Vous êtes sur la page 1sur 66

Stefan Kisielewski

Abecadło Kisiela

Jak powstało "Abecadło"? Pomysł był dziecinnie prosty: równie prosty jak samo abecadło.
Jakiś czas temu reżyser Marian Terlecki postanowił zrobić film o Kisielu i zaprosił mnie do
współpracy. Już w trakcie kręcenia zdjęć okazało się XXXXX co zresztą zupełnie oczywiste
XXXXX iż główny bohater wplata we własną biografię niezliczone anegdotki i wspomnienia
dotyczące ludzi, z którymi miał do czynienia w najrozmaitszych okolicznościach. Opowieści
te rozsadzały wprawdzie zaplanowane ramy filmu, lecz były tak smakowite, że dla ich
ocalenia przystąpiliśmy niezwłocznie do robienia filmu następnego. Zasiadłem więc przy
Kisielowym stole, rozmiarami przypominającym boisko do piłki ręcznej, i naprędce
nabazgrałem na kartce z górą sto nazwisk. Czujne pióro gospodarza skreśliło z tej
prowizorycznej listy paru delikwentów (zgadnij Koteczku XXXXX kogo mianowicie?), lecz
w zamian dopisało kilkunastu innych godnych uwiecznienia. Następnie, przy użyciu metod
niegodnych i podstępnych XXXXX niskie pochlebstwa, szantaż moralny, obiecywanie
gruszek na wierzbie etc XXXXX udało się Mistrza skłonić do pokąsania dalszych stu
kilkudziesięciu bliźnich. Książeczka niniejsza stanowi zatem wierny zapis Kisielowej
gawędy, zubożonej tylko o charakterystyczne chrząknięcia, sadystyczne pomruki oraz błogie
westchnienia. Odstąpiliśmy też od nazbyt rygorystycznych poprawek faktograficznych i od
fryzowania wypowiedzi niedość uładzonych. W zamian może choć w części udało się ocalić
niepowtarzalną swoistość stylu, klimat i ton tej narracji. To w istocie "pamiętnik mówiony", i
jako taki powinien zachować właściwości gatunku. A więc nie tyle statecznie uporządkowany
"Alfabet wspomnień", ile raczej "Abecadło" i to takie, co właśnie z pieca spadło; w dodatku
na łeb, na szyję. Zarazem śmiem przecież twierdzić, że te swobodnie snute opowieści mają
wagę dokumentu historycznego, choć nie obarcza ich bagaż solennych przypisów ani
aparatury bibliograficznej. Ich walor leży gdzie indziej. Te dykteryjki przywracają naszym
współczesnym dziejom XXXXX tak uładzonym i tak doskonale bezosobowym XXXXX
normalny, ludzki wymiar. Kisiel spersonalizował polską historię. Właśnie tak, uczłowieczył
ją i zhumanizował, gdyż ten mądry prześmiewca wie dobrze, iż za każdym procesem
dziejowym, za każdym politycznym faktem XXXXX kryją się żywi ludzie z krwi i kości. Jest
to rzecz o biskupach i mężach stanu, policjantach i opozycjonistach, pisarzach i dyplomatach,
komunistach XXXXX by użyć porównania samego Kisiela XXXXX tak czerwonych "jak
kardynałowie łowiący raki w Morzu Czerwonym" i reakcjonistach tak czarnych "jak Murzyni
czyszczący komin z sadzy w noc bezksiężycową". W tym samym wszakże stopniu jest to
rzecz o Stefanie Kisielewskim, który współczesną historię Polski nie tylko w sobie właściwy
sposób opisuje, ale który także ją współtworzy już od półwiecza. Pierwszy felietonista
Rzeczypospolitej swoje 250 ofiar potraktował w gruncie rzeczy łagodnie. Jego niewyparzony
język kłuje, ale nie rani. Bowiem Kisiel, przy całej drapieżności i sarkazmie, kompletnie
wyzuty jest z jednego, bardzo ludzkiego uczucia. Uczucia nienawiści wobec bliźnich.
Rozprawia się z nimi zarazem zgryźliwie i dobrodusznie, z przekąsem i wyrozumiałością.
Leje im miód na serce i natychmiast doprawia szczyptą soli z pieprzem. Smacznego!
Tomasz Wołek

Proszono mnie, żeby się wypowiedzieć o różnych ludziach. Sprawa jest ryzykowna, ale
trudno. Więc spróbuję, według alfabetu.

A
Jerzy Andrzejewski
XXXXX znałem go chyba 55 lat, był to mój przyjaciel, ale nie bardzośmy się lubili. Może to
wynikło z różnicy usposobień i temperamentów. Prawdziwą pretensję miałem do niego o
powieść "Popiół i diament", bo uważam, że ona zafałszowała obraz Polski bezpośrednio
powojennej, że właściwie dała komunistom okazję, żeby wytłumaczyć sprawy trudne, np.
A$k w sposób nieprawdziwy XXXXX co mu zresztą mówiłem. Wynikło z tego tyle, żeśmy
do siebie kilkanaście lat nie mówili w ogóle. Ale potem się z nim pogodziłem. On tej
powieści nie odwołał, a młodzież dziś zdaje się uważa, że jest to powieść doskonała i
wolnościowa. Mam inny pogląd. A Jerzego... Moja żona go bardzo lubiła, a ja go średnio
lubiłem. Ale był to nieprzeciętny człowiek, niewątpliwie.

B
Władysław Bartoszewski
XXXXX mój wielki przyjaciel. Więzień Oświęcimia i różnych obozów. Szalenie wygadany.
Pamiętam, że po Październiku były sprawy sądowe o odszkodowania za więzienia.
Powoływano Bartoszewskiego na świadka i kiedy sędzia się dowiadywał, że on ma być
świadkiem, to nie dopuszczał do rozprawy. Przyznawał odszkodowanie byleby on nie gadał,
bo mówił jak maszyna. Miał różne przykrości. Teraz jest w Niemczech. Wybitny historyk
XXXXX moim zdaniem. Ja mam do niego pretensję, że zburzył Warszawę, ale on twierdzi,
że Powstanie musiało być. To jest różnica między nami. Ale oczywiście żartuję, bo to raczej
nie on zburzył...

Arcybiskup Eugeniusz Baziak


XXXXX po śmierci Sapiehy zastępował arcybiskupa krakowskiego. Ja miałem z nim takie
zetknięcie, że po Październiku wydano mi po raz drugi "Sprzysiężenie" i znowu wynikła
historia, że to prawie pornografia. Ksiądz Bardecki, asystent kościelny w "Tygodniku", prosił,
żebym poszedł do Baziaka i mu to wytłumaczył. Poszedłem, on był bardzo łagodny.
Powiedział: "Czy pan może mi napisać, że pan żałuje, iż panu wydali?" Ja mówię:
"Ekscelencjo, no dobrze, żałuję...". To nigdy nie miało dalszego biegu. Tylko tyle go znałem.

Wojciech Bąk
XXXXX poeta, poznańczyk, katolik. Znałem go w czasie okupacji. Trochę był
alkoholikiem... nawet dużo. Bardzo antykomunistyczny i po wojnie były z nim niesamowite
historie w Poznaniu, ponieważ odgrażał się, że przyjedzie na zjazd literatów XXXXX a nie
chcieli go drukować XXXXX wygłosi przemówienie i otruje się na estradzie. Ale ksiądz,
przeor dominikanów z Poznania, który to usłyszał, przyjechał do Warszawy i uprzedził
Putramenta, że może być taka historia. Putrament zmobilizował jakichś facetów, tak, że jak
Bąk chciał wejść na estradę, to go chapnęLi... I był w domu wariatów chyba przez pewien
czas. Tragiczna postać, niezły poeta.

Jakub Berman
XXXXX nie znałem, nie widziałem, niewiele mam do powiedzenia poza jedną sprawą, jak
uratowałem "Tygodnik Powszechny" i Zawieyskiego. Mianowicie jak była wojna koreańska,
to Berman wpadł na pomysł: zaprosił grupę literatów, których sam wybrał, i powiedział, że
każdy z nich musi napisać do jakiegoś pisarza na Zachodzie list protestujący przeciwko
wojnie, przeciwko Ameryce. Zawieyskiemu wyznaczył Grahama Greene'a, że on ma do niego
napisać. I pogroził mu, że to fatalnie wpłynie na "Tygodnik" i na wszystko, jeżeli on odmówi.
Mnie nie było wtedy w Krakowie. Przyjeżdżam i mówią mi, że Zawieyski napisał, że to na
pierwszej stronie idzie, już cenzura puściła... Ja to czytam... no to było okropne! Bo on się
napił wódki, wpadł w histerię, i napisał szczerze, rzeczywiście, ze szwungiem, ale bzdury
niebywałe. Więc ja mówię do Turowicza: "Słuchaj, ... jeżeli to się ukaże, to ja przestaję pisać
w "Tygodniku". On mówi: "Ale nie wygłupiaj się, przecież to już przeszło przez cenzurę, już
wiedzą". Ja mówię: "Daję słowo honoru XXXXX jeżeli to się ukaże, koniec". No i wtedy
Gołubiew się wtrącił: "Słuchajcie, jeśli Stefan daje słowo honoru, to musimy to poważnie
traktować, musimy się naradzić". I zdjęli to w końcu na całe szczęście, bo byłoby po
"Tygodniku" i po Zawieju...

Władysław Bieńkowski
XXXXX ciekawa postać, komunista, ateista, który miał do nas jakiś sentyment. Jeszcze w
roku 1946 urządzał dyskusję marksistów z katolikami w Krakowie u "Wierzynka", gdzie
głównymi dyskutantami byli pan Drobner i ksiądz Piwowarczyk. Dyskusja była wspaniała,
np. Drobner mówił, że Marks napisał tak i tak. Ksiądz PIwowarczyk mówił na to: "Nie. On
powiedział nie tak". Więc Drobner na to: "Ksiądz szanowny się myli". "Ja się nie mylę, ale
pan zna tylko lipskie wydanie Marksa, a nie zna pan londyńskiego, gdzie on napisał to i to".
No więc była to wysoka szkoła jazdy. Potem Bieńkowski został wyrzucony jako
gomułkowiec. A w 1956 znowu się zjawił w Krakowie, zaczął rozmowy z Gołubiewem, z
Zawieyskim, obiecywał nam, że będzie wiele klubów katolickich, że wejdziemy do Sejmu,
Zawieyski do Rady Państwa, no i skusił nas... a potem sam wyleciał po kilku latach, ponieważ
Gomułka, którego był bliskim przyjacielem w czasie okupacji, zdenerwował się jego
dowcipami. Robił w Sejmie dowcipy rzeczywiście dziwne. Powiedział kiedyś, że mamy ileś
tam tysięcy nauczycieli szkół niższych_idiotów. A skąd się wzięli?... Z socjalizmu, socjalizm
ich wychował. Po takich dowcipach Kliszko się denerwował. Wyrzucili Bieńkowskiego
najpierw z ministerstwa, został dyrektorem ochrony przyrody czy lasów, czy czegoś. Potem
go z partii wyrzucili i został polskim Dżilasem, wydawał za granicą. Mieszka w tym domu
zresztą co i ja. Miły człowiek. Ja się z nim kłóciłem: "Pan ciągle wierzy w marksizm, tylko
pan mówi, że źle wykonano. Niestety po tylu latach to już okazuje się chyba, że tego nie
można dobrze wykonać". Taka była różnica między nami.

Czesław Bobrowski
XXXXX wybitny ekonomista, przed wojną dobry znajomy pana Giedroycia. Uczestniczył w
"Klubie 11 Listopada" stworzonym przez Rydza_$śmigłego. Omawiano tam sprawy
gospodarcze. Ciekawa kariera. Po wojnie był wiceprezesem C$u$p, po czym Minc zmienił
front, zaczął niszczyć ustrój trójsektorowy, nastąpiła "bitwa o handel". Bobrowski bardzo się
sprzeciwiał, został ambasadorem w Szwecji, skąd uciekł do Paryża. Wrócił do Polski w 1956
r. Znowu został wiceprezesem w Radzie Ekonomicznej, ale nie bardzo go słuchano, bo
Gomułka był uparty. W 1968 na Uniwersytecie B. opowiedział się po stronie studentów i
pobili go chyba XXXXX jakaś była draka i wtedy znów wyjechał XXXXX był w Algierze
doradcą gospodarczym. Wrócił znowu pod koniec epoki gierkowskiej XXXXX i jak
wiadomo też niewiele mógł. Powiedział kiedyś w telewizji: "Skoro nie możemy wprowadzić
systemu rynkowego, to trzeba ciągnąć to co jest". Bardzo niemłody, chyba już po
osiemdziesiątce.

Adolf Bocheński
XXXXX był wybitnie zdolnym człowiekiem. Zginął jak wiadomo po bitwie pod Ankoną.
Uchodził za olbrzymi talent polityczny, ale jego książka "Między Niemcami a Rosją" zaczyna
się od założenia, że w Europie przez 30 lat nie będzie wojny. No, założenie w 1938 roku
dosyć zabawne. Poczuwał się do winy, że tego nie przewidział i chyba dlatego zginął
XXXXX szedł na najniebezpieczniejsze miejsca. To był wielki charakter.

Aleksander Bocheński
XXXXX czyli Olo. Mój przyjaciel. Rzeczywiście bardzo już niemłody. Właściwie jeden z
twórców "Paxu", jeden z najwierniejszych. Realista polityczny, inżynier, były dyrektor
browaru w Okocimiu. Autor książki "Dzieje głupoty w Polsce", której wydanie załatwiłem po
wojnie w prywatnej firmie "Panteon". I wcale nie poszła, mimo że w małym nakładzie
wydana XXXXX 3000, tak że wydawca, pan Ryńca miał do mnie pretensje. Ale jest to
książka niesłychanie ciekawa, właściwie apologia Targowicy, wszelkich porozumień i tak
dalej. Jest to ciekawy umysł, niepopularny umysł. Natomiast jego tezy gospodarcze, że żaden
rynek, tylko trzeba stworzyć totalizm gospodarczy, wziąć wszystkich za mordę i produkować
XXXXX chyba niesłuszne. Ale jest to człowiek z wielkiej rodziny, interesujący, zabawny, ma
już po osiemdziesiątce grubo i... ja go lubię.

Ksiądz Józef Bocheński


XXXXX nie znam go osobiście. Uchodzi za wielkiego filozofa. Kiedyś XXXXX co zabawne
XXXXX był poniekąd cenzorem rzymskim. I on właśnie wziął na Indeks książkę Piaseckiego
i pismo "Dziś i Jutro". To zabawne, że jego brat był twórcą "Paxu", a on to wciągnął na
Indeks. No, ale to jest taka rodzina, paradoksalna. Ciekawy człowiek XXXXX nie uważam,
żeby był wielkim filozofem. Czytałem jego artykuły o Kołakowskim, o książce, którą ja
uważam za najlepszą XXXXX "Główne nurty marksizmu" XXXXX i właściwie on niewiele
miał o tym do powiedzenia. Jest to bardzo osobliwy... wariat, przepraszam, który sam
prowadzi samolot, sam pędzi samochodami XXXXX po osiemdziesiątce to jest rzecz
niezwykła. Ciekawa postać.

Jerzy Borejsza
XXXXX nie znałem go osobiście, ale byłem na paru jego zebraniach
literacko_dziennikarskich w Krakowie, w 1945 roku. Był to człowiek, który politycznie dużo
kłamał, ale miał szaloną ambicję, żeby do Polski Ludowej i do wydawnictw wciągnąć
wszystkich endeków i prawicowców. Właściwie był jednym z twórców "Paxu" XXXXX to
do niego zgłosił się Olo Bocheński i jego to zainteresowało, bo chciał mieć swoją prawicę.
Skończył marnie, bo w końcu w partii jakoś źle go widzieli, poza tym zakochał się w
dziewczynie "reakcyjnej". Miał katastrofę samochodową, po której XXXXX jak mówiono
XXXXX stracił pamięć. Był taki dowcip, że powierzono mu wobec tego napisanie historii
Polski. Ale to była niebanalna postać, ciekawa. Jego bratem przyrodnim był chyba Różański,
znany z U$b. Oni nazywali się Goldbergowie, czy coś takiego. To był ciekawy człowiek.

Kazimierz Brandys
XXXXX długie lata z nim dyskutowałem jako z komunistą i marksistą, znałem go jeszcze z
czasów okupacji. Teraz się nawrócił i przeciwną funkcję spełnia. Nie bardzo go lubię, ale to
jest kulturalny człowiek i bardzo dobry pisarz, chyba. A co jeszcze napisze to nie wiadomo.
Moim zdaniem jego książka "Między wojnami" obok "Popiołu i diamentu" i "Pamiątki z
celulozy" jest właściwie najgorszym przejawem socrealizmu. Mówią, że "Obywatele" byli
gorsi. Ja twierdzę, że "Między wojnami" jest gorsze. No, ale się nawrócił i jest zupełnie inny.

Stefan Bratkowski
XXXXX jest to pozytywna postać, chociaż mnie irytuje okropnie to jego zadęcie
spółdzielczo_społeczno_pozytywistyczne, takie jakieś naiwne. Zresztą zrobił do mnie aluzję
w jednym ze swoich artykułów. Napisał, że nie lubi takich liberałów, co się boją robotników,
i tylko liczą na pieniądze. Ale muszę powiedzieć, że on ma szalony szwung i działa z
przekonaniem, działa na wszystkich frontach. Ja go jeszcze pamiętam, jak redagował "íycie i
Nowoczesność", dodatek do "Życia Warszawy", i z przekonaniem to robił. Jest to właściwie
Polak z Dolnego śląska, bo we Wrocławiu urodzony chyba, gdzie ojciec był konsulem. Wiem,
że on się przyjaźnił z Osmańczykiem. Czasem go bardzo lubię, a czasem mnie potwornie
drażni, tak na przemian. Roman Bratny XXXXX znałem go słabo. Pisarz znany. Akowiec
kiedyś, a potem przeciwnie. Podobno jak go przyjmowali do partii to się kajał, że on strzelał
do komunistów, ale wierzył w to, a teraz chce odkupić winy. No i go przyjęLi.

Jerzy Braun
XXXXX ciekawa postać. W gruncie rzeczy debiutowałem literacko u Brauna. Wydawał on
pismo "Zet", które było czymś w rodzaju organu filozofii narodowej Hoene_Wrońskiego.
Bardzo wybitni ludzie pracowali w tym piśmie XXXXX Regamey, następnie nijaki
Homolacs, erudyci ogromni. Braun też był filozofem, erudytą, poetą, powieściopisarzem.
Troszkę naiwnym człowiekiem. W czasie okupacji był twórcą Unii, unii grup katolickich,
potem Stronnictwa Pracy. Był chyba ostatnim delegatem rządu londyńskiego, tylko krótko.
Po wojnie sądził, że odegra rolę polityczną, ale Bierut kazał zamknąć działaczy Stronnictwa
Pracy. Popiel wyjechał, lecz zamknięto Studentowicza, Kwasiborskiego, Antczaka, Brauna i
innych. Bardzo długo siedział w więzieniu. Stracił oko, bo dostał jaskry. Zmarł w Rzymie.

Tadeusz Breza
XXXXX bardzo inteligentny człowiek, ale trochę obrzydliwy, bo taki jakiś miękki cynik.
Bardzo mądry, na każdą sprawę patrzył dwuznacznie... stosował kompromitacjonizm, jak
mówił Irzykowski. Jeżeli się czyta jego "Spiżową bramę", to on tak niby nie lubi tych księży,
ale... lubi, sam kiedyś był w zakonie, zresztą arystokrata. Jest taka jego książka "Niebo i
ziemia", w dwóch tomach. Pierszy tom jest znakomity, a drugi jest idiotyczny, bo okazało się,
że przyszedł socrealizm, i od niego zażądali, żeby przerobił ten drugi tom. I on go przerobił.
Uważał, że cóż, tak życie się toczy, jak każą, to trzeba. W rozmowie był znakomity.
Rozmówca przyjemny, subtelny, wszystko rozumiejący. A w życiu publicznym postać
dwuznaczna.

Zbigniew Brzeziński
XXXXX postać znana i sławna. Stykałem się z nim wiele razy. Urodzony na Hożej w roku
1928. POlak, warszawianin. Jego ojciec był konsulem w Montrealu. On sam od dziesiątego
roku życia żył w Ameryce. No i zaczął się wspinać po szczeblach kariery
naukowo_politycznej. Z nami się spotykał XXXXX z Giedroyciem w Paryżu, tu w
Warszawie był kilkakrotnie. Czasem mu dawali wizę, czasem nie. Pamiętam bardzo śmieszny
wypadek, kiedy przyjechał do Warszawy i zaprosił mnie na obiad, do węgierskiej restauracji.
Gdy wychodzimy, szalona uprzejmość XXXXX szatniarz podaje płaszcze, idziemy XXXXX
ktoś ustępuje miejsca. On mówi, że musi pojechać taksówką, tam stoją jacyś faceci, mówią:
"A, prosimy, proszę stanąć". Więc Brzeziński mówi: "Widzę, że pan ma tu dużo znajomych".
Ja mówię: "Wie pan, ja podejrzewam, że to są pana znajomi". Jego szczytem kariery było to,
że został doradcą do spraw wojennych Cartera, zresztą on wymyślił Cartera w ogóle. NIe
bardzo to wyszło, zwłaszcza ta historia z helikopterami pod Teheranem go wykończyła, bo to
był jego pomysł. Zaczęli mówić, że to typowo polska robota... Ale jest to bardzo inteligentny
człowiek XXXXX mówi po polsku z akcentem, lecz bardzo dobrze. Jest szalenie uczynny
wobec POlaków i miły. Czy jest wielkim politykiem...? Również jego brat mieszka w
Montrealu, jest żonaty z Polką, nawet znam. A on jest żonaty z kuzynką Benesza, z Czeszką.
No i jest postacią bardzo znaną.

Ryszard Bugaj
XXXXX nie mam o nim wiele do powiedzenia. NIe zgadzam się z nim... Na ogół. Ma on
ciągoty, jak to mówią, czerwone, chciałby to pogodzić jakoś z opozycją. Nie wiem, czy jego
koncepcje gospodarcze, gdyby zaczął je praktykować, nie doprowadziłyby do jakichś
fatalnych skutków. A poza tym ma brodę...
C
Józef Czapski

XXXXX postać sławna. Malarz i właściwie człowiek, który "odkrył" Katyń. To jest jego
zasługa, bo on był wśród tych czterystu, których z Ostaszkowa gdzieś przewieziono. Anders
wyznaczył go do poszukiwania zaginionych oficerów, i z tego powodu jeździł po całej Rosji.
Niesamowicie wysoki, dwumetrowy, w mundurze angielskim. I wykrył, że tych oficerów nie
ma. Zresztą opisał to w książce "Na nieludzkiej ziemi" XXXXX bardzo ciekawie. To szalenie
sympatyczny człowiek, z rodziny arystokratycznej, międzynarodowej. MIędzy innymi ich
krewnym był Cziczerin XXXXX pierwszy sowiecki minister spraw zagranicznych. W 1920
roku Czapski jeździł do Rosji szukać jakichś zaginionych polskich jeńców, czyli spełniał tę
samą funkcję. Bardzo ciekawy człowiek. Chyba przekroczył dziewięćdziesiątkę. Dobry
malarz, świetne pióro. Mieszka w Maisons_$laffitte, razem z Giedroyciem, choć nie zawsze
się lubili. Pod koniec życia prawie ociemniały, ale zawsze w świetnej formie.

Adam Ciołkosz
XXXXX najpoczciwszy człowiek świata i najbardziej naiwny, jaki chyba istniał. Spotkałem
go też w Paryżu w 1957 roku, i zaczął mnie pytać, co to takiego właściwie nadzwyczajnego
jest w tym Cyrankiewiczu. Mówi: "Przecież to mój uczeń, nic specjalnego, dlaczego on jest
premierem, dlaczego on taki ważny, jakie on ma zasługi, gdzie on się wykazał?" Więc ja
mówię: "Wie pan, on dużo zrobił. On zrobił wielką rzecz". Ciołkosz pyta: "Jaką?" Ja mówię:
"íe żyje! Bo mógł nie żyć, dziesięć razy". No więc on się uśmiechnął i mówi: "Proszę pana,
jeżeli to jest taki człowiek przyzwoity jak pan mówi, to czy pan mógłby go poprosić o jedną
rzecz?" "Jaką?" "W Tarnowie, w domu takim a takim, na strychu, znajduje się skrytka, gdzie
jest mój kufer z dokumentami P$p$s_owskimi, bardzo ważnymi. I żeby on mi to odesłał". Ja
mówię: "Wie pan, ja mu nawet słówkiem o tym nie wspomnę, bo on oczywiście ten kufer
weźmie, ale panu go nie odeśle". Więc on mówi: "No widzi pan, że to jest świnia!" Ja mówię:
"Nie, to jest polityk, który chce żyć...".

Biskup Zygmunt Choromański


XXXXX znałem mało. Był twardy, urzędował tutaj na Książęcej w Kurii, kłócił się z
komunistami jak diabeł. Był moment, że chcieli go aresztować, kiedy ks. Kaczyński był w
więzieniu. No, ale jakoś się wybronił. Potem jak Wyszyński wrócił, on chyba jeszcze żył. Nie
pamiętam, w którym roku umarł.

Józef Cyrankiewicz
XXXXX ciekawe, bo niby postać reprezentująca P$p$s, a ja nigdy o nim przed wojną nie
słyszałem. Mój ojciec był przecież starym pepeesowcem, znałem różnych pepeesowców, a o
żadnym Cyrankiewiczu jako żywo nigdy pojęcia nie miałem. Rodem z Krakowa, a właściwie
z Tarnowa, z endeckiej rodziny, bo ojciec był członkiem Stronnictwa Narodowego, brat
Młodzieży Wszechpolskiej. A on się wyłamał i był pepeesowcem. Znana postać na
uniwersytecie, dowcipny, wesoły, i tak dalej. Przychodzi okupacja i jest czynnym działaczem
W$r$n, czyli P$p$s_u antykomunistycznego, niepodległościowego. Przypadkiem dostaje się
w ręce Niemców, znajduje się w Oświęcimiu, gdzie zresztą świetnie się zachowywał. Tu
mógłbym powiedzieć anegdotkę. Jest taki literat, pan O..., który był z nim razem w
Oświęcimiu i mówił, że mieli znajomego kapo, który twierdził, że przed wojną był
kierownikiem sali w Bristolu i że zna wszystkich Polaków. Ten kapo rezerwował dla nich
miejsce uprzywilejowane, to znaczy dozorcy klozetu, bo tam się nic nie robiło. Pewnego dnia
przychodzą do niego i mówią, że przyjechali Sawan i Malicka. A ten kapo pyta: "Co to za
jedni?", "Jak to? Sławni aktorzy, co pan, nie wie takich rzeczy. Sawan XXXXX
najpiękniejszy mężczyzna w Polsce". "A, no to dobrze, to ja go dam do klozetu". A ten Sawan
wyglądał jak półtora nieszczęścia XXXXX był ostrzyżony na zero, miał sraczkę nieustającą,
niedopasowany pasiak, kulawy był w ogóle jakiś. Po paru dniach przychodzi ten kapo i mówi:
"Słuchajcie, on nie ma prezencji, on się nie nadaje. Przyjdzie komendant, wyrzuci jego, a
mnie powiesi. Ale ja to miejsce dla was rezerwuję XXXXX dajcie innego". PO paru dniach
przyszedł inny i ten kapo na drugi dzień mówi: "No, to jest chłopak do rzeczy". A to był Józef
Cyrankiewicz. I on w tym Oświęcimiu, a potem w NIemczech skumał się jakoś z
komunistami. W każdym razie przyjechał do Polski chyba z ideą koalicji. I wiem, że było
zebranie pepeesowców w Krakowie, gdzie Zygmunt Zaremba szalenie przestrzegał przed
tym. A nagle Cyrankiewicz i Rusinek, którzy przyjechali z obozu, powiedzieli, że oni właśnie
jadą do Bieruta, mają zaproszenie. Tam jakby piorun strzelił. "Rany Boskie! Co robicie!"
XXXXX socjaliści na rany Boskie się powoływali. A on powiedział: "Nie, ja mu przedstawię
wasze postulaty, wszystko będzie inaczej". Ale Zaremba mi mówił XXXXX ja go kiedyś w
Paryżu spotkałem XXXXX że już nigdy potem się nie pokazał, nic nie przedstawił. No ale
pokazał jakąś zręczność polityczną. Podobno Stalin go polubił szalenie. Była taka scena na
Kremlu XXXXX w czasie obiadu, na którym byli przedstawiciele P$p$r, P$p$s, wszystkich
czterech stronnictw. Stalin bez przerwy mówił: "No tak, P$p$s to jest narodowa partia, która
nie chce z komunistami, która chce osobno... ja wiem..." Ciągle do Cyrankiewicza pił. Nagle
Cyrankiewicz zabrał głos i powiedział: "Tak, towarzyszu Stalin, my jesteśmy partią
narodową, mamy wielkie tradycje, my byśmy chcieli iść osobno, ale zrobimy tak, jak wy
sobie będziecie życzyć. A wiecie dlaczego? Bo wy dla nas jesteście jedynym słońcem
światowego socjalizmu". Stalin rozpromienił się, powiedział: "Wot gołubczik". I od tego
czasu przez szereg rządów pan Józio się trzymał, z tym, że nie poszło mu z tą ręką obcinaną
w Poznaniu, ale potem się zrehabilitował w jakiś sposób. Właściwie należał do tej grupy
reformistycznej, puławskiej XXXXX raczej. Przy czym w Poznaniu opowiadali mi, że on
pojechał kiedyś do tego samego "Cegielskiego", gdzie właśNie o tej ręce mówił. I tam się
szykowali na niego, że "my tego tutaj drania splantujemy". A on od tego zaczął: "Ja tu na
pewno zostawiłem złe wspomnienie, powiedziałem o tym obcinaniu ręki. No, ale wiecie
przecież, jakie to były czasy, wiecie, gdzie żyjemy". I tu pokazał ręką na wschód, i wtedy
ogromne oklaski: "Morowy chłop", "swój człowiek". A Gomułka się tam nie podobał, bo
mówił o gospodarce, a było widać, że nie ma o niej pojęcia. I ten Józio się długo trzymał,
nawet kiedy Gierek doszedł, to go zrobił przewodniczącym Rady Państwa... Już wiele on nie
znaczył, ale za stalinizm nie odpowiadał, za gomułkizm nie odpowiadał, i właściwie za nic
nie odpowiadał XXXXX co dowodzi zręczności. To znaczy za socjalizm odpowiadał, ale ja
go kiedyś zapytałem: "Czy pan dalej wierzy w socjalizm?". "A w co mam wierzyć? Czy
można budować kapitalizm bez kapitału". No XXXXX pomyślałem sobie XXXXX ma rację,
nie można. Ta postać ma swoje podłoże cyniczne, bo polityk tego rodzaju musi być cynikiem.
Ale starał się jakoś wypłynąć tak, żeby go Polacy lubili, nie powiem XXXXX kochali, ale
żeby go nie powiesili jak dojdzie co do czego.

D
Maria Dąbrowska
–pisarka, wybitna. Nie bardzo ją adorowałem, bo była apodyktyczna i lubiła się wywyższać.
Ale to może być moje osobiste odczucie. Miałem z nią zatarg, zresztą niemądry. Ona była
przyjaciółką Stanisława Stempowskiego, wielkiego masona. Syn Stempowskiego, Jerzy
XXXXX znany pisarz XXXXX był w Szwajcarii i nagle w "Tygodniku" ktoś powiedział, że
on umarł. Ja to podałem Bartoszewskiemu, który prowadził wtedy u nas kronikę "Zmarli". On
to wydrukował. Okazało się, że Stempowski żyje. Spotykam potem panią Dąbrowską i ona
mówi: "To podobno pan podał tę wiadomość". Ja mówię: "No właśnie" i zaczynam się śmiać.
Ona mówi: "Nie widzę w tym nic śMiesznego" XXXXX z taką wściekłością na mnie
spojrzała, że nogi mi się ugięły... Ale była to wybitna osoba. Co prawda ja nie czytałem
"Nocy i dni", tylko fragmenty... Jest jedna rzecz wstydliwa. Otóż w 1956 była kandydatką do
Nagrody Nobla. Ale tak się złożyło, że po śmierci Stalina w 1953 roku Putrament wymuszał
od ludzi jakieś wypowiedzi na temat tej śmierci. To przez to się "Tygodnik" przewrócił. I od
niej wymusił. Napisała takie coś, że "potworna wiadomość", "co będzie z nami", "co będzie z
Polską" i tak dalej. I podobno gdy była kandydatką do Nobla, ktoś to podał do Sztokholmu
przetłumaczone, no i skosił. Tak Polacy robią.

Roman Dmowski
XXXXX ha! Nie będę się wypowiadał. Raz w życiu z nim rozmawiałem w Drozdowie u
państwa Lutosławskich. Chodził po ogrodzie i myśmy chodzili. ZaczęliśMy rozmawiać. Nie
była to ważna rozmowa. On zapytał: "Jak się panom podoba nowa kompozycja Koca?".
Podobał mi się jako niebanalny typ polskiego polityka. Bo stary kawaler, bardzo elegancki,
bywający dużo za granicą, znający języki, świetnie mówił po angielsku. Twórca polskiego
nacjonalizmu, a jednocześNie siedział w Dumie. Myślę, że zrobił wielką rzecz na KOngresie
Wersalskim, czy przed Kongresem. Natomiast w Polsce nie odegrał już wielkiej roli, bo
jednak nienawiść do Piłsudskiego wpłynęła na to, że wszystko postawił na zwalczanie
sanacji. No i odbiła się od niego młodzież. Najpierw O$n$r, potem "Falanga" i różne inne.
Myślę, że za dużo było tej nienawiści. Jednak zaciemniło mu to widzenie.

Jan Dobraczyński
XXXXX co tu mówić. Nawet z nim jestem na "ty". Uważam, że jest to człowiek dziwnie
zakłamany. Bo pobożny, który się trzy razy na tydzień spowiada, a jednocześNie buja, mówi
rzeczy nieprawdziwe. Wydał taki pamiętnik "Tylko w jednym życiu" i tam napisał o
zamknięciu "Tygodnika Powszechnego" XXXXX wszystko nieprawda, co mu zresztą
sprostowali. Nawet endecy prostowali XXXXX Maciński. Więc to jest zakłamany facet, ale
on o tym nie wie. Uważa, że jest w porządku. NO... dziwne.

Adam Doboszyński
XXXXX nie znałem osobiście, tylko czytałem jego powieść, której nikt nie czytał: "Słowo
ciężarne". Jest to powieść o przyszłości, o Polsce, którą rządzi córka Piłsudskiego. I jest
wynalazca, co wynalazł proszek, który jak go rozpylić nad jakimś krajem, to dzieci przestają
się rodzić. Więc on go rozpyla nad Niemcami, gdzie po paru miesiącach robi się tam popłoch.
BArdzo zabawna powieść, nikt jej nie czytał. Poza tym Doboszyński, jak przyjechał do Polski
XXXXX a za nim U$b jeździło wszędzie XXXXX to ze wszystkimi się chciał spotkać, ze
mną też między innymi. No i z księdzem Piwowarczykiem całą noc przedyskutowali w
jakimś klasztorze, i wtedy po jego aresztowaniu ksiądz Piwowarczyk był wzywany na proces.
Ksiądz Piwowarczyk nie lubił endeków, i nie lubił jego teorii społecznej, bo on napisał
książkę XXXXX "Gospodarka narodowa" XXXXX i szalenie się ksiądz Piwowarczyk biesił
na tę książkę. Wiem, że Piasecki go chciał uratować, ale nie udało mu się. Wyrok śmierci po
procesie wykonano.

Bolesław Drobner
XXXXX postać znana, moim zdaniem mało poważna. Pepeesowiec, ale zawsze dysydent,
komunizujący trochę. Miał rodzinę komunistyczną w Rosji. Jego zięć był, zdaje się, przez
Stalina wykończony. Drobner pojechał na białe niedźwiedzie w czasie wojny, pomimo całej
swojej lewicowości. Siedział gdzieś w kraju Jakutów. Opowiadał mi w Sejmie, że gdy go
zwolniono, przyjechał do Moskwy i w Moskwie spotkał na ulicy Zambrowskiego.
Zambrowski mówi: "Aha, to wyście wrócili z obozu. To świetnie. Dziś idziemy do
Mołotowa, bo będziemy ustalać wschodnią granicę Polski". Drobner mówi: "Jak to? Ja nic nie
wiem, ja byłem na zesłaniu". "To nic". I mówi mi: "Przychodzimy. Mołotow ma czerwony i
niebieski ołówek i kreśli XXXXX tu Krosno, tu coś tam". Drobner mówi: "Absurd. Rząd jest
w Londynie, ja wracam z zesłania i mam ustalać granice Polski". Twierdził zresztą, że coś
wytargował, właśnie koło Krosna, czy gdzieś tam XXXXX ale czy to prawda, to nie wiem.
Bardzo zresztą był zabawny. To mu mam za złe, że niszczył w Krakowie prywatną
inicjatywę. Stare sklepy zamykał. A jego rodzina była bardzo bogata i też mieli takie sklepy,
więc on miał jakiś kompleks. Potem się w Sejmie bardzo naraził, bo był najstarszym posłem,
otwierał Sejm, i coś takiego powiedział, co się Kliszce nie podobało. Kliszko był nerwus
straszny i zabronił, żeby już kiedykolwiek Drobner zabierał głos w tych sprawach. Zabawna
to była postać, ale niezbyt poważna.

Stanisław Dygat
XXXXX aaa, to zabawna, ciekawa postać. I bardzo zdolny. Ja go cenię, bo to pisarz, który się
potrafił ustawić poza komunizmem XXXXX ale nie przeciw, poza socrealizmem, poza
wszystkim. Miał swoje zainteresowania, swoją linię. Przed wojną, co tydzień była inna
wystawa "Wiadomości LIterackich" na Placu Saskim. To Eile projektował te wystawy, takie
ładne plastycznie, nowoczesne. I w każdy poniedziałek zabierano to i robiono nową. Otóż
przychodził jakiś młody człowiek, który wynosił wszystko, z własnego amatorstwa to robił...
nikt nie wiedział, kto to jest. To był Staś Dygat, który zresztą nic wtedy nie pisał. Natomiast
"Jezioro Bodeńskie" nam w czasie okupacji dał do czytania: to było tak odświeżające, tak
oryginalna książka. Później "Pożegnania", tak samo doskonałe. Nigdy źle nie pisał, wszystko
pisał dobrze. Miał wrodzony talent. A w ogóle on był nerwus i histeryk, co ukrywał. Poza tym
szalenie interesował się sportem, przyjaźNił się z mistrzem olimpijskim Komarem. Ale lubił
się popisywać pesymizmem. Pamiętam, ja coś zaczynam mówić o sporcie, a on mówi:
"Słuchaj, ty sobie nie zdajesz sprawy, to nie jest żaden sport, to wszystko jest płatne, to
wszystko jest z góry umówione, to są kombinacje, nie ma żadnego sportu, nic..." I dopiero
jego siostra, żona Lutosławskiego, powiedziała mi: "Nie słuchaj, co Staś mówi, bo on się
popisuje takimi rzeczami". Umarł tragicznie, ponieważ go oskarżono o ten film "Hotel
Palace", że to jest film niepatriotyczny, tam POlacy są wyśmiani i on właściwie nie jest
Polakiem, bo matka była Francuzka, czy ojciec... On się szalenie przejął tym, że była
dyskusja w Urzędzie Filmowym, prowadził ją Janusz Wilhelmi, nieboszczyk, który
zaatakował potwornie Dygata, a po nim wszyscy atakowali, co Dygat potem skomentował z
goryczą: "A moi przyjaciele siedzieli cicho, Konwicki, inni, nikt nie zabrał głosu w mojej
obronie". Wrócił do domu, dostał ataku serca i umarł. Przejął się tym, że jego przyjaciele go
nie bronili.

Mirosław Dzielski XXXXX mój przyjaciel polityczny, żarliwy neoliberał, neokapitalista,


ideolog. Drukował pismo "13". Założył Towarzystwo Przemysłowe w Krakowie. Był to
bardzo ciekawy i inteligentny facet. Opowiadałem się za nim. Niestety, umarł zbyt wcześNie.

E
Marian Eile
XXXXX bardzo ciekawy dziennikarz z "Wiadomości Literackich". Kierownik plastyczny
"Wiadomości". Całe życie marzył, żeby stworzyć coś w rodzaju polskiego "Playboya i
stworzył "Przekrój". Mój pierwszy etat był w "Przekroju". Mam pierwsze numery i tam był
taki abstrakcyjny humor, że Hitler żyje, ale się ukrywa. Była dziewczyna z warkoczami o
rysach Hitlera, później posąg jakiś nagi XXXXX okazało się, że to Hitler udaje i takie różne
kawały. To tak szło parę numerów. Nagle przyjechał Borejsza z Warszawy, wezwał Eilego,
zwymyślał go potwornie, że to jest burżuazyjny formalizm. Powiedział: "Ja panu dziękuję za
pracę". Czołem XXXXX cześć. No i Eile zginął, poszedł gdzieś... i przerażenie, bo go nie ma
dwa dni, może odebrał sobie życie? Zaczęli go szukać nad rzeką. No, ale w końcu się znalazł.
Borejsza go pożałował i przywrócił. Było parę numerów o orce, o kołchozach, ale potem
"Przekrój" się rozwinął.

Grzegorz Fitelberg
XXXXX wybitna postać, wielki dyrygent. Co najciekawsze, człowiek, który zakochał się w
kulturze polskiej. Był synem dyrygenta wojskowego z Rygi, íyda rosyjskiego. W dzieciństwie
nie mówił po polsku w ogóle. A w Polsce tak się zakochał, w polskiej kulturze i muzyce. Stał
się propagatorem, przyjacielem Szymanowskiego. Był to świetny muzyk, ale nie bardzo
dobry dyrygent, bo się tremował. Na próbach pracował wspaniale, miał doskonały słuch i
uczył orkiestrę, a koncert potrafił zawalić, bo miał takie dziwne ruchy. Ale to bardzo ciekawy
człowiek. Arogant potworny, niesamowity. Pamiętam bardzo śmieszną z nim historię.
Mianowicie przeszedł na katolicyzm przed wojną i był szalenie pobożny, chodził w
procesjach i tak dalej... wojnę spędził w Południowej Ameryce. Po wojnie został mianowany
dyrektorem orkiestry w Katowicach XXXXX bezpartyjny oczywiście. Tam był dyrektor
administracyjny partyjny i drugi jeszcze sekretarz partii. Kiedyś jechali samochodem w
Katowicach i nagle widzą, że procesja idzie do kościoła. Fitelberg mówi: "Proszę zatrzymać
auto". Wysiadł, poszedł z tą procesją, poszedł się modlić. A oni się schowali za węgłem, bo
się wstydzili. No i potem Fitelberg przychodzi i mówi: "A panowie co? íydzi?". NO i
wspaniałą rzecz zrobił, kiedy umarł Stalin. Fitelberg przyszedł na próbę orkiestry i mówi:
"Proszę panów, proszę wstać. Dziś w nocy umarł wielki radziecki... kompozytor Sergiusz
Prokofiew, mój przyjaciel, autor tego, tamtego, owamtego. Proszę uczcić minutą milczenia".
Minuta milczenia, siadają, on się odwraca do koncertmistrza i mówi: "Panie Wochniak,
podobno Stalin też umarł". Bo oni umarli tego samego dnia.

G
Tadeusz Galiński XXXXX był to człowiek zabawny, bo właściwie bojowy, to znaczy bał się
wszystkiego i wszystkich pod każdym względem, ale... starał się być rozsądny. Ja pamiętam
sprawę Wodiczki. Wodiczkę wyrzucono z filharmonii, i akurat Galiński został ministrem
kultury. Spotkałem go w Sejmie i mówię: "Jak wy możecie najwybitniejszego dyrygenta i to
pioniera, wyrzucać!?". On próbuje się tłumaczyć, mówi: "Proszę pana, ale przychodziły
delegacje orkiestry, że on pijany przychodził na próby..." Ja mówię: "To jest nieprawda.
Owszem, on pić lubił, ja nawet z nim zaczynałem karierę picia, ale teraz wiem, że był ciężko
chory na wątrobę, od paru lat w ogóle nie pije". On powiada: "Ale co zrobić, kiedy już taką
decyzję powziąłem?..." Ja mówię: "No, minister... to powinno ministra stać na to, by cofnąć
swoją decyzję...". I proszę sobie wyobrazić, że on mianował Wodiczkę dyrektorem Opery.
Jednak posłuchał, co było niespodzianką, wielką zresztą. Więc wspominam go nieźLe, z tym,
że spotkałem go, jak była "Solidarność"... I on mówi: "Panie, ja przeszedłem na emeryturę,
tak z żoną liczyliśmy, że parę lat spokoju... No i ma pan. Znowu historia. I wie pan co
będzie?... Domyśla się pan?..." No więc zabawny był...

Konstanty Ildefons Gałczyński


XXXXX denerwował mnie wielokrotnie, bo to był wariat. Ale wspaniały poeta. Ja twierdzę,
że był lepszym poetą przed wojną niż po wojnie. Ten jego przedwojenny zbiór "Utwory
poetyckie" jest znakomity. To Stanisław Piasecki z "Prosto z mostu" go zainspirował.
Natomiast te różne "Niobe" i tak dalej po wojnie, to już z niego Eile wyduszał. Gałczyński
miał straszną obawę przed biedą, że nie będzie miał pieniędzy, no bo nie miewał. Więc pisał
takie różne. Ja mam jego cztery tomy zbiorowe XXXXX to jest historia polskiej inteligencji,
ostatnie pięćdziesiąt lat. Genialne wiersze XXXXX niektóre. Ale z nim rozmawiać, to była
ciężka rzecz. Myśmy mieszkali pod nimi w Krakowie ze dwa lata. On jak nie pił wódki, to pił
masę kawy. Zaczynał rano XXXXX po kilkanaście czarnych kaw potrafił wypić i był szalenie
podniecony. Jak był podniecony, to musiał z kimś rozmawiać. Przychodził do nas. Przychodzi
i mówi: "Słuchaj, ty jesteś muzyk". Ja mówię: "Tak", "No więc Bach". Ja mówię: "No Bach,
to co". "Geniusz?" Ja mówię: "Tak". "No to mów". "Co ci będę mówił, ja nie mam czasu".
"Mów! Bach! Bach! Bach!". W ogóle szaleniec był zupełny, zabawny człowiek. Ale wielki
poeta.

Bronisław Geremek
XXXXX bardzo pełen wdzięKu, bardzo inteligentny, o szerokim spojrzeniu, u niego brak
programu nie razi, ponieważ on ma ogólniejsze spojrzenie, historyczne XXXXX
powiedziałbym. A pamiętam straszne nagonki na niego... U$b: wydawali na niego w stanie
wojennym jakieś paszkwilanckie broszury... A teraz jest najbardziej szacowny. Ale bo też to
rzadki talent polityczny. Mamy mało takich ludzi. Nawet "Solidarność" ma ich mało. Tak że
to jest mój kandydat na premiera.

Zbigniew Gertych
XXXXX to był wicepremier, którego znam stąd, że w 1957 roku w wyborach w NOwym
Sączu jedynym posłem, który nie dostał 50 procent głosów, był Antoniszczak,
przewodniczący Rady Narodowej w Krakowie XXXXX potwornie niepopularny. A
niepopularny był z tego powodu, że kiedyś w domu studenckim zatruły się studentki jakimiś
nieświeżymi rybami. No i zrobiono wielkie śledztwo, bo tam były wypadki śmiertelne.
Przyjechał Antoniszczak to zbadać. One mówią, że ryby... A on na to: "Tak, ryby... a potem
się okaże, że to była ciąża". Wściekli się na niego, że kawał chama. Wtedy Gertycha dali
XXXXX partyjnego. Dostał olbrzymią ilość głosów i był bardzo miły w Sejmie. W
Skierniewicach był dyrektorem zakładu roślin. Nagle zrobił karierę, został wicepremierem.
Nawet go spotkałem potem, pogadaliśmy. Myślę, że on nic nie mógł i nic nie znaczył. Ale
Gertych w rządzie XXXXX przyjemne.

Jerzy Giedroyć
XXXXX znam ponad 50 lat, u niego zacząłem pisać w "Buncie Młodych", potem w
"Polityce". U niego wydałem szereg książek. Książę podobno. Urodzony chyba w Moskwie, a
gimnazjum kończył w Mińsku. Ciągle tylko myśli o Wschodzie, o wolnej Ukrainie, o rozbiciu
Rosji i to są jego idee. Wspaniały człowiek, szalonej pracowitości, który właściwie wolałby
być politykiem niż redaktorem i dyrektorem wydawnictwa, ale mu się to nie złożyło. Ja całe
życie z nim się właściwie kłócę, ale mu wszystko zawdzięczam. Jest urodzony w 1906
XXXXX w tej chwili ile ma lat? Dużo. No, ale pracuje ciągle jak koń. Powiedział, że po jego
śmierci "Kultura" już nie powinna wychodzić, a książki to inna sprawa. "Kultura" bez niego
nie mogłaby wychodzić, bo on tam wynalazł jakichś starych Litwinów, Ukraińców, którzy
pisują. Tego nikt z młodych nie będzie kontynuował. NIe potrafią. Ja w ogóle stwierdziłem,
że tylko na emigracji są ludzie, którzy Rosję znają i kochają. Bo przecież przed wojną był
znacznie większy kontakt z Rosją niż jest teraz XXXXX istny paradoks. Biali Rosjanie w
Warszawie XXXXX tego było masę. Ale w ogóle były piosenki rosyjskie, były tłumaczenia.
Było jakieś zainteresowanie, było masę ziemian z Ukrainy. W tej chwili oni wszyscy są na
emigracji, albo wymierają. Przywiozłem kiedyś do "Kultury" płytę Okudżawy, to Giedroyć
mało nie płakał jak usłyszał "Przy kominku" i takie różne. No bo on się wychował na
Wschodzie.

Edward Gierek
XXXXX no cóż... Gierek się skompromitował, a nie wie chyba o tym. Jeżeli ktoś czytał
raport komisji Grabskiego, to przecież tam wychodzą śmieszne rzeczy, niepoważne, jak facet
mówi, że dopiero po ośmiu latach się dowiedział o zadłużeniu Polski, i tak dalej... On nas
wciągnął w przepaść, a wciągnął przez to, że był sympatyczny, mówił obcymi językami, i
kochał go Helmut Schmidt, lubili go Francuzi, i bulili mu ogromną forsę XXXXX dzisiaj nie
chcą dać grosza, a jemu dawali miliardy. Właściwie sekretarze partyjni zmarnowali te
miliardy, bo każdy chciał mieć inwestycję dewizową, najwięKszą była Huta Katowice, jak
wiadomo, no i te wszystkie pieniądze poszły w końcu w błoto. I teraz mamy skutki, a on
zdaje się wcale nie wie, że to on wszystko narobił. Inna rzecz, że ktoś mi powiedział: "A co
miał robić sekretarz partii, przynajmniej dał dziesięć lat złudnego dobrobytu, wybudował parę
dworców, parę lotnisk, to po nim zostanie". Dzielił się z nami...

Jędrzej Giertych XXXXX niesamowitej pracowitości, ale pomylony. Jego urazy masońskie,
żydowskie, antypiłsudczykowskie... On mi przysyłał swoje książki. Między innymi o
Piłsudskim, taką grubą, maczkiem wydrukowaną w Londynie gdzieś, własnym kosztem.
Benedyktyńska praca, szczegóły całego życiorysu. Zaczyna się bardzo dobrze XXXXX jaki
był ten PIłsudski, że to rodzina szlachecka, powstanie... POtem, jak zaczyna po nim jechać, to
już... w potworny sposób zupełnie. Jest to maniak, ale pracowitości niesamowitej. I syna tak
nastawił, tego Macieja. Zresztą on ma dwóch synów w Polsce. Jeden jest dominikaninem w
Krakowie, a drugi Maciej w Kórniku i w Radzie Prymasowskiej.

Leopold Gluck
XXXXX bardzo ciekawa postać, endek poznański, w którym się zakochał Gomułka.
Mianował go wiceministrem Ziem Odzyskanych, ponieważ Gluck był szalenie antyniemiecki
i bardzo się podniecił sprawą Ziem Odzyskanych. I ten Gluck ciągle był w rządzie, nie
siedział w więZieniu. Ja pamiętam po wojnie takie spotkanie u pani Janiny Kolendo XXXXX
wiadomo, kto to był XXXXX szwagierka Piaseckiego. I tam cały "Pax" się zbierał, jeszcze
podziemny, jeszcze partyzanci. Nagle mówią, że przychodzi wiceminister XXXXX Leopold
Gluck. Ja nie wiedziałem, kto to jest XXXXX przychodzi taki wielki chłop, rozmawiamy,
rozmawiamy, po czym wychodzę z nim i z jakąś panią, ale nie mogę się zorientować, kto to
jest. Mówię: "Wie pan, tu się dziwne towarzystwo zebrało" XXXXX bo tam byli sami
falangiści, Piasecki, Kurzyna... A Gluck mówi: "Tak, dziwne, ale ja sobie nie mam nic do
wyrzucenia. Ja zawsze byłem za Stronnictwem, jak był rozłam w POznaniu, ja się
opowiedziałem za Stronnictwem". Ja myślę, co on gada, cholera, za jakim Stronnictwem.
Wiceminister? NO, a to był wiceminister endecki. Równy facet, który bardzo dużo wie, jest
emerytem. Był wiceprezesem Banku Polskiego. Powiedział mi kiedyś jak go spotkałem: "Wie
pan, w tym ustroju człowiek dostaje takiego bzika, że gdy przeszedłem na emeryturę, to sobie
czytam, chodzę XXXXX pierwszy raz od 30 lat coś takiego mi się zdarza". To jest człowiek,
który dużo wie, nie wszystko powie i nie każdemu. Ale ciekawy wypadek. Zresztą wtedy
mówiono w 1945 roku, że kiedyś każdy szlachcic miał swojego íyda. A wtedy bywało, że
każdy íyd miał swojego endeka.

Antoni Gołubiew
XXXXX wielki człowiek, bardzo głęboki. Co mnie w nim najbardziej fascynowało, że
człowiek z Litwy, z Wileńszczyzny, który tak potrafił się przestawić. Jak ich wyrzucili z
Litwy, przyjechali do Polski, gdzie strasznie biedował, najpierw w ťodzi, potem w
Zakopanem, z rodziną. Ja go zapytałem: "No jak wy się czujecie tutaj?" A on mówi:
"Przestawiamy się z koncepcji jagiellońskiej na koncepcję piastowską". Bardzo głęboki
człowiek. I straszna tragedia XXXXX dwóch synów stracił po kolei. UtonęLi obaj i to on ich
nauczył pływania kajakami. Obaj utonęLi pod koniec jego życia. Umarł smutno, nawet
Papieża w Krakowie nie zobaczył.
Witold Gombrowicz
XXXXX napisałem o nim w 1938 recenzję o "Ferdydurke" i Giedroyć jej nie umieścił,
ponieważ przyjaciel Gombrowicza Czesław Staszewicz był wtedy w "Polityce", więc on nie
chciał zadzierać. Uważam, że napisał parę świetnych utworów. Ja nie lubię "Ferdydurke", ale
"Transatlantyk", nowele niektóre XXXXX świetne XXXXX i "Dziennik". Tylko, że to był
człowiek, który myślał wyłącznie o sobie i o swojej karierze. Zadziwiające, bo w końcu się
przebił z tej Argentyny. Ale pamiętam jak jego bliski przyjaciel, Stefan Otwinowski,
powiedział mi kiedyś, gdy Gombrowicz chciał wrócić do Polski: "Słuchaj, jakby on wrócił i
jakby go w partii przekabacili, to on by nam tak dał w dupę, że Ważyk to mucha". Ale wielki
pisarz.
Władysław Gomułka
XXXXX znana postać, cóż ja mogę powiedzieć. NIe znałem go osobiście i nie chciałem. A
ochrzanił mnie w przemówieniach parokrotnie. Pamiętam także potworną awanturę, jaką on
zrobił Zawieyskiemu w pewnej ambasadzie, kiedy kardynał Wyszyński miał jakieś kazanie,
które się nie podobało Gomułce. A Gomułka uważał, że koło "Znak" jest po to, żeby
załatwiać te sprawy. NO i nagle słyszę potworny ryk. Stoi Zawieyski czerwony, a Gomułka
krzyczy: "Panie Zawieyski, od czego wy jesteście?! Co to znaczy. Co on mówi! Wy nie macie
wpływu!". Tu stoją Amerykanie, Anglicy zdumieni, co to się dzieje. Głupi był ten Gomułka,
chociaż miał format rzeczywistego polityka.

Gustaw Gottesman
XXXXX znam bardzo mało, tylko z gry w pokera, bośmy grywali w Zakopanem kilkakrotnie
i przegrywał nawet ze mną, więc to rzadkość, bo ja na ogół przegrywam, a z nim
wygrywałem. I wygrałem z nim zakład o jakiś mecz. Też o parę tysięcy złotych. I zapłacił
XXXXX taki honorowy facet.

Wiesław Górnicki
XXXXX mam do niego taki kontradykcyjny stosunek jak do Passenta. To znaczy wszyscy
myślą, że ja jestem jego wrogiem, bo ten Górnicki na mnie pisał, ja pisałem na niego
XXXXX a ja w rzeczywistości go rozumiem. To jest uwikłany człowiek, ale dobrych intencji
właściwie. On jest naprawdę chyba patriotyczny, tylko że wierzył w różne głupstwa, a potem
się nie chciał do tego przyznać... Z Kambodżą miał takie hece i wiele innych. Natomiast
kiedyś się postawił w O$n$z_cie w obronie Izraela, to było ciekawe, bo wylali go wtedy. Ja z
nim wówczas rozmawiałem XXXXX był rozgoryczony, ale uważał, że walczył w słusznej
sprawie. Potem potrafił pisać obrzydliwe rzeczy, ale potrafił i doskonałe. Pamiętam taką jego
książeczkę "Wyprawa po garść ryżu", którą bardzo pochwaliłem w "Tygodniku
Powszechnym": to był reportaż z Indii chyba czy z Wietnamu, bardzo dobry... A później, no
cóż XXXXX człowiek niezrównoważony, uwikłał się w tych różnych fałszach, ale w końcu
dość odważnie rzucił pisanie i wylądował jako doradca... A pisał rzeczywiście różnie.
Pamiętam z Kambodżą, jak jednego dnia pochwalił, a drugiego musiał zganić. On prowokator
taki trochę. Ale sercem prowokował. Dwuznaczna postać, dostojewszczyzna...

Stanisław Grabski
XXXXX Stanisława Grabskiego raz w życiu spotkałem. Było spotkanie z młodzieżą, gdzie on
opowiadał o swoich przeżyciach w Rosji. Został aresztowany, skazany na 25 lat obozu za
kontrrewolucję, chociaż tłumaczył, że nie było rewolucji XXXXX "dlatego właśnie nie było,
że wyście tam działali..." XXXXX po czym nagle, kiedy już był dogorywający, chudy i słaby,
przyjechali do obozu jacyś faceci z jedzeniem, z garniturem, z maszynką do golenia.
Wspaniale go odnowili i zawieźLi prosto do Stalina. Stalin go zaczął przepraszać: "Panie
profesorze, zaszła pomyłka, tu wielki kraj, zdarzają się pomyłki... My wiemy, że pan znał
Lenina w Zurychu, i w ogóle... że pan był jednym z twórców P$p$s_u... przepraszamy... Co
by pan chciał teraz robić?" Grabski mówi: "Ja bym się chciał porozumieć z moim rządem w
Londynie". Stalin: "A oczywiście, natychmiast..." I specjalnym samolotem wysłali go do
Londynu. Mimo tych przeżyć był zawsze za sojuszem z Rosją, no i był zastępcą Bieruta w
K$r$n_ie, siedział z długą, siwą brodą przy Bierucie... A tu, w Alejach Ujazdowskich jeździł
na koniu, pod Podchorążówką. Co rano go było widać, jak z tą siwą brodą trenował.

Aleksander Gieysztor
XXXXX ja go ceniłem, bo mówili, że to król masonów... Ale on zaprzecza, więc... jak nie jest
mason, no to co? To nie ma się kim interesować, nie? Ale za to dyrektor Zamku. Pamiętam,
jak spotkałem kiedyś profesora Lorentza, który zaczął wymyślać na Gieysztora, że on Gierka
zaprosił do Zamku, czy kogoś tam... A ja powiedziałem: "Panie, na Zamku mieszkał
gubernator Paskiewicz, więc tradycja jest, nie ma co się oburzać".

Andrzej Gwiazda XXXXX nie znam, nie wiem. Wiem, że boi się go Wałęsa. Poza tym nic
nie wiem, tyle, że inżynier stoczniowiec, twórca "frakcji" w "Solidarności".

Mieczysław Grydzewski XXXXX ja go nie znałem osobiście. Był podobno dyktator szalony,
uparty, niesamowity pracuś. I zabawne, bo "Wiadomości Literackie" miały stempel pisma
niby lewicowego, natomiast on w Londynie, jako redaktor "Wiadomości" okazał się
absolutnym prawicowcem, nacjonalistą polskim, tępił wszelką lewicę i komunizm. Był wielką
indywidualnoścą na swój sposób. Z tym, że proszę pomyśLeć, iż "Wiadomości LIterackie"
miały w najlepszym okresie te 12 tysięcy nakładu: na dzisiaj to jest nic. Ale rządziły rynkiem.
Mój ojciec bardzo ich nie lubił. Mówił, że oni utopili Leśmiana, i nową poezję, i Miłosza, i
Irzykowskiego, i całą prawicę. Właściwie ton nadawał Słonimski, Irena Krzywicka, Boy: ta
linia, której Grydzewski wyrzekł się w Londynie zupełnie, i wiem, że nawet z Tuwimem
całkiem zerwał stosunki z powodu jego lewicowości.

H
Aleksander Hall
XXXXX bardzo miły człowiek, najmilszy chłopak jakiego znam. Bardzo mi się podobało
jedno jego posunięcie, kiedy się ukrywał i nagle napisał, że się nie zgadza tam z czymś.
Podpisywał razem z Wałęsą, a potem napisał, że się nie zgadza. Bardzo miły chłopak, ale
powiedzieli mi, że to nie jest prawdziwy endek, tylko taki Wasiutyński. Bo za inteligentny.
Lubię go. Ostatnio go uraziłem, bo powiedziałem: "Masz jedną wadę, że jesteś mało
pracowity". A on pyta: "A skąd wiesz?" Ja mówię: "Bo mi Michnik powiedział". Troszeczkę
się na to skrzywił, zdaje się. A może to dobrze? Kiedyś Talleyrand powiedział, jakie jest
pierwsze przykazanie dla polityków i dyplomatów: "Zwłaszcza nie za dużo gorliwości". No
więc może... Bardzo miło się rozmawia z Hallem.

Adam Hanuszkiewicz
XXXXX mój sąsiad. Nie za wielki aktor, nie za wielki reżyser, ale człowiek kultury. Bardzo
ciekawy jednak XXXXX nie orzeł, ale taki szalenie zapalony do sztuki. Raz on Dejmka
wyrzucił, potem Dejmek wyrzucił jego XXXXX taka była jakaś polka. W tej chwili jeździ po
Niemczech, po Finlandii, gdzieś tam reżyseruje. Nie zna języków, ale robi to doskonale. Robi
nazwisko. Lwowianin, postać malownicza. Rozmawiamy o teatrze. Znałem wielkich ludzi
teatru XXXXX Osterwę, Horzycę, Wiercińskiego. Mówię: "Wie pan, ciekawe, bo orły to nie
były". Ale on nie chwycił na szczęście, że to do niego. A może w teatrze nie potrzeba orłów...

Marian Hemar
XXXXX nie znałem go, ale jedną rzecz powiedziałbym, o której nikt nie wie. Wiąże się to z
Mikicińskim. To taki facet, który był honorowym konsulem Chile w Warszawie, wtedy, kiedy
weszli Niemcy. I Niemcy go uznali, a to był íyd. Był tym honorowym konsulem, widywał się
z gestapowcami i jeździł do Paryża. Tam poznał się z nim profesor Kot i przez niego przesyłał
tutaj, do armii podziemnej, pieniądze, wskazania, rozkazy. I on wszystko doręczał,
wywiązywał się z tego doskonale. Pisał też o tym Olgierd Terlecki. Wszystko załatwiał, nie
można mu było nic zarzucić. Ale Anglicy powiedzieli, że to jest niemożliwe, że to musi być
agent Gestapo, dopadli go w Stambule i po prostu go utopili: w worek zaszyli i wrzucili do
wody. Ale była sprawa i wypowiadali się ludzie, którzy go znali, między innymi Hemar,
który siedział rok w więzieniu w Stambule w związku z tą sprawą, o czym nikt nie wie. I
potem dopiero Anglicy go wypuścili i pojechał do Londynu. A ten Mikiciński moim zdaniem
był pokrzywdzony, to spryciarz niesamowity, ale chciał być dobry na obie strony. Hemar
wspomniał o tym więzieniu w jednym wierszu, że go tak skrzywdzono.

Józefa Hennelowa
XXXXX posłanka. Bardzo miła osoba, bardzo uczciwa. Wilnianka. Odznaczała się tym, że
płakała, jak jej się ktoś sprzeciwił na posiedzeniach redakcyjnych. Była jeszcze wtedy
młodziutka. Ten szantaż skutkował, no bo co tu robić. Podobno pani Thatcher płacze na
posiedzeniach gabinetu i szantażuje tych swoich gentlemanów. Więc miła osoba ta Ziuta,
tylko taka za bardzo troszkę w typie... zakonnicy, takie myśLenie...

Zbigniew Herbert
XXXXX Zbigniewa Herberta poznałem po wojnie w Klubie Logofagów. Istniał taki klub w
Krakowie, prezesem był Adi Ciechanowiecki, który potem siedział w więZieniu, a teraz jest
w Londynie wielkim antykwariuszem, bogatym człowiekiem. Byli tam różni ludzie, był taki
Rej, był Gawlik, był Chrzanowski, był Najder, rozmaite typy. NO i był też Herbert,
niesłychanie inteligentny i bystry. NIkt nie wiedział, że on będzie poetą, raczej był subtelnym
dyskutantem, eseistą. Potem go straciłem z oczu, kiedy był w Warszawie, i ponowny kontakt
nawiązałem z nim w śMiesznych okolicznościach. Mianowicie w Związku Kompozytorów
POlskich, gdzie byłem w zarządzie, zabrakło dyrektora biura. Poprzedni się rozpił, był
wariat... No a ja spotkałem Herberta, który powiada, że nie ma z czego żyć... Myślę sobie:
może on byłby? No i go zaproponowałem, przyjęli go, był doskonałym dyrektorem. Tam
poznał swoją żonę, Kasię Dzieduszycką. Był świetnym dyrektorem, ponieważ nie miał nic
wspólnego z muzyką, nie miał własnych interesów, był obiektywny... Potem zacząłem czytać
jego poezje. Z początku mi się podobały, zresztą miał być sekretarzem "Tygodnika
Powszechnego" przed zamknięciem pisma w 1953 roku... On chyba właśnie wtedy
debiutował jako poeta. Pamiętam taki jego wiersz "Madonna z lwem" w "Tygodniku", który
mi się bardzo podobał. Ale potem, kiedy z nim nawiązałem kontakt po latach, wydał mi się
zarozumiały za bardzo, i jakiś taki... nie wiem... no, wywyższający swoją moralność ponad
innych. Czego ja nie lubię, bo wszyscy jesteśmy wychowani przez Stalina i nie ma się co tak
za bardzo wywyższać. A poza tym może się rozpił trochę... NIe podobał mi się jego
"Barbarzyńca w ogrodzie", wierszy nie bardzo rozumiem... Właściwie oddaliliśmy się od
siebie, chociaż to jest bardzo wybitny facet, w zasadzie. Z tym, że zrobił mniej niż mógł. A
ten "Pan Cogito" to mnie denerwował, ja tego nie rozumiem. Ja się nie znam na tych
rzeczach...

Gustaw Herling_Grudziński
XXXXX jest to człowiek, z którym ja walczę często. W tej chwili drugi po Giedroyciu w
"Kulturze", nadaje polityczną linię XXXXX taką powstańczą, moralną, buntowniczą.
Osobiście nigdy się z nim nie kłóciłem, nawet go lubię. A w pisaniu częstokroć go
ochlapywałem i on mnie ochlapywał, bo mu tłumaczę, że zostaniemy w Związku Sowieckim
do śmierci, więc żeby nie zawracał głowy. On nie lubi takich... Mieszka we Włoszech, w
Neapolu. Byłem tam zresztą u niego, zdolny pisarz. Tylko, że politycznie wydaje mi się
dziecinny.

Paweł Hertz
XXXXX mój przyjaciel. Zdziwaczał trochę. Moim zdaniem wybitny poeta. Mam z nim
wielkie przeżycie, ponieważ on pisywał w Kuźnicy", a ja w "Tygodniku" i kiedyś napisałem,
że nie mogę z nim dyskutować, bo nie mam wolności wypowiedzi, czy coś takiego. I on do
mnie napisał prywatny list, że XXXXX "przecież pan mi nie zechce tłumaczyć, że pan mi nie
może odpowiedzieć, że cenzura coś tam...". "Owszem ja panu to mogę wytłumaczyć"
XXXXX i posłałem mu wycinki z cenzury. I wtedy on wystąpił z "Kuźnicy". No więc
uczciwie się zachował, pięknie. Dzisiaj człowiek wierzący, praktykujący. Poważny facet,
choć dziwak trochę. Ale dziwacy to też coś ciekawego w Polsce.

Zofia Hertz
XXXXX prawa ręka Giedroycia. Niesamowita pracownica, która pracuje dzień i noc, która
się nie bardzo zna na polityce. Ale oboje z mężem byli wywiezieni do Rosji, potem byli w II
Korpusie, tam poznali Giedroycia. Jest fanatyczką Giedroycia i "Kultury". Jak coś złego
powiesz o "Kulturze", to ona cię zabije. Ale to jest właściwie administracyjna dusza tej
redakcji. Bez niej by tam nic nie szło. Zygmunt Hertz XXXXX mąż Zofii, który był bardzo
przyjemny, bo był sceptykiem. Nadawał malowniczość tej redakcji. Niestety XXXXX umarł
w 1979 roku.

Jan Himilsbach
XXXXX bardzo śmieszny facet. Kiedyś mnie okropnie zdenerwował na Krakowskim
Przedmieściu, bo bił swoją żonę i kopał. Więc ja interweniowałem, i wtedy oboje się na mnie
rzucili z wymyślaniami, że po co się wtrącam. No, miał swój talencik niewątpliwie... Jak
wiadomo, pracował jako kamieniarz na cmentarzu. Ja znam tę firmę, bo tam kiedyś byłem w
sprawie grobowca. I opowiadał mi jego szef, że on tam spał pijany zawsze gdzieś, w
drewutni. Talent samorodny, i pisarski i aktorski.

Prymas August Hlond


XXXXX rozmawiałem z nim dwa razy, bardzo miły. Miał wyrzuty sumienia, że nie był w
Polsce w czasie okupacji. No i wierzył w trzecią wojnę, która niezadługo nastąpi. W 1946,
kiedy był projekt stworzenia katolickiej grupy w Sejmie XXXXX takiego dużego "Znaku"
XXXXX on to poparł. Ale kiedy Mikołajczyk mu wytłumaczył, że to będzie konkurencja dla
P$s$l, tymczasem on wygra wybory, lub nastąpi interwencja w O$n$z, gdyby było oszustwo
wyborcze, Hlond jednak dał się przekonać i cofnął błogosławieństwo dla tej imprezy. Po
czym niedługo umarł. Ale był to bardzo sympatyczny człowiek, a wierzył w trzecią wojnę i
trudno mu to było wytłumaczyć.

Jan Hoppe
XXXXX chyba najwybitniejszy charakter ze Stronnictwa Pracy i z Unii, przed wojną poseł z
"Jutra Pracy". Męczennik, wywieziony do Rosji. Bardzo przyzwoity człowiek, ale wszyscy
ludzie od Popiela byli jednakowi w jakiś sposób, mieli swój mózg ustawiony w pewnym
kierunku. Hoppe może najmniej, najbardziej go bolszewicy pobili. Był wrażliwy także na
inne koncepcje, nie tylko "popielowskie".

Klaudiusz Hrabyk
XXXXX osobiście go nie znałem, tyle że mnie opluł kilkakrotnie, i ja jego. Był taki rektor
K$u$l_u, ksiądz Iwanicki, postać trochę dwuznaczna. I był tam też taki profesor, który się
jąkał i mówił bardzo kresowym akcentem. Kiedyś go zapytali, co myśli o księdzu Iwanickim.
A on powiedział: "Ja ni...ic nie myślę, bo to jest świ...świ...świ...świnks". Więc ja o Hrabyku
tak myślę. I Ireneusz Iredyński XXXXX najmłodszy członek Z$l$p po wojnie, młodziutki
chłopak. Mieszkał w Krakowie w tym samym domu co my. Przedziwny. Bawił się z moim
synem w "zośkę" XXXXX kopali na podwórzu XXXXX i dostał list od prezesa Związku,
Otwinowskiego, że nie może członek Związku z synem członka bawić się na podwórzu, bo to
nie wypada. Zabawny. Trochę bandyta, trochę wariat, duży alkoholik. Ale niesłychanie
zdolny chłopak. Całe lata go znałem. Jego uwięzienie XXXXX on siedział trzy lata XXXXX
to było nie wiadomo co. Pobił w Bristolu prokuratora, który mu zajął stolik. Dał po mordzie.
Potem zaczął się cykl awantur. On twierdził, że to jest wszystko nieprawda, intryga i tak
dalej, rzekomo jakąś dziewczynę uwiódł, która była córką tego prokuratora, jak się okazało.
Potem w sądzie udowodniono, że on jej nie mógł uwieść, bo zdjęła kozaczki, a nikt siłą
nikomu nie zdejmie kozaczków XXXXX no w ogóle takie śmieszne rzeczy. Ja byłem u niego
w więzieniu, w Sztumie i on mi dał list do Starewicza. Ja mu ten list dałem nie czytając... No i
Starewicz do mnie mówi: "Proszę pana, gdyby on błagał o łaskę, to mógłbym coś zrobić, ale
on napisał, że prokurator jest łajdakiem, oskarżenie jest kłamliwe XXXXX ja nie mogę nic
zrobić". No i przesiedział trzy lata. A umarł... właściwie chciał umrzeć. Przecież zapił się już
tak śmiertelnie, że jeszcze w karetce pogotowia wyjął butelkę i pił. To jest zupełny obłęd. A
zdolny pisarz, bardzo go żałuję, lubiłem go. Byłem na procesie, byłem jego rzecznikiem w
Związku Literatów, ale wiele mu nie pomogłem.

Karol Irzykowski
XXXXX mój mistrz, wręcz od dzieciństwa. Był to wielki krytyk, wielki dziwak, wielki
oryginał. Dziwne rzeczy pisujący. Jako krytyk był bardzo osobliwy, bo lubił pisać o złych
książkach, a nie bardzo lubił o dobrych. To samo w teatrze. Napisał "Pałubę", która była
prekursorską książką XXXXX gdyby dotarła na Zachód... Ale nikt o tym nie wiedział.
Fantastyczna postać, bardzo ciekawa. Pamiętam jego wypowiedź w czasie okupacji (często
widywałem go w "Kuchni Literatów"): "Słuchajcie, piszcie, róbcie coś, przecież to jest
cudowny czas XXXXX ta okupacja XXXXX czas darowany. Nie ma życia literackiego, nie
ma "Wiadomości Literackich", nie ma żadnych szantaży. Tylko siedzieć w domu i pisać". I
paradoks, on wówczas napisał książkę swojego życia, nazywała się "Mosty". W czasie
Powstania, najpierw go postrzelili, potem całe mieszkanie na Filtrowej Ukraińcy mu
przefasowali. Tę książkę wyrzucili oknem XXXXX wiatr ją nosił i córki kiedyś pozbierały
trochę kartek. Czyli że on nigdy nie mógł jakiegoś syntetycznego dzieła napisać. Umarł w
íyrardowie w szpitalu i też bardzo ciekawa rzecz, bo tam powstańcy leżeli i leżał Irzykowski.
Nikt nie wiedział kto to jest. Przyszła penicylina, która go mogła uratować, bo on miał
karbunkuł. Lekarze zastanawiali się komu dać: tu leżą bohaterowie, którzy walczyli, a tam
jakiś starzec, o którym mówią, że to akademik literatury XXXXX ale co to w ogóle znaczy.
Nie dali mu tej penicyliny i umarł. Obie jego córki żyją w Gdańsku_Wrzeszczu. Są to dwie
osoby z jednym synem. Już mają wnuki XXXXX zdaje się. Inteligentne dziwaczki.

Jarosław Iwaszkiewicz
XXXXX nie lubiłem. Wybitny pisarz. świniowaty moim zdaniem. Zawsze mi wnioski
przeciwko cenzurze z protokołu skreślał i żadnego gadania nie było. A jak mu coś mówiłem,
odpowiadał: "Drogi panie, niech mi pan nie opowiada głupstw, pan wie, gdzie żyjemy". I nic
nie zrobił, nigdy. Nie lubiłem go. Może to była fizyczna odraza.

Jan Izydorczyk
XXXXX ja twierdziłem, że to jeden z dwóch i pół komunistów poznańskich XXXXX bo
rzeczywiście nie było ich więcej, a on był. I został w roku 1956 ambasadorem w Bukareszcie.
Był czerwiec, ja pierwszy raz pojechałem za granicę po wojnie XXXXX Związek
Kompozytorów wysłał mnie do Rumunii. Siedzę w kawiarni w Bukareszcie, podchodzi do
mnie kelner i po francusku mówi: "Czy pan jest z Polski?" Ja mówię: "Tak". "Bo tu jest
francuski dziennikarz, który chciał z panem porozmawiać". Podchodzi, pyta: "Czy pan zna
takie miasto Poznań?". Ja mówię: "Znam". On na to: "Gdzie to jest?". "Między Warszawą a
Berlinem w połowie drogi". "Bo tam jest rewolucja". Ja pytam: "Jaka?". "No, tam ludność
wystąpiła przeciwko komunizmowi". Ja myśLę: "To jest niemożliwe, on coś bredzi". Wobec
czego pojechałem do ambasady gdzie był pan Izydorczyk. I on mi powiedział: "Proszę pana,
tak, tam jest bunt klasy robotniczej. Uzasadniony, bo towarzysze w Komitecie..." I zaczął mi
dopiero na nich psioczyć, jeszcze mnie koniakiem poczęstował. Mówi: "Widzi pan, to tak, ja
jestem komunistą, ale..." Po czym został dyrektorem do spraw wyznań, tak że miałem z nim
do czynienia. Był to niezły facet. NIe orzeł, ale był.

J
Henryk Jabłoński XXXXX bujacz straszny, historyk niezły, cynik. Jak kiedyś w Sejmie
zaatakowałem jego "Historię P$p$s_u" XXXXX bo on był pepeesowiec piłsudczykowski
XXXXX że to wszystko bujda, to on się nie zaparł wcale, tylko do mnie pomachał... Poza tym
jest o nim anegdotka, że on przed wojną chodził do biblioteki Wojskowego Instytutu
HIstorycznego i kiedyś biegł korytarzem, wpadł na jakiegoś starszego pana, mało go nie
przewrócił. Ten pan powiedział: "Uważaj gówniarzu". A to był Piłsudski. Ktoś mówił, że to
była jedyna rozmowa Jabłońskiego z Piłsudskim. Duży cynik, ale inteligentny człowiek.
Bardzo się wściekł Bieńkowski, kiedy on został ministrem oświaty, powiedział: "Przecież to
jest kłamca". Zabawny człowiek, ale cynik i obłudnik.

Pułkownik Edward Jankiewicz


XXXXX to był mój pułkownik, który mnie wzywał w sprawach paszportowych i różnych.
Ubek. Dość przyjemny facet. On mi inne nazwisko powiedział. Po jego śmierci dowiedziałem
się, jak on się nazywał. Kiedyś jak ciągle dostawałem odmowę paszportu, przyszedł milicjant
z wezwaniem, żebym poszedł na plac Dzierżyńskiego. Tam mnie prowadzą, siedzi jakiś facet
i mówi: "Właśnie przeczytałem pana odwołanie. Właściwie dlaczego pan by nie miał
wyjechać, tylko jeszcze pogadajmy". Potem dwa razy się z nim spotkałem, on mówił:
"Dobrze, ja panu wystawię paszport". Dostałem ten paszport, pojechałem do Francji... Aha,
on jeszcze powiedział: "Jak pan wróci to niech pan nie oddaje paszportu na milicji, niech pan
do mnie zadzwoni". Ja wracam, dzwonię do niego. On mówi: "To wie pan co, niech pan
przyjdzie do HOtelu Forum". Zdziwiony przychodzę, on czeka na mnie w hallu, a tam jest
taki pokój dla U$b. W każdym hotelu jest, zresztą opisałem to w powieści "Podróż w czasie".
NO i tam wódka XXXXX on zresztą nie pił, chory był jakiś XXXXX mówi: "Wrócił pan. To
świetnie. Niech mi pan powie, kto to jest Tarniewski?" "No... pisze". "Ale kto to jest?".
"Człowiek". "No dobrze, pan tam rozmawiał, co panu powiedzieli?". Parę takich pytań mi
zadał. W końcu mówię: "Panie pułkowniku, pan mi dał paszport, ale ja panu nie będę takich
rzeczy opowiadał, bo to nie jest zapłata". "Pan odmawia?". Ja mówię: "Tak". On się bardzo
przejął, wyszedł, nie było go z dziesięć minut. Potem wraca, mówi: "Proszę, tu jest pański
dowód. Proszę paszport. Już nie mamy o czym rozmawiać". No to cześć. Długo go potem nie
widziałem i znów nie dostawałem paszportu i napisałem odwołanie. Nagle spotkałem go na
M$d$m_ie, on przywitał się, mówi: "Wie pan, czytałem pana odwołanie. Ma ładną literacką
formę, ale skuteczności to nie będzie miało". No to nie. W 1980 roku jechałem na odczyt do
Białegostoku, ściągnęli mnie z pociągu na Dworcu Gdańskim, zawieźLi do komisariatu na
íoliborzu, na íeromskiego. Pytam: "O co chodzi?". "A tu przyjdzie ktoś z panem
porozmawiać". Osiem godzin tam siedziałem, zrobili mi rewizję, zabrali "Kulturę" i czytali ją,
a mnie dali "Kulisy" do czytania. Potem mi przynieśli bułkę i piwo. Osiem godzin zeszło. Ja
mówię, że muszę zadzwonić do domu, bo już się niepokoją. "Nie, nie, ktoś przyjdzie". I
przyszedł on właśnie i mówi: "Proszę pana, co wy wygłaszacie takie odczyty. Tutaj Król,
wyście w kościele na Ochocie nagadali takie rzeczy." Tam był Król, Kieniewicz i ja. Mówię:
"No nic takiego złego". "Nie, Kieniewicz był w porządku, a wyście nawoływali do
powstania". "Panie pułkowniku, jakie powstanie, przecież to nie ma sensu". "A dlaczego
jesteście przeciw?". "No bo tu plajta jest kompletna". "To, to każdy widzi". I mówi: "No to
jak pan chce, odwieziemy pana do domu, a jeżeli pan chce jechać do Białegostoku, to tam
pana zwiną z dworca i to będzie 48 godzin, bo my na to nie mamy wpływu. A już do
Przemyśla i do Rzeszowa pan nie pojedzie". Mówię: "A skąd pan wie, że ja mam tam
jechać?". "No, coś muszę wiedzieć". I odwieźli mnie. POtem on umarł, jeszcze przed
"Solidarnością". Dość zabawny był facet. Typowy ubek, ale do rzeczy.

Wojciech Jaruzelski
XXXXX mmh... to trzeba by cały poemat napisać... Ja myślę, że on jest człowiek bojowy. To
znaczy boi się. Boi się, i wie czego się bać, bo przeżył dużo. Dlatego jest super ostrożny.
Więc czasem wychodzi to na dobre, a czasem na złe. Na dobre wyszło, powiedzmy po stanie
wojennym, kiedy on nie drażnił nadmiernie, krwi przelał mało, starał się jakoś przynajmniej...
A na złe, kiedy potem tyle czasu stracił. Jest to kunktatorstwo: i chciałbym i boję się... bo nie
wiadomo co będzie z Gorbaczowem, a tu nie chce za bardzo popuścić opozycji, ale rozumie
sytuację... No, marksista to on nie jest żaden, ale firmował dziesięć lat rządy Gierka i nie
protestował. O zadłużeniu musiał wiedzieć. Poza tym na nim ciąży to, że system
nakazowo_rozdzielczy w wojsku był zawsze... on jest do tego przyzwyczajony, i nie wiem jak
będzie przeprowadzał reformę gospodarczą. Ale miał zdolnych doradców. Nawet ten,
przepraszam, wariat Górnicki, to jednak był niezły doradca... mający taki patriotyczny tonik.
Urban był też inteligentnym doradcą. No i on jakoś wylądował z tego wszystkiego, ale co z
nim będzie dalej? Chciałbym zobaczyć wróżkę, która by mu z ręKi przepowiedziała, co
będzie dalej. To bardzo dziwna sytuacja.

Paweł Jasienica
XXXXX mój wielki przyjaciel. Znana historia. Zgłosił się do "Tygodnika", nikt nie wiedział,
kto to jest XXXXX to znaczy wiedział chyba Gołubiew. Wiedzieliśmy, że to jakiś partyzant.
Potem wynikły historie... Sprawa Łupaszki, który wpadł w Zakopanem z całym archiwum i z
fotografiami sztabu. Jasienica był jego zastępcą. Przy czym to było w ten sposób, że
komendant A$k w Wilnie Wilk_Krzyżanowski wysłał go, żeby się porozumiał z armią
sowiecką. Ale jak szedł, to mu w lesie powiedzieli: "Niech pan się nie wygłupia, bo pana
wywiozą na Syberię. Ale on dalej szedł i spotkał oddział akowski pod dowództwem
Szendzielorza, czyli Łupaszki. Przyłączył się do nich, był jego zastępcą, bo miał stopień
oficera rezerwy. Potem był ranny i został w Puszczy Białowieskiej. Gdy wpadł ten
Szendzielorz_Łupaszko, znaleźLi fotografię. A Jasienica przypadkiem w Krakowie poszedł
do jakiegoś mieszkania, gdzie był kocioł i tam wpadł. Parę dni ten kocioł trwał. Ja o tym
wiedziałem, bo mi nawet Aleksander Bocheński, który był posłem powiedział. Więc mówię:
"To idź tam, jak tam jest kocioł". On mówi: "No, raczej nie". Po tej fotografii poznali, że to
jest zastępca ťupaszki. Wzięli go w kajdany, zawieźli do Warszawy. Po paru miesiącach
został zwolniony XXXXX są różne wersje. NIe będę mówił, bo to bardzo długo. Ja o tym
napisałem w "Zeszytach Historycznych". Po prostu, jak się zorientowali, kto to jest, że to
znany literat katolicki z Krakowa, dziennikarz i tak dalej, postanowili go wypuścić, umorzyć
całą sprawę. Z tym, iż Gomułka w 1968 powiedział, że Jasienica wiedział za co został
zwolniony, czyli, że za to, że się zgodził być szpiegiem, co jest nieprawdą. Niemniej wystąpił
z "Tygodnika". Pisywał w "Paxie". Potem nagle, podobno pani Bristigerowa mu powiedziała:
"Pan może wszędzie pisać" XXXXX stał się bardzo znanym pisarzem, zaczął pisać książki.
W 1968 roku, gdy Gomułka powiedział w przemówieniu, że ten osobnik, ze względów sobie
wiadomych został zwolniony, chociaż zasłużył na karę śmierci, to Jasienica rozesłał listy po
całej Polsce, ale te listy nigdzie nie doszły. I tak się przejął, że właściwie z tego umarł, z tego
oskarżenia. Było to chamstwo ze strony Gomułki. Ciekawa historia.

Konstanty Jeleński
XXXXX to jeden z polskich talentów niewyzyskanych. Człowiek szalenie inteligentny,
wielki poliglota znający z osiem języków doskonale. Krakowianin z pochodzenia, który
właściwie stosunkowo mało pisał, doskonały krytyk. Kochał się w Gombrowiczu i pisał o
nim dużo. Był podporą "Kultury" paryskiej, jednym z jej założycieli, a potem się pokłócił z
Giedroyciem, poróżnili się, coraz bardziej się oddalał, i w końcu już bardzo rzadko można go
było tam spotkać. Człowiek ogromnej kultury, ale dziwny... żonaty z malarką, też jakąś
zwariowaną Francuzką i taki... niewyzyskany geniusz. Najprzyjemniej było z nim pójść na
obiad: dwie godziny rozmowy, błyskotliwej szalenie, ale po dwóch godzinach się męczył i
szedł spać. Zresztą miał właściwie olbrzymie wpływy w paryskim światku intelektualnym,
starał się je dla Polski wyzyskiwać. Dostał kiedyś nagrodę P$e$n_$clubu, ale nie przyjechał
już. A w czasie wojny był oficerem w formacji generała Maczka, zdobywał Holandię z
Maczkiem, no i między innymi jego podkomendnym był Anglik, Auberon Herbert.
Niesamowita postać, kuzyn Churchilla. To był Anglik, arystokrata, katolik, pederasta..., który
mówił po polsku, po litewsku i po ukraińsku, bardzo śmiesznie zresztą, kochał się w Polsce.
On chyba wywiózł Mikołajczyka z Polski. Wielki chłop taki. I on był oficerem łącznikowym
angielskim przy polskim sztabie. Jakiś mundur ułański sobie wykombinował, nie miał żadnej
szarży, a był przy formacji Maczka. Gdzieś w Bredzie chyba było wojenne Boże Narodzenie,
Wigilia. Auberon poszedł na Pasterkę, bo był bardzo pobożny, a potem zawitał do knajpy. W
tej knajpie go przyuważyli zarówno polscy jak angielscy żołnierze... íe w mundurze dziwnym,
mówi po polsku dziwnie, potem wyjął portfel, a tu cała harmonia funtów szterlingów..., no
więc coś nie tego. Zawiadomili żandarmerię kanadyjską, a to była szalenie brutalna formacja.
Wzięli go i pytają: "Wy jesteście ułan?" "Tak". "A z którego pułku...? A pieniądze skąd...? A
po polsku to źle mówicie..." No i chapnęli go jako szpiega. Jego dowódcą był właśnie
Jeleński. Po dwóch dniach alarm, więc Jeleński przyjechał, ale Herbert już miał wybite
wszystkie przednie zęby przez tych żandarmów... bo się nie przyznawał do niczego. Ciekawa
historia. Przyjaciel Polski prawdziwy.

Stefan Jędrychowski XXXXX przed wojną w Legionie Młodych, ale komunista z Wilna.
Tym się odznaczył, że na Zjeździe Kultury Polskiej we Lwowie XXXXX to był 1937 rok
XXXXX powiedział, iż pozdrawia pisarstwo polskie w imieniu Zachodniej Ukrainy i
Białorusi. Więc wynikło... że oni nie należą do Polski. Miał proces, posiedział trochę. Ale był
rządowym stypendystą, kolegą Miłosza. Sławne było, że w Wilnie, kiedy siedział jeszcze jak
weszli NIemcy, zapytał go mój znajomy, pianista, Stanisław Szpinalski: "Co będzie?" A on
powiedział: "Nic! Trzeba przeżyć Niemców i na czerwonym koniu wjedziemy do
Warszawy". No i tak się stało. Został wicepremierem. Twierdził, że się zna na gospodarce, ja
mam inne zdanie. Potem był ministrem spraw zagranicznych. íyje, mieszka tu w Alei Róż. K

Ksiądz Zygmunt Kaczyński


XXXXX znałem go bardzo mało, bo "Tygodnik Warszawski" założył właściwie ksiądz
Zygmunt Wądołowski, który organizacyjnie był bardzo dobry, a przy tym doszedł do
przekonania, że jak ja tam będę pisał, to będzie miało powodzenie. Tak samo jak Król myślał,
że ja mu urządzę tę "Res Publikę". Więc ciągle przychodził, do Krakowa przyjeżdżał,
zamawiał artykuły. Ale przyjechał ksiądz Zygmunt Kaczyński z Londynu, były minister
oświaty w rządzie emigracyjnym, a przed wojną dyrektor Katolickiej Agencji Prasowej. Taki
ksiądz_intelektualista. Sympatyczny. Przychodziłem do niego XXXXX w "Romie" była
redakcja XXXXX ale on łamał ręce z powodu cenzury. Pokazywał mi takie olbrzymie
artykuły, skonfiskowane płachty pod różnymi nazwiskami, znakomite artykuły i mówi: "A
wie pan, to wszystko napisał ťaszowski". Cenzura zdejmowała bez żadnej litości, on płakał
nad tym. Stowarzyszył się z Braunem, z całą tą ekipą "Unii". Po zamknięciu "Tygodnika"
został aresztowany pod najcięższymi XXXXX Bóg wie jakimi XXXXX zarzutami
szpiegostwa... tak jak ci oficerowie, co przyjechali z Anglii. Nie wiem dobrze, już nie
pamiętam, jak się odbywał proces, w każdym razie ciężko bardzo siedział i zmarł w
więzieniu.

Stanisław Kania
XXXXX Kania się ocalił w opinii. Zyskuje z czasem. W końcu to, co powiedział w telewizji
niedawno, to było to, co pułkownik Kukliński napisał... właściwie zupełnie to samo. Tu warto
na chwilę przeskoczyć. Ja sobie myślałem, jaka jest właściwie zasługa Jaruzelskiego.
Wszyscy powiadają: "Ach, to byłaby inwazja sowiecka, a on ocalił..." Nie, jego zasługa jest
taka, że on rozmawiał z Breżniewem, i przekonał go, iż on to zrobi lepiej i bez kłopotu. To
była cała jego zasługa...! A Kania był odważniejszy.

Wojciech Karpiński
XXXXX przyjaciel Marcina Króla. Bardzo inteligentny. Chyba nie wróci do Polski XXXXX
boję się. Dobrze się czuje w Paryżu. Doskonały eseista i pisarz. Ale taki zachodni szalenie.
On tu w komunizmie już nie zwojuje wiele. Mój nekrologista.

Leon Kasman
XXXXX podobno kandydat Stalina na pierwszego sekretarza w Polsce po aresztowaniu
Findera. Tylko, że gdzieś go zrzucili na spadochronie, tam złamał nogę, zniszczył radio, nie
dotarł do Warszawy. Podobno Moczar go tam przytrzymał, no i wtedy wybrali Gomułkę. Ja
go znałem jako redaktora "Trybuny Ludu". Był kłamcą, bo gdy kiedyś parę głosów padło
przeciwko jakiejś ustawie, to w "Trybunie Ludu" napisano, że przeszła jednomyślnie. Więc ja
spotykam Kasmana w Sejmie, mówię: "Proszę pana, przecież to nieprawda". On mówi: "Czyż
to takie ważne". Trochę cynik.

Czesław Kiszczak
XXXXX nie wiem kto to jest. Państwo wiedzą...? Ciekawa postać chyba. Raz w życiu z nim
rozmawiałem, Inteligentny, błyskotliwy, wesoły. Lubi pogadać. Chwilowy premier. No i
minister spraw wewnętrznych. Ale niebanalny, ponieważ zależy mu, żeby wiedziano, że on
nie jest z policji, że jest z wojska. Podkreśla, że był w wywiadzie, że on nie jest tym
policjantem, co na ulicy bije pałką. Ale jak trzeba XXXXX bije. To jest jego zawód. Już nie
ma wyjścia.

Zenon Kliszko
XXXXX to była tragedia. Facet, który wykończył koło "Znak" i wszystkie próby dogadania
się katolików z partią. Zresztą może i lepiej. Ale był to wariat ideologiczny, marksista
absolutny, przy tym szalony nerwus, krzyczał, pięścią w stół walił. Ja miałem z nim szereg
awantur. Zablokował mi paszport na dziesięć lat i nie wyjeżdżałem. Tak, że mam złe
doświadczenia. Ale był to człowiek wierzący w marksizm... rzadki wypadek. Potworny
nerwus i histeryk. Stomma go lubił, nie wiem na jakiej zasadzie. On mi kiedyś powiedział:
"Co ten Wyszyński wygaduje? A co wy robicie, od czego wy jesteście". Ja mówię: "Panie
marszałku, jak by nas nie było, może by jeszcze gorzej mówił". A on mówi: "A jak by nas nie
było, może by i Polski nie było". O cholera! Więc miał takie romantyczne zagrywy.
Spotkałem go w Alejach, ale on od czasu Gdańska, kiedy dał rozkaz w Gdyni do strzelania,
miał jakąś taką chorobę, ręce mu latały, strasznie nerwowy... Wtedy właściwie Kociołek i on
wydali sprzeczne zarządzenia. Kociołek powiedział, aby iść do pracy, a Kliszko powiedział,
żeby strzelać, jeżeli tam ktoś się zjawi. No i skutek XXXXX wiadomo. Był sąd nad nim w
partii, wtedy podobno dostał tej choroby i dali mu spokój.

Stanisław Kociołek
XXXXX nie znałem go osobiście. Fizycznie przypominał Gomułkę. Ciekawy okaz takiego
przekonanego "betona", ale naprawdę przekonanego, bo mówił z okropną furią i z
przekonaniem. Tam na Wybrzeżu już nie wiem kto się bardziej skompromitował XXXXX on
czy Kliszko XXXXX bo dali odmienną instrukcję, i z tego wynikła strzelanina w Gdyni. No,
a co robił potem jako ambasador w Belgii, to zadziwiające. Parę lat tam siedział i wcale się
nie zmienił. Potem znowu szalał tutaj, potem był w Moskwie. Teraz to już zabytek. Rzadko
pisuje do "íycia Literackiego"... Ale brak mi takiego pisma jak "Rzeczywistość", bo jednak
krajobraz ubarwiało...

Janina Kolendo
XXXXX szwagierka Piaseckiego, więźniarka Oświęcimia. Potwornie uparta. Fanatyczka
"Falangi" i Bolesława. Już nie żyje. Była dyrektorką wydawnictwa "Pax", a jej siostra żoną
Bolesława.

Leszek Kołakowski
XXXXX długie lata bardzo go nie lubiłem, bo mnie drażnił. On był wielkim ateistą i w ogóle
taki jakiś. Ale przekonałem się dopiero dopiero po książce "Główne nurty marksizmu".
Uważam, że to jest najlepsza książka, jaką napisano o marksizmie i komunizmie na świecie.
Nie ma lepszej XXXXX i erudycja i doświadczenie własne... To ciekawe, że tej książki długo
nie wydawano we Francji. W Niemczech bardzo popularny, w Anglii znany, a Francuzi lubią
marksizm i jakoś się do tego nie palili. To jest świetna książka. Uważam, że każdy polityk
powinien ją przeczytać.

Wacław Komar
XXXXX generał Komar. Człowiek odważny, ale mało rozgarnięty zdaje się. Mówią, że
dlatego w 1956 powstrzymał armię sowiecką pod Warszawą, że... nie potrafił nic innego
wymyśleć: dostał rozkaz, że nikt nie ma przejechać tamtędy, więc... Szef wywiadu, był w
czerwonej armii hiszpańskiej, a potem torturowany, siedział. Ja go poznałem w Sejmie, i to w
dziwnych okolicznościach. Mianowicie, była w Przemyślu szkoła organistów, prywatna,
kościelna, którą zamknięto. Wybuchły wtedy rozruchy, odebrał sobie życie komendant
milicji, byli zabici. A ja przedtem XXXXX ponieważ to księża "muzyczni", moi koledzy z
konserwatorium byli w tej szkole, przyjeżdżali do mnie i mówili, że coś takiego się szykuje, i
żeby interweniować, bo fortepiany im skonfiskowano XXXXX więc ja chciałem pójść do
ministra Moczara w tej sprawie. Ale nie mogłem się dodzwonić, wreszcie się dodzwoniłem, i
Moczar mówi: "Aa, panie pośle XXXXX on był wtedy wiceministrem XXXXX my tu nic nie
robimy bez gospodarza, a gospodarzem jest minister Wicha, więc proszę do niego". A Wicha
nie chciał mnie przyjąć, nie było go niby. I później jest posiedzenie komisji budżetowej,
omawia się różne budżety, omawia się też budżet M$s$w. Wreszcie pytania do Wichy. Więc
ja pytam: "Doszło do takich zajść, ja chciałem zawczasu ostrzec przed tym, ale nie raczył
mnie przyjąć minister Moczar ani minister Wicha, no i chciałbym się dowiedzieć, co pan o
tym myśli?" I nagle Wicha ze straszną furią na mnie: "Co to?! Czy pan nie wie,? Jaki to
naiwny, ten pan poseł! Nie wie, gdzie się stawia takie pytania? On tu przychodzi, on nie wie,
o co szło w Przemyślu... Ha, ha... udaje Greka. Tu, na tym miejscu! "Potem pytają się, czy
jeszcze ktoś chce coś powiedzieć. Więc ja powiedziałem: "Ja chcę. I proszę o
zaprotokołowanie, że minister Wicha obraził parlamentaryzm, powiedział, że tu nie jest
miejsce... To gdzie jest to miejsce?! Ja jestem bezpartyjny i innego miejsca nie znam. Nie
pytam na plenum Sejmu, gdzie jest publiczność, tylko pytam tutaj. Proszę to
zaprotokołować". Nikt nic nie powiedział. Po czym podchodzi do mnie generał straży
ogniowej, i chyłkiem, za filarem mówi: "Winszuję panu". To był Komar, którego przenieśli
do straży ogniowej chyba.

Władysław Konopczyński
XXXXX poznałem go w "Tygodniku Powszechnym", gdzie przychodził w latach 40_tych.
Szalenie pracowity człowiek, bardzo porządny, wybitny historyk, endekowaty, uparty
bardzo... Właściwie tylko z "Tygodnika" go pamiętam. Przychodził często, a bardzo żałował
czasu. Nie lubił długo rozmawiać, szkoda mu było czasu. Ja go rozumiem dobrze.

Tadeusz Konwicki
XXXXX bardzo dobry pisarz, tylko nie w moim guście, bo taki okropnie uczuciowy i
impresyjny. Ale na przykład ta jego niedoceniona książeczka o Nowym świecie, to jest o
Polsce Ludowej i z sentymentem właściwie napisana. On niby ten opozycjonista się zrobił, a
to jest książka o tym, jak tu się żyje. Ciekawa jego ewolucja... Ja nie lubię tych "Dziadów", to
nie w moim guście. Zresztą w ogóle "Dziadów" nie lubię, choć Mickiewicza szalenie...
Ciekawy jest Konwicki, ale jak się przeczyta jedną jego książkę, to się wszystko o nim wie. Z
wyjątkiem chyba tej o Nowym świecie, no i z wyjątkiem "Władzy", której drugiego tomu nie
dokończył, bo w trakcie pisania sytuacja się całkowicie zmieniła i Gomułka ponownie
doszedł do władzy... Ale talent wielki na pewno, wrodzony talent.

Stefan Korboński
XXXXX szef oporu cywilnego, adwokat, ludowiec. Bardzo miły człowiek. Sekret jego
odwagi w czasie okupacji to ja znam: był stale nieco zawiany. Ale był naprawdę kozak.
Przetrzymał całą okupację, dopiero Mikołajczyk go wystawił do wiatru, bo wyjechał.
Uprzedził go w ostatniej chwili. Korboński też w końcu wyjechał. Byłem u niego w Ameryce.
To jedyny człowiek, który mi powiedział: "Wie pan co, pan to jest szczęśliwy, pan wraca do
Warszawy. A ja już nie mogę". I prawie łzy miał w oczach. To ładne.

Janusz Korwin_$mikke
XXXXX mój przyjaciel. Prezydent liberałów w Warszawie. Troszeczkę fantasta, robi
wrażenie pomylonego, ale swoje osiąga i realizuje. Drukuje, wydaje, jakieś robi historyjki.
Szalenie pracowity. Poza tym imponuje mi, bo on tę kostką węgierską w minutę załatwia nie
patrząc, a mnie się to jeszcze do dzisiaj nie udało. A więc geniusz, nie?

Tadeusz Kotarbiński
XXXXX byłem nawet kiedyś jego słuchaczem. Zawsze postępowy, ale taki ateista
postępowy, typu dawnych "Argumentów", czy coś w tym rodzaju. Wielokrotnie go
wyśmiewałem po wojnie. Nawet w moich felietonach jest, że kiedy profesor Kotarbiński
mówi, iż nie ma żadnego Boga, to dlaczego działać moralnie... To już Dostojewski mówił, że
jeżeli nie ma Pana Boga, to wszystko wolno. A Kotarbiński zawsze pisał, że serce mu
dyktuje... więc ja pytałem: "Co to jest serce? To jest taki mięsień, który tłoczy krew. Dlaczego
ma dyktować... materialiście?". Wyśmiewałem się z niego. Ale miał swoją piękną kartę przed
wojną na Uniwersytecie, kiedy wojował z młodzieżą O$n$r_owską, tam mu rozbijali szafki w
jego seminarium, a on dalej swoje głosił. Szlachetna postać, ale mędrzec to nie był.

Jan Kott
XXXXX nie lubię, znam bardzo dawno. Jest to dziwny przypadek człowieka, który nie czuje
się winny. On jest zawsze w porządku, cokolwiek by robił. A robił rzeczy dziwne. Na
przykład Conrada przez niego nie wydali, bo on napisał, że Conrad bronił armatorów i
burżujów. Miał takie numery. Muszę powiedzieć, że tego człowieka niezbyt lubię. Ale dobry
pisarz.

Mikołaj Kozakiewicz
XXXXX zdaje się, że on jest trochę podobny do Wycecha. Ciągle mu się mylą papiery, nie
słyszy. Ale to inteligentny człowiek. Przyzwoity... I sympatycznie wygląda na trybunie.

Krzysztof Kozłowski
XXXXX przyjaciel, wiceredaktor "Tygodnika Powszechnego", bratanek premiera Leona
Kozłowskiego. Bardzo porządny chłopak, fanatyk "Tygodnika Powszechnego" XXXXX nie
wiem dlaczego. Kocha się w tym piśmie, całe życie mu poświęca. Ale moim zdaniem jest to
pismo właściwie nie redagowane. Taka składanka z tego, co kto przyśle. "Tygodnik" wie
czego nie chce, ale nie bardzo wie czego chce. No, ale trwa. Kazimierz Koźniewski XXXXX
mój przyjaciel. Zaczynał właściwie trochę po katolicku po wojnie, w "Tygodniku" pisał, w
"Dziś i Jutro". Niby zdolny, ale ma jakiegoś świra. Potrafi pisać rzeczy niepopularne i bez
sensu. Bo ja rozumiem, że on jest za państwem, za tym, żeby było państwo polskie. On w
rozmowie jest znacznie lepszy niż w tym, co pisze. Potrafi napisać rzeczy tak niepopularne...
Ale jakoś go lubię w końcu. Był kurierem rządu londyńskiego. Siedział w Budapeszcie w
Gestapo przez rok i nie załamał się. Ojca mu Niemcy rozstrzelali. Postać skomplikowana.

Rafał Krawczyk
XXXXX osobiście tylko kilka razy z nim rozmawiałem, znam go głównie z rozmaitych
wypowiedzi i z pisania. Natomiast uderzyło mnie, że w okresie D$i$p_u, w czasach jeszcze
przed "Solidarnością" i przed tym wszystkim co potem wybuchło XXXXX jako sekretarz
Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego wypowiadał się kilkakrotnie, i to w prasie, w sposób
szalenie radykalny za gospodarką kapitalistyczną i rynkową. Robił to wprost, zupełnie
otwarcie. To mnie bardzo zainteresowało, potem jeszcze czytałem parę jego rzeczy, no i w
kilkakrotnych rozmowach stwierdziliśmy duże podobieństwo myślenia ekonomicznego.
Wiem, że jest w Stanach Zjednoczonych i działa bardzo sensownie w Fundacji "Heritage", co
jakiś czas bywa w Polsce. Jest to wybitna postać, zawsze go cytuję, ale osobiście znam mało.

Marcin Król
XXXXX znany nam młody, interesujący, może nie tylko jako pisarz, ale jako redaktor.
Redagował "Res Publikę" XXXXX to był ciekawy pomysł. Czy ta legalna "Res Publica" jest
lepsza od tamtej? No, ciekawe... Ale zebrał dobry zespół młodych ludzi...

Leon Kruczkowski
XXXXX muszę powiedzieć, że mimo wszystko nie lubiłem go. Mówili, że to uczciwy
komunista, że tego, że owego, ale było w nim coś... on nie lubił mówić o tych rzeczach, bo
sam sobie chyba do końca życia nie wyjaśnił swoich wątpliwości czy swoich skrupułów. Na
przykład sprawa wykończenia komunistów polskich w Moskwie w 37 roku: on w ogóle nie
znosił powrotu do tego tematu. Miał parę takich tematów. Nie był niemiły raczej, ale... Nic
złego nikomu nie zrobił. Jako pisarz? No cóż, "Kordian i cham" to książka, która jako
gatunek była rewelacją. O tym napisał Irzykowski entuzjastyczny artykuł pod tytułem
"Cierpki debiut", że ktoś historię Polski cierpko ocenia. Ja go widywałem w Sejmie, był też w
Radzie Państwa. Załatwił mi w roku 1961 wyjazd z żoną do Moskwy, bo mi nie dawali
paszportu, a on interweniował. Ale nie lubiłem go.

Kazimierz Krukowski
XXXXX najpopularniejszy aktor kabaretowy przed wojną. Twierdzę, że w dyskusji o íydach
pomija się strukturę kabaretową, jaka była w Warszawie. Przecież to było szalenie popularne,
a same íydy tam były: Warszawa kochała te szmoncesy, a o tym się zapomniało. W czasie
wojny był w Rosji u Andersa, potem w Argentynie. Opowiadał mi, że jak postanowił wrócić
do Polski polskim statkiem, w ambasadzie powiedzieli mu, żeby sprzedał samochód, bo to
jest źle widziane, tam gdzie lud rządzi. Kapitan statku powiedział: "Mistrzu, ja pana
zapraszam na pożegnanie na statku. Pan może zaprosić przyjaciół". Więc on zaprosił
Polaków... to był 1956 rok. Jest bankiet, piją wódkę. Kapitan mówi: "Mistrzu Krukowski.
Mamy dla pana jeszcze dodatkową przyjemność, bo nie jedziemy prosto do Gdyni, tylko
jedziemy do Leningradu". Krukowski mówi, że podchodzą do niego faceci z emigracji i
mówią: "Coś ty zwariował, on ci daje do zrozumienia, że pojedziesz do Rosji i w ogóle cię
nie puszczą. Wysiadaj". A on mówi: "Ale wytrzymałem nerwowo". Wrócił, był dyrektorem
"Syreny". Inteligentny facet. To był kuzyn Tuwima zresztą. Brat cioteczny.

Henryk Krzeczkowski
XXXXX przyjaciel. Bardzo go lubił Tomek Wołek. Uważam, że to był niezwykle
inteligentny człowiek, znający świetnie języki, który przechodził różne metamorfozy,
wymyślał sobie różne postawy, ale już przed śmiercią był bardzo określony ideologicznie.
Taki swojego rodzaju konserwatysta, patriota. Ciekawe, bo miał zawsze argumenty na swoją
postawę. Szkoda, że mało pisał, a takie dobre pióro. Brakuje mi go bardzo.

Adam Krzyżanowski
XXXXX postać krakowska. Wielki ekonomista, profesor, liberał. Przewodniczący komisji
budżetowej Sejmu przed wojną. Został jednym z ojców porozumienia z Rosjanami. Był w
Moskwie, ale miał to w nosie. Jest to jedyny poseł, który zrzekł się mandatu, gdy przyszło do
głosowania, żeby Gomułkę wydać sądom. Inny poseł XXXXX Eugeniusz Kwiatkowski
powstrzymał się od głosu i powiedział: "Wicepremier sanacyjny nie może wydawać jednego
komunisty innym komunistom". A Krzyżanowski wyszedł i zrzekł się mandatu. Powiedział:
"Ja nie będę nikogo mordował". íył w Krakowie, powylewali go ze wszystkich posad, ale
zabawny bardzo. Jeden z ojców duchowych liberalizmu. Zresztą masę o nim krążyło w
Krakowie anegdotek. Między innymi kazał się tytułować "panem rektorem". Kiedyś student
na egzaminie mówi: "Panie profesorze...". A on: "Hm... Dzisiaj panie profesorze, jutro już
będzie Adasiu...". Kiedyś napisał do "Tygodnika", wielki artykuł, że nieszczęściem krajów
rozwiniętych są starzy ludzie, że nadmiar starców jest kosztowny, że to nie ma sensu i trzeba
wymyślić sposób na likwidację tych starców. Na co ksiądz Piwowarczyk powiedział: "No nie,
w katolickim piśmie czegoś takiego nie umieścimy". Jedyny przypadek, że mu odesłał
artykuł. Spotykam go na Plantach, mówię "Jak pan rektor się czuje? A on: "Nie chcecie
likwidować starców, to się czuję dobrze, co mam robić".

Biskup Teodor Kubina


XXXXX znałem go krótko, gdy byłem w Częstochowie. Bardzo światły biskup, miał galerię
malarstwa z aktami kobiecymi, którą mi pokazywał. Prosił, żebym nikomu nie mówił, bo nie
wypada, ale teraz już można powiedzieć. Kazimierz Kumaniecki XXXXX w czasie okupacji
istniała redakcja radiowa, której dyrektorem był profesor Tretiak, a dyrektorem czynnym
XXXXX Edmund Rudnicki, dawny dyrektor Radia. No i właśnie w tym radio pracowali
Skierski, ja, Kumaniecki, Trościanko, tacy różni ludzie... i stąd pamiętam Kumanieckiego.
Pamiętam dyskusję właściwie przed samym Powstaniem XXXXX z nim i Trościanką, kiedy
cała prasa ziała na Rosję, a o Niemcach nic nie było... że Niemcy już przegrali... Leżały przed
nami tajne pisma z całej Warszawy na ten temat. Ja powiedziałem: "Jeżeli my to czytamy, to
ten sowiecki dowódca za Bugiem też to może czyta. To dlaczego on ma przyjść z pomocą..."
Oni się oburzyli, i Kumaniecki i Trościanko. Potem mi to Kumaniecki przypomniał po wojnie
kiedyś. Bardzo przyzwoity człowiek, ciekawy naukowiec, specjalista od starożytności. Ale
nie żyje. Też miał zresztą opinię masona.

Jacek Kuroń
XXXXX długi czas, szanując go, absolutnie nie rozumiałem, co on mówi i czego chce, jakie
ma poglądy. Teraz nieco lepiej go rozumiem. Jest to chyba przede wszystkim wybitny taktyk.
Opadły z niego wszelkie socjalizmy i inne tego rodzaju rzeczy... no, może nie całkiem, ale w
zasadzie opadły. W każdym razie, jeżeli mu powiedzieć, że nie ma programu, to się bardzo
gniewa. Bo mówi, że nie chodzi o program. A więc o co chodzi? No, ale to można zastosować
i do Michnika, bo do Geremka chyba nie, Geremek ma jakieś ogólniejsze koncepcje. W
każdym razie Kuroń to postać sympatyczna i nieprzeciętna. Ale trochę obca dla mnie. Nie
rozumiem go.

Generał Józef Kuropieska


XXXXX mój przyjaciel, bardzo zabawny. Przedwojenny oficer zawodowy XXXXX
komunista. To się rzadko zdarzało, takie coś. Przez całą wojnę był w oflagu. Po wojnie
wstąpił do partii. Attach~e wojskowy w Londynie, a jego pomocnikiem od spraw wywiadu
był niejaki porucznik Kiszczak. Po czym go wezwali do Warszawy, zamknęli, no i proces
generałów XXXXX Tatara, Kirchmayera, Spychalskiego. I Kuropieska był jedynym, który
się do niczego nie przyznał. Bo był to proces o to, że chcą podminować wojsko ludowe,
wprowadzić sanacyjne porządki. On się do niczego nie przyznawał, upierał się, że jest
niewinny, że to wszystko bujda. Dostał karę śmierci. Opowiadał mi, że prokurator
Zarakowski powiedział w ostatniej rozmowie: "No, jak wy nic nie wiecie, do niczego się nie
przyznajecie, nie chcecie zeznawać to jest taki skutek. A gdyby...". I on sobie to zapamiętał i
siedział parę tygodni, nie wiadomo, kiedy wyrok śmierci będzie wykonany i nagle napisał list
do prokuratury, że sobie przypomniał. Więc go wezwali i on zaczął zmyślać jakieś bzdury bez
nazwisk, że jakiś agent amerykański do niego przyszedł, że coś. I tak długo zeznawał, aż
dotarł do Października. Został zrehabilitowany. Mianowano go dowódcą okręgu
warszawskiego, potem komendantem szkoły wojskowej. Przyjaciel Gomułki. Więc
niesamowity skok. Ja go dobrze znam. Już ma 84 lata, a bardzo inteligentny człowiek. Masę
prześmiesznych rzeczy opowiada. Między innymi, że jak była w Moskwie defilada
zwycięstwa w 1945 roku, to on właśnie miał prowadzić polską kompanię przed Kremlem. Ale
nagle dowiedział się, że nie będzie polskiej kompanii, tylko że polskie oddziały będą
podzielone na plutony, czy coś. Jego szlag trafił, pojechał do polskiej ambasady, wiedział, że
tam jest Modzelewski, minister spraw zagranicznych. "Ale tam mnie nie chce puszczać
woźny. Mówię mu "Ja muszę z ambasadorem, z ministrem porozmawiać". "Ale kto pan jest?"
"Ja jestem przedwojenny, sanacyjny oficer i masz obowiązek mnie wpuścić". Woźny się
przeraził, sprowadził jakichś ubeków. Wreszcie zszedł Modzelewski." A Kuropieska mówi:
"Co ma nie być polskiej kompanii, to ja nie będę prowadził defilady". No to ci wszyscy tam
XXXXX Modzelewski, Zambrowski XXXXX "Cholera, co robić". Bo tego poniżej Stalina
się nie da załatwić. Parę godzin się męczyli. Wreszcie zadzwonili na Kreml z okropnym
strachem, a Stalin powiedział: "No naturalnie... polska kompania, nu, kanieczno...". I
Kuropieska prowadził. On zna takich historyjek, różnych mnóstwo.
Ksiądz Stefan Kurowski
XXXXX to był kanclerz Kurii w Krakowie, ksiądz wielki. Moje dzieci konfirmował. On był
szalonym antykomunistą, bardzo pewnym siebie. "A tam, ja mam ich w nosie" XXXXX
mówił. Po czym aresztowano go, ale na krótko, 48 godzin. Pytam go, jak było. "Ależ... to
idioci. Co oni mi zrobią... Gwiżdżę na to...". Po czym była taka sławna sprawa, że na Wawelu
znaleziono jakąś broń. I aresztowano go znowu. Po trzech tygodniach był proces. Na tym
procesie on śpiewał jak ptak, jak "Trybuna Ludu", że wrogowie, że on też był wrogiem,
żałuje, przeprasza, że tu są winni XXXXX no, niebywałe zupełnie. Dostał jakąś karę z
odroczeniem i zaraz go zwolniono. Ja go nie szukałem, ale go spotkałem gdzieś i on mówi:
"Proszę pana, tym procesem to ja się chyba skompromitowałem". Nic nie mówię. A on: "Ale
nie było wyjścia. Kto tam nie był, ten nie wie. To jest Szatan". Podobno go szantażowali
czymś, coś mu wynaleźli. Cholera wie.

Stefan Kurowski
XXXXX wielki ekonomista. Moim zdaniem bardzo obiektywny i bardzo interesujący.
Towarzystwo Gospodarcze założył. Ja uważam, że to jest obok Krawczyka i może profesora
Beksiaka najlepszy polski ekonomista. Niestety, stale bity w dupę, że tak powiem. Bez
katedry XXXXX teraz jest chyba na K$u$l_u.

Karol Kuryluk
XXXXX był to rzeczywiście anielski człowiek, niesłychanie miły, ujmujący, wszystko
rozumiejący, wszystko wysłuchujący... przy tym zresztą uparty jak wół. Ja w ogóle jemu
zawdzięczam karierę w "Tygodniku Powszechnym", ponieważ początkowo, w Krakowie,
chciałem coś wydrukować w "Odrodzeniu". Napisałem artykuł "Tematy wojenne", w którym
dowodziłem, że nie trzeba w kółko pisać o wojnie. I zaniosłem mu to. Po paru dniach on
mówi: "Wie pan, to znakomity artykuł, po prostu świetny... Ale wie pan, takie tezy
paradoksalne... Ale szalenie nam zależy, żeby pan do nas pisał, może coś literackiego pan
ma". Więc przyniosłem mu nowelę "Mieszkanie". On za parę dni mówi: "No wie pan, to jest
znakomita nowela, ale... wydźwięk jest taki pesymistyczny, wie pan... jednak... w tej chwili,
po okupacji, to... Ale coby pan takiego napisał neutralnego?". Więc ja na to: "Może o życiu
muzycznym w Warszawie w czasie okupacji?" "O, świetnie!" "No więc napisałem, dokładnie
bardzo, przynoszę po paru dniach, a on mówi: "Wie pan, to bardzo ciekawe, tylko że akurat
przysłał pan Witold Rudziński takie samo sprawozdanie, i tam wszystko jest inaczej... i nawet
daty inne, i fakty inne..." No i wtedy ja już przestałem do niego przychodzić... Ale pamiętam,
że w 1957 roku, jak zostałem posłem, spotkałem go XXXXX był wtedy ministrem kultury
XXXXX na Krakowskim Przedmieścu, i mówię: "Panie ministrze, jadę do Francji, a nie mam
ani grosza. Może byście mi co przydzielili, jakieś dewizy?" A on mówi: "No nie, panie
Stefanie, nie mogą wszyscy wyjeżdżać, nie, nie..." Nie to nie... Wracam do domu, za trzy dni
dzwoni sekretarka z Ministerstwa Kultury: "Dlaczego pan się nie zgłosił?" Pytam: "Po co się
miałem zgłaszać?" "Po dewizy. Tu są dla pana dewizy do wykupienia". Ja pytam: "A kto to
zarządził?" "Pan minister". Więc powiedział, że nie, a wszystko załatwił. W ogóle był anioł...

Mieczysław Kurzyna
XXXXX to był mój przyjaciel, z "Paxu". Taki harcerz, przyzwoity bardzo facet, w swoim
czasie redaktor naczelny "Dziś i Jutro", który drukował w odcinkach moją powieść" Zbrodnia
w dzielnicy północnej". Pamiętam zabawny epizod XXXXX ja to pisałem z odcinka na
odcinek, wtedy było wolno XXXXX no i nagle on do mnie dzwoni, że cenzor wierzgnął i
wstrzymał odcinek, i żebym przyjeżdżał natychmiast. Więc przyjeżdżam, i cenzor, pan
Kowalczyk XXXXX z dawnej "Zadrugi" poznańskiej, co ciekawe, inteligentny facet
XXXXX mówi: "Proszę pana, ja się muszę dowiedzieć, co tam będzie dalej w tej powieści".
Więc ja mówię: "Wie pan, tam są dwie organizacje XXXXX "Naród Wyzwolony" i "świat
Przebudzony"...". On mówi: "Ja rozumiem, komuniści i faszyści, pan ich stawia na jednej
płaszczyźnie, ja to rozumiem, ale... co będzie dalej?" No więc ja mu opowiedziałem, co
będzie dalej, i to przeszło do końca. To były czasy!

Janusz Kusociński
XXXXX Kusocińskiego znałem z różnych okoliczności. Przede wszystkim z takich, że
chodziłem do Agrykoli pobiegać sobie "dziko" na stadionie. No i Kusociński tam trenował.
Miał dziwny trening, bo biegał szereg razy jakieś dwieście metrów bardzo szybko sprintem,
sapiąc okropnie, a potem zwalniał: taki trening w stylu Zatopka. I zaczęło się od tego, że on
mnie zrugał okropnie, bo mu przeszkadzam na bieżni, i w ogóle co ja tu robię, i że to bez
sensu. Ja na to, że trenuję, a on mówi: "Jak pan tak będzie trenował, to pan w ogóle
wysiądzie, bo pan pojęcia nie ma". Generalnie mnie zrugał. Ale potem go spotkałem, o dziwo
w barze na Marszałkowskiej, gdzie jadł bigos i popijał piwem. Trochę wtedy rozmawialiśmy.
A trzeci raz go spotkałem w Nowowilejce, gdzie służyłem w wojsku. Tam był też 13 pułk
ułanów, gdzie on miał jakiegoś krewnego. Leczył wtedy kontuzję nogi, dzisiaj to z łatwością
się operuje, a wówczas z powodu zwykłej łękotki miał półtoraroczną przerwę i w ogóle nie
startował. Dopiero lekarz wojskowy, doktor Levittoux zrobił mu pierwszą tego rodzaju
operację, tak że tuż przed wojną on był znowu gotów do startów. No i spotkałem go właśnie
na mszy w Nowowilejce, gdzie prócz piechoty byli ci ułani, i to mi się cudem niemal wydało:
nagle Kusociński stoi... Tak że parę razy w życiu z nim pogadałem. Był szorstki, niezbyt
grzeczny, formułował ostre sądy o wszystkim... i ostro biegał. Pamiętam trójmecz
Polska_$łotwa_$estonia, gdzie wygrał cztery biegi w ciągu dwóch dni: 800, 1500, 5000 i
10000 metrów. Był to wielki biegacz.

Józef Kuśmierek XXXXX bardzo lubię. Wariat jest to niewątpliwy, ale z iskrą geniuszu.
Przeszłość ciekawa, bo był w A$l_u. On był jeszcze w obstawie czy w osłonie tego sławnego
zebrania na Twardej XXXXX na Nowy Rok 1944 XXXXX Bierut i inni, Krajowa Rada
Narodowa. I jako obstawa stał z rozpylaczem w bramie na mrozie. No i stoi, i stoi, i wreszcie
słyszy, że śpiewają "Sto lat"... Więc mówi: "Krew mnie zalała, cholera, ani kropli wódki...
Wchodzę na górę, zastukałem, otworzyli, ja wchodzę, mówię: "Towarzysze, a może by tak..."
Ale widzę, że grobowa cisza, i wszyscy patrzą na ten rozpylacz... "No i ta jego ewolucja:
dziennikarz partyjny, potem go wylali z partii, potem on udawał, że dalej jest reporterem,
jeździł po całej Polsce. Ale ma masę wiadomości gospodarczych, rewelacyjnych nieraz, no...
trochę zmyślonych, ale znakomitych. I świetne pióro. Do tego rolnik z Miedzeszyna, farmer.

Lucjan Kydryński XXXXX Jest to przyjaciel moich dzieci, doskonały popularyzator muzyki,
elegancki chłopak, umiejący utrafić tak, "przekrojowo" w zainteresowania publiczne. Bardzo
się przyjaźnił z moim synem nieżyjącym... Jest to ujmująca postać XXXXX takiego medium
masowego, które we wszystkich etapach umie utrafić... Tak utrafić, że jest i cenzuralny, i
zarazem niezależny XXXXX w swoim zakresie. Pretensję mam do niego, że lubi
amerykańskie musicale i nadaje je, a to są nudy okropne. No, ale de gustibus...

L
Oskar Lange XXXXX mieszkał pod nami. Wybitny ekonomista, potworny tchórz. I naiwniak
straszny, który był w P$p$s_ie. Potem, nie wiadomo dlaczego w Ameryce, miał
obywatelstwo amerykańskie. Nagle się przyłączył do komunistów. Pisał do Stalina z takim
księdzem Orlemańskim. To była operetka. On się zrzekł amerykańskiego obywatelstwa, tego
Amerykanie nie znoszą. Został polskim delegatem do O$n$z_u, a tu mu zaczęli dawać po
dupie, bo był naiwny i intelektualny. Właściwie okazał się bez znaczenia. Pamiętam, że jak ja
byłem posłem, on był przewodniczącym komisji budżetowej Sejmu i nie mógł nic. Gomułka
go nie przyjmował, w ogóle nie chciał o nim słyszeć. Na Cejlonie za to poprosili go na
doradcę gospodarczego. On rok był na Cejlonie i załatwił im masę spraw, a w Polsce nikt nie
chciał z nim gadać. Ja się z nim dogadałem w komisji sejmowej, on po cichu mnie popierał,
mówił: "Niech pan zadaje takie pytanie i takie". Ale on nic, to był tchórz. Ale sympatyczny
człowiek. Pochodził z Tomaszowa XXXXX piękne miasto.

Stanisław Jerzy Lec XXXXX znałem go. Chwalił się, że jest baronem austriackim, chociaż
żydowskim. Człowiek bardzo sympatyczny, partyzant, który się tym odznaczył, że uciekł z
placówki w Wiedniu do Izraela, a potem wrócił. To się zdarzyło w okresie stalinowskim,
chyba w 1953_#54. Wystarał się o pozwolenie w konsulacie czy gdzieś indziej i wrócił. Było
bardzo śmiesznie, bo nie miał gdzie pójść, i poszedł do kawiarni literatów, z walizką, prosto z
dworca, a tam akurat Minkiewicz siedział. Wszyscy zobaczywszy Leca, zaczęli zwiewać,
myśleli, że coś "okropnego"się dzieje, bo przecież wiadomo było, że on uciekł... Natomiast
Minkiewicz podszedł do niego, przywitał się, i powiedział: "No a kiedy Cześ wraca..."
Chodziło o Miłosza oczywiście.

Jan Lechoń XXXXX znałem go mało, ale on z moim ojcem starł się kiedyś w jakiejś
prasowej polemice na temat Leona Schillera. Ojciec był recenzentem teatralnym w
"Robotniku" i napisał, że robienie z Szekspira rewii to jest bzdura, że Schiller wcale nie jest
wielkim reżyserem. I Lechoń potwornie ojca opluł, od gramofonów, od idiotów. Po czym
minęły lata i ojciec był chyba wiceprezesem P$e$n_$clubu. Mieli jakieś zebranie, a Lechoń
był sekretarzem. Ojciec siedział w prezydium, Lechoń koło niego, ale nie podali sobie ręki.
Nagle Lechoń się nachylił i mówi: "Panie Zygmuncie, niech pan mi wybaczy, byłem młody i
głupi. Czy pan nie ma pretensji?". "Nie, oczywiście". Jak przyjechałem do Paryża przed samą
wojną na stypendium, Lechoń był attach~e kulturalnym polskiej ambasady. W Paryżu były
trudności, trzeba było mieć specjalną kartę, taki paszport, trudno było to dostać. I Lechoń się
mną opiekował jak matka, przez wspomnienie ojca, załatwił mi wszystko. Potem już go nie
widziałem.

Jan Józef Lipski XXXXX mój przyjaciel, który mnie potwornie denerwuje swoim
humanizmem, demokratyzmem i nie wiem czym, frazesami. Zawsze się kłócimy, ale jest to
człowiek święty. Ja mu powiedziałem kiedyś: "Ty jesteś święty osioł". Ale się nie obraził.
Bardzo go lubię, ale te jego "Dwie ojczyzny..." to moim zdaniem bez sensu. Ale jest to
bohaterski chłopak. Starszy chłopak zresztą.

Zofia Lissa XXXXX niepoważna osoba, komunistka, która była za najnowocześniejszą


muzyką we Lwowie, za dodekafonią Sch~onberga itd. Potem stała się w Polsce właśnie
wyrazicielką socrealizmu i zwalczała te najnowocześniejsze kierunki. W ogóle zaparła się
siebie. Zresztą nie ona jedna, paru muzykologów takich było. Cała szkoła lwowska XXXXX
Chomiński, ťobaczewska, Lissa. Przed wojną byli największymi modernistami, a po wojnie
stali się konserwatywnymi socrealistami. Dużo z nią polemizowałem, wymyślałem. Po czym
ją pobili, był taki napad i ona twierdziła, iż to przeze mnie, że oni na procesie się na mnie
powołali, iż ona niszczy polską kulturę. To ciekawe, myśmy z żoną byli jedyny zresztą raz w
Moskwie i w teatrze spotkaliśmy Lissę. I o tym była mowa. Wychodzimy przed Kreml, był
wielki mróz, czerwona gwiazda na wieży. Ona opowiada, że ją pobili i mówi: "Panie Stefanie
i na pana się powołali". Ja mówię: "Wie pani, ja się z panią nie zgadzam, ale z takimi
metodami nie mam nic wspólnego". A ona: "Ja wiem nawet co pan powiedział Zygmuntowi
Mycielskiemu". Ja mówię: "A co". XXXXX "Metody nie pochwalam, ale wybór dobry". íona
się przeraziła. Ja mówię: "No nie, nie pochwalam", "No, panie Stefanie, może się zmienią
role, może panu ząbki kiedyś wybiją". I rzeczywiście, potem się trochę sprawdziło. Po czym
kiedyś po 1968 roku spotkałem Lissę i ona mówi: "No chyba pan już teraz nie ma do mnie
pretensji, jesteśmy teraz po jednej stronie". A ja na to: "To ja już nie jestem po tej stronie".
Ale nie była to zła kobieta, tylko moim zdaniem, głupia.

Ignacy Loga_$sowiński XXXXX jak byłem w Sejmie, to się mówiło, że jednostka nudy to
jest jedna loga. Myślę, że to typowy człowiek, niezdolny, konformista absolutny, oddany
Gomułce całkowicie. Tam był taki Strzelecki, właśnie Loga_$sowiński, Kliszko... Chociaż
Kliszko był wybitniejszy trochę, drapieżniejszy. A ten Loga bez wyrazu.

Miernota. ť Leopold ťabędź


XXXXX obcięto mu już obie nogi. Miał amputację jednej, jak byłem u niego w Londynie, a
teraz drugą. Poznałem go już na emigracji. To był wielki patriota. Wyjątkowy wypadek:
ojciec XXXXX pułkownik, íyd, który zginął w kampanii wrześniowej. Jego syn to świetny
facet, bardzo inteligentny, najlepszy znawca żydowskich kawałów, jakiego znałem.
Godzinami potrafił opowiadać. Bystry, ma dobrą opinię w Ameryce, profesor. No, ale
niestety, teraz XXXXX kaleka. Lecz mózg pracuje świetnie.

Andrzej ťapicki
XXXXX mało go znam. Grał w filmie, do którego robiłem muzykę XXXXX "Dziś w nocy
umrze miasto" XXXXX scenariusz był Kruczkowskiego, co śmieszne. To jest oparte na
bombardowaniu Drezna, i robił to Rybkowski, który był w Dreźnie jako wywieziony na
przymusowe roboty. O tym napisano książkę, którą mi Rybkowski pożyczył. Bo właściwie
nikt nie wie, czym był nalot na Drezno. To był nalot angielski. Ale dlaczego? Dlatego, że
Amerykanie z Rosjanami się umówili, że tam będzie główna kwatera wojsk sowieckich. I nie
powiadomili o tym Churchilla, między sobą to załatwili. A Churchill powiedział: "Tak? To
gówno tam będzie, nie kwatera..." Więc ťapicki grał w tym filmie. Teraz mu wypominają, że
czytał te stalinowskie kroniki filmowe. Ja byłem wtedy w Krakowie, nie słuchałem takich
głupstw. Kroniki oglądałem, ale w Krakowie w ogóle był inny stosunek do tego wszystkiego.
Profesor Krzyżanowski mówił: "Panie, tu jest stolica duchowa Polski, a w Warszawie?... To
banda ze Wschodu, zawsze tam była jakaś zbieranina..." A te kroniki to dziś historia XXXXX
i ciekawa.

Alfred ťaszowski
XXXXX kiedyś postać głośna, dziś zapomniana. Bardzo osobliwe koleje losu, bo kiedyś był
komunistą i nawet członkiem K$p$p XXXXX pochodzi z Cieszyna zresztą XXXXX potem
był falangistą, oenerowcem, strasznie bojowym, awanturnikiem, antysemitą itd. Po wojnie się
tak plątał, nie wiadomo co z nim, w rezultacie skończył w "Paxie" i od lat z nimi luźno jest
związany, ale pracuje, wydaje książki. Moim zdaniem niezwykle zdolny człowiek, bardzo
inteligentny. Mógł być wielkim krytykiem, co zresztą Nałkowska mu przepowiadała,
wybitnym pisarzem. Niestety, właśnie przez te polityczne historie trochę się zmarnował.
Niemniej napisał szereg ciekawych rzeczy, choćby taką powieść "Psy gończe" o Hitlerze i
Gestapo, zupełnie wyjątkowa rzecz. Nikt tego prawie nie zauważył, ja o tym pisałem zresztą.
Napisał też parę książek krytycznych. Niestety jest on prawie w moim wieku, o dwa lata
młodszy, boję się, że trochę rozminął się ze swoim czasem, zmarnowała go wojna i różne
przeżycia. Ale jest to bardzo inteligentny człowiek.
Marek ťatyński
XXXXX to wieloletni pracownik "Wolnej Europy", gdzie pracował jako Suszycki. Potem się
pokłócił z Najderem, wyjechał do Ameryki. Później został naczelnym dyrektorem R$w$e na
miejsce Najdera. Bardzo kulturalny i inteligentny facet, który napisał książkę "Nie paść na
kolana" o opozycji mikołajczykowskiej, bardzo dobrą książkę, źródłową, bez błędów
zupełnie. Postać sympatyczna, trochę nerwowa.

Konstanty ťubieński XXXXX nasz kolega ze "Znaku", przyjaciel, prezes K$i$k_u. Człowiek,
który przed wojną debiutował również u Giedroycia w "Polityce", w "Buncie Młodych". W
czasie wojny był komendantem A$k, zdaje się w okręgu tarnowskim. Po wojnie dziwne losy,
wreszcie stał się powiernikiem Piaseckiego, wszedł do "Paxu", był posłem z ramienia "Paxu",
a potem, po Październiku wystąpił z "Paxu". Był pewien czas w organizacji katolickiej
Frankowskiego i wreszcie przystąpił do nas, do "Znaku". Szereg lat żeśmy współpracowali.
Różniliśmy się nierzadko, bo on był dosyć ugodowy. Uważał, że żadnej polityki robić nie
należy tylko należy załatwiać sprawy, interwencje gospodarcze XXXXX specjalista od
gospodarki. Potem był po Zawieyskim prezesem Klubu Inteligencji Katolickiej.

Jerzy ťukaszewicz XXXXX sekretarz K$c. Była to najszkodliwsza postać z punktu widzenia
samej partii, bo to on tak zdenerwował literatów. Robił listy literatów XXXXX których
wydać, których nie wydawać. Demagog, dyktator i w rezultacie doprowadził do wszystkich
buntów. Więc dla nas może odegrał pozytywną rolę, ale dla partii jak najgłupszą. Przejął się
tym wszystkim i po okresie "Solidarności" umarł na serce. Może przed śmiercią zrozumiał
swoje błędy.

M
Ksiądz Ferdynand Machay
XXXXX sławna postać krakowska, proboszcz Kościoła Mariackiego. Kanclerz Kurii, Węgier
ze Słowacji z pochodzenia. Miał przed wojną opinię "czerwonego księdza". O reformę rolną
się upominał. Bardzo sympatyczny, wielki chłop, siwy ale jary. Przyjaciel ks. Piwowarczyka.

Władysław Machejek XXXXX chciałem nawet napisać książkę "Władysław Machejek


powiedział". O nim najrozmaitsze znakomite anegdoty krążą. Zresztą lubił popić. Postać
dwuznaczna. Potrafił się stawiać partii. Pamiętam, jak go kiedyś oskarżono, że taki reportaż z
czegoś napisał, i że tam pornograficzne elementy były. Mnie nawet powiedział: "Ja im
wsadzę jeszcze jedną babę", i napisał taki reportaż z Rumunii i w tym reportażu jakaś taka
pani się przewijała bez przerwy, która go niby oprowadza, ale właściwie to śpi z nim w
hotelu. Ale to było tak przemycone... Najkapitalniejszy z jego kawałów to był ten, jak on z
delegacją literatów pojechał do Moskwy, i tam się dowiedzieli, że ambasada polska składa
kwiaty w Katyniu. Jak co roku, jako na miejscu zbrodni niemieckiej. Wobec czego on kupił
kwiaty, pojechał z delegacją i te kwiaty złożył. Jak wrócił do Warszawy, wezwał go Kliszko i
potwornie zwymyślał: że prowokacja reakcyjna i tak dalej. A Machejek wysłuchał, wysłuchał
i powiedział XXXXX a on się jąka XXXXX "Ale to... towarzyszu, jja na... naprawdę myśla...
ałem, że to... Nie... emcy".

Antoni Macierewicz
XXXXX jest to człowiek głęboko przekonany o swojej słuszności, który jest pożyteczny jako
odtrutka na przesadny socjalizm w niektórych grupach opozycyjnych, jako taki patriotyczny
element. Ale jest chyba za bardzo zadufany w sobie... Przy tym bardzo odważny i
bezkompromisowy. Taki Polak, fizycznie trochę podobny do swojskiego Diabła Boruty.
Prywatnie przyjaźnił się bardzo z panem ťojkiem, mieli wspólne zainteresowania historyczne.
íałuję tego ťojka, bo był żarliwy ogromnie. I miał coś do powiedzenia.

Józef Mackiewicz XXXXX świetny pisarz, straszny antykomunista, z absolutną manią. Dla
niego agentem sowieckim był nawet Papież i nie wiadomo kto. A ja mu się naraziłem.
Mianowicie Jasienica mi naopowiadał, nieboszczyk, że Mackiewicz kolaborował, że wydawał
"Gońca" XXXXX takie pismo w Wilnie, proniemieckie i ja w pierwszym wywiadzie w 1957
roku z Giedroyciem coś takiego powiedziałem, że dziwię się, iż drukujecie Józefa
Mackiewicza XXXXX to kolaborant. On mi to popamiętał i jeździł po mnie przez wiele lat
jak po łysym koniu. Zrobił z nas agentów, zwłaszcza w książce "Watykan w cieniu czerwonej
gwiazdy", ale był to naprawdę bardzo dobry pisarz. Z pewną manią, ale ciekawy. Ja nawet
miałem się z nim poznać w Monachium, bo taki kolega Tomek Mianowicz z nim się
przyjaźnił, chciał mnie do niego zaprowadzić, ale akurat zachorował, poszedł do szpitala, tak,
że go nigdy nie poznałem. Stanisław Mackiewicz_$cat XXXXX rodzony brat Józefa, redaktor
"Słowa" wileńskiego i były premier emigracyjny, wrócił do Polski w 1956 roku, szalenie się z
nami zaprzyjaźnił: ze mną, z moją żoną. Bywał, często telefonował. świetny eseista, bardzo
ciekawy człowiek, znał masę różnych dowcipów. Zresztą zacytowałem w powieści, jak
rozgniewany zadzwonił tu: "Co ten wasz szef wyrabia?". ...Jaki szef?". "No ten Jan XXIII".
"No cóż ci takiego złego zrobił Papież". "Jak to, skasował św. Jerzego, czy on zwariował?
święty Jerzy XXXXX patron Litwy, patron Anglii". Ja mówię:"Tak, ale podobno św. Jerzy
nie istniał". A Mackiewicz: "To co z tego. A pan Bóg istnieje?". No i takie różne kawały
urządzał. Bardzo kolorowa postać, tylko był już chory, częściowo sparaliżowany XXXXX o
kulach chodził i niestety umarł za wcześnie. Ale mi imponował ten człowiek, bo on stworzył
sobie własne życie w Warszawie XXXXX tak jak by nie było komunizmu. Miał taką
pielęgniarkę, której rodzina XXXXX prości ludzie XXXXX przyjeżdżali z radomskiego
gdzieś, a on im opowiadał o Radziwiłłach, o hrabiach, o królach. Uważał, że największym
polskim królem był Kazimierz Jagiellończyk. Natomiast Kazimierz Wielki to był babiarz i w
ogóle zero. Straszne kłótnie były na ten temat, pamiętam kiedyś awanturę z Jasienicą. Cat w
ogóle Piastów nie cenił, uważał, że Jagiellonowie to jest ważne, bo federacja. Masę miał
różnych paradoksów. Kiedyś mówi "Polska właściwa to jest Witebsk, Mińsk, Wilno, Ryga,
Kijów". Ja mówię: "A Warszawa?" "Warszawa? Małe, żydowskie miasteczko, gdzieś na
granicy niemieckiej. Kogo by to obchodziło". Kiedyś potem pytam go: "Czy byłeś już w
Szczecinie?". On mówi: "Ja do Niemiec nie jeżdżę". Zabawny człowiek, wydał szereg
ciekawych książek eseistycznych. "Pax" mu wydawał. Bardzo go lubiłem. Karol Małcużyński
XXXXX no cóż, ja znałem całą rodzinę. Było czterech braci i siostra. Ojciec był dyrektorem
giełdy warszawskiej, sędzia Małcużyński. Dyrektor giełdy to nie był właściciel, tylko taki
rozjemca, bardzo uczciwy, szanowany. Miał czterech synów XXXXX Jerzy, Jan, który żyje,
Witold i Karol, najmłodszy. I córka Terenia, która też żyje, Minkiewiczowa. Znałem ich
doskonale, od dzieciństwa, Karola pamiętam jak jeszcze pełzał po podłodze jako maleńki
chłopczyk. Potem się okazał dziennikarzem partyjnym, nie bardzo przyjemnym początkowo,
nawet długi czas. W mojej powieści "Ludzie z akwarium" jest masę cytat z jego artykułów
tego rodzaju. Potem podobał się w telewizji, kiedy robił międzynarodowy przegląd. Z tym, że
ja mu kiedyś powiedziałem: "Ty to samo robisz, co Męclewski, tylko ładnie wyglądasz, a
Męclewski okropnie i dlatego cię bardziej lubią". Ale potem zaczął opozycyjnieć coraz
bardziej, i miał parę szlachetnych występów. Poza tym został prezesem Z$ai$k$s_u, ja
głosowałem przeciwko niemu wtedy; on powiedział: "Ja rozumiem, musiałeś głosować
przeciwko..." A potem zaprzyjaźniliśmy się, popiliśmy nawet parę razy... Syna też znam,
dzieci kolegowały się, właściwie całą rodzinę znałem dobrze. Najbardziej zabawny był Jerzy,
najstarszy, nie żyje. To był prawnik i okropny tchórz, a przy tym kawalarz. Po wojnie zapisał
się do partii i pracował w M$s$z_cie, był jakimś radcą. Jak mnie spotykał XXXXX ja
przyjeżdżałem z Krakowa XXXXX to wchodził ze mną do bramy ze strachu i mówił
szeptem: "Słuchaj, nie szarp się, siedź spokojnie, nie rozrabiaj, bierz przykład ze mnie,
widzisz, to nie są czasy na rozrabianie..." Po czym wykryli, że on ukrył pochodzenie
społeczne, ponieważ tego ojca dyrektora giełdy pominął, i jeszcze coś tam ukrył, i wylali go z
partii i z posady. Ja go spotkałem, wyglądał fatalnie, i mówię: "Słuchaj, Jurek, już wiesz,
dlaczego ja rozrabiałem? íeby mnie wylali za coś...!" Witold Małcużyński XXXXX wielki
pianista, mój kolega z najdawniejszych czasów, który mnie do "Buntu Młodych" wprowadził,
bo się znał dobrze z Giedroyciem. Jego przyjaciel Paweł Zdziechowski pisywał w "Buncie
Młodych". Oni mnie zaprowadzili do Giedroycia, że będę pisał o muzyce. Giedroyć XXXXX
pamiętam XXXXX powiedział: "Ja to jestem głuchy jak pień, ale na pewno pan będzie
świetnie pisał." Szczeniaka takiego jak ja ujął tym powiedzeniem. Zresztą o muzyce wiele nie
pisałem, zacząłem o polityce, o literaturze. Przez lata byłem takim niby impresario
Małcużyńskiego w konserwatorium, ponieważ koleżanki sprzeciwiały się, mówiły, że to nie
będzie pianista, tylko bokser. Ale okazało się, że zrobił wielką karierę. Po wojnie przyjeżdżał
szereg razy. Powiedzieć trzeba, że trochę mnie unikał, bo politycznie nie chciał się narażać,
chciał przyjeżdżać itd... No, taki jest los... Antoni Marianowicz XXXXX jest to mój
przyjaciel. Pisaliśmy nieraz coś... Na przykład wspólnie napisaliśmy "Madame Sans Gene" z
Minkiewiczem i z nim, (moja muzyka). Uważam, że zdolny i sympatyczny, doskonały
satyryk. Umiem na pamięć jego wiersz z roku 1956. Mogę go powiedzieć. Wiersz się nazywał
"W kwestii buldoga": Rzekł polityk: Rzecz to jasna chyba@ proszę państwa, że buldog to
ryba.@ A uczony, specjalista od ryb@ wnet określił gatunek i typ.@ Na szkoleniach kuli w
nas mądrości@ jakie buldog ma w swym ciele ości.@ I tylko reakcjonista i wróg@ o
buldog_rybach wątpić mógł.@ Ja w tej sprawie nawet mam alibi,@ bo milczałem w sposób
całkiem rybi,@ ale gdy mnie proszono o gest,@ żyrowałem tę sprawę. Tak jest.@ Czy mną
wtedy kierowała trwoga?@ Nie, obawa, że w kwestii buldoga,@ gdy wychylę się chociaż
ciut_ciut,@ to zaprzedam Ojczyznę i Lud.@ Dzisiaj wstydzę się bardzo, i czule@ jak
najdroższą rzecz do serca tulę@ tę najprostszą ze wszystkich prostych tez:@ proszę państwa,
buldog to jest pies.@ Tadeusz Mazowiecki XXXXX mój przyjaciel, ale nigdyśmy się w
niczym nie zgadzali. Zawsze wierzgał, jak przeciwko socjalizmowi się coś mówiło. Był
posłem "Znaku" zresztą. Byliśmy cztery lata razem, ale jedności poglądów nie było.
Natomiast jest to niezwykle porządny i uczciwy człowiek. Skompleksowany, uparty. Dla
mnie było niespodzianką, że został doradcą Wałęsy. Ja myślałem, że on będzie działaczem
duchowym, katolickim XXXXX redaktor "Więzi", a tu wdał się w politykę, nie wiem jak się
z niej wyplącze, bo chciałby, zdaje się. Ale pierwszym niekomunistycznym premierem w
P$r$l jednak został! Franciszek Mazur XXXXX to zagadkowa bardzo postać, ponieważ on
kierował sprawami Kościoła i ciężkiego przemysłu. To ciekawe, prawda? Ale ciągle
chorował, był ciągle w szpitalu. Podobno dlatego, że go strasznie pobili bolszewicy. Bo on
bardzo późno wrócił z Rosji, gdzie siedział w N$k$w$d i był bity i torturowany, i cholera wie
co... I nikt o nim dobrze nie wiedział, dlaczego on tak wysoko zajechał. A myśmy go znali,
ponieważ sprawy "Tygodnika" on właśnie załatwiał. Była raz taka podbramkowa sytuacja,
kazali nam napisać, że Amerykanie zrzucili trujące robaki nad Koreą, myśmy odmówili, i
numer pisma nie wyszedł. No i wreszcie wykombinowaliśmy, żeby Gołubiew pojechał do
Mazura. Sam. Gołubiew przyjeżdża, ale jakiś zmieszany, nic nie mówi. Więc pytamy: "No i
co on ci powiedział". A on tego Mazura przedtem nie znał. W końcu mówi: "On chyba jest z
N$k$w$d. Ale tak dziwnie mi powiedział: "Panie Gołubiew, wy jesteście porządni ludzie, to
po co wy się mieszacie... To jest rewolucja, to nie dla porządnych ludzi. Nawet nasi niektórzy
towarzysze nie mogą wytrzymać, to my ich dajemy na jakieś drugorzędne stanowiska...
Dajcie sobie spokój..."". Andrzej Micewski XXXXX skomplikowana postać, mój przyjaciel
od wielu, wielu lat. Był w "Paxie", i to bardzo ważną postacią, potem był w grupie
Frankowskiego. Wreszcie przystał jakoś do "Tygodnika Powszechnego", ale z wielkimi
bólami. Jest niesłychanie skompleksowany, obraźliwy. Uważam, że doskonałe pióro
polityczne, to znaczy o dawnej polityce pisze doskonale, jego książki XXXXX o Dmowskim,
o Piłsudskim XXXXX bardzo ciekawe. Natomiast, jak się sam weźmie do polityki, to zawsze
coś zawali. Ale nie można mu tego mówić, bo się wścieknie. I wreszcie jest pod skrzydłami
Episkopatu, był redaktorem pisma w Wiedniu "Znaki Czasu", organu Glempa. Chyba się już
trochę uspokoił. Ale z nim się przyjemnie rozmawia, bo rzeczywiście bardzo inteligentny i
błyskotliwy. Adam Michnik XXXXX znany wszystkim, zabawny człowiek, ciekawy, bardzo
odważny, z charakterem. Czy jest to wielka głowa polityczna XXXXX to mam wątpliwość.
Natomiast jest błyskotliwy niezwykle, no i odważny, w więzieniach się wysiedział.
Nieustępliwy. Tylko że on się teraz bawi polityką. Bolesław Miciński XXXXX to był mój
kolega z Uniwersytetu XXXXX chodziliśmy na Tatarkiewicza, na seminarium estetyczne i
seminarium filozoficzne. Fizycznie był zdumiewający, bo gruby, niby kwitnący, a gruźlik
potworny, miał płuca przeżarte... Bardzo dobry filozof, dobre pióro, ale Michnik, który go
wychwalił gdzieś, to zrobił to trochę na zapas XXXXX bo on, jeżeli chodzi o politykę i o
totalizm, to właściwie nie miał wielkiego pojęcia. Zwłaszcza, że był w "Prosto z mostu" u
Stanisława Piaseckiego. Mój ojciec go polecił na swoje miejsce w radio. Ponieważ on się
żenił, nie miał z czego żyć, ojciec go zaproponował. Z tym, że wyjednał, iż on będzie tylko
trzy godziny siedział w radio, żeby mógł pisać... I wtedy nagle Jan Parandowski, który był
wicekierownikiem literackim, zrobił awanturę, że co to jest, młody człowiek, a tylko trzy
godziny... dość tego... Pamiętam, że ojciec strasznie spluł Parandowskiego przez telefon,
byłem przy tym. Ojciec go nie lubił zresztą. A z Micińskim pożegnaliśmy się w Lublinie. Ja
jechałem do wojska, a oni jechali właśnie z radiem gdzieś tam. Wylądował we Francji i tam
umarł na gruźlicę. Doskonale pamiętam to pożegnanie w 39 roku: ja do Zamościa do wojska,
a on z radiem... w niewiadome... Juliusz Mieroszewski XXXXX raz w życiu z nim
rozmawiałem. W Londynie, parę godzin. Pokłóciliśmy się, bo on zawsze twierdził, że jest
socjalistą. Ja mu mówię: "Jaki tam z pana socjalista, pan nie ma pojęcia co to jest właściwie,
zresztą słowo jest wieloznaczne". Ale bardzo błyskotliwy publicysta, bardzo dobry. Tylko, że
zmieniał poglądy i punkty widzenia, czego Giedroyć nie zauważał. On potrafił w dwóch
sąsiednich numerach napisać XXXXX w jednym, że "Pax" to hańba i kolaboracja, a w
drugim, że to jedyna koncepcja przeciwstawienia komunistom dwuwładzy. I nie pamiętał, co
napisał przedtem. Jak się Giedroyciowi mówiło, że on zmienia poglądy, to bardzo się
gniewał. Ale był to świetny publicysta. Nie ma już w "Kulturze" takiego politycznego
publicysty. Tak zdolnego. Stanisław Mikołajczyk XXXXX postać historyczna, osobiście go
nie znałem. Znałem dobrze Korbońskiego, jego nie. Natomiast słyszałem jego sławne
przemówienie na Placu Teatralnym, kiedy przyjechał. To był chyba maj 1945. Wśród ruin
XXXXX tłum się zebrał i on przemówił. Miał strasznie niepolski akcent, bo to był Polak z
Westfalii, a jeszcze siedział długo na Zachodzie XXXXX no, ale zaczął przemówienie:
"Bracia i siostry!..." i wtedy był płacz ogólny na placu, bo uważali, że przyjechał zbawca, że
będzie ratował. Nie bardzo udał mu się ten ratunek, jak wiemy. Był pewien, że wygra
wybory, odwiódł nawet Hlonda od popierania grupy katolickiej. Zrobiono oszustwo wyborcze
stuprocentowe i dostał 24 mandaty, co było kpiną już kompletną. Złożył protest w Sejmie na
pierwszym posiedzeniu. Powiedział, że to oszustwo. Zrobili przeciwko niemu demonstrację,
wytupali go pepeerowcy. Skończyło się tak, że nawiał na czas. Ale nawiał trochę nielojalnie
wobec swoich przyjaciół, bo w ostatniej chwili powiedział Korbońskiemu, swojej sekretarce...
w ogóle nie pomógł, i dopiero oni nawiewali jak kto mógł. Pani Hulewiczowa, jego
sekretarka została złapana gdzieś w Tatrach. Tutaj Różański się nią "zaopiekował". A
Mikołajczyk był najpierw w Paryżu, potem w Londynie, wreszcie w Waszyngtonie. Napisał
zresztą pamiętniki. Chciał dobrze, chciał pokazać, że on próbuje współpracować, że on chce
w nowej sytuacji dogadać się z Rosją i zademonstrował, że nie można w tej sytuacji. Jest taka
książka ambasadora Ciechanowskiego, tam jest opisane, jak Mikołajczyk przyjeżdża do
Moskwy, i Stalin żąda, żeby on rozmawiał z Bierutem, z Osóbką, którzy też przyjechali. Ale
on nie chciał rozmawiać. No i przyjeżdża Churchill i robi mu awanturę: "Pan musi z nimi się
dogadać, co pan myśli, że my o was będziemy drugą wojnę toczyli, co pan sobie wyobraża, że
Polska jest pępkiem świata, niech pan będzie realistą, bo jak nie, to my się pana
wyrzekniemy". Krzyczy strasznie, ale Mikołajczyk czerwony mówi, że nie, że on z Bierutem
nie pójdzie. Wreszcie Churchill się uspokoił, zapalił cygaro i innym tonem nagle mówi: "Ale
mordy to oni mają okropne, pan ma rację". Cały Churchill. Czesław Miłosz XXXXX postać
sławna, znam go od lat wielu, od roku 1937. Muszę powiedzieć, że był takim moim ojcem
literackim, ponieważ namawiał mnie do pisania. Był pierwszym czytelnikiem powieści
"Sprzysiężenie" w czasie okupacji i sprzedał ją, ponieważ był sekretarzem takiego milionera
okupacyjnego, pana Ryńcy, też z Wilna. Pan ten robił jakieś niesamowite interesy na
przemycie, na licho wie czym, no i kupił to "Sprzysiężenie", wydał je po wojnie w firmie
prywatnej, którą założył: "Panteon". Ale firma ta długo nie istniała. W każdym razie Miłosz
był takim moim ojcem duchowym literackim. Bardzo bystry człowiek, świetny poeta.
Niestety, wyjechał, wyemigrował. Trochę był w tym udział mojej żony, bo gdy przyjechał do
Krakowa (gdy był na dyplomacji w Ameryce) mnie akurat nie było. íona zapytała, czy on się
nie boi, że go tu zatrzymają. "Jak to, więc potwierdzasz, że to się zdarza?". "Oczywiście, to
jest zupełnie możliwe". On się tak przeraził, że biegiem pojechał do Warszawy, tam spotkał
Putramenta, który powiedział: "A wiesz, mamy wobec ciebie inne zamysły. Ty już chyba nie
wyjedziesz". No to wtedy krew go zalała. Jego żona była w ciąży w Nowym Jorku. Wiedział,
że to skończy się fatalnie. Pojechał do Modzelewskiego XXXXX ministra spraw
zagranicznych, zresztą ojca Karola XXXXX przybranego ojca. Modzelewski za niego
gwarantował, że wróci. On pojechał i nie wrócił. Widywaliśmy się za granicą szereg razy, w
Paryżu. Nawet teraz dwa lata temu, ale nie bardzo się zgadzamy, bo on zawsze miał snobizm,
że jest lewicowy i postępowy i nie nacjonalista, że w ogóle jest Bałt, a nie Polak, i takie tam
różne. Jeszcze jak był w Warszawie, jako laureat Nagrody Nobla, też żeśmy się trochę
poprztykali, ale nie było czasu. A za granicą to już na serio i nawet o Dmowskiego się
pokłóciliśmy. On nie czytał Dmowskiego. Ale jest to wybitny człowiek, sławny człowiek.
Może do spraw polskich stracił nieco smykałkę, no ale jeśli się siedzi w tym Berkeley... On
zresztą nie lubi Ameryki i napisał książkę "Widzenia nad zatoką San Francisco", szalenie
antyamerykańską; tutaj mało znaną. Ciekawy człowiek. Jego żonę znałem jeszcze, gdy nie
była jego żoną, długie lata przed wojną. Janusz Minkiewicz XXXXX nawet książka teraz o
nim wyszła... Przez wiele lat zwalczaliśmy się i to ostro, nawet w tej książce jest zacytowane,
jak go zwymyślałem kiedyś, a osobiście żeśmy zawsze na wódkę chodzili. Był to dziwny
"filozof": pesymista, który patrzył na wszystko co się dzieje zawsze z przymrużeniem oka
XXXXX i w czasie okupacji, już wtedy go znałem, i po wojnie, i w różnych etapach.
Doskonale rozumiał różne punkty widzenia, potrafił sobie pokpić z Bieruta, potrafił sobie
pokpić z Wyszyńskiego... Był to duch nocnych lokali, codziennie wypijał te swoje pół litra...
Nieprzeciętna postać, ale zmarnował talent, bo niewątpliwie duży talent to on miał. Pod
koniec życia, pamiętam, kiedy cenzura go już całkowicie zniszczyła XXXXX bo tak od
lewicy do prawicy się przesuwał stopniowo XXXXX to właściwie robił tylko taki kabarecik
reklamowy, który szedł w radio, to były reklamy, wierszyki do starych melodii. I kiedy go
spytałem o to, powiedział: "Ponieważ władza nie pozwala mi wykonywać mojego zawodu
satyryka, więc ograniczyłem się do działalności zarobkowej: pół godziny w tygodniu". To
właśnie był ten kabarecik. Wykończył się chyba jednak tym stałym piciem. Ja też lubię popić,
ale trzeba robić przerwy, a on alkohol traktował już jako środek nasenny. Ostatnio pił dopiero
po dziesiątej wieczór, w domu, przy telewizji, przy czym wyłączał fonię, bo mówił, że nie
lubi hałasu... Alfred Miodowicz XXXXX wydawało się, że jest to tylko marionetka, a w tej
chwili on zdaje się uwierzył w swoją autentyczność, i ma często większą popularność u
robotników niż "Solidarność". Bo stawia żądania, jemu wszystko jedno: żąda większej płacy,
większej indeksacji i tak dalej... I co mu kto zrobi? Nie był politykiem samodzielnym, ale tak
teraz wygląda, że ma ambicję. Chciałby się przekształcić. Tak samo jak Stronnictwo Ludowe,
czy SD. Oni nagle autentycznieją, mówią ostrzej od innych, nie chcą być marionetkami...
Leszek Moczulski XXXXX z Moczulskim dwa razy w życiu rozmawiałem. No oczywiście,
że jest wariat, ale taki bardzo przekonany, idealistyczny, umiejący argumentować, nawet w
sprawach niesłusznych. I przy tym on jest umysłowo szerszy niż jego zwolennicy, bo jednak
potrafi spojrzeć na sprawy ogólniej. Ja mu powiedziałem w ostatniej rozmowie... on mówił,
że trzeba się oprzeć na Ukrainie, co mnie zirytowało i odpaliłem: "A ja uważam, że na Rosji.
Pański Piłsudski to w ogóle nie miał racji, Dmowski miał rację". I mówię: "Jak pojadę do
Moskwy i będę rozmawiał z Gorbaczowem, to powiem XXXXX "Panie Gorbaczow, musi
pan uważać z nami, bo tu jest taki wariat w Warszawie, Moczulski, i on wam zrobi powstanie,
więc uważajcie". A Moczulski powiedział na to: "Dobrze, ja się na to zgadzam. Daję panu
moje upoważnienie". M (c.d.) Dominik Morawski
XXXXX wieloletni korespondent "Kultury" w Rzymie. Dawny sekretarz Popiela, działacz
Stronnictwa Pracy. Wywiał z Polski, zagnieździł się w tym Rzymie, pracuje też dla agencji
angielskich, dla Reutera, dla pism włoskich. Zabawne, bo w jednej z "Kultur" Giedroyć się od
niego odciął, że ma inne poglądy itd. Tu muszę się pochwalić, że ja kiedyś powiedziałem
Giedroyciowi, iż nie ma działu katolickiego w "Kulturze" i on wtedy tego Dominika wynalazł
w Rzymie i przez lata Dominik tam pisywał. Kazimierz Morawski XXXXX Adzio tak zwany,
szef Ch$s$s, były członek Rady Państwa. Moim zdaniem absolutny karierowicz, który
wszystko zrobi, żeby piąć się do góry po tym katolicyzmie. No i osiągnął to... Ale nikomu nie
wadzi... I właściwie całkiem inteligentny. Stanisław Morawski XXXXX pułkownik, to były
szef w M$s$w od spraw katolickich. Nie pamiętam, jakie miał stanowisko. Rozmawiałem z
nim tylko raz. Dziewięć lat nie dostawałem paszportu (1962_#1971), Kliszko mnie
zablokował. Złożyłem podanie, zachęcił mnie do tego Kraśko XXXXX to był wicepremier,
nawet przyzwoity bardzo człowiek XXXXX i dostałem ten paszport. Ale wezwali mnie na
Koszykową. Przyszedł jakiś facet XXXXX nie wiedziałem, kto to jest XXXXX to był właśnie
płk. Morawski. Mówi: "Proszę pana, widzi pan, nie dostawał pan paszportu, a teraz pan
dostał, czyli coś się w Polsce zmieniło, prawda?". Ja mówię: "No właśnie". On mówi: "Pan
tam będzie na Zachodzie, pan będzie się widział z tymi tam z Wolnej Europy". Ja mówię:
"Tak, to są moi znajomi, przyjaciele". "My nie mamy nic przeciwko temu, pan jest
politycznie wyrobiony". No, taki komplement. I potem na pożegnanie mówi: "Moje nazwisko
Morawski", ja mówię: "Ach, to pan pułkownik od katolicyzmu". On z kolei: "Tak, ale nie
pułkownik, już jestem cywilem". I tyle go widziałem. Zresztą później wyleciał. Był chyba w
ambasadzie w Pradze, czy gdzieś. Po nim była taka pani Siemaszkiewicz, ubeczka absolutna.
Zygmunt Mycielski XXXXX towarzysz mojego życia, tak jak Miłosz od bardzo wczesnych
lat. Kompozytor, krytyk, pisarz, hrabia, podróżnik. Bez przerwy mieliśmy ze sobą do
czynienia. Ja byłem pierwszym redaktorem "Ruchu Muzycznego" po wojnie i jego
założycielem. Jak wrócił Mycielski ze stalagu, to zostaliśmy we dwóch. Redagowaliśmy
razem to pismo. Potem mnie wyrzucono, on został. Potem jego wyrzucono, i takie różne
przeplatanki cały czas się odbywały. Potem on był redaktorem naczelnym nowego już "R$m".
Potem go wylano po 1968 roku. Dyskutowaliśmy dużo, bo mieliśmy poglądy muzyczne
zupełnie odmienne. Ja uważałem, że muzyka nie wyraża treści uczuciowych, czy
obrazowych, tylko jest pewną abstrakcją. On bardzo się gniewał na ten pogląd. Uważał
inaczej. Dużośmy dyskutowali, dużośmy o sobie pisali. Jest to postać, która jakoś przejdzie
do historii kultury polskiej. Zwłaszcza, że na starość skomponował najlepsze swoje rzeczy,
m.in. "Musica Sacra", właściwie to jest msza, która była wykonywana podczas
"Warszawskiej Jesieni". Najlepszy jego utwór. Postać z samego miąższu kultury polskiej.
Mieczysław Moczar XXXXX postać... posiedzieć raczej niż postać. Był ministrem spraw
wewnętrznych, gdy ja byłem posłem. Między innymi Władysława Bartoszewskiego
wybroniłem, bo interweniowałem, gdy on nie dostawał paszportu. Chodziłem XXXXX był
taki płk. Janic, szef gabinetu Moczara XXXXX i tłumaczyłem mu, że Bartoszewski,
zasłużony, był w Radzie Pomocy íydom, zapraszają go do Izraela, a on nie dostaje paszportu.
Bo ciągle nie dostawał. I wreszcie dostał. Spotkałem gdzieś Moczara w Sejmie, mówię:
"Bardzo panu dziękuję, widzę, że w Polsce można coś załatwić". Moczar się okropnie
skrzywił, patrzył na mnie wrogo i powiedział: "Słuszną sprawę można zawsze załatwić". I
wtedy Władek Bartoszewski powiedział: "Ja jestem "słuszna sprawa" ministra Moczara". Jaki
to był człowiek? Ciekawy w jakiś sposób. On był inicjatorem tego, żeby akowców ułaskawić,
Radosława przyjął, szalenie się spopularyzował wśród akowców. Natomiast przypisano mu
antysemicką czystkę, zwłaszcza w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zrobili mu złą opinię.
Czegoś on chciał, był to jakiś polityk. 1968 rok to była chyba jego intryga przeciwko
Gomułce. Gomułka wyjechał do Bułgarii, a oni tu zrobili taką drakę, żeby go oskarżyć, że on
sobie nie daje rady z ulicą, ze studentami itd. Te "Dziady" to też była inscenizacja, bo Kliszce
pokazano takie przedstawienie "Dziadów", gdzie co chwila jakaś klaka klaskała, gdy na
przykład było powiedziane, że z Rosji przysyłają samych łajdaków. Tak szereg razy klaskano
i Kliszko się okropnie zdenerwował, że to jest antysowieckie. Zrobili intrygę przeciwko
Dejmkowi. To wszystko było "inscenizacją" moim zdaniem, ale młodzież nie rozumiała tego,
wzięła rzecz na serio w wielu wypadkach. Ja wtedy też podpadłem z tymi "ciemniakami". Za
kulisami stał Moczar, ale nie doszedł do rządów. I jeszcze, kiedy Gierek był I sekretarzem,
Moczar zrobił próbę w Olsztynie. Na własną rękę zwołał wojewódzkich sekretarzy, własne
plenum zrobił, ale Gierek się zorientował, przyjechał na czas. Wywalił Moczara, mianował
Szlachcica. I skończyła się kariera. Ale on chciał dojść do samej góry chyba. N Zdzisław
Najder XXXXX jeden z moich wychowanków właściwie. Bo w tym tzw. Klubie Wariatów
Liberałów był Tyrmand, Najder, Chrzanowski, Gawlik i inni. Literat, znawca Conrada, ale
miał utajoną żyłkę polityczną. Dużo jeździł za granicę, świetnie mówił po angielsku, miał
jakieś stypendia amerykańskie. No i został jak wiadomo, zresztą niespodziewanie, szefem
Wolnej Europy. Jeszcze w "Trybunie Ludu" ukazała się pochwalna recenzja jego książki o
Conradzie, a on już był dyrektorem. To oni się potem wściekli, że ich tak nabrał, dostał karę
śmierci. Dyrektorem już nie jest, do Polski chyba nie wróci XXXXX po takiej karze... Bardzo
porządny człowiek, ale straszny uparciuch. Kłócił się z różnymi ludźmi. To chyba przyczyna
jego dymisji. Zofia Nałkowska XXXXX znałem. Była to erotomanka, dobra pisarka. Ona nie
ukrywała erotomanii, ale raz się nacięła... Bo się zakochała w pewnym człowieku, i nie mogła
zrozumieć, dlaczego on nie... reaguje. A był to Karol Szymanowski, po prostu "pedał". Ona
się długo nie mogła zorientować o co chodzi. Norbert Nieświski (Filip Ben) XXXXX
poznałem go w Paryżu. Skierował mnie do niego Jerzy Giedroyć, to znaczy on zadzwonił do
Giedroycia, że słyszał, iż ja przyjechałem, chciałby się zobaczyć. Więc Giedroyć nas umówił
w Caf~e de la Paix, a ja mówię: "No dobrze, ale jak ja go poznam?" A Giedroyć mówi: "Od
razu pan go pozna: pogrom w Kiszyniowie". Więc on się tu wsławił jako korespondent "Le
Monde" w czasie Października 56. Niuchał wszystko. Przychodziłem do niego do redakcji
"Le Monde", gdzie była ciekawa rzecz, bo prosił mnie, żeby nie rozmawiać z nim po polsku
przy innych ludziach, tylko po francusku. Więc raczej był ostrożniak, ale świetny dziennikarz.
Adolf Nowaczyński XXXXX sławna postać, niebywała, o olbrzymim temperamencie,
paszkwilant, pisał znakomite napaści na różnych ludzi, kiedyś zaczął jako anarchista w
Krakowie. Kiedy zamordowano cesarzową austriacką w Genewie, on zaczął w kawiarniach
wznosić okrzyki "Niech żyje anarchia!". Aresztowano go. Ale ponieważ ojciec był znanym
radcą izby skarbowej w Krakowie i z Austriakami żył dobrze, więc skończyło się tylko na
wyjeździe. Wyjechał do Niemiec, no i robił różne kawały. Na przykład, przysłał do "Czasu"
korespondencję z Monachium, z wystawy obrazów, z nazwiskami malarzy, a wszystko było
wymyślone. Ani takiej wystawy, ani takich malarzy, nie było, więc robił sobie kawały. Po
czym stał się endekiem, sławna kariera endecka. Pobili go piłsudczycy, wybili mu oko. Pisał
o Piłsudskim, że jest to "komendiant", "brygandier" Piłsudski. Bardzo antyniemiecki, był
bojowym endekiem, antysemitą. Pisał pamflety, znakomite zresztą. "Małpie zwierciadło"
XXXXX taka znana jego rzecz. I sztuki teatralne. Specjalnie z rodziną naszą, czyli ojca, miał
na pieńku, z moim stryjem, Janem Augustem Kisielewskim, o którym napisał, że to jest
bardziej August niż Jan, a August to taki błazen w cyrku. Pobili się laskami w teatrze. Z
moim ojcem też wymienili listy z okropnymi wymyślaniami. Ojciec napisał o nim felieton, że
żeby nie pójść do Legionów, to poszedł do Wermachtu. Nagle przychodzi okupacja. Ja go
poznałem w "Kuchni Literatów", gdzie moja żona pracowała. Był szalenie miły, zabawny, do
głowy by mi nie przyszło, że to jest ten Nowaczyński. ťagodny, nieśmiały nawet. Trzeba
powiedzieć, że wódkę pił cały dzień, miał przy sobie zawsze piersiówkę, jak się dziś mówi.
Zbierał materiały, miał całą teczkę "Schickelgruber". Bo to mówili, że Hitler nazywał się
Schickelgruber naprawdę, i on zbierał takie różne hece. W Karolinie, gdzie dziś jest
"Mazowsze", Haberbusch i Schiele ufundowali dom wypoczynkowy dla pisarzy, literatów,
profesorów. Tam pojechał mój ojciec na dwa tygodnie. Ja przyjechałem po ojca, żeby go
przywieźć do Warszawy. Siedzimy przy kolacji, gdy nagle wchodzi Nowaczyński i idzie w
stronę ojca. Pomyślałem, że będzie jakaś awantura okropna, już chciałem bronić. A on nagle
podchodzi i mówi: "Dzień dobry panie Zygmuncie, cieszę się, że pana widzę" XXXXX
wyciąga rękę, no więc się uściskali. Chciał zademonstrować, że już nie ma różnic w czasie
okupacji. Bardzo sympatyczna postać, a w biurze okropnie był zadziorny. Autor sztuk, zresztą
"Fryderyk Wielki" do dzisiaj chodzi. Niedawno grali w Krakowie jego sztukę "Wiosna
Ludów w cichym zakątku". Satyra na Kraków, bardzo ośmieszająca. Umarł tuż przed
powstaniem, jego trumnę nieśli przyjaciele m. in. stary Solski, który wtedy miał Bóg wie ile
lat. Jan Nowak czyli Jeziorański XXXXX poprzednik Najdera. Moja żona zna go jeszcze z
czasów okupacji, z "Kuchni Literatów". Ja go też tam widywałem. Człowiek wielkiej odwagi,
uważam, że był świetnym dyrektorem. Przy tym łączył dwie rzeczy, był tym bohaterem
XXXXX "Kurierem z Warszawy", a jednocześnie wielkim realistą, do powstań nie zachęcał i
umiał z Amerykanami rozmawiać, co nie jest łatwe, bo tam nie najmądrzejsi ludzie byli w
tym Monachium. Ale on potrafił tą opinią bohatera okupacji zażyć ich tak, jak chciał. Wielka
szkoda, że wytoczył proces o oszczerstwo, nie wygrał. Chodziło o to, że jakiś Gerlich, który
podał się za Niemca wyjechał z Polski i za granicą zaczął pisać różne herezje, m.in. napisał,
że Nowak był treuhaenderem z ramienia niemieckiego w paru kamienicach Warszawy. Nikt
nie wiedział o tym, że bardzo wielu ludzi było treuhaenderami, bo gdy właścicielami domów
byli íydzi, to oni prosili kogoś, żeby ich reprezentowali, bo z nimi NIemcy nie chcieli gadać.
(Można by zresztą paru znajomych treuhaenderów wymienić). Dla Nowaka, który
konspirował, to w ogóle miało inne znaczenie. W sądzie Gerlich powołał się na książkę kpt.
Czechowicza, a nie tego, który go cytuje. Trudno było skarżyć Czechowicza. I Nowak podał
się do dymisji. Teraz, niedawno, dwa lata temu zapytałem go: "Powiedz mi, właściwie
dlaczegoś wytoczył ten proces?". A on mówi: "Chcesz znać całą prawdę:". "Tak".
"Wytoczyłem ten proces, bo mi Pan Bóg rozum odebrał". Bardzo ładna samokrytyka. Jest to
świetny facet, bardzo wpływowy w Waszyngtonie w tej chwili. Przyjaciel Zbigniewa
Brzezińskiego. Tadeusz Nowakowski XXXXX bardzo dobry pisarz, ma ogromne kompleksy,
że go nie czytają w Polsce, a jest tłumaczony w Niemczech, nawet dość znany. "Obóz
wszystkich świętych", później była taka jego znakomita nowela o postępowych Niemcach, w
"Kulturze" drukowana, świetna, ironiczna. Bardzo dobry pisarz. Mógłby być jeszcze lepszy,
gdyby tutaj przyjechał, bo tu jest ciekawy materiał, ciekawe tworzywo. W tej chwili pokłócił
się i z "Wolną Europą", i tu nie przyjeżdża, no a Niemcy go traktują średnio... jest w ogóle z
Bydgoszczy, gdzie chodził do gimnazjum i przed wojną dostał jakąś nagrodę młodych,
literacką. Ostatnio był reporterem Papieża, jeździł, popularyzował: ale to gorsze książki.
Szkoda go... Przydałby się tutaj. O Włodzimierz Odojewski XXXXX mało go znałem,
właściwie w Polsce go prawie nie widywałem, aż wyjechał. Bardzo dobry pisarz, ciekawy
człowiek. Znalazł się w "Wolnej Europie". Nie ma co wiele mówić, bo mało go czytałem,
teraz zacznę. Stefan Olszowski XXXXX ja go nie znam osobiście, ale mam o nim pogląd, że
jest to nie żaden "beton", tylko człowiek, który idealnie nie ma żadnego poglądu na nic.
Natomiast ma taktykę i chęć dojścia do władzy. No więc to lepsze jest niż ideowcy, Kociołek,
albo nawet Gomułka. I na plus mu muszę zapisać, że on pod koniec kadencji Gierka
zaprotestował. Napisał taki memoriał do Biura Politycznego o długach zagranicznych, o złej
sytuacji gospodarczej, i wylali go wtedy do Berlina Wschodniego na ambasadora. Za karę, to
było zesłanie. No i potem już jedni go uważali za strasznego betoniarza, inni go uważali za
intryganta. Był ministrem spraw zagranicznych, ale skończył dziwnie XXXXX to znaczy
może jeszcze nie skończył XXXXX bo zdaje się, że się ożenił, w Nowym Jorku się go
widuje. Dziwne zakończenie kariery. Ale to zdolny polityk niewątpliwie, a to u nas rzadkość.
Zwłaszcza w partii. Edmund Osmańczyk XXXXX miał piękną kartę po wojnie, to nawet mój
kolega z konspiracji, poniekąd byliśmy z tej samej grupy radiowej. On się ukrywał w
Warszawie, bo był Polakiem z Niemiec i został zmobilizowany. Po wojnie bardzo dobre
"Sprawy Polaków". Bardzo dobry publicysta, ale stopniowo zaczął się skłaniać w stronę
wazeliny. Podobno wpłynął na to fakt, że mu książkę o Moskwie skonfiskowali. Najpierw
napisał książkę o Ameryce, która poszła, a potem pojechał do Moskwy, napisał książkę i mu
zdjęli. Wtedy się jakoś zniechęcił i lawirował jako poseł, jako publicysta, korespondent,
lawirował nie zawsze sympatycznie dla mnie. Oddalił się bardzo od nas, bo on właściwie w
"Tygodniku" debiutował. Ale potem zaczął wracać pod wpływem błędnej polityki
narodowościowej na Opolszczyźnie, na śląsku. Zobaczył tu cały bałagan na Warmii i
Mazurach, gdzie także najlepsi Polacy wyjechali do Niemiec. Zaczęło go to wściekać. I już
potem zajmował stanowisko opozycyjne, uczciwe, nie bał się. P Andrzej Panufnik XXXXX
kompozytzor. Jeden z najdawniejszych moich kolegów, razem z Lutosławskim, znam go
chyba już 60 lat. Bardzo zdolny, tylko miałem do niego pretensję, że uciekł jako niby straszny
antykomunista. A tutaj pisał "Symfonię pokoju" i "Pieśń połączonych partii" i różne takie, no
a potem się zmienił. Gdy spotkaliśmy się w Londynie na jego koncercie, powiedziałem: "ále
zrobiłeś, żeś wyjechał przed Październikiem". A on mówi: "Co, kazali ci to powiedzieć?". Ja
mówię: "Słuchaj, mój kochany, mnie nie kazali napisać "Pieśni połączonych partii" i
"Symfonii pokoju". To tobie kazali najwyżej". No i rozstaliśmy się nie bardzo... a potem go
już nie widziałem. Teodor Parnicki, to specjalny rodzaj pisarza XXXXX fanatyka pisarstwa,
który ma swoich równie fanatycznych czytelników, a ma też takich, którzy nic nie
rozumieją... No, ale to nieprzeciętna osobowość, że wrócił do Polski po tych Meksykach
wszystkich... Przywiązany do pisania, niesamowicie pracowity. On parę razy do mnie
zadzwonił i mówił trzy kwadranse przez telefon, nie dając sobie przerwać. Więc na tym
polega znajomość. I to raz mówił o miłości, co znaczy miłość w życiu... Wtedy chyba całą
godzinę... Daniel Passent XXXXX niewątpliwie dobre pióro, czasem bywa odważny, kiedy
wie, że można. Czasem drażni okropnie uległością i wazeliną, ale ja pamiętam jego jeden cykl
artykułów, który na mnie zrobił wielkie wrażenie, to było bardzo dawno, w czasie wojny
wietnamskiej. On pojechał podobno na własny koszt. To się nazywało "Sto dni w Sajgonie". I
to było zupełnie co innego, niż pisała cała nasza prasa, ja pomyślałem sobie XXXXX facet
jednak ma kręgosłup od czasu do czasu. Pisanie w "Polityce" to jest w ogóle tańczenie na
linie. Raz taki stosunek rządu, raz inny. Ja pamiętam rzeczy bardzo śMiałe, ale i pamiętam tak
samo okropne, że aż wstyd. W mojej książce "Bez cenzury" jest słowo wstępne na temat
"Polityki". Była w K$i$k_u dyskusja, zresztą z udziałem pracowników "Polityki" i ja
zagajałem. Tam wszystko powiedziałem: i o tym piśmie, i o Passencie, nawet dość
pochlebnie. Aleksander Paszyński XXXXX jest to mój typ na ministra albo premiera. Myślę,
że to jest bardzo mądry człowiek, znający się na gospodarce. Dwadzieścia lat był
współpracownikiem Rakowskiego w "Polityce". Teraz rozmawiałem z Rakowskim w
ambasadzie francuskiej, okropnie rozgoryczony... A ja mu powiedziałem: "Wie pan, nie
można się obrażać na naród, a pan temu narodowi ciągle coś zasunie, i potem pan się gniewa.
Jeden PIłsudski potrafił wymyślać Polakom, a był lubiany. To się nie powtarza..." Co do
Paszyńskiego: bardzo mądre trzy artykuły, przeciwnik marksizmu chyba najbardziej
zdecydowany w tym co pisze. No, i zna się na rzeczach różnych. Tak, że bardzo go polecam.
Przy tym człowiek kulturalny, można go pokazać Zachodowi... Tadeusz Peiper XXXXX
niektórzy mówią, że geniusz. Wariatem był na pewno pod koniec życia, podejrzewał, że go
chcą otruć, i ciągle zmieniał restauracje gdzie jadał. To w ogóle był taki Cygan przedziwny.
Mieszkaliśmy nawet w jednym domu w Krakowie. Był znany z tego, że ponieważ nie miał
klozetu, to wyrzucał... gówno, że tak powiem owinięte papierem... oknem wyrzucał. Był
szalenie inteligentny, ale ten obłęd wzrastał w nim. Niektórzy uważają, że to był w ogóle
geniusz i twórca całej teorii nowoczesnej poezji. A ja pamiętam jego powieść bardzo
śmieszną, która się nazywa "Szósta, szósta". Taka powieść obyczajowa, zabawna. Poza tym
pamiętam, że pisywał po trochu w "Dziś i Jutro". Bardzo ciekawy artykuł napisał w obronie
pani Dulskiej, omawiając komedię Zapolskiej, gdzie dowodził, że pani Dulska to istota
nieszczęśliwa i w swoim rodzaju bohaterka. Józef Piłsudski XXXXX nie będę mówił, bo cóż
tu mówić. Widziałem go szereg razy, a najbardziej wstrząsający widok to był po klęsce pod
Kijowem, to znaczy po odwrocie kijowskim. Na placu Trzech Krzyży przypadkiem szedłem z
ojcem i nagle patrzymy, że idzie masę wojska, takie wojsko pobite, już bez dyscypliny, po
czym jedzie dorożka, i w dorożce siedzi Piłsudski, mocno przygarbiony, wąsy mu wiszą.
Niesłychane w ogóle widowisko. Poza tym widywałem go w Alejach, bo on chodził tutaj
pieszo. Sam, albo z Wieniawą_Długoszowskim. Mówić nie będę, bo wszyscy wiemy. Ksiądz
Jan Piwowarczyk XXXXX bardzo wybitna postać. Bardzo przyzwoity człowiek. W jakimś
sensie mój protektor, to znaczy, stale mnie rugał, że ja jestem zgniły liberał i popieram
kapitalizm, że to nie ma nic wspólnego z Kościołem ani z katolicyzmem. Ale wszystko
drukował co napisałem i pamiętam, że kiedy "Sprzysiężenie" wydałem i podniósł się krzyk,
że to pornografia, to ks. Piwowarczyk powiedział: "No panie Kisiel, że pan pisze pornografię,
to rozumiem, ale że taką nudną, to już niewybaczalne". Stale robił takie różne dowcipy.
Później go odsunęli, bo milicja kazała mu wyjechać z Krakowa. Wrócił do Kalwarii
Zebrzydowskiej, skąd pochodził. Tam pod opieką milicji mieszkał. Do "Tygodnika"
przyszedł ks. Bardecki jako delegat Kurii. Kiedy przyszedł "Znak", zostałem posłem i
dostałem od "Piwowara" depeszę. Depesza była taka: "Wielebnemu panu posłowi winszuję
zaufania wyborców, ludu, który pana wybrał". A potem: "Kisielu, cóżeś za małpę z siebie
wystrugał. Ks. Piwowarczyk". Bardzo miłe. Bardzo wybitny publicysta, taki właśnie
chadecki: chrześcijańska teoria społeczna. Teraz "Znak" wydał jego książkę XXXXX
ciekawą, która nie postarzała się zupełnie. Wyjątkowy ksiądz, który miał zamiłowanie do
dziennikarstwa, do publicystyki. Przed wojną był redaktorem naczelnym "Głosu Narodu"
XXXXX to takie chadeckie pismo w Krakowie. Turowicz był jego zastępcą. Opiekował się
nami w "Tygodniku" z ramienia Kurii, ale naprawdę był bardzo liberalny i wszystko puszczał.
Adam Polewka XXXXX specjalna postać krakowska. Krakauer absolutny, syn murarza,
komunista "od sprzed wojny", ateista, znana postać krakowska XXXXX bluźnił, herezje
urządzał. Po wojnie został posłem. Gadał masę. Mieszkaliśmy w tym samym domu, piętro
niżej, więc okazji do spotkań i awantur było mnóstwo, z tym, że dzieci się przyjaźniły (coś w
rodzaju Romeo i Julii). Pamiętam, że gdy kiedyś przyszedłem, akurat było Koło Młodych,
którym opiekował się Polewka, on tam opowiadał różne komunistyczne trele_morele. Ja
mówię: "Dobrze, ale czy pan opowiedział o tym, że pan uciekł ze Lwowa do Krakowa
XXXXX pod okupację niemiecką, żeby nie zostać posłem sowieckim". Bo go chcieli
Rosjanie zrobić posłem. A on mówi: "Wy zawsze jakieś takie rzeczy mówicie nie ~a propos".
Trzeba powiedzieć, żeśmy się znosili. Nawet gdy mnie chcieli wywalić ze Związku Literatów
XXXXX Turowicza i mnie. Mnie za to, że powiedziałem, iż Stalin coś głupiego napisał. Ja
się broniłem i powiedziałem, że Stalin głupi nie jest. Wojnę wygrał, więc widać. A poza tym
coś takiego powiedziałem, że: "Wolno psu na Pana Boga szczekać. Na Napoleona też
wymyślali, na Piłsudskiego też wymyślali". Mnie bronili koledzy. Cały sąd był. Wtedy
Polewka, przewodniczący, powiedział: "Zwracam kolegom uwagę na powiedzenie kolegi
Kisielewskiego: "Wolno psu na Pana Boga szczekać". Uważam, że kol. Kisielewski w swojej
samokrytyce poszedł dalej niż można było oczekiwać. Ustawił siebie, ustawił Stalina według
swoich pojęć, i proponuję tylko karę w zawieszeniu". Ja go dosyć lubiłem, był rozwichrzony,
zdolny, a mało pisał. Popić lubił. Znam dobrze jego synów i lubię. Postać czysto krakowska.
Tu nie znana. Jedną, jedyną powieść w życiu napisał pt. "Cud" XXXXX antyreligijną.
Napisał jeszcze sztukę "Igrce w gród walą" według francuskiej starej komedyjki, z moją
muzyką. Karol Popiel XXXXX stary polityk galicyjski, chrześcijańsko_demokratyczny,
następca Korfantego, tylko, że mniej zdolny, taki trochę plotkarz, nerwus, ale sympatyczny
człowiek. Sprawił to, że ja się nie zapisałem do Stronnictwa Pracy. Mianowicie z Jasienicą
złożyliśmy wnioski do S$p po wojnie, kiedy je zalegalizowano. Nagle przyjechał do Krakowa
Popiel, miał wielkie spotkanie w sali filharmonii i bez przerwy wymyślał na sanację i
Piłsudskiego, bo on był więźniem brzeskim i nigdy Piłsudskiemu nie wybaczył. Ale po
wojnie, po wszystkim, jak facet przyjeżdża z emigracji, z Londynu, i tylko tyle ma do
powiedzenia, że sanacja zgubiła Polskę XXXXX to już było irytujące. I pamiętam, że z tego
wiecu prosto poszedłem do lokalu S$p wycofać papiery, a tam mi powiedzieli: "Wie pan,
dobrze, że pan wycofuje, bo i tak będzie rozłam i robią Popielowi koło pióra...". W rezultacie
Popiel wyjechał jeszcze przed wyborami. Wyjechał legalnie, ale pozostał na emigracji.
Spotykałem go parokrotnie i stale musiałem się tłumaczyć, bo dowiedział się, że ja te papiery
wycofałem. Więc dlaczego? Ja mu tłumaczyłem, że jednak się wygłupiał z tym Piłsudskim.
Najgorsze rzeczy stale mówił o Piłsudskim, na to nie było rady. No, ale żeśmy się jakoś
przyjaźnili. Ksawery Pruszyński XXXXX znałem mało. Był to hrabia, który się kajał, że był
wrogiem ludu, że on chce z ludem, z Rosją i ze wszystkim. Ja mu perswadowałem, żeby się
za bardzo nie wygłupiał. Ale został ambasadorem XXXXX jak wiadomo XXXXX w Hadze.
Najpierw w ogóle chciał pośredniczyć między Rzymem a Polską. Między Kościołem a
komunistami. Jeździł do Rzymu, do Papieża. Potem został ambasadorem w Hadze, no i zginął
przedwcześnie w katastrofie samochodowej. Doskonały pisarz. Znałem go jeszcze z "Buntu
Młodych" przed wojną, bo to był przyjaciel Giedroycia. To specjalna formacja XXXXX tacy
ukraińscy ziemianie XXXXX Polacy. Józef Prutkowski XXXXX to śmieszna postać.
Straszny pijak, rozrabiacz. Przyjaciel generałów i w ogóle całej elity partyjnej, która mu na
wszystko pozwalała. Urządzał najrozmaitsze kpiny. Pamiętam, jak przyjechał Rawicz z
Paryża, zresztą potem odebrał sobie życie. Ten Rawicz bardzo chciał przyjechać do Polski, w
końcu przyjechał jako reprezentant jakiejś firmy, bo nie miał innego pretekstu, jako obywatel
francuski. No i poszedł do S$p$a$ti$f_u, gdzie spotkał Prutkowskiego, którego oczywiście
znał ze Lwowa. Prutkowski mu się rzucił na szyję, i mówi: "Chodź, ja tu jestem w ciekawym
towarzystwie". On przychodzi, siedzi jakichś czterech, i Prutkowski mówi: "Widzisz, to jest
pułkownik taki a taki, on wyrywa paznokcie. A ten to jest taki, co ściska jaja drzwiami. A ten
znowu..." Rawicz podrywa się przerażony, a to rzeczywiście byli ubecy. Takie miał
przyjaźnie. Pamiętam, kiedyś przyszedłem, on zaprasza na wódkę i mówi: "Proszę pół litra
żytniej". Kelnerka na to: "Ale żytniej nie ma dzisiaj". A on mówi: "Matko Bosko Katyńsko, to
już żytniej nawet nie ma!" No, to jednak było w okresie Gomułki... pozwalał sobie
niesamowicie. Zabawny bardzo. Niestety przepił się i wcześnie umarł. Gen. Tadeusz
Pełczyński XXXXX ps. Grzegorz XXXXX właściwy dowódca i inicjator powstania, bo Bór
tam wiele nie dowodził. Poznałem go dopiero w Londynie w 1957. Zadzwonił do mnie, że
chce się spotkać. Spotkaliśmy się, a on był w ogóle oficerem z "dwójki", z wywiadu. I zaczął
mnie tak wywiadowczo traktować, bo mówi: "Czy pan służył w wojsku?". Ja mówię:
"Służyłem". "A w którym pułku?" "W takim i takim". "Hm, a kto to jest Turowicz?". Ja
mówię: "No, redaktor". "A czy on służył w wojsku?" Ja mówię: " O ile wiem, to nie", "A
dlaczego nie?". "Nie wiem, dlaczego", "A Stomma służył w wojsku?" W końcu mnie to
zdenerwowało i mówię: "Panie generale, a teraz ja panu chcę zadać pytanie". A on: "Proszę
bardzo". Więc ja: "Wie pan: fortepian, smoking, biblioteka po ojcu..." On mówi: "Co?". Ja:
"Przepadła mi w Powstaniu i chcę wiedzieć dlaczego". On się wściekł wtedy: "Bo pan jest
demagog", i tak dalej. Rozstaliśmy się niedobrze. Był to porządny człowiek, ale Warszawę
zburzył jednak, co tu mówić. Feliks Perl XXXXX wspaniała postać íyda_$polaka, patrioty
największego, który umiał na pamięć "Pana Tadeusza". Przyjaciel Piłsudskiego, który potem
zerwał z Piłsudskim. I to był wielki przyjaciel mojego ojca. Mieszkał przy pl. Zbawiciela, na
Nowowiejskiej, na parterze. Co niedziela z ojcem do niego chodziliśmy. Ja miałem wtedy
XXXXX to był 1927 rok, szesnaście lat. A Perl prowadził taki tryb życia, że chodził do
Sejmu, był przewodniczącym jakiejś komisji, potem szedł do redakcji "Robotnika", był
naczelnym redaktorem XXXXX siedział tam całą noc. O czwartej rano wracał do domu, kładł
się do łóżka i leżał do jakiejś pierwszej_drugiej. Myśmy tak koło pierwszej z ojcem
przychodzili. I rozmowa zwykle była taka, że Perl zaspany, taki czarny, z wielkimi wąsami
pytał: "No i jak się czuje ten wasz błazen?". A ojciec mówi: "Kogo macie na myśli?" On
mówi: "No, ten, co się nazwał marszałkiem". Na to ojciec mówił: "To ja was strzelą w
mordę!" Wtedy przybiegała pani Perlowa, która była rosyjską íydówką, żydłaczyła potwornie
i mówiła: Pane Zygmuncze, Felek, uspokójcze sze, pogódżcze sze". Ale on mówił wtedy o
Piłsudskim: "Błazen, przecież kompletny!". No i umarł, chyba niedługo potem, w 1928
jakimś, a pani Perlowa sobie odebrała życie po samobójstwie Sławka. Bo Sławek przyjaźnił
się z Perlem i chociaż był premierem i marszałkiem Sejmu, to jednak przychodził do niego,
bo się znali z rewolucji z 1905 roku. To była piękna postać. Był zresztą delegatem Polski na
rokowania ryskie. Bardzo ciekawy i przyzwoity człowiek. Bolesław Piasecki XXXXX postać
niezwykła. Przed wojną wódz "Falangi", niby taki szalenie agresywny, faszystowski, czort
wie jaki. W czasie wojny stworzył Konfederację Narodu, która się biła, ale biła się także
chyba z Rosjanami, bo oni poszli na Wschód. W rezultacie został aresztowany. Siedział w
Lublinie na Zamku. Tam w jakiś sposób przekonał podobno gen. Sierowa, przekonał go do
siebie. No i go nie rozstrzelali, jakby można było sądzić, tylko oddali polskim władzom. U$b
przywiozła go do Warszawy. Siedział na Rakowieckiej, ale go wozili na rozmowy do
Gomułki, bo zastanowiło wszystkich, że Rosjanie go jednak nie wykończyli. Przekonał
Gomułkę, że potrzebna jest nowa grupa katolicka, prorządowa. Zdumiewająca ewolucja, bo
jeszcze dwa lata przedtem oni wydawali mapę z granicą od Morza Bałtyckiego do Czarnego.
Polska narodowa, antykomunistyczna bardzo, a tu nagle stał się katolickim komunistą. Zaczął
wydawać "Dziś i Jutro". Ciągle mieliśmy stosunki, ponieważ on i jego ludzie przyjeżdżali do
Krakowa i nas namawiali. Z ramienia partii byli takimi jakimiś pośrednikami, ciągle żądali
różnych rzeczy. Ale on był świetnym mówcą, miał dużo uroku osobistego. Zwłaszcza ja
miałem z nim dobre stosunki, bo żadnych tam jego bzdur nie słuchałem, że socjalizm to jest
dzieło Ducha świętego, czy coś XXXXX oni takie wypisywali. On do mnie mówił: "Słuchaj,
bolszewicy stąd nie wyjdą, więc wiesz... resztę sobie dośpiewajcie". No i tak latami trwała
nasza dyskusja. Potem, po zamknięciu "Tygodnika" oni przejęli wydawanie, więc uważaliśmy
to za duże świństwo. Ale ja ciągle miałem z nim stosunki. Przyjeżdżałem do Warszawy,
nawet do domu zaprosił mnie parę razy. Potem nastąpiło już całkowite rozejście po
Październiku, potem była ta tragedia z jego synem XXXXX nie wyjaśniona dla mnie dotąd. A
głupstwa pisali w 1968 roku. Ale ja ciągle miałem i mam pogląd, że był to wielki talent
polityczny, tylko trafił na złe rozdanie kart. Przed wojną chciał być faszystą, wtedy byli lepsi
faszyści. Potem w A$k; no, przyjęli go do A$k, ale też to było takie wątpliwe. PO wojnie
chciał być komunistą, ale też byli lepsi komuniści. Jego marzeniem było, żeby zostać
katolickim wicepremierem. Spełniło się dopiero po jego śmierci. Niestety, został nim mało
znany człowiek, Komender. On by może ciekawiej się popisał. Ale był posłem, był członkiem
Rady Państwa. Bardzo malownicza postać w swoim rodzaju. Stanisław Piasecki XXXXX
ciekawa postać. Człowiek szalenie ideowy, szalenie żarliwy, okropny nacjonalista,
antysemita, przy czym zarzucano mu, że ma jakieś pokrewieństwa żydowskie, była o to
sprawa sądowa o obrazę z "Wiadomościami Literackimi"... Bardzo zdolny redaktor, który na
rynku literackim właściwie niewielkim, gdzie właśnie "Wiadomości" królowały XXXXX
zdołał wejść z nowym pismem "Prosto z mostu", które wylansowało takich ludzi, jak
Gałczyński, Andrzejewski, Miciński, Waldorff, ťaszowski, Dobraczyński, Wasiutyński,
Zbyszewski Karol, Regamey... Po prostu potrafił: do niego ciągnęli jak muchy do miodu.
Wielki talent redaktorski. Nawet ludzie, którzy nie zgadzali się z tą jego linią, pisali dla niego.
A ja pamiętam dwa wydarzenia. Pierwsze, że w 1934 roku, na Boże Narodzenie, dostałem
urlop z wojska, przyjechałem do Warszawy i poszedłem na koncert do Filharmonii. W
przerwie koncertu wyszedł na estradę czarno ubrany pan i powiedział, iż ma do przekazania
ważną wiadomość, że został zawarty wieloletni pakt o nieagresji między Polską a III Rzeszą
Niemiecką. I wtedy nagle w pierwszych rzędach rozległ się straszny gwizd i tupanie, patrzę,
że woźNi wynoszą jakiegoś człowieka, który gwiżdże i szarpie się. To był Stanisław Piasecki,
który mimo poglądów faszystowskich, był antyniemiecki, ze szkoły Dmowskiego. Tak, że to
było znakomite. A drugie spotkanie to było na jesieni, w październiku 39 roku. Piasecki
wrócił właśnie z wędrówki po Polsce, świetnie wyglądał, opalił się XXXXX zawsze był blady
szczur XXXXX a tu prezentował się doskonale. I pamiętam, że spotkaliśmy się w kawiarni, o
ile się nie mylę, to był tam Regamey, może Waldorff... Proszę pamiętać: Październik 39. I
Piasecki powiedział tak: "Teraz Niemcy pokażą taki terror, jakiego jeszcze nikt nie widział.
Ale oni nie wygrają. Oni przegrają wojnę, wygra Rosja. A Rosja stąd tak łatwo nie wyjdzie".
No, powiedzieć to w 39 roku, to było duże proroctwo. Zginął po bohatersku. Podczas
okupacji założył kawiarnię "Arkadia", gdzie polityka odchodziła na całego: szatniarzem był
Włodzimierz Pietrzak, na fortepianie grał Regamey, całe "Prosto z mostu" tam siedziało.
Wydawał pismo "Walka"... Pamiętam, że namówiono mnie, żeby zaangażować go do pisma
"Warta" Konrada Sieniewicza, takiej chadecji, ale on bardzo gwałtownie się sprzeciwił i
powiedział: "Konflikty polityczne nie ustały w czasie okupacji, a to jest pismo bliskie sanacji,
i ja nie chcę z nim mieć nic wspólnego". Do końca zachowywał się bardzo bohatersko,
jeszcze z Pawiaka redagował swoje pismo. Rozstrzelano go. Zygmunt Przetakiewicz XXXXX
wódz pałkarzy, przed wojną goryl Piaseckiego. Potworny terrorysta, a zarazem niesłychany
wątlak fizyczny, bo właściwie ledwo jak cień chodzący, ale rewolwerowiec groźny. Bardzo
śmieszna postać. No, śmieszna, jak śmieszna. Co najśmieszniejsze, że on był w Londynie w
czasie wojny i brał udział w niesłychanej akcji. Endecy, Grocholski i on włamali się do
gabinetu generała Sikorskiego i skradli dokumenty porozumienia z Rosją. Aresztowano ich.
Przetakiewicz XXXXX to chyba jedyny wypadek XXXXX przesiedział na wyspie w
więzieniu angielskim długi czas. A potem przyłączył się do armii Maczka, ukradł jakiś
wojskowy samochód, przyjechał do Polski w roku 1946 i stał się poplecznikiem Bolesława
Piaseckiego w jego polityce prokomunistycznej. Ja mu zawsze mówiłem: "Słuchaj, ty jesteś
bezczelny. Tam niszczyłeś Sikorskiego, że jest prorosyjski, a teraz tu robisz takie rzeczy". A
on mówił: "No, bo wiesz, była inna sytuacja, a poza tym, gdyby Sikorski przyjechał do
Polski, to by go tu wykończyli tak jak Benesza w Czechach. A tak dobrze się stało...".
Zabawna postać, taki trochę bandyta, ale jest to jeden z niewielu ludzi, który wszystko
pamięta XXXXX i przedwojenne czasy i wojenne XXXXX właśnie ten Londyn, i powojenne.
Miałem z nim najróżniejsze zatargi, ale zawsze się to kończyło śmiesznie. Między innymi
była taka historia, że jak uciekł Mikołajczyk, Przetakiewicz w "Słowie Powszechnym"
napisał... (zresztą myśmy ułatwili to, że "Słowo Powszechne" powstało, bo Bierut zażądał,
żeby ktoś z "Tygodnika" to zaaprobował, ja się zgodziłem i Malewska, dzięKi temu istnieje
"Słowo Powszechne" XXXXX oni bezczelnie udają, że tego nie pamiętają, a może już nie
pamiętają, bo to inne pokolenie). Otóż jak uciekł Mikołajczyk, Przetakiewicz napisał taki
artykuł, w którym strasznie go zmieszał z błotem, że zdrajca na służbie amerykańskiej. Mnie
to tak wściekło, że napisałem do Piaseckiego list: "Słuchaj no, to są szczyty bezczelności,
jednak nie można, itd..." Piasecki mi nie odpisał. Po czym za dwa lata w Krakowie spotkałem
Przetakiewicza. Piliśmy jakąś wódkę, ja mówię: "No to może do nas przyjdziesz". Przyszedł
do nas, żona zrobiła dobrą kolację i po kolacji Przetakiewicz nagle mówi: "Proszę pani,
Stefan napisał kiedyś taki list, który dzisiaj mógłby go doprowadzić do więzienia. Ale ja
panią bardzo lubię i ja pani oddam ten list". I wyjął go z kieszeni, rzeczywiście jej dał. Jest
bardzo śmieszny. Ale już stary człowiek. Ja go zawsze lubiłem. De gustibus... Jerzy
Putrament XXXXX osobliwa postać, literat, oficer, ambasador, członek K$c, redaktor wielu
pism, wieloletni zastępca prezesa Z$l$p. Ja go lubiłem, bo był szczery. Pamiętam, że nas
chcieli wyrzucić z Z$l$p w Krakowie XXXXX Turowicza i mnie, bośmy nie wydali książki,
a był w statucie taki punkt, że jeśli ktoś nie wydał książki przez ileś lat to... Dla mnie byłaby
to katastrofa, bo mieszkałem w Domu Literatów z dużą rodziną. Komisja miała to
rozstrzygnąć i przyjechał Putrament z Warszawy jako decydujący czynnik. Wszyscy mnie
okropnie żałowali, w Krakowie mówiono: słuchaj, co to będzie, on taki jest ostry. Nadchodzi
ten dzień, ja przychodzę, siedzi komisja takich krakauerów drżących ze strachu. I Putrament,
prawda, wspaniały. Putrament nagle wstaje, podaje mi rękę i mówi: "Aha, to wy jesteście te
Okopy świętej Trójcy w Krakowie, co trzymacie się?" Ja mówię: "No tak" XXXXX "A
książki nie wydaliście?" "No nie, bo kto mi wyda". On mówi: "To nic, to jeszcze poczekamy
z dziesięć lat, może wydacie". Zdumienie. Więc miał takie gesty. Wielokrotnie żeśmy
rozmawiali. On był szczerym cynikiem. Mówił: "Na porządnych ludziach polityki się nie
buduje. Buduje się na łobuzach, to wiecie. W historii tak jest". I dopiero z nim zerwałem,
kiedy on napisał artykuł, że Kisielewski w "Spieglu" twierdził, iż trzeba było iść z Niemcami,
z Hitlerem na Rosję, a nie porywać się... A ja nic takiego nie napisałem, zupełnie przeciwnie.
Chciałem go podać do sądu. íaden sąd nie chciał tego przyjąć, ale sąd koleżeński w
Z$ai$k$s_ie przyjął, mimo interwencji XXXXX ťukaszewicz telefonował XXXXX przyjęli
tę sprawę. Okazało się, że jemu to ťukaszewicz powiedział, że ja tak napisałem, bo Putrament
w ogóle tego nie czytał. On przyszedł na sprawę. Przewodniczącym sądu był Stanisław
Ehrlich, był Rynkiewicz XXXXX poeta, jeszcze tam ktoś. Putrament wszedł, powiedział:
"Chciałem oświadczyć, że ja nie miałem racji, nie czytałem tego artykułu, nie znam
niemieckiego. Opierałem się na informacji kogoś, kto sądziłem, że jest autorytatywny. Więc
przepraszam, mogę podpisać każde przeproszenie". Oni powiedzieli, że muszą to zredagować,
on wyszedł, ja też wyszedłem. Za dwie godziny przyszedł, podpisał. Ale już więcej z nim
stosunków nie utrzymywałem. Zresztą miał przedwczesny jakiś wylew, już był ciężko chory.
Ale to była jednak niebanalna postać jak na partię. Jeszcze taka historia: późnym wieczorem
przyszła do nas pani Wańkowiczowa, żona Melchiora Wańkowicza, z wiadomością, że była u
nich rewizja, że męża zabrano i żebym ja zawiadomił Z$l$p. Mówi: "Może Iwaszkiewicza".
Ja mówię: "Nie, nie będę". "No to może Putramenta". Mówię: "Dobrze". Szukam jego
telefonu, dzwonię: "Chciałem panu powiedzieć, że Wańkowicza zamknęli". Jest taka długa
cisza w słuchawce i on mówi: "Słuchajcie, miałem taki dobry dzień, słońce, łowiłem ryby,
byłem zadowolony, a wy mi wszystko psujecie taką wiadomością. Co będzie jeżeli już za
takie żubry się biorą". Zabawna reakcja. R Edward Raczyński XXXXX prezydent
emigracyjny, po dziewięćdziesiątce, szalenie świeży umysł. Robi wrażenie starca fizycznie, a
rozmawia jak młodzieniec. Był jeszcze ambasadorem sanacyjnym w Londynie XXXXX więc
ile on tam lat siedzi. Bardzo sympatyczny, wszystko wie. Jego druga żona, z domu
Lilpopówna, pani Aniela Mieczysławska, bardzo sympatyczna, pomagająca Polakom. Byłem
szereg razy u nich w domu. I on wszystko rozumie właściwie, bardzo świetny, realista.
Przestał już być prezydentem. Mieczysław Rakowski XXXXX znany nam wszystkim. Ja
może z nim więcej miałem kontaktu dlatego, że on się ożenił z Wandą Wiłkomirską,
skrzypaczką. Znałem go wtedy. Muszę powiedzieć, że to byli niesłychani bojownicy Z$m$p
po wojnie. Jeździli na wieś, namawiali chłopów do kolektywizacji i zostali ukamienowani
kiedyś gdzieś pod Kielcami. Więc to był ideowy człowiek. Potem bardzo dobre pismo
redagował. "Polityka" miała swoje wielkie momenty. Tylko, że on się wieszał ciągle w tym
K$c, chciał robić partyjną karierę, a ciągle mu nie szło. Był kierownikiem wydziału,
zaledwie. Kiedy został wicepremierem, ja miałem nadzieję, że się zajmie sprawami
ekonomicznymi, na których się trochę zna. A on się wziął do propagandy, do pertraktacji z
robotnikami. No i zdepopularyzował się potwornie, czego do dziś nie rozumie, zdaje się. Jak
na komunistę jeszcze jest możliwy XXXXX dość inteligentny. Adam Rapacki XXXXX ma
dobrą opinię, nie wiem dlaczego. Może dlatego, że wyglądał bardziej na człowieka niż inni
ludzie z Biura Politycznego. Taki niby inteligentny, ale bardzo bojaźliwy. W gruncie rzeczy
niesamodzielny. Sławny plan Rapackiego to był właściwie plan sowiecki, oni taki sam
zawsze wysuwają. Neutralizacja środkowej Europy, wycofanie się. Nic nadzwyczajnego to
nie było. W 1968 roku postawił się, kiedy mu powyrzucano różnych urzędników pochodzenia
żydowskiego XXXXX przyjaciół. Nawet się podał do dymisji, ale nie miało to rozgłosu. Ja go
dość dobrze znałem, bo był posłem z Wrocławia, gdzie i ja byłem, więc czasem żeśmy się
spotykali. Ale był nieszczery i bojaźliwy, nie miałem do niego sentymentu. Ryszard Reiff
XXXXX też asystent Piaseckiego, jeszcze przed wojną XXXXX był młodym chłopakiem, ale
właściwie w tej Konfederacji Narodu w czasie wojny wybił się jako jeden z dowódców. Oni
dostali od Bora, od A$k rozkaz obrony Wilna, i Konfederacja Narodu razem z A$k broniła
Wilna, po czym zgłosili się do dowództwa sowieckiego, że chcą być współkombatantami.
Przyjęto ich, urządzono bankiet, zresztą na powietrzu, w lesie. Było wspaniale, wódka i
wszystko, po czym wsadzili wszystkich do pociągu i wywieźli do Rosji. Przy czym Bolesław
był taki mądry, że wcale na ten bankiet nie poszedł, tylko uciekł do Warszawy. Tu go
aresztowano w Otwocku. Natomiast Reiffa wywieziono i on uciekł z tego zesłania z dwoma
kolegami. Przeszli kilkaset kilometrów pieszo. Wrócił do Wilna i tam go minister Wolski,
który był starym komunistą (dziwna postać, był wtedy dyrektorem P$u$r_u, Państwowego
Urzędu Repatriacyjnego), zalegalizował, bo Reiff siedział w Rosji pod fałszywym
nazwiskiem. Wrócił do Warszawy, stał się tutaj jednym z organizatorów Pax_u. Potem go
Bolesław wysłał do Paryża XXXXX był reprezentantem Pax_u w Paryżu. No i jak wiemy, po
śmierci Bolesława został prezesem. Uwierzył w "Solidarność" i w przełom. Postanowił
odnowić Pax całkowicie, przyznać się do wszystkich grzechów, ale krótko to trwało.
Głosował przeciwko stanowi wojennemu XXXXX jeden, jedyny, jako członek Rady Państwa.
Potem go zewsząd wylano. Do Pax_u nie miał wstępu. Był człowiekiem prywatnym. Postać
sympatyczna. Ja mam z nim jedno wspomnienie: sprzedałem mu rower, gdy on był jeszcze
przez pewien czas w Katowicach. Sprzedałem mu rower, który miał defekt. Mianowicie, jak
puściła guma, trzeba było wszystko zdejmować, bo było przyszyte, o czym on nie wiedział i
potem mnie oklął. Ale jest to mój przyjaciel. Hieronim Rettinger XXXXX postać dziwna,
krakowianin, którego kariera zaczęła się w ten sposób, że popierał go hrabia Zamoyski i dał
mu w czasie wojny listy polecające za granicę. Przyjechał do Paryża i zaczął wmawiać
wszystkim, że jest delegatem austriackim do osobnego zawarcia pokoju. Zmyślił sobie, że
Austria chce odłączyć się od Niemców, zawrzeć osobny pokój. Długi czas rozmawiali z nim
w Paryżu, po czym nagle zrobił się skandal i wysiedlili go do Hiszpanii. W Hiszpanii
głodował i biedował, postanowił wyemigrować do Południowej Ameryki. A ponieważ nie
miał pieniędzy, więc płynął jakimś statkiem na samym dnie w kajucie zbiorowej.
Zaprzyjaźnił się z nim jakiś tam facet, Meksykanin. No i okazało się, że ten facet to Calles,
późniejszy prezydent Meksyku XXXXX taki, co zrobił rewolucję. Rettinger został jego
doradcą, wielka kariera. Ale znów awantura, bo Amerykanie zlikwidowali tego Callesa i
Rettinger nawiał z powrotem do Europy. Przyjechał do Warszawy i stał się taką szarą
eminencją, miał olbrzymie wpływy, wszyscy go znali, świetnie mówił językami i nikt dobrze
nie wiedział, na czym się opiera ta kariera. Pieniędzy nie miał nigdy, wódki pił masę. I
wreszcie sławna historia Sikorskiego. Stał się jego doradcą, został pierwszym delegatem do
Rosji, zamiast ambasadora. No a potem nagle na spadochronie go zrzucono do okupowanej
Warszawy XXXXX to zupełnie szaleństwo. I był tu parę miesięcy, opowiadał, jakie miał
straszne przeżycia, że przyszedł gdzieś do restauracji i kelner go poznał, mówi: "A dla pana
doktora angielkę czystej i wodę sodową?". No więc on zwiał stamtąd. Później znów jedzie
ktoś rykszą, to Janusz Minkiewicz XXXXX i woła: "Rettinger, co ty tu robisz?" Więc on też
uciekł. Wrócił do Anglii XXXXX to niesłychany wyczyn. Postać tajemnicza. Po wojnie też
był w Warszawie i na wyrywki biegali do niego Cyrankiewicz, Bierut, wszyscy. Więc kimś
on był. Był propagatorem zjednoczonej Europy, był przyjacielem Churchilla. Na jego pogrzeb
w Londynie podobno przyszedł cały rząd. Zagadkowy agent, nie wiadomo czyj, a bardzo
sympatyczny człowiek. Ja opowiadałem historię, jak się z nim w Paryżu trochę pochapałem,
potem upiliśmy się. Gdybyśmy mieli takich 10 Rettingerów, to by Polskę ocalili. Ale jeden
nie wystarczył. Adolf Rudnicki XXXXX bardzo ciekawy i inteligentny facet. Pisarz
nierówny, ale miał znakomite rzeczy. Właściwie jego małe rzeczy są dla mnie najlepsze,
niektóre. Zresztą ja o nim dużo pisałem, pod pseudonimem Julia Hołyńska pisałem duże
studium w "Tygodniku Powszechnym". Kiedyś był szalenie ceniony, uważany za największy
talent, a później jakoś o nim zapomniano, wyjechał do Paryża. Teraz jest w Warszawie.
Niektóre książki znakomite. Na przykład jest taka książka "Kupiec łódzki", o tym królu ghetta
w ťodzi. świetna. W ogóle te jego okupacyjne nowele świetne. Może tylko nierówne trochę.
Szybko pisze, lubi meandry stylistyczne, ale to jeden z najciekawszych autorów. Może trochę
za bardzo tkwi w tym warszawskim środowisku, w tej "Warszawce" powojennej. Ale tak czy
owak XXXXX na bezrybiu... to jest dobry pisarz. Kazimierz Rudzki XXXXX znałem go
doskonale. świetny aktor, doskonały. Specjalnego rodzaju aktor, to rzadkość u nas. W tym
"Madame Sans Gene" grał Fouche'ego zupełnie genialnie. On potrafił nic nie mówić, stał
tylko i patrzył: to było coś prześmiesznego. W filmie "Eroica" też bardzo dobry. A mnie jego
nazwisko kojarzy się zawsze z firmą Rudzki. Był przed wojną taki sklepik na
Marszałkowskiej, muzyczny, gdzie sprzedawano nuty, troszkę instrumentów. To był nieduży
sklep, gdzie królował jego ojciec, i u tego Rudzkiego można było załatwić sobie nuty czy
płyty z całego świata. W ciągu tygodnia, zamawiało się XXXXX nie wiem XXXXX coś z
Południowej Ameryki, i przychodziło! To, czego dziś stu urzędników i pięć ministerstw nie
umie załatwić, to załatwiała firma Rudzki. Jak oni to robili, nie wiem. Ale genialnie. Jerzy
Rutkowski XXXXX przed wojną falangista, który był orędownikiem przystąpienia "Falangi"
do obozu rządowego, do sanacji. Organizował Związek Młodej Polski i takie różne historie.
W czasie wojny bardzo zasłużony organizator drukarstwa podziemnego, a po wojnie dyrektor
I$n$c$o, to znaczy firmy "Pax_u". Teraz na emeryturze, ciekawy człowiek. Generał Marian
Ryba XXXXX poznałem go jako prokuratora wojskowego, kiedy zostałem posłem. Otóż cała
grupa "Tygodnika Warszawskiego" i Stronnictwa Pracy siedziała w więzieniu: Braun,
Kwasiborski, Studentowicz, Kudliński, itd. Po Październiku ich wypuszczono, ale nie dano
im żadnego papieru, że są XXXXX amnestionowani, czy zwolnieni. Braun prosił mnie jako
posła, o interwencję. Poszedłem do prokuratury wojskowej i tam był sędzia, szalenie
"odwilżowy", październikowy, który mówił: "świetnie, panie pośle, że pan przyszedł, bo tu
straszne rzeczy się działy XXXXX tortury, fałszywe oskarżenia itd.". Mówię: "Ja właśnie w
tej sprawie przychodzę, w sprawie Stronnictwa Pracy". Na co on mówi: "No niestety, ja na to
nie mam wpływu, ale tu jest prokurator pułkownik Ryba, to może pan do niego pójdzie". Ja
mówię: "Gdzie on jest?". "Tu, w sąsiednim pokoju, tylko pana ostrzegam, że to jest ciężki
człowiek". Przychodzę. Siedzi młody facet, sztywny jak kij, nie wstaje w ogóle, nie podaje
ręki. "Proszę siadać, w jakiej sprawie?". Więc ja mu to wszystko mówię. A on na to: "A kto
panu powiedział, że ci panowie są amnestionowani? A co, jeśli ci panowie są oskarżeni, że do
Gestapo zanosili listy komunistów z adresami, kogo trzeba aresztować?" Więc ja mówię:
"Panie pułkowniku, jak tak, to przepraszam. Nie wiedziałem o tym". Chcę zabrać tę listę, bo
ja miałem listę nazwisk, a on bierze tę listę, mówi: "Niech pan zostawi". "Nie, no po co, jak
pan..." "Niech pan zostawi". Wyszedłem bez podania ręki. Za trzy dni dostali papiery o
amnestii. Czyli on mnie tak nabierał, prawda. Złe mam wspomnienia. A był potem prezesem
P$z$p$n chyba. Pułkownik Jan Rzepecki XXXXX rzadki przykład: zawodowy oficer,
intelektualista, publicysta, literat. Syn sławnej publicystki endeckiej Izy Moszczyńskiej.
Legionista, ale taki z własnym poglądem. Przy czym odznaczył się tym, że był dowódcą
kompanii podchorążych, co eskortowała Wojciechowskiego na most, na spotkanie z
Piłsudskim. W czasie wojny szef B$i$p_u czyli Biura Informacji i Propagandy, próbujący
prowadzić własną politykę. Miał różnych intelektualistów u siebie. Nawet go oskarżono o
zapędy komunizujące. (Było sławne zamordowanie Makowieckiego, Widerszala, później
Handelsmana wydano Niemcom). Był przeciwny wybuchowi Powstania, ale potem
podporządkował się. Po powrocie z oflagu założył Wi$n, czyli Wolność i Niezawisłość. Ale
tak go jakoś założył nie bardzo się ukrywając. Ja to opisałem w powieści "Ludzie w
akwarium". Został aresztowany, lecz proces miał dość dziwny XXXXX do wielu rzeczy się
przyznał i wytargował amnestię dla wszystkich. Sam dostał niewielki wyrok z zawieszeniem.
Ale za dwa lata, kiedy wszystkich zamknięto, zamknięto i jego. Wyszedł przed
Październikiem. Potem już zajmował się historią, pisaniem w Wojskowym Instytucie
Historycznym. Inteligentny człowiek, zupełnie nie przypominał zawodowego oficera.
Wincenty Rzymowski XXXXX antypatyczna postać, lewicowiec, mason trochę, był niby
opiekunem Legionu Młodych z ramienia rządu i wtedy Legion Młodych szalenie poszedł na
lewo; Zapasiewicz był komendantem. W końcu Sławek postanowił z tym skończyć. Wylali
Zapasiewicza. A Rzymowski został wtedy czerwonym pepeesowcem. Odznaczył się tym, że
napisał broszurę "Roman Dmowski XXXXX czciciel diabła", w której okropnie ochlapał
Dmowskiego. A potem był korespondentem "Robotnika" w Rzymie faszystowskim i pod
pseudonimem Rawicz pisał korespondencje. Nagle go rozszyfrowano i aresztowano. Była
nawet interwencja polskiego rządu, wypuścili go. W czasie wojny znalazł się w Rosji i nagle
wrócił, początkowo jako minister kultury, potem minister spraw zagranicznych. Krótko był
tym ministrem, potem umarł. Niesympatyczna to była postać, ale ciekawa. S Artur Sandauer
XXXXX krytyk znany, zarozumialec okropny, ale muszę powiedzieć, że w okresie
stalinowskim ładnie się zachowywał, nie dał się na żaden socrealizm wziąć. Bezpartyjny.
Wykłócał się z "Kuźnicą", z komunistami, ja go zawsze popierałem. Później chyba stracił
nerwy. Robił dziwne posunięcia w ostatnich latach. Pił "żołnierską zupę", kiedyś zachwalał to
sobie. Ale nie był to człowiek najgorszy. Kardynał Adam Stefan Sapieha XXXXX wielki
autorytet. W Krakowie ulubiony arcybiskup. Przed wojną wsławił się tym, że kazał przenieść
trumnę Piłsudskiego do innej krypty. Awantura była wielka z piłsudczykami. W czasie wojny
XXXXX Hlonda nie było XXXXX stał się najwyższym dostojnikiem Kościoła i podobno
miał przez jakiegoś kapelana niemieckiego kontakt z Rzymem, dostawał listy itd. Stawiał się
gubernatorowi Frankowi, no więc bardzo ceniony. A po wojnie założył "Tygodnik
Powszechny" i to wcześnie, bo już w marcu 1945 roku wystąpił z podaniem. Podniósł się
krzyk w Krakowie, z kół prawicowych, że książę XXXXX Metropolita XXXXX bo tak go
tytułowano XXXXX chce współpracować z komunistami, ale "Tygodnik Powszechny" od
razu chwycił, Sapieha mianował księdza Piwowarczyka swoim delegatem. Zebrali się wtedy
profesorowie jak: Kutrzeba, Konopczyński, Czekanowski, Krzyżanowski, Bujak i "Tygodnik"
szybko nabrał autorytetu. Sapieha się nigdy nie wtrącał. Raz się wtrącił, kiedy były jakieś
futurystyczne rysunki. Wezwał Turowicza, że to przecież jest bolszewizm, poza tym się nie
mieszał. Był to naprawdę wielki pan, który sobie lekceważył wszelkie niebezpieczeństwa.
Ciekawe, że jeszcze za czasów austriackich zadarł z Rzymem i bardzo późno dostał kardynała
XXXXX dopiero gdzieś chyba w końcu lat czterdziestych. I podobno przed śmiercią
proponował Wyszyńskiego na Prymasa. Właściwie Wyszyński XXXXX biskup lubelski był
stosunkowo mało znany. I głos Sapiehy przeważył. "Caritas" w Krakowie założył. W ogóle
odgrywał dużą rolę. No i "Tygodnik Powszechny" dzięki niemu był osłaniany i przetrzymał
do 1953 roku. Adam Schaff XXXXX wściekł mnie niedawno. On zakłada jakąś instytucję
międzynarodową, "Socjalizm przyszłości" czy też "Przyszłość socjalizmu". I chwali się, że
tam przystąpił... XXXXX premier francuski, król hiszpański czy ktoś jeszcze... i tak o tym
zasuwał tu w telewizji, ale ani słowa nie powiedział, na czym to ma polegać, ten socjalizm
przyszłości... On spraw gospodarczych w ogóle nie bierze pod uwagę, bo na tym się nie zna.
To jest dziwne, bo chce być dalej marksistą, a nie chce widzieć, że to doprowadziło do plajty,
że to umiera. I on tego broni zajadle, że to tylko błędy, że to trzeba było nie w tym kraju...
Taką książkę wydał w Austrii, że kraje Wschodu się nie nadawały do rewolucji, że Marks
chciał czegoś innego... No, ale to nie ma takich tłumaczeń, że ktoś chciał dobrze, a wyszło
źle, bo jednak odium spada na winowajcę... Ja go parę razy przywoływałem do porządku
XXXXX Schaffa XXXXX ale on przy swoim stoi twardo. Z partii go wyrzucili, on złożył o
ponowne przyjęcie, ale go nie chcieli przywrócić... To jest przykład, że słowo "socjalizm"
obłąkało człowieka, że poza tym słowem nie może myśleć i tego słowa się nie wyrzeknie. A
słowo jest wieloznaczne i mylące. Kiedyś był u nas klasykiem marksizmu. Cała młodzież
uczyła się z jego "Wstępu do teorii marksizmu". To bardzo dobra książka, tylko to nieprawda
wszystko, bo sama teoria marksizmu nie wystarcza. On tam chwali dialektykę i tak dalej...
No, każdy by pochwalił, tylko że skutki były inne, też okropnie dialektyczne... Ludwik
Sempoliński XXXXX no cóż... to jest postać mojej młodości... Wiech, Sempoliński,
Krukowski, Znicz, Jarossy XXXXX z tych wielkich kabaretowych aktorów Sempoliński był
super znakomity, bo do perfekcji doprowadził pewien typ takiego findesieclowego pana z
wąsikiem, podstarzałego. Sławna piosenka "Tomasz, skąd ty to masz..." Przy czym był to
inteligentny człowiek. Napisał bardzo dobre wspomnienia. Konrad Sieniewicz XXXXX
sekretarz Popiela, stał się moim szefem w konspiracji, bo był przywódcą Stowarzyszenia
Bojowego "Grunwald" XXXXX tak to się nazywało. Nie wiem dlaczego mnie do tego
"Grunwaldu" namówił, i ja Sieniewiczowi przysięgałem. On do dzisiaj żyje, wywiał za
granicę razem z Popielem. Mieszka w Rzymie. Jest jakimś takim działaczem chrześcijańskim.
Do Polski przyjeżdżał parokrotnie. Jan Emil Skiwski XXXXX rzadkość, kolaborant ideowy z
Niemcami. Poznańczyk, konserwatysta, bardzo antykomunistyczny, który już od początku
okupacji rozpoczął propagandę prohitlerowską. Z tym, że przychodził do "Kuchni Literatów",
którą dobrze znałem XXXXX tam przychodzili najrozmaitsi ludzie, akowcy, íydzi i on nigdy
na nikogo nie doniósł. Natomiast nikt się nie spodziewał, że on rzeczywiście chciał
kolaborować. Ale wziął się do tego dość późno, już tak na serio po bitwie pod Stalingradem,
kiedy wiadomo było, że jest po Niemcach. A on wtedy zaczął wydawać ten "Przełom" razem
z Burdeckim, niby naukowcem, potem w Krakowie działali i razem z Niemcami wyjechał.
Umarł w Wenezueli jako kierownik czytelni, coś takiego. Czapski go spotkał w Caracas, czy
gdzieś, nie wiedział nawet kto to jest, rozgadał się z nim, a potem Skiwski nawet do
Czapskiego pisywał. Ja miałem te listy, dałem je Adamowi Michnikowi jako materiał
historyczny, tylko boję się, że mu je zabrali kiedyś, a to były ciekawe listy. Antoni Słonimski
XXXXX postać głośna. Ja go ceniłem przede wszystkim jako satyryka, jako poetę. No i miał
swój wielki okres przed wojną, kiedy bardzo zwalczał hitleryzm i faszyzm w
"Wiadomościach Literackich". Natomiast uważam, że był to człowiek umysłowości dosyć
przeciętnej, średnio wykształcony. Czytał tylko pewne książki XXXXX miał taką manię na
punkcie światopoglądu naukowego, na punkcie Wellsa. To nie było nadzwyczajne. Natomiast
był utalentowany, dowcipny, zabawny. Stał się przywódcą pewnej grupy inteligencji
warszawskiej. Ja nie miałem do niego specjalnego przekonania, aleśmy się polubili pod
koniec życia. Oczywiście różnica wieku była duża. Aleksander Smolar XXXXX to ten z
Paryża, bo jego brat Eugeniusz jest z Londynu. Bardzo inteligentny, miły chłopak, pracowity,
doskonały organizator. Ma bardzo inteligentną żonę, która się zna na ekonomii. Napisała
kiedyś doskonały esej o polskiej gospodarce, a podpisał go jakiś lord angielski, profesor. Ja
przeczytałem to i myślę, skąd Anglik może się tak znać na polskiej gospodarce... A to ona
napisała. Pamiętam taką historię w Paryżu, że była rocznica zajęcia Czechosłowacji przez
bolszewików. Występował Goldst~ucker, London, ci wszyscy komuniści czescy, i Smolar.
Oni wszyscy mówili po kolei XXXXX na żywo szło XXXXX że to prawdziwi marksiści
chcieli zrobić prawdziwy socjalizm w Pradze, a tu staliniści ich załatwili... I że przykład brali
z Polski, gdzie Gomułka... I Smolar próbował się wtrącić. Zabrał głos i powiedział, że w
Polsce to jest zupełnie inaczej, bo Polska jest krajem katolickim i nigdy marksizm tu się nie
przyjął... Ale mu przerwali w połowie i dalej mówili swoje... On jeszcze raz próbował, i tak
parę razy. Ja zadzwoniłem do niego potem i powiedziałem: "Bronił pan tu ludu polskiego, ale
nie dali... Czerwoni panu nie dali!" Włodzimierz Sokorski XXXXX rzeczywiście
przedwojenny komunista. Jego ojciec był nauczycielem polskiego i kolegował się w
gimnazjum z moją matką. Uczyli się w samej szkole pani Malczewskiej. A jego brat jest
kompozytorem, moim kolegą. Mąż Bogny Sokorskiej. Natomiast Włodzio XXXXX wuj
chłodek tak zwany, to był facet inteligentny, ale miał jakąś wadę w tej inteligencji. Był za
giętki, za bystry, coś w nim było takiego, że w końcu się wszystkim naraził. W Rosji się
naraził, nie bardzo mu tam długi czas szło. Był w Charkowie dozorcą stacji kolejowej
XXXXX zawiadowcą, nie brali go do rządów. Wrócił do Polski późno, był chyba
wiceprzewodniczącym C$r$z$z, najpierw. Ale okazało się, że jest pisarzem, że ma skłonności
do kultury, że ma znajomości, został ministrem kultury i próbował w inteligentny sposób
zrobić nieinteligentną rzecz, tzn. socrealizm w sztuce. Starał się tak robić, żeby ludziom nie
szkodzić. Miał kilka ofiar XXXXX Kantora wykończył, wyrzucił z uczelni Cybisa, następnie
szykanował Malawskiego, a taką prawdziwą jego ofiarą to ja się stałem. Otóż na Zjeździe
Młodzieży Artystycznej w 1949 r. wygłosiłem referat niespodziewany, że nie ma żadnego
realizmu w muzyce, a tym bardziej socrealizmu, że to wszystko są nonsensy polityczne i że
trzeba sobie dać z tym spokój. Straszna z tego wynikła awantura, on mnie sklął od agentów
amerykańskich. A sklął mnie dlatego, że tam był obecny delegat z K$c, który był wyższy od
niego stopniem, więc się źle poczuł. Wyrzucił mnie natychmiast ze szkolnictwa muzycznego.
15 minut po zebraniu rektor Drzewiecki przyniósł mi dymisję i pieniądze nawet za trzy
miesiące, abym się tylko nie pokazywał. Potem Sokorski próbował udawać odwilżowca.
Pamiętam, jak przyszła odwilż i Kuryluk XXXXX zresztą najsympatyczniejszy komunista,
jakiego znałem, został ministrem kultury, to Sokorski powiedział: "No, co oni robią, Kuryluk
nie potrafi zrobić odwilży. Ja bym potrafił, bo wiem, jak się robi... socrealizm. To ja bym
wiedział, jak się robi odwilż". Lubił takie różne powiedzonka, potem pracował w telewizji na
różnych stanowiskach. Pisał książki. Cieszył się z tego Bieńkowski, bo twierdził, że
wypełniają lukę, jaka jest w polskiej literaturze, mianowicie pornografię, że nie mamy
pornografii, więc Sokorski ładnie to robi. Postać to nie najpoważniejsza w świecie. Właściwie
już bez stanowisk, prezesostwo Z$b$o$w$i$d_u mu zostało. Ja go ceniłem za książkę "Polacy
pod Lenino", gdzie chociaż stwierdzono, że tam sporo rzeczy jest zmyślonych, ale była to
szalenie śmiała książka jak na owe czasy, i jego rozmowy z Berlingiem na temat Lampego
czy Wandy Wasilewskiej pod gradem kul są bardzo ciekawe. To była naprawdę ciekawa
książka, nie miała w ogóle recenzji, co już dobrze świadczy. Dobra książka nie ma recenzji.
Trzymał się długo Sokorski, aż się i skończył. Nie mam do niego żalu, chociaż powinienem.
Kiedyś go spotkałem i powiedziałem: "Pan mi złamał życie, bo pan mnie wyrzucił z
Konserwatorium". A on odrzekł: "Nie, ja dałem panu życie, bo by się pan zajmował tą głupią
muzyką, a tak stał się pan politykiem". Artur Starewicz XXXXX bardzo przystojny XXXXX
rzadkość, członek K$c, sekretarz K$c w swoim czasie, zajmował się prasą i literaturą. Taki
giętki, kręty, inteligentny, udający sympatycznego. Ale umiał po intrygancku rozstrzygać
sprawy. W końcu został ambasadorem w Londynie, a teraz nie wiem, co robi w Warszawie.
Stefan Staszewski XXXXX sąsiad. No, wiadomo, stary komunista. Jest u Torańskiej jego
wypowiedź, dosyć ciekawa. Długo siedział w Jakucji, był gdzieś tam internowany. Po
powrocie został w Katowicach chyba sekretarzem, potem był redaktorem "Trybuny
Robotniczej", następnie kierownikiem Biura Prasy w Warszawie. I zrobił się wielkim
odwilżowcem przed 1956. Tutaj odegrał rolę w czasie Października, zdaje się broń rozdawał
robotnikom. Najrozmaitsze takie rzeczy wyczyniał. Wprowadził Gomułkę na ten sławny wiec
pod Pałacem Kultury, ale potem Gomułka mu się tak odwdzięczył, że go stopniowo coraz
bardziej odsuwał, i w końcu go wyrzucili. No i emeryt XXXXX tak, niestety, kończą często
komuniści. Ale przynajmniej w tej wypowiedzi dla Torańskiej wyrzekł się komunizmu.
Powiedział, że się pomylił. Tak jasno nikt tam chyba tego nie powiedział. Andrzej Stawar
XXXXX więc Andrzej Stawar to nasza negatywna legenda rodzinna, ponieważ mój ojciec był
działaczem Związku Literatów, był prezesem oddziału warszawskiego dłuższy czas, i uważał,
że jest trzech strasznych komunistów: Wat, Stawar i Stande. I kiedyś, w związku ze sprawą
Brześcia, oni postawili wniosek na zebraniu literatów, żeby potępić sprawę brzeską. A ojciec
przewodniczył i wystąpił przeciwko temu..., że tu jest związek pisarzy, który nie zajmuje się
polityką... I wtedy Stawar zaczął krzyczeć: "Faszyści mu zapłacili!" No i minęły lata. Po
wojnie siedzę w Zakopanem, gram w szachy z kimś, i przychodzi jakiś starszy pan, przysiada
się i kibicuje przy tych szachach. Potem się przedstawia: "Stawar jestem". A on się ukrywał w
Zakopanem, bo go chcieli w ogóle aresztować za herezje marksistowskie. Więc ja mu
opowiedziałem tę historię z ojcem XXXXX on to pamiętał doskonale XXXXX i mówię: "No
to co teraz...?" A on mówi: "No właśnie. A teraz ja jestem w podziemiu". Bardzo przyzwoity
człowiek, w końcu nie mógł się z tym pogodzić, że mu książki konfiskowali, i pojechał do
Paryża, wydał u Giedroycia... Ale umarł tam, umarł w Maison Lafitte po prostu, no, prawie...
bo z redakcji do szpitala go przewieźli. Bardzo przyzwoity, uczciwy człowiek, przyjaciel
Irzykowskiego, ale rzeczywisty marksista, wierzący marksista, z takim zajobem swojego
rodzaju, wierzący w... materialistyczną interpretację życia. Powoływał się na íeromskiego, na
Prusa, zresztą świetny znawca, bardzo dobry krytyk. Stanisław Stomma XXXXX nasz wódz
polityczny "Tygodnika Powszechnego" i "Znaku". Litwin, ímudzin, absolwent prawa w
Wilnie. Bardzo inteligentny, bardzo uczciwy, czasem nie udaje mu się politycznie, ale trzeba
powiedzieć, że jako prezes "Znaku", do końca trzymał fason, chociaż popełnił błędy, bo
niepotrzebnie dopuścił nieodpowiednich ludzi do klubu, zresztą, jak mnie w nim już nie było.
Tym wstrzymaniem się od głosowania nad Konstytucją tak pięknie wyszedł z Sejmu. Potem
już właściwie politycznej roli nie odegrał. Był docentem, profesorem prawa. No i w tej chwili
jest na emeryturze, ale działa, teraz już w Senacie. Właściwie jeden z moich najbliższych
przyjaciół politycznych. Stanisław Stroński XXXXX wielki publicysta endecki, szalenie
bojowy. Pisywał po parę artykułów dziennie na raz. Sławna była jego kampania przeciwko
Piłsudskiemu. On wymyślił nazwę "Cud nad Wisłą", że to nie Piłsudski wygrał, lecz to był
cud. Szalony antysemita, wytykali mu, że sam jest pochodzenia żydowskiego, bo matka, że
coś tam... Reprezentował opozycję w Sejmie, antysanacyjną. Bardzo zajadły, świetny mówca.
Umarł w Londynie. Był wicepremierem w pierwszym gabinecie Sikorskiego w Paryżu. A
miał być premierem. Kazimierz Studentowicz XXXXX postać ciekawa, choć kontrowersyjna.
Podobno bardzo wielki ekonomista. Przed wojną wymyślił go Giedroyć, znalazł go gdzieś,
wymusił na nim książkę o polskiej gospodarce. On był przeciwnikiem polityki
Kwiatkowskiego, to była rzadkość wtedy, ta książka drukowana w "Buncie Młodych". W
czasie wojny był jednym z twórców Unii Katolickiej. Uważał się za chrześcijańskiego
socjalistę, że chrześcijanie powinni "po linii" miłości bliźniego, uporządkowania życia, mieć
swój program. Program społeczny Kościoła. On ten program opracował nie sam,
współpracowali z nim m.in. Kwasiborski, Antczak, Braun. Po wojnie rzucili się do polityki,
sądząc, że to ich moment. Rzucili się wyposzczeni, działali przecież w czasie wojny i działali
ciężko. Braun był ostatnim przewodniczącym Rady Narodowej i chyba ostatnim delegatem
Rządu po Korbońskim. Wiele działali i S$p dawało im firmę w londyńskiej czwórce
stronnictw. Po wojnie doszli do wniosku, że przyszedł ich czas XXXXX zrealizować ten
chrześcijański socjalizm, że marksizm tego nie zrobi, bo jest niepopularny, bo kraj jest
katolicki, bo Rosja, bo to i owo, wobec czego zaczęLi wydawać "Tygodnik Warszawski".
Współpracował z pismem ksiądz Kaczyński, który wtedy przyjechał z Londynu. Ja tam dużo
pisałem na początku, ale za czasów księdza Wądołowskiego, pierwszego redaktora. A potem
zaczęli Brauny, Kwasiborskie, szalenie społecznie, więc mnie się to specjalnie nie podobało.
Ale oni zrobili błąd myśląc, że włączą się w życie polityczne oficjalnie. Poszli do Bieruta.
Wyłożyli swój program, twierdzili, że to jest wspaniały program, że cała Polska go przyjmie,
że delegat rządu był z S$p i bodajże Grot_$rowecki także myślał podobnie, że wszyscy są za
nimi. Bierut zrozumiał szybko, co trzeba zrobić. Kazał ich zamknąć, zamknąć pismo XXXXX
stało się to w 1948 r. Oni zresztą brali udział w rozmowach przedwyborczych, w których
wszystkie grupy katolickie brały udział, ale nic im to nie pomogło. No i siedział ciężko, długo
w więzieniu, z siedem lat. Dzielnie się tam zachowywał, podobno nawet odprawiał mszę. I
kiedy wyszedł, ponownie miał opinię wybitnego ekonomisty, szybko wszedł na Uniwersytet,
został chyba profesorem. Potem wyjechał na rok do Ameryki, pozwolono mu, dostał jakieś
stypendium. W rozmowach prywatnych XXXXX bo ja nie miałem z nim dużo kontaktu
XXXXX stale mówił o tym, że on właściwie jest chrześcijańskim socjalistą. Zresztą ja mu
mówiłem, że każdy socjalizm jest głupi, ale bez gniewu żeśmy się rozstawali. Dopiero mnie
zdenerwował, kiedy wstąpił do tego "Grunwaldu" bezsensownego i to tak demonstracyjnie w
1980. Po czym wyszedł na tym źle, bo w tym "Grunwaldzie" się pokłócił z jakimś panem
Ciesiołkiewiczem, sekretarzem i był proces. Na procesie zeznawał Studentowicz, że wszystko
jest w porządku finansowo itp., a nagle sędzia mówi: "A cóż to jest za świadek, czy to jest
wiarygodny świadek? A ile lat siedział pan w więzieniu? i za co?" Oto skutki zadawania się z
łobuzami. No i w rezultacie społecznie to on chyba już nie działa, dużo chorował. Jest to
człowiek inteligentny, ale ma tę manię społeczno_socjalistyczną i chrześcijańską zarazem, i
bardzo z siebie jest zadowolony, co może nie świadczy o nim najlepiej. Ja go nawet dosyć
lubię, tylko trzeba mieć 5_#6 godzin na rozmowę z nim, mniej to nie. Władysław Studnicki
XXXXX wyjątkowa postać. Germanofil polski. Od urodzenia do śmierci głosił, że trzeba się
porozumieć z Niemcami przeciwko Rosji. Nienawidził caratu, nienawidził komunizmu.
Zaczynał od socjalizmu w Wilnie, był na zesłaniu. Potem do konserwatystów krakowskich
przystąpił, a potem do endeków. I bez przerwy głosił konieczność porozumienia się z
Niemcami. Miał zdolności prorocze, dosłownie. Pamiętam jedyny raz, kiedy się z nim
osobiście zetknąłem w 1939 roku, po wejściu Niemców. Miał spotkanie z młodzieżą i
powiedział rzeczy niebywałe, że Francja przegra wojnę bardzo szybko, że musi nastąpić
wojna sowiecko_niemiecka. Ale dalej już błędne przypuszczenia, że Niemcy będą
potrzebowali polskiego żołnierza, że trzeba się z nimi dogadać. I nie przewidział, że gdy
będzie się próbował dogadać, to go żandarmi zrzucą ze schodów. Potem pojechał do Berlina,
do Goeringa, z jakimś memoriałem, więc znowu go aresztowano. Siedział tam w jakimś
obozie, czy więzieniu pod Berlinem i nic z tego germanofilstwa nie wyszło, ponieważ to byli
inni Niemcy. Tego on nie wkalkulował, że hitlerowcy to już inny gatunek Niemców. Ale to
był przenikliwy człowiek i bardzo uczciwy, bardzo odważny. Tylko trochę fantasta. Zresztą
małego wzrostu, z wielkimi wąsami, ogromnie honorowy, pojedynkował się. Ciekawa postać,
wyjątkowo dobry pisarz polityczny. Bogdan Suchodolski XXXXX aa, to jest facet
antypatyczny, muszę to powiedzieć. Za sanacji był senatorem, po drodze endekiem, potem
chciał być katolikiem... szybko się wyrzekł, bo do "Znaku" raz napisał. Jak go zaatakowali, to
on przeprosił, że nie wiedział, co to jest za pismo. Napisał list do "Trybuny Ludu" czy do
czegoś takiego. No, i właściwie jedzie na mówieniu o niczym. Bo te jego wszystkie książki,
to... Natomiast ja miałem z nim śmieszne spotkanie w roku 1957 nad morzem. On był
redaktorem encyklopedii. I w tej encyklopedii było napisane: "Ponomarienko, sekretarz
P$z$p$r" XXXXX zamiast K$p$z$r. A pod hasłem "Katyń" było napisane "Zbrodnia
niemiecka..." i tak dalej. Spotykam Suchodolskiego, i on mówi: "Wie pan, ten błąd z tym
Ponomarienko, ludzie mi wypominają... no tak, przykrość, rzeczywiście..." Ja mówię: "Panie
profesorze, to jest kara za Katyń". Franciszek Szlachcic XXXXX Szlachcica znam od
niedawna, bo po mojej powieści "Wszystko inaczej" zadzwonił do nas i powiedział: "Mówi
generał S. z pańskiej powieści". No więc poznał siebie. Spotkaliśmy się, i bardzo się ciekawił,
skąd ja wiedziałem pewne szczegóły o nim, na przykład to, że on był przeciwko budowie
Huty Katowice. A ja wiedziałem stąd, że mój znajomy był dyrektorem inwestycyjnym tej
huty, przedtem był dyrektorem naczelnym Huty Lenina, i pokazywał mi korespondencję,
wtedy Szlachcic był wicepremierem i jemu to podlegało. No i właśnie przeciwko tej hucie
bardzo ostro rzeczywiście występował. Natomiast był taki twórca mózgów elektronowych,
inżynier Karpiński XXXXX podobno genialny XXXXX którego wykończyli, bo on zawarł
umowę z Anglikami na taki swój mózg i oskarżono go, że to bezprawne, że wyprzedaje
socjalizm... odebrali mu paszport, odebrali mu profesurę. A jego protektorem był właśNie
Szlachcic. Więc on poszedł do niego się skarżyć, a Szlachcic mu powiedział: "Drogi panie, ja
panu przyznaję zupełną rację, ale układy się zmieniły i ja nie mogę nic". Ten Karpiński
"skończył" w Szwajcarii jako dyrektor wielkiej firmy komputerowej. A Szlachcic jest... Ale w
stanie nieczynnym. T Władysław Tatarkiewicz XXXXX mój profesor historii filozofii,
bardzo inteligentny człowiek, który miał XXXXX co w nim ceniłem XXXXX niewysokie
ambicje. Mówił: "Ja nie jestem filozofem, ja jestem kompilatorem, popularyzatorem,
estetykiem". Bardzo skromnie o sobie mówił, a zrobił masę. Ja chodziłem na jego wykłady,
kiedy powstała "Historia filozofii", bo on to najpierw mówił. To pionierska rzecz, takiej
drugiej nie było. Kiedyś Leszek Kołakowski na jubileuszu Tatarkiewicza powiedział, że o
każdym filozofie pisze on tak, jakby to był jego najulubieńszy. W okresie stalinowskim
dostawał w kość, zdjęli go w ogóle, tylko na K$u$l_u wykładał trochę. Ale umarł jako bardzo
zasłużony, sławny. Mnie bardzo lubił. Tu niedaleko mieszkał, tak że, dość często się z nim
spotykałem. I zrobiłem z nim wielki wywiad w "Tygodniku Powszechnym", to było w 1969
roku XXXXX coś takiego. Taki duży wyczerpujący wywiad o poglądzie na filozofię, na
filozofię polską. Józef Tejchma XXXXX Józefa Tejchmę zawsze uważałem XXXXX obok
Kuryluka XXXXX za najporządniejszego komunistę jakiego znałem. Człowiek naprawdę
prostolinijny, dosyć uczciwy. Pamiętam taką historię: było posiedzenie dwóch połączonych
komisji sejmowych w jakiejś sprawie. Był tam Tejchma, jako wicepremier. Ja zgłosiłem jakąś
poprawkę. Wszyscy tak popatrzyli na siebie XXXXX przewodniczył Wende XXXXX i
zaczęli jeden po drugim przeciwko tej poprawce występować, że to sprawa potwornie
reakcyjna i podstępna... a to była taka jakaś poprawka stylistyczna. Ja widzę, że Tejchma pali
papierosa za papierosem, denerwuje go to, bo widzi, że to wymyślanie jest bez sensu. I nagle
poprosił o głos, i mówi: "Ja bardzo przepraszam, nie rozumiem tej dyskusji. Mnie się wydaje,
że poprawka posła Kisielewskiego uściśla sprawę, nic w niej złego nie widzę". I wtedy
wszyscy zaczęLi przemawiać za tą poprawką. Po posiedzeniu chcę podejść do Tejchmy i
podziękować, ale widzę, że on ucieka, bo nie chce żeby go widzeili, że ze mną rozmawia.
Goniłem go po korytarzu, wreszcie go dopadłem i mówię: "Dziękuję panu bardzo za
poparcie". A on zamachał rękami: "Eee,... żadne poparcie..." Teraz go spotkałem w
ambasadzie greckiej. Spytał, czy go poznaję, ja powiedziałem, że oczywiście. W 1970 roku
był wysłany do Gomułki, żeby go poprosić o złożenie dymisji, bo się wszyscy bali Gomułki,
a on go lubił bardzo... A Gomułka uważał w ogóle, że to jest spisek partyjny, nie żadne
rozruchy... No, i przyszedł Tejchma, i zaczął tak delikatnie mówić, że "jednak jest taka
sytuacja, prawda, i towarzysze uważają..." A Gomułka na to: "Aha, więc i ciebie
przekabacili...". Krzysztof Teodor Toeplitz XXXXX o właśnie... Z K$t$t wymieniamy listy
raz na parę lat XXXXX obelżywe albo takie na pół obelżywe. Bo jest to człowiek zdolny,
ale... no, bywa czasami nieznośny. Cyniczny bywa, niekiedy to widać wyraźnie, a czasami
odważny i odkrywczy. Niewątpliwy talent dziennikarski. Szkoda go na te czasy. We Francji
byłby świetnym dziennikarzem. Witold Trąmpczyński XXXXX minister handlu
zagranicznego. Bratanek wielkiego endeka poznańskiego, marszałka Sejmu i Senatu.
Człowiek o otwartej głowie, bardzo zdolny ekonomista. No, tylko, że bojowy XXXXX to
znaczy bał się wszystkiego. I ja go wykończyłem parę razy, bo on mnie słuchał jako posła.
Zrobił mnie przewodniczącym Rady Muzycznej przy "Ars Polonie", wysłał mnie za granicę
na służbowy paszport. Z tego powodu miał potem okropne przykrości. Kliszko mu robił
awantury, ale jakoś to przetrzymał. Potem był ambasadorem w Ameryce. Bardzo dobrze
wychowany, łagodny XXXXX rzadkość w ogóle w partii, ale też dostawał po uchu. Najwyżej
zaszedł na przewodniczącego Komisji Planowania, przez pewien czas. Bardzo otwarta głowa,
pamiętam, że kiedyś walczyłem o turystykę zagraniczną na komisjach w Sejmie,
Trąmpczyński zaprosił mnie na herbatę i mówi: "Proszę pana, niech pan zaniecha tej sprawy,
bo my turystyki zagranicznej nie będziemy uprawiać, tylko polonijną". "A dalczego?". Mówi:
"Bo tak zdecydował tow. Kliszko". "Ale dlaczego?". "Bo tow. Kliszko uważa, że jest
nielegalność dolara, że będą nadużycia, że to i owo". Ja mówię "Ale to jest bez sensu". A
Trąmpczyński: "Ja nie oceniam, tylko pana informuję". No więc to był właściwie cały on. Nie
żyje już, niestety. Edward Trojanowski XXXXX jego bodaj brat stryjeczny, Wojciech,
znakomity reporter radiowy "Wolnej Europy", biegał kiedyś 110 metrów przez płotki,
natomiast Edzio był tu dziennikarzem, a kiedyś rekordzistą Polski na 200 metrów. Edward był
uroczy człowiek, blagier okropny, lubiący pożyczać pieniądze i nie oddawać... Ale wszyscy
go lubili, bo taki cynik... a poza tym biegacz świetny. Zresztą był drugi taki
biegacz_dziennikarz, sekretarz redakcji "íycia Warszawy", ewangelik, Stanisław Rothert,
startował w sztafecie 4 razy 100 metrów. świetny biegacz i gruźlik do tego. A człowiek
uroczy. Jerzy Turowicz XXXXX to trzeba tak powiedzieć... Za najwięKszego niegdyś
profesora kompozycji uchodził mój profesor Kazimierz Sikorski. I ja kiedyś spytałem
Fitelberga na ten temat. A Fitelberg powiedział: "Wie pan jaka jest tajemnica wielkiego
profesora kompozycji? íe ma zdolnych uczniów". Więc... Ja myślę, że Turowicz jest to
ciekawa osobowość, połączenie ogromnej religijności z upodobaniem do nowoczesnej sztuki i
do różnych takich postępowych historyjek. Bardzo ciekawa indywidualność, trochę
zmieniająca się. Nie chcę się narażać..., ale uważam, że jest to człowiek o upodobaniach
świeckich... w oczach. To znaczy, lubi patrzeć na ładne kobiety... oczy mu się palą wtedy. Nie
zapiera się tego, ale nie rozwija tej sprawy. íona jest córką generała Gąsiorowskiego, to był
szef sztabu długi czas. No a Jerzy jest przyjaciel Papieża z zawodu. To mu zarzucam, bo
można by powiedzieć, że kiedyś bardzo lubił tych nieprawomyślnych teologów XXXXX tego
Schillebeeckxa i tego K~unga z T~ubingen XXXXX a jak Papież z nimi zadarł, to jednak się
ich wyrzekł, schował rogi po sobie. No, ale Papież ważniejszy... Ale jest to duży redaktor, bo
nie przeszkadza i garną się do niego ludzie. On ma urok, garną się ludzie utalentowani. Jego
liberalizm połączony z wrodzoną religijnością: przecież on ma dwóch braci księży i cała
rodzina bardzo religijna XXXXX to jest rzadkie połączenie. Poza tym zna języki, zna świat, a
siedzi w Krakowie i na wakacje jeździ do Pcimia, czy gdzieś tam. No więc szereg
przeciwieństw, synteza przeciwieństw, to zawsze jest ciekawe. Ja go poznałem wtedy, kiedy
był także ksiądz Piwowarczyk, i oni się doskonale uzupełniali, bo ksiądz sztuką się mniej
interesował, bardziej sprawami społecznymi, był chadek właściwie, i znał marksizm
doskonale. No a Turowicz był od Maritaina, od sztuki i od kultury. To pismo miało szczęście,
trzeba powiedzieć. Bo był i Sapieha, i nie było drugiego takiego pisma, i to jest novum. To
zasługa Turowicza: takiego pisma poświęconego kulturze, gdzie różni ludzie pisują, to
właściwie nie było... Była "Kultura" w Poznaniu, ale... węższa. Tak, że to się okazał wielki
pomysł. I wielkie szczęście. Julian Tuwim XXXXX o Tuwimie bym powiedział to, co on sam
powiedział o sobie w Pławowicach u Morstina. Było tam sympozjum poetyckie i Tuwim
powiedział do Morstina: "Panie hrabio, ja to mam taki talent, że mógłbym pisać wiersze jak
Mickiewicz, jak Słowacki... Tylko bieda jest jedna: ja nie mam nic do powiedzenia"... Więc
coś w tym jest. To był wirtuoz formy, a treść była właściwie dosyć minimalna. Ale czasem
wiersze wspaniałe. Leopold Tyrmand XXXXX cała epopeja, mój wielki przyjaciel. Zabawny
chłopak, interesujący, który w ten sposób ukrywał się w czasie wojny, że pojechał na roboty
do Niemiec dobrowolnie. Tam był kelnerem, potem kucharzem na statku, potem jeszcze
kimś. Po wojnie wrócił, ale jakoś nigdzie nie mógł zagrzać miejsca. Zaczynał w "Słowie
Powszechnym", to najśMieszniejsze. No i wreszcie przyszlusował do nas, do "Tygodnika".
Pamiętam początki jego kariery, jak na przykład był mecz jakiś wielki, ze Związkiem
Radzieckim chyba. Na meczu był Bierut, cały rząd miał przyjść. Otóż Mikołajczyk,
wicepremier, wykombinował sobie, że się spóźni, żeby mieć osobne wejście, osobną owację.
I rzeczywiście, jak przez głośNik podano, że wszedł do loży wicepremier Mikołajczyk, to
stadion się zerwał z miejsc, zaczął klaskać, a w loży prasowej tylko jeden człowiek wstał i
klaskał XXXXX to Tyrmand. I wylali go ze Stowarzyszenia Dziennikarzy zaraz, za parę dni.
I w ogóle go wylali. Mieszkał w dawnym domu Y$m$c$a, tu, na Konopnickiej, w maleńkim
pokoiku i demonstrował swój sprzeciw. Jak było Z$m$p, to on właśnie się ubierał po
dżolersku, w jakieś czerwone skarpetki. Długi czas go nigdzie nie drukowali, właściwie
cierpiał biedę, ale świetnie to znosił i opisał w "Dzienniku", gdzie jest cała epopeja. Mnie tam
zresztą znieważył, napisał, że dłubię w nosie, co jest nieprawdą i różne takie XXXXX ale
zabawne. Jak przyszła odwilż, napisał szybko tego "Złego" i nagle olbrzymi sukces XXXXX
trzy wydania. Kupił sobie samochód, dostał mieszkanie, ożenił się i w ogóle szał ciał,
wszystko wspaniale. Ale dalej mu już nie szło. Zaczęli go bowiem niszczyć wydawcy, pani
Zatorska, taka kierowniczka od wydawnictw. Ciągle mu książki odwalali, ale walczył.
Wyjechał za granicę, "Zły" miał bardzo dużo przekładów. Napisał świetną moim zdaniem
powieść "Filip" właśNie o pobycie w Niemczech. Ale coraz bardziej się rozgoryczał, że go
nie wydają, tylko w "Tygodniku" pisywał. I wreszcie mu odwalili powieść "íycie towarzyskie
i uczuciowe" XXXXX i to odwaliła nie cenzura, bo cenzura to przyjęła, lecz redaktorki z
wydawnictwa, bo uważały, że on obraża środowisko literackie i Słonimskiego itd. Pewna
nasza znajoma była wśród tych redaktorek. Wtedy on tak się rozgoryczył, że zabrał dupę w
troki, jak to się mówi. I wyjechał. Po Europie się plątał, wreszcie w Ameryce osiadł, ciężkie
tam miał początki, mieszkał w Harlemie, gdzieś wśród Murzynów, w najtańszej jakiejś
dziurze. Miał pewien sukces, bo pisywał w "New Yorker" XXXXX to jest pismo o wielkim
rozgłosie. Dyrektor "New Yorkera" go bardzo lubił, ale ten dyrektor umarł, a przyszedł syn,
który był postępowy, czerwony, uznał Tyrmanda za reakcjonistę i wyrzucił go. No więc
ciągle miał takie przeżycia. Wreszcie został wicedyrektorem instytutu do badania spraw
imigracji. Mówił świetnie po angielsku, pisał już po angielsku. No, niestety, przestał pisać po
polsku. I nagle umarł na serce na jakimś seminarium na Florydzie. Zostawił szereg książek,
zupełnie niedocenionych moim zdaniem, znakomitych. Ten "Filip" jest znakomity, to "íycie
towarzyskie" to jest opis Warszawy gomułkowskiej jakiego nie ma drugiego, bo i
socjologiczny i psychologiczny XXXXX znakomity. świetne nowele. Był też pionierem
ruchu jazzowego, podziemnego. Postać bardzo ciekawa, miła. Mocno zadziorny, ja się też z
nim czasem kłóciłem. Aleśmy się w końcu lubili. Zdemoralizował mi dzieci, bo ich nauczył
jazzu, ciuchów kolorowych, różnych takich rzeczy. Szkoda, że umarł i to daleko od Polski.
Ale ma teraz swój renesans, tu jest czytany, wydają go, było nawet sympozjum na jego temat.
U Leopold Unger XXXXX Brukselczyk. Dawny członek redakcji "íycia Warszawy", jeden z
redaktorów. Korespondent "íycia" na Kubie. Tutaj się niczym specjalnym nie zaznaczył, mało
pisał. To był taki agencyjny dziennikarz. W 1968 roku pokłócił się strasznie z Korotyńskim
XXXXX były te antyżydowskie nastroje XXXXX wyjechał z rodziną. Ucichło o nim. Ja
przyjeżdżam w 1972 roku do Brukseli i tam akurat przyjechał Gromyko. Kupiłem sobie "Le
Soir" i czytam znakomity artykuł o Gromyce, dowcipy sowieckie, wszystko. Myślę XXXXX
skąd w Belgii mógł się znaleźć taki znawca Wschodu? Okazało się, że to właśnie Unger.
Pisuje w paru pismach. Pisuje po angielsku i po francusku. I w "Kulturze" paryskiej jako
Brukselczyk. Teraz wydał książkę "Orzeł i reszka", gdzie jest zbiór tych międzynarodowych,
światowych reportaży. Ja o tym napisałem recenzję w trzecim numerze "Kultury" paryskiej
XXXXX radzę przeczytać: wszystko o Ungerze. Bardzo zdolny dziennikarz. I mój przyjaciel.
Jerzy Urban XXXXX nie lubię, ale jest to zręczny na swój sposób socjotechnik. Tylko, że
bujacz i cynik. Ale dziennikarzom zagranicznym się podoba. Więc widocznie dlatego jest, że
się podoba. Ja nie gustuję specjalnie. W Andrzej Wajda XXXXX Wielki talent filmowy,
którego bardzo długi czas nie lubiłem. Te wszystkie jego filmy narodowe od "Lotnej"
poczynając poprzez "Popioły"i tak dalej XXXXX poza tym "Pokolenie" według Czeszki
XXXXX wszystko to, także "Popiół i diament", wydawało mi się jakąś nieprawdziwą wizją
Polski, wizją sztuczną. Ale umiał to napełnić autentycznym temperamentem narodowym, tak
że ten "Popiół i diament" był mniej kłamliwy niż sama książka. No a potem zrobił kilka
świetnych filmów. Moim zdaniem "Wesele" jest nadzwyczajnym filmem, "Ziemia obiecana"
jest też bardzo dobra, ja lubię osobiście "Smugę cienia". Poza tym miał taki satyryczny film,
którego nikt nie zauważył XXXXX "Polowanie na muchy" według Głowackiego XXXXX to
było bardzo dobre i śmieszne. Znowuż "Bez znieczulenia", film bardzo krytyczny, również
dobra rzecz. Dla odmiany dwa jego głośne filmy XXXXX "Człowiek z marmuru" i ten
solidarnościowy "Człowiek z żelaza" XXXXX nie podobają mi się. Uważam, że "Człowiek z
marmuru" jest nieprawdziwy faktograficznie. Ja mieszkałem w Krakowie i wiem jak
wyglądało współzawodnictwo pracy w Nowej Hucie. To nie była taka improwizacja, jak ktoś
sobie wymyślił. To była cała wielka akcja, zorganizowana na wzór sowiecki, forsę w to
wkładano, słowem ogromna machina... A u niego to wygląda tak, że ktoś to sobie wymyślił,
to po prostu nieprawdziwie... chociaż film bardzo ciekawy, Janda była dobra. "Człowiek z
żelaza" mnie podrażnił, bo strasznie banalne rzeczy mówią tam ci robotnicy: takie
schematyczne, patriotyczne... Chyba tak robotnicy nie rozmawiają, czy wówczas nie
rozmawiali. No, ale to jest plakat. Ja widziałem w Paryżu ludzi, którzy płakali na tym filmie.
Ciekawym, jak on dalej pójdzie XXXXX no bo na tej polityce za długo nie ujedzie... Paru
jego rzeczy nie widziałem, na przykład filmu "Miłość w Niemczech". Widziałem za to
"Dantona", który choć schematyczny, jest filmem dobrym. Krótko mówiąc, Wajda ma jakiś
wrodzony talent. On mało mówi, mało dyryguje na planie, a jednak wszyscy grają tak jak on
chce, no i film nosi jego piętno. Jak powiadam: ten jego ekspresjonizm duchowy,
patriotyczny mnie nie odpowiada, to nie jest mojego typu reżyser, ale to jest niewątpliwie
wielki reżyser. A spryciarz też ogromny. Ale tak być musi, Fellini też jest spryciarz. Jerzy
Waldorff XXXXX postać malownicza, znam go potwornie dawno, chyba najdawniej.
Poznańczyk, muzyk, a zarazem prawnik. Był aplikantem adwokackim już przed wojną.
świetne pióro. Na muzyce to on się mniej zna, moim zdaniem, ale pisze świetnie. I powieści
dobre, i eseje doskonałe. No i niesłychanie żywotny. Teraz pracuje nad zabytkami, nad
cmentarzami itd. Energia go nie opuszcza. Postać malownicza. I zawsze się umiał utrzymać
na takim niezależnym stanowisku, bez prowokowania, ale zawsze osobny. Ja go nawet do
"Przekroju" zaprotegowałem, pamiętam, że redaktor Eile mówił XXXXX kiedy ja
odchodziłem z "Przekroju" XXXXX że przydałby się taki ktoś, kto by się znał na muzyce. Ja
mówię: "Mam takiego kandydata". "A kto to jest?". Ja się długo wahałem, bo on pisywał w
"Prosto z mostu" przed wojną i był taki okrzyczany, bo zabawną książkę "Sztuka pod
dyktaturą" wydał. I wreszcie mówię: "To jest Jerzy Waldorff". A Eile odpowiada: "Mam
dosyć tych pańskich faszystowskich znajomości". Po czym jednak się zgodził na tego
Waldorffa. I Waldorff się rozwinął. Zresztą wielki przyjaciel Gałczyńskiego. Postać barwna. I
ma tę zaletę, że nawet starszy ode mnie o rok. Nie jestem najstarszy. Lech Wałęsa XXXXX
postać jedyna w swoim rodzaju, ciekawa. Dwa razy w życiu rozmawiałem z nim. Drugi raz
niedawno, długo zresztą. Myślę, że jest to błyskotliwy człowiek, jak na takiego samouka
inteligentny. Tylko może zbyt przejęty sprawami personalnymi. Wyobrażam sobie, że tam, w
Gdańsku, gdy mówi do swoich ludzi, to gra psychologicznie XXXXX trzeba powiedzieć tak,
trzeba powiedzieć siak. Jest to postać z pewną charyzmą, ale czy ma program polityczny i
gospodarczy, to powątpiewam. Raczej ma program swój, indywidualny. No, ale może się
mylę... Melchior Wańkowicz XXXXX żubr wileński. Wielki dziennikarz, ale straszny
spryciarz, który lubił pieniądze i taki krętacz trochę, ale z wielkim talentem. "Monte Cassino"
XXXXX sławny jego reportaż. I "Tworzywo"o losach polskiej emigracji w Kanadzie, w
Ameryce XXXXX to jest duża rzecz. Niesłychanie dbał o swoją karierę, o to, żeby mieć
uczniów. Kąkolewski to jest taki jego wychowanek w POlsce Ludowej. I potem się nagle
naciął. Zamknęli go na trochę, grozili mu procesem, ale jakoś się wybronił. Był to rzadki
okaz, bo się zrzekł obywatelstwa amerykańskiego. Amerykanie bardzo tego nie lubią. Co
więcej, minister Moczar odradzał mu to. Mówił: "Po co to panu? Ma pan tutaj spokój w
Warszawie". Ale nie, on się zrzekł. Wolałem Mackiewicza od niego, ale był to bardzo
utalentowany człowiek. Wanda Wasilewska XXXXX córka przyjaciela Piłsudskiego, jej
ojcem chrzestnym był właśnie Piłsudski. No i zdumiewająca kariera... Władysław Wolski
opowiadał, że jak go zwolnili z obozu, to jechał tam ileś tygodni do Moskwy i wreszcie w
Moskwie spotkał "towarzyszkę Wasilewską", jak się wyrażał... No i poczęstował ją
papierosem. Ale ona powiedziała: "Nie, towarzyszu, ja takich nie palę". Wolski powiada:
"Myślę sobie, to w takim razie jakie ona pali: amerykańskie ma, czy jakieś inne... A ona
wyjmuje machorkę, skręca kawał gazety, i podaje. To ja jej mówię: "Towarzyszko, ja jestem
stary komunista pochodzenia robotniczego, to ja nie muszę... to ja zapalę swojego"". Taka
typowa jego anegdotka. Wojciech Wasiutyński XXXXX też metamorfoza. Przed wojną
bojowy oenerowiec i falangista. Pisywał takie felietony w "Prosto z mostu" XXXXX "Z
duchem czasu". Były one absolutnie faszystowskie i niby pałkarskie. Potem wyemigrował. Po
wojnie zacząłem go czytać XXXXX widzę, że to światły człowiek, światowy. I był jakiś czas
temu, pierwszy raz w Polsce. Został endekiem, czy narodowcem, ale już ma szersze
spojrzenie. NIe ma tego jakiegoś szowinizmu. Bardzo się rozwinął. No i świetne pióro,
bardzo dobry publicysta. Adam Ważyk XXXXX no, też dziwne. świetny znawca poezji
francuskiej, nowoczesnego malarstwa, nagle zrobił się politrukiem od sztuki i heroldem
socrealizmu. Niszczył nas wszystkich okropnie. Mnie przestał się kłaniać przez długi czas, po
czym nagle przyszła odwilż. Było otwarte zebranie organizacji partyjnej Związku Literatów,
tu, w Pałacu Prymasowskim. Tłumy przyszły, bo to było tuż przed Październikiem. I ja
patrzę, Ważyk kłania się nisko. Więc ja się rozglądam, że komuś za mną, bo do głowy mi nie
przyszło, że mnie. On drugi raz się kłania. Ja się odkłaniam, on podchodzi. Więc ja mówię:
"No, jakoś mnie pan nie poznawał przez te wszystkie lata". A on mówi: "Tak, wie pan bo ja
byłem w domu wariatów, ale już się wyleczyłem". Ja mówię: "Jak to, naprawdę pan był?"
XXXXX "No, w tym domu wariatów, co pan zna". A więc pokajał się w ten sposób. Napisał
ten sławny "Poemat dla dorosłych", który narobił ogromnego hałasu. Nie wiem czy nie jest
zapomniany ten utwór, ale wtedy to był wybuch jakiejś bomby. W ogóle sądziłem, że to jakiś
manewr partii, bo żeby największy partyjny działacz nagle napisał o Nowej Hucie takie
herezje. Myślę sobie "Nie, to pewnie jakaś taktyka, ktoś to wymyślił". A tymczasem on na
własną rękę to zrobił. Odegrał wielką rolę, bo jak powiedział Sandauer "Naprawić zegarek
mogą tylko ci, co go zepsuli, bo znają mechanizm". Może... czy ja wiem? Jan Karol Wende
XXXXX też mieszkał w tym domu co i ja. Wicemarszałek Sejmu ze Stronnictwa
Demokratycznego. Człowiek o niewielkim charakterze, ale dość inteligentny. Wspiął się
szybko, bo w Lublinie podobno awansował co tydzień o jedną gwiazdkę. Najpierw był
pułkownik Wende z niczego, potem był ambasadorem, no i potem wicemarszałkiem Sejmu,
ale bał się jak ognia Kliszki. Tak, że wiele z nim zdziałać nie można było. Andrzej Werblan
XXXXX ważna figura, kierownik wydziału nauki w partii, o zabarwieniu stalinowskim, taki
"mocny człowiek", chociaż się wywodził z P$p$s, po czym nagle w okresie "Solidarności"
zaczął mówić o demokracji, o strukturach poziomych, o przekształcaniu partii XXXXX i
wylali go zewsząd; obecnie bez znaczenia. I spotkałem go w stanie wojennym w szwedzkiej
ambasadzie. Napiliśmy się. I ja mówię: "Proszę pana, jak to jest możliwe, że pan, stary gracz
partyjny, stary lis, pan uwierzył, że możliwe są w partii te struktury poziome, ta
demokratyzacja". On mówi: "Nie, proszę pana, ja nie uwierzyłem, że to jest możliwe, ale ja
mam wnuczkę, pomyślałem, że ona kiedyś będzie czytać historię Polski i spyta: "Co dziadek
robił w partii? Co dziadek zrobił dla demokratyzacji partii?" "No, musiałem coś zrobić".
Piękne tłumaczenie. Władysław Wicha XXXXX minister spraw wewnętrznych po
Październiku. POwiem tylko jedno XXXXX Jerzy Zawieyski był w Edynburgu i poznał
generała Maczka, który został wtedy barmanem w hotelowej restauracji, ponieważ całą
emeryturę zaangażował w jakieś akcje giełdowe i stracił. Maczek powiedział Zawieyskiemu,
że chciałby wrócić do Polski. Zawieyski przyjechał i myśmy ze Stommą poszli do Wichy w
sprawach różnych interwencji a na końcu ja mówię: "Panie ministrze, tu jest taka sprawa,
generał Maczek chciałby wrócić do Polski". A Wicha mówi: "Maczek? Do Polski? Niech on
najpierw popracuje politycznie, żebyśmy wiedzieli, po co on chce wracać i kto on jest". I nie
wrócił, dzisiaj depesze gratulacyjne dostaje od rządu polskiego XXXXX skończył 96 lat. NO
więc taki to był mędrzec ten Wicha. Feliks Widy_$wirski XXXXX mój sąsiad z tego domu.
Bardzo malownicza postać. Doktor medycyny, przedwojenny członek "Zadrugi". "Zadruga"
to była neopogańska grupa, Jan Stachniuk tym kierował. No i ten Widy_$wirski nigdy nie
miał nic wspólnego ani z komunizmem, ani z katolicyzmem. Po wojnie nagle został
członkiem Stronnictwa Pracy, bo mu tak nakazano z partyjnego klucza. Najpierw był
wojewodą poznańskim, potem wiceministrem Ziem Odzyskanych. Potem był w tym
Stronnictwie Pracy. Wreszcie go zamknęli, gdy zamknęli Gomułkę jako świadka przeciwko
Gomułce. On się tam bronił, opowiadał mi zresztą zabawne historie z różnych przesłuchań.
No i wyszedł. Siedział chyba jakieś trzy lata w śledztwie. Jak Gomułka doszedł do władzy, on
został wiceministrem zdrowia, prezesem różnych ogranizacji, wreszcie kierownikiem
polskiego ośrodka naukowego w Paryżu. Z tym, że potem była intryga, bo kapitan
Czechowicz go wrąbał. Trzech ludzi wrąbał, że są na żołdzie "Wolnej Europy". Kubackiego,
Podkowińskiego i Widy_$wirskiego XXXXX Bogu ducha winnych ludzi, ale była z tego
duża heca. Wrócił do Polski. Był to bardzo inteligentny człowiek, który ze wszystkiego się
śmiał, wszystko rozumiał, ale bał się własnego cienia, no i służył... Był przyjacielem
Gomułki. Dużo się od niego dowiedziałem, między innymi powiedział mi kiedyś: "Wie pan,
przyszli do mnie z tego Urzędu i mówią: "Wy jesteście oczytani doktorze, a tu taki Staliński
napisał książkę. Kto to może być? No XXXXX mówią XXXXX Putrament, ktoś tam, raczej
nie XXXXX ale chyba Kisielewski". A Widy_$wirski mówi: "Wiecie co im powiedziałem:
"Nie, wykluczone. Kisielewski by napisał z furią, z jadem, z wściekłością. A to jest takie
łagodne XXXXX taka fotografia". Przekonałem ich." Nie pytał się mnie, czy to ja, tylko tak
opowiadał. Niestety nie żyje. Stefan Wiechecki (Wiech) XXXXX Wiech był zdumiewający,
bo w rozmowie w ogóle do głowy by nikomu nie przyszło, że on pisze takie właśnie
"wiechy". Bo to był intelektualista, inteligent, znający języki, lubiący teatr. No a tu wymyślił
sobie i ten żargon warszawski, podmiejski... i ten stylik cały, ogromnie zabawny. Oczywiście,
przepadła cała jego szmoncesowa, żydowska część twórczości. Tam były znakomite rzeczy,
bo on też podpatrzył ten dialekt. Ale w gruncie rzeczy on sam to wymyślił, te dialekty. I to
zanikło. Ja się zastanawiałem w czasie Powstania, kiedy patrzyłem jak burzą Warszawę, co
zrobi Wiech po wojnie, gdzie jego humor się podzieje. No i oto jest pierwszy powojenny
felieton Wiecha w "Ekspressie", że handlują, na Poznańskiej jest bazar, tam ktoś chce kupić
marynarkę, nie może dostać, ale nic się nie mówi o żadnym Powstaniu. I w pewnym
momencie facet mówi: "No dobrze, ale gdzie ja taką marynarkę dostanę?" A ktoś odpowiada:
"Pójdziesz pan tam, trzecia ruina na lewo, tam sprzedają..." To była jedyna aluzja... "Trzecia
ruina na lewo..." Bardzo miły i zabawny człowiek był Wiech. Ale i poważny w rozmowie.
Andrzej Wielowieyski XXXXX jest to mimoza trochę. I nerwus. Czasem świetne rzeczy
potrafi powiedzieć czy napisać, a czasem zupełnie dziwaczy i nerwy go ponoszą. Trudno
pojąć tego człowieka, ale bardzo go lubię... jak się kogoś długo zna, to się go lubi. On miał
różne koncepcje. Taka była kiedyś jego książka "Przed trzecim przyspieszeniem": wielkie
dziwactwo. Kiedy indziej system meksykański nam zachwalał. A czasem potrafi świetnie
napisać. To jest bardzo ideowy facet i katolik prawdziwy, ma dużo dzieci. Piotr Wierzbicki
XXXXX wnuk wielkiego przemysłowca, prezesa "Lewiatana" XXXXX to było zjednoczenie
ciężkiego przemysłu. Dziadek, Andrzej Wierzbicki XXXXX inżynier w Rosji działający,
znałem go. A Piotr XXXXX zaczynał tak właściwie w biedzie. Był nauczycielem, zaczął
pisywać, nie miał gdzie. Muszę powiedzieć, moja zasługa, że go do "Tygodnika"
wpakowałem. No i rozkwitł jako ciekawy felietonista, także książką "Myśli staroświeckiego
POlaka", co prawda on do tego czasu nic nie czytał Dmowskiego i ja mu poradziłem, żeby
przeczytał "Politykę Polską" XXXXX to jest najlepsza książka Dmowskiego. W tej chwili
bardzo popularny. Ciekawy człowiek, tylko że melancholik i żółciowiec. Raczej smutny
człowiek, martwi się. Nie drukują go, nie wydali mu powieści "Cyrk", wyszła tylko w drugim
obiegu, co gorsza Giedroyć tego nawet nie chciał wydać, bo mu się nie podobało tam coś.
Bardzo ciekawy człowiek. Józef Winiewicz XXXXX Poznańczyk, chorągiewka na wietrze.
Najpierw endek, potem senator, wysoki urzędnik Rządu Londyńskiego. Po czym wraca do
Polski i zostaje wiceministrem spraw zagranicznych, bardzo ortodoksyjnym. Bojowy, czyli
bojący się własnego cienia. Nic nigdy nikomu nie załatwił. No, ale otrzaskany, znający
języki. Towarzysze mu się wywdzięczyli nie bardzo, mianowicie, kiedy miał przejść na
emeryturę przyszła kolej na Polaka, żeby był przewodniczącym sesji O$n$z. To jest bardzo
opłacalne, bo tam jest wysoka pensja w dolarach. I miał nim być Winiewicz. Po czym
przyjechali do Warszawy amerykańscy astronauci, ci co byli na Księżycu. I przyszło z K$c,
że nie należy ich przyjmować, tak, że tylko ambasador amerykański urządził koktajl. Byłem
na nim zresztą: poznałem ich. Po czym nagle podniósł się wrzask, że obrażono Amerykę, że
dlaczego XXXXX i zwalono wszystko na Winiewicza. Tak, że nie został przewodniczącym,
tylko został Trepczyński, czyli wykiwali go na całego. Tak kończą ludzie bojowi. Ryszard
Wojna XXXXX niezbyt to sympatyczna postać. Budząca sprzeciw przez to, że czasem mówił
horrendalne rzeczy i czuło się, że on w to wierzy. Tak on to sobie patriotycznie jakoś
ustawiał, że największą brechtę potrafił z przekonaniem podać i drażnić ludzi. No, jednak to
jest pewna odwaga w tym środowisku. Ale nie jest to bohater moich marzeń. Kardynał Karol
Wojtyła XXXXX znałem go jeszcze jako młodego księdza, zawsze przychodził do
"Tygodnika". Przysyłał artykuły, przysyłał wiersze, które Turowicz nie zawsze drukował. I
był bardzo miły, bardzo zdolny, przy tym miał umiejętność słuchania. To jest rzadka rzecz.
Potrafił słuchać, mało mówił, robił notatki. I tak działał zapładniająco, że wszyscy mówili. No
i awansował... Ja mam teorię, że on został Papieżem mianowany przez Kliszkę. Mianowicie
zdarzyła się taka historia, jak on jeszcze był biskupem pomocniczym w Krakowie, partia
chciała zabrać gmach seminarium na Wolskiej. I Wojtyła w cywilu, tylko w koloratce,
poszedł do sekretarza partii Motyki prosić, żeby tego nie robić, że to jest zabytkowy gmach,
że tam zawsze było seminarium. Był to pierwszy wypadek, że biskup poszedł do sekretarza
partii. Motyka zadzwonił do Warszawy, Kliszko się zachwycił, powiedział: "Oczywiście
oddać to seminarium". I potem, kiedy były kandydatury na metropolię krakowską XXXXX to
było zdaje się siedem kandydatur. I Wojtyła nie był na pierwszym miejscu, a Kliszko go
wyszukał i powiedział: "Partia popiera tego". Więc właściwie zawdzięcza mu nominację...
Był szalenie skromny, już jak był arcybiskupem i kardynałem, urządzał sympozja w pałacu.
Prosił, żeby go informować, żeby mu opowiedzieć o literaturze, o tym, o owym. A w ogóle
uroczy człowiek. Nie wiem, jak on sobie daje radę w Rzymie, bo w Krakowie nigdy sam nie
jadał, tylko chodził na proszone obiady do znajomych, na kolacje. Towarzyski... No a w
Rzymie XXXXX gorzej. Bardzo wybitna postać. íałuję go czasem, że tam się męczy okropnie
pracą. Bo to jest poważny człowiek i poważnie traktuje to papiestwo. Antoni Wojtysiak
XXXXX sejmowy Rejtan w latach 1957_#61, poseł z Legnicy, profesor rolnictwa we
Wrocławiu. Starszy pan, wysoki, sztywny, nieco sklerotyczny, przed wojną sekretarz
rolnictwa Juliusza Poniatowskiego, "czerwonego piłsudczyka". Głosował z zasady przeciw
wszelkim wnioskom, ustawom, budżetom, nominacjom (przeciw mianowaniu Cyrankiewicza
na premiera!). Wygłaszał przy każdej okazji ostre, ironiczne przemówienia, choć w
komunistycznym budżetowaniu orientował się słabo. Po pierwszej kadencji oczywiście go
wylano, utracił też profesurę we wrocławskiej Wyższej Szkole Rolniczej. Bardzo odważny,
przyzwoity facet! Krzysztof Wolicki XXXXX znam doskonale z rozmów, tak... Bardzo
inteligentny, za inteligentny już, taki przesubtelniony umysł. Jadał z niejednego pieca, więc
bardzo doświadczony, ale ma koncepcje czasem znakomite, a czasem zupełnie księżycowe.
Tak, że jak on informuje Francuzów, to co oni z tego rozumieją XXXXX sam nie wiem.
Sławna była jego historia ze strzelaniem w czasie Bożego Ciała, kiedy był jeszcze
stalinowcem. On mieszkał na Foksal, i na balkonie rozwiesił jakieś gacie, jakieś coś, bo
słońce świeciło. I szła procesja... zaczęli krzyczeć, że tu wiszą gacie, że profanacja... Wtedy
on wyskoczył z rewolwerem i zaczął im grozić. Ale to bardzo inteligentny facet,
niewątpliwie. I odważny. Władysław Wolski_$piwowarczyk XXXXX była to postać zupełnie
niezwykła jak na komunistę, ponieważ człowiek uwielbiający chodzenie do kawiarni, do
knajp, i szczere rozmowy, przy czym nie oszczędzał swoich towarzyszy, których wszystkich
uważał przeważnie za idiotów. Moje pierwsze spotkanie z nim: zapoznał mnie Władysław Jan
Grabski w Krakowie. Wolski był wtedy ministrem Administracji Publicznej i
przewodniczącym Rady Ziem Zachodnich. A do tej rady samych endeków poangażował. No i
on mnie pyta: "Proszę pana, Polska oparta o Odrę i Bałtyk, jednolita narodowo,
sprzymierzona z ruskim carem XXXXX co to panu przypomina?" Ja mówię: "Program
Dmowskiego". On: "No właśnie! Widzi pan". Masę rzeczy opowiadał o Rosji, o Wandzie
Wasilewskiej, można by całą księgę napisać... Po czym rozpoczął intrygę przeciwko
Bierutowi, którego uważał za idiotę, tak jak wszystkich zdaje się, i sprzymierzywszy się z
ambasadorem sowieckim Lebiediewem, postanowił go wyrzucić a samemu wejść na jego
miejsce. Zresztą mówią, że to Stalin go inspirował, że to w ogóle był agent. Ale nie udało mu
się to, bo Bierut się połapał, pojechał do Stalina, Stalin się wyparł, że o niczym nie wie,
Wolskiego wyrzucili. I mieszkał w Krakowie, nie wolno mu było przyjeżdżać do Warszawy.
Był dyrektorem Biblioteki Wojewódzkiej, ale... chodził z rewolwerem. No i opowiadał
przeróżne rzeczy. MIędzy innymi prowadziłem polemikę między nim a profesorem
Stanisławem KOtem. Bo profesor Kot opisał, jak to w Kujbyszewie do ambasady dostał się
jakiś agent, który przyniósł plany obozów koncentracyjnych, a w nocy przyszło N$k$w$d, te
plany znalazło, i wyrzucili attach~e wojskowego, pułkownika Arleta. Ja to opowiedziałem
Wolskiemu, który tego nie czytał, a on powiedział: "To wcale nie tak było. Ja byłem
wykończony w kraju Jakutów, sparaliżowany, ledwo łażący, chciałem wiać z Rosji za
wszelką cenę, ale wiedziałem, że nie będą mieli do mnie zaufania jako do komunisty, więc
przyniosłem plany, żeby to zaufanie uzyskać, a oni w ten sposób to potraktowali..." Ja to
znów opowiedziałem Kotowi, Kot jednak prostował, i taka dyskusja się toczyła...
Najważniejsze, że Wolski nazywał się Piwowarczyk, i że przed wojną był wymieniony do
Rosji XXXXX były wymiany komunistów na więźniów politycznych XXXXX tam go
aresztowali od razu oczywiście, ale przeżył. Opowiadał jak po wojnie, w Polsce, było
posiedzenie Komitetu Ekomomicznego Rady Ministrów, wbiega Jędrychowski "(wiadomo,
idiota!)" i mówi: "Towarzysze, mam radosną wiadomość, przeciętna spożycia stali na głowę
wzrosła o ileś tam." A Wolski na to: "Towarzyszu Jędrychowski, jeżeli ja zdradzam żonę
cztery razy na tydzień, a wy wcale, to przeciętnie zdradzamy po dwa razy, ale co wy z tego
macie za przyjemność, to ja nie wiem." I mówi: "To Bierut uderzył pięścią w stół i powiada:
"Towarzyszu Wolski, ja sobie wypraszam te dowcipy"... No widzi pan, bez poczucia
humoru... I oni chcą rządzić..." Postać ciesząca się bardzo złą opinią, a według mnie człowiek
nieprzeciętny, inteligentny, no... trochę drań na pewno, ale opowiadający o tym... nie ukrywał
tego, nawet się chwalił... Wiktor Woroszylski XXXXX przemiana absolutna. Kiedyś straszny
zetempowiec i stalinista. Wypisywał niesłychane historie. Był trzy lata na stypendium w
Moskwie, potem był w Budapeszcie w czasie krwawej łaźni, całkowicie przemienił się w
innego człowieka i partia mu tego nie może darować, że był kiedyś ich człowiekiem, a dziś
jest takim bojowcem przeciw. Znawca literatury sowieckiej, zresztą dobry. Poeta, ale to ja się
na tym nie znam. Ale już nawet jesteśmy na "ty", więc wybaczone wszystkie dawne urazy. Po
okresie wypaczeń XXXXX okres wybaczeń. Jacek Woźniakowski XXXXX o Jacku
Woźniakowskim napisałem szkic do książki pamiątkowej, którą o nim wydają, gdzie
wszystko powiedziałem co o nim myślę, więc można to przeczytać. Uważam, że jest to
człowiek szalenie zdolny, ale za dużo XXXXX jak i ja zresztą XXXXX za dużo srok trzyma
za ogon. Znakomity poliglota, świetnie zna francuski, angielski, ale dużo różnych rzeczy robi,
i boję się, że żadnej do końca nie dorobił. Wydaje mi się, że najwybitniejszy jest jako estetyk.
Wydał kilka książek estetycznych z historii sztuki. Jest ogromnym erudytą, ale ma takie
krakowskie snobizmy najrozmaitsze, które sprawiają, że działa w sposób specyficzny, w
pewnym stylu tylko. Może nie wyzyskał wszystkich swoich zdolności... Czesław Wycech
XXXXX aaa, Wycech był wspaniały! On był w ogóle mikołajczykowiec, w czasie okupacji w
Delegaturze Rządu, od spraw oświaty. No i zdradził Mikołajczyka. Za to został tym
marszałkiem. A jego jąkania w Sejmie były wspaniałe. Na przykład kiedyś film pokazywali
XXXXX sowiecki jakiś XXXXX dla posłów, a on wygłaszał słowo wstępne. I mówi: "To jest
film dos...sskonały i pokazuje naszą głęboką, mh, mh... nie... nieprzymuszoną miłość do
Związku Radzieckiego"... Nawet partyjni nie mogli wytrzymać ze śmiechu. Pamiętam jak był
z delegacją w Rumunii, i tam się Rumuni zachwycali, że mówił bez kartki. I było
sprawozdanie z pobytu tam polskiej grupy parlamentarnej XXXXX tu muszę wtrącić, że
wyraz "po" rumuńsku to "dupa". Więc było napisane "Dupa Czesław Wycech" czyli że "po
Czesławie Wycechu..." przemówił ktoś inny. Ja miałem ten wycinek i go rozpowszechniłem
po sali, dopisując: "Co myślą Rumuni o naszym Marszałku"... Moje pierwsze spotkanie z nim
było takie, że on mówi: "Szszalenie się cie...eszę, że was pozzz...znaję, bo wiecie, ta wasza
książka na...aas krzepiła w czasie ookupacji..." Ja mówię: "Jaka książka? "Nno wiecie, tee...
pprochy... Ziemia gromadzi pprochy..." Więc ja mówię: "Ale niestety, to nie ja napisałem,
tylko Józef Kisielewski". A on mówi: "Tak...? No, ale tt...eż się bardzo cieeszę..." Marszałek
Sejmu miał prawo wycofać z protokołu jakiś fragment przemówienia, za zgodą posła
oczywiście, na jego interwencję. I ja opowiedziałem taką anegdotkę: "Dwa psy się spotykają
na granicy: polski i czeski. Czeski tłusty, dobrze wyglądający, i polski XXXXX chudy. Więc
ten polski mówi: "Co, świetnie się wam powodzi?" A tamten: "Tak, ale szczekać nie możemy,
a wam wolno"". Przyszedł do mnie Wycech i mówi: "Nno wiecie, to jedd...nak jjest obb...raza
czeskiego nnarodu, tto nniee.. może być...", i usunął to... Kazimierz Wyka XXXXX Znałem
go dobrze. Człowiek, którego marksizm zmarnował. Był to szalenie inteligentny, bardzo
wybitny krytyk, uczeń Kołaczkowskiego, u niego w "Marchołcie" pisywał przed wojną, w
czasie okupacji pięknie się sprawiał. No i po wojnie uwierzył w marksizm. Szalenie
pracowity: wstawał o piątej rano i pisał. Napisał m.in. książkę o marksistowskiej interpretacji
komedii Fredry. To nie wyszło, był to jedynie skrypt uniwersytecki. Po czym nagle się
okazało, że tam jest jakaś herezja, że to nie jest prawdziwy marksizm. Oskarżyli go, i nagle
wypadł z łask, chyba miesięcznik "Twórczość" mu wtedy odebrali i dali Ważykowi. Nie mógł
tego zrozumieć i rozpił się na tym tle. Był potem pewien czas dyrektorem I$b$l_u. To był
wielki krytyk... właściwie mógł być wielki krytyk. Ja mam do niego pretensję, że w książce
"Pogranicze powieści" zakwalifikował mnie razem z Dygatem i Brandysem jako "porachunki
inteligenckie, porachunki z ostatnią wojną". Był to taki schemat XXXXX krytyk potrzebuje
schematu. Ale, moim zdaniem, ja nie pasowałem do tamtych dwóch. Tak czy owak był to
świetny krytyk i świetne pióro. Wychował wybitnych ludzi XXXXX Kijowskiego, Flaszena,
Błońskiego i Puzynę XXXXX to byli jego czterej najzdolniejsi uczniowie. Kardynał Stefan
Wyszyński XXXXX Prymas, wielka postać. Bardzo ciekawe było moje pierwsze z nim
zetknięcie. Mianowicie przyjechałem do Lublina i miałem być przez niego przyjęty,
przygotowano to. Jednak okazało się, że on musiał wyjechać, ale zostawił do mnie list. I w
tym liście napisał: "Czytam pańskie felietony, ale nie jestem ich zwolennikiem. Naród polski
cierpiał, ma bolesne rany, a pan soli dosypuje do tych ran. A to trzeba przecież leczyć".
Potem, jak go poznałem, tośmy właśnie na ten temat dyskutowali. Niespodziewanie został
Prymasem. Pamiętam, jak Turowicz powiedział, że najzdolniejszym, biskupem jest
Wyszyński, ale skąd w Rzymie mają o tym wiedzieć. Tymczasem wiedzieli. No, duży
charakter. Niezbyt lubił rzeczywiście środowisko literackie. Kiedyś był u niego Alfred
ťaszowski i spytał: "Czy to prawda, że Eminencja nie lubi intelektualistów?". A on
powiedział: "Proszę pana, za czasów Chrystusa też byli intelektualiści XXXXX faryzeusze.
Ale on wolał z rybakami, z celnikami, z prostymi ludźmi. Czy panu to nic nie mówi?" Ha,
rzecz ciekawa. Prowadził Kościół dobrze. Miał twardy charakter. Jednocześnie umiał
manewrować, umiał komunistów wyprowadzać w pole. Ja pamiętam historię, jak było
50_lecie "Cudu nad Wisłą". I nagle zapowiedzieli, że Wyszyński w Częstochowie wygłosi
ogromne kazanie z racji rocznicy zwycięstwa nad bolszewikami. No więc U$b i Urząd do
Spraw Wyznań okropnie się przeraziły. Zaczęli jeździć po diecezjach, straszyć, że jak on
spróbuje coś takiego zrobić, to straszne represje spadną na Kościół. On wytrzymał i na trzy
dni przed terminem ogłosił, że nie wygłosi tego kazania, bo się rozmyślił. Ale ich
zdenerwował, miał szereg takich posunięć. I w końCu został doceniony przez komunistów,
zaczęło się porozumienie. Kiedyś mówiono, że Wojtyła postępowy w Krakowie, a Wyszyński
reakcyjny. A potem okazało się przeciwnie: Wojtyła XXXXX kosmopolita i wróg, a
Wyszyński XXXXX narodowy, demokratyczny, ludowy. No, jak Wojtyła został papieżem
sytuacja się wyjaśniła. Niedługo już pożył Wyszyński. Mnie się podobało, że on miał
poczucie humoru. Nie robił z tego dużego użytku, ale pamiętam kiedyś, jak zaprosił posłów
koła "Znak" do Lasek, urządził takie rekolekcje swojego rodzaju. Potem przemawiał i mówi,
że Polska jest od kilkuset lat pod specjalną opieką Matki Bożej, a ja się nachylam do Stommy
i szepczę, że coś nie bardzo Polska wyszła na tej opiece. A on patrzy na mnie, już wiedział co
ja mówię. Mówi: "Pan chce, żebym pana wyklął, a ja nie. Ja wiem, co pan powiedział".
Jednak miał swój humor. Była to wybitna postać. Janusz Zabłocki XXXXX działacz
katolicki, bardzo ambitny. Zaczynał w "Paxie" tak jak wielu innych, potem przyłączył się do
nas, ale potem zrobił woltę. Stworzył P$z$k$s XXXXX własną organizację. Zaczął z tą
"Libellą" urządzać różne manewry. Muszę powiedzieć, że ja nie bardzo lubię tę postać. Jest
za ambitny, za bardzo nastawiony na politykę, za bardzo... przebiegły po prostu facet. No, ale
ma swoją kartę. I bardzo spoważniał. Zygmunt Załęski XXXXX jeden z niewielu przyjaciół
Mikołajczyka, który się nie pokajał jak Mikołajczyk uciekł, postawił się, poszedł do
więzienia. Siedział długo, do Października. Został potem posłem. To był mój, że tak powiem
towarzysz bojów. On lubił głosować przeciw, a był członkiem Z$s$l, więc ja uważałem, że
trzeba wesprzeć takiego. Pamiętam, że była ustawa o melioracjach. On był specjalistą od tego,
ja o tym nie miałem zielonego pojęcia, ale widzę, że on się szykuje, ma wielkie
przemówienie. Idzie do marszałka, a marszałkiem był Wycech z Z$s$l_u i wcale nie chciał,
żeby jego partia popisywała się mówcą opozycyjnym, więc nie udziela mu głosu. Ja widzę, że
on raz idzie, drugi raz idzie, trzeci raz, wraca czerwony i siada za nami. Już nie w partii tylko
za nami. No, to ja sobie myślę, on będzie głosował przeciw ustawie, to ja też, chociaż się nie
znam. No i rzeczywiście. "Kto jest przeciw?" Dwa głosy, Wycech o mało nie spadł z tej
katedry. Dwa głosy przeciw! A w "Trybunie Ludu"się ukazało, że ustawa uchwalona
jednomyślnie. Z Zbigniew Załuski XXXXX Znałem, niezbyt lubiłem. Dlatego, że łączył
prawdę z kłamstwem. Pamiętam tę jego książkę XXXXX "Siedem polskich grzechów
głównych" XXXXX gdzie opisał jak to armia Berlinga dochodzi do Bugu. I nagle podnoszą
się głosy: "O, Polska...! Ojczyzna...!" i przez lornetki patrzą. Przecież to wszystko byli ludzie
ze Wschodu, z Wileńszczyzny, z Wołynia... i dla nich Bug niczym nie był... Takich rzeczy on
dużo robił. Pamiętam spotkanie w Domu Akademickim na Grochowie, z Koźniewskim,
Załuskim, ze mną i profesorem Szackim. Na tym spotkaniu Załuski wystąpił jako wielki
patriota typu moczarowskiego: że trzeba wybaczyć... akowcy nasi bracia... przelano krew...
niesprawiedliwie... No i nagle wychodzi jakiś facet jąkający się i mówi: "Jjja... tu maam taką
bro...oszurę "Bbb...ohaterowie czy zdra...ajcy" podpisaną ZZz...bigniew Zzałuski, przeciwko
Sspychalskiemu, żże to zddrajca... Zz tego wynika, że to pan też przelewał tę kkk...rew
bratnią..." Można się domyślić: to był Michnik. Trwa więc długa dyskusja, i wreszcie
odpowiedzi na pytania. Załuski odpowiada, też, a to pytanie zostawia na koniec. "Co do tej
broszury XXXXX mówi XXXXX to muszą powiedzieć, iż rzeczywiście była ona podpisana
moim imieniem i nazwiskiem". Na co Michnik się zrywa i mówi: "Czy to zz...naczy, żże..." A
przewodniczący przerywa i mówi: "Więc zamykamy zebranie, dziękuję". Roman
Zambrowski XXXXX Trzy razy się z nim przywitałem. Pamiętam tylko, że w okresie, kiedy
myśmy byli posłami, był taki moment, że Gomułka wyjechał i Zambrowski go zastępował,
jeszcze był w łaskach... I my przychodzimy ze Stommą, i Stomma XXXXX żeby się podlizać
XXXXX mówi, że Wolna Europa tam coś haniebnie powiedziała... A Zambrowski powiada:
"Wie pan... Wolna Europa... to kto wie, jakie ona ma intencje... Na to trzeba patrzeć głębiej...
To nie jest pewne..." I kto to mówi...! Natomiast ciekawe są jego pamiętniki, które nie są
wydane, tylko fragmenty drukowała "Krytyka". Wynika z nich, że to był całkiem normalny
inteligent polski, który się uwikłał i właściwie nie miał wyjścia. Bo to nie był taki marksista
jak powiedzmy Warski, czy ktoś, to był raczej taki... taki warszawski wyciruch trochę...
Oczywiście miał momenty straszne, właściwie ta trójka XXXXX Zambrowski, Berman,
Minc, robiła wszystko. Ale te pamiętniki zdumiewające, bo dowodzą, że on wszystko to
rozumiał, i widział, jak było z tymi wyrokami śmierci i prześladowaniami akowców... Jak się
czytało Różańskiego w "Tygodniku Kulturalnym", to było potworne, bo facet z jakąś
nienawiścią autentyczną to robił... a u Zambrowskiego to jednak chyba inaczej... Mnie w
ogóle u nich najbardziej zdumiewa to, co tak dobrze wyszło w książce Torańskiej. Tam jest
taka scena, jak Berman ucieka z Mińska. Ucieka przed Niemcami, a nie wie co go czeka w
Moskwie, czy go nie zarżną... a o czym on myśli? On myśli już, jak będzie rządził w Polsce...
Czyli to poczucie, że ich moment przyszedł. Oni to wszyscy mieli: że my, nie ma innej grupy,
która by się dogadała ze Stalinem... Tylko my... To Cat_$mackiewicz mi powiedział kiedyś
właśnie ~a propos tej grupy XXXXX Zambrowski i inni: "Całe nieszczęście, że nie znalazła
się druga grupa, prawicowa, prorosyjska, która by się dogadała. Mikołajczyk był za głupi na
to, Grabski chciał, ale też nie bardzo, bo on był... słaby endek właściwie, taki niepewny, całe
życie zmienny". Zygmunt Zaremba XXXXX jeden z tej pięknej kadry pepeesowskiej
XXXXX pepeesowców XXXXX socjalistów, patriotów. Zesłaniec syberyjski, potem
działacz. Działacz podziemia w czasie okupacji. Napisał zresztą świetną książkę o okupacji.
Po wojnie jakoś tak manewrował, no i wyjechał nielegalnie podobno z cichą pomocą
Cyrankiewicza (stary towarzysz XXXXX chciał go oszczędzić). Osiadł w Paryżu, hodował
pszczoły pod Paryżem. Taki bardzo przystojny Polonus z wąsami. Z tej wielkiej kadry:
Pużak, Barlicki, Zaremba, Arciszewski, Perl XXXXX to była wielka P$p$s. Jerzy Zaruba
XXXXX Nie lubiłem. Zakłamany był pod koniec życia. Niezły karykaturzysta, ale robił takie
głupie karykatury antyamerykańskie, na zamówienie. Nie podobał mi się. Znałem go zresztą
mało. Aleksander Zawadzki XXXXX Ja go maleńko znałem, parę razy się z nim przywitałem
w Sejmie. ślązacy dobrze o nim mówili, ponieważ początkowo wszystkim przyznano
narodowość niemiecką, czy jakąś tam tego rodzaju kategorię, i dopiero Zawadzki, kiedy
został wojewodą śląskim, odkręcił to wszystko i nadał temu sens. Chociaż pochodził z
Dąbrowy Górniczej, a to na śląsku się liczy inaczej XXXXX to są tak zwani "gołębiarze"
XXXXX nie ślązacy. Siostrę miał zakonnicę, więc... dobre chody... Nie był to orzeł. I tu
mogę jeszcze jedną rzecz przypomnieć. Otóż jest w Paryżu były przedwojenny prokurator,
pan Władysław íeleński, krewny Boya, który pisuje ciekawie o sprawie profesorów
lwowskich i o innych rzeczach. On przed wojną był ważnym prokuratorem i oskarżał
Zawadzkiego o szpiegostwo w wojsku na rzecz komunistów. I dlatego długie lata bał się
przyjechać do Polski, szczególnie od tego czasu, jak Zawadzki został przewodniczącym Rady
Państwa. Właściwie wybierał się do Polski, ale mówi: "No, w tej sytuacji nie mogę..." Jerzy
Zawieyski XXXXX nasz wielki przyjaciel, twórca "Znaku", przed wojną człowiek częściowo
lewicowy, związany z ludowcami, ateista, dramatopisarz. W czasie wojny miał nagle takie
nawrócenie, jak grom. Ksiądz Zieja go przyjął do Kościoła, no i po wojnie stał się działaczem
katolickim, wybitny, z autorytetem, ponieważ miał przyjaciół z lewicy itd. W okresie
stalinowskim przeżył ciężką biedę jak go przestali grać i powyrzucali zewsząd. No, ale kiedy
przyszedł Październik, partia go sobie obmyśliła na członka Rady Państwa i razem żeśmy
pracowali. Często miałem z nim zabawne starcia taktyczne. On bardzo nie lubił jak głosowało
się przeciw przy jakichś ustawach nieważnych, bo uważał, że my jesteśmy tylko do spraw
katolickich, do tych ogólnych. Więc kiedyś była ustawa o rybołówstwie morskim. Stomma
przegląda porządek dzienny, mówi: "No, ustawa o rybołówstwie, chyba nikt nie będzie
przeciw". Ja mówię: "Ja będę głosował przeciw". Zawieyski na to: "Dlaczego?".
Odpowiadam:"Dlatego, że przeczytałem tą ustawę". Wygłosił piękną mowę w 1968 roku,
między innymi w mojej obronie w Sejmie, w obronie studentów i podał się do dymisji z Rady
Państwa. Przeżył to ciężko, nie wiem dlaczego. Ja mu tłumaczyłem: "Masz wspaniałe zejście
ze sceny, z ciosem". Ale on przejmował się i umarł tragicznie na zator mózgu. Wyskoczył
oknem, czy spadł z okna i zmarł w szpitalu XXXXX to nie wyjaśnione. Wacław Zbyszewski
XXXXX znakomity publicysta, erudyta, poliglota, taki szlachcic kresowy, brat Karola. Przed
wojną pracownik M$s$z. W czasie wojny w Londynie w radio, a po wojnie w "Wolnej
Europie", ale w Paryżu. Pamiętam śmieszną historię z nim. Mianowicie był proces Rousseta
(taki dziennikarz XXXXX napisał, że w Rosji były obozy koncentracyjne a "L'$humanit~e"
napisała XXXXX to było w latach 50_tych XXXXX że to kłamstwo i wymysł). On ich podał
do sądu i powołał masę świadków różnych narodowości. Hiszpańskich oficerów z czerwonej
Hiszpanii, których zamknięto tam, najrozmaitszych facetów. No i potrzeba było tłumaczy.
Ogłoszenie było, że poszukuje się tłumaczy na ten proces i zgłosił się Zbyszewski, który
nigdy nie miał pieniędzy, chociaż był bardzo wykształcony. Patrzy, siedzi garbaty íydek,
sekretarz trybunału po polsku mówiący i mówi do niego: "A pan szanowny, jakimi językami
włada?". On mówi: "Polski, niemiecki, rosyjski, francuski, angielski, hiszpański perfekt,
portugalski trochę gorzej, holenderski..." A tamten pyta: No a jidysz?" XXXXX "Jidysz nie".
To tamten: "Ja rozumiem, pan zapomniał". Bardzo zabawne. I smutne. Umarł niedawno.
Moja żona go bardzo lubiła. To był gawędziarz. W "Wolnej Europie" miał takie różne
gawędy krajoznawcze o Francji. Mieszkał w maleńkim hoteliku, w strasznych warunkach, z
ustępem na korytarzu, bez pieniędzy. A był to facet o olbrzymich kwalifikacjach i naukowych
i językowych. Taki los. Wojciech Ziembiński XXXXX To jest niesłychanie pożyteczny
szaleniec, który w dawnym okresie, kiedy nikomu się to nie śniło XXXXX wywalczył różne
tablice pamiątkowe, rocznice patriotyczne i tak dalej. Pamiętam, jak w roku 1979 przyniósł
11 listopada wraz z delegacją wieńce pod pomnik Nieznanego íołnierza, wygłosił mowę, że to
jest rocznica niepodległości, no i milicja go zaczęła ścigać. Pobili go, aresztowali. Ale za dwa
lata już Jabłoński składał wieniec 11 listopada. Czyli jego zwycięstwo! I on dużo takich
zwycięstw odniósł, powinien dzisiaj być dekorowany jakimiś orderami, a nikt tego nie robi.
To niesprawiedliwość polska wobec prawdziwych a cichych bohaterów. Roman Zimand
XXXXX mój przyjaciel, kiedyś wielki ortodoksa marksistowski, dzisiaj w opozycji, ale
ciekawy, bo niezależny. Internowany zresztą, siedział z Kurowskim w jednym pokoju i raczej
się nie lubili... Jest to człowiek, który zajmuje własne stanowisko. Krytyczny i wobec
komunizmu, i wobec "Solidarności", i właściwie wobec Kościoła XXXXX trzyma się tak na
dystans. Ale uważam, że bardzo interesujący. Michnik mi wymyśla zawsze jak go chwalę, no
ale ja mam taki gust. Lubię odważnych i niezależnych. Marian Zygmanowski XXXXX to był
jeden z dyrektorów Urzędu do Spraw Wyznań, a dlatego tylko tu się znalazł, bo raz w życiu z
nim rozmawiałem i powiedział mi coś, czego nikt nigdy mi nie powiedział. Powiedział: "Wie
pan, ja byłem dawniej w przemyśle XXXXX to był poznańczyk zresztą XXXXX byłem
szczęśliwy, a teraz jestem na takim stanowisku, że muszę bez przerwy kłamać i okłamywać
tych księży, obiecywać co z góry wiem, że nie dotrzymam. Jest to bardzo niemiłe". To
rzadkość, żeby człowiek partii tak się zwierzył komuś. í Tadeusz íeleński_Boy XXXXX parę
razy może podałem mu rękę przed wojną. Był to zabawny, świetny pisarz. Nie zgadzałem się
z jego sceptycyzmem i racjonalizmem. Natomiast jego "Słówka" były świetne. Niestety,
rozstrzelali go Niemcy we Lwowie. NIe jest to "moja" postać, ale bardzo utalentowany,
ciekawy człowiek. Stefan íółkiewski XXXXX mój kolega z Uniwersytetu, znam go ze 60 lat.
Był jednym z nielicznych zdeklarowanych komunistów na Uniwersytecie i przy tym
prezesem koła polonistów, co było rzadkością wtedy, bo przeważnie endecja, oenerowcy
trzymali te wszystkie koła. On został wybrany prezesem. Pamiętam, że przychodzę na
zebranie, i widzę, że stoi íółkiewski i jeszcze dwóch i coś manewrują przy drzwiach i słyszę
jak mówi: "Tu zamkniemy na klucz, ogłosimy, zanim przejdą naokoło to przegłosujemy". A
to był taki wniosek, że głosują tylko ci, co mają stemplowane legitymacje, coś takiego i taki
manewr, żeby opozycja nie zdążyła wejść. Tak w Polsce konstytucje uchwalano, zdaje się.
Potem byłem z nim w Legionie Młodych, już wtedy komunizował i ja z nim toczyłem ciężkie
boje. On już był socrealistą, całe wykłady o tym robił i chciał przeforsować program
kulturalny Legionu Młodych XXXXX zupełnie materialistyczny i komunistyczny, że sztuka
służy społecznym sprawom rewolucji i tak dalej. Ja się sprzeciwiałem. To nie przeszło w
końcu. Pamiętam długie dyskusje. A potem Legion Młodych został uspokojony, Sławek
wyrzucił Zapasiewicza XXXXX "czerwonego komendanta" i íółkiewski ustąpił, i
Jędrychowski. Człowiek wierny sobie, przyzwoity, ale maniak materializmu. Udający
erudytę. Zygmunt íuławski XXXXX z wielkiej pepeesowskiej ekipy, tych dawnych, jeszcze
sprzed pierwszej wojny światowej. Pochodził ze znanej rodziny pisarskiej, inteligenckiej. A
jednocześnie był sekretarzem związków zawodowych. Właściwie był przywódcą robotników
przez całe Dwudziestolecie. Taki typowy inteligent, były poseł do parlamentu wiedeńskiego.
Pamiętam w Sejmie XXXXX on przeszedł z listy Mikołajczyka, bo nie było dla niego listy
XXXXX i w Sejmie wygłaszał wspaniałe przemówienia. Pamiętam takie starcie z
Drobnerem, który zaczął wymyślać na Mikołajczyka i powiedział: "íeby ratować swoją opinię
sięgnął do starej, austriackiej ekscelencji, która powinna już dawno leżeć w grobie". A
íuławski na to: "Panu Drobnerowi odpowiem, że wolę leżeć w grobie, niż żyć w niesławie".
Pięknie. Byłem na jego pogrzebie w Krakowie. To był bardzo dziwny pogrzeb, bo partia go
bojkotowała i zmienili godzinę pogrzebu, tak, że nikt nie wiedział kiedy. Ale zebrało się
trochę ludzi na cmentarzu, między innymi profesor Adam Krzyżanowski, który był wielki
kpiarz. Przemawiał jakiś pepeesowiec bez nazwiska, ukrywający się, który prawie płakał.
Mówił "Towarzysz íuławski, który całe życie walczył o wolność, wychowany w kulcie
wolności..." A Krzyżanowski zwraca się do wszystkich i mówi: "No tak proszę państwa, to
były te austriackie czasy". Potem zaczynają śpiewać "Czerwony sztandar"i przychodzi
"Sędziami wówczas będziem my". A Krzyżanowski: "Jacy my? My będziemy sędziami? Nie
uda się!" Bardzo to był zabawny pogrzeb, ale wzruszający. Kazimierz íygulski XXXXX
Poznałem go kiedyś przed wielu laty w ťodzi, miałem odczyt o kulturze masowej, i on zabrał
głos w dyskusji, mówił bardzo długo i uczenie. Już nie pamiętam właściwie, na czym
polegała dyskusja. To był jedyny raz, kiedy się z nim zetknąłem. Ale wiem, że potrafił na
przykład po angielsku mówić dwie godziny bez kartki... To był w ogóle ciekawy przypadek.
We wspomnieniach Mariana Brandysa można wyczytać, że we Lwowie był taki akowiec,
nerwus okropny, który się pojedynkował, bohaterski... Potem wszyscy akowcy
podporządkowali się nowej władzy, a on się postawił, został aresztowany, wywieziony do
Moskwy, po dwunastu latach wrócił, i jeszcze potem został ministrem kultury. Habent sua
fata... Wojciech íukrowski XXXXX No cóż, bardzo dobry XXXXX kiedyś XXXXX pisarz.
Wystartował świetnie, "Z kraju milczenia" XXXXX takie nowele okupacyjno_wojenne,
potem "Porwanie w Tiutiurlistanie" dla dzieci XXXXX też bardzo dobre. A potem nie wiem,
co się z nim stało. Uwierzył w niezniszczalność komunizmu i Polski Ludowej w dawnej
postaci, no i zaczął się podlizywać... "To tędy, to owędy", jeździł na placówki, na wyprawy
różne, do Wietnamu nie do Wietnamu, i myślę, że zatracił właściwie poczucie kim jest i co
robi. Może teraz żałuje, ale już trochę późno... Dobry pisarz, ale czasem coś obrzydliwego
potrafi napisać, i to publicystycznego. Może "Pax" go też zatruł trochę, niepotrzebnie się do
nich przyłączył. Aneks: Kisiel o sobie Uważam, że książki powinny za mnie mówić i
artykuły, co ja mam tu mówić. Ja mogę tylko powiedzieć, że XXXXX odpukać XXXXX
miałem dużo szczęścia. Ja w ogóle uważałem, że u nas będzie siedemnasta republika
sowiecka. Byłem o tym przekonany. Jak w styczniu 1945 przyszedłem do Warszawy ze
Skierniewic, zobaczyłem na Krakowskim Przedmieściu wyrwany bruk, siedzą sowieccy
żołnierze, ogień się pali, śpiewają, coś tam gotują, żołnierki kierują ruchem. Myślę XXXXX
to już koniec. Tymczasem okazuje się, że jakiś Mikołajczyk przyjeżdża, że jakie rozmowy się
toczą. Przyjeżdżam do Krakowa, wezwał mnie rektor Drzewiecki do Szkoły Muzycznej. Ze
Skierniewic do Krakowa 24 godziny się wtedy jechało, i ponieważ tunel był zawalony, to
przed tunelem nas wysadzili. Bolszewicy kazali popracować, kopaliśmy ziemię parę godzin,
potem dali wszystkim zupę i przewieźli ciężarówkami na drugą stronę. Przyjechałem do
Krakowa, nocowałem u Miłosza, no i nagle widzę, że to właściwie jest Europa. "Przekrój"
wychodzi, znajomi. A potem "Tygodnik Powszechny" XXXXX to już w ogóle niebywała
rzecz, szał, no i miałem szczęście, że tam trafiłem, to było wtedy jedyne co można było robić,
coś niezależnego. Sapieha to swoimi skrzydłami pokrywał. Zaczął się ruch opozycji
oficjalnej, walki leśnej, Mikołajczyk, ale w to ja nie wierzyłem, żeby dało rezultat. Natomiast
Kościół jednak ochronił część inteligencji twórczej. Więc miałem szczęście. Dzięki temu, że
długo pisałem, że przeżyłem, że trafiłem w dobre grono, że potem umarł Stalin, no bo gdyby
nie umarł, to diabeł wie, co by było, no i potem Październik. Jakoś się to wszystko układało,
że człowiek płynął i zrobił sobie renomę, ale to jest przypadek, mogło się inaczej skończyć. Ja
miałem pojechać do Katowic, tam bym w muzyce jakiejś pracował i byłbym nieznanym
człowiekiem. Miałem szczęście. Można nazwać to też przypadkiem. Ja pamiętam, jeszcze w
Skierniewicach XXXXX powiedziałem to kiedyś w odczycie XXXXX wpadła mi w ręce
książka "Drugie cesarstwo", nie pamiętam autora, angielska książka i tam było o Rocheforcie,
to był sławny dziennikarz za Napoleona III, za którego panowała tępa dyktatura, ale ludzi nie
zabijali, tylko była cenzura i tak dalej. Ten Rochefort zwalczał Napoleona III, a że nie mógł
wprost, więc pisał różne recenzje teatralne, gdzie zjeżdżał na przykład aktorów, których
cesarzowa lubiła, opluwał sztuki, które cesarz protegował XXXXX co wszyscy wiedzieli,
więc cały Paryż się śmiał, że to właściwie nie jest recenzja, tylko bije w cesarza. No i zrobił
karierę. Ja sobie pomyślałem, że dobrze byłoby być takim Rochefortem jak przyjdzie Polska
komunistyczna. Prawie się udało... XXXXX Czy trudno być Kisielem? Bo ja wiem. Teraz już
łatwo. Można nic nie robić i to samo niesie, pamiętam taką historię, to było w 1955 roku
kiedy "Po prostu" zaczęło szaleć, a my w Krakowie nic. "Tygodnika" nie było, nic się nie
działo. Przyjeżdżam do Warszawy, poszedłem do S$p$a$ti$f_u. Jest taki Henryk
Tomaszewski XXXXX plastyk, dekorator. Myśmy się napili wódki, jeszcze wtedy byliśmy na
"pan". Ja mówię: "Wie pan co, ja już nie mogę siedzieć w tym Krakowie i w tej opozycji, i w
tej "reakcji", to nudne piekielnie, ja się chcę włączyć". A on przede mną ukląkł i mówi: "Ja
pana błagam, niech się pan w nic nie włącza, samo pana wyniesie, tylko niech pan rok
poczeka". I po roku rzeczywiście, spotykam go, mówię: "Pan jest geniuszem", wypiliśmy
bruderszaft. Po czym spotyka mnie znów za dwa lata chyba: "No i co żeście zrobili w tym
Sejmie? Nic, wykiwali was i zrobili w konia. A masz chociaż mieszkanie w Warszawie?". Ja
mówię: "Nie mam, mieszkam w Krakowie". To on: "Coś ty zwariował, to idź do
Cyrankiewicza, za rok ci już nie da, to jest ostatnia chwila". No to poszedłem i dał. Czyli, że
same proroctwa. Atakowano mnie nieraz. Właściwie z wściekłością to tylko Górnicki mnie
objechał, zresztą kiedyś taki mój niby zwolennik. Dużo razy mnie opieprzali, ale to raczej
reklama. Dopiero kampania w 1968 roku, ten Gontarz XXXXX to już strasznie. To były
łgarstwa okropne, no ale Jasienica ucierpiał wtedy gorzej niż ja, więc się pocieszałem. Ale na
dobre wychodziły te wymyślania, bo była reklama. Najgorszą broń zastosował ťukaszewicz
XXXXX bojkot absolutny. Lista nazwisk XXXXX tych ludzi się nie drukuje. Nie wykonuje
się muzyki XXXXX nie wolno, nie istnieje... I to parę lat tak trwało. Czy miałem wpływ na
bieg wydarzeń? Nie wiem, ale na psychikę wielu ludzi wpłynąłem. A co do biegu wydarzeń
XXXXX myślę, że teraz coś z moich myśli się potwierdza. Ja wysuwałem taki program, że
sytuacja geopolityczna się nie zmieni, przy Rosji musimy zostać, natomiast ustrój jest dla
Polski nieodpowiedni, przynosi szkody, trzeba go zmienić. Nawet nie zmieniając nazwy.
Chyba w tym kierunku powolutku idzie...
37 / 1