Vous êtes sur la page 1sur 94

WPROWADZENIE

O

cywi lizacjach pozaziemskich mów i się w

nauce ziemskiej, że nic

w szczegółach o nich n ie wiadomo , a le że jedna rzecz wydaje się pewna: kosmos musi być zaludniony. Za takim stanem przema- wiają dane empiryczna-obserwacyjne zdobyte przez liczne dyscy -

pliny przyrodoznawstwa : kosmo logię z astrofizyką, astronomię gwiazdową, planetarną i radiową, chemkosmosu, chem ię orga- niczną, biochem ię syntez, biologię teoretyczną, ewolucyjną i m o le -

kularną, żeby wymienić dyscypl iny dla tego

rozpoznan ia naj bar-

dziej zasłużone. Owe dane, choć wprawdz ie tylko pośrednie, gdy je zebrać, są tak mocne pospołu, że od ich orzeczen ia n ie można

się uchylić: cywi lizacj e muszą istnieć we wszechświecie na pra-

wach kosmologicznej norm y . Jeśli w ięc jest prawdą, że według ustalenia naukowego cyw iliza - cje powinny występować w kosmos i e pospo li cie , to prawdą jest za- raz em , że dowieść ich istnienia w sposób bezpośredni na raz ie

się

n ie daj e: naukowy dowód ostateczny cyw ilizacyj nej egzystencji nie

je st możliwy. Wszelako brak takiego dowodu to n ie wszystko, po- nieważ są prawdy , których n ie można naukowo dowieść, a le które

porażają swoją prawdziwością i na inne sposoby zniewalają do po-

słuszeństwa. Dowód na istnienie cyw ilizacji kosm icznych konsty - tuuje się poza nauką i jest oparty na zwykłym czuciu. N iech ten , kto

w nie wątpi wyjdz ie w bezchmurną noc na otwartą przestrzeń i

przygnieciony ciężarem rozgwieżdżonego nieba pow ie, że nie m a w nim cywil izacj i , a poczu j e się jak kłamca schwytany na gorącym uczynku . Nie m a naukowego dowodu ostatecznego, że cywi lizacj e

pozazie m sk ie istnieją, ale jest porażająca nieskończoną mnogo - ścią gw iazd prawda , że istnieć muszą.

K iedy wy n aleziono na Ziem i radiote leskop pozwalający odbie - rać z kos m osu fale radiowe, międzynarodowa grupa specja listów po d nazwą CETł, złożona z astrof izyków i astronomów, podjęła próby o d eb ra ni a specjalnych sygnałów o bytności, o których wy- słanie posądza się cywil izacje kosmiczne: mają one w ten sposób

zwiastować innym swoją obecność i nawiązywać wzajemne kon-

takty.

Stanowisko poszukiwawcze CETI zostało uruchomione

pracowała się s ukce su, gdyz żadnej sygnalizacji w kosmosie nie wykryła. Zgodnie z teorią cywil izacji kosmicznych powinno być. peł­ no, lecz według rezultatów radi owego nasłuchu, kosmos milczy jakby cywilizacji w ogóle w nim nie było. Miało być ich wiei~, a żad­

na nie daje znaku życia. Ogłasza się więc sprzeczność między te-

oretycznymi oczekiwaniami a wymową praktyki obserwa.cyjn.ej i tak oto pojawiła się w nauce ziemskiej sławna zagadka S1/ent1Um Universi, czyli tajemnica Mi czenia Kosmosu , która dręczy ogół

uczonych specjalistów i domaga się jakiegoś

wytłumaczenia. . W środowisku uczonych zajmujących się kosmosem sądzi się

.

zarazem, że do cywilizacji pozaziemskich nie istnieje obecnie ża­ den inny dostęp poznawczy, jak tylko poprzez poszukiwanie syg- nałów, że niemożliwy jest in'ly kierunek praktyki badawczej poza podejmowanym przez CETI 1że nie ma żadnych i nnych bezpośre­ dnich faktów obserwacyjny ch dających się powiązać z cywilizacja-

  • mi ko sm icznymi prócz

chu. Taka ocena s tanu

nega:ywnych rezu ltatów radiow ego nasłu­ rzeczy, choć rości sobie pretensje do oceny

pełnej i trafnej , jest jedynie wewnętrzną oceną specjalistów i nie jest ani oceną wyczerpującą, ani prawdziwą, lecz przec iwnie : j est

.„

cząstkowa i fałszywa. Żeby widzieć inacze j i dostrzegać więcej, trzeba n ie być specjalistą, który tę ocenę sporządził, lecz kim in-

nym: tym, który bada samych badających, tym , którego przedmio- tem zainteresowań jest co, jak i dlaczego robią naukowcy.

Jli bowiem ogarnąć spojrzeniem współczesną ziemską prak-

tykę poszukiwawczą w dziedzini e spraw cywilizacyjno-kosmicz- nych, wychodzi na jaw rz ecz zaskakująca: to , co robią uczeni spod z naku CETI, wcale nie jest jedyną możliwą działalnością poszuki- wawczą, a rezultaty radiowego nasłuchu nie jedynymi faktami obserwacyjnymi mogącymi dotyczyć cywilizacji kosm icznych. Je-

serwac yjnych wypowiedzieć musi się inna dyscyp lina . Sąd o tym należy do naukoznawstwa. Czy CET I tego chce, czy nie chce, ma swoj ego rea ln ego konkurenta, którym jest badawczy ruch ufologi- czny i czy się to podoba specjalistom. czy się to im nie podoba, jest jeszcz e drugi rodzaj faktów obse rwacyjnych, którym są świade­ ctwa ufologiczne. Wspięcie się na szczebel refleksji o nauce i poznaniu pozwala

rozszerzdziedzinę poszukiwań cywilizacyjnych o nowy obszar

zagadnień i daje możliwość ujrzenia sprawy w nowym świetle. Ta-

kie spojrzenie na stosowaną obecnie praktykę poszukiwawczą,

które ogarniałoby całe pole poznawcze . całość praktyki badawczej

1 ogół faktów obserwacyjnych kiemu jest nie tylko możliwe

dostępnych doświadczeniu ziems-

i potrzebne, ale

także pilne, gdyż

specjaliści wzięli się już za dziesiątkowanie cywilizacji kosmicz- nych , które tak chcą przerzedzić, by dopasować wszechświat w

zak resie

psychozoicznym do c iszy panującej w ich aparatur ze od-

biorczej. Sprzeniewierzają się tym samym wymowie danych empi-

ryczno-obserwacyjnych, od któ ry ch wyszli . Wymowa tych danych jest jednak tak pewna , że wo lno je tknąć dopiero wówczas, gdy nie

będą już możliwe żadne inn e

fakty obserwacyjne poza negatywny-

  • mi rezultatami nasłuchu i nie będzie już nic do z rob ie ni a po tej st ro-

nie nierówności poznawczej, po

któ rej sytuuje się CE T I. Błędu

trzeba szuknajpierw po stronie CET I, chocinie musi on wca le

polegać na złym wyborze miejsc i częstotliwości nasłuchu. Radio-

te leskopy z całą pewnością nie kłamią i jeśli nie wykryto sygnału

tam, gdzie go szukano, to tam na pewno

go nie było. Można zm ie-

niać, jak się to robi, pasma i rejony nasłuchiwania, ale pożytecz­

niejsze byłoby przeprowadzenie krytycznej analizy podejścia CETI i krytycznej oceny znaczenia braku sygnalizacji w odbiorni-

dni uczeni

poszukują cywilizacji w kosmosie, ale na tym praktyka

kach. Gdyby to okazało się użyteczne, mogłaby za tym pójść p róba

badawcza

się nie kończy, ponieważ są i tacy,

którzy szukają i.;h w

dostrzeżenia takiego obrazu zamieszkanego kosmosu , w którym

obszarze Ziemi. Istnieją nie tylko negatywne fakty obserwacyjne,

jak cisza w aparaturze odbiorcz ej, ale są równi~ż fakty po~ytywn~ - doniesienia o pojawianiu się niezwykłych po1azdów lata1ących 1 nieznanych istot, czyli świadectwa ufologiczne i jest badawczy

ruch, który tymi świadectwami się zajmuje. Tej drugiej działalności

nie można odmówić waloru naukowego, gdyż nauka nie jest okre-

ślana przez przedmiot poznania, lecz przez sposób poznawania:

ufologicz ne fakty obserwacyjne same

w sobie nijak nie mogą być

nienaukow e, naukowy sposób ich traktowania jest zaś i możliwy i zachodzący w praktyce. Taka ocena sytuacji poznawczej wywoła sprzeciw ze s trony u- znanych s pecjal istów kosm icznych , gdyż uważają się oni za mo- nopolistów na po lu poszukiwań cywil izacji pozazie m skich: Specj a- liści ds. kosmosu zajmują się problemam i swoich własnych dyscy-

p lin, a zwłaszcza odbieraniem sygnałów, i w tych kwesti~ch

6 kompetentni: na te ma t stanowisk poznawczych i pola faktow ob-

brak sygnałów o bytności nie wchodziłby w sprzeczność z funda -

mentalnym ustaleniem nauki , tJ. powszechnością występowania cywilizacji kosmicznych. Krytyczna analiza podejścia CETI i dostrzeżenie zamieszkane- go kos mos u z jednoczesnym brakiem intenqonalnych sygnałów o bytności cywilizacyjnej nie musi jednak ani też nie powinno sprawy zamykać. Nie chodzi bowiem tylko o to , by znieść dręczącą niek tó-

rych sprzeczność, czyli wyjaśnić rzekomą zagadkę Milczenia Uni-

we rsum , lecz o coś bez porównania więcej: by powołać do istnie - nia zgodność między faktam i obserwacyjnymi a oczekiwaniami teor ii , i to nie tylko zgodność między ciszą w radioodb iornikach a kosmosem pełnym ku ltur , lecz zgodność pełną - między wszech- światem wypełnionym cywi liza cjami a ogółem fa któw obserwacyj-

nych dostępnych doświadczeniu ziemskiemu. Są przecież dwa ro-

dzaj e tych faktów oraz ciekawi pytanie szersze : Czy biorąc za p unkt wyjścia całość fak tów obserwacyjnych danych w doświad- -

/

czeniu ziemskim, daje się zbudować jakiś obraz zamieszkanego kosmosu, który byłby wewnętrznie spójny , logiczny i za razem do

przyjęcia przez naukę? Kryje się tu , chociz początku wygląda to niewiarygodnie, możliwość połączenia członu UFO z członem

CETI , czyli pogodzenia ciszy w radioodbiornikach ze świadectwa­ mi ufologicznymi. Wprawdzie w obecnym stanie jest to trudne, ale czy n ie byłaby możliwa taka obróbka obu stanowisk poszukiwaw- czych i ich dorobku , aby dało się wypracować jakieś wspólne pun - kty lub związki i możliwe bylo dokonanie ich syntezy , a następnie. czy dałoby się wywieść z nich taki wygląd ucywilizowanego

wszechświata, w którym miałaby swoje miejsce całość dostęp­

nych doświadczeniu ziemskiemu, poddanych obróbc e i związa­

nych ze sobą faktów obserwacyjnych wraz z ich dalekosiężnymi konsekwencjami? Sytuacja poznawcza w dziedzinie poszukiwań cywilizacji kosmicznych może być fałszywie postrzegana i ocenia - na : może teoria pokrywa się z obserwacjami, tylko się tego z pew - nych powodów nie dostrzega? Ciszy w radioodbiornikach nikt nie kwestionuje - świadectwa

ufologiczne kwestionowane. By więc podnieść je

ciela sprzeczności poznawczej , w którą uwikłały się

do roli znosi - konkurencyj -

ne świadectwa i pomóc im się

z tego wyplątać, ufo logiczne fakty

obserwacyjne trzeba najpierw rewindykować. Ich rola nie kończy się jednak na likwidacji widomej opozycji i nie jest to także ich rola

główna: świadectwa ufologiczne przez swoją obecność i charakte-

rystykę fenomenologiczną mają przede wszystkim

ustanowić zgo-

dność między oczekiwaniami teorii a kosmosem zaludnionym -

tym bardziej więc trzeba zabiegać o ich rewindykację. By mogły

pełnić swoją podwójną funkcję, świadectwa te nie mogą być zabro -

nione ze stanowiska nauki -

nie z pozycji specjalistów ds. ich

odrzucania, lecz właśnie nauki , ponieważ nauka ziemska

nie wy -

czerpuje się na orzeczeniach tych specjalistów. Trzeba więc zba-

dać, czy świadectwa ufologiczne jako mogące coś mówić o cywil i-

zacjach kosmicznych, nie ze stanowiska nauki zakazane, a jeśli

okażę się nie

n ies ien ia ich

zabron ione, będę tym samym dozwolone i zabieg pod - do w iadomej godności będzie zabiegiem prawomoc -

nym. Uczynić trzeba byłoby więc trzy kroki poznawcze na drodze uka-

zania zgodności między teorię domagającą się kosmosu wypeł­

nionego cywi lizacjami a faktami obserwacyjnymi danymi w do-

świadczeniu ziemskim:

  • 1. Ukazanie świadectw ufologicznych , pokazanie czym są, o

czym mówię, jaka jest ich charakterystyka i wiarygodność oraz co

w ich sprawie dotychczas zrobiono.

  • 2. Zbadanie czy świadectwom ufologicznym wo lno jest pelnić

rolę likwidatora sprzeczności poznawczej , a więc czy mogę się za nimi kryć przejawy obecności cywilizacji pozaziemskich, których

  • 3. Sporządzenie obrazu zaludnionego kosmosu, w którym mia-

lyby swoje miejsce wszystkie ziemskie fakty obserwacyjne wraz z ich najdalej idącymi konsekwencjami , a więc pokazanie, jak mogę się mieć rzeczy w cywilizowanym wszechświecie, lub inaczej: jaki

wygląd musiałby mieć zamieszkany kosmos, by mógł się objawiać

doświadczeniu ziemskiemu takimi faktami, jakie w tym doświad­

cze niu występują.

Oto program poznawczy, który ma

ukazać możliwy wygląd rze-

czywistości socjokosmicznej - trzeba teraz przystąpić do jego rea- li zacji.

..

-.

'

·-"'

._

.

_

.

,

-

raz

ostatni rzucił się w jego stronę z szaloną szybkością i

zniknął,

jak spadająca gwiazda, wewnątrz dolnej części cygara ", z które-

go na początku się wydobył. Może minutę później „marchew"

przechyliła się i ruszyła, następnie przyspieszyła i zniknęła w od-

dali w chmurach. Cała rzecz trwała jakieś pół godziny. (Departament Vendee , Francja, 1954)

Niezwykłe zjawisko , którego byłem jednym ze świadków, przed -

stawiało się następująco:

Na tle błękitnego nieba w kierunku północnym płynął oblok o dzi-

wnym kształcie. Powyżej niego znajdował się duży, wąski cylinder

nachylony pod kątem 45 stopni, który wolno leciał w kierunku połu­

dniowo-zachodnim. Wysokość, na której się znajdował, określił­

bym na dwa albo trzy kilometry . Obiekt ten był białawy, nie świecił

się i miał ostro zarysowany kształt. Z jego górnej końcowej części ulatniało się coś w rodzaju białego dymu . W pewnej odległości

przed tym cy lindrycznym obiektem poruszało się po tym samym kurs ie około 30 innych obiektów. Dla patrzącego gołym okiem wy -

glądały one jak bezkształtne kule przypominające kłęby dymu •. ale za pomocą lornetki można było zauważyć czerwoną kulę zna1du-

jącą się w cen trum , otoczoną żółtawym pierścieniem nachylonym

w stosunku do niej pod dużym kątem.

Taka konfiguracja przesłaniała prawie zupełnie dolną część

ku li , a le jej górna część pozostawała widoczna. Obiekty te poru-

szały się parami, lecąc torem charakteryzującym się szybkimi

zmianami kierunku lotu, czyli leciały zygzakiem . Gdy

dwa z nich

zbliżyły się do siebie, pojawił się jasny błysk podobny do wyłado­

wania łuku elektrycznego. Wszystkie te

stawiały za sobą duże ilości czegoś, co

niezwykłe obiekty pozo-

znikało, wolno opadając

na ziemię. Przez kilka godzin można byto zaobserwować mnóst- wo tej substancji na drzewach, na liniach telefonicznych i dachach

domów.

(Oleron, Francja, 1954)

  • 21 kwietnia wracaliśmy nocą z Warszawy do naszej jednostki

wojskowej, jadąc drogą w kierunku Łodzi. Siedziałem po prawej

stronie, samochód prowadzi! kolega

..

W okolicach miejscowości

Błonie, przy skrzyżowaniu z drogą na Zelazową Wolę, kolega zau-

ważył w lewym górnym rogu przedniej szyby jakieś światło, kt~re

zaczęło opadać nad szosę. Schodziło z szybkością 8-1 O metrow

na sekundę (profilem lądowania śmigłowcowym) po

takim kur s ie,

że pomyśleliśmy, jest to śmigłowiec podchodzący awaryjnie do

lądowania. Zatrzymaliśmy więc samochód ·i zostawiliśmy zapalo-

ne długie światła, żeby oświetlały szosę i

Po chwili okazało się j ednak, że nie jest to

ułatwiły mu lądowanie. an i śmigłowiec, ani ni c,

helikoptera a kolega mechanikiem pokładowym, znamy wszystkie rodzaje śmigłowców i jesteśmy obeznani z samolotami. Żaden po-

jazd latający nie ma takiego oświetlenia i nie może zachowywać

się w ten sposób. Obiekt

był czterema wielkimi żółtymi światłami, których średnicę

rzeczywistą oszacowałbym na około 2 metry. Chociaż poza tymi

światłami nie widzieliśmy żadnego ciała czy kadłuba, uważamy, że był to jakiś, wyposażony w światła, pojazd latający. W pierw-

szym momencie, kiedy jeszcze myśleliśmy, że jest to śmigłowiec,

zaczęliśmy się wsłuchiwa.S, aby stwierdzić na 1akich obrotach pra-

cuje silnik. Niczego nie usłyszelismy. Nie było żadnego dźwięku.

Obiekt mógł mieć przeszło 30 metrów długości,

był większy od

śmigłowca Mi-6. Zawisł nieruchomo nad ziemią na wysokości oko-

ło 1OO metrów i odległości 200 metrów od samochodu, obok które- go staliśmy. Prawie natychmiast po wykonaniu zawisu, poszedł z powrotem do góry, obniżył się, stanąl w miejscu bez hamowania i od razu ruszył w górę bez nabierania szybkości. Po wyjściu z samochodu zanotowaliśmy kurs obiektu, jego szyb-

kość oraz dokładny czas. Była godzina

(Błonie pod

2.32 w nocy. Warszawą, Polska, 1979)

Wracaliśmy wraz z żoną z urlopu w Szwajcarii , 17 września

  • 1977 r. , gdzie byliśmy wraz z zaprzyjaźnionym małżeństwem. Po

przekroczeniu granicy PRL

w Świecku, wracaliśmy przez Zieloną

Górę, gdzie wysiedli nasi znajomi. Była godz. 2.00 w nocy. Byliś­ my ogromnie zmęczeni jazdą non stop z Lipska, gdzie nocowaliś­ my. Prowadziłem samochód Volkswagen Bus" wraz z przycze-

pą. Z uwagi na obciążoną przyczepę nie mogłem jechać szybko,

maksymalnie 50-60 kilometrów na godzinę. W miejscowości Kargowa (pow. Sulechów) zobaczyliśmy bar- dzo wysoko świetlny punkt (podwójny). Pierwsze moje wrażenie było takie , jakbym na spadochronie, które często wystrzeliwuje wojsko, i tak też to

obserwował wystrzeloną rakietę oświetleniową

potraktowaliśmy z żoną. Nie mogę dokładnie określić w jakiej

odległości był pierwotnie ten obiekt, myślę, że około 2-3 kilome- trów. Po przejechaniu około 500-800 metrów od miejsca, w którym

zauważyliśmy rakietę", stało się coś niesamowitego, coś, cze-

go nie umiemy do dzisiaj sobie wytłumaczyć! Obiekt ten w postaci

dwóch kul świetlnych bardzo gwałtownie (szybkość tak gwałtow-

na, że wprost nie do określenia) zbliżył się do nas i zawisł nad

sa-

mym samochodem! Silnik pracował prawidłowo, oświetlenie tak samo. Wyłączyłem silnik, oświetlenie wozu i próbowałem przyj -

rzeć stemu czemuś. Mógłbym określić to coś jako dwa świecące

klosze". Pierwszy był większy (średnica okolo 25-30 cm), dawał sil ne światło białe, nie rażące oczu. Drugi zdecydowan ie mniejszy

dawał również światło silne, nie rażące, o barw ie żółtawopoma­

  • ci chciały obejrzeć w TV program W;:illa D!7ney~. ~dybym się lak

nie spieszyła, może mogłabym uprzytor:nmc sobie. ze.to

raczej me

mogła być gwiazda. Była tak piękna , z~ ~r~ąlając się w kuch.~1,

spoglądałam na nią co pewien czas. Pozm~j wyszłam n~k~rm1c 1

napoić kurczęta i przestałam wytrze:;zczac. oczy 1 podz1w1ac Ją:

Przeszło mi leż przez myśl, że gwiazda Belle1emska me mogła byc

od niej

piękniejsza.

.

.

Spoglądając przez kuchenne okno, zobaczyłam sw1atla traktor~

mojego męża pędził do domu na złam urn~ karku

w drzwi

..w~adł w chwili, gdy zaczynał się Wall Disney 1pow1edz1.ał, z~ sc1gał g? La-

tający Spodek. W pierwszej chwili po my:~ lałam. z~ w1dz1a1. tę_ w1elk~

gwiazdę i żartu1e ze mnie, więc zaczęłam się d~ mego ~m1ac. Spo1-

rzał na mnie jakbym oszalała. Szybko znuwazy.tam: ze był blady

jak płolno 1 wyraźnie roztrzęsiony. Kazał m1 wyjrzec przez okno.

Więc wyirzałam

.

Zobaczyłam coś schodzącego do lądo·wama na polu za naszą

stodołą. Zlapałam płaszcz i wybiegłam na werandę, żeby ~1ę le~u

przwzeć. „Gwiazdy" już me było. ale n~sko nad polem w1s1ał 1ak1e- goś rodza1u po1azd powietrzny. To cos pczost~wało ta~ w ciągu kilku następnych minut, a mój mąż opow1ad m1, co mu się przyda-

. Kiedy jechał traktorem do domu, odmósl wr~en.1e, ze kto

rzyło.

.

.

ś

mu

się przygląda, więc odwrócił się na siedzeniu 1sp.ojrzat :a s1eb1e.

Za mm, na niebie znajdował się pomaranczowy obiekt, ktory nagle,

zmiema ąc się w dwa światła, z wielką szytikosc1ą ruszył w 1ego stronę. ż uderzył w gaz i z ryk iem siln ika wystartował w stronę

1

domu.

Kiedy mi to opowiadał. obiekt ciągle w1s1ał w powietrzu .w całko- witym bezruchu około 20 stóp nad ziemią. Gdy :vr~szc1e. ruszył

prosto przed siebie i w górę, zrobił to tak łagod~1e, 1z odniosłam wrażenie. że z równą łatwością mógłby porusz. ~'C się w dowolnym

kierunku. Przeszedł jak1es 20 stóp nad oborą. n ie wylwarzaiąc za-

dnego dźwięku.

. Kiedy znalazł się nad dachem obory, sw1me 1 prosięta :aczęty dziko kwiczeć i walracicami w swoich zagrodai::h. Gdy obiekt mi-

nął dach. natychmiast się uspokoiły.

.

.

Nadchodził teraz bardzo wolno w stronę domu . Mąz wbiegł do

pokoju, żeby oglądać go z frontowych okien, a moj13 dz.1ec1 krzycza-

ły, głównie dlatego, że ich rodzice byl! t~k roztrzę!;.1~m.

Obiekt można opisać jako dwa ks1ęzyce w pE:"11, oddalone od

siebie o około 12

stóp, z blyska1ącym światlem z tytu.-1ak przechy-

lony trójkąt. Każde białe światlo mogło mi~ć ~ stopy sredrncy. Białe światło było bardzo intensywne. ale me osw1etłało nicze~o dooko-

ła. Wydawało się, jakby światło zawierało się samo w sobie.

Obiekt

byl teraz na wysokości wierzchołk~w dr~~~ i przeszedł P? prawej

strome naszej lampy ostrzegawcze). ale 1e1sw1alłon1H odbito się na

wyraźn.e odczucie, że były one przytwierdzone do czegoś wielkie-

go. Obiekt nie wytwarzał dźwJęku z wyjątkiem słabego poświstu

k1e~y p~zeszedł obok. mnie. Swist byf ledwie uchwytny. Mogła~

obe1rzec te okrągłe światła z bardzo bliska i przypominały mi ścian­

ki brylantu. Nie rozpowi.adalismy o naszym spostrzeżeniu, ale rozmawialiś­

my o tym z na1bliższymi. Doświadczyliśmy dostatecznie dużo ni e- wiary ze strony_ rodziny i przyjaciół, aby mieć przestrogę. jak będzie

na to reagowac większość ludzi.

Później przyszedł do nas sąsiad 1powiedział, ze widział jak jakiś obiekt z~ św1atł~mi przechodził nad naszą farmą w miejscu, gdzie,

jak sądził, pow~nna zna1dow~ć ~1ę nasza obora. Inny zaś sąsiad

~raca!~ Bloomington ze swo1ą kilkunastoletnią córką oraz przyja -

cielem_ 1 kiedy byli około 20 mil stąd zobaczyli, tego samego wie- czora 1 mn.1e1. w1ęce1 w tym samym czasie, lecący bardzo wolno obiekt. ze sw1atłam1. Byli tak zdz1w1eni, że zjecha li na pobocze

żeby się temu przyglądać. ~omyśleli, że jest to nisko lecący samo~

lot, ale bylo to ta~ dziwne. ze wyłączyli silnik samochodu. aby móc

wsluchac się. Kiedy ~twierdzili, że to coś nie wytwarza żadnego

dzw1ęku, przestraszyli się, zawrócili i odjechali. (Green County, USA, 1970)

Dom mój znajduje się w pobliżu szosy prowadzącej z Pabianic do Rzgowa. a. następnie wiodącej do Tuszyna (tzw. Tuszyn-Las).

Okol~ godziny 22.50-23.00 wyszłam do ogrodu zapalając papie -

r~sa: W ieczór.bc~e~ny, niebo szarogranatowe, bez gwiazd, nie w1dz1alam lakze ks1ęzyca. Jed~ne światło padało z latarni znajdu-

1ące1 srę około 25 metrow od miejsca. w którym się znajdowałam.

Przez otwarte okno z wnętrza domu widać było św1atlo, padające

od włączonego telewizora.

W pewnym momencie zauważyłam, że nasuwa się nade mnie c1en. W1dz1alam wyraz.nie, ze cień ten przesuwa się po ziemi w kierunku pólnocno-wschodnrm. Spoirzałam odruchowo w go;ę i

zo~aczylam wolno przesuwa1ący się nade mną ciężki, masywny ob1ek~ w ko lorze żelaza. Ni~ mogę dokładnie określić prędkości z 1aką srę przesuwał, ale uwazam, że musiał się poruszać dość wol-

no gdyz c1en przesuwał srę także pomału, a

ponadto miałam do-

syc cz asu na przyjrzenie się temu ob iektowi. Na wysokości około 15·2~ metrów nade mną zobaczyłam jak gdyby jego dno" a może lep1e1 będzie to określić mianem „spodu". A więc ten spód stanowił

bardzo ~eg.ułarny ~wal. jego kształt właściwie przypomina! dość dokładnie hterę :·O . Na wierzchu pojazdu znajdowała się wyraż­

nrc zarysowana 1dobrze _widoc zna częsć o kształcie bardzo podo- bnym do górne1.wypuklo~cr w samochodzie „Syrena". Inaczej mó-

wiąc, było to cos w rodzaiu kopuły. Na wysokości około jednej trze-

rr~j całego obr~ktu, mierząc od dołu, znajdował się 1ak gdyby nalo -

w mi ej sc u połączenia z „dac h e m ' . Stron~, którą.obserwo:ivG11am,

kiedy pomału przesuwał się nade mną, m1at~. cos "'! ro?zaiu . 0~1e~

nek o kształcie bardzo wydłużonych hter " O w gorn ei częsc1 teJ

sp ta szczonei kopuły. Z otworó w tych w 1dac

bytow1atto, ~tale, n ie

migają.ce. o j edna k o wym nat~.żeni~ i barwi e blęk1tn~szare1, ale do-

syć „matowej". wyglądającej 1akos dzi w nie s ztucznie ~barwa w ~o­ dzaiu koloru palącego się gazu). Obiekt •. nadch~ ząc nade mnie,

a także p o tem, kiedy przesuwał się w k ie r u nku potnocno-w~chod­

nim (nadleciał - mogę to okr~slić n a

podst_awie przesuwa1ące.go

się cierna- z kierunku południowo-zachodniego). me ~ydawat za-

dnego. nawet na1cichszego dzwięku, przesuwai~c się p~ P.ro~t~

bezsze lestnie , ale w mome nc ie. gdy znajdował się wtasc1w1e JUZ

poz a

mną poczułam dziwny ciężar głowy: nie słyszałam niczeg~,

.. gdyz w uszach miałam ucisk spowodowany 1ak g dyby wzro.stem.c1- śnienra (takie uczucie głuchoty i szumu w uszach . a takze .dziw- ne g o samopoczucia- odczuwam to zawsz~ 1adą.c wysok.o ~indą).

Po chwili pojazd przesunął się daleJ, a ia m1.ałam. wraz~nre, z e wt

sokość je g o lotu iest zbyt niska , że w każdeJ c hwth i;ioze ~awadz1c

  • 0 rosną.ce drzewa. dachy

czy hrnę sieci ele ktry c zn ej. Po kilkunastu

sekundach. a moze po m1nuc1e lub połtoreJ, dolegliwo~ci i d.ziwny stan ustąpiły, 1 usłyszałam od strony oddalającego się poiazdu ,

ktory mógł zna1dować się JUŻ w odległości około 3 00 i;ietrów ode

mnie. odgłos podobny do dźwięku przedłuzaiącego się g.rzmot~, niezbyt głosnego. odb11a1ą.cego się Jak gdyby eche i;i . Po1a zd me

zostawiał żadnych smug świetlnych. me miał .także zadnyc~ ce?h helikopterów. często przelatujących nad mo im do m e mrn~ m1~ł

śmigieł kół. świateł przednich bocznych ~nr tylnych. a m. także ~1-

docznych z mojeJ strony drzwi czy czeg~s ~ ty m ~odzaiu. bJak gdyby sklepiony doskonale. N ie. m itakze za dn ei ~yszy c zy wy-

stających części albo ewentualnie smugi palących sna zewnątrz

gazow, co zaskoczyło mnie Po kilku minutach ochłonęłam n~ ~le,

aby w ogole ruszyć się z m1e1sca 1 zaalarmowałam domowrn~ow,

ale niestety. pojazd był już n iew idoczn y . J edy ni e z daleka dobiegał cichy pomruk jak gdyby oddala1ącej się burzy. (Okolice Pabianic w pobliżu Łodzi, Polska 1979)

Przechodziłam przez wybieg dla zwiert, kiedy moją. uwagę

zwroc1ło 1askrawoz1elone sw1atło pośród chmur. Gdy.byłam w po-

łowie wybiegu nad z1em1ę opadło coś, co wyglądo Jak dw~ w~el­ kie zielon e świaa. Spostrzegłam, że j es tem skąpa~a w tym s~1et-

1e 1z e całe podwórko też jest zie lone. To zie lo ne św1a_tto było me do

wytrzymania . Moja pierwsza myśl: me mogę tu

stac . Dałam nura

między drzewa (w kępę sosen po d ru g1e1 stro ni e trzyakrowego wy-

b iegu) . Stanęłam i patrzam .

. Nad z1em1ę opadło jarzące się światło w kształcie spodka z dw.9-

ma z1elonym1 sw1atłami zagłębionymi w dnie. W pow1etr~u zrobiło

  • 22 się gorą.co. Ze środka d n a wytrysnęły dw a rzędy pomaranczowych

o~rn. Wydawały się wirować w przeciwnych kierunkach. Ta rz ecz

miał~ około 20 do 30 stóp średnicy I zawisła mn iej więcej na wyso- ko_sc1 dachu . W pewnym momenc ie płomienie ustały, a światła.

k~ore wydawały się zna1dować na czymś w rodzaju jarzącego ptek- s1gla~owego. czy szkłaneg? dachu łub kopuły, zgasły. Dno przed-

stawiało się Jak? szarawe 1metaliczne. Kiedy to coś wisiało w po-

wi e trzu , slychac było słabe brzęczenie.

Wewnątrz zn~jdowato ~ię dwoc~ ludzi ubranych w dość dopaso-

wane . przylega1ą.ce do ciała kostiumy, zrobione z blyszczą.cego m a tenatu. ~edno do czego mogę to porównać to aluminiowa foha . Od ich r~m1on wyrastały nieprzezroczyste kaski. N ie mogłam więc zobaczyc twarzy.

Jede~ z tych lu~zi wstał i wyciągną.I ręce przed s iebie , jakby c~c1ał się oprz~ć, ze~y ~poj~zeć w dól. źniej usiadł i po upływie

m inuty lub dwoch pojawiły się płomyki, początkowo idą.ce lekko w

bo.k , po cz~m ta rzecz wystrzeliła pionowo z ogromną szybkością i

zniknęła między chmurami. Kiedy wystrzeliła w górę, słychać było

łagodny, ~le wysoko brzmią.cy dźwięk. Byłam tak osłupiała, że

przez pewien czas stałam między drzewami i nie wiedziałam co

zrobić. W ~owietrzu czuć było coś, co przypominało zapach p i e-

przu . W koncu zdecydowałam się kontynuować pracę i wydoić kro -

w y . Podczas dojenia ~ie mogłam wyjść ze zdumienia - byłam zdz i-

w1?~a, wstrzą.srnęta 1zupełnie n ie wiedziałam co z tym zrobić. Pó-

zn1~1 ~eszłam do domu i obudziłam męża, który wcale mnie nie

wysm1ał, czeg~ się bałam, ale zapylał: dzwoniłaś na policję albo do

lotnictwa? Pow1edz1ałam mu, że n ie, więc zatelefonował na policję.

(Błeinhe1m, Nowa Zelandia 1959)

Kiedy wracaliśmy do domu razem z moją jedenastoletnią. córką

Gabnełą, w pobliżu miasteczka Hasselbacht pękła o p o na w na - szym motocyklu . Gdy prowadziłem motor do Hasselb ac ht Gabri e-

la pokazała ręk~ na co~. co .znajdowało się od nas w odległości

?k o lo 140 metrow. Pornewaz panował już półmrok, pomyślałem.

ze iest to młoda ~a~na. Zostawiłem m otocyk l przy drz ewie i po sze-

dłem w stronę miejsca„ które pokazała mi córka. Jednakże, kiedy

d~tartem ~o ~unktu lezącego 5 0-55 metrów od obiektu , uświado· m1łem sob1e •. ~e moje pierwsze wrażenie było błędne. Zobaczyłem

d w oc h „l udzi

stoią.cych ode mnie nie da lej niż 40 m e trow. Ubrani

byli w !akieś świecące się meta liczn ie ub rania. Zatrzyma li się 1roz-

glą.dalt za czymś na ziemi.

Podsz~dł~m do nich na odległość około 1O metrów. Spojrzałem

sp_onad ~1sk1e~o ogrodzenia i zauważyłem wówczas wielki obiekt. ktorego sredrncę. oc eni Iem. ~a 13 do 15 metrów. Wyglądał jak gi -

gantyczn~ patelnia . ~zdluz jego obwodu znajdowały się dwa rzę-

dy o tworow o s redrncy około 30 c entymetrów. Odstępy między d woma otworami wynosiły mniej więcej 0 , 4 5 metra . N a szcz y c ie 23

tego metalowego obiektu znajdow~ła_ s~ę czarna wieżyczka w

kształcie ściętego stożka wysoka na 1ak1es 3 metry. Gdy patrzyłem

na ten przedmiot, moja córka, pozostają.ca tro~hę z_tytu, zawo~ała

mnie. Ci dwaj musieli usłyszeć jej głos, ~ornewa~ ~a~ychm1ast

wskoczyli na górę i zniknęli we wnętrzu stozkowateJ w1ezy. Wcze-

śniej zauważyłem, że jeden z nich miał z przodu lampę, która zapa~ lała się w regularnych odstępach. Boczna część obiektu, ~a ~tore1 były otwory, zaczęła się teraz świecić - jej kolor wydawał się zielon-

kawy, ale póżniej zmienił się w czerwo~Y·. W ty~ ~amym i:nomen-

cie usłyszałem lekkie buczenie. Kiedy ~w.1e~e~1e 1buczenie. wzro-

sły. stożkowata wieżyczka za~zęła z1ez~zac w ~~I d? ~rod ka

obiektu, a cały obiekt zaczą.ł się następnie wznosie, wiru1ą.c Jak

bą.k.

.

.

d

.

I

Wydawało mi się, że ruch ten odbywał się 1akby przy u z~a e

tego cylindrycznego urzą.dzenia, które przeszło ~ górX pr~ez sro- dek obiektu i teraz pojawiło się u jego spodu. W te1 .ch~1łi ob1~kt oto-

czony był przez pierścień błysków i znajdował się kilka stop nad

ó

Następnie zobaczyłem, jak idzie powoli_w gorę. "'! stoz owa Y

ziemią

..

.

.

· k

t

cylinder,

przy udziale któreg~ odb~wał się ru ch, zni_kną.ł teraz .~

środku obiektu i ponownie po1aw1ł się na 1ego sz~zyc1e. Szy.~kosc

wznoszenia stawała swiększa i w tym momencie usłyszel1smy z córką. dźwięk, podobny do gwizdu spadających b?mb.

Obiekt pokazał się na wysokości hory~ontu, &kierował w stron.ę

najbliższego miasta, a później, idą.c w

gorę. znikną.I ponad wzgo-

mnie

...

Musieliby to coś czymś przywieźć i musiałby być jakis hałas

cią.gnika czy

samochodu. Ale przywieźć to coś byloby raczej nie-

możliw~_: po. tych wysokich pieńkach, po zaoranej ziemi, a poza tym drozka Jest wą.ska. Oo zestawienia tego na ziemię musiałby

być dźwig. Wtedy się trochę przestraszyłem.

Wzią.łem motocykl za kierownicę, zapaliłem silnik i ruszylem. Ale

t~k w_olno, z ocią.ganiem: jechać-nie jechać„. W końcu mówię so-

bie, ze muszę zobaczyć czym właściwie jest ta

okna, ani drzwi z tej strony nie widać.

„buda", bo ani

Jechałem wolniutko w dzo. blisko i ~atrzyłem na

kierunku tej „budy". Kiedy byłem już bar- nią., rozsunęły się drzwi - szybko, energi-

cznie, ale miękko, bez trzasku, jakby gładko wsunęły się w bok.

W drzwiach stały dwie niewysokie

osoby. Mialy ludzką. postać,

~lko _ich twarz~ były

...

nieprzyjemne - podobne do twarzy zielonej

zabk1. Ręce m1 się zaraz zatrzęsły, a jeden z nich machną.I ręką. w

dół, jakby chciał, żebym się zatrzymał. Staną.Iem, postawiłem mo-

tocykl na bocznej nóżce i oparłem się o niego. Tymczasem wysu-

nęły się cztery

schodki i oni zeszli. I jakby chcieli mnie obejść.

. Teraz, kiedy o tym myślę, nie wiem: czy mi ręka sama wysunęła

się do przodu? Odruchowo czy ze strachu? Nie wiem. Jeden z nich

podszedł, zatrzymał się na chwilę przede mną. i spojrzał m i glęboko

w oczy. Wahał się. Potem

zrobił krok do przodu i podal mi swoją.

kę. Ten pierwszy nie miał przy sobie nic. Natomiast drug i trzymał

w rękach jakiś aparacik i kiedy podawał mi rękę, przytrzymał go

drugą Pierwszy nacisną.I palcami na siedzenie motocykla i złapał

..

rzami i lasami.

.

.

za dźwignię hamulcową Drugi chodził z tym przyrządem i robił nim

Pomyślalem, że nam obojgu - mojej

cór~e i mnie -ws~yst~o się

jakby