Vous êtes sur la page 1sur 110

Niemieckość NRD

Timothy Garton Ash


Przedmowa do polskiego wydania

Historia tej książki jest dosyd niezwykła. W latach 1978-1980, przygotowując pracę doktorską na
uniwersytecie w Oksfordzie na temat niemieckiego ruchu oporu w czasach hitleryzmu, mieszkałem
przez dziewięd miesięcy w Berlinie Wschodnim i - w przeciwieostwie do korespondentów
zagranicznych, akredytowanych w NRD - mogłem podróżowad swobodnie po Wschodnich Niemczech
bez towarzystwa „opiekunów” oraz rozmawiad z ludźmi bez narażania ich - w zasadzie - na przykre
konsekwencje z powodu kontaktu z cudzoziemcem.

Jako historyka zafascynował mnie podwójny i ambiwalentny stosunek NRD do niemieckiej historii:
rozmyślna rehabilitacja poprzednio odrzucanych lub traktowanych jako tabu części historii Niemiec
(Luter, Fryderyk Wielki czy nawet Bismarck), a z drugiej strony nieświadoma lub na wpół świadoma
kontynuacja wczesnej niemieckiej tradycji w kierowaniu paostwem i społeczeostwem.

W sierpniu 1980 r. zostałem wchłonięty przez potężną polską rzekę pod nazwą „Solidarnośd”, więc
książkę o NRD kooczyłem pod wrażeniem wydarzeo, które opisałem w „Polska rewolucja:
«Solidarnośd»”1. Niezwykłośd „Niemieckości NRD” polega też na tym, że pisałem ją dla
zachodnioniemieckiego odbiorcy. Redakcja pisma Der Spiegel i jego wydawnictwo (Rowohlt) uznały,
że zachodnioniemiecki czytelnik marzy tylko o tym, by przeczytad, co brytyjski pisarz ma do
powiedzenia o innych Niemczech. Dlatego jak łatwo zauważy polski czytelnik tej książki - miałem
tego, specyficznego niemieckiego czytelnika i jego reakcje na wydarzenia w Europie Wschodniej na
uwadze, gdy w pośpiechu wykaoczałem książkę w 1981 roku.

Ukazanie się „Niemieckości NRD” na jesieni 1981 roku i serializacja w Der Spiegel wywołało wiele
interesujących reakcji. Na ogół książka spotkała się z dobrym przyjęciem, chociaż kilku
zachodnioniemieckich krytyków uznało, że mój krytyczny stosunek do NRD był za daleko posunięty.
Ta ochronna reakcja wobec Niemiec Wschodnich raczej wzrosła niż zmniejszyła się w ostatnich
latach. Jednakże booskie Ministerstwo do Spraw Wewnątrzniemieckich zamówiło specjalne wydanie
tej książki i poleciło ją jako lekturę szkolną.

Jedną z najlepszych recenzji otrzymałem od władz wschodnioniemieckich: miała ona kształt protestu.
Brytyjski dyplomata został wezwany do Ministerstwa Spraw Zagranicznych NRD i poinformowany, że
moja książka jest zaproszeniem wschodnioniemieckich robotników do pójścia w ślady Polaków.
Dyplomata uprzejmie wyjaśnił, że jego rząd nie ma ani zamiaru, ani możliwości kontrolowania, co
jego obywatele myślą, piszą czy publikują.

Jednak najważniejsze uwagi krytyczne przyszły ze strony mych wschodnioniemieckich przyjaciół. Jak
czytelnik zapewne zauważy, przeprowadzam nieprzychylne zestawienie tego, co można nazwad
społeczną biernością większości mieszkaoców NRD, z niezwykłą aktywnością (w momencie ukazania
się książki) większości Polaków. Moi przyjaciele uznali to porównanie za niesprawiedliwe. Czytając
swą książkę jeszcze raz pod koniec lat osiemdziesiątych stwierdziłem, że mieli rację i to nie tylko
dlatego, że poziom aktywności społecznej w NRD podniósł się w ciągu ostatnich lat.

W europejskim domu jest mieszkao wiele. Niech każdy naród szuka szczęścia na swój sposób.

1
„Polska rewolucja - «Solidarnośd»”, Polonia, Londyn 1987 oraz Wyd. Krąg, Warszawa 1988.
Gdybym miał poprawid i uwspółcześnid tę książkę, to na pewno poświęciłbym więcej uwagi tej nowo
rozwijającej się aktywności obywatelskiej, ruchowi na rzecz praw człowieka, który rozszerza się pod
ochroną Kościoła, czy grupom ekologicznym i pokojowym. Ale takiej rewizji tekstu nie mogę zrobid
z jednego prostego powodu - od roku 1982 władze NRD odmawiają mi prawa wjazdu do tego kraju.
Gdy zapytałem się NRD-owskiego wopisty na przejściu w Berlinie przy Friedrichstrasse, jakie są
przyczyny odmowy, oświadczył: „podawanie powodów nie należy do międzynarodowych
zwyczajów”.

Oczywiście mogłem podjąd się przejrzenia i poprawienia książki na podstawie bardzo wyczerpujących
sprawozdao i materiałów, które otrzymuję na temat NRD, ale jeśli ta książka ma jakiekolwiek zalety,
to wynikają one z wiadomości z pierwszej ręki, z osobistych doświadczeo i - mógłbym dodad -
z pewnej młodzieoczej niecierpliwości. Nie ma więc sensu próba zmiany szkicu w rozprawę naukową.

Mam nadzieję, że polskim czytelnikom ta książka spodoba się, ale mam również nadzieję, że nie
będzie ona tylko potwierdzeniem obecnych uprzedzeo. Sprawa polepszenia wzajemnego zrozumienia
między Polakami a Niemcami jest zbyt ważna - dla całej Europy.

TGA, Oksford, listopad 1988 r.


Niemcy? Gdzie to jest?

Niemcy? Ale gdzie to jest? Nie umiem znaleźd tej ziemi, kraj uczonych zaczyna się tam, gdzie
kooczy się kraj polityków.
Goethe i Schiller, Xenien, 95
Ja zaś muszę podad, co się opowiada, ale bynajmniej nie jestem zobowiązany w to wierzyd;
i te słowa mają się odnosid do całych mych Dziejów.
Herodot, Dzieje, ks. VII, 152, przeł. Seweryn Hammer

A jeśli nie chcesz mnie za brata, łeb ci rozwalę, cześd i kwita... Ta wzruszająca rymowanka, zrodzona
przypuszczalnie około roku 1848, wędrowała ponad sto lat po Niemczech jak porzucone dziecko,
wpierw hołubiona przez socjaldemokratów, potem przez KPD, aż wreszcie zadomowiła się
w pierwszym socjalistycznym paostwie na niemieckiej ziemi. Nigdzie słowa „braterski”, „bratni” nie
są używane tak często jak w Niemieckiej Republice Demokratycznej i nigdzie za braterskim uściskiem
nie pojawia się tak szybko podniesiona pięśd. W tym sensie braterskie są także rady, jakich NRD od
sierpnia 1980 r. tak hojnie udziela Polsce.

Ale NRD sama nie jest wielkim bratem. Przyjaźo między Związkiem Radzieckim a Niemiecką Republiką
Demokratyczną jest braterska, twórcza, nierozerwalna i wieczna - głoszą transparenty. Żołnierze
stacjonującej w NRD rosyjskiej armii nazywani są potocznie „przyjaciółmi”. Nikt jednak zapewne nie
używa tego zwrotu bez ironii. Gdy w małym miasteczku środkowych Niemiec naprawiają mi
samochód, rozlega się ogłuszający huk wystrzału. Mechanik unosi brwi i wzdycha: „Nasi przyjaciele”.
Jeśli opanowało się kod, znaczenie tego sygnału jest oczywiste. Stosownie zaszyfrowana replika brzmi
wówczas: „Ach tak - uniesienie brwi - bracia”. Potem można już rozmawiad swobodniej. Dwa słowa,
rzucone przez mechanika, określają zasadnicze stanowisko, magiczna formuła otwiera sezam
krytycznych uwag. „Czy Rosjanie są naszymi bradmi czy przyjaciółmi? - Bradmi, przyjaciół można sobie
samemu wybierad” - brzmi stary NRD-owski dowcip.

Stosunek „przyjaciół” do Niemców jest skomplikowany. Rząd radziecki usilnie podkreśla całkowitą
niezależnośd NRD. „Patrzcie tylko, jacy są niezależni! - zdaje się mruczed Wielki Brat. - Całkiem sami
budują małe czołgi i, wyobraźcie sobie, całkiem samodzielnie wysyłają je do Mozambiku, w dodatku
za darmo!”. Z drugiej strony Rosjanie, co najmniej od czasów Piotra Wielkiego, mają autentyczny
respekt dla niemieckiej pilności, niemieckiego przemysłu i kultury. Sanssouci, wspaniała rokokowa
rezydencja Fryderyka Wielkiego, została w 1945 roku uratowana dzięki inicjatywie rosyjskiego
oficera. Moskiewscy uczeni opowiedzieli się też za zachowaniem imponującego zamku w centrum
Berlina, natomiast rząd NRD pod egidą Saksooczyka Waltera Ulbrichta nalegał, by go zburzyd (pałac
został faktycznie wysadzony na życzenie NRD). Moskwa odnosiła się z najwyższym szacunkiem do
pruskiej kultury, i to w czasach, gdy niemieccy komuniści parli do ostatecznego zniszczenia Prus wraz
z całym ich dorobkiem. Bum i w powietrze!

Druga wojna światowa, Wielka Wojna Ojczyźniana, jak do dziś nazywa się ją w Związku Radzieckim,
pozostawiła jednak głębsze ślady. Opowiadano mi, jak to syn pewnego radzieckiego dyplomaty chciał
się ożenid z dziewczyną z NRD. Został wezwany do ambasady ZSRR w Berlinie Wschodnim
i przywołany do porządku przez jednego z wyższych funkcjonariuszy. Tego rodzaju projekta
małżeoskie - brzmiał zdumiewający argument - są nie tylko haobą dla rodziny, ale również zdradą
ojczyzny. Młodego człowieka odesłano co prędzej z powrotem do Moskwy. Narodowym
uprzedzeniom towarzyszy nieufnośd polityczna. „Uważajcie na swoich Niemców, a my już
dopilnujemy naszych” - wedle przedstawiciela zachodnich mocarstw tak przedstawia się zasadnicza
treśd poufnych not przesyłanych przez radzieckiego partnera.

Niemiecka Republika Demokratyczna odbiega od ideału Niemiec, jaki radzieccy przywódcy wymarzyli
sobie po 1945 r. Po pierwsze, Stalin zamierzał stworzyd zjednoczone komunistyczne paostwo
niemieckie. Bezpośrednio po śmierci Stalina, wiosną 1953 r., jego następcy pracowali jeszcze nad
planem zneutralizowanego, zjednoczonego narodu niemieckiego, a jeden z najzdolniejszych
porewolucyjnych dyplomatów rosyjskich, Władimir Siemionowicz Siemionow, ówczesny Wysoki
Komisarz w Berlinie Wschodnim, otrzymał polecenie poinstruowania Ulbrichta. Plany te nigdy nie
poszły całkiem w zapomnienie. Siemionow został później ambasadorem w Bonn i nierzadko można
odnieśd wrażenie, iż Związek Radziecki interesuje się bardziej Republiką Federalną niż NRD, zresztą
nie bez powodów. W 1955 r. ZSRR nawiązał z RFN stosunki dyplomatyczne, nie domagając się
wzajemnego gestu od drugiej strony. Stany Zjednoczone uznały NRD dopiero w roku 1974.

Prowizoryczny status NRD widoczny jest przede wszystkim tam, gdzie najdonośniej rozbrzmiewa
autoreklama. Paostwo to niestrudzenie podkreśla, jak godny wiek zdołało już osiągnąd. „NRD ma 32
lata” - krzyczą sztandary, proporczyki, transparenty i chóry męskie. Jesteśmy duzi! Każde urodziny
obchodzi się tak, jakby miały byd ostatnie, niczym urodziny dziecka z pękniętym mięśniem sercowym
(w NRD pęknięciem tym jest Berlin Zachodni). Przybrane dziecko amerykaoskiej demokracji, RFN, jest
już niemal w pełni dorosłe. Ta późno osiągnięta niezależnośd była zrazu dumą ojczyma, wkrótce
jednak jawnie manifestowana samodzielnośd dała powody do ojcowskiego niezadowolenia. Dziecko
radzieckiego komunizmu natomiast jest chronicznie uzależnione. Nie potrafi samo ustad na nogach.

Ale mimo swej niesamodzielności paostwo to nie jest tylko jedną z radzieckich republik, jak
Kazachstan, Uzbekistan albo Turkmenia. NRD to jedno z dwóch paostw niemieckich. Wystarczy
odrobinę poskrobad, aby pod łuszczącym się tynkiem radzieckiego systemu wykryd niemieckośd.
Rzecz paradoksalna - amerykanizacja RFN zaszła dalej niż sowietyzacja NRD. Jeśli opuścimy Berlin
i brukowaną kocimi łbami szosą wyruszymy przez równinę Brandenburgii, wzdłuż niezliczonych jezior,
które okalają miasto niczym diamentowa kolia; jeśli zboczymy w stronę masywnego bastionu katedry
w Hawelbergu - twierdzy germaoskiego chrześcijaostwa w długich bojach z barbarzyoskimi
Obotrytami i ich pogaoskimi bóstwami, Swantewitem, Trzygłowem, Gerowitem i Radegastem; jeśli
odwiedzimy kościół w Wittenberdze, gdzie Luter miał przybid swoje 95 tez i zainicjowad ruch
Reformacji; jeśli pojedziemy dalej przez góry Kyffhäuser, gdzie - jak chce legenda - ukryty
w niedostępnej jaskini Fryderyk Barbarossa czeka, aż zawezwie go naród; jeśli pojedziemy przez
Weimar i Jenę tam, gdzie na lesistym stoku, w rajskiej krainie Turyngii szukał schronienia Goethe -
znajdziemy się w sercu dawnych Niemiec.

Nie da się usunąd z Weimaru ducha Goethego, przepędzid egzorcyzmami Lutra z Wittenbergi ani
Fryderyka Wielkiego wygnad z Poczdamu. Owe niezniszczone historyczne obiekty świadczą
o konserwacyjnych właściwościach wschodnioeuropejskiego socjalizmu. W kapitalistycznych
paostwach Europy Zachodniej materialne przemiany mają na ogół daleko bardziej rewolucyjny
charakter niż w „rewolucyjnych” socjalistycznych paostwach Europy środkowej i wschodniej,
jakkolwiek zachowywanie przeszłości zapewne nie jest ich celem. Nie planowano zgoła, że
brandenburskie wsie będą wyglądały dzisiaj dokładnie tak samo, jak opisywał je sto lat temu Theodor
Fontane.

Jedną z przyczyn jawnie powolnego postępu gospodarczego NRD jest brak siły roboczej, za co w tym
przypadku trudno obwiniad naturę. W 1950 r. liczba ludności wynosiła 18,4 min. Trzydzieści lat
później NRD liczy już tylko 16,8 min obywateli. Żaden inny kraj europejski w latach po wojnie nie
doznał tak drastycznego spadku populacji. Tysiące zdolnych do pracy mężczyzn i kobiet, którzy przed
zamknięciem granicy 13 sierpnia 1961 r. opuścili kraj, wzięło na swój sposób udział w plebiscycie nad
obecnym ustrojem.

Emigracja - zewnętrzna albo wewnętrzna - jest niemiecką formą rewolucji. Emigracja wewnętrzna ma
za sobą długą tradycję.

Niemcy były „podzielone”, zanim jeszcze powstały dwa paostwa niemieckie. W Anglii, wedle
wyrażenia Disraelego, istniały dwa narody – bogatych i biednych. Niemcy dzieliły się na naród
duchowy i naród polityczny. W obszarze języka angielskiego ten dualizm niemiecki był powszechnie
uznawany na przełomie wieków, gdy lubowano się w kreślonych grubą linią manichejskich wizjach
świata: na lewicy „czyste” Niemcy Goethego i Schillera, tchnące boską muzyką i niebiaoską poezją,
skąpane w blasku glorii; na prawicy, w dusznym mroku, pruskie Niemcy Starego Fritza i cesarza
Wilhelma II, potrząsające szablą i podkręcające wąsa. Oczywiście jest to zjadliwa karykatura. Ale
każda karykatura w swej humorystycznej przesadzie ukazuje jakąś cząstkę prawdy. Ostatecznie
właśnie Goethe i Schiller, we wspólnie ułożonym zbiorze epigramatów „Xenie”, stworzyli obraz
rozdwojenia Niemiec.

„Niemcy? Ale gdzie to jest? Nie umiem znaleźd tej ziemi, kraj uczonych zaczyna się tam, gdzie kooczy
się kraj polityków”.

W pięddziesiąt lat później żyjący na wygnaniu Heine podjął ten wątek w eposie „Niemcy. Baśo
zimowa”:

Francja i Rosja zajęły ląd,


Anglia włada na morzach,
My za to objęliśmy rząd
W zwiewnych marzeo przestworzach.

Nie zapomnę nigdy burzliwych, z serca płynących oklasków, jakimi widzowie w Berlinie Wschodnim
przyjęli te linijki - dotyczące bezpośrednio ich sytuacji. Wielu z tych, którzy nie wyemigrowali do
innych Niemiec, wycofało się do tej właśnie krainy niemieckiej, do królestwa marzeo, do paostwa
ducha. Są wewnętrzną emigracją, uciekają duchowo i intelektualnie, nie fizycznie. Czytają Goethego
i słuchają Bacha (a także Leonarda Cohena i zespołu Pink Floyd), uprawiają swoje ogródki, kultywują
przyjaźnie. Gotowi są na polityczne kompromisy, nieuniknione dla utrzymania pozycji materialnej
i ochrony wewnętrznej wolności. „Jak Goethe...” - wyjaśnił jeden z nich, Goethe bowiem może
uchodzid za ojca wewnętrznej emigracji - Goethe, który podczas wojen o wolnośd Niemiec w zaciszu
weimarskiego gabinetu zgłębiał tajniki teorii barw i mineralogii. Wewnętrzna emigracja okazała się
zgubna w czasach narodowego socjalizmu, w ponurej epoce, kiedy - jak pisał Brecht w wierszu „Do
potomnych” - „pogawędka o drzewach jest niemal zbrodnią, gdyż oznacza przemilczanie tak wielu
łajdactw”...

Moi przyjaciele w NRD oceniają dzisiejsze czasy inaczej. Tylko niewielu z nich uważa obecny system za
tak zły, by wymagał sprzeciwu lub zgoła czynnego oporu. Większośd z nich zgadza się co do tego, że
rząd na ogół nie przekracza granic cywilizowanego zachowania. Ustrój polityczny jest niezgodny z ich
życzeniami oraz - wedle wszelkiego prawdopodobieostwa - nie do zmienienia, nie jest to jednak
ustrój zbrodniczy. Poddają się tedy i rozmawiają o drzewach.

Jest to niewątpliwie dośd częsta reakcja w paostwach totalitarnych. Tam, gdzie obywatele nie mogą
uczestniczyd w decyzjach politycznych, wybierają często życie całkowicie apolityczne. Jeśli człowiek,
jak uczy Arystoteles, jest z natury istotą polityczną, to posiada sprzeczną z naturą zdolnośd do
uśpienia swego politycznego potencjału. Wycofuje się ze skażonej atmosfery życia publicznego do
klimatyzowanych pomieszczeo prywatności. Tego rodzaju „prywatyzacja” zdarza się także w innych
paostwach, nigdzie jednak nie jest tak rozpowszechniona jak między Łabą a Odrą. Szczególna forma
tej prywatyzacji wynika zaś również z narodowej historii.

Pouczające pod tym względem jest porównanie NRD z zachodnimi i wschodnimi sąsiadami. Latem
1980 r. w portach Gdaoska, Gdyni, Sopotu i Szczecina polscy robotnicy zastrajkowali; zajęli stocznie
i zorganizowali komitety strajkowe; przez ponad dwa tygodnie spędzali rządzącym sen z powiek,
obalili przywódcę partii, Gierka, aż wreszcie otrzymali pisemne gwarancje, w tym również prawo do
zakładania wolnych związków zawodowych - koncesja nie mająca sobie podobnej w dziejach
radzieckiego komunizmu.

Nadbałtycki port NRD, Rostock, leży zaledwie o 180 kilometrów na zachód od Szczecina. Granica była
wówczas otwarta zarówno dla obywateli NRD, jak dla Polaków. Ale duchowy dystans między oboma
paostwami znacznie przewyższał odległośd geograficzną. Opowiadano o małym strajku
solidarnościowym polskich gastarbeiterów w stoczniach Rostocka. Ich niemieccy koledzy nie mieli
jednak najwyraźniej zamiaru w imię jakiejś mglistej wolności organizacji, religii czy wypowiedzi
narażad na niebezpieczeostwo swego skromnego drobnomieszczaoskiego dobrobytu, swoich
dwutaktów marki trabant, standardowych mieszkao w standardowych domach, dwutygodniowych
wakacji w związkowym domu wczasowym. Robotnicy portowi z Rostocka nadal jeszcze bliżsi są
swoim kapitalistycznym rodakom z RFN - na przykład robotnikom z Hamburga, tylko 150 kilometrów
dalej na zachód, ale już po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”, w „wolnym świecie” - niż swoim
towarzyszom w komunistycznej Polsce. Wspólna tradycja polityczna niemieckiego narodu,
a dokładniej - wspólna tradycja apolityczności okazała się niezwykle odporna na wszelkie oferty ze
strony rządów z demokracją w herbie: chrześcijaoskiej demokracji i socjaldemokracji na Zachodzie,
tak samo jak demokracji ludowej na Wschodzie.

Istnieje wiele powodów, dla których Rostock nie poszedł za przykładem Szczecina: względny
dobrobyt NRD, brak czynnika o sile porównywalnej do Kościoła katolickiego w Polsce, wymierne
osiągnięcia NRD-owskich związków zawodowych oraz NRD-owskiej Służby Bezpieczeostwa. Nie
wyjaśnia to jednak wszystkiego. Gdyby pojęcie to nie było tak skażone rasistowskimi treściami ze
słownika narodowo-socjalistycznego (któż poza tym mówił tyle o Niemcach i Słowianach?),
doszlibyśmy ostatecznie do kwestii narodowego charakteru. Niemcy - powiedzielibyśmy - takich
rzeczy nie robią. Polacy - owszem.
Sporządzid rzetelny obraz paostwa totalitarnego to zadanie niezwykle trudne. Wydostanie prawdy
z oficjalnych środków przekazu jest przedsięwzięciem beznadziejnym. To, co podaje się tam jako
prawdę, ma zawsze charakter partyjny, czyli dzisiejsze prawdy jutro mogą okazad się fałszywe. Celem
partyjnego dziennika nie jest też bynajmniej informowanie. Neues Deutschland określid można jako
skrzyżowanie ściennej gazetki propagandowej, politycznego komunikatu meteorologicznego oraz
gazety dworskiej.

Więcej można się dowiedzied w rozmowach z ludźmi dworu. Teoretycznie każdy kontakt między
funkcjonariuszami a gośdmi z Zachodu musi byd usankcjonowany pozwoleniem z góry. W praktyce
regułę tę często się obchodzi. Niemniej Niemcy ze Wschodu bywają zdumieni łatwą pewnością, z jaką
zachodni komentatorzy analizują kierownictwo, przydzielają etykietki i rozmieszczają w kartotece. W
relacjach z Europy Wschodniej dominuje typ dziennikarstwa, który można by nazwad
ornitologicznym. Polityków bloku radzieckiego dzieli się na dwie odmiany: jastrzębie i gołębie.
Ornitologowie rzucają się na okruchy ze stołu Biura Politycznego i wywrzaskują: Neumann - jastrząb!
Olszowski - gołąb! Hoffman - jastrząb, prawdziwy jastrząb! i tak dalej. Na podstawie tych etykietek
formułuje się przewidywania. W dziewięciu na dziesięd przypadków przewidywania okazują się
fałszywe, tak jak w przypadku obecnego szefa partii Ericha Honeckera, pazernego i wygłodniałego
jastrzębia lat sześddziesiątych. Dla zrozumienia paostwa, które tak jak NRD lubuje się w sekretach,
podobne interpretacje użyteczne są mniej więcej w tym samym stopniu, co wróżenie z fusów.
Uczciwiej i rozsądniej jest przyznad, że na dobrą sprawę nie wie się nic o rozbieżnościach i sporach w
Biurze Politycznym, czyli tam, gdzie skoncentrowana jest (znacznie bardziej niż w gabinetach
zachodnich) władza.

Miałem okazję prowadzid wyczerpujące i poważne rozmowy z wieloma wysoko postawionymi


osobistościami, niegdyś uczestnikami antyfaszystowskiego oporu. Niemało najważniejszych
przywódców partyjnych wylądowało za swoje przekonania w więzieniach i obozach
koncentracyjnych. Sam Honecker w 1935 r. wrócił z fałszywymi papierami do nazistowskich Niemiec,
aby organizowad komunistyczny ruch oporu wśród berlioskiej młodzieży. Został ujęty przez gestapo
i następne dziesięd lat spędził w więzieniu, głównie w Brandenburgu. W ciągu dwunastu lat istnienia
Trzeciej Rzeszy dziesiątki tysięcy członków KPD straciło życie. Prześladowania, konspiracja, więzienia,
wojna, solidarnośd i zdrada: takie są najważniejsze doświadczenia całej generacji niemieckich
komunistów, generacji, która ciągle stoi u steru. Jeśli posłuchad ich wypowiedzi, powstaje
niepokojące wrażenie, że nie żyją naprawdę w dzisiejszym świecie. Ciągle jeszcze staczają bitwy
swojej młodości - walki z cieniem.

Cyril Connolly w swojej analizie klasy panującej w Wielkiej Brytanii rozwinął „teorię nieustającej
adolescencji”.

Doświadczenia, będące udziałem młodzieży w wielkich prywatnych szkołach z internatem


(public schools) są tak mocne, że rozstrzygają o dalszym życiu i wstrzymują proces dorastania.

Stosując makabryczny wariant tej teorii do Honeckera i towarzyszy, powiedzied trzeba, że ich
internatem był faszyzm. Ich boiskiem były karcery gestapo i pola bitewne hiszpaoskiej wojny
domowej. Jeśli zważyd wstrząsającą intensywnośd tych doświadczeo, zahamowanie rozwoju staje się
zrozumiałe - jednak jest alarmujące.

W tej samej szkole wychowywał się najsłynniejszy dysydent NRD. Jego nazwisko brzmi Robert
Havemann. „Ein deutscher Kommunist” - oto znamienny tytuł jednej z jego autobiografii, potajemnie
nagranej na kasetę i przeszmuglowanej pod nosem Służby Bezpieczeostwa do
zachodnioniemieckiego wydawnictwa. Havemann mieszka w walącym się domku letnim, o godzinę
jazdy od centrum Berlina. Słuchając jego męczących jeremiad, wygłaszanych charakterystycznym
basowym szeptem, zaczyna się wierzyd, że nawet drzewa zwieszające się nisko nad werandą, mają
uszy. Narzuca się pytanie, kto bardziej się oderwał od codziennego życia - przywództwo partyjne czy
ten dysydent. Założenie, jakie przyjmuje na prawach oczywistości - że na przykład robotnicy o niczym
innym nie myślą, jak tylko o strajkach w Polsce - nie ma najmniejszego pokrycia w faktach. Robert
Havemann korzysta w NRD z wyjątkowego immunitetu. Jest niejako honorowym dysydentem.
Niegdyś odważny organizator oporu przeciwko tyranii narodowego socjalizmu siedział w tym samym
więzieniu co Honecker, w ponurej twierdzy Brandenburg-Görden, zbudowanej w latach 1927-1935
jako „najpewniejsze więzienie świata”. Dotychczas Honecker nie odważył się posład go tam
z powrotem. Zresztą nie musi.

Dom Havemanna nie jest ośrodkiem zorganizowanej opozycji ani centralą informacji, jak to bywa
w mieszkaniach czołowych dysydentów w Warszawie albo jak było kiedyś w domu Sacharowa w
Moskwie. W Związku Radzieckim dysydenci stworzyli zaczątki siatki informacyjnej. W Polsce
w sierpniu 1980 roku używano alternatywnych środków masowego przekazu. Telefon, maszyna do
pisania i fotokopiarki służyły jako broo. Większośd wiadomości, jakie otrzymywaliśmy na Zachodzie
o bieżących wydarzeniach sierpnia 80 r., pochodziła od dysydentów.

W NRD nie ma mowy o niczym chodby z grubsza podobnym. Jeden z powodów jest prosty: robotnik,
który dzwoni do Roberta Havemanna i podaje pogłoski o zamieszkach wśród robotników albo
ośmiela się wymieniad krytyczne uwagi, musi liczyd się z natychmiastową wizytą Służby
Bezpieczeostwa oraz, prędzej czy później, z odsiadką. Wedle wszelkiego prawdopodobieostwa
z odsiadką w Brandenburg-Görden. W więzieniu, do którego hitlerowski wymiar sprawiedliwości
posłał Havemanna i Honeckera, które Honecker potem rozbudował i odnowił, przebywa wiele setek
więźniów politycznych.

Nasze informacje pochodzą od licznych byłych więźniów Brandenburg-Görden, którzy tymczasem


znaleźli się na Zachodzie. Wczorajszy dysydent staje się nazajutrz wygnaocem. Działa tu budzący
niejakie wątpliwości system „handlu żywym towarem”: rząd federalny wykupuje rocznie do 1500
więźniów płacąc do 150 tysięcy zachodnich marek od głowy. Robert Havemann zauważa w związku
z tym gorzko, że proceder, będący przestępstwem, gdy uprawia go jednostka, stał się ucieleśnieniem
socjalistycznej moralności z chwilą, gdy jako organizator występuje paostwo. Handel ludźmi został
upaostwowiony tak samo jak handel skarpetkami i kartoflami. W istocie, dysydenci stanowią
najbardziej opłacalny towar eksportowy NRD: paostwo otrzymuje pilnie potrzebne dewizy; uwalnia
się od kłopotliwych osobników, z których częśd w dodatku zabierze się do intensywnego
krytykowania stosunków w RFN; wreszcie wraz z opozycją polityczną upycha się też pewną liczbę
agentów oraz zwykłych kryminalistów. Zachód kupuje ziarno wraz z plewami.

Od byłych dysydentów albo tych, którzy chętnie przyjęliby to miano, można się niejednego
dowiedzied. Na przykład fizyk pochodzenia żydowskiego, Gabriel Berger, spędził rok jako więzieo
polityczny w Cottbus. Został wykupiony i studiuje teraz filozofię na politechnice w Berlinie
Zachodnim. To, co mówi o drugim paostwie niemieckim, brzmi krytycznie i przygnębiająco. Ale
przyznaje sam, że osąd wszystkich, którzy w ten sposób opuścili NRD, jest głęboko zabarwiony
dominującym doświadczeniem aresztowania, przesłuchao i więzienia. Nieliczni, którzy jak Berger
startowali od konkretnych poglądów politycznych - od demokratycznego socjalizmu po
socjaldemokrację - są tym bardziej rozgoryczeni na system, ponieważ kiedyś zabiegali o jego
zreformowanie; „...jak ludzie złorzeczą błędom herezji, która ich uwiodła, skoro powrócą znów nad
prawdy godła” - powiada Szekspir w „Śnie nocy letniej”. W każdym razie wiadomości z pierwszej ręki
szybko się dezaktualizują. Świadectwa wykupionych dysydentów nie mogą zastąpid co dzieo świeżych
wieści nadchodzących od dysydentów z Pragi czy Warszawy.

Gdy Gabriel Berger w bistrze, gdzie rozmawiamy, ogląda się przez ramię, to dlatego, że chce
przywoład kelnerkę. W Berlinie Wschodnim próbował się w ten sposób upewnid, czy nie jest
obserwowany. W NRD często zauważyd można owo błądzące dookoła spojrzenie, które w czasach
narodowego socjalizmu ochrzczono „niemieckim spojrzeniem”. Czy mieszkaocy NRD rozmawiają dziś
swobodnie z cudzoziemcami? Na pierwszy rzut oka nie widad terroru ani strachu, najwyżej pewien
niepokój, zwłaszcza wśród ludzi starszych i członków partii średniego szczebla oraz częściej na
prowincji niż w Berlinie. Ludzie powyżej pięddziesiątki pamiętają terror z ostatnich lat Trzeciej Rzeszy,
kiedy pijackie „Heil Moskau” mogło pociągnąd za sobą donos, oskarżenie i więzienie; pamiętają też
wczesne lata pięddziesiąte, kiedy to podobne konsekwencje mogła mied odmowa pozdrowienia
Moskwy. W przeciwieostwie do prowincjonalnego sekretarza organizacji partyjnej, który powtarza
tylko partyjny bełkot, starsi towarzysze - pisarze, artyści, profesorowie - w prywatnej rozmowie
pozwalają sobie na śmiałą heterodoksję (jakkolwiek i oni na partyjnych zebraniach z pewnością
używają języka zgodnego z linią partii). Ta względna szczerośd jest wspólnym mianownikiem elity
„paostwa chłopsko-robotniczego” i jego robotników, którzy nie mają nic do stracenia poza miejscem
pracy. Ale nawet i to wydaje się mało prawdopodobne w komunistycznym paostwie, które
gwarantuje prawo do pracy, a w dodatku cierpi na chroniczny brak siły roboczej.

Stasi (Ministerium für STAatsSicherheit - Ministerstwo Bezpieczeostwa Paostwa) posiada armię szpicli
wynajmowanych na godziny i penetrujących wszystko - od sklepików z mydłem i powidłem po
teologiczne seminarium na uniwersytecie. Denuncjowanie, oświadczył publicznie minister
bezpieczeostwa, jest zaszczytnym obowiązkiem. Według zachodnich szacunków dla resortu
bezpieczeostwa pracuje co najmniej 100 000 tajnych informatorów. Do tej armii zatrudnionych na
pół etatu należy doliczyd około 17 000 personelu pracującego w pełnym wymiarze. Statystycznie więc
na stu pięddziesięciu obywateli NRD jeden pracuje dla bezpieki.

Nieufnośd jest powszechna; czatuje w barze, słychad ją w słuchawce telefonicznej, towarzyszy


w podróży pociągiem. Gdziekolwiek spotyka się dwóch czy trzech obcych sobie ludzi, pojawia się
nieufnośd.

Ale cudzoziemiec może się z nią łatwo uporad. Pewnego wieczoru siedzę przy jednym stoliku z trzema
młodymi robotnikami. Rozmawiają o służbie wojskowej, nie ukrywając bynajmniej, co o tym myślą.
Grad „niemieckich spojrzeo” rzuconych w moją stronę kładzie kres niedyskrecjom. Najśmielszy z nich,
postawny, muskularny berlioczyk bez jednego palca u ręki, ubrany w podkoszulek z nadrukiem
„University of California”, zaczyna badad tożsamośd cudzoziemca.
- Ach - woła - jesteś historykiem? No, zobaczymy. Powiedz no... gdzie urodził się Karol Marks?

- Trewir? - próbuję.

- Dobrze.

- Kto był w 1930 roku przywódcą KPD?

- Thalmann?

- Dobrze.

- Mmm, kto wyniósł Hitlera do władzy? Tylko - nie może się dłużej powstrzymad - nie mów, że
parszywi kapitaliści!

Slapstickowy dialog toczy się dalej w pogodnym nastroju nad kuflami piwa. Zaufanie zjednuje mi
ostatecznie prezentacja angielskiej karty kredytowej, która działa jak czarodziejska sztuczka na
tubylców. „California” sumituje się.

- Wiesz, tu trzeba uważad, nie można po prostu mówid, co się myśli.

Potem zamawia jeszcze kolejkę i mówi, co myśli. „Afganistan? Amerykanie powinni wkroczyd z
Pakistanu i pognad Ruskim kota. Jedyne, czego im trzeba, to zaproszenie. Ruscy pokazali już, jak to się
robi. Zaproszenie nie musi pochodzid z wewnątrz kraju”. Przypomina Czechosłowację w 1968 r. i
„zaproszenie” ze strony Babraka Karmala. „Jeśli Ruscy mogą, to czemu my nie?” Mówi „my”. Nie lubi
przyjaciół. Zadaję kluczowe pytanie Małgorzaty z „Fausta”:

- A jeśli jutro by zwalono mur, wyjechałbyś na zawsze z NRD?

- Oczywiście - pada odpowiedź - wiesz, moi rodzice mieszkają w Berlinie Zachodnim.

C. ma 22 lata. 12 sierpnia 1961 r. był przypadkiem z wizytą u dziadków na wschód od Berlina i został
tam na noc. Tej nocy władze NRD zamknęły granicę. Trzylatkowi nie zezwolono na powrót do
rodziców do zachodniej części miasta. Wyznaczono mu rodzinę zastępczą. Wysłano do szkoły. Och,
tak, troszczyli się o niego. Troszczyli się o jego zdrowie (to z palcem to przykra historia. ale wypadki
zdarzają się nawet w najlepszych armiach). Przydzielono mu kawalerkę. Zatrudniono go jako
kierowcę ciężarówki. Kiedy zamożny ojciec z Berlina Zachodniego zaprasza go na małą przejażdżkę
najnowszym modelem mercedesa, nigdy nie zjawia się bez małego prezentu: stąd „University of
California”.

Przypadkowe spotkanie w berlioskim stylu. C. nie jest typowym robotnikiem z Berlina, ani Berlin nie
jest typowym miastem republiki. Na prowincji panuje surowszy klimat. Ale C. jest nietypowy tylko
o tyle, o ile poniósł bezpośrednią stratę. Od 1968 r. konstytucja NRD gwarantuje swobodę poruszania
się na obszarze Niemieckiej Republiki Demokratycznej - innymi słowy, obywatel nie ma prawa
poruszad się poza tym obszarem. A jednak NRD jest sygnatariuszem helsioskiego Aktu Koocowego,
istnieją też uzgodnienia między obydwoma paostwami niemieckimi w sprawie łączenia rodzin.
Teoretycznie każdy ma więc prawo złożyd wniosek o wyjazd.
Pytam C., dlaczego nie składa wniosku.

- Słuchaj no, jeśli dożę wniosek, następnego dnia na twoim miejscu usiądzie jakiś inny facet, powie, że
jest historykiem z Anglii, ale to będzie szpicel, ja opowiem mu to, co teraz tobie opowiadam i - zaciska
kciuk i trzy palce prawej dłoni na moim przegubie jak stalowe kajdanki - widzisz, nie mam ochoty
wylądowad w mamrze.

Niezależnie od stanu prawnego, istotne jest, że według przekonania C., prawda przedstawia się
właśnie tak. Chociaż C. podpada zapewne pod postanowienia niemiecko-niemieckiej umowy
o łączeniu rodzin, paostwo nie śpieszy się bynajmniej, żeby poinformowad go o jego prawach. Woli,
by obywatele byli raczej przesadnie bojaźliwi. Bezpieka - tak jak fizycy atomowi - posiada swoją
zasadę nieoznaczoności. Nieprzewidywalnośd, nieobliczalnośd to psychologiczne formuły na
spotęgowanie poczucia zagrożenia wśród poddanych - formuły te zastąpiły przedatomową fizykę
systematycznego, przewidywalnego terroru stalinowskiego.

Gdyby C. został tu wymieniony z nazwiska, byd może nie przydarzyłoby mu się nic złego. Byd może
jednak zostałby wsadzony na pięd lat do więzienia. Po trzeciej z kolei zmianie prawa karnego, z 28
czerwca 1979 r., byłaby to maksymalna kara za nielegalne kontakty z cudzoziemcami. Ustawa ta
z założenia mierzy w swobodę kontaktów między ludźmi i swobodnego przepływu informacji. Oba te
prawa zostały zagwarantowane w Helsinkach, a ich praktyczne znaczenie w ciągu dziesięciu lat
odprężenia w stosunkach niemiecko-niemieckich poważnie wzrosło. Niedyskrecja nie jest groźna dla
turysty z Zachodu. Dlatego też najważniejsi świadkowie w tej książce pozostaną bez-imienni. Drobne
szczegóły biografii zostały zmienione, aby uniemożliwid identyfikację. Także i ta okolicznośd utrudnia
napisanie prawdy o NRD.

Nienawiśd nie będzie zbyt mocnym słowem, gdy chodzi o uczucia, jakie C. żywi wobec NRD. Byłoby
doprawdy dziwne, gdyby zgodził się z wyważoną opinią poważnego, pełnego dobrej woli angielskiego
publicysty: mianowicie, że NRD stanowi „okazowy model autorytarnych paostw dobrobytu, jakimi
stały się kraje Europy Wschodniej”. Inni mówią o „możliwym do przyjęcia eksperymencie”. Wypada
spytad - do przyjęcia dla kogo? Do przyjęcia dla rozsądnego, spokojnego turysty, który wpadnie,
chwilę zabawi, porozmawia z wybranymi, uprzywilejowanymi, dobrze sytuowanymi obywatelami
i który potem odleci do siebie, aby przedstawid ów „okazowy model” społeczeostwu otwartemu? Do
przyjęcia dla wybranych, uprzywilejowanych, dobrze sytuowanych obywateli - mogą to byd
funkcjonariusze, literaci, profesorowie albo artyści - dla których mur nie jest barierą, a których
piosenkarz Wolf Biermann określił kiedyś gorzko słowami „właściciele komunizmu”? Czy też do
przyjęcia dla trzymanych w klatce eksperymentalnych królików? Jest coś nieprzyzwoitego
i perfidnego w dwuznacznych wyrażeniach „okazowy model”, „możliwy do przyjęcia eksperyment”.
Świadczą one o obiektywnej pogardzie dla obiektu badao: zwykli śmiertelnicy stają się królikami
eksperymentalnymi. Proletariusze tacy jak C. są zwyczajnymi ofiarami „fałszywej świadomości”. Nie
potrafią obiektywnie rozpoznad własnego interesu. Przeciętny obywatel nie wie, co jest dla niego
dobre. Trzeba go zmusid do wolności. Do wolności, którą zdefiniujemy jako „zrozumienie
konieczności”. My zaś, nieliczni wybraocy, leninowska gwardia w fotelach linii PanAm, opowiadamy
im, na czym polega koniecznośd. W tej książce wolałem zająd się poglądami królików. Obraz, jaki
w ten sposób powstał, jest niezbyt różowy. Ale nie jest to też monotonna więzienna szarośd ze
stereotypów okresu zimnej wojny.

Syberia nie zaczyna się przy Checkpoint Charlie.


Na granicy

*Historia+ jest obłąkana i kapryśna. Jednym z jej kaprysów jest na przykład paostwo NRD.
Nadto gorliwe w marksizmie, otoczone jest murem, aby jego obywatele przypadkiem nie
rzucili się do ucieczki. To również jest jedna z postaci niemieckiego szaleostwa.
Stefan Kisielewski, polski pisarz katolicki

„Goon-towers”. Angielski pilot helikoptera nazywa to goon-towers. „Typ pierwszy” - wyjaśnia


i wskazuje ciemną wieżę strażniczą z gołych desek. „Zaraz się pokaże typ drugi” - przed nosem
helikoptera wyrasta brudny betonowy grzyb. „A to typ trzeci, najnowszy” - świeżo otynkowana,
większa, kwadratowa wieża, najnowszy model pozwalający obserwowad wszystko, co dzieje się
dookoła i wyposażony w otwory strzelnicze. Goon-towers. Goon - słowo z żargonu brytyjskiej armii,
oznaczające niemieckiego strażnika w obozie jenieckim. Tym mianem ochrzcili teraz angielscy
żołnierze wartowników przy murze. Wartownikami są nadal Niemcy. Ale i Niemcy są w tym
przypadku jeocami.

NRD obstaje głośno przy twierdzeniu, że mur służy ochronie przed faszystowskim napastnikiem.
Przelot helikopterem wzdłuż liczącego 165 kilometrów muru wykazuje całą absurdalnośd tego
twierdzenia. Załóżmy w najlepszej wierze, że jakiś faszystowski napastnik czyha u skraju Gatowskich
Błoni, niedaleko brytyjskiego lotniska wojskowego i planuje podstępny atak na miłującą pokój
Niemiecką Republikę Demokratyczną. Jakie przeszkody miałby do pokonania? Po osiągnięciu
dwumetrowej wysokości zasieków z drutu kolczastego musi wpierw przebyd pas piasku, zbronowany
tak dokładnie, jakby miały się tu za chwilę odbyd zawody w skoku w dal, a rozmiarami
przypominający kort tenisowy, następnie głęboką fosę i pas drogi dojazdowej. Potem miałby do
czynienia z owczarkiem alzackim, biegającym na bardzo długiej smyczy. Jeśli uda mu się obejśd tę
przeszkodę, dociera do płotu, który wyzwala sygnał alarmowy w wieży. Ale zanim rozlegnie się
syrena, napastnik może przemknąd się przez ostatni, niewysoki żywopłot i zaszyd bezpiecznie
w lasach. Czy rozsądny sztab umieszczałby system alarmowy tak daleko za linią obrony, że alarm
rozlega się dopiero wtedy, gdy wróg zdążył już wtargnąd? Oczywisty nonsens.

Urządzenie to ma sens wówczas, gdy próbujemy zbliżyd się z drugiej strony. Uciekinier z NRD -
załóżmy, że przedostał się niepostrzeżenie przez szeroki pas zamknięty przed granicą (dojazd tam
możliwy jest tylko za specjalnym zezwoleniem) i przełazi przez żywopłot - natychmiast uruchamia
system alarmowy. Zanim upora się z owczarkiem, przebiegnie jezdnię i przedostanie się przez fosę,
wartownicy dawno zdążą odebrad sygnał alarmu. Jeśli nie złapią go przed skokiem w dal, będą
strzelali. Nie na darmo ten szeroki pas zbronowanego piasku nazywa się na Zachodzie „wstęgą
śmierci”. Dodatkowym argumentem jest kształt fosy. Wygląda jak konwencjonalna zasadzka na
czołgi, ma trzy metry głębokości, opada łagodnie od strony wschodniej i zakooczona jest ostrą
stromizną od Zachodu. Przeszkoda ta ma udaremnid próby przedarcia się przez granicę samochodem.
W kierunku odwrotnym nie funkcjonuje - wjechad do paostwa robotników i chłopów można w każdej
chwili, trudno się tylko stamtąd wydostad.

„Muru nie ma” - informuje mnie brytyjski prawnik. W oczach rządu Jej Królewskiej Mości oraz
amerykaoskich i francuskich kolegów w zachodnich sektorach Berlina, mur nie ma statusu prawnego.
To tylko pewne spiętrzenie kamieni, pewien obiekt, owszem, dośd koszmarny. Obiekt ten nie jest
bynajmniej granicą paostwa, jak chce utrzymywad NRD, a w oczach rządu brytyjskiego ma tyle mocy
prawnej, co dowolny płotek wokół ogrodu. Jeśli przeskoczę ów obiekt albo pomogę skoczyd jakiemuś
obywatelowi NRD, rząd NRD nie ma prawa protestowad. Ktoś, kto na przykład wspina się przez mur
w okolicach Checkpoint Charlie, przekracza jedynie „granicę między sektorem amerykaoskim
a sektorem radzieckim Wielkiego Berlina”, co wszelkie uzgodnienia czterech mocarstw okupacyjnych
od 1945 r. gwarantują bez ograniczeo. „Eksfiltracja - powiada prawnik - nie jest przestępstwem”.
Okrągłe 45 kilometrów postawionej na sztorc autostrady, udekorowanej drutem kolczastym
i strzeżonej przez kilkaset psów oraz ponad 14 000 żołnierzy NRD - wszystko to konsekwentnie się
ignoruje. Muru nie ma.

Linia graniczna jest niebywale powyginana. Jeśli obserwowad ją z samolotu, widad, jak na północo-
zachód od Spandau nagle zakręca o ponad 180 stopni i na odcinku dobrych kilkuset metrów biegnie
z powrotem na południe. Dalej uspokaja się, pochłania wielki kawał pól i skręca na wschód; przez
kilometr czy dwa biegnie prosto, potem robi pętlę i okrąża betonową wstęgą zagubiony teren
ogródków działkowych; w lewo ciągnie się środkiem Haweli, znowu biegnie prosto, aż szybkim,
brutalnym ciosem rozszczepia dawny gościniec na północ, zawraca, mierzy w sam środek miasta,
skręca i wije się dalej jak oszalała - gigantyczny boa dusiciel.

Zwariowana linia obiektu to zarysy Berlina za czasów hitlerowskich. Kiedy alianci w protokole
koocowym, datowanym z 26 lipca 1945 r., dzielili miasto na cztery sektory, przyjęli zgodnie granice
okręgów „Wielkiego Berlina” z 1938 r. jako nowe linie graniczne sektorów. Nie mieli pojęcia, że
pogmatwana szachownica przedmieśd i wsi, które w 1920 r. włączono do Wielkiego Berlina, a w 1938
r. odszykowano na miarę przyszłej stolicy Rzeszy Wielkoniemieckiej, zostanie pewnego dnia otoczona
drutami i stalą. W swym epileptycznym biegu obiekt pokrywa się niemal dokładnie z granicami z 1938
r. i odtwarza wszystkie ich krzywizny i anomalie.

Pośród żałosnych resztek Potsdamer Platz po zachodniej stronie wznosi się drewniana platforma. Tu
przywozi się oficjalnych gości, aby mogli rzucid gniewne spojrzenie przez mur. Na północ mur biegnie
prosto aż do Bramy Brandenburskiej. Przedtem jednak wrzyna się ostrym trójkątem na zachód,
wzdłuż Bellevuestrasse i z powrotem, otaczając rozległy, zapuszczony teren, zaopatrzony w małą
tablicę ostrzegawczą: „Koniec sektora brytyjskiego. Ostrzega się przed posuwaniem się dalej”.
Zapuszczony trójkąt należy do radzieckiego sektora „Wielkiego Berlina”, czyli do Berlina
Wschodniego. Podziały administracyjne z 38 roku zostały mianowicie zmienione tak, by do gęsto
wówczas zabudowanej dzielnicy paradnych mieszkao i urzędów włączyd nową Kancelarię Hitlera,
wzniesioną akurat naprzeciwko i zaprojektowaną jako symbol zwycięskiej w walce z bolszewizmem
Rzeszy Wielkoniemieckiej. Ów anormalny przyczółek świata radzieckiego komunizmu jest tu poniekąd
rezultatem megalomanii, jaka kazała Hitlerowi planowad podbój tego świata. Zwłoki führera spalone
zostały o niecałe sto metrów stąd.

W sumie po dwudziestu latach strona zachodnia przyjmuje mur z demonstracyjną obojętnością. Po


wyboistej drodze pedałuje na rowerze dziewczyna w palestyoskiej chuście, nie zwracając na obiekt
najmniejszej uwagi. Młoda para spaceruje trzymając się za ręce wśród zielska i rozprawia
o ubezpieczeniach. W zaroślach dzieci bawią się w wojnę i walczą patykami, wyrwanymi u stóp muru.
Jeśli pójdziemy kawałek dalej w kierunku wschodnim ku Checkpoint Charlie, zobaczymy, jak
zachodnioberlioski zamiatacz ulic uprząta liście po radzieckiej stronie białej linii z tą samą powolną
sumiennością jak przedtem na nowiutkim asfalcie sektora amerykaoskiego. „Czemu nie - powiada - to
całkiem normalne”.

Z drugiej strony białej linii. Szlabany, drut kolczasty, wieża wartownicza (typ trzeci) i kozły
hiszpaoskie. Człowiek spodziewa się czegoś nadzwyczajnego. Tymczasem wszystko jest tu szalenie
zwyczajne: imitacja drewna, skrzynki do kwiatów, firanki ze sztucznego tworzywa oraz odpowiednie
do tego pogaduszki: „Służba to służba, a sznaps to sznaps”, „życzę miłego wieczoru”. W dzieo Wigilii
przejście graniczne wygląda jak obrazek ze świątecznej kartki. Wokół puszysty, świeży śnieg. Pogodni
chłopcy w szarych płaszczach karmią zajączki wśród świerków. Życie na granicy nie jest ani
dramatyczne, ani brutalne. Jest nudnawe, banalne i poczciwe. Jak to na przedmieściu.

Na punkcie kontrolnym zagraniczni przybysze stykają się niejako t mikromodelem paostwa, którego
granicę właśnie przekraczają. A więc na przykład zachowanie żołnierzy służby przygranicznej. Są
uprzejmi, jeśli znają gościa z widzenia i jeśli odpowiada on ich wyobrażeniom o przyzwoitości. Dopóki
gośd trzyma się przepisów, odnoszą się do niego z dobrodusznością sprzedawcy gazet albo mleczarza.
„Bledziutki pan - upomina mnie ogorzały od słooca celnik w upalne lipcowe popołudnie - powinien
pan więcej czasu spędzad na słoocu, jak ja”.

Incydent graniczny: groźnej postury żołnierz maszeruje krokiem musztrowym wzdłuż kolejki
zalęknionych cudzoziemców. Broo na ramieniu. W ręku - foliowy woreczek z mlekiem. Czyżby kryzys?
Nie, to ze strony wschodniej przybłąkał się na przejście zagłodzony kociak. Czekająca Amerykanka
o czułym sercu spontanicznie ofiarowuje się adoptowad zwierzę. Po ceremonialnych negocjacjach
zezwala jej się wynieśd bezdomne stworzenie poza białą linię na wolnośd. Wyzwoleniec żyje dziś w
Ameryce. Wabi się - od skrótowej nazwy VOlksPOlizei - Vopo.

Do zwyczajnych podróżnych wartownicy nie mówią „proszę” ani „przepraszam”. Przeciskając się
przez kolejkę, wyszczekują swoje „Moment!” Gdziekolwiek przekracza się granicę, wszędzie rozlega
się to szorstkie „Moment!” Wygląda to raczej na nieświadome naśladownictwo niż na wynik
rozmyślnego treningu. Ale za całą pewnością efektem treningu jest spojrzenie, jakim wartownicy
mierzą turystów porównując rysy twarzy z fotografią w paszporcie: świdrujące i lodowato zimne.
Nielicznym tylko udaje się powstrzymad od skrzywienia czy grymasu, gdy po raz pierwszy poddani
zostają temu klinicznemu oglądowi.

Z lodowatym chłodem patrzą też błękitne oczy ładnej wartowniczki. Całymi miesiącami reaguje na
żartobliwe uwagi ze spontanicznością godną komunikatu meteorologicznego. Któregoś razu, późnym
wieczorem, gdy jest sama w wartowni, nie udaje jej się świdrujące spojrzenie w oczy turysty;
wartowniczka czerwieni się, markuje afektowany uśmiech, rozpoczyna konwersację. Lody, zdawałoby
się, zostały przełamane. Cóż takiego się stało? Jaka strzała ugodziła jej zamarznięte serduszko? Nagle
wybucha: „Czy będziecie... w dalszym ciągu sprzedawad broo Chioczykom?”

Nie mam pojęcia, czy podręcznik agitatora poświęca flirtowi osobny rozdział. Niewątpliwie jednak
panienka otrzymała z góry polecenie, by co nieco poagitowad. Jej wyobrażenia o tym, jak się do tego
zabrad, są wzruszające. Z rumieocem na twarzy i zgrzytając zębami dopełnia obowiązku: flirt dla
ojczyzny. Gościa kusi, by odpowiedzied, że brytyjscy producenci dostarczają broni Chinom tak samo,
jak swego czasu dostarczyli drutu na budowę muru. Ale w obawie, by taką odpowiedzią nie
doprowadzid do ponownego wybuchu zimnej wojny, poprzestaje na uwadze, że nie czuje się
odpowiedzialny za postępowanie rządu brytyjskiego ani też nie jest gotów automatycznie go bronid.
Panienka uznaje to za absurdalny wykręt. Dla niej jest rzeczą oczywistą, że obywatel w każdej chwili
jawnie identyfikuje się ze swoim paostwem. „My”, „nasze” to najważniejsze zaimki. To my
niewzruszenie bronimy granic naszej republiki, poświęcamy wszystkie nasze siły dla naszej ludowej
gospodarki. Zaimek „ja” jest słowem wyklętym.

Miałem przy sobie pewną zakazaną książkę i celnik odesłał mnie z powrotem na zachodnią stronę,
z godnymi odnotowania słowami: „Wie pan, w tej sprawie nasze paostwo jest bardzo skrupulatne,
a tutaj my jesteśmy paostwem”. Trudno sobie wyobrazid celnika w Dover czy na lotnisku Johna F.
Kennedy'ego, który wykrztusiłby z siebie podobną uwagę. „My jesteśmy paostwem” - słyszę na
Friedrichstrasse, ulicy, która nazwana została od imienia pierwszego króla pruskiego i zachowała tę
nazwę w NRD (równoległą do niej ulicę, niegdyś noszącą imię cesarza Wilhelma, jednak
przemianowano). Fryderyk Wielki jako pierwszy połączył świecką religię SŁUŻBY PAOSTWU („jestem
pierwszym sługą paostwa”) z absolutyzmem Ludwika XIV (L'Etat c’est moi). Duch ten został
skolektywizowany, ale nadal jest żywy.

Nie powątpiewając ani przez chwilę, że ona sama reprezentuje Niemiecką Republikę Demokratyczną,
gośd zaś Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, przystojna wartowniczka
skwapliwie, zgoła ochoczo, kontynuuje agitację. „Aa! - wita na granicy Zjednoczone Królestwo. - I jak,
wycofacie się z porozumienia o rakietach?” albo: „I co, nie żałujecie bojkotu olimpiady w Moskwie?”
Jest zafascynowana Żelazną Lady. Żadna konwersacja nie obejdzie się bez nieśmiałej wzmianki o
„pani Tatcha”. NRD ma wszelkie powody do dumy z tytułu równouprawnienia kobiet. Czy ona sama
nie mogłaby pewnego dnia stanąd na czele paostwa, pytam moją rozmówczynię z punktu
kontrolnego. Jej odpowiedź mnie zaskakuje: „Nie, dziękuję! Tu, gdzie jestem, mam okazję spotykad
znacznie bardziej interesujących ludzi”.

Co za przygnębiający komplement dla rządu NRD! Ten nieoczekiwany dowód prywatnego realizmu -
kolorowy tłum cudzoziemców przy jej barierce jest na pewno daleko bardziej interesujący niż ponure
towarzystwo, jakie zazwyczaj otacza głowę paostwa NRD - pozwala wnosid, że i ona, jak większośd
obywateli NRD, myśli podwójnie. Jej opinia prywatna i ta, którą wygłasza publicznie, to dwa odrębne
światy. Jednakże dla każdego obywatela NRD jest rzeczą niebezpieczną demonstrowad publicznie
swoje prywatne oblicze, zwłaszcza jeśli nosi się mundur służby pogranicza. Jeden z urzędników
zauważa w moim paszporcie polską wizę. Czy byłem tam w czasie... hm, strajków? - pyta. Owszem,
a co on o tym myśli? O dziwo, nie serwuje w odpowiedzi oficjalnego partyjnego frazesu. Wahając się
między prawdą a obowiązkiem, ciekawością a lękiem, przestępuje z nogi na nogę. „Taak - mruczy -
Polacy i tak marnie pracują... ktoś w koocu musi za to płacid” - a potem, z wyrazem nadąsanej
przekory: „My tu nie strajkujemy”. Gdy radio wybucha oburzeniem na „amerykaoską interwencję w
Afganistanie”, marszczy brwi i niemal niepostrzeżenie wzrusza ramionami. Potem kuli się za zasłonką,
porażony własną niebywałą odwagą.

Udając się do Berlina Wschodniego w biurze przepustek po prawej stronie spostrzegamy


pleksiglasową tablicę. Na odwrocie, czerwonymi literami (wygląda to trochę jak chioskie malarstwo
na szkle) wypisano następujące linijki:

BERTOLT BRECHT
Wielka Kartagina
trzykrotnie prowadziła wojnę
Po pierwszej
była jeszcze potężna,
pod drugiej
nadawała się jeszcze do życia.
Po trzeciej znikła z powierzchni ziemi.

Kartagina to Niemcy. Tablica ma byd reklamą pokojowych zamiarów Niemieckiej Republiki


Demokratycznej. Spójrz, cudzoziemcze – powiada - trzecia wojna światowa nie rozpocznie się tutaj.

Tekst rozpisano na wersy, w rzeczywistości jest to ostatnie zdanie „Listu otwartego do niemieckich
artystów i literatów” z września 1951 r. W liście tym Brecht zadaje pytanie: „Czy Niemcy będą strzelali
do Niemców?” I odpowiada: „Jeśli nie będą ze sobą rozmawiali, zaczną do siebie strzelad”.

List ten jest żarliwym apelem o ponowne zjednoczenie Niemiec. Aby się przyczynid do tego dzieła,
niemieccy pisarze i artyści winni zgodnie przyjąd następujące postulaty:

„1. Całkowita wolnośd książki, z jednym zastrzeżeniem.


2. Całkowita wolnośd teatru, z jednym zastrzeżeniem.
3. Całkowita wolnośd sztuk plastycznych, z jednym zastrzeżeniem.
4. Całkowita wolnośd muzyki, z jednym zastrzeżeniem.
Zastrzeżenie: nie ma wolności dla pism i dzieł sztuki, które pochwalają wojnę albo przedstawiają ją
jako nieuniknioną, oraz dla tych, które podsycają nienawiśd między narodami”.

Na ścianach urzędu celnego - następne drzwi - daremnie by szukad fragmentów tyczących wolności
od cenzury. Czy Spiegel naprawdę pochwala wojnę? Czy Times przedstawia ją jako rozwiązanie
nieuniknione? Czy tomik poezji pewnego mieszkającego w NRD autora, wydany w RFN, gdyż w NRD
zakazano publikacji - podsyca nienawiśd między narodami? Wszystkie trzy pozycje zostają jednak
skonfiskowane. Zatrzymuje się nie tylko zachodnie magazyny i tak zwane książki „polityczne”.
Zakazana jest również literatura faszystowska i pornografia. Zabroniona książka, której zawdzięczam
uwagę „my jesteśmy paostwem”, to „Rozmowy z Hitlerem”. Indeks NRD - podobnie jak indeks w
Kościele katolickim - przypisuje sobie misję ochrony gminu przed gorszącymi wpływami z zewnątrz;
profanom odmawia się prawa do własnego osądu w kwestiach historii, seksu i polityki.

Cenzura oraz wykalkulowana nieprzewidywalnośd, jaką odznaczają się decyzje urzędników


sprawujących bliżej nieokreśloną władzę na granicy, to dwa elementy równie charakterystyczne dla
tego paostwa. Charakterystyczna jest również operacja dokonywana na Brechcie. Na każdym kroku
napotkad można kłamstwo polegające na opuszczeniu. Całkiem możliwe, że „Wielka Kartagina”
zostanie znowu zdjęta ze ściany. Bo Kartagina to Niemcy. A w politycznych deklaracjach NRD
„Niemcy” - niczym Kartagina po trzeciej wojnie punickiej - to coś, co znikło bez śladu. Pod koniec lat
sześddziesiątych NRD cichutko i bez rozgłosu zrezygnowała z postulatu ponownego zjednoczenia.
Niemiec już nie ma. Żałośnie ocenzurowana resztka Brechtowskiego apelu o pokojowe zjednoczenie
wisi na granicy ucieleśniającej zbrojny podział Niemiec.

Czy Niemcy będą strzelali do Niemców? W ciągu pierwszych czternastu lat po 13 sierpnia 1961 r.
Niemcy zastrzelili przy murze siedemdziesięciu Niemców. Ponad stu ludzi zginęło przy próbie
przekroczenia niemiecko-niemieckiej granicy, wynoszącej 1393 km. Nie wszyscy zostali zastrzeleni
przez żołnierzy pogranicza - niektórzy zadali sobie śmierd sami. Wzdłuż granicy znajduje się
przynajmniej 40 000 automatycznych urządzeo strzelniczych, naładowanych pociskami, które zostają
wystrzelone z chwilą, gdy uciekinier dotyka specjalnego ogrodzenia. W ciągu pierwszych pięciu lat po
Helsinkach władze Berlina Zachodniego nie odnotowały żadnego śmiertelnego wypadku przy murze.
Znamienne dla tych miodowych miesięcy w stosunkach między paostwami niemieckimi jest ulubione
zdanie Helmuta Schmidta: „Lepiej tysiąc razy ze sobą rozmawiad niż raz do siebie strzelad”. Schmidt
najwyraźniej czytał Brechta - „jeśli nie będą ze sobą rozmawiali, zaczną do siebie strzelad”.

„Tu, w NRD, każde dziecko wie, że wojska pogranicza mają surowy rozkaz strzelad do ludzi jak do
zajęcy” - tymi słowy zachodnioniemiecki reporter TV zakooczył w 1976 r. swój ponury komunikat.
Został co prędzej wydalony z NRD. W istocie nie wiemy dokładnie, jakie rozkazy mają wojska
pogranicza. Tekst rozporządzenia służbowego 30/10 („rozkaz strzelania”) nie wisi za pleksiglasem na
Friedrichstrasse. 5 stycznia 1974 r. o wpół do ósmej pewien żołnierz służb pogranicza próbował
przekroczyd białą linię przy Checkpoint Charlie. W charakterze zakładnika wziął ze sobą oficera. Gdy
młody żołnierz pochylał się, aby przejśd pod szlabanem, jeden z „kolegów” strzelił mu w plecy. Nie
należy sądzid, że między powszednim dniem na granicy, dobrodusznością wartownika a koleżeoskim
strzałem w plecy zachodzi sprzecznośd. Służba to służba, a sznaps to sznaps. Wartownicy wypełniają
tylko swój obowiązek. Wartownicy to sympatyczne, porządne chłopaki, o czułym sercu dla zwierząt.
Wypuszczają bezdomne kotki na wolnośd. Nie strzelają do ludzi jak do zajęcy. Strzelają wyłącznie do
ludzi.

23 maja 1962 r. uciekł przez mur piętnastoletni chłopiec z Erfurtu. Wartownicy oddali strzały. Młody
Wilhelm Tews został ciężko ranny i spędził rok w szpitalu. 21-letni wartownik nazwiskiem Peter
Göring został zabity. W dwa dni potem w Neues Deutschland ukazały się nagłówki „Atak terrorystów
OAS, nasz kraj zawrzał gniewem”. Göring został pochowany jak bohater. Po drugiej stronie muru
prasa springerowska miała znowu swój wielki dzieo: z wartownika zrobiła strażnika kacetu. Nazwisko
Göring było nieoczekiwanym prezentem. „Goebbels miał swego Wessela, Ulbricht ma swego
Göringa!” - skrzeczała Berliner Morgenpost. Doprawdy, trudno orzec, która gazetka bardziej
przypomina Völkischer Beobachter.

Otoczona troskliwą opieką tablica upamiętniająca przy Scharnhorststrasse niedaleko cmentarza


inwalidów w Berlinie Wschodnim, nosi następujący napis: „Na tym odcinku dnia 13 maja 1962 r.
pełniąc służbę w obronie granic Niemieckiej Republiki Demokratycznej został podstępnie
zamordowany przez policję zachodnioberlioską PETER GÖRING, plutonowy I Brygady Wojsk
Pogranicza, ur. 18 grudnia 1949 r.” Język i zakłamany patos tej tablicy nieodparcie przypomina styl
narodowego socjalizmu. Żeby wszystko było jeszcze bardziej groteskowe: Peter Göring do dziś
czczony jest jako „młody rewolucjonista” i „bohater antyfaszystowskiego ruchu oporu”. Jego
podobiznę można było oglądad w 1980 r. na wystawie fotografii na placu Bebla, obok komunistów
i chrześcijan, którzy zmarli zakatowani przez nazistów. Mianowanie Göringa bohaterem w takim
gronie odbiera temu określeniu wszelki sens. Nazywanie muru „antyfaszystowskim wałem
ochronnym” wedle nadal obowiązującej w NRD terminologii - to czysta fikcja. Krok przez mur jest jak
krok przez zwierciadło; wchodzi się w świat na opak.

„Dlaczego mówimy tylko o osobach, które udają się w kierunku RFN? - odparł z udanym zdziwieniem
Erich Honecker zachodnioniemieckiemu dziennikarzowi, który w 1977 r. przeprowadzał z nim
wywiad. - Znacznie większy jest ruch w odwrotnym kierunku, od strony RFN ku granicy NRD”. Czy
widzą już Paostwo czatujące na granicy faszystowskie oddziały? Czy widzą Paostwo uchodźców,
prześladowanych komunistów i tłumy innych, masowo uciekających na Wschód autostradą z
Helmstedt? Gdzież oni?

„Chciałbym przy tym otwarcie powiedzied, że wasza kampania przeciwko rozkazowi strzelania to
czyste oszustwo - kontynuował Erich Honecker. - Niech pan się lepiej przyjrzy odpowiednim
zarządzeniom dotyczącym federalnych służb pogranicza, Bundeswehry i waszej policji. Jedyna różnica
polega na tym, że organy zbrojne szybciej sięgają do coltów”. Do coltów! Wygląda na to, że podczas
gdy Helmut Schmit zajmuje się Brechtem, Honecker rozczytuje się w Karolu Mayu.
Zachodnioniemieckie wojska pogranicza występują więc w roli kowbojów - a kim wobec tego są
Indianie?

Fikcja Dzikiego Zachodu, NRD-owska literatura na temat budowy muru sięga szczytów nonsensu,
groteski, surrealizmu i absurdu. Z książki Hartmuta i Ellen Mehl dowiadujemy się, że 13 sierpnia
wrogowie socjalizmu próbowali obalid robotniczo-chłopskie paostwo, byli nazistowscy generałowie,
obecnie w Bundeswehrze, szli ręka w rękę z wielkim przemysłem, a zachodnie służby tajne
i prowokatorzy w Berlinie Zachodnim planowali „dzieo X”, kiedy to Wschodnie Niemcy miały byd
potajemnie wcielone do Rzeszy. Ale wszystkie te niecne plany udaremnia olśniewająca, stanowcza
i ciesząca się powszechnym uznaniem akcja partii, mająca na celu umocnienie granicy. Praca paostwa
Mehl odznacza się stylem kwiecistym i przystępnym. Czy nikt zatem - spyta może któryś czytelnik -
nie zaprotestował przeciwko ograniczeniu wolności? Ależ oczywiście.

Podczas gdy większośd obywateli *...+ przyjęła decyzję ze zrozumieniem, ci, którzy przedtem
stale przechodzili na drugą stronę, wyrzekają na utratę możliwości zarobku w Berlinie
Zachodnim oraz na ograniczenie ich „osobistej wolności”.

Dalej,

„damy”, które nie mogą odtąd uprawiad swego procederu na Kurfürstendamm, skarżą się na
utratę „wolności zarobkowania”.

Kolejnego przykładu dostarcza organ Komitetu Centralnego FDJ Forum.

Dzięki znakomitemu planowi i organizacji, jak również wzorowej dyskrecji uczestników akcja
powiodła się znakomicie i w pełni zaskoczyła zakulisowych inspiratorów wojny przeciwko
NRD. Często wysuwany potem wobec zachodnich tajnych służb zarzut, że powinni byli
zawczasu dowiedzied się o przygotowaniu większych ilości drutu kolczastego i materiałów
budowlanych, był bezpodstawny. Zanim dowieziono niezbędne materiały obywatele NRD,
w przeważającej mierze młodzież, utworzyli mur, stając na odcinku długości 150 km ramię
przy ramieniu i z bronią w ręku na straży ojczyzny. W oczach całego świata obywatele NRD
dowiedli, że gotowi są bronid swego paostwa. Plotka o szykującym się powstaniu została
zdemaskowana jako celowe kłamstwo i szantaż ze strony rządu booskiego.

Ustęp ten godny jest uwagi nie tylko dlatego, że powtarza mit o wale ochronnym ani dlatego, że tak
energicznie broni tajnych służb zachodnioniemieckich, ale raczej ze względu na swą dobitnośd
w kwestii muru.
Na ogół w publicznym życiu NRD słowo „mur” stanowi tabu, bardziej jeszcze niż słowo „nazizm” w
RFN lat pięddziesiątych. Sztuka Heinera Müllera „Der Bau” (Budowa), napisana w 1964 r.
i odnotowująca jednoznaczne reakcje robotników na budowę muru, została wystawiona w Berlinie
Wschodnim dopiero w szesnaście lat później. Hoch die Mauer! woła jeden z budowniczych w sztuce
Müllera („Niech żyje mur!”, dosłownie: „w górę mur, wyżej mur!”). „Dla mnie jest już dosyd wysoki” -
odpowiada mu kolega. Müller wychwytuje gorzką ironię, z jaką mit wału ochronnego traktowali
zwyczajni ludzie. „Od wczoraj mamy granicę, nasze czołgi przy Bramie Brandenburskiej powstrzymują
trzecią wojnę światową” - powiada sarkastycznie sekretarz organizacji zakładowej do sekretarza
okręgu. „Gratuluję wału. Wygraliście tę rundę, ale to był cios poniżej pasa. Gdybym wiedział, że
buduję swoje własne więzienie, nafaszerowałbym każdą ścianę dynamitem” - replikuje robotnik.

Reakcja publiczności w 1980 r. stanowiła ciekawą mieszankę oburzenia - jak gdyby na scenie odbywał
się męski strip-tease - oraz głęboko skrywanej radości, jak gdyby mały chłopczyk zakrzyknął właśnie,
że król jest nagi. Dworzanie z bajki unikali rozmów o nowych szatach królewskich - mieszkaocy NRD
mówią o murze równie rzadko. Mocą milczącego porozumienia unika się tego tematu, jak nie
wspomina się przypadku samobójstwa w rodzinie. Jeśli jednak tabu zostanie raz przełamane, co
w prywatnych rozmowach z zaufanymi przybyszami z Zachodu oczywiście się zdarza, można się łatwo
przekonad, że przez te dwadzieścia lat rozgoryczenie nie osłabło.

Porównywanie muru berlioskiego do muru otaczającego obóz koncentracyjny (SBZ = KZ, Strefa
Okupacji Radzieckiej = Obóz koncentracyjny), oraz NRD do więzienia - tego rodzaju sentencje słyszy
się w NRD częściej niż w Berlinie Zachodnim. Młodemu pokoleniu w NRD porównanie do obozu
koncentracyjnego łatwiej przechodzi przez gardło: w odróżnieniu od wielu rówieśników z Zachodu
doświadczenie nauczyło ich, że obóz jest faktem. Poczucie zamknięcia rozwija się bardzo wcześnie.
Pamiętam reakcję sześciolatka, któremu mama opowiada, że jestem z Anglii. Pierwsze pytanie
dziecka: „Czy my możemy tam jeździd?” Z podobną reakcją - nazwałbym ją „efektem muru” -
spotykałem się często.

Ów efekt muru z biegiem czasu ulegał zmianom, ale pozostał nadal intensywny. Szok zdumienia
przerodził się w rezygnację i mimowolne stłumienie. „Nie myślę o tym, to zbyt przygnębiające”.
Pokolenie, które znało Zachód z autopsji, ustępuje teraz miejsca pokoleniu, które zna Zachód jedynie
z książek i filmów, z zachodnioniemieckiej telewizji i z opisów przybywających stamtąd gości. Źródła
te tendencyjnie przedstawiają zachodnią rzeczywistośd raczej w różowych barwach. W Lipsku
oglądałem w towarzystwie zaprzyjaźnionego studenta film, zawierający między innymi wspaniałe
zdjęcia Oxfordu - widoczki z kiczowatych pocztówek, zadumane wieże kościołów i profesorów
o znakomitej prezencji. Znajomy mój powiedział mi potem: „Wiesz, rzygad mi się chciało na widok
tych obrazków. Jak sobie pomyślę, że nigdy nie będę mógł tam pojechad...” Rzeczywistośd
podziałałaby otrzeźwiająco. Aczkolwiek nie tak otrzeźwiająco, jak rzeczywistośd, z którą ma do
czynienia w NRD.

Można wyliczad tysiące przykładów efektu muru. Dodatkowo wzmacnia go wszechobecnośd Zachodu.
Wystarczy, że spotka się dwóch czy trzech obywateli NRD - natychmiast pojawia się Zachód.
Rozmowa toczy się na ogół wokół banalnych porównao: klasy samochodów, obuwia, aparatury hi-fi
i tym podobnych. Ale właśnie różnice w materialnym standardzie życia między Wschodem a
Zachodem pogłębiły się od 1961 r. w sposób widoczny. Natomiast argumenty na rzecz muru, które
wówczas jeszcze mogły komuś wydawad się przekonywające, dziś się zużyły.

W sierpniu 1961 r. jeden z bardziej wrażliwych pisarzy NRD, Stephan Hermlin, mógł w obronie muru
napisad takie słowa:

[Ale] z całą powagą udzielam decyzji rządu Niemieckiej Republiki Demokratycznej mego
bezgranicznego poparcia. Decyzją tą, czego dowody już widad, rząd umocnił antyglobkowskie
paostwo, uczynił wielki krok naprzód w kierunku traktatu pokojowego, co jest dla nas sprawą
pierwszorzędnej wagi, ponieważ jedynie taki traktat może powstrzymad agresywne zapędy
najbardziej groźnego paostwa na świecie - Republiki Federalnej Niemiec. Przypominam sobie
dokładnie obrzydliwe widowisko tak zwanego zrywu narodowego, które oglądałem 30
stycznia 1933 r. jako całkiem młody człowiek. Dziesiątki tysięcy histeryków ze łzami w oczach
komunikowało sobie, że oto Niemcy nareszcie zrzuciły kajdany. Gdyby wówczas przy Bramie
Brandenburskiej stały czerwone czołgi, nigdy nie doszłoby do marszu na wschód, nigdy nie
musiałby odbyd się proces Eichmanna, a my siedzielibyśmy dziś we trójkę w niezniszczonym,
niepodzielonym mieście w kawiarni przy Alexanderplatz albo przy Kurfürstendammie.

Ten rodzaj definicji per negationem - NRD jako paostwo antyglobkowskie, które buduje mur, aby
zapobiec czemuś gorszemu - miał w 1961 r. za sobą pewne powierzchowne racje. Ale dwadzieścia lat
później nie sposób doprawdy utrzymywad, że RFN jest paostwem Globkego. A więc NRD jako
paostwo antybrandtowskie? Antyschmidtowskie?

Im bardziej NRD była zainteresowana współpracą z RFN, tym mniej wiarygodnie brzmiały argumenty.
Od chwili podpisania traktatu w 1972 r. NRD starała się chwytad dwie sroki za ogon. Jeśli RFN jest
najgroźniejszym paostwem świata - pyta uczeo - to dlaczego utrzymujemy z nią „przyjazne stosunki”?
Jeżeli nie jest, dlaczego w dalszym ciągu potrzebny nam wał antyfaszystowski? Przypuszczam, że
jedynym precedensem, na jaki mógłby się powoład nauczyciel, byłby pakt Ribbentrop-Mołotow,
między faszystowskimi Niemcami i komunistyczną Rosją, ale to przecież znowu jest tabu. Krótko
mówiąc, wyrażenia „antyfaszystowski wal ochronny” można dziś używad już tylko ironicznie. Dla
przykładu: wymiana zdao między funkcjonariuszem Vopo a chłopcem, który zmierza w stronę muru
przy Bramie Brandenburskiej, aby posłuchad angielskiego zespołu rockowego, grającego na schodach
Reichstagu, zaraz po drugiej stronie, w Berlinie Zachodnim.

Chłopiec: „Chcę tylko stanąd przy murze”.

Vopo: „Przy murze? Przy jakim murze?”

Chłopiec: „O, przepraszam, czy mogę sobie postad przy antyfaszystowskim wale?”

Argumentacja NRD w późnych latach siedemdziesiątych przypominała kwadraturę koła.


Utrzymywano mianowicie, że zamknięcie granicy było niezbędnym warunkiem poprawy stosunków z
RFN. W tym duchu artykuł wstępny z Neues Deutschland z 13 sierpnia 1980 r. głosi:

Dziesięd lat później *po 13 sierpnia 1961 r.+ rezultaty polityki pokoju, bezpieczeostwa
i odprężenia były już widoczne. Traktaty zawarte przez Związek Radziecki, Polską Republikę
Ludową, Niemiecką Republikę Demokratyczną i Czechosłowacką Republikę Socjalistyczną z
Republiką Federalną Niemiec uznają suwerennośd NRD zgodnie z prawem narodów
i gwarantują nienaruszalnośd istniejących granic. Tym samym otwarła się droga wiodąca do
Konferencji Bezpieczeostwa i Współpracy w Europie, w której NRD uczestniczyła jako
równorzędny partner. W Akcie Koocowym konferencji helsioskiej ogół sygnatariuszy
potwierdził też wszystkie suwerenne prawa NRD jako jednego z paostw-sygnatariuszy,
w szczególności potwierdzono wyraźnie nienaruszalnośd granic.

Na tym polegało zasadnicze znaczenie Helsinek dla NRD i dla Związku Radzieckiego: ich suwerennośd
oraz „nienaruszalnośd granic” zostały wreszcie uznane. Innymi słowy - bez muru nie ma uznania, bez
uznania nie ma odprężenia, bez odprężenia obywatele NRD nie uzyskaliby lepszych perspektyw
wyjeżdżania na Zachód. Ergo, mur jest istotnym czynnikiem swobody poruszania się obywateli NRD.
Wywód ten nie jest może szczególnie przekonywający dla czytelnika ani dla mnie, ma za to wagę -
„obiektywną”!

Argument, że bez muru NRD wykrwawiłaby się, słyszałem częściej na Zachodzie niż na Wschodzie. W
pierwszych dniach sierpnia 1961 r. przeciętnie nie mniej niż 1700 osób uciekało każdego dnia do
Berlina Zachodniego. Temu potokowi ludzi trzeba było położyd tamę z myślą o perspektywicznym
interesie stabilności Europy środkowej. Stabilizacja i bezpieczeostwo - oto paostwowe bóstwa
Wschodu i Zachodu, Vicli-Pucli powojennych Niemiec. W 1980 r. hasło wyborcze SPD brzmiało:
„Bezpieczeostwo dla Niemiec”, hasło SED: „Rozwój, dobrobyt i bezpieczeostwo”. Jeśli w miejsce
„Niemiec” podstawimy „NRD”, slogany można wymienid. Cokolwiek by sądzid o „zbliżaniu się” do
siebie obu paostw, w tym punkcie osiągnięto całkowitą jednośd poglądów. Najwyższym nakazem jest
stabilizacja - taki jest koocowy wniosek wspólnej historii.

A zatem nie ulega wątpliwości, że mur był konieczny dla stabilizacji, więcej - dla przetrwania NRD w
1961 r. Zasadnicze pytanie brzmi: czy jest nadal niezbędny dla stabilizacji NRD anno 1981? 1991?
Albo 2001? Inaczej, co by się stało z NRD bez muru? NRD przestałoby istnied - taką brzemienną
w treści odpowiedź na to pytanie udzielił pewien wschodnioniemiecki pisarz. Pisarz ten jest zdania, że
NRD w roku 1981 znajduje jeszcze mniej poparcia u swoich obywateli niż w ową przełomową
sierpniową niedzielę przed dwudziestoma laty. Ówczesną groźbę gwałtownej śmierci zamieniono na
powolne zatrucie. Trucizną jest efekt muru.

Oczywiście twierdzeo w rodzaju „jeżeli jutro mur się zawali, to...” nie można ani udowodnid, ani
obalid, podobnie jak twierdzeo o istnieniu Boga. Niejednokrotnie słyszałem z ust lewicowych
liberałów pogląd, że NRD mogłaby sobie pozwolid na rozluźnienie restrykcji wyjazdowych.
Niewątpliwie więcej ludzi starałoby się wyjechad na Zachód. Ale większośd, po pierwszych
doświadczeniach z rzeczywistością Zachodu (a rzeczywistości tych jest wiele), pośpieszyłaby
z powrotem do socjalistycznej ojczyzny. Do paostwa, gdzie nie ma bezrobocia! Gdzie nie ma napadów
rabunkowych! Nie ma neofaszystów! Nie ma (albo prawie nie ma) narkotyków!

„Gdyby mógł pan wyjechad na Zachód, czy wróciłby pan do NRD?” - zadawałem to pytanie setkom
przeciętnych obywateli NRD. Znaczny procent odpowiadał, że napodróżowawszy się do woli,
chcieliby wrócid pod warunkiem, że mogliby potem znowu wyjechad. Ze względu na rodzinę, ze
względu na przywiązanie do ojczystych stron (w Turyngii i Saksonii lokalny patriotyzm jest silniejszy
niż gdziekolwiek w RFN, wyjąwszy może Bawarię), poczucie odpowiedzialności lekarza za swoich
pacjentów, księdza za parafię, wreszcie z poczucia, że są coś winni paostwu, które ich wychowało
i zapewniło im wykształcenie.

Czy wróciliby rzeczywiście, nie wiadomo. Zachodnie środki przekazu rozbudzają nierealne nadzieje,
z drugiej strony własne środki przekazu NRD podsycają nierealne obawy. Ujawniło się to szczególnie
dobitnie w rozmowie z pewnym członkiem partii, człowiekiem skądinąd inteligentnym. Na moją
obserwację, że knajpy w Berlinie Wschodnim wydają się znacznie bardziej ożywione niż w Berlinie
Zachodnim, rozmówca mój zauważył: „Widzi pan, to dlatego, że na Zachodzie ludzie boją się
wychodzid po ósmej wieczorem z domu, ze strachu, że ich napadną”. Nie dał się żadnym sposobem
przekonad, że relacje gazet, które czytuje, niekoniecznie odpowiadają prawdzie. Wreszcie zadałem
mu pytanie: „Był pan kiedyś w Berlinie Zachodnim?” Nie był. Ale to nie osłabiało jego argumentów.

Wiadomo, że ludzie wychowani w NRD, a żyjący dziś na Zachodzie, mają często poważne trudności
z adaptacją do zachodnich stosunków. Jednakże wiadomo tylko o bardzo nielicznych przypadkach
powrotu. Ogólna liczba tych, którzy legalnie przenieśli się z RFN i Berlina Zachodniego do NRD
wynosiła w latach 1965-75 mniej niż 30 000. Wbrew twierdzeniom Honeckera obecnie liczba ta
wynosi około 1000 osób rocznie. Do tego dochodzą ci, którzy przekraczają granicę NRD nielegalnie,
nie tyle ze względów ideologicznych, co na przykład po to, by ujśd zachodnioniemieckiej policji. NRD
zazwyczaj odsyła ich z powrotem. Tylko w roku 1967 wydalono przez granicę do Dolnej Saksonii 1430
„osób niepożądanych”.

A w przeciwnym kierunku? NRD twierdzi, że w 1978 r. wydano blisko 3,2 min zezwoleo na wyjazd do
krajów niesocjalistycznych oraz do Berlina Zachodniego. 3,2 min wyjazdów to nie znaczy jednak, że
3,2 min osób wyjechało. Większośd zezwoleo dotyczyła podróżujących służbowo oraz emerytów.
Emerytom zaś tak czy inaczej zezwala się na wyjazd. Nawet jeśli decydują się nie wracad, nie szkodzi,
poświęcili NRD lata użytecznej pracy i jeśli drugie paostwo niemieckie weźmie na siebie koszta
utrzymywania ich w jesieni życia, nikt nie ma nic przeciwko temu. (Tym lepiej dla „naszej” ludowej
gospodarki.) Osoby wyjeżdżające służbowo dobierane są rygorystycznie pod kątem wiarygodności
oraz prawdopodobieostwa powrotu. Dobrze jest byd członkiem partii, dobrze jest też posiadad żonę
i dzieci, które zostają, podczas gdy głowa rodziny wyjeżdża na Zachód.

W pewnym okresie posiadanie krewnych na Zachodzie było dośd kłopotliwe. Jednym z moich
pierwszych znajomych w Berlinie Wschodnim był mężczyzna około czterdziestki, który zjeździł świat
jako trener sportowej drużyny NRD. Za tę wolnośd zapłacił jednak wysoką cenę. Zobowiązano go, by
zerwał wszelkie kontakty z jedyną siostrą, która 13 sierpnia 1961 r. przypadkowo znajdowała się po
zachodniej strome. Innymi słowy, musiał wyprzed się własnej siostry, by móc wyjeżdżad do kraju,
w którym siostra mieszka. Miałem wówczas wrażenie, że natknąłem się na rzadki, niezwykły
przypadek. Dziś wiem, że historia trenera jest najbanalniejsza w świecie. Każda rodzina w NRD ma do
opowiedzenia podobną historię. Efekt muru przynależy do wyposażenia domowego tak samo jak
szafa w ścianie.

Po roku 1972 bliscy krewni na Zachodzie poczęli przynosid korzyści. Zgodnie z porozumieniem
zawartym przez oba paostwa, obywatele NRD mają dostawad zezwolenie na odwiedziny bliskich
krewnych w RFN „w pilnych sprawach rodzinnych”. W ciągu pierwszych siedmiu lat po wejściu w
życie tych porozumieo ponad 300 000 obywateli NRD mogło w podobnych przypadkach odwiedzid
RFN. SPD wysławia ten niewątpliwie humanitarny postęp jako jeden ze skutków swojej polityki
wschodniej.
Mimo to obywatele NRD ciągle zależni są od arbitralnych decyzji władz. Znam na przykład przypadek,
kiedy syn musiał czekad cztery miesiące, podczas gdy jego matka leżała ciężko chora w klinice po
drugiej stronie muru w Berlinie Zachodnim. „Trzeciorzędna piosenkarka rockowa dostałaby
zezwolenie na występy na Zachodzie już następnego dnia, bo zarabia dla paostwa dewizy - wyraził się
gorzko. - Ja muszę czekad cztery miesiące, wiedząc, że matka umiera o pół kilometra stąd”. W koocu
otrzymał pozwolenie, na wyjazd czterdziestoośmiogodzinny. I po czterdziestu ośmiu godzinach
wrócił.

Humanitarne ułatwienia w kwestii wyjazdów to z jednej strony wentyl bezpieczeostwa - znam


studentów, którzy liczą tygodnie do następnej pilnej sprawy rodzinnej, jak uczniowie dni dzielące ich
od wakacji - z drugiej strony bomba zegarowa. Frakcja bezpieczeostwa w SED słyszy już pomruk
eksplozji. Każdy obywatel NRD, który nie wraca z podróży służbowej albo z odwiedzin u krewnych,
dostarcza nowego argumentu i jest kolejnym ciosem dla wrażliwego poczucia godności rządu
Republiki; gorzej - nadwątla resztki szacunku, jakim rząd cieszy się wśród porządnych obywateli
pozostających na miejscu.

Dotyczy to w szczególności artystów - muzyków, pisarzy, aktorów - których wypuszcza się, aby
reprezentowali socjalistyczną ojczyznę na tournee po Zachodzie i którzy przedłużają to tournée do
kooca życia. W 1980 r. ni mniej ni więcej tylko siedmiu członków zespołu Opery Komicznej
zdecydowało się nie wracad. Incydent dyskutowany był w całym kraju. Słyszało się zarówno wyrazy
ubolewania z powodu kolejnej straty w dziedzinie kultury, gdzie upust krwi jest największy, a z
drugiej strony głosy zawiści i coś w rodzaju tajemnej radości. Reakcja emocjonalna wyładowywała się
także w dowcipach: „Co to jest kwartet smyczkowy? - NRD-owska orkiestra symfoniczna po tournee
na Zachodzie”.

Naturalnie każdy, kto decyduje się na zawsze opuścid kraj, wolałby uczynid to drogą jawną i legalną.
W1972 r. wraz z podpisaniem traktatu, a jeszcze bardziej w 1975 r., po Helsinkach, pojawiły się
pewne nadzieje. Doczekawszy się uznania na forum międzynarodowym, w porywie nieostrożnego
entuzjazmu NRD opublikowała tekst Aktu Koocowego w Neues Deutschland, w pełnej postaci, wraz
ze stwierdzeniem, że sygnatariusze „stawiają sobie za cel ułatwianie bardziej swobodnego poruszania
się i kontaktów indywidualnych i zbiorowych, zarówno prywatnych, jak i oficjalnych, między osobami,
instytucjami oraz organizacjami paostw uczestniczących oraz sprzyjanie rozwiązywaniu powstających
w związku z tym problemów natury humanitarnej”. Szacuje się, że w następnym roku ponad 100 000
obywateli NRD dożyło wniosek o zezwolenie na wyjazd.

Na ogół spotykało ich gorzkie rozczarowanie. Nie wiemy dokładnie, ilu opuściło kraj za zezwoleniem
władz. Liczba tych, którzy w latach 1976-79 wystąpili o „przyjęcie w sytuacji przymusowej” do RFN,
wyniosła 51 515. Nie wszyscy emigranci składają podobny wniosek. Sporą grupę stanowią emeryci,
którzy przechodzą na drugą stronę jako turyści.

Wielu składających wniosek o wyjazd nadal dostaje odmowę. Ale jest to tylko wierzchołek góry
lodowej. Potrzeba dużo odwagi cywilnej albo desperacji. by przekroczyd Rubikon i napisad pierwsze
podanie do władz. System nie faworyzuje odwagi cywilnej. Władze dysponują całym arsenałem
środków. by skłonid emigrantów in spe do wycofania wniosku. Po pierwsze, będą udawały, że
wniosek nigdy nie wpłynął. Nie powiedzą „nie”, nie powiedzą w ogóle nic - dodajmy, że jest to
ulubiona metoda wszystkich biurokracji w Europie Wschodniej. Po wieloletnim oczekiwaniu niektórzy
wnioskodawcy po prostu dają za wygraną. Jeśli upierają się nadal przy wyjeździe, prędzej czy później
tracą miejsce pracy.

Nie oznacza to, oczywiście, że są bezrobotni; w socjalizmie bezrobocie nie istnieje ex definitione. Ot,
zwyczajnie nie znajdują pracy. Ponieważ bezrobocia nie ma, nie ma też zasiłków dla bezrobotnych,
ubezpieczeo czy innych sztuczek, jakimi kapitalistyczne paostwa uspokajają swoje sumienie.

Ci, którzy usilnie obstają przy wyjeździe, muszą liczyd się z tym, że zastosuje się wobec nich jeden
z wielu rozciągliwych paragrafów kodeksu karnego (np. § 214: działanie na szkodę interesów paostwa
lub społeczeostwa; § 219: nielegalne kontakty; § 220: publiczne znieważenie. Wszystkie trzy artykuły
zostały „poprawione” przez ustawę o zmianie kodeksu karnego z czerwca 1979 r.). Można próbowad
wywrzed nacisk na władze na przykład urządzając publiczną demonstrację albo zwracając się do
którejś z międzynarodowych organizacji jak ONZ, z powołaniem się na Akt Koocowy Helsinek,
Powszechną Deklarację Praw Człowieka (art. 13/2: „Każdy człowiek ma prawo opuścid jakikolwiek
kraj, włączając w to swój własny”) czy międzynarodowe pakty praw obywatelskich i politycznych.
Postępowanie sądowe tyczące wnioskodawcy toczy się przy drzwiach zamkniętych. Wyroki wynoszą
od roku do lat pięciu.

Powyższe uwagi powinny starczyd na wyjaśnienie, dlaczego tak rozpaczliwie mało obywateli NRD
uważa za celowe starad się o zezwolenie na „legalną” emigrację. Zamiast tego wyjeżdżają wedle
przepisów NRD „nielegalnie”, to jest uciekają. Od 13 sierpnia 1961 r. zarejestrowano ponad 180 000
uciekinierów. Roczna statystyka zmniejsza się w miarę udoskonalania instalacji na granicy. Uciekad
bezpośrednio przez granicę jest coraz trudniej. W 1980 r. było już tylko 424 tych, którzy przedarli się
szturmem. Wielu jednakże podejmuje próbę ucieczki (przeważnie okrężną drogą przez inne kraje
bloku wschodniego) z myślą, że nawet jeśli zostaną złapani, po roku czy dwóch latach więzienia mają
szanse na wykup. Niektórzy biorą to pod uwagę od samego początku. Zamki i kraty otwierają
szlabany i zasieki. Toteż amnestia z okazji trzydziestolecia NRD przyniosła wielkie rozczarowanie -
większośd wypuszczonych miała pozostad w NRD.

Moralne aspekty ucieczki nie zawsze są jednoznaczne. Kiedy żołnierz Narodowej Armii Ludowej w
1975 r. zastrzelił w czasie ucieczki dwóch żołnierzy wojsk pogranicza, zachodnioniemiecki sąd (po
trzyletnim namyśle) skazał go ostatecznie na pięd i pół roku więzienia. Gdy Detlef Tiede, młody kelner
z Berlina, uprowadził samolot, został przez nadzwyczajny United States Court for Berlin uznany
winnym porwania zakładników. Technicznie rzecz polegała na tym, że przy użyciu straszaka zmusił
pilota do zmiany kursu na lotnisko Tempelhof w Berlinie Zachodnim, a tym samym pozbawił wolności
innych pasażerów samolotu - biorąc ich jako zakładników. Najbardziej zaskakujące jednak było, że na
62 pasażerów aż siedmiu zdecydowało się z miejsca, mając przy sobie tylko wakacyjny bagaż,
porzucid pracę, rodzinę oraz przyjaciół i zostad na Zachodzie. Wszyscy oni mieli poniżej trzydziestu lat.

Jeśli wziąd to wszystko pod uwagę, zburzenie muru wydaje się równie mało prawdopodobne, jak
zniesienie cenzury. Przeciwnie: NRD stara się usilnie z roku na rok doskonalid urządzenia obronne na
granicy. „Pyta pan, czy chciałbym nadal tu żyd i pracowad, gdyby paostwo pozwalało mi wyjeżdżad na
Zachód. Ale - powiada pewien specjalista od komputerów - NRD, gwarantująca mi taką swobodę
ruchów, nie byłaby już NRD. Byłoby to jakieś zupełnie inne paostwo”.

Mur nie jest granicą kraju NRD. Stoi w samym jego sercu. Stosunek do muru jest probierzem
stosunku do całości paostwa. Miałem okazję się przekonad, że gdy tylko rozmowa schodzi na mur,
najbardziej rozintelektualizowani członkowie partii uciekają się do dziecinnych argumentów.
„Zgromadziło się wtedy w stolicy pół miliona młodych ludzi - oświadcza wysoko postawiony
dziennikarz, wspominając narodowy festiwal młodzieży w Berlinie Wschodnim. - Gdyby się wszyscy
razem rzucili na mur, cała armia wartowników nie zdołałaby ich powstrzymad. Ale z jakiegoś powodu
tego nie zrobili... Może w koocu nie uważają, że tu jest tak źle”. Nie jestem pewien, czy wierzył sam
w to, co mówił.

Będąc lojalnym członkiem partii trzeba przełknąd nie tylko fakt istnienia muru, ale także
najpotworniejsze bzdury stanowiące jego propagandową otoczkę. Uczciwy argument na rzecz muru
mógłby brzmied tak: cel (komunizm) uświęca środki (zabijanie ludzi). Wartownik prezentuje broo
przed nieuniknionym bezprawiem. Wracamy tu do klasycznej obrony stalinizmu: gdzie drwa rąbią,
wióry lecą. Byd może argument ten jest faktycznie używany, aby podtrzymad rewolucyjny zapał
i antyfaszystowski heroizm następców Petera Göringa w wieżach wartowniczych (typ trzeci).
Tymczasem Neues Deutschland nadal wysławia umocnienia graniczne jako kamieo milowy
odprężenia, akt w duchu helsioskim, rękojmię pokoju - jednym słowem, jako symbol humanitaryzmu.

Jak w NRD często bywa, rozgoryczenie manifestuje się w dowcipie. Wpływowy bankier amerykaoski
zaproszony zostaje przez ministra finansów NRD na kolację do jego daczy. W czasie spaceru po
ogrodzie gośd dostrzega stosy liści, a pod nimi niedbale ukryte złoto.

- Panie ministrze - zdumiewa się - w moim kraju złoto jest najcenniejszym dobrem. Przechowywane
jest w miejscu, które nazywa się Fort Knox, dniem i nocą pilnują go tysiące wartowników i złe psy
w specjalnych pomieszczeniach, dookoła są mury, wieże strażnicze, miny, druty kolczaste...

- Widzi pan - odpowiada minister - na tym polega różnica między systemami. U nas najcenniejszym
dobrem jest człowiek.
Berlin - miasto nierzeczywiste

Berlin skazany jest na to, by ciągle się stawad i nigdy nie istnied
Karl Scheffler w 1910 r.

Sobotni wieczór w Berlinie Zachodnim. Pół miasta wyległo na ulice. Ludzie opatuleni jak prostytutki
na Lietzenburger Strasse walczą z ostrym wiatrem ze wschodu. Przechadzają się w tę i z powrotem;
obok „sklepików z paniami”, gdzie dyskutuje się zawzięcie, jakie zioła są najlepszym naturalnym
środkiem antykoncepcyjnym; obok lewicowej knajpki, gdzie pokolenie 1968 roku wzruszająco
wspomina stare dobre czasy, gdy lewicowośd była jeszcze słuszna, a świat był prosty; obok SFB, gdzie
w kuluarach dziennikarze wzięli się akurat za temat neonazimu, „więc znowu do tego już doszło...”;
obok Moabickiego Mostu z najnowszym grafitti „Niemcy? Nie, dziękuję”. Bulwarowa prasa donosi
o nowym skandalu: czy pod Teufelsberg wydobywa się gaz bojowy z drugiej wojny światowej? W
filharmonii dyryguje Herbert von Karajan, kanclerz Helmut Schmidt przyleciał złożyd mu swoje
uszanowanie. Żadnych szczególnych wydarzeo.

Ledwie paręset metrów na wschód od filharmonii tłum umundurowanych chłopców w ordynku


dwiczy przemarsz z pochodniami na Unter den Linden. Pochód będzie trwał trzy godziny, dwierd
miliona uczestników przespaceruje się pod rzęsiście oświetloną trybuną, na której zgromadzą się
przywódcy krajów bloku wschodniego. 30 rocznica powstania NRD musi byd obchodzona uroczyście.
Pochodnie już płoną. Pierwsze poczty sztandarowe zebrały się przy Nowym Odwachu Schinkla.
Czerwone chorągwie łopoczą na wietrze, wiejącym od Syberii po Bramę Brandenburską. Inni mają
pseudodzidy, jak statyści hollywoodzkiej wersji „Ben Hura”. W mroku rozbrzmiewa donośnie
anonimowy głos: Niemiecka Republika Demokratyczna niech żyje!... ech... yje!...ech....yje!

Głos chrypnie. Chorągwie zwisają smętnie; widzowie drętwieją z zimna. Wtem ogłuszająca fanfara
obwieszcza długo wyczekiwane nadejście głównego chorążego, „chorążego światowego pokoju”, jak
nazwał Leonida Breżniewa Erich Honecker, nadając mu po raz drugi tytuł „Bohatera NRD”. Starszemu
panu, wyczerpanemu pokojowymi rozmowami, trzeba pomóc wejśd na trybunę. Na niebie krzyżują
się światła reflektorów - dośd niesamowita retrospekcja „świetlistych katedr” zaprojektowanych
przez Alberta Speera na zjazd partii w Norymberdze. Zapalony zostaje „znicz rewolucji”. Kolumny FDJ
skandują jak zahipnotyzowane „Leo-nid-Bre-żniew-E-rich-Hon ecker”. Orkiestra przechodzi do
raźnego marsza skomponowanego na melodię zachodniego przeboju - zgodnie z zasadami Armii
Zbawienia, która nie widzi powodu, by diabeł miał mied monopol na dobrą muzykę. Wreszcie pochód
rusza.

Wydaje się, że tłum przyszedł raczej z obowiązku niż dla przyjemności. „Ludnośd - doniosło Neues
Deutschland trzy dni wcześniej - zgotuje gościom braterskie powitanie”. Cała rzecz w tym, jak
rozumiemy słowo „braterski”. Entuzjazmu tu niewiele, jeśli jakaś Leni Riefenstahl naszych czasów
umiałaby go po niezbędnych zabiegach kosmetycznych przekonująco pokazad na ekranie. Niewiele
też dziarskiego animuszu, jakim tradycyjnie szczycą się berlioczycy. Na porządku dnia jest drętwa
obojętnośd.
Tylko ów anonimowy, bezcielesny głos tchnie zapałem. Pozdrawia przywódców z bloku. Przy
nazwisku przedstawiciela Rumunii ociąga się nieco: prezydent Ceaucescu świeci nieobecnością, ciągle
jednak można podziwiad gościnne występy widmowych portretów, niesionych jak relikwie przez
zastępy FDJ. Glos pozdrawia Jassera Arafata. Recytuje od A do Z litanię bratnich krajów
socjalistycznych. Afganistan, Irak, Kampucza (Hurra! - krzyczą tłumy), Korea, Kuba (specjalne oklaski),
Wietnam - Hurra! Hurra! Hurra! Ho-Ho-Ho-Czi-Min-Ho-Ho-Honecker. Głos pozdrawia gości ze
wszystkich części świata. A na ostatku pozdrawia człowieka nazwiskiem Horst Schmitt, przywódcę
Socjalistycznej Partii Jedności z odległego kraju o nazwie Berlin Zachodni.

W tym dalekim kraju przed filharmonią stoi młody człowiek z wypisanym ręcznie transparentem:
„Żądam wypuszczenia mojej narzeczonej A. Z.” Jeśli nadstawi uszu, może od czasu do czasu
pochwycid jakieś słowo, przeniesione przez wiatr ponad murem. „Walka!”, „Bohaterstwo!”,
„Ojczyzna!”

Jak wiele znakomitych teatrów na świecie berlioska scena symultaniczna cieszy się niewielką
frekwencją.

Większośd mieszkaoców Berlina Wschodniego nie może, a większośd mieszkaoców Berlina


Zachodniego nie chce oglądad spektaklu: tysiące z nich nie jeździ nawet raz w roku do Berlina
Wschodniego. „Typowy” mieszkaniec Berlina Zachodniego żyje tak, jak gdyby druga polowa miasta
nie istniała. „Berlin” to Berlin Zachodni. „Kiedy przyjedziesz do Berlina?” - pyta mnie ktoś mieszkający
w zachodniej części dzwoniąc do mego mieszkania w Berlinie Wschodnim, jakby dzwonił do Londynu
czy do Ułan-Bator. Na Majorkę jest bliżej niż na Alexanderplatz. Berlin obywateli NRD i Berlin
amerykaoskich turystów łączy jedynie wspólna nazwa. Dla turystów Berlin to miasto leżące przy
murze, mała platforma przy Potsdamerplatz, Freedom City, wysepka na środku czerwonego oceanu.
Owszem, był czas, kiedy w Berlinie Zachodnim mieszkało się jak na wyspie. Codzienne życie
dostarczało niezwykłych wrażeo, jak życie w okopach. Te czasy minęły. Nie można po prostu przeciąd
wielkiego miasta na pół, mówili ludzie. Nie można wysład ludzi na księżyc; nie można przekroczyd
bariery dźwięku; nie można wybid sześciu milionów ludzi; nie można deportowad całych narodów -
mówili. Ale można było i nadal można wszystko to zrobid. To wielkie miasto zostało przepołowione
jak glista. Każda połówka poszła w swoją stronę. Żadna nie będzie już tym, czym, była. Jak mi
powiedział były minister kultury NRD, Klaus Gysi, każda połowa na swój sposób jest prowincjonalna.

Dlaczego? Najpierw należy się zastanowid, kim jest „typowy” mieszkaniec Berlina Zachodniego.
„Berlioczyk - pisał Kurt Tucholsky - jest przeważnie z Poznania albo z Wrocławia i nie ma czasu”.

Gabriele Tergit pisała w 1931 r.: „Do Berlina przyjeżdża się ze wschodniej części kraju, żeby znaleźd
pracę, żeby robid filmy i malowad, grad w teatrze, pisad, zajmowad się reżyserią, rzeźbid, sprzedawad
samochody, obrazy, parcele, grunta, antyki, żeby otworzyd sklep, z obuwiem, z odzieżą albo
z kosmetykami, żeby klepad biedę i studiowad”.

Mieszkaniec Berlina Zachodniego jest przeważnie ze Stuttgartu albo Frankfurtu i ma dużo czasu. Do
Berlina przyjeżdża się z zachodu, dokładniej - z Niemiec Zachodnich, jak mówią Berlioczycy. A po co?
No, żeby robid filmy i malowad, grad w teatrze, pisad, reżyserowad, rzeźbid, etc., etc. i żeby studiowad.
Berlin zawsze był miastem przelotnych ptaków. W 1910 r. rodowici berlioczycy stanowili ledwie jedną
trzecią ludności. Berlin Zachodni pozostał miastem wędrowców: co roku sprowadza się tam 10 000
osób z Niemiec Zachodnich.

Bez Węgrów, Polaków, Rosjan, Czechów, Słowaków, Rusinów, Morawian, Prusaków, Ślązaków,
Pomorzan, Bałtów, Łotyszów i Litwinów, nie zapominając o Żydach węgierskich, polskich, rosyjskich
i innych, Berlin lat dwudziestych utraciłby połowę swojej świetności. Świetności powstałej ze
zderzenia różnych kultur - ze starcia Wschodu i Zachodu. „Jeśli powiemy, że Schlesischer Bahnhof
leży już w Polsce, Anhalter Bahnhof jest kraocową stacją Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu
Niemieckiego, a Bahnhof ZOO dorzuca do tego kawałek Paryża, będzie to coś więcej niż żart” - wyraził
się w 1932 r. Ernst Bloch.

Teraz Schlesischer Bahnhof leży w Berlinie Wschodnim i nazywa się Ostbahnhof, a Anhalter Bahnhof
jest ruiną. Świetnośd Berlina Zachodniego importuje się via Bahnhof ZOO (albo lotnisko Tegel).
Wydaje się to rzeczą tak oczywistą, że aż niewartą podkreślania - Zachodowi brakuje Wschodu
i odwrotnie. Na duchowy pokarm Berlina Zachodniego musi złożyd się zachodnioniemieckie ciasto
i drożdże, jakie wnoszą artyści z NRD. Małe grono polskich pisarzy czasowo przebywających na
emigracji w Berlinie Zachodnim jest grupką najbardziej interesującą i twórczą.

Ale to nie oni określają charakterystyczną atmosferę Berlina Zachodniego. Tę funkcję spełnia
pokolenie imigrantów z Niemiec Zachodnich: nauczyciele, artyści, profesorowie, studenci,
psychologowie, psychoanalitycy, psychoterapeuci, naukowi współpracownicy rozmaitych instytutów,
projektów badawczych, programów artystycznych takich czy innych -izmów i -logii. Uderzające, że
w tej nadającej ton mniejszości rzadko zdarzają się robotnicy. Liczba robotników w Berlinie
Zachodnim spadła, spada i będzie nadal spadała. W 1980 r. było tu zaledwie 18 tysięcy robotników
przemysłowych. Również łatwo zauważyd, że serca tych imigrantów biją z lewej strony. Data 2
czerwca znaczy dla nich więcej niż 13 sierpnia. 2 czerwca 1967 r., kiedy student Benno Ohnesorg
został zabity przez zachodnioniemieckiego policjanta bezsensownym wystrzałem, wyznacza godzinę
zero wydarzeo 1968 r., roku nadziei, mocno wyrytego w pamięci. Jeśli rzucid hasło „13 sierpnia”,
pojawią się wątpliwości: 13 sierpnia 1914 roku? 1933? 1953? Ach tak, 1962 - a może to było w 1961?
Dla wielu budowa muru należy do historycznej przeszłości tak samo jak sierpieo 1914 roku.

Każda jednostka, każdy kraj, każde pokolenie ma swój własny duchowy krajobraz pamięci. Gdy
mieszkaniec Berlina Wschodniego patrzy wstecz na minione trzydziestolecie, widzi 13 sierpnia 1961 r.
jako nie dający się pokonad masyw górski. Wszystkie późniejsze wydarzenia są w porównaniu z tym
ledwo małymi pagórkami. Dla współczesnego mieszkaoca Berlina Zachodniego ten masyw schował
się za szczytami roku 1968. W knajpie na południowym kraocu Friedrichstrasse (Berlin Zachodni)
spotyka się pokolenie 1968, na północnym (Berlin Wschodni) pokolenie muru. Mają ze sobą mniej
wspólnego niż Anglik i Nowozelandczyk.

Prawda, że w latach sześddziesiątych młodemu człowiekowi mieszkającemu w Berlinie Zachodnim


niełatwo było w ogóle pojechad na Wschód. Po wejściu w życie porozumienia między mocarstwami
okupującymi, Anglią, Francją, USA i ZSRR, w czerwcu 1972 r. sytuacja zmieniła się radykalnie.
Porozumienie to, kamieo węgielny dzisiejszej „znormalizowanej” sytuacji Berlina, zawiera
następujący paragraf:
Rząd ZSRR oświadcza, że komunikacja między zachodnimi sektorami Berlina, a terenami,
które z nimi graniczą *...+ ulegnie poprawie. Osoby o stałym miejscu zamieszkania
w zachodnich sektorach Berlina będą mogły ze względów humanitarnych, rodzinnych,
religijnych, kulturalnych albo handlowych lub też jako turyści, wyjeżdżad i odwiedzad te
tereny, na warunkach porównywalnych z tymi, jakie dotyczą innych wjeżdżających na te
tereny osób. (Co skądinąd potwierdza tylko niesamodzielnośd NRD wobec przybranego
rodzica.)

Wkrótce potem liczba odwiedzin wzrosła. Według oficjalnych informacji władz w 1978 r. było 3,2 mln
odwiedzin z Berlina Zachodniego w Berlinie Wschodnim i w NRD. W sumie więcej niż łącznie
wszystkich wyjazdów z NRD do „krajów niesocjalistycznych” w tym samym roku. Ale z kolei trzy
miliony odwiedzin to nie to samo co trzy miliony odwiedzających. Każdy zachodnioberlioski
dziennikarz odbywa w ciągu jednego roku dobre trzysta wizyt.

Do tego dochodzą podróże służbowe. Berlin jest ośrodkiem handlu między Wschodem a Zachodem.
W sensie ideologicznym i politycznym Berlin Zachodni ciągle jest drzazgą tkwiącą w ciele Wschodu,
cierniem w oku. Z punktu widzenia gospodarki przynosi krajom bloku wschodniego spore korzyści.
Pełni taką funkcję, jak ów mały ptaszek siedzący w paszczy krokodyla i żywiący się pasożytami oraz
resztkami pokarmu niebezpiecznego gospodarza. Gdyby nie ptaszek, krokodylowi wygniłyby zęby.
Krokodyl zatem, nauczony doświadczeniem, zostawia ptaszka w spokoju. Berlin Zachodni pomaga
utrzymad próchniejące uzębienie RWPG w poniekąd dobrym stanie. Zachód ma w swoim ręku
mnóstwo skutecznych środków stomatologicznych - ptaszek wyposażony jest w pełny zestaw maszyn
do borowania, koronek, mostków, sztucznych zębów, złotych i srebrnych plomb. Krokodyl, sprytny
pacjent, płaci ogórkami znad Sprewy, polskimi gęśmi albo gazem ziemnym.

Z owych 3,26 min odwiedzin wiele tysięcy przypada więc na podróże w interesach. Inna grupa gości
to emeryci i dzieci. Przeważająca większośd „kontaktów międzyludzkich” to kontakty z rodziną. Chod
to nie do wiary, „typowy” mieszkaniec Zachodniego Berlina, przybyły tam po 1961 r. z Niemiec
Zachodnich, posiada rodzinę w NRD.

Dalej są turyści; wpadają na krótko, aby obejrzed Unter den Linden, „Wyspę Muzeów” albo Sanssouci
- reprezentacyjne sztuki pozostałej po Berlinie garderoby, jak napisał kiedyś Alfred Döblin. Döblin
porównuje następnie owe pozostałości z „prawdziwym Berlinem”, monotonnym, ponurym miastem
robotniczym, „twardym” i „trzeźwym”, „niepoetyckim, szarym, ale bardzo prawdziwym miastem”. W
części wschodniej można ciągle jeszcze odnaleźd coś z tego „prawdziwego”, Döblinowskiego Berlina.
Podzielone miasto jest klasycznym przykładem zachowawczych właściwości wschodnioeuropejskiego
socjalizmu. Twierdzenie, że Berlin Wschodni jest „bardziej berlioski” niż Berlin Zachodni, jest
komplementem dwuznacznym. „Prawdziwy” Berlin Döblina był dla wielu mieszkaoców miastem
nędzy.

Kiedy to piszę, wystarczy pokonad nieistotne bariery administracyjne, aby odkryd ten inny Berlin.
Koszta wizy plus obowiązkowa wymiana wynoszą nie więcej niż cena biletu na dobre przedstawienie.
Niemiłe okoliczności towarzyszące - przejście graniczne, ponura kolejka, rewizja na cle itd. - są częścią
tego doświadczenia. Dla obywateli NRD również nie jest to przyjemne. A w koocu rzecz nie jest
bardziej przykra niż stanie przez bitą godzinę w lodowatym studio filmowym w Spandau, a potem
żmudne maszerowanie gęsiego przez nie kooczący się labirynt do „Lasu Ardeoskiego”, co przypadło
w udziale widzom spektaklu „Jak wam się podoba” w 1978 r. A jednak nasi typowi berlioczycy z
Berlina Zachodniego walili tłumem. Wybrad się do Berlina Wschodniego nie mieli odwagi.

W ten sposób tracą jedyny światowej klasy teatr, jaki Berlin ma do zaoferowania: samo miasto.

Zgoda, na pierwszy rzut oka trudno dostrzec atrakcyjnośd stolicy NRD. Gołe, wymiecione ulice
i betonowe pustynie wokół Alexanderplatz wyglądają jak dekoracje do „Roku 1984” według Orwella.
Blady mężczyzna stojący pod „zegarem świata”, wskazującym aktualną godzinę w każdym z tych
miast, do których nie wolno pojechad, mógłby byd z powodzeniem Winstonem Smithem. „Po co jest
ulica? Żeby maszerowad!” rozbrzmiewa dziarski refren z radia NRD, i w jakimś sensie ulice te
rzeczywiście nabierają życia dopiero, gdy się po nich maszeruje. Ludzie są źle ubrani: czarne kurtki
z imitacji skóry, spodnie ze sztucznego tworzywa, plastykowe obuwie. Restauracje są ponure,
jedzenie podłe, obsługa nieuprzejma i powolna. O dziewiątej wieczorem miasto wygląda jak
wymarłe. Jeśli w koocu uda się znaleźd jakiś lokal, jest już zamknięty. Każdy, kto był chod raz w
Berlinie Wschodnim, mógłby rozszerzyd tę listę utrapieo.

Stolica komunistycznych Niemiec jest miastem w najwyższym stopniu nieatrakcyjnym, jeśli przyjeżdża
się tu prosto z części zachodniej. Ale to jeszcze nie powód, by negowad jego niemiecki oraz
komunistyczny charakter, jak również fakt, że jest stolicą. Kto w części zachodniej gotów jest
zaakceptowad ten pogląd? Zachodni alianci powiadają: miasto niemieckie? nawet bardzo;
komunistyczne? zapewne; stolica? och, nie! Niemiecka prawica mówi: komunistyczne? zapewne;
stolica? w cudzysłowie; niemieckie? - tylko do wyspy muzealnej, dalej zaczyna się Moskwa.
Zachodnioniemiecka lewica: miasto stołeczne? tak; komunistyczne? w żadnym wypadku!

Trudno orzec, która z tych wersji jest najmniej realistyczna. Stanowisko lewicy można rozumied
jedynie jako reakcję na pogląd prawicy, stanowisko prawicy jako modyfikację wersji aliantów, zaś
dopóki alianci obstają przy fikcji miasta czterech mocarstw, wszyscy inni mają prawo na swój sposób
ignorowad realia. W Berlinie Zachodnim każdy może żywid ten czy inny rodzaj złudzeo.

Gdy w 1968 r. studenci demonstrowali na Kurfürstendamm, starsi przechodnie wygrażali parasolami


i sarkali ze złością - „poszlibyście na tamtą stronę”.

W owym czasie zachodnioniemiecka lewica dośd wyraziście uświadamiała sobie problem NRD. Rudi
Dutschke sam pochodził z NRD. Podejmowano poważne próby nawiązania dialogu z marksistowskimi
intelektualistami w Berlinie Wschodnim. W koocu zrezygnowano, po części dlatego, że ideologowie
NRD totalnie zawiedli, odmówili wdawania się w poważną dyskusję z „rewizjonistami”; wycofali się ze
strachu i z nieudolności. Prasa springerowska starała się usilnie na przykładzie NRD zdyskwalifikowad
wszelką formę socjalizmu, inni zaś zachowywali się tak, jak gdyby NRD miała z socjalizmem tyleż
wspólnego, co węgiel brunatny z czekoladą.

Sprawa jest jasna. Tu jestem ja, zapalony hodowca szparagów ze wsi Z. Ale tuż za płotem mego
ogrodu, we wsi W., są ludzie, którzy podają się za hodowców szparagów, sprawują rządy w imię
demokracji szparagarzy i patrzcie - wywracają wszystko na opak! Ich zagrody wyglądają jak chlewy.
Jedyna gospoda otwarta jest raz w tygodniu i podaje wtedy pastewną kukurydzę pod nazwą
„solanka”. Czasem widad, jak policjant z tej wsi karmi swego psa świeżym mięsem po to, żeby go
rozjuszyd. Od czasu do czasu ktoś z W. ucieknie przez płot i opowiada straszne rzeczy. Jest to
oczywiście woda na młyn Szprynca, który posiada faktycznie monopol prasowy w Z. Nic dziwnego, że
nie mam odwagi pojechad do W,, odwracam się do W. plecami, zamykam oczy i szukam sobie
towarzyszy od hodowli szparagów w innych stronach - we Włoszech, w Chinach, nawet w Albanii;
byle nie za własnym płotem.

Pogląd, że niemiecka komunistyczna stolica nie ma nic wspólnego z socjalizmem, jest co najmniej
równie absurdalny, jak twierdzenie springerowskiej prasy, że kwintesencją socjalizmu jest mur
berlioski.

W latach dwudziestych KPD nazywała Berlin „Moskwą przyszłości”. Jeśli dziś wejśd z Alexanderplatz w
Karl-Marx-Allee, można się przekonad, na ile niemieckim komunistom udało się zrealizowad ten ideał.
Bulwar ma kolosalne rozmiary, jest dwa raz szerszy niż Unter den Linden. Dziesięciopiętrowe,
burobiałe bloki chowają się za drzewami jak kaloryfery za roślinami ozdobnymi. Pachnie jak
w warsztacie samochodowym - wszechobecny, niepowtarzalny zapach miast NRD: spaliny
dwutaktów. Zaraz potem dochodzimy do fontann i nadnaturalnej wielkości wypieków cukierniczych
na Strausberger Platz, który Walter Ulbricht wyniósł kiedyś do godności „kamienia węgielnego
socjalizmu w Berlinie”. Dalej spojrzenie gubi się w zasnutym mgłą wąwozie, strome ściany szarych
płyt w stylu neoklasycyzmu dla ubogich upiornie przypominają monumentalne budowle Alberta
Speera. Ta paradna ulica ochrzczona została aleją Karola Marksa dopiero od listopada 1961 r. Gdy ją
budowano - a budowę rozpoczęto w lutym 1952 r. - nazywała się, odpowiednio do charakteru
architektury, aleją Stalina.

Głównym architektem alei Stalina był profesor doktor Herman Henselmann, jego „kolektyw”
otrzymał za to osiągnięcie nagrodę paostwową pierwszej klasy, on sam zyskał światowy rozgłos. Co
myśli o tym dzisiaj? Przekorny 75-latek zaciąga się grubym cygarem: „Powiem panu prawdę -
uważam, że to gówno!”

Planował rzecz w stylu międzynarodowego modernizmu, ojcem chrzestnym był Walter Gropius i cały
Bauhaus. Ale jego polityczni mistrzowie nie chcieli o tym słyszed. Rozeźlony Henselmann postanowił
uciec na Zachód. Ale pewnej nocy spędzonej na rozmowie z bliskim przyjacielem, Bertoltem
Brechtem, dał się przekonad, żeby zamiast tego zbudowad osiedle Weberwiese. Dzisiaj twórca alei
Stalina zasypuje mnie długimi tyradami na temat Speera. Speer, powiada, był lizusem, zdrajcą,
gloryfikował zło, i - jakby po to, by podbudowad swój punkt widzenia - wręcza mi rękopis swojej
autobiografii, gdzie znajduję następujący ustęp:

Ten rodzaj budownictwa z czasów Trzeciej Rzeszy nie przedstawia żadnej wartości
artystycznej. Warto natomiast przyjrzed się ludziom, którzy gotowi byli stawiad te potworki.
Nie chodzi tu, rzecz jasna, o tysiące robotników, inżynierów i architektów pracujących na
budowlach nazistowskich, ale przede wszystkim o tych, którzy się z nazizmem identyfikowali.
Owi „artyści budowniczowie” - niezależnie od swych zasadniczych poglądów w dziedzinie
architektury, ba, niezależnie od swych wyświechtanych ideałów - dopuścili się faktycznie
zdrady etosu architekta. Dotyczy to zwłaszcza Speera...

Cóż, mutatis mutandis...

Henselmann broni alei Stalina przytaczając leninowską formułkę, że sztuka socjalistyczna powinna
odzwierciedlad upodobania „mas ludowych”. Warto w związku z tym dostrzec ciekawe zjawisko -
otóż we wczesnych latach pięddziesiątych masy ludowe w Berlinie Wschodnim, Moskwie, Sofii,
Gdaosku, Płovdiv i Ułan Bator miały najwyraźniej dokładnie te same upodobania.

Argument ten każe natychmiast pomyśled o tych, którzy jednoznacznie dowiedli, co naprawdę
podoba się masom ludowym - i to właśnie w alei Stalina w czerwcu 1953 r. Najlepiej wyraził to
wspomniany przyjaciel Henselmanna, Bertolt Brecht, skądinąd wielbiciel cukierniczej architektury
późnostalinowskiej:

Po powstaniu 17 czerwca
kazał sekretarz Związku Pisarzy
rozdad w alei Stalina ulotki
w których pisało, że naród
stracił zaufanie rządu
i tylko przez zdwojoną pracę
mógłby je odzyskad. Czy nie
byłoby jednak prościej, gdyby rząd
rozwiązał naród i wybrał inny?
(Bertolt Brecht, „Rozwiązanie”, przeł. Ryszard Krynicki)

Polityka rządu Ulbrichta opierała się - podobnie jak architektura tych czasów - na leninowskiej
zasadzie, iż lud nie wie, co jest dla niego dobre. Toteż gdy Ulbricht powiedział, że Strausberger Platz
jest kamieniem węgielnym socjalizmu w Berlinie, miało to jeszcze inny, głębiej ukryty sens. Powstanie
17 czerwca zainicjowane zostało właśnie przez robotników, którzy budowali ów symboliczny plac.
Szok 17 czerwca określił całe dalsze postępowanie rządu Ulbrichta i jest po dziś dzieo kluczem do
zbiorowej psychologii przywódców NRD. Reguła, iż lepiej jest kontrolowad niż ufad, legitymuje się
dobrym leninowskim pochodzeniem. Na pewno jednak wynikała także ze strachu - strachu, który
przed 17 czerwca łączył się jeszcze z nadzieją, że może gusta robotników pokrywają się nadal, jak
w latach dwudziestych, z gustem Moskwy. W roku 1953 nad nadzieją zatriumfowało doświadczenie.

W polityce, w gospodarce i podobnie w dziedzinie estetyki lata pięddziesiąte przyniosły


urzeczywistnienie stalinowskiej zasady „duże jest piękne”. Stało się to kosztem alternatywnej,
demokratyczno-socjalistycznej tradycji Niemiec, którą w estetyce reprezentował przede wszystkim
Bauhaus. W urbanistycznych utopiach Gropiusa i Le Corbusiera również zawiera się pewien potencjał
totalitaryzmu (przypomnijmy projektowane przez Le Corbusiera villes radieuses). W Berlinie
Wschodnim zlekceważono jednak elegancką oszczędnośd tego stylu (mniej jest więcej) i, co gorsza,
zlekceważono podstawowe potrzeby społeczne.

Wygłaszając swoją obronę alei Stalina, Henselmann mówi na koniec, że zbudowano tu mieszkania dla
robotników. Czy gdziekolwiek indziej na świecie robotnicy mieszkają na głównym bulwarze?
Wyobraźmy sobie pomywacza. który mieszka na Champs-Elysées! Londyoskiego taksówkarza przy
Picadilly! W istocie jest to ostateczny dowód nieprzydatności alei (Stalina/Karola Marksa), kolejne
kłamstwo, jakiego jest przykładem. Robotnicze mieszkania przy głównym bulwarze przypominają
fasady potiomkinowskich wsi: spojrzenie za kulisy obnaża wszystkie braki. Przeciętnie sumy
inwestowane w budownictwo mieszkaniowe w NRD - w przeliczeniu na głowę - wynosiły w latach
pięddziesiątych dokładnie jedną piątą analogicznych nakładów w RFN. Zgoda, rząd Ulbrichta
dysponował mniejszym budżetem ogólnym, ale lwia częśd i tak przeznaczona była na gwałtowną
industrializację, budowę prestiżowych obiektów (duże jest piękne), oraz zabezpieczenie przed
ewentualną powtórką 17 czerwca. To się nie może powtórzyd, cokolwiek by wyprawiali robotnicy
w sąsiednich krajach socjalistycznych.

Toteż pod koniec ery Ulbrichta ponad połowa mieszkao nie miała łazienki ani ubikacji. Zaczęło się to
zmieniad po objęciu władzy przez ekipę Honeckera, która chciała zdobyd wiarygodnośd w oczach
społeczeostwa, zaspokajając podstawowe potrzeby ekonomiczne oraz (rosnące) oczekiwania
konsumpcyjne. W „Małym Słowniku Politycznym” można przeczytad: „program budownictwa
mieszkaniowego - rdzeo polityki socjalnej SED”. Wedle składanych deklaracji, kwestia mieszkaniowa
ma byd rozwiązana do 1990 r. Z podobnym programem wystąpił swego czasu rząd Gierka w Polsce.
W Warszawie kursowała wówczas plotka, że Biuro Polityczne biega po ulicach w poszukiwaniu kogoś,
kto jest dośd głupi, by przyjąd stanowisko ministra budownictwa. Im bliżej roku 1990, tym lepiej
widad, że NRD stanie wobec tego samego problemu.

Dziwna to w istocie rzecz, iż rządy komunistyczne typu radzieckiego narażają swoją reputację
zapowiedziami, które empiria z łatwością obala. Walter Ulbricht na V zjeździe SED w 1958 r. zaręczał,
że NRD w ciągu kilku lat dogoni RFN pod względem wartości spożycia na głowę. Przeciążywszy w ten
sposób hipotekę muszą następnie powstałą lukę zasypywad coraz to nowymi i coraz kruchszymi
kłamstwami.

Kwestia mieszkaniowa była osią kampanii wyborczej w Berlinie Zachodnim w 1981 r. - brakowało
około 80 000 mieszkao, przy liczbie ludności 1,9 min. SEW (Socjalistyczna Partia Jedności Berlina
Zachodniego, siostra SED) rozpoczęła krucjatę przeciwko temu klasycznemu przykładowi nieludzkich
stosunków kapitalistycznych. Nigdzie jednak, nawet w propagandzie wyborczej chadecji, nie
napotkałem porównania z sytuacją mieszkaniową po drugiej stronie muru. Polityczno-psychologiczny
podział Wielkiego Berlina jest tak skuteczny, że nawet zachodnioberlioscy komuniści ledwo pobieżnie
wspominają o komunistycznej stolicy niemieckiej zza miedzy.

Jeśli w ogóle przeprowadza się jakieś porównania, to z drugiej strony: czyni to, po pierwsze,
przywództwo partyjne, publicznie, propagandowo i niestrudzenie, aby wykazad ogólną wyższośd oraz
nieuchronne zwycięstwo socjalizmu nad rozkładającym się kapitalistycznym Zachodem (Berlin
Zachodni występuje tu jako okazowy przykład chorób toczących zachodnioniemiecką Rzeszę). Poza
tym czynią to ludzie, prywatnie, z odmiennymi konkluzjami. Mur jest jak kolosalne zwierciadło, które
otacza Berlin Zachodni. Berlin Zachodni, playboy zachodniego świata, jak Narcyz uwielbia patrzed we
własne odbicie. Berlin Wschodni wypatruje zachłannie przez szybę i obserwuje nieposkromione
błazeostwa Narcyza z mieszaniną bezsilnej zazdrości i purytaoskiej odrazy.

Mieszkaocy Berlina Wschodniego - korzystając z telewizji, radia oraz rozmów z przyjaciółmi


i krewnymi - mają wszelkie dane po temu, by porównywad swoje warunki życiowe z zachodnimi.
Wedle oficjalnym szacunków w stolicy NRD mieszkao szuka rzekomo tylko 10 000 ludzi (przy liczbie
ludności 1,1 mln.). Czas oczekiwania na mieszkanie wynosi przeciętnie pięd lat. Oznaczałoby to, że
mniej więcej jeden na stu dziesięciu mieszkaoców szuka mieszkania - statystycznie jest to wynik
lepszy niż w Berlinie Zachodnim. Tu przypomina mi się dwóch robotników, którzy w knajpie przy
Prenzlauer Berg rozmawiali o bezrobociu w RFN.

- W RFN - mówił jeden (wymawiając „BRD” z akcentem, jaki nieodmiennie nadaje temu skrótowi Karl-
Eduard von Schnitzler w TV) - w RFN na stu robotników przypada 5,5 bezrobotnych.
- Możliwe - odparł drugi - ale czy spotkałeś kiedyś chodby jednego bezrobotnego z Niemiec
Zachodnich?

Otóż mam podobne doświadczenia, jeśli chodzi o bezdomnych. Na pewno niełatwo jest znaleźd w
Berlinie Zachodnim tanie mieszkanie, ale nie znam nikogo, kto w stosownym czasie nie znalazłby
jakiegoś lokum - co liczne wspólnoty mieszkaniowe czy też mieszkania wspólnotowe tylko ułatwiają.
W czasie pobytu w Berlinie Wschodnim spotykałem bezustannie młodych ludzi, którzy, jeśli nie chcieli
znaleźd się bez dachu nad głową, musieli wiecznie mieszkad razem z rodzicami.

Można napisad niejeden traktat o wpływie braku mieszkao na życie małżeoskie, na przyrost
ludności, na skrobanki i ich następstwa, na alkoholizm, a więc także i na przestępczośd

- pisał w 1928 r. w Saarbrücker Zeitung Alfred Döblin, wówczas lekarz kasy chorych w jednej ze
wschodnich dzielnic Berlina.

Dzisiaj Frankfurter Allee nr 340 to częśd nowej dzielnicy mieszkaniowej. Niewątpliwie warunki
poprawiły się, brak mieszkao nie jest już tak dotkliwy. Ale znamy też efekt anonimowości
i standardowej monotonii masowej produkcji w architekturze - w ten sposób nie rozwiązuje się
problemów społecznych, tylko przesuwa je na inną płaszczyznę. Pewien socjolog z Uniwersytetu
Humboldta przyznaje na przykład, że dzielnica Berlin-Marzahn - chluba ekipy Honeckera, nowo
zbudowane osiedle mające do połowy lat osiemdziesiątych pomieścid sto tysięcy ludzi - bije wszelkie
rekordy w statystyce samobójstw.

Badao na ten temat się nie prowadzi. Ten sam socjolog opowiadał też o opracowanym na
uniwersytecie projekcie - chodziło o badania nad „socjalistycznym stylem życia” w dzielnicy Marzahn.
Można by przypuszczad, że najpierw do Marzahn wybiorą się naukowcy, zgromadzą dane, a potem
będą je analizowali. Ale, podobnie jak we wszystkich dyscyplinach nauki w NRD, takie tu pierwsze
i ostatnie słowo należy do filozofii. Najpierw tedy filozofowie ustalili, na czym ów socjalistyczny styl
życia powinien polegad. Naukowcy mogli potem zająd się dostarczaniem dowodów faktycznego jego
istnienia. Rezultatów można się domyślid, cała procedura zaś jest typowa dla wielu dziedzin życia w
NRD. Pewien protestancki doradca do spraw małżeoskich formułuje to następująco: problemy
pozostają nie wyjaśnione, ponieważ nigdy nie uznano ich za problemy.

W istocie jedyną instytucją, która bierze sobie do serca relacje socjalisty żydowskiego pochodzenia,
Döblina, jest - o ironio - Kościół protestancki. Niemieccy komuniści natomiast zawsze odnosili się
nieufnie do niezależnych socjalistów, bardziej nieufnie niż do jawnej opozycji - wedle zasady, że
lepszy niewierzący niż heretyk. Swego czasu Rote Fahne ogłosiła na przykład, że „Berlin
Alexanderplatz” Döblina jest powieścią kontrrewolucyjną.

Od 1962 r. - po zbudowaniu muru - NRD nie ogłasza statystyk samobójstw. Ostatnie dane,
przedstawione w 1970 r. Światowej Organizacji Zdrowia, mówią, że na 100 000 mieszkaoców NRD 35
mężczyzn i 17 kobiet popełnia samobójstwo (w RFN odpowiednio 28 i 15). Według szacunków ŚOZ
ten procent samobójstw kwalifikuje NRD do światowej czołówki, obok Węgier, Austrii, Danii, Finlandii
i Szwecji. Na Węgrzech (aby wymienid paostwo zbliżone do NRD politycznie i geograficznie)
opublikowano niedawno dokładne statystyki i poddano problem gruntownej fachowej i publicznej
dyskusji. Natomiast NRD trzyma rzecz pod kluczem tajemnicy paostwowej. Pewien lekarz opowiadał
mi szczegółowo, jak to zobowiązany jest „reklasyfikowad” samobójstwa tak, by zatrzed prawdziwe
rozmiary problemu - nawet w wewnętrznym obiegu informacji. Rzecz charakterystyczna, ŚOZ podaje,
że w 1972 r. w NRD na 100 000 przypadków śmiertelnych odnotowano 32,7 „zgonów nagłych” (dla
porównania: na Węgrzech - 2,7, w RFN - 3,1).

W szczególności liczba samobójstw w Berlinie Wschodnim, zawsze bardzo wysoka, objęta


była tak ścisłą tajemnicą, że nie można było do niej dotrzed.

Informacja ta nie pochodzi, jak mogłoby się wydawad, od jakiegoś zachodniego dziennikarza, ale od
byłego dyrektora największej kliniki psychiatrycznej Berlina Wschodniego (dr Dietfried Müller-
Hegemann, w przedmowie do swojej bardzo interesującej książki pt. „Die Berliner Mauerkrankheit” -
„Berlioska choroba muru” - którą napisał w 1971 r. po przeniesieniu się na Zachód). Istnieje dośd
dowodów na to, że procent samobójstw w Berlinie Wschodnim nadal jest wyższy niż w innych
częściach republiki.

Propaganda NRD powtarza niestrudzenie, że liczba samobójstw w Berlinie Zachodnim - istotnie


zastraszająca - jest symptomem „nieludzkich stosunków społecznych”, „nieuchronnym skutkiem
immanentnego kryzysu systemu kapitalistycznego”. W1970 r. Berlin Zachodni miał najwyższy procent
samobójstw na świecie - jeden na 1481 mężczyzn w tym umęczonym mieście odbierał sobie życie. Był
to okres najgorszego bezrobocia w ciągu ostatnich trzydziestu lat (jeśli wierzyd statystykom). W 1980
r. liczba ta nadal była wysoka i wynosiła 32,2 na 100 000 mieszkaoców.

Jest faktem, że obie części podzielonego miasta mają wysoki procent samobójstw - z tego akurat
podobieostwa trudno jednak się cieszyd. Nawet jeśli istnieją analogie (wielu samobójców w Berlinie
Wschodnim i Zachodnim wywodzi się z tych samych warunków mieszkaniowych, z smętnych
podwórek-studni albo ze sterylnych bloków nowego budownictwa; „choroba muru” może rzecz jasna
prowadzid do samobójstwa zarówno po wschodniej, jak po zachodniej stronie, chod z różnych
powodów), tu i tam przyczyny odzwierciedlają diametralnie różne porządki społeczne: na Wschodzie
społeczeostwo, gdzie jednostka próbuje uwolnid się z uścisku otaczającego ją zewsząd kolektywu, na
Zachodzie społeczeostwo, gdzie jednostka pośród samotnego tłumu rozpaczliwie usiłuje znaleźd
oparcie.

Kontrast widad jeszcze wyraźniej w sposobie traktowania tych samych problemów na Wschodzie i na
Zachodzie. Kiedy władze NRD wzbraniają się uznad, że problem w ogóle istnieje, świadczy to
o systemie jeszcze gorzej niż sama liczba samobójstw. Temat samobójstw w Berlinie Wschodnim to
klasyczny przykład nieprzyjmowania do wiadomości faktów niepożądanych - charakterystycznego dla
całego bloku.

„Przyjaciele, życzę wam, byście znali prawdę i głośno ją wypowiadali!” - pisał Bertolt Brecht w
„Elegiach Bukowskich”. Często naprawdę trudno orzec, co dominuje w rządzącej ekipie NRD -
ignorancja czy też niezdolnośd mówienia prawdy. Pewien lojalny członek partii opowiedział mi
o swoich rozmowach z Konradem Naumannem, pierwszym sekretarzem w Berlinie, coś, co
przemawiałoby raczej za tą drugą hipotezą. Na szczerą analizę społecznych problemów
komunistycznej stolicy „Konny” Naumann odpowiada: „Zgoda, ale ja przecież nie mogę ludziom po
prostu powiedzied, że siedzimy po uszy w gównie!”
Byd może nie byłby to najgorszy sposób zdobycia zaufania - mówiąc tak, pierwszy sekretarz
wypowiedziałby tylko to, co każdy w skrytości ducha sobie myśli. Bardziej dogłębna obserwacja
wykazuje jednak, że narzekanie nie jest bynajmniej wyrazem fundamentalnej opozycji wobec
systemu - wyrazem, powiedzmy, „mentalności 17 czerwca” - jak zdaje się zakładad przywództwo.
Obecne pokolenie rządzących jest chyba niepotrzebnie podejrzliwe wobec społeczeostwa. Dla
przykładu - sceny z jednej z najpodlejszych ulic najbardziej koszmarnego zakątka stolicy.

Wiosenny wieczór na Carmen-Sylva-Strasse. Balkony wzdłuż ciasnej uliczki zakwitły praniem, ludzie
wychylają się przez balustradki, aby widzied i byd widzianym, popijają piwo z butelek i przerzucają się
leniwie dobrodusznymi złośliwościami z balkonu na balkon. Melancholijne stiukowe gorgony
kruszącej się wilhelmioskiej fasady wyglądają jakby uśmiechały się do bawiących się na dole dzieci.
Zgarbiony, obdarty stary człowiek grzebie w kupkach śmieci. Gramofon wdziera się w łagodne
powietrze wieczoru skrzeczącą muzyką taneczną.

Po ósmej, kiedy zamykają się bramy, zaczyna się wieczorny chór. Młodzi ludzie gwizdaniem
przywołują stojące na balkonach sympatie. Z narożnej knajpy dobiegają pijackie żarty, gromki śmiech
kwitujący tłuste kawały tonie w jednolitej wrzawie. Zbiera się tu cała Prenzlauer Berg: starzy i młodzi;
macher od drobnych interesów i żołnierz, pisarz i sportowiec; starszy pan w wytartym garniturze
z kamizelką i w muszce, rozsiewający atmosferę zdesperowanej godności; wąsata kobieta około
siedemdziesiątki, do której kelnerka zwraca się sakramentalnym „młoda osobo”.

Później, koło jedenastej, na ulicy zabrzmi jeszcze jedno „alleluja”, raz jeszcze dobiegnie ściszone „k...
mad” od grupki młodych ludzi, którzy po drodze do łóżka potkną się na chodniku. Łoskot ostatniej
kolejki podziemnej; przez moment jej światła migną u wylotu ulicy, jak czarodziejski blask, przez
ciemnośd nad Schönhauser Allee. Potem cisza, głęboka, głucha cisza aż do chwili, gdy o szóstej rano
symfonia wielkomiejska rozpocznie się na nowo ksylofonowym fortissimo ciężarówek.

Opisuję pewną noc 1980 roku - a przecież nie ma tu nic, czego nie można by zobaczyd albo usłyszed
w roku 1930. Wszystko jak kiedyś - a przecież wszystko się zmieniło. To jest stary Berlin, mówią
ludzie: Berlin, którego próżno by szukad pomiędzy Dreilindenstrasse a Europa-Center. Mieszkając tu
przez dziewięd miesięcy mogłem się przekonad, jak wiele - albo jak mało - prawdy kryje się za tymi
pozorami.

Zmieniły się przede wszystkim nazwy. Carmen-Sylva-Strasse to dziś Erich-Weinert-Strasse. Dalej,


w rześkim powietrzu poranka widad setki kabli pokrywających fasadę i głowy gorgon, jak sied
drobnych żyłek, zdradzających starośd: to kable do odbierania zachodnich stacji. Mężczyzna grzebiący
w śmieciach to nie włóczęga, szukający czegoś do zjedzenia, ale emeryt zbierający butelki, które
może następnie sprzedad paostwu w małym sklepiku pode mną za 20-30 fennigów od sztuki i w ten
sposób podreperowad swój emerycki budżet wynoszący 280 marek. Podobnie z rozmowami
w knajpie. Żarty pozostały te same. Ale dziś robotnicy wymyślają pod nosem na „premie” i datki na
„soli” („datki solidarnościowe”, np. na rzecz Angoli albo Wietnamu. Słowo „solidarnośd”, inaczej niż w
Polsce, zastrzeżone jest tu dla paostwa. Gdyby robotnicy NRD założyli kiedykolwiek niezależne
związki zawodowe, musieliby znaleźd inną nazwę). Zmieniły się też dowcipy. „Kiedy interesujesz się
marksizmem-leninizmem? - Wtedy, kiedy idzie mi jak w sraczu”.
Otóż to. Dlatego właśnie robotnicy zamieszkujący Prenzlauer Berg w 1930 roku interesowali się
marksizmem-leninizmem. I dlatego właśnie dziś się nim nie interesują. W listopadzie 1932 r.
w ostatnich wolnych wyborach przed dojściem Hitlera do władzy, ta twarda robotnicza dzielnica
oddała na KPD więcej głosów niż na jakąkolwiek inną partię. Tylko Neukölln i legendarny „czerwony
Wedding” okazały się lepsze. Prenzlauer Berg był ośrodkiem komunistycznego oporu przeciwko
nazizmowi, o czym często - zgodnie z prawdą - przypominają lokalne władze. Nawet po dwóch
tygodniach brutalnego terroru SA, po pożarze Reichstagu, w wyborach do władz miejskich ponad
44 000 głosów padło na komunistów. A dzisiaj? Dziś była twierdza komunistyczna nadal odznacza się
duchem niezależności. Wedle oficjalnych danych przy wyborach komunalnych w 1979 r. przeciwko
kandydatom „narodowego frontu” oddano 679 głosów - na pozór niewiele, w istocie kolosalnie dużo.
Do tego doszło prawie 5000 wstrzymujących się.

Aby właściwie ocenid te liczby, trzeba wiedzied, że według danych oficjalnych na Front Narodowy
w całym NRD głosuje 99,83% (przy frekwencji 98,28%). Zatem w dzielnicy Prenzlauer Berg oddano
ponad 0,5% ważnych głosów przeciwko liście jedności. Z dużym prawdopodobieostwem można
przyjąd, że liczba wstrzymujących się od głosu została zaniżona. Trzeba najpierw zdad sobie sprawę,
co to znaczy głosowad przeciw. W lokalach wyborczych w NRD obywatel staje przed komisją
składającą się z dwóch-trzech urzędników, okazuje dowód osobisty i bierze kartkę wyborczą, którą
następnie, złożoną i bez żadnych skreśleo czy dopisków, może wrzucid do urny. W ten sposób
dopełnia obowiązku wyborczego. Gdyby natomiast chciał na kartce coś skreślid lub dopisad, musi
przez całe pomieszczenie dojśd do kabiny, przy której w charakterze cerbera siedzi funkcjonariusz
Vopo. Ledwie uczyni krok w kierunku kabiny, jego nazwisko zostaje odnotowane. Jeden z wyborców
o niezależnych poglądach określił te parę kroków ku kabinie jako „najdłuższą drogę swego życia”.
Konsekwencje tego rodzaju protestu sięgają aż do zwolnienia ze stanowiska albo, w przypadku
studentów, eksmatrykulacji.

„Nigdy w historii niemieckiej przedstawiciele narodu nie byli wybierani w sposób bardziej
demokratyczny” - wyraził się Friedrich Ebert, syn pierwszego prezydenta Republiki Weimarskiej, na
zebraniu wyborczym w Berlinie Wschodnim. Tyle w sprawie rozumienia słowa „demokracja”
w słowniku NRD.

Rozmawiałem z najniższą warstwą przedstawicieli, zawdzięczających swój wybór takiej


demokratycznej procedurze - z trzema tak zwanymi posłami okręgowymi, którzy w zimny styczniowy
wieczór siedzieli drżąc z zimna w żałosnym, nieogrzewanym pokoiku na zapleczu Klubu Frontu
Narodowego, przy Erich-Weinert-Strasse 4. Czy zostali wybrani - spytałem naiwnie.

Tak, oczywiście. Dużą większością głosów? „Bardzo dużą”. Zapewne reprezentują różne partie?

Oburzone milczenie.

- Nie, tak się składa, że jesteśmy w tej samej partii.

Spodobało mi się owo „tak się składa”. Przedstawiciele narodu objaśniają mi, na czym polegają ich
zadania. Ani słowa o „reprezentowaniu” wyborcy czy też „narodu”. Mówią raczej o tym, że
obywatelowi trzeba pomagad w kłopotach oraz dużo o wykonywaniu planu.

Z dumą pokazują mi kopię projektu „Planu gospodarki narodowej w okręgu Berlin-Prenzlauer Berg
(tylko do użytku służbowego)”. Na pierwszy rzut oka trudno się wiele spodziewad po lekturze. W
rzeczywistości dokument mówi więcej o istocie tego systemu niż niejeden ściśle tajny memoriał Biura
Politycznego. Mamy tu jak na dłoni absurd centralnego planowania, straszący po nocach
mieszkaoców Europy Wschodniej. Przechodząc od ogółu do szczegółów - wyrażonych cyframi
o trzech pozycjach po przecinku - przechodzimy od wzniosłości do absurdu. „Stopieo zaopatrzenia
w zakładach produkcyjnych należy podnieśd do 56%, w tym na trzeciej zmianie do 82%” - czytamy na
stronie 10. „Jadłodajnię w Domu Handlowym Storkower Eck należy w pełnym zakresie uzdatnid dla
celów zaopatrzenia...”

„Zasoby książek w bibliotekach podniesione będą z 350 000 do 450 000 tomów. Liczbę wypożyczeo
należy zwiększyd do 108,2%” (str. 23). Nad tym zdaniem warto się chwilę zastanowid. Biedni
bibliotekarze, którzy zamkną roczny bilans mając tylko 105,76% wypożyczeo.

- Przepraszam najuprzejmiej, czy nie miałby pan ochoty zabrad się za Schillera? Tylko siedemdziesiąt
tomów. Wpiszę pana na listę...

- Jak to, towarzyszu! Nie czytałeś nigdy Róży Luksemburg? Oto książki, możesz wszystko wziąd do
domu!

- Otto, przecież z ciebie już duży chłopiec, najwyższa pora na Hegla, co?

Ani słowa o tym, że warto zachęcad ludzi do szerszego korzystania z publicznych bibliotek, nie, „liczbę
wypożyczeo należy zwiększyd do 108,2%”. Szaleostwo - literalne.

Wszelako plan odzwierciedla wyraźnie faktyczne priorytety rządu NRD. Po rozdziałach poświęconych
poprawie warunków życia, zaopatrzeniu i opiece lekarskiej, czytamy:

W każdej szkole średniej należy konkretnie wytypowad uczniów zdatnych do wykonywania


zawodu wojskowego oraz zastosowad odpowiednio dobrane pedagogiczne środki dalszego
rozwijania ich osobowości (str. 21).

Dalej, pod nagłówkiem „życie duchowo-kulturalne”:

W miesiącach lipcu i czerwcu *...+ należy pozyskad co najmniej 4000 uczniów dla działalności
w produkcyjnych dziedzinach zakładów i instytucji. *Oczywiście przyjmowane są tylko
dobrowolne zgłoszenia.+ Przynajmniej 2700 młodzieży trzeba wciągnąd do okręgowej
spartakiady sił zbrojnych. W zakresie socjalistycznego wychowania obronnego należy
poprawid bazę materialną sportów obronnych, strzelania sportowego, wieloboju militarnego
oraz wyczynowego sportu juniorów (str. 26).

Plan potwierdza milcząco chroniczny brak siły roboczej w NRD; skoro projektuje się „likwidację 13
miejsc pracy” i jednocześnie „względne pozyskanie 34 osób zdolnych do pracy”, świadczy to
o rozmiarach problemu.

Plan kooczy się wezwaniem do socjalistycznego współzawodnictwa: „I ty weź udział w upiększaniu


naszej stolicy!” Wypunktowane ambitne zadania: „współudział ludności w renowacji 100 fasad
(partery)”. Co znaczy owo „i ty weź udział”, przekonałem się w praktyce. Na klatce schodowej mego
domu ukazał się plakacik wzywający do najbliższej akcji tego typu - chodziło o wiosenne porządki,
zbiórka w niedzielę o godzinie jedenastej. Stawiłem się punktualnie. Minął kwadrans, pół godziny;
przez wybite szyby w drzwiach zaglądały z ulicy dzieci. Nikt, ale to nikt nie wziął udziału. Zimowe
śmiecie, zastarzałe pety, opakowania od gumy do żucia, wszystko pozostało spokojnie tam, gdzie
było.

Tu, na Prenzlauer Berg, widad, co wnikliwy obserwator nazwał kiedyś „kontrrewolucją


rzeczywistości”. Jeśli brad pod uwagę usiłowanie zawładnięcia każdą chwilą w życiu obywateli - czego
dobrą ilustracją jest cytowany plan - NRD jest bezsprzecznie „systemem totalitarnym” (co nie znaczy,
że nie różni się niczym od innych systemów opatrywanych etykietką totalitaryzmu). Dla każdego
totalitarnego reżimu pojęcie „czasu wolnego” jest podejrzane. „Typowe dla kapitalizmu
przeciwieostwo między czasem pracy a czasem wolnym zostaje w socjalizmie usunięte” czytamy w
„Małym Słowniku Politycznym”. Dalej, czas wolny „musi byd przez wszystkich członków
socjalistycznego społeczeostwa wykorzystywany rozsądnie i efektywnie”. Na mobilizację ludności
poświęca się mnóstwo energii. Uczniów werbuje się do działalności w sferze produkcyjnej w czasie
wakacji. Młodzież namawia się do udziału w imprezach sportowo-obronnych. Miliony wyruszają na
pierwszomajowy pochód. Otóż reżim ten nadal skutecznie mobilizuje ciała swoich obywateli. Ale
nawet NRD nie jest już zdolna zmobilizowad serc i umysłów - co udawało się jeszcze we wczesnych
latach odbudowy, po czasach nędzy faszyzmu i wojennych zniszczeniach.

Dziś trudno by znaleźd społeczeostwo bardziej „uprywatnione” niż NRD. Ludzie za wszelką cenę
starają się wycofad ze zbiorowej sceny politycznej do własnej apolitycznej niszy. Jako osoba prywatna
Schmidt rozmyśla o nowym gipsowym krasnoludku do swego ogródka - w tym samym momencie
obywatel Schmidt na pochodzie pierwszomajowym radośnie podnosi rękę do socjalistycznego
pozdrowienia.

Rozziew między „ja” publicznym i prywatnym, między językiem oficjalnym i nieoficjalnym, krótko
mówiąc, podwójne życie jest swoistym fenomenem wszystkich krajów bloku wschodniego. Umiał to
świetnie przewidzied Orwell w „Roku 1984”. Do tej pory żadnemu jeszcze reżimowi nie udało się
wprowadzid skutecznie działającej policji myśli. Można jednak się spierad, czy policja taka
rzeczywiście jest potrzebna. Wystarcza doskonale kontrolowana schizofrenia, doskonale
zwerbalizowana obłuda - która już dla czterdziestolatków w NRD jest czymś tak prostym
i oczywistym, jak dla dziecka wychowanego w dużym mieście przechodzenie przez jezdnię. Gotowośd
do podwójnego życia implikuje również zgodę na podwójną moralnośd: gotów jestem oklaskiwad
paostwowe poczynania, których w sferze prywatnej nigdy bym nie uznał. Właśnie ze względu na tego
rodzaju moralnośd polscy dysydenci we wczesnych latach siedemdziesiątych odrzucili podwójne
życie. Gdy piszę te słowa, naród polski przeżywa powrót do modelu zindywidualizowanego, gdzie
każdy może wyrażad na głos uznawane przez siebie prawdy, zarówno prywatnie, jak publicznie.
Obywatele NRD tymczasem pracują dalej nad swoim okazowym modelem podwójnego życia:
w zewnętrznym konformizmie są jeszcze bardziej zniewoleni niż obywatele radzieccy; w wewnętrznej
emigracji posuwają się dalej niż ktokolwiek.

Także pod tym względem Prenzlauer Berg jest miejscem nietypowym. Typowy, naprawdę apolityczny
obywatel NRD to ktoś, kto grzecznie spełnia swoje obywatelskie obowiązki, uczestniczy
w demonstracjach, wywiesza w oknie flagę i bierze udział w „wyborach”. Ralf Dahrendorf zwracał
uwagę, że od 1880 r. Niemcy mieli zawsze niezwykle wysoką frekwencję wyborczą. W wyborach w
1912 r. uczestniczyło 80% ludności, a Bóg świadkiem, że cesarstwo nie było wzorem rządów
demokratycznych. Skłonny jestem czasem sądzid, że udział w wyborach ma się w stosunku odwrotnie
proporcjonalnym do rozumienia demokracji w danym kraju. Najniższą frekwencję wyborczą notuje
się w Stanach Zjednoczonych. Co się tyczy NRD, to - rzecz paradoksalna - ludźmi myślącymi
politycznie są właśnie ci, którzy nie idą do urn. Wysoki procent wstrzymujących się od głosu w okręgu
Prenzlauer Berg jest świadectwem wciąż żywej tradycji protestu, swoistej robotniczej godności. „Co,
ja miałbym brad udział w tej hecy?” - otrząsa się robotnik budowlany. Wstrzymują się od głosu
i gwiżdżą na konsekwencje. Konsekwencje nie mogą byd zresztą zbyt poważne. Okręg znany jest
z krnąbrności, a robotnik tak czy inaczej nie ma wiele do stracenia. Ale w tej postawie pojawia się też
coś z klasycznego pojmowania demokracji: publiczne zachowanie obywatela pozostaje w realnym
stosunku do jego prywatnych przekonao. W tym świecie na opak liczą się naprawdę ci, którzy nie idą
na wybory. Podobnie jest z wywieszaniem flag. Wieczorem przed 1 maja balkony bloków przy
Leipziger Strasse mieniły się czerwonymi chorągwiami i sztandarami narodowymi. Na mojej ulicy tu
i ówdzie między poczerniałymi biustami gorgon zwisał żałosny kawałek materii. W1930 r. było
dokładnie na odwrót: las czerwonych chorągwi na Carmen-Sylva-Strasse, kilka samotnych strzępków
na zamożnej Leipziger Strasse.

Pięddziesiąt lat temu Carmen-Sylva-Strasse głosowała protestacyjnie na komunistów; dziś


protestacyjnie głosuje przeciwko nim. Pięddziesiąt lat temu mieszkaocy tej dzielnicy nie mieli
pieniędzy; dziś nie mają co kupid. Pięddziesiąt lat temu wychodzili 1 maja na ulice, zjednoczeni
autentyczną ludzką solidarnością przeciwko nieludzkiemu bezrobociu, jakie produkowała prywatna
kapitalistyczna gospodarka; dziś próbują, o ile się da, uciekad od sztucznych, obowiązkowych
manifestacji solidarności w sferę życia prywatnego, do świata altanek w ogródkach albo
samochodów. Pięddziesiąt lat temu żyli w dręczącej niepewności; dziś żyją w dręczącym poczuciu
bezpieczeostwa i stabilizacji.

Bezpieczeostwo gwarantuje policja. Nawet w Berlinie Zachodnim, gdzie koncentracja sił policyjnych
przewyższa wszystkie miasta wolnego świata (na 136 mieszkaoców przypada jeden policjant), nie
widad tyle policji, co w Berlinie Wschodnim. Jej wszechobecnośd i przysłowiowa tępota bywa często
celem zjadliwych komentarzy. Mieszkając przy Erich-Weinert-Strasse skorzystałem z okazji, by złożyd
wizytę mojemu dzielnicowemu, którego oficjalny tytuł brzmi „Abschnittsbevollmächtigte”, a w
skrócie „A.B.V.”

Ten sam ubogi, nieogrzewany pokój w klubie Frontu Narodowego, gdzie kilka dni przedtem zasiadali
przedstawiciele narodu. Policjant, energiczny, zadbany mężczyzna około czterdziestki z masą blaszek
na piersi, wita mnie szorstko:

- Kim pan jest? Adres? W jakiej sprawie?

- Właściwie chciałbym się tylko dowiedzied, co to znaczy A.B.V. ... - jąkam.

Policjant wybucha. Spadłem z księżyca czy co? Potem na jego twarzy malują się lekkie wątpliwości.

- Jest pan obywatelem NRD, prawda?

- Nie.

- Polskie obywatelstwo? - głos brzmi nadal opryskliwie. - Ach, Anglik - podnosi się - bardzo mi miło!
Metamorfoza jest pełna. Miałem okazję się przekonad, jak byłby traktowany obywatel NRD. Ale teraz
policjant chce zaprezentowad ludzkie oblicze. Rozwlekle opisuje swoje społeczne zadania - opieka
nad maltretowanymi dziedmi i nad samotnymi, starymi ludźmi, pomoc w szukaniu mieszkao i tym
podobne. Owszem, stan domu, w którym mieszkam, przedstawia się dośd żałośnie, ale trzeba panu
wiedzied, że jeszcze dwa lata temu znajdował się w rękach prywatnych... (domy w rękach
„komunalnych” nie są bynajmniej w lepszym stanie). Specjalnie chciałby podkreślid, że nie ma tu
żadnych uprzedzeo rasowych wobec ludności kolorowej. Ponieważ nie ma tu też żadnej kolorowej
ludności, uwaga nie robi na mnie większego wrażenia. Co natomiast robi wrażenie, to sposób, w jaki
mój rozmówca pojmuje obowiązek zbliżenia do obywatela. Mieszka tu od piętnastu lat i zna każdego
spośród około 3 500 mieszkaoców rewiru. Problem przestępczości w dzielnicy raczej nie istnieje.

Jakkolwiek w ostatnich latach przestępczośd wzrosła - na tyle przynajmniej, że Neues Deutschland


poczęło dla postrachu zamieszczad szczegółowe informacje o drakooskich wyrokach zapadających na
salach sądowych - ulice Berlina Wschodniego nadal są najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Co
za kontrast z wielkomiejską dżunglą, jaką opisywali pól wieku temu Brecht i Isherwood. Berlin
Wschodni to zrealizowane marzenie naczelnika berlioskiej policji z tamtych lat. Dzisiaj zachowywanie
spokoju jest pierwszym obowiązkiem obywatelskim. Kontrolując się wzajemnie obywatele ujmują
pracy policji, na przykład gdy chodzi o nakaz trzeźwości za kierownicą. W narożnej knajpce,
skonsumowawszy piwo, słyszę od kelnerki: „Młody człowieku, podobno jest pan samochodem.
Jestem za to odpowiedzialna”. To samo z obowiązkiem zapinania pasów. Gdy zakręcałem wokół
Alexanderplatz, bez pasa, dosłownie gonił za mną podniecony mężczyzna w lśniącym trabancie.
Sądziłem, że chce mi zwrócid uwagę na jakieś uszkodzenie i zatrzymałem się. Gestykulując
gwałtownie wskazał na swój zapięty pas i ryknął: „U nas to obowiązek!”

Ile treści kryje się w tych słowach! „U nas” - słychad tu bezwzględną lojalnośd, niemal dumę
właściciela. Prawdziwym symbolem tego paostwa są pasy bezpieczeostwa, a nie młot i cyrkiel.
Większośd obywateli akceptuje paostwo w ten sam sposób - na ogół z tych samych pobudek - co
obowiązkowe pasy bezpieczeostwa. Zabezpieczenie przed wypadkiem. Zabezpieczenie przed
przestępczością. Bezpieczeostwo gospodarcze. Ubezpieczenia społeczne. Zabezpieczenie przed
koniecznością podejmowania decyzji i przed ich konsekwencjami. Bezpieczeostwo to to, co paostwo
ma do zaoferowania. Nie socjalizm o ludzkiej twarzy, ale policyjne paostwo o ludzkiej twarzy.

Przypominam sobie 79-letnią panią D., pracującą w jednym z pierwszorzędnych hoteli w Berlinie
Wschodnim. Od pięciu lat codziennie o czwartej rano wraca do domu.

- Na Zachodzie by pan tak nie mógł - powiada. Potem wychwala paostwo dobrobytu: razem z mężem
inwalidą mają miesięcznie 709 marek emerytury. Za obszerne 3-pokojowe mieszkanie płacą tylko 55
marek czynszu.

Robotnik budowlany w knajpie mówi: „To proste, jestem murarzem. Pracuję, tak, muszę harowad jak
wół. Zarabiam tysiąc marek i cześd. Na Zachodzie zarabiałbym może dwa razy tyle. Ale w każdej chwili
groziłoby mi bezrobocie”. To tylko dwa spośród wielu przykładów.

W połowie lat siedemdziesiątych perspektywa wolno, ale stale rosnącego standardu życia sprawiła,
że ludzie nastawieni byli bardziej optymistycznie niż kiedykolwiek po roku 1961. Dziś nie ma już o tym
mowy. NRD okazała się tak samo nieodporna na kryzys naftowy, jak każdy inny duży system
gospodarczy; co więcej, kryzys uderzył w najczulszy punkt tej gospodarki. Wydobycie węgla
brunatnego staje się coraz trudniejsze, import z Polski kuleje, Związek Radziecki zamroził dostawy
ropy na poziomie 1980 r. i wyrównał ceny do rynku światowego (aczkolwiek z opóźnionym skutkiem -
według tzw. przeciętnej cen kroczących z poprzednich pięciu lat), nafta arabska stale drożeje - w tej
sytuacji ze szczupłych zasobów twardej waluty, jakimi dysponuje NRD, niewiele można poświęcid na
zaspokojenie rosnących aspiracji konsumpcyjnych ludności: import volkswagenów-golfów albo
dżinsów. Wprowadzony w późnych latach sześddziesiątych ścisły rozdział produkcji zwierzęcej
i roślinnej w stosunkowo wydajnych skolektywizowanych gospodarstwach rolnych okazał się
manewrem samobójczym. Manewr ten początkowo wydawał się dostosowany do wizji
społeczeostwa konsumpcyjnego. Tymczasem, zamiast przeznaczad mięso do spożycia krajowego,
NRD zmuszona jest je eksportowad, aby zakupid pasze, którymi karmi się bydło opasowe! W 1965 r.
90% importu zbóż pochodziło ze Związku Radzieckiego, w 1975 r. już tylko 39% - resztę importuje z
Zachodu. NRD była kiedyś ważnym eksporterem wyrobów przemysłowych o skomplikowanej
technologii, dziś sama importuje je ze Związku Radzieckiego, po części za twardą walutę. Erich
Honecker postawił na rozwój mikroelektroniki. Jeździł do Japonii w poszukiwaniu robotów
przemysłowych. Ale gdyby same maszyny miały uratowad sytuację, byłby to swoisty NRD-owski cud
gospodarczy.

Plan pięcioletni 1981-85 przewiduje roczny wzrost gospodarczy o 5,5%. Według wiarygodnych
informacji pierwotna propozycja ekspertów planowania uwzględniała wzrost sięgający raczej 2-3%,
co było liczbą daleko bardziej realistyczną. Ale zgodnie z zasadą nieprzyjmowania do wiadomości
niemiłych faktów, kierownictwo partyjne niewiele myśląc odrzuciło tę propozycję. W komisji
planowania poleciało sporo głów, a nowy zespół posłusznie przyniósł w teczce pożądane wskaźniki.

W rzeczywistości standard życia nie może żadną miarą dogonid tych wyliczeo. Już teraz ludzie
zaklinają się, że zaopatrzenie jest gorsze niż pięd lat temu. Kolejki są coraz dłuższe, braki na rynku
coraz bardziej absurdalne. Kilka przykładów: matka nie może nigdzie dostad określonych śrubek do
roweru synka - w rezultacie zmuszona jest kupid nowy rower. O szóstej wieczorem pewien mój
znajomy dostrzega kolejkę przed sklepem. Ustawia się nie pytając, za czym stoją ludzie. Po dwu i pół
godzinach wynurza się niosąc pięd deszczułek.

- Po co ci to?

- Och, oczywiście, nie są mi do niczego potrzebne. Ale mogę je wymienid na coś innego.

Dwóch studentów mości się w śpiworach przed sklepem, gdzie leżą wystawione opony - towar nader
rzadki. O ósmej rano sprzedają swoje miejsca po 200 marek. „Co robi obywatel NRD, widząc kolejkę?
- Ustawia się”. Ten żart jest równie dowcipny jak rzeczywistośd. Jeszcze jeden typowo socjalistyczny
żarcik owych dwóch studentów: o siódmej rano ustawiają się przed sklepem znanym z rzadkich
dostaw. Po godzinie stoi za nimi dwadzieścia osób, na twarzach obojętnośd. Nikt nie zapytał, za czym
właściwie stoją.

Gorsze zaopatrzenie ma widoczny wpływ na ogólne nastroje. Trzeba jednak wprowadzid pewne
rozróżnienie, przez zachodnie środki masowego przekazu często ignorowane: rozróżnienie między
nastrojami a postawami. Otóż nastroje ludności będą z pewnością spadały - ale zasadnicza postawa
pozostanie nie zmieniona. A chodzi wszak właśnie o postawę.
Jest to postawa przystosowania, publicznego konformizmu, który jest nieodłącznym elementem
podwójnego życia obywateli NRD. Dopóki paostwo gwarantuje minimum bezpieczeostwa i dopóki
trwa mentalnośd poddaostwa, dopóki obywatele NRD myślą w kategoriach „u nas” i „obowiązek”,
dopóty paostwo jest bezpieczne i nie ma się czego obawiad nawet ze strony najbardziej opornych.
Prędzej czy później gorsza sytuacja konsumentów może przynieśd paostwu zgoła pewne korzyści.
Utrzymanie życiowego standardu, samo przeżycie musi wchłaniad tyle czasu i energii, że myśl
o proteście politycznym nikomu nawet nie przychodzi do głowy.

Polityczny porządek paostw bloku wschodniego można przyrównad do pola w okresie suszy.
Pierwszym skutkiem suszy jest wyjałowienie ziemi i zmarniałe zboże. Wkrótce potem dochodzi do
sytuacji, kiedy wyschłe zboża zagrażają pożarem. Ten punkt osiągnięto w Polsce pod koniec lat
siedemdziesiątych. Każde społeczeostwo ma swój własny punkt zapalny. Polska zapala się łatwiej niż
NRD. W Polsce dwa wieki obcego panowania wyrobiły w narodzie postawę nieidentyfikowania się
z paostwem. Sąsiad zza miedzy, Niemcy, jak to często bywa, reprezentuje postawę diametralnie
odmienną. Myślenie paostwowotwórcze, głęboko zakorzenione w obu częściach Niemiec, działa
niczym mżawka na zboże. Jak okiem sięgnąd, nie widad zapalnej iskry. Podwyżka cen mięsa w Polsce
w lipcu 1980 r. wywołała pożar. NRD nie zbliżyło się jeszcze do owego fatalnego punktu, kiedy rząd -
to właśnie przydarzyło się Gierkowi - musi wybierad między katastrofą gospodarczą
a prawdopodobną katastrofą polityczną. W Polsce niemałą rolę w rozniecaniu ognia odegrali też
intelektualiści. Już Lew Tołstoj w jednym z listów posłużył się obrazem pola i iskry, która może
wzniecid pożar: porównanie jest trafne. W NRD nie ma intelektualno-politycznej iskry - może zresztą
zabrakłoby jej w Polsce, gdyby była krajem podzielonym, gdzie jedna połowa, zachodnia, rozkwita
i zażywa wolności oraz przyciąga poetów i myślicieli.

Niemiecką formą rewolucji jest emigracja - chodby tylko z Berlina (Wschodniego) do Berlina
(Zachodniego). Bez wątpienia owi artyści NRD-owscy, którzy z dożywotnimi paszportami mieszkają w
Berlinie Zachodnim - jak Jurek Becker, Klaus Schlesinger czy Bettina Wegner - mogą poniekąd nadal
docierad do publiczności za pośrednictwem zachodnich mass-mediów, które można odbierad w
Berlinie Wschodnim. Z tych właśnie względów Berlin Wschodni, w porównaniu z resztą republiki, jest
Mekką wolności. Berlin Wschodni jest dla NRD tym, czym Berlin Zachodni dla RFN: stolicą alternatyw.
Mieszkanie od podwórza na Prenzlauer Berg, gdzie na ścianie wisi plakat „Easy Rider”, to dla młodego
obywatela NRD najkrótsza droga do San Francisco. Młodzieżową kontrkulturę - skrajnie różną od
podręcznikowego wizerunku członka FDJ - po raz pierwszy pokazał Konrad Wolf w filmie „Solo
Sunny”. Młodzież NRD przyjęła film entuzjastycznie, a na festiwalu w Berlinie Zachodnim odtwórczyni
głównej roli przyznano „Srebrnego Niedźwiedzia”.

Film ukazuje środowisko owych przeciwników reżimu, których reżim sam sobie stwarza. Należy do
nich Heiner B., syn prominenta w resorcie kultury, który jako uczeo publicznie czytał „Pieśo o
Wełtawie” Brechta, aby zaprotestowad przeciwko radzieckiej inwazji na Czechosłowację. Niedługo
potem wraz z przyjaciółmi stanął przed sądem, oskarżony z paragrafu 107 - „tworzenie grup
antypaostwowych” (penalizacja wszelkich związków między ludźmi poza egidą paostwa jest
charakterystyczną cechą wszystkich systemów totalitarnych). Sam Heiner skazany został na dwa i pół
roku więzienia, z czego odsiedział piętnaście miesięcy.
Siedemnastolatek zostaje wsadzony do więzienia za to, że czyta i pisze wiersze, za to, że w listach do
przyjaciół porusza nurtujące świat problemy. Samo to jest już dostatecznie przerażające. Ale historia
na tym się nie kooczy. Ponieważ Heiner nie był pełnoletni, odpowiedzialnością za jego uczynki
obarczono matkę. Niebawem utraciła posadę nauczycielki, nie znalazła innej pracy i dożyła wniosek
o wyjazd na Zachód. Wniosek przyjęto. Kiedy następnie syn został zwolniony z więzienia, matka
chciała go odwiedzid. Zabroniono jej jednak powrotu do kraju. Heiner nadal zamierzał spędzid życie w
NRD. Zdał maturę i przeszedł pomyślnie wstępne egzaminy kwalifikujące do przyjęcia na Uniwersytet
Humboldta - aż przypomniano sobie o przepisie, na mocy którego osoby karane przez pięd lat po
wyjściu z zakładu karnego nie mają prawa do wyższego wykształcenia. Dopiero wtedy Heiner złożył
wniosek o wyjazd. Rezultat: zakaz wykonywania zawodu. Jedynym zajęciem, jakie znalazł ten
inteligentny, wykształcony i odpowiedzialny młody człowiek, była praca na cmentarzu trzy dni
w tygodniu. Kościół protestancki był jedyną instytucją, która odważyła się go zatrudnid.

Cóż dziwnego, że Heiner oświadcza: „Nasze problemy różnią się od problemów naszych rodziców.
Teraz też jest wojna. Tylko że my walczymy z władzami”. Cytuje przypadek swego przyjaciela, który
walczy o mieszkanie w Berlinie. Nie można znaleźd mieszkania, jeśli nie ma się pracy w Berlinie i nie
można znaleźd pracy, jeśli nie ma się mieszkania. „Paragraf 22” - dorzuca Heiner.

Sądzę, że gdyby Brecht urodził się w Berlinie Wschodnim jako obywatel NRD, w wieku lat trzydziestu
znalazłby się w tym samym punkcie co Heiner B.: mieszkanie od podwórza na Prenzlauer Berg, trzy
razy w tygodniu praca na protestanckim cmentarzu. Z pewnością nie przypadłoby mu go gustu
rodzinne mauzoleum, jakim pod wpływem jego zięcia Ekkeharda Schalla stał się Berliner Ensemble.
Jego uwagę podniecałaby raczej symultaniczna scena podzielonego miasta, w rzadkich chwilach,
kiedy mieszkaniec Berlina Wschodniego może wystąpid jako widz tego spektaklu.

Jedną z takich okazji był w maju 1980 r. uroczysty ingres nowego biskupa katolickiego w Katedrze
świętej Jadwigi; pierwsza tego rodzaju ceremonia od 1935 r. Diecezja berlioska obejmuje całe miasto,
około 270 000 katolików z części zachodniej i 61 000 ze wschodniej. Ingres biskupa Meissnera
(mianowanego w kwietniu 1980 r. przez Jana Pawła II) stał się oczywiście wydarzeniem szczególnej
rangi. W promieniach wiosennego słooca wielotysięczny tłum zgromadził się przed katedrą na placu
Bebla, albo - jak wolą to miejsce nazywad dostojnicy Kościoła rzymskokatolickiego - na Forum
Fridericianum.

Kwadrans przed dziesiątą przed stopniami świątyni zatrzymuje się lśniący mercedes, z numerem
rejestracyjnym CD 5701. Przyjęty gromkimi oklaskami wysiada z pojazdu Stały Przedstawiciel
Republiki Federalnej Niemiec w Niemieckiej Republice Demokratycznej, Günter Gaus. Jeszcze jeden
lśniący mercedes, z numerem B-1-1; niemilknące oklaski dla Urzędującego Burmistrza Berlina,
Dietricha Stobbe. Potem czarna tatra, IA 8085; drobna postad Klausa Gysi, sekretarza stanu do spraw
Kościoła. Uprzejmy aplauz. Znowu mercedes, QD 0101. Postawny, brodaty mężczyzna
w charakterystycznym nakryciu głowy, egzarcha Kościoła prawosławnego, arcybiskup Melchisedek. O
dziewiątej pięddziesiąt siedem, z wojskową dokładnością, zajeżdżają kolosalny lincoln, citroen oraz
daimler; świetne postacie w mundurach - trzej zachodni komendanci miasta. Rozpętuje się istna
burza oklasków. „Patrzcie no, okupanci” - wykrzykuje starsza pani z tłumu.

Gdy burmistrz Berlina w towarzystwie przewodniczącego senatu, Petera Lorenza, opuszczają kościół,
otacza ich wiwatujący tłum. Sytuacja jest o tyle pikantna, że Peter Lorenz musi przybyd do Berlina
Wschodniego, aby spotkad się z takim przyjęciem. W Berlinie Zachodnim porywa się go i ma za nic, w
Berlinie Wschodnim oklaskuje i bierze w objęcia.

Następnego dnia Berliner Morgenpost (ukazująca się w Berlinie Zachodnim) w uroczystych słowach
opisuje „demonstrację na rzecz jedności Berlina”. W rzeczywistości nie była to ani demonstracja na
rzecz, ani przejaw faktycznej jedności. Raczej dowód, że nierzeczywistośd nie jest wyłącznym
atrybutem Berlina Zachodniego. Także i po drugiej stronie dochodzi do najprzedziwniejszych
konstelacji władz, symboli i ludzi. Ostatni dzieo mego pobytu w Berlinie Wschodnim, przypadał na 7
października 1980 r., narodowe święto NRD, obchodzone z pompatyczną defiladą wojskową, jaką
poza tym widywad można tylko w Moskwie. Przy Alexanderplatz spotykam czarnoskórego
szeregowca armii amerykaoskiej, który z ogromnym niedźwiadkiem - pamiątką z olimpiady w
Moskwie, przechadza się przed hotelem. Gdy uroczystośd dobiega kooca i pionierzy wręczają kwiaty
oraz bombonierki pułkowi gwardii imienia Fryderyka Engelsa, który maszeruje defiladowym krokiem
po Karl-Liebknecht-Strasse - niektórzy żołnierze z kwiatami zatkniętymi w lufach (dalekie echo flower-
power), gdy pokaz marsowej suwerenności w stylu opery-buffo zbliża się do finału - ukazuje się nagle
rosły mężczyzna w eleganckim mundurze khaki oraz zielonym berecie i poczyna kręcid wielką kamerą
jak oszalały antropolog na widok rzadkiego taoca plemiennego na wyspie Bali. Zielony beret pojawia
się coraz to gdzie indziej, dobry metr nad linią stalowych hełmów, budząc postrach wśród
maszerujących z kamiennym wyrazem twarzy żołnierzy Narodowej Armii Ludowej. Wokół faceta
z kamerą grupka ciekawskich oraz jego dwaj asystenci o równie egzotycznym wyglądzie, którzy
umożliwiają ujęcia z góry przy pomocy lekkiej aluminiowej drabinki. Asysta z niezrównaną zręcznością
przemieszcza drabinkę po całym placu. Kim są zielone berety? „Jestem organizacją, która nazywa się
IRA - wyjaśnia jeden z nich z rozlewnym akcentem ulsterskim. - Nazywam się John O'Hara!” Wybujała
postad to „Major” - dorzuca.

Fakt, że „major” - przedstawiciel brytyjskiej misji wojskowej, czyniący użytek z przysługującego mu


prawa przekraczania granic „sektora radzieckiego” - filmuje defiladę z okazji święta narodowego NRD
w stolicy tejże NRD, nie zmienia niczego w substancjalnej, obiektywnej realności, w rzeczywistym
bycie Berlina Wschodniego. NRD co roku urządza defiladę, zachodni alianci co roku protestują i kwita.
Należy to do rytuału. Ale osobliwe zjawisko zielonych beretów zmienia dużo w psychologicznej,
subiektywnej realności, w świadomości stolicy NRD. Dopóki jej obywatele mogą oglądad podobne
sceny, dopóki może im się zdarzyd, że Amerykanin w mundurze (jak mi się to przytrafiło zaraz potem)
zatrzyma ich, aby spytad o drogę do Checkpoint Charlie („ile to będzie bloków” - dorzucił, jakby
znajdował się w Nowym Jorku albo w Chicago), dopóki mogą zerkad przez dwustronne lustro muru -
dopóty rozpowszechniane przez przywódców złudzenie, iż Berlin Wschodni jest stolicą jak każda inna
socjalistyczna stolica, Sofia, Moskwa czy Praga, pozostanie złudzeniem.

W odniesieniu do nierealnego miasta z naszych czasów to, co Karl Scheffler napisał o Berlinie w 1910
roku, zdaje się byd prawdziwsze niż kiedykolwiek. To miasto skazane jest na to, by „wiecznie się
stawad i nigdy nie istnied”.
Wittenberga – rewolucjonista Luter

Na czym polega różnica między chrześcijanami a komunistami? - Chrześcijanie wierzą w życie


po śmierci, komuniści - w pośmiertną rehabilitację.
Dowcip NRD-owski

Luter byt geniuszem nader wielkiej miary; wpływ jego trwa już sporo czasu i niepodobna
przewidzied dnia w przyszłych stuleciach, kiedy przestanie oddziaływad.
Goethe do Eckermanna, 11 marca 1828 r.2

Ostatnim poborowym na wąskiej linii frontu rewolucyjnych przodków jest Martin Luter. Radosną
wiadomośd, że również wielki reformator był rewolucjonistą, zakomunikował gromko 14 czerwca
1980 r. partyjny organ Neues Deutschland:

Piętnował machinacje spółek, które nazywał „monopoliami”. Stosowane przez nie metody
wyzyskiwania mas ludności, bliskie zgoła niektórym współcześnie znanym praktykom,
określał jako okrutne i karygodne. Osobnicy tacy nie są godni nosid miana człowieka
i mieszkad wśród ludzi. Luter wzywał władze paostwowe do wywłaszczenia podobnych
spółek...

Ów pracuś, który znalazł ponury ustęp o „monopoliach”, miał swój szczęśliwy dzieo. Przywódcę
reformacji, który potępiał monopolistyczny kapitał i orędował za wywłaszczeniami, można było
zrehabilitowad i w ten sposób do skąpego łaocuszka niemieckich rewolucjonistów dołączyd jeszcze
jedno ogniwo. Piędsetlecie urodzin Lutra obchodzone było z pompą, która przyniosłaby zaszczyt
nawet Karolowi Marksowi.

Dwadzieścia lat wcześniej wyrywano inne cytaty z innych kontekstów, z tym samym przekonaniem
dowodzono, iż Luter był wrogiem numer jeden rewolucji, sprzymierzeocem burżuazji, który pomagał
niemieckim książętom zdławid chłopskie powstania w 1525 r.: Luter jako sługa możnych tego świata.
W 1980 r. Erich Honecker obwieścił, że według Engelsa Biblia Lutra była potężną bronią w rękach
powstającego ruchu ludowego. Charakterystykę tę można faktycznie znaleźd w rozprawie Engelsa
o wojnach chłopskich. Engels wszelako konkluduje, że Luter zdradził ruch ludowy. Luter - pisał Engels
z uniesieniem godnym wielkiego reformatora - ułożył „prawdziwy hymn pochwalny na cześd
ustanowionej przez Boga władzy, hymn, jakiego nigdy nie skomponował żaden lizus monarchii
absolutnej”. Dalej następuje mistrzowski opis ostrej kontrowersji między „mieszczaoskim
reformatorem Lutrem” a „plebejskim rewolucjonistą Müntzerem”. Kreśląc wizerunki obu
przywódców Engels posługuje się wyłącznie kolorami czarnym i białym: Luter żałosny lizus i prawa
ręka książąt, Müntzer ramię w ramię z chłopstwem, nieustraszenie propagujący program polityczny,
który „zbliżał się do komunizmu”. Tak uczono w szkołach aż do połowy lat sześddziesiątych. Müntzer
był jednym z pierwszych rewolucyjnych bohaterów NRD. Jego twarz, dośd zatroskana, spogląda od
dawna z banknotu pięciomarkowego. Luter natomiast przedstawiany był jako potwór.

2
Cyt. za polskim wydaniem, Eckermann, „Rozmowy z Goethem”, przeł. K. Radziwiłł, J. Zeltzer, Warszawa 1960.
W istocie tego rodzaju dramatyczna rehabilitacja bez pogwałcenia historycznych faktów zdaje się nie
do przeprowadzenia. Ale naiwnością byłoby oczekiwad naukowej skrupulatności od polityków -
zwłaszcza od polityków z radzieckiej strefy wpływów. Nikt też, kto obeznany jest z radzieckim
komunizmem, nie będzie się dziwił zabiegom, jakim poddawani są sami klasycy komunizmu. Od 1967
r. - 450-lecie ogłoszenia tez przez Lutra - prostackie argumenty Engelsa zostały przez marksistowskich
historyków NRD gruntownie zrewidowane i opracowane na nowo. Mylid się jest rzeczą ludzką, a
Engels mylił się tak samo jak Marks i Lenin. Coś takiego wolno powiedzied wobec małego, wybranego
audytorium, w opakowaniu elastycznych frazesów. Na stronie tytułowej Neues Deutschland byłoby to
nie do pomyślenia. Dzisiejsi przywódcy partyjni traktują swoją biblię tak, jak - według Engelsa -
„przywódca” Luter traktował swoją.

Honecker wygłasza na cześd Lutra hymny pochwalne, jakich nie powstydziłby się największy lizus
radykalnej teokracji. Chodzi o to, by użyd Lutra dla aktualnych celów partii. Jeśli cele te jutro się
zmienią, dytyramb można będzie łatwo przerobid na diatrybę.

Dlaczego partia potrzebuje dziś Lutra? Pierwsza odpowiedź: Luter przynosi pieniądze. Luter sypie
dukatami. Tysiące zachodnich turystów odwiedza co roku kraj Lutra. Stoją na deszczu w kolejce, aby
obejrzed gabinet na zamku w Wartburgu, gdzie Luter pracował nad przekładem Nowego Testamentu
i gdzie schronił się przed ingerencją władzy cesarskiej i papieskiej. Jadą do Eisleben, małego miasta
we wschodniej części przedgórza Harcu, gdzie Reformator urodził się 10 listopada 1483 r. jako syn
drobnego eksploatatora złóż miedziowych. Turystycznymi autokarami ciągną do Wittenbergi -
„Lutherstadt Wittenberg”, jak się to nazywa na wszystkich oficjalnych mapach (Kościół protestancki
w swoich własnych publikacjach unika tej nomenklatury). Jadąc za drogowskazami do miasta Lutra,
zwiedzamy rynek, dom Lutra i kościoły, nakładem wielkich środków odrestaurowane na uroczystości
w 1983 r. Komunistyczne władze mogą liczyd, że inwestycje zwrócą się stokrotnie. Zachodni turyści
przyniosą skarbowi paostwa twardą walutę, którą można będzie użyd na dalsze prace restauracyjne,
na przemysł albo na zbrojenia.

Restauracja obiektów sakralnych, uroczyste ceremonie i cały ten teatr wokół pojednania i współpracy
z Kościołem przyczyniają się też do upiększenia obrazu NRD w oczach Zachodu. Gdy na konferencji w
Madrycie 1980 r. brano pod lupę kwestię przestrzegania praw człowieka, obraz ten prezentował się
wcale nieźle. Paostwo, które tak jak NRD wykazuje tyle zainteresowania krajami Trzeciego Świata, nie
może sobie też pozwolid na ignorowanie postępowej roli politycznej chrześcijaostwa w Afryce czy
marksizujących teologów w Ameryce Łacioskiej. Ruch ekumeniczny działa na rzecz zbratania
chrześcijan całego świata - eklezjastyczną międzynarodówkę porównad można do światowego
braterstwa komunistów. Po aresztowaniu aspirującego do eurokomunizmu Rudolfa Bahro NRD
musiała liczyd się z protestem komunistycznej partii włoskiej. Gdyby Honecker przyklaskiwał
prześladowanemu klerowi w Chile, a jednocześnie prześladował jego braci w Saksonii albo w
Meklemburgii, sytuacja byłaby równie problematyczna.

Od lat sześddziesiątych nie można właściwie już mówid o prześladowaniu Kościoła. Wynika to jednak
z polityki wewnętrznej. Pewna pracownica kościoła opowiadała mi, jak to w 1950 r. uczono ją
w szkole, że za 30 lat w NRD nie będzie już ludzi wierzących. Otóż trzydzieści lat minęło, a kościoły
protestanckie liczą nadal ponad siedem milionów członków. Jest to niecała połowa ogółu ludności (w
1950 r., według ówczesnego spisu, protestanci stanowili 80% społeczeostwa). Ilu spośród nich to
chrześcijanie, chadzający do kościoła raz w roku około Wielkiej Nocy? Pastor A. z Berlina
Wschodniego powtarzał mi pikantną uwagę lokalnego funkcjonariusza SED: „Powiedzmy sobie
szczerze, macie najwyżej 10% wierzących, tak samo jak my!” Zgadza się to z własnymi szacunkami
Kościoła co do aktywnych członków: okrągły milion dusz.

Ale duża i rosnąca częśd tego miliona rekrutuje się spośród młodego pokolenia. Każdy obywatel
poniżej czterdziestki przeszedł przez młyn systematycznego wychowania ateistycznego. Paostwowe
obrzędy w rodzaju Jugendweihe (inicjacja młodzieocza) garnirowane są elementami tradycyjnej
konfirmacji. W komunistycznej konfirmacji bierze udział niemal 100 procent dzieci. Odmowa grozi
poważnymi utrudnieniami w zdobyciu wyższego wykształcenia. Znaczna częśd jednak domaga się
także prawdziwej konfirmacji. Największą podporą Kościoła jest właśnie pokolenie muru.

Jeśli nie możesz ich pobid, przyłącz się do nich albo spróbuj ich namówid, by przyłączyli się do ciebie.
Stosowana przez paostwo taktyka odprężenia wobec Kościoła - z Lutrem na sztandarach - może
przynieśd paostwu niemałe pożytki. Władze podporządkowują walkę ideologiczną walce o wzrost
gospodarczy w nadziei, że wierzący obywatele będą w tej batalii jego sojusznikami. Poza tym Kościół
bierze na siebie częśd zadao opieki społecznej, którą w przeciwnym razie musiałoby sprawowad
paostwo. Ponad 7% wszystkich łóżek szpitalnych należy do szpitali wyznaniowych. Szpitale te
otrzymują wprawdzie paostwowe subwencje, ale bez pieniędzy z kasy Kościoła protestanckiego w
RFN nie mogłyby się utrzymad. W rękach Kościoła znajduje się po części opieka nad chorymi
psychicznie (co ma tę zaletę, że zapobiega politycznym nadużyciom psychiatrii, praktykowanym w
Związku Radzieckim). W społeczeostwie, w którym procent rozwodów jest niemal dwukrotnie wyższy
niż w RFN i które pod względem liczby samobójstw lokuje się zapewne na drugim miejscu w świecie,
Kościół pełni poniekąd funkcję społecznej siatki bezpieczeostwa. Wreszcie pastorowi można pozwolid
na sukcesy tam, gdzie zawodzi partyjny agitator: w mobilizowaniu i inspirowaniu młodzieży.

Zresztą cóż znaczą 32 lata NRD wobec dwóch tysięcy lat chrześcijaostwa? Potęga Słowa Bożego
i blask kościelnej tradycji - owszem, warto je zaprząc w służbę socjalizmu. „Wezwanie Lutra do
twórczej, rozumnej działalności w naszym socjalistycznym społeczeostwie, które zniosło («na zawsze»
- wyrokuje art. 12 konstytucji) wyzysk człowieka przez człowieka, stało się istotnym motywem
współpracy wierzących i niewierzących w dziele budowy socjalizmu”.

Czy wierzący w NRD gotowi są pracowad dla socjalizmu, tak jak sobie tego życzy Honecker? Podobnie
jak w innych krajach bloku wschodniego, w Izbie Ludowej NRD zasiada pokazowa partia
„chrześcijaoska”. Unia Chrześcijaosko-Demokratyczna w NRD jest jedną z czterech partii tak zwanego
Frontu Narodowego. Na papierze liczy sobie ponad 100 000 członków. Kościół jednak trzyma się na
zdrową odległośd od tych „chadeków”. „Są tyleż chrześcijanami - zauważa pewien pastor - co
demokratami”. Ulubioną formułką Związku Kościołów Ewangelickich w NRD jest „krytyczna
solidarnośd”.

Związek powstał w 1969 r. - data ta wiąże się z podziałem niemieckiego Kościoła protestanckiego,
dwadzieścia lat po politycznym podziale Niemiec - oraz z kościelnym uznaniem NRD, o trzy lata
wcześniej przed uznaniem NRD na mocy układu z RFN. Motto związku brzmi: „Kościół w socjalizmie”.
Socjalistyczne społeczeostwo przyjmuje się jako dane przez Boga otoczenie, w którym zachowad
należy wiarę.
Albowiem nie masz zwierzchności jeno od Boga *...+. Przeto kto się sprzeciwia zwierzchności,
sprzeciwia się postanowieniu Bożemu. A którzy się sprzeciwiają, ci potępienia sobie
nabywają” (List do Rzymian, XIII. 1,2).

Dla chrześcijan uczestniczących w ruchu politycznego oporu tekst ten był zawsze i wszędzie
problematyczny, zawsze i wszędzie dostarczał też alibi oportunistom. Luteranie nadali mu jednak
szczególne znaczenie. Teologowie luteraoscy w XIX w. czytając selektywnie dzieła wielkiego
reformatora, stworzyli doktrynę „dwóch królestw”, królestwa bożego i królestwa ludzi. Chrześcijanie
winni oddawad cesarzowi co cesarskie, bez względu na to, jak cesarz zechce sobie poczynad.
Luteranie dokonali też dalszego kroku, dążąc do świeckiego sojuszu obu królestw. Tam, gdzie Luter
przybił kiedyś swoje tezy, stoi zamkowy kościół - przeładowany pomnik wilhelmioskiego kiczu.
Imponujący grobowiec dynastii aksaoskiej, na wprost głównego wejścia, został wzniesiony na
polecenie cesarza Wilhelma II. Tron cesarski nadal stoi przed ołtarzem.

Sojusz był już dostatecznie niezdrowy, kiedy „cesarzem” był cesarz niemiecki. Gdy w roli „cesarza”
wystąpił Adolf Hitler, udział w sojuszu przybrał znamiona przestępstwa. Nie przypadkiem zwłaszcza
w niemieckich krajach luteraoskich, na przykład w Turyngii, wierzący w większości byli zaprzysięgłymi
nacjonalistami i wiernie służyli nazistowskiemu systemowi. Duchowna Rada Powiernicza Kościoła
Ewangelickiego w Niemczech 2 września 1939 r. święciła najazd na Polskę:

Od wczoraj naród nasz podjął walkę o kraj swoich ojców, aby niemiecka krew mogła się na
powrót połączyd z niemiecką krwią. Niemiecki Kościół Ewangelicki zawsze trwał w sojuszu
z losem niemieckiego narodu *...+. Toteż i w tej godzinie jednoczymy się z naszym narodem
w modlitwach za Führera i Rzeszę.

Poważne winy ciążą przede wszystkim na Kościele luteraoskim w Saksonii, Turyngii i Meklemburgii,
które to tereny po upadku Trzeciej Rzeszy znalazły się w radzieckiej strefie okupacyjnej.

Często słyszy się, że wspólna przeszłośd w antyfaszystowskim ruchu oporu jest jedną z przyczyn, dla
których rząd Honeckera obrał kurs pojednania z Kościołem. W którymś przemówieniu Honecker
wymienia trzech duchownych Kościoła wyznającego. Żaden z nich nie był ściśle biorąc luteraninem.
Rzadziej wspomina się o tym, że poczucie winy z powodu postawy Kościoła w czasach nazistowskich
jest dla młodszych luteranów motywem lojalności wobec NRD. Dyrektor seminarium duchownego w
Wittenberdze posuwa się nawet do stwierdzenia, że „w Niemczech miejsce Kościoła jest na lewicy”.
W uproszczeniu - w generacji synów zdarzają się chrześcijanie wierni socjalizmowi, ponieważ
w generacji ojców zdarzali się chrześcijanie wierni narodowemu socjalizmowi.

Biskup, sfotografowany u boku przywódcy partii - niczym oficjalny gośd z bratniej Bułgarii albo
Kampuczy - był luteraninem; zdjęcie to zamieszczone w 1980 r. na pierwszej stronie partyjnego
organu - uraziło wielu świeckich protestantów w NRD. Zapewne efekt taki nie leżał w zamiarach
duchownego, cóż jednak miał zrobid: stoi się w foyer Rady Paostwa, gawędzi, potem, na niewidzialny
znak, partyjni przywódcy ustawiają się grzecznie po lewej stronie gościa, drzwi otwierają się, panowie
wchodzą parami na salę obrad, kamery trzaskają, kompromitujące zdjęcie zostało zrobione.

W jakim stopniu Luter ponosi odpowiedzialnośd za luteranów? W jakiej mierze w ogóle myśliciel
może byd odpowiedzialny za to, co robi się pod firmą jego nazwiska? Marks za marksistów? Lenin za
leninistów? Pozostawmy wierzącym dyskusje, kto jest „prawdziwym” marksistą lub „prawdziwym”
luteraninem. Tu istotne jest tylko, że Luter nie zalicza się do kategorii systematycznych,
konsekwentnych, jednoznacznych myślicieli, jak Kalwin, Hobbes albo Bernstein. Przeciwnie, należy -
podobnie jak Lenin - do towarzystwa tych pełnych inwencji, niesystematycznych, żywych umysłów,
którzy zachęcają potomnych do niezwykłych interpretacji.

Luter jest dla Kościoła tym, czym Lenin dla partii. Obaj zostawili obszerne dzieła (pełne wydanie
Lenina obejmuje 35 tomów, pełne wydanie Lutra, rozpoczęte w 1883 roku i jeszcze nie ukooczone,
obejmuje dotychczas 80 tomów), składające się głównie z rozpraw, wykładów, przemówieo, szkiców
i polemik, przygotowanych na konkretne okazje, często w intencji sprowokowania dyskusji. Obydwaj
głoszą w różnym czasie różne rzeczy, zgodnie z aktualną oceną sytuacji (można porównad
diametralną zmianę poglądów w kazaniach Lutra z lat 1524-25 oraz metamorfozę Lenina w okresie
1917-18). Obydwaj nie zwykli przebierad w środkach, gdy chodziło o rozprawienie się z oponentami.
Obydwaj zachowują pewne idee zasadnicze, często ginące w zalewie prostactwa. Cytatami z Lenina
można usprawiedliwid najgorsze okrucieostwa stalinizmu, podobnie cytaty z Lutra mogą służyd za
usprawiedliwienia najgorszych aktów uległości - również uległości wobec stalinistów.

„Bój się Boga, szanuj zwierzchnośd i wystrzegaj się tych, którzy sieją zamęt”. Ta przestroga Lutra
wypisana jest na głównym portalu ratusza w Wittenberdze. Współcześni władcy z pietyzmem
odmalowali napis. A co, jeśli paostwo budzi w nas odrazę?

Tam, gdzie zwierzchnośd jest naszym wrogiem, ustępujemy, sprzedajemy, porzucamy


wszystko i uciekamy z jednego miasta do innego. Gdyż w myśl Ewangelii nie wolno wzniecad
powstania, aby stawid opór, tylko trzeba wszystko ścierpied (Luther deutsch IX, s. 193).

Uciec z jednego paostwa do innego... czy takiej rady udziela Luter wierzącym dysydentom naszych
czasów?

W sali posiedzeo Rady Paostwa luteraoski biskup cytuje wciąż jeszcze słynną maksymę: „Chrześcijanin
jest wolnym panem wszystkich rzeczy i niczyim poddanym”. Oraz: „Chrześcijanin jest powolnym sługą
wszystkich rzeczy i poddanym każdego”. Jawna retoryczna sprzecznośd. Według Lutra wolnośd
chrześcijanina to głęboka, wewnętrzna, duchowa wolnośd, która nie ma nic wspólnego z wolnością
polityczną. Innymi słowy: mogę żyd jak niewolnik korzystając z niezmiernych bogactw, absolutnej
władzy i bezgranicznej swobody poruszania się. Mogę byd wolny w kajdanach, za murami i drutem
kolczastym.

Biskup pozwala sobie zauważyd, że mnich z Wittenberg! piętnował zwierzchnośd, gdy dopuszczała się
wykroczeo przeciwko Słowu Bożemu z tą samą odwagą, z jaką beształ za podobne przewiny
zbuntowanych chłopów. „Postępujemy w duchu Reformatora - ciągnie - gdy wypowiadamy otwarcie,
co naszym zdaniem ocenid należy jako błędną decyzję”. Jeśli zważyd, że do błędnych decyzji ostatnich
lat zalicza się „wychowanie obronne” czternastolatków oraz „wychowanie do nienawiści”, trudno
uznad słowa biskupa akurat za wypowiedź otwartą. Co prawda, gdyby nie przyswoił sobie
postępowego języka, jego przemówienie nie ukazałoby się naturalnie w Neues Deutschland. Ale czy
Luter chciałby byd cytowany w Neues Deutschland swoich czasów?

Warto przytoczyd, co Luter mówi o granicach posłuszeostwa:


Gdyby władca nie miał racji, czy lud nadal winien mu jest posłuszeostwo? Odpowiedź: nie.
Albowiem nikomu nie wolno działad przeciwko słuszności Boga, przy którym jest słusznośd,
trzeba słuchad bardziej niż ludzi.

Głosi się tu nie tylko prawo do oporu, ale wręcz obowiązek oporu.

W paostwie, które systematycznie buduje na nieprawdzie, duchowa odwaga Lutra, jego


niewzruszone trwanie przy prawdzie, czystej prawdzie i wyłącznie przy prawdzie, stanowi
wstrząsający przykład. Kościół to jedno z niewielu miejsc, gdzie stosunkowo otwarcie można jeszcze
mówid prawdę - „z miłości do prawdy i w zapale jej głoszenia”, jak brzmi początek 95 tezy Lutra. Jest
to też powód, dla którego pokolenie muru przyłącza się do Kościoła. Gdyby ktoś wywiesił
protestacyjną odezwę na tablicy uniwersytetu, byliby to studenci teologii. Oni też organizowali
najodważniejsze demonstracje przeciwko wydaleniu Wolfa Biermanna na uniwersytecie w Jenie.

Socjalistyczny dysydent Rudolf Bahro przeprowadził surową leninowską krytykę realnie istniejącego
socjalizmu - dysydent teolog mógłby równie przekonywająco skrytykowad w duchu Lutra realnie
istniejący Kościół luteraoski oraz paostwo, z którym Kościół ten zawarł pakt o wzajemnej nieagresji.
Bahro porównuje partię komunistyczną do Kościoła katolickiego w przededniu reformacji - wydaje się
to trafne (sam siebie notabene widzi w roli wielkiego reformatora). W dziełach Lutra więcej jest
buntu niż w dziełach Lenina. Kościół, który wyrzekł się suwerenności, musi cenzurowad swoich
klasyków znacznie dokładniej niż niedemokratyczna partia polityczna.

Rehabilitacja Lutra jest zabiegiem obosiecznym. Ale obosieczne są wszystkie próby wykorzystania
narodowej przeszłości dla współczesnych celów politycznych. Powoływad się na wspólne korzenie
niemieckiej kultury i niemieckiego języka to przypominad młodszej generacji o wspólnym
dziedzictwie, łączącym ją z innymi Niemcami po drugiej stronie paostwowej granicy.

Na niewielkiej tablicy w kościele zamkowym uczniowie wywiesili z okazji 450 rocznicy Augsburskiego
Wyznania Wiary mapę, na której zaznaczono trasę podróży Lutra, Melanchtona i Jonasa. Od
Wittenbergi, gdzie podróż została rozpoczęta, wzdłuż Łaby do Torgau, potem na południowy zachód
do Weimaru i Jeny, dalej na południe przez Saalfeld i Coburg, gdzie Luter musiał przerwad podróż,
aby ujśd represjom Karola V, podczas gdy jego towarzysze jechali dalej przez Norymbergę do
Augsburga, gdzie obradował Reichstag. Dziś podróż tą trasą byłaby dla normalnego obywatela NRD
niemożliwa.

Luter zmobilizował język niemiecki i wystał go na front. Mimo wielu niespójności jego wizerunek
człowieka jest przecież w pełni spójny. „Jesteśmy żebrakami, to prawda” - tak brzmią ostatnie słowa
zapisane przez Lutra przed śmiercią. Pogląd ten jest antytezą antropologii marksistowskiej. „Oni nie
mają w ogóle pojęcia, czym jest człowiek” - powiedział mi luteraoski pastor; „oni” oznaczało tu
lokalnych funkcjonariuszy partii.

W obliczu ostatecznego kooca widad, że prawdę można atakowad, ale nie można jej zdławid -
pisał Luter -*...+ że przelękną się bezbożni, którzy poczynają sobie jak beztroscy zwycięzcy po
wygranej bitwie...

Tę ostatnią, znamienną metaforę można by odnieśd z powodzeniem do funkcjonariuszy


organizujących założycielskie zebranie Komitetu Obchodów Rocznicy Lutra w NRD - kadzących samym
sobie, nieustannie upewniających się o swoim zwycięstwie i nieroztropnie szczycących się, że w ciągu
32 lat zbudowali społeczeostwo, gdzie wyzysk człowieka przez człowieka został na zawsze zniesiony.
Weimar - duch Goethego

Wielka jest tajemnica języka; poczucie odpowiedzialności za język i za jego czystośd ma


charakter symboliczny i duchowy, nie wyczerpuje się bynajmniej na stronie artystycznej, ale
ma ogólny sens moralny; jest to kwintesencja odpowiedzialności, odpowiedzialności, którą
ponosi człowiek, także odpowiedzialności za własny naród, za jego obraz w oczach ludzkości,
a przyjmując na siebie tę odpowiedzialnośd doświadczamy nierozerwalnej jedności ludzkiego
bytu, przeżywamy problem człowieczeostwa jako całości i nikomu, zwłaszcza dziś, nie wolno
oddzielad kwestii duchowo-artystycznych od kwestii polityczno-społecznych ani zamykad się
przed tymi ostatnimi w wytwornych komnatach kultury; wobec tej prawdziwej totalności
człowieczeostwa każdy, kto próbuje „totalizowad” jakąś cząstkę spraw ludzkich, politykę czy
paostwo, popełnia zbrodnię.
Tomasz Mann w 1937 r.
Weimar różni się od wewnętrznej emigracji najwyżej urzędowym dostojeostwem emigranta.
Henryk Mann w 1938 r.

Spoziera przestraszony z dwudziestomarkowego banknotu, marszczy się frasobliwie, w szeroko


otwartych oczach widnieje zgroza. „Co ja tu robię?” - zdaje się pytad Johann Wolfgang Goethe,
wepchnięty między Klarę Zetkin na banknocie dziesięciomarkowym a Fryderyka Engelsa na
pięddziesięciomarkowym.

To, coś po ojcach odziedziczył w spadku,


Jeśli chcesz posiąśd, zdobądź jeszcze raz!
(przeł. Feliks Konopka)

- napisał; jakoż NRD nie odmówiła sobie tej zdobyczy. Gdy pierwszy obywatel NRD wystrzelony
w kosmos wrócił cało na ziemię swojej socjalistycznej ojczyzny, zasłużony funkcjonariusz z Weimaru
obwieścił, iż ów lot w przestrzeo był „czynem z ducha Goethego”. Goethe ma za zadanie uświetniad
„linię tradycji”. Został nie tylko zdobyty - stał się reklamówką.

Tę szczególną rangę Goethemu i Weimarowi nadali antyfaszystowscy ojcowie-założyciele NRD. Po


pierwszej wojnie niemieccy demokraci wybrali Weimar, aby ogłosid pierwszą niemiecką konstytucję -
opcja ta wydawała się oczywista. W lipcu 1945 r. niemieccy komuniści pośpieszyli wziąd Weimar
w posiadanie - jako symbol własnych wyobrażeo o „innych Niemczech”. W tym duchu Alexander
Abusch, dziekan ideologów NRD, znajdował w ostatniej scenie „Fausta” („Na wolnej ziemi z wolnym
ludem stad!”) odniesienie do wolnego, czyli naturalnie zjednoczonego niemieckiego narodu. W tym
duchu też cztery lata później zaproszono do Weimaru Tomasza Manna, by przemówił z okazji
dwóchsetnej rocznicy urodzin Goethego. Przemawiał jak zwykle, iskrząc się na wszystkie strony
ironią. Wizyta jego, powiedział, dotyczy dawnej ojczyzny jako całości. Na granicy zony pożegnali go
uroczyście przedstawiciele FDJ (ówczesnym przewodniczącym tej organizacji był Erich Honecker),
komuniści w NRD mogli się zaś szczycid, że Goethe XX wieku złożył im życzenia „szczęścia i wszelkiej
pomyślności”.
Najdobitniej wyraził się jednakże były minister kultury, Klaus Gysi, 28 sierpnia 1960 r., 219 lat po
przyjściu na świat Goethego i tydzieo po inwazji radzieckich czołgów na Pragę, powiedział ze sceny
weimarskiego Teatru Narodowego:

Wszystkie doświadczenia uczą nas, że linia tradycji jest sprawą najwyższej wagi duchowej
i politycznej dla teraźniejszości i jej rozwoju.

Następnie, spoglądając w kierunku Pragi, zilustrował, co właściwie ma na myśli:

Gdzie szukad tradycji na naszą miarę? Czy ma to byd Faust czy Gregor Samsa? Faust *...+,
człowiek, który uwiecznia się w swoim dziele, który ma historyczne prawo powiedzied o sobie
„w eonach zatrzed się nie mogą piętna stóp mych i ziemskich moich dni”? Czy też Kafkowski
Gregor Samsa, który pewnego dnia budzi się z niespokojnych snów zmieniony w potwornego
owada?

Wniosek oczywisty: duchowym ojcem praskiej wiosny jest Gregor Samsa, zaś demokratyczny
socjalizm ma wszelkie cechy monstrum. Gwoli prawdy przyznad trzeba, że znakomita obrona Kafki
podjęta przez Ernsta Fischera (np. w 1963 r. na poświęconej Kafce konferencji) była na pewno
jednym z ważniejszych źródeł inspiracji czeskiego ruchu reform.

Od uroczystości weimarskich i ducha Goethego Gysi przechodzi do praskiej „kontrrewolucji”. Widzi ją


w kontekście

światowej i historycznej walki, która rozgrywa się dziś między amerykaoską, imperialistyczną,
zdehumanizowaną kulturą manipulacji i komputerów *...+ a kulturą socjalistycznego
humanizmu.

O „militarnej pomocy” z 21 sierpnia powiedział:

Złudzenia zachodnioniemieckich i amerykaoskich militarystów zostały rozbite. Jak


niebezpieczne to złudzenia, nie tylko dla naszego narodu, ale dla całej Europy, dowiedli
zachodnioniemieccy militaryści w dwóch światowych wojnach.

(Dowiadujemy się przy sposobności, kto rozpoczął obie wojny światowe - zachodnio niemieccy
militaryści, innymi słowy RFN).

Jeśli Europa zażywa teraz najdłuższego okresu pokoju w epoce imperialistycznej,


zawdzięczamy to jedynie sile i potędze Związku Radzieckiego i krajów socjalistycznych.
Wszystko, co umacnia tę potęgę, służy pokojowi.

Trudno o bardziej jednoznaczne przesłanie.

Takie posługiwanie się pojęciem kultury w RFN jest nie do pomyślenia. „Kultura” w ustach ministra
NRD to oręż w światowej walce, element uzbrojenia socjalistycznego narodu. „Kulturę”
przeciwstawia się „barbarzyostwu”. Przymiotnik „barbarzyoski” pojawia się w nagłówkach prasy NRD
nader często: „barbarzyoscy strażnicy obozów koncentracyjnych przed sądem”, „barbarzyoscy”
Amerykanie w Wietnamie, „barbarzyoskie” stacjonowanie rakiet średniego zasięgu w RFN.
Szowinistycznym przeciwstawianiem „kultury” i „barbarzyostwa” szafowały w propagandzie oba
niemieckie rządy w obu wojnach światowych. Różnica polega nie tylko na tym, że dziś usiłuje się
wykorzystad „kulturę” w „walce o pokój” (ludzie zawsze prowadzili wojny w imię pokoju), ale raczej
na tym, że akcje militarne inicjowane są teraz przez Związek Radziecki, który broni kultury przed
barbarzyocą w rodzaju Dubczeka. Ze Związku Radzieckiego wywodzi się też inne osobliwe
zastosowanie pojęcia „kultury”, mianowicie przymiotnik „kulturvoll” - kulturalny, po rosyjsku
„kulturnyj” - który oznacza generalnie, iż dana rzecz cieszy się przychylnym uznaniem władz
paostwowych. „Kulturvoll” w odniesieniu do zakładu produkcyjnego może znaczyd na przykład tylko,
że zakład ów wyposażony jest w czyste toalety. „Twórcy kultury” zaś zobowiązani są zaś z innymi brad
udział w pochodzie pierwszomajowym oraz uczestniczyd w przygotowaniach do zjazdu partii.

Często pojawia się pytanie, czy zachodnioniemieckie środki masowego przekazu nie nadają artystom
NRD, zwłaszcza pisarzom przesadnie wysokiej rangi. Prawdą jest, że trzeciorzędni zgoła autorzy
zyskują niekiedy wielką popularnośd i cieszą się najlepszą opinią wyłącznie dlatego, że byli w NRD
„prześladowani”. Bez wątpienia informacje o najdrobniejszych trudnościach, z jakimi spotykają się
znani pisarze, muszą wywierad potężny efekt inflacyjny na ego owych pisarzy. Ale jest też wiele
dowodów na to, jak wiele czasu i uwagi poświęca malejącej gromadce swoich artystycznych talentów
kierownictwo NRD. Decyzję o wydawaniu bądź niewydawaniu Kafki podejmuje w pewnych
okolicznościach Biuro Polityczne. Decyzję, czy berlioski pisarz Klaus Schlesinger albo pieśniarka
Bettina Wegner mają otrzymad długoterminowy paszport, podejmuje osobiście pierwszy sekretarz.
Jak się wyraził Gysi w Weimarze, są to sprawy najwyższej wagi.

W krajach bloku wschodniego poeci są instytucją polityczną. Mogą stad się iskrą, która wznieci ogieo
rewolucji; tak jak na Węgrzech, gdzie powstanie w 1956 r. zaczęło się od protestów w Związku
Literatów i płomiennych przemówieo Tibora Déry w Kole Petöfiego; albo jak w Polsce w drugiej
połowie lat siedemdziesiątych, gdzie garstka intelektualistów skupionych przy KOR-ze doprowadziła
do wykrystalizowania się nasyconego roztworu niezadowolenia mas. Inny obcy władca, Napoleon,
zapowiadał w 1812 r.: „nie będę ani w Warszawie, ani w Krakowie, ani nigdzie indziej tolerował
żadnego klubu”. Dziś klubów literatów również nie należy lekceważyd.

Sama literatura ma w tych społeczeostwach, nawet w czasach normalnych, inną pozycję niż na
Zachodzie. W NRD, tak jak w Związku Radzieckim, literatura służy rozpowszechnianiu wiadomości
i krytycznych komentarzy do bieżących wydarzeo; na Zachodzie funkcję tę pełni radio, prasa
i telewizja. Cenzura dopuszcza w powieściach opinie, które nie mogłyby się ukazad w gazecie. Istnieje
precyzyjna gradacja rygorów cenzury. Na ogół artysta jest tym bardziej ograniczany w swobodzie
wypowiedzi, im większa publicznośd, do której dociera. Toteż tylko reżyserowi cieszącemu się takim
uznaniem i tak nieskalaną opinię jak Konrad Wolf (prezes Akademii Sztuki, stary komunista, były
oficer Armii Czerwonej, brat jednego z szefów resortu bezpieczeostwa) pozwolono utrwalid na taśmie
rzeczywistośd podwórek na Prenzlauer Berg i pokazad je szerokiej publiczności. Tymczasem autorzy
tacy jak Klaus Schlesinger i Joachim Walther od wielu lat opisywali to środowisko w powieściach oraz
nowelach i publikowali w NRD.

Faktem jest jednak, że pisarze NRD nigdy, ani indywidualnie, ani zbiorowo nie byli takim wyzwaniem
dla rządu jak ich polscy, węgierscy czy czescy koledzy. W NRD nie ma poważniejszej literatury
samizdatowej. Nie ma znaczących podziemnych biuletynów informacyjnych ani nieoficjalnych gazet.
Zastanawiając się nad przyczynami tego stanu rzeczy, warto za punkt wyjścia obrad niegdysiejszą
„duchową stolicę Niemiec” - Weimar.
Sam Goethe, z właściwą geniuszowi skromnością, porównywał Weimar do Betlejem w Judei - „małe
a wielkie”. „Przede wszystkim zadawałam sobie pytanie, jak Goethe mógł żyd w tej zabitej deskami,
strupieszałej wiosce” - napisała w 1854 r. angielska pisarka George Eliot. Podobne wrażenie mogą
odnosid w pierwszej chwili liczni „zachodni” goście zwiedzający Weimar dzisiaj. („Jeśli w przypadku
Weimaru wolno mówid o Wschodzie” - jak zauważył ironicznie Tomasz Mann w swojej mowie w 1949
r., co weimarska publicznośd przyjęła głośnymi oklaskami.) Gdy jednak zawrzemy z miastem bliższą
znajomośd, bez trudu wyczujemy, jaki duch go wypełnia; w domach Goethego i Schillera,
w klasycystycznych parkach Tiefurt, Belvedere i nad Ilmem oddycha się atmosferą, jakiej nie sposób
znaleźd w całych Niemczech Zachodnich. I tu dają o sobie znad konserwacyjne własności
wschodnioeuropejskiego socjalizmu. Wydaje się, że Weimar został hermetycznie zamknięty pod
szklanym kloszem.

Panuje tu duch życia wewnętrznego. W salach recepcyjnych domu Goethego uderza afektowany,
niemal filisterski eklektyzm, jakim tchnie niejedna stronica rozmów z Goethem Eckermanna. W
gabinecie natomiast staje się wobec czegoś wielkiego, ma się uczucie, jakiego musiał doznad Hebbel,
gdy oglądał prosty stół z surowych desek w małym, ascetycznym, niemal klasztornym pomieszczeniu
i zauważył: „Jest to jedyne pole bitwy, z którego Niemcy naprawdę mogą byd dumne”. W każdym
z przedmiotów - zebranych, jak podkreślał Goethe, nie „z kaprysu albo czyjejś namowy”, ale „zawsze
z zamiarem i myślą, by się systematycznie kształcid” - odbija się porządek weimarskiego klasycyzmu.
Niemiecki ideał „kształcenia się”, pogłębiania osobistej kultury ma tu swoją świątynię.

Dlatego po śmierci Goethego tak wielu uczonych, aktorów, filozofów, krytyków i artystów
przyjeżdżało do Weimaru - przypomnijmy na przykład Bauhaus z lat dwudziestych - aby tu pracowad
albo aby spędzid tu zmierzch życia, a potem, kto wie, zostad pochowanym na Starym Cmentarzu obok
Goethego, Schillera i setki innych osobistości epoki humanizmu. Spacer po tym cmentarzu jest
niejako wędrówką przez dwieście lat niemieckiej historii. Od grobowca książąt weimarskich niedaleko
wejścia idzie się pod górę, obok grobów rodzeostwa Lotty, obok marmurowego medalionu Szarlotty
von Stein aż do potężnego zaprojektowanego przez Gropiusa Pomnika Poległych w Marcu,
upamiętniającego klęskę zamachu Kappa; kawałek dalej, przesłonięte dyskretnym woalem zieleni,
widad rzędy zwykłych urn. Są to prochy z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, położonym
niedaleko stąd, na zboczu Etterberg.

Goethe często zachodził w tamtą stronę, aby spacerowad i rozmyślad. Tu napisał linijki „Nocnej pieśni
wędrowca”, które można dziś oglądad w zamku Kochberg, z dopiskiem Goethego: „Na zboczu
Etterberg, 12 lutego 76, przesłane Szarlotcie von Stein”; te same linijki, które Mildred Harnack, żona
jednego z wybitniejszych uczestników komunistycznego ruchu oporu, przetłumaczyła w nazistowskim
więzieniu na angielski, na krótko przez egzekucją.

Która z nieba ku nam spływasz,


Wszelki trud i boleśd koisz...
(przeł. Juliusz Kleiner)

Na zboczach Etterberg Goethe odbywał w pewien piękny jesienny ranek 1827 r. piknik
w towarzystwie wiernego Amanuensisa Eckermanna, oparty plecami o jeden z tych wspaniałych
dębów, które tak lubił.
Nie wiadomo, czy wielki stary dąb, rosnący na terenie obozu, należał do tych podziwianych przez
poetę drzew czy nie - w każdym razie w obozie zwano go dębem Goethego. Stanowił symbol.
Dyrektor buchenwaldzkiego muzeum opowiada, jak 24 sierpnia 1944 r. dąb zapalił się od bomby po
nalocie alianckim; jak ogromne drzewo płonęło do późna w nocy - niczym pochodnia „innych
Niemiec”; i jak rozwścieczeni tym esesmani chwycili w koocu za siekiery, żeby je zrąbad.
Komunistyczny pisarz Bruno Apitz wyrzeźbi! potem z kawałka dębu Goethego małą głowę cierpiącego
człowieka i nazwał ją „Das letzte Gesicht” - „Ostatnia twarz”.

Nie znam bardziej dobitnego symbolu nowożytnych dziejów Niemiec. Losy dębu Goethego stawiają
nas wobec swoiście weimarskiego pytania, które można porównad do pytania Małgorzaty z „Fausta”:
chodzi o niemiecką historię współczesną. Jak doszło do tej potwornej nieludzkości w społeczeostwie,
które wedle tradycyjnych kryteriów europejskich było społeczeostwem cywilizowanym i pod rządami
władzy, która działała w imię Kultury? Pytanie to nasuwa się przede wszystkim tutaj, na stopniach
świątyni humanizmu. Weimar, jak napisała kiedyś wielka dama literatury NRD, Anna Seghers, to
„najlepsze i najgorsze miejsce w niemieckiej historii”. Otóż problem, wobec którego stawia nas
niemiecka historia, to właśnie intymna bliskośd dobra i zła: jak to się dzieje, że świadectwa
najwyższych wzlotów ludzkości sąsiadują, tak jak w Weimarze, z przejawami najstraszliwszego
zdziczenia?

W obowiązującym w NRD wizerunku Weimaru nie ma śladu tej problematyki.

Weimar - czytamy w urzędowym przewodniku - jest miastem niemieckiego klasycyzmu


i antyfaszystowskiego oporu w Buchenwaldzie. Jednoczą się tu najbardziej wyraziście
humanistyczne tradycje i socjalistyczna praca dnia dzisiejszego.

Po cóż wspominad o innych sprawach... Podobnie w muzeum Buchenwaldu: ogranicza się ono niemal
wyłącznie do trzech głównych motywów dominujących w NRD-owskiej historiografii faszyzmu:
odpowiedzialny za powstanie nazizmu jest wielki kapitał, w ruchu oporu przemożną rolę odegrali
komuniści, a wreszcie dytyramb na cześd Związku Radzieckiego, który bez niczyjej pomocy wyzwolił
Niemcy. Liczne sążniste opisy poświęcono akcji więźniów Buchenwaldu, którzy wyzwolili się sami;
tylko w przypisie udało mi się znaleźd nawiasową wzmiankę, że cała ta częśd Turyngii faktycznie
wyzwolona została przez Amerykanów (nie zamierzam tu bynajmniej dyskredytowad odwagi,
samodyscypliny i międzynarodowej solidarności więźniów).

Buchenwald jest narodowym pomnikiem NRD, świątynią owej quasi-religii, jaką jest „antyfaszyzm” i z
której władza czerpie swój skąpy zasób rytuałów i prawomocności. „Zwycięstwo nad faszyzmem”
opisano trafnie jako coś w rodzaju „paostwowotwórczego mitu historycznego”. Żaden jubileusz nie
obejdzie się bez marsowych ceremonii i kadzidlanych przemówieo; żadna delegacja nie ominie
muzeum antyfaszyzmu. Dla przykładu: krótka relacja w Neues Deutschland z 13 czerwca 1979 r.:

Delegacja wietnamskich bohaterów walki wyzwoleoczej odwiedziła *...+ Buchenwald.


Składając wieoce uczciła zamordowanych w byłym obozie koncentracyjnym 56 000 więźniów
*...+. W trakcie rozmów z bojownikami antyfaszystowskiego oporu, którzy byli więzieni w tym
obozie, goście zostali poinformowani o straszliwych rozmiarach nazistowskiego
barbarzyostwa. Wyrazili swoją głęboką solidarnośd z ofiarami.
Byd może naprawdę tylko Wietnamczycy i Kampuczanie podzielają owe niemal patologiczne
przywiązanie do własnej historii cierpieo i męczeostwa, jakie cechuje obecne pokolenie przywódców
NRD.

Żaden gest nie wyraziłby lepiej przyjaznych stosunków w lodowatych czasach niż osobista wizyta
Klausa Böllinga w Buchenwaldzie wkrótce po tym, jak objął stałe przedstawicielstwo RFN w NRD.
Niewielu też z dzisiejszego kierownictwa miałoby mu za złe, że złożył wieniec ku czci Rudolfa
Breitscheida, posła z ramienia SPD; nawet jeśli tablica upamiętniająca Ernsta Heilmanna, również
posła SPD, milcząco utrwala legendę, iż SPD odmawiając sojuszu z KPD, jest współodpowiedzialna za
dojście do władzy Hitlera.

Jego śmierd - czytamy na tablicy - przypomina wciąż na nowo tę ważną naukę: faszyzm może
zdobyd władzę tylko wtedy, gdy klasa robotnicza jest podzielona.

Ale Buchenwald niesie dwojaką naukę: bezpośrednio po zakooczeniu wojny władze radzieckie nadal
wykorzystywały to miejsce jako obóz koncentracyjny. Eugen Kogon, więzieo Buchenwaldu za czasów
Hitlera, pisze w koocowym rozdziale książki „Der SS-Staat”:

Dla wszystkich ludzi dobrej woli, którym leżało na sercu dobro ogółu, podobieostwo było
zastraszające. Pod koniec 1947 i na początku 1948 roku pytałem komunistów, z którymi przez
lata siedziałem w Buchenwaldzie, oraz przywódców panującej we wschodniej zonie Partii
Jedności, również byłych więźniów politycznych, co naprawdę sądzą o takim rozwoju
wydarzeo. Niektórzy uważali za rzecz oczywistą, że niebezpiecznych przeciwników
politycznych trzeba zamykad i unieszkodliwiad; przyznawali otwarcie, że ich metody nie
różnią się pod tym względem od metod narodowego socjalizmu.

Niemal identyczną opinię o metodach tajnej policji sprzed roku 1945 i z czasów późniejszych
usłyszałem od pewnego NRD-owskiego historyka. Cel uświęca środki.

Oceniad jednakowo wszystkich przywódców NRD byłoby wyrazem złej woli; błędem byłoby też
stawiad ich poczynania na tej samej płaszczyźnie, co poczynania radzieckich okupantów z lat tuż po
wojnie. Ale stanowisko skrajnie przeciwne budzi pewien niepokój. Fakt, że Erich Honecker spędził
dziesięd lat w hitlerowskim więzieniu, wyjaśnia byd może, dlaczego gotów jest pakowad do tego
samego więzienia swoich przeciwników - nie jest to jednak usprawiedliwieniem. Słynny socjolog Karl
August Wittfogel, wspominając okres, jaki sam spędził za drutami hitlerowskich obozów,
podsumowuje ten typ myślenia w podziękowaniu zamieszczonym w książce „Der Orientalische
Despotismus”:

Moja ostatnia myśl zwraca się ku tym, którzy tak jak ja musieli przejśd przez piekło
absolutnego terroru. Niektórzy spośród nich oczekiwali wielkiego przełomu, który uczyni ich
strażnikami i panami tam, gdzie byli więźniami i ofiarami. Protestowali nie przeciwko
totalitarnym środkom, ale przeciwko celom, do jakich były używane.

Kiedy więc Tomasz Mann przybył do Weimaru, aby wygłosid uroczystą prelekcję z okazji dwóchsetnej
rocznicy urodzin Goethego, Eugen Kogon w liście otwartym apelował do niego o „publiczne
milczenie” w Weimarze, jeśli nie chce ściągnąd na siebie „nienawiści 12 000 więźniów politycznych
w odległym o osiem kilometrów obozie koncentracyjnym Buchenwald”. Mann nie milczał. Nie
wiadomo też nic o tym, jakoby ów Goethe XX w. złożył następnie publiczny bądź prywatny protest
w tej sprawie. Był to rzeczywiście postępek w duchu Goethego; a przecież właśnie duch Goethego
znalazł w Mannie swego najbardziej wymownego krytyka. Zastanawiając się nad „doskonałą
obojętnością” Goethego wobec wojen o wyzwolenie Niemiec w 1813 roku w prelekcji wygłoszonej w
1945 roku Mann powiedział:

Działa tu jakieś przekleostwo, jakaś klątwa, tragizm, który wyraża się także i w tym, że nawet
powściągliwa postawa Goethego wobec politycznego protestantyzmu, wobec ludowej
demokracji prostaków - że nawet ta postawa dla narodu, a zwłaszcza dla tej jego części, która
nadawała ton w dziedzinie duchowej, dla mieszczaostwa, była głównie potwierdzeniem
i pogłębieniem luteraoskiego dualizmu wolności duchowej i wolności politycznej, że
uniemożliwiła poszerzenie niemieckiego pojęcia kultury - kształcenia - o pierwiastek
polityczny.

Niewątpliwie zachodzi związek między goethaoskim kultywowaniem życia wewnętrznego, wizją


pewnego duchowego stanu, który niezależny jest od poczynao publicznych, a tolerancją, jaką
okazywało wykształcone mieszczaostwo niemieckie wobec nazistowskich bestialstw. Mieszczaostwo
nie powinno odtąd „chowad głowy w piasek spraw nadziemskich” - pisał Mann, ironicznie cytując
Nietzschego w sławnej „Opcji na rzecz socjalizmu” z 1933 r.

A socjalizm to nic innego, tylko podjęta w poczuciu obowiązku decyzja, że wobec pilnych
wymogów materii, wobec wymogów zbiorowego życia społecznego, nie wolno chowad głowy
w piasek spraw nadziemskich, ale należy skłonid ją w stronę tych, którzy chcą nadad sens -
ludzki sens - ziemi. W tym sensie jestem socjalistą.

Fragmenty takie jak powyższy pozwoliły NRD, chod nie bez zastrzeżeo, do szczupłego szeregu
socjalistycznych przodków włączyd nawet Tomasza Manna.

Warto zastanowid się, w jakiej mierze ów element niemieckiej kultury i - jak powiedział Mann -
„niemieckiej wizji człowieka”, ukształtowanej głównie przez niemiecką filozofię idealistyczną, ciągle
jeszcze ma znaczenie dla niemieckich pisarzy - co może jeszcze ważniejsze - dla niemieckiej
publiczności czytającej. Otóż, jak mi się zdaje, duch ten nadal jest żywy. Wydaje się, że wysoce
znacząca mniejszośd obywateli NRD ucieka przed totalitarnymi roszczeniami paostwa w stan
klasycznej „wewnętrznej emigracji”. Stają po stronie Yogi przeciwko Komisarzowi. Karmią się
niemiecką muzyką (przede wszystkim muzyką, tą najbardziej tajemniczą, najbardziej niejednoznaczną
i neutralną dyscypliną artystyczną - sztuką, którą Mann przypisał swemu doktorowi Faustusowi),
malarstwem, literaturą i poezją sprzed 1945 roku. Nie jest przypadkiem, że dzieła Ernsta Barlacha,
owoce głębokiej, rozpaczliwej wewnętrznej emigracji z czasów III Rzeszy są w NRD czytane z głębokim
zrozumieniem i cenione.

Ponadto znaczna częśd literatury NRD odzwierciedla i podbudowuje zwrot ku życiu wewnętrznemu.
W literaturze ostatniej dekady podobne tony rozbrzmiewają coraz powszechniej i donośniej, wielu
pisarzy zwątpiło w szanse przekształcenia społeczeostwa poprzez krytyczne pisarstwo. „Wszyscy
ponieśliśmy straty” - zaczyna się poruszający wiersz Ewy Strittmatter, w którym wciąż na nowo
powraca temat samotności i wyobcowania, tak reprezentatywny dla tego świata:

Wszyscy ponieśliśmy straty,


nie łudź się: także ty i ja.
Przyszliśmy na świat otwarci.
Dziś przed tym i owym
zamykamy drzwi.

Chod założenia tej poezji najdalsze są od komunizmu, Ewa Strittmatter jest nie tylko publikowana, ale
wynoszona pod niebiosa przez oficjalny literacki establishment NRD; tego rodzaju literatura nie jest
dla paostwa poważnym zagrożeniem. Jak powiedziano, w praktyce paostwo nie usiłuje już
kontrolowad, co robi jednostka za szczelnie zamkniętymi drzwiami, dopóki jednostka ta wykazuje
gotowośd do konformizmu w życiu publicznym.

Innymi słowy, podwójne życie, które uznaliśmy za typowe dla tego społeczeostwa, pasuje jak ulał do
klasycznej formy niemieckiej kultury, gdzie wewnętrzne, osobiste kształcenie się i doskonalenie
człowieka oddzielone jest od zewnętrznej politycznej aktywności obywatela. Pamiętam pewnego
wykształconego studenta medycyny, człowieka wierzącego, żyjącego muzyką Bacha, opowiadaniami
Tomasza Manna, malarstwem Cranacha. Jego ustępstwo na rzecz zewnętrznego konformizmu
polegało na aktywności w sekcji kultury FDJ na uniwersytecie. Zdawał sobie jednak jasno sprawę
z tego, jaką moralną akrobatykę to za sobą pociąga. Cóż miał na przykład zrobid, gdy na uniwersytecie
zwołano zebranie, aby przedyskutowad sprawę Biermanna, kiedy pieśniarz został w listopadzie 1977
r. pozbawiony obywatelstwa? Milczenie było niemożliwe. Tak jak przy wyborach wstrzymanie się od
głosu odczytano by jako głos przeciw, czyli w tym przypadku za Biermannem. Musiał coś powiedzied.
Mój znajomy mówił krótko i zwięźle, starał się dobierad słowa możliwie niezobowiązujące i niejasne -
postawa, jaką przedstawia ironicznie Tucholsky w małej satyrze na „Wieś Berlin”:

Wiejskie dzieci śpieszą do szkoły i wkrótce z okien rozbrzmiewa chór dziecięcych głosików:
„Francuzów pobijemy dzielni bohateroooowie...!” Panie profesorze - odzywa się mały Otto -
czy mogę wyjśd, bo pękł mi kompromis! Potem śpiewają dalej.

Prywatnie student w NRD śpiewa piosenkę Biermanna „Dla dodania otuchy”:

Zahartowad się nie daj


Gdy czasy są ze stali
Kto zbyt twardy, ten pęka,
Kto zbyt ostry, wystaje
I ukruszy się wnet.

Nie gódź się na milczenie


W czasach kamiennej ciszy.
Drzewa się zazielenią,
Chodź ze mną, przyjacielu,
Niech wszyscy to usłyszą.

Pięd lat, jakie upłynęły od „afery Biermanna”, pokazało, że w krajobrazie kultury NRD niewiele można
znaleźd powodów do otuchy: zielonych pączków przynajmniej na razie nie widad. Na początku epoki
Honeckera wielu utalentowanych artystów, którym nowy pierwszy sekretarz dodał otuchy
oświadczając, że dopóki artysta stoi na stanowisku socjalizmu, nie może byd żadnych tabu dla sztuki
i literatury, zajęło się realnymi problemami swego społeczeostwa. Mam tu na myśli przede wszystkim
„Nowe cierpienia młodego W.” Ulricha Plenzdorfa oraz „Niedokooczoną historię” Volkera Brauna;
obie pozycje zostały oficjalnie opublikowane, jakkolwiek Braun ukazał się tylko w elitarnym
czasopiśmie literackim Sinn und Form, którego nakład wynosi 10 000. Z dzisiejszej perspektywy okres
ten ukazuje się jako szczytowy moment odwilży w kulturze - wręcz fala upału w porównaniu z tym, co
nastąpiło potem. Dla kierownictwa NRD, któremu spadły na głowę problemy gospodarcze, kryzys
paliwowy, wynikłe z polityki wschodniej RFN kłopoty z uprawomocnieniem oraz Helsinki,
temperatura była i tak zbyt wysoka. Postanowiono znowu przykręcid śrubę. Krótka, gwałtowna burza
protestów, wywołana aferą Biermanna - z całego kraju napływały niezliczone listy protestacyjne,
przede wszystkim słynny „list dwunastu”, podpisany przez najwybitniejszych pisarzy - wprawiła
przywódców w zdumienie. Ograniczenia nakładane na kulturę mimo to na ogół przynoszą znakomite
efekty polityczne.

Zastanawiające jest nie to, że w zimie 1976 r. doszło do aż tak gwałtownego protestu, ale raczej, że
protest ten był tak krótkotrwały i miał tak łagodny przebieg. Nasuwa się tu porównanie ze sprawą
„Dziadów” w 1968 r. w Warszawie. Dramat Mickiewicza, jedno z najwybitniejszych dzieł polskiej
literatury, mówi o Polakach pod rosyjskim zaborem w XIX w. Naszpikowany jest zdaniami w rodzaju
„z Moskwy w Polskę nasyłają samych łajdaków”, które aktorzy, przy głośnym aplauzie, szczególnie
akcentowali.

Z podobnymi przejawami „opozycji między wierszami” albo „duchowego oporu”, można się też
spotkad w teatrach NRD. Nazwałbym to „efektem Markiza Posy”; słynna kwestia markiza w „Don
Carlosie” Schillera - „daj wolnośd myśli” - wywołuje nieodmiennie aplauz. Obserwowałem to zjawisko
w czasie przedstawienia „Fausta”, gdy zazwyczaj nieistotne linijki wypowiadane przez rozbawionego
studenta w piwnicy Auerbacha, zostały nasycone maksimum treści. Altmayer krzyczy: „Niech żyje
wolnośd” - pełna zadumy pauza - głośne brawa - aktor zbliża się do rampy, zgarbiony, z wyrazem
rezygnacji - „Niech żyje wino”. Zapewne Goethe nie myślał o podobnej interpretacji.

Podobnie w spornej inscenizacji dramatu Büchnera „Leonce i Lena” w berlioskim teatrze Volksbühne.
Na scenę gramoli się kilku bełkoczących, niedowidzących staruchów. „Jesteśmy radą paostwa”
intonują tremolującym chórem. Szalone oklaski. Rada Paostwa NRD nie czuła się specjalnie
ubawiona, również przewodniczący Erich Honecker nie był zachwycony, gdy niektórzy widzowie
dopatrywali się go w Büchnerowskim „Królu Piotrze z krainy Popo”. Szczególnie i w sposób aż nadto
wyraźny zaakcentowano mowę abdykującego króla, gdzie padają słowa: „Oto uroczyście składam
rządy w twoje ręce, mój synu, a sam będę mógł odtąd spokojnie oddad się myśleniu”.

Jednym z bardziej spektakularnych przykładów użycia klasyki dla zakomunikowania współczesnych


treści była inscenizacja „Baśni zimowej” Heinego w 1974 r. w Deutscher Theater w Berlinie
Wschodnim.

A w głowie książek pełno mam!


Słyszycie świergotanie?
W czaszce mej gniazdko uwiły swe
Książki do skonfiskowania.

- oto słowa Heinego na niemieckiej granicy; ale głębokie westchnienia publiczności świadczą o tym,
że podobny stan ducha przeżywa wielu obywateli NRD, którym nigdy nie było dane przekraczad tej
granicy wracając z Paryża.
I znowu rzędy pruskich wojsk
Tu zmian nie widzę żadnych *śmiech+
Bo zawsze świoski u nas pysk
Przystroją liście lauru *gromki śmiech+
[...]
Stąpają dumnie prężąc pierś
Sztywno wyprostowani,
Jakby połknęli w koocu kij,
którym byli bijani.

Zdawało się niemal, że słychad dobiegające z widowni „Au!”, gdy Heine uderzył ponownie; tym razem
był to jak gdyby cios wymierzony w samych obywateli NRD.

W styczniu 1968 r. polskie władze, na nalegania radzieckiej ambasady w Warszawie, zdecydowały się
zawiesid spektakl „Dziadów” w Teatrze Narodowym. Ostatnie przedstawienie 30 stycznia przerodziło
się w podniosłą demonstrację. Po ostatnim akcie oklaski trwały ponad pół godziny, śpiewano hymn
narodowy. Na zewnątrz zebrały się tłumy, ściągnięte przez studenckich aktywistów, między innymi
młodego Adama Michnika. Przemaszerowano pod niedaleki pomnik Mickiewicza. Tam doszło do
starcia z policją. Aresztowano 35 osób. W dwa dni później została ogłoszona petycja o następującym
brzmieniu:

My, młodzież studiująca Warszawy, protestujemy przeciwko decyzji, zakazującej wystawiania


w Teatrze Narodowym dramatu Adama Mickiewicza „Dziady”. Protestujemy przeciwko
polityce odcinania się od postępowych tradycji narodu polskiego.

(Jeśli zaś chodzi o tę „linię tradycji”, doprawdy nie sposób jej przecenid). W ciągu dwóch tygodni
zebrano ponad 3000 podpisów. Wrzenie wśród studentów ogarniało cały kraj. Ponadto Związek
Literatów wydał ostro sformułowaną rezolucję, która nie tylko wspierała protest studentów, ale
zajmowała się też całą kwestią cenzury.

Zimą 1976/77 „Zimowa baśo” została skreślona z repertuaru. Nie trzeba szczególnej przenikliwości,
by powiązad to z faktem, że główny odtwórca i współreżyser, Eberhard Esche, oraz jego koledzy tak
bardzo wzięli sobie utwór Heinego do serca, że ośmielili się poprzed protest przeciwko wydaleniu
Biermanna. Były to więc niemieckie „Dziady”, zapewne najwybitniejsze dzieło poety, którego NRD
w pierwszym rzędzie wpisała na listę swoich duchowych przodków. „Proszę tylko porównad, jak
traktuje się Heinego w Düsseldorfie, a jak w NRD” - wyraził się minister kultury i patron lipskich
targów książki, Klaus Höpcke w wywiadzie udzielonym w maju 1980 r. zachodnioniemieckiej gazecie.

W NRD postawiono mnóstwo pomników Heinego, szkoły, ulice i nagrody nazywane są jego
imieniem, jego dzieła ukazują się w milionowych nakładach, a tymczasem, o ile mi wiadomo,
w RFN jedynie w Düsseldorfie znajduje się pomnik Heinego, wzniesiono go ze wstydem po
wieloletnich dyskusjach, a w dodatku - jak na urągowisko - projektował go człowiek
nazwiskiem Arno Breker!

W tej sytuacji doprawdy przykro byłoby sprowokowad w stolicy NRD publiczną dyskusję na temat
karnego zawieszenia „Baśni zimowej”.
Tymczasem nie nastąpiło nic. Żadnych protestów ze strony publiczności. Żadnych studenckich
demonstracji. Uniwersytet Humboldta trwał w uśpieniu. Pomniki Heinego pozostawiono gołębiom
i policjantom. Może jedynie jakiemuś zdziwaczałemu teatromanowi marzył się gest protestu, tak
pięknie opisany przez Heinego:

Z cesarzem wdałem się był w spór.


W marzeniach, rzecz jasna, we śnie.
Na jawie nie gadamy wszak
Z władcami tak niegrzecznie.
Śniąc tylko, piękne snując sny
Ośmielą im się Niemcy
Wyjawid wprost, co na dnie tkwi
Duszy wiernopoddaoczej.

Pozycję krytycznego albo „opozycyjnego” pisarza w NRD utrudnia wreszcie postępujące


ubezwłasnowolnienie czytającej publiczności. Pisarz NRD-owski nie może - jak w Polsce czy na
Węgrzech - liczyd na naturalnych sprzymierzeoców wśród studentów. Jego czytelnicy są przeważnie
równie samotni i pozbawieni społecznego oparcia, jak on. Pojęcie „ubezwłasnowolnienia” jest zresztą
kluczowym pojęciem dla zrozumienia NRD. Znakomicie odmalowuje ten proces nieduża książeczka,
opublikowana w 1976 r. (w roku wydalenia Biermanna) na Zachodzie - „Die wunderbaren Jahre”
(Cudowne lata) Reinera Kunzego. Książka ta wyróżnia się na tle całej twórczości młodszego pokolenia
lapidarną dobitnością, z jaką unaocznia codzienną rzeczywistośd NRD, niczym przez powiększające
szkło. Znajdujemy tu też kolejny przykład na to, że „linia tradycji” jest sprawą politycznie ważną oraz
że niekoniecznie musi służyd władzy. W rozdziale zatytułowanym „Dziedzictwo” Kunze pisze:

Coraz częściej prześladuje mnie sen, że znowu chodzę do liceum. Raz - jedyny raz - zdarzyło
mi się żałowad, że jest to tylko sen. Temat pracy domowej brzmiał: „Dlaczego musimy sobie
krytycznie przyswoid Goethego - pokaż na przykładzie”, a nauczyciel powiedział, że akcent
pada na słowo „krytycznie”. Bardzo chciałbym napisad takie wypracowanie. Jako przykład
wybrałbym „Rozmowy z Goethem” Eckermanna...

12 marca 1828 r. Goethe podzielił się z Eckermannem niemal profetyczną obserwacją:

Wystarczy wyjrzed przez okno w naszym kochanym Weimarze, aby przekonad się, jak u nas
rzeczy stoją. Kiedy *...+ dzieci z mego sąsiedztwa chciały na ulicy wypróbowad saneczki, zaraz
zjawił się policjant i widziałem, jak biedne skrzaty umykały co sił w nogach. Obecnie [...]
widzę je stale onieśmielone, jak gdyby czuły się niepewne i obawiały, że lada chwila nadejdzie
znów jakiś dostojnik policyjny *...+. Wszystko u nas zmierza do tego *odtąd cytuje Kunze+, aby
naszą kochaną młodzież zawczasu wytresowad, tępiąc w niej wszystko, co naturalne,
oryginalne czy bujne, tak że w koocu nic jej nie pozostaje, jak stad się filistrami3.

Już w 1974 r. kieszonkowe wydanie słownika pisarzy NRD podało, że Kunze zajmuje stanowisko
typowe dla

3
Cyt. za polskim wyd. j.w.
krytycznego indywidualisty *...+, który odzwierciedla stosunek między jednostką
a społeczeostwem w sposób niedialektyczny, co umniejsza wagę i osłabia wartośd
artystyczną twórczości.

Publikacja „Cudownych lat” pociągnęła za sobą jeszcze surowszą karę: Kunze został wykluczony ze
związku pisarzy. Pewien funkcjonariusz starej daty groził, że tego, co go jeszcze czeka, Kunze nie
przeżyje. W niecały rok potem, kiedy wskutek ostentacyjnych szykan dalsze życie w NRD stało się nie
do zniesienia, poeta przeniósł się na Zachód. Dziś mieszka w Bawarii, niedaleko od rodzimego
Vogtlandu.

Kunze jest wyjątkiem, który potwierdza regułę. Jest człowiekiem, który w przykładowy sposób łączy
stronę duchowo-artystyczną i polityczno-społeczną. Jest pisarzem, który na krótko stał się ośrodkiem
skupienia młodzieżowej opozycji. Po liście protestacyjnym, jaki Kunze napisał w sprawie inwazji na
Czechosłowację, coraz więcej młodych ludzi odwiedzało małe mieszkanie w odległym Greiz, gdzie
Kunze mieszkał ze swoją żoną Czeszką. Jego utwory krążyły w ręcznych odpisach, było to coś na
kształt prymitywnego samizdatu. Kunze z przyjemnością cytuje słowa, w jakich scharakteryzował go
Milan Kundera - „najbardziej słowiaoski Niemiec, jakiego znam”. Jego poglądy na rolę pisarza
odpowiadają najpełniej koncepcjom Sołżenicyna. Pisarz - powiada jedna z postaci u Sołżenicyna -
powinien byd „czymś w rodzaju drugiego rządu”.

Po wyjeździe Kunzego delikatne kiełki opozycji zmarniały. Kiedy spotkałem go w sierpniu 1978 r.,
pokazywał mi pocztówki, jakie otrzymuje od wielbicieli z NRD, przeważnie wysyłane anonimowo z
Pragi albo Budapesztu. „Teraz milczymy już nawet w cztery oczy” - napisane było na jednej z nich.
Kunze dowiedział się niedawno o sprawie Burgharta Güntera, inżyniera z Eisenhüttenstadt,
skazanego przez sąd NRD na sześd lat więzienia. Oskarżono go o to, że przyczynił się do powstania
„Cudownych lat”, poznał bowiem Kunzego z pewnym młodym człowiekiem, który opowiedział mu
o swoich doświadczeniach.

W tym okresie w NRD starano się z wielkim zapałem tępid wszystko, co było kamieniem obrazy dla
władz. Wielu pisarzy (a także aktorów i reżyserów teatralnych), którzy solidaryzowali się z
Biermannem, szykanami zmuszono do emigracji. Najlepiej określa te praktyki pojęcie Berufsverbot -
zakaz wykonywania zawodu. Taki los spotkał między innymi dramatopisarza Thomasa Brascha,
poetkę Sarach Kirsch, prozaika Hansa-Joachima Schädlicha.

Byd może ekipa kierownicza NRD zorientowała się, że jeśli wyłupie wszystkie oczy, pewnego dnia
sama przestanie widzied. Może przestraszona skandalem bała się tylko o swój międzynarodowy
prestiż, nad którym tak się trzęsie. Tak czy inaczej po roku 1979 zdecydowano się na pewne
ustępstwa i autorom takim jak Jurek Becker, Klaus Schlesinger i Günter Kunert dano długoterminowe
paszporty.

Jednakże co się tyczy oddziaływania na publicznośd, nic się raczej nie zmieniło. Utalentowani pisarze
nadal nie mają kontaktu z czytelnikami. Winę za ten stan rzeczy ponoszą przede wszystkim dwa
czynniki.

Po pierwsze, utwory z punktu widzenia władzy niepożądane są dla czytelników niedostępne. Nawet
książki opublikowane w NRD rzadko mogą doczekad się nowych wydao. W kraju, gdzie pierwszy
nakład książki znanego autora zostaje rozkupiony w ramach „szarego rynku”, zanim jeszcze się ukaże
(gdy chodzi o zdobycie rzadkich artykułów, powszechną praktyką w bloku wschodnim są prywatne
zamówienia), w kraju, gdzie zagorzały czytelnik jedzie wiele kilometrów do jakiegoś małego
miasteczka, ponieważ w tamtejszej księgarni (skutki idiotycznego systemu centralnego planowania)
może dostad dwadzieścia egzemplarzy nowej powieści, za którą w stolicy ludzie się zabijają - w takim
kraju blokowanie nowych wydao jest skutecznym mechanizmem kontroli. Natomiast książki autorów
NRD-owskich, które ze względu na nieprawomyślne treści wychodzą tylko w Niemczech Zachodnich,
są dostępne jedynie w specjalnych działach bibliotek, znanych powszechnie pod nazwą „dział
trucizny”.

Dział trucizny Paostwowej Biblioteki w Berlinie Wschodnim to mała, dyskretna czytelnia, oficjalnie
zarezerwowana dla „specjalistycznych badao literackich”. Uprzywilejowany czytelnik, jeśli po
okazaniu specjalnej przepustki uzyska wstęp, może znaleźd tam wszystko, co zdaniem NRD nie
powinno wpaśd w ręce jej dzieci. „Collin”, znakomita powieśd Stefana Heyma o nierozliczonej
stalinowskiej przeszłości oraz o bezpiece, stoi tuż obok biografii Hitlera pióra Johna Tolanda. W
oszklonych szafkach rzędy oprawnych roczników Spiegla i Sterna koegzystują pokojowo z kompletami
Völkischer Beobachter; „Handbuch des Preussischen Staates” z 1933 r. sąsiaduje z who is who
Radzieckiej Strefy Okupacyjnej, książka Havemanna z „Mein Kampf”. Zgodnie też siedzą w czytelni
obok siebie komunistyczny profesor z Indii, niepewnie czytający Timesa, i wyższy oficer pułku gwardii
im. Feliksa Dzierżyoskiego, który wolno i z poważną miną przerzuca piętrzący się przed nim wielki stos
Sterna oraz zeszytów zatytułowanych Technika obronna. Czasem oblizuje sobie wargi, zaciska kolana
- trochę jak podstarzały finansista w sklepie z artykułami porno.

Funkcjonowanie owych „działów trucizny” stanowi jeden z najlepszych znanych mi argumentów


przeciwko zakazywaniu wszelkiego typu literatury (także nazistowskiej) przez paostwo. „Collina”
zamyka się tu w imię tych samych paostwowych pryncypiów, co „Mein Kampf”. Trzymanie tych
książek pod kluczem jest tylko drobnym, chod znaczącym przykładem „ubezwłasnowolnienia”,
o którym była mowa. NRD stawia na głowie Adorno i praktykuje wychowanie do niedojrzałości;
nieprzypadkowo większośd prac szkoły frankfurckiej (zwłaszcza Herbert Marcuse) ląduje prosto w
„działach trucizny”.

Oczywiście pewna liczba książek zachodnioniemieckich przedostaje się przez granicę, jakkolwiek
pruscy celnicy robią wszystko, aby do tego nie dopuszczad. Jednakże autorzy NRD-owscy, którzy
aktualnie mieszkają na Zachodzie, nie przemawiają już do swoich czytelników na Wschodzie, nawet
jeśli dzieła ich są tam dostępne. Dlaczego tak się dzieje? Wymienid można dwie przyczyny. Po
pierwsze - sposób, w jaki pisarze ci traktowani są na Zachodzie, po drugie - psychiczne warunki,
w jakich zostali uformowani na Wschodzie, oraz nawyk uprawiania w literaturze swoistej zabawy
w chowanego. W rezultacie nasuwa się pytanie, czy książki pisarzy „emigracyjnych” stanowią jeszcze
jakiekolwiek niebezpieczeostwo dla NRD.

Bez wątpienia władze mają powody, by konfiskowad pierwsze zachodnie produkcje tych pisarzy,
powstałe bezpośrednio przed fizyczną przeprowadzką albo tuż potem - w czasie, gdy dokonuje się
przeprowadzka duchowa. To, co można by nazwad gatunkiem „sowy Minerwy” w niemiecko-
niemieckiej literaturze, obejmuje zapewne najciekawsze rzeczy napisane w ostatnich latach. Należą
do tej kategorii między innymi „Cudowne lata” Kunzego, „Niemcy. Baśo zimowa” Biermanna -
swoiste, raczej prostackie naśladowanie z Heinego, autobiograficzna opowieśd aktora Armina
Mueller-Stahla pod tytułem „Verordneter Sonntag”, tom prozy „Verspätete Monologe” Güntera
Kunerta. Rzeczywistośd społeczna oglądana jest tu przez lupę - do takich oględzin cenzura nigdy by
nie dopuściła. Ale autorzy zmagają się też z problemem własnej tożsamości. „Czym jesteśmy, kim
jesteśmy?” - tytułuje Kunert jeden z tekstów; w innym zastanawia się nad niemożnością zasypania
„biegnącej przez Niemcy przepaści”. Niektórzy, jak Hans Magnus Enzensberger przed kilku laty,
dochodzą do wniosku, że „naszą tożsamością jest rozdarcie”. Nie wiadomo na razie, czy rozdarcie
okaże się też pożywką dla dalszej twórczości.

Byli pisarze NRD-owscy nierzadko miotają się jak ryby bez wody. Ich artystyczne i osobiste trudności
zdają się wynikad z ich opozycyjnej historii. Jak już wspomniano, zachodnie środki przekazu wynoszą
pod niebiosa wielu (przeważnie młodych) autorów tylko dlatego, że autorzy ci z powodu tego, co
pisali, mieli w NRD kłopoty. Biermann wyraża to dosadnie:

Gdy po tej stronie krechę masz


Tam czekają wawrzyny
Pan Springer chwyta każdą dłoo,
Którą Ulbricht ucina.

Nie trzeba podkreślad, że przyzwoity człowiek nie zawsze jest dobrym poetą. Zwłaszcza w Niemczech
odwaga cywilna rzadko szła ręka w rękę z talentem artystycznym. Ale nawet Reinerowi Kunzemu,
który łączy wysokiej rangi kunszt z etyczną postawą w polityce, trudno jest pisad bez jednoznacznego,
natrętnego wyzwania, jakim jest represyjny system. Jakkolwiek brzmi to paradoksalnie, cenzura
zarazem ułatwia i utrudnia pozycję pisarza. Pisarz skupia całą energię na jednym tylko celu, zamiast
rozpraszad się na tysiące różnych celów, jakie przyciągają jego uwagę w pluralistycznym
społeczeostwie. Całą inwencję obraca na przemycanie posłao, ukrytych w podwójnym dnie alegorii
albo pod płaszczykiem historyczno-literackich aluzji, tak aby nie wychwycił ich czujny wzrok celników
literatury. Wszystkie te ograniczenia mogą pobudzad talenty, tak jak pobudzające bywają rygory
narzucane przez tradycyjną formę, na przykład sonet w poezji czy sonatę w muzyce. Bieda rozwija
pomysłowośd. Wreszcie już sam fakt, że autor zdołał przeszmuglowad swoje myśli pod nosem
cenzury, przyjmowany jest przez przyjaciół i czytelników z podziwem i entuzjazmem. Pisarz znajduje
się w korzystnej sytuacji, gdy może pisad przeciwko czemuś. Jedna z najlepszych pozostałych w NRD
autorek, Christa Wolf, wyraziła się, iż bez „oporu”, jaki napotyka praca pisarza na Wschodzie, chyba
nie umiałaby pisad.

Za wcześnie jeszcze na ocenę, czy jej dawni koledzy dorośli do wymogów pisania na wolności.
Zapewne niektórzy ulegną pokusie, której najwyraźniej nie oparł się Wolf Biermann. Jak gdyby chcąc
udowodnid, że władze NRD popełniły błąd wydalając go, Biermann na łeb na szyję rzucił się
w działalnośd opozycyjną w RFN. Ogłosiwszy, że za nic w świecie nie chciałby byd „zawodowym
dysydentem”, który krytykuje stosunki na Wschodzie, stał się zawodowym krytykiem Zachodu.
Niezależnie od tego, że dla rzeszy jego zwolenników w NRD była to postawa nie do pojęcia,
w rezultacie przyniosła też straty artystyczne. Wady RFN różnią się zarówno jakościowo, jak ilościowo
od wad NRD. Pieśni komponowane w Berlinie Wschodnim zyskały sobie dlatego taki rozgłos, że
Biermann odważył się mówid rzeczy, których nikt nie mówił. W RFN może mówid, co mu się żywnie
podoba.

Biermann stanowi dobrą ilustrację dylematów niemiecko-niemieckiego wygnania, które w gruncie


rzeczy jest tylko półwygnaniem. Porównajmy to z sytuacją Tomasza Manna i Bertolta Brechta w
Kalifornii w czasach Trzeciej Rzeszy. Żyli tam naprawdę na wygnaniu. Ich własny los i losy ich pracy
artystycznej były nierozerwalnie związane z losem Niemiec. Ich prawdziwa publicznośd była w
Niemczech. W krajach, gdzie przebywali, mogli oczekiwad najwyżej szacunku i succès d'estime.
Sytuacja półwygnaoców jest inna. Z krajem, który ich gości, łączy ich wspólny język i znaczna częśd
literatury. Mogą stad się pisarzami zachodnioniemieckimi. Nierzadko jednak lądują przy tym w swego
rodzaju literackim przedpieklu: nie przemawiają już do swoich czytelników w NRD, a do publiczności
zachodnioniemieckiej jeszcze nie przemawiają. O tym, że niekoniecznie tak musi byd, świadczy
wielkie powodzenie dramaturga Thomasa Brascha. Czy jego najnowsze inscenizacje mówią coś po
tamtej stronie granicy, można wątpid. Rzecz warta jest zastanowienia: pisarz taki jak Brasch w ciągu
trzech tylko lat oddalił się od swojej „ojczyzny” bardziej niż polski pisarz emigracyjny, laureat Nagrody
Nobla, Czesław Miłosz, w ciągu lat trzydziestu.

Miłosz zdecydował się zostad na Zachodzie na początku lat pięddziesiątych i w książce „Zniewolony
umysł” jako pierwszy dokonał wielkiego duchowego rozrachunku z polskim życiem intelektualnym
w czasach stalinowskich. Natychmiast potem utwory jego znalazły się w Polsce na indeksie; on sam
zaś stał się zgodnie z regułami „Roku 1984” nie-osobą - nazwiska jego nie wolno było wymieniad w
żadnych ukazujących się oficjalnie publikacjach. A mimo to przemawiał nadal do polskiej inteligencji -
i nie tylko do inteligencji - tak jak kiedyś Tomasz Mann i Brecht przemawiali ze swego kalifornijskiego
wygnania do Niemców (w obu przypadkach posłania przedostawały się głównie na falach eteru albo
były przemycane pod maskującymi okładkami). W lecie 1981 r. wiersze Miłosza wyrosły jak kwiaty,
które przez czas życia całego pokolenia spały pod ziemią - drukowane w tysięcznych powielanych
gazetkach i ulotkach „Solidarności”.

Jeden z jego wierszy wyryty jest na krzyżu gdaoskiego pomnika, upamiętniającego poległych w 1970
r. robotników. A więc żyjący na wygnaniu poeta może przemawiad do swego narodu. Literatura -
obok religii - stanowi tu moralną instancję. Dotyczy tym bardziej Sołżenicyna, którego dzieło, obok
innych walorów, jest jednym wielkim oskarżeniem radzieckiego systemu.

Przykłady te uprzytamniają, na czym polega niedostatek współczesnej literatury NRD-owskiej. Jak


często bywa w tym kraju, kooczy się na opisywaniu tego, co nie istnieje, a nie tego, co istnieje.
Wydaje mi się, że również wśród licznych półwygnaoców, może za wyjątkiem Reinera Kunzego, nikt
nie przemawia do czytelników w NRD z pozycji niewzruszonych, autonomicznych, zakorzenionych
w kulturze wartości. Wszyscy byli i pozostali w mniejszym lub większym stopniu ofiarami
„zniewolenia”, z którego Miłosz wyzwolił się trzydzieści lat temu, poddając je analizie.

Nie znaczy to, że w literaturze NRD-owskiej nie ma i nie może byd jaśniejszych momentów.
Szczególnie w utworach Christy Wolf i Güntera Kunerta odnajdujemy język, zachowany w stanie tak
czystym, jak bodaj u żadnego z pisarzy zachodnioniemieckich. Może jest to świadoma reakcja na
korupcję, jakiej uległ w NRD język publiczny, swoista, jednoznaczna krytyka języka, w którym na
przykład Erich Honecker w swej autobiografii opiewa osiągnięcia socjalistycznej kultury. Otóż czysty
język literacki jest wówczas niejako stałym ożywczym źródłem dla „wewnętrznych emigrantów”.

Mimo to niełatwo wymienid pisarza, który posunął się dalej, który daje czytelnikowi w NRD to, co
Polacy i Rosjanie otrzymują od swoich wielkich pisarzy, sprawujących „rząd dusz”. Mam na myśli
symbole, kryteria, historie, które wyraźnie rysują różnicę między prawdą i kłamstwem, prawem
i bezprawiem; stanowiska, pozwalające ogarnąd wzrokiem własne społeczeostwo i poddad je
osądowi; krótko mówiąc - coś w rodzaju moralnego kompasu.
Dopóki tego brak, dopóki nikt nie wskazuje wyjścia z labiryntu podwójnego życia, fatalnie wspartego
na starym rozszczepieniu klasycznej niemieckiej kultury, dopóty nie zostanie przełamana klątwa
niedojrzałości.
Poczdam - Scharnhorst na ziemi niczyjej

Jednym z najbardziej upiornych cmentarzy świata jest Cmentarz Inwalidów w Berlinie Wschodnim -
podzielony jak całe Niemcy. Murek, który okala go od strony zachodniej, to częśd muru dzielącego
miasto. Równolegle do niego biegnie linia ostrzegawczych tablic, wydzielająca od północy aż do
południowego środka cmentarza teren, na który nie wolno się zapuszczad. Tu leży pochowana
wojskowa elita Niemiec: tu znajduje się zarośnięty grób feldmarszałka von Schlieffena, tu spoczywa
generał Helmuth von Moltke, as lotnictwa z czasów pierwszej wojny światowej Manfred von
Richthofen i jego kolega Ernst Udet - bohater dramatu Carla Zuckmayera „Des Teufels General” -
który miał nieszczęście doczekad drugiej wojny światowej; w samym środku zamkniętego obszaru zaś
króluje wzniesiony połączonymi siłami Schinkla, Raucha i Tiecka grobowiec Gerharda Johanna Davida
von Scharnhorsta.

Scharnhorst na ziemi niczyjej - wyrazisty symbol postawy, jaką do niedawna jeszcze zajmowała NRD
wobec Prus. Przez trzydzieści lat po 1949 r. Prusy były intelektualnie, politycznie i w miarę możności
także fizycznie wygnane na ziemię niczyją. Konny posąg Fryderyka Wielkiego został wyrzucony z alei
Unter den Linden. Zamek cesarza w samym sercu Berlina, razem z kilkoma pomniejszymi pałacami
Wschodniego Połabia wysadzono w powietrze. Miasto Neu-Hardenberg nad Odrą, jakkolwiek
nazwane tak na cześd pewnie najbardziej „postępowego” spośród pruskich reformatorów,
przechrzczono na... Marxwalde, następnie zaś, aby usprawiedliwid ten absurd, koło pałacu,
w zapuszczonym rosarium ustawiono nieduże popiersie Marksa. Jeszcze w 1968 r. został wysadzony
w powietrze kościół garnizonowy w Poczdamie, którego dzwony całym pokoleniom żołnierzy biły
hasło „Bądź zawsze wierny i uczciwy”.

Kościół garnizonowy został wysadzony nie dlatego, że symbolizował wiernośd i uczciwośd ani nie
dlatego, że w 1805 r. król pruski Fryderyk Wilhelm III i car Aleksander I zawarli tu sojusz przyjaźni.
Pewną rolę odegrały względy natury finansowej - historyczną pamiątkę poświęcono na rzecz
społecznych konieczności budownictwa mieszkaniowego. Ale głównym powodem było to, że naziści
wybrali ten kościół jako oprawę uroczystości 21 marca 1933 r., kiedy Hitler przyjmował symboliczne
błogosławieostwo Prus z rąk prezydenta Rzeszy Hindenburga. Pierwsi ideologowie NRD przyjęli od
Churchilla i de Gaulle'a dośd prymitywną koncepcję tożsamości „prusactwa” i nazizmu. Powtarza ją
AIexander Abusch w „Der Irrweg einer Nation”, książce, która odegrała dużą rolę w kształtowaniu się
opinii; czytamy tam między innymi:

W tej godzinie rozrachunku przedmiotem bezwzględnej krytyki musi byd cała chybiona
historia narodu niemieckiego”.

A co z uczestnikami zamachu z 20 lipca? W Niemczech Zachodnich otaczani są czcią jako ci, którzy
uratowali honor Prus. W NRD sprawę rozstrzygnął artykuł zamieszczony w najważniejszym tygodniku
politycznym Horizont w lipcu 1979 r. W artykule tym wspomina się również o burmistrzu Lipska Carlu
Friedrichu Goerdelerze, który na krótko przed śmiercią napisał: „Deklaruję się jako Prusak”. Otóż,
czytamy w Horizont, Goerdeler pragnął w rzeczywistości „faszyzmu bez Hitlera”.

W gruncie rzeczy celem Goerdelera była dzisiejsza polityka NATO; Goerdeler stoi po stronie
Bonn, Brukseli i Waszyngtonu, Stauffenberg po stronie Berlina. Mamy tu na myśli nie
Kurfürstendamm, ale stolicę NRD, gdzie znalazło ostoję wszystko, co dobre, uczciwe
i szlachetne w niemieckiej historii, w niemieckim narodzie i w niemieckiej polityce...

Stosunek dzisiejszego kierownictwa NRD do Prus można zrozumied jedynie w tym kontekście -
w kontekście wojny domowej, toczącej się między dwoma paostwami niemieckimi od chwili ich
powstania, a dotyczącej niemieckiej przeszłości. Zgodnie z manichejską koncepcją świata oficjalna
wersja NRD-owska przyjmuje po prostu, że NRD jest spadkobierczynią wszystkich dobrych,
postępowych, humanistycznych tradycji niemieckiej historii, natomiast RFN podejmuje wszystkie
tradycje złe, reakcyjne i barbarzyoskie. Dziwnym trafem wszyscy dawni naziści wylądowali w RFN,
wszyscy bohaterowie ruchu oporu - w NRD. NRD skwapliwie wydłubuje rodzynki z ciasta niemieckiej
przeszłości, resztę pozostawiając Zachodowi.

Aż do niedawna Prusy jednoznacznie oddawano w pakt diabłu. Im częściej Amerykanie stosowali


wobec NRD określenie „Czerwone Prusy”, tym usilniej NRD starała się od pruskości oderwad. Wyjątek
- bez znaczenia - robiono tylko dla reformatorów i bohaterów niemieckich wojen wyzwoleoczych, ale
nawet i wtedy Scharnhorst, osłonięty plastykową płachtą, pozostał na ziemi niczyjej. Jeszcze w 1970
r. burmistrzyni Poczdamu, pani Brunhildę Hanke, czuła się w obowiązku usprawiedliwiad zachowanie
budowli Knobelsdorffa, Schinkla, Gontarda i Persiusa:

Wznoszone kiedyś dla królów pruskich oraz konserwatywnej kliki militarnej, głoszące chwałę
Prus i wielkośd imperialistycznych Niemiec, dzieła te służą dziś, jak wszystkie wytwory
ludzkich rąk i umysłów w NRD, ludowi pracującemu. Poczdam, niegdyś symbol
nacjonalistycznej pychy władców, pruskiego drylu i ducha poddaostwa, jest dziś miastem
pokojowej pracy, miejscem spotkao i porozumienia między narodami. Układ poczdamski,
podpisany przez czołowych przedstawicieli antyhitlerowskiej koalicji 25 sierpnia 1945 r. w sali
posiedzeo zamku Cecilienhof, jest rękojmią przełomu w niemieckiej historii, w historii
naszego miasta. Spełniliśmy zobowiązania układu, usunęliśmy władzę monopoli,
wywłaszczyliśmy junkierstwo, wytępiliśmy militaryzm z korzeniami. Ów duch Poczdamu,
który sprowadził na nasz naród tyle niedoli i nieszczęśd, jest martwy.

A jednak... W dwa lata później Fryderyk Wielki wrócił na swoje miejsce, w alei Unter den Linden,
został bez wielkich ceremonii na powrót odsłonięty i znowu galopuje na wschód. Można znowu
nazywad go Wielkim, odkąd bez zająknienia użył tego tytułu Erich Honecker. Popularno-naukowa
biografia Ingrid Mittenzwei, „Friedrich II von Preussen”, została wydana po raz pierwszy w 1979 r.
i natychmiast rozchwytana. Wykłady z historii Prus na Uniwersytecie Humboldta cieszą się rosnącym
powodzeniem. Stare Muzeum Schinkla zostało pięknie odrestaurowane i mieści znakomitą wystawę
dokumentującą dzieło budowniczego i malarza. Życiu Scharnhorsta poświęcono popularny,
pięcioodcinkowy serial telewizyjny, inny spektakl - Carlowi von Clausewitz, którego dwóchsetlecie
urodzin w rodzinnej miejscowości Burg (okręg Magdeburga) uczczono odsłonięciem tablicy
pamiątkowej. Listę podobnych wydarzeo można by ciągnąd długo. Cóż z tego, że ówczesny
ideologiczny papież NRD, Kurt Hager, dowodził mozolnie, iż „ustawienie konnego posągu Fryderyka II
nie ma żadnego znaczenia symbolicznego, nie jest sensacją ani demonstracją polityczną, mającą
lansowad jakiś «nowy obraz» Prus”. „Prusy nadchodzą” - głosi zwyczajnie tytuł sztuki, wystawionej w
1981 r. w Rostocku - co prawda, jest to komedia.

Dlaczego nadchodzą? Dlaczego akurat teraz? Po części przyczynili się do tego historycy. To, co pod
koniec lat siedemdziesiątych wybuchło na powierzchnię, od dawna gotowało się w mrocznych
jaskiniach NRD-owskiej historiozofii. Autorka biografii Fryderyka Wielkiego, Ingrid Mittenzwei, w
1978 r. w młodzieżowym czasopiśmie Forum pierwsza zerwała publicznie z praktyką historyków
wydłubujących z historii same rodzynki.

Naród nie wybiera sobie tradycji - upominała - musi je przyjąd. Nie jesteśmy bezpośrednimi
kontynuatorami wszystkich rewolucyjnych i humanistycznych tradycji. Nie dopełniamy
bezpośrednio tego, czego pragnął Thomas Müntzer albo rewolucjoniści 1848 r., czego
pragnęli Goethe i Heine. Nader często słyszy się takie opinie. W rzeczywistości nasz stosunek
nawet do tych tradycji jest bardziej skomplikowany.

Dalej autorka stwierdza, że ignorowanie Prus, jeżeli siedzi się w środku tego kraju, jest absurdem. To
prawda, podróżując z „Wanderungen” Fontanego w ręku przez Brandenburgię, jesteśmy zdumieni,
jak niewiele się tu zmieniło: te same sosnowe lasy na piaszczystych gruntach, brukowane kocimi
łbami drogi, niemal nienaruszone starannie utrzymane neoklasycystyczne fasady za przyciętymi
koronami drzew, pruskie więzienia z czerwonej cegły, szkoły i koszary w tak zwanym stylu
„fiskalnym”, a w górze na ceglanych kominach nieodmiennie bocianie gniazdo, jak kapelusz na głowie
żyrafy. Krajobraz ubogi, ale brzemienny w historię, krajobraz, który zamieszkujących tu ludzi stale
zmusza do zadawania historii pytao.

Latem 1981 r. profesor Helmut Bock z Instytutu Historii Akademii Nauk oświadczył w wywiadzie
radiowym, że „historii, to znaczy historycznej przeszłości nie można naturalnie przezwyciężyd w ten
sposób, że będzie się w niej świadomie pewne rzeczy opuszczało, z zasadniczych względów. Nie
możemy tedy stad na stanowisku, że domagamy się dla siebie określonych fragmentów zawartego
w historii dziedzictwa, a reszty nie dostrzegamy”. Rozróżnia się przy tym świadomie tradycję oraz
„narodowe dziedzictwo”, które obejmuje Prusy.

Zatem, chod w zawoalowanej formie, w NRD również padło hasło „przezwyciężenia przeszłości”. Ale
czy doprawdy trzeba było aż trzydziestu lat, by historycy NRD-owscy doszli do tych banałów, do
zawiłych i pokrętnych deklaracji tyczących spraw oczywistych? Nie - argumentuje pani Mittenzwei -
ale teraz czas dojrzał, nadeszła właściwa pora, by zająd się Prusami. W pierwszych dekadach NRD
głównym celem było wytępienie faszyzmu „wraz z korzeniami”, a że pamiętano jeszcze, jak faszyści
wykorzystywali pruską tradycję, by „manipulowad masami”, nie był to czas na niuanse i subtelne
rozróżnienia. Zgoda, tylko że to jeszcze nie tłumaczy, dlaczego publiczna rewizja nastąpiła dopiero
pod koniec lat siedemdziesiątych.

W odpowiedzi można sparafrazowad Marksa: historycy sami piszą swoją historię, ale nie piszą jej tak,
jak chcą, nie piszą w warunkach, które sami sobie wybrali.

Polityczną zaś decyzję dopuszczenia historyków na publiczną scenę NRD można interpretowad tylko
w związku z „reakcyjnym” odrodzeniem Prus, w związku z „pruską falą” w Niemczech Zachodnich. Nie
po raz pierwszy NRD raczej reagowała, niż działała z własnej inicjatywy. Wojna o niemiecką przeszłośd
to dziwna wojna, w której bronią są artykuły i wystawy, a generałowie walczą o lojalnośd własnych
armii. Pokazowym pułkiem tej wojny po stronie zachodniej jest Fundacja Pruskich Dóbr Kulturalnych.
Prezes Fundacji, Werner Knopp, bez wahania zapuszcza się w militarne metafory, mówiąc o „swego
rodzaju ograniczonej kontrofensywie” RFN w kwestii Prus. Niewątpliwie uroczystości organizowane w
Berlinie Zachodnim z okazji 150-lecia Paostwowego Muzeum w Berlinie odbywały się z przepychem,
o jakim w Berlinie Wschodnim nie można było marzyd.
W tej niemiecko-niemieckiej wojnie o kulturę nierzeczywiste miasto jest głównym polem bitwy. W
Berlinie istnieją mianowicie dwa całkowicie odrębne paostwowe muzea, dwie galerie „narodowe”,
dwóch generalnych dyrektorów i dwa bujnie rozrosłe aparaty biurokratyczne, przez swoich członków
zarówno we wschodniej, jak i zachodniej części, po cichu zwane „pruskimi”. Ścierają się ze sobą jak
skłóceni synowie przyznający się do jednego ojca, ale zapierający się zarazem, jakoby byli bradmi.
Dochodzi do tego, że NRD odmawia Fundacji praw do znacznej części odziedziczonego majątku. Jej
adwokaci cytują rezolucję ONZ stanowiącą, że dobra kulturalne winny byd zwrócone na miejsce, gdzie
znajdowały się przed wojną. Dlatego - brzmią argumenty - wspaniale popiersia Nefretete z
Charlottenburgu (muzeum w Berlinie Wschodnim posiada tylko czarno-białą kopię) oraz Rembrandty
z Dahlem powinny zostad zwrócone Muzeum na Wyspie. Muzeum Prehistorii w Berlinie Wschodnim
wystawia jednocześnie przedmioty, które przed zakooczeniem wojny znajdowały się w dawnym
Muzeum Rzemiosła Artystycznego przy Prinz-Albrecht Strasse (dziś Berlin Zachodni) - muzeum to
odnowiono w 1981 r., aby urządzid w nim wystawę pruskiej kultury. Nie słychad jakoś, aby NRD
proponowała zwrot tych obiektów tam, gdzie znajdowały się przed wojną.

Tego rodzaju wojny polityczne nie są w pruskiej tradycji niczym nowym. Muzea pruskie były zawsze
na dobre i złe związane z paostwem, zgodnie z dewizą króla Fryderyka Wilhelma III, który w 1807 r.
ogłosił, że paostwo pruskie musi odzyskad siłami duchowymi to, co utraciło z sił fizycznych. Wilhelm
von Humboldt, ojciec instytucji muzeów pruskich, pojmował ich rolę w kategoriach niemal religijnych.
Muzeum było dlao tym, czym dla Schillera teatr: instytucją o charakterze moralnym, powołaną do
upowszechniania wartości etycznych. Zastanówmy się tedy, jakie to wartości dominują dziś
w założonych przez Humboldta muzeach.

Jeśli chodzi o Zachód, nie wahałbym się powiedzied: wartośd asekuracji. Temat jubileuszowej
wystawy w 1980 r. brzmiał „Wizerunki człowieka w sztuce Zachodu”. Impreza była imponująca (w
Ostatnich latach zachodnioniemieckie wystawy, podobnie jak inscenizacje teatralne, cierpią na
elephantiasis); z największych zachodnich galerii ściągnięto niewiarygodnie cenne obrazy. Mówcy
trąbili zaś o tych klejnotach, jak gdyby był to dostateczny dowód świetności wystawy. Jakiejś ogólnej
koncepcji trudno było się doszukad. Jedyna częśd wystawy z oryginalnym pomysłem i w duchu
Humboldta działająca na wyobraźnię nosiła tytuł „Śmierd”. Poza tym dominowały pieniądze.

Pieniądze to to, czego NRD nie posiada. Nie mogła sobie pozwolid na tak huczne obchody i uczciła
150-lecie małą, ale interesującą wystawą poświęconą Adolfowi Menzlowi oraz małym, ale dobrze
wydrukowanym przewodnikiem po „Paostwowym muzeach Berlina - stolicy NRD”. Ciekawie wypada
porównanie historii muzeów w katalogach opracowanych na Wschodzie i na Zachodzie. „Rewolucja
listopadowa stanowi decydującą cezurę w historii muzealnictwa” - pisze autor NRD-owski. Na próżno
by szukad jakiejkolwiek wzmianki o „rewolucji listopadowej” w katalogu zachodnim. Na Wschodzie
dominują zatem wartości jednoznacznie polityczne: od ruchu mieszczaosko-demokratycznego do IX
zjazdu SED. Na tym zjeździe zapadła decyzja o kompletnej restauracji muzeów na Wyspie.

Warto odnotowad, że zarówno na Wschodzie, jak na Zachodzie pruskie wystawy spotkały się
z wielkim zainteresowaniem. Tu dochodzimy do głębszych przyczyn ponownego odkrycia Prus.
Orientacja na Prusy jest elementem szerszego zjawiska: orientacji na wartości narodowe. Niemcy
z obu paostw niemieckich, jak się zdaje, w coraz większym stopniu gotowi są deklarowad się jako
Niemcy. To z kolei wynika zapewne stąd, że wspólnoty ponadpaostwowe - europejska na Zachodzie,
socjalistyczna na Wschodzie - zawiodły, nie spełniły wielkich nadziei, jakie wiązano z nimi tuż po
wojnie. Po obu stronach panowała wówczas opinia, że dni paostw narodowych są policzone. Dziś
obserwując kraje Wspólnoty Europejskiej i bardziej jeszcze kraje bloku wschodniego, widad, że żaden
rząd nie jest gotów wykroczyd poza kategorie interesu czysto narodowego; że zarówno narodowe
tradycje, jak narodowe rywalizacje nadal istnieją. W stosunkach między Węgrami a Rumunią, Francją
a Anglią, Polską a Rosją zaznaczało się to już w latach pięddziesiątych - natomiast oba paostwa
niemieckie stanowiły pod tym względem wyjątek. Teraz już tak nie jest.

Honecker i jego koledzy rzucają - chod ostrożnie - kartę pruską, obiecując sobie po tym pewne
korzyści. Czy można jednak zakładad, że Prusy wzbudzą pozytywne skojarzenia, zwłaszcza wśród
młodej generacji, której kierownictwo przygląda się z lękliwą uwagą? Młodzi obywatele NRD,
podobnie jak ich zachodni rówieśnicy, mają przeważnie nader słabe wyobrażenie o tym, czym były
Prusy. Ucieczka od historii była po wojnie zjawiskiem ogólnoniemieckim. Toteż obecna fala
zainteresowania historią świadczy o potrzebie nadrobienia zaległości. Brak nam niestety wyników
badao opinii publicznej w NRD, które mogłyby potwierdzid słusznośd tych spekulacji. W późnych
latach pięddziesiątych i na początku lat sześddziesiątych przeprowadzono takie sondaże, opierając się
głównie na szkolnych wypracowaniach. W podsumowaniu stwierdzono: „Pojęcie Prus było na ogół
oceniane pozytywnie; ankietowani czuli się Prusakami”. Trzeba tu jednak starannie rozróżnid
dziedzictwo świadome i nieświadome, zarówno ze strony ludności, jak ze strony paostwa.

„Inne paostwa posiadają armie, Prusy natomiast to armia, która posiada paostwo”. Słynna uwaga
Mirabeau, zanotowana wkrótce po śmierci Fryderyka II, charakteryzuje trafnie to, co odruchowo
najczęściej kojarzy się z Prusami - militaryzm. Militaryzm ten unaocznia żywo oficjalny NRD-owski
przewodnik po Poczdamie:

W całych Prusach około 1740 r. liczba ludności wynosiła tylko 2,25 mln, w tym liczba żołnierzy
– 83 000. Mimo, iż król pruski zapewniał swoim żołnierzom szczególne przywileje,
nieubłagane rygory i zniewolenie prowadziły do licznych dezercji. Bliskośd granicy saskiej
powodowała, że wielu żołnierzy decydowało się na to niebezpieczne przedsięwzięcie. Jeśli po
przebyciu stale strzeżonych murów miejskich albo palisady, ucieczka została zauważona,
działa natychmiast alarmowały oddział huzarów, który wszczynał pogoo. Chłopom za
pomaganie uciekinierowi groziły najsroższe kary, ponadto za doprowadzenie zbiega król
wypłacał z akcyzy dwanaście talarów nagrody. Pojmanego czekała kara chłosty, twierdza albo
śmierd.

Czytelnik, który z okien swego mieszkania widzi mur, może się tylko dziwid prostoduszności, z jaką
przytacza się te szczegóły.

„Etykietka «Czerwone Prusy» pachnie militaryzmem, którego w NRD już nie ma” - stwierdził życzliwy
obserwator brytyjski. Cóż, to zależy, co się rozumie przez militaryzm.

Najpierw ponad 160 000 mężczyzn w jednostkach NVA (Nationale Volksarmee - Narodowa Armia
Ludowa), dalej okrągłe 47 000 wojsk ochrony pogranicza i około 5000 w zbrojnych organach
Ministerstwa Bezpieczeostwa. To więcej niż dwa razy tyle, ile liczyła armia króla żołnierzy, aczkolwiek
tylko jedna trzecia, jeśli operowad liczbami względnymi, w proporcji do ogółu ludności. Doliczyd
trzeba jednakże wykwalifikowane „grupy bojowe klasy robotniczej”, które według szacunków
londyoskiego International Institute for Strategic Studies liczą 500 000 ludzi. Wreszcie mamy jeszcze
członków paramilitarnych stowarzyszeo sportowych i technicznych - znowu blisko pół miliona.

Rzeczywiste rozmiary militaryzmu można jednak uchwycid dopiero wtedy, gdy zorientujemy się, jak
sprawy wojska wdzierają się w życie normalnego człowieka. Zaczyna się już w przedszkolu. W myśl
programu wychowania, dzieci należy uczyd, że „żołnierze też są robotnikami” („chronią ludzi i ich
pracę oraz czuwają nad tym, by dzieci mogły się wesoło bawid”). Na Boże Narodzenie w wielkich
paostwowych domach towarowych mamy profuzję zabawek o charakterze wojskowym.

„W trakcie dwiczeo i zabaw terenowych dzieci przyswajają sobie proste sprawności turystyczne
i wojskowe” - czytamy w ramowym programie klasy pierwszej (warto zwrócid uwagę na szczególne
połączenie turystyki i militaryzmu). Jako gry terenowe dla sześciolatków zaleca się: „poszukiwanie
agentów, obrona obozu, walka partyzancka...” Z programu nauki o kraju ojczystym dla drugiej klasy:
„Uczniowie wspominają zamordowanych na granicy paostwa członków Narodowej Armii Ludowej”.
W piśmie Visier, wydawanym przez Stowarzyszenie Sportu i Techniki, oglądamy zdjęcie: „Ośmiolatki
przy strzelaniu z pozycji leżącej”. Nad dalszą mobilizacją tej grupy wiekowej czuwa organizacja
pionierów imienia Ernsta Thalmanna - jako pomysł zabawy proponuje się tu na przykład „budowanie
muru” (przepraszam - „wału antyfaszystowskiego”). W podręczniku wiedzy obywatelskiej dla klas
ósmych czytamy:

Rewolucyjna czujnośd w duchu wierności naszej socjalistycznej ojczyźnie, patriotyczna


postawa, nieprzejednana nienawiśd wobec wrogów ludu, gotowośd i zdolnośd do obrony
zdobyczy socjalizmu - oto cele ogólnego wykształcenia.

Wprowadzając jesienią 1978 r. do programu klas dziewiątych i dziesiątych przedmiot „obronności” -


przeciwko czemu Kościoły NRD tak żywo i tak bezskutecznie protestowały - dołączono zatem ledwie
jeden dodatkowy instrument do i tak kolosalnej orkiestry militaryzacji. Do programu obowiązkowych
lektur piętnastolatków z naciskiem wprowadzono na powrót pojęcie „bohaterstwa”.

Już w 1976 r. prezes Stowarzyszenia Sportu i Techniki, generał Günter Teller, mógł się poszczycid, że
blisko 95 procent młodzieży w wieku 16-18 lat uczestniczy w prowadzonych przez Stowarzyszenie
„kursach przedwojskowych”. Od 1983 r. czternastolatkowi, który chce pomyślnie ukooczyd naukę
i daleko zajśd w życiu, sugeruje się spędzanie dwóch tygodni letnich wakacji na „obozie
przedwojskowym”. Od 1985 r. - stwierdza uchwala konferencji pedagogicznej - zasadniczo każdy
maturzysta płci męskiej powinien byd przygotowany do kariery wojskowej.

Po maturze następuje przynajmniej 18 miesięcy obowiązkowej służby wojskowej, kiedy to


„wychowywanie do nienawiści” osiąga kolejne szczyty. Kogo należy nienawidzid, nie ulega
wątpliwości. Wśród wrogów klasowych poczesne miejsce zajmuje RFN. Na zajęciach „polwych”
w koszarach każda najbardziej sensacyjna wiadomośd o RFN, od byłego nazistowskiego generała w
Bundeswehrze po neonazistów, którzy już pukają do drzwi urzędu kanclerskiego, wykorzystywana
jest dla podsycenia „bezmiernej nienawiści do tyranii imperializmu i militaryzmu” (sic). „Mój brat,
mój wróg” - brzmi tytuł żołnierskiej piosenki ukazującej, czego dowództwo NVA oczekuje od swoich
żołnierzy, a także - czego się z ich strony obawia:
Ten, który tam stoi z bronią, /mógłby byd moim bratem. Ale jest też zwolennikiem Wielkiej
Rzeszy, / łatwym narzędziem w ręku zdobywców, / nieczułym orężem morderców. / To
człowiek, może brat, / ale na usługach zbrodni / - a więc mój wróg!

Gdy żołnierz wraca do zakładu pracy, zanim się obejrzy, zostaje wcielony do grupy bojowej.
Miesięcznik grup bojowych Der Kämpfer (wydawany przez SED) posuwa wychowanie do nienawiści
jeszcze o krok dalej - konkretne osobistości RFN opatruje się etykietką „śmiertelny wróg naszego
narodu”, a krótkie biografie zakooczone są sentencjami w rodzaju: „Musi zostad unieszkodliwiony,
zanim dopuści się nowych zbrodni”. Z egzemplarzem Der Kämpfer w kieszeni żołnierz-robotnik
zaciąga się pod sztandary z wypisanym hasłem: „Wzmocnij naszą ludową potęgę! Zwalczaj
militaryzm!” Lektura tego pisma nasuwa nieodparte wrażenie, że oto spełniły się przepowiednie
Orwella. Zwłaszcza niektóre programy propagandowe w telewizji niczym nie ustępują kwadransom
nienawiści z „Roku 1984”.

Rzecz jasna mamy tu także Orwellowskie ministerstwo pokoju, „które zajmuje się sprawami wojny”.
Slogan, który spotyka się na każdym kroku w Berlinie Wschodnim z okazji wyborów i zjazdów - „Im
silniejszy socjalizm, tym pewniejszy pokój” - doprawdy niewiele się różni od Orwellowskiego „Wojna
znaczy pokój”. Ten uzus językowy jest wspólny wszystkim krajom bloku wschodniego. Jakiekolwiek
cele przyświecają socjalistycznym paostwom, paostwa te zawsze i nieodmiennie walczą o pokój.

Oficjalnie uzasadnieniem galopującej militaryzacji społeczeostwa NRD jest oczywiście galopująca


agresywnośd zachodniego imperializmu. NATO - słyszymy - nie przestaje grozid, wzmaga presję,
niepowstrzymanie dąży do ekspansji. To, co dzieje się w Europie Wschodniej, to tylko reakcja
obronna. Krótko mówiąc, jest to militaryzacja przeciwko militaryzmowi.

Aby zrozumied tę terminologię, trzeba oswoid się z marksistowsko-leninowskim rozumieniem


militaryzmu. „Militaryzm” to przede wszystkim środek „uciskania mas ludowych”, czyli środek
utrzymania istniejącego systemu panowania. Dalej argumentuje się - ze szczególnym uwzględnieniem
Niemiec z kooca XIX i początku XX stulecia - że militaryzacja społeczeostwa przyczynia się do
zdławienia kiełków demokratycznego ruchu oraz odwraca uwagę ludności od prawdziwych źródeł
konfliktów społecznych i ekonomicznych. Im większy nacisk od dołu, im więcej wewnętrznych
sprzeczności, tym usilniej klasa panująca próbuje „ucieczki do przodu” - ku wojnie. Dążenie do wojny
- tak w czasach cesarstwa, jak Niemiec nazistowskich - interpretowane jest jako sposób (w
ostatecznym rachunku samobójczy) wyjścia z nierozwiązywalnego kryzysu wewnętrznego.

Analiza ta - tak przekonywająca w dyskusjach o obu poprzednich reżimach Niemiec - pasuje całkiem
nieźle także do NRD. Warto zauważyd, że rozwój socjalistycznego wychowania obronnego towarzyszy
krok w krok procesowi odprężenia w stosunkach niemiecko-niemieckich - pomyślany jest przeto nie
zamiast odprężenia, ale ze względu na odprężenie. Napływ gości z RFN podważył nieco „obraz
wroga”, jaki władza NRD starała się narzucid społeczeostwu. „W RFN znam tylko ciocię - powiada
dziesięcioletnia dziewczynka - mieszka w Bochum i chyba nie jest podżegaczem wojennym”. Toteż
władze muszą się podwójnie starad, by ów obraz utrzymad.

Jednocześnie NRD jest też poniekąd ofiarą własnej propagandy. Nikt nie mówi tyle i tak często
o znaczeniu pokoju - władze ryzykują, że w koocu ktoś je weźmie za słowo. Prasa NRD-owska
informowała wyczerpująco i z pozytywnymi komentarzami o ruchu pokojowym w RFN i w Berlinie
Zachodnim. Dopóki informacje te mogą wzmocnid oficjalne argumenty o rosnącej agresywności
imperializmu, o której świadczy uchwała NATO o stacjonowaniu rakiet średniego zasięgu w Europie -
jest to woda na młyn władzy. Niemcy po obu stronach granicy mają te same powody do obaw, że
Europa środkowa stanie się terenem rozgrywki. Ale w telewizyjnym reportażu z wielkiej demonstracji
na rzecz pokoju, jaka odbyła się w Berlinie Zachodnim 8 maja (w rocznicę wyzwolenia Niemiec przez
Armię Czerwoną; w Berlinie Wschodnim rocznicę tę obchodzi się w sposób bardziej konwencjonalny),
odbiorcy po drugiej stronie muru mogli obejrzed transparenty domagające się zniesienia zarówno
amerykaoskich Pershingów, jak radzieckich SS 20. Sama demonstracja była przykładem
demokratycznego życia publicznego i skłoniła zapewne niektórych młodych widzów z Berlina
Wschodniego do refleksji, podobnie jak fakt - doskonale im znany - że uczestnicy demonstracji jako
mieszkaocy Berlina nie podlegają obowiązkowi służby wojskowej.

Przebywając w Berlinie Wschodnim łatwo zorientowad się, że współczesne pokolenie nie wykazuje
żadnych oznak ducha bojowego i do służby wojskowej odnosi się zdecydowanie negatywnie; wynika
to nie tyle z zastrzeżeo natury ideowej, ile raczej ze zwykłych, zrozumiałych oporów wobec
perspektywy zamiany pracy bądź studiów na osiemnaście miesięcy źle płatnej nudy i fizycznych
niewygód.

Tylko niewielu jednak faktycznie odmawia odbycia służby wojskowej. W szczęśliwych przypadkach
owi odmawiający zostają skierowani do „jednostki produkcyjnej”, gdzie odbywają służbę zastępczą.
W aktach zostaje jednak krecha, poważnie ograniczająca szanse dalszej kariery. W przypadkach, gdy
odmawiający powołują się na racje sumienia, często angażuje się Kościół, z kręgów kościelnych
można się też dowiedzied, że odmowa służby wojskowej jest często sprawą daleko bardziej
skomplikowaną, niż się to wydaje na papierze. Używana jest cała skala zabiegów perswazyjnych, aż
do „perswazji fizycznej”. Pewnego młodego człowieka, po odmowie wezwanego na przesłuchanie,
funkcjonariusze bezpieki pobili w windzie, krzycząc: „Tak czy inaczej cię dostaniemy!” Elektryk
z małego miasta Königswalde, zaangażowany w kościelną służbę na rzecz pokoju, został
potraktowany inaczej. O wpół do szóstej rano aresztowano go w miejscu pracy. Przy rewizji w domu
znaleziono różne zachodnie publikacje, w tym „Cudowne lata” Kunzego. Miesiąc potem siedział
jeszcze ciągle w areszcie śledczym; nawet biskupowi nie udało się dowiedzied żadnych szczegółów.
Ten typ stosowania terroru dla przykładu daje niezależnemu ruchowi pokojowemu w NRD tyle mniej
więcej szans, ile ma śniegowy bałwanek w piekielnych czeluściach. Jeszcze jedna wzorcowa ilustracja
podwójnych norm systemu: pastor, który organizuje własną akcję propagandową na rzecz pokoju
(np. na spotkaniu w kościele można wymienid pistolety - zabawki na słodycze i kwiaty) tępiony jest
przez władze dokładnie tak samo jak inny duchowny, który nie chce podpisad oficjalnej deklaracji
przeciwko stacjonowaniu rakiet NATO. W NRD nawet ruch pokojowy musi byd zmilitaryzowany.

„Narodowa Armia Ludowa jest jedyną niemiecką armią, która zasługuje na to miano...” napisano w
Neues Deutschland 12 lutego 1981 r. Zabrzmiało to dośd alarmująco i dwuznacznie. Czy mamy
rozumied, że NVA jest jedyną armią zasługującą na określenie „niemiecka”, czy też jedyną, która ma
prawo do tytułu „ludowa”? Może zresztą szło o oba te znaczenia. NVA to naprawdę ludowa armia,
w pełni urzeczywistnia ideał Scharnhorsta, który uważał, że „wszyscy obywatele paostwa są
z urodzenia obroocami tegoż”. NVA jest produktem nerwicy: lęku obecnego kierownictwa o własnej
bezpieczeostwo - zewnętrzne i wewnętrzne. Sądzid można, że głównie jednak zaprząta ich to
ostatnie. Upadek morale i krnąbrnośd „pokolenia muru” fatalnie wpływa na dyscyplinę społeczną.
Pilna potrzeba nowych źródeł legitymizacji, gdy jednocześnie dawne źródła, natury ekonomicznej
(„socjalizm dżinsów i golfów”) wysychają - wszystko to każe władzy sięgad po klasyczne formy działao
samozachowawczych. Militaryzacja od kolebki po katafalk jest dla systemu tym, czym stalowy
wspornik dla kruchego betonu. W obecnym stadium „wojskowośd” w szerokim sensie jest
niezbędnym czynnikiem polityki wewnętrznej, niezależnie od jej znaczenia w polityce zagranicznej.
Sternowi rzeczywiście filar paostwa. Armia uchodzi za najwłaściwszą instancję wychowania
świadomych obywateli socjalistycznego paostwa; porządek wojskowy staje się w mniejszym lub
większym stopniu modelem socjalistycznego społeczeostwa. Dlatego militaryzacja NRD sięga
znacznie dalej niż militaryzacja Prus za czasów króla żołnierzy. Jest to militaryzm w klasycznym
marksistowskim sensie: militaryzacja jako środek zachowania istniejącego systemu. Narzuca się
oczywiście pytanie, czy nie pociągnie to aby za sobą tych samych konsekwencji - „ucieczki do
przodu”, czyli agresji skierowanej na zewnątrz - które tak sugestywnie przedstawia marksistowska
analiza.

Zanim jednak zajmiemy się tą kwestią, warto zastanowid się, jakie to inne, drugorzędne cnoty pruskie
zostały świadomie lub nieświadomie przejęte w rozwijającym się wschodnioniemieckim paostwie
garnizonowym. A więc przede wszystkim obowiązkowośd, kult obowiązku, ba - religia obowiązku,
której źródła można dośd precyzyjnie ustalid. Tablice przykazao tej religii, jeśli wolno się tak wyrazid,
przyniósł Fryderyk Wielki, wstępując na tron. W kwietniu 1740 r. filozof z Sanssouci, opuszczając
zamek Rheinsberg pisał jeszcze z melancholijnym sentymentem:

Je ne demande à Dieu que couler ma vie


Dans les paisibles bras de la philosophie.

*Proszę tylko Boga, by pozwolił mi spędzid życie w kojących ramionach filozofii.+

Niecałe dwa miesiące później król pruski - tym razem po niemiecku:

Lebt wohl, ihr Verse, du Musik,


Und alle Freuden, Voltaire selbst.
Mein höchster Gott, ist meine Pflicht.

*Żegnajcie, wiersze, muzyko i wszystkie radości i ty też, Wolterze. Najwyższym bogiem jest mi
obowiązek.+

Najwyższym bogiem jest mi obowiązek - oto pierwsze przykazanie. Tuż za religią obowiązku idzie
mistyka paostwa, idealizacja paostwa jako takiego, uwieczniona w małym oddziałku wyrazów
złożonych: Staatsbewusstsein, Staatsdenken, Staatsethos, Staatsfeind, Staatsverleumdung. Znane
pruskie cnoty - oszczędnośd, porządek, dyscyplina , pilnośd, punktualnośd - to cnoty paostwowe. Są
tylko środkami, służą mianowicie utrwalaniu i wspieraniu sztucznej konstrukcji paostwa, które nie
wymaga dalszych uzasadnieo i jest celem samym w sobie. Dotyczy to również osławionej pruskiej
tolerancji, liberalizmu i swobody myśli, o których świadczy popularna anegdota o Starym Frycu: gdy
król wykrył wysoko na murze wymierzony przeciwko sobie plakat, rozkazał niezwłocznie umieścid go
niżej, aby wszyscy poddani mogli przeczytad. Król sądził, iż między nim a ludem doszło do pewnego
rodzaju ugody, satysfakcjonującej obie strony. Lud mógł mówid, co chciał, król zaś mógł robid, co
chciał.
Z tej perspektywy uporczywe zapewnienia, iż NRD bynajmniej nie jest spadkobierczynią Prus, jest
w pełni przekonywające. Porównajmy postawę władz NRD wobec katolików oraz analogiczne
stosunki w osiemnastowiecznych Prusach. Gdy któryś z ministrów doniósł królowi o ograniczeniach
katolickich szkół żołnierskich w Berlinie, ten przyjął skargę i wyrzekł słynne: „Tu każdy musi dbad
o zbawienie na swój własny sposób”. Wzniesienie katedry świętej Jadwigi było gestem wobec
katolickiej szlachty śląskiej i rękojmią tolerancji w stosunku do licznych katolików w szeregach
kosmopolitycznej armii. Dziś katolickie dziecko, któremu rodzice z nakazu sumienia wzbraniają
udziału w socjalistycznych sakramentach - w organizacji pionierów im. Thälmanna, Jugendweihe, FDJ,
wychowaniu obronnym - nie ma praktycznie szans znalezienia się w liceum, nie mówiąc już
o uniwersytecie, chodby miało najlepsze świadectwo. Katolik zostaje mianowany na wysokie
stanowisko w swojej dziedzinie zawodowej tylko w wyjątkowych okolicznościach.

Trudno jednak uznad ostentacyjne odcinanie się od pruskiej tradycji w innych punktach. Ingrid
Mittenzwei twierdzi na przykład, że pruski porządek i dyscyplina, których „publicyści
zachodnioniemieccy” dopatrują się w NRD, w rzeczywistości są czymś całkiem innym niż „świadoma
dyscyplina ruchu robotniczego”. Jak gdyby pruski porządek i dyscyplina były nieświadome! Inny
badacz Prus z Uniwersytetu Humboldta, Klaus Vetter, domaga się rozróżniania między Prusami
a pruskością. „Pruskośd nie ma u nas miejsca, przejawy pruskości są energicznie zwalczane”.

Tymczasem trudno byłoby wymienid jakąś pruską cnotę (z wyjątkiem tolerancji), która nie cieszyłaby
się uznaniem władz NRD. Poczucie obowiązku, oszczędnośd, porządek, dyscyplina, pilnośd,
punktualnośd - jakiż sekretarz skrzywiłby się na to z niesmakiem? Oswald Spengler, prorok upadku
Zachodu, w rok po powstaniu KPD stwierdził wyraźny związek między pruskością a socjalizmem.
„Pruskośd polega między innymi na tym, że wola jednostkowa zanika w woli zbiorowości”. Pod tym
względem pierwsze socjalistyczne paostwo na niemieckiej ziemi nie odbiega o włos od dyrektyw
pruskiej kultury politycznej. Celem NRD jest właśnie kolektywizacja woli, ideałem jest społeczeostwo,
które zdoła rozpoznad „zgodnośd interesów” między paostwem a obywatelami (por. „Mały Słownik
Polityczny”). Jak niegdyś Prusy, tak dziś NRD przywiązuje dużą wagę do świadomości paostwowej,
ponieważ podobnie jak Prusy NRD jest wyłącznie paostwem.

Podobnie jak Prusy NRD wynosi paostwo do rangi półboga, gdyż ten typ jedności politycznej
i administracyjnej jest jedyną jednością, na jaką władze mogą liczyd.

To, co w chwili jego narodzin zdawało się przypadkowe, arbitralne, nie do kooca
przekonywające, trzymało się paostwa pruskiego w ciągu całej jego historii, niczym
przekleostwo rzucone u kolebki przez złą wróżkę. Prus mogło nie byd, ich istnienie nie było
koniecznością. W przeciwieostwie do każdego innego paostwa, można sobie wyobrazid
Europę bez Prus...

Ta przekonywająca charakterystyka pochodzi od Sebastiana Haffnera. Podstawmy


„wschodnioniemiecki” zamiast „pruski”. Czy nie jest równie trafna? Czy właśnie fakt, że można sobie
wyobrazid Europę bez NRD, nie owocuje kultem lojalności wobec paostwa?

Kult ten zowie się potem patriotyzmem (socjalistycznym) albo miłością do (socjalistycznej) ojczyzny.
Otóż dziś w NRD istnieje pewien szczery i sympatyczny rodzaj patriotyzmu - przez co rozumiem
przywiązanie do określonego miejsca, do określonego dialektu, krajobrazu, stylu życia -
charakterystyczny dla Niemiec już od czasów średniowiecza. Można wierzyd, że dany krajobraz czy
dialekt nie ma sobie równych w całym świecie, ale zarazem nie chcied tego przekonania nikomu
narzucad (stąd patriotyzm ten różni się zasadniczo od nacjonalizmu). Jest to patriotyzm lokalny.
Nigdzie na Zachodzie nie spotkałem się z tak płomiennym lokalnym patriotyzmem, jak w Saksonii i
Turyngii. Nic nie odwiedzie drezdeoczyka od przekonania, że jego galerie są najwspanialsze na
świecie. Nic nie nadwątli w Turyoczyku wiary, iż Las Turyoski jest najpiękniejszą okolicą pod słoocem
(jednym z patriotów tego rodzaju był małżonek królowej Wiktorii, Albert książę von Sachsen-Coburg--
Gotha, który wyprowadzał z równowagi osiadłych w różnych częściach wyspy członków rodziny
królewskiej, zapewniając, że widok z ich okien jest niczym w porównaniu z jego rodzimym Lasem
Turyoskim).

Ów lokalny patriotyzm, nazwany w Niemczech kiedyś Heimatliebe - miłością do stron rodzinnych -


jest jedną z najbardziej uroczych cech tego kraju. Dla wielu ludzi jest to też zapewne ważny czynnik
pogodzenia się z losem - z koniecznością życia w tym paostwie. Ale nie jest to czynnik mobilizujący,
nie rodzi aktywnego zaangażowania na rzecz socjalistycznego paostwa i co gorsza - historycznie rzecz
biorąc, zwłaszcza w Saksonii od czasów wojny siedmioletniej - ma zdecydowanie antypruski
charakter. Nie tylko zresztą w Saksonii. Kiedy przebojem NRD stała się piosenka „Śpiewajcie,
Saksooczycy, śpiewajcie!”, w Berlinie replikowano drwiąco: „Ryczcie, Prusacy!” W Berlinie też
wymyślono słynną formułę, która pierwszą ekipę funkcjonariuszy z Saksonii pod rządami Saksooczyka
Waltera Ulbrichta określała jako „piąte mocarstwo okupacyjne”.

NRD staje tedy w obliczu tych samych problemów, co niegdyś rząd prusko-niemiecki w chwili, gdy
Prusy „roztopiły się” w Niemczech. Patriotyzm w tym sensie, w jakim go tu zdefiniowaliśmy (czyniąc
przy tym rozróżnienie, które w niemieckim języku od dawna przestało byd jasne), nie mógł byd
wykorzystany jako czynnik integrujący. Wydaje się, że nie istniał nigdy niemiecki patriotyzm bez cech
agresywnych i militarystycznych, które zmieniają go w nacjonalizm. Nacjonalizm definiuje się przez
swój charakter ofensywny, raczej przez to, przeciwko czemu się zwraca niż przez to, za czym jest.
Można się zastanawiad, czy naród niemiecki był kiedyś rzeczywiście zjednoczony, poza tym że
jednoczył się przeciwko rzekomym wrogom.

Ku zgrozie ludzi myślących w obu częściach Niemiec taki właśnie nacjonalizm wysunął się znowu na
plan pierwszy w roku, gdy konny posąg Fryderyka Wielkiego powrócił w aleję Unter den Linden.
Nacjonalizm ten - podobnie jak posąg - zwrócony był przeciwko Polsce. A dokładniej - przeciwko
Polakom. W 1980 r. w NRD słyszało się coraz częściej określenia wyciągnięte z arsenału dawnych
narodowych uprzedzeo, również nazistowskich; zwroty w rodzaju polnische Wirtschaft,
Scheisspolacken, a nawet Untermenschen. Kiedy jesienią 1980 r. zamknięto granicę - w następstwie
polskiego Sierpnia i powstania „Solidarności” - wśród obywateli NRD obserwowad można było dwa
typy reakcji. Pierwsza wyraziła się w słowach młodego robotnika z okolic Frankfurtu nad Odrą: „No,
nareszcie te świnie przestaną przyjeżdżad”, chodziło o roje turystów z Polski, którzy od czasu otwarcia
granicy w 1972 r. zwykli przyjeżdżad na jeden dzieo i wykupywad wszystko, co było w sklepach. Druga
reakcja to złośd, że odtąd nie można będzie już jeździd do polskich kąpielisk nad Bałtykiem. Mało kto
dostrzegał, jak śliska sytuacja powstaje - nie mówiąc już o sprzeczności - w chwili spotkania się obu
tych poglądów. Niemcy z NRD nie wątpili w swoje prawo do oblegania polskich letnisk - Polacy
najwyraźniej nie mieli prawa oblegad sklepów w NRD.

Ten rodzaj nacjonalizmu, nacjonalizm filistrów, brał się oczywiście stąd, że duża częśd starszej
generacji to ludzie wypędzeni z dawnych terenów wschodnich. Ale przytaczane opinie głosili z jeszcze
większym fanatyzmem przedstawiciele młodszych pokoleo. Już samo to świadczy, że z serc i umysłów
pokolenia muru bynajmniej nie wyrwano przeszłości. Gorzej - wiele przemawia za tym, że te
prostackie nacjonalistyczne przesądy są nie tylko w milczeniu tolerowane, ale wręcz podsycane przez
„górę”. Typowy wydaje się przykład nauczycielki wiejskiej, która swoim trzynastoletnim uczniom
obszernie dowodziła, jakimi to „łobuzami” są Polacy. Obok znanych opowieści o elementach
kontrrewolucyjnych, amerykaoskiej interwencji („Wałęsa urodził się przecież w Chicago”)
i zachodnioniemieckim rewizjonizmie, z ust funkcjonariuszy padają zdania w rodzaju: „Polacy tak czy
inaczej niewiele pracują”.

Gdy pewien lokalny funkcjonariusz powiedział: „Za naszymi plecami czai się wróg” - zaimek pierwszej
osoby liczby mnogiej odnosił się jednoznacznie do aparatu partyjno-paostwowego. Zagrożona była-
jest stabilnośd systemu. Rozziew między ideałem pojednania narodów - co było punktem wyjścia
nowego ustroju po drugiej wojnie światowej - a praktyką rzuca fatalne światło na przywódców NRD;
gotowi są wykorzystywad narodowe uprzedzenia i nacjonalistyczne oszczerstwa wyłącznie z myślą
o utrzymaniu się przy władzy. Zresztą nie poprzestają na tym.

Według wiarygodnych relacji w czasie „szczytu” Układu Warszawskiego w grudniu 1980 r. Erich
Mielke, NRD-owski minister bezpieczeostwa, był najbardziej zagorzałym rzecznikiem zbrojnej
interwencji w Polsce. Można stąd wnosid, że ekipa rządząca NRD była więcej niż przygotowana na to,
że niemieccy żołnierze ponownie pomaszerują na Śląsk - 240 lat po tym, jak w podobnym kierunku
wyruszyły wojska Fryderyka Wielkiego oraz tylko 41 lat po wkroczeniu do Polski armii Hitlera.

Nie ma jasności, czy militaryzacja NRD oraz postawa armii były istotnymi czynnikami tej gotowości.
NVA nie jest oczywiście „armią, którą posiada paostwo”. Bezpieka natomiast nie jest jeszcze w pełni
rozwiniętym „paostwem w paostwie”. Militaryzm posiada jednakże swoją własną dynamikę wzrostu.
Widzieliśmy, jak niezbędnym elementem stała się dla systemu szeroko rozumiana „wojskowośd”: jest
to żelazna siatka umacniająca beton. Ponadto, w przypadku inwazji na wschód, kierownictwo może
polegad na armii. Wśród żołnierzy nacjonalistyczne uczucia są najsilniej wykształcone. „Wychowanie
do nienawiści”, jeśli chodzi o wschodnich sąsiadów, wydaje się już wręcz zbyteczne. A jeśli żołnierze
nie są jeszcze dostatecznie przesiąknięci nienawiścią, cóż - spełnią swój obowiązek. Nie do nich należy
rozważad racje... Ten fatalny pruski wzorzec - spełnianie obowiązku bez pytania o cel, służba dla
samej służby, spełnianie obowiązku gwoli obowiązku - przyswoili sobie nie tylko rodowici Prusacy w
NRD. 74 lata dziejów narodu niemieckiego, w którym „roztopiły się” Prusy, wystarczyły, by
przynajmniej ta postawa weszła w zwyczaj, by pruskie cnoty paostwowe rozpowszechniły się także w
Saksonii i Meklemburgii. Pod tym względem NRD jest z całą pewnością spadkobierczynią najgorszych
tradycji niemieckich, od których się tak gwałtownie odżegnuje. W Niemczech Zachodnich - dla
porównania - pojęcia obowiązku i spełniania obowiązku zostały może ponad miarę zdyskredytowane,
ale tu młodzi ludzie zadają przynajmniej pytanie „w imię czego?”

Na przykład - dlaczego amerykaoskie rakiety średniego zasięgu mają stacjonowad w Europie?


Odpowiedzi na to pytanie bywają prawdziwe albo fałszywe, pewne zaś wspomniane w tym rozdziale
fakty świadczyłyby o tym, że częściej są fałszywe, innymi słowy: niektóre założenia ruchu
pacyfistycznego budzą co najmniej wątpliwości. Ale każdy, kto twierdzi, że młodzież nie ma prawa
zadawad takich pytao, nie publicznie i nie na ulicach Niemiec Zachodnich, przyłącza się do generała
NVA Hoffmanna w politbiurze albo w najlepszym razie do Scharnhorsta na ziemi niczyjej. W tej
praktyce zadawania pytao dochodzi nieraz do przesady. Za przesadę można bowiem uznad nazywanie
USA mianem Big Brother obok Związku Radzieckiego. Czym jest Związek Radziecki dla NRD, tym są
Stany Zjednoczone dla RFN - tak brzmi argumentacja. Jak gdyby niewolnicza, totalitarna zależnośd
systemu i całego społeczeostwa NRD od Związku Radzieckiego - która rzeczywiście uzasadnia
Orwellowskie analogie - mogła byd serio porównywana z obfitującym w konflikty sojuszem RFN i USA.

Oto może najbardziej dobitna różnica między NRD a Prusami: NRD jest paostwem suwerennym tylko
z nazwy. Chod do znudzenia podkreśla swoją bezgraniczną suwerennośd, jest przecież - gdy chodzi
o najistotniejsze kwestie militarne i politykę zagraniczną - zależna od ZSRR jak dziecko od ojca.
Zależnośd ta nie jest w koocu rezultatem niemieckiego militaryzmu, owego militaryzmu, którego
potęgi Rosjanie doświadczyli - kosztowała dwadzieścia milionów istnieo ludzkich - a któremu kres
położył w sierpniu 1945 r. historyczny traktat aliantów, podpisany nie przypadkiem w Poczdamie. W
lutym 1947 r., kiedy negocjacje między Rosjanami a Zachodem utknęły we wszystkich innych
punktach, zapadła przecież jednomyślna decyzja „likwidacji paostwa pruskiego, które od wieków było
rozsadnikiem militaryzmu i reakcji w Niemczech...” W strukturze rozkazów Układu Warszawskiego
NVA podporządkowana jest bezpośrednio naczelnemu dowództwu radzieckiemu, tak jak każda inna
armia (łącznie z polską). Generałowie armii, Mielke i Hoffmann, mogą argumentowad na rzecz
interwencji w Polsce aż do piany na ustach - ci, co efektywnie decydują o tym, czy niemieckie
mundury raz jeszcze wkroczą do kraju, który tak bardzo ucierpiał pod niemiecką okupacją - siedzą na
Kremlu. Toteż militaryzacja NRD w ramach wielkiej polityki jest tylko wtórnym, jakkolwiek ważnym
czynnikiem w radzieckich kalkulacjach. Z własnego impulsu NRD nie może wstąpid na drogę „ucieczki
do przodu”. Ale posiadanie tak potężnego motoru, dobrze naoliwionego pruskim smarem, musi byd
dla każdego kierowcy ogromną pokusą. Co się zaś tyczy kółek w mechanizmie, „materiału ludzkiego” -
tak czy inaczej spisane są na straty. Bez względu na to, w jakim kierunku ostatecznie maszyna
pojedzie.
Sceny z prowincji

Drezno - angielsko-amerykańscy gangsterzy powietrzni

- Pan stamtąd? - zapytuje mnie kobieta w średnim wieku w obskurnej drezdeoskiej kawiarni.

- Nie, jestem Anglikiem.

- Ach, jak wyście mogli to zrobid?

Nie ulega wątpliwości, co oznacza owo „to”. W Dreźnie nie można o „tym” zapomnied. Oblicze
Drezna wciąż nosi blizny po owej nocy z 13 na 14 lutego 1945 r., kiedy angielscy i amerykaoscy lotnicy
doszczętnie zbombardowali miasto. Kiedy teraz w zimowe popołudnie pod zaciągniętym szaro
niebem idę ulicami - przyjechałem na 35 rocznicę bombardowania - odnoszę wrażenie, że miasto po
tej nocy grozy nigdy się naprawdę nie ocknęło. W centrum rozpościera się zaniedbany, pusty parking
i ruiny kościoła Najświętszej Marii Panny. Przed kościołem na zwęglonej cegle wśród zielska leży mały
bukiet kwiatów. Opodal drewniana platforma przygotowana na wiec, z tyłu wielki, jaskrawy plakat:
biały gołąb pokoju, a wokół wycelowane w niego czarne rakiety. Na rakietach napis „NATO”. Według
NRD-owskiej propagandy taka właśnie nauka płynie z doświadczeo drezdeoskich.

„Barbarzyoski akt zniszczenia - piszą gazety - nastąpił na rozkaz brytyjskiego premiera Winstona
Churchilla”. Dalej można przeczytad o „terrorystycznym ataku angielsko-amerykaoskich
bombowców”, o „klejnocie Łaby, który został obrócony w ruinę i popiół *...+, chod nie uzasadniały
tego żadne względy militarne”, o „Kartaginie XX wieku”, o napaści, której celem było przeszkodzid
budowie socjalizmu, „podobnie jak w pół roku później w Hiroshimie i Nagasaki”; a także o dzisiejszej,
cichej uroczystości ku czci „ofiar imperialistycznej wojny”.

O zmierzchu na Starym Rynku daję się unieśd fali ludzi, zmierzającej świadomie w określonym
kierunku. Jeden po drugim wchodzą do odrestaurowanego kościoła św. Krzyża - stare kobiety
w czarnych nakryciach głowy i młodzi chłopcy w dżinsach. Tu odbywa się inny rodzaj cichej
uroczystości. „Chrystus jest naszym pokojem” - brzmi posłanie. Zniszczenia wojenne przypomina
posępna litania starannie wybranych miast: Coventry, Rotterdam. Warszawa, Leningrad, Hiroszima...
„Mamy powody, by troskad się o sprawę pokoju - słyszymy z ambony - rakiety NATO i obecnośd wojsk
radzieckich w Afganistanie zagrażają odprężeniu”. Wspólnota przyjmuje tę herezję z tym samym
spokojem, z jakim jest wypowiedziana. Z całej uroczystości bije trzeźwy rozsądek, suwerennośd
i odwaga.

Potem odbywa się Koncert Pamięci w pałacu kultury. Paostwowa Orkiestra Drezdeoska gra Requiem
Dvořáka. Majestatyczne wykonanie, które prowadzi słuchaczy przez całe spektrum emocji, od
wielkiego gniewu przy Dies irae, dies illa aż do boskiego wyzwolenia przy Agnus Dei. Prawdziwe
katharsis. Na koniec cała publicznośd zamiast klaskad wstaje - minuta milczenia. Jest to jedna z tych
rzadkich chwil autentycznej wspólnoty, umocnionej pamięcią wspólnej straty.

A potem, pod kopułą rozgwieżdżonego nieba, zaczynają bid dzwony, odpowiadają im inne, kościół
Dworski i kościół świętej Anny, kościół świętego Krzyża i kościół Trzech Króli wydzwaniają godzinę
pierwszego ataku bombowego z zimowej nocy 45 r. Jeśli z tarasu pałacu Brühla spojrzed na wpół
przymkniętymi oczyma na kościół Dworski, przy odrobinie fantazji można sobie wyobrazid, jak pięknie
było tu kiedyś.

Odwiedzam Drezno zawsze z ciężkim sercem, nie bez poczucia osobistej odpowiedzialności.
Oczywiście, mógłbym wywoład w pamięci obraz jednego z miast północnej Anglii, które również do
dziś noszą ślady bombardowao. Ale to nie jest argument. Rachunków zbrodni nie można bilansowad
jak przegranych w karty: sześd milionów Polaków, którzy zginęli w czasie wojny, przeciwko sześciu
milionom wypędzonych Niemców. Na nic się też nie zda ubolewad nad niszczycielską furią człowieka
wieku XX, Europy epoki totalitaryzmu, faszyzmu, imperializmu czy jeszcze jakiegoś innego „izmu”.
Wszystkie te teorie są z jednej strony rzetelną próbą uchwycenia problemu, z drugiej strony jednak
podsuwają coś w rodzaju psychologicznego azylu, ucieczki od odpowiedzialności. Faktem jest, że
Drezno zniszczone zostało przez Anglików - jeżeli nie przez mego ojca, to z całą pewnością przez jego
kolegów. Nie mogę wykręcid się od tej świadomości przy pomocy argumentów w rodzaju „nie było
mnie wtedy jeszcze na świecie”, „działali pod przymusem”, „wojna to wojna” itp. Jeśli utożsamiam się
ze swoim narodem, to utożsamiam się także z całą jego przeszłością, w złym i w dobrym.

Wyzwania tego nie osłabia sprawiedliwy gniew na to, co sama NRD uczyniła z pozostałościami Drezna
i to w dwóch odrębnych płaszczyznach, konkretnej i historycznej. Płaszczyzna konkretu widoczna jest
dla każdego turysty, który poświęci pięd minut na spacer po Prager Strasse. Pewien stary drezdeoczyk
powiedział do mnie: „Socjaliści dopełnili dzieła zniszczenia Drezna”. Po dwudziestoletnim
zaniedbaniu - Saksooczyk Ulbricht traktował bowiem barokową rezydencję Wettinów jako symbol
tego wszystkiego, co potępiał w dawnym porządku wartości - poczęto odbudowywad miasto w owym
bezdusznym stylu, jaki uderza dziś na Prager Strasse: betonowa pustynia bloków mieszkalnych, wśród
których hula wiatr - bez najmniejszego wyczucia proporcji i wdzięku.

Płaszczyznę historyczną może dostrzec każdy inteligentny czytelnik gazet. W gazetach mianowicie
pisze się, że owe 35 000 mieszkaoców Drezna, którzy zginęli w czasie bombardowania to ofiary
imperialistycznej wojny, w następnym zdaniu mowa już o amerykaoskim „imperializmie” w
Wietnamie oraz o „imperialistycznej” uchwale NATO w sprawie rakiet. Może to znaczyd tylko tyle, że
oto „angielsko-amerykaoscy gangsterzy powietrzni”, którzy zbombardowali Drezno, byli
„imperialistami” i tak naprawdę oni właśnie ponoszą odpowiedzialnośd za skutki wojny. Dalej
twierdzi się, że decyzja zbombardowania Drezna została podjęta wyłącznie przez Anglików i
Amerykanów, bez wiedzy i wbrew woli Związku Radzieckiego. Prawdą jest, że Związek Radziecki nie
brał udziału w faktycznym planowaniu operacji. Istnieje jednak znakomite NRD-owskie wydanie
korespondencji Stalina z Churchillem, Attlee'm, RooseveItem i Trumanem, gdzie stanowisko Stalina
wobec bombardowania miast niemieckich rysuje się jasno i wyraźnie.

Jestem rad - pisał np. Stalin 19 kwietnia 43 r. do Churchilla - że zamierza Pan kontynuowad
bombardowanie miast niemieckich w stale wzrastających rozmiarach4.

Co się zaś tyczy mniemania, że zachodni alianci bombardowali Drezno, aby przeszkodzid zbudowaniu
socjalizmu tam, gdzie - jak już było wiadomo - rozciągad się będzie radziecka strefa okupacyjna,
można spytad, czemu bombardowali nadal miasta takie jak Hamburg i Lubeka, których przynależnośd
do zon zachodnich również była już wtedy przypieczętowana? W statystykach miast, które poniosły

4
Cyt. wg polskiego wydania tej korespondencji.
największe straty w budownictwie mieszkaniowym, Drezno znajduje się na dwudziestym drugim
miejscu, za Dortmundem, Duisburgiem, Kassel i Hamm. Ponadto istnieją dowody świadczące o tym,
że Churchill opowiedział się za bombardowaniem Drezna także dlatego, aby pokazad Stalinowi, że
zachodni alianci mogą atakowad nawet w samym środku Niemiec, chod sojusznicze armie nie dotarły
wtedy jeszcze na dobre do zachodniej granicy niemieckiej.

Historyczne fakty są zniekształcane przez pominięcia i fałszywe sugestie, co pozwala propagandzie w


NRD skutecznie wykorzystywad tragiczne dzieje Drezna dla własnych celów. Ale te podłe szacherki nie
mogą umniejszyd ciężaru odpowiedzialności, jaki czuję idąc ulicami zbombardowanego miasta.
Albowiem przy rzeczowej analizie faktów dochodzimy do wniosku, że spowodowane tu zniszczenia
nie pozostają w żadnym stosunku do rzeczywistej roli, jaką bombardowania odegrały w zwycięskim
zakooczeniu wojny - a więc w wyzwoleniu drezdeoczyków. Pytanie „Jak wyście mogli to zrobid?” -
uważam za głęboko uzasadnione, zadawanie mi tego pytania - za rzecz słuszną i należytą, i czuję się
w obowiązku szukad odpowiedzi.

Zastanawiam się niekiedy, co też odczuwa obywatel NRD, spacerując po Warszawie albo zwiedzając
Oświęcim. Kiedy w kawiarni zapytują go „Jak wyście mogli to zrobid?” Czy uważa, że to go nie
dotyczy? Czy patrzy pytającemu w oczy i mówi: „Wie pan, to nie my, to faszyści” albo używa oficjalnie
obowiązującej w języku polskim terminologii i mówi „to byli hitlerowcy”? Z pewnością taka właśnie
odpowiedź byłaby zgodna ze stanowiskiem jego paostwa. Dlatego ani Walter Ulbricht, ani Erich
Honecker nie uczynili przed Pomnikiem Getta w Warszawie gestu podobnego do uklęknięcia. A Bóg
świadkiem, że Willy Brandt był jeszcze mniej odpowiedzialny za zbrodnie drugiej wojny światowej na
polskich ziemiach niż Walter Ulbricht, swego czasu zagorzały zwolennik paktu między Hitlerem a
Stalinem z sierpnia 1939 r. Dziś w Oświęcimiu można zobaczyd baraki zamienione w pawilony
„narodów-ofiar”: Austria, Belgia, Węgry, Związek Radziecki - zupełnie słusznie. Nie ma oczywiście
pawilonu Izraela - byłoby to nie do pogodzenia z polityką zagraniczną ZSRR - ale jest pawilon
„męczeostwa Żydów”. Jugosławia, Czechosłowacja, Bułgaria, na koocu zaś mały pawilonik NRD. NRD
jako ofiara nazistowskich Niemiec! Niedawno - opowiada mi polski znajomy - przedstawiciele NRD
asystowali tu jakiejś uroczystości, tak jak gdyby mieli z całą sprawą równie mało wspólnego, co
delegacja Ugandy albo Mozambiku.

Ta doprowadzająca do mdłości hipokryzja cechuje też stosunek do paostwa żydowskiego. Jak


wiadomo, NRD nigdy nie zapłaciła Izraelowi ani grosza odszkodowania. Oświęcim jest wyłącznie
sprawą RFN. W NRD-owskich atlasach historycznych zachodnioniemieckie odszkodowania dla Izraela
figurują w rubryce „wszechstronne poparcie RFN dla izraelskich agresorów”. Również nuta niektórych
oficjalnych wypowiedzi o izraelskiej polityce po wojnie sześciodniowej przypomina kwadranse
nienawiści z „Roku 1984” Orwella (gdzie wróg numer jeden nazywa się przecież Immanuel Goldstein).
Syjonizm - wedle definicji w „Małym Słowniku Politycznym” - to „szowinistyczna ideologia, szeroko
rozgałęziony system organizacji i rasistowska praktyka polityczna żydowskiej burżuazji, stanowiącej
częśd monopolistycznego kapitału”.

Definicja ta, jawnie zatrącająca argumentami nazistowskiej propagandy, wprost zapiera dech. Wyraża
faktycznie poglądy owych wysoko postawionych komunistów żydowskiego pochodzenia, którzy, pod
rozmaitymi względami, stanowią najbardziej wiarygodną grupę wśród starszej generacji
funkcjonariuszy NRD - ale zarazem też są najbardziej zagorzałymi antysyjonistami.
Oficjalny stosunek NRD do nazistowskiej przeszłości to skrajny przykład owego wydłubywania
rodzynków z niemieckiej historii. „W NRD zostały zrealizowane ideały antyfaszystów” - głosi
nagłówek w Neues Deutschland. Jak gdyby wszyscy niemieccy antyfaszyści mieli identyczne ideały!
Ciekawe doprawdy, co by się stało w Berlinie Wschodnim na przykład z Bonhoefferem albo
Stauffenbergiem. Najwyraźniej każdy Niemiec z owych 17 milionów, które w 1949 r. znalazły się we
wschodniej strefie, był „dobry” i „antyfaszystowski”. Prawda, że większośd wyższych funkcjonariuszy
nazistowskich postarała się jak najprędzej uciec na Zachód. W NRD można byłych nazistów na
wysokich stanowiskach wyliczyd na palcach obu rąk. Rola, jaką odgrywają, jest dosyd obrzydliwa, jak
w przypadku osławionego redaktora naczelnego Neues Deutschland, doktora Güntera Kertzschera,
byłego członka SS i NSDAP oraz autora kilku najhaniebniejszych artykułów wstępnych podpisanych
inicjałem „dr K.” „W ruchu robotniczym zawsze trafiali się ludzie w środku czarni i na pokaz tylko
noszący czerwoną czapkę” - pisał w 1976 r. ów były nazista o Wolfie Biermannie, komuniście
o demokratycznych przekonaniach i synu starego komunisty. Może Biermann miał na myśli dr. K., gdy
pisał:

Wszak NRD, ojczyzna ma,


Zawsze ma ręce czyste.
Nie wróci zły Hitlera czas
- To rzecz jest oczywista.

Dobrze zrobiła pracę swą


Stalina twarda miotła:
Czerwone dzisiaj zadki są,
Co wczoraj były brunatne.

A jednak dr K. jest raczej wyjątkiem; i nawet w tym przypadku dopuścid trzeba możliwośd uczciwego
nawrócenia - możliwośd, jakiej NRD, a już zwłaszcza dr K., nigdy nie przyznałby byłemu naziście, który
dziś w RFN opowiada się za ustrojem liberalno-demokratycznym. Na najwyższym szczeblu w NRD
nigdy nie występował problem personalnej kontynuacji III Rzeszy, nie było afer, jakie wybuchały w
RFN wokół Globkiego, Kiesingera, Filbingera, a dziś Carstena.

Na szczeblu zwykłych obywateli problem owej ciągłości przedstawia się w RFN i w NRD z grubsza tak
samo. Nawet jeśli w NRD - w stosunku do liczby ludności - jest mniej byłych żołnierzy Hitlera, to
przecież i tak jest ich całkiem sporo. A na pewno za dużo, aby swobodne, jeśli nie wyniosłe
zachowanie obywateli NRD w innych krajach Europy Wschodniej nie budziło pewnego niesmaku. Co
może byd zrozumiałe, a nawet usprawiedliwione w zachowaniu człowieka, który spędził dziesięd lat
w hitlerowskich więzieniach, w zachowaniu 17 milionów, którymi człowiek ten rządzi,
usprawiedliwione bynajmniej nie jest. Mamy tu drugą stronę zagadnienia, którym zajmowaliśmy się
w poprzednim rozdziale: jeśli cnoty obywateli utożsamia się z cnotami paostwa, cnoty paostwa
przechodzą niejako z mocy prawa na lojalnych obywateli. Nie pozostaje to bez wpływu na postawę
młodej generacji. O nazizmie słyszeli zawsze tak, jak gdyby było to coś, co przyszło z zewnątrz,
zjawisko ponadnarodowe, „noc faszyzmu”, która ogarnęła Niemcy. W centralnym organie partii
przyjmuje się nadal klasyczną, pochodzącą od Dymitrowa definicję: faszyzm to „jawna terrorystyczna
dyktatura najbardziej reakcyjnych, szowinistycznych, imperialistycznych elementów kapitału
finansowego”. Toteż problem faszyzmu dotyczy „ich” - nie „nas”. Ta jaskrawo upraszczająca etiologia
faszyzmu sprawia, że młodzież czuje się zwolniona z zastanawiania się nad sobą, nad niemiecką
historią, językiem, kulturą i nad własnym zachowaniem. Nie jestem pewien, czy naprawdę - jak się
czasem twierdzi na Zachodzie - generacja muru jest lepiej poinformowana o czasach nazizmu niż ich
rówieśnicy na Zachodzie. Oczywiście nieporównanie silniej wbito im do głowy fakt istnienia obozów
koncentracyjnych i terroru, jaki naziści stosowali wobec komunistów. Zapewne też przygodne
manifestacje natury „neofaszystowskiej” - malowanie swastyk na murach, dzieci bawiące się
w pogromy, uczniowie, którzy witają się gestem „niemieckiego pozdrowienia” - to jedynie wyraz
buntu przeciwko przemożnym autorytetom. W gruncie rzeczy, jeśli uczniowie wiedzą, że mogą w ten
sposób skutecznie sprowokowad nauczycieli, świadczy to jedynie o powadze, z jaką traktuje się ten
temat. Ale jest to powaga jednowymiarowa.

Skoro NRD odkrywa Niemcy, skoro z wolna godzi się z własną niewątpliwą niemieckością, skoro
ostrożnie poczyna eksploatowad niemiecki patriotyzm jako nowe źródło legitymizacji - będzie musiała
też uznad inne wymiary problemu. To, co praktykowano do tej pory, zwłaszcza w stosunku do
czasów, które mają byd koronną historyczną racją istnienia NRD, było nie rozrachunkiem, ale
gwałtem na przeszłości. Patriotyzm oznacza - poniekąd jak w małżeostwie - zaakceptowanie
ukochanego wraz ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Czy jednak taka świadomośd może
prowadzid do silniejszej identyfikacji z paostwem wschodnioniemieckim, to kwestia - jak wiele
niemieckich kwestii - trudna do rozstrzygnięcia.

Lipska wiosna

Na wiosnę, w czasie Międzynarodowych Targów, Lipsk rozkwita barwami policji. W środku miasta
widad więcej mundurów niż krokusów. Drogówka ściąga od zachodnich gości, którzy niczego nie
podejrzewając pędzą drogami wjazdowymi, mandaty; policja kolejowa patroluje dworce; zwyczajni
funkcjonariusze rozstawiają barierki, aby utrudnid przechodzenie przez ulicę. Marnotrawstwo ludzkiej
siły roboczej przyprawia o zawrót głowy, ale zarazem imponuje, jak widok feudalnych orszaków na
średniowiecznych turniejach.

Teren Targów opanowany jest głównie przez formacje niemundurowe. Nazywanie ich tajną policją
wydaje się nieporozumieniem, ponieważ owe filary wschodnioniemieckiego społeczeostwa nawet
przypadkowy obserwator rozpoznaje na pierwszy rzut oka. Byd może zwraca uwagę przede
wszystkim sposób, w jaki panowie ci starają się nie rzucad w oczy, może polega to także na ich
predylekcji do krawatów o jaskrawych wzorach. Przed formalnym otwarciem Targów niezliczone
mnóstwo tych postaci kręci się po zamkniętych jeszcze pomieszczeniach wystawowych. Nagle przez
sale idzie szept: Biuro Polityczne nadchodzi! Nadchodzą istotnie, gęsto otoczeni funkcjonariuszami
bezpieki jak krowy w rojach much.

Nawet jeśli widziało się tysiące fotografii przywódcy partyjnego, nikt nie jest przygotowany na
spotkanie twarzą w twarz. Jego usta poruszają się nerwowo nad gładko wygolonym podbródkiem.
Rzadkie, srebrne włosy sczesane są gładko do tyłu. Blady, bezbarwny i ponury - tak jawi się Honecker
na zdjęciach. Tymczasem, gdy oglądad go in natura, efekt jest zgoła inny. Jest to człowiek, za którym
każdy obejrzałby się na ulicy. W postawie ma niepowtarzalną, niemal niesamowitą, wystudiowaną
nieruchomośd. Nawet gdy musi wysłuchiwad najnudniejszych przemówieo, na jego twarzy utrzymuje
się doskonały, zamarznięty uśmiech. Demonstruje niemal orientalne maniery - górna częśd ciała lekko
pochylona do przodu, na ustach uśmiech, podczas gdy oczy za szkłami okularów pozostają chłodne
i nieporuszone. Jest inny niż my wszyscy. A już robotnikiem nie jest z całą pewnością. Przypomina
raczej gubernatora prowincji z „Kaukaskiego koła kredowego” Brechta. On także wyróżnia się tym
sztucznie młodzieoczym wyglądem, tym widocznym wyobcowaniem.

Dystans między narodem a rządem nigdy nie był w Niemczech tak wielki jak teraz - napisał w
1978 r. Robert Havemann - ani za Wilhelma II, ani tym bardziej w Republice Weimarskiej, ani
nawet w czasach narodowego socjalizmu.

Doprawdy, trzeba rozejrzed się wśród mandarynów chioskiego cesarstwa, aby znaleźd władców,
którzy żyją w takiej izolacji od swego narodu jak dzisiejsze Biuro Polityczne NRD.

Mimo wszystkich przywilejów, środków bezpieczeostwa i tajemnic, jakie osłaniają dziś mężów stanu
w zachodnich demokracjach, o podobnej izolacji na Zachodzie nie ma mowy. Przed dziesięciu laty
ówczesny burmistrz Monachium Hans-Jochen Vogel codziennie jeździł do ratusza tramwajem.
Brandta albo Schmidta można przed południem spotkad gdzieś w restauracji. W przypadku
brytyjskich premierów powrót do normalności jest niemal brutalny: wczoraj władca kraju, dziś po
prostu mister Heath albo mister Wilson, który jak wszyscy stoi w kolejce w supermarkecie.
Porównajmy to z sytuacją Ericha Honeckera. Od 35 lat bez przerwy wiedzie żywot wysokiego
dygnitarza: żyje w złotej klatce. Poprzednie dziesięd lat spędził zaś za bynajmniej nie złotymi kratami
hitlerowskich więzieo. Innymi słowy, od dzieciostwa Honecker nie zaznał „normalnej” egzystencji.

Dziś mieszka, podobnie jak reszta członków Biura Politycznego, w ściśle strzeżonej enklawie w lasach
Wandlitz, położonej korzystnie przy autostradzie na północ od Berlina. „Leśna osada”, wyglądająca
jak ekskluzywny klub golfowy, otoczona jest wysokim, oświetlonym murem. Przy wejściu goście
rewidowani są przez wartowników. Jeśli zapytad ich, czego właściwie tu pilnują, odpowiadają:
„obiektu wojskowego”. Na temat luksusu, który ma panowad za murami, krążą najdziksze pogłoski.
Pewne jest, że mężowie stanu zamieszkują osobne wille, mają własne sklepy, własny personel,
zobowiązany do najściślejszego przestrzegania tajemnicy, i własne rozrywki. Dysponują letniskiem w
Schorfheide - majątek ten, nawiasem mówiąc, obejmuje dawną rezydencję Göringa Karinhall.
Ponadto jest jeszcze mała wyspa Vilm na Bałtyku, zarezerwowana dla rządu i jego gości. Wedle
informacji nielicznych uprzywilejowanych, którzy odwiedzali te przybytki, elita kierownicza NRD nie
oddaje się uciechom tak ekscesywnym, z jakich słyną ich polscy koledzy. Ścisła izolacja wzmacnia
jednakże obustronne fałszywe wyobrażenia: wyobrażenia zwykłych obywateli o życiu „góry”
i wyobrażenia „góry” o życiu zwykłych obywateli.

Podwyżka cen i jej pośpieszne odwołanie na skutek reakcji wstrząśniętej ludności stwarza obraz
rządu, który jak ślepiec z mozołem szuka drogi. Ale, jak ślepcy, rząd ma też swoje laseczki do
wymacywania terenu. Najmniej użyteczną metodą są zapewne oficjalne wizyty, jakie Honecker i jego
koledzy nieustannie składają. Volvo z zasłoniętymi szybami przewozi ich z jednej zaaranżowanej
wizyty w fabryce na drugą, z jednego zorganizowanego mityngu na następny. Oczywiście dla
rządzących spotkania te nie są rzeczywistym barometrem nastrojów społecznych. Jest to paradoks
wszystkich systemów totalitarnych: kierownictwo, zmusiwszy ludzi do straszliwego milczenia
w sprawach publicznych, poświęca sporo czasu i wysiłków na zorientowanie się, co ludzie naprawdę
myślą. Służy temu rozległa sied instytucji, które usiłują kontrolowad opinię publiczną. Ośrodek
badania opinii przy KC SED, przeróżne agendy SED i FDJ, Centralny Instytut Badao nad Młodzieżą w
Lipsku oraz, rzecz jasna, Służba Bezpieczeostwa. Trudno ocenid, jak obiektywne są składane władzy
raporty, pewne przesłanki świadczą jednak o tym, że wyłania się z nich obraz o wiele zbyt różowy.
Nader często zdają sprawę jedynie z osiągnięd ich autorów. Nie ma przepisu na rozsądną rzeczowośd.
Im wyższa zaś pozycja sprawozdawcy, tym większy dystans dzieli go od obywateli. Podobnie jak
informacje o wykonaniu planu, również raporty o nastrojach na każdym szczeblu swojej drogi w górę
wykazują rosnący spadek realności. Do tego dochodzą oczywiście względy ideologiczne. Według
marksizmu-leninizmu stałe pogarszanie się sytuacji - czy to w dziedzinie bytu, czy to świadomości - na
etapie „rozwiniętego społeczeostwa socjalistycznego” jest po prostu niemożliwe. Skoro doczesna
rzeczywistośd ma byd jedynym i ostatecznym kryterium prawdziwości lub fałszywości doktryny,
władze nie mogą przyznad same przed sobą, że owa „rzeczywistośd” nie rozwija się zgodnie
z proroctwami Pisma. Stąd typowa dla wschodnioeuropejskich przywódców zasada nieprzyjmowania
do wiadomości faktów niepożądanych.

Przytoczmy popularny w NRD dowcip. Lenin, Stalin i Honecker jadą pociągiem przez pustynię. Nagle
pociąg zatrzymuje się. Trzej komunistyczni przywódcy wysiadają i widzą, że w tym miejscu kooczą się
szyny. Po krótkim namyśle Lenin proponuje kolejno rozbierad szyny z odcinka już przebytego, układad
je przed pociągiem i w ten sposób, chodby w ślimaczym tempie, dotrzed do celu. Stalin rozkazuje
rozstrzelad maszynistę. Honecker bez słowa wraca do przedziału, zaciąga firanki,
z charakterystycznym przymarzniętym do warg uśmiechem rozpiera się na siedzeniu i ogłasza:
„Jedziemy!”

NRD-owski pisarz Günter Kunert napisał kiedyś, że przywódcy NRD mają alergię na rzeczywistośd.
Jeśli tak, to przyznad trzeba, że zapewnili sobie warunki pozwalające im przez całe życie unikad
drażniącego przedmiotu.

A już szczególnie w Lipsku. Obchód członków Biura Politycznego zaplanowany jest w każdym
szczególe, niczym wizyta feudalnego władcy. Zachodni goście rejestrują wszystkie odcienie
łaskawości i przychylnego nastawienia równie skwapliwie, jak kiedyś dworzanie odnotowywali
humory monarchy (czemu odwiedził w tym roku stoisko Citroena? Czy rzeczywiście okazał
zainteresowanie wystawą Datsuna? Czy zabawił tu o 30 sekund dłużej niż tam?). I nie bez powodu. W
całym bloku wschodnim podobne drobiazgi - kilka zdao w artykule Prawdy, parę kroków Breżniewa
odprowadzającego Franza Josefa Straussa do samochodu albo, tak jak tutaj, 30 sekund dłużej przy
jakimś stoisku - bywają sygnałami istotnych nowych akcentów w polityce. 30 sekund może doskonale
oznaczad 30 milionów marek.

O wizycie przy stoisku brytyjskiej fabryki maszyn GKN Neues Deutschland doniosło następnego dnia:

Chociaż stosunki między firmami NRD a brytyjskimi przedsiębiorcami rozwinęły się,


powiedział Erich Honecker, nadal pozostają w tyle za istniejącymi możliwościami. GKN, które
odegrało pionierską rolę w handlu z NRD, jest także i dziś predestynowane do rozbudowy
wzajemnych stosunków gospodarczych.

Brzmi to dobrze i zachęcająco, ale ci, którzy znajdowali się akurat przy rzeczonym stoisku, wiedzą, że
nie całkiem pokrywa się z tym, co Honecker naprawdę powiedział. Owszem, powiedział coś w tym
rodzaju, ale słowo „predestynowane” z jego ust nie padło. Nieważne jest, co powiedział, ważne jest,
co chciał powiedzied.
Ciekawy przebieg miało też spotkanie przy stoisku afgaoskim, gdzie wystawiano dośd osobliwą
kolekcję kożuchów i orzeszków ziemnych - istny pchli targ. Afgaoski przedstawiciel sam roztaczał coś
z atmosfery pchlego targu, walcząc z marynarką, by na czas przygotowad się do powitania głowy
paostwa. Honecker słuchał wygłaszanego jednym tchem przemówienia („... a to są orzeszki ziemne,
a to są solone orzeszki ziemne...”) z tym samym wyrazem uprzejmego zainteresowania, jaki
przybierał na użytek dyrektorów największych światowych firm. Potem poklepał zdumionego
Afgaoczyka po ramieniu i rzekł: „Wasza rewolucja stanowi decydujący wkład w dzieło odprężenia!
Życzymy wam powodzenia w waszej walce!” Powtarzając życzenia wszystkiego najlepszego
i potrząsając ściskanymi dłoomi Biuro Polityczne opuściło stoisko, a pozostawiony sam sobie
Afgaoczyk stał zmieszany, ale ucieszony - jak uczeo, który nie wie, za co właściwie nauczyciel go
pochwalił. Afganistan jako decydujący wkład w dzieło odprężenia - te z góry przygotowane frazesy to
kolejna zasłona, jaką rząd oddziela się od realnego świata. Słowa mają znaczenia, jakie nadaje im
władza. Następnego dnia Neues Deutschland doniosło o „serdecznej” rozmowie przy stoisku
afgaoskim. Cóż, w rzeczywistości długa rozmowa przy zachodnioniemieckim stoisku Kruppa była
daleko serdeczniej sza niż spotkanie z Afgaoczykiem i jego orzeszkami. Ale tego nie wolno
powiedzied. W koocu Afganistan jest zaprzyjaźniony z NRD, a RFN nie. A pierwszy sekretarz jest tylko
pierwszym sługą swego paostwa. Nieważne jest, co czuje, ważne jest, co powinien czud.

Po odejściu dygnitarzy do pawilonów wystawowych wpuszcza się lud. Tej niedzieli - jak co roku -
przybyły wielkie tłumy, aby przynajmniej oczami uszczknąd coś z zakazanych owoców kapitalizmu.
Zachodnie produkty oglądane są z nieskrywanym zaciekawieniem i zazdrością, prospekty
rozchwytywane jak świeże bułeczki. Prospekty te i katalogi zachodnich domów wysyłkowych
przysparzają paostwu więcej strat niż wszystkie przeszmuglowane egzemplarze Bahro czy
Sołżenicyna. Przy najmniejszych stoiskach tworzą się ogromne kolejki. Małe przedsiębiorstwo
produkujące narzędzia jest niemal oblegane przez zafascynowanych gości: obrazuje pasję
majsterkowania w domu i ogrodzie - burżujski styl życia! Ale także spora oferta NRD-owskich
produktów, przeznaczonych głównie na eksport, oglądana jest z zainteresowaniem - a także
z rozżaleniem. Nic dziwnego.

Na sąsiednich Targach Książki Edition Leipzig prezentuje starannie wydany tom w języku angielskim
„A History of Travel”. Pierwsze słowa tekstu brzmią:

Podróżowad! - „Pęd do podróży jest może największą i najbardziej niewinną spośród ludzkich
namiętności” - zanotował w swoim dzienniku austriacki poeta Moritz Hartmann w 1851 r. [...]
Dziś jeżdżą wszyscy i wszędzie.

Oczywiście, z wyjątkiem obywateli NRD. Nie tylko nie wolno im odwiedzid wszystkich tych miejsc,
które zostały tu tak pięknie opisane, nie wolno im także nabyd książki, jest ona bowiem (podobnie jak
większośd znakomitej produkcji Edition Leipzig) przeznaczona na eksport, aby przysporzyd paostwu
pilnie potrzebnych dewiz. Mnóstwo ludzi, przede wszystkim młodzież, gromadzi się przy stoiskach
wydawców zachodnioniemieckich. I tu roi się od szpiclów bezpieki. Brodaty młody człowiek
w dżinsach, który z wypchanymi kieszeniami dośd nerwowo opuszcza stoisko Rowohlta, zostaje
w kącie zatrzymany: „Proszę opróżnid kieszenie!”

W czasie targów lipskich na krótką chwilę widoczne stają się społeczne różnice w NRD. Późnym
wieczorem na parkiecie w barze hotelu „Stadt Leipzig” widad uprzywilejowanych i możnych tego
kraju, adwokatów, wysoko postawione osobistości handlu zagranicznego i resortu finansów.
Grubawi, podstarzali urzędnicy wyprawiają groteskowe łamaoce z paniami, które niewątpliwie
młodsze są niż ich profesja. Kiedy idziemy przez rynek do domu - dobrze ubrani, w aurze dostatku
i zadowolenia z życia - w ciemności przesuwa się obok nas jakaś postad. Nagle odwraca się i krzyczy
łamiącym się głosem: „Wam to dobrze! Tak, wam to dobrze!”

Jeśliby pod tym kątem porównywad NRD do Zachodu, to, po pierwsze, bogactwo i przywileje w NRD
są zazwyczaj daleko mniej widoczne, po drugie - przybierają inne formy. Zwykłego obywatela NRD
drażnią nie tyle różnice materialne, chod i tych nie brak. Mówiąc z grubsza, na Zachodzie bogaci
ludzie są bogatsi, a biedni - biedniejsi niż w NRD. W NRD ludzie naprawdę bardzo bogaci stanowią
cieniutką warstewkę, składając się przede wszystkim z rzemieślników. Blacharz, elektryk czy stolarz są
zjawiskiem tak deficytowym, że mogą żądad niebywałych sum za swoje usługi - i to w twardej
walucie. Rzemieślnicy nie wstydzą się też demonstrowad swojej zamożności w letnim domku nad
Bałtykiem albo w willowej dzielnicy Berlina. Inteligencja - lekarze, inżynierowie, profesorowie, artyści
- jest zazwyczaj dyskretniejsza; jeszcze dyskretniejsi są funkcjonariusze średniego szczebla;
najbardziej zaś dyskretni są najwyżsi dostojnicy, kryjący się za murami „leśnej osady”.

Już zwyczajna nierównośd materialna może uczciwego socjalistę doprowadzid do furii. Wolfgang
Leonhard pisze w swojej autobiografii, jakim wstrętem przejmowały go luksusowe wille przywódców
(wtedy jeszcze w Niederschönhausen) i wyznaje, że dlatego między innymi rozstał się z NRD. Gdy
rozmawiał o swoich wątpliwościach z pewnym wysokim funkcjonariuszem, w odpowiedzi usłyszał, że
ulega wrogiej propagandzie oraz popada w drobnomieszczaoski egalitaryzm. Podobnie Rudolf Bahro
wyrażał się ze zgrozą o odstępstwach od „dawnej bolszewickiej skromności”.

Obok nierówności materialnych istnieją w NRD, tak jak we wszystkich krajach bloku wschodniego,
nierówności specyficzne dla tego systemu. Największe rozgoryczenie budzi nierówny dostęp do
informacji oraz nierówne możliwości wyjeżdżania na Zachód. Na Zachodzie jedno i drugie jest kwestią
pieniędzy. Na Wschodzie rzecz jest bardziej skomplikowana. Przywileje te zarezerwowane są dla
szczególnych talentów (artysta, który odbywa tournee po Zachodzie i zarabia twarde dewizy),
szczególnych kompetencji (profesor, który wyjeżdża na konferencję do Genui) albo też mają
szczególną wymowę polityczną. Cena, jaką płaci się za podróż zagraniczną, częściej ma charakter
polityczny (i moralny) niż finansowy. Przywileje „nowej klasy” różnią się zasadniczo od przywilejów
występujących w społeczeostwach zachodnich. Jednakże suma nierówności w tych krajach
bynajmniej nie jest mniejsza niż na Zachodzie.

Gdy Wschód chce nas oceniad według naszych własnych kryteriów i zadaje Zachodowi słuszne
i ważne pytanie: „Mówicie o wolności. No dobrze. Ale wolnośd dla kogo?”- mamy obowiązek
odpowiedzied. Ale mamy też prawo zadad inne pytanie: „Mówicie o równości. Pysznie. Ale równośd
dla kogo?”

Budziszyn I i II

Obywatelowi NRD kojarzą się z nazwą Bautzen - Budziszyn - dwie sprawy: Serbowie i więzienie. Małe
odgałęzienie Słowian Zachodnich, Serbowie Łużyccy, to jedyna mniejszośd narodowa w NRD. Traktuje
się ich ze wszystkimi oznakami publicznego szacunku i niekiedy doprawdy można odnieśd wrażenie,
że paostwo bardziej troszczy się o ich „narodową” tożsamośd i kulturę niż oni sami. Budziszyn jest
stolicą Serbów Górnołużyckich, którzy mają nawet własny dziennik. Pedantycznie przestrzega się
zasady dwujęzyczności, na tabliczce z nazwą ulicy obok „Ernst-Thälmann-Strasse” figuruje „Ernsta-
Thälmannova-dróha”. Listy z więzienia noszą stempel „Bautzen-Budyšin”.

Więzienie to jest znane w NRD, ponieważ siedziało tam kilku wybitniejszych przedstawicieli innej
mniejszości, traktowanej już nie tak wielkodusznie - mniejszości odmiennie myślących. Siedzieli tu
Wolfgang Harich, profesor fizjologii Frucht i - nie tak dawno - Rudolf Bahro. Budziszyn II - aby użyd
poprawnej nazwy - jest czymś w rodzaju wyspy prominentów w małym archipelagu zakładów karnych
dla politycznych. Więźniowie Budziszyna II mają ten wątpliwy przywilej, że zajmuje się nimi wyłącznie
Służba Bezpieczeostwa. Zastrzeżony głównie dla więźniów sumienia jest też zakład karny w Cottbus
(Chociebuż), pobliskiej stolicy Serbów Dolnołużyckich. Reszta rozmieszczona jest głównie w zakładach
karnych Brandenburg-Görden, Berlin-Rummelsburg, w Lipsku oraz w więzieniu dla kobiet w
Hoheneck.

Publicznie NRD nie przyznaje się do więźniów politycznych. Podczas wywiadu dla brytyjskiego
wydawcy Roberta Maxwella w lutym 1981 r. Honeckerowi przedstawiono ostatnie szacunki Amnesty
International, z których wynika, że liczba więźniów politycznych w NRD waha się od 3000 do 7000.
Jest to „ordynarne kłamstwo - oburzył się pierwszy sekretarz. - Już sama różnica 4000 świadczy
o powadze, z jaką ci ludzie podchodzą do takich kwestii”. „Od ostatniej amnestii w 1979 r. nie ma
u nas ani jednego więźnia politycznego” (Neues Deutschland z 13 lutego 1981 r.). Ta ostatnia uwaga
jest interesująca o tyle, że potwierdza, iż przed amnestią w NRD byli więźniowie polityczni. Zaś
różnica 4000 rzeczywiście świadczy o sumienności Amnesty International - dowodzi
wstrzemięźliwości w formułowaniu definitywnych sądów w sytuacji, gdy brak definitywnych danych.
Można jednak przyjąd z całą pewnością, że w NRD jest przynajmniej 3000 więźniów politycznych.
Stały dopływ więźniów „wykupionych” przez Zachód pozwala na bieżąco korygowad posiadane
informacje.

Aby docenid wymowę tych liczb, trzeba wiedzied, że ogół więźniów politycznych w Związku
Radzieckim szacuje się na około 10 000. A więc 10 000 na 262 min ludności w ZSRR i 3000-7000 na
niecałe 17 min mieszkaoców w NRD.

Większośd siedzi za to, że próbowała przedostad się na Zachód. Ci, których złapano na próbie ucieczki
albo chodby na planowaniu ucieczki, mają przed sobą osiem lat więzienia. Ci, którzy zbyt mocno
upierali się przy wnioskach o legalną emigrację, narażają się na zarzut „działania na szkodę paostwa
lub społeczeostwa” albo „szkalowania paostwa”. Przez więzienie można wydostad się na Zachód
i coraz więcej ludzi stawia na tę właśnie drogę. Sposoby, jakich się imają, by znaleźd się w więzieniu,
nie są często pozbawione swoistego stylu, świadomego komizmu.

Gabriel Berger na przykład po euforycznych artykułach, jakie Neues Deutschland zamieszczało


w czasie konferencji helsioskiej, zwrócił się do lokalnej policji o zezwolenie na demonstrację na rzecz
praw człowieka. W tydzieo później został aresztowany i oskarżony z § 220 kk o szkalowaniu paostwa.
Jacob Manthey - po wielu daremnych próbach uzyskania oficjalnej zgody na emigrację - napisał list do
ministra spraw wewnętrznych, oświadczając, że zamierza uciec. Wkrótce potem udał się pod mur w
Berlinie i poinformował wartownika, że będzie szukał dziury, przez którą można się wydostad na
Zachód. Został aresztowany i oskarżony o straszliwe przestępstwo „pozorowania czynu karalnego”.
Osoby zatrzymane przez bezpiekę lądują na wiele dni, jeśli nie tygodni, w areszcie śledczym, czekając
na proces. Intensywne przesłuchania trwają niekiedy całą noc. Aresztowanych trzyma się przeważnie
w małych pojedynczych celach, skąd przez żadne okno nie można wyjrzed na świat zewnętrzny. W
ciągu dnia nie wolno się kłaśd, w nocy zaś więźniom często zakłóca się sen przez regularne zapalanie
i gaszenie światła. Dla rozprostowania kości wyprowadzani są raz dziennie, pojedynczo, na mały,
otoczony murem dziedziniec; spacer trwa najwyżej 30 minut. Dysydencki pisarz Jürgen Fuchs czekał
w areszcie na proces ponad dziewięd miesięcy. Potem wydalono go na Zachód - bez procesu.

Służba Bezpieczeostwa robi wszystko, aby sytuacja przetrzymywanego złoczyocy działała


odstraszająco na innych - zarazem jednak dba o swój obraz w oczach Zachodu. Tak więc
holenderskiemu pilotowi, który nieumyślnie wtargnął do strefy powietrznej NRD i zmuszony był
lądowad, bezpieka zapewniła nadzwyczajne warunki: duże, przewiewne pomieszczenie, kolorowy
telewizor, znakomite wyżywienie i tyle pomaraoczy, na ile miał ochotę (jego cela była wówczas
pewnie jednym miejscem w NRD, gdzie można je było oglądad). „Wie pan, co do pana należy -
oświadczyli funkcjonariusze. - Dziennikarze będą pana wypytywali, jak panu tu było. Więc niech im
opowie, jakie naprawdę są warunki w aresztach NRD!”

Faktycznie byli więźniowie, którzy dziś mieszkają na Zachodzie, dają nam dobry obraz tych
warunków. Ich relacje poświadczają, że od zatwierdzenia nowego kodeksu postępowania karnego
w kwietniu 1977 r. coś się poprawiło, ale wiele pozostało do życzenia. Ustawa przewiduje na przykład
użycie siły tylko jako środka ostatecznego. W praktyce fizyczne represje stosuje się pod najbłahszymi
pretekstami. W karcerach nadal do spania są tylko gołe betonowe ławy bez materacy. Wszyscy
więźniowie zobowiązani są pracowad, warunki bhp na ogół opisywane są jako skrajnie
niezadowalające. Jeśli więźniowie próbują protestowad przeciwko złemu traktowaniu, jak na przykład
krytyk i dziennikarz z Lipska, Rolf Mainz, uciekając się do głodówki, przemocą kładzie się temu kres.
Skrępowanemu więźniowi wlewa się do ust roztwór soli kuchennej, który powoduje nieznośne
pragnienie - aby je ugasid, więzieo dostaje tylko zupę.

Najgorszych prześladowao więźniowie polityczni zaznają jednak często ze strony innych więźniów.
Praktykę rozmyślnego zamykania więźniów sumienia w jednej celi z kryminalistami NRD przejęła
w spadku po III Rzeszy (czy może raczej z Archipelagu Gułag). W dodatku kryminalni otrzymują pewną
władzę zwierzchnią nad politycznymi. Dziewiętnastolatek, który próbował przez czeską granicę
przedostad się do Austrii albo protestowad przeciwko wprowadzeniu nauki obronności w szkole,
może byd wydany na łaskę i niełaskę skazanego na dożywocie mordercy. Wiarygodne świadectwa
ilustrują fizyczne i psychiczne okrucieostwo takich sytuacji.

Gabriel Berger wskazuje jeszcze na inne zjawisko, z którym zetknął się osobiście w więzieniu w
Cottbus. Zrozumiała nienawiśd, jaką czuje więzieo wobec paostwa, które tak niesprawiedliwie trzyma
go w zamknięciu, rodzi mianowicie postawy skrajnie prawicowe czy wręcz „faszystowskie”. „Kto nie
jest gotów reagowad na komunistów odbezpieczeniem rewolweru - opowiada Berger - wyzywany jest
w więzieniu od «czerwonych wieprzy», «komunistycznych świo» i tak dalej, w tradycyjnym żargonie
nacjonalizmu”. W Cottbus zdarzało mu się widzied więźniów z wytatuowaną swastyką. Jest dośd
dowodów na to, że tendencje te są przez władze nie tylko tolerowane, ale zgoła popierane. Ci, którzy
krytykują system z pozycji lewicowych, są bardziej kłopotliwi niż prawica, ponadto wygodnie jest
eksportowad do RFN neonazistów, bo można to potem wykorzystad propagandowo. „Może i pan po
dziesięciu latach Budziszyna i pozbawieniu obywatelstwa będzie głosował na NPD, kto wie” - cytuje w
„Protokołach przesłuchao” Jürgen Fuchs słowa jednego ze śledczych. I dalej: „Kto nas atakuje
z prawej strony - jak do tego dochodzi, o to w tej chwili mniejsza - nie może, logicznie rzecz biorąc,
zachodzid od lewa. Nie podważa naszych pozycji”.

Trudno o większy cynizm. Turysta, który jedzie do Budziszyna na uroczystości serbskiej wspólnoty,
podziwia świeżo odnowione fasady i dziewczynki w barwnych strojach, powinien w wolnej chwili
pomyśled o szarym, brutalnym świecie, ukrytym za fasadą tolerancji, w innym Budziszynie - w
„Bautzen II”.

Brand z Falkenstein

W czasie niedzielnego nabożeostwa we wrześniu 1978 r. pastor Rolf Günther podpalił się przed
ołtarzem. Płonął, a z kasetowego magnetofonu rozbrzmiewały fragmenty kazao i cytaty z Biblii, które
pastor uprzednio nagrał. Płomienie osiągnęły zwisającej linki i wówczas rozwinął się plakat
z wypisanym upomnieniem: „Obudźcie się wreszcie!”

Kościół i władze paostwowe przeraziły się nie mniej niż mała gmina wiernych w parafii Falkenstein
(Vogtland). Spieszono co rychlej zapewniad świat, że makabryczny incydent w żadnym razie nie miał
charakteru politycznego. Pamiętano jeszcze szok, jaki wywołało samospalenie się księdza Oskara
Brüsewitza, ledwie dwa lata wcześniej - u źródeł tego aktu leżały zaś wyraź-nie napięcia między
Kościołem a paostwem.

W ciągu następnych tygodni z wolna wyłaniała się historia, w swoich tragicznych wymiarach
porównywalna do dramatu Ibsena „Brand”. Jest to historia człowieka o ogromnej energii,
niespożytych siłach fizycznych i wielkiej charyzmie, który po studiach w Lipsku i po ordynacji wysłany
zostaje do odległej, zacofanej parafii Falkenstein. Jedną z głównych ról w tym dramacie gra samo
miasto, podobnie jak dziki, poszarpany krajobraz, który je otacza. Falkenstein to brzydki, brudny
ośrodek przemysłu włókienniczego; domy zachowały jeszcze ślady dobrobytu z epoki świetności na
przełomie wieków, kiedy kwitł handel z Anglią; ludzie naznaczeni są ciężką pracą w fabryce i surowym
życiem górskich warunków. Jest to świat jak stworzony dla fanatyzmu. Zwłaszcza od czasów wojny
rozwinęła się tu pewnego rodzaju fanatyczna pobożnośd, wiara tyleż surowa co wojująca. Nieugięta
dyscyplina wewnętrzna, samozaparcie i żarliwe przywiązanie do dosłownych treści Biblii
przypominają raczej wiek XVII niż XX. Wierni należą do wojującej organizacji świeckiej „Christus-
Dienst”. Ale ów do wewnątrz zwrócony fanatyzm, wraz ze swą skłonnością do upraszczania można
rozumied jedynie - wyraził się jeden z wysoko postawionych obserwatorów kościelnych - jako reakcję
na równie upraszczającą doktrynę marksistowsko-leninowską.

W takim świecie znalazł się dynamiczny pastor Rolf Günther. Organizował dyskoteki, przyjęcia,
rozrywki na świeżym powietrzu dla młodzieży. Robił wszystko, aby otworzyd kościół dla
niewierzących i wprowadzid go w wiek XX. Nastąpiło dziesięd lat wojny prowadzonej z tą samą
zaciekłością, co w dramacie Ibsena. Dochodziło podobno do tego, że członkowie Służby Chrystusowej
organizowali coś w rodzaju egzorcyzmów, aby wypędzid diabła z proboszcza. Niejeden uznał potem
akt samospalenia za dowód na to, że Günther rzeczywiście był opętany. Nikt nie wie dokładnie, jakie
konflikty doprowadziły go ostatecznie do tego stanu kryzysu duchowego i psychicznego, w którym
począł przygotowywad swój własny koniec, ze wszystkimi, jakże teatralnymi szczegółami.

Nikt nie poważył się na dokładną interpretację ostatniego apelu: „Obudźcie się wreszcie!” Byd może
było to wezwanie do szerszej wykładni zadao Kościoła. Może tylko wyraz apokaliptycznego
szaleostwa.

Samospalenie się pastora Günthera przez moment kieruje światło na osobliwy, zacofany zakątek
NRD. Nie ma wątpliwości, że tragedia bierze swój początek ze szczególnego charakteru tego
człowieka i tego miejsca. Ale niekiedy najłatwiej jest uchwycid prawdę z dala od bezpośredniej sceny
wydarzeo. Sprawa Branda z Falkenstein jest konsekwencją napięd, które nagromadziły się
w naładowanej atmosferze. Piorun uderza tam, gdzie napięcie jest największe. Ale burzowe chmury
pokrywają daleko rozleglejszy obszar. Podobnie jest z naładowaną elektrycznością atmosferą
totalitarnego systemu. Ciśnienie tej atmosfery może łatwo zmiażdżyd człowieka o silnej wierze.

Pewien ksiądz z parafii niedaleko Berlina, udręczony nie kooczącą się walką z władzami, powiedział
w kilka dni po spaleniu się Günthera: „W mojej osobie widzi pan następny kanister”.

Autostrada tranzytowa - rozmowa w nocy

Przejeżdżający tranzytową autostradą z lub do Berlina wiele tracą wskutek zakazu zabierania NRD-
owskich autostopowiczów. Takie przypadkowe spotkania mogą czasem powiedzied o danym kraju
więcej niż sążniste rozprawy.

Późną nocą, kiedy wśród szalejącej śnieżycy jechałem do Berlina, zatrzymała mnie bezradnie
wyglądająca postad. Zabrakło mu benzyny, a dookoła nie było żadnej stacji.

Kontynuowałem więc ryzykowne posuwanie się po zaśnieżonej autostradzie w towarzystwie


człowieka o kanciastej twarzy i lekkim akcencie z Saksonii. Po kilku minutach począł opowiadad
o wakacjach spędzonych w pobliżu bawarskiej granicy i o niezwykłych przeszkodach
administracyjnych, jakie napotykał starając się o przepustkę na odwiedziny u krewnych w strefie
przygranicznej .

Uwaga na temat serialu „Holocaust” w telewizji sprowokowała opowieśd o ojcu, starym komuniście
i uczestniku wojny w Hiszpanii, który za czasów Hitlera siedział w więzieniu, potem w Sachsenhausen,
a po wojnie był wysokim oficerem NVA. Klasyczna biografia z Europy Wschodniej - komunista starej
daty, człowiek, który nie zadaje pytao.

Następnie począł z wolna opowiadad swoją własną historię. Poufna, anonimowa atmosfera
przypadkowego spotkania na ciemnej drodze, jazda w gęstym śniegu, sprzyjała zwierzeniom -
wyrzucił z siebie istną jeremiadę. Jest i pozostanie, podkreślił, jak Rudolf Bahro, z przekonao
socjalistą. I to nie z racji spadku po ojcu. Kiedy miał lat 18, ze względu na reputację i stanowisko ojca
zaproponowano mu, by wstąpił do partii. Odmówił. W sześd miesięcy później, przeczytawszy
gruntownie program partii oraz większośd dzieł Marksa, sam, wiedziony najgłębszym przekonaniem,
złożył podanie o przyjęcie do partii. Ciężko pracował i szybko otrzymał stanowisko wysokiego
funkcjonariusza FDJ. W czasie wolnym studiował - ekonomię, historię, klasyków marksizmu - i coraz
wyraźniej dostrzegał, że teoria i praktyka nie daje się pogodzid. Zadawał pytania.

W 1970 r. należał do uprzywilejowanej grupki asystującej przy spotkaniu Brandt-Stoph. Przewidziane


były pytania. Jeremiasz zapytał Willi Stopha:

W czasie bratniej pomocy CSRS w naszych gazetach pisano, że pomocy tej udzielono na usilne
prośby pewnych czeskich towarzyszy zajmujących wysokie stanowiska. Jestem pewien, że to
prawda, ale czy moglibyśmy się dowiedzied, kto to byli ci towarzysze?

Tak przynajmniej opowiada tę historię dzisiaj. W kilka miesięcy później został zwolniony ze
stanowiska.

Dzięki pilności i zawodowym kwalifikacjom znowu do czegoś doszedł, został inżynierem.


Doświadczenia z problemami gospodarczymi w NRD budziły w nim największą gorycz. Słowa lały się
potokiem - przykłady marnotrawstwa, niekompetencji biurokratów, szykan w fabrykach, przywilejów
i korupcji. Opowiadał o okręgowym sekretarzu SED, Konradzie Naumannie, że posiada wspaniałą
willę, urządzoną przez jednego z wybitnych francuskich architektów wnętrz („wyraźnie burżuazyjne
skłonności” - wyraził się mój Jeremiasz: jak widad, understatement możliwe jest także w partyjnej
chioszczyźnie). Mój towarzysz opisywał szczegółowo zorganizowane kłamstwa propagandy
i kameleonowe zdolności ideologów. W sumie uważał, że kierownictwo partii jest dotknięte starczą
sklerozą, skostniałe i bezpłodne.

Pozostał jednak wierzącym komunistą i lojalnym zwolennikiem paostwa. Dlatego nie widział dla
siebie żadnej innej możliwości, jak tylko spisad swoje krytyczne uwagi i wysład je osobiście do
Honeckera. Rezultat: zwolnienie ze stanowiska; spodziewał się też wykluczenia z partii. A mimo
wszystko nadal wierzył w reformowalnośd systemu, w jakąś „alternatywę” w duchu Rudolfa Bahro;
wierzył też, że NRD to z całą pewnością „lepsze Niemcy”. Co będzie teraz robił? „Może ja też napiszę
książkę”. Ale dwóch rzeczy za nic by nie zrobił, powiedział wysiadając w zawieję: nigdy by nie „zwiał”
na Zachód i nigdy nie napisałby takiej krytyki, którą gotów byłby potem opublikowad Der Spiegel.

W kilka miesięcy później otworzyłem numer Spiegla i zobaczyłem opatrzony wielkim nagłówkiem
interesujący materiał - list niejakiego Reinera Hoefera, inżyniera, do Ericha Honeckera, datowany
z poprzedniej zimy. W liście była mowa o wadach gospodarki, zakłamaniu propagandy, zmęczeniu
ludności, kierownictwie, które nic nie robi... W listopadzie 1979 r. Hoefer został skazany na cztery
i pół roku więzienia za „szkalowanie paostwa”.

Byd może nie był to ten sam człowiek. Byd może Erich Honecker otrzymuje dużo takich listów. Byd
może Jeremiasz faktycznie pisze swoją książkę. Ale trochę w to wątpię.
Görlitz - polscy bracia

6 lipca 1950 r. w mieście Görlitz/Zgorzelec, które Nysa dzieli na dwie części, podpisano historyczne
porozumienie między Niemiecką Republiką Demokratyczną a Polską Republiką Ludową. Na mocy
tego układu NRD zgodnie z propozycją aliantów na konferencji poczdamskiej, uznaje linię Odry-Nysy,
za „istniejącą i ustaloną granicę paostwową między Niemcami a Polską”. Akt ten, jak stwierdził
Wilhelm Pieck w liście do polskiego przywódcy Bolesława Bieruta

na zawsze zamyka ciemny rozdział historii, kiedy na przestrzeni setek lat zatruwane były
stosunki między naszymi narodami”
*podkreślenie autora+5.

Przez okres czasu odpowiadający życiu pokolenia rząd NRD przy każdej nadarzającej się okazji
wysławiał „nienaruszalną granicę pokoju i przyjaźni”, która „nie dzieli narodów, ale łączy”, a zarazem
beształ rewizjonistów z RFN za to, że nie chcą tej granicy uznad.

Kiedy wreszcie RFN uznała granicę na Odrze i Nysie, NRD posunęła się jeszcze o krok dalej. Po zmianie
kierownictwa zarówno w Berlinie Wschodnim, jak w Warszawie, we wrześniu 1971 r. w toku
„braterskich rozmów” osiągnięto porozumienie w sprawie ruchu turystycznego między obydwoma
paostwami bez paszportów i wiz. W trzydziestą rocznicę układu zgorzeleckiego premier NRD Willi
Stoph oświadczył:

W naszych stosunkach powszednią praktyką są możliwe od prawie dziesięciu lat wzajemne


odwiedziny i kontakty obywateli naszych krajów bez paszportów i wiz.

Willi Stoph powstrzymał się od charakteryzowania tych „kontaktów” i nie próbował też wypowiadad
się o ich serdeczności. Oficjalna propaganda zapewniała jednak wciąż, że kontakty te są „częścią
procesu zbliżenia między oboma paostwami i narodami” („Mały Słownik Polityczny”). Zgodnie z tą
wersją byłoby tylko kwestią czasu, by Ludwig i Leszek podali sobie przez Nysę ręce na znak
wiekuistego braterstwa.

Zaledwie cztery miesiące później granica na Odrze i Nysie została dla obywateli obu paostw
zamknięta. Wedle nowych przepisów, które weszły w życie 30 października 1980 r. obywatel NRD
mógł pojechad do Polski tylko na podstawie prywatnego zaproszenia, „poświadczonego” przez
odnośne władze policyjne, a polski obywatel musiał mied „poświadczone” zaproszenie z NRD, aby
przekroczyd granicę pokoju i przyjaźni w odwrotnym kierunku. Te, jak pisano, „chwilowe” zmiany
wiązały się z „umocnieniem się socjalistycznej władzy robotników i chłopów w PRL”.

Wszyscy prawdziwi polscy patrioci - komentowało Neues Deutschland - mogą liczyd na


bezgraniczne poparcie ze strony NRD przy rozwiązywaniu obecnych skomplikowanych
problemów, przy umacnianiu socjalizmu.

Otóż prawdziwi polscy patrioci wiedzieli aż nadto dobrze, jak rozumied to braterskie wsparcie. „A jeśli
nie chcesz mnie za brata...”

5
Cyt. wg Trybuny Ludu 9 VI 1950
W lipcu 1981 r., w 31 rocznicę układu zgorzeleckiego, na moście przez Nysę nie było już prawie
żadnego ruchu. Czasem służbowa delegacja zmierzająca w stronę Polski, nieliczni polscy
gastarbeiterzy, zmierzający w stronę NRD.

W tym samym czasie, po podniesieniu obowiązkowej wymiany na 25 marek (podwyżka o 100


procent) drastycznie spadł napływ gości z RFN do Berlina, o całe 60 procent. Zbliżało się
dwudziestopięciolecie zbudowania muru i obywatele NRD czuli się znowu zamknięci ze wszystkich
stron. „Zamurowali ostatnie okna naszego więzienia” - skarżyła się pewna kobieta. Winą za to
obarczała Polaków.

Aby zrozumied, dlaczego w NRD tak ostro reagowano na dokonującą się w Polsce pokojową
rewolucję, trzeba uwzględnid, że również w tej sprawie propaganda, jak często w tym kraju, mocno
rozmijała się z prawdą. Im więcej gazety pisały o „zbliżeniu między oboma paostwami i narodami”,
tym bardziej oba paostwa i narody oddalały się od siebie. I bodaj czy nie przede wszystkim w
Görlitz/Zgorzelcu. Tu inwazja polskich nabywców w domu towarowym „Centrum” wzbudziła
najsroższy gniew. „Wysiłki 25 lat pojednania - zauważyła pewna zaangażowana slawistka z NRD -
zostały w ciągu jednego miesiąca zniweczone”. W styczniu 1973 r. NRD czuła się zmuszona
wprowadzid drakooskie restrykcje celne na towary przewożone przez granicę. Gdy potem
gospodarcze położenie Polski w późnych latach siedemdziesiątych pogorszyło się, polscy i NRD-owscy
konsumenci tym zawzięciej wydzierali sobie artykuły, których wówczas i w NRD zaczynało brakowad.
Już w czerwcu 1980 r. NRD posłużyła się tą samą metodą, jaką stosowała dla zahamowania napływu
zachodnich turystów. Przymusowa wymiana dla wyjeżdżających do Polski podniesiona została do 30
marek dziennie. Polacy musieli wymieniad przy wjeździe do NRD przynajmniej 25 marek dziennie, ale
nie więcej niż 350 marek rocznie. Oznaczało to w praktyce ograniczenie do 14 dni pobytu rocznie. Ale
Polacy dalej jeździli do NRD i stosunki między obywatelami obu krajów psuły się coraz bardziej.

Podobnie stosunki między rządami. Już w późnych latach siedemdziesiątych rząd NRD okazywał
głębokie zatroskanie upadkiem polskiej gospodarki. Na skutek obowiązkowych licznych partnerskich
umów w ramach RWPG, na skutek uzależnienia od węgla ze Śląska, miało to bezpośredni wpływ na
gospodarkę NRD-owską. W 1979 r. Polska przerzuciła węgiel, pierwotnie przeznaczony dla NRD, na
rynek zachodnioniemiecki - rozpaczliwa próba, aby uzyskanymi w ten sposób dewizami spłacid
odsetki kolosalnych długów zagranicznych. Ekonomiści NRD-owscy nie byli tym zachwyceni. Na
dobitkę Gierek utrzymywał daleko lepsze stosunki z takimi mężami stanu, jak kanclerz Schmidt czy
ówczesny prezydent Francji, Valéry Giscard d'Estaing, niż z Erichem Honeckerem.

W rezultacie, gdy ekipa Gierka zmuszona była ustąpid, w NRD nikt się z tego powodu specjalnie nie
oburzał; za to popłoch musiały wywoład okoliczności, w jakich do tego doszło (jakkolwiek dymisja po
społecznym zrywie stała się już niemal tradycyjną formą zmian politycznych w Polsce). NRD-owskie
środki masowego przekazu najpierw milczały o wielkich strajkach sierpniowych (słowo „strajk” padło
dopiero 20 sierpnia), potem, po podpisaniu porozumieo gdaoskich, odnośne informacje pojawiały się
zawsze w otoczce gromów ciskanych na elementy antysocjalistyczne oraz „jawną ingerencję Zachodu
w sprawy bratniego kraju”. Jednocześnie w miarę możności próbowano odizolowad obywateli NRD
od wydarzeo w Polsce. Nawet oficjalne partyjne dzienniki polskie w koocu sierpnia były już
niedostępne - z powodu „trudności z dostawami”, rzecz jasna. Obywatele NRD otrzymywali
naturalnie pełny serwis informacyjny z zachodnioniemieckiego radia i telewizji. Ale na zakładowym
czy partyjnym zebraniu trudno przecież powoływad się na ZDF.
Trzeba jednak stwierdzid, że w ocenie wydarzeo zachodzących w Polsce po założeniu „Solidarności”
między narodem a kierownictwem partyjnym NRD panowała rzadka zgodnośd. Dominował gniew.
Gniew, ponieważ Polska wywróciła do góry nogami wszystkie plany, ponieważ znowu NRD będzie
musiała wyciągad wóz z bagna (już na początku 1981 r. wymuszono na niej finansowy zastrzyk
w wysokości 500 min marek, z czego 250 min w walucie RFN). Do tego dołączył się strach. Rząd
i naród obawiali się w równej mierze, że Związek Radziecki zmuszony będzie do zbrojnej interwencji,
co pociągnie za sobą fatalne skutki dla sprawy niemiecko-niemieckiego odprężenia. Istnieją powody
do mniemania, iż Honecker opuścił szlaban od Wschodu i od Zachodu również dlatego, że
interwencja miała byd już tylko kwestią czasu. Zarazem rząd obawiał się też możliwych skutków
nieinterwencji i jak zawsze szukał oznak „polskiej zarazy” wśród swoich obywateli.

Otóż jest faktem uderzającym, że jeszcze w rok po powstaniu „Solidarności” oznak takich niemal nie
było.

O dziwo, polska rewolucja zadziałała na ustrój NRD raczej stabilizująco. Obywatele NRD
solidaryzowali się jeśli nie wprost przeciwko „Solidarności”, to na pewno przeciwko temu, co
określano jako „polski bałagan”. Nie bez znaczenia był też fakt, że przy minimum protestów udało się
przeprowadzid zamknięcie od Zachodu. Młodzież NRD jest znacznie bardziej podatna na „infekcję”
zachodnią niż polską. Rząd NRD i tak czułby się zmuszony wzmocnid „kordon sanitarny”. Polskie
wydarzenia dostarczyły zarazem pretekstu i alibi.

Jak człowiek, który widzi, że w sąsiednim domu wybuchł pożar, rząd NRD w zimie 1980/81 krzątał się
bez wytchnienia i wylewał kubły wody na wszystkie możliwe ogniska zapalne w swoich włościach.
Wiosną 1981 r., w czasie X zjazdu SED, system wydawał się dośd dobrze zabezpieczony przed
pożarem. Więcej - wyglądało na to, że pożoga w Polsce, wbrew wszelkim prawom natury, umacnia
niewzruszony porządek u sąsiadów. Zjazd KPZR w lutym był starannie skomponowaną manifestacją
jedności i ciągłości systemu wobec szalejących rozbieżności i przemian w Polsce.

Podobnie kwietniowy zjazd SED. Od inauguracji w niedzielę do zakooczenia we czwartek 2678


delegatów przesiadywało od dziesiątej rano do szóstej wieczór na swoich miejscach w Pałacu
Republiki. Unisono wiedzieli, kiedy należy klaskad, kiedy się podnieśd, a kiedy wybuchnąd okrzykami
(stojąca owacja i trzykrotne „niech żyje” dla szefa delegacji radzieckiej i ideologa twardego kursu
Michaiła Susłowa, powściągliwy aplauz dla przewodniczącego polskiej delegacji Kazimierza
Barcikowskiego). Zjazd przebiegał dokładnie według planu. Przemawiali ci sami politbiurokraci, co na
zjeździe pięd lat temu. Wszyscy zaproponowani przez centralę kandydaci do Komitetu Centralnego
zostali jednogłośnie wybrani. Nie zgłoszono nowych kandydatów do Biura Politycznego, ponowny
wybór poprzedniego składu (mniej jeden zmarły i jeden ciężko chory) był sprawą czysto formalną.
„Naprzód sprawdzoną drogą” - brzmiało motto, a linia polityczna, ustalona na pierwszą połowę lat
osiemdziesiątych była zasadniczo kontynuacją kursu obranego w późnych latach siedemdziesiątych. Z
huczącym w uszach refrenem „... partia, partia, partia ma zawsze rację” delegaci powrócili do swoich
biur i fabryk. Był to podręcznikowy zjazd, dokładnie odpowiadający leninowsko-stalinowskim
normom.

Trudno o większy kontrast niż nadzwyczajny zjazd partii, który rozpoczął się ledwo w trzy miesiące
później w Warszawie -14 lipca 1981 r., w rocznicę obalenia Bastylii. Był to szturm. W Pałacu Kultury
zgromadziło się 1964 delegatów, z których większośd została po raz pierwszy wybrana w drodze
wolnych i tajnych wyborów przez wojewódzkie organizacje partyjne. Hymn narodowy odśpiewano
jeszcze przed „Międzynarodówką” (w NRD hymnu narodowego oficjalnie się nie śpiewa nigdy. Tekst,
gdzie mowa o „jednej ojczyźnie niemieckiej”, jest zbyt kłopotliwy). Wkrótce po inauguracyjnej mowie
Stanisława Kani delegaci rozbili w puch starannie przygotowany przez niego scenariusz zjazdu.
Rzucenie na pożarcie Edwarda Gierka - jeszcze niecały rok temu przywódcy partii, teraz z niej
wykluczonego - i sześciu jego bliskich współpracowników nie zaspokoiło głodu rozliczeo. Już
w pierwszym dniu obrad delegaci obwieścili, że sami chcą sądzid winnych, zamiast pozostawid to, jak
było zaplanowane, komisji, której przewodniczył Tadeusz Grabski. Grabski rzekomo wypadł z sali,
oświadczając, że delegaci zachowują się „jak w Chinach”. Następnie zdecydowano, że nie odbędą się,
jak zwykle, najpierw wybory pierwszego sekretarza, ale w tajnym głosowaniu wybierze się Komitet
Centralny, a z jego szeregów następnie przywódcę partii. Tak też się stało. Tylko czterech członków
dawnego Biura Politycznego i tylko 17 spośród całego dawnego Komitetu Centralnego wybrano
ponownie do KC. Na 15 nowych członków biura było czterech, którzy przed zjazdem nie byli nawet
członkami KC, oraz pewna kobieta, która ponadto należała jeszcze do „Solidarności”. Zmiany
personalne miały nieomal taki zasięg jak w zachodnich demokracjach.

Mniej dramatycznie przebiegały zmiany w strukturze partii. Konserwa skonstatowała z ulgą, że partia
nie zamierza bynajmniej stad się „socjaldemokratycznym klubem dyskusyjnym”, na co zanosiło się
jeszcze dwa miesiące temu.

Z leninowskiego centralizmu demokratycznego zjazd zachował w znacznej mierze centralizm. Korpus


pozostał niezmieniony. Powstało tedy niebezpieczeostwo, że świeżo wstrzyknięta krew znowu (jak po
1970 r.) popłynie ustalonymi kanałami. Z drugiej strony jednak inicjowano bezprzykładne kroki
w kierunku demokratyzacji. Góra poddana została ostrzejszej kontroli ze strony nowo utworzonych
instancji, Biuro Polityczne miało składad regularne sprawozdania Komitetowi Centralnemu, wszyscy
funkcjonariusze mieli pozostawad na urzędzie maksymalnie przez dwie kadencje, to jest dziesięd lat
(zgodnie z tą zasadą wszyscy pierwsi sekretarze w Europie Wschodniej, łącznie z Breżniewem i
Honeckerem, dawno powinni byli wylecied). Ponadto, co było wyjątkiem w skali bloku, do statutu
partii wprowadzono zasadę tajnego głosowania i zgłaszania wielu kandydatów.

Nic dziwnego, że kiedy Willy Brandt dopytywał się w Moskwie, czy Michaił Susłow zamierza pojechad
na zjazd PZPR - tak jak poprzednio gościł na zjeździe SED - starzejący się ideolog pobladł i odrzekł: „Do
Warszawy na pewno nie!”

Jednakże fakt, że zjazd w ogóle się odbył - i to po nieudanych zabiegach radzieckich, zmierzających do
odstawienia Kani - potwierdza, że Rosjanie nie czuli się dostatecznie silni, by zamiast Susłowa posład
do Warszawy oddziały Armii Czerwonej. Gdyby mieli zamiar udzielid bratniej pomocy, zrobiliby to
prawdopodobnie - tak jak w Czechosłowacji - przed reformistycznymi obradami zjazdu.

Wydaje się, że NRD musi pogodzid się z tą nową Polską, krajem o zreformowanej partii
komunistycznej, której przyszło funkcjonowad w pluralistycznym systemie politycznym; gdzie rząd
korzysta ze stosunkowo rozległej autonomii, sejm wyposażony jest w autentyczne możliwości
kontroli, gdzie Kościół rzymskokatolicki jeszcze bardziej się wzmocnił i gdzie istnieje liczący 10
milionów niezależny ruch robotniczy.

Podczas poprzedniej rundy zjazdów partyjnych, w latach 1975/76, nad Europą Wschodnią krążyło
widmo eurokomunizmu. Ale z tym - po początkowych trudnościach z dysydentami, którzy powoływali
się na wystąpienia eurokomunistycznych przywódców, przedrukowywane w Neues Deutschland -
NRD łatwo się uporała. Nie bez znaczenia był tu fakt, że widmo to szybko znikło z Europy Zachodniej.
Od 1980 r. prześladuje ją inny duch - duch „Solidarności”.

Czy zdołają się z tym uporad? Jaki rodzaj zagrożenia stanowi na dłuższą metę pokojowa rewolucja
polska dla systemu w Europie Wschodniej? Jakie możliwości oferuje obywatelom NRD? - czy
obywatele NRD gotowi są z nich skorzystad?

To, co rozpoczęło się w sierpniu 1980 r. w Stoczni im. Lenina w Gdaosku, było najpierw rewolucją
w miejscu pracy. Robotnicy zrozumieli, że fabryka jest ich twierdzą. Nie powtórzyli tym razem błędu,
jakim było wychodzenie na ulice. Właśnie to prowadziło przedtem do krwawych katastrof - w 56 r. w
Poznaniu, w 70. na Wybrzeżu, w 76. w Radomiu i Ursusie (a w 53 r. w Berlinie Wschodnim). Z fabryk
wysunęli swoje postulaty: niezależni przedstawiciele w miejscu pracy, prawo do strajku oraz szereg
żądao tyczących poprawy warunków życia - zaopatrzenie, emerytury, przedszkola, płatne urlopy
macierzyoskie, wolne soboty. Ale już w pierwszych dniach strajku robotnicze żądania wykraczały
daleko poza bezpośrednie interesy materialne. Trzeci postulat z Gdaoska dotyczył dostępu Kościoła
do środków masowego przekazu. Po podpisaniu porozumieo „Solidarnośd” rozszerzyła się na cały kraj
i objęła wszystkie warstwy społeczne. W ciągu niewielu tygodni przerodziła się w milionową krucjatę
na rzecz narodowej odnowy. Zjazd partii - w dosłownym znaczeniu zjazd nadzwyczajny - był tylko
czwartym czy piątym aktem tego dramatu.

W NRD zawsze przywiązywano dużą wagę do warunków pracy. Robotnicy od wielu lat korzystają tam
ze wszystkich tych uprawnieo, jakich domagano się w sierpniu w Polsce. Ponadto paostwowe związki
zawodowe - zgodnie z leninowską zasadą zorganizowane w Zrzeszeniu Wolnych Niemieckich
Związków Zawodowych (FDBG) - działają w NRD nierównie skuteczniej niż ich polski odpowiednik.
Oczywiście nie są niezależnym przedstawicielstwem pracobiorców (skoro pracodawcą jest paostwo -
robotnicze paostwo - wszelkie konflikty interesów są, w myśl teorii, wykluczone), odgrywają jednak
dużą rolę w codziennym życiu. Odpowiedzialne są za wiele spraw socjalnych, poczynając od płatnych
urlopów macierzyoskich aż do organizacji wczasów we własnych domach wczasowych i hotelach.
Kontrolują warunki bezpieczeostwa pracy - obowiązujące w NRD normy są dośd wysokie - i pilnują, by
dyrekcja zakładu trzymała się ustalonych przez paostwo reguł. Przez zakład pracy załatwia się
mnóstwo innych spraw -żłobek, przedszkole, sport, rozrywki, a nawet mieszkanie.

Chod należy wątpid, czy związki zawodowe są, mówiąc słowami Lenina, skuteczną „szkołą
socjalizmu”, to jednak faktycznie funkcjonują w NRD jako skuteczny instrument opieki socjalnej
i społecznej kontroli. Są - jak tego chciał Lenin - „pasem transmisyjnym”, który przenosi zamysły
kierownictwa na ruch u podstaw. Są też stosunkowo czułym sejsmografem, rejestrującym pierwsze
odruchy niezadowolenia wśród załóg robotniczych. Zakładowe organizacje związkowe, ich „mężowie
zaufania”, „behapowcy” i „kaowcy” składają górze systematyczne raporty. Na ogół raporty te są
dokładne i nie upiększają faktycznego stanu rzeczy. Zwraca się uwagę na niedogodności i, jeśli to
możliwe, wprowadza zmiany. Znane są tylko nieliczne przypadki, by niezadowolenie przerodziło się
w akcję o zasięgu zakładowym; szybko też sobie z nim dawano radę, usuwając przyczynę i karając
winnych. Po polskim Sierpniu rząd NRD, podobnie jak rząd ZSRR, poświęcał związkom zawodowym
szczególnie dużo uwagi. NRD zresztą ma większe powody do zadowolenia ze swego FDGB, które
skutecznie pełni funkcję sfory psów-dozorców, niż Związek Radziecki ze swojej rady związkowej. W
Polsce zakład pracy stał się bastionem robotników. W NRD bastionem systemu.
W NRD politbiurokratyczna dyktatura odnosi zresztą sukcesy w dwóch innych ważnych dziedzinach,
z którymi w Polsce nie umie sobie zupełnie poradzid. Wszystkie dyktatury dysponują wyłącznie
dwoma rodzajami broni: marchewką i batem. Otóż NRD ma po prostu lepszą marchewkę i lepszy bat.

Bez względu na wszystkie trudności gospodarcze NRD wciąż jeszcze jest w stanie - i będzie w dającej
się przewidzied przyszłości - zaspokajad podstawowe potrzeby konsumpcyjne obywateli. W
porównaniu z haniebnie zaniedbanym prywatnym sektorem rolnictwa w Polsce i w porównaniu
z fatalnie zarządzanymi gospodarstwami paostwowymi, rolnictwo w NRD, niemal w całości
skolektywizowane, funkcjonuje skutecznie. NRD ma najwyższy standard życia w Europie Wschodniej.
Przemysł przebył po cichu wiele etapów reformy, dla których wdrożenia w Polsce potrzebne były
gwałtowne przewroty. Gierek szykował się do wielkiego skoku, kombinując zachodni kapitał
z zasadami stalinowskiej gospodarki, i pchał dolary oraz zachodnioniemieckie marki w nienasycone
paszcze Huty Katowice albo Ursusa II, tymczasem w NRD ostrożnie przekazywano nowo utworzonym
kombinatom prawo podejmowania decyzji ekonomicznych. Firmy takie, jak Carl Zeiss w Jenie,
korzystają dziś z daleko posuniętej autonomii. Same zawierają umowy z zagranicą i stosują zachodnie
metody zarządzania (zwłaszcza potężne bodźce materialne), aby napędzad produkcję. Wbrew temu,
co sądzid może niejeden mieszkaniec Jeny, pewna częśd zysków dociera do obywateli NRD w formie
dostępnych w sklepach towarów. Do Jeny akurat stosunkowo niewiele. W NRD istnieje starannie
przemyślana gradacja zaopatrzenia - im bardziej niebezpieczny teren, tym lepsze zaopatrzenie. Jena
uważana jest za stosunkowo niegroźne miasto, toteż zaopatrzenie ma fatalne.

Jeśli chodzi o bat, nie ulega wątpliwości, że aparat bezpieczeostwa w NRD jest w stosunku do liczby
ludności daleko większy i działa dużo skuteczniej niż w Polsce. Władza też chętniej niż w Polsce
uciekała się do pomocy tego aparatu, zwłaszcza w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. W NRD
ostrzej niż kiedykolwiek blokowano wówczas wszystkie nurty życia kulturalnego i intelektualnego -
poczynając od sprawy Biermanna - w Polsce natomiast niezależnie od paostwowych instytucji życie
kulturalne kwitło jak nigdy przedtem. Pod koniec lat siedemdziesiątych istniał już cały system
alternatywnej kultury, z własną podziemną prasą, własnymi wydawnictwami, własnymi latającymi
uniwersytetami oraz własną hierarchią celów i wartości. Rząd Gierka odnosił się do tego
z niespotykaną dotychczas w Europie Wschodniej tolerancją i uważał to za cenę, jaką płacid musi
w zamian za dobrą wolę Zachodu i towarzyszące jej kredyty. Wzorowy uczeo szkoły odprężenia,
Edward Gierek, z pewną miną stąpał po parkietach Pałacu Elizejskiego i dywanach Urzędu
Kanclerskiego. W gruncie rzeczy - tak się przynajmniej zdaje - Gierek nie przywiązywał większej wagi
do potęgi idei. Niech sobie intelektualiści gadają! W koocu o historii decydują czynniki obiektywne
(ekonomiczne)... Wyglądało niemal na to, że zawarł z narodem podobne przymierze, jak swego czasu
Fryderyk Wielki: naród może mówid, co chce, władcy mogą robid, co chcą. Ale kalkulacja Gierka
okazała się zabójczo fałszywa. Polski sierpieo 1980 r. i pokojowa rewolucja, jaka potem nastąpiła, są -
między innymi - dobitnym dowodem potęgi idei.

Jednostki i małe grupy, które podtrzymywały te idee przy życiu, były niczym małe świeczki
w ogromnym zamczysku. Pośród otaczających ciemności ledwo je było widad. Niech się palą -
powiadał obojętny pan domu. Zapomniał, że w czasie posuchy jedna jedyna świeczka może rozniecid
ogieo w całej majętności. Czy słudzy zaniedbali w porę go ostrzec, czy też wskutek zaślepienia
zlekceważył ich przestrogi - to nie jest jasne. W każdym razie nie zgasił świeczek - i pożar zmusił go do
opuszczenia domu.

W NRD słudzy są wiecznie czujni, a pan zawsze gotów wziąd pod uwagę ich ostrzeżenia. Połowę czasu
spędza na zdmuchiwaniu urojonych świeczek. Od czasów stalinowskich metody wysubtelniały (tzn.
mniej jest przemocy fizycznej), ale struktury bez wątpienia mają jeszcze stalinowskie ubarwienie.
NRD rozliczyła się ze stalinizmem jeszcze mniej - jeśli to możliwe - niż Związek Radziecki. O artykule
zamieszczonym 21 grudnia 1979 r. w Neues Deutschland z okazji setnej rocznicy urodzin Stalina
mówiono w Berlinie Wschodnim kpiąco, że jest to „bezkrytyczna «Prawda»„.

Jakkolwiek naruszanie praworządności za życia Stalina wyrządziło szkody radzieckiemu


społeczeostwu - czytamy w jedynym zdaniu, które od biedy można odczytad jako krytykę -
uzasadnione jest stwierdzenie, że natura radzieckiego społeczeostwa pozostała
niezmieniona...

Ulica biegnąca w kierunku polskiej granicy w Görlitz ciągle jeszcze nosi imię stalinowskiego
przywódcy Bolesława Bieruta. Po polskiej stronie granicy tego nazwiska już nie znajdziemy.

Nie jest tak, jakoby polscy komuniści stawiali sobie inne cele niż ich niemieccy towarzysze.
Utrzymanie i wzmocnienie władzy jest i pozostanie celem numer jeden. Polskie społeczeostwo od
początku jednak zmusiło władze do używania innych metod. Radziecki system komunistyczny pasuje
do Polski jak kwadratowy sworzeo do okrągłego otworu. Zmienid się musiał sworzeo. Najczęściej
używane dziś w Polsce pojęcia opisujące głównych protagonistów tego dramatu to „władza” i
„społeczeostwo”. Władza to aparat paostwowy i partyjny. Społeczeostwo to prawie cała reszta;
obejmuje robotników, chłopów, bogatych i biednych, wykształconych i nieuczonych, młodych
i starych, intelektualistów o socjalistycznych przekonaniach i katolicki kler. Ta niezwykła jednośd
polskiego społeczeostwa nie wzięła się znikąd. Wykuwała się w ciągu dwustu lat ucisku pod zaborami,
hartowała w ogniu nazistowskiej i radzieckiej okupacji. Doświadczenia te wpoiły wszystkim polskim
patriotom szacunek dla Kościoła katolickiego, będącego ostoją narodowej tradycji.

Potem, w czasach Gierka, dokonały się dwie fuzje: jedna z nich była aktem świadomej ludzkiej
inicjatywy, druga - aktem Bożej łaski. Po robotniczych rozruchach w Radomiu i Ursusie, latem 1976 r.
grupa opozycyjnych intelektualistów - mając w pamięci, jak zawiedli nie udzieliwszy robotnikom
pomocy w grudniu 1970 r. - utworzyła Komitet Obrony Robotników. W ciągu następnych trzech lat
nie tylko bronili robotników, ale podnosili też ich świadomośd w klasycznym leninowskim sensie (KOR
był przyczółkiem „Solidarności”) przez konspiracyjne nauczanie i kolportowane pisma (np. Robotnik).
W 1977 r. KOR nadał sobie znamienną nową nazwę: Komitet Samoobrony Społecznej. Jego
współpracownicy na Wybrzeżu założyli w lutym 1978 r. pierwszy komitet wolnych związków
zawodowych. Członkowie tego komitetu odegrali decydującą rolę przy formułowaniu 21 postulatów
w Stoczni im. Lenina. W czasie strajku i w następnych miesiącach ostrego konfliktu z władzami
intelektualiści (katolicy i lewica) zawsze stali u boku (po lewicy i po prawicy) Wałęsy i innych
przywódców; doradzali, wskazywali kierunek, upominali. Był to sojusz intelektualistów i robotników,
o jakim lewica na Zachodzie może tylko marzyd.

Aktem Bożej łaski był wybór Karola Wojtyły, arcybiskupa krakowskiego, na stolicę Piotrową. Wizyta
papieża w ojczyźnie w czerwcu 1979 r. dała milionom Polaków ową moralną odwagę i poczucie
godności, na które przedtem stad było tylko nielicznych. Co ważniejsze, dała im niezwykle silne
poczucie więzi. Jeszcze przed założeniem „Solidarności” społeczeostwo polskie było głęboko
solidarne.

W NRD o niczym podobnym nie ma mowy. Tu podział na „władzę” i „społeczeostwo” prawie nie ma
sensu. Oba elementy łączą się ze sobą jak tlen i wodór. Słowo „solidarnośd” zajęte jest przez władzę.
Warto przeanalizowad wschodnioniemieckie odpowiedniki tych sił, które w Polsce spotkały się ze
sobą i równym krokiem powiodły obywateli pod sztandarami „Solidarności”.

Istotną siłą polskiego społeczeostwa są drobni samodzielni chłopi. W NRD indywidualna gospodarka
rolna praktycznie nie istnieje. Ponadto - co ma doniosłe znaczenie polityczne - większa częśd NRD-
owskiej klasy robotniczej mieszka w mieście i pracuje w fabrykach już od dwóch-trzech generacji.
Polscy robotnicy, zwłaszcza na Wybrzeżu, są przeważnie robotnikami w pierwszym pokoleniu.
Pobożnośd i duch buntowniczy - których połączenie mógł oglądad cały świat w niezwykłych scenach
ze stoczni - to pobożnośd i buntowniczośd chłopskich synów. Robotnicy w drugiej albo trzeciej
generacji są mniej ruchliwi, bardziej wdrożeni do dyscypliny przemysłowego przedsiębiorstwa. Rudolf
Bahro wyraża pogląd, że wszystkie nowoczesne sposoby produkcji rodzą w efekcie zjawisko
„podwładności” - jest to kluczowy termin w jego analizie. Dlatego - argumentuje Bahro - zanim
przezwyciężona będzie „podwładnośd”, zmienid trzeba ogół nowoczesnych sposobów produkcji. W
pewnym sensie w Polsce przezwyciężono - ba, obalono - podwładnośd, ponieważ ludzie nie byli
jeszcze dośd mocno zakorzenieni w nowoczesnych sposobach produkcji. Ale polska pokojowa
rewolucja pokazała też drugi wymiar analizy Bahro. Przyczyn, dla których w NRD utrwalił się duch
podwładności, a w Polsce przeciwnie, nie można sprowadzad do różnic w sposobie produkcji.

W kształtowaniu się świadomości polskich robotników decydującą rolę odegrał Kościół


i intelektualiści. W NRD nie ma nic, co dałoby się chodby w przybliżeniu porównad z wiernością wobec
Kościoła katolickiego, który ponadto identyfikowany jest z autentycznymi tradycjami narodowymi.
Znaczenie Kościoła ewangelickiego dla robotników było i jest marginalne.

Co się tyczy intelektualistów, polityka NRD, polityka zmierzająca do pozyskania sobie burżuazyjnej
inteligencji - od początku zapewniała im szereg pożytków materialnych. Drugiemu pokoleniu
inteligencji, już „socjalistycznej”, nie można było zaoferowad mniej. W rezultacie mamy kolejny
doskonały przykład skuteczności zasady divide et impera! Większośd ludzi dostrzega przede
wszystkim materialne przywileje pisarzy i artystów. Klaus Schlesinger albo Jurek Becker, mający
wielokrotne paszporty na Zachód, nie przysparzają sobie tym popularności. „Ba, pisarze! Ci mogą
sobie na to pozwolid” - oto często spotykana reakcja obywateli NRD. Tę taktykę stosowano przez
długi czas i z dobrym skutkiem także w Polsce. Tylko niewielu odważnych wyłamywało się ze złotych
klatek. Krok ku opozycji oznaczał jednocześnie utratę przywilejów, a tym samym nieuchronnie
przybliżał do narodu. Wśród elity nieliczni tylko wiedzieli, że droga naprzód prowadzi przez
solidarnośd z robotnikami.

Najistotniejsza różnica między intelektualistami w NRD i w Polsce nie polega na ich pozycji
materialnej, ale na ich pozycji duchowej. Polscy intelektualiści, a zwłaszcza polscy pisarze, mają za
sobą 200-letnią tradycję ofiarności dla sprawy narodowego wyzwolenia. W NRD intelektualiści
trzymają się raczej owej tradycji zachowywania dystansu wobec narodowych prób wyzwolenia.
Nieliczni, którzy usiłują rzucad siew wolności, szybko zostają wydaleni na Zachód. Ten rodzaj
połowicznej emigracji wydaje się osłabiad wpływ poetów i myślicieli, a przynajmniej zagrożenie, jakim
mogliby stad się dla systemu (w charakterze owych świeczek w ciemności), daleko skuteczniej niż
pełna emigracja Miłosza czy Sołżenicyna.

Ziarno padałoby zresztą na jałową glebę. Jeśli w codziennym zachowaniu przeważającej większości
Polaków przejawia się narodowa tradycja nieutożsamiania się z władzą, to w NRD odwrotnie, na
każdym kroku manifestuje się niemiecka tradycja utożsamiania się z władzą. Na tej tradycji
politycznej opiera się między innymi skutecznośd aparatu represji. Na łamach głównego miesięcznika
partyjnego Einheit minister bezpieczeostwa, Erich Mielke, uczcił trzydziestolecie swego resortu takimi
oto słowy:

Działalnośd Ministerstwa Bezpieczeostwa Paostwowego i jej rezultaty byłyby nie do


pomyślenia bez czynnej pomocy i poparcia ze strony obywateli naszego kraju.

Trzeba z żalem stwierdzid, że minister wyjątkowo powiedział prawdę.

Obywatele NRD - ciągnął - dają w ten sposób świadectwo wysokiej świadomości paostwowej.

Ach, te pruskie cnoty...

Ów „duch podwładności”, w czym Rudolf Bahro słusznie widzi zło numer jeden społeczeostwa NRD,
wywodzi się jednoznacznie z narodowej historii. Polacy mogą oglądad się na szlachecką demokrację
XVII w., a Czesi na „złoty wiek” pierwszej republiki między wojnami - obywatele NRD mają za cały
posag krótkotrwały, pełen zamętu okres Republiki Weimarskiej, który w nikim poważnie myślącym
nie może wzbudzid nostalgii.

Zarazem zalety dzisiejszego porządku, które do pewnego stopnia legitymizują Honeckera w oczach
obywateli, mają charakter raczej niemiecki niż jednoznacznie socjalistyczny. Slogan SED „Wzrost -
Dobrobyt - Stabilizacja” wygląda, jak gdyby zaczerpnięto go prosto z programu jakiejś partii
zachodnioniemieckiej. Stojąc na straży porządku i bezpieczeostwa, paostwo zjednuje sobie ciepłe
uczucia obywateli. Obywatele ze swej strony solidną pracą oddają głos w codziennym plebiscycie.

Ale paostwo nadal podtrzymuje totalitarne roszczenie do podporządkowania sobie obywateli nie
tylko w czasie pracy. Żąda totalnej kolektywizacji życia społecznego, to znaczy rozbicia wszystkich
społecznych więzi i form jednoczenia się ludzi poza zasięgiem swojej władzy. W tym punkcie NRD
przypomina pewien reżim, którego we własnym przekonaniu jest przeciwieostwem. Sławetna
wypowiedź hitlerowskiego przywódcy Niemieckiego Frontu Pracy, Roberta Ley'a: „Obywatel III Rzeszy
jest człowiekiem prywatnym tylko wtedy, kiedy śpi” - odpowiada dokładnie ideałom NRD. Oba
reżimy, jak słusznie zauważa Sebastian Haffner, zmierzają do „socjalizacji człowieka”.

Widzieliśmy jednak, jak dalece rzeczywistośd odbiega od ideału. Mimo Młodych Pionierów i FDJ
społeczeostwo NRD ucieka coraz bardziej w sferę życia prywatnego. Trafnie nazwano je kiedyś
„społeczeostwem nisz”. W takich niszach, za zamkniętymi drzwiami domków letnich albo
w mieszkaniach „od podwórza” kwitną intensywne związki rodzinne i przyjacielskie, których brak
wielu obywateli NRD tak boleśnie odczuwa na Zachodzie.

Młodzież pokolenia muru, daleka od idei „planowego rozwijania socjalistycznej osobowości” odnosi
się do systemu z rosnącą irytacją. Uprawia to, co szef ideologii Kurt Hager nazwał „niedialektycznym
przeciwstawieniem ideału i rzeczywistości”. Porównuje propagandową fikcję, „niewzruszony
optymizm” oficjalnej retoryki z szarzyzną własnego życia codziennego.

Program partii - oświadczył Konrad Naumann (przemówienie przedrukowane w Neues


Deutschland 14 stycznia 1980 r.) - oraz dokumenty XI Zjazdu KC przynoszą odpowiedź na
wszystkie pytania, wobec których stawia nas rozwój wydarzeo w świecie i w naszym kraju
w latach osiemdziesiątych.

Zdanie to jest przykładem reductio ad absurdum marksistowskiego samoubóstwienia człowieka.


Wygłaszając takie poglądy przywódcy NRD pozbawiają się resztek wiarygodności.

Ponadto pokolenie muru wdaje się w „niedialektyczne” porównywanie rzeczywistości własnego


społeczeostwa i innej niemieckiej rzeczywistości z drugiej strony granicy. Rozziew między
materialnymi warunkami życia tych dwóch społeczeostw jest coraz większy. A mieszkaocy NRD i tak
skłonni są dodatkowo upiększad obraz Niemiec Zachodnich.

W NRD istnieje zatem coś na kształt prywatnej solidarności - solidarnośd prywatnych rozczarowao,
często też solidarnośd w cynizmie. Nigdzie w bloku wschodnim podwójne życie, dwoistośd języka
i dwoistośd poglądów nie jest tak powszechna i nie osiąga takiej perfekcji. Karykatura młodzieżowego
miesięcznika Forum przedstawia postad mającą w głowie cztery szuflady, z etykietkami „prywatnie”,
„w knajpie”, „na zebraniu FDJ”, „na uniwersytecie”. Podpis pod rysunkiem: „Moje poglądy?” Jest to
społeczeostwo podzielonych ludzi w podzielonym narodzie.

I nawet za zamkniętymi drzwiami, nawet przy stałym dopływie informacji z zachodnich środków
przekazu większośd obywateli NRD nie przekracza progu dojrzałości. Nie zostali wychowani do
samodzielnego myślenia. Oficjalne konstrukcje odrzucają jako absurdalne. Ale rzadko potrafią im coś
przeciwstawid.

Życie większości społeczeostw w bloku wschodnim naznaczone jest ową dwoistością i niedojrzałością.
Nawet w Polsce w latach siedemdziesiątych jedynie niewielka mniejszośd zerwała z podwójnym
życiem i opierając się na tradycyjnych wspólnych wartościach kultury europejskiej wydała wojnę
niedojrzałości. Wychodzili z założenia, że nie ma sensu zabiegad o reformy ze strony panującej
komunistycznej partii. Zdaniem wielu partia komunistyczna ze swej istoty nie może się
zdemokratyzowad. Demokratyczny komunizm - wedle formuły Leszka Kołakowskiego - to coś takiego
jak pieczona kula śniegowa. Ale nawet ci, którzy nie podzielali tego poglądu, wyciągnęli podobne
wnioski strategiczne z czeskiego doświadczenia roku 1968. Próba zmiany systemu przez zmianę
panującej partii komunistycznej niechybnie wywołałaby na scenę radzieckie czołgi. Zamiast tego -
uważali - samo społeczeostwo powinno przystąpid do reformowania swego kształtu. Społeczeostwo
powinno budowad własne struktury więzi i wzajemnej pomocy, aparat władzy zaś miał pozostad
w oczach nowych carów z Moskwy nietknięty jak fasady potiomkinowskich wsi. „Zamiast palid
komitety partyjne, zakładajcie własne” - brzmiało motto. Strategia ta okazała się bardziej skuteczna,
niż wyobrażali sobie w najśmielszych marzeniach jej autorzy. Wobec bezmiernej niekompetencji
i skorumpowania ekipy rządzącej - najgorszej władzy (zdaniem pewnego opozycyjnego
intelektualisty), jakiej Polska zaznała od czasów panowania królów saskich w XVIII wieku - całe
społeczeostwo ruszyło do samoobrony.
Wiosną 1981 r. na pytanie, co przede wszystkim zmieniła w ich życiu „Solidarnośd”, poznaoscy
robotnicy odpowiadali, że przez 30 lat, aż do Sierpnia, bali się wypowiadad w fabryce swoje
prawdziwe opinie - po Sierpniu ten strach znikł. Dla nich, podobnie jak dla milionów Polaków,
„Solidarnośd” oznaczała koniec podwójnego życia - i pierwszy krok na drodze ku dojrzałości. Zmiany
tyczyły raczej świadomości niż bytu. A w koocu świadomośd będzie określała byt - o tym założyciele
„Solidarności” są przekonani.

Ta rewolucyjna zmiana mogła przyjśd tylko z dołu. Z polskiej perspektywy nieliczni myśliciele
opozycyjni, jakich do tej pory wydała NRD, należą ze swoimi poglądami do poprzedniej epoki. Wciąż
jeszcze żywią złudzenie, że zasadniczych zmian można oczekiwad tylko od światłego,
zdemokratyzowanego, czytającego Bahro i Havemanna aparatu partyjnego. Tymczasem
społeczeostwo pozostaje bierne jak pacjent na stole operacyjnym. Poddaje się go intensywnym
zabiegom, na przykład profilaktycznej terapii przeciwko „polskiej zarazie”. Ale chirurgiem jest nadal
tępawy dyktator z Biura Politycznego.

Jeżeli za dziesięd lat nowa umowa społeczna w Polsce zapewni jej obywatelom poza swobodami
i koocem podwójnego życia także wzrost, dobrobyt i stabilizację - może obywatele NRD wezmą sobie
do serca wydarzenia zza Odry i Nysy. Może, mimo wszelkie przeszkody, i to społeczeostwo pocznie
się bronid. Może mieszkaocy NRD uczynią wówczas rewolucyjny krok od solidarności prywatnych
rozczarowao do solidarności „Solidarności”.

Ale dziś, na początku lat osiemdziesiątych, wydaje się to równie mało prawdopodobne, jak zburzenie
Muru.
Spis treści
Przedmowa do polskiego wydania .......................................................................................................... 3
Niemcy? Gdzie to jest? ............................................................................................................................ 5
Na granicy .............................................................................................................................................. 15
Berlin - miasto nierzeczywiste ............................................................................................................... 29
Wittenberga – rewolucjonista Luter ..................................................................................................... 49
Weimar - duch Goethego ...................................................................................................................... 56
Poczdam - Scharnhorst na ziemi niczyjej............................................................................................... 72
Sceny z prowincji ................................................................................................................................... 85
Drezno - angielsko-amerykaoscy gangsterzy powietrzni .................................................................. 85
Lipska wiosna..................................................................................................................................... 89
Budziszyn I i II .................................................................................................................................... 93
Brand z Falkenstein ........................................................................................................................... 96
Autostrada tranzytowa - rozmowa w nocy ....................................................................................... 97
Görlitz - polscy bracia ............................................................................................................................ 99

z niemieckiego przełożyła Anna Szafranek


Zdjęcie autora: Adam Sulik
Niemieckośd NRD
(The Germanness of the DDR)
ISBN 0 906601 67 3
Published by Aneks Publishers 61 Dorset Road London W5 4HX
Wszystkie prawa zastrzeżone Zezwolenie na przedruk
należy uzyskad zwracając się do Wydawnictwa Aneks
© Timothy Garton Ash, 1981 © for Polish Edition Aneks Publishers, 1989
Ali rights reserved Permission for reprint or reproductions must be obtained in writing from Aneks Publishers
Niniejsza książka ukazała się dzięki dotacji Funduszu Pomocy Niezależnej Literaturze i Nauce Polskiej
Fotoskład: Libra Books
63 Jeddo Road, London W12 9EE
Printed and bound by Caldra House Ltd., Great Britain