Vous êtes sur la page 1sur 286

Seweryn Żurawicki

MARKS
a współczesna
myśl
ekonomiczna
Z problemów metodologii

Książka i Wiedza
Warszawa 1987
Okładkę projektował
Jerzy Rozwadowski

Redaktor
Krystyna Krzymowska

Redaktor techniczny
Świetlana Suchocka

Korektorzy
Ewa Długosz-Jurkowska

© Copyright by Wydawnictwo „Książka i Wiedza”


RSW „Prasa-Książka-Ruch”
Warszawa 1987

ISBN 83-05-11732-4
WSTĘP

Współczesna myśl ekonomiczna, jakkolwiek


wiedzie byt samodzielny, jest splątana z różnymi inny­
mi formami świadomości społecznej. Podstawy świato­
poglądowe i ideologiczne, uwarunkowania klasowe i ca­
ła spuścizna historii i tradycji wyciskają swe piętno na
poszczególnych kierunkach współczesnej literatury
ekonomicznej. Myśl ta nie może być głucha na to wszy­
stko, co rodzi się na naszych oczach. W rezultacie we
współczesnej myśli społecznej, a w jej ramach i w eko­
nomicznej, mamy ciasny splot „starego” i „nowego” .
Współczesna cywilizacja zdominowana przez nowo­
czesną technikę zatraciła wiele z humanistycznych wa­
lorów; szybkiemu postępowi naukowo-technicznemu nie
towarzyszy niestety równie szybki proces dalszej hu­
manizacji stosunków międzyludzkich. Poczucie aliena­
cji, stałego zagrożenia i pogłębiające się frustracje stały
się groźnym symptomem naszych czasów. Wśród uczo­
nych teoretyków pleni się agnostycyzm, a wśród prak­
tyków — pragmatyzm. Wśród ciągłych fluktuacji gubią
się samodzielne myśli i rozprzestrzenia się eklektyzm.
W naukach społecznych gubi się często linia podziału
między orientacją niemarksistowską i marksistowską.
Orientacje niemarksistowskie w naukach społecznych
cechuje nie tylko znaczny polimorfizm, lecz i postępu­
jący rozbrat między teorią a praktyką. Orientacje te
cechuje coraz silniejsze oderwanie się od podłoża epi-

5
stemologicznego, mechaniczne przenoszenie metod ba­
dawczych z innych nauk, a nade wszystko ucieczka od
rzeczywistości na rzecz rozważań typu „co by było,
gdyby...” W wyniku nieuchronnej osmozy poglądów
także w myśli marksistowskiej pojawiają się różne de­
wiacje. Wszystko to sprawia, że nauki społeczne i eko­
nomiczne stając u progu XXI w. w obliczu coraz bar­
dziej komplikujących się zadań nie zawsze czują się na
siłach udźwignąć ich ciężar.
Jeśli myśl ekonomiczna doby współczesnej nie ma
służyć tylko opisowi zjawisk czy konstruowaniu hipo­
tetycznych modeli gospodarowania, lecz ma spełniać
funkcje predykaty wne i faktycznie służyć praktyce, to
musi przezbroić metody dociekań stosowane dotychczas.
Ale w jakim kierunku? Nie wolno zapominać, że nauki
społeczne, a wśród nich i ekonomiczne, badają zjawiska
o specyficznym charakterze. Procesy społeczne ujaw­
niają się w stosunkach międzyludzkich, które cechuje
duża zmienność. W działaniach ludzkich, we współdzia­
łaniu ludzi czynniki bio-, psycho- i socjogenne splatają
się ze sobą, a nadto także z czynnikami natury wolicjo-
nałnej. Pragnąc rozszyfrować istotę tych stosunków, nie
możemy zapominać, że działania ludzkie mają nie tylko
adaptacyjny, ale także transformacyjny charakter.
Działania te przebiegają między dwoma biegunami; je­
den to czynniki zewnętrznej determinacji, drugi to
spontaniczność. Znamienną cechą zjawisk społecznych,
a wśród nich i gospodarczych, jest ich wieczna dynami­
ka i zmienność; uporanie się z takim ruchliwym mate­
riałem obserwacyjnym bez właściwej metody dociekań
nie jest łatwe, stąd konieczność ustalenia, które z istnie­
jących metod są efektywne i w jakim kierunku winne
iść poszukiwania nowych. Na tym tle staje też problem
rewindykacji autentycznej metody dociekań Marksa.
Oczywiście nie sposób szukać w pracach Marksa od­
powiedzi na wszystkie nurtujące nas dziś problemy, od-

6
najdziemy w nich jednak wskazanie metodologiczne,
ułatwiające ich badanie. Marks nie podejmował się my­
śleć za nas, uczył natomiast, jak poruszać się nie tylko
po jasnej powierzchni, ale i po ciemnych głębinach życia
gospodarczego. Nowe zjawiska wymagają nowych docie­
kań, ale dociekania te mogą i powinny opierać się na
metodzie, którą wypracował i z powodzeniem stosował
właśnie Marks. Nie znaczy to, by należało gardzić tech­
nikami badawczymi pomagającymi w gromadzeniu i se­
lekcjonowaniu faktów nie znanych jeszcze Marksowi,
ale istota naukowych dociekań opierająca się na refle­
ksyjnych rozważaniach, tak jak ją wypracował Marks,
pozostaje dla analiz problemów społeczno-gospodar­
czych — jak dotąd — niezastąpiona. Metoda ta, przez
jednych nie doceniana, przez innych wadliwie interpre­
towana i źle stosowana, wywołuje często wiele nie tyle
kontrowersji, ile nieporozumień, jej rewindykacja jed­
nak jest nieodzownym warunkiem prawidłowych dia­
gnoz i prognoz ekonomicznych (i nie tylko ekonomicz­
nych). Od czasów Marksa poszerzył się zakres badanych
faktów, dzięki zastosowaniu nowych technik badaw­
czych zmieniła się ogniskowa patrzenia na te fakty, nie
naruszyło to jednak aktualności metody historyczno-
-dialektycznej.
*

Doba współczesna pozostaje pod znakiem ujawniają­


cych się coraz bardziej tendencji do technokratycznego
manipulowania ludźmi, co wyraża się w tworzeniu so-
cjotechniki, uprawianej w interesie grup panujących,
i tłamszeniu osobowości poszczególnych jednostek, za­
interesowania kierują się w stronę sztucznego pobudza­
nia motywacji, w stronę badania ludzkich zachowań
przy niemal całkowitym zaniechaniu rozważań na temat
obiektywnych prawidłowości rozwojowych życia go-

7
spodarczego. Polityczna mgła i ideologiczne implikacje
płynące z współczesnego układu sił klasowych nie
sprzyjają poszukiwaniom tych prawidłowości, w miejs­
ce takich poszukiwań pojawiają się natomiast różne fu-
turologie i futurofobie. W tych warunkach nauki spo­
łeczne i ekonomiczne bez nawrotu do rozważań episte-
mologicznych i metodologicznych nie wydobędą się
z impasu. W pracy niniejszej podjęto więc próbę odpo­
wiedzi na pytanie, czy i jakie istnieją remedia pozwala­
jące na przezwyciężenie marazmu, jaki wkradł się m.in.
i do nauk ekonomicznych.
Współczesność nie jest nigdy tylko negacją przeszłoś­
ci, jest jednocześnie kontynuacją tego, co przeszłość zo­
stawiła w spadku. Bez zrozumienia, co ukształtowało
dzień wczorajszy, nie sposób zrozumieć genezę dnia
dzisiejszego ani tego, co staje się nośnikiem dnia ju ­
trzejszego, tym bardziej że nowe treści układają się po­
czątkowo w starych koleinach do czasu, póki nie ukształ­
tują się nowe formy bardziej adekwatne do nowych
treści. Teorie ekonomiczne, i nie tylko ekonomiczne,
należy więc rozpatrywać zarówno retrospektywnie, jak
i prospektywnie, dla oceny ich walorów nie wystarczy
stwierdzić wewnętrzną spójność ich wywodów, elegan­
cję ich formy, konieczne jest natomiast ustalenie, w ja­
kim stopniu dana teoria pomaga w zrozumieniu dynami­
ki rozwojowej zjawisk ekonomicznych, w jakim stopniu
może się stać drogowskazem praktyki życia społeczno-
-gospodarczego, które toczy się nie po linii prostej, lecz
różnymi zakolami, biegnie przez różne rozpadliny i na­
wroty, by często zaskoczyć nas w sposób wręcz niespo­
dziewany nagłą erupcją. Tylko wiedza, która jest zdol­
na odpowiedzieć na pytanie, czy i czym w danej chwili
łożysko rozwoju jest zamulone i co je może oczyścić,
ma faktyczny walor poznawczy. Tak rozumiana funkcja
teorii musi mieć poznawcze aspiracje, instrumentalna
funkcja nauki nie jest możliwa bez prawidłowego rozu-

8
mienia istoty badanych zjawisk —• w przypadku nas in­
teresujących zjawisk społeczno-ekonomicznych — bez
takiego rozeznania teoria przestaje być drogowskazem
skutecznego działania. Dlatego też tylko metoda umoż­
liwiająca docieranie do samej istoty zjawisk, poznanie
ich przyczynowo-skutkowych powiązań, może być uzna­
na za ściśle naukową, a taka była, jest i pozostaje meto­
da dialektyczna.
Cywilizacja materialna i duchowa, jakkolwiek są ze
sobą nierozerwalnie sprzężone, nie zawsze rozwijają się
w sposób synchroniczny. Zastane przez nowe pokolenia
mity, style życia, opinie urabiane przez środki masowe­
go przekazu i szereg innych czynników przyczyniają się
walnie zarówno do utrwalania się rudymentów prze­
szłości, jak i dokumentów przeciwko nim. Jeśli chcemy
prawidłowo ocenić poszczególne kierunki myśli współ­
czesnej, to musimy sobie uświadomić, jaki jest świat,
w którym żyjemy, i co sprawiło, że jest właśnie taki,
jaki jest. Dopiero wówczas znajdziemy klucz do oceny
roli, jaką poszczególne współczesne teorie pragną speł­
niać i faktycznie spełniają, co i dlaczego przyciąga ich
główną uwagę oraz dlaczego wybierają takie a nie inne
narzędzia badań.
Działać skutecznie w każdej dziedzinie, a więc i w
dziedzinie życia gospodarczego, w dobie współczesnej
można tylko opierając się na nauce, która stała się naj­
wyższą formą świadomości społecznej. Nauką o rozwoju
ruchów społecznych, których podstawą są przemiany w
życiu gospodarczym, stał się już w połowie XIX w. mar­
ksizm; tematykę rozwoju społecznego próbowały podej­
mować później niektóre kierunki socjologii, ale postęp
w tej dziedzinie dociekań toruje sobie drogę bardzo po­
woli. Ma to swoje uzasadnienie w tym, że nauki społecz­
ne są silnie związane ze sferą, w której krzyżują się
interesy klasowe i grupowe, czego innego szukają ci,
którzy radzi by utrzymać społeczny status quo, a czego

9
innego ci, którzy pragną ujawnić siły mogące panujące
stosunki zmienić. Nadto w naukach społecznych bardziej
niż w innych daje się zauważyć skłonność do petryfiko­
wania się poglądów, co prowadzi łatwo do przekształce­
nia nauki w zbiór dogmatów — a w konsekwencji do
scholastyki i zastoju — do uznawania charyzmatu tych,
którzy przypisują sobie prawo wyłącznej wykładni
tekstów „mistrzów”.
Społeczny kontekst gospodarowania, zagadnienie ra­
cjonalności działań ekonomicznych, które nie naruszy^
łyby norm etycznych i poczucia sprawiedliwości spo­
łecznej, wymagają w naszej dobie nowego ujęcia. Teoria
rozwoju społeczno-gospodarczego swój klasyczny kształt
zyskała w rozważaniach Marksa (chociaż jej kiełki po­
jawiały się i wcześniej). Teoria ta mogła się rozwinąć
przede wszystkim na skutek zastosowania przez Marksa
do analizy zjawisk społecznych metody historyczno-
-dialektycznej opartej epistemologicznie na materialis-
tycznych podstawach. Metoda ta doprowadziła do po­
szukiwania sił napędowych rozwoju społecznego w
endogenicznych sprzecznościach, a ściślej w ich prze­
zwyciężaniu. Dzięki tej metodzie Marks mógł odpowie­
dzieć nie tylko na pytanie, jak przebiegają zjawiska spo­
łeczne, ale i na pytanie, dlaczego te zjawiska w danych
warunkach przebiegają tak a nie inaczej.
Badania Marksa ujawniły, że rozwój społeczny nie
ma linearnego charakteru, że przeciwnie, biegnie róż­
nymi meandrami, dopiero marksowska teoria rozwoju
społecznego dała dobrą busolę pokazującą, w jakim kie­
runku rozwój idzie. Oczywiście metoda zastosowana
przez Marksa nie stanowi jakiegoś panaceum na wszy­
stkie wyłaniające się doraźnie problemy, lecz jako ars
invemen<Ji, metoda ta pozostaje trwałym osiągnięciem.
Inne kierunki kładą natomiast nacisk na ars operandi,
a więc w zakresie metodologii wysuwają się na czoło
poszukiwania technik badawczych.

10
W dobie współczesnej marksizm zachowuje grosso
modo czołowe miejsce w dociekaniach nad zjawiskami
społecznymi, jednakże wymaga uszczegółowienia, ozna­
cza to, że współczesny marksizm odczuwa potrzebę
szerszego uwzględnienia obok czynników socjogennych
również i psychogennych; potrzebę taką widzieli już kla­
sycy marksizmu, wskazując, że tylko w ostatniej
instancji czynniki natury ekonomicznej decydują
o głównej trajektorii rozwoju społecznego k Jednakże
ani metodologiczny indywidualizm, ani holizm nie na­
dają się do symbiozy z materializmem historycznym,
marksizm musi sam dopracować się sposobów analizy
towarzyszących procesom społecznym zewnętrznych
przejawów epifenomenów. Kierunki niemarksistowskie
w naukach społecznych chętnie zajmują się obecnie pro­
blemami społecznej integracji i dezintegracji, różnych
funkcji i dysfunkcji społecznych, zagadnieniami spo­
łecznej patologii czy społecznej homeostazy itp. Są to
sprawy niewątpliwie ważkie, bieda jednak w tym, że
w rozważaniach tych opisuje się zjawiska, lecz nie szu­
ka się ich istoty, jak to ma miejsce w dociekaniach
opartych na metodzie dialektycznej.
Współcześni antagoniści Marksa starają się dowieść,
że głoszony przez niego postulat, by teoria służyła prak­
tyce, nie znajduję potwierdzenia w praktyce2. Wskazu­
jąc te czy inne błędy i niedomogi popełniane przez
1 „Według materialistycznego pojmowania dziejów momentem
w ostatniej instancji decydującym w historii jest produkcja i re­
produkcja życia (...). W polemice z przeciwnikami musieliśmy
akcentować negowaną przez nich zasadę naczelną i wobec tego
nie zawsze mieliśmy dosyć czasu, miejsca i spokojności do na­
leżytego uwzględnienia pozostałych momentów uczestniczących
w procesie wzajemnego oddziaływania” (K. Marks, F. Engels
Listy, styczeń 1888—grudzień 1890, Dzieła, t. 37. Warszawa 1977,
s. 548, 550).
2 Zapomina się tu (także i w szeregach marksistów), że „Na­
wet gdy jakieś społeczeństwo wpadnie na trop naturalnego
prawa swego rozwoju (...) nawet wówczas nie może ono ani prze-
marksistów, przeciwnicy ci nie trafiają w sedno. To nie
Marksowska teoria ponosi tu winę, nawet najbardziej
prawidłowo ustawiony drogowskaz nie zabezpiecza
przed możliwymi na drodze wypadkami! Marksowska
teoria rozwoju społecznego ujmuje zjawiska zarówno
retrospektywnie, jak i prospektywnie, wskazuje realne
możliwości, obiektywne wektory kierunkowe, lecz prze­
dzierzgnąć możliwości w rzeczywistość może tylko
aktywna działalność ludzi, marksizm nie ma w sobie nic
z fatalizmu! Twórczy marksizm to ani powtarzanie pa­
cierza in verba magistń, ani mechaniczne przemieszcza­
nie elementów’ wyrosłych na innej glebie poznawczej,
natomiast twórczy marksizm korzysta z całego dorobku
nauk szczegółowych, uogólniając krytycznie ich doro­
bek. Metodologiczne wskazania Marksa uczą tylko, jak
omijać rafy płytkiego empiryzmu i jałowej scholastyki.
Na to, by skonfrontować metodę Marksowską z innymi,
trzeba wielu dygresji także w kierunku zagadnień na­
tury epistemologicznej, które w niniejszym opracowa­
niu zajmą sporo miejsca.
Zamierzeniem autora jest wprowadzić Czytelnika w
krąg problemów związanych z kontrowersjami na temat
aktualności marksizmu przy rozpatrywaniu współczes­
nych zjawisk historycznych, społecznych, politycznych,
a przede wszystkim gospodarczych. Autor pragnie wy­
kazać, że przełom Marksowski w naukach społeczno-go­
spodarczych ma po dzień dzisiejszy trwałą nośność. Re­
lacje społeczeństwo—gospodarka—jednostka i techni­
ka—gospodarka—ekologia stanowią podstawowe proble­
my świat?, w którym żyjemy, jego dynamiki bez dia­
lektycznego podejścia zrozumieć nie sposób. We współ­
czesnym świecie nie sposób obejść się bez nauki,
ale nauce przypada w udziale jeszcze ciągle walka
skoczyć naturalnych faz swego rozwoju, ani usunąć ich dekre­
tami. Może jednak skrócić i złagodzić męki porodowe”. (K. Marks,
F. Engels, Dzieła, t. 23, Warszawa 1968, s. 8).

12
z innymi rudymentarnymi formami świadomości spo­
łecznej, trzeba też rozgraniczyć poznawcze i instrumen­
talne funkcje nauki, a więc wydobyć powiązania nauki
z epistemologią. Tylko w takim ujęciu — jak się wy­
daje — można skonfrontować różne nurty współczesnej
myśli ekonomicznej z marksizmem.
Oczywiście metoda dociekań jest tylko drogą rodze­
niu się teoretycznych koncepcji. Każda nauka szczegó­
łowa musi zajmować się przede wszystkim rozbiorem
faktów, ale od tego, jak ten rozbiór będzie realizowany,
zależy prawidłowość teoretycznych twierdzeń. W pre­
zentowanej Czytelnikowi pracy autor świadomie ekspo­
nuje zagadnienia metodologiczne i epistemologiczne,
jest bowiem przeświadczony, że przyczyny powszechnie
przyznawanego zastoju w rozwoju myśli ekonomicznej
tkwią nie tyle w niedostrzeganiu nowych faktów, lecz
właśnie w sposobie ich analizy. Konfrontacja sugestii
metodologicznych Marksa z metodami niektórych kie­
runków myśli współczesnej powinna przekonać, że w
zakresie metod dociekań metoda Marksa jest nie tylko
nadal aktualna, ale i jedynie skuteczna.
Jeśli autor w swych zamierzeniach być może „mierzy
siły na zamiary, a nie zamiar wedle sił”, to czyni to w
tej intencji, by chociaż w minimalnym stopniu przyczy­
nić się do rewindykacji tej metody, która w przekona­
niu autora jest wciąż jedynie skutecznym narzędziem
przebijania przesiek w gęstwinie nowych, coraz bardziej
złożonych problemów współczesnej rzeczywistości spo­
łeczno-gospodarczej. Kolejno będą więc rozpatrzone
takie zagadnienia: jak przedstawia się świat, w którym
żyjemy, z jakimi problemami przychodzi się dziś czło­
wiekowi borykać, jaką rolę w działaniach człowieka w
dobie obecnej odgrywa nauka i jakie jest jej podłoże
epistemologiczne, co prezentuje współczesna myśl
orientacji niemarksistowskiej i na jakiej płaszczyźnie
toczy ona walkę z marksizmem.
Rozdział I

ŚWIAT, W KTÓRYM ŻYJEMY

Myśl ekonomiczna nie kształtuje sit; w próż­


ni, jest zawsze jakimś odbiciem tego, co dzieje się w
świecie, w którym żyjemy. Ponieważ nasza epoka jest
epoką wysoko rozwiniętej cywilizacji przemysłowej,
w której technika odgrywa kolosalną rolę, to i myśl
ekonomiczna naszej epoki ulega naporowi zjawisk i pro­
cesów, jakie stały się dla naszej rzeczywistości sympto­
matyczne. Cywilizacja przemysłowa wyrwała wpraw­
dzie znaczną część ludzkości naszego globu z wiejskich
zaścianków, ale w miarę postępów urbanizacji, wymu­
szanej przez rozwój przemysłu, miasta, a zwłaszcza
wielkie metropolie, stały się molochem wysysającym
z ludzi ich osobowość, reifikując wszystko i wszystkich.
Pod wpływem, rozwijanej w sposób najczęściej jedno­
stronny, współczesnej techniki wszystko wokół nas ule­
ga zmianie z zawrotną szybkością, która narusza wręcz
nawet ludzką psychikę, wzmaga frustracje i poczucie
alienacji.
Człowiek, tworząc coraz rozleglej sze środowisko
sztuczne, oddala się coraz bardziej od przyrody, zmie­
rzając coraz wyraźniej ku swoistej termitierze, bo
współczesny postęp techniczny wzmaga nie tylko zagro­
żenie ekologiczne, lecz także zniekształca stosunki mię­
dzyludzkie na wszystkich niemal odcinkach życia. Cho­
roby zawodowe i nerwice towarzyszą coraz częściej na­
szej codzienności. Techniczna cywilizacja wkracza nie

15
tylko w litosferę, hydrosferę i atmosferę, ale i w życie
psychiczne. Rabunkowa ingerencja człowieka w bioce­
nozę zrodziła nowych jeźdźców Apokalipsy!
Wzrost demograficzny, wyczerpywanie się zasobów
naturalnych stawiają przed ludzkością w dobie obecnej
szereg znaków zapytania i w płaszczyźnie ekonomicz­
nej. Człowiek, stwarzając środowisko sztuczne w spo­
sób nie do końca przemyślany, burzy naturalną homeo­
stazę, a przekraczając granice ekosystemu utrudnia,
jeśli nie wręcz uniemożliwia zabiegi regeneracyjne sa­
mej przyrody. Pcha to nieuchronnie ludzkość w kie­
runku „strategii niedoborów”. Nie jest to sprawa baga­
telna z punktu widzenia gospodarowania. W świetle za­
grożeń ekologicznych nabiera znaczenia globalne
planowanie i mobilizacja środków, nie pod kątem ich
doraźnego, lecz perspektywicznego wykorzystania. Dziś
coraz więcej dóbr traci charakter dóbr wolnych. Efek­
tywność gospodarowania nabiera nowego sensu, a my­
ślenie kategoriami ekologicznymi zmusza do uwzględ­
nienia nie tylko prakseologicznych aspektów gospoda­
rowania. Dziś już wkraczamy w okres, gdy technika,
gospodarka i ekologia będą musiały ze sobą ściśle współ­
działać. Gospodarka będzie musiała coraz bardziej
uwzględniać konieczność regeneracji eksploatowanego
środowiska, gospodarowanie będzie musiało być reali
zowane w ramach zamkniętych obwodów, wykorzysty­
wania odpadów (recycling) i programowania na skalę
światową współzależnych działań. Pod groźbą zagłady
ludzkości, w trosce o zachowanie homeostazy między
środowiskiem naturalnym a sztucznym, ludzkość będzie
musiała odejść od dotychczasowego sposobu wytwarza­
nia.
Jednakże przesłanek nowej zekologizowanej, nasy­
conej ekologicznymi refleksjami myśli społeczno-eko­
nomicznej nie odnajdziemy w zachodniej myśli ekono­
micznej, nawret jeśli i tam przebłysku je świadomość

16
aktualnych zagrożeń (okazuje się bowiem, że pod wpły­
wem nowych groźnych symptomów pojawia się swo­
ista futurologia, lecz nie prowadzi ona do poszukiwania
środków zaradczych). Zalew literatury futurologicznej,
różnych „scenariuszy” jutra to wyraz nie solidnych do­
ciekań, lecz wyraz bezradnego miotania się wśród roz­
licznych niewiadomych. Fascynacja „inteligentnymi
robotami” czy „miniprocesorami”, wiara w „determi-
nizm technologiczny” to niebezpieczne środki samo-
uspokajania. Mit samoczynnej roli techniki w rozwoju
ludzkości rodzi koncepcje „społeczeństwa postindu-
strialnego”. Sugestie, że przemiany społeczne będą do­
konywać się automatycznie, działają usypiająco, wdra­
żają bowiem przeświadczenie, iż w „zrobotyzowanym
świecie postindustrialnym” ludzie będą mogli żyć bez­
trosko. Nie bierze się pod uwagę faktu, że zanim za­
świtałby taki „system postindustrialny”, ludzkość mo­
głaby już przestać istnieć 1. Dzisiejszy postęp naukowo-
-techniczny ma dwoiste oblicze 2, posuwa ludzkość szyb­
ko naprzód, ale w zależności od przyjętej przez dany
system społeczno-gospodarczy marszruty może dopro­
wadzić ludzkość tak do niebios, jak i do piekieł! Ci, któ­
rzy są włodarzami środków produkcji i pragną je nadal
wykorzystywać na modłę kapitalistyczną, wsączają ma­
som miraż beztroskiego życia, gdy roboty przejmą rolę

1 „(...) w rozwoju sił wytwórczych następuje pewien szczebel,


kiedy powołane zostają do życia takie siły wytwórcze i środki
wymiany, które w danych stosunkach sprowadzają tylko nie­
szczęście, które nie są już siłami wytwarzania, lecz niszczenia...”
(K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 8, Warszawa 1975, s. 177).
* „Technologia odsłania czynną postawę człowieka wobec przy­
rody, bezpośredni proces wytwórczy jego życia, a wraz z tym
również stosunków społecznych jego życia i mających w nich
źródło wyobrażeń duchowych” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 23,
Warszawa 1968, s. 440).

2 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m y śl...
17
starożytnych niewolników 3. Świadomie lub nieświado­
mie nie bierze się pod uwagę faktu, że wraz z postępem
naukowo-technicznym człowiek poddaje otaczającą go
przyrodę coraz ostrzejszym organizacyjnym rygorom,
a jednocześnie pod wpływem powszechnego stosowania,
nawet w życiu codziennym, techniki człowiek coraz
bardziej zatraca ostrość zmysłów i staje się intelektu­
alnie introwertywny, traci plastyczność odbioru wrażeń,
nabiera coraz bardziej bezdusznego stosunku do zjawisk,
tak że im dalej sięgamy za pomocą teleskopu, mikro­
skopu, radaru czy sond kosmicznych, tym wyższą cenę
płacimy, gubiąc własną osobowość 4.
Technika w warunkach wadliwych stosunków spo­
łecznych, które nie nadążają za rozwojem sił wytwór­
czych, może łatwo okazać się nie sukcesem, lecz zgubą
sił witalnych człowieka. Jak trafnie zauważa Herbert
Marcuse, społeczeństwa krajów przemysłowo wysoko
rozwiniętych, zachowując pozory demokracji, dzięki
właśnie postępom techniki uniformizują niejako szero­
kie masy i czynią człowieka jak gdyby jednowymiaro­
wym, technika staje się więc w określonych warunkach
narzędziem totalizacji i poczyna odgrywać rolę czyn­
nika zniewalania człowieka, czynnika w pełni zawoalo-
wanego. Dominacja technologiczna powoduje bowiem,
że jednostkę można dziś ujarzmić pewniej niż ongiś
silą fizyczną 5. Skutków rozwoju techniki nie sposób roz­
patrywać w oderwaniu od możliwości jej wykorzysty­
wania.
Jakkolwiek przemiany we współczesnym świecie do­
konują się z zawrotną szybkością, postawy wielu ludzi

3 „Myśli klasy panującej są w każdej epoce myślami panują­


cymi, tzn. że ta klasa, która jest w społeczeństwie panującą silą
materialną, stanowi zarazem jego panującą siłę duchową”
(K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 3, Warszawa 1975, s. 50).
4 Por. H. Marcuse, One-Dimensional Man, Boston 1964.
5 Por. ibidem.

18
cechuje ciągle bezwład. Wielu wciąż nie rozumie, że
syndrom technika—gospodarka—ekologia oraz społe­
czeństwo—gospodarka—jednostka są ze sobą ściśle
sprzężone i tylko właściwe ukierunkowanie tych relacji
będzie, w sensie pozytywnym lub negatywnym, decy­
dować o kształcie jutra ludzkości. Można śmiało zaryzy­
kować twierdzenie, że współczesny postęp naukowo-
-techniczny bez kolektywnych ram współżycia ludzi
będzie nie dobrodziejstwem, lecz zgubą ludzkości. Ludz­
kość rozwija się stale; człowiek zmieniając otaczający
go świat, zmienia i siebie samego. Od czasów rewolucji
neolitycznej sprzed kilkuset wieków, która wyposażyła
człowieka w prymitywne, ale już celowo i przemyślnie
sporządzane narzędzia, postęp techniczny z różnym na­
tężeniem dokonywał się stale, by w naszej dobie uzys­
kać nie spotykane dotąd przyspieszenie. Jeśli postęp ten
ma naprawdę służyć ludzkości, nie może być wydany
na pastwę żywiołów, jak dotąd. Ludzka inwencja, ludz­
ka myśl prometejska musi pobudzać nie tylko wyna­
lazczość, lecz także musi coraz lepiej ogarniać skutki tej
wynalazczości. Osiągnięcia w fizyce, chemii czy biologii,
wspaniałe efekty w bionice, w podróżach kosmicznych,
w genetyce mogą zostać zmarnowane czy użyte w ce­
lach antyhumanitarnych, jeśli myśl społeczna będzie
tkwić w marazmie.
Symptomem naszej epoki stała się również perma­
nentna groźba wojny nuklearnej. Zagrożenie to ma
m.in. i skutki ekonomiczne, wyścig zbrojeń pociąga bo­
wiem, niezależnie od różnych frustracji, miliardowe wy­
datki, które swym brzemieniem kładą się przede wszy­
stkim na barki mas pracujących. Wojny są zjawiskiem
towarzyszącym ludzkości nie od dzisiaj, z większym czy
mniejszym okrucieństwem przewalały się raz po raz w
ciągu całej historii ludzkości przez różne tereny świa­
ta, ale dopiero paroksyzmy kapitalistycznego sposobu
wytwarzania doprowadziły do wybuchu pierwszej i dru-

19
giej wojny światowej, które nie mają precedensu, jeśli
idzie o zasięg, sposób prowadzenia i skutki, w całej do­
tychczasowej historii ludzkości. Zwłaszcza druga wojna
światowa wywołała głębokie reperkusje we wszystkich
dziedzinach życia ludzkiego. Problemy polityczne, go­
spodarcze, społeczne i kulturalne, pomimo zakończenia
tej wojny pogromem brunatnej hydry, nie przestały nas
nękać i nabrzmiewają nadal.
Czas, jaki minął od zakończenia drugiej wojny świa­
towej, dowodzi, że zejście kapitalizmu z areny dziejo­
wej, chociaż historycznie przesądzone, chociaż z łańcu­
cha kapitalistycznego wyłamały się liczne nowe ogniwa,
nie nastąpi już w tym stuleciu, i że współistnienie
dwóch przeciwstawnych sobie systemów społeczno-go-
spodarczo-politycznych trwać będzie, być może, długie
lata. Takie współistnienie w warunkach chwiejnej rów­
nowagi militarnej i w cieniu groźby wojny nuklearnej
pociąga za sobą różne konsekwencje w zakresie techniki
zbrojeń, ich kosztów, w zakresie reperkusji gospodar­
czych, w zakresie ruchów społecznych, a nawet całej
naszej kultury materialnej i duchowej.
Schyłkowość kapitalistycznego sposobu produkcji jest
dziś często przyznawana, szerzą się jednak iluzje, że
z brzydkiej poczwarki, dzięki postępowi naukowo-tech­
nicznemu, rozwinie się piękny motyl postindustrialnego
państwa powszechnego dobrobytu. Niezależnie od takich
czy innych ocen faktem jest, że jedno pokolenie prze­
żywa dziś więcej niż ongiś przeżywało kilka pokoleń
łącznie. Jedni z coraz większą obawą, inni z nikłymi na­
dziejami patrzą w nieznaną i trudną do przewidzenia
przyszłość. Świat obecny pod każdym względem cechu­
je niestabilność. Kontury jutra, jeśli się już nawet ry­
sują, nie pozwalają na definitywne określenie, jakie
ono będzie w szczegółach.
Tak czy inaczej oglądamy świat, w którym rośnie po­
czucie frustracji i alienacji, motywy ludzkich poczynań

20
stają się w tych warunkach coraz bardziej nieobliczal­
ne, coraz bardziej zatracają się w tym świecie humani­
styczne wartości. Doraźny sukces osiągany per fas et
nefas budzi coraz mniej sprzeciwów w społeczeństwie,
które coraz bardziej przeradza się w społeczeństwo czy­
sto konsumpcyjne. Strach przed wojną nie maleje, nie
maleje też w różnych grupach społecznych poczucie
krzywdy społecznej, rośnie kryminogenny margines
życia społecznego. Odsuwany ze świadomości główny
dylemat naszej epoki — już nie „pokój czy wojna” —
lecz „pokój czy całkowita zagłada ludzkości” nie znika
i przy różnych okazjach wyłania się jak zmora. W po­
stawach i nastrojach szarego człowieka znajduje odbicie
agonalny stan formacji, która przeżyła swój czas, lecz
swym istnieniem zatruwa jeszcze ciągle wszystko do­
okoła. Młode pokolenia dążą coraz gwałtowniej do szyb­
kiego sukcesu, a nadto kierują się w swym postępowa­
niu bardziej emocjami niż racjami. Interferencja „sta­
rego” i „nowego” wpływa na różne meandry i pokrętne
drogi współczesnego rozwoju.
Wstrząs, jakiego dokonała druga wojna światowa,
trwa, a szczerby, które pozostawiła, ujawniają się nawet
u ludzi, którzy jej nie przeżywali, bo druga wojna
światowa swoim zasięgiem, rozciągłością teatrów woj­
ny, bestialskim prowadzeniem, obozami i masowymi
grobami, niweczeniem godności ludzkiej, zapisała się
trwale w pamięci ludzkiej, i chociaż pożar świata zgasł,
wczorajsze zmory nie przestały straszyć.
W dziedzinie życia gospodarczego ujawniają się sprze­
czne symptomy. Międzynarodowy podział pracy i wy­
nikające stąd współzależności osiągnęły skalę ogólno­
światową w wymiarze globalnym, każdy wstrząs, nawet
w najodleglejszym zakątku świata, daje o sobie znać
daleko idącymi reperkusjami w innych krajach. Wy­
miana dóbr, eksport kapitałów, zbywanie myśli tech­
nicznej (know-how), migracje ludności (gastarbeiterzy),

21
wzrost roli korporacji ponadnarodowych, wszystko to
tworzy nowe konstelacje. Monstrualny wyścig zbrojeń
i nasilająca się walka ideologiczna, chociaż nie przerwały
całkowicie kontaktów między Zachodem a Wschodem,
wpływają negatywnie na rozwój gospodarczy świata.
Od zakończenia drugiej wojny światowej gospodarka
krajów kapitalistycznych zdążyła już przeżyć kilka cy­
klów koniunkturalnych, kilka kryzysów i recesji. Współ­
czesny kapitalizm pomimo przejściowych wzlotów tra ­
wią nadal nieuleczalne choroby wypływające z imma-
nentnych dlań sprzeczności. System ten jednak broni
się ciągle i próbuje przystosowywać się do nowych wa­
runków, stosuje różne sposoby ożywiania koniunktury,
wśród których militaryzacja gospodarki odgrywa nie­
poślednią rolę. Jakkolwiek terytorialna baza kapitaliz­
mu zwęziła się na skutek tego, że wiele państw po dru­
giej wojnie światowej wybrało niekapitalistyczną drogę
rozwoju, riionopole nie wypuszczają steru i wciskają
się we wszystkie, chociażby chwilowo pojawiające się
szczeliny. Jednak istnienie obozu socjalistycznego zmu­
sza kapitalistów do utrzymywania względnego „pokoju
klasowego” wewnątrz macierzystego kraju, co powodu­
je, że łańcuch przykuwający robotnika do kapitału stał
się w wielu wypadkach lżejszy i pozłacany, lecz źródło
wyzysku bynajmniej nie wyschło. Propagowane „akcje
robotnicze” czy „udział w zarządzaniu” (partnershtp), to
tylko zmiana taktyki, a nie próba przeobrażenia kapi­
talistycznego sposobu gospodarowania. Główny kieru­
nek natarcia ze strony kapitału to dziś neokolonializm
i antykomunizm. W służbę kapitału wprzęgana jest co­
raz bardziej nauka i środki masowego przekazu. Dzi­
siejszy kapitalizm państwowo-monopolistyczny zrasta
się coraz silniej z ośrodkami militarnymi, bo jest to ka­
pitalizm gotujący się do śmiertelnej rozgrywki.
Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte naszego stulecia
wyraźnie wykazały, że euforia wiązana z koncepcją

22
wzrostu gospodarczego w krajach kapitalistycznych nie
miała zbyt mocnych podstaw, gospodarkę krajów kapi­
talistycznych cechuje nadal cykliczność, nierównomier-
ność rozwoju i duża labilność. Już kryzys lat 1974/75
unaocznił, że pojęcie recesji, ukute przez współczesnych
ekonomistów orientacji niemarksistowskiej, to tylko
listek figowy nadal groźnych kryzysów. Co więcej, po­
jawiło się nowe zjawisko, tzw. stagflacja, jako wyraz
niemożności przezwyciężenia stagnacji za pomocą
inflacji. Kraje kapitalistyczne wychodziły też z trudem
z kryzysu energetycznego. U schyłku naszego stulecia
gospodarka kapitalistyczna ujawnia dalsze zaostrzanie
się sprzeczności. Pojawiają się trudności w handlu za­
granicznym, pogarszają się bilanse handlowe i płatnicze,
następuje dezorganizacja w sferze walutowej itp. Ze
wzrostem roli korporacji ponadnarodowych, które od­
znaczają się szczególną ekspansywnością, nasila się
walka o nowy podział świata, walka o rynki surowców
i rynki zbytu, walka o panowanie nad całym ziemskim
globem.
Świat kapitalistyczny to nie tylko kraje wysoko
uprzemysłowione, to również kraje uzależnione od tej
czołówki, zwłaszcza kraje trzeciego świata, te które nie
potrafiły wybrać drogi niekapitalistycznej. Druga woj­
na światowa, a ściślej jej konsekwencje, spowod^-'dty
rozpad systemu kolonialnego. Dekolo»''-“‘v'Ja w sensie
formalnym jest dziś faktem oznacza to jednak, by
kraje wyzwolone z Kolonializmu zdołały wyzwolić
się także z -^Kolonialnej eksploatacji przez czołówkę
kra ió" Kapitalistycznych. Tym niemniej ukonstytu­
owanie się w samodzielne państwa dawnych ludów ko­
lonialnych wywołuje nie tylko polityczne skutki °.
Kolonie w Afryce i Azji, półkolonie w Ameryce Srod-

s ... w nadciągających decydujących bitwach rewolucji świa­


towej ruch większości ludzkości, zmierzający początkowo do wy-

23
kowej i Południowej stanowiły dla rozwiniętych krajów
kapitalistycznych źródło zarówno taniej siły roboczej,
tanich surowców, jak i wygodne rynki zbytu dla wy­
robów pochodzących z metropolii. Petryfikowanie w ko­
loniach instytucji trybalnych i feudalnych to świadoma
polityka państw kolonialnych.
Włączenie się państw postkolonialnych w rytm pro­
cesów politycznych i gospodarczych współczesnego
świata wywołuje w świecie kapitalistycznym różne
komplikacje i perturbacje. Pod pretekstem pomocy go­
spodarczej czołówka krajów kapitalistycznych infiltruje'
w życie tych krajów styl własny. Problemy, przed któ­
rymi stanęły kraje trzeciego świata, coraz bardziej rzu­
tują na stosunki ogólnoświatowe, co powoduje, że do
konfliktów Wschód—Zachód dołącza się konflikt Pół­
noc-Południe. Świat współczesny stanowi bowiem sy­
stem naczyń połączonych. Kraje postkolonialne stanowią
dziś mozaikę różnych tendencji, obarczone nie tylko
przeżytkami kolonialnymi, ale i trybalnymi (plemien­
nymi), borykają się z najrozmaitszymi problemami. To,
co się dzieje w tzw. trzecim świecie, już dziś, a jeszcze
bardziej jutro, będzie miało reperkusje w całym świecie,
zwłaszcza wobec głodu trapiącego większość tych kra-
iów.
hi a r—reciwległym biegunie w stosunku do kapitaliz­
mu znajdują su* r-^stw a socjalistyczne. Łańcuch kapi­
talistyczny został p r z e r w n a j w c z e ś n i e j w jego naj­
słabszym ogniwie, które w 1917 r. ^ nowiła carska Ro­
sja. Kraj ten miał do odrobienia ogromne Pozostałości
feudalizmu, co musiało zaciążyć na szereg lat n * V ,,,.
downictwie socjalizmu w tym kraju, dołączały się do
tego spustuszenla W ywułane wojną domową i obcą

Zwolenia narodowego, zwróci się przeciwko kapitalizmowi i im­


perializmowi i, być może, odegra znacznie większą rewolucyjną
rolę, niż przypuszczamy” (W. Lenin, Dzieła, t. 32, Warszawa
1956, s. 511).

24
interwencją. Druga wojna światowa doprowadziła do
wyłamywania się z systemu kapitalistycznego dalszych
krajów, ale proces przechodzenia na tory gospodarki so­
cjalistycznej jest złożony i bynajmniej nie krótkotrwa­
ły. Gospodarka socjalistyczna formowała się i formuje
się w warunkach otoczenia kapitalistycznego i w wa­
runkach, kiedy wciąż trzeba walczyć z różnymi przeżyt­
kami w ludzkich postawach.
Przejęcie władzy przez państwo socjalistyczne stano­
wi początek przemian, a nie pierwszy i ostatni krok ku
socjalizmowi. Wraz z przejęciem władzy przez repre­
zentantów mas pracujących nie znikają biurokraci, ła­
pownicy, złodzieje mienia publicznego, nieroby i inne
elementy marginesu społecznego. Nadto trudne warun­
ki, w jakich przyszło budować realny socjalizm, gene­
rują i nowe dewiacje. Jeszcze dzisiaj problemy plano­
wania i funkcjonowania gospodarki socjalistycznej sta­
nowią permanentną troskę.
Rozwój stosunków opartych na kolektywnej, plano­
wej współpracy to proces rozkładający się na szereg
etapów, znaczonych nie tylko osiągnięciami. Torowanie
socjalistycznej przebudowie dróg, których historia do­
tąd nie znała, może prowadzić i prowadzi do różnych
błędów, skwapliwie podchwytywanych przez przeciw­
ników socjalistycznego budownictwa, jeśli nadto zwa­
żymy, że budownictwo socjalizmu dokonuje się w wal­
ce klasowej, która pociąga za sobą wydłużanie się czasu
dyktatury proletariatu, to powodów do krytyki można
naliczyć sporo. Gospodarka socjalistyczna nie jest wolna
od perturbacji, żadne budownictwo nie jest zabawą, lecz
wysiłkiem, który często odstręcza małodusznych.
trójkącie Wschód—Zachód—Południe rozgrywają
się wszystkie zmagania współczesności, żadna z kra­
wędzi tego trójkąta me jeat w y r a ź n ie obrysowana, do­
konują się tu stale zmiany w układzie sił. Obóz socjalis­
tyczny, geograficznie usytuowany przede wszystkim na

25
Wschodzie, jest relatywnie najbardziej zwarty (czego
zewnętrznym wyrazem jest utworzenie już w 1949 r.
Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej), obóz kapita­
listyczny, któremu przewodzą Stany Zjednoczone, jest
niejednolity, lecz cementuje go obawa przed Związkiem
Radzieckim; najbardziej labilne są kraje postkolonialne,
skłócone ze sobą i szukające oparcia raz na Wschodzie,
raz na Zachodzie. Ta konfiguracja polityczna, społeczna
i gospodarcza wyciska piętno i jest źródłem różnych
stanowisk w sprawach politycznych, ekonomicznych,
a nawet kulturalnych. W tym świecie pełnym sprzecz­
ności i napięć gospodarka natrafia na różne bariery,
lecz bariery te są szybciej czy wolniej przełamywane,
nie ma dziś bowiem kraju, który mógłby zdobyć się na
autarkię, nawet takie giganty jak Stany Zjednoczone,
Japonia czy Europejska Wspólnota Gospodarcza zależą
od importu aluminium, chromu, manganu, niklu, ropy.
uranu i innych surowców i półsurowców, mimo odkry­
wania coraz to nowych substytutów. Takie instytucje
jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Generalny
układ w sprawie ceł i handlu (GATT), Organizacja
Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) i im po­
krewne usiłują stać się forum dla różnych negocjacji,
lecz ciągle w sposób nie dość skuteczny.
Wszystko to różni się w sposób istotny od świata cza­
sów Marksa, stąd na pozór jak najbardziej słuszne py­
tanie, czy analizy dokonywane przez Marksa mogą słu­
żyć jako odskocznia dla rozszyfrowania problemów,
które przynosi schyłek XX w. Odpowiedź na to pytanie
jest dość prosta. Nie idzie o mechaniczne przenoszenie
Marksowskich stwierdzeń na temat kapitalizmu wolno-
konkurencyjnego na dzisiejszy kapitalizm państwr>"-o-
-monopolistyczny i realny socjalizm, id^ic natomiast
o posługiwanie się Marksewcką metodą badawczą w od­
niesieniu do zjawisk, których jesteśmy naocznymi
świadkami, a w tym zakresie metoda Marksowska jest

26
wciąż aktualna. Marks ujawnił obiektywne tendencje
rozwoju społeczno-gospodarczego, i życie w tym wzglę­
dzie potwierdza jego diagnozę w całej pełni. Badając
genezę i rozwój kapitalizmu oraz prawidłowości zna­
mienne dla kapitalistycznej formacji, Marks trafnie do­
szedł do wniosku, że kapitalizm, chociaż w swym zara­
niu odegrał postępową rolę, musi w wyniku immanen-
tnych dla tego sposobu produkcji sprzeczności ustąpić
prędzej czy później miejsca innemu, bardziej przystoso­
wanemu do nowego poziomu sił wytwórczych, tak jak
feudalizm wyczerpawszy swe możliwości musiał ustąpić
miejsca kapitalizmowi. Marks nie chciał być i nie był
prorokiem, nie podejmował się ustalać terminu zejścia
kapitalizmu z areny dziejowej, zdawał sobie sprawę, że
jest to proces długotrwały, choć nieunikniony, bo gdy
nie tylko klasy uciskane nie będą chciały żyć po stare­
mu, ale i klasy panujące nie będą mogły rządzić po sta­
remu, nastąpi moment nieuchronnych przemian. W te­
orii rozwoju społecznego Marks szukał tylko drogowska­
zu działalności mogącej proces upadku kapitalizmu
przyspieszyć, szukał więc obiektywnych możliwości,
które aktywna walka proletariatu może przekształcić
w rzeczywistość, i takie możliwości odnalazł W prze­
ciwieństwie do utopistów nie oddawał się samym marze­
niom, lecz za pomocą historyczno-dialektycznej ana­
lizy procesów historycznych szukał obiektywnych pra­
widłowości, by w oparciu o te prawidłowości dać prole­
tariatowi możność skrócenia mąk porodowych nowej,
postkapitalistycznej form acji7.

7 „Marks odkrył prawo rozwoju dziejów ludzkich (...), odkrył


również szczególne prawo ruchu współczesnego kapitalistycznego
sposobu produkcji i zrodzonego przezeń społeczeństwa burżu­
azyjnego. Odkrycie wartości dodatkowej wniosło od razu (...)
światło w tę dziedzinę, gdy wszystkie dawniejsze badania, za­
równo burżuazyjnych ekonomistów jak i socjalistycznych kry­
tyków, były błądzeniem w ciemności (...). Nauka była dla Marksa

27
Nie żądajmy od Marksa gotowych recept na rozwią­
zywanie wszystkich problemów, które stały się naszym
udziałem, żadna nauka nie jest omnipotentna, bądźmy
natomiast wdzięczni Marksowi, że dostarczył nam nie-
łamliwego jak dotąd oręża — metodę dialektyczną, któ­
ra, jeśli umiejętnie się nią posługiwać, pozwala stawiać
prawidłowe diagnozy i prognozy. Dlatego zarzuty, że
rewolucja proletariacka nie wybuchła w krajach naj­
bardziej gospodarczo rozwiniętych, lecz w kraju opóź­
nionym w rozwoju gospodarczym, że nie spełniły się
z miejsca dezyderaty sprawiedliwości społecznej, że
brzemię socjalistycznego budownictwa jest nadmierne,
że między rządzącymi a klasą robotniczą wytwarzają
się i w budującym się socjalizmie antagonizmy itd.,
itd., są — jeśli nawet częściowo prawdziwe — chybione
z punktu widzenia długofalowego trendu rozwojowego.
Historię robią ludzie tacy, jacy są, i w takich warun­
kach, jakie zastają, nauka może tylko stwarzać możli­
wości o charakterze obiektywnym; czy i w jaki sposób
możliwości te zostaną wykorzystane czy też zaprzepa­
szczone, tego żadna nauka z góry przesądzić nie jest w
stanie. Konstelacja, jaka się wytworzyła po pierwszej
wojnie światowej, dała władzę ludowi w carskiej Rosji,
nie udało się uchwycić władzy jednak w innych kra­
jach, czy w związku z tym należało zrezygnować z wal­
ki o socjalizm w Rosji? Rozlegały się i takie głosy mo­
tywowane groźbą deformacji mogących nastąpić w wy­
niku opóźnienia w rozwoju gospodarczym carskiej
Rosji, przeważyła jednak wola ludu, by kontynuować

siłą poruszającą dzieje, siłą rewolucyjną (...). Przyczynić się (...)


do obalenia społeczeństwa kapitalistycznego i stworzonych przez
nie instytucji państwowych, przyczynić się do wyzwolenia no­
woczesnego proletariatu, któremu on pierwszy dał świadomość
jego własnego położenia i jego potrzeb, świadomość warunków
jego wyzwolenia — oto było prawdziwe powołanie jego życia"
(K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 19, Warszawa 1972, s. 373—374).

28
drogą do socjalizmu, nie zważając na piętrzące się
trudności. Czy znaczy to, że zawiodła teoria głosząca
zmierzch kapitalizmu? Oznacza to tylko, że proces prze­
mian skomplikował się, a czas socjalistycznego budow­
nictwa wydłużył się.
Marksizm jest żywy dzięki swej metodzie badań
i dzięki tej metodzie może się stale wzbogacać, ogarnia­
jąc nowe fakty. Jeśli przełom dokonany przez Marksa
w naukach społecznych nie był, i jeszcze dziś w wielu
kręgach nie jest akceptowany, to tylko dlatego, że z wy­
wodów Marksa płyną implikacje, których obrońcy sta­
tus quo oczywista przyjąć do wiadomości nie chcą. Po­
woduje to, że współczesny stan wiedzy ekonomicznej
w orientacjach niemarksistowskich nie może być uzna­
ny za zadowalający (co zresztą przyznają niektórzy).
Wobec niebywałej komplikacji zjawisk społeczno-gospo­
darczych bez właściwej metody dociekań ekonomiści
orientacji niemarksistowskiej drepcą w miejscu.
To dreptanie w miejscu ma różnorakie, nie tylko na­
ukowe przyczyny. Ekonomiści także orientacji niemark­
sistowskiej nie zaprzestali rozważań i poszukiwania ta­
kich czy innych rozwiązań współczesnych problemów.
Posługując się coraz bardziej wyrafinowanymi techni­
kami badawczymi, wykorzystując coraz bardziej skom­
plikowane algorytmy matematyczne, osiągnięcia cyber­
netyki, teorii systemów, teorii zachowania się i moty­
wacji czy rachunku prawdopodobieństwa, ciągle nię
mogą dać prawidłowej diagnozy obserwowanych zja­
wisk, a tym bardziej dokonywać prawidłowo ich pro­
gnostycznej ekstrapolacji, ciągle bowiem tylko ślizgają
się t>o powierzchni zjawisk i nie docierają do ich sedna,
chwytają poszczególne przejawy, a nie istotę tego, co
jesl przedmiotem badań. Gromadząc coraz obfitszy ma­
teriał empiryczny, coraz bardziej się w nim gubią.
Nie sposób zaprzeczyć, że w zakresie technik badaw­
czych ekonomiści ci mogą nawet pochwalić się pewny-

29
mi osiągnięciami, np. w odniesieniu do programowania
współzależnych działań (metoda input-outpui znajduje
zastosowanie nawet w preparacji planów w gospodarce
socjalistycznej!), lecz to, co dla rozważań teoretycznych
najważniejsze — wyjaśnienie istoty badanych zjawisk
— pozostaje dla nich nieosiągalne. Wzbogacając nawet
informacje o współczesnym stanie gospodarowania,
ekonomiści orientacji niemarksistowskiej wskutek bra­
ku właściwej metody dociekań snują w najlepszym wy­
padku domysły, lecz nie tłumaczą istotnych sprężyn
wywołujących dane zjawiska.
Nie sposób zaprzeczyć, że przebudowa społeczno-go­
spodarcza w warunkach nie do końca dojrzałych po te­
mu wywołuje i ujemne reperkusje. Formalne, a nawet
faktyczne zniesienie własności prywatnej środków pro­
dukcji nie chroni przed recydywami ciągot, wykształ­
conych przez całe wieki gospodarki towarowo-pienięż-
nej 8. Przeciwnicy socjalizmu stają na wygodnej pozycji,
twierdząc, że natura ludzka jest niezmienna, że potrze­
ba własności prywatnej jest zakorzeniona w umyśle
człowieka i tylko ona może stanowić motywację gospo­
darczego działania. Wszystkie deformacje w procesie
socjalistycznego budownictwa skłonni są kłaść na ^arb
„pogwałcenia” świętego prawa własności prywajtnej
i zasady konkurencji. Przemilcza się natomiast dćhu-

8 „Własność prywatna zrobiła z nas ludzi tak głupich i Sed-


nostronnych, że przedmiot jest nasz dopiero wówczas, gdy go
mamy, a więc gdy istnieje dla nas jako kapitał albo gdy1,go
bezpośrednio posiadamy (...) słowem, gdy go spożywamy. Miejsce
wszystkich zmysłów fizycznych i duchowych zajęła więc prosta
alienacja wszystkich tych zmysłów — zmysł posiadania. Dp ta­
kiego stanu bezwzględnej nędzy musiała być doprowadzona fetota
ludzka, żeby mogła zrodzić z siebie swe wewnętrzne bogactw!) (...)
człowiek nie traci siebie w swym przedmiocie tylko wtedy, tedy
ten staje się dla niego przedmiotem ludzkim (...) przedmiotem
społecznym, a on sam istotą społeczną (...)” (K. Marks, F. Engels,
Dzieła, t. 1, Warszawa 1976, s. 581—582).

30
manizację stosunków międzyludzkich, rozprzęganie się
życia rodzinnego, wzrost marginesu społecznego, narko­
manię itp. W tej mistyfikacji tkwi wyraźny cel: uod­
pornić masy pracujące w kapitalizmie na atrakcyjność
idei marksistowskich.
Oczywista, przejawów dehumanizacji nie brak i w
warunkach socjalistycznych, jeśli jednak w kapitali­
zmie wypływa to z samej istoty tego ustroju, to w socja­
lizmie są dewiacje wypływające z nie nadążającej świa­
domości społecznej za obiektywnym trendem rozwojo­
wym, a co w dużej mierze jest wynikiem osmotycznego
przenikania i do krajów budujących socjalizm stylu ży­
cia znamiennego dla kapitalistycznego otoczenia.
Marks dowiódł, że wprawdzie stosunki międzyludzkie
noszą wieloraki i wielopłaszczyznowy charakter, lecz
ich ekonomiczne podłoże odgrywa istotną i w ostatniej
instancji determinującą rolę. Pomiędzy ekonomiczną
bazą a nadbudową istnieją jednak sprzężenia zwrotne.
Tworzy to relację społeczeństwo—gospodarka—jednost­
ka, w ramach której człowiek działa powodowany
uwarunkowaniami bio-, socjo- i psychogennymi. Empa­
tia skłaniająca do kolektywnego współdziałania współ­
istnieje tu z egoizmem. Totalne podporządkowanie jed­
nostki kolektywowi, jak i wybujały indywidualizm
to dwa bieguny, pomiędzy którymi na przestrzeni
dziejów różnie układały się i układają stosunki między­
ludzkie.
W wyniku stałych interakcji i wzajemnego komuni­
kowania się ludzi rozwijała się świadomość społeczna
i poczucie więzi społecznej. Świadomość jest zawsze
intencjonalna, jest świadomością czegoś lub kogoś. Po­
przez świadomość dokonuje się internalizacja rzeczy­
wistości. Wzajemne stosunki międzyludzkie przebiegają
zawsze w określonym, historycznie wyznaczonym polu.
Kształt tego pola ulega wprawdzie ciągłym modyfika­
cjom pod wpływem różnych ludzkich działań, pobudza-

31
nych różnymi motywami, ale tworzące się w związku
z tymi działaniami i zmieniające się pole „grawitacyjne”
wywiera z kolei stale przemożny wpływ na indywidu­
alne poczynania.
Wspólnota jest tworem wcześniejszym od procesu
wyodrębniania się jednostek. Gromada hominidów,
przekształcając się w ludzką społeczność, u podstaw
swego istnienia ma wspólnotę, świadomość własnego
„ja”, jest zjawiskiem dość późnym, a kiedy się pojawiła,
zrodziła dychotomię między interesami całej wspólnoty
a interesem osobistym, gdy nastąpiło odosobnienie pro­
ducentów, interes osobisty coraz bardziej poczynał brać
górę nad interesami wspólnoty, gospodarka towarowo-
-pieniężna ten stan utrwaliła, tylko tam, gdzie pojawiło
się wspólne zagrożenie, pojawiła się i wzajemna pomoc
zbiorowa.
Taki stan rzeczy mógł utrzymywać się tak długo, jak
długo efektywność samodzielnego pojedynczego gospo­
darstwa była dostatecznie duża, a pośrednia więź ryn­
kowa pozwalała na obustronnie korzystną wymianę. Ale
i wówczas istniały sfery, w których zachowywała się
pomoc sąsiedzka, wspólny wypas bydła, wspólnota la­
sów itp. Podstawą prywatnej własności była tu z regu­
ły własna praca, dopiero kapitalizm na grobie własności
drobnego producenta ukonstytuował kapitalistyczną
własność prywatną opartą na cudzej pracy. W dobie
współczesnej, gdy działalność gospodarcza w mikro-
i makroskali przybrała niemal całkowicie kapitalistycz­
ne cechy, sprawność gospodarki kapitalistycznej poczy­
na słabnąć, rynek stał się znacznie gorszym informato­
rem, niż był nim w dobie kapitalizmu wolnokonkuren-
cyjnego. W rezultacie i we współczesnym kapitalizmie
pojawiło się programowanie współzależnych działań,
planowanie indykatywne w makroskali, tudzież rosnący
prymat polityki nad ekonomiką. Znalazło to swe odbicie
i w myśli ekonomicznej orientacji niemarksistowskiej

32
Gospodarowanie nie jest celem samym w sobie, go­
spodarka stanowiąc w trójkącie społeczeństwo — gospo­
darka — jednostka determinujący komponent, ma jed­
nak na celu tylko zaspokajanie indywidualnych i zbio­
rowych potrzeb ludzkich przez dostarczanie po temu
materialnych środków. Niestety, długie wieki gospo­
darki kapitalistycznej ustawiły tak mentalność wię­
kszości ludzi, że hasło „mieć” poczęło górować nad
hasłem „być”, gospodarowanie stało się nie celem ma­
jącym tworzyć wartości użytkowe, lecz wartości wy­
mienne gwoli gromadzenia zysków, w tych warunkach
rosła dążność do pomnażania ilości dóbr, a nie dbałość
o jakość życia.
Przemiany społeczno-gospodarcze to długi proces hi­
storyczny. W dobie obecnej znamiennej obumieraniem
„starego” i brzemiennej już „nowym” ma miejsce inter­
ferencja różnych tendencji, ale ekonomiści-niemarksiści
zdradzają pod tym względem kalectwo, nie widzą lub
nie chcą widzieć, że pogoń za zyskiem deprawuje jeste­
stwo ludzkie. Fetyszyzm towarowo-pieniężny ciągle
przesłania im społeczny aspekt gospodarowania, a prze­
cież wytyczenie dróg humanizacji pracy, w ogóle sto­
sunków międzyludzkich, to najpilniejsze zadanie doby
współczesnej.
Upowszechniona przez kapitalizm praca najemna
uczyniła przytłaczającą większość ludności naszego glo­
bu bezduszną masą Praca zarobkowa stała się dla tej
większości ludzi główną sferą życia ogarniającą dziś
około 1/3 doby, a rodzącą wyjałowienie i permanentny
lęk przed utratą zarobku. W tych warunkach nie iden­
tyfikacja własnego ja z ogólnospołecznym m y, lecz alie­
nacja osiąga triumf. Zawód, status społeczny, religia.
wiek, płeć, ranga społeczna, wykształcenie i prestiż
petryfikują różne nierówności społeczne. Zarobek, nawet
wysoki, nie zawsze daje zadowolenie, bo prawdziwy hu­
manizm to nie tylko korzystanie z materialnego dobro-

3 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m yśl...
33
bytu, ale potrzeba tworzenia, potrzeba działalności mo­
bilizującej inwencją intelektualną, potrzeba aktywnego
stosunku do kultury, potrzeba wzajemnej sympatii
i bezinteresownej pomocy. Tymczasem kapitalizm zro­
dził bezmyślną pogoń za pieniądzem, równie bezmyślnie
wydawanym, jak zarabianym 9.
Przemiany w świadomości indywidualnej i społecznej
to proces skomplikowany, zależny nie tylko od takich
czy innych innowacji technicznych, proces tych prze­
mian nie dokonuje się bezkonfliktowo. Dlatego złudny
lub wręcz demagogiczny jest pogląd, że likwidacja sto­
sunków kapitalistycznych likwiduje automatycznie
wszelkie zło społeczne. Odpowiedź na pytanie, jakie
warunki muszą być spełnione, jak zapobiegać dewia­
cjom, co trzeba robić, by przyspieszyć tworzenie się
nowych form bytowania, to zadanie nie tylko socjologa,
ale i ekonomisty. Jak długo za kryterium udziału w
dochodzie narodowym będziemy musieli przyjmować
czas i rodzaj pracy, a taryfikacja płac będzie wypadko­
wą różnych komponentów, jak długo bodźce material­
nego zainteresowania będą odgrywały dominującą rolę
w motywacjach ludzkich działań, tak długo przemiana
w postawach ludzkich będzie się musiała opóźniać. Za­
rzut pod adresem Marksa, że jego wywody to tylko
utopijny miraż, jest nader płytki, procesy społeczne nie
dokonują się w okamgnieniu, lecz wymagają czasu, i to
długiego.

• „W miarę tego, jak sfera pracy staje się pozbawiona sensu,


jak przestaje nadawać wewnętrzny kierunek i rytm życiu (...).
Ośrodkiem kształtującym charakter (...) staje się... cała zorgani­
zowana machina zabawy (...). Rozrywki pustych ludzi (...) nie
wypełniają jednak pustki, nie przynoszą im spokoju ani ulg (...)
nie regenerują sił, nie przynoszą zapału do pracy (...). Dla no­
woczesnego człowieka wypoczynek to sposób wydawania pie­
niędzy, praca to sposób ich zarabiania” (C. W. Mills, Białe koł­
nierzyki, Warszawa 1965, s. 390—392).

34
Ludzkość dawno już przekroczyła granice potrzeb
czysto wirtualnych, potrzeby cywilizacyjne w miaię
rozwoju ludzkości rosną coraz bardziej, rozważania eko­
nomiczne nacelowane są z jednej strony na ustalanie,
jak w danych warunkach optymalnie za pomocą
różnych środków materialnych i usług te potrzeby za­
spokajać, z drugiej jednak strony dociekania te prowa­
dzą do określenia trendów rozwojowych, które wskazu­
ją, w jakim kierunku zmierzają ludzkie potrzeby.
Batalia o nowy styl życia musi zacząć się od płaszczyz­
ny ekonomicznej, bo dopiero nad tą płaszczyzną i na niej
oparte wznoszą się wszystkie inne. Jak długo baza
materialna dla zaspokojenia ludzkich potrzeb pozostaje
wąska, realizacja socjalistycznych postulatów nie­
uchronnie natrafiać musi na trudności; kraje budujące
socjalizm ciągle borykają się z tymi trudnościami, wy­
tykanie, że i w stosunkach międzyludzkich w różnych
sferach ludzkiego bytowania w’ warunkach realnego so­
cjalizmu występują mankamenty, stanowi postępowanie
mała fide.
W batalii o nowego człowieka ogromną rolę ma do
odegrania kolektywna działalność w przedsiębior­
stwach. W formacjach przedkapitalistycznym podsta­
wową formą organizacji życia gospodarczego było go­
spodarstwo domowe, już jednak na przejściu od feuda-
lizmu do kapitalizmu coraz większego znaczenia poczęło
nabierać przedsiębiorstwo, produkujące nie na zaspoko­
jenie własnych potrzeb, lecz na zbyt. Ta właśnie forma
gospodarowania dominuje i dzisiaj. Niezależnie jednak
od celu działalności przedsiębiorstwo jest komórką-życia
społeczno-gospodarczego, w której realizują się też
ważne kontakty międzyludzkie, wszak człowiek spędza
dziś w miejscu pracy znaczną część swego życia. Przed­
siębiorstwo to nie tylko zestaw maszyn i obsługujących
je robotników, to jednocześnie żywy mikroorganizm
społeczny, w którym ogniskują się istotne stosunki mię-

35
dzyludzkie. Ten mikrokosmos jest, oczywista, powiązany
tysiącem nici z różnymi innymi instytucjami i organiz­
mami o innym charakterze, ale w przedsiębiorstwie
przede wszystkim kształtują się główne postawy ludzi
dorosłych.
Ta okoliczność ma szczególne znaczenie dla rozwoju
budownictwa socjalistycznego. W społeczeństwie socja­
listycznym kolektyw przedsiębiorstwa jest niejako po­
wiernikiem ogólnospołecznego czy grupowego mienia,
kolektyw ten jest „robotnikiem łącznym” pracującym
według ogólnonarodowych i odcinkowych planów dla
celów ogólnospołecznych. Ta postulowana rola przed­
siębiorstwa socjalistycznego powinna prowadzić do
innego niż w przedsiębiorstwach kapitalistycznych
ukształtowania horyzontów myślowych i form współ­
pracy (co nie oznacza, by wcielanie w życie tych postu­
latów było sprawą prostą!). W przedsiębiorstwie socja­
listycznym pojawiają się realne możliwości humanizacji
pracy i harmonijnej współpracy całego kolektywu.
W takim przedsiębiorstwie zachodzi możliwość ekspo­
nowania nie nadzoru, lecz współdziałania między orga­
nizatorami a wykonawcami pracy (Engels obrazowo
przyrównywał to współdziałanie do współpracy kapel­
mistrza z orkiestrą!).
Każdemu człowiekowi właściwe jest posiadanie cze­
goś, co Th. Veblen określił mianem „iuorkmanship”,
skłonnością do dobrej roboty, ale ten typ motywacji da­
je się łatwo zaprzepaścić i dlatego sterowanie kolekty­
wem przedsiębiorstwa wymaga pielęgnowania tych
skłonhości. Motywacje przekształcają się w aspiracje
i one właśnie są czynnikiem wyzwalającym inwencje
twórcze. Aspiracje połączone z empatią, pozytywnym
odnoszeniem się do innych stają się dźwignią humani­
zacji pracy. Motywacje mogą rodzić się samorzutnie lub
być indukowane, dotyczą jednak sfery wewnętrznej
człowieka, natomiast bodźce płyną z zewnątrz, mogą

36
być przypadkowe lub mogą być tworzone świadomie,
celowo, z reguły bodźce służą do socjotechnicznej ma­
nipulacji. Operowanie bodźcami materialnego zaintere­
sowania jest koniecznością, ale bynajmniej nie cnotą,
jest to obiektywna konieczność narzucona przez etap
rozwoju historycznego. Humanizacja pracy rodzi się bo­
wiem nie w rezultacie dopingów, lecz w efekcie rozwi­
jania świadomości społecznej. Wysokość zarobku, na­
dzieja na awans odgrywają wielką motywacyjną rolę,
ale nie znaczy to, by zjawisko to należało petryfikować.
Tylko świadome scalanie wysiłków „robotnika łączne­
go” rodzi potrzebę wzajemnego współdziałania i pomocy,
samodyscypliny, koleżeństwa, zaufania, przyjaźni, sza­
cunku i niewymuszonego uznania. Te właśnie aspekty
międzyludzkich stosunków akcentowali klasycy m ar­
ksizmu.
Proces humanizacji pracy nie dokonuje się tylko za
pomocą zabiegów organizacyjnych (rozumieją to nawet
paternalistycznie nastawieni japońscy menadżerowie!),
kolektyw staje się zwarty naprawdę dopiero wówczas,
gdy następuje zsynchronizowanie działalności organiza­
cji formalnych z grupami nieformalnymi. Więź wspól­
nie wykonywanej pracy konstytuuje trwałe kolektyw­
ne postawy, natomiast w warunkach luźnych stosunków
„odwalania roboty” wyrastają takie zjawiska, jak ku­
moterstwo, asekuranctwo, lizusostwo, wykonywanie
czynności pozorowanych itd„ co przenosi się łatwo i na
inne sfery ludzkiej działalności. Także brak satysfakcji
z wykonywanej pracy, brak uznania za ponoszony trud
rodzą pracę niedokładną, brakoróbstwo i frustracje, co
deprecjonuje nie tylko wysiłek własny, ale najczęściej
i innych.
Proces pracy w przedsiębiorstwie jest więc nie tylko
tworzeniem przedmiotów i usług, jest jednocześnie for­
mowaniem postaw. Działacze mający przed oczyma
tylko doraźne, materialne korzyści, podobnie jak wię-

37
kszość teoretyków ekonomii orientacji niemarksistow­
skie] spełzają nieuchronnie na płaszczyzną prakseolo-
giczną, zapominając o aspektach społecznych gospoda­
rowania. Jest to głęboka linia podziału między markso-
wskim a niemarksowskim podejściem do problemów
ekonomicznych. Bilansowanie zasobów, energii czy
innych czynników jest relatywnie łatwe, natomiast
antycypowanie ludzkich reakcji jest o wiele trudniejsze
(wiele planów nawet w socjalizmie zawaliło się, gdy nie
znalazły akceptacji mas pracowniczych!).
Gospodarowanie zarówno w mikro-, jak i makroskali
ma, oczywista, i prakseologiczne aspekty, dlatego nie
sposób lekceważyć ich, ale nie należy zapominać, że za­
biegi natury organizacyjnej, dokonywanie wyborów,
podejmowanie decyzji, a więc to wszystko, co stanowi
kontekst prakseologiczny życia gospodarczego, zależą
od stawianego gospodarce celu, nie istnieje uniwersalna
prakseologia, racjonalność przejawia się inaczej w go­
spodarce nastawionej na indywidualną konkurencję,
a inaczej w gospodarce nastawionej na kolektywną
współpracę. Różne kryteria pociągają za sobą różny
sposób działania.
Odległy jest jeszcze czas, gdy szczery duch kolekty­
wnej współpracy zapanuje niepodzielnie 10, gdy nastąpi
definitywne przeobrażenie robotnika w świadomego
włodarza środków produkcji, lecz na tej drodze do peł­
nej humanizacji stosunków międzyludzkich nie sposób
ominąć socjalizmu; tylko prospektywne myślenie po-
10 W przyszłości „tworzenie bogactwa rzeczywistego w mniej­
szym stopniu będzie zależało od czasu pracy i ilości wydatkowa­
nej pracy, więcej zaś od mocy uruchamianych w procesie pracy
czynników, których pełna potęgi sprawność w znikomym tylko
stosunku zależeć będzie od bezpośrednio wydatkowanego czasu
pracy na produkcję, a raczej od ogólnego stanu nauki i postępu
technologii, czyli zastosowania nauki do produkcji” (por.
K. Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, Warszawa 1985,
s. 575—576).

38
zwala zrozumieć, że nie ma innej drogi do prawdziwego
humanizmu niż socjalistyczne budownictwo n .
Mówiąc o społecznych aspektach gospodarowania,
0 humanizacji pracy, mówimy faktycznie o dezalienacji
człowieka. Ekonomiści orientacji niemarksistowskiej
podrzucają te zagadnienia socjologom i moralistom, bo
zadania swe ograniczają wyłącznie do rozpatrywania
prakseologicznych aspektów działalności gospodarczej,
zastanawiają się tylko nad tym, jak mając ograniczone
środki, a wielorakie cele, możliwie najlepiej rozdyspono­
wać te środki, by osiągnąć maksymalne czy optymalne
efekty; jakość celów7 jest im obojętna. W takim ujęciu
ekonomia zostaje nie tylko pozbawiona wszelkich ele­
mentów aksjologicznych, ale zostaje zepchnięta do roli
zestawiacza rachunków czy w najlepszym wypadku po­
szukiwacza minimów i maksimów takich czy innych
funkcji popytu, podaży czy produkcji, co enigmatycznie
określa się poszukiwaniem optimum funkcji celu.
Oczywista, w konkretnych rozważaniach dotyczących
doraźnych działań o charakterze gospodarczym aspekty
prakseologiczne życia gospodarczego odgrywają swoją
rolę, ale nie sposób ograniczać ekonomii wyłącznie do
roli jakiejś teorii wyborów; każdy wybór, każda decyzja
gospodarcza jest nierozłącznie związana ze społecznymi
reperkusjami. Jest faktem, że gospodarowanie stanowi
tę sferę działalności ludzkiej, w której najwcześniej po­
jawiły się tendencje do racjonalnego postępowania,
czyli do celowego wykorzystywania środków, a więc
1 do różnych wyliczeń, ale nie oznacza to bynajmniej,
by wyliczenia takie można było traktować per se. Ra-

11 Ekonomista patrzący wprzód musi zrozumieć „(...) jakie


znaczenie ma w warunkach socjalizmu bogactwo potrzeb ludz­
kich, a więc zarówno nowy sposób produkcji, jak i nowy przed-
miot produkcji: nowy przejaw siły istoty ludzkiej i nowe wzbo­
gacenie istoty ludzkiej” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 1, War­
szawa 1976, s. 590).

39
cjonalność działań nie nosi jakiegoś ponadhistorycznego
charakteru — jak sugerują prakseologowie — jeśli Max
Weber nawet słusznie stwierdzał, że ludzkość na prze­
strzeni dziejów wdraża się' coraz bardziej do racjonal­
nych poczynań (jego zdaniem racjonalne posunięcia
świtają wraz z pojawieniem się podziału pracy, który
przecież zakłada podporządkowanie indywidualnych
poczynań totalnej celowości) i za pełne wcielenie racjo­
nalności poczytywał rozwój stosunków towarowo-pie-
niężnych, w których kalkulacja i buchalteria stały się
immanentną cechą gospodarowania, to jednak nie szedł
on tak daleko, jak współcześni ekonomiści orientacji
niemarksistowskiej, by odrywać aspekty prakseologi-
czne od społecznych.
W dobie współczesnej coraz silniej zaznacza się ko­
nieczność programowania współzależnych działań, wy­
maga to, oczywista, ustalenia przemyślanych poczynań,
które jednak nie mogą ograniczać się do racjonalności
formalnej, obejmującej tylko relacje techniczno-bilan-
sowe, konieczna jest również racjonalność substancjalna
biorąca pod uwagę i hierarchię celów oraz ich społeczną
zasadność. Narzędziami racjonalności formalnej są róż­
ne zabiegi kwantyfikacyjne, różne mierniki i różne wy­
liczenia pod kątem, co, ile i jak wytwarzać, jednakże za­
gadnienia, jak rozdzielać zarówno środki produkcji, jak
i dobra finalne, nie są już zagadnieniami czysto prakse-
ologicznej natury. Nie można w żadnym wypadku roz­
ważań ekonomicznych pomijać społecznych aspektów
gospodarowania.
Formalna logika racjonalnego działania (głoszona
przez Espinasa, Słutskiego, Misesa czy Kotarbińskiego)
operuje takimi pojęciami, jak: skuteczność, wydajność
czy oszczędność, przyjmując, że cel — obojętnie jaki —
dany jest z zewnątrz, bierze się go więc niejako poza
nawias, sugerując, że niezależnie od tego, jaki to jest
cel, jego realizacja, jeśli postępowanie jest racjonalne,

40
musi przebiegać jednakowo. Jest to stanowisko całko­
wicie błędne, o tym bowiem, czy jakieś postępowanie
jest racjonalne, decydują merytoryczne względy, a nie
logiczny sposób postępowania, decyduje słuszność prze­
słanek, a nie sposób wywodzenia wniosków — z błęd­
nych przesłanek można logicznie wyciągnąć tylko fał­
szywe wnioski!
Należy też mieć na uwadze, że zasadniczym elemen­
tem prakseologicznych rozważań jest pomiar, ale po­
miary — zwłaszcza gdy idzie o zjawiska społeczno-go­
spodarcze — nie mają samodzielnego bytu. Mierniki nie
są dane a priori, lecz są konstruowane. Do kwantyfiko-
wania zjawisk są konieczne informacje dotyczące róż­
nych danych pierwiastkowych, a mianowicie jakości
i liczebności zjawisk, przedziałów, w jakich można coś
określić numerycznie, a w jakich tylko skalarnie itp.
Zmierzyć jakąś wielkość, to odpowiedzieć na pytanie,
ile razy wr danej wielkości mieści się inna wielkość
przyjęta za jednostkę pomiaru. Wszystkie jednostki po­
miaru muszą spełniać wymóg określoności, w odniesie­
niu do zjawisk społecznych ten jednak wymóg nie może
być w pełni zrealizowany 12. W rozważaniach gospodar­
czych przyjęto za miernik poczytywać pieniądz, operu­
jąc cenami, ale pieniądz już dawno przestał być iner-
tny i sam jest dziś przedmiotem manipulacji, od czasu
gdy jego złote ciało okrył papierowy całun. Kwantyfi-
kując zjawiska ekonomiczne w skali makroekonomicz­
nej, musimy posługiwać się nawet nie skalą linearną,
lecz w najlepszym wypadku wektorową. Jest rzeczą
znamienną, że współczesne oligopole posługują się dziś
skomplikowaną strategią w postaci tzw. cen administro­
wanych, które są stanowione na podstawie domniema-

12 Sam Kotarbiński przyznaje, że przy zjawiskach dotyczą­


cych „(...) istot żywych — tylko niektóre parametry podlegają
pomiarowi, zwłaszcza wykraczającemu poza skalarność (...)”.
„Studia Filozoficzne” 1972, nr 1, s. 8.

41
nych możliwości zbytu danego towaru, na rozeznanym
ryzyko, przy uwzględnianiu możliwości substytucyjnych
i komplementarnych i szeregu innych okoliczności, które
mogą w dłuższym okresie wpływać na zapewnienie
zysku, już nie na poszczególnym towarze, ale w skali fir­
my. Życie pokazuje, że takie zabiegi, jak badania ope­
racyjne, programowanie liniowe czy wypukłe, teoria
gier, rachunek prawdopodobieństwa czy iteracyjny nie
gwarantują racjonalnych posunięć w zakresie proble­
mów ekonomicznych.
Rola analizy ilościowej w dociekaniach ekonomicz­
nych nie jest bagatelna, lecz nie należy jej przeceniać,
jak to czynią ekonomiści orientacji niemarksistowskiej.
Na to, by rachunek ekonomiczny mógł być realizowany
w sposób w pełni zadowalający, musiałyby być speł­
nione warunki umożliwiające przedstawienie zmien­
nych w postaci liczb, skalarów czy chociażby wektorów,
w przeciwnym wypadku rachunek taki musi być obar­
czony nieuchronnymi błędami. Ekonomia niemarksisto-
wska przyjmuje rynek i wymianę za immanentne cechy
gospodarowania, a analizę ilościową za alfę i omegę roz­
ważań ekonomicznych, natomiast myśl marksistowska
sprzęgając historyczne z logicznym akcentuje aspekty
jakościowe 13. Pomiędzy ekonomią marksistowską a nie-
marksistowską zachodzą więc istotne różnice przede
wszystkim natury metodologicznej, nadto ekonomia
niemarksistowska ma w stosunku do ekonomii marksi­
stowskiej znacznie zawężony zakres, a i w tym zawężo­
nym zakresie (do zjawisk wymiany, bo nawet produkcję
traktuje się tu jako wymianę między człowiekiem
a przyrodą w postaci transformacji tej ostatniej) analiza

13 „Badanie musi owładnąć szczegółowo materiałem, musi


analizować różne jego formy rozwojowe i wyśledzić więź we­
wnętrzną (...)” (F. Engels, Aneks do niem. wyd. Anti-Duhring,
Berlin 1948, s. 419, por. K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 20, War­
szawa 1972, s. 677—732).

42
ogranicza się w zasadzie do rozważań kwantyfikacyj-
nych. Dla ekonomii niemarksistowskiej punktem wyj­
ścia jest tak czy inaczej interpretowany homo oecono-
micus, a więc jednostka gospodarująca o ponadhisto-
rycznym wymiarze, dla ekonomii marksistowskiej
działalność gospodarcza jest szeregiem procesów uwa­
runkowanych społecznie i historycznieu . Ekonomia
niemarksistowska ulega złudzeniom (od czasów Ricarda
i J. St. Milla), że postęp naukowo-techniczny w sposób
samorzutny rozwiąże problemy społeczno-gospodarcze,
ekonomia marksistowska odrzuca determinizm techno­
logiczny i wskazuje masy ludzkie jako siłę walczącą
o przemiany społeczne; ekonomia niemarksistowska
wierzy w „merytokrację” (intelektualną elitę); ekono­
mia marksistowska w kreatywną siłę mas pracujących.
Prawdziwa nauka szuka prawidłowości, ale prawdzi­
wa nauka musi wyzbyć się rudymentów, które opóźnia­
ją jej rozwój. Marksizm zdołał to uczynić w wralce
z formami świadomości społecznej, które mącą rozez­
nanie; kierunki niemarksistowskie nie uwolniły się od
symbiozy z formami, które faktycznie przeżyły już swój
czas, co powoduje, że kierunki niemarksistowskie i w
naukach ekonomicznych gubią właściwe sposoby badań.
Metafizyczne bądź agnostyczne podchodzenie do zja­
wisk społecznych zamyka drogę do prawidłowej oceny
dokonujących się w rzeczywistości procesów, a więc i do
prawidłowego ich wykorzystania w interesie ogólnospo­
łecznym. Epistemologiczne i metodologiczne niedomogi
powodują, że nawet drobiazgowy opis takich czy innych
zaszłości ekonomicznych nie wnosi faktycznie niczego
do zrozumienia istoty tego, co jest opisywane, a tak
uformowana wiedza nie może, rzecz prosta, skutecznie
służyć praktyce.
14 „Jednostki produkujące w społeczeństwie, a zatem produ­
kcja jednostek określona społecznie — taki jest (...) punkt wyj­
ścia” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 13, Warszawa 1966, s. 703).

43
Myśl społeczno-ekonomiczna musi być czułym baro­
metrem sygnalizującym zmiany, cel ten stara się osią­
gnąć myśl Marksowska, podczas gdy myśl orientacji
niemarksistowskiej z reguły poprzestaje na opisie sta­
nów, nawet w próbach budowy tzw. modeli sekwencyj­
nych, uwzględniających czas, sprawa zostaje sprowa­
dzona do opisu poszczególnych momentów, bez tłuma­
czenia, co powoduje przejście z jednego stanu w drugi
(przypomina to nieruchomą taśmę filmową!). Tylko
myśl, która zdolna jest wchłonąć to wszystko, co niosły
minione wieki, i to, co niesie teraźniejszość, jest zdolna
przemyśleć to wszystko, wydobyć rozwojowe prawidło­
wości, może stać się drogowskazem skutecznego działa­
nia; dyrektywy, jak programować współzależne działa­
nia, jak dokonywać wyborów to zagadnienia wtórne,
których nie można poprawnie rozwiązać bez uwzględ­
nienia tendencji rozwojowych, i tu przede wszystkim
tkwi wyższość ekonomii Marksowskiej i jej ciągła aktu­
alność.
R o z d z i a ł II

FORMY ŚWIADOMOŚCI SPOŁECZNEJ


A NA U K A

By odpowiedzieć na pytanie, jaką rolę ma


dzisiaj do odegrania nauka i czy może tę rolę spełniać
właściwie, a w szczególności, czemu i komu mają służyć
nauki społeczne, wśród nich nauki ekonomiczne, trzeba
sięgnąć nie tylko do obecnych uwarunkowań rozwoju
wiedzy unaukowionęj, lecz trzeba też dokładnie przyj­
rzeć się epistemologicznym uwarunkowaniom, w jakich
nauki dojrzewały, jako najwyższa forma świadomości
społecznej. Najczęściej właśnie w podłożu epistemolo­
gicznym, a w ślad za tym i w aspektach metodologicz­
nych danych nauk tkwią różne słabości wywodów na­
ukowych. Wynikają stąd deformacje interpretowania
rzeczywistości ujmowanej z pozoru w sposób ściśle na­
ukowy. Pełne uświadomienie sobie przebiegu procesów
poznawczych i formowania się różnych form świado­
mości społecznej pozwala na ocenę wiarygodności tak
licznych dziś, a często sprzecznych ze sobą teorii i hi­
potez naukowych i pseudonaukowych.
By temat ten wyczerpać, trzeba dość długiej dygresji
na temat genezy świadomości. Człowiek wyłania się
z mroków historii jako istota wyodrębniająca się z gro­
mady hominidów. Już w gromadzie hominidów pojawia­
ją, się elementy, które generują świadomość. Poznanie
jest bowiem wykwitem działania podejmowanego w
sposób celowy, a nie tylko instynktowny, a takie właś­
nie elementy pojawiają się już u małp człekokształt-

45
nych 1. Człowiek zaczyna swą karierę jako zwierzę stad­
ne. Inwencja poszczególnych osobników w tworzeniu
takich czy innych artefaktów, w wyniku naśladownic­
twa, staje się dorobkiem całej gromady. Dzięki temu
pojawiły się pierwsze narzędzia pracy i obrony — bu­
merang, łuk i strzały, potrzaski, harpuny itp. W tym
ciągu rozwoju pojawiła się też umiejętność rozpalania
ognia i oswojenie zwierząt. Doskonalenie narzędzi wy­
magało nie tylko pilnej obserwacji i wzajemnej komu­
nikacji, ale i nabywania wprawy w posługiwaniu się
nimi. Różnorakie stosowanie narzędzi, nabywane przy
tej okazji doświadczenie rozbudzało ludzką dociekli­
wość. Drogą prób i błędów człowiek uczył się nie tylko
dostosowywać do zastanych warunków, lecz i aktywnie
wpływać na otoczenie za pomocą wytworzonych na­
rzędzi.
Na tej drodze człowiek uczył się coraz sprawniej my­
śleć i przewidywać skutki swych działań. Stawał się
więc istotą zdolną nie tylko do zapamiętywania i koja­
rzenia zdarzeń, lecz również do rozumowania, wyciąga­
nia wniosków, wiązania przyczyn i skutków. Uczył się
też w wyniku różnych sposobów komunikacji korzystać
nie tylko ze swoich bezpośrednich doświadczeń, ale
i z wiedzy zapośredniczonej, przekazywanej z pokolenia
na pokolenie2. Jak dowodzą współczesne badania nad
antropogenezą, cerebralizacja wiodąca do pojawienia się
homo sapiens łączyła się z juwenilizacją polegającą na
stałym wydłużaniu się okresu uczenia się i wdrażania ®.
1 Por. G. Mead, Umysł, osobowość i społeczeństwo, Warszawa
1975.
2 „Oddziałując (...) na istniejącą poza nim przyrodę i zmie­
niając ją, człowiek zmienia zarazem swoją własną naturę. Roz­
wija drzemiące w niej moce i podporządkowuje grę tych sił
swej własnej zwierzchności” (K. Marks, F. Engels, Dzieła t. 23,
Warszawa 1968, s. 205—206).
3 E. Morin, Zagubiony paradygmat — natura ludzka, War­
szawa 1977, s. 115—121.

46
Hominizacja antropoidów rodziła jednak nie tylko
dodatnie skutki. Homo sapiens przemienił zwierzęcą
czujność w stan chorobliwy, dementywny, pociągający
za sobą strach nie tylko wobec realnego niebezpieczeń­
stwa, ale i strach przed śmiercią, tudzież różne formy
„fałszywej świadomości”, błędne doszukiwanie się przy­
czyn i fabularyzowanie rzeczywistości w wyniku nie
kontrolowanej wyobraźni. W walce z otoczeniem czło­
wiek, żyjący od zarania w gromadzie, przedzierał się ze
świata instynktów i odruchów do świata myślowych
refleksji. Doraźne komunikowanie się dzięki wytworze­
niu się języka i mowy, przekształcało się w stałą łącz­
ność. Społeczne nawyki poczęły hamować indywidualne
odruchy, pojawia się zalążek świadomej organizacji
pracy. Nauczywszy się przekazywać własne doświadcze­
nia innym, człowiek wszedł na drogę pozwalającą mu
przeskoczyć kod genetyczny.
Życie człowieka, jak i życie innych istot jest ekspan­
sją i zamieraniem. Świadomość stanowi zupełnie nową
fazę w ewolucji życia na ziemi. Dzięki świadomości ży­
cie ludzkie nabrało nowego sensu. Sens ten zawiera się
w stałym aktywnym dostosowywaniu tkwiących w czło­
wieku możliwości działania nie tylko do konieczności
narzucanych przez otoczenie, ale i w próbach prze­
kształcenia go. Nie wiemy wprawdzie w wymiarze kos­
micznym, skąd i dokąd idziemy, ale w wymiarze ziem­
skim wiemy, że powołaniem człowieka jest ciągłe
przekształcanie stosunków międzyludzkich w walce z
przyrodą. Właśnie podczas tych prób dokonuje się kon­
frontacja własnego zachowania człowieka z wynikają­
cymi z tego zachowania (a więc i działania) skutkami,
konfrontacja, która zrodziła w człowieku percepcję
i apercepcję, co z kolei pozwoliło przetwarzać różne
zewnętrzne sygnały w informację trwałą, zreflektowa­
ną krytycznie i wyzyskiwaną w nowych warunkach.
Z wielości różnorodności człowiek nauczył się tworzyć

47
homogeniczną jedność na różnych poziomach integracji,
nauczył się zjawiska kategoryzować i ujawniać zacho­
dzące w nich prawidłowości.
Ludzkie poznanie nosi procesualny charakter i jest
rezultatem scalania wielu aspektów rzeczywistości
ujmowanych pod różnymi kątami widzenia. Analogie,
różnice, następstwa, relacje, inwarianty i zmiany chwy­
tane w różnych sytuacjach prowadziły do odwzorowy­
wania w umyśle rzeczywistości za pomocą pojęć. Roz­
biór i łączenie poszczególnych elementów rzeczowych
dokonywało się początkowo tylko fizycznie, w miarę
jednak mnożenia doświadczeń w różnych procesach pra­
cy człowiek zdobywał umiejętności dokonywania czysto
myślowego rozbioru zjawisk drogą indukcji i dedukcji,
a nawet osiągał zdolność antycypowania skutków obser­
wowanych zjawisk.
Wrażliwość, pobudliwość, czujność, zdolność kojarze­
nia oraz pamięć w powiązaniu z działalnością wytwór­
czą doprowadziły człowieka do zdolności chwytania
struktur, konfiguracji, współzależności i dynamiki zja­
wisk. Organizm ludzki, podobnie jak organizmy innych
istot, jest wyposażony w różne receptory i efektory, lecz
w gatunku ludzkim pojawiło się jeszcze jedno ogniwo,
stanowiące nie tylko złącze między receptorami a efek-
torami, ale także czynnik sterujący docelowo coraz
większą liczbą ludzkich poczynań, nie na zasadzie od­
ruchów, lecz w oparciu o refleksję, przemyślanych pod
kątem domniemanych skutków podejmowanych działań.
Skąd się wzięła u człowieka świadomość? Wykwitła ona
jako rezultat sprzężenia czynników bio-, psycho- i so-
cjogennych. Możliwości tkwiące w strukturze ludzkiego
mózgu zostały zaktywizowane pracą produkcyjną, do
której człowiek został zmuszony swymi somatycznymi
brakami, które czyniły go w stosunku do otoczenia isto­
tą słabą. Instynkt właściwy zwierzętom zna tylko me­
chanizm natychmiastowych odruchów (chociaż zdolność

48
do kojarzenia i pamięć u wyższych gatunków zwierząt
odgrywa też sporą rolę), różnica między reakcjami zwie­
rzęcia i człowieka jest nie tylko natury ilościowej, ale
i jakościowej.
Świadomość interioryzuje zewnętrzne sygnały, inte­
gruje je i przekształca w informacje, które stają się
podstawą wyborów i decyzji. Świadomość stworzyła
zdolność wyobrażania sobie możliwych skutków takich
czy innych poczynań, pozwoliła sytuować zdarzenia w
kontekście retrospektywno-prospektywnym, dzięki cze­
mu właśnie człowiek osiągnął możliwość rozwiązywania
sytuacji problemowych. Mając materialno-biologiczne
podłoże w korze mózgowej (neocortex), świadomość
ludzka zrodziła się w wyniku społecznej konieczności.
Społeczne bytowanie człowieka opierające się na współ-
działaniach zbiorowych za pomocą narzędzi; zdolność
człowieka do ekstensji — wytwarzania instrumentów
egzosomatycznych, imitujących narządy wrodzone mu­
siało pociągnąć za sobą daleko idące skutki w postaci
konceptualizacji rzeczywistości, czyli zdolności wycho­
dzenia poza procesy czysto informacyjno-regulacyjne
na rzecz coraz bardziej rozwijającej się wyobraźni. Czło­
wiek w obliczu stojących przed nim problemów uczył
się coraz lepiej działać skutecznie4. Rozwój człowieka

4 „Tworzenie pojęć (...) i operacje na nich dokonywane już


zawierają w sobie wyobrażenie, przekonanie, świadomość pra­
widłowości obiektywnej więzi świata”. (W. Lenin, Dzieła, t. 38,
Warszawa 1973, s. 151). „Poznanie jest odzwierciedleniem przy­
rody przez człowieka. Ale nie jest to odbicie proste, bezpośrednie,
całościowe, lecz proces szeregu abstrakcyj, sformułowań, tworze­
nia pojęć, praw etc., które to właśnie pojęcia (...) obejmują wa­
runkowo, w przybliżeniu uniwersalną prawidłowość wiecznie ru­
chomej i rozwijającej się przyrody” (op. cit., s. 154). „Myślenie,
wznosząc się od konkretu do abstraktu, nie oddala się — jeśli
jest poprawne (...) — od prawdy, ale się do niej przybliża” (op.
cit., s. 144). — „Świadomość społeczna odzwierciedla byt społe­
czny (...). Odbicie może być w przybliżeniu wierną kopią tego,

4 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m y śl...
49
to długi proces, uwiarygodniony dzisiaj długoletnimi
badaniami fizjologów, neurologów, psychologów, etno­
grafów czy antropologów. W tym procesie rozwój świa­
domości indywidualnej i społecznej odegrał bardzo
istotną rolę.
W postępach wiedzy doniosłą rolę odegrało oddziele­
nie pracy umysłowej od pracy fizycznej. Praca wytwór­
cza przez długie tysiąclecia wiązała wysiłki manualne
i intelektualne, ale z chwilą pojawienia się w odległej
starożytności pracy niewolniczej rozbrat między pracą
fizyczną a umysłową stał się faktem. Był to proces dia­
lektyczny, bo chociaż pozbawiał on pracę fizyczną inte­
lektualnych składników, mechanizował ją i czynił bez­
duszną, to równocześnie proces ten wyodrębniał pracę
umysłową jako nowy rodzaj specjalizacji, stwarzał wa­
runki dla jakiejś mniejszej czy większej garstki, która
znaczną część swego czasu mogła poświęcić różnego ro­
dzaju refleksjom, a z tych wyłaniały się wierzenia reli­
gijne, filozofia i zawiązki nauki. Ogromną rolę odegrały
w rozwoju intelektualnym ludzkości takie media, jak
język i pismo, jako formy symbolicznej kom unikacji5.
Każdy człowiek był i jest jednostką splecioną tysiącz­
nymi nićmi ze swym bliższym i dalszym otoczeniem.
Kontakty międzyludzkie, interakcje tudzież formy ko­
munikowania się tworzą pole wyznaczone czynnikami
biogennymi, psychogennymi i socjogennymi, pole, w
którym człowiek może działać, kierując się swymi po­

co się odbija, lecz niedorzecznością jest mówić tu o tożsamości”


(W. Lenin, Dzieła, t. 14, Warszawa 1949, s. 369—370).
5 Jeden z czołowych myślicieli naszej doby, Cassirer, traktuje
symbole jako rezultat zmian mutacyjnych w filzjologii mózgu,
tzw. etnometodologia (Goffman) sztuka źródeł symboli w inter­
akcjach nacelowanych na zdobywanie i przekazywanie informa­
cji, zaś Mead wychodzi z założenia, że najpierwotniejszą formą
komunikacji międzyludzkiej były gesty, i dowodzi, że z tej wła­
śnie formy wyrosły znaczące symbole, przy czym traktuje i mo­
wę jako rodzaj gestów wokalnych.

50
budkami wolicjonalnymi, ale z którego wyskoczyć nigdy
nie jest w stanie. Naśladownictwo, uczenie się, upow­
szechnianie innowacji, kontynuowanie tradycji, tworze­
nie norm obyczajowych i prawnych itd. zrodziły kultu­
rę. Sfera psychiczna i sfera społeczna koincydują tu ze
sobą. Kultura jest zjawiskiem specyficznie ludzkim,
tworzy się ona wraz z tworzeniem przez człowieka śro­
dowiska sztucznego; kultura nawarstwia się, kontynu­
ując tradycje i wnosząc nowe wartości. K ultura jest
tworem społecznego bytowania człowieka, przejawia się
zarówno w artefaktach, jak i w dorobku duchowym. Hi­
storia ludzkości zna wiele odmian kulturowych, które
na przestrzeni dziejów rodziły się, rozwijały się i upa­
dały.
Kultura i cywilizacja to pojęcie bliskoznaczne, zazwy­
czaj traktuje się cywilizację jako synonim kultury ma­
terialnej. Kultura stanowi prometejskie osiągnięcie
ludzkości w walce z przyrodą, stanowi wyraz tworzenia
ludzkiego świata wewnątrz przyrody, świata innego od
zastanego. Upowszechnienie kultury, doprowadzenie jej
osiągnięć do najszerszych mas, uczynienie mas nie tyl­
ko konsumentami, lecz i twórcami kultury jest jedno­
znaczne z postulatami humanizacji stosunków między­
ludzkich. K ultura przez długie wieki ogarniała klasy
panujące (i to tylko jej część!), chociaż folklor ludowy
i sztuka ludowa były często istotną inspiracją, a rze­
mieślniczy trud nierzadko wznosił się na poziom artyz­
mu. Faktycznie jednak dopiero socjalizm otwiera sze­
rokim masom pełny dostęp do kultury (co zresztą ma
swe reperkusje częściowo i we współczesnych krajach
o innych ustrojach). K ultura nie mogłaby powstać bez
różnych form świadomości społecznej. Świadomość
indywidualna i świadomość społeczna są ze sobą zwią­
zane. Świadomość indywidualna stanowi cząstkę jeste­
stwa ludzkiego, ponieważ jednak mogła się ona zrodzić
tylko w toku społecznego bytowania, świadomość indy-

51
widualna wchłania elementy świadomości społecznej;
świadomość społeczna zaś, choć nie może inaczej istnieć
niż poprzez świadomość indywidualną, jest czymś istnie­
jącym obiektywnie, jest siłą zniewalającą, jest obiek­
tywnym fenomenem (problemem tym zajmował się m.in.
Durkheim), ujawnia się w określonych mentalnościach
i postawach ludzkich i petryfikuje się w takich formach,
jak sztuka, religia, filozofia czy nauka. Świadomość spo­
łeczna może się jednak przejawiać różnie u różnych
osób i grup, co powoduje nawet możliwość pojawienia
się tzw. fałszywej świadomości.
Sztuka, magia, religia czy nauka, stanowiąc cząstkę
kultury, są jednocześnie formami świadomości społecz­
nej i cywilizacyjnymi szczeblami postępu ludzkości,
przy czym ich wcześniejsze formy nie znikają, lecz
współistnieją albo w formie rudymentarnej, albo rów­
nolegle, co powoduje różne istotne nieraz interferencje.
Społeczność, kultura i świadomość warunkują się wza­
jemnie 6. Wraz z rozwojem świadomości społecznej gro­
mada hominidów stawała się dopiero ludzką społecz­
nością (Tónnies rozgraniczał w związku z tym pojęcia
„Gemeinschaft” i „Gesellschaft”). Nie sposób więc prze­
cenić kulturotwórczej roli świadomości, nie sposób też
zrozumieć rozwoju nauki bez analizy dróg rozwoju
świadomości społecznej.
Dzisiaj świadomość, społeczność i kultura stanowią w
pełni zwartą całość, ale ciągle jeszcze trwają rozliczne

6 „(...) ogólna świadomość jest tylko teoretyczną postacią tego,


czego żywą postacią jest realna wspólnota, społeczność (...)”
(K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 1, Warszawa 1975, s. 580). —
„Kształtowanie się świadomości związane jest z kształtowaniem
się nowej świadomości bytu — bytu ludzkiego — nowej formy
życia, której podmiot zdolny jest, wykraczając poza granice
swojej własnej egzystencji jednostkowej, zdawać sobie sprawę
ze stosunku do świata, do innych ludzi (...) do stawiania sobie
zadań (...)” (S. L. Rubinsztejn, Byt i świadomość, Warszawa 1961,
s. 367—368).

52
kontrowersje dotyczące genezy i funkcji tych czysto
ludzkich cech. Cassirer sugeruje, że kultura jest wytwo­
rem wrodzonych człowiekowi zdolności do tworzenia
symboli, jego zdaniem bez symboli człowiek nie byłby
w stanie stworzyć ani sztuki, ani religii, ani filozofii, ani
nauki. Są to echa transcendentalizmu Kanta, bo Cassirer
uznaje istnienie apriorystycznych, natywistycznie uwa­
runkowanych struktur poznania, które uzewnętrzniają
się w takich formach jak mity, język, sztuka czy nauka.
Absolutyzowanie roli symboli prowadzi Cassirera do
identyfikowania kultury ze sposobami komunikowania
się. Dla Maxa Webera kulturotwórcze są tylko idee —
w pierwszym rzędzie religijne — traktuje on rozwój,
kultury jako proces duchowych obiektywizacji. Na dwo­
iste skutki, jakie pociąga za sobą pojawienie się kultury,
starał się zwrócić uwagę Freud, który z kulturą wiąże
narastanie procesów alienacji i pojawienie się społecz­
nych represji wobec jednostki, jako środka mającego
utrzymać więź społeczną. W ujęciu materializmu histo­
rycznego sprawa przedstawia się inaczej. Społeczność,
świadomość i kultura nie zjawiają się jak deus ex ma­
china, lecz są tworem historycznego rozwoju jednej z
gałęzi hominidów, która zdołała w warunkach nie­
sprzyjającego bytowania, dzięki wytwarzanym narzę­
dziom, przeciwstawić się gromadnie przyrodzie, stąd
wniosek, że właśnie dzięki pracy produkcyjnej wyko­
nywanej za pomocą coraz bardziej skomplikowanych
narzędzi człowiek z okresu dzikości poprzez okres bar­
barzyństwa docierał do poziomu cywilizacji, przy czym
w myśl materialistyczno-historycznej analizy proces ten
nosił dialektyczny charakter i nie dawał powodu do ide­
alizacji żadnego z tych szczebli.
Na drodze prowadzącej do łączności między tym, co
już poznane, a tym, co dopiero jest poznawane, decydu­
jącą rolę odgrywała praktyka i epistemologiczna refle­
ksja. Obserwacja daje tylko lepszy czy gorszy ogląd

53
zjawisk, jest więc warunkiem koniecznym, lecz nie wy­
starczającym zrozumienia istoty tych zjawisk, dopiero
roztrząsanie relacji zachodzących między zjawiskami,
analiza ich genezy, przyczyn ich pojawienia się oraz ich
skutków, jak również konfrontacja z dotychczas uzys­
kaną wiedzą i praktyką, może doprowadzić do zrozu­
mienia istotnego sensu zjawisk i wywoływanych przez
nie skutków. Taka refleksja jest właśnie refleksją
epistemologiczną. Epistemologia, gnoseologia, teoria po­
znania wyrosła na gruncie przemyśleń, które podejmo­
wali z reguły ludzie wywodzący się z klas panujących,
gdyż tylko w tych klasach przez długie wieki wyrastali
ludzie mogący wolny czas poświęcać kontemplacji: sta­
rożytni kapłani i filozofowie, średniowieczni mnisi roz­
wijali różne koncepcje teoriopoznawcze oparte w dużej
mierze na spekulacjach czysto myślowych. Wraz i na­
rodzinami kapitalizmu rozważania zarówno naukowe,
jak i epistemologiczne stawały się udziałem szerszych
kręgów, swe apogeum osiągnęła epistemologia w mate­
rializmie diale^^rcznym.
Ludzkie poznanie nawarstwiało się dzięki obserwa­
cjom i wzajemnemu komunikowaniu wyników tych
obserwacji. Bez mowy, później i pisma, nie byłoby coraz
bogatszej wymiany myśli. Toteż roli mowy i pisma w
rozwoju ludzkiej myśli nie da się przecenić, bo jeśli ge­
sty i mimika mogą służyć jako narzędzie ekspresji, to
zupełnie nie nadają się do wyrażania sądów, do opero­
wania pojęciami i wywodzenia wniosków. Język jest
podstawową formą, w jakiej przebiega ludzkie myśle­
nie; język nie jest identyczny z myślą (jak to próbują
sugerować behawioryści). Język dał nazwy nie tylko
rzeczom, ale i czynnościom, tudzież wyobrażeniom, poz­
wala na konfrontację i denotację pojęć, stał się narzę­
dziem introjekcji różnych poglądów, idei czy przekonań.
Mowa i pismo jako media akustyczno-wizualne umo­
żliwiły formułowanie nawet najbardziej abstrakcyjnych

54
pojęć, a więc tworów myślowych o charakterze uogól­
niającym względnie ujmującym relacje między zjawis­
kami i rzeczami. Za pomocą słownych terminów stało
się możliwe szeregowanie kadencji myślowych w sposób
zrozumiały dla innych. Język jest więc tworem społecz­
nym. Bez języka nie rozwinęłoby się myślenie katego-
rialne; abstrakcje nie mają, jako pojęcia wyrażające
uogólnienia i relacje, odpowiednika wyobrażeniowego,
mogą więc być wyrażane tylko w słowach.
Od czasów badań podjętych przez Saussure’a nie usta­
ją kontrowersje na temat, czy język jest tylko instru­
mentem naszego myślenia, czy też jego generatorem.
Zdaniem Boasa, Sapira i Whorfa język jest wręcz czyn­
nikiem organizującym nasze spostrzeżenia w określony
sposób, spełnia nie tylko bierną, ale i czynną rolę. Sapir
argumentuje, że język jako twór społeczny jest nośni­
kiem, poprzez który od dzieciństwa kształtuje się nasz
sposób ujmowania rzeczywistości, w rezultacie ludzie
myślący w różnych językach rzekomo różnie postrze­
gają świat. Tę koncepcję rozwija Whorf: język jest dlań
systemem stereotypów, które podświadomie wpływają
na myślenie człowieka. W koncepcjach tych miesza się
wpływ świadomości społecznej na świadomość indywi­
dualną z wpływami języka na mentalność. To samo
można powiedzieć o tzw. psycholingwistyce, która usi­
łuje nie tylko ustalić sposoby kodowania informacji w
danym języku, ale chce również uchwycić związki mię­
dzy określonym językiem a zachowaniem się ludzi uży­
wających danego języka. Z kolei tzw. socjolingwiści
(L. Hjelmslew, N. Chomsky) wysuwają hipotezę, że for­
mowanie zdań stanowi wolną kreację w ramach ogól­
nych prawidłowości rządzących formułowaniem słów
i brzmień. Chomsky szuka w związku z tym podłoża
samej natury języków, niezależnie od słowotwórstwa
i gramatyki poszczególnych języków etnicznych. Roz­
różniając substancję i formę języka, Chomsky pragnie

55
wyłowić natywistyczne podłoże języków, chce odszukać
wspólny substrat struktur językowych, jest bowiem
przekonany, że ludzie są z samej swej natury wyposa­
żeni w specyficzną zdolność językotwórczą, zdolność
pozwalającą na przyswajanie każdego języka.
Wszystkie te koncepcje mieszają przyczyny i skutki.
Dla nauki problem języka nie jest problemem tylko pe­
ryferyjnym. Język stawszy się instrumentem wyraża­
nia myśli, spełnia niewątpliwie również rolę kataliza­
tora i akceleratora naszego myślenia. Od czasów Leib­
niza mamy też do czynienia z poszukiwaniami języka,
który w sposób precyzyjny oddawałby pojęcia, którymi
się posługujemy w nauce; te poszukiwania w naszej do­
bie zaprzątały uwagę przede wszystkim neopozytywis-
tów. Poszukiwania te nie zostały uwieńczone sukcesem,
bo żadne pojęcie nie jest ostre, co potwierdza zjawisko
śemazjologicznych przesunięć terminologicznych.
Na tle tego, co zostało dotąd powiedziane o genezie
świadomości ludzkiej i o jej zewnętrznych przejawach,
wyrasta często niedocenianie zagadnienia wzajemnego
stosunku różnych form świadomości społecznej. Tymi
formami są magia, religia, sztuka, filozofia czy nauka 7.
Każda z tych form spełniała, a nawet jeszcze dzisiaj
spełnia określone funkcje społeczne. Jeśli praca produk­
cyjna zrodziła człowieka, to o jego dalszym rozwoju
intelektualnym w coraz wyższym stopniu decydowały

7 „Wytwarzanie idei, wyobrażeń, świadomości splata się zrazu


bezpośrednio z materialną działalnością ludzi i ich materialnymi
stosunkami wzajemnymi... świadomość jest zrazu tylko świado­
mością najbliższego otoczenia zmysłowego oraz świadomością
ograniczonego związku z innymi osobami i rzeczami.,, świado­
mością przyrody, występującej z początku jako siła całkowicie
obca ludziom, wszechmocna i nietykalna, do której ludzie usto­
sunkowują się czysto po zwierzęcemu i której jak bydło ule­
gają...” (K. Marks, P. Engels, Dzieła, t. 3, Warszawa 1975, s. 27,
32—33).

56
różne formy świadomości społecznej, stające się kolejno
paradygmatami w danej epoce.
Zacznijmy od najstarszej formy świadomości społecz­
nej, jaką jest sztuka. W zaraniu dziejów ludzkości praca
produkcyjna wypełnia przytłaczającą część życia czło­
wieka. Zbieractwo, łowienie ryb, polowanie, później rol­
nictwo i hodowla, a zawsze wyrabianie narzędzi pochła­
niało masę czasu, lecz nawet wówczas zdarzały się chwi­
le wytchnienia, które zwłaszcza młodemu pokoleniu
wypełniała zabawa. Homo faber jest jednocześnie homo
ludens. Zabawy młodocianych, polegające na naśladowa­
niu tego, co robią starsi, faktycznie pełnią funkcję przy­
gotowywania do przyszłego aktywnego życia w groma­
dzie, które zresztą zaczyna się bardzo wcześnie. W chwi­
lach wolnych od pracy produkcyjnej człowiek pierwotny
dawał upust swej wyobraźni, fantazji i popędom. W
grze, śpiewie, tańcu, rzeźbie czy malowidłach naskal­
nych wyrażał swe pragnienia i obawy, czynił to zaś
z taką ekspresją, że przejawy tej sztuki zachwycają po
dzień dzisiejszy.
Od zarania sztuka była związana z magią i służyła
celom sakralnym i w tym sensie miała utylitarny cha­
rakter, w sztuce prymitywnej znalazły wyraz instyn­
ktowne odczucia, dominuje tu wolna gra wyobraźni po­
budzana często sennymi majakami, co powoduje, że re­
alia życia codziennego ulegają deformacji. Zjawiska są
tu często ujmowane i stanowią próbę statyzowania tego,
co zmienne, niejako próbę zatrzymania ich biegu. Kre­
owane są także obrazy tego, co wprawdzie nie istnieje,
ale co byłoby pożądane. Prymitywny artysta pokonując
opór materiału wyrażał stosunek do rzeczywistości.
W rytmie melodii, liniach i barwach człowiek usiłował
wyrazić swe nastroje, przekazać w tańcu, rytm ie czy
rzeźbie ekspresję swego zachwytu czy strachu, pokory
czy agresji, wyrazić to, co w jego odczuciu jest piękne
czy groźne.

57
Rysunek i malarstwo zarówno człowieka prymityw­
nego, jak i współczesnego artysty usiłuje w punktach,
liniach, plamach, światłach, cieniach czy kontrastach,
a w muzyce w akordach czy dysonansach wyrazić sto­
sunek do życia i chęć przeistaczania rzeczywistości.
Prawdziwa sztuka nie jest kopiowaniem rzeczywistości,
lecz wykwitem jakiejś twórczej kompozycji. Sztuka
różni się w tym względzie w sposób zasadniczy od nauki.
Stała się ona ważnym czynnikiem kulturotwórczym;
sztuka w swym rozwoju uwalnia się od ścisłych powią­
zań z magią czy religią, od funkcji sakralnych, osiąga
coraz bardziej pozycje autoteliczne. Wizja artystyczna
jest konsekwencją potrzeby jednostki przekazywania
innym własnej percepcji świata; sztuka stała się jednym
z pierwszych sposobów przekazywania myśli.
Podobnie jak sztuka wczesną formą świadomości spo­
łecznej jest magia, która u ludów pierwotnych stanowi­
ła zespół czynności o charakterze pozornie czysto
irracjonalnym. Magia stanowi zewnętrzne i rytualne
prezentowanie określonych wierzeń; kontynuacją magii
w postaci rudymentarnej są tzw. mantyki (astrologia,
chiromancja, kartomacja, wróżenie ze snów itd.). Prak­
tyki magiczne, chociaż mają irracjonalne podłoże, nie
są pozbawione sensownych elementów. Albowiem w
myśleniu magicznym występują już takie pojęcia jak
podobieństwo, przeciwieństwo, rozróżnianie styczności
(zaczątki kausalizmu), utylitarna ocena dobra i zła itp.
W postaci rozchwianej w magii czy raczej w myśleniu
magicznym występują zaczątki myślenia abstrakcyjne­
go — a występujące w magii elementy demonologii
i animizmu są antycypacją rozumienia — w sposób zde­
formowany — sił sprawczych. Myślenie magiczne jest
więc wyrazem świadomości oplątanej jeszcze elemen­
tami instynktu (genezą i rolą magii zajmowali się m.in.
Tylor, Frazer, Lehman czy Mauss).
Obrzędy magiczne w postaci tańców, śpiewów, masek,

58
zaklęć, bicia w bębny stanowią prototyp zabiegów socjo­
technicznych, a takie instytucje jak „totem” czy „tabu”
pełnią funkcje trwałych więzi społecznych. Wprowadza­
nie ludu przez szamanów w stan ekstazy i euforii miało
na celu (chociaż nie zawsze uświadamiali to sobie nawet
szamani) podtrzymywanie złudzeń o możliwości bezpo­
średniego kontaktu z siłami przyrody, wsączania prze­
świadczenia, że istnieje możliwość odwrócenia zgub­
nych skutków, które niosły różne zjawiska. W irracjo­
nalizmie magicznych poczynań przebłyskują i elementy
racjonalizmu. Nie umiejąc jeszcze trafnie ustalać przy­
czyn obserwowanych zjawisk, człowiek pierwotny
ujmuje siły sprawcze antropomorficznie i animistycz­
nie. Magia nie byłą czystą aberacją czy zjawiskiem pa­
tologicznym, przeciwnie, stanowiła pierwszą próbę opa­
nowania sił przyrody zaklęciem, modłami czy ofiarą 8.
Magia pełniła też funkcję terapii psychicznej; bez wiary
w moc modłów i zaklęć człowiek pierwotny przygniata­
ny przemożnymi siłami przyrody musiałby popaść w
szaleństwo.
Jako forma świadomości społecznej na niskim szcze­
blu rozwoju ludzkości magia była czynnikiem bynaj­
mniej nie hamującym, jakby się mogło wydawać z po­
zoru, próbowała bowiem w sposób aktywny, chociaż na
drodze irracjonalnej, oddziaływać na otoczenie, a jest
to element, który, choć to brzmi paradoksalnie, łączy
magię z nauką. Nie mogąc jednak dotrzeć do istotnych
przyczyn sprawczych, magia musiała dreptać w miejscu.
W dziedzinie lecznictwa magia miała nawet spore kon­
kretne osiągnięcia, niezależnie od tego, że zabiegi lecz­
nicze dokonywały się w dziwacznych dekoracjach, ge­
stach i zaklęciach. Magia miała swą liturgię, która w
dobie, gdy nie znano jeszcze pisma, spełniała w dużym
stopniu funkcje mnemotechniczne, pozwalała bowiem

* Por. B. Malinowski, Szkice z teorii kultury, Warszawa 1958.

59
zapamiętywać kolejność niekiedy bardzo istotnych po­
czynań.
Na podłożu równie irracjonalnym zrodziła się też
i inna, późniejsza forma świadomości — religia. Religia
odegrała w rozwoju ludzkości (i odgrywa dziś jeszcze)
niezwykle doniosłą rolę. Wpływ religii na szerokie ma­
sy odznacza się niezwykłą trwałością i chociaż świato­
pogląd naukowy, antynomiczny w stosunku do religii,
zyskuje na sile, obie formy świadomości społecznej
istnieją obok siebie, zwalczając się lub idąc na kompro­
misy. Kontemplację religijną w odróżnieniu od praktyk
magicznych cechuje refleksja nad samą istotą świata
i rolą człowieka w świecie. W porównaniu z magią był
to gigantyczny krok naprzód, chociąż liturgia religijna
przejęła wiele z obrzędowości magicznych. Religia, choć
zawiera wiele wątków irracjonalnych, poszukuje esen­
cji świata. Religia nie przeciwstawia człowieka przyro­
dzie, przeciwnie, dopatruje się w człowieku emanacji ja­
kiejś siły kosmicznej, która zdeterminowała jego byt,
ale pozostawiła mu wolność wyboru między dobrem
a złem. W walce dobra i zła w sposób irracjonalny za­
wiera się element dialektyki rozwoju. Religia wnosi też
elementy natury aksjologicznej i etycznej, co stanowi
jej wiekopomną zasługę.
Jednakże religia stanowiąc milowy krok naprzód w
stosunku do animistycznej magii, jest jednocześnie
czynnikiem hamującym aktywność ludzką (jeśli pomi­
nąć nakazy działań charytatywnych). Człowiek religijny
korzy się bowiem przed niezrozumiałymi siłami, próbu­
je dotrzeć do tych sił nie w drodze rozumowania, lecz
drogą iluminacji, którą są obdarzeni niektórzy. Opatrz­
ność jest przez różne religie ujmowana różnie, lecz każ­
da religia traktuje człowieka jako przechodnia na tej
ziemi (św. Augustyn powie o człowieku, że jest „jako
ten liść na wietrze”), spirytualistyczne ujmowanie ży­
cia doczesnego i pozagrobowego skłania wierzących do

60
wywyższania ducha nad ciało, do wiary, że to, co ludz­
kie, zostało stworzone boskim tchnieniem w zwierzęce
ciało, że śmierć cielesna jest tylko wyzwoleniem ducha,
który przez śmierć zyskuje możność połączenia się z si­
łą kreacyjną świata.
Stanowiąc odrealnienie świata, zarówno magia, jak
i religia wdrażają człowiekowi przeświadczenie, że mo­
dły, obrządki czy talizmany mogą uruchomić nadprzy­
rodzone siły, religia jednak położyła nacisk na miłość
bliźniego, czynienie dobrych uczynków i przeciwstawia­
nie się złu. Religia kierując myśl ludzką w zaświaty,
ucząc pokory i podporządkowania się woli bożej w imię
zasady „królestwo moje nie z tego jest świata” stawała
się wyrazicielką rezygnacji i niemocy, a głosząc „oddaj­
cie cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie” stawała
się faktycznie popleczniczką klas panujących. Trzeba
było prawie dwóch tysięcy lat, by Kościół katolicki usta­
mi Jana Pawła II wyeksponował w encyklice „Laborem
exercens” ludzką pracę jako najwyższą godność czło­
wieka.
Magia nie zaprzątała ludziom głowy problemami mo­
ralnymi, nie zajmowała się stosunkami międzyludzkimi,
nie łagodziła obyczajów, przeciwnie, obrzędy inicjacji
czy wprowadzanie w trans wojowników miały wszelkie
znamiona okrucieństwa, a nawet mitologia grecka
i rzymska mało uwagi zwracała na sprawy moralno-
-etyczne, tworząc bogów na podobieństwo ludzkie,
z wszystkimi ludzkimi przywarami. Dopiero wielkie sy ­
stemy religijne — buddyzm, mozaizm, chrześcijaństwo,
islam — stały się czynnikiem sublimacji życia ludzkiego,
lecz i te systemy były wyrazem bezradności człowieka
i były tylko swoistym uspokajającym opium. Buddyzm
głosił bierne poddawanie się losowi i oczekiwanie na
„nirwanę”, chrześcijaństwo obiecuje odkupienie i zba­
wienie w zamian za dobre uczynki, islam w pojęciu
„kismet” sugeruje predestynację, zawarte w religiach

61
pierwiastki z jednej strony przyczyniały się do humani­
zacji stosunków międzyludzkich, jednocześnie nakazy
pokory i posłuszeństwa obezwładniały człowieka.
Oficjalne religie nigdy nie były rewolucyjne, jeśli
walczyły, to z „innowiercami'’, „odszczepieńcami”, „he­
retykami”, „giaurami” itp., i to nawet bardzo krwawo,
walkę o przemiany społeczne podejmowały natomiast
właśnie herezje, podejmujące walkę z oficjalnym koś­
ciołem. Religia zrodzona z nie kontrolowanych rozumem
wewnętrznych przeżyć odznacza się niesłychaną trw a­
łością i jest mocnym spoiwem milionów ludzi. Dla my­
ślenia religijnego charakterystyczne jest poczucie za­
równo trwogi, jak i nadziei. Człowiek nie mogący pogo­
dzić się z przemijaniem i śmiercią szuka w ; religii
„innobytu”. Religia gardzi rozumem jako tworem nie­
doskonałym, religia nie wymaga logicznego uzasadnie­
nia głoszonych przez siebie dogmatów, przykłada nato­
miast wagę do stanów emocjonalnych, modlitwa jako
rytuał nasycony kontemplacją daje niektórym ludziom
poczucie transcendencji, łączenia się z deifikowaną
przyrodą, a więc i poczucie czasowej dezalienacji9. Jeśli
magia jako forma świadomości społecznej zachowuje się
dzisiaj wraz z animizmem tylko u niektórych ludów głę­
bokiej Afryki, Azji czy brazylijskiego buszu lub na wy­
spach Oceanii, to religia jest ciągle żywą formą świado­
mości społecznej, zdolną do regeneracji, a nawet przy­
stosowywania się do współczesnego poziomu wiedzy (co
w świetle współczesnego postępu naukowo-technicznego
nie może dziwić!).
Mówiąc więc o formach świadomości społecznej, nie
sposób pominąć religii, me tylko jako tworu historycz­
nego, ale też jako czynnika, który wciąż odgrywa istotną

• „Religia jest to (...) samowiedza i poczucie samego siebie


u człowieka, który bądź siebie jeszcze nie odnalazł, bądź już (...)
zagubił (...). Religia jest opium ludu” (K. Marks, F. Engels, Dzie­
ła, t. 1, s. 457—458).

62
rolę w kształtowaniu ludzkich postaw i światopoglądów.
Dopóki nauka nie owładnie w sposób definitywny ludz­
kimi umysłami, dopóty myśl ludzka tkwić będzie —
przynajmniej częściowo — w oparach irracjonalizmu.
Dlatego tak wielką wagę ma w naukowym myśleniu
i refleksja epistemologiczna. Osiągnięcia w technice,
medycynie, biologii czy innych naukach szczegółowych
nie zawsze dotykają samego kośćca religii, która osią­
gnięcia te gotowa jest dyskontować dla siebie, toteż na­
uki, jeśli omijają problemy teoriopoznawcze, mogą słu­
żyć i retardywnym interpretacjom.
Z religią już w starożytności usiłowała współzawod­
niczyć filozofia. U podłoża filozofowania legły ludzka
dociekliwość i kontemplacja. W filozofii od momentu
jej narodzin dominują pierwiastki racjonalne, nawet
jeśli filozofowanie nosi spekulatywny charakter i popa­
da w metafizykę. Klasyczny wyraz najwcześniej odna­
lazła filozofia wśród śródziemnomorskiego kręgu cywi­
lizacyjnego w starożytności. Już w zaraniu VI wieku
p.n.e. w „szkole milezyjskiej”, a później w „szkole joń-
skiej” zastanawiano się, co stanowi istotę świata i jaki
jest wzajemny stosunek formy i treści. W wieku V
p.n.e. pitagorejczycy zakładają podwaliny pod kosmolo­
gię i teorię liczb. Heraklit szuka już nie tylko tożsa­
mości i różnic zjawisk, lecz bada zachodzące w zjawis­
kach zmiany, chwyta pierwociny dialektycznego myś­
lenia. W opozycji do Heraklita niezmienności rzeczy­
wistości usiłują dowodzić eleaci. Później Empedokles.
Anaksagoras czy Demokryt będą szukać tworzywa świa­
ta, a sofiści będą wyrażać nieufność nie tylko w sto­
sunku do naszych zmysłów, lecz i do naszego rozumu.
Dorobek greckiej filozofii zwieńczają Sokrates, Platon
i Arystoteles. Teorię wiedzy, pochodzenia życia, sensu
życia ludzkiego będą usiłowali formułować zarówno
epikurejczycy, jak i stoicy.
Ale i do filozofii wkrada się mistycyzm. Następuje to

63
w II wieku naszej ery w neoplatpnizmie, a w XIII wie­
ku Tomasz z Akwinu będzie się starać uczynić filozofię
„służką teologii”. Dopiero w początkowych dekadach
XVII w. wraz z indukcją eliminacyjną F. Bacona myśl
filozoficzna odzyskuje swą samodzielność. Dalsze słupy
milowe w rozwoju filozofii znaczą dociekania Kartezju-
sza, Spinozy, Leibniza, Locke’a czy Hume’a. Później
twórczość Kanta, Fichtego, Schellinga, Hegla to nowy
wkład do rozwoju myśli filozoficznej w europejskim
kręgu cywilizacyjnym, przy czym filozofia zaczyna obfi­
cie czerpać z osiągnięć nauk szczegółowych.
W dobie współczesnej właśnie pod wpływem osiągnięć
nauk szczegółowych wiele części składowych filozofii
usamodzielnia się, np. psychologia czy logika, odrębne­
go statusu domaga się i teoria poznania (epistemologia,
gnoseologia). Unaukowicną teorię poznania usiłował
stworzyć już August Comte, który pragnął, by nauka
stała się narzędziem przewidywania, „Savoir pour pre-
voir”. Implikacje wypływające z odkryć dokonywanych
w fizyce, chemii, biologii, astronomii i innych naukach
przybierają niesłychanie zawiły charakter, co sprawia,
że w dobie współczesnej szerzy się agnostycyzm, a nie­
którzy uczeni popadają wręcz w fideizm. Ten stan rze­
czy skłania do podniesienia roli epistemologii, jako je­
dynej teorii mogącej się uporać z nawałem nowych
zjawisk i dokonać nowych uogólnień.
Rozmyty przez nowe odkrycia obraz świata niektórzy
usiłują prześwietlić za pomocą syntez cząstkowych;
w tym kierunku idą próby rozgraniczania nauk przy­
rodniczych i humanistycznych, nomotetycznych i ldio-
graficznych itp. Logiczny empiryzm (Schlick, Carnap,
Reichenbach i inni) usiłuje budować nowe postawy po­
znawcze oparte o jakiś uniwersalny, bardziej precy­
zyjny język nauki, dopatrując się właśnie w niedostat­
kach języka nauki niezrozumiałości wielu nowych za­
gadnień, fenomenolodzy (Husserl, Ingarden) sądzą, że

64
świat można poznawać tylko poprzez redukcję fenome­
nów do ich najprostszych układów, egzystencjalizm
ogłasza wręcz bezsens życia, a koncepcje Poppera, La-
katosa, Feyerabenda, Schiitza czy Gadamera niezależ­
nie od dzielących je różnic sugerują niemożność dotar­
cia do istoty zjawisk. Okazuje się, że im bardziej po­
trzebne są epistemologiczne wnioski, tym współcześni
filozofowie są słabiej do ich wyciągania przygotowani.
Jest to znamienny krok wstecz nawet w stosunku do
myśli antycznej.
Hylozoiści greccy uznawali wrażliwość całej przyro­
dy, Platon ontologizował abstrakcje, Arystoteles głosił
enigmatyczną entelechię i aktualizację, lecz myśliciele
ci przeciwstawiali się zdecydowanie sceptykom, którzy
głosili niepoznawalność świata. W swym dalszym roz­
woju myśl filozoficzna przeżywała różne zwroty, karte-
zjanizm eksponując położenie, impuls i ruch, jedno­
cześnie uznawał paralelizm bytu i myślenia, Kant uznał,
że świat fenomenów jest rządzony prawami mechaniki,
świat zaś noumenów jest niepoznawalny, lecz we wszy­
stkich tych koncepcjach nie niknie wiara w zdolności
poznawcze rozumu. Dopiero empiriokrytycy zaczną gło­
sić, że jesteśmy zdolni tylko porządkować fakty i dawać
ich skrótową kondensację, fenomenologowie będą nas
odsyłać do ejdetycznego wglądu, pragmatyzm będzie
sugerować, że rzeczywistość nie wynika ze statusu
ontologicznego, że dla człowieka rzeczywistość konsty­
tuuje się dopiero w procesie badawczym, że ani bezpo­
średniość naszych spostrzeżeń zmysłowych, ani rozumo­
wanie nie mogą nam dać poznania świata, że możemy
więc osiągnąć tylko „jiration oj belief”, a więc akcepto­
wany dla celów czysto praktycznych intersubiektywny
pogląd. Kwestionowanie naszych zdolności poznawczych
nie jest więc w rozwoju myśli filozoficznej czymś no­
wym. Nowe jest tylko nasilenie się w dobie współczes­
nej tych stanowisk. Najbardziej reprezentatywne jest

5 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m y śl... 65
dziś stanowisko Poppera, którego krytyczny realizm
głosi hipotetyzm oparty na dedukcyjnym sprawdzaniu
(falsyfikacja) w wyniku przeświadczenia, że borykając
się między wiedzą a niewiedzą, możemy dawać tylko
lepsze czy gorsze interpretacje i że nauka może co naj­
wyżej zmierzać do systematycznej prezentacji doświad­
czeń. Inni w negacji zdolności poznawczych człowieka
i wagi naukowych osiągnięć dla zrozumienia świata idą
jeszcze dalej.
Obraz współczesnej filozofii nie jest więc budujący.
W tej sytuacji teoria poznania, która stanowiła inte­
gralną cząstkę filozofii, musi dążyć do usamodzielnienia
się. Jej zadaniem bowiem jest w symbiozie z naukami
szczegółowymi kształtować naukowy światopogląd. Stąd
tak wielka waga epistemologicznych refleksji zmie­
rzających do uogólnienia dorobku nauk szczegółowych,
jak i waga podłoża epistemologicznego w naukach szcze­
gółowych. Tak jak ongiś filozofia wyswobodziła się
z dominacji religii, tak dziś epistemologia musi wyswo­
bodzić się z obręczy agnostycyzmu, który faktycznie
wyrzeka się jakiejkolwiek teorii poznania.
Pytania takie jak: czym jest nasze poznanie, jaka za­
chodzi relacja między poznającym a przedmiotem poz­
nania, pytanie o wiarygodność naszego poznania są
wciąż aktualne, ale odpowiedzi są możliwe tylko w po­
wiązaniu z naukami szczegółowymi, których wyniki ba­
dań epistemologia może i musi uogólniać. Świat istnieje
obiektywnie, ale przejawia się w subiektywnym odbio­
rze. Epistemologia usiłuje badać zarówno sposób pozna­
wania rzeczywistości, jak i oceniać rezultaty procesu
poznawczego, oddzielając prawdę od fałszu. Teoria po­
znania dąży więc do uformowania naszego światopoglą­
du na gruncie badań dotyczących zarówno struktury
otaczającego nas świata, jak i badań struktury psycho­
fizycznej człowieka. Scalając wyniki poszczególnych
badań, teoria poznania poszerza i pogłębia naszą wiedzę

66
o świecie i o nas samych, zbliża nas stale do zrozumie­
nia świata i jego mechanizmów; nie można zapominać,
że nasze poznanie ma się zawsze tak do rzeczywistości,
jak się mają ramiona hyperboli do ich asymptot. Doko­
nywane przez epistemologię uogólnienia stają się każdo­
razowo generalnym punktem wyjścia dalszych poszuki­
wań nauk szczegółowych, epistemologia ukierunkowuje
więc w pewnym sensie badania szczegółowe, wskazując,
co już poznane, a co jeszcze wymaga poznania. W dobie,
gdy nauka odgrywa coraz większą rolę w życiu społe­
czeństw, nie sposób marnotrawić czasu na dowolne, cza­
sem czysto peryferyjne badania, w nadziei, że te przy­
padkowe zabiegi coś przyniosą. Szukamy prawdy
0 świecie nie gwoli ciekawości samej, lecz po to, by móc
skutecznie na ten świat oddziaływać; epistemologia
może w tym pomóc w stałej wzajemnej symbiozie z na­
ukami szczegółowymi. Nauki szczegółowe wzbogacają
teorię poznania, a teoria poznania ukierunkowuje ba­
dania nauk szczegółowych.
Wielowiekowe rozważania doprowadziły już w sta­
rożytności do pojawienia się tzw. klasycznej teorii
prawdy, która za prawdziwe uznaje twierdzenia zgodne
z obiektywną rzeczywistością bez subiektywnych w trę­
tów. Przyjm uje się tu założenie poznawalności świata,
istnienie niezależnej od poznającego podmiotu przed­
miotowej rzeczywistości oraz możliwość wyartykuło­
wania istoty zjawisk. Ta koncepcja prawdy wywodząca
się od Arystotelesa, w rozwiniętej formie, którą nadał
jej Marks, oznacza, że probierzem prawdziwości jest
praktyka, a więc skuteczność ludzkiego działania opar­
tego na uzyskanym rozeznaniu. Kryterium prawdy było
jednak i pozostaje do dzisiaj przedmiotem stałej kon­
trowersji. Natywiści (Platon, Kartezjusz, Leibniz) głosi­
li, że poczucie prawdziwości jest człowiekowi wrodzone
1 prawdę odczytujemy na drodze intuicyjnej; antyna-
tywiści (Locke, Hume) uznawali natomiast, w ślad za

67
stoikami, że umysł to „tabula rasa", na której dopiero
„odciskają” się nasze impresje. Już w starożytności
twierdzono, że wątpliwe jest, by jakąkolwiek teorię
można było porównywać z praktyką, skoro porówny­
wać można tylko to, co daje się sprowadzić do wspól­
nego mianownika. Zaprzeczano więc weryfikowalności
jakiejkolwiek teorii, taką postawę w tym względzie zaj­
mują też współcześni agnostycy.
Empiriokrytycy uznając za jedyną realność przeżycia
wewnętrzne, na miejsce pojęcia prawdy obiektywnej
wysunęli koncepcję „ekonomii myślenia” sprowadzają­
cą się do tego, by porządkując nasze wrażenia, operować
skrótami myślowymi, zadowalając się porządkiem rze­
czy bez wnikania w zagadnienie prawdziwości. Takie
koncepcje konwencjonalnej prawdy, którą rozwinęli
Botroux i Poincare, sugerują, że aksjomaty, na których
opieramy nasze rozumowanie, są zawsze umowne, że
w naszych dociekaniach nie może więc iść o dotarcie do
prawdy, lecz o uzyskanie skuteczności działania. Zbliżo­
ne stanowisko zajmują też pragmatyści (James) i instru­
mentaliści (Dewey). Również korespondencyjne czy
koherencyjne definicje prawdy ograniczają pojęcie
prawdy tylko do zabezpieczenia wywodów przed ze­
wnętrznymi sprzecznościami.
Pojęcie prawdy w sensie epistemologicznym da się
prawidłowo określić tylko w powiązaniu z teorią odbi­
cia, która znajduje aprobatę nie tylko wśród marksis­
tów, lecz również u niektórych genetyków (np. K. Lo­
renz). Teoria ta opiera się na założeniu, że człowiek w
rezultacie działań zmierzających do przekształcenia za­
stanego otoczenia nabył zdolność wykrywania prawi­
dłowości rządzących poszczególnymi segmentami tej
rzeczywistości, przynajmniej w tym zakresie, w jakim
jest zmuszony do skutecznego działania. Skuteczność
podejmowanych poczynań weryfikuje więc prawdzi­
wość rozeznania, praktyka jednoczy podmiot i przed-

68
miot, przy czym praktyka jest rozumiana jako proces
aktywny, mający na celu materializację takich czy
innych ludzkich zamysłów w postaci artefaktów 10. Po­
znanie jest tu ujmowane jako proces złączony z działa­
niem, a nie z samą tylko kontemplacją. Odbicie może
ulec, oczywista, u poszczególnych osób takiemu czy
innemu zmąceniu, ale nie w skali ogólnej, gdy istnieje
możliwość konfrontacji.
Umysł ludzki nauczył się stopniowo poznawać i rozu­
mieć wieloaspektową konkretność naszego świata. Uzys­
kiwany ogląd za pomocą zmysłów stara się rozkładać
na poszczególne cząstki, aż do samego rdzenia, by na tej
drodze uchwycić powiązania i wzajemne relacje pomię­
dzy poszczególnymi elementami, a następnie w drodze
myślowej syntezy ponownie ująć analizowany ogląd w
całość, ale już ze zrozumieniem jej struktury i dynami­
ki. Proces poznawania przebiega od oglądu do abstrak­
cji, a następnie od abstrakcji do konkretu, i w ten właś­
nie sposób poznajemy istotę zjawisk, a więc prawdę w
sensie epistemologicznym. Teoria odbicia nie głosi by­
najmniej możliwości jakiegoś lustrzanego odzwierciedle­
nia rzeczywistości, wskazuje natomiast, że umysł ludz­
ki jest w stanie chwytać, niejako odbijać rzeczywistość
w procesie jej analizy. Oczywista, uzyskiwana na tej
drodze prawda jest zawsze w jakimś stopniu prawdą
względną, gdyż nowe odkrycia mogą ją pogłębić, ale
jest jednocześnie dla danego uzyskanego stopnia nasze­
go rozeznania i prawdą absolutną, bo pozwalającą na
skuteczne działanie, którego skutki znamy a priori,
a nie tylko ex p ost11. W tym więc sensie można powie-

10 „Ogół wszystkich stron zjawiska, rzeczywistości i ich (wza­


jemne) stosunki, oto z czego się składa prawda” (W. Lenin,
Dzieła, t. 38, Warszawa 1973, s. 167).
11 „Nie należy (...) zapominać, że kryterium praktyki z istoty
sprawy nie może nigdy całkowicie potwierdzić lub obalić żad­
nych poglądów ludzkich. Kryterium to jest również w niedosta-

69
dzieć, że suma prawd względnych daje prawdę abso­
lutną, gdyż ujmuje zagadnienie w retrospekcji histo­
rycznej.
Gromadzone wiekami doświadczenie wzbogaca naszą
wiedzę, niejako ją nawarstwia. Wiedza czysto empi­
ryczna utrwalana pamięcią w miarę upowszechniania
się krytycznej refleksji staje się wiedzą naukową. To
znaczy, że materiał empiryczny zostaje metodycznie
wielostronnie przefiltrowany. W analizie materiału
empirycznego zachodzi oczywista potrzeba przyjęcia
punktów orientacyjnych, jako punktów odniesienia, ale
nie mogą to być konstrukcje fikcyjne (w rodzaju „ty­
pów idealnych” Webera), lecz muszą to być elementy
samej badanej rzeczywistości. Rzeczywistość, świado­
mość i teoria poznania stanowią w gruncie rzeczy jedną
całość, i tylko wnikając w tę całość, można skutecznie
ukierunkowywać ludzką działalność. Dzisiaj silniej niż
kiedykolwiek potwierdza się myśl, że nauka bez prak­
tyki staje się jałowa, ale i praktyka bez nauki staje się
ślepa. Refleksja epistemologiczna stała się dziś nieodzo­
wną częścią składową niemal każdej nauki szczegółowej.
Musimy bowiem wiedzieć, po co badać, a więc i co ba­
dać. Ponieważ otaczająca nas rzeczywistość niejedno
ma oblicze, każda nauka szczegółowa bada tę rzeczy­
wistość pod kątem wyróżnionych aspektów, ale w żad­
nej szczegółowej nauce kategorie i prawa nie mogą być
dowolnymi konstrukcjami, lecz muszą być wywiedzione
z badanej rzeczywistości. W nauce kategorie i prawa
stanowią niejako ogniskowe naszego poznania, są one
odzwierciedleniem realnych relacji, nie żyją własnym
życiem, nawet jeśli są wykwitem wiedzy zapośredniczo-

tecznym stopniu «nieokreślone», aby nie dopuścić do przekształ­


cenia się wiedzy ludzkiej w «absolut», a jednocześnie w dosta­
tecznym stopniu określone, abyśmy mogli toczyć nieubłaganą
walkę z wszelkimi odmianami idealizmu i agnostycyzmu”
(W. Lenin, Dzieła, t. 14, Warszawa 1949, s. 160).

70
nej. Poznanie rzeczywistości nie jest sprawą prostą, ale
myślenie dialektyczne zbliża nas do jej poznania w
sposób możliwie najlepszy 12. Nauka jako forma świa­
domości społecznej pojawiła się dlatego, że zewnętrzna
forma przejawiania się zjawisk i ich istota nie są toż­
same, przez dociekania naukowe nie sposób rozumieć
tylko opisywanie zjawisk — chociażby najbardziej szcze­
gółowe — natomiast za dociekania naukowe należy
uznać oparte na jak najbogatszym materiale faktycz­
nym rozwiązania prowadzone właściwymi metodami
i przy użyciu technik badawczych nacelowanych na
wykrycie istoty zjawisk, a więc na dotarcie do samego
rdzenia zjawisk, do tego, co dane zjawiska konstytuuje,
a nie tylko do ich zewnętrznej powłoki czy otoczki.
Nauka nie może mieć czysto instrumentalnego cha­
rakteru, swoją rolę najwyższej formy świadomości spo­
łecznej może spełniać tylko opierając się na rozeznaniu
epistemologicznym, albowiem od właściwej lub niewła­
ściwej postawy epistemologicznej badacza zależy w du­
żej mierze wykorzystanie materiału empirycznego. I tyl­
ko wówczas nauka staje się siłą zdolną faktycznie prze-

12 „(...) Wszelka nauka okazałaby się zbyteczna, gdyby forma


przejawiania się rzeczy i ich istota były wprost identyczne...”
(K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 25, cz. 2, Warszawa 1984, s. 556).
„Badanie musi szczegółowo opanować materię, musi zanalizować
jej różne formy rozwojowe i wyśledzić ich więź wewnętrzną.
Dopiero po dokonaniu tej pracy można właściwie przedstawić
rzeczywisty ruch” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 23, s. 18).
„(...) Sprowadzenie ruchu pozornego, występującego na powie­
rzchni zjawisk, do ruchu wewnętrznego, rzeczywistego, musi
być dziełem nauki (...)” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 25, War­
szawa 1983, cz. 1, s. 476—477). „Ani obiektywnie, ani subiektywnie
przyroda nie jest dana istocie ludzkiej bezpośrednio i adekwa­
tnie" (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 3, s. 628), „(...) dialektyka
będąc ruchem rzeczywistości (...) jest też sposobem ujmowania,
rozumienia i poznania (...) w szczególności, gdy idzie o całości
społeczne” (G. Gurvitch, Dialectiąue et sociologie, Paris 1962,
s. 179—181).

71
obrażać rzeczywistość w pożądanym dla ludzkości kie­
runku, a przecież dążność do przeobrażania zastanego
otoczenia jest nieodłączną cechą gatunku ludzkiego
(chociaż trudno byłoby udzielić jednoznacznej odpowie­
dzi, czy ta dążność ma tylko pozytywne cechy).
Nauki przyrodnicze sprzęgnięte mocno z techniką
pojawiły się znacznie wcześniej od nauk społecznych.
Tym tłumaczyć należy, że nauki społeczne bardzo często
zapożyczały i zapożyczają metody badań wypracowane
przez nauki przyrodnicze. Nie jest to najszczęśliwsze
rozwiązanie, gdyż nauki przyrodnicze mają do czynie­
nia ze zgoła innym materiałem. Działania społeczne od­
znaczają się nie tylko dużą częstotliwością zmian, ale
i tym, że ich nosicielami są ludzie działający mniej lub
bardziej świadomie i kierujący się różnymi w tej dzia­
łalności motywami, podejście więc do problematyki
społecznej (a więc i gospodarczej) musi być inne. Jedy­
nie metoda historyczno-dialektyczna nadaje się w do­
statecznej mierze do analizy zjawisk społecznych, czego
jednak szereg metodologów ciągle nie chce uznać.
Ludzka imaginacja usiłowała zawsze wypełnić pustkę
poznawczą, w okresie przednaukowym robiła to w spo­
sób zupełnie dowolny i bezkrytyczny. Inwencja po­
znawcza na poziomie naukowym nie odtrąca wprawdzie
współdziałania wyobraźni twórczej, ale kładzie nacisk
na skrupulatną i krytyczną deliberację nad związkami
zachodzącymi pomiędzy badanymi zjawiskami. Nauko­
we badania nie mogą ujmować rzeczywistości wedle
chceń, lecz zgodnie z obiektywnie stwierdzonymi ten­
dencjami i przeciwtendencjami. Ma to szczególne zna­
czenie przy badaniu zjawisk społecznych, gdzie czyn­
niki aksjologiczne i emocjonalne przesłaniają często
obiektywny ich ogląd.
Nauki nie mogłyby, oczywista, rozwijać się bez umie­
jętności logicznego wnioskowania, przyrodzonej właści­
wości myślenia ludzkiego, lecz które wyrosło w wy-

72
niku doświadczeń i zostało wyłowione jako coś, co ko­
nieczne, a nie przypadkowe. Czynnikiem decydującym
były rozliczne próby i błędy w toku takich czy innych
praktycznych poczynań13. Kwintesencji nauki nie sta­
nowi jednak samo logiczne rozumowanie, logiczne
wnioskowanie, gdyż twórczość naukowa jest przede
wszystkim fenomenem poznawczym, a tu decyduje nie
logika formy, lecz logika treści. Nauka jest konceptu-
alizacją odkryć, a jako forma myślenia dyskursywnego
jest dowodliwa. Nauka przyniosła ludzkości zrozumie­
nie zarówno konieczności określonych działań, jak i mo­
żliwości wykorzystywania określonych tendencji roz­
wojowych, mogło się to jednak stać dopiero wówczas,
gdy miejsce czczych spekulacji zajęła dociekliwa i kry­
tyczna analiza faktów 14 Nauka szuka prawidłowości,
które kryją się pod powierzchnią przypadkowości15. Na­
uka operuje kategoriami i prawami, gdyż myślenie na­
ukowe jest złożoną procedurą10, myślenie naukowe
pomija prowizorycznie jedne, a eksponuje inne aspekty
badanych zjawisk, by następnie je ponownie scalić
i uzyskać na tej drodze zrozumienie istotnych powiązań.
Myślenie naukowe wyrosło na podłożu myślenia epi-
stemicznego (zdroworozsądkowego). Myślenie episte-

13 „(...) praktyczna działalność człowieka musiała miliardy


razy doprowadzać jego świadomość do powtarzania różnych fi­
gur logicznych, ażeby te figury mogły uzyskać znaczenie aksjo­
matów” (W. Lenin, Dzieła, t. 38, Warszawa 1973, s. 162).
14 Tam gdzie „(...) ustaje spekulatywne dociekanie (...), rozpo­
czyna się prawdziwa (...) nauka” (K. Marks, F. Engels, Dzieła,
t. 3, s. 28).
15 „(...) wszędzie, gdzie na powierzchni igra przypadek, tam
zawsze rządzą nim ukryte prawa wewnętrzne (...)” (K. Marks,
F. Engels, Dzieła, t. 21, Warszawa 1969, s. 333).
16 „(...) najogólniejsze abstrakcje w ogóle powstają wyłącznie
przy najbogatszym konkretnym rozwoju, gdzie jeden występuje
jako wspólny wielu, wspólny wszystkim. Wówczas kończy się
możliwość wyobrażania go sobie tylko w szczególnej formie”
(K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 13, Warszawa 1966, s. 726).

73
miczne pozwala chwytać tylko najprostsze związki mię­
dzy zjawiskami, ujmowane prima jucie; myślenie takie
stwierdza, lecz nie tłumaczy, a jeśli tłumaczy, to naj­
częściej nieprawidłowo (np. miesza post hoc z propter
hoc), chwyta to, co daje się łatwo kwantyfikować i nie
pojmuje jedności przeciwieństw. Myślenie to jest jed­
nak szczeblem, który ludzkość musiała przejść, a nawet
jeszcze dziś przechodzi (dało to nawet Kantowi asumpt
do rozgraniczenia pojęć „rozsądku” i „rozumu”).
Myślenie naukowe to przede wszystkim ars invenien-
di, ars procedendi to tylko wkazanie, jak postępować
w procedurze badawczej, czysto instrum entalne trakto­
wanie rozważań naukowych prowadzi nie tylko do
scjentyzmu, lecz wręcz na manowce. Przesuwanie cię­
żaru rozważań ze sfery poszukiwania istoty zjawisk na
poszukiwania bardziej precyzyjnego instrumentarium
badań jest tylko dowodem niemocy poznawczej. Nie
znaczy to oczywiście, by nie należało zwracać uwagi
i na technikę badań, ale nigdy nie należy mieszać środ­
ków do celu z samym celem, co jednak w naukach spo­
łecznych zdarza się dość często.
Wśród naukoznawców doby współczesnej daje się za­
uważyć przesadna wiara w zasadność formalizowania
dociekań naukowych, co sprzyja nie tylko używaniu,
ale i nadużywaniu matematycznych symboli. Sformali­
zowanie dociekań wiąże się z ich aksjomatyzacją. Aksjo-
matyzacja przyspiesza niewątpliwie operacje logiczne,
ale wiedzie też często do tzw. lateral thinking, a więc
do nadawania myśleniu stereotypowego charakteru.
Dążność do zastępowania plastycznego myślenia tzw.
rachunkiem zdań wcale nie podnosi waloru poznaw­
czego dociekań. W nauce potrzebna jest niewątpliwie
ścisłość i precyzja, ale nade wszystko jest potrzebna
wnikliwość poznawcza. Szczebel empirycznej obserwa­
cji jest początkiem, a nie końcem naukowych rozwa­
żań, jest to szczebel konieczny, lecz nie wystarczający,

74
właśnie rozważania teoretyczne zaczynają się bowiem
dopiero w tym momencie, gdy przystępujemy w oparciu
0 materiał empiryczny do prób wyciągania uogólniają­
cych wniosków, a tu już nie technika badań, lecz właś­
ciwe metody dociekań mają głos decydujący.
Myślenie naukowe ustalając, dlaczego dane zjawiska
przebiegają w określony sposób, przezwycięża ograni­
czoność myślenia episteicznego. W dobie współczesnej
odczuwana jest silnie potrzeba współpracy nawet mię­
dzy najbardziej odległymi w klasyfikacji nauk dziedzi­
nami wiedzy, stąd głośne nawoływanie do integrowania
nauk. Integrować można jednak tylko zdobytą już wie­
dzę i czyni to właśnie epistemologiczna refleksja nad
wynikami nauk szczegółowych 17. Specjalizacja nauk na­
tomiast jest nieodzowna, nawet jeśli na styku dwóch
czy kilku nauk pojawia się konieczność współpracy,
a nawet symbiozy. Próby zastępowania teorii poznania
jakąś teorią wiedzy czy metanauką podejmowane jedno­
cześnie z postulatami integracji nauk są zabiegiem chy­
bionym, oznaczają bowiem faktyczną rezygnację z fun­
kcji poznawczych nauki na rzecz funkcji instrumental­
nych. Zapomina się tutaj, że pozbawienie nauki jej ciała
czyni ją tylko pustym szkieletem, wolnym od konkretnej
treści.
Jako najwyższa forma świadomości społecznej nauka
ma dziś do odegrania czołową rolę. W skomplikowanym
1 coraz bardziej się komplikującym świecie bez nauki
nie sposób już się obyć, lecz na to, by nauka stała się
sternikiem naszych działań, konieczne jest przezwycię­
żenie rudymentalnych form świadomości. Wyzwolić się
od tego balastu można tylko dzięki upowszechnianiu

17 Próby stworzenia „(...) wszechobejmującej teorii eksplika-


tywnej, wyjaśniającej przyczynowo cały obszar rzeczywistości (...)
okazały się złudne, nawet na terenie samej fizyki” (Cz. No­
wiński, O co właściwie chodzi w tzw. „integracji nauk”?, „Stu­
dia Filozoficzne” 1972, nr 7—8, s. 203).

75
naukowej wiedzy, lecz tu powstaje paradoksalna sytu­
acja, że ci, którzy dopiero przyłączają się do nurtu
unaukowionej wiedzy, wnoszą także dotychczasowe swe
przeżytki i bój toczy się nadal. Złudne jest więc mnie­
manie, że naukowy pogląd na świat uzyska rychło mo­
nopol. Nauka jeszcze długo będzie musiała toczyć walkę.
To szkicowe przedstawienie form społecznej świado­
mości to nie próba wkroczenia na tereny zazwyczaj od­
ległe od zainteresowań zawodowych ekonomisty, lecz
wynika to z konieczności sięgnięcia do epistemologicz-
nych i metodologicznych aspektów myśli ekonomicznej
przy porównywaniu różnych jej nurtów. Unaukowiona
myśl ekonomiczna, jak każda nauka, stanowi historycz­
nie powstałą formę świadomości społecznej. Nauka wy­
daje się najwyższą formą świadomości, ale nie jest od­
dzielona od wcześniejszych form świadomości społecznej,
przenikają do nauk, a więc i do nauk społeczno-ekono­
micznych i wcześniejsze od nauki formy świadomości
społecznej, i to w różnym stopniu. Od tego, w jakim
stopniu te rudymenty ciążą na określonych koncepcjach
i teoriach, zależy w dużej mierze i ich wartość poznaw­
cza. Istnieje więc potrzeba przy waloryzacji teorii eko­
nomicznych odsiania tego, co nauce jako takiej powinno
być obce, co jest spuścizną po wcześniejszych formach
myślenia. Ma to szczególne znaczenie, gdy chcemy m.in.
i pod tym kątem pokazać różnice pomiędzy sposobem
podchodzenia przez Marksa do zjawisk a podejściem
innych nurtów.
Naukowy pogląd na świat nie jest dany człowiekowi
a priori, krystalizuje się on zarówno w symbiozie, jak
i w walce z różnymi ujęciami rzeczywistości. Choć wy­
dawać się to może paradoksalne, wielu współczesnych
teoretyków — zwłaszcza w zakresie ekonomii — posłu­
guje się formułami jak zaklęciami magicznymi (niektó­
re ze wzorów matematycznych!), a inne znów przesłan­
ki, na których się opierają, czerpią z intuicyjnych prze-

76
żyć (np. malarzy, muzyków i innych artystów), inni —
zwłaszcza zwolennicy normatywizmu — sięgają do
etycznych i aksjologicznych imperatywów różnych re-
ligii.
Celem, ku któremu nauka powinna zmierzać, jest wy­
krycie istoty zjawisk, dochodzenie do prawdy. Nauka
nie jest omnipotentna, ale stopień, w jakim nauka zbliża
się do tego celu, może być oceniony już ex antę, przez
stwierdzenie, czy dana teoria umie się uwolnić (i w ja­
kim stopniu) na danym szczeblu swego rozwoju od ru-
dymentów wcześniejszych form świadomości społecznej.
Decyduje to w dużym stopniu o roli danej teorii jako
ars inveniendi (ex post oczywista weryfikatorem jest
tylko praxis). Do roli ars inveniendi w zakresie nauk
społecznych pretenduje dociekanie oparte na metodzie
dialektyczno-historycznej, którą opracował jeszcze w
XIX w. Marks. Ten właśnie typ dociekań — jak się wy­
daje — w największym stopniu zdołał się oderwać od
wcześniejszych elementów' świadomości społecznej,
a więc daje też gwarancję szybszego dotarcia do istoty
badanych zjawisk. Różnice między orientacją Marksow-
ską a orientacjami niemarksistowskimi nie sprowadzają
się oczywiście tylko do zwalczania elementów rudymen­
tarnych, lecz są wyrazem mniej lub bardziej prawidło­
wej optyki (czy ogniskowej), za pomocą której usiłu­
jemy spojrzeć i zgłębić interesujące nas zjawiska. Dla­
tego i w naszych rozważaniach, noszących w dużej
mierze porównawczy charakter, problematyka epistemo-
logiczna będzie musiała być często poruszana, i z tego
właśnie względu stosunek wcześniejszych form świado­
mości społecznej do nauki wart był zasygnalizowania.
Tyle miejsca poświęciliśmy genezie i formom świa­
domości społecznej, albowiem wielu ekonomistów nie
rozumie, jakie czynniki ukształtowały unaukowioną
myśl ekonomiczną. Nasze rozważania są wymierzone
przeciwko płytkiemu pragmatyzmowi cechującemu wie-

77
lu ekonomistów poprzestających na wiedzy epistemicz-
nej (zdroworozsądkowej). Nie dostrzegają oni najczęś­
ciej, że myśl ekonomiczna jest tylko cząstką ogólnego
dorobku myśli ludzkiej, że nie żyje życiem samodziel­
nym, chociaż dotyka podstaw ludzkiej egzystencji.
Właśnie brak retrospektywnego spojrzenia na genezę
myśli społeczno-ekonomicznej, tworzących się w tej
myśli filiacji, przenikania do niej wpływów nie tylko
z innych nauk szczegółowych, ale wręcz z innych form
świadomości społecznej powoduje, że niektóre kierunki
myśli ekonomicznej odnoszące się beztrosko do rozwoju
innych dziedzin myśli ludzkiej spełzają na pozycje
płytkiego praktycyzmu (nie mieszać z pojęciem „pra-
xis!”), co jest rezultatem zacieśniania się horyzontów
i w konsekwencji pozbawiania się krytycyzmu i samo­
krytycyzmu. Znamienne jest to szczególnie dla tych
ekonomistów, którym bądź w ogóle obcy jest materia­
lizm historyczny, bądź tym, którzy uważają go za prze­
starzały. Konfrontacja poglądów Marksa ze współczesną
myślą ekonomiczną nie może się więc obyć bez dygresji
o kwestiach, które są przedmiotem materializmu histo­
rycznego.
Rozdział III

WZAJEMNA RELACJA NAUKI


I TEORII POZNANIA

Rzeczywistość ma wiele różnych aspektów


z punktu widzenia człowieka; nie jest człowiekowi dana
w jakimś jednym akcie poznawczym. Doznania zmysło­
we kierują uwagę ludzką na poszczególne segmenty
rzeczywistości, z których docierają do nas takie czy
inne sygnały i bodźce. Dopiero dzięki pamięci, skojarze­
niom i refleksji pomiędzy bytem a naszą świadomością
pojawia się odpowiedniość wytworzonego przez nasz
umysł obrazu świata do realnego bytu. Obraz ten jest
stale wzbogacany, w miarę jak rośnie nasze doświad­
czenie i otwiera się coraz szerszy horyzont obserwowa­
nych zjawisk. Nie można jednak zapominać, że nasze
myślenie tkwi w bycie, choć nie jest z nim identyczne;
będąc cząstką przyrody, usiłujemy poznać zarówno sie­
bie samych, jak i to, co nas otacza, poprzez stopniowe
nawarstwianie się wiedzy. Nasze poznanie nosi więc
procesualny charakter. Ponieważ człowiek tkwi we­
wnątrz, a nie zewnątrz świata, w umyśle człowieka znaj­
dują odbicie sprzężenia istniejące w realnym świecie,
sprzężenia te zostają uświadomione w trakcie działania,
stąd prawa myślenia i prawa bytu grosso modo pokry­
wają się ze sobą (jeśli odbierający sygnały ludzie nie
podlegają demencjom). Nasz aparat poznawczy sygnały
w postaci spostrzeżeń zmysłowych przekształca w infor­
macje, bo pamięć, zdolność kojarzenia, wyobrażenia
i zdolność wyciągania wniosków daje człowiekowi moż-

79
ność coraz lepszej orientacji w otoczeniu, czyli lepszego
czy gorszego wiązania naszego myślenia z prawami
bytu.
Kumulowane przez wieki obserwacje i przekazywane
potomnym wnioski z nich płynące oraz praktyka po­
twierdzająca te wnioski pozwalały stopniowo przecho­
dzić od wiedzy czysto empirycznej, epistemicznej, opie­
rającej się na zdrowym rozsądku do wiedzy unaukowio-
nej, teoretycznej, czyli usystematyzowanej, zdolnej
integrować wnioski w zwartą całość, posługującej się
wypróbowanymi metodami dociekań i technikami ba­
dań, słowem, wiedzy zdolnej chwytać prawidłowość zja­
wisk, zachodzące między zjawiskami współzależności
kauzalne i funkcjonalne, a więc rozszyfrowywać ich
istotę. Teorie pojawiają się na gruncie kategorialnego
myślenia, myślenia zdolnego już do upojęciowiania fak­
tów, stanów, czynności i relacji. Kategoryzowanie zja­
wisk, ich upójęciowianie dokonywało się w trakcie po­
równywania podobieństw i różnic występujących mię­
dzy zjawiskami, ich krytycznego przemyśliwania
i uogólniania. Człowiek w myśleniu teoretycznym zys­
kuje niejako dystans do dokonywanych obserwacji.
Na poziomie teoretycznego myślenia pojawia się
zdolność do wysuwania hipotez, które weryfikowane
przez praktykę stają się podstawą formułowania takich
czy innych naukowych teorii. Przejście od myślenia epi-
stemicznego do teoretycznego polega na coraz pełniej­
szym unaukowianiu wiedzy; unaukowianie zaś polega
przede wszystkim na tym, że materiał empiryczny jest
selekcjonowany i poddawany krytycznej obróbce pod
kątem określonych wyłaniających się problemów. Bada­
nia naukowe znamionuje wydzielanie przedmiotu i za­
kresu badań tudzież stosowanie odpowiednich metod
dociekań. Wyniki naukowych badań stają się podstawą
naszego epistemologicznego rozeznania, a więc i tworze­
nia się poglądu na świat, który w miarę nowych osią-

80
gnięć naukowych rozwija się i pogłębia. Każdy nowy
szczebel w rozwoju nauk szczegółowych rozszerzając
naszą wiedzę, czyni nasz obraz świata pełniejszym.
Wiedza przednaukowa dawała oczywiście człowiekowi
też jakieś rozeznanie, ale było to rozeznanie zakreślone
nader wąskim horyzontem spraw związanych z doraź­
nymi potrzebami; w myśleniu zdroworozsądkowym
obraz świata był — używając obrazowego porównania
— obrazem krótkowidzów. Stwierdzano takie czy inne
analogie, dostrzegano zmiany, ale nie wyjaśniano obser­
wowanych zjawisk. Natomiast rozważania naukowe —
jeśli są naprawdę naukowe — szukają prawidłowości
pojawiania się zjawisk, szukają ich genezy, przyczyn, by
w myśleniu retrospektywno-prospektywnym przewidy­
wać ex antę pojawianie się określonych zjawisk i ich
skutków'.
Badania naukowe — jeśli nie dotyczą bezpośrednio
neurofizjologii czy psychologii — odnoszą się do ze­
wnętrznej wobec nas rzeczywistości, rozważają więc nie
tzw. sense-data (związki między naszymi myślami), lecz
obiektywne związki występujące w naszym otoczeniu,
czyli przedmiotem ich jest wyłuskiwanie obiektywnych
relacji między zjawiskami, a nie między sądami o zja­
wiskach (inaczej agnostycy, twierdzą, że nasze sądy nie
odzwierciedlają rzeczywistości, która jest niepoznawal­
na, i że możemy tylko szeregować nasze sądy, badając
ich wzajemną koherencję). Badania naukowe nie są
ars pro arte, mają bowiem służyć skutecznemu działa­
niu — co nie oznacza, że wszelkie badanie naukowe mu­
si mieć doraźnie utylitarny charakter.
Związek nauki z praktyką ujawnił się najwcześniej
w naukach przyrodniczych. Gdy produkcja poczęła zgła­
szać zapotrzebowanie na nową nietradycyjną technikę
(co nastąpiło w momencie przejścia od manufaktury do
fabryki), rozwinęła się fizyka, jeszcze wcześniej po­
trzeby żeglarstwa i wędrówek karawan po pustyniach

6 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m yśl... 81
zrodziły astronomię, potrzeby pomiarów gruntów — geo­
metrię itd. Jeśli idzie o nauki społeczne, to i one po­
częły wyłaniać się dopiero wówczas, gdy zaistniało za­
potrzebowanie na nie, gdy sprzeczności społeczne za­
częły budzić niepokój i coraz pilniej domagały się roz­
wikłania. Oczywiście wszystko, co powstaje, poczyna
żyć życiem autonomicznym, także i nauki mają swoją
własną linię rozwoju, co powoduje, że nauki szczegółowe
w wielu wypadkach nawet wyprzedzają praktykę i po­
budzają wynalazki, tym bardziej że naukowe zdobywa­
nie wiedzy podlega stałej akceleracji.
Wiedza teoretyczna musi odznaczać się wewnętrzną
spójnością, jest to warunek konieczny, ale nie wystar­
czający, sam bowiem logiczny kontekst wywodów nie
przesądza o walorach poznawczych teorii. Status nauko­
wy teorii jest nie tylko związany ze sposobem dowo­
dzenia, lecz przede wszystkim z wagą rozeznania, któ­
rego dana nauka dostarcza. Logika formalna ułatwia
tylko stwierdzenie, czy wywody danej teorii są konse­
kwentne w sensie proceduralnym według przyjętych
kryteriów, jeśli jednak przesłanki teorii są błędne, to
wyprowadzane z nich najbardziej logiczne wnioski po­
zostaną błędne. O tym zaś, jakie przesłanki uznać za
adekwatne do rzeczywistości, poświadczają osiągnięcia
epistemologii.
Często szafuje się terminem „teoria” na określenie
ujęć, które w istocie rzeczy są tylko rejestrowaniem
empirycznych zaszłości. Jest to grube nieporozumienie,
gdyż naukowy walor teorii tkwi w jej zdolności do roz­
szyfrowania istoty badanych zjawisk, w możliwości
projektowania na jej podstawie operacyjnych zabiegów
i ich skuteczności w praktyce. Teoretyzowanie jest dzia­
łalnością niematerialną, lecz wnioski płynące z dociekań
teoretycznych powinny kreować materialne zmiany, bo
tylko w ten sposób teoria substancjonalizuje swój byt.
Nauka jest nie tylko narzędziem poznawania świata,

82
lecz i czynnikiem przyspieszającym przeobrażanie go.
Znajomość obiektywnych prawidłowości pozwala po­
stępować zgodnie z tymi prawidłowościami i zapobiegać
ujemnym skutkom wynikającym z naruszania ich.
Dzięki nauce możemy skutecznie wpływać na to, co
dziać się będzie. Poznanie naukowe jest naszą wiedzą
o bycie i formach jego przejawiania się, a wiedza jest
warunkiem skutecznego działania. Można snuć rozwa­
żania, skąd i dokąd zmierza ludzkość, jaki jest sens ży­
cia ludzkiego, ale są to rozważania z punktu widzenia
nauki jałowe, nauka na te pytania nie odpowie, są to
dla niej pseudoproblemy, zadaniem nauki jest wyjaś­
niać, by móc skutecznie działać w kierunku, jaki daje
się rozumem uchwycić.
Każde myślenie, a więc i myślenie naukowe, na sku­
tek tego, że myślimy dyskursywnie, zawiera także ele­
menty schematyzacji, co pozbawia nas w pewnym stop­
niu naoczności; mankament ten próbuje przezwyciężyć
myślenie dialektyczne. Dialektyka subiektywna, będąc
odbiciem dialektyki obiektywnej, chociaż operuje poję­
ciami, które zawierają właśnie elementy schematyzacji,
ujmując rzeczywistość wielowarstwowo i wielopłasz­
czyznowo w przekroju dynamicznym, stara się tę sche-
matyzację sprowadzić do minimum. Sformułowania na­
ukowe — jeśli są poprawne — ogarniają nie tylko to,
co już istnieje w rozwiniętej postaci, ale i to, co się do­
piero rodzi; rozważania teoretyczne mogą nas też prze­
nosić w regiony nie dające się ogarnąć zmysłami; wy­
pracowane sztucznie narzędzia badań (mikroskopy,
teleskopy, radary, sonary itp.) tudzież siła ludzkiej
zdolności abstrakcji umożliwiają współczesnemu czło­
wiekowi „sięgać, gdzie wzrok nie sięga” !
Nowe teorie rodzą się zazwyczaj wtedy, gdy pojawia
się odczucie, że nowo obserwowane zjawiska przybiera­
ją na sile i mącą nasze dotychczasowe rozeznanie. Pro­
wadzi to z reguły do poszerzenia, a nawet modyfikacji

83
dotychczasowego obrazu świata i przebudowywania sze­
regu dotychczasowych ujęć. Nowe zjawiska następuję
dlatego, że świat nie stoi w miejscu, lecz stale się roz­
wija i zmienia, a również dlatego, że gdy rozrasta się
sfera naszych zainteresowań, odkrywamy dziedziny do­
tąd nie badane.
Konieczność badania wielopostaciowej rzeczywistości
zmusza do swoistego podziału pracy w nauce. Na tym
podłożu wyrasta klasyfikacja nauk. Kryteria klasyfika­
cji nauk nie mogą być dowolne, muszą pozwalać na
przedstawienie wzajemnego stosunku i hierarchii po­
szczególnych nauk, jako odbicia współzależności mię­
dzy badanymi odcinkami rzeczywistości. Nieodłącznym
atrybutem materii jest ruch, nie można go sprowadzać
wyłącznie do ruchu mechanicznego (który nota bene
rzuca się najbardziej w oczy), istnieją bowiem ruchy
materii bardziej złożone. Właśnie wedle form ruchu ma­
terii wydzielać należy sfery badań, a więc ustalać
przedmiot, zakres i metody dociekań poszczególnych
nauk. Podział pracy w zakresie dociekań naukowych do­
tyczy przede wszystkim organizacji tej pracy, nie ozna­
cza jednakże, by należało i można było zasklepiać się
tylko we własnej wąskiej specjalizacji. Jednostronność
badań jednego segmentu rzeczywistości musi być stale
przezwyciężana dzięki informacjom o wynikach badań
na innych odcinkach, które mogą inspirować i często
inspirują badania na własnym podwórku. Dociekania
odcinkowe muszą też być stale konfrontowane z aktual­
nymi osiągnięciami epistemologii. Trzeba na to położyć
szczególny nacisk, gdyż niemarksistowskie orientacje
brną z reguły w agnostycyzmie, w którym nie ma właś­
ciwie miejsca dla teorii poznania. W jej miejsce jako
rodzaj metanauki wysuwa się teorię wiedzy czy teorię
dociekań, która punkt ciężkości i rozważań generalizu­
jących przesuwa w kierunku analizy pojęć, sądów
i wnioskowania, jako rzekomo wspólnym wszystkim

84
rodzajom nauk. Teoria wiedzy sugeruje, że konstruując
teorie, próbujemy tylko racjonalizować irracjonalny
świat, musimy więc wiedzieć, jak i w jakich granicach
możemy to robić. Jeden z filarów „teorii wiedzy” i „lo­
giki dociekań” Karl Popper, kiedy posługuje się termi­
nami „wyjaśnić” czy „opanować”, jako agnostyk ma na
myśli nie poznanie, opanowywanie rzeczywistości, lecz
tylko myślowe ogarnięcie takiego czy innego wycinka
naszych zainteresowań, by za pomocą modeli hipote-
tyczno-dedukcyjnych lepiej uzmysłowić sobie to, co
apercepujemy. Te konstrukcje modelowe można, a na­
wet należy „falsyfikować” i zastępować stale nowymi
modelami lepiej skonstruowanymi i bardziej wewnętrz­
nie spójnymi. Popper ucieka od prób kontrolowania ta­
kich modeli za pomocą praktyki, chce tylko na drodze
czysto dedukcyjnej wskazywać warunki, pod jakimi
owe hipotezy mogłyby być obalone. W takim ujęciu na­
uka staje się swoistą igraszką myśli; celem prawdziwej
nauki jest pomoc w przejściu od niewiedzy do wiedzy,
by ta mogła służyć praktyce l. Działając, nie możemy
zadowolić się pustymi słowami „ignoramus et igaorabi-
mus”, porządkowaniem tylko za pomocą takich czy
innych modeli naszych myśli o rzeczywistości, lecz
musimy się z tą rzeczywistością zmagać. Jeśli mają to
być zmagania zwycięskie, trzeba poznać realia, a nie
snuć lepiej czy gorzej logicznie zbudowane fantasmago­
rie.
Poznanie naukowe jest nie kończącym się łańcuchem

1 „To, co nazywamy nauką, ma przed sobą jeden jedyny cel —


ustalenie tego, co rzeczywiście istnieje” (A. Einstein, Lettres
d Savine, Paris 1956, s. 105). Każde naukowe „badanie musi szcze­
gółowo opanować materię, musi (...) wyśledzić ich więź wewnę­
trzną” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 23, Warszawa 1968, s. 18).
„(...) Sprowadzenie ruchu pozornego (...) do ruchu wewnętrznego,
rzeczywistego, musi być dziełem nauki (...)” (K. Marks. F. Engels,
Dzieła, t. 25, cz. 1, Warszawa 1983, s. 476—477).

85
zgłębiania tajników świata, ale myśl naukowa — jak
każda forma świadomości społecznej — nie rozwija się
w próżni i dlatego i na myśli naukowej ciążą rudymen-
ty innych form świadomości społecznej, lecz tylko dzię­
ki nauce człowiek ontyczny (by użyć terminu Lukacsa)
mógł się przekształcić w człowieka ontologicznego, tzn.
takiego, który nie tylko istnieje, lecz także rozwija się
intelektualnie; nauka bowiem nadaje ludzkości i ludz­
kiemu myśleniu nowy wymiar i stwarza właściwy dys-
stans do rzeczywistości, której nieodłączną cząstką
człowiek był, jest i będzie. Próby ominięcia naukowego
myślenia, bezpośredniego wnikania w nasz byt na dro­
dze intuicyjnej, ejdetycznej czy iluminacyjnej okazują
się zawodne, ani Bergson, ani Husserl, ani Adorno poza
krytyką braków naukowego myślenia niczego pozytyw­
nego wnieść w tym względzie nie potrafili. Należy też
mieć na uwadze, że nauka nie jest czymś zastygłym,
wszystkie nowe odkrycia stawiają przed nią coraz to
nowe problemy do rozwiązania i coraz to nowe znaki
zapytania. Nie jest ona omnipotentna, ale nie mają racji
ci, którzy chcieliby pole dociekań naukowych zawęzić
tylko do tego, co racjonalne, sugerując, że skoro rzeczy­
wistość ma aspektńy zarówno racjonalne, jak i irracjo­
nalne, to nauka powinna pozostać obojętna wobec zaga­
dnień, które wymykają się racjonalnemu ujmowaniu
świata 2. Jest to mistyfikacja, próba ukrycia agnostycyz-
mu, bo świat nie jest racjonalny czy nieracjonalny, a tyl­
ko nasze działania mogą być z punktu widzenia określo­
nego celu racjonalne lub nieracjonalne. Nauka tylko
odsiewa pozory od istoty i pozwala wyciągać wnioski na
podstawie tego, co już poznane, dotyczące tego, co jest
dopiero poznawane. Nauka nie ma granic. Agnostycyzm
obezwładnia naukowe badania, zwłaszcza nauki społecz-

2 Por. K. Greenwald, Common lrrelevance in Theorising,


„Kyklos” 1967, nr 3.

80
ne. Jeśli dziś jesteśmy świadkami burzliwego rozwoju
nauk przyrodniczych, to dzieje się to wbrew agnostycz-
nym postawom, bo w naukach tych nawet najzacieklej-
szych agnostyków życie zmusza do zmiany agnostycz-
nych postaw w zakresie wniosków z prowadzonych od­
cinkowych badań, lecz próby szerszych uogólnień są
z reguły trudniejsze. W naukach społecznych jeszcze
dzisiaj wielu ludzi nie dopuszcza do siebie myśli, że sto­
sunkami społecznymi mogą rządzić jakieś prawa. Wielu
uczonych doby współczesnej nie umie wkomponować
swych własnych odkryć w ogólny dorobek epistemolo-
giczny. Jeśli starożytni Grecy łączyli „episteme” (dąże­
nie do wiedzy), „gnosis” (poznanie) i „doxa” (działanie),
widząc w tym połączeniu zasadny związek teorii z prak­
tyką, to wielu współczesnych myślicieli wskutek włas­
nej nieporadności jedność tę rozrywa.
Jak wszelkim formom świadomości społecznej, tak
i nauce grozi zawsze czasowa petryfikacja twierdzeń 3,
tymczasem nauka, osiągając wyższy poziom, z reguły
musi modyfikować pierwotne tw ierdzenia4. Poznanie
naukowe jest nie tylko rozeznaniem, lecz również czyn­
nikiem kreującym kolejne stopnie cywilizacji material­
nej i duchowej. W dobie współczesnej spotykamy się
coraz częściej z deprecjacją nauki (co brzmi paradoksal­
nie wobec współczesnego postępu naukowo-technicz­
nego!). Pod wpływem szerzącego się agnostycyzmu wie­
lu twierdzi, że skoro nasza zdolność obserwacyjna jest
nader ograniczona, a teoria nie jest wywodliwa z empi­
rycznych danych, to można przyjmować dowolne zało­
żenia, nie wiedząc nawet, czy są prawdziwe, a to w tej
nadziei, że może któraś z naszych konstrukcji myślo­
wych okaże się przydatna. Tak relatywizując pozna-

3 Por. Hegel, Fenomenologia ducha, t. 1, Warszawa 1963, s. 48.


* Por. W. Kunicki-Goldfinger, Dziedzictwo i przyszłość, War­
szawa 1974, s. 105.

87
nie czy wręcz kwestionując swe zdolności poznawcze,
zamykamy sobie drogę nie tylko do zrozumienia czego­
kolwiek, ale i do przemyślanego ex antę działania. Na
przykład zdaniem Poppera istnieją trzy światy — świat
rzeczy, świat subiektywnych doświadczeń i świat upla-
tonizowanej wiedzy. Ten ostatni pośredniczy między
światem pierwszym a drugim dzięki procedurze herme-
neutycznej, ale jest to trud daremny, bo świat rzeczy
pozostaje niepoznawalny, świat subiektywnych do­
świadczeń ma charakter mylący, a próby hermeneutycz-
nego wnikania muszą się ograniczać do porządkowania
materiału faktograficznego. Jedyne więc, co pozostaje,
to zadowolić się konstruowaniem modeli opartych na
zdaniach podlegających falsyfikacji (procedura ta ma
polegać na ustalaniu ex antę warunków czy faktów,
dzięki którym wymodelowana hipoteza mogłaby być
obalona).
Jednocześnie Karl Popper, Hans Reichenbach, Lud­
wig Wittgenstein czy Rudolf Carnap wysuwają postulat
tzw. demarkacji, a więc zabiegów, które miałyby nas
upewnić, w jakich wypadkach mamy do czynienia
z autentycznymi problemami, a w jakich tylko z pseu-
doproblemami; postulat niewątpliwie słuszny, lecz nie­
wykonalny przy agnostycznej postawie. Uczeń Poppera,
Imre Lakatos, usiłuje nieco zmniejszyć nihilizm poznaw­
czy swego mistrza i twierdzi, że wprawdzie nasze obser­
wacje są zawsze skażone, ale można konstruować „pro­
gramy badawcze”, w których rozróżnia „twardy rdzeń”
(hard core) i „pas ochronny” (protective belt), nasze ba­
dania mogą dotyczyć „pasa ochronnego”, nie przenik­
niemy nigdy do samego rdzenia. Także Quine jest zda­
nia, że nasza wiedza styka się z rzeczywistością tylko
wzdłuż swoistej obwiedni i że nauka jest podobna do
pola, którego tylko obrzeże dotyka świata zewnętrznego,
przeto wszystkie koncepcje naukowe mogą dawać wy­
łącznie bardzo mętny obraz rzeczywistości. W wyniku

88
niewiary w możliwość poznania rzeczywistości C. llem-
pel, Kaspar Nagel czy L. Nowak — wszyscy oni budują
świadomie zdania kontrfaktyczne, wedle z góry przy­
jętych upraszczających czy wręcz fikcyjnych założeń,
by następnie drogą tzw. konkretyzacji uchylającej pier­
wotne założenia zbliżać się do empirycznej rzeczywis­
tości. To stopniowe uchylanie uprzednich założeń ma
rzekomo umożliwiać zrozumienie tego, co się wokół nas
dzieje. Faktycznie jednak „konkretyzacja” w tym wy­
padku stanowi procedurę nakładania na siebie kolej­
nych modeli, bez ostatecznej próby przejścia do realnej
rzeczywistości. Tzw. teoria idealizacji jest faktycznie
procedurą osłaniającą niemoc poznawczą.
Jeśli głosi się, że związek między teorią a praktyką
nie istnieje, jeżeli uważa się, że za prawdę należy przy­
jąć czysto umowny stopień odpowiedniości między
teorią a empirią i tylko drogą iteracji, a więc kolejnych
przybliżeń, drogą prób i błędów przy zachowaniu testo-
walności, można tworzyć coraz to nowe hipotezy, to ro­
la nauki zostaje zredukowana do m inim um 5. Takie
stanowisko deprecjonuje wszelkie naukowe podejście,
jakiż sens może mieć nauka, z której nie ma żadnego
pożytku? Jest rzeczą znamienną, że dzieje się to w do­
bie, gdy osiągnięcia w technice czy biologii mają bez­
precedensowy charakter, a przecież bez rozwoju nauk
przyrodniczych byłoby to niemożliwe. Faktycznie idzie
tu o to, że w obliczu szybkiego postępu naukowo-tech­
nicznego i nowych odkryć nawet wybitni uczeni-speeja-
liści nie są w stanie opracować nowej syntezy, można
więc mówić o niedowładzie epistemologicznym. W od­
niesieniu zaś do nauk społecznych agnostycyzm jest po
prostu ucieczką od nieuchronnych wniosków, do któ-

5 „Wszelkie całości to tylko abstrakcyjne modele, konstru­


owane dla interpretacji wybranych relacji (...)” (K. Popper, The
Poverty of Historicism, London 1975, s. 140).

89
rych musiałaby doprowadzić rzetelna analiza nowo ro­
dzących się zjawisk, wniosków, które sygnalizowałyby,
że zejście z areny dziejowej kapitalistycznego sposobu
wytwarzania jest przesądzone, jeśli nawet ścisła data
tego nie przesądza. Niedostatki epistemologiczne nie
są przypadkiem, są rezultatem chowania głowy w pia­
sek przez tych czy innych pseudouczonych, lecz nie wy­
nikiem ogólnej niemocy naukowego myślenia.
Nie jest przypadkiem, że zarówno socjologowie doby
współczesnej, jak i ekonomiści niechętnie piszą o zmia­
nach, z lubością opisują stany, w matematycznych for­
mułach topią społeczną treść, choć wydawałoby się, że
właśnie socjolodzy i ekonomiści są powołani do roztrzą­
sania społecznych aspektów ludzkich działań. Na tym
ubogim tle odbija jasno rzekomo przestarzały, bo dzie­
więtnastowieczny marksizm. Tam gdzie współcześni
myśliciele orientacji niemarksistowskiej miotają się
bezradnie między różnymi skrajnościami w poszuki­
waniu wyjścia z epistemologicznego impasu, tam ma­
terializm dialektyczny wskazuje jak najbardziej prawi­
dłowe rozwiązania.
Tylko osiągnięcie poziomu dialektycznego myślenia,
a więc myślenia w kategoriach sprzeczności i zmian,
a nie tylko inwariantów pozwala na dotarcie do istoty
zjawisk, wyrażającej się w określonych relacjach i kon­
stelacjach. Dialektyka jest jednością epistemologii i lo­
giki treści; w rozważaniach wspierających się na dia­
lektycznym myśleniu nie idzie o jakąś subsumpcję zja­
wisk pod a priori tworzone pojęcia (natury fikcyjnej!),
lecz o to, by opierając się na dostrzeżonych zjawiskach
uchwycić w ich występowaniu prawidłowości, uchwycić
ich istotę i wyartykułować ją w kategoriach i prawach
odzwierciedlających dynamiczne procesy zachodzące w
realnym życiu.
Współczesna myśl orientacji niemarksistowskiej nie
przykłada wagi do epistemologicznych refleksji, mar-

90
ksizm natomiast przeciwnie, dowodzi, że żadna nauka
nie może rozwijać się bez symbiozy z epistemologią.
Tym, którzy odrzucają dialektyczną metodę badań, wy­
godnie jest ograniczać analizy do badań struktury zja­
wisk, nie uznają oni, że nasze myślenie i otaczająca nas
rzeczywistość są poddane tym samym prawom, że spór
o adekwatność naszego myślenia z rzeczywistością jest
jałowy, bo racje ujęte myślowo musi potwierdzić prak­
tyka, tym właśnie ludziom nie mieści się w głowach, że
za pomocą dogłębnych dociekań można się przedrzeć
do tego, co jeszcze dobrze nie znane, ale co jest domnie­
mane, gdyż ujawnia swe kiełki. Wkomponowanie prak­
tyki jako weryfikatora dociekań naukowych również
nie odpowiada pięknoduchom i gabinetowym uczonym,
którzy na wzór pająka radzi by snuć z samych siebie
myśli niczym sieć pajęczą 6.
Tak chętnie przez wielu stosowana analiza struktu­
ralna jest niewątpliwie potrzebna, ale badania naukowe
nie mogą się tylko do niej ograniczać 7. Można bez prze­
sady stwierdzić, że wiele niedomogów w dociekaniach
naukowych doby współczesnej, zwłaszcza w dziedzinie
nauk społecznych, należy położyć na karb niestosowa­
nia lub nieumiejętnego stosowania metody dialektycz­
nej, której jak dotąd, gdy idzie nie o badania cząstkowe,
lecz o większe syntezy, nie przeciwstawiono lepszej
alternatywy. Kierunki odrzucające dialektyczne trak­
towanie zjawisk mało zajmują się stroną jakościową
zjawisk, interesują je natomiast: stany równowagi

* „(...) człowiek nie wchodzi w kontakt z przyrodą przez sam


fakt, że stanowi jej cząstkę, ale czynnie, za pomocą pracy i tech­
niki” (A. Gramsci, Dzieła wybrane, t. 1, Warszawa 1961, s. 40).
7 „Strukturalna analiza (...) nie mówi nic o stosunku przed­
miotów do przedmiotów, których nie są częściami lub kompo­
nentami” (B. Russel, Structure oj Humań Knowledge, London
1946, s. 268).

91
ruch mechaniczny, struktury, słowem, wszystko to, co
daje się mierzyć i może być wyrażone ilościowo 8.
Niechęć uczonych parających się badaniami szczegó­
łowymi do epistemologicznych refleksji wskazuje na
ich niewybaczalną u człowieka nauki jednostronność
i zapatrzenie się w wąską dziedzinę swej specjalności.
Wzajemny stosunek epistemologii i nauk szczegółowych
należy rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Przede
wszystkim wymaga rozpatrzenia pytanie, w jakim stop­
niu stan naszego ogólnego rozeznania w otaczającym
nas świecie wpływa na rozwój nauk szczegółowych.
Problemy badawcze wysuwa samo życie, sposób ich
rozwiązywania, a także rozwiązywanie prawidłowe wy­
maga epistemologicznej refleksji. Jeżeli przyjąć prosso
modo podział nauk na nauki o przyrodzie, nauki o spo­
łeczeństwie i nauki o myśleniu (Engels), to waga pod­
łoża epistemologicznego będzie w każdej z tych wiel­
kich dziedzin nauki nieco inna.
W naukach o przyrodzie specjalizacja dominuje nie od
dzisiaj, co uzasadnia ogrom obszaru naukowej pene­
tracji. Ta rozległość terenów badań, obejmujących cały
wszechświat, bogactwo i niewyczerpalność zjawisk
przyrody, powoduje, że badania odcinkowe oddalają się
od siebie coraz bardziej, uczeni specjalizujący się na
jednym odcinku badań coraz trudniej znajdują wspólny
język z pracującymi na bardziej odległych terenach (np.
astronom i biolog). Specjalistom coraz trudniej ogarniać
całość wszechświata, co zniechęca ich do szukania syn­
tez i oddala od epistemologicznych korzeni; w rezulta­
cie coraz szybciej narastający materiał faktograficzny
w naukach przyrodniczych pomnaża wprawdzie naszą
wiedzę, lecz choć to brzmi paradoksalnie, nie poszerza
równocześnie naszego rozumienia świata 9 Toteż w do-
8 Por. K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 19. Warszawa 1972, s. 222.
9 Por. D. J. de Solla Price, Mała Nauka — Wielka Nauka,
Warszawa 1967.

92
bie obecnej, gdy rozwój nauk przyrodniczych przebiega
na kształt krzywej logistycznej, przywrócenie symbiozy
tych nauk z epistemologią staje się pilne zarówno dla
tych nauk, jak i dla epistemologii. Czy takie przeszcze­
pienie tkanki epistemologicznej z korzeni nauk przy­
rodniczych do ich korony będzie łatwe, to sprawa inna;
jeśli jednak nauki te mają uwolnić się od oparów agno-
stycyzmu, to jest to konieczne. Astrofizyka, mikrofizy-
ka, chemia, biologia i inne nauki szczegółowe, które
zresztą dzielą się na dalsze nowe specjalności, otwierają
przed nami nie horyzonty, lecz czeluście. Coraz pow­
szechniejsze wołanie o integrację wiedzy jest nie tylko
rezultatem pojawiania się na styku kilku nauk szczegó­
łowych nowych dyscyplin wiedzy, ale coraz silniej od­
czuwanej potrzeby jakiejś ogólnej syntezy. Jest jednak
nieświadomym wołaniem o przywrócenie rangi episte­
mologii. Nie sposób penetrować wszechświat bez teorio-
poznawczego reflektora, lecz reflektor pozostanie słaby
bez ukierunkowanego zasilania, a to zyska tylko wów­
czas, gdy nauki szczegółowe przestaną się ślizgać po
powierzchni zjawisk i będą usiłowały dotrzeć do ich
istoty.
W jeszcze wyższym stopniu od więzi z podłożem epi-
stemologicznym zależy rozwój nauk społecznych, zależ­
ność nauk określonych jako nauki o myśleniu od teorii
poznania ujawnia się na każdym kroku. Ongiś psycho­
logia stanowiła integralną cząstkę filozofii, w której
skład wchodziła też i teoria poznania, styczności tych
nauk były więc bardzo bliskie. Jednak wraz z wyswobo­
dzeniem się psychologii z filozofii i jej wyodrębnieniem
się jako nauki szczegółowej nić z epistemologią jeśli
nie została zerwana, to w każdym razie nadwątlona.
W psychologii dopatrywano się ongiś dociekań nad isto­
tą człowieka, prowadzonych w drodze introspekcji i re­
fleksji. Usamodzielniająca się psychologia wkroczyła na
drogę eksperymentalną i nawet w postaci psychometrii

93
poczęła aspirować do kwantyfikowania zjawisk psy­
chicznych, a behawióryzm, psychologia postaci czy psy­
choanaliza odrywały się coraz bardziej od swego epi-
stemologicznego podglebia. Współczesna psychologia
stara się zajmować nie człowiekiem w ogóle, lecz czło­
wiekiem znajdującym się w określonych sytuacjach,
współczesna psychologia stawia sobie za zadanie wyła­
wianie podobieństw reagowania ludzi w zależności od
określonych warunków. Ten typ badań jest niewątpli­
wie w pełni uzasadniony, ale wielu psychologów podej­
mując te badania, zapomina o odpowiedzi na pytanie,
czym jest ludzka psychika, a na nie bez refleksji epi-
stemologicznej odpowiedzieć nie sposób. W miarę jak
badania nad reakcjami psychicznymi człowieka coraz
bardziej zawężają się do czystej empirii, tkanka episte-
mologiczna w psychologii ulega uwiądowi (co szczegól­
nie jaskrawo uwidacznia się w behawioryzmie, neobe-
hawioryzmie czy psychotechnice). Różne testy, badania
zdolności umysłowych człowieka, stanów patologicz­
nych itd., skądinąd godne poparcia, nie przynoszą wy­
ników, gdy idzie o problem zasadniczy, czym jest życie
psychiczne. Dawne spekulatywne rozważania na ten te­
mat chromały z braku dostatecznego materiału fakto­
graficznego, obecnie chromają z braku oparcia w epi­
stemologii.
Wśród nauk o myśleniu nie sposób pominąć logiki
oraz matematyki, chociaż nauki te w wyniku najdalej
posuniętego sformalizowania oddaliły się od tego, co
intuicyjnie podkładamy pod termin „myślenie”. Logika
i matematyka to najstarsze dziedziny wiedzy, liczące
sobie — jeśli datować tylko od starożytnej Grecji — co
najmniej dwa i pół tysiąca lat (i Mezopotamia, i Egipt
mogłyby sobie rościć prawo do priorytetu). Logika for­
malna już dawno oderwała się od logiki treści (ta ostat­
nia była wyraźnie związana z epistemologią), chociaż

94
pozostała nauka, badającą metodycznie warunki wywo­
dzenia sądów i spójnego mówienia, przestała się zajmo­
wać treścią wywodzenia. Podobnie ma się sprawa z ma­
tematyką. Zresztą współczesna logika uległa tak dalekiej
matematyzacji, że granice między logiką a matematyką
częste ulegają rozmazaniu. Logika w XX w. stała się
rachunkiem zdań, a matematyka współczesna nie mieś­
ci się w ramach pierwotnej nauki o liczbie i przestrzeni.
Ulegając sformalizowaniu i jednocześnie wzajemnemu
przenikaniu się logika i matematyka coraz bardziej gu­
biły praktyczny cel i stawały się ars pro arte. Skoro
obok geometrii Euklidesa pojawiły się równie spójne
wewnętrznie geometrie Łobaczewskiego czy Riehmana,
kiedy pojawiła się teoria mnogości Cantora (o zbiorach
złożonych z ilości nieskończonej), kiedy okazało się, że
może istnieć wielość logik (trójwartościowa, deontyczna
i inne), zaczęła odżywać potrzeba rozważań, które poz­
woliłyby odróżnić prawdę od fałszu i w ramach syste­
mów sformalizowanych. A przecież takie postulaty to
właśnie narastająca świadomość potrzeby syntezy z epi­
stemologią. Nie przyznając się do tego, poczęto tworzyć
metamatematykę czy metalogikę, które miałyby wyjaś­
nić podstawy tych nauk.
Okazuje się więc, że w każdej dziedzinie nauk, czy
poszczególni naukowcy są tego świadomi czy też nie,
refleksja epistemologiczna dobija się o swoje prawa.
Jeśli rozlegają się dziś głosy, że podważone zostały sy­
stemy najbardziej zwarte, to jest to nie wyraz niemały
naszego rozumu, lecz wyraz zaniedbań w sferze refle­
ksji teoriopoznawczej, a przede wszystkim odrzucania
dialektycznego ujmowania obserwowanych zjawisk.
Szczególne znaczenie ma symbioza epistemologii z na­
ukami szczegółowymi w naukach społecznych, gdzie
wiele tzw. autorytetów twierdzi, że współczesna myśl
społeczna nie jest zdolna postawić właściwej diagnozy

95
istniejącego stanu 10. Wielu socjologów i ekonomistów
orientacji niemarksistowskiej ogranicza się do stwier­
dzenia, że procesy społeczne przybierają obrót coraz
bardziej zawiły.
Nauki społeczne pojawiły się stosunkowo późno, w
wyniku trudności przezwyciężania utrwalonego wieka­
mi przeświadczenia, że ludzie są w swych poczynaniach
całkowicie wolni, bądź krańcowo przeciwnego poglądu,
jakoby podlegali predestynacji. Propagowany przez
stulecia deizm, a nawet fideizm, stawał na przeszkodzie
naukowemu podejściu do analizy zjawisk społecznych.
Jeśli w zjawiskach przyrodniczych występująca powta­
rzalność zjawisk rzucała się wyraźnie w oczy (co mu­
siało prędzej czy później stworzyć grunt dla pojawienia
się nauk przyrodniczych), to w odniesieniu do zachowań
ludzkich przekonanie, że Bóg steruje losami ludzkimi,
musiało opóźniać narodziny nauk społecznych. Dopiero
wielowiekowe doświadczenie historyczne i wtórne od­
działywanie nauk przyrodniczych, wreszcie narodziny
nowego sposobu wytwarzania (kapitalistycznego), który
dynamizował życie gospodarcze, powoli zaczęły torować
drogę zrozumieniu, że i historia płynie jakimś określo­
nym nurtem i że stosunki międzyludzkie podlegają ja­
kimś prawidłowościom natury obiektywnej (znalazło to
wyraźne odbicie w wypowiedzi Adama Smitha, który
pozostając deistą, twierdził, że chociaż Opatrzność stwo­
rzyła świat, to jednak świat rządzi się od chwili swego
stwprzenia obiektywnymi prawami!).
Pojawienie się rozważań na tematy społeczne i gospo­
darcze świadczyło, że refleksja epistenologiczna poczy­
nała przedzierać się i na tym odcinku poprzez gąszcz
rudymentarnych nawarstwień wcześniejszych form
świadomości społecznej. Nie obywało się to oczywiście

10 Por. R. K. Merton, Teoria socjologiczna i struktura spo­


łeczna, Warszawa 1982.

96
i bez uwsteczniających nawrotów, zwłaszcza w okre­
sach zagrożeń klasowych. Nauki społeczne wywodzą się
z historycznego pnia. Gdy przezwyciężono czysto kro­
nikarski sposób rejestrowania faktów historycznych,
gdy poczęto te fakty wiązać i wzajemnie sytuować, gdy
i historię ogarnęła refleksja epistemologiczna, zrodziły
się przesłanki ujmowania zjawisk historycznych w prze­
kroju społecznym. Zaczątków nauk społecznych trzeba
szukać w rozważaniach Giambattisty Vico, a przede
wszystkim Saint-Simona, który usiłował stworzyć „fi­
zykę społeczną”. Nauki społeczne — zarówno socjologia
jak i ekonomia — od swego zarania chciały być nauka­
mi nomotetycznymi, a więc miały wykryć obiektywne
prawa występujące w stosunkach międzyludzkich, do­
piero później rozważania te spełzły na pozycje agno-
styczne. Jeśli socjologia ogólna (którą propagował Com-
te) pozostawała w symbiozie z epistemologią, to w mia­
rę parcelacji socjologii na socjologię wychowania,
socjologię religii, socjologię pracy, socjologię wsi czy
socjologię wojny symbioza ta zanikała. Polimorficzność
dociekań socjologicznych zasklepiała coraz bardziej po­
szczególnych specjalistów w ich wąskich odcinkach,
skądinąd szczegółowych badań. Tacy koryfeusze socjo­
logii, jak Tónnies, Simmel, Weber, Pareto czy Durkheim,
usiłowali jeszcze zachować całościowy charakter socjo­
logii, faktycznie jednak kierowali uwagę tylko na po­
szczególne aspekty zjawisk społecznych. Tak np. kon­
cepcja Pareta „derywacji i reziduów” leży w płaszczyź­
nie socjopsychologii, podobnie jak tzw. optimum Pareta
na pograniczu ekonomii, rozważania Durkheima na
temat osobowości czy anomii noszą również specyficzny,
a nie syntetyzujący charakter. W naszej dobie podział
socjologii posunął się dalej. Jeśli nawet pojawiają się
prace mające aspiracje do szerszych uogólnień, to i one
w wyniku całkowitego oderwania się od epistemologicz-
nych korzeni nie wnoszą poza szczególikami nic nowego.

7 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m yśl... 97
Tak np. Talcott Parsons, uchodzący za autorytet
pierwszej rangi, niewiele posunął naszą wiedzą o sto­
sunkach międzyludzkich, nie w sensie ich szczegółowe­
go opisu, lecz w sensie ich wytłumaczenia. Parsons pra­
cował nad stworzeniem koncepcji równowagi społecznej,
która miała zwieńczyć jego wieloletnie badania nad
środkami mogącymi zabezpieczyć odradzanie się syste­
mu społecznego czasowo wytrąconego z tej równowagi
pod wpływem czynników egzogenicznych. W wyniku
żmudnych badań zdołał jednak powiedzieć tylko tyle,
że system społeczny jest tak długo trwały, jak długo
jest w stanie zapewnić zaspokojenie potrzeb jak naj­
większej liczby jednostek wchodzących w jego skład,
jego zaś tzw. teoria działań społecznych sprowadza się
do formułowania hipotez, jakie czynniki przyczyniają
się do zachowania porządku społecznego, jak to się dzie­
je, że jednostki niezależnie od swoich motywacji pełnią
przypadające im role narzucone tym porządkiem itp.
Reguł międzyludzkich interakcji szuka dziś tzw.
etnometodologia (H. Garfinkel). Interakcje traktuje się
tu jako procedury czysto operacyjne, zwracając uwagę,
jak w wyniku współoddziaływania intersubiektywnych
kontaktów tworzą się postawy mentalne. Etnometodo­
logia usiłuje też odpowiedzieć na pytanie, co leży u po­
dłoża ról społecznych i w jakim stopniu język wpływa
na interakcje społeczne, jak przebiegają procesy komu­
nikowania się i wzajemnego rozumienia się, czy i jaką
rolę w stosunkach międzyludzkich spełnia informacja.
Zwolennicy etnometodologii sięgają w swych rozważa­
niach do biologii, psychologii, lingwistyki i innych nauk,
a jednak syntezy procesów społecznych dać nie umieją.
Tu również brak refleksji epistemologicznej zamyka
drogę w wyciąganiu właściwych wniosków z interesu­
jących skądinąd badań.
Jest rzeczą znamienną, że współcześni socjologowie
chętnie rozważają rolę wspólnot krwi i pochodzenia,

98
tworzenie się wspólnot terytorialnych, problemy dyle-
rencjacji wewnątrz tych wspólnot, rolę stosunków są­
siedzkich w aglomeracjach miejskich, problemy degra­
dacji i derywacji osobowości, cechy organizacji totali­
tarnych itp. Socjologowie ci zadowalają się jednak
bardziej opisem empirycznej rzeczywistości niż wycią­
ganiem z tych opisów wniosków. Dziś chętnie włącza się
też do rozważań socjologicznych zagadnienia ekologicz­
ne, bardziej w aspekcie futurofobii niż prawidłowej
prognozy. Rzuca się w tym wszystkim w oczy, że w ba­
daniach tych mamy do czynienia z zasadą ex omnibus
aliąuid ex toto nihil. Nie jest to obraz budujący stanu
współczesnej socjologii, i nie darmo rozlegają się coraz
doniosłej głosy o kryzysie socjologii.
Nawet badania nad stratyfikacją społeczną E. Davisa
czy W. E. Moore’a, czy R. Mertona nad funkcjami jaw­
nymi i ukrytymi tudzież dysfunkcjami nie posiadają
znamion wielkiej syntezy. Autorów tych interesuje od­
działywanie jednych struktur społecznych na drugie,
dopasowywanie się ról społecznych czy też zagadnienie
deprywacji (poczucia straty ze względu na korzyści,
które stały się udziałem innych). G. C. Homans,
G. H. Mead czy R. Linton też ograniczają się do prezen­
towania tylko typologii równowagi społecznej. Wyjątek
stanowią tu B. F. Skinner i Th. Abel, którzy usiłują
stworzyć ogólną teorię zachowania się, jednak opartą
na fałszywych przesłankach. Tak więc socjologowie
doby współczesnej nie kwapią się do tworzenia ogólnej
teorii procesów społecznych 11. Ta ucieczka od wypeł­
niania prawdziwych zadań dociekań społecznych jest
maskowana elegancją formy, różnymi analizami wielo-
czynnikowymi (Lazarsfeld) czy metodą indeksów (Gut-
tman), ale faktycznie wszystko to prowadzi tylko do
grubych uproszczeń, enigmatycznych twierdzeń, do

11 T. Parsons, The Social System, Glencoe 1951 s. 486.

99
różnych pleonazmów i pseudonaukowego żargonu, w
rezultacie — jak trafnie to określa angielski socjolog
Andreski — współczesna socjologia przypomina raczej
magię niż naukę 12.
Jeśli zdarzają się niektórzy socjologowie, jak np.
A. Schiitz 13, którzy nacelowują swe rozważania na syn­
tetyczne ujęcie zjawisk społecznych, a nawet starają się
uwzględniać aspekty teoriopoznawcze, to fenomenolo­
giczne podejście (zapożyczone od Husserla) uniemożli­
wia stworzenie w pełni znaczącej teorii. Schiitz wywodzi
świat społeczny i stosunki społeczne ze wspólnie prze­
żywanych kontaktów intersubiektywnych, bada więc
nie tyle zjawiska społeczne, co świat świadomości spo­
łecznej. Wszystkie stosunki międzyludzkie sprowadza
do relacji „ego — alter ego” i twierdzi, że skoro nie mo­
żemy doświadczać myśli innych ludzi, którzy żyją z na­
mi, to tym bardziej nie możemy doświadczać myśli
ludzi, którzy przyjdą po nas, stąd wniosek, że nie sposób
przewidywać przyszłych dziejów ludzkości. Tropami
Schiitza podążają H. Garfinkel i E. Tiryakian.
Można też wskazać i Ericha Fromma, który bada­
jąc przeobrażenia jednostki, nie szczędzi wysiłków, by
powiązać socjologię z epistemologią, ale rozważając
czynniki specjalizacji jednostek, kieruje uwagę w stronę
psychoanalizy, zapuszcza się w rozważania na temat
biogennych i psychogennych korzeni zjawisk społecz­
nych oraz przeżyć ludzi, które koincydują ze sobą w
trakcie intersubiektywnych kontaktów. Podobnie ma się
sprawa z wywodami A. Watkinsa 14. Jest jednocześnie

12 St. Andreski, Social Science and Sorcery, London 1972.


13 A. Schiitz, Der sinnhafte Aufbau der sozialen Welt, Wien
1932; tenże: Philosophical Essay, NY 1959.
14 „(...) elementami świata społecznego są w ostatecznym ra­
chunku indywidualni ludzie (...) każda złożona sytuacja jest re­
zultatem konfiguracji indywiduów (...) nie można uzyskać wy­
jaśnień tych sytuacji (...) bez wyprowadzenia charakterystyk

100
interesujące, że niektórzy współcześni psychologowie
poczynają sobie zdawać sprawę, że badając psychikę
człowieka, nie można odrywać go od społecznego środo­
wiska, skłania ich to często do refleksji epistemologicz-
nych. W tym względzie nader interesujące są wywody
J. Piageta, który od szeregu lat śledzi procesy poznaw­
cze dzieci i bada podłoże genetyczne psychiki ludzkiej.
Piaget dochodzi do wniosku (bliskiego materializmowi
dialektycznemu), że pojedynczy człowiek asymiluje śro­
dowisko i że poznanie rodzi się na tle interakcji pod­
miotu i przedmiotu. Z naciskiem podkreśla, że siłą na­
pędową rozwoju jest aktywność ludzka, a świadomość
stanowi tylko konceptualizacje, rekonstrukcje oddzia­
ływań człowieka na otoczenie i otoczenia na ludzi. Ako-
modacja do otoczenia i strukturalizacja stosunków mię­
dzyludzkich jest wynikiem świadomej międzyludzkiej
koordynacji, która prowadzi do samosterowania i prze­
kształcania stosunków międzyludzkich.
Również w wywodach Wartofsky’ego można odnaleźć
pokrewne wątki, on pragnie dotrzeć do istoty zjawisk
społecznych, które — jak to określa obrazowo — przy­
pominają korowód masek, bo zachowanie społeczne jest
zawsze zrytualizowane i nosi ceremonialny charakter.
Wartofsky podkreśla, że nauka ma charakter eksplana-
cyjny, a więc nie tylko instrumentalny, ale i kognityw­
ny charakter, a będąc najważniejszym środkiem kon­
frontacji oczekiwań z faktami, musi w interpretacji
faktów posługiwać się epistemologiczną refleksją ,s. Są
to jednak w szeregach niemarksistów głosy odosob­
nione.
Na gruncie niedowładu współczesnej socjologii na te­

z twierdzeń o dyspozycjach, przekonaniach i stosunkach cechu­


jących poszczególne osoby” (Por. A. Watkins, w: Theories of
History, P. Gardiner (ed.) Glencoe 1959, s. 504).
15 Por. M. W. Wartofsky, Conceptual Foundations of Scientific
Thoupht, London 1967.

101
ren badań społecznych wkracza antropologia społeczna
względnie etnologia. Głównym reprezentantem tego
nurtu badań stał się Claude Lćvi-Strauss. Zmierza on
do zrozumienia postaw członków danej społeczności, ich
intencji i przestrzeganych przez nich zasad. Pomija hi­
storyczne różnice, szuka inwariantów, trwałych struk­
turalnych powiązań scalanych w system, sądzi, że inwa-
rianty te najłatwiej uchwycić u ludów pierwotnych,
gdzie występują jeszcze w nie zawoalowanej postaci, na
tej drodze chce wyjaśnić przechodzenie ludzkości od
natury do kultury i związki między tym, co biologiczne,
a tym, co społeczne. Uważa, że historyk skazany jest
w swych dociekaniach na regresję ad injinitum, nie
może więc wyjaśnić istoty zjawisk społecznych, nato­
miast antropologia społeczna, sięgając do myśli ludów
pierwotnych, których elementy pozostają trwałe, jest
w stanie dotrzeć do struktur społecznych w czystej po­
staci 16. Jeśli Levi-Straussowi nie sposób zarzucić braku
zrozumienia dla refleksji epistemologicznej, to nie moż­
na się zgodzić z jego końcowymi wnioskami.
Podobnie ma się sprawa z tzw. szkołą frankfurcką.
Czołowy jej przedstawiciel T. W. Adorno wytyka nasze­
mu myśleniu jego dyskursywność i operowanie poję­
ciami. Zdaje sobie sprawę, że człowiek nie ma innego
sposobu rozumowania, ale chce w ten sposób uwolnić
nasze myślenie od afirmatywnego charakteru. Realia
życia społecznego chce niejako badać od środka. Pojęcia
poczytuje za hipostazy powodujące rozgraniczenia mię­
dzy formą a treścią, ogólnym a szczególnym i skłania­
jące do poszukiwania inwariantów, a nie zmian. Sądzi,
że wgląd w rzeczywistość, jaki ma artysta w sztuce, da­
je więcej niż operowanie pojęciami, postuluje więc sta­
ły demontaż naszych obrazów uzyskanych za pomocą
pojęć, na rzecz nowych, co, jego zdaniem, może nas

16 C. Lćvi-Strauss, Myśl nieoswojona, Warszawa 1971.

102
zbliżać w jakimś stopniu do realiów życia. Takie postę­
powanie nazywa „negatywną dialektyką”. I tu również
nie można zarzucić braku koneksji z epistemologią, lecz
trudno zgodzić się z wnioskami17.
Także inni twórcy szkoły frankfurckiej, jak
M. Horkheimer czy H. Marcuse, nie negują konieczności
symbiozy nauk społecznych z epistemologią. Skłonni są
nawet często sięgać do wywodów Marksa, które jednak
dość dowolnie interpretują. To samo można powiedzieć
o ich uczniu J. Habermasie, którego ambicją stało się
przezwyciężenie scjentyzmu. Przyznając pracy ludzkiej
rolę determinującego czynnika konstytuującego ludzkie
społeczeństwo, uważa, że w dalszym rozwoju zadecydo­
wała intersubiektywna komunikacja za pomocą róż­
nych symboli. Jednocześnie twierdzi, że w miarę roz­
woju racje biorą u człowieka górę nad emocjami, co
powoduje, że refleksja ludzka została zredukowana do
roli instrumentalnej. Wątpi, czy w naukach społecznych
jest miejsce na czyste poznanie, gdyż w naukach tych
zbyt wielką rolę odgrywają interesy generowane przez
— jak to eufemistycznie nazywa — socjokulturową for­
mę życia. Nawiązuje często do materializmu dialektycz­
nego, ale jednocześnie uważa, że podkreślanie roli stru­
ktur ekonomicznych nie ma dostatecznego uzasadnie­
nia, by uznać bazę ekonomiczną za podstawę bytowa­
nia, sądzi też, że siły wytwórcze mogą co prawdą
uruchamiać przemiany, lecz nie stanowią ich przyczyn.
Czynnikiem sprawczym dla Habermasa są nie antago­
nizmy w sferze produkcji, lecz świadomość praktyczno-
-moralna. Habermas tworzy tzw. teorię interesu, mają­
cą wyjaśnić intencjonalne działania człowieka.
Niezależnie od kontrowersyjności wywodów repre­
zentantów szkoły frankfurckiej można na ich przykła­
dzie pokazać, że problematyka społeczna wiąże się

17 T. W. Adorno, Negative Dialektik, Frankfurt a/M., 1966.

103
z refleksją epistemologiczną bardzo ściśle. Oczywiście
uwzględnianie aspektów epistemologicznych nie oznacza
stawiania dowolności stanowiska. Nie jest obojętne, czy
będzie to stanowisko materializmu dialektycznego, czy
też nie.
Wedle epistemologii Marksowskiej zarówno całość, jak
i jej cżęści nie mają charakteru statycznego, lecz rozwi­
jają się dynamicznie i wielokierunkowo. Społeczeństwo
jako żywy organizm, jako całość (Totalitat) podporząd­
kowuje poszczególne elementy zbiorowości ogólnym
tendencjom rozwojowym, realizując stawanie się i zwią­
zek z całością18. Materializm historyczny Marksa eks­
ponuje stosunki wytwórcze jako czynnik sprawczy
(w ostatniej instancji!). Marksowska dialektyka jest
i metodą, i teorią poznania. Jako metoda odznacza się
historycznym, genetycznym, krytycznym i dynamicz­
nym traktowaniem badanych zjawisk. Jako teoria poz­
nania dialektyka Marksa przyjmuje, że świat pozostaje
w wiecznym ruchu (i to nie tylko mechanicznym),
stwierdza, że ruch materii jest sprzecznością, z czego
wynika, że sprzeczności stanowią immanentną cechę
każdej formy materii, i dlatego wyławianiu sprzecznoś­
ci dialektyka marksowska poświęca szczególną uwagę.
Jako teoria poznania (epistemologia) dialektyka w uję­
ciu Marksa jest stale pogłębiającym się rozeznaniem w
strukturze i dynamice otaczającego nas świata. Cechy
dialektycznego myślenia to zdolność dostrzegania mo­
mentów przechodzenia ilości w jakość, rozeznawania się
w sprzecznościach wywoływanych nie tylko czynnika­
mi natury egzogenicznej, lecz i endogenicznej, widze­
nia zjawisk w ich wzajemnej współzależności i przy-
czynowości. Tak rozumiane poznawanie nie jest arbi­
tralnym porządkowaniem rzeczywistości z zewnątrz,

M Por. K. Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, War.


szawa 1985, s. 203.

104
lecz wykrywaniem porządku istniejącego obiektywnie
wewnątrz tej rzeczywistości, a więc nie jest to wnosze­
nie porządku do rzekomego chaosu, lecz wykrywanie
porządku w rzeczywistości istniejącego. Poznanie dia­
lektyczne, mając za punkt wyjścia to, co dane zmysło­
wo, opierając się na faktach, ale i na już dawniej wy­
pracowanych i zweryfikowanych przez praktykę poję­
ciach (kategoriach), usiłuje wykryć i wytłumaczyć ge­
netycznie zarówno egzystencję, jak i esencję badanych
zjawisk. W dialektycznym ujęciu abstrakcja stanowi
spetryfikowanie rozeznania w istotnych relacjach wy­
stępujących obiektywnie w danym segmencie badanej
rzeczywistości. Hegel, a za nim Marks żądali, by kate­
gorie odpowiadały „der Sache”, a więc odzwierciedlały
istotne elementy badanej rzeczywistości (istotne w za­
leżności od pojawiającej się problematyki!), by służyły
oddzielaniu właśnie tego, co istotne, od tego, co się tylko
jawi. Nie odrywając od siebie „Sein” (przejaw) i „We-
sen” (istota), kategorie jako żerdzie orientacyjne, sytuują
to, co się jawi, w stosunku do tego, co stanowi istotę zja­
wisk 19. Kategorie nie są więc w rozumieniu Marksa

19 „Człowiek ma przed sobą sieć zjawisk przyrody (...). Czło­


wiek świadomy wyodrębnia kategorie, są mu szczeblami wy­
odrębnienia, tj. poznania, świata, są w tej sieci punktami węzło­
wymi, które pomagają poznawać ją (przyrodę — S.2.) i opano­
wywać” (W. Lenin, Dzieła, t. 38, Warszawa 1973, s. 71). „Pojęcie
odsłania istotę (...)” (tamże, s. 275). „Badanie musi szczegółowo
opanować materię (...) i wyśledzić ich więź wewnętrzną (...). Gdy
się to uda (...), może się wydawać, że ma się do czynienia z jakąś
konstrukcją a priori” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 23, s. 18),
tylko „(...) w ostatecznej abstrakcji (...) każda rzecz przedstawia
się w postaci kategorii logiki (...), odrzucając (bowiem — S.2.)
stopniowo wszystko, co stanowi o indywidualności (...), mamy
prawo powiedzieć, że (...) pozostają jako substancja jedynie ka­
tegorie logiki. Tak oto metafizycy, którzy wyobrażają sobie, iż
z pomocą takich abstrakcji dokonują analizy i... w miarę tego,
jak coraz bardziej odrywają się od przedmiotów, wyobrażają
sobie, iż coraz bardziej w nie wnikają..., że wszystko... za pomocą

105
prostymi uogólnieniami, są natomiast jak gdyby soczew­
ką skupiającą (ogniskującą) najistotniejsze powiązania
w danej konstelacji zjawisk.
W ostatnich latach zaczęły się mnożyć próby „uzu­
pełniania” czy reinterpretowania Marksa. Zwłaszcza
częste są próby nałożenia na Marksowską dialektykę
kaftana logicznego empiryzmu. Próby łączenia marksiz­
mu z innymi koncepcjami nie są nowe; gdy nie dawało
się marksizmu przemilczeć, poczęto próbować go rewi­
dować, próbom tym nadawano miano „otwartego” czy
„twórczego” marksizmu. Ułatwieniem było zdogmaty-
zowanie nauki Marksa przez niektórych, skądinąd gorą­
cych, jego zwolenników. K. Korsch, E. Bloch czy tzw.
szkoła frankfurcka w Niemczech, G. della Volpe we
Włoszech czy Althuser i Godelier we Francji usiłują
wmontowywać w wątki myślowe Marksa inne koncep­
cje gnoseologiczne.
W tej sytuacji zachodzi pilna potrzeba rewindykacji
autentycznych myśli Marksa, lecz w walce z jałowym
dogmatyzmem, który nie umie wyjść poza interpretację
tekstów Marksowskich, i z tzw. neomarksizmem, który
pod pretekstem „unowocześniania” Marksa i przełoże­
nia jego myśli na bardziej „współczesny” język dokonu­
je faktycznie deformacji metodologicznych i epistemo-
logicznych ujęć Marksa. Wdzierający się do marksizmu
eklektyzm jest drugim biegunem w stosunku do dogma­
tyzmu. Nieprzemijającą zasługą Marksa jest nie tylko
głęboka analiza genezy, rozwoju i perspektyw kapitalis­
tycznego sposobu produkcji (co ma niewątpliwie dziś
już tylko historyczne znaczenie), jest nią dziś przede
wszystkim wypracowanie przez Marksa metody docie­
kań, która nie ma — jak dotąd — sobie równej. Rozwi­
nęły się techniki badawcze, ale nie metody dociekań

abstrakcji sprowadzone być może do kategorii logiki...” (K. Marks,


F. Engels, Dzieła, t. 4, Warszawa 1962, s. 138—139).

106
o charakterze epistemologicznym. Działalność życiowa
jest ciągłym rozwiązywaniem problemów, a ludzkie my­
ślenie ma charakter prospektywny i właśnie Marks zdo­
łał dzięki zastosowaniu metody dialektycznej (przesta­
wionej z głowy na nogi!) dać do dziś aktualne wskazów­
ki, jak podchodzić do zagadnień myśli i czynu 20.
Z tego, co zostało dotychczas powiedziane — a co w
przekonaniu autora było możliwie wiernym odtworze­
niem głównych myśli Marksa w kwestii wzajemnego
stosunku nauki i epistemologii, jak i metodologii docie­
kań — wynika chyba niedwuznacznie, że nie ma podstaw
do odrzucania marksizmu, jako teorii przestarzałej, cho­
ciaż istnieje niewątpliwie potrzeba rozwinięcia tych ele­
mentów teorii, które Marks dostrzegał, ale nie zdążył
wyeksplikować, metoda Marksowska pozostaje nadal
sprawną busolą dociekań, a rozeznanie epistemologiczne
(pozostawione przez klasyków marksizmu) stanowi je­
dynie właściwy punkt wyjścia dalszych refleksji.
Współczesne wystąpienia przeciw marksizmowi wyni­
kają albo z nieznajomości autentycznej myśli Marksa,
albo ze złej woli i przeinaczania wywodów Marksa.
Marks nie był prorokiem, nie wyznaczał żadnych ter-

20 „Rzeczywistość jest ruchem i stawaniem się” (G. Hegel,


Fenomenologia ducha, t. I, s. 31, Warszawa 1963). „Wszystko jest
stawaniem się” (Hegel, Nauka logiki, t. 2, Warszawa 1968, s. 95).
„Świat ludzi (...) to świat potrzeb i one stwarzają (...) realne więzi
między członkami zbiorowości...”, „(...) byt ludzi to ich rzeczywisty
proces życiowy” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 3, Warszawa
1975, s. 27). „Społeczeństwo nie składa się z jednostek, lecz wy­
raża sumę więzi i stosunków, w których jednostki te pozostają
względem siebie” (K. Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej,
Warszawa 1985, s. 192). „Dopiero wtedy (...), kiedy człowiek uzna
i zorganizuje swoje forces propres, jako siły społeczne, a zatem
będzie już od siebie oddzielał siły społeczne w postaci siły po­
litycznej, dopiero dokona się emancypacja człowieka” (K. Marks,
F. Engels, Dzieła, t. 1, Warszawa 1960, s. 488).

107
minów i nie podejmował się myśleć za nas, gdy wska­
zywał, że księga historii ludzkości nie będzie nigdy
miała ostatniej stronicy, nowe stronice będzie wpisywać
samo życie, a ludzie będą musieli stale to nowe badać
i na tej drodze rozwijać i myśli, i czyn. Być może, ludz­
kość kiedyś dopracuje się bardziej skutecznych metod
dociekań (których nie należy mieszać z technikami ba­
dań!), lecz jak dotąd metodzie dialektycznej nie prze­
ciwstawiono lepszej alternatywy, systemowe podejście
zbliża się do myślenia dialektycznego, ale bynajmniej
nie góruje nad nim!
Nauki ekonomiczne nie rozwijają się w próżni, ich
kształtowanie się zależało i zależy od dwóch istotnych
czynników — od historycznie rozwijających się wyda­
rzeń w świecie (nie tylko o charakterze ekonomicznym,
chociaż zjawiska gospodarcze stanowią główną podsta­
wę dokonujących się przemian) tudzież od stopnia roz­
woju epistemologicznej i metodologicznej refleksji na
tym odcinku świadomości społecznej, który określamy
mianem nauki. Nauki ekonomiczne nie żyją w odoso­
bnieniu od innych nauk, na ich kształt wpływają więc
w dużym stopniu i przemiany dokonujące się na innych
odcinkach rozwoju nauk, zwłaszcza tych, które powstają
w bliskim styku ze sferą gospodarowania.
Rozdział pierwszy niniejszej pracy starał się wskazać
na uwarunkowania, w jakich współczesna myśl ekono­
miczna musi kształtować swe nowe oblicze, rozdział
drugi i trzeci miały za zadanie pokazać, w jakim stop­
niu rozwój świadomości społecznej, postawy światopo­
glądowe oraz osiągnięcia poznawcze lub brak takowych
wpływają na prawidłowy względnie nieprawidłowy
kierunek badań także sfery gospodarowania. Chociaż
wielu ekonomistów usiłuje zanegować twierdzenie, że
ekonomia jest nauką społeczną, nie ma takich ekonomi­
stów, którzy nie widzieliby styków ekonomii z socjolo­
gią. Jednakże brak symbiozy między tymi dyscyplinami

108
wpływa ujemnie na rozwój myśli ekonomicznej, która
niemal tylko w wariancie marksistowskim uznaje spo­
łeczny charakter stosunków ekonomicznych (a nie tylko
prakseologiczny!). Jeśli ekonomiści orientacji niemar-
ksistowskiej pozostawiają socjologom badanie stosun­
ków międzyludzkich, to niezależnie od tego, czy czynią
to w dobrej, czy złej wierze, czynią niesłusznie, bo jak
łatwo można się przekonać, współczesna socjologia
ucieka od problematyki ekonomicznej, w rezultacie
czego w orientacjach niemarksistowskich pozostaje sze­
rokie pole niczyje. Błędy natury epistemologicznej, jak
i metodologicznej dołączają się tu do uprzedzeń poli­
tycznych.
Rozdział IV7

ZADANIA DOCIEKAŃ
EKONOMICZNYCH

Nauki społeczne, w tym i ekonomiczne, po­


winny badać kształtowanie się stosunków międzyludz­
kich w różnych sferach działalności człowieka. Inter­
akcje ludzkie w sferze gospodarczej, przynajmniej w
większości wypadków, mają charakter świadomy, co
powinno ekonomistów skłaniać do innego typu refleksji
niż w naukach przyrodniczych, nie zawsze się jednak
tak dzieje, zwłaszcza w kierunkach orientacji niemar-
ksistowskiej. Rozważania ekonomiczne mają jednak
zawsze intencjonalny charakter, przeto wybór proble­
mów badawczych, sposób ich rozpatrywania nie nosi
neutralnego charakteru. Ponieważ z rozważań ekono­
micznych płyną nieuchronnie również implikacje ide­
ologiczne i polityczne, ekonomiści, nawet gdyby bardzo
chcieli wyeliminować ze swych badań oceny aksjolo­
giczne, nigdy tego całkowicie zrobić nie mogą, jako
członkowie niejednolitego społeczeństwa, zawsze repre­
zentują bowiem jakieś klasowe czy grupowe interesy.
Nauki ekonomiczne, jak wszystkie inne nauki szcze­
gółowe, mają pomagać w rozeznaniu zjawisk i ich isto­
ty, w tym wypadku zjawisk ze sfery gospodarczej,
i wskazywać drogę przeistaczania otaczającej nas rze­
czywistości. Procesy ekonomiczne, jak wszystkie pro­
cesy społeczne, pozostawione na pastwę żywiołów, mu­
szą prowadzić prędzej czy później do różnych pertur­
bacji wskutek krzyżowania się często sprzecznych

110
działań jednostek. W dociekaniach ekonomicznych idzie
0 poznanie prawidłowości życia gospodarczego nie gwo­
li samej ciekawości, lecz dlatego, że bez uchwycenia
tendencji i przeciwtendencji znamionujących życie go­
spodarcze nie sposób ani w mikro-, ani w makroskali
pokierować działalnością gospodarczą w pożądanym
kierunku oraz zapobiegać ujemnym reperkusjom ży­
wiołowości.
Jakkolwiek pełnoprawnym weryfikatorem słuszności
takich czy innych poczynań ludzkich pozostaje prakty­
ka, to jednak w oparciu o naukowe rozeznanie człowiek
powinien i może przewidywać skutki swej działalności
ex antę. Roztrząsanie różnych związków, uwarunkowań
1 domniemanych skutków wzajemnie sprzęgających się
i rozprzęgających się działań, analiza zmienności zja­
wisk, wydobywanie tendencji i przeciwtendencji roz­
wojowych, ujawnianie nie tylko zewnętrznych przeja­
wów, ale i istoty zjawisk to zadanie pilniejsze niż w
innych naukach, rozważania bowiem ekonomiczne do­
tyczą podstaw ludzkiego bytowania. Niestety, nie we
wszystkich kierunkach myśli ekonomicznej ten punkt
widzenia jest akceptowany. Przedmiotem zainteresowa­
nia wielu ekonomistów jest nie obiektywny kierunek
rozwoju społeczno-gospodarczego, lecz zachowanie się
jednostek gospodarujących w ramach tak czy inaczej
ukształtowanych rynków wymiany. Ekonomia w takim
ujęciu zostaje zredukowana do teorii gospodarowania,
czy raczej do teorii wyborów i decyzji poddających się
kwantyfikacji. Badanie motywów działań gospodar­
czych tudzież zachowań ludzkich w procesach gospodar­
czych ma oczywiście swoją wagę, ale rozważania tego
typu muszą być uznane za wtórne, gdy patrzymy na
zjawiska i procesy gospodarcze w.długim okresie czasu.
Dociekania ekonomiczne wyrosły na podglebiu stosun­
ków związanych z produkcją, podziałem i wymianą
dóbr materialnych służących człowiekowi do zaspoka-

111
jania jego wirtualnych i cywilizacyjnych potrzeb. W do­
ciekaniach ekonomicznych idzie więc o to, by odnaleźć
istotne powiązania w reprodukcji nie tylko dóbr, ale
i form stosunków ludzkich, które ulegają historycznym
przemianom, a które towarzyszą procesom reprodukcji.
W dobie współczesnej nauki ekonomiczne, wedle opi­
nii rozlicznych ekonomistów akademickich, przeżywają
głęboki kryzys. Znajduje to swe uzasadnienie w częs­
tych rozbieżnościach pomiędzy głównymi teoriami
a praktyką życia. Nabiera to szczególnej wagi teraz,
gdy programowanie współzależnych działań i świadome
sterowanie procesami gospodarczymi nabiera coraz
większego znaczenia. Postępująca globalizacja działań
gospodarczych (i nie tylko gospodarczych) powoduje, że
poczynania podjęte w jednym zakątku świata odbijają
się natychmiast szerokim echem niemal wszędzie. Także
burzliwa dynamika postępu naukowo-technicznego i za­
grożenia ekologiczne wywierają istotny wpływ na całe
życie gospodarcze. Interferencja „starego” i „nowego”
coraz bardziej utrudnia rozeznanie i wykoślawia dia­
gnozy.
Wiedza — także ekonomiczna — nie rozwija się line­
arnie. Historia dowodzi, że w poszczególnych działach
nauki następuje kryzys, gdy wyczerpują się możliwości
dalszego rozwoju danego systemu twierdzeń, gdy kate­
gorie i prawa formułowane przez istniejące teorie już
nie przystają do rzeczywistości. Gdy jakaś gałąź nauki
usycha, rozeznanie na odcinku, którym się zajmowała,
ulega daleko idącemu zmąceniu. Procesy poznawcze
wprzęgnięte w ludzką aktywność służą działaniu, jeśli
ta funkcja słabnie, pojawia się nieuchronnie zamęt te­
oretyczny. Prawidłowości społeczno-gospodarcze torują
sobie drogę przez przypadkowości; uchwycenie prawi­
dłowości wymaga właściwych metod dociekań, ale tego
różnym kierunkom niemarksistowskim w ekonomii dziś
brak. Metody dociekań zastępują różne techniki badań,

112
które nawet przynosząc możność poznania nowych fak­
tów, same przez się nie prowadzą do prospektywnego
myślenia.
Gospodarka jest skomplikowanym organizmem spo­
łecznym, który rozwija się stale nie po linii prostej, lecz
zygzakowatej, ponieważ o rozwoju decyduje przezwy­
ciężanie sprzeczności. Przezwyciężanie sprzeczności
dnia wczorajszego decyduje o kształcie dnia dzisiejsze­
go, a przezwyciężanie sprzeczności dnia dzisiejszego
waży na kształcie dnia jutrzejszego. Przezwyciężanie
zaś sprzeczności to właśnie poszukiwanie obiektywnych
możliwości ukierunkowania aktywności ludzkiej ku po­
znanym celom. Nauki społeczne, wśród nich i nauki
ekonomiczne, tylko dzięki zastosowaniu metody dialek­
tycznej dają możliwość właściwego sytuowania zaszłości
gospodarczych zarówno retrospektywnie, jak i prospek­
tywnie. W zjawiskach społecznych, a więc i gospodar­
czych, nic nie dzieje się automatycznie, o konkretnym
kształcie jutra decydują ludzie, ściślej ich działania, by
jednak te działania były w miarę możności racjonalne,
konieczne jest uchwycenie obiektywnego kierunku roz­
woju. Przyszłość nie istnieje w gotowej postaci, nie jest
dana, lecz stwarzana. Rozważania ekonomiczne to nie­
jako tylko zwiad mający dopomóc w odnalezieniu obie­
ktywnych możliwości skutecznego działania.
Kryzys zaufania do eksplikatywnej, utylitarnej
i pragmatycznej ekonomii akademickiej jest w pełni
uzasadniony. Budowane przez różnych ekonomistów
rozliczne modele na drodze czysto spekulatywnej, per­
fekcyjne pod względem formy, okazują się dalekie od
rzeczywistości i nie wnoszą żadnych elementów poz­
nawczych. Redukowanie założeń wyjściowych, zawęża­
nie wywodów do enumeracji wszelakich możliwych
i niemożliwych sytuacji, w jakich miałyby być podejmo­
wane decyzje i wybory, czyni z ekonomii jakieś vade-
mecum, jak postępować w warunkach niepewności (tzw.

8 — M a rk s a w sp ó łc zesn a m yśl... 113


cases), bez gwarancji, że decyzje takie i wybory okażą
się słuszne. Nie pomaga tu wmontowywanie różnych
hipotetycznych rodzajów motywacji, wprowadzanie w
miejsce homo oeconomicus pojęcia selectiverational
Man, który w swym działaniu będzie uwzględniać
„obszary bezwładności” (H. Leibenstein), pozostaje
oscylowanie między płytkim empiryzmem a czczą spe­
kulacją. W rezultacie mamy niemoc poznawczą w teorii,
a woluntaryzm w praktyce h
Współczesne nurty myśli ekonomicznej orientacji
niemarksistowskiej, niezależnie od ich klasowych i po­
litycznych uwarunkowań, cechuje minimalizm poznaw­
czy. Rosnący w życiu prym at polityki nad ekonomiką
również ogranicza samodzielność badań nad procesami
ekonomicznymi. Niemoc poznawcza skłania wielu
współczesnych ekonomistów do determinizmu techno­
logicznego, sugerującego, że postęp naukowo-technicz­
ny będzie powoli, ale skutecznie rozwiązywać wszelkie
problemy, że roboty i miniprocesory zdejmą z człowieka
wszelkie brzemię, że wystarczy zająć się wyłącznie pro­
blemami wzrostu gospodarczego, nie szukając jakichś
praw rozwoju.
Myśl ekonomiczna jest integralną cząstką myśli ludz­
kiej w ogóle, pojawiła się jednak stosunkowo późno, ja­
ko wykwit upowszechniających się coraz bardziej sto­
sunków towarowo-pieniężnych, które apogeum osią­
gnęły w dobie kapitalizmu, można więc nawet powie­
dzieć, że ekonomia jest wręcz tworem kapitalizmu. Aby
zrozumieć rolę, jaką ma ta nauka do spełnienia i jaki

1 „(...) badania faktów i związków społecznych muszą się zaj­


mować bardziej skomplikowanymi, zróżnicowanymi i płynnymi
zagadnieniami niż te, które są wyrażane za pomocą parametrów
i zmiennych w wysoce abstrakcyjnych modelach, gdzie proble­
matyka behawioralna opisywana jest tylko w kategoriach agre­
gatów i średnich, pozostawiona jest bez odpowiedzi” (G. Myrdal,
Against the Stream. Critical Essays on Economics, NY 1972, s. 62).

114
był i jest jej stosunek do marksizmu, konieczne jest do­
konanie chociażby pobieżnej retrospekcji. Samodzielna
myśl ekonomiczna kiełkuje dopiero w poglądach tzw.
merkantylistów, którzy uwalniają myśl ekonomiczną
z teologii, z moralistyki i scholastyki. W polemice z dok-
tx'ynami kanonistycznymi kierowali oni wzrok ku
empirycznym faktom i z nich usiłowali wyciągnąć
wnioski. Choć nie mogli dotrzeć do istoty zjawisk, toro­
wali drogę systematycznemu, metodycznemu podejściu
do zjawisk empirycznych. Trzeba było bowiem wpierw
szczegółowo opisać i poklasyfikować zjawiska, by było
możliwe ich teoretyczne uogólnienie. Merkantyliści są
praktykami, najczęściej wielkimi kupcami i bankierami,
interesują ich więc przede wszystkim sprawy handlu
zagranicznego, rynków i pieniądza, nie ogarniają w do­
statecznym stopniu, albo wcale, całokształtu życia go­
spodarczego, nie interesują się niemal zupełnie tym, co
trapi gospodarkę naturalną, stanowiącą w ich dobie,
zwłaszcza w rolnictwie, poważną domenę działalności
gospodarczej. Merkantyliści nie szukają praw ekono­
micznych, obserwują jednak pilnie zmiany cen oraz wa­
hania podaży i popytu. Produkcją zajmują się incyden­
talnie, i to tylko w tej mierze, w jakiej jest to produ­
kcja dla rynku. Teoretyczny kształt merkantylizmowi
nada dopiero w początkach XVIII w. James Steuart, gdy
merkantylizm ustępował miejsca ekonomistom stającym
wyraźnie na gruncie kapitalistycznym, a więc w okre­
sie, gdy kapitał kupiecki przemieniał się w handlowy,
a kapitał lichwiarski w pożyczkowy, formy pozostające
w związku z kapitałem przemysłowym. James Steuart
ma szerszy horyzont, zastanawia się, jakie skutki pocią­
ga za sobą oddzielenie siły roboczej od środków produk­
cji oraz — co prawda na drodze spekulacyjnej — pró­
buje wyróżnić stadia rozwoju życia gospodarczego.
Kiełkują tu więc myśli, które gruntownie pogłębi i roz­
winie Marks.

115
Dalszy krok w kształtowaniu się myśli ekonomicznej
w europejskim kręgu cywilizacyjnym dokonują — jeśli
pominąć ważne, lecz marginesowo traktowane ekono­
miczne wywody Locke’a i Hume’a — William Petty w
Anglii i tzw. fizjokraci we Francji. William Petty jako
jeden z pierwszych rozgranicza wyraźnie pracę pro­
dukcyjną i nieprodukcyjną, dopatrując się w tej pierw­
szej podstawy bytu ludzkiego, oraz próbuje oprzeć
teorię wartości na pracy; te wątki myślowe podejmie
później Marks w znacznie szerszym kontekście i w spo­
sób znacznie lepiej uargumentowany. Fizjokraci wpisu­
ją się w historię myśli ekonomicznej przede wszystkim
dwoma wielkimi osiągnięciami — zrozumieniem, że ży­
ciem gospodarczym rządzą obiektywne naturalne, a nie
stanowione prawa, oraz potraktowaniem procesów pro­
dukcji in toto, jako procesów cyrkulacji, procesów krą­
żenia strumienia dóbr i pieniądza, co skłoniło Marksa
do ochrzczenia ich mianem twórców fizjologii życia
gospodarczego. Ten ich istotny wkład do rozważań eko­
nomicznych również pobudził Marksa do krytycznej
analizy problemu i stworzenia własnej teorii reprodu­
kcji.
Klasyczny kształt zyskuje burżuazyjna myśl ekono­
miczna jednak dopiero w pracach Adama Smitha i Da­
wida Ricardo. Przypomnijmy, że Smith jest nie tylko
ekonomistą, lecz także wiele uwagi poświęca filozoficz­
nym parafernaliom. Smith choć jest deistą, uważa, że
jeśli opatrzność stworzyła nawet świat, to ingerencja
boska w mechanizmy tego świata przestaje istnieć i świat
rządzi się odtąd niezmiennymi prawami. Sugeruje, że
chociaż jednostki gospodarujące w gospodarczych poczy­
naniach kierują się egoizmem i zasadą do ut des (nie ne­
guje objawów altruizmu u człowieka, ale wyłącza je ze
sfery gospodarowania!), a więc motywami własnego inte­
resu i własnej korzyści, to mimo krzyżowania się tych
indywidualnych poczynań powstaje szerokie pole działań

116
obiektywnych prawidłowości, tak że ludzkość jako ca­
łość zmierza do jednego celu. Jest to w nieporadnej
jeszcze formie stwierdzenie, że prawidłowość toruje so­
bie drogę przez przypadkowości, na co tak wielki nacisk
położą właśnie Marks i Engels. Smith rozpatruje proce­
sy gospodarcze z pozycji indywidualistycznych i ujmuje
społeczeństwo jako luźny agregat jednostek, które mają
wrodzoną inklinację do wymiany. Jakkolwiek docenia
wagę produkcji i poświęca jej w swych rozważaniach
wiele miejsca, to jednak fascynuje go przede wszystkim
wymiana, z której usiłuje nawet wyprowadzić podział
pracy (gdy w rzeczy samej jest odwrotnie!). Szuka
przede wszystkim czynników zarówno przyspieszają­
cych, jak i opóźniających wzrost bogactwa narodowego,
ujmuje więc problemy gospodarcze nie tylko w mikro-,
ale i makroskali. Smith nie ma historycznego wyczucia,
chociaż swą argumentację podpiera często przykładami
zaczerpniętymi z historii. Ma to swe źródło w tym, że
Smith zafascynowany postępową rolą kapitalizmu w
porównaniu z feudalizmem skłonny jest uznać wszyst­
ko, co poprzedzało kapitalistyczny sposób wytwarzania,
za swoisty stan embrionalny, a w kapitalizmie widzi
stan dojrzały ludzkości i dlatego skłonny jest uwiecz­
niać kapitalistyczne formy gospodarowania. Smithowi
nie udaje się też jeszcze oddzielić istoty od przejawów
zewnętrznych badanych zjawisk gospodarczych, tak że
w jego wywodach odnajdujemy różną prezentację uza­
sadnień (co Marks określi jako pomieszanie metody ezo­
terycznej z metodą egzoteryczną!). Smith jest jednak
bliski pełnego zrozumienia, gdzie leżą źródła wartości
i zysku.
Oczywiście Smith nie jest jeszcze w stanie wykroczyć
poza ramy swojej epoki; mechanistyczne i ahistoryczne
podejście do badanych zjawisk, eksponowanie ilościo­
wych i wymiennych aspektów życia gospodarczego po­
woduje chybotliwość jego sformułowań, ostatecznie po-

117
zostaje on w połowie drogi do celu — ujawnienia istot­
nych mechanizmów kapitalistycznego sposobu wytwa­
rzania. Optyka epistemologiczna XVIII w. i relatywnie
postępowy charakter wczesnego kapitalizmu mącą
Smithowi prawdziwy obraz. Smith pozostaje jednak
koryfeuszem ekonomii i swymi rozważaniami toro­
wał drogę nie tylko swemu następcy Ricardo, lecz
i Marksowi.
Kontynuatorem myśli Smitha stał się Dawid Ricardo,
świadom przechodzenia kapitalizmu z okresu manufak­
turowego do stadium fabrycznego. Jego doba to okres
tzw. rewolucji przemysłowej, w której kapitalizm uja­
wnił już wyraźnie swe wilcze oblicze. Ricardo nie tu­
szuje negatywnych stron kapitalistycznego sposobu
wytwarzania, ale znajdując się w pułapce determinizmu
technologicznego jest przekonany, że postęp techniczny
z czasem samorzutnie rozwiąże sprzeczności kapitaliz­
mu. Główny atak kieruje w stronę obszarników (land-
lordów), jako wyrazicieli wstecznych tendencji. Uściśla
określenia kategorii i praw ekonomicznych sformułowa­
nych przez Smitha. Dowodzi konieczności wyelimino­
wania renty absolutnej jako czynnika hamującego roz­
wój gospodarczy i główną uwagę kieruje na rolę aku­
mulacji kapitału i inwestycji. Traktując płace jako
równoważnik wartości dóbr służących do regeneracji sił
robotnika, sugeruje, jakoby w wyniku równoważenia
się w dłuższym okresie popytu i podaży siły roboczej
płace utrzymują się na poziomie minimum egzystencji.
Zysk przedsiębiorcy Ricardo traktuje jako wynagrodze­
nie za inwencję i funkcję organizatora produkcji (pro­
motora wzrostu gospodarczego), główne swe zadania
widzi w przeanalizowaniu problemów dystrybucji pro­
duktu globalnego między poszczególne klasy, pod ką­
tem, jak prawidłowa lub też nieprawidłowa dystrybucja
wpływa na możliwości inwestycyjne zapewniające
wzrost gospodarczy. Ricardo w jeszcze wyższym stopniu

118
niż Smith rozważa zagadnienia ekonomiczne ahistorycz-
nie, zajmuje się wzrostem, a nie rozwojem gospodar­
czym, szuka też nie tyle istoty wartości, lecz możliwości
inertnego jej miernika, jednak jednoznacznie staje na
gruncie wartości opartej na pracy.
Ricardo w swych rozważaniach korzysta z ogromnego
materiału faktograficznego (który miał okazję zdobyć
jako wieloletni makler giełdowy) i materiał ten poddaje
dedukcyjnej analizie z Kartezjańską ścisłością. Jego
analiza nosi ściśle kauzalny charakter, problemy dys­
trybucji rozważa w ścisłym powiązaniu z produkcją, nie
odróżnia jednak pracy konkretnej od pracy abstrakcyj­
nej. Niezrozumienie dwoistego charakteru pracy pro­
dukcyjnej utrudnia mu doprowadzenie analizy do koń­
ca. Niezależnie cd braków jego dociekań Ricardo błysz­
czy na firmamencie myśli ekonomicznej jako gwiazda
pierwszej wielkości. Zabrakło mu jednak eksperiencji
zarówno w dziedzinie epistemologicznej, jak i metodo­
logicznej.
Jakie zadania stawiała sobie zarówno przedklasyczna,
jak i klasyczna ekonomia polityczna? Nie traktowano
tu dociekań ekonomicznych jako sztuki dla sztuki. Roz­
ważania ekonomiczne wiązano jednoznacznie z potrze­
bami praktyki gospodarczej. Merkantyliści, służąc ka­
pitałowi kupieckiemu, szukali sposobów jego pomnaża­
nia i w tym celu zbierali fakty i doświadczenia, jakich
dostarczały transakcje rynkowe w makroskali; fizjokra-
ci w obliczu rozpaczliwego stanu gospodarki francuskiej
swej doby (do tego stanu doprowadziła ją woluntary-
styczna polityka rządów królewskich), szukając przy­
czyn takiego stanu rzeczy dochodzili do wniosku, że jest
to wynik pogwałcenia obiektywnych praw rządzących
życiem gospodarczym. Próbowali więc je wykrywać
i na ich podstawie ustalić właściwe proporcje między
poszczególnymi działami gospodarki (próby takie podej­
mował wcześniej niż fizjokraci na gruncie francuskim

119
już Boisguilbert!). Adam Smith widział zadanie ekono­
mii w badaniu czynników pomnażających bogactwo na­
rodowe, a Dawid Ricardo, idąc w tym samym kierunku,
pragnął uzupełnić dociekania Smitha analizą czynników
wzrostu gospodarczego, wzrostu uzależnionego od pra­
widłowego .powiązania zagadnień podziału z zagadnie­
niami produkcji.
U wszystkich tych pisarzy bodźcem do rozważań były
potrzeby praktyki gospodarczej, różne na różnych eta­
pach rozwoju gospodarki towarowo-pieniężnej. Tej hi-
storyczności problemów jednak nie wyczuwali, doko­
nując uogólnień, byli zbyt wprzęgnięci — nawet klasycy
ekonomii burżuazyjnej — w codzienność, by odczuwać
potrzebę komparatystyki. Dopiero postklasyczna eko­
nomia coraz bardziej odrywa się od praktyki na rzecz
hipotetycznych konstrukcji i wypływających z nich do­
wolnych domysłów. Ten proces odrywania myśli eko­
nomicznej od realiów życia gospodarczego przebiega
początkowo powoli i sprowadza się do wulgaryzowania
wywodów mistrzów, coraz częściej jednak degrengola­
da myśli burżuazyjnej w dziedzinie rozważań pogłębia
się i ślizganie się po powierzchni zjawisk miast badania
ich istoty zaczyna być „uzupełniane” różnymi fikcyj­
nymi konstrukcjami. Błędne podejście epistemologiczne
i metodologiczne lub całkowity brak takiego podejścia
pcha postklasyczną myśl ekonomiczną w zaułki „teorii
kosztów produkcji”, sztuczne rozgraniczanie statyki
i dynamiki ekonomicznej, koncepcji homo oeconomicus
itp. Tworzą się zarodki tak dziś modnego „modelowa­
nia” zjawisk ekonomicznych 2.

2 Krytyka Marksa pcd adresem Proudhona trafia w epigonów


klasycznej ekonomii: „Zamiast więc traktować kategorie poli­
tyczno-ekonomiczne jako abstrakcje rzeczywistych, przemijają­
cych, historycznych stosunków społecznych (...), upatruje w rze­
czywistych stosunkach tylko ucieleśnienie owych abstrakcji”
(K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 27, Warszawa 1968, s. 531).

120
Jako opozycja przeciwko burżuazyjnej myśli społecz­
nej i ekonomicznej wyrasta myśl socjalistyczna (której
kiełki pojawiały się zresztą i wcześniej)s. Była to jednak
myśl utopijna, szukała rozwiązań pro futuro, próby
wcielenia jej idei w życie kończyły się nieuchronnym
fiaskiem, gdyż warunki okazywały się po temu niedoj­
rzałe. Jednak i ten typ rozważań nie przeszedł w roz­
woju myśli społeczno-ekonomicznej bez echa. Socjaliś-
ci-utopiści poddali bowiem wnikliwej krytyce panują­
ce kapitalistyczne stosunki, a widząc swe zadania w
podpowiadaniu dróg przeobrażenia stosunków między­
ludzkich, naprowadzali myśl naukową w tym kierunku.
Z przemyśleń dorobku filozofii niemieckiej, klasycz­
nej ekonomii angielskiej i socjalistycznych koncepcji
przede wszystkim francuskich utopistów w konfronta­
cji z historyczną i aktualną rzeczywistością mógł dopie­
ro wyrosnąć marksizm. Od tego czasu rozważania
ekonomiczne nabrały do tego stopnia nowego charakte­
ru, że zasadne jest mówienie o przełomie dokonanym
i w tej dziedzinie przez Marksa. Marksizm nie powstał
gdzieś na uboczu myśli ludzkiej, przeciwnie, Marks był
kontynuatorem tego, co w niej było najlepszego, Marks
dał odpowiedź na pytania, które już nurtowały ludz­
kość.
Ponieważ całe nasze dotychczasowe wywody były
właśnie próbą prezentacji zrębów myśli marksistow­
skiej, nie będziemy się w tym miejscu zatrzymywać nad
szczegółami marksistowskich koncepcji. Stwierdzimy
tylko, że wraz z pojawieniem się marksizmu myśl eko-

3 „Nowoczesny socjalizm (....) w swej formie teoretycznej


występuje (...) początkowo jako dalsze, niby jedynie konsekwen-
tniejsze rozwinięcie zasad wysuniętych przez wielkich francu­
skich myślicieli Oświecenia XVIII stulecia. Jak każda nowa te­
oria, musiał on zrazu nawiązać do zastanego materiału myślo­
wego, aczkolwiek korzeniami swymi tkwił w faktach ekonomi­
cznych” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 20, Warszawa 1972, s. 17).

121
nomiczna rozszczepiła się na dwa zasadniczo przeciw­
stawne nurty — marksistowski oraz „szkoły” o orien­
tacji niemarksistowskie] lub też wręcz antymarksis-
towskiej. Nurty te różnią się między sobą zasadniczo
zarówno ujęciem przedmiotu, zakresu, jak i metod do­
ciekań. Dla Marksa przedmiotem dociekań są stosunki
międzyludzkie występujące w procesie produkcji, po­
działu i wymiany, przy czym sferą determinującą jest
produkcja, od sposobu produkcji zależy bowiem cała
dalsza konstelacja stosunków między ludźmi, ważne jest
więc nie tylko, co się produkuje, ale i jak się produkuje.
Zakres dociekań ekonomicznych Marksa obejmuje całe
dzieje ludzkości (chociaż nie starczyło mu pracowitego
życia, by to zadanie wypełnić, zdołał tylko naświetlić
genezę, kształtowanie się i perspektywy kapitalistycz­
nego sposobu wytwarzania i tylko tu i ówdzie margine­
sowo poruszyć niektóre problemy i innych formacji).
Metoda, którą Marks zastosował do swych badań, to
metoda dialektyczna pogłębiona i przystosowana do ba­
dań nad zjawiskami historyczno-społecznymi. Nurty
myśli ekonomicznej orientacji niemarksistowskiej z re­
guły nie przywiązują wagi do społecznych aspektów
gospodarczej rzeczywistości, podrzucając badanie tych
aspektów socjologom (którzy notabene wątki te — jeśli
nawet podejmują — traktują po macoszemu). Przed­
miotem dociekań ekonomistów tej orientacji są przede
wszystkim prakseologiczne aspekty działalności gospo­
darczej i próby kwantyfikacji zjawisk ekonomicznych.
Zakres dociekań zostaje zawężony do badania występu­
jących cenowych relacji w procesie wymiany dóbr
i usług, do badania roli inwestycji we wzroście gospo­
darczym czy sposobów podejmowania wyborów i decy­
zji ekonomicznych pod kątem maksymalizacji zysków.
Odnośnie do metody dociekań, to przy braku dostatecz­
nego zaplecza epistemologicznego i metodologicznego
lub też wskutek całkowicie agnostycznej postawy miej­
sce metod dociekań zajmują coraz bardziej wyrafino­
wane techniki badań, które pozwalają na gromadzenie
coraz większej mnogości szczegółów, z którymi ci ekono­
miści nie bardzo wiedzą, co robić.
Kategorie ekonomiczne służące Marksowi za punkty
orientacyjne w rozważaniach nie stanowią czysto myś­
lowych, dowolnych konstrukcji, wyprowadza je on bo­
wiem z rzeczywistości, jako zogniskowane jej odbicia.
Kategorie są traktowane nie jako proste uogólnienie,
lecz jako kwintesencja zjawisk gospodarczych, ich wza­
jemnych relacji, odzwierciedlenie ich istoty. Takie kate­
gorie ekonomiczne pozwalają ujmować zjawiska gospo­
darcze zarówno in statu nascendi, jak i w kolejnych fa­
zach przemian. Operując kategoriami, Marks nie oddala
się od rzeczywistości, nie ucieka w świat fikcji, lecz
zyskuje możność korelowania esencji i egzystencji zja­
wisk, a więc i rozumienia powiązań kauzalnych i struk­
turalnych między zjawiskami o zmiennym charakterze.
Formułując z kolei prawa ekonomiczne, Marks artyku­
łuje je tylko jako historyczne prawidłowości torujące
sobie drogę przez przypadkowości, Marks przy tym jest
świadom, że prawa te maią wymiary historyczne i do­
tyczą przede wszystkim określonego historycznego spo­
sobu wytwarzania uzależnionego od rozwoju sił wy­
twórczych, a więc określonej formacji społeczno-gospo­
darczej. Marks nie stwarza przepaści między logicznym
a historycznym ujmowaniem gospodarczej rzeczywis­
tości. Związek logicznego i historycznego wyraża się w
dociekaniach Marksa w tym, że punktem wyjścia są dla
niego fakty historyczne, ale fakty, które w globalnym
ujęciu mówią o związkach istotnych i nieistotnych
(przypadkowych), są przez Marksa selekcjonowane, w
rezultacie czego otrzymuje łańcuch logiczny odsiewa­
jący przypadkowości4.
4 „Historia rozwija się często w skokach i zygzakach i trzeba
by wszędzie iść za nią, wskutek czego należałoby nie tylko

123
W rozważaniach ekonomistów-niemarksistów nie za­
akceptowano ani ujęcia przedmiotu, ani zakresu i metod
stosowanych przez Marksa. Kategorie ekonomiczne
traktują oni jako proste generalizacje, uogólnienia, pra­
wa zaś jako funkcjonalne współzależności w ramach
stabilnych struktur, które tylko w wyniku egzogenicz-
nych perturbacji mogą ulegać zmianom, ale i wówczas
istniejące, rzekomo samoczynnie działające stabilizato­
ry przywracają prędzej czy później zakłóconą równo­
wagę. Są to diametralnie różne sposoby ujmowania zja­
wisk ekonomicznych i przerzucenie pomostu między
ekonomią marksistowską a niemarksistowską jest nie­
możliwe. Nie dlatego, by marksiści nie doceniali potrze­
by rozważania aspektów prakseologicznych życia gospo­
darczego i nie brali pod uwagę w konkretnym działaniu
gospodarczym konieczności ustalania różnych proporcji
(zwłaszcza w planowaniu) i podejmowania zabiegów
kwantyfikacyjnych tam, gdzie to jest możliwe, ale
dlatego, że te aspekty noszą pochodny charakter, i pra­
widłowe ustawienie problematyki prakseologicznej
i kwantyfikacyjnej nie może być zawieszone w próżni,
a przeciwnie, musi być dopasowane do historycznych
i społecznych warunków gospodarowania.
Już wczesna publicystyka Marksa wskazywała, jak
przenikliwie rozszyfrowywał problemy, które brał na

uwzględnić wiele rzeczy mniej ważnych, lecz często przerywać


bieg myśli (...), metoda logiczna (...) jest w istocie niczym innym
jak metodą historyczną, tylko uwolnioną od przypadkowości. Od
czego się zaczyna historia, od tego musi również zacząć tok myśli,
a dalszy jego rozwój nie będzie niczym innym jak odzwiercie­
dleniem procesu historycznego w abstrakcyjnej i teoretycznie
konsekwentnej formie; odzwierciedleniem poprawionym, lecz
poprawionym według praw danych nam przez sam rzeczywisty
proces historyczny, gdyż każdy moment można rozważać w tym
punkcie jego rozwoju, w którym osiąga on zupełną dojrzałość
i klasyczną formę” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 13, Warszawa
1966, s. 551).

124
swój warsztat, także wczesne prace Marksa (Krytyka
heglowskiej filozofii prawa, Rękopisy ekonomiczno-filo -
zoficzne z 1844—1946, Tezy o Feuerbachu, Święta Ro­
dzina, Niemiecka ideologia i inne pomniejsze) stanowiły
przykład twórczego zastosowania metody dialektycznej
do zagadnień społeczno-historycznych. Nędza filozofii.
Praca najemna i kapitał, epigramatyczny Manifest ko­
munistyczny, Walki klasowe we Francji, 18 brumaire’a
Ludwika Bonaparte to dalsze wzory głębi Marksowskiej
analizy procesów społecznych. Apogeum tej metody do­
ciekań prezentuje Kapitał. Analizą kapitalistycznego
sposobu produkcji Marks zajmował się wiele lat, co zna­
lazło odbicie w licznych pracach przygotowawczych dc
tego dzieła. Szczególne znaczenie mają manuskrypty
powstałe od października do marca 1858, pokazują one
bowiem warsztat Marksowski, wydane drukiem dopiero
w latach 1939—1941 pt. Grundrisse der Kritik der poli-
tischen Okonomie (Zarys krytyki ekonomii politycznej,
Warszawa 1985). Już w tych rękopisach Marks zawarł
krytykę iluzji drobnomieszczańskich na temat pieniądza,
refleksje na temat jakościowych i ilościowych różnic
między wartością a ceną, scharakteryzował dwoistą isto­
tę towaru, ujawnił istotny sens fetyszyzmu towarowego,
naświetlił problemy jedności produkcji i wytwarzania
wartości, oświetlił sposoby przenoszenia wartości i two­
rzenia nowej, rozgraniczył kapitał na stały i zmienny,
pokazał mechanizm przekształcania się stopy wartości
dodatkowej w stopę zysku i tworzenie ceny produkcji
tudzież poruszył wątki, które znalazły swe rozwinięcie
w Kapitale i Teoriach wartości dodatkowej.
Przyglądając się warsztatowi naukowemu Marksa,
można tylko wzruszyć ramionami, gdy przeciwnicy usi­
łują pomniejszyć jego rolę dlatego, że jest to pisarz
dziewiętnastowieczny, który nie mógł posługiwać się
współczesnymi technikami badawczymi. Współcześni
krytycy Marksa nie rozumieją sensu dociekań ekono-

125
micznych, choć dysponują tylko „empty box of tols”,
pragną pomniejszyć rolę przełomu Marksowskiego, któ­
ry polegał na wyeksponowaniu społecznych i historycz­
nych aspektów gospodarowania. Krytycy Marksa nie
rozumieją, że z oglądu zjawisk ekonomicznych otrzymu­
jemy tylko — prima jacie — chaotyczną i ruchliwą mo­
zaikę, z której dopiero drogą refleksji możemy wyłuskać
punkty orientacyjne, a za ich pomocą formułować ka­
tegorie i prawa ekonomiczne dające zrozumienie rzeczy­
wistości gospodarczej na danym etapie jej rozwoju.
Warsztat naukowy Marksa pokazuje, że Marks traktuje
konkret jako jedność różnorodności stosunków, relacji,
wzajemnych zależności występujących w realnym świe­
cie, a więc mających swe historyczne miejsce, droga
wiodąca Marksa od oglądu do konkretu (poznanej i zro­
zumianej rzeczywistości) prowadzi poprzez myślowe
wyprowadzanie z materiału faktograficznego nie pros­
tych generalizacji, lecz kategorii, ogniskowych skupia­
jących najistotniejsze współzależności tkwiące w tym
faktograficznym materiale, i właśnie za pomocą ta­
kich soczewek Marks pnie się w swych rozważaniach ku
realiom aktualnego życia gospodarczego, już nie ogląda­
nego tylko czy nawet szczegółowo opisywanego, lecz
rozeznanego myślowo w jego wewnętrznej strukturze
i dynamice, w taki więc sposób pierwotny ogląd prze­
kształca się w zrozumiały konkret. Tylko też na tej dro­
dze mógł Marks wydobyć prawa rozwoju życia go­
spodarczego. Czy takie podejście do zjawisk społeczno-
-ekonomicznych może uznać za przestarzałe?!
Umysł Marksa ogarniał niezwykle szeroki horyzont,
Marks przy zastosowaniu metody dialektycznej mógł
jak nikt z jego współczesnych oświetlić szereg proble­
mów w wadze prospektywnej. Kiedy się czyta dziś w
Grundrisse... słowa wypowiedziane na temat skutków
postępu naukowo-technicznego, tkwiących w nim mo­
żliwości dalszej humanizacji ludzkiej pracy, a także na

126
temat skutków nie kontrolowanego rozwoju techniki,
można śmiało stwierdzić, że znawcy ekologii tudzież pi­
sarze zajmujący się problematyką rozwoju naukowo-
-technicznego mogliby się od „dziewiętnastowiecznego”
Marksa jeszcze wiele nauczyć. Dotyczy to i innych pro­
blemów. Nie miejsce tu na omawianie bogactwa treści
życiowego dzieła Marksa — Kapitału, ale trzeba pod­
kreślić, że Marks dał tu nie tylko głęboką analizę gene­
zy i kształtowania się kapitalizmu, ale także wzór na­
ukowej analizy zjawisk ekonomicznych.
Myśl ekonomiczna orientacji niemarksistowskiej po­
dążała innymi drogami nie dlatego, że marksistowska
ekonomia nie zawierała naukowych walorów, ale dla­
tego, że z analizy Marksowskiej płynęły daleko idące
polityczne implikacje wskazujące na przejściowy cha­
rakter formacji kapitalistycznej. W jawnej i niejaw­
nej walce z marksizmem poczęto nawet przezbrajać
myśl niemarksistowską, gdy okazało się, że teoria kosz­
tów produkcji, która miała wyprzeć Marksowską teorię
wartości, okazała się naukowym niewypałem. Pod pre­
tekstem unowocześnienia badań ekonomicznych myśl
orientacji niemarksistowskiej poczęła w latach 70-ych
ubiegłego stulecia sięgać do psychologii, matematyki
czy historii gospodarczej. Sferę realizacji i rynkową
wymianę uznano za jedynie zasadny punkt wyjścia
rozważań ekonomicznych, a równania matematyczne
i różnego rodzaju funkcje za jedynie „naukowy” sposób
prezentacji wywodów. Za suwerena rynku został uzna­
ny „neutralny” konsument. W ślad za tym poczęto roz­
patrywać problematykę gospodarczą przez pryzmat
indywidualnych subiektywnych motywów i na czoło
poczęto wysuwać rolę wartości użytkowej. Hedonizm,
egoizm, rzadkość dóbr, traktowanie instytucji społecz­
nych jako czynników pozaekonomicznych (parametry,
daty), uznanie tylko analizy strukturalno-funkcjonalnej
za jedynie naukowo uzasadnioną (kauzalizm poczęto po-

127
rówywać do animizmu — Marshall, Pareto!) — wszyst­
ko to stało się gruntem, na którym opierały się różne
odmiany myśli niemarksistowskiej zgodne tylko w ata­
kach na marksizm. Zadania naukowe schodzą teraz
na plan dalszy, bo cały wysiłek kieruje się na pole­
mikę z marksizmem i dowodzenie, że kapitalizm,
prywatna własność środków produkcji i inicjatywa pry­
watna są jedynie racjonalnymi podstawami gospoda­
rowania.
W ostatnich dziesiątkach lat XIX w. i na przełomie
XX w. wyraźnie zaznaczają się dwa główne nurty w
myśli niemarksistowskiej — przedstawiciele jednego
skłaniają się coraz bardziej do modelowego ujmowania
zjawisk ekonomicznych i do rozważań, jak w hipote­
tycznych warunkach będzie postępować wyimaginowa­
ny homo oeconomicus, kierujący się zasadą minimalizo­
wania kosztów i osiągania maksymalnych efektów,
przedstawiciele drugiego nurtu, mającego zresztą zna­
cznie mniejszy zasięg oddziaływania, ograniczają się
właściwie do drobiazgowych badań z zakresu historii
gospodarczej, by na tej drodze zrozumieć powstanie
takich czy innych instytucji gospodarczych. Jeśli ekono­
miści pierwszego nurtu przykładają nadmierną wagę
do psychologii indywidualnej i usiłują z reakcji jedno­
stek gospodarczych wyciągać wnioski dotyczące kształ­
towania się podaży i popytu czy cen, to drudzy szukają
z kolei „ducha narodu”, jako czynnika decydującego
0 sposobie gospodarowania różnym u różnych narodów
Pomimo pozornych różnic nurt „subiektywny” jak
1 „historyczny” mają ze sobą wiele wspólnego, w obu
nurtach przedmiotem zainteresowania jest zachowanie
się ludzi w związku z gospodarowaniem, oba kierunki
lekceważą też twierdzenie o istnieniu obiektywnych
praw ekonomicznych. Zadania, jakie stawiają sobie
oba nurty, rozpadające się zresztą na wiele odcieni, to
badanie motywacji i zachowań ludzkich, jako rzeko-

128
mo jedynego źródła zrozumienia procesów ekonomicz­
nych.
Kierunek subiektywny reprezentowali w XIX w.
K. Menger, L. Walras i W.S. Jevons. Pierwszy zapusz­
cza się w dość dyletancki sposób w gąszcze psycholo­
gicznych zawiłości, przy czym tworzy sztuczne kon­
strukcje preferencji konsumenckich, różne karkołomne
koncepcje rozliczeń, by w końcu utknąć na martwym
punkcie. Drugi poszukując cen równowagi oraz równo­
wagi ogólnej konstruuje zestaw równań i nierówności,
łudząc się, że za ich pomocą dotrze do mechanizmów
kształtujących równowagę podaży i popytu zarówno po­
szczególnych dóbr, jak i kapitału; punkty przecinania się
różnych funkcji obrazowane na różnych, coraz bardziej
skomplikowanych modelach mają tu spełniać rolę heu­
rystyczną. U trzeciego splatają się zarówno tendencje
do psychologizowania, jak i do matematyzacji rozważań.
(Do prac Mengera nawiążą później E. Bohm-Bawerk
i F. Wieser, do Walrasa V. Pareto, a do Jevonsa —
A. Marshall. Kierunek historyczny znajdzie natomiast
głównego orędownika w osobie G. Schmollera, do któ­
rego na gruncie amerykańskim nawiązywać będzie
J. B. Clark). Do tych pisarzy będą nawiązywać i ekono­
miści XX w., popadając jednocześnie w coraz większy
eklektyzm. Teoria użyteczności krańcowej, a później
także krańcowej produkcyjności, rzadkość dóbr i po­
szukiwania równowagi gospodarczej stały się głównymi
wykładnikami postaw badawczych ekonomistów orien­
tacji niemarksistowskiej po dzień dzisiejszy.
Skupiając całą uwagę na wymienialności dóbr i usług,
stosując najrozmaitsze algorytmy matematyczne, kie­
runek subiektywny ogranicza się do dość wątpliwych
recept odnośnie do wyborów i decyzji w określonych
warunkach. Przyjmując preferencje za dane, zasoby
dóbr za stałe (które tylko można transformować, a nie
pomnażać), nieprzejrzystość rynku za źródło wahań cen,

9 — M a rk s a w s p ó łc z e sn a m y śl... 129
zwolennicy nurtu subiektywnego łudzą siebie i innych,
że drogą wyliczeń będzie można ex antę ustalić kieru­
nek tworzenia się równowagi, która w realnym życiu
kształtuje się dopiero w wyniku prób i błędów.
Pozornie na drugim biegunie znalazła się „szkoła hi­
storyczna”, rozpadająca się też na wiele odcieni. W jej
ramach znalazł się pisarz wart odrębnego potraktowa­
nia — Max Weber. Opracował on fikcyjny konstrukt,
tzw. typ idealny, który miał ułatwić porządkowanie zja­
wisk społecznych i pozwolić na ustalenie odchylania się
realnych zjawisk od tego skonstruowanego wzorca. We­
dług Webera nauki społeczne mogą pomagać tylko w
uchwyceniu specyfiki kulturowej i nic więcej.
Nie tu miejsce na szczegółowe rozpatrywanie i krytykę
twierdzeń różnych kierunków niemarksistowskich (czy­
nią to liczne podręczniki i monografie z zakresu historii
myśli ekonomicznej), tu idzie tylko o uwypuklenie tych
momentów, które pozostawiły trwały ślad i we współ­
czesnej myśli ekonomicznej orientacji niemarksistow-
skiej i które pokazują istotne różnice zdań, jakie stawia
sobie ekonomia marksistowska i niemarksistowska.
Tak więc J. B. Clark traktuje społeczeństwo jako
organizm, ale prawa rządzące tym organizmem ujmuje
tylko w płaszczyźnie praw moralnych. Istota gospoda­
rowania — jego zdaniem — pozostaje ta sama zarówno
w mikro-, jak i makroskali, różni się tylko stopniem
komplikacji. Rozgranicza on dobra kapitałowe i finalne,
przy czym dobra kapitałowe traktuje czysto rzeczowo
i odróżnia je od kapitału, który stanowi stały fundusz
dóbr kapitałowych, które mogą się zmieniać w swej po­
staci, ale nie wartościowo. Kapitał nabiera tu cech
abstrakcyjnych, staje się czynnikiem trwałym i pro­
dukcyjnym. Od J. St. Milla zapożycza Clark rozróżnie­
nie statyki i dynamiki gospodarczej, a za swój orygi­
nalny wkład poczytuje rozbicie pojęcia użyteczności
dóbr na wiązki użyteczności poszczególnych cech właś-

130
ciwych danemu dobru. Te sugestie -J. B. Clarka pozo­
stały trwałą argumentacją w rozumowaniu ekonomis­
tów orientacji niemarksistowskiej.
Nie sposób też nie wspomnieć o A. Marshallu, który
już jawnie redukuje ekonomię polityczną do ekonomii
przedsiębiorcy, czyniąc z niej wyraźnie teorię wyborów
ekonomicznych. Do pojęć użyteczności krańcowej do­
rzuca pojęcie krańcowego kosztu i krańcowego utargu,
próbuje mierzyć elastyczność reakcji jednostek gospo­
darujących, rozróżnia koszty stałe i zmienne, rozważa
problemy substytucji i komplementarności i w ogóle
eksponuje kalkulacyjne i kwantytatywne aspekty go­
spodarowania.
Na myśli ekonomicznej naszego stulecia w świecie ka­
pitalistycznym poważnie zaważył też J. M. Keynes,
który w obliczu kryzysu lat 1929—1933 wystąpił z po­
stulatami interwencjonizmu i więcej uwagi poświęcił
problematyce makroekonomicznej. Nie atakując samej
struktury kapitalizmu, Keynes szuka czynników mogą­
cych przywrócić równowagę gospodarczą. Keynes za­
kwestionował twierdzenie, jakoby płaca równała się
krańcowej wydajności pracy, wyróżnił on obok bezro­
bocia „dobrowolnego” bezrobocie „frykcyjne”, operuje
wielkościami zagregowanymi, z których za szczególnie
ważny poczytuje dochód globalny. O kształtowaniu się
wysokości tego dochodu decydują — jego zdaniem —
prywatny popyt na dobra konsumpcyjne i usługi, popyt
zgłaszany przez przedsiębiorstwa na dobra inwestycyj­
ne, popyt zagraniczny i popyt ze strony państwa. Mię­
dzy skłonnością do konsumpcji a skłonnością do oszczę­
dzania (stanowiącą podstawę inwestycji) mogą jednak
zachodzić dychotomie obniżające inwestycje prywatne,
wówczas z inicjatywą powinno wystąpić państwo, któ­
rego inwestycje pociągną za sobą z kolei inwestycje
indukowane. Keynes opowiada się też za walutą mani­
pulowaną. Keynesowi popularność zjednały nie jego

131
wywody teoretyczne, lecz sugestie dotyczące wyjścia
z głębokiego kryzysu, nie darmo go też przezwano „le­
karzem pogotowia ratunkowego kapitalizmu”.
Inny typ rozważań prezentował Thorstein Veblen,
którego wpływy pozostawiły trw ały ślad w postępowej
myśli amerykańskiej. Był on nie tylko ekonomistą, lecz
również socjologiem. Społeczeństwo traktuje jak twór
rozwijający się pod wpływem doboru naturalnego
i procesów dostosowawczych. Nie uchodzą jego uwagi
takie zjawiska, jak przekształcanie się konkurencji w
monopole, cykliczność kryzysów, tworzenie się kapitału
fikcyjnego i wiele innych zjawisk, które dostrzegał
i Marks. Krytykuje współczesną myśl ekonomiczną, a w
szczególności kierunek subiektywistyczny, jej hedonis­
tyczną postawę i operowanie fikcją użyteczności krań­
cowej. Twierdzi, że człowiek w swej działalności gospo­
darczej kieruje się nie tylko potrzebami wirtualnymi,
lecz również nawykami, naśladownictwem, tradycją
i pragnieniem dorównania innym. Twierdzi nadto, że
pod wpływem zmian w technologii następują również
zmiany w psychice ludzkiej. Za główne zadanie ekono­
mii poczytuje badanie genezy i procesów kształtowania
się instytucji mających znaczenie dla życia gospodar­
czego. Dowodzi, że dotychczasowa ekonomia uprzedmio-
tawiała stosunki międzyludzkie, gdyż opierała się na
fałszywych przesłankach wyjściowych, zdradzając prze­
de wszystkim statyczny, teleologiczny i taksonomiczny
sposób podchodzenia do analizy procesów ekonomicz­
nych. Kapitalizm poczytuje za „kulturę pieniężną”, któ­
ra pozbawia człowieka instynktu tworzenia, rodzi zby­
tek i próżniactwo, niskie wyrachowanie i drobiazgową
kalkulację oraz dążność do posiadania władzy. Wszyst­
ko to zaś rodzi nowoczesne barbarzyństwo. Sugestywny
w swej krytyce Veblen nie znajduje jednak dróg wyj­
ścia z impasu i popada w determinizm technologiczny,
galwanizując niektóre sugestie Saint-Simona.

132
Wskazanie niektórych przynajmniej wątków wystę­
pujących w kształtowaniu się myśli ekonomicznej ma
swe uzasadnienie w tym, że jak uczy doświadczenie,
„umarły ciągnie żywego”, przeszłe dzieje myśli ekono­
micznej ciążą i na myśli współczesnej. Ponieważ myśl
ekonomiczna jest w gruncie rzeczy dzieckiem kapitaliz­
mu, ten typ stosunków wycisnął na niej swe piętno, i to
bez względu na to, czy poszczególni ekonomiści afirmo-
wali stosunki kapitalistyczne, czy się im w takiej czy
innej formie przeciwstawiali. Jak długo kapitalizm sta­
nowił formację relatywnie postępową, tak długo jego
przeciwieństwa nie pociągały za sobą gwałtownych re­
perkusji. Jednak między kapitalizmem epoki manufak­
tury i kapitalizmem epoki fabryk zaszły znaczne różnice.
Niemniej myśl ekonomiczna widziała nadal swe zadanie
w poszukiwaniu dróg, jak możliwie najlepiej urządzać
swe bytowanie w ramach istniejącego systemu, który
może mieć takie czy inne mankamenty, ale jest najlep­
szym z możliwych. Tylko nieliczni myśliciele wybiega­
jący daleko naprzód zdawali sobie sptawę z przejścio-
wości kapitalistycznych stosunków. Sytuacja uległa
zasadniczej zmianie,, gdy sprzeczności kapitalistycznego
sposobu wytwarzania zaczęły w sposób ostry dawać
0 sobie znać, gdy cykliczne kryzysy gospodarcze i coraz
większy wyzysk mas pracujących zmuszały do głęb­
szych refleksji, musiało to, oczywista, znaleźć odbicie
1 w myśli społeczno-ekonomicznej.
Zadania teorii ekonomicznej ulegały i ulegają więc
zmianie, zmienia się w związku z tym i przedmiot, i za-,
kres, i metody dociekań ekonomicznych. Eksponowano
jedne, a zaniedbywano inne aspekty życia gospodarcze­
go, nie umiano, czy nie chciano ujmować procesów go­
spodarczych w społecznym i historycznym kontekście 5,
5 „Aby rzeczywiście znać przedmiot, należy ogarnąć, zbadać
wszystkie jego strony, wszystkie związki i punkty styczności.
Nigdy nie osiągniemy tego w pełni, ale postulat wszechstron-

133
zadowalano się z reguły rozważaniami ewokowanymi
doraźnymi potrzebami klas mających dominujący
wpływ na życie gospodarcze, i tylko na peryferiach ofi­
cjalnej myśli ekonomicznej pojawiały się koncepcje po­
dające w wątpliwość zasadność takiego ujmowania.
Skoro życie gospodarcze w każdej epoce stanowi pod­
stawę ludzkiego bytowania, to sprawą chyba niewątpli­
wą jest, że formy tego bytowania powinny budzić głów­
ne zainteresowanie, gospodarowanie bowiem stanowi
zespół czynności wykonywanych zawsze w takiej czy
innej zbiorowości, czy będzie to gromada zbieraczy
i łowców w stanie dzikości, czy będzie to gospodarka
rodziny oparta na pomocy sąsiedzkiej, czy gospodarka
latyfundialna oparta na pracy niewolniczej czy pań­
szczyźnianej, czy gospodarka towarowo-pieniężna w
drobnotowarowej czy kapitalistycznej postaci, czy
wreszcie gospodarka oparta na nowoczesnych socjalis­
tycznych formach współdziałania. Okazuje się jednak,
że w rozważaniach ekonomicznych przez długie wieki
nie zaprzątano sóbie głowy społecznymi aspektami go­
spodarowania, przyjmowano je jako dane, bez docieka­
nia, jaka jest ich geneza i w jakim stopniu wpływają
one na sam sposób gospodarowania, tylko tu i ówdzie
dotykano marginesowo i nader pobieżnie tej problema­
tyki (np. próby Arystotelesa rozgraniczenia gospodarki

ności ustrzeże nas od błędów i od skostnienia” (W. Lenin, Dzieła,


t. 32, Warszawa 1956, s. 84—85); „(...) rzeczą najważniejszą (...)
jest pamiętać o podstawowym związku historycznym, ujmować
każde zagadnienie z punktu widzenia tego, jak dane zjawisko
powstało w historii, jakie główne etapy przechodziło w swym
rozwoju, i badać z punktu widzenia tego rozwoju, czym dana
rzecz stała się obecnie” (W. Lenin, Dzieła, t. 29, Warszawa 1956,
s. 469); „(...) myślenie polega w równym stopniu na rozkładaniu
przedmiotów świadomości na ich elementy, co na łączeniu przy­
należnych do siebie elementów w jedność” (K. Marks, F. Engels,
Dzieła, t. 20, Warszawa 1972, s. 45).

134
typu chrematystycznego — obliczonej na zysk — oraz
gospodarki ojkonomosowskiej — obliczonej na zaspoko­
jenie własnych potrzeb). Od chwili, gdy zaczęto zasta­
nawiać się nad sprawami gospodarowania, w mniejszym
lub większym stopniu kierowano się przede wszystkim
względami utylitarnymi. W starożytności i w średnio­
wieczu silna była potrzeba uzyskiwania porad opartych
na doświadczeniu (taką rolę spełniały prace Katona,
Warrona czy Kolumeli, a u nas w średniowieczu Gospo­
darstwo Anzelma Gostomskiego jako książka „o sku­
tecznym rad sposobie”), jeśli nawet podejmowano szer­
szą problematykę, to w aspekcie tylko moralno-etycz-
nym (Tomasz z Akwinu). W miarę jak kapitał kupiecki
zyskiwał dominację, typ rozważań o charakterze kon­
sultacyjnym przenosił się też na sprawy rynku, kredy­
tu, zbytu itp.; dopiero klasycy ekonomii politycznej
podjęli próbę ujęcia problematyki ekonomicznej w sze­
rokim całokształcie, ale też nie w ujęciu historycznym,
lecz pod kątem bogacenia narodu, w istniejących ra­
mach instytucjonalnych. Tylko utopijni socjaliści pró­
bowali wyjść poza aktualny system społeczno-gospodar­
czy, ponosiła ich jednak wyobraźnia daleka od nauko­
wej analizy. Słuszne skądinąd hasło, by nauka służyła
praktyce, brane było w sposób dosłowny i zawężony.
Zadaniem nauki, a więc i ekonomii, jest niewątpliwie
służyć praktyce, ale nie jest to tylko bezpośrednie prze­
kazywanie nagromadzonego empirycznie doświadczenia.
Nauka służy praktyce nie przez dawanie gotowych re­
cept i dyrektyw, lecz poprzez wykrywanie prawidło­
wości, na których podstawie ludzie odnajdują możliwoś­
ci skutecznej działalności; przeto nauka ma nie bezpo­
średnio dyrektywny charakter, lecz jest drogowskazem
elastycznego, dostosowanego do realnych, lecz zmienia­
jących się warunków działania.
Zrozumienie tak pojętego zadania ekonomii kazało na
siebie czekać do przełomu w naukach społecznych do-

135
konanego przez Marksa, nie stało się jednak udziałem
wszystkich nurtów i współczesnej myśli ekonomicznej.
Współczesna myśl ekonomiczna orientacji niemarksis­
towskiej przyjmuje, generalnie rzecz biorąc, że ustrój,
instytucje społeczne, kultura itp. to w stosunku do roz­
ważań ekonomicznych zagadnienia natury zewnętrznej,
ekonomiści nie mają potrzeby nimi się zajmować, są to
„daty”, „parametry” wyznaczające ramy, w których
musi funkcjonować dana gospodarka, może to odgry­
wać mniej czy bardziej istotną rolę w polityce gospo­
darczej, ale dla teorii ekonomicznej jest jakoby bez zna­
czenia. Zadaniem ekonomii w takim ujęciu jest tylko
rozpatrywanie, jak przy danych, lecz ograniczonych
środkach, a wielorakich celach dysponować tymi środ­
kami, by osiągać optymalne efekty. Ekonomiści ci, cho­
ciaż głoszą obojętność w stosunku do „dat”, faktycznie
w rozważaniach swych liczą się wyłącznie z kapitalis­
tycznym sposobem wytwarzania, obdarzają bowiem
podmioty gospodarowania wszystkimi cechami znamio­
nującymi kapitalistycznego przedsiębiorcę i nawykłego
do kapitalistycznych stosunków konsumenta. Central­
nym punktem ich rozważań pozostaje rynek, nawet je­
śli zagadnieniom inwestycji poświęca się więcej miejsca
niż dawniej. A więc zadanie tak rozumianej teorii eko­
nomii to tylko enumerowanie sytuacji (cases), w któ­
rych jednostki gospodarujące powinny się tak czy ina­
czej zachowywać; ekonomia zostaje w coraz większym
stopniu sprowadzana do tzw. marketingu, nawet jeśli
dla dekoracji podejmuje się rozważania na temat wzros­
tu gospodarczego. Tylko myśl marksistowska w dobie
współczesnej zwraca baczną uwagę na społeczny kon­
tekst gospodarowania i pozostaje podstawą teorii rozwo­
ju społecznego, stawiając sobie za zadanie ujawnienie
tendencji i przeciwtendencji rozwojowych, bez których
rozeznania wszelkie poczynania natury prakseologicznej
stają się czysto woluntarystyczne.

136
Zadania każdej nauki są poznawczej natury, poznanie
naukowe jest jednak ukierunkowane zawsze w jakimś
stopniu potrzebami ludzkości. W dobie współczesnej
bardziej niż w ubiegłych epokach zadaniem nauk eko­
nomicznych staje się ukierunkowywanie praktyki życia
gospodarczego, skoro zarówno w wyniku rosnącego
interwencjonizmu państwowego, jak i konieczności pro­
gramowania współzależnych działań, potrzeby dokony­
wania wyborów i decyzji w makroskali bez busoli, jaką
powinny być nauki ekonomiczne, dokonywanie prawi­
dłowych diagnoz i prognoz staje się wręcz niemożliwe.
Więź nauk ekonomicznych z praktyką, ich nie tylko po­
znawcza, ale i instrumentalna rola staje się coraz bar­
dziej oczywista nawet dla ekonomistów orientacji nie-
marksistowskiej; przeszkodą jednak w tworzeniu ścisłej
spójni między praktyką a kierunkiem podejmowanych
badań stała się serwilistyczna skłonność wielu ekono­
mistów nie tylko do obrony status quo, ale i idealizo­
wania panujących stosunków społeczno-gospodarczych.
Pilnym zadaniem współczesnej myśli ekonomicznej jest
uchwycenie w życiu gospodarczym tendencji i przeciw-
tendencji, ocena siły poszczególnych wektorów oddzia­
łujących na życie gospodarcze i tworzących się w sa­
mym życiu gospodarczym, czyli wykrywanie możliwoś­
ci natury obiektywnej i subiektywnej, które może
i powinna ludzka aktywność wcielać w życie, by pełniej
zaspokajać indywidualne i zbiorowe potrzeby wszyst­
kich członków społeczeństwa.
Rozdział V

STAN WSPÓŁCZESNEJ MYŚLI


EKONOMICZNEJ ORIENTACJI
NIEMARKSISTOWSKIEJ

Współczesność jest pojęciem bardzo nieokre­


ślonym i rozciągliwym, trudno zakreślić jej wyraźne
granice. We współczesności współżyją różne elementy
— rudymenty przeszłości i różne zawiązki jutra. Odbi­
ja się to również w myśli ekonomicznej. Za współczesną
myśl ekonomiczną będziemy czysto umownie uznawali
myśl z drugiej połowy naszego stulecia, ale myśl ta jest
jeszcze ciągle głęboko zakotwiczona w 70-ych latach
ubiegłego wieku, gdy nastąpiło jej teoretyczne prze-
zbrojenie w walce z marksizmem.
Różnorodność widzenia tych samych zaszłości społecz­
no-gospodarczych przez badaczy o różnym nastawieniu
światopoglądowym i politycznym (klasowym) powoduje
różną interpretację tych zjawisk i różne eksponowanie
takich czy innych aspektów zjawisk ekonomicznych.
Nie tylko racje naukowe, ale i emocje mają wpływ na
formowanie się takich czy innych koncepcji teoretycz­
nych, nauki społeczne nie są bowiem wolne od ocen
aksjologicznych, stąd dostrzeganie lub niedostrzeganie
wielu spraw pod kątem bądź afirmowania istniejącego
układu, bądź jego negowania.
Dlatego badając współczesne (zresztą nie tylko współ­
czesne) teorie ekonomiczne, nie można się ograniczać do
analizowania wewnętrznej ich spójności czy elegancji
formy. By stwierdzić zasadność jakiejś teorii ekono­
micznej, trzeba mieć na uwadze i intencje jej autorów,

138
albowiem nawet najbardziej sformalizowane koncepcje
mają intencjonalny podtekst, co pociąga za sobą okre­
ślone implikacje nie tylko naukowej natury. Myśl eko­
nomiczna nie rodzi się w światopoglądowej i ideowej
próżni. Źródła współczesnej myśli ekonomicznej tkwią
wprawdzie w konkretnej powojennej rzeczywistości, ale
w zależności od zaangażowania naukowca po tej czy
tamtej stronie barykady społecznej nawiązuje on do ta­
kich czy innych źródeł. We współczesnej myśli ekono­
micznej orientacji niemarksistowskiej istnieje duży
wachlarz różnych teorii, ale po bliższym przyjrzeniu
okazuje się, że galwanizują one niekiedy już dawno
przebrzmiałe stare koncepcje, tyle że pomalowane na
nowy kolor i adaptowane do nowej sytuacji.
Współczesność tworzą ludzie biorący aktywny udział
w kształtowaniu bieżącej rzeczywistości oraz przyszłe­
go jutra. Na współczesność składa się wszystko, co sta­
nowi treść obecnego bytowania, ale nasz dzień dzisiejszy
jest uwarunkowany kulturą, tradycją i wychowaniem,
niezależnie, czy radzi byśmy ten spadek zachować, czy
buntować się przeciwko niemu, bieżące potrzeby i daw­
ne ciągoty splatają się wzajemnie. Przedziały wieku od­
grywają niewątpliwie rolę, ale nie deecydującą, tzw.
konflikt pokoleń jest w dużej mierze zasłoną kryjącą
powszechne niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy.
W literaturze zachodniej poświęca się zbyt wiele miej­
sca odrębności mentalności współczesnej młodzieży,
mówi się wręcz o „młodzieżowej subkulturze” i wma­
wia się młodzieży „bunty bez powodu”. Tymczasem nie
chce się tu widzieć, że młodzież jest integralną cząstką
społeczeństwa, w którym żyje, i niezależnie od tego, że
chłonie pewne zjawiska szybciej, to reaguje na to, co
niesie jej epoka. Nie jest prawdą, że istnieje jakiś po­
nadczasowy konflikt między starym i nowym pokole­
niem. To, co chętnie określa się na Zachodzie „buntem
młodych”, ma nie biologiczne, lecz społeczne, klasowe

139
podłoże. Młodzież jak całe społeczeństwo jest rozwar-
stawiona. „Młodzi” oddzielają się od „starych” tylko
wówczas, gdy „starzy” rezygnują z walki o inne jutro.
Dlatego nie wiek autorów teorii decyduje o postępowoś­
ci lub reakcyjności ich wywodów.
Współczesność nie jest tylko negacją przeszłości, lecz
i kontynuacją przeszłości; jest także nośnikiem przy­
szłości. Ponieważ żadne społeczeństwo nie jest monoli­
tem, to i ekonomiści parający się nauką też nie mają
jednakich poglądów ani w życiu codziennym, ani w roz­
ważaniach naukowych, które zawsze w jakiś sposób
z ich światopoglądem są związane x. Stąd właśnie teorie
różniące się między sobą zarówno merytorycznie, jak
i sposobem dociekań. Doba współczesna pozostaje pod
przemożnym wpływem dwóch przeciwstawnych syste­
mów polityczno-społeczno-gospodarczych. Współistnie­
nie kapitalizmu i socjalizmu wywiera różne skutki nie
tylko w sferze działalności politycznej, rzutuje też na
kształtowanie się ludzkich mentalności, a to pociąga da­
leko idące implikacje w naukach społecznych, w tym
i ekonomicznych. We współczesnej myśli ekonomicznej
linia podziału między myślą marksistowską a niemar-
ksistowską istnieje nadal, chociaż tu i ówdzie niektórzy
świadomie lub nieświadomie głoszą konwergencję, jaką
eufemistycznie przesłania się zwykły eklektyzm. Ocenić
stan współczesnej myśli ekonomicznej można też tylko
w ciągłej konfrontacji tych dwóch przeciwstawnych
nurtów, marksistowskiego i niemarksistowskiego, nie
pomijając oczywiście różnic zachodzących między róż­
nymi odcieniami. Zarówno we współczesnym ustroju
socjalistycznym, jak i kapitalistycznym programowanie
współzależnych działań odgrywa coraz większą rolę

1 „Odmienne umiejscowienie się w polu historyczno-społecz­


nym pociąga za sobą różną optykę poznawczą (...)” (K. Mannheim,
Ideologie imd Utopie, Frankfurt a/Mein 1952, s. 71).

140
(z tym że w gospodarce socjalistycznej planowanie sta­
nowi integralny komponent!), a burzliwy postęp nauko­
wo-techniczny na całym globie ziemskim rzutuje na
sposób ludzkiego bytowania. Znajduje to swe odbicie
także w kształtowaniu się współczesnej myśli ekono­
micznej, która staje w obliczu szeregu nowych proble­
mów.
Współczesna myśl ekonomiczna orientacji niemar­
ksistowskie j nie zdołała jednak zerwać pępowiny wią­
żącej ją z kierunkami okresu międzywojennego, a zwła­
szcza z keynesizmem. Z drugiej strony przeważająca
część tych ekonomistów coraz bardziej zawęża swe za­
interesowania do rozważań na temat decyzji i wyborów
ekonomicznych 2. Ani pod względem teoriopoznawczym,
ani metodologicznym, ani merytorycznym współczesna
myśl ekonomiczna niemarksistowska nie może zaimpo­
nować, chociaż elegancją formy, ornamentyką matema­
tyczną usiłuje nadać sobie pozory nowoczesności. Spory,
w jakie obfituje literatura ekonomiczna Zachodu, doty­
czą raczej sposobu, jak badać zjawiska, niż samych zja­
wisk. W rezultacie problemy ekonomiczne są rozwiązy­
wane w praktyce pragmatycznie, a teoria błąka się w

2 „(...) Redukowanie ekonomii do czystej logiki decyzji nacelo-


wanej nie na wyjaśnianie określonych fenomenów społecznych,
ale na rozwiązywanie problemów racjonalnego zachowania
się (...)” stało się znamienne (H. Albert, Probleme der Theorie-
bildung, w: Theorie und Realitat, Tubingen 1964, s. 11). „W na­
ukach ekonomicznych matematyczne zachwaszczenie przybrało
niemal rakotwórcze formy, co z powodu izolacji od praktyki (...)
prowadzi do całkowitej jałowości (...)” (H. E. Heyke, Uber die
Niitzlichkeit fiktiver Produktionsfunktionen, „Schmollers Jahr-
buch” 1968, zesz. 2, s. 154). „(...) ekonomia pomimo stałej i często
wnikliwej krytyki (...) w ciągu całej swojej historii była opano­
wana przez jedyny paradygmat — teorię równowagi gospodar­
czej tworzonej przez mechanizm rynkowy” (A. W. Coats, Is There
a Structure of Scientific Revolutions in Economics? „Kyklos”
1969, zesz. 2, s. 292.

141
czczych spekulacjach. Niepewność przyszłych warun­
ków, w jakich przebiegać mogą zjawiska gospodarcze,
powoduje, że w tych wąskich ramach, jakie narzuca so­
bie współczesna niemarksistowska myśl ekonomiczna,
czyni z niej teorię wyborów i decyzji, rozważania prze­
jawiają ogromną wahliwość, postęp techniczny i często­
tliwość zmian strukturalnych powodują, wskutek swego
nieliniowego charakteru, że przyjmowane założenia
muszą ciągle ulegać zmianie. W dłuższych horyzontach
czasowych branie pod uwagę niepewności popada w ko­
lizję z dążnością do aksjomatycznych wywodów. Wszy­
stko to rodzi różne kontrowersje, które jednak nie po­
suwają ekonomii niemarksistowskiej naprzód wobec
braku jasnego rozumienia założeń wyjściowych.
Przystępując do analizy współczesnej myśli ekono­
micznej orientacji niemarksistowskiej stajemy w obli­
czu jej niesłychanej merytorycznej szarzyzny i mate­
matycznej monotonii. Jest to myśl niemal obsesyjnie
skupiona na zagadnieniach wymiany, a kiedy w drugiej
połowie naszego stulecia poczęła eksponować problema­
tykę wzrostu gospodarczego, to i wówczas ujmowała to
zagadnienie przede wszystkim w płaszczyźnie wzajem­
nej wymienialności dóbr. Cechą znamienną współczes­
nej myśli ekonomicznej orientacji niemarksistowskiej
stało się modelowe rozważanie problemów ekonomicz­
nych. Od czasów Keynesa ekonomiści zachodni skłania­
ją się do makroekonomicznego ujmowania zjawisk, ale
czynią to połowicznie i niekonsekwentnie. Analiza Key-
nesowska, chociaż nosiła makroekonomiczny charakter,
nie podejmowała dociekań dotyczących długich hory­
zontów czasowych (in the long run). Teorie wzrostu go­
spodarczego usiłowały tę lukę wypełnić, już zresztą
w latach trzydziestych okresu międzywojennego
R. F. Harrod, E. D. Domar i E. Lundberg próbowali
uzupełnić analizę Keynesowską analizą niektórych ele­
mentów dynamiki gospodarczej.

142
Problem dynamiki gospodarczej zarysował się wy­
raźnie po drugiej wojnie światowej. Poczęto szukać od­
powiedzi na pytanie, jak wzrost dochodu globalnego
wpływa na rozmiar inwestycji (u Keynesa pytanie było
postawione odwrotnie!), próbowano wyliczyć, jaka sto­
pa wzrostu gospodarczego i jakie tempo wzrostu może
zapewnić pełne wykorzystanie mocy produkcyjny cli
oraz zapewnić pełne zatrudnienie czynników produkcji,
nie naruszając równowagi między rosnącą podażą a po­
pytem; słowem, szukano odpowiedzi na pytanie, jak
dostosować popyt do rosnącej podaży. W gruncie rzeczy
szło tu faktycznie o stary problem realizacji, tyle że w
nowych warunkach wzmożonej produkcji. Rozważania
te wywołane szybkim wzmożeniem produkcji i odroczo­
nym wojną popytem, a więc zjawiskami uwarunkowa­
nymi historycznie, próbowano niejako uwiecznić i przed­
stawić w postaci modelowej. Już Harrod, jeden z wcześ­
niejszych inspiratorów teorii wzrostu gospodarczego,
sugerował, że nie zakłócony wzrost gospodarczy będzie
możliwy tylko wówczas, gdy uda się zneutralizować
skutki postępu technicznego, a więc gdy uzbrojenie
pracy i jej wydajność będą wzrastać w jednakowym
tempie. Stopa wzrostu będzie rzekomo wówczas stała
i gwarantowana, jeśli osiągnięty zostanie pułap niezbęd­
ny dla absorbowania „oszczędności” (akumulacji).
Harrod w swych rozważaniach kładł nacisk na analizę
strony popytowej równowagi gospodarczej, pozostały
więc do rozważenia zagadnienia związane ze stroną po-
dażową równowagi ekonomicznej. W tym zakresie pod­
jął próby E. D. Domar. Domar starał się powiązać podaż
z przyrostem mocy produkcyjnych i potraktował podaż
jako funkcję inwestycji. Oba podejścia Harroda i Doma-
ra starano się w literaturze ekonomicznej scalić w po­
staci tzw. modelu Harroda—Domara, który miałby
egzemplifikować, w jakich warunkach wzrost globalny
dochodu umożliwia ogólny wzrost gospodarczy, w jakim

143
stopniu umożliwia on wzrost zatrudnienia, skoro postęp
techniczny wzmaga moce produkcyjne, słowem, jak po­
winny przebiegać procesy adaptacyjne.
Z punktu widzenia pojawiających się w nowych wa­
runkach trudności realizacyjnych była to sprawa nie­
małej wagi, ale i Harrod, i Domar podeszli do tych
spraw w sposób czysto spekulatywny. W modelu Har-
roda—Domara (jak i w wielu późniejszych) popełniano
grube błędy metodologiczne, jalj: również dopuszczano
się daleko idących uproszczeń. W modelowym trakto­
waniu wzrostu gospodarczego akcentowano przede
wszystkim aspekty natury ilościowej, zapominając, że
wzrost ilościowy jest nierozerwalnie związany ze zmia­
nami natury jakościowej, a więc faktycznie w rozważa­
niach na temat wzrostu gospodarczego znikła proble­
matyka rozwoju historycznego. W modelowym ujęciu
zakłada się tu, że każde dobro wytworzone nadaje się
zarówno do konsumpcji, jak i do dalszego produkcyj­
nego zastosowania, że kapitał nosi charakter nieskoń­
czenie trwały, że istnieje jakaś stała część dochodów,
która jest stale oszczędzana i że proporcje w zastosowa­
niu kapitału i pracy są wyznaczone tylko przez wskaź­
niki technologiczne. Te właśnie założenia czynią model
Harroda—Domara nierealistycznym. Model ten usiłowa­
no więc stale korygować i uzupełniać, ale z nader ni­
kłym powodzeniem. I tak N. Kaldor założył, że funkcja
inwestycji zawiera współczynnik kapitałowy, stanowią­
cy funkcję nadwyżki stopy zysku. Kaldor przyjmuje w
rozważaniach pełne zatrudnienie i uzależnia wzrost go­
spodarczy zarówno od możliwości postępu technicznego,
jak i od możliwości substytucji pracy przez kapitał.
O stopniu uproszczeń w rozumowaniu Kaldora świad­
czy m.in. fakt, że model jego nosi jednosektorowy cha­
rakter i zakłada „przekuwalność” kapitału, a więc zdol­
ność do występowania kapitału przemiennie w wielu
postaciach.

144
Nie lepiej przedstawia się sprawa z modelem J. Ro­
binson, w którym pojawiają się już dwa sektory — je­
den wytwarzający środki produkcji, a drugi środki
konsumpcji. Robinson zakłada, że kapitaliści tylko aku-
mulują, a robotnicy tylko konsumują, że nie ma handlu
zagranicznego, gospodarka odznacza się zdolnością do
samoadaptacji, a decydenci mają pełne rozeznanie ryn­
ku. Wszystkie modele wzrostu mają w gruncie rzeczy
egzemplifikacyjno-heurystyczny charakter i stanowią
coś w rodzaju ćwiczeń logicznych, rzecz jednakże w
tym, iż konstruktorzy tych modeli nie poprzestają na
tym, lecz imputują, że wyprowadzane z takiego mode­
lowego ujęcia wnioski mogą być przydatne przy podej­
mowaniu i konkretnych decyzji (notabene w później­
szych swych rozważaniach Robinson sama przyznaje, że
modelowanie dość często przypomina pustą zabawę).
Dość często w polemice o zasadność konstruowania
ekonomicznych modeli niektórzy powołują się na Mark­
sa, a ściślej na jego schematy reprodukcji. Należy więc
w tym miejscu zatrzymać się nieco dłużej nad rolą
i techniką modelowania zjawisk ekonomicznych. Zacz­
nijmy od rozpatrzenia najpierw, czy schematy repro­
dukcji prostej i rozszerzonej w Kapitale Marksa można
uznać za swoiste modele. Moim zdaniem nie. Schematy
reprodukcji Marksa nie mają samodzielnego bytu.
Marksistowska teoria reprodukcji rozważa, jakie wa­
runki musiałyby być spełnione, aby zarówno reproduk­
cja prosta, jak i reprodukcja rozszerzona mogły zaist­
nieć, przy czym nie należy odrywać Marksowskiej teorii
reprodukcji od Marksowskiej teorii kryzysów kapitalis­
tycznych, w teorii reprodukcji bowiem Marks pokazuje
tylko jedną stronę zagadnienia — konieczne, lecz jesz­
cze nie wystarczające warunki realizacji. W kapitalis­
tycznych warunkach gospodarowania reprodukcja nie
ma charakteru ciągłego, lecz przebiega w ramach cy­
klów, których konstytuującym momentem — choć brzmi

10 — M a rk s a w sp ó łc zesn a myftl... 145


to paradoksalnie — są kryzysy przywracające kosztem
głębokich reperkusji społecznych na krótki okres za­
chwianą równowagę ekonomiczną. Marks nie doszedł
do wniosków dotyczących reprodukcji zarówno prostej,
jak i rozszerzonej w wyniku jakichś modelowych roz­
ważań. Na podstawie bogatego materiału empirycznego,
czerpanego zarówno z własnych obserwacji, jak i z ma­
teriału historycznego, Marks wyłuskiwał relacje zacho­
dzące między gałęziami produkującymi środki produk­
cji a gałęziami produkującymi środki konsumpcji, które
są niezbędne, by produkcja w ogóle była możliwa. Te
podstawowe relacje ilustrował w sposób epigramatycz­
ny w schematach reprodukcji. Była to egzemplifikacja
wniosków, do których doszedł na drodze dialektycznego
rozumowania, a nie opierając się o jakiś skonstruowany
hipotetyczny model. Schematy reprodukcji Marksa
egzemplifikują tylko te zależności, których spełnienie
jest warunkiem koniecznym realizacji dóbr i wznowie­
nia produkcji, schematy te nie mówią jednak nic o tym,
czy w kapitalizmie reprodukcja przechodzi gładko.
Przeciwnie, Marks podkreśla, że warunki niezbędne do
płynnej reprodukcji w kapitalizmie nie zachodzą, bo za­
chodzące w kapitalizmie procesy mają cykliczny, a nie
liniowy charakter.
Schematy reprodukcji spełniają więc tylko rolę po-
glądowo-egzemplifikacyjną, a nie heurystyczno-po-
znawczą. Są one skrótową prezentacją wyników badań,
a nie instrumentem badań. Inaczej ma się sprawa z mo­
delami konstruowanymi przez różnych ekonomistów
orientacji niemarksistowskiej. Modelowanie procesów
gospodarczych datuje się w literaturze niemarksistow­
skiej nie od dzisiaj. Gossen, Jevons, Walras czy Par eto
z upodobaniem zaczynali swe rozważania cd budowania
modeli, od prostych do skomplikowanych. Wykresy ge­
ometryczne, równania, nierówności i funkcje nie
miały tu na celu pokazanie czytelnikowi rezultatów do-

146
ciekań (nawet gdyby tak było, to należałoby dowieść, że
sposób prezentacji w języku matematycznym jest fak­
tycznie lepszy od tradycyjnego!), lecz sugerowanie, że
konstruowanie i odczytywanie modeli nosi charakter
poznawczy. Maniera modelowania zjawisk ekonomicz­
nych nasiliła się wraz z narastaniem różnych teorii
wzrostu gospodarczego.
Oczywiście modele mają w wielu wypadkach pełne
uzasadnienie. Np. w architekturze, w urbanistyce model
stanowi w zminiaturyzowanej postaci unaocznienie te­
go, co wprawdzie jeszcze nie istnieje, ale co w wyniku
rozeznania w już poznanych prawach fizyki i oparte na
zasadnych (a nie woluntarystycznie podejmowanych)
wyliczeniach daje się przedstawić pod względem gaba­
rytu, otoczenia itp. W naukach społecznych (a do takich
trzeba zaliczyć ekonomię!) sprawa ma się inaczej. Tu
nie idzie o jakieś wyliczenia statyczne, o rozłożenie
urbanistycznych akcentów itp., lecz o permanentną
działalność ludzi odznaczającą się bardzo dużą zmien­
nością, i co więcej, zawierającą w sobie czynniki natury
wolicjonalnej, mamy więc tu do czynienia nie z materią
martwą dającą się kształtować w taki czy inny sposób,
lecz z ludźmi obdarzonymi świadomością i wolą, z dzia­
łaniami, w których prawidłowość wyrąbuje sobie drogę
przez przypadkowości. Punktem wyjścia rozważań nie
może tu być więc jakiś dowolny model, lecz realny bieg
życia gospodarczego.
W odniesieniu do zjawisk ekonomicznych nawet mo­
dele cybernetyczne uwzględniające sprzężenia zwrotne
i różne trajektorie nie mogą ująć adekwatnie ludzkich
działań związanych ze społecznymi interakcjami. Żaden
zresztą model nie ma sam przez się walorów poznaw­
czych, budowany jest bowiem zawsze na jakichś z góry
przyjętych przesłankach, model może rodzić skojarze­
nia, może coś unaoczniać, model nie ma jednak mocy
diagnostycznej, a tym bardziej prognostycznej. Różne

147
scenariusze tak chętnie konstruowane przez różnych
futurologów (nie wyłączając tzw. raportów rzymskich),
choć nawet oparte w dużej mierze na empirycznych
danych, nie mogą wyjść poza domniemania.
Ktoś mógłby tytułem sprzeciwu przeciwko potępia­
niu modeli wskazać plany, które przecież noszą predy-
katywny charakter, ale preparacje planów dokonują się
na innych zasadach niż konstruowanie modeli ekono­
micznych w koncepcjach ekonomistów orientacji nie­
marksistowskie). Plany zarówno indyka ty wne, jak
i dyrektywne są budowane na podstawie realnego ro­
zeznania warunków, w jakich będą realizowane, a prze­
de wszystkim na podstawie znajomości obiektywnych
tendencji i przeciwtendencji, czyli realnych możliwoś­
ci, przy czym i tu konieczne jest uwzględnianie rezerw
i szerokiego pola manewru. W literaturze zachodniej
modelowanie stawia sobie inne cele. Ekonomiści roszczą
sobie pretensje do uznawania modelu za skuteczny
sposób poszerzania naszej wiedzy o zjawiskach ekono­
micznych, co jest albo świadomą mistyfikacją, albo wy­
razem epistemologicznego i metodologicznego nieuctwa.
Jeśliby nawet potraktować modele ekonomiczne jako
rodzaj „typów idealnych” Maxa Webera, to i wówczas
rola tych modeli byłaby bardzo skromna, pozwalałaby
im bowiem określać tylko, w jakim stopniu realia gospo­
darcze odbiegają od przyjętego wzorca.
Także maniera nadużywania matematyki w rozważa­
niach ekonomicznych (co wiąże się z reguły z próbami
modelowania zjawisk ekonomicznych) musi budzić da­
leko idące zastrzeżenia. Matematyka jest nauką formal­
ną. Jeśli posługiwanie się matematyką w ekonomii spro­
wadzić tylko do sposobu wyrażania myśli, jakoby bar­
dziej precyzyjnego niż w zwykłym języku, to korzyść
może okazać się nikła albo w ogóle żadna. Matematyka
jako nauka, nawet w takim swoim dziale jak typolo­
gia, nie jest w stanie ogarnąć jakościowej różnorodności;

148
w zasadzie matematyka jest nauką o wielkościach,
zwłaszcza w tym zakresie, w jakim próbują ją wyko­
rzystywać ekonomiści. Liczebność stanowi cechę for­
malną każdego zbioru bez względu na jego rodzaj. Pró­
ba jednak traktowania myślenia kwantytatywnego jako
jedynie naukowego sposobu podchodzenia do zjawisk
ekonomicznych jest nieuzasadniona, występuje ono w
ślad za podejściem kwalitatywnym, zresztą myślenie
ludzkie nigdy nie da się sprowadzić do systemu algo­
rytmów. Poszukiwania przekształceń i poszukiwania
algorytmów umożliwiających te przekształcenia, czym
zajmuje się współczesna matematyka, mogą w odnie­
sieniu do zagadnień ekonomicznych być zasadne tylko
tam, gdzie ich ilościowe uwikłania wymagają analizy
matematycznej. Badania K urta Godela dowiodły, że
ludzkie pojmowanie nie da się nigdy sprowadzić do for­
malnego systemu, i że i w matematyce napotyka się
wcale często sądy nierozstrzygalne 3. Modelowanie i ma-
tematyzowanie dociekań ekonomicznych nosi charakter
sprzężeń zwrotnych, ale rezultat tych zabiegów w eko­
nomii jest z reguły opaczny.
Nawet wśród ekonomistów burżuazyjnych symbioza
ekonomii i matematyki nie zawsze budziła zachwyt. Już
100 lat temu francuski ekonomista Gide wytykał zwo­
lennikom matematyzacji ekonomii, że w pogoni za ze­
wnętrznym blaskiem, jaki dają matematyczne formuły,
nadużywają matematyki, nic nie wnosząc do rozumienia
zjawisk ekonomicznych. Także Cairnes już 90 lat temu
wskazywał, że aparat matematyczny nie jest przystoso-

3 „Matematyka wiąże w prawidłowości nie to,, co faktyczne,


lecz to, co możliwe” (W. Heisenberg, „Physikalische Blatter”
1956, nr 12, s. 304). „Rozumieć oznacza rozpoznawać powiązania,
widzieć to, co poszczególne, jako przypadek czegoś ogólniejszego.
Przejście ku czemuś ogólniejszemu jest jednak zarazem przej­
ściem do abstrakcji” (W. Heisenberg, Ponad granicami, Warsza­
wa 1979, s. 242).

149
wany do ujawniania istotnych relacji ekonomicznych.
Także Keynes, który był również i matematykiem
(autorem cenionej pracy pt. „A Treatise on Probabili-
ty ”) nie był zwolennikiem stosowania metod matema­
tycznych w ekonomii4, także i inni ekonomiści wyrażali
swój sceptycyzm odnośnie do stosowania matematyki w
dociekaniach ekonomicznych5.
Marks nie odrzucał analiz ilościowych, ale nadawał
im właściwy ciężar gatunkowy, posługiwał się rachun­
kiem, algebrą czy statystyką tam, gdzie zachodziła po­
trzeba takich czy innych wyliczeń, lecz chociaż bardzo
się interesował matematyką (pozostały rękopisy mate­
matyczne Marksa!), nie widział zasadności stosowania
matematyki w dociekaniach ekonomicznych. Znajomość
nawet skomplikowanych algorytmów matematycznych
nie gwarantuje, że za ich pomocą łatwiej nastąpi roz­
wiązanie istotnych problemów ekonomicznych. Cóż

4 „Wielką wadą pseudomatematycznych metod operujących


symbolami i formalizujących system analizy ekonomicznej (...)
jest to, że zakładają wyraźnie zupełną niezależność między wcho­
dzącymi w grę czynnikami i tracą cały swój walor oraz moc
przekonywania, jeżeli się tę hipotezę odrzuci (...). Zbyt wiele
jest we współczesnej ekonomii «matematycznej» zwykłego glę-
dzenia, równie nieścisłego jak początkowe założenia, które mu
służą za podstawę. W tej gęstwinie pretensjonalnych i bezuży­
tecznych symboli autor traci z oczu złożoność zjawiska i współ­
zależności, jakie zachodzą w rzeczywistym świecie” (J. M. Keynes,
Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, Warszawa 1956,
s. 381).
5 „Matematyczna teoria równowagi i ceny zakłada określone
«daty» (...) i wyprowadza stąd charakterystykę (...) wydarzeń.
Droga jednak, która prowadzi od tych «dat» do wyników, pozo­
staje poza zasięgiem rozważań albo pozostaje pod dyktandem
zastosowanych reguł matematycznych (...), tworzą się rozwiąza­
nia fikcyjne w oparciu o przyjęty model (...), odbiegające w za­
sadniczych sprawach od ekonomicznej rzeczywistości” (Fest-
schrift anlassliches 70 Geburtstages von Hans Mayer, Wien
1948, s. 155).

150
przyjdzie ekonomiście z tego, że w postaci takiej czy
innej funkcji ujmie współzależność np. między ceną
danego dobra a popytem na nie, formuła matematyczna
wyrazi tu truizm, tyle że w innym języku niż potoczny.
Matematyka nie wyjaśnia problemów merytorycznych.
Czy jeśli za pomocą regresji i korelacji zdołamy na­
wet ustalić takie czy inne współczynniki, czy eo ipso
wytłumaczy to nam przyczyny takiego, a nie innego
przebiegu badanych wydarzeń? Czy matematyka sama
przez się może odpowiedzieć na pytanie, co np. należy
rozumieć przez efektywność inwestycji? Kierunek ma­
tematyczny w ekonomii rozplenił się dziś szeroko, im
mniej współcześni ekonomiści mają do powiedzenia w
sprawach merytorycznych, tym częściej swe prawdy
banalne, a często i fikcje przyoblekają w matematyczną
ornamentykę. Nie jest na pewno grzechem posługiwanie
się takimi czy innymi działami matematyki (rachun­
kiem iteracyjnym, rachunkiem macierzowym czy ra­
chunkiem prawdopodobieństwa — zwłaszcza w zakresie
preparacji planów), ale grzechem jest nadużywanie ma­
tematyki do przesłaniania pustki myślowej.
W konkluzji należy stwierdzić, że ani konstruowanie
modeli ekonomicznych, ani szerokie posługiwanie się
algorytmami matematycznymi nie posuwa naszej wie­
dzy o życiu gospodarczym. Wiedza o rozwoju gospodar­
czym musi opierać się na analizie empirycznego mate­
riału, a nie na czczych spekulacjach, chociażby prowa­
dzonych z użyciem instrumentarium zapożyczonego
z innych nauk, a uchodzącego za ostatni wyraz postępu
w technikach badawczych. Dociekania ekonomiczne
mogą i powinny opierać się na technice badań, lecz ta
ostatnia może pomóc tylko w opanowaniu materiału
empirycznego, a nie w wyciąganiu z niego wniosków. Tu
pozostaje nie zastąpiona wypracowana przez Mark­
sa metoda historyczno-dialektyczna pozwalająca na
uchwycenie prawidłowości gospodarczego rozwoju, któ-

151
rego jednym z elementów tylko pozostaje wzrost iloś­
ciowy. Teoria wzrostu gospodarczego okazuje się szcze­
gólnie jałowa dziś, gdy społeczne aspekty gospodaro­
wania odgrywają coraz większą rolę. Marksowska teoria
rozwoju społecznego te właśnie aspekty ma przede
wszystkim na uwadze i dlatego jest wciąż aktualna. We
współczesnej myśli ekonomicznej orientacji niemarksi-
stowskiej przez długi czas dominowała problematyka
wzrostu gospodarczego. Poszukiwania mające zabezpie­
czyć wzrost przed takim czy innym mniejszym lub
większym załamaniem skłaniały ekonomistów, pomnych
cyklicznego, a nie liniowego rozwoju gospodarki kapita­
listycznej do rozważań, co mogłoby gospodarkę ustrzec
przed ewentualnymi ujemnymi skutkami postępu na­
ukowo-technicznego. Poszukiwania te przybrały postać
poszukiwań „gwarantowanej” stopy wzrostu. Poglądy
w tej mierze okazały się zróżnicowane, ale wszystkie
koncepcje wzrostu gospodarczego zakładały, że istnieje
sposób na zahamowanie perturbacji gospodarczych, a w
każdym razie zminimalizowanie ich skutków. Zapozna­
wano tu historycznie potwierdzony fakt, że gospodarka
kapitalistyczna — jak wykazał to zresztą już dawno
Marks — nie może wyzbyć się swych immanentnych
sprzeczności wypływających z antynomii między roz­
wojem sił wytwórczych a inercją stosunków wynikają­
cych z prywatnej własności środków produkcji (nieza­
leżnie od tego, jakim zewnętrznym przemianom ta włas­
ność by ulegała).
Główna linia podziału wśród ekonomistów orientacji
niemarksistowskie] doby współczesnej w powiązaniu z
zagadnieniami wzrostu gospodarczego biegnie pomiędzy
dwoma głównymi nurtam i — neo-neoklasycyzmem
i neokeynesizmem. Ta linia podziału nie dotyczy spo­
łecznego kontekstu gospodarowania, oba kierunki stoją
na stanowisku zachowawczym, gdy idzie o stosunek do
kapitalistycznego sposobu wytwarzania, oba kierunki —

152
chociaż w różnym stopniu — negują możliwość przejścia
na tory kolektywistycznej gospodarki bez naruszenia
racjonalnego rachunku gospodarczego. Oba kierunki po­
sługują się analizą marginalistyczną (krańcowej uży­
teczności i krańcowej produkcyjności), oba kierunki
operują modelami, oba kierunki — chociaż w niejedna­
kowej mierze — preferują analizę ilościową i kładą
akcent na zjawiska rynkowe, oba też hołdują indywidu­
alizmowi metodologicznemu (punktem wyjścia jest więc
dla nich jednostka gospodarująca, a nie społeczeństwo
jako całość).
Neo-neoklasycy (J. E. Meade, T. W. Swann, R. M. So-
lov czy P. A. Samuelson) operują chętnie równaniami
i nierównościami, funkcjami tudzież teorematem Eule­
ra, przyjmują pełną substytucyjność kapitału i pracy,
jako podstawowych czynników produkcji, zakładają, że
zasoby kapitału i pracy można stosować wymiennie i że
wytworzone produkty znajdują automatycznie zbyt
(galwanizacja „prawa rynków” i usług produkcyjnych
Saya) tudzież zakładają, że gospodarka posiada automa­
tycznie działające mechanizmy zdolne przywrócić rów­
nowagę gospodarczą, gdyby ta z przyczyn egzogenicz-
nych została z równowagi wytrącona. Oczywista neo-
-neoklasycy negują wartościotwórczą rolę pracy jako
czynnika samodzielnego, reifikują stosunki między­
ludzkie w procesie gospodarowania, widzą rzeczy, a nie
ludzi, co właśnie pozwala im ujmować wzrost w kate­
goriach czysto ilościowych.
Neo-neoklasycy budują swe modele, opierając się na
przesłance pełnego zatrudnienia czynników produkcji
(wracają więc do ery przedkeynesowskiej), ich modele
dotyczą jednak przede wszystkim zagadnień produkcji,
podkreślają, że popyt ma znaczenie wtórne (mogłoby
się wydawać, że przynajmniej w tym względzie są
zgodni z Marksem, ale jest to tylko pozór). Przede
wszystkim jednak usiłują odpowiedzieć na pytanie, ja-

153
kie zachodzą możliwości realizacji wytworzonych dóbr
przy określonym poziomie cen. Narzędziem operacyj­
nym neo-neoklasyków jest pojęcie krańcowej produk­
cyjności (zapożyczonej od J. B. Clarka), przyjmują, że
czynniki produkcji (kapitał i praca) są wynagradzane
proporcjonalnie do ich krańcowych wkładów, że mając
do czynienia z określonym kształtem funkcji produkcji
można wszystko wyliczyć, w tym relacje dystrybucyj­
ne, tu chętnie wykorzystują tzw. funkcję Cobb-Dougla-
sa względnie funkcję CES (Constant Elasticity of Sub-
stitution). Jak więc widzimy, już w założeniach koncep­
cje neo-neoklasyków stają na innych pozycjach niż
marksizm. Marksizm interesuje całokształt procesu re­
produkcji. Punktem wyjścia dla niego jest produkcja,
a nie potrzeby jako takie, potrzeby bowiem stanowią
natywistyczną przesłankę działalności ludzkiej, lecz
produkcja społeczna zaczyna się dopiero w ramach
świadomego współdziałania opartego na podziale pracy
i stosowaniu mniej czy bardziej skomplikowanych na­
rzędzi pracy. Neo-neoklasycy stają na pozycjach naty-
wistycznych, kontekst społeczny produkcji ich nie inte­
resuje. Marks rozważając proces reprodukcji, uwzględ­
nia oczywiście i podział, i wymianę, a więc interesuje go
i realizacja wytworzonych dóbr, lecz tylko jako moment
reprodukcji; dla neo-neoklasyków realizacja jest fina­
łem rozważań i właśnie zagadnienie realizacji interesu­
je ich głównie. Realizacja jest tu osią, a produkcja tylko
wyjściową przesłanką.
Wśród neo-neoklasyków czołowe miejsce zajmuje
P. A. Samuelson, twórca tzw. syntezy neoklasycznej.
W swych rozważaniach posługuje się zarówno modela­
mi jednosektorowymi jak i wielosektorowymi, statycz­
nymi i dynamicznymi. Faktycznie jednak traktuje mo­
dele wielosektorowe jako sumę modeli jednosektoro-
wych, statykę pojmuje jako krańcowy wypadek dyna­
miki, a model statyczny jako model zdegenerowany.

154
Model dynamiczny odróżnia się u Samuelsona od sta­
tycznego jednak wprowadzeniem tu jako zmiennej
czasu. Procesy dynamiczne przedstawia za pomocą rów­
nań różniczkowych i różnicowych, zakłada możliwość
uporządkowania konsumenckich preferencji na podsta­
wie obserwacji empirycznej zachowań nabywców po­
szczególnych towarów w dłuższym okresie i faktycznie
ogranicza się do opisu zjawisk, tyle że opisu w języku
matematycznym, bo jak sam w swej pracy Foundations
of Economic Analysis stwierdza, matematyka to dla nie­
go język pozwalający na skrótowe wyrażenie tego, co
można tylko bardziej rozwlekle wyrazić w języku po­
tocznym. Pragnie on nadać swym wywodom operacyjny
wydźwięk, sądzi, że jego rozważania mogą pomóc prak­
tyce. Samuelson uprzytomnił sobie, że rozdrabnianie
ekonomii na teorię produkcji, teorię zachowania się
konsumenta, teorię handlu zagranicznego, teorię finan­
sów itd. nie ma uzasadnienia, ale nie dlatego, by widział
współzależność różnych sfer gospodarowania, lecz dla­
tego, że rozważania w każdej z tych dziedzin z osobna
przełożone na język matematyczny ujawniają te same
równania i nierówności6. W swej „neoklasycznej synte-

6 „(...) po usilnej pracy w każdej z tych dziedzin zacząłem


dochodzić do wniosku, że powtarzają się w zasadzie raz po raz
te same nierówności i te same twierdzenia i że niepotrzebnie
po wiele razy dowodziłem tych samych twierdzeń (...), że w każ­
dej dziedzinie występowały powiązane między sobą niewiadome,
określone za pomocą (...) niezależnych warunków równowagi (...),
literatura obfituje w błędne uogólnienia (...), próbuje pokazać,
że w różnych dziedzinach zagadnień ekonomicznych istnieją
twierdzenia znaczące (...). Wynikają one (...) z dwóch typów bar­
dzo ogólnych hipotez. Pierwszy z nich polega na tym, że warunki
równowagi sprowadzają się do warunków na maksimum (lub
minimum) jakiejś wielkości (...). W każdym zagadnieniu teorii
ekonomii pewne zmienne (ilości, ceny itd.) uznaje się za nie­
wiadome, które mamy wyznaczyć. Wartości ich występują jako
rozwiązania pewnych określonych zależności (...). Te zależności
funkcyjne obowiązują w (...) określonym otoczeniu i określonym

155
zie” pragnie on połączyć sugestie wysunięte przez Alfre­
da Marshalla z koncepcjami Johna Maynarda Keynesa.
W modelach neo-neoklasyków dobra ze swej natury
heterogeniczne usiłuje się sprowadzić do postaci homo­
genicznej za pomocą fikcji, jakoby dobra kapitałowe
posiadały właściwość natychmiastowego przekształcania
się (przekuwania się) w dobra wolne. Fikcję tę przyj­
muje się zaś po to, by móc mierzyć kapitał w takich sa­
mych jednostkach jak dobra finalne. Szuka się tu więc
miernika, który byłby odpowiednikiem poszukiwanego
już przez Walrasa numeraire. Z fikcjami (traktowany­
mi jako dopuszczalne zabiegi metodologiczne) spotyka­
my się u neo-neoklasyków na każdym kroku, tak więc
przy konstruowaniu zagregowanej funkcji produkcji
neo-neoklasycy stosują fikcję nie ucieleśnionego postępu
techniczego (koszty takiego postępu są eliminowane),
przy rozpatrywaniu dochodu stosują fikcję, jakoby do­
chód stanowił rodzaj plastycznej masy, która twardnie­
jąc staje się kapitałem itd., itd. Te karkołomne pojęcia
nie wnoszą niczego do poznania rzeczywistości, ale ułat­
wiają logiczny tok wywodów (niestety opartych na fał­
szywych przesłankach!), z których neo-neoklasycy pró­
bują konstruować recepty postępowania jednostek go­
spodarujących w warunkach niepewności, recepty
czysto papierowe znajdujące tylko przypadkowo zasto­
sowanie w życiu gospodarczym.
Ponieważ postęp techniczny modyfikuje przyjmowa-

środowisku (...). Wobec tego wprowadzamy (...) pewne wielkości


o charakterze parametrów, których zmiany powodują przesu­
nięcia w naszych zależnościach funkcjonalnych (...). Termin
«przyczyna» dopuszczamy tylko wtedy, gdy mówimy o zmia­
nach (...) charakteryzujących warunki zewnętrzne (...). Z punktu
widzenia teorii układ ekonomiczny jest pewnym zbiorem nie­
wiadomych, które (...) muszą spełniać pewien układ równań
niesprzecznych i niezależnych, zawierający tyle równań, ile jest
niewiadomych (...)” (P. Samuelson, Zasady analizy ekonomiczne},
Warszawa 1959, s. 9—11, 13, 15, 25).

156
ny przez neo-neoklasyków układ relacji, niektórzy
z nich próbują budować tzw. modele rocznikowe. Jest to
jeszcze jeden jaskrawy przykład trudności, na jakie na­
trafiają, gdy chcą zajmować operatywne stanowisko.
W tych modelach „rocznikowych” konstruują oni fun­
kcję produkcji dla każdego rocznika maszyn instalowa­
nych w poszczególnych gałęziach produkcji, w ten spo­
sób starają się uwzględnić okoliczność, że wyniki pro­
dukcji związane są z różną wydajnością maszyn po­
wstałych w różnych okresach, przy założeniu, że nowsze
maszyny działają sprawniej i że w każdym przedsiębior­
stwie działają maszyny instalowane w różnym czasie,
a więc maszyny o różnej sprawności, różnej wydajności,
tym samym maszyny o różnych zdolnościach wytwór­
czych i o różnych potrzebach przyporządkowania im
określonej ilości siły roboczej. Twórca tych modeli So-
lov nie umiał jednak odpowiedzieć na pytanie, jak ko­
rzystając z maszyn różnych roczników ustalać bieżące
płace, jeśli stanąć na stanowisku, że płace ex dejinitione
(w myśl założeń kierunku subiektywnego w ekonomii
niemarksistowskie]) mają się równać krańcowemu pro­
duktowi pracy.
Neo-neoklasycy w poszukiwaniu ekonomicznych
mierników napotykają raz po raz nieprzezwyciężalne
przeszkody. Np. czy można poprawnie mierzyć zaanga­
żowany kapitał, nie rozwiązując uprzednio problemów
podziału i cen? Pragnąc stworzyć koherentną, o uni­
wersalnym charakterze funkcję produkcji i podziału
neo-neoklasycy wikłają się coraz bardziej. Ich poszuki­
wania, by ex antę ustalić, jakie ceny czynników pro­
dukcji i dóbr finalnych mogłyby zapewnić gospodarce
nieprzerwany wzrost, nie dały, bo i dać nie mogły, ocze­
kiwanych rezultatów. Szukając rozwiązania interesu­
jących ich problemów neo-neoklasycy mieli na uwadze
tylko techniczne i technologiczne warunki produkcji.
Interesując się jedynie ilościowymi aspektami produk-

157
cji, mniemają, że relacje między kapitałem a pracą wy­
znaczają warunki techniczne, że więc na podstawie re­
lacji techniczno-bilansowych i rachunku użyteczności
czy produkcyjności krańcowej da się wszystko wyliczyć.
Wiele nadziei pokładano tu w informatyce i technice
komputerowej (która pozwala rozwiązywać nawet naj­
bardziej zawiłe równania i nierówności); jak pokazało
życie, nadzieje te okazały się płonne, tak więc „wielka
neoklasyczna synteza” okazała się niewypałem, zawi­
łościom rachunków nie towarzyszyły w niej „operatyw­
ne” (jak głosili!) rezultaty. Pomimo stałych korektur w
konstruowanych modelach nie osiągnęli lepszego zrozu­
mienia procesów gospodarczych ani nie dostarczyli
przydatnego drogowskazu dla praktyki.
W zestawieniu z analizą Marksowską, traktowaną
przez wielu ekonomistów współczesnych jako przesta­
rzała, dziewiętnastowieczna, analiza neo-neoklasyków
wypada nie tylko bardzo ubogo, ale ujawnia całkowity
niedowład, gdy aspiruje do pomagania praktyce. Pozor­
nie i analiza Marksowska, i analizy podejmowane przez
„wielką syntezę neoklasyczną” kładą nacisk na zagad­
nienia produkcji, podczas jednak gdy Marks przyjmuje
produkcję za punkt wyjścia reprodukcji w wyniku ana­
lizy retrospektywnej procesów rozwoju gospodarczego,
neo-neoklasycy traktują funkcję produkcji jako czysto
umowny element swej analizy, dla Marksa produkcja
to nie tylko produkcja dóbr, lecz — i to przede wszyst­
kim — jest to zespół określonych stosunków między­
ludzkich rodzących się w procesie produkcji, dla neo-
-neoklasyków produkcja to tylko techniczno-rzeczowy
proces wytwarzania dóbr materialnych mogących liczyć
na zbyt. Nie dostrzegają, a nawet wręcz negują, jakoby
w procesie produkcji dokonywał się wyzysk pracy ży­
wej, stoją bowiem na stanowisku, że czynniki produk­
cji są wynagradzane zgodnie z ich krańcową produk­
cyjnością, a proporcje, w jakich partycypują w realizo-

158
wanym produkcie, mogą być wyprowadzone na podsta­
wie teorematu Eulera. W istocie rzeczy nie interesuje
ich to, co dzieje się w społecznym kontekście procesu
produkcji i jakie stąd wypływają tendencje rozwojowe;
zmiany w technice produkcyjnej traktują jako czynnik
zewnętrzny, przyjmowany każdorazowo jako egzoge-
niczą „datę” (parametr), wyjmują niejako te zmiany
przed nawias i rozważają tylko, jak maksymalizować
funkcję produkcji przy możliwie najmniejszych kosz­
tach, przy czym funkcję produkcji ujmują przede wszy­
stkim pod kątem możliwości realizacyjnych wytworzo­
nych dóbr. Podczas gdy Marks akcentuje wagę analizy
kauzalnej, neo-neoklasycy zadowalają się badaniem po­
wiązań strukturalno-funkcjonalnych, i to przede wszy­
stkim od strony ilościowej. Jeśli nawet poświęcają uwa­
gę i problemom koniunkturalnym, to nie mają zamiaru
jak Marks dochodzić, dlaczego gospodarka kapitalis­
tyczna nosi charakter cykliczny, lecz zadowalają się
opisem koniunktury, po to tylko, by uprzytomnić sobie,
jak w aspekcie czysto ilościowym zmiany koniunktural­
ne wpływają na funkcje produkcji, podaży i popytu,
słowem, jak wpływają na kształtowanie się równowagi
czy też nierównowagi rynkowej, a więc w istocie nie
produkcja, lecz realizacja jest głównym przedmiotem
ich zainteresowania, wszystko inne to akcesoria. Nie
wydaje się, by trzeba było dalej dowodzić jednostron­
ności i minimalnej wartości poznawczej dociekań neo-
-neoklasyków, w rozważaniach ich góruje epistemiczne,
a nie teoretyczne podejście do analizowanych procesów,
w opisie realnych zjawisk przeważają uproszczenia (re­
dukcjonizm do granic fikcji!) i czysto kwantytatywne
traktowanie zjawisk i procesów ekonomicznych.
Neo-neoklasyków i ich „wielką syntezę neoklasyczną”
zaatakowali neokeynesiści, ale chociaż przeciwnicy
neokeynesistów przyczepiają im łatkę neomarksistów,
neokeynesiści dalecy są od zaakceptowania metod ba-

159
dawczych Marksa. Neo-neoklasycy usiłowali traktować
iunctim teorię produkcji i teorię podziału, i w tym właś­
nie punkcie rozchodziły się drogi neokeynesistów z neo-
-neoklasykami. Neokeynesiści zadawali bowiem pytanie,
jak można mierzyć zaangażowany kapitał, nie biorąc
pod uwagę zawiłych problemów podziału i cen. Neokey-
nesiści wskazywali, że opierając się wyłącznie na pro­
cedurach technologicznych nie sposób określić stopę
zysku, podawali zwłaszcza w wątpliwość twierdzenie,
jakoby między czynnikami produkcji musiały zachodzić
niezmienne proporcje z racji zastosowania określonej
technologii. Wręcz przeciwnie, dowodzili, że ceny dóbr
kapitałowych muszą w sobie zawierać już implicite ta­
kie elementy, jak zysk i płace, a więc każda zmiana w
pieniężnym ujęciu tych elementów musi rzutować i na
cenę dóbr kapitałowych. Neokeynesiści zarzucali słusz­
nie, że neo-neoklasycy prymitywizowali rolę czynników
produkcji, traktując je jako swego rodzaju niezmien­
niki i nie uwzględniając zmienności struktury cenowej
dóbr kapitałowych. Wskazywali, że na podstawie tylko
wskaźników technicznych nie sposób określić poziom
równowagi ekonomicznej i dowodzili, że tempo wzrostu
gospodarczego wiąże się nieuchronnie z podziałem do­
chodu globalnego, który z kolei zależy od tempa aku­
mulacji, że więc traktowanie przez neo-neoklasyków
produkcji i podziału iunctim oparte jest na fałszywych
przesłankach.
Zastrzeżenia neokeynesistów są o tyle interesujące,
że podają one w wątpliwość zasadność samego posługi­
wania się „funkcją produkcji” i „teorematem Eulera”
jako narzędziami analizy realiów życia gospodarczego.
Atakując neo-neoklasyków neokeynesiści wskazywali,
że w konkretnych warunkach nawet jedna i ta sama
technika wytwarzania może przynosić różne efekty
(reswitching o} technics). Tacy neokeynesiści jak
N. Kaldor, J. Robinson, L. Painetii czy wielu innych,

160
przeciwstawiając się wyłącznemu eksponowaniu roli
techniki w gospodarowaniu, przywiązują jednak nad­
mierną wagę do wpływu „skłonności do oszczędzania”
na stopę procentową i uważają, że ona właśnie odgrywa
w procesach ekonomicznych istotną rolę. Podkreślają
też, że nie warunki technologiczne wyznaczają wyso­
kość zysków i płac, lecz na odwrót, poziom płac wyzna­
cza stosowanie lub niestosowanie takiej czy innej tech­
niki i technologii. Polemika z neo-neoklasykami rozgo­
rzała na dobre, gdy w roku 1953 Joan Robinson wszczęła
dyskusję, czy istnieje jakaś jednostka pomiaru w odnie­
sieniu do zagregowanego kapitału, a która sama nie by­
łaby zależna od podziału i cen. Robinson dowodziła, że
takiej jednostki brak, cała więc „zagregowana funkcja
produkcji” ( w której ogniskowałyby się, czy integrowa­
ły się poszczególne funkcje produkcji) pozostaje nic nie
wnoszącą do analizy realiów życia gospodarczego fikcją.
Ze swej strony Robinson sugerowała, by kapitał mie­
rzyć za pomocą czasu pracy niezbędnego do wyproduko­
wania urządzeń wytwórczych przy jednoczesnym
uwzględnianiu nakładów inwestycyjnych przy różnych
stopach procentowych. I znowu należy podkreślić, że
zagadnienia, które tak dręczą neokeynesistów, wynikają
z połowiczności ich traktowania roli pracy w życiu go­
spodarczym. Marks dostrzegał w pracy żywej czynnik
wartościotwórczy, w pracy uprzedmiotowionej nato­
miast czynnik konieczny, lecz bierny, w tym sensie, że
sam przez się nic nie tworzy ani w sensie rzeczowym,
ani pieniężnym. Jako praca uprzedmiotowiona kapitał
jest oczywista skrzepem ludzkiej pracy, który współ­
działa w procesach cenotwórczych, ale w sposób znacz­
nie bardziej skomplikowany, niż to sobie wyobrażają
zarówno neo-neoklasycy, jak i neokeynesiści. Nie ulega
jednak wątpliwości, że na poglądy neokeynesistów
(a zwłaszcza na poglądy Joan Robinson) marksizm wy­
warł niejaki wpływ.

11 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m yśl... 161
Należy jednak z naciskiem podkreślić, że spór między
neokeynesistami a neo-neoklasykami toczy się w płasz­
czyźnie prakseologicznej, jednym jak i drugim idzie
bowiem nie o uchwycenie prawidłowości rozwoju spo­
łeczno-gospodarczego, lecz o znalezienie miernika wzro­
stu gospodarczego, oba kierunki szukają — tylko w róż­
ny sposób — narzędzi kwantyfikacji zjawisk ekono­
micznych, nie zwracając większej uwagi na społeczny
kontekst zjawisk gospodarczych. Jedni i drudzy operują
rachunkiem marginalnym (przyrostami), jedni i drudzy
posługują się chętnie programowaniem liniowym (które
siłą rzeczy upraszcza, skoro rzeczywiste zjawiska gospo­
darcze przebiegają właśnie nieliniowo!), jedni i drudzy
poczytują własność prywatną środków produkcji za nie­
tykalną świętość, a wreszcie jedni i drudzy szukają nie
czynników mogących prowadzić do zmian społeczno-go­
spodarczych, lecz odwrotnie, szukają stabilizatorów pa­
nujących stosunków.
Poszukiwaniami miernika, który pozwoliłby sprawnie
kwantyfikować zaszłości gospodarcze, zajął się też
Pierro Sraffa, którego określa się często mianem ricar-
dowca, bo właśnie w tych poszukiwaniach nawiązuje
chętnie do wczesnych prac Ricarda. W poszukiwaniach
tych posługuje się Sraffa procedurą określaną często
mianem statyki komparatywnej. Buduje on najpierw
model gospodarki zamkniętej, w której procesy produk­
cji i realizacji przebiegają niejako po zamkniętym okrę­
gu. W tej gospodarce jako zarówno środek produkcji,
jak i konsumpcji występuje jedno i to samo dobro (jest
to reminiscencja z pierwotnej koncepcji Ricarda, który
za miernik wartości skłonny był początkowo poczyty­
wać zboże!). W tym najprostszym modelu Sraffa trak­
tuje konsumpcję wyłącznie jako konsumpcję produk­
cyjną, a więc służącą wyłącznie do reprodukcji siły ro­
boczej. Model ten jest modelem reprodukcji uproszczo­
nym do krańcowości. Dopiero w kolejnych modelach

162
Sraffa przedstawia gospodarkę, w której pojawiają się
nadwyżki na skutek zastosowania jakiejś nowej tech­
nologii. Od tych prostych modeli służących mu za punkt
wyjścia jego rozumowania Sraffa przechodzi do modeli
coraz bardziej skomplikowanych, w których posługuje
się już macierzą współczynników technologicznych
i buduje szereg równań, wykorzystując stworzoną przez
siebie konstrukcję „dobra obrachunkowego”. Stając
przed zagadnieniem homogenizacji dóbr różnego rodza­
ju sugeruje, że można pojęciowo przyjąć, per analogiam
do zboża jako miernika wartości w modelu wyjściowym,
towar typowy. Konstrukcję tę można właściwie ująć
jako rodzaj koszyka dóbr, w którym w określonych pro­
porcjach występują różne dobra. Sraffa buduje tyle
równań, ile dóbr występuje w tym „koszyku”, równa­
nia te wyrażają relacje między nakładami a efektami,
przy założeniu, że każde dobro uczestniczy bezpośrednio
lub pośrednio w produkcji zarówno siebie samego, jak
i innych dóbr. W tym rozumowaniu rynek znika, a ceny
przybierają czysto obrachunkowy charakter. Zarówno
uproszczone, jak i rozwinięte modele Sraffy można
traktować tylko jako narzędzia heurezy. Koncepcja
Sraffy nie jest przydatna dla gospodarki doby współ­
czesnej, zawiera jednak wątki, które być może znajdą
rozwinięcie w przyszłej gospodarce komunistycznej
(próby takie były zresztą już ongiś prowadzone w dobie
naturalizacji stosunków gospodarczych w Rosji w okre­
sie tzw. komunizmu wojennego, kiedy to pojawiały się
różne koncepcje „trudów”, „jenedów” itp.).
Rozważania na temat mierników tych czy innych zja­
wisk ekonomicznych wypływają częściowo z obiektyw­
nych potrzeb gospodarki, ale w dużej mierze z przece­
niania potrzeby kwantyfikacji wszystkich zjawisk go­
spodarczych. Nie wszystko, co się dzieje w życiu gospo­
darczym, trzeba i można kwantyfikować. Tendencje do
przekształcenia ekonomii w naukę o czysto kwantyta-

163
tywnym charakterze możemy prześledzić na trybie roz­
ważań Tjallinga C. Koopmansa, który jest jednym
z twórców tzw. activity analysis (analiza działalności).
Koopmans nawiązuje do wcześniejszych rozważań
L. Robbinsa, dla którego przedmiotem dociekań eko­
nomicznych miałyby być rozważania, w jaki sposób ma­
jąc ograniczone środki, a wielorakie cele, rozporządzać
środkami tak, by je racjonalnie i efektywnie wykorzys­
tać. Podejmując ten typ rozważań, Koopmans twierdzi,
że funkcja produkcji musi za punkt odniesienia przyjąć
fakt, iż działanie jednostek gospodarujących jest zwią­
zane z koniecznością dokonywania wyboru między róż­
nymi kombinacjami możliwymi w danym momencie
i w danych warunkach. Gospodarkę traktuje jako układ
punktów w ?i-wymiarowej przestrzeni towarowej i w
tym układzie szuka optymalnych rozwiązań. Taka ana­
liza — zdaniem Koopmansa — powinna doprowadzić do
takiej alokacji środków, która dawałaby zarówno pro­
ducentowi, jak i konsumentowi maksimum korzyści
i zadowolenia (zbliża się w tym względzie do starej kon­
cepcji „optimum P areta”!). Bierze on pod uwagę nie
tylko czynniki technologiczne — tu zakłada, że w za­
kresie technologii mamy zawsze do czynienia z korzyś­
ciami skali — ale również i czynniki natury instytu­
cjonalnej. Sugeruje, że za pomocą wyliczeń matema­
tycznych, opierając się na wskaźnikach technologicz­
nych i preferencjach, można stworzyć odpowiedni
system cen, który zapewniłby najefektywniejsze wy­
korzystanie zasobów. Rozważania te nie wnoszą wiele
do dociekań ekonomicznych, nie można jednak zane­
gować, że przy odpowiednich korekturach mogą być
przydatne w programowaniu współzależnych działań,
a nawet w technice planowania. Analiza działalności
jest nie tyle teorią dociekań, ile techniką badań.
Techniki badawcze bywają różne i różna bywa ich
skuteczność zarówno w opisywaniu, jak i selekcjono-

164
waniu zjawisk, ale technik badawczych nie sposób
identyfikować z dociekaniami naukowymi, którym te
techniki są podporządkowane; instrumentarium na­
ukowca i wypracowywane przez niego teorie są ze sobą
sprzężone, lecz nie mają jednakiego ciężaru gatunko­
wego, najlepsze instrumentarium nie pomoże, gdy za­
braknie inwencji twórczej. W badaniach dotyczących
zjawisk i procesów ekonomicznych z uwagi na ich ma­
sowość najwcześniej przychodziła z pomocą jako tech­
nika badawcza statystyka. Próby wychwycenia tenden­
cji już bardzo wcześnie doprowadziły do szeregowania
zjawisk. Dane dotyczące życia gospodarczego za po­
mocą statystyki badał już Wiliam Petty. Zjawiska go­
spodarcze ułożone w szeregi chronologiczne o określo­
nym interwale czasowym umożliwiały refleksję nad
tendencjami rozwojowymi. Potrzeba estymacji (szaco­
wania różnych parametrów), jak również testowania
(weryfikowania) wysuwanych wniosków zrodziła po­
trzebę ustalania tzw. obszarów ufności; w zakresie tech­
niki badawczej były to osiągnięcia niezwykle doniosłe.
Na gruncie symbiozy statystyki i matematyki wyrósł
rachunek prawdopodobieństwa, który jako narzędzie
badań odegrał i wciąż odgrywa poważną rolę (jako efekt
tzw. statystyki indukcyjnej), analiza czynnikowa czy
korelacyjna, pożyteczne w stadium początkowych ba­
dań, same przez się nie są w stanie ujawnić przyczyn
ani skutków zjawisk, musi tu wkroczyć refleksja jako
sprężyna dociekań 7. To, co dotyczy statystyki jako na­
rzędzia badań ekonomicznych, można odnieść również
i do różnych algorytmów matematycznych 8. Nie można

7 „(...) Ludzkie pojmowanie nie da się nigdy sprowadzić do


formalnego systemu” (C. H. Dembow, V. Goedicke, Foundation
of Mathematics, New York 1956, s. 571).
8 „Sama matematyka nie jest zdolna do zrozumienia spraw,
nie może więc ich wyjaśnić” (O. Becker, Grosse und Grenzen
der mathematischen Denkweise, Miinchen 1959, s. 162).

165
oczywista negować korzyści, jakie przyniosły np. me­
tody simplex czy multiplex wypracowane przez Wooda
i Dantziga, czy różne sugestie Kantorowicza, gdy idzie
o technikę planistyczną, ale nie należy mieszać tych su­
kcesów z sukcesami w dociekaniach nad istotą zjawisk
ekonomicznych 9.
Współczesna ekonomia niemarksistowska operuje nie­
wątpliwie zaawansowaną techniką badań, brak jej nato­
miast właściwej metody dociekań i tu, obok czynników
natury pozanaukowej, leży przyczyna jej martwoty.
Już Euler wskazywał, że matematyka to właściwie
technika wyliczeń, a wTyliczenia mogą stanowić tylko
ogniwo pośrednie między jakościową analizą zjawisk
ekonomicznych a konkretnymi decyzjami mającymi w
określonych warunkach wcielać w życie rozeznane mo­
żliwości. Podobnie ma się sprawa z wykorzystywaniem
innych technik badawczych w rozważaniach ekonomicz­
nych. Sterowanie gospodarką wymaga również nie tyl­
ko różnych technik operacyjnych, ale i technik infor­
macyjnych. Obie, jak i przetwarzanie informacji, stano­
wią dziś nieodzowną podstawę wszelkiego programowa­
nia współzależnych działań, ale sama informacja nie
wystarcza do podejmowania skutecznych* działań, po­
trzebna jest tu jeszcze przemyślana koncepcja oparta
na dociekaniach naukowych. Programować nie znaczy
tylko wyliczać; programować, planować znaczy przede
wszystkim rozstrzygać na podstawie znajomości prawi­
dłowości gospodarczych w zestawieniu z informacjami
o konkretnym stanie rzeczy 10. Pomieszanie techniki ba-

9 „Rzeczywisty świat jest tak bogaty w szczegóły, że jeżeli


ktoś usiłuje zbudować model matematyczny (...), zostaje prędko
pogrążony przez skomplikowane równania zawierające nieznane
wielkości i (...) funkcje” (R. Bellman, Teoria sterowania, w: Ma­
tematyka w świecie współczesnym, Warszawa 1966, s. 258).
10 „Programowanie (...) jest w zupełności techniką (...). Jej
zawartość ekonomiczna jest równa zeru (...), programowanie samo

166
dań z metodami dociekań stanowi zarówno epistemolo-
giczny, jak i metodologiczny błąd neo-neoklasyków,
neokeynesistów czy neoricardowców.
Stosowane w rozważaniach ekonomicznych techniki
badawcze nie stanowią z reguły własnego dorobku myśli
ekonomicznej. Stosunek pomiędzy technikami badaw­
czymi a metodami dociekań jest asymetryczny, metody
dociekań determinują bowiem techniki badań (ich wy­
bór), lecz nie odwrotnie. Na tym właśnie polega wyż­
szość dociekań rzekomo już przestarzałych, podejmo­
wanych przez Marksa, Marks bowiem, jakkolwiek nie
uzbrojony we współczesną technikę badań posługującą
się komputerami, dysponował metodą dociekań nie ma­
jącą sobie — jak dotychczas — równej. Gospodarka jest
splotem różnorakich poczynań, które trzeba niewątpli­
wie wpierw opisać i uporządkować, lecz są to dopiero
czynności wstępne w analizie teoretycznej. Ekonomia
niemarksistowska, chroma już na szczeblu opisu zjawisk,
pomija bowiem takie, które mają istotną wagę, albo ich
nie dostrzega lub wskutek zaślepienia nie chce dostrze­
gać, jeszcze gorzej ma się rzecz, gdy trzeba przejść do
rozszyfrowania ustalonych zjawisk; tu agnostycyzm,
niewiara w możność uchwycenia zjawisk i brak właści­
wych metod dociekania zamyka niemarksistom drogę
poznania obiektywnych prawidłowości rozwoju gospo­
darczego.
Współcześni ekonomiści orientacji niemarksistowskiej

przez się nie może nic nam powiedzieć o funkcjonowaniu jakiej­


kolwiek części gospodarki (...), może jedynie dopomóc nam w od­
nalezieniu konsekwencji (...) z posiadanych już przez nas infor­
macji ekonomicznych (...), programowanie z mniejszym powo­
dzeniem daje się zastosować do opisu tego, co jest, niż przy
danych, z góry określonych celach do wyznaczania tego, co być
powinno” (R. E. Baldwin, W. J. Baumol, F. Benham, G. M. Meier,
P. A. Samuelson, Wykłady ekonomii politycznej. Wybór tekstów,
Warszawa 1969, s. 546—547).

Ifi7
chętnie głoszą, że ich zadaniem jest szukać racjonal­
nych sposobów gospodarowania. Nie istnieje jednak ra­
cjonalność ponadczasowa — jak radzi by to oni zasuge­
rować — jak długo głównym celem gospodarowania jest
zysk, a więc jak długo postępowanie ekonomiczne ma
chrematystyczny charakter, sprawa tkwi nie w racjonal­
ności, lecz w maksymalizacji zysku. Maksymalizowanie
funkcji celu (które jest wyrazem pogoni za zyskiem)
jest teoretycznie problemem względnie prostym w od­
niesieniu do ekonomiki przedsiębiorstwa, ale przy
przejściu do rozważań w makroskali „funkcja celu” w
warunkach kapitalistycznych ulega rozmyciu, a skala
preferencji społecznych staje się mało uchwytna. Nie­
wiele tu mogą pomóc zastosowania rachunku iteracyj-
nego, macierzowego czy wariacyjnego, skoro sama pod­
stawa dociekań jest zdeformowana.
W warunkach kiedy gospodarkę traktuje się tylko ja­
ko pole pomnażania indywidualnego bogactwa, nie spo­
sób ogarnąć stosunków międzyludzkich żadną obręczą
wspólnych interesów, interwencjonizm państwowy jest
tu tylko paliatywem, a nie rozwiązaniem i dlatego
wszelkie teorie wyborów i decyzji w makroskali są z
góry skazane na bezpłodność zarówno poznawczą, jak
i praktyczną. W tych warunkach modelowanie procesów’
ekonomicznych przypomina pająka wysnuwającego nić
z siebie samego. Poszukiwanie gospodarczej równowagi
czy nawet homeostazy, gwarantowanej stopy wzrostu
itp. przy sposobie produkcji opartym na własności pry­
watnej środków produkcji jest daremnym trudem, pro­
gramowanie współzależnych działań — daremnym za­
biegiem. Podstawowe założenie, jakie przyjmują eko­
nomiści orientacji niemarksistowskiej, że w gospodarce
towarowo-pieniężnej istnieją samoczynne mechanizmy
przywracające zachwianą z powodu działania egzoge-
nicznych czynników równowagę, czy nawet (od czasów
Keynesa), że zachwianą równowagę można przywrócić

168
za pomocą inwestycji indukowanych (na skutek inter­
wencji państwa), jest — jak pokazuje życie — niepraw­
dziwe. Wszelkie więc rozumowanie oparte na takim za­
łożeniu niczego nie wyjaśnia. Skoro nadto ekonomistów
tych interesują stany, a nie zmiany, skoro szukają oni
tylko inwariantów i nie są w stanie pojąć, że życie go­
spodarcze zmienia się nie tylko pod wpływem czynni­
ków zewnętrznych, ale i w wyniku wewnętrznych
sprzeczności, to oczywiście nie są oni w stanie wyjść
poza rozważania typu ilościowego.
Eliminowanie społecznego kontekstu gospodarowania
to zasadniczy mankament występujący w pracach przy­
tłaczającej liczby ekonomistów orientacji niemarksis-
towskiej, i chociażby ta jedna okoliczność świadczy wy­
mownie o wyższości zarówno metodologicznej, jak i me­
rytorycznej rzekomo przestarzałego marksizmu. Prze­
łom w naukach społecznych dokonany ponad sto lat
temu przez Marksa właśnie na tym polega, że wybawił
on myśl ekonomiczną z fetyśzyzmu towarowego; nie­
stety, ekonomiści niemarksiści w dalszym ciągu reifiku-
ją stosunki międzyludzkie, co pociąga za sobą różne de­
formacje, z którymi w próbach teoretycznych nie są
w stanie się uporać 11.
Agnostycyzm, niewiara w istnienie prawidłowości
rozwoju zamyka drogę poszukiwaniu istoty zjawisk

11 „Towar wydaje się na pierwszy rzut oka rzeczą samą przez


się zrozumiałą (...). Analiza wykazuje, że jest to rzecz diabelnie
zawikłana (...). Mistyczny charakter towaru nie pochodzi więc
z jego wartości użytkowej (...). Tajemniczość formy towarowej
polega... na tym, że w formie tej społeczny charakter pracy
ludzi odzwierciedla się jako przedmiotowy charakter samych
produktów pracy, jako społeczne właściwości naturalne tych
rzeczy; dlatego też społeczny stosunek wytwórców do pracy
ogólnej występuje jako istniejący poza nimi społeczny stosunek
przedmiotów..., stosunek społeczny między samymi ludźmi przyj­
muje tu dla nich ułudną postać stosunku między rzeczami”
(K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 23, Warszawa 1968, s. 82—83).

169
ekonomicznych, pozostaje więc siłą rzeczy skłonność do
preferowania opisów i kwantyfikacji zjawisk. Ale i tu
dobór technik badawczych nasuwa często wątpliwości.
Właściwy dobór narzędzi badawczych zależy od przyję­
tej metody dociekań, a ta właśnie chroma lub jest żyw­
cem przenoszona z innych nauk, bez uwzględniania spe­
cyfiki zjawisk społecznych. Pod względem teoriopo-
znawczym zarówno neo-neoklasyków, neokeynesistów
czy neoricardowców cechuje całkowita niefrasobliwość.
Jeśli uprzytomnimy sobie ten stan rzeczy, to porówna­
nie teorii marksistowskiej ze współczesnymi teoriami
orientacji niemarksistowskiej musi dla tych ostatnich
wypaść ujemnie, a zarzut, że nie daje gotowych rozwią­
zań, jest nieporozumieniem. Teoria Marksa wskazuje,
jak ujawniać obiektywne tendencje i przeciwtendencje,
jak wykrywać rodzące się obiektywne możliwości sku­
tecznego działania, zgodnego z prawidłowościami roz­
wojowymi, ale teoria marksistowska nie ma charakteru
normatywnego, nie może-więc ex antę sama przez się
powiedzieć, czy możliwości będą wykorzystane, czy za­
przepaszczone, ani też odpowiedzieć na pytanie, dla­
czego obiektywne prawidłowości są naruszane.
Jeśli neo-neoklasyków czy neokeynesistów, chociaż
stali na gruncie subiektywizmu i indywidualizmu, inte­
resowały przede wszystkim sprawy wzrostu gospodar­
czego i „racjonalnego” w tym względzie postępowania,
to na peryferiach tych zagadnień pojaw iają. się we
współczesnej myśli ekonomicznej i inne zainteresowa­
nia. Nie przeminęły próby naświetlenia psychologicz­
nych reakcji towarzyszących poczynaniom ekonomicz­
nym. Tacy ekonomiści doby współczesnej jak G. Kato­
na czy J. Hirschleifer wiele uwagi poświęcają domnie­
manej symbozie psychologii i ekonomii. Także tak
modny dziś w literaturze zachodniej „marketing” (po­
sługujący się m.in. reklamą) usiłuje w wysokiej mierze
wykorzystywać zdobycze współczesnej psychologii i te-

170
orii zachowań. George Katona próbował stworzyć wręcz
nową dyscyplinę, którą ochrzcił nazwą „psychologii go­
spodarczej”. Sam psycholog i ekonomista zarazem, mnie­
mał, że w analizie psychicznych motywacji działań go­
spodarczych uda mu się znaleźć klucz do wytłumacze­
nia procesów ekonomicznych. Wychodzi on z założenia,
że zjawiska gospodarcze rodzą się w wyniku potrzeb
odczuwanych przez ludzi, potrzeby te są nie tylko na­
tury biogennej, ale i psychogennej. Katona usiłował re­
akcje psychiczne towarzyszące działaniom gospodar­
czym nie tylko badać i porównywać, lecz również mie­
rzyć. Przyznawał, że reakcji psychicznych nie sposób
mierzyć w liczbach kardynalnych, ale sądził, że można
je jednak mierzyć za pomocą liczb porządkowych na
odpowiednio skonstruowanych skalach. Głównym przed­
miotem jego zainteresowań były przede wszystkim re­
akcje konsumenckie, a więc problemy związane z po­
pytem.
Katona słusznie zwraca uwagę, że przy rozpatrywa­
niu poczynań gospodarczych trzeba się liczyć z
różnorodnością bodźców i motywów, nadto dowodzi, że
nie jest bynajmniej prawdą, jakoby jednostki gospoda­
rujące kierowały się i w sprawach gospodarczych tylko
zasadami racjonalnego działania i jakoby motywem
gospodarowania było zawsze dążenie do maksymalizo­
wania korzyści. Wskazuje przypadki, kiedy zewnętrznie
podobne bodźce u różnych ludzi pobudzają zgoła różne
motywacje, przeciwstawia się więc stereotypowemu
traktowaniu postępowania ludzi w sferze gospodarczej.
Wskazuje, że ludzkie wybory i decyzje są rezultatem
uczenia się, naśladownictwa i dojrzewania intelektu­
alnego, człowiek nie jest bowiem zaprogramowaną ma­
szyną, lecz istotą zdolną zarówno do przystosowywania
się, jak i do inwencji twórczej. Katona sięga do arsenału
behawiorystów i wprowadza pojęcie „zmiennych inter­
wencyjnych” (zasilających). W ujęciu Katony popyt

171
jest nie tylko funkcją dochodów, lecz przede wszystkim
gotowości do nabywania określonego rodzaju dóbr
i usług pod wpływem różnorakich motywów. Kwestio­
nuje twierdzenie Keynesa, jakoby wraz ze wzrostem
dochodów następowało dające się określić zdyferencjo-
nowanie wielkości spożycia i oszczędności. Badając za­
chowanie się ludzi w procesie gospodarowania, Katona
rozróżnia postępowanie zrutynizowane (stereotypowe)
od postępowania decyzyjnego (a więc wynikającego z
refleksji dotyczących wyboru), i temu ostatniemu po­
święca szczególną uwagę.
Zarówno wzrost dochodów, jak i spadek cen wpływa­
ją — jego zdaniem — na popyt tylko wówczas, gdy zo­
stają uruchomione zmienne interwencyjne, a za takie
poczytuje nacisk opinii publicznej i powstających pod
jej wpływem fal optymizmu i pesymizmu (w tym
względzie posuwa się tropami Keynesa). Katona pro­
wadzi swe badania, uwzględniając różne grupy straty-
fikacyjne i różne warunki, w jakich pojawia się działal­
ność gospodarcza. Mozolne, trwające ponad dwadzieścia
lat badania Katony — jak sam przyznaje — nie dały
spodziewanych rezultatów, musiał bowiem stwierdzić,
że w odniesieniu do postępowania ludzi w sferze gospo­
darowania nie sposób ustalić jakichś reguł. Można tylko
stwierdzić, że działania te zależą w dużej mierze od
ilości i jakości informacji, jakimi dysponuje dana jed­
nostka gospodarująca, przy czym dla różnych jednostek
te same informacje mogą przedstawiać różny ciężar ga­
tunkowy, zwłaszcza w wypadku tzw. nowości. Katona
twierdzi nadto, że im bardziej zamożne staje się społe­
czeństwo, tym większą rolę odgrywać poczynają przy
zakupach motywy prestiżu i efekty demonstracji na
niekorzyść faktycznie odczuwanych potrzeb natury za­
sadniczej. Tak więc wieloletni trud sumiennych badań
Katony dowiódł, że zjawisk życia gospodarczego nie
zdołamy wytłumaczyć sięgając do samej psychologii.

172
Na innej płaszczyźnie próbował ująć psychologiczne
aspekty gospodarowania J. Hirschleifer. Galwanizuje
faktycznie koncepcje E. Bóhm-Bawerka, tyle że w zmo­
dernizowanej postaci. Sugeruje, że zysk przedsiębiorcy
jest wyłącznie wynagrodzeniem za wyczekiwanie, kiedy
włożony kapitał, jako jeden z czynników produkcji,
będzie mógł przynosić efekty w postaci gotowych wy­
robów; procent od kapitału (procent i zysk są tu iden­
tyfikowane), to tylko — jego zdaniem — antycypowany
ekwiwalent przyszłych dochodów, a sam kapitał — bie­
żąca postać przyszłych produktów. Hirschleifer porów­
nuje obrazowo kapitał do jabłoni, która rodzi jabłka.
Dodaje, że z racji niepewności i ryzyka posiadacz ka­
pitału ma zasadne prawo do odpowiedniego wynagro­
dzenia. W rozważaniach Hirschleifera, który w przeci­
wieństwie do Katony usiłuje problematykę gospodarczą
ująć w szerszym kontekście, pobrzmiewają wyraźnie
echa tzw. austriackiej szkoły psychologicznej, która już
dawno została zdezawuowana nawet wśród ekonomis­
tów orientacji niemarksistowskiej. Nawrót do tych wy­
blakłych koncepcji jest widocznym symptomem wy­
czerpywania się możliwości poznawczych współczes­
nych ekonomistów.
Rozważanie psychogennych elementów w poczyna­
niach gospodarczych nie jest, oczywista, żadnym
grzechem, gkoro w życiu gospodarczym odgrywają rolę
różne motywy i preferencje, ale powstaje pytanie, czy
badania w tym zakresie mogą stać się osią rozważań
ekonomistów (nawet przy współpracy psychologów),
skoro ekonomia bada zjawiska masowe, a psychologia
indywidualne; powstaje, oczywista, odrębny problem,
czy tzw. socjopsychologia nie mogłaby w jakiejś mierze
stanowić wspornika niektórych rozważań ekonomicz­
nych, w każdym razie zadaniem ekonomisty jest przede
wszystkim badanie społecznych aspektów gospodarowa­
nia i wykrywanie prawidłowości o charakterze socjo-

173
gennym i tylko przy całkowitym zawężeniu rozważań
do jakiejś teorii wyborów czynniki psychogenne mogą
być eksponowane na plan pierwszy. Tylko w zabiegach
manipulacyjnych, znamionujących zarówno marketing
jak i socjotechnikę, badania poszczególnych reakcji
psychicznych odgrywają faktycznie doniosłą rolę. Trud­
ności realizacji i dążność do dyscyplinowania mas pra­
cujących każe szukać skutecznych sposobów oddziały­
wania na psychikę ludzką i stąd zainteresowania
dla badań nad reakcjami ludzkimi w sferze gospo­
darczej.
Te same przyczyny powodują, że do rozważań ekono­
micznych włącza się często zagadnienia natury czysto
organizacyjnej. W związku z tym zrodziła się i tzw. te­
oria organizacji. Jest ona zlepkiem rozważań ekono­
micznych, socjologicznych, socjopsychologicznych i pra-
kseologicznych. Teoria organizacji ma głównie orę­
downików w wielkich korporacjach. Za czołowych
przedstawicieli tej dyscypliny uchodzą dziś J. G. March
i R. A. Simon, ale początki tej „nauki” datują się od
czasów znacznie wcześniejszych. W jej rozważaniach
również niepoślednią rolę odgrywają rozważania o sze­
rokiej podbudowie psychologicznej. Wiadomo, że reak­
cje psychiczne zależą od bodźców zewnętrznych i od
struktury psychofizycznej ludzi, lecz od tego stwierdze­
nia jest jeszcze daleko do zrozumienia roli tych czyn­
ników w skali społecznej i poznania przebiegu różnora­
kich sprzężeń zwrotnych.
Problemowi motywacji w sferze działań gospodar­
czych poświęcił już był wiele uwagi Ch. I. Bernard, któ­
ry wskazywał, że chociaż jednostka gospodarująca ma
tylko ograniczoną swobodę wyboru, podejmuje ona
działalność gospodarczą z reguły wówczas, gdy spodzie­
wa się jakichś doraźnych czy długofalowych korzyści.
Bernard rozważał wpływ bodźców, które pobudzają
interes materialny (w postaci pieniężnej, rzeczowej czy

174
wzajemnych usług), a także takich, które prowadzą do
społecznego wyróżnienia, wzmożenia prestiżu czy też
wyzwalają dumę z dobrej roboty. Zwracał uwagę na
fakt, że bodźce materialnego zainteresowania nie dzia­
łają jednako w każdych warunkach, często zaś nawet
po osiągnięciu określonego pułapu zanikają. Zwraca
uwagę na takie okoliczności, jak interesujący rodzaj
pracy, walory środowiskowe, a nawet nawyki mogące-
oddziaływać skuteczniej niż bodźce materialnego za­
interesowania. 7agadnienia poruszane przez Bernarda
mają oczywista znaczenie dla zrozumienia ludzkich po­
staw w procesie gospodarowania, nie mogą one jednak
stanowić głównej treści dociekań ekonomicznych,
przesuwanie płaszczyzny dociekań ekonomicznych
w kierunku zagadnień peryferyjnych stanowi faktycz­
nie ucieczkę od istotnych problemów życia gospo­
darczego.
Te rozważania kontynuują March i Simon, idąc zre­
sztą nieco dalej. Interesowała ich w kontekście gospo­
darowania identyfikacja jednostki ze zbiorowością, mo­
żliwości i granice manipulowania ludźmi, a przede
wszystkim czynniki wpływające na podejmowanie de­
cyzji. Simon nie sądzi, by możliwe było całkowite zra­
cjonalizowanie podejmowanych decyzji w sferze gospo­
darczej, stwierdza, że ani teorie wyborów, ani teorie
gier nie spełniły pokładanych nadziei, stawia więc sobie
skromniejsze zadanie — wypracować programy możli­
wie wykonalne w określonych warunkach przy istnie­
niu dywergencji celów. Zarówno on, jak i March tw ier­
dzą, że ludzkie decyzje dają w efekcie nie rozwiązania
optymalne, lecz takie, które minimalizują dysfunkcjo­
nalne konflikty w wypadku rozbieżności celów. March
i Simon usiłują przenieść wnioski wyprowadzone z do­
świadczeń zdobytych na gruncie zarządzania przedsię­
biorstwem na zagadnienia makroekonomiczne — jak
dotąd jednak bez większego powodzenia. Psychologia

175
behawiorystyczna (na której właśnie oparli się March
i Simon) została zapoczątkowana przez J. B. Watsona,
a dziś ma głównych orędowników w osobach B. F. Skin-
nera i E. C. Tolmana. Skinner za punkt wyjścia swych
rozważań przyjmuje, że ludzie mają wrodzoną skłon­
ność do motorycznego działania, ale pomiędzy bodźce
a reakcję wprowadza nowe ogniwo, tzw. zmienne inter­
wencyjne (które występują też w rozważaniach Kato­
ny). Zmienne te są natury egzogenicznej, ale działają
katalizująco na ludzką działalność. Na podstawie tego
rodzaju sugestii rozwinięto teorię aktywizacji (E. Duffy)
i teorię konsonansów i dysonansów (L. Festinger), któ­
re również usiłuje się przeszczepić na grunt rozważań
ekonomicznych.
Pokusa wyprowadzania zjawisk ekonomicznych z za­
chowań jednostek występuje od zarania myśli ekono­
micznej; zwłaszcza u tych pisarzy, którzy traktują spo­
łeczeństwo wyłącznie jako luźny agregat jednostek po­
wiązanych ze sobą tylko więzami rynku, gdy idzie
o sferę gospodarowania. Próby ujmowania relacji eko­
nomicznych przez pryzmat doznań psychicznych znaj­
dowały wyraz przy rozważaniach na temat użyteczności
dóbr (ujmowanych bądź jako właściwość rzeczy, bądź
jako ocena tych właściwości), wartość wymienną usiło­
wano też wyprowadzać z porównywania korzyści użyt­
kowych, jakie mogą zyskać wymieniające się dobrami
użytkowymi strony. Identyfikowanie pojęcia dobra
użytkowego z pojęciem towaru prowadziło i prowadzi
nadal do nieporozumień12. Ekonomiści, którzy za punkt

u „Użyteczność danej rzeczy czyni z niej wartość użytko­


wą (...). Wartości użytkowe stanowią materialną treść bogac­
twa (...), stosunek wymienny towarów polega (...) na abstraho­
waniu od ich wartości użytkowych (...). Jako wartości użytkowe
towary różnią się przede wszystkim jakością, jako wartości wy­
mienne mogą różnić się tylko ilością (...). Jeżeli więc pominiemy

176
wyjścia rozważań przyjmują ludzkie potrzeby i pod
kątem ich zaspokajania rozpatrują użyteczność poszcze­
gólnych dóbr, siłą rzeczy przechodzą na pozycje psycho-
logizmu, tym bardziej że z reguły hołdują indywidualiz­
mowi metodologicznemu, zapominają, że życie gospo­
darcze to nie bezpośrednie zaspokajanie potrzeb, lecz
szereg działań opartych na społecznych relacjach wio­
dących od produkcji przez podział i wymianę do kon­
sumpcji, że towar to nie po prostu rzecz, lecz takie do­
bro, które dochodzi do konsumenta drogą wymiany
uwarunkowanej różnymi społeczno-historycznymi wy­
mogami, że w warunkach odosobnienia producentów
użyteczność jest tylko jedną z przesłanek wymienial­
ności dóbr, że na rynku nie użyteczność, lecz raczej cena
jest przede wszystkim brana pod uwagę.
Z połączenia natywistycznego (a nie społecznego) po­
dejścia do potrzeb i ocen użyteczności z prakseologicz-
nymi zabiegami wyrosło dążenie do kwantyfikacji uży­
teczności, co znowu kierowało rozważania na grunt
psychologiczny. Próby kwantyfikowania użyteczności
za pomocą liczb kardynalnych czy porządkowych
podejmowała już tzw. austriacka szkoła psychologicz­
na, oczywista bezowocnie, próby te jednak ponowiono
i w dobie współczesnej w oparciu o tzw. teorię gier
J. von Neumanna i O. Morgensterna. W koncepcji tej
sugerują oni możliwość mierzenia użyteczności dóbr w
skali interwałowej i możliwość wypracowania zaleceń,
jak postępować w transakcjach rynkowych, by uzyskać
możliwie optymalne efekty. Uzupełnieniem tych prób
stała się tzw. heurystyczna strategia wyborów D. Kahl-

wartość użytkową (...) towarów, pozostaje im tylko jedna wła­


sność — ta mianowicie, że są produktami pracy” (K. Marks,
F. Engels, Dzieła, t. 23, s. 40, 42—43); „Społeczny podział pracy
jest warunkiem istnienia produkcji towarowej (...). Tylko pro­
dukty samodzielnych i niezależnych od siebie prac prywatnych
występują wobec siebie jako towary” (op. cit., s. 48).

12 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m y śl... 177
nemanna i A. Newella. Wszystkie te próby w płaszczyź­
nie makroekonomicznej kończą się fiaskiem, stale na­
trafiają na jedną i tę samą trudność, jak przejście od
preferencji indywidualnych do preferencji społecz­
nych 13. Indywidualne oceny, motywy i poczynania,
oczywista, wpływają na procesy społeczno-gospodarcze,
nawet w jakimś stopniu są elementem konstytuującym
te procesy, ale między indywidualnymi poczynaniami
a masowymi zjawiskami nie ma bezpośredniego związ­
ku. Ci więc, którzy skłonni są wierzyć w możliwość sto­
pienia w jedno czynników psychogennych i socjogen-
nych — przynajmniej w odniesieniu do stosunków ka­
pitalistycznych — kierują swe intelektualne wysiłki do­
nikąd.
Jeśli bez uprzedzeń porównamy wyniki dociekań tzw.
nurtu subiektywnego w ekonomii niemarksistowskiej
z ekonomią marksistowską, wnioski nasuną się same.
Marksizm akcentując społeczny kontekst gospodarowa­
nia i historyczne przemiany w sposobie produkcji, wy­
nikające z rozwoju sił wytwórczych i nowego sposobu
łączenia siły roboczej ze środkami produkcji, dociera do
istoty zjawisk ekonomicznych i otwiera horyzonty roz­
woju społeczno-gospodarczego, tymczasem nurt subiek­
tywny tkwi w indywidualizmie, nie szuka dróg rozwoju
społeczności ludzkiej, lecz uznawszy naturę ludzką za
niezmienną, w psychice ludzi szuka klucza ekonomicz­
nych problemów, zapominając, że zjawiska masowe nie
są jednoznacznie sprowadzalne do zjawisk indywidual­
nych, a więc i odwrotnie, ze zjawisk indywidualnych nie
sposób bezpośrednio wysnuwać wnioski odwrotne

13 „(—I Wynik końcowy rodzi się zawsze z konfliktów między


dążeniami wielu jednostek, przy czym każde z nich określane
jest z kolei przez mnóstwo szczególnych warunków życiowych.
Tak zatem z niezliczonego mnóstwa krzyżujących się wzajemnie
sił (...) wynika wypadkowa (...)” (K. Marks, F. Engels, Dzieła,
t. 37, Warszawa 1977, s. 549).

178
do zjawisk społecznych, głównego przedmiotu zaintere­
sowań ekonomii jako n au k i14.
Istnieje w literaturze ekonomicznej orientacji nie-
marksistowskiej jeszcze jeden kierunek, który jakkol­
wiek nienowy (datuje się od czasów tzw. starszej szko­
ły historycznej z początków XIX wieku), uzyskuje obec­
nie pewne wpływy. Jeśli nurt psychologiczny uciekał
od rzeczywistości w świat dość prymitywnie rozumianej
psychologii, to nurt historyczny ucieka w historyczną
przeszłość, topiąc rozważania ekonomiczne w morzu
szczegółów, siląc się na badanie genezy różnych insty­
tucji odgrywających rolę w życiu gospodarczym, w któ­
rym rzekomo petryfikował się „duch narodu”. Szkoła
historyczna w różnych swych nurtach zyskała sporą
popularność w Niemczech w ubiegłym stuleciu, zwłasz­
cza gdy jej główny przedstawiciel, G. Schmoller, zaata­
kował K. Mengera, głównego reprezentanta tzw.
austriackiej szkoły psychologicznej. Spór o metodę, jaki
ciągnął się między tymi kierunkami latami, nie dotyczył
jednak spraw najistotniejszych. Jeśli „austriacy” za-

14 „Jednostki produkujące w społeczeństwie, a zatem pro­


dukcja jednostek określona społecznie — taki jest naturalnie
punkt wyjścia. Pojedynczy i odosobniony myśliwy i rybak (...)
należą do pozbawionych fantazji urojeń robinsonad 18-wiecz-
nych. Robinsonady te (które są wynikiem złudzenia, jakoby
społeczeństwo było tylko luźnym agregatem jednostek — wstaw­
ka S.Ź.) (...). W (...) społeczeństwie wolnej konkurencji jednostka
występuje jako uwolniona od naturalnych więzi itd., które we
wcześniejszych epokach historycznych czynią ją przynależną do
określonego, ograniczonego konglomeratu ludzkiego (...). Im
głębiej cofamy się w dzieje, tym bardziej występuje jedno­
stka (...) jako niesamodzielna, przynależna do większej cało­
ści (...). Dopiero w wieku XVIII (...) rozmaite formy związku
społecznego występują wobec jednostki po prostu jako środki
do jej prywatnych celów (...). Ale epoka, w której powstał ten
punkt widzenia... jest właśnie epoką najbardziej, jak dotąd,
rozwiniętych społecznych... stosunków” (K. Marks, F. Engels,
Dzieła, t. 13, Warszawa 1966, s. 703—704).

179
puszczali się w niezbyt dobrze im znane tereny psycho­
logii indywidualnej, to z kolei „historycy” młodszego
pokolenia spełzali na pozycje tzw. Vólkerpsychologie
(Wundt), która głosiła, że każdy naród cechuje jemu tyl­
ko właściwa psychika, urobiona jego losami. Ten „duch
narodu”, „zew krwi” stał się później zarzewiem hitle­
ryzmu (w sferze propagandowej w nie mniejszej mierze
jak hasło „Lebensraum”!).
Ze szkołą historyczną blisko spowinowacona była
i jest tzw. szkoła socjologiczna, którą na przełomie XIX
i XX w., jak również w pierwszych dekadach XX wie­
ku reprezentowali M. Weber, R. Stammler, R. Stolz-
mann, O. Spann czy u nas St. Grabski. Szkoła ta przy­
wiązywała sporą wagę i do społecznych aspektów życia
gospodarczego, ale czyniła to inaczej niż marksiści. Nie
chodziło tu bowiem o badanie społeczno-gospodarczych
prawidłowości rozwoju, lecz o inne podejście do zjawisk
ekonomicznych, nie indywidualistyczne, lecz holistycz­
ne. Max Weber ze swoją konstrukcją „typu idealnego”,
jako sztucznego wzorca, do którego można by przyrów­
nywać realia życia gospodarczego, cieszył się tu szcze­
gólną estymą. Nurt socjologiczny teraz dopiero staje się
wpływowy. Coraz częściej bowiem (wraz z głosami o po­
trzebie integracji nauk) występują poglądy, że koniecz­
na jest symbioza ekonomii i socjologii. W tym właśnie
kierunku poszły wywody T. Parsonsa i N. J. Smelsera.
Autorzy ci, socjolodzy z profesji, w dość specyficzny
sposób rozumieli symbiozę ekonomii z socjologią, skłon­
ni są traktować system gospodarczy jako podsystem, i to
nie najważniejszy w wielkim systemie, jaki tworzą
ludzkie interakcje w ogóle. W przeciwieństwie do Mar­
ksa, który poczytywał gospodarowanie za podstawę
ludzkiego bytowania, zwolennicy symbiozy ekonomii
i socjologii skłonni są widzieć w ekonomii tylko naukę
pomocniczą, mającą odpowiedzieć na pytanie, jak zdo­
bywać środki do realizacji „wyższych” celów. Prawdą

180
jest, że ekonomia rozważa w swym aplikatywnym cha­
rakterze i te zagadnienia, lecz najważniejszym jej zada­
niem jest badanie stosunków międzyludzkich w sferze
gospodarowania. Parsons natomiast jest skłonny uwa­
żać, że tylko socjologia jako ogólna teoria działania mo­
że zajmować się formami ludzkich interakcji.
U socjologizujących ekonomistów czy u socjologów
skłonnych przyjąć ekonomię pod swoje opiekuńcze
skrzydła utwierdziło się przekonanie, że należy badać
przede wszystkim sposoby adaptowania się ludzi do za­
istniałych warunków, ich inklinacje do naśladownic­
twa, ich sposoby usuwania napięć itp. Te analizy są za­
sadne niezależnie od takiego czy innego podsystemu.
Przy takim ujęciu zadań podsystemowi ekonomicznemu
wyznacza się jako główny cel rozpatrywanie, jak prze­
biega produkcja, wymiana i podziałw polu wyznaczo­
nym z zewnątrz. Param etry działalności gospodarczej
ma więc badać socjologia, a ekonomia ma je biernie
przyjmować. Głosząc, że interesują ich styki podsyste­
mu ekonomicznego z innymi podsystemami tudzież
z wielkim systemem, faktycznie Parsons i jego adheren­
ci wyznaczają podsystemowi ekonomicznemu tylko rolę
usługową w realizacji celów nadrzędnych. Odrzucają
pogląd o determinującej roli bazy ekonomicznej. W re­
zultacie niewiele się tu zmienia w stosunku do innych
kierunków myśli ekonomicznej, które utkwiły w zaułku
prakseologii, tyle tylko, że uznaje się tu konieczność
brania pod uwagę danych, które wskazują inne podsys­
temy. Zwolennicy nurtu socjologicznego w ekonomii
interesują się również mało prawidłowościami rozwoju
społeczno-gospodarczego, a główną ich uwagę przyciąga
problem internalizacji świadomości społecznej w proce­
sie działań gospodarczych.
Próbę symbiozy ekonomii z socjologią podjął również
Kenneth Boulding. Boulding usiłuje ogarnąć całokształt
ludzkiego bytowania w powiązaniu z problemami eko-

181
logicznymi. Próbuje wydzielić krąg zagadnień, które
określił mianem socjosjery, przez którą rozumie to
wszystko, co dotyczy zachowania się ludzi, ich ról spo­
łecznych, stworzonych przez nich instytucji. W tak po­
jętej socjosferze wyróżnia jako podsystemy ekonosjerę
(instytucje gospodarcze), infosferą (sposób porozumie­
wania się ludzi) oraz politykę i stara się uchwycić wy­
stępujące pomiędzy tymi systemami związki. Sugeruje,
że tak jak kod genetyczny rządzi funkcjonowaniem każ­
dego żywego organizmu, tak społeczeństwem rządzą
genotypy, na które składają się groźba i przemoc, wy­
miana i integracja. Ekonosfera w jego ujęciu zajmuje
się stosunkami międzyludzkimi opartymi na wymianie,
przy czym wymianę rozumie szeroko, jako wymianę
wzajemnych usług o znaczeniu gospodarczym, a nie
tylko jako wymianę rynkową; również produkcję trak­
tuje jako rodzaj wymiany między człowiekiem a przy­
rodą. Twierdzi, że rozwój ekonosfery dokonuje się po­
przez stałe naruszanie równowagi; przed dekompozycją
chronią ekonosferę jednakże stabilizatory działające na
wzór homeostatów. Opowiada się za krzewieniem ini­
cjatywy prywatnej i trawestując tzw. optimum Pareta,
uważa, że taka inicjatywa nie musi koniecznie prowa­
dzić do upośledzenia sytuacji innych. Jako jeden
z pierwszych zwrócił uwagę na ścisłe powiązania poczy­
nań gospodarczych z zagrożeniem ekologicznym.
Za czynnik motoryczny rozwoju poczytuje infosferę.
Wskazuje, że fizyczna przestrzeń globu ziemskiego na­
rzuca ograniczenia działalności człowieka w sferze go­
spodarczej. Zwraca uwagę na pułap zasobów natural­
nych oraz na niebezpieczeństwo szybkiego przyrostu na­
turalnego. Wyciąga z tego wniosek, że prędzej czy
później ludzkość będzie musiała wrócić do reprodukcji
prostej. Akcentuje bardzo silnie konieczność zmian nie
tylko działań gospodarczych, ale i postaw ludzi w związ­
ku z narastającymi nowymi a groźnymi problemami.

182
I tutaj wychodzi na jaw, że im trudniej rozwiązywać
problemy ekonomiczne, tym częściej ekonomiści szuka­
ją zbawienia, sięgając do innych dziedzin. Jest rzeczą
oczywistą, że w realnym życiu wszystkie zjawiska prze­
platają się ze sobą, ale badając je, nie możemy ogarnąć
wszystkich ich aspektów jednocześnie i dlatego pojawi­
ła się specjalizacja nauk. Ekonomiści bezradni na swoim
terenie zwracają się do innych nauk. Tak ma się właśnie
rzecz z wywodami Parsonsa, Bouldinga czy wielu
innych. Niestety to poszerzanie zainteresowań przy
braku epistemologicznego rozeznania, w połączeniu
z agnostycyzmem nie pomaga w rozszyfrowaniu istoty
zjawisk ekonomicznych, raczej odwleka rozeznanie pro­
cesów ekonomicznych. I tu znowu ujawnia się wyższość
Marksowskiego podejścia historyczo-dialektycznego.
W wywodach np. Bouldinga jest na pewno wiele słusz­
nych spostrzeżeń, a nawet wskazań (np. jego refleksje
ekologiczne), ale mankament jego rozumowania tkwi
przede wszystkim w tym, że ekonosferę przedstawia
zbyt wąsko, społeczne aspekty gospodarowania są (po­
dobnie jak u Parsonsa) wypychane poza jej nawias
i rozważane odrębnie w ramach socjosfery, chociaż zda­
je on sobie sprawę z współzależności tych sfer. O ile
głębiej, zarówno metodologicznie, jak i merytorycznie,
ujmuje tę sprawę Marks.
W dobie współczesnej ekonomiści, którzy poczynają
sobie zdawać sprawę z niedomogów dotychczasowych
analiz, szukają często ratunku w ogólnej teorii syste­
mów (opracowanej przez biologa L. von Bertalanf-
fy’ego). Systemowe podejście znalazło najwcześniej za­
stosowanie w biologii. Już w 1945 roku A. B. Nowikoff
wysunął koncepcję „poziomów integracyjnych”, wedle
której każdy nowy poziom rozwoju tworzy się w rezul­
tacie nakładania się nowych struktur na stare. Nowi­
koff zastrzegał się jednak, by nie wyciągać z tego tw ier­
dzenia zbyt pochopnych wniosków w odniesieniu do ga-

183
tunku ludzkiego. Właściwym jednak twórcą ogólnej
teorii systemów, która miała mieć uniwersalne zastoso­
wanie, stał się L. von Bertalanffy. Wychodzi on z zało­
żenia, że każdy system ożywionej materii o określonym
stopniu integralności i organizacji odznacza się dyna­
miczną aktywnością. Rozgranicza systemy otwarte
i zamknięte, pierwsze wymieniają z otoczeniem nie tyl­
ko materię, lecz również i energię, w systemie takim
— jego zdaniem — występuje ekwifinalność, czyli zdol­
ność osiągania nakreślonego uprzednio stanu końcowe­
go, niezależnie od ewentualnych zaburzeń w stosunku
do stanu początkowego. Bertalanffy przyznaje, że ope­
rując pojęciami sprzężeń zwrotnych czy homeostatu, nie
można ipso facto zrozumieć sił motorycznych określają­
cych spontaniczne działania, które mają charakter za­
skakujący. W zastosowaniu do problematyki ekonomicz­
nej ogólna teoria systemów jest niewątpliwie krokiem
naprzód w stosunku do dotychczasowego mechanistycz-
nego traktowania procesów gospodarczych, lecz nie jest
to krok naprzód w stosunku do metody historyczno-dia-
lektycznej. Te elementy ogólnej teorii systemów, które
uwzględniają ekwifinalność, analizują ruch w jego roz­
licznych, nie tylko mechanicznych formach, są implici­
te zawarte już w analizie dialektycznej.
Obok prób przystosowania ogólnej teorii systemów
do rozważań ekonomicznych istnieją też próby wyko­
rzystania osiągnięć cybernetyki, której twórcą był
N. Wiener. Dzięki cybernetyce rozwinęły się niektóre
działy probabilistyki, matematyczna teoria informacji
i inne. Cybernetycy podjęli próbę uniwersalizowania
wniosków płynących z zauważonych wspólnych cech
występujących w organizmach żywych i w różnych me­
chanizmach. Cybernetyka stara się uchwycić związki
zachodzące między szeroko rozumianym materiałem
informacyjnym, odbieranym przez takie czy inne re­
ceptory, a powstającą przez transformację bodźców (po-

184
jawiających się na „wejściach”) w działalność sterow­
niczą powstającą na „wyjściach” przejawiającą się w
postaci efektorów. Cybernetyka usiłuje opracować taki
sposób ujmowania zjawisk, niezależnie od ich rodzaju,
zachodzących w układach względnie odosobnionych,
który pozwoliłby z możliwym prawdopodobieństwem
ustalić, jakie wyniki w ramach określonych informacji
i zasileń może osiągnąć dany sterowalny układ. Kość-
cem cybernetyki jest teoria informacji, która niewąt­
pliwie przyczyniła się poważnie do wzbogacenia technik
badawczych. Nie znaczy to jednak, by cybernetyka po­
szła dalej od materializmu dialektycznego; w najlep­
szym wypadku można uznać, że uszczegółowiła ona
niektóre elementy dociekań podejmowanych w ramach
materializmu dialektycznego Marksa (warto zaznaczyć,
że cybernetyka przywróciła rangę analizie kauzalnej,
tak postponowanej na rzecz analizy strukturalno-fun-
kcjonalnej przez licznych ekonomistów!).
Nawet jednak cybernetyzujący ekonomiści nie uwa­
żają nadal sprzeczności społeczno-gospodarczych za siły
napędowe rozwoju, nadal traktują procesy gospodarcze
jako wypadkową indywidualnych interakcji wywoły­
wanych indywidualnymi, subiektywnymi motywami
(co tylko w części jest prawdziwe!), a konflikty uznają
za czasowe dewiacje w postępujących procesach integra­
cji. Dostrzegając nawet niekiedy dynamikę, nie sięgają
do genezy zjawisk, lecz zadowalają się ekstrapolacją te­
go, co dzieje się aktualnie. Nie stosując analizy retro-
spektywno-prospektywnej, rzutują po prostu teraźniej­
szość w przyszłość.
Rozważając problemy wzrostu gospodarczego, niektó­
rzy współcześni ekonomiści orientacji niemarksistow-
skiej zdali sobie sprawę, że nie sposób bagatelizować
społeczny kontekst gospodarowania (co stanowi świado­
mą czy nieświadomą aprobatę stanowiska Marksa!), ale
ekonomiści ci podchodzą do badań społecznych aspek-

185
tów gospodarowania niezdarnie i połowicznie. Do auto­
rów, którzy swe koncepcje wzrostu usiłowali osadzić w
szerszym społecznym polu, zaliczyć można B. F. Hose-
litza, W. A. Lewisa czy W. W. Rostowa, którzy w 60-ych
latach XX w. zdobyli sobie spory rozgłos. Hoselitz roz­
ważał różne warianty, w jakich mógłby przebiegać
wzrost gospodarczy. Brał pod uwagę w swych rozważa­
niach i społeczne uwarunkowania, ale tylko jako ze­
wnętrzne parametry. Rozróżnia on wzrost gospodarczy
ekspansywny i intensywny, suwerenny i satelicki, auto­
nomiczny i indukowany, które zresztą mogą ulegać róż­
nym kombinacjom.
Z kolei W. A. Lewis bierze wprawdzie pod uwagę
czynniki historyczno-instytucjonalne, ale tylko po to,
by na ich tło rzucić rozważania o czysto prakseologicz-
nym charakterze. Rozwój gospodarczy wzorem Smitha
dzieli na okres embrionalny, w którym dominuje rol­
nictwo, a mobilność ludności jest znikoma, oraz na etap
wyższy, w którym występuje już dynamika rozwojowa,
nabiera znaczenia przemysł i handel, rozwija się tech­
nika, a gospodarka wkracza na poziom reprodukcji roz­
szerzonej. Oceniając przeszłość, Lewis sugeruje, że
brak mobilności pionowej, a więc istnienie barier nie
pozwalających na osiąganie statusu wyższego, niż to
wynika z urodzenia w danym stanie czy w innej grupie
stratyfikacyjnej, powodował zrywy rewolucyjne; po
zniesieniu tych barier sposobem przezwyciężania kon­
fliktów staje się kompromis, niemniej w mobilności pio­
nowej dopatruje się sił napędowych rozwoju. Rozwa­
żania Lewisa dotyczące historyczno-społecznego roz­
woju mają nader spekulatywny i kontrowersyjny cha­
rakter, a co ważniejsze, stanowią w jego rozważaniach
sensu stricto ekonomicznych tylko zewnątrzną orna­
mentykę. Ornamentyka ta niezależnie od swej wartości
jest jednak przyznaniem, że nie sposób ominąć społecz­
nych aspektów gospodarowania, co jest mimowolnym

186
uznaniem racji marksistowskiego traktowania proble­
mów ekonomicznych.
Społeczne aspekty gospodarowania uwzględnia też
i W. W. Rostow, ale czyni to wyraźnie z premedytacją
antymarksowską (nie darmo nadał swej pracy z 1960 r.
The Stages of Economic Growth podtytuł A Non-Comu-
nist Manifesto!). Rostow szuka motywów i skłonności
pobudzających człowieka do działalności gospodarczej
i przy tej okazji dotyka także problemów społeczno-go­
spodarczych. Jednak główną uwagę poświęca ilościo­
wym aspektom wzrostu gospodarczego. Za wzrost go­
spodarczy poczytuje przyrost dochodu na głowę lud­
ności przy jednoczesnym wzroście udziału inwestycji
w dochodzie narodowym. Szuka on takich proporcji
między poszczególnymi działami gospodarki, które
sprzyjałyby takiemu wzrostowi. Sugeruje, że ludzkość
przechodzi kolejne stadia rozwojowe, których wylicza
pięć. Pierwsze stadium to długi okres odznaczający śię
zastojem i tradycjonalizmem, drugie stadium przynosi
zarodki wzrostu, trzecie przygotowuje start do coraz
szybszego wzrostu (take-off) i odznacza się dynamiką,
czwarte stadium to dojrzały wzrost, piąte zaś przynosi
masową konsumpcję, wzrasta rola usług, a świat wcho­
dzi w okres powszechnego dobrobytu, tempo wzrostu
słabnie. Rozważania Rostowa noszą europocentryczny
charakter i nie grzeszą głębią, przyświeca im wyraźnie
nie tyle naukowy, co polityczny cel.
Różnice w traktowaniu społecznych aspektów gospo­
darowania w wyżej wymienionych koncepcjach nie mają
zasadniczego znaczenia. Hoselitz, Lewis czy Rostow nie
traktują gospodarki jako podstawy ludzkiego bytowa­
nia, na której dopiero wznoszą się inne stosunki między­
ludzkie, przeciwnie, uważają, że- gospodarowanie jest
uzależnione od różnych czynników, które w literaturze
marksistowskiej zwykło się określać mianem nadbudo­
wy. Oczywista, że między bazą a nadbudową istnieją

187
sprzężenia zwrotne, ale dla badania rozwoju społecz­
nego nie jest sprawą obojętną, co będziemy traktować
jako prymarne, a co jako wtórne. U tych autorów na
skutek opacznej optyki, mimo deklamacji o wadze
społecznych aspektów gospodarowania następuje fak­
tyczne rozerwanie sprzężeń między społecznymi forma­
mi gospodarowania a zawężoną do prakseologicznych
ram ekonomiką. Społeczny kontekst gospodarowania
sprowadza się tu do zamanifestowania postulatu, że
ekonomista rozpatrując wzrost gospodarczy powinien
przyjmować wyznaczniki ustalone przez socjologów
i historyków. Jest to być może dużo z punktu widzenia
myśli ekonomicznej orientacji niemarksistowskiej, ale
stanowczo za mało, by prawidłowo rozszyfrowywać re­
alne stosunki społeczno-gospodarcze, tak jak to czynił
Marks.
O problematykę społeczną zahaczają też różne kon­
cepcje tzw. teorii dobrobytu, której propagatorem był
angielski ekonomista A. C. Pigou. Postulował on już w
20-ych latach naszego stulecia, by ekonomiści badali nie
tylko czynniki powodujące wzrost dochodu narodowego,
ale i sposoby jego podziału nie naruszające poczucia
sprawiedliwości społecznej. Idąc jego tropami, proble­
mami dobrobytu społeczno-ekonomicznego zajmują się
dziś chętnie K. Arrow, A. Bergson, A. P. Lemer, J. Tin-
bergen i wielu innych. Ekonomia dobrobytu zawiera
wiele elementów normatywno-etycznych, rozważa nie
tyle, co jest, lecz raczej, co być powinno (pobrzmiewają
tu echa wywodów Sismondiego). Ekonomiści tego kie­
runku pragną ustalić taki porządek społeczno-gospo­
darczy, w którym byłoby możliwe powszechne opty­
malne zaspokajanie potrzeb (co jest znowu tylko zmo­
dyfikowaną wersją tzw. optimum Pareto). Ekonomia
dobrobytu uznaje niedostatki mechanizmu rynkowego
i opowiada się za działalnością korekcyjną państwa.
Jakkolwiek ekonomia dobrobytu chce rozwiązywać bo-

188
łączki społeczne, zawęża problem do zagadnień czysto
ilościowych, cofając się w wielu wypadkach do rozwa­
żań Adama Smitha, który szukał czynników pomnaża­
jących lub hamujących wzrost bogactwa narodowego.
Wymienieni autorzy kładą większy nacisk na enigma­
tycznie rozumiany sprawiedliwy podział tego bogactwa.
W porównaniu z marksizmem jest to teoria naiwna
i moralizatorska, niezdolna do naukowej analizy.
Przy dobrej woli można też doszukać się niektórych
elementów podejścia do zjawisk ekonomicznych i od
strony społecznej u tzw. neoliberałów (najbardziej
aktywnymi reprezentantami tego kierunku stali się za-
chodnioniemieccy ekonomiści L. Erhard, A. Riistow,
A. Miiller-Armack czy F. Bóhm, a dołączyli do nich
i ekonomiści innych krajów, jak F. A. Hayek, W. Rop-
ke, G. Stigler, J. Rueff, F. Einaudi czy M. Friedmann).
Neoliberałów nie interesują historyczne uwarunkowa­
nia form gospodarowania, przyjmują po prostu, że
istnieją różne typy gospodarowania i ich kombinacje.
Rozgraniczając formy gospodarowania, neoliberałowie
muszą, oczywista, brać pod uwagę instytucje społeczne
i związane z nimi interakcje międzyludzkie, lecz nie
kładą na to szczególnego nacisku. Za najbardziej efek­
tywną formę gospodarowania poczytują gospodarkę
opartą na konkurencji, gdzie koordynacja następuje
dzięki mechanizmom rynkowym. Uważają, że istnienie
otwartych rynków pobudza swobodną inicjatywę, pro­
wadzi do największej efektywności działań. Skłonni są
podobnie jak zwolennicy teorii dobrobytu włączać do
swych rozważań momenty natury etycznej i głoszą, że
własność prywatna powinna być swego rodzaju manda­
tem społecznym. Opowiadają się za współpracą kapitału
z pracą (Mitpartnerschaft), w kapitaliście chcą widzieć
„patrona” dbającego o załogę, a nawet dopuszczającego
załogę do udziału w zyskach przedsiębiorstwa, głoszą, że
wskutek postępu naukowo-technicznego i wzrastającego

189
dobrobytu konflikty społeczne tracą na ostrości, a nawet
mają zanikać. Ani w analizie ekonomicznej, ani w po­
stulatach społecznych neoliberałowie nie są wybitni,
pewną szerokością horyzontów odznacza się być może
Hayek. Szuka reguł porządku życia gospodarczego i nie
ogranicza się do poszukiwania równowagi rynkowej.
Jest przeciwnikiem zarówno neo-neoklasyków, jak i neo-
keynesistów, nie jest też entuzjastą koncepcji wzrostu
gospodarczego, jest też zaciekłym antykomunistą. Ra­
chunek ekonomiczny traktuje jak aproksymatywny
i nie fetyszyzuje go, opowiada się za państwem spra­
wiedliwości społecznej, chociaż nie wierzy w jego rychłe
urzeczywistnienie; sądzi też, że zrodzi się ono nie na
drodze rewolucyjnej, lecz samorzutnie w wyniku dłu­
giego procesu cywilizacyjnego. Nurt neoliberalny nie
odznacza się samodzielnością, jest eklektyczny i nace-
lowany nie na dociekania ściśle naukowe, lecz na ukie­
runkowanie polityki gospodarczej. Ten kierunek myśli
niemarksistowskiej także nie jest w stanie stać się alter­
natywą dla marksizmu.
Wśród ekonomistów zajmujących się problematyką
społeczną znajduje się kilku ekonomistów francuskich
doby współczesnej. Najstarszy z nich, F. Perroux, pod­
jął badania nad rolą przymusu i siły w procesach go­
spodarczych. Twierdzi on, że w dobie współczesnej go­
spodarka stała się zespołem jawnych i utajonych
powiązań między różnymi jednostkami gospodarujący­
mi o różnym zasięgu oddziaływania i sile dominacji. Za
jednostki gospodarcze dominujące Perroux uznaje jed­
nostki zdolne wywierać różne formy przymusu bezpo­
średniego i pośredniego na inne. Ten typ przedsię­
biorstw pojawia się nieuchronnie w polu rozproszonych
producentów, są to zwykle przedsiębiorstwa skupiające
co najmniej połowę ogólnego potencjału produkcyjnego
i dzięki uzbrojeniu technicznemu mogące produkować
towary po cenie znacznie niższej niż pozostałe. Wedle

190
Perroux dominacja to coś szerszego niż panowanie oli-
gopoli, przede wszystkim interesuje go zachowanie się
dominującego przedsiębiorstwa i makrodecyzje; makro-
decyzje nie muszą mieć zawsze racjonalnego charakte­
ru, przymus może być bowiem stosowany i dla celów
destrukcyjnych, bada więc strategie typu manipulacyj­
nego.
Inny francuski ekonomista E. Theillac interesuje się
bliżej rosnącymi postawami konsumpcyjnymi. Podobnie
jak Saint-Simon sądzi, że postęp techniczny, wzrost
kultury i cywilizacji materialnej będzie samorzutnie
rozwiązywał problemy społeczne. Do socjologizujących
ekonomistów można też dołączyć takich ekonomistów
jak J. Atali, M. Guillaume, F. Mattick. Atali i Guillau-
me atakują zarówno myśl niemarksistowską, jak i mar­
ksistowską (znamienna jest ich praca L'Antieconomi-
que), stwierdzają słusznie, że stan współczesnej wiedzy
ekonomicznej jest wysoce niezadowalający, bo współ­
cześni ekonomiści kontentują się płytkim empiryzmem
i pragmatycznym podejściem do problemów gospodar­
czych. Popełniając błędy natury metodologicznej i nie
rozumiejąc społecznego kontekstu gospodarowania,
autorzy ci nie są jednak sami w stanie wskazać wyjścia
z impasu.
Problematyka społeczna występuje też u pisarzy aro-
gujących sobie miano „F” nowej lewicy. Jest to grupa
bardzo niejednolita i wewnętrznie skłócona. Należą tu
m.in. P. Baran, P. Sweezy, E. Mandel, jak i zwolennicy
tzw. radykalnej ekonomii. Starają się oni nawiązywać
w zakresie problematyki ekonomicznej do Marksa, lecz
interpretują go dość swobodnie. Wśród zwolenników
„radykalnej ekonomii” panuje eklektyzm, w ich wywo­
dach pobrzmiewają echa zarówno Marksa, jak i Veblena,
a głównym inspiratorem jest H. Marcuse. Głównym
postulatem „nowej lewicy” w zakresie dociekań ekono­
micznych jest żądanie, by ekonomia badała nowo rodzą-

191
ce się stosunki międzyludzkie. Mocna w krytyce „nowa
lewica” niewiele potrafi powiedzieć pozytywnego, chęt­
nie przyjmuje pogląd Marcuse’a, że w naszej epoce
dominuje irracjonalizm, a jednostka czuje się zniewolo­
na. „Radykalni ekonomiści” podważają sens kapitalis­
tycznej „racjonalności”, udowadniają marnotrawstwo
kapitalistycznego sposobu wytwarzania, towarzyszącą
mu dewastację przyrody, występują przeciwko „grupie
nacisku”, dominacji polityki nad ekonomiką itd., itd.,
ale ciosy ich padają nie tylko na prawo, równie niena­
wistnie krytykują realny socjalizm, w rezultacie sieją
nihilizm.
We współczesnej myśli ekonomicznej orientacji nie-
marksistowskiej należy wymienić jeszcze kierunek,
który różni się znacznie od pozostałych krytycznym
stosunkiem do współczesnej rzeczywistości. Kierunek
ten jest często określany jako „neoinstytucjonalizm”.
Należą tu tacy ekonomiści, jak C. E. Ayres, G. Colm,
J. K. Galbraith, R. Heilbroner czy G. Myrdal. Współ­
czesnym ekonomistom — zwłaszcza amerykańskim —
zarzucają apologetyczny stosunek do kapitalizmu, płyt­
kość wywodów tudzież wątpliwą wartość stosowanych
przez nich metod badawczych. Kwestionują też zasad­
ność poczytywania rynku za skuteczny mechanizm two­
rzenia i utrzymywania równowagi gospodarczej. Nie
fetyszyzują wzrostu gospodarczego i przywiązują dużą
wagę do skutków ekologicznych gospodarowania. Nie
szukają jednak istoty zjawisk i na płaszczyźnie metodo­
logicznej hołdują instrumentalizmowi D ew eya15. Za
swe zadanie uważają szukanie porządku w historii spo­
łeczno-gospodarczej. Jeden z prominentów neoinstytu-
cjonalistów sugeruje, że w rozwoju ludzkości można
wyróżnić trzy typy sterowania gospodarką — typ opar-

15 R. L. Heilbroner, The World Philosophers. The lives, times


and ideas of the great economic thinkers, New York 1972.

192
ty na tradycji, typ sterowany nakazami i typ regulo­
wany przez rynek. Typ pierwszy uważa on za przeży­
tek, nie zadowala go i typ drugi, ale jednocześnie wska­
zuje na mankamenty typu trzeciego, który zupełnie nie
uwzględnia kosztów społecznych. Analizując współczes­
ny kapitalizm, Heilbroner nie szczędzi mu krytyki, ale
skłonny jest przyznać, że coraz pilniejsza konieczność
programowania współzależnych działań gospodarczych
prowadzi do modyfikacji tego sposobu wytwarzania,
sądzi też, że we współczesnym kapitalizmie nastąpiło
„zhumanizowanie” przywłaszczania produktu dodatko­
wego. Przyznaje wyższość ustroju socjalistycznego, eli­
minującego własność prywatną środków produkcji, ale
zarzuca temu ustrojowi biurokratyczną ociężałość i ma­
łą zdolność pobudzania inicjatywy. Głosząc, że kapita­
lizm się przeżywa, nie jest skłonny „dobić” go na dro­
dze rew olucyjnej16.
Najbardziej błyskotliwym reprezentantem neoinsty-
tucjonalistów stał się w dobie obecnej J. K. Galbraith,
którego interesują przede wszystkim przemiany zacho­
dzące we współczesnym kapitalizmie. Głosi on, że w
dobie obecnej siłą przeciwstawną równoważącą siłę oli-
gopoli są związki zawodowe, związki farmerów, spół­
dzielnie spożywców, zrzeszenia kupców-detalistów czy
zrzeszenia obrony konsumentów. Wskutek działania
tych sił kapitaliści, dążąc do obniżenia kosztów, muszą
popierać postęp techniczny i niezależnie od swoich ce­
lów — pogoni za zyskiem, stają się czynnikiem postę­
pu. Twierdzi dalej, że rynek przestał być czynnikiem
decydującym o alokacji kapitałów, jak również czyn­
nikiem regulującym podaż i popyt. W dobie współczes­
nej wysuwa się na plan pierwszy tzw. technostruktura,
a więc menadżerowie, którzy reprezentują inwencję,
przedsiębiorczość, zdolności organizacyjne i gotowość

16 Ibidem.

13 — M a rk s a w sp ó łc zesn a m yśl... 193


podejmowania ryzyka, co czyni z nich faktycznych ster­
ników gospodarki. Motywem ich działalności nie jest
już zysk, a raczej potrzeba prestiżu, zaspokajania ambi­
cji dobrej roboty. Ten optymistyczny obraz z wcześniej­
szych prac Galbraitha uległ i u niego zmąceniu pod
wpływem stagflaeji, zbrojeń i zagrożeń ekologicznych.
Nie będąc entuzjastą kapitalizmu, występuje jednocześ­
nie przeciwko teorii Marksa i przeciwko socjalizmowi
w ogóle, szuka „trzeciej” drogi, ale jak sam przyznaje,
z małym jak dotąd powodzeniem.
Neoinstytucjonalistą jest również twórca koncepcji
tzw. cen administrowanych G. Means. Twierdzi on, że
charakter współczesnej konkurencji uległ istotnej zmia­
nie, że koncentracja dyspozycji w ręku korporacji po­
łożyła wręcz kres swobodzie rynkowej, w rezultacie
ceny wielu towarów kształtują się nie na rynku, lecz są
stanowione przez korporacje w oparciu o długofalową
strategię przewidywanych kosztów i możliwości zbytu.
Ceny administrowane są rodzajem ceny docelowej ma­
jącej za zadanie maksymalizowanie długofalowych ko­
rzyści firmy i wyeliminowania lub też zminimalizowa­
nia ryzyka.
Poglądy zbliżone do neoinstytucjonalistów wypowiada
też szwedzki ekonomista G. Myrdal. Atakuje on współ­
czesną ekonomię akademicką za jej powiązania z esta­
blishmentem i pragnie stworzyć „ekonomię krytycz­
ną”. Procesy ekonomiczne traktuje jako cząstkę proce­
sów ewolucji. Nie uważa on za celowe, a nawet możliwe
wyodrębnienie zjawisk gospodarczych z reszty zjawisk
społecznych i rozwija koncepcję kumulatywnego uwa­
runkowania. Koncepcję równowagi ekonomicznej uwa­
ża za prymitywną, a ponadto nieprawdziwą. Głosi, że
kierunek rozwoju poddaje się kreatywnej sile ludzi,
ale tylko pod warunkiem rozeznania rozwojowych
tendencji.
W kręgu neoinstytucjonalistów znajduje się i R. Theo-

194
bald, entuzjasta „rewolucji cybernetycznej”. Wierzy,
że coraz większe możliwości korzystania z robotów i mi-
niprocesorów wybawią ludzkość nie tylko od mozołu
stereotypowej pracy, ale doprowadzą samorzutnie do
stworzenia nowego układu stosunków międzyludzkich;
dostrzega niebezpieczeństwo wykorzystania postępu
technicznego w sposób antyhumanistyczny, żywi jednak
nadzieję, że rozum ludzki opanuje to niebezpieczeń­
stwo.
Neoinstytucjonaliści, zwłaszcza w Stanach Zjedno­
czonych, prezentują myśl opozycyjną w stosunku do
oficjalnej myśli akademickiej, szukają takiej formy,
instytucji społecznych, która zapewniłaby efektywną
kontrolę nad procesami społeczno-gospodarczymi. Do­
strzegając społeczny kontekst gospodarowania, są jednak
zauroczeni determinizmem technologicznym i wierzą,
że stosunki międzyludzkie pod wpływem postępu na­
ukowo-technicznego ulegną samoczynnie pozytywnym
przeobrażeniom. Technikę rozumieją zresztą bardzo
szeroko, włączając do niej zabiegi natury organizacyj­
nej. Zachowanie ludzi i ich interakcje ujmują na modłę
behawiorystów. Równie szeroko jak pojęcie techniki
interpretują także pojęcie instytucji (włączają do niej
tradycję, obyczaje, kulturę itp.). Potniędzy tak rozu­
mianą techniką i tak rozumianymi instytucjami, jako
dwoma biegunami, umieszczają jednostki gospodarują­
ce. Technikę i instytucje poczytują za czynniki zniewa­
lające człowieka, za coś, do czego człowiek musi się
przystosować. Dostrzegając dynamikę rozwojową, trak­
tują jednak zjawiska historyczne jako czysto przypad­
kowe i nie szukają w nich prawidłowości. Gospodaro­
wanie skłonni są ujmować jako stałe przystosowywanie
do rodzącej się spontanicznie otaczającej człowieka rze­
czywistości, gospodarowanie ma — ich zdaniem —
zmniejszać entropię w oparciu o rosnące informacje.
Neoinstytucjonaliści niewątpliwie spełniają wobec

195
kapitalizmu funkcję demaskatorską. Od marksizmu
dzieli ich jednak bardzo wiele, nie tylko brak postawy
rewolucyjnej czy podejście do procesów społeczno-go­
spodarczych. Nie przywiązują większej wagi do analiz
historycznych, nie dostrzegają też dialektyki rozwoju.
Marksowskie pojęcie sił wytwórczych zawiera implicite
także inwencję człowieka, pojęcie techniki u neoinsty-
tucjonalistów natomiast jest czymś czysto zewnętrznym,
jakimś „imperatywem technologicznym” przytłaczają­
cym człowieka. Marks szuka możliwości przemian spo­
łecznych opierając się na poznanych tendencjach rozwo­
jowych i ukazuje w tym czynną rolę proletariatu, neo-
instytucjonaliści wierzą w automatyzm uruchamiany
przez postęp naukowo-techniczny. Marks w oddzielaniu
się funkcji i własności kapitału dostrzegał symptomy
rozkładu kapitalistycznego sposobu produkcji, neoinsty-
tucjonaliści skłonni są natomiast w zjawisku tym dopa­
trywać się pozytywnej transformacji. Neoinstytucjona-
listom przy całej awersji do kapitalizmu zabrakło reali­
stycznego podejścia, co w dużej mierze wynika z braku
właściwej metody dociekań. Niedocenianie metody hi-
storyczno-dialektycznej powoduje, że choć mocni w
krytyce, nie wysuwają prospektywnych wniosków.
Poszukiwania „trzeciej drogi” znamionują również
ekonomistów spod znaku Międzynarodówki socjalis­
tycznej, którzy głoszą w istocie rzeczy zasadę „kapita­
lizm w miarę możliwości, socjalizm w miarę koniecz­
ności” 17. Rzucając hasła „nowej jakości życia”, opowia­
dają się za partnerstwem społecznym, kontrolą
społeczną nad produkcją i udziałem robotników w zys­
kach. W rozważaniach ekonomicznych nie odwołują się
z reguły do Marksa (z wyjątkiem może tzw. Jungsozia-
listen), lecz do zachodniej akademickiej profesury. Jest
natomiast rzeczą znamienną, że problemy społeczno-go-

17 Por. Forum SPD, „Fachgrund”, 29 IV 1977, Bonn 1977.

196
spodarcze w coraz większym stopniu znajdują odbicie
w myśli Kościoła katolickiego18.
Współczesnych ekonomistów w miarę nasilającej się
dynamiki zmian muszą coraz bardziej interesować nie
tylko diagnozy, lecz i prognozy. Wobec takiego zapo­
trzebowania rozwija się dziedzina określana mianem
futurologii (termin ten ukuł jeszcze w 1932 r. Osip
Flechtheim). W konkretnych warunkach kapitalistycz­
nych rozważania futurologiczne przybierają charakter
swoistej „futurofobii”, większość bowiem futurologów
głosi, że stosunki międzyludzkie ulegają korozji, a bom­
bardująca nas z zewsząd masa informacji raczej oszała-

18 W encyklice Jana Pawła II „Laborem exercens” wskazuje


się, że „praca nosi w sobie szczególne znamię człowieka i czło­
wieczeństwa, znamię osoby działającej we wspólnocie osób
że „(...) znajdujemy się w przeddzień nowych przemian w ukła­
dach technologicznych, ekonomicznych i politycznych, które (...)
będą wywierać na świat pracy i produkcji wpływ nie mniejszy
od tego, jaki miała rewolucja przemysłowa w ubiegłym wie­
ku (...). Powszechne wprowadzanie automatyki do różnych dzie­
dzin produkcji, wzrost ceny energii i surowców podstawowych,
wzrastająca świadomość ograniczoności środowiska naturalnego
oraz niedopuszczalnego zanieczyszczania tego środowiska (...)
będą wymagać przekształcenia i rewizji struktur współczesnej
ekonomii i podziału pracy (...). Nieproporcjonalny rozkład bo­
gactwa i nędzy krajów i kontynentów rozwiniętych i słabo roz­
winiętych domaga się wyrównania i szukania dróg sprawiedli­
wego rozwoju dla wszystkich (...). Rozwój przemysłu oraz zwią­
zanych z nim różnorakich dziedzin (...) wskazuje na to, jak
ogromną rolę pomiędzy podmiotem a przedmiotem posiada (...)
technika (...). Technika w pewnych wypadkach ze sprzymie­
rzeńca może przekształcić się jakby w przeciwnika (...) na sku­
tek przemożnej fascynacji maszyną czyni człowieka swoim nie­
wolnikiem”. Jednocześnie jednak encyklika ta zdecydowanie
przeciwstawia się przemianom socjalistycznym. „(...) Nie można
przeciwstawiać pracy kapitałowi (...). Błąd myślenia w katego­
riach ekonomizmu szedł w parze z pojawieniem się filozofii
materialistycznej (...), materializm nawet w swojej postaci dia­
lektycznej nie jest zdolny dostarczyć myśleniu o pracy ludzkiej
dostatecznych i ostatecznych podstaw (...)”.

197
mia nas, niżby miała pomagać w rozeznaniu; im pilniej­
szą potrzebą przeto staje się przewidywanie jutra, tym
o nie trudniej. Współcześni futurologowie konstruują
różne scenariusze jutra o różnym stopniu prawdopodo­
bieństwa (J. Fourastić, M. Massenet, G. L. S. Shackle,
W. H. G. Armytage, D. Bell, B. de Jouvenel, A. Toffler,
a także tzw. Raporty Rzymskie), są one nie tyle progno­
zowaniem, ile prorokowaniem. Budowane alternatywne
scenariusze jutra są fikcjami, jeśli nawet czerpią natch­
nienie z aktualnej rzeczywistości19.
Futurologowie usiłują odsłonić rąbek jutra, zapomina­
ją jednak, że prognozować, nie znaczy prorokować. Na­
ukowe przewidywanie może określić tylko napięcia wy­
stępujące między obiektywnymi tendencjami i przeciw-
tendencjami. Prognoza musi być permanentną diagnozą,
refleksją aktywną i kreatywną. Nośnikiem jutra nie
jest ani czas, ani jakaś predestynacja, lecz myślący czło­
wiek działający w miarę możliwości zgodnie z rozezna­
nymi obiektywnymi prawidłowościami. Futurolodzy
akcentują przede wszystkim zjawiska natury technicz­
no-organizacyjnej. Pozornie nie opowiadają się z góry
za takim czy innym systemem społeczno-gospodarczo-
-politycznym, ale faktycznie pragną zachowania status
quo przy ewentualnych, nie zasadniczych korektach. Do­
konywana przez futurologów ekstrapolacja opiera się

19 Znamienne są w tym względzie wypowiedzi Alvina Tofflera,


bodajże najpoważniejszego ze współczesnych futurologów. Akcen­
tując rosnącą mobilność ludzi, wzrost urbanizacji, krótkotrwa-
łość dóbr użytkowych i potworny wzrost odpadów Toffler do­
chodzi do wniosku, że ludzkość wyzwoliła w dobie obecnej siły,
nad którymi nie zdoła już zapanować. Człowiek współczesny
osiągnąwszy zawrotny poziom techniki stał się jednocześnie nad-
stymulowanym neurotykiem o różnych zahamowaniach i z po­
czuciem niepewności, popada w bezradność i staje się coraz
bardziej irracjonalny, w tych warunkach wszelkie prognozo­
wanie staje się iluzją, tracimy bowiem rozeznanie w nawałnicy
zdarzeń (por. A. Toffler, Szok przyszłości, Warszawa 1976).

198
na dość dowolnej selekcji faktów, nadto uważają oni,
że można ustalić kod operacyjnych zachowań ludzkich,
akcentują zachowania ludzkie, a nie procesy społeczne.
Zjawiska społeczne traktują jako agregat intersubiek-
tywnych kontaktów. Za punkt wyjścia swych wywodów
przyjmują czynniki o stosunkowo dużej inercji, jak np.
topografia, klimat, tradycje kulturowe itp. Ponieważ
prognozowanie stało się w programowaniu współzależ­
nych działań w ogóle, a w planowaniu w szczególności,
obiektywną koniecznością, dało to pożywkę różnym
pseudonaukowym dociekaniom. Prognozowanie nie mo­
że nosić charakteru intuicyjnych domniemań opartych
na dowolnie dobranych przesłankach. Możemy stawiać
prognozy o czymś, czego jeszcze nie ma, tylko wtedy,
jeśli już istnieją zarodki tego nowego. Prognoza jest lo­
giczną konkluzją poznanych prawidłowości, prognoza
może być tylko określeniem perspektyw na podstawie
wyważenia rysujących się tendencji i przeciwtenden-
c ji20-
Można przewidywać naukowo tylko bieg walki o
przyszłość, nie zaś konkretne momenty rozwoju; prze­
widuje się w tym stopniu, w jakim czyni się świadome
wysiłki mogące przyczynić się do powstania przewidy­
wanych rezultatów, tzn. prognozowanie w oparciu o po­
znane prawidłowości rozwoju kieruje ludzkie wysiłki na
przyspieszenie realizacji tych prawidłowości, jako że w

20 „Najdonioślejszym zadaniem ludzkości jest ogarnięcie my­


ślą tej obiektywnej logiki ewolucji gospodarczej (...) w jej za­
rysach ogólnych i podstawowych, aby można było jak najwy­
raźniej, jak najbardziej krytycznie przystosować do niej swą
świadomość społeczną (...)” (W. Lenin, Dzieła, t. 14, Warszawa
1949, s. 372). „Byłoby oczywiście absurdem wyobrażać sobie
czysto «obiektywne» przewidywania. Każdy, kto konstruuje pro­
gnozę czy program, którego realizacji pragnie, stawia sobie cele.
Nie oznacza to, by przewidywanie miało być dowolne i bezpod­
stawne” (A. Gramsci, Notę sul Macchiavelli, Opere, t. 5, Torino
1955, s. 38).

199
zjawiskach społeczno-gospodarczych aktywna działal­
ność ludzi odgrywa pierwszorzędną rolę.
Nakreślony dość pobieżnie obraz współczesnej myśli
ekonomicznej orientacji niemarksistowskiej (nie jest
zadaniem tej pracy prezentacja wszystkich odcieni
i szczegółów, różnych współczesnych koncepcji ekono­
micznych, lecz usytuowanie ekonomii Marksowskiej w
konfrontacji z głównymi wątkami podejmowanymi dziś
przez ekonomistów-niemarksistów) wskazuje, że mit o
zdystansowaniu Marksa w jego dociekaniach ekono­
micznych (i nie tylko ekonomicznych) rozwiewa się na­
der szybko, gdy przyjrzeć się nieco bliżej sposobowi
podchodzenia do zjawisk społeczno-gospodarczych ze
strony nawet uznawanych za koryfeuszy ekonomistów
doby współczesnej. Ekonomiści odżegnujący się od Mar­
ksa, chociaż nagromadzili sporo empirycznego materiału
dotyczącego naszych czasów, nie panują nad nim i gubią
najważniejsze elementy. Unowocześnionej, eleganckiej
technice badań nie towarzyszy prawidłowa metoda do­
ciekań. Ekonomiści-niemarksiści, opisując względnie do­
kładnie te zjawiska, które często przypadkowo przycią­
gają ich uwagę, nie umieją (a czasami i nie chcą!) wy­
tłumaczyć ich genezy, przewidzieć ich dalekosiężnych
następstw.
Z pozycji metodologicznych główny zarzut przeciwko
ekonomistom, którzy eksponują tylko prakseologiczne
aspekty gospodarowania, jak i tym, którzy w jakimś
stopniu usiłują nawet uwzględniać aspekty społeczne
czy nawet historyczne, dotyczy sposobu przeprowadza­
nia analizy. Przyjmowanie z góry jakiegoś gotowego,
niezmiennego stanu oparte na domniemaniach jest sprze­
czne z zadaniem nauki, zwłaszcza nauk społecznych.
Nauka musi badać procesy ekonomiczne tak, jak one
rozwijają się naprawdę. Skoro procesy gospodarcze mają
zmienny charakter i w poszczególnych epokach histo­
rycznych przebiegają różnie, to w konsekwencji należa-

200
łoby przyjąć, że tylko podejście genetyczno-kauzalne
stwarza możliwość prawidłowej oceny zarówno struktur
ekonomicznych, jak i ich morfologii, i dynamiki. Tym­
czasem nurty niemarksistowskie postępują inaczej. Jeśli
nawet stwierdzają różnice między różnymi układami
społeczno-gospodarczymi, to nie przywiązują wagi do
czynników, które wywołują te różnice, zadowalając się
stwierdzeniem, że różnice takie istnieją tylko w postaci
odmiennych instytucji, ale nie w samych zabiegach do­
starczających środków do realizacji celów. Racjonalność
gospodarczego działania jest traktowana jako istniejąca
poza czasem, coś co ma uniwersalny, ponadhistoryczny
charakter, bo racjonalność to rzekomo tylko refleksja,
jak przy ograniczonych środkach, a różnorakich celach
tak środki te rozmieszczać, by osiągnąć możliwie najlep­
sze efekty. Takie ujęcie zadań ekonomii zawęża niedo­
puszczalnie granice dociekań ekonomicznych, a z przyj­
mowanych jako zewnętrzne parametry różnic instytu­
cjonalnych czyni tylko rodzaj dekoracji. Występuje to
jawnie w kierunkach o prakseologicznym charakterze
dociekań, a w sposób zakamuflowany w tych, które
zdradzają nawet zainteresowanie społecznym konteks­
tem gospodarowania. Żaden z tych kierunków nie jest
skłonny przyznać, że stosunki wytwórcze stanowią w
ostatniej instancji czynnik determinujący układ wszy­
stkich innych międzyludzkich stosunków; przeciwnie,
sugerują, że stosunki gospodarcze są pochodną różnych
ludzkich aspiracji.
Negując z reguły istnienie w życiu gospodarczym
obiektywnych prawidłowości, ekonomiści ci sprowadzają
swe rozważania do swoistej logiki alokacji zasobów i lo­
giki wyborów, do rozważań „co by było, gdyby...”, a nie
do rozważań, dlaczego coś jest tak, a nie inaczej, i jakie
z tego płyną prospektywiczne wnioski. Taka postawa
przytłaczającej liczby ekonomistów niemarksistów ma
zarówno gnoseologiczno-metodologiczne podłoże, jak

201
i prozaiczny kontekst polityczny. W dobie gdy trudności
realizacji dają o sobie znać coraz częściej, gdy chybotli-
wość gospodarki kapitalistycznej rzuca się coraz bardziej
w oczy, ekonomia stojąca na pozycjach zachowawczych
szuka nie tyle obiektywnej prawdy o tendencjach roz­
wojowych, co raczej środków zapobieżenia gwałtownym
zmianom i dopasowywania się. Konstruowanie modeli,
rozpatrywanie różnych cases to wynik raczej bezrad­
ności niż prawdziwie naukowej wiedzy; co światlejszych
ekonomistów doby współczesnej prowadzi to do twier­
dzenia, że ekonomia współczesna przeżywa głęboki
kryzys 21.
Ekonomiści niemarksiści chowają najczęściej głowę w
piasek. Znamienne są w tym względzie np. wywody
P. F. Druckera, który dowodzi, że wprawdzie kapitalizm
w ostatnim ćwierćwieczu uległ pewnym modyfikacjom,
ale nie oznacza to, że osłabł. Fuzje wielobranżowe, które
stały się po II wojnie zjawiskiem notorycznym, świadczą
— jego zdaniem — nie o słabości, lecz o sile kapitalizmu.
Pojawili się tu ludzie prężni, dążący do szybkiego wzbo­
gacenia się, nowocześni „kapitanowie przemysłu” o po-

21 Tak np. J. Robinson wskazuje, że już 1932 rok był sympto­


mem kryzysu, kiedy L. Robbins potraktował ekonomię jako do­
menę prakseologii. Za drugi kryzys myśli ekonomicznej poczy­
tuje lata 70-e, kiedy to teoria wzrostu gospodarczego ujawniła
zasadnicze luki w zakresie teorii dystrybucji. (Por. J. Robinson,
The Second Crisis of Economic Theory, „The American Econo-
mic Review” 1972, nr 2, s. 1—10). Podobne stanowisko zajmuje
E. H. Phelps-Brown (por. „Royal Economic Society z lipca 1971),
czy N. Kaldor (por. The Irrelevance of Eąuilibrium Economics,
„The. Economic Journal” 1972, nr 328, s. 1237—1255), a W. Vogt
mówi wręcz o głębokim kryzysie współczesnej myśli ekono­
micznej pokrywanym techniczną elegancją (por. Seminar-Po-
litiscke Okonomie, Frankfurt a/M 1973). Także R. C. Edwards
i A. McEvan wskazują, że współczesna ekonomia w swej bez­
radności coraz bardziej oddala się od rzeczywistości (por. A. Ra-
dical Approach to Economics. Basis for a New Curriculum, „The
American Economic Review” 1970, nr 2, s. 352—363).

202
stawach odmiennych od dotychczasowych menadżerów.
Wyrośli oni na gruncie nowych zadań. Wskazują, że w
dobie współczesnej pojawił się zupełnie dotąd nie znany
rynek „ludzkiego kapitału” (karier zawodowych), rynek,
który pojawił się w związku z gwałtownym postępem
naukowo-technicznym. Drucker wskazuje na pojawienie
się na wielką skalę korporacji ponadpaństwowych, do­
patruje się w tym zjawisku nowej rozwojowej fazy ka­
pitalizmu. Taka postawa nie ułatwia ekonomistom
współczesnym dojścia do prawdy.
Jak bardzo dalecy są od rzeczywistości różni wspćł-
cześni pisarze lękający się przemian rewolucyjnych,
można zegzemplifikować na dwóch chociażby przykła­
dach. Jeśli nawet ci autorzy stwierdzają, że ustrój kapi­
talistyczny grzeszy niesprawiedliwością, to jednak riie
pragną radykalnych przemian. I tak J. P. Revel wskazu­
je, że nawet w takim bastionie kapitalizmu jak Stany
Zjednoczone rośnie poczucie niesprawiedliwości społecz­
nej, nasila się krytyka sprawności aktualnego kierow­
nictwa, a nawet całej konsumpcyjnej kultury, nie zespo­
lone grupki opozycyjne — jego zdaniem — w niedługim
czasie połączą się i dokonają przemian, nie będą to jed­
nak przemiany ani w duchu Marksa, ani Jezusa, będzie
to coś całkiem nowego 22. Widząc zmierzch starego, Re-
vel nie umie zarysować kształtu nowego. Na patologię
życia współczesnego kieruje światło E. Fromm, zwraca
on uwagę — i słusznie — na tyranię opinii publicznej,
konformizm, skłonność do kwantyfikowania wszystkiego
itp. Z naciskiem jednak podkreśla, że do wyzwolenia
człowieka nie wystarczy uspołecznienie środków pro­
dukcji, bo na przemiany w stosunkach międzyludzkich
mogą wpłynąć tylko przeobrażenia kulturow e23.
Na zamieranie nauk społecznych zwraca uwagę wielu

22 J. F. Revel, Ni Marx ni Jesus, Paris 1970.


23 E. Fromm, The Sanę Society, NY 1955.

203
pisarzy, jeśli jednak nawet trafnie wskazują niektóre
przyczyny tego zjawiska, to w swych konkluzjach stają
w połowie drogi. Tak jest np. u D. Riesmana24, który
podkreśla, że typowym zjawiskiem w naszej epoce stał
się człowiek poddawany różnym manipulacjom, a więc
człowiek sterowany niejako od zewnątrz. Przeprowadza­
jąc typologię stosunków międzyludzkich, Riesman wy­
różnia społeczeństwa sterowane tradycją (kraje afry­
kańskie i azjatyckie). Społeczeństwo takie nastawione
jest na trwanie, a nie na zmiany. Dalej wskazuje na spo­
łeczeństwa sterowane od wewnątrz (uważa za takie kraje
występujące w okresie Odrodzenia i Reformacji), tu lu­
dzie działają rzekomo na modłę żyroskopu, współczesne
zaś społeczeństwa skłonny jest zaliczyć do społeczeństw
sterowanych od zewnątrz. W takich społeczeństwach
człowiek zostaje wpleciony w sieć hierarchii, jest pod­
dawany manipulacjom ze strony rządzących dysponu­
jących środkami masowego przekazu, w rezultacie czego
życie w takim społeczeństwie jest tylko pasmem przy­
stosowywania się, nie ma tu miejsca dla rozwoju nauk
społecznych 25.
Warto zwrócić też uwagę na wypowiedź Emila Kunga,
który w 1972 r. w jednym z wykładów na temat „Drogi
wiodące naukę ekonomiczną w wiek XXI” stwierdzał
bez ogródek, że rosnący dobrobyt w czołówce krajów
kapitalistycznych nie przyniósł nikomu zadowolenia
z życia. Dziś — jak stwierdza — nikogo nie cieszy, że
uszedł biedzie, lecz martwi, że w porównaniu z innymi
zajmuje pośledniejszą pozycję; następuje dewaluacja
tego, co posiada, a rodzi się inflacja pożądań. Na konfor­
mizm, formalizm przy ubóstwie treści i mitologizację

24 D. Riesman, Samotny tłum, Warszawa 1971.


25 Wspomniane wyżej prace nie mają, oczywista, ekonomicz­
nego charakteru, ale oddają dobrze klimat, w jakim poruszają
się i ekonomiści, jeśli nawet nie są apologetami istniejącego
stanu rzeczy.

204
liczb w rozważaniach ekonomicznych doby współczesnej
zwraca też uwagę Jaques Attali. Ucieczka w świat mo­
deli nie jest — jak twierdzi — przypadkowa, model po­
zostaje bowiem neutralny wobec problemów społecznych
i nikomu się nie naraża 2S. Kryzys zaufania do eksplika-
tywnej, utylitarnej czy pragmatycznej wartości wywo­
dów współczesnych ekonomistów orientacji niemarksis­
towskie] ujawnia się dziś szczególnie silnie wśród prak­
tyków życia gospodarczego. Płytki empiryzm uzupełnia­
ny spekulatywnym fikcjonalizmem ujawnia całą niemoc
poznawczą. Myśl ekonomiczna musi wyjść poza opis
empirycznych faktów, by mogła się rozwijać, nie może
jednak snuć wniosków na podstawie dowolnie przyjmo­
wanych przesłanek. Oczywista dysponujemy dziś wiedzą
zdobywaną nie tylko bezpośrednio, ale i wiedzą zapo-
średniczoną, nie musimy więc wszystkiego zaczynać ab
ovo, ale kardynalnym wymogiem prawdziwie naukowej
analizy jest stałe konfrontowanie dotychczasowych osią­
gnięć teorii z nowo zaobserwowanymi faktami, wychwy­
tywanie ich i sytuowanie w dotychczasowym dorobku
wiedzy, ocena, czy i w jakim stopniu ważą one w na­
szym dotychczasowym światopoglądzie, a to wymaga
wnikliwej analizy. I tu dochodzimy do punktu, w któ­
rym można podjąć próbę odpowiedzi na pytanie, w ja­
kim stopniu i dlaczego metoda dociekań Marksa jest
wciąż aktualna i dlaczego zachowuje wyższość nad inny­
mi sposobami badań.
Należałoby przypomnieć, że marksizm jest nauką w
najściślejszym tego słowa znaczeniu, jest to co więcej
— jak dotąd — jedyna nauka o rozwoju społecznym,
która ogarnia problematykę społeczną zarówno retro-

26 „W modelu obrazującym pozycje równowagi nie ma przy-


czynowości. Składa się on z zamkniętego koła jednoznacznych
równań (...). Nie można ich stosować do rzeczywistych sytuacji”
(J. Robinson, Eseje z teorii wzrostu gospodarczego, Warszawa
1964, s. 55).

205
spektywnie, jak i prospektywnie. To, że z analiz Mark­
sowskiej wypływają implikacje polityczne, wynika nie
z jakiegoś jednostronnego podejścia do zjawisk społecz­
nych, lecz z ujawnionych na drodze naukowych docie­
kań obiektywnych tendencji, które wskazują na przej-
ściowość każdej, a więc i kapitalistycznej formacji. Nad­
to analiza Marksowska ujawniła, że siłą napędową jest
walka klas, i że proletariat w społeczeństwie kapitalis­
tycznym jest siłą zdolną zburzyć przegniłe stosunki spo­
łeczno-gospodarcze. Nie były to u Marksa przesłanki
przyjęte dowolnie i a priori, lecz wynikłe ze skrupulat­
nej i wielostronnej analizy zarówno przeszłości, jak i te­
raźniejszości, czyli nie Marks, lecz właśnie jego przeciw­
nicy usiłują deformować prawdziwy bieg rozwoju 27.
Zwalczając różne natywistyczne koncepcje Marks do­
wiódł, że zarówno indywidualna, jak i społeczna świa­
domość są determinowane przez byt społeczny, w któ­
rym w ostatniej instancji dominującą rolę odgrywają
stosunki wytwórcze. Największym jednak osiągnięciem
Marksa było opracowanie metody dociekań, która w za­
stosowaniu do analizy zjawisk społecznych i ekonomicz­
nych pozwoliła ogarnąć nie tylko zewnętrzne przejawy
zjawisk społeczno-gospodarczych, ale i dotrzeć do ich
istoty, a więc powiązać egzystencję z esencją procesów
ekonomicznych. Czy taka metoda dająca takie wyniki
mogła się już dziś zestarzeć, jak głoszą ci, którzy albo
jej dobrze nie znają, albo nie umieją się nią posługiwać,

27 „(...) marksizm w niczym nie przypomina «sekciarstwa»


w sensie jakiejś zamkniętej w sobie, skostniałej nauki, powsta­
łej na uboczu od głównych szlaków rozwoju cywilizacji świa­
towej. Przeciwnie, cała genialność Marksa na tym właśnie pole­
ga, że dał odpowiedź na pytania, które już postawiła postępowa
myśl ludzka. Nauka jego powstała jako naturalna i bezpośrednia
kontynuacja nauki najwybitniejszych przedstawicieli filozofii,
ekonomii politycznej i socjalizmu”. (W. Lenin, Dzieła, t. 19, War­
szawa 1950, s. 1).

206
albo celowo ją dyfamują? Czyżby ta tak skuteczna do
analizy długofalowych trendów życia społecznego me­
toda miała się nadawać tylko do analizy zjawisk XX
wieku? Czy można uznać, że metody proponowane przez
Poppera, Nagła czy Bertalanffy’ego okazały się skutecz­
niejsze? Dla Marksa teoria to sposób wyjaśniania istoty
zjawisk, dla neo pożyty wistów, krytycznych realistów
czy systemowców teoria jest tylko narzędziem porząd­
kowania zjawisk, gdzież tu więc wyższość metodologów
XX wieku, którzy jawnie głoszą nihilizm poznawczy?
To nie Marks i jego metoda są odpowiedzialne za rozlicz­
ne błędy i wypaczenia występujące w praktyce budo­
wnictwa socjalistycznego (co tak skwapliwie podchwy­
tują przeciwnicy marksizmu), błędy te wynikają właśnie
z niedostatecznego przestrzegania dyrektyw metodolo­
gicznych Marksa z jednej strony, a z obiektywnych
trudności tego budownictwa (w wyniku istnienia oto­
czenia kapitalistycznego i przenikania jego wpływów)
z drugiej strony. Oczywista i metoda historyczno-dialek-
tyczna nie stanowi panaceum, ale metoda ta jest — jak
dotąd — najlepszą busolą poznania rzeczywistości spo­
łeczno-gospodarczej i poruszania się w gęstwinie histo­
rycznych faktów. Nie w szczegółowości opisów i nie w
samym porządkowaniu faktów tkwi siła prawdziwej te­
orii, i nie jest sprawą istotną, czy opisy te można ująć
w formuły matematyczne, istotnie ważne dla każdej na­
ukowej teorii, a więc i dla teorii ekonomicznych, jest,
czy odzwierciedlają obiektywne prawidłowości rozwoju
społeczno-gospodarczego. Funkcje aplikatywne teorii
mogą być spełnione tylko wówczas, gdy sama istota zja­
wisk jest prawidłowo rozeznana.
Sterowanie procesami społecznymi, a więc i gospodar­
czymi, wymaga wielostronnej eksperiencji, teoria odgry­
wa tu istotną rolę, bo bez teorii praktyka jest ślepa, tak
jak bez praktyki teoria staje się jałowa. Cybernetyka czy
ogólna teoria systemów, różne algorytmy matematyczne

207
mogą w stpsunku do teorii Marksowskiej spełniać w naj­
lepszym razie tylko rolę wsporników, nie ogranicza to
jednak w niczym roli dialektycznego myślenia i Mar­
ksowskiej metody dociekań. Określanie zasileń energe­
tycznych i informacyjnych, ustalanie sprzężeń zwrot­
nych czy trajektorii (by użyć języka cybernetycznego) to
zabiegi poprzedzające tylko właściwe dociekania, to d a ­
leko jeszcze nie wszystko, co potrzebne do zrozumienia
istoty zjawisk społeczno-ekonomicznych. I tylko Mar­
ksowska metoda dociekań (niezależnie od technik badaw­
czych, które przygotowują te dociekania) wydobywa ze
zjawisk to, co stanowi ich główne determinanty. Mając
do czynienia z organizmem społecznym, widzimy splot
różnych sprzeczności, które marksistowska teoria ujaw­
nia, tłumaczy ich genezę i wskazuje możliwości ich prze­
zwyciężenia. Zjawiska społeczno-gospodarcze mają swe
materialne podłoże, ale ponieważ realizują się poprzez
ludzi posiadających świadomość i moc kreatywną, towa­
rzyszą im różne epifenomeny. Procesy społecznej inte­
gracji i dezintegracji, społeczne funkcje i dysfunkcje, w
miarę jak są uświadamiane, rodzą różne postulaty ste­
rownicze. Społeczeństwo nie jest luźnym agregatem (jak
to chętnie głoszą przeciwnicy marksizmu), lecz wyraża
różne zależności pomiędzy jednostkami. Czynna postawa
człowieka wobec otoczenia czyni zjawiska społeczne
bardziej zawiłymi niż wszelkie inne; czy można dziś
wskazać metodę, która lepiej od metody dociekań Mark­
sa mogłaby sprostać tak złożonym zadaniom? Przed sobą
mamy nie zmierzch marksizmu, lecz jego dalszy twórczy
rozwój, oznacza to płodne stosowanie metody historycz-
no-dialektycznej do analizy nowo powstających zjawisk
i procesów. Księga życia nie ma ostatniej stronicy, ciągle
przybywają nowe, ale te nowe można — jak dotąd — po­
prawnie odczytać tylko korzystając z dyrektyw dociekań
sformułowanych przez Marksa. To, co w marksizmie
trwałe, to przede wszystkim metoda dociekań!

208
Stan współczesnej wiedzy ekonomicznej orientacji
niemarksistowskiej nie daje żadnych podstaw do defe­
tystycznego stanowiska w odniesieniu do ekonomii mar­
ksistowskiej. Czy i o ile współcześni marksiści ulegają
wpływom nurtów niemarksistowskich, czy umieją twór­
czo stosować metodę Marksa to sprawa do dyskusji, nie
ulega jednak wątpliwości, że twierdzenia, jakoby mar­
ksizm był przestarzały, są nieporozumieniem najczęściej
na skutek słabej znajomości autentycznych prac Marksa,
jak i złej woli powodowanej czynnikami pozanauko­
wymi.

Nie jest zadaniem niniejszych rozważań szczegółowa


krytyka koncepcji teoretycznych głoszonych zarówno na
Zachodzie, jak i na Wschodzie. W rozważaniach naszych
staraliśmy się wskazać te trwałe wartości, które do myś­
li ekonomicznej były wnoszone w ciągu długiego czasu
zapoczątkowanego przez Smitha, a uwieńczonego prze­
łomem w myśli ekonomicznej dokonanym przez Marksa.
Były tam zarówno blaski, jak i cienie, prawowitym spad­
kobiercą Smitha i Ricarda stał się Marks i dlatego kon­
frontacja współczesnej myśli ekonomicznej z myślą
marksistowską może i powinna stać się punktem wyjścia
dalszego rozwoju myśli ekonomicznej. Tak jak Marks
wchłonął to, co stanowiło autentyczny dorobek klasy­
ków ekonomii angielskiej, francuskiego socjalizmu uto­
pijnego i niemieckiej klasycznej filozofii, tak współczes­
na myśl ekonomiczna — jeśli ma się rozwijać, musi
wchłonąć dorobek metodologiczny Marksa oraz osiągnię­
cia współczesnych nauk szczegółowych uogólnionych
teoriopoznawczo.
Marks był tylko człowiekiem, jeśli nawet genialnym,
nie mógł więc czynić nic innego, jak w oparciu o empi­
ryczne fakty i już zdobytą wiedzę wskazywać na rozwo-

14 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m y śl...
209
jowe trendy, tendencje i przeciwtendencje, realne moż­
liwości kształtowania się jutra, możliwości, które ludzka
aktywność byłaby w stanie przekształcić w nową rzeczy­
wistość. Kontynuowanie tego właśnie zadania winno być
nakazem i współczesnych dociekań. Nowe fakty należy
badać i sytuować zgodnie z już zdobytą i nadal zdoby­
waną wiedzą, ale zdobywać unaukowioną wiedzę, znaczy
posługiwać się umiejętnie metodą dociekań, i w tym
właśnie zakresie w odniesieniu do zjawisk społeczno-
-gospodarczych metoda historyczno-dialektyczna wypra­
cowana przez Marksa pozostaje — jak próbowaliśmy
wykazać — nadal skuteczna, więcej, jedynie skuteczna,
oczywista pod warunkiem, że będzie prawidłowo wyko­
rzystywana. Jeśli dziś tak głośno i tak często rozbrzmie­
wają krytycznie i samokrytycznie skargi na kryzys
współczesnej myśli ekonomicznej, to właśnie źródeł tego
kryzysu szukać należy w negowaniu zasadności Mark­
sowskiej metody dociekań lub jej złym stosowaniu w od­
niesieniu do aktualnych, a zwłaszcza rodzących się zja­
wisk natury ekonomicznej (i nie tylko ekonomicznej).
Rozdział VI

MARKS W OCZACH
WSPÓŁCZESNYCH EKONOMISTÓW
ORIENTACJI NIEM ARKSISTOW SKIE!

W dobie współczesnej miejsce Marksa w pan­


teonie czołowych ekonomistów (i nie tylko ekonomis­
tów) nie jest przez żadnego szanującego się naukowca
kwestionowane, nawet jeśli nie aprobuje on Marksow­
skiej sugestii. Czasy, kiedy próbowano przemilczeć do­
robek Marksa, dawno przeminęły, a krytyka wywodów
Marksa przybrała w dobie obecnej inny charakter. „Blis­
ko miliard ludzi żyje dziś pod rządami, które powołują
się na naukę Marksa (...) Nie można więc niczego zrozu­
mieć w toczącej się we współczesnym świecie gry bez
poznania doktryny, która przeżywane przez nas wyda­
rzenia (...) przepowiadała” *, „(...) nawet klasy panujące
zaczynają przeczuwać, iż społeczeństwo dzisiejsze nie
jest zakrzepłym kryształem, lecz organizmem zdolnym
do przeobrażania się i wciąż znajdującym się w procesie
przeobrażania” 2. W dobie współczesnej kierunek kryty­
ki uległ istotnej zmianie, ale przyznając, że marksizm
jest jednym z ważnych dopływów myśli społeczno-eko­
nomicznej, nie zaprzestano atakować poszczególnych
wywodów Marksa, sugerując, że jako uczony Marks był
umysłem wielkim, lecz w postulatach przebudowy spo­
łeczno-gospodarczej tylko jeszcze jednym utopistą.
Przyznaje się w wielu kręgach, że „metoda Marksa

1 J. Y. Calvez, La pensee de Karl Marx, Paris 1956, s. 13 i nast.


2 Ibidem, s. 9.

211
jako koncepcja makroekonomiczna góruje znacznie nad
koncepcją mikroekonomiczną neoklasyków (...). Marks
miał rację, gdy twierdził, że ekonomia (...) musi uwzględ­
niać społeczne sposoby zachowania się” 3. „W schema­
tach myślowych Marksa rozwój nie był (...) dodatkiem
do ekonomicznej statyki, lecz był zagadnieniem central­
nym. Marks koncentruje całą analityczną moc, by do­
wieść, w jaki sposób postęp techniczny, który przeobra­
ża się na skutek swej immanentnej logiki, nieustannie
zmienia społeczne ramy — a więc praktycznie całe spo­
łeczeństwo” 4. Przyznaje się, że „Marksowska teoria roz­
woju stanowi jądro całego jego systemu (...) Żadna pra­
ca dotycząca rozwoju gospodarczego, licząca na pow­
szechne uznanie, nie może Marksowskiej teorii zignoro­
wać” 5, że „Marksowska teoria rozwoju kapitalizmu wy­
przedza nowoczesną teorię długofalowego rozwoju, a
mianowicie teorię stagnacji Keynesa i Hansena, dyna­
miczne teorie Harroda i Domara czy cykliczne teorie
wzrostu Schumpetera, Kaleckiego, Kaldora i Goodwina,
jak również teorię J. Robinson o strukturze bezrobo­
cia” •.
Nie znaczy to jednak, by ci, którzy dziś nawet uznają
wielkość wkładu Marksa do nauki ekonomii politycznej,
skłonni byli iść jego tropami, barierą staje się tu przede
wszystkim okoliczność, że posługując się analizą Mark-
sowską trzeba by przyznać nieuchronność zmierzchu ka­
pitalistycznego sposobu produkcji, a tak daleko żaden
ekonomista burżuazyjny posunąć się nie jest w stanie.
Wygodniej jest dla spokoju naukowego sumienia uzna-

3 J. Marchal, Deux essais sur le Marxisme, Paris 1955, s. 200—


— 201.
4 J. Schumpeter, Gesckichte der Oekonomischen Analyse, t. 2,
Góttingem 1965, s. 1046.
5 B. Higgins, Economic Development, London 1959, s. 107.
* K. K. Kurihara, The Keynesian Theory of Economic De-
velopment, London 1959, s. 17—18.

212
wać poszczególne osiągnięcia Marksa w teorii ekonomii,
a jednocześnie odrzucać jego generalne wnioski; skoro
zaś metoda Marksowskiej analizy do takich wniosków
nieuchronnie musi doprowadzić, pozostaje szukać takiej
metody analizy, która by wykrywała nie to, co pcha ka­
pitalizm do upadku, lecz środki jego zachowania.
Wielu współczesnych ekonomistów pragnących z tych
czy innych powodów zachować stosunki oparte na pry­
watnej własności środków produkcji, godząc się nawet
na takie czy inne reformy społeczno-gospodarcze, nie
chce uznać Marksa za nauczyciela. Podziwiając nawet
jego wielką umysłowość, mają go za przeciwnika. Co
więcej, w walce z nim sięgają do chwytów mających stę­
pić ostrze Marksowskiej argumentacji.
Współcześni „marksolodzy” starają się przedstawić
Marksa jak© wielkiego uczonego XIX w., sugerując, że
w dziedzinie nauk społecznych XX w. przyniósł nowe
odkrycia i nowe analizy, w obliczu których analizy
Marksa mają już tylko historyczne znaczenie. Przyznaje
się, że Marks poddał narodziny i rozwój XIX-wiecznego
kapitalizmu głębokiej analizie, jednocześnie głosząc, że
Marks jednostronnie wyolbrzymiał rolę tych tendencji,
nie doceniając wielu przeciwtendencji dowodzących ży­
wotności kapitalistycznego sposobu wytwarzania.
„Marksolodzy” próbują też dowodzić, że między Mar­
ksem a jego epigonami rozwarła się intelektualna prze­
paść, że nikt z kontynuatorów myśli Marksowskiej na­
prawdę jej nie rozumiał i każdy interpretował ją na swo­
ją modłę. Głoszą oni, że nie tylko między Marksem a
współczesnymi marksistami brak właściwego naukowe­
go pomostu, lecz również, że między Marksem a Leninem
czy między Marksem a Engelsem, ba, nawet między
„młodym” a „starym” Marksem zachodzą istotne różni­
ce zarówno w ciężarze gatunkowym analiz, jak i w spo­
sobie ujmowania i interpretowania faktów. Usiłują do­
wieść, że Marks nie miał uczniów na swoją miarę, jego

213
zwolennicy bowiem byli zdolni tylko do przeżuwania
myśli Marksa, cytowania go, co oczywiście musiało do­
prowadzić do skostnienia, zdogmatyzowania marksizmu.
Tak więc próbują wysunąć na czoło współczesną myśl
ekonomiczną orientacji niemarksistowskiej nie poprzez
własne osiągnięcia, lecz pomniejszając osiągnięcia prze­
ciwników. Pozostaje to w jaskrawej sprzeczności z roz­
legającymi się dziś powszechnie głosami o kryzysie nauk
społecznych w ogóle, a ekonomii akademickiej w szcze­
gólności!
Niezależnie jednak od tych raczej politycznych niż na­
ukowych dywagacji należy stwierdzić, że znajomość
dzieł Marksa wśród jego przeciwników znacznie się po­
głębiła. U Keynesa była jeszcze powierzchowna. Dziś w
różnych ośrodkach różni „marksolodzy” i „sowietolodzy”
śledzą z uwagą nie tylko, co w dziedzinie teorii mają do
odnotowania współcześni marksiści, ale skrupulatnie
przeprowadzają studia porównawcze dotyczące socjali­
stycznej rzeczywistości na tle różnych wypowiedzi
Marksa. Prace nad Marksem i marksizmem prowadzone
przez Ost-Europa Institut, Center for East Europa, Stu-
dies in Soviet Thought, Marxismusstudien itp., nieza­
leżnie od intencji, jakie im przyświecają, przyczyniają
się do poszerzenia wiedzy o Marksie. Wśród tych zaś,
którzy naprawdę szukają naukowej konfrontacji i któ­
rzy nie chcą poprzestawać na funkcji apologetów istnie­
jącego stanu rzeczy, rośnie podziw dla ogromu wiedzy
Marksa, dla dalekowzroczności jego koncepcji, zwłaszcza
w kręgach młodych zachodnich uczonych. Nie oznacza
to oczywista, że stają się oni natychmiast marksistami,
z koncepcji Marksa wydobywają zazwyczaj tylko nie­
które fragmenty czy komponenty, zgodnie z osobistymi
zainteresowaniami, możliwe do zaakceptowania we wła­
snych refleksjach.
Badania nad Marksem na Zachodzie spełniają przeto
dwojaką funkcję, jedne są prowadzone mola jide, idzie

214
bowiem o taką interpretację tekstów Marksa, która by
godziła we współczesnych marksistów, z drugiej jednak
strony zainteresowanie się Marksem sprawia, że myśl
Marksowska, choć z ponad stuletnim opóźnieniem, docie­
ra do szerokiego grona intelektualistów. Większość ba­
dań prowadzonych przez „marksologów” nie ma, oczy­
wista, na celu propagandy marksizmu — lecz przede
wszystkim są to próby wydobywania na światło dzienne
różnych prawdziwych i rzekomych „schizm” w marksi­
zmie, dzielenie marksizmu na „wschodni” i „zachodni”,
udowadnianie, że marksizm nie jest już ideologią klasy
robotniczej, lecz tylko „religią” garstki sekciarzy, że w
krajach socjalistycznych markśizm jest tylko wygodnym
ideologicznym parawanem itp., itp. Kierunek tych badań
jest przejrzysty — urobienie przeświadczenia, że wpra­
wdzie Marks rzucił szereg zapładniających myśli, ale
jego epigoni albo ich nie zrozumieli, albo się ich wyrze­
kli, przeto współczesny marksizm nie jest ani teorią ka­
pitalizmu współczesnego, ani socjalizmu. Podkreśla się,
że Marks pragnąc być grabarzem kapitalizmu, wytykał
słusznie różne braki i niedomogi kapitalizmu XIX-wiecz-
nego, które obserwował i analizował, ale jego krytyki
nie sposób przenosić na wiek XX, zwłaszcza na okres
obecny, kapitalizm uległ rzekomo bowiem daleko idącej
transformacji, a dzięki rewolucji naukowo-technicznej,
robotyzacji procesów produkcyjnych i coraz powszech­
niejszemu stosowaniu miniprocesorów z brzydkiej po-
czwarki kapitalizmu rozwija się piękny motyl — epoka
powszechnego dobrobytu. Jeśli więc Marks zasługuje w
nie mniejszym stopniu niż Smith czy Ricardo na wy­
różnienie przez historyków myśli ekonomicznej, bo rze­
czywiście wyprzedził akademickich ekonomistów w ro­
zumieniu niektórych mechanizmów gospodarki kapitalis­
tycznej, to jednak zdaniem krytyków nie należy jego
analiz przenosić na stan dzisiejszy. Tak jak nikomu nie
przychodzi do głowy zastępować fizyki współczesnej fi-

215
zyką Newtonowską, tak w dziedzinie nauk społecznych,
a więc i ekonomicznych, nie można zastępować współ­
czesnych osiągnięć myśli ekonomicznej XIX-wiecznym
marksizmem. Przyznając, że Marksowska „teoria rozwo­
ju kapitalistycznego wyprzedza wiele współczesnych te­
orii” 7, wielu pragnie się ograniczyć do przyznania Mar­
ksowi w tym względzie priorytetu, uznać jego zasługi
historyczne i na tym poprzestać. Jeśli nawet niektórzy
stwierdzają, że „ignorować Marksa byłoby wygodnie,
ale naiwnie i lekkomyślnie” 8, to i oni odżegnują się od
stosowania do analizy zjawisk ekonomicznych metody
dialektycznej.
Niektórzy z antagonistów Marksa skłonni są przyznać,
że Marks był wielkim humanistą i że przyświecała mu
idea ulżenia doli ludzkiej, chętnie przyznaje się, że „mło­
dy” Marks szukał dróg likwidacji alienacji człowieka,
jednak, że „stary” Marks temat ten w swych rozważa­
niach porzucił, w miarę jak odchodził od Hegla. Dowodzi
to, jak mało ci krytycy Marksa zrozumieli z kierunków
Marksowskiej analizy. Zapomina się, że Hegel ujmował
wprawdzie pracę jako wyraz realizowania się istoty czło­
wieka, ale akcentował tylko pozytywną rolę pracy,
Marks natomiast akcentował nie tylko wyalienowanie
człowieka z przyrody i powstanie dzięki pracy specyficz­
nego gatunku ludzkiego w ramach takiej alienacji, lecz
kładł nacisk na wyalienowanie w warunkach kapitalis­
tycznych robotnika od produktu jego pracy. Hegel ujmo­
wał problem alienacji w wymiarze kosmicznym, Marks
— w wymiarze społecznym. Hegel uwieczniał alienację,
gdy Marks podkreślał, że alienacja jest skutkiem, a nie
przyczyną, że w wyniku kapitalistycznego sposobu wy-

i K. K. Kurihara, The Keynesian Theory oj Economic De-


nelopment, s. 1.
* R. Dahrendorf, Soziale Klassen und Klassenkonflikt in der
industriellen Cesellschajt, Stuttgart 1957, s. 122.

216
twarzania „(...) przedmiot, który praca wytwarza (...),
przeciwstawia się jej jako jakaś obca istota, jako siła
niezależna od wytwórcy. Produkt pracy jest pracą
utrwaloną w przedmiocie, pracą, która przybrała formę
rzeczy, jest uprzedmiotowieniem pracy. Urzeczywistnie­
niem pracy jest jej uprzedmiotowienie (...), to urzeczy­
wistnienie pracy występuje jako odrzeczywistnienie ro­
botnika, uprzedmiotowienie występuje jako utrata
przedmiotu i dostanie się w jego niewolę (...). Alienacja
robotnika we własnym produkcie oznacza nie tylko to,
że jego praca staje się przedmiotem, bytem zewnętrz­
nym, lecz i to, że istnieje poza nim, niezależnie od niego,
jako coś obcego, i że staje się wobec niego samodzielną
potęgą, że życie, które dał przedmiotowi, przeciwstawia
mu się wrogo i obco9. Marks eksponuje to, co stanowi
istotę kapitalizmu — oddzielenie bezpośredniego produ­
centa od wytworu jego pracy, krytycy Marksa radzi by
fakt ten zatuszować, roztapiając konkretne historyczne
pojęcie alienacji w kapitalizmie w ponadczasowym poję­
ciu Heglowskiej alienacji jako przeciwstawiania się czło­
wieka przyrodzie. Jest to próba wypaczania — świado­
mego czy nieświadomego — jednej z najważniejszych
myśli Marksa o dehumanizacji pracy w kapitalizmie.
Ekonomiści orientacji niemarksistowskiej wolą tej de­
humanizacji nie dostrzegać.
Hegel słusznie podkreślał, że praca jest ogólnoludzką
potrzebą (Veblen określał tę potrzebę jako „workman-
ship,,l), ale dopiero Marks pokazał, że w określonych
warunkach historycznych ta potrzeba, będąca wyrazem
ludzkiej inwencji twórczej, może być wprzęgnięta w
jarzmo pracy najemnej czysto zarobkowej, która odczło-
wiecza istotę człowieka, że w takich warunkach „kró­
lestwo wolności zaczyna się faktycznie dopiero tam,
gdzie kończy się praca, którą dyktuje nędza i celowość

* K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 1, Warszawa 1970, s. 517—518.

217
zewnętrzna (...)• Podobnie jak człowiek dziki, tak też czło­
wiek cywilizowany musi walczyć z przyrodą, aby za­
spokoić swoje potrzeby, aby zachować i reprodukować
swój gatunek, a musi to czynić we wszystkich forma­
cjach społeczeństwa i przy wszystkich możliwych spo­
sobach produkcji. Wraz z jego rozwojem rozszerza się
królestwo konieczności przyrodniczej, wyrastają bowiem
potrzeby; zarazem jednak wzrastają siły wytwórcze,
które owe potrzeby zaspokajają. Wolność w tej dziedzi­
nie może polegać tylko na tym, że uspołeczniony czło­
wiek, zrzeszeni producenci regulują racjonalnie tę swoją
wymianę materii z przyrodą, poddają ją wspólnej kon­
troli, zamiast być przez nią opanowani jako przez ślepą
siłę; dokonują tej wymiany najmniejszym nakładem sił
i w warunkach najbardziej godnych ich ludzkiej natury
i najbardziej jej odpowiadających” 10.
Współczesna myśl akademicka na Zachodzie daleka
jest od zrozumienia, że analiza kapitalistycznego sposobu
wytwarzania dokonana przez Marksa nie sprowadza się
do analizy poszczególnych aspektów tego sposobu wy­
twarzania, lecz stanowi ujawnienie samej istoty kapi­
talizmu, jego nieludzkiej organizacji pracy, wynikają­
cych z tej formy produkcji i realizacji sprzeczności, i pły­
nących stąd konsekwencji społecznych. Przy systemie
kapitalistycznym im bardziej rosną siły wytwórcze, tym
bardziej wzmaga się alienacja, a taki stan musi prędzej
czy później spowodować, że synchronizacja sił i stosun­
ków wytwórczych może dokonać się tylko na drodze re­
wolucyjnej. A tego właśnie najbardziej lękają się beati
possidentes i stąd chociaż przytaczane przez Marksa ra­
cje wydają się nieodparte skłonność do ich dezawuowa­
nia. To nie naukowe względy każą walczyć z marksiz­
mem, lecz względy natury politycznej, stąd dostrzeganie

10 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 25, cz. 2, Warszawa 1984,


s. 560—561.

218
w budownictwie socjalistycznym nie gigantycznego
kroku naprzód w rozwoju ludzkości, lecz występujących
w procesie tego budownictwa dewiacji.
„Społeczny proces produkcji jest zarówno procesem
produkcji materialnych warunków życia ludzi, jak i pro­
cesem, który odbywa się na gruncie specyficznych, hi-
storyczno-ekonomicznych stosunków produkcji i który
produkuje oraz reprodukuje same te stosunki (...)” n .
Ekonomiści orientacji niemarksistowskiej z reguły tego
nie dostrzegają, nie mogą przeto zrozumieć istoty roz­
woju społecznego i stąd ich skłonność do czysto prakse-
ologicznego traktowania działań ekonomicznych, i nawet
w wypadku dobrej woli — nie są w stanie zrozumieć
istoty Marksowskiego przełomu.
Zarzut, jakoby marksizm był przestarzały, jako wy­
twór XIX wieku, bywa podpierany powoływaniem się
na współczesny postęp naukowo-techniczny. Jest to za­
rzut mimo celu, nietrafny. To właśnie Marks przywiązy­
wał do postępu naukowo-technicznego ogromną wagę,
nie odrywał go jednak, jak czynią to zwolennicy deter-
minizmu technologicznego, od procesów społecznych,
podkreślał stale związek i sprzężenia zwrotne między
siłami i stosunkami wytwórczymi. W nauce widział
Marks kwintesencję historycznego rozwoju ludzkości.
Współczesny postęp naukowo-techniczny jest wielką na­
dzieją ludzkości, lecz obecnie jest również wielką groźbą
nie tylko ekologiczną. Postęp w technice i biologii, mi-
krofizyce i astrofizyce, ogromny krok naprzód w cywili­
zacji materialnej, nie zaznaczył się jako znamienny po­
stęp w naukach społecznych. Dziś raz po raz rozlegają
się głosy o kryzysie w naukach społecznych. Od prze­
łomu dokonanego przez Marksa w naukach społecznych
w ubiegłym stuleciu w socjologii czy ekonomii dokonało
się wiele, gdy idzie o szczegółowe badania impiryczne.

» Ibidem, s. 558.

219
Antropologia, etnografia, kulturologia, socjopsychologia
przyniosły wiele materiału uzupełniającego, ale nie pod­
ważającego głównych sformułowań Marksa na temat
rozwoju społecznego; współczesna socjologia czy ekono­
mia orientacji niemarksistowskiej nie mogą się pochlubić
osiągnięciami, które wykraczałyby poza uogólnienia ich
dziewiętnastowiecznych poprzedników (jeśli pominąć
szczegóły), zarzut wobec marksizmu jest obosieczny.
Warto w tym miejscu przytoczyć wypowiedź J. P. Sar-
tre’a, który wskazywał, że „żadna myśl antymarksistow-
ska nie może być dziś niczym innym, jak pozornym tylko
odmłodzeniem myśli przedmarksowskiej. Rzekome wy­
kraczanie poza marksizm może dziś być w najgorszym
wypadku powrotem do premarksizmu, w najlepszym —
myślą już zawartą w marksizmie” 1Z.
O problemach alienacji, jak i postępu naukowo-tech­
nicznego „dziewiętnastowieczny” marksizm ma znacznie
więcej do powiedzenia niż współcześni filozofowie, socjo­
lodzy czy ekonomiści orientacji niemarksistowskiej.
Także w odniesieniu do problemów ekologicznych, tak
doniosłych w dobie obecnej, Marks miał do powiedzenia
więcej niż niejeden ze współczesnych ekologów. Stosu­
nek człowieka do przyrody zaprzątał uwagę Marksa od
najwcześniejszych lat jego naukowej twórczości. Marks
wskazywał wielokrotnie, że nieprzemyślana rabunkowa
gospodarka ludzka w odniesieniu do przyrody może
przynieść prędzej czy później nieodwracalne negatywne
skutki, a gospodarka kapitalistyczna ku temu zmierza,
Jeśli dziś rozlegają się strwożone głosy wskazujące na
coraz większe zagrożenie ekologiczne, to pobrzmiewa w
nich najczęściej oskarżenie współczesnej techniki, a nie
nieracjonalnej kapitalistycznej gospodarki. Marks (choć
marginesowo) szukał rozwiązania relacji „człowiek—

12 J. P. Sartre, Marksizm i egzystencjalizm, „Twórczość” 1957,


nr 4.

220
—przyroda” w racjonalnej synchronizacji między środo­
wiskiem sztucznym, tworzonym przez człowieka, a śro­
dowiskiem naturalnym. Walkę człowieka z przyrodą
Marks rozumiał jako czerpanie z niej długofalowych,
a nie doraźnych korzyści, nie jako niszczenie przyrody,
lecz jej podporządkowywanie. Ceniąc wysoko prometej­
ską siłę ludzkiej inwencji w przyswajaniu sobie sił przy­
rody, Marks szukał harmonijnego zjednoczenia człowie­
ka i przyrody, widział takie możliwości tylko pod wa­
runkiem likwidacji kapitalistycznego sposobu wytwarza­
nia. „Oczłowieczenie” przyrody rozumiał jako racjonalne
wykorzystanie sił przyrody dla nie tylko materialnego,
ale i duchowego rozwoju człowieczeństwa, zrodzone
przez kapitalizm siły uważał słusznie nie tylko za anta­
gonizujące ludzi, lecz także antagonizujące ludzkość
i przyrodę. Jest to również aspekt krytyki kapitalizmu,
dotąd dość rzadko dostrzegany. Nie należy zapominać, że
Marks był nie tylko ekonomistą, ale także historykiem,
socjologiem czy prawnikiem, w stopniu, w jakim intere­
sująca go problematyka tego wymagała. Wprowadzenie
więc Marksa do panteonu klasyków ekonomii, chociaż
uzasadnione, jest pomniejszaniem faktycznej roli Marksa
w naukach społecznych w ogóle.
Takie potraktowanie myśli Marksowskiej ma swe uza­
sadnienie w tym, że łatwiej jest, zachowując pozory
obiektywnej krytyki, zdewaluować to, co stanowi kwint­
esencję wywodów Marksa. Nawet czyniąc z Marksa
ekonomistę, jego krytycy doby współczesnej usiłują do­
wieść, że Marks analizował tylko genezę i kształt kapi­
talizmu dziewiętnastowiecznego, a przeto analizy takie
nie mogą już być przydatne w rozważaniach dotyczą­
cych gospodarki naszej doby. Prawdą jest, że Marks
nie stworzył ekonomii politycznej w szerokim tego sło­
wa znaczeniu, nie starczyło mu na to pracowitego i trud­
nego życia, prawdą też jest, że mógł analizować tylko
rodzące się nowe tendencje, a nie coś, czego jeszcze nie

221
było. „(...) ekonomia polityczna jako nauka o warun­
kach i formach, w których różne społeczeństwa ludzkie
wytwarzały i wymieniały swoje produkty i w których
odpowiednio do tego odbywał się każdorazowo ich
podział — ekonomia polityczna w takim zakresie
winna być dopiero stworzona. Nasza dotychczasowa wie­
dza ekonomiczna dotyczy niemal wyłącznie genezy i roz­
woju kapitalistycznego sposobu produkcji (...)” 13, to
stwierdzenie odnosi się do retrospektywnego ujęcia roz­
woju społeczno-gospodarczego i tym bardziej, oczywista,
do rozwoju prospektywnego. Okoliczność tę usiłują wła­
śnie zdyskontować przeciwnicy Marksa, argumentując,
że skoro sami marksiści przyznają konieczność dalszego
rozwijania myśli marksistowskiej, to można ją rozwijać
różnie i niekoniecznie w duchu marksistowskim, któż
bowiem może zaręczyć, że epigoni Marksa będą równie
genialni jak on. Uznają więc nawet marksizm za jeden
z nurtów współczesnej myśli ekonomicznej, głoszą, że
niekoniecznie trzeba iść tropami Marksa, by rozeznać się
we współczesnej rzeczywistości, a nawet że można iść
z Marksem przeciwko współczesnym... marksistom!
Jest to argumentacja chwytliwa, ale z gruntu nie­
słuszna. Faktem jest, że Marks nie mógł nadać wyrazu
ekonomii politycznej socjalizmu, mógł tylko a contr ario
wnioskować, mając przed oczyma stosunki kapitalistycz­
ne, jakimi stosunki spocjalistyczne być nie powinny. Po­
zbawiony empirycznej bazy rozważań na temat socja­
listycznych stosunków, jakie mamy współcześnie, mógł
rysować tylko kontury nowych stosunków społeczno-
-gospodarczych. W odniesieniu jednak do współczesnego
kapitalizmu, to chociaż kapitalizm państwowo-monopo-
listyczny niewątpliwie w szczegółach różni się od kapi­
talizmu wolnokonkurencyjnego, jednak zasadnicze
charakterystyczne cechy kapitalistycznego sposobu wy-

13 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 20, Warszawa 1972, s. 165.

222
twarzania pozostały podobne; jeśli więc odkryte przez
Marksa kategorie i prawa gospodarki kapitalistycznej
uległy takiej czy innej deformacji, to ich istotna treść
nie uległa zmianie. Analizy Marksowskie pozostają w
szeregu wypadków nadal w mocy i nadto sposób ich pro­
wadzenia pomaga istotnie w rozszyfrowywaniu zarówno
przyczyn dokonujących się dewiacji, jak i ich konse­
kwencji.
W dobie współczesnej nikt obok dorobku Marksow­
skiego obojętnie przejść nie może. Nie ma dziś ekono­
misty, który by w jakiś sposób, afirmatywnie czy pole­
micznie, nie nawiązywał w swych rozważaniach do w y­
wodów Marksa. Zapładniający wpływ myśli Marksow­
skiej dla Własnej naukowej twórczości przyznają tacy
ekonomiści jak J. Schumpeter, J. Robinson, M. Blaug,
K. R. Kurihara, P. Baran, P. Sweezy, R. Rozdolski,
E. Mandel, M. Dobb. Niezależnie czy są to pisarze wo­
jujący z marksizmem, czy częściowo akceptujący wy­
wody Marksa, wszyscy oni uznają ożywczy wpływ jego
myśli. Samo przez się zrozumiałe jest, że wpływ myśli
Marksowskiej szczególnie zaznaczył się w krajach socja­
listycznych.
Ataki na współczesny marksizm dziwnym zbiegiem
okoliczności nasilają się w czasie, gdy — jak to przyzna­
ją sami akademiccy uczeni na Zachodzie — nauki spo­
łeczne w ogóle, a ekonomiczne w szczególności, znalazły
się w stanie permanentnego kryzysu. Spory między neo-
-neoklasykami, neokeynesistami czy innymi kierunkami
o sprawy natury drugorzędnej, panujący powszechnie w
myśli ekonomicznej Zachodu eklektyzm, próby galwani­
zowania teorii, które dawno się przeżyły, nie świadczą
na ich korzyść. Nawet ci krytycy Marksa, którzy przy­
znają mu te czy inne osiągnięcia naukowe, a nawet prio­
rytet wielu stwierdzeń, nie rozumieją, że marksizm sta­
nowi monolit, którego dzielić nie sposób. Ekonomiści
orientacji niemarksistowskiej faktycznie nigdy wywo-

223
dów Marksa nie rozumieli i nie rozumieją ich nadal.
Jeśli go chwalą za jakieś odcinkowe odkrycie, to z na­
tychmiastowym zastrzeżeniem, że z ogólnymi wnioskami
Marksa nie godzą się, jednocześnie jeśli zebrać ich po­
zytywne „odcinkowe” oceny poszczególnych zagadnień
(na które różni autorzy dość dowolnie zwracają swą
uwagę), to okaże się, że Marks był na tak wielu odcin­
kach odkrywczy, iż umniejszyć jego końcowych wnios­
ków nie sposób.
W dobie obecnej na Zachodzie zainteresowanie Mar­
ksem jest zainteresowaniem specyficznego rodzaju. Mar­
ksizm wypisany na sztandarach szeregu państw socja­
listycznych nabrał szczególnego ciężaru politycznego,
obudził dążność nie tyle do poznania naukowej prawdy,
ile utrącania politycznego przeciwnika. Jednakże siła
intelektualna wywodów Marksa powoduje, że ci, którzy
zostali zmuszeni do głębszego zapoznania się z jego wy­
wodami, nawet pozostając wrogami socjalizmu, ulegają
w mniejszym czy większym stopniu sile jego intelektu.
Stąd paradoksalne zjawisko: ataki na współczesny mar­
ksizm są dziś prowadzone nie tyle z pozycji negowania
naukowego wkładu Marksa, ile z pozycji oskarżania
epigonów Marksa o deformację myśli swego mistrza.
Wrogowie komunizmu występują więc często jako
obrońcy czystości Marksowskich „utopijnych” ideałów.
Dogłębną znajomość Marksa pozorują dobranymi wy­
rywkami z Marksowskich tekstów (często z drugiej rę­
ki!). Jednak druga połowa XX wieku wymownie do­
wiodła, że ominąć koncepcji i wywodów Marksa już nie
sposób.
Jak odczytują Marksa różni jego interpretatorzy
orientacji niemarksistowskiej, można przedstawić na kil­
ku przykładach. Tak np. Erich Thier w artykule Etapy
rozwoju interpretacji Marksa 14 podkreśla, jakoby Marks

14 „Marxismusstudien”, Tiibingen 1954, Bd. 1.

224
całe życie musiał staczać ze sobą samym heroiczną wal­
kę; by wyzwolić się spod wpływów Hegla, co mu się
rzekomo nigdy nie udało. Thier usiłuje nadto dowieść,
że „młody” Marks jako filozof był w szeregu zagadnień
nowatorem, lecz „stary” Marks, przechodząc na płasz­
czyznę ekonomiczną, przekreślił osiągnięcia „młodego”.
Przyznając ,ekscepcjonalność wywodów Marksa, gdy
idzie o rozumienie dynamiki rozwojowej, Thier usiłuje
przekonać swych czytelników, że ani Engels, ani Lenin,
a tym bardziej współcześni marksiści nie potrafili wyjść
poza sformułowania Marksa w tej kwestii, nic więc nie
stoi na przeszkodzie, by pisarze orientacji niemarksis­
towskie j podjęli bardziej skutecznie wątki dynamiki roz­
wojowej. Pozornie rzeczywiście nic nie stoi' temu na
przeszkodzie, marksiści nie mają monopolu na poznawa­
nie prawdy, problem jednak w tym, że bez dialektycz­
nego podejścia do tego zagadnienia postęp dociekań w
tym względzie jest niemożliwy, a arkana dialektyki są
dla przeważającej części socjologów i ekonomistów ta­
jemnicą!
Inny pisarz uchodzący na Zachodzie za wybitnego
„marksologa”, Irving Fetcher, w artykule pt. Obraz
marksizmu we francuskiej filozofii1S, referując poglądy
Kojeve’a, Sartre’a i Merleau-Ponty’ego, których też, nie
wiadomo z jakiego powodu, zalicza do marksistów, po­
czytuje Marksowi za zasługę — i to nieprzemijającą —
tylko stworzenie teorii alienacji i wyeksponowanie hu­
manistycznych treści świadomości społecznej. Także
Erwin Metzke w swych wywodach na temat Człowiek
i historia jako prazałożenie myślenia Marksa 16 usiłuje
ograniczyć wkład Marksa do nauk społecznych do czys­
to humanistycznego, antropologicznego! ujmowania hi­
storycznych zaszłości. Widać tu, do czego zmierzają ci

15 „Marxismusstudien”, Tiibingen 1955, Bd. 2.


16 Ibidem.

15 — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m y śl... 225
interpretatorzy Marksa — chcą przerobić go na wielkie­
go utopistę, może nawet największego utopistę wszech­
czasów, któremu ludzkość powinna być wdzięczna za
przypomnienie nakazów moralno-etycznych, ale reali­
zowanie tych postulatów, a zwłaszcza sposoby ich reali­
zacji uznają za wątpliwe, jeśli nie wręcz niemożliwe.
Inni, stojąc na gruncie rozważań czysto ekonomicz­
nych sugerują, że jeśli nawet ekonomia Marksowska na­
dawała się w jakimś stopniu do analizy kapitalizmu
wolnokonkurencyjnego, to wobec przemian gospodarki
w wieku XX zakres dociekań Marksa trzeba znacznie
rozszerzyć. Jest to niewątpliwie prawda, lecz wnioski
nierzetelne, sugerują bowiem, że współcześni zwolennicy
Marksa nie są do tego zdolni, mogą to natomiast uczy­
nić znacznie lepiej, bo przy użyciu bardziej nowoczes­
nych narzędzi badawczych, współcześni uczeni akade­
miccy. Ba — jak twierdzi Joan Robinson — współcześni
marksiści umieją tylko cytować Marksa, ale przestali go
rozumieć naprawdę! Jest to niewątpliwie chwyt znako­
mity — przeciwstawić Marksa marksistom! W wywo­
dach skierowanych przeciwko współczesnym marksistom
świadomie czy nieświadomie przemilcza się okoliczność,
że osią dociekań zarówno Marksa, jak i jego następców
była i jest metoda dialektyczna, która nie przestała i dziś
być aktualna, a którą posługują się marksiści, niemar-
ksiści zaś — nie. Nie sposób więc nawiązywać do Mar­
ksa, a odrzucać jego metodę dociekań. Nie rozumiejąc
dostatecznie lub wcale Marksowskiej metody dociekań
nie dostrzegają, że analiza Marksowska obraca się na zu­
pełnie innej płaszczyźnie niż ich własna, że nie można
przeszczepiać na grunt analiz Marksowskich metod
i technik badawczych wyrosłych na innym pniu.
Dla Marksa punktem wyjścia analizy ekonomicznej
są stosunki międzyludzkie zawiązujące się w procesie
produkcji, dla niemarksistów — uprzedmiotowione rela­
cje rynkowe. Dla Marksa kategorie i prawa ekonomiczne

226
są odzwierciedleniem społecznych aspektów ekonomicz­
nej rzeczywistości, dla niemarksistów zaś są to tylko
konstrukcje myślowe ułatwiające porządkowanie nawa­
łu zjawisk, których istota pozostaje w zasadzie niepoz­
nawalna. Jakież więc może istnieć iunctim między Mar­
ksem a współczesnymi ekonomistami orientacji niemar-
ksistowskiej, skoro ci ostatni nadal ślizgają się tylko po
powierzchni zjawisk ekonomicznych i nie usiłują bynaj'-
mniej dotrzeć do ich istoty, a tym samym nie dążą do
ujawnienia prawidłowości przebijających sobie drogę
przez przypadkowości. Nie jest przypadkiem, że ekono­
mistów orientacji niemarksistowskiej frapują przede
wszystkim problemy kwantyfikacji zjawisk gospodar­
czych i poszukiwania mierników, że zadowalając się
obserwacją ruchów cen, wahaniami podaży i popytu,
szukają punktów równowagi czy trajektorii wzrostu, a
nie czynników determinujących przemiany w rozwoju
społeczno-gospodarczym, praw przechodzenia jednej
formacji społeczno-gospodarczej w drugą.
Ulegając nadal fetyszyzmowi towarowo-pieniężnemu
ekonomiści orientacji niemarksistowskiej reifikują w
dalszym ciągu stosunki międzyludzkie, a proces tworze­
nia się wartości spychają na płaszczyznę rynkową, iden­
tyfikując z reguły wartość z ceną. Podczas gdy Marks
w kapitale widzi stosunek społecznego wyzysku, ekono­
miści orientacji niemarksistowskiej nadal traktują kapi­
tał na równi z pracą jako czynnik wartościotwórczy.
Szeroko przez Marksa rozumiany problem reprodukcji
współcześni ekonomiści Zachodu usiłują sprowadzić do
zabiegu analogicznego, z jakim mamy do czynienia przy
formowaniu tablic input-output, traktują Marksowskie
schematy reprodukcji jako uproszczone tablice przepły­
wów międzygałęziowych lub też jako swoisty model.
Semantyczne przeinaczenia i stawianie znaku równości
między terminami, pod które podkłada się różną treść,
prowadzi do świadomego czy nieświadomego preparowa-

•227
nia Marksa na swoją własną modłę. W rezultacie trak­
tują Marksowską teorię wartości jako odmianę teorii
równowagi, by przy tej okazji dowodzić, że pojęcie war­
tości jest tylko zbędnym wtrętem, bo równowagę ekono­
miczną jest znacznie prościej przedstawić na podstawie
teorii ceny, tak samo stawiając znak równości między
pojęciem akumulacji a oszczędzaniem usiłuje się wyeli­
minować zr Marksowskiego pojęcia akumulacji wartość
dodatkową, traktując tę ostatnią również jako zbędny
wtręt dokonany przez Marksa rzekomo nie w celach na­
ukowych, lecz politycznych. Bogatą teorię rozwoju spo­
łecznego stanowiącą podstawę rozważań Marksa usiłują
wepchnąć w prokrustowe łoże teorii wzrostu gospodar­
czego itd., itd. W tych warunkach twierdzenie, jakoby
koncepcje Marksa stanowiły jeden z nurtów współczes­
nej myśli ekonomicznej także orientacji niemarksistow-
skiej, jest pustym frazesem lub nie przemyślaną próbą
podpierania zmurszałego gmachu teorii burżuazyjnej
belkami bez ładu i składu wyjmowanymi z gmachu Mar­
ksowskiego. Wprawdzie rację ma Ott, gdy twierdzi,
że „Marksowska teoria rozwoju stanowi jądro całego
systemu Marksa (...) i żadna praca z zakresu ekonomicz­
nego rozwoju (...) nie może marksistowskiej teorii igno­
rować” 17, ale Ott jest skłonny identyfikować teorię roz­
woju z teorią wzrostu, a to jest grube nieporozumienie.
Teoria wzrostu gospodarczego ogranicza się bowiem do
poszukiwania gwarantowanej stopy wzrostu w ramach
niezmiennych warunków instytucjonalnych, gdy nato­
miast Marksowska teoria rozwoju gospodarczego stara
się wykazać, jak i dlaczego muszą dokonywać się prze­
miany społeczno-gospodarcze. Teoria wzrostu gospodar­
czego akcentuje tylko aspekty ilościowe, uciekając od
istotnego problemu, w jakim stopniu historyczny rozwój

17 A. Ott, Einfiihrung in die dynamische Wirtschaftstheorie,


Gottingen 1963, s. 20.

228
sił i stosunków wytwórczych przygotowuje zmierzch ka­
pitalistycznego sposobu produkcji.
Cóż więc z tego, że od czasu do czasu przyznaje się, że
makroekonomiczna metoda dociekań góruje nad mikro­
ekonomiczną metodą klasyków ekonomii burżuazyjnej.
Dla Marksa nie istniało wyraźne rozgraniczenie między
zjawiskami mikroekonomicznymi i makroekonomicz­
nymi, nie jest też prawdą, jakoby Smith i Ricardo ujmo­
wali zagadnienia ekonomiczne tylko w skali mikroeko­
nomicznej. Prawdą jest, że zarówno Smith, jak i Ricardo
skłaniali się do zajmowania pozycji charakteryzujących
indywidualizm metodologiczny, ale nie ograniczali się
do analizy sytuacji poszczególnych jednostek gospodaru­
jących, co jaskrawo wyraziło się dopiero w analizach
Jevonsa i Marshalla. Marks daleki był od dawania
wskazówek przedsiębiorcom (dalecy byli od tego i kla­
sycy ekonomii burżuazyjnej!), jak mają postępować, by
maksymalizować swoje zyski. Ma to niewątpliwie miej­
sce w różnych współczesnych teoriach wyborów i de­
cyzji czy tzw. marketingu. To, co dziś bywa nazywane
podejściem makroekonomicznym, jest faktycznie podej­
ściem holistycznym sprowadzającym się właściwie do
agregatowego ujmowania zjawisk. Od agregatowego
traktowania zjawisk gospodarczych do poszukiwania
prawidłowości rozwoju gospodarczego jest jeszcze bar­
dzo daleka droga.
Tak więc nawet chwaląc Marksa za „makroekono­
miczne” i „dynamiczne” podejście do zjawisk ekono­
micznych, chwalcy ci nie rozumieją, że faktycznie spły­
cają wywody Marksa w kierunku empiryzmu i analiz
natury kwantytatywnej, bagatelizując znaczenie, jakie
Marks przywiązywał do analizy społecznych sprzecz­
ności w życiu gospodarczym jako sił napędowych rozwo­
ju społecznego, by na tej drodze uchwycić możliwości
ich przezwyciężenia, dzięki aktywnej działalności ukie­
runkować działanie ludzkie zgodnie z odkrytymi ten-

229
dencjami dominującymi, a więc pozwalającymi prze­
kształcić możliwości w rzeczywistość. Marks akcentował
działanie, lecz nie woluntaryzm; natomiast współcześni
konstruktorzy „modeli” usiłują przedstawiać hipotetycz­
ne sytuacje i celowe w takich sytuacjach decyzje w
aspekcie quod libetl
Nieprzypadkowo niemarksiści cenią wyżej tom II i III
Kapitału od tomu I. W tomie II i III znajdują wiele ujęć
o charakterze kwantytatywnym, przy czym zapominają,
że u Marksa ujęcia kwantytatywne nigdy nie są oder­
wane od analiz jakościowych. Tom II skłonni są trakto­
wać na swoją modłę, korzystając z tego, że jest to tom
poświęcony problemom cyrkulacji. Przy takim trakto­
waniu podstawowego dzieła Marksa Marksowski prze­
łom ulega pomniejszeniu, i dlatego w ustach niemarksis-
tów twierdzenie, że Marks „jako teoretyk był przede
wszystkim wielkim uczonym” 18, pozostaje pustym fra­
zesem i że „byłoby szaleństwem nie korzystać z nauki
ekonomisty tylko dlatego, że nie podoba nam się jego
ideologia” 19, ale skoro przyjrzeć się bliżej temu, za co
Marksa niemarksiści gotowi są chwalić, to okaże się, że
chwalby te dotyczą zagadnień ważnych, ale peryferyj­
nych w stosunku do głównej linii wywodów Marksa.
Niemarksiści zarówno ubiegłego stulecia, jak i współ­
cześni, nigdy nie zrozumieli sensu Marskowskiego roz­
różnienia dwoistego charakteru pracy i procesu tworze­
nia się wartości. Tak np. dla Joan Robinson, która nie­
wątpliwie okazuje wiele szacunku Marksowi, jego teoria
wartości jest „dogmatyczna” i „niestrawna” „(...) i pozo­
staje w rażącej sprzeczności z całokształtem Marksow­
skiej teorii, której największymi osiągnięciami są — jej

11 J. Schumpeter, Capitalism, Socialism and Democracy, New


York and London. 1947, s. 21.
19 J. Robinson, Marks, Marshall, Keynes, „Myśl Gospodarcza”
(Kraków) 1956, nr 6.

230
zdaniem — rozróżnienie między siłami wytwórczymi
i stosunkami wytwórczymi (...) oraz pojęcie fetyszyz-
mu” 20.
Niemarksiści, nie rozumiejąc istoty Marksowskiej ka­
tegorii wartości, skłonni są ją identyfikować z ceną czy
ewentualnie z jakąś ratio in exchange, a co przecież do­
wodzi, jak mało zrozumieli z Marksowskiej metody do­
ciekań.
Rozbieżności między Marksem a ekonomistami orien­
tacji niemarksistowskie] w ujmowaniu kategorii ekono­
micznych nie uległy zmniejszeniu po dzień dzisiejszy.
Można to dobrze zilustrować na przykładzie takiej kate­
gorii, jak np. kapitał. „Ekonomiści traktują kapitał jako
nagromadzoną pracę, która służy jako środek do nowej
pracy („.). Ta potoczna definicja nie mówi w zasadzie nic
poza tym, iż kapitał jest środkiem produkcji (...), (tak
rozumiany — S. Z.) kapitał istniał we wszystkich for­
mach społeczeństwa (...). Kapitał byłby więc tylko nową
nazwą dla rzeczy tak starej, jak ród ludzki, ponieważ
każdy rodzaj pracy, nawet najprostszy (...), zakłada, iż
produkt minionej pracy służy jako środek dla bezpo­
średniej żywej pracy (...), (w tym sensie — S. Z.) kapitał
ujmuje tylko materialną substancję kapitału abstrahując
od określonej jego formy (...), a akcentuje tylko jego
treść, która jest elementem wszelkiej pracy (...). Kapitał
ujmuje się tu jako rzecz, a nie jako stosunek” 21. Tak
ujmowano kapitał w literaturze niemarksistowskiej i za
czasów Smitha, i w dobie obecnej. Dla Marksa natomiast
kapitał jest kategorią historyczną, powstałą w wyniku
oddzielenia bezpośredniego producenta od jego środków
produkcji, jest rezultatem zawłaszczenia cudzej pracy

*• J. Robinson, J. Gillman, H. Denis, The Labour Theory of


Value: A Discussion, „Science and Society” 1954, nr 2, s. 21.
21 Por. K. Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, War­
szawa 1985, s. 185—186.

231
i uczynienia nagromadzonej w ten sposób uprzedmioto­
wionej pracy narzędziem wyzysku cudzej pracy żywej
Marks rozgranicza proces pracy jako zjawisko ponadhi-
storyczne od procesu pomnażania wartości, tworzenia
wartości dodatkowej jako zjawiska, które pojawiło się
w wyniku pojawienia się pracy najemnej. „Epoki eko­
nomiczne różnią się nie tym, co się wytwarza, lecz tym,
jak się wytwarza, za pomocą jakich środków pracy się
wytwarza. Środki pracy są nie tylko miernikiem rozwo­
ju ludzkiej siły roboczej, ale też wykładnikiem stosun­
ków społecznych, w jakich praca się odbywa”22. Ahisto-
ryczne podejście do zjawisk ekonomicznych, ich prakse-
ologiczne tylko traktowanie stanowi po dzień dzisiejszy
nieprzekraczalną barierę między ekonomią marksistow­
ską a niemarksistowską. Nie znaczy to, by marksiści
mieli negować zasadność prakseologicznego podejścia,
ale prakseologiczne podejście musi się mieścić zawsze w
określonym historycznie polu stosunków międzyludz­
kich. Dlatego pusto dźwięczą twierdzenia współczesnych
ekonomistów orientacji niemarksistowskiej, że gdy trze­
ba było „(...) podać w wątpliwość znaczną część orto­
doksyjnej apologetyki (...), zaprowadziło to ich na pozy­
cje pod wieloma względami znacznie bliższe pozycji
Marksa (...)” 23. Ekonomiści współczesnej orientacji nie­
marksistowskiej nadal nie akceptują Marksowskiej me­
tody dociekań i pozostają na innych pozycjach epistemo-
logicznych. Wielu z tych ekonomistów nie zgłębiwszy
dostatecznie myśli przewodnich Marksa, usiłuje niektóre
z tych twierdzeń inkorporować do własnych wywodów,
sugerując, że w niektórych sprawach Marks miał genial­
ną intuicję, lecz w wielu innych mylił się gruntownie.
Nawet więc ci, którzy schylają dziś czoło przed geniu-

22 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 23, s. 208, Warszawa 1968.


23 J. Robinson, Szkice o ekonomii marksowskiej, Warszawa
1960, s. 9.

232
szem Marksa, usiłują zniweczyć jego wpływ za pomocą
różnych mniej lub bardziej aluzyjnych sformułowań.
Tak czy inaczej stwierdzić należy, że w dobie współczes­
nej (szczególnie w wyniku powstania i istnienia krajów
socjalistycznych) Marks i marksizm stają się przedmio­
tem zainteresowania coraz większej liczby nie tylko eko­
nomistów.
Renesans zainteresowania Marksem w naszej dobie
ma wielorakie podłoże. Jeśli wczytać się głębiej w różne
peany na cześć Marksa głoszone dzisiaj przez niemarksis-
tów, to nasuwa się często wrażenie, że są to raczej wy­
siłki, by sprawić Marksowi drugi, bardziej ceremonialny
pogrzeb, by przekazać go definitywnie do lamusa histo­
rii, a zostawić sobie otwartą drogę do atakowania jego
duchowych spadkobierców. Czytającego wywody róż­
nych współczesnych „marksologów” uderzają powtarza­
jące się próby odcięcia Marksa nie tylko od współczes­
nych marksistów, ale i od Lenina, a nawet Engelsa. I tak
np. Irving Fetcher w rozprawie Od filozofii proletariatu
do proletariackiego światopoglądu próbuje dowieść, że
jeśli u Marksa pobudką jego naukowej twórczości był
głęboki humanizm, to u jego następców ujawnia się pry­
mitywny pragmatyzm. Podobnie inny „marksolog”,
Erwin Metzke, w artykule Człowiek i historia jako pra-
założenia myślenia Marksa dowodzi, że krytyka nierów­
ności społecznej u Marksa nie opiera się bynajmniej na
założeniach materialistycznych, bo Marks szukał tylko
tego, co stanowi odwieczną tęsknotę ludzką, i w tym
względzie nie różni się niczym od każdego dobrego
chrześcijanina. W podtekście tych wywodów wyraźnie
jednak przebija inna myśl, nie chodzi o udowodnienie
humanizmu Marksa, ale braku humanizmu u jego na­
stępców. Mimochodem niektórzy „marksologowie” traf­
nie wskazują — znane skądinąd fakty — że zarówno
Bernstein, jak i Kautsky w wielu sprawach odeszli od
Marksa, że zarówno Bernstein, jak i Kautsky nigdy nie

233
byli dialektykami, a jeden z „marksologów” Erich Mat-
thias określa nawet dowcipnie pracę Kautskiego pt. Ma­
terialistyczna pojmowanie dziejów jako „zdenaturyzo-
wany marksizm”. W stosunku do współczesnego mar­
ksizmu usiłuje się dowieść, że przestał być nauką, a stał
się rodzajem wiary, że marksizm uległ dziś zdogmatyzo-
waniu, że przestał być czuły na nowo pojawiające się
zjawiska itp. „Marksolodzy” pozornie tak czuli na „znie­
kształcanie” marksizmu przez rzeczywisty i domniema­
nych „ortodoksów” pozostają bardzo tolerancyjni w sto­
sunku do idei „otwartego” marksizmu, za przedstawicieli
których uważają m.in. Karola Korscha, Gyorgy Lukacsa,
Ernesta Blocha, Herberta Marcuse’a czy Jurgena Haber-
masa, których chętnie określa się mianem „neomarksi-
stów”.
Ekonomiści współcześni orientacji niemarksistowskiej,
jeśli przyznają Marksowi takie czy inne zasługi na polu
naukowym, to jednocześnie starają się dowieść, że to, co
— ich zdaniem — jest w marksizmie słuszne, zostało w
inny sposób, samodzielnie, chociaż nieco później, wypra­
cowane również przez niemarksistów doby współczesnej,
i to w języku bardziej precyzyjnym.
Warto przypomnieć, że w naszym stuleciu stosunkowo
wcześnie poczęła Marksowi poświęcać uwagę japońska
myśl ekonomiczna. Już w roku 1933 japoński ekonomis­
ta Kei Shibata w artykule Marx’ Analysis of Capitalism
and General Equilibrium wskazywał, że Marks jak ża­
den inny ekonomista przed nim zwracał uwagę na po­
wiązania społeczno-ekonomiczne. Shibata już wówczas
zauważył, że w przeciwieństwie do ekonomii matema­
tycznej Walrasa, która ślizga się tylko po powierzchni
zjawisk ekonomicznych, Marks i jego uczniowie starają
się dotrzeć do istoty tych zjawisk. Jednocześnie jednak
Shibata skłonny jest sugerować, że marksizm i teoria
równowagi mogą w stosunku do siebie spełniać roię
komplementarną. Ekonomiści japońscy, jak Kossai, Ka-

234
wakama czy Tsuru w okresie międzywojennym, Nano-
mura po II wojnie światowej, publikowali wiele rozpraw
poświęconych teorii marksistowskiej, a takie czasopisma
jak „Waseda Economic Papers”, „Kyoto University Eco-
nomy Review” czy „The Annals of Hitotsubashi Acade-
my” bardzo wiele miejsca poświęciły i poświęcają anali­
zie poglądów Marksa tudzież współczesnych marksistów
w duchu w miarę obiektywnym.
W miarę jak społeczny kontekst gospodarowania co­
raz bardziej poczyna być widoczny, wielu współczesnych
ekonomistów orientacji niemarksistowskiej zaczyna po­
woli zwracać uwagę i na ten typ zagadnień. Idzie to jed­
nak opornie i prowadzi do płytkiego eklektyzmu. Tak
np. Wasilij Leontiew, amerykański ekonomista pocho­
dzenia rosyjskiego, twierdzi, że pomiędzy marksizmem
a marginalizmem można stworzyć pomost umożliwiający
symbiozę obu tych nurtów. Uważa on, że analizy zwią­
zane,, z wyborami ekonomicznymi należałoby prowadzić
w dalszym ciągu na podstawie teorii marginalistycznych,
a do metody dociekań Marksa sięgać wówczas, gdy prze­
chodzimy do analizy, którą określa mianem analizy
„zewnętrznych zależności”, a więc gdy chcemy badać
uwarunkowania tych decyzji. Leontiew wysoko ceni
erudycję Marksa, jego warsztat naukowy czy logikę wy­
wodów, ale pomija końcowe wnioski, do których wywo­
dy Marksa nieuchronnie prowadzą. Znamienne jest, że
skłania się do traktowania wywodów Marksa jako uzu­
pełnienia teorii wyborów i decyzji, gdy w najlepszym
wypadku, gdyby symbioza między marksizmem a mar­
ginalizmem była naprawdę możliwa, trzeba by sprawę
postawić odwrotnie.
Prawda, i Marks nie wypracował teorii decyzji gospo­
darczych ani w mikro-, ani w makroskali i teorię wybo­
rów dla gospodarki socjalistycznej trzeba dopiero two­
rzyć w ramach teorii planowania, ale trudno przypuścić,
by koncepcje wyborów i decyzji wypracowane dla go-

235
spodarki kapitalistycznej w mikroskali można było
transponować bez zastrzeżeń na grunt makroekonomicz­
nego zarządzania gospodarczego w socjalizmie. Można
wskazać, że już próby reinterpretowania schematów re­
produkcji Marksa jako uproszczonych tablic przepływów
międzygałęziowych (taką próbę podjął m.in. Oskar Lan­
ge) prowadzą do nieporozumień. W tablicach input-out-
put roztapiają się jakościowe różnice między działem I
a działem II reprodukcji, ponieważ w tablicach przepły­
wów międzygałęziowych liczba gałęzi produkcji, a także
usług nieprodukcyjnych może być nieskończenie wielka,
gałęzie te są ujmowane w przekroju ilościowym, przy
czym siła robocza zostaje wydzielona w odrębną gałąź.
W rezultacie tablice input-output zostają sprowadzone
do zestawień bilansowych współczynników technolo­
gicznych lub też współczynników cenowych, przy czym
przejście od bilansów materiałowych do bilansów pie­
niężnych dokonuje za pomocą umownego, lecz za-
fiksowanego „numeraire”. Marks w schematach repro­
dukcji prostej i rozszerzonej ilustrował tylko niezbędne
(ale bynajmniej nie spełniane w kapitalizmie) warunki
realizacji. Nie można odrywać schematów reprodukcji
Marksa (gdy idzie o gospodarkę kapitalistyczną) od Mar­
ksowskiej teorii kryzysów, natomiast niemarksistowscy
interpretatorzy tych schematów pragną w nich widzieć
model równowagi gospodarczej. Jest to wymowny wyraz
całkowitego niezrozumienia istotnego sensu metody do­
ciekań Marksa.
Stosunek do Marksa pisarzy orientacji niemarksistow-
skiej, niechętny bądź przychylny, najczęściej jest ambi­
walentny. J. Schumpeter nie podzielając ani politycz­
nych, ani ekonomicznych zapatrywań Marksa, oceniając
poglądy naukowe Marksa wskazywał, że Marks „intere­
sował się problemami jako takimi niezależnie od wypły­
wających z dociekań wniosków końcowych, troszczył się
bowiem zawsze o wypracowanie narzędzi ekonomicznej

236
analizy (...) i o zbudowanie przy ich użyciu teorii, która
ze swej istoty i celów będzie ściśle naukowa” 24, jest to
w ustach akademickiego profesora uznanego za gwiazdę
pierwszej wielkości osąd niewątpliwie bardzo wysoki,
wątpliwie jednak, czy Marksa taka ocena by zadowoliła.
Marks był niewątpliwie uczonym wielkiej miary, ale nie
był typem uczonego gabinetowego — jakiego w nim chce
widzieć Schumpeter — „nauka była dla Marksa siłą po­
ruszającą dzieje, siłą rewolucyjną. Jakkolwiek żywą ra­
dość sprawiało mu nowe odkrycie w tej lub innej dzie­
dzinie nauki teoretycznej, odkrycie, którego praktyczne
zastosowanie może nie dawało się jeszcze przewidzieć —
zupełnie inna była jego radość, jaką odczuwał z powodu
odkrycia, które natychmiast oddziaływało rewolucjoni­
zujące na przemysł lub w ogóle na rozwój historycz­
ny” 2S. Sprowadzanie więc roli Marksa do uczonego, któ­
ry rozmyśla w ciszy gabinetu, zniekształca nie tylko rolę
Marksa, ale nie tłumaczy siły oddziaływania wywodów
Marksa na klasę robotniczą. Poczytują mu za zasługę, iż
„powiązał proces koncentracji ściśle z akumulacją, wię­
cej, ujmował ten proces... jako logiczną konsekwen­
cję” 26. Brzmi to protekcjonalnie i dalekie jest od przy­
znania, że wywody Marksa stanowiły przełom w docie­
kaniach ekonomicznych. Schumpeter skłonny jest
przyznać Marksowi cząstkowe zasługi, gotów w nim
uznać nawet wytrawnego metodologa, ale nie zamierza
uznać myśliciela wskazującego obiektywne prawidło­
wości rozwoju społeczno-gospodarczego. Schumpeter,
który we wczesnym okresie swego życia pozostawał w
bliskich kontaktach z austriackimi socjaldemokratami,
nie kwapił się jednak do socjalizmu, jeśli widział socja-

24 J. Schumpeter, Capitalism, Socialism and Democracy, s. 21.


25 K. Marks, F. Engels, Dzieła wybrane t. II, Warszawa 1949,
s. 155—156, por. także K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 19, War­
szawa 1972, s. 368.
26 J. Schumpeter, Capitalism, Socialism and Democracy, s. 34.

237
listyczną perspektywą socjalistycznego rozwoju, to za
jakieś 200—300 lat, i to nie następującego pod wpływem
walk klasowych, lecz w wyniku rozwoju kultury.
Także francuski ekonomista B. Bartoli gotów jest
uznać w Marksie głębokiego analityka i przyznaje, że
„nowsze postępy w teorii pełnego zatrudnienia, nowych
zjawisk rynkowych i organizacji, próby wyjaśnienia sa­
mego rozwoju kapitalizmu skłoniły obecnie wielu auto­
rów do uznania, że w marksizmie można odnaleźć ana­
lizę kapitalizmu nie mającą sobie równej pod względem
wagi” 27. Takim enigmatycznym frazesem kwituje Bar­
toli ogromny wkład Marksa do rozwoju myśli ekono­
micznej. Amerykański historyk myśli ekonomicznej
B. Seligman z kolei chętnie przyznaje, że Marks śledził
problemy ekonomiczne swojej epoki niezwykle sumien­
nie i analizował je z ogromnym znawstwem, operując
ogromnym materiałem faktograficznym przy zastoso­
waniu niezwykle płodnych narzędzi dociekań 28, ale i ta
ocena omija skrzętnie implikacje, jakie z wywodów Mar­
ksa wypływają. Nawet tak zaciekły antykomunista jak
Samuelson nie waha się dziś twierdzić, że było „skan­
dalem, iż w ostatnich latach nawet poważni ekonomiści
nie potrafili nic więcej powiedzieć o Marksie ponad to,
że był to człowiek bez perspektyw”, gdy „należy dziś
spojrzeć na Marksa nie jak na Boga czy diabła, lecz jak
na uczonego o światowym znaczeniu”, ba, rzuca nawet
zdanie: „Marks był zbyt wielkim uczonym, by pozosta­
wić go marksistom” 29.
Kokietowanie Marksem bywa niekiedy bardzo dwu­
znaczne, i tak np. Galbraith, który w wielu swych arty­
kułach nawołuje: „Wierzcie Galbraithowi, a nie Markso-

27 B. Bartoli, La doctrine economiąue et sociale de K. Mnr.r,


Paris 1950, s. 13.
28 B. Seligman, Economics of Dissent, Chicago 1968, s. 84.
28 P. Samuelson, Economics: An Introductory Analysis, wyd.
8, New York 1970, s. IX.

238
wi!”, jednocześnie nie waha się stwierdzić, że „gdyby
Marks mylił się w sprawach zasadniczych, jego wpływ
przeminąłby szybko” 30; jest to nic nie mówiący frazes,
podobnie jak stwierdzenie „Wszelkie wątpliwości, czy
Marks był wielkim ekonomistą, muszą dziś zniknąć (...).
Marks nie miał sobie równego w ubiegłym stuleciu”, czy
„Winniśmy uznać zasługę Marksa, nie zawsze dostrze­
ganą, że antycypował on w analizie i koncepcjach to, co
akademiccy profesorowie często niezależnie odkrywali
w 50 lat po jego śmierci” 31. Jest to hymn pochwalny w
bardzo podejrzanym gatunku, idzie tu przede wszyst­
kim o wskazanie, że i bez Marksa można dojść do podob­
nych jak on wniosków, że Marks miał tylko to szczęście,
że był pierwszym. Nawet J. Robinson podkreślając, że
,,(...) konstrukcje Marksa (...) są o wiele realniejsze i po­
zwalają więcej zrozumieć z przebiegu rzeczywistych
przemian w gospodarce kapitalistycznej (...)” 32, bynaj­
mniej nie jest skłonna zaakceptować konkluzji ogólnych,
do których Marks doszedł. Dla niej, jak i dla wielu
innych ekonomistów orientacji niemarksistowskiej, osią­
gnięcia Marksa mają charakter cząstkowy. Niedwuzna­
cznie daje też do zrozumienia, że przy całym szacunku
dla Marksa jako bystrego obserwatora nie godzi się
z jego interpretacją tych faktów. Swoiście spreparowaną
teorię Marksowską niektórzy pragną wydzielić z mar­
ksizmu, uznając go za polityczną tylko naleciałość 3*.
Tak więc współcześni ekonomiści orientacji niemar­
ksistowskiej, którzy przy różnych okazjach, a zwłaszcza
z okazji rocznic urodzin i śmierci Marksa, zmuszeni byli
do wypowiadania się, obierają swoistą taktykę — uznać
autorytet Marksa tam, gdzie nie sposób go zanegować,
przyznać słuszność wywodom Marksa na temat niektó-
30 J. K. Galbraith, T h e A fflu e n t S o c ie ty , Cambridge 1960, s. 69.
31 M. Bronferbrenner, D a s K a p i t a ł fo r M o d e rn M a n , s. 205.
32 J. Robinson, S z k ic e o e k o n o m ii m a r k s o w s k ie j, s. VII.
33 Por. M. Blaug, T h e o ry in R e tr o s p e c t, London 1970, s. 55.

239
rych odcinków życia gospodarczego dotyczących np.
efektywnego popytu, cyklów koniunkturalnych, związ­
ków między akumulacją a zatrudnieniem czy temu po­
dobnych, lecz ani słowem nie przyznawać, że wnioski
Marksa dowodzą nieuchronności zmierzchu kapitalis­
tycznego sposobu wytwarzania, jeśli zaś żadną miarą nie
można tego tematu ominąć, to sugerować, że wnioski
takie nie wypływają z Marksowskiej analizy ekonomicz­
nej, lecz z jego utopijnych postulatów, wtrętów ideolo­
gicznych. Dla Marksa-uczonego deklarują szacunek taki,
jaki współczesny fizyk ma np. dla Newtona, a wobec
Marksa-rewolucjonisty przyjmuje się pobłażliwy uśmie­
szek, jak dla jeszcze jednego szlachetnego marzyciela!
Wbrew jednak tym intencjom przypominanie prac
Marksa rodzi reperkusje przez „marksologów” nie prze­
widywane. Prace Marksa stały się na Zachodzie bardzo
poczytne i żaden wypaczający myśli Marksa komentarz
nie może zniweczyć siły jego argumentacji. Pisma Mar­
ksa zapładniają więc umysły tych wszystkich, którzy
chcą i potrafią samodzielnie myśleć. Nie jest prawdą, że
analizy Marksowskie dotyczące wolnokonkurencyjnego
kapitalizmu są dziś przestarzałe. Nie o sam materiał fak­
tograficzny przecież idzie. Swoimi analizami Marks uczy,
jak badać zjawiska ekonomiczne w ogóle, uczy myśleć
dialektycznie. Jeśli zarzuty niemarksistó\y pod adresem
niektórych współczesnych marksistów bywają niekiedy
trafne, to nie dlatego, że metoda Marksa zestarzała się,
lecz po prostu dlatego, że wielu adeptów Marksa także
nie w pełni zrozumiało mistrza. Można raczej zarzucić
niektórym współczesnym „marksistom”, że ulegają
eklektyzmowi i w ich wywodach jest za mało, a nie za
dużo z Marksa!
„W epoce współczesnej panowanie stosunków rzeczo­
wych nad jednostkami, pognębienie indywidualności
przez przypadkowość przybrało najostrzejszą i najbar­
dziej uniwersalną formę i postawiło przed istniejącymi

240
jednostkami całkiem określone zadanie. Postawiło im
zadanie (...) komunistycznego zorganizowania społeczeń­
stwa (...)” i4. Tę właśnie myśl Marksa ugruntowaną ana­
lizą prawidłowości rządzących kapitalistycznym sposo­
bem wytwarzania współcześni ekonomiści orientacji nie-
marksistowskiej pragną per fas et nefas zanegować.
A przecież cała analiza Marksa dotycząca bazy ekono­
micznej była skierowana na wykrycie „szczególnych
praw, którym podlega powstanie, istnienie, rozwój,
śmierć danego organizmu społecznego i zastąpienie go
przez inny, wyższy” 3S. Tej funkcji Marksowskiej teorii
niemarksiści oczywista uznać nie chcą, sugerując, że jest
to danina, którą Marks-uczony płacił Marksowi-utopiś-
cie, przeto Marksowskie odkrycia w sferze dociekań
czysto ekonomicznych nie mają nic wspólnego z aspira­
cjami burzyciela ustroju kapitalistycznego. Z wywodów
Marksa należy zatrzymać to, co dotyczy konkretnych
przejawów gospodarowania, a więc powierzchni zjawisk
ekonomicznych, wszystko zaś, co wiąże się z poszukiwa­
niem istoty zjawisk, należy według nich uznać za swoistą
metafizykę.
Głosząc uwolnienie nauk ekonomicznych z wszelkich
aksjologicznych aspektów, marksolodzy starają się „oczy­
ścić” wywody Marksa od elementów „ideologicznych”,
zapominając, że i z ich wywodów płyną ideologiczne
implikacje. Eksponując przede wszystkim opisowe par­
tie rozważań Marksa tudzież te partie, które noszą pra-
kseologiczny charakter, usiłują wyjałowić teorię Marksa
z jej istotnej treści i tak spreparowanego Marksa uznać
za jednego z prominentów myśli ekonomicznej, lecz pro­
minenta, którego dziś prześcignęli ekonomiści młodszej
generacji, wyposażeni w lepsze instrumentarium badań.
O ile marksolodzy Marksowi okazują pewien szacu­
nek, o tyle tym ostrzej atakują współczesnych marksis-
34 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 1, s. 498.
35 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 23, s. 18, Warszawa 1968.

16 — M a rk s a w sp ó łc zesn a m yśl...
241
tów. Ataki te przybierają postać czysto naukowej kry­
tyki, z pozorami „obiektywizmu” tylko wobec Marksa,
zachowane tu pozory „naukowości” łączą się z bezpardo­
nową krytyką „epigonów”, czyli tych, którzy usiłują bu­
dować socjalizm. Przedmiotem szczególnej krytyki jest
funkcjonowanie gospodarki socjalistycznej. Sugeruje się
że różne błędy i wypaczenia, które miały miejsce w tra ­
kcie socjalistycznego budownictwa, są wynikami nie
obiektywnych uwarunkowań, lecz błędnej teorii i upra­
wianego doktrynerstwa.
Już na przełomie XIX i XX wieku stawiano kwestię,
czy i w jakim zakresie gospodarka oparta na zasadach
kolektywistycznych będzie mogła funkcjonować w spo­
sób ekonomicznie efektywny, a więc czy taka gospodar­
ka będzie mogła spełniać wymogi tzw. optimum Pareta,
czy gospodarka ta będzie w stanie rozwiązywać proble­
my stanowienia cen czy alokacji zasobów zapewniają­
cych efektywność gospodarczą, równowagę gospodarczą
ltp. Rozważania te po powstaniu Kraju Rad nasiliły się.
W miarę upływu czasu zrezygnowano z tezy, że funkcjo­
nowanie gospodarki socjalistycznej jest w ogóle niemoż­
liwe, a przemieszczono akcent na dowodzenie nieefek­
tywności gospodarowania na kolektywistycznych zasa­
dach. Współczesna argumentacja poszła w nieco innym
kierunku. Ekonomiści-niemarksiści usiłowali dowieść, że
gospodarka socjalistyczna, by jako tako funkcjonować,
musi sięgać do tych samych narzędzi co kapitalizm.
„Podstawowy problem ekonomiczny, ograniczoność dóbr,
pozostaje taki sam jak w kapitalizmie (...). Nakłady nie
przestają natrafiać na ograniczenia tylko z tego tytułu,
że wprowadzenie socjalizmu mogłoby zmienić w sposób
nagły ludzką naturę, redukując potrzeby do wielkości
określonej przez dostępne środki zaspokojenia tych po­
trzeb, eliminując w ten sposób problem ograniczenia” 36.

35 P. Koehler, Welfare and Planning, NY 1968, s. 4.

242
Również więc i w gospodarce socjalistycznej trzeba bę­
dzie uwzględniać •różne preferencje ludności ważone
funkcjami użyteczności, uwzględniać różne funkcje po­
daży i popytu, jak i funkcje transformacji, by zapewnić
racjonalność gospodarowania. Upieranie się przy „te­
orii wartości opartej na pracy musi natomiast doprowa­
dzić do niewłaściwego i nieefektywnego wykorzystania
pracy, jak i innych zasobów w najbardziej nawet dosko­
nałym społeczeństwie socjalistycznym” 37.
Atak na gospodarkę socjalistyczną łączy się z atakiem
na Marksowską teorię wartości. Mamy tu ewidentne po­
mieszanie pojęć. Gospodarka socjalistyczna nie powstaje
w próżni. Mamy tu do czynienia jeszcze ze społeczeń­
stwem, które nie rozwinęło się na własnej podstawie,
„(...) lecz przeciwnie, takim, które dopiero wyłania się ze
społeczeństwa kapitalistycznego; które zatem pod każ­
dym względem — ekonomicznym, moralnym, umysło­
wym — nosi jeszcze na sobie znamiona starego społe­
czeństwa, z którego łona wyszło” 3S. Pozostałe rudymen-
ty gospodarki towarowo-pieniężnej wywołują interfe­
rencję „starego” i „nowego”. Nadto nie sposób pomijać
faktu, że gospodarka ta kształtuje się w otoczeniu kapi­
talistycznym i wynikającym z tego zjawiska osmozy.
Próby udowodnienia przez Misesa czy Robbinsa, że ra­
cjonalne gospodarowanie nie może istnieć bez swobod­
nie funkcjonującego rynku, bo szacunki dokonywane
przez planifikatora muszą być zawodne, ni^ysą przeko­
nujące. Do głosów tych dołączali się z takimi czy innymi
modyfikacjami M. Weber, B. Brutskus, G. Halm czy
F. Ilayek. Odpór tym ekonomistom próbował dać Oskar
Lange.
Funkcjonowanie gospodarki socjalistycznej ogromnie
ożywia niemarksistów, wielu twierdzi, że z gospodarką
socjalistyczną jest źle, bo próbuje wcielać w życie dyrek-
37 P. Samuelson, Economics, s. 618.
38 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 19, Warszawa 1972, s. 22.

243
tywy, których niepodobna stosować do współczesnego
sposobu gospodarowania w żadnym .ustroju. Tak np.
E. Domar twierdzi, że gospodarka radziecka nie może
dziś wiele czerpać z nauk Marksa, wskutek czego „będzie
tam czcić Marksa nadal w słowach, a ignorować w prak­
tyce, zarządzając swą gospodarką za pomocą cen, pro­
centu i zysku” 39. Podobnie twierdzi i Campbell: „Prak­
tyka planowania potrzebuje teoretycznej nici przewod­
niej, której marksistowska teoria wartości nie jest w
stanie dostarczyć” 40. Planiści radzieccy muszą więc wy­
korzystywać instrumentarium optymalizacji stosowane
w programowaniu współzależnych działań przez ekono­
mistów orientacji niemarksistowskiej.
Zarówno w rozumowaniu Domara jak i Campbella,
a także wielu innych ekonomistów widzimy wyraźne
nieporozumienie. Marksowskie prawo wartości odzwier­
ciedla procesy gospodarki towarowo-pieniężnej, która w
warunkach kapitalistycznych stała się wszechogarniają­
ca. Prawo wartości nie jest bynajmniej prawem ekwi­
walentności, jakimś prawem statyki ekonomicznej, jak
to prawo skłonni są ujmować niemarksiści, jest to nato­
miast prawo gospodarczej dynamiki, prawo tłumaczące,
dlaczego w warunkach odosobnienia producentów ceny
z takimi czy innymi wahaniami grawitują wokół war­
tości danych towarów, wartości wyznaczonej nakłada­
mi pracy. Dla Marksa wartość nie stanowi bezpośred­
niego miernika, wartość przybiera swój pieniężny wyraz
w cenie. Ekonomiści orientacji niemarksistowskiej przy­
wykli do rozpatrywania zjawisk ekonomicznych tylko od
strony kwantytatywnej skłonni są Marksowskie pojęcie
wartości interpretować w tym właśnie duchu (nadając

3> Por. E. Domar, D a s K a p i t a ł : A C e n te n a r y A p p r e c ia tio n —-


D isc u ssio n , „The American Economic Review” 1967, nr 2, s. 637.
40 R. W. Campbell, M a th e m a tic s in S o v ie t P la n n in g a n d T h e -
w: C a p ita lis m , M a r k e t a n d S o c ia lis m P la n n in g ,
o ry o f V a lu e ,
1965, s. 165.

244
mu sens, jaki mu nadawał Ricardo, ale nie Marks!). Pro­
blem działania względnie niedziałania prawa wartości
w gospodarce planowej ma wiele aspektów. W tym stop­
niu, w jakim i w gospodarce socjalistycznej, a planowa­
nie stanowi jej immanentną cechę, pozostają rudymenty
gospodarki towarowo-pieniężnej, w tym stopniu zacho­
wuje się mechanizm działania prawa wartości, ale i to
z istotnymi ograniczeniami, wynikającymi z makroeko­
nomicznego planowania. Tylko zwolennicy tzw. socjaliz­
mu rynkowego usiłują relacje „plan—rynek” ustawiać
na płaszczyźnie dominacji rynku. W gospodarce konse­
kwentnie planowej rynek stanowi — i to czasowo — tyl­
ko wspornik. W dobie rosnącego znaczenia programo­
wania współzależnych działań, w dobie możliwości wy­
korzystywania w szerokim zasięgu informacji i minipro-
cesorów rola rynku, nie tylko zresztą w gospodarce
socjalistycznej, będzie maleć. Preferencje konsumenckie
ujawniają się na rynku, lecz mogą być uwzględniane
i na drodze pozarynkowej. Warto przypomnieć, że Marks
bynajmniej nie uwieczniał działania prawa wartości
i wskazywał, że „społeczny charakter produkcji z góry
uczyniłby produkt — produktem społecznym, ogólnym.
Wymiana dokonywana pierwotnie w produkcji, która
nie byłaby wymianą wartości wymiennych, lecz działal­
ności określonych przez społeczne potrzeby i przez cele
społeczne — uwzględniałaby z góry udział jednostki w
społecznym świecie produktów” 41.
Jeśli więc i w realnym współczesnym socjalizmie ma­
my jeszcze ciągle do czynienia ze szczątkowymi elemen­
tami działania prawa wartości, to jest to wynik czyn­
ników retardywnych, a nie immanentny sens socjalis­
tycznego gospodarowania. Trudności, z jakimi boryka się
budownictwo socjalistyczne, tkwią nie tyle w niedostat-

41 K. Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, Warszawa


1985, s. 113.

245
kach zarządzania, ile w obiektywnych i subiektywnych
uwarunkowaniach, w jakich to budownictwo podjęto.
Marks analizując perspektywy rozwoju sił wytwórczych,
wskazywał w swych rękopisach z 1859 roku, że w wa­
runkach, w których dzięki rozwojowi nauki stopień opa­
nowania przez człowieka sił przyrody uzyska naprawdę
wysoki poziom, kiedy efekty działalności ludzkiej będą
zależały nie tyle od manualnej, ile intelektualnej mocy
człowieka, praca przestanie być miernikiem wartości (do
podobnego wniosku dochodził też Th. Veblen). Wcale
nie jest prawdą, że posługiwanie się miernikami podpo­
wiadanymi przez ekonomię niemarksistowską prowadzi
do efektywnych wyników; ani programowanie liniowe,
ani wypukłe, ani rachunek iteracyjny, macierzowy czy
wariacyjny nie zbawiły gospodarki kapitalistycznej, zło
tkwi bowiem nie w technice wyborów i decyzji, lecz w
samej istocie gospodarowania. Jeśli w gospodarce socja­
listycznej ujawniają się rozliczne mankamenty, to ich
przyczyna nie tkwi bynajmniej w jakiejś błędnej teorii
czy błędnej technice gospodarowania, lecz w jego histo­
rycznie ukształtowanych warunkach, dojrzałości prze­
mian i ich pełnej afirmacji przez najszersze masy.
W przeciwieństwie do narodzin kapitalistycznego spo­
sobu wytwarzania, który stanowił rozwinięcie elemen­
tów gospodarki towarowo-pieniężnej występującej już
na marginesie struktur ekonomicznych w formacjach
przedkapitalistycznym, narodzin formacji komunistycz­
nej nie poprzedziły — jeśli nie liczyć komun i ruchu
spółdzielczego o charakterze dalekoplanowego margine­
su — formy, które mogłyby dojrzewać samoczynnie.
Narodziny formacji komunistycznej stanowią całkowicie
nowy zwrot w historii ludzkości, zwrot wyznaczony
obiektywnymi tendencjami rozwojowymi, lecz zwrot,
który musi dopiero torować sobie drogę poprzez różne
nawroty i rozpadliny. Budownictwo socjalistyczne musi
zaczynać od podstaw, nadto budownictwo to zaczyna się

246
na zachwaszczonym polu, musi dokonywać rekonstruk­
cji nie tylko bazy, ale i nadbudowy, a jak długo w bazie
tkwią rudymenty starego, tak długo nadbudowa, która
rozwija się wolniej od bazy, w wyniku sprzężeń zwrot­
nych może w jednych sprawach działać przyspieszająco,
w innych opóźniająco. Jeśli przeciwnicy realnego socja­
lizmu wskazują na takie czy inne niedostatki, to ich do­
bre prawo, co więcej, pokazywanie braków może nawet
być korzystne dla procesu socjalistycznego budownic­
twa jako sygnały niedostrzeżone w gorączce budownic­
twa. Jeśli jednak ci przeciwnicy podejmują próby wska­
zania źródeł niedomogów, to czynią to z reguły mała
fide, by zdezawuować budownictwo socjalistyczne.
Współczesny kapitalizm w krajach wysoko rozwiniętych
ma w płaszczyźnie konsumpcyjnej ciągle jeszcze prze­
wagę nad krajami socjalistycznymi, stąd często argu­
menty niemarksistów są przyjmowane przez wielu za
dobrą monetę, nie znaczy to jednak, by argumenty te
były naukowo słuszne.
Literatura ekonomiczna (i nie tylko ekonomiczna),
która tak wiele miejsca poświęca dziś Marksowi, mar­
ksistom i socjalistycznemu budownictwu, pragnie wy­
kazać, że marksizm i socjalizm znalazły się w ślepym
zaułku, że w najlepszym wypadku współczesny socja­
lizm będzie musiał ulec transformacji w duchu konwer­
gencji, a marksiści będą musieli zaakceptować to, co ma
dziś do zaoferowania ekonomia niemarksistowska. Nie
należy więc brać serio głoszonych przez ekonomistów
orientacji niemarksistowskiej z okazji rocznic peanów
na cześć Marksa. Warto jednak wskazać, że niektórzy
z nich zaczynają zdawać sobie sprawę, że krytyka go­
spodarki socjalistycznej prowadzona wyłącznie z pozy­
cji prakseologicznych jest chybiona. Do takich należą
np. R. L. Carson, M. Spulber czy O. Zim an42. Wskazują

4* Comparative Economic System, New York 1969.

247
oni, że dla oceny racjonalności socjalistycznego gospoda­
rowania potrzebne są zupełnie inne kryteria niż dla oce­
ny gospodarowania w warunkach kapitalistycznych. Są
to jednak głosy raczej odosobnione.
Współczesna myśl ekonomiczna kształtuje się w wa­
runkach wymuszonego współistnienia dwóch przeciw­
stawnych systemów społeczno-gospodarczych, co nie­
uchronnie rzutuje na jej kształt. Nadto myśl ta formuje
się w sytuacji, w której zagrożenie ekologiczne osiągnęło
niezwykle wysoki stopień. Jeżeli ma się zatrzymać sza­
leńczy pościg za wzrostem ilościowym, a jednocześnie'
innowacje mają trwać nadal — to muszą rozwijać się w
innym niż dotąd kierunku, muszą zmierzać do poprawy
jakości życia, do nowej harmonii i równowagi, bo tylko
na tej drodze ludzkość może uniknąć katastrofy. Jeśli
porównać w tym aspekcie to, co ma do zaofiarowania
marksistowska i niemarksistowska myśl społeczna, a z
nią i myśl ekonomiczna, to rozstrzygnięcie jest łatwe.
Ekonomia niemarksistowska nosi wciąż dojutrkowski
charakter, ekonomia marksistowska otwiera natomiast
dalekosiężne perspektywy. Konsumpcyjny styl życia,
który propagują i któremu służą ekonomiści orientacji
niemarksistowskiej, w dobie współczesnej nie prowadzi
do wyzwolenia człowieka z marazmu, natomiast myśl
marksistowska otwiera przed ludzkością nowe horyzon­
ty; osiągnięcie ich jest być może jeszcze dalekie i na tej
drodze czeka jeszcze ludzkość znój, ale wyrzeczenia, któ­
rych wymaga trud budownictwa socjalistycznego, w
perspektywie okażą się opłacalne, przedłużanie się trw a­
nia kapitalizmu oznacza bowiem postępującą degradację
społeczną.
W życiu brak wyraźnych linii demarkacyjnych, które
uprawniałyby jednoznaczne zakwalifikowanie niektó­
rych nurtów, jak tzw. neomarksizm czy tzw. nową lewi­
cę do orientacji niemarksistowskiej, także próby rozróż­
niania ortodoksji i heterodoksji w odniesieniu do mark-

348
sizmu są nader ryzykowne. W stosunku do interesu­
jącej nas problematyki społeczno-gospodarczej jest to
tym trudniejsze, że różnice między marksizmem a „neo-
marksizmem” czy „nową lewicą” zaznaczają się raczej
na płaszczyźnie polityczno-ideologicznej, co jednak rzu­
tuje, oczywista, na ich poglądy w sferze ekonomicznej.
P. A. Baran, P. M. Sweezy, J. Gillman, E. Mandel czy
A. Emmanuel są niewątpliwie ekonomistami odwołują­
cymi się do Marksa, lecz właściwe im podejście do za­
gadnień wolności i dezalienacji deformuje ich optykę,
gdy idzie o ocenę realiów współczesnej rzeczywistości
społeczno-gospodarczej, trudno więc byłoby zaliczyć ich
bez zastrzeżeń do grona marksistów, to samo dotyczy
zresztą i szeregu pisarzy, dla których problematyka
ekonomiczna była tylko dziedziną peryferyjną (wymie­
nić tu można K. Korscha, L. Althusera, L. Goldmanna
czy całą grupę jugosłowiańskiej „Praxis”). „Neomark-
sizm” cechuje niejednolitość, spore powinowactwo z pre-
marksizmem i rewizjonizmem. Można by wytoczyć prze­
ciwko nim niemal wszystkie argumenty Lenina zawarte
w Dziecięcej chorobie lewicowości. Również „nowa le­
wica” jest niejednolita, pozostaje pod dużym wpływem
H. Marcusego i C. W. Millsa. Jest ona produktem zamie­
szania ideologicznego i źle rozumianej moralistyki. Rzu­
ca anatemy nie tylko na „późny kapitalizm”, ale i na re­
alny socjalizm, uważając, że nie klasa robotnicza, lecz
inteligencja stanie się promotorem przemian. Zwolen­
nicy „nowej lewicy” głosząc antydogmatyzm, antybiu-
rokratyzm, walkę z totalizmem nie mają faktycznie żad­
nego pozytywnego programu. Są nonkonformistami z ro­
mantycznym odcieniem. Zarówno „neomarksiści”, jak
i „nowa lewica” niezależnie od subiektywnych intencji
sprzyjają tym, którzy pragną zachować dotychczasowe
struktury, są bowiem dla tych grup niegroźni, choć ha­
łaśliwi.
Antykapitalistyczne pogróżki ze strony „neomarksis-

249
tów” czy „nowej lewicy” są przyjmowane z przymruże­
niem oka, natomiast ich wypady przeciwko realnemu so­
cjalizmowi są dyskontowane w mniej lub bardziej
perfidny sposób, bo zarzuty „neomarksistów” czy „no­
wej lewicy” trafiające niekiedy celnie (chociaż bona fide
w imię romantycznego humanizmu!) w różne niedomogi
i deformacje socjalistycznego budownictwa, są wykorzy­
stywane w tym duchu, że oto nawet przeciwnicy kapi­
talizmu nie pragną wcale realnego socjalizmu. Te właś­
nie względy każą więc umieścić i te nurty w obrębie
orientacji niemarksistowskich. Pojawienie się ich dowo­
dzi, jak ważne jest dla zrozumienia właściwej strategii
i taktyki walki o przemiany społeczno-gospodarcze re­
windykowanie Marksowskiej metody dociekań. To, co
Marks i Engels pisali w Manifeście komunistycznym,
przed stu czterdziestu laty pod adresem ówczesnej lite­
ratury socjalistycznej i komunistycznej, pozostało nie­
stety w wielu wypadkach aktualne i dzisiaj *3.
Marksizm żywy, marksizm twórczy wymaga, by ani
na chwilę nie zapominać, jaką rolę w dociekaniach spo­
łecznych spełniała i nadal spełnia autentyczna (a nie do­
wolnie reinterpretowana!) metoda Marksa! Teoria
i praktyka łączą się u Marksa w nierozerwalną całość.
Marks nie pouczał historii, co winna czynić (zresztą stale
podkreślał, że historię robią ludzie!), lecz wskazywał, w
jaki sposób można ujawniać obiektywne możliwości
skutecznego działania, czego właśnie nie rozumieją lub
nie chcą rozumieć zarówno jego przeciwnicy, jak i nie­
douczeni zwolennicy.

43 Por. K. Marks, F. Engels, D z ie ta, t. 4, Warszawa 1962, s.


536—550.
R o z d z i a ł VII

POTRZEBA REWINDYKACJI
METODY
DIALEKT YCZNO-HIS TORY CZNE J
W DOCIEKANIACH
EKONOMICZNYCH

Życie gospodarcze, jak każdy ruch, rodzi cią­


gle sprzeczności, przezwyciężanie ich stanowi domenę
ludzkiej codziennej działalności, w tym sensie sprzecz­
ności stają się siłą napędową rozwoju. Kształt dnia dzi­
siejszego — nie tylko w sferze gospodarczej — uformo­
wały działania wywołane sprzecznościami, które poja­
wiały się wczoraj, kształt jutra wyznaczą działania zwią­
zane z przezwyciężaniem sprzeczności dnia dzisiejszego.
Badanie zjawisk i procesów społeczno-gospodarczych na­
trafia w dobie obecnej na szereg obiektywnych i subiek­
tywnych trudności, a jednocześnie, jeśli w życiu gospo­
darczym doby współczesnej, w praktycznej działalności
gospodarczej nie ma zapanować pragmatyzm czy wręcz
woluntaryzm, a więc chaos, to uchwycenie obiektyw­
nych trendów rozwojowych życia gospodarczego i pły­
nących stąd dla polityki gospodarczej implikacji staje
się coraz pilniejszą koniecznością. Jeśli teoria, nie mając
oparcia w praktyce, niewątpliwie jałowieje, to równo­
cześnie praktyka bez teorii staje się ślepa. Od rozwoju
myśli ekonomicznej zależy w dużym stopniu charakter
działalności gospodarczej i jej efekty.
Wypracowanie teoretycznych podstaw działalności
gospodarczej, zwłaszcza w warunkach gospodarki pla­
nowej, wymaga wysiłków wielu specjalistów, właści­
wych metod dociekań i odpowiednich technik badaw­
czych. Nie spotykana jeszcze w XIX w. dynamika roz-

251
woju sil wytwórczych, która w drugiej połowie naszego
stulecia przybrała wręcz niesamowite tempo, nie ułatwia
analizy zjawisk, których częstotliwość i zmienność mąci
obserwacje i wnioski. Tymczasem życie gospodarcze do­
maga się coraz natarczywiej programowania współza­
leżnych działań, szybkiego podejmowania wyborów
i decyzji i w ogóle sterowania gospodarką w makroskali.
Zmienność procesów społeczno-gospodarczych i ich
coraz silniejsze zazębianie się, coraz większy wpływ po­
lityki na ekonomikę, konieczność coraz bardziej wywa­
żonych zabiegów koordynacyjnych wzmaga konieczność
uzyskiwania dobrej informacji, określenia kryteriów se­
lekcji sygnałów, rozeznania w kierunkach ograniczają­
cych działania gospodarcze tudzież uruchamiania sty­
mulatorów pobudzających do działania w określonym
kierunku. Wymaga to nie tylko praktycznych umiejęt­
ności i wiedzy z rozmaitych dziedzin, lecz także zdolności
do teoretycznych uogólnień, oraz wypracowania takich
metod dociekań, które pozwalałyby ustalać drogowska­
zy postępowania, które by nie naruszało prawidłowości
rozwoju społeczno-gospodarczego.
Gospodarka stanowi powiązaną całość, lecz składa się
z rozlicznych fragmentów, całość oddziałuje na poszcze­
gólne segmenty, lecz i one na całość, w życiu społeczno-
-gospodarczym tkwią zarówno siły dynamizujące, jak
i siły inercyjne. Dotrzeć do tych wszystkich sprężyn
musimy nie dla czczej ciekawości, ale dlatego, by nie po­
zostawać igraszką żywiołów; musimy uczyć się, jak jed­
ne zjawiska ograniczać, a do innych przystosowywać się.
Sterowanie gospodarcze w makroskali wymaga swoiste­
go żyroskopu. Tylko teoria dostatecznie uzbrojona we
właściwą metodę dociekań i posługująca się wypróbo­
wanymi technikami badawczymi może właściwie spełnić
swe najważniejsze zadanie — służenia praktyce. Poszu­
kiwania metod badawczych w dziedzinie dociekań eko­
nomicznych nie są czynione w pustym polu, nasze poszu-

252
kiwania polegają w dużej mierze na weryfikowaniu me­
tod już istniejących, ich porównywaniu i wypróbowy-
waniu nowych. Metody dociekań w naukach społecznych
(a więc i ekonomicznych) są stosunkowo młode i wiele
z nich zostało zapożyczonych z innych nauk (najczęściej
przyrodniczych). Sterowanie gospodarką w makroskali
datuje się od niedawna, wyraża się w programowaniu
współzależnych działań i w planowaniu, które najpełniej
rozwinęło się w gospodarce socjalistycznej. Metody do­
ciekań w tym zakresie są jeszcze młodsze. Potrzeba ste­
rowania życiem gospodarczym skłania niektórych do
tworzenia teorii gospodarowania jako rodzaju inżynierii
społecznej, która właśnie wskazywałaby, jak skutecznie
działać w makroskali. Czy taka teoria jest zasadna, pozo­
staje przedmiotem kontrowersji, nie ulega jednak wąt­
pliwości, że poszukiwanie nowych metod dociekań i tech­
nik badawczych przydatnych w analizie zjawisk makro­
ekonomicznych stało się pilną potrzebą.
Każda metoda stanowi wyraz specyficznego podejścia
do takich lub innych problemów, jest chwytem (według
określenia Hegla „List der Vernunft”) mającym dopro­
wadzić do ujawnienia istoty badanych zjawisk. Metody
nie rodzą się same, każda metoda jest bowiem w gruncie
rzeczy rezultatem wielokrotnie ponawianych prób i błę­
dów i każda metoda ulega weryfikacji nie tylko pod ką­
tem swej przydatności, lecz i efektywności. Potrzeba
metod dociekań wypływa stąd, że istota i forma przeja­
wiania się zjawisk nie pokrywają się bezpośrednio ze
sobą, istota zjawisk nie jest uchwytna z reguły już pri­
ma jacie. Gdyby istota i forma zjawisk pokrywały się ze
sobą bez reszty, żadna nauka nie byłaby potrzebna, a na­
uka to wiedza posługująca się określonymi metodami,
nie ma więc nauki bez metod dociekań. Może istnieć,
oczywista, wiedza czysto empiryczna, ale ta okazuje się
nader zawodna; wiedza unaukowiona, chociaż też nie
jest omnipotentna, jest uzbrojona w metody dociekań

253
umożliwiające docieranie do sedna rozpatrywanych pro­
blemów.
Działalność gospodarcza już w mikroskali wymaga
wyważonych wyborów i decyzji. W warunkach gospo­
darki opartej na prywatnej własności środków produk­
cji wyniki indywidualnych poczynań krzyżują się tam,
gdzie więzią stał się tylko rynek, rozkwitają różne tech­
niki badania podaży i popytu, ruchu cen, zabiegi zwane
marketingiem itp. Dociekania są tu prowadzone pod
kątem znalezienia środków maksymalizowania indywi­
dualnych zysków. Metody badań noszą tu specyficzny
charakter. Inaczej ma się sprawa, gdy poszukiwania do­
tyczą kierunku rozwoju społeczno-gospodarczego, a więc
długofalowych tendencji i przeciwtendencji kształtowa­
nia się gospodarczych stosunków międzyludzkich. Meto­
dy dociekań w odniesieniu do takiej problematyki muszą
być, oczywista, inne. Dlatego grubym nieporozumieniem
jest mieszanie środków analizy krótkookresowej i mikro­
ekonomicznej z analizą długookresową i makroekono­
miczną. Jeśli Keynes i wielu innych zadowalało się ana­
lizą krótkookresową (nie darmo nazywano Keynesa
„lekarzem pogotowia ratunkowego” kapitalizmu!), to już
tzw. teoria wzrostu gospodarczego musiała podjąć ana­
lizę długookresową (inna rzecz, czy w sposób prawidło­
wy!). Tylko analiza długookresowych trendów rozwojo­
wych umożliwia analizę krótkookresową (a nie odwrot­
nie), świadomie podejmowana działalność gospodarcza
w makroskali — jak to się dzieje w gospodarce socja­
listycznej czy nawet w kapitalizmie opartym na inter­
wencjonizmie państwowym — wymaga nie tylko jas­
nego rozeznania celów wypływających z poznanych
obiektywnych tendencji rozwojowych, ale i wdroże­
nia tego celu całemu społeczeństwu tudzież określe­
nia stopnia możliwości realizacji danego celu na okre­
ślonym etapie historycznym przy posiadanych zasobach
materialnych i potencjale ludzkim. Taka analiza wy-

254
maga różnych metod dociekań, w grę wchodzą tu bo­
wiem czynniki zarówno natury obiektywnej, jak i su­
biektywnej.
Podstawą metodologicznej refleksji była, jest i pozo­
staje nadal przede wszystkim logika. Zdolność do logicz­
nego myślenia nie ma charakteru natywistycznego, zro­
dziła się z wielomilionowych doświadczeń całych
ludzkich pokoleń, które doprowadziły do umiejętności
racjonalnego wnioskowania. Myślenie racjonalne i niera­
cjonalne do dzisiaj nie są jednak przegrodzone nieprze­
kraczalną barierą, różne stany emocjonalne zakłócają
bowiem często jasne rozeznanie. Nie należy nadto za­
pominać, że algorytmy logicznego rozumowania są efek­
tywne tylko wówczas, gdy przesłanki naszego rozumo­
wania są adekwatne do otaczającej rzeczywistości. Jeśli
przesłanki będą fałszywe, to wprawdzie technika wnios­
kowania może być analogiczna jak przy wnioskowaniu z
przesłanek rzeczywistych, ale konkluzje będą fałszywe.
Dlatego różne metody idealizacyjne czy próby modelo­
wania zjawisk trzeba traktować bardzo ostrożnie. Logi­
ka, podobnie jak matematyka, jest sprawnym narzę­
dziem wnioskowania, ale nie poznawania rzeczywistości.
Rzeczywistość, a więc i rzeczywistość gospodarczą,
chwytamy prima jacie jako zespół wrażeń i spostrzeżeń.
Na szczeblu empirycznego poznania z reguły nie jesteś­
my zdolni uchwycić istotnych powiązań i współzależnoś­
ci występujących w wielopłaszczyznowym, zmiennym
i skomplikowanym świecie zjawisk. Tę odbieraną zmy­
słami mozaikę musimy więc poddać myślowemu rozbio­
rowi. Umysł ludzki musi tę nawałnicę zjawisk porząd­
kować, rozczłonkowywać, a następnie integrować, idąc
od oglądu do wydzielonych abstrakcyjnych kategorii,
a za pomocą tych ostatnich dążyć do poznania i zro­
zumienia konkretów. Przechodząc od oglądu do myśle­
nia kategorialnego, umysł nasz syntetyzuje rozłożone
elementy, integrując je ponownie (jak zegarmistrz, któ-

255
ry rozkłada i składa z powrotem mechanizm zegarowy),
aby w myśli dokonać rekonstrukcji rzeczywistości, ale
rzeczywistości już nie tylko oglądanej, lecz i rozumianej,
bo rozszyfrowanej w jej podstawowych relacjach i pra­
widłowościach. Na tej drodze dochodzimy do zrozumie­
nia sił napędowych rozwoju. Poddając mozaikową całość
myślowemu rozbiorowi, wydzielając części i sta ty żując
to, co ruchowe, za pomocą lepiej czy gorzej przeprowa­
dzonych linii demarkacyjnych, możemy popełniać szereg
nieścisłości, które wymagają stałej korekty. Na drodze
wiodącej od oglądu przez abstrakcje do konkretu mogą
pojawić się różne rozpadliny oddzielające świat myśli
od świata realnych zjawisk. Reiści (np. Kotarbiński) usi­
łują ominąć te rozpadliny, przyjmując za realny tylko
świat rzeczy, idealizm obiektywny (np. Platon czy He­
gel) skłonny jest hipostazować pojęcia, idealizm subiek­
tywny neguje możność poznania „rzeczy samych w so­
bie” (np. Kant), a tylko materializm dialektyczny pod­
chodzi do zagadnienia prawidłowo, stwierdzając, że rze­
czywistość jest poznawalna, lecz procesualnie. I dlatego
tylko metody dociekań oparte na myśleniu dialektycz­
nym rokują możliwość dotarcia do istoty zjawisk. Czys­
ty empiryzm nie tłumaczy niczego — opisuje tylko; sa­
ma logiczna dedukcja, jeśli jest pozbawiona realnego
gruntu, popada nieuchronnie w spekulatywną metafizy­
kę. Sceptycyzm, agnostycyzm czy probabilizm, jako po­
stawy poznawcze powtarzają się w historii myśli ludz­
kiej, zwłaszcza w okresach, gdy lot myśli ludzkiej się
obniża. Prawidłowość metod dociekań ujawnia się w ich
skuteczności w rozszyfrowywaniu problemów. Metody
oparte na fałszywych przesłankach epistemologicznych
tego daru oczywista nie posiadają, ale dojście do dialek­
tycznego sposobu myślenia stanowi w historii proces
długi i bynajmniej nie liniowy. „Trzeba było najpierw
zbadać rzeczy, zanim mogły być badane procesy. Trzeba
było najpierw wiedzieć, czym jest jakaś rzecz, zanim

256
można było spostrzegać zachodzące w niej zmiany” *.
Tłumaczy to, dlaczego dialektyka dość późno wkroczyła
na pole dociekań ekonomicznych.
Historia myśli ekonomicznej ujawnia ścisły związek
między konstytuującym się przedmiotem badań a dobo­
rem metod i technik badawczych. Jak długo zaintereso­
wania ekonomistów obracają się wokół zjawisk rynko­
wych, tak długo sposoby badań są dość prymitywne.
Empiryzm, indukcja enumeracyjna i statystyka to arse­
nał ekonomii przedklasycznej. Dopiero gdy przedmiotem
zainteresowań staje się produkcja oraz wpływ inwesty­
cji i postępu technicznego, rozpoczyna się poszukiwanie
przyczyn regularności i perturbacji w życiu gospodar­
czym. Pojawia się teraz i krytyczna dedukcja i rozpo­
czyna się poszukiwanie powiązań kauzalnych w proce­
sach gospodarczych. Ponieważ kapitalizm u zarania uja­
wnia wyższość nad feudalizmem, zostaje uznany za naj­
doskonalszy z możliwych. W tych warunkach nie może
dziwić ahistoryczne podchodzenie do zjawisk ekono­
micznych ze strony klasyków ekonomii burżuazyjnej,
a ponieważ gospodarkę kapitalistyczną charakteryzuje
atomizacja stosunków międzyludzkich, nie sposób też się
dziwić, że rozważania ekonomiczne są skrępowane me­
todologicznym indywidualizmem i że akcentowane są
ilościowe, a ńie jakościowe aspekty życia gospodarczego.
Dopiero gdy sprzeczności w kapitalizmie nabrały szcze­
gólnej ostrości, rodzi się marksizm operujący metodą
dialektyczną, a z drugiej strony myśl zachowawcza po­
grąża się coraz bardziej w poszukiwaniu sposobów przy­
wracania równowagi ekonomicznej. W obliczu cyklicz-
ności procesów gospodarczych myśl zachowawcza zarzu­
ca analizę kauzalną na rzecz funkcjonalnej, podejście
deterministyczne na rzecz podejścia probabilistycznego,
popada w formalizm i zadowala się konstruowaniem ta-

1 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 21, Warszawa 1969, s. 330.

IV — M a rk s a w sp ó łc z e sn a m yśl... 257
kich czy innych modeli, miast badać realną rzeczywis­
tość. Środki stają się celem. Teorie optymalizacji i gier
stają się główną atrakcją ekonomistów orientacji nie­
marksistowskie j .
Tendencje do przekształcania zjawisk życia codzien­
nego w pojęcia o ściśle określonej konotacji i denotacji
powodują, że rozważania ekonomiczne przybierają coraz
bardziej zmatematyzowaną formę. Wraz z zabiegami
uściślania języka naukowego pojawia się i tendencja do
nadawania rozważaniom ekonomicznym ściśle formal­
nego charakteru. Próbuje się budować różne skale
pomiarów, rozbudowuje się ars procedendi kosztem ars
inwenienai. Górę poczyna brać teoriomnogościowe po­
dejście, które sugeruje posługiwanie się zabiegami kon-
ceptualizującymi, polegające na tworzeniu modeli, by
za ich pomocą móc rozważać, jakim przeobrażeniom
mogłyby ulec różne parametry w różnych hipotetycznie
przyjętych warunkach. W ślad za logicznym empiryz-
mem postuluje się tu redukcje wiedzy o życiu ekono­
micznym do poziomu obserwacyjnego. Punktem wyjścia
są tu co prawda ustalenia empiryczne, ale środki dowo­
dowe czerpie się z logiki i matematyki za pomocą
równań i nierówności i różnych algorytmów usiłuje się
snuć różne hipotezy na temat „co by było, gdyby”.
Logiczny empiryzm znalazł jaskrawy wyraz m.in. w
wywodach takich prominentów współczesnej myśli eko­
nomicznej na Zachodzie, jak T. C. Koopmans czy
P. A. Samuelson. Podejmując analizę działalności go­
spodarczej (activity analysis) Koopmans twierdzi, że
programowanie współzależnych działań winno polegać
na konstruowaniu schematów działań, dzięki którym
można by przejść od jednego stanu do drugiego pod ką­
tem widzenia określonych celów. Koopmans zakłada, że
zależności występujące między nakładami a wynikami
mają liniowy charakter (co jest ewidentną nieprawdą!)
i że posługując się funkcją transformacji, która ma pre-

258
zentować wybór miedzy różnymi możliwymi kombina­
cjami dostępnych zasobów do zrealizowania, można
optymalnie realizować postawione przez jednostkę go­
spodarującą cele. Jego zdaniem da się to uzyskać, bada­
jąc zachowanie tej funkcji w układzie punktów n wy­
miarowej przestrzeni towarów 2. Także P. A. Samuelson
zawęża problematykę ekonomiczną do poszukiwań stabi­
lizatorów życia gospodarczego i osiągnięcia ekonomicz­
nego marksizmu. Analizę prowadzi za pomocą statys­
tycznych i pozornie dynamicznych modeli w oparciu o
technikę programowania liniowego3 Minimalizm po­
znawczy, czysto prakseologiczne podejście, bezradność w
wyjaśnianiu przyczyn dokonujących się w życiu gospo­
darczym zmian to najbardziej rzucająsce się cechy roz­
wiązań wzmiankowanych wyżej pisarzy, którzy zapomi ­
nają, że „istotnie ważne zagadnienie teoriopoznawcze (...)
nie na tym polega, jaki stopień dokładności osiągnęły
nasze opisy związków przyczynowych i czy opisy te mo­
gą być wyrażone ścisłą formułą matematyczną — lecz na
tym, czy źródłem naszego poznania tych związków jest
obiektywna prawidłowość (...)” 4.
W badaniach ekonomistów orientacji niemarksistow­
skie j doby współczesnej występuje lekceważący stosu­
nek do historii, rzekomo bowiem „przyszłość zależy od
nas samych, my zaś nie jesteśmy zależni od żadnej ko­
nieczności” 5. Jak pokazuje praktyka, w dociekaniach
ekonomicznych ani metody cybernetyczne, ani ogólno-
systemowe nie są w stanie zastąpić metody historyczno-
-dialektycznej. „W analizie procesów społecznych nie

2 T. C. Koopmans, T h e C o n s tr u c tio n o j E c o n o m ic K n o w le d g e ,
New York 1957.
3 P. A. Samuelson, F o u n d a tio n s o j E c o n o m ic A n a ly s is , New
York 1967.
4 W. Lenin, D z ie ła , t. 14, Warszawa 1949, s. 180.
5 K. Popper, T h e O p e n S o c ie ty a n d I t s E n e m ie s, London 1952,
s. 3.

259
może stanowić punktu wyjścia instrumentarium cyber­
netyczne (...). Fetyszyzacja terminów i metod cyberne­
tycznych, jak i ich negowanie (...) stanowi jednako bez­
płodne (...) ekstrema” °. Sam Bertalanffy postulując my­
ślenie systemowe, uznaje tylko koincydencję, a nie walkę
przeciwieństw 7.
Fascynacja prakseologicznymi aspektami życia gospo­
darczego powoduje nadto, że zapomina się, iż żadnego
wyboru ani y mikro-, ani w makroskali nie dokonuje się
tylko na podstawie samych wyliczeń rachunkowych.
Poszukiwawcza rola metod badawczych polega na
wskazywaniu kroków mogących prowadzić do wyjaśnie­
nia istoty badanego problemu, ale tak jak busola nie
przyda się człowiekowi drepczącemu w miejscu, tak
i najdoskonalsza metoda dociekań nie przyda się na nic,
jeśli nie zastosujemy jej do empirycznego materiału, a
będziemy tylko przy jej pomocy oddawać się czczym
spekulacjom.
Najwięcej sporów odnośnie do metod badawczych wy­
wołuje dziś kwestia weryfikacji twierdzeń naukowych.
Wielu wskazuje, że twierdzenia naukowe mogą mieć
tylko hipotetyczny charakter, że teorii nie sposób po­
równywać z praktyką, bo są to różne płaszczyzny, badać
więc można tylko koherencję wywodów i wskazywać
możliwości ich falsyfikowania. Jest to wynik agnosty-
cznej postawy i jest to całkowicie przeciwstawne stano­
wisku materializmu historycznego, który właśnie w
praktyce widzi weryfikatora teorii. Dla agnostyków na­
uka nie jest poznawaniem, lecz domniemywaniem się na
podstawie przyjętych konwencji. Formalizacja wywo­
dów, posługiwanie się symbolami powodują, że zatraca
się coraz bardziej więź z faktami. W ślad za formaliza-

* Weltwirtschaftliche und metodologische Probleme der ma-


terialistischen Dialektik, Berlin 1976, s. 24.
7 Por. L. v. Bertalanffy, Problems of Life, New York 1960,
s. 60.

260
cją wywodów idzie ich matematyzacja. Matematyczną
teorią dowodzenia rozwinęli Boole, Schróder, Russell,
Peano i Hilbert w ogólną teorię relacji, najpełniej De
Morgan, wielowartościowy rachunek zdań zbudowali
Łukasiewicz, Post i Brower — ich osiągnięcia zafrapo-
wały i niektórych współczesnych ekonomistów, zapomi­
nających o specyfice nauk społecznych, jak również o
tym, że formalnologiczna więź między zdaniami jest tyl­
ko oprawą treści, lecz treści nie tworzy, że formalnie
poprawny system zdań nie przesądza wcale o słuszności
wywodów, która to słuszność zależy od poprawności
przyjętych w oparciu o realne fakty przesłanek. Forma­
lizm akcentuje wyłącznie przejścia w dyskursywnym
myśleniu, bez zwracania uwagi na zawartą w tym my­
śleniu treść, mamy tu więc do czynienia wyłącznie ze
sprawdzaniem, czy tok wywodów jest poprawną konse­
kwencją przyjętych założeń — w dociekaniach nauko­
wych jest to warunek konieczny, lecz nie wystarczający,
logika i matematyka są bowiem narzędziem dowodzenia,
a nie poznawania.
Przeciwieństwem takiego podejścia do badania zja­
wisk jest metoda dialektyczno-historyczna wypracowa­
na przez Marksa. Zawiera ona założenie, że jeśli uznaje­
my, że życie gospodarcze jest nieustannym ruchem, re­
alizującym się poprzez działalność ludzką, to tylko
rozważania w przekroju historycznym mogą nam powie­
dzieć, w jakim kierunku zmierza wektor rozwoju. Histo-
ryzm w rozumieniu Marksa nie jest jednak ani tzw. pre-
zentyzmem, ani ześlizgiwaniem się na pozycje czysto
taksonomiczne (jak to ma miejsce w tzw. szkole histo­
rycznej). Analiza historyczna nie sprowadza się tu do
opisu zjawisk w sensie czysto faktograficznym, analiza
ta jest natomiast wnikaniem w materiał historyczny
i wyłuskiwaniem zeń powiązań przyczynowo-skutko­
wych w celu ujawnienia trendu rozwojowego. Ten
aspekt metody dociekań scharakteryzował w sposób na-

261
der prosty Engels pisząc: „Od czego się zaczyna historia,
od tego musi również zacząć bieg myśli (...). Bierzemy za
punkt wyjścia pierwszy i najprostszy stosunek histo­
rycznie, tj. faktycznie nam dany (...). Stosunek ten anali­
zujemy. Z tego, że jest to stosunek, wynika, że ma on
dwie strony, które ustosunkowują się do siebie. Każdą
z tych stron rozpatrujemy osobno; wnosimy stąd o ro­
dzaju ich wzajemnego ustosunkowania się, ich obustron­
nego oddziaływania” 8. Za pomocą tak rozumianej me­
tody historycznej (nie mającej nic wspólnego z tzw. idio-
grafizmem Rickerta) szukamy warunków niezbędnych
i wystarczających, przyczyn bezpośrednich i pośrednich
umożliwiających torowanie drogi prawidłowościom po­
przez przypadkowości.
Tylko opierając się na retrospektywnym spojrzeniu na
bieg wydarzeń i ich kategorialnej syntezie można ustalić
prawidłowości ekonomicznego rozwoju, a w ślad za tym
dokonywać prognoz prospektywnych. Wykryte obiek­
tywne prawidłowości rozwoju, sformułowane w postaci
praw ekonomicznych, pozwalają zrozumieć genezę aktu­
alnie dokonujących się procesów społeczno-gospodar­
czych i wnioskować o ich przebiegu w bliższej i dalszej
przyszłości. Konceptualizacja historycznych konkretów
nie polega na odrywaniu kategorii i praw ekonomicz­
nych od tego, co niesie realne życie, historyczne jest tu
przesłanką logicznego, logiczne wywodzi się z historycz­
nego i stanowi syntetyczne ujęcie tego, co w historycz­
nych zaszłościach jest najbardziej istotne. Kategorie
i prawa ekonomiczne w takim ujęciu odzwierciedlają
obiektywne procesy, ale nie są wieczne, ich treść ulega
zmianie wraz ze zmianą realnych stosunków między­
ludzkich.
Analiza Marksowska nosi nie tylko historyczny chara­
kter, jest ona jednocześnie analizą kauzalną. Analiza

* K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 13, Warszawa 1966, s. 551.

262
przyczynowo-skutkowa stanowi jedną z najwcześniej­
szych dróg wyjaśniania procesów gospodarczych. Z ana­
lizą tą bywają często związane nieporozumienia, gdy
post Hoc traktuje się jako propter hoc. Jednakże jeśli
nawet nie sposób negować trudności na drodze poszu­
kiwań powiązań przyczynowo-skutkowych w procesach
gospodarczych, to jeszcze trudniej jest zadowolić się me­
todą strukturalno-funkcjonalną, która może dać tylko
obraz współzależności elementów danego zbioru, a więc
w najlepszym wypadku odzwierciedlić morfologię danej
struktury ekonomicznej.
Precyzja wywodów musi iść w parze z bogactwem
treści odzwierciedlającej rzeczywistość. Teoria ma walor
wówczas, gdy tłumacząc zjawiska pozwala na skuteczne
wpływanie na ich dalszy przebieg. Jednak jak wszystko,
co się rozwija, także nauka pozostaje na tyle niedosko­
nała, że w obliczu rodzących się nowych zjawisk zmusza
do dalszych poszukiwań. W orientacjach niemarksistow­
skich aprobowany jest pluralizm metodologiczny, ale
rzecz znamienna, nie aprobuje się metody dialektycznej.
Naukę pojmuje się nie jako nawarstwiającą się ciągle
i weryfikowaną stale wiedzę, lecz bądź jako łańcuch pa­
radygmatów (T. Kuhn), bądź kolejnych episteme
(M. Faucault), bądź jako zespół programów badawczych
(I. Lakatos), czy wręcz propaguje się anarchizm meto-
logiczny (P. Feyerabend), a nawet można usłyszeć głosy,
że nauka stała się dziś swoistym opium dla półinteli­
gentów (T. Roszak).
Problem, jak stosować współcześnie Marksowską me­
todę dociekań w analizie zjawisk ekonomicznych, wy­
maga niewątpliwie wielu przemyśleń, ponieważ jesteś­
my świadkami pojawiania się dziś coraz to nowych pro­
blemów społecznych i gospodarczych. Zachowuje jednak
na pewno walor poczynanie badawcze, które podejmował
Marks. Marks podkreślał wielokrotnie, że badanie pole­
ga na przyswajaniu materiału faktograficznego przy

263
jednoczesnym analizowaniu różnych form rozwoju,
form, które zarysowują się w tym materiale, i na śle­
dzeniu wewnętrznego związku i przemian dokonujących
się w materiale dotyczącym badanego problemu. Taka
właśnie analiza ogromnego materiału historycznego do­
prowadziła Marksa do wniosku, że w dziejach ludzkości
czynnikiem decydującym w ostatniej instancji o rozwo­
ju stosunków międzyludzkich jest produkcja i reproduk­
cja środków materialnych do życia. Marks dostrzegał
jednocześnie, że położenie ekonomiczne jest tylko bazą,
że rozliczne elementy nadbudowy w wyniku sprzężeń
zwrotnych wywierają wpływ na bazę i nadają wydarze­
niom ich formę. Refleksje na temat rozwoju prowadziły
do wniosków, że historia powstaje z konfliktów między
dążeniem wielu jednostek, przy czym wola każdej jed­
nostki jest determinowana przez mnóstwo szczególnych
warunków życiowych, ale z tych krzyżujących się wza­
jemnie sił wynika jako wypadkowa określone zdarzenie
historyczne ®.
W wyniku swych badań Marks doszedł do wniosku, że
człowiek jest istotą nie tylko reaktywno-przystosowaw-
czą, ale i kreatywną, istotą, która od swego zarania po­
woli, ale systematycznie przekształca środowisko natu­
ralne, które zastaje, w środowisko sztuczne, które sama
tworzy dzięki swej inwencji twórczej i życiu w groma­
dzie, życiu, którego podstawą jest praca produkcyjna
za pomocą narzędzi. Ta relacja między człowiekiem
a przyrodą, dążność do coraz lepszego opanowywania sił
przyrody stała się dla Marksa punktem wyjścia w zro­
zumieniu wzajemnych związków między siłami a stosun­
kami wytwórczymi, a w konsekwencji i historycznych
procesów rozwojowych.
Także dziś badając procesy społeczno-gospodarcze,

* Por. List Engelsa do J. Blocha z 21IX 1880, w: K. Marks,


F. Engels, Dzieła, t. 32, Warszawa 1977, s. 547—551.

2fi4
trzeba mieć stale na uwadze te momenty. Chcąc wyjaś­
nić meandry rozwoju społecznego, trzeba jednak sięgać
i do konkretnych uwarunkowań, konkretnego układu sił,
tendencji i przeciwtendencji, trzeba też brać pod uwagę
stopień spoistości względnie dezintegracji społecznej,
role różnych form świadomości społecznej itd. W dobie
współczesnej, gdy komunikowanie się dzięki masowym
środkom przekazu nie tylko jest ułatwione, ale umożli­
wia też urabianie opinii społecznej i manipulowanie so­
cjotechniczne, i ten czynnik musi przy analizie zjawisk
być brany pod uwagę.
Marksowski materializm historyczny jest nauką o sta­
waniu się rzeczywistości społecznej, uczy, że analizując
działalność ludzką w mikro- i makroskali, trzeba uwzglę­
dniać zarówno stałość, jak i zmienność poszczególnych
cech otaczającej nas rzeczywistości, uwzględniać fakt,
że rzeczywistość bieżąca zawiera też elementy przeszłoś­
ci i jednocześnie jest brzemienna zawiązkami nowej, że
w swym działaniu „ludzkość stawia sobie zawsze tylko
takie zadania, które może rozwiązać, bo (...) zadanie wy­
łania się dopiero wówczas, kiedy materialne warunki
rozwiązania go już istnieją lub co najmniej znajdują się
w procesie stawania się” 10.
Marks zrozumiał, że procesy myślowe stanowią lepsze
czy gorsze odbicia obiektywnej rzeczywistości, pozwo­
liło mu to na właściwe postawienie zagadnienia stosun­
ku podmiotu i przedmiotu, istoty i istnienia zjawisk. Te­
oria odbicia zniosła dywergencję pomiędzy myślowymi
przedstawieniami a rzeczywistością generującą te przed­
stawienia. Wprowadzając jako komponent naszego po­
znania praktykę, wskazał na właściwy czynnik weryfi­
kacji naszych koncepcji. „Sein” (być) i „Bewustsein”
(być świadomym) nabrało u Marksa innego sensu niż u
Hegla, „być” znaczy u Marksa nie trwać, lecz działać, a

10 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 13, s. 10.

2fi5
„być świadomym” oznacza nie bierną obserwację, lecz
świadomość sposobów działania. Jeśli przed Marksem ba­
danie zjawisk społecznych napotykało „trudności w roz­
różnianiu zjawisk ważnych i nieważnych to „mate­
rializm dostarczył zupełnie obiektywnego sprawdzianu,
wyodrębniając «stosunki produkcji* jako strukturę spo­
łeczeństwa i umożliwił zastosowanie do tych stosunków
ogólnonaukowego sprawdzianu powtarzalności (...)” 11.
Splatając dialektykę z materializmem Marks dał bada­
niom zjawisk społeczno-ekonomicznych klucz do właści­
wego ich rozumienia. Osiągnięcie dialektycznego szcze­
bla myślenia jest nieodzownym warunkiem formowania
prawdziwie naukowych teorii. Niestety, ten szczebel nie
zawsze bywa osiągany i przez tych, którzy zawodowo
zajmują się nauką.
Marksowska dialektyka jest jednością teorii poznania
i logiki, ale nie logiki formy, lecz logiki treści; jest rezul­
tatem przezwyciężenia metafizycznego hipostazowania
cech danego zjawiska na rzecz docierania do wzajem­
nych relacji zjawisk i sytuowania ich w badanym frag­
mencie rzeczywistości. Metoda dialektyczna wymaga, by
operacje myślowe miały pokrycie w realiach, a więc ka­
tegorie muszą być wywiedzione z rzeczywistości i po­
przez praxis permanentnie weryfikowane. Posługiwać
się metodą dialektyczną, znaczy więc ujmować wielora-
kość we współzależności, następstwie i jedności, badać
wzajemne konstelacje, hierarchie, opozycje, przemiany
zarówno ilościowe, jak i jakościowe, zarysowujące się
tendencje i przeciwtendencje itp. Metoda ta umożliwia
też ustalenie, co jest zewnętrznym pozorem, a co istotą
w badanych zjawiskach i procesach.
Do czasów przełomu dokonanego w naukach społecz­
nych przez Marksa w badaniu procesów gospodarczych
nie eksponowano aspektów ani historycznych, ani spo-

11 W. Lenin, Dzieła, t. 1, Warszawa 1950, s. 139.

26 fi
łecznych, jeśli nawet niekiedy wzmiankowano coś z hi­
storii gospodarczej, to tylko pod kątem rozwoju takich
czy innych instytucji, a nie stosunków międzyludzkich.
Gospodarowanie było ujmowane w zreifikowanej posta­
ci, obserwowano ruch towarów, a nie stosunki między
ich wytwórcami. Akcentowanie społecznych aspektów
życia gospodarczego nie wynika u Marksa z jakichś pre-
dylekcji, lecz z głębokiego zrozumienia, że zjawiska
i procesy ekonomiczne są wynikiem społecznego działa­
nia ludzi. Marks ujawnił, że reprodukcja dotyczy nie
tylko dóbr materialnych, ale rozciąga się i na określone
stosunki społeczno-gospodarcze. Rozgraniczając wyraź­
nie społeczne i techniczne aspekty produkcji, pokazał
jednocześnie ich wzajemne uwarunkowania. Dzięki temu
„(...) w ciągu XIX wieku jedynie marksizm stanowił sy­
stematyczną teorię porównawczych badań (...) i nawet
po upływie stu lat teoria ta jest ciągle płodna” 12.
Dla Marksa w analizie procesów gospodarczych rzeczą
najważniejszą było uchwycenie praw rozwojowych for­
macji kapitalistycznej i warunków przejścia do nowej.
Podczas gdy współczesna myśl ekonomiczna orientacji
niemarksowskiej skłania się do „redukowania ekonomii
do czystej logiki decyzji nacelowanej nie na wyjaśnienie
określonych fenomenów społecznych, lecz na rozwiązy­
wanie problemów racjonalnego zachowania się” 13, myśl
marksistowska, idąc tropami Marksa, stara się uchwycić
tendencje i przeciwtendencje znamienne dla okresu
współistnienia dwóch przeciwstawnych systemów spo­
łeczno-gospodarczych. Ten typ dociekań nie budzi, oczy­
wista, zainteresowania tych, którzy radzi by nadal apo-
teozować i uwieczniać kapitalistyczny sposób produkcji.

12 B. Bendix, S. M. Lipset, Political Sociology, „Current So-


ciology” 1957, nr 2.
13 H. Albert, Probleme der Theoriebildung, w: Theorie u. Rea-
litćit, Tiibingen 1964, s. 11.

267
Ani futurolodzy, ani zwolennicy „postindustrialnego
społeczeństwa” nie wychodzą poza różne wizje „trans­
formacji” kapitalizmu, wizji, w których fantasmagoria, a
nie nauka, dochodzi do głosu.
Teoria i metoda Marksowska nie są, oczywista, czymś
niedotykalnym i marksiści nie mają bynajmniej mono­
polu na wykrywanie prawdy, ale jak dotąd nie przeciw­
stawiono analizie historyczno-dialektycznej, gdy idzie o
nauki społeczne, żadnej lepszej. Metoda dialektyczna
poucza, że wyodrębnione myślowo w celu szczegółowej
analizy zjawiska trzeba stale rzutować na tło innych zja­
wisk zarówno poprzedzających, jak i występujących
równolegle. Metoda dialektyczna wymaga, aby nie ujmo­
wać przedmiotów i zjawisk jako gotowych zespołów, lecz
jako procesy powstawania, rozwoju i zamierania, metoda
dialektyczna przeciwstawia się rozpoczynaniu dociekań
od przyjmowania izolujących i idealizujących założeń.
Gibkość myślenia, a nie jego sztywność, wielowarstwo-
wość ujmowania zjawisk, widzenia ich współzależności,
ujmowanie ich w ruchu, a nie w stanie pozornego spo­
czynku, szukanie nie tylko egzystencji, lecz i esencji
zjawisk, chwytanie procesów przechodzenia ilości w no­
wą jakość, a nade wszystko wydobywanie jedności prze­
ciwieństw — to najbardziej znamienne cechy dialektycz­
nego myślenia. Czy takie podejście można uznać za prze­
starzałe? Tylko takie podejście do zjawisk społeczno-go­
spodarczych umożliwia wykrywanie prawidłowości życia
gospodarczego. Wyartykułowane na drodze analizy hi­
storyczno-dialektycznej kategorie i prawa nie są więc
konwencjonalnymi fikcjami, lecz stanowią w zognisko­
wanej postaci odbicie elementów i mechanizmów zna­
miennych dla danej formacji społeczno-gospodarczej.
Metoda dialektyczno-historyczna pozostaje trwałym
osiągnięciem w naszej epoce.
W jakim kierunku ma dziś pójść dalszy rozwój metod
dociekań zakotwiczonych w Marksowskiej metodzie hi-

268
storyczno-dialektycznej? Metoda ta grosso modo nie
straciła aktualności, gdy idzie o wyławianie aktualnych
współczesnych tendencji i przeciwtendencji rozwojo­
wych, gdy idzie o analizę długookresową zjawisk spo­
łeczno-ekonomicznych. Metoda ta wymaga jednak
uszczegółowienia. W jakim kierunku to uszczegółowienie
pójść powinno, gdy idzie o metodę dociekań, a nie same
techniki badań, to sprawa do głębokiego i wielostronnego
przemyślenia. Współczesna gospodarka przybrała jak
nigdy przedtem, gdy idzie o skalę zjawisk, światowy,
globalny charakter, rozwój sił wytwórczych przyspiesza
coraz bardziej swe tempo, zagrożenie ekologiczne i per­
spektywa wyczerpywania się podstawowych zasobów
produkcji to nowe problemy, przed którymi staje myśl
współczesna. Znamieniem ruchów społecznych, a więc
i zjawisk społeczno-gospodarczych jest ich samoruch
i tylko prawidłowe uchwycenie kierunku tego samoru-
chu może umożliwić sterowanie gospodarcze. Wychwy­
tywanie obiektywnych możliwości, czynników' katali­
zujących, elastyczne manewrowanie — to podstawowe
zabiegi myślenia prospektywnego.
W okresie, gdy naukowa myśl akademicka staje się
coraz bardziej bezradna, gdy wskazuje się, że „formalna
jedność teorii naukowej polega tylko na logicznych re­
lacjach pomiędzy jej poszczególnymi częściami, tak by
żadne twierdzenie nie występowało jako izolowane” 14,
że „błędem byłoby przypuszczać, że istnieje coś, co moż­
na by nazwać metodą naukową, kierującą konstruowa­
niem teorii i określającą techniki, pozwalające spraw­
dzać stworzone konstrukcje” 15, że „teoretycy obiecują
zabrać się do badania danych, ale nigdy tego nie czynią,
a empirycy na próżno oczekują pomocy z zewnątrz” lfi,

14 M. Bunge, Scientijic Research, t. 1, New York 1967, s. 391.


15 P. S. Cohen, Modern Social Theory, London 1968, s. 242.
16 G. C. Homans, The Naturę oj Social Science, New York
1967, s. 30.

269
że miotamy się pomiędzy „ślepymi faktami i pustymi
konstrukcjami” 17 — wszystko to świadczy, że hiperfak-
tualizm lub hiperkonceptualizm zaprowadziły nauki spo­
łeczne w ślepy zaułek, z którego wyjście wskazuje jedy­
nie metoda dialektyczna. Pozostaje ciągle w mocy twier­
dzenie Engelsa, że wprawdzie „sama obserwacja (...) nie
może nigdy w sposób wystarczający dowieść koniecznoś­
ci (...) Ale dowód konieczności zawarty jest w działal­
ności ludzkiej (...), jeżeli potrafię dokonać post hoc, to
staje się ono tożsame z propter hoc" 18.
W metodzie historyczno-dialektycznej nie ma nic ze
scholastyki, metafizyki, mechanistycznego materializmu,
jednostronnego empiryzmu itp. Metoda ta każe szukać
zarówno synchronii, jak i diachronii, jest analizą zmien­
ności, zmusza do badania nie tylko ilościowych, ale i ja­
kościowych aspektów życia gospodarczego. Jest metodą
pozwalającą badać nie tylko stany, lecz i zmiany, kładzie
też nacisk na badanie ludzkiej aktywności. Niestety z
przyczyn pozanaukowych metoda ta nie stała się jeszcze
udziałem całego świata naukowego.
Zastosowanie metody dialektycznej nadało ekonomii
prawdziwie naukowy charakter, ale metoda ta wymaga
wysiłku intelektualnego, a nie posługiwania się gotowy­
mi receptami. Po dziś dzień stosowanie jej natrafia na
opory i często nawet ci, którzy deklarują się jako mark­
siści, nie umieją się nią posługiwać. Marks nie był pro­
rokiem, nie podejmował się myśleć za nas, pozostawia­
jąc potomnym swą metodę dociekań, dawał oręż myślo­
wy tym, którzy gotowi są szukać prawdy. „W nauce nie
ma dróg bitych, i ci tylko zdołają wedrzeć się na jej
świetlane szczyty, których nie odstraszy trud wspinania
się po urwistych ścieżkach” 19.
17 W. P. Even, The Problem of Social Scicntific Knomlcdge,
Toroya 1963, s. 230.
** K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 20, Warszawa 1972, s. 578.
'* K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 23, s. 20.

270
Nauki społeczne, a więc i ekonomia, tkwią korzeniami
w tworzywie historycznym, więc „nie możemy wiedzieć,
z jaką szybkością i z jakim powodzeniem będą się roz­
wijały poszczególne ruchy historyczne danej epoki. Ale
możemy wiedzieć i wiemy, jaka klasa znajduje się w
centrum tej czy innej, epoki, określając główną treść
danej epoki, główny kierunek jej rozwoju, główne właś­
ciwości jej sytuacji historycznej (...)” 20. „I dopiero wte­
dy, kiedy potrafimy w sposób właściwy (...) ocenić te si­
ły, dopiero wtedy potrafimy również wysnuć właściwe
wnioski dotyczące (...) najbliższych zadań w szczegól­
ności” 21.
Świat wpierw przeżywamy, a potem dopiero myślimy
o nim. Człowieka przytłacza współczesna technika, co
rodzi zwątpienie w siłę rozumu, chociaż to właśnie dzię­
ki niemu rozwija się postęp naukowo-techniczny. Odwy­
kliśmy od epistemologicznej refleksji, która była właśnie
stałym udziałem Marksa. „Myślenie i byt są czymś róż­
nym wprawdzie, ale równocześnie stanowią jedność” 22,
kto tego nie chce przyjąć do wiadomości, popada nie­
uchronnie w agnostycyzm. Myśl ludzka drąży rzeczy­
wistość, zdrowy rozsądek dostarcza nam tylko prawd
banalnych, i tylko naukowe dociekanie jest nie kończą­
cym się procesem poznawania.
W skomplikowanych wysiłkach zmierzających do po­
znania zmiennej i coraz bardziej różnicującej się rzeczy­
wistości, zwłaszcza gdy idzie o zjawiska natury społecz­
nej, żadna inna metoda dociekań jak tylko metoda histo-
ryczno-dialektyczna stosowana przez Marksa już ponad
sto lat temu zdawała i zdaje egzamin. Niewielu rozumie
jednak po dzień dzisiejszy, że „z punktu widzenia Mar­
ksa zasadniczą jednostką rzeczywistości nie jest rzecz,

20 W. Lenin, Dzieła, t. 21, Warszawa 1951, s. 142.


21 W. Lenin, Dzieła, t. 32, Warszawa 1956, s. 282.
22 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 1, Warszawa 1957, s. 139.

271
lecz wiązka relacji” 2:J. Tylko myślenie dialektyczne
umożliwia orientowanie się w gęstwinie otaczającej nas
rzeczywistości, tylko dzięki metodzie dialektycznej mo­
żemy dawać prawidłowe diagnozy, chwytać tendencje
i przeciwtendencje, czyli ustalać obiektywne możliwości
i wysuwać prognozy ich ziszczenia się. Czy taka metoda
może się kiedykolwiek zestarzeć? Można ją rozwijać,
można próbować ją uszczegółowić, można rozglądać się
za technikami badawczymi pozwalającymi coraz lepiej
wstępnie opracować materiał faktograficzny, ale w sfe­
rze refleksji poznawczej, która jest zawsze ukoronowa­
niem badań, metoda dialektyczna pozostaje nie zastą­
piona.
Warsztat naukowy Marksa, który poznajemy coraz le­
piej z jego rękopisów i brulionów, jest w sferze i sposo­
bie dociekań jak najbardziej nowoczesny i w wielu
wypadkach wręcz niedościgniony do dzisiaj i dlatego
pełna rewindykacja metody dociekań Marksa, w dobie,
gdy z jednej strony niemarksowska myśl ekonomiczna
przeżywa głęboki kryzys, a z drugiej strony gdy i do
myśli marksistowskiej wkradają się plewy eklektyzmu,
jest zarówno nakazem chwili, jak i jedyną drogą dalsze­
go płodnego rozwoju myśli ekonomicznej. Ze starym
Marksem do walki o rozeznanie nowych zjawisk!

23 R. L. Heilbroner, Trough the Mar.tian Maże, „Telos” 1971,


nr 1, s. 9.
ZAKOŃCZENIE

W dobie obecnej rozlegają się głosy wskazu­


jące na kryzys, jaki przeżywają nauki społeczne, bo nie
umieją się uporać z nawałem nowych zjawisk. Historia
nauk dowodzi, że kryzysy takie pojawiają się, gdy wy­
czerpuje się możliwość samorozwoju danego systemu
twierdzeń, gdy kategorie mające odzwierciedlać rzeczy­
wistość przestają to czynić w sposób adekwatny, a dzie­
je się to zazwyczaj wtedy, gdy wiotczeje tkanka teorio­
poznawczą nauk szczegółowych. Wówczas nawet naj­
bardziej precyzyjne badania stają się jałowe, odpowia­
dają bowiem tylko na pytanie, jak, a nie dlaczego dane
zjawiska przebiegają tak a nie inaczej. Jeśli i marksizm
ma uniknąć takiego kryzysu, to marksiści muszą stale
pamiętać, że nauka Marksa daje tylko punkt oparcia do
dalszych badań i metodę do tych badań. Teoria rozwoju
społecznego, bo nią jest w swej istocie marksizm, nie
rozwija się linearnie. Nauki społeczne, a wraz z nimi
ekonomia, są wpisane w pole materializmu historycz­
nego, który pozwala na słuszne usytuowanie zaszłości
społeczno-historycznych retrospektywnie, ale tym sa­
mym uczy też, jak odnosić się do tendencji rozwojowych
w prospektywnym horyzoncie, ale prognozowanie nie
jest prorokowaniem, naukowe prognozowanie wskazuje
tylko możliwości, które ludzka aktywność może prze­
kształcić w rzeczywistość lub je zaprzepaścić. Materia­
lizm historyczny uczy wiązać wiedzą z wolą. Nauki spo-

18 — M a rk s a w sp ó łc zesn a m yśl... 273


łeczne to tylko zwiad mający dopomóc w skutecznym
działaniu i w tym tkwi wyższość marksizmu nad innymi
orientacjami. Marksizm wmontowuje w swe dociekaniu
jako czynnik weryfikujący praktyką i ta okoliczność sta­
je się w ręku przeciwników marksizmu głównym atutem
polemiki wskazującej, że między teorią a praktyką mar­
ksizmu pojawiają się dychotomie. Zapomina się tu, że
budownictwo socjalistyczne dokonuje się w otoczeniu
kapitalistycznym, w ostrej walce „starego” i „nowego”,
co wywołuje różne interferencje. Jeszcze ciągle nie czło­
wiek jest celem produkcji, lecz produkcja celem czło­
wieka, a walka z kapitalizmem ma nie tylko zewnętrz­
ne, ale i wewnętrzne pole, bo nie wystarcza, by myśl
parła do urzeczywistnienia się, ale trzeba, by rzeczywis­
tość narzucała daną myśl całemu lub większości społe­
czeństwa, a „żadna formacja społeczna nie ginie, zanim
się nie rozwiną wszystkie te siły wytwórcze, którym daje
ona dostateczne pole rozwoju (...)” ‘. Nie wystarcza, by
proletariat zdobył władzę, trzeba jeszcze w oparciu o tę
władzę przeorać mentalność ludzką i doprowadzić siły
wytwórcze do poziomu umożliwiającego realizację po­
znanych możliwości. Nie należy też zapominać, że władzę
w imieniu ludzi pracy spełniają tylko ludzie, i że nawet
byli robotnicy, „gdy «(...) tylko staną się przedstawicie­
lami lub władcami ludu, przestaną być robotnikami (...),
będą już reprezentowali nie lud, lecz siebie i swoje
(uroszczenia) do rządzenia ludem. Kto o tym może wąt­
pić, nie zna zupełnie natury ludzkiej*” 2. Marks dostrze­
gał te rozpadliny i dlatego zarzut niezgodności teorii
i praktyki w stosunku do Marksa jest nietrafny. To, że
budownictwo socjalistyczne dokonuje się w trudnych
zmaganiach, nie jest argumentem przeciwko Marksow­
skiej teorii rozwoju społecznego i Marksowskiej meto-

1 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 13, Warszawa 1966, s. 9.


2 K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 18, Warszawa 1969, s. 721.

274
cizie dociekań, bo „mamy tu do czynienia ze społeczeń­
stwem komunistycznym, ale nie takim, które rozwinęło
się na własnej podstawie, lecz przeciwnie, takim, które
dopiero wyłania się ze społeczeństwa kapitalistycznego;
które zatem pod każdym względem — ekonomicznym,
moralnym, umysłowym — nosi jeszcze na sobie znamio­
na starego społeczeństwa, z którego łona wyszło” Oczy­
wista, jak każda nauka, tak i nauka o rozwoju społecz­
nym nie może zastygać w miejscu, i właśnie Marks
był szermierzem takiego stanowiska. Jest dzisiaj prawda
niepodważalną, że żaden krok naprzód w rozwoju tej
teorii nie może ominąć marksizmu, oczywista, Markso-
wskie myśli trzeba nie tylko kontynuować, ale i rozwijać
zgodnie z duchem, a nie literą wywodów, ale zawsze
opierając się na metodzie marksistowskiej, której, jak
dotąd, w dziedzinie nauk społecznych nie przeciwsta­
wiono żadnej lepszej.
Jak wskazywano już wielokrotnie, marksizm jest te­
orią rozwoju społecznego, jest to więc teoria umożliwia­
jąca odkrywanie prawidłowości rozwoju, prawidłowości
torujących sobie drogę poprzez przypadkowości. W tym
więc sensie teoria jest drogowskazem praktyki, wska­
zuje bowiem możliwości o charakterze obiektywnym,
które ludzka aktywność przy uwzględnianiu konkret­
nych warunków może przedzierzgnąć w rzeczywistość.
Teoria ta — jak wskazywano — zachowała w pełni swą
żywotność.
W dobie współczesnej szczególnej wagi nabiera Mar­
ksowska koncepcja formacji społecznych. Jesteśmy prze­
cież świadkami kończenia się jednej i narodzin drugiej
formacji. Formacja oparta na kapitalistycznym sposobie
wytwarzania weszła w swą ostatnią fazę — kapitalizmu
państwowo-monopolistycznego, formacja zaś oparta na
kolektywistycznym sposobie wytwarzania znajduje się

s K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 19, Warszawa 1972, s. 22.

275
w różnych krajach budujących socjalizm na różnym
stopniu socjalistycznej fazy komunizmu. Na naszych
oczach dokonują się też głębokie przemiany w krajach
postkolonialnych, gdzie rozliczne układy społeczno-go­
spodarcze, tradycyjne i nowoczesne, przenikają się wza­
jemnie i powodują różne perturbacje nie pozostające bez
wpływu i na resztę świata.
Problem formacji społeczno-gospodarczej zajmuje w
materializmie historycznym kluczową pozycję zarówno
gdy idzie o zagadnienia strukturalne, jak i periodyzacyj-
ne. Teoria formacji społeczno-gospodarczych typizuje
formy społecznego bytowania, ujawnia genezę i procesy
kształtowania się stosunków międzyludzkich na określo­
nym poziomie sił i stosunków wytwórczych i dlatego
umożliwia głęboką analizę konkretnie żyjących w okre­
ślonym czasie i w określonej przestrzeni, w określonej
chronologicznie epoce społeczeństw. Teoria rozwoju spo­
łecznego, a wraz z nią teoria formacji, wyrosła z analizy
konkretnie rozwijających się krajów, narodów i państw,
ale z chwilą gdy okrzepła teoretycznie, stała się busolą
dalszych naukowych dociekań. Dała bowiem genetyczne,
typologiczne i rozwojowe przesłanki właściwej oceny
realnie istniejących w poszczególnych epokach histo­
rycznych społeczeństw, ich poziomu rozwoju i miejsca
w historii. Teoria formacji społeczno-gospodarczych dała
możność rozkładania zjawisk historycznych na ich prze­
ciwieństwa w jedności, ponieważ „czystych” formacji
społeczno-gospodarczych nigdy nie było na świecie, bo
w każdej zawierają się zawsze zarówno rudymenty prze­
szłości, jak i kiełki przyszłości; teoria formacji społecz­
no-gospodarczych umożliwia właśnie odsiewanie tego, co
istotne, od tego, co drugorzędne w rozwoju społeczno-
-historycznym.
Pojęcia formacji nie sposób jednak zawężać do samej
struktury społeczno-gospodarczej, jest bowiem szersze
i obejmuje całą ogromną nadbudowę cywilizacji i kul-

276
tury, cały świat intersubiektywnych kontaktów między­
ludzkich i różnych form świadomości społecznej. Stru­
ktura społeczno-gospodarcza i sposób produkcji to poję­
cia sprzężone, które stanowią zakotwiczenie dla całej
formacji. Teoria formacji jako integralna cząstka teorii
rozwoju społecznego jest trwałym dorobkiem Marksa,
dorobkiem szczególnie cennym u progu XXI wieku, gdy
wszystko fermentuje i wymaga jednocześnie prawidło­
wej oceny. Marksowska myśl społeczno-ekonomiczna
jest więc nadal opoką, na której może się wesprzeć ana­
liza zjawisk społecznych, ekonomicznych, politycznych
i kulturalnych, czego nie sposób powiedzieć o kierun­
kach myśli orientacji niemarksistowskiej, która mimo
pluralizmu — jak sama przyznaje — znajduje się dziś
w stanie permanentnego kryzysu. Marksowi nie jest
dziś potrzebna nobilitacja do rangi jednego z uczonych
myślicieli, co gotowi są uznać nawet jego wrogowie, da­
lekosiężność myśli Marksa potwierdza obecny kierunek
rozwoju (niezależnie od takich czy innych zygzaków
historycznych), a to przecież dla uczonego i działacza
jest najwyższą nagrodą!
Marks przywiązywał wagę do techniki badawczej w
tej mierze, w jakiej spełniała ona służebną rolę wobec
metod dociekań rozumianych jako zespół przemyśleń,
konfrontacji hipotez, weryfikacji twierdzeń, ustalania
różnych relacji mających doprowadzić do wyłuskiwania
z materiału empirycznego dotyczącego określonego
fragmentu rzeczywistości kategorii i praw. Twierdzenia
swe, swoje naukowe sądy Marks wyprowadzał przede
wszystkim z analizy empirycznych faktów, ale uwzględ­
niał i całokształt wiedzy bezpośredniej i zapośredniczo­
ne j, osiągniętej przez jego pokolenie. Badał, jak przebie­
gają i jak przebiegały badane przez niego zjawiska nie
tylko w sposób możliwie wielostronny i szczegółowy, ale
starał się dotrzeć do ich sedna, wytłumaczyć, skąd się
biorą i dlaczego przebiegają tak a nie inaczej. „Umiał

277
on w niezrównany sposób rozłożyć przedmiot na jego
części składowe i był jednocześnie mistrzem w monto­
waniu rozłożonego przedmiotu z uwzględnieniem wszy­
stkich szczegółów i rozmaitych form jego rozwoju, i w
wykrywaniu ich wewnętrznego związku” *. Marks pod­
kreślał wielokrotnie, że badanie polega na przyswajaniu
materiału faktograficznego, a dociekanie na analizowa­
niu różnych form rozwoju, które zarysowują się w tym
materiale, i śledzeniu wewnętrznego związku i przemian
dokonujących się w śledzonym materiale dotyczącym
podjętego problemu. Chcąc wyjaśnić zaistniałe histo­
rycznie zjawiska, sięgał do ich konkretnych uwarunko­
wań, badał konkretny układ różnych sił, tendencji
i przeciwtendencji wypływających ze sprzeczności róż­
nych interesów klasowych, grupowych i indywidual­
nych, rozpatrywał moc poszczególnych przeciwstawnych
wektorów, pole i zasięg ich działania, szukał katalizato­
rów, badał stopień spójności względnie dezintegracji spo­
łecznej, wpływ poszczególnych form świadomości spo­
łecznej na różne poczynania itd. Który ze współczesnych
ekonomistów podejmuje dziś taki trud? Marks badał
podłoże ekonomiczne przede wszystkim dlatego, że do­
patrywał się w nim podstawy ludzkiego bytowania, ale
nie zaniedbywał uwzględniania — jak byśmy to dziś po­
wiedzieli — sprzężeń zwrotnych, badał zjawiska w prze­
kroju zarówno krótko- jak i długookresowym, i to w
skali makroekonomicznej. Charakteryzując Marksowską
metodę Engels przestrzegał, że jest ona przede wszyst­
kim „drogowskazem w studiach, a nie dźwignią kon­
strukcji (...)” 5.
Optyka dociekań dotyczących zjawisk społeczno-go­
spodarczych ma dwie ogniskowe — jedną teleskopową,

1 P. Lafargue, O Karolu Marksie, Warszawa 1950, s. 24.


5 K. Marks, F. Engels, O materializmie historycznym, War­
szawa 1975, s. 306.
nacelowaną na poznawanie globalnych wielkości i drugą
mikroskopową, nacelowaną na pojedyncze zjawiska; oce­
na aktualnej i tworzącej się rzeczywistości musi uwzglę­
dniać oba spojrzenia, jeśli współcześni ekonomiści
orientacji niemarksistowskiej boleją nad tym, że ich
koncepcje makroekonomiczne nie znajdują żadnego
iunctim z koncepcjami mikroekonomicznymi, to problem
ten nie dotyczy żadną miarą ekonomii marksistowskiej.
Podczas gdy ekonomiści orientacji niemarksistowskiej
tkwią w metodologicznym pluralizmie (jedni pojmują
naukę jako łańcuch paradygmatów, idąc za T. Kuhnem,
inni ujmują naukę, idąc za I. Lakatosem, tylko jako pro­
gram badawczy), marksizm pojmuje naukę jako nawar­
stwiającą się wiedzę o rzeczywistości.
Problemy, przed którymi stanęła myśl ekonomiczna
u progu XXI wieku, są niezwykle złożone i wymagają
bardzo wielostronnego i wnikliwego podejścia. Tylko do­
ciekania posługujące się właściwą techniką badań dosto­
sowaną do przedmiotu badań zjawisk społeczno-ekono­
micznych) wyposażone w odpowiednią metodę docie­
kań, którą, jak starano się wykazać w odniesieniu do
nauk społecznych, może być tylko metoda historyczno-
-dialektyczna, mogą prowadzić do ujawnienia istoty no­
wych zjawisk ekonomicznych, wytłumaczyć ich genezę
oraz wskazać na ich możliwe skutki.
Współczesna gospodarka nawet w warunkach kapita­
listycznych nie może się dziś obyć bez jakiegoś progra­
mowania współzależnych działań, wyrażającego się w
planowaniu chociażby indykatywnym, stąd rosnące za­
interesowanie problemami organizowania i zarządzania
gospodarką w makroskali. Te zainteresowania dotyczą
w jeszcze wyższym stopniu funkcjonowania gospodarki
socjalistycznej. Funkcjonowanie gospodarki, jeśli nie ma
być wydane na pastwę żywiołowości, wymaga głębokiej
znajomości prawidłowości rozwoju społeczno-gospodar­
czego, jest to warunek konieczny, lecz nie wystarczają-

279
cy; po to, by dana gospodarka funkcjonowała sprawnie,
trzeba dokonywać rozlicznych wyliczeń (nie mniej
skomplikowanych niż np. przy opracowywaniu lotów
kosmicznych). Ta konieczność podejmowania w gospo­
darce planowej pracochłonnych wyliczeń przesłania
często potrzebę stałego baczenia, jak kształtują się rodzą­
ce się nowe prawidłowości w ślad za zmieniającymi się
nowymi fazami rozwoju. Nie negując więc konieczności
takich czy innych wyliczeń przy preparacji planów za­
równo krótko- jak i długookresowych, ekonomista nie
powinien zaniedbywać poszukiwań nader szybko zmie­
niających się prawidłowości życia gospodarczego, o czym
często ekonomiści nie tylko orientacji niemarksistow-
skiej zdają się zapominać, przekonani, że o kategoriach
i prawach ekonomicznych wszystko zostało już powie­
dziane. Prowadzi to w gruncie rzeczy do statycznego
traktowania relacji ekonomicznych, nawet jeśli — jak
w modelach sekwencyjnych — jako komponent uwzglę­
dnia się formalnie i czas.
Marksizmu nie należy traktować jako jeszcze jednej
odmiany scjentyzmu, jeśli podkreślamy wagę i aktual­
ność Marksowskiej metody dociekań, to właśnie dlatego,
że metoda ta jest życiodajnym źródłem zasilającym te­
orię ekonomiczną (i nie tylko), siłą permanentnego poz­
nawania nowych zjawisk i nowych praw, w które obfi­
tuje stale rozwijające się i komplikujące się życie gospo­
darcze. Teoria ekonomiczna nie ma i nie może stanowić
jakiegoś gotowego vudemecum dla polityka gospodar­
czego, ma mu jednak dawać klucz do rozumienia pro­
cesów ekonomicznych i podejmowania decyzji zgodnie z
prawami ekonomicznymi, a nie wbrew takowym, bo
żadne społeczeństwo nie może ani przeskoczyć natural­
nych faz swego rozwoju, ani usunąć ich dekretami,
oczywista, że znajomość prawidłowości rozwojowych
wymaga nadto znajomości konkretnych warunków, w
jakich działalność gospodarcza jest i ma być podejmo-

280
wana. Woluntarystyczne planowanie nie oparte na zna­
jomości praw ekonomicznych jest równie groźne jak po­
zostawienie gospodarki na łasce żywiołów. Najlepsze
chęci i najlepsze techniki zarządzania nie pomogą, gdy
decyzje będą naruszać obiektywne prawidłowości życia
gospodarczego.
Ekonomia niemarksistowska brnąc w agnostycyzmie,
nie uznaje praw ekonomicznych i dlatego dopuszcza mo­
żliwość proponowania politykom gospodarczym w ma­
kroskali, a menadżerom w mikroskali, różnych warian­
tów rozwiązań o różnym prawdopodobieństwie osiąga­
nia efektów. Takie podejście powinno być obce ekono­
mistom orientacji marksistowskiej, niestety, tak nie
zawsze się dzieje, czysto papierowe przyznawanie istnie­
nia praw ekonomicznych bez szukania ich rozwojowych
przejawów — jak nakazuje metodologia Marksa — pro­
wadzi do różnych „błędów i wypaczeń” (zresztą nie tyl­
ko w życiu gospodarczym). Na to, by marksizm był
twórczy i żywy, by nie przekształcał się w martwą literę,
trzeba znać, rozwijać i posługiwać się metodą dociekań
wypracowaną przez Marksa.
Ekonomia polityczna w swym postklasycznym rozwo­
ju zmieniała kilkakroć przedmiot i zakres zainteresowań.
U Marshalla z „political economy” przerodziła się w
„economics”, co stanowiło nie tylko zmianę nazwy, ale
oznaczało równocześnie zawężenie rozważań ekonomicz­
nych do problematyki, jak powinien dokonywać wyboru
i podejmować decyzje przedsiębiorca liczący się z po­
pytem rynkowym; Robbins nadał ekonomii czysto pra-
kseologiczny charakter, czyniąc z niej naukę, jak jed­
nostka gospodarująca mając wielorakie cele, a ograniczo­
ne środki, powinna tymi środkami racjonalnie dyspono­
wać, w tych ujęciach ekonomia coraz bardziej przybiera­
ła charakter teorii decyzji i wyborów zawieszonych
właściwie w próżni, bo nie opartych na żadnych obiek­
tywnych prawidłowościach, a tylko na uniwersalnie ro-

281
zumianej, ponadczasowej, natywistycznie rozumianej
racjonalności.
W obozie socjalistycznym istniał również nurt skłonny
do pomijania społecznych aspektów gospodarowania w
przeświadczeniu, że ze zniesieniem prywatnej własności
środków produkcji i wprowadzeniem gospodarki plano­
wej procesy gospodarcze staną się tak proste i jasne, że
ekonomię polityczną będzie można zastąpić jakąś „inży­
nierią społeczną” (R. Luksemburg, Bucharin, Jaroszen-
ko); w nowszej wersji niektórzy usiłują przekształcić
ekonomię polityczną w „teorię gospodarowania”, nada­
jąc tym samym ekonomii szerszy zakres, włączając w
nią niejako i inne dyscypliny wiedzy niezbędnej w pro­
cesie gospodarowania. Nie byłoby w tym nic zdrożnego,
gdyby nie niebezpieczeństwo, że takie poszerzenie za­
kresu może łatwo przekształcić się w zubożenie właści­
wego przedmiotu ekonomii politycznej jako nauki o pra­
widłowościach w stosunkach międzyludzkich w procesie
gospodarowania i zepchnięcia teorii ekonomicznej na
tory czysto prakseologiczne. Oczywista, jeśli problema­
tyka społeczna nie byłaby tu zaniedbywana, to spór
o nazwę miałby zupełnie drugorzędne znaczenie, teoria
gospodarowania obejmowałaby wówczas nie tylko eko­
nomię polityczną, ale i inne nauki ekonomiczne, co sta­
nowiłoby już raczej problem definicyjny, a nie mery­
toryczny, otwarty jednak pozostaje problem, czy to, co
nazywamy naukami pomocniczymi ekonomii (jak np.
planowanie, statystyka ekonomiczna, geografia gospo­
darcza itp.), słusznie określamy mianem nauk, a nie
technik.
W naszych rozważaniach nie próbowaliśmy zająć się
wszystkimi problemami, które nasuwa podjęty temat,
staraliśmy się natomiast położyć nacisk na wagę meto­
dologicznego dorobku Marksa i konfrontować ten doro­
bek z tym, co w tym względzie ma (a raczej nie ma!) do
zaprezentowania współczesna myśl ekonomiczna orien-

282
tacji niemarksistowskie], a to dlatego, że właśnie w za­
niedbaniach dotyczących metod ekonomicznych docie­
kań, obok czynników pozanaukowych, tkwi przyczyna
bezradności w docieraniu do istoty zjawisk ekonomicz­
nych ekonomistów-niemarksistów, co zresztą potwier­
dzają sami, głosząc kryzys współczesnej myśli ekono­
micznej. Współczesna myśl ekonomiczna musi więc re­
windykować marksistowską metodę dociekań, jeśli ma
rozwijać się w sposób twórczy, nie tyle więc hasło „z po­
wrotem do Marksa!”, ile „naprzód opierając się na me­
todzie Marksa!” powinno być aktualnym zawołaniem.
BIBLIOGRAFIA

Ackley G., Macroeconomic Theory, New York 1970.


Ackoff R. L., Decyzje optymalne w badaniach stosowanych.
Warszawa 1969.
Adorno T. W., Negative Dialektik, Frankfurt 1966.
Ajdukiewicz K., Język a poznanie, Warszawa 1965.
Allen R., Ekonomia matematyczna, Warszawa 1961.
Bergson A., Reformulation of Economics Order, New York 1938.
Bernal J. D., Nauka w dziejach, Warszawa 1957.
Bertalanffy L., General System Theory, New York 1975.
Blaug N,, Economic Theory in Retrospect, Ilomewood 1962.
Bluimin I., Szkoła subiektywna w burżuazyjnej ekonomii, War­
szawa 1965.
Boulding K. E., Economic as Science, New York 1970.
Bunge M., Scientijic Research, New York 1967.
Carnap R., Logical Foundation of Probability, Chicago 1950.
Cassirer E., Philosophie der symbolischen Formen, Darmstadt
1969.
Calvez J. Y., K. Marx Darstellung und Kritik seines Denkens,
Freiburg 1964.
Chomsky N., Language and Mind, New York 1968.
Dobrow G. M., Wstęp do naukoznawstwa, Warszawa 1969.
Domar E. R., Szkice z teorii wzrostu gospodarczego, Warszawa
1962.
Drucker P., The New Society, New York 1962.
Feyerabend K., Against Method, London 1975.
Flechtheim O., Futurologie, Koln 1970.
Gabor D., Inuenting the Futurę, New York 1964.
Gordon G., Symulacja systemów, Warszawa 1975.
Heilbroner R. L., The Futurę of History, New York 1960.
Hempel C. G., The Logic of Functional Anulysis, New York 1956.

284
Kopnin P. W., Wtoiedienije w marksistkuju gnoseołoyiju, Kijew
1953.
Lenin W. I., Dzieła t. 1 (1950); t. 14 (1949); t. 19 (1950); 21 (1951);
27 (1954); 28 (1954); 30 (1957); 32 (1956).
Lucacs G., Die Zerstorung der Vernunjt, Berlin 1955.
Marks K., Engels F., t. 1 (1976); t. 3 (1975); t. 4 (1962); t. 8 (1975);
t. 12 (1967); t. 13 (1966); t. 18 (1969; 19 (1972); 20 (1972); 21
(1969); 23 (968); 24 (1977); 27 (1968); 33 (1973); 38 (1976).
Marks K., Zarys krytyki ekonomii politycznej, Warszawa 1985.
Nagel E., Structure oj Science, New York 1962.
Poppcr K., Conjectures and Rejundations, London 1965.
Poppcr K., Logika odkrycia naukowego, Warszawa 1977.
Rainko S., Marksizm i jego krytycy, Warszawa 1976.
Robbins L., As Essay on the Naturę and Signific.ance oj Eco-
nomic Science, London 1949.
Robinson J., Herezje ekonomiczne, Warszawa 1973.
Robinson J., Szkice z ekonomii marksistowskiej, Warszawa 1960.
Samuelson P. A., Zasady analizy ekonomicznej, Warszawa 1959.
Semkow J. K., Marksa teoria ekonomiczna, Warszawa 1984.
SPIS TREŚCI

W s tę p ........................................................................................ 5

Rozdział I
Świat, w którym żyjem y.................................................. 15

R o z d z i a ł II
Formy świadomości społecznej a nauka....................................... 45

R o z d z i a ł III
Wzajemna relacja nauki i teorii poznania.................................7!)

R o z d z i a ł IV
Zadania dociekań ekonom icznych............................................110

R o z d z i a ł V.
Stan współczesnej myśli ekonomicznej orientacji niemarksi­
stowskie j ........................................................................................138

R o z d z i a ł VI.
Marks w oczach współczesnych ekonomistów orientacji niemar­
ksistowskie j ................................................................................. 211

R o z d z i a ł VII.
Potrzeba rewindykacji metody dialektyczno-historycznej
w dociekaniach ekonomicznych..................................................251

Z a k o ń c z e n ie ................................................................................. 273

Bibliografia 284
Wydawnictwo „Książka i Wiedza”,
Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza
„Prasa-Książka-Ruch”,
Warszawa, wrzesień 1987 r.
Wyd. I. Nakład 2.650+350 egz.
Obj. ark. wyd. 13,4. Obj. ark. druk. 18,0 (14,6).
Papier druk. sat. kl. IV, 70 g, 82X104 cm
Oddano do składu 30.V.1986 r.
Podpisano do druku w sierpniu 1987 r.
Druk ukończono we wrześniu 1987 r.
Grudziądzkie Zakłady Graficzne
Grudziądz, pl. Wolności 5. Zam. nr 1692, K-12.
Cena 280,— zł

Lwanaście tysięcy pięćset czterdziesta ósma


publikacja „KiW”