Vous êtes sur la page 1sur 4

Część wyborców PiS może poczuć rozczarowanie: Mateusz Morawiecki i

większość polskiego rządu spotkają się dzisiaj z kanclerz Merkel i aż 14 ministrami


rządu federalnego RFN. Spotkają się nie po to jednak, żeby naszym zaprzysięgłym
wrogom napluć w twarz lub przynajmniej przedstawić twarde żądania, dotyczące
choćby reparacji, ale po prostu po to, żeby omawiać konkretne sprawy w ramach
regularnie odbywanych polsko-niemieckich konsultacji międzyrządowych.

Poziom antyniemieckich emocji urósł do granic absurdu

Przesadzam? Może, ale niewiele. Poziom antyniemieckich emocji, buzujących w


elektoracie partii rządzącej, dawno już wymknął się racjonalnym ocenom. Niemcy
wyrosły na naszego największego przeciwnika, wroga, który chce naszego
zniewolenia i pognębienia. I nie jest to tylko kwestia typowych internetowych emocji,
bo swoją rolę odgrywają też bardzo prominentni politycy PiS – by wspomnieć tylko
powtarzające się co jakiś czas tweety o "niemieckich mediach polskojęzycznych".

Trudno właściwie powiedzieć, co musiałoby się stać, żeby zaspokoić rozbuchane


apetyty kanapowych patriotów. Czy wystarczyłoby, żeby Niemcy natychmiast
zakończyły budowę Nordstreamu 2 i z punktu wypłaciły nam reparacje według
wyliczeń Arkadiusza Mularczyka, czy też musiałyby zrobić coś jeszcze? Najlepiej
przestać być Niemcami.

Poprzednia władza idealizowała relacje polsko-niemieckie, udając, że nie ma w


nich punktów spornych, co również było niemądre. Obecna poszła w drugą
skrajność, czyniąc z opozycji z Niemcami jedną z głównych osi swojej wewnętrznej
narracji. Na razie udaje się to jakoś oddzielać od realnej polityki, ale z coraz
większym trudem.

Przekaz dla wyborców, a praktyka

Rozjazd narracji dla elektoratu i praktyki poraża. Elektorat dostaje opowieść o


strasznych Niemcach, streszczoną na początku. Praktyka jest taka, że Niemcy są
dla nas najważniejszym partnerem handlowym, my dla nich – jednym z
najważniejszych. W 2017 r. nasz eksport do Niemiec wyniósł ponad 242 mld
złotych, import – ponad 183 mld. W niemieckim rankingu eksportu Polska jest
(dane na 2016 rok) ósma, a w rankingu importu – szósta. Nasz główny strategiczny
sojusznik, Stany Zjednoczone, jest daleko za podium. W 2017 r. wartość polskiego
eksportu do USA wyniosła 7,11 mld dolarów (ok. 26 mld zł po dzisiejszym kursie), a
importu – 4,53 mld dolarów (ok. 17 mld złotych).

Niemcy w Polsce inwestują – w 2016 roku napłynęło z Niemiec inwestycji na ponad


3,1 mld euro (drugie miejsce po Holandii), zaś całkowita suma zobowiązań,
wynikających z bez-pośrednich niemieckich inwestycji w Polsce wynosiła ponad 29
mld euro (ponownie zaraz za Holandią). Obie gospodarki są ze sobą mocno
powiązane, przy czym polska jest oczywiście w większym stopniu uzależniona od
niemieckiej niż odwrotnie i to się bardzo długo nie zmieni.

Współpraca toczy się gładko, gdy idzie o kwestie czysto resortowe. Premierzy obu
państw spotkają się dziś po raz piąty w tym roku. Bardzo dobre wrażenie zrobił
podczas wrześniowej wizyty w Berlinie wiceminister spraw zagranicznych Szymon
Szynkowski vel Sęk. Jego wystąpienie w berlińskim DGAP (Deutsche Gesellschaft
für Auswärtige Politik), jednym z najważniejszych niemieckich think tanków
zajmujących się polityką zagraniczną, jest wspominane przez ekspertów jako
otwarte, treściwe, jasno stawiające kwestię punktów spornych i będące dobrym
punktem wyjścia do rozmów.

Wbrew pozorom, są też wspólne interesy o znaczeniu strategicznym. Karykaturalny


obraz niemieckiej polityki pod wodzą kanclerz Merkel, którym karmią się twardzi
wyborcy PiS, pokazuje szefową CDU jako bliską sojuszniczkę Władimira Putina.
Nie ma to wiele wspólnego z prawdą. Niemcy Merkel i Rosja Putina współpracują
tam, gdzie to jest konieczne z punktu widzenia niemieckiego interesu
gospodarczego oraz, niestety, w przypadku nieszczęsnego Nordstreamu 2, w który
zainwestowano już dużo finansowo i politycznie. Ale to nie jest relacja wzajemnego
zaufania i sympatii.

Tych jest znacznie więcej pomiędzy idealizowanym przez polski obóz władzy
Viktorem Orbánem a Putinem niż między Putinem a Merkel. To dzięki niemieckiej
kanclerz po ataku na Ukrainę udało się nałożyć sankcje na Rosję i utrzymać je do
tej pory. Merkel dopiero co potwierdziła takie stanowisko swojego rządu podczas
czwartkowej wizyty na Ukrainie. Zwolennicy rezygnacji z sankcji znaleźliby się
prędzej w szeregach AfD. Za ich zniesieniem opowiadały się również, jeszcze w
maju, tworzące dziś włoski rząd Ruch Pięciu Gwiazd i Liga, podziwiane przez
zwolenników PiS jako niekłaniające się Brukseli. Jak widać, układanka jest
znacznie bardziej skomplikowana niż się wydaje na pierwszy rzut oka.
Miejsce analizy zajmują harcownicy władzy

Polska debata momentami sięga dna i widać to bardzo wyraźnie właśnie w


przypadku Niemiec. Miejsce analizy i rozpoznania problemów zajmują wulgarne
pokrzykiwania, w których specjalizują się harcownicy władzy, tacy jak poseł
Tarczyński, ale też coraz częściej ważniejsi funkcyjni, choćby Beata Mazurek,
nawiązująca nieustannie do niemieckiej własności niektórych mediów. Z drugiej
strony są równie twardzi zawodnicy, politycy czy publicyści, przyzwyczajeni do
przyjmowania przed naszymi zachodnimi sąsiadami postawy klęczącej,
lekceważący od zawsze realne różnice interesów pomiędzy nami.

W Niemczech istnieje grupa uczestników życia publicznego, nazywanych złośliwie


Russlandversteher – "rozumiejący Rosję". Chodzi jednak nie o znawców rosyjskiej
polityki, ale o osoby, kreujące się na ekspertów, a w rzeczywistości będące
przekaźnikami rosyjskich zapotrzebowań politycznych.
Gdyby jednak zrozumieć ten termin dosłownie, bez zgryźliwości, trzeba by żałować,
że w Niemczech brakuje Polenversteher, a w Polsce – Deutschlandversteher.
Niemcy nie rozumieją naszej wrażliwości i sposobu myślenia.

Od lat przywykli do kontaktów z jedną stroną politycznej sceny, z którą nie musieli
się o nic spierać – która po prostu słuchała, co mają do powiedzenia, i kiwała
głowami. Tę jednostronność kontaktów widać w wielu tekstach o Polsce,
publikowanych w takich gazetach jak berliński "Der Tagesspiegel".

Jednak od kilku lat niemieckie środowiska eksperckie, publicyści i urzędnicy, którym


to zadanie powierzono, starają się dotrzeć do polskich środowisk konserwatywnych.
I takie nieoficjalne kanały już funkcjonują, choćby w postaci kontaktów między
Instytutem Wolności Igora Jankego i wspomniane DGAP. Niestety, gdy niemieccy
dziennikarze, podchodzący do polskich tematów bez uprzedzeń, albo niemieccy
eksperci próbują spotykać się z politykami partii rządzącej, bardzo często
napotykają na mur. Czy to skutek obawy przed wyłamaniem się z oficjalnej
partyjnej linii bez zgody prezesa, czy przed pokazaniem swojej niewiedzy i
nieznajomości tematu – trudno powiedzieć. Dość, że szansa jest marnowana.

Antyniemiecka retoryka rodzi w wyborcach konkretne oczekiwania

W Polsce z kolei jak na lekarstwo jest ludzi, którzy rozumieliby niemiecką


mentalność i niemiecki sposób myślenia o własnym państwie, Europie i świecie, a
zarazem nie podporządkowywaliby swojego przekazu potrzebom partyjnej wojny.
Stąd na ogół do niemieckiego systemu przykłada się polskie miary. Powszechne
jest na przykład mniemanie – całkowicie błędne – że niemieckie media publiczne
są bezpośrednio uzależnione od rządu federalnego i podają uzgodniony z nim,
jednolity przekaz. Kluczem do zrozumienia wielu posunięć Berlina jest przesadne
nieraz umiłowanie dla kultury konsensusu, debaty, uzgadniania i porozumienia.
Możemy uznawać, że ceną za taki system jest ograniczenie wolności wypowiedzi,
ale żeby z naszymi partnerami coś ugrać, musimy rozumieć, jak myślą.

A może tak już musi być – prosty, by nie rzec: prostacki przekaz na kraj, ale
pragmatyczne działanie na zewnątrz? Tyle że to tak nie działa.

Nasi partnerzy nie dostają wyraźnego sygnału, że to tego typu kombinacja i nie
wiedzą, jak interpretować kolejne antyniemieckie szarże polityków PiS. Co gorsza,
obsesyjnie antyniemiecka retoryka wytworzyła już tak potężne oczekiwania
wyborców, że zaczyna działać sprzężenie zwrotne: politycy, którzy być może
traktowali swoje pokrzykiwania tylko jako środek retoryczny do zagrzewania
elektoratu, będą musieli zacząć spełniać oczekiwania, które sami wytworzyli.