Vous êtes sur la page 1sur 5

Ewa Rembikowska

Morderstwo dla sławy, czy zamach

Parowiec z Genewy do Territet odchodził o 13 40. Z hotelu „Beau Rivage” wyszły dwie damy, otworzyły parasole i raźnym krokiem pomaszerowały na przystań aleją Quai du Mont-Blanc ciągnącą się wzdłuż brzegu jeziora. Kiedy znalazły się na wysokości postoju fiakrów drogę przeciął im krępy niewysoki mężczyzna, który odchylił parasol jednej z nich, spojrzał w twarz, po czym popchnał ją ręką. Kobieta upadła na plecy. Dorożkarze podbiegli, podnieśli, oczyścili sukinię poszkodowanej. Niewiasta, choć nieco oszołomiona, zapewniła swoją towarzyszkę, że poza lekkim bólem w klatce piersiowej nic jej nie jest, ten mężczyzna pewnie chciał ukraść zegarek a poza tym muszą się śpieszyć. Weszły na statek dosłownie w ostatnim momencie przed odcumowaniem od brzegu. Tu kobieta zemdlała, przeniesiono ją na górny pokład, gdzie po rozpięciu góry sukni ukazała się niewielka rana nad sercem, z której powolutku sączyła się krew. Hrabianka Irma Sztáray poprosiła kapitana statku, by zawrócił, gdyż wszystko wskazuje, że podróżująca z nią incognito cesarzowa monarchii austro-węgierskiej Elżbieta Habsburg stała się ofiarą zamachu. Cesarzową zaniesiono do hotelu, gdzie w obecności lekarzy i księdza wyzionęła ducha o godzinie 14 40 w w sobotę 10 września 1898 roku. Autopsja wykazała, że została ona ugodzona cieńkim narzędziem o trzech ostrzach, które wbiło się na głębokość 8,5 centymetra przebijając czwarte żebro, przednią część lewego płuca, osierdzie i lewą komorę serca. Ponieważ rana była niewielka, więc krew spływała do osierdzia bardzo powoli, co spowodowało, że cesarzowa zdołała jeszcze przejść z miejsca ataku na statek, nie orientując się przy tym, że została ugodzona. Śmierć była stopniowa i bezbolesna.

Rozgrzały się telegrafy w całej Europie. Dziennikarze w nerwach usiłowali się czegoś dowiedzieć i napisać artykuły wstępne. W drukarniach w popłochu zecerzy rozsypywali kaszty i na nowo robili skład pierwszych stron gazet. Takiej sensacji dawno nie było. Świat oniemiał a potem zapytał o powód zasztyletowania kobiety, która nie miała nic wspólnego z polityką i niewiele wspólnego z życiem dworu wiedeńskiego, która od początku małżeństwa z cesarzem Franciszkiem Józefem I – chcąc zagłuszyć swoje problemy psychiczne – intensywnie podróżowała po świecie, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej?

Pierwsze doniesienia mówiły o tym, że napastnik został ujęty przez przechodniów kilkaset metrów od miejsca zdarzenia i przekazany policji.

Nazywał się Luigi Luccheni i był 25 letnim Włochem pochodzącym z Parmy, aczkolwiek urodził się w Paryżu. Jego matka była służącą w zamożnej rodzinie Alberto di Borgorato. Jak to często bywało, zaszła w ciążę z synem pracodawcy, dostała ekwiwalent, wyjechała do Paryża, gdzie zostawiła dziecko w przytułku, zaś sama wsiadła na statek i popłynęła do Ameryki, nie oglądając się za sobą. Dzieciak nie miał łatwego życia. Jako kilkulatek trafił do rodziny włoskiej pod Parmą, której bardziej zależało na zasiłku na chłopca jak na nim samym. Potem do drugiej, która wysłała go do szkoły. Uczył się tam dwa lata i w wieku 10 lat znów został przeniesiony do kolejnej rodziny, która wysłała go na naukę zawodu do kamieniarza. Jako 16 latek ciągnął ciężkie podkłady kolejowe i szyny przy budowie linii kolejowej Parma-Spezia. Został zwolniony za złe zachowanie. Jesienią 1889 roku ruszył w świat pracując tu i tam - Genua, Chiasso, Versoix (Genewa), Zurych, Wiedeń, Budapeszt, Triest i znów Parma, gdzie wstąpił do wojska. Służył przez trzy i pół roku we włoskiej kawalerii, w kampanii abisyńskiej. Po raz pierwszy mógł się cieszyć z porządnego ubrania i regularnych posiłków. Po powrocie do Rzymu otrzymał miejsce stróża więziennego, ale odmówił przyjęcia posady i udał się w kwietniu 1898 roku do Lozanny.

Tam wszedł w środowisko anarchistów, gdzie rej wodzili Panizza, Greiff, Pacini i Ciancabilla. Wszyscy oni byli zwolennikami ruchu nazwanego „propaganda czynem”. Była to popularna taktyka działania anarchistów na przełomie XIX i XX wieku. Chodziło o to, by przez spektakularne akcje uderzające

bezpośrednio w znienawidzone instytucje państwa, obiekty lub osoby przyciągnąć nowych zwolenników a jednocześnie, by rozgłos tym aktom towarzyszący stał się pretekstem do politycznej edukacji mas. Lokalne powstania wzniecane przez grupy anarchistów z założenia miały przerodzić się z rewolucję społeczną a ikonami ruchu mieli być męczennicy, którzy zostali skazani na śmierć i straceni w związku z organizowanymi zamachami.

W latach 1878 -1898 miało miejsce w krajach Europy bez Rosji (Hiszpania, Włochy, Francja, Rzesza Niemiecka, Austria, Belgia, Szwajcaria) co najmniej 37 ataków anarchistycznych na przestawicieli establiszmentu.

Głównymi ideologami ruchu byli Michaił Bakunin, Piotr Kropotkin, Paul Brousse, Emma Goldman, Carlo Cafiero i Errico Malesta. Koncepcje i taktyki wypracowywano w dwóch centrach – w Bernie i Londynie. Z zainteresowaniem patrzono tam również na poczynania organizacji „Narodnaja Wola” z Rosji, która dążyła przez indywidualne akty terrorystyczne do obalenia caratu, wykorzystując ładunki wybuchowe oraz bomby własnej produkcji. Jedna z nich zabiła cara Aleksnadra II w 1881 roku. W kontrze do tego wydarzenia grupa rosyjskich arystokratów pod portektoratem carskiego dworu założyła super tajną organizację „Swięta drużyna”, której celem miała być penetracja środowiska anarchistów w kraju i za granicą. Jednym z jej członków został Sergiusz de Witte – późniejszy minister finansów Rosji. W tym celu „Święta drużyna” powołała organizację „Ziemska Liga”, która prowadziła pertraktacje z ocalałymi członkami Komitetu Wykonawczego „Narodnej Woli”. „Święta drużyna” finansowana była przez petersburskie domy bankowe Polyakova i Ginzburga oraz potentata cukrowniczego Jonasza Zajcewa, a także innych żydowskich przedsiębiorców.

Nie jest wykluczone, że i władze angielskie oraz francuskie, amerykańskie penetrowały w podobny sposób środowiska anarchistów, wpływając w dyskretny sposób na wybór obiektów ataku. Wychodzą na jaw fakty świadczące o tym, że infiltracja i inwigilacja stanowiły część arsenału służb bezpieczeństwa, a jedną z metod było używanie agentów prowokatorów i czarnej propagandy.

Zagłębiem anarchistów były Włochy. Z kilku powodów. Rządy były skorumpowane do imentu i chodziły na pasku bankierów, nie podejmując żadnych istotnych działań, które mogłyby poprawić sytuację ekonomiczną kraju. Południe po zjednoczeniu zostało ogołocone z kapitału, który został przeznaczony na spłatę długów wojennych oraz stał się zaczynem industrializacji Północy. Na dodatek Europę zalały tony zboża importowanego w USA, które było dużo tańsze niż to uprawiane tradycyjnymi metodami we Włoszech. Kryzys na rynku zbóż zbiegł się z epidemicznym rozprzestrzenianiem się filoksery winiec, takiej małej mszycy, która została przywieziona z Ameryki Pólnocnej w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Szkodnik ten zniszczył winorośl wykorzystywaną do produkcji wina. Włosi utracili rynek wina i owoców, za to spektakularnie podrożała sól. Rząd wobec permanentnego deficytu finansów łatał budżet obligacjami, inflacją i podatkami. Sen o potędze kolonialnej skończył się wraz z klęską pod Aduą. Po przebudzeniu pozostały do spłacenia długi. Na początku 1898 roku rząd wprowadził nowy podatek od zmielonej kawy, który doprowadził do zawrotnego wzrostu cen. Przez kraj przetoczyła się fala zamieszek głodowych / protesta dello stomaco / krwawo tłumiona przez blisko siedem miesięcy.

Przy pustym żołądku i beznadziei życie ludzkie staje się niewiele warte a jakiekolwiek normy przestają mieć znaczenie. Wpływowy dziennikarz Edward Scarfoglio powiedział, że jedna piąta ludności Włoch nadal żyje w stanie dzikim, mieszka w domach gorszych niż Papuasi i je gorzej niż plemię Shillooks.

Młodzi mężczyźni, którzy nie mieli nic do stracenia jechali na saksy do Francji, Niemiec, Belgii czy Szwajcarii, gdzie stykali się z ideami anarchizmu. Po kilku miesiącach wracali i szerzyli nowe idee w swoich środowiskach. „Rozwalmy to wszystko” było bardzo zrozumiałą i atrakcyjną formułą dla głodnych ludzi.

Przy takiej matrycy uwarunkowań ekonomicznych i politycznych łatwo było znaleźć osobników

odpowiednio sfrustrowanych z mocnymi deficytami psychicznymi, którzy szybko przejdą od słów do czynów i nie zawahają się przed niczym.

Cezar Lambroso ówczesny wybitny włoski psychiatra, antropolog i kryminolog stwierdził, że Luccheni posiadał szereg cech degeneracyjnych wspólnych dla epileptyków i szalonych przestępców. Padaczka i histeria wyjaśniają jego nagłe przejścia ze spokoju do nagłego pobudzenia z atakami agresji wobec otoczenia.

Luccheni podczas pierwszego przesłuchania zachowywał się dziwnie. Choć władał francuskim, zażądał tłumacza. Śpiewał i śmiał się bezustannie. Cały czas podkreślał, że zamierzał zabić króla Włoch w odwecie za spacyfikowanie Mediolanu, ale nie miał pieniędzy na podróż do Rzymu, więc postanowił pojechać do Genewy, aby tu dokonać zamachu na pretendenta do tronu francuskiego księcia Orleanu Henryka, ale że w tym czasie nie było go w mieście. Miał mało pieniędzy na dłuższy pobyt, więc za cel zastępczy wziął cesarzową austriacką, o której pobycie dowiedział się z gazety. Zamach miał na celu zastraszenie arystokracji. On sam jest wrogiem bogatych a nie robotników. Działał sam. Nie miał pieniędzy na sztylet, więc kupił pilnik za jednego franka, wyostrzył go, obsadził w rączce drewnianej i cały piątek śledził ofiarę, by dopaść ofiarę w sobotę. Wiedział jak wygląda cesarzowa, bo podczas pobytu w Budapeszcie cztery lata temu przejechała koło niego otwartą karetą.

Obrońcą z urzedu Luccheniego był adwokat genewski Piotr Moriaud. Oskarżony prosił go, by ten dowiódł sądowi, że nie miał wspólników i zabójstwo było jego pomysłem, sam je przygotował i sam je wykonał.

Policja sprawdzała fakty, które podawał Luccheni. Gdy wychodziły nieścisłości, podejrzany szedł w zaparte i zasłaniał się niepamięcią.

Prokurator podczas procesu stwierdził, że Luccheni kłamie, twierdząc, ze przyjechał do Genewy 5 września w celu zabójstwa księcia Orleanu. Książę był w Genewie w dniu 18 sierpnia a w Evian też tylko przez kilka dni, o czym informowała prasa. Kiedy Lucchnini zniknął z Lozanny być może pojechał , by zrobić rozeznanie w Montreux i okolicach Caux, gdzie zapowiadano wizytę cesarzowej.

Między 5 a 8 września nie można znaleźć śladów Luccheniego. Nie mógł dowiedzieć się z porannych gazet

o przybyciu cesarzowej 9 września, bo takiego komunikatu nie było. Cesarzowa Sisi po przybyciu do Caux

(Terriet) odmówiła ofiarowanej sobie pomocy tajnej policji szwajcarskiej, po czym w piątek wymknęła się

z hotelu, urywając się również agentom austriackim. Jej wyjazd był spontaniczną wycieczką.

Nad podróżami cesarzowej czuwał baron Berzewiczy. Cesarzowa podróżowała z dworem rozmieszczonym w 12 wagonach jej pociągu. Baron Berzewiczy, towarzyszący Elżbiecie miał trudne i odpowiedzialne zadanie organizowania ich podług jej wskazań. Jednocześnie musiał porozumiewać się z władzami kolejowymi krajów, przez które jej pociąg przejeżdżał oraz kontaktować się z austro-węgierskimi placówkami dyplomatycznymi, które znowu zwracały się w tej sprawie do rządów odwiedzanych krajów. Zadanie było tym trudniejsze, że cesarzowa wiedziona kaprysami, nie zdająca sobie zupełnie sprawy z problemów jakie stwarza zmiana programu, stawiała go często wobec faktów dokonanych tak jak to miało miejsce przy jej ostatniej tragicznie zakończonej wycieczce do Genewy.

Wiadomość o obecności cesarzowej w Genewie została opublikowana w Tribune de Genève dopiero następnego dnia. W dniu 9 września 1898 r. o godz. 13.00 do zamku Pregny, gdzie została przyjęta przez baronową Rothschildową, wróciła do hotelu dopiero około godz. 18.00. Po obiedzie poszła na spacer ulicami Genewy do sklepu cukierniczego Désarnod w pobliżu Grand Théâtre. Jednak ktoś musiał ją śledzić i przekazać informację Luccheniemu, bo ten od piątkowego przedpołudnia czekał pod hotelem. Według świadków poza nim pojawiło się tam również dwóch innych nieznanych

mężczyzn. Nie mógł widzieć cesarzowej w Budapeszcie, gdyż ona odwiedziła miasto w październiku 1894 roku a Luccheni w tym czasie już był w wojsku. Rączkę do pilnika dorobił Martinelli. Według prokuratora Luccheni ukrywa wszystkie spotkania i wydarzenia , które miały miejsce w fazie przygotowawczej zabójstwa.

Wobec powyższych faktów nasuwa się nieodparty wniosek, że źródłem przecieku o nieoczekiwanej zmianie w planie podróży cesarzowej Elżbiety musiał być ktoś z hotelu w Caux, kto dał cynk anarchistom zanim ukazała się wzmianka w gazecie.

Ponieważ osoba cesarzowej była eksterytorialna, więc ona zawsze była u siebie. Bazując na tym można było zastosować tzw. fikcję prawną i przyjąć, że zbrodnia została dokonana na terenie Austro-Węgier i na tej podstawie dokonać ekstradycji. Cesarz Franciszek Józef nie chciał tego, godząc się na proces w Genewie ze świadomością, iż kara śmierci w Szwajcarii z wyjątkiem trzech kantonów została zniesiona.

Proces trwał jeden dzień, nie wyjaśnił żadnych wątpliwości. Zabójca przyznał się do winy i został skazany na dożywocie w całkowitym odosobnieniu.

Luccheni przeżył w więzieniu 12 lat. Regularnie dopadały go ataki agresji, po których lądował w ciemnicy. Pisał wspomnienia, które zostały mu zabrane za kadencji drugiego dyrektora. W dniu 19 października 1910 roku popełnił samobójstwo wieszając się na własnym pasku. Czy tak było rzeczywiście, czy też obsługa więzienia pomogła mu opuścić ten padół łez a podatnika szwajcarskiego uwolnić od kosztów, tego nigdy się nie dowiemy.

Po samobójstwie Lucheniego głowa została odcięta od ciała. Mózg usunięto i zbadano frenologicznie , bez wykrycia nieprawidłowości. Następnie głowę przechowywano w szklanym pojemniku wypełnionym formaliną w Instytucie Kryminalistycznym Uniwersytetu w Genewie. Na prośbę Austrii preparat przybył do Wiednia w 1985 r. do Muzeum Patologiczno-Anatomicznego. Głowa nie była publicznie wystawiana i nie była dalej badana. W 2000 r. czaszka została spokojnie pochowana na centralnym cmentarzu w Wiedniu w tzw. grobowcach anatomicznych.

Po półrocznym pobycie w więzieniu Luccheni zeznał dyrektorowi więzienia, że pierwszą myśl zamachu na cesarzową podsunięto mu w pewnym włoskim klubie anarchistycznym w Lozannie. Miał dwóch wspólników. Anarchista francuski Regis wysłał z Paryża przekaz pienięzny na nazwisko Luccheniego jeszcze przed zamachem. Gdyby jemu nie udało się w Genewie, do zamachu doszło by w Lozannie.

13 listopada 1898 roku gazety doniosły, że skutkiem orzeczenia przez izbę śledczą niewinności wszystkich anarchistów, uwięzionych pod zarzutem wspólnictwa z Lucchenim, anarchiści: Gyno, Sylva, Martinelli i Gauducci opuścili więzienie i zostali wydaleni ze Szwajcarii.

Morderstwo Elżbiety Austriackiej było jednym z głównych powodów organizacji Międzynarodowej Konferencji Obrony Społecznej przeciwko Anarchistom w Rzymie trwającej od 24 listopada do 21 grudnia 1898 r. Uzgodniono wówczas definicję anarchizmu, który miał stanowić „ każdy akt, w którym przemoc jest wykorzystywana w celu zniszczenia organizacji społeczeństwa.”

Czyn Luccheniego miał jeszcze jeden wymiar. Zrobił czarny pijar robotnikom włoskim nie tylko w Szwajcarii. W sąsiednich krajach również. Pracodawcy zaczęli ich odsyłać do domu. Za to wrota otworzyły Stany Zjednoczone. Między 1900 a 1915 do Ameryki wyemigrowało 3 miliony Włochów. Większość to byli robotnicy rolni i pochodzili z południa Włoch. Natomiast robotnicy pracujący w przemyśle pochodzili z fabryk włókienniczych w Piemoncie i Toskanii oraz kopalń w Umbrii i na Sycylii.

W 2007 roku ukazała się w Brazylii książka „Memories of the Assassin of Sissi”, unikalny dokument

historyczny, obejmujacy

rękopisy Luigiego Lucheniego opracowane przez Santo Cappona.

Tak więc, co by nie powiedzieć Luccheni miał i 5 minut sławy za życia i na zawsze związał się z historią Europy w przededniu I wojny światowej.