blu, czujc Actoriosa.
Usyszaem poniej jakie zamieszanie. By to Armiad.
- Jest ich dwch. Dwch takich samych! Ktry jest nasz?
Moja do zacisna si na jego nadgarstku. By teraz znacznie sabszy ni przedtem.
Sia Miecza nie napenia go. By moe to wanie Miecz zebra energi, swoj i Flamadina.
- Ten miecz nie jest zy - powiedzia. - Sharadim mi tak mwia. Moe by uyty po
stronie dobra...
- To miecz - odparem. - To bro. Zosta stworzony po to, by zabija.
Dziwny, pokraczny umiech pojawi si na jego obliczu. - Jake wic mgby czyni
dobro...
- Gdy zostanie zamany - powiedziaem i wykrciem mu do w nadgarstku.
Miecz Smoka upad na pokad.
Armiad i jego ludzie wspinali si ju po olinowaniu, wszyscy dobrze uzbrojeni.
Zapewne zrozumieli ju, co si dzieje. Zerknem w stron pieczary. Sharadim bya ju
niemal na pokadzie okrtu, a za ni sza jej armia. Flamadin wyda z siebie dziwne kanie
widzc, jak podnosz Miecz Smoka.
- Obiecaa mi odda moj dusz, jeeli tylko wznios ten miecz w imi Chaosu. Ale to
nie bya moja dusza, prawda?
- Nie - stwierdziem. - Moja. W tym wanie celu Sharadim utrzymywaa ci przy
yciu. Tym sposobem wanie oszukae Miecz Smoka.
- Czy mog ju umrze?
- Ju niedugo - obiecaem.
Obejrzaem si. Ludzie Armiada dotarli do platformy. Miecz Smoka dwicza
przejmujco, gdy oburcz ciskaem jego rkoje. Pomimo wszystkiego, czego dotd
dowiadczyem, zdecydowaem przyczy si do pieni miecza, wypeniony byem bowiem
cudown, dzik radoci.
Uniosem kling. Jednym ciciem odrbaem gowy dwom najbliszym napastnikom.
Ich bezgowe ciaa spady natychmiast w d, w kierunku niszego pokadu, strcajc po
drodze wielu innych, tworzc kbowisko miotajcych si koczyn i lejcej si krwi.
Trzymajc miecz w jednej doni, drug chwyciem za wiszc lin i z mocnego
odbicia wyldowaem za plecami przeciwnikw, tnc ich po drodze mieczem. Zeliznem si
na pokad tu obok Armiada, ktry zaczyna wspina si po takielunku jako jeden z ostatnich.
- Podobno chciae wyrwna ze mn rachunki - zawoaem, miejc si w gos.
Z przeraeniem popatrzy na miecz i na moj twarz. Wybekota co, rzucajc si w
kierunku masztu. Postpiem do przodu, wbijajc czubek Miecza Smoka w drewniany pokad.
- Jestem tutaj, Baronie Kapitanie. Rachunki rzecz wita, myl, e si z tym zgodzisz.
Z niechci, poruszajc swym wiskim pyskiem, powrci na pokad. Wszyscy jego
ludzie przygldali si nam teraz. Ich
zezwierzcone spojrzenia skupione byy na pokadzie niczym na scenie.
Nagle za moimi plecami rozleg si monstrualny ryk. Obejrzaem si przez lewe
rami. Purpurowe wiato janiao coraz jaskrawiej. Wejcie do tego wiata stale si
poszerzao. Zauwayem tam jakie poruszenie: wielkie, groteskowe postacie jechay tu na
jeszcze dziwniejszych od siebie rumakach. Potem ponownie spojrzaem na Armiada.
Z mieczem w doni, niechtnie zblia si do mnie. Wydawao mi si, e sysz co w
rodzaju skomlenia, wydobywajcego si z jego drcego pyska.
- Zabij ci szybko - obiecaem. - Ale zabi ci musz, mj panie.
I wtedy poczuem nagle, jak ogromny ciar lduje na moich plecach. Miecz Smoka
wylecia mi z rki, a ja sam rozcignem si jak dugi na pokadzie. Usiowaem powsta.
Usyszaem radosne parsknicie Armiada. Na karku poczuem jakie zimne usta. Poczuem
cuchnc wo.
Spojrzawszy ku grze zobaczyem Armiada i jego ludzi zgromadzonych nade mn.
Prbowaem sign po Miecz Smoka, ale kto kopn go dalej. Flamadin za, wci siedzcy
na moim grzbiecie, wycedzi przez swe przegnie usta:
- Teraz nasyc si znowu. A ty, Johnie Daker, zginiesz. Ja bd jedynym bohaterem
Szeciu Sfer.
Na rozkaz Flamadina Armiad i jego ludzie pochwycili mnie. Poruszajc si po
swojemu dziwnie, mj sobowtr podszed do Miecza Smoka i podnis go.
- Ten Miecz wypije twoj dusz - powiedzia - a przy tym doda mi si. Ja i Miecz
bdziemy jednoci. Niemiertelni i niezwycieni. Raz jeszcze wszystkie Sze Sfer bdzie
mnie podziwia!
Wydawao mi si, e skrzywi si, podnoszc miecz i e przyglda mi si niemal ze
wspczuciem. Nie byem w stanie poj, jakie mroczne i straszliwe zakamarki jego duszy
kieroway nim, jak wiele pozostao w nim sympatii dla dawnego wiata Sfer Koa. Jego
siostra bya w stanie powstrzyma proces rozkadu jego ciaa, teraz jednak rozkada si
niemal na naszych oczach. Wci mia nadziej na ycie. Nadziej na moje ycie.
Armiad odchrzkn z zadowoleniem. Jego lepkie donie chwyciy mnie teraz za
rami.
- Zabij go, ksi Flamadinie. Tak bardzo pragnem ujrze jego mier, od chwili,
gdy po raz pierwszy podszy si pod ciebie, ksi i spotwarzy mnie w oczach moich
kolegw kapitanw. Zabij go, panie!
Poznawaem jak przez mg stojcego z boku Mophera Go-rba, Stranika Skrzy
Armiada. Teraz jego nos wyduy si, a oczy zbliyy si bardziej do siebie tak, e
przypomina raczej psa ni czowieka. Jego donie zaciskay si bardzo mocno na moim
ramieniu. Gb obryzgan mia lin. On take z luboci wyczekiwa na moj mier.
Flamadin unis rami, a szpic Miecza Smoka znalaz si zaledwie o kilka cali od
mego serca. Potem, wydajc z siebie szloch, zamierzy si do cicia.
Pieczara rozbrzmiewaa haasem czynionym przez biegncych wojownikw,
skpanych w purpurowym wietle. Teraz jednak usyszaem jeden dwik wybijajcy si
ponad inne. Ostry, wyrany trzask. Flamadin westchn i zastyg w bezruchu. W jego czole
pojawia si ponca dziura. Sczy si z niej
szlam, ktry widocznie niegdy by krwi. Opuci Miecz Smoka. Obejrza si powoli
za siebie.
Sta tam von Bek, hrabia z Saksonii, z dymicym Walthe-rem PPK kalibru 0,38 cala w
doni.
Flamadin usiowa ruszy w kierunku nowego przeciwnika, wci trzymajc w
zacinitej doni Miecz Smoka. Upad jednak na pokad i resztki ycia opuciy go.
Armiad i jego ludzie nadal mnie trzymali. Mopher Gorb wydoby dugi n,
najpewniej po to, aby wbi mi go w gardo. Nim zdoa to uczyni - chrzkn dziwnie, a n
wypad mu z rki. Ukazaa si kolejna rana, tym razem w okolicy skroni Mophera Gorba.
Armiad puci moje rami. Pozostali czonkowie upiornej zaogi okrtu rozpierzchli
si. Jednak Alisaarda ruszya do przodu i byskawicznie chwyciwszy miecz Mophera Gorba,
gwatownymi pchniciami zaatakowaa Barona Kapitana. Armiad broni si zaciekle, ale nie
mia wielkich szans wobec jej zrcznoci i sprawnoci w posugiwaniu si broni. Ju po
chwili wbia ostrze prosto w jego nieludzkie serce, a potem przystpia do walki z innymi
przeciwnikami. Ja rwnie walczyem nie swoim mieczem. Po Miecz Smoka nie mogem
sign, poniewa zbyt wielu przeciwnikw odgradzao mnie od zwok Flamadina.
Walczyem jak tylko mogem najlepiej, usiujc tam dotrze. Von Bek take mia
miecz. Wreszcie bylimy razem i walczylimy razem.
- Jak widz, Bellanda przechowaa twj pistolet! - zawoaem do von Beka.
Umiechn si szeroko.
- Nie auj teraz, e go jej zostawiem! Ju byem pewny, e go wicej nie zobacz.
Niestety, byy tylko dwie kule.
- Za to zostay dobrze uyte - dodaem z wdzicznoci.
Nagle stwierdzilimy, e zewszd otaczaj nas trupy. Odraajca zaoga Armiada
zostaa pokonana. Gdzieniegdzie czogao si kilku rannych, usiujc uciec. Von Bek wyda z
siebie radosny okrzyk triumfu, ale zaguszy go okrzyk Bellandy. Sharadim dokonaa
niesamowitego skoku na grzbiecie swego ogiera i pdzia teraz po pokadzie. Kopyta koskie
niczym
bojowe bbny dudniy nad ciaem jej brata, trzymajcego wci w doni Miecz
Smoka.
Rzuciem si do biegu, starajc si dopa miecza wczeniej, ni zdoa uczyni to
Sharadim. Ona jednak byskawicznie zeskoczya z koskiego grzbietu i signa doni po
bro, zacinit w martwej doni brata.
Kiedy dotkna rkojeci, zasyczaa z blu. Nie byo jej wolno bra go do rki. Ca
si woli zmusia si do podniesienia miecza.
Uderzya mnie jej niewyobraalna uroda. Kiedy tak niosa Miecz Smoka w kierunku
konia, jakby niewiadoma, e kto moe j widzie, wydawaa mi si czym wicej ni
zwyk kobiet, bya bowiem pikniejsza od wszystkich, jakie kiedykolwiek widziaem. Bya
bogini, porwan przez dz wadzy.
Ruszyem za ni.
- Ksiniczko Sharadim! Nie wolno ci dwiga tego miecza! Stana przy swoim
rumaku. Obejrzaa si powoli, marszczc brwi z irytacj.
- Co takiego?
- On naley do mnie - powiedziaem. Powoli przechylia sw przeliczn gow w
bok. Przyjrzaa mi si uwanie.
- Co takiego? - powtrzya.
- Nie wolno ci dotyka Miecza Smoka. Tylko ja mam teraz prawo go dotkn.
Zacza wspina si na siodo.
Nie przyszo mi do gowy nic innego, jak tylko wydobycie Actoriosa i trzymanie go
przed sob. Jego pulsujce, wibrujce wiato owietlao moj do kolorem czarnym,
czerwonym i purpurowym.
- W imieniu Rwnowagi dam Miecza Smoka! - zawoaem.
Jej twarz zachmurzya si. Oczy byszczay. - Ju jeste martwy - powiedziaa powoli,
zgrzytajc zbami.
- Nie jestem. Oddaj mi Miecz Smoka.
- Zapracowaam sobie na ten miecz i wszystko, co jest z nim zwizane - powiedziaa,
blada z wciekoci. - Mam do niego prawo. Suyam Chaosowi. Oddaam Sze Sfer
lordowi Balarizaafowi, aby wada nimi wedle swego uznania. Lada chwila
spodziewa si moemy przybycia jego, oraz wszystkich jego podwadnych. Przez t bram,
ktr ja przecie stworzyam. Naley mi si nagroda. Zostan Wadczyni Miecza, bd
panowa nad wasnymi wiatami. Bd niemiertelna. A jako niemiertelna, zatrzymam ten
miecz jako symbol mojej wadzy.
- Umrzesz - powiedziaem bez ogrdek. - Balarizaaf ci zabije. Wadcy Chaosu nie
dotrzymuj nigdy swoich obietnic. To przecie wypywa z ich natury.
- Kamiesz, Wojowniku. Odejd ode mnie. Nie jeste mi ju potrzebny.
- Musisz odda mi ten miecz, Sharadim.
Actorios zapon silniejszym blaskiem. Czuem go w doni niczym ywy organizm.
Staem teraz blisko niej. Przycigna do siebie miecz. Wiedziaem, e kade miejsce
w jej ciele, ktre styka si z mieczem, przeszywa natychmiast dotkliwy bl, ona jednak
ignorowaa to wierzc, e w zamian stanie si niemierteln.
Widziaem may, ty pomie, ukryty wci w klindze miecza, podwietlajcy
runiczne znaki na ostrzu.
Actorios zaczai piewa. Jego gos by cichy, ale bardzo pikny. piewa do Miecza
Smoka.
I Miecz Smoka wymrucza odpowied. Pomruk stawa si coraz silniejszy i silniejszy,
dochodzc niemal do krzyku.
- Nie! Nie! Nie! - krzykna Sharadim. Jej skra take odbijaa wibrujce wiato. -
Popatrz! Popatrz, Wojowniku! Oto nadchodzi Chaos! Nadchodzi Chaos! - zamiaa si, po
czym machna mieczem, wytrcajc mi Actoriosa. Pochyliem si, aby go podnie, ale ona
bya szybsza. Uniosa miecz, jczc z blu, albowiem rkoje parzya jej do.
Miaa zamiar zniszczy Actoriosa.
Moj pierwsz, instynktown myl byo rzuci si do przodu i za wszelk cen ocali
go. Przypomniaem sobie jednak, co mwi Sepiriz i odstpiem. Umiechna si do mnie.
By to umiech wilka.
- Teraz rozumiesz, e w ten sposb mnie nie pokonasz - powiedziaa.
Z niewiarygodn si opucia ostrze miecza, uderzajc dokadnie w sam rodek
pulsujcego kamienia, przypominajcego ywe serce.
Kiedy ostrze miecza zetkno si z Actoriosem, krzykna. By to okrzyk triumfu i
zwycistwa, ktry niemal momentalnie przeksztaci si w krzyk gniewu, a potem mki.
Actorios zosta zniszczony. Rozlecia si na kawaeczki, rozproszy w najrniejsze
strony.
A w kadym takim kawaeczku zamknity by wizerunek Sharadim!
Kady z odamkw Actoriosa unosi w niepami czstk Sharadim. Mylaa, e uda
jej si sta najwaniejsz z ludzi, tymczasem stao si tak, e zostaa zaklta w czstkach tego
przedziwnego kamienia. Staa tu wci, zamara w pozie, w jakiej niszczya Actoriosa. Bl na
jej twarzy stopniowo zmieni si w przeraenie. Zacza dre. Miecz Smoka jcza i wy w
jej doni. Jej ciao zdawao si wrze. Znika jej uderzajca uroda.
Von Bek, Bellanda i Alisaarda zbliali si do mnie, ja jednak daem im znak rk, aby
si zatrzymali.
- Tu nadal grozi wam niebezpieczestwo - krzyknem do nich. - Musicie i do
Adelstane. Powiedzcie Eldrenkom i Niedwiedzim Ksitom, co si tu stao. Przekacie im,
e powinni czeka i obserwowa.
- Ale przecie nadchodzi Chaos! - zawoaa Alisaarda. - Spjrz! - Spowite czerwon
powiat postacie byy wiksze od wszystkich poprzednich. Groteskowych jedcw wid
sam Balarizaaf. Wadcy Piekie przybywali, aby wzi w posiadanie swoje nowe krlestwo.
- Do Adelstane! Szybko! - zawoaem.
- Ale co ty zrobisz, Herr Daker? - zapyta von Bek z niepokojem w gosie.
- To, co musz. To, co stao si moim obowizkiem - odrzekem, majc nadziej, e
mnie waciwie zrozumie. Von Bek pochyli gow.
- Bdziemy oczekiwali na twoje pojawienie si w Adelstane - powiedzia. Byo jasne,
e wszyscy troje uwaali si ju niemal za martwych.
Wyrwa w kosmicznej tkaninie stale si poszerzaa, za czarni jedcy czekali
cierpliwie, a stanie si na tyle obszerna, eby mogli przez ni przejecha.
Stanem i uniosem Miecz Smoka. Wydawa z siebie ciche, sodkie dwiki, jakby
rozpoznajc swego pana.
Wszdzie wok miecza wiroway w powietrzu fragmenty roztrzaskanego Actoriosa,
niczym planety wok soca. W niektrych spord migajcych okruchw zauwayem
twarze Sharadim z zastygym na nich wyrazem przeraenia, jakie j ogarno, nim jej ciao si
rozpado.
Spojrzaem na jej zwoki, lece na ciele brata. Jedno z nich reprezentowao cae zo
tego wiata, drugie - jego dobro. Oboje zostali jednak pokonani przez dum, ambicj i
obietnic uzyskania niemiertelnoci.
Patrzyem jak von Bek, Alisaarda i Bellanda znikaj za burt okrtu. Obozy wojsk
Sharadim ogarno teraz zamieszanie. Widocznie oczekiwali na rozkazy. Bya pewna
nadzieja, e moim przyjacioom uda si niepostrzeenie dotrze do Adels-tane. Musz tam
dotrze. Wiedziaem, e nie byliby w stanie przey tego, co miao tu nastpi.
Uniosem miecz ku grze i zmusiem umys, aby by ulegy mojej woli.
Przypomniaem sobie, co opowiada Sepiriz i co poleci mj zrobi, gdy Actorios zostanie
rozbity: jak moc wezwa na pomoc. Syszaem - w zakamarkach mego umysu - ich piew.
Syszaem ich zdesperowane gosy, tak jak wielokro syszaem je podczas moich snw.
- Jestemy zgubieni, jestemy ostatni, jestemy okrutni. Jestemy Wojownikami Na
Krawdzi Czasu. Jestemy zmczeni. Jestemy zmczeni. Jestemy zmczeni mioci...
- UWALNIAM WAS WRESZCIE! WOJOWNICY, UWALNIAM WAS! WASZ
CZAS ZNOWU NADSZED. NA MOC MIECZA, NA ZNISZCZENIE ACTORIOSA, NA
WOL RWNOWAGI, NA POTRZEB LUDZKOCI, WZYWAM WAS. ZAGRAA
NAM CHAOS. CHAOS ZWYCIA. JESTECIE POTRZEBNI!
W dalekim kracu pieczary, ponad piknym, biaym miastem Adelstane, ujrzaem
klifow ska. Na niej zobaczyem kolumny mczyzn. Niektrzy siedzieli na koniach, inni
szli
pieszo. Wszyscy byli uzbrojeni. Wszyscy patrzyli w moj stron jakby w sennym
zamroczeniu.
- Jestemy szcztkami twoich iluzji. Resztkami twoich na dziei. Jestemy
Wojownikami Na Krawdzi Czasu...
- WOJOWNICY! WASZ CZAS NADSZED. MOECIE ZNOWU WALCZY.
JESZCZE JEDNA BITWA. JESZCZE JEDEN CYKL! PRZYBDCIE! CHAOS
NADJEDA PRZECIWKO NAM!
Rzuciem si do rumaka Sharadim, ktry dysza i parska nad zwokami swojej pani.
Nie stawia oporu, gdy wskoczyem na siodo. Raczej cieszy si z nowego jedca.
Skierowaem go w stron zejcia ze statku. W penym galopie przeskoczyem przez burt,
spadajc na skaliste podoa jaskini. onierze Sharadim zbiegli si do mnie gromadnie, okuci
w elazne zbroje, wiwatujc na moj cze. Uwaaem ich za wrogw. Przez moment byem
zdezorientowany now sytuacj, ale wnet zorientowaem si, e oni walcz tylko dla
Sharadim i Flamadi-na. Uznali mnie za brata Wadczyni i jej maonka! Oczekiwali, e
prowadz ich przeciwko Adelstane,w imi Chaosu.
Spojrzaem za siebie. Szkaratna, olbrzymia ju wyrwa, stawaa si wci coraz
szersza. Groteskowe, czarne postacie zbliay si.
Spojrzaem na Adelstane.
- Wojownicy! - zawoaem. - Do mnie, Wojownicy!
Wojownicy Na Krawdzi Czasu zbudzili si. Wylewali si teraz szerok mas z
grskiego szczytu Adelstane, niewidocznymi ciekami zbliajc si do mnie.
- Wojownicy! Wojownicy! Chaos nadciga.! Poczuem silny podmuch wiatru.
Purpurowego wiatru. Ogarn wszystkich wok.
- Wojownicy! Wojownicy Krawdzi! Do mnie! Do mnie!
Mj rumak zara dononie, stukajc kopytami. Parskn zadowolony, e ta chwila
nadesza, jakby y tylko po to, aby wzi udzia w tej bitwie. Miecz Smoka dwicza w mej
prawicy. piewa niebiasko i promieniowa ciemnym wiatem, ktre tylekro poprzednio
widywaem, pod tyloma rnymi postaciami. Nadal jednak wydawao mi si, e Miecz ma w
sobie co innego, nowego, co, czego przedtem nie znaem.
- Wojownicy! Do mnie!
Nadcigali tysicami. Odziani w rozmaite zbroje. Z najrniejsz broni, jak mona
byo wymyle. Maszerowali pieszo i jechali na koniach, a ich twarze janiay yciem, jakby -
podobnie jak rumak - yli tylko dla bitwy.
Poczuem, e take i ja nie yem nigdy peniej ni teraz, gdy wziem miecz do rki.
Byem Wiecznym Wojownikiem. Przewodziem ogromnym armiom. Mordowaem cae
narody i rasy. Byem kwintesencj krwawej walki. Nadawaem tej walce szlachetno, poezj,
uzasadnienia. Przydawaem jej bohaterstwa i godnoci...
Jaki gos we mnie domaga si jednak, aby bya to ostatnia moja walka. Byem
Johnem Dakerem. Nie miaem ochoty wicej zabija. Chciaem jedynie y, kocha i zazna
pokoju.
Wojownicy z Krawdzi Czasu formowali wok mnie szyki. Powycigali z pochew
or najrozmaitszego autoramentu. Byli poruszeni, krzyczeli gono. Radowali si.
Zastanawiaem si, czy kady z nich by niegdy taki jak ja. Czy byli wszystkimi wcieleniami
bohaterskich rycerzy? Wszystkimi wcieleniami samego Wiecznego Wojownika? Z ca
pewnoci wikszo spord ich twarzy bya mi dziwnie znajoma, tak znajoma, e nie
miaem odwagi spojrze im w oczy.
onierze ksiniczki Sharadim byli zupenie zdezorientowani. Wojownicy z
Krawdzi Czasu patrzyli na nich twardym, stanowczym spojrzeniem ludzi, ktrzy przywykli
do zabijania, czekali jednak na moje rozkazy.
Jeden z generaw Sharadim zbliy si do mnie, jadc midzy swymi wojskami.
Wyglda piknie w swoim ciemnobki-tnym pancerzu, szpiczastym hemie z piropuszem i
czarn, gst brod.
- Panie mj i Wadco! Obiecae nam sojusznikw. Czy ju przybyli? - Jego oblicze
skpane byo w purpurowej wiatoci. - Czy Chaos przybdzie nam z pomoc, abymy mogli
zniszczy miasto? Czy to znak dla nas?
Zaczerpnem tchu, wac zarazem miecz w doniach.
- Oto twj znak - powiedziaem, jednym ciciem miecza odcinajc mu gow, ktra
potoczya si ze stukotem po ziemi.
Nastpnie zwrciem si do armii, ktr Sharadim zgromadzia tutaj, aby podbi Sze
Sfer.
- Tam jest wasz wrg! Walczc z Chaosem macie cho niewielk szans na uratowanie
si. Jeli staniecie przeciwko nam, zginiecie!
Syszaem pltanin pyta, lecz zignorowaem j. Zwrciem mego czarnego rumaka
w stron poszerzajcej si, purpurowej wyrwy. Uniosem miecz, dajc znak tym, ktrzy
chcieli i za mn.
A potem ju w penym galopie poprowadziem szar przeciw Wadcom Chaosu!
Za moimi plecami rozleg si donony odgos. Potny krzyk, tak jednolity, e mgby
by uwaany za gos jednego czowieka. By to okrzyk wojenny Wojownikw z Krawdzi
Czasu. Bya w nim egzaltacja. Wrcili do ycia. Wrcili do jedynego ycia, jakie byo im
znane.
W purpurow wyrw wjechay ogromne, czarne postacie. Spostrzegem Balarizaafa w
pancerzu, okrywajcym cae ciao. Widziaem osobnika z gow jelenia, inny przypomina
tygrysa, a wielu pozostaych nie przypominao adnych stworze, jakie kiedykolwiek
chodziy czy pezay w jakimkolwiek z poznanych przeze mnie wiatw. Poprzedza ich
szczeglny zapach - zarazem przyjemny i straszny. Ciepy i zimny. By to zapach raczej
zwierzcy, cho mg by rwnie woni rolin. Czysta wo Chaosu, wo, jaka - wedle
legend - miaa by woni Piekie.
Na mj widok Balarizaaf osadzi konia. Mia surowy wygld, ale jego gos by
uprzejmy. Potrzsn sw potn gow, a gdy si odezwa, jego gos zadudni echem w
pieczarze.
- May miertelniku, gra skoczona. Gra jest skoczona, a Chaos zwyciy. Czy
nadal tego nie rozumiesz? Jed z nami. Jed z nami, a ja zaspokoj twe pragnienia. Dam ci
istoty, ktre bd ci towarzyszami. Pozwol ci pozosta ywym.
- Musisz powrci do Chaosu - odrzekem. - Tam jest twoje miejsce i tobie
podobnych. Nie masz tu nic do roboty, arcyksi Balarizaafie. A ta, ktra wchodzia z tob w
umowy, ju nie yje.
- Nie yje? - nie mg uwierzy Balarizaaf. - Czy ty j zabie?
- Sama zadaa sobie mier. Wszystkie postacie, ktrymi bya Sharadim i pod ktrymi
oszukiwaa tak wielu, s na wieczne czasy strcone w otchanie niepamici. To los
nieszczsny, ale zasuony. Nie ma komu ci wita, arcyksi. Jeli teraz wkroczysz do tego
wiata, okaesz nieposuszestwo Prawu Rwnowagi.
- Jeste tego pewny?
- Wiesz, e mwi prawd. Musiaby zosta wezwany; czy jest przejcie, czy te go
nie ma - niewane.
Arcyksi Balarizaaf odetchn chrapliwie. Przysun ogromn do do twarzy.
Podrapa si w nos.
- Jeeli jednak wkrocz, to kto mnie zatrzyma? Zaproszenie byo. miertelni wyrbali
to przejcie. Te wiaty nale do mnie.
- Mam armi - powiedziaem. - Mam te Miecz Smoka.
- Mwie co o Rwnowadze? To dobrze. Nie mog poj twojego rozumowania. I
przypuszczam, e nie odpowiada ono Rwnowadze. Jakie znaczenie moe mie dla mnie fakt,
- e zgromadzie armi? Zobacz, kogo ja tutaj przywiodem ze sob - powiedzia, wskazujc
monstrualn rk nie tylko swych wasali, pomniejszych ksit Chaosu, ale take i tych,
ktrzy nie przypominali wygldem ani ludzi, ani zwierzt. Trudno byo nawet okreli, kim
s. - To jest Chaos, Wojow-niczku. A to jeszcze nie wszyscy.
- Nie wolno ci wkroczy do naszego wiata - powiedziaem stanowczo. - wezwaem
Wojownikw z Krawdzi. I mam Miecz Smoka.
- Wci mi to powtarzasz. Czy mam ci pochwali? Jak powinienem na to
zareagowa? Ndzny miertelniku, jestem arcyksiciem Chaosu i zostaem wezwany przez
miertelnych, aby wada ich wiatem. To wszystko.
- W takim razie wyglda na to, e bdziemy musieli stoczy bitw - rzekem.
Umiechn si.
- Jeli upierasz si, aby to tak nazwa.
Uniosem Miecz Smoka. Raz jeszcze za moimi plecami rozleg si podobny do
grzmotu okrzyk.
Ruszyem na spotkanie Chaosu. Nie mogem uczyni nic wicej.
Zostaa ju tylko bitwa.
Byo tak, jakby wszystkie bitwy, w jakich do tej pory uczestniczyem, miay miejsce
jednoczenie. Jakby bitwa ta trwaa ca wieczno. Kolejne fale zioncych ogniem,
wyjcych, szczekajcych, wijcych si i cuchncych stworw rzucay si na mnie. Jedni byli
uzbrojeni, inni atakowali mnie pazurami i zbami, jeszcze inni patrzyli bagalnie, oczekujc
litoci, ktra nie moga jednak nadej. Wok mnie walczyli Wojownicy z Krawdzi, mur
cia, ktrych minie wydaway si nie zna zmczenia. Kady z nich walczy rwnie biegle
jak ja. Niektrzy padli, obaleni przez stwory Chaosu, ale inni natychmiast zastpowali ich w
szeregu.
Ataki Chaosu nastpoway po sobie falowo. I fala za fal byy odpierane. Co wicej,
niektrzy spord ludzi walczyli po naszej stronie. Walczyli z wasnej woli, zadowoleni z
tego, i nie s ju na usugach Sharadim. Ginli, ale ginli wiedzc, i nie zdradzili swej rasy.
Wadcy Chaosu nie brali dotd udziau w tym wszystkim. Gardzili zabijaniem
zwykych miertelnikw. Powoli jednak, w miar upywu czasu, okazywao si, e ich
podwadni nie zdoaj nas pokona. Bylimy stworzeni jakby do tej jednej walki,
dowiadczeni we wszelkich wojnach Wielowiata. ywiem te przekonanie, e jest to - w
pewnym sensie - moja ostatnia walka, e jeli tym razem mi si powiedzie, to moe zaznam
wreszcie pokoju, choby na krtk chwil.
Powoli szeregi Chaosu zaczy si przerzedza. Mj miecz ocieka krwi (jeli tak
mona nazwa wypeniajcy ich ciaa pyn), a moje rami zmczyo si tak bardzo, e baem
si, eby nie odpado. Mj rumak krwawi z niezliczonych ran. Sam rwnie otrzymaem
wiele ciosw. Niemal ich jednak nie zauwaaem. Bylimy Wojownikami z Krawdzi Czasu i
musielimy walczy do koca. Nie pozostao nam ju nic innego.
Wreszcie arcyksi Balarizaaf raz jeszcze wysun si ze swych szeregw. Nie byo
w nim teraz pogardy. Nie mia si. By powany i napity. By zy, ale nie prbowa ju zbi
mnie z tropu swoim spojrzeniem.
- Wojowniku! Po co ta straszna walka? Zrbmy rozejm i omwmy warunki.
Tym razem zwrciem konia w jego stron. Zebraem w sobie wszelkie siy, moje i
mojego miecza. Zaatakowaem go.
Mierzyem w gow arcyksicia Chaosu. Runem do przodu. Mj ko frun w
powietrzu, cwaujc w kierunku nadnaturalnego olbrzyma. Szlochaem. Krzyczaem. Moj
jedyn myl byo zniszczy go.
Wiedziaem jednak, e nie mog go zabi. Wygldao na to, e jedynie on z nas dwch
jest w stanie zabi swego przeciwnika. Nie dbaem jednak o to. Rozwcieczony terrorem, jaki
rozpta we wszystkich Szeciu Sferach, nieszczciem, jakie zawsze nis ze sob,
nikczemnoci, jakiej si dopuszcza, gdziekolwiek si znalaz i gdziekolwiek go zawiody
ambicje, rzuciem si z mieczem w doni wprost na niego, mierzc w zdradzieck,
nienawistn twarz.
Za sob usyszaem znowu, znowu ekstatyczny okrzyk bitewny Wojownikw.
Widzieli, co robi i dodawali mi odwagi, oddajc cze temu, co skonio mnie do
zaatakowania arcyksicia.
Czubek Miecza Smoka dotkn jego otwartej paszczy. Przez chwil pomylaem sobie,
e zostan przez niego poknity i wpadn do czerwonej gardzieli.
Nie czuem ju pod sob sioda mego konia. Pynem wprost ku gowie arcyksicia
Balarizaafa.
Nagle znik, a ja poczuem pod stopami ziemi. Przede mn zamykaa si purpurowa
rana. Rozejrzawszy si, ujrzaem sterty cia zabitych wrogw i sprzymierzecw. Widziaem
zwoki dziesiciu tysicy wojownikw, biorcych udzia w tej bitwie, o ktrej z upywem
czasu zaciera si ju pami w moim umyle. By to straszny widok.
Obrciem si. Wojownicy Krawdzi chowali do pochew swj or, ocierali krew z
toporw i opatrywali rany. Na ich obliczach malowa si al, jakby byli rozczarowani i chcieli
nadal walczy. Policzyem ich.
Pozostao czternastu. Czternastu - cznie ze mn.
Wyrwa w kosmicznym murze zabliniaa si szybko. W tej chwili nie mgby si
przez ni przecisn nawet czowiek. Mimo to jednak wyonia si stamtd jaka posta.
Nieznajomy znieruchomia, ogldajc si, aby zobaczy, czy przejcie zamkno si
ostatecznie.
Nagle w jaskini Adelstane zrobio si zimno. Czternastu rycerzy zasalutowao mi, po
czym odeszo w cie. Zniknli.
- Bd teraz odpoczywali a do nowego cyklu - powiedzia przybysz. - Tylko raz
wolno wzi im udzia w bitwie. A ci, ktrzy w niej zgin, s szczliwcami. Inni musz
poczeka. Taki jest los Wojownikw Krawdzi Czasu.
- Za jak zbrodni tak pokutuj? - zapytaem. Sepiriz, on to by bowiem, zdj swj
czarno-ty hem. Uczyni nieznaczny ruch doni.
- To nie zbrodnia. Kto mgby nazwa to grzechem. yli tylko po to, by walczy. Nie
wiedzieli, kiedy naleao przesta.
- Czy oni wszyscy s poprzednimi wcieleniami Wiecznego Wojownika? - zapytaem.
Popatrzy na mnie uwanie, przygryzajc grn warg. Wzruszy ramionami.
- Jeli tak uwaasz.
- Jeste mi chyba winien nieco szersze wyjanienie, panie
- rzekem.
Uj mnie pod rami. Obrci w stron Adelstane, a potem zaczlimy i po
kamiennych stopniach, zalanych krwi tysicy polegych. Gdzieniegdzie ranni poruszali si
jeszcze. Kaduby, namioty oraz kamienne chaty pene byy umierajcych.
- Nie jestem ci winien nic, Wojowniku. I ty nic nikomu nie zawdziczasz. Nie masz
ju zobowiza.
- Mog mwi tylko za siebie - odrzekem. - Mam dug.
- Czy nie jest on spacony?
Zatrzyma si. Otworzy usta i zacz si ze mnie mia.
- Dug ju jest spacony, czy nie tak, Wojowniku? Przytaknem.
- Jestem ju zmczony - powiedziaem.
- Chod. - Szlimy dalej pomidzy zwokami polegych.
- Pozostay jeszcze pewne rzeczy do zrobienia. Najpierw jednak naley przekaza
wieci o twoim zwycistwie do Adelstane. Czy zdajesz sobie spraw z tego, co waciwie
zrobie?
- Odparlimy inwazj Chaosu. Czy ocalilimy Sze Sfer?
- O, tak. Oczywicie. Ale to nie wszystko. Czy wiesz, co si stao?
- Czy to, co powiedziaem, nie wystarczy?
- By moe. Ale sprawilicie, e arcyksi Chaosu zosta wtrcony w Otcha.
Balarizaaf nie moe ju wada. Naruszy zasady Rwnowagi. Mimo wszystko mg jednak
zwyciy. To wanie akt odwagi z twojej strony by decydujcy. Taki postpek nosi w sobie
adunek szlachetnoci, mocy i uczucia, tote zmienia natur Wielowiata i jego efekty s
ogromne. Doprawdy, teraz jeste rzeczywicie bohaterem, Wojowniku.
- Nie pragn ju wicej by bohaterem, lordzie Sepiriz.
- I to wanie, bez wtpienia sprawia, e jeste tak wielkim. Zasuye sobie na chwil
wytchnienia.
- Chwil wytchnienia? Czy to wszystko?
- To wicej ni moe otrzyma wikszo spord nas - powiedzia, nieco zdumiony. -
Ja nigdy jej nie zaznaem.
Skonsternowany daem mu si poprowadzi przez gorejcy krg otaczajcy Adelstane,
w ramiona moich najdroszych przyjaci.
- Walka skoczona - oznajmi Sepiriz. - We wszystkich wiatach, we wszystkich
sferach. Ju po wszystkim. Teraz musi si rozpocz gojenie ran i zmiany na lepsze.
- Wreszcie zaznamy pokoju - powiedzia Morandi Pag. - Naley si wszystkim
mieszkacom Szeciu Sfer, ktrzy ocaleli. Musimy, oczywicie, zacz budowa i uprawia
rol. Jednake my, Niedwiedzi Ksita, zamiast zagbia si w nasz wiedz i chowa si
po jaskiniach, powinnimy pomc. Tak jak pomc powinien kady, kto moe w jaki sposb
przyczyni si umiejtnociami swej rasy do pomnoenia wsplnego dobra.
Biae miasto Adelstane byo znowu spokojne i ciche. Niedobitki armii Sharadim, ktre
przyczyy si do nas, walczc przeciwko Chaosowi, powrciy do swoich wiatw,
zapewniajc nas, i w przyszoci nigdy nie pozwol na powstanie tyranii. Nigdy wicej nie
dadz si omami komu podobnemu do Sharadim i pchn w odmty wojny. Utworzono
nowe rady, zoone z przedstawicieli rnych ras, za okres Wielkiego Zgromadzenia mia
odtd by nie tylko czasem handlowania.
Jedynie Phalizaarna i jej eldreskie kobiety nie powrciy do poprzedniej siedziby,
Gheestenheem, ktry, jak syszelimy, zosta zrwnany z ziemi przez odakw Sharadim.
Eldrenki czyniy przygotowania do wyjazdu.
Bellanda z Maaschanheem odesza ze swymi ludmi na pokad Zmarszczonej Tarczy,
obiecujc nam, e jeli tylko zawitamy kiedykolwiek do Maaschanheem, to tym razem
zaznamy gocinnoci, o jakiej moemy jedynie marzy, yczylimy jej z caego serca
szczliwej drogi. Wiedziaem, e gdyby nie to, i ukrya pistolet von Beka i przechowywaa
go przez wiele miesicy, z pewnoci bylibymy ju martwi.
Alisaarda, Phalizaarna, von Bek i ja bylimy gomi Niedwiedzich Ksit, ktrzy
podejmowali nas w sali, gdzie zazwyczaj odbywali konferencje i zgromadzenia. I tym razem
z paleniska unosiy si kadzidlane zapachy, wypeniajc izb, a niedwiedziowaci gospodarze
robili, co mogli, aby tylko nie okaza, jak bardzo niemia jest im nasza wo. Morandi Pag od
razu zadeklarowa, e nie powrci ju na sw samotn ska, lecz pozostanie tutaj z
przyjacimi, aby dziaa w kierunku
usprawnienia komunikacji pomidzy poszczeglnymi Sferami Koa.
- Wy troje zrobilicie dla nas tak wiele - powiedzia Gro-affer Rolm, powiewajc
atasowym rkawem. - Ty za, Wojowniku, pozostaniesz w naszych legendach, to pewne.
Moe jako ksi Flamadin? Legendy maj to do siebie, e mieszaj fakty, przeksztacaj je,
tworzc w ten sposb cakiem now jako.
Pochyliem gow, mwic cicho:
- Jestem zaszczycony, ksi, cho ze swej strony wolabym widzie wiat wolnym od
legend i bohaterw. Zwaszcza od takich bohaterw, jak ja.
- Nie wierz, aby to byo moliwe - odpar Niedwiedzi Ksi. - Kady nosi w sobie
nadziej, e w legendach zawarte jest wszystko to, co stanowi o szlachetnoci ducha,
uczciwoci uczynkw i zamiarw. Byway czasy, kiedy legendy nie zawieray w sobie takich
walorw, a ich bohaterowie suyli tylko samym sobie i byli na tyle sprytni, aby kosztem
innych realizowa swe zamiary. Kultury, majce takie legendy, s zazwyczaj bliskie
degeneracji i mierci. Jak sdz, lepiej jest opiewa idealizm, ni go odrzuca.
- Nawet jeli idealizm prowadzi moe do czynw, bdcych ucielenieniem
niewyobraalnego za? - zapyta von Bek.
- To, co wartociowe, zawsze zagroone jest dewaluacj - stwierdzi Morandi Pag. -
To, co czyste i wzniose, zawsze moe by naduyte. Nasz powinnoci jest wanie
znalezienie rwnowagi... - umiechn si. - Czy w naszych codziennych sprawach nie
odbija si take odwieczna walka pomidzy Chaosem i Prawem? Umiar to w kocu dobry
sposb na przeycie. To jest, wedug mnie, spucizna yciowych dowiadcze i dochodzi si
do niej, gdy jest si w rednim wieku. Niekiedy triumfuje w nas nieumiarkowanie, innym za
razem zwycia rozwaga. Tak sprawy stoj. To wanie utrzymuje Rwnowag.
- Nie uwaam, abym osobicie mia wpyw na Kosmiczn Rwnowag - wtrciem -
ani na machinacje Prawa czy Chaosu. Ani bogowie, ani diaby nie stanowi o naszym prze-
znaczeniu. Wierz, e to my sami jestemy w stanie je kontrolowa.
- Tak by powinno - odrzek Morandi Pag. - Tak by powinno, przyjacielu. Jeszcze
wiele cykli odbdzie si w dziejach Wielowiata. W niektrych spord tych cykli to, co
nadnaturalne, zniknie tak, jak znik za twoj przyczyn arcyksi Balarizaaf. Jednake nasza
wola i nasza natura maj to do siebie, e w innych czasach bogowie ci, pod rozmaitymi
postaciami, powrc. Ich sia zawarta jest w nas samych. Wszystko zaley od tego, ile
odpowiedzialnoci jestemy w stanie wzi na swoje barki...
- Czy to mia na myli Sepiriz, gdy mwi mi o chwili wytchnienia?
- Na to wyglda - Morandi Pag podrapa swe posiwiae futro. - Czarno-ty Rycerz
nieustannie przemieszcza si pomidzy rnymi wiatami. Niektrzy sdz nawet, e ma
zdolno przenikania przez strumie Czasu z jednego cyklu do drugiego. Niewielu posiada
tak wielk moc i zarazem tak wielk odpowiedzialno. Zdarza si, jak mwi, e zasypia.
Wedug tego, co syszaem, ma braci, z ktrymi razem ponosi odpowiedzialno za
utrzymanie Rwnowagi. Pomimo moich intensywnych bada nie za bardzo orientuj si
jednak w jego dziaalnoci. Mwi si, e ju teraz sadzi ziarna, ktre umoliwi ocalenie bd
destrukcj nastpnego cyklu, jest to jednak raczej ciekawostka ni wiedza.
- Ciekaw jestem, czy jeszcze kiedykolwiek go ujrz. Sam powiedzia, e jego praca
skoczya si, przynajmniej tutaj, a moje dzieo jest ju niemal na ukoczeniu. Dlaczego
pomidzy okrelonymi ludmi oraz przedmiotami istnieje tak silne powinowactwo? Dlaczego
wanie von Bek uprawniony jest do trzymania Graala, a ja - Miecza i tak dalej?
Morandi Pag odchrzkn ciko. Przysun swj pysk do paleniska, aby zacign si
kadzidem, po czym rozsiad si wygodnie w fotelu.
- Skoro istniej schematy, przeznaczone dla okrelonych czasw i sytuacji, skoro
istnienie Wielowiata uzalenione jest od konkretnych obowizkw do spenienia i ani Prawo,
ani Chaos nie s w stanie zdoby penej przewagi, to niektre
istoty z pewnoci musz by przypisane, tak jak si to te stao, do konkretnych,
obdarzonych wielk moc, przedmiotw. W kadej rasie zdarzaj si w kocu tego typu
legendy. Takie powinowactwa to jeden z elementw caoci. Zachowanie tej caoci,
zachowanie Porzdku, ma szczeglne znaczenie. - Znowu odchrzkn. - Bd musia
bardziej zagbi si w te sprawy. To cakiem ciekawy sposb na spdzenie pozostaych mi
jeszcze lat ycia. Lady Phalizaarna powiedziaa agodnie:
- Nadszed czas poegnania, ksi. Przed nami jest jeszcze jedna, wana rzecz do
wykonania, aby ostatecznie zakoczy t faz dziejw odwiecznej gry wszechwiata. Musimy
std odej, aby poczy si z reszt naszej rasy.
Morandi Pag pochyli gow.
- Okrty, ktre dla was schowalimy, s gotowe. Czekaj w porcie.
Von Bek, Alisaarda i ja jako ostatni weszlimy na pokad wysmukego, eldreskiego
statku. Z alem, niechtnie, egnalimy si z niedwiedzimi Ksitami. Nikt z nas nie
powiedzia jednego choby sowa o naszym ewentualnym przyszym spotkaniu.
Wiedzielimy, e do niego nie dojdzie. To wanie sprawiao, e byo nam szczeglnie ciko
si egna.
Stalimy we trjk na wysokim pokadzie ostatniego ze statkw wypywajcych z
portu, pync pomidzy wysokimi skaami, osaniajcymi wejcie do Adelstane, niedaleko
wodnych odmtw otaczajcych skay, na ktrych Morandi Pag spdzi tak wiele lat.
- egnajcie! - krzyczaem, machajc rk ostatnim przedstawicielom szlachetnej rasy.
- egnajcie, drodzy przyjaciele!
I usyszaem jeszcze woanie Morandi Paga: - egnaj, Joh-nie Daker. Zaznaj
odpoczynku, jakiego pragniesz.
Pynlimy przez cay dzie, a dotarlimy do miejsca, gdzie wielkie, wietliste supy
przedzieray si pomidzy chmurami, opadajc ku powierzchni morza. Tczowe blaski
tworzyy co na ksztat zamku, zbudowanego z wielkich, promiennych filarw. Dotarlimy
ponownie do Kolumn Raju.
Trjktne agle eldreskich statkw wypeniy si wiatrem. Okrty jeden za drugim
wiedzione wprawionymi w egludze
domi przemykay pomidzy kolumnami. Wszystkie znikay po drugiej stronie
przejcia, a pozosta jedynie nasz. Wwczas Alisaarda przeja ster. Odrzucia gow do tyu
i zacza nuci pen radoci pie.
Raz jeszcze pomylaem sobie, e stoi przede mn Ermi-zhad, tak jak staa przy mnie
niegdy, gdy przeywalimy wielkie przygody. Ta kobieta nie kochaa jednak Erekose,
Wiecznego Wojownika. Kochaa hrabiego Ulricha von Beka, szlachcica saksoskiego,
uciekiniera przeladowanego przez okropiestwa nazizmu, ktry to uciekinier w dodatku
kocha j take. Nie odczuwaem ju zazdroci. To bya aberracja, narzucona mi przez Chaos.
Byem jednak przeraliwie samotny i smutny, nic nie byo w stanie mnie pocieszy. Och, Er-
mizhad, opakiwaem ci teraz, gdy przepywalimy przez Kolumny Raju, zagbiajc si
coraz dalej i dalej w soneczne morza Gheestenheem.
eglowalimy wci w kierunku Barobanay, starej stolicy Kobiet-Zjaw, tworzc ca
flotyll okrtw.
Kobiety zgromadzone na pokadach lub pracujce tam ubrane byy w swoje
tradycyjne, delikatne pancerze z pokrytej wzorkami koci soniowej, tyle, e nie miay na
gowach hemw, ktrych niegdy uyway jako zasony twarzy, majcych wzbudza strach w
potencjalnych wrogach. Kiedy w kocu wpynlimy do spalonego i zniszczonego portu,
zaczlimy przyglda si czarnym ruinom, ktre niegdy byy tak piknym, przyjemnym i
ucywilizowanym miastem. Wiele kobiet pakao.
Tymczasem Phalizaarna stana na zniszczonych schodach nabrzea i zwrcia si do
eldreskich kobiet.
- To teraz tylko wspomnienie. Wspomnienie, ktre musimy na zawsze zachowa. Nie
wolno si nam zamartwia, albowiem ju wkrtce, jeli speni si nasze legendy, powrcimy
nareszcie do swego prawdziwego domu, gdzie przebywaj mczyni naszej rasy. Eldreny
znowu stan si silne, yjc we wasnym wiecie, w wiecie, ktremu nie zagro nigdy
barbarzycy adnego rodzaju. Zaczniemy now kart w dziejach naszej rasy. Chlubn kart.
Wkrtce tak, jak my poczymy si z naszymi mczyznami, tak i smoczyca poczy
si ze smokiem. Dwa silne ramiona, wyrastajce z tego samego ciaa, rwnie silne
oba, rwnie czue i rwnie zdolne, aby stworzy wiat, ktry byby jeszcze lepszy od tego,
jaki stworzylimy tutaj. Johnie Daker, poka nam Miecz Smoka. Poka nam nasz nadziej,
nasze spenienie, nasz determinacj!
Na jej rozkaz zrzuciem paszcz. U pasa wisia w pochwie Miecz Smoka. Nie
wycigaem go od bitwy pod murami Adel-stane. Odczepiem pochw od pasa i trzymaem
miecz przed sob, aby wszyscy mogli go zobaczy, nie wycignem go jednak. Podczas
dyskusji z Phalizaarn zgodzilimy si, e powinienem tylko jeden raz wydoby miecz z
pochwy. Poprzysigem sobie, e wicej go nie uyj.
Gdybym tylko mg, oddabym miecz Phalizaarnie i niech z nim robi, co tylko zechce.
Moim przeznaczeniem byo jednak by jedynym, ktry moe trzyma w miecz. Kobiety
eldres-kie zaczy schodzi ze statkw na nabrzee i rozglda si po zrujnowanych
budynkach. Z Barobanay pozostay jedynie popioy i osmalone ruiny.
- Idcie! - zawoaa Phalizaarn. - Musicie zabra std co, co przechowywaymy
przez cay czas naszego wygnania. Przyniecie elazny Krg.
Von Bek i Alisaarda stanli obok mnie na nabrzeu. Ju wczenie omwilimy to, co
mamy uczyni. Morandi Pag zaoferowa von Bekowi pomoc w powrocie do jego wiata, ten
jednak wola pozosta z Alisaarda, tak jak ja niegdy pozostaem jedynym na wiecie
czowiekiem i zdecydowaem si pozosta z Eldrenami, z Ermizhad. Ujlimy si za rce, co
dodao mi si i pozwolio na zawarcie paktu z sob samym, z Joh-nem Dakerem -
zdecydowany byem nie zrywa tej umowy.
Wkrtce pojawiy si znowu Kobiety-Zjawy, w pancerzach pokrytych sadz, niosc
wielk, dbow skrzyni. Trzymay za drgi przecignite przez wykonane z brzu uchwyty.
Skrzynia bya z pewnoci bardzo stara. Wygldao na to, e bya to jedyna rzecz, jak
posiaday Eldrenki po swych przodkach.
Po jednej stronie miasta na powierzchni morza byszczao wci soneczne wiato, a
po drugiej morski wietrzyk unosi ku niebu popioy spalenizny. Tymczasem przy nabrzeu, na
wysmukych, eldreskich okrtach kobiety z wielk uwag ob-
serwoway moment wyjmowania ze skrzyni przedmiotu, zwanego przez nie elaznym
Krgiem.
Byo to co w rodzaju kowada, jakby brya, przypominajca z wygldu pie drzewa,
ustawiona na cokole. Cao wykonana bya z cikiego, pokrytego rowkami elaza.
Przypominaa z wygldu may stoeczek, ale wida byo, e cae generacje kowali musiay
pracowa nad tym przedmiotem. Na podstawie elaznego Krgu wyryte byy znaki runiczne,
bardzo podobne do tych, ktre widniay na klindze Miecza Smoka.
Przyniesiono mi ten przedmiot i zoono u stp.
Na wszystkich twarzach wida byo oczekiwanie i nadziej. Cel ich ycia, cel ycia
kilku pokole yjcych w trudnych warunkach, w sposb trudny i nienaturalny, zawiera si w
nadziei, e kiedy wreszcie naprawiony zostanie kosmiczny bd, ktry pozbawi je cznoci
ze sw ras, e przyszo wreszcie si do nich umiechnie. Ja take ponosiem ofiary i
cierpiaem po to, aby doczeka tego wanie dnia. Wszystko inne byo spraw wtrn. Z
powodu mioci do rasy, ktra mnie niegdy przyja, do kobiety, ktr niegdy kochaem
bezgranicznie, a do zaparcia si siebie, signem po Miecz Smoka.
- Wycignij miecz z pochwy - zawoaa Phalizaarn. - Wycignij miecz, abymy
mogy przyjrze mu si po raz ostatni. Wycignij t potg, ktra ma zosta w kocu
zniszczona, ktra wykuta zostaa po to, aby Chaos suy Prawu, ktra miaa na celu suy
zachowaniu Rwnowagi i doprowadzeniu do koca naszego przeznaczenia. Poka nam kling
tego miecza, niech to bdzie ostatni akt w dziejach bohatera, zwanego Wiecznym
Wojownikiem. Odkupujc nas, odkupisz take i siebie. Poka nam Miecz Smoka!
Lew doni ujem pochw, natomiast rkoje chwyciem w prawic. Zaczem
bardzo powoli zsuwa pochw, ukazujc promieniejc kling, wypeniajc swym wiatem
nasze oczy. Zielono-czarny miecz pokryty by tak licznymi znakami runicznymi, i wydawao
si, e jest tam spisana caa jego historia.
Stojc wrd zgromadzonych wok kobiet eldreskich, owiany rzekim powietrzem
Gheestenheem, uniosem miecz do
gry. Upuciem pochw na ziemi. Ujem Miecz Smoka oburcz. Uniosem go do
gry tak wysoko, aby kady mg go ujrze, zobaczy ten ciemny, ywy metal z janiejcym
w jego wntrzu maym, poyskujcym, tym pomieniem.
Miecz Smoka zaczai piewa. Bya to dzika, sodka pie. Pie tak stara, e
opowiadaa o yciu, ktre istniao poza Czasem, poza wszelkimi zmartwieniami ludzi i
bogw. Pie mwia o mioci i nienawici, o morderstwie, zdradzie i pragnieniu. Mwia o
Chaosie i Prawie, o spokoju, jaki niesie z sob prawdziwa rwnowaga. Mwia o przyszoci,
przeszoci i teraniejszoci. Mwia take o niezliczonych rzeszach wiatw, jakie kryje w
sobie Wielowiat, o wiatach znanych, jak i o tych, ktre maj by dopiero poznane.
Wwczas ku mojemu zdumieniu odezway si take kobiety eldreskie. Ich piew
doskonale harmonizowa ze piewem miecza. Zorientowaem si, e ja take piewam,
pomimo, i nie rozumiem adnego ze sw, ktre wypowiadaj moje wargi. Nigdy nie
sdziem, e jestem zdolny do tak piknego piewu. Chralny piew potgowa si wci i
narasta. Miecz Smoka pulsowa w ekstazie i taka sama ekstaza widoczna bya na obliczach
wszystkich wiadkw tego wydarzenia.
Trzymaem teraz miecz nad gow. Krzyknem gono, cho nie rozumiaem
wasnych sw. Krzyknem, a mj okrzyk zawiera w sobie moje wasne marzenia, moje
tsknoty, jak te nadzieje i obawy wszystkich ludzi. Draem z potgujcej si rozkoszy,
draem z przeraenia oraz z powodu niewytumaczalnych obaw. Zaczem coraz niej
opuszcza miecz, coraz szybciej i mocniej. W stron elaznego Krgu.
Kowado, ktre byo jedyn pamitk, jak Eldrenki odziedziczyy po przeszoci i
miao przypomina im o ich przeznaczeniu, janiao teraz tak sam wiatoci, jak
emitowa Miecz Smoka.
Wreszcie oba przedmioty zetkny si. Rozleg si donony dwik. Dwik potny,
ktry mgby pochodzi z rozpadu planety, pkania kosmicznej bariery lub wybuchu gwiazdy
we wszechwiecie. Przeraajcy dwik, zarazem jednak pikny. By to dwik spenionego
przeznaczenia.
Miecz, tak ciki w mej doni, sta si teraz lekki niby pirko. Zobaczyem, e klinga
pka na dwoje. Jedna cz przylgna do elaznego Krgu, a druga pozostaa w mojej doni.
Moim ciaem wstrzsn dreszcz nieoczekiwanej radoci. Dyszc ciko, nadal piewaem
moj pie, tak sam, jak ta, ktr pieway kobiety, pie Eldrenw, pie Miecza Smoka i
elaznego Krgu.
Kiedy tak piewalimy, z kowada wystrzeli pomie, uwolniony z Miecza, a ktry
przez krtk chwil zamieszka w kowadle. Pomie wi si i iskrzy, take piewajc. piew
ten przeszed w ryk, zwielokrotniony przez garda kobiet. Za pomie stale umacnia si i
rs, tworzc wasne ksztaty i kolory. Odepchn mnie dziki swej mocy i mog przysic, i
nigdy nie widziaem niczego potniejszego. Bya w nim sia ludzkich pragnie, ludzkiej
woli, ludzkich ideaw. Wci rs i rs. Szcztki miecza wypady mi z rki. Klczaem teraz
patrzc, jak pomie nabiera ksztatw, wci ryczc, skrcajc si i wijc, przymiewajc
swym blaskiem soce.
To bya ogromna bestia. Smok, ktrego ciao pokryte byo uskami, byszczcymi w
sonecznych promieniach. Smok, ktrego grzebie pon wszystkimi barwami tczy. Smok,
ktrego czerwone nozdrza ziay ogniem, a biae zby zgrzytay. Jego ksztaty unosiy si ku
niebu z niesychanym wdzikiem, a skrzyda sigay coraz dalej i dalej w obie strony. opot
skrzyde stawa si coraz mocniejszy, a bestia znikaa w bezmiarze jasnego, bkitnego nieba.
Pie brzmiaa jednak nadal. piewa smok, pieway kobiety, piewaem ja. piewao
te kowado, jedynie piew miecza stawa si coraz sabszy. Ciao smoka unosio si coraz
wyej. Wreszcie smok obrci si w przestworzach i zacz lata, nurkujc w powietrzu,
muskajc powierzchni morza, aby po chwili znw wznie si ku niebu, cieszc si i
upajajc sw si, wolnoci i ruchem.
Wtem zarycza. Jego oddech by tak potny, e jego ciepo dotaro do naszych
twarzy, przynoszc nam jakby powiew nowego ycia. Smoczyca otwara sw wielk paszcz i
z uczuciem zadowolenia oraz ulgi zazgrzytaa ogromnymi zbiskami. Taczya w
przestworzach na nasz cze. Chciaa uyczy nam
swej siy. Rozumielimy j doskonale i cieszylimy si wraz z ni. Raz jeden tylko
zaznaem podobnego uczucia i dawno o tym zapomniaem. Szlochaem teraz zami radoci.
Wreszcie smoczyca obrcia si. Jej wielobarwne skrzyda, przypominajce skrzyda
jakiego niezwykego, wielkiego owada, opotay teraz w zupenie innym celu. Obrcia dug
gow i przypatrywaa si nam swymi mdrymi, czuymi oczyma, a z jej nozdrzy, raz
jeszcze, wydobyo si mocne tchnienie, jakby woaa nas, wzywaa do tego, abymy podali
za ni.
Von Bek uj mnie za rami.
- Chod z nami, Herr Daker. Chod z nami przez Bram Smoka. Zaznamy tam
wielkiego szczcia! Alisaarda rwnie cisna moje rami, mwic:
- Bdziesz odtd szanowany przez wszystkie Eldreny. Na zawsze.
Ja jednak odpowiedziaem ze smutkiem, e nie mog i z nimi.
- Wiem, e musz znowu odnale Mroczny Statek. To mj obowizek, a zarazem
moje przeznaczenie.
- Mwie przecie, e nie chcesz ju by bohaterem - powiedzia zaskoczony von
Bek.
- To prawda. A czy w wiecie Eldrenw bd, czy nie bd bohaterem? Moj jedyn
szans na pozbycie si tego ciaru jest pozostanie tutaj. Wiem o tym dobrze.
Wszystkie kobiety znajdoway si ju na pokadach swoich statkw. Wiele spord
nich wskazywao domi morze, gdzie ponad spienionymi falami wida byo smoczyc.
Machay mi na poegnanie, wci piewajc.
- Idcie - zwrciem si do przyjaci. - Idcie i bdcie szczliwi. Ta wiadomo
pocieszy mnie w obliczu kadej straty, jaka mnie dotknie, zapewniam was.
W taki oto sposb rozstalimy si. Von Bek i Alisaarda jako ostatni weszli na pokad
okrtu opuszczajcego port. Przygldaem si, jak wiatr wypenia trjktne agle okrtw, a
wysmuke dzioby przecinaj powierzchni morza.
Wielka smoczyca, uwolniona wreszcie zgodnie ze sowami legendy, zatoczya na
niebie krg, cieszc si moliwoci latania.
Smoczyca odleciaa, ale krg pozosta. Ogromny dysk, w kolorach bkitnym i
czerwonym, stopniowo powiksza si, dopki nie sign krawdzi powierzchni wd.
Kolory stay si bardziej zoone. Nad wod migotay tysice przebogatych, migotliwych
cieni. Przez ten krg przemkna teraz smoczyca, znikajc niemal cakowicie. Za ni
popyny okrty Eldrenw. One take znikny w tym krgu. Poczyy si z reszt swej rasy.
I smoki i Eldreny poczyy si!
Krg zblad.
Krg znik.
Pozostaem sam, w wyludnionym wiecie.
Byem sam.
Spojrzaem pod nogi, na dwie powki miecza i kowado. Szcztki te zawieray w
sobie przedtem ogromn si. Wygldao na to, e traciy powoli swe poprzednie ksztaty. Nie
wiem czemu przyszo mi to do gowy.
Dotknem stop rkojeci miecza. Przez moment byem skonny go podnie, ale
natychmiast odwrciem si, wzruszajc ramionami. Nie chciaem ju wicej mie nic
wsplnego z mieczami, magi czy przeznaczeniem. Jedyne, czego pragnem, to powrci do
domu.
Opuciem port. Spacerowaem pord ruin eldreskiego miasta. Przypominaem
sobie takie zniszczenia z przyszoci. Przypominaem sobie, e jako Erekose, Wojownik
Ludzkoci, wiodem swe armie przeciwko miastom podobnym do tego, przeciwko ludowi
Eldrenw. Pamitaem sw zbrodni. Pamitaem te inne zbrodnie, kiedy to prowadziem
Eldrenw przeciw mojej wasnej rasie.
Jako jednak nie odczuwaem teraz poczucia winy, ktre niegdy nie dawao mi
spokoju. Myl, e winy zostay mi odpuszczone. Dokonaem pokuty i byem wreszcie sob.
Nadal jednak bolenie odczuwaem strat Ermizhad. Czy kiedykolwiek pocz si z
ni?
Pniej, gdy zblia si wieczr, znalazem si znowu na nabrzeu, przypatrujc si
zachodzcemu Socu. Wok panowaa cisza. Wszdzie by spokj. Taka samotno nie
podobaa mi si jednak, albowiem panujcy tu spokj by jedynie efektem braku ycia.
W przestworzach kryo kilka morskich ptakw, krzyczcych dononie. Fale z
oskotem uderzay o nabrzee. Usiadem na elaznym Krgu, kontemplujc znowu dwie
powki, jakie pozostay z Miecza Smoka, zastanawiajc si, czy nie zrobibym lepiej, pync
wraz z Eldrenkami do ich wiata.
Nagle usyszaem za plecami stukot koskich kopyt. Obejrzaem si. Zblia si do
mnie jedziec, wiodcy z sob drugiego konia, luzaka. Jedziec by drobnej postury,
nieksztatny, pstro odziany. Umiechn si szeroko na mj widok i machn rk na
powitanie.
- Czy zechcesz uda si na przejadk w moim towarzystwie, Wojowniku? Ja
bybym rad z twojej kompanii.
- Dobry wieczr, Jermaysie. Mam nadziej, e nie przynosisz mi nowych wiadomoci
o jakimkolwiek przeznaczeniu czy zagadzie - zawoaem, wskazujc na siodo.
- Jak dobrze o tym wiesz, nigdy nie dbaem o takie sprawy - powiedzia. - Nie do mnie
naley odgrywanie znaczcej roli w dziejach Wielowiata. Ostatni okres by chyba najbardziej
obfitujcym w wydarzenia, jaki pamitam. Nie auj tego, cho chciabym by wiadkiem
klski Sharadim i Chaosu. Dokonae wielkiego zadania, nieprawda, Wojowniku? Chyba
najwikszego w twej karierze?
Potrzsnem gow. Nie wiedziaem tego.
Jermays wid mnie z nabrzea ku brzegowi morskiemu, tu obok biaych, klifowych
ska. Zachodzce soce nadawao niebu cudownej, gbokiej barwy. Soneczna kula
zagbiaa si niemal w morzu. Wszystko wok wydawao si trwae i nienaruszalne.
- Twoi przyjaciele odeszli, czy nie tak? - zapyta podczas drogi. - Smok poczy si
ze smokiem, Eldren z Eld-renem. Ciekaw jestem, jak to dynasti zaoy tam von Bek? Jak
bd wyglday dalsze dzieje, zapocztkowane tym, co wydarzyo si tutaj? Nastpny cykl
musi si zacz, nim speni si znany los Melnibone.
Ta nazwa bya mi znana. Budzia jakie niejasne wspomnienia, ale odrzuciem je. Nie
byy mi ju potrzebne wspomnienia, czy to z przeszoci, czy z przyszoci.
Wkrtce zrobio si cakiem ciemno. wiato ksiyca dawao na powierzchni wd
srebrny odblask. Kiedy okrylimy pwysep, pdzc na grzbietach naszych koni,
zauwayem ciemny zarys statku stojcego na kotwicy w niewielkiej zatoczce. Okrt mia
wysokie pokady dziobowy i rufowy, a jego wrgi pene byy icie barokowych zdobie.
Dzib okrtu mia mia, wysmuk lini oraz bardzo wysoki maszt. Na maszcie rozpity by
pojedynczy, wielki, wydty agiel. Zauwayem, e na obu wysokich pokadach znajdoway
si koa sterowe, zapewne po to, aby mona byo sterowa statkiem zarwno z rufy, jak i z
czci dziobowej. Statek lekko siedzia na powierzchni wody, niczym okrt, ktry oczekuje
dopiero na wiey adunek.
Jermays i ja jechalimy na swych rumakach po pycinie. Usyszaem jego okrzyk:
- Hej tam, na okrcie! Czy zabierzecie pasaerw?
Przy balustradzie ukazaa si jaka posta, wpatrujca si w mrok ponad naszymi
gowami, w stron klifowych ska. Natychmiast zorientowaem si, e mam przed sob
lepca.
Na wodzie przy statku zacza si tworzy rowa mga. Bya do rzadka i nie
poruszaa si zgodnie z ruchami fal morskich, ale z ruchami mrocznego okrtu. Spojrzaem na
ocean. Ksiyc schowa si ju za chmurami i niewiele mogem zobaczy. Wydawao mi si,
e czerwona mga gstnieje.
- Wejd na pokad - powiedzia lepiec. - Jeste oczekiwany.
- Teraz bdziemy musieli si rozsta - rzek Jermays. - Jak przypuszczam, upynie
wiele czasu, nim si znw spotkamy, by moe dopiero w czasie nastpnego cyklu. egnaj,
Wojowniku.
Poklepa mnie po ramieniu, po czym obrci swego konia, galopujc wawo w stron
brzegu. Usyszaem jeszcze grzmot kopyt na nadbrzenym piasku, a potem wszystko ucicho.
Pozosta jeszcze mj ko. Zeskoczyem z sioda i pozwoliem mu si oddali. Pobieg
w lad za Jermaysem.
Zaczem brn przez wod w kierunku statku. Woda bya ciepa i sigaa mi ju po
piersi, nim wreszcie dotarem do trapu i zaczem wspina si na pokad. Czerwona mga
stawaa si coraz gstsza i cakowicie przesaniaa brzeg.
lepiec wcign nozdrzami powietrze.
- Musimy rusza w drog. Ciesz si, e zdecydowae si przyj. Nie masz ju
miecza, prawda?
- Nie jest mi ju potrzebny - odrzekem.
Chrzkn w odpowiedzi, po czym wyda rozkaz rozwinicia agli. Zobaczyem
sylwetki ludzi na pokadzie. Poszedem wraz ze lepym sternikiem do kabiny, gdzie czeka na
nas jego brat, kapitan. Syszaem opot agli, a po chwili statek ruszy z miejsca, pchany
podmuchami wiatru. Kotwice zostay podniesione. Okrt ruszy w kierunku otwartego morza.
Zdawaem sobie doskonale spraw, i eglujemy po wodach oblewajcych rne wiaty.
Jasnobkitne oczy kapitana spoglday na mnie yczliwie, gdy wskazywa
przygotowane dla mnie jedzenie.
- Z pewnoci jeste zmczony, Johnie Daker. Wiele dokonae, co?
Zdjem z siebie moje cikie odzienie. Odetchnem z ulg, mogc napeni odek
winem.
- Czy jest jeszcze kto tej nocy na pokadzie? - zapytaem.
- Z twojej rasy? Tylko ty.
- A gdzie teraz pyniemy? - zapytaem, gotw do zaakceptowania kadej odpowiedzi,
jak otrzymam.
- Och, to nie ma specjalnego znaczenia. Przecie nie masz miecza.
- Twj brat ju take to zauway. Zostawiem go, zamany, na wybrzeu Barobanay.
Jest ju bezuyteczny.
- Nie cakiem - powiedzia kapitan, wrczajc mi bukak z winem. - Ale ju nigdy nie
bdzie musia by naprawiony. By moe powstan z niego dwa miecze, z obu czci.
- Dwa miecze z dwch kawakw. Czy wystarczy do tego metalu?
- Myl, e tak. To wszystko wcale ci jednak nie dotyczy. Czy nie chcesz si teraz
przespa?
- Jestem znuony - odpowiedziaem. Poczuem si nagle tak, jak gdybym nie
odpoczywa od stuleci.
Niewidomy sternik zaprowadzi mnie do starej, znanej mi koi. Rozcignem si na
niej i niemal natychmiast zaczem
ni. niem o krlu Rigenosie, Ermizhad, Urliku Skarsolu i wszystkich innych
bohaterach, ktrych posta przyjmowaem. Pniej niem o smokach. Setkach smokw.
Kadego ze smokw znaem po imieniu. Smoki te kochay mnie i ja te je kochaem. niem
te o wielkich flotach. O wojnach. O tragediach, o niewyobraalnym szczciu, o sztuce
magicznej, o szalonych romansach. niem te o biaych ramionach, obejmujcych mnie.
Znw nia mi si Ermizhad. Potem nio mi si, e jestemy razem, a w kocu obudziem
si, miejc si w gos. Przypominaa mi si bowiem pie smoka, ktr pieway eld-reskie
kobiety.
Ociemniay sternik i jego brat, kapitan, pochylali si nade mn. Oni take byli
umiechnici.
- Johnie Daker, nadszed czas, kiedy musisz opuci pokad. Nadszed dla ciebie czas
nagrody.
Wstaem. Ubrany byem jedynie w skrzane spodnie i buty, nie byo mi jednak zimno.
Wyszedem wraz z nimi na spowity w mroku pokad. Gdzieniegdzie wieciy te lampy.
Poprzez czerwon mg spostrzegem zarys linii brzegowej. Zobaczyem wie, a potem
drug. Chyba oznaczay one wejcie do portu.
Wpatrywaem si w ciemno, usiujc rozrni szczegy. Te wiee wyglday mi na
dziwnie znajome.
Niewidomy sternik zawoa na mnie z dou. Siedzia w niewielkiej dce, ktra miaa
dowie mnie do brzegu. Poegnaem si z kapitanem i zszedem do dki, siadajc na
aweczce.
Sternik zabra si wawo do wiosowania. Rowa mga bya gsta i nieprzejrzysta.
Wygldao na to, e zblia si wit. Pomidzy dwiema identycznymi wieami znajdowa si
czcy je most. W okolicy janiao mnstwo wiate. Usyszaem odgos syreny alarmowej.
Pocztkowo mylaem, i jest on wydawany przez wielk wodn besti, ale po chwili
zorientowaem si, e chodzi o d.
Sternik unis wiosa ku grze.
- Jeste teraz, Johnie Daker, w miejscu swego przeznaczenia. ycz ci powodzenia.
Ostronie zeskoczyem na grzski piasek wybrzea. Usyszaem nad gow jaki
warkot. Usyszaem gosy. A potem, gdy
znik ju sternik, pograjc si w czerwonej mgle, zdaem sobie spraw, e byem ju
kiedy w tym miejscu.
Bliniacze wiee to Tower Bridge. Odgosy, ktre syszaem, byy odgosami
wielkiego, nowoczesnego miasta. Odgosami Londynu. John Daker powrci do domu.
EPILOG

Nazywam si John Daker. Niegdy zwano mnie Wiecznym Wojownikiem. Moliwe,


e jeszcze kiedy przyjm to imi. Na razie jednak zaywam pokoju. Przywoanie tej wanie
osobowoci - oryginau, jeli mona tak to nazwa - pozwolio mi stawi czoo potgom
Chaosu. Moj nagrod za to jest pozwolenie na powrt do postaci Johna Dakera.
Kiedy zostaem wezwany przez krla Rigenosa, aby by obroc ludzkoci, nie
bardzo ceniem moje poprzednie ycie. Wydawao mi si bezbarwne, pozbawione kolorw.
Potem jednak zrozumiaem, jak byo bogate, jak zoony i skomplikowany jest wiat, w
ktrym yem. Ju choby ta zoono warta jest uczczenia. Wiem, e ycie w wielkim,
dwudziestowiecznym miecie moe by rwnie ciekawe jak kade inne. Zaiste, bycie
bohaterem, biorcym cigle udzia w bitwach, jest po trosze byciem wiecznym dzieckiem.
Prawdziwym wyzwaniem jest natomiast zrozumienie sensu wasnego ycia, nasycenie go
treci zawart we wasnych ideaach.
Wci, oczywicie, pamitam moje przeycia w innych czasach i wiatach. Czsto
zdarza mi si, e ni mi si wielkie bitwy, rumaki, flotylle wojennych okrtw, dziwaczne
stwory, magiczne miasta, sztandary i cuda doskonaej mioci. ni mi si szara przeciwko
Chaosowi, podnoszenie ora przeciw Niebu, w imi Piekie, bycie kos, ktra ma wykosi
ludzko... Jednake zdyem ju odkry rwnie wielk intensywno ycia w moim
obecnym wiecie. Wystarczy jedynie, jak sdz, nauczy si to bogactwo odkrywa i
korzysta z niego.
Tego nauczyem si po spotkaniu z arcyksiciem Balari-zaafem, ksiniczk Sharadim
i ksiciem Flamadinem w miejscu zwanym Pocztkiem wiata, gdzie walczylimy o Miecz
Smoka.
Prawdziw ironi losu jest fakt, e ocaliem siebie samego, a take najblisze osoby
dziki temu, e w decydujcej chwili
przywoaem swoje zwyke, miertelne wcielenie. To zagrozio mojej tosamoci
bohatera. Ciesz si, e nie musz ju nim by.
Tak oto John Daker powrci do domu. Cykl si zakoczy, a caa saga znalaza
rozwizanie. Bez wtpienia gdzie tam Wieczny Wojownik nadal walczy o Kosmiczn
Rwnowag. A w swoich snach John Daker wci bdzie przypomina sobie dawne bitwy,
widziane teraz jak pole pene posgw, z ktrych kady nosi jego imi... Obecnie jednak nie
s mu potrzebne kolejne bitwy i nie zagbia si w analiz tych spraw.
Jednak nadal tskniem za Ermizhad. Nigdy ju nie pokocham nikogo tak mocno, jak
kochaem j. Wierz, e j odnajd, nie gdzie, w odlegym zaktku Wielowiata, lecz tutaj, w
tym miecie, w Londynie. Czy ona take mnie szuka, tak jak ja szukam jej? Z pewnoci ju
niedugo si odnajdziemy. I nadejdzie wreszcie taki czas, kiedy nie bdzie ju mieczy ani na
tym wiecie, ani na adnym innym. Nic nie bdzie mogo nas rozdzieli. Wreszcie zaznamy
pokoju.
Chocia dugo naszego ycia miaaby by rwna tej, jak maj zwykli ludzie, bdzie
to nasze wsplne ycie, wolne od kosmicznych przeznacze i zada do wykonania.
Bdziemy wolni i bdziemy mogli odda si naszej mioci. Bdziemy wolni dla
zwykego ycia, ograniczonego ycia ludzi niedoskonaych i miertelnych, czego zawsze
pragnlimy.
Przynajmniej przez najblisze lata Wieczny Wojownik zazna odpoczynku.

Centres d'intérêt liés