Vous êtes sur la page 1sur 829

PIERRE JOSEPH PHOUDHON

(1809—1865)

Wybór pism

Tom I

Wstęp
Jana Garewicza

Dygitalizacja
hooltaj
KSIĄŻKA i WIEDZA-1974

Tłumaczyli:
JADWIGA BORNSTEIN, HALINA MOBTIMER,
BARBARA SIEROSZEWSKA, BOLESŁAW
WSCIEKLICA

Redaktor
ALEKSANDRA BARANOWSKA
Redaktor techn. K. Woroniecki

Korektorzy: S. Snopek i Z. Kołodziejczyk

Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa—Książka—Ruch".


Wydawnictwo „Książka i Wiedza". Warszawa, styczeń 1974 r.
Wyd. I. Nakład 1500 + 260 egz. Obj. ark. wyd. 34,6. Obj. ark.
druk. 50,0 (43,0). Papier druk. sat. kl. III, 65 g, 84X108 cm.
Oddano do składania 8.XII.1972 r. Podpisano do druku
w grudniu 1973 ir. Druk ukończono w styczniu 1974 r.
Zakłady Graficzne „Dom Słowa Polskiego". Warszawa,
ul. Miedziana 11/13. Zam. 284/73. R-22.
WSTĘP

KOLEJE ŻYCIA P.J. PROUDHONA

Jakkolwiek oceni się działalność Proudhona, o życiu


jego na pewno nie da się powiedzieć, że toczyło się
gładko i spokojnie. Inteligentny, nieprzeciętnie
uzdolniony, porywający pisarz, człowiek obdarzony
urokiem i darem jednania sobie ludzi, Proudhon stale był
ze światem w wojnie, stale z wszystkimi skłócony,
wcielona opozycja wobec wszystkiego, co uznane, wobec
każdego dogmatu. W walkach, jakie toczył, nie chodziło
nigdy o zniszczenie osobistych przeciwników, o korzyści
lub ambicje, stale zaś o zasady i ich konsekwencje
praktyczne. Należał do ludzi, którzy zawsze idą pod
prąd i czynią to w sposób prowokacyjny. Epatował
klerykałów, czyniąc z Mojżesza obrońcę równości, i
ateistów, powołując się na Pismo święte. Stypendium
przyznane przez uniwersytet w Besancon nie tylko
wykorzystał dla napisania rozprawy o tożsamości
własności i kradzieży, ale na domiar złego zadedykował ją
czcigodnym akademikom, wyrażając nadzieję, że staną się
na równi z nim heroldami i propagatorami równości.
Odżegnał się od rewolucji lutowej w chwili
powszechnego entuzjazmu i sam jeden wystąpił w Izbie
Deputowanych w obronie pokonanych robotników w
dniach czerwcowych. W momencie gdy cała Francja
solidaryzowała się z walką Włochów o zjednoczenie,
Proudhon ogłaszał artykuły kwestionujące jego wartość, a
w roku 1863 stwierdzał, że rozbiory Polski były aktem
w pełni praworządnym i zgodnym z interesami postępu,
był wcielonym zaprzeczeniem. Zwalczał własność
prywatną i własność wspólną, Boga i bezbożność,
autokratyzm i demokrację, zachowawczość i
wywrotowość. Płacił za swoje poglądy nędzą, więzieniem
i wygnaniem, a mimo to pomawiano go o oportunizm.
Celestyn Bougle, wielki znawca socjalizmu, nazwał go
Proteuszem; i rzeczywiście myśl jego skrzy się i mieni
wszystkimi barwami, wprawiając w zakłopotanie
interpretatorów, zarazem jednak sprawiając, że jako je-
den z nielicznych socjalistów dziewiętnastowiecznych
interesuje wciąż jeszcze nie tylko badaczy i działa na
wyobraźnię ludzi naszej epoki — jego portrety na
zbuntowanej Sorbonie w maju 1968 roku są tego wy-
mownym dowodem.
Zajmował się wszystkimi formami życia społecznego
i wypowiadał we wszystkich dziedzinach nauk
społecznych. Filozofia, najszerzej pojęta socjologia,
ekonomia, lingwistyka, religioznawstwo, politologia —
wszystko mieściło się w obrębie jego zainteresowań. 26
tomów, łącznie około 7000 stron obejmuje zbiorowe
wydanie jego pism z roku 1868. Do tego dochodzi 14
tomów korespondencji, bynajmniej nie kompletnej,
zapoczątkowana dopiero edycja notatek, kilkadziesiąt
zeszytów dzienników lektury. Jeśli uwzględnić, że do
czterdziestego niemal roku życia pracował ponadto zawo-
dowo jako drukarz i prokurent handlowy, a w późniejszym
okresie kilka lat spędził w więzieniu, podziw ogarnia
wobec tego ogromu pracy. Myśli przez niego
wypowiadane odznaczały się przy tym dużą
oryginalnością i płodnością, nawet jeśli poprawność
rozumowania niejedno pozostawiała do życzenia,
wypowiadane zaś bywały w formie tak błyskotliwej, że
słusznie zalicza się go dziś nie tylko do myślicieli, ale i
do wybitnych pisarzy.
Proudhon całe życie był postacią kontrowersyjną,
pozostał nią też po śmierci. Doczekał się interpretacji
zupełnie przeciwstawnych i ocen, które różniły się
krańcowo. Systematyczny wykład jego poglądów
nastręcza ogromne trudności i zawsze obarczony jest su-
biektywizmem: kiedy ma się do czynienia z tezami
sprzecznymi, nieuniknione jest eksponowanie pewnych
dzieł, pewnych wypowiedzi z niekorzyścią dla innych.
Prezentując poglądy Proudhona będziemy się zatem
starali wyjaśnić przede wszystkim, jakie przesłanki
legły u podstaw tych sprzeczności wewnętrznych i w
jakim sensie dzieło Proudhona stanowi mimo wszystkich
niekonsekwencji jednolitą całość.

I. FILIUS FABRI

Pierwsze dziesięciolecie rządów Ludwika Filipa nale-


ży do najpłodniejszych okresów w dziejach francuskie-
go piśmiennictwa. Nieograniczona swoboda wypowiedzi
przyniosła powódź pism, w których wyrażano stosunek
do przeszłości, opisywano i oceniano teraźniejszość
i tworzono niezliczone wizje przyszłości, rysującej się
niezależnie od różnicy ujęć z reguły niemal w świetla-
nych barwach. Przewrotu dokonanego nie kwestiono-
wano, żądano natomiast nieraz doprowadzenia go do
końca, lecz zawartą w tych żądaniach groźbę dla istnie-
jącego ustroju uświadomić miało dopiero Stowarzysze-
nie Pór Roku.
W powieści francuskiej otwiera ten okres Czerwone
i czarne, a zamyka go Wędrowny czeladnik. Nieprzy-
padkowo wymieniamy te książki, przybliżają one bo-
wiem ogromnie postać Proudhona. Jego dzieciństwo
jest, jak zobaczymy, poniekąd młodością Juliana Sorel,
dojrzałość zaś zdobywa w warunkach przypominają-
cych losy bohatera George Sand. Proudhon to Julian,
którego ambicją staje się podniesienie do własnego po-
ziomu wszystkich wyzutych z własności. „Zrodzony
i wychowany wśród klasy robotniczej — napisze w po-
daniu o stypendium — przynależny do niej wciąż
jeszcze, teraz i na zawsze, sercem, umysłem, obyczaja-
mi, a nade wszystko wspólnotą interesów i dążeń, kan-
dydat, jeśli uzyska Wasze głosy, dozna, nie wątpcie, Pa-
nowie, o tym, największej radości, o ile w jego osobie
uwagę Waszą przykuje ta interesująca część społeczeń-
stwa, którą tak pięknie zdobi miano robotników; o ile
uznacie, że godzien jest być wśród Was jej pierwszym
przedstawicielem; o ile będzie mógł odtąd pracować
w dziedzinie filozofii i nauki bez wytchnienia, całą siłą
woli i całą potęgą umysłu nad zupełnym wyzwoleniem
swych braci i towarzyszy".
Dwóch rówieśników, Weitling w Niemczech i Proud-
hon we Francji, otwiera niemal równocześnie nową
kartę w dziejach myśli socjalistycznej. Poprzedni teore-
tycy występujący w imieniu „klas najliczniejszych
i najbiedniejszych" znali ich położenie i dążenia tylko
z zewnętrznej obserwacji. Saint-Simon był arystokratą
z krwi i kości, Fourier synem bogatego kupca, Owen —
Fabrykantem, Sismondi — synem pastora; z mieszczań-
skich lub inteligenckich środowisk wywodzili się przy-
wódcy saińtsimonistyczni i fourieryści, a nawet
ówcześni komuniści francuscy; do wyjątków należeli
tu Leroux i Cabet, ale Cabet zdobył wykształcenie i wy-
bił się już jako adwokat. Teraz w roli teoretyków pro-
letariatu wystąpili ludzie, którzy jego sytuację, myśli
i odczucia znali z własnego doświadczenia. Podkreślając
ten fakt Marks stwierdzał: „Proudhon nie tylko pisze
w interesie proletariuszy; sam on jest proletariuszem,
sam on jest ouvrier. Dzieło jego to naukowy manifest
proletariatu francuskiego". Pojawienie się w samym
proletariacie ludzi o ambicjach teoretycznych było
ważkim świadectwem przemian zachodzących w jego
świadomości, tak jak świadectwem rosnącego społeczne-
go zainteresowania klasą robotniczą jest pojawienie się
robotniczego bohatera w powieści. Warto też dodać, że
zainteresowania teoretyczne szły u Proudhona i Weitlin-
ga w parze z dumą z własnego pochodzenia. „Oto czym
jest szlachectwo rodu — pisał Proudhon wspominając
swoją rodzinę. To ja jestem szlachcicem, ja właśnie".
Potomek wolnych, jak to z naciskiem podkreślał, chło-
pów, nie zamierzał czuć się mniej wolny jako proleta-
riusz.
Proudhon pochodził z pogranicza Szwajcarii, z rejo-
nu, który do Francji należał dopiero od 130 lat, gdzie
obok panującej kultury katolicko-romańskiej zaznacza-
ły się wpływy kultury germańskiej i protestantyzmu,
przenikające z sąsiedniej Szwajcarii i z Alzacji. Być
może, krzyżowaniu się tych wpływów przypisać należy
dużą prężność intelektualnego środowiska: z Besancon,
stolicy prowincji, i jego okolic wyszli w stosunkowo
krótkim czasie ludzie tej miary co Wiktor Hugo, Karol
Nodier, w którego salonie ogniskowali się romantycy
francuscy, przywódca fourierystów Considerant, filo-
zof Jouffroy, główny obok Cousina rzecznik eklek-
tyzmu, wcześniej zaś sam Fourier.

Piotr Józef Proudhon urodził się na przedmieściu


Besancon 15 stycznia 1809 roku. Rodzice jego pocho-
dzili ze wsi, sami jednak byli już robotnikami. Praco-
wali w browarze do chwili, gdy spłonął podczas działań
wojennych w roku 1814 — ojciec jako bednarz, matka
jako posługaczka. Odtąd podstawą utrzymania rodziny
miało być warzenie domowym sposobem piwa, prze-
mysł niepopłatny, zwłaszcza że ojciec Proudhona miał
jako kupiec obyczaje raczej osobliwe: odmawiał z za-
sady sprzedawania swego towaru kobietom, cenę zaś
wyznaczał w ten sposób, że do kosztów poniesionych
dorzucał niewielką kwotę jako wynagrodzenie za włas-
ną pracę. Głodu w domu nie było, lecz stały niedo-
statek, szczególnie dokuczliwy, od kiedy Proudhon zna-
lazł się wśród zamożniejszych kolegów.
Tradycje patriarchalnego chłopstwa były w rodzinie
bardzo jeszcze żywe. Wspominano przodków, zwłaszcza
dziada ze strony matki, byłego żołnierza w wojnie
siedmioletniej, który broniąc praw chłopskich przed
dziedzicem zabił kiedyś zbyt gorliwego leśnika. Kulty-
wowano więzy rodzinne, szczególnie silne między sy-
nem i matką, kobietą rozumną o dużym poczuciu
godności. Tradycje te uległy niewątpliwie jeszcze wzmoc-
nieniu podczas kilkuletniego pobytu Proudhona na wsi,
gdzie oddawał się zajęciu — według określenia samego
Proudhona — szczególnie sprzyjającemu kontemplacji,
a zarazem rozwijającemu zmysł realizmu, mianowicie
pasaniu krów.
Miał lat 11, kiedy udało się uzyskać dla niego stypen-
dium w gimnazjum państwowym. Był rok 1820; za-
bójstwo następcy tronu pociągnęło za sobą zmianę ga-
binetu i gwałtowny zwrot w prawo. Okólnik ministe-
rialny głosił, że „podstawą wychowania w kolegium są:
religia, monarchia, praworządność i Karta". Dyrekto-
rem gimnazjum był ksiądz (biskup Frayssinous, który
został niebawem kuratorem wszystkich uniwersytetów,
a zarazem ministrem wyznań); przed przyjęciem
Proudhona do szkoły upewnił się on, czy ojciec ucznia
nie był kiedykolwiek jakobinem — „na szczęście był na
to za młody". Zwolnienie z opłat szkolnych otwierało
przed Proudhonem szansę niewspółmierną do sytuacji
rodzinnej, ale równocześnie pobyt w gimnazjum nara-
żał go na nieustanne upokorzenia. „Pierwszym uczu-
ciem, które wpoił mi widok mojej względnej niższości,
był wstyd. Czerwieniłem się z powodu ubóstwa, jak
gdyby było karą. Niejasno odczuwałem prawdę słów
starej kobiety, że bieda to nie grzech, lecz coś gorszego,
że nas poniża, upadla i sprawia, iż stopniowo staje-
my się jej godni". Konieczność pozostawiania przy
drzwiach szkoły sabotów i wkraczanie bez butów do
klasy, brak kapelusza, brak podręczników, do czego
nie mógł się przyznać, godząc się raczej na kary za ich
„gubienie", wszystko to stwarzało sytuację, w której
można było tylko albo godzić się na upokorzenie,
albo — jak Julian Sorel — bronić się przed nim po-
czuciem własnej wartości. Proudhon, wsparty przez
matkę, potrafił się zdobyć na dumę. Przez kilka lat,
przepisując zadane lekcje z książek kolegów, zdobywał
nagrody, doznając jednak nawet przy tej okazji upo-
korzeń, wybierano bowiem dla niego zawsze książki
mające umocnić jego wiarę, gdy tymczasem koledzy
dostawali dzieła historyczne i literackie. Jak bardzo
stał na straży swej godności, świadczy anegdota po-
wtórzona przez Sainte-Beuve'a: Proudhon korzystał
z biblioteki miejskiej czytając wszystko, co mu wpadło
w ręce. Kiedyś bibliotekarz zapytał żartobliwie, po co
mu tyle książek. Trzynastolatek spojrzał na niego spo-
de łba i warknął w odpowiedzi: nie pańska sprawa .
6 lat trwała nauka Proudhona w kolegium besan-
cońskim. Zakończyła się przed maturą, kiedy przegra-
ny proces zrujnował ostatecznie rodzinę i trzeba było
iść do pracy. Jako zawód wybrał drukarstwo, zajęcie
umożliwiające kontakt z książką. Z autobiografii wi-
dać, że miejsce zatrudnienia zmieniał wielokrotnie.
W przedsiębiorstwach, w których pracował przede
wszystkim w charakterze korektora, drukowano prze-
ważnie dzieła treści religijnej. Proudhonowi praca ta
dała wyjątkowo dobrą znajomość całego Pisma świę-
tego; rozwinął też swą znajomość łaciny, i to do tego
itopnia, że mógł pisać w tym języku tak jak po fran-
CUlku; wreszcie dla lepszego zrozumienia tekstów,
I którymi miał do czynienia, nauczył się około ro-
ku 1830 hebrajskiego. W Besancon, w drukarni
Gnuthierów — z nazwiskiem tym jeszcze się spotka-
my - brał też udział w pracy nad edycją Nowego świa-
ta industrialnego. Wpływ Fouriera, z którego w owym
czasie często dworował sobie, miał się okazać silniejszy,
niż można było wówczas przypuszczać.
W tejże drukarni nawiązał też Proudhon pierwszą
przyjaźń na podłożu wspólnych zainteresowań. Młody
lingwista, Gustaw Fallot, wydawał u Gauthierów po
łacinie żywoty świętych z komentarzem. Korektor, za-
miast ograniczyć się do sprawdzenia druku z rękopi-
sem, poczynił na marginesie, również po łacinie, uwagi
na temat szeregu zwrotów językowych autora, propo-
nując na ich miejsce inną wersję. Kiedy Fallot dowie-
dział się, że adnotacje te pochodzą od jednego z robot-
ników drukarni (korektor nie był wówczas pracowni-
kiem umysłowym), zdumiony jego wiedzą zawarł z nim
przyjaźń. Przetrwała ona aż do śmierci Fallota w ro-
ku 1836.
Fallot właśnie, który po rewolucji lipcowej udał się
do Paryża (później został tam bibliotekarzem Insty-
tutu Francuskiego i sekretarzem komisji przygotowu-
jącej pod prezydencją Guizota wydanie dokumentów
z dziejów Francji), skłonił Proudhona do próby zmia-
ny zawodu. Na jego zaproszenie i koszt Proudhon przy-
był do stolicy, by razem z przyjacielem prowadzić stu-
dia językoznawcze. Był to jednak rok cholery. Fallot
zachorował. Pielęgnowany przez Proudhona powrócił
wprawdzie do zdrowia, lecz środki pieniężne zostały
wyczerpane. Nie znajdując w Paryżu pracy w
drukarstwie, Proudhon zdecydował się na wyjazd. Do-
rywczo udało mu się zdobyć pracę w Lyonie, Marsylii
i Draguignan, wreszcie jednak powrócił do Besancon.
Z tej wędrówki pochodzi anegdota opisana przez
Proudhona w dziele O sprawiedliwości w rewolucji
i Kościele, która charakteryzuje nową sytuację we
Francji. Proudhon przywędrował do Tulonu mając
w kieszeni 3,5 franka. Pracy nie znalazł. W tym po-
łożeniu, jak pisze, „przyszła mi pewna myśl do głowy,
prawdziwe natchnienie przez epokę: podczas gdy w Pa-
ryżu robotnicy bez pracy zaatakowali rząd , ja ze swej
strony zdecydowałem się zwrócić do władz urzędo-
wo". Udał się zatem do mera, okazał paszport i oświad-
czył, iż zgodnie z oświadczeniem komisarza policji,
z którego rąk dokument ten otrzymał, uprawnia go on
w razie potrzeby do uzyskania pomocy i opieki od
wszystkich francuskich władz cywilnych i wojskowych.
Skoro zaś nie może otrzymać pracy, a prawo karze kra-
dzież i żebraninę, przeto w imię praw przysługujących
mu na mocy posiadanego paszportu „stawia się do
dyspozycji" mera, czyli żąda od niego zatrudnienia w
swym zawodzie. W tej bufonadzie brzmi już głos no-
wych czasów. Mer, wzbogacony adwokat, jeden
z owych arywistów monarchii lipcowej, opisywanych
przez Balzaka, nie dał się jednak stropić: „Pańska
reklamacja jest nader osobliwa i źle pan interpretuje
swój paszport" — brzmiała jego odpowiedź. „Oznacza
on, że gdyby pana ktoś napadł, gdyby pana ktoś okradł,
władza pośpieszyłaby panu z pomocą — nic więcej".
Lekcja była pouczająca, Proudhon nie omieszka z niej
skorzystać.

Najbliższe lata po powrocie do Besancon były jednym


, nielicznych okresów względnego dobrobytu w jego
życiu. Oprócz pracy w zawodzie, którą w rodzinnych
okolicach znalazł bez trudu, czekała na niego oferta
bardzo nęcąca: Just Muiron zaproponował mu kiero-
wanie pismem „l'Impartial", które w Besancon głosiło,
nader zresztą ostrożnie, ideały fourierystów. Warunkiem
była jednak powściągliwość w wypowiedziach, ale na
to Proudhon żadną miarą przystać nie chciał. To-
też współpraca zakończyła się po napisaniu przez niego
pierwszego artykułu: Proudhon nie mógł pojąć, czemu
przed złożeniem ma on uzyskać akceptację prefekta.
Powrócił do drukarstwa, które — jak pisze — „odry-
wając mnie od lektur pozostawia mi pełną i całkowitą
swobodę umysłu w celu medytacji".
W dalszym ciągu stałą lekturą Proudhona były w
owych czasach pisma religijne: siedmiotomowy dykcjo-
narz teologiczny księdza Bergier, osiemnastowiecznego
teologa, który współpracował z Encyklopedią, a rów-
nocześnie odrzucał prymat rozumu i głosił, że jeśli
stworzenie świata jest rzeczą tajemniczą, jego niestwo-
rzenie byłoby nie mniej tajemnicze, a filozofię potępiał
jako „sztukę gubienia wiary"; oraz Biblia, ściślej: „jego
Biblia", przez niego samego przygotowana do druku
i opatrzona wstępami wybranymi z pism Ojców Kościo-
ła. Proudhon pracował nad nią z zapałem; wierność
francuskiego przekładu sprawdzał nie tylko z Wulgatą,
lecz także z hebrajskim oryginałem. Przy tej okazji
odkrył, że w dekalogu, gdzie w przyjętej powszechnie
wersji widnieje przykazanie „nie kradnij", hebrajski
oryginał posługuje się zwrotem, który, według niego,
znaczy: „nie odkładaj niczego na bok dla siebie", in-
nymi słowy, „niczego sobie nie przywłaszczaj".
W roku 1836 Proudhon przestał być pracownikiem
najemnym i został „patronem". Zakupił do spółki nie-
wielką drukarnię, sam jej zresztą nie prowadząc. Dzięki
temu przedsięwzięciu, które okazało się nb. kiepskim
interesem, mógł po raz pierwszy wystąpić jako autor.
Do drukowanej u siebie książki tegoż księdza Bergier
pt. Prymitywne elementy języka dodał mianowicie, bez
podania autora, w formie aneksu własną pracę pt. Próba
gramatyki ogólnej. Rok 1837, w którym się ukazała, jest
datą narodzin Proudhona-pisarza.

II. STYPENDYSTA IM. SUARDA

Próba gramatyki ogólnej podejmowała pytania, nad


którymi Proudhon pracował wspólnie z Fallotem w Pa-
ryżu. Badanie języka, a ściślej jego form najpierwot-
niejszych, miało dostarczyć klucza do zrozumienia ładu
świata. Zarazem, ponieważ wszelkie idee muszą znaleźć
wyraz w słowach, poznanie źródeł języka miało być
równoznaczne z poznaniem zasad wszelkiej wiedzy.
Uważne studium Biblii w jej pierwotnej, hebrajskiej
wersji miało dostarczyć pod tym względem bezcennych
informacji. Gramatycy twierdzą np., że u podstaw
wszelkiej mowy leży czasownik „być". Odpowiada temu
przekonanie, że abstrakcyjny byt, równy samemu sobie,
legł u podstaw wszystkiego, co istnieje. „Jam jest, któ-
rym jest" — głosi potoczna wersja Pisma świętego. Ale
język hebrajski nie znał w ogóle słowa „być"; zamiast
niego występował w nim czasownik, który należałoby
oddać jako „stawać się", „żyć", „działać". Bóg przema-
wiał do patriarchów nie jako byt, lecz jako siła twórcza.
Bynonimem tej siły było dla niego „ja". A kiedy pro-
wadził rozmowy ze swymi kreaturami, miał przed sobą
Btale istoty stworzone na obraz i podobieństwo własne,
manifestujące się nie w tym, że „są", lecz że „żyją",
„działają". W Próbie gramatyki ogólnej myśli te ledwie
się zarysowały, niemniej jednak już tu wskazany jest
kierunek, w którym pójdą w przyszłości poszukiwania
Proudhona.
Tymczasem pojawiła się możliwość podjęcia studiów.
Po śmierci pani Suard, wdowy po literacie i wieloletnim
sekretarzu Akademii Francuskiej, który pochodził z Be-
sancon, ufundowane zostało stypendium dla młodych
mieszkańców Franche-Comte, którzy zamierzali poświę-
cić się literaturze lub nauce, przyznawane przez senat
akademicki na okres trzyletni w wysokości 1500 fr.
rocznie. Stypendystów, z których pierwszym był Fallot,
obowiązywał pobyt w Paryżu i okresowe pisemne spra-
wozdania z postępu prac.
Zanim Proudhon złożył podanie, odwiedził ponownie
stolicę. Wrócił z niej rozczarowany, pobyt na prowincji
wyraźnie bardziej mu odpowiadał. Protektorom na-
mawiającym go do studiowania prawa lub medycyny
w Paryżu odpowiadał, że zamierza pracować w Besan-
con nad dziełem filozoficznym, poświęconym rewolucji,
które będzie wstępem do rozważań nad historią po-
wszechną.
O zgłoszeniu podania o stypendium zadecydowały
okoliczności zewnętrzne. Wspólnik kierujący drukarnią
popełnił samobójstwo. Analiza ksiąg handlowych wy-
kazała deficyt tak poważny, że należało się zdecydować
na likwidację przedsiębiorstwa lub bankructwo. Czym
było dla kupca to ostatnie, można wyczytać w Cezarze
Birotteau. Stopniowa likwidacja zależała jednak od zdo-
bycia jakiegoś źródła dochodów. Ten wzgląd zadecydo-
wał o formalnym zgłoszeniu przez Proudhona swej
kandydatury.
Zacytowaliśmy już deklarację, jaką zakończył swoje
podanie. Był to akt dużej odwagi, biorąc pod uwagę
wpływ sił konserwatywno-klerykalnych w komisji de-
cydującej o przyznaniu stypendium, a jego odmowa
oznaczała powrót, prawdopodobnie na zawsze, do kon-
dycji robotnika. Protektor Proudhona, sekretarz senatu
Perennes, zdołał go ostatecznie skłonić do skreślenia
tych zdań, które brzmiały jak wyzwanie. Mimo to kan-
dydatura Proudhona przeszła ze znacznymi oporami: za
głosowało 19, przeciw niej — 14 członków komisji.
Ostatecznie stypendium zostało więc przyznane. Pod
koniec roku 1838 Proudhon wyjechał do Paryża.
Sytuacja jego w stolicy nie przedstawiała się bynaj-
mniej w jasnych barwach. Stypendium było obciążone
spłatą długów, Proudhon pomagał ponadto rodzicom,
w rezultacie żył w nędzy. „Będę miał 250 fr. na prze-
życie od 20 marca do 20 września — pisał do przyja-
ciela — ...czasem idąc mostem spoglądam na Sekwanę,
kiedy indziej myślę o kradzieży. Poczucie nędzy jest
u mnie tak silne, że gdybym jutro znalazł majątek, ko-
szmar, który mnie prześladuje, zniknąłby nie wcześniej
niż za dwa lata".
Położenie materialne było prawdopodobnie jednym
z powodów decydujących o tym, że Proudhon nie na-
wiązał w Paryżu niemal żadnych przyjaźni. W Besan-
con bliższe stosunki duchowe łączyły go z trzema tylko
ludźmi. Jednym był Fallot, drugim Alzatczyk Berg-
mann, niebawem profesor literatur obcych w Stras-
burgu, trzecim niedoszły pastor kalwiński, Ackermann,
który przeniósł się potem na stałe do Berlina. Łączyły
ich zainteresowania językoznawcze. Ponadto wszyscy
ówcześni przyjaciele Proudhona mieli jakiś związek
z kulturą germańską — rzecz godna podkreślenia, mo-
żna bowiem przyjąć ze znacznym prawdopodobień-
stwem, że dzięki nim najgłośniejsze przynajmniej nie-
mieckie nazwiska i prądy myślowe nie były mu całkiem
obce. Późniejsze zainteresowanie Kantem, Heglerń,
Straussem i Feuerbachem nie zrodziło się dopiero pod
wpływem emigrantów niemieckich, z którymi zetknął
się w połowie lat 40-ych — korzenie jego sięgały okre-
su znacznie wcześniejszego.
Zgodnie z wymogami stypendium Proudhon uczęsz-
czał na wykłady w College de France i na Sorbonie.
Paryż intelektualny w dalszym ciągu nie robił na nim
wielkiego wrażenia. Z krajanami — Jouffroyem i Dro-
zem — bliższych stosunków nie nawiązał; o Michelecie,
który objął właśnie wykłady w College de France i cie-
szył się wyjątkową popularnością, wyrażał się z nie-
chęcią; Lamennais'go, który od kilku lat bulwersował
Francję swym zerwaniem z kościołem, nazywał wprost
jednym z biczów bożych zesłanych na kraj. Nie widać,
by ktokolwiek z wykładowców lub ówczesnych parys-
kich autorytetów intelektualnych zrobił na nim silniej-
sze wrażenie. Pracował samotnie. Przede wszystkim
przerobił rozprawę o gramatyce ogólnej i przedstawił
ją do nagrody Volneya, z nie najlepszym zresztą skut-
kiem, bo przyznano mu tylko wyróżnienie. Następna
praca związana była z dorocznym konkursem rozpisy-
wanym przez Akademię w Besancon. Konkursy te
miały z reguły tematykę społeczną. W poprzednim roku
pytanie dotyczyło rosnącej liczby samobójstw, ich
przyczyn i środków przeciwdziałania. W roku 1839
problem brzmiał: „Pożytki płynące ze świętowania nie-
dzieli z punktu widzenia higieny, moralności, stosun-
ków rodzinnych i obywatelskich". Zamiast sprawo-
zdania z postępu swych prac Proudhon nadesłał na
konkurs rozprawę zatytułowaną O świętowaniu nie-
dzieli.
Zagadnienie to miało swą tradycję w literaturze so-
cjalistycznej. Podejmował je m. in. Owen w Nowym
poglądzie na społeczeństwo oraz Sismondi w Nowych
zasadach ekonomii. Czy Proudhon znał wówczas te
dzieła, trudno orzec, w każdym razie do zagadnienia
podszedł z zupełnie innej strony. Obowiązkowy dzień
wypoczynku obchodził go ze względu na jego konsek-
wencje społeczne, nie chodziło mu jednak o wpływ, jaki
wywiera na stan fizyczny mas, na ich zdrowie i zdol-
ność do pracy, lecz o moralny aspekt zagadnienia. Zno-
wu sięgnął do Biblii. Czym kierował się Mojżesz włą-
czając do dekalogu nakaz świętowania dnia świętego?
Proudhon w odpowiedzi nawiązał do swych rozważań
w Próbie gramatyki ogólnej. Jeśli człowiek ma się róż-
nić od zwierzęcia, jeśli praca jego ma być działalnością
twórczą, a nie tylko bezmyślnym spełnianiem narzuco-
nych z zewnątrz czynności, niezbędne jest po temu
życie wewnętrzne. Warunkiem zaś tego jest dzień wy-
poczynku, dzień, w którym człowiek ma czas zastano-
wić się nad sobą. W tym sensie staje się on gwarancją
równości, która u ludzi nie polega na tym, że wszyscy
są tacy sami, lecz że wszyscy działają jako ludzie, to
znaczy jako istoty podobne Bogu, rozumne i wolne.
O ile już w Próbie gramatyki zawarty był wątek per-
sonalistyczny, o tyle teraz wątek ten nabierał zabar-
wienia społecznie radykalnego. Jeśli tam akcentowane
było boskie „ja", to teraz okazywało się, że owo „ja"
przysługuje każdemu człowiekowi bez różnicy i ode-
branie go komukolwiek godzi w ład świata. W ten spo-
sób prawodawca Zakonu stawał się rzecznikiem rów-
ności.
Odwoływanie się do autorytetu Ewangelii celem uza-
sadnienia ideału równości należało do żelaznego reper-
tuaru ideologii plebejskich i rozpowszechnione było
także we wczesnym socjalizmie. Osobliwość Proudhona
polega jednak na powołaniu się na Stary Testament.
Można też postawić pytanie, czy odwoływał się do niego
jako do źródła objawionego, czy też jako do pierwszego
świadectwa ludzkiej refleksji nad światem. W świetle
późniejszych rozważań nad epokami rozwoju ludzkości,
do których jeszcze powrócimy, druga interpretacja wy-
daje się bardziej prawdopodobna. Jedno w każdym ra-
zie wątpliwości nie ulega: katolicka wykładnia Pisma
została już przez Proudhona odrzucona. Równocześnie
Proudhon sformułował swój program społeczny: „Zna-
leźć taki stan równości społecznej, który nie byłby ani
wspólnotą, ani despotyzmem, ani rozdrobnieniem, ani
anarchią, lecz wolnością w ramach ładu i niepodległo-
ścią w jedności"17. Uzasadnienie tego ideału oraz po-
szukiwanie warunków, w których stan ten będzie urze-
czywistniony, wypełni odtąd wszystkie jego pisma.
Nadsyłając rozprawę na konkurs Proudhon wydał ją
równocześnie drukiem. Czytelnicy byli zdezorientowa-
ni. Naczelny organ liberałów „Le National" uznał ją
za pracę kryptojezuicką; równocześnie kuria w Besan-
con wymogła zakaz sprzedaży. Sąd konkursowy, posta-
wiony w kłopotliwej sytuacji, wybrnął z niej wyrokiem
salomonowym: przyznał Proudhonowi za rozprawę brą-
zowy medal, wyróżnił ją więc, a zarazem do pewnego
stopnia zdyskwalifikował.
Była to postawa przezorna, kolejny bowiem tekst
miał wywołać skandal. Tematem konkursu na rok na-
stępny były konsekwencje moralne i ekonomiczne wy-
nikające z równego prawa dzieci do spuścizny po ojcu.
Prawo to, wprowadzone przez Kodeks Napoleona, było
przedmiotem ataków z dwóch stron. Krytycy z pozycji
ancien regime'u podważali zasadę równości dziedzicze-
nia, sprzeczną z zasadą majoratu obowiązującą w ustro-
ju feudalnym i przyjętą również w odniesieniu do dóbr
ziemskich i związanych z nimi tytułów przez prawo
angielskie. Z kręgów socjalistycznych natomiast wy-
chodziła krytyka samej zasady dziedziczenia jako pod-
stawy wszelkich przywilejów społecznych . Proudhon
przeniósł pytanie na inną płaszczyznę: „Skoro prawo
mogło na mocy przepisu przyznać dziedzictwo pospołu
wszystkim dzieciom jednego ojca, czyż nie może zatem
przyznać go na równi wszystkim jego wnukom i dal-
szym potomkom? Skoro prawo nie uznaje już „młod-
szych synów" w rodzinie, czyż nie mogłoby za po-
mocą przepisów o dziedziczeniu sprawić, by nie było
ich także w ramach szczepu, plemienia, narodu? Czy
można na mocy przepisów o sukcesji zachować równość
między obywatelami, tak jak zachowuje się ją między
kuzynami i braćmi? Jednym słowem, czy zasada dzie-
dziczenia może stać się zasadą równości?" Na pytania
te miała odpowiedzieć najgłośniejsza książka Proudho-
na pt. Co to jest własność, czyli rozważania nad zasadą
prawa i rządu.
Nie będziemy w tym miejscu omawiali jej dłużej,
wskażemy tylko na pewne cechy. Podtytuł Pierwszy
memoriał wskazywał, że Proudhon nie uważał zagad-
nienia za rozwiązane definitywnie. Praca miała przede
wszystkim charakter krytyczny, chodziło w niej nie
o konstruktywne rozwiązania, ale o podważenie zako-
rzenionych poglądów na własność, wykazanie jej bez-
zasadności i przygotowanie w ten sposób gruntu pod
rozważania nad przyszłością społeczeństwa. Dopiero
w ostatnim rozdziale pojawia się więc zarys własnej
wizji przyszłości, utrzymany zresztą w kategoriach tak
ogólnych, że umożliwiał nader różnorodne interpretacje.
W przeciwieństwie do tak częstych w myśli komu-
nistycznej owego okresu rozważań, jakie były fak-
tyczne źródła nierówności i własności, Proudhona
pytanie, quid facti, w odniesieniu do własności nie inte-
resowało zupełnie. Jedynym przedmiotem jego rozwa-
żań o własności jest pytanie, quid iuris; analizował nie
źródła, lecz sposoby uzasadniania własności.
Proudhona krytyka własności była więc przede wszyst-
kim krytyką teorii własności. Dopiero wykazanie,
że nie ma dla własności racjonalnego uzasadnienia,
otwierało, zdaniem Proudhona, drogę do rozważań,
czym można i należy ją zastąpić.
Powrócimy jeszcze zarówno do treści tej pracy, jak
i do jej oceny przez Marksa. Chwilowo zwróćmy uwa-
gę na pewną zbieżność zastosowanych przez obu metod.
Marks doszedł mianowicie do wniosku, że w dziełach
klasyków ekonomii kryje się już implicite w nich za-
warte wyjaśnienie praw rządzących społeczeństwem
kapitalistycznym, a na przeszkodzie ich ujawnieniu
stoi w pierwszym rzędzie niewłaściwe sformułowanie
pytań pod adresem nagromadzonego materiału. Wska-
zywał on wielokrotnie, że klasycy — zwłaszcza Ricardo
i ricardiańscy socjaliści — byli o krok od odpowiedzi
na pytanie o mechanizm wartości. Jego krytyka do-
tychczasowej ekonomii politycznej nie oznaczała jej
odrzucenia, lecz odczytanie jej na nowo.
Podobnie było z Proudhonem. Metoda przyjęta w Co
to jest własność? polegała na wykazaniu, że obrońcy
własności nie wyciągają do końca wniosków z własnych
rozważań. Wszystkie przesłanki, na jakich opiera się
obrona własności — prawo natury, równość wobec pra-
wa jako podstawa umowy, praca jako źródło wszelkich
dóbr itd. — kolidują, jeśli rozumowanie zostaje prze-
prowadzone poprawnie, z ostatecznym wnioskiem, jaki
się z nich wyciąga w postaci prawa własności, tj. prawa
do wyłącznego posiadania i korzystania z dóbr w do-
wolny sposób, aż do ich zniszczenia, przy równoczesnym
wykluczeniu od udziału w nich pozostałych ludzi. Wy-
starczy zatem przemyśleć argumenty obrońców włas-
ności, by dojść do wniosku, że jest ona „niemożliwa",
czyli nie posiada uzasadnienia.
W przeciwieństwie do poprzednich dzieł Proudhona,
ta praca natychmiast zdobyła rozgłos. Autor zrobił
zresztą wszystko, by sąd konkursowy nie mógł przejść
nad nią do porządku dziennego. W tym celu zadedyko-
wał ją Akademii. „Memoriał ten o własności Waszych
jest myśli owocem" — pisał. — „Jeśli na zawsze uni-
cestwiłem własność, Wam to, Panowie, przypada cała
chwała. Waszej pomocy i inspiracji to zawdzięczam".
Równocześnie deklarował swój stosunek do ideałów
wyznawanych przez członków Akademii: „Czemuż nie
miałbym się przyznać, Panowie? Ubiegałem się o Wa-
sze głosy i starałem o godność Waszego stypendysty
z nienawiści do wszystkiego, co istnieje, i w zamiarach
niszczycielskich... Odkrycie prawdy ostudziło krew mo-
ją bardziej, niż ją wzburzyła świadomość ucisku; naj-
cenniejszym zaś owocem, jaki chciałbym, aby przy-
niósł ten memoriał, byłoby wpojenie mym czytelnikom
tego spokoju duchowego, który przynosi jasne dostrze-
żenie zła i jego przyczyn, a którego siła większa jest niż
namiętność i entuzjazm. Moja nienawiść do przywileju
i autorytetu człowieka była bez granic... teraz mogę już
tylko gardzić i czuć litość; aby przestać nienawidzić,
wystarczyło mi poznać". Zakończenie dedykacji dopeł-
niało miary: „Obyście mogli, Panowie, pragnąć rów-
ności tak, jak ja jej pragnę; obyście mogli stać się jej
propagatorami i heroldami w imię wiecznego szczęścia
naszej ojczyzny; obym mógł być ostatnim z Waszych
stypendystów. Ze wszystkich życzeń, jakie umiem wy-
razić, to jest Was najgodniejsze i najzaszczytniejsze dla
mnie".
Czyż mogła w Besancon nie wybuchnąć burza? „Wo-
łano o skandalu, o niewdzięczności — pisał Proudhon
do przyjaciela. — Jestem potworem, wilkiem, żmiją".
Zdaje się, że reakcja przeszła oczekiwania samego auto-
ra, który swą sytuację oceniał w zbyt czarnych bar-
wach, twierdząc, że odwrócili się od niego wszyscy
przyjaciele i dobroczyńcy, wydając go na potępienie.
Tymczasem Akademia ogłosiła wprawdzie oświadcze-
nie, że nie podziela absolutnie poglądów swego stypen-
dysty opublikowanych bez jej zezwolenia, ale wniosek
o pozbawienie go stypendium upadł — zabrakło nie-
zbędnej kwalifikowanej większości głosów.
Ale i w Paryżu, gdzie dedykacja nie była znana
(Proudhon dopiero w późniejszych wydaniach zamieścił
ją zamiast wstępu), książka zrobiła wrażenie. Paryski
nakładca był przezorny: zażądał od autora gwarancji,
że sam pokryje koszty druku, przejmując w razie nie-
powodzenia część nakładu, odmówił też zamieszczenia
w prasie jakichkolwiek anonsów. Tymczasem koszty
druku pokryła sprzedaż w ciągu pierwszych dwóch ty-
godni, a po miesiącu nakład był wyczerpany i przystą-
piono de reedycji. Ukazała się ona zresztą w sprzedaży
z dużym opóźnieniem. Powodem był... kryzys rządowy;
księgarz nie był pewien, czy nowy minister spraw
wewnętrznych nie nakaże konfiskaty i czy autorowi nie
zostanie wytoczona sprawa sądowa.
Obawy te nie były bezpodstawne. Gabinet, na któ-
rego czele stanął marszałek Soult, a w którym główną
rolę grał Guizot, oznaczał uwstecznienie polityki
wewnętrznej. Rozważano też rzeczywiście sprawę, czy
nie wytoczyć autorowi Co to jest własność? procesu
o szerzenie idei wywrotowych. Uratowała go przedło-
żona na życzenie ministra spraw wewnętrznych opinia
Adolfa Hieronima Blanąui, brata słynnego rewolucjo-
nisty, jednego z największych wówczas autorytetów
francuskich w zakresie ekonomii politycznej.
Materialna sytuacja Proudhona pomimo sukcesu
książki pozostała bez zmian. Właśnie z tego okresu po-
chodzi cytowany już list do Bergmanna. We wrześniu
1840 roku, kiedy drugie wydanie, podobno w nakładzie
3500 egzemplarzy , leżało już na składzie, Proudhon,
chcąc zobaczyć się z Bergmannem przed jego wyjazdem
do Strasburga, wybrał się z Besancon do Paryża pie-
chotą (prawie 400 km). Po latach napisze: „Wiem,
co to nędza. Żyłem w niej". Najgorsze zaś było to, że
przyszłość rysowała się bardzo niepewnie. Stypendium,
nawet kiedy wiadomo już było, że nie zostanie cofnięte,
zapewnione było tylko do końca roku akademickiego
1840/41. Po tym terminie Proudhon musiał albo zara-
biać ponownie jako robotnik, albo znaleźć inne źródła
utrzymania. Szukając ich od początku roku 1841, pod-
jął się na pewien czas funkcji sekretarza u sędziego,
który swe ambicje polityczne wiązał z opublikowaniem
pracy na temat procedury śledczej, inaczej mówiąc, peł-
nił funkcję literackiego „murzyna". Kiedy ten sposób
zarobkowania zawiódł, w Besancon zaś po procesie,
o którym za chwilę, powstała chwilowo sprzyjająca dla
niego sytuacja, starał się przy pomocy przyjaciół o po-
sadę archiwisty w prefekturze — także na próżno.
Pracy pisarskiej w każdym razie nie przerwał. W ro-
ku 1841 i w początku roku następnego wydał dwa me-
moriały o własności. Pierwszy miał postać listu do nie-
dawnego obrońcy, Adolfa Blanąui; drugi, zatytułowa-
ny Przestroga dla właścicieli, zaadresowany był do
przywódcy fourierystów, Wiktora Consideranta. Punk-
tem wyjścia Listu do pana Blanąui było następujące
stwierdzenie tego ostatniego: „Co się tyczy własności,
praktyka jaskrawo dementuje teorie. W rzeczywistości
jest rzeczą dowiedzioną, że o ile własność jest bezpra-
wiem w oczach świadomości filozoficznej, o tyle
w mniemaniu społecznym rozwija się coraz bardziej".
Blanąui wnioskował stąd, że zawodzi logika, gdyż mnie-
manie powszechne mylić się nie może. Proudhon odpo-
wiadał na to, że Blanąui błędnie ocenia stan faktyczny.
Własność nie tylko się nie rozwija, lecz przeciwnie, co-
raz bardziej upada lub raczej podlega przemianie. Aby
mieć o niej właściwe wyobrażenie, należy spojrzeć na
nią z innego punktu widzenia, niejako odwrócić lorne-
tę. Ta praca utrzymana była w tonie umiarkowanym,
natomiast w następnej poniósł Proudhona tempera-
ment. Wyrażając w zasadzie te same myśli co w po-
przednich memoriałach, szczególny nacisk położył na
postulat bezwzględnej równości. Jest rzeczą znamien-
ną dla usposobienia Proudhona, że była to reakcja na
radę Blanąuiego, który list do niego wystosowany za-
kończył słowami: „Napisał Pan dwa wspaniałe mani-
festy, drugi bardziej powściągliwy od pierwszego; niech
Pan napisze trzeci, bardziej jeszcze umiarkowany niż
drugi, a zajmie Pan poczesne miejsce w nauce, w któ-
rej naczelnym obowiązkiem jest spokój i bezstron-
ność".
Tym razem wkroczył prokurator. W Besancon, gdzie
broszurę drukowano, nakład został skonfiskowany,
w paryskim mieszkaniu Proudhona nastąpiła rewizja
połączona z konfiskatą dalszej partii, wreszcie sprawa
trafiła do sądu. Uprzedzając oskarżenie, Proudhon od-
wołał się do ministra. Przesłał mu wszystkie swoje
publikacje załączając list będący wyznaniem wiary.
Przedstawiał w nim, wedle własnego określenia, jak
można spożytkować dla dobra rządu idee najbardziej
radykalne. Historyk socjalizmu francuskiego do-
patrzył się w tym kroku przejawu „najbardziej ma-
łostkowego oportunizmu". Jest to ocena jawnie nie-
sprawiedliwa, o oportunizmie w potocznym sensie sło-
wa nie może być mowy. Proudhon był rzeczywiście
przeświadczony, że działalność jego nie ma charakteru
wywrotowego, i do przewrotu siłą nigdy nie dążył (w tej
sprawie jasny wyraz jego stanowisku daje zamieszczo-
ny w niniejszym tomie list do Marksa, por. s. 185). Był
jednak także przekonany, że nowe idee zwyciężają,
kiedy nadchodzi ich czas, i że najlepszą rzeczą, jaką
może uczynić rząd w interesie powszechnym, jest po-
zwolić im swobodnie dojrzewać w świadomości ludz-
kiej. Idee te muszą nawiązywać do poglądów rozpo-
wszechnionych; w tym też sensie propagują je i utrwa-
lają — do czasu. Rząd może więc tylko na tym sko-
rzystać, jeśli zamiast prześladować nowe idee, wyjdzie
im naprzeciw. Wywód ten był niewątpliwie obliczony
na obronę przed zarzutem uprawiania agitacji wywro-
towej, nie był jednak zaparciem się własnych poglą-
dów.
Proces zakończył się pomyślnie. Po wygłoszeniu przez
Proudhona na sali sądowej wielkiego przemówienia,
w którym wyłożył on raz jeszcze swe poglądy, ława
przysięgłych przy aplauzie publiczności uwolniła go od
winy i kary. Uznano, „że jest myślicielem, a nie
wywrotowcem; ekonomistą, a nie anarchistą, że
zgodnie z określeniem przewodniczącego sądu, dąży do
nawrócenia rządu i posiadaczy", a wobec tego ja-
ko człowiek, „który nie zajmuje się konspiracją", może
czynić, co mu się podoba.
Formalnie nic nie stało więc na przeszkodzie konty-
nuacji pracy pisarskiej. Lecz równocześnie wszystkie
stronnictwa patrzyły na Proudhona podejrzliwie: kon-
serwatyści, którzy zadenuncj owali go przed władzami
powodując proces; liberałowie skupieni wokół dzienni-
ka „National", przeciw którym obrócił się w memoria-
łach o własności; a także socjaliści i komuniści wszel-
kiej odmiany, których skrytykował zarówno za zasadę
równego podziału, jak za tendencje do hierarchizacji
społeczeństwa oraz za program wspólnej własności,
która w jego mniemaniu oznaczać miała tylko ucisk
a rebours. Stein słusznie scharakteryzował jego położe-
nie pisząc: „Wreszcie, co się tyczy Proudhona w ruchu
socjalistycznym i komunistycznym, to jest on absolut-
nie samotny".

III. BUDOWA SYSTEMU

Wszystkie trzy memoriały o własności były pismami


par excellence krytycznymi. Proudhon zdawał sobie
sprawę, że są to tylko prace wstępne, coraz bardziej
też odczuwał potrzebę sformułowania propozycji po-

zytywnych. Już w lipcu 1841 roku, a więc niemal na-


tychmiast po publikacji listu do Blanąuiego, a na pół
roku przed ogłoszeniem Przestrogi, anonsował w liście
Bergmannowi, że pracuje nad nowym dziełem, w któ-
rym zamierza wyłożyć prawa rządzące społeczeństwem.
Ukończone w następnym, wydane zaś w roku 1843,
nosiło ono tytuł O ustanowieniu ładu w społeczeństwie,
czyli zasady organizacji politycznej. Ostatni przy-
miotnik należało rozumieć w sensie arystotelesowskim;
nie chodziło o zasady ustroju państwowego, lecz o za-
sady organizacji społecznej.
Trojakiego rodzaju bodźce przyczyniły się do powsta-
nia tej pracy. Przede wszystkim chęć przeciwstawienia
się tendencjom do stworzenia nowej encyklopedii
w tym sensie, jak rozumieli ją saintsimoniści i fourie-
ryści. „Żaden człowiek na ziemi — pisał Proudhon do
Gauthiera 2 maja 1841 roku — nie jest w stanie, jak
się to przypisuje Saint-Simonowi i Fourierowi, dać sy-
stemu złożonego ze wszystkich części, systemu kom-
pletnego, który odtąd będzie funkcjonował samorzutnie.
Jest to najgorsze kłamstwo, jakie można rzec ludziom,
i dlatego właśnie występuję tak ostro przeciw fourie-
ryzmowi. Nauka o społeczeństwie jest nieskończona:
żaden człowiek jej nie posiada, tak jak nikt nie zna me-
dycyny, fizyki ani całej matematyki. Możemy nato-
miast odkryć jej zasady, potem elementy, po-
tem poznać jakąś jej część, która stale będzie się
powiększała. Otóż to, co ja teraz robię, jest określeniem
elementów nauki polityki i prawa".
Bodźcem drugim był niewątpliwie Kurs filozofii po-
zytywnej Comte'a, której ostatni tom ukazał się
w roku 1842. Proudhon wymienia Comte'a; zapożyczył
od niego niewątpliwie podział dziejów ludzkości na trzy
epoki, co najważniejsze zaś, ogólna tendencja omawia-
nej pracy pokrywa się z dążeniami Comte'a. O ustano-
wieniu ładu miało być metodologicznym wstępem do
całej nauki o społeczeństwie, miało ustalić jej przesłan-
ki i metody.
Najważniejszy chyba jednak bodziec przyszedł z trze-
ciej strony. Trudno dokładnie ustalić, kiedy Proudhon
zainteresował się po raz pierwszy bliżej filozofią nie-
miecką. Gurvitch wysuwa sugestię, że nastąpiło to już
podczas studiów, że Proudhon słuchał wówczas w Colle-
ge de France wykładów, jakie na jej temat prowadził
emigrant niemiecki, uczeń Krausego, Ahrens. Jest to
teza nie udowodniona, choć prawdopodobna. Warto
przypomnieć, że w latach trzydziestych filozofia nie-
miecka, w szczególności Hegel, budziła we Francji,
głównie pod wpływem Cousina, coraz większe zainte-
resowanie. Poczynając od roku 1832 „Revue Encyclo-
pediąue", kierowana przez Leroux, informowała swych
czytelników o wielkiej edycji spuścizny heglowskiej
przez Gansa, Micheleta, Marheineckego i innych
uczniów; w roku 1835 Józef Willm, profesor w Stras-
burgu, ogłosił cykl artykułów o Heglu, zebranych
następnie w broszurę. W następnym roku Barchou de
Penhoen wydał drugi tom swej Historii fiłozofii nie-
mieckiej, gdzie Heglowi poświęcono ponad 120 stron.
Tissot, z którym Proudhon pozostawał w listownym
kontakcie, przetłumaczył na francuski Krytyką czyste-
go rozumu Kanta, a w roku 1840 zaczął się ukazywać
przekład Estetyki Hegla.
Co do Hegla, wiadomo na pewno, że Proudhon znał go
tylko z drugiej ręki, chociaż o triadzie heglowskiej
wspomina już w Co to jest własność? Natomiast Kry-
tykę czystego rozumu czytał niewątpliwie we fran-
cuskim przekładzie przed napisaniem O ustanowieniu
ładu, gdzie wyraźnie się do niej odwołuje. Wydaje się,
że dopiero ta lektura uświadomiła mu w pełni wagę
problematyki metodologicznej.
Koncepcję wyłożoną w O ustanowieniu ładu omówi-
my niżej, obecnie wróćmy do życiorysu. Kiedy starania
o posadę w Besancon zawiodły, Proudhon postanowił
przenieść się do Paryża. Po dłuższych pertraktacjach,
na początku 1843 roku sprzedał drukarnię ze znaczną
stratą. „Nie mam już nic do roboty w Besancon" — do-
nosił przyjacielowi. W nową fazę życia wchodził obcią-
żony długami w wysokości przeszło 10 000 franków.
Zamierzenia na przyszłość związane były ściśle z po-
wodzeniem książki O ustanowieniu ładu. Niestety, nie
okazała się sukcesem. Zabrakło w niej tego, co zapewni-
ło powodzenie pierwszemu memoriałowi o własności:
werwy polemicznej, elementu prowokacji. Obszerny,
miejscami rozwlekły, zawiły traktat, pisany raczej na
sposób niemiecki niż francuski, nikogo nie elektryzo-
wał. Rugę uznał go za pracę stojącą poniżej poprzed-
nich, sam zaś Proudhon nazwał go po latach pracą chy-
bioną, zawiłą, nudną. Docenić jej wartość można było
dopiero z perspektywy rozwoju socjologii; na to jednak
było za wcześnie.
Z pomocą przyszli dawni koledzy szkolni, bracia
Gauthier. Proudhon objął kierownictwo ich przedsię-
biorstwa transportowego w Lyonie. Zaletą tej pracy
była duża swoboda w dysponowaniu czasem oraz częste
wyjazdy do Paryża. W przeciwieństwie do Marksa,
którego zdolności ekonomiczne przejawiały się wyłącznie
na polu teorii, Proudhon okazał się przedsiębiorcą
rzutkim i praktycznym; w Lyonie nazywano go żar-
tobliwie adwokatem Gauthierów.
Pierwszy dłuższy pobyt w Paryżu przypadł na prze-
łom lat 1843 i 44. Za pośrednictwem księgarza Guillau-
mina, wydawcy O ustanowieniu ładu, który dwa lata
wcześniej założył pismo „Journal des Economistes",
Proudhon wszedł w kręgi tzw. koterii ekonomicznej,
na czele której, oprócz Guillaumina, stał sekretarz to-
warzystwa ekonomicznego Garnier, a której patronował
Blanąui. Już w O ustanowieniu ładu wysunął Proudhon
tezę, że ogólne prawa życia społecznego odkrywa nie
historia, lecz ekonomia. W stronę ekonomii skłaniał się
też coraz bardziej zarówno pod wpływem własnych
doświadczeń, jak środowiska naukowego, w którym się
obracał. Rodzi się przy tym pomysł, że ekonomię należy
pojmować jako naukę o rachunku gospodarczym na
skalę społeczną.
Myśl o organizacji wielkiej rachunkowości społecznej
towarzyszyła w wieku XIX wszystkim utopiom ko-
lektywistycznym: przypomnijmy choćby Weitlinga
i jego idee godzin komercyjnych, tj. godzin pracy
zaksięgowanych na dobro pracownika, który po odby-
ciu obowiązkowego pensum przepracował dodatkowo
pewien czas w dowolnej gałęzi wytwarzania. Ale we
wszystkich tych koncepcjach rachunkowość pełniła
wyłącznie funkcję techniczną, miała być narzędziem
zapewniającym równowagę między produkcją a spoży-
ciem oraz stać na straży zasady podziału dochodu spo-
łecznego przyjętej w danym systemie socjalistycznym
lub komunistycznym. Proudhon pierwszy bodaj przy-
znał jej większą rolę, przy czym zasługi jego na tym
polu doceniono dopiero w ostatnich czasach33. Rachu-
nek społeczny miał, w jego mniemaniu, z jednej strony
wyjaśnić źródło wyzysku, z drugiej zaś, prawidłowo
zastosowany, był zasadniczym warunkiem realizacji
sprawiedliwości społecznej. Idea rachunku, w którym
każdemu „winien" odpowiadać musi odpowiednie „ma",
zaciąży też na ujęciu przez niego sprzeczności w społe-
czeństwie.
W przedsiębiorstwie transportowym Proudhon pra-
cował do jesieni 1847 roku, czyli niemal do wybuchu
nowej rewolucji. W tym okresie szczególne znaczenie
miało nawiązanie przez niego stosunków z emigracją
niemiecką.
Co najmniej od początku stulecia, wyraźnie zaś od
rewolucji lipcowej, w obozie demokratycznym w Niem-
czech i we Francji torowała sobie drogę myśl o potrze-
bie „aliansu intelektualnego" między obydwoma kra-
jami, który polegać miał w pierwszym rzędzie na synte-
zie filozofii niemieckiej z francuską myślą społeczno-
-polityczną. Postępowe Niemcy szukały na zachód od
Renu wzorów i ideałów politycznych, we Francji rosło
zainteresowanie Kantem i Heglem. W budowaniu po-
mostów między środowiskami intelektualnymi obu kra-
jów wielką rolę odegrali dwaj ludzie: Heine i Cousin.
Po roku 1840 zagadnienie stanęło na nowej płasz-
czyźnie. W roku tym Thiers o mało nie doprowadził do
wojny francusko-pruskiej, a poniesiona wówczas klęska
dyplomatyczna zadecydowała o jego upadku. Po obu
stronach Renu wybuchła fala nacjonalizmu, która
w Niemczech znalazła programowy wyraz w przemó-
wieniu Fryderyka Wilhelma IV z okazji podjęcia prac
nad zakończeniem budowy katedry kolońskiej. W tych
warunkach odrodziła się wśród demokratów niemiec-
kich idea „aliansu intelektualnego" między postępowy-
mi siłami Niemiec i Francji. Jej głównym rzecznikiem
był Arnold Rugę, współpracowali z nim m. in. Feuer-
bach, Marks, z cudzoziemców zaś Bakunin. Idei „alian-
su" służyć miało wysłanie przez „Gazetę Reńską" do
Paryża pod koniec roku 1842 swego korespondenta
w osobie Hessa. W następnym roku podążył za nim
Rugę z konkretnym planem pisma (późniejszych „Rocz-
ników Niemiecko-Francuskich") propagującego i urze-
czywistniającego zbliżenie lewicy intelektualnej w obu
krajach.
Czemu plany te zawiodły, nie jest w pełni jasne. Po-
czątkowo Rugę spotkał się raczej z przyjęciem przy-
chylnym, później jednak niemal wszyscy jego roz-
mówcy, na których współudział liczył, przede wszyst-
kim Lamennais, Louis Blanc, Cabet, wycofali się
z przedsięwzięcia. Jedną z przyczyn był prawdopo-
dobnie wojujący ateizm, z jakim obnosili się emigranci
niemieccy, kolidujący z nastawieniem francuskich
socjalistów. Proudhon, z którym pod tym względem
rozbieżności nie było, miał w tej sytuacji szczególną
wartość dla Niemców. Jego z kolei, jak już o tym była
mowa, myśl, a zwłaszcza filozofia niemiecka wyraźnie
interesowały. Do zbliżenia dążyły więc obie strony.
Pierwszy kontakt został nawiązany jesienią 1844 ro-
ku. Proudhon przybył do Paryża pod koniec września.
W stolicy Francji już nie było Rugego ani Hessa, był
natomiast Marks i Ewerbeck, a niebawem miał przy-
jechać Grim. Wszyscy trzej nawiązali z Proudhonem
znajomość. Marks pisał później o całonocnych dys-
kusjach z Proudhonem, podczas których, ku jego
wielkiej szkodzie, zaraził go heglizmem. Griin z kolei
sobie przypisywał zasługę zaznajomienia Proudhona
z dorobkiem młodoheglizmu. „Przypadła mi w udzia-
le — pisał ku oburzeniu Marksa — ogromna przyjem-
ność stać się niejako privatdocentem człowieka, które-
go bystrością nie przewyższył bodaj nikt od czasu
Lessinga i Kanta. Tuszę, że pod tym względem przy-
gotowałem wstępnie co najmniej całkowite pojednanie
i zespolenie krytyki społecznej po tej i po tamtej stro-
nie Renu".
Pytanie, kto naprawdę wprowadził Proudhona w taj-
niki młodoheglizmu, istotne jest o tyle tylko, że wiąże
się z całym późniejszym stosunkiem Marksa do
Proudhona. Wbrew świadectwu Marksa wszystko wska-
zuje na to, że stosunki między nimi nigdy nie były
bliskie. Nazwisko Marksa nie pojawia się ani w za-
piskach, ani w korespondencji Proudhona z lat
1844—45. Co więcej, w zamieszczonym w niniejszym
tomie liście do Marksa z 17 maja 1846 roku właśnie
Griin i Ewerbeck wymienieni są jako osoby, które za-
poznały Proudhona z treścią prac Marksa, Engelsa
i Feuerbacha. Z książki Griina wiadomo, że pierwsze
rozmowy z nim na ten temat miały miejsce jeszcze pod-
czas pobytu Marksa w Paryżu, wszystko więc wskazu-
je, że „całonocne rozmowy" mocniej utkwiły w pamię-
ci Marksa niż Proudhona: jeśli Marks naprawdę zaraził
go heglizmem, dokonało się to zupełnie nieświadomie
dla samego delikwenta.
Wchodząc w stosunki z emigrantami niemieckimi
w Paryżu, Proudhon mimo woli wciągnięty został w ich
dyskusje i spory. A był to właśnie okres, w którym
Marks i Engels zrywali z dotychczasowymi towarzy-
szami broni, zarówno demokratami jak socjalistami,
precyzując własne stanowisko w obrębie myśli i ruchu
komunistycznego. W lutym 1845 roku ukazała się
Święta rodzina, krytyka lewicy demokratycznej, której
przywódcami byli Rugę i bracia Bauer, a w latach
1845—46 powstała Ideologia niemiecka, w której kryty-
ce poddany został humanizm Feuerbacha i dwa wy-
wodzące się z niego prądy: anarchizm Stirnera i „praw-
dziwy socjalizm" reprezentowany m. in. przez Griina;
niebawem dojść do tego miała krytyka Weitlinga
i Hessa. Walka o zasady toczyła się równolegle z walką
o wpływy w rodzącym się niemieckim ruchu robotni-
czym. Paryż zaś, wielkie skupisko rzemieślników nie-
mieckich — ich liczbę szacowano na kilkadziesiąt ty-
sięcy — grał w tej walce ważną rolę.
W tej sytuacji Proudhon był sojusznikiem bardzo
pożądanym; zabiegano też o przeciągnięcie go na własną
stronę. Griin miał tę przewagę, że był w Paryżu i pod-
trzymywał osobiste stosunki z Proudhonem. Marks
i Engels ze swej strony starali się działać przez pośred-
ników, przestrzegając Proudhona przed Griinem jako
szarlatanem, który idee socjalistyczne głosi wyłącznie
dla pieniędzy i rozgłosu.
Proudhon w całym sporze dostrzegał wyłącznie ma-
łostkowe swary emigrantów. Opowiadać nie chciał się
po żadnej stronie, ale sposób, w jaki Marks atakował
Griina, wyraźnie go raził. Starając się zrozumieć filo-
zofię Hegla i Feuerbacha, korzystał zarówno z jego po-
mocy, jak z pomocy Ewerbecka, który całe strony tłu-
maczył dla niego na francuski, i cenił sobie tę pomoc.
Odstręczała go apodyktyczność Marksa, do tego zaś do-
chodziły rozbieżności natury bardziej zasadniczej.
Ujawniły się one w maju 1846 roku przy okazji wy-
miany listów z Marksem. Marks i Engels pracowali
podówczas w Brukseli nad stworzeniem komunistyczne-
go komitetu korespondencyjnego, niejako wstępnej
fazy przyszłej Międzynarodówki, którego zadania okre-
ślali następująco: „nawiązanie kontaktu między socja-
listami niemieckimi a francuskimi i angielskimi; stałe
informowanie cudzoziemców o ruchach socjalistycznych
w Niemczech oraz informowanie Niemców, przebywa-
jących w kraju, o postępach socjalizmu we Francji i w
Anglii". Przyświecały im w gruncie rzeczy dwa cele:
stworzenie kierowniczego ośrodka, wokół którego sku-
piliby się komuniści niemieccy, oraz wymiana infor-
macji i doświadczeń z komunistami i socjalistami w obu
pozostałych krajach. Drugi cel był dla nich ważny
zwłaszcza w obliczu nadciągającej, ich zdaniem, nie-
uchronnie rewolucji.
Pozyskanie dla takiego planu ludzi w świecie zna-
nych zwiększało niewątpliwie szanse jego powodzenia.
Wśród Niemców jeden tylko komunista miał wówczas
naprawdę imię międzynarodowe: Weitling; ale właśnie
z nim doszło dopiero co do rozłamu. Z cudzoziemców
w grę wchodził przede wszystkim Proudhon, którego
pisma Marks i Engels wysoko wówczas cenili. Wysunęli
więc propozycję, by Proudhon, „przez Anglików
i Niemców... dotychczas bardziej ceniony niż przez
własnych rodaków", podjął się roli paryskiego ko-
respondenta.
Odpowiedź Proudhona zawarta jest w niniejszym to-
mie, nie warto więc jej cytować. Zastrzeżenia jego do-
tyczyły dwóch spraw: żądał absolutnej swobody pole-
miki i nie narzucania nikomu z jej uczestników włas-
nych poglądów oraz wypowiadał się zdecydowanie
przeciw propagowaniu rewolucji. Podtrzymywał w
tym względzie stare swe stanowisko, że warunkiem
istotnych przemian społecznych jest zmiana w sposobie
myślenia, i uważał, że polemika w szeregach socja-
listycznych powinna służyć przede wszystkim zdoby-
waniu i szerzeniu wiedzy o społeczeństwie, a nie propa-
gandzie haseł. Nie znaczy to zresztą, by Proudhon był
pryncypialnie przeciwny rewolucji. Dopuszczał ją jed-
nak tylko jako ruch spontaniczny. Organizowanie re-
wolucji było dla niego równoznaczne z apelacją do prze-
mocy i samowoli, czyli do tych samych czynników
w życiu społecznym, przeciw którym rewolucja się kie-
rowała. Jak widać, rozbieżność z Marksem miała cha-
rakter zasadniczy. Niebawem też ujawni się to na
zewnątrz.
Książka O ustanowieniu ładu zapoczątkowała pracę
nad własnym systemem. Proudhon przerwał ją na
krótko tylko, by w roku 1845 ogłosić krytykę kazań
Lacordaire'a. W następnym roku ukazał się dawno
zapowiadany dwutomowy traktat zatytułowany System
sprzeczności ekonomicznych, czyłi filozofia nędzy.
„Nie wystarcza, by krytyka burzyła, trzeba ponadto,
by coś afirmowała i rekonstruowała. Bez tego socjalizm
pozostałby ciekawostką niepokojącą burżuazję, ale nie
przynoszącą pożytku ludowi" — pisał Proudhon w
Zwierzeniach rewolucjonisty. Należało zatem „stworzyć
metodę inwencji rewolucyjnej, filozofię już nie nega-
tywną, lecz — by posłużyć się językiem p. Augusta
Comte'a — pozytywną" . W tym celu posłużyć miały
dwa podstawowe pojęcia: sprzeczności i serii, pierwsze
przejęte z filozofii niemieckiej, drugie — od Fouriera.
Myśl zasadnicza polegała na ukazaniu wszelkich form
ludzkiego współżycia i współdziałania, utrwalonych w
postaci określonych instytucji społecznych, jako ukła-
dów względnej równowagi, stale rozsadzanych przez
dwie siły odśrodkowe, powodujące zgoła przeciwstawne
efekty. Sprzeczność jest istotą wszelkich stosunków
międzyludzkich. A ponieważ najważniejszą formą
współżycia i współdziałania ludzi jest praca, zatem
w nauce o pracy, w ekonomii politycznej, najłatwiej ją
dostrzec. Każda instytucja ekonomiczna posiada „do-
brą" i „złą" stronę, pociąga za sobą korzystne i nieko-
rzystne skutki. Ten stan rzeczy jest niezależny od for-
my współdziałania, w tym więc sensie jest wieczny.
Można to stwierdzić analizując po kolei wszystkie ka-
tegorie ekonomiczne w społeczeństwie istniejącym, któ-
re są tylko nazwą określonych instytucji: podział pracy,
produkcję maszynową, konkurencję, monopol, system
podatkowy, system wymiany, kredyt, własność pry-
watną i własność wspólną. Błąd, jaki popełniają za-
równo ekonomiści, jak i reformatorzy społeczni, pole-
ga na absolutyzacji jednej ze stron sprzeczności. Usiłu-
je się uzasadnić i zrealizować absolutną własność, lub
absolutną wspólnotę, absolutną wolność konkurencji
lub absolutny monopol, podobnie jak w dziedzinie
ustroju politycznego przeciwstawia się absolutną wol-
ność jednostki autorytetowi, czyli obywatela państwu,
a w dziedzinie religii — człowieka Bogu. Nie bierze się
przy tym pod uwagę, że sprzeczność jest cechą konsty-
tutywną wszelkiego życia społecznego, jeśli więc rozsa-
dza ona jakikolwiek układ względnej równowagi, to
powstaje na jego miejscu nowy, nie mniej sprzeczny
wewnętrznie. Rozwiązanie problemu nie polega więc
na tym, by jedne instytucje społeczne, jedne formy
ludzkiego współżycia zastąpić innymi, co głoszą wszyscy
socjaliści, lecz na tym, by dostrzec rzeczywiste sprzecz-
ności zawarte w instytucjach istniejących i zadbać o to,
by przeciwstawne strony każdego zjawiska społecznego
wzajemnie się równoważyły.
Książka ukazała się w połowie października. Marks,
któremu Engels przekazał już nieco informacji o jej
treści, otrzymał ją dopiero w końcu grudnia i natych-
miast zasiadł do pisania odpowiedzi. Jest to jedyny
wypadek, kiedy Marks napisał obszerną pracę pole-
miczną wymierzoną przeciwko cudzoziemcowi i czło-
wiekowi, z którym bliżej nie współpracował. Ogłosił ją
po francusku, a więc nie z myślą o doraźnym wpływie,
jakie idee Proudhona mogły wywierać na komunistach
niemieckich (według świadectwa Weitlinga robotnicy
niemieccy w Paryżu z reguły znali francuski niezmier-
nie słabo, idee Proudhona docierały do nich przede
wszystkim za pośrednictwem Griina). Świadczyć to mo-
że o niechęci do Proudhona, ale chyba bardziej o zna-
czeniu, jakie Marks przypisywał jego dziełom. W okre-
sie wcześniejszym, nawet krytykując go, wyrażał się
o nim z dużym szacunkiem. Zestawiał wówczas
Proudhona z Feuerbachem, podkreślał wartość jego
dialektyki serii jako „próby dania metody myślenia,
która zastąpiłaby samoistnie myśli procesem myśle-
nia". Nie był to stosunek bezkrytyczny, ale widoczne
jest przeświadczenie, że ma się do czynienia z myśli-
cielem rzetelnym i poważnym. Teraz stosunek ten uległ
zasadniczej zmianie. Nędza filozofii była nie tylko po-
lemiką, lecz także pamfletem: przeciwnik został nie
tylko skrytykowany, ale również ośmieszony.
Psychologiczne motywy tej zmiany stanowiska nas
tu nie interesują, ważne są zarzuty merytoryczne.
Marksa odstręczyły dwie przede wszystkim spra-
wy: ahistoryczność dialektyki zaprezentowanej przez
Proudhona oraz rekoncyliacyjny stosunek do form in-
stytucjonalnych ustroju kapitalistycznego. Podkreśle-
nie, że każda z nich posiada dobrą i złą stronę, Marks
odczytał jako ich faktyczną obronę. Cały wywód
Proudhona zmierza do zanegowania konieczności
przewrotu społecznego. W Systemie sprzeczności eko-
nomicznych dochodzi do głosu „socjalizm konserwa-
tywny, czyli burżuazyjny", niezdolny ani do zrozu-
mienia istniejącego społeczeństwa, ani do pokierowania
walką o jego zmianę. Zarówno z punktu widzenia ana-
lizy ekonomicznej, jak z punktu ideologii socjalistycz-
nej książka nie przedstawia żadnej wartości.
Marks nie był jedynym, który skrytykował Filozofię
nędzy. Proudhon tym razem nie miał dobrej prasy,
a mając o sobie i swym dziele wysokie mniemanie, od-
czuł to bardzo boleśnie. Ujemne oceny skłonny był
przypisywać złej woli recenzentów i niezrozumieniu
przez nich jego myśli. „Wszyscy, którzy dotąd zabrali
głos, powodowali się skrajnie złą wolą, zazdrością lub
głupotą" — notował w swym karnecie, wymieniając
nazwiska Marksa, Vidala, Bucheza, Cabeta oraz pisma
„Journal des Economistes", „Revue Encyclopediąue"
i „Univers Religieux". Szczególnie dotknęła go krytyka
Marksa. „Jest to kłąb grubiaństw, oszczerstw, fał-
szerstw i plagiatów" — pisał. W bezpośrednim też
związku z tą krytyką pozostają wyraźne wypowiedzi
antysemickie, zanotowane w karnecie, oraz projekt
artykułu domagającego się wypędzenia Żydów z Fran-
cji. O dalszej współpracy z Marksem na jakimkolwiek
polu nie mogło być już mowy.
W ogóle stosunki Proudhona z dawnymi przyjaciółmi
ulegały rozluźnieniu. Odchodził coraz bardziej od „ko-
terii ekonomicznej", coraz mniej miał wspólnych zain-
teresowań z przyjaciółmi młodości. Zbliżył się nato-
miast w tym okresie do człowieka, który miał w przy-
szłości podjąć ideę anarchizmu — do Bakunina.
Lata 1846—1847 przyniosły dalszą zmianę w życiu
Proudhona. W niedługim odstępie czasu zmarli jego
rodzice, z którymi — zwłaszcza z matką — do końca
był w bliskich stosunkach. Późną jesienią 1847 roku
zakończył pracę u Gauthierów. Z 200 frankami majątku
i prawie 10 000 długów przeniósł się na stałe do Paryża,
gdzie zamierzał odtąd żyć z pióra.

IV. REWOLUCJA

Charakteryzując ex post nastroje panujące w opinii


publicznej w przededniu rewolucji, Proudhon pisał:
„Ludwik XIV panował dzięki temu, że ubóstwił sam
siebie; Cezar i Bonaparte — dzięki powszechnemu
uwielbieniu; Sulla i Robespierre — za pomocą terroru;
Burbonowie — dzięki reakcji Europy na cesarskie pod-
boje. Panowanie Ludwika Filipa po raz pierwszy i je-
dyny opierało się na powszechnej pogardzie". Słowa
te oddają wiernie stopień zdyskredytowania rządu
i monarchy w oczach Francuzów.
Pierwsze miesiące po przeniesieniu się do Paryża
Proudhon poświęcił na zorganizowanie pisma, które
podczas Wiosny Ludów miało mu służyć za trybunę.
Powstało ono dopiero w styczniu 1848 roku; stosunek
Proudhona do wydarzeń, osób i stronnictw przed re-
wolucją oddają jednak dokładnie notatki, których
opublikowana część obejmuje okres do abdykacji Lud-
wika Filipa.
Uderza w nich przede wszystkim krytyczny stosunek
do opozycji oraz brak zaufania do republiki i do de-
mokracji jako form ustrojowych w ogóle. Cały obóz
demokratyczny lansował wówczas hasło reformy wy-
borczej i powszechnego głosowania. W tym ujęciu re-
formę społeczną miała poprzedzić i umożliwić dopiero
reforma polityczna. Proudhon ujmował to zagadnienie
odwrotnie, przemiany polityczne miały być skutkiem,
a nie przyczyną istotnych reform społecznych. „Rady-
kałowie — pisał — mówią o prawach, zasadach, moral-
ności etc. — Chleba, pracy, dobrobytu, oto czego pragnie
lud". Hasło głosowania powszechnego było dla niego
„wielką mistyfikacją demokratyczną". Demokracja bez
równych warunków pracy, bez sprawiedliwej wymia-
ny dóbr, nie dająca gwarancji, że nędzy zostanie poło-
żony kres, była w jego oczach jedynie inną formą ty-
ranii. Mówców opozycji, występujących na bankietach
publicznych, nazywał „arystokracją blagi", w dema-
skowaniu przez nich korupcji dopatrywał się wyłącz-
nie manewru obliczonego na zdobycie władzy i czerpa-
nie z niej korzyści. Dla Proudhona „demokracja umar-
ła i została pochowana", a próba wskrzeszenia roku
1793 była dla niego komedią.
Motywem ataków na hasło reformy wyborczej był
nie tylko brak zaufania do głoszących je ludzi, lecz
przede wszystkim odrzucenie samej zasady przedstawi-
cielstwa narodowego. Zarzuty Proudhona można spro-
wadzić do czterech. 1° Instytucja przedstawicielstwa
narodowego koliduje z zasadą suwerenności ludu. Prze-
kazanie władzy reprezentacji narodowej wyłonionej
w drodze wyborów oznacza zawsze, niezależnie od ordy-
nacji wyborczej, alienację suwerenności ludu, dobro-
wolne wyzbycie się przez niego władzy i przekazanie
jej w ręce ciała, które się z ludu wyobcowuje. Lud
utrwala w ten sposób własną niewolę. „Demokracja jest
tyranią, najgorszą z tyranii". 2° Zasada wybierania
przedstawicieli oraz podejmowania przez nich wszel-
kich decyzji większością głosów jest nieracjonalna: za-
miast ważyć argumenty, liczy się głosy. Słuszna sprawa
może zostać w tych warunkach zaprzepaszczona przez
demagogię, zręczność polityka lub zbieg okoliczności.
3° Instytucja przedstawicielstwa narodowego jest nie
tylko nierozumna, lecz koliduje ponadto z zasadą wol-
ności indywidualnej i z prawami mniejszości. Proudhon
nie tylko przyznawał mniejszości prawo do zachowania
odrębnego zdania, ale domagał się też, by wola jej była
respektowana przez większość. „Każdy człowiek, który
nie może czynić tego, co chce, i wszystkiego, co chce,
ma prawo do buntu, choćby był sam jeden przeciw rzą-
dowi, choćby rząd ten stanowili wszyscy inni". Ty-
ranią było dla Proudhona zarówno panowanie mniej-
szości nad większością, jak panowanie większości nad
mniejszością. I wreszcie 4°, zasada przedstawicielstwa
narodowego dotyczy wyłącznie formy sprawowania
władzy, gdy sedno sprawy leży w zmianie jej treści.
Istotna zmiana organizacji politycznej możliwa jest
tylko w wyniku zmiany całokształtu stosunków mię-
dzyludzkich, tych zaś wprowadzenie głosowania
powszechnego nie dotyczy. „Odrzucam reformę wybor-
czą z tego samego powodu, z jakiego odrzucam włas-
ność. — Jest to ta sama zasada pod inną postacią".
W tym kontekście należy, naszym zdaniem, czytać
wszystkie wypowiedzi Proudhona, w których opowiada
się po stronie rządu lub sił konserwatywnych przeciw
opozycji, demokratom i socjalistom. W notatkach jest
ich wiele i mogą wprowadzić w błąd. Pisał, że rząd
Guizota jest bardziej postępowy od głównych fakcji,
które rozdzierają Francję; z wyraźnym zadowoleniem
przyjął zawieszenie wykładów Micheleta, a w szwaj-
carskiej wojnie domowej (tzw. wojnie Sonderbundu)
opowiadał się po stronie kantonów konserwatywnych.
Posłuchajmy jednak jego argumentów. „Powiadają mi:
Ludwik Filip i jego rząd oddają usługi, z których nie
zdają sobie sprawy. — Właśnie dlatego mam do nich
zaufanie". W sprawie szwajcarskiej zaś pisał:
„Wszyscy są zgodni, jeśli idzie o potępienie buntu
mniejszości przeciw większości... Cóż się stało z re-
publikańską zasadą buntu? Co do mnie, podtrzymuję
tę zasadę".
Z tych przesłanek wynikał stosunek Proudhona do
rewolucji. Z początku cechowała go ambiwalencja: nie
wierzył w możliwość dokonania rzeczywistego przewro-
tu, powstanie uważał za przedwczesne i bezskuteczne,
ale bierność ludu w obliczu represji rządowych uważał
również za rzecz niedopuszczalną. Na trzy dni przed
abdykacją króla pisał: „Cokolwiek się zdarzy, przyznam
rację ludowi, zwłaszcza w razie zamieszek i pogromu.
Najgorzej byłoby, gdyby zgromadził się na darmo. Z je-
go strony byłby to dowód wyjątkowo zimnej krwi i nie-
zwykłego zgoła opanowania, lecz postąpiłby absurdal-
nie. Lud wypowiada się w czynach, nie w słowach.
Czy sprawią, że zada kłam swej naturze? Spodziewam
się i życzę sobie tego. — Wolę głupstwo niż błąd, a w
chwili kiedy żadna idea nie przemawia do mas, innej
alternatywy nie ma. Pojutrze wszędzie rozbrzmiewać
będą pochwały spokoju zachowanego przez ludność
Paryża; ja jeden go nie pochwalę". W tych warun-
kach widział przed sobą dwa zadania: demaskowanie
całej opozycji — patriotycznej, socjalistycznej i komu-
nistycznej — oraz przygotowanie programu przyszłego
przewrotu.
Ocena nastrojów panujących w kraju, sił rządu i opo-
zycji okazała się błędna, ocena natomiast możliwości
pokierowania rewolucją przez opozycję — nader trafna.
„Nie ma w głowach żadnych idei — pisał w dniu abdy-
kacji króla. Ciżba adwokatów i literatów, sami ignoran-
ci, jeden większy od drugiego, którzy zaczną się spierać
o władzę. Nie mam wśród nich nic do roboty" . Opra-
cowanie programu dalszego działania Proudhon uznał
za sprawę palącą.
W końcu marca 1848 roku w parodniowych odstępach
ogłosił trzy broszury programowe: Rozwiązanie proble-
mu społecznego, Demokracja oraz Organizacja kredytu
i obiegu i rozwiązanie problemu społecznego. Zawarte
tu myśli rozwijał następnie na łamach „Reprezentanta
Ludu" („Le Representant du Peuple"; pismo było
trzykrotnie zamykane i reaktywowane pod nieco zmie-
nioną nazwą), gdzie na uwagę zasługuje zwłaszcza
Program rewolucyjny skierowany do wyborców Sekwa-
ny, oraz w broszurach, z których najważniejsza nosiła
tytuł Podsumowanie kwestii społecznej: bank łudowy.
Oprócz krytyki demokracji pisma te zawierały też pro-
gram pozytywny. Jego myśl zasadnicza wyłożona już
została w Systemie sprzeczności ekonomicznych i wy-
śmiana wówczas przez Marksa. Polegała ona na refor-
mie systemu kredytowego, której konsekwencją miało
być przeobrażenie całokształtu stosunków społecznych.
Jej narzędziem miał być bank ludowy oparty na za-
sadach spółdzielczych i dostarczający swym udzia-
łowcom bezpłatnego kredytu, dzięki czemu zrzeszeni
w nim wytwórcy uniezależnić się mieli od kapitału.
Pomysł nie był nowy. Zgłoszono i wypróbowano go
w Anglii już w połowie lat trzydziestych z fatalnym
skutkiem. Marks nie bez powodu traktował go jako
czystą utopię. Z dwóch względów zasługuje on jednak
na uwagę. Po pierwsze, była to wyraźna kontrpropo-
zycja w stosunku do lansowanej przez Louis Blanca
idei warsztatów narodowych, której realizacja zadecy-
dowała o losach rewolucji w dniach czerwcowych.
Blanc wiązał, jak wiadomo, poprawę położenia robotni-
ków z inicjatywą rządu, który miał dostarczyć robotni-
kom pracy w przedsiębiorstwach państwowych. Proud-
hon przeciwstawił temu programowi „centralizację
spontaniczną, niezależną i społeczną", czyli ideę sa-
mopomocy wytwórców. Po wtóre, program banku lu-
dowego odbiega znacznie od programu samego Proudho-
na, naszkicowanego w listopadzie 1847 roku w notatce
pt. Co uczynimy nazajutrz po rewolucji, gdzie na
pierwszym planie stała nacjonalizacja głównych gałęzi
produkcji, przedsiębiorstw transportowych i banko-
wych i gdzie główna rola przypadała w udziale pań-
stwu. Nawiasem mówiąc, szereg zawartych tu po-
mysłów zrealizowała później Komuna Paryska, w któ-
rej proudhoniści odegrali czołową rolę.
Wydaje się, że tej rozbieżności między własnymi po-
mysłami przed rewolucją i podczas jej przebiegu, jak
i tej gwałtownej opozycji przeciw projektom Louis
Blanca nie sposób zrozumieć bez uświadomienia sobie,
jak Proudhon oceniał układ sił w rewolucji lutowej
i stojące przed nią możliwości. Interesujący jest zwłasz-
cza jego stosunek do chłopstwa. Traktuje się go zazwy-
czaj jako rzecznika interesów drobnomieszczaństwa
rujnowanego przez rozwijający się kapitalizm, a przede
wszystkim jako rzecznika własności chłopskiej. Sprawa
jest jednak bardziej skomplikowana; stosunek Proudho-
na do chłopstwa był bowiem ambiwalentny.
W notatkach z listopada jest strona poświęcona
chłopstwu. „To, co myśli lud, nie jest bynajmniej
tym, co myśli chłop, ten chłop, który zasłużył na naj-
gorsze słowa, jakie wyrzekł o nim p. de Balzak. Chłop,
który we Francji stanowi przytłaczającą większość, jest
klasą obrzydliwą, najbardziej egoistyczną, zupełnie
pozbawioną szlachetnych instynktów, w najwyższym
stopniu sprzedajną, konserwatywną, obłudną, najbar-
dziej zajadłą na punkcie własności. Złe skłonności tej
kasty powodują, że bezpośredni frontalny atak na
własność ziemską oraz własność przemysłową i handlo-
wą jest niemożliwy. ...Prawdziwą przeszkodą na drodze
postępu jest chłop. Chłop i robotnik to dziś takie samo
przeciwieństwo, jak niegdyś szlachcic i poddany. Chłop
to dzisiejszy szlachcic".
Jak widać, zanim jeszcze wybuchła rewolucja, niepo-
koiła Proudhona możliwość konfliktu między robotni-
kami a chłopstwem, tego konfliktu, który według oce-
ny Marksa zadecydował o klęsce rewolucji. Proudhon
niczego nie lękał się w tym stopniu, co izolacji robotni-
ków, oceniając słusznie, że konsekwencją jej będzie nie
tylko niespełnienie ich żądań, lecz odwrót całego ru-
chu i zwycięstwo reakcji. Te obawy, potwierdzone
rozwojem wydarzeń po dniach czerwcowych, tłumaczą
też dalszą ewolucję jego poglądów. Aby nie dopuścić
do rozłamu wśród sił, które dokonały rewolucji, gotów
był nawet, jak zobaczymy poniżej, przyznać burżuazji
rolę kierowniczą. Sformułować programu, który wy-
rażając dążenia robotników byłby zarazem atrakcyjny
dla innych grup społecznych, nie umiał, dlatego w po-
szukiwaniu sojuszów głosił program w istocie drobno-
mieszczański. Nie należy jednak zapominać, że u podło-
ża jego koncepcji, nawet zupełnie chybionych i zgoła
utopijnych, leżała trafna ocena niebezpieczeństwa gro-
żącego rewolucji i dążenie, by za wszelką cenę
powstrzymywać jej odwrót.
Kierując się tymi motywami Proudhon po ogłoszeniu
swego programu postanowił rozwinąć działalność poli-
tyczną w Zgromadzeniu Narodowym. Wybory w kwiet-
niu 1848 roku nie dały mu mandatu, ale już z wyborów
uzupełniających w dniu 4 czerwca wyszedł jako poseł
departamentu Sekwany. Pismo „Reprezentant Ludu"
osiągało w tym czasie nakład 80 000 egz. dziennie.
Zaledwie kilkanaście dni dzieliło jego wybór do Zgro-
madzenia od rozwiązania warsztatów narodowych, któ-
rego konsekwencją był krwawo stłumiony bunt robot-
ników paryskich. Nastąpiło zatem to, czego Proudhon
najbardziej się obawiał. I wtedy raz jeszcze pokazał
charakter. Represje Cavaignaca były w pełnym toku,
kiedy Proudhon wystąpił w Zgromadzeniu Narodowym
w obronie robotników, domagając się zarazem ustawo-
wego obniżenia czynszów na okres trzyletni, co uznano
za zamach na własność prywatną. 31 lipca wystąpił
w Izbie ponownie z wielkim przemówieniem, w którym
stwierdził, że istnieje zasadnicze przeciwieństwo inte-
resów między proletariatem a burżuazją. Sala 493 gło-
sami na 495 obecnych uchwaliła udzielenie mu nagany.
Według relacji Hercena jednomyślna opinia Izby
brzmiała: „Mowę do «Monitora», mówcę do szpitala
wariatów". Proudhon nie dał się jednak zastraszyć
i po kilku tygodniach wystąpił raz jeszcze na bankiecie
publicznym z toastem na cześć rewolucyj, w których
przejawia się i realizuje sprawiedliwość dziejowa.
Reaktywował również pod nową nazwą pismo, które
uległo zawieszeniu, kiedy nakładane nieustannie kary
pieniężne wyczerpały wymaganą kaucję. Nowy dzien-
nik pod nazwą „Lud" („Le Peuple") przetrwał do
czerwca 1849 roku, kiedy to redakcja zdemolowana
została przez Gwardię Narodową.
Tymczasem kontrrewolucja posuwała się szybko na-
przód. W grudniu 1848 roku Ludwik Bonaparte wybra-
ny został prezydentem Francji. Proudhon zetknął się
z przyszłym cesarzem zaraz po jego powrocie z wygna-
nia i nie miał żadnych złudzeń co do jego osoby.
W dwa dni po zaprzysiężeniu prezydenta pisał publicz-
nie: „Demokracja i socjalizm nie mają dziś większego
wroga niż Bonaparte". Pod koniec stycznia 1849 roku
ogłosił trzy pamflety wymierzone w Bonapartego. Po-
ciągnięty za to do odpowiedzialności sądowej, po uchy-
leniu immunitetu przez Zgromadzenie Narodowe, Prou-
dhon został skazany na trzy lata więzienia i grzyw-
nę. Uciekł do Belgii, powrócił jednak niebawem i w
czerwcu osadzony został w paryskim więzieniu Sw.
Pelagii.
Uwięzienie nie oznaczało jednak przerwania działal-
ności politycznej. Proudhon utrzymywał kontakt ze
światem i z więzienia kierował nadal pismem, ogłasza-
jąc w nim równocześnie własne artykuły. Przysługiwało
mu prawo do wychodzenia trzy razy w miesiącu na kilka
godzin na miasto; jeden z takich „dni wychodnych"
wykorzystał, by się ożenić. Swe warunki więzienne sam
scharakteryzował następująco: „U Św. Pelagii mam się
tak dobrze, jak to tylko jest możliwe w więzieniu.
Zajmuję kwadratowy pokój, którego każdy bok ma
5 metrów, z dwoma oknami wychodzącymi na przytu-
łek i ogród botaniczny. Tak dobrego lokum nie miałem
nawet przy ul. Mazarina, kiedy byłem posłem. Jem
chleb więzienny, całkiem dobry; z rana dostaję bulion,
dwa razy w tygodniu tłusty, pięć razy chudy. Resztę
przynoszą mi z restauracji. Administracja dostarcza mi
wina po 12 sous litr; jest lepsze od tego, które sprzeda-
je się po 1,50 franka butelka. Przyjmuję wizyty. Wolno
mi dostarczać broszury i dzienniki. Kazałem sobie spro-
wadzić wszystkie moje szpargały, wszystko więc, co po-
siadam, jest wraz ze mną pod kluczem. Chociaż przykro
jest być zamkniętym i choć wynikają stąd różne niedo-
godności fizyczne i moralne, tego tylko sobie życzę, że-
by pozostać tu, gdzie jestem, przynajmniej przez
18 miesięcy..."
Ostatnie życzenie staje się w pełni zrozumiałe, kiedy
sobie uświadomimy, że Proudhon bynajmniej nie za-
przestał walki z rządem. W deklaracji programowej
reaktywowanego raz jeszcze pisma, którego pierwszy
numer ukazał się już po jego uwięzieniu, pisał wpraw-
dzie, że o ile „Lud" był organem walki, o tyle „Głos
ludu" będzie organem dyskusji, ale w tym samym
piśmie ogłosił 2 lutego 1850 roku artykuł pt. Niech żyje
cesarz! — gdzie stwierdzał bez ogródek: „Teraz to już
rzecz pewna: stoimy przed zamachem stanu". Aż do
ostatecznego upadku, który nastąpił w październiku
1850 roku, pismo Proudhona nie przestawało ostrzegać
przed niebezpieczeństwem grożącym republice.
Ukarany za swe artykuły karcerem, przeniesieniem
do cięższego więzienia, a przejściowo nawet do twier-
dzy, Proudhon, który przejrzał zamiary Ludwika Na-
poleona, usiłował uniemożliwić mu ich realizację.
2 grudnia 1851 roku na wieść o zamachu stanu zażądał
przysługującej mu przepustki i wyszedł na miasto.
Chciał na własne oczy ocenić, czy istnieją jakiekolwiek
szanse stawienia oporu. Doszedł do wniosku, że jest to
niemożliwe, i wrócił do celi pisać książkę o zamachu
stanu.
V. BURZYCIEL AUTORYTETÓW

W dziejach francuskiej myśli socjalistycznej rewolu-


cja roku 1848 była próbą, której nie wytrzymał prawie
żaden z wcześniejszych teoretyków. Większość z nich
zniknęła po upadku rewolucji z widowni publicznej,
nieliczni, np. Cabet i Considerant, próbowali wcielić
w życie swoje ideały na emigracji, najczęściej w Ame-
ryce; byli wreszcie i tacy, którzy poszli na współpracę
z rządem napoleońskim; dotyczyło to zwłaszcza byłych
saintsimonistów: braci Pereirę, którzy stanęli na czele
wielkiego domu bankowego, Ferdynanda Lessepsa,
twórcy Kanału Sueskiego, a także samego „ojca naj-
wyższego" Prospera Enfantin.
Po wyeliminowaniu myślicieli socjalistycznych z ży-
cia publicznego lub rezygnacji przez nich z ideałów so-
cjalizmu Proudhon pozostał we Francji jedynym jego
teoretycznym kontynuatorem. Poza nim z dawnych so-
cjalistów rolę odegrać miał tylko August Blanąui, był
to jednak przede wszystkim organizator, nie myśliciel.
Przez kilkanaście lat Proudhon był niejako oficjalnym
rzecznikiem socjalizmu we Francji; przez słowo „so-
cjalizm" rozumiano w tym kraju to, co głosił Proudhon.
W tym też okresie ukształtował się ostatecznie zespół
poglądów, które dziś zwykło się nazywać proudhoni-
zmem.
Płodność Proudhona-pisarza nie zmalała bynajmniej
za cesarstwa. Nie licząc prac drobniejszych, wydał w
ciągu 16 lat, jakie pozostały mu jeszcze do życia, 11 dzieł
(w tym jedno czterotomowe, liczące ponad 1500 stron).
Wachlarz poruszonych w nich zagadnień był ogromny.
Nie zaniedbując problematyki ekonomicznej, Proudhon
wypowiadał się na temat historiozofii i polityki, etyki
i stosunków międzynarodowych, rodziny i prawa autor-
skiego etc. Sprecyzował w tym czasie swą koncepcję
anarchizmu, stworzył teorię syndykalizmu i sformuło-
wał zasadę federalizmu.
Katalog pism Proudhona wyczerpuje niemal bez resz-
ty jego biografię w omawianym okresie. Zanim jed-
nak do nich przejdziemy, należy wspomnieć o jego sy-
tuacji osobistej i stosunkach z nowym rządem.
Była i będzie jeszcze mowa o walce toczonej przez
Proudhona, by nie dopuścić do ponownego przekształ-
cenia republiki w monarchię. Przypłacił ją więzieniem.
Kiedy po odbyciu kary opuścił je w połowie roku 1852,
cesarstwo było już faktem dokonanym, przy czym nie
bez znaczenia była okoliczność, że powołane zostało do
życia drogą referendum, w którym — uwzględniając
nawet nadużycia wyborcze — ogromna większość na-
rodu opowiedziała się za tą formą władzy. Trudno było
nie liczyć się z nowym stanem rzeczy myślicielowi,
który nie zamierzał ani zamilknąć, ani emigrować,
a któremu działalność spiskowa była zupełnie obca. Mu-
siał więc akomodować się do istniejących warunków,
dbając jedynie o to, by prawa głosu nie przypłacać re-
zygnacją z własnych poglądów i z niezależności.
Sytuacja Proudhona po wyjściu z więzienia zaiste nie
była łatwa. Obarczony rodziną — w latach 1850—56
urodziły mu się 4 córki (dwie z nich umarły w dzie-
ciństwie) — utrzymywał się z pisarstwa i musiał pu-
blikować, aby żyć. Władze, rzecz jasna, nie darzyły go
zaufaniem, nie uzyskał np. zezwolenia na wydawanie
pisma, zarazem jednak czyniono zabiegi, aby go pozy-
skać, ewentualnie skompromitować. Typowym posu-
nięciem tego rodzaju była propozycja odszkodowania
z tytułu przyznania koncesji na budowę linii kolejowej
między Besancon a Belforten domowi bankowemu braci
Pereirę. Proudhon, korzystając ze znajomości z cesar-
skim kuzynem i domniemanym następcą tronu, ks. Na-
poleonem Hieronimem Bonaparte, z którym zasiadał
w Zgromadzeniu Narodowym, usiłował uzyskać tę kon-
cesję dla innego towarzystwa akcyjnego głównie po to,
by przeszkodzić monopolizacji kolejnictwa w ręku jed-
nego konsorcjum. Propozycja odszkodowania była w
tym wypadku zwykłą próbą uzależnienia go za pomo-
cą korzyści materialnych. Pojmując to Proudhon w liś-
cie do ks. Napoleona z 7 września 1853 roku następu-
jąco motywował swą odmowę: „P. Pereirę jest rzecz-
nikiem panującej obecnie w naszej gospodarce narodo-
wej zasady feudalizmu industrialnego i jego przywódcą;
zasadę tę uważam za antydemokratyczną i antyliberal-
ną... Moim obowiązkiem i przeznaczeniem jest zwalcza-
nie tego systemu; byłoby rzeczą zgoła osobliwą, godną
rycerza przemysłu, gdybym przyjął gratyfikację od
przeciwnika". Podobnie jak odmówił przyjęcia odszko-
dowania, nie wyraził też zgody na kandydowanie do
Zgromadzenia Narodowego, uważając zasiadanie w ce-
sarskim parlamencie za formę afirmacji ustroju. Nie
zrywał natomiast kontaktów z ks. Napoleonem i za jego
pośrednictwem przedkładał kilkakrotnie rządowi pro-
jekty reform, które w jego przekonaniu prowadzić mia-
ły do podkopania ustroju i utorować drogę dalszemu
rozwojowi rewolucji.
W stosunku do okresu przedrewolucyjnego tematyka
prac Proudhona uległa znacznej zmianie. O ile w la-
tach 1840—46 zainteresowania jego ogniskowały się co-
raz bardziej na zagadnieniach ekonomicznych, i w tych
kategoriach rozpatrywany był ogół stosunków spo-
łecznych, o tyle pod wpływem rewolucji na pierwszy
plan wysunęły się zagadnienia władzy. Punktem wyj-
ścia tych rozważań była opozycja wobec stanowiska re-
prezentowanego przez wszystkich niemal socjalistów
ówczesnych, a przede wszystkim przez Louis Blanca,
których zdaniem rewolucja polityczna miała umożliwić
dokonanie rewolucji społecznej. W koncepcji tej istot-
ne przeobrażenie stosunków społecznych miało być
dziełem władzy państwowej, a rola ludu kończyła się
na obaleniu rządu dotychczasowego i powołaniu no-
wego.
Tę ideę rewolucji „odgórnej" zakwestionował Proud-
hon jeszcze podczas pobytu w więzieniu w Zwierzeniach
rewolucjonisty, jednej z najgłośniejszych książek fran-
cuskiej literatury socjalistycznej, ogłoszonej jesienią
1849 roku, oraz w pracy pt. Myśl ogólna rewolucji w
XIX wieku, wydanej w połowie roku 1851. Pierwsza
omawiała przebieg wydarzeń podczas rewolucji. Wy-
chodząc z założenia, że główną korzyścią, jaką przynosi
badanie dziejów, jest uświadomienie błędnych kroków
w przeszłości i wyeliminowanie z rozważań nad przy-
szłością dróg, które wiodą do nikąd, Proudhon usiło-
wał wykazać, że historia wydała już wyrok na próbę
zespolenia idei socjalizmu z ideą demokracji parlamen-
tarnej i przekreśliła nadzieje związane z rewolucją po-
lityczną. Rewolucja taka musi nieuchronnie zakończyć
się odbudowaniem władzy autorytatywnej. Klęska re-
wolucji była więc konsekwencją przyjęcia fałszywej
zasady, której podporządkowano całą działalność re-
wolucyjną. Tę samą tezę w postaci rozważań teoretycz-
nych, nie posługując się tym razem szczegółowym ma-
teriałem historycznym, rozwinął Proudhon w pracy
Myśl ogólna rewolucji w XIX wieku. Poświęcił to dzie-
ło analizie zasady wszelkiej dotychczasowej władzy
politycznej.
Podstawowy błąd wszystkich rewolucji w wieku XIX
polegał na akceptacji zasady autorytetu jako podstawy
nowego porządku. Miały one bowiem na celu zdobycie
władzy, nie zburzenie władzy. Stąd też natychmiast po
obaleniu dotychczasowego rządu przystępowano do re-
konstrukcji władzy, sprawowanej wprawdzie przez no-
wych ludzi, lecz opartej na nie zmienionej zasadzie. Na-
dal, jak poprzednio, uważano, idąc świadomie lub nie-
świadomie śladem Hegla, że społeczeństwo obywatel-
skie pełny wyraz znajduje dopiero w państwie i że pań-
stwo warunkować powinno wszelkie formy życia spo-
łecznego. Cały wysiłek wkładano zatem w urządzenie
życia politycznego, którego szczytową formę upatry-
wano w demokracji parlamentarnej, pozostawiając po-
litycznej reprezentacji narodu troskę o organizację ca-
łego życia społecznego. We wszystkich rewolucjach po-
czynając od roku 1789 dążono nieświadomie do znie-
sienia autorytetu państwowego; każda z nich zatrzy-
mywała się jednak wpół drogi i ostatecznie odbudowy-
wała autorytet władzy, pieniądza i kościoła w nieznacz-
nie tylko zmodyfikowanej postaci.
Źródłem niepowodzenia dotychczasowych rewolucji
była niedojrzałość świadomości ich uczestników. Rewo-
lucja jest procesem żywiołowym, ale skutki jej zależą
od ludzkich wyobrażeń na temat społeczeństwa, jakie
się buduje. Myśl ta została wyrażona dobitnie w Zwie-
rzeniach rewolucjonisty. „Nie miejcie, przyjaciele, wat-
pliwości: jeśli poczynając od lutego odkładano stale re-
wolucję, spowodowane to było potrzebą wychowania
naszej młodej demokracji. Nie dojrzeliśmy do wolności;
szukaliśmy jej tam, gdzie jej nie ma, gdzie nigdy jej
nie będzie. Spróbujmy ją teraz zrozumieć, a sam fakt,
że ją rozumiemy, sprawi, iż się pojawi" 55. Błędy tak-
tyczne wynikały z niezrozumienia zadań rewolucji, to
z kolei z niezrozumienia istoty wolności, a to znów —
z niewłaściwej metody badania zjawisk społecznych.
W mniemaniu Proudhona wolność była nieodłączna
od równości. Zasadę ich połączenia nazywał Proudhon
sprawiedliwością, zasadę wykluczającą zarówno wol-
ność jak równość — zasadą autorytetu. Jej przejawem
jest podporządkowanie ludzi ludziom, a więc ustano-
wienie między nimi stosunku podległości. Na takim sto-
sunku opierała się dotąd wszelka organizacja, i to za-
równo w sferze życia politycznego, w stosunkach gos-
podarczych, jak i w sferze życia duchowego. Rzeczy-
wistość ukształtowała wyobrażenie o ideale: zamiast
zakwestionować samą zasadę autorytetu, reformatorzy
społeczni cały wysiłek wkładali w uzasadnienie nowych
form władzy autorytatywnej. Monarchę-jedynowładcę
zastępowano więc przedstawicielstwem narodowym, pa-
nowanie pieniądza — wszechwładzą wspólnoty, kościół
katolicki — hierarchią socjalistyczną.
W rozważaniach tych jeden zwłaszcza wątek godzien
jest podkreślenia: potraktowanie ideałów jako faktów
społecznych, które są wprawdzie przyczynowo uwarun-
kowane, ale zarazem zachowują wśród innych swą
autonomię. Niedocenianie tej autonomii było, według
Proudhona, jednym z głównych błędów rzeczników
„odgórnej rewolucji". Wyobrażają oni sobie, że z chwilą
dokonania zmian społeczno-ustrojowych świadomość
ogółu ludzi zmieni się automatycznie w pożąda-
nym przez nich kierunku, sądzą, że można dekretem
przekształcić ludzkie mniemania. Zarzut Proudhona do-
tyczy w istocie traktowania zjawisk społecznych na
modłę zjawisk przyrodniczych, przypisywania życiu
ludzkiemu uwarunkowań przyczynowych działających
tak samo jak w przyrodzie. Przy tym ujęciu zapo-
mina się zupełnie o wolności, jaką posiada każdy czło-
wiek jako jednostka. Jej myślenie poddaje się nawy-
kom, poddaje się także wpływom zewnętrznym, zawsze
jednak może ono pójść w kierunku nieoczekiwanym.
Dlatego rzeczywiste przemiany społeczne muszą iść
w parze z odpowiednimi zmianami w świadomości.
Rewolucja powinna wydobyć na jaw to, co w ludziach
tkwi naprawdę: ich wolność i równość. Na przeszkodzie
temu stoi zasada autorytetu. Wiekowe doświadczenie
uczyniło z niej nawyk myślowy. Zniszczyć go może tyl-
ko nowe doświadczenie i do tego właśnie powinna dą-
żyć wszelka władza rzeczywiście rewolucyjna. Musi
więc ona przystąpić do świadomej autodestrukcji, po-
pierając wszelkie formy życia społecznego nie oparte
na autorytecie.
Aby jednak pojąć w pełni błędność zasady autoryte-
tu, nie wystarcza wskazać na jej skutki, lecz należy po-
nadto wyjaśnić jej genezę. Błąd nie polega po prostu
na jej ustanowieniu, tkwi głębiej, tkwi nie w samej za-
sadzie, lecz w sposobie jej pojmowania i w jej absolu-
tyzacji. Błędna jest przede wszystkim metoda myśle-
nia, która traktuje społeczeństwo jako całość bez-
względnie jednorodną i wobec tego szuka jedynej
zasady, która ma służyć za uniwersalny regulator
stosunków między ludźmi. Tymczasem społeczeństwo
jest wprawdzie jednością, lecz jednością wewnętrznie
zróżnicowaną. Więzi społeczne, na jakich opiera się ro-
dzina, stowarzyszenie wytwórcze, organizm polityczny,
mają charakter różny. Zasada, która w jednej grupie
społecznej rodzi harmonię, w innej wywołuje dyshar-
monię. Próba organizacji społeczeństwa we wszystkich
jego przejawach według jednego modelu musi nieu-
chronnie prowadzić do konfliktów społecznych.
Proudhon rozwinął szerzej tę myśl dopiero w pracy
wydanej w roku 1858 pt. O sprawiedliwości tv rewolu-
cji i Kościele. Zasada autorytetu jest naturalną podsta-
wą rodziny. Więź rodzinna łączy jednostki z natury nie-
równe i nierównoprawne: kobieta ustępuje mężczyźnie
nie tylko siłami fizycznymi, ale również duchowymi —
intelektem i charakterem. Przeznaczeniem jej jest być
albo gospodynią, albo prostytutką. Jest to wątek tym
ciekawszy, że w socjalizmie francuskim równoupraw-
nienie kobiety i swoboda seksualna były nieledwie do-
gmatem; Proudhon opowiadał się natomiast za rodziną
patriarchalną, w której ojciec miał być elementem de-
cydującym, a decyzje jego miały mieć charakter wią-
żący i ostateczny. Ojciec włada więc rodziną na mocy
swego autorytetu, ale autorytet ten oparty jest na mi-
łości i szacunku, nie ma więc w nim nic z zewnętrzne-
go przymusu. Kiedy jednak zasada patrymonialna roz-
ciągnięta została na inne sfery współżycia ludzkiego,
nastąpiła nieunikniona jej degeneracja. Przymus, znie-
wolenie zastąpiły miłość i poważanie. Było to nieu-
chronne; biorąc pod uwagę, że w stosunkach ekono-
micznych i politycznych występują partnerzy równo-
prawni, utrwalenie autorytetu jest więc równoznaczne
z pogwałceniem wolności i równości.
Oprócz rozważań teoretycznych obie wspomniane
powyżej prace, podobnie jak wydana w roku 1852, w
trzy miesiące po opuszczeniu więzienia, książka Rewo-
lucja społeczna dowiedziona przez zamach stanu 2 grud-
nia, zawierały też program działania. Ostatnią z nich
wymienił zresztą Marks w 1869 roku w przedmowie do
drugiego wydania 18 brumaire'a Ludwika Bonaparte,
polecając ją razem z pamfletem Wiktora Hugo na Na-
poleona Małego jako jedyne zasługujące na uwagę pra-
ce na temat zamachu stanu z 2 grudnia 1851 roku.
Marks podkreślał, iż Proudhon „usiłuje przedstawić za-
mach stanu jako rezultat poprzedzającego zamach roz-
woju historycznego", zarzucając zarazem Proudho-
nowi, że obraz rozwoju wydarzeń zamienia się u niego
niepostrzeżenie w apalogię cesarza.
Proudhonowski program działania można rozpatry-
wać z dwóch punktów widzenia. Był to przede wszyst-
kim doraźny program ratowania rewolucji, obrony re-
publiki przed monarchicznym zamachem stanu. Swe
nadzieje w tym względzie pokładał Proudhon nie w
proletariacie, który po dniach czerwcowych nie miał
już żadnego wpływu na rządy, a ponadto ulegał dema-
gogii Bonapartego, lecz w klasach średnich, w burżua-
zji. Głosił, mianowicie, sojusz burżuazji (rozumiejąc
przez ten termin przede wszystkim drobnych posiada-
czy) i proletariatu w obronie republiki, w którym kie-
rownictwo miało przypaść burżuazji. W przedmowie do
Myśli ogólnej rewolucji zwracał się do niej z gorącym
apelem: „Lud oczekuje was jak w latach 89, 93, 1830,
1848. Rewolucja wyciąga do was rękę: ocalcie lud, ocal-
cie się sami, tak jak ojcowie wasi — przez rewolu-
cję". Proudhon liczył jeszcze, że uda mu się dokonać
rozłamu w obozie rządowym, liczył na konflikt między
wielką własnością a rzeszą drobnych posiadaczy, a wy-
wody jego obliczone były na przekonanie tych ostat-
nich, że ze strony proletariatu nic im nie grozi, jedy-
nym zaś realnym niebezpieczeństwem jest dla nich peł-
ne zwycięstwo reakcji, przypieczętowane powrotem
monarchicznej formy rządu.
Ten doraźny program znajdował jednak szersze uza-
sadnienie w teorii rewolucji. Logiczną konsekwencją
poglądu, który istotę rewolucji upatrywał w dążeniu
do odrzucenia wszelkiego autorytetu, było zbagatelizo-
wanie samego aktu przejęcia władzy w toku rewolucji.
Proudhon nie był zresztą pod tym względem konse-
kwentny; świadczy o tym walka, jaką prowadził prze-
ciw restytucji cesarstwa. Pełny sens jego teorii rewo-
lucji ujawnia się dopiero po zamachu stanu, ale wcześ-
niejsze prace zawierają już wszystkie myśli dla niej
istotne.
W przekonaniu Proudhona rewolucja polityczna była
konsekwencją rewolucji społecznej, nie jej przesłanką.
Ta ostatnia polegać miała na tworzeniu warunków
umożliwiających całkowity zanik władzy autorytatyw-
nej, tj. na przekształceniu zarówno sposobu myślenia,
jak i najważniejszych instytucji społecznych. Nie mo-
gło to nastąpić w wyniku jednorazowego aktu ani na-
wet w stosunkowo krótkim okresie przejściowym; moż-
liwe było jedynie jako proces ciągły i długotrwały.
W związku z tym Proudhon ukuł termin „rewolucja
permanentna", który, jak wiadomo, funkcjonował rów-
nież podczas rewolucji rosyjskiej; u Proudhona jednak
miał on inne znaczenie. „Rewolucja ciągła" oznaczała
rewolucję dokonywaną stopniowo, niemal niepostrzeże-
nie, rewolucję, w której nie dochodzi do wielkich starć
klasowych, przede wszystkim zaś do starcia między nie-
posiadającymi a drobnymi właścicielami. Była to wła-
ściwie idea stopniowego przerastania kapitalizmu w so-
cjalizm, w której nie było miejsca nawet na decydują-
cy strajk generalny głoszony potem przez anarchosyn-
dykalizm (Proudhon do końca życia pozostał zdecydo-
wanym przeciwnikiem strajków). Cała działalność obli-
czona na postęp rewolucji sprowadzała się w tym uję-
ciu do krzewienia idei sprawiedliwej wymiany między
producentami i tworzenia ram organizacyjnych, które
jej sprzyjają. Tego typu działalność mogła być podej-
mowana równie dobrze za rządów republikańskich, jak
i w cesarstwie. Przez krótki czas Proudhon liczył na-
wet, że zdoła skłonić rząd do podjęcia kroków sprzyja-
jących jego zamysłom. Wyraziło się to w przedłożeniu
dwóch memoriałów w roku 1855. Jeden dotyczył prze-
kształcenia drugiej wystawy powszechnej, otwartej w
Paryżu, w stały bazar, prowadzony przez powołane spe-
cjalnie w tym celu koncesjonowano i nadzorowane
przez państwo towarzystwo, którego zadaniem byłoby
ułatwianie bezpośredniej wymiany między producen-
tami bez udziału pośredników i z wyeliminowaniem
pieniądza nie tylko jako środka wymiany, lecz także
jako miernika wartości, oraz dostarczanie producentom
nie oprocentowanego kredytu — była to nowa wersja
banku ludowego. Drugi memoriał dotyczył reformy ko-
lejnictwa i domagał się przeciwdziałania monopolizacji
transportu kolejowego. Środkiem po temu miała być
znów polityka koncesji na budowę linii kolejowych
oraz nadzór państwowy nad istniejącymi
przedsiębiorstwami. W obu wypadkach Proudhon nie
postulował
upaństwowienia odnośnych sfer życia gospodarczego,
ale nadzór państwa nad nimi w celu zachowania wol-
nej konkurencji między przedsiębiorstwami usług pu-
blicznych, obrony konsumentów przed dyktowaniem
cen zapewniających nieuprawnione zyski oraz podtrzy-
mania drobnej wytwórczości za pomocą taniego kre-
dytu. Wspomnieć też należy, że zawarta w tych me-
moriałach krytyka wielkiego kapitału i tendencji do
jego koncentracji zawierała u Proudhona wyraźne
akcenty antysemickie.
Memoriały te potwierdzają opinię Marksa o Proud-
honie jako ideologu drobnomieszczaństwa. Ale choć dla
ustroju nie przedstawiały one żadnego niebezpieczeń-
stwa, w oczach reakcji Proudhon pozostał l'homme-ter-
reur. Z tej strony wyszedł więc nowy atak przeciw nie-
mu, który przyspieszył konflikt z rządem. Można rzec,
że Proudhon zmuszony został do zaostrzenia swego sta-
nowiska. Próby porozumienia z władzą cesarską podej-
mował zawsze contrę coeur, zmuszony do tego okolicz-
nościami. Teraz, kiedy rząd się cofał, kiedy dawna de-
magogia społeczna Napoleona III złożona została do la-
musa, a giełda i Kościół uznane zostały oficjalnie za
podporę tronu, kiedy więc wypadki potoczyły się tym
torem, który Proudhon wprawdzie uważał za wysoce
prawdopodobny, lecz nie za jedynie możliwy, doszło
znów do starcia.
Bezpośrednim powodem był atak przypuszczony na
Proudhona przez katolickiego pisarza, Eugeniusza de
Mirecourt, którego inspirowała po cichu kuria w Be-
sancon. W roku 1855 ogłosił on w cyklu „Nasi współ-
cześni" biografię Proudhona, gdzie napisał m. in.:
„W razie rewolucji jest dwóch ludzi, których dyktator
powinien zmusić za wszelką cenę do milczenia: Proud-
hon i Girardin". Była to jawna denuncjacja połączo-
na z ingerencją w najbardziej prywatne sprawy,
przedstawione nb. nieściśle lub wręcz kłamliwie.
Proudhon, według własnego określenia, żył wówczas
na bocznym torze. Po pracach poświęconych rewolucji
i zamachowi ogłosił w roku 1853 Filozofię postępu, któ-
ra nie znalazła szerszego oddźwięku, oraz napisał do
spółki dla zarobku ironiczny Podręcznik spekulanta
giełdowego, gdzie nazwisko jego jako współautora po-
jawiło się dopiero w 3 wydaniu w roku 1857. Pamflet
Mirecourta skłonił go do podjęcia walki z Kościołem.
W kwietniu 1858 roku, po przeszło dwuletniej pracy,
ogłosił wspomniane już ogromne (ponad 1500 stron)
dzieło O sprawiedliwości w rewolucji i Kościele.
Książka takiego autora i pod takim tytułem od po-
czątku była podejrzana. Policja nachodziła drukarnię,
aby dowiedzieć się czegoś bliższego o jej treści. Osta-
tecznie dopuszczono ją do sprzedaży, ale po tygodniu,
podczas którego rozeszło się 6000 egz., prokurator na-
kazał konfiskatę, a autorowi wytoczono proces o sianie
niepokoju, obrazę moralności publicznej, publiczną po-
chwałę zbrodni itp. Proudhon zresztą jak zwykle pro-
wokował. W książce zamieścił szereg listów otwartych
do kardynała arcybiskupa Besancon, w których prostu-
jąc kalumnie na temat własnej osoby przyznawał się
dumnie do swego pochodzenia, opisywał warunki ży-
cia w młodości i doznane upokorzenia, a równocześnie
demaskował rolę kurii jako inspiratora książki Mire-
courta i źródło informacji o sobie i swej rodzinie. Pierw-
szy egzemplarz książki posłał ks. Napoleonowi. W do-
łączonym, ostatnim w ich korespondencji liście prze-
powiadał upadek cesarstwa: ,,W chwili gdy ukazuje się
ta książka, konflikt między ustanowioną władzą i świa-
domością rewolucyjną, która sama tylko ją usprawied-
liwia, pogłębił się tak, że myśl o królobójstwie krąży
wszędzie... Obawiam się, książę, że złe czasy nadchodzą
dla pana". Przypomnijmy, że słowa te pisał w chwili,
gdy cesarstwo było u szczytu powodzenia.
W wytoczonym Proudhonowi procesie zapadł wyrok
skazujący go na 3 lata więzienia i grzywnę. Niedługo
pociągnięto też do odpowiedzialności wydawcę. Proud-
hon apelował, ale przede wszystkim chciał się odwołać
do opinii publicznej. Wszyscy wydawcy i księgarze
otrzymali jednak poufną przestrogę ze strony policji,
że każde pismo Proudhona może ich narazić na przy-
krości. Ucieczka była więc nie tylko ratowaniem wol-
ności, lecz ratowaniem możliwości dalszego działania.
W zapiskach z 11 maja 1858 roku czytamy: „Skazany
lub nie, trzeba, bym udał się do Belgii powiedzieć, co
mam na sercu". Uszedł w połowie lipca. Wydana tam
apologia pt. Sprawiedliwość prześladowana przez Koś-
ciół nie została we Francji dopuszczona do sprzedaży.
O sprawiedliwości w rewolucji i Kościele, owa summa
proudhonizmu, porusza tyle zagadnień, że nie sposób
omówić jej tutaj bardziej szczegółowo. W opinii po-
wszechnej była to zresztą praca żle napisana, chaotycz-
na i rozwlekła, niemniej jednak odegrała ogromną rolę
w życiu umysłowym Francji; cały antyklerykalizm
francuski drugiej połowy XIX wieku z niej się wywo-
dził lub na nią powoływał. Z konieczności zatrzymamy
się tylko na jednym zagadnieniu, mianowicie na pro-
blematyce wolności i konieczności w procesie dziejo-
wym, które zresztą kilkakrotnie już wypływało w in-
nych aspektach. Jest to jednak chyba kluczowy punkt
w całej myśli Proudhona i dlatego warto wrócić do nie-
go raz jeszcze.
Termin „wolność" występuje u Proudhona w różnych
kontekstach i znaczeniach. Pierwotnie, w Co to jest
własność?, oznaczał stan, do którego ludzkość dojdzie
w przyszłości, trzeci, a zarazem ostatni szczebel uspo-
łecznienia. W owym czasie Proudhon głosił prawidło-
wość postępu. Ludzkość przebywa w swych dziejach
trzy stadia: religijne, filozoficzne i metafizyczne. Świa-
domość jej rozwija się od instynktownego, nader suma-
rycznego wyobrażenia o ładzie powszechnym, które
znajduje wyraz w pojęciu Boga, poprzez dążenie do po-
znania wszelkich zjawisk za pomocą formuły przyczy-
nowości, aż do stworzenia ogólnej teorii ładu, czyli
stworzenia metody naukowej, która pozwoli zrozumieć
zjawiska otaczającego świata w ich całokształcie i zróż-
nicowaniu. Wolność występowała zatem jako etap
końcowy prawidłowego procesu. Ale zanim jeszcze wy-
buchła rewolucja, pojawiły się u Proudhona wyraźne
wątki antydeterministyczne. Słynne zdanie: „Bóg to
zło", pojmuje się często jako wypowiedź ateisty czy ra-
czej antyteisty; wydaje się jednak, że chodziło tu prze-
de wszystkim o zakwestionowanie wszelkiej zewnętrz-
nej wobec człowieka konieczności, zakwestionowanie jej
nie w tym sensie, iżby w ogóle nie była możliwa, lecz
w tym, że człowiekowi nie wolno się na nią zgodzić. Po-
dobny wątek spotkamy w dziele O sprawiedliwości.
W części pt. Postęp i dekadencja, po wyjaśnieniu obu
terminów, pisał: „W obu wypadkach powiadam, że ludz-
kość sama się doskonali lub cofa, ponieważ wszystko
zależy tu wyłącznie od świadomości i wolności, tak iż
ruch, którego podstawą jest sprawiedliwość, a siłą na-
pędową wolność, nie może już zachować nic z fatal-
ności". Ruch sprawiedliwości „jest ad libitum całkowi-
cie fakultatywny i może wedle upodobania, z wolnej
woli przyśpieszać się, zwalniać kroku, przerywać bieg,
cofać się, odżywać na nowo". Postępu sprawiedliwości
nie dyktuje więc żadna konieczność. Więcej nawet,
„gdzie w ruchu społecznym dostrzega się konieczność,
tam można rzec a priori, że w stosunku do postępu jest
ona czymś obcym".
Wydawałoby się, że konieczność została zupełnie za-
negowana. Wniosek przedwczesny. Po pierwsze, istnieje
imperatyw moralny. Jego wieczysta obecność sprawia,
że ludzie nieustannie poszukują sprawiedliwości i ni-
gdy w poszukiwaniach tych nie ustaną. Z wolnością
w pojęciu Proudhona koliduje tylko przymus z e-
wnętrzny, a nie obligatoryjny nakaz wewnętrzny.
Przeciwnie, dopiero świadome posłuszeństwo temu na-
kazowi ze strony wszystkich ludzi zapoczątkuje pano-
wanie sprawiedliwości. Ale nie koniec na tym, istnieją
też konieczności zewnętrzne. Narzucają się one wów-
czas, kiedy ludzie nie idą z dobrawoli za popędem we-
wnętrznym, lecz tworzą sobie własne bogi — autory-
tety. Konieczność przejawia się zatem we wszystkich
procesach żywiołowych, wolność jest nieodłączna od
świadomości.
Cóż znaczą jednak procesy żywiołowe? Proudhon wie
dobrze, że świadomość zawsze uczestniczy w ludzkich
działaniach. Żywiołowość oznacza więc tylko bezmyślne
uleganie nawykom, kierowanie się prawdami uznany-
mi, bez próby ich weryfikacji. Ostatecznie dochodzimy
więc do tego, że ludzie zawsze są wolni, lecz nie zawsze
czynią ze swej wolności należyty użytek. Całe zadanie
filozofii sprowadza się więc do wykazania, że własny
los leży w ich własnych rękach, że nikt, ani Bóg, ani
przyroda, ani Historia, nie zdejmie z nich ciężaru od-
powiedzialności za przyszłość, że wszystkie możliwości
stoją przed nimi otworem. Jeśli jednak nie potrafią
z wolności swej skorzystać i wybrać właściwej drogi,
wówczas zwalą się na nich plagi i będą dręczyły dopó-
ty, dopóki tej drogi nie odnajdą. Takie nauki płyną ze
wszystkich rewolucji, z całej historii, która poucza prze-
de wszystkim, jakimi drogami iść nie należy, bo wypró-
bowano je już z wynikiem ujemnym. W ten sposób
drogą eliminacji błędnych rozwiązań ludzkość posuwa
się naprzód i realizuje coraz pełniej swą wolność.
Wolność i konieczność, świadomość i żywiołowość po-
zostają wieczyście w związku dialektycznym. Proudhon
skłaniał się coraz bardziej do koncepcji, że zniesienie
alienacji wolności nie jest aktem, jak u Feuerbacha,
lecz nieskończonym procesem. Żywiołowość nigdy nie
ulegnie zupełnej likwidacji, będzie jedynie coraz szyb-
ciej przez ludzi przyswajana. Dlatego też rewolucja ni-
gdy nie dobiegnie końca, nigdy bowiem nie zostaną
stworzone formy społeczne, które nie podlegają już do-
skonaleniu. Tak jak nie ma końca wiedzy o świecie, tak
też nie ma końca przemianom zachodzącym w społe-
czeństwie. Wolność nie jest stanem, lecz ruchem. Praw-
dziwe zwycięstwo rewolucji polega na świadomym za-
akceptowaniu jej permanencji.
Jednym ze sposobów wyrażenia tej myśli przez Prou-
dhona jest przeciwstawienie „sprawiedliwości" i „idea-
łu". Ideał był dla Proudhona dobrem wyabsolutyzowa-
nym, oderwanym od człowieka i wyniesionym na ze-
wnątrz. Cechą ideałów jest to, że pozostają w sprzecz-
ności z czynami wyznających je ludzi. Najjaskrawszym
przykładem tego była dla Proudhona moralność Kościo-
ła, której przeciwstawiał moralność rewolucji. Pierwsza
objawia się wyłącznie w myśli, jako abstrakcja; druga
przejawia się w działaniu. Myśl i działanie zawsze są
z sobą związane, idzie jednak o to, by uświadomić sobie
dwustronność tego związku, dostrzec zależność myśli
od czynu i czynu od myśli. „Idea rodzi się z czynu...
Idea powinna powrócić do czynu". Cały problem wy-
zwolenia pracy sprowadzał się do wyciągnięcia wniosku
z obu formuł równocześnie.
Wolność pojawia się u Proudhona z jednej strony
jako przyrodzona właściwość natury ludzkiej, z drugiej
jako cel, którego realizacja dokonuje się w nieskończo-
nym procesie rozwoju. Nieskończoność tego procesu
wynika stąd, że sam cel nie jest dany ostatecznie, raz
na zawsze, lecz rozwija się razem z dążeniem do jego
osiągnięcia. Cel ten zależy bowiem od aktualnego stanu
świadomości zbiorowej, raison collective, której rozwój
niczym nie jest ograniczony. Dwoistość, o której mowa
na wstępie niniejszego akapitu, wynika stąd, że czło-
wiek jest równocześnie istotą indywidualną i społecz-
ną, jest człowiekiem tylko w społeczeństwie, lecz jest
nim w społeczeństwie tylko jako jednostka, jako indy-
widualność obdarzona własnym rozumem i własną
wolą. Ilekroć zatem Proudhon akcentuje indywidual-
ność człowieka, tylekroć wolność pojawia się jako jego
cecha przyrodzona; ilekroć akcentuje jego społeczny
byt, tylekroć wolność występuje jako treść wewnętrzna
procesu rozwojowego, jako istota rewolucji. Sprzeczność
w ujęciu wolności, podobnie zresztą jak wszystkie
sprzeczności w poglądach Proudhona, wynika ze spo-
glądania na to samo zjawisko, na ten sam problem
z różnych punktów widzenia. Sprzeczność jest bowiem
sposobem ujawniania wielostronności, nieskończonego
bogactwa świata.
VI. PROUDHON I KWESTIA NARODOWA

Emigracja otwiera nowy okres w działalności Proud-


hona. Na pierwszy plan wysuwają się teraz zagadnie-
nia dotąd marginalnie tylko poruszane: problematyka
jedności narodowej i samodzielnego bytu państwowego
narodów oraz problematyka stosunków międzynarodo-
wych, w szczególności zasad, na jakich stosunki te po-
winny być oparte, by zapewnić wszystkim maksimum
bezpieczeństwa i stabilizacji.
Dwie przyczyny tłumaczą fakt, czemu zainteresowa-
nia Proudhona wkroczyły na nowe tory. Z jednej stro-
ny — sytuacja międzynarodowa i rola, jaką grała w niej
napoleońska Francja; z drugiej — doświadczenia oso-
biste. Prestiż międzynarodowy Francji wzrósł ogromnie
po Kongresie Paryskim. Aspirowała ona do roli arbitra
Europy. Do pomocy Francji odwoływały się ludy dą-
żące do zjednoczenia i do odzyskania niepodległości —
Włosi i Polacy. Spraw wewnętrznych nie dało się już
w tych warunkach rozpatrywać w oderwaniu od za-
gadnień międzynarodowych. Do tego doszły względy
bardziej subiektywne. Proudhon dotychczas dwukrotnie
tylko przez krótki czas przebywał za granicą. Po-
zostałe kraje interesowały go w nieznacznym tylko
stopniu, na wszystkie poruszane przez siebie zagad-
nienia patrzył przez pryzmat Francji. Teraz po raz
pierwszy znalazł się w sytuacji człowieka, któremu
wypadło urządzić się za granicą na stałe. Francja na-
dal leżała w centrum jego zainteresowań, ale była to
już Francja widziana z zewnątrz.
Cykl prac na wspomniane na wstępie tematy otwiera
Wojna i pokój, rozważania nad zasadą i charakterem
prawa narodów. Wydana w początkach roku 1861, praca
ta wywołała wśród przyjaciół Proudhona prawdziwą
konsternację, gdyż odczytano ją jako apologię siły
i gwałtu. Były po temu powody. Podejmując próbę na-
pisania — według własnego określenia — „fenomeno-
logii wojny", Proudhon traktował wojnę jako „boskie
zdarzenie" i „prawo dziejowe". Tylko wojna ustanawia
równowagę sił, tylko w wyniku wojny równowaga ta
zostaje przywrócona, jeśli uległa zachwianiu. Przyja-
ciół Proudhona tezy te szokowały z jednej strony przez
swą zbieżność z teodyceją tradycjonalistów francuskich,
zwłaszcza de Maistre'a, z drugiej — przez zawartą w
nich na pozór afirmację polityki wojennej cesarza.
Uważniejsza lektura Wojny i pokoju oraz korespon-
dencji Proudhona z owego okresu rozwiewa te niepo-
rozumienia. Dla Proudhona wojna była prawem dzie-
jowym tylko w odniesieniu do przeszłości, tj. do okre-
su, w którym stosunki między narodami regulowano
wyłącznie na płaszczyźnie politycznej, utożsamiając je
ze stosunkami między rządami. Wojny są nieodłączne
od istnienia państw. Im większe państwa, tym bardziej
niszczycielskie są wojny między nimi, a tendencja do
wyeliminowania wojen za pomocą stworzenia monarchii
uniwersalnej doprowadziła jedynie do wojen o zasięgu
światowym. Stąd dwa wnioski: pierwszy, że dla usta-
nowienia pokojowych stosunków między narodami trze-
ba znaleźć inną, pozapaństwową formę ich organizacji;
drugi, że dopóki to nie nastąpi, należy konserwować
istniejącą równowagę sił, co w tłumaczeniu na język
praktyczny oznaczało postulat niezmieniania statusu
politycznego Europy, ustanowionego przez Kongres
Wiedeński. Drugi wniosek spotkał się z żywym sprze-
ciwem całej demokracji europejskiej. Nastąpiło to
zwłaszcza wówczas, kiedy Proudhon opowiedział się
najpierw przeciw zjednoczeniu Włoch, a potem prze-
ciw restytucji niepodległej Polski.
Zjednoczenie Włoch, dokonane przy współudziale Na-
poleona III (nb. wbrew jego pierwotnym zamiarom),
wywarło ogromne wrażenie. „Armaty pod Magenta
i Solferino obudziły narody; gdziekolwiek uciśniona
była w Europie indywidualność narodowa, duszom za-
świtała nadzieja" — pisał Kossuth. Dokonany został
zasadniczy wyłom w systemie politycznym stworzo-
nym w roku 1815, wyłom, który polegał nie na tym,
że powstało nowe państwo i uległ zmianie układ sił
w Europie, lecz że zasadzie równowagi europejskiej,
przestrzeganej skrupulatnie przez mocarstwa od pół
wieku, przeciwstawiła się skutecznie nowa zasada, któ-
ra odtąd miała w stosunkach międzynarodowych grać
coraz większą rolę: zasada prawa narodów do samosta-
nowienia i własnego bytu państwowego.
Dokoła tej zasady obracają się też nowe rozważania
Proudhona. Na wydarzenia włoskie zareagował trzema
artykułami, które w roku 1862 ukazały się łącznie w
broszurze pt. Federacja i jedność we Włoszech. Ich
kontynuacją była wydana w następnym roku na mar-
ginesie wypadków w Polsce praca pt. Czy traktaty z ro-
ku 1815 przestały istnieć? oraz Nowe obserwacje nad
jednością włoską z roku 1865. Pełniejsze teoretyczne
uzasadnienie wyłożonych tu poglądów zawierała książ-
ka O zasadzie federacji i o konieczności odbudowy
partii rewolucji, która ukazała się w roku 1863.
Przedmiotem tych prac była krytyka zasady suwe-
renności narodowej, której najwybitniejszym wówczas
przedstawicielem w obozie demokratycznym był Mazzi-
ni. Proudhon odrzucał ideę państwa narodowego z kil-
ku względów. Przede wszystkim naród nie jest ciałem
jednolitym. Występują w nim grupy regionalne róż-
niące się dialektem, tradycjami, obyczajem. W grupach
tych ludzie oddychają niejako jednym powietrzem,
znają się nawzajem nie koniecznie w sensie znajomości
osobistej, lecz w sensie bliskości kulturowej. Państwo
narodowe prowadzi nieuchronnie do zaniku grup lokal-
nych. Następuje w nim „unicestwienie poszczególnych
narodowości, w obrębie których obywatele żyją i znają
się nawzajem, na rzecz narodowości abstrakcyjnej,
w której nie oddycha się [swobodnie] i nie zna wzajem-
nie". Własne państwo nie przyczynia się więc do
wzbogacenia życia duchowego narodu, jego kultury,
lecz przeciwnie, zuboża ją.
Wbrew pozorom suwerenność narodowa nie przyczy-
nia się też do złagodzenia ucisku społecznego. Insty-
tucjonalnym wyrazem suwerenności narodowej staje
się własna machina biurokratyczna, własna armia, obie
tym liczniejsze, im większa jest liczba obywateli. Bożek
suwerenności narodowej domaga się kadzidła. Potrze-
ba mu wystawności i przepychu, funkcji i pensji, chwa-
ły wojennej i prestiżu u innych narodów. Własne pań-
stwo oznacza więc dla każdego narodu, że wyodrębnia
się w nim grupa uprzywilejowana i panująca. „Komu
więc służy państwo narodowe? Ludowi? Nie, klasom
wyższym".
Zasada suwerenności narodowej burzy wreszcie cały
istniejący ład polityczny w Europie i na miejsce
względnie stabilnej równowagi wprowadza stan po-
wszechnego zagrożenia i niepewności. Skoro bowiem
wolno Mazziniemu proklamować świętą wojnę narodu
włoskiego przeciw Austrii celem przyłączenia do Włoch
Wenecji, któż może zabronić Napoleonowi III zgłaszać
pretensje do ziem belgijskich zamieszkałych przez lud-
ność mówiącą językiem francuskim? Nawiasem mówiąc,
ten przykład odczytano w Belgii jako wezwanie do
aneksji tego kraju przez Francję. Zasada suwerenności
narodowej grozi więc rozpętaniem nowych wojen
w Europie. Wzmocniłoby to tylko wszelką władzę pań-
stwową i powiększyło ucisk ludu.
W zasadzie niepodległości i jedności narodowej znaj-
dują więc wyraz nie interesy ogólnoludzkie, nie interes
postępu, rewolucji, ludu pracującego, lecz interesy par-
tykularne, które przy bliższym zbadaniu okazują się
nawet nie interesami narodowymi, lecz interesami wyż-
szych warstw poszczególnych narodów. Zdaniem Proud-
hona szczególnie dobitnym tego przykładem jest spra-
wa polska.
Broszura Czy traktaty z roku 1815 przestały istnieć?
tej właśnie sprawie była poświęcona. Ogłoszona pod
koniec 1863 roku, kiedy sympatia całej demokracji
europejskiej była po 'stronie ginącego powstania, spo-
tkała się z powszechnym potępieniem. Marks nazwał ją
pismem haniebnym; Polacy zaprzyjaźnieni z Proudho-
nem, wśród nich bardzo mu bliski Edmund Chojecki,
pisujący pod pseudonimem Charles Edmond, zerwali
z nim w ogóle stosunki.
Stanowisko Proudhona wobec Polski przypominało
pod pewnymi względami stosunek Marksa i Engelsa do
Czechów i Chorwatów podczas Wiosny Ludów. Polska
była dla niego krajem skazanym na byt bezpaństwowy.
Zawiniła temu polska szlachta. Doprowadzając po
śmierci Sobieskiego kraj do kompletnego bezładu, spra-
wiła ona, że stał się on stałym ogniskiem zapalnym,
wrzodem na ciele Europy, którego usunięcie było ko-
niecznością dziejową. Rozbiory były zatem w pełni
usprawiedliwione z punktu widzenia postępu i rewo-
lucji. Do tego momentu rozumowanie Proudhona szło
tymi samymi torami, co rozumowanie oficjalnej hi-
storiografii rosyjskiej. Ale zarzuty jego pod adresem
Polski szły dalej. Polska służyła Proudhonowi za przy-
kład egoizmu klasowego warstw uprzywilejowanych.
W żadnym kraju arystokracja i kler nie zdradziły w
sposób równie bezprzykładny własnego ludu. Szlachta
polska, utożsamiając się z narodem, zawierała sojusze
z wszystkimi wstecznymi rządami francuskimi — z dy-
rektoriatem, konsulatem i cesarstwem, a nadzieje swe
na odbudowę własnego państwa wiązała z udziałem Po-
laków w gnębieniu dążeń wolnościowych innych naro-
dów — Murzynów na San Domingo, Hiszpanów, Wło-
chów, Niemców, Rosjan, z podbojami Napoleona i jego
dążeniem do monarchii uniwersalnej. W przekonaniu
Proudhona odbudowa Polski nie leżała ani w interesie
ludu polskiego, ani w interesie pozostałych ludów euro-
pejskich. Wzmacniając pozycję szlachty polskiej, po-
zwalając jej na nieograniczony wyzysk chłopa, odbu-
dowa państwa polskiego opóźniłaby o całe wieki eman-
cypację polskiego ludu. Równocześnie zahamowałaby
ona reformy w państwie rosyjskim, powodując powrót
do mikołajowskich form absolutyzmu. Wreszcie uwi-
kłałaby całą Europę w nowe konflikty zbrojne, burząc
ostatecznie równowagę sił ustanowioną przez Kongres
Wiedeński, a taki stan zakłócenia równowagi i po-
wszechnej niepewności sprzyjałby jedynie umocnieniu
władzy w pozostałych państwach, hamując postęp so-
cjalizmu i rewolucji.
Jakie względy skłoniły Proudhona do zajęcia takiego
stanowiska? Przede wszystkim pamiętać należy, że
Proudhonowska krytyka włoskich i polskich dążeń do
stworzenia własnego państwa wynikała z negatywnego
stosunku do wszelkiej scentralizowanej władzy państ-
wowej. Zasada państwa narodowego oznaczała dla nie-
go degenerację idei równouprawnienia wszystkich na-
rodów, którą akceptował bez zastrzeżeń. Równość na-
rodów powinna się wyrazić w równości ich poziomu
ekonomicznego i kulturalnego, w maksimum wolności
przysługującej każdej jednostce i każdej społeczności
lokalnej, a nie w rządach własnej arystokracji, własne-
go kleru i własnej plutokracji. Dla Proudhona Francja
nie była bardziej wolna od Włoch przez to, że jej gra-
nice państwowe pokrywały się z grubsza z obszarem
zamieszkałym przez naród francuski.
W istocie rzeczy Francja przesłaniała Proudhonowi
świat i tym w znacznej mierze tłumaczy się jego stano-
wisko w kwestii narodowej. Ruchy narodowe oceniał
przede wszystkim z punktu widzenia ich wpływu na
sytuację wewnętrzną we Francji. Wcześnie, bo już pod-
czas wojny krymskiej, dostrzegł, że Napoleon III wy-
stępuje w roli obrońcy narodów uciśnionych po to, aby
rzekomą postępowością w polityce zagranicznej uza-
sadnić rosnące uwstecznienie w polityce wewnętrznej:
ograniczanie swobód, rozbudowę armii, sojusz z klerem
maskowany hasłem jedności narodowej. Jako obrońca
narodów uciskanych Napoleon III usiłował narzucić się
Europie w roli arbitra, podczas gdy w rzeczywistości
był, zdaniem Proudhona, żandarmem rewolucji. Kiedy
więc cesarz w przemówieniu wygłoszonym 4 listopada
1863 roku oświadczył, że „traktaty z roku 1815 prze-
stały istnieć", i kiedy dla uregulowania sprawy polskiej
zaproponował zwołanie nowego kongresu europejskie-
go, Proudhon odpowiedział apologią traktatu wiedeń-
skiego, wskazując, że od niego rozpoczęła się w Europie
era konstytucjonalizmu i że kwestionując te układy Na-
poleon III nie ma na myśli oparcia stosunków między-
narodowych na bardziej sprawiedliwej zasadzie, lecz
powrót do sytuacji sprzed roku 1815, tj. do wojen obli-
czonych na stworzenie monarchii uniwersalnej, i do
systemu bezwzględnej dyktatury. Zasady głoszone
przez Mazziniego sprzyjają tym zamiarom.
Idei uregulowania stosunków politycznych na świe-
cie w oparciu o zasadę państwowej suwerenności każ-
dego narodu przeciwstawił Proudhon ideę federacji.
Pojmował ją wielostopniowo. Zasada federacji miała
regulować zarówno stosunki między społecznościami lo-
kalnymi w obrębie istniejących aktualnie państw, jak
i stosunki międzypaństwowe. Państwo scentralizowane
zastąpić miała federacja samorządowych, autonomicz-
nych gmin, a stosunki międzypaństwowe miały być za-
stąpione federacją federacji.
Na temat źródeł tych myśli różne się snuje przypusz-
czenia. Idea federacji jako podstawy prawa narodów
występowała u Kanta w Projekcie wiecznego pokoju.
Powtarzał ją Saint-Skrion w O reorganizacji społeczeń-
stwa europejskiego. Federalizm jako zasadę ustroju
państwowego omawiał obszernie Tocqueville w Demo-
kracji amerykańskiej. Istniał ponadto przykład Szwaj-
carii znany Proudhonowi z autopsji. U Proudhona idea
federacji wiąże się ściśle z postulowaną przez niego od
dawna równowagą sił i sprzecznych tendencji, z którą
wiązał nadzieje na wyeliminowanie w przyszłości
ostrych konfliktów klasowych i międzynarodowych
i zapewnienie maksimum wolności jednostce. Istotna
samorządność grupy społecznej, obojętne, jakiego ro-
dzaju, osiągalna jest tylko na takim szczeblu, na którym
wszyscy jej członkowie znają się nawzajem i w codzien-
nej współpracy oraz wymianie myśli są w stanie usta-
lić, na czym polega ich interes grupowy. Na tym szcze-
blu — w rodzinie, we wspólnym warsztacie, w społecz-
ności lokalnej — zrealizowane zostaje maksimum wol-
ności indywidualnej. Nie oznacza to zupełnego wyeli-
minowania przymusu, żadna organizacja bowiem nie
może się bez niego obejść, ale sprowadzenie go do naj-
niezbędniejszego minimum, gdyż wszelkie ograniczenie
wolności oparte jest w takiej społeczności nie na samo-
wolnej decyzji mniejszości i nie na woli większości na-
rzucanej mniejszości, lecz na zgodzie powszechnej.
A zgodę taką osiągnąć się da wtedy tylko, kiedy każdy
członek społeczności będzie do głębi przekonany, że
świadczy na rzecz innych dokładnie tyle, ile oni świad-
czą na jego rzecz. W społeczności tego typu równoważ-
ność świadczeń obowiązuje zatem nie tylko między po-
szczególnymi członkami, lecz także między każdym
członkiem grupy a kolektywem. Z kolei, tak jak jed-
nostki harmonizują swe interesy w ramach grup, w których
wszyscy się znają i wszyscy na co dzień ze sobą
współpracują, tak harmonia i współpraca między gru-
pami realizuje się w ich federacji na coraz wyższym
szczeblu. Teoretycznie biorąc, federacja powinna w
ostatecznym wyniku ogarnąć całą ludzkość; ale ta wizja
nie gra w rozważaniach Proudhona roli istotnej, cały
proces musi bowiem dokonać się stopniowo, od dołu,
i świadomość punktu, do którego ludzkość, być może,
kiedyś dotrze, bynajmniej go nie przyspiesza. Nowego
ładu nie zbuduje się od góry; musi rozwinąć się samo-
rzutnie, budowany przez ludzi, którzy nie usiłują na-
rzucić światu pewnej doktryny, lecz poczynając od
najbliższego kręgu opierają swe stosunki z innymi ludź-
mi na zasadzie równości świadczeń, wzajemnego posza-
nowania wolności i opartej na tym współpracy.
Zjednoczenie Włoch zaprzepaściło, zdaniem Proudho-
na, wielką szansę na stworzenie federacji, która dałaby
przykład, jak można zharmonizować interesy narodowe
przy pełnym poszanowaniu lokalnych odrębności. Pod-
sycając nienawiść do innych narodów jako do barba-
rzyńców (słynne hasło fuori i barbari, które Mazzini
przejął od papieża Juliusza II) stworzono, zamiast do-
browolnego zrzeszenia lokalnych narodowości w jed-
nym wielkim organizmie narodowym, władzę centralną
opartą na zasadzie autorytetu, wyposażoną w środki
przymusu — narzędzie panowania, wyzysku i ucisku
nie mniejszego niż dotąd, tyle że służącego rodzimym
klasom uprzywilejowanym. Jeśli dojdzie obecnie do
rozpadu istniejących państw wielonarodowych, zdaniem
Proudhona efekt będzie ten sam. Rewolucja nie posunie
się przez to ani o krok naprzód. Prawdziwy zaś interes
każdego narodu leży w jej postępie, zarówno we włas-
nym kraju, jak w innych.
Nie ulega wątpliwości, że Proudhon, wychowany
w kraju, który nie znał ucisku narodowego, nie zdawał
sobie sprawy z wielorakich konsekwencji braku własne-
go państwa dla narodu. Warto jednak podkreślić, że nie
należał ani do doktrynerów traktujących miłość
ojczyzny jako przesąd, ani do myślicieli stosujących
w sprawach narodowych podwójną miarę. Jedno z nie-
bezpieczeństw hasła jedności Włoch polegało jego zda-
niem na tym, że może ono zostać podchwycone przez
nacjonalistów francuskich, którzy w imię tejże zasady
zgłoszą pretensję do Belgii i Sabaudii. Oskarżając
Mazziniego o nacjonalizm, Proudhon przeciwstawiał
mu własny patriotyzm, posługując się tymi właśnie ter-
minami. „Mój patriotyzm — pisał — nie kryje w sobie
żadnej zaborczości ani ekskluzywności; moje oddanie
własnemu krajowi nie posunie się nigdy do poświęce-
nia praw ludzkości. Jeśli rząd Francji popełnia jakąś
niesprawiedliwość w stosunku do jakiegoś narodu, tra-
pię się tym i protestuję w miarę moich możności; jeśli
Francja zostaje ukarana za winy jej przywódców, skła-
niam głowę i mówię z głębi duszy: meńto haec pati-
mur [słusznie zostaliśmy ukarani]. Brutus, być może
bez koniecznego powodu, poświęcił ojczyźnie w ofierze
swych synów; co do mnie, gotów byłbym poświęcić
ojczyznę moją na rzecz sprawiedliwości, gdybym zmu-
szony został do wyboru między nimi" 67. W przekona-
niu Proudhona interesy narodowe nie były czymś
podrzędnym w stosunku do dobra rewolucji. Protesto-
wał nie przeciw idei narodowej, lecz przeciw temu, co
uważał za jej wypaczenie, przeciw koncepcjom, które
w jego mniemaniu szkodziły ludzkości, szkodząc tym
samym także narodowi.

VII. SCHYŁEK ŻYCIA.


SPUŚCIZNA PIŚMIENNICZA

Demonstracje pod oknami po ogłoszeniu artykułów


o zjednoczeniu Włoch, uznanych za wezwanie do
aneksji części Belgii do Francji, oraz związane z tym
zamknięcie łamów prasy belgijskiej przed Proudhonem
zmusiły go do opuszczenia kraju, który przez 4 lata
udzielał mu politycznego azylu. Od dwóch łat mógł
powrócić bezpiecznie do Francji, gdzie kara uległa umo-
rzeniu na mocy amnestii, i nie czynił tego tylko ze
względu na większą swobodę wypowiedzi w Belgii. Te-
raz zdecydował się na ten krok. Jesienią 1862 roku zna-
lazł się z powrotem w Paryżu.
Francja widziana z bliska zrobiła na nim bardzo złe
wrażenie. Z jednej strony obserwował rozkwit „feuda-
lizmu industrialnego", z drugiej — bezsilność i zamęt
ideowy w szeregach opozycji. Korespondencja z tego
okresu świadczy o wielkim przygnębieniu Proudhona,
z którego jednak szybko się otrząsnął.
Przyczyniły się do tego sukcesy pisarskie. Artykuły
na tematy włoskie, wydane po powrocie do Francji
w postaci broszury, rozeszły się w nakładzie 12 000 egz.;
O zasadzie federacji — w ciągu 2 tygodni w nakładzie
6000 egz. Proudhon znów stał się postacią pierwszopla-
nową we francuskim życiu politycznym i natychmiast
się w nim zaangażował.
Chodziło o wybory do Zgromadzenia Narodowego
wyznaczone na rok 1863. W ich obliczu Proudhon po-
stanowił odbudować „partię rewolucji". Należy pamię-
tać, że termin ten nie oznaczał dla niego bynajmniej
zwartej organizacji politycznej, lecz tylko propagandę
określonych idei. Idee te wyłożone zostały w broszu-
rze Demokraci zaprzysiężeni i odstępcy, którą Proudhon
w liście do Ch. Beslaya z 10 marca 1863 scharaktery-
zował następująco: „Jest to mała filozofia głosowania
powszechnego, w której pokazuję, że wielka ta zasada
demokracji jest bądź dopełnieniem zasady federalizmu,
bądź też niczym". Z inicjatywy Proudhona powstał też
komitet propagandy bojkotu wyborów; policja cesarska
skutecznie storpedowała jego działalność.
W pismach poświęconych federalizmowi zawarta jest
jednak myśl, która znalazła żywy oddźwięk wśród ro-
botników francuskich. Proudhon rozwinął ją w (wy-
danej pośmiertnie) pracy O zdolności politycznej klas
pracujących. Było to zerwanie z poglądem wyłożonym
w Myśli ogólnej rewolucji w XIX wieku. Rozwijając
teorię federalizmu Proudhon doszedł nie tylko do
wniosku, że wiek XX będzie wiekiem federacji i że
federacja jest tożsama z wolnością, republiką i socja-
lizmem, lecz także proletariatowi, i tylko jemu, przy-
znał funkcję realizatora tej nowej formy społecznej.
W broszurze przedwyborczej padały na ostatnich stro-
nach zdania o konieczności politycznej emancypacji
klasy robotniczej, o potrzebie zerwania z opozycją
mieszczańską i potrzebie własnej organizacji i własnej
reprezentacji. Myśl tę podchwycili autorzy tzw. Mani-
festu Sześćdziesięciu, pierwszego dokumentu programo-
wego francuskiego ruchu robotniczego, którzy w naj-
bliższej przyszłości mieli reprezentować Francję w
I Międzynarodówce.
Intensywność i wielostronność działalności pisar-
skiej Proudhona w ostatnich dwóch latach jego życia
mimo stałego pogorszania się stanu jego zdrowia jest
naprawdę imponująca. Omawiana broszura o aktual-
ności Kongresu Wiedeńskiego była tylko produktem
ubocznym pracy nad historią Polski, zakrojoną na
znacznie szerszą skalę, która miała nosić podtytuł Roz-
ważania o życiu i śmierci narodów, pracy nie zakończo-
nej i po dziś dzień nie opublikowanej. Zagadnieniu tzw.
granic naturalnych poświęcona była praca pt. Francja
i Ren, napisana tylko fragmentarycznie i ogłoszona
pośmiertnie w roku 1867. Pośmiertnie też ukazały się
w roku 1865 dalsze trzy prace: wymieniona powyżej
O zdolności politycznej klas pracujących, nazwana
przez Bouglego „brewiarzem nowej rewolucji", O zasa-
dach sztuki i jej społecznym przeznaczeniu oraz Teoria
własności. Każda z dyktowanych po części na łożu
śmierci prac zawierała idee nowe lub rozwijała przy-
najmniej idee naszkicowane zaledwie w pracach wcześ-
niejszych. O zdolności politycznej było odpowiedzią na
Manifest Sześćdziesięciu i jego krytyką. Proudhon prze-
ciwstawiał hasłu wysunięcia przez robotników włas-
nych kandydatur do Zgromadzenia Narodowego hasło
tworzenia własnych, czysto robotniczych organizacji
i „praktycznej separacji" od burżuazji. W książce O za-
sadach sztuki i jej społecznym przeznaczeniu rozwijał
wątek społecznych zobowiązań i społecznej funkcji
artysty, który w jego przeświadczeniu powinien współ-
uczestniczyć za pomocą swych dzieł w wychowaniu
ludzkości. W Teorii własności powracał do problemu
wzajemnej zależności między wolnością a posiadaniem.
Pisał przed ćwierć wiekiem, że własność jest kradzieżą.
Nie kwestionował również obecnie tej tezy. Podkreślał
jednak, że własność posiada także drugą stronę: wa-
runkuje indywidualną wolność. Nie chodzi więc o to,
by własność zlikwidować, lecz by uniemożliwić wy-
zysk oparty na posiadaniu. Federacja miała być formą
społeczną, w której cel ten zostanie w maksymalnym
stopniu zrealizowany.
Pozostały ponadto w spuściźnie po Proudhonie, któ-
ry zmarł 15 stycznia 1865 roku, inne jeszcze prace. Nie
wszystkie bynajmniej wydano. Znalazła się wśród nich
praca o sprzecznościach politycznych, pomyślana jako
teoria ruchu konstytucyjnego w wieku XIX, książka
poświęcona emancypacji kobiet, której Proudhon do
końca pozostał zajadłym wrogiem, pt. Pornokracja,
czyli kobiety w czasach dzisiejszych, dalej'Jezus i po-
czątki chrześcijaństwa, Odpowiedź na „Życie Jezusa"
Renana, Cezaryzm i chrześcijaństwo, Biblia skomento-
wana, Napoleon I, Napoleon III i Wellington i inne. Sam
ten przegląd pozwala się zorientować w zasięgu zainte-
resowań Proudhona.
Jego wpływ pośmiertny jest tematem wymagającym
osobnego opracowania. O rozmiarach tego wpływu
świadczy fakt, że już w 3 lata po śmierci Proudhona,
w roku 1868, ukazało się zbiorowe wydanie jego pism
w 26 tomach. Nie minęły dalsze 3 lata, kiedy ludzie
z założonego przez niego komitetu propagandy bojkotu
wyborów razem z sygnatariuszami Manifestu Sześćdzie-
sięciu stanęli na czele Komuny Paryskiej.
Czy istniała jakaś jedność w tej myśli tak wielostron-
nej, tak zmiennej, pełnej na pozór sprzeczności? Bougle
szukał jej w Proudhonowskiej socjologii, Bancal —
w ekonomii, Haubtmann eksponował stosunek do Boga.
Marks, jak wiadomo, tłumaczył oscylacje i wahania
Proudhona szamotaniem się drobnomieszczanina spy-
chanego w szeregi proletariatu, lecz zapatrzonego
wstecz, który każdą sprawę skłonny jest rozpatrywać
„z jednej strony" i „z drugiej strony". Każde z tych
ujęć da się uzasadnić na podstawie pism Proudhona.
Nam osobiście wydaje się jednak, że jedność jego myśli
polega na przyjęciu określonych założeń heurystycz-
nych i wynika z określonej ściśle postawy poznawczej
i związanej z nią postawy praktycznej, czyli z akcepta-
cji określonych wartości.
Dla Proudhona świat był nie tylko złożony, ale
również nieredukowalny do jakichkolwiek elementów
prostych. W jego mniemaniu daremne były wysiłki
obliczone na sprowadzenie go do jakichkolwiek zjawisk
lub praw elementarnych. Nie wytłumaczy się świata
ani odwołując się do jego jednorodnej substancji, ani
do przyczynowości jako najogólniejszego w nim prawa.
W metodologii Proudhona pojęciem podstawowym, sto-
sowanym zwłaszcza we wczesnych pracach, nie było ani
pojęcie „faktu", ani pojęcie „prawa", lecz „seria"; to
zaś oznaczało nie tylko ciąg zdarzeń lub odtwarzających
i tłumaczących je myśli, lecz także określoną struktu-
rę ich powiązań. Serii jest wiele. Uporządkowany obraz
świata nie może być jego symplifikacją. Chodzi o to,
by każde zjawisko przyporządkować określonej serii,
rozpatrywać je w jego wielorakich powiązaniach w ra-
mach pewnej całości. Stąd też Proudhon w swej dia-
lektyce nie poprzestaje na dostrzeganiu powszechnie
występujących sprzeczności, ale uwzględnia też obok
opozycji powiązania innego typu: komplementarność
zjawisk, ich implikację, wzajemne zakreślanie pola
możliwości.
W tym tkwiły korzenie pryncypialnego antydogma-
tyzmu Proudhona. Ilekroć bronił jakiegoś punktu wi-
dzenia, a bronił go z reguły namiętnie, traktował go
zawsze jako istotny, lecz nie jako jedynie możliwy.
Naiwne nieco określenie, iż każda rzecz posiada „dobrą"
i „złą" stronę, z którego tak natrząsał się Marks, godzi-
ło we wszelką absolutyzację. Walka z autorytetem była
walką z prawdą absolutną, prawdą wyczerpującą i je-
dyną. Punktem, do którego zmierzać musi wiedza, nie
jest formuła ogarniająca świat bez reszty, lecz uświa-
domienie ludziom jego bogactwa i złożoności, nieskoń-
czonej różnorodności występujących w nim powiązań.
Różnorodność świata była dla Proudhona nie tylko
faktem, lecz także wartością. Heurystycznemu postula-
towi uwzględnienia tej różnorodności w badaniu towa-
rzyszył postulat uszanowania jej w praktyce. Tak jak
odrzucał uproszczenia myślowe, gotów zawsze podejść
do rozpatrywanego zagadnienia od innej strony lub w
inny sposób, tak też nienawidził wszelkiego dążenia do
uniformizacji świata. Rzeczywistość bezwzględnie zde-
terminowana, poddana sztywnym regułom była dla
niego nie do przyjęcia. Ludzie podporządkowani naj-
mądrzejszym choćby prawom, ale w sposób wyklucza-
jący zupełnie żywiołowość ich myśli, uczuć i dążeń,
przestawali być ludźmi. Naturalną i moralną koniecz-
nością było więc zachowanie wolności. Ale wolność in-
dywidualna nie istniała dla niego poza całością po-
nadindywidualną, poza społeczeństwem. Wolność, jeśli
pojmuje się ją jako odosobnienie jednostki, jako zbudo-
wanie między nią a resztą świata przegrody nie do prze-
bycia, jest nie tylko niemożliwa, lecz daje się pomy-
śleć tylko jako zaprzeczenie wolności. Cała Proudho-
nowska krytyka własności, przy równoczesnym uzna-
niu jej za warunek wolności indywidualnej, na tym się
opierała. Wolność bowiem nie polega w jego mniema-
niu na postawieniu siebie poza lub ponad innymi
ludźmi, lecz na wzajemnej afirmacji równości, tj. na
współpracy opartej na wzajemności świadczeń.
Dlatego naczelną kategorią, w której Proudhon roz-
patruje stosunki międzyludzkie, a zarazem naczelnym
jego postulatem staje się sprawiedliwość. Domagał się
jej nie tylko w stosunkach między jednostkami, lecz
także między jednostką a grupą społeczną, do której
ona należy, i między rozmaitymi grupami społecznymi.
Wzajemność świadczeń oraz wzajemne poszanowanie
wolności i odrębności partnera obowiązywać ma we
wszystkich dziedzinach życia, a więc zarówno w sto-
sunkach gospodarczych, jak politycznych, zarówno w
życiu materialnym, jak w duchowym. Służyć miał te-
mu ścisły rachunek gospodarczy, postulowana stale
przez Proudhona „rachunkowość Francji", ale także za-
sada jednomyślności, a nie większości głosów przy po-
dejmowaniu jakichkolwiek decyzji społecznych oraz
bezwzględna tolerancja w stosunku do wszelkich poglą-
dów i zasada rozstrzygania wszelkich sporów wyłącznie
w drodze dyskusji.
Dla Proudhona jedyną dyscypliną możliwą do przy-
jęcia była autodyscyplina. Uważał ją za możliwą i ko-
nieczną. Anarchia nie oznaczała dla niego absolutnej
swobody działania, bezwzględnej samowoli, pozwala-
jącej narzucać światu własną miarę, ale poczucie nie-
rozerwalnego związku własnej wolności z wolnością in-
nych. Wolność jest integralna. Nigdzie nie można jej
gwałcić bez dalszych reperkusji. Wszelki przymus po-
ciąga za sobą przymus. Zlikwidować skutecznie niewo-
lę można tylko na skalę powszechną. Trzeba to uczynić
w skali ogólnoludzkiej i we wszystkich sferach życia
ludzkiego. Wolności nie można też oktrojować, musi
ona rozwinąć się samorzutnie od dołu. Anarchia ozna-
czała więc dla Proudhona bezrząd, lecz nie nierząd,
oznaczała likwidację rządu jako organu stojącego po-
nad społeczeństwem, ale nie samowolę jednostek i brak
wszelkiego prawa.
Jasne, że konsekwencją takiego rozumowania był
postulat równoległej przebudowy form instytucjonal-
nych i przemian w świadomości społecznej. Proudho-
nowski ideorealizm głosił wzajemne sprzężenie bytu
i świadomości ludzkiej i negował sensowność pytania
o prymat jednego z nich. Praca dlatego właśnie grała
w systemie Proudhona tak wielką rolę, że w niej prze-
de wszystkim realizowała się jedność materialnej i du-
chowej działalności człowieka. Sposobu, w jaki reali-
zuje się naprawdę ta jedność w społecznej działalności
ludzi, Proudhon nigdy nie zdołał zadowalająco wytłu-
maczyć; nigdy, mimo że stale operował pojęciami bur-
żuazji i proletariatu, nie przeanalizował zagadnienia
w kategoriach sytuacji klasowej i świadomości klaso-
wej. Wyjątkowo ostro dostrzegał natomiast niebezpie-
czeństwo rozdźwięku międy stanem umysłów i forma-
mi instytucjonalnymi społeczeństwa, dostrzegając nie
tylko hamujące postęp społeczny działanie form prze-
starzałych, lecz również niebezpieczeństwa związane
z narzucaniem społeczeństwu form, do których nie
dojrzała jego świadomość. Stąd właśnie wynikało ujęcie
rewolucji jako procesu ciągłego i nieskończonego i od-
rzucenie gwałtu jako metody przebudowy społeczeń-
stwa.
Proudhonowi brakło ścisłości i systematyczności ce-
chujących wielkiego uczonego. Nie był też politykiem
w potocznym sensie słowa, nie umiał wyznaczać real-
nych celów i organizować do walki o nie sił w osiągnię-
ciu ich zainteresowanych. W ideologii jego znalazły
wyraz wszystkie wahania klasy, która wstępowała do-
piero na widownię dziejową. Na rozwój jej wywarł jed-
nak istotny wpływ i po dziś dzień prace jego skłaniają
do refleksji nad sensem terminu „sprawiedliwość spo-
łeczna", którego zgłębieniu i realizacji poświęcił życie.
O USTANOWIENIU ŁADU W SPOŁECZEŃSTWIE

czyli zasady organizacji politycznej

Rozdział piąty

HISTORIA

§I

Różnorodność problematyki historycznej.


Historia nie jest nauką, lecz materiałem dla nauki

454. Politycy kształcą się przez studiowanie historii:


doświadczenie przeszłości jest nauką dla przyszłości.
Tak mówi mądrość narodów.
Nie zamierzam przeczyć jej świadectwu: historia jest
nauczycielką prawodawców; tak się mówi, sądzę, że tak
jest, i wierzę w to.
Lecz cóż nam przyjdzie z czytania, czy nawet szerze-
nia znajomości historii, jeżeli nie umiemy jej interpre-
tować; jeżeli przypisujemy zjawiskom sens inny, niż one
mają; jeśli nazywamy prawami zwykłe pozory, surowe
fakty, a często, niestety, zakłócenia i nieprawidłowości?
Zagadnienie konieczności studiowania historii sprowa-
dza się więc do tego, w jakich warunkach historia wspo-
maga wiedzę; inaczej mówiąc, jak należy studiować
historię?
455. Historia, tak samo jak filozofia, nie jest bynaj-
mniej nauką: nie ma ona ani specyfiki i jedności przed-
miotu, ani własnej metody. Historia jest następowaniem
po sobie różnych stanów, przez które przechodzi inteli-
gencja i społeczeństwo, zanim pierwsza dojdzie do
czystej nauki, a drugie do realizacji swoich praw. Jest to
panorama tworów w trakcie ich powstawania, które po-
ruszają się chaotycznie, przenikają wzajemnymi wpły-
wami i przedstawiają dla oka mniej lub więcej regular-
ny ciąg obrazów; gdy w końcu każda idea znajdzie się
na swoim miejscu, a każdy element społeczny zostanie
opracowany i zaklasyfikowany, dramat rewolucyjny
osiąga kres, a historia jest już tylko rejestracją obser-
wacji naukowych, form sztuki i postępów przemysłu.
Ruch pokoleń ludzkich przypomina wówczas medyta-
cje samotnika; cywilizacja przywdziewa płaszcz wiecz-
ności.
Tak, przyjdzie czas, kiedy zaburzenia polityczne, któ-
re zajmują tak doniosłe miejsce w naszych kronikach,
znikną prawie zupełnie; kiedy narody sunąć będą bez-
głośnie w swojej ziemskiej wędrówce jak milczące cie-
nie. Czy człowiek będzie przez to szczęśliwszy?... Tego
nie wiem.
Skoro więc przedmiot historii jest wieloraki, wynika
stąd, że historia nie jest wcale nauką, lecz — zgodnie
z etymologią słowa — ekspozycją, świadectwem: wobec
tego użyteczność jej polega z jednej strony na potwier-
dzaniu względnie dementowaniu hipotez teoretycznych
przy pomocy faktów, a z drugiej — na wyjawianiu
nam pracy natury przy tworzeniu porządku.
456. Artysta widzi w historii tylko epopeję, obraz;
filozof szuka w niej raczej postępu wiedzy i wyłaniania
się praw. Stąd dwa sposoby rozpatrywania wydarzeń
lub materiału historycznego: jeden polega na podzia-
łach tego materiału wedle miejsca i czasu, drugi na
rozkładaniu go wedle specyfiki.
Tak więc okres wojny trojańskiej tworzy jedność
epicką Iliady, wojna peloponeska i spisek Katyliny sta-
nowią jedności epickie u Tucydydesa i Salustiusza.
Pisarz obejmuje całość historii, dzieli więc swe opo-
wiadanie na analogiczne grupy: a ponieważ wszystkie
te podziały mają charakter przestrzenno-czasowy, na-
zywam ten sposób traktowania historii metodą integral-
ną albo artystyczną.
Ale czy w historii szukamy postępu umysłowego w
jednej z tysiąca specjalności poznawczych, czy orga-
nicznego rozwoju instytucji społecznych? Historia, tak
jak praca, dzieli się na specjalności, z których czerpie
swoją formę i prawa: nazywam to metodą specjalną
i naukową.
457. Ostatnio ludzie usilnie starali się poznać prawa
rozwoju historycznego; pragnęli, rzec można, odgadnąć
najwyższą formułę Opatrzności. Łatwo teraz zrozumieć,
jak bardzo się łudzili. Historia jest ogólnym obrazem
rozwoju wszystkich nauk; a skoro specjalności nauko-
we nie sprowadzają się jedne do drugich (§ 191 i nast.),
to nie ma ogólnych praw historycznych, ponieważ nie
ma ogólnej nauki. Tracą więc czas w pogoni za nie-
uchwytnym cieniem ludzie, którzy na podobieństwo
filozofów wykraczają poza wszelkie znane specjalności
i w poszukiwaniu urojonej ogólności gromadzą fakty
bez rozróżniania i bez metody i wyobrażają sobie, że si-
łą podziałów logicznych i analogii (§ 241) osiągną dar
przewidywania.
458. Przyznaję, że różne dziedziny poznania, które
nazwałbym chętnie formami naukowymi, aby je bardziej
zbliżyć do instytucji albo form politycznych,
kształtują się mniej więcej w tym samym czasie; że
następnie fazy ich rozwoju są prawie równoległe; że
odznaczają się uderzającym podobieństwem pewnych
rysów; że wobec tego można do pewnego stopnia po-
równywać między sobą wieki Peryklesa, Augusta. Leo-
na X i Ludwika XIV. Ale poszukiwanie absolutnej for-
muły dla tych czterech epok jest absurdem niezależnie
od tego, czy się je porównuje, czy bada oddzielnie. Bo
podobnie jak nauki nie mają wspólnego wyrazu poza
ciągiem, tak i epoka historyczna, a tym bardziej hi-
storia powszechna, nie ma innego wyrazu jak p o-
s t ę p. Ale również tak samo jak teoria ciągów nie za-
wiera w sobie żadnego poznania, lecz tylko wskazuje
ogólny sposób istnienia, i może być określona jako pro-
pedeutyka rozumu — tak i postęp, ogólny sposób bos-
kiego działania ewolucji politycznej, nie może służyć
do ustalenia formuły ani dla historii epoki, ani dla ca-
łości historii.
Postęp, tak jak i ciąg, przejawia się wszędzie: w przy-
ciąganiu, wegetacji, rozmnażaniu się, asymilacji, choro-
bach, naukach i w instytucjach politycznych; ale ten
postęp, który nie jest niczym innym jak siłą lub ży-
ciem, wszędzie podlega różnym prawom, danym przez
samą naturę rzeczy. Dlatego niewiele mnie nauczycie,
jeśli zamiast wyodrębniać i określać, stwierdzicie, że
wszystko jest w Bogu; że szczęście jest celem społeczeń-
stwa; że ciąg jest ogólną formą nauk; że prawem hi-
storii jest postęp. Bo ja chcę wiedzieć, wedle jakiego
ciągu każda rzecz jest uporządkowana i wedle jakiej
zasady podlega postępowi.
Umysł ma bardzo silne skłonności do tłumaczenia
faktu przez fakt i do oszukiwania samego siebie przy
pomocy synonimów; z drugiej strony słowo „prawo"
było tak nadużywane, że dobrze będzie, jeśli rozwinę
nieco swoją myśl. Posłuży to zresztą wykazaniu, jak
mało jesteśmy zaawansowani w naukach społecznych
i w inteligencji historycznej.
459. Widzieliśmy, że poznanie kształtuje się w trzech
następujących po sobie etapach: 1) okres religijny lub
okres kontemplacji panteistycznej; 2) okres filozoficz-
ny lub okres przyczynowości; 3) okres naukowy lub
okres specjalizacji albo porządkowania według ciągów.
Począwszy od tego ostatniego okresu postęp jest już
tylko nagromadzaniem odkryć i obserwacji ciągów;
w gruncie rzeczy rozum nie podlega już postępowi, tyl-
ko gromadzi. Taka była wspólna droga nauk; zanim
opracowały swoją metodę analizy, wszystkie przeszły
erę mistycyzmu i przesądów, w czasie której umysł po-
chłonięty był urojeniami albo też odrywał się od zja-
wisk tylko po to, żeby poszukiwać ich przyczyny. Po-
stępowanie takie sprowadzało go zawsze z powrotem
do punktu wyjścia, to znaczy do wyjaśniania faktu
przez fakt.
Jeśli chodzi o nauki moralne i polityczne, jesteśmy
jeszcze ciągle na tym etapie.
460. Tak więc skoro w historii cywilizacji zauważo-
no stopniowe rozszerzanie się prawa obywatelskiego
i zwiększanie zakresu praw politycznych przyznawa-
nych proletariuszom, uznano zaraz ten fakt, bardzo
ważny sam w sobie i wiele znaczący, za prawo rozwo-
ju historycznego; panowie Ballanche i Lamennais
formułowali je kolejno w taki sposób: „Dochodzenie do
władzy elementu plebejskiego"; — „Postęp wolności
przez inteligencję i miłość" (253).
Ale czy to jest formuła? czy to jest wyrażenie prawa? —
nie mówiąc już o tym, że wyzwolenie proletaria-
tu jest w historii faktem szczególnym, wobec czego nie
może służyć jako jej interpretacja. Każde społeczeń-
stwo zaczyna od antytezy stanu patrycjuszowskiego
i niewolniczego: w jaki sposób w tym stanie rzeczy na-
stępuje stopniowe wyzwalanie niewolników, wzrost
proletariatu i w końcu wyparcie przezeń arystokracji?
Gdybyśmy to wiedzieli, znalibyśmy zasadę rządzącą
faktem i moglibyśmy sądzić o jej prawomocności, o jej
konieczności, o jej celu. Prawo rozwoju proletariatu,
prawo złożone i o bardzo trudnej formule, może więc
znajdować się tylko w nauce ekonomicznej: tym samym
było ono nieuchwytne dla ludzi niewątpliwie bardzo
zasłużonych, ale nie wykraczających swym talentem
poza horyzont literatury.
Postęp wolności jest więc jedną stroną historii cy-
wilizacji, ale nie stanowi całej tej historii; wobec tego
nie stanowi jej formuły, bo zresztą sam potrzebuje for-
muły.
461. Drugą, nie mniej interesującą stroną historii spo-
łeczeństw jest rodzina. Wszędzie gdzie cywilizacja nie
była w zastoju, obserwujemy postęp w konstytuowa-
niu się rodziny, w prawie kobiety i w prawie małżeń-
skim. Ale jaka jest zasada tego postępu? Czy stanowi
ją „inteligencja i miłość"?...
Tutaj również, tak jak w poprzednim zagadnieniu, po-
trzebne są specjalne badania, potrzebna jest, być może,
nauka, którą należy dopiero stworzyć, nauka, która tak
jak ekonomia polityczna będzie musiała znaleźć swoje
potwierdzenie w historii. Już teraz nawet dokonany po-
stęp może nam służyć za wskazówkę przewodnią: mał-
żeństwo przejawia ogólną tendencję rozwoju w kie-
runku monogamii i nierozerwalności. Mojżesz ograni-
Cza luksus małżeński patriarchów, nadaje prawa żonie,
reguluje rozwody, przyznaje wolność niewolnicy, któ-
rą jej pan uczynił matką. Grecja, tolerancyjna w spra-
wach nałożnictwa i stosunków z wyzwoleńcami, otacza
czcią i poważaniem gineceum i z małymi wyjątkami
proklamuje jedność i nierozerwalność małżeństwa.
Rzym uświęca je przez swoje prawa; chrześcijaństwo
doskonali dzieło i skazuje żądzę na wygnanie z małżeń-
stwa. Mahomet, idąc z daleka za tymi przykładami, re-
dukuje liczbę legalnych żon do czterech. Rozwód nie
sprzeciwia się bynajmniej tej tendencji, lecz ją potwier-
dza: prawdziwy sens rozwodu tkwi w stwierdzeniu, że
wskutek niezdolności jednej ze stron albo popełnienia
przez nią przestępstwa małżeństwo w ogóle nie miało
miejsca lub przestało istnieć.
Niechże nie próbują tu przytaczać zwyczajów Wscho-
du czy swobody obyczajów Polinezji. Te czysto nega-
tywne fakty nie obalają pozytywnego faktu postępu na-
rodów europejskich. Poligamia utrzymuje się tylko
tam, gdzie cywilizacja nie posuwa się naprzód lub gdzie
natura ludzka wydaje się osłabiona; nawet gdyby are-
ną omawianego postępu w instytucji małżeńskiej był
jeden tylko szczep złożony z pięciuset osób, zastój
miliona innych nie dowodziłby niczego. Opóźnienie do-
tyczące całego niemal gatunku ludzkiego może być wy-
jaśnione niemocą organiczną lub przeszkodą zewnętrz-
ną: lecz rozwój dowolnie małej cząstki ludzkości w ja-
kimkolwiek kierunku wynika nieuchronnie z dyspo-
zycji ustrojowej i, jako ruch, zakłada impuls, siłę na-
pędową. Niewątpliwie nie osiągnęliśmy celu, do które-
go zmierzamy, pozostało jeszcze coś do zrobienia: ale
na pewno nie w kierunku kiepskiej maskarady Fourie-
ra ani też nie w kierunku wspólnoty kobiet i dzieci, pro-
klamowanej przez niektórych saintsimonistów i komu-
nistów.
Emancypacja kobiety, jej godność, jej rola muszą
być dopiero określone: jest do tego obfitość materia-
łów, ale badania nie zostały jeszcze przeprowadzone.
Poznanie dokonanego postępu może być w tym celu
użyteczne, ale nie daje ono formuły emancypacji ko-
biety, tak samo jak nie daje formuły historii.
462. Czym głębiej studiuje się historię w jej podzia-
łach, tym bardziej nabiera się przekonania o tym, że
owa formuła ogólna, postęp, jest niewystarczająca.
Któż nie wie tego, że religia, to znaczy idee dotyczące
Boga, duszy, celu człowieka od zarania społeczeństw
podlegają postępowi pod względem swej jasności? Jest
to fakt tak oczywisty, że Bossuet w swej słynnej Roz-
prawie o historii powszechnej posłużył się nim jako for-
mułą. Zdaniem biskupa z Meaux przyczyną celową
przemian imperiów, to znaczy racją postępu, jest usta-
nowienie religii Chrystusa. Idea boskości wznosi się,
rośnie i oczyszcza się w miarę, jak doskonali się cywi-
lizacja; można określić niemal dzień, w którym zrodził
się dogmat nieśmiertelności. Kiedy filozofia osiemnaste-
go wieku pokazała opracowany przez Dupuisa, przy
dość dużych błędach, rodowód biegu idei religijnych,
sądziła, że skończyła przez to z tymi ideami; obejmując
tym samym potępieniem formę i treść religii, filozofia
wierna była swoim zwyczajom, ale sprzeniewierzyła się
zdrowemu rozsądkowi. Dziwne by to było w istocie,
gdyby ruch ewolucyjny zawierał w sobie tylko uroje-
nie, gdyby tak długo opracowywane idee zmierzały do
nicości. Sam fakt postępu w ideach religijnych świad-
czy o tym, że wiara w to, że idee te odpowiadają obiek-
tywnej rzeczywistości, która wcześniej czy później roz-
sunie swe symboliczne zasłony i ukaże się nam, jest
przesądem uprawnionym.
Lecz jaki będzie ten jutrzejszy Bóg, absolutny Bóg
rozumu? Wedle jakiej formuły metafizycznej przebie-
ga postęp naszych idei ku temu wielkiemu Nieznane-
mu? Dwa systemy tworzą obecnie prawdziwą antyno-
mię, której teza i antyteza są równie racjonalne i rów-
nie niezbite, aczkolwiek wykluczają się wzajemnie: je-
den system w każdym swym uogólnieniu stwierdza
identyczną naturę, substancję uniwersalną, przyczynę
uniwersalną, wewnętrzną, nieskończoną, niezróżnico-
waną, i sam określając się przez stopniowe różnicowa-
nie dochodzi do świadomości i do rozumu, fit Deus; —
drugi uznaje zwierzchni byt, zewnętrzny wobec świata,
poprzedzający świat, byt, który stworzył świat z włas-
nej woli na swoją chwałę; wiecznie osobowy, rozumny
i wolny, prawodawca, reformator i sędzia; Bóg żydów,
Bóg chrześcijan, którego pojęcie jest nie do pogodzenia
z pojęciem Boga Spinozy, est Deus. Oto dokąd dopro-
wadził nas postęp: w którego więc z tych sprzecznych
bogów, w którą z tez tej antynomii należy wierzyć?
Jeśli kiedyś każdy naród miał swego boga i swoją mszę,
to czy teraz, kiedy zrozumieliśmy porządek i poznali-
śmy antynomie teologiczne, mamy sobie wykuć no-
wego bożka, przerobić religię? Broń Boże...
463. W ten sposób ukazują się nam w swoim rozwoju,
jako różne oblicza ludzkości, Wolność, Równość, Ro-
dzina, Religia. Każde z tych oblicz ma swój odrębny
charakter, swoje atrybuty, swój język, swoje prawa.
Wolność jest dumna, zapalczywa, szlachetna, nosi berło
i miecz. Równość, Temida starożytnych, trzyma w
swych rękach wagę, wzywa wszystkich ludzi na ucztę
życia, nakłada im te same obowiązki i obiecuje równe
wynagrodzenie. Emblematem Rodziny jest Dziewica
niebieska, w złotej aureoli, o piersi niewinnej, z nie-
mowlęciem „swobodnym" i „pełnym prostoty". Religia
o cudownych symbolach, o nieprzeniknionych tajem-
nicach pokazuje nam owoc z drzewa wiadomości do-
brego i złego i wprowadza nas do ogrodu przeznaczeń.
464. Ale najstraszniejszą i najbardziej enigmatyczną
postacią historii jest prawodawstwo karne. Cóż mają
znaczyć kaci, narzędzia tortur i kajdany? Rossi12 twier-
dzi, że był czas, kiedy tortura stanowiła postęp: ale cóż
to jest za przerażająca droga? Po co ci sędziowie, te
przesłuchania, te formuły przysięgi, ci świadkowie, ta
procedura? Czy człowiek może sądzić człowieka? Czy
człowiek ma prawo karać? — a jeśli przysługuje mu
takie uprawnienie, to jaka ma być kara? Jaki jest sto-
sunek przestępstwa do kary? Jak zabezpieczyć się przed
wypaczeniem intencji?... Straszne zagadnienia, które
równie niebezpiecznie jest stawiać, jak trudno rozwią-
zać.
Wszystkim kryminologom znany jest fakt, że od cza-
sów starożytności surowość kar zmniejszała się wraz ze
wzrostem nauki i gładkości obyczajów; że formy sądu
stawały się coraz bardziej łagodne i ochronne (§ 501),
i że teraz poglądy rozwijają się w kierunku stosowania
środków poprawczych, rehabilitacji sumień, niemal
zniesienia kar. Jak to? Czyżby zbiorowy rozum skłon-
ny był sądzić, że skoro zbrodnia jest czymś nienormal-
nym, to kara sądowa jest zemstą, i że „poza przypad-
kiem uprawnionej obrony śmierć i uwięzienie skaza-
nego są nadużyciem siły? — że pomiędzy fanatykiem
godzącym w króla na zakręcie ulicy a społeczeństwem
zabijającym zbrodniarza w uroczystym obrzędzie nie
ma takiego dystansu, żeby nie można było utożsamić
tych czynów za pomocą szeregu równań?... Jeszcze jed-
na tajemnica, straszna tajemnica; obecny stan społe-
czeństwa pozwala zaledwie uchylić jej zasłony. Drży-
my już na myśl, że nasze prawo własności jest tylko
wielką niesprawiedliwością, na nasze szczęście ukrytą
przez obyczaj przed oczami ograbionego tłumu: ale co
się stanie, jeśli odkryjemy, że karząca sprawiedliwość,
która powstała dla obrony tego prawa, jest podstę-
pem?... Jakakolwiek byłaby w tym względzie racja po-
stępu historycznego, długo jeszcze będzie istniała po-
trzeba skazywania i zabijania; no cóż, skoro jest to wa-
runek naszego istnienia, zamykajmy oczy i zadawajmy
ciosy...
Zwróćmy uwagę na pewnego rodzaju równoważenie
się instytucji i poglądów, które przejawia się na każ-
dym szczeblu rozwoju społecznego. Powiedzieliśmy
przed chwilą, że surowość prawa karnego zmniejsza się
w miarę, jak społeczeństwo się doskonali; zupełnie tak
samo religia ulega osłabieniu w miarę, jak oczyszcza się
pojęcie Boga i wzmacnia się rozum; Równość rośnie
wraz z chyleniem się do upadku przywileju i własności;
więzy małżeńskie wzmacniają się, gdy słabnie pociąg
zmysłowy. Postęp ku lepszemu jest powszechny: han-
del prowadzi do jedności ludów i wspólnoty interesów;
zawiści narodowe wygasają; równość uprawnień za-
ciera różnice między żydem i chrześcijaninem, i chętnie
oddajemy się już przewidywaniom powszechnego po-
koju. Charakter występków i zbrodni w społeczeństwie
również uległ zmianie; a jeśli w wielu duszach ludz-
kich zachwianie się religii narusza też zasady moral-
ności i sprawiedliwości, zakłócenie to jest zupełnie
przypadkowe: obyczaje kształtujące się poza wychowa-
niem i wpływami religijnymi przewyższają pod każdym
względem te, które wytworzyły kiedyś praktyki reli-
gijne i wiara w misteria. Ludzie uczciwi wedle norm,
które wytworzyła epoka współczesna, zaczynają być
bardziej współczujący, sprawiedliwi i dobrzy niż ludzie
uczciwi wedle norm katechizmu: można nawet zauwa-
żyć, że dewocja traktowana jest z uprzedzeniem jako
coś śmiesznego i nie zasługującego na szacunek. Różni-
ca między etyką chrześcijańską a świecką bije w oczy
zwłaszcza w ocenie wad ludzkich, tak rozpowszechnio-
nych wskutek sprzecznych skłonności naszej natury:
dla chrześcijan są to występki, dla niewierzących sła-
bości. W pierwszym wypadku grzechowi towarzyszy
prawie zawsze ohydny osad i hipokryzja; w drugim
grzech znajduje częściej usprawiedliwienie w lekko-
myślności oraz szczerej i naiwnej namiętności. Jakaż
różnica pomiędzy wolną, ale w pewnym sensie uzna-
waną za przyzwoitą miłością studenta i gryzetki
a wstrętną lubieżnością mnicha. Z jednej strony zmy-
słowość wzmożona przez sztuczną wstrzemięźliwość,
z drugiej — zbyt wcześnie rozbudzona miłość, poszu-
kujące się serca, uczucia, którym warunki społeczne
nie pozwalają się rozwinąć.
W ogóle, jeśli weźmiemy pod uwagę obyczaje jakie-
gokolwiek narodu, nie w dwóch przypadkowo wybra-
nych i zamkniętych w wąskich granicach epokach, ale
przez cały ciąg historii, to stwierdzimy wyraźną popra-
wę świadomości moralnej. Lubieżność i tytaniczna żar-
łoczność Rzymian, jońska zniewieściałość, rozpusta Azji
są już daleko za nami; charakteryzują nas cechy tak
szlachetne, jak rozpowszechnienie uczucia życzliwości
dla człowieka, głęboki szacunek dla jego godności, du-
ma, która nie ma nic wspólnego z germańską pychą
ani latyńską drapieżnością. Nasze przywary są mniej
potworne, mniej ekscentryczne; nasz epikureizm połą-
czony jest z większą wrażliwością i subtelnością; kłam-
stwo i perfidia w stosunkach handlowych zaczyna zni-
kać; i szczególna rzecz: najwięksi oszuści, jacy się ostat-
nio ujawnili, byli to przeważnie ludzie nie mający nic
wspólnego z przemysłem i handlem, agenci fikcyjnych
towarzystw, spekulanci giełdowi i rejenci.
Stała poprawa obyczajów poprzez liczne oscylacje
jest więc faktem postępu, faktem, którego ogólna przy-
czyna tkwi niewątpliwie w rozwoju rozumu i idei, sło-
wem: w koncepcji porządku. Otóż jakkolwiek trzeba by
było przełożyć prawo postępu nauki, aby otrzymać for-
mułę postępu moralnego, oczywistą jest rzeczą, że jak
wszędzie, tak i tu zjawisko wymaga racji, która by je
uczyniła zrozumiałym, i że tłumaczenie poprawy oby-
czajów postępem jest czymś równie dziecinnym jak
tłumaczenie zdrowia wzrostem.
466. Powiecie, że uwagi te są tak oczywiste, że można
było oszczędzić sobie trudu pisania ich; bo któż ośmie-
liłby się im przeczyć? — Jakkolwiek są to rzeczy tak
proste, to jednak Filozofia nigdy ich nie zauważyła;
a ponieważ nie potrafiła ich dostrzec, błąkała się w po-
szukiwaniach prawa postępu historycznego; nawet dziś
nasi najbardziej uczeni publicyści skłonni są brać opisy
i tautologie za formuły.
„Jeśli się usiłuje rozwiązać tego rodzaju problemy —
woła Ortolan 13 — łatwo jest wydać swój rozum na łup
miraży idealizmu. Z tych fantastycznych objawień
otrzymuje się jako najwyższe prawo ludzkości mylną
formułę, do której nagina się następnie kilka oddziel-
nych faktów, dowolnie wybranych z mrocznego często
bezmiaru historii. Tak wygląda postępowanie a priori.
„Od czasów neapolitańskiego filozofa Vico 14 i jego
ucznia Pagano aż do bliższych nam myślicieli, którzy
rzucili się w ich ślady i zgłębiają owe idee transcenden-
talne, nic innego w ogóle się nie robiło. Problem został
postawiony; uchyliło się kilka fałd zasłony; uchwycono
kilka elementów prawdy; lecz wszystko to było podpo-
rządkowane, a często zagubione w systemie olśniewa-
jących hipotez. Gdzie jest ten prosty i racjonalny łań-
cuch rozumowań; gdzie jest ten uchwytny i przekony-
wający dowód, wymagany zawsze przez naukę, który
by nam powiedział: Oto prawda; czy prawo zjawisk
zostało poznane?"...
Trudno byłoby krócej i dosadniej wyrazić to, czym
powinna być prawda; i wykazać braki jej poszukiwa-
czy. Lecz Ortolan wystąpił bezpośrednio po pisarzach
religijnych i symbolistach; przeto aczkolwiek zalecał
metodę eksperymentalną, musiał wejść na drogę my-
ślenia filozoficznego i po mistycyzmach i alegoriach
wiary obdarzyć nas sylogistycznymi abstrakcjami przy-
czynowymi.
Według Ortolana porządek kierujący rozwojem ludz-
kości wyraża się w czterech wielkich prawach koniecz-
nych i wiecznych: 1) Prawo „rodzenia": „Jest to zasada
przyczynowa, pojęcie rządzące inteligencją ludzką, któ-
ra ze szczebla na szczebel wznosi się ku nieskończo-
ności". — 2) Prawo „rozpowszechniania": „Jest to nieu-
stanna wymiana idei, zwyczajów, dobrych lub złych
uczuć między człowiekiem a człowiekiem, miastem
a miastem, ludem a ludem". — 3) Prawo „podobień-
stwa": autor powinien był powiedzieć prawo upodab-
niania, coś aktywnego zamiast pasywnego, ruch zamiast
bezwładności. Istotnie wedle Ortolana: „Prawo to idzie
w ślad za rozpowszechnianiem, zacierając stale różnice
i pracując w ciągu wieków nad niwelowaniem i jedno-
czeniem ludzkości". — 4) Prawo „postępu": „Prawo
ostatnie, prawo celowe... Rozpowszechnianie i podobień-
stwo darzą nas zarówno dobrem, jak i złem, zarówno
prawdą, jak błędem: przebiegają one ziemię i są raz
użyteczne, raz zgubne; to popychają naprzód, to ścią-
gają wstecz; lecz te przeciwstawne elementy są ma-
teriałem do dzieła doskonalenia ludzkości. Zło, błąd,
elementy przemijające, produkowane i reprodukowane
nieustannie w tysiącach form, upadają i nikną. Dobro,
prawda, elementy nieśmiertelne przeżywają każdą
ruinę, wyłaniają się stopniowo jeden po drugim, nagro-
madzają się i utrwalają w osiągniętych rezultatach".
Łatwo zauważyć, że system Ortolana sprowadza się
do analogii. Społeczeństwo, mówił J. B. Say 15, jest by-
tem zorganizowanym i żyjącym; ekonomia polityczna
stanowi jego fizjologię. Tak samo jak ruch witalny
przejawia, się w czterech następujących po sobie mo-
mentach: rodzeniu, asymilacji, wzroście, który jest jej
wynikiem, a następnie w pełnym i całkowitym rozwoju
władz i organów, tak i ludzkość — powiada Ortolan —
wielki Byt kolektywny, przebiega w każdym ze swych
przejawów przez cztery różne okresy: wylęganie lub
rodzenie, rozpowszechnianie, podobieństwo, doskonale-
nie lub postęp. Wszystko to jest na pewno niezaprze-
czalne; w dzisiejszych czasach tylko jakieś prowincjo-
nalne akademie odważają się jeszcze negować ruch. Ale
czy to są prawa? Czy zrozumieliśmy postęp dzięki te-
mu, że na nie oznaczonej linii historii postawiliśmy te
cztery tyczki?...
467. Bez postępu historia nie istnieje; więcej nawet,
historia nie jest niczym innym jak tylko postępem, to
znaczy sposobem, według którego dochodzi do skutku
wszelkie tworzenie. Te dwa wyrazy są synonimami,
kiedy się więc twierdzi, że postęp jest prawem historii,
<to tak jakby się mówiło, że historia jest prawem hi-
storii.
Wyłożenie praw Opatrzności, albo jak dziś mówi-
my — postępu, nie polega bynajmniej na tym, żeby
znaleźć formułę stosowalną do całości przedmiotu hi-
storii, jak to usiłowali robić Bossuet, Vico i inni; tak
rozumiana historia jest czymś niemożliwym, chimerą;
wyłożenie tych praw polega na tym, żeby w odniesie-
niu do każdej ze stron, czyli specjalności historii, po-
wiedzieć, w jaki sposób dokonuje się tam postęp, jaki-
mi środkami i wedle jakiego porządku. Niestrudzony
Ortolan może gromadzić fakty polityczne, prawne i in-
ne; może porównywać epoki i klimaty; może pokazy-
wać powolny i majestatyczny pochód społeczeństw,
a następnie rozklasyfikować wszystkie badane materia-
ły na cztery wielkie kategorie, będące zwięzłym wyra-
zem jednostajnego ruchu: nie osiągnie przez to, jak już
powiedziałem, nic więcej poza podziałem i chronolo-
gicznym uporządkowaniem swego materiału; oznaczy
w sposób konwencjonalny (ciąg logiczny — § 241) fakty
jeszcze nie zbadane, ale prawa dotyczące istoty tych
faktów pozostaną po tej pracowitej operacji najzupeł-
niej nieznane. „Rodzenie, rozpowszechnianie, podobień-
stwo, doskonalenie" — czymże są wszystkie te abstrak-
cje, jeśli nie etykietami służącymi do tego, aby w skró-
towej formie przypominać pewne analogie lub pewne
momenty trwania? Zastąpcie każdy z tych terminów
czterema nowymi synonimami, mnóżcie podziały i pe-
ryfrazy: ścigając alegorię, będziecie się zawsze obracać
w tym samym błędnym kole i po przebyciu olbrzymiej
drogi wrócicie dokładnie do tego punktu, z którego wy-
szliście, to znaczy do tego, że każda rzecz ma początek
i koniec w czasie, rozchodzi się w przestrzeni, i że po-
stęp jest formą historii. Ale prawa pozostaną ciągle nie
odkryte, a przecież tylko prawa mogą tę formę uczynić
zrozumiałą w każdym fakcie; zasadą przyczynowości,
którą posługuje się Ortolan, jest więc zupełnie
bezużyteczna.

§ II
W odniesieniu do organizacji prawa ekonomii
politycznej są prawami historii

468. Skoro mamy przy pomocy faktów stwierdzić


pewność nauki ekonomicznej, musimy studiować hi-
storię pod kątem widzenia pracy, to znaczy: 1) produk-
tu, wartości, tworzenia kapitałów, kredytu, wymiany,
pieniądza itp.; — 2) specjalizacji i syntezy pracy, koor-
dynacji funkcji, solidarności i odpowiedzialności pra-
cownika; — 3) podziału narzędzi pracy i repartycji pro-
duktów wedle zasługi i sprawiedliwości,
Pierwsza część tego zadania została wypełniona przez
pierwszorzędnego ekonomistę Blanąuiego16, auto-
ra Histoire de l'economie politiąue en Europę, depuis
les anciens jusąu'a nos jours. Dzięki temu znakomite-
mu dziełu wiemy, jak praca przekształcona w przemysł
oddziałuje na ekonomikę społeczeństw, wyzwala pro-
letariat, daje i odbiera bogactwo narodom, prowadzi
powoli do przymierza narodów i równości stanów, osa-
dza porządek publiczny i moralność na niezniszczalnej
podstawie, Będę powtarzał niezmordowanie, że takie
dzieła tysiąc razy lepiej odkrywają nam prawa historii
niż wszystkie pisma Bossuetów, Vico'ów, Monteskiu-
szów i masy innych filozofów. .
469. Ale skoro zaobserwowaliśmy już wpływ pracy
na społeczeństwo w zakresie produkcji i krążenia bo-
gactw, należy teraz prześledzić jej organiczne przejawy
w ruchach rewolucyjnych i formach rządu. Trzeba zo-
baczyć, czy te nowe fakty obalają, czy potwierdzają
wnioski wyprowadzone z teorii; czy system społeczny
i wszystko, co się w nim zawiera, religia, wojna, han-
del, nauki i sztuki itd., rzeczywiście określa się i kon-
stytuuje według praw organizacji, które opisaliśmy, czy
też jest z nim sprzeczny. Rezultatem tego badania bę-
dzie zbudowanie topografii ruchów ludzkości i rozpo-
znanie, do jakiego szczebla rozwoju doszła dziś cywi-
lizacja dzięki swej własnej energii i swoim prawom
„opatrznościowym". Społeczeństwo jest w trakcie two-
rzenia porządku: od pierwszego dnia wytyczyło ono
linię, której nie wolno nam bezkarnie przekraczać, któ-
rej kierunek i cel musimy obliczyć, jeśli chcemy kon-
tynuować i powodzeniem pracę rozpoczętą z natchnie-
nia samego Boga.
Nie mam najmniejszego zamiaru podejmować na na-
stępnych stronach zadania słynnego pisarza, którego
wymieniłem przed chwilą, ani tym bardziej pokazywać
mu, co powinien był zrobić: chcę tylko dla potrzeb mo-
jej tezy naszkicować pobieżnie drugą stronę interesu-
jącej historii.
470. Pierwotną formą społeczeństwa jest szczep,
to znaczy niezróżnicowane, identyczne, nie uporządko-
wane skupisko. Ważna rola niektórych naczelników po-
zwala zaledwie niejasno dostrzegać pierwsze zarysy ko-
lektywnego bytu, rządów królewskich, senatu. Żadnego
podziału pracy: każdy wytwarza wszystko sam i dla
siebie; poligamia panuje w rodzinie; żaden rys społecz-
ny nie ujawnia osobowości człowieka.
471. Powoli szczep ze względu na swoją liczebność
osiedla się nad brzegiem rzeki, w głębi wąwozu, na sto-
ku wzgórza i przywiązuje się do ziemi przez uprawia-
nie jej: osada ma miejsce centralne otoczone wokół fol-
warkami. Natychmiast zaczyna się rozwój życia indy-
widualnego i niemal jednocześnie pojawiają się główne
kategorie funkcjonariuszy, z których każda ma swoją
specjalność i swoją godność, juxta genus suum et spę-
dem suam: Król, Kapłan, Wojownik, Rolnik lub Pa-
sterz, Rzemieślnik, Kupiec i Niewolnik. W zależności
od położenia dodać trzeba Rybaka i Żeglarza.
Podział pracy dokonuje się więc początkowo przez
powstanie siedmiu czy ośmiu kategorii obejmujących
swym zasięgiem wszystkie przyszłe funkcje. Konstytuo-
wanie społeczeństwa, organizowanie pracy zasadza się,
jak zobaczymy, na tym, żeby iść za ruchem rozwojo-
wym tych kategorii, poznać ich charakter i tendencje
oraz sformułować ich prawa.
472. Zaledwie wydzieliły się te pierwotne funkcje,
a już zaczęły się utrwalać w pewnych rodzinach i stały
się ich udziałem: stąd kasty, które znajdujemy wszę-
dzie tam, gdzie społeczeństwo zrobiło pierwszy krok
poza barbarzyństwo, i które zależnie od okoliczności,
takich jak klimat czy geniusz rodowy, zyskują na prze-
mian przewagę, aż w końcu, za sprawą pracy, despo-
tyzmu lub wolności, pochłaniają jedna drugą i stapiają
się na nowo.
Kasta, instytucja z istoty swej przejściowa, była więc
w swoim czasie postępem... Ale już zamyka się księga
przeznaczeń. Interes dynastyczny i symbolizm religij-
ny kładą swą pieczęć na cywilizacji i powiadają jej:
Dalej nie pójdziesz. Zwierzę polityczne wzbrania się
przed dalszym wzrostem; zaczyna się wojna między ru-
chem a oporem. Według teologii hinduskiej kapłani wy-
szli z głowy Brahmy, wojownicy z jego piersi, rolnicy
z jego ud i ramion, rzemieślnicy z jego stóp; pariasi
byli niewątpliwie potomstwem ekskrementalnym tego
boga.
473. Podział społeczeństwa na kasty, pierwszy w po-
rządku czasowym, jest także pierwszym podziałem, na
którego pomysł wpadli twórcy utopii: wystarczy przy-
pomnieć republikę Platona i instytucje Salentum17.
Zauważymy w związku z tym, że rozwój myślenia filo-
zoficznego jest zupełnie zgodny z rozwojem zbiorowych
odruchów: jeśli ktoś chce, może to uważać za dowód
siły tradycji historycznych, ale dowodzi to także mo-
ralności filozofii.
474. Przebiegnijmy szybko pierwsze kategorie pracy,
tak dobrze uwydatnione w historii pod nazwą kast,
i spróbujmy przewidzieć przyszłość każdej z nich na
podstawie ich cech fizjologicznych.
Jednostka — król, na podobieństwo bytów wystę-
pujących w historii nauk przyrodniczych jako gatunek
i rodzaj zarazem, sam jeden stanowi kastę. I jak w ka-
stach funkcja stanowi własność dziedziczną, tak samo
i berło królewskie jest przedmiotem własności i dzie-
dziczenia. Ale ten wspaniały symbol kryje w sobie fakt,
że władza królewska obejmuje wiele kategorii funk-
cyjnych oraz stanowi warunek życia społecznego, cen-
tralizacji i jedności. Rządy królewskie od samego po-
czątku odkrywają nam to w sposób niedwuznacz-
ny.
Król — zasadniczy element ciągu, pierwiastek kie-
rownictwa i ruchu, serce i mózg społeczeństwa — po-
wstaje najpierw: potem przychodzą inne funkcje i gru-
pują się wokół niego. Władza królewska jest zaborcza
i zawistna, nie znosi żadnej rywalizującej władzy, zmie-
rza do suwerenności we wszystkim: jakże republikanie
mogli nie spostrzec, że to właśnie stanowiło warunek
postępu? Przed przystąpieniem do podziału pracy we-
dle kategorii trzeba było zapewnić zbieżność i harmonię
funkcji: w tym celu potrzebne więc było to, żeby król
uważany był za jedynego prawodawcę, jedynego na-
czelnika policji, dowódcę armii, jedynego właściciela,
kupca i przemysłowca, administratora i sędziego; żeby
przysięga wierności ojczyźnie i posłuszeństwa prawom
składana była na jego ręce; żeby rolnik od niego otrzy-
mywał swój pług, rzemieślnik swój przywilej, artysta
swój dyplom, sędzia swój mandat, żołnierz swój sztan-
dar, kupiec swój patent. Był to obraz uprzedzający to,
czego żądamy dziś my, reformiści — rzucając hasło:
„Organizacja pracy, solidarność, zabezpieczenie". W tym
przygotowawczym okresie zagadnienie monarchizmu
nie było bynajmniej zagadnieniem prawowitości: była
to kwestia życia, to znaczy kwestia siły.
475. Jedność i centralizacja — takie było posłannic-
two królów wśród gwałtów nie do zniesienia. Dzięki
Bogu, czas ich dobiega końca; lecz tylko ci oddali usłu-
gi ludzkości, którzy okazali się wierni jej charakterowi.
Niewybaczalną zbrodnią władzy królewskiej jest prze-
kształcenie ekspansywnej siły berła w pierwiastek bez-
władu i utwierdzenie się w zabójczym status quo przez
karygodny sojusz z potężnymi kastami. Najbardziej
ruchliwy i nowatorski monarcha był zawsze dla ludz-
kości najlepszy: świadczą o tym Karol Wielki, Ludwik
XIV i Napoleon. Kiedyś korony przywdziewało tylu
królów, ile szczepów budowało wioskę: historia mówi,
że Jozue obalił trzydziestu jeden królów. Najużytecz-
niejszym zajęciem królów jako właścicieli jest wynisz
czanie się przez konkurencję i pozostawianie na tym
stanowisku tylko producentów: niech pomocna im bę-
dzie Opatrzność!
Jeżeli więc ktoś za moim przykładem przeciwstawia
się rządom królewskim, musi pamiętać, że przed przy-
stąpieniem do ich obalenia należy odpowiedzieć na na-
stępujące pytania: Czy dzieło królów jest wypełnio-
ne? — Czy możemy bez ich pomocy zakończyć nasz
proces konstytuowania się? — W jakim stanie będzie
społeczeństwo, gdy skończy się suwerenność człowieka?
Ale nie przeklinajmy rządów królewskich, gdyż by-
łoby to przeklinanie samej ludzkości.
476. Formą organizacyjną rządów królewskich jest
hierarchia; zasadą ich jest władza, zarówno wtedy kie-
dy powołują się one na prawo boskie, jak i wtedy gdy
pochodzą z podboju czy z wyboru; ich podstawowym
atrybutem jest siła; ich cechą charakterystyczną jest
jedność i spontaniczność; ich dążeniem w sprawach
zewnętrznych jest podbój, a w sprawach wewnętrznych
zachowawczość.
Dla osiągnięcia celu rządów królewskich król przy-
właszcza sobie całość lub część władzy ustawodawczej,
administracyjnej i sądowniczej; ale niezależnie od spo-
sobu posługiwania się tą władzą, gdy zaczyna stanowić
ustawy, doznaje ograniczenia w administrowaniu i są-
dzeniu; im więcej wydaje przepisów, tym bardziej za-
ciska sobie pętlę na szyi; a kiedy przychodzi chwila,
że musi ustąpić pod groźbą popadnięcia w opozycję
przeciwko sobie, nie może tego uczynić na zasadzie
własnego wyroku; wtedy podmuch rewolucji kładzie
kres rządom królewskim, rzucając je w mroki wiecz-
ności.
477. Powiedzmy teraz, żeby już więcej do tego nie
wracać, czym miało być kapłaństwo, czym ono było
i czym jest.
Jako urzędnicy kultu, to znaczy symbolicznych i uro-
czystych ceremonii, które geniusz ludów ustanowił na
całej ziemi, aby przypominały wielkie idee Porządku,
Nauki, Cnoty i Przyszłości, księża mieli za zadanie
utrzymywać w ludzkich sercach szlachetne uczucia
i wielkie myśli, zachowywać tradycje, obyczaje, ducha
narodowego i występować jednocześnie w charakterze
żarliwych obrońców nauki, propagatorów, przyjaciół to-
lerancji i prawdy. Religia była tylko pewnym stanem
problemu kosmicznego i społecznego, a kapłaństwo —
ośrodkiem badań i najwyższej wiedzy: kapłaństwo mu-
siało kierować ruchem. To właśnie podpowiadał in-
stynkt pierwszym ludziom, dlatego modlili się do bo-
gów i słuchali przepowiedni; to właśnie wyrażała opa-
ska Aarona, symbol nauki i prawdy; funkcję tę speł-
niali przez pewien czas bramini, druidzi i bardowie,
piewcy bohaterów, doradcy królów, nauczyciele ludów.
Taka też była idea Chrystusa, kiedy założył swój Koś-
ciół, swoją Wszechnicę.
478. Ale stan kapłański, biorąc formę za treść, przy-
wiązuje się do obrzędu, narzędzia lub pozoru swej wła-
dzy, i nie chce już z tego zrezygnować; w cudownych
alegoriach, które powinien interpretować, widzi nad-
przyrodzone prawdy i pod groźbą bezbożnictwa narzu-
ca obowiązek wierzenia w nie; w końcu stawia się poza
społeczeństwem, staje się nieproduktywną i wyzysku-
jącą kastą, która raz jest w niewoli u królów, to znów
panuje nad nimi. Odtąd nie ma już lekarstwa: zbunto-
wana świadomość wypełnia posłannictwo kapłaństwa
poprzez innych ludzi; kapłanowi przeciwstawiony zo-
staje filozof. Dwa kolejne stany inteligencji wyznaczyły
dwie wrogie sekty i rozpoczął się śmiertelny pojedy-
nek między Filozofią a Religią. W walce tej zginęły
obydwie; lecz z płodnego łona Filozofii zrodziła się Nau-
ka, nieśmiertelna i promieniejąca, podczas gdy Religia
przeminęła bezpłodnie, przeklęta przez wiele ludzi.
Wszystkie funkcje, które miały być udziałem stanu
kapłańskiego, są obecnie zorganizowane poza kapłań-
stwem: ksiądz nie jest ani uczonym, ani artystą, ani le-
karzem, ani historykiem, ani politykiem, ani filologiem;
uniwersytet nie ma nic wspólnego z seminarium ani to
ostatnie z teatrem; ksiądz jest wyłączony ze wszystkich
dziedzin życia: czymże więc jest? — niestety, niczym.
479. Chciałbym, żeby księża, zamiast dopatrywać się
w tej pobieżnej krytyce ich stanu czarnej nienawiści
i fanatycznej bezbożności, skorzystali z niej i otwo-
rzywszy oczy na swoją sytuację ocenili całe niebezpie-
czeństwo swojej izolacji. Czy wyobrażają sobie, że gło-
szę koniec religii przez zamiłowanie do paradoksów?
Si pergama dextra defendi possent, etiam hac defensa
fuissent; tak, broniłbym religii, broniłbym sprawy księ-
dza przed epoką, gdyby religia miała jakąś ideę, gdyby
ksiądz był czymś; nie jestem jednak zdolny sprawić,
żeby obrazy przemawiały, a abstrakcje żyły.
Sytuacja kleru jest dziwna. Księża są funkcjonariu-
szami pobierającymi uposażenie, ale nie są funkcjo-
nariuszami publicznymi; ich mandat nie płynie z kon-
stytucji, lecz z innych źródeł; ich prawa nie są prawa-
mi kodeksu; ich naczelnikiem nie jest naczelnik pań-
stwa; ich usługi nie są opłacane tylko złotem, trzeba
im jeszcze na dodatek składać ofiarę z poglądów i su-
mienia.
Ale przejdźmy do porządku nad tą dziwacznością in-
stytucji i prerogatyw i zapytajmy: czy kapłaństwo wy-
pełnia jakąś normalną i użyteczną funkcję? Czy ksiądz
wykonuje jakąś specjalną pracę moralną i odpowie-
dzialną?
Przy każdym z tych pytań wzrasta zakłopotanie. Mó-
wi się, że księża pełnią urząd duchowny, onus angelicis
humeris formidandum; oto ich specjalność. Wykonują
swą pracę przez słuchanie spowiedzi, wygłaszanie ka-
zań, nauczanie katechizmu, odprawianie nabożeństw
i odmawianie brewiarza; to znaczy, że życie ich upływa
na wykonywaniu szeregu gestów pamiątkowych, pozo-
stałych po funkcjach, które utracili, funkcjach nau-
czania, kierowania sztuką i uprawiania^ literatury. To-
też zajęcia urzędnika kultu nie zaspokajają już żarłocz-
nej aktywności jego inteligencji, zanadto oświeconej do
zawodu, na który go skazano; potrzeba myślenia i dzia-
łania, która dręczy księdza, znajduje ujście w wynaj-
dywaniu uroczystości, w bigoteryjnych stowarzysze-
niach, w intrygach, przekupstwach, spekulacjach, ucz-
tach, a czasem w nadużyciach władzy lub rozpuście.
Prorok powiedział, że jeśli ksiądz zaniedba nawróce-
nia grzesznika i ten będzie zgubiony, to Bóg zażąda od
księdza jego duszy. Zgadzam się na taką teologię: księża
odpowiedzialni są za nasze zbawienie; ale jakże to —
przed Bogiem?... Ekonomia polityczna wymaga od pra-
cownika gwarancji skutecznej, zapewniającej już teraz
odszkodowanie, a tu się nam mówi o odpowiedzial-
ności, która niczego nie naprawi, odpowiedzialności po-
zagrobowej!
480. Wady instytucji kapłaństwa są najlepszym
wskaźnikiem środków, jakie należy przedsięwziąć, aże-
by włączyć Kościół do Państwa i zmierzać ostrożnie do
zniesienia kultów.
Nawyk posłuszeństwa i wierzenia wytwarza u księdza
poważne skostnienie władz umysłowych i wielką
bojaźliwość ducha. — Trzeba, żądając od każdego kan-
dydata na księdza dyplomu uniwersyteckiego, okazać
surowość przy egzaminie z filozofii. Poza czytaniem
filozofów nie widzę nic, co mogłoby wyzwolić rozum
i rozproszyć księżą apatię.
Drugą przeszkodę w sekularyzacji księdza stanowi
celibat. Trzeba opóźnić o dwa lata przystąpienie do
służby i ograniczyć trwanie ślubów do lat pięciu. Rzym
początkowo zaprotestuje, potem ustąpi, żeby się tylko
chciało i umiało wziąć do tego.
Kler izoluje się od społeczeństwa i dąży stale do zre-
konstytuowania się w kastę: stąd jego wieczne intrygi,
roszczenia i skryte manewry. Trzeba doprowadzić do
tego, żeby księży mianowali parafianie, trzeba uzależ-
nić ich bardziej od merostwa, a trochę mniej od bisku-
pa; związać ich z ciałem nauczycielskim i poprzez małe
inspekcje uczynić ich odpowiedzialnymi przed radami
miejskimi i rektorami. Wreszcie, skoro religia jest osta-
tecznie dobrem publicznym, trzeba zmusić ich do udzie-
lania ślubów i pogrzebów bez spowiedzi. W ten sposób
ksiądz stanie się obywatelem, człowiekiem wykształco-
nym, światowym i wcześniej czy później skorzysta ze
swobody zapewnionej mu przez czasowość ślubów, aże-
by stać się ojcem rodziny: wtedy będzie koniec z re-
ligią i kapłaństwem. Czy protestantyzm jest religią?
Czy pastorzy to księża?
481. Żołnierz jest czymś analogicznym do księdza.
Wojna jest faktem nienormalnym tak jak kult, faktem,
który z czasem zniknie; gdyby nawet ludziom zabrakło
woli, zniknie on wskutek siły ich środków, uczoności
ich przywódców i praw rozwoju ludzkości, które przy-
czynią się do tego.
Zawód wojskowego ma działy i specjalności, lecz
wszystkie specjalności wojskowe są tylko specjalnościa-
mi naukowymi i przemysłowymi. Robotnik rolny jest
w armii piechurem, stajenny kawalerzystą, a artyle-
rzystą jest chemik, mierniczy lub architekt. Podział
uprawnień podporządkowany jest wymogom bitwy.
Długa praktyka wykazała, że jeżeli dwie stutysięczne
armie mają się bić tak, żeby w ciągu godziny połowa
walczących została zabita, trzeba podzielić te armie na
kompanie, szwadrony, bataliony i kolumny, dowodzone
przez tyluż przywódców podporządkowanych jedni
drugim i wykonujących w mgnieniu oka rozkazy gene-
rała. Ten arytmetyczny ciąg posłużył do ustalenia żoł-
du i zasług jednostek: problem rozdziału uposażeń zo-
stał rozcięty niczym węzeł gordyjski szablą Aleksandra.
Dowodzenie armiami wymaga wielkiego geniuszu,
rozległych i różnorodnych wiadomości; pod tym wzglę-
dem nie zamierzamy nie doceniać wysokich kwalifika-
cji Vaubana18, Turenne'a 19 czy Bonapartego. Ale jeśli
pominąć naczelnego dowódcę, który jest zarazem admi-
nistratorem, dyplomatą, geografem, matematykiem itp.,
jeśli pominąć oficerów specjalnych broni i tych, któ-
rych ambicja skłania do studiowania filozofii swego
zawodu, to suma inteligencji potrzebna żołnierzowi jest
tak niewielka, że po pewnym czasie służby można u nie-
go zauważyć znaczne przytępienie władz umysłowych,
a zwłaszcza poczucia moralności. Zaledwie młody czło-
wiek, mieszczanin czy wieśniak, wstąpi do wojska, a już
zapomina o rodzinie, przyjaciołach, uczuciach i wierze-
niach: zmienił ojczyznę — mieszczanin jest jego wro-
giem, wieśniak niewolnikiem. Ręce jego oduczają się
pracować; w koszarowej atmosferze ubożeje rozum;
godność osobista wyradza się w tępą apatię, słabo
maskowaną aroganckim i brutalnym sposobem
zachowania
się. Kokietki, kobiety lubiące górować lub też wyposa-
żone w inne dziwaczne cechy chętnie na ogół poślu-
biają wojskowych: doświadczenie pokazało, że spośród
wszystkich mężów oni właśnie są najbardziej ulegli,
łatwi do prowadzenia i najmniej przenikliwi. Mitologia
utrwaliła tę obserwację w alegorii: „Mars był zawsze
przyjacielem Wenery". Zwróćcie uwagę, że poeta nie
mówi, iż był przyjacielem Pallady lub Junony, tylko
przyjacielem Wenery: nie wymaga to komentarzy.
Do utrzymania armii potrzebna jest aprowizacja, do-
stawy: wiadomo, co należy sądzić o rachunkowości woj-
skowej, począwszy od ksiąg kaprala w kuchni, a skoń-
czywszy na buchalterii ministra. Wszystko tam jest
przedmiotem spekulacji: ubranie, bielizna i obuwie,
żywność, pasza, amunicja, szpitale. Jakaż może być mo-
ralność żołnierza w obliczu tylu kradzieży, głośnych
nawet wśród klasy przemysłowców, którzy bywają na-
rzędziem lub wspólnikami spekulantów?
483. Rozkładowy wpływ żołnierskiego zawodu działa
nie tylko na jednostki: oddziaływa również na gospo-
darkę społeczną, zagrażając jej porządkowi i istnieniu.
Dzieła ducha wojskowego można poznać z daleka po
rozbitej ziemi, zahamowaniu płodności, zarazie. Do-
dajcie do tego, że każdy wielki wojownik był ciemięzcą
swego kraju albo miał w tym kierunku skłonności. De-
prawacja charakteru żołnierzy oddaje wspaniałe przy-
sługi planom ambitnego dowódcy. Gdy w latach 92 i 93
La Fayette i Dumouriez20 chcieli ruszyć przeciwko
Konwentowi, armia, która ich kochała, opuściła ich:
składała się bowiem z poborowych, a ci byli obywate-
lami. W kilka lat później Bonaparte, łamiąc konstytucję
i uzurpując sobie wszystkie władze, miał za wspólników
bohaterów spod Arcole i Marengo: ich uczucia
obywatelskie miały już czas się zużyć.
W kolizji między władzą a ludem na próżno liczyło-
by się na inteligencję bagnetów: nie ma inteligentnych
bagnetów poza bagnetami gwardii narodowych, toteż
rządy dynastyczne nie chcą ich. Ta niechęć wskazuje
nam niebezpieczeństwo i środki zaradcze jednocześnie.
Niech w przyszłości każdy obywatel będzie żołnie-
rzem; niech niestała gwardia narodowa zajmie miejsce
armii stałych; niech czas służby wojskowej będzie skró-
cony o trzy czwarte; niech z ćwiczeniami wojskowymi
łączą się prace przy zalesianiu, karczowaniu, kanali-
zacji itp. (§ 531); niech gwardie miejskie i gwardie nie-
stałe konkurują ze sobą w służbie wewnętrznej; niech
gwardie te bratają się ze sobą nieustannie.
Duch lat 1793 i 1830 był zapowiedzią tej reformy:
jaki to demon rwie ciągle wątek naszej równości? Sły-
szę, że deputowani nasi boją się Bastylii: niech więc
przerobią prawo poborowe!
484. Jak religia i wojna są niczym dla nauki i rozu-
mu, tak dla kapłaństwa i armii nie ma miejsca w po-
rządku politycznym. Rodząc się, społeczeństwo przy-
nosi ze sobą na świat pewne instytucje nienormalne,
a jednak konieczne; porównuję je chętnie do owych
mlekonośnych narządów, które ukazują się na korzon-
ku roślin w okresie kiełkowania i które wysychają
i obumierają, gdy tylko roślina podrośnie. Rola żołnie-
rza i księdza dobiega końca: zanim jednak będziemy
dziękować Bogu za ten postęp, starajmy się nań za-
służyć.
485. Nie powiem wiele na temat innych kast albo ka-
tegorii pracy, gdyż krytyka ich funkcji powinna znaleźć
miejsce gdzie indziej. Zwrócę tylko uwagę na to, że
funkcje rolnicze, przemysłowe i handlowe organizują
się jedynie poprzez rząd, to znaczy przez to, że stają
się funkcjami władzy zwierzchniej (§ 444), i upodob-
niają się do funkcji politycznych we właściwym tego
słowa znaczeniu (§§ 494, 506—508).
W Rzymie, Sparcie, Palestynie i w ogóle w krajach,
gdzie panowała równość, władzę miała kasta rolników,
czyli właścicieli ziemi, tożsama z kastą szlachty, czyli
wojowników. Kasta ta wysoko ceniła kapłaństwo i kró-
la, a pogardzała przemysłem, który pozostawiony był
niewolnikom. Lecz ta nadrzędna władza sprawowana
przez własność ziemską nie była bynajmniej wynikiem
organizacji rolniczej, skutkiem zjednoczenia rolników
i zabezpieczenia własności: była to po prostu preroga-
tywa, która przypadała w udziale pewnym ludziom
o wspólnych zwyczajach, ale poza tym niezależnym od
siebie i nie stowarzyszonym. Senat rzymski, złożony
całkowicie z wieśniaków, nigdy nic nie zrobił dla zor-
ganizowania rolnictwa i scentralizowania terytorium:
przedmiotem praw agrarnych, proponowanych przez
trybunów, było nadanie ziemi tym, którzy jej nie mieli;
nie dotyczyły one w żadnej mierze skonfederowania
pracy i zapewnienia produkcji. Słowem, rolnictwo ni-
gdy nie weszło w Rzymie w zakres zainteresowań
rządu, i to była główna przyczyna rozkładu i upadku
rzymskiego imperium.
486. Podczas gdy jedne ludy stawiały na pierwszym
miejscu bogactwa ziemi, drugie zajmowały się wyłącz-
nie handlem i przemysłem. Ateny, Tyr, Kartagina, Da-
maszek były wielkimi warsztatami, w których państwa
szlacheckie, takie jak Sparta i Rzym, oparte na rol-
nictwie i zorganizowane dla wojny, musiały zaopatry-
wać się w produkty, których ziemia nie dostarczała;
były one uważane za ludy służebne. Górująca kasta
stanowiła w mieście ustawy i utrzymywała się tu jesz-
cze u władzy, łecz konkurencja przemysłowa, dzieląc
interesy, stała się źródłem niezgody, podobnie jak się
to przydarzyło o wiele później włoskim republikom.
Zawiść w interesach niszczyła Kartaginę bardziej niż
armie rzymskie: był to przejaw tego, że przemysł w tej
republice, tak jak rolnictwo w Rzymie, nie mógł nigdy
stać się elementem politycznym, przedmiotem admini-
strowania i rządzenia.
487. W ten sposób natura tworzy obszerne działy,
wielkie kategorie, następnie różnicuje te pierwotnie
ukształtowane twory i specjalizuje je w nieskończoność.
Król, jak legenda, streszcza w sobie wszystkie funkcje
związane z prawodawstwem, administracją, sądownic-
twem i obroną; kapłaństwo kryje w sobie reakcyjne za-
rodki filozofii, elementy nauki i sztuki; w kastach rol-
ników i rzemieślników pokazują się niezliczone formy
produkcji rolnej i przemysłowej. Historia Ludzkości nie
jest niczym innym jak przygotowaniem i syntezą tych
elementów.
488. Lecz wobec tego, że konstytuowanie się społe-
czeństwa dokonuje się przez nieprzerwane łączenie się
różnych specjalności pracy z ciałem politycznym,
a przyciąganie rozchodzi się od środka w kierunku ob-
wodu koła, organizm społeczny przedstawia początko-
wo obraz piramidalnie uporządkowanego ciągu, którego
szczyt zajmuje książę, a podstawą jest proletariat. Pi-
sarze polityczni w ten sposób pojmowali zawsze rządy
w społeczeństwie i stosunki między obywatelami. Ten
złudny pogląd, który dziś jeszcze panuje wśród mężów
stanu, wśród ludu, a nawet wśród teoretyków, unie-
możliwia projekty jakichkolwiek reform, a nawet czyni je
czymś sprzecznym; władzę doprowadza nie
uchronnie do despotyzmu i podnosi przeciwko niej
szemrania ludu. Ale iskra przebiegła już tę materię
organiczną; głos równości rozprasza złudzenia; ludzie
zaczynają rozumieć, że życie nie może powstać z figury
sylogistycznej (§ 120), że jest ono wynikiem syntezy
i równowagi.

§ III

Rozwój społeczeństwa pod wpływem praw


ekonomicznych

489. Dla przekształcenia religii i wojska w instytucje


użyteczności publicznej, instytucje przyszłości, bez
pogwałcenia świadomości i narażenia bezpieczeństwa
Państwa, należy — jak powiedzieliśmy — natchnąć
nowym duchem kler i armię, nadać im społeczny cha-
rakter; trzeba je zanurzyć w społeczeństwie. Otóż je-
żeli obejdziemy się w sposób analogiczny ze wszystki-
mi funkcjami, dzieląc jedne, precyzując i określając
drugie, i wrzucając wszystko do tygla praw ekonomicz-
nych, to wydaje się oczywiste, że:
1) Funkcje społeczne wyjdą z tej krytyki czyste, pra-
widłowe, gotowe do działania, i pozostanie tylko do zro-
bienia zebranie ich w całość,
2) Dzięki tej metodzie pozostaniemy stale na linii
tradycji i postępu, tak że przejście i organizacja będą
dla nas terminami równoznacznymi.
3) Jak teoria ciągów dała nam przez podział i synte-r
zę pracy miarę porównawczą zdolności, tak samo da
nam jeszcze miarę postępu przez nieustanne określanie
funkcji.
4) Wreszcie, skoro będziemy znali istotę, granice i od-
powiedzialność każdej funkcji, będziemy mogli położyć
fundament pod ostateczną jurysprudencję.
Odtąd jest to zadanie ekonomii politycznej. Porządek
społeczny nie jest kwestią arbitralnych kombinacji, od-
dalonych od utartych szlaków i pozbawionych prze-
szłości historycznej; tkwi on w przykładach i pamiąt-
kach przeszłości; a przede wszystkim tkwi w teraźniej-
szości. Wystarczy jeden jedyny argument, żeby przy-
prawić o zmieszanie wszystkich wynalazców utopii
społecznych: „A wasi poprzednicy, przodkowie?... Po-
każcie, jaki stopień pokrewieństwa łączy was z obecnym
społeczeństwem?..."
490. Na pierwszym szczeblu rozwoju społecznego
specjalności naukowe i przemysłowe pozostawały w
obrębie kasty; funkcje publiczne należały niepodzielnie
do króla. W języku hebrajskim „królowanie" i „sądze-
nie" są synonimami. Język grecki wyraża tę samą ideę
słowami o ogólniejszym jeszcze znaczeniu: Homer na-
zywa królów poimenas laon, kosmetoras laon, pasterza-
mi, budowniczymi narodów, co zakłada władzę abso-
lutną albo lepiej — niepodzielną. W czasach wojny tro-
jańskiej Grecja miała tylko królów i kasty; powiadają,
że homerydzi rozpoczęli zatarg filozofii z kapłaństwem.
Pod niebem Germanii sprawy przebiegały nieco ina-
czej. Naczelnicy mieli tylko wojskowe prerogatywy: ich
królewskość sprowadzała się tylko do tego, że w dniu
bitwy kroczyli na czele wojowników. Poza tym
o wszystkim decydowało ogólne zgromadzenie; znaczy
to, że w tych gromadach ludzi nic nie było zorganizo-
wane. Lud był tam tym, czym gdzie indziej był król,
to znaczy stanowił ustawy, administrował, wydawał
wyroki, wykonywał je, regulował wszystko na podsta-
wie obyczajów i przepowiedni. Otóż jeżeli władza jest
niepodzielna, to niezależnie od tego, czy suwerenem
jest lud, czy monarcha, nie ma żadnych funkcjonariu-
szy, żadnych organów, a więc żadnej organizacji. Mo-
narchia i demokracja różnią się tylko swoją zasadą,
a poza tym we wszystkim są podobne; są to raczej ce-
chy charakterystyczne rasy niż różnice polityczne.
491. Tylko konieczność sprawiła, że społeczeństwo
wyszło z tego stanu niepodzielności i że załamała się
jedność władzy; genialne pomysły na nic się tu nie
przydały.
Powiedzmy, że jeden człowiek ma sprawować rządy,
sądownictwo i administrację wśród szczepu liczącego
dwa do trzech tysięcy dusz, albo że ten szczep ma się
zbierać w określony dzień, wybrać sobie przewodniczą-
cego i sam decydować o swoich sprawach; jak dotąd
rzecz jest jeszcze możliwa. Ale jeżeli zwiększycie lud-
ność dziesięciokrotnie, stokrotnie, to będziecie musieli
w pewnej proporcji pomnożyć suwerena. Jest bowiem
rzeczą równie niemożliwą, żeby sto tysięcy ludzi obra-
dujących codziennie nad swoimi sprawami publicznymi
i prywatnymi sprawowało niepodzielną władzę, jak
i żeby jeden człowiek, król tych stu tysięcy ludzi, speł-
niał wszystkie funkcje rządzenia.
Trzeba więc scentralizować, a zarazem pomnożyć su-
werena. Otóż pomnożenie to może się dokonać na dwa
sposoby: 1) albo wedle ekonomicznego prawa podzia-
łu, specjalizacji i ciągu, przez rozczłonkowanie; 2) albo
też wedle zasady feudalnej przez rozbicie (§ 416, 417).
492. Nie ma nic bardziej trywialnego jak wyłożenie
podstawowego prawa organizacji politycznej; nie ma
nic bardziej przestarzałego jak zasada podziału władz;
a jednocześnie nie ma na świecie nic, co realizowałoby
się tak powoli i mozolnie. Ile to wieków upłynęło, za-
nim szczep wytworzył nie patriarchę, vir gregis, ale
króla? Nikt nie umiałby tego powiedzieć; dla każdego
ludu historia zaczyna się w chwili powstania władzy
królewskiej — do tego momentu nie ma dla człowieka
ani ruchu, ani trwania, nie ma idei i nie ma pamięci.
Społeczeństwo jest w stanie embrionalnym: tyle tylko,
że nie śpi.
Kiedy się wreszcie ukonstytuuje organ centralizują-
cy, długie wieki upłyną jeszcze na działaniu po omacku.
W tak wielkich monarchiach jak Egipt, Persja, Asyria,
które tak wcześnie zjednoczyły pod jednym berłem
niezliczone szczepy, podział władzy istniał tylko dla ra-
bunku albo był czystą dziecinadą. W Babilonii urzędy
publiczne pochodzące od władcy podzielone były nastę-
pująco: był wielki wezyr, kapitan gwardii, przywódca
eunuchów, przywódca podczaszych; poborcy podatków,
magowie i historycy; wreszcie inspektorzy ziemscy.
Satrapowie, podobnie jak paszowie, reprezentowali suł-
tana w prowincjach. Nie było zresztą żadnych różnic
we władzach ani też żadnej ustalonej granicy. Starcy,
poważani dla swej domniemanej mądrości, czuwali nad
obyczajami i prowadzeniem się obywateli; wykrywali,
sądzili i karali zbrodnie i występki.
493. Toteż te wielkie twory były niezwykle kruche.
Trzeba bowiem uważać za pewnik to, że siła jakiegoś
państwa, jeżeli będziemy abstrahować od jego wiel-
kości, nie zasadza się na liczności i hierarchii urzędni-
ków; siła ta tkwi w ich specjalizacji, niezależności, od-
powiedzialności, w proporcjonalności ich liczby; tkwi
ona zwłaszcza w koniecznym i naturalnym powstaniu
urzędników jako instytucji. Monarchie wschodnie
utrzymywały tyluż synekurzystów, dworzan i błaznów,.
co i nasza konstytucyjna Francja; ich armie skarbowe
wcale nie ustępowały naszym; prawo miecza sankcjo-
nowało w razie potrzeby wolę monarchy; nie brako-
wało wielkich dygnitarzy tworzących świtę jego do-
stojności. Lecz cały naród, podzielony na kategorie pro-
dukcyjne i urzędnicze, który powinien był być zarazem
•podmiotem i przedmiotem rządzenia, tworzyć jedno
ciało złożone z nerwów, ścięgien i organów, był bierną
i niespoistą masą, utrzymującą się w całości tylko dzię-
ki terrorowi książęcemu oraz interesom i wierności
książęcych urzędników.
Nie będę rozszerzał tego wywodu opowiadaniem
o stosunkach egipskich, chińskich, hinduskich, perskich
czy innych; wiedza w tym zakresie dostępna jest dla
każdego; wystarczy tu tylko wskazać, pod jakim kątem
widzenia powinniśmy studiować historię. Aczkolwiek
podział władzy w starożytnych monarchiach był w
swych początkach bardzo ograniczony i skażony błę-
dami, to jednak był zgodny z głównymi zasadami nauki.
Zbyt słaby dla skonsolidowania tak wielkich mas, spra-
wiał on, że centrum państwa przenosiło się z jednego
miejsca na drugie; to właśnie było przyczyną płyn-
ności wschodnich monarchii, które po kolei łączyły w
jedną całość te same narody i których zasadniczy błąd
wyrażają dobrze znane słowa: chaos, rudis indigestaąue
moles.
494. W Grecji, kraju demokratycznym, panował ten
sam system podziału władz, ten sam podział potęgi su-
werena. Ograniczmy się do Attyki.
Po śmierci Kodrusa lud nie chciał już uznawać inne-
go władcy poza sobą samym. „Wszyscy Ateńczycy są
królami" — woła entuzjasta grecki Ajschylos. Ale
wszyscy ci królowie nie mogli sprawować władzy; po-
I rzebne były dwie rzeczy, podział władzy i odnowa
urzędów. Z kolei dla przeprowadzenia prawidłowego
podziału kolektywnej władzy królewskiej Ateńczyków
potrzebna była jeszcze jedna rzecz: wyłonienie z ludu,
wyspecjalizowanie i określenie pewnej jedności, ko-
lektywnej, że ośmielę się tak rzec, osoby.
Wybierał więc lud co roku pięciuset obywateli, któ-
rzy skupiali w swych rękach całą władzę polityczną na
podstawie bezpośredniego upoważnienia. Tych pięciu-
set wybranych dzieliło się następnie na dziesięć klas,
zwanych „prytanie", z których każda składała się
z pięćdziesięciu członków: każda prytania rządziła pań-
stwem przez trzydzieści pięć dni. — Spośród tych pięć-
dziesięciu miesięcznych władców wybierano w drodze
losowania dziesięciu, których nazywano „proedros",
czyli przewodniczącymi; spomiędzy tych dziesięciu wy-
bierano siedmiu, którzy dzielili pomiędzy siebie dni
tygodnia. Ten, któremu przypadał dzień bieżący, nazy-
wał się księciem lub naczelnikiem. W taki oto sposób
poprzez kolejne wybory wyłaniano jedność monarszą.
Lecz wybrany w ten sposób, przez pięć kolejnych
głosowań, książę nie posiadał już całej władzy: byłoby
to za wiele na jednego człowieka, i Ateńczycy nie by-
liby z tego zadowoleni. Każda z pozostałych dziewięciu
prytanii mianowała „archonta", czyli ministra: pierwszy
był „poliarchą", prefektem miasta; drugi — „królem",
zajmującym się religią; trzeci — „polemarchą", mi-
nistrem wojny; sześciu pozostałych — „tesmoteci", pra-
wodawcy, tworzyli rodzaj rady państwa, której zada-
niem było tworzenie i rewizja ustaw. Poliarchą podpo-
rządkowany był „areopagowi", specjalnemu trybunało-
wi ustanowionemu dla pewnych spraw politycznych
i karnych.
Urzędom tym podlegała cała masa niższych urzędni-
ków obarczonych funkcjami policyjnymi i nadzorczy-
mi. Właśnie w Atenach policja po raz pierwszy chyba
oddzieliła się wyraźnie od wymiaru sprawiedliwości.
Pomimo tak licznego personelu administracyjnego
i takiej masy urzędów ważne decyzje należały jednak
ostatecznie do zgromadzenia ogólnego: lud zachował
inicjatywę w rządzeniu, a urzędnikom swoim pozosta-
wił tylko poszczególne zadania wykonawcze.
495. Wady takiej organizacji są jaskrawo widoczne:
z jednej strony zbyt wielka ilość i nadmierna zmienność
tych pogmatwanych, źle odgraniczonych od siebie
funkcji oraz brak odpowiedzialności, z wyjątkiem
funkcji związanych z majątkiem publicznym, z którego
każdy miał prawo żądać rachunków; z drugiej zaś —
zupełny brak instytucji, które wiązałyby ze sprawami
publicznymi handel i przemysł.
Lud ateński, czuły na punkcie nadużycia władzy, nie
umiał ani rozdzielić tej władzy w sposób korzystny dla
swoich interesów, ani wykonywać jej kolektywnie.
Każdy chciał tam być funkcjonariuszem publicznym,
każdy chciał żyć na koszt skarbu: żeby zaspokoić tyle
ambicji, trzeba było jakoś rozdrabniać władzę i zmie-
niać co chwila urzędników; doszło do tego, że obywa-
telom nie zajmującym żadnych stanowisk płacono od-
szkodowanie za udział w zgromadzeniach agory. Prze-
mysł uważano za zajęcie niegodne wolnego obywatela;
życie z własnej pracy traktowane było jako hańba,
z której wszyscy na wyścigi oczyszczali się przez przy-
właszczanie sobie grosza publicznego i głosowanie za
konfiskatami, podatkami, zaborczymi i rabunkowymi
wojnami, z których grosz ten napływał.
Nie potrzeba było wielu lat, żeby Grecja doczekała
się owoców swoich instytucji politycznych i doświad-
czyła ich żywotności. Od czasów Solona, którego wiek
uważam za środkowy okres legislatur greckich, do
śmierci Aleksandra nie upłynęło więcej niż dwieście
pięćdziesiąt lat; w dodatku ten krótki okres czasu obfi-
tował w różne przemiany i rewolucje. Po podziale kró-
lestwa macedońskiego Grecja ustabilizowała się dopie-
ro pod wpływem rzymskiego oręża. Helleńska centra-
lizacja, tak dobrze zapoczątkowana przez Filipa, została
zaprzepaszczona na zawsze po śmierci Aleksandra: było
to może największe nieszczęście, jakie kiedykolwiek
spotkało świat.
496. W Rzymie podział władzy dokonuje się z ma-
jestatyczną powolnością i z długimi przerwami. Władza
forum rozwija się w miarę, jak ager romanus rozciąga
się stopniowo na zwyciężone kraje. Władze pochodne
układają się jedna na drugiej jak złoża granitu. Ten
okres porodu politycznego trwał niemal tysiąc lat, od
konsulatu Juniusza Brutusa 21 aż do upadku zachodnie-
go cesarstwa.
Po usunięciu Tarkwiniusza 22, kiedy terytorium Rzy-
mu nie wykraczało poza piętnasty słup milowy, wszyst-
kie funkcje polityczne spełniali kolejno lub łącznie
konsulowie przy pomocy doradców czy asesorów, któ-
rzy nie dzielili z nimi władzy. Podział władz, wywołany
niewolnictwem plebsu, był nieustanną przyczyną zabu-
rzeń w republice i zawiści. Zresztą system, który się
tam przyjął, był taki sam jak w Azji i Grecji: początko-
wo część funkcji administracyjnych przeszła z konsu-
lów na kwestorów; następnie, po długim okresie czasu
pokazali się trybunowie, którzy reprezentowali lud
wobec arystokratycznych rządów i którzy, podobnie
jak u nas parlament, mogli inicjować pewne ustawy.
Wkrótce trybunowie zażądali i otrzymali władzę mia-
nowania edylów, specjalnych urzędników obarczonych
funkcjami policyjnymi i pracami publicznymi, którzy
później stworzyliby pełną organizację społeczeństwa,
gdyby handel i przemysł zaliczony został do „uczci-
wych" \ cywilizacyjnych czynności. Nieco później po-
jawili się cenzorzy, których głównym zadaniem była
gospodarka publiczna, statystyka, finanse, ruch lud-
ności, obyczaje i podatki. Ostatnim wreszcie rozczłon-
kowaniem władzy konsulów było pozbawienie ich
funkcji sądowniczych i powstanie instytucji pretorów.
Pomijam podział ludności na kurie, działalność comitia,
kompetencje zgromadzenia ludowego i senatu i całą
masę niższych urzędów. Nie piszę przecież historii po-
równawczej systemów politycznych; szkicuję tylko
zarys tej wspaniałej nauki.
497. A więc jak na Wschodzie i w Grecji tak i tutaj
uwagę ekonomisty przyciąga niezmienna tendencja spo-
łeczeństwa do konstytuowania się najpierw w postaci
ciała politycznego, do wytwarzania zewnętrznych orga-
nów zachowania i centralizacji pod nazwą „magistra-
tów", zanim społeczeństwo rozwinie się wewnętrznie
jako ośrodek produkcji i konsumpcji. Niechże więc ci,
którzy wskutek fatalnego błędu aż nadto usprawiedli-
wionego niewątpliwie dążą obecnie do przeprowadzenia
reformy socjalnej przed reformą polityczną, zdadzą so-
bie sprawę z tego wielkiego prawa historii, jeżeli potra-
fią. Wschodni despotyzm pięć czy sześć razy odradzał
się z popiołów, by wreszcie upaść wskutek braku po-
działu władzy; demokratyczna Grecja zginęła wskutek
nadmiaru władz, a także wskutek pogardy dla upra-
wiania przemysłu; Rzym republikański i cesarski zgi-
nął, gdyż po stworzeniu silnej hierarchii urzędniczej
zatrzymał się przed własnością kwirytów, latyfundia-
mi, niewolnictwem i lichwą i nie potrafił objąć gospo-
darką państwową rolnictwa, przemysłu i handlu.
Wszystko to jest niewątpliwie prawdą; ale też wszędzie
widzimy, że porządek polityczny pojawił się najpierw,
że był wstępem do stworzenia porządku przemysłowe-
go 23. Wreszcie przychodzi ta chwila, do której my
właśnie dochodzimy, kiedy wydaje się, że forma
zewnętrzna społeczeństwa nie może już doznać żadnych
zmian, ponieważ ostateczne wykończenie tej części bu-
dowli zależy od opracowania przez naukę formy no-
wych organów, roli, jaką one mają spełniać, i miejsca,
jakie mają zajmować. Ale kiedy nauka dokona już tego
opracowania, impuls musi być jednak nadany z góry,
a rozkwit władz wewnętrznych musi być poprzedzony
rewizją władz zewnętrznych.
498. Z rozwoju instytucji możemy czerpać inne
jeszcze nauki, tym bardziej cenne, że pokazują nam,
iż prawo ciągu przewodzi sile twórczej i kieruje
przeznaczeniem poprzez kunsztowne przemiany.
a) Zauważmy najpierw powolność postępu. Porządek
nie tworzy się u ludzkości za jednym zamachem: two-
rzy się on stopniowo, każdy organ zostaje wypróbowa-
ny we wszystkich kombinacjach. Wzlot cywilizacji raz
jest szybszy, raz powolniejszy, ale żadne przejście nie
zostaje pominięte. A ileż jest przeszkód do pokonania!
Ile raf do wyminięcia! Ilu próbom trzeba się poddać!
Jak przerażające są straty w ludziach! Jakie wahania
i śmiertelny strach w społeczeństwie! Ruch organiczny,
zaledwie przekazany szczepom pierwotnym, ustaje
u większości, koncentruje się wokół Morza Śródziemne-
go i ciągle zmienia ognisko. Azja, Afryka, Grecja, Italia
dzierżą po kolei berło filozofii i sztuki, a życie opuszcza
je po kolei: umierają z wyczerpania i wracają do barba-
rzyństwa. Od czasów reformy Niemcy wstrzymały już
swój pochód; Anglia obawia się iść dalej naprzód;
Francja, wyczerpana pięćdziesięcioletnim marszem,
chce już zawrócić z drogi, jak się zdaje. Przywódcy na-
rodów wydali skrytą wojnę ideom; jak średniowieczni
magowie królobójcy, chcą oni rzucić zaklęcie na ducha
przez zawiązanie węzła na nitce. Tak bardzo człowiek
boi się ruchu; tak lubi spoczynek wśród swych ciasnych
myśli, uśpienie w gnuśności! Oh, nie oskarżajmy na-
szych ministrów bardziej niż siebie samych: kimkol-
wiek jesteśmy, wzdychamy potajemnie do status quo
naszych utopii. Ale boska siła wciąga nas wszystkich
w ten sam wir; a pogląd każdego z nas jest jak tchnie-
nie nieskończonego umysłu, który pędzi okręt ludzkości
po oceanie wieków.
499. b) Wszystkie społeczeństwa, jakie ukazały się
na ziemi, stworzyły pewien porządek, jakiś system
administrowania i rządzenia. Był porządek u Kreteń-
czyków, tych pederastycznych komunistów, „leniwych
brzuchów" i „niegodziwych bydląt", jak mówił Apostoł.
Republika ich wydała się tak piękna Likurgowi, że
wziął ją za wzór dla swojej. Był też porządek w tej
Sparcie, którą Platon udoskonalił w utopii, a której
mieszkańcy równie dzielni, silni i wstrzemięźliwi jak
pierwsi Rzymianie nie potrafili ani podporządkować
sobie i scentralizować Grecji, ani zachować własnych
cnót. Rząd samego papieża jest uporządkowany, a to na
podstawie jałmużny, w oczekiwaniu na śmierć z nędzy
i głupoty. Nigdy w żadnym kraju nie było zupełnego
braku porządku; obraz zaś naszej centralizacji, równo-
wagi władz i hierarchii administracyjnej jest na pewno
godny podziwu; mówię to z większą szczerością, niż
może ktoś przypuszczać.
Dlaczego więc u dawnych ludów społeczeństwo, za-
miast rozwijać się stale, ginęło? Dlaczego cierpi ono
jeszcze w czasach współczesnych? Dlaczego nie sądzi-
my, że jesteśmy u kresu rewolucji? Jeśli nie dlatego,
że porządek społeczny był zawsze nienaturalny, że za-
równo u starożytnych, jak i u nas system polityczny
był zawsze dziełem sztuki, nie zaś nauki, że cywilizacja
nasza oparta jest na przesądzie, a nie na właściwych
człowiekowi prawach, jeżeli nie z tych powodów, to
dlaczego?
Społeczeństwa religijne opierały się na symbolu; spo-
łeczeństwa wojujące zorganizowane były dla podbo-
jów; społeczeństwa komunistyczne były zaprzeczeniem
wolności indywidualnej; społeczeństwa arystokratycz-
ne — zaprzeczeniem równości cywilnej; społeczeństwa
hierarchiczne oparte były na przewadze kapitału i po-
gardzie dla pracy — były to układy sztuczne
(§§ 232, 233), a w konsekwencji systemy nienormalne
i przejściowe.
500. Poza religią i wojną, poza wspólnotą i nierów-
nością jest jeszcze jedna nieprawidłowość społeczna,
której nie możemy pominąć milczeniem: mam na myśli
trybunały karne. Instytucje powołane w celu represji
są podobnie jak zbrodnie i występki, które czynią je
czymś koniecznym i usprawiedliwionym, zorganizowa-
ne w sposób sztuczny i są faktami przeznaczonymi do
obalenia lub raczej faktami przemijającymi: dowodzi
nam tego teoria faktów nienormalnych (§§ 308—311).
Dramat sądowy w takiej postaci, w jakiej rozgrywa
się przed naszymi oczami obecnie, po długim szeregu
udoskonaleń i reform, z których większość pozostawia
wiele do życzenia, rozpada się w naturalny sposób na
dwie główne części; dochodzenie w ścisłym tego słowa
znaczeniu i rozprawę. Jeśli dodamy do tego karę, otrzy-
mamy prawdziwą trylogię w guście tragedii greckich.
Aktorami tego dramatu w kolejności ukazywania się
na scenie są: 1) Komisarz policji, zewnętrzny organ pro-
kuratury, którego zadaniem jest czuwać nad porząd-
kiem w mieście, nad spoczynkiem i bezpieczeństwem
mieszkańców: oko i ucho sprawiedliwości. 2) Prokura-
tor królewski, sądowy organ czucia pobudzany przez
skargę publiczną lub raport komisarza policji. 3) Sędzia
śledczy, który wskutek zawiadomienia lub żądania pro-
kuratora królewskiego prowadzi postępowanie w celu
stwierdzenia przestępstwa, aresztuje oskarżonego, prze-
słuchuje świadków i przedsiębierze wszelkie środki
ostrożności stosownie do natury przestępstwa i ciężaru
poszlak. 4) Izba Rady i Izba Oskarżeń, których zada-
niem jest wydawanie orzeczenia w sprawie raportu sę-
dziego śledczego oraz zarządzenie zwolnienia podejrza-
nego lub postawienia go w stan oskarżenia. 5) Świadko-
wie. 6) Publiczność w rozprawach uroczystych. 7) Oskar-
żony. 8) Prokurator i Adwokat. 9) Ława przysięgłych.
10) Sędzia. Od tej pory zaczyna się okres pokutny ze
swoim korowodem dozorców więziennych i katów; po-
tem, ale tylko dla niewielkiej liczby wybranych —
łaska i rehabilitacja.
Wszystkie te role nie są jeszcze zarysowane tak wy-
raźnie, jak mogłyby być i jak tego wymaga szybka,
życzliwa, ale surowa sprawiedliwość; tak więc sędzia
śledczy jest z jednej strony zanadto zależny od proku-
ratury, z drugiej zaś — korzysta z nadmiaru samowoli
bez żadnej odpowiedzialności; Izba Rady i Izba Oskar-
żeń są niczym nie usprawiedliwionym zdwojeniem wła-
dzy, która powinna by być jedna. Pomimo tych i kil-
ku innych wad, które znikną z czasem, postępowanie
karne we Francji jest najlepiej i najkompletniej zorga-
nizowane ze wszystkich władz. Ale smutny to przed-
miot dumy! Ta mistrzowsko zorganizowana instytucja
jest tylko anomalią, która przemawia przeciwko spo-
łeczeństwu zdolnemu do zorganizowania zemsty, ale nie
zdolnemu do zorganizowania pracy.
501. Jeśli zbadamy istotę tych rozmaitych ról, które
składają się na dramat sądowy, i jeśli porównamy je
ze sobą, to odkryjemy, sprowadzając je do ich naj-
prostszego wyrazu, że przedstawiają władze duchowe
w naturalnym porządku ich przejawiania się.
Komisarz policji
Prokurator królewski

Sędzia śledczy

Izba Rady i Izba Oskarżeń-


Świadkowie
Publiczność
Oskarżony
Prokurator

Adwokat

Ława przysięgłych
Sędzia
- narządy zmysłowe
- Sensorium commune,
umysł wewnętrzny
- Uwaga, porównanie,
refleksje
- Sądzenie
- Pamięć
- Wyobraźnia
- Wola
- Świadomość społeczna,
- która oskarża
- Świadomość podejrza-
nego, który się broni
- Wolność
- Rozum
Dramat sądowy jest uroczystym przedstawieniem
walki wewnętrznej, w której akt Woli, skazany przez
Zmysły, dostrzeżony przez Wrażenie, badany przez
Refleksję, oceniany przez Sądzenie, zachowany w Pa-
mięci, przedstawiony w Wyobraźni, pozwany jest przez
Świadomość, która oskarża się i broni zarazem przed
trybunałem Wolności, i następnie skazany jest lub unie-
winniony przez Rozum. „Kara" i „łaska", następujące
po skazaniu, odpowiadają najdawniejszym i najbardziej
zakorzenionym w duszy człowieka przesądom, jakimi
są „Piekło" i „Raj".
W ten sposób ta olbrzymia praca cywilizacji, zaled-
wie wśród nas zakończona, ten mistrzowski podział
urzędów, ta piękna organizacja sprawiedliwości,
wszystko to w ostatecznej analizie okazuje się tylko
demonstracją procesu psychicznego, którego zasięg sta-
nowią władze psychiczne, a osią jest wola. I podczas
gdy kler ukonstytuował się wedle porządku zaczerpnię-
tego z królestwa zwierząt i roślin (§ 284), armia wedle
porządku arytmetycznego, podczas gdy Fourier organi-
zuje swoich robotników wedle kombinacji muzycz-
nych — instytucje sądowe dążą w swoim rozwoju do
układania się wedle porządku naszych władz ducho-
wych.
Historia postępowania karnego, jego formy, jego
organa i jego konsekwencje mogłyby dostarczyć mate-
riału do olbrzymiego dzieła, które sięgałoby do naj-
głębszych zagadnień religii i moralności, a które mimo
istnienia olbrzymiej masy publikacji dotyczących tych
tematów zasłużyłoby jeszcze na miano nowego zarówno
w treści, jak i w formie.

§ IV

Perturbacje społeczne
spowodowane przez pogwałcenie praw ekonomicznych.

Podział władzy przez rozbicie

502. Jeśli pominiemy drobne modyfikacje spowodo-


wane charakterem klimatu, specjalnością produktów
i tradycjami, mamy jedno tylko prawo organizacji
pracy: prawo podziału. Wszędzie tam, gdzie nie zauwa-
żono tego prawa, gdzie nie mógł się urzeczywistnić na-
turalny porządek pracy, powstawał porządek sztuczny:
toteż widzieliśmy narody zatrzymane w rozwoju wsku-
tek rachityzmu ustrojowego, narody podlegające cier-
pieniom wewnętrznym i gwałtownym wstrząsom, w
których dochodziło do dezorganizacji i w końcu do
śmierci.
Dlatego też ekonomia polityczna, przez którą rozu-
miem tu organizację pracy i rządy społeczeństw, nie
jest bynajmniej sztuką, lecz prawdziwą nauką. Sztuką
bowiem jest tylko to, co polega na naśladowaniu, na
sztucznym ułożeniu, na przeniesieniu porządku z jed-
nej natury do drugiej; nauką zaś jest to, co obejmuje
wszystkie stosunki przedmiotu wewnętrznie uporządko-
wanego i rządzonego przez prawa specyficzne. Od tej
chwili historia jest wyjaśniona; przedtem nie była wy-
jaśniona, gdyż mogła ją wyjaśnić tylko ekonomia poli-
tyczna: potrzebna była nowa nauka, aby odkryć tajem-
nice rozwoju społecznego.
503. Od najdawniejszych czasów pewne społeczeń-
stwa konstytuowały się w sposób sztuczny, inne zaś,
chociaż odkryły naturalną zasadę uporządkowania, sto-
sowały ją jednak w sposób niedostateczny i błędny;
stąd rozmaitość ich losów.
Mojżesz, który, jak się zdawało, kierował się głównie
odrazą do kast i wschodniego despotyzmu, ustanowił
równość wobec prawa, wolność wytwórczości i do
pewnego stopnia zabezpieczenie pracy i własności.
Pod względem produkcji i rozdziału bogactw prawo-
dawstwo jego było może najdoskonalsze w świecie sta-
rożytnym. Praca, która w Grecji i Italii uważana była
za hańbę i pozostawiona niewolnikom, u Hebrajczyków
była podstawą majątku publicznego i źródłem dobro-
bytu obywateli. Na nieszczęście reformator nie stwo-
rzył żadnej organizacji politycznej. Brak było centrali-
zacji, chyba że chcielibyśmy nazwać tym słowem
wspólność chwiejnego kultu i przywilej kapłański le-
witów; tak samo można by uważać, że dzisiejsza Euro-
pa jest scentralizowana, ponieważ wszyscy jej miesz-
kańcy otrzymują chrzest w imię Ojca, Syna i Ducha
Świętego. Nie było podziału władz: zgromadzenia
miejskie asystowały przy umowach, wysłuchiwały
skarg, sprawowały sądy; guasż-demokracja kierowana
była przez księży: nie było śladu administracji. Ta-
kie, można powiedzieć, bezgłowe społeczeństwo nie
mogło żyć, lud więc obok swojej teokracji stworzył wła-
dzę królewską; były więc dwie, trzy władze zamiast
jednej. Następnie nieszczęśliwy los chciał, żeby królo-
wie nie potrafili ani opanować, ani wytępić kapłaństwa,
ani podzielić własnej władzy. Stali się despotami. Zna-
my smutny koniec tego ludu, którego początki były tak
pomyślne i który zdawał się przez chwilę kryć w swoim
łonie losy świata.
504. Przyczyną upadku była więc u Żydów samowo-
la kapłaństwa, teokracja: w Sparcie przyczyną tą była
wspólnota.
W końcowym okresie wolności greckiej jeden ze
spartańskich królów podjął dzieło ożywienia instytucji
Likurga i trzeba mu oddać sprawiedliwość, że nie-
szczęśnik świecił przykładem. Agis, podobnie jak
wszystkie wsteczne umysły, przypisywał upadek oby-
czajów i republiki zanikowi starych instytucji: nie po-
dejrzewał, że to te instytucje właśnie sfałszowały idee,
zdeprawowały moralność, rozluźniły więź polityczną
i przez swoje skryte, ale nieustanne oddziaływanie do-
prowadziły do tego opłakanego stanu rzeczy. Iluż
pochwałami obsypano bez zastanowienia prawodawcę
Sparty! I cóż, okazało się, że niepodzielna gerontokracja
ustanowiona przez Likurga uległa zmianom zaraz po
śmierci swego twórcy, że była nie do zniesienia dla
wszystkich ludzi obdarzonych inteligencją i że skrępo-
wane w swym działaniu wolne jednostki uciekały
z ojczyzny, w której nie mogły żyć. Pauzaniasz, Li-
zander, Agesilaos trzymali się, o ile tylko mogli,
z daleka od Lacedemonii: wojna stała się dla nich środ-
kiem wyzwolenia, tak jak w Rzymie była środkiem
istnienia dla proletariatu. Zakaz działania i samodziel-
nego istnienia prowadził do tyranii i dezercji, zalecenie
bezinteresowności wytwarzało skąpców, zalecenie bra-
terstwa — egoistów; i kiedy wreszcie Sparta ogołoco-
na została ze swych sztucznych obyczajów, okazała się
pozbawiona wszelkich obyczajów, wszelkich praw,
wszelkich instytucji i idei. Sparta była martwa jeszcze
przed rozwiązaniem Związku Ateńskiego i zanim jeszcze
Grecja stała się prowincją rzymską.
505. Pierwsze wieki po ustanowieniu instytucji olim-
piad były, jak się zdaje, epoką demokratycznego roz-
drobnienia i wspólnot. Instytut Pitagorasa, który
o mało nie zawładnął w ciągu kilku lat całą Wielką
Grecją, zniknął pewnego dnia w zawierusze. Mówiło się,
że sprawił to spisek bogaczy, których przepych i na-
miętności nie mogły ścierpieć stałej kontroli surowego
reformatora. Żli nie powstają przeciwko dobrym bez
powodu, a przynajmniej bez pretekstu. Podejrzewam,
że prawdziwą przyczyną katastrofy były otwarcie i nie-
ostrożnie ogłoszone plany propagandy, którą zamierza-
no objąć cały świat. Instytucje Pitagorasa skończyły
tak jak instytucje jezuitów: każda nowa wspólnota,
która jest dość potężna, aby odegrać rolę polityczną,
budzi antypatię mas i wcześniej czy później niszczą ją
przemożne siły wolności. Wydaje się, że dla wolnego
państwa bliskość wspólnoty jest bliskością śmierci.
Człowiek zgadza się odpowiadać za swoje czyny, byle-
by pozostał panem swojej woli: odbierzcie człowieko-
wi myśl i świadomość, a wspólnota stanie się regułą
rodzaju ludzkiego.
506. O żałosne oznaki zawistnej wolności! Człowiek
mógł odrzucić nawet samo stowarzyszenie: próbowano
okropnego systemu, jak gdyby doświadczenie to było
konieczne dla wykazania praw ekonomicznych; w nie-
których krajach istnieje on jeszcze dotychczas. Feuda-
lizm ciążył na Europie przez dziesiątki wieków i wszę-
dzie pozostawił niezatarte ślady.
507. W dawnej Germanii ziemia nie była bynajmniej
przedmiotem własności: każda rodzina zaorywała i ob-
siewała każdego roku pewną część terenu; następnie,
po zbiorach, ziemia znów stawała się wspólna; rolnictwo
nie wymagało ani posiadania, ani własności. Zresztą
wszyscy ludzie byli równi, wolni i suwerenni.
Ale po zdobyciu prowincji rzymskich barbarowie
odstąpili od zwyczaju rocznej eksploatacji i podzielili
opanowane terytorium: ziemie uznane za łup zostały
tak jak ruchomości, cenne tkaniny, srebro i klejnoty
rozlosowane, i z tego podziału zrodziły się alodia,
stanowiące swobodną własność, niezależną, osobistą,
absolutną, nietykalną.
Mógłby się ktoś zapytać, dlaczego ci sami ludzie, któ-
rzy w swojej własnej ojczyźnie nie tolerowali żadnego
przywłaszczania ziemi, zarzucili tak szybko zwyczaj,
który dawał im najpewniejszą gwarancję równości
i niezależności. Może należy dopatrywać się w tym
wydarzeniu tylko przełomu psychologicznego: podbój
cesarstwa, kładąc kres grecko-rzymskiej cywilizacji,
sprawił jednocześnie, że barbarowie osiągnęli wiek
męski i wyszli ze stanu koczowniczego. Rzeczywiście od
tego momentu zanika u nich szczep, aby ustąpić
miejsca człowiekowi: kiedy obudziła się żądza łupów
rzymskich, zaczyna się wytwarzać w tych bandach,
w których dotychczas nie istniały imiona własne, indy-
widualny charakter. Własność alodialna powstała sa-
morzutnie jak gdyby wskutek ogólnej milczącej umo-
wy; nie potrzeba było do tego ani obrad, ani uchwał.
Każdego nęcił łup i każdy rad był mieć w nim swój
udział i posiadać z wyłączeniem innych część, która
mu przypadła. Nikt nie wnosił protestów: ziemia, którą
dzielono, była ziemią wroga; wydawało się, że własność
tego, co pochodziło od wroga, jest dozwolona. A zresztą,
kto spośród Rzymian czy barbarów w Kościele czy na
forum potrafiłby przewidzieć rzeczy tak odległe?
508. W konsekwencji podziału ziem i zgodnie z ger-
mańskim poczuciem równości wolny człowiek był pa-
nem i władcą swego majątku, sprawował władzę i sądy
nad wszystkim, co do niego należało: ruchomościami
i nieruchomościami, ludźmi i zwierzętami. Własność
wolnych wojowników, czyli własność alodialna, obej-
mowała prawo' sądzenia i karania, prawo rozkazu
chwycenia za broń i poprowadzenia na wojnę, prawo nad-
zoru, pracy, koncesji i prawo martwej ręki29. Wolny
człowiek w swoim alodialnym majątku mógł się uwa-
żać, i był rzeczywiście królem, administratorem i sę-
dzią, jedynym i wyłącznym przedsiębiorcą.
Jeśli chodzi o zatargi pomiędzy wolnymi ludźmi oraz
sprawy dotyczące ogółu, wszystkie takie zagadnienia
były decydowane na „wielkich sesjach" przez naród
zgromadzony pod przewodnictwem księcia lub jego na-
miestnika. Sprawy prywatne załatwiano polubownie na
podstawie wyroków arbitra lub ordaliów30; decyzje
w sprawach publicznych podejmowane były przez akla-
mację lub większością głosów. W ten sposób owe sesje
były uroczystym uznaniem wszystkich tych pojedyn-
czych godności królewskich, publicznym wyrazem czci
oddanej równości. Tylu było książąt, ilu wojowników;
tylu władców suwerennych, ile majątków alodialnych.
Nie było między nimi żadnej różnicy uprawnień i kom-
petencji, co najwyżej pewne nierówności w wielkości
dóbr, zależnie od stopnia, jaki zajmował wojownik; nie
było podziału władz, ponieważ każdy wolny człowiek
miał sam wszystkie władze i wszystkie uprawnienia.
Ktokolwiek poza nim zajmował się na jego ziemi jakąś
sztuką czy rzemiosłem, musiał pracować na mocy udzie-
lonej przez niego koncesji, i zarówno osoba tego czło-
wieka, jak i produkt należały całkowicie do właściciela.
„Własność rzeczy, mówi Kodeks Cywilny, czy to rucho-
mości, czy nieruchomości, daje prawo do wszystkiego,
co ta rzecz wytwarza, do wszystkiego, co się do niej
przyłącza dodatkowo w sposób naturalny czy też sztucz-
ny" (art. 346). Prawo feudalne nie było niczym innym
jak szerokim zastosowaniem tej zasady Kodeksu Napo-
leona.
509. Rozumie się, że gdyby podobne społeczeństwo
przeczuwało najwyższy stopień wolności i niezależności,
jaki człowiek miał osiągnąć, społeczeństwo takie nie
byłoby trwało. Stosunki wynikające z użytkowania,
mieszkania i sąsiedztwa, aczkolwiek mniej skompliko-
wane niż stosunki wynikające z pracy i handlu, musia-
ły z konieczności wywoływać spory, których sądow-
nictwo germańskie nie potrafiło rozstrzygnąć, zwłaszcza
wobec zasady wyłączności i nietolerancji, którą usta-
nowiła własność alodialna. Sama walka sądowa, ratio
ultima barbarów, nie zawsze wystarczała do przecięcia
sporów; zwyciężeni zachowywali nienawiść; krewni,
przyjaciele i towarzysze broni stron brali sprawę na
siebie: a ponieważ podstawowym prawem wolnego wo-
jownika, ahrimana, tak jak i władców konstytucyjnych,
było zawieranie pokoju i wypowiadanie wojny, rozpo-
czyna się wśród tych wolnych ludzi dzieło wzajemnego
wytępiania i ujarzmiania, które doprowadza w końcu
do zupełnego przekształcenia ich warunków. Podczas
gdy pierwotnie wszyscy ahrimanowie byli równi, to
waśnie doprowadziły do tego, że nastąpił wśród nich
podział na wasali i zwierzchników lennych, poczynając
od zwykłego właściciela majątku alodialnego aż do
króla Francji i cesarza, którzy stali najwyżej w tej hie-
rarchii. W ten sposób majątki alodialne nie zostały,
ściśle mówiąc, zniesione, ale podporządkowane jedne
drugim.
Jednak wobec tego, że wojna była w owych czasach
jedynym rzemiosłem, ambicja germańska kierowała się
bardziej ku człowiekowi niż ku własności; ponieważ
system zwierzchnictwa lennego miał na celu głównie
zapewnienie hrabiemu, markizowi czy baronowi pomo-
cy w wyprawach wojennych ze strony licznych wasali,
majątki alodialne nie zostały początkowo obciążone na
rzecz zwierzchników; właściciele sprawowali w nich
nadal pełną władzę i wymiar sprawiedliwości i obowią-
zani byli tylko do składania hołdu swojemu zwierzch-
nikowi oraz podlegali prawu do wezwania, które przy-
sługiwało nawet najdrobniejszym lennikom. Sprawo-
wanie całkowitej władzy cywilnej, politycznej, admi-
nistracyjnej i sądowniczej, a nawet sprawy rolnictwa
i rzemiosła, słowem: pełna władza zwierzchnia była w
sposób tak istotny związana z własnością lenną, że wy-
prowadzano stąd następujący aksjomat prawny: Con-
cesso, castro, censetur concessa juridictio.
510. Nie uchwycił tego Loyseau31, który posiadał
zresztą olbrzymią wiedzę w sprawach dotyczących po-
czątków instytucji senioratu. „Księciu, markizowi, hra-
biemu, wicehrabiemu, baronowi i kasztelanowi prawo
wymiaru sprawiedliwości przysługuje z natury rzeczy;
ale zwykłym lennikom przysługuje ono tylko na pod-
stawie przyzwolenia lub uzurpacji. Lenno i wymiar
sprawiedliwości nie mają ze sobą nic wspólnego".
To twierdzenie Loyseau ujmuje system feudalny
opacznie. Lenno wywodzi się w sposób nieuchronny
z własności alodialnej, to znaczy wolnej i suwerennej,
a więc wyposażonej przez swą własną naturę w prawo
wymiaru sprawiedliwości. Prawdą jest, że wszelkie
zwierzchnictwo było lennem, nawet korona Francji:
skądże by wielcy lennicy czerpali swój przywilej? Lecz
dobra alodialne pożerały jedne drugie; zapomniano
o prawdziwej naturze i pochodzeniu wszelkiego lenna
i doszło do tego, że sądzono, iż każde drobne lenno są-
siadujące z większym musi być tym samym od niego
zależne. Jednakże zależność i podporządkowanie, które
zaprowadziła wśród właścicieli majątków alodialnych
wojna, nie miały same przez się mocy odebrania włas-
ności lennej jej pierwotnych atrybutów; jeśli więc po-
tem hrabia udzielając, a właściwie zwracając lenno do-
łączał do niego prawo wymiaru sprawiedliwości, to
w gruncie rzeczy nie nadawał tego prawa, a tylko je
restytuował.
511. Zresztą z punktu widzenia zagadnienia, które nas
interesuje, nie jest sprawą ważną, czy własność alo-
dialna zgodnie z obyczajami germańskimi była od po-
czątku i miała pozostać wolna, czy też zgodnie z feu-
dalnym zwyczajem była ona zależna od innej własności;
nie zmienia to charakteru faktów. Tak jak sądownictwo
książęce płynęło z dobrowolnego lub wymuszonego na-
dania króla Francji, któremu prawoznawcy przypisy-
wali od początku całą władzę w zakresie wymiaru spra-
wiedliwości, tak samo sądownictwo wiejskie było rze-
czywistą lub fikcyjną cząstką oderwaną od sądownic-
twa książęcego: sprawą zasadniczą jest to, że przyzna-
nie lenna pociągało za sobą zawsze przyznanie władzy,
a stąd wyniknął szczególnego rodzaju podział władzy.
O ile dziś władca powierza jednemu zadanie sądze-
nia, drugiemu władzę administracyjną, trzeciemu god-
ność admirała, czwartemu roboty publiczne, innemu
jeszcze finanse itd., i każdemu przyznaje uposażenie,
to wielki pan feudalny przyznawał swoim baronom
i ich spadkobiercom hrabstwa, księstwa i margrabstwa
ma wieczystą i nieodwołalną własność w zamian za
czynsz w ludziach, a niekiedy w pieniądzach; ci z ko-
lei przyznawali wicehrabstwa, kasztelanie i dobra lenne
dalej; ostatni w tym łańcuchu miał tyle samo funkcji
i uprawnień z tytułu zwierzchnictwa lennego co sam
król.
Te proste i harde umysły uważały wojnę za jedyne
zajęcie godne siebie i nie znały innej przewagi poza
przewagą broni ani innych urzędów poza zarządzaniem
swoimi sprawami domowymi (to znaczy pracą swoich
niewolników, egzekwowaniem swoich uprawnień
zwierzchniczych, kosztów sądowych, grzywien i kon-
fiskat). Gdy długotrwałe spory uzależniły jedne dobra
od drugich, nastąpiło całkowite rozdrobnienie władzy,
ale nie podział rzeczowy. Gdy Karol Wielki ustanowił
urzędników, którzy mieli w jego imieniu sprawować
sądy w jego wielkim imperium, rozstrzygać spory i osą-
dzać przestępstwa w każdej miejscowości — było to za-
powiedzią prawidłowego podziału władz. Lecz ci kró-
lewscy urzędnicy (missi dominici) faktycznie mogli
sprawować swoje funkcje dopiero wtedy, kiedy stali
się panami lennymi w wyznaczonych sobie miejscach
i zaczęli sprzedawać lenna i kompetencje sądowe. Za-
danie wymierzania sprawiedliwości łączyło się dla nich
z panowaniem i własnością. Wysiłki władcy nie potra-
fiły zapobiec uzurpacjom; wkrótce też wskutek nieudol-
ności jego następców, którzy zupełnie nie rozumieli
prawidłowego podziału władz, uzurpacje te uprawo-
mocniły się przez przedawnienie.
512. Zwiększające się ciągle rozdrobnienie sprawiało,
że powstawały tysiące okręgów sądowych, zachodzą-
cych jedne na drugie niczym gałęzie drzewa genealo-
gicznego: lecz wielcy panowie feudalni stopniowo rezer-
wowali dla siebie prawo rozpatrywania i sądzenia w
ostatniej instancji wszystkich spraw, a jednocześnie
trybunały królewskie, seneszalowie i sejmy dążyły na
wyścigi do niezależności; ten konflikt uzurpacji zrodził
nie znaną w starożytności instytucję, która została póź-
niej zachowana — sądy apelacyjne, hierarchię trybu-
nałów i w końcu centralizację.
Lecz wówczas jeszcze ujemne strony głuszyły stro-
ny dodatnie: „Ci, którym hrabiowie, wicehrabiowie
i kasztelanowie powierzyli wymiar sprawiedliwości —
mówi Loyseau — nie zadowolili się tym, że mieli w rę-
kach całe sądownictwo, i dążyli do zdobycia prawa sądu
wyższej instancji, takiego jakie przysługiwało ich
zwierzchnikom, inne zaś sądy odstępowali stojącym ni-
żej od siebie. Ci z kolei odstępowali je znowu dalej,
i tak to szło niemal w nieskończoność. W rezultacie by-
wało tak, że w niektórych miejscowościach istniały
nawet cztery szczeble w sądownictwie sprawowanym
przez panów feudalnych i trzeba było przechodzić przez
sześć instancji dla otrzymania wyroku. Tak na przy-
kład w hrabstwie Dunois sąd Rameau odsyłał sprawę
do Prepalteau, Prepalteau do Montigny, Montigny do
Chateaudun, Chateaudun do Blois, a Blois do sejmu:
w ten sposób procesy żyły tak długo jak ludzie".
513. Czymże więc jest ustrój feudalny?
„Jest to — odpowiada Filangieri — rodzaj ustroju,
w którym państwo podzielone jest na wiele małych
państw, a władza na wiele władz... w którym wykony-
wanie władzy wcale nie jest rozdzielone, tylko sama
władza jest rozbita i odstępowana; jest to sposób rzą-
dzenia, który zrywa więź społeczną, zamiast ją zacieś-
niać, który daje ludowi wielu tyranów zamiast jednego
króla; zamiast powstrzymywać monarchę przed czynie-
niem zła, mnoży on wokół niego przeszkody w czynie-
niu dobra; między księciem a ludem formuje potężny
zastęp ludzi, którzy zajęci są stale przywłaszczaniem
sobie praw jednych i gnębieniem drugich; liczna ary-
stokracja dzieli między sobą despotyczną władzę. W ten
właśnie sposób powstaje zależna monarchia bez pręż-
ności ustroju monarchicznego i republikański nieład bez
republikańskiej wolności: oto są cechy charakterystycz-
ne ustroju feudalnego".
Nie ma w tym obrazie ani jednego rysu, którego nie
można by było odnaleźć dziś jeszcze w najbardziej po-
stępowym kraju Europy. Jako system polityczny feu-
dalizm upadł wskutek zjednoczonych wysiłków komun
i królów, ale w administracji, w przemyśle, w sądow-
nictwie, w oświeceniu publicznym, w armii ciągle nas
jeszcze przytłacza.
514. Feudalizm został osądzony: prace współczesne
wykazały gruntownie jego błędy i jego niemożliwość.
Trzeba jednak oddać należną cześć Ludzkości i powie-
dzieć, że ten okropny system miał swoją rację bytu
i swoje opatrznościowe przeznaczenie, choć nie polegały
one na tym, co sądziły rządy na ten temat i co głosiły
przesądy religijne. Feudalizm był potężnym protestem
przeciwko zakusom klasztornym, wspomaganym przez
księży i wszechpotęgę papieską, które w średniowieczu
groziły zagładą cywilizacji, rodziny, wolności. Feu-
dalizm przeciwstawił się katolickiemu monarchizmowi,
tak jak niegdyś demokracja grecka przeciwstawiła się
komunizmowi Likurga i Pitagorasa; zastąpił monar-
chiczną koncentrację nową zasadą, centralizacją; zanim
pod naciskiem zjednoczonych wysiłków władzy królew-
skiej i przemysłu wyzionął ducha, przygotował tę wspa-
niałą syntezę, którą zapoczątkowała rewolucja z roku
1789 i która nie przestała rozwijać się mimo błędów
ludu, tchórzostwa burżuazji i zdrad rządzących.
515. Oto synoptyczny obraz głównych form naiwnych
i sztucznych sposobów rządzenia w logicznym porząd-
ku ich przejawiania się:

Oś albo Centrum 1.

Teza 2.

Druga strona 3.

Antyteza 4.

Druga strona 5.

Synteza 6.

Stowarzyszenie

Szczep: brak przemysłu,


brak podziału
Wspólnota
A. Monarchia
B. Demokracja
Feudalizm
Równość, koordynacja
Teokracja i arystokracja, rządy kasty kapłańskiej
i szlacheckiej są odmianami antytezy.
Po wyjściu z okresu nieorganicznego siła kolektywna
i solidarność ukazują się najpierw we Wspólnocie; na-
stępnie jedność początkowa pracy i jej prawo podziału
występują w Monarchii, i wraz z wolnością w Demo-
kracji; centralizacja przejawia się następnie w Feuda-
lizmie; w końcu elementy te układają się harmonijnie
w Równości.

§V

Ewolucja praw ekonomicznych; stopniowe


konstytuowanie się społeczeństwa

516. Dotychczas proces organizacji zamykał się w sfe-


rze politycznej, administracyjnej i sądowniczej i ogra-
niczał się do dwóch pierwszych praw pracy, podziału
i specyfikacji (§§ 400—408). Pozostaje nam jeszcze po-
kazać, jak obejmuje on stopniowo naukę, przemysł,
handel i rolnictwo i wytwarza swoje dwa ostatnie pra-
wa: syntezę i odpowiedzialność.
Widzieliśmy, że rządy królewskie, zasada jedności
i koncentracji, przejawiały się początkowo w łonie
szczepu, podporządkowywały kasty i próbowały podzie-
lić się i rozłożyć na specjalne podległe sobie organa. Po-
tem antyteza tej zasady — wolność indywidualna, uka-
zała się nam w demokracji, krocząc poprzez równość
polityczną i konkurencję przemysłową ku zrównaniu
funkcji. W końcu wspomnieliśmy o pewnych odśrod-
kowych formach stowarzyszenia, takich jak wspólnota
i feudalizm, i pokazaliśmy, że w tych dwóch nieprawi-
dłowych formach tkwi uświęcenie nieśmiertelnych za-
sad: 1) kolektywnej siły i solidarności, którą ona obej-
muje; 2) osobowości pracującego i małżeństwa, które
jest jej wyrazem; 3) centralizacji lub koordynacji cią-
gów produkcyjnych.
Jednocześnie przez krótką analizę funkcji księdza,
żołnierza i sędziego dokonaliśmy wstępu do wielkiego
dzieła naszej ostatecznej organizacji, która musi wy-
niknąć z zastosowania diakrytycznych praw ekonomii
do każdej po kolei funkcji albo jednostki społecznej.
517. Synteza dzieła i odpowiedzialność pracującego
związane są ze sobą tak, jak to, co uwarunkowane,
związane jest z warunkiem (§§ 443—445); ich wspól-
nym wyrazem jest płaca; pojawiają się one w historii
jednocześnie. Warto zatrzymać się nad sposobem ich
pojawienia się.
W monarchii uważa się, że każda funkcja należy pier-
wotnie wyłącznie do króla (§ 511), od którego pochodzi
ona jako od swego źródła. Sądownictwo, handel, rolnic-
two, wojna i żeglarstwo, kopalnie i rzeczy bezpańskie
stanowią własność króla. — W Egipcie król jest jedy-
nym właścicielem ziemi, którą wydzierżawia swym
poddanym za czynsz; Salomon osobiście wymierza spra-
wiedliwość, tak jak Karol Wielki i wszyscy baronowie;
konsulowie rzymscy byli sędziami, generałami,
administratorami i kapłanami. Chlodwig i jego następcy
nie
gardzili funkcją kata. Cesarz Chin podczas uroczystych
świąt własnoręcznie wytyczał miedzę: powiadano, że
było to publiczne oddanie czci rolnictwu pod ojcowski-
mi rządami. Czy nie było to raczej uroczyste przypo-
mnienie o własności cesarskiej?...
Tak więc początkowo książę reprezentuje coś więcej
niż Suwerena, czyli Człowieka zbiorowego, lud: jest on
bowiem osobiście, prawnie i faktycznie jedynym właś-
cicielem i jedynym producentem. Ponieważ królewskie
prawo własności rozciąga się na wszystko i nie podlega
utracie przez przedawnienie, nikt nie może nabyć włas-
ności ani przez umowę, ani przez pracę, ani w jakikol-
wiek inny sposób. Byłby on bowiem wówczas królem
obok króla, to znaczy konkurentem lub uzurpatorem.
Uniwersalność prawa królewskiego nie istniała po-
czątkowo w zupełnie ścisłym sensie: trzeba było dłu-
giej pracy społeczeństwa, pod najbardziej absoluty-
stycznymi rządami, aby dorzucić do zasady monarchicz-
nej wszystkie jej konsekwencje. Niemniej jednak za-
sada ta implikowała absolutną władzę nad dobrami
i ludźmi, i wszędzie, gdzie dopuszczono do jej swobod-
nego rozwoju, doprowadzała do uniwersalnego przy-
właszczenia. — Nie jest zresztą ważne to, że monarchia
i demokracja nigdy nie ukonstytuowały się w swej czy-
stej formie; jest nawet rzeczą pewną, że jedna i druga
miały zawsze przymieszki obcych elementów: zadaniem
nauki jest przede wszystkim określić to, co jest właści-
we i istotne dla każdej z nich.
518. Z tych dyspozycji ustroju monarchicznego wy-
nika różnica pomiędzy stanem przedstawiciela królew-
skiego a stanem urzędnika republikańskiego. Prawdę
mówiąc, różnica ta dotyczy bardziej formy niż treści,
ale wystarczyło to do pogłębienia rozbieżności między
tymi dwiema formami rządów.
Jakikolwiek był, w zależności od czasu i miejsca, spo-
sób rozdziału władzy królewskiej, wysłannik księcia,
wykonujący za niego część władzy i otrzymujący w jego
imieniu związane z tym korzyści, był w myśl poglądów
monarchistycznych czynszownikiem króla, a w kon-
sekwencji jego dłużnikiem. Tak więc za ziemię musiał
płacić czynsz; dla uzyskania wymiaru sprawiedliwości
(było to bardzo obfite źródło dochodów z uwagi na
grzywny i konfiskaty) musiał opłacać listy królewskie;
za podatek od soli płacił czynsz; dla uzyskania warszta-
tu rzemieślniczego musiał opłacać patent lub przywi-
lej itd.
W republice przeciwnie, urzędnik, zamieniając swój
tytuł osoby prywatnej na tytuł osoby publicznej, nie
płaci za to, lecz sam otrzymuje wynagrodzenie. Jakkol-
wiek te dwa systemy wynagradzania są przeciwstaw-
ne, to jednak, jeśli nie rozpatrujemy ich z prawnego
punktu widzenia, są one dokładnie równoważne: tylko
role są odwrócone. Bo niezależnie od tego, czy król
przyznaje stanowisko żądając w zamian czynszu, czy
też powierza funkcję za wynagrodzeniem, w obu wy-
padkach wspólne jest to, że funkcja jest użyteczną
usługą, która to usługa musi być opłacona. Tylko
w pierwszym wypadku sędzia królewski na własne ry-
zyko czerpie zyski z królewskiego sądu i płaci czynsz,
w drugim natomiast — urzędnik reprezentuje władcę,
który nie wyzbywa się władzy, i za to otrzymuje wy-
nagrodzenie.
Zauważmy jeszcze, że poglądy monarchistyczne przy-
pisują wszelkiej funkcji społecznej zależność od korony;
stąd tendencja mnożenia lenników w nieskończoność,
jako że zwiększenie liczby faworytów zwiększa sumę
dochodów; tymczasem poglądy republikańskie uznają,
że wszelka własność jest wolna od opłaty, że każdy ma
prawo zajmować się wytwórczością i że wszyscy mają
równe prawa, a wobec tego koszty służby publicznej po-
krywane są ze składek, co wywołuje tendencję nieogra-
niczonego redukowania funkcji. W ten sposób w monar-
chii wszystko jest oddawane w lenno i oczynszowane,
w demokracji zaś wszystko jest wolne: płaca istnieje
tylko dla urzędników i wyrobników; ponadto istotną
cechą republikańskich urzędników jest ich odwoływal-
ność.
519. Wady obydwu tych systemów są równe. Zasada
monarchiczna doprowadza w końcu do odstąpienia wła-
dzy, niesubordynacji i rewolty, co niszczy centralizację
i jedność, które stanowią cel wszelkiej monarchii. De-
mokracja ma tendencję do wytwarzania chaosu i rywa-
lizacji, co sprzeczne jest z celem wszelkiego społeczeń-
stwa. Zresztą pisarze wykazali już wady systemu sprze-
dawania urzędów, oczynszowywania podatków, przywi-
lejów przemysłowych itp., tak samo jak wady usuwal-
ności urzędników, konkurencji handlowej i braku cen-
tralizacji — wszystkie te zagadnienia są wyczerpane.
520. Widzimy więc, że problem organizacji społe-
czeństw zostaje sprowadzony po raz drugi (§ 408) do
określenia płacy: cóż mówi historia w tej trudnej kwestii
i czego dokonał dotychczas postęp ludzkości? Czy prak-
tyka rządów będzie jeszcze raz zgodna ze wskazaniami
teorii?
Ponieważ w naturze wszelkiej istoty zorganizowanej
leży unikanie tego, co jest dla niej szkodliwe, a przyswa-
janie tego, co sprzyja życiu, przeto między monarchią
a demokracją zachodzi rodzaj wymiany. Dla zachowania
siły kierowniczej i władzy rządzenia królowie prze-
kształcili swych wysłanników feudalnych, którzy
w większości zeszli już do rzędu indywidualnych właś-
cicieli, w opłacanych urzędników (usuwalnych i nieusu-
walnych) i uczynili ich odpowiedzialnymi; — demokra-
cja przyjęła nieusuwalność i zrepublikanizowała wszyst-
ko, co wydawało się możliwe do zrepublikanizowania.
W ten sposób od roku 1789, słynnego z ugody pomiędzy
monarchią a demokracją, funkcje sądowe, które dawniej
były przywłaszczane i wynagradzane przez zyski, stały
się dobrem publicznym: uznano nieusuwalność urzędni-
ków sprawujących te funkcje i postanowiono wynagra-
dzać ich ze skarbu państwa. Analogiczna rewolucja
dokonała się w armii, a także w systemie oświaty:
młodzi oficerowie nie kupowali już swoich patentów.
Profesorowie uniwersytetów korzystali, podobnie jak
sędziowie, z nieusuwalności; cała masa wszelkiego ro-
dzaju urzędników, którzy podlegają pewnym warun-
kom przy awansowaniu i mają zabezpieczenia emery-
talne, stanowi widoczny postęp w kierunku nieza-
leżności i równości. Wreszcie cywilna ustawa dotycząca
kleru zapoczątkowała sekularyzację Kościoła. Plebania
stała się własnością gminy, a ksiądz zaczął otrzymywać
wynagrodzenie od Państwa.
521. Nieusuwalność urzędników jest w gruncie rze-
czy naruszeniem zasady nieodstępowalności władzy
zwierzchniej; ale w społeczeństwie o ustroju monar-
chicznym czy też w początkach demokracji jest to ko-
nieczna gwarancja niezależności i zabezpieczenia urzę-
du, postęp w kierunku centralizacji i równowagi władz.
Kiedy jednak zapanuje już równość, nieusuwalność sta-
nie się tylko prawem do pracy, prawem nie ulegającym
przedawnieniu: można będzie przedłużać kadencje
urzędnicze bez wyrządzania niesprawiedliwości wobec
nabytych praw i utrzymywać funkcjonariuszy publicz-
nych bez szkody dla regularności w usługach. Ileż trud-
ności, które dziś są nie do rozwiązania, zniknie w obli-
czu równości płacy!
522. Jaki więc jest kierunek ruchu, który właśnie opi-
sujemy?
Ekonomia polityczna głosi, że praca jest prawem na-
turalnym, nie podlegającym przedawnieniu i odstępo-
waniu. — Wobec tego, odpowiada władca, powierzając
pewną funkcję, dam funkcjonariuszowi odszkodowanie
w postaci nieusuwalności i zapewnię mu dochód.
Ale praca musi być użyteczna, żeby zasługiwała na
płacę, dodaje nauka. — Doskonale, odpowiada rząd, pod-
porządkuję funkcjonariuszy pewnym regułom, przepi-
som i uczynię ich odpowiedzialnymi za ich przestrzega-
nie.
Jaki jest stosunek pracy do płacy? Ekonomia politycz-
na tego nie wie. Rząd zaś, nie przesądzając miary po-
równawczej usług, ogranicza się do równego wynagra-
dzania urzędników tego samego stopnia, pełniących te
same funkcje.
523. Lecz doniosły fakt przyłączenia do dziedziny
publicznej pewnych funkcji, fakt, którego konsekwencją
była nieusuwalność i odpowiedzialność funkcjonariuszy,
odkrywa coś znacznie jeszcze głębszego.
Czym się różnią funkcje (stałe lub przejściowe, w tej
chwili to nie jest ważne) już uspołecznione od funkcji
nie uspołecznionych?
Łatwo jest na to odpowiedzieć, ponieważ sprawa ta
interesuje nas tylko z punktu widzenia praw ekono-
micznych czy też warunków pracy.
Funkcje uspołecznione wyróżniają się swym „doktry-
nalnym" charakterem, co pozwala poddawać kandyda-
tów próbom zdolności, a wtajemniczonych przepisom
i metodom. Nauki prawne, polityka, teologia i filozofia
nie są niewątpliwie naukami ścisłymi: od czasów Talesa
do Cousina, od Areopagu do Trybunału Kasacyjnego
badania prawne są tylko mnemonicznym poznawaniem
tradycyjnych szablonów; filozofia jest badaniem pozba-
wionym przedmiotu, które zatrzymuje się na odkryciu
prawdy. Ale któż nie wie, że pod nazwą nauk prawnych,
filozofii itd. kryły się zawsze najdonioślejsze dziedziny
poznania; że w różnych okresach filozofowie i księża by-
li jedynymi uczonymi; że z ich szeregów wyszło wielu
czołowych myślicieli; że dążyli oni stale do metody
twórczej i absolutnego dowodu; że nawet dziś uprawia-
nie tych rzekomych nauk wymaga pewnej erudycji, któ-
ra zapładnia ducha i przygotowuje umysł do syntezy?
Dzięki całokształtowi swoich badań, swoim nawykom
logicznym, przedmiotowi swoich prac badawczych
i wreszcie opinii, jaką mieli zawsze wśród pospólstwa,
poszukiwacze sprawiedliwości, świętości i prawdy win-
ni zajmować pierwsze miejsce w państwie i stać na czele
szeregu funkcji społecznych.
524. Co mówi nam teoria (§§ 420—447)?
Z jednej strony mówi nam ona, że drugim prawem
pracy jest układ funkcji, to znaczy określenie funkcji
jako metafizycznej specjalności, słowem jako nauki;
z drugiej strony — że o ile wyrazem odpowiedniości
jest płaca, o tyle zasadą jej jest znajomość metod,
filozofia zawodu albo, pozwolę sobie powiedzieć ina-
czej — transcendentalne wykształcenie pracującego.
A więc tak jak ludzkość rozpoczyna od podziału wła-
dzy i wyodrębnienia funkcji zgodnie z pierwszym pra-
wem pracy, tak samo dokonuje dzieła zrównoważonej
koordynacji, nakładając na swe organa pieczęć nieusu-
walności i zabezpieczenia społecznego, ponieważ wydają
się one zapewniać spełnienie wymaganych warunków
wysokiego wykształcenia oraz syntetycznej i odpowie-
dzialnej inteligencji.
Nie badajmy więc wcale, czy protokoły dyplomatycz-
ne i kodeksy postępowania cywilnego i karnego, przepi-
sy rzeczników i notariuszy, logika Arystotelesa i kościel-
ne księgi rytualne godne są porównania z metodami
używanymi w naukach fizycznych i matematycznych,
świadczącymi o wysokiej i dojrzałej inteligencji. Takie
postawienie zagadnienia byłoby aż nadto niepoważne.
Chodzi przecież o to, czy Ludzkość, rozpoczynając swoje
dzieło organizacji przy pomocy wizjonerów i sofistów,
postępowała zgodnie ze swoim prawem, chociaż jego sto-
sowanie często ją zawodziło.
525. Otóż utrzymujemy, że proces cywilizacji, który
stworzył początkowo kult, sprawiedliwość, państwo i je-
go liczne akcesoria, określany był nie tyle przez same
te różne instytucje i funkcje, ile przez idee, które one
reprezentowały, i nadzieje, które rodziły. — Numa,
według Plutarcha, zajmował się klasyfikacją i porząd-
kowaniem sztuk i zawodów; Ludwik Święty zorgani-
zował korporacje i nałożył im regulaminy; rozkwit repu-
blik włoskich i miast hanzeatyckich opierał się całkowi-
cie na wolności i czci dla pracy; polityka mieszała się
często w mniej lub bardziej brutalny sposób do spraw
przemysłu i rolnictwa; Bonaparte mówił z uzasadnioną
obawą: „Ludzie zupełnie nie znają się na handlu". Dla-
czego więc przemysł, rolnictwo i handel, pomimo wy-
siłków pracujących i dobrej woli despotycznych wład-
ców, nie mogły się nigdy scentralizować, ukonstytuować
w sposób zarazem demokratyczny i jednoczący, jeżeli
nie dlatego, że nie zostały nigdy zaliczone do dziedziny
tego, co intelektualne i idealne, aczkolwiek dawno już
wyspecjalizowały się w równej mierze, a może nawet
bardziej niż funkcje polityczne; jeżeli nie dlatego, że te-
olog widział w nich tylko materiał dla spraw sumienia,
prawnik okazję do procesu, filozof praktykę niegodną
swoich wysokich spekulacji; dlatego, że rolnik, rzemieśl-
nik i kupiec uginali się od początku pod ciężarem tej po-
trójnej anatemy; dlatego wreszcie, że wolność, która
musi ich wynieść do godności uczonych i artystów,
funkcjonariuszy społecznych, do godności ludzkiej
w końcu, zaledwie zaczęła się rodzić?...
526. Mówiliśmy o historii przeszłości: zaraz będziemy
mówić o historii przyszłości. Wszechpotężna siła, podle-
gająca pewnym prawom, pcha nas po nieugiętej linii;
rozpoczęta droga musi się skończyć, tak jak się zaczęła:
świat się raczej zawali, niżby miało być inaczej.
Ale pozostaje nam jeszcze ostatnie prawo procesu
organizacji.
Ekonomika polityczna mówi, że praca rozczłonkowana
na fragmenty, praca monotonna, żmudna i odpychająca,
jest podstawą praktyki (§ 432). Trzeba zobaczyć, w jaki
sposób ludzkość stosowała tę zasadę i jaka stąd płynie
konsekwencja dla organizacji społeczeństw.
527. Kamieniem, o który potykają się pisarze zajmu-
jący się sprawami ustrojowymi, skałą, z której wszyscy
niemal spadali, jedni w piaski monarchii, inni w padół
republiki, podczas gdy jeszcze inni zawracali aż na bag-
na teokracji i wspólnoty — są właśnie żmudne i odpy-
chające funkcje. Rousseau, a jeszcze przed nim Platon
nie wyobrażali sobie równości bez niewolnictwa jako
podstawy. Była to idea starożytności.
Można powiedzieć, że w oczach leniwego i gadatliwego
Ateńczyka wszelka praca była odrażająca. W Atenach,
które były ukoronowaniem cywilizacji greckiej, niewol-
nictwo dawało klasie wolnej wszystko: 400 tysięcy nie-
wolników utrzymywało 20 tysięcy obywateli.
Plebejanizm w Rzymie był traktowany tak samo lub
prawie tak samo. Plebejusze, pozbawieni własności i za-
sobów, stale zadłużeni, mogli pokładać nadzieje tylko
w rabunku; ich przeznaczeniem oraz koniecznością było
wykonywanie pospolitych i haniebnych zawodów. Czym
byli w istocie owi plebejusze? Minores gentes, mali lu-
dzie, niższe rasy, jak mówi Vico.
W okresie średniowiecza, aż do rewolucji, praca po-
rzucona przez szlachtę i kler spadła na ludzi pańszczyź-
nianych, którzy stopniowo przekształcali się w plebeju-
szy, a następnie w bourgeois. Jednakże pamięć pierwot-
nego stanu pracujących uświęcona została przez Kościół
zakazem zajmowania się w niedziele i święta „pracami
służebnymi". Kościół w swoim sennym błogostanie zapo-
mina o tym, że obecnie nie ma już ludności służebnej.
Wyjątek, który stanowią prace wolne, tak wydrążył
przepis, że została z niego tylko skorupa.
Chłop poddany należał do pana, obciążony był pań-
szczyzną i stanowił przedmiot nieprzenośnej własności;
tak jak niewolnik i początkowo plebejusz był on capitis
minor i nie liczył się w państwie jako głowa.
528. Dziś praca jest honorowana i nikomu nie przyno-
si wstydu; istnieje jednakże pewna liczba prac odpycha-
jących, cząstkowych, rozdzielanych skąpą ręką, prac,
których wszyscy unikają, a które stały się jak gdyby
nieodłącznym udziałem najliczniejszej i najbiedniejszej
klasy — proletariatu.
Dziewiętnastowieczny proletariusz jest przede wszyst-
kim, powtarzam to, wykonawcą prac cząstkowych, po-
zbawionym rzemieślniczego fachu oraz inicjatywy; żyje
z dnia na dzień i nie ma nawet prawa porozumiewania
się z równymi sobie co do środków polepszenia swojej
doli; dobrze, jeżeli pospolitość życia, do którego jest
zmuszony, oraz polityczna izolacja nie zniszczą w nim
doszczętnie poczucia dobra i uczciwości.
Proletariusz jest więc czymś niższym w społeczeń-
stwie.
Wybitni pisarze opisali cierpienia tej nieszczęsnej ka-
tegorii ludzi, która pod nazwą niewolników, plebejuszy,
ludności pańszczyźnianej i proletariatu występuje
u wszystkich ludów i we wszystkich epokach historycz-
nych: ukazali oni pocieszający fakt stopniowego wy-
zwalania proletariatu przez pracę i przepowiedzieli wy-
gaśnięcie pauperyzmu i nierówności; lecz nikt, o ile
wiemy, nie określił prawdziwych przyczyn tej anomalii,
a zwłaszcza nie wyświetlił jej znaczenia.
529. Źródłem pauperyzmu jest brak równowagi po-
między produktem a pracą robotnika, to znaczy renta
przejmowana przez próżnującego kapitalistę; teza ta
została aż nadto obszernie udowodniona — opatrznościo-
wym celem proletariatu jest określenie obowiązku mło-
dego człowieka i warunków przyjęcia go w poczet oby-
wateli.
Jeżeli historia jest rozciągającym się w czasie obra-
zem zbiorowego organizmu, to niewolnik, plebejusz,
chłop pańszczyźniany, proletariusz są symbolem obywa-
tela „mniejszego", „młodego" w pracy, jednym słowem
„terminatora".
Ale cóż to jest terminowanie? Czy trzeba wracać do
unicestwionego na zawsze ustroju korporacji i praw
cechowych i tak jak niegdyś pozbawić terminatora ho-
noru, wiedzy i świadomości?...
Dla nas terminowanie jest kształceniem publicznym,
władzą, która nim kieruje, jest Wszechnica, nie
ta ograniczona do czterech czy pięciu fakultetów, lecz
wszechnica naprawdę powszechna, w której obszernym
łonie mieściłaby się nauka, literatura, sztuka, przemysł,
rolnictwo, handel, roboty publiczne, armia, gospodarka
społeczna, słowem wszystko, co jest przeznaczeniem ro-
dzaju ludzkiego: od pierwocin myśli aż do największych
głębi inteligencji.
Prawem terminatora jest poznanie wszystkiego, zoba-
czenie wszystkiego, wypróbowanie wszystkiego; obo-
wiązkiem jego jest pogodne i odważne spełnianie
wszystkich prac, które narzucają potrzeby społeczeń-
stwa i wewnętrzna obsługa tego wielkiego przedsiębior-
stwa; taki jest dług wynikający z terminowania i takie
jest prawo równości.
W naszych czasach, kiedy zgłasza się kandydat do
kariery administracyjnej, stawia mu się przede wszyst-
kim pytanie: „Czy dopełnił pan warunków ustawy wer-
bunkowej?" Chcę, żeby tak samo pytano młodego czło-
wieka przed nadaniem mu praw obywatelskich —
wolności indywidualnej, prawa do pracy, płacy, mał-
żeństwa, praw wyborczych, prawa petycji, prawa oskar-
żania i kontroli: Czy otrzymał pan przepisane wykształ-
cenie? Czy odbył pan praktykę? Czy wypełnił pan obo-
wiązki związane z terminowaniem? Czy uzyskał pan
odpowiednie oceny? Proszę o pokazanie dyplomów...
530. Czytelniku, jeśli twoje serce wolne jest od ary-
stokratycznego fermentu, jeśli nie wstydzisz się sza-
cunku dla człowieka, śledź moją myśl do końca; jeśli
nie, opuść ten artykuł, nie jesteś godzien go czytać.
Trzeba najpierw zauważyć, że istnieje okres kształ-
cenia początkowego, identyczny dla wszystkich jedno-
stek, przynajmniej o tyle, o ile nie mamy do czynienia
z jakąś wyjątkową, przedwczesną dojrzałością. Ten
pierwszy okres edukacji obejmuje mniej więcej te same
przedmioty, które są wykładane w naszych szkołach
początkowych do czwartej klasy; należałoby tylko do-
łączyć do nich jako ćwiczenia pewne proste zajęcia rol-
nicze i rzemieślnicze, zarówno jako środek higieny, jak
też dla umocnienia charakteru i uwydatnienia zdolności.
Za pośrednictwem zajęć tego rodzaju mogłoby się już
rozwijać pojęcie tego, co użyteczne, zwłaszcza gdyby
się wprowadziło premie i nagrody. Nauczanie przed-
miotów szkolnych opóźniłoby się przez to co prawda,
ale wpłynęłoby to dodatnio na siłę fizyczną dzieci i za-
hartowało ich dusze; wreszcie, jeżeli nawet nie będzie-
my mieli czternastoletnich oratorów ani piętnastolet-
nich uczonych, czy to taka wielka szkoda?... Co się ty-
czy kosztów, to kiedy młodzieniec wyjdzie z domu ro-
dzinnego, przestanie być na utrzymaniu rodziny.
Trzeba też zaznaczyć, że w pierwszych latach tego
ustroju nie można będzie nakładać na wszystkie jed-
nostki tych samych obowiązków; dopóki rodziny prole-
tariackie, minores gentes, na ogół zepsute duchowo i cie-
leśnie przez nędzę, skostnienie szlachetnych uczuć
i ospałość religijną nie odrodzą się, nie należy oczeki-
wać, żeby u wielu z nich inteligencja doszła do rów-
nowagi i wzniosła się do poziomu moralności.
Lecz skoro w tej chwili zakładamy równość zdolności
wśród ludzi, spróbujmy przy pomocy jednego lub
dwóch przykładów dać wyobrażenie tych prób, jakim
będzie musiał być poddany terminator przed uznaniem
go za „towarzysza", zanim zaliczony zostanie do rzędu
obywateli. Byłoby bowiem czymś dziwacznym wyobra-
żać sobie, że jednostka korzysta z uprawnień społecznych
przez sam fakt przynależności do gatunku, i uwa-
żać, że sam fakt urodzenia konstytuuje jej godność. Jest
to, jak sądzę, przesąd monarchistyczny i szlachecki,
przesąd w najwyższym stopniu dezorganizujący i an-
tyspołeczny. Przecież człowiek, zanim zostanie ukształ-
towany przez wychowanie, jest „dziki", a dziki nie
może rościć sobie praw do niczego. Prawa dzikiego,
wedle Fouriera, to: „polowanie, rybołówstwo, zbiera-
nie i pokarm"; czy można przypisać ich mniej dzikie-
mu zwierzęciu? A naprawdę proletariusz nie ma u nas
nawet tego prawa dzikich zwierząt.
531. W komunie brakuje kowala, ślusarza lub me-
chanika: rada miejska poszukuje robotnika. Dziwne
może się wydać wymaganie od kandydata, żeby wyka-
izał się nie tylko umiejętnością władania pilnikiem czy
młotem, ale także rozległymi wiadomościami z meta-
lurgii, chemii, geologii i kopalnictwa; żeby miał odbyte
próby w hutach i zbrojowniach; żeby w mundurku
szkolnym obserwował w laboratoriach prawa przyrody
nieorganicznej i borykał się z procederem sztuki w pra-
cowniach uniwersyteckich; żeby w pionierskiej bluzie
i w żołnierskiej zbroi złożył swój kontyngent pracy
przy wydobywaniu węgla i na straży ojczyzny: a wszy-
stko to przed ukończeniem 27 lub 28 roku życia. Czyż,
doprawdy, potrzebna mu jest ta cała wiedza i te kam-
panie do naprawiania motyk i okuwania pojazdów?
Taki człowiek godzien jest być inżynierem, a nawet
generałem.
No, niewątpliwie jest godzien! I dlatego właśnie
jesteśmy zwolennikami równości, czy rozumiecie?...
Ale idźmy dalej.
Komuna potrzebuje murarzy, kamieniarzy. — Oto
młodzieńcy rosłej postaci, o dłoni silnej i pewnej, o duszy
artystów, z których każdy obok praktyki zawodo-
wej zna geometrię, statykę, architekturę, skład ce-
mentu itd. i z których każdy pracował w kamienioło-
mach!...
Cóż jeszcze trzeba powiedzieć? W szkole rolniczej
prace przy karczowaniu, odwadnianiu i zalesianiu; —
w szkole handlowej konserwacja portów, dróg i rzek; —
we wszystkich szkołach kopanie kanałów, roboty ziem-
ne, niwelacyjne, przewozowe. A jeśli niektórzy z po-
śród tej entuzjastycznej młodzieży będą obdarzeni bos-
kim darem talentu artystycznego, niech uczą się jesz-
cze więcej i większą daninę pracy składają społeczeń-
stwu: oczekiwane od nich owoce dojrzeją tylko wtedy,
kiedy zrosi je pot i krew. Jakże, doprawdy, mogliby
przemawiać do społeczeństwa, jak mogliby odtwarzać
jego harmonię i jego różne cechy, gdyby przez ścisły
związek z nim nie byli sami jego wiernym i żywym
wyrazem?
532. To, co powiedziałem, wystarczy tym, którzy
umieją czytać i rozumieć: co do innych, to nie warto
roztaczać przed ich osłupiałymi oczami podobnych pa-
radoksów. Ale jest pewna rzecz, której nie możemy
pominąć milczeniem: jedynymi ludźmi popierającymi
te poglądy są dziś komuniści i zwolennicy falansterów,
ale oni tworzą dwie odrębne sekty, dwie partie, i sądzę,
że z samej swej istoty partie te są sobie wrogie.
Zorganizowane przez Fouriera grupy pod nazwą pe-
tites hordes i armees industrielles stanowiły organiza-
cję oświecenia publicznego mniej więcej podobną do
tej, którą opisaliśmy przed chwilą; tylko że w tej kwe-
stii, jak i we wszystkich innych, brakuje Fourierowi
uchwycenia samej podstawy cywilizacji jako punktu
wyjścia dla jej reform oraz przemawiania w imię prawa i
postępu, zamiast nieustannego powoływania się
na rzeczy niemożliwe do udowodnienia a priori. Co do
komunistów, to ośmielę się powiedzieć w ich imieniu,
że przez oświatę powszechną nie rozumieją ani mniej,
ani więcej jak tylko szkołę społeczną; dlaczego więc
przedstawiciele tych poglądów deklarują sobie wzajem-
nie antypatię, czyżby tylko dla utrzymania odrębności
sformułowań oraz dla egoistycznej i małostkowej przy-
jemności noszenia odrębnych imion własnych? Czy
prawda nie jest przekazywalna? Czy nauka jest włas-
nością?...
533. Organizacja wszechnicy, obraz samego społe-
czeństwa, jest tym, co pieczętuje równość: wiążąc dwa
bieguny tego olbrzymiego organizmu, władzę i mło-
dzież, nada ona społeczeństwu jego ostateczną formę
i zamknie ciąg rewolucji.
Aby przekonać się o tej prawdzie, przedstawimy
w skrócie obraz rozwoju historycznego.
Ale nie zapominajmy, że na tej rozległej scenie żad-
na faza nie następuje bez walki, postęp nie realizuje się
nigdy bez użycia gwałtu, że w ostatecznym rezultacie
jedynym środkiem przejawiania się Idei jest Siła.
Można zdefiniować ruch jako przezwyciężanie oporu;
mniej więcej podobnie definiował Życie Bichat:
jako zespół zjawisk odnoszących tryumf nad Śmier-
cią. To prawo przyrody prawdziwe jest zwłaszcza
w odniesieniu do cywilizacji, w której nowe zasady
stale zwyciężają zasady przeżyte.
534. a) Praca jest osią, na której obraca się ekonomia
polityczna (§ 383).
Podobnie Władca Suwerenny, czyli zbiorowy Pra-
cownik, który przejawia się albo w postaci króla, sym-
bolu władzy scentralizowanej, albo w postaci ludu zor-
ganizowanego w konstytuantę, jest podstawą wszel-
kiej postępowej i regularnej organizacji.
b) Prawami pracy są: podział, specjalizacja i układ,
który tworzy równowagę funkcji i zdolności oraz
równość majątkową; wreszcie solidarność i odpowie-
dzialność, zagwarantowane przez sankcję w postaci
równości płacy i produktu oraz równości nagrody
i kary.
Każda funkcja, polityczna, sądownicza, administra-
cyjna, przemysłowa czy też nauczycielska, jest w spo-
łeczeństwie częścią władzy suwerennej czy też organu
centralnego, który koordynuje te funkcje w miarę, jak
stają się one funkcjami naukowymi i zaczynają podle-
gać normom płacy.
Zróbmy teraz przegląd ważniejszych zastosowań tych
praw; pominiemy przy tym Wschód i Greków i roz-
poczniemy dopiero od Rzymian.
Po okresie panowania siedmiu królów, z których każ-
dy pozostawił po sobie zwycięstwa, ustawy, instytucje
i pomniki, dała się odczuć potrzeba zniżenia władzy
do ludu. — Rewolucja usuwa Tarkwiniuszy i zastępuje
królestwo konsulatem, urzędem początkowo niepodziel-
nym, ale przynajmniej czasowym, wybieralnym, a w
konsekwencji bliższym, bardziej dostępnym.
Przykład patrycjuszy uczy lud, w jaki sposób zdo-
bywa się prawa polityczne — nowa rewolucja wpro-
wadza urząd trybuna, trzecia obala decemwirat.
W pierwszej rewolucji widzieliśmy zniewoloną matro-
nę, starego króla skazanego na wygnanie, drugiego za-
mordowanego, konsula, który był katem swoich dzie-
ci. W następnych sprzymierzony lud odmawia pracy:
młoda dziewczyna zostaje porwana, a następnie za-
sztyletowana; naczelnik państwa umiera w więzieniu;
banita powracający z wrogami ojczyzny doprowadza
nieomal do zagłady miasta.
Władza konsula ulega stałemu podziałowi, a republi-
ka staje się przez to coraz silniejsza: ale każdy krok
postępu znaczą zaburzenia, morderstwa, wygnania. Ile
krwi przelanej z powodu praw agrarnych! Była to pró-
ba ustanowienia porządku rolniczo-przemysłowego obok
porządku politycznego: ale idee nie były jeszcze doj-
rzałe; zamiast nauki ekonomicznej były Kodeksy, Di-
gesta, Pandekty; zamiast naukowego systemu gorsza
niż dawniej lichwa i niewolnictwo; zamiast równości —
panowanie.
536. Cała ta olbrzymia praca organizacyjna spełzła
na niczym i trzeba było zaczynać od początku.
Pojawia się chrystianizm, który w mistycznych sło-
wach zapowiada równość, powszechną solidarność i od-
powiedzialność jednostek. — Znowu niezgody, potwa-
rze, wygnania i rewolucje. Była to kąpiel Achillesa, albo
raczej odmłodzenie Peliasa.
Rodzi się feudalizm, który wedle Guizota daje wol-
ność indywidualną i rodzinę. — Wojny, masakry, znisz-
czenia i rewolucje trwają przez dziesięć wieków.
Wyzwalają się komuny: oto przybycie Pana, chlubne
zwycięstwo Pracy. — Opór szlachty, opór kleru, ma-
kiawelizm królów, zdrady, wojny domowe.
Powstaje monarchia absolutna: jest to centralizacja
i jedność. — Rewolta szlachty, opór parlamentów, szem-
rania stanu trzeciego. Wreszcie ukazuje się Ludwik XIV
i świat przed nim milknie.
537. Dalszy ciąg jest znany. Po trzydziestu latach gi-
gantycznych walk zawarty zostaje rodzaj kompromisu
między antagonistycznymi zasadami: ale ostatnie pra-
wo świata nie zostało zrealizowane, ostatni układ orga-
niczny nie ujrzał światła dziennego i zło trwa jeszcze:
cierpienie żyje, głuche, pożerające, aż zmusi społeczeń-
stwo do wybuchu. Przypatrzcie się tylko.
538. Niecierpliwa demokracja, słusznie przekonana,
że wszelkie polepszenie zależy od rządu, domaga się
rozszerzenia praw politycznych. Jeśli zdusicie demo-
krację, będzie rewolucja; jeśli spełnicie jej żądania —
też będzie rewolucja.
Mamy nadmierną koncentrację władzy wykonawczej;
uprawnienia jej głównych organów nie są dobrze okreś-
lone i odgraniczone; organ centralny, który je personi-
fikuje, wymaga nowych podziałów. — Rewolucja.
Trzeba zdemokratyzować bank, uspołecznić kasy
ubezpieczeniowe, wyznaczyć minimum płacy, znieść
cła, prohibicje, taryfy. Poglądy te są już bardzo roz-
powszechnione, ale wyzyskiwacze stawiają opór. — Re-
wolucja.
Żeby lud żył i społeczeństwo trwało, trzeba scentra-
lizować handel, rolnictwo i przemysł; dostosować pro-
dukcję do potrzeb, zorganizować prawidłową gospo-
darkę bogactwami mineralnymi, zwiększyć obszar ziem
uprawnych; trzeba wprowadzić w odpowiednie dzie-
dziny administracji notariuszy, rzeczników, komorni-
ków, kancelistów, licytatorów, syndyków, aptekarzy,
lekarzy, drukarzy, księgarzy, wszystkie stanowiska,
które się kupuje, wszystkie zawody wymagające dy-
plomu czy patentu; jednocześnie trzeba stopniowo
likwidować funkcje nienormalne lub dublujące się;
trzeba wydać odpowiednie przepisy dotyczące warszta-
tów, uobyczajnić handel, opodatkować rentę kapitali-
styczną, zrepublikanizować, jak mówił Cam-
bon , Własność. Droga jest już otwarta: izby han-
dlowe, towarzystwa rolnicze, zjazdy rolne, kataster,
państwowa własność wód, lasów i kopalni; prawa prze-
wozu i składu, państwowy monopol na tytoń, proch,
pieniądz, pocztę, telegraf itp.; powstawanie prawa ad-
ministracyjnego — wszystko to jest wyraźnym świa-
dectwem procesu przemian. Ale królowie monopolu
prywatnego, anarchistyczna i rozproszona własność
stawia opór i zawsze będzie go stawiała; bronią jej
sprzedajne pióra, wspiera zabłąkany tłum, władza jest
jej posłuszna. — Będzie to ostatnia rewolucja.
539. Nie bądźmy zresztą przerażeni ani zdziwieni ta-
kim biegiem rzeczy. Wedle starożytnej mitologii każda
potęga, która ulega zmianie, jest umierającym bóstwem,
zabitym lub zwyciężonym geniuszem. Współczesna fi-
lozofia mówi tak samo: Każda rewolucja polityczna,
jak powiada Cousin, jest urzeczywistniającą się ideą, to
znaczy ideą, która znosi ideę poprzednią, zabija ją. Otóż
ponieważ w społeczeństwie idee to są interesy, a inte-
resy to są ludzie, to trudno, żeby ludzie panujący przez
swoje interesy i swoje idee zgodzili się ustąpić i znik-
nąć. Trzeba ich zwyciężyć: autor Soirees de Saint-Pe-
tersbourg powiedziałby swoim inkwizytorskim stylem,
ze trzeba ich zabić. Nie można bowiem oczekiwać
tego, żeby przekonały ich jakieś racje; żeby oczywistość
prawa i grożące niebezpieczeństwo skłoniło ich do ustą-
pienia: jest to dla nich kwestia życia lub śmierci mo-
ralnej, ustąpią tylko przed siłą.
Zresztą rzućmy okiem na to, co się dzieje; a ponie-
waż wskutek ułomności naszej natury bardziej uderza
nas jaskrawość faktów niż powiązanie idei, uczmy się
z faktów.
540. Codziennie bardziej nagląca staje się sprawa re-
wizji ustawy cywilnej kleru, wyjście naprzeciw rewo-
lucji, która już się dokonuje. — Czy myślicie, że rząd,
który na pewno nie jest zbyt nabożny, zajmuje się tym?
Oh, byłoby to zalegalizowaniem ateizmu; a uniwersy-
tet ma już dość biskupich kalumnii. Do tego, by ośmie-
lono się tknąć kadzielnicy, trzeba będzie, żeby rząd
wpadł w ręce komunistów; ale wówczas będą ofiary.
Mówi się o wskrzeszeniu księży państwowych; potem
powróci się do dziedziczności tytułu para: pięćsetty-
sięczna armia trzymana jest w pogotowiu wojennym;
wznosi się twierdze; władza centralna umacnia się
wszelkimi środkami. — Sądzicie, że robi się to wszyst-
ko w celu przygotowania klasy robotniczej do życia po-
litycznego? Że rząd zamierza rozwinąć demokratyczną
instytucję gwardii narodowych, zamienić pobór na służ-
bę powszechną, uświęcić jedność władzy przedstawi-
cielskiej zniesieniem izby wyższej i ograniczyć rządy
osobowe?...
Od piętnastu lat ministrowie nie mogą ani przepro-
wadzić konwersji rent, ani pogodzić cukru trzcinowego
z cukrem buraczanym, ani cofnąć bariery celnej, ani
stworzyć banków rolniczych, ani obniżyć taryf, ani
przeciąć wrzodu, jakim są synekury. — Wyobrażacie
sobie, że jeśli jutro państwo stanie się bankierem, to
wprowadzi 2-procentową stopę dyskontową, wyznaczy
pensje w wysokości 6000 franków dla swoich najważ-
niejszych urzędników, oczyści swoje biura z próżnia-
ków? A potem w oparciu o zachwycony proletariat zaj-
mie się budową kolei, uwolni kanały od myta i od spó-
łek, za jednym zamachem otworzy na oścież wszystkie
bramy graniczne dla zagranicznych towarów, zorgani-
zuje produkcję narodową na zasadzie kosztów wytwa-
rzania produktów, ogłosi zniesienie konkurencji, nie-
aktualność własności i niemożliwość systemu hierar-
chii?...
541. Oczywiście postęp dokonywałby się w sposób
idealny, gdyby parlament i rząd zatroszczyły się o przy-
szłość, nie o przeszłość; gdyby zrozumiały w końcu
sprawiedliwość i nieuchronność wszystkich tych re-
wolucji; gdyby stały się nagle radykalne i spontanicz-
nie przystąpiły do reform; gdyby rewolucje nie koń-
czyły się wojną domową, tylko dokonywały się odtąd
poprzez walki na trybunie i w prasie. Co za radość
w fabrykach! Jakiż grad błogosławieństw spadłby na
głowy królewskie! Jaki zaszczyt dla współczesnych
patrycjuszy!...
Może zobaczylibyśmy urzeczywistnienie tego cudu,
gdyby jakiś mąż stanu doznał nagle olśnienia, pogodził
się z nieuniknioną przyszłością i stał się narzędziem
konieczności wobec potęg; gdyby zagadnienia te, pod-
niesione przez samą władzę, poruszyły burżuazję. Bied-
ni bourgeois są bowiem jeszcze bardziej bojaźliwi niż
egoistyczni. Obawiają się oni zamętu i grabieży: ale
niech tylko rząd, oświecony całą mądrością epoki i opie-
raj ący się na życzeniach narodu, zarządzi przeprowa-
dzenie badań, a następnie po przedyskutowaniu pro-
jektów przystąpi do ich wykonania, burżuazja nie bę-
dzie się wcale uskarżać, uzna nawet, że nie idzie się
dość szybko. Ten bezlitosny obraz sytuacji ośmieliłem
się roztoczyć tu właśnie w nadziei, że prąd myślowy,
którego nikt dziś nie może się ustrzec, poniesie wy-
soko i daleko tę drobną daninę mojej myśli, przewi-
dziana rewolucja jest bowiem groźna tylko dla tych,
którzy ją lekceważą.
Wiem zresztą, że lud, tak samo jak przeznaczenie, nie
czyni ani nie przyjmuje łaski; dlatego też uznałem, że
powinienem przypomnieć tym, którzy czytają moje
słowa, przypomnieć za pomocą przykładów
zaczerpniętych z wszystkich epok i w powołaniu na
poglądy filozofów, że istnieją takie przypadki, kiedy
rewolucja przeciw rządowi staje się zarazem prawem i
obowiązkiem. Nie pozwólmy, aby osłabł wśród nas duch
rewolucyjny, ten duch wolności i postępu. Skoro
odkryliśmy, że tylko on stanowi zabezpieczenie przeciwko
systematycznym zdradom i bodziec dla naszych miękkich i
niezdecydowanych posłów, nie powinniśmy nigdy
pozwolić, żeby wygasł ten święty ogień.
542. Ale teraz już żadna rewolucja nie przyniesie
owoców, jeżeli nie zostanie uwieńczona odrodzeniem
oświaty publicznej. Czy chcecie uwiecznić na ziemi nę-
dzę, zbrodnię, wojnę, wstrząsy i despotyzm? Uwiecznij-
cie więc proletariat. Organizacja nauczania jest zarazem
warunkiem równości i uświęceniem postępu. Wszyst-
ko jest już przygotowane do tego wielkiego dzieła,
o którym Rzym nie miał nawet pojęcia, aczkolwiek po-
zostawił nam tak wiele wzorów. Sto lat temu mieliśmy
tylko kolegia jezuickie z nędznymi nauczycielami; nie
było żadnej jedności i centralizacji fakultetów. Obecnie
publiczne nauczanie obejmuje wszystko: literaturę,
naukę, sztukę, handel, żeglarstwo, kopalnie, wody
i lasy itp.; należy się spodziewać, że wkrótce obejmie
także rolnictwo i rzemiosła.
O nie, nie zginiemy; nie, demokratyczna Francja nie
skończy tak jak republikański Rzym: świadczy o tym
ta rosnąca Wszechnica.
tych z wszystkich epok i w powołaniu na poglądy filo-
zofów, że istnieją takie przypadki, kiedy rewolucja
przeciw rządowi staje się zarazem prawem i obo-
wiązkiem. Nie pozwólmy, aby osłabł wśród nas duch re-
wolucyjny, ten duch wolności i postępu. Skoro odkry-
liśmy, że tylko on stanowi zabezpieczenie przeciwko
systematycznym zdradom i bodziec dla naszych mięk-
kich i niezdecydowanych posłów, nie powinniśmy nigdy
pozwolić, żeby wygasł ten święty ogień.
542. Ale teraz już żadna rewolucja nie przyniesie
owoców, jeżeli nie zostanie uwieńczona odrodzeniem
oświaty publicznej. Czy chcecie uwiecznić na ziemi nę-
dzę, zbrodnię, wojnę, wstrząsy i despotyzm? Uwiecznij-
cie więc proletariat. Organizacja nauczania jest zarazem
warunkiem równości i uświęceniem postępu. Wszyst-
ko jest już przygotowane do tego wielkiego dzieła,
o którym Rzym nie miał nawet pojęcia, aczkolwiek po-
zostawił nam tak wiele wzorów. Sto lat temu mieliśmy
tylko kolegia jezuickie z nędznymi nauczycielami; nie
było żadnej jedności i centralizacji fakultetów. Obecnie
publiczne nauczanie obejmuje wszystko: literaturę,
naukę, sztukę, handel, żeglarstwo, kopalnie, wody
i lasy itp.; należy się spodziewać, że wkrótce obejmie
także rolnictwo i rzemiosła.
O nie, nie zginiemy; nie, demokratyczna Francja nie
skończy tak jak republikański Rzym: świadczy o tym
ta rosnąca Wszechnica.
LISTY MARKS – PROUDHON

MARKS DO PIERRE'A-JOSEPHA
PROUDHONA W PARYŻU

Drogi Proudhonie!

Od czasu, gdy opuściłem Paryż, niejednokrotnie


miałem już zamiar napisać do Pana; okoliczności nie-
zależne od mojej woli przeszkadzały mi jednak aż do
chwili obecnej. Proszę mi wierzyć, że nadmiar pracy,
kłopoty związane ze zmianą miejsca pobytu itd. są je-
dynymi przyczynami mojego milczenia.
A teraz od razu in medias res. W porozumieniu
z dwoma mymi przyjaciółmi, Fryderykiem Engelsem
i Filipem Gigotem (obaj przebywają w Brukseli), zorga-
nizowałem stałą korespondencję z komunistami i socja-
listami niemieckimi. Przedmiotem jej będzie zarówno
dyskusja na tematy naukowe, jak i nadzór nad wy-
dawnictwami popularnymi oraz propaganda socja-
listyczna, którą można w ten sposób uprawiać w Niem-
czech. Głównym celem naszej korespondencji będzie
jednak nawiązanie kontaktu między socjalistami nie-
mieckimi a francuskimi i angielskimi, stałe informowa-
nie cudzoziemców o ruchach socjalistycznych w Niem-
czech oraz informowanie Niemców, przebywających
w kraju, o postępach socjalizmu we Francji i w Anglii.
W ten sposób będą mogły ujawniać się różnice poglą-
dów, a także doprowadzi to do wymiany myśli i do bez-
stronnej krytyki. Jest to krok naprzód, jeśli chodzi
o literacki wyraz ruchu społecznego, konieczny do wy-
zwolenia się z ograniczonych ram narodowych. W mo-
mencie akcji zaś będzie chyba dla każdego rzeczą bar-
dzo pożyteczną znać stan rzeczy za granicą równie do-
brze jak u siebie w kraju.
Poza komunistami w Niemczech będziemy również
korespondować z socjalistami niemieckimi w Paryżu
i Londynie. Z Anglią nawiązaliśmy już kontakt; co się
tyczy Francji, to wszyscy jesteśmy zdania, że nie mo-
żemy tam znaleźć lepszego korespondenta aniżeli Pan;
wiadomo Panu, że przez Anglików i Niemców jest Pan,
jak dotąd, bardziej ceniony niż przez własnych roda-
ków.
Widzi Pan zatem, że chodzi tylko o to, by nawiązać
regularną korespondencję i stworzyć możliwość bada-
nia ruchu społecznego w różnych krajach, co przyniesie
wiele różnorodnych korzyści, jakich nigdy nie dałaby
praca jednostki. . .
Jeżeli przystanie Pan na naszą propozycję, to opłaty
pocztowe za listy, które będzie Pan otrzymywał, oraz
za listy, które Pan będzie do nas wysyłał, zostaną tu
pokryte; przeprowadzane w Niemczech zbiórki mają
na celu pokrycie kosztów korespondencji.
Listy swoje-będzie Pan kierował pod adresem p. Fi-
lipa Gigota, &, rue Bodenbroek. On też upoważniony
jest do podpisywania listów z Brukseli.
Nie potrzebuję dodawać, że cała ta korespondencja
wymaga zachowania przez Pana absolutnej tajemnicy.
Nasi przyjaciele w Niemczech muszą działać z naj-
większą Ostrożnością, aby uniknąć kompromitacji.
Proszę o jak najszybszą odpowiedź i przyjęcie wy-
razów szczerej przyjaźni.

oddanego Panu
Karola Marksa

Bruksela, 5 maja 1846 r.

PS. Ostrzegam Pana przed panem Griinem2 z Pary-


ża. Ten człowiek jest hochsztaplerem literackim, swego
rodzaju szarlatanem, który chciałby handlować nowy-
mi ideami. Usiłuje on ukryć swą ignorancję pod na-
puszonymi i górnolotnymi frazesami, ale zdołał jedynie
ośmieszyć się swym galimatiasem. Człowiek ten jest
poza tym niebezpieczny. Nadużywa znajomości, które
dzięki zuchwalstwu zawarł ze znanymi autorami, aby
stworzyć sobie z nich piedestał i skompromitować ich
w ten sposób w oczach publiczności niemieckiej. W swo-
jej książce o „francuskich socjalistach"3 ośmiela się
mówić o sobie jako nauczycielu Proudhona (Pri-
vatdozent — tytuł akademicki w Niemczech), twierdzi,
że wyjaśnił mu najważniejsze aksjomaty nauki nie-
mieckiej i kpi z jego prac. Miej się Pan na baczności
przed tym pasożytem. Może później powrócę jeszcze do
tego osobnika.
[Dopisek Filipa Gigota ]
Z przyjemnością korzystam z okazji, która nadarza
mi się dzięki temu listowi, aby zapewnić Pana, że jest
mi bardzo miło nawiązać korespondencję z tak wybit-
nym jak Pan człowiekiem. Na razie kreślę się
oddany Panu
Filip Gigot
[Dopisek Engelsa]
Jeśli o mnie chodzi, mogę tylko wyrazić nadzieję, że
Pan, Panie Proudhon, zgodzi się na propozycję, którą
Panu przedłożyliśmy, i łaskawie zechce z nami współ-
pracować. Zapewniam Pana o głębokim szacunku, któ-
ry wzbudziły we mnie Pana prace, i kreślę się
oddany Panu

Fryderyk Engels
PROUDHON DO MARKSA

Lyon, 17 maja 1846 r.

Drogi Panie!

Chętnie zgadzam się być jednym z oczek Pańskiej


sieci korespondencyjnej, której cel i organizacja po-
winny być, jak mi się wydaje, wielce użyteczne. Nie
obiecuję Panu jednak, że będę pisał do Pana dużo
i często: różnorodne moje zajęcia w połączeniu z wro-
dzonym lenistwem nie obiecują wysiłków w dziedzinie
korespondencji. Pozwolę sobie też zrobić kilka zastrze-
żeń, które nasunęły mi się na myśl w związku z pewny-
mi ustępami Pańskiego listu. Przede wszystkim, chociaż
myśli moje w sprawie organizacji i realizacji, przynaj-
mniej co się tyczy zasad, są całkowicie ustalone, sądzę,
że jest moim obowiązkiem, że jest obowiązkiem każde-
go socjalisty, zachować jeszcze na jakiś czas formę kry-
tyczną i powątpiewającą; jednym słowem, uprawiam
z publicznością proceder prawie zupełnego antydogma-
tyzmu ekonomicznego. Szukajmy razem, jeśli Pan sobie
życzy, praw rządzących społeczeństwem, sposobu, w ja-
ki te prawa się urzeczywistniają, śledźmy razem postęp,
a może zdołamy je odkryć; ale na Boga! — po obaleniu
a priori wszelkich dogmatyzmów, nie chciejmy marzyć,
my z kolei, o zaciąganiu ludu w służbę doktryny, nie
popadajmy w sprzeczność, w jaką wpadł Pański rodak,
Marcin Luter, który obaliwszy teologię katolicką zabrał
się natychmiast do budowania, i to nie bez gromów
i klątw, teologii protestanckiej. Od trzech stuleci Niem-
cy zajęte są tylko i wyłącznie usuwaniem ozdóbek
Marcina Lutra; nie przysparzajmy rodowi ludzkiemu
nowej roboty nowymi ozdóbkami8. Cieszy mnie z ca-
łego serca Pańska myśl ukazania w pełnym świetle
wszelkich możliwych opinii; starajmy się umożliwić
uczciwą i lojalną polemikę; dajmy światu przykład ro-
zumnej i dalekowzrocznej tolerancji; i skoro znajduje-
my się na czele ruchu, nie róbmy z siebie prowodyrów
nowej nietolerancji; nie starajmy się być apostołami
nowej religii, choćby nawet religia ta była religią lo-
giki, religią rozumu. Wysłuchajmy wszelkich sprzeci-
wów, inspirujmy je, piętnujmy wszystkie wyłączności,
wszystkie mistycyzmy, nie uważajmy żadnej kwestii
za wyczerpaną, a kiedy użyjemy już wszystkich, do
ostatniego, argumentów, zacznijmy od początku, jeśli
będzie trzeba, ze swadą i ironią. Pod tym warunkiem
z przyjemnością przystąpię do Pańskiego zespołu, w
przeciwnym razie — nie!
Muszę jeszcze wypowiedzieć uwagę o pewnym wy-
rażeniu z Pańskiego listu, mianowicie: „w momencie
akcji". Może obstaje Pan jeszcze przy opinii, że w
chwili obecnej żadna reforma nie jest możliwa bez
przewrotu, bez tego, co niegdyś nazywano rewolucją,
a co jest po prostu wstrząsem. Co do tego poglądu,
który rozumiem, który usprawiedliwiam, o którym
chętnie bym podyskutował i który sam przez długi czas
podzielałem, wyznaję, że ostatnie moje dociekania cał-
kowicie mnie od niego odstręczyły. Sądzę, że nie jest
to nam potrzebne, aby osiągnąć cel, i że, co za tym
idzie, nie powinniśmy wysuwać kwestii akcji rewolucyjnej
jako środka przeprowadzenia reformy społecz-
nej, bo ten domniemany środek byłby po prostu od-
wołaniem się do siły, do samowoli, słowem, byłby sam
w sobie sprzeczny. Stawiam przed sobą następujące
zadanie: za pomocą pewnego układu stosunków ekono-
micznych przywrócić społeczeństwu bogactwo, którego
zostało ono pozbawione przez inny układ stosunków
ekonomicznych. Innymi słowy: obrócić teorię własności
w dziedzinie ekonomii politycznej przeciwko własności
tak, żeby dać początek temu, co wy, socjaliści nie-
mieccy, nazywacie wspólnością, ja natomiast nazywam
wolnością, równością. Otóż myślę, że znam środek, za
pomocą którego można rozwiązać w krótkim czasie ten
problem: wolę więc raczej palić własność na wolnym
ogniu, niż przydawać jej nowej siły, urządzając właści-
cielom Noc Świętego Bartłomieja.
Moja najbliższa praca, która w połowie jest wydru-
kowana, powie Panu więcej.
Oto, Mój Drogi Filozofie, gdzie się w tej chwili znaj-
duję; chyba że się mylę, a wtedy jeśli uzna Pan tę po-
trzebę, własnoręcznie natrze mi Pan uszu, czemu chęt-
nie się poddam w oczekiwaniu odwzajemnienia się.
Nadmienię Panu mimochodem, że — jak mi się- wyda-
je — takie same skłonności przejawia klasa robotnicza
we Francji; nasi proletariusze są tak spragnieni wie-
dzy, że ten, co proponowałby im pić tylko krew, byłby
przez nich bardzo źle przyjęty. Krótko mówiąc, by-
łoby, moim zdaniem, robieniem złej polityki, gdybyśmy
przemawiali do nich jako eksterminatorzy; środków
przymusu nie zabraknie; lud nie potrzebuje żadnych
napomnień.
Szczerze ubolewam z powodu drobnych waśni, któ-
re, jak się zdaje, nękają już socjalizm niemiecki i któ rych
dowodem są Pańskie skargi na Griina. Obawiam
się, że Pan widzi tego pisarza w fałszywym świetle; od-
wołuję się, Drogi Panie, do Pańskiego zdrowego roz-
sądku. Griin przebywa tutaj jako wygnaniec, bez ma-
jątku, z żoną i dwojgiem dzieci; nie mają z czego żyć,
jak tylko z jego pióra. Czym, zdaniem Pana, miałby
się on posługiwać, aby zarobić na życie, jeśli nie no-
woczesnymi ideami? Rozumiem Pańskie oburzenie fi-
lozoficzne i zgadzam się, że święte słowo ludzkości nie
powinno być nigdy przedmiotem handlu, ale nie chcę
tu widzieć nic prócz nieszczęścia, skrajnego niedostatku
i dlatego usprawiedliwiam tego człowieka. Ach! Gdy-
byśmy wszyscy byli milionerami, sprawy układałyby
się dużo lepiej; bylibyśmy świętymi i aniołami. Ale
trzeba żyć, a Pan wie, iż daleko jeszcze do tego, żeby
to słowo wyrażało myśl, jaką nam daje czysta teoria
asocjacji. Trzeba żyć, czyli kupować chleb, mięso,
drewno, opłacać nauczyciela domowego i, dalibóg, ten,
co sprzedaje idee społeczne, nie jest bardziej niegodzi-
wy od tego, co sprzedaje kazania. Nie wiem absolutnie
nic o tym, żeby Griin podawał się za mojego nauczy-
ciela; nauczyciela czego? Nie zajmuję się niczym poza
ekonomią polityczną, to jest dziedziną, o której on nie
wie prawie nic; na literaturę patrzę jak na zabawkę
małej dziewczynki; a co się tyczy mojej filozofii, to
wiem o niej dosyć, aby mieć prawo pośmiać się przy
sposobności. Griin absolutnie nic nie odsłonił; jeśli to
powiedział, to powiedział impertynencję, i jestem pew-
ny, że tego żałuje.
Tym, czego mam świadomość i co szanuję bardziej,
niż ganię — drobny objaw próżności, tym, co rzeczy-
wiście zawdzięczam Grimowi, podobnie jak jego przyja-
cielowi Ewerbeckowi8, jest znajomość Pańskich prac,
Drogi Panie, prac pana Engelsa i doniosłej pracy
Feuerbacha. Na moją prośbę panowie ci zechcieli
uprzejmie zrobić dla mnie po francusku (bo, niestety.
zupełnie nie czytam po niemiecku) kilka analiz naj-
ważniejszych publikacji socjalistycznych, i na ich
właśnie nalegania do następnej mojej pracy mam za-
miar wprowadzić wzmiankę o pracach pp. Marksa,
Engelsa, Feuerbacha i innych. Wreszcie Griin i Ewer-
beck pracują nad podtrzymaniem świętego ognia wśród
Niemców mieszkających w Paryżu, a szacunek, jaki
dla tych panów mają robotnicy zasięgający u nich ra-
dy, wydaje mi się gwarantem prawości ich poczynań.
Z przyjemnością przyjmę Pańskie odstąpienie od te-
go poglądu podyktowanego chwilową irytacją; pisząc
do mnie, był Pan w gniewie. Griin wyraził zamiar prze-
tłumaczenia książki, którą właśnie mam na warsztacie.
Zrozumiałem, że ten przekład, poprzedzający każdy
inny, będzie dla niego pewną pomocą. Będę Panu bar-
dzo zobowiązany, jak również Pańskim przyjaciołom,
i to nie ze względu na siebie, ale na niego, jeśli przy
tej sposobności okażecie mu, Panowie, pomoc, przy-
czyniając się do sprzedaży publikacji, która przy Pań-
skim współdziałaniu bez wątpienia mogłaby przynieść
mu więcej korzyści niż mnie. Jeśli Pan zechce dać mi
zapewnienie Pańskiego współdziałania, Drogi Panie, to
natychmiast prześlę moje odbitki Grimowi i sądzę, że
pomimo osobistych pretensji, których sędzią pragnął-
bym ustanowić siebie, takie postępowanie przyniesie
zaszczyt nam wszystkim.
Mnóstwo życzliwości Pańskim przyjaciołom,
panom Engelsowi i Gigotowi

Oddany Panu
Proudhon
SYSTEM SPRZECZNOŚCI
EKONOMICZNYCH

czyli filozofia nędzy


Rozdział pierwszy

O NAUCE EKONOMII

§I

Przeciwieństwo między faktem a prawem w gospodarce


społeczeństw

Stwierdzam realność nauki ekonomicznej.


Teza ta, w którą niewielu tylko ekonomistów odwa-
ża się wątpić, jest, być może, najśmielszą, jaką filozof
kiedykolwiek podtrzymywał; dalszy ciąg tych dociekań
wykaże, mam nadzieję, że udowodnienie jej wymaga
największego wysiłku ludzkiego umysłu.
Z drugiej strony z bezwzględną pewnością utrzymuję
równocześnie, że nauka ekonomiczna, najczystsza, naj-
bardziej, moim zdaniem, zrozumiała ze wszystkich
nauk, znajdująca najlepsze wytłumaczenie w faktach,
ma charakter postępowy: oto nowa teza, która czyni
z tej nauki logikę lub metafizykę in concreto i radykal-
nie zmienia podstawy dawnej filozofii. Inaczej mówiąc,
naukę ekonomii traktuję jako obiektywną formę
i realizację metafizyki; jest to metafizyka w działaniu,
metafizyka w perspektywie czasu; i ktokolwiek zajmu-
je się prawami pracy i wymiany — jest naprawdę
i przede wszystkim metafizykiem.
Po tym, co już powiedziałem w prologu, nie powinno
to być niczym dziwnym. Praca człowieka to dalszy
ciąg dzieła Boga, który stwarzając wszystkie istoty
działa poza sferą wiecznych praw rozumu. Nauka eko-
nomiczna jest więc siłą konieczności zarazem teorią
idei, teologią przyrodzoną i psychologią. I to samo przez
się powinno wystarczyć do wytłumaczenia, dlaczego
podejmując tematy ekonomiczne powinienem uprzed-
nio przypuścić istnienie Boga i dlaczego ja, zwykły
ekonomista, aspiruję do rozwiązania zagadnienia pew-
ności.
Pośpieszam jednak powiedzieć, że nie uważam za
naukę ekonomiczną niespójnego zbioru teorii, którym
prawie od stu lat nadaje się oficjalnie nazwę ekonomii
politycznej, którą to nazwą, wbrew jej etymologii,
obejmuje się w najlepszym razie kodeksowy czy też
tradycyjny zbiór nawyków opartych na własności.
Teorie te wnoszą do naszej wiedzy jedynie elementy,
czyli pierwszy zarys nauki ekonomicznej. Oto dlaczego,
podobnie jak własność, wszystkie one pozostają ze so-
bą w sprzeczności, a połowa z nich jest nie do zastoso-
wania. Dowód na to twierdzenie, stanowiące w pewnym
sensie negację ekonomii politycznej w tej postaci, jak
ją przedstawili A. Smith, Ricardo, Malthus, J. B. Say,
i której zastój widzimy od pół wieku, będzie przedmio-
tem niniejszych uwag.
Nieporadność ekonomii politycznej od niepamiętnych
czasów zwracała uwagę umysłów skłonnych do roz-
myślań, które nazbyt rozmiłowane w swych marze-
niach, aby móc pogłębić stronę praktyczną, i skłonne
do opierania swych sądów o niej na pozorach, utworzyły
od początku grupę opozycyjną wobec status quo
i poświęciły się wytrwale i systematycznie satyrze na
cywilizację i jej zwyczaje. W zamian za to własności,
tej podstawie wszystkich instytucji społecznych, nie
brakło nigdy gorliwych obrońców, co chlubiąc się tytu-
łem praktyków odpłacali wojną za wojnę tym, co
spotwarzali ekonomię polityczną, i śmiało a często
zręcznie pracowali nad umocnieniem budowli, którą
wzniosły pospołu powszechne przesądy i wolność indy-
widualna. Trwający wciąż jeszcze spór między konser-
watystami a reformatorami przypomina średniowieczny
spór o uniwersalia, znany z historii filozofii. Nie trzeba
chyba dodawać, że zarówno z jednej, jak i z drugiej
strony błąd i słuszność równoważą się i że jedyną przy-
czyną nieporozumienia jest rywalizacja, ciasnota po-
glądów i nietolerancja.
Tak więc dwie potęgi walczą o rządy nad światem
i rzucają na siebie wzajem klątwy z żarliwością dwóch
wrogich obrządków: ekonomia polityczna, czyli trady-
cyjna, i socjalizm, czyli utopia.
Co to jest, nazywając rzecz po imieniu, ekonomia po-
lityczna? Co to jest socjalizm?
Ekonomia polityczna to zbiór spostrzeżeń czynionych
do dziś dnia nad zjawiskami produkcji i podziału bo-
gactw, czyli nad najogólniejszymi, najbardziej samo-
rzutnymi, a wobec tego najbardziej autentycznymi for-
mami pracy i wymiany.
Ekonomiści sklasyfikowali swe obserwacje tak do-
brze, jak tylko umieli; opisali zjawiska, stwierdzili ich
cechy przypadkowe i zachodzące między nimi stosunki;
zauważyli, że w różnych okolicznościach mają one cha-
rakter konieczności, i wtedy nazwali je prawami. Ten
całokształt wiadomości opartych na najbardziej prymi-
tywnych, że się tak wyrazimy, przejawach życia społe-
czeństwa stanowi ekonomię polityczną.
Ekonomia polityczna jest więc historią naturalną
obyczajów, tradycji, działań i nawyków najbardziej
oczywistych i najpowszechniej praktykowanych w dzie-
dzinie produkcji i podziału bogactw. Z tego tytułu eko-
nomia polityczna uchodzi za uznaną faktycznie
i prawnie: faktycznie, bo zjawiska, które bada, są stałe,
samorzutne i uniwersalne; prawnie, bo te zjawiska ma-
ją za sobą autorytet rodzaju ludzkiego, który jest auto-
rytetem najwyższym z możliwych. Toteż ekonomia po-
lityczna uznawana jest za naukę, czyli za wiedzę opar-
tą na dowodach i systematyczną, o faktach zgodnych
z rzeczywistością i koniecznych.
Socjalizm, który na podobieństwo boga Wisznu ciągle
umiera i ciągle zmartwychwstaje i który dokonał
w ciągu jakichś dwudziestu lat dziesięciu tysięcy wcie-
leń w osoby pięciu czy sześciu odkrywców — otóż
socjalizm twierdzi, że obecna budowa społeczeństwa,
a więc i wszystkich poprzednich ustrojów, jest anoma-
lią. Utrzymuje on i udowadnia, że ustrój cywilizacyjny
jest sztuczny i nieskuteczny, że sam z siebie wytwarza
ucisk, nędzę i przestępstwo; oskarża, aby nie powie-
dzieć: szkaluje, całą przeszłość życia społecznego i z ca-
łej siły dąży do przeistoczenia obyczajów i instytucyj.
W konkluzji socjalizm stoi na stanowisku, że eko-
nomia polityczna jest hipotezą fałszywą, sofistyką wy-
nalezioną w imię korzyści płynących z uciskania więk-
szej liczby ludzi przez mniejszą; i posługując się afo-
ryzmem fructibus cognoscetis kończy na tym, że do-
wodzi bezsilności i nicości ekonomii politycznej za po-
mocą wykazu klęsk ludzkich, za które czyni ją odpo-
wiedzialną.
Ale jeżeli ekonomia polityczna jest nauką fałszywą,
to orzecznictwo sądowe jest jeszcze bardziej fałszywe,
jest bowiem oparte na rozróżnieniu tego, co twoje, i te-
go, co moje, i przyjmuje za uprawnione fakty zare-
jestrowane przez ekonomię polityczną. Teorie prawa
publicznego i międzynarodowego, nie wyłączając
wszystkich odcieni rządów przedstawicielskich, są
jeszcze bardziej fałszywe, bo opierają się na zasadzie
zawłaszczenia indywidualnego i na bezwzględnej suwe-
renności woli jednostek.
Socjalizm akceptuje wszystkie te konsekwencje. Dla
niego ekonomia polityczna, uważana przez wielu za
fizjologię bogactwa, to nic innego jak zorganizowana
praktyka kradzieży i nędzy, podobnie jak orzecznictwo,
ozdabiane przez wielu mianem sprawiedliwości pisanej,
jest w jego oczach niczym innym jak zbieraniną rubryk
rozboju legalnego i oficjalnego, czyli własności.
Rozważane w związku ze sobą te dwie rzekome nauki,
tj. ekonomia polityczna i prawo, stanowią z punktu wi-
dzenia socjalizmu kompletną teorię niesprawiedliwości
i niezgody. Przechodząc następnie od negacji do afir-
macji, socjalizm przeciwstawia zasadzie własności za-
sadę stowarzyszenia, zobowiązuje się zbudować od góry
do dołu na nowo ekonomię społeczną, a zatem ustano-
wić nowe prawo, nowe instytucje, zapoczątkować nową
politykę i obyczaje diametralnie przeciwne względem
dawnych form.
Linia odgraniczająca socjalizm od ekonomii politycz-
nej została więc nakreślona; wrogość ich jest oczy-
wista.
Ekonomia polityczna skłonna jest uświęcić egoizm;
socjalizm wynosi ponad wszystko zasadę współwłas-
ności.
tywnych, że się tak wyrazimy, przejawach życia społe-
czeństwa stanowi ekonomię polityczną.
Ekonomia polityczna jest więc historią naturalną
obyczajów, tradycji, działań i nawyków najbardziej
oczywistych i najpowszechniej praktykowanych w dzie-
dzinie produkcji i podziału bogactw. Z tego tytułu eko-
nomia polityczna uchodzi za uznaną faktycznie
i prawnie: faktycznie, bo zjawiska, które bada, są stałe,
samorzutne i uniwersalne; prawnie, bo te zjawiska ma-
ją za sobą autorytet rodzaju ludzkiego, który jest auto-
rytetem najwyższym z możliwych. Toteż ekonomia po-
lityczna uznawana jest za nauką, czyli za wiedzę opar-
tą na dowodach i systematyczną, o faktach zgodnych
z rzeczywistością i koniecznych.
Socjalizm, który na podobieństwo boga Wisznu ciągle
umiera i ciągle zmartwychwstaje i który dokonał
w ciągu jakichś dwudziestu lat dziesięciu tysięcy wcie-
leń w osoby pięciu czy sześciu odkrywców — otóż
socjalizm twierdzi, że obecna budowa społeczeństwa,
a więc i wszystkich poprzednich ustrojów, jest anoma-
lią. Utrzymuje on i udowadnia, że ustrój cywilizacyjny
jest sztuczny i nieskuteczny, że sam z siebie wytwarza
ucisk, nędzę i przestępstwo; oskarża, aby nie powie-
dzieć: szkaluje, całą przeszłość życia społecznego i z ca-
łej siły dąży do przeistoczenia obyczajów i instytucyj.
W konkluzji socjalizm stoi na stanowisku, że eko-
nomia polityczna jest hipotezą fałszywą, sofistyką wy-
nalezioną w imię korzyści płynących z uciskania więk-
szej liczby ludzi przez mniejszą; i posługując się afo-
ryzmem fructibus cognoscetis kończy na tym, że do-
wodzi bezsilności i nicości ekonomii politycznej za po-
mocą wykazu klęsk ludzkich, za które czyni ją odpo-
wiedzialną.
Ale jeżeli ekonomia polityczna jest nauką fałszywą,
to orzecznictwo sądowe jest jeszcze bardziej fałszywe,
jest bowiem oparte na rozróżnieniu tego, co twoje, i te-
go, co moje, i przyjmuje za uprawnione fakty zare-
jestrowane przez ekonomię polityczną. Teorie prawa
publicznego i międzynarodowego, nie wyłączając
wszystkich odcieni rządów przedstawicielskich, są
Jeszcze bardziej fałszywe, bo opierają się na zasadzie
zawłaszczenia indywidualnego i na bezwzględnej suwe-
renności woli jednostek.
Socjalizm akceptuje wszystkie te konsekwencje. Dla
niego ekonomia polityczna, uważana przez wielu za
fizjologię bogactwa, to nic innego jak zorganizowana
praktyka kradzieży i nędzy, podobnie jak orzecznictwo,
ozdabiane przez wielu mianem sprawiedliwości pisanej,
Jest w jego oczach niczym innym jak zbieraniną rubryk
rozboju legalnego i oficjalnego, czyli własności.
Rozważane w związku ze sobą te dwie rzekome nauki,
I j. ekonomia polityczna i prawo, stanowią z punktu wi-
dzenia socjalizmu kompletną teorię niesprawiedliwości
i niezgody. Przechodząc następnie od negacji do afir-
macji, socjalizm przeciwstawia zasadzie własności za-
sadę stowarzyszenia, zobowiązuje się zbudować od góry
do dołu na nowo ekonomię społeczną, a zatem ustano-
wić nowe prawo, nowe instytucje, zapoczątkować nową
politykę i obyczaje diametralnie przeciwne względem
dawnych form.
Linia odgraniczająca socjalizm od ekonomii politycz-
nej została więc nakreślona; wrogość ich jest oczy-
wista.
Ekonomia polityczna skłonna jest uświęcić egoizm;
socjalizm wynosi ponad wszystko zasadę współwłas-
ności.
Ekonomiści, poza przypadkami naruszenia pewnych
ich zasad, o co uważają za słuszne oskarżać rządy, są
optymistami, gdy idzie o fakty dokonane; socjaliści na-
tomiast są optymistami w odniesieniu do faktów przy-
szłych.
Pierwsi twierdzą, że to, co być powinno — jest; dru-
dzy — że tego, co być powinno — nie ma. A zatem
pierwsi uważają się za obrońców religii, władzy i in-
nych zasad współczesnych uznających własność, cho-
ciaż krytyka oparta tylko na założeniach rozumowych
często powoduje ataki na ich przesądy; drudzy odrzu-
cają władzę i wiarę i powołują się wyłącznie na naukę,
jakkolwiek pewna religijność, nie całkiem liberalna,
i pewne niepoważne lekceważenie faktów stanowią
naj oczy wiściej cechę charakterystyczną ich poglądów.
Zresztą jedni i drudzy nie przestają się wzajemnie
oskarżać o nieudolność i jałowość.
Socjaliści przedstawiają swym przeciwnikom rachu-
nek za nierówność kondycji, za rozpustny handel, gdzie
monopol i konkurencja w potwornej jedności wiecznie
rodzą zbytek i nędzę; teoriom ekonomicznym, stale
wzorującym się na przeszłości, zarzucają, że przyszłość
w tym stanie przedstawia się beznadziejnie; krótko mó-
wiąc, wskazują dobitnie, że ustrój oparty na własności
to straszliwe przewidzenie, przeciwko któremu ludz-
kość od czterech tysięcy lat protestuje i broni się rę-
kami i nogami.
Ekonomiści ze swojej strony nie ufają socjalistom,
nie wierzą, że stworzą oni system, w którym będzie się
można obejść bez własności, konkurencji i policji; wy-
kazują z dowodami w ręku, że wszystkie projekty re-
form były tylko i wyłącznie zlepkami idei zapożyczo-
nych od tegoż ustroju, który socjalizm oczernia, były,
jednym słowem, plagiatem. Poza granicami ekonomii
politycznej socjalizm nie jest zdolny do powzięcia ani
do sformułowania żadnej idei.
Widać, jak co dzień narasta ten doniosły proces, jak
co dzień sprawa staje się coraz bardziej zagmatwana.
Podczas gdy społeczeństwo posuwa się naprzód, po-
tyka się, cierpi i bogaci się idąc utartymi drogami
gospodarowania, socjaliści, od Pitagorasa, Orfeusza
i niezgłębionego Hermesa, pracują nad ustanowieniem
cłogmatu przeciwstawnego ekonomii politycznej. Zgod-
nie z ich poglądami przeprowadzono tu i ówdzie kilka
prób zrzeszenia się 5; dotąd jednak rzadkie, usiłowania
te, zagubione w oceanie własności prywatnej, pozosta-
ły bez rezultatu; i jak gdyby los postanowił wyczerpać
hipotezę ekonomistów, zanim zabierze się do utopii
socjalistycznej, partia reformatorska zmuszona jest
cierpieć sarkazm swych przeciwników, oczekując swe-
go dnia.
Oto gdzie tkwi przyczyna. Socjalizm bez ustanku wy-
tyka niepowodzenia cywilizacji, dzień za dniem stwier-
dza bezsilność ekonomii politycznej w dziele harmo-
nijnego zaspokajania pożądań ludzkich i wnosi skargi
za skargami; ekonomia polityczna uzupełnia swe akta
dotyczące systemów socjalistycznych, które wszystkie,
jedne za drugimi, przemijają zlekceważone przez zdro-
wy rozsądek. Uporczywość zła karmi skargę jednych,
podczas gdy równocześnie stałe niepowodzenia refor-
matorów przyczyniają się do umocnienia złośliwej iro-
nii drugich. Kiedy dojdzie do wyroku? Sąd jest nie-
obecny; tymczasem ekonomia polityczna korzysta ze
swej przewagi i choć nie udziela poręki, w dalszym
ciągu przewodzi na świecie: possideo ąuia possideo.
Jeżeli z dziedziny idei zejdziemy w świat realny,
antagonizm wyda się nam jeszcze większy i jeszcze
groźniejszy.
Z chwilą gdy socjalizm, sprowokowany długotrwa-
łymi burzami, pojawił się wśród nas jak jakaś fan-
tastyczna zjawa, ludzie, którzy dotąd podczas wszelkich
sporów zachowywali obojętność i spokój, z przeraże-
niem zwrócili się ku ideom monarchicznym i religij-
nym; demokracja, której zarzucano, że wyciągnęła swe
ostateczne konsekwencje, została wyklęta i odrzucona.
To oskarżenie demokratów przez konserwatystów było
potwarzą. Demokracja z natury rzeczy żywi antypatię
do myśli socjalistycznej, tak samo jak nie jest zdolna
do zastąpienia władzy królewskiej, przeciwko której
samo przeznaczenie popycha ją na drogę spisku, przy
czym nigdy nie osiąga ona celu. Codziennie jesteśmy
tego świadkami, przejawia się bowiem jasno: w wyzna-
niach wiary chrześcijańskiej i wiary we własność, skła-
danych przez publicystów demokratycznych, którzy nie
zauważyli, że opuścił ich lud.
Z drugiej strony filozofia, jak się okazało, nie była
mniej obca ani mniej wroga socjalizmowi niż polityka
i religia.
Podobnie jak w dziedzinie polityki demokracja opie-
ra się na suwerenności wielu, a monarchia na suweren-
ności monarchy, podobnie jak w sprawach sumienia
religia to nic innego jak poddanie się istocie mistycznej
nazywanej Bogiem i duchownemu, który go reprezen-
tuje, podobnie wreszcie jak w dziedzinie ekonomii
własność, to jest wyłączna sfera działania jednostki za
pomocą narzędzi pracy, jest punktem wyjścia teorii —
tak samo filozofia, biorąc za podstawę domniemaną
aprioryczność rozumu, zmuszona jest przyznać, że tylko
ja tworzy idee i ich samowładztwo, i odmówić wartości
metafizycznej doświadczeniu, czyli na miejsce prawa
obiektywnego wszędzie umieszczać samowolę — despo-
tyzm.
Otóż doktryna, która nagle powstała w sercu społe-
czeństwa, bez poprzedników, bez antenatów, usuwała
z wszystkich dziedzin świadomości i ze społeczeństwa
zasadę samowoli po to, by — jako jedyną prawdą —
zastąpić ją związkiem faktycznym, który zrywał z tra-
dycją i nie pozwalał posługiwać się przeszłością inaczej
niż jako punktem wyjścia ku przyszłości. Taka doktry-
na nie mogła nie zwrócić przeciwko sobie istniejących
władz; dziś można zobaczyć, jak pomimo waśni
wewnętrznych wspomniane władze dochodzą do
zgody, aby zwalczyć potwora, który wkrótce może ich
pochłonąć.
Robotnikom, którzy uskarżają się na zbyt niskie płace
i na niepewność pracy, ekonomia polityczna przeciwsta-
wia wolność handlu; obywatelom poszukującym warun-
ków dla wolności i porządku ideologowie podsuwają
system przedstawicielski; czułym duszom pozbawionym
dawnej wiary, które pytają o rację i cel istnienia, reli-
gia przedstawia niezbadane tajemnice Opatrzności,
a filozofia ma w rezerwie wątpienie. Wykręty —
zawsze. Idee pełne, dające wypocząć sercu i umysło-
wi — nigdy. Socjalizm krzyczy, że nadszedł czas, aby
dotrzeć do stałego lądu i wejść do portu; ale ludzie
aspołeczni mówią, że port nie istnieje; ludzkość posuwa
się naprzód pod boską opieką pod przewodem księży,
filozofów, mówców i ekonomistów; i tak ta podróż do-
koła świata trwa wiecznie.
Tym sposobem społeczeństwo od początku dzieli się
na dwa wielkie obozy: jeden tradycyjny, który z istoty
rzeczy jest hierarchiczny i w zależności od przedmiotu,
jaki ma na względzie, nazywa się na przemian to wła-
dzą królewską, to demokracją, filozofią, to znów religią,
jednym słowem, własnością; i drugi, który zmartwych-
wstając przy każdym kryzysie cywilizacji występuje
jako anarchiczny i ateistyczny, a więc jako oporny
wszelkiej władzy — i boskiej, i ludzkiej; i to jest socja-
lizm.
Otóż nowoczesna krytyka dowiodła, że w tego rodza-
ju konflikcie prawda powstaje nie przez wykluczenie
jednego z przeciwieństw, ale tylko i wyłącznie przez
pogodzenie jednego z drugim 6. Twierdzę więc, iż to, że
wszelkie przeciwieństwo, czy to w naturze, czy też w
dziedzinie idei, znajduje rozwiązanie w fakcie bardziej
ogólnym albo w złożonej formule, która doprowadza
oponentów do zgody, wchłaniając, jeśli można się tak
wyrazić, i jedno, i drugie, stanowi zdobycz nauki. Czyż
my, ludzie o zdrowym rozsądku, w oczekiwaniu na roz-
wiązanie, które przyszłość bez wątpienia przyniesie,
nie moglibyśmy przygotować się do tej wielkiej prze-
miany przez zanalizowanie sił walczących, ich właści-
wości dodatnich i ujemnych? Praca taka, przeprowa-
dzona dokładnie i sumiennie, jeśli nawet nie doprowa-
dziłaby nas od razu do rozwiązania, miałaby przynaj-
mniej tę nieocenioną zaletę, że odkryłaby nam warun-
ki, których spełnienia wymaga rozwiązanie zagadnie-
nia, co pozwoliłoby nam mieć się na baczności wzglę-
dem wszelkiego rodzaju utopii.
Cóż jest zatem koniecznego i prawdziwego w ekono-
mii politycznej? Dokąd ona zmierza? I co może? Co nam
obiecuje? Oto co pragnę ustalić w swojej pracy. — Co
wart jest socjalizm, dowiemy się tego z tych samych
dociekań.
Skoro bowiem cel, do którego zmierza i socjalizm,
i ekonomia polityczna, jest koniec końców jeden i ten
sam, mianowicie wolność, porządek i dobrobyt wśród
ludzi, jest rzeczą oczywistą, że warunki, które trzeba
spełnić, innymi słowy, trudności, które trzeba przezwy-
ciężyć, aby dopiąć tego celu, są także dla nich obu te
same; i pozostaje tylko rozważyć środki przedsiębrane
lub proponowane zarówno z jednej, jak i z drugiej
strony. Ponieważ jednak jak dotąd tylko ekonomia po-
lityczna mogła urzeczywistniać swe idee, socjalizm
bowiem stale poświęcał się jedynie satyrze, jest rzeczą
oczywistą, że oceniając należycie usługi, jakie oddały
prace ekonomiczne, sprowadzimy tym samym do ich
właściwej wartości socjalistyczne deklamacje; w ten
sposób nasza na pozór szczególna krytyka będzie pod-
stawą konkluzji bezwzględnych i definitywnych.
Zanim z dociekaniami nad ekonomią polityczną
sięgniemy do sedna rzeczy, należy dla lepszego zrozu-
mienia sprawy posłużyć się kilkoma przykładami.

§ II
Braki teoryj i krytyki

Zanotujemy na wstępie ważne spostrzeżenie: oto


współzawodnicy zgodni są co do tego, że odwołują się
do wspólnego autorytetu, o którym każdy z nich mnie-
ma, że ma go tylko dla siebie, a mianowicie do nauki.
Utopista Platon organizował swą idealną rzeczpospo-
litą w imię nauki, którą przez skromność i eufemizm
nazywał filozofią. Praktyczny Arystoteles odrzucał uto-
pię platońską w imię tejże filozofii. Tak więc wojna spo-
łeczna trwa od czasów Platona i Arystotelesa. Nowocześni
socjaliści żądają, aby nauka była jedna i niepo-
dzielna, ale nie mogą dojść do porozumienia ani co do
treści, ani co do granic, ani co do metody tej nauki;
ekonomiści ze swojej strony twierdzą, że nauka spo-
łeczna to nic innego jak ekonomia polityczna.
Idzie więc przede wszystkim o ustalenie, czym może
być nauka o społeczeństwie.
Nauka w ogólności jest wiedzą rozumowaną i syste-
matyczną o tym, co jest.
Stosując to podstawowe pojęcie do społeczeństwa, po-
wiemy: Nauka społeczna jest wiedzą rozumowaną i sy-
stematyczną nie o tym, czym było społeczeństwo, ani
też o tym, czym będzie, ale o tym, czym jest w ciągu
całego swego życia, to jest we wszystkich swych ko-
lejnych przejawach: tam bowiem tylko istnieć może
rozsądek i system. Nauka społeczna powinna obejmo-
wać ustrój humanitarny nie tylko w tym a tym okre-
sie jego istnienia ani też w postaci pewnych jego ele-
mentów, ale w zasięgu wszystkich jego zasad i w ca-
łokształcie jego egzystencji: jak gdyby rozwój społecz-
ny, rozciągający się w czasie i przestrzeni, został nagle
stłoczony w jeden ruchomy obraz, który ukazując sze-
reg lat wieku i następowanie po sobie, jedno po dru-
gim, zjawisk, wydobywałby na jaw ich wzajemną za-
leżność i ich jedność. Taka powinna być nauka o każ-
dej rzeczywistości żywej i postępującej naprzód; taka
też jest niezaprzeczenie nauka społeczna.
Być więc może, iż ekonomia polityczna mimo dążeń
indywidualistycznych i ekskluzywnych zapewnień była
częścią konstytuującą nauki społecznej, w ramach któ-
rej zjawiska przez nią opisywane były jak gdyby pod-
stawowymi punktami rozległej triangulacji i elemen-
tami całości organicznej i złożonej. Z tego punktu wi-
dzenia postęp ludzkości, dokonujący się od form pro-
stych do złożonych, byłby całkowicie zgodny z postę-
pem nauk, a fakty niezgodne z tą zasadą i tak często
obalające ją, fakty, które stanowią dziś podstawę
i przedmiot ekonomii politycznej, powinny być trakto-
wane jako hipotezy szczególne, stopniowo realizowane
przez ludzkość mającą na względzie hipotezę nadrzęd-
ną, której urzeczywistnienie rozwiązałoby wszelkie
trudności i bez przekreślenia ekonomii politycznej da-
wałoby zadośćuczynienie socjalizmowi. — Ale, jak to
powiedziałem w prologu, nie możemy w żaden sposób
przypuścić, że bez względu na sposób wyrażania się
ludzkość jest w błędzie.
Przedstawmy to teraz jaśniej, przekładając na język
faktów.
Sprawą najbardziej sporną jest dzisiaj niezaprzecze-
nie organizacja pracy.
Podobnie jak święty Jan Chrzciciel, który nauczał na
pustyni: Czyńcie pokutą..., socjaliści wszędzie krzyczą
tę nowość starą jak świat: Organizujcie pracą! — przy
czym nie mogą nigdy powiedzieć, na czym miałaby, ich
zdaniem, polegać ta organizacja. Jakkolwiek się ta
sprawa miała, ekonomiści dopatrzyli się w tej wrzawie
socjalistów zniewagi dla swych teorii; wyglądało to rze-
czywiście, jakby im zarzucano, że nie wiedzieli nic
o najważniejszej rzeczy, jaką powinni znać — o pracy.
Odpowiedzieli więc na prowokację ze strony swych
przeciwników, utrzymując z początku, że nie istnieje
inna organizacja pracy niż wolność produkowania i do-
konywania wymiany, bądź na swój rachunek osobisty,
bądź też na spółkę z innymi, w którym to wypadku
sposób postępowania przewidziany jest przez prawo cy-
wilne i handlowe. Następnie wobec tego, że argumentacja
ta ośmieszyła ich w oczach przeciwników, podjęli
ofensywę i wykazując, że socjaliści sarni nic nie rozu-
mieją z tej organizacji, którą przedstawiali jako stracha
na wróble, zakończyli stwierdzeniem, że była to tylko
jedna więcej chimera socjalistyczna, słowo pozbawione
jakiegokolwiek sensu, niedorzeczność. Najnowsze pis-
ma ekonomistów pełne są bezlitosnych sądów o tej spra-
wie.
Nie ulega jednak wątpliwości, że pojęcie organizacja
pracy jest równie jasne i równie racjonalne jak nastę-
pujące wyrażenia: organizacja zakładu wytwórczego,
organizacja armii, organizacja policji, organizacja do-
broczynności, organizacja wojny. Z tego punktu wi-
dzenia wystąpienia ekonomistów noszą na sobie piętno
pożałowania godnego braku rozsądku. Nie mniej pew-
ną jest rzeczą, że organizacja pracy nie może być utopią
ani chimerą, ponieważ od chwili gdy praca, ten zasad-
niczy warunek cywilizacji, istnieje, to z tego już wy-
nika, że podlega ona jakiejś organizacji, którą ekono-
miści mogą uważać za dobrą, a jednocześnie socjaliści
mogą uważać za ohydną.
W sprawie sformułowanej przez socjalizm propozycji
zorganizowania pracy należałoby więc uznać, że praca
została zorganizowana. Otóż takie twierdzenie jest abso-
lutnie nie do utrzymania, jest bowiem rzeczą bezspor-
ną, że w dziedzinie pracy — podaż, popyt, podział, ilość,
proporcja, cena, gwarancja — nic, absolutnie nic nie
jest uregulowane, wręcz przeciwnie, wszystko jest zda-
ne na kaprysy swobodnej gry, czyli na przypadek.
Co się tyczy nas samych, którzy kierujemy się my-
ślą, że musimy się stosować do nauki moralnej, to
wbrew socjalistom i wbrew ekonomistom będziemy
stali na stanowisku: nie, że trzeba organizować pracę
ani też że jest ona zorganizowana, ale że się ona orga-
nizuje.
Praca — mówimy — organizuje się: jest więc w trak-
cie organizowania się od początku świata i będzie się
organizowała do końca świata. Ekonomia polityczna
uczy nas pierwszych elementów tej organizacji: ale
socjalizm ma słuszność, gdy utrzymuje, że w obecnej
postaci organizacja jest niedostateczna, że ma charak-
ter przejściowy, a całe posłannictwo nauki polega na
nieprzerwanym dociekaniu — mając na względzie uzy-
skane wyniki i zjawiska będące w stadium realiza-
cji — jakie innowacje mogą być od razu urzeczywist-
nione.
Socjalizm i ekonomia polityczna, wydając sobie kro-
tochwilną wojnę, działają w istocie rzeczy w imię jed-
nej i tej samej idei — organizacji pracy.
Ale i na socjalizmie, i na ekonomii politycznej ciąży
wina niewierności nauce i wzajemnych zniewag, skoro
ekonomia polityczna, biorąc te strzępy teorii za naukę,
wyrzeka się wszelkiego postępu w przyszłości i skoro
socjalizm, wyrzekając się tradycji, dąży do odbudowy
społeczeństwa na podstawach, których znaleźć niepo-
dobna.
Tak więc socjalizm jest niczym bez głębokiej krytyki
i nieustannego rozwoju ekonomii politycznej; i że po-
służymy się tutaj słynnym aforyzmem: Nihil est in in-
tellectu, ąuod prius non juerit in sensu, w hipotezach
socjalistów nie ma nic takiego, czego nie można by zna-
leźć w praktyce ekonomicznej. Ekonomia polityczna
aś nie jest niczym innym jak nie skoordynowanym
zlepkiem, skoro uważa za bezwarunkowo pozostające
w mocy fakty zgromadzone przez Adama Smitha
i J. B. Saya.
Drugą kwestią, nie mniej sporną niż pierwsza, jest
sprawa lichwy, czyli pożyczki na procent.
Procent, czyli jak to się mówi — cena użytkowania,
jest to zapłata, bez względu na jej charakter, którą
uzyskuje właściciel danej rzeczy za jej wypożyczenie.
Quidquid sorti accrescit usura est — mówią teologowie
Procent, podstawa kredytu, wysuwa się na pierwszy
plan wśród czynników, które automatyzm społeczny
wprowadza w grę w swej działalności organizacyjnej
i których analiza odsłania głębokie prawa cywilizacji.
Starożytni filozofowie i Ojcowie Kościoła — których
trzeba tu uważać za przedstawicieli socjalizmu w pierw-
szych wiekach ery chrześcijańskiej — przez osobliwą
niekonsekwencję, co było wynikiem ówczesnego ubó-
stwa pojęć ekonomicznych, dopuszczali czynsz dzier-
żawny, a potępiali procent płatny w pieniądzu, bo ich
zdaniem pieniądze były nieproduktywne. W ostatecz-
nym wyniku rozróżniali pożyczanie rzeczy, które nisz-
czą się przez zużycie — do ich liczby zaliczali pieniądze,
i pożyczanie rzeczy, które nie niszcząc się przynoszą
użytkownikowi zysk w postaci swego produktu.
Ekonomiści, uogólniając pojęcie komornego, bez tru-
du wykazali, że w gospodarce społecznej działanie ka-
pitału, czyli jego produkcyjność, było takie samo bez
względu na to, czy był on zużywany na wynagrodzenie
robotników, czy też zachowywał rolę narzędzia, i że
w rezultacie należało albo znieść czynsz od dzierżawy
ziemi, albo dopuścić procent w pieniądzu, ponieważ
jedno i drugie było na tej samej podstawie rekompen-
satą za przywilej, wynagrodzeniem za pożyczkę. Trze-
ba było z górą pięciu stuleci, aby przeprowadzić, tę myśl
i uspokoić sumienia wystraszone klątwami rzucanymi
przez katolicyzm na lichwę. Przemówiła tu sama oczy
wistość, i głos ogółu wypowiedział się za pożyczający-
mi; wygrali oni walkę z socjalizmem, a ówczesnemu
społeczeństwu poprzez uznanie procentu od pożyczek
przypadły bezspornie ogromne korzyści. W tych wa-
runkach socjalizm, który usiłował upowszechnić prawo
wprowadzone przez Mojżesza tylko dla Izraelitów. Non
foeneraberis proximo tuo, sed alieno, został pobity przez
ideę, którą uznał zgodnie z obyczajem ekonomicznym,
a mianowicie czynsz dzierżawny wyniesiony został do
godności teorii produkcyjności kapitału.
Ale z kolei ekonomiści byli mniej szczęśliwi, gdy póź-
niej zażądano od nich, żeby uzasadnili dzierżawę jako
taką i zbudowali teorię produkcyjności kapitałów. Moż-
na powiedzieć, że w tym punkcie utracili całą przewagę,
jaką uzyskali na wstępie we współzawodnictwie z so-
cjalizmem.
Bez wątpienia — a ja jestem pierwszy, co to uzna-
je — opłata za dzierżawę ziemi, podobnie jak opłata za
pożyczkę pieniężną, jak również za wypożyczenie ja-
kiejkolwiek wartości ruchomej czy nieruchomej, jest
zjawiskiem samorzutnym, uniwersalnym, którego źró-
dło tkwi głęboko w naszej naturze i które dzięki swe-
mu normalnemu rozwojowi staje się wkrótce jedną
z najpotężniejszych sprężyn organizacji. Dowiodę na-
wet, że procent od kapitału jest tylko materializacją
aforyzmu: Każda praca musi pozostawić pewną nad-
wyżką. Ale obok tej teorii lub raczej fikcji produkcyj-
ności kapitału występuje inna teza, wcale nie mniej
pewna, która w ostatnich czasach zwróciła uwagę naj-
wybitniejszych ekonomistów. Wedle tej tezy wszelka
wartość powstaje z pracy i zasadniczo składa się z płac,
inaczej mówiąc, żadne bogactwo nie bierze początku
w przywileju i ma wartość tylko i wyłącznie dzięki pracy i
tylko wskutek pracy przez ludzi wykonanej jest
źródłem dochodu. Jakże więc pogodzić teorię dzierża-
wy, czyli produkcyjności kapitału — teorię powszech-
nie potwierdzoną przez praktykę, na którą ekonomia
polityczna w swoim charakterze nauki rutynicznej musi
przystać, nie mogąc jej jednak uzasadnić — z tą drugą
teorią, która wykazuje, że normalnie na wartość skła-
dają się płace, i która w społeczeństwie nieuchronnie
doprowadza, jak tego dowiedziemy, do równości pro-
duktu czystego i produktu brutto?
Socjaliści nie pominęli tej sposobności. Oparłszy się
na zasadzie, że praca jest źródłem wszelkiego dochodu,
zażądali wyliczenia się właścicieli z kapitałów tkwią-
cych w dzierżawach oraz przynoszących inne dochody.
I podobnie jak ekonomiści osiągnęli pierwsze zwycię-
stwo obejmując jednym pojęciem i czynsz dzierżawny,
i lichwę, tak też socjaliści wzięli odwet wprowadzając
pojęcie bardziej jeszcze ogólne od pracy, w którym roz-
topiły się prawa właścicieli kapitału. Własność została
rozbita od góry do dołu; ekonomiści mogli tylko mil-
czeć; ale wobec niemożności zatrzymania się na tej po-
chyłości socjalizm ześliznął się do krańca utopii socja-
listycznej, a społeczeństwo w braku praktycznego roz-
wiązania doprowadzone zostało do tego, że nie może
ani obronić swej tradycji, ani porzucić jej na rzecz do-
świadczeń, w których najmniejsze uchybienie grozi cof-
nięciem się o kilka tysięcy lat wstecz.
Co w podobnej sytuacji nakazuje nauka?
Z pewnością nie zatrzymanie się w połowie drogi,
jakiś złoty środek, dowolny, niepochwytny, niemożli-
wy; ale dalsze uogólnienie i odkrycie trzeciej zasady,
faktu, prawa nadrzędnego, które by wyjaśniało fikcję
kapitału i mit własności i godziłoby je z teorią, która
przypisuje pracy źródło wszelkiego bogactwa. Otóż to
właśnie socjalizm, jeśliby chciał postępować logicznie,
powinien przedsięwziąć. W rzeczywistości teoria real-
nej produktywności pracy i teoria fikcyjnej produk-
tywności kapitału są z istoty rzeczy obie teoriami eko-
nomicznymi. Socjalizm, trudząc się jedynie ukazaniem
sprzeczności między nimi, nie skorzystał nic ani z do-
świadczenia, ani z dialektyki; wydaje się, że jest po-
zbawiony w równej mierze jednego i drugiego. Otóż
w prawdziwej procedurze sądowej powód, uznawszy
ważność części jakiegoś dokumentu, musi go uznać
w całości; nie wolno dzielić dokumentu ani zeznania na
części. Czy socjalizm miał prawo odrzucić autorytet
ekonomii politycznej w sprawie procentu, skoro opie-
rał się na jej autorytecie w dziedzinie analizy war-
tości? Z pewnością nie! Wszystko, co socjalizm mógł
zrobić w podobnym wypadku, to albo zmusić ekonomię
polityczną do uzgodnienia swych teorii, albo sam przy-
jąć na siebie to ciężkie zadanie.
Im głębiej wnikać w te uroczyste debaty, tym bar-
dziej wydaje się, że cały proces stąd się wywodzi, że
jedna strona nie chce widzieć, druga zaś odmawia
współdziałania.
W naszym prawie publicznym istnieje zasada, że nikt
nie może być pozbawiony swej własności, chyba że
w interesie powszechnej użyteczności, i to po uprzed-
nim zastosowaniu należytego odszkodowania. Jest to za-
sada o charakterze wybitnie ekonomicznym, ponieważ,
z jednej strony, przypuszcza nadrzędną rolę własności
obywatela, który podlega wywłaszczeniu i którego zgo-
da, idąc za demokratycznym duchem umowy społecz-
nej, jest bezwarunkowo konieczna. Z drugiej strony,
odszkodowanie, czyli cena nieruchomości wywłaszczonej,
regulowane jest nie na podstawie wewnętrznej
wartości przedmiotu, ale na podstawie ogólnego prawa
rządzącego handlem, to jest prawa podaży i popytu,
jednym słowem, opinii. Wywłaszczenie dokonane w
imieniu społeczeństwa może być upodobnione do rynku
umownego, uznawanego przez każdego w stosunku do
wszystkich; należy zatem zapłacić nie tylko cenę, ale
również przyjętą zwyczajowo dopłatę — tak w istocie
oblicza się odszkodowanie. Gdyby prawnicy rzymscy
zdawali sobie sprawę z tej analogii, to bez wątpienia
mniej by się wahali w sprawie wywłaszczania w inte-
resie użyteczności publicznej.
Sankcją prawa społecznego w dziedzinie wywłaszcze-
nia jest więc odszkodowanie.
Otóż w praktyce zasady odszkodowania nie stosuje
się we wszystkich wypadkach, gdy powinna ona być
zastosowana; niemożliwością jest, żeby tak się działo.
Tak więc ustawa, która powołała do życia drogi żelaz-
ne, zapewniała odszkodowanie za tereny zabrane pod
tor kolejowy; nie zrobiła jednak nic dla całego mnó-
stwa ludzi, którzy czerpali swe dochody z przewozu,
a których straty znacznie przekraczały wartość tere-
nów, za które wypłacono odszkodowanie właścicielowi.
Tak samo kiedy powstała kwestia odszkodowania dla
właścicieli zakładów produkcji cukru buraczanego, ni-
komu nie przyszło do głowy, że państwo powinno było
wypłacić odszkodowania temu mnóstwu robotników
i urzędników, którzy żyli z przemysłu cukrowniczego,
a których warunki bytowania pogorszyły się tak, że być
może, znaleźli się w biedzie. Jest jednak rzeczą pewną,
że, zgodnie z pojęciem kapitału i teorią produkcji, po-
dobnie jak właściciel ziemi, któremu kolej żelazna za-
biera warsztat pracy, ma prawo do odszkodowania, tak
samo przemysłowiec, któremu ta sama kolej czyni ja-
łowym wyłożony kapitał, ma też prawo do odszkodo-
wania. Skąd to powstaje, że nie wypłaca mu się odszko-
dowania? Niestety, stąd, że odszkodowanie jest nie-
możliwe. Przy takim systemie sprawiedliwości i bez-
stronności społeczeństwo najczęściej nie miałoby moż-
ności działać i powróciłoby do bezruchu prawa rzym-
skiego. Ofiary muszą być... Zasada odszkodowania zo-
staje wskutek tego zaniechana. Następuje nieuniknione
bankructwo państwa w stosunku do jednej klasy lub
kilku klas obywateli.
Z kolei dochodzą do głosu socjaliści i zarzucają eko-
nomii politycznej, że umie tylko poświęcać interesy mas
i tworzyć przywileje; następnie, wskazując na zalążek
ustawy agrarnej tkwiącej w ustawie o wywłaszczeniu,
nagle wypowiadają się w konkluzji za ogólnym wy-
właszczeniem, tj. za produkcją i spożyciem pospołu.
Ale tutaj socjalizm po dokonaniu krytyki popada
w utopię i jego niemoc znowu ujawnia się w sprzecz-
nościach. Jeżeli zasada wywłaszczenia w imię użytecz-
ności publicznej, rozwinięta we wszystkich swych kon-
sekwencjach, prowadzi do całkowitej reorganizacji spo-
łeczeństwa, to przed przyłożeniem ręki do dzieła trze-
ba ściśle określić tę nową organizację; otóż, powtarzam
to, cała nauka socjalizmu to tylko strzępy fizjologii
i ekonomii politycznej. Następnie, zgodnie z zasadą
odszkodowania, trzeba, jeśli nie wypłacić, to przynaj-
mniej zagwarantować obywatelom wartości, jakie im
przypadną, trzeba, inaczej mówiąc, zabezpieczyć ich
przed możliwością zmian. Otóż poza obrębem majątku
publicznego, zarządzania którym domaga się on dla
siebie, w jaki sposób socjalizm zabezpieczy ten majątek?
Niemożliwością jest w oparciu o prawdziwą i rzetelną
logikę wyjść poza obręb tego błędnego koła. Rów-
nież i komuniści, bardziej bezpośredni niż niektórzy
inni sekciarze w swym stosunku do idei niestałych i po-
kojowych, pomijają te trudności i obiecują sobie, że
doszedłszy do władzy wywłaszczą wszystkich i nie wy-
płacą odszkodowania ani też nie dadzą zabezpieczenia
nikomu. W gruncie rzeczy mogłoby to nie być ani nie-
sprawiedliwe, ani wiarołomne; niestety, palić to nie
rozwiązywać, jak powiedział do Robespierre'a przybyły
jako interesant Desmoulins; w podobnych rozmowach
powraca się stale do ognia i do gilotyny. Tutaj, jak
wszędzie, dwa prawa jednakowo święte stają przeciwko
sobie twarzą w twarz — prawo obywatela i prawo pań-
stwa; dosyć powiedzieć, że idzie tutaj o odkrycie for-
muły pojednawczej, która by stanęła ponad utopiami
socjalistycznymi i zniekształconymi teoriami ekonomii
politycznej. Co robią w tym wypadku procesujące się
strony? Nic. Można by raczej powiedzieć, że występują
z pytaniami po to tylko, żeby mieć sposobność do rzu-
cania obelg. Cóż ja mówię? Pytania nie są nawet ro-
zumiane przez strony; i podczas gdy publiczność roz-
mawia o wzniosłych problemach dotyczących społeczeń-
stwa i przeznaczenia ludzkiego, antreprenerzy od nauki
społecznej, ortodoksyjni oraz schizmatyczni, nie zga-
dzają się ze sobą co do zasad. Niech o tym świadczy
kwestia, która spowodowała te dociekania, a którą nie
lepiej z pewnością rozumieją ci, co ją powołali do ży-
cia, niż ci, co nie doceniają jej znaczenia — mianowicie
stosunek między zyskiem a płacą.
Jak to, ekonomiści, Akademia ogłosiła konkurs w
dziedzinie, której podstawowych pojęć sama nie rozu-
mie? Jak myśl taka mogła przyjść komuś do głowy?...
Otóż tak! To, co twierdzę, jest nie do wiary, jest zbyt
niezwykłe; ale tak właśnie jest. Tak jak teologowie, co
w zagadnieniach metafizyki odpowiadają mitami i ale-
goriami, które zawsze przedstawiają problemy, ale ni-
gdy ich nie rozwiązują, tak też i ekonomiści odpowia-
dają na pytania, które im się narzucają, tylko opowia-
daniem o tym, co doprowadziło ich do tego, że je po-
stawili: zdają sobie sprawę, że gdyby posunęli się dalej,
to przestaliby być ekonomistami.
Na przykład, co to jest zysk? Jest to to, co pozostaje
przedsiębiorcy z chwilą, gdy pokrył wszystkie koszty.
Otóż koszty składają się z dni pracy i wartości zuży-
tych, czyli w ostatecznym rachunku z płac. Jaka jest
więc wysokość płacy robotnika? Najniższa, jaką można
mu dać; jest więc niewiadoma. Jaka powinna być cena
towaru dostarczonego na rynek przez przedsiębiorcę?
Najwyższa, jaką może on osiągnąć; i znów jest nie-
znana. Ekonomia polityczna zabrania nawet przypusz-
czać, że zarówno za towar, jak i za dzień pracy można
cenę wyznaczyć, mimo że istnieje zgoda co do tego, że
można je oszacować, a to dlatego — mówią ekono-
miści — że szacunek to operacja oparta na dowolności,
która nie może doprowadzić do żadnej pewnej i nie-
zawodnej konkluzji. Jak więc ustalić stosunek między
dwiema niewiadomymi, które zgodnie z ekonomią poli-
tyczną nigdy i w żadnym razie nie mogą być znalezione.
Tak więc ekonomia polityczna wysuwa problemy nie-
rozwiązalne. A jednak wkrótce zobaczymy, że jest
rzeczą nieuniknioną, żeby je wysuwała i żeby nasze
stulecie je rozwiązało. Dlatego właśnie powiedziałem,
że Akademia Nauk Moralnych, ogłaszając konkurs
w sprawie stosunku między zyskiem a płacą, była nie-
świadoma rzeczy, mówiła na sposób proroków.
Ale — powiedzą nam — czyż nie jest prawdą, że
jeżeli istnieje duży popyt na pracę, a robotników jest
za mało w stosunku do potrzeb, to płaca może się pod-
nieść, podczas gdy, z drugiej strony, zysk będzie spa-
dał; albo jeżeli wskutek wzrostu konkurencji produkcja
jest nadmierna w stosunku do potrzeb, to czyż nie wy-
woła to zatłoczenia składów towarem i sprzedaży ze
stratą, a wskutek tego po stronie przedsiębiorcy brak
zysku, a po stronie robotnika zwolnienie z pracy? Ale
wówczas, czyż nie zaofiaruje on swej pracy po niższej
niż poprzednio cenie? Albo jeżeli zostanie wynaleziona
maszyna, to z początku pociągnie to za sobą, że rywale
będą palić pod kotłami, ale następnie, z chwilą powsta-
nia monopolu, czyż robotnik nie znajdzie się w zależ-
ności od przedsiębiorcy, a zysk i płace nie pójdą w prze-
ciwnych sobie kierunkach? Wszystkie te sprawy i inne
jeszcze — czyż nie mogą być badane, oceniane, kom-
pensowane itd. itd.
Ach, monografie, historie: mamy ich aż nadto od cza-
sów Adama Smitha i J. B. Saya i nie powstaje nic no-
wego; robi się tylko zmiany w ich tekstach. Ale to nie
tak powinna być ta sprawa rozumiana, chociaż Aka-
demia nie nadała jej innego kierunku. Stosunek między
zyskiem a płacą należy traktować w sensie absolutnym,
a nie z nieprzekonywającego punktu widzenia przy-
padków w dziedzinie handlu i podziału zainteresowań,
dwóch rzeczy, które powinny później otrzymać właści-
wą interpretację. Pragnę się wytłumaczyć.
Traktując producenta i konsumenta jako jedną i tę
samą osobę, której wynagrodzenie, rzecz oczywista, jest
równe jej produktowi; następnie, rozróżniając w tym
produkcie dwie części — jedną, która zwraca produ-
centowi jego wydatki, i drugą, która stanowi jego zysk,
zgodnie z aksjomatem, że każda praca winna pozostawić
nadwyżkę, mamy wyznaczyć relację jednej z tych
części do drugiej. Zrobiwszy to, dobrze będzie wypro-
wadzić z tego stosunki majątkowe tych dwóch klas
ludzi, przedsiębiorców i robotników, jak również zdać
sobie sprawę ze wszystkich wahań sytuacji handlowej.
Będzie to szereg wniosków, które powinny być włączo-
ne do dowodzenia.
Otóż żeby taki stosunek istniał i żeby można go było
obliczyć, trzeba koniecznie, by jakieś prawo, wewnętrz-
ne lub zewnętrzne, rządziło konstytuowaniem się płacy
i ceny sprzedażnej; ale ponieważ w obecnym stanie
rzeczy płaca i cena bez ustanku podlegają wahaniu,
powstaje pytanie, jakie koszty ogólne, jakie przyczyny
sprawiają, że wartość zmienia się i waha, i w jakich
granicach utrzymują się te wahania?
Ale samo to pytanie pozostaje w sprzeczności z przy-
jętymi zasadami. Bo kto mówi o wahaniach, siłą ko-
nieczności przypuszcza pewną wartość przeciętną, do
której środek ciążenia wartości nieustannie ją sprowa-
dza. I kiedy Akademia domaga się określenia wahań
zysku i płacy, domaga się tym samym określenia war-
tości. Otóż to właśnie odrzucają panowie z Akademii;
nie chcą oni wcale słyszeć o tym, że jeżeli wartość jest
zmienna, to tym samym jest do określenia, że zmien-
ność jest wskazówką i warunkiem określoności. Upie-
rają się oni, że wartość, nieustannie się zmieniając, nie
może być nigdy określona. Jest to tak, jak gdyby ktoś
utrzymywał, że gdy dana jest liczba wahań pewnego
zegara na sekundę, amplituda wahań, szerokość geo-
graficzna i wysokość, na jakiej leży miejscowość, gdzie
dokonuje się doświadczenia, to długość wahadła nie
może być wyznaczona, bo zegar jest w ruchu. Oto jest
pierwszy artykuł wiary ekonomii politycznej.
Co się tyczy socjalizmu, nie wydaje się, żeby lepiej
zrozumiał kwestię, która jest przedmiotem jego troski.
Spośród mnóstwa jego organów jedne po prostu prze-
kreślają zagadnienie, zastępując podział racjonowaniem,
czyli usuwając z organizmu społecznego liczbę i miarę;
inne pozbywają się kłopotu stosując do płacy głosowa-
nie powszechne. Rozumie się, że te głupstwa znajdują
naiwnych tysiącami i setkami tysięcy.
Potępienie ekonomii politycznej sformułował Malt-
hus w następującym słynnym ustępie:
„Człowiekowi, który urodził się w świecie już za-
właszczonym, jeżeli nie może on uzyskać środków
utrzymania od swych rodziców i jeżeli społeczeństwo
nie potrzebuje jego pracy, nie przysługuje żadne rosz-
czenie prawne do najdrobniejszej choćby cząstki poży-
wienia; wówczas nie ma on co robić na świecie. Za-
brakło dla niego nakrycia na wielkim stole zastawio-
nym przez naturę. Przyroda każe mu odejść i sprawnie
wykona swój własny rozkaz".
Oto konieczna, nieuchronna konkluzja ekonomii poli-
tycznej, konkluzja, którą udowodnię z oczywistością
nie znaną dotąd w tej dziedzinie badań: Śmierć tym, co
nie są posiadaczami.
W celu lepszego zrozumienia tej myśli Malthusa na-
damy jej formę propozycji filozoficznych, pozbawiając
ją upiększeń oratorskich:
„Wolność osobista i własność, która jest jej wyrazem,
są uznane przez ekonomię polityczną: równość i soli-
darność nie znajdują jej uznania.
„W tym ustroju każdy jest u siebie, każdy dla siebie;
praca jak każdy towar podlega zwyżce i zniżce: stąd
pochodzi ryzyko proletariatu.
„Ktokolwiek nie ma ani dochodu [z majątku], ani
płacy, nie ma prawa nic żądać od innych: jego nie-
szczęście godzi w niego samego; w grze losu szansa
zwróciła się przeciwko niemu".
Z punktu widzenia ekonomii politycznej propozycje
te są nie do zbicia, i Malthus, który je sformułował
Z tak niepokojącą ścisłością, nie zasługuje na jakąkol-
wiek naganę. Z punktu widzenia warunków nauki spo-
łecznej też same propozycje są zdecydowanie fałszywe,
a ponadto zawierają w sobie sprzeczność.
Błąd Malthusa, a mówiąc ściślej, błąd ekonomii poli-
tycznej, nie polega wcale na mówieniu, że człowiek,
który nie ma co jeść, musi zginąć, ani na twierdzeniu,
że w warunkach zawłaszczenia indywidualnego ten, co
nie ma ani pracy, ani dochodu, może tylko wyrzec się
życia i popełnić samobójstwo, jeśli nie woli być z niego
usunięty przez głód. Oto, z jednej strony, prawo na-
szego istnienia; oto, z drugiej strony, konsekwencja
własności. I Rossi zadał sobie o wiele za dużo trudu,
aby uzasadnić na tym punkcie zdrowy rozsądek Malt-
husa. Podejrzewam, że to prawda, iż Rossi, uprawiając
tak rozwlekle i z takim upodobaniem apologię Malthu-
sa, chciał polecić ekonomię polityczną w taki sam spo-
sób, jak jego rodak Machiavelli w książce pod tytułem
Książa polecał despotyzm admiracji całego świata. Po-
kazując, że nędza jest warunkiem sine qua non samo-
woli przemysłowca i kupca, wydaje się, że Rossi woła:
Oto wasze prawo, wasza sprawiedliwość, wasza eko-
nomia polityczna.
Ale naiwność galijska nie rozumie się nic na tych
subtelnościach; lepiej byłoby powiedzieć Francji w jej
nieskalanym języku: Błąd Malthusa, jaskrawa ułom-
ność ekonomii politycznej, polega w głównej mierze na
uznawaniu za stan ostatecznie ustalony warunków
przejściowych, mianowicie podziału społeczeństwa na
patrycjat i proletariat; w szczególności zaś na mówie-
niu, że w społeczeństwie zorganizowanym, a wobec
tego solidarnym, może się zdarzyć, że jedni posiadają,
pracują i konsumują, podczas gdy inni nie posiadają
i pozbawieni są pracy i chleba. Wreszcie Malthus, czyli
ekonomia polityczna, gubi się w swych konkluzjach,
skoro w zdolności reprodukcji w nieskończoność, z któ-
rej korzysta rodzaj ludzki, w odniesieniu do wszystkich
gatunków zwierząt i roślin, widzi stałą groźbę braku,
podczas gdy należałoby tylko wyciągnąć wniosek o ko-
nieczności, a zatem o istnieniu prawa równowagi mię-
dzy ludnością a produkcją.
W kilku słowach: Wielką zasługą teorii Malthusa, za-
sługą, której nikt z jego kolegów nie myślał nawet brać
pod uwagę, jest sprowadzenie do absurdu całej ekono-
mii politycznej.
Co się tyczy socjalizmu, to o nim już dawno wypo-
wiedzieli swój sąd Platon i Tomasz Morus, określając
go jednym słowem: utopia — czyli rzecz nie istnie-
jąca, chimera.
Mimo wszystko, aby uczcić umysł ludzki, a także by
oddać sprawiedliwość wszystkim, powiedzieć trzeba,
że ani nauka ekonomiczna, ani ustawodawstwo nie
mogły być na początku inne niż takie, jakimi je wi-
dzieliśmy; również społeczeństwo nie może pozostać
w swym pierwotnym stanie.
Każda nauka musi najpierw zakreślić sobie pole
działania, zbierać i gromadzić swe materiały: przed
systemem fakty; przed stuleciem sztuki — stulecie
erudycji. Poddana, jak każda inna, prawu czasu i wa-
runkom doświadczenia, nauka ekonomiczna, zanim
zacznie dociekać, jak sprawy powinny przebiegać w
społeczeństwie, ma nam powiedzieć, jak przebiegają;
i wszystkie te sposoby postępowania, utrwalone przez
nawyk, które autorzy w swych książkach nazywają
pompatycznie prawami, zasadami i teoriami, pomimo
ich niespójności i tkwiących w nich sprzeczności, po-
winny być ze skrupulatną pilnością zebrane i opisane
absolutnie bezstronnie. Aby wykonać to zadanie, po-
trzeba może więcej geniuszu, a przede wszystkim wię-
cej gorliwości, niż tego wymagać będą późniejsze postę-
py nauki.
Jeżeli więc uznajemy, że ekonomia społeczna jest
dzisiaj jeszcze raczej dążeniem ku przyszłości niż zna-
jomością rzeczywistości, to trzeba też uznać, że wszyst-
kie elementy tej pracy badawczej znajdują się w eko-
nomii politycznej; i myślę, że wyrażam uczucia po-
wszechnie panujące mówiąc, że opinia ta stała się
własnością ogromnej większości umysłów. Wprawdzie
teraźniejszość ma mało obrońców, ale odraza do utopii
jest nie mniej powszechna: cały świat rozumie, że
prawda tkwi w formule, która by pogodziła ze sobą
krańce: zachowawczość i ruch.
Toteż — i bądźmy za to wdzięczni Smithom, Sayom,
Ricardom i Malthusom, jak również ich śmiałym prze-
ciwnikom — tajemnice majątkowe, atria ditis, zostały
ujawnione; dominującą rolę kapitału, ucisk pracownika,
machinacje monopolistyczne, oświetlone ze wszelkich
możliwych punktów widzenia, cofają się przed potępia-
jącym wyrokiem opinii. O faktach zauważonych i opi-
sanych przez ekonomistów rozprawia się i snuje się co
do nich przypuszczenia: prawa oparte na nadużyciu,
zwyczaje oparte na niesprawiedliwości, respektowane
dotąd, dopóki trwa niejasność, która je podtrzymuje,
ledwie wyciągnięte na światło dzienne, wygasają pod
wpływem powszechnego potępienia. Zaczyna się rozu-
mieć, że rządzenia społeczeństwem trzeba się uczyć nie
od pustej ideologii w rodzaju Umowy społecznej, ale
tak, jak to odgadywał Monteskiusz — ze wzajemnego
stosunku rzeczy. I już lewica o tendencjach wybitnie
społecznych, powstała spośród uczonych, spośród ma-
gistratury, z prawników, profesorów, a także kapita-
listów, wielkich przemysłowców, wszystkich reprezen-
tantów przywileju i jego obrońców i miliona zwolen-
ników, występuje wśród narodu i nie bacząc na opinie
parlamentarne usiłuje wydobyć tajemnice życia społe-
czeństw z analizy faktów ekonomicznych.
Wyobraźmy więc sobie ekonomię polityczną jako
ogromną płaszczyznę zarzuconą materiałami przygoto-
wanymi do budowy jakiegoś gmachu. Robotnicy, pełni
zapału i pałający żądzą wzięcia się do pracy, czekają
na hasło, ale architekt zniknął nie pozostawiając planu.
Ekonomiści zachowali w pamięci mnóstwo rzeczy, nie-
stety, nie mają jednak ani śladu kosztorysu. Znają po-
czątek i historię każdego fragmentu roboty, wiedzą,
ile kosztowała obróbka, jakie drewno dostarcza naj-
lepszych belek i jaka glina najlepszych cegieł, ile wy-
dano na narzędzia i zwózkę, ile zarobili cieśle i ile ka-
mieniarze, ale nie znają przeznaczenia czegokolwiek
ani miejsca, jakie to coś ma zająć. Ekonomiści nie
ukrywają, że mają przed oczyma rzucone w nieładzie
fragmenty arcydzieła, disjecti membra poetae; ale nie
mieli dotąd możności odnalezienia planu całości,
a ilekroć próbowali operować przybliżeniami, napoty-
kali brak spójności między poszczególnymi fragmenta-
mi. Zrozpaczeni bezskutecznym podejmowaniem coraz
to nowych prób, skończyli na tym, że uznali za dogmat
nieprzydatność nauki do architektury, czyli, jak się to
Blówi, niewłaściwość jej zasad; jednym słowem, wy-
parli się nauki.
Podział pracy, bez którego produkcja byłaby nie-
n.aczna, łączy się z wielu niepożądanymi zjawiskami,
I których najgorszym jest demoralizacja robotników;
maszyny wraz z taniością produkcji przynoszą zapcha-
nie rynku towarem i bezrobocie; konkurencja prowadzi
do ucisku robotnika; podatek, ta więż materialna społe-
czeństwa — jest najczęściej tylko plagą budzącą prze-
rażenie na równi z pożarem i gradobiciem; koniecznym
odpowiednikiem kredytu staje się upadłość; własność
jest olbrzymim skupiskiem nadużyć; handel przeradza
się w grę hazardową, w której niekiedy nawet nie za-
brania się szachrować. Krótko mówiąc, nieład niemal
na każdym kroku występuje w tej samej proporcji co
lad, przy czym nie wiadomo, czy i jak ład zdoła
zniszczyć nieład, taxis ataxian diókein, czy na odwrót.
W tej sytuacji ekonomiści uznali za niezbędne wy-
ciągnąć wniosek, że wszystko idzie jak najlepiej, i każdą
propozycję poprawy uznają za wrogą wobec ekonomii
politycznej.
O gmachu społecznym już więcej nie myślano; tłum
rzucił się na plac budowy; kolumny, kapitele, cokoły,
drewno, kamień i metal zostały podzielone za pomocą
losowania; i ze wszystkich tych materiałów, zgromadzo-
nych na budowę wspaniałej świątyni, własność igno-
rancka i barbarzyńska zbudowała chałupy. Idzie więc
już teraz nie tylko o odnalezienie planu gmachu, ale
i o usunięcie z chałup tych, co je okupują, twierdząc,
że ich siedlisko jest wspaniałe; na jedno słówko na
temat przywrócenia dawnego stanu rzeczy ustawiają
się oni w szyku bojowym przed swymi bramami. Po-
dobnego zamętu nie widziano ongiś przy budowie wieży
Babel. Na szczęście my mówimy po francusku
i jesteśmy bardziej śmiali od kompanów Nemroda.
Porzućmy alegorie: metoda historyczna i opisowa,
używana z powodzeniem, dopóki trzeba było ograniczać
się do wstępnych badań, jest odtąd bez wartości. Po
tysiącach monografii i tablic nie posunęliśmy się dalej,
niż byliśmy za czasów Ksenofonta i Hezjoda. Fenicja-
nie, Grecy i Włosi pracowali niegdyś tak, jak my to
czynimy obecnie: lokowali swe pieniądze, opłacali ro-
botników, rozszerzali swe majątki ziemskie, dokonywali
wypraw i odkryć, utrzymywali książki, spekulowali,
grali na giełdzie i rujnowali się według wszelkich reguł
sztuki ekonomicznej; potrafili nie gorzej niż my organi-
zować sobie monopole i obdzierać konsumenta i robot-
nika. Możemy przeprowadzić mnóstwo takich po-
równań i gdy nieustannie przeglądać będziemy nasze
statystyki i nasze liczby, zawsze będziemy mieli przed
oczyma tylko chaos, chaos nieruchomy i jednorodny.
Panuje przekonanie, to prawda, że poczynając od cza-
sów mitologicznych, aż do obecnego 57-go roku naszej
wielkiej rewolucji, dobrobyt powszechny stale wzrasta.
Chrystianizm od dawien dawna uchodził za głównego
sprawcę tej poprawy sytuacji, który to zaszczyt ekono-
miści całkowicie przypisują dzisiaj swoim zasadom. Bo,
koniec końców — powiadają — na czym polegał wpływ
(hrystianizmu na społeczeństwo? Głęboko utopijny
przy swym narodzeniu, zdołał się utrzymać i rozprze-
trzenić jedynie dlatego, że powoli przyjmował za swo-
je wszystkie kategorie ekonomiczne — pracę, kapitał,
dzierżawę, procent, handel, własność, jednym słowem,
uświęcał prawo rzymskie, które w najwyższym stopniu
jest. wyrazem ekonomii politycznej.
Chrystianizm, obcy w swej części teologicznej
teoriom produkcji i spożycia, był dla cywilizacji euro-
pejskiej tym, czym ongiś dla wędrownych robotników
były branżowe stowarzyszenia czeladnicze i wolnomu-
larstwo — rodzajem umowy ubezpieczenia i wzajem-
nej pomocy; pod tym względem chrystianizm nie
zawdzięcza nic ekonomii politycznej, która wcale nie
musi powoływać się na dobro wyświadczone przez
chrystianizm jako na dowód. Skutki miłosierdzia
i poświęcenia przekraczają dziedzinę ekonomii, która
powinna zapewnić społeczeństwom pomyślność przez
organizację pracy i przez sprawiedliwość.
Poza tym gotów jestem uznać szczęśliwe skutki me-
chanizmu własności, ale podkreślam, że skutki te są
całkowicie przesłonięte przez nędzę, która tkwi w na-
turze tego mechanizmu produkcji. Zgodnie więc z za-
pewnieniami, z jakimi niedawno wystąpił przed parla-
mentem angielskim pewien światły minister, i jak my
wkrótce tego dowiedziemy, w społeczeństwie dzisiej-
szym postęp nędzy jest równoległy i adekwatny do
postępu bogactwa, co całkowicie sprowadza do zera
zasługi ekonomii politycznej.
Tym sposobem ekonomia polityczna nie znajduje
uzasadnienia ani w swoich zasadach, ani w swych dzie-
łach. A co się tyczy socjalizmu, cała jego wartość spro-
wadza się do tego, że on to właśnie zauważył. Jesteśmy
więc w możności podjąć na nowo dociekania z dziedziny
ekonomii politycznej — ona jedna bowiem za-
wiera przynajmniej częściowo materiały z zakresu
nauk społecznych — i sprawdzić, czy jej teorie nie
kryją w sobie jakiegoś błędu, którego sprostowanie
pogodziłoby fakt z prawem, odsłoniło organiczne prawo
ludzkości i przyniosło pozytywną koncepcję ustroju.

Rozdział drugi

O WARTOŚCI

§I

Przeciwieństwo między wartością użytkową a wartością


wymienną

Wartość jest kamieniem węgielnym konstrukcji


ekonomicznej. Boski artysta, który powierzył nam pro-
wadzenie nadal swego dzieła, nie udzielił nikomu wska-
zówek, ale z kilku znamiennych faktów można je od-
gadnąć. W istocie wartość ma dwa oblicza: jedno, które
ekonomiści nazywają wartością użytkową, czyli war-
tością samą w sobie, i drugie — wartość wymienną,
czyli wartość względną. Skutki, jakie powoduje war-
tość pod tym dwojakim względem, a które są bardzo
nieregularne, ponieważ nie jest ona wcale ustalona,
czyli — że się wyrazimy bardziej filozoficznie — po-
nieważ nie jest ukonstytuowana, zmieniają się całko-
wicie w zależności od tej konstytucji.
Otóż na czym polega współzależność między war-
tością użytkową a wartością wymienną; co trzeba rozu-
mieć przez wartość ukonstytuowaną i przez jakie
komplikowane przejścia dokonuje się to ukonsty-
tuowanie: oto przedmiot i cel ekonomii politycznej.
Błagam czytelnika o skupienie całej swej uwagi na
tym, co ma nastąpić: jest to jeden jedyny rozdział w
całej niniejszej pracy, który wymaga z jego strony tro-
chę dobrej woli. Ze swojej strony będę usiłował być:
coraz bardziej prosty i jasny.
Wszystko, co może mi w jakikolwiek sposób służyć,
ma dla mnie wartość, i tym jestem bogatszy, im więcej
mam tego, co jest mi użyteczne; tutaj nie nasuwa się
żadna trudność. Mleko i mięso, owoce i zboże, wełna,
cukier, bawełna, wino, metale, marmur, wreszcie zie-
mia, woda, powietrze, ogień i słońce są dla mnie war-
tościami użytkowymi, wartościami z natury rzeczy
i z przeznaczenia. Gdybym wszystkie rzeczy potrzebne
mi do istnienia znajdował w równej obfitości jak nie-
które z nich, na przykład światło, inaczej mówiąc, gdy-
by ilość każdego rodzaju wartości była niewyczerpana,
dobrobyt mój byłby raz na zawsze zapewniony: nie
miałbym po co pracować i nawet bym o pracy nie
myślał. W tej sytuacji w rzeczach tkwiłaby zawsze
użyteczność; ale niesłuszne byłoby mówić, że rzeczy
mają wartość, bo wartość, jak to niedługo zoba-
czymy, świadczy o istnieniu stosunku ze swej istoty
społecznego; i właśnie jedynie w drodze wymiany, do-
konując pewnego rpdzaju powrotu społeczeństwa do
natury, doszliśmy do pojęcia użyteczności. Rozwój cy-
wilizacji zależny jest zatem od konieczności, w jakiej
tkwi rasa ludzka, konieczności bezustannego powodo-
wania powstawania coraz to nowych wartości, podobnie
jak cierpienia społeczeństwa mają swe praźródło w
nieustannej walce, jaką toczymy z naszą własną inercją.
Odbierzcie człowiekowi tę potrzebę, która pobudza
myśl i dostosowuje ją do życia kontemplacyjnego, a oto
pan stworzenia będzie nie czym innym jak pierwszym
spośród czworonogów.
Ale jakim sposobem wartość użytkowa staje się war-
tością wymienną? Trzeba bowiem zwrócić uwagę, że te
dwa rodzaje wartości, jakkolwiek współczesne w
myśleniu (bo pierwszą spostrzec można tylko przy spo-
sobności występowania drugiej), przypuszczają mimo
to stosunek sukcesji: wartość wymienna występuje bo-
wiem jako pewnego rodzaju odbicie wartości użytko-
wej, podobnie jak teologowie nauczają, iż w Trójcy
Ojciec, rozpamiętując całą wieczność, płodzi Syna. To
płodzenie idei wartości nie było w dostatecznej mierze
wzięte pod uwagę przez ekonomistów; toteż trzeba się
trochę zatrzymać przy tej kwestii.
Wobec tego że spośród rzeczy, których mi potrzeba,
bardzo wiele istnieje w naturze w ilości nieznacznej
albo nawet nie istnieje zupełnie, jestem zmuszony sam
przysłużyć się do wyprodukowania tego, czego mi brak,
ale ponieważ sam nie mogę przyłożyć ręki do tylu rze-
czy, zaproponuję innym ludziom, mym współpracowni-
kom w zakresie różnych działań, żeby mi odstąpili
część swych produktów w zamian za moje własne. Bę-
dę przecież zawsze miał w swoim ręku więcej mego
własnego specyficznego produktu, niż go konsumuję,
tak samo jak ci, z którymi wejdę w kontakt, będą mieli
w. swoim ręku więcej pewnych przedmiotów, niż im
potrzeba. To ciche porozumienie dokonuje się za pomo-
cą handlu. Przy tej sposobności zwrócimy uwagę, że
sukcesja logiczna obu rodzajów wartości przejawia się
o wiele dobitniej w historii niż w teorii, ludzie przeżyli
bowiem tysiące lat na wydzieraniu sobie wzajem dóbr
natury (co nazywa się wspólnotą pierwotną), zanim ich
zajęcia dały im możność dokonywania wymiany.
Otóż własność bycia środkiem utrzymania dla czło-
wieka, jaką posiadają wszystkie produkty bądź natury,
bądź też przemysłu, nazywa się wartością użytkową;
własność polegająca na tym, że środki te mogą być
wymieniane jedne na drugie, nosi miano wartości wy-
miennej. W istocie jest to jedno i to samo, ponieważ
drugi przypadek dodaje tylko do pierwszego ideę
substytucji i wszystko to może się wydać niepotrzebną
subtelnością; w rzeczywistości skutki są zdumiewające
i na przemian to są pomyślne, to znów opłakane.
A zatem rozróżnienie w dziedzinie wartości opiera
się na faktach i nie zawiera w sobie żadnej dowolności.
Rzeczą człowieka, jako podlegającego temu prawu, jest
obrócić je na polepszenie swego bytu i rozszerzenie
swej wolności. Praca, zgodnie z pięknym powiedzeniem
Walrasa14, to wojna wydana skąpstwu przyrody. To
dzięki niej powstaje jednocześnie bogactwo i społeczeń-
stwo. Praca nie tylko wytwarza bez porównania więcej
dóbr, niż nam daje przyroda (na przykład zauważono,
że sami tylko szewcy francuscy produkowali dziesięć
razy więcej niż kopalnie peruwiańskie, brazylijskie
i meksykańskie razem wzięte), lecz także wskutek prze-
kształceń, jakim poddaje wartości naturalne, rozsze-
rzając i mnożąc w nieskończoność swoje prawa, spra-
wia, że każde bogactwo, przeszedłszy przez różne dzie-
dziny przemysłu, powraca w całości do tego, co je stwo-
rzył, nie pozostawiając nic lub prawie nic właścicielowi
surowców.
Przebieg rozwoju ekonomicznego jest więc następują-
cy: na początku zawłaszczanie ziemi i bogactw natural-
nych, następnie zrzeszanie się i podział na gruncie pracy
aż do całkowitej równości. Na drodze tej spotykamy
wiele przepaści, miecz stale wisi nad naszymi głowami;
ale na to, by zażegnać wszystkie niebezpieczeństwa, ma-
my za sobą słuszność, a słuszność to wszechmoc.
Ze stosunku wartości użytkowej do wartości wymien-
nej wynika, że gdyby przez nieszczęśliwy wypadek lub
złośliwość wymiana została jednemu z producentów za-
kazana albo gdyby użyteczność jego produktu nagle
przestała istnieć, to on przy pełnych składach nie po-
siadałby nic. Im więcej czyniłby poświęceń i im więcej
wytężałby energię, aby produkować, tym większa była-
by jego nędza. Gdyby użyteczność jego produktu nie
znikła całkowicie, ale tylko się zmniejszyła, co może
zaistnieć na sto sposobów, pracownik, zamiast być
dotknięty przez upadek i zrujnowany przez nagłą ka-
tastrofę, doznałby tylko zubożenia; gdyby był zmuszo-
ny dostarczać wielką ilość swych wartości za drobną
ilość cudzych wartości, to jego środki utrzymania
zmniejszałyby się w stosunku równym powstałemu
przy tym deficytowi sprzedaży, co przez kolejne stopnie
dobrobytu doprowadziłoby go do wyczerpania. Wresz-
cie, gdyby użyteczność jego produktu zaczęła wzrastać
albo gdyby produkcja stała się mniej kosztowna, bilans
wymiany obróciłby się na korzyść producenta, którego
dobrobyt mógłby tym sposobem zacząć się podnosić od
mierności połączonej z ciężką pracą do próżniaczego
dostatku. To zjawisko kolejno deprecjacji majątku, to
znów bogacenia się przejawia się w tysiącznych for-
mach i tysiącznych kombinacjach: na tym właśnie
polega pełna pasji życiowej i intrygująca gra handlu
i przemysłu. To jest właśnie pełna zasadzek loteria,
którą ekonomiści chcieliby utrwalić na wieki, a której
zniesienia domaga się, sama o tym nie wiedząc, Akademia
Nauk Moralnych i Politycznych, skoro pod mia-
nem zysku oraz płacy żąda uzgodnienia wartości użyt-
kowej i wartości wymiennej, to znaczy znalezienia ta-
kiego środka, który pozwoliłby wszystkie wartości
uczynić jednako wymienialnymi i vice versa — wszyst-
kie wartości wymienne jednako użytecznymi.
Ekonomiści bardzo dobrze zrobili, uwydatniając
dwoisty charakter wartości, ale nie wykazali z taką
samą jasnością jej kontradyktoryjnego charakteru.
I tutaj bierze początek nasza krytyka.
Użyteczność jest koniecznym warunkiem wymiany;
usuńcie jednak wymianę, a użyteczność spadnie do ze-
ra: te dwa pojęcia są ze sobą nierozerwalnie złączone.
Gdzież więc pojawia się sprzeczność?
Wobec tego że wszyscy, ilu nas jest, utrzymujemy
się- tylko z pracy i wymiany i tym wszyscy jesteśmy
bogatsi, im więcej produkujemy i więcej wymieniamy,
przeto każdy stara się produkować jak można najwięcej
wartości użytkowych, a to w celu rozszerzenia o tyleż
samo swej wymiany, a przez to rozmiarów zaspokoje-
nia swych potrzeb. Toteż pierwszym skutkiem,
skutkiem nieuniknionym wzrostu masy wartości jest
potanienie: im więcej jest danego towaru, tym
bardziej traci on w wymianie i deprecjonuje się han-
dlowo. Czyż nie jest prawdą, że istnieje sprzeczność
między koniecznością pracyxa jej wynikami?
Błagam czytelnika, aby zanim zwróci się po wy-
jaśnienie, skupił swą uwagę na tym fakcie.
Chłop, który zebrał dwadzieścia worków pszenicy
i ma zamiar je zjeść wraz z rodziną, uważa się za dwa
razy bogatszego, niż gdyby zebrał tylko dziesięć. Tak
samo gospodyni, która utkała pięćdziesiąt łokci płótna,
uważa się za dwa razy bogatszą, niż gdyby utkała tylko
dwadzieścia pięć. W odniesieniu do swego gospodarstwa
słuszność mają oboje. Ale z punktu widzenia ich sto-
sunków zewnętrznych mogą się całkowicie mylić. Jeżeli
zbiór pszenicy jest w całym kraju dwukrotnie wyższy,
to dwadzieścia worków zostanie sprzedanych za mniej-
szą sumę niż ta, którą by osiągnięto za dziesięć worków
w razie, gdyby zbiór wyniósł połowę. Przy podobnej
zmianie sytuacji pięćdziesiąt łokci płótna także miałoby
wartość mniejszą niż dwadzieścia pięć. Tak więc war-
tość spada, gdy produkcja użyteczności wzrasta, i pro-
ducent, nieustannie się bogacąc, może znaleźć się w nę-
dzy. I jak się zdaje, nie ma na to lekarstwa; bo jedy-
nym środkiem ratunku byłoby to, żeby wszystkie pro-
dukty przemysłu, podobnie jak powietrze i światło,
zjawiły się w ilości nieskończenie wielkiej, co jest nie-
dorzecznością. Boże mojego rozumu! — powiedziałby
Jan Jakub: to nie ekonomiści plotą głupstwa, to ekono-
mia polityczna we własnej osobie nie dochowuje wier-
ności swym definicjom: Mentita est iniąuitas sibi!
W przykładach poprzednio zacytowanych wartość
użytkowa przekracza wartość wymienną: w innych wy-
padkach jest ona mniejsza. Zachodzi wówczas to samo
zjawisko, ale w odwrotnym kierunku: bilans jest po-
myślny dla producenta, a konsument jest bity. Tak
właśnie dzieje się podczas głodu, kiedy to zwyżka kosz-
tów utrzymania ma w sobie zawsze coś sztucznego.
Istnieją też profesje, w których cała sztuka sprowadza
się do tego, żeby rzeczom o miernej użyteczności, bez
których można się doskonale obejść, nadać w mniema-
niu ludzkim nadmierną wartość wymienną; należą tu
.głównie przedmioty sztuki i zbytku. Skutkiem swej na-
miętności estetycznej człowiek pożąda błahostek, któ-
rych posiadanie w wysokiej mierze zadowala jego
próżność, jego wrodzone upodobanie do zbytku oraz
jego
już bardziej szlachetne i bardziej godne szacunku za-
miłowanie do piękna; na tym właśnie spekulują do-
stawcy tego rodzaju przedmiotów. Namawiać kogoś do
fantazji i elegancji nie jest rzeczą ani mniej odpycha-
jącą, ani mniej niedorzeczną, niż nakładać podatki od
obrotu; ale ten podatek pobierany jest przez kilku
przedsiębiorców mających duże wzięcie, którym po-
wszechne uwielbienie wychodzi na korzyść, chociaż
całą ich zasługą jest to, że psują smak i dają początek
niestałości. Odtąd nikt się nie skarży, a wszystkie gro-
my opinii zastrzeżone są na rzecz monopolistów, którzy
mocą swego talentu zdolni są podnieść o parę centy-
mów cenę płótna albo chleba...
Nie dość jest w dziedzinie wartości użytkowej i war-
tości wymiennej zwrócić uwagę na ten uderzający kon-
trast, w którym ekonomiści przywykli widzieć coś bar-
dzo prostego; trzeba pokazać, że ta domniemana pro-
stota kryje w sobie głęboką tajemnicę, której przenik-
nięcie uważamy za swój obowiązek.
Wzywam więc każdego poważnego ekonomistę, aby
mi powiedział, nie tłumacząc i nie powtarzając pytania,
z jakiej przyczyny wartość spada w miarę, jak pro-
dukcja wzrasta; i na odwrót^ co sprawia, że ta sama
wartość wzrasta w miarę, jak produkcja się kurczy. Wy-
rażając się w terminach technicznych, wartość użytko-
wa i wartość wymienna, jedna drugiej niezbędna, po-
zostają do siebie w stosunku odwrotnym: pytam więc,
czemu rzadkość, a nie użyteczność jest synonimem dro-
gości. Bo, zauważmy, zwyżka i zniżka cen towarów nie
zależą od ilości pracy zużytej na produkcję, a mniejszy
czy większy koszt produkcji nie ma znaczenia, gdy cho-
dzi o wytłumaczenie wahań cen. Wartość jest kapryśna
jak wolność, nie liczy się z użytecznością ani z pracą;
zdaje się nawet, że w zwykłym biegu rzeczy i poza nie-
którymi wyjątkowymi odchyleniami przedmioty naju-
żyteczniejsze to te, które muszą być dostarczane po niż-
szej cenie; innymi słowy, czy słuszne jest, że ludzie pra-
cujący z największym zadowoleniem są najlepiej wy-
nagradzani, a ci, którzy w swój trud wsączają krew
i pot, najgorzej? Rozwijając tę zasadę do najdalszych
konsekwencji doszlibyśmy najlogiczniej w świecie do
wniosku, że rzeczy, których używanie jest niezbędne,
a które istnieją w ilości nieograniczonej, muszą być za
bezcen, te zaś, których użyteczność jest równa zeru, ale
które są niezwykle rzadkie, muszą mieć ocenę niesły-
chanie wysoką. Ale na domiar złego, praktyka nie uzna-
je tych krańcowości; z jednej strony, żaden produkt
ludzki nie może nigdy istnieć w ilośjci nieograniczonej,
z drugiej — rzeczy najrzadsze muszą być przynajmniej
w pewnej mierze użyteczne, bez czego nie mogłyby
mieć żadnej wartości. Wartość użytkowa i wartość wy-
mienna są więc nieuchronnie ze sobą związane, chociaż
z istoty rzeczy nieustannie dążą, aby wyłączyć jedna
drugą.
Nie będę nużył czytelnika zbijaniem pustych słów,
które można by przytoczyć w celu oświetlenia tej
kwestii; co się tyczy sprzeczności związanej z pojęciem
wartości niepodobna podać ani przyczyn, które mogły-
by być uznane, ani możliwego wyjaśnienia. Fakt, o któ-
rym mówię, należy do tych, którym daje się miano
pierwotnych, to jest takich, które mogą służyć za wy-
tłumaczenie dla innych, ale same przez się, podobnie
jak ciała nazywane prostymi, nie mogą być wyjaśnio-
ne. Tak się przedstawia dualizm ducha i materii. Duch
i materia to dwa pojęcia, z których każde wzięte z osóbna
odpowiada szczególnemu punktowi widzenia umy-
słu, nie odpowiada jednak żadnej rzeczywistości. Tak
samo, jeśli wziąć pod uwagę taką potrzebę człowieka
jak posiadanie wielkiej liczby różnorodnych produktów
i konieczność zdobycia ich własną pracą, to wynika stąd
nieodparcie przeciwieństwo między wartością użytko-
wą a wartością wymienną, z którego to przeciwieństwa
bierze początek sprzeczność leżąca u podstawy ekonomii
politycznej. Żaden rozum i żadna wola boska ani ludz-
ka nie zdołałyby jej zapobiec.
Tak więc zamiast szukać chimerycznego wytłumacze-
nia, zadowólmy się stwierdzeniem, że istnienie sprzecz-
ności jest koniecznością.
Bez względu na obfitość wytworzonych wartości i na
proporcje wymiany, do tego, abyśmy wymienili nasze
produkty, trzeba, żeby temu, kto reprezentuje popyt,
produkt mój odpowiadał, a jeśli reprezentuje podaż,
żeby jego produkt mnie odpowiadał. Bo nikt nie ma
prawa narzucać innemu swego towaru; tym, co może
sądzić o użyteczności lub, co na jedno wychodzi, o po-
trzebie — jest nabywca. A zatem w pierwszym wy-
padku mój kontrahent, bo on reprezentuje popyt, a w
drugim ja, bo ja reprezentuję popyt. Znieście obopólną
wolność, a wymiana przestanie być praktykowaniem
solidarności przemysłowej: będzie rozbojem. Komu-
nizm, mówiąc mimochodem, nigdy nie opanuje tej
trudności.
Ale w warunkach wolności produkcja z konieczności
pozostaje nieokreślona tak pod względem ilości, jak
i jakości. Zarówno z punktu widzenia postępu gospo-
darczego, jak i z punktu widzenia zadowolenia konsu-
mentów ocena pozostanie zawsze arbitralna i ceny to-
warów będą się zawsze wahały. Przypuśćmy na chwilę, że
wszyscy producenci sprzedają po cenie ustalonej;
będą tacy, co produkując taniej lub produkując lepiej
zarobią dużo, podczas gdy inni nic nie zarobią. Tak
czy inaczej równowaga zostanie zniszczona. A może na-
leży w celu uniknięcia zastoju w handlu dopasować
produkcję ściśle do potrzeb? Ale wtedy będzie to po-
gwałceniem wolności, bo odbierając mi możność wybo-
ru, skazujecie mnie na płacenie ceny maksymalnej;
niszczycie konkurencję, jedyną rękojmię taniości, i za-
chęcacie do kontrabandy. W ten sposób chcąc zapobiec
samowoli w handlu rzucicie się w objęcia samowoli
administracyjnej; by stworzyć równość, niszczycie wol-
ność, a to przeczy samej równości. Chcecie skupić pro-
ducentów w jednym warsztacie — sądzę, że znacie tę
tajemnicę? To jednak nie wystarczy; będziecie musieli
skupić również konsumentów we wspólnym gospodar-
stwie: ale jeżeli tak, to uciekacie od zagadnienia. Nie
idzie tu o zniesienie idei wartości, co jest równie nie-
możliwe jak zniesienie pracy, ale o jej określenie; nie
idzie o to, żeby zabić wolność indywidualną, ale żeby
ją uspołecznić. Otóż jest rzeczą dowiedzioną, że to wol-
na wola człowieka stwarza możliwość przeciwieństwa
między wartością użytkową a wartością wymienną.
Jakie znaleźć wyjście z tego przeciwieństwa, wówczas
gdy istnieje wolna wola? I jak poświęcić tę wolną wolę,
nie poświęcając człowieka?...
A zatem przez to tylko, że w charakterze wolnego
nabywcy jestem sędzią moich potrzeb, sędzią w spra-
wie, czy mi dany przedmiot odpowiada czy nie, sędzią
ceny, którą jestem gotów za niego zapłacić, z drugiej
zaś strony mój kontrahent w charakterze wolnego wy-
twórcy jest panem środków produkcji i wskutek tego
ma możność redukcji kosztów — dowolność siłą
konieczności wkracza w sferę wartości i sprawia, że waha
się ona między użytecznością a opinią.
Ale to wahanie, doskonale uchwycone przez ekono-
mistów, jest tylko skutkiem sprzeczności, która znaj-
dując sobie szerokie ujście daje początek zjawiskom
najbardziej nieoczekiwanym. Trzy lata urodzajów
w pewnych prowincjach w Rosji powodują klęskę spo-
łeczną, tak samo jak w naszych winnicach trzy lata
obfitości są klęską dla hodowcy winorośli. Wiem, że
ekonomiści tłumaczą takie klęski brakiem rynków zby-
tu; toteż zagadnienie rynków zbytu ma w ich przeko-
naniu wielkie znaczenie. Niestety, z teorią rynków
zbytu sprawa ma się tak samo jak z teorią emigracji,
którą chciano przeciwstawić Malthusowi: jest to petitio
principii. Państwa mające najbardziej chłonne rynki
zbytu cierpią od nadprodukcji na równi z krajami naj-
bardziej izolowanymi; gdzież lepiej znane są zniżki
i zwyżki niż na giełdach Paryża i Londynu?
Z wahań wartości i nie uregulowanych skutków, ja-
kie te wahania wywołują, socjaliści i ekonomiści, jedni
i drudzy po swojemu, wyciągnęli wnioski przeciwstaw-
ne, ale jednakowo błędne. Pierwsi skorzystali ze spo-
sobności, aby oszkalować ekonomię polityczną i wyklu-
czyć ją z obrębu nauk społecznych, drudzy zaś, aby
odrzucić jakąkolwiek możliwość uzgodnienia terminów
i uznać niewspółmierność wartości, a zatem i majątków,
za absolutne prawo handlu. Twierdzą, że z obu stron
błąd jest jednakowo wielki.
1° Kontradyktoryjność idei wartości, tak dobrze wy-
jaśniona przez nieuchronne rozróżnienie wartości użyt-
kowej i wartości wymiennej, nie wypływa z błędnej
apercepcji umysłu ani z błędu terminologicznego, ani
też z jakiegoś wypaczenia o charakterze praktycznym, ale
tkwi w samej istocie rzeczy i narzuca się umysłowi
jako ogólna forma myśli, czyli jako kategoria. Otóż
z tego, że pojęcie wartości stanowi punkt wyjścia eko-
nomii politycznej, wynika, że wszystkie elementy tej
nauki — używam tu słowa „nauka", wybiegając na-
przód — są kontradyktoryjne same w sobie i są sobie
wzajem przeciwstawne, tak że w każdej kwestii eko-
nomista czuje się wzięty w dwa ognie — z jednej stro-
ny twierdzenie, z drugiej przeczenie, oba jednakowo
niezbite. Antynomia, że się posłużę słowem uświę-
conym przez nowoczesną filozofię, jest znamienną ce-
chą ekonomii politycznej, czyli wyrokiem śmierci na
nią, ale zarazem jest jej usprawiedliwieniem.
Antynomia, dosłownie przeci wprawo [contra-loi],
oznacza opozycję z zasady lub antagonizm w stosunku,
tak samo jak antylogia wskazuje na przeciwstawność
lub sprzeczność w wywodzie. Antynomia — przepra-
szam, że wchodzę w te szczegóły scholastyczne, weszły
one jednak w nawyk większości ekonomistów — anty-
nomia, powtarzam, to koncepcja prawa o dwu obli-
czach — jednym pozytywnym, a drugim negatywnym.
Takie jest na przykład prawo zwane prawem przycią-
gania, które sprawia, że planety krążą wokół Słońca,
a które geometrycy podzielili na siłę dośrodkową i od-
środkową. Należy tu jeszcze zagadnienie podzielności
materii w nieskończoność, które — jak wykazał Kant —
może być na przemian przedmiotem afirmacji i negacji
przy użyciu argumentów zarówno dopuszczalnych, jak
niezbitych.
Antynomia może wyrażać tylko fakt i narzuca się
władczo umysłowi; sprzeczność w ścisłym tego słowa
znaczeniu jest niedorzecznością. To rozróżnienie mię-
dzy antynomią (contra-lex) a sprzecznością
(contradictio) wskazuje, w jakim znaczeniu można było
powie-
dzieć, że w pewnym uszeregowaniu idei oraz faktów
.-.rgument sprzeczności nie ma tej samej wartości co
w matematyce.
W matematyce panuje zasada, że jeśli została udo-
wodniona fałszywość danego twierdzenia, to twierdze-
nie odwrotne jest prawdziwe; i na odwrót. Zasada ta
jest doniosłym środkiem, za pomocą którego dowodzi
się w matematyce. W dziedzinie ekonomii społecznej
nie da się go już zastosować. Zobaczymy na przykład,
że jeśli dowiedzie się, iż idea własności jest błędna, to
formuła przeciwna, formuła spólnoty, nie jest przez
to samo prawdziwa i może ulec zaprzeczeniu równo-
cześnie, i to z tego samego tytułu co własność. Czy
z tego wynika — jak powiedziano z dość zabawną
emfazą — że każda prawda, każda idea bierze początek
w sprzeczności, czyli w czymś, co się równocześnie
afirmuje i neguje z jednego i tego samego punktu wi-
dzenia, i że trzeba odrzucić od siebie precz dawną lo-
gikę, która sprzeczność uznaje zdecydowanie za oznakę
błędu? Ta gadanina godna jest sofistów, którzy bez do-
brej wiary, nieuczciwie pracują nad uwiecznieniem
sceptycyzmu po to, by zachować swąx bezczelną bezuży-
teczność. Wobec tego, że antynomia, gdy tylko zostaje
zapoznana, prowadzi niechybnie do sprzeczności, brano
je jedną za drugą, zwłaszcza w języku francuskim, tu
bowiem ludzie mają zwyczaj określać każdą rzecz
według jej skutków. Ale ani sprzeczność, ani antyno-
mia, którą analiza odnajduje u podstawy każdej prostej
idei, nie jest źródłem prawdy. Sprzeczność jest zawsze
synonimem nicości; co się tyczy antynomii, którą utożsa-
mia się niekiedy ze sprzecznością, to jest ona rzeczy-
wiście zwiastunem prawdy; dostarcza jej, że tak powiem,
materiału; ale sama nie jest w żadnym razie
prawdą i rozważana w swej istocie jest causa efficiens
chaosu, formą właściwą kłamstwu i złu.
Antynomia składa się z dwóch członów zawsze sobie
przeciwstawnych i dążących do zniszczenia się wzajem,
ale jednako koniecznych, aby antynomia w ogóle za-
istniała. Zaledwie odważam się dodać, ale trzeba uczy-
nić ten krok, że pierwszy z tych członów otrzymał
nazwę tezy — twierdzenia, drugi zaś nazwę antyte-
zy— przeciwtwierdzenia. Mechanizm ten jest obecnie
tak dobrze znany, iż mam nadzieję, że wkrótce znajdzie
się w programach szkół podstawowych. Już za chwilę
zobaczymy, jak te dwa zła, łączące się ze sobą, dadzą
jedność, czyli ideę, która prowadzi do zniknięcia anty-
nomii.
A więc w dziedzinie wartości nie ma nic użytecznego,
czego by nie można wymienić, nic wymienialnego, co
nie byłoby użyteczne: wartość użytkowa i wartość wy-
mienna są nierozdzielne. Ale podczas gdy wskutek po-
stępu przemysłu popyt zmienia się i różnicuje w nie-
skończoność, podczas gdy w ślad za tym fabrykacja
dąży do podniesienia naturalnej użyteczności rzeczy
i koniec końców do przetworzenia każdej wartości uży-
tecznej w wartość wymienną — z drugiej strony pro-
dukcja, nieustannie podnosząc zdolność wytwórczą
i nieustahnie obniżając koszty, zmierza do sprowadze-
nia sprzedażności rzeczy do użyteczności pierwotnej:
tym sposobem wartość użytkowa i wartość wymienna
są wiecznie w walce.
Skutki tej walki są znane: są to przepisy celne i woj-
ny o rynki zbytu, zatory, zastoje, zakazy przywozu
i wywozu, niszczenie konkurencji, monopole, de-
precjacja płac, maksymalne ceny, niepomierne różnice
majątkowe, nędza; wszystko to wypływa z antynomii
wartości. Niechże czytelnik zwolni mnie od przedsta-
wienia tutaj dowodów, które naturalnym biegiem rze-
czy wynikną z następnych rozdziałów.
Socjaliści, słusznie domagając się końca tego antago-
nizmu, błądzili jednak nie znając jego źródła i widząc
w nim jedynie błąd zdrowego rozsądku, który można
naprawić dekretem władzy publicznej. Stąd wybuch
tej żałosnej czułostkowości, która uczyniła socjalizm
tak ckliwym w pojęciu umysłów pozytywnych i która,
szerząc najniedorzeczniejsze złudzenia, znajduje wciąż
jeszcze tylu naiwnych. Socjalizmowi nie zarzucam te-
go, że zjawił się bez powodu, ale to, że tak długo i tak
uparcie pozostawał głupi15.
2° Ale ekonomiści popełnili błąd nie mniej ciężki,
odrzucili mianowicie a priori — a przy tym właśnie na
mocy kontradyktoryjnych lub raczej antynomicznych
danych o wartości — wszelką myśl o reformie i wszelką
nadzieję z nią związaną, nie chcąc nigdy zrozumieć, że
społeczeństwo już przez to samo, że doszło do szczyto-
wego okresu antagonizmu, bliskie jest pojednania i har-
monii. A przecież dociekliwa analiza ekonomii politycz-
nej pozwoliłaby jej adeptom „namacalnie" zdać sobie
z tego sprawę, gdyby więcej liczyli się ze zdobyczami
nowożytnej metafizyki. W istocie jest rzeczą dowie-
dzioną za pomocą najbardziej pozytywnych danych,
jakie zna umysł ludzki, że tam, gdzie przejawia się
antynomia, tam jest też obietnica rozwiązania sylo-
gizmu, a zatem zapowiedź przeobrażenia. Otóż pojęcie
wartości w tej postaci, w jakiej zostało przedstawione
między innymi przez J. B. Saya, podpada pod ten przy-
padek. Ale ekonomiści, którzy przez niepojętą fatalność
w przeważnej części pozostali obcy ruchowi
filozoficznemu, nie przypuszczali, że zasadniczo
kontradykto-
ryjny lub, jak oni mówili, zmienny charakter wartości
był jednocześnie autentyczną oznaką jej konstytucjo-
nalności — chciałbym przez to powiedzieć: jej natury
harmonijnej i dającej się określić. Jeśli jakakolwiek
niesława powstaje stąd dla różnych szkół ekonomicz-
nych, jest rzeczą pewną, że opozycja, jaką uprawiały
wobec socjalizmu, wynika jedynie z tego fałszywego
pojmowania ich własnych zasad; jeden dowód wybra-
ny z tysiąca wystarczy.
Akademia Nauk 16 (nie Akademia Nauk Moralnych,
inna), przekraczając pewnego dnia swe kompetencje,
postanowiła odczytać na swym posiedzeniu memoriał,
w którym proponowano opracować na podstawie obli-
czeń tablice wartości dla wszystkich towarów odpo-
wiednio do przeciętnej produkcji na każdego człowieka
i na każdy dzień pracy w każdej gałęzi przemysłu.
„Journal des Economistes" 17 (sierpień 1845), oparłszy
się na tej wiadomości, zgłosił sprzeciw wobec cennika,
który był jego zdaniem uzurpatorstwem, i zażądał
przywrócenia tego, co nazywał prawdziwymi zasadami.
„Nie istnieje — czytamy w konkluzjach — żadna
miara wartości, żaden miernik wartości; mówi to nauka
ekonomiczna, podobnie jak nauka matematyczna mówi
nam, że nie istnieje żaden ruch wieczny ani żadna
kwadratura koła i że ani tej kwadratury, ani tego ru-
chu nie znajdziemy nigdy. Otóż jeżeli nie istnieje mier-
nik, jeżeli miara wartości nie jest nawet złudzeniem
metafizycznym, jaka koniec końców zasada rządzi wy-
mianą?... Jest to, jak powiedzieliśmy, ujmując sprawę
najogólniej, podaż i popyt; oto ostatnie słowo nauki".
Oto jak „Journal des Economistes" usiłuje dowieść,
żę nie ma miary wartości. Posługuję się tutaj
słownictwem uświęconym; za chwilę wykażę, że
wyrażenie
miara wartości zawiera w sobie coś dwuznacznego i nie
oddaje ściśle tego, co się chce, tego, co trzeba powie-
dzieć.
Czasopismo to, powołując się na przykłady, powtó-
rzyło wywód, jaki przedstawiliśmy wyżej, o zmienności
wartości, ale nie dotknęło sprawy sprzeczności. Otóż
gdyby czcigodny redaktor, jeden z najwybitniejszych
ekonomistów ze szkoły Saya, miał bardziej rygo-
rystyczne nawyki dialektycznego myślenia, gdyby się
w dialektyce od dawna zaprawiał i nie tylko zajmował
się obserwacją faktów, ale poszukiwał wyjaśnień w
ideach, które je wywołują, nie wątpię, że wyrażałby się
z większą rezerwą i, zamiast w zmienności wartości
upatrywać ostatnie słowo nauki, uznałby nawet, że jest
ona dopiero pierwszym słowem. Gdyby doszedł do tego,
że zmienność w dziedzinie wartości bierze początek
nie w rzeczach, ale w umyśle, to zrozumiałby, że tak
jak wolność rządzi się swoim prawem, tak samo war-
tość musi się rządzić swoim prawem; a co za tym idzie,
zrozumiałby też i to, że hipoteza miary wartości, bo
takiego wyrażenia się tu używa, nie tylko nie zawiera
nic irracjonalnego, ale przeciwnie, nielogiczna i nie do
utrzymania jest negacja tej miary.
I w istocie, co w idei mierzenia i, co za tym idzie,
ustalania wartości wzbudza odrazę w ludziach nauki?
Wszyscy ludzie myślą o tym ustaleniu, wszyscy go
chcą, szukają go, przypuszczają je, każda propozycja
sprzedaży jest w ostatecznym rachunku tylko porówna-
niem dwóch wartości, czyli oznaczeniem, mniej lub wię-
cej słusznym, jeśli kto chce, ale efektywnym. Opinia
rodzaju ludzkiego o różnicy, jaka istnieje między war-
tością realną a ceną w handlu, jest, można powiedzieć,
jednomyślna. To właśnie sprawia, że tyle towarów
sprzedaje się po stałej cenie. Są i takie, które nawet
w swych wahaniach mają ceny zawsze ustalone; na-
leży tu na przykład chleb. Nikt nie zaprzeczy, że jeżeli
dwaj przemysłowcy mogą wysyłać sobie nawzajem po
cenie uzgodnionej i posługując się rachunkiem bieżą-
cym określone ilości swych produktów, to dziesięciu,
stu, tysiąc przemysłowców również może robić to samo.
Otóż tu właśnie tkwi rozwiązanie zagadnienia wartości.
Cena każdej rzeczy byłaby przedyskutowana, zgoda, bo
dyskusja jest dla nas wciąż jeszcze jedynym sposobem
ustanowienia ceny, ale krótko mówiąc, tak jak każda
iskra powstaje przez tarcie, dyskusja, chociaż nie jest
probierzem pewności, ma na celu — pomijając kwestię
mniejszej lub większej uczciwości, jaka tu wchodzi
w grę — ujawnienie wzajemnego stosunku danych war-
tości, czyli ich miary, rządzącego nimi prawa.
Ricardo w swej teorii renty dał świetny przykład
współmierności wartości. Wykazał on mianowicie, że
wartość ziem uprawnych ma się do siebie tak, jak przy
równych kosztach ich wydajność; powszechnie znana
praktyka jest pod tym względem zgodna z teorią. I któż
powie, że ten realny i pewny sposób oceny ziemi i w
ogóle wszystkich kapitałów trwałych nie może być roz-
ciągnięty również i na produkty?...
Mówi się: ekonomia polityczna nie rządzi się for-
mułkami apriorycznymi, ona wypowiada się tylko
o faktach. Otóż fakty, doświadczenie pouczają nas, że
nie istnieje i nie może istnieć miara wartości, i dowo-
dzą, że jeżeli podobna myśl mogłaby się jeszcze wydać
czymś naturalnym, to jej realizacja byłaby całkiem
chimeryczna. Podaż i popyt — oto jedyne prawidło
wymiany.
Nie będę powtarzał, że doświadczenie dowodzi czegoś
zupełnie przeciwnego; że w rozwoju ekonomicznym
społeczeństw wszystko wskazuje na tendencję do kon-
stytuowania się i ustalania się wartości, że tutaj właśnie
tkwi punkt szczytowy ekonomii politycznej, która przez
to ukonstytuowanie się zostaje przekształcona, i naj-
wyższa oznaka ładu w społeczeństwie; ten zarys ogól-
ny, powtarzany w nieskończoność, stałby się w końcu
trywialny. Zamykam się na razie w ramach dyskusji
i mówię, że podaż i popyt, w których upatruje się je-
dyne prawo wartości, to nic innego jak tylko dwie for-
my konwencjonalne, które służą do tego, by skonfron-
tować wartość użytkową i wartość wymienną i spowo-
dować ich uzgodnienie. Są to dwa bieguny elektryczne,
które z chwilą gdy wejdą ze sobą w styczność, wywo-
łują zjawisko powinowactwa, zwane wymianą. Jak
bieguny ogniwa elektrycznego, podaż i popyt są dia-
metralnie przeciwstawne i dążą bezustannie do uni-
cestwienia się wzajem; wskutek ich antagonizmu cena
przedmiotów staje się albo wygórowana, albo nadmier-
nie spada; chciałoby się wiedzieć, czy nie jest rzeczą
możliwą przy każdej sposobności równoważyć te dwie
potęgi lub doprowadzić do ich uzgodnienia w ten spo-
sób, żeby cena przedmiotów była zawsze wyrazem rze-
czywistej wartości, wyrazem słuszności. Mówić po tym
wszystkim, że podaż i popyt stanowią prawidło wy-
miany, to znaczy mówić, że podaż i popyt są prawidłem
podaży i popytu; ale to nie jest wytłumaczenie opar-
te na praktyce, jest to raczej uznanie jej za niedo-
rzeczną, a ja przeczę temu, żeby praktyka była niedo-
rzeczna.
Przed chwilą powoływałem się na Ricarda jako tego,
który w przypadku specjalnym dał pozytywną regułę
porównywania wartości; ekonomiści robią jeszcze le-
piej: co roku opracowują tablice statystyczne, przecięta
ne wszystkich cenników. Otóż jakie znaczenie mają
przeciętne? Każdy rozumie, że w poszczególnej opera-
cji, wziętej na chybił trafił, nic nie wskazuje, czy to
przeważyła podaż, wartość użytkowa, czy też wartość
wymienna, czyli popyt. Ale ponieważ po każdej nad-
miernej zwyżce cen towarów następuje proporcjonalna
do niej zniżka, ponieważ, inaczej mówiąc, zyski na spe-
kulacji równe są stratom, słusznie można uważać prze-
ciętną cenę w ciągu pewnego całkowitego okresu za re-
alny i uzasadniony wykładnik wartości produktów. To
prawda, że tę przeciętną otrzymujemy za późno, ale
kto wie, czy nie można by jej obliczyć z góry. Czy
istnieje ekonomista, który odważy się powiedzieć, że
,nie?
Czy kto chce, czy nie chce, musi szukać miary war-
tości, nakazuje to logika, a jej wnioski są takie same
w stosunku do ekonomistów, jak i do socjalistów. Po-
gląd, który przeczy istnieniu tej miary, jest irracjonal-
ny i nierozsądny. Mówcie, ile chcecie, że z jednej stro-
ny, ekonomia polityczna jest nauką o faktach i że fakty
są w sprzeczności z hipotezą ustalania wartości, z dru-
giej zaś, że drażliwa ta kwestia nie ma racji bytu w spo-
łeczności uniwersalnej, w której nie będzie żadnych
antagonizmów; zawsze będę powtarzał na prawo i lewo:
1° że ponieważ żadne zjawisko nie istnieje bez przy-
czyny, nie istnieje również takie, którym nie rządzi
żadne prawo; i że jeżeli prawo rządzące wymianą nie
zostało znalezione, to winne są nie fakty, ale ludzie
.nauki;
2° że jak długo człowiek będzie pracował na swe
utrzymanie, i to pracował dobrowolnie, sprawiedliwość
będzie warunkiem braterstwa i podstawą zrzeszenia:
otóż bez ustalenia wartości sprawiedliwość będzie
chwiejna, to znaczy niemożliwa.
§ II

Ukonstytuowanie się własności:


definicja bogactwa

Rozpatrujemy wartość z dwóch przeciwnych sobie


punktów widzenia i nie znamy jej jako całości. Gdy-
byśmy mogli przyswoić sobie tę nową ideę, dyspono-
walibyśmy absolutnym pojęciem wartości, i jej taryfi-
kacja, której domagał się memoriał odczytany w Aka-
demii Nauk, stałaby się możliwa.
Wyobraźmy sobie zatem bogactwo jako masę utrzy-
mywaną poprzez oddziaływanie chemiczne w stanie
niezmiennym co do swego składu, w której nowe ele-
menty, wchodząc, łączą się nieustannie w różnych
proporcjach, ale zawsze zgodnie z pewnym prawem;
wartość bowiem to stosunek proporcjonalny (miara),
zgodnie z którym każdy z tych elementów staje się
częścią całości.
Wynikają stąd dwie rzeczy: jedna, że ekonomiści
całkowicie się mylili zarówno wtedy, gdy szukali miary
wartości w zbożu, pieniądzu, rencie itd., jak i teraz,
gdy po udowodnieniu, że ta miara wartości nie istnieje
ani tu, ani tam, doszli do wniosku, że mierzenie war-
tości jest bezcelowe; oraz druga, że stosunki wartości
mogą się nieustannie zmieniać nie przestając przez to
podlegać prawu, którego wyznaczenie jest właśnie po-
szukiwanym rozwiązaniem.
To pojęcie wartości spełnia, jak zobaczymy, wszyst-
kie warunki, ponieważ obejmuje zarówno wartość użyt-
kową w zakresie tego, co w niej tkwi pozytywnego
i trwałego, jak i wartość wymienną w zakresie tego,
co jest w niej zmienne, a po wtóre usuwa przeciwień-
stwo, które wydawało się nieprzekraczalną przeszkodą
dla jakiejkolwiek determinacji; ponadto, co wykażemy,
wartość tak rozumiana różni się całkowicie od tego,
czym byłoby zwykłe zestawienie dwóch idei — war-
tości użytkowej i wartości wymiennej, i jest wyposa-
żona w nowe właściwości.
Proporcjonalność wartości produktów nie jest w żad-
nym razie jakimś odkryciem, które pragnęlibyśmy
ofiarować światu, ani nowością, którą byśmy wnieśli
do nauki; podobnie było z podziałem pracy, który miał
być czymś niesłychanym, wówczas gdy Adam Smith
tłumaczył jego cuda1S. Proporcjonalność produktów
pod względem wartości jest, jak łatwo byłoby to wy-
kazać za pomocą licznych cytatów, ideą pospolitą, któ-
rą znaleźć można we wszystkich traktatach ekonomii
politycznej, ale której nikt do dziś nie przyznał rangi,
jaka jej się należy; i to jest właśnie to, czym dzisiaj się
zajmiemy. Zależało nam na złożeniu tego oświadczenia,
aby uspokoić czytelnika, że nie rościmy sobie preten-
sji do oryginalności, i aby zjednać sobie umysły,
które wrodzona lękliwość usposabia niechętnie do no-
wości.
Wydaje się, że ekonomiści przez miarę wartości za-
wsze rozumieli tylko miernik, coś w rodzaju jednostki
pierwotnej, która istnieje sama przez się i która stoso-
wałaby się do wszystkich towarów, tak jak metr sto-
suje się do wszystkich wielkości. Niejednemu też wy-
dawało się, że taka była istotnie rola pieniądza. Ale
teoria pieniądza dowiodła, że pieniądz nie jest miarą
wartości, że jest to tylko arytmetyka, i to arytmetyka
umowna. Pieniądz jest dla wartości tym, czym termo-
metr dla temperatury. Termometr ze swą podziałką,
dowolnie stopniowaną, wskazuje dokładnie, gdy mamy
do czynienia z utratą lub ze wzrostem ciepła. Ale jakie
są prawa równowagi ciepła, w jakiej proporcji znaj-
duje się ono w różnych ciałach, jakiej ilości potrzeba,
aby spowodować na termometrze jego wzrost o 10, 15
lub 20 stopni, tego termometr nie mówi. Nie ma nawet
pewności co do tego, czy stopnie podziałki, wszystkie
sobie równe, odpowiadają jednakowym przyrostom
ciepła.
Pojęcie, jakie sobie wyrobiono o mierze wartości, jest
więc niedokładne. To, czego szukamy, to nie miernik
wartości, co tylekroć powtarzano i co nie ma sensu, ale
prawo, zgodnie z którym ustosunkowuje się produkty
w bogactwie społecznym, bo od znajomości tego prawa
zależy zwyżka i spadek cen towarów w zakresie, w ja-
kim te zjawiska są normalne i uzasadnione. Słowem,
podobnie jak przez mierzenie ciał niebieskich rozumie-
my stosunek wynikający z porównania tych ciał ze
sobą, tak samo przez mierzenie wartości rozumieć na-
leży stosunek wynikający z ich porównania. Otóż mó-
wię, że ten stosunek rządzi się własnym prawem, a to
porównanie ma swą podstawową zasadę.
Przypuszczam więc istnienie siły, która łączy ze sobą
w pewnych proporcjach elementy bogactwa i tworzy
z nich jednorodną całość. Jeżeli elementy składowe nie
są w wymaganych proporcjach, połączenie i tak nastą-
pi, ale zamiast żeby wchłonięta została cała materia,
część zostanie odrzucona jako bezużyteczna. Ruch
wewnętrzny, za pomocą którego dokonuje się połączenia
i który determinuje powinowactwo chemiczne różnych
substancji, ruch ten w społeczeństwie — to wymiana,
i to nie tylko wymiana ujmowana w postaci elementar-
nej i od człowieka do człowieka, ale wymiana jako ze-
spolenie się wszystkich wartości wyprodukowanych
przez przemysł prywatny w jedno i to samo bogactwo
społeczne. Wreszcie proporcja, według której każdy ele-
ment łączy się z pozostałymi, proporcja ta jest tym, co
my nazywamy wartością; nadwyżka pozostała po po-
łączeniu — to nie-wartość; dopóki dzięki pewnej ilości
nowych elementów nie połączy się ona z nimi, jest
rzeczą niemożliwą, żeby była przedmiotem wymiany.
Poniżej wyjaśnimy rolę pieniądza.
Jeżeli jest właśnie tak, to łatwo zrozumieć, że pro-
porcje wartości, składających się w danej chwili na bo-
gactwo danego kraju, można ustalić lub przynajmniej
w przybliżeniu empirycznie ocenić na podstawie sta-
tystyk i inwentarzy, mniej więcej tak, jak chemicy za
pomocą doświadczenia popartego analizą odkryli sto-
sunek wodoru i tlenu potrzebny do powstania wody.
Metoda ta, zastosowana do oznaczania wartości, nie ma
w sobie nic takiego, co wprowadziłoby sprzeczność; jest
to ostatecznie tylko sprawa rachunkowości. Ale tego
rodzaju praca, jakkolwiek byłaby niezwykle interesu-
jąca, niewiele by nas nauczyła. Rzeczywiście, z jednej
strony wiemy, że proporcja nieustannie się zmienia,
z drugiej, jasną jest rzeczą, że zestawienie danych
o majątku publicznym, podając tylko proporcję war-
tości w miejscu i w czasie, gdzie tabelę tę opracowano,
nie daje podstaw do wyprowadzenia prawa proporcjo-
nalności bogactw. Do tego trzeba by bowiem nie jed-
nego tego rodzaju opracowania; aby taka metoda
zasługiwała na zaufanie, trzeba tysięcy i milionów podob-
nych opracowań.
Otóż z nauką ekonomiczną sprawa ma się zupełnie
inaczej niż z chemią. Chemicy, którym doświadczenie
pozwoliło- odkryć te piękne proporcje, nic nie wiedzą
ani o ich przyczynach, ani o sposobach uzyskania tych
proporcji, ani o sile, która je ustala. W przeciwieństwie
do tego ekonomia społeczna, której żadne badanie a po-
steriori nie może zapoznać bezpośrednio z prawem pro-
porcjonalności wartości, może je uchwycić u samych
podstaw, analizując siłę, która je wytwarza, a którą
teraz czas jest przedstawić.
Tą siłą, którą A. Smith sławił tak wymownie, a którą
jego spadkobiercy zapoznali stawiając ją na jednym
poziomie z przywilejem, tą siłą jest praca. Praca
poszczególnych producentów różni się od siebie ilością
i jakością. Dzieje się z nią pod tym względem tak jak
ze wszystkimi wielkimi elementami przyrody i praw-
dami najogólniejszymi, prostymi w działaniu i w for-
mule, ale ulegającymi w nieskończoność zmianom z po-
wodu mnóstwa przyczyn szczególnych i przejawiający-
mi się w niezliczonej różnorodności form. To praca, tyl-
ko praca wytwarza wszystkie elementy bogactwa i łą-
czy je ze sobą aż do ostatnich drobinek zgodnie z pra-
wem proporcjonalności zmiennej, ale określonej. To
praca wreszcie, jako pierwiastek życia, wprawia w
ruch, mens agitat, materię, molem bogactwa i układa
w ustalone proporcje.
Społeczeństwo, czyli człowiek zbiorowy, produkuje
nieprzebrane mnóstwo przedmiotów, korzystanie z któ-
rych stanowi o jego dobrobycie. Dobrobyt ten wzrasta
nie tylko pod względem ilości produktów, ale również
pod względem ich różnorodności (jakości) oraz proporcji.
Z tego podstawowego faktu wynika, że społeczeń-
stwo musi stale, w każdej chwili swego życia doszuki-
wać się wśród swych produktów takiej proporcji, żeby
powstała stąd największa suma dobrobytu przy danej
zdolności wytwórczej i danych środkach produkcji.
Obfitość, różnorodność i proporcjonalność produktów
to trzy momenty, które się składają na bogactwo; bo-
gactwo jako przedmiot ekonomii społecznej podlega
tym samym warunkom egzystencji co piękno jako
przedmiot sztuki, cnota jako przedmiot moralności,
prawda jako przedmiot metafizyki.
Ale jak ustala się ta proporcja wspaniała i tak po-
trzebna, że bez niej część trudu ludzkiego przepada,
jest niepotrzebna, nieharmonijna, nieprawdziwa i, co
za tym idzie, jest synonimem ubóstwa, nicości?
Prometeusz, według mitu, jest symbolem ludzkiej
działalności. Prometeusz kradnie niebu ogień, odkry-
wa pierwsze sztuki. Prometeusz przewiduje przyszłość
i chce dorównać Jowiszowi; Prometeusz jest bogiem.
Nazwijmy więc społeczeństwo Prometeuszem.
Prometeusz poświęca pracy przeciętnie dziesięć go-
dzin dziennie, siedem przeznacza na wypoczynek i ty-
leż na rozrywki. Aby ze swych ćwiczeń wyciągnąć jak
największą korzyść, Prometeusz bierze pod uwagę
trud i czas, jakie wydatkuje na każdy przedmiot kon-
sumpcji. Nic poza doświadczeniem nie może go niczego
nauczyć, a to doświadczenie będzie trwało całe życie.
Pracując i produkując, Prometeusz wykonuje nieprze-
brane mnóstwo zawodów. Ale w ostatecznym rachun-
ku, im więcej pracuje, tym bardziej wyrafinowany sta-
je się jego dobrobyt, a jego przepych ulega idealizacji;
im dalej rozciąga swe zwycięstwa nad przyrodą, tym
bardziej umacnia w sobie samym pierwiastek życia i
inteligencji, którego używanie jedynie napawa go
szczęściem. I to do tego stopnia, że kiedy pracownik
został już przygotowany, a w jego zajęciach zaprowa-
dzono porządek, praca nie jest dla niego trudem —
praca to życie, to zadowolenie. Ale powab pracy nie
przekreśla reguły, skoro, wprost przeciwnie, jest jej
skutkiem; ci zaś, co pod pretekstem, że praca powinna
być pociągająca, w konkluzji negują sprawiedliwość
i wypowiadają się za komunizmem, podobni są do dzie-
ci, które zerwawszy kwiat w ogrodzie, urządzają sobie
kwietnik na schodach 19.
W społeczeństwie sprawiedliwość nie jest więc ni-
czym innym niż proporcjonalnością wartości; rękojmią
i sankcją jej jest odpowiedzialność producenta. Pro-
meteusz wie, że jeden produkt kosztuje godzinę pracy,
inny zaś — dzień, tydzień, rok; wie jednocześnie, że
wszystkie te produkty ułożone w kolejności wzrostu
ich kosztów stanowią rosnący szereg jego bogactwa.
Rozpocznie więc od zapewnienia sobie egzystencji, za-
opatrując się w rzeczy mniej kosztowne, ale najpo-
trzebniejsze; następnie, w miarę zabezpieczania sobie
bytu, zacznie myśleć o przedmiotach zbytku, postępu-
jąc zawsze, jeśli jest rozsądny, zgodnie z naturalną gra-
dacją ceny, jaką ma każda rzecz. Prometeusz niekiedy
może się pomylić w swoim rachunku albo też, unie-
siony namiętnością, poświęci jakieś dobro bezpośred-
nie dla przedwczesnego zadowolenia i pomimo ciężkiej
pracy doświadczy głodu. Tak więc prawo zawiera w so-
bie samym sankcję: nie można go pogwałcić; kto je
przekroczy, będzie natychmiast ukarany.
Say miał więc słuszność mówiąc: „Dobrobyt tej kla-
sy (konsumentów), składającej się ze wszystkich in-
nych, rozstrzyga o powszechnym dobrobycie, o
pomyślności kraju". Powinien był tylko dodać, że
dobrobyt
klasy producentów, składającej się również ze wszyst-
kich innych, też rozstrzyga o powszechnym dobrobycie,
o pomyślności kraju. — Tak samo kiedy mówi: „Los
każdego konsumenta znajduje się nieprzerwanie w sta-
nie rywalizacji ze wszystkim, co on kupuje", powinien
dodać jeszcze: „Los każdego producenta jest bez ustan-
ku atakowany przez to, co on sprzedaje". Bez jasnego
sformułowania tej dwustronności większość zjawisk
ekonomicznych staje się niezrozumiała. Na właściwym
miejscu pokażę, jak wskutek tego dotkliwego niedo-
ciągnięcia większość ekonomistów wypisywała w
swych książkach niedorzeczności w sprawie bilansu
handlowego.
Powiedziałem przed chwilą, że społeczeństwo produ-
kuje z początku rzeczy najmniej kosztowne, a zatem
najpotrzebniejsze... Otóż czy to prawda, że taniość jest
współodpowiednikiem potrzebności, i na odwrót, tak
że dwa słowa jiotrzeba i taniość, tak samo jak i następ-
ne: drożyzna i zbytkowność, są synonimami?
Gdyby każdy z osobna wzięty produkt pracy mógł
wystarczyć człowiekowi do istnienia, wspomniana sy-
nonimiczność budziłaby wątpliwości. Wobec tego że
wszystkie produkty mają te same właściwości, najko-
rzystniej dla nas byłoby produkować najpotrzebniejsze
i najmniej kosztowne. Ale paralelizm między użytecz-
nością a ceną produktów nie daje się sformułować z ta-
ką precyzją ekonomiczną: czy to wskutek zapobiegli-
wości przyrody, czy wskutek zupełnie innych przyczyn
równowaga między potrzebą a zdolnością produkcji
jest więcej niż teorią, jest faktem, który znajduje po-
twierdzenie w praktyce codziennej tak samo jak postęp
społeczny.
Przenieśmy się myślą w czasy nazajutrz po narodzi-
nach człowieka, to znaczy do chwili stanowiącej punkt
wyjścia cywilizacji: czyż nie prawda, że zajęcia po-
czątkowo najprostsze, te, które wymagały najmniej
przygotowań i najmniej kosztów, były następujące:
zbiór roślin, pasterstwo, polowanie i rybołówstwo, a
dopiero w ślad za nimi, i to nieprędko, przyszła kolej
na rolnictwo. Od owego czasu te cztery pierwotne za-
jęcia zostały udoskonalone i co więcej, oparte na włas-
ności: są to dwie okoliczności, które nie zmieniają isto-
ty zjawisk, ale wręcz przeciwnie, je uwypuklają.
W istocie, własność zawsze łączyła się raczej z przed-
miotami użyteczności bardziej bezpośredniej, z wartoś-
ciami skończonymi, jeśli wolno tak się wyrazić, tak że
można by nakreślić skalę wartości, układając ją odpo-
wiednio do postępów zawłaszczania.
Dunoyer 20 w dziele pt. La liberte du travail pozyty-
wnie wypowiedział się za tą zasadą, przy czym rozró-
żnił cztery wielkie kategorie zajęć [industries], które
ułożył w kolejności ich rozwoju, to znaczy od wyma-
gających najmniejszego do wymagających najwię-
kszego nakładu pracy. Są to: przemysł wydobywczy
[industrie extractive], mieszczący w sobie wszystkie
wyżej cytowane funkcje na poły barbarzyńskie, han-
del [industrie commerciale], manufaktura [industrie
manufacturiere] i rolnictwo [industrie agricole]. Uczo-
ny autor z głęboką słusznością 21 umieścił na ostatnim
miejscu rolnictwo. Jest bowiem rzeczą pewną, pomimo
starożytności rolnictwa, że ta dziedzina nie dorówny-
wała kroku innym; otóż następstwo spraw ludzkich nie
powinno być określane na podstawie początków, ale
z punktu widzenia całego rozwoju. Być może, iż rolnic-
two powstało przed innymi zajęciami, albo że wszystkie
te zajęcia są sobie równe wiekiem; ale za ostatnie
w czasie powinno być uważane to, które udoskonaliło
się najpóźniej.
Tym sposobem sama natura rzeczy wskazuje pra-
cownikowi porządek, w jakim powinien on brać się do
produkcji wartości, które składają się na jego dobro-
byt: nasze prawo proporcjonalności jest więc równo-
cześnie fizyczne i logiczne, obiektywne i subiektywne:
ma ono najwyższy stopień pewności. Zbadajmy jego
zastosowanie.
Ze wszystkich produktów pracy żaden, być może, nie
wymagał dłuższych i bardziej wytrwałych wysiłków
niż kalendarz. Nie istnieje przecież żaden taki, z które-
go korzystanie można by uzyskać niższym kosztem, bo
zgodnie z naszymi własnymi określeniami korzystanie
z niego stałoby się bardziej potrzebne. W jaki sposób
to wytłumaczyć? Dlaczego kalendarz, tak mało po-
trzebny pierwotnym hordom, którym wystarczała ko-
lejność nocy i dnia, podobnie jak zimy i lata, stał się na
dłuższą metę tak niezbędny i tak mało kosztowny,
a przy tym tak doskonały? Czyżby dlatego, że przez
przedziwną zgodność te określenia w ekonomii społecz-
nej wszystkie są synonimami? Słowem, jak, zgodnie
z naszym prawem proporcjonalności, wytłumaczyć
zmienną wartość kalendarza?
Żeby praca potrzebna do wyprodukowania kalenda-
rza była wykonana, żeby była możliwa, trzeba było,
aby człowiek znalazł środki do zyskania na czasie prze-
znaczonym na jego pierwsze zajęcia i na te, które sta-
nowiły ich bezpośrednią konsekwencję. Innymi słowy,
trzeba było, żeby te zajęcia stały się bardziej wydajne
albo mniej kosztowne, niż były z początku, co można
też wyrazić inaczej, a mianowicie, że początkowo trzeba
było rozwiązać zagadnienie produkcji kalendarza
kosztem samego przemysłu wydobywczego.
Przypuszczam zatem, że nagle, szczęśliwym zbiegiem
okoliczności, dzięki podziałowi pracy, zastosowaniu
pewnej maszyny, lepiej uzgodnionemu pokierowaniu
czynnikami naturalnymi, słowem, własnym przemys-
łem Prometeusz znajduje środki do wyprodukowania
w ciągu jednego dnia pewnego przedmiotu, podczas gdy
poprzednio zużywał na to dziesięć dni. Cóż więc nastą-
piło w ślad za tym? Dany przedmiot zmienił miejsce na
tablicy składników bogactwa. Jego zdolność kojarzenia
się z innymi produktami (pozwolę sobie tak to nazwać)
wzrosła, a zatem jego względna wartość zmniejszyła się
w takim samym stopniu; i zamiast być oznaczana liczbą
100, będzie oznaczana co najwyżej liczbą 10. Ale ta war-
tość będzie zawsze ściśle określona, a tym, co określa
liczbę będącą wykładnikiem tego znaczenia, będzie pra-
ca. Tak więc wartość zmienia się, ale prawo wartości
pozostaje niezmienne. Co więcej, jeśli wartość ulega
zmianie, to dlatego że rządzi się prawem, którego pod-
stawa jest ze swej istoty ruchoma; jest to praca mierzo-
na czasem.
Do produkcji kalendarza stosuje się to samo rozumo-
wanie co do wszelkich możliwych wartości. Nie mam po-
trzeby dodawać, jak cywilizacja, czyli społeczne zjawis-
ko wzrostu bogactw, rozszerzając zakres naszych spraw
doprowadziła do tego, że nasz czas jest coraz cenniejszy
i że zmuszeni jesteśmy do prowadzenia nieustannie
szczegółowego rejestru całego naszego życia; ona to
sprawiła, że kalendarz stał się dla nas wszystkich jedną
z rzeczy najbardziej nieodzownych. Wiadomo zresztą,
że to wspaniałe odkrycie przyczyniło się do powstania,
jako swego naturalnego uzupełnienia, jednej z
najcenniejszych gałęzi przemysłu, a mianowicie
zegarmist-
rzostwa.
Tutaj naturalnym biegiem rzeczy jest miejsce na za-
rzut, jedyny zarzut, jaki można postawić teorii propor-
cjonalności wartości. Say i ekonomiści, którzy poszli
w jego ślady, zauważyli, iż praca podlega ocenie, a więc
nie różni się pod tym względem od żadnego innego to-
waru, a zatem, biorąc ją za podstawę i causa efficiens
wartości, popada się w błędne koło. Wobec tego —
brzmiał ich wniosek — trzeba zwrócić się do rzadkości
i do opinii.
Ekonomiści ci — niech mi wolno będzie tak powie-
dzieć — dali tym dowód niesłychanego braku uwagi.
Mówi się, że praca ma wartość nie jako towar, ale ze
względu na wartości, co do których zakłada się, że są
w niej potencjalnie zawarte. Wartość pracy jest to wy-
rażenie przenośne, antycypacja przyczyny na podstawie
skutku.
Jest to taka sama fikcja jak produkcyjność kapitału.
Praca produkuje, kapitał ma wartość; a gdy za pomocą
pewnego rodzaju wyrzutni mówi się o wartości pracy, to
popełnia się przesunięcie, które nie sprzeciwia się regu-
łom języka, ale którego teoretycy nie powinni brać za
rzeczywistość. Praca, podobnie jak wolność, miłość,
ambicja, geniusz, jest rzeczą z natury nieuchwytną i nie-
określoną, ale którą jakościowo określa jej przedmiot,
to znaczy staje się czymś realnym poprzez swój wytwór.
Gdy się więc mówi: praca tego człowieka warta jest pięć
franków dziennie, to tak jakby się powiedziało: dzienny
produkt pracy tego człowieka wart jest pięć franków.
Otóż skutkiem pracy jest nieustanne eliminowanie
rzadkości i opinii jako elementów konstytutywnych
wartości, której konieczną konsekwencją jest
przekształcanie użyteczności naturalnych, a więc
niejasnych (za-
właszczonych lub nie zawłaszczonych), w użyteczności
wymierne, czyli społeczne: a stąd już wynika, że pra-
ca jest zarazem walką wypowiedzianą skąpstwu przy-
rody i stałym sprzysiężeniem przeciwko własności.
Zgodnie z tą analizą wartość, rozpatrywana w społe-
czeństwie, które dzięki podziałowi pracy i wymianie'
tworzą naturalnie między sobą producenci, jest stosun-
kiem proporcjonalności produktów składających się na
bogactwo; a to nazywa się specjalnie wartością pewnego
produktu i stanowi formułę, która wskazuje w znakach
pieniężnych udział tego produktu w ogólnym bogactwie.
Użyteczność jest podstawą wartości; praca ustala stosu-
nek; cena jest wyrażeniem, które — pomijając odchyle-
nia wymagające jeszcze zbadania — tłumaczy ten sto-
sunek.
Oto jest punkt centralny, wokół którego waha się
wartość użytkowa i wartość wymienna, punkt, w któ-
rym różnica między nimi ulega zatarciu i znika. Takie
oto jest absolutne i niezmienne prawo, które panuje
nad zakłóceniami ekonomicznymi, kaprysami przemysłu
i handlu i które rządzi postępem. Każdy wysiłek ludz-
kości myślącej i pracującej, każda spekulacja indywi-
dualna i społeczna, traktowane jako część uzupełniają-
ca bogactwo zbiorowe, podlega temu prawu. Przezna-
czeniem ekonomii politycznej było poznanie tego prawa
drogą kolejnych ustaleń jego przeciwstawnych termi-
nów; przedmiotem ekonomii społecznej — proszę o po-
zwolenie na odróżnienie jej w tej chwili od ekonomii
politycznej, chociaż u podstawy nie powinny się one
różnić od siebie — będzie jej obwieszczenie i powszech-
ne Urzeczywistnienie.
Teoria miary, czyli proporcjonalności wartości — trzeba
o tym pamiętać — jest nie czym innym jak teorią
równości. W istocie, w społeczeństwie, gdzie spostrzeżo-
no, że producent i konsument to te same osoby, dochód
wypłacany próżniakowi jest jak wartość rzucona w kra-
ter Etny; tak samo pracownik, któremu wyznacza się
płacę nadmierną, jest jak żniwiarz, któremu dano by
bochenek chleba za zebranie jednego kłosa; i wszystko,
co ekonomiści uznali za konsumpcję nieproduktywną,
jest w istocie rzeczy naruszeniem prawa proporcjonal-
ności.
W dalszym ciągu naszych wywodów przekonamy się,
jak z tych prostych danych geniusz społeczny wyprowa-
dza stopniowo wciąż jeszcze niejasny system organizacji
pracy, rozkładu płac, taryfikacji produktów i powszech-
nej solidarności. Porządek w społeczeństwie opiera się
bowiem na obliczeniach sprawiedliwości nieubłaganej,
nie zaś na rajskich uczuciach braterstwa, oddania i mi-
łości, które to uczucia wielce szanowni socjaliści usiłu-
ją dziś wzniecić wśród ludu. Na próżno jednak biorą za
przykład Jezusa Chrystusa i prawią morały o koniecz-
ności poświęcenia, sami dając tego przykład; egoizm jest
silniejszy, jedynie surowe prawo, determinacja ekono-
miczna zdolne są go poskromić. Zapał humanitarny mo-
że wywołać wstrząsy sprzyjające postępowi cywilizacji,
ale te kryzysy uczuciowe, podobnie jak wahania wartoś-
ci, pociągną za sobą jedynie bardziej stanowcze, bardziej
bezwzględne panowanie sprawiedliwości. Przyroda czy
bóstwo nie ufają naszym sercom; nie myślą w ogóle o
miłości bliźniego i wszystko, co nauka nam odkrywa z
zamierzeń Opatrzności dotyczących biegu spraw w spo-
łeczeństwie — mówię to ku wstydowi ludzkiej świado-
mości, ale trzeba, żebyśmy w swej hipokryzji byli tego
świadomi — świadczy o głębokiej mizantropii ze strony
Boga. Bóg pomaga nam nie z dobroci, ale dlatego, że
porządek leży w jego istocie; Bóg wyposaża nas w do-
bro świata nie dlatego, że uważa nas za godnych tego,
ale dlatego, że religia najwyższej mądrości zobowiązuje
go do tego; i wówczas gdy gmin daje mu błogie imię
Ojca, historyk, ekonomista, filozof nie mogą uwierzyć,
że Bóg nas kocha ani że nas szanuje.
Naśladujmy tę wzniosłą obojętność, tę stoicką pogo-
dę Boga, a ponieważ nakaz miłosierdzia zawsze spełzał
na niczym, gdy chodziło o tworzenie dobra społecznego,
szukajmy w czystym rozumie warunków zgody i cno-
ty.
Wartość rozumiana jako proporcjonalność produktów,
inaczej mówiąc, wartość ukontytuówana22,
zakłada siłą konieczności użyteczność i sprzedażność,
nierozdzielnie i harmonijnie ze sobą połączone. Zakłada
użyteczność, bo bez spełnienia tego warunku produkt
byłby pozbawiony tego podobieństwa do innych pro-
duktów, które sprawia, że jest on wymienialny, i które
czyni go składnikiem bogactwa; zakłada sprzedajność,
bo gdyby produkt w każdej chwili i po ustalonej cenie
nie nadawał się do wymiany — byłby nie-wartością,
byłby niczym.
Ale w ramach wartości ukonstytuowanej wszystkie
te właściwości nabierają znaczenia szerszego, bardziej
prawidłowego, prawdziwszego niż przedtem. A zatem
użyteczność nie jest już tą właściwością, że tak powiem,
inertną, jaką mają rzeczy służące do zaspokajania na-
szych potrzeb i będące przedmiotem naszych dociekań;
odtąd sprzedażność nie jest już tą przesadną ślepą fan-
tazją ani nieuzasadnioną opinią; wreszcie zmienność
przestaje znajdować wyraz w przesiąkniętej złą wiarą
rozgrywce między podażą i popytem; wszystko to znikło,
aby ustąpić miejsca idei pozytywnej, normalnej i bez
względu na wszelkie możliwe zmiany dającej się okre-
ślić. Dzięki ukonstytuowaniu się wartości każdy pro-
dukt — jeśli można posłużyć się taką analogią — jest
jak pokarm, który odkryty przez instynkt odżywiania
się, następnie przygotowany przez organ trawienia,
wchodzi do ogólnego obiegu i zgodnie z określonymi sto-
sunkami przemienia się w skórę, kości, substancje płyn-
ne itd., dając ciału życie, siłę i piękność.
Otóż co się dzieje z ideą wartości, wówczas gdy anta-
gonistyczne pojęcia wartości użytkowej i wartości wy-
miennej podnosimy do poziomu wartości ukonstytuowa-
nej, czyli wartości bezwzględnej? Następuje — że po-
zwolę sobie tak powiedzieć — wzajemny ucisk, wza-
jemne przenikanie się, spowodowane tym, że te dwa
elementarne pojęcia zderzają się ze sobą jak odchyla-
jące się od pionu atomy Epikura, pochłaniają jedno
drugie i znikają, pozostawiając na swoim miejscu połą-
czenie: obdarzone, ale w stopniu wyższym, wszystkimi
właściwościami pozytywnymi i pozbawione właściwości
negatywnych. Wartość rzeczywiście taka — a więc pie-
niądz, pierwszorzędny papier wartościowy, renta pań-
stwowa, akcje solidnego przedsiębiorstwa — nie może
bez powodu nadmiernie urosnąć ani stracić przy wy-
mianie: podlega ona jedynie naturalnemu prawu zwyż-
ki wartości poszczególnych artykułów przemysłowych
i wzrostu produkcji. Co więcej, wartość taka nie jest
bynajmniej wynikiem porozumienia, eklektyzmu, spra-
wą jakiegoś złotego środka czy też mieszaniny: jest to
produkt zupełnego zlania się, produkt całkiem nowy
i różny od swych składników, tak jak woda, wynik po-
łączenia tlenu i wodoru, jest ciałem swoistym, całko-
wicie różnym od jej części składowych.
Przekształcenie dwóch antytetycznych idei w trzecią
ideę, ideę wyższego rzędu, jest tym, co po szkolnemu
nazywa się syntezą. Dopiero synteza wprowadza ideę po-
zytywną i zupełną, którą otrzymuje się — jak widzie-
liśmy — przez kolejną afirmację lub negację, bo to na
jedno wychodzi, dwóch pojęć diametralnie przeciw-
stawnych. Stąd wyprowadza się wniosek o kapitalnym
znaczeniu zarówno w zastosowaniu, jak i w teorii: ile-
kroć w dziedzinie moralności, historii lub ekonomii po-
litycznej analiza stwierdziła antynomię pewnej idei,
można stwierdzić a priori, że antynomia ta kryje w so-
bie ideę wyższą, która wcześniej czy później wyjdzie na
jaw.
Przykro mi, że tak długo kładłem nacisk na pojęcia
dobrze znane wszystkim świeżo upieczonym maturzy-
stom, ale te szczegóły stanowiły z mojej strony spłatę
długu wobec niektórych ekonomistów, którzy z powo-
du mej krytyki własności nagromadzili długie szeregi
dylematów, aby mnie poddać próbie, bo jeżeli nie jestem
posiadaczem, to z pewnością jestem komunistą; kimkol-
wiek, ale w każdym razie nie tym, który wie, co to jest
teza, antyteza i synteza.
Syntetyczna idea wartości jako podstawowy warunek
porządku i postępu społeczeństwa została w bardzo ogól-
nych zarysach dostrzeżona przez A. Smitha, który —
że się posłużę słowami A. Blanąuiego 23 — „wskazał na
pracę jako na uniwersalną i niezmienną miarę wartości
i dowiódł, że każda rzecz ma swoją cenę naturalną, ku
której ciąży wśród wahań, jakim stale podlegają jej ce-
ny bieżące, ulegające wpływom okoliczności przypadko-
wych, obce cenie zakupu danej rzeczy".
Ale ta idea wartości była u Adama Smitha całkiem
intuicyjna: otóż społeczeństwo nie zmienia swych
przyzwyczajeń na zasadzie intuicyjnej wiary; podejmuje
ono decyzje zawsze w oparciu o autorytet faktów. Trzeba
było, żeby antynomia wyraziła się w sposób bardziej do-
bitny i jasny; J. B. Say przyczynił się głównie do jas-
nego jej wyłożenia. Ale pomimo wysiłków wyobraźni
i niebywałej subtelności tego ekonomisty definicja
Smitha panuje nad nim i wyziera ze wszystkich jego
rozumowań.
Ocenić jakąś rzecz — mówi Say — to oświadczyć, że
powinna ona być ceniona tyle samo co inna, którą się
określa... „Wartość każdej rzeczy jest nieokreślona i do-
wolna, dopóki nie jest rozpoznań a..." Istnieje więc
sposób rozpoznania wartości rzeczy, to jest jej ustalenia;
a ponieważ tego rozpoznania, czyli ustalenia, dokonuje
się przez porównanie dwóch rzeczy ze sobą, istnieje więc
też cecha wspólna, zasada, za pomocą której oświadcza
się, że dana rzecz warta jest więcej, mniej lub tyle samo
co inna.
Say powiedział na wstępie: „Miarą wartości jest war-
tość innego produktu". Później, spostrzegłszy się, że zda-
nie to jest tautologią, zmienił je w następujący sposób:
„Miarą wartości jest ilość innego produktu", co jest rów-
nie mało zrozumiałe. Poza tym ten pisarz, zazwyczaj tak
przejrzysty i tak zrównoważony, troszczy się o rozróż-
nienia nieistotne. „Można ocenić wartość rzeczy, nie
można jej natomiast wymierzyć, to jest porównać jej
z jakąś niezmienną i znaną podstawą, bo podstawy ta-
kiej w ogóle nie ma. Wszystko, co można tu zrobić,
sprowadza się do oszacowania rzeczy przez ich porów-
nanie". Kiedy indziej rozróżnia wartość realną i war-
tość względną: „Z pierwszą mamy do czynienia wtedy,
gdy wartość rzeczy zmienia się wraz ze zmianami
kosztów produkcji; z drugą — gdy wartość rzeczy
zmienia się w stosunku do wartości innych towarów".
Osobliwa to troska u człowieka utalentowanego, któ-
ry nie spostrzega się, że porównywać, szacować, oceniać
to tyle co m i e r z y ć, że wszelkie mierzenie jest zawsze
tylko porównaniem i tym samym ukazuje stosunek rze-
czywisty, jeżeli porównania dokonano dobrze; że wobec
tego wartość, czyli miara rzeczywista, i wartość, czyli
miara względna, to rzeczy identyczne i że trudność spro-
wadza się nie do znalezienia podstawy miary, bo wszyst-
kie ilości mogą się nawzajem zastępować, ale do okreś-
lenia punktu odniesienia. W geometrii punktem odnie-
sienia jest przestrzeń, a jednostką miary jest bądź wynik
podziału koła na 360 części, bądź obwód kuli ziemskiej,
bądź przeciętny wymiar ramienia, ręki, wielkiego palca
u ręki albo stopy męskiej. W nauce ekonomii, jak powie-
dzieliśmy w ślad za A. Smithem, punktem widzenia,
z którego porównuje się wszystkie wartości, jest praca;
jednostką miary przyjętą we Francji jest frank. Nie
do wiary, że tyle ludzi, ludzi myślących, od czterdzie-
stu lat nie może sobie poradzić w walce z ideą tak pro-
stą. Ale nie, porównania wartości dokonuje się nie ma-
jąc dla nich żadnego punktu odniesienia ani jednostki
miary; oto co dziewiętnastowieczni ekonomiści posta-
nowili twierdzić wbrew wszystkim, zamiast przyjąć re-
wolucyjną teorię równości. Co o tym powie potomność?
Chcę teraz za pomocą jaskrawych przykładów wyka-
zać, że nieodzowna w teorii idea miary, czyli proporcji
wartości, została zrealizowana i że realizuje się ją co-
dziennie w praktyce.
§ III

Zastosowanie prawa
proporcjonalności wartości.

Każdy produkt zawiera określoną ilość pracy.


Wskutek tego każdy produkt może być wymieniony
na inny produkt, czego dowodem jest powszechnie
istniejąca praktyka.
Ale znieście pracę, a nie zostanie wam nic prócz
mniejszych lub większych użyteczności, które, jako po-
zbawione jakiegokolwiek śladu działalności ludzkiej, są
ze sobą niewspółmierne, a więc, logicznie biorąc, nie-.
wymierne.
Pieniądz, jak każdy inny towar, jest znakiem repre-
zentującym pracę: z tego tytułu mógł on służyć za uni-
wersalny środek oceny dóbr, za pośrednika przy trans-
akcjach. Ale funkcja specjalna, którą zwyczaj wyzna-
czył szlachetnym kruszcom, a mianowicie służenie za
czynnik ułatwiający wymianę, jest czysto umowna
i każdy inny towar, być może mniej dogodnie, ale w spo-
sób równie niezawodny, mógłby spełniać tę rolę; ekono-
miści przyznają to i cytują niejeden przykład z tej dzie-
dziny. Ale jaka jest przyczyna tego powszechnego przy-
pisywania szlachetnym kruszcom wyższości w spełnia-
niu funkcji pieniądza i czym się tłumaczy ta ich specja-
lizacja w funkcji pieniądza, nie mająca analogii w eko-
nomii politycznej? Otóż każda rzecz unikalna, nie znaj-
dująca porównań w obrębie swego gatunku jest przez
to samo trudniejsza do wytłumaczenia, a często całkiem
niezrozumiała. A więc, czy można ustalić kategorię,
z której pieniądz, jak się wydaje, został wyodrębniony,
i co za tym idzie, sprowadzić go do jego prawdziwej
zasady?
W tej kwestii ekonomiści, zgodnie ze swym zwyczjem,
wyszli poza sferę swej nauki: sięgali do fizyki, do
mechaniki, do historii itd., mówili o wszystkim, ale od-
powiedzi nie dali. Szlachetne kruszce — powiedzieli —
wskutek swej rzadkości, ścisłości, niezniszczalności na-
dawały pieniądzowi tę dogodność w posługiwaniu się,
jaką trudno byłoby znaleźć w tym samym stopniu w in-
nych towarach. Krótko mówiąc, ekonomiści, zamiast od-
powiedzieć na pytanie z dziedziny ekonomii, jakie im
postawiono, zabrali się do rozprawiania o zagadnieniu
sztuki. Potrafili wyśmienicie wykorzystać techniczną
przydatność złota i srebra do służenia za pieniądz, ale
żaden z nich nie dostrzegł ani nie zrozumiał przyczyny
ekonomicznej, której kruszce szlachetne zawdzięczają
swoje uprzywilejowane stanowisko.
Otóż nikt nie zauważył, że ze wszystkich towarów
złoto i srebro są pierwszymi, których wartość się ukon-
stytuowała. W epoce patriarchalnej złoto i srebro są
jeszcze przedmiotem handlu, najczęściej w formie sztab,
ale już widoczna staje się ich przewaga i dawanie im
pierwszeństwa przed innymi. Stopniowo panujący bio-
rą je w swoje ręce i kładą na nich swą pieczęć. I z tego
to uświęcenia monarszego powstaje pieniądz bity, czyli
towar par excellence, który mimo wszystkich wstrzą-
sów handlu zachowuje określoną wartość proporcjo-
nalną i jest przyjmowany jako środek płatniczy przy
wszelkich transakcjach.
Pieniądz bity odróżnia się od innych towarów nie
trwałością kruszcu, bo jest ona mniejsza niż trwałość
stali, ani swą użytecznością, bo jest ona o wiele mniejsza
od użyteczności zboża, żelaza, węgla i mnóstwa innych
substancji mających opinię niemal bezwartościowych
w porównaniu ze złotem, ani rzadkością, ani ścisłością,
bo obie te cechy mogłyby być zastąpione bądź pracą
wydatkowaną na inne przedmioty, bądź, jak to się dzisiaj
dzieje, banknotem reprezentującym wielkie zasoby że-
laza lub miedzi. Cecha charakterystyczna, jaką odzna-
cza się złoto lub srebro — powtarzam — stąd pochodzi,
że dzięki swym właściwościom jako kruszców, dzięki
trudności ich wydobywania, a przede wszystkim dzięki
sankcji władzy państwowej, wcześnie nabrały one jako
towary stałości i tożsamości.
Powiadam więc, że wartość złota i srebra, tej miano-
wicie ich części, która znajduje zastosowanie w biciu
pieniądza, chociaż może wartość jej nie została ściśle
obliczona, nie ma w sobie nic z dowolności; dodam, że
nie podlega ona deprecjacji na podobieństwo innych
wartości, chociaż może się nieustannie zmieniać.
Wszystkie wysiłki umysłu i wiedzy, jakich dokonano,
aby udowodnić na przykładzie pieniądza, że wartość
z swej istoty jest nie do ustalenia, dały tylko początek
paralogizmom, których źródłem jest fałszywe pojmowa-
nie kwestii ab ignorantia elenchi.
Filip I, król Francji24, dodaje do liwra tureńskiego
Karola Wielkiego domieszkę w proporcji jedna trzecia
i wyobraża sobie, że skoro on jeden ma monopol na bicie
monety, to może postępować tak jak każdy kupiec ma-
jący monopol na jakiś produkt. Czymże było w istocie
to fałszowanie pieniędzy, z powodu którego stawiano ty-
le zarzutów Filipowi i jego następcom? Posunięciem bar-
dzo słusznym z punktu widzenia zwyczaju handlowego,
ale z gruntu fałszywym z punktu widzenia nauki eko-
nomicznej, a mianowicie, skoro podaż i popyt są regu-
latorami wartości, można bądź wywołując sztuczną
rzadkość, bądź zagarniając w swoje ręce produkcję spo-
wodować wyższą ocenę, a co za tym idzie, podnieść war-
tość rzeczy, przy czym jest to zgodne z rzeczywistością,
gdy idzie o złoto i srebro, tak samo jak o zboże, wino,
olej, tytoń. Jednakże co się tyczy oszustwa Filipa, to. ra-
czej nie podejrzewano, że bity przez niego pieniądz
sprowadzony został do właściwej jego wartości i że on
sam utracił przez tę operację właśnie tyle, ile sądził, że
na niej zyska. Taki sam rezultat uzyskano w wyniku
wszystkich podobnych prób. Jaka była przyczyna tego
zawodu?
Idzie o to — mówią ekonomiści — że przez fałszowa-
nie pieniędzy kruszcowych ilość złota i srebra w obiegu,
realnie biorąc, nie zmniejszyła się ani nie wzrosła, a wo-
bec tego stosunek ilości tych kruszców do innych towa-
rów wcale się nie zmienił, i w konsekwencji nie było
w mocy panującego zrobić tak, żeby to, co warte było
poprzednio dwie jednostki, osiągnęło wartość czterech.
Trzeba nawet stwierdzić, że gdyby zamiast fałszowania
monet leżało w mocy króla powiększenie w dwójnasób
ich masy, to wartość wymienna złota i srebra spadłaby
natychmiast do połowy, a to znowu za sprawą propor-
cjonalności i równowagi. Popsucie monet było więc ze
strony króla pożyczką przymusową lub, ściśle mówiąc,
bankructwem, oszustwem.
Rzecz dziwna, ekonomiści, jeśli chcą, to bardzo dobrze
tłumaczą teorię miary wartości: wystarczy w tym celu
umieścić wartość w rozdziale o pieniądzu. Jakże więc
mogą nie widzieć, że pieniądz jest prawem pisanym han-
dlu, typem wymiany, pierwszym ogniwem tego długie-
go łańcucha wytworów, które wszystkie pod nazwą to-
warów muszą otrzymać sankcję społeczną i stać się, je-
żeli nie faktycznie, to przynajmniej prawnie, nadający-
mi się do przyjęcia w charakterze pieniędzy na wszelkie-
go rodzaju rynku?
„Pieniądz — mówi bardzo słusznie Augier — nie rnoże
służyć ani za skalę dla ustalania treści umów zawie-
ranych na rynkach w przyszłości, ani za dobry środek
wymiany inaczej jak tylko wówczas, gdy jego wartość
zbliża się możliwie najbardziej do ideału stałości, nigdy
nie jest on bowiem wymieniany na żadną inną war-
tość ani nie kupuje nic innego jak tylko tę wartość,
jaką posiada" *.
Przełóżmy to wybitnie rozumne spostrzeżenie na for-
mułę ogólną.
Praca staje się gwarancją dobrobytu i równości tylko
wtedy, gdy produkt każdej jednostki ludzkiej jest pro-
porcjonalny do masy, bo nie jest wymieniany i nie na-
bywa nic innego jak tylko wartość równą tej, jaka
w nim tkwi.
Czyż nie jest rzeczą osobliwą, że jawnie bierze się
w obronę handel spekulacyjny i oszukańczy i że równo-
cześnie podnosi się krzyk z powodu usiłowania fałszo-
wania pieniędzy przez monarchę, który koniec końców
po prostu stosował do pieniądza podstawową zasadę
ekonomii politycznej, a mianowicie arbitralną niesta-
łość wartości? Niech no tylko monopol odważy się po-
dać 750 gramów tytoniu za kilogram, a zaraz ekono-
miści zakrzykną, że to kradzież; ale jeżeli ten sam mo-
nopol, korzystając ze swego przywileju, podniesie cenę
kilograma tytoniu o 2 franki, uznają, że to drogo, ale
nie dopatrzą się w tym nic, co byłoby wbrew zasa-
dom. Cóż za galimatias ta ekonomia polityczna!
W biciu monet ze złota i srebra jest coś więcej niż
to, o czym mówili ekonomiści; tkwi w tym mianowicie
uświęcenie prawa proporcjonalności, pierwszy akt
ukonstytuowania się wartości. Ludzkość operuje we
wszystkim nie kończącymi się gradacjami: z chwilą gdy
zrozumiała, że wszystkie produkty pracy powinny być
poddane mierze proporcji, która czyni je wszystkie jed-
nakowo wymienialnymi, zaczyna nadawać tę cechę wy-
mienialności bezwzględnej produktowi specjalnemu,
który stanie się dla niej typem i będzie patronował
wszystkim innym. Jest to akurat tak, jak kiedy po to,
by wychować swych członków dla wolności i równości,
zaczyna się od powoływania królów. Lud ma niejasną
świadomość tego opatrznościowego pochodu, skoro w
swych marzeniach o fortunie i w swych legendach
zawsze mówi o złocie i o władzy królewskiej; filozofo-
wie zaś składają tylko hołd powszechnemu rozsądko-
wi, gdy w swych umoralniających kazaniach i w swych
utopiach społecznych grzmią z taką samą mocą prze-
ciwko złotu jak przeciwko tyranii. Auri sacra fames!
Przeklęta żądza złota! — woła komunista. Tak sa-
mo można by powiedzieć: przeklęta pszenica, przeklę-
ta winorośl, przeklęte barany; bo tak samo jak złoto
i srebro, każda wartość handlowa powinna uzyskać
ścisłe i rygorystyczne określenie. Dzieło to rozpoczęło
się od dawna; dziś wprost w oczach posuwa się naprzód.
Przejdźmy do innych rozważań.
Aksjomatem powszechnie przyjętym przez ekono-
mistów jest teza, że każda praca musi pozostawić pewną
nadwyżką.
Twierdzenie to jest dla mnie prawdą uniwersalną
i absolutną; jest to wniosek wysnuty z prawa propor-
cjonalności, które można uważać za kwintesencję całej
nauki ekonomicznej. Ale zasada ta, z przeproszeniem
ekonomistów, że każda praca musi pozostawić nad-
wyżkę, nie ma sensu w ich teorii i w jej ramach nie
może być udowodniona. Jeżeli podaż i popyt są jedynym
regulatorem wartości, to jak można rozpoznać, co
znajduje się w nadmiarze, a co wystarcza! Skoro ani
cena kosztu, ani cena sprzedażna, ani płaca nie mogą
być matematycznie ustalone, jak więc można zrozumieć
nadwyżkę, zysk? Zwyczaj handlowy dał nam, obok sło-
wa, również i ideę zysku; a ponieważ jesteśmy poli-
tycznie równi, wyprowadza się stąd wniosek, że każdy
obywatel ma równe prawo do realizowania poprzez
własne działanie zawodowe zysków. Ale operacje
handlowe są ze swej istoty nieregularne; dowiedziono
też bez zastrzeżeń, że zyski handlowe są tylko arbitral-
nym i przymusowym pobraniem przez producenta od
konsumenta, jednym słowem, przesunięciem, żeby nie
powiedzieć inaczej. Można by to zaraz zauważyć, gdyby
dało się porównać sumę wszystkich niedoborów z każ-
dego roku z sumą zysków. W rozumieniu ekonomii po-
litycznej zasada, że każda praca powinna pozostawić
nadwyżkę, nie jest niczym innym jak uświęceniem
konstytucyjnego prawa okradania bliźniego, któreśmy
wszyscy nabyli wskutek rewolucji.
Tylko prawo proporcjonalności wartości może dać
podstawę do rozstrzygnięcia tego zagadnienia. Ujmę tę
kwestię trochę z lotu ptaka, jest ona bowiem trudna
i zbyt rozległa, bym mógł ją potraktować tak szczegóło-
wo, jak na to zasługuje.
Większość filozofów, tak samo jak większość filolo-
gów, widzi w społeczeństwie tylko istotę rozumną, albo
mówiąc ściślej, abstrakcyjną nazwę oznaczającą zbioro-
wość ludzką. Pogląd, że imiona zbiorowe, nazwy rodzaju
i gatunku nie oznaczają w ogóle nic realnego, to przesąd,
który przyjęliśmy w dzieciństwie wraz z pierwszymi
lekcjami gramatyki. Można by dużo powiedzieć w tym
przedmiocie; ograniczę się jednak ściśle do ram tematu.
Dla prawdziwego ekonomisty społeczeństwo to ży-
wa istota, obdarzona inteligencją i możnością właści-
wego sobie działania, podlegająca prawom specjalnym,
które wykrywa tylko obserwacja i których istnienie
nie przejawia się w formie fizycznej, ale przez współ-
działanie i głęboką solidarność wszystkich swych człon-
ków. A zatem gdy przed chwilą pod znakiem boga
z bajki tworzyliśmy alegorię społeczeństwa, język nasz
w istocie nie miał w sobie nic metaforycznego; cho-
dziło o byt społeczny, jedność organiczną i syntetycz-
ną, której dopiero co nadaliśmy nazwę. Dla każdego,
kto zastanawiał się nad prawami pracy i wymiany (po-
zostawiam na uboczu wszystkie inne rozważania), real-
ność, powiedziałbym może — osobowość człowieka
zbiorowego, jest tak samo pewna jak realność i osobo-
wość jednostki ludzkiej. Cała różnica polega na tym,
że jednostka przedstawia się zmysłom pod postacią
organizmu, którego części pozostają w spójności ma-
terialnej, która to okoliczność nie istnieje w społeczeń-
stwie. Ale inteligencja, spontaniczność, rozwój, życie,
wszystko to, co na najwyższym poziomie stanowi o re-
alności istoty ludzkiej, ma zasadnicze znaczenie zarów-
no dla społeczeństwa, jak i dla pojedynczego człowie-
ka. Stąd też wyciągamy wniosek, że rządzenie społe-
czeństwami jest nauką, czyli badaniem związków na-
turalnych, a nie sztuką, czyli swobodnym uznaniem
i samowolą. Stąd też każde społeczeństwo chyli się ku
upadkowi, kiedy rządy w nim przechodzą w ręce ideo-
logów.
Zasada, że każda praca musi pozostawiać pewną nad-
wyżką, nie do udowodnienia dla ekonomii politycznej,
czyli dla rutyny właścicieli, jest jedną z tych, oo naj-
dobitniej świadczą o realności osoby zbiorowej; jak
bowiem zobaczymy, zasada ta jest prawdziwa w odniesie-
niu do jednostek tylko dlatego, że emanuje ze społeczeń-
stwa, które tym sposobem umożliwia jednostce korzy-
stanie ze swych własnych praw.
Przechodzimy do faktów. Zauważono, że przedsiębior-
stwa kolejowe w znacznie mniejszym stopniu są źród-
łem bogactwa dla przedsiębiorców niż dla państwa.
Spostrzeżenie to jest słuszne; trzeba by tylko dodać, że
stosuje się ono nie tylko do idei kolei żelaznych, ale do
całego przemysłu. Ale zjawisko to, będące w istocie rze-
czy skutkiem prawa proporcjonalności wartości, a tak-
że bezwzględnej identyczności produkcji i spożycia, jest
niewytłumaczalne na gruncie zwykłego pojęcia war-
tości użytkowej i wartości wymiennej.
Przeciętna cena płacona za przewóz towarów końmi
wynosi 18 centymów od tony za kilometr, włącznie z za-
ładowaniem i wyładunkiem. Obliczono, że przy tej ce-
nie zwykłe przedsiębiorstwo kolejowe nie uzyskałoby
nawet 10 procent czystego zysku, co stanowi wynik nie-
mal zupełnie równy temu, jaki osiąga przedsiębiorstwo
przewozu końmi. Ale przypuśćmy, że szybkość przewo-
zu koleją żelazną w stosunku do szybkości transportu
konnego, po przeprowadzeniu wszelkich niezbędnych
przeładowań, kształtuje się jak 4 do 1; a ponieważ
w społeczeństwie czas reprezentuje wartość, więc przy
równych cenach zarobek kolei żelaznej w porównaniu
z zarobkiem na przewozie konnym da 400 procent zy-
sku. Jednakże ten olbrzymi zysk, najzupełniej realny
w odniesieniu do społeczeństwa, nie może być zrealizo-
wany w tym samym stosunku przez przewoźnika, jeśli
bowiem przedsiębiorstwo korzysta z dodatkowej war-
tości w rozmiarach 400 od 100, to przewoźnik osiąga
zaledwie 10 od 100. Rzeczywiście, aby wyrazić sprawę
jeszcze dobitniej, przypuśćmy, że kolej podniesie swą
taryfę do 25 centymów, podczas gdy przy przewozie
konnym opłata wynosić będzie nadal 18 centymów; w
jednej chwili kolej straci wszystkie swe zlecenia prze-
wozu i jeśli trzeba będzie — wszyscy powrócą do po-
słańca i do dyliżansu. Lokomotywa zostanie zarzucona:
korzyść społeczna w wysokości 400 od 100 ustąpi miejs-
ca stracie prywatnej w wysokości 33 od 100.
Przyczyna tego nietrudna jest do zrozumienia: ko-
rzyść wynikająca z szybkości kolei żelaznej jest w ca-
łej rozciągłości korzyścią społeczną i każda jednostka
uczestniczy w niej w proporcji minimalnej (nie zapo-
minajmy, że w danej chwili idzie tylko o przewóz to-
warów), podczas gdy strata dotyka bezpośrednio i oso-
biście konsumenta. Korzyść społeczna równa 400 re-
prezentuje dla jednostki — jeżeli społeczeństwo składa
się z miliona ludzi — cztery dziesięciotysięczne, podczas
gdy strata w wysokości 33 od 100 dla każdego konsu-
menta daje deficyt społeczny w wysokości 33 milionów.
Interes prywatny i interes kolektywny, tak różne na
pierwszy rzut oka, są więc, rzecz prosta, identyczne
i adekwatne; ten przykład może pomóc do zrozumienia,
jak w nauce ekonomicznej wszystkie interesy się ze
sobą zgadzają.
Tym więc sposobem do tego, żeby społeczeństwo zrea-
lizowało korzyść w rozumieniu jak wyżej, trzeba, żeby
taryfa kolejowa nie przekraczała albo bardzo niewiele
tylko przekraczała cenę przewozu kołowego.
Ale żeby ten warunek został spełniony, inaczej mó-
wiąc, żeby kolej żelazna mogła się opłacać, trzeba, aby
materiału przeznaczonego do przewozu było dostatecz-
nie dużo do pokrycia przynajmniej procentu od zaan-
gażowanego kapitału i kosztu utrzymania torów. A zatem
pierwszym warunkiem istnienia kolei żelaznej jest
ożywiony ruch towarowy; ten zaś warunek z kolei przy-
puszcza większą jeszcze produkcję, wielką masę wy-
mienianych towarów.
Ale produkcja, ruch towarowy, wymiana nie są rze-
czami, które się improwizuje; następnie różne formy
pracy nie rozwijają się każda z osobna i jedna niezależ-
nie od drugiej; ich postęp jest siłą konieczności wza-
jemnie uwarunkowany, od siebie wzajem uzależniony
i pozostaje w pewnym wzajemnym stosunku. Antago-
nizm może istnieć pomiędzy przemysłowcami, działal-
ność społeczna wbrew nim jest jedna, zbieżna i harmo-
nijna. Wreszcie nadchodzi dzień przeznaczony na two-
rzenie wielkich narzędzi pracy; jest to ten dzień, gdy
spożycie ogółu pozwala utrzymać je w ruchu. Przy-
śpieszać godzinę wyznaczoną przez postęp pracy byłoby
tym samym co naśladować tego szaleńca, który wybie-
rając się z Lyonu do Marsylii kazał zmajstrować dla
siebie samego parowóz.
Z chwilą wyświetlenia tych punktów naszego rozu-
mowania nic łatwiejszego nad wytłumaczenie, jakim
sposobem praca musi pozostawić każdemu producento-
wi nadwyżki.
A przede wszystkim co się tyczy społeczeństwa: Pro-
meteusz wychodząc z łona natury budzi się do życia
w pełnej czaru bezczynności, która stałaby się jednak
Wkrótce źródłem nędzy i utrapienia, gdyby nie pośpie-
szył wyjść z tego stanu za pomocą pracy. Podczas tego
pierwotnego próżniactwa produkt Prometeusza jest ża-
den, jego poziom życia jest taki jak bydlęcia i może być
sprowadzony do zera.
Prometeusz bierze się jednak do dzieła i już od pierw-
szego dnia, pierwszego dnia powtórnego stworzenia,
produkt Prometeusza, a więc jego bogactwo, jego do-
brobyt równa się dziesięciu.
Drugiego dnia Prometeusz dokonuje podziału swej
pracy i jego produkt staje się równy stu.
Trzeciego dnia i każdego z następnych dni Prometeusz
wynajduje maszyny, odkrywa nowe zastosowanie ciał,
nowe siły przyrody; jego bytowanie obejmuje obszar
od dziedziny wrażeń zmysłowych do sfery moralności
i inteligencji; i za każdym krokiem dokonanym przez
jego działalność gospodarczą rozmiary jego produkcji
rosną, przysparzając mu szczęśliwości. I wobec tego że
dla niego, koniec końców, konsumować to produkować,
jasną jest rzeczą, że każdy dzień spożycia, zabierając
tylko produkt poprzedniego dnia, pozostawia nadwyżkę
produktu na dzień następny.
Zwróćmy przy tym uwagę na fakt o kapitalnym zna-
czeniu, że dobrobyt człowieka pozostaje w prostym sto-
sunku do intensywności pracy i różnorodności zajęć, tak
że wzrost bogactwa i wzrost utrudzenia są współzależne
i równoległe.
Powiedzieć teraz, że każda jednostka bierze udział
w ogólnych warunkach zbiorowego rozwoju, to potwier-
dzić prawdę, która będąc oczywista — mogłaby się wy-
dawać niemądra. Zasygnalizujemy raczej dwie wielkie
formy spożycia w społeczeństwie.
Społeczeństwo, tak samo jak jednostka, ma przede
wszystkim swoje przedmioty osobistego spożycia, przed-
mioty, których potrzeba powstaje stopniowo, z upły-
wem czasu i które realizują się pod wpływem jego ta-
jemniczych instynktów. Taki właśnie tajemniczy in-
stynkt w średniowieczu zadecydował w wielu miastach
o tym, że budowa ratuszów i katedr przybrała charakter
gwałtownej namiętności, którą należało za wszelką cenę
zaspokoić; od tego zależało istnienie wspólnoty. Bezpie-
czeństwo i siła, porządek społeczny, centralizacja, po-
czucie państwowości, ojczyzna, niepodległość — oto co
składa się na życie społeczeństwa, na jego mentalność,
oto uczucia, które powinny były znaleźć swój wyraz
i swoje godła. Takie przeznaczenie miała niegdyś świą-
tynia jerozolimska, prawdziwe palladium narodu ży-
dowskiego; taką rolę odegrała też świątynia Jowisza
Kapitolińskiego w Rzymie. Później, po pałacu muni-
cypalnym i świątyni, organem, że się tak wyrażę, cen-
tralizacji i postępu stały się inne obiekty użyteczności
publicznej — mosty, teatry, szkoły, szpitale, drogi itd.
Koszt wielkich obiektów użyteczności publicznej, słu-
żących ze swej istoty do wspólnego, a co za tym idzie,
bezpłatnego użytku, wynagradzają społeczeństwu ko-
rzyści polityczne i moralne, jakie przynoszą te wielkie
dzieła, które to korzyści stwarzają rękojmię bezpieczeń-
stwa dla pracy i ideał dla umysłów i dodają polotu
przedsiębiorczości i sztuce.
Ale inaczej ma się sprawa z przedmiotami konsump-
cji domowej, które jedne tylko należą do kategorii
przedmiotów wymiennych: są one produkowane na
warunkach wzajemności, pozwalających na ich konsu-
mowanie, a więc na natychmiastowe ich opłacenie
z uwzględnieniem zysku producenta.
Warunki te przeanalizowaliśmy wyczerpująco w ra-
mach teorii proporcjonalności wartości, którą z równym
powodzeniem można by nazwać teorią progresywnej
redukcji cen kosztu.
Za pomocą teorii i za pomocą faktów dowiodłem za-
sady, że każda praca powinna pozostawiać nadwyżkę;
ale ta zasada, tak samo pewna jak wynik działania aryt-
metycznego, w oczach całego świata daleka jest jeszcze od
urzeczywistnienia się. Podczas gdy za sprawą postę-
pu i zbiorowych wysiłków każdy dzień pracy indywi-
dualnej przynosi coraz większy produkt, a więc pra-
cownik pobierający jedną i tę samą płacę powinien by
być coraz bogatszy, istnieją w społeczeństwie stany,
które odnoszą stąd korzyść, i inne, które gonią resztka-
mi sił; istnieją pracownicy płatni w dwójnasób, w trój-
nasób, i tacy, którzy pobierają stokrotnie wyższą płacę,
ale są i tacy, którzy cierpią niedostatek; na każdym
kroku spotyka się ludzi opływających w dostatki i ta-
kich, co cierpią głód, a także wskutek potwornego po-
działu środków materialnych — jednostki, które konsu-
mują, chociaż nie produkują. Podział dobrobytu postę-
puje w ślad za zmianami wartości, odtwarzając je za-
równo w nędzy, jak i w zbytku, i to z energią i w roz-
miarach przerażających. Wszędzie też postęp bogactwa,
inaczej mówiąc, proporcjonalność wartości — jest pra-
wem dominującym. I kiedy ekonomiści przeciwstawiają
skargom partii socjalnej stopniowy wzrost majątku spo-
łecznego i łagodzenie doli klas najuboższych, to nie zda-
jąc sobie z tego sprawy głoszą prawdę, która jest prze-
kreśleniem ich teorii.
Zaklinam ekonomistów, żeby w spokoju ducha, z dala
od przesądów, które go zakłócają, i bez względu na sta-
nowiska, jakie zajmują lub spodziewają się zająć, na
interesy, którym służą, na poklask, o który się ubiegają,
na odznaczenia, które podniecają ich próżność — po-
wiedzieli, czy do dziś dnia zasada, że każda praca po-
winna pozostawiać nadwyżkę, objawiła się im kiedy-
kolwiek z tym szeregiem preliminariów i konsekwencji,
które tu podnieśliśmy, i czy przez te słowa rozumieli
kiedykolwiek co innego niż prawo spekulowania na
wartościach wynikające z gry podaży i popytu? Czy to
nieprawda, że za jednym zamachem głoszą postęp bo-
gactwa i dobrobytu i, co za tym idzie, miary wartości,
a z drugiej nieograniczoną swobodę transakcji handlo-
wych i niewspółmierność wartości, inaczej mówiąc, coś,
co jest szczytem sprzeczności? Czy to nie wskutek tej
sprzeczności słyszy się bez ustanku na wykładach i czy-
ta się w podręcznikach ekonomii politycznej tę niedo-
rzeczną hipotezę: Gdyby cena wszystkich rzeczy
podniosła się w dwójnasób... Tak jak gdyby cena wszyst-
kich rzeczy nie opierała się na proporcji między nimi
i jakby można było podwoić proporcję, stosunek, pra-
wo! Czyż wreszcie nie wskutek zwyczaju właścicieli,
nienormalnego zwyczaju bronionego przez ekonomię
polityczną, każdy parający się przemysłem, handlem,
sztuką i każdy pracownik państwowy ma tendencję, pod
pretekstem usług oddawanych społeczeństwu, do nieu-
stannego przesadzania swej roli, czyż nie zabiega o od-
szkodowania, subwencje, wysokie pensje, wielkie ho-
noraria; tak jak gdyby wynagrodzenie za każdą usługę
nie było siłą konieczności wyznaczone przez wysokość
jej kosztów? Dlaczego ekonomiści nie rozpowszechniają
ze wszystkich sił tej tak prostej i tak wymownej praw-
dy, że za pracę każdego człowieka można kupić tylko tę
wartość, jaką ona zawiera, a ta wartość jest proporcjo-
nalna do usług wszystkich innych pracowników, jeżeli,
jak zdają się sądzić, praca każdego człowieka powinna
pozostawić pewną nadwyżkę?...
Ale tutaj nasuwa się ostatnia uwaga, którą przedsta-
wię w kilku słowach.
J. B. Say, to jest ten z ekonomistów, który kładł naj-
większy nacisk na absolutną nieokreśloność wartości,
jest jednocześnie tym, co zadał sobie najwięcej trudu,
żeby obalić to twierdzenie. To on, jeśli się nie mylę, jest
autorem tezy, że każdy produkt wart jest tyle, ile ko-
sztuje, czyli, co na jedno wychodzi, produkty kupuje
się za produkty. Aforyzm ten, pełen konsekwencji ega-
litarnych, spotkał się od razu z opozycją ze strony in-
nych ekonomistów. Rozpatrzmy po kolei stanowiska za
i przeciw.
Kiedy mówię: każdy produkt wart jest produktów,
które kosztował — oznacza to, że każdy produkt jest
jednostką złożoną, grupującą w nowej formie pewną
liczbę innych produktów konsumowanych w różnych
ilościach. Stąd już wynika, że produkty ludzkich wy-
siłków są, jedne w stosunku do drugich, rodzajami i ga-
tunkami i tworzą szereg od prostego do złożonego w za-
leżności od liczby i proporcji elementów ekwiwalent-
nych jeden drugiemu, które składają się na każdy pro-
dukt. W tej chwili nie ma znaczenia, czy ten szereg, tak
samo jak ekwiwalentność jego elementów, znajduje
mniej czy bardziej ścisły wyraz praktyczny w równo-
wadze płac i majątków; idzie tu przede wszystkim o sto-
sunek między rzeczami, o prawo ekonomiczne. Bo tu-
taj, jak zawsze, idea powołuje do życia fakt, który gdy
zostanie uznany przez myśl, co dała mu życie, stopnio-
wo się ulepsza i układa się zgodnie ze swą zasadą. Han-
del, wolny i konkurencyjny, jest jedynie długą operacją
przystosowawczą, której istotą jest doprowadzenie do
proporcjonalności wartości w przewidywaniu, że pra-
wo cywilne ją uświęci i przyjmie za regułę sytuacji
istniejącej między osobami. Powiadam więc, że zasada
Saya, iż każdy produkt wart jest tyle, ile kosztuje, uka-
zuje szereg produkcji ludzkiej analogiczny do szeregów
zwierzęcego i roślinnego, w którym jednostki elemen-
tarne (dni pracy) uchodzą za równe. Tym sposobem eko-
nomia polityczna głosi od swego zarania, ale przez
przekorę, to, czego ani Platon, ani Rousseau, ani żaden
publicysta dawny, ani nowoczesny nie uważali za możli-
we, to jest równość warunków i majątków.
Prometeusz jest na przemian to rolnikiem, to hodow-
cą winorośli, to piekarzem, to znów tkaczem. Jakikol-
wiek zawód uprawia, to ponieważ pracuje tylko na sie-
bie samego, kupuje to, co konsumuje (swoje produkty),
za jedne i te same pieniądze (za swoje produkty), któ-
rych jednostką miary jest z natury rzeczy dzień pracy.
To prawda, że praca sama w sobie podlega zmianom;
Prometeusz nie zawsze jest jednakowo dziarski i co
chwila jego zapał, jego płodność podnosi się lub spada.
Ale tak jak wszystko, co podlega zmianom, tak i praca
ma swoją przeciętną i to upoważnia nas do powiedze-
nia, że, biorąc z grubsza, za dzień pracy płaci się dniem
pracy — ani mniej, ani więcej. Święta prawda, że je-
żeli się porówna produkty z określonej epoki życia spo-
łecznego z produktami pochodzącymi z innej epoki, to
okaże się, że stumilionowy z kolei dzień pracy rozwoju
ludzkiego daje wynik bez porównania większy niż dzień
pierwszy. Ale tutaj właśnie trzeba podkreślić, że życie
jednostki zbiorowej w tej samej mierze co fizycznej
jednostki ludzkiej nie może być rozbite na części; że
jeżeli dnie nie są do siebie podobne, to trudno, są nie-
rozłącznie ze sobą związane, w całej zaś egzystencji
ludzkiej występuje zarówno przykrość, jak i przyjem-
ność.
Jeżeli więc krawiec po to, by wytworzyć wartość jed-
nego dnia, konsumuje dziesięć razy więcej, niż wynosi
dzień tkacza, to dzieje się tak, jak gdyby tkacz oddawał
dziesięć dni swego życia za jeden dzień życia krawca.
Dokładnie tak właśnie się dzieje, kiedy chłop płaci 12
franków notariuszowi za pismo, którego zredagowanie
kosztuje godzinę pracy. Ta właśnie nierówność, ta nie-
sprawiedliwość w wymianie jest najdonioślejszą przy-
czyną nędzy, jaką ujawnili socjaliści, a której istnienie
ekonomiści po cichu uznają, spodziewając się, że znak
dany przez mistrza pozwoli im uznać ją całkiem głośno.
Każdy błąd w sprawiedliwości komutatywnej to zło-
żenie ofiary z pracownika, przelanie krwi jednego czło-
wieka w drugiego... Nie ma się czego bać: nie mam
wcale zamiaru miotać piorunów w podniecającej fiii—
pice przeciwko własności; tym mniej myślę o tym, że
zgodnie z moimi zasadami ludzkość nigdy się nie myli,
że konstytuując się początkowo na podstawie prawa
własności ustanowiła ona tylko jedną z zasad swej przy-
szłej organizacji; i że skoro przewaga własności została
obalona, to pozostaje tylko sprowadzić do jedności tę
słynną antytezę. Wszystko, co można by mi zarzucić
występując na rzecz własności, wiem równie dobrze jak
każdy z mych krytyków, od których proszę jednej je-
dynej łaski — okazania serca, skoro dialektyka ich za-
wodzi. Jakie to bogactwa, których modułem nie jest
praca, miałyby być uznane za legalne? I jeżeli praca
tworzy bogactwo i legalizuje własność, to jak wytłuma-
czyć konsumpcję próżniaka? Jakim sposobem system
podziału, w którym produkt wart jest zależnie od oso-
by, raz mniej, raz więcej, niż kosztuje — jakim sposo-
bem taki system jest uczciwy?
Idee Saya prowadziły do prawa agrarnego. Dlatego
też partia konserwatywna pośpieszyła wystąpić prze-
ciwko nim: „Podstawowym źródłem bogactwa — po-
wiedział Rossi — jest praca. Głosząc tę wielką prawdę,
szkoła przemysłowa nie tylko wydobyła na jaw zasadę
ekonomii, ale również zasadę faktów społecznych, bę-
dącą w rękach zręcznego historyka najbardziej
niezawodnym przewodnikiem, który może towarzyszyć
rodzajowi ludzkiemu w jego pochodzie i jego urządzeniom
na powierzchni globu".
Dlaczego Rossi, wyrywszy w swym sercu te głębokie
słowa, uznał za celowe cofnąć je w pewnym czasopiś-
mie, a następnie bez żadnego powodu kompromitować
swą godność filozofa i ekonomisty?
„Mówicie, że bogactwo jest jedynie wynikiem pracy,
twierdzicie, że w każdym wypadku praca jest miarą
wartości, regulatorem cen; i żeby jakoś uniknąć sprze-
ciwów, jakie ze wszech stron wywołują te doktryny,
jedne — niepełne, inne — bezwzględne, chcąc nie chcąc
dojdziecie do konieczności generalizowania pojęcia pra-
cy i do zastąpienia analizy całkowicie błędną syntezą".
Żałuję, że człowiek tej miary co Rossi nasuwa mi
smutne myśli, ale czytając ustęp, który przed chwilą
zacytowałem, nie mogłem powstrzymać się, aby nie po-
wiedzieć: Nauka i prawda są odtąd niczym; tym, co się
teraz uwielbia, jest sklepik, a po sklepiku — desperacki
konstytucjonalizm, który go reprezentuje. Gdzie więc
Rossi ma zamiar skierować swe kroki? Chce pracy czy
czego innego? Analizy czy syntezy? A może chce tego
wszystkiego równocześnie? Niech wybierze, bo konklu-
zja jest nieuchronnie przeciwko niemu.
Jeżeli praca jest źródłem wszelkiego bogactwa, jeżeli
jest to najpewniejszy przewodnik do śledzenia historii
ludzkich urządzeń na powierzchni ziemi, to jakże rów-
ność podziału, równość zgodna z miarą pracy, mogłaby
nie być prawem?
Jeżeli, w przeciwieństwie do tego, są bogactwa, któ-
rych źródłem nie jest praca, to jakim sposobem istnieje
przywilej posiadania tych bogactw? Jakimi uprawnie-
niami legitymuje się monopol? Trzeba wreszcie wyłożyć
tę teorię prawa konsumpcji nieproduktywnej, tę
jurysprudencję miłych rozkoszy, tę religię nieróbstwa,
świętą prerogatywę kasty wybranych!
Co oznacza teraz ten apel o analizę fałszywych opi-
nii opartych na syntezie? Te metafizyczne terminy na-
dają się tylko do przekonania głuptasów, którzy nie
mają żadnych wątpliwości, że jednemu i temu samemu
zdaniu można równie dobrze i całkiem dowolnie nadać
formę analityczną i syntetyczną. — Praca jest podsta-
wą wartości i źródłem bogactwa. Jest to zdanie anali-
tyczne, takie, jakiego pragnie Rossi; zdanie to bowiem
streszcza w sobie analizę, w której zawiera się dowód,
że pierwotne pojęcie pracy i następujące po nim poję-
cia produktu, wartości, kapitału, bogactwa itd. są iden-
tyczne. Widzimy jednak, że Rossi odrzuca doktrynę,
która wynika z tej analizy. — Praca, kapitał i ziemia
stanowią źródła bogactwa. Jest to zdanie syntetyczne,
takie właśnie, jakiego Rossi nie chce; w istocie bogac-
two uważane jest tutaj za pojęcie ogólne, które pojawia
się pod trzema odrębnymi, nie zaś identycznymi posta-
ciami. Jednakże doktryna w ten właśnie sposób sfor-
mułowana znajduje u Rossiego więcej uznania. Czy za-
dowala to Rossiego, że przedstawiamy jego analityczną
teorię monopolu i naszą syntetyczną teorię pracy? Mogę
mu udzielić tej satysfakcji. Ale czerwieniłbym się, gdy-
bym z człowiekiem tak poważnym miał robić dalej ta-
kie figle. Rossi wie lepiej niż ktokolwiek, że ani anali-
za, ani synteza same przez się absolutnie niczego nie
dowodzą, a tym, co ma znaczenie — jak mówił Bacon —
jest dokonanie ścisłych porównań i kompletnych obli-
czeń.
Wobec tego że Rossi miał skłonność do abstrakcji,
oto co by powiedział temu zastępowi ekonomistów
łowiących z takim respektem byle słówko, które padło
z jego ust:
„Kapitał to materiał na bogactwo, tak samo jak srebro
jest materiałem na pieniądz, pszenica — na chleb i, się-
gając do końca tego szeregu, jak ziemia, woda, ogień,
powietrze są materiałem na wszystkie nasze produkty.
Ale praca, tylko praca tworzy po kolei każdą użytecz-
ność, nadając ją tym materiałom i co za tym idzie, prze-
kształcając je w kapitały i w bogactwa. Kapitał po-
wstaje z pracy, czyli z urzeczywistnionej inteligencji
i z urzeczywistnionego życia, tak samo jak zwierzęta
i rośliny są realizacjami duszy uniwersalnej, jak arcy-
dzieła Homera, Rafaela i Rossiniego są wyrazem ich
idei i ich uczuć. Wartość to proporcja, zgodnie z którą
wszystkie realizacje duszy ludzkiej powinny się rów-
noważyć, aby stworzyć harmonijną całość, która będąc
bogactwem, rodzi nasz dobrobyt i jest raczej oznaką,
nie zaś przedmiotem naszej szczęśliwości.
„Zdanie: Me istnieje miara wartości — jest nielo-
giczne i kontradyktoryjne, co wynika z samych moty-
wów, na których chciano je oprzeć.
„Zdanie: Praca jest podstawą proporcjonalności war-
tości — nie tylko jest prawdziwe, bo jest wynikiem nie-
zachwianie prawidłowej analizy, ale jest celem postę-
pu, warunkiem i formą dobrobytu społecznego, począt-
kiem i końcem ekonomii politycznej. Z tego zdania oraz
z wypływających z niego wniosków: każdy produkt
wart jest tyle, ile kosztuje i produkty kupuje sią za
produkty, wyprowadza się dogmat równości warunków.
„Idea wolności społecznie ukonstytuowanej, czyli pro-
porcjonalności produktów, służy ponadto do wytłuma-
czenia: a) jakim sposobem wynalazek mechaniczny, nie-
zależnie od przywileju, który przejściowo stwarza, i
zakłóceń, jakie powoduje, wywołuje w końcu ogólne po-
lepszenie; b) dlaczego wykrycie sposobu postępowania
ekonomicznego nie może dać odkrywcy korzyści równej
tej, jaką przynosi społeczeństwu; c) jak to się dzieje, że
mimo wahań między ceną podaży a ceną popytu war-
tość każdego produktu dąży nieustannie do poziomu
ceny kosztu, dostosowując się do potrzeb konsumpcji,
i w konsekwencji do ustalenia się pozytywnie i trwale;
d) jakim sposobem, wówczas gdy produkcja kolektywna
powiększa bez ustanku masę rzeczy przeznaczonych do
konsumpcji i wskutek tego sprawia, że dzień pracy jest
coraz wyżej opłacany, praca musi pozostawiać każdemu
producentowi nadwyżkę; e) jakim sposobem utrudzenie
człowieka, zamiast zmniejszać się wraz z postępem spo-
łecznym, bezustannie wzrasta pod względem jakości
i ilości, czyli pod względem natężenia i trudności, i to
we wszystkich gałęziach przemysłu; f) jak to się dzieje,
że wartość społeczna eliminuje nieustannie wartości
fikcyjne, inaczej mówiąc, jak przemysł dokonuje uspo-
łecznienia kapitału i własności; g) wreszcie, jak to się
dzieje, że podział produktów, nabierając regularności
w miarę ustalania się wzajemnej gwarancji wskutek
konstytuowania się wartości, popycha społeczeństwo
ku równości warunków i majątków.
„Wreszcie, wobec tego że teoria kolejnego konstytuo-
wania się wszelkich wartości handlowych implikuje
postęp w nieskończoność pracy, bogactwa i dobrobytu,
przeznaczenie ekonomiczne społeczeństwa objawiło
nam: Produkować bezustannie możliwie małym nakła-
dem pracy na każdy produkt jak największą ilość pro-
d,uktów przy możliwie największej różnorodności war-
tości, tak by każdej jednostce ludzkiej przypadła jak
największa suma zadowolenia fizycznego, moralnego i
umysłowego, a rodzajowi ludzkiemu najwyższa dosko-
nałość i bezgraniczna chwała".
Teraz, kiedy nie bez trudności określiliśmy istotę
kwestii wysuniętej przez Akademię Nauk Moralnych,
a dotyczącej wahań zysku i płacy, nadszedł czas, aby
zwrócić się ku zasadniczej części naszego zadania. Wszę-
dzie gdzie praca nie została absolutnie uspołeczniona,
a więc wszędzie gdzie wartość nie została syntetycznie
określona, istnieją zakłócenia i nieuczciwość w wymia-
nie, walka prowadzona za pomocą podstępów i zasadzek,
przeszkody stawiane produkcji, cyrkulacji i konsumpcji,
praca nieproduktywna, brak gwarancji, zdzierstwo,
brak solidarności, ubóstwo i zbytek; ale równocześnie
istnieje też wysiłek geniuszu społecznego, aby osiągnąć
sprawiedliwość, i stała tendencja do zrzeszania się i po-
rządku. Ekonomia polityczna nie jest niczym innym
jak tylko historią tej wielkiej walki. W istocie, ekono-
mia polityczna, z jednej strony uświęcając anomalie
wartości i prerogatywy egoizmu i usiłując je uwiecz-
nić, jest rzeczywiście teorią nieszczęścia i organizacją
nędzy, ale z drugiej strony, wówczas gdy wysuwa środ-
ki wynalezione przez cywilizację w celu rozprawienia
się z pauperyzmem, chociaż środki te nieustannie obra-
cały się wyłącznie na korzyść monopolu, ekonomia po-
lityczna jest wstępem do organizacji bogactwa.
Idzie więc o to, aby powrócić do badania faktów i na-
wyków ekonomicznych, wydobyć z nich ducha i na ich
podstawie sformułować filozofię. Bez tego żadne zro-
zumienie ruchu społeczeństw nie może być osiągnięte,
żadna reforma wypróbowana. Błędem socjalizmu było
dotąd uwiecznianie marzeń religijnych przez rzucanie
się w przyszłość fantastyczną, zamiast chwytać rze-
czywistość, która ją druzgocze; tak samo jak błędem
ekonomistów jest upatrywanie w każdym fakcie doko-
nanym nakazu banicji za jakąkolwiek próbę przepro-
wadzenia zmian.
Co do mnie, to wcale nie tak rozumiem naukę eko-
nomiczną, tę prawdziwą wiedzę społeczną. Zamiast
a priori odpowiadać na straszliwe zagadnienia organi-
zacji pracy i podziału bogactw, będę ekonomii politycz-
nej jako depozytariuszce potajemnych myśli ludzkości
stawiać pytania; każę mówić faktom w porządku ich
powstawania i opowiem, nie dodając nic od siebie,
o świadectwach, jakie one przynoszą. Będzie to tryum-
falna i jednocześnie żałosna historia, której bohaterami
będą idee, epizody teorii, a danymi — formuły.
Rozdział trzeci

ROZWÓJ EKONOMII.

EPOKA PIERWSZA —PODZIAŁ PRACY

Podstawowym pojęciem, dominującą kategorią eko-


nomii politycznej jest wartość.
Pozytywne określenie wartości następuje poprzez
szereg wahań między podażą a popytem.
W konsekwencji wartość przybiera kolejno trzy for-
my: wartości użytkowej, wartości wymiennej i wartości
syntetycznej lub społecznej, która jest wartością praw-
dziwą. Pierwsza z tych postaci rodzi przez zaprzeczenie
drugą, obie zaś razem, łącząc się i wzajemnie przeni-
kając, dają początek trzeciej; i tym sposobem sprzecz-
ność czy antagonizm idei okazuje się punktem wyjścia
całej nauki ekonomii, o której też, parodiując powie-
dzenie Tertuliana o Ewangelii: credo quia absurdum,
rzec można, że zawsze istnieje w niej ukryta prawda, i to
tam, gdzie na zewnątrz występuje sprzeczność,
a więc credo ąuia contrarium.
Z punktu widzenia ekonomii politycznej postęp spo-
łeczny polega więc na bezustannym rozstrzyganiu pro-
blemu powstawania wartości, inaczej mówiąc, proble-
mu proporcjonalności i współzależności produktów.
Ale podczas gdy w przyrodzie synteza przeciwieństw
następuje równocześnie z ich wystąpieniem, to wydaje
się, iż w społeczeństwie czynniki przeciwstawne po-
wstają w dużych odstępach czasu i znikają dopiero po
długotrwałych i burzliwych wstrząsach. Tak więc jest
rzeczą bezprzykładną, a nawet niepojętą, by istniała
dolina bez góry, strona lewa bez prawej, biegun pół-
nocny bez bieguna południowego, kij, który by miał
jeden tylko koniec lub oba końce bez środka itd. Ciało
ludzkie wraz ze swą doskonale antytetyczną dychoto-
mią ukształtowane jest całkowicie od chwili poczęcia;
niepodobna, by powstawało ono i łączyło się z oddziel-
nych kawałków tak jak ubranie, które później, przy-
bierając kształty ciała, ma mu służyć za odzienie *.
W społeczeństwie, podobnie jak w umyśle ludzkim,
jest przeciwnie: myśl bynajmniej nie osiąga jednym
skokiem swej pełni; rzec nawet można, iż rodzaj prze-
paści dzieli dwie przeciwne pozycje, a samo rozpozna-
nie ich nie pozwala jeszcze przewidzieć, jaka będzie
ich synteza. Trzeba, by pierwotne pojęcia zostały, że
tak powiem, zapłodnione przez burzliwe dysputy i
namiętne walki; zapowiedzią pokoju będą krwawe bitwy.
W chwili obecnej zmęczona wojną i polemiką Europa
oczekuje zasady, która umożliwiłaby pojednanie; z nie-
jasnego odczucia tej właśnie sytuacji zrodziło się po-
stawione przez Akademię Nauk Moralnych i Politycz-
nych pytanie, jakie mianowicie ogólne fakty regulują
stosunek zysków do płac i stanowią o ich wahaniach,
inaczej mówiąc, jakie są główne epizody i najważniej-
sze fazy walki pracy i kapitału.
Wykazując więc, że ekonomia polityczna ze wszyst-
kimi swoimi sprzecznymi hipotezami i dwuznacznymi
Wnioskami jest niczym innym jak organizacją przywi-
leju i nędzy, dowiodę tym samym, że mieści ona w so-
bie z natury rzeczy obietnicę organizacji pracy i rów-
ności, zgodnie bowiem z tym, co powiedzieliśmy, każda
systematyczna sprzeczność jest zapowiedzią syntezy; co
więcej, zbuduję podstawy tej syntezy. Stąd też wyłożyć
system sprzeczności ekonomicznych — to kłaść podwa-
liny powszechnego związku; wyjaśnić, w jaki sposób
produkty zbiorowej pracy wyszły ze społeczeństwa —
to wskazać drogę, która umożliwi ponowne ich doń
wprowadzenie; ukazać genezę zagadnień produkcji
i rozdziału — to przygotować ich rozwiązanie. Wszyst-
kie te twierdzenia są tożsame i równie oczywiste.

§I

Antagonistyczne skutki
zasady podziału pracy

We wspólnocie pierwotnej wszyscy ludzie są równi;


równi przez swoją nagość i swoją niewiedzę, równi
przez nieokreśloną potęgę swoich zdolności. Zazwyczaj
ekonomiści biorą pod uwagę jedynie pierwszy z tych
aspektów, zaniedbują zaś lub zapełnię nie doceniają
drugiego. A jednak według najbardziej przenikliwych
filozofów nowoczesnych, La Roehefoucaulda, Helwec-
jusza, Kanta, Fichtego, Hegla, Jacotota23, między po-
szczególnymi jednostkami zachodzą jedynie różnice
w jakości inteligencji, która to jakość stanowi o szcze-
gólnych lub odrębnych zdolnościach każdego człowie-
ka, podczas gdy inteligencja w swej istocie, to znaczy
jako zdolność wydawania sądów, jest u wszystkich
ilościowo jednakowa. Wynika stąd, że wcześniej czy
później, zależnie od okoliczności, ogólny postęp powi-
nien doprowadzić wszystkich ludzi od równości pier-
wotnej i negatywnej do pozytywnej równowartości
wszystkich uzdolnień i rodzajów wiedzy.
Kładę szczególny nacisk na tę cenną daną psycho-
logiczną, z której wynika niezbicie, iż nie sposób już
przyjmować hierarchii zdolności za podstawę i zasadę
organizacji; jedyną naszą regułą i zarazem naszym
ideałem jest równość. Podobnie więc jak równość nędzy
musi przekształcić się stopniowo w równość dobrobytu,
czego dowiedliśmy przez teorię wartości, tak i równość
duchowa, początkowo negatywna, gdyż nie wyraża nic
prócz pustki, musi pojawić się ponownie, tym razem
jako równość pozytywna, u szczytu rozwoju ludzkości.
Postęp intelektualny odbywa się równolegle z postę-
pem ekonomicznym; pierwszy jest wyrazem, objawem
drugiego, i odwrotnie; psychologia i ekonomia społecz-
na są zgodne lub, mówiąc dokładniej, każda z nich
stanowi odbicie tej samej historii z innego punktu
widzenia. Znajduje to wyraz zwłaszcza w wielkim pra-
wie Smitha, w podziale pracy.
W istocie swej podział pracy jest sposobem, w jaki
urzeczywistnia się równość stanów i inteligencji. On
to właśnie, poprzez zróżnicowanie funkcji, stwarza
podstawy proporcjonalności produktów i równowagi
w wymianie, przez co otwiera drogę do bogactwa;
a także, odsłaniając nam wszędzie, zarówno w sztuce,
jak i w przyrodzie, nieskończoność, prowadzi nas do
idealizacji wszystkich naszych czynności i czyni umysł
nasz twórczym, mentem diviniorem, to znaczy nadaje
mu cechy boskości — immanentnej i dostrzegalnej
cechy wszystkich pracujących.
Podział pracy jest więc pierwszą fazą zarówno roz-
woju ekonomicznego, jak i postępu umysłowego; nasz
punkt wyjścia okazuje się prawdziwy tak w odniesie-
niu do człowieka, jak i w stosunku do rzeczy; tok zaś
naszego wykładu nie jest bynajmniej dowolny.
Lecz w uroczystej godzinie podziału pracy nad ludz-
kością zrywa się wicher zwiastujący burzę. Postęp nie
dokonuje się dla wszystkich w sposób jednakowy
i jednolity, jakkolwiek w końcu musi dosięgnąć i prze-
kształcić każdą istotę rozumną i pracującą. Początkowo
ogarnia on małą liczbę uprzywilejowanych, którzy
stają się w ten sposób elitą narodów, podczas gdy masy
utrzymują się lub nawet pogrążają głębiej w barba-
rzyństwie. Postęp ma swoich wybrańców; to właśnie
sprawiło, iż tak długo wierzono w naturalną i opatrz-
nościową nierówność stanów, to także zrodziło kasty
i ukształtowało wszystkie społeczeństwa na zasadzie
hierarchii. Nie rozumiano, iż wszelka nierówność, bę-
dąc zawsze tylko negacją, nosi w sobie znamię swej
nieprawości i zapowiedź swojego upadku; tym bardziej
nie umiano sobie wyobrazić, by nierówność ta wywo-
dziła się przypadkowo z przyczyny, którą jej później-
szy skutek miał całkowicie usunąć.
Tak więc antynomia wartości odtworzyła się w pra-
wie podziału, i stało się tak, że najważniejsze i najpo-
tężniejsze narzędzie wiedzy i bogactwa, jakie Opa-
trzność włożyła w nasze ręce, przekształciło się dla nas
w narzędzie nędzy i głupoty. Oto jak brzmi to nowe
prawo przeciwieństw, któremu zawdzięczamy dwie
najdawniejsze choroby cywilizacji, arystokrację i pro-
letariat: praca dzieląc się zgodnie ze swoim wewnętrz-
nym prawem, które jest zasadniczym warunkiem jej
płodności, zaprzecza ostatecznie swoim celom i sama
siebie unicestwia; innymi słowy, podział, poza którym
nie ma postępu, nie ma bogactwa, nie ma równości,
spycha robotnika na podrzędne stanowisko, czyni inte-
ligencję bezużyteczną, bogactwo szkodliwym, a równość
niemożliwą.
Wszyscy ekonomiści, poczynając od A. Smitha, wska-
zywali na dodatnie i ujemne strony prawa podziału,
kładąc jednak dla dogodzenia swemu optymizmowi
o wiele większy nacisk na pierwsze niż na drugie;
żaden zaś z nich nigdy nie zadał sobie pytania, czym
mogą być ujemne strony tego prawa. Oto jak streścił
zagadnienie J. B. Say:
„Człowiek, który wykonuje przez całe życie jedną
i tę samą czynność, z pewnością osiąga w niej większą
niż inni wprawę i szybkość; zarazem jednak staje się
mniej zdolny do wykonywania jakiejkolwiek innej
czynności, czy to fizycznej, czy to umysłowej; pozo-
stałe jego zdolności wygasają; a następstwem tego jest
degeneracja człowieka jako jednostki. Smutne daje
o sobie świadectwo, kto nigdy nie robił nic innego poza
osiemnastą częścią szpilki; nie należy przy tym mnie-
mać, że jedynie robotnik, który przez całe życie włada
pilnikiem lub młotem, poniża w ten sposób godność
swojej natury: dotyczy to także człowieka, który za-
wodowo posługuje się najwyższymi władzami swego
umysłu... W rezultacie powiedzieć można, że rozdział
prac jest sprawnym spożytkowaniem sił człowieka, że
niesłychanie pomnaża produkty społeczeństwa, że jed-
nak uszczupla zdolności każdego człowieka jako jed-
nostki" (Traite d"economie politiąue).
Co więc poza pracą stanowi pierwszą przyczynę po-
mnożenia bogactw i wzrostu sprawności robotników?
Podział.
Co jest pierwszą przyczyną upadku umysłowego
i, jak tego nie omieszkamy dowieść, ucywilizowanej
nędzy? Podział.
Jakim sposobem ta sama zasada prowadzić może do
diametralnie przeciwstawnych skutków, chociaż następ-
stwa jej śledzi się ze ścisłą dokładnością? Żaden eko-
nomista, ani przed A. Smithem, ani po nim, nie do-
strzegł nawet tego zagadnienia. Say posuwa się aż do
stwierdzenia, że w podziale pracy ta sama przyczyna,
która rodzi dobro, wywołuje zło; po czym, wygłosiw-
szy kilka słów litości dla ofiar podziału rzemiosł, zado-
wolony, że wyłożył sprawę bezstronnie i wiernie, od-
prawia nas z kwitkiem. „Wiecie już, zdaje się mówić,
że im dalej posuwa się podział pracy, tym bardziej
zwiększa się jej moc produkcyjna, lecz jednocześnie
praca, osiągając coraz większy stopień mechanizacji,
coraz bardziej stępia inteligencję".
Daremnie oburzamy się na teorię, która stwarzając
dzięki samej pracy arystokrację zdolności prowadzi nie-
uchronnie do nierówności społecznej; na próżno zapew-
niamy w imię demokracji i postępu, że w przyszłości
nie będzie już ani szlachty, ani burżuazji, ani paria-
sów. Niewzruszony niczym przeznaczenie ekonomista
odpowiada: „Jesteście skazani na to, by wytwarzać
dużo i by wytwarzać tanio; w przeciwnym wypadku
przemysł wasz zawsze będzie wątły, wasz handel —
żaden, i wlec się będziecie w ogonie cywilizacji, miast ob-
jąć jej przewodnictwo. — Jak to! Byliżby więc wśród
nas, istot szlachetnych, tacy, którym przeznaczone jest
zezwierzęcenie? Czyż w miarę doskonalenia się naszego
przemysłu musi wzrastać liczba naszych wyklętych bra-
ci?... — Niestety!... Oto ostatnie słowo ekonomisty.
Nie można nie uznać, że podział pracy jako fakt
ogólny i jako przyczyna posiada wszelkie cechy prawa;
ponieważ jednak prawo to rządzi dwoma szeregami
zjawisk całkowicie przeciwnych i wzajemnie się uni-
cestwiających, przyznać trzeba również, że jest to pra-
wo nie znanego naukom ścisłym rodzaju, że jest to —
rzecz szczególna — prawo sprzeczne: przeciwprawo,
antynomia. Z góry dodajmy, że zdaje się to być cechą
szczególną całej ekonomii społecznej, a stąd też i fi-
lozofii.
Otóż ponowne zespolenie pracy, które by usunęło
ujemne strony podziału utrzymując zarazem jego po-
żyteczne następstwa, jest jedynym lekarstwem na wła-
ściwą tej zasadzie sprzeczność. Aby zapewnić fortunę
posiadaczowi, trzeba, żeby biedak zginął; podobnie
kapłani żydowscy, knując wysłanie Chrystusa na
śmierć, mówili: expedit unum hominem pro populo
mori. Dowiodę, że wyrok taki musi zapaść; potem, jeśli
robotnikowi wykonującemu stale wyznaczoną czynność
pozostanie jeszcze choćby błysk inteligencji, pocieszy
się on myślą, że umiera zgodnie z regułami ekonomii
politycznej.
Praca, która miała stać się bodźcem rozwoju świa-
domości i źródłem szczęścia, staje się poprzez
rozdrobnienie przyczyną osłabienia umysłu, pomniejsza
czło-
wieka o najszlachetniejszą cząstkę jego istoty, degra-
dując go do roli zwierzęcia. Z tą chwilą upadły czło-
wiek zaczyna pracować jak bydlę, a zatem powinno się
go traktować jak bydlę. Ten wyrok natury z koniecz-
ności zostanie wykonany przez społeczeństwo.
Pierwszym po skażeniu umysłu skutkiem rozczłon-
kowania pracy jest przedłużenie dnia roboczego, któ-
rego długość wzrasta w stosunku odwrotnie proporcjo-
nalnym do sumy wydatkowanej inteligencji. Produkt
bowiem ocenia się z punktu widzenia zarazem ilości
i jakości, skoro więc wskutek jakiegokolwiek postępu
dokonanego w przemyśle praca pogarsza się pod wzglę-
dem jakości, konieczna staje się kompensata w postaci
zwiększenia jej ilości. Ponieważ jednak długość dnia
pracy nie może przekraczać szesnastu do osiemnastu
godzin na dobę, z chwilą gdy niepodobna uzyskać już
kompensaty przez przedłużenie czasu pracy, osiąga się
ją poprzez obniżkę ceny pracy i zmniejsza się płacę.
Obniżka ta zaś następuje nie dlatego, jak to sobie
naiwnie wyobrażano, że wartość jest z zasady dowol-
na, lecz właśnie dlatego, że z zasady daje się ona
określić. Mniejsza o to, że walka podaży i popytu
przynosi raz wynik pomyślny dla pracodawcy, raz dla
robotnika najemnego; tego rodzaju wahania mogą osią-
gać różną rozpiętość zależnie od dodatkowych, dobrze
znanych okoliczności, których znaczenie oceniano już
tysiąc razy. Jedno jest pewne, i jedno tylko chcemy
podkreślić, to mianowicie, że świadomość ogółu nie
szacuje jednakowo pracy majstra i zwykłego wyrob-
nika. Konieczna jest więc obniżka ceny dnia pracy;
i tym sposobem robotnik, któremu poniżająca funkcja
wyrządziła już krzywdę duchową, nie może uniknąć
także straty materialnej, którą przynosi mu szczupłość
wynagrodzenia. Jest to dosłowne zastosowanie ewan-
gelicznego powiedzenia: Temu, kto nie ma, i to, co
ma, będzie odjęte.
Przypadkami ekonomicznymi rządzi nieubłagana ra-
cja, która drwi z religii i ze sprawiedliwości podobnie
jak z aforyzmów politycznych i która czyni człowieka
szczęśliwym lub nieszczęśliwym zależnie od tego, czy
jest posłuszny, czy też wymyka się wyrokom losu. Za-
pewne, daleko odeszliśmy od tego chrześcijańskiego
miłosierdzia, które jest dziś natchnieniem tylu szacow-
nych pisarzy26 i które, przenikając do serc burżuazji,
usiłuje poprzez mnóstwo pobożnych fundacji złagodzić
surowość prawa. Ekonomia polityczna zna tylko spra-
wiedliwość, sprawiedliwość nieugiętą i szczelną jak
sakiewka skąpca; a ponieważ ekonomia polityczna jest
wynikiem spontaniczności procesów społecznych i wy-
razem woli boskiej, mogłem powiedzieć: Bóg jest prze-
ciwnikiem człowieka, Opatrzność zaś cechuje mizan-
tropia. Bóg każe nam płacić odmierzoną krwią i od-
mierzonymi łzami za każdą udzieloną nam naukę; na
domiar złego, w naszych stosunkach z bliźnimi postę-
pujemy wszyscy tak jak on. Gdzież jest więc ta miłość
Ojca Niebieskiego dla jego stworzeń? Gdzie jest ludz-
kie braterstwo?
Czyż może być inaczej? — pytają deiści. Gdy upada
człowiek, pozostaje zwierzę: jakże Stwórca mógłby
rozpoznać w nim swój obraz? I cóż prostszego nad to,
że traktuje go wówczas jak bydlę robocze? Ale próba
ta nie będzie trwać wiecznie: prędzej czy później po
rozczłonkowaniu pracy dokona się jej synteza.
Argumentem tym posługują się zwykle a wszyscy,
którzy usiłują znaleźć usprawiedliwienie dla Opatrzności,
a którym najczęściej udaje się jedynie dostar-
czyć nowej broni ateizmowi. Oznaczałoby to więc, że
przez sześć tysięcy lat Bóg skąpił nam myśli mogącej
oszczędzić tysięcy ofiar, nie dopuszczając do przepro-
wadzenia socjalistycznego i syntetycznego zarazem po-
działu pracy! Że zamiast tego dał nam za pośrednic-
twem swych sług, Mojżesza, Buddy, Zaratustry, Ma-
hometa itd., te płaskie obrządki, które przynoszą hańbę
naszemu rozumowi i które sprawiły, że więcej ludzi
dało gardło, niż jest liter w świętych księgach! Co
więcej, jeśli wierzyć pierwotnemu objawieniu, ekono-
mia społeczna jest tą przeklętą nauką, tym owocem
z drzewa zastrzeżonego dla Boga, po który nie wolno
było człowiekowi sięgać! Dlaczego religia potępia pra-
cę, skoro prawdą jest to, co odkrywa dziś nauka eko-
nomii, że praca jest matką miłości i instrumentem
szczęścia? Skąd ta zawiść w stosunku do naszych po-
stępów? Jeśli jednak, jak się wydaje obecnie, nasz
postęp zależy od nas samych, na cóż się zda czcić to
urojone bóstwo i czego jeszcze żąda ono od nas poprzez
ten tłum natchnionych, którzy prześladują nas swymi
kazaniami? Wy wszyscy, chrześcijanie, protestanci
i prawosławni, głosiciele nowego objawienia, szarlata-
ni i wystrychnięci na dudka, posłuchajcie pierwszego
wersetu humanitarnego hymnu o miłosierdziu Boga:
„W miarę coraz pełniejszego zastosowania zasady po-
działu pracy robotnik staje się słabszy, bardziej ogra-
niczony i bardziej zależny! Rzemiosło czyni postępy,
rzemieślnik uwstecznia się!" (Tocqueville: De la de-
mocratie en Ameriąue).
Strzeżmy się więc, by nie uprzedzać naszych wnios-
ków i by nie przesądzać o tym, co ostatecznie wyjawi
nam doświadczenie. W chwili obecnej Bóg zdaje się
nam raczej przeciwny niż przychylny; ograniczmy się
do stwierdzenia tego faktu.
Podobnie więc jak w swym punkcie wyjścia ekono-
mia polityczna wyrzekła tajemnicze i ponure słowa:
W miarą jak wzrasta produkcja dóbr użytkowych, kur-
czą się możliwości ich sprzedaży, tak po przebyciu
pierwszego odcinka drogi ostrzega nas złowieszczym
głosem: W miarą jak rzemiosło czyni postępy, rze-
mieślnik uwstecznia się.
Przytoczmy kilka przykładów na poparcie powyż-
szych myśli.
Jacy robotnicy w całym przemyśle metalurgicznym
wykazują najmniejszą sprawność? Właśnie ci, których
nazywa się mechanikami. Od czasu gdy tak wspaniale
udoskonalono narzędzia, mechanik stał się człowiekiem,
który umie już tylko posługiwać się pilnikiem lub pod-
stawiać obrabianą sztukę pod hebel: co do mechaniki,
to jest to sprawa inżynierów i majstrów. Kowal wiejski
jednoczy niekiedy z konieczności różnorodne umiejęt-
ności: ślusarza, nożownika, rusznikarza, mechanika,
kołodzieja, weterynarza; wiedza tkwiąca w młocie tego
człowieka, któremu zawsze kpiarśki lud nadaje przy-
domek „paliżelaza", zadziwiłaby świat pięknoduchów.
Robotnik z Creusot27, który przez dziesięć lat miał
przed oczyma wszystkie najdelikatniejsze i najwspa-
nialsze rzeczy, jakie może wytworzyć jego zawód, opu-
ściwszy fabrykę staje się istotą niezdolną do jakiej-
kolwiek innej pracy, do zarobienia na życie. Ta nie-
zdolność podmiotu jest wprost proporcjonalna do do-
skonałości kunsztu; dotyczy to wszystkich zawodów
w tym samym stopniu co metalurgii.
Płaca mechaników utrzymywała się dotychczas na
wysokim poziomie; jest rzeczą nieuniknioną, by pewnego
dnia spadła, nie znajdując oparcia w miernej ja-
kości pracy.
Przytoczyłem tu przykład przemysłu mechaniczne-
go; weźmy teraz sztuki wyzwolone.
Czyż Gutenberg i jego pomysłowi towarzysze,
Fust28 i Schóffer, mogli byli przypuszczać, że w na-
stępstwie podziału pracy ich wzniosły wynalazek sta-
nie się domeną ignorantów, powiedziałbym, niemal
idiotów? Niewiele jest ludzi o tak słabej inteligencji
i tak znikomym wykształceniu, jak masa robotników
związanych z różnymi gałęziami przemysłu drukar-
skiego: składaczy, preserów, odlewa czy, introligato-
rów, papierników29. Drukarz, jakiego się spotykało
jeszcze w czasach Estienne'ów30, stał się prawie ab-
strakcją. Zatrudnienie kobiet przy składaniu czcionek
było ciosem w samo serce tego szlachetnego zawodu
i dopełniło jego upodlenia. Widziałem składaczkę, a by-
ła to jedna z najlepszych, która nie umiała czytać
i znała litery jedynie z wyglądu. Cały kunszt drukar-
ski znają jedynie kierownicy drukarni i korektorzy, ci
skromni uczeni, którym bezczelność autorów i właści-
cieli przynosi jeszcze upokorzenia, i kilku robotni-
ków — prawdziwych artystów. Jednym słowem, dru-
karstwo, uległszy mechanizacji, nie znajduje się już,
jeśli chodzi o jego personel, na cywilizowanym pozio-
mie; wkrótce pozostaną zeń jedynie pomniki.
Dochodzą mnie wieści, że robotnicy drukarscy w Pa-
ryżu pracują poprzez zrzeszanie się nad podniesieniem
się z upadku; oby ich wysiłki nie wyczerpały się
w czczym empiryzmie ani nie zagubiły się w jałowych
utopiach!
Po przemyśle prywatnym przyjrzyjmy się administracji
nam raczej przeciwny niż przychylny; ograniczmy się
do stwierdzenia tego faktu.
Podobnie więc jak w swym punkcie wyjścia ekono-
mia polityczna wyrzekła tajemnicze i ponure słowa:
W miarą jak wzrasta produkcja dóbr użytkowych, kur-
czą się możliwości ich sprzedaży, tak po przebyciu
pierwszego odcinka drogi Ostrzega nas złowieszczym
głosem: W miarę jak rzemiosło czyni postępy, rze-
mieślnik uwstecznia się.
Przytoczmy kilka przykładów na poparcie powyż-
szych myśli.
Jacy robotnicy w całym przemyśle metalurgicznym
wykazują najmniejszą sprawność? Właśnie ci, których
nazywa się mechanikami. Od czasu gdy tak wspaniale
udoskonalono narzędzia, mechanik stał się człowiekiem,
który umie już tylko posługiwać się pilnikiem lub pod-
stawiać obrabianą sztukę pod hebel: co do mechaniki,
to jest to sprawa inżynierów i majstrów. Kowal wiejski
jednoczy niekiedy z konieczności różnorodne umiejęt-
ności: ślusarza, nożownika, rusznikarza, mechanika,
kołodzieja, weterynarza; wiedza tkwiąca w młocie tego
człowieka, któremu zawsze kpiarski lud nadaje przy-
domek „paliżelaza", zadziwiłaby świat pięknoduchów.
Robotnik z Creusot21, który przez dziesięć lat miał
przed oczyma wszystkie najdelikatniejsze i najwspa-
nialsze rzeczy, jakie może wytworzyć jego zawód, opu-
ściwszy fabrykę staje się istotą niezdolną do jakiej-
kolwiek innej pracy, do zarobienia na życie. Ta nie-
zdolność podmiotu jest wprost proporcjonalna do do-
skonałości kunsztu; dotyczy to wszystkich zawodów
w tym samym stopniu co metalurgii.
Płaca mechaników utrzymywała się dotychczas na
wysokim poziomie; jest rzeczą nieuniknioną, by pewnego
dnia spadła, nie znajdując oparcia w miernej ja-
kości pracy.
Przytoczyłem tu przykład przemysłu mechaniczne-
go; weźmy teraz sztuki wyzwolone.
Czyż Gutenberg i jego pomysłowi towarzysze,
Fust28 i Schóffer, mogli byli przypuszczać, że w na-
stępstwie podziału pracy ich wzniosły wynalazek sta-
nie się domeną ignorantów, powiedziałbym, niemal
idiotów? Niewiele jest ludzi o tak słabej inteligencji
i tak znikomym wykształceniu, jak masa robotników
związanych z różnymi gałęziami przemysłu drukar-
skiego: składaczy, preserów, ódlewaczy, introligato-
rów, papierników29. Drukarz, jakiego się spotykało
jeszcze w czasach Estienne'ów30, stał się prawie ab-
strakcją. Zatrudnienie kobiet przy składaniu czcionek
było ciosem w samo serce tego szlachetnego zawodu
i dopełniło jego upodlenia. Widziałem składaczkę, a by-
ła to jedna z najlepszych, która nie umiała czytać
i znała litery jedynie z wyglądu. Cały kunszt drukar-
ski znają jedynie kierownicy drukarni i korektorzy, ci
skromni uczeni, którym bezczelność autorów i właści-
pieli przynosi jeszcze upokorzenia, i kilku robotni-
ków — prawdziwych artystów. Jednym słowem, dru-
karstwo, uległszy mechanizacji, nie znajduje się już,
jeśli chodzi o jego personel, na cywilizowanym pozio-
mie; wkrótce pozostaną zeń jedynie pomniki.
Dochodzą mnie wieści, że robotnicy drukarscy w Pa-
ryżu pracują poprzez zrzeszanie się nad podniesieniem
się z upadku; oby ich wysiłki nie wyczerpały się
w czczym empiryzmie ani nie zagubiły się w jałowych
utopiach!
Po przemyśle prywatnym przyjrzyjmy się admini-
stracji. W administracji publicznej skutki pracy
rozczłonko-
wanej są nie mniej przerażające i występują z nie
mniejszą ostrością: wszędzie w miarę postępów kunsztu
pensje ogromnej większości zatrudnionych ulegają
zmniejszeniu. — Listonosz otrzymuje od 400 do 600
franków rocznej pensji, z której administracja potrąca
około 10% ńa emeryturę. Po trzydziestu latach służby
renta, lub raczej restytucja, wynosi 300 franków rocz-
nie; wpłacając je jakiemuś przytułkowi, emeryt zysku-
je prawo do łóżka, zupy i opierunku. Mówię o tym
z bólem serca, lecz widzę, że administracja jest i tak
hojna: jakież chcielibyście, by było wynagrodzenie czło-
wieka, którego całe zajęcie polega tylko na chodzeniu?
Legenda przyznaje zaledwie piąć sous Żydowi Wiecz-
nemu Tułaczowi; listonosze otrzymują dwadzieścia lub
trzydzieści sous; co prawda większość z nich ma
rodzinę. Co do tych usług, które wymagają posłu-
giwania się władzami umysłowymi, to są one zastrze-
żone dla dyrektorów i urzędników; są oni lepiej wy-
nagradzani, wykonują bowiem pracę godną ludzi.
Wszędzie więc, zarówno w administracji publicznej,
jak i w wolnym przemyśle, rzeczy mają się tak, że
dziewięć dziesiątych pracowników służy jako zwierzęta
robocze pozostałej dziesiątej części: oto nieunikniony
skutek postępu przemysłowego i nieodzowny warunek
wszelkiego bogactwa. Należy w pełni zdać sobie spra-
wę z tej podstawowej prawdy, zanim zacznie się mówić
ludowi o równości, wolności, instytucjach demokratycz-
nych i innych utopiach, których urzeczywistnienie mu-
siałby poprzedzić całkowity przewrót w stosunkach
między pracującymi.
Najbardziej znamiennym skutkiem podziału pracy
jest upadek literatury.
W średniowieczu i w starożytności literat, coś w rodzaju
doktora wszech nauk, następca trubadura, poeta,
wszystko wiedząc — mógł wszystko. Literatura wy-
dawała rozkazy i rządziła społeczeństwem; królowie
zabiegali o przychylność pisarzy i mścili się za ich po-
gardę, paląc ich samych i ich książki, tym nawet spo-
sobem świadcząc o wszechpotędze literatury.
Dziś jest się przemysłowcem, adwokatem, lekarzem,
bankierem, kupcem, profesorem, inżynierem, bibliote-
karzem itd.; nie jest się już literatem. Lub raczej, kto-
kolwiek wzniósł się na nieco wyższy szczebel w swym
zawodzie, tym samym nieodzownie staje się literatem.
Literatura, tak jak matura, stała się elementarną czę-
ścią każdego zawodu. Literat sprowadzony do swej naj-
czystszej postaci to pisarz publiczny, rodzaj urzędnika
do układania zdań, opłacanego przez wszystkich; naj-
bardziej znaną odmianą literata jest dziennikarz.
Dziwny to był pomysł, który zrodził się cztery lata
temu w Izbach, by uchwalić ustawę o prawach autor-
skich 31, jak gdyby myśl nie dążyła coraz bardziej do
tego, by stać się wszystkim, a styl — niczym. Dzięki
Bogu, koniec już z wymową parlamentarną, podobnie
jak z poezją epicką i z mitologią; teatr z rzadka tylko
przyciąga ludzi interesu i uczonych; i podczas gdy
znawców zdumiewa upadek sztuki, filozoficznie nastro-
jony obserwator widzi w nim jedynie postęp męskiego
rozsądku, dla którego te trudne błahostki są przeszko-
dą raczej niż rozrywką. Powieść jest interesująca o ty-
le tylko, o ile zbliża się do rzeczywistości; historia spro-
wadza się do egzegezy antropologicznej; wreszcie sztu-
ka pięknego wysławiania się zdaje się wszędzie pełnić
jedynie podrzędną i pomocniczą rolę w stosunku do
faktów. Poniechano kultu słowa, zbyt zawiłego i zbyt
żmudnego dla umysłów niecierpliwych; kunszt wymo-
wy z dnia na dzień traci urok. Język XIX wieku skła-
da się z faktów i cyfr: najbardziej wymowny spośród
nas jest ten, kto w najmniejszej ilości słów potrafi wy-
razić najwięcej rzeczy. Kto nie umie mówić takim języ-
kiem, odsyłany jest bez miłodzierdzia między retorów;
mówi się o nim, że słowami pokrywa zupełną pustkę
myślową.
W rodzącym się społeczeństwie postępy literatury
z konieczności wyprzedzają postępy filozofii i wytwór-
czości i przez długi czas stanowią wyraz obu pozosta-
łych. Przychodzi jednak dzień, gdy myśl wykracza po-
za język i, co za tym idzie, kiedy prymat literatury
staje się dla społeczeństwa pewną oznaką upadku. Ję-
zyk w istocie stanowi zbiór wrodzonych pojęć każde-
go narodu, encyklopedię objawioną mu na początku
przez Opatrzność; jest to pole, które jego rozum musi
uprawiać, nim przypuści bezpośredni atak na przyrodę
przez obserwację i doświadczenie. Otóż z chwilą gdy
jakieś społeczeństwo wyczerpawszy wiedzę zawartą
w swoim słownictwie, zamiast kształcić się dalej i się-
gać po wyższą filozofię, zawija się w swój poetycki
płaszcz i zaczyna igrać swymi okresami i hemistycha-
mi — śmiało można powiedzieć, że społeczeństwo takie
jest zgubione. Wszystko staje się w nim wydelikacone,
małostkowe i fałszywe; nie będzie mu nawet dane za-
chować w całej jego świetności tego języka, który uko-
chało do szaleństwa; miast pójść śladem geniuszów po-
stępu, Tacytów, Tucydydesów, Makiawelów i Monte-
skiuszów, zniżać się będzie w niepowstrzymanym upad-
ku od majestatu Cycerona do finezji Seneki, do antytez
świętego Augustyna i do kalamburów świętego Ber-
narda 32.
Nie łudźmy się więc: z chwilą gdy rozum, początko-
wo zawarty całkowicie w słowie, przechodzi do do-
świadczenia i pracy, literat w ścisłym znaczeniu tego
słowa staje się już tylko nędznym uosobieniem naj-
słabszej z naszych zdolności; literatura zaś, odrzu-
cona przez rozumną wytwórczość, znajduje odbiorców
jedynie wśród próżniaków, których bawi, i proletariu-
szy, których fascynuje, żonglerów, którzy przypuszcza-
ją szturm do władzy, i szarlatanów, którzy jej bronią,
wielkich kapłanów prawa boskiego dmących w synaj-
ską trąbę i fanatyków władzy ludu, którym pozostało
ćwiczyć swe wątłe głosy w mowach pogrzebowych
w oczekiwaniu na dzień, gdy będą mogli dać upust
swej wymowie na mównicy, i którzy nie potrafią dać
publiczności nic prócz nędznej parodii Grakchusa i De-
mostenesa.
Wszystkie władze społeczeństwa są więc zgodne
w nieskończonym pomniejszaniu stanowiska robotni-
ka wykonującego stale przydzieloną mu czynność; po-
wszechne zaś doświadczenie, potwierdzając teorię, do-
wodzi, że robotnik ten skazany jest już w łonie matki
na niedolę, i żadna reforma polityczna, żadne zespole-
nie interesów, żadne wysiłki ani ze strony dobroczyn-
ności, ani ze strony oświaty nie mogą mu pomóc. Prze-
różne wymyślone w ostatnich czasach specyfiki nie tyl-
ko nie mogą wyleczyć tej rany, lecz drażniąc ją, przy-
czyniają się raczej do jej zaognienia; wszystko zaś, co
zostało w tym względzie napisane, uwypukliło tylko
fakt, że ekonomia polityczna obraca się w błędnym
kole. Wykażemy to w kilku słowach.
§ II

Bezsilność półśrodków. — Panowie


Blanqui, Chevalier, Dunoyer, Rossi i Passy

Wszystkie środki, jakie proponowano dla zapobieże-


nia zgubnym skutkom rozczłonkowania pracy, sprowa-
dzają się do dwóch, a nawet i te dwa stanowią jeden,
pierwszy z nich bowiem jest odwrotnością drugiego:
podnieść moralność robotnika, zwiększając jego dobro-
byt i jego godność, lub też stworzyć warunki do jego
emancypacji i szczęścia przez oświatę.
Zbadamy kolejno oba te systemy, z których pierw-
szy reprezentuje Blanąui, drugi — Chevalier.
Blanąui jest rzecznikiem spółek i postępu, pisarzem
o tendencjach demokratycznych, profesorem cieszącym
się sympatią proletariatu. W swym przemówieniu
inauguracyjnym na rok 1845 Blanąui oświadczył, że
jedynym środkiem ratunku jest zespolenie pracy i ka-
pitału, udział robotnika w zyskach, czyli zapoczątkowa-
nie solidarności przemysłowej. „Nasze stulecie — po-
wiada — ujrzeć musi narodziny zbiorowego wytwór-
cy". Blanąui zapomina, że zbiorowy wytwórca już daw-
no się narodził, podobnie jak zbiorowy spożywca, i że
problem dotyczy już nie genetyki, ale medycyny. Cho-
dzi o to, by krew zasilana w zbiorowym procesie tra-
wienia, zamiast spływać w całości do głowy, brzucha
i piersi, docierała także do rąk i do nóg. Ponadto, nic
mi nie wiadomo o środkach, jakie zamierza zastoso-
wać Blanąui, aby wprowadzić w życie swą szlachetną
ideę; czy myśli o stworzeniu warsztatów narodowych,
czy też o udziale państwa jako komandytariusza w
przedsiębiorstwach, czy o wywłaszczeniu przedsiębior-
ców i zastąpieniu ich spółkami pracowniczymi, czy
wreszcie zadowoli się zaleceniem, by robotnicy two-
rzyli kasy oszczędności; w tym ostatnim wypadku
Udział ich w zyskach można by odłożyć ad calendas
graecas.
Jakkolwiek by było, myśl Blanąuiego sprowadza się
do osiągnięcia podwyżki płac związanej z przyznaniem
robotnikom tytułu wspólników lub co najmniej współ-
zainteresowanych. Co więc przyniósłby robotnikowi
udział w zyskach?
Przędzalnia o 15 000 wrzecion zatrudniająca 300 ro-
botników przynosi w roku bieżącym znacznie mniej
niż 20 000 franków zysku. Wiem od pewnego przemy-
słowca z Miluzy, że tkalnie alzackie są na ogół poniżej
przeciętnego poziomu i że w przemyśle tym osiąga się
zyski już nie przez pracą, ale przez wyzyskiwanie mo-
żliwości rynkowych. Sprzedać, sprzedać we właściwym
czasie, sprzedać drogo — oto całe zagadnienie; wytwa-
rzanie jest tylko środkiem do przygotowania transakcji
sprzedaży. Wynika stąd, że przypuszczenie moje, iż za-
kład o 300 robotnikach może osiągnąć średnio 20 000
franków zysku, jest założeniem czysto teoretycznym.
Przyjmijmy jednak tę liczbę. Dzieląc 20 000 franków,
stanowiących zysk fabryki, przez 300 osób i 300 dni
pracy, otrzymuję w wyniku 22,2 centyma jako część
zysku przypadającą na każdego robotnika, a więc do^
datek na codzienne wydatki wynosi 18 centymów; jest
to cena kawałka chleba. Czyż więc warto wywłaszczać
przedsiębiorców i stawiać na kartę pomyślność ogółu
po to, by stworzyć zakłady przemysłowe tym bardziej
nietrwałe, że w następstwie rozdrobnienia Własności na
nieskończenie małe akcje i pozbawienia jej oparcia
w postaci zysku przedsiębiorstwom zabrakłoby bala-
stu, który by zabezpieczał je przed burzami? A jeśli
odrzucić wywłaszczenie, jakże żałosna perspektywa
staje przed klasą robotniczą, perspektywa podwyż-
ki płac o 18 centymów za cenę kilku wieków oszczę-
dzania, tyle bowiem czasu będzie trzeba, by klasa ta
stworzyła własne kapitały, i to przy założeniu, że po-
wtarzające się okresowo bezrobocia nie zmuszą jej do
okresowego zjadania oszczędności!
Na przytoczony przeze mnie fakt wskazywano już
wielokrotnie. Passy przedstawił * zebrane na podstawie
ksiąg rachunkowych pewnej normandzkiej przędzalni,
w której robotnicy byli wspólnikami przedsiębiorcy,
dane dotyczące płac szeregu rodzin w ciągu dziesięciu
lat i otrzymał średnią od 1200 do 1400 franków rocz-
nie. Następnie postanowił porównać położenie robot-
ników przędzalni, opłacanych w zależności od cen, ja-
kie uzyskali pracodawcy, z położeniem zwykłych ro-
botników najemnych i uznał, że różnice są niemal nie-
dostrzegalne. Wynik ten był łatwy do przewidzenia.
Zjawiska ekonomiczne podlegają prawom równie
abstrakcyjnym i niewzruszalnym jak liczby; ich nie-
śmiertelną harmonię zakłócają jedynie przywilej, oszu-
stwo i samowola.
Żałując, jak się wydaje, tego pierwszego kroku
w stronę idei socjalistycznych, Blanąui pospieszył z od-
wołaniem swoich słów. Na tym samym posiedzeniu,
na którym Passy33 wykazał niewystarczalność spółki
udziałowej, Blanąui powiedział: „Wydawałoby się, że
pracę można zorganizować i że państwo może kierować
szczęściem ludzkości podobnie jak ruchami armii, i to
z matematyczną dokładnością. Oto zgubna tendencja,
oto złudzenie, które Akademia powinna jak najusilniej
zwalczać. Jest to bowiem nie tylko urojenie, ale nie-
bezpieczny sofizmat. Szanujmy dobre i uczciwe in-
tencje; nie lękajmy się jednak powiedzieć, że ogłaszać
książkę o organizacji pracy to to samo, co po raz pięć-
dziesiąty pisać traktat o kwadraturze koła lub o ka-
mieniu filozoficznym".
Następnie Blanąui w porywie gorliwości burzy osta-
tecznie teorię udziału w zyskach, którą tak silnie już
zachwiał Passy, następującym przykładem: „Pewien
światły rolnik, Dailly, założył oddzielne konto dla każ-
dej działki ziemi i dla każdego produktu i stwierdził,
że na przestrzeni 30 lat ten sam człowiek nie otrzy-
mał ani razu takich samych plonów z tej samej działki.
Wartość produktów wahała się od 26 000 franków do
9000 lub 7000 franków, niekiedy nawet spadała do 300
franków, pewne zaś produkty, np. ziemniaki, rujnować
ły go w jednym wypadku na dziewięć. Jakże więc
można wobec tych wahań i tak niepewnych zysków
wprowadzać regularną dystrybucję i jednolite płace
dla robotników?..."
Można na to odpowiedzieć, że różnice w ilości pro-
duktów otrzymywanych z każdej działki wskazują po
prostu, iż trzeba, by właściciele zrzeszyli się między
sobą po wejściu w spółkę z robotnikami, przez co soli-
darność by się pogłębiała; równałoby się to jednak
przesądzeniu sprawy możliwości organizacji pracy, któ-
ra jest właśnie kwestionowana i którą Blanąui, po roz-
ważeniu zagadnienia, uważa za nieosiągalną. Jest rze-
czą oczywistą, że solidarność nie dorzuciłaby nawet
obola do ogólnego bogactwa, że zatem nie ma ona nic
wspólnego z zagadnieniem podziału zysków.
Słowem, nie ma mowy o tym, by będący przedmio-
tem takiej zawiści i często bardzo problematyczny zysk
pracodawców mógł pokryć różnicę między rzeczywistą
a żądaną wysokością płac; dawny zaś projekt Blan-
ąuiego, mizerny w skutkach i potępiony przez samego
autora, byłby klęską dla przemysłu rękodzielniczego.
A skoro wszędzie dokonał się już podział pracy, rozu-
mowanie to można uogólnić i wyciągnąć zeń wniosek,
że nędza jest skutkiem pracy, równie jak nieróbstwa.
Odpowiada się na to argumentem, który cieszy się
wielkim powodzeniem wśród ludu: Podwyższcie cenę
pracy, podwójcie, potrójcie płace.
Przyznaję, że gdyby podwyżka ta była możliwa, od-
niosłaby pełny sukces niezależnie od tego, co powie-
dział w tym przedmiocie Chevalier 34, któremu winien
jestem w tym miejscu drobne sprostowanie.
Zdaniem Chevaliera podwyżka ceny jakiegokol-
wiek towaru 'sprawiłaby, że ceny innych towarów
wzrosłyby w tym samym stopniu, i nikt nie odniósłby
stąd żadnego pożytku.
Rozumowanie to, które ekonomiści przekazują sobie
nawzajem od przeszło Wieku, jest równie fałszywe jak
stare, i rzeczą Chevaliera jako inżyniera powinno było
być sprostowanie tradycji ekonomicznej. Jeśli pensja
kierownika biura wynosi dziennie 10 franków, a płaca
robotnika 4, i jeśli przychód każdego z nich zwiększy
się o 5 franków, to stosunek ich zarobków, który w
pierwszym wypadku przedstawiał się jak 100 do 40,
w drugim wypadku wyniesie już tylko 100 do 60. Pod-
wyżka płac, która musi nastąpić przez dodawanie, a nie
przez operowanie współczynnikiem, byłaby więc do-
skonałym środkiem do zrównania; ekonomiści zaś za-
sługiwaliby na to, by socjaliści do nich z kolei skiero-
wali zarzut ignorancji, którym bezmyślnie i na oślep
obrzucają ich ekonomiści.
Powiadam jednak, że podwyżka taka jest nieosiągal-
na i że niedorzecznością jest dopuszczanie jej możli-
wości; jak bowiem słusznie zresztą zauważył Chevalier,
liczba oznaczająca cenę dnia pracy jest tylko wykład-
nikiem algebraicznym pozbawionym wpływu na rze-
czywistość; dążyć więc należy przede wszystkim do
zwiększenia nie jej wyrazu pieniężnego, lecz ilości
produktów, przy jednoczesnym usuwaniu nierówności
dystrybucji. Dopóki to nie nastąpi, wszelka podwyżka
płac nie może odnieść innego skutku prócz zwyżki cen
zboża, wina, mięsa, cukru, mydła, węgla itd., a to ozna-
cza głód. Cóż to jest bowiem płaca?
Jest to cena kosztu zboża, wina, mięsa, węgla; istotna
cena wszystkich dóbr. Posuńmy się jeszcze dalej: pła-
ca to proporcjonalny udział w składających się na bo-
gactwo elementach, które ulegają codziennie reprodu-
ktywnemu spożyciu przez masę pracujących. Otóż
w rozumieniu ludu podwoić płacę to przyznać każde-
mu wytwórcy prawo do udziału przewyższającego pro-
dukt jego pracy, co jest sprzecznością; gdyby zaś pod-
wyżka ta dotyczyła niewielkiej tylko części przemysłu,
spowodowałaby ogólne zakłócenia w wymianie, sło-
wem, niedostatek produktów. Niech Bóg mnie broni od
przepowiedni! Mimo jednak całej mojej sympatii dla
sprawy polepszenia losu klasy robotniczej oświadczam,
iż jest rzeczą niemożliwą, by strajki wraz z następują-
cą po nich podwyżką płac nie doprowadziły do ogólnej
zwyżki cen: jest to równie pewne jak to, że dwa i dwa
równa się cztery. Tego rodzaju dochody bynajmniej
nie zapewnią robotnikom bogactwa i tysiąckroć jeszcze
odeń cenniejszej wolności. Popierani przez nierozważną
prasę, robotnicy, żądając podwyżki płac, oddali o wiele
większą przysługę monopolowi niż swoim prawdziwym
interesom: oby umieli rozpoznać gorzki owoc swego
niedoświadczenia, gdy popadną znów w dotkliwszy tym
razem niedostatek!
Przekonany o bezużytecznośei lub, ściślej mówiąc,
o zgubnych skutkach podwyżki płac i wyczuwając, że
jest to zagadnienie w całości organiczne, a bynajmniej
nie handlowe, Chevalier odwraca problem. Żąda dla
klasy robotniczej przede wszystkim oświaty i propo-
nuje w tej dziedzinie szeroko zakrojone reformy.
Oświata — słowo, które rzucił robotnikom także
Arago35 — to podstawa wszelkiego postępu. Oświa-
ta!... Trzeba raz wreszcie dowiedzieć się, czego możemy
od niej oczekiwać dla rozwiązania zajmującego nas za-
gadnienia; trzeba dowiedzieć się, powiadam, nie tego.
czy jest rzeczą pożądaną, by była wszystkim dostępna,
czego nikt nie podaje w wątpliwość, lecz tego, czy jest
możliwa.
Aby dobrze uchwycić całą doniosłość poglądów Che-
valiera, niezbędne jest zapoznanie się z jego taktyką.
Chevalier — od dawna wdrożony do dyscypliny, naj-
pierw poprzez swoje studia politechniczne, później
przez stosunki z saintsimonistami, a wreszcie przez
swoje stanowisko uniwersyteckie — zdaje się nie uzna-
wać, by uczeń mógł mieć wolę niezależną od regula-
minu, członek sekty — poglądy odmienne od poglądów
przywódcy, urzędnik państwowy — zdanie inne niż
władza. Ten sposób pojmowania porządku może być
równie godzien szacunku jak każdy inny, i nie mam
zamiaru wyrażać w tym względzie ani uznania, ani na-
gany. Czy Chevalier zdolny jest do wypowiedzenia
własnego sądu? W imię zasady, że wszystko, co nie jest
zakazane przez prawo, jest dozwolone — spieszy z wy-
przedzeniem innych i z wypowiedzeniem swego zdania;
z tym tylko, że podporządkowuje się następnie,
jeśli zachodzi tego potrzeba, zdaniu władzy. Tak właś-
nie, nim spoczął na łonie konstytucji, Chevalier oddał
się Enfantinowi36; tak też wypowiedział się na temat
kanałów, kolei żelaznej, finansów, własności, i to na
długo przedtem, nam rząd zajął jakiekolwiek stanowi-
sko wobec budowy dróg żelaznych, konwersji rent,
patentów na wynalazki, praw autorskich itd.
Chevalier daleki jest więc od tego, by darzyć ślepym
podziwem nauczanie uniwersyteckie; i dopóki może so-
bie na to pozwolić, mówi bez skrępowania, co o nim
myśli. Jego poglądy należą do najbardziej radykalnych.
Yillemain 37 powiedział w swoim sprawozdaniu: „Ce-
lem szkolnictwa wyższego jest przygotowanie na dal-
szą metę dobranego zastępu ludzi, którzy by objęli
i obsłużyli wszystkie stanowiska w administracji, są-
downictwie, adwokaturze i różnych wolnych zawodach,
włączając w to wyższe stopnie i specjalności naukowe
w marynarce i wojsku".
„Szkolnictwo wyższe — stwierdza w odpowiedzi na
to Chevalier * — powołane jest także do przygotowy-
wania ludzi, z których jedni będą rolnikami, inni fa-
brykantami, ci kupcami, tamci inżynierami. Tymcza-
sem program zapomina o wszystkich tych ludziach.
Przeoczenie to wykracza już poza ramy przyzwoitości;
bo przecież praca przemysłowa w swych rozmaitych
postaciach, rolnictwo, handel nie są w państwie ani
dodatkiem, ani przypadkiem, lecz rzeczą podstawową...
Jeśli uniwersytet chce usprawiedliwić swoją nazwę,
trzeba, by poszedł w tym kierunku; jeśli tego nie uczy-
ni, przyjdzie chwila, że naprzeciw niego wzniesie się
uniwersytet przemysłowy... Będzie to ołtarz przeciw
ołtarzowi" itd...
A ponieważ światła myśl ma to do siebie, że oświetla
również zagadnienia, które się z nią łączą, kształcenie
zawodowe nastręcza Chevalierowi bardzo zgrabny spo-
sób rozstrzygnięcia przy tej okazji sporu duchowień-
stwa i uniwersytetu o wolność nauczania.
„Przyznać trzeba, że daje się piękne pole do popisu
klerowi, pozwalając, by podstawą nauczania pozosta-
ła łacina. Kler zna łacinę równie dobrze jak uniwer-
sytet; to jego język. Poza tym nauka w jego szkołach
jest tańsza; niepodobna więc, by nie przyciągał dużej
części młodzieży do swych małych seminariów i szkół
z pełnym programem nauczania..."
Wniosek nasuwa się sam: zmieńcie materiał naucza-
nia, a zmniejszycie wpływy katolicyzmu w królestwie;
ponieważ zaś kler zna tylko łacinę i Pismo święte, po-
nieważ nie liczy w swych zastępach ani mistrzów
w rzemiosłach, ani księgowych; ponieważ wśród skła-
dających się nań czterdziestu tysięcy księży jest może
dwudziestu takich, którzy potrafią sporządzić plan czy
wykuć gwóźdź, to już wkrótce okaże się, co wybiorą
ojcowie rodzin: rzemiosło czy brewiarz, i czy nie osą-
dzą, że praca jest najpiękniejszym językiem, w jakim
można modlić się do Boga.
Tym sposobem skończyłoby się to śmieszne przeciw-
stawienie wychowania religijnego i nauki świeckiej,
spraw ducha i spraw ciała, rozumu i wiary, ołtarza
i tronu, tych starych schematów pozbawionych już sen-
su, które bawią prostoduszny lud, dopóki nie wprawią
go w gniew.
Zresztą, Chevalier nie nalega na to rozwiązanie; wie,
że religia i monarchia to dwie wspólniczki, które, choć
wiecznie skłócone, nie mogą istnieć jedna bez drugiej;
aby zaś nie wzbudzać podejrzeń, rzuca się w objęcia
innego rewolucyjnego ideału — równości.
„Francja jest w stanie dostarczyć szkole politech-
nicznej dwadzieścia razy tyle uczniów, ile wstępuje do
niej obecnie (a ponieważ przeciętna wynosi 176, stano-
wiłoby to 3520). Wystarczy, by uniwersytet tego ze-
chciał... Gdyby zdanie moje miało jakąś wagę, utrzy-
mywałbym, że uzdolnienia matematyczne mają charak-
ter znacznie mniej wyjątkowy, niż się powszechnie
mniema. Przypominam tu powodzenie, z jakim dzieci
wzięte niejako na chybił-trafił z bruku Paryża pobie-
rają nauki w La Martiniere według metody kapitana
Tabareau".
Gdyby szkolnictwo wyższe zreformowane zgodnie
z poglądami Chevaliera objęło wszystkich młodych
Francuzów, a nie, jak obecnie, 90 000, nie byłoby żad-
nej przesady w podwyższeniu liczby matematyków
z 3520 do 10 000; ale z tej samej racji mielibyśmy
wówczas 10 000 artystów, filologów i filozofów; —
10 000 lekarzy, fizyków, chemików i przyrodników; —
10 000 ekonomistów, prawników, administratorów; —
20 000 przemysłowców, kierowników warsztatów, kup-
ców i księgowych; — 40 000 rolników, winogradników,
górników itd.; w sumie — 100 000 nowych sił rocznie,
czyli około trzeciej części młodzieży. Reszta, posiada-
jąc zamiast umiejętności specjalnych tylko umiejętnoś-
ci mieszane, dałaby się rozmieścić po trosze wszędzie.
Jest rzeczą pewną, że tak potężny rozkwit inteligen-
cji przyspieszyłby postęp równości, i nie wątpię, że
jest to skrytym życzeniem Chevaliera. Oto jednak, co
mnie niepokoi: zdolności nie brak nigdy, podobnie jak
ludzi; zagadnienie polega na tym, by znaleźć dla
pierwszych zastosowanie, dla drugich chleb. Na próżno
Che-
valier mówi nam: „Szkolnictwo wyższe dawałoby mniej
powodów do skarg, że zalewa społeczeństwo ludźmi
ambitnymi, pozbawionymi wszelako środków do zaspo-
kojenia swych pragnień i zainteresowanymi w dokona-
niu przewrotu w państwie; ludźmi nie przystosowany-
mi i nie dającymi się przystosować, nie zdatnymi do
niczego, a uważającymi się za zdolnych do wszystkiego,
zwłaszcza do kierowania sprawami publicznymi. Studia
naukowe nie podniecają tak umysłu; oświecają go
i temperują zarazem; przystosowują człowieka do życia
praktycznego..." Taki sposób mówienia — odpowiem
mu — dobry jest dla patriarchów; profesor ekonomii
politycznej więcej powinien mieć szacunku dla swej
katedry i dla swych słuchaczy. Rząd ma co roku nie
więcej niż sto dwadzieścia wolnych posad na stu sie-
demdziesięciu sześciu studentów przyjętych do szkoły
politechnicznej; jakież więc powstałyby trudności, gdy-
by ilość przyjętych wyniosła dziesięć tysięcy, czy na-
wet, przyjmując cyfrę Chevaliera, tylko trzy tysiące
pięćset? Ogólnie rzecz biorąc, liczba stanowisk cywil-
nych wynosi sześćdziesiąt tysięcy, a ilość wakatów się-
ga trzech tysięcy rocznie; jakież przerażenie ogarnęło-
by władze, gdyby poszedłszy za reformistycznymi
poglądami Chevaliera zostały nagle oblężone przez pięć-
dziesiąt tysięcy ubiegających się o posady! Często czy-
niono republikanom następujący zarzut, na który nie
znajdowali odpowiedzi: Jeśli wszyscy mieć będą prawo
głosu, czyż deputowani staną się przez to więcej warci
i czy przyniesie to korzyść proletariatowi? To samo py-
tanie stawiam Chevalierow'i: Jeśli każdy rok szkolny
przyniesie panu sto tysięcy nowych sił, cóż pan z nimi
uczyni?
Aby zatrudnić tę interesującą młodzież, zstąpi pan
aż na ostatni szczebel hierarchii. Każe pan zaczynać
młodemu człowiekowi po piętnastu latach górnolotnych
studiów nie jak dziś od stopnia podchorążego inży-
nierii, podporucznika artylerii, oficera marynarki, za-
stępcy prokuratora, kontrolera, nadleśniczego itp., lecz
od niskich zatrudnień żołnierza przydzielonego do ro-
bót ziemnych lub transportu wojskowego, piaskarza,
majtka, zbieracza chrustu i poborcy podatkowego. Za-
jąwszy takie stanowisko młodzieniec będzie musiał cze-
kać, aż śmierć, przerzedzając szeregi, pozwoli mu awan-
sować o jeden krok. Może się więc zdarzyć, że czło-
wiek, który wyszedł ze szkoły politechnicznej i mógł-
by stać się drugim Vaubaneim38, umrze jako dróżnik
na drugorzędnym trakcie lub jako kapral w jakimś re-
gimencie.
O ileż ostrożniejszy okazał się katolicyzm i o ileż
przewyższył nas wszystkich, saintsimoniści, republi-
kanie, profesorowie uniwersytetu, ekonomiści, w zna-
jomości człowieka i społeczeństwa. Kapłan wie, że ży-
cie nasze jest tylko podróżą, że niepodobna, byśmy
osiągnęli doskonałość na tym padole, i zadowala się na
ziemi przekazaniem pobieżnego wykształcenia, które
ma znaleźć dopełnienie w niebie. Człowiek, którego
ukształtowała religia, zadowolony, że wie, czyni
i otrzymuje to, co wystarcza mu do ziemskiego bytu,
nigdy nie przysporzy kłopotu rządowi, stanie się ra-
czej jego męczennikiem. O, umiłowana religio, dlacze-
góż zapoznaje cię burżuazja, której tak bardzo jesteś
potrzebna?...
W jakiż przerażający wir zmagań, pychy i nędzy
rzuca nas ta mania powszechnego nauczania. Na cóż
się przyda wykształcenie zawodowe, po co zakładać
szkoły rolnicze i handlowe, skoro wasi studenci nie
mają ani przedsiębiorstw, ani kapitałów. I czyż trzeba
aż do dwudziestego roku życia faszerować się wszel-
kiego rodzaju naukami, by potem wiązać nici przy
przędzarce „Jenny" albo rąbać węgiel w głębi kopalni?
Jakże to! Przyznajecie sami, że możecie dać rocznie
zaledwie 3 000 stanowisk na 50 000 nowych sił, a mimo
to mówicie o tworzeniu dalszych szkół. Pozostańcie
już raczej przy systemie wyłączności i przywileju,
systemie starym jak świat, podporze dynastii i patry-
cjatów, prawdziwej maszynie do wałaszenia ludzi, by
zapewnić rozkosz kaście sułtanów. Każcie drogo sobie
płacić za wasze lekcje, mnóżcie przeszkody, odstręczaj-
cie długotrwałością studiów synów proletariuszy, któ-
rym głód nie pozwala czekać, i osłaniajcie całą waszą
mocą szkoły duchowne, gdzie człowiek uczy się pra-
cować dla przyszłego życia, rezygnować, pościć, sza-
nować możnych, kochać króla i modlić się do Boga.
Wszelkie bowiem niepotrzebne studia zostają prędzej
czy później poniechane: nauka jest trucizną dla nie-
wolników.
Bez wątpienia, Chevalier zbyt jest przenikliwy, by
nie dostrzec konsekwencji swojej myśli; lecz w głębi
serca powiedział sobie, i można tylko przyklasnąć jego
dobrym intencjom: trzeba przede wszystkim, by ludzie
byli ludźmi, a potem — zobaczy się.
Tak więc posuwamy się na oślep prowadzeni przez
Opatrzność, która nigdy nie przestrzega nas inaczej
jak przez zadawanie ciosów; jest to początek i koniec
ekonomii politycznej.
W przeciwieństwie do Chevaliera, profesora ekonomii
politycznej w College de France, ekonomista z Insty-
tutu, Dunoyer, nie Chce, by organizowano nauczanie.
Organizacja nauczania jest odmianą organizacji pracy;
a więc — precz z organizacją. Nauczanie, zwraca uwagę
Dunoyer, jest zawodem, a nie urzędem; podobnie więc
jak wszystkie zawody powinno być i pozostać wolne.
Zgubne idee centralizacji i wchłonięcia wszelkiej dzia-
łalności przez państwo posiała wśród nas wspólnota,
socjalizm, tendencje rewolucyjne, których głównymi
nosicielami byli Robespierre, Napoleon, Ludwik XVIII
i Guizot39. Prasa jest wszak wolna, a pióro dzienni-
karza jest towarem; religia jest również wolna, i każ-
dy, kto nosi sutannę, krótką czy długą, i kto umie we
właściwej chwili rozniecić ciekawość ogółu, może ze-
brać wokół siebie słuchaczy. Lacordaire40 ma swoich
pobożnych, Leroux41 swoich apostołów, Buchez42 —
swój klasztor. Czemuż więc i nauczanie nie miałoby
być wolne? Jeśli prawo do pobierania nauki, podobnie
jak prawo do nabywania towarów, nie ulega wątpli-
wości, a prawo do nauczania jest ich logicznym dopeł-
nieniem (skoro nauczanie jest odmianą sprzedaży), to
niepodobna naruszyć wolności nauczania nie gwałcąc
najcenniejszej ze swobód — wolności sumienia. A poza
tym, dodaje Dunoyer, jeśli przyjąć, że państwo winno
zapewnić wszystkim oświatę, to Wkrótce okaże się, że
winno zapewnić także pracę, potem — mieszkanie, po-
tem — zastawę stołową... Do czegóż to prowadzi?
Argumenty Dunoyer a są nieodparte: zorganizować
nauczanie to dać każdemu obywatelowi obietnicę wol-
nego zawodu i obfitych zarobków; te dwa pojęcia są
tak ściśle ze sobą związane, jak krwiobieg tętniczy
i krwiobieg żylny. Ale z teorii Dunoyera wynika rów-
nież, że postęp dotyczy jedynie pewnej elity i że dzie-
więciu dziesiątym rodzaju ludzkiego przypada w udzia-
le niezmienny stan barbarzyństwa. Stanowi to nawet,
zdaniem Dunoyera, istotę społeczeństw, która przeja-
wia się w następującym rytmie: religia, hierarchia,
żebractwo. Tak więc w jego systemie, który jest zara-
zem systemem Destutt de Tracy'ego43, Monteskiusza
i Platona, sprzeczność podziału pracy, podobnie jak
sprzeczność wartości, jest nierozwiązalna.
Przyznaję, że z niewypowiedzianą przyjemnością
patrzę, jak Dunoyer, zwolennik wolności, zwalcza Che-
valiera, zwolennika centralizacji nauczania; jak Du-
noyerowi z kolei przeciwstawiła się Guizot; jak Guizot,
przedstawiciel stronników centralizacji, popada w
sprzeczność z Kartą 44, która głosi zasadę wolności; jak
wreszcie Kartę depczą profesorowie uniwersytetu, któ-
rzy żądają wyłącznie dla siebie przywileju nauczania
wbrew wyraźnemu nakazowi Ewangelii, która mówi
kapłanom: Idźcie i nauczajcie. A ponad całym tym za-
mętem ekonomistów, prawodawców, ministrów, akade-
mików, profesorów i księży Opatrzność ekonomiczna
zadaje kłam Ewangelii i woła: Cóż mam począć, peda-
godzy, z waszym nauczaniem?
Któż wybawi nas z tej udręki? Rossi skłania się do
eklektyzmu: Jeśli podział pracy jest niedostateczny, po-
wiada, praca pozostaje nieproduktywna; jeśli jest nad-
mierny, praca ogłupia człowieka. Rozwiązania należy
szukać między tymi dwoma krańcami: in medio vir-
tus. — Na nieszczęście, ten złoty środek jest niczym
innym jak tylko umiarkowaną nędzą dodaną do mier-
nego bogactwa, a więc w najmniejszym nawet stopniu
nie wpływa na zmianę położenia. Stosunek dobra do
zła, zamiast przedstawiać się jak 100 do 100, wynosi
już tylko 50 do 50; i to jest właśnie miara eklektyzmu.
Zresztą, złoty środek Rossiego pozostaje w bezpośred-
niej sprzeczności z wielkim prawem ekonomicznym:
Wytwarzać możliwie najmniejszym nakładem kosztów
możliwie największą ilość wartości... Jak tedy praca
może wypełnić swoje powołanie bez najdalej idącego
podziału? Szukajmy, proszę, dalej.
„Ekonomiśoie — mówi Rossi — wolno tworzyć
wszelkie systemy i stawiać wszelkie hipotezy; ale
człowiek rozumny, wolny, odpowiedzialny pozostaje
pod władzą prawa moralnego... Ekonomia polityczna
jest tylko nauką, która śledzi stosunki między rzecza-
mi i wyciąga z nich wnioski. Ona bada skutki pracy;
wy zaś musicie, i to w praktyce, stosować pracę odpo-
wiednio do doniosłości celu. Gdy zastosowanie1 pracy
jest sprzeczne z celem wyższym niż wytwarzanie bo-
gactw, nie należy jej stosować... Przypuśćmy, że środ-
kiem do pomnożenia bogactwa narodowego byłoby
zmuszanie dzieci do pracy przez piętnaście godzin na
dobę: moralność powiedziałaby, że jest to niedozwolo-
ne. Ale czy dowodzi to, że ekonomia polityczna jest fał-
szywa? Me! Dowodzi to tylko, że mieszacie rzeczy,
które powinny być rozdzielone".
Gdyby Rossi miał nieco więcej tej galijskiej prosto-
duszności, którą tak trudno zdobyć cudzoziemcom, po
prostu „rzuciłby swój język psom", jak mówi pani
de Sevigne4r>. Każdy profesor musi jednak mówić,
mówić, móWić 'nie po to, by coś powiedzieć, lecz aby
nie milczeć. Rossi trzy razy obraca się wokół zagadnie-
nia, a następnie idzie spocząć na laurach; to wystarcza,
by niektórzy ludzie sądzili, że odpowiedział na pytanie.
Zapewne, zły to znak dla danej nauki, jeśli w pew-
nym momencie jej rozwoju, następującego zgodnie
z właściwymi jej zasadami, inna nauka zadaje jej kłam;
na przykład gdy postulaty ekonomii politycznej okazu-
ją się sprzeczne z postulatami moralności; przyjmuję,
że moralność, podobnie jak ekonomia polityczna, jest
nauką. Czymże więc jest wiedza ludzka, jeśli wszyst-
kie jej twierdzenia unicestwiają się wzajemnie; i cze-
mu mamy zawierzyć? Praca rozczłonkowana jest zaję-
ciem niewolniczym, lecz tylko ona jest prawdziwie
płodna; praca nie podzielona może być udziałem jedy-
nie człowieka wolnego, ale jest nieopłacalna. Z jednej
strony ekonomia polityczna mówd nam: bądźcie bogaci;
z drugiej moralność nakazuje: bądźcie wolni; Rossi
zaś, przemawiając w imieniu obydwu, uprzedza nas
jednocześnie, że nie możemy być ani wolni, ani bogaci,
być bowiem jednym czy drugim tylko w połowie to
nie być ani jednym, ani drugim. A więc doktryna Ros-
siego nie tylko nie zaspokaja tego podwójnego dążenia
ludzkości, lecz ma jeszcze tę ujemną stronę, że nie wy-
łączając niczego, odbiera nam wszystko; jest to po-
wtórzenie pod inną postacią historii systemu przedsta-
wicielskiego.
Ale antagonizm sięga o wiele głębiej, niż sądzi
Rossi. Skoro bowiem zgodnie z powszechnym doświad-
czeniem, pokrywającym się w tym punkcie z teorią,
płaca zmniejsza się wraz z postępami podziału pracy,
to jest rzeczą jasną, że oddając się w niewolę pracy
rozczłonkowanej nie zdobędziemy bogactwa, zmienimy
tylko ludzi w maszyny — przykładem ludność robot-
nicza Starego i Nowego Świata. Skoro zaś, z drugiej
strony, społeczeństwo pozbawione podziału pracy po-
pada w barbarzyństwo, to jest równie oczywiste, że
wyrzekając się bogactwa nie można osiągnąć wolno-
ści — przykładem wszystkie plemiona koczownicze
Azji i Afryki. Rozwiązanie problemu podziału jest więc
koniecznością, bezwzględnym nakazem tak nauki eko-
nomii, jak i moralności; a co w tej mierze osiągnęli
ekonomiści? Przed przeszło trzydziestu laty Lemontey,
rozwijając spostrzeżenie Smitha, wykazał demoralizu-
jący i zabójczy wpływ podziału pracy; co mu na to
odpowiedziano? Jakie badania poczyniono? Jakie za-
proponowano drogi wyjścia? Czy w ogóle zrozumiano
zagadnienie?
Co roku ekonomiści zdają sprawę z ruchu handlo-
wego w państwach europejskich ze ścisłością, którą
uważałbym za bardziej godną pochwały, gdyby nie
pozostawała wiecznie bezpłodna. Wiedzą, ile wyprodu-
kowano metrów sukna, sztuk jedwabiu, kilogramów
żelaza; ile na głowę wyniosło spożycie zboża, wina, cu-
kru, mięsa; można by rzec, że publikacja wykazów
stanowi ich zdaniem nec plus ultra nauki, a ostatecz-
nym celem ich zabiegów jest zostać generalnymi kon-
trolerami narodów. Nigdy jeszcze tak wielka obfitość
materiałów nie otwierała piękniejszych perspektyw
przed badaniami; ale jakich odkryć dokonano? Jakaż
nowa zasada wyłoniła się z tego nagromadzenia fak-
tów? Czy wynikło zeń jakieś rozwiązanie tylu starych
problemów lub nowy kierunek dla studiów?
Wydaje się, iż jedno zagadnienie, między innymi,
dojrzało do ostatecznego osądzenia, a mianowicie pau-
peryzm. Pauperyzm jest dziś najlepiej znaną ze wszy-
stkich klęsk świata cywilizowanego; wiadomo w przy-
bliżeniu, skąd pochodzi, kiedy i jak się zjawia i jakie
są jego koszta; obliczono, w jakim stosunku występuje
na różnych stopniach cywilizacji, i przekonano się
jednocześnie, że wszelkie środki, jakimi go dotychczas
zwalczano, są bezsilne. Podzielono pauperyzm na ro-
dzaje, gatunki i odmiany: jest to cała historia natural-
na, jedna z najważniejszych gałęzi antropologia. Otóż
ze wszystkich zebranych faktów wynika niezbicie —
czego jednak nie dostrzegło się i nie chce się dostrzec
i co ekonomiści uparcie pokrywają milczeniem — że
pauperyzm jest i będzie przyrodzoną i chroniczną cho-
robą społeczeństw dopóty, dopóki istnieje antagonizm
pracy i kapitału, i że antagonizm ten może się zakoń-
czyć jedynie absolutną negacją ekonomii politycznej.
Jakież wyjście z tego labiryntu znaleźli ekonomiści?
Ten ostatni punkt zasługuje, byśmy się przy nim na
chwilę zatrzymali.
We wspólnocie pierwotnej nędza jest stanem po-
wszechnym, jak już na to zwróciłem uwagę w po-
przednim paragrafie.
Praca jest wypowiedzianą tej nędzy wojną.
Praca organizuje się początkowo poprzez podział, na-
stępnie za pośrednictwem maszyn, potem — konku-
rencji itd. itd.
Otóż rzecz w tym, by przekonać się, czy istotą tego
procesu organizacji, takiego, jak przedstawia go nam
ekonomia polityczna, nie jest wydobywać z nędzy jed-
nych i zarazem pogrążać w niej innych nieuniknienie
i niepowstrzymanie. Oto jak powinno się stawiać za-
gadnienia pauperyzmu i oto jak postanowiliśmy je
rozwiązać.
Cóż więc oznaczają te odwieczne brednie ekonomis-
tów o nieprzezorności robotników, o ich lenistwie,
braku godności, nieuctwie, rozwiązłości, przedwczes-
nym zawieraniu małżeństw itd.? Wszystkie te wady,
cały ten brud jest tylko płaszczem pauperyzmu; lecz
gdzież jest przyczyna, pierwsza przyczyna, która utrzy-
muje nieubłaganie cztery piąte rodzaju ludzkiego
w upodleniu? Czyż natura nie uczyniła wszystkich
ludzi równie gruboskórnymi, niechętnymi do pracy,
lubieżnymi i dzikimi? Czyż patrycjusz i proletariusz
nie są ulepieni z tej samej gliny? Jakże więc doszło
do tego, że po tylu wiekach i mimo tylu cudów tech-
niki, nauki i sztuki dobrobyt i ogłada nie są jeszcze
udziałem wszystkich ludzi? Jak to się dzieje, że w Pa-
ryżu i Londynie, w ośrodkach skupiających społeczne
bogactwa, nędza jest równie odrażająca jak za czasów
Cezara i Agrykoli? Jak to możliwe, (by obok wyrafi-
nowanej arystokracji istniały pogrążone w takiej ciem-
nocie masy? Oskarża się lud o przywary; lecz przy-
wary klas wyższych nie wydają się mniejsze, a są, być
może, nawet większe. Wszyscy są jednakowo splamie-
ni grzechem pierworodnym; jakże się to dzieje, raz
jeszcze pytam, że chrzest cywilizacji nie okazał się
równie skuteczny dla wszystkich? Czyżby nawet sam
postęp był przywilejem, a człowiek, który nie posiada
ani wozu, ani konia pod wierzch, byłżdby skazany na
wieczne brodzenie w błocie? Co mówię? Człowiek
odarty ze wszystkiego nie zna nawet pragnienia ra-
tunku: upadł tak nisko, że wszelka ambicja wygasła
w jego sercu.
„Najniezbędniejszą ze wszystkich zalet osobistych —
zwraca bardzo słusznie uwagę Dunoyer — tą, która
jest źródłem wszystkich innych, jest żądza dobrobytu,
namiętne pragnienie wydobycia się z nędzy i poniże-
nia, duch współzawodnictwa i godność zarazem, które
nie pozwalają człowiekowi zadowolić się niską kondy-
cją... Ale to uczucie, które wydaje się tak naturalne,
jest na nieszczęście o wiele mniej powszechne, niż się
sądzi. Mało jest zarzutów, na które olbrzymia więk-
szość ludzi zasługiwałaby mniej, niż zarzut zbytniego
przywiązania do wygód, który czynią im ascetyczni
moraliści; stokroć słuszniejszy byłby zarzut przeciw-
ny... Co więcej, godną uwagi cechą natury ludzkiej jest,
że im mniejsze człowiek ma wykształcenie i mniej
posiada środków, w tym mniejszym stopniu odczuwa
pragnienie zdobycia -ich. Właśnie największym nędza-
rzom, dzikim i najmniej oświeconym spośród ludzi,
najtrudniej jest wpoić jakieś potrzeby i z największym
tylko trudem zaszczepić im można pragnienie wyjścia
z ich stanu; (trzeba, by człowiek zapewnił już sobie
przez pracę pewien dobrobyt, zanim odczuje żywiej tę
potrzebę polepszenia swego położenia, udoskonalenia
swego bytu, którą nazywam umiłowaniem dobrobytu"
(De la liberte du travail, t. II, str. 80).
Tak więc nędza klas pracujących pochodzi na ogół
z braku serca i ducha lub, ja!k powiedział gdzieś Passy,
ze słabości, z bierności ich władz moralnych i umysło-
wych. Ten bezwład ma swe źródło w tym, że rzeczone
klasy pracujące, na wpół jeszcze dzikie, nie odczuwają
dość żywo pragnienia polepszenia swego stanu; zwraca
na to uwagę Dunoyer. Ponieważ jednak ten brak
pragnienia sam jest skutkiem nędzy, wynika stąd, że
nędza i apatia są skutkiem i przyczyną i że proletariat
obraca się w błędym kole.
Aby wyjść z tej otchłani, potrzebny jest albo do-
brobyt, to znaczy stopniowa i ciągła podwyżka płac,
albo inteligencja i odwaga, to znaczy stopniowy roz-
wój zdolności: dwie rzeczy krańcowo przeciwstawne
poniżeniu duszy i ciała, które jest naturalnym skutkiem
podziału pracy. Niedola proletariatu ma więc charak-
ter w pełni opatrznościowy; podjąć zaś pracę nad jej
usunięciem to, w pojęciu ekonomii politycznej, wywo-
łać rewolucyjną burzę.
Albowiem świadomość powszechna, znajdując wyraz
na przemian w egoizmie bogaczy i w apatii proleta-
riatu, nie bez głębokiej racji, zaczerpniętej z najwyższych
względów moralnych, odmawia ludzkiego wy-
nagrodzenia temu, kto spełnia jedynie czynność dźwig-
ni i sprężyny. Gdyby, co jest zresztą niemożliwe,
dobrobyt materialny mógł przypaść w udziale robot-
nikowi wykonującemu stale przydzieloną mu czynność,
nastąpiłaby rzecz potworna: robotnicy zatrudnieni przy
odpychających pracach staliby się podobni Rzymianom
opływającym w bogactwa tego świata, których stępio-
na inteligencja straciła zdolność nawet do wymyślania
nowych sposobów używania. Dobrobyt bez wykształ-
cenia ogłupia lud i czyni go bezczelnym: spostrzeżenie
to uczyniono już w głębokiej starożytności. Incrassa-
tus est et recalcitratus, czytamy w Deuteronornium,^.
Zresztą, robotnik, który wykonuje stale przydzieloną
mu czynność, sam wydał na siebie wyrok: jest zadowo-
lony, byleby miał zapewniony chleb, sen na barłogu
i pijaństwo w niedzielę; wszelkie inne położenie było-
by dlań szkodliwe i zakłóciłoby porządek publiczny.
W Lyonie istnieje pewna grupa ludzi, którzy dzięki
zapewnionemu im przez władze miejskie monopolowi
otrzymują wynagrodzenie przewyższające zarobki pro-
fesorów uniwersytetu i szefów kancelarii ministerstw;
są to tragarze. Ceny załadunku i wyładunku w niektó-
rych przystaniach Lyonu, zgodnie z taryfą „Rigues"47,
to znaczy spółek tragarzy, wynoszą 30 centymów za
100 kilogramów. Przy tej stawce nie należy do rzadkoś-
ci, by jeden człowiek zarabiał 12, 15, a nawet 20 fran-
ków dziennie: w tym celu trzeba tylko przenieść czter-
dzieści lub pięćdziesiąt worków ze statku do składu.
Jest to kwestia kilku godzin. Cóż za sprzyjające warun-
ki dla rozwoju inteligencji, tak u dzieci, jak i u ojców,
gdyby dostatek sam przez się i przez to, że zapewnia
wolny czas, był czynnikiem umoralniającym. Ale nic
podobnego: lyońscy tragarze są dziś tacy, jacy byli
zawsze: są pijakami, rozpustnikami, grubianami, zuch-
walcami, egoistami i tchórzami. Mówię o tym z przy-
krością, lecz uważam za swój obowiązek oświadczyć
to, co jest prawdą: jedną z pierwszych reform, jakie
należałoby przeprowadzić wśród klas pracujących, jest
zmniejszenie zarobków pewnych grup i jednoczesna
podwyżka zarobków innych grup. Monopol nie staje
się bardziej godny szacunku przez to tylko, że należy
do najniższych warstw ludu, zwłaszcza jeśli służy je-
dynie podtrzymywaniu najbardziej niskiego indywidua-
lizmu. Rozruchy wśród robotników przemysłu jedwab-
niczego spotkały się z brakiem przychylności, a nawet
wrogością ze strony tragarzy i w ogóle wszystkich pra-
cowników rzecznych. Nic, co się 'dzieje poiza przysta-
niami, nie jest w stanie ich wzruszyć. Te zwierzęta
robocze, przyzwyczajone od dawna do despotyzmu, nie
wmieszają się nigdy do polityki, 'byleby utrzymano ich
przywileje. Muszę jednak powiedzieć na ich usprawied-
liwienie, że od czasu, kiedy prawa konkurencji zaczy-
nają naruszać stawki, w tych z gruba ciosanych natu-
rach poczęły się budzić bardziej społeczne uczucia:
jeszcze kilka obniżek, odrobina nędzy, a lyońskie ,,Ri-
gues" staną się doborowymi oddziałami, gdy trzeba bę-
dzie uderzyć na Bastylię.
Krótko mówiąc, jest rzeczą niemożliwą i sprzeczną,
by przy obecnym systemie społecznym proletariat mógł
osiągnąć dobrobyt przez wykształcenie czy też wy-
kształcenie przez dobrobyt. Pomijając bowiem to, że
proletariusz, człowiek-maszyna, jest równie niezdolny
do ponoszenia ciężaru dostatków, jak i wykształcenia,
dowiedzione zostało, z jednej strony, iż płaca jego
wykazuje zawsze tendencję raczej zniżkową niż
zwyżkową; z drugiej zaś, że gdyby nawet mógł
kształcić swą inteligencję, byłoby to dlań bezużytecz-
ne; i ttym sposobem proletariusz pogrąża się nieustan-
nie i coraz bardziej w barbarzyństwie i nędzy. Wszel-
kie próby podjęte w ostatnich czasach w Anglii i Fran-
cji celem polepszenia losu klas ubogich w zakresie
pracy dzieci i kobiet oraz nauczania podstawowego
przeprowadzone zostały wbrew danym ekonomicznym
i ze szkodą dla ustalonego porządku, jeśli nie były
wręcz owocem ukrytych zamysłów radykalizmu. Dla
mas pracujących postęp pozostał księgą zamkniętą na
siedem pieczęci; bezsensowne ustawy z pewnością nie
pozwolą rozwiązać tej nieubłaganej zagadki.
Zresztą, jeśli ekonomiści zakrzepli w swojej rutynie
utracili w końcu nawet zdolność rozumienia zjawisk
społecznych, nie można powiedzieć, by socjaliści lepiej
rozwiązali sprzeczność wynikającą z podziału pracy.
Wprost przeciwnie, zatrzymali się na negacji; czyż bo-
wiem nie poprzestaje na negacji ten, kto przeciwsta-
wia, na przykład, jednostajności pracy rozczłonkowa-
nej rzekomą różnorodność, polegającą na tym, że każdy
mógłby zmieniać zajęcie dziesięć, piętnaście, dwadzieś-
cia, dowolną ilość razy w ciągu jednego dnia; jak
gdyby zmieniając dziesięć, piętnaście, dwadzieścia razy
dziennie przedmiot cząstkowej czynności dokonywało
się syntezy pracy; jak gdyby, w następstwie tego, dwa-
dzieścia ułamków dnia wyrobnika mogło dać równo-
wartość dnia artysty. Gdyby nawet udało się wprowa-
dzić w życie tę akrobację przemysłową — a można
z góry stwierdzić, że musiałaby ustąpić przed koniecz-
nością uczynienia robotników odpowiedzialnymi, a ich
czynności osobistymi — nie przyniosłoby to żadnej
zmiany w położeniu fizycznym, moralnym i
intelektualnym robotnika; co najwyżej, rozpraszając go,
mo-
głoby spowodować większą jeszcze jego niezdolność,
a co za tym idzie — większe uzależnienie. Zdanie to
podzielają, co więcej, organizatorzy, tak komuniści, jak
i inni. Wszyscy oni tak dalece nie roszczą sobie preten-
sji do rozwiązania sprzeczności tkwiących w podziale
pracy, że za zasadniczy warunek organizacji przyj-
mują hierarchię pracy, to znaczy klasyfikację robot-
ników na takich, którzy wykonują pracę cząstkową,
i takich, którzy wykonują pracę całkowitą lub synte-
tyczną; osią wszystkich systemów utopijnych jest zróż-
nicowanie zdolności, podstawa czy też odwieczny pre-
tekst nierówności majątkowej. Reformatorzy, których
plany odznaczają się jedynie logiką i którzy po de-
klamatorskich wystąpieniach przeciw nadmiernemu
uproszczeniu, monotonii, jednostajności i rozczłonkowa-
niu pracy wysuwają propozycję, żeby mnogość speł-
niała rolę syntezy, tacy wynalazcy zasługują na odda-
nie pod sąd i odesłanie z powrotem do szkoły.
A ty, krytyku, zapyta bez wątpienia czytelnik, jakież
znajdujesz rozwiązanie? Zechciej pokazać nam synte-
zę, która przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedzial-
ności, osobowości, jednym słowem, specjalności robot-
nika, mogłaby połączyć najdalej posunięty podział
i największą różnorodność w złożoną i harmonijną
całość.
Mam na to gotową odpowiedź: badajmy fakty, szu-
kajmy wskazówek w dziejach ludzkości; nie ma lepsze-
go przewodnika. Podział pracy jest faktem ekonomicz-
nym o największym, poza wahaniami wartości, wpły-
wie na zyski i płace. Jest to pierwsza tyczka miernicza
zatknięta przez Opatrzność na gruncie wytwórczości,
punkt wyjścia olbrzymiej triangulacji, której ostatecznym
celem jest określenie praw i obowiązków każde-
go człowieka i całej ludzkości. Postępujmy więc dalej
za znakami wytyczającymi nam drogę; porzucając je,
moglibyśmy tylko zabłądzić i zgubić się:
Tu longe seąuere, et vestigia semper adora.
Rozdział czwarty

EPOKA DRUGA — MASZYNY

„Z głębokim żalem ujrzałam, że w fabrycznych okrę-


gach kraju nadal panuje nędza".
Słowa królowej Wiktorii na otwarciu sesji parla-
mentu.
Jeśli cokolwiek dać może władcom do myślenia, to
właśnie to, że będąc bardziej lub mniej nieczułymi
świadkami nieszczęść ludzkich, żadną miarą nie są
w stanie, wskutek samego ustroju społeczeństwa i na-
tury swej władzy, uleczyć cierpień narodów; nie wol-
no im nawet zajmować się nimi. Wszelkie zagadnienia
dotyczące pracy i płacy, mówią zgodnie teoretycy eko-
nomii i ustroju przedstawicielskiego, powinny znajdo-
wać , się poza zasięgiem uprawnień władzy. Ze swych
prześwietnych wyżyn, na które wyniosła ich religia,
królowie, władcy, książęta, wszystkie potęgi i całe woj-
sko niebieskie patrzą na nawałnice społeczne, które do
nich nie mają dostępu; władza ich nie rozciąga się na
wichry i fale. Królowie nic nie mogą uczynić dla ura-
towania śmiertelników. I, po prawdzie, ci teoretycy
mają rację: książę ustanowiony jest dla utrzymywania
porządku, nie zaś dla dokonywania przewrotów; dla
ochrony rzeczywistości, a nie dla wprowadzania utopii.
Jest on wyrazem jednego z przeciwieństw; stwarzając
tedy harmonię, wyeliminowałby sam siebie, co byłoby
z jego strony posunięciem w najwyższym stopniu nie-
konstytutywnym i absurdalnym.
Wbrew jednak teoriom postępy myśli powodują
ciągłe zmiany w zewnętrznej formie instytucji i spra-
wiają, że stale wyłaniają się potrzeby czegoś, czego
prawodawca ani nie chciał, ani nawet nie przewidział;
na przykład, zagadnienia podatkowe stają się proble-
mami repartycji; zagadnienia użyteczności publicznej
przekształcają się w zagadnienia robót państwowych
i organizacji przemysłu; zagadnienia finansowe przy-
bierają postać operacji kredytowych; zagadnienia pra-
wa międzynarodowego stają się zagadnieniami ceł
i rynków zbytu. Wynika stąd, że władza księcia —
który zgodnie z teorią nie powinien nigdy mieszać się
do tych spraw, stających się jednak wbrew przewidy-
waniom teorii nieuchronnie i z każdym dniem w coraz
większym stopniu przedmiotem rządów — jest i może
być już tylko, cokolwiek by powiedziano, hipotezą
i fikcją, podobnie jak bóstwo, którego jest kontynua-
cją-
Wreszcie, ponieważ niepodobna, by książę, a z nim
interesy, do których obrony jest powołany, ustąpił
i unicestwił sam siebie w obliczu wyłaniających się za-
sad i tworzących się nowych praw, wynika stąd, iż po-
stęp, utorowawszy sobie niepostrzeżenie drogę w umy-
słach, dokonuje się w społeczeństwie poprzez wstrząsy,
siła zaś, wbrew oszczerstwom, jakich jest przedmio-
tem, stanowi warunek sine qua non wszelkich prze-
mian. Społeczeństwo, w którym stłumione zostały siły
rewolucyjne, jest społeczeństwem umarłym dla poste
pu; historia nie zna prawdy, która byłaby pewniej
dowiedziona.
To, co mówię o monarchiach konstytucyjnych, jest
równie prawdziwe w odniesieniu do demokracji z sy-
stemem przedstawicielskim; wszędzie umowa społeczna
związała władzę i sprzysięgła się przeciw życiu, a pra-
wodawca nie mógł ani przewidzieć, że pracuje ze szko-
dą dla swego celu, ani też postępować inaczej.
Politowania godni aktorzy komedii parlamentarnych,
monarchowie i posłowie, oto czym jesteście: talizmana-
mi ochronnymi przeciw przyszłości. Każdy rok przy-
nosi wam narzekania ludu; a gdy spytać was o sposób
na te bolączki, mądrość wasza zakrywa swe oblicze.
Jeśli trzeba podeprzeć przywileje, to znaczy uświęcone
prawo silniejszego, które was wydało i które zmienia
się z każdym dniem — natychmiast, na najlżejsze wa-
sze skinienie, całe zastępy podnoszą się, chwytają za
broń i stają w szyku bojowym. Kiedy zaś lud skarży
się, iż mimo że pracuje — właśnie dlatego, że pracu-
je — zżera go nędza, kiedy społeczeństwo błaga was
o środki do życia, recytujecie mu akty miłosierdzia.
Całą waszą energię zużywacie na nieruchome trwanie,
cała wasza cnota wyczerpuje się w aspiracjach. Jak fa-
ryzeusz, zamiast żywić waszego ojca, modlicie się zań.
Ach, powiadam wam, znamy tajemnicę waszego powo-
łania: istniejecie tylko po to, żeby przeszkadzać nam
żyć. Nolite ergo imperare — idźcie precz!...
My zaś, którzy pojmujemy najzupełniej odmiennie
misję władzy; my, którzy chcemy, by szczególnym za-
daniem rządu było właśnie wybieganie w przyszłość,
szukanie postępu, zapewnienie wszystkim wolności,
równości, zdrowia i bogactwa, odważnie prowadźmy
dalej naszą krytykę, ufając, że kiedy obnażymy źródło
choroby społeczeństwa, powód jego stanów gorączko-
wych, przyczynę wstrząśnień, nie zabraknie nam sił,
by zastosować lekarstwo.

§I

O roli maszyn w stosunku do wolności

Wprowadzenie maszyn do przemysłu dokonuje się


wbrew prawu podziału i jak gdyby dla przywrócenia
równowagi do głębi przez to prawo zachwianej. Aby
właściwie ocenić doniosłość tego ruchu i uchwycić je-
go istotę, niezbędne jest poczynienie kilku ogólnych
uwag.
Po zgromadzeniu i uporządkowaniu materiałów do
dziejów filozofii współcześni filozofowie na skutek
charakteru swych prac zająć się musieli również hi-
storią; ujrzeli wówczas, nie bez zdziwienia, że historia
filozofii jest w gruncie rzeczy tym samym co filozofia
historii; co więcej, że te dwa kierunki dociekań, pozor-
nie tak różne, historia filozofii i filozofia historii, są
tylko inscenizacją koncepcji metafizyki, w której mie-
ści się cała filozofia.
Otóż jeśli podzielić materiał historii powszechnej na
pewną ilość działów, takich jak nauki matematyczne,
historia naturalna, ekonomia społeczna itd., to okazuje
się, że każdy z tych działów zawiera również metafi-
zykę. Podobnie rzecz się ma z każdym, aż do najdrob-
niejszego, podziałem historii; tak że u podstaw każde-
go przejawu przyrody czy wytwórczości, bez względu
na ich rozmiary i jakość, spoczywa cała filozofia; aby
wznieść się do najwznioślejszych pojęć filozoficznych,
można więc posługiwać się z równym powodzeniem
wszystkimi paradygmatami; wreszcie, skoro w naj-
skromniejszym rzemiośle, tak jak i w najbardziej ogól-
nych naukach odnaleźć można wszystkie postulaty ro-
zumu, to dla uczynienia każdego rzemieślnika filozo-
fem, czyli umysłem uogólniającym i wysoce syntetycz-
nym, wystarczyłoby wyuczyć go... jego zawodu.
To prawda, że dotychczas filozofia, podobnie jak bo-
gactwo, była wyłącznym udziałem pewnych kast: ma-
my filozofię historii, filozofię prawa i kilka innych
jeszcze filozofii; jest to jeden z rodzajów przywłaszcze-
nia, który, podobnie jak wiele innych równie szlachet-
nego pochodzenia, musi zniknąć. Aby jednak urzeczy-
wistnić to olbrzymie zrównanie, trzeba zacząć od filo-
zofii pracy, po czym każdy pracujący będzie mógł
zająć się z kolei filozofią swego stanu.
Skoro więc każdy p-rodukt sztuki i przemysłu, każdy
system polityczny i religijny, każdy twór organiczny
czy nieorganiczny jest jedynie urzeczywistnieniem, na-
turalnym lub praktycznym zastosowaniem filozofii, do-
wodzi to tożsamości praw przyrody i rozumu, bytu
l idei49; gdy zaś z naszej strony stwierdzamy stałą
zgodność zjawisk ekonomicznych z prawami czystej
myśli, równoważność rzeczywistości i ideału w spra-
wach ludzkich, to przeprowadzamy tym sposobem
w odniesieniu do szczególnego przypadku ten sam od-
wieczny dowód.
Cóż bowiem, w rzeczy samej, twierdzimy?
Aby określić wartość, innymi słowy, by zorganizo-
wać produkcję i podział bogactw, społeczeństwo obiera
dokładnie taką samą drogę, jaką kroczy rozum w kształ-
towaniu pojęć. Z początku ustanawia pierwszy fakt,
wysuwa pierwszą hipotezę — podział pracy, prawdzi-
wą antynomię, której antagonistyczne skutki przejawiają
się w ekonomii społecznej w taki sam sposób,
w jaki umysł mógłby wydedukować jej następstwa;
rozwój przemysłu, postępując we wszystkim za deduk-
cją pojęć, dzieli się na dwa prądy, jeden złożony ze
skutków pożytecznych, drugi z następstw niszczyciel-
skich; wszystkie te konsekwencje są jednak równie ko-
nieczne i stanowią prawidłowy produkt tego samego
prawa. Aby nadać harmonijną postać tej zasadzie o po-
dwójnym obliczu i usunąć tę sprzeczność, społeczeń-
stwo wyprowadza z niej drugą sprzeczność, za którą
wkrótce pójdzie trzecia; i taką oto drogą iść będzie
geniusz społeczny aż do chwili, gdy wyczerpawszy
wszystkie swe sprzeczności — zakładam, że sprzecz-
ności w rozwoju ludzkości mają kres, dowód na to jed-
nak nie istnieje — wróci jednym skokiem na swoje
poprzednie pozycje i w jednej formule rozwiąże wszy-
stkie zagadnienia.
Posługując się w naszym wykładzie tą metodą rów-
noległego rozwoju rzeczywistości i idei, odnosimy po-
dwójną korzyść: tę, po pierwsze, że unikamy zarzutu
materializmu, jaki tak często spotyka ekonomistów, dla
których fakty są prawdą przez to samo, że są faktami,
i to faktami materialnymi. Dla nas, przeciwnie, fakty
bynajmniej nie są materią, gdyż nie wiemy, co ozna-
cza słowo materia, lecz widzialnymi przejawami nie-
widzialnych idei50. Z tego też powodu fakty stanowią
dowód tylko wedle miary idei, którą reprezentują; oto
dlaczego odrzuciliśmy wartość użytkową i wartość wy-
mienną, a następnie i sam podział pracy jako niepra-
womocne i tymczasowe, mimo iż ekonomiści uważają
je za absolutnie obowiązujące.
Z drugiej strony, nie sposób już oskarżać nas o spi-
rytualizm, idealizm czy mistycyzm, przyjmując bowiem za
jedyny punkt wyjścia zewnętrzny przejaw idei, idei,
o której nic nie wierny, która nie istnieje dopóty, dopó-
ki nie znajdzie odbicia, podobnie jak światło, które by-
łoby niczym, gdyby słońce zawieszone było samotnie
w nieskończonej pustce; odrzucając wszelkie a priori
teogoniczne i kosmogoniczne badania dotyczące sub-
stancji, przyczyny, ja i nie-ja, ograniczamy się do po-
szukiwania praw bytu i do śledzenia systemu jego
przejawów, posuwając się tak daleko, jak tylko rozum
może sięgnąć.
Bez wątpienia, wszelkie poznanie w gruncie rzeczy
zatrzymuje się przed jakąś tajemnicą, taką na przy-
kład, jak materia i duch, które przyjmujemy za dwie
nieznane zasady i podstawy wszystkich zjawisk. Nie
znaczy to jednak bynajmniej, aby tajemnica była
punktem wyjścia poznania, ani też, by mistycyzm był
koniecznym warunkiem logiki; wprost przeciwnie, ro-
zum nasz samorzutnie dąży do nieustannego odrzuca-
nia mistycyzmu; występuje a priori przeciw wszelkiej
tajemnicy, ponieważ tajemnica nie jest rozumowi do
niczego przydatna i może on jej tylko zaprzeczyć; prze-
czenie zaś mistycyzmowi jest jedyną rzeczą, która nie
wymaga od rozumu doświadczenia.
Słowem, ludzkie fakty są wcieleniem ludzkich idei;
stąd też badać prawa ekonomii społecznej — to budo-
wać teorię praw rozumu i tworzyć filozofię. Możemy
teraz prowadzić dalej nasze dociekania.
Na końcu poprzedniego rozdziału zostawiliśmy ro-
botnika w zmaganiach z prawem podziału; jaki sposób
znajdzie ten niestrudzony Edyp, by rozwiązać tę za-
gadkę?
Nieustanne pojawianie się w społeczeństwie maszyn
jest antytezą, odwrotnością podziału pracy; jest to protest
geniuszu przemysłowego przeciw rozczłonkowanej
i zabójczej dla człowieka pracy. Czym jest 'bowiem ma-
szyna? Sposobem połączenia różnych części pracy, któ-
re rozłączył podział. Każdą maszynę można zdefinio-
wać jako zespolenie szeregu czynności, uproszczenie
środków, kondensację pracy, obniżkę kosztów. Pod
wszystkimi tymi względami maszyna jest przeciwień-
stwem podziału. Dzięki maszynie więc dokona się od-
rodzenie człowieka, którego udziałem stała się praca
cząstkowa; robotnik dozna ulgi w trudach, nastąpi
zniżka cen produktów, przesunięcia w stosunkach war-
tości, postęp ku nowym odkryciom, wzrost ogólnego
dobrobytu.
Podobnie jak odkrycie jakiejś formuły wkłada nową
moc w ręce matematyka, tak też wynalazek maszyny,
ograniczając pracę ręczną, pomnaża siły wytwórcy;
i mniemać można, iż jeśli nawet antynomia podziału
pracy nie zostanie tym sposobem całkowicie przezwy-
ciężona, to ulegnie zrównoważeniu i neutralizacji. War-
to przeczytać u Chevaliera o niezliczonych korzyściach,
jakie odnosi społeczeństwo z zastosowania maszyn; jest
to porywający obraz, do którego z przyjemnością od-
syłam czytelnika.
Maszyny, które w ekonomii politycznej występują
jako sprzeczne z podziałem pracy, są odpowiednikiem
syntezy przeciwstawiającej się w umyśle ludzkim ana-
lizie; i podobnie jak w podziale pracy i w maszynach
zawiera się cała ekonomia polityczna, o czym się
wkrótce przekonamy, tak też w analizie i syntezie
mieści się cała logika i filozofia. W procesie pracy ko-
nieczność zmusza człowieka do kolejnego wprowadza-
nia podziałów pracy i narzędzi; podobnie ten, kto ro-
zumuje, musi koniecznie posługiwać się kolejno syntezą i
analizą, i niczym, ale to niczym więcej. Ani praca,
ani rozum nie posuną się nigdy dalej: Prometeusz, po-
dobnie jak Neptun, w trzech krokach dosięga krańca
świata.
Te zasady, równie proste, równie jasne jak aksjo-
maty, pociągają za sobą wiele doniosłych konsekwencji.
Ponieważ w procesie myślenia analiza i synteza są
z zasady nierozłączne; ponieważ, z drugiej strony, teoria
jest słuszna o tyle tylko, o ile postępuje krok w krok
za doświadczeniem, to wynika stąd, że praca, która ze-
spala analizę i syntezę, teorię i doświadczenie w jedno-
lite działanie, praca, która jest zewnętrzną formą logi-
ki, a tym samym połączeniem rzeczywistości i idei,
przedstawia się nam ponownie jako powszechny spo-
sób nauczania. Fit fabricando faber; ze wszystkich sy-
stemów kształcenia najbardziej absurdalny jest ten,
który rozdziela inteligencję i działanie i przepoławia
człowieka na dwa niemożliwe byty: jeden, który tylko
myśli, i drugi, który jest automatem. Dlatego to popie-
ramy słuszne skargi Chevaliera, Dunoyer a i wszystkich
tych, którzy żądają reformy szkolnictwa wyższego; na
tym także opieramy nadzieję, iż reforma ta przyniesie
takie wyniki, jakich od niej oczekujemy. Gdyby kształ-
cenie miało nade wszystko charakter doświadczalny
i praktyczny, a wykład miał na celu jedynie wyjaśnia-
nie pracy, zestawienia i koordynację jej elementów,
gdyby temu, kto nie może przyswoić sobie wiadomości
poprzez wyobraźnię i pamięć, pozwalano uczyć się za
pośrednictwem oczu i rąk, to wkrótce, wraz z formami
pracy, pomnożyłyby się również zdolności; znając teorię
jakiegoś przedmiotu, każdy tym samym władałby ję-
zykiem filozofii; przy sprzyjających okolicznościach
mógłby, choć raz w życiu stworzyć coś, zmienić,
udoskonalić, dać dowody inteligencji i pojętności, wy-
pracować swoje arcydzieło, słowem: okazać się czło-
wiekiem. Nierówność zasobów pamięci nie przeszka-
dzałaby wówczas równowartości uzdolnień, talent zaś
wydawałby się nam już tylko tym, czym jest w istocie,
to znaczy zdrowiem umysłu.
Wśród osiemnastowiecznych pięknoduchów toczyły
się długie dysputy nad tym, co składa się na talent,
czym różni się on od zdolności, co należy rozumieć
przez rozum itd. Przeniesiono w sferę intelektualną te
same rozróżnienia, które dzieliły ludzi w społeczeń-
stwie. Twierdzono, że istnieją talenty królewskie
i władcze, talenty książęce, talenty ministerialne; na-
stępnie rozumy szlacheckie i rozumy mieszczańskie,
zdolności miejskie i zdolności wiejskie. Na samym dole
drabiny znajdować się miał nieokrzesany tłum dusz
przedsiębiorczych, zaledwie z grubsza ociosanych i wy-
łączonych z chwały wybrańców. Retoryka pełna jest
jeszcze tych zuchwalstw, którym interes monarchii,
próżność ludzi wykształconych i hipokryzja socjalistów
starają się zapewnić nasze zaufanie gwoli wiecznego
niewolnictwa narodów i podtrzymania porządku rze-
czy.
Jeśli jednak dowiedzione zostało, że wszystkie dzia-
łania umysłu sprowadzają się do dwóch, analizy i syn-
tezy, które są z konieczności nierozdzielne, jakkolwiek
odrębne; jeśli nieuniknioną konsekwencją tego jest, że
pomimo nieskończonej różnorodności prac i studiów,
umysł tka wiecznie od nowa tę samą tkaninę, to czło-
wiek genialny jest niczym innym jak tylko człowie-
kiem o prawidłowej strukturze fizycznej i duchowej,
który wiele pracował, wiele rozmyślał, wiele analizowiał
i wnioskował; istota zaś ograniczona, która niezmiennie
gnuś-
nieje w rutynie, zamiast rozwijać swe zdolności, zabiła
swoją inteligencję biernością i automatyzmem. Niedo-
rzecznością jest uważać za różne z natury to, co w rze-
czywistości różni się tylko w czasie, a następnie prze-
istaczać w przywilej i uznawać wyłączność różnych
stopni rozwoju, które dzięki pracy i wykształceniu mu-
szą z biegiem czasu zatrzeć się i zniknąć.
Wymowni psychologowie, którzy podzielili dusze
ludzkie na dynastie, rody szlacheckie, rodziny miesz-
czańskie i proletariat, zauważyli jednak, że talent by-
najmniej nie bywa wszechstronny i że ogranicza się
do pewnej specjalności; co za tym idzie, ogłosili Ho-
mera, Platona, Fidiasza, Archimedesa, Cezara itd.,
z których każdy wydawał się im pierwszy w swoim
rodzaju, równymi sobie i panującymi nad odrębnymi
królestwami. Cóż za niekonsekwencja! Tak jakby spe-
cjalizacja talentu nie dowodziła właśnie prawa rów-
ności inteligencji! I jak gdyby, z drugiej strony, stałe
powodzenie geniuszu w twórczości nie było dowodem,
iż postępuje on wedle obcych mu zasad, które są rękoj-
mią doskonałości jego dzieł tak długo, dopóki wiernie
i pewnie do nich się stosuje. Ta apoteoza geniuszu, o ja-
kiej śnią z otwartymi oczyma ludzie, których bełkot
zawsze pozostawał jałowy, mogłaby ugruntować prze-
konanie o wrodzonej głupocie większości śmiertelni-
ków, gdyby nie była jaskrawym dowodem ich zdolności
do doskonalenia się.
Tak więc praca, po zróżnicowaniu zdolności i przy-
gotowaniu warunków dla ich równowagi poprzez po-
dział rzemiosł, uzupełnia, jeśli wolno mi się tak wy-
razić, uzbrojenie inteligencji zastosowaniem maszyn.
Historia i wyniki analizy świadczą o tym, że mimo
anomalii wywołanych przeciwieństwem zasad ekono-
micznych, różnice inteligencji między ludźmi dotyczą
nie jej siły, jasności czy rozmiarów, ale specjalizacji,
kierunku, czyli, jak powiada szkoła, polegają na zde-
terminowaniu jakościowym inteligencji; po drugie zaś
wyrażają się w stopniu jej wyćwiczenia i wykształ-
cenia. A więc zarówno u jednostki, jak i u człowieka
zbiorowego inteligencja jest w znacznie większym stop-
niu władzą nabytą, która kształtuje się i rozwija, quae
fit, niż bytem czy entelechią całkowicie uformowaną
przed wszelką praktyką. Rozum, jakkolwiek byśmy go
nazwali, geniuszem, talentem, pomysłowością, jest
w punkcie wyjścia nagą i bezwładną potencją, która
rośnie, wzmacnia się, zabarwia, ulega determinacji
i nabiera niezliczonych odcieni. Ze względu na zdobytą
wiedzę, która jest kapitałem inteligencji, istnieją i zaw-
sze istnieć będą różnice między poszczególnymi jed-
nostkami; ale w stosunku do inteligencji jako władzy
pierwotnie równej u Wszystkich ludzi postęp społeczny
powinien polegać na nieustannym doskonaleniu jej, tak
aby wreszcie stała się znowu równa u wszystkich;
w przeciwnym wypadku praca pozostałaby dla jednych
przywilejem, a dla innych karą.
Jednak równowaga zdolności, do której przygrywką
był podział pracy, nie stanowi jedynego przeznaczenia
maszyn; zamysły Opatrzności sięgają o wiele dalej.
Wraz z wprowadzeniem maszyn do przemysłu zaczyna
się rozkwit wolności.
Maszyna jest symbolem wolności człowieka, insyg-
nium naszego panowania nad naturą, atrybutem naszej
potęgi, wyrazem naszych praw, godłem naszej osobo-
wości. A przecież wolność i inteligencja — to całe czło-
wieczeństwo; jeśli bowiem odrzucamy jako mistyczne i
niezrozumiałe wszelkie spekulacje dotyczące istoty
ludzkiej rozpatrywanej z punktu widzenia substancji
(ducha lub materii), pozostają nam dwie tylko kate-
gorie przejawów, z których pierwsza obejmuje to, co
nazywamy doznaniami, aktami woli, namiętnościami,
pociągami, instynktami, uczuciami, druga zaś wszystkie
zjawiska sklasyfikowane pod nazwą uwagi, postrzega-
nia, pamięci, wyobraźni, porównywania, wydawania
sądów, rozumowania itd. Co do ustroju organicznego
człowieka, to nie tylko nie jest on podstawą czy pod-
łożem tych dwóch rodzajów władz, lecz uważać go
należy za ich syntetyczną i pozytywną realizację, ży-
wy i harmonijny ich wyraz. Podobnie bowiem jak
z wyłonionych w ciągu stuleci przez ludzkość sprzecz-
nych zasad musi kiedyś wyniknąć organizacja społecz-
na, tak też i człowieka pojmować należy jako wynik
dwóch szeregów sił potencjalnych.
Tym sposobem ekonomia społeczna, która początko-
wo przedstawiała się nam jako logika, w dalszym swo-
im rozwoju przedstawia się z kolei jako psychologia.
Kształcenie inteligencji i wolności, jednym słowem
dobrobyt człowieka — pojęcia te są doskonale równo-
znaczne — oto wspólny cel ekonomii politycznej i filo-
zofii. Określenie praw produkcji i podziału bogactw
będzie polegało na przedstawieniu w obiektywnym
i konkretnym wykładzie dowodu praw rozumu i wol-
ności, na stworzeniu a posteriori filozofii i prawa; i tak,
w jakąkolwiek zwrócimy się stronę, zawsze dochodzi-
my do metafizyki w całym tego słowa znaczeniu.
Spróbujmy teraz przy pomocy danych dostarczo-
nych nam przez psychologię i ekonomię polityczną
zdefiniować wolność.
Jeśli wolno pojmować rozum ludzki u jego początków
jako obdarzony świadomością i zdolnością myśle-
nia atom, który kiedyś wyobrażać będzie wszechświat,
lecz w pierwszej chwili jest próżnią, nie odbijającą
żadnego obrazu, to podobnie uważać można wolność
u początków świadomości za żyjący punkt, punctum
saliens, nieokreśloną, ślepą lub raczej obojętną moc
spontaniczną, zdolną do przyjęcia wszelkich możliwych
wrażeń, upodobań i skłonności. Wolność jest to moc
działania lub niedziałania, która poprzez wybór lub
jakąkolwiek determinację (używam tu słowa determi-
nacja w znaczeniu zarazem czynnym i biernym) prze-
staje być obojętna i staje się wolą.
Powiadam więc, iż wolność, podobnie jak inteligen-
cja, jest z natury władzą nieokreśloną, bezkształtną,
której wartość i charakter określić muszą wrażenia
zewnętrzne; a więc jest władzą początkowo negatyw-
ną, która jednak powoli staje się określona i zaryso-
wuje się dzięki ćwiczeniu, to jest dzięki kształceniu.
Etymologia słowa liberte [wolność], tak przynaj-
mniej, jak ją rozumiem, pozwoli lepiej jeszcze pojąć
moją myśl. Rdzeń tego słowa to lib-et, podoba się (por.
niem. lieben, kochać); utworzono zeń lib-eri, dzieci, ci,
którzy są nam drodzy, nazwa przysługująca dzieciom
ojca rodziny; lib-ertas, stan, charakter lub skłonność
dzieci szlachetnego pochodzenia; lib-ido, namiętność
niewolnicza, która nie uznaje ani Boga, ani prawa, ani
ojczyzny, synonim słowa licentia, złe prowadzenie się.
Jeśli spontaniczność ulegała determinacji w kierunku
użyteczności, szlachetności, to znaczy dobra, nazywa-
no ją libertas; jeśli przeciwnie, przybierała cechy
szkodliwości, występku i podłości, a więc zła, nazywa-
no ją libido.
Uczony ekonomista Dunoyer dał definicję wolności,
która w zestawieniu z naszą ostatecznie wykaże słusz-
ność tej ostatniej.
„Nazywam wolnością władzę łatwiejszego posługi-
wania się swymi siłami, jaką człowiek zdobywa w mia-
rę uwalniania się od przeszkód, które pierwotnie utrud-
niały mu spożytkowanie tych sił. Powiadam, że czło-
wiek jest tym bardziej wolny, im bardziej wyzwala się
od przyczyn, które krępowały jego siły; im bardziej
oddala od siebie te przyczyny; im bardziej rozszerza
i oczyszcza sferę swojego działania... Tak więc mówi-
my, iż dany człowiek ma wolny umysł, że cieszy się
wielką swobodą umysłu, nie tylko wówczas, gdy inteli-
gencji jego nie krępuje żadna przemoc zewnętrzna,
lecz także wówczas, gdy nie zaciemnia jej pijaństwo,
nie zniekształca choroba i nie utrzymuje w niemocy
niedostatek ćwiczenia" 31.
Dunoyer ujął wolność jedynie od strony negatyw-
nej, to znaczy tak, jakby była ona tylko synonimem
uwalniania się od przeszkód,. Gdyby tak się rzeczy
miały, wolność nie byłaby jedną z władz człowieka, by-
łaby niczym. Wkrótce jednak udaje się Dunoyerowi,
mimo iż pozostaje przy swej niepełnej definicji, uchwy-
cić właściwą stronę zagadnienia; wówczas to powiada,
że dokonując wynalazku maszyny człowiek oddaje
przysługę swej wolności; nie dlatego wprawdzie, że
wolność tę determinuje, jak my to wyrażamy; Dunoyer
mówi, że maszyna usuwa z jej drogi jakąś przeszkodę.
„Tak więc mowa artykułowana jest lepszym narzędziem
niż mowa polegająca na dawaniu znaków; człowiek
z większą swobodą wyraża swą myśl i odciska ją
w umyśle innego człowieka słowami niż gestami. Sło-
wo pisane jest narzędziem potężniejszym niż słowo mó-
wione; bo przecież człowiek ma większą swobodę
oddziaływania na umysły bliźnich wówczas, gdy umie na-
dać słowu kształt widoczny dla oczu, niż wówczas, gdy
umie je tylko wypowiadać. Prasa drukarska jest narzę-
dziem dwieście lub trzysta razy potężniejszym od pió-
ra; człowiek posiada Wszakże dwieście lub trzysta razy
większą swobodę nawiązania stosunków z innymi ludź-
mi, gdy może rozprzestrzeniać swoje myśli drukiem,
niż gdyby pisał odręcznie".
Nie będę wytykał wszystkich nieścisłości i niezgod-
nych z logiką punktów tego sposobu przedstawiania
wolności. Od czasu Destutt de Tracy'ego, ostatniego
przedstawiciela filozofii Condillaca, zmniejszyła się
wśród ekonomistów szkoły francuskiej zdolność myśle-
nia filozoficznego; lęk przed ideologią zniekształcił ich
język; czytając ich, spostrzega się, że cześć dla faktu
wytrzebiła w nich wszelki zmysł teoretyczny. Wolę
stwierdzić, że Dunoyer, a wraz z nim ekonomia poli-
tyczna, nie pomylił się co do istoty wolności jako siły,
energii lub spontanicznej władzy, która sama w sobie
jest obojętna w stosunku do wszelkiego działania, a stąd
podatna w jednakowej mierze na wszelką determina-
cję, dobrą lub złą, pożyteczną lub szkodliwą. Dunoyer
tak dalece przeczuwa prawdę, że sam pisze: „Zamiast
uznać wolność za dogmat, przedstawię ją jako wynik;
zamiast czynić ją atrybutem człowieka, uczynię z niej
atrybut cywilizacji; zamiast szukać takich form rządów,
które by umożliwiły jej ustanowienie, wyłożę, jak
umiem najlepiej, jakim sposobem rodzi się ona
z wszystkich naszych postępów".
Następnie z nie mniejszą słusznością dorzuca:
„Czytelnik zechce zwrócić uwagę, jak dalece metoda
ta różni się od metody filozofów-dogmatyków, którzy
mówią tylko o prawach i obowiązkach, o tym, co rządy
obowiązane są robić i czego narody mają prawo się do-
magać itd. Nie powiadam w formie sentencji, że lu-
dzie mają prawo być wolni; ograniczam się do pytania:
jakim sposobem stają się wolni?"
Na podstawie tego wykładu można dzieło, którego
pragnął dokonać Dunoyer, określić w czterech wier-
szach jako przegląd przeszkód krępujących wolność
i środków (narzędzi, metod, idei, zwyczajów, religii,
rządów itd.) sprzyjających jej. Gdyby nie braki, dzieło
Dunoyera byłoby prawdziwą filozofią ekonomii poli-
tycznej.
Podniósłszy zagadnienie wolności, ekonomia politycz-
na daje nam więc jej definicję zgodną we wszystkich
punktach z definicją, którą podaje psychologia i jaka
nasuwa się w związku z analogiami językowymi; i tym
sposobem badania nad człowiekiem przenoszą się stop-
niowo z kontemplacji jego ja na obserwację rzeczy-
wistości.
Otóż podobnie jak determinacje rozumu ludzkiego
otrzymały nazwę idei (idei pierwotnych przyjętych
a priori lub zasad, koncepcji, kategorii; i idei wtórnych
lub, mówiąc dokładniej, nabytych i empirycznych), tak
determinacje wolności nazwano aktami woli, uczucia-
mi, zwyczajami, obyczajami. Następnie, w miarę jak
język, z natury Obrazowy, dostarczał elementów pier-
wotnej psychologii, weszło w zwyczaj, by za miejsce
lub władzę będącą siedliskiem idei uznawać inteligen-
cję, akty zaś woli, uczucia itd. przypisywać świado-
mości. Przez długi czas filozofowie brali wszystkie te
abstrakcje za rzeczywistość; żaden z nich nie dostrzegł,
iż wszelki podział władz duszy jest z konieczności wy-
tworem fantazji i że psychologia ich jest tylko
złudzeniem.
Jakkolwiek by się rzeczy miały, jeśli ujmiemy teraz
te dwa szeregi determinacji, rozum i wolność, jako po-
łączone i stopione organicznie w żywą, rozumną i wol-
ną osobę, to natychmiast zrozumiemy, że muszą one
wspierać się wzajemnie i wpływać na siebie. Jeśli
wskutek błędu lub nieuwagi rozumu ślepa z natury
wolność popadnie w fałszywe i zgubne przyzwyczaje-
nie, to wkrótce sam rozum odczuje tego skutki; za-
miast pojęć prawdziwych, zgodnych z naturalnymi sto-
sunkami rzeczy, wchłonie w siebie jedynie przesądy,
które następnie tym trudniej będzie wykorzenić z in-
teligencji, im bardziej świadomość przywiąże się do
nich z biegiem czasu. W tym stanie rzeczy rozum i wol-
ność doznają uszczuplenia; rozwój rozumu ulega za-
kłóceniom, a rozkwit wolności — skrępowaniu; i czło-
wiek wykoleja się, to znaczy staje się zarazem zły
i nieszczęśliwy.
Tak więc wskutek sprzecznych postrzeżeń i niepełne-
go doświadczenia rozum ogłosił ustami ekonomistów,
że nie istnieje prawo wartości, a prawem handlu jest
popyt i podaż; wówczas wolność dała się porwać ambi-
cji, egoizmowi i grze, handel stał się zwykłym zakła-
dem między stronami, zakładem podlegającym pewnym
przepisom, źródła bogactwa zaś zrodziły nędzę; socja-
lizm, będąc sam niewolnikiem rutyny, zdobył się jedy-
nie na protest przeciw skutkom, zamiast wystąpić prze-
ciw przyczynom; rozum zaś w obliczu całego tego żła
przyznać musiał, iż obrał fałszywą drogę.
Człowiek osiągnąć może dobrobyt pod tym jedynie
warunkiem, że jego rozum i jego wolność nie tylko
będą ze sobą zgodne, ale także nie zatrzymają się nigdy
w rozwoju. Ponieważ zaś wolność, podobnie jak rozum,
może dokonywać nieograniczonych postępów i
ponieważ, skądinąd, Obie te potęgi są ściśle ze sobą
powiąza-
ne i współzależne, płynie stąd wniosek, że wolność tym
jest doskonalsza, im determinacje jej bardziej są zgod-
ne z prawami rozumu, które są zarazem prawami rze-
czy; gdyby rozum był nieskończony, to wolność rów-
nież stałaby się nieskończona. Innymi słowy, pełnia
wolności zasadza się na pełni rozumu: summa lex,
summa libertas.
Te uwagi wstępne były niezbędne do właściwej oce-
ny roli maszyn i ukazania powiązań różnych stopni
rozwoju ekonomicznego. W związku z tym przypomnę
czytelnikowi, że nie jest bynajmniej naszym zamiarem
kreślić historię wedle porządku czasowego, ale według
następstwa idej. Fazy lub kategorie ekonomiczne prze-
jawiają się niekiedy jednocześnie, niekiedy zaś na prze-
mian; stąd właśnie pochodzi olbrzymia trudność usyste-
matyzowania idej, czego zawsze doświadczali ekono-
miści; stąd też chaotyczność ich dzieł, nawet tych,
które pod każdym innym względem godne są polece-
nia, jak prace A. Smitha, Ricarda i J. B. Saya. Nie-
mniej jednak teorie ekonomiczne odznaczają się logicz-
nym następstwem i przybierają postać ciągu rozumo-
wego; pochlebiamy sobie, że odkryliśmy ten właśnie
porządek, dzięki któremu praca niniejsza stanie się za-
razem filozofią i historią.
§ II

Sprzeczność maszyn.

Pochodzenie kapitału i pracy najemnej

Zmniejszając trud robotnika, maszyny skracają tym


samym czas pracy; tym sposobem z dnia na dzień
zwiększa się podaż pracy, a popyt na nią maleje.
Wprawdzie stopniowy wzrost konsumpcji spowodowa-
ny zniżką cen przywraca równowagę i wywołuje zapo-
trzebowanie na pracowników, ale ponieważ w przemy-
śle nieprzerwanie następują udoskonalenia, które ce-
chuje nieustanna dążność do zastępowania pracy ludz-
kiej działaniem maszyn, wynika stąd, że istnieje stała
tendencja do ograniczania pracy, do usuwania z pro-
dukcji pracowników.
Otóż w dziedzinie ekonomii rzeczy mają się podobnie
jak w dziedzinie ducha: poza kościołem nie ma zbawie-
nia, poza pracą nie ma środków utrzymania. Społe-
czeństwo i przyroda, jednako bezlitosne, postępują
zgodnie w wykonywaniu tego nowego wyroku.
„Gdy nowa maszyna lub, ogólnie biorąc, jakiekol-
wiek usprawnienie, powiada J. B. Say, zastępuje pra-
cę ludzką stosowaną dotychczas, wówczas pewna ilość
zręcznych rąk, których usługi z powodzeniem zostały
zastąpione, staje się bezczynna. Nowa maszyna zastę-
puje więc pracę części robotników nie uszczuplając jed-
nak liczby wyprodukowanych przedmiotów, wówczas
bowiem wystrzegano by się jej zastosowania; maszyna
przemieszcza dochód. Dalsze jednak skutki w pełni
przemawiają na korzyść maszyn: skoro bowiem obfitość
produktów i umiarkowany koszt własny powodują ob-
niżkę wartości sprzedażnej, to zyskuje na tym konsu-
ment, to znaczy wszyscy".
Optymizm Saya sprzeniewierza się logice i faktom.
Nie chodzi tu tylko o nieznaczną liczbę wypadków, ja-
kie zaszły na przestrzeni trzydziestu wieków wskutek
wprowadzenia jednej, dwóch lub trzech maszyn; cho-
dzi o zjawisko prawidłowe, stałe i powszechne. Po
przemieszczeniu dochodu, jak mówi Say, przez jedną
maszynę przemieszcza go inna, potem jeszcze inna i tak
dalej, dopóki pozostaje praca do wykonania i do-
póki może dokonywać się wymiana. Oto jak należy
przedstawiać i ujmować to zjawisko: przyznać trzeba,
że zmienia to zupełnie postać rzeczy. Przemieszczanie
dochodu, znoszenie pracy i płacy jest przewlekłą, stałą,
niezwalczoną plagą, rodzajem dżumy, która raz zjawia
się pod postacią Gutenberga, to znów przybiera rysy
Arkwrighta 52; tu nosi imię Jacąuarda 53, gdzie indziej
Jamesa Watta lub markiza de Jouffroy 5i. Potwór ten
sroży się przez dłuższy lub krótszy czas pod jedną po-
stacią, potem przybiera postać inną; ekonomiści zaś,
sądząc, że już odszedł, wykrzykują natychmiast: Nic się
nie stało! Spokojni i zadowoleni, gdy całym ciężarem
swej dialektyki podkreślą pozytywną stronę zagadnie-
nia, zamykają oczy na jego stronę niszczycielską, z tym
wszakże, że gdy znów usłyszą o nędzy, podejmują swo-
je kazania o nieprzezorności i pijaństwie robotników.
,,W roku 1750 — to spostrzeżenie Dunoyera daje peł-
ne wyobrażenie o wszystkich tego rodzaju elukubra-
cjach — w roku 1750, powtarzam, ludność księstwa
Lancaster wynosiła 300 000 dusz.
„W 1801 roku dzięki rozwojowi maszyn przędzalni-
czych ludność ta wzrosła do 672 000 dusz.
„W roku 1831 ludność wynosiła 1 336 000 dusz.
„Przemysł bawełniany zamiast 40 000 robotników,
których zatrudniał dawniej, od czasu wynalezienia ma-
szyn zatrudnia ich 1 500 000".
Dunoyer dodaje, że w tym samym czasie, gdy nastą-
piło tak znaczne zwiększenie liczby robotników zatrud-
nionych w tym przemyśle, cena pracy wzrosła półto-
rakrotnie. Liczba ludności zwiększyła się więc w ślad
za ruchem przemysłowym i wzrost jej był faktem nor-
malnym i nienagannym, co mówię? — faktem
szczęśliwym, skoro przytacza się go na cześć i chwałę
rozwoju
technicznego. Lecz nagle Dunoyer zmienia front:
wkrótce zabrakło pracy dla tego mnóstwa maszyn
przędzalniczych, co wywołało nieuchronną obniżkę
płac; maszyny opuściły ludność, którą przyciągnęły;
wówczas Dunoyer powiada: przyczyną nędzy jest nad-
mierna ilość małżeństw.
By sprostać olbrzymiemu popytowi, handel angielski
ściąga zewsząd robotników i nakłania ich do zawierania
małżeństw; dopóki praca znajduje się w obfitości, mał-
żeństwo jest rzeczą niezmiernie pożądaną, co przytacza
się z upodobaniem jako argument przemawiający na
rzecz maszyn; lecz klientela jest płynna; i z chwilą gdy
zaczyna się niedostatek pracy i płacy, podnoszą się głosy
przeciw nadmiernej ilości małżeństw i oskarża się robot-
ników o nieprzezorność. Ekonomia polityczna, to zna-
czy despotyzm właścicieli, nigdy nie może być winna:
trzeba, by winę ponosił proletariat.
Wielokrotnie przytaczano przykład przemysłu dru-
karskiego, i to zawsze jako napawający optymizmem.
Liczba osób, które żyją dziś z fabrykacji książek, jest,
być może, tysiąc razy większa od liczby kopistów i ilu-
minatorów przed Gutenbergiem; a więc, wnioskuje się
z zadowoleniem, druk nikomu nie przynosi szkody. Moż-
na by przytaczać w nieskończoność analogiczne fakty,
z których żadnemu niepodobna by zaprzeczyć, ale też
żaden z nich nie posunąłby zagadnienia ani o krok. Raz
jeszcze powtarzam: nikt nie przeczy, że maszyny przy-
czyniły się do wzrostu powszechnego dobrobytu; w od-
niesieniu do tego nieodpartego faktu twierdzę jednak,
że ekonomiści mijają się z prawdą, gdy z absolutną pew-
nością utrzymują, iż uproszczenie procesów produkcji
nigdy nie wyicołało zmniejszenia ilości rąk zatrudnionych
w jakimkolwiek przemyśle. Powinni by zamiast
tego powiedzieć, że maszyny, podobnie jak podział pra-
cy, są w obecnym systemie ekonomii społecznej i źród-
łem bogactwa, i stałą, nieuchronną przyczyną nędzy.
„W roku 1836 w pewnym warsztacie w Mancheste-
rze dziewięcioma maszynami przędzalniczymi o trzystu
dwudziestu czterech wrzecionach kierowało czterech
prządków. Następnie podwojono długość karet i umiesz-
czono na każdej sześćset osiemdziesiąt wrzecion, a wów-
czas do kierowania nimi wystarczyło dwóch ludzi".
Oto jak się przedstawia w całej swej nagości fakt wy-
pierania człowieka przez maszynę. Na skutek prostej
kombinacji usuwa się trzech robotników na czterech; cóż
stąd, że za lat pięćdziesiąt, gdy liczba mieszkańców zie-
mi wzrośnie dwukrotnie, a klientela Anglii — cztero-
krotnie, i gdy skonstruuje się nowe maszyny, angielscy
fabrykanci zatrudnią ponownie swoich robotników?
Jeśli ekonomiści chcą chełpić się tym, że dzięki maszy-
nom nastąpił wzrost ludności, niechże odrzucą teorię
Malthusa i przestaną wygłaszać tyrady przeciw nad-
miernej płodności małżeństw.
„Nie poprzestano na tym: wkrótce nowe ulepszenie
techniczne pozwoliło na poruczenie jednemu tylko ro-
botnikowi zadania, przy którym dawniej zatrudnionych
było czterech". — Ponowne zmniejszenie pracy ręcznej
o trzy czwarte: w sumie wyparcie w piętnastu szesnas-
tych pracy człowieka.
Pewien fabrykant z Boltonu pisze: „Przedłużenie ka-
ret naszych maszyn przędzalniczych pozwoliło nam za-
trudnić dwudziestu sześciu zaledwie prządków tam,
gdzie w roku 1837 zatrudnialiśmy trzydziestu pięciu". —
I tu także nastąpiło zdziesiątkowanie robotników: na
czterech przypada jedna ofiara.
Fakty te pochodzą z „Revue Economiąue" z roku
1842; podobne im mógłby wskazać każdy. Byłem świad-
kiem wprowadzenia maszyn drukarskich i mogę powie-
dzieć, że na własne oczy widziałem, jak ucierpieli na
tym drukarze. W ciągu piętnastu czy dwudziestu lat,
które upłynęły od czasu zastosowania maszyn, część
robotników przeniosła się z powrotem do składania
czcionek, inni porzucili zawód, wielu umarło z nędzy:
tak dokonuje się refusion robotników w następstwie
wprowadzonych w przemyśle innowacji. Dwadzieścia
lat temu osiemdziesiąt łodzi zaprzężonych w konie
obsługiwało żeglugę między Beaucaire a Lyonem;
wszystko to obróciło się wniwecz wobec dwudziestu
statków parowych. Z pewnością zyskał na tym handel;
lecz co się stało z marynarzami? Czy przenieśli się z ło-
dzi na statki? Nie, podzielili los ludzi ze wszystkich
upadłych rzemiosł: zostali, wyrugowani.
Zresztą, poniższe dokumenty, które zaczerpnąłem z te-
go samego źródła, dadzą dokładniejsze jeszcze wyobra-
żenie o wpływie udoskonaleń przemysłowych na los ro-
botników.
„Średnia płaca tygodniowa w Manchesterze wynosi
15 franków 50 centymów (10 szylingów). Na 450 robot-
ników mniej niż czterdziestu zarabia 25 franków". Autor
artykułu nie omieszkał zwrócić uwagi na to, że Anglik
spożywa pięć razy tyle co Francuz; jest to więc tak, jak
gdyby we Francji robotnik musiał utrzymać się za
2 franki 50 centymów tygodniowo.
„Edinburgh Review", 1835: „Wynalazek karety 35 do-
konany przez Sharpe'a i Roberta z Manchesteru za-
wdzięczamy koalicji robotników, którzy nie chcieli do-
puścić do obniżki płac; wynalazek był surową karą dla
nieostrożnych sprzymierzonych". — Ukarany zasługiwał
na karę. Wynalazek Sharpe'a i Roberta z Manchesteru
musiał zrodzić się z istniejącej sytuacji; odmowa ze stro-
ny robotników przyjęcia obniżki płac, czego od nich żą-
dano, stała się tylko okolicznością rozstrzygającą. Są-
dząc z mściwego tonu, jakiego używa „Edinburgh Re-
view", można by powiedzieć, że maszyny wywołują
skutki retroaktywne.
Pewien fabrykant angielski mówi: „Niesubordynacja
naszych robotników nasunęła nam myśl o obyciu się
bez nich. Zmobilizowaliśmy wszelkie możliwe wysiłki
inteligencji, by zastąpić pracę ludzi bardziej od nich
posłusznymi narzędziami, i dopięliśmy tego celu. Ma-
szyny uwolniły kapitał spod ucisku pracy. Jeśli gdzieś
jeszcze zatrudnimy człowieka, to tylko tymczasowo, do-
póki nie zostanie wynaleziony sposób wykonywania jego
funkcji bez jego udziału".
Cóż to za system, który sprawia, iż kupiec z rozkoszą
myśli o tym, żę już wkrótce społeczeństwo będzie się
mogło obejść bez ludzi. Maszyny uwolniły kapitał spod
ucisku pracyl To zupełnie tak, jak gdyby ministerstwo
chciało uwolnić budżet spod nacisku podatników. Sza-
lony! Robotnicy kosztują cię, lecz są twoimi odbiorcami:
cóż uczynisz ze swymi produktami, gdy wypędzeni przez
ciebie robotnicy nie będą już ich konsumować? Toteż
następstwa wprowadzenia maszyn po zmiażdżeniu ro-
botników uderzają wkrótce we właścicieli; jeśli bowiem
produkcja wyklucza konsumpcję, to niebawem i ona
musi stanąć.
„W czwartym kwartale 1841 roku cztery wielkie ban-
kructwa, które miały miejsce w pewnym fabrycznym
mieście angielskim, wyrzuciły na bruk 1720 osób". —
Przyczyną tych bankructw był nadmiar produkcji, to
znaczy skurczenie się rynku zbytu, czyli nędza ludu.
Jaka szkoda, że maszyny nie mogą uwolnić kapitału
również od nacisku konsumentów! Jakie to nieszczęście,
że maszyny nie kupują tkanin, które wyrabiają! Ideal-
nym społeczeństwem byłoby takie, w którym mógłby
istnieć handel, przemysł i rolnictwo, choć nie byłoby na
ziemi ani jednego człowieka!
,,W jednej z parafii w Yorkshire od dziewięciu mie-
sięcy robotnicy pracują zaledwie przez dwa dni w ty-
godniu". — Maszyny.
„W Geston dwie fabryki oszacowane na 60 000 funtów
szterlingów sprzedano za 26 000". —• Wytwarzały one
więcej, niż mogły sprzedać. — Maszyny.
„W roku 1841 ilość dzieci poniżej lat trzynastu za-
trudnionych w rękodzielniach zmniejszyła się, gdyż
miejsce ich zajęły dzieci powyżej lat trzynastu". — Ma-
szyny. Dorosły robotnik ponownie staje się terminato-
rem, dzieckiem; skutek ten był do przewidzenia już
w tej fazie podziału pracy, w toku której, jak zauwa-
żyliśmy, kwalifikacje robotnika obniżały się w miarę
doskonalenia się rzemiosła.
Na zakończenie dziennikarz rzuca następującą uwa-
gę: „Od roku 1836 przemysł bawełniany uwstecznia
się"; — to znaczy że nie znajduje się już na odpowied-
nim poziomie w stosunku do innych gałęzi przemysłu:
oto inny skutek, przewidziany przez teorię proporcjo-
nalności wartości.
Wydaje się, że dziś zaprzestano już koalicji i strajków
robotników na całym obszarze Anglii; ekonomiści słusz-
nie cieszą się z tego powrotu do porządku, powiedzmy
nawet do rozsądku. Czyż jednak z tego, że robotnicy nie
będą już powiększać (chciałbym przynajmniej mieć tę
nadzieję) nędzy, w jaką wtrącają ich maszyny, nędzą
płynącą z dobrowolnego bezrobocia, wynika, iż sytua
cja uległa zmianie? A skoro nie zaszły żadne zmiany
w sytuacji, to czyż przyszłość nie będzie zawsze tylko
smutnym powtórzeniem przeszłości?
Ekonomiści z upodobaniem szukają spokoju ducha
w obrazach powszechnej szczęśliwości: jest to ich znak
rozpoznawczy, i wedle niego oceniają się oni wzajem-
nie. Nie brak wśród nich wszakże i takich, których fra-
sobliwa i chora wyobraźnia zawsze jest gotowa prze-
ciwstawiać opowieściom o wzrastającym dobrobycie
dowody nieustępliwej nędzy.
Theodore Fix56 tak przedstawiał ogólną sytuację
w grudniu 1844 roku.
„Wyżywienie narodów nie jest już narażone na groź-
ne zakłócenia wywoływane niedostatkiem produktów
i głodem, tak częste aż do początków wieku XIX. Róż-
norodność upraw i udoskonalenia rolnicze prawie zu-
pełnie unieszkodliwiły tę podwójną plagę. W roku 1791
oceniano całkowitą produkcję zboża we Francji na oko-
ło 47 milionów hektolitrów, co daje, po odliczeniu ziar-
na na zasiew, 1 hektolitr 65 centylitrów na jednego
mieszkańca. W roku 1840 produkcję tę ocenia się na
70 milionów hektolitrów, 1 hektolitr 82 centylitry na
głowę, z tym że grunty uprawne zajmują prawie taki
sam obszar jak przed Rewolucją... Ilość wyrobów prze-
mysłowych wzrosła co najmniej w takim stopniu jak
ilość produktów żywnościowych; można powiedzieć, że
ilość tkanin jest ponad dwa razy, a być może trzy razy
taka jak przed pięćdziesięciu laty. Doprowadziło do
tego udoskonalenie procesów technicznych...
„Od początku naszego stulecia przeciętna długość ży-
cia ludzkiego wzrosła o dwa do trzech lat: jest to nie-
wątpliwa oznaka większego dostatku lub, inaczej mó-
wiąc, złagodzenia nędzy.
„Na przestrzeni dwudziestu lat kwota dochodów
pośrednich wzrosła z 540 do 720 milionów, przy czym
w ustawodawstwie podatkowym nie zaszły żadne zmia-
ny: jest to w o wiele większym stopniu objaw postępu
ekonomicznego niż postępu fiskalnego.
„Na dzień 1 stycznia 1844 roku kasa depozytowa win-
na była kasom oszczędności 351 i pół miliona, przy czym
z sumy tej na Paryż przypadało 105 milionów. Tym-
czasem instytucja kas oszczędności rozwija się zaledwie
od lat dwunastu; zaznaczyć też trzeba, że suma 351 i pół
miliona, należna obecnie kasom oszczędności, nie sta-
nowi całkowitej kwoty zrealizowanych oszczędności,
w tej samej bowiem chwili akumulowane kapitały
otrzymują również inne przeznaczenie... W roku 1843
na 320 000 robotników i 80 000 służby, zamieszkałych
w stolicy, 90 000 robotników złożyło w kasie oszczęd-
ności 2 547 000 franków, 34 000 służących — 1 268 000
franków".
Wszystkie te fakty są w pełni prawdziwe, a wnioski,
jakie się z nich wyciąga na korzyść maszyn, jak naj-
bardziej słuszne: w rzeczy samej, maszyny stały się
potężnym bodźcem wzrostu ogólnego dobrobytu. Fakty
jednak, które za chwilę przytoczymy, są nie mniej
autentyczne, płynące zaś z nich wnioski przeciwko ma-
szynom — nie mniej słuszne, mianowicie takie, że ma-
szyny są nieustanną przyczyną pauperyzmu. Sięgam
po dane samego Fixa:
Na 320 000 robotników i 80 000 służących zamieszka-
łych w Paryżu, 230 000 spośród pierwszych i 46 000
spośród drugich, w sumie 276 000, nie odkłada pienię-
dzy w kasie oszczędności. Nie sposób twierdzić, że jest
to 276 000 rozrzutników i nicponi, którzy dobrowolnie
narażają się na nędzę. Ponieważ zaś nawet wśród tych,
którzy oszczędzają, znajdują się biedacy i miernoty,
którzy korzystają z kasy oszczędności tylko w chwi-
lach, kiedy zaprzestają rozpustnego życia lub wydoby-
wają się z nędzy, wnosić więc trzeba, że blisko trzy
czwarte ogółu ludzi żyjących z pracy to bądź osoby
nie przewidujące, leniwe i rozwiązłe, skoro nie odkła-
dają pieniędzy w kasie oszczędności, bądź też zbyt
biedne, by oszczędzać. Jest tylko taka alternatywa. Jeśli
jednak nie miłosierdzie, to przynajmniej rozsądek nie
pozwala oskarżać całej bez wyjątku klasy pracującej:
trzeba więc złożyć winę na nasz ustrój gospodarczy.
Jak się to stało, że Fix nie dostrzegł, iż podawane prze-
zeń cyfry same w sobie zawierają oskarżenie?
Żywi się nadzieję, że z biegiem czasu wszyscy lub
prawie wszyscy robotnicy odkładać będą pieniądze
w kasach oszczędności. Nie czekając na świadectwo
przyszłości możemy już teraz sprawdzić, czy nadzieja
ta jest uzasadniona.
Zgodnie z oświadczeniem Veego, mera V dzielnicy
Paryża, „liczba ubogich rodzin objętych spisami insty-
tucji dobroczynności wynosi 30 000, co daje 65 000
osób". Spis przeprowadzony na początku roku 1846 wy-
kazał 88 474 osoby. ― A ile jest ubogich rodzin nie
objętych spisem? ― Drugie tyle. Przyjmijmy więc liczbę
180 000 ubogich, liczbę nie ulegającą wątpliwości, choć
nieoficjalną. A ile jeszcze ludzi znajduje się w tarapa-
tach materialnych, nawet jeśli zachowują pozory do-
statku? ― Dwa razy tyle; w sumie w Paryżu 360 000
osób żyje w niedostatku.
„Mówi się o zbożu, woła inny ekonomista, Louis
Leclerc57, czyż jednak całe narody nie obywają się
bez chleba? Czyż nawet w naszej ojczyźnie część ludności nie żyje wyłącznie
kukurydzą, tatarką i kaszta-
nami?..."
Leclerc przedstawia fakt, my zaś zajmijmy się jego
interpretacją. Jeśli, co nie ulega wątpliwości, wzrost
ludności daje się odczuć głównie w wielkich miastach,
to znaczy w punktach, gdzie konsumpcja zboża jest
największa, to jest rzeczą jasną, że przeciętna spożycia
na głowę mogła wzrosnąć, chociaż ogólne warunki ży-
cia nie polepszyły się. Ale nie ma nic równie kłamli-
wego jak przeciętna.
„Mówi się — ciągnie dalej ten sam ekonomista —
o wzroście konsumpcji pośredniej. Próżnym byłoby
trudem podejmować próbę uniewinnienia dokonywane-
go w Paryżu fałszerstwa; fałszerstwo to jest faktem;
ma ono swoich mistrzów, ma zręcznych wykonawców;
ma swoją literaturę, traktaty dydaktyczne i klasycz-
ne... Francja posiada wyborne wina, cóż z nimi uczy-
niono? Co się stało z tym świetnym bogactwem? Gdzie
są skarby, które od czasów Probusa 38 stwarzał geniusz
narodowy? Zwróćmy uwagę na to, do czego dochodzi
wszędzie tam, gdzie wino jest drogie, gdzie nie wcho-
dzi w skład normalnego posiłku: w Paryżu, stolicy kró-
lestwa dobrych win, lud zapija się czymś, czego nie
umiem nazwać, sfałszowanym, cienkim, przyprawiają-
cym o mdłości, niekiedy nawet wstrętnym płynem;
ludzie zaś bogaci piją w domu lub pozwalają bez słowa
podawać sobie w renomowanych restauracjach tak zwa-
ne wina; są to napoje podejrzane, o fioletowym zabar-
wieniu, tak niesmaczne, tak mdłe, tak podłe, że skosz-
towawszy ich najbiedniejszy chłop z Burgundii czy
Turyngii wstrząsnąłby się z obrzydzenia; jeśli wziąć
to pod uwagę, to niepodobna już mieć wątpliwości co
do tego, że używanie napojów alkoholowych jest jedną z
najbardziej nieodpartych potrzeb naszej natury!..."
Przytaczam ten ustęp w całości, gdyż w odniesieniu
do poszczególnego przypadku ukazuje on wszystko, co
można by powiedzieć o ujemnej stronie maszyn. Po-
dobnie jak z winem rzecz się ma z tkaninami i w ogóle
z wszystkimi artykułami żywnościowymi i przemysło-
wymi przeznaczonymi na konsumpcję dla klas ubogich.
Przeprowadza się zawsze to samo rozumowanie: zmniej-
szyć w jakikolwiek sposób koszty produkcji, aby 1°
móc korzystnie współzawodniczyć z konkurentami, któ-
rym się lepiej powodzi lub którzy są bogatsi; 2° obsłu-
żyć nieprzeliczoną klientelę złożoną z biedaków, którzy
nie są w stanie kupić nic, co posiada wysoką jakość.
Wino wyprodukowane zwykłym sposobem jest zbyt
drogie dla masowego konsumenta; istnieje obawa, że
mogłoby zostać w piwnicach kupców. Producent omija
tę trudność: nie mogąc zmechanizować uprawy, znaj-
duje sposób, by przy pomocy pewnych składników
udostępnić wszystkim cenny trunek. Niektórzy dzicy
w okresach głodu jedzą ziemię; cywilizowany robotnik
pije wodę. Malthus to wielki geniusz.
Co do wzrostu przeciętnej długości życia ludzkiego,
uznaję prawdziwość tego faktu, ale zarazem stwierdzam,
że wyjaśnienie tego faktu jest fałszywe. Weźmy ludność
składającą się z 10 milionów dusz; jeśliby z jakiejkol-
wiek bądź przyczyny przeciętna długość życia jednego
miliona ludzi wzrosła o pięć lat, a wśród pozostałych
dziewięciu milionów srożyłaby się w dalszym ciągu ta-
ka sama jak przedtem śmiertelność, to rozkładając ten
przyrost długości życia na całą ludność, otrzymalibyśmy
w wyniku wzrost przeciętnej długości życia każdej jed-
nostki o sześć miesięcy. Z przeciętną długością życia,
rzekomym wskaźnikiem przeciętnego dobrobytu, rzecz
ma się podobnie jak z przeciętnym wykształceniem: po-
ziom wiedzy nieustannie podnosi się, co jednak nie
przeszkadza, że we Francji jest dziś tyluż barbarzyń-
ców, co za czasów Franciszka 159. Szarlatani, którzy
zamierzali eksploatować kolej żelazną, zrobili wiele
szumu wokół znaczenia parowozu dla rozprzestrzenienia
idei; ekonomiści zaś, którzy zawsze czatują na cywili-
zowane głupstwa, nie omieszkali powtórzyć tej bred-
ni ― tak jakby myśl potrzebowała parowozów, by się
rozpowszechnić! Ale kto przeszkadza ideom krążyć od
Instytutu 60 do przedmieść Saint-Antoine i Saint-Mar-
ceau, do wąskich i nędznych uliczek Cite i Marais, do-
cierać wszędzie tam, gdzie mieszka to mrowie ludzkie,
któremu bardziej jeszcze nie dostaje myśli niż chleba?
Gdzie leży przyczyna tego, że paryżanina od paryżani-
na, mimo omnibusów i poczty miejskiej, dzieli dziś
trzykrotnie większa odległość niż w XIV wieku?
Zgubny wpływ maszyn na gospodarstwo społeczne
i położenie robotników przejawia się na tysiąc sposo-
bów, które zazębiają się o siebie i wzajemnie się wywo-
łują: w strajkach, redukcji płac, nadprodukcji, zastoju,
spadku jakości i fałszowaniu produktów, bankructwach,
zdeklasowaniu robotników, zwyrodnieniu, wreszcie
w chorobach i śmierci.
Sam Theodore Fix zwrócił uwagę, że w ciągu ostat-
nich pięćdziesięciu lat przeciętny wzrost człowieka we
Francji spadł o kilka milimetrów. Spostrzeżenie to tyleż
jest warte co poprzednie: kogo dotyczy ten spadek
wzrostu?
W przedstawionym Akademii Nauk Moralnych spra-
wozdaniu o skutkach ustawy z 22 marca 1841 roku01
Leon Faucher62 mówił: „Młodzi robotnicy są bladzi,
słabi, niskiego wzrostu i zarówno myślą, jak i poru sza
ją się powoli. W wieku czternastu czy piętnastu lat
nie wyglądają na bardziej rozwiniętych niż dziewięcio-
lub dziesięcioletnie dzieci w normalnych warunkach. Co
do ich rozwoju umysłowego i moralnego, to spotyka się
wśród nich takich, którzy w wieku trzynastu lat nie
znają pojęcia Boga, którzy nigdy nie słyszeli o swoich
obowiązkach i dla których pierwszą szkołą moralności
było więzienie".
Oto co ku wielkiemu niezadowoleniu Charles Dupi-
na 63 dostrzegł Leon Faucher i czemu, jak oświadczał,
ustawa z 22 marca nie jest w stanie zaradzić. Nie burz-
my się przeciw tej bezsilności prawodawcy: zło pochodzi
z przyczyny tak dla nas nieodzownej jak słońce; na
drodze, na którą wstąpiliśmy, wszelkie porywy gniewu,
jak i wszelkie środki łagodzące mogłyby jedynie po-
gorszyć nasze położenie. Tak, podczas, gdy w nauce
i w przemyśle dokonują się tak wspaniałe postępy, inte-
ligencja i dobrobyt proletariatu z konieczności muszą
się kurczyć, jeżeli nie nastąpi przesunięcie środka cięż-
kości cywilizacji; podczas gdy przedłuża się i polepsza
życie klas bogatych, życie klas ubogich nieuniknienie
pogarsza się i skraca. Wynika to z najbardziej nawet
prowomyślnych, chciałem powiedzieć najbardziej opty-
mistycznych dzieł.
Według de Moroguesa 64 7 500 000 ludzi we Francji
wydać może zaledwie 91 franków rocznie, to znaczy 25
centymów dziennie. Pięć sous! Pięć sous! — jest więc
coś proroczego w tym wstrętnym refrenie.
W Anglii (nie wliczając w to Szkocji i Irlandii) opo-
datkowanie ubogich wynosiło:
W 1801 roku -
W 1818 roku —
W 1833 roku —
4 078 891 funtów szterlingów na 8 872 980 ludności
7 870 801 na 11 978 875 ludności
8 000 000 na 14 000 000 ludności
Postępy nędzy były więc szybsze od wzrostu ludności;
jak wobec tego faktu wyglądają hipotezy Malthusa? —
A jednak nie ulega wątpliwości, że w tym samym cza-
sie wzrosła przeciętna dobrobytu. Cóż więc znaczą sta-
tystyki?
Wskaźnik śmiertelności w okręgu pierwszym Paryża
wynosi jeden na pięćdziesięciu dwóch mieszkańców,
w dwunastym zaś jeden na dwudziestu sześciu. Otóż
w tym ostatnim jeden biedak przypada na siedmiu
mieszkańców, podczas gdy w pierwszym jeden ubogi
przypada już tylko na dwudziestu ośmiu. Ale to nie
przeszkadza, że przeciętna długość życia wzrosła nawet
w Paryżu, jak słusznie spostrzegł Fix.
W Miluzie prawdopodobna przeciętna długości życia
wynosi dwadzieścia dziewięć lat dla dzieci klas boga-
tych i dwa lata dla dzieci robotników; — w roku 1812
przeciętna długość życia w tym samym mieście wyno-
siła dwadzieścia pięć lat, dziewięć miesięcy i dwanaście
dni, a w roku 1827 — już tylko dwadzieścia jeden lat
i dziewięć miesięcy. A jednak przeciętna długości życia
dla całej Francji ciągle wzrasta. Cóż to oznacza?
Nie mogąc wytłumaczyć sobie jednoczesnego istnie-
nia tak wielkiego dostatku i takiej nędzy, Blanąui woła:
„Wzrost produkcji nie oznacza zwiększenia bogactwa...
Wprost przeciwnie, nędza szerzy się coraz bardziej
w miarę koncentracji przemysłu. Jakiś podstawowy
błąd niechybnie tkwi w tym systemie, który nie daje
żadnej rękojmi bezpieczeństwa ani kapitałowi, ani pra-
cy i który wydaje się mnożyć kłopoty wytwórców wraz
z tym, jak zmusza ich do pomnażania produktów".
Nie tkwi w tym żaden podstawowy błąd. Blanąuiego
wprawia w zdumienie po prostu to, czego określenia
żądała Akademia, którejjest on członkiem: wychylenie
wahadła ekonomicznego wartości, wyznaczające kolejno
i w jednostajnym rytmie dobro i zło dopóty, dopóki nie
wybije godzina powszechnego zrównania. Jeśli wolno
mi użyć innego porównania, ludzkość w swoim pocho-
dzie jest jak kolumna żołnierzy, którzy w rytm mia-
rowego bicia bębna wyruszyli w drogę jednakowym
krokiem i w tej samej chwili, a między którymi jednak
powoli zatracają się równe odstępy. Całość posuwa się
naprzód, ale odległość między czołem a ogonem kolum-
ny nieustannie się zwiększa; nieuniknionym następst-
wem ruchu są maruderzy i zabłąkani.
Trzeba jednak głębiej jeszcze wniknąć w tę sprzecz-
ność. Maszyny obiecywały nam wzrost bogactwa; do-
trzymały słowa, ale zarazem obdarzyły nas wzrostem
nędzy. — Maszyny obiecywały nam wolność; dowiodę,
że przyniosły niewolę.
Powiedziałem już, że określenie wartości, a wraz
z nią nieszczęścia społeczne zrodziły się z podziału pra-
cy, bez którego nie mogłaby istnieć ani wymiana, ani
bogactwo, ani postęp. Okres, który obecnie przeżywa-
my, epoka maszyn, wyróżnia się pewną szczególną ce-
chą: jest nią praca najemna.
Praca najemna wywodzi się w linii prostej z zasto-
sowania maszyn, to jest — by wyrazić myśl moją
w sposób tak ogólny, jak tego wymaga — z fikcji eko-
nomicznej, dzięki której kapitał staje się czynnikiem
produkcji. Praca najemna, późniejsza w czasie od po-
działu pracy i od wymiany, pozostaje w ścisłym związ-
ku z teorią obniżki kosztów, niezależnie od sposobu,
w jaki osiąga się tę obniżkę. Genealogia ta zbyt jest
interesująca, by nie poświęcić jej kilku słów.
Pierwszą, najprostszą, najpotężniejszą maszyną jest
warsztat.
Praca została podzielona na elementy, pozwalając
każdemu oddawać się specjalności, która najbardziej
mu odpowiadała; warsztat grupował pracowników w za-
leżności od stosunku każdej części do całości. Jest to
najbardziej elementarna postać równowagi wartości,
której wszakże, zdaniem ekonomistów, niepodobna
osiągnąć. Otóż dzięki warsztatowi wzrasta produkcja,
a wraz z nią deficyt.
Pewien człowiek zauważył, że dzieląc produkcję na
części i dając każdą z nich do wykonania innemu ro-
botnikowi, osiągnie pomnożenie siły, i że ten iloczyn
będzie dużo wyższy niż suma pracy tej samej liczby
robotników wówczas, gdy praca nie jest podzielona.
Snując dalej tę myśl, człowiek ów mówi sobie, że
tworząc stałą grupę robotników wyspecjalizowanych
w produkcji, którą ma zamiar podjąć, będzie mógł
produkować regularniej, obficiej i taniej. Nie jest zresz-
tą konieczne, by robotnicy zgrupowani byli w tym sa-
mym pomieszczeniu: istnienie warsztatu nie polega
w zasadzie na ich stykaniu się ze sobą. Wynika ono ze
stosunku i proporcji różnych prac i ze wspólnej myśli,
która nimi kieruje. Słowem, zebranie robotników w jed-
nym miejscu może przedstawiać pewne korzyści, o któ-
rych nie należy zapominać, lecz nie stanowi o istnieniu
warsztatu.
Oto co proponuje ów człowiek tym, których pragnie
wciągnąć do współpracy ze sobą: Zapewnię wam stały
zbyt waszych produktów, jeśli wyrazicie zgodę na to,
bym był waszym nabywcą lub pośrednikiem. Układ ten
jest ponad wszelką wątpliwość tak korzystny, że pro-
pozycja nie może nie zostać przyjęta. Robotnik uzyskuje
ciągłość pracy, stałą cenę i pewność jutra; przedsię-
biorcy zaś układ ten ułatwia sprzedaż, ponieważ
wytwarzając taniej będzie mógł odpowiednio obniżyć
cenę;
wreszcie, zyski jego znacznie wzrosną dzięki pokaźnym
rozmiarom zbytu. Na koniec cała ludność i przedstawi-
ciele władzy winszować mu będą powiększenia bogac-
twa społecznego i uchwalą dlań nagrodę.
Obniżka kosztów oznacza jednak przede wszystkim
zredukowanie usług, wprawdzie nie robotników pracu-
jących w nowo powstałym warsztacie, lecz robotników
tego samego zawodu pozostających poza warsztatem,
jak również wielu innych, których dodatkowe usługi
będą w przyszłości mniej potrzebne. Każde założenie
warsztatu powoduje wyrugowanie pewnej liczby robot-
ników; twierdzenie to, jakkolwiek wydaje się wątpli-
we, jest równie prawdziwe w odniesieniu do warsztatu,
jak i do maszyny.
Ekonomiści zgadzają się z tym; przy tej okazji wy-
głaszają jednak swoje niezmienne przemówienie: Po
upływie pewnego czasu popyt na dany produkt zwięk-
szy się pod wpływem obniżki ceny, a wówczas wzrośnie
z kolei zapotrzebowanie na pracę. Bez wątpienia, z cza-
sem równowaga zostanie przywrócona; lecz, raz jeszcze
powtarzam, zanim zostanie przywrócona w jednym pun-
kcie, w innym już się będzie chwiała, duch wynalazczy
bowiem, podobnie jak praca, nie zna spoczynku. Jakaż
teoria zdolna byłaby usprawiedliwić te nieustanne he-
katomby? „Jeśli zredukuje się — pisał Sismondi 65 —
liczbę wyrobników do jednej czwartej lub jednej piątej
ich obecnej ilości, potrzebna będzie wówczas już tylko
czwarta czy piąta część obecnej liczby księży, lekarzy
itd. Jeśli usunie się ich zupełnie, można będzie z powo-
dzeniem obejść się bez rodzaju ludzkiego". I stałoby
się tak niechybnie, gdyby nie to, że aby dostosować
pracę każdej maszyny do potrzeb konsumpcji, to jest by
przywrócić nieustannie naruszaną proporcję war-
tości, trzeba nieprzerwanie tworzyć nowe maszyny,
otwierać nowe rynki zbytu, a co za tym idzie, mnożyć
usługi i wprowadzać dalsze przesunięcia siły roboczej.
Tym sposobem przemysł i bogactwo, z jednej strony,
a ludzie i nędza z drugiej, idą, można powiedzieć, sze-
regiem; jedno zawsze pociąga za sobą drugie.
Pokazałem wyżej, że u zarania przemysłu przedsię-
biorca układa się jak równy z równym ze swymi to-
warzyszami, którzy następnie stają się jego robotnika-
mi. I zaiste, jest rzeczą zrozumiałą, że ta pierwotna
równość musiała szybko zniknąć wskutek korzystnego
położenia pracodawcy i zależności robotników najem-
nych. Na próżno ustawodawstwo zapewnia każdemu
prawo do zakładania przedsiębiorstw, jak również pra-
wo do samodzielnej pracy i bezpośredniej sprzedaży
swych wyrobów. Zgodnie z naszą hipotezą to ostatnie
nie znajduje zastosowania w praktyce, celem warsztatu
bowiem jest zniweczenie pracy odosobnionej. Co zaś do
prawa prowadzenia, jak mówią, pługu i kierowania
zaprzęgiem, to z rolnictwem rzecz ma się podobnie jak
z przemysłem; nic to, że umie się pracować: trzeba
jeszcze przybyć w porę; warsztat, tak jak ziemia, na-
leży do pierwszego okupanta. Wobec przedsiębiorstwa,
które zdołało się już rozrosnąć, rozszerzyć swoje pod-
stawy, zapełnić się kapitałami, zapewnić sobie klientelę,
wobec tak potężnej siły, cóż znaczy robotnik, który
posiada tylko swoje ręce? Tak więc cechy i godność
mistrza powstały w średniowieczu bynajmniej nie na
skutek samowolnego aktu władzy zwierzchniej czy też
przypadkowej i brutalnej uzurpacji: wyłoniły się one
siłą rzeczy na długo przedtem, nim królewskie edykty
prawnie je uświęciły; i pomimo reformy z roku 1789
tworzą się ponownie na naszych oczach ze stokroć
groźniejszym rozmachem. Pozostawcie pracę jej włas-
nym tendencjom rozwojowym, a trzy czwarte rodzaju
ludzkiego popadnie niechybnie w niewolnictwo.
Ale to nie wszystko. Poniżywszy pracownika przez
postawienie nad nim mistrza, maszyna czy warsztat
dopełnia jego upodlenia, sprowadzając go ze stanowiska
rzemieślnika do stanowiska wyrobnika.
Niegdyś ludność znad Saony i Rodanu składała się
w przeważającej części z marynarzy wprawionych
w prowadzeniu łodzi, bądź to końmi, bądź wiosłem.
Obecnie, gdy niemal wszędzie zastosowano holowniki
parowe, marynarze w większości nie mogą utrzymać
się ze swej pracy i albo spędzają trzy czwarte życia
bez pracy, albo zostają palaczami.
Jeśli nie nędza, to degradacja: oto ostateczność, przed
którą maszyny stawiają robotnika. Z maszyną jest bo-
wiem tak jak z armatą: poza kapitanem ci, którzy się
nią zajmują, są obsługą, niewolnikami.
Od chwili powstania wielkich rękodzielni całe mnós-
two drobnych rzemiosł domowych znikło: czy myślicie,
że robotnice płatne po 50 i 75 centymów mają tyleż
inteligencji, co ich babki?
„Przeprowadzenie linii kolejowej z Paryża do Saint-
-Germain — powiada Dunoyer — spowodowało między
Le Pecq a mnóstwem sąsiednich miejscowości tak na-
tężony ruch omnibusów i pojazdów konnych, że wbrew
wszelkim przewidywaniom znacznie wzrosło zapotrze-
bowanie na konie".
Wbrew wszelkim przewidywaniom! Tylko ekonomista
może nie przewidzieć takich rzeczy. Im więcej wpro-
wadzacie maszyn, tym bardziej mnożycie ciężkie i od-
pychające prace: maksyma ta jest tak prawdziwa jak
żadna z tych, które pamiętają nawet potop. Niech kto
chce oskarża mnie o niechęć do najpiękniejszego wy-
nalazku naszego wieku; nic nie powstrzyma mnie od
stwierdzenia, że głównym skutkiem kolei żelaznej, poza
uzależnieniem drobnego przemysłu, będzie powstanie
dużego odłamu ludności złożonego ze zdegradowanych
robotników, dróżników, zamiataczy, ładowaczy, wyła-
dowywaczy, woźniców, stróżów, odźwiernych, wago-
wych, smarowników, czyścicieli, palaczy, strażaków itd.
itd. Cztery tysiące kilometrów dróg żelaznych dadzą
Francji dodatkowo pięćdziesiąt tysięcy niewolników;
z pewnością nie dla tych ludzi Chevalier żąda szkół
zawodowych.
Można wprawdzie powiedzieć, że masa przewozów
wzrosła stosunkowo znacznie bardziej niż liczba robot-
ników najemnych, że różnica ta przemawia na korzyść
kolei żelaznej, a zatem iż w sumie dokonał się postęp.
Można nawet uogólnić to spostrzeżenie i zastosować to
samo rozumowanie do wszystkich gałęzi przemysłu.
Jednakże ta właśnie powszechność zjawiska uwydat-
nia uzależnienie robotników. Pierwszorzędna rola przy-
pada w przemyśle maszynom, drugoplanowa — czło-
wiekowi; cały geniusz pracy obraca się na upodlenie
proletariatu. Jak świetny stanie się nasz naród, gdy na
czterdzieści milionów mieszkańców liczyć będzie trzy-
dzieści pięć milionów wyrobników, gryzipiórków i słu-
żących!
Wraz z maszyną i warsztatem do ekonomii politycz-
nej wkracza prawo boskie, to znaczy zasada autorytetu.
Kapitał, Mistrzostwo cechowe, Przywilej, Monopol,
Spółka komandytowa, Kredyt, Własność itd., oto w ję-
zyku ekonomicznym odpowiedniki tego, co gdzie indziej
nazwano Władzą, Autorytetem, Suwerennością, Prawera
pisanym, Objawieniem, Religią, wreszcie Bogiem,
który jest przyczyną i podstawą wszystkich naszych
nieszczęść i wszystkich naszych zbrodni, a który tym
bardziej się nam wymyka, im usilniej próbujemy go
określić.
Czy jest zatem rzeczą niemożliwą, by przy obecnym
stanie społeczeństwa warsztat, ze swoją hierarchiczną
organizacją, i maszyny, zamiast służyć wyłącznie inte-
resom klasy najmniej licznej, najmniej pracowitej
i najbogatszej, użyte zostały dla dobra ogółu?
Tym właśnie obecnie się zajmiemy.

§ III

O środkach zapobiegawczych
przeciw niszczycielskiemu wpływowi maszyn

Ograniczenie pracy ręcznej jest równoznaczne z ob-


niżką cen, a tym samym ze wzrostem wymiany: skoro
bowiem konsument mniej płaci, więcej będzie kupował.
Ograniczenie pracy ręcznej jest jednak także rów-
noznaczne ze zwężeniem rynku: bo jeśli wytwórca
mniej zarabia, to będzie też mniej kupował. I rzeczy-
wiście tak się dzieje. Koncentracja sił wytwórczych
w warsztacie i wtargnięcie do produkcji kapitału pod
nazwą maszyn wywołują zarazem nadprodukcję i nie-
dostatek; i obie te plagi, groźniejsze od pożogi i dżumy,
szerzą się w naszych czasach na oczach wszystkich,
przybierając zastraszające rozmiary i niszczycielskie na-
tężenie. Niepodobieństwem jest jednak cofnąć się: trze-
ba produkować, produkować ciągle, produkować tanio;
w przeciwnym wypadku istnienie społeczeństwa byłoby
wystawione na niebezpieczeństwo. By uniknąć poniżę
nia, którym groziła mu zasada podziału pracy, robotnik
stworzył wspaniałe maszyny; teraz jego własne dzieło
pozbawia go pracy albo ujarzmia. Jakie przeciw tej
alternatywie wysuwa się środki?
De Sismondi wraz ze wszystkimi wyznawcami poglą-
dów patriarchalnych chciałby, aby podział pracy, ma-
szyny i manufaktury zostały poniechane i by każda ro-
dzina wróciła do systemu pierwotnej wspólności posia-
dania, to znaczy do zasady: każdy u siebie, każdy dla
siebie, w najbardziej dosłownym jej znaczeniu. Byłoby
to krokiem wstecz, a więc czymś niemożliwym.
Blanąui rusza znów do ataku ze swoim projektem
udziału robotnika w zyskach i przekształcenia wszyst-
kich przedsiębiorstw przemysłowych w spółki koman-
dytowe 66. Wykazałem już, że projekt ten naraża na
szwank pomyślność ogółu, nie przynosząc jednocześnie
żadnej znaczniejszej poprawy w losie robotników; wy-
daje się, że sam Blanąui przyłączył się do tej opinii.
W istocie, jak pogodzić udział robotników w zyskach
z prawami wynalazców, przedsiębiorców i kapitalistów,
skoro pierwsi muszą uzyskać pokrycie pokaźnych wkła-
dów pieniężnych i wynagrodzić sobie swoje długie i mo-
zolne wysiłki; drudzy narażają nieustannie nabyty ma-
jątek i sami ponoszą ryzyko, z jakim często wiąże się
prowadzenie przedsiębiorstwa; ostatnim wreszcie, każda
obniżka stopy procentowej groziłaby niejako utratą
oszczędności? Jednym słowem, jak pogodzić pożądaną
równość między pracownikami a pracodawcami z pre-
ponderancją, której niepodobna odmówić kierownikom
zakładów, wspólnikom i wynalazcom, a z której tak nie-
zbicie wynika, że przysługuje im prawo do wyłącznego
przywłaszczania zysków? Ustanowić prawnie dopuszcze-
nie wszystkich robotników do podziału zysków
znaczyloby to skazać społeczeństwo na rozkład; wszyscy
eko-
nomiści tak dobrze to pojęli, że przekształcili ostatecznie
swój pierwotny projekt w ostrzeżenie skierowane do
pracodawców. Otóż dopóki jedynym udziałem robotni-
ka najemnego w zysku będzie to tylko, co zostawi mu
pracodawca, dopóty pozostawać on będzie w wiecznym
ubóstwie; nie leży w mocy ludzkiej sprawić, by stało
się inaczej.
Zresztą chwalebna skądinąd idea spółki robotników
i przedsiębiorców prowadzi do następującej komunis-
tycznej konkluzji, której przesłanki są z całą oczywis-
tością fałszywe: ostatecznym przeznaczeniem maszyn
jest uczynić człowieka bogatym i szczęśliwym, a pracę
wyeliminować. Skoro więc czynniki naturalne wszystko
za nas zrobią, maszyny powinny należeć do państwa,
celem zaś postępu jest wspólnota.
Analizę teorii komunistycznej przeprowadzę w odpo-
wiednim miejscu, uważam jednak za swój obowiązek
uprzedzić już teraz zwolenników tej utopii, że nadzieja,
którą żywią w stosunku do maszyn, jest jedynie złu-
dzeniem ekonomistów, czymś w rodzaju perpetuum,
mobile, którego ciągle się szuka i nie znajduje, ocze-
kuje się go bowiem od tego, co go dać nie może. Maszy-
ny nie działają same; by utrzymać je w ruchu, trzeba
zorganizować olbrzymią obsługę, tak iż w końcu czło-
wiek stwarza sobie tym więcej zajęcia, im większą iloś-
cią narzędzi się otacza; i głównym problemem związa-
nym z maszynami jest nie tyle podział ich wytworów,
ile zasilanie samych maszyn, to jest nieustanne odna-
wianie wprawiającej je w ruch siły. Siłą tą zaś jest niei
powietrze, nie woda, para czy elektryczność, ale praca,,
to znaczy rynek zbytu.
Kolej żelazna znosi wzdłuż swojej linii transport kołowy,
dyliżansy, rymarzy, siodlarzy, kowali, oberżys-
tów; mówię tu o faktach występujących po przeprowa-
dzeniu kolei. Załóżmy, że państwo, w myśl zasady od-
szkodowania czy zachowania, czyni przemysłowców
zdeklasowanych przez kolej właścicielami lub eksplo-
atatorami drogi żelaznej. Przypuśćmy też, że ceny prze-
wozu zmniejszyły się o 25% (w przeciwnym wypadku,
na cóż by się przydała kolej?); w rezultacie dochód
wszystkich tych przemysłowców razem wziętych
zmniejszy się w takim samym stosunku, co sprowadza
się do tego, że czwarta część ludzi, którzy żyli poprzed-
nio z przewozów, zostanie mimo hojności państwa do-
słownie bez środków do życia. Aby stawić czoło deficy-
towi, pozostaje im tylko nadzieja na to, że masa prze-
wozów na danej linii wzrośnie o 25%, albo też że będą
mogli znaleźć zatrudnienie w innych gałęziach prze-
mysłu, co z góry wydaje się niepodobieństwem; zgodnie
bowiem z przewidywaniem i ze stanem faktycznym
wszystkie stanowiska są zajęte, wszędzie zachowane są
proporcje, podaż zaś całkowicie zaspokaja popyt.
Jeśli jednak chce się, by wzrosła masa przewozów,
trzeba spowodować ożywienie pracy w innych gałę-
ziach przemysłu. Otóż zakładając nawet, że przy tej
nadprodukcji zatrudnieni zostaną pracownicy zdekla-
sowani, że przydzielenie ich do różnych rodzajów pracy
jest tak łatwe, jak przedstawia to teoria, nie osiągnie
się jeszcze zamierzonego wyniku. Personel obsługi prze-
wozów ma się bowiem do personelu obsługi produkcji
jak 100 do 1000; toteż by przy tańszych o czwartą część,
inaczej mówiąc, o czwartą część większych przewozach
osiągnąć taki sam jak poprzednio dochód, trzeba wzmóc
produkcję również o jedną czwartą, to znaczy powięk-
szyć personel obsługi rolnictwa i przemysłu nie o 25 —
cyfra ta oznacza proporcję przewozów — lecz o 250.
A'by jednak osiągnąć ten wynik, trzeba będzie tworzyć
maszyny i tworzyć, co gorsza, ludzi; a to sprowadza
zagadnienie nieustannie do tego samego punktu. I tak
sprzeczność rodzi sprzeczność; już nie tylko za sprawą
maszyn braknie pracy człowiekowi, ale również wsku-
tek ich niedostatecznej liczebności i niewystarczające-
go spożycia brak ludzi maszynom; i tym sposobem, do-
póki nie ustali się równowaga, zarazem braknie pracy
i rąk, a także produktów i rynków zbytu. Przy tym
to, co powiedzieliśmy o kolei żelaznej, odnosi się
w równej mierze do wszystkich gałęzi przemysłu; mi-
mo że człowiek i maszyna nieustannie są za sobą w po-
goni, to jednak człowiek nie może znaleźć spokoju,
maszyna zaś ciągle jest nienasycona.
Jakiekolwiek więc postępy uczyniłaby technika,
choćby wynaleziono maszyny stokroć nawet wspanial-
sze niż przędzarka „Jenny", warsztat pończoszniczy czy
prasa cylindryczna, choćby odkryto siły stokroć po-
tężniejsze niż para wodna — nawet wówczas nie zdo-
łano by uwolnić ludzkości, zapewnić jej wytchnienia
i sprawić, by produkcja wszelkich dóbr stała się dar-
mowa; przeciwnie, pociągnęłoby to za sobą jedynie
pomnożenie pracy, wzrost ludności, uczyniłoby pod-
daństwo jeszcze cięższym, a utrzymanie droższym
i pogłębiłoby przepaść dzielącą klasę, która rozkazuje
i używa, od klasy, która słucha i cierpi.
Przypuśćmy teraz, że wszystkie te trudności zostały
przezwyciężone; przypuśćmy, że ilość robotników, któ-
rych pozbawiła pracy kolej, jest wystarczająca dla po-
krycia zwiększonego zapotrzebowania na siłę roboczą
w związku z koniecznością „żywienia" parowozu, że
pracownikom tym wynagrodzono w pełni poniesione
straty i nikt nie został poszkodowany; wprost prze-
ciwnie, dobrobyt każdego z nich wzrósł o część zysku
osiągniętego z przewozów koleją. Cóż więc, spytacie,
stoi na przeszkodzie temu, by rzeczy potoczyły się
Właśnie tak prawidłowo i z taką dokładnością? I cóż
może być łatwiejszego dla rozumnego rządu niż prze-
prowadzenie takich właśnie przesunięć w przemyśle?
Posunąłem moją hipotezę tak daleko, jak to tylko
było możliwe, by ukazać z jednej strony cel, do któ-
rego dąży ludzkość, z drugiej zaś trudności, jakie musi
przezwyciężyć, by go dopiąć. Z pewnością porządek
opatrznościowy polega na tym, by postęp w odniesie-
niu do maszyn dokonywał się tak, jak to powiedziałem;
jeśli jednak społeczeństwo napotyka na swej drodze
przeszkody i błądzi między Scyllą a Charybdą, to dzie-
je się tak właśnie dlatego, że brak mu zupełnie or-
ganizacji. Doszliśmy zaledwie do drugiej fazy rozwoju,
a już spotkaliśmy na naszej drodze dwie przepaście,
jak się wydaje, nie do przebycia: podział pracy i ma-
szyny. Co zrobić, by inteligentny robotnik, wykonując
stale pewną pracę cząstkową, nie popadł w otępienie,
a jeśli inteligencja jego już się stępiła, jak sprawić, by
powrócił do życia umysłowego? Co zrobić, po drugie,
by między robotnikami, wśród których praca, płaca,
inteligencja i wolność, to znaczy egoizm, wprowadza
głęboki rozłam, narodziła się solidarność interesów, bez
której każdy krok postępu przemysłowego oznacza ka-
tastrofę? Wreszcie, jak pogodzić to, co w wyniku do-
konanego postępu stało się nie do pogodzenia? Odwo-
ływanie się do wspólnoty i do braterstwa byłoby
uprzedzaniem faktów: nie ma nic wspólnego i nie
może być braterstwa między łudźmy takimi, jakimi
uczynił ich podział pracy i obsługa maszyn. Nie tu,
przynajmniej obecnie, należy szukać rozwiązania.
A więc, powiecie, skoro zło leży bardziej w umys-
łach niż w systemie, wróćmy do nauczania, pracujmy
nad wykształceniem ludu.
Ale do tego, żeby oświata była pożyteczna, a nawet
żeby w ogóle była możliwa, trzeba przede wszystkim,
by uczeń był wolny, podobnie jak rola, którą przed
zasiewem orze się pługiem i oczyszcza z cierni i perzu.
Poza tym, najlepszym systemem nauczania, nawet
w odniesieniu do filozofii i moralności, byłby system
kształcenia zawodowego; ale jak znowu pogodzić ten
system z rozczłonkowaniem pracy i obsługą maszyn?
W jaki sposób człowiek, który wskutek swej pracy stał
się niewolnikiem, to znaczy sprzętem, przedmiotem,
ma stać się ponownie dzięki tej samej pracy lub wy-
konując to samo zajęcie — osobą? Jak można nie do-
strzegać, że pojęcia te są sprzeczne i że gdyby nawet
proletariusz mógł osiągnąć pewien stopień inteligen-
cji, co jest niepodobieństwem, to posłużyłby się nią
przede wszystkim dla dokonania przewrotu w społe-
czeństwie i przeprowadzenia zmiany wszystkich sto-
sunków społecznych i przemysłowych? To, co mówię,
nie jest przesadą. Klasa robotnicza w Paryżu i wiel-
kich miastach jest dziś o wiele silniejsza ideologicznie
niż przed dwudziestu pięciu laty; niech mi ktoś udo-
wodni, że nie jest ona zdecydowanie i czynnie rewo-
lucyjna. A będzie stawać się coraz bardziej rewolu-
cyjna w miarę przyswajania sdbie idei sprawiedliwości
i porządku, zwłaszcza w miarę lepszego pojmowania
mechanizmu własności.
Pozwolę sobie raz jeszcze wrócić do etymologii; wy-
daje mi się, iż język jasno wyraził moralne położenie
robotnika, pozbawionego — że tak powiem —
osobowości przez przemysł. W łacinie idea niewolnictwa
mieściła w sobie pojęcie podporządkowania człowieka
rzeczom; a kiedy później prawo feudalne uznało pod-
danego za przywiązanego do ziemi, oddało przez to
określenie dosłowne znaczenie wyrazu servus *.
Spontaniczny rozum — wyrocznia samego przezna-
czenia, skazała więc robotnika na poddaństwo, zanim
jeszcze nauka stwierdziła jego niegodność. Na cóż się
zatem zdadzą wysiłki filantropii w stosunku do istot,
które odepchnęła Opatrzność?
Praca jest kształceniem naszej wolności. Starożytni
mieli głębokie wyczucie tej prawdy, skoro wprowadzili
rozróżnienie między sztukami wyzwolonymi a sztuka-
mi służebnymi. Albowiem jaka profesja — takie poję-
cia; jakie pojęcia — takie obyczaje. W stanie niewol-
niczym wszystko nabiera cech upodlenia: zwyczaje,
upodobania, skłonności, uczucia, przyjemności; niewol-
nictwo niesie ze sobą ogólne zniszczenie. Zajmować
się kształceniem klas biednych! Ależ to wzbudziłoby
w tych zwyrodniałych duszach najokrutniejszą sprzecz-
ność: narzucać im pojęcia, które praca uczyniła dla
nich czymś nie do zniesienia, uczucia nie do pogodze-
nia z ich niskim stanem, przyjemności, których nie by-
liby w stanie odczuć. Gdyby podobny projekt mógł
być wprowadzony w życie, zamiast zrobić z robotnika
człowieka — uczyniłby zeń demona. Przyjrzyjcież się
fizjonomiom osobników zaludniających więzienia i ga-
lery, a zobaczycie, że większość z nich to ludzie, któ-
rzy okazali się zbyt słabi wobec objawionego im pięk-
na, elegancji, dobrobytu, honoru i wiedzy, tzn. tego
wszystkiego, co składa się na godność człowieka; ob-
jawienie to zdemoralizowało ich, zabiło.
„Należałoby przynajmniej ustalić płace — powiadają
mniej odważni •— ustanowić we wszystkich gałęziach
przemysłu taryfy płac, które przyjęliby zarówno pra-
codawcy, jak i pracownicy".
Tę zbawczą hipotezę wysuwa Fix, po czym zwycięs-
ko odpowiada:
„Taryfy takie wprowadzono w Anglii i gdzie indziej;
wiadomo, ile są one warte: wszędzie natychmiast po
przyjęciu zostały pogwałcone i przez pracodawców,
i przez robotników".
Przyczyny pogwałcenia taryf płac łatwo jest uchwycić: są
nimi maszyny, są nimi metody postępowania
przemysłowców i ich nieustanne kombinacje. W danej
chwili przyjęta została pewna taryfa płac: lecz oto
zjawia się nagle nowy wynalazek, który umożliwia
swemu autorowi obniżenie ceny towaru. Co uczynią
inni przedsiębiorcy? Przestaną wytwarzać i zwolnią
robotników albo też zaproponują im obniżkę płac. Jest
to dla nich jedyne wyjście, dopóki oni z kolei nie znaj-
dą sposobu, dzięki któremu bez obniżki płac będą mogli
produkować taniej niż ich konkurenci, co jednak po-
ciągnie za sobą redukcję robotników.
Leon Faucher zdaje się skłaniać ku systemowi od-
szkodowań. Mówi on:
„Pojmujemy, że państwo, dając wyraz ogólnemu ży-
czeniu, może z pewnych względów zarządzić zaprzesta-
nie produkcji w jakiejś gałęzi przemysłu". — Mniema-
my, iż państwo zawsze może wydać takie zarządzenie,
ale pod warunkiem, że zapewni każdemu swobodę
wytwarzania, że bronić będzie tej swobody i ochraniać
ją przed wszelkimi zakusami. — „Jest to jednak osta-
teczność, doświadczenie z reguły niebezpieczne, któ-
remu powinny towarzyszyć wszelkie środki, jakie tylko
można przedsięwziąć, mające oszczędzać ludzi. Państwo
nie ma prawa odbierać pewnej klasie obywateli pracy,
z której żyją, dopóki nie zapewni im innych środków
utrzymania lub też nie zdobędzie pewności, że znajdą
oni w innej gałęzi przemysłu zastosowanie dla swej
inteligencji i swych rąk. W krajach cywilizowanych
jest zasadą, że rząd, nawet mając na celu użyteczność
publiczną, nie może zawładnąć własnością prywatną,
jeśli uprzednio nie powetuje Właścicielowi straty za
pomocą sprawiedliwego odszkodowania. Otóż praca wy-
daje się nam własnością równie prawowitą, równie
świętą jak pole lub dom, i nie rozumiemy, jak można
odbierać ją bez żadnego odszkodowania...
„O ile uważamy za nierealne te doktryny, które
przedstawiają rząd jako powszechnego dostawcę pracy
w społeczeństwie, o tyle wydaje nam się rzeczą słusz-
ną i konieczną, by wszelkie przesunięcia w pracy, do-
konywane w imię użyteczności publicznej, przeprowa-
dzane były jedynie przy zapewnieniu kompensaty lub
przejścia do innej pracy i żeby ani jednostek, ani klas
nie składano w ofierze racji stanu. W dobrze zorgani-
zowanych państwach Władza znajduje zawsze czas
i pieniądze na (to, by Ulżyć cierpieniom części społe-
czeństwa. Właśnie dlatego, że przemysł nie pochodzi
od rządu, że rodzi się i rozwija pod wpływem swobod-
nej i indywidualnej inicjatywy obywateli, rząd, jeśli
zakłóca jego bieg, winien mu dać jakieś zadośćuczy-
nienie lub odszkodowanie".
Oto złote słowa! Leon Faucher domaga się, cokolwiek
by sam o tym sądził, organizacji pracy. Sprawić, by
wszelkie przesunięcia w pracy przeprowadzane były
jedynie przy zapewnieniu kompensaty lub przejścia
do innej pracy i żeby ani jednostek, ani klas nie skła-
dano nigdy w ofierze racji stanu, czyli postępu prze-
mysłowego i wolności przedsiębiorstw — najwyższemu
prawu państwa; a to znaczy bez wątpienia tyle, co
stworzyć instytucję dostawcy pracy i stróża pracy
w społeczeństwie w sposób, który określiłaby przy-
szłość. Ponieważ zaś, jak już kilkakrotnie powtarza-
liśmy, postęp przemysłowy, a co za tym idzie — de-
klasacja i reklasacja odbywają się w społeczeństwie
nieprzerwanie, chodzi więc nie o znalezienie szczegól-
nej drogi dla wprowadzenia każdej innowacji, lecz
o określenie zasady, organicznego prawa przemian,
które by stosowało się do wszystkich przypadków
i wywoływało samo przez się zamierzony skutek. Czy
Leon Faucher jest w stanie sformułować to prawo
i pogodzić ze sobą opisane przez nas różnorodne
sprzeczności? Nie, ponieważ pozostaje z upodobaniem
przy idei odszkodowania. Władza — powiada on —
w dobrze zorganizowanych państwach znajduje zawsze
czas i pieniądze na to, by ulżyć cierpieniom części
społeczeństwa. Przykro mi to mówić ze względu na
szlachetność intencji Fauchera, ale wydaje mi się to
całkowicie niewykonalne.
Władza ma tyle tylko czasu i pieniędzy, ile ich za-
biera podatnikom. Posłużenie się podatkiem dla zapew-
nienia odszkodowania zdeklasowanym przemysłowcom
byłoby wyrokiem śmierci na nowe wynalazki, byłoby
komunizmem opartym na bagnetach, nie rozwiązałoby
jednak trudności. Nie trzeba chyba -mówić nic więcej
o odszkodowaniu dawanym przez państwo. Zastosowa-
nie odszkodowania zgodnie z projektem Fauchera do-
prowadziłoby albo do despotyzmu przemysłowego, cze-
goś na kształt rządów Muhammada-Ali 67, albo też wy-
rodziłoby się w opodatkowanie biedaków, to znaczy
w czczą obłudę. Dla dobra ludzkości lepiej będzie nie
przyznawać odszkodowań i pozwolić pracy, aby się
sama przez się ukonstytuowała.
Są tacy, którzy mówią: Niech rząd przeniesie usu-
niętych z pracy robotników do miejsc, gdzie nie istnie-
je przemysł prywatny, dokąd nie sięgają przedsiębior-
stwa indywidualne. Musimy zalesić góry, uprawić pięć
lub sześć milionów hektarów nieużytków, przekopać
kanały, wreszcie przedsięwziąć tysiące pilnych robót
użytecznych dla ogółu.
„Czytelnicy zechcą nam darować — odpowiada Fix —
lecz i tu musimy uciec się do użycia kapitału.
Obszary te, z wyjątkiem pewnych gruntów gminnych,
leżą odłogiem, ponieważ wykorzystanie ich nie dałoby
żadnego czystego zysku, a najprawdopodobniej nie
przyniosłoby nawet zwrotu kosztów uprawy. Tereny
te Znajdują się w posiadaniu właścicieli, którzy roz-
porządzają lub nie rozporządzają kapitałem koniecznym
do ich uprawy. W pierwszym przypadku właściciel,
gdyby uprawiał te ziemie, musiałby z wszelkim praw-
dopodobieństwem zadowolić się znikomym zyskiem
i, być może, wyrzec się nawet tego, co zwie się rentą
gruntową; uznał jednak, że podejmując uprawę, stra-
ciłby nawet swój kapitał zakładowy, dalsze zaś jego
obliczenia wykazały, że sprzedaż produktów nie pokry-
łaby kosztów uprawy... Po dokładnym rozważeniu
wszystkiego pozostawia więc tę ziemię odłogiem, po-
nieważ włożony w nią kapitał nie tylko nie przyniósł-
by żadnych zysków, ale przepadłby. Gdyby rzeczy miały
się inaczej, wszystkie te ziemie zaczęto by natychmiast
uprawiać; oszczędności, które dziś przeznacza się na co
innego, niezawodnie włożono by w pewnej mierze
w uprawę roli; kapitały bowiem nie mają upodobań,
dają natomiast procenty i szukają zawsze zastosowa-
nia zarazem najbardziej pewnego i najbardziej zys-
kownego".
Rozumowanie to, bardzo dobrze umotywowane, spro-
wadza się do tego, że nie nadszedł jeszcze dla Francji
czas na uprawę nieużytków, podobnie jak dla Kafrów
i Hotentotów nie nadszedł jeszcze czas na kolej żelaz-
ną. Społeczeństwo bowiem, jak już powiedzieliśmy
w rozdziale drugim, przystępuje najpierw do eksplo-
atacji tego, czego użytkowanie jest najłatwiejsze, naj-
pewniejsze, najbardziej konieczne i najmniej kosztowne;
dopiero później stopniowo czyni użytek z przed-
miotów stosunkowo mniej dających. Rodzaj ludzki nie
zajmował się nigdy niczym innym; od czasu, gdy mę-
czy się na powierzchni ziemi, zawsze nurtuje go ta
sama troska: zapewnić sobie środki utrzymania, szu-
kając jednocześnie nowych dróg. Aby uprawa ugorów,
o której mowa, nie stała się rujnującą spekulacją
i przyczyną nędzy, aby, innymi słowy, stała się możli-
wa, trzeba pomnożyć jeszcze nasze kapitały i nasze
maszyny, odkryć nowe sposoby wytwarzania, lepiej
podzielić pracę. Jednak zwracanie się do rządu o pod-
jęcie takiej inicjatywy byłoby postępowaniem na wzór
wieśniaków, którzy widząc nadciągającą burzę zaczy-
nają modlić się do Boga i wzywać świętych. Dziś na-
leży powtarzać na każdym kroku, że rządy są przed-
stawicielami 'bóstwa, powiedziałbym nawet — wyko-
nawcami zemsty niebios, i nie mogą nic dla nas
uczynić. Czy, na przykład, rząd angielski potrafi dać
pracę tym nieszczęśliwym, którzy szukają schronienia
w workhouses? A gdyby nawet potrafił, czy miałby
odwagę to zrobić? Pomagaj sam sobie, a Bóg ci pomo-
że! Ten akt nieufności ludu wobec bóstwa mówi nam
również, czego możemy oczekiwać od władzy: ni-
czego!
Doszedłszy do drugiej stacji naszej drogi krzyżowej,
zamiast oddać się jałowej kontemplacji, zwróćmy bacz-
niejszą uwagę na naukę, jakiej udziela nam przezna-
czenie. Rękojmią naszej wolności są postępy naszych
mąk.

Rozdział czternasty

STRESZCZENIE I WNIOSKI

Aby wyrazić doniosłość odkryć Newtona, powiedzia-


no o nim, że odsłonił otchłań ludzkiej niewiedzy.
Nie ma tu bynajmniej Newtona i nikt nie może
rościć sobie pretensji do takiego miejsca w nauce eko-
nomii, jakie w nauce o wszechświecie potomność przy-
znaje temu wielkiemu człowiekowi. Śmiem jednak
twierdzić, że jest tu więcej zagadek, niż ich rozwiązał
Newton. Otchłań niebios nie dorównuje głębi naszej
inteligencji, w łonie której poruszają się wspaniałe
systemy. Można by powiedzieć, że jest to kraina nowa
i nieznana, która istnieje poza przestrzenią i czasem,
podobnie jak królestwo niebieskie i siedziba piekieł,
i w której oko nasze zatapia się z niemym podziwem
jak w przepaści bez dna.

Nan secus ac si qua penitus vi terra dehiscens


Infernas reseret sedes et regna racludat
Pallida, Dis invisa, superąue immane barathrum
Cernatur, trepidentąue immisso lumine Manes.
(Virgilius Aeneis, lib. VIII)

Tłoczą się tu, zderzają, ważą odwieczne siły; opa-


dają zasłony z tajemnic Opatrzności, a tajniki przezna-
czenia ukazują się w całej swej nagości. To, co niewi-
doczne, staje się widome, niedotykalne — staje się ma-
terialne; myśl staje się rzeczywistością, rzeczywistością
tysiąckroć cudowniejszą i wspanialszą niż najbardziej
fantastyczne utopie. Dotychczas nie znaleźliśmy jesz-
cze prostej formuły wyrażającej jedność tego olbrzy-
miego mechanizmu; wymyka się nam synteza tych
gigantycznych trybów, które urabiają dobrobyt i nędzę
pokoleń i kształtują nowy akt stworzenia. Wiemy
już jednak, że nie istnieją w przyrodzie pierwowzory
tego, co dzieje się w ekonomii społecznej; musimy
nieustannie znajdować specjalne nazwy dla faktów,
które trudno przyrównać do innych, i tworzyć nowy
język. Jest to świat transcendentny, którego zasady
przerastają geometrię i algebrę, którego moce nie wy-
wodzą się z przyciągania ani z żadnej siły fizycznej,
ale który posługuje się geometrią i algebrą jako po-
mocniczymi narzędziami i używa jako materiału potęg
samej przyrody; wreszcie, świat wolny ód kategorii
czasu, przestrzeni, powstawania, życia i śmierci, gdzie
wszystko wydaje się zarazem wieczne i przemijające,
jednoczesne i kolejne, ograniczone i nieograniczone,
ważkie i nieważkie... Cóż mam jeszcze powiedzieć?
Jest to sam akt tworzenia schwytany niejako na go-
rącym uczynku!
I świat ten, który przedstawia się nam jak bajka,
który obala nasze zwykłe sądy i nieustannie zadaje
kłam naszemu rozumowi, ten świat, który nas otacza,
przenika, niepokoi, a który oglądać możemy jedynie
oczyma duszy i dotykać tylko w jego objawach, ten
dziwny świat — to społeczeństwo, to my!
Któż widział monopol i konkurencję w inny sposób
niż poprzez ich skutki, to znaczy ich objawy? Któż
dotykał kredytu i własności? Cóż to jest siła zbiorowa,
podział pracy i wartość? A jednak czyż istnieje coś od
nich silniejszego, pewniejszego, bardziej zrozumiałego
i bardziej rzeczywistego? Spójrzcie z oddali na wóz
ciągnięty po bitej drodze przez osiem koni, którymi
powozi człowiek w roboczej bluzie: jest to tylko ma-
terialna masa, poruszana na czterech kołach przez siłę
zwierzęcą. Pozornie więc widzicie jedynie pewne
zjawisko mechaniczne, zdeterminowane przez pewne zja-
wisko fizjologiczne, poza którym nie dostrzegacie już
nic. Zbliżcie się jednak, spytajcie tego człowieka, co
robi, czego chce, dokąd zmierza; w jakiej myśli i z ja-
kiego tytułu jedzie tym wozem. Natychmiast pokaże
wam list przewozowy, swoją władzę, swoją opatrzność,
gdy on sam jest opatrznością swojego zaprzęgu. W liś-
cie tym przeczytacie, że jest on wozakiem, że jako taki
dokonuje przewozu pewnej ilości towarów za taką
a taką zapłatą, zależną od ciężaru i odległości; że musi
odbyć podróż taką a taką drogą i w takim a takim
czasie pod karą potrącenia pewnej sumy z należnego
mu wynagrodzenia; że przewóz ten nakłada na niego
odpowiedzialność za zguby i straty spowodowane in-
nymi przyczynami niż siła wyższa i wady właściwe
przedmiotów; że cena przewozu obejmuje lub nie obej-
muje ubezpieczenia od nieprzewidzianych wypadków,
i tysiąc innych szczegółów, które są szkopułem prawa
i udręczeniem prawoznawców. Człowiek ten, jak mó-
wię, objawi wam na kawałku papieru wielkości dłoni
nieskończony porządek, niepojętą mieszaninę doświad-
czenia i czystego rozumu, której cały geniusz człowie-
ka, wsparty doświadczeniem w sprawach wszechświa-
ta, nie byłby zdolny odkryć, gdyby człowiek nie był
przeszedł z bytowania indywidualnego do życia zbio-
rowego.
W rzeczy samej, gdzież są byty odpowiadające poję-
ciu pracy, wartości, wymiany, obiegu, konsumpcji,
odpowiedzialności, własności, solidarności, stowarzysze-
nia itd.? Kto dostarczył ich pierwowzorów? Cóż to' za
świat na wpół materialny, na wpół wyrozumowany,
będący w połowie koniecznością, w połowie fikcją?
Czymże jest ta siła, zwana pracą, która unosi nas z so bą z
tym większą pewnością, im bardziej czujemy się
od niej zależni? Czymże jest to życie zbiorowe, przy-
czyna naszych radości i naszych mąk, które spala nas
niegasnącym płomieniem? Dopóki żyjemy, jesteśmy
wszyscy, choć tego nie dostrzegamy, odpowiednio do
naszych zdolności i naszej specjalności, myślącymi
sprężynami, myślącymi kółkami, myślącymi trybami,
myślącymi ciężarkami itd. olbrzymiej maszyny, która
również myśli i która porusza się samoczynnie. Pod-
stawą nauki, jak powiedzieliśmy, jest zgodność myśli
i doświadczenia, lecz nauka nie tworzy ani jednego,
ani drugiego. A oto tu, przeciwnie: stajemy w obliczu
nauki, w której nic nie jest nam dane a priori, ani za
pośrednictwem rozumu, ani za pośrednictwem doświad-
czenia; nauki, w której ludzkość czerpie wszystko
z siebie samej, noumeny i fenomeny, uniwersalia i ka-
tegorie, fakty i idee; wreszcie nauki, która zamiast
polegać po prostu jak wszystkie inne nauki na rozu-
mowym opisie rzeczywistości, sama tworzy rzeczywi-
stość i rozum!
Tak więc twórcą rozumu ekonomicznego jest czło-
wiek; twórcą materii ekonomicznej jest człowiek; ar-
chitektem systemu ekonomicznego jest także człowiek.
Rozum i doświadczenie społeczne to dzieło ludz-
kości; a potem ludzkość przystępuje do wznoszenia
nauki o społeczeństwie w ten sam sposób, w jaki zbu-
dowała nauki przyrodnicze; godzi ze sobą rozum i do-
świadczenie, które sama sobie dała, i oto staje w obli-
czu najbardziej niepojętego cudu: chociaż wszystko
w niej wywodzi się z utopii, tak zasady, jak i czyny,
to jednak poznać siebie samą może tylko wtedy, gdy
wszelką utopię odrzuci.
Socjalizm słusznie unosi się przeciw ekonomii
politycznej i mówi jej: Jesteś tylko rutyną i sama siebie
nie rozumiesz. Ekonomia polityczna zaś słusznie powia-
da socjalizmowi: Jesteś tylko utopią, nierzeczywistą
i nieosiągalną. Ani jedno, ani drugie jednak — socjalizm
przecząc doświadczeniu ludzkości, a ekonomia politycz-
na negując jej rozum — nie spełnia podstawowych wa-
runków humanistycznej prawdy 68.
Nauka o społeczeństwie zasadza się na zgodności
rozumu społecznego i praktyki społecznej. Otóż naszej
epoce dane będzie podziwiać tę naukę, której nikłe
tylko przebłyski dostrzegli nasi mistrzowie, w całej
jej świetności i wzniosłej harmonii!...
Cóż jednak czynię, nieszczęsny! Nie pora rozniecać
nadzieje w chwili, gdy szarlataneria i przesądy dzielą
świat między siebie! Nie niedowiarstwo zwalczać mu-
simy, ale pychę. Zacznijmy więc od stwierdzenia, że
nauka o społeczeństwie nie jest bynajmniej ukształto-
wana i że pozostaje jeszcze w stadium niejasnych prze-
czuć.
„Malthus — powiada świetny jego biograf Charles
Comte — był głęboko przekonany, że pewne zasady
ekonomii politycznej są prawdziwe o tyle tylko, o ile
zawierają się w określonych granicach; głównych trud-
ności nauki dopatrywał się w częstym połączeniu zło-
żonych przyczyn, we wzajemnym działaniu i oddzia-
ływaniu na siebie skutków i przyczyn i w konieczności
czynienia od znacznej liczby ważnych twierdzeń wy-
jątków lub wyznaczania im granic".
Oto co sądził Malthus o ekonomii politycznej; praca,
którą obecnie publikujemy, jest jedynie demonstracją
tej jego myśli. Do powyższego świadectwa dorzucimy
inne jeszcze, nie mniej odeń wiarygodne. Na jednym
z ostatnich posiedzeń Akademii Nauk Moralnych
Dunoyer, człowiek prawdziwie niezależny, który nie po-
zwala zaślepić się ani stronniczności, ani pogardzie dla
nieoświeconych przeciwników, uczynił podobne wy-
znanie z równą jak Malthus prostotą i powagą.
„Wydaje się, iż ekonomia polityczna, mimo że po-
siada szereg pewnych zasad i opiera się na znacznej
liczbie ścisłych faktów i prawidłowo wyprowadzonych
wniosków, nie jest jeszcze bynajmniej całkowicie
ukształtowaną nauką. Nie istnieje pełne porozumienie
co do zakresu, jaki powinny ogarniać jej badania, ani
co do podstawowego przedmiotu tych badań. Nie uzna-
je się całokształtu prac, nie ma tu zgodności co do
ścisłego znaczenia, jakie powinno się nadawać więk-
szości słów składających się na słownictwo ekonomicz-
ne. Ekonomia obfituje w prawdy szczegółowe, w ca-
łości jednak pozostawia nieskończenie wiele do życze-
nia, i wydaje się, że jako nauka nie jest jeszcze bynaj-
mniej ukonstytuowana".
Rossi posuwa się dalej niż Dunoyer; swemu sądowi
nadaje on formę nagany skierowanej do współczesnych
przedstawicieli nauki:
„Wydaje się — woła — że nauka ekonomii ponie-
chała dziś wszelkiej metodycznej myśli; a przecież nie
ma nauki bez metody" (Sprawozdanie Rossiego z kur-
su Whateleya).
Blanąui, Wołowski69, Chevalier, wszyscy, którzy
rzucili choć trochę wnikliwsze spojrzenie na,ekonomię
społeczną, mówią to samo. Pisarz zaś, który najtrafniej
ocenił wartość nowoczesnych utopii, Pierre Leroux,
pisze na każdej stronie „Revue Sociale": „Szukajmy
rozwiązania problemu proletariatu; szukajmy go nie-
ustannie, dopóki go nie znajdziemy. Oto całe zadanie
naszej epoki!..." Otóż problem proletariatu to
ukonstytuowanie się nauki o społeczeństwie.
Opanowaniem
całej nauki ekonomii chełpią się już tylko krótko-
wzroczni ekonomiści i fanatyczni socjaliści, dla których
cała nauka streszcza się w jednej formule: laissez faire,
laissez passer, lub też: każdemu według jego potrzeb
w granicach środków społecznych.
Skąd pochodzi opóźnienie prawdy społecznej, które
jest powodem rozczarowania ekonomistów i daje kre-
dyt wyzyskującym sytuację rzekomym reformatorom?
Przyczynę tego upatrujemy w datującym się już od
bardzo dawna rozdziale filozofii i ekonomii politycznej.
Filozofia, to znaczy metafizyka lub — jeśli kto wo-
li — logika, jest algebrą społeczeństwa; ekonomia po-
lityczna jest urzeczywistnieniem tej algebry. Nie do-
strzegli tego ani J. B. Say, ani Bentham, ani żaden
z tych ekonomistów i utylitarystów, którzy dokonali
rozłamu w moralności i niemal jednocześnie wystąpili
przeciw polityce i filozofii. A jednak czyż może być
pewniejszy sprawdzian filozofii — teorii rozumu, niż
praca, to znaczy praktyka rozumu? I odwrotnie, czyż
istnieje bardziej niezawodny sprawdzian nauki ekono-
mii niż formuły filozoficzne? Niedaleka jest już chwi-
la — w tym pokładam największą moją nadzieję —
kiedy mistrzowie nauk moralnych i politycznych znaj-
dą się w warsztatach i kantorach na podobieństwo
naszych najzdolniejszych budowniczych, którzy swoje
wykształcenie zdobyli przez długie i żmudne termino-
wanie...
Pod jakim jednak warunkiem może istnieć nauka?
Pod warunkiem, że ustali swoje pole obserwacji
i swoje granice, określi swój przedmiot i ustali meto-
dę. W tym względzie ekonomista wypowiada się tak
samo jak filozof; słowa Dunoyera, które przed chwilą
przytoczyłem, wydają się dosłownie wzięte z przedmo-
wy Jouffroya do tłumaczenia Reida 70.
Polem obserwacji filozofii jest nasze ja; polem obser-
wacji nauki ekonomii jest społeczeństwo, a więc rów-
nież ja. Jeśli chcecie poznać człowieka, badajcie spo-
łeczeństwo; jeśli chcecie poznać społeczeństwo, badaj-
cie człowieka. Człowiek i społeczeństwo są dla siebie
wzajemnie podmiotem i przedmiotem; równoległość,
równoznaczność obu nauk jest zupełna.
Cóż to jest jednak to ja zbiorowe i jednostkowe?
Czymże jest to póle obserwacji, w którym zachodzą
tak niezwykłe zjawiska? Aby je odkryć, przyjrzyjmy
się jego odpowiednikom.
Wszystko, co myślimy, zdaje się istnieć, następować
po sobie lub układać się w trzech transcendentnych
wymiarach, poza którymi nie wyobrażamy sobie
ani nie pojmujemy absolutnie nic; są to przestrzeń,
czas i inteligencja.
Podobnie jak wszelki przedmiot materialny z ko-
nieczności pojmujemy przestrzennie, podobnie jak nam
się wydaje, że zjawiska powiązane ze sobą stosunkiem
przyczynowości następują po sobie w czasie, tak też
naszym pojęciom czysto abstrakcyjnym przypisujemy
odrębne siedlisko, które nazywamy intelektem lub
inteligencją.
Inteligencja, podobnie jak przestrzeń i wieczność,
jest nieskończona. Obracają się w niej całe światy,
niezliczone organizmy o złożonych prawach, o różno-
rodnych i nie przewidzianych skutkach, dorównujące
swą wspaniałością i harmonią światom rozrzuconym
przez stwórcę w przestrzeni, organizmom, które zapa-
lają się i gasną w czasie. Polityka i ekonomia politycz-
na, prawoznawstwo, filozofia, teologia, poezja, język,
obyczaje, literatura, sztuki piękne — pole obserwacji
naszego ja jest bardziej rozległe, płodniejsze i bogat-
sze niż dwoiste pole obserwacji przyrody: przestrzeń
i czas.
Nasze ja, podobnie jak czas i przestrzeń, jest więc
nieskończone. Człowiek i to, co jest tworem człowie-
ka, stanowi wraz z bytami rzuconymi w przestrzeń
i zjawiskami następującymi po sobie w czasie potrójne
objawienie Boga. Te trzy nieskończoności, nieograniczo-
ne przejawy nieskończoności, których niepodobna roz-
dzielić ani sprowadzić do prostszej postaci, przenikają
się i wspierają nawzajem: przestrzeń lub rozciągłość
jest nie do pojęcia bez ruchu, który implikuje ideę
siły, to znaczy czegoś spontanicznego, ja.
Idee rzeczy, które przedstawiają się nam przestrzen-
nie, przybierają w naszej wyobraźni postać obrazów;
idee, których przedmioty umieszczamy w czasie, kształ-
tują się w dzieje; wreszcie, idee lub stosunki, które nie
mieszczą się ani w kategoriach czasu, ani w katego-
riach przestrzeni, a które należą do intelektu, układa-
ją się w systemy.
Obraz, historia, system są więc trzema analogiczny-
mi lub raczej homologicznymi sposobami wyrażenia
faktu, że pewna liczba pojęć przedstawia się naszemu
umysłowi jako symetryczna i doskonała całość. Dlate-
go też wyrażenia te można w pewnych wypadkach
brać jedne za drugie, tak jak to uczyniliśmy na wstępie
tej pracy, przedstawiając ją jako historię ekonomii
politycznej sporządzoną nie wedle dat odkryć, lecz
wedle porządku teorii.
Posiadamy więc — i nie możemy nie posiadać •—
pojęcie tego, co mieści w sobie przedmioty czystej
myśli, lub, jak mówi Kant, noumeny, podobnie jak
posiadamy pojęcie tego, co obejmuje rzeczy postrze-
galne — fenomeny.
Jednak przestrzeń i czas nie są niczym rzeczywi-
stym: są to dwie formy odciśnięte w naszym ja przez
postrzeganie zmysłowe.
Podobnie niczym rzeczywistym nie jest inteligencja:
jest to forma, którą ja samo sobie narzuca przez ana-
logię w związku z ideami, jakie podsuwa mu doświad-
czenie.
Co do kolejności, w jakiej nabywamy idee, intuicje
lub obrazy, to wydaje się nam, że zaczynamy od tych,
których pierwowzory lub rzeczywiste odpowiedniki
zawierają się w przestrzeni; następnie chwytamy, by
się tak wyrazić, w locie idee, które unosi ze sobą czas,
a na koniec odkrywamy nagle za pomocą apercepcji
idee lub pojęcia, które nie mają wzorów zewnętrznych
i które ukazują się nam w tym urojonym wymiarze,
zwanym przez nas inteligencją. Taka jest droga nasze-
go poznania: wychodzimy od postrzegania, aby następ-
nie wznieść się do abstrakcji; drabina naszego rozumu
opiera się na ziemi, przebija niebo i gubi się w otchła-
niach ducha.
Odwróćmy teraz ten porządek i wyobraźmy sobie
akt stworzenia jako upadek idei ze sfery najwyższej,
inteligencji, do sfer niższych, czasu i przestrzeni; upa-
dek, podczas którego idee pierwotnie czyste oblekły
ciało, czyli substratum, które ma je urzeczywistniać
i wyrażać. Z tego punktu widzenia wszystkie rzeczy
stworzone, zjawiska przyrody i przejawy ludzkości,
ukażą się nam jako rzut niematerialnego i niezmien-
nego umysłu na płaszczyznę bądź to nieruchomą i po-
ziomą — przestrzeń, bądź to pochyłą i ruchomą —
czas.
Stąd pochodzi to, że w umyśle idee są równe sobie,
współczesne i współrzędne, w społeczeństwie natomiast
i w przyrodzie zdają się bezładnie rozrzucone, rozpro-
szone, Zlokalizowane, podrzędne i kolejne względem
siebie, i układają się w obrazy i dzieje niczym nie
przypominające pierwotnego rysunku; cała zaś wiedza
ludzka polega na odnajdywaniu w tych koncepcjach
abstrakcyjnego systemu myśli wiecznej. Właśnie za po-
mocą tego rodzaju rekonstrukcji przyrodnicy odkryli
systemy bytów organicznych i nieorganicznych; my
zaś, posługując się tym samym sposobem, uczyniliśmy
próbę odtworzenia ciągu faz ekonomii społecznej, któ-
re w społeczeństwie ukazują się nam jako odosobnione,
bezładne, anarchiczne. Temat, który podjęliśmy, jest
prawdziwą historią naturalną pracy, odtworzoną we-
dług fragmentów zebranych przez ekonomistów; sys-
tem zaś, który wyłonił się z naszej analizy, jest praw-
dziwy z tego samego tytułu co systematyka roślin
opracowana przez Linneusza i de Jussieu'go czy sys-
tematyka zwierząt Cuviera.
Ludzkie ja, przejawiające się poprzez pracę — oto
póle badań ekonomii politycznej, będącej konkretną
formą filozofii. Identyczność tych dwóch nauk lub mó-
wiąc właściwiej — tych dwóch sceptycyzmów ujawni-
ła się w toku niniejszego dzieła. Tak więc podział
pracy ukazał nam powstawanie pojęć w postaci po-
działu elementarnych kategorii; następnie ujrzeliśmy,
jak wolność narodziła się z oddziaływania człowieka na
przyrodę i jak w ślad za wolnością ukształtowały się
Wszystkie stosunki człowieka ze społeczeństwem i z so-
bą samym. W rezultacie nauka ekonomii była dla nas
zarazem ontologią, logiką, psychologią, teologią, poli-
tyką, estetyką, symboliką i moralnością...
Po ustaleniu pola nauki i wyznaczeniu jej granic
musieliśmy określić jej metodę. Otóż metoda nauki
ekonomii jest również taka sama jak metoda filozofii:
organizacja pracy, naszym zdaniem, jest niczym innym
jak organizacją zdrowego rozsądku...
Wśród praw, które są podstawą tej organizacji,
zwróciliśmy uwagę na antynomię.
Uczyniliśmy spostrzeżenie, iż wszelka myśl prawdzi-
wa występuje w jednym czasie i dwóch momentach.
Każdy z tych momentów jest zaprzeczeniem drugiego,
oba zaś zniknąć mogą jedynie pod wpływem wyższej
idei; co za tym idzie, sprzeczność jest prawem życia
i postępu, zasadą ciągłego ruchu. W istocie, jeśli dana
rzecz na zasadzie tkwiącej w niej siły rozwojowej od-
nawia się przez to właśnie, co traci, to wynika stąd, że
rzecz ta jest niezniszczalna, a utrzymujący ją ruch —
wieczny. W ekonomii społecznej działanie monopolu jest
niweczeniem tego, co nieustannie wytwarza konkuren-
cja; konsumpcja pożera to, co tworzy praca; społeczeń-
stwo zagarnia to, co przywłaszcza sobie posiadacz: stąd
pochodzi ciągły ruch, niezniszczalne życie ludzkości.
Jeśli jedna z dwóch przeciwstawnych sił napotyka
przeszkody, jeśli na przykład działalność indywidualna
skrępowana zostaje przez siły społeczne, wówczas orga-
nizacja społeczeństwa wyradza się w komunizm i ulega
unicestwieniu. Jeśli przeciwnie, inicjatywa indywi-
dualna nie znajduje w niczym przeciwwagi, to
organizm zbiorowy zostaje skażony, a cywiliza-
cji grozi ustrój kastowy, ustrój niesprawiedliwości
i nędzy.
Sprzeczność jest podstawą przyciągania, ruchu, na
niej zasadza się równowaga, ona to rodzi namiętność
i doprowadza do rozkładu wszelkiej harmonii i zgody...
Za nią kroczy prawo postępu i ciągu, melodia bytów,
prawo piękna i wzniosłości. Odrzućcie sprzeczność,
a postęp bytów stanie się niewytłumaczalny: gdzież
jest bowiem siła, która by ten postęp rodziła? Odrzuć-
cie ciąg, a świat stanie się zamętem jałowych przeci-
wieństw, powszechnym wrzeniem bez celu i bez myś-
li...
Gdyby wywody te, które my uważamy za czystą
prawdę, budziły wątpliwości, to i wtedy przytoczenie
ich w niniejszej pracy byłoby ogromnie pożyteczne.
Niechże czytelnik zechce to rozważyć: w niejednej
chwili swego życia ten sam człowiek potwierdza i ne-
guje jednocześnie te same zasady i te same teorie;
postępuje tak niewątpliwie z większym lub mniejszym
przekonaniem, ale też zawsze zdają się przemawiać za
tym pewne racje; racje te nie uspokajają wprawdzie
w pełni sumienia, wystarczają jednak dla zapewnienia
tryumfu namiętności i posiania wątpliwości w umyśle.
Ale pozostawmy logikę: czyż nic nie znaczy to, że rzu-
ciliśmy światło na podwójne Oblicze rzeczy, że nauczy-
liśmy się nie ufać rozumowaniu, że wiemy, jak się to
dzieje, że im słuszniejsze są poglądy człowieka, im
bardziej prawe jego serce, tym większe jest niebezpie-
czeństwo, że człowiek ten zostanie wystrychnięty na
dudka i zacznie działać niedorzecznie? Wszystkie na-
sze nieporozumienia polityczne, religijne, ekonomiczne
itd. pochodzą z wewnętrznych sprzeczności wszechrze-
czy; z tego również źródła spływa na społeczeństwo
skażenie zasad, sprzedajność sumień, szarlataneria wy-
znań wiary, hipokryzja poglądów...
A teraz, cóż jest przedmiotem nauki ekonomii?
Wskazuje go sama metoda. Sprzeczność jest podsta-
wą przyciągania i równowagi w przyrodzie; sprzecność
jest więc podstawą postępu i równowagi w spo-
łeczeństwie, przedmiotem zaś nauki ekonomii jest
sprawiedliwość.
Z czysto obiektywnego punktu widzenia, jedynego,
jaki interesuje ekonomię społeczną, sprawiedliwość wy-
raża się w wartości. Czym zaś jest wartość? Realizacją
pracy.
„Rzeczywista cena każdej rzeczy — mówi A. Smith
— rzeczywisty koszt, jaki ponieść musi ten, kto chce
ją nabyć, to praca i trud, jaki trzeba sobie zadać, aby
ją posiąść... To, co kupńje się za pieniądze lub za to-
wary, kupowane jest za pracę, podobnie jak to, co
zdobywamy pracując w pocie czoła. Te pieniądze i to-
wary mieszczą w sobie wartość pewnej ilości pracy,
którą wymieniamy na coś, co w założeniu zawierać
winno wartość równej ilości pracy. Praca była pierw-
szą ceną wszelkich dóbr, monetą, którą płaciło się przy
ich pierwotnym kupnie; wszystkie bogactwa świata
były pierwotnie kupowane nie za złoto i srebro, lecz
za pracę; a wartość ich dla ludzi, którzy je posiadali
i pragnęli wymieniać je na nowe produkty, równała
się dokładnie tej właśnie ilości pracy, która uczyniła
ich zdolnymi do kupna lub wejścia w spółkę".
Jeśli jednak wartość jest urzeczywistnieniem pracy,
jest ona zarazem zasadą, według której porównuje się
ze sobą produkty: stąd też teoria proporcjonalności,
która dominuje nad całą nauką ekonomii i do której
byłby mógł wznieść się A. Smith, gdyby w duchu jego
czasów leżało dążenie do tworzenia systemu na pod-
stawie doświadczeń i przy pomocy logiki.
Ale w jaki sposób sprawiedliwość przejawia się
w społeczeństwie? Innymi słowy, jaką drogą następuje
ustalenie proporcji wartości? Dał na to odpowiedź J. B.
Say: poprzez oscylację między wartością użytko-
wą i wartością wymienną.
W tym miejscu w ekonomii politycznej pojawia się
zasada arbitralności, która rządzi pracą i aż nazbyt
często jest jej katem.
W początkach nauki praca, pozbawiona metody, nie
rozumiejąca wartości, niezgrabnie stawiająca pierwsze
kroki, odwołuje się do wolnej woli, aby stworzyć bo-
gactwa i ustalić ceny wszelkich dóbr. Z tą chwilą obie
te potęgi wchodzą ze sobą w stan walki, zapoczątko-
wując budowę organizacji społecznej. Praca i wolna
wola są bowiem tym, co nazwiemy później pracą i ka-
pitałem, pracą najemną i przywilejem, konkurencją
i monopolem, wspólnotą i własnością, plebsem i szlach-
tą, państwem i obywatelem, stowarzyszeniem i jedno-
stką. Dla każdego, kto przyswoił sobie podstawowe po-
jęcia logiki, jest rzeczą oczywistą, że wszystkie te
przeciwieństwa, nieustannie się odradzające, muszą być
nieustannie rozwiązywane; otóż tego właśnie nie chcą
zrozumieć ekonomiści, którym wydaje się, że arbitral-
na z zasady wartość wymyka się wszelkiemu określe-
niu; zarówno stąd, jak z odrazy do filozofii pochodzi
zgubne dla społeczeństwa zacofanie nauki ekonomii.
„Mówić o absolutnej wysokości i głębokości — po-
wiada McCulloch71 — byłoby rzeczą równie niedo-
rzeczną, jak mówić o absolutnej wartości".
Tak samo wypowiadają się w tej sprawie wszyscy
ekonomiści, a jednak przykład ten świadczy o tym,
jak dalecy są oni od osiągnięcia porozumienia zarówno
co do istoty wartości, jak co do znaczenia słów, któ-
rymi się posługują. Wyrażenie absolutny mieści w so-
bie pojęcie całkowitości, doskonałości lub pełni, a co
za tym idzie, dokładności i ścisłości. Absolutna większość
to większość ścisła (połowa plus jeden), a nie
większość nieokreślona. Podobnie absolutna wartość
jest wartością dokładną, wyprowadzoną ze ścisłego
porównania ze sobą produktów; czyż może być coś
prostszego? Pociąga to jednak za sobą zasadniczą kon-
sekwencję: skoro wartości są nawzajem dla siebie mia-
rą, wahania ich bynajmniej nie powinny być przypad-
kowe; jest to najwyższe życzenie społeczeństwa, jest
to także sens ekonomii politycznej, która w swym ca-
łokształcie jest niczym innym jak obrazem sprzeczno-
ści, których synteza rodzi nieuchronnie prawdziwą war-
tość.
Tak więc społeczeństwo kształtuje się stopniowo po-
przez pewnego rodzaju wahania między koniecznością
a dowolnością, sprawiedliwość zaś ustanawia się po-
przez kradzież. Poziom równości w społeczeństwie nie
jest niezmienny; równość, podobnie jak wszystkie wiel-
kie prawa przyrody, jest abstrakcyjnym punktem, po-
za który fakty wychylają się nieustannie w obu kie-
runkach, opisując większe lub mniejsze, bardziej lub
mniej regularne łuki. Równość, to najwyższe prawo
społeczeństwa, nie jest bynajmniej wielkością stałą, ale
średnią nieskończonej ilości równań. W tej postaci uka-
zała się nam równość już w pierwszej epoce rozwoju
ekonomicznego, w podziale pracy, i w tej postaci prze-
jawia się nieustannie od chwili, gdy Opatrzność usta-
liła prawa rządzące światem.
Adam Smith, który przeczuł niejako wszystkie wiel-
kie zagadnienia ekonomii politycznej, po uznaniu pracy
za podstawę wartości i opisaniu magicznych skutków
prawa podziału pracy stwierdza, że mimo wzrostu
ilości produktów, jaki pociąga za sobą ten podział,
płaca robotnika nie zwiększa się; przeciwnie, zmniejsza
się często, gdyż zysk osiągnięty dzięki zbiorowemu
wysiłkowi nie płynie bynajmniej do kieszeni pracow-
nika, lecz do kieszeni pracodawcy.
„Powiecie, być może, że zysk jest niczym innym jak
odmienną nazwą płacy za specjalny rodzaj pracy, za
pracę w dziedzinie dozoru i kierownictwa... Ale zysk
ten z natury różni się od płacy, rządzi się innymi pra-
wami i nie pozostaje w żadnym stosunku do ilości
i istoty tej rzekomej pracy w dziedzinie dozoru i kie-
rownictwa. Zasadza się on w całości na wartości wło-
żonego kapitału i jego wysokość jest proporcjonalna
do rozmiarów tego kapitału... Tak więc produkt pracy
nie należy w całości do robotnika; trzeba, by ten ostat-
ni dzielił się nim z właścicielem".
Jak się rzeczy mają, mówi sucho A. Smith: wszyst-
ko dla pracodawcy, nic dla robotnika. Można nazwać
to niesprawiedliwością, rabunkiem, kradzieżą — eko-
nomisty to nie wzrusza. Właściciel grabieżca wydaje
mu się automatem w takim samym stopniu jak ogra-
biony robotnik. Dowodem zaś tego, że ani jeden, ani
drugi nie zasługuje na zawiść ani na litość, jest fakt,
że robotnicy nie wysuwają żadnych żądań, dopóki nie
zaczną umierać z głodu, i że nigdy żaden kapitalista,
przedsiębiorca czy właściciel, ani za życia, ani w chwili
śmierci, nie doznał najmniejszych wyrzutów sumienia.
Może słusznie, a może niesłusznie można oskarżać su-
mienie ogółu — nieświadome lub skażone. A. Smith
ogranicza się do przytoczenia faktów, co ma dla nas
o wiele większą wartość niż wszelkie deklamacje.
Tak więc wyznaczając wśród robotników jednego
uprzywilejowanego, nazaraeum inter fratres tuos, ro-
zum społeczny stworzył uosobienie siły zbiorowej.
Społeczeństwo posługuje się mitami i alegoriami: historia
cywilizacji to długi szereg symboli. Homer stresz-
cza w sobie bohaterską Grecję; Jezus Chrystus to
cierpiąca ludzkość, która z długiej i bolesnej agonii
z wysiłkiem wyrywa się ku wolności, sprawiedliwości,
cnocie. Karol Wielki jest uosobieniem feudalizmu; Ro-
land — rycerstwa; Piotr Pustelnik 72 — wypraw krzy-
żowych; Grzegorz VII — papiestwa; Napoleon — rewo-
lucji francuskiej. Podobnie przedsiębiorca przemysło-
wy, który eksploatuje kapitał przy pomocy grupy
robotników, jest uosobieniem siły zbiorowej i wchłania
przynoszony przez nią zysk, tak jak koło napędowe
maszyny gromadzi w sobie siłę. Jest on prawdziwym
bohaterem, królem pracy. Ekonomia polityczna jest
rozległą symboliką, własność zaś jest religią.
Siedźmy dalej rozumowanie A. Smitha, którego świa-
tłe myśli, rozrzucone wśród niezrozumiałej i mętnej
gadaniny, wydają się księgą pierwotnego objawienia.
,,W miarę jak ziemie danego kraju stają się własno-
ścią prywatną, właściciele, podobnie jak wszyscy inni
ludzie, z upodobaniem zbierają tam, gdzie nie posiali,
i żądają czynszu dzierżawnego nawet za naturalne pło-
dy ziemi. Ustalona zostaje dodatkowa cena na drzewo,
na lasy, na trawy polne i na wszystko, co daje ziemia;
ale kiedy ziemia znajdowała się we wspólnym posiada-
niu, jej płody kosztowały robotnika tyle tylko, ile tru-
du musiał włożyć w ich zebranie, teraz natomiast
kosztują go drożej. Robotnik musi płacić za pozwole-
nie zbierania płodów ziemi, to znaczy wpłaca właści-
cielowi część tego, co zebrał lub wytworzył własną
pracą, bez udziału właściciela".
Oto monopol, oto procent od kapitału, oto renta!
A. Smith, jak wszyscy wizjonerzy, widzi, ale nie ro-
zumie; opowiada, ale nie pojmuje; w natchnieniu
zesłanym nań przez Boga mówi bez zdziwienia i bez
litości, ale znaczenie jego własnych słów pozostaje
dlań zamkniętą księgą. Z jakąż zimną krwią opowiada
o zagarnięciu ziemi na własność! Dopóki ziemia zdaje
się nic nie warta, dopóki praca nie uprawi jej, nie
użyźni, nie uczyni użyteczną i nie nada jej wartoś-
c i, dopóty nie nęci ona nikogo jako własność. Truteń
nie siada na kwiatach, szuka uli. To, co robotnik wy-
tworzył, natychmiast zostaje mu odebrane; robotnik
jest jak pies myśliwski trzymany na smyczy przez
właściciela.
Jakiś wyczerpany pracą niewolnik dokonuje wyna-
lazku pługa. Twardą kłodą drzewa ciągniętą przez
konia orze rolę, czyniąc ją zdolną do wydania dziesię-
ciokrotnie, stokrotnie większego plonu. Właściciel jed-
nym rzutem oka ogarnia znaczenie tego wynalazku:
zagarnia ziemię, przywłaszcza sobie dochód, przypisuje
samemu sobie nawet pomysł i każe śmiertelnym wiel-
bić się za swój wspaniały dar. Staje się równy bogom:
jego żona to nimfa, to Cerera; on zaś jest Tryptole-
mem7S. Nędza czyni wynalazki, własność zbiera ich
owoce. Geniusz bowiem musi pozostać biedakiem: do-
statek stłumiłby talent. Największą przysługą, jaką
własność oddała światu, jest to, że nieustannie ciemię-
żyła i ciemięży pracę i talent.
Cóż jednak począć ze stosami ziarna? Jakże ubogie
jest bogactwo, które pan dzieli ze swymi końmi, ze
swymi wołami i swymi niewolnikami! Czyż warto być
bogatym, jeśli cała płynąca stąd korzyść polega na
tym, że można zjeść o kilka garści więcej ryżu i jęcz-
mienia?...
Jakaś staruszka, utarłszy trochę ziarna dla swych
bezzębnych ust, spostrzega, że miazga ta kwaśnieje,
fermentuje i że upieczona w popiele staje się pożywie-
niem 'bez porównania lepszym od surowej czy palonej
pszenicy. 'Cud! Odkryty został chleb powszedni! ,— In-
na stara kobieta zebrawszy w gliniany dzban odrzu-
cone winogrona słyszy, że moszcz burzy się jak na
ogniu; trunek oczyszcza się z mętów i mieni się rubino-
wy, szlachetny, nieśmiertelny. Evohe74! Wynalazł go
młody Bachus, ukochany syn właściciela, umiłowane
dziecię bogów. To, czego właściciel nie mógłby zjeść
w ciągu kilku tygodni, pić będzie mógł przez cały rok.
Winnica, podobnie jak zbiory, podobnie jak rola, zo-
staje przywłaszczona.
Co zrobić z runem owczym, którego taką obfitość
przynosi każdy rok? Gdyby nawet właściciel wyścielił
nim swoje łoże pod sam pułap, gdyby trzydziestokrot-
nie podwyższył swoje wspaniałe posłanie, ten bezuży-
teczny zbytek potwierdziłby tylko jego bezsilność.
Opływa w dostatki, a nie może z nich korzystać: cóż
za ironia!
Jakaś pasterka, nie mając czym z winy skąpego pa-
na przykryć swej nagości, zbiera z zarośli kłaki wełny,
skręca je, wyciąga w równe i cienkie nitki, które umo-
cowuje na kawałku drzewa, krzyżuje ze sobą i tym
sposobem tka sobie miękką i lekką suknię, tysiąckroć
bardziej elegancką niż połatane skóry, które okrywają
jej pyszną panią! To tkaczka Arachne stworzyła owo
cudo! Właściciel natychmiast zaczyna strzyc wełnę
swych owiec, swych wielbłądów i swych kóz; daje swej
żonie gromadę niewolników, którzy przędą i tkają pod
jej przewodnictwem. To już nie Arachne, skromna słu-
żebna, to Pallas, córka właściciela, którą natchnęli
bogowie i która z zazdrości mści się na Arachne, gło-
dząc ją na śmierć.
Cóż to za widok ta nieustanna walka pracy i przy--
wileju; pracy, która tworzy wszystko z niczego, i przy--
wileju, który zjawia się zawsze, by pochłonąć to, czego
bynajmniej nie stworzył! Przeznaczeniem bowiem czło-
wieka jest nieprzerwanie kroczyć naprzód. Człowiek.
musi pracować, tworzyć, pomnażać, doskonalić zawsze
i wciąż. Pozwólcie pracującym uczestniczyć w korzyści
z jego wynalazku, a poprzestanie na tym jednym po-
myśle i inteligencja jego przestanie się rozwijać. Oto
tajemnica tej niesprawiedliwości, która uderzyła A.
Smitha, dla której jednak ten flegmatycznie usposo-'
biony historyk nie znalazł jednego nawet słowa.potę-
pienia. Czuł on, choć nie mógł zdać sobie z tego spra-
wy, że jest w tym palec Boży; że dopóki praca nie
zapełni ziemi, motorem cywilizacji jest nieproduktyw-«
ne spożycie, i że Właśnie grabież niepostrzeżenie kła-:
dzie podwaliny braterstwa między ludźmi. • •
Człowiek musi pracować] Dlatego to właśnie Opatrz^
ność ustanowiła, zorganizowała, uświęciła kradzież!
Gdyby właściciel przestał zagarniać, to wkrótce prole-
tariusz przestałby wytwarzać, a wtedy znaleźliby się>
na progu dzikości i odrażającej nędzy. Po cóż mieliby
pracować Polinezyjczycy, którzy nie znają własności
i u których istnieje całkowita wspólność dóbr i -miłości?-
Ziemia i piękno należą do wszystkich, dzieci -ft** do ni-
kogo: na cóż więc zda się mówić im o moralności',
o godności, o osobowości, o filozofii i o postępie? Nie
trzeba nawet szukać tak daleko; po cóż ma pracować
Korsykanin, który przez sześć miesięcy w roku- znaj^
duje pod swoimi kasztanami żywność i schronienie?
Cóż go obchodzi wasz pobór rekruta, wasze koleje, wa-
sze mównice, wasza prasa? Czyż potrzebuje czegoś
więcej niż snu, gdy zje swoje kasztany? Pewien- prefekt z
Korsyki mówił, że aby ucywilizować tę wyspę,
trzeba wyciąć kasztany. O wiele pewniejszym sposo-
bem byłoby ich przywłaszczenie.
Lecz oto właściciel nie znajduje już dość siły, by
pochłonąć produkt pracy robotnika: wzywa wówczas
swoich faworytów, swoich błaznów, swoich pomocni-
ków, swoich współwinowajców. I tym razem ów po-
tworny spisek odsłania nam Smith:
„Przy każdym nowym przekształceniu produktu nie
tylko wzrasta kwota zysków, lecz także każdy następ-
ny zysk przewyższa poprzedni, ponieważ kapitał, który
ten zysk rodzi, powiększa się nieuchronnie coraz bar-
dziej. W rzeczy samej, podczas gdy zwyżka płac od-
działywa na cenę towaru podobnie jak zwykły procent
na przyrost wierzytelności, to zwyżka zysków oddzia-
ływa nań tak jak procent składany. Jeżeliby, na przy-
kład, w fabryce płótna płace robotników zatrudnionych
przy czesaniu lnu, prządek, tkaczy itd. uległy podwyż-
ce o 2 procent dziennie, to konieczna stałaby się pod-
wyżka ceny sztuki płótna o tyle razy więcej niż 2
procent, ilu wytworzyło ją robotników, z tym że liczbę
robotników należałoby pomnożyć przez liczbę ich dni
pracy. W każdej z różnych faz obróbki, przez jakie
przechodzi towar, ta część jego ceny, która zostaje
wydatkowana na płace, wzrosłaby jedynie w proporcji
arytmetycznej do zwyżki płac. Gdyby natomiast zyski
poszczególnych pracodawców zatrudniających tych ro-
botników zwiększyły się o 5%, to część ceny, która
stanowi zysk, zwiększyłaby się w każdej z tych faz
w stosunku progresywnym do zwyżki stopy zysku,
czyli w postępie geometrycznym. Właściciel czesalni
lnu, sprzedając swój len, żądałby nadwyżki 5% ponad
wartość surowca i płac, które wypłacił swoim robotnikom.
Właściciel przędzalni żądałby dodatkowo zysku
w wysokości 5% zarówno od ceny lnu czesanego, któ-
ry opłacił, jak od płac prządek. Wreszcie, właściciel
tkalni domagałby się również 5!% zarówno od ceny
zapłaconej za przędzę lnianą, jak też od płac tkaczy..."
Oto odarta z zasłon hierarchia ekonomiczna, poczy-
nając od Jowisza-właściciela, a kończąc na niewolniku.
Z pracy, z jej podziału, z rozróżnienia między praco-
dawcą a robotnikiem najemnym, z monopolu kapita-
łów wyłania się kasta panów — właścicieli ziemskich,
finansistów, przedsiębiorców, bourgeois, majstrów
i nadzorców, żyjących z rent, lichwy i wyzysku robot-
nika, a nade wszystko wykorzystujących dla swych ce-
lów przepisy dotyczące porządku i bezpieczeństwa pub-
licznego, co jest najstraszniejszą postacią wyzysku i nę-
dzy. Wynalazek polityki i praw zawdzięczamy wyłącz-
nie własności: Numa75 i Egeria, Tarkwiniusz76 i Ta-
naąuil byli, podobnie jak Napoleon i Karol Wielki,
szlachetnego rodu. Regum timendorum in proprios
greges, reges in ipsos imperium est Jovis — powiada
Horacy. Można by rzec, iż jest to legion demonów,
które zbiegły się ze wszystkich zakątków piekieł, by
męczyć biedną duszę. Targajcie jej łańcuchami, od-
bierzcie jej sen i pożywienie; bijcie ją, palcie, tortu-
rujcie rozpalonymi kleszczami bez wytchnienia, bez
litości! Gdybyśmy bowiem oszczędzali pracownika, gdy-
byśmy oddali mu sprawiedliwość, dla nas samych nic
by nie zostało i musielibyśmy zginąć.
O Boże! Jakąż zbrodnię popełnił ten nieszczęśnik,
że oddajesz go w ręce strażników, którzy tak hojnie
obdarzają go ciosami, a tak skąpią mu pożywienia?...
Wy zaś, właściciele, wybrane rózgi Opatrzności, nie
przekraczajcie przepisanej miary, albowiem w sercu
waszego sługi wzbiera wściekłość, a oczy jego nabie-
gają krwią.
Bunt robotników wydziera nieubłaganym pracodaw-
com ustępstwo. Cóż za szczęśliwy i radosny dzień!
Praca jest wolna. Ale cóż to za wolność, sprawiedliwe
nieba! Wolność proletariusza oznacza, że może on pra-
cować, czyli pozwalać się dalej ograbiać, albo nie pra-
cować, czyli umierać z głodu! Wolność tylko sile przy-
nosi korzyść: za pomocą konkurencji kapitał wszędzie
miażdży pracę i przekształca przemysł w rozległą koa-
licję monopoli. Po raz drugi pracujący plebs znajduje
się u nóg arystokracji; nie może i nie ma nawet prawa
upominać się o podwyżkę płac.
„Pracodawcy, mówi wyrocznia, są wszędzie i zawsze
w milczącym, lecz stałym i jednolitym porozumieniu
co do tego, by nie podnosić płac ponad istniejący po-
ziom. Pogwałcenie tej reguły równa się zdradzie. Ohyd-
ne prawodawstwo toleruje to sprzysiężenie, podczas
gdy koalicje robotników są surowo karane".
Skąd pochodzi ten nowy akt niesprawiedliwości,
który nawet niewzruszenie spokojny Smith nazywa
ohydnym. Czyżby i ta krzycząca niesprawiedliwość
była koniecznością. Czy przeznaczenie pobłądziłoby,
a Opatrzność doznała porażki, gdyby nie dała jednym
ludziom pierwszeństwa przed drugimi? Czyż znajdzie-
my sposób na to, by wraz z monopolem usprawiedli-
wić tę stronniczość praw, którym poddany został ro-
dzaj ludzki?
Dlaczegóż by nie, jeśli tylko zechcemy wznieść
się ponad sentymenty i spojrzeć z góry na zachodzące
siłą rzeczy fakty, na wewnętrzne prawo cywilizacji?
Cóż to jest praca? Czym jest przywilej?
Praca, odpowiednik działalności twórczej, jest
nieświadoma samej siebie, nieokreślona, bezpłodna, dopó-
ki nie przeniknie jej idea i prawo; praca jest tyglem,
w którym kształtuje się wartość, olbrzymią macicą
cywilizacji, biernym, czyli żeńskim pierwiastkiem spo-
łeczeństwa. Przywilej, wywodzący się z wolnej woli,
jest iskrą elektryczną, która stanowi o indywidualiza-
cji, wolnością, która urzeczywistnia, władzą, która roz-
kazuje, mózgiem, który myśli, ja, które rządzi.
Stosunek pracy do przywileju jest więc stosunkiem
samicy do samca, małżonki do małżonka. Wszystkie
ludy uważały zawsze cudzołóstwo kobiety za bardziej
naganne niż cudzołóstwo mężczyzny, i dlatego karały
je z większą surowością. Ci, którzy zatrzymując się nad
okrucieństwem form zapominają o zasadzie i dostrze-
gają jedynie barbarzyństwo popełnione w stosunku do
kobiet, są nędznymi politykami z romansów, godnymi,
by występować w opowieściach autorki Lelii77. Wszel-
kie wykroczenie przeciw dyscyplinie ze strony robot-
ników jest odpowiednikiem cudzołóstwa popełnionego
przez kobietę. Czyż nie jest wobec tego rzeczą oczy-
wistą, że gdyby trybunały z równą łaskawością odnosi-
ły się do skargi robotnika jak do skargi pracodawcy, to
zerwana zostałaby więź hierarchiczna, bez której ludz-
kość nie może istnieć, i całe gospodarstwo społeczne
poszłoby w gruzy?
Osądźcie to zresztą według faktów. Porównajcie
strajk robotników z koalicją przedsiębiorców. Tam nie-
ufność w stosunku do słusznego prawa, wzburzenie
i zamęt; na zewnątrz krzyki i wrzenie, wewnątrz
strach, duch uległości i pragnienie pokoju. Tu, prze-
ciwnie, wyrachowane postanowienie, poczucie siły,
pewność powodzenia, zimna krew w czynach. Po czy-
jej więc stronie, waszym zdaniem, znajduje się siła?
Gdzie znajduje się zasada organizacji, gdzie znajduje
się życie? Bez wątpienia, społeczeństwo winno zapew-
nić wszystkim pomoc i opiekę; nie bronię tu bynaj-
mniej sprawy ciemięży cieli ludzkości; oby dosięgła ich
zemsta niebios! Trzeba jednak, by dokonało się wy-
chowanie proletariusza. Proletariusz to Herkules, który
osiąga nieśmiertelność poprzez pracę i cnotę: ale czego
dokonałby Herkules, gdyby go nie prześladował Ery-
steusz?
Kto jesteś? — pytał papież, święty Leon, Attylę, gdy
ten pogromca narodów rozbił obóz u wrót Rzymu. —
Jestem biczem Bożym, odparł barbarzyńca. — Z wdzię-
cznością przyjmujemy — odrzekł mu papież — wszyst-
ko, co zsyła nam Bóg; lecz miej się na baczności, byś
nie uczynił nic, co by ci nie było nakazane!
Właściciele, kim jesteście?
Rzecz szczególna, własność, atakowana ze wszystkich
stron w imię miłosierdzia, sprawiedliwości, ekonomii
społecznej, nigdy nie umiała powiedzieć na swe uspra-
wiedliwienie nic innego prócz tych słów: Jestem, po-
nieważ jestem. Jestem zaprzeczeniem społeczeństwa,
ograbieniem robotnika, prawem tego, kto nie wytwa-
rza, racją silniejszego; i nie może żyć ten, kogo nie
pożeram.
Ta przerażająca zagadka doprowadziła do rozpaczy
najbardziej przenikliwe umysły.
„Zanim nastąpiło przywłaszczenie ziemi 1 akumu-
lacja kapitałów, całkowity produkt pracy należał do
robotnika. Nie było właściciela ani pracodawcy, z któ-
rym by robotnik musiał go dzielić. Gdyby stan ten
istniał nadal, wynagrodzenie za pracę wzrosłoby wraz
ze zwiększeniem się mocy produkcyjnej, jakie nastę-
puje w wyniku podziału pracy. Produkty, na których
wytworzenie zużywano by coraz mniej pracy, można
by było także nabywać za coraz mniejszą jej ilość".
Tak mówi A. Smith. Komentator zaś jego dodaje:
„Mogę zrozumieć, jakim sposobem prawo do przy-
właszczania, pod nazwą procentu, zysku lub czynszu
dzierżawnego, produktu pracy innych ludzi staje się
pożywką chciwości; nie mogę jednak pojąć, jak można
przez uszczuplenie wynagrodzenia robotnika dla po-
większenia dostatku próżniaka spowodować rozrost
przemysłu lub przyspieszyć wzbogacenie społeczeń-
stwa".
Raz jeszcze powtórzmy, co jest powodem tego przy-
właszczenia, powodem, którego nie dostrzegł ani Smith,
ani jego komentator, aby ponownie i po raz ostatni
ukazać w pełnym świetle nieubłagane prawo rządzące
społeczeństwem ludzkim.
Dzielić pracę — to rozkładać produkcję na części;
aby powstała wartość, trzeba, by nastąpiło zespolenie
tych części. Przed ustanowieniem własności każdy mo-
że czerpać z oceanu wodę, z której otrzymuje sól do
swych pokarmów, zrywać oliwki, z których wyciska
oliwę, wydobywać minerały zawierające żelazo i złoto.
Każdy też może wymienić pewną część tego, co zebrał,
na ekwiwalentną ilość zapasów zgromadzonych przez
innego człowieka: aż do tej chwili nie wychodzimy po-
za święte prawo pracy i poza wspólnotę ziemi. Otóż
jeśli mam prawo do korzystania z wszystkich dóbr
materialnych dzięki własnej pracy bądź też w drodze
wymiany, jeśli posiadanie, do którego w ten sposób
doszedłem, jest w pełni prawowite, to podobnie mam
prawo do zespolenia różnych składników, które zdoby-
wam pracą i przez wymianę, w nowy produkt, który
jest moją własnością i z którego mam prawo korzystać z
wyłączeniem wszystkich innych ludzi. Mogę, na
przykład, za pomocą soli, z której otrzymam sodę,
i oliwy, którą wycisnę z oliwek, i nasion sezamu
otrzymać mieszaninę do prania bielizny, która będzie
dla mnie z punktu widzenia czystości i higieny nie-
słychanie cenna i użyteczna. Mogę nawet zachować
dla siebie tajemnicę składu tej mieszaniny, a co za
tym idzie, osiągnąć z niej za pośrednictwem wymiany
prawowity zysk.
Z punktu widzenia prawa, jakaż jest różnica, czy
wyprodukuję uncję czy milion kilogramów mydła?
Czy większa lub mniejsza ilość ma jakiś wpływ
na charakter moralny czynności? A więc własność po-
dobnie jak handel, podobnie jak praca, jest naturalnym
prawem, którego nic na świecie nie może mi odebrać.
Ale dokonując powiązania różnych składników w no-
wy produkt, który jest moją wyłączną własnością po-
dobnie jak składające się nań surowce, zakładam tym
samym warsztat, organizuję eksploatację ludzi; groma-
dzę w swoich rękach zysk ze szkodą dla tych wszyst-
kich, którzy wchodzą ze mną w stosunki w dziedzinie
interesów; jeśli zaś zechcecie zająć moje miejsce w mo-
im przedsiębiorstwie, zażądam naturalnie renty. Po-
siądziecie mój sekret, zastąpicie mnie w fabrykacji,
wprawiać będziecie w ruch mój młyn, zbierać będzie-
cie plony z mojego pola i winogrona z mojej winnicy,
lecz będziecie musieli oddać mi czwartą czy trzecią
ich część lub nawet połowę.
Cały ten łańcuch jest konieczny i nierozerwalny; nie
kryje się tu ani wąż, ani diabeł; takie jest właśnie
prawo rzeczy, dictamen zdrowego rozsądku. W handlu
grabież jest czymś identycznym z wymianą; co zaś
może naprawdę wprawić w osłupienie, to to, że porządek
ten nie tylko znajduje usprawiedliwienie w do-
brej wierze układających się stron, lecz że narzuca go
sama sprawiedliwość.
Pewien człowiek kupuje od swego sąsiada węglarza
worek węgla, od kupca towarów kolonialnych pewną
ilość siarki z Etny. Miesza je ze sobą dodając do nich
pewną część saletry sprzedanej przez drogistę. Z tego
wszystkiego powstaje proch, którego sto funtów wy-
starczy, aby zniszczyć twierdzę. Pytam jednak, czy
drwala, który zwęglił drewno, sycylijskiego pasterza,
który zebrał siarkę, marynarza, który ją przewiózł,
komisjonera, który wysłał ją z Marsylii, kupca, który
ją sprzedał, obciąża wina za katastrofę. Czy istnieje
między nimi jakakolwiek solidarność w wytworzeniu
tego prochu, nie mówiąc o jego użyciu?
Jeśli zatem niepodobna odkryć najmniejszego powią-
zania między czynnościami różnych jednostek, z któ-
rych każda nieświadomie współdziałała w wytworzeniu
prochu, to jest też oczywiste, że nie ma między nimi
powiązania ani solidarności w odniesieniu do dochodu
ze sprzedaży tego prochu i że zysk, jaki przynieść
może jego użycie, należy wyłącznie do wynalazcy, któ-
ry też osobiście musiałby ponieść karę w wypadku po-
pełnienia przestępstwa lub nieostrożności. Własność
jest identyczna z odpowiedzialnością; stwierdzając od-
powiedzialność, nie można nie uznać własności.
Podziwiajcie nierozumność rozumu! Z chwilą gdy ta
sama własność, której prawowitemu pochodzeniu nie-
podobna zaprzeczyć, zostaje wykorzystana, staje się
krzyczącą niesprawiedliwością; nie dlatego, żeby przy-
łączył się do niej jakiś modyfikujący ją czynnik, ale
wskutek samego rozwoju zasady.
Weźmy całokształt produktów, których dostarczają
rynkowi przemysł i rolnictwo. Wszystkie te produkty,
podobnie jak proch i mydło, są wynikiem łączenia
składników pochodzących ze wspólnych zasobów. Cena
tych produktów składa się niezmiennie, po pierwsze,
z płac różnych kategorii robotników, po drugie, z zys-
ków, jakich żądają przedsiębiorcy i kapitaliści. Tym
sposobem społeczeństwo dzieli się na dwie klasy ludzi:
1° przedsiębiorców, kapitalistów i właścicieli, posiada-
jących monopol na wszystkie przedmioty spożycia; 2°
robotników najemnych lub pracowników, którzy mogą
opłacić jedynie połowę wartości tych przedmiotów, co
uniemożliwia im konsumpcję, obieg i reprodukcję.
Na próżno Adam Smith powiada:
„Prosta sprawiedliwość wymaga, aby ci, którzy ubie-
rają, żywią i zapewniają mieszkanie całemu narodowi,
mieli taki udział w produkcie swej własnej pracy, któ-
ry by im samym zapewniał znośne wyżywienie, odzież
i mieszkanie".
Czy mogłoby to nastąpić bez wyzucia z posiadania
tych, którzy uzurpują sobie monopol? A jak zapobiec
monopolowi, jeśli jest on nieuniknionym skutkiem swo-
bodnego korzystania z praw do działalności przemysło-
wej? Sprawiedliwość, którą chciałby ustanowić Adam
Smith, nie jest możliwa w ustroju opartym na włas-
ności. Jeśli tedy sprawiedliwość nie jest możliwa, jeśli
staje się wręcz niesprawiedliwością, to na cóż zda się
jeszcze mówić o sprawiedliwości i humanitarności?
Czyż Opatrzność zna sprawiedliwość, czyż przeznacze-
nie jest przychylne człowiekowi? Musimy dążyć nie
do zniszczenia monopolu bynajmniej, a tym mniej
pracy, lecz do zmuszenia tego monopolu, poprzez syn-
tezę, ku której nieuchronnie prowadzi właściwa mu
sprzeczność, żeby wytwarzał w interesie wszystkich te
dobra, które obecnie zachowuje dla niewielu. Poza tym
rozwiązaniem nie ma dla nas wyjścia; Opatrzność po-
zostaje nieczuła na nasze łzy; przeznaczenie kroczy
nieugięcie swoją drogą. Podczas gdy my z powagą
dyskutujemy nad tym, co sprawiedliwe, a co niespra-
wiedliwe, Bóg, który uczynił nas tak jak on sam isto-
tami sprzecznymi w myślach, słowach i uczynkach,
odpowiada nam wybuchem śmiechu.
Ta właśnie zasadnicza sprzeczność naszych idei, któ-
ra urzeczywistnia się poprzez pracę i wyraża się z ol-
brzymią siłą w społeczeństwie, sprawia, że wszystkie
rzeczy stają się czymś przeciwnym temu, czym być
powinny; i ona to nadaje społeczeństwu wygląd ko-
bierca oglądanego z odwrotnej strony lub zwierzęcia,
którego skórę obrócono włosem do środka. Dzięki po-
działowi pracy i maszynom człowiek miał stopniowo
wznosić się ku wiedzy i ku wolności; a tymczasem
wskutek podziału pracy i zastosowania maszyn popada
w otępienie i staje się niewolnikiem. Podatek, mówi
teoria, powinien być proporcjonalny do majątku; a jest,
przeciwnie, proporcjonalny do nędzy. Ten, kto nie wy-
twarza, powinien słuchać, a tymczasem, jak na urą-
gowisko, ten, kto nie wytwarza, rozkazuje. Kredyt,
wedle etymologii swej nazwy i zgodnie z teoretyczną
definicją, jest dostawcą pracy; w praktyce zaś wyzys-
kuje ją i zabija. Własność, zgodnie z duchem swej
najpiękniejszej prerogatywy, jest rozszerzeniem prawa
do ziemi; kiedy jednak prerogatywa ta zostaje wyko-
rzystana, własność staje się odebraniem praw do zie-
mi. We wszystkich swych kategoriach ekonomia poli-
tyczna reprodukuje sprzeczności i idee religii. Życie
człowieka, stwierdza filozofia, jest ciągłym wyzwala-
niem się zwierzęcości i natury, jest walką z Bogiem
W praktyce religijnej życie jest walką człowieka z sobą
samym, bezwzględnym poddaniem się społeczeństwa
Istocie wyższej. Miłujcie Boga z całego serca swego,
mówi nam Ewangelia, i nienawidźcie duszy waszej dla
życia wiecznego — jest to wprost przeciwne temu, co
nakazuje nahi rozum...
Nie będę ciągnął dalej tego streszczenia. Doszedłem
do kresu wytkniętej sobie drogi, a myśli cisną się
w głowie tak tłumnie i z taką gwałtownością, że trzeba
by mi już nowej książki na opisanie tego, co odkry-
wam; i wbrew konwencjom pisarskim nie widzę innego
sposobu zakończenia mego dzieła jak ten, bym się
z nagła zatrzymał.
Jeśli się nie omyliłem, czytelnik powinien być prze-
konany o jednej przynajmniej rzeczy, o tym mianowi-
cie, że prawdy społecznej niepodobna odnaleźć ani
w utopii, ani w rutynie; że ekonomia polityczna nie
jest bynajmniej nauką o społeczeństwie, lecz zawiera
materiał do tej nauki, podobnie jak chaos poprzedza-
jący Stworzenie zawierał elementy wszechświata; że
aby dojść do ostatecznej organizacji, która wydaje się
przeznaczeniem rodzaju ludzkiego na ziemi, trzeba je-
dynie wszystkie nasze sprzeczności doprowadzić do
postaci powszechnego równania.
Ale jaką fortaułę przybierze to równanie?
Możemy ją już teraz przewidzieć: powinno to być
prawo wymiany, teoria wzajemnej pomocy, system
gwarancji, który by zniweczył dawne formy naszych
stowarzyszeń i spółek handlowych i czynił zadość
wszystkim warunkom skuteczności, postępu i sprawie-
dliwości, jakie wysunęła krytyka; spółka, już nie kon-
wencjonalna, lecz rzeczywista, która by przekształciła
podział pracy w narzędzie nauki. Spółka ta obaliłaby
poddaństwo w stosunku (do maszyn i zapobiegła
kryzysom, jakie wywołuje ich pojawianie się; przekształ-
ciłaby konkurencję w dobrodziejstwo, a monopol w rę-
kojmię bezpieczeństwa ogółu; na mocy swej zasady,
zamiast prosić kapitał o kredyt, a państwo o opiekę,
podporządkowałaby kapitał i państwo pracy; za po-
średnictwem uczciwej wymiany zaprowadziłaby praw-
dziwą solidarność między narodami; nie krępując ini-
cjatywy jednostek ani nie wprowadzając zakazu o-
szczędzania, nieustannie przywracałaby społeczeństwu
dobra, które odbiera mu przywłaszczenie; poprzez ten
wyjściowy i wejściowy ruch kapitałów zapewniałaby
równość polityczną i przemysłową obywateli, a poprzez
rozległy system powszechnej oświaty wprowadzała
równość funkcji i równowartościowość zdolności, pod-
nosząc nieustannie ich poziom; dokonując odnowy su-
mień ludzkich poprzez sprawiedliwość, dobrobyt i cnotę,
zapewniałaby harmonię i równowagę pokoleń; słowem,
spółka ta, będąc zarazem organizacją i przejściem
do niej, uniknęłaby tymczasowości, dawała rękojmię
wszystkiego, a niczego nie przedsiębrała...78
Teoria wzajemnej pomocy lub mutuum, to znaczy
wymiany w naturze, której najprostszą postacią jest
pożyczka konsumpcyjna, jest z punktu widzenia bytu
zbiorowego syntezą idei Własności i idei wspólnoty;
syntezą tak dawną jak elementy, które się na nią skła-
dają; jest ona bowiem niczym innym jak powrotem
społeczeństwa do jego pierwotnej praktyki poprzez
labirynt wynalazków i systemów, wynikielm trwają-
cych od sześciu tysięcy lat rozważań nad tym podsta-
wowym twierdzeniem: A równa się A.
Wszystko dziś gotuje się do tego uroczystego odro-
dzenia; wszystko wskazuje na to, że panowanie fikcji
skończyło się i że społeczeństwo wróci do prostoty
swej natury. Monopol wzdął się do rozmiarów świata:
otóż monopol, który ogarnia świat, nie może pozostać
wyłączny; musi upowszechnić się albo pęknąć. Obłuda,
sprzedajność, prostytucja, kradzież — oto co kryje się
na dnie świadomości ogółu. Należy więc sądzić, że zbli-
ża się sprawiedliwość i pokuta, chyba że ludzkość nau-
czy się żyć tym, co ją zabija...
Socjalizlm, przeczuwając już upadek swych utopii,
chwyta się rzeczywistości i faktów: śmieje się sam
z siebie w Paryżu; dyskutuje w Berlinie, Kolonii, Lips-
ku, Wrocławiu; drży w Anglii; grzmi po drugiej stro-
nie oceanu; pozwala zabijać się w Polsce; próbuje rzą-
dzić w Bernie i Lozannie79. Przenikając masy, socja-
lizm stał się zupełnie inny: lud niewiele się troszczy
o honor szkół; lud żąda pracy, nauki, dobrobytu, rów-
ności. Nie przywiązuje wagi do systemu, byleby za-
wierał w sobie to, o co mu chodzi. A kiedy lud czegoś
chce i gdy musi już tylko znaleźć sposób, w jaki mógł-
by to osiągnąć, wówczas odkrycie nie każe długo na
siebie czekać: przygotujcie się na to, że już wkrótce
ujrzycie koniec wielkiej maskarady.
Niechże kapłan zrozumie wreszcie, że grzech to nę-
dza, a prawdziwa cnota, która czyni nas godnymi
żywota wiecznego, to walka z religią i z Bogiem; niech
filozof, porzucając swą pychę, supercilium philosophi-
cum, dowie się wreszcie, że rozum to społeczeństwo
i że filozofować — to posługiwać się swymi rękoma;
niech artysta nie zapomina, że niegdyś zstąpił z Olim-
pu do stajni Chrystusowej, że z tej stajni wzniósł się
do nie znanej przedtem świetności, że więc odrodzić go
musi chrześcijaństwo i praca; niech kapitalista pamię-
ta,' że srebro i złoto nie są prawdziwymi wartościami, że
dzięki uczciwej wymianie wszystkie produkty osiąg-
ną tę samą godność, a wówczas każdy wytwórca będzie
miał w swym domu mennicę; że podobnie jak fikcja
produktywnego kapitału ograbiła robotnika, tak też
zorganizowana praca pochłonie kapitał; niech właści-
ciel dowie się, że jest tylko poborcą dochodów społe-
czeństwa, że o ile niegdyś, wykorzystując wojnę, mógł
odebrać prawo do ziemi, to proletariusz może z kolei
poprzez stowarzyszenie odebrać mu prawo do zbiorów
i sprawić, że własność w pustce wyzionie ducha; niech
książę i jego pyszny orszak, jego żołnierze, sędziowie,
doradcy, parowie i cała armia tych, którzy nie wytwa-
rzają, pośpieszą z błaganiem o łaskę rolnika i rzemieśl-
nika, albowiem organizacja pracy jest równoznaczna
z uzależnieniem władzy, robotnik zaś ma moc pozosta-
wienia tego, kto nie wytwarza, jego ubóstwu i skaza-
nia władzy na zagładę w pohańbieniu i głodzie...
Wszystko to nie będzie nie przewidzianą, niespodzia-
ną nowością, nagłym skutkiem namiętności ludu lub
zręczności kilku jednostek, lecz spontanicznym powro-
tem społeczeństwa do praktyki, która sięga niepamięt-
nych czasów i chwilowo tylko została poniechana
z ważnych powodów...
W swym wahadłowym ruchu ludzkość nieustannie
obraca się wokół siebie samej: postępy jej są tylko
odmłodzeniem jej tradycji; jej systemy, pozornie tak
sobie przeciwstawne, opierają się w gruncie rzeczy na
zawsze jednakowych, choć z różnych stron widzianych
podstawach. W toku rozwoju cywilizacji prawda po-
zostaje zawsze ta sama, zawsze stara i zawsze nowa:
religia, filozofia, nauka zmieniają jedynie postać ze-
wnętrzną. Na tym właśnie polega Opatrzność i nieomyl-
ność rozumu ludzkiego; to stanowi o niezmienności
naszej istoty w procesie postępu; to sprawia, że w spo-
łeczeństwie, mimo iż nieodparcie dokonują się prze-
wroty, jego istota pozostaje niezmienna, to także roz-
szerza nieustannie perspektywy i ukazuje w oddali
ostateczne rozwiązanie, dając oparcie naszym tajem-
nym przeczuciom.
Rozmyślając nad tymi zmaganiami ludzkości, przy-
pominam sobie mimo woli, że w symbolice chrześci-
jańskiej następcą kościoła walczącego ma się stać
w ostatnim dniu kościół tryumfujący; system sprzecz-
ności społecznych zdaje mi się magicznym mostem,
przerzuconym nad rzeką zapomnienia...
Z POWODU LUDWIKA BLANCA

O obecnej użyteczności
i o przyszłych możliwościach państwa
Piąty artykuł

Przeobrażenie albo upadek, oto — powiedzieliśmy


wczoraj — alternatywa postawiona przed narodem
francuskim przez ludowy zamach stanu z lutego.
Przeobrażenie to może się dokonać tylko po uprzed-
nim zaprzeczeniu kapitałowi i państwu, tym dwom
podstawowym zasadom, które jedyne tylko pozostają
jeszcze tradycjami ludzkości.
Ale rewolucjonista wówczas nawet, gdy burzy, ni-
weczy, gdy znosi, usuwa z drogi, zawsze działać musi
na mocy obowiązujących ustaw i zgodnie z istniejącym
porządkiem rzeczy. Mamy konstytucję, kodeks, powin-
niśmy postępować legalnie, konstytucyjnie.
Zniesienie państwa dokonujące się z inicjatywy
państwa nie będzie przecie niczym innym jak tylko
jego samobójstwem. Co to znaczy dla rewolucji? Co to
znaczy dla wolności? Czy zarzucą nam, jak to kiedyś
uczynił Ludwik Blanc, że podstawą naszej teorii jest
błędne koło, bo odrzuca ona drogę dyktatury i szanuje
umowy społeczne, nie wyłączając tych, które zostały
prawidłowo i uroczyście rozwiązane? To tak jakby
chcieć zaprzeczyć wiecznemu wyrokowaniu, usunąć za
jednym zamachem artykuł 1234 Kodeksu Cywilnego
i na jego miejsce wprowadzić itakl przepis prawa he-
roicznego:
„Zobowiązania wygasają nie przez zapłatą i nie przez
odnowienie, ani też za zgodą stron itp. itp., ale pod
naciskiem siły".
Ta polityka samowoli nie będzie nigdy naszą poli-
tyką. Wierni prawu postępu, które nie bardziej pozwa-
la na przerwanie ciągłości cywilizacji niż ciągłości
w naturze, zmusimy państwo, aby posłużyło do znie-
sienia państwa, podobnie jak kapitał zmusimy do znie-
sienia procentu.
Z chwilą rozwiązania tej pierwszej kwestii stanie na
porządku dziennym inna sprawa, którą trzeba rozwią-
zać natychmiast, bo stanowi ona pierwsze ogniwo dłu-
giego łańcucha kolejnych eliminacji, których formułą
ogólną jest anarchia, zniesienie rządu.
Czy lud, czyli społeczeństwo, może zrobić cokolwiek
sam przez się, bezpośrednio, bez pomocy, interwencji,
inicjatywy czy reprezentacji państwa? Bo jest rzeczą
oczywistą, że jeżeli lud, jeżeli społeczeństwo może coś-
kolwiek, choćby jedną tylko rzecz zrobić bez państwa,
to może bez państwa zrobić ich tysiąc, może zrobić
wszystko. Jeden jedyny przykład ściśle stwierdzony
stanowi tutaj decydujący prejudykat przeciwko pań-
stwu: wnioskowanie od szczegółu do ogółu jest uzasad-
nione.
Na to pytanie, zarówno prejudycjalne jak determi-
nujące, odpowiemy projektem następującym:
PROJEKT DEKRETU

Zgromadzenie Narodowe zważywszy,


że praprzyczyną wszystkich nieporządków trapią-
cych społeczeństwo, uciemiężenia obywateli i upadku
narodów jest absolutna i hierarchiczna centralizacja
władz publicznych, zwana rządem lub państwem;
że sprawą doniosłą jest jak najszybsze zniesienie
tego olbrzymiego pasożytnictwa przez zorganizowanie
w każdej dziedzinie funkcyj głosowania powszechnego,
które by wytworzyło wieloraką i demokratyczną cen-
tralizację i działalność państwa jako rozkazodawcy,
sługi czy mandatariusza bezpośrednio zastąpiło inicja-
tywą ludzi;
że organizacja kredytu jest punktem wyjścia refor-
my politycznej, jak również rewolucji ekonomicznej
i że jest to sprawa paląca;
że podstawą kredytu publicznego oraz obrotu kapi-
tałów i produktów jest pieniądz kruszcowy;
że pieniądz, który dawniej był towarem stawianym
wyżej od każdego innego, wobec czego stał się uniwer-
salnym środkiem płatniczym, jest dzisiaj jedynie zna-
kiem reprezentującym wartość i narzędziem wymiany;
że — jak dowodzi nauka ekonomii — nic łatwiejsze-
go, jak obchodzić się przy transakcjach bez szlachet-
nych kruszców i zastępować znak drogi i niedoskonale
zabezpieczony znakiem, którego zabezpieczenie byłoby
doskonałe, a wartość wewnętrzna równa zeru;
że posługiwanie się, zresztą całkowicie usprawiedli-
wione i powszechnie stosowane, biletami bankowymi
jest dopiero pierwszym krokiem dokonanym przez
rozum publiczny w kierunku zastąpienia pieniądza
kruszcowego papierem; i biorąc pod uwagę,
że zgodnie z 'tygodniowymi sprawozdaniami Banku
Francji papier zmierza nieustannie, a zwłaszcza od
dwóch lat, do zastąpienia monet znajdujących się
w obiegu;
że z tendencji tej powstało nagromadzenie w kasach
Banku prawie trzeciej części istniejących monet i że,
jak się wydaje, ruch ten wcale nie ma się ku końcowi;
że to gromadzenie w Banku monet i zastępowanie
ich banknotami ma ten bezpośredni skutek, że pie-
niądz, sam przez się bezużyteczny dla obrotu podobnie
jak i dla konsumpcji i produkcji, dobry co najwyżej
do tego, aby budzić zaufanie do papieru i stanowić rę-
kojmię dla wymieniających, jest własnością publiczną
i wspólną, przejściowe korzystanie z której regulowa-
ne jest przez każdego w zależności od produktów, jakie
ma otrzymać w drodze wymiany;
że Bank Francji, którego pierwotny kapitał wynosił
90 milionów, korzystając ze swego przywileju i suk-
cesywnej emisji banknotów, przelał do swych kas
pancernych około 350 milionów w pieniądzu kruszco-
wym, należącym do całego kraju, a naród francuski,
niepodzielny właściciel tego kapitału, stał się tym sa-
mym komandytariuszem, współwłaścicielem i współ-
użytkownikiem Banku w części równej czterem piątym
użytkowanego kapitału;
że należy zatem jak najprędzej znieść przywilej
Banku Francji i w imieniu i na rachunek ludu zorga-
nizować tę wielką instytucję;
że ponieważ procent przysługujący akcjonariuszom-
-założycielom od Banku został ustalony na 4' od sta
rocznie na kapitale wynoszącym 90 milionów, a kapitał
uzupełniający, jako własność narodowa, nie powi-
nien przynosić procentu, stopa dyskontowa Banku po-
winna 'być ustalona odpowiednio od procentu przysłu-
gującego akcjonariuszom, gotówki w kasie i masy
dokonanych operacji;
że inne postępowanie stanowiłoby ze strony Banku
nadużycie i kradzież, a ze strony państwa karygodne
lekceważenie najświętszych interesów ludu;
a także biorąc pod uwagę,
że wskutek wyżej wymienionych przyczyn, a przede
wszystkim wskutek obniżki stopy dyskonta można
przypuszczać, iż gotówka w kasie, wynosząca w chwili
obecnej 450 milionów, dojdzie wkrótce do 500, a nawet
600 milionów, co pozwoli Bankowi bez niebezpieczeń-
stwa dla niego samego i bez zagrożenia bezpieczeństwa
publicznego włączyć do swych uprawnień dział kre-
dytu rolnego i niezwłocznie podnieść rozmiary emisji
na podstawie mocnych papierów handlowych lub hi-
potecznych do 750, a nawet do 800 milionów;
że w tych warunkach procent handlowy, przewidy-
wany w umowach sprzedaży na termin dostawy i w
umowach o prowadzenie przedsiębiorstw, podzieliłby
los procentu pobieranego od pieniądza gotówkowego
i spadłby do zera, co sprowadziłoby wszystkie transak-
cje do transakcji gotówkowych;
że przy takim stanie rzeczy, zważywszy, iż cyrku-
lacja zostałaby uwolniona od wszelkich danin, a handel
od wszelkich hamulców, konsumpcja, jak również mo-
cą nieodpartej konsekwencji i produkcja wzrastałyby
w rozmiarach nieograniczonych, i wreszcie wobec tego,
iż dochód od kapitałów oraz obiektów własności nie-
ruchomej wygasłby, operacje znane pod nazwą pożycz-
ki, wynajmu, czynszu Ltd. zamieniałyby się w operacje
wymiany i ruch kapitałów uległby utożsamieniu z cyr-
kulacją produktów;
i zważywszy na mocy całokształtu tych faktów dokład-
nie znanych i nie budzących wątpliwości,
że procent od kapitału, bez względu na stopę na
wstępie ustaloną, podlega nieuchronnie prawu samo-
rzutnego spadku skutkiem samego tylko faktu akumu-
lacji monet w banku centralnym i nieustającego za-
stępowania pieniądza kruszcowego papierem, tak że
cały kredyt wypłacany staje się nieodparcie kredytem
bezpłatnym;
że nieprawdą jest zatem twierdzenie, iż tylko i je-
dynie mnożenie się kapitałów może doprowadzić do
obniżki stopy procentowej;
że dowiedzione jest odtąd przez teorię kapitału
i przez praktykę Banku, zarówno na mocy faktów,
jak i na mocy prawa, wbrew przesądowi sfer handlo-
wych i rutynie kapitalistycznej, że kapitał jest jałowy,
że tylko praca jest płodna i ma prawo być wynagra-
dzana i że wszelkie obciążenie pracy na rzecz kapitału,
bez względu na sposób i pretekst jego dokonywania,
stanowi dla społeczeństwa czystą stratę;
że na skutek tego wszelkie sprzedaże, dzierżawy,
procenty, ażda, premie, dywidendy, zyski, prowizje,
wszelkiego rodzaju obciążenia płacone kapitałowi przez
pracę, wszelkie potrącenia, opłaty, dary, cła, podatki
od obrotu, fabrykacja, tranzytu itd. ściągane przez pań-
stwo wyłącznie w celu utrzymania organizacji kapita-
listycznej i feudalizmu kupieckiego składają się razem
wzięte na krzywdę klasy pracującej, na coroczną na-
leżność w rozmiarach około sześciu miliardów i są ceną
nieróbstwa i pasożytnictwa, wynikiem fałszywego po-
glądu, nierozważnej rutyny i błędu rachunkowego; że tu
tkwi podstawowe źródło powszechnego ubós-
twa, upadku narodu francuskiego i wszystkich niebez-
pieczeństw, na jakie narażone są w obecnej chwili
rodzina i społeczeństwo,
uchwala:
Artykuł 1. — Bank Francji zostaje uznany za Bank
Narodowy. Jego kapitał w wysokości 90 milionów oraz
wszystkie walory składające się na aktywa spółki prze-
chodzą na własność publiczną.
Art. 2. — Kapitał i inne wartości stanowiące włas-
ność Banku Francji, nabyte przez naród na mocy ni-
niejszej ustawy, będą zwrócone w czteroprocentowej
rencie państwowej przy stopie procentowej stanowią-
cej przeciętną dwóch ostatnich lat.
Art. 3. — Zarząd Banku Narodowego będzie się skła-
dał z delegatów izb handlowych wybranych przez
wszystkich obywateli uprawiających handel (Art. I
Kodeksu Handlowego).
Rady narodowe 2 w Paryżu i w poszczególnych de-
partamentach będą wyznaczone przez izby handlowe
w każdej z tych miejscowości.
Art. 4. — Naczelnik Banku w Paryżu, dyrektorowie
w departamentach, podobnie jak kierownicy kas, ra-
chunkowości, działu dyskontowego i radcowie prawni,
będą również mianowani przez wymienione izby. Poza
sprawą ogłoszenia niniejszej ustawy państwo ani bez-
pośrednio, ani pośrednio nie bierze udziału w organi-
zacji ani w kierowaniu Bankiem, zarówno jak i w kon-
troli Banku lub nadzorze nad nim.
Art. 5. — Uposażenia będą wynosiły: 6000 franków
dla naczelnika Banku i 4000 franków dla dyrektorów.
Uposażenia innych urzędników zostaną uregulowane
odpowiednio do tych wynagrodzeń.
Art. 6. —Operacje Banku Narodowego obejmują
zarówno kredyt przemysłowy i handlowy, jak i kre-
dyt rolny.
Specjalna ustawa ureguluje warunki funkcjonowa-
nia hipoteki oraz zagadnienie wysokości i repartycji
kredytu, jaki będzie w tym zakresie przyznawany.
Art. 7. — Stopa procentowa lub dyskontowa, jedno-
lita dla wszystkich rodzajów kredytu, ustalona jest
prowizorycznie na 1% rocznie wraz z prowizją, przy
czym dyskonto przy walorach na krótki termin nie
może w żadnym razie spaść poniżej V4°/o.
Art. 8. — Roczna rata na poczet zwrotu sum zalicz-
kowanych na hipoteki nie będzie mogła być niższa od
5% wraz z procentami. Płacona będzie zawsze z góry;
pierwsza wpłata w dniu otrzymania pożyczki.
Art. 9. — Sprzedaż weksli i kredyty dokonywane
będą w biletach bankowych lub w pieniądzu kruszco-
wym, zgodnie z życzeniem handlującego lub pożyczko-
biorcy.
Od każdej jednak wpłaty lub wypłaty w pieniądzu
kruszcowym Bank pobierać będzie ażio w wysokości
1/4% jako zapłatę za posługiwanie się brzęczącą go-
tówką i odszkodowanie za bogactwo, które stało się
bezużyteczne.
Art. 10.—Bank Narodowy dostarczy sumę 10 milio-
nów celem rozdziału jej tytułem pomocy i odszkodo-
wania między robotników i rodziny robotników, którzy
w chwili ogłoszenia niniejszej ustawy byliby pozba-
wieni pracy albo którzy od 24 lutego roku 1848 naj-
bardziej ucierpieli od bezrobocia.
Jednej z komisyj Zgromadzenia Narodowego powie-
rzone będzie uregulowanie warunków rozdziału i wy-
sokości przypadających z tego tytułu kwot.
Art. 11. — Na potrzeby wolnego przemysłu i stowa-
rzyszeń robotniczych otwarty będzie kredyt w wyso-
kości 50 milionów, podlegający spłacie w ratach rocz-
nych.
Komisja Zgromadzenia Narodowego ureguluje też
warunki rozdziału oraz wysokość kredytów.
Art. 12.—'Od chwili ogłoszenia niniejszej ustawy
Bank Narodowy będzie się rządził i administrował sam
pod kontrolą i nadzorem izb handlowych i zgodnie
z zasadami swego statutu: ustawa, która go powołuje,
ma bowiem na celu jedynie zapewnienie mu podstaw
egzystencji.
Zostanie opublikowany regulamin Banku Narodowe-
go, który wyłoży zasady oraz motywy jego utworzenia
i określi formy zarządzania nim, przepisy porządkowe
dla biur oraz sposób odnawiania sztabu jego pracow-
ników.
Artykuł 13. — Artykuły 1905 do 1914 Kodeksu Cy-
wilnego w sprawie pożyczki na procent i ustanowienia
renty, ustawa z 3 września 1807 w sprawie prawnej
stopy procentowej zostają uchylone.
Teraz jedna tylko uwaga.
Pozostawiając na uboczu część ekonomiczną tego
projektu, do której będziemy mieli sposobność jeszcze
powrócić, i przystępując tylko do kwestii stosunku do
państwa, jaki wynika z artykułów 3, 4, 12 i 13, zwra-
camy uwagę, że Bank Narodowy z chwilą jego Utwo-
rzenia i oparcia na zasadzie kredytu bezpłatnego i gło-
sowania powszechnego staje się niezależny od państwa;
rząd nie jest powołany do tego, aby się do niego mie-
szać. Władza wykonawcza, podobnie jak ustawodawcza
i sądowa, nie ma prawa informować się o jego ope-
racjach. Jak zobaczymy nieco'później, ustawodawcami,
inicjatorami i sędziami Banku są wszystkie izby han-
dlowe wybierane przez wszystkich handlowców i re-
prezentujące ogół obywateli. Poddany władzy ludu,
Bank ten funkcjonuje w interesie ogółu bez przywile-
ju i bez zazdrości, uwolniony od nienawiści pracownika,
jak również od obaw władzy, i jest żywym wyrazem
zaufania ogółu, zaufania niezachwianego w swej wiecznej
podstawie.
Dotknąć ten Bank znaczyłoby dotknąć całe społe-
czeństwo; nie ma ani jednego obywatela, który by nie
bronił go jak swego własnego dziedzictwa. Narzucać
mu prawa — to nastawać na wolność publiczną. Pra-
wa nadaje mu tylko lud, ma on też służyć tylko ludo-
wi. Jest on warownią zapewniającą bezpieczeństwo
ogółu, jest świątynią solidarności i braterstwa; nie ma
takiego pracownika, który by nie widział w nim rękoj-
mi swego bytu, bytu swej żony i swych dzieci. Dlacze-
go państwo miałoby się wtrącać w sferę zarządzania
nim, do jego regulaminu, do jego operacji? Do czego
miałby służyć ten pośrednik polityczny, ten agent
fiskalny między Bankiem Narodowym, organem obrotu
służącym ludowi, a ludem? Czy republice potrzebny
jest gubernator z 50 000 franków uposażenia, człon-
kowie zarządu z 20 000, dyrektorowie z 10 000 fran-
ków?
Ale cóż tu mówić o ustawach! Ustawy we wszyst-
kim, co dotyczy kursu, ażia, procentu, lichwy, pożycz-
ki i renty, są bezużyteczne. W dniu, gdy po układach
społecznych pojawi się nauka społeczna ustawo-
dawstwa, rząd, policja, sądy, żandarmi, dozorcy wię-
zienni — cały aparat prewencji, represji i przymusu
stanie się zbędny. Miejsce ustawy, która dysponuje,
która nakazuje, która karze, która naprawia, zajmie Idea,
która organizuje, Idea, która nie rozkazuje,
ale daje możność żyć.
Róbcie, co chcecie z lichwą, udzielając poza Bankiem
Narodowym kredytu na */2%: co do mnie, oświadczam,
że gdybym był członkiem sądu powołanego do orze-
czenia w sprawie z oskarżenia o lichwę, to gdyby na-
wet lichwa ta wynosiła 1000%, miałbym pokusę ska-
zać nie kata, ,ale jego ofiary...
ZWIERZENIA REWOLUCJONISTY
jako przyczynek
do historii rewolucji lutowej
II. WYZNANIE WIARY. CHARAKTER
I PRZEZNACZENIE STRONNICTW

Wierzący mówi: Niezbadane są wyroki Boże. Tylko


świętokradcza filozofia, stosując do wydarzeń swą
chwiejną logikę, może w swej niepohamowanej pysze
pokusić się o to, aby uczynić je zrozumiałymi. Skąd —
pyta Pan — te rewolucje z ich odchyleniami i nawro-
tami, z ich katastrofami i zbrodniami? Skąd te stra-
szliwe kryzysy, które zdają się zapowiadać społeczeń
stwom ich ostatnią godzinę, te trzęsienia ziemi wśród
narodów, te wielkie spustoszenia historii? Posłuchajcie
Bossueta2, posłuchajcie tych, których wiara trzyma
w jarzmie zbawienia; odpowiedzą wam, że wyroki
Opatrzności są niedostępne dla rozumu ludzkiego i że
wszystko dzieje się dla większej chwały bożej, ad md-
iorem Dei gloriam.
Mniej skromna od wiary, filozofia usiłuje nadać
trochę sensu sprawom tego świata, wyznacza ich po-
budki i przyczyny; i kiedy teologia, jej zwierzchnicz-
ka, milknie, to ta, idąc w ślad za nią, śmiało zabiera
głos. Gdzie kończy się nadnaturalne objawienie, tam
zaczyna się objawienie rozumowe.
Najsampierw, co to jest religia? Religia to wieczna
miłość, co porywa duszę poza sferę zmysłów i ćó'nie-
zmiennie utrzymuje w społeczeństwach młodość.' Wcale
nie ido niej należy dawać nam wiedzę: dogmat religijny
służy tylko do tego, aby przytłumić miłość bliźniego.
Dlatego tak zwani teologowie chcieliby z tego, co w
naszej świadomości jest najczystsze, zrobić fantasma-
zję tajemnic.
Bóg jest siłą uniwersalną, przesyconą inteligencją,
która dzięki nie kończącej się świadomości samej siebie
wytwarza istoty zamieszkujące wszelkie możliwe kró-
lestwa, poczynając od nieważkiego fluidu aż do czło-
wieka, i spośród których tylko człowiek dochodzi do
poznania siebie i powiedzenia o sobie: Ja! Bóg, który
bynajmniej nie jest naszym mistrzem, jest przedmio-
tem naszych badań: im bardziej go zgłębiamy, tym
bardziej — w zależności od tego, pod jakim kątem
widzenia go rozpatrujemy — charakter atrybutów, ja-
kie mu przypisujemy, wydaje się zbliżać go do nas lub
oddalać, i to do tego stopnia, że istota Boga może być
rozpatrywana niezależnie albo jako istota człowieka,
albo jako istota będąca jego antagonistą.
Jakim sposobem cudotwórcy zrobili z niego istotę
osobową — to króla absolutnego, jak Bóg żydów
i chrześcijan, to znowu władcę konstytucyjnego, jak
bóg deistów — której niepojęta Opatrzność zajmuje
się tylko tym, aby zbijać z tropu nasz umysł zarówno
przez swe nakazy, jak i przez swe uczynki?
Jakie są te zasady zbawienia, które nie mają nic
wspólnego z zasadami naszego stulecia, to uduchowie-
nie, które unicestwia wszelkie inne zainteresowania, to
rozmyślanie, które pozbawia wartości każdy inny ideał,
i ta rzekoma nauka, która zwraca się przeciwko każdej
nauce? Czego chce od nas religia ze swymi dogmatami
nie mającymi rozumowo uchwytnej podstawy, ze swy-
mi bezprzedmiotowymi symbolami, ze swymi
obrządkami pozbawionymi ludzkiego znaczenia?
Katolicyzm
albo jest alegorią społeczeństwa, albo niczym. Otóż
nadszedł czas, kiedy alegoria powinna ustąpić miejsca
rzeczywistości, teologia bowiem stała się bezbożnością
i wiarą świętokradczą. Bóg, który rządzi i który się nie
wypowiada, jest Bogiem, którego nie uznaję, którego
nienawidzę bardziej niż czegokolwiek innego.
Czy sądzicie, że skoro zwrócę się do niego z takimi
pytaniami:
„Skąd to się bierze, mój Boże, że społeczeństwo
dzieli się na odłamy wzajem nieprzyjazne, nietoleran-
cyjne, uporczywie trzymające się swoich błędów, nie-
ubłagane w swym gniewie? Dlaczegóż konieczne jest,
żeby ludzie się nienawidzili i rozszarpywali się wza-
jem po to, żeby świat podążał naprzód i żeby rozwijała
się cywilizacja? Jakiż los, jaki szatan sprawił, i to niby
dla porządku i dla doskonalenia jednostek, żeby nie
mogły one swobodnie myśleć jedne obok drugich, ko-
chać się w razie potrzeby, a w każdym razie pozosta-
wiać siebie wzajemnie w spokoju?"
Czy sądzicie, że ten Bóg, ustami swych sług, prze-
mówi do mnie tymi bezbożnymi słowy:
„Człowiecze! Czyż nie widzisz, że rodzaj ludzki po-
grążony jest w upadku, a dusza ludzka od chwili stwo-
rzenia wydana mocom piekielnym? Sprawiedliwość
i pokój nie są z tych regionów, które ty zamieszkujesz.
Najwyższy sędzia w pokutę za grzech pierworodny
wydał ludzi na pastwę ich własnych sporów. Czy gar-
nek ma prawo spytać garncarza: dlaczego mnie takim
zrobiłeś"?
Czy sądzicie — powiadam na to — że moje serce
godzi się z tym, a mój rozum czuje się usatysfakcjo-
nowany?
Uszanujmy, jeśli chcecie, tajemnicę Boga, nagnijmy
naszą wolę do nie podlegających dyskusji wyroków
bożych. Ale skoro Bóg wydał świat i nas samych na
łup naszej przedsiębiorczej ciekawości, to chyba zgo-
dzi się na to, żebyśmy dyskutowali nad źródłem i przy-
czyną naszych rozbieżności, chociażby nawet te debaty
uczyniły nas pewnego dnia równymi mu w mądrości.
Dyskutujmy więc i oby podobało się Istocie bez począt-
ku i końca, jeśli nigdy nie będziemy robili nic innego.
Człowiek byłby od dawna panem globu ziemskiego,
a my, demokraci i socjaliści, nie porzucilibyśmy mię-
dzy 24 lutego roku 1848 a 13 czerwca roku 1849 zadań
realnych dla majaków 3.
Co do mnie, to nie cofam się przed żadnym docie-
kaniem. I jeżeli najwyższy Objawicie! wzbrania się
mnie pouczyć, nauczę się sam; dotrę do głębi mej du-
szy; będę pożywał, jak mój ojciec, świętych owoców
wiedzy i jeśli na nieszczęście się pomylę, będę miał
przynajmniej tę zasługę, że byłem odważny, podczas
gdy on nie będzie miał wytłumaczenia dla swego mil-
czenia.
Zdany na swój własny rozum, usiłuję połapać się na
tym terenie najeżonym trudnościami, jakie nastręcza
polityka i historia; i oto co na pierwszy rzut oka, jak
sądzę, na wstępie zrozumiałem.
Społeczeństwo, podobnie jak czas, przedstawia się
umysłowi w dwóch wymiarach — jako przeszłość i ja-
ko przyszłość. Teraźniejszość to linia wyobrażalna, któ-
ra oddziela jedną od drugiej, tak jak równik dzieli
glob ziemski na dwie hemisfery.
Przeszłość i przyszłość — oto dwa bieguny ludzkie-
go strumienia: pierwszy jest twórcą drugiego, drugi
logicznym i koniecznym uzupełnieniem pierwszego.
Ogarnijmy myślą jednocześnie oba te wymiary
historii: wszystko to razem utworzy system społeczny
całkowity, bez przerw w ciągłości, identyczny we
wszystkich swych częściach, w którym anomalie i przy-
padki posłużą do tego, aby lepiej uwidocznić myśl hi-
storyczną, porządek rzeczy.
Tak więc system społeczny w całej swej prawdzi-
wości i integralności nie może istnieć tego a tego dnia
i w tej a tej części globu; w całości może się nam obja-
wić jedynie z końcem wszech czasów, może go poznać
jedynie ostatni spośród śmiertelnych. Co się tyczy nas,
którzy znajdujemy się w ciągu następujących po sobie
pokoleń, to możemy go sobie wyobrazić jedynie w po-
staci coraz bardziej przybliżonych przypuszczeń; jedy-
na rzecz, jaka przypadła nam w udziale w tej filozofii
postępującej naprzód ludzkości, to — zgodnie ze zdro-
wym rozumieniem naszej przeszłości •— nieprzerwanie
przygotowywać sobie przyszłość. Nasi ojcowie przeka-
zali nam szczególną postać społeczeństwa; my przeka-
żemy je w innej postaci naszym potomkom: tu leżą
granice naszej wiedzy, jeśli taka istnieje; do tego spro-
wadza się korzystanie z naszej wolności. Musimy więc
oddziaływać na siebie samych, jeśli chcemy wpły-
wać na losy świata; przeszłość naszych przodków jest
tym, z czego musimy korzystać, pozostawiając przy-
szłość potomkom.
Otóż wobec tego, że ludzkość wciąż postępuje na-
przód, a dysponuje tylko wspomnieniami i przewidy-
waniami, dzieli się więc naturalnie na dwie wielkie
grupy: jedną, która ulegając bardziej doświadczeniom
przeszłych pokoleń wzbrania się posuwać naprzód
w nieznane, i drugą, która zniecierpliwiona teraźniej-
szym złem skłania się bardziej ku reformom.
Brać pod uwagę w równej mierze tradycje, jak prze-
widywania i posuwać się pewnym krokiem drogą po-
stępu jest rzeczą niemożliwą i naszym zdaniem nazbyt
ekskluzywną. Nie bylibyśmy ludźmi, gdybyśmy od sa-
mego początku sądzili o rzeczach z tą jednoczesnością
apercepcji, jaka właściwa jest nauce. Warunkiem
wstępnym naszego wykształcenia jest więc różnica
poglądów. Otóż wobec tego, że dostrzegamy już przy-
czynę naszych dyskusji, mamy podstawę wierzyć, iż
bez egzorcyzmów i czarów potrafimy się z nimi upo-
rać; ale czyż wiara, gdy wtrąca się do rozumowania,
ma nam do zaofiarowania zasadę równie prostą?
Przyjrzyjmy się faktom.
Obóz przeszłości, zależnie od tego, czy rozpatrujemy
go na gruncie faktów religijnych, politycznych czy
ekonomicznych, nosi miano katolicyzmu, legitymizmu,
własności. Uogólnieniem tych trzech terminów jest
absolutyzm. Wszystko, co możemy, wszystko, czego
pragniemy, wszystko, czym jesteśmy, z jakiegokolwiek
punktu widzenia byśmy to rozpatrywali — jest wy-
nikiem — czy to z racji pokrewieństwa, czy też z racji
swej przeciwstawności — tej przeszłości, czyli włas-
ności feudalnej lub patrymonialnej władzy królews-
kiej, katolicyzmu.
Nie jesteśmy dzisiaj tym, czym byliśmy wczoraj,
właśnie dlatego, żeśmy tym byli; pewnego dnia prze-
staniemy być tym, czym jesteśmy, właśnie dlatego, że
tym jesteśmy.
Ale jak dokonuje się ta ewolucja?
Chcąc wyjść ze stanu chaosu i osiągnąć jedność,
katoilicyzm dąży drogą coraz dalej idącej racjonalizacji.
Ale na skutek tej racjonalizacji ulega on sam przez się
skażeniu, traci swój mistyczny charakter i staje się
filozofią natury i ludzkości. Przywileje kościoła galli-
kańskiego w wiekach średnich, wpływ reformacji
w wieku XVI, prace apologetyczne Fenelona, Bossueta,
Fleury'ego4 itd. itd. w wieku XVII, ruch encyklope-
dystów w wieku XVIII, tolerancja lub, ściśle mówiąc,
indyferentyzm prawny i konstytucyjny w wieku XIX
są wyrazicielami różnych faz katolicyzmu.
Z drugiej strony władza królewska, początkowo abso-
lutna jako moc paternalistyczna, która się z czasem
spotęgowała, odczuwa — w miarę jak rozszerza swój
zakres działania — potrzebę organizowania; a to orga-
nizowanie, które jest nie czym innym jak zastosowa-
niem zasady podziału pracy do polityki, nieuchronnie
prowadzi władzę królewską do demokracji. Emancy-
pacja gmin, wtrącicielstwo władzy królewskiej, do
którego doszło potem za Ludwika XI, Richelieu i za
Ludwika XIV, konstytucje z roku 1790, z III roku Re-
publiki, z roku 1814 i 1830, nowa konstytucja z roku
1848 są objawami rewolucji w dziedzinie politycznej.
Wreszcie własność na skutek dziedziczenia, równości
podziału, przeniesień własności, hipoteki, wskutek po-
działu pracy, cyrkulacji i mnóstwa innych przyczyn
zmierza do przeistoczenia się co do swej istoty i formy;
wiedzą to dobrze wszyscy ekonomiści. Zniesienie dóbr
martwej ręki5, praw senioralnych, feudalnych itd.,
sprzedaż przez państwo dóbr należących do kleru,
równość podatkowa sprawiły, że w ciągu sześćdziesię-
ciu lat własność uległa zmianom, które chociaż mniej
rzucają się w oczy, nie są przez to wcale mniej głębo-
kie ani mniej realne.
Ponadto, te trzy równoległe ruchy — ruch katolicki,
ruch monarchiczny i ruch ekonomiczny, są, jak powie-
dzieliśmy, jednym i tym samym, to jest przemianą
idei absolutystycznej w swe przeciwieństwo, a miano-
wicie w ideę demokratyczną i społeczną. Władza kró-
lewska z woli Boga jest w ujęciu filozoficznym ema-
nacją katolicyzmu wytworzoną przez rozróżnienie tego,
co duchowe, od doczesności; własność jako instytucja
feudalna jest emanacją władzy królewskiej. Socjalizm
lub demokracja socjalna, ten ostatni wyraz katolicyz-
mu, jest przeto też ostatnią formą władzy królewskiej
i własności. Socjalizm jest wytworem katolicyzmu,
a równocześnie jego przeciwnikiem, a więc zarówno
synem Chrystusa, jak i Antychrysta. Wiara, bez wąt-
pienia, nie zgodzi się z tym; wystarczy nam jednak, że
filozofia, że historia temu przyświadczają.
Katolicyzm, władza królewska, własność, słowem
absolutyzm, są więc w naszych oczach przeszłością
historyczną i społeczną, demokracja socjalna jest wy-
razem przyszłości.
Tak samo jak absolutyzm był w pewnym okresie
prawnym i normalnym stanem społeczeństwa, tak też
i socjalizm aspiruje do tego, żeby stać się prawnym
i normalnym stanem tego społeczeństwa.
Dopóki dwie przeciwstawne formy ruchu, lub raczej
obozy, które je reprezentują, nie zrozumieją się na-
wzajem, dopóty będą prowadziły wojnę, będą sobie
mówiły, jak Ajaks do Ulissesa: Wyrzuć mnie stąd albo
ja ciebie wyrzucę. W dniu, w którym dojdzie do skut-
ku ich wzajemne uznanie się, nie omieszkają się ziden-
tyfikować i zlać się w jedno.
Katolicyzm wysunął zagadnienie; socjalizm chce je
rozwiązać. Pierwszy dostarczył ludzkości symboliki;
drugiemu przypada rola dania jej egzegezy. Ewolucja
ta jest nieunikniona, nieuchronna.
Ale powiedzieliśmy już, że rewolucje ludzkości nie
dokonują się wcale z taką filozoficzną łagodnością; na-
rody zdobywają naukę nie inaczej jak wbrew samym
sobie; a ponadto, czyż ludzkość nie jest wolna? Prze-
cież przy każdej próbie postępu wzbiera burza sprze-
czności, przeciwieństw i walk, które pod wrażeniem
boskiego szaleństwa, zamiast znaleźć rozwiązanie po-
lubowne w drodze kompromisu, kończą się katastro-
fami.
Te burze i starcia świadczą, że społeczeństwo bynaj-
mniej nie przebiega szlaku swych przeznaczeń w pła-
szczyźnie uporządkowanej i drogą prostą; odchyla się
ono to w prawo, to w lewo, jakby przywiązane i zara-
zem odpychane przez przeciwstawne siły: te wahania
w połączeniu z atakami socjalizmu i oporem absolu-
tyzmu wywołują kolejne akty dramatu społecznego.
Tym sposobem, podczas gdy bezpośredni ruch spo-
łeczeństwa powoduje powstanie dwóch przeciwstaw-
nych obozów, absolutyzmu i socjalizmu, ruch wahadło-
wy wytwarza z kolei dwa inne stronnictwa, wrogie
sobie i obu tamtym, które nazwę ich imionami histo-
rycznymi, pierwsze złotym środkiem, czyli doktryne-
ryzmem8, a drugie — demagogią, jakobinizmem lub
radykalizmem.
Złoty środek, znany filozofom pod nazwą eklektyzmu,
bierze początek w tym egoistycznym i leniwym
ukształtowaniu umysłu, który od rozwiązań śmiałych
woli niemożliwe przystosowywanie się do siebie; który
uznaje religię, ale przykrojoną do swego widzimisię;
który pragnie mieć filozofię, ale z zastrzeżeniem; któ-
ry godzi się na monarchię, ale tylko jeśli jest usłużna, i na
demokrację, jeśli jest uległa; który godzi wolność
handlu, ale z zachowaniem protekcjonizmu; który uzna-
wałby bezpłatność cyrkulacji i kredytu, ale z zawaro-
waniem procentu od swoich kapitałów; wreszcie w mia-
rę możności chce zachować równowagę między władzą
a wolnością, między status quo a postępem, między
interesem prywatnym a interesem społecznym, nigdy
nie chcąc zrozumieć, że władza mocą przeznaczenia
rodzi wolność, że filozofia jest nieuchronnie wytworem
religii, że monarchia nieustannie przekształca się w de-
mokrację, a co za tym idzie, że ostatnie słowo postępu
polega na tym, iż na skutek następujących jedne za
drugimi reform interes indywidualny identyfikuje się
z interesem ogółu, a wolność staje się synonimem po-
rządku.
Obóz demagogiczny, czyli tak zwany radykalny, za-
wdzięcza swe powstanie niecierpliwości, jaką w umy-
słach rzetelnych budzi zarówno absolutystyczna reak-
cja, jak i ostrożności ludzi złotego środka. Widząc
w panujących i kapłanach jedynie wyzyskiwaczy i ty-
ranów, a w ludziach złotego środka jedynie mistyfika-
torów i ambicjuszy, demagogia myśli mniej o pokojo-
wym przekształceniu niż o gwałtownym zniesieniu
instytucji przeszłości; traktuje ona przeszłość nie jako
zagadnienie, ale jako przeciwnika. Odwołuje się bar-
dziej do namiętności ludu niż do jego rozumu; gdy
wyobraża sobie, że daje mu mówić, w rzeczywistości
podżega go do buntu.
Złoty środek to obłuda postępu.
Demagogia to jego gorączka.
Złoty środek odwołuje się najczęściej do burżuazji,
wrogiej szlachcie i klerowi, którym zarzuca i którym
zazdrości prerogatyw, ale jednocześnie wzdraga się
przed uleganiem tendencjom radykalnym i zastrzega
się przeciwko równościowym konkluzjom postępu.
Radykalizm bardziej odpowiada ludowi. Rzeczywiś-
cie, im bardziej człowiek czuje się wydziedziczony,
tym bardziej skłonny jest przewracać do góry nogami
i budować od nowa społeczeństwo, które go wydzie-
dzicza.
Tym sposobem demagogia i złoty środek przeciwsta-
wiają się sobie wzajem, podobnie jak absolutyzm
i socjalizm; te cztery stronnictwa, jeśli można się tak
wyrazić, stanowią cztery punkty węzłowe historii. Ja-
ko konieczny rezultat naszej zdolności doskonalenia się,
istnieją one w każdym społeczeństwie, podobnie j