Vous êtes sur la page 1sur 239

HISTORYCZNE BITWY

SŁAWOMIR LEŚNIEWSKI

KONSTANTYNOPOL 1204

Bellona
Warszawa 2012
WSTĘP
Czwarta wyprawa krzyżowa, która śladem trzech
wcześniejszych miała dotrzeć do Ziemi Świętej, znala-
zła swój kres zaledwie w połowie drogi pomiędzy za-
chodem Europy i Jerozolimą. W dramatycznych oko-
licznościach zakończyła się zdobyciem i grabieżą Kon-
stantynopola wczesną wiosną 1204 r. Wydarzenie to
odbiło się głośnym echem w całym ówczesnym świe-
cie. Jedynie opanowanie Jerozolimy w 1099 r., równo-
znaczne z zapoczątkowaniem kolonialnej obecności eu-
ropejskiego rycerstwa na Bliskim Wschodzie, wywoła-
ło podobny rezonans. Steven Runciman, autor najbar-
dziej znanego na polskim rynku wydawniczym opra-
cowania na temat bliskowschodnich krucjat, stwierdził
z pełnym przekonaniem, iż „czwarta wyprawa krzyżo-
wa była największą w dziejach zbrodnią przeciwko
ludzkości” i „odegrała ona rolę katastrofalną”. Nieza-
leżnie od niewątpliwej przesady zawartej w powyż-
szym stwierdzeniu, upadkowi Konstantynopola należy
z pewnością nadać wyjątkową rangę. Nie tylko
w aspekcie politycznym, religijnym i kulturowym, ale
również i wojskowym. Upadek Konstantynopola i po-
wstanie na jego gruzach Cesarstwa Łacińskiego, wbrew
pozorom, nie wzmocniło Królestwa Jerozolimskiego.
Przeciwnie, odciągnęło jedynie siły Zachodu od Ziemi
Świętej i zlikwidowało jedyną realną przeszkodę na
drodze Turków do Europy. Odległą konsekwencją zdo-
bycia Konstantynopola przez krzyżowców stał się jego
ostateczny upadek w połowie XV wieku.
W świetle powyższego zaskakujące jest, iż dotych-
czas w serii „Historyczne bitwy” nie ukazała się książ-
ka poświęcona czwartej wyprawie krzyżowej, która
traktowałaby jednocześnie o wojskowości bizantyj-
skiej. Tym bardziej że na wspomniany temat w ciągu
ostatnich kilkunastu lat opublikowano wiele dzieł,
w tym przedruków z literatury obcojęzycznej. Szcze-
gólnie zasłużył się na tym polu Zenon Pentek, niestru-
dzony badacz dziejów Bizancjum w epoce Komnenów
oraz czwartej wyprawy krzyżowej, który przełożył dwa
podstawowe teksty źródłowe dotyczące zdobycia Kon-
stantynopola. Chodzi tu o kroniki Roberta de Clari
i Geoffroya de Villehardouina, uczestników krucjaty,
którzy pozostawili jej szczegółowy opis. Warto w tym
miejscu wspomnieć, iż obie kroniki są pierwszymi
utworami historycznymi napisanymi w języku staro-
francuskim. Niestety, przekładu na język polski, cho-
ciażby fragmentów, nie doczekało się obszerne dzieło
Niketasa Choniatesa, który przedstawił upadek Kon-
stantynopola widziany oczami rdzennego mieszkańca
miasta. Kronika Choniatesa, obejmująca lata 1118-
1206, została pomyślana jako kontynuacja słynnej
Aleksjady autorstwa Anny Komneny. Kroniki Clariego,
Villehardouina i Choniatesa doskonale uzupełnia Deva-
statio Constantinopolitana, dziełko anonimowego auto-
ra. Sam Pentek jest autorem wielu artykułów oraz do-
skonałego opracowania Cesarstwo Łacińskie 1204-
1261. Kolonialne państwo krzyżowców czy Neobizan-
cjum? W dziele tym autor dokonał skrupulatnego prze-
glądu źródeł i ważniejszych opracowań dotyczących
dziejów czwartej krucjaty. Wśród książek w ostatnim
czasie przetłumaczonych na język polski uwagę zwraca
Czwarta krucjata oraz Cesarstwo Bizantyjskie 1025-
1204 M. Angolda, Tajemnice IV wyprawy krzyżowej
i podboju Konstantynopola M. Meschiniego, Bizancjum
i wyprawy krzyżowe J. Harrisa, Upadek Konstantynopo-
la D. Nicolle'a, J. Haldona i S. Turnbulla. Spośród star-
szych, ale wciąż dostępnych i zawierających cenne in-
formacje opracowań, wypada wskazać Dzieje Bizan-
cjum G. Ostrogorskiego oraz Historię Bizancjum
K. Zakrzewskiego.
Wiele informacji dotyczących wojskowości bizan-
tyjskiej zawartych jest w serii anglojęzycznych książe-
czek opublikowanych w ramach znanej serii Ospreyów.
Można dla przykładu wskazać Byzantine Armies AD
1118-1461 I. Heatha, Byzantine Cavalryman c. 900-
1204 T. Dawsona. Wiedzę na temat wojskowości euro-
pejskiej przełomu XII i XIII wieku, choć często frag-
mentaryczną i wymagającą uzupełnienia, opierając się
na innych dziełach, zawierają liczne opracowania do-
stępne na polskim rynku wydawniczym. Warto sięgnąć
po Rycerzy i rycerskość R. Barbera czy Wojny średnio-
wiecznego świata B. T. Careya, J. B. Allfree'go, J. Ca-
irnsa. Bogactwo informacji na temat krzyżowców oraz
Bizancjum, choć akurat w tym przypadku wskazana
jest konfrontacja z innymi opracowaniami, zawierają
albumowo wydane książki Andrzeja Michałka.
IDEA IV KRUCJATY
W roku 1187 w zwycięskiej dla muzułmanów bi-
twie pod Hittinem wraz z armią Królestwa Jerozolim-
skiego, największą, jaką kiedykolwiek udało się zebrać
krzyżowcom, przepadła szansa na jego uratowanie
przed Saladynem. Zwycięski sułtan, który przez lata
dotrzymywał chrześcijanom pokoju i ruszył do walki
dopiero przez nich sprowokowany, zajął Święte Miasto
i w krótkiej zdobywczej kampanii opanował ich niemal
wszystkie fortece. Nie zdobył jednak dysponującej do-
skonałym morskim portem Akki. I właśnie to, jak miała
pokazać niedaleka przyszłość, okazało się jego naj-
większym błędem. Jedynie dzięki przeoczeniu Salady-
na znienawidzeni Frankowie otrzymali szansę utrzy-
mania swoich posiadłości w Palestynie. Wstrząśnięta
Europa, pomimo wewnętrznych sporów, wysłała na
Wschód zbrojną pomoc, która, korzystając z ocalonego
szczęśliwie przyczółka, zadecydowała o uratowaniu
resztek królestwa przed muzułmańską ofensywą. Trze-
cia krucjata, w którą zaangażowali się królowie Anglii
i Francji oraz potężny cesarz Fryderyk Barbarossa, pod
względem zmobilizowanych sił i środków była naj-
większym tego typu przedsięwzięciem podczas trwają-
cej niemal dwieście lat epopei wypraw krzyżowych.
I zakończyła się proporcjonalnym do niego krachem.
Doskonale zorganizowana, liczna, owiana zwycięskim
duchem armia Barbarossy bez większych trudności
i z minimalnymi stratami pokonała najtrudniejszą część
drogi, a następnie rozwiała się niczym pustynny piasek
po jego tragicznej śmierci już niemal na pograniczu Sy-
rii. Król Francji Filip II August, od samego początku
niechętny wyprawie, wprowadził jedynie zamęt oraz
waśnie i skorzystał z pierwszej okazji, aby wrócić do
kraju. Waleczny i ponad miarę porywczy Ryszard Lwie
Serce podczas dwuletniego pobytu na Wschodzie pozo-
stawił piękny ślad na kartach historii, ale nie zdołał od-
zyskać Jerozolimy. Popatrzył jedynie z oddali na jej
mury, pokonał sułtana w bitwie pod Arsuf we wrześniu
1191 r. i zdobył kilka fortec, które odtąd miały wraz
z Akką jako stolicą tworzyć mocno okrojone terytorial-
nie Królestwo Jerozolimskie. Udało mu się także za-
wrzeć z rycerskim Saladynem rozejm, który lepiej niż
nieliczna armia zabezpieczał dalsze istnienie kadłubo-
wego państwa. Jednak w Europie nie przestano myśleć
o kolejnej wyprawie do Palestyny.
Jako pierwszy ideę czwartej krucjaty podjął cesarz
Henryk VI. Syn słynnego Fryderyka I Barbarossy, któ-
remu jedynie nieszczęśliwy wypadek nie pozwolił od-
zyskać Ziemi Świętej, postanowił dokończyć rozpoczę-
te przez ojca dzieła. Przy czym walka o Jerozolimę
miała stanowić jedynie cząstkę wielkiego planu się-
gnięcia po władzę nad całym chrześcijańskim światem.
I narzucenia jej nie tylko papiestwu, ale także — ku ta-
kiej teorii skłania się wielu historyków — również Bi-
zancjum. Od czasów Karola Wielkiego Henryk VI był
najmożniejszym europejskim władcą, owładniętym
przy tym wizją rządów nad uniwersalnym cesarstwem.
Po ślubie z dziedziczką tronu Sycylii, Konstancją, się-
gnął po południowowłoskie posiadłości Normanów,
a następnie wysunął terytorialne i finansowe żądania
wobec Konstantynopola. W ich wyniku rząd bizantyj-
ski, przerażony możliwością najazdu ze strony cesarza,
zdecydował się na wypłacanie mu ogromnego corocz-
nego haraczu. Na ludność nałożono nowy dotkliwy po-
datek, który zyskał nazwę niemieckiego. Niketas Cho-
niates w swojej Kronice wspomniał, że w celu zdobycia
odpowiedniej ilości złota usunięto kosztowności z ko-
ścioła św. św. Apostołów, w którym znajdowały się
groby bizantyjskich władców. Wyrazem wcielanej
w życie polityki i nieposkromionych ambicji cesarza
stało się nadanie przez niego, bez zgody papieża, koron
władcom Cypru i Armenii i żądanie złożenia hołdu len-
nego od uwięzionego przez Leopolda austriackiego Ry-
szarda Lwie Serce.
Henryk VI chciał być „królem królów” i sprawo-
wać władzę wolną od czyjejkolwiek ingerencji. Latem
1197 r. ogromna armia, przypominająca potęgą tę, któ-
rą zgromadził jego ojciec, była gotowa do wyruszenia
na Wschód. I po raz wtóry w sposób całkowicie nie-
przewidziany i fatalny głos zabrał Los. Cesarz, męż-
czyzna w wieku zaledwie trzydziestu dwóch lat, zmarł
nagle w Messynie na Sycylii, skąd miała wypłynąć ar-
mada wioząca jego wojska do Palestyny. Dzieje Europy
i kolonialnych państewek w Ziemi Świętej potoczyły
się zupełnie innym torem. Niemiecka wyprawa, która
mimo śmierci władcy wyruszyła w drogę, nie przynio-
sła żadnych efektów. Nie doczekała się nawet kolejne-
go numeru wśród skrupulatnie liczonych przez history-
ków bliskowschodnich krucjat. Niemcy zdobyli Bejrut
i poprzestali na tym niewielkim sukcesie. Jedyną trwałą
konsekwencją ich obecności w Ziemi Świętej okazało
się założenie Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Pan-
ny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, popularnie
zwanego zakonem krzyżackim. Obok już dwóch ist-
niejących, joannitów i templariuszy, stał się on naj-
silniejszym zakonem rycerskim w Syrii, a jego później-
sze losy miały się ponuro wpisać w historię kilku pań-
stw środkowo-wschodniej Europy.
Śmierć Henryka VI, rzecz jasna, ucieszyła najbar-
dziej muzułmanów. Przyszła w najlepszym momencie.
W następnym roku przedwcześnie zmarł bowiem scho-
rowany Saladyn i zbudowane przez niego imperium
miało stać się widownią walk o sukcesję po nim. Wiel-
ką ulgę odczuło również papiestwo. Po śmierci cesarza
to właśnie jemu miała przypaść rola największego pro-
pagatora kolejnej wyprawy krzyżowej. Na początku
stycznia 1198 r. zmarł papież Celestyn III, a jego miej-
sce zajął Innocenty III. Już kilkanaście dni po wyborze
papież wysłał list do patriarchy Jerozolimy zapowiada-
jący chęć wyzwolenia Grobu Pańskiego. W połowie
sierpnia Innocenty skierował list do wszystkich chrze-
ścijan, wzywając ich do „wzięcia krzyża” i wyruszenia
na krucjatę do Ziemi Świętej.
Na paradoks zakrawa fakt, iż idea krucjaty nabrała
realnego wymiaru podczas turnieju rycerskiego. Ko-
ściół zwalczał przecież „te haniebne targi i zabawy, w
których rycerze potykali się za swoją zgodą, żeby po-
kazać siłę ciała, skąd też często pochodziły śmiertelne
niebezpieczeństwa dla dusz ludzkich”. Swojemu nie-
przejednanemu stanowisku w tym względzie dał wyraz
w uchwałach podjętych podczas dwóch Soborów Late-
rańskich z 1139 i 1179 r. Podczas turnieju zorganizo-
wanego jesienią 1199 r. na zamku w Ecri-sur-Aisne
w Ardenach krzyż przyjęli Tybald z Szampanii i jego
kuzyn Ludwik, hrabia Blois i Chartres, co spowodowa-
ło prawdziwy entuzjazm wśród innych uczestników ry-
cerskiego spotkania. Przez aklamację okrzyknęli oni
Tybalda wodzem planowanej krucjaty. Religijną atmos-
ferę podgrzał dodatkowo płomiennym przemówieniem
wędrowny kaznodzieja Fulko z Neuilly-sur-Marne. Już
rok wcześniej zaczął on przemierzać Francję i głosić
potrzebę wyprawy do Ziemi Świętej. Spośród wszyst-
kich wędrownych mnichów nawołujących do krucjaty
Fulka słuchano najchętniej. Obdarzony był niezwykłą
charyzmą i miał magiczny wprost wpływ na słuchaczy.
Odziany we Włosienicę z wyszytym na plecach czer-
wonym krzyżem, podparty na kiju, przez wielu uzna-
wany był za świętego. Wszędzie, gdzie się pojawił,
rozdawał krzyże i nawoływał do walki z niewiernymi
i wyzwolenia Jerozolimy z ich rąk. Nie zwracał przy
tym uwagi na pochodzenie społeczne i przygotowanie
do wojaczki tych, którzy zdecydowali się odebrać od
niego signum crucis (znak krzyża). Kaznodziejska dzia-
łalność Fulka, rozpalająca na nowo przygasły już nieco
ogień wiary i budząca powszechną gotowość do walki
za nią, spotkała się z pełną aprobatą papieża, który za-
lecił cystersom i benedyktynom udzielenie mu pomocy.
Zapewne to właśnie obecność Fulka na zamku w Ecri-
sur-Aisne spowodowała wybuch aż tak wielkiego entu-
zjazmu. Dla czwartej krucjaty stał się on postacią rów-
nie ważną, jak dla pierwszej, Piotr Eremita, a dla dru-
giej, Bernard z Clairvaux — genialni, charyzmatyczni
kaznodzieje, którzy potęgą wiary i magią słowa porwali
za sobą tłumy.
Tybald i Ludwik, choć obaj jeszcze bardzo młodzi
— pierwszy z nich miał 22 lata, a drugi był od niego
zaledwie o pięć lat starszy — byli postaciami znanymi
i powszechnie szanowanymi jako kuzyni królów Ry-
szarda Lwie Serce (bratankowie) i Filipa Augusta (cio-
teczni bracia) oraz wnukowie króla Ludwika VII. Brat
Tybalda, Henryk, miał władztwo na terenie Palestyny.
Ich przykład podziałał na innych wielkich baronów —
Szymona z Montfort oraz Reginalda z Montmirail.
Echo wydarzeń na zamku Ecri-sur-Aisne błyskawicznie
rozeszło się po Francji oraz innych krajach Europy Za-
chodniej i coraz to nowi panowie feudalni, notable i ry-
cerze zaczęli składać deklaracje uczestnictwa w krucja-
cie. W końcu lutego 1200 r. uczynił to hrabia Baldwin
z Flandrii, małżonek siostry hrabiego Tybalda, a także
jego brat Henryk, Mateusz z Montmorency i Gwidon
z Coucy. Na udział w kolejnej już wyprawie do Jerozo-
limy zdecydował się również hrabia Hugon z Saint-Pol,
wsławiony podczas walk pod Akką w latach 1189-
1191, pociągając za sobą wielu rycerzy pikardyjskich.
W jego orszaku znajdował się Robert de Clari, który
miał pozostawić słynną kronikę z wyprawy. Prócz ryce-
rzy krzyż wzięło kilku znanych trubadurów, m.in. Co-
non z Béthune, uczestnik poprzedniej wyprawy do
Ziemi Świętej i autor kilku popularnych, poświęconych
jej pieśni. Bardzo obszerną listę tych, którzy postano-
wili wyruszyć na Wschód, pozostawił inny późniejszy
kronikarz wyprawy Geoffroy de Villehardouin, piastu-
jący wówczas urząd marszałka Szampanii. Nie była ona
kompletna, gdyż, jak sam stwierdził, było wśród nich
„wielu innych, których imion ja nie znam”.
W marcu 1200 r. w Soissons doszło do pierwszego
spotkania baronów, na którym dyskutowano kwestie
związane z organizacją wyprawy. Nie podjęto wówczas
żadnych wiążących decyzji. Pomimo rosnącego zapału
i coraz liczniejszych deklaracji o chęci wzięcia udziału
w krucjacie, liczba jej przyszłych uczestników była
jednak wciąż zbyt mała. Baronowie postanowili spo-
tkać się ponownie dwa miesiące później, licząc na to,
że w tym czasie zgłoszą się kolejni chętni. Na miejsce
zjazdu wyznaczono Compiegne. Tym razem przyniósł
on konkretne ustalenia. Punktem wyjścia do dalszych
posunięć stało się ustalenie, że wyprawa odbędzie się
drogą morską. Doświadczenia poprzednich krucjat
wskazywały, że jest ona zdecydowanie bezpieczniejsza
niż szlak lądowy. Zaokrętowanie i przewiezienie mo-
rzem do Palestyny tysięcy, a być może nawet dziesiątek
tysięcy ludzi i koni wymagało jednak ogromnych na-
kładów finansowych. I to był bez wątpienia najsłabszy
punkt dokonanego przez baronów wyboru. Było oczy-
wiste, że przewoźnik — a zostać nim mogło jedynie
któreś z miast włoskich dysponujące wystarczająco du-
żą flotą — zażyczy sobie za usługę pokaźnej zapłaty.
W takim razie istotne stawało się to, jak wielu krzy-
żowców zdecyduje się popłynąć do Ziemi Świętej; ich
większa liczba oznaczała proporcjonalne obniżenie
ogólnych kosztów. Baronowie wybrali delegację, której
członkowie, wyposażeni w pełnomocnictwa, mieli ich
reprezentować w rozmowach z władzami miasta skłon-
nego do dokonania przewozu krzyżowców. Zapewne
mieli ze sobą również dokumenty in blanco, umożli-
wiające podpisanie stosownych umów. W skład dele-
gacji weszli Villehardouin i Emilian z Brabancji, jako
przedstawiciele hrabiego Tybalda, Konon z Béthune
i Alard Maquereau, reprezentujący hrabiego Baldwina,
oraz dwaj inni, mniej znani rycerze, Walter
z Gaudonville i Jan z Friaise, wyznaczeni przez hrabie-
go Ludwika z Blois.
Przebieg misji, którą im powierzono, znamy
z kroniki Villehardouina. Posłowie wyruszyli do Włoch
w połowie stycznia 1201 r. i już w pierwszej dekadzie
lutego przybyli do Wenecji. Tam przed Wielką Radą
i sędziwym, dziewięćdziesięcioletnim dożą Enrico
Dandolo złożyli ofertę zawarcia umowy na przewóz
krzyżowców przez flotę republiki. Zabrakło w niej
konkretów. Prawdopodobnie posłowie nie podali nawet
przybliżonej liczby ludzi do przewiezienia, gdyż
Villehardouin nic o tym nie wspomina. Nie wskazali
również celu swojej wyprawy, choć było powszechnie
wiadomo, że w grę może wchodzić jedynie Ziemia
Święta lub Egipt. Również po podpisaniu umowy „było
sprawą tajną, że idą do Babilonu” (tj. do Egiptu), a po-
tem oficjalnie było tylko wiadome, „że idą za morze”.
Kierunek egipski był o tyle prawdopodobny, że zdoby-
cie dorzecza Nilu z dwoma wielkimi miastami, mają-
cymi strategiczne znaczenie, Kairem i Aleksandrią, da-
łoby doskonałą bazę operacyjną do uderzenia w kie-
runku Syrii i Palestyny. Dla Wenecjan zdobycie przez
chrześcijan Egiptu stanowiłoby nie lada gratkę, pozwa-
lając na uzyskanie kontroli nad handlem między Euro-
pą i Azją. Tyle tylko, że już wówczas od pewnego cza-
su prowadzili oni negocjacje z sułtanem Malikiem al-
Adilem, którego wojska od 1200 r. zajmowały ujście
Nilu, i mogło się zdarzyć, że ich ostateczny wynik sta-
nie na przeszkodzie w zaatakowaniu Egiptu.
Tak się właśnie stało; w maju 1202 r. zaintereso-
wane strony zawarły traktat, w którym znalazł się zapis,
iż Wenecja zobowiązuje się zadbać o to, aby krzyżow-
cy nie wylądowali w Egipcie. Lecz o tym delegacja nie
mogła wiedzieć. Ustami swoich przedstawicieli za-
chodni baronowie godzili się na każde zaproponowane
warunki, byleby zasługiwały one na miano rozsądnych.
Nie ma lepszej propozycji dla kontrahenta, który zdaje
sobie sprawę ze swojej wyjątkowej pozycji monopoli-
sty. Wenecjanie poprosili o czas do namysłu w celu zo-
rientowania się w możliwościach i przeprowadzenia
kalkulacji kosztów. Dobrze wiedzieli, że krzyżowcy są
skazani na ich usługi i postanowili wyciągnąć jak naj-
większe korzyści z przyszłej umowy. Pewność, że to
oni zostaną wybrani na przewoźnika, wynikała nie tyl-
ko ze wstępnego stanowiska posłów, ale również z fak-
tu, iż Genua i Piza, w praktyce jedyni poważni konku-
renci do rozmów z krzyżowcami, prowadziły właśnie
ze sobą wyniszczającą wojnę. Była to dla Wenecji oko-
liczność ze wszech miar szczęśliwa, gdyż najprawdo-
podobniej to właśnie do Genui przede wszystkim zwró-
ciliby się krzyżowcy. Podczas trzeciej krucjaty Genu-
eńczycy transportowali do Ziemi Świętej armię Filipa
Augusta i z powierzonego zadania wywiązali się bez
zarzutu. I gdyby nie wojna z Pizą, nic nie stałoby na
przeszkodzie, aby powtórnie skorzystać z ich spraw-
dzonych już usług.
Do ponownego spotkania doszło kilka dni później i
Dandolo z iście kupiecką precyzją przedstawił wenec-
kie warunki. Za transport człowieka zażądał dwóch
grzywien (marek), a za transport konia — czterech.
Przyjmując, że pozostające w dyspozycji Wenecji statki
i okręty będą mogły zabrać na swoje pokłady 33 000
ludzi, w tym 4500 rycerzy i tyleż wierzchowców oraz
29 000 pieszych, zaproponowana suma opiewała na 85
000 grzywien. W jej ramach mieściło się również za-
prowiantowanie i pasza na dziewięć miesięcy. Była to
kwota astronomiczna. Miała zostać wniesiona najpóź-
niej do kwietnia 1202 r., a transport rozpocząłby się z
portu weneckiego tego samego roku, wraz z począt-
kiem lata. Lecz doża w umowie nie poprzestał na poda-
niu kwoty i terminu realizacji. Rozszerzył ją o dodat-
kowe postanowienia, które w jeszcze większym stopniu
miały zabezpieczyć interes Wenecji i dać jej nadzwy-
czajny bonus w przypadku powodzenia wyprawy.
Miały one uczynić z Wenecji już nie tylko dobrze
opłaconego przewoźnika, ale współuczestnika i współ-
udziałowca krucjaty. Dandolo zadeklarował wsparcie
wyprawy flotą 50 galer, wystawionych i wyekwipowa-
nych przez Wenecję, ale w zamian zażądał pięćdziesię-
cio- procentowego udziału w przyszłych zdobyczach
osiągniętych zarówno na morzu, jak i na lądzie. Doża
wiele ryzykował, gdyż w przypadku militarnego fiaska
wyprawy, dodatkowe koszty na wystawienie licznej es-
kadry okrętów wojennych w znacznej części skonsu-
mowałyby zysk osiągnięty z wynajmu statków trans-
portowych. Jednak nawet w takim wypadku Wenecja
nie byłaby stratna. Z drugiej jednak strony, ewentualny
sukces, którego skala była niemożliwa do przewidze-
nia, mógł przynieść niewspółmiernie wielkie korzyści,
wielokrotnie podnosząc opłacalność podjętego przed-
sięwzięcia. Dla ludzi przez całe życie trudniących się,
wielkim handlem, potrafiących doskonale kalkulować
ryzyko, zawsze obecne w wielkich przedsięwzięciach,
a na dodatek niestroniących od rozwiązań siłowych
przy ich realizacji, gra warta była zachodu.
Propozycja doży zaskoczyła delegację. Z dotych-
czasowej praktyki wynikało, że włoskie miasta każą
sobie sowicie płacić za swoje usługi przy przewozie
krzyżowców i pielgrzymów, ale współuczestnictwo
w krucjacie było czymś zupełnie nowym. Po raz pierw-
szy zleceniobiorca żądał dopuszczenia go do spółki.
Trudno powiedzieć, czy już wtedy doża Dandolo snuł
dalekosiężne plany związane z wykorzystaniem krzy-
żowców do walki z Bizancjum. Niewykluczone, zwa-
żywszy na prowadzenie rozmów z al-Adilem. W prze-
konaniu Niketasa Choniatesa doża był śmiertelnym
wrogiem Cesarstwa Bizantyjskiego: „Chociaż był nie-
widomy i przygnieciony wiekiem, pałał nienawiścią do
Bizantyjczyków i marzył o zemście. Miał doskonałe
wyczucie dla podejrzanych transakcji i chciał uchodzić
za najprzebieglejszego z przebiegłych. [...] W myślach
nieustannie obracał wszystko, co Wenecjanie wycier-
pieli z ręki braci Angelosów w czasach ich rządów,
a wcześniej z ręki Andronika, a nawet Manuela”. Po
namyśle posłowie zaakceptowali warunki Wenecjan.
Zaproponowana stawka nie wydała im się wygórowa-
na, szczególnie w porównaniu z kosztami poniesionymi
przez króla Francji w 1190 r. Mieli także nadzieję, że
w Wenecji zbierze się ustalona liczba krzyżowców.
W kwietniu 1201 r. Villehardouin i jego towarzysze
podpisali z władzami Republiki Świętego Marka sto-
sowny układ, który kilka tygodni później został za-
twierdzony przez papieża Innocentego III. Posłowie
uzyskali w Wenecji pożyczkę w wysokości 2000 grzy-
wien i sumę tę przekazali doży jako zaliczkę na poczet
ustalonego w umowie wynagrodzenia.
Po opuszczeniu Wenecji posłowie rozdzielili się.
Do Francji powrócili jedynie Alard i Villehardouin,
który w swojej kronice napisał, że reszta delegacji uda-
ła się do Pizy i Genui. Jest to informacja zadziwiająca.
Skoro zawarto układ z Wenecją i misja została wyko-
nana, dalsze poszukiwanie przewoźnika wydawało się
niepotrzebne. Chyba że, pomimo sytuacji politycznej
i sporu pomiędzy obu państwami, posłowie liczyli jed-
nak na możliwość uzyskania dużo atrakcyjniejszych
warunków. Wówczas opłacalna byłaby nawet utrata
wniesionej już wcześniej zaliczki.
W drodze powrotnej Villehardouin spotkał się
z Walterem z Brienne i pozyskał hrabiego oraz wielu
innych krzyżowców. Kiedy w drugiej połowie maja do-
tarł do Troyes, wraz z innymi przeżył szok. Hrabia Ty-
bald był umierający. Zapewne marszałek zdołał mu
jeszcze przedstawić relację z odbytej podróży, ale zaraz
potem dwór Tybalda okrył się żałobą. Jego śmierć sta-
nowiła niespodziewany i bolesny cios, mocno kompli-
kując dalsze przygotowania do wyprawy. Tym bardziej
że hrabia pozostawił niewiele środków finansowych.
W powstałym zamieszaniu głowy nie stracili jednak
Villehardouin, jego szampański rodak seneszal
Geoffroy z Joinville, Mateusz z Montmorency
i Szymon z Montfort. Nie tracąc cennego czasu na la-
menty nad zmarłym Tybaldem, rozpoczęli energiczne
poszukiwania jego następcy. Najpierw zwrócili się do
dwóch jego kuzynów, księcia Eudesa z Burgundii
i Tybalda z Bar-le-Duc. W obu przypadkach spotkali
się jednak z odmową. Żaden z feudałów nie chciał
przyjąć na siebie wielkiego splendoru, ale i zarazem
ogromnych obowiązków związanych z przewodnic-
twem krucjacie. Dla baronów zaangażowanych w przy-
gotowania oraz gromadzącego się rycerstwa ich odmo-
wa była zaskakująca, powiększając rosnące w ich sze-
regach zniecierpliwienie. W końcu czerwca 1201 r.
w Soissons spotkali się naj- znaczniejsi wielmoże, aby
radzić na temat powstałej sytuacji i wybrać wodza.
Villehardouin, który przewodniczył obradom, wy-
sunął kandydaturę markiza Bonifacego z Montferratu.
Był on postacią powszechnie znaną. Należał do lom-
bardzkiej rodziny zaangażowanej od dziesiątek lat w
wyprawy krzyżowe. Szczególnie duży rozgłos uzyskał
Konrad z Montferratu, sławny obrońca Tyru przed woj-
skami Saladyna i władca Jerozolimy. Był on żonaty z
młodszą córką króla Amalryka I, Izabelą; mężem dru-
giej jego córki, Sybilli, był natomiast Wilhelm
z Montferratu. Propozycja marszałka spotkała się z po-
wszechną aprobatą. Żaden z baronów nie wysunął wła-
snej kandydatury, uznając, że Bonifacy zasługuje na to,
aby zastąpić hrabiego Tybalda. Markiz nie podzielał
obiekcji Eudesa oraz Tybalda z Bar-le-Duc i przyjął
dowództwo nad krucjatą. Przybył do Soissons, złożył
śluby krzyżowe i odebrał od baronów stosowny hołd.
Jego wywyższenie zaniepokoiło Innocentego III, który
doskonale rozumiał, iż Lombardczyk politycznie ciąży
ku cesarzowi i jakikolwiek wpływ na jego posunięcia
może się okazać niemożliwy. Z dokonanego wyboru
nie był również zadowolony król Francji, który wolałby
na czele krucjaty widzieć któregoś ze swoich wasali.
Jemu jednak łatwiej było się z nim pogodzić, jako że
z Bonifacym łączyło go pokrewieństwo; babka markiza
była jednocześnie prababką Filipa II Augusta.
Po objęciu dowództwa Bonifacy z energią przystą-
pił do przygotowań. Zabezpieczył fundusze pozosta-
wione przez Tybalda i odwiedził Citeaux, gdzie udało
mu się uzyskać dodatkowe środki i nakłonić kolejnych
rycerzy do przyjęcia krzyża. Jego aktywność wzbudziła
uznanie baronów i wojska. Na tle Tybalda, który przed
śmiercią nie wykazał się niczym szczególnym, markiz
jawił się jako zdecydowany i charyzmatyczny przy-
wódca. Takiego właśnie wymagało planowane przed-
sięwzięcie. Jesienią 1201 r. Bonifacy potwierdził oba-
wy żywione przez papieża. Wyruszył do Hagenau na
dwór Filipa Szwabskiego, króla Niemiec, brata Henry-
ka VI. Miał tam spędzić zimę. W tym samym czasie do
Hagenau przybył inny gość. Był nim szwagier Filipa,
zaledwie osiemnastoletni książę Aleksy Angelos, syn
obalonego cesarza bizantyjskiego Izaaka II. Aleksemu,
prawdopodobnie przy pomocy Pizańczyków, udało się
uciec z więzienia, gdzie był osadzony wraz z ojcem
przez stryja Aleksego III. Dotarł do Ankony, a potem,
w jego przypadku rzecz całkowicie naturalna, ruszył na
spotkanie jedynego człowieka, po którym mógł się
spodziewać pomocy. Przed Filipem, żonatym z jego
siostrą Ireną (Marią) Angeliną, otworzyły się niespo-
dziewanie nadzwyczajne perspektywy. To, o czym my-
ślał i czego nie osiągnął Henryk VI, znalazło się w jego
zasięgu. Trudno bowiem przypuszczać, aby władca
Niemiec nie pomyślał o zdobyciu tronu Bizancjum,
kiedy na jego dworze pojawili się dwaj ludzie mogący
stanowić klucz do Konstantynopola. Jeden z nich dys-
ponował siłą militarną, drugiego można było użyć
w charakterze legalnego pretendenta do tronu. Podob-
nie zapewne myślał papież i jego polityczni doradcy.
Dla nich również było jasne, jak niebezpieczne konsek-
wencje mogą wyniknąć ze spotkania Filipa z Bonifa-
cym i Aleksym, który również w tym czasie poprzez
swoich wysłanników szukał kontaktu z wielmożami
biorącymi udział w wyprawie. Było oczywiste, że chce
ich pozyskać dla interwencji w Konstantynopolu. Kie-
dy w marcu 1202 r. markiz przybył do Rzymu, aby
uzyskać papieskie przyzwolenie na pokierowanie kru-
cjatą i błogosławieństwo, Innocenty III, nie odmawiając
im, przestrzegł jednocześnie Bonifacego przed podej-
mowaniem jakichkolwiek akcji przeciwko chrześcija-
nom i nakazał jak najszybsze wyruszenie wprost do Pa-
lestyny na pomoc rozpaczliwie walczącym o przetrwa-
nie państewkom krzyżowym. Jego wola została wyko-
nana w bardzo niewielkim stopniu. Krucjata rzeczywi-
ście niebawem ruszyła, ale nigdy nie dotarła do miejsca
przeznaczenia, wyznaczonego przez papieża. Od oręża
krzyżowców mieli zaś ginąć niemal wyłącznie chrze-
ścijanie.
W WENECJI
Pierwsi krzyżowcy pojawili się w Wenecji z koń-
cem wiosny 1202 r. Nie mogli zaimponować liczbą.
Część z tych, którzy uprzednio złożyli śluby krucjato-
we, wykupiło się od zaszczytnego obowiązku, inni po-
stanowili dotrzeć do Ziemi Świętej na własną rękę.
Uczyniło tak wielu rycerzy flandryjskich, wśród nich
Wilhelm z Nully, Reginald z Dampierre i Idzi z Trasi-
gnies. Ten ostatni zasłużył sobie na cierpką uwagę kro-
nikarza, który wytknął mu, iż przyjął od swojego senio-
ra znaczną sumę pieniędzy na wyprawę, a mimo to
opuścił go i ruszył do Palestyny oddzielnie. Bliski de-
cyzji, aby indywidualnie wyruszyć do Ziemi Świętej,
był także Ludwik z Blois. Jedynie zdecydowana inter-
wencja Baldwina flandryjskiego powstrzymała go
przed tym krokiem. Wysłał on do Ludwika Villehar-
douina i Hugona z Saint-Pol, którzy zdołali przekonać
hrabiego do wspólnej wyprawy. Zabrakło wreszcie kil-
ku wielmożów, którym śmierć pokrzyżowała plany.
Przed wyruszeniem do Wenecji zmarli Fulko z Neuilly
i Geoffroy z Perche. Stało się jasne, że w Wenecji po-
jawi się o wiele mniej krzyżowców, niż wynikało to
z pierwotnych obliczeń. Fakt ten mógł spowodować
poważne konsekwencje.
Początkowo nie wszyscy zdawali sobie sprawę
z powagi sytuacji. Napływający z wolna pielgrzymi
i zwykli żołnierze byli lokowani przez władze Republi-
ki na Wyspie Świętego Mikołaja i początkowo na ni-
czym im nie zbywało. Wenecjanie zadbali o ich wy-
godne rozmieszczenie i dostateczne zaprowiantowanie.
Sytuacja zaczęła ulegać zmianie, kiedy stało się jasne,
że przybędzie znacznie mniej krzyżowców, niż zakła-
dała umowa. Pojawiły się, co prawda, grupy rycerzy, na
których wcześniej nie liczono, m.in. oddział biskupa
Halberstadtu, Konrada z Krosigk, ale nie miało to zna-
czącego wpływu na zwiększenie liczebności zbierającej
się armii. W sierpniu w Wenecji przebywało zaledwie
około 12 000 krzyżowców. Przedstawiciele doży zaczę-
li się coraz natarczywiej dopytywać o zapłatę, a dosta-
wy zaopatrzenia na Wyspę Świętego Mikołaja nie do-
cierały już z dotychczasową regularnością. Baronowie
byli w stanie wyłożyć jedynie połowę umówionego
wynagrodzenia i nie zamierzali wnosić opłaty za tłumy
pielgrzymów. Ogromna ich część nie miała żadnego
majątku i nie była w stanie zapłacić za przewóz. Pomoc
ze strony papieża była zbyt mała. Zaczęły się pojawiać
coraz liczniejsze głosy nawołujące do opuszczenia We-
necji i rezygnacji z wyprawy. Dalszy los krucjaty został
poważnie zagrożony. Armia znalazła się na krawędzi
rozkładu. Część baronów na czele z Bonifacym
z Montferratu, Baldwinem z Flandrii i jego bratem Lu-
dwikiem oraz Hugonem z Saint-Pol podjęła rozpaczli-
wą próbę zdobycia brakujących funduszy przez zacią-
gnięcie pożyczek i wyprzedaż swoich dóbr. Akcja ta
nie przyniosła jednak spodziewanych efektów. „Wów-
czas widzielibyście wiele pięknych naczyń ze złota i ze
srebra zaniesionych do pałacu księcia (tj. doży), aby
dokonać zapłaty. A kiedy zapłacili, brakowało wedle
umowy trzydzieści cztery tysiące srebrnych marek”.
Doża począł formułować coraz ostrzejsze żądania
i groźby. Jego wysłannicy dawali do zrozumienia, że
Republika Świętego Marka potrafi zadbać o swoje inte-
resy i nie da się oszukać. Sytuacja stawała się coraz
bardziej napięta i wydawało się, że nie ma z niej dobre-
go wyjścia. Podsunął je jednak Dandolo. Zgodnie z je-
go propozycją krzyżowcy, w zamian za odłożenie
w czasie spłaty weneckich należności, mieli wziąć
udział w opanowaniu należącego do Węgier miasta Za-
dar. Wenecja w przeszłości władała tym dalmatyńskim
portem, ale w 1183 r. został on zdobyty przez wojska
Beli III. W latach 1192-1193 Republika Wenecka usi-
łowała odzyskać miasto, ale działania jej floty zakoń-
czyły się fiaskiem, podobnie jak wszystkie podejmo-
wane później próby aneksji. Przedstawiona przez dożę
propozycja stanowiła tajemnicę dla ogromnej większo-
ści armii. Dandolo zwrócił się z nią jedynie do baronów
i garści znaczniejszych rycerzy. Zaskoczyła ich i od
samego początku szybko znalazła wielu przeciwników.
Jej przyjęcie i realizacja musiały bowiem nieuchronnie
doprowadzić do tego, przed czym przestrzegał papież
— podjęcia działań zbrojnych przeciwko chrześcija-
nom. A tego znaczna część baronów i rycerzy czynić
nie chciała. Dandolo kalkulował jednak na chłodno
i z wyrachowaniem. Doskonale wyczuł moment i stan
nastrojów panujących wśród krzyżowców. W gruncie
rzeczy jego oferta była nie do odrzucenia. Z jednej
strony brak pieniędzy, kurczące się dostawy, rosnąca
frustracja i perspektywa zaprzepaszczenia krucjaty,
z drugiej niespodziewana szansa wyjścia z finansowych
kłopotów i kontynuowania przedsięwzięcia. Cena, jaką
w zamian wyznaczył doża, była mimo wszystko do za-
płacenia. Tym bardziej że uciszenie własnego sumienia
i narażenie się na gniew papieża wydawało się jednak
mniej bolesne od decyzji o rozwiązaniu krucjaty. Osta-
tecznie, pomimo oporu i licznych głosów sprzeciwu,
baronowie przyjęli propozycję doży. On sam zaś posta-
nowił wyruszyć na wyprawę u boku Bonifacego i zło-
żył śluby krzyżowe. Znak krzyża przyszyto mu do
wielkiego bawełnianego kapelusza. W ślady Enrica
Dandolo poszli inni znaczący Wenecjanie, gremialnie
deklarując swój udział w krucjacie. Uroczystość odbyła
się w kościele Świętego Marka. Podczas nieobecności
doży w Wenecji urząd miał sprawować jego syn Regi-
nald Dandolo.
Zgoda na propozycję doży wywołała rozłam wśród
krzyżowców. Część z nich postanowiła zrezygnować
z wyprawy na Zadar i samodzielnie udać się do Ziemi
Świętej. Uczynił tak m.in. Stefan z Perche, który w to-
warzystwie Rodryka z Montfort i Iwa z La Faille oraz
„wielu innych, którzy zostali bardzo zganieni”, ruszył
do Apulli, a tam zaokrętował się na statek do Syrii. Inni
pozostali w Wenecji i uniknęli ekspedycji przeciwko
chrześcijanom z powodu choroby. Można przyjąć, iż
w wielu przypadkach stanowiła ona jedynie wymówkę.
W opisie Roberta de Clariego wypłynięcie floty
z Wenecji było niezwykłym widowiskiem, zasługują-
cym na miano najpiękniejszego „od stworzenia świata”,
„...bowiem było tam dobrze 100 par trąb ze srebra
i z miedzi, w które dęto podczas wypłynięcia okrętów,
i tyleż bębnów, cymbałów i innych instrumentów, że
było to prawdziwym cudem”. Na czele 50 weneckich
galer płynęła charakterystyczna galera doży, „...cała
czerwona, i miała pawilon, a nad nim czerwony balda-
chim; przed nim były cztery srebrne trąby, w które dę-
to, i cymbały, które wielce radośnie brzmiały”. Odczu-
cia Villehardouina były podobne, skoro i on napisał, że:
„Nigdy piękniejsza flota nie wypłynęła z żadnego por-
tu”. Jednak w przeciwieństwie do Clariego, zamiast
rozwodzić się wyłącznie na temat jej wyglądu i efektów
akustycznych, pozostawił on cenne informacje doty-
czące wyposażenia i uzbrojenia armii krzyżowej.
„Wtedy baronowie rozdzielili nefy i huisy. Ach! Boże,
ile dobrych rumaków tam wprowadzono! A kiedy nefy
zostały zapełnione orężem i żywnością, i rycerzami,
i żołnierzami, tarcze i chorągwie zwieszono za burtami
i na kasztelach nefów, które były tak piękne. A wiedz-
cie, że wieźli na nefach więcej niż 300 kamieniorzutni
i mangonel, i w wielkiej liczbie machin potrzebnych,
aby wziąć miasto”. Z zacytowanego fragmentu kroniki
wyziera rycerz z krwi i kości, wyczulony na widok bo-
jowych rumaków i wojennego rynsztunku.
Zachwyty obu łacińskich kronikarzy nie były prze-
sadzone. Współcześni nie mieli okazji oglądać równie
licznej i potężnej floty, jak ta, która 8 października
1202 r. opuściła port w Wenecji. Można przyjąć, że
wraz z wojennymi galerami służącymi eskorcie, liczyła
ona ponad 200 jednostek. Liczbę 202 dużych okrętów
podał autor Devastatio Constantinopolitana, Niketas
Choniates natomiast podniósł ją do 240; jego zestawie-
nie dotyczy jednak momentu, w którym flota dopłynęła
już pod mury Konstantynopola. Zapewne armadę krzy-
żowców wspomagała nieokreślona bliżej liczba mniej-
szych statków, kilka większych jednostek pozostało zaś
w Wenecji w oczekiwaniu na spóźnialskich. Nie ma
najmniejszych wątpliwości, że Republika wywiązała
się z zobowiązań przyjętych w umowie z 1201 r.
i przygotowała ustaloną w niej liczbę statków. W sferze
spekulacji pozostaje natomiast liczba krzyżowców, któ-
rzy znaleźli się na pokładach statków transportowych,
oraz stan liczebny weneckich załóg. Choć Villehar-
douin dość enigmatycznie napomknął o stawieniu się w
Wenecji „większości” pielgrzymów z przewidzianej
wcześniej liczby, to najprawdopodobniej wyruszyło
z niej na wyprawę nie więcej niż 15 000 ludzi. Trudno
także stwierdzić, jaki odsetek wśród nich stanowili ry-
cerze, jaki zaś piesi wojownicy i zwykli pielgrzymi.
Dokumenty milczą na ten temat. Poważnym wzmoc-
nieniem dla krzyżowców mieli się okazać weneccy
kusznicy; na każdej galerze było ich trzydziestu. Załogi
statków transportowych i galer, które częściowo rów-
nież wzięły udział w późniejszych walkach, mogło two-
rzyć około 13 000 marynarzy i wioślarzy, choć badacze
poważnie rozmijają się w ocenie liczby tych drugich,
przyjmując, iż na każdej z galer mogło ich być od 120
do 156”. Wszyscy oni występowali pod mianem Wene-
cjan, ale w rzeczywistości pochodzili z różnych miejsc;
werbowano ich poza Republiką, wielu żeglarzy pocho-
dziło m.in. z Faenzy i Cremony. Nie ma najmniejszej
wątpliwości, że Wenecja jeszcze nigdy w swoich dzie-
jach nie zdobyła się na równie wielki wysiłek militarny.
Ale też nigdy dotąd żaden wytyczony cel nie mógł
konkurować z realizowanym właśnie zamierzeniem. Je-
śliby wierzyć Clariemu, połowa męskiej ludności Re-
publiki zaciągnęła się na wyprawę, co mogło oznaczać
około 10 000 ludzi.
KAT I OFIARA
Rzeczywistymi stronami konfliktu, który przy-
wiódł wojska krzyżowców pod mury Konstantynopola,
były Wenecja i Bizancjum. Krzyżowcy okazali się wy-
godnym narzędziem w rękach Enrica Dandolo i wenec-
kiej Signorii. Przypatrzmy się zatem głównym bohate-
rom dramatu, którego końcowy akt rozegrał się
w kwietniu 1204 r.
WENECJA
Od początku swojego istnienia Wenecja była jak
najściślej związana z morzem i od niego uzależniona.
Zarówno w sferze gospodarczej, jak i politycznej.
Wielkim atutem Wenecji było jej położenie geograficz-
ne. Czyniło z miasta na lagunie pośrednika w intere-
sach centralnej i zachodniej Europy ze Wschodem. Po-
czątki późniejszego imperium były skromne. Ograni-
czały się do samego miasta, kilku jej niewielkich sateli-
tów na sąsiednich wysepkach i skrawka lądu nad Ady-
gą. Lecz w ostatnim roku pierwszego tysiąclecia
wszystko zaczęło się zmieniać. Doża Piętro III Orseolo
w wyniku zbrojnej wyprawy zdobył dla Wenecji rozle-
głe tereny Wybrzeża Dalmatyńskiego, aż po bieg Nere-
twy. W rękach Republiki Świętego Marka znalazły się
miasta Zara (Zadar), Raguza (Dubrownik), Spalato
(Split), Sebenico (Szybenik) oraz wiele wysp. Dzięki
wspomnianym zdobyczom znaczna część Adriatyku
przeszła pod jej kontrolę, a doża niedługo później za-
czął się posługiwać pięknie brzmiącym tytułem księcia
Wenetów i Dalmacji. Nabytki terytorialne i aktywność
weneckiej floty na Adriatyku włączyły Republikę
w skomplikowaną rozgrywkę polityczną, jaką w tym
rejonie Europy toczyły dwie militarne potęgi — Nor-
manowie z południowych Włoch i Cesarstwo Bizantyj-
skie. Wenecjanie przyjęli politykę sprzyjającą Grekom.
Ich flota wielokrotnie uczestniczyła w walkach z Nor-
manami, a w 1081 r. odniosła nad nimi wielkie zwycię-
stwo u wybrzeży Butrinto w Epirze. Wieść o zwycię-
stwie nad znienawidzonym i wzbudzającym trwogę
Robertem Guiscardem przyjęto w Konstantynopolu
z ogromną radością. Doceniając zasługi Wenecjan, ce-
sarz Aleksy I Komnenos nadał jej Złotą Bullę, co łączy-
ło się z licznymi przywilejami handlowymi i zwolnie-
niem z opłat portowych oraz cła. Wspomniany akt
umożliwił Wenecjanom zapuszczenie korzeni nad Bos-
forem. Tutaj jednak ich interesy zderzyły się z intere-
sami dwóch innych włoskich republik — Pizy i Genui,
które wcześniej założyły swoje faktorie handlowe
w Konstantynopolu. Było oczywiste, iż o pokojowym
współistnieniu trzech konkurujących ze sobą potężnych
ośrodków handlowych nie ma nawet co marzyć. Agre-
sywna polityka Wenecji, zmierzająca do wyrugowania
Pizy i Genui znad Bosforu, spowodowała, że wcze-
śniejsza przychylność cesarza zamieniła się w niechęć.
W 1111 r., w celu ograniczenia rosnącej przewagi We-
necji, nadał on szerokie uprawnienia Pizie, oddając
jednocześnie jej kupcom całą dzielnicę w Konstantyno-
polu. Nie dość na tym. Jan II Komnenos, następca
Aleksego, natychmiast po wstąpieniu na tron w 1118 r.
cofnął Wenecjanom nadane im przez poprzednika
przywileje. Było to jawne wyzwanie i dopiero po kilku
latach spotkało się z mocną odpowiedzią. W 1122 r.
Wenecjanie spustoszyli grecką wyspę Kerkyrę (Korfu).
Rok później doża Domenico I Michiel na czele silnej
floty popłynął z pomocą dla Królestwa Jerozolimskiego
i najpierw pod Askalonem rozbił doszczętnie morskie
siły kalifatu Fatymidów, a potem przyczynił się do
zdobycia pozostającego w ich władzy Tyru. Trzecia
część potężnej twierdzy przeszła pod kontrolę Wenecji,
a w innych miastach królestwa Republika uzyskała
znaczące przywileje handlowe. Demonstracja siły ze
strony Wenecji odniosła pożądany skutek. Cesarz zdo-
łał wytrwać zaledwie osiem lat w postanowieniu
o umniejszeniu jej znaczenia politycznego i wyrugowa-
niu z życia gospodarczego Cesarstwa. W 1126 r. zosta-
ły przywrócone nie tylko wcześniejsze przywileje, ale
dodano do nich wiele nowych uprawnień i udogodnień
dla weneckich kupców. Mogli oni odtąd bez przeszkód
handlować na terenie Krety i Cypru. Obok dzielnicy pi-
zańskiej w Konstantynopolu pojawiła się także wenec-
ka, zajmując obszar na południowym brzegu Złotego
Rogu. Dwie dekady później kolejny cesarz, Manuel I
Komnenos, potwierdził uzyskane wcześniej przez We-
necjan przywileje, usiłując uzyskać ich przychylność
i pomoc w starciu z Normanami. W tym czasie Repu-
blika Świętego Marka była już prawdziwą morską po-
tęgą, zarówno gospodarczą, jak i militarną, z którą we
wschodniej części basenu Morza Śródziemnego musieli
liczyć się wszyscy. Dzięki przebojowości, kupieckiemu
sprytowi i niezwykle sprawnej służbie dyplomatycznej
Wenecjanie w błyskawicznym tempie odnosili kolejne
sukcesy i z żelazną konsekwencją budowali fundamen-
ty swojego kolonialnego imperium. Ich placówki han-
dlowe i bazy wojenne pokryły gęstą siecią liczne wyspy
i wybrzeża we wspomnianym rejonie. W 1172 r. We-
necja zawarła traktat handlowy z kalifem bagdadzkim,
wysyłając w ten sposób czytelny dla wszystkich sygnał,
iż niezależnie od kwestii politycznych jej prioryteto-
wym celem jest zdobycie przodującej pozycji w mię-
dzynarodowej wymianie handlowej w tym rejonie
świata. Niezwykła dynamika, z jaką rozrastały się we-
neckie placówki, i ich bijący w oczy dobrobyt w połą-
czeniu z ekstrawaganckim, często wręcz wyzywającym
zachowaniem kolonistów przybyłych z metropolii, bu-
dziły coraz bardziej pogłębiającą się niechęć miejsco-
wej ludności. Zjawisko to z największą wyrazistością
występowało w Konstantynopolu, gdzie w latach sie-
demdziesiątych wenecka kolonia liczyła około 10 000
ludzi. Zrazu na niewielką, potem na coraz większą ska-
lę zaczęło dochodzić najpierw do zamieszek, a następ-
nie do bezpośrednich ataków na znienawidzonych wło-
skich przybyszów. Dzielnica wenecka, podobnie jak pi-
zańska i genueńska, powstała w 1155 r., znalazły się
w swoistym stanie oblężenia. Dla ich mieszkańców po-
zostałe rejony Konstantynopola stały się miejscami
niedostępnymi. Łacinników zaczęły lawinowo dotykać
zniewagi i akty gwałtu. Ulegając społecznym nastrojom
— ten akurat rys polityki wewnętrznej towarzyszył za-
chowaniu kolejnych basileusów — Manuel I posunął
się do radykalnych środków. W 1171 r. przeciwko We-
necjanom przeprowadzono akcję podobną do tej, jaką
niespełna półtora wieku później Filip Piękny miał wy-
mierzyć w zakon templariuszy. W ciągu zaledwie jed-
nego dnia, 12 marca, niemal wszyscy Wenecjanie prze-
bywający na terytorium Bizancjum zostali aresztowani,
a całe należące do nich mienie skonfiskowano. Akcja
została doskonale przygotowana i zsynchronizowana,
wystawiając doskonałe świadectwo służbom państwo-
wym odpowiedzialnym za jej przebieg. Posunięcia te
wywołały entuzjazm miejscowej ludności, liczącej na
poprawę własnego bytu. Radość ta była jednak przed-
wczesna; zaledwie po ośmiu latach Wenecjanie powró-
cili do Konstantynopola, wyposażeni we wszelkie
przywileje. Zwrócono im także odebrane przed laty
mienie bądź wypłacono stosowne odszkodowania. Me-
chanizm, który doprowadził do kolejnego upokorzenia
cesarza, był nad wyraz prosty, bliźniaczo podobny do
tego sprzed pół wieku. Wenecja znów posłużyła się siłą
i dyplomacją. Kiedy karna ekspedycja nie odniosła
spodziewanego rezultatu, a doża Vitale II Michiel za-
płacił głową za niepowodzenie wyprawy, Republika
zawarła przymierze z królem Sycylii Wilhelmem II.
Jednocześnie na dwór w Konstantynopolu zaczęły
przybywać weneckie poselstwa. Dla cesarza decydują-
ca okazała się obawa przed zacieśnieniem sojuszu we-
necko- -normańskiego i to ona spowodowała kolejną
zmianę polityki bizantyjskiej. Nie było już jednak po-
wrotu do dawnej sielanki, sprawy zaszły zbyt daleko.
Kumulowana przez całe dziesięciolecia nienawiść Gre-
ków do łacinników wybuchła z potworną siłą wiosną
1182 r. Walce o władzę cesarską po śmierci Manuela I
Komnenosa, jak to często zdarzało się nad Bosforem,
towarzyszyły poważne zamieszki w stolicy. Powstały
chaos sprzyjał wyładowaniu gniewu na obcych przyby-
szach. Dzielnice należące do Genueńczyków, Pizań-
czyków i Wenecjan zostały zaatakowane przez rozsza-
lały tłum, który dokonał barbarzyńskiej rzezi ich
mieszkańców. Nie oszczędzano nikogo, a małoletni
Aleksy II, otoczony zwalczającymi się doradcami, nie-
pewny o swoją władzę, nie mógł bądź nie chciał po-
wstrzymać tej krwawej rozprawy. Straty Wenecjan by-
ły jednak stosunkowo małe3. Po okresie poprzednich
restrykcji ze strony władz bizantyjskich niewielu kup-
ców zdołało przenieść nad Bosfor swoje interesy, wielu
innych natomiast wciąż jeszcze przebywało w więzie-
niach. Paradoksalne, ale to właśnie: „Nieustępliwość
cesarza Manuela oraz więzienne lochy «ocaliły» wtedy
synów Świętego Marka od krwawej rozprawy”. Po
niewczasie Andronik I, zabójca i następca Aleksego II,
próbował ratować sytuację i podjął negocjacje z Repu-
bliką, jednak okazały się one bezowocne. Odrzucone
zostały również propozycje ugodowe wysunięte kilka
lat później przez Aleksego III. Wydarzenia z 1182 r.
wykopały przepaść, która okazała się już niemożliwa
do zasypania. Utrata potężnego partnera handlowego,
jakim dla Wenecji było Bizancjum, doprowadziła do
pogłębienia jej kontaktów z Lewantem i krajami mu-
zułmańskimi. Lecz doznany despekt i poniesione straty
wymagały odwetu. Pierwszym krokiem prowadzącym
do niego było powołanie w końcu lat osiemdziesiątych
instytucji na kształt banku narodowego (Monte Vec-
chio), która zajęła się gromadzeniem funduszy na przy-
szłą wielką wyprawę przeciwko Bizancjum. Każdy
obywatel Republiki Świętego Marka został objęty jed-
noprocentowym podatkiem od osiągniętych dochodów.
Rosnąca z roku na rok pula przybliżała moment ze-
msty. Jednak warunkiem niezbędnym do jej dokonania
były nie tylko pieniądze. „Wenecja została odcięta od
rynku bizantyjskiego prawie na dwadzieścia lat, zro-
zumiała jest więc wytrwałość, z-jaką zabiegała o przy-
wrócenie swej poprzedniej pozycji na terytorium Cesar-
stwa. Pozycję tę zdobyła w latach ciężkich prób, które
przeżywało Cesarstwo w końcu XI wieku. Teraz mogła
ona zostać odzyskana tylko w analogicznych warun-
kach. I warunki te powstały akurat w sto lat od chwili,
gdy cesarz Aleksy podarował Wenecji swoją słynną
chryzobullę”.
Nadchodził czas czwartej wyprawy krzyżowej.
I zarazem czas weneckiej zemsty.
BIZANCJUM
Jeszcze na ćwierć wieku przed atakiem krzyżow-
ców na Konstantynopol Cesarstwo Bizantyjskie zaj-
mowało miejsce w pierwszym szeregu światowych po-
tęg. Dynastia Komnenosów (Komnenów), której rządy
zapoczątkował w 1081 r. cesarz Aleksy I, prowadziła
wielkomocarstwową politykę, pragnąc wskrzesić daw-
ną wielkość Cesarstwa. Pierwszy z Komnenów okazał
się nie tylko szczęśliwym wodzem, ale także wielkim
mężem stanu i wybitnym wręcz dyplomatą. Musiał so-
bie poradzić z poważnymi problemami drążącymi Bi-
zancjum. Największą słabością państwa był głęboki
kryzys finansowy i upadek armii. Cesarz zapełnił skarb
państwa z pomocą całego skomplikowanego systemu
dodatkowych podatków, a armię lądową wzmocnił
dzięki nadaniom wojskowym. Jednocześnie konse-
kwentnie odbudowywał flotę. Uwikłany w spory
z Normanami, Pieczyngami, Węgrami, Turkami i pań-
stwami krzyżowymi potrafił mistrzowsko lawirować
wśród wrogów Cesarstwa i prowokować ich do walki
między sobą. Umierając, pozostawił państwo o posze-
rzonych granicach, skonsolidowane wewnętrznie, wol-
ne od wcześniejszego zagrożenia ze strony Normanów,
przez dziesięciolecia wzbudzających grozę nad Bosfo-
rem. Autorytet cesarza i potęga Bizancjum znów zaczę-
ły robić wrażenie na jego sąsiadach. Tyle tylko, że pań-
stwo, w poprzednich wiekach mocno scentralizowane,
zaczęło ulegać procesowi feudalizacji powodującemu
powstanie silnych ośrodków władzy na prowincjach
konkurencyjnych wobec cesarza. Z jednej strony było
to skutkiem wewnętrznej ewolucji, z drugiej zaś wyni-
kało z kontaktów z Zachodem i państwami krzyżowymi
w Syrii i Palestynie. Pogłębienie tego procesu przyczy-
niło się w niedalekiej przyszłości do upadku Cesarstwa.
Następca Aleksego, jego najstarszy syn Jan, miał się
okazać najwybitniejszym przedstawicielem dynastii
Komnenosów. Po władzę sięgnął pomimo niechęci
i spisków ze strony najbliższych osób, matki i siostry
Anny, autorki słynnej Aleksjady, która zabiegała o tron
dla swojego męża, Nicefora Bryenniosa.
Jan II charakteryzował się wielką energią, nieugię-
tą wolą i konsekwencją w działaniu, wyczuciem sytua-
cji, a zarazem był człowiekiem o niezwykle wysokich
walorach moralnych, co w jego epoce stanowiło rzecz
nieczęstą. Jan II w ciągu swojego panowania (1118-
1143) zdołał odnieść wiele sukcesów militarnych.
W 1122 r. rozbił doszczętnie Pieczyngów, których
resztki zostały wcielone w szeregi armii bizantyjskiej
bądź w charakterze jeńców osiedlone w różnych czę-
ściach państwa. Udało mu się również rozprawić z Ser-
bami i zmusić ich do uznania zwierzchności Bizan-
cjum. Jan potrafił także zmusić do zawarcia pokoju
agresywnych Węgrów, którzy w połowie lat dwudzie-
stych dokonali najazdu na ziemie Bizancjum. Prowa-
dząc aktywną politykę w europejskiej części Cesarstwa,
władca ten ani na moment nie stracił z pola widzenia
jego azjatyckich posiadłości. Po zlikwidowaniu zagro-
żenia ze strony sułtanatu ikonijskiego i emiratu Da-
niszmenidów z Meliteny cesarz podporządkował sobie
księstwo Antiochii, rządzone przez Rajmunda z Poi-
tiers, zięcia Boemunda II, jednego z głównych wodzów
pierwszej krucjaty i zarazem syna osławionego Roberta
Guiscarda. Zastąpił on przedwcześnie zmarłego Tan-
kreda, słynącego z nieustępliwej polityki wobec Bizan-
cjum. Książę złożył przysięgę wierności i wywiesił na
murach twierdzy cesarskie sztandary. Ten akurat suk-
ces okazał się krótkotrwały, gdyż po zaledwie pięciu la-
tach, w 1142 r., książę Rajmund w mało rycerski spo-
sób wycofał się ze złożonej przysięgi i nie zamierzał
w dalszym ciągu znosić cesarskiej zwierzchności. Być
może za ów uczynek przyszłoby mu drogo zapłacić,
gdyby nie niespodziewana śmierć Jana II już po rozpo-
częciu przygotowań do wyprawy na Antiochię.
Rządzący w latach 1143-1180 Manuel I niewiele
ustępował ojcu zdolnościami. Do cech dobrego wodza,
wyśmienitego dyplomaty i męża stanu dołożył jednak
całkowicie nowy rys, odróżniający go od poprzedni-
ków. „Ten prawdziwy Bizantyjczyk przesiąknięty był
ideą cesarstwa uniwersalnego i żywił typowo bizantyj-
ską namiętność do dyskusji teologicznych. Ale postać
jego jest także ucieleśnieniem wzoru rycerza według
pojęć zachodnich i stanowi pod tym względem nowy
typ władcy w historii bizantyjskiej. [...] Cesarz lubował
się w obyczajach zachodnich i wprowadzał je na swoim
dworze. [...] W Blachernos — pałacu Komnenów —
panowała atmosfera wesołości i radości życia. Nie był
to ów majestatyczny i wzorowany na obyczajach
wschodu przepych, który otaczał niegdyś cesarzy bi-
zantyjskich w Wielkim Pałacu nad Złotym Rogiem,
lecz zachodnioeuropejskie zamiłowanie do elegancji
i rycerskości. Organizowano turnieje, w których brał
udział sam cesarz, a dla Bizantyjczyków było to wido-
wisko niezwykłe i zaskakujące. Przybywający z Za-
chodu cudzoziemcy odgrywali coraz większą rolę na
dworze i piastowali wysokie godności, wywołując tym
wielkie niezadowolenie Greków”. Nie objawiało się
ono tylko na dworze i na wyższych szczeblach władzy.
Coraz większe wzburzenie wśród ludności budziła go-
spodarcza penetracja, jakiej zostało poddane Cesarstwo
ze strony włoskich republik: Wenecji, Pizy i Genui. To
właśnie łacińskich kupców obwiniano powszechnie
o nadmierne bogacenie się kosztem miejscowych i po-
głębianie rosnącego kryzysu ekonomicznego.
Manuel I prowadził niezwykle aktywną politykę
zagraniczną. Dzięki ślubowi ze szwagierką cesarza
Konrada III, Bertą z Sulzbach, podjął w bliskiej współ-
pracy z Niemcami działania przeciwko królowi Sycylii
Rogerowi II. Po jego śmierci w 1154 r. niewielka bi-
zantyjska armia wylądowała w Ankonie i, korzystając
ze sprzyjającej sytuacji, błyskawicznie opanowała
szmat Półwyspu Apenińskiego aż po Tarent. Mogło się
wydawać, że hołubiona przez Manuela I oraz jego ojca
i dziadka idea wskrzeszenia uniwersalnego cesarstwa
jest bliska urzeczywistnienia. Zdawały się sprawdzać
słowa, jakie zaledwie kilkanaście lat wcześniej napisał
Jan II w liście do Innocentego II; „Istnieją dwa miecze”
— stwierdził cesarz Bizancjum, pretendując tym sa-
mym do władzy świeckiej i pozostawiając sferę władzy
duchowej papieżowi. Lecz było to jedynie złudzenie.
Manuel I nie dysponował środkami niezbędnymi do
urzeczywistnienia tyleż ambitnego, co nierealnego za-
mysłu. Wkrótce jego wojska doznały klęski w bitwie
pod Brundizium i wszystkie zdobycze terytorialne
przepadły. O wiele lepiej powiodło się Manuelowi na
Wschodzie. Jego władzy poddał się książę armeński
Toros. Udało mu się także poskromić normańskiego
władcę Antiochii, a Baldwin III, król Jerozolimy, ofi-
cjalnie poprosił cesarza o pomoc. Wjazd cesarza do
Antiochii w 1159 r. miał wszelkie oznaki triumfu; za
Manuelem, wyposażonym we wszystkie insygnia wła-
dzy cesarskiej, w pewnym oddaleniu jechał Baldwin
III, niewyróżniający się jakimikolwiek oznakami,
a książę Renauld z Antiochii szedł obok cesarskiego
rumaka, podtrzymując strzemię swojego suwerena. Od-
zyskanie hegemonii nad chrześcijańskimi państewkami
w Azji znacznie podniosło prestiż Cesarstwa. Podobny
skutek w odniesieniu do europejskiej części Bizancjum
spowodowało zwycięstwo nad władcą Serbii Stefanem
Nemaniją. Sukces ten jednak nie równoważył strat wy-
nikających z zerwania stosunków z Wenecją, najważ-
niejszym partnerem handlowym Bizancjum. Aresz-
towanie jej obywateli i zatrzymanie należącego do nich
mienia wywołało niszczący atak weneckiej floty na
ziemie Cesarstwa, który pogłębił wzajemną niechęć
i stanowił zapowiedź dramatycznych wydarzeń towa-
rzyszących IV krucjacie. Lecz największa klęska,
o skutkach zarówno natychmiastowych, jak i daleko-
siężnych, nastąpiła pięć lat później. 17 września 1176
r., jednym z najtragiczniejszych dni w całych dziejach
Bizancjum, cesarska armia wyginęła z rąk Turków pod
Myriokefalonem we Frygii. Pogrom ten, porównywal-
ny z katastrofą sprzed stu lat, kiedy pod Manzikertem
unicestwiona została armia Romana IV Diogenesa,
ostatecznie przekreślił ambitny program odbudowy sił
zbrojnych Cesarstwa. Przepadły najlepsze jednostki
i świetne kadry oficerskie, a wraz z nimi wysiłki trzech
wielkich władców z dynastii Komnenosów usiłujących
przywrócić polityczną i militarną świetność Bizancjum.
Klęska pod Myriokefalonem obdarła Cesarstwo z auto-
rytetu. Krótko po niej Fryderyk I Barbarossa przesłał
do Manuela I list, w którym nazwał go królem greckim
i zażądał należnego sobie posłuszeństwa. Być może
właśnie ton korespondencji w sposób najbardziej bole-
sny uświadomił basileusowi krach jego polityki i da-
remność wszystkich podejmowanych wysiłków.
Po śmierci Manuela Iw 1180 r. cesarska korona
spoczęła na skroniach jego nieletniego syna Aleksego
II. Jednak rzeczywistą władzę zaczął sprawować fawo-
ryt cesarzowej wdowy, Marii z Antiochii, Aleksy
Komnenos, który był bratankiem zmarłego cesarza. Je-
go osoba wzbudzała negatywne emocje w społeczeń-
stwie, tym większe, że wraz z regentką Marią Aleksy
popierał wpływy łacińskie w Cesarstwie. Oboje stali się
symbolem zaprzedania interesów bizantyjskich znie-
nawidzonym przybyszom z Zachodu. Opisany stan
trwał do połowy 1182 r., kiedy swoje roszczenia do
tronu zgłosił kuzyn Manuela, Andronik Komnen. Jego
marsz przez Azję Mniejszą ku Konstantynopolowi za-
mienił się szybko w triumfalny pochód. Najpierw opo-
wiedziały się po jego stronie oddziały lądowe, później
w ich ślady poszła flota, ostatnia siła, która była zdolna
powstrzymać buntowników przed przekroczeniem Bos-
foru. W stolicy wybuchło powstanie, które obróciło się
nie tylko przeciw Aleksemu Komnenosowi, ale rów-
nież z ogromną mocą przeciwko łacinnikom. Wybranek
Marii został, starym zwyczajem, oślepiony i wtrącony
do lochu, a ludność łacińska okrutnie wymordowana
przez zaślepione gniewem tłumy mieszkańców Kon-
stantynopola. Andronik, człowiek wykształcony, o uj-
mujących manierach i wspaniałej aparycji, okazał się
wyjątkowym okrutnikiem. Tylko przez krótki moment
wytrwał w roli opiekuna Aleksego II. Wkrótce on i jego
matka rozstali się z życiem, a Andronik dopełnił swojej
koronacji ożenkiem z nastoletnią żoną zabitego przez
siebie krewniaka.
Wrodzoną sobie skłonność do okrucieństwa An-
dronik usiłował wykorzystać dla dobra powszechnego.
Jego zarządzenia z całą bezwzględnością uderzyły
w sprzedajnych urzędników, dla których miał propozy-
cję nie do odrzucenia: „albo poniechacie nadużyć, albo
rozstaniecie się z życiem”. Drastyczne metody odnowy
administracji państwowej były wcielane w życie z kon-
sekwencją, która przyniosła cesarzowi wdzięczność
ludności i nienawiść ziemiaństwa i arystokracji, czer-
piących największe zyski z niedowładu państwa. Ich
opór rósł proporcjonalnie do zagrożenia, jakie stanowił
władca opętany myślą zbudowania sprawiedliwego
państwa. Odpowiedzią na terror ze strony cesarza i jego
zaufanych urzędników stały się spiski i rewolty wybu-
chające w różnych rejonach Cesarstwa. Wnuk Manuela
I, Izaak Komnenos, opanował Cypr i koronował się na
cesarza, co nie spotkało się z żadną reakcją Konstanty-
nopola. Być może Andronik zdołałby dłużej utrzymać
się na tronie, gdyby nie seria niepowodzeń na arenie
międzynarodowej. Na nic zdało się ponowne nawiąza-
nie kontaktów z Wenecją, które nie wykroczyły poza
stosunki dyplomatyczne. Prestiżowe znaczenie miał je-
dynie sojusz z błyskawicznie rosnącym w potęgę sułta-
nem Saladynem, władającym Egiptem i Syrią. Król
Węgier Bela III, pod pretekstem pomszczenia wdowy
po Manuelu I, najechał Bizancjum, zdobywając m.in.
Belgrad, Sofię i Nisz. Rejony te na wiele lat się wylud-
niły. Współpracujący z Madziarami Stefan Nemanija
wyzwolił się spod władzy Bizancjum. Jednak najboleś-
niejszy cios został wymierzony przez Normanów. La-
tem 1185 r. zdobyli oni nieudolnie bronioną Tesalonikę
(Saloniki), największe po stolicy miasto Cesarstwa. Jej
opanowaniu towarzyszyła straszliwa grabież i barba-
rzyńska rzeź mieszkańców. Z Tesaloniki część na-
jeźdźców ruszyła na Konstantynopol, gdzie wybuchły
rozruchy przeciwko cesarzowi. Zginął on, jak kilku in-
nych władców Bizancjum, rozszarpany przez niena-
wistny tłum, a jego zwłoki zostały zbezczeszczone.
Dokładny opis katuszy, jakie przed śmiercią przeszedł
Andronik, pozostawił Clari, kończąc go zdaniem: „[...]
A kobiety, których córki wziął przemocą, targały go za
brodę i tak hańbiły, że kiedy przeszli całe miasto do
drugiego krańca, nie miał na swych kościach mięsa, a
potem wzięli jego kości i wyrzucili je do latryny”. Na
szczęście dla Cesarstwa w tym momencie straszliwego
chaosu jednemu z bizantyjskich wodzów, Aleksemu
Branasowi, udało się pokonać Normanów, których siły
dodatkowo osłabiła epidemia. Zwycięstwo to odsunęło
realne niebezpieczeństwo zdobycia Konstantynopola.
Śmierć ostatniego cesarza z dynastii rodu Komne-
nosów utorowała drogę na tron rodowi Angelosów,
przedstawicielom młodej arystokracji feudalnej za-
wdzięczającej znaczenie związkom rodzinnym z Kom-
nenosami. Dziesięcioletnie rządy Izaaka II, władcy
chwiejnego i pozbawionego charakteru, który był cał-
kowitym przeciwieństwem Andronika, ujawniły wszel-
kie bolączki i choroby trawiące Bizancjum. „Wszystkie
zastarzałe niedomagania, zamaskowane osiągnięciami
polityki zagranicznej Komnenów, dawały teraz znać
o sobie coraz wyraźniej, ujawniając zmurszałe podsta-
wy, na jakich opierało się państwo bizantyjskie”. Izaak
nawet nie usiłował stworzyć pozorów walki z urzędni-
czą samowolą, łapownictwem, nadużyciami poborców,
stanowiącymi prawdziwą plagę, szczególnie na pro-
wincji. Zresztą fatalny przykład szedł z samej góry:
„O cesarzu mówiono, że handluje urzędami niby jarzy-
nami na targu”. Rządy Izaaka II stanowiły pasmo nie-
powodzeń. Prestiżową porażkę poniósł cesarz w wal-
kach z bułgarskimi feudałami, braćmi Teodorem-
Piotrem i Asenem, którzy ostatecznie sięgnęli po koro-
ny carskie i wywalczyli niezależność dla części Bułga-
rii. Po stronie sukcesów, niestety nielicznych, cesarz
mógł zapisać zwycięską bitwę z Normanami, nawiąza-
nie przyjaznych stosunków z Belą III i zawarcie pokoju
z Saladynem. Jednak ten ostatni układ, mający wyłącz-
nie na celu szachowanie Seldżuków, spowodował po-
ważne i całkowicie nieprzewidziane skutki. Powstało
realne niebezpieczeństwo wojny z cesarzem Frydery-
kiem I Barbarossą, którego armia maszerowała przez
ziemie Bizancjum do Ziemi Świętej w czasie III krucja-
ty. Niemcy zajęli Filipopol i Adrianopol i dopiero układ
pokojowy z licznymi zobowiązaniami po stronie Bi-
zancjum powstrzymał konflikt. Nie ma wątpliwości, iż
za Barbarossą opowiedzieliby się Bułgarzy i Serbowie;
Stefan Nemanija, prowadzący działania zbrojne prze-
ciwko Bizancjum, osobiście nakłaniał Fryderyka do
wojny. Ponadto wraz z porozumieniem z Saladynem
Cesarstwo uzyskało dostęp i możliwość sprawowania
opieki nad świętymi miejscami w Jerozolimie, co zosta-
ło fatalnie ocenione przez Franków, zamieszkujących
zarówno Ziemię Świętą, jak i kraje europejskie. W ich
oczach przywileje uzyskane przez Greków w momen-
cie największej klęski chrześcijan spowodowanej bitwą
pod Hittinem i utratą stolicy królestwa jedynie potwier-
dzały ich przewrotność i nieczyste intencje, o które Za-
chód od dawna posądzał Bizancjum.
Przez cały okres rządów Izaak II musiał drżeć
o tron, zagrożony przez kolejnych pretendentów.
W 1187 r. na Konstantynopol uderzył Aleksy Branas,
który, zamiast ruszyć z ekspedycją na Bułgarów, ogło-
sił się w Adrianopolu cesarzem i rzucił wyzwanie pra-
wowitej władzy. W bitwie pod murami stolicy poniósł
jednak śmierć, a zbawcą Izaaka okazał się jego zięć,
Konrad z Montferratu, dowodzący zachodnimi najem-
nikami. W latach 1188-1193 od Konstantynopola unie-
zależnił się małoazjatycki arystokrata Teodor Manka-
fas, który z pomocą Turków zdobył władzę nad Filadel-
fią i jej okolicami. W 1191 r. swoje roszczenia wysunę-
li dwaj oszuści, podający się za cudownie ocalonego
syna Manuela I, Aleksego. W 1193 r. bunt podniósł
siostrzeniec Andronika I, Izaak Komnen, a także Kon-
stantyn Angelos. Żadnemu z nich nie udało się przejąć
władzy, a odpowiedzią Izaaka II były krwawe represje.
Powiodło się to dopiero Aleksemu Angelosowi, bratu
cesarza, który uzyskał poparcie najbardziej znaczących
rodów w państwie, senatu i przede wszystkim armii.
Izaak II został oślepiony i wtrącony do więzienia.
Nadzieje na poprawę sytuacji okazały się złudne.
Panowanie Aleksego III Angelosa pogłębiło jedynie
chaos i wewnętrzny rozkład. Jednocześnie rozpoczęło
„proces błyskawicznego upadku znaczenia Bizancjum
na arenie międzynarodowej. O ile Izaak II potrafił jesz-
cze zręcznymi posunięciami dyplomatycznymi i mili-
tarnymi podtrzymywać pozycję Cesarstwa, to Aleksy
III okazał się całkowicie bezsilny”. Jego cesarski maje-
stat i prestiż Bizancjum sponiewierał następca Barba-
rossy, Henryk VI, który wystąpił jako obrońca Izaaka
II. Pretekst stanowił fakt, iż brat Henryka, Filip, był
mężem Ireny, córki obalonego cesarza. Szantaż i groź-
ba najazdu ze strony zachodniego cesarza zostały oku-
pione upokarzającą, ogromną daniną. W podobny spo-
sób nie udało się uspokoić Bułgarów, którzy doszczęt-
nie rozbili dwie bizantyjskie armie i wzięli do niewoli
ich wodzów. Sytuacji nie poprawiły nawet skrytobójcze
morderstwa najpierw Asena, a następnie Teodora-
Piotra, dokonane przez działających w porozumieniu
z Bizancjum bojarów. Po tron sięgnął ich krewny, Ka-
łojan, który miał się okazać wybitnym władcą. Źle się
również działo w polityce wewnętrznej. Podczas gdy
społeczeństwo uginało się pod ciężarami podatkowymi,
ogromne fundusze przeznaczane były na utrzymanie
dworu cesarskiego. Brakowało pieniędzy na armię,
a jednocześnie fundowano barbarzyńskim plemionom
bogate podarki w zamian za powstrzymanie się od na-
jazdów na ziemie Cesarstwa. Władza centralna coraz
bardziej traciła kontrolę nad prowincjami, gdzie funk-
cje administracji państwowej zaczęli przejmować wiel-
cy właściciele ziemscy. Proces ten szybko się pogłę-
biał, co w konsekwencji groziło rozpadem państwa na
niezależne ośrodki władzy.
Za doskonałą ilustrację sytuacji, w jakiej znalazło
się Cesarstwo Bizantyjskie w końcu XII wieku, niech
posłuży poniższe zdanie: „Ostatnie 20 lat poprzedzają-
ce IV krucjatę stanowiło tragiczny okres”. Jego zwień-
czeniem, mającym wymiar wręcz katastrofalny, stały
się wydarzenia spowodowane IV krucjatą. Sprzyjała im
stale pogłębiająca się nienawiść pomiędzy Frankami
i Grekami, wyrosła na gruncie rozłamu kościelnego
i sporów doktrynalnych, odmiennego światopoglądu,
różnic w rozwoju kulturalnym i cywilizacyjnym, fatal-
nych doświadczeń z wcześniejszych wzajemnych kon-
taktów.

MUR NIENAWIŚCI
Skalę zawodu, jaki sprawił Zachód, a jednocześnie
bezmiar nienawiści odczuwanej przez Bizantyjczyków
wobec łacinników charakteryzuje zdanie napisane
przez Niketasa Choniatesa: „Sami Saraceni są dobrzy
i litościwi w porównaniu z tymi ludźmi, którzy noszą
krzyż chrystusowy na ramieniu'„. Dla prostych miesz-
kańców Europy Zachodniej, którzy trwali w prostackiej
niewiedzy konserwowanej religijno-ideologiczną papką
płynącą z kościelnych ambon, porównanie to było
wprost niepojęte i szokujące. W ich świadomości Sara-
cen był najgorszym wrogiem. Niewierni jawili im się
jako ucieleśnienie wszelakiego zła, Mahomet zaś, ich
znienawidzony Bóg, stanowił „[...] jedną z najstrasz-
liwszych zmór średniowiecznej Europy Zachodniej.
[...] Pojawia się [on] zawsze w towarzystwie Antychry-
sta”.
Nienawiść pomiędzy chrześcijanami zachodnimi
i wschodnimi narastała przez wieki. Rozbudzały ją spo-
ry doktrynalne pomiędzy oboma Kościołami, które
w 1054 r. przybrały postać wielkiej schizmy. Trwa ona
do dziś. Doświadczenia pierwszej wyprawy krzyżowej,
kiedy przez ziemie Bizancjum przeszły setki tysięcy
pielgrzymów i niezdyscyplinowane armie rycerskie,
stały się dla jego mieszkańców przeżyciem traumatycz-
nym. Cesarz Aleksy I musiał w sobie znaleźć wiele sił,
aby dobrze odegrać rolę oddanego sojusznika i cierpli-
wego gospodarza. W istocie z najwyższym trudem
przyszło mu znosić aroganckie, prostackie zachowanie
wodzów krucjaty i przyglądać się bezmyślnym znisz-
czeniom dokonywanym przez krzyżowców. Doskonałą
ilustrację odczuć Bizantyjczyków wobec krzyżowców
stanowi opis księcia Boemunda, wieloletniego śmier-
telnego wroga Cesarstwa, który teraz wstępował w mu-
ry Konstantynopola jako jego sprzymierzeniec. Pozo-
stawiła go Anna Komnena, córka Aleksego i zarazem
utalentowana kronikarka: „W mężczyźnie tym istniało
coś przyjemnego, co jednak ginęło w ogólnym wraże-
niu czegoś strasznego, gdyż cały on w swej osobowości
był człowiekiem surowym i dzikim jak zwierzę, a to ze
względu na ogromny wzrost i spojrzenie. Wydaje się,
że śmiech jego również wzbudzał strach wśród in-
nych”. Skoro takiej charakterystyki doczekał się Boe-
mund, intrygujący jej autorkę swoją witalnością i mę-
ską urodą, to łatwo się domyślić, na jakie oceny zasłu-
żyła ogromna większość jego dość prostackich i mało
dbających o wygląd zewnętrzny towarzyszy. Wobec
Latynów (Franków) Bizantyjczycy odnosili się z nieta-
joną pogardą. Uważano ich za „barbarzyńców” i „zło-
dziei”.
„W oczach prawosławnych chrześcijan Frankowie
byli parvenus, wykorzystującymi cynicznie ślepą siłę,
jakiej użyczył im kaprys losu. W oczach Franków Bi-
zantyjczycy byli mandarynami, których aroganckie
roszczenia nie znajdowały uzasadnienia w zasługach
ani nie były poparte siłą. Dla Greków łacinnicy byli
barbarzyńcami; dla łacinników Grecy stawali się poma-
łu «Lewantyńcami»”. W coraz większym stopniu za-
częła się zamazywać wiedza o ich wielowiekowej hi-
storii, dokonaniach, wspaniałej kulturze promieniującej
na sąsiednie kraje, zaczęto ich zrównywać z Saracena-
mi i wszystkimi innymi wrogami krzyża. I właśnie tak
przenicowana świadomość stała się istotnym elemen-
tem wpływającym na sposób potraktowania Greków
przez uczestników IV wyprawy. Nie zasługiwali na nic
dobrego, a niemożność wywiązania się przez ich wład-
cę z przyjętych zobowiązań, w oczach Franków świad-
czyła jedynie o nacechowanych złą wolą przewrotności
i nieuczciwości. To zaś wymagało kary stanowiło wy-
starczające uzasadnienie zastosowanych środków. Fał-
szywi, schizmatyccy Grecy zasłużyli sobie na to, aby
wobec nich przemówił frankoński oręż.
PRZECIWNICY
RYCERSTWO ZACHODNIOEUROPEJSKIE
W okresie wypraw krzyżowych na polach bitew
królowała jazda. Na europejskim teatrze wojny o ich
wyniku decydowała ciężkozbrojna jazda rycerska,
w Ziemi Świętej do głosu dochodziła lekka jazda, bar-
dziej mobilna i skuteczna w starciach z lotną kawalerią
muzułmańską. W Europie niekwestionowana przewaga
rycerstwa utrzymywała się aż do przełomu XIII i XIV
wieku, kiedy w bitwie pod Courtrai w 1302 r. piechota
odniosła nad nim pierwsze wielkie zwycięstwo. Wcze-
śniej rycerze doznawali sporadycznych porażek w star-
ciach z piechotą, m.in. w 1176 r. pod Legnano z rąk po-
spolitego ruszenia miast północnoitalskich, ale to oni
przez kilka stuleci byli rodzajem wojsk decydującym
o przebiegu i losach bitew. W każdej ówczesnej armii
stanowili elitę, której żywiołem, obok dworskiego ży-
cia, uczt, turniejów i polowań, była wojna. Przypatrzmy
się tym niezwykłym średniowiecznym maszynom do
walki i zabijania.
Podczas boju rycerzowi towarzyszyło kilku innych
konnych wojowników. W epoce krucjat ową świtę ry-
cerską tworzył co najmniej jeden konny giermek oraz
dwaj piesi łucznicy poruszający się również konno. Do
zadań giermka należała opieka nad zbroją rycerza i bo-
jowym rumakiem dosiadanym jedynie podczas walki.
Oddział ten stanowił najmniejszą samodzielną jednost-
kę bojową. W XIV wieku utarła się dla niej nazwa ko-
pii (lance garnie; lanca z przybraniem). Jej liczebność,
a zatem i realna siła bojowa, zależała wprost od możli-
wości finansowych feudała. Zdarzały się kopie liczące
kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu ludzi i paru ryce-
rzy. Po drugiej stronie bieguna znajdowali się tzw. ry-
cerze jednotarczowi, występujący pojedynczo, bez ja-
kiegokolwiek orszaku. Kopie, po kilka, kilkanaście lub
nawet kilkadziesiąt, łączono w chorągwie stanowiące
wyższe jednostki taktyczne.
Ciężka jazda rycerska preferowała szyk „w płot”
(en haye). Rycerze zajmowali stanowiska w jednej linii
w odległości 5-6 metrów jeden od drugiego. Drugą li-
nię tworzyli ich giermkowie, a następne pachołkowie.
W ten sposób poszczególne kopie rycerskie, ustawione
w rzędach obok siebie, tworzyły ugrupowanie bojowe
urzutowane na kilka szeregów w głąb. Przeprowadze-
nie ataku ciężkiej jazdy, z pozoru łatwe, w praktyce
stanowiło skomplikowane przedsięwzięcie wymagające
zsynchronizowania wielu czynników. Dzielił się on na
kilka etapów. Pierwszy polegał na powolnym zbliżeniu
się do przeciwnika przy jednoczesnym zachowaniu
uporządkowanego szyku. Następnie konie przechodziły
do stępa i kłusa. Galop, kiedy formacja nabierała pędu
i energii, był rozwijany podczas ostatniego etapu ataku.
Jeżeli się mówi o szyku bojowym, to należy mieć
świadomość, iż istniał on jedynie przed bitwą i w jej
pierwszym momencie. Później szybko się rozpadał
i rycerze walczyli w małych grupach lub wręcz w poje-
dynkę. Najczęściej bój dzielił się na wiele indywidual-
nych pojedynków. Działo się tak oczywiście wówczas,
kiedy przeciwnik nie uszedł w panice i dotrzymał pola.
Dla rycerza był to zresztą całkowicie naturalny sposób
walki, do którego przygotowywano go przez całe życie.
Najpierw jako pazia podczas trwającej około 10 lat
służby u boku seniora, później, już po pasowaniu,
w czasie ciągłych wojen prowadzonych przez feuda-
łów, a w trakcie krótkich okresów pokoju na cieszących
się wielką popularnością turniejach rycerskich. Turnieje
miały wielkie znaczenie, o czym może świadczyć opi-
nia jednego ze współczesnych kronikarzy: „Rycerz nie
może zabłysnąć na wojnie, jeśli nie przygotował się do
tego na turniejach. Musi on ujrzeć, jak płynie krew, jak
trzeszczą jego zęby pod uderzeniami pięści. Musi zo-
stać powalony na ziemię, aby odczuł ciężar ciała nie-
przyjaciela. Konieczne jest, by wysadzony dwadzieścia
razy z siodła z jeszcze większą zaciętością podnosił się
dwadzieścia razy do walki. Tylko w ten sposób może
iść na poważną wojnę z nadzieją zwycięstwa”. System
czyniący z rycerza doskonale wyszkolonego indywidu-
alnie wojownika pomijał niemal całkowicie ćwiczenia
wdrażające go do toczenia boju w ramach mniejszych
i większych formacji. Działo się tak dlatego, gdyż po
pasowaniu rycerz „[...] wchodził do marsowego brac-
twa, które wyżej ceniło demonstrowane w bitwie indy-
widualne męstwo i honor, niż współdziałanie z równy-
mi mu czy społecznie niższymi ludźmi”. Ciężkozbrojne
rycerstwo, masa koni i jeźdźców zakutych w żelazo,
było śmiertelnie groźne podczas pierwszego, prowa-
dzonego z impetem natarcia. Zdarzało się, że niewielki
liczebnie oddział rycerzy rozbijał pierwsze szeregi
wroga i wzbudzał niemożliwą do opanowania panikę
w wielokrotnie liczniejszej armii. Jeśli jednak pierwsze
i zwykle decydujące uderzenie nie powiodło się, bardzo
rzadko dochodziło do ponowienia ataku o zbliżonej si-
le, gdyż zebranie rozproszonych rycerzy, szukających
na polu bitwy sławy i łupów i nieskorych do jakiejkol-
wiek subordynacji, było najczęściej zadaniem niewy-
konalnym. Punkt zbiórki dla rozproszonych rycerzy
wyznaczały chorągwie. Szybkie ponowne zebranie się
rycerzy i przygotowanie do kontynuowania walki miało
decydujący wpływ na jej wynik. W regule templariuszy
znalazło się następujące postanowienie normujące po-
wyższą kwestię: ,Jeżeli [brat zakonny] nie jest w stanie
powrócić pod swoją chorągiew, to powinien szukać
chorągwi joannitów lub jakiegokolwiek innego chrze-
ścijańskiego sztandaru”.
Obok ustawienia „w płot” popularny był szyk klina
wbijającego się w szeregi wroga i rozbijającego go ni-
czym taran. Najsilniejsi, najlepiej uzbrojeni i wyszko-
leni rycerze zajmowali czołowe i boczne pozycje, pod-
czas gdy pozostali znajdowali się we wnętrzu klina.
Szyk ten był zdecydowanie bardziej elastyczny i dawał
możliwości większego manewrowania w obliczu nie-
przyjaciela. Znane są opisy kronikarzy mówiące
o „efekcie ulicy” wybijanej w nieprzyjacielskim ugru-
powaniu przez galopujących w niepowstrzymanym pę-
dzie rycerzy. Jednak często zdarzało się, że atak trafiał
w próżnię. Działo się tak wówczas, kiedy szeregi prze-
ciwnika niemal w ostatniej chwili umiejętnie rozstępo-
wały się przed galopującym wrogiem, niebędącym już
w stanie powstrzymać rumaków i zmienić kierunku
ataku. Stało się tak chociażby podczas bitwy pod Hitti-
nem w 1187 r., która zadecydowała o upadku Jerozoli-
my; na rozkaz Saladyna rozstąpiły się szeregi przed
rozpaczliwą szarżą rycerzy Rajmunda Saint Gilles'a,
a dzielnego księcia spotkały później nieuzasadnione za-
rzuty pozostawania w zmowie z sułtanem.
Ówczesna piechota była mało znaczącym dodat-
kiem do rycerskiej jazdy. Zresztą powszechnie przez
nią lekceważonym. Zajmowała ona pozycje albo przed
jazdą, co, skracając dystans do linii wroga, znacznie
ułatwiało jej jego ostrzał z kusz i łuków, albo za nią,
również wykorzystując szyk „w płot”. Nierzadko pie-
churzy pozostawali na straży taborów i, wykorzystując
je, tworzyli jakby obóz warowny, który w przypadku
niepowodzenia jazdy dawał jej możliwość schronienia
się przed wrogiem i kontynuowania walki. Los piecho-
ty podczas bitwy bywał tragiczny. Niejednokrotnie zda-
rzało się, że tratowała ją nie tylko nieprzyjacielska jaz-
da, ale również własna. Podczas bitwy pod Crécy
w 1346 r., uznawanej za zmierzch jazdy rycerskiej,
kiedy Francuzi chcieli szarżować na angielskie pozycje,
ale drogę zagradzała towarzysząca im piechota, z ust
króla Filipa VI padło pełne pogardy hasło: Zabijcie to
hultajstwo! W wielu innych przypadkach działo się po-
dobnie. W ogóle ówczesny rycerz i wywodzący się
zwykle z gminu piechur należeli do dwóch odrębnych
światów. Nie tylko z uwagi na status społeczny wiążą-
cy się z urodzeniem i majątkiem, ale także ze względu
na odmienne pojmowanie walki i honoru. „Biorąc pod
uwagę ówczesny system społeczny, trudno się dziwić,
że zwykli żołnierze byli traktowani niewiele lepiej niż
zwierzęta juczne”. Choć piechota zwykle przewyższała
liczbą jazdę i bez jej udziału częstokroć niemożliwe by-
łoby osiągnięcie zwycięstwa, „była niczym innym, jak
źle uzbrojonym tłumem, którego prawie wcale nie pró-
bowano zorganizować. Piechura nie uważano nawet za
wojownika; słowo «miles» (wojownik) stało się syno-
nimem wojownika konnego”. Rycerze gardzili piechotą
także dlatego, iż używała ona łuków i kusz, broni, dzię-
ki której można było zabić przeciwnika na odległość.
Taki sposób wojowania wzbudzał pogardę i uważany
był za niehonorowy. Każdy, kto się posługiwał bronią
miotającą strzały bądź bełty, uznawany był przez ryce-
rzy za tchórza obawiającego się walki twarzą w twarz.
W dobie, kiedy na polu bitwy królowała rycerska
jazda, piechota w otwartej walce mogła się wykazać
skutecznością jedynie wówczas, gdy kawaleria osłania-
ła jej flanki. Działając samodzielnie, nie miała żadnych
szans w konfrontacji z ciężkozbrojną jazdą, która tra-
towała ją i najzwyczajniej wbijała w ziemię samą swoją
masą. Podczas wojen prowadzonych przez rycerstwo
zachodnioeuropejskie w okresie rozdrobnienia feudal-
nego w XII i XIII wieku dominowały działania z uży-
ciem niewielkich liczebnie sił, sprowadzające się prze-
de wszystkim do niszczenia zasobów materialnych
przeciwnika oraz oblężeń należących do niego zamków
i twierdz. Brzemię wojny w największym stopniu obar-
czało chłopów, których dobytek wystawiony był na
zniszczenie i grabież. Im samym, jeśli wcześniej nie
znaleźli schronienia za murami pobliskiej twierdzy, ra-
tunek przynieść mogła jedynie natychmiastowa uciecz-
ka w niedostępne dla napastników miejsce — w góry,
do lasu, na bagna. Kościół, broniąc swoich rozległych
majątków i poddanych przed grabieżami, wymyślił in-
stytucję Pokoju Bożego (Treuga Dei). Zakazywał on
prowadzenia wojen od czwartku wieczorem do ponie-
działkowego poranku oraz podczas świąt i postów. Nie
tylko kościoły i klasztory, ale nawet bezpośrednie są-
siedztwo krzyży stawianych na rozstajach dróg ogło-
szono miejscami korzystającymi z osłony wiecznego
pokoju.
Wbrew mocno wybujałej wyobraźni niektórych
kronikarzy, w pole wychodziły wojska liczące od kil-
kuset do kilku tysięcy ludzi, przy czym jazda rycerska
stanowiła zwykle ułamek całości sił. Z dzisiejszej per-
spektywy zdumienie budzą relacje mówiące o setce ry-
cerzy decydujących o wyniku batalii, czy zbliżonych
liczbą oddziałach dokonujących pustoszącego rajdu na
terytorium wroga bądź jego aneksji. O wielkości śre-
dniowiecznej armii decydowały przede wszystkim
koszty jej stworzenia i późniejszego utrzymania oraz
piętrzące się przed nią trudności o charakterze logi-
stycznym. To właśnie one stanowiły największe ogra-
niczenie dla średniowiecznej armii. Prymitywne środki
transportowe i kłopoty z zaopatrzeniem determinowały
taktykę walki. Tylko niektóre rejony były w stanie wy-
żywić większą armię. Najczęściej była ona skazana na
własne zapasy lub stałe punkty zaopatrzeniowe. „Woj-
skowe wyprawy i bitwy w średniowiecznej Europie
Zachodniej miały o wiele mniejszą skalę niż w staro-
żytności, a dobrze zorganizowany, profesjonalny sys-
tem zaopatrzenia, który podtrzymywał rzymską machi-
nę wojenną, był nieobecny w ograniczonym, zdecentra-
lizowanym środowisku średniowiecznej Europy”.
Szczególnie dramatyczne było zetknięcie europejskich
armii rycerskich z jałowymi, pustynno-górskimi teryto-
riami Azji Mniejszej podczas dwóch pierwszych wy-
praw krzyżowych. Z powodu braku zaopatrzenia zgi-
nęło w ich trakcie zdecydowanie więcej ludzi niż pod-
czas bezpośrednich walk z muzułmanami.
O ile rycerze walczyli, wykonując swoje wasalne
powinności i licząc na łup, o tyle opłacenie oddziałów
najemnych wymagało gigantycznych sum. Aby wyob-
razić sobie, jak wielkich, wystarczy stwierdzenie, iż
podatki, które w latach 1480-1490 wpływały do skarb-
ca państwa polsko-litewskiego, nie wystarczały na po-
krycie rocznej służby tysiąc - konnej jezdnej roty. Po-
dobnie ogromne nakłady finansowe wiązały się
z utrzymaniem wojsk trzy stulecia wcześniej. Dlatego
najemników wynajmowano na krótko, a ich żołd opła-
cano dzięki zaciąganym powszechnie pożyczkom; czę-
stym zwyczajem ówczesnych królów i książąt było za-
stawianie koronnych klejnotów, aby u bankierów uzy-
skać niezbędne środki na ten cel.
Wyposażenie niemal każdego znaczniejszego ryce-
rza — najwyższej jakości zbroja i miecz oraz dobrej
klasy rumak bojowy — stanowiło wartość jednej lub
nawet paru wsi. Jedynie zamożni feudałowie mogli so-
bie pozwolić na tak znaczny wydatek. Ta okoliczność
również rzutowała na taktykę walki. Rycerza nie opła-
cało się zabijać wyłącznie w celu zdobycia jego zbroi
i wierzchowca. Zdecydowanie korzystniejsze było
wzięcie go do niewoli, gdyż obok bezpośredniego łupu
istniała realna perspektywa uzyskania dodatkowo po-
kaźnego okupu. Jego wielkość, rzecz jasna, była wprost
proporcjonalna do znaczenia i sławy jeńca. Dlatego
podczas walki rycerze usiłowali przede wszystkim zwa-
lić przeciwnika z konia, co czyniło go niemal bezbron-
nym w dalszym pojedynku. Bezbronnym, ale też nieła-
twym do zabicia w przypadku rezygnacji z wzięcia ry-
cerza do niewoli. Ilustruje to doskonale niezwykła sy-
tuacja, jaka zdarzyła się na polu bitwy pod Bouvines
w 1214 r. Powalony król Francji Filip August przez
dłuższą chwilę pozostawał na łasce wrogów, którzy
bezskutecznie usiłowali zadać mu śmiertelny cios, ale
nie potrafili dość szybko znaleźć odpowiedniego miej-
sca w szczelnie dopasowanej zbroi, perfekcyjnie chro-
niącej całe ciało monarchy. Ostatecznie został on wyra-
towany z opresji przez swoich rodaków. Gdyby opisany
przypadek zdarzył się chociażby dwa wieki wcześniej,
król, dysponując prostym hełmem bez przyłbicy jedy-
nie z metalową osłoną na nos, nie miałby najmniej-
szych szans. Na początku XIII wieku pojawiły się jed-
nak hełmy chroniące całą twarz, w których pozostawia-
no jedynie wąskie szczeliny na oczy i niewielkie otwo-
ry służące do oddychania. W tym miejscu warto wspo-
mnieć, iż, jakby wbrew przytoczonemu przykładowi,
trzynastowieczny rycerz, pomimo ważącej kilkadziesiąt
kilogramów zbroi, mógł jednak dość swobodnie się po-
ruszać, samodzielnie dosiadać konia. Ponad wszelką
wątpliwość dowiodły tego współcześnie przeprowa-
dzone testy w londyńskiej Tower. Tajemnica tkwiła
w równomiernym rozłożeniu ciężaru opancerzenia na
całym ciele oraz przemyślnym systemie ruchomych
części łączących większe części zbroi, umożliwiającym
zginanie nóg i rąk, poruszanie głową i tułowiem.
Słuszne ze wszech miar jest stwierdzenie, że: „Ro-
la rycerza na polu bitwy zależała w dużym stopniu od
używanej przez niego zbroi”. Dla rycerzy zbroje były
głównym elementem wyposażenia. Przeszły one długą
drogę rozwoju. Od stosunkowo lekkich, zapewniają-
cych dużą swobodę ruchów kolczug królujących
w wiekach XI-XIII, po pełną zbroję płytową z końca
XV wieku. Technika produkcji kolczug była skompli-
kowana. Wykonywano je z olbrzymiej liczby połączo-
nych ze sobą pierścieni, kowanych lub nitowanych. Ze
względu na swoją skomplikowaną budowę i wielką
liczbę użytych elementów, kolczugi było trudno utrzy-
mać w czystości. Problemy stwarzała także ich stała
konserwacja. W XII wieku rycerze powszechnie zaczęli
przywdziewać pod kolczugi grube watowane ubiory,
których podstawowym zadaniem była amortyzacja cio-
sów. Później zaczęto używać specjalnie wyprawionych,
utwardzanych kawałków skóry osłaniających piersi
i plecy. Ponadto na kolana i łokcie zakładano metalowe
płytki, które miały lepiej chronić te wrażliwe miejsca.
Następnie metalowe płyty w połączeniu ze skórą zaczę-
ły chronić pierś. Była to bliska zapowiedź późniejszej
pełnej zbroi płytowej. Istotną rolę odgrywała zakładana
na pancerz tunika ze znakami heraldycznymi, zwana
surcote. Wyróżniała ona jego posiadacza wśród innych
walczących rycerzy, zabezpieczając nie tylko przed
bratobójczym atakiem, ale również, w przypadku wzię-
cia do niewoli, pokazując, iż jeńca warto oszczędzić dla
okupu. Czym na polu bitwy groził brak odpowiedniej
surcote, pokazuje tragiczny los księcia Brabancji: „Ry-
cerz, który wziął go do niewoli, zdjął jego hełm. Ani
surcote, ani pożyczona księciu zbroja nie wskazywały
na jego pochodzenie i wysoką wartość jeńca, więc
zwycięski rycerz uznał, iż zakładnika nie warto trzymać
przy życiu i poderżnął mu gardło”. Poza surcote ryce-
rza wyróżniała także prostokątna chorągiew z wyma-
lowanymi na niej znakami heraldycznymi, guidon (na-
zwa ukuta od zbitki słów guide homme — „człowiek
wiodący”). Rycerska elita dodatkowo miała prawo oz-
dabiać chorągiew jedną lub dwoma wstęgami, które
z czasem przekształciły się w proporzec.
Równie ważny jak zbroja i surcote był dla rycerza
koń. On również brał udział w walce i musiał mieć cały
zestaw cech, których osiągnięcie było możliwe jedynie
przy prowadzeniu selektywnej hodowli i odpowiednim
ułożeniu w wyniku czasochłonnych ćwiczeń. Zwierzę
musiało być mocne, odpowiednio duże, agresywne, nie
wpadać w panikę pod wpływem bitewnego zamiesza-
nia. Po pierwszych krucjatach w Europie pojawiły się
konie odmiany niceańskiej, pochodzące z Iranu i Ana-
tolii. Krzyżowano je z arabami i końmi pochodzącymi
z Półwyspu Pirenejskiego, co w konsekwencji dopro-
wadziło do wyhodowania wysokiej klasy wierzchowca,
destriera. Przewyższał on zdecydowanie wszystkie inne
ówczesne konie bojowe. Na jego zakup mogli sobie
pozwolić tylko nieliczni. „W rezultacie destriery były
o wiele droższe niż jakiekolwiek inne konie pod
wierzch i osiągały cenę 700-800 razy wyższą od najtań-
szych koni”. W porównaniu z wczesnym średniowie-
czem, kiedy konie bojowe dochodziły do 400-450 kg
wagi i osiągały w kłębie 142,5-152,5 cm, destriery, bę-
dące zwykle ogierami, reprezentowały typ potężnego
rumaka bojowego osiągającego niemal 600 kg wagi
i 170 cm wysokości. Te właśnie parametry pozwalały
im na uniesienie nie tylko zamkniętego w ciężkiej zbroi
rycerza, ale i własne opancerzenie chroniące przed po-
ciskami. Zbroja końska (tzw. ladra) nie była używana
od czasów rzymskich i pojawiła się ponownie w dobie
krucjat.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż: „Wielkość
i waga konia stanowiły o sile uderzenia szarży z kopią.
Średniowieczny rycerz wyposażony w dobry rząd koń-
ski, a zwłaszcza siodło z wysokimi łękami i strzemio-
nami, stanowił zwartą, opancerzoną broń uderzenio-
wą”. Rozmiary i niesiony na grzbiecie ciężar z jednej
strony upodabniały bojowe rumaki do ruchomych tara-
nów, ale jednocześnie ograniczały szybkość ich ruchów
i czyniły łatwiejszym celem dla przeciwnika. Utarło się
nawet określenie „zła wojna” dla coraz popularniejszej
taktyki eliminowania z walki właśnie koni. Prostą jej
konsekwencją stała się konieczność posiadania przez
rycerza większej liczby wierzchowców, co z kolei dra-
matycznie podnosiło koszty utrzymania kopii i jedno-
cześnie wpływało na spowolnienie ruchów rycerskiej
armii. „W sytuacji gdy za każdym rycerzem szło sześć
lub więcej koni, żadna konna ekspedycja jakichkolwiek
rozmiarów nie mogła liczyć na znalezienie po drodze
dostatecznej ilości paszy, a to zmuszało armię do wie-
zienia własnej paszy i jeszcze bardziej zwiększało licz-
bę potrzebnych koni”.
W omawianym okresie rzadko dochodziło do gene-
ralnych bitew z udziałem wielotysięcznych armii, de-
cydujących o wyniku kampanii. Stało się tak w przy-
padku wspomnianej już bitwy pod Hittinem w 1187 r.,
gdzie przepadła wielotysięczna armia Królestwa Jero-
zolimskiego. Innym przykładem takiej bitwy jest star-
cie pod Bouvines w 1214 r., stoczone pomiędzy królem
francuskim Filipem Augustem a angielskim władcą Ja-
nem bez Ziemi, posiłkowanym przez wojska cesarza
Ottona IV i hrabiów Flandrii i Boulogne. Po obu stro-
nach wzięło w nim udział około 14 000 ludzi, przy
czym niewielką, dwutysięczną przewagą dysponowali
sojusznicy. Starcie pod Bouvines zogniskowało niczym
w soczewce wszystkie najistotniejsze elementy taktyki
rycerskiej na polu walki. Obie armie ustawiły się fron-
talnie w bardzo rozciągniętych liniach, kolejne uderze-
nia miały charakter czołowy bez wzajemnych prób zaa-
takowania flanek przeciwnika, obaj władcy bezpośred-
nio zaangażowali się w walkę, tracąc kontrolę nad jej
przebiegiem i możliwość dokonywania jakichkolwiek
manewrów. Jakże odmiennie w tym czasie zachowywa-
li się mongolscy dowódcy, najczęściej nieuczestniczący
osobiście w walce i mający do samego końca kontrolę
nad bitwą dzięki zawczasu i przemyślnie wybranemu
stanowisku dowodzenia. Hittin i Bouvines należały
jednak do wyjątków. Zasadą były starcia z udziałem
niewielkich sił, niezbyt krwawe, choć często przez
współczesnych uważane za zacięte. Jak chociażby bi-
twa pod Bremule, w której wzięło udział 900 angiel-
skich i francuskich rycerzy; w jej wyniku śmierć ponio-
sło zaledwie trzech z nich, a 140 dostało się do niewoli.
O darowaniu im życia zadecydował opisany wcześniej
mechanizm natury ekonomicznej; zgodnie z nim mar-
twy rycerz miał wartość o wiele mniejszą od żywego.
Podobny charakter, z zaangażowaniem niewielkich sił,
od kilkudziesięciu do kilkuset rycerzy, miały liczne bi-
twy toczone przez wojska Cesarstwa Łacińskiego, które
powstało po zdobyciu Konstantynopola w wyniku IV
krucjaty.
Charakterystyczne dla średniowiecznych wojen ob-
lężenia zamków i twierdz, coraz potężniej ufortyfiko-
wanych, spowodowały bujny rozwój sztuki oblężniczej,
zaniedbywanej od czasów rzymskich. Pojawiły się
przemyślne techniki saperskie polegające na drążeniu
podkopów, zawalaniu baszt i całych odcinków murów
obronnych, a także różnorodne machiny oblężnicze.
„Prawdopodobnie już w połowie XIII wieku inżynie-
rowie zachodnioeuropejscy w dziedzinie konstruowania
machin oblężniczych zdystansowali resztę świata”.
Wcześniej, aż do czasu IV krucjaty, przodowali w niej
Bizantyjczycy. Budowane w Europie Zachodniej ma-
chiny zdumiewały swoją wielkością. Pod murami naj-
większych twierdz zaczęły się pojawiać prawdziwe
monstra, co niemal zawsze odnotowywali skrupulatni
kronikarze towarzyszący wojennym wyprawom. Nie
budowano ich już na miejscu, ale sprowadzano w czę-
ściach z arsenałów i następnie składano w całość. Ich
koszt dorównywał rozmiarom i nawet w armiach kró-
lewskich największe machiny liczono na pojedyncze
sztuki. Jednak to głównie one — ogromnych rozmia-
rów ruchome wieże, arkabalisty, trebusze, onagery
(mangonele), tarany — zapewniały powodzenie pod-
czas oblężeń.
BIZANTYJCZYCY
Armia bizantyjska przełomu XII i XIII wieku lata
świetności miała za sobą. Towarzyszył jej podobny ze-
wnętrzny blask i sztafarz, jaki rozniecał wokół siebie
sam Konstantynopol. W obu jednak przypadkach „[...]
ta wspaniałość zakrywała przede wszystkim intrygi,
imperialne tęsknoty i próżną dumę”. Niemal w niczym
nie przypominała machiny wojennej, jaką dysponowali
cesarze wczesnego średniowiecza bądź wojowniczy
władcy z X i XI wieku — Nicefor Focas, Jan Tzimiskes
i Bazyli II. Zasadniczo — zarówno jakością, jak i li-
czebnością — różniła się także od armii, którą jeszcze
całkiem niedawno rozporządzali Komnenosi. Aleksy I
oraz dwaj jego wielcy następcy wydatnie wzmocnili
armię i wykorzystywali ją jako istotny instrument swo-
jej polityki zagranicznej. W porównaniu z czasami ce-
sarzy z dynastii Dukasów, kiedy to: „Żołnierze rzucali
oręż, chcieli bowiem zostać adwokatami i prawnika-
mi”, służba wojskowa stała się intratnym zajęciem. Jak
stwierdził Niketas Choniates: „Każdy chciał być żołnie-
rzem: jedni porzucali igłę, nie dała im bowiem w za-
mian za ich ciężką pracę najniezbędniej szych środków
utrzymania, inni opuszczali stajnie, jeszcze inni otrze-
pywali pył cegieł czy sadze kuźni i wszyscy spieszyli
do biur werbunkowych, obdarowywali urzędników ko-
niem perskim albo kilkoma sztukami złota, po czym
zostawali niezwłocznie wciągani w szeregi armii”.
Kronikarska relacja zdumiewa; łapówki płacone przez
kandydatów na żołnierzy to prawdziwy ewenement.
Absurdalność opisanej sytuacji pokazuje jednak, jak
bardzo skorumpowany był aparat urzędniczy. Pod rzą-
dami Komnenosów armia pozostawała na specjalnych
prawach. Jan II przywrócił istniejący dawniej system
działek wojskowych nadawanych w zamian za obowią-
zek służby wojskowej; było to nawiązanie do rozbudo-
wanej na prowincjach struktury temów, dzielącej pań-
stwo na jednostki o charakterze administracyjno-mili-
tarnym i przez kilka stuleci zapewniającej Cesarstwu
dopływ doskonałych żołnierzy, głównie do formacji
pieszych. Z posiadaczy nadanego przez państwo lenna,
zwanego pronoia, później także z ich dziedziców, two-
rzył on niejako zawodowych żołnierzy (stratiotes), zo-
bowiązanych do służby wojskowej. W zależności od
wielkości lenna i związanych z tym możliwości stawia-
li się oni w wyznaczonym miejscu koncentracji na cze-
le określonego liczebnie oddziału. Zwykle zamożniejsi
spośród nich przyprowadzali kilkudziesięciu w pełni
uzbrojonych ludzi. Pronoiarowie (pronoiarios), w XIII
wieku zwani po prostu żołnierzami, służyli w ciężkiej
konnicy, natomiast rekrutów zasilających oddziały lek-
ko zbrojnej piechoty dostarczała pozostała własność
ziemska, również pozostająca w dyspozycji klasztorów.
W przeciwieństwie do stratiotes słabo wyekwipowa-
nych łuczników i włóczników pochodzących z prowin-
cji nie uznawano za regularnych żołnierzy. System feu-
dalny, którego podstawę miała stanowić własność pro-
noiarów, powodował wypieranie niewielkich działek
żołnierskich, ale nie był w stanie w pełni zastąpić po-
przedniego mechanizmu opartego na małej własności
ziemskiej, w którym generowała się liczna grupa żoł-
nierzy-chłopów, stanowiących podstawę dawnej mili-
tarnej potęgi Cesarstwa, ale w swej ogólnej koncepcji
przetrwał aż do jego upadku.
Armia składała się z czterech podstawowych czę-
ści. Pierwszą tworzyły oddziały stacjonujące w Kon-
stantynopolu, drugą niewielkie liczebnie armie prowin-
cjonalne, pozostałe zaś złożone były z najemników oraz
jednostek pomocniczych wystawianych przez sojuszni-
ków i wasali Cesarstwa. Stacjonujące w stolicy wojska
tworzyły niedużą liczebnie armię centralną zwaną
Tagmata lub Vasilikon Allagia, której jądro, obok na-
jemników, stanowiło kilka oddziałów doskonale wy-
szkolonej gwardii cesarskiej (wareskiej) liczącej około
5000 ludzi. W skład gwardii cesarskiej wchodzili
głównie Anglosasi i Skandynawowie, ale w jej szere-
gach można było znaleźć również wielu Rusinów i in-
nych Słowian. Istnieją dowody wskazujące na to, że już
w połowie XI wieku, jeszcze przed najazdem Wilhelma
Zdobywcy, w Anglii werbowani byli najemnicy do ar-
mii bizantyjskiej. Po roku 1066 zaś, kiedy wielu Anglo-
sasów było zmuszonych do ucieczki przed zwycięskimi
Normanami, masowo oferowali oni swoje usługi nad
Bosforem. Wówczas gwardia warego-ruska zmieniła
swój charakter na warego-angielską. Z oddziałów
gwardyjskich zniknęły także całkowicie jednostki grec-
kie. Ostatnia wzmianka o doborowym bizantyjskim
(złożonym z Greków) pułku gwardii pochodzi z 1068 r.
Szczególnie jednak przybysze z równie odległej Skan-
dynawii, Norwegowie i Duńczycy, cieszyli się zasłużo-
ną sławą doskonałych wojowników. Nie bez przyczyny
przez kilka stuleci długie łodzie wikingów siały grozę
na ogromnych obszarach Europy. Wielu Skandynawów
służyło w ciężkiej kawalerii szkolonej przy wykorzy-
staniu wzorców zachodnioeuropejskich. Przez całe
dziesięciolecia gwardia wareska charakteryzowała się
niezachwianą wiernością dla cesarza. Jednak polityczne
zawirowania na konstantynopolitańskim dworze po-
przedzające wydarzenia z 1204 r. spowodowały, że
sprzeniewierzyła się ona tej chwalebnej tradycji i zło-
żyła przysięgę wierności cesarzowi Aleksemu III jesz-
cze za życia jego poprzednika, którego przecież miała
chronić. Ulubioną i budzącą powszechny strach bronią
Waregów był wielki topór, który w ich rękach zamie-
niał się w śmiercionośne narzędzie. Dlatego popularnie
zwano ich „ludźmi z toporami”.
Oddziały prowincjonalne (themata), w znacznej
części utrzymywane przez miejscową ludność obłożoną
dodatkowymi podatkami i zobowiązaną do licznych
świadczeń na rzecz armii, pod względem składu naro-
dowościowego tworzyły prawdziwą mozaikę. Obok
miejscowych i przybyszów z zachodu Europy i Rusi
służyli w nich Bułgarzy, Alanowie, Pieczyngowie,
Kumani, a nawet Turcy. Spośród grekojęzycznych żoł-
nierzy wielką renomą cieszyli się piesi łucznicy wer-
bowani w Paflagonii na terytorium Anatolii. Większość
najemników miała własne uzbrojenie, miejscowi rekru-
ci z oddziałów elitarnych tradycyjnie otrzymywali wy-
posażenie od państwa. Po zakończeniu kampanii żoł-
nierze oddawali sprzęt do zbrojowni. Wśród żołnierzy
oddziałów prowincjonalnych było przyjęte, że uzbroje-
nie przekazywano z ojca na syna.
Podział wojsk wynikał również z położenia geo-
graficznego państwa rozciągającego się na dwóch kon-
tynentach. Dzieliły się one na europejskie i azjatyckie.
Bizantyjskie armie polowe rzadko osiągały impo-
nujące rozmiary. Z zasady ich liczebność wynosiła oko-
ło 2000 żołnierzy, czasami dochodziła do 6000, a jedy-
nie na większe kampanie mobilizowano siły większe
niż 10 000 ludzi.
Jednym z ostatnich atutów, jakim dysponowała
armia bizantyjska, był słynny ogień grecki. Była to sub-
stancja łatwopalna wynaleziona około połowy VII wie-
ku naszej ery. Pierwsze relacje na temat użycia ognia
greckiego pojawiły się w kronice Teofanesa w 671 r.
Nie dawał się ugasić wodą, a wręcz w zetknięciu z nią
płonął jeszcze mocniej. Stanowił odległy w czasie
pierwowzór dzisiejszego napalmu. To przede wszyst-
kim dzięki ogniowi greckiemu powiodła się obrona
Konstantynopola przed Arabami. Cesarz Konstantyn IV
Pogonatos (668-685), walcząc na czele floty wyposa-
żonej w „garnki ogniste i syfony”, zdołał pokonać dys-
ponującego wielką przewagą liczebną przeciwnika.
Jedna z wrogich flot została doszczętnie spalona. Po-
dobnie piorunujący skutek przyniosło użycie ognia
greckiego podczas wielkiego najazdu Rusinów w 941 r.
Kronikarska relacja doskonale obrazuje niszczące wła-
ściwości straszliwej broni: „Grecy zaczęli miotać na-
około ogień i na widok płomieni Rusini rzucali się
śpiesznie ze swoich okrętów do wody, woląc się raczej
utopić, niż upiec w ogniu”. Dokładny skład chemiczny
tej cudownej broni nie jest znany. Prawdopodobnie do
jego produkcji wykorzystywano ropę naftową, żywicę,
smołę, oleje, wapno gaszone, kauczuk, saletrę. Przez
kilka stuleci sposób produkcji i zestaw wykorzystywa-
nych w niej składników stanowił największą tajemnicę
państwową. Broń o podobnych właściwościach pojawi-
ła się w Chinach w X wieku, na terenie Europy nato-
miast Bizantyjczycy zdołali utrzymać monopol na
ogień grecki jeszcze przez kolejne dwa stulecia. Posłu-
giwano się nim zarówno podczas walk na lądzie, jak
i na morzu. Był wylewany lub wytryskiwany za pomo-
cą pomp na sprężone powietrze z tak zwanych syfonów
mających postać elastycznych rur lub wystrzeliwany
z balist i katapult w niewielkich beczkach i kulach.
Prawdopodobnie miotacze greckiego ognia dzieliły się
na stacjonarne, osiągające znaczne rozmiary i obsługi-
wane przez kilku żołnierzy, oraz ręczne, porównywalne
ze współczesnymi miotaczami ognia. Techniczną
przewagę na polu walki zapewniał armii bizantyjskiej
nie tylko ogień grecki, zawsze słynęła ona z doskonałe-
go uzbrojenia i wyposażenia. Szczególnie wielką re-
nomą przez całe stulecia cieszyły się wojska inżynie-
ryjne mające wybitnych fachowców i dysponujące
sprzętem nieosiągalnym dla przeciwników.
Centrum wytwórstwa broni znajdowało się w Kon-
stantynopolu. Od dawna, kontynuując działalność póź-
norzymskich fabricae, istniała tam państwowa manu-
faktura broni nazwana armamenton. W stolicy umiej-
scowiło się także wiele małych zakładów produkują-
cych poszczególne części uzbrojenia i wyposażenia
wojskowego. Istniały one również w prowincjach, choć
w mniejszej liczbie. Zapewne wszystkie większe miasta
Cesarstwa miały własnych płatnerzy. Konkurujący
z Konstantynopolem zakład produkujący zbroje, pod
nazwą zabareion, istniał w Tesalonice (Salonikach).
W drugiej połowie XII wieku armia zaczęła się
jednak borykać z problemami z uzbrojeniem. Wynikały
one nie tylko z ogólnego kryzysu politycznego i eko-
nomicznego, w jakim znalazło się Bizancjum. Cesar-
stwo, które nigdy nie miało dostępu do zbyt dużych
złóż żelaza, utraciło na rzecz Seldżuków kopalnie w
Armenii i w górach Kaukazu, co w znacznym stopniu
skazało je na import broni.
Słabością armii byli jej dowódcy, często uwikłani
w pałacowe spiski i polityczne rozgrywki. O ile we
wcześniejszym okresie armia otwierała szansę awansu
także przed ludźmi z gminu, o tyle na przełomie XII
i XIII wieku korpus oficerski stanowił już zamkniętą,
niemal hermetycznie kastę. Eksponowane stanowiska
były w praktyce dostępne jedynie przedstawicielom
wyższych sfer. Na czele armii, w zastępstwie cesarza
jako nominalnego wodza, stał megas domestikos (za-
stępca: protostrator), któremu podlegało 12 generałów
(strategów). Każdy z nich dowodził dwoma turmar-
chami, którzy sprawowali komendę nad pięcioma
drungariosami. Na niższych szczeblach dowodzenia
stali comités i quintarch, zaś najniższym dowódcą był
dekurion, któremu podlegało dziesięciu żołnierzy. Flotą
dowodził megas doux. Podział ten funkcjonował jesz-
cze w drugiej połowie XII wieku, nie jest jednak pew-
ne, czy stosowano go w praktyce w dobie IV krucjaty.
Lepiej znana jest organizacja armii Cesarstwa Nikei,
które po upadku Bizancjum stało się poniekąd jego
greckim kontynuatorem i doprowadziło do jego restau-
racji. Na czele wojsk nikejskich stał cesarz lub megas
domestikos. Składały się one z oddziałów gwardyjskich
i armii polowej (tagmata). Znaczny odsetek żołnierzy
stanowili najemnicy. Gwardia podlegała primmikerio-
sowi, a nad zachodnimi najemnikami komendę spra-
wował megas konostoulos (wielki konetabl). Oddzia-
łami piechoty dowodzili stratopedarchowie, natomiast
dowództwo nad garnizonami twierdz spoczywało w rę-
kach tzaousioi.
Fatalny stan przedstawiała cesarska flota. Wcze-
śniej przez całe dziesięciolecia stanowiła ona przedmiot
dumy i wielokrotnie miała swój wielki udział w zwy-
cięstwach bizantyjskiego oręża. Działo się tak chociaż-
by podczas oblężeń Konstantynopola przez Arabów,
kiedy to właśnie głównie marynarka wojenna decydo-
wała o sukcesie. Jeszcze cztery dziesiątki lat wstecz ce-
sarz Manuel I był w stanie zgromadzić na wyprawę
przeciwko Damietcie imponującą flotę złożoną z 12
wielkich okrętów, 150 galer i 60 statków transporto-
wych. W przededniu starcia z krzyżowcami jej dawna
świetność stanowiła jedynie wspomnienie. Radykalnie
zmniejszyła się liczba okrętów wojennych, doskonale
wyszkolone załogi ustąpiły miejsca często przypadko-
wej zbieraninie, w której, podobnie jak w przypadku
armii lądowej, obok rodowitych Greków było coraz
więcej Włochów, dawnych piratów, a nawet muzuł-
mańskich renegatów. W 1196 r. Bizancjum miało zale-
dwie 30 wojennych okrętów, a siedem lat później, kie-
dy pojawili się krzyżowcy, w porcie kotwiczyło zaled-
wie 20 okrętów wojennych, niektóre niemal w całości
pozbawione wyposażenia. Ostatnie znaczące morskie
zwycięstwo Bizantyjczycy odnieśli w 1199 r. nad ge-
nueńskim korsarzem Kafurem, ale ich rola była margi-
nalna, gdyż o sukcesie zadecydowały okręty innego
morskiego rozbójnika, chwilowo z nimi sprzymierzo-
nego. Za karygodne zaniedbania i fatalny stan floty od-
powiadał jej naczelny dowódca Michał Stryphnos, któ-
ry defraudował otrzymywane ze skarbu państwa środki
finansowe. Im bardziej podupadała flota, tym bardziej
bogacił się jej pozbawiony skrupułów admirał. Na dwo-
rze doskonale o tym wiedziano, ale brakowało woli,
aby przerwać niezdrową sytuację i ze wszech miar nie-
bezpieczny dla państwa proceder. Problem polegał na
tym, że Stryphnos był szwagrem żony cesarza i prakty-
ki te uchodziły mu płazem. Przypadek megas douxa
można uznać za znamienny. W nim jak w soczewce
ogniskowały się wszystkie przywary i choroby trawiące
armię bizantyjską przełomu XII i XIII wieku: brak
środków finansowych, bałagan organizacyjny, nepo-
tyzm, prywata, złodziejstwo. W istocie nie była ona
zdolna podjąć skutecznej walki z nadciągającymi woj-
skami łacinników.
ZADAR
Pod Zadarem armia krzyżowa pojawiła się w nocy
z 11 na 12 listopada 1202 r. Żegluga po wodach Adria-
tyku, z krótkim przystankiem w Puli na wybrzeżu Istrii,
gdzie uzupełniono zapasy wody i prowiantu, trwała
niemal pięć tygodni. Obyło się bez kłopotów i dzięki
sprzyjającej pogodzie flota dotarła do celu niemal bez
strat. Jedynie kilka jednostek krótko po opuszczeniu
Wenecji utkwiło na mieliznach. Już po dopłynięciu do
Zadaru pojawiły się niewielkie kłopoty z wysadzeniem
wojsk na ląd, gdyż mieszkańcy usunęli z nabrzeża pa-
chołki cumownicze. Większych niespodzianek z ich
strony jednak nie napotkano. Jak napisał Robert z Clari,
„[...] kiedy ujrzeli podpływających [...] i całą olbrzymią
flotę, byli w wielkim strachu; zawarli wszystkie wrota
i uzbrajali się, jak to było możliwe najlepiej, aby się
bronić”. Z kolei Villehardouin opisał potężne mury
obronne i wieże Zadaru, które na wielu krzyżowcach
zrobiły wrażenie niemożliwych do zdobycia: „Jakim
sposobem można by wziąć takie miasto siłą, jeśli Bóg
tego nie uczyni?”. Nazajutrz rozpoczęło się oblężenie,
które miało trwać zaledwie dwa tygodnie. Dandolo na-
wet nie usiłował przed baronami ukrywać swoich za-
miarów. „Panowie, to miasto przyprawiło mnie i moich
poddanych o wiele zła; chętnie zemściłbym się na nich.
Proszę was, abyście mi pomogli”. Jego wystąpienie
spotkało się z aprobatą zdecydowanej większości fran-
kijskich dostojników. Jeszcze tego samego dnia do ob-
ozu krzyżowców przybyła z Zadaru delegacja, która
zaproponowała doży wydanie miasta w zamian za gwa-
rancję darowania życia jego mieszkańcom. Dandolo
zwołał natychmiast naradę, aby przedyskutować po-
wstałą sytuację. I wówczas spotkała go niemiła nie-
spodzianka. W trakcie spotkania zabrał głos opat Gwi-
don z Vaux-de-Cernay, który odczytał własnoręczny
list papieża skierowany do krzyżowców. Niewykluczo-
ne, że otrzymał go od zadarczyków. Innocenty zabra-
niał w nim jakiejkolwiek zbrojnej akcji przeciwko Za-
darowi i jego mieszkańcom, a nieposłusznym groził
ekskomuniką. Jego wystąpienie spotkało się ze zdecy-
dowaną reakcją Wenecjan. Kilku krewkich patrycjuszy
rzuciło się na Gwidona, którego przed pobiciem urato-
wał Szymon z Montfort. Rycerz ten, obdarzony przez
naturę potężną sylwetką i cieszący się powszechnym
szacunkiem, wygłosił deklarację, która niosła zapo-
wiedź poważnego rozdźwięku wśród krzyżowców:
„Nie przybyłem tu, żeby walczyć z chrześcijanami.
Cokolwiek uczynią inni ani ja, ani moi ludzie nie przy-
łożymy do tego ręki”. Po stronie Szymona opowiedzieli
się jego brat Gwidon oraz Robert i Inguerrand z Boves,
a także grupa innych baronów. Opuścili oni naradę
i udali się do swoich namiotów. Aby bardziej uze-
wnętrznić swój protest, ustawili je w pewnej odległości
od pozostałych. Demonstracja ze strony Montforta i je-
go zwolenników nie zdała się na nic. Ich rozkazów słu-
chało zaledwie kilkaset osób. Ogromna większość
krzyżowców stanęła po stronie doży i nie bacząc na
groźbę ekskomuniki, postanowiła przystąpić do oblęże-
nia Zadaru. Oblężenie zostało przesądzone, gdyż
członkowie delegacji, widząc rozdźwięk wśród krzy-
żowców i namówieni przez zwolenników Montforta,
wycofali się z pierwotnej propozycji wydania miasta.
Dandolo, konsekwentny i mściwy, miał stwierdzić:
„Panowie, wiecie, że ja w żadnym razie nie porzucę
zemsty, także wobec klątwy”. Dla wielu Franków, ma-
jących w zasięgu wzroku bogate miasto zdane na ich
łaskę, wizja ekskomuniki wyraźnie zbladła. Sposobem
na uspokojenie sumienia stało się dla nich przekonanie,
że jedynym honorowym zachowaniem będzie udziele-
nie Wenecjanom przyrzeczonej im wcześniej pomocy.
O samym oblężeniu Zadaru nie sposób wiele napi-
sać. Robert z Clari poświęcił mu zaledwie jeden akapit,
pisząc o rozstawieniu machin oblężniczych i zdaniu się
mieszkańców na miłosierdzie krzyżowców. Jego relacja
zdaje się wręcz sugerować, iż do działań oblężniczych
faktycznie nie doszło, a mieszkańcy poddali się na wi-
dok samych przygotowań po stronie krzyżowców. Tro-
chę więcej da się wyczytać z relacji Villehardouina.
Dzięki niej wiemy, że krzyżowcy otoczyli Zadar za-
równo od strony lądu, jak i od morza. Na statkach
ustawiono pomosty, z których ciskano strzały i ka-
mienne pociski. Pod mury Frankowie podsunęli „ka-
mieniorzutnie i swoje mangonele, i inne machiny, któ-
rych mieli dość”. Po pięciu dniach intensywnego
ostrzału rozpoczęły się prace saperskie. Pod jedną
z wież zaczęto drążyć podkop, aby w konsekwencji do-
prowadzić do jej zawalenia się. Prace te, budzące trwo-
gę wśród obrońców, trwały przez tydzień. Wizja walą-
cej się w gruzy wieży i wdzierającej się do miasta żoł-
nierskiej tłuszczy, która bez pardonu wyrżnie jego
mieszkańców, na tyle przemawiała do wyobraźni, że
obrońcy postanowili się poddać. Stało się to prawdopo-
dobnie 24 listopada. Taką datę wskazuje większość hi-
storyków; według Villehardouina do kapitulacji doszło
tydzień wcześniej.
Oblegający przyjęli pierwotnie zaproponowane
warunki. Mieszkańcy uratowali życie, ale ich miasto,
zgodnie z obowiązującymi zasadami wojny, zostało
wydane na bezlitosny rabunek. Trwał on przez trzy dni,
a autor Devastatio Constantinopolitana, opisując jego
przebieg z pozycji świadka, stwierdził, że „wojsko złu-
piło miasto bez litości”. Dokładnie splądrowany Zadar
na wniosek doży został podzielony pomiędzy Wenecjan
i Franków; pierwsi z nich zajęli portową część miasta.
Postanowiono również przeczekać tam zimę i dopiero
po Wielkanocy wyruszyć w dalszą drogę. Nie wszyscy
jednak przystali na taki plan działania. Zaraz po zajęciu
miasta obóz opuścili Szymon z Montfort i grupa jego
zwolenników, na czele z braćmi Hugonem i Enguer-
randem z Boves. Udali się oni na Węgry.
Zaledwie kilka dni po zdobyciu Zadaru doszło do
krwawego zatargu pomiędzy Wenecjanami i Frankami.
Prawdopodobnie jego przyczynę stanowił sposób po-
działu zagarniętych w mieście łupów. Doszło do zacię-
tych walk, obie strony poniosły dotkliwe straty. Ich
opis pozostawili obaj kronikarze. „[...] a bijatyka była
tak wielka, że mało było ulic, gdzieżby nie było wiel-
kiej walki mieczami i włóczniami, i kuszami, i dziry-
tami, a było wielu rannych i zabitych ludzi”. Górę w
walce zaczęli wyraźnie brać liczniejsi pielgrzymi i za-
częło się wręcz zanosić na rzeź Wenecjan. Uniknięto
jej jedynie dzięki zdecydowanej interwencji baronów
i rycerzy, którzy z narażeniem życia zaczęli wkraczać
pomiędzy walczących i powstrzymywać ich przed dal-
szym rozlewem krwi. Pomimo to starcia, które rozpo-
częły się podczas nieszporów (nabożeństwa wieczorne-
go), przeciągnęły się do późnej nocy i, jak zapewnia
kronikarz, „niewiele brakowało, by wojsko nie zostało
całkiem wytracone”. Pisząc o wojsku, marszałek miał
raczej na myśli tłumy prostych pielgrzymów i pieszych
wojów, gdyż straty rycerstwa były nieznaczne; kroni-
karz wspomniał jedynie o Idzim z Landas jako „znacz-
nym mężu z Flandrii”, który poniósł śmierć podczas
rozruchów. Wedle niego „inni nie byli [warci] tylu
wielkich słów”. Opisane przez marszałka zdarzenie
dowodzi, jak wielka niechęć dzieliła zachodnich piel-
grzymów i Wenecjan. Wystarczyła iskra, aby doszło do
wybuchu tłumionych długo negatywnych uczuć.
Niespodziewany upust krwi, który zafundowali so-
bie przymusowi sojusznicy, miał im jednak wyjść na
dobre. Choć musiało minąć trochę czasu, aby wzburze-
nie ustąpiło miejsca rozsądkowi i refleksji, że jedynie
ścisła i zgodna współpraca może zapewnić sukces wy-
prawie. Doża i baronowie aż przez tydzień godzili zwa-
śnione strony, ale ostatecznie udało im się wypracować
trwałe porozumienie. Już nigdy w przyszłości pomię-
dzy Wenecjanami i pielgrzymami nie doszło do po-
ważniejszych sporów, nie mówiąc już o zbrojnym star-
ciu. Poczucie wspólnego interesu okazało się silniejsze
od wzajemnej niechęci.
Niedługo po zatargu do miasta przybył Bonifacy
z Montferratu wraz z grupą możnych. Towarzyszyli mu
m.in. Mateusz z Montmorency i Piotr z Bracieux. Być
może to głównie za sprawą Bonifacego, który przyglą-
dał się wydarzeniom z pewnej perspektywy, podjęto
decyzję o wysłaniu do papieża Innocentego III posłów,
aby wytłumaczyć się ze zbrojnego zajęcia Zadaru.
W grudniu z miasta wyruszyła do Rzymu kilkuo-
sobowa delegacja. W jej składzie znaleźli się dwaj ry-
cerze, Robert z Boves i Jan z Fraize, oraz Niwelon bi-
skup Soissons, opat Marcin z Pairis i magister Jan
z Noyon, biegły zarówno w wymowie, jak i dobrze
znający prawo. To głównie do niego miało należeć jak
najzręczniejsze wyłożenie całej sprawy papieżowi
i przekonanie go o dobrych intencjach krzyżowców,
których jedynie okoliczności zmusiły do takiego za-
chowania. Spotkanie z papieżem nie było dla delegatów
przyjemne. W pierwszym odruchu Ojciec Święty wyła-
dował na nich gromadzoną od dawna złość. Lecz cho-
dziło jedynie o słowa. Były ostre, godziły głęboko
w dumę, ale nie mogły zmienić faktów. Papież miał
ograniczone pole działania. Dobrze wiedział, że przez
nieopatrzny ruch może narazić na szwank swoją pozy-
cję jako najwyższego zwierzchnika chrześcijan. A na
dodatek nie osiągnąć zamierzonego rezultatu. Wydawa-
ło się całkiem logiczne, że następstwem ekskomuniki
i pogwałcenia przez krzyżowców zakazu zaatakowania
Zadaru powinno stać się rozwiązanie przez papieża ich
armii. Jednak Innocenty musiał się liczyć z oporem
i nieposłuszeństwem ze strony przywódców krucjaty,
nie mówiąc już o Wenecjanach. Zresztą w takiej sytua-
cji, zakładając, że papieskie zarządzenie spotkałoby się
z pozytywnym odzewem, pogrzebany zostałby główny
cel wyprawy, jakim była pomoc dla Ziemi Świętej. Ist-
niały jeszcze inne okoliczności, które Innocenty musiał
wziąć pod uwagę. Zdobywcy Zadaru ustami swoich de-
legatów kajali się i wyrażali skruchę, argumentując
jednocześnie, że do jego zdobycia popchnęła ich ko-
nieczność, nie zaś chęć zdobycia łupów.
Na początku lutego 1203 r. zawarto kompromiso-
wą umowę. Ekskomunika miała być odwołana pod wa-
runkiem zwrotu wszystkich łupów zdobytych w Zada-
rze, wystosowania przez krzyżowców prośby o przeba-
czenie do króla Węgier i oszczędzenia przez nich
wszystkich chrześcijańskich ziem w dalszej drodze do
Palestyny. Ten ostatni warunek został natychmiast
mocno nadwątlony stwierdzeniem, że atak przeciwko
wyznawcom Chrystusa będzie jednak możliwy w nad-
zwyczajnych okolicznościach, „dla innej słusznej lub
koniecznej przyczyny”. Powstał zatem zapis mający
charakter pięknie brzmiącej deklaracji, ale pozostawała
łatwa do uzasadnienia możliwość jej złamania. W całej
rozciągłości ekskomunika miała natomiast obo-
wiązywać wobec Wenecjan, którzy w żaden sposób nie
wyrazili żalu, a papieska sankcja nie zrobiła na nich
większego wrażenia. Innocenty III nazwał ich złodzie-
jami i z całą mocą podkreślił wenecką perfidię, która
popchnęła krzyżowców do ataku przeciwko chrześcija-
nom. W związku z tym powstał kolejny problem natury
wyznaniowej; żaden prawowity chrześcijanin nie mógł
się kontaktować z tymi, na których ciążyła ekskomuni-
ka. Było to jednak zadanie niewykonalne. Przecież bez
weneckich statków i ich załóg podróż za morze nie była
fizycznie możliwa. Ów pat, zdawałoby się bez wyjścia,
został jednak z łatwością rozwiązany dzięki magicznej
formule o działaniu dla „słusznej lub koniecznej przy-
czyny”. Utrzymanie za wszelką cenę jedności armii
i ostateczne powodzenie krucjaty z całą pewnością
spełniało ten warunek. Niezwykle rozciągliwa i w isto-
cie godząca się na wszelkie niegodziwości formuła wy-
produkowanego w papieskiej kancelarii dokumentu bez
wątpienia skłania do refleksji na temat moralnych wa-
lorów jego autora. Refleksji jakże mało budujących.
Jak celnie, choć ze zbytnią dozą eufemizmu,
stwierdził Meschini: „Gniew i oburzenie Innocentego
nie przeważyły nad polityką, która utorowała sobie no-
wą drogę po nieudanym epizodzie”. Innymi słowy —
moralny relatywizm papieża stanowił dla przywódców
IV krucjaty swoiste zielone światło, które zezwalało na
coraz dalej idące sprzeniewierzenie się jej pierwotnej
idei. Nie skorzystał z niego Robert z Boves, który po-
stanowił ruszyć do Ziemi Świętej własną drogą. Uczy-
niło to również wielu innych pielgrzymów i rycerzy.
Ogromna większość krzyżowców miała tam jednak ni-
gdy nie dotrzeć. Pochłonęło ich działanie „dla słusznej
lub koniecznej przyczyny”, której ostatecznym rezulta-
tem — czyżby nieprzeczuwanym w Watykanie? — sta-
ło się zdobycie Konstantynopola i upadek Bizancjum.
W Boże Narodzenie 1202 r. do Zadaru przybyli
posłowie Filipa Szwabskiego i księcia Aleksego. Obaj
władcy już od kilku miesięcy pozostawali w kontakcie
z wodzami krucjaty i urabiali ich do swojej koncepcji.
Nieustępliwe stanowisko papieża nie wpłynęło w naj-
mniejszym stopniu na ich zabiegi. Mieli argumenty,
dzięki którym majacząca z dalekiego Rzymu postać
i rzucona przez nią ekskomunika musiały wydać się
niezbyt groźne. W zamian za pomoc przy sięgnięciu po
władzę bizantyjski książę był gotów do wielkich wy-
rzeczeń.
Obietnice złożone zaocznie przez Aleksego mogły
przyprawić o zawrót głowy. W zamian za pomoc
w osadzeniu na tronie Konstantynopola zamierzał się
odwdzięczyć z iście cesarską wspaniałomyślnością.
Obok przyrzeczenia zapłaty ogromnej sumy 200 000
marek w srebrze i stałego zaopatrywania wojsk krzy-
żowych w czasie trwania wyprawy, zobowiązał się do
wsparcia ich przez rok liczącym 10 000 żołnierzy kor-
pusem, później zaś, do końca swego życia, miał na wła-
sny koszt stale utrzymywać w Ziemi Świętej oddział
w sile 500 ludzi. Nie mniej ważna była deklaracja pod-
porządkowania Bizancjum religijnemu zwierzchnictwu
Rzymu. Perspektywa połączenia obu Kościołów mogła
wpłynąć na złagodzenie stanowiska papieża.
Propozycja uzyskała aprobatę zarówno dowódców
frankijskich, jak i Wenecjan. Postanowiono ją jednak
przedyskutować na szerszym forum. Mieli się wypo-
wiedzieć przedstawiciele wszystkich pielgrzymów. Do
wielkiej narady doszło na początku stycznia 1203 r. Jej
przebieg był burzliwy od momentu, kiedy Gwidon
z Vaux-de-Cernay oświadczył, że przyjęcie propozycji
Aleksego nie jest możliwe ze względu na konieczność
zaatakowania chrześcijan. Tego zaś część pielgrzy-
mów, których reprezentował w swoim wystąpieniu
Gwidon, nie chciała czynić; postanowili oni dotrzymać
ślubów i udać się do Syrii. Większość krzyżowców nie
podzielała moralnych oporów Gwidona. Jego przeciw-
nikiem okazał się inny cysters, opat Szymon z Loos,
który nawoływał do zachowania za wszelką cenę jed-
ności armii. Padł argument, że prawdziwe wsparcie dla
Ziemi Świętej może być udzielone jedynie w wyniku
podboju Egiptu bądź ścisłej współpracy z Bizancjum.
Do sceptyków podzielających stanowisko Gwidona
i jego zwolenników skierowane zostały słowa: „Szla-
chetni panowie, w Syrii nie możecie niczego uczynić,
i zobaczycie pewnie właśnie tych, którzy nas opuścili
i poszli do innych portów. A wiedzcie, że przez ziemie
Babilonu lub przez Grecję odzyskamy ziemię za mo-
rzem, jeśli kiedykolwiek będzie odzyskana; a jeśli od-
rzucimy ten układ, będziemy obciążeni hańbą po
wszystkie dni”.
Propozycja Aleksego zdawała się usuwać wszyst-
kie problemy finansowe i dawała szansę pozyskania
oddanego sprzymierzeńca dla ratowania Królestwa Je-
rozolimskiego. Stwarzała ponadto perspektywę połą-
czenia Kościołów. To były powody, które mogły spo-
tkać się z akceptacją papieża. Ostatecznie zadecydowa-
ło stanowisko wodzów — Bonifacego z Montferrat,
Ludwika z Blois, Baldwina z Flandrii i Hugona z Saint-
Pol. Postanowili oni zawrzeć z Aleksym stosowną
umowę. Jej podpisaniu towarzyszyła dodatkowa ustna
przysięga. Spotkanie odbyło się w rezydencji doży. Po-
za dowódcami przysięgę złożyło jeszcze tylko ośmiu
innych rycerzy. W umowie zawarto warunek zobowią-
zujący Aleksego do przybycia do obozu krzyżowców
w ciągu 15 dni po Wielkanocy, przypadającej na 6
kwietnia.
Informacje o planach snutych w obozie pod Zada-
rem szybko dotarły do Innocentego III. I wbrew ocze-
kiwaniom, nie spodobały mu się powody, dla których
armia krzyżowa miałaby się zaangażować w interwen-
cję po stronie Aleksego. Za pośrednictwem swojego le-
gata Piotra Capiano groził, że taki krok uczyni z krzy-
żowców „wojsko odrzucone przez Pana i pozbawione
Jego błogosławieństwa”. W liście papieża znalazło się
wiele dosadnych określeń, niepozostawiających złu-
dzeń, co do jego stanowiska: „I nikt z was niech się
lekkomyślnie nie zaślepia, że może godziwie zajmować
i grabić ziemie Greków, ponieważ ci odmawiają należ-
nego posłuszeństwa Stolicy Apostolskiej, a ich cesarz,
odsunąwszy, a nawet oślepiwszy swego brata, uzurpuje
sobie władzę nad Konstantynopolem. Prawdą jest, że
tak w tej, jak i w wielu jeszcze innych sprawach ów ce-
sarz i powierzeni jego władzy ludzie błądzą, nie waszą
jest jednak rzeczą wydawać sąd o ich wykroczeniach,
i nie po to przyjęliście znak krzyża, aby mścić ową nie-
sprawiedliwość, lecz raczej dla pomszczenia zniewagi
Ukrzyżowanego, którego służbie oddaliście się
w szczególny sposób”. Piękne i prawdziwe słowa,
szkoda jednak, że Innocenty III nie znalazł dość sił, aby
ich przesłanie wcielić w życie.
Niesnaski w obozie krzyżowców spowodowały
osłabienie armii. Z obozu w Zadarze zaczęli się wymy-
kać pojedynczy pielgrzymi i całe ich grupy. Głównie
byli to przeciwnicy układu zawartego najpierw z We-
necją, a później z Aleksym. Odpływali na kupieckich
statkach, które cumowały w porcie.
Ich kapitanowie zwietrzyli doskonały interes i za-
bierali na pokład każdego chętnego. Na jednym ze stat-
ków znalazło się aż kilkaset osób i przeładowana ponad
miarę jednostka poszła ze wszystkimi na dno. Miasto
opuściło także wielu znacznych rycerzy. Jeden z baro-
nów, Reginald z Montmirail, wszedł w skład poselstwa
do Syrii i już nie wrócił do armii. Udał się w podróż
wraz z grupą innych wasali Ludwika z Blois, który
przygotował dla nich specjalny okręt. Reginald i jego
towarzysze zachowali się mało honorowo, gdyż przed
wyjazdem złożyli przyrzeczenie, iż udadzą się w drogę
powrotną do Zadaru w ciągu dwóch tygodni od lądo-
wania w Syrii. Część krzyżowców opuszczających Za-
dar nie chciała bądź nie mogła skorzystać z możliwości
transportu morskiego i wybrała drogę lądową przez
Węgry do Włoch, aby następnie próbować przeprawy
do Syrii. Niewielu jednak powiodła się ta sztuka. Jedni
padli w starciach z miejscową ludnością lub wojskiem,
inni zrezygnowali i wrócili do obozu. Szczęśliwą po-
dróż przez Dalmację odbyła natomiast grupa rycerzy
związana z Szymonem z Montfort i Gwidonem z Vaux-
de-Cernay, która opuściła miasto krótko przed Wielka-
nocą. Szymon zawarł z Belą III umowę gwarantującą
bezpieczny przejazd przez jego ziemie i dopiero wów-
czas, w towarzystwie Roberta Malvicino, Inguerranda
z Boves i innych znanych rycerzy, wyruszył w drogę.
Nie dość, że coraz liczniejsi uciekinierzy opuszczali
Zadar, osłabiając zdecydowanie siłę militarną wypra-
wy, to na dodatek nie dotarła do niego flota flandryjska
pod dowództwem Jana z Nesle, która okres zimowych
sztormów przeczekała w Marsylii, a następnie wzięła
kurs wprost ku wybrzeżu syryjskiemu. Fakty te wpły-
nęły na pogorszenie nastrojów wśród pozostałych
w Zadarze krzyżowców. Poprawiły się one wraz z de-
cyzją o opuszczeniu miasta. Przed odpłynięciem Wene-
cjanie zadbali o zniszczenie nie tylko jego murów
obronnych, ale i znacznej części budynków mieszkal-
nych.
NA KONSTANTYNOPOL!
Flota krzyżowa zaczęła wypływać z Zadaru w po-
niedziałek 7 kwietnia 1203 r. Po 20 kwietnia, kiedy już
wszystkie statki poza galerami opuściły port, w mieście
została nieliczna grupa krzyżowców z Bonifacym
z Montferratu i dożą Dandolo. Oczekiwali na Aleksego.
Przybył on do Zadaru kilka dni później w otoczeniu do-
skonale wyekwipowanego zbrojnego orszaku, który
stanowił dar Filipa Szwabskiego. Oddział ten w pew-
nym stopniu wypełnił lukę po uciekinierach. Nie zwle-
kając, Aleksy w towarzystwie markiza i doży wypłynęli
w ślad za resztą armii, która miała oczekiwać na wyspie
Korfu. Podróż wzdłuż wybrzeża wykorzystano w ce-
lach propagandowych. Galery wpłynęły do kilku por-
tów, m.in. do Raguzy i Durazzo, gdzie ludność witała
Aleksego jak nowego cesarza, zapewniając go o swojej
wierności. Na Korfu krzyżowcy mieli przebywać około
trzech tygodni, do trzeciej dekady maja. Wyspa okazała
się bardzo zasobna, co pozwoliło uzupełnić zapasy
żywności i paszy dla koni. Frankowie i Wenecjanie
spotkali się jednak z niechęcią miejscowej ludności, ich
statki zostały obrzucone kamieniami. W nieprzyjemnej
atmosferze przebiegła również uczta z udziałem miej-
scowego arcybiskupa.
Lecz to były jedynie niewielkie problemy w po-
równaniu z konfliktem, który wybuchł wśród samych
krzyżowców. Część z nich postanowiła zrezygnować
z dalszej żeglugi do Konstantynopola i zwrócić się do
hrabiego Waltera z Brienne, władcy Brundizium, o wy-
słanie statków i przewiezienie ich do tego włoskiego
portu. Relacjonujący te wypadki Villehardouin nie na-
pisał wprost, jaki miałby być cel udania się do Brundi-
zium, ale należy się domyślać, że stamtąd pielgrzymi
i żołnierze chcieliby kontynuować wyprawę do Ziemi
Świętej. Na czele stronnictwa stało kilkunastu rycerzy,
wśród nich Piotr z Amiens, Jakub z Avesnes, Eudes
z Champlitte i —jak zaświadcza marszałek Szampanii
— „[...] więcej [niż] połowa wojska zgadzała się z ni-
mi”. Gdyby prowodyrom powiodły się ich zamiary,
dokonany przez nich rozłam w armii przekreśliłby
z pewnością plan przyjęty w Zadarze. Baronowie po-
stanowili za wszelką cenę uratować jedność armii. Uda-
ło im się doprowadzić do negocjacji z przywódcami
opozycjonistów, w których wziął udział Aleksy i wszy-
scy biskupi. Miały one niezwykły przebieg. Najwyżsi
notable przyjęli proszącą postawę, błagając wojsko
o dochowanie wierności. Jak zanotował marszałek,
„[...] baronowie, bardzo płacząc, przypadli im do nóg i
powiedzieli, że nie ruszą się, dopóki ci nie obiecają im,
że ich nie opuszczą”. Dramatyczny apel o zachowanie
jedności i solidarne działanie raz jeszcze odniósł pożą-
dany skutek. Rozłamowcy zgodzili się nie opuszczać
armii przed świętym Michałem, tj. przed 29 września
1203 r. Ustalono ponadto, że po tej dacie, „kiedykol-
wiek zechcą, otrzymają, lojalnie, bez żadnych wykrę-
tów, w przeciągu piętnastu dni okręty, na których będą
mogli ruszyć do Syrii”.
Z Korfu flota wypłynęła 24 maja. Po opłynięciu
przylądka Malee (Males) na południu Peloponezu, stat-
ki dotarły do Negropontu na Cykladach, gdzie uzupeł-
niono zaopatrzenie. Po drodze na pełnym morzu doszło
do spotkania z dwoma statkami z Marsylii przewożą-
cymi pielgrzymów do Syrii. Spośród nich zaledwie je-
den człowiek zdecydował się na porzucenie swoich do-
tychczasowych towarzyszy i wyruszenie wraz z krzy-
żowcami do Konstantynopola. Z Negropontu Bonifacy
i Baldwin popłynęli wraz z Aleksym na wyspę Andre
(Andros na Cykladach na wysokości Aten), gdzie „lu-
dzie tej ziemi zdali się na łaskę syna cesarza z Konstan-
tynopola i dali tyle ze swego [dobra], że zawarto z nimi
pokój”. W tym czasie główne siły floty opuściły Ne-
gropont i na początku czerwca znalazły się niedaleko
od Dardaneli w starożytnym Abydos po azjatyckiej
stronie, gdzie oczekiwano na statki z Aleksym i baro-
nami. Robert de Clari wskazał jako miejsce postoju
okolice starożytnej Troi, co może świadczyć o niezłej
znajomości Homera, ale niekoniecznie o dobrym roze-
znaniu w geografii.
Do połączenia floty doszło 8 czerwca. Dalsza że-
gluga przez cieśninę Świętego Jerzego (Dardanele
i Bosfor) i następnie po wodach morza Marmara nie
przyniosła żadnych niespodzianek. 23 czerwca z pokła-
dów dostrzeżono mury opactwa Świętego Stefana, po-
łożonego zaledwie kilka kilometrów na południe od
Konstantynopola. Kiedy statki zaczęły kotwiczyć
w pobliskim porcie, ludzie z podziwem wpatrywali się
w majaczące w oddali mury oraz połyskujące dachy pa-
łaców i kościołów, przytłoczeni ich wielkością i rozle-
głością stolicy Bizancjum. Dla ogromnej większości
krzyżowców, na tle wszystkich innych poznanych
przez nich miast, Konstantynopol musiał wydać się nie-
rzeczywistym molochem. Stan umysłów doskonale od-
daje kronikarski zapisek; „I wiedzcie, że nie było takie-
go zuchwalca, któremu skóra by nie cierpła, a nie było
to dziwem; bowiem żadna tak wielka sprawa nie była
powzięta przez tylu ludzi od stworzenia świata”. Lecz
druga część cytowanego zdania zawiera coś więcej:
z dumą przyszłego triumfatora Villehardouin przemyca
zapowiedź zdobycia stolicy Bizancjum przez niewielką
garstkę zachodnich krzyżowców.
Po zejściu na ląd, przed powzięciem kolejnych
kroków, baronowie i doża odbyli naradę w murach mo-
nastyru. Dandolo przekonał pozostałych uczestników,
aby zrezygnować z wyokrętowania ludzi w poszukiwa-
niu żywności, gdyż spowoduje to ich rozproszenie się
w nieznanym terenie i ewentualne ataki ze strony Gre-
ków. Jego zdaniem należało popłynąć na pobliskie Wy-
spy Książęce, leżące na południowy wschód od stolicy,
gdzie wielu bizantyjskich notabli miało swoje pałace
i posiadłości. Wyspy były również miejscem, w które
zsyłano przeciwników politycznych. Wywody doży,
zdradzające jego dobrą znajomość terytoriów, na któ-
rych znalazła się flota krzyżowców, zostały jednomyśl-
nie przyjęte. Noc spędzono na statkach, a rankiem 24
czerwca — tu po raz kolejny oddajmy głos nieocenio-
nemu Villehardouinowi — flota pokazała swoje groźne
oblicze: „[...] podniesiono sztandary i chorągwie na
kasztelach nef i zdjęto pokrowce z tarcz, i zawieszono
je na burtach nef. Każdy obejrzał swe uzbrojenie, któ-
rego potrzebował, gdyż mieli pewność, że wkrótce bę-
dą go potrzebować”. Kiedy flota przepływała wzdłuż
murów Kontantynopola — marszałek z przesadą
stwierdził, że statki dotykały ich swoimi masztami —
wyległa na nie ogromna liczba mieszkańców, przyglą-
dając się, jedni z zaciekawieniem, wielu z przeraże-
niem, niepożądanym gościom. Krzyżowcy porzucili
wcześniejsze ustalenia i nie pożeglowali na Wyspy
Książęce. Nagłą zmianę planów Villehardouin uzasad-
nił wolą Boską. W ten sam, wielce charakterystyczny,
ale jakże przystający do średniowiecza sposób, tłuma-
czy zresztą wiele innych zdarzeń, które trudno byłoby
mu racjonalnie wyjaśnić.
Flota krzyżowców wpłynęła do portu w Chalcedo-
nie, położonego naprzeciw Konstantynopola na
wschodnim brzegu Bosforu. Z tego miejsca doskonale
widoczny był cesarski pałac, który swoją wielkością
i architektonicznym pięknem wywarł na przybyszach
piorunujące wrażenie. Trudno oprzeć się w tym miejscu
refleksji, iż za zmianą decyzji o miejscu lądowania nie
stał bynajmniej Bóg, ale doża Dandolo, któremu mogło
bardzo zależeć, aby krzyżowcy mieli przed oczami,
niemal na wyciągnięcie ręki, ogrom niewyobrażalnego
bogactwa. Taki widok stanowił najlepszą zachętę do
jego zdobycia. Chalcedon i jego najbliższe okolice oka-
zały się zasobne we wszelkie dobra i zapewne pod tym
względem nie ustępowały w niczym Wyspom Książę-
cym. Z pobliskich pól zebrano znaczne ilości zżętego
zboża, co pozwoliło zapewnić zapasy paszy dla koni.
Zresztą wszystkie wierzchowce zostały wyprowadzone
ze statków na brzeg, co po wielodniowej żegludze
przyniosło im prawdziwą ulgę. Na ląd zeszli również
pielgrzymi i żołnierze. Oni także, czując twardy grunt
pod nogami, poczuli się zdecydowanie lepiej. Na stat-
kach pozostały jedynie załogi. Baronowie i znaczniejsi
rycerze zamieszkali w mieście w miejscowym pałacu
i sąsiadujących budynkach oraz w rozstawionych na-
miotach. Postój w Chalcedonie trwał jednak zaledwie
kilkadziesiąt godzin. Trzeciego dnia od chwili lądowa-
nia flota krzyżowa podniosła żagle i pożeglowała po-
wyżej Konstantynopola, zatrzymując się na wysokości
należącego do Aleksego pałacu zbudowanego na azja-
tyckim brzegu. Lżejsze statki dobiły do nabrzeża, więk-
sze natomiast rzuciły kotwice na otwartym morzu. Po-
szczególne jednostki tak manewrowały, aby znaleźć się
poza zasięgiem pocisków. Część rycerzy dotarła do
miejsca nowego obozu, posuwając się lądem z Chalce-
donu. Pojawienie się krzyżowców w okolicy Skutari
spotkało się z natychmiastową reakcją Greków. Po
przeciwległej stronie zajęły stanowiska oddziały obser-
wacyjne wysłane z Konstantynopola. Nie podejmowały
one jednak żadnych działań. Do pierwszej niewielkiej
potyczki doszło natomiast na prawym brzegu. Ze strony
krzyżowców wzięła w niej udział grupa 80 rycerzy
i konnych wojowników z Manassesem z Lisie i Eude-
sem z Champlitte na czele, której zadanie polegało na
osłonie pielgrzymów i żołnierzy przeczesujących oko-
licę w poszukiwaniu zaopatrzenia. Na południe od Sku-
tari, kilka kilometrów od obozu, Frankowie natknęli się
na ponad 500 bizantyjskich żołnierzy dowodzonych
przez wielkiego admirała Michała Stryphnosa. Krzy-
żowcy uszykowali się w cztery oddziały i ruszyli do na-
tarcia na wroga, który przyjął pozycję obronną. Pomi-
mo wyraźnej dysproporcji sił Grecy szybko złamali
szyk i poszli w rozsypkę. Krzyżowcy ścigali ich na dy-
stansie ponad mili, a ich łupem padła duża liczba koni
i mułów oraz namioty wraz z zawartością. Brak kroni-
karskiej wzmianki o stratach w ludziach każe przy-
puszczać, iż pierwszemu starciu w kampanii nie towa-
rzyszył większy upływ krwi. Miało jednak ono swoje
konsekwencje.
Nazajutrz do obozu krzyżowców przybył poseł
Aleksego III, niejaki Mikołaj Roux. W otoczeniu cesa-
rza przebywało wielu łacinników, ale wyboru właśnie
tego posła, pochodzącego z Lombardii, dokonano opie-
rając się na informacji, iż przywódcą krucjaty jest
Lombardczyk Bonifacy z Montferratu. Doradcy Alek-
sego mieli nadzieję, iż cesarskiemu wysłannikowi ła-
twiej będzie porozumieć się z rodakiem. Mikołaj Roux
został z honorami przyjęty przez baronów i dożę w pa-
łacu w Skutari. Przemówienie, które w imieniu swojego
pana wygłosił poseł, nie okazało się arcydziełem dy-
plomacji. Po wypowiedzeniu kilku miłych formułek
pod adresem baronów wyraził on zdziwienie pojawie-
niem się krzyżowców na ziemiach Bizancjum, skoro
mieli oni płynąć z pomocą do Ziemi Świętej. Następnie
wyraził gotowość cesarza do zaopatrzenia wyprawy
w żywność i udzielenia jej innej niezbędnej pomocy,
w zamian za opuszczenie terytorium Bizancjum. W za-
kończeniu pojawiła się jednak całkowicie niepotrzebna,
a nadto niemożliwa do spełnienia groźba: „On nie chce
uczynić wam innego zła i nie dlatego, że nie mógłby:
ponieważ gdybyście mieli dwadzieścia razy więcej lu-
dzi, nie moglibyście odejść stąd bez uczynionego wam
zła, by was nie pozabijał i nie rozgromił”. Wystąpienie
posłańca spotkało się z ostrą i niepozostawiającą złu-
dzeń odpowiedzią. W imieniu baronów i Wenecjan
udzielił jej Konon z Béthune. Stwierdził, iż Aleksy III,
jako uzurpator grzeszący przeciw Bogu i sprawiedliwo-
ści, nie powinien dziwić się obecności krzyżowców na
swoich ziemiach, którzy ujęli się za synem Izaaka II;
może jednak zapewnić sobie dostatnie życie, jeśli do-
browolnie odda tron swojemu bratankowi, w przeciw-
nym razie spotka go zasłużona kara.
Dowódcy wyprawy działali z niespożytą energią.
Już nazajutrz udowodnili cesarzowi, że nie poprzestaną
na słownych deklaracjach i groźbach, ale obrócą je
w czyny. Część statków popłynęła wzdłuż murów, de-
monstrując potęgę, z jaką ewentualnie przyjdzie zmie-
rzyć się obrońcom Konstantynopola. Na jednym z nich,
w otoczeniu frankijskich baronów, przebywał młody
Aleksy, którego, tak jak wcześniej pod Durazzo, poka-
zywano mieszkańcom stolicy. Jednocześnie z pokładów
heroldzi przypominali popełnione przez Aleksego III
okrucieństwa i zapewniali, iż jedynym celem przyby-
szów jest usunięcie krwawego uzurpatora i oddanie
tronu w ręce prawowitego władcy. Płynące w stronę
murów nawoływania kończyły się twardym, całkowicie
jednoznacznym stwierdzeniem: „Jeśli uznacie go za
swego władcę, to uczynicie, jak powinniście, a jeśli tak
nie uczynicie, to sprawimy wam najgorzej, jak będzie-
my mogli”. Jednak pomimo demonstracji siły i użytej
argumentacji, „[...] żaden [człowiek] z tej ziemi i tego
kraju nie okazał tego, że uznaje władzę cesarza Alekse-
go przez strach i bojaźń”. W ostatnich słowach kronika-
rza nietrudno wyczuć pewien zawód. Jednak jako
człowiek wojny, a na dodatek doświadczony dyploma-
ta, zdawał sobie sprawę, iż osadzenie na tronie Bizan-
cjum syna Izaaka II może wymagać bardziej prze-
konujących argumentów niż słowa i defilada floty
przed niezdobytymi murami Konstantynopola. Lecz za-
równo on, jak niemal wszyscy inni baronowie i zwykli
uczestnicy krucjaty, byli przede wszystkim ludźmi czy-
nu. Niełatwo było ich wystraszyć, aby zrezygnowali
z wytkniętego celu. Było dla nich całkowicie jasne, iż
skoro metody pokojowe nie przyniosły pożądanego
efektu, niezbędne stanie się sięgnięcie po broń i posta-
wienie na szali własnego życia. Stojąca przed nimi al-
ternatywa była przeraźliwie jasna: zwycięstwo lub
śmierć.
Następnego dnia rozpoczęto przygotowania do ob-
lężenia. Baronowie odbyli burzliwą naradę, podczas
której ustalono podział armii. Spory wywołało utwo-
rzenie straży przedniej i tylnej. Było oczywiste, iż żoł-
nierzom należącym do awangardy przypadnie najnie-
bezpieczniejsze zadanie rozpoczęcia boju i to oni będą
narażeni na największe straty. Ostatecznie udało się
wyodrębnić siedem dużych oddziałów. Dowództwo nad
awangardą przypadło Baldwinowi z Flandrii, „ponie-
waż posiadał wielkie mnóstwo dobrych ludzi [tj. dobrze
wyszkolonych i uzbrojonych], a łuczników i kuszników
było więcej, niż w całym wojsku”. Na czele drugiego
z oddziałów stanął brat Baldwina, Henryk, a w kolej-
nych dowództwo objęli Hugon z Saint-Pol, Ludwik
z Blois, Mateusz z Montmorency, u boku którego zna-
lazł się marszałek Szampanii (Szampańczycy), oraz
Eudes i Wilhelm z Champlitte (Burgundczycy). Arier-
garda przypadła Bonifacemu z Montferratu; pod jego
rozkazami znaleźli się Lombardczycy, Toskańczycy
i Niemcy, i „wszyscy ludzie, którzy byli [z ziem] po-
między górą Mont Cenis a Lyonem nad Rodanem”.
Z opisanego przez Villehardouina podziału jasno wyni-
ka, iż dokonano go w sposób niejako naturalny, oddając
pod komendę poszczególnych baronów rycerstwo
i żołnierzy, z którymi pociągnęli na wyprawę.
Przygotowania czynione przez krzyżowców nie
mogły ujść uwadze Bizantyjczyków. Choć zawsze bar-
dziej skłonni do negocjacji i rozstrzygania sporów na
drodze dyplomatycznej niż orężnej, nabrali przekona-
nia, że tym razem nie zdołają uniknąć zbrojnego star-
cia. Oni również szykowali się do walki. Gorączkowo
sprawdzano i uzupełniano sprzęt służący do obrony,
dostarczano na galerie wzdłuż blanków kamienne poci-
ski i strzały, ogień grecki, wzmacniano załogę, którą
postawiono w stan najwyższego alarmu. Aleksy III,
choć mocno wystraszony nie tylko wielkością i potęgą
floty bezkarnie przepływającej wzdłuż umocnień, ale
przede wszystkim butą i pewnością siebie Franków, był
jednak przekonany, iż nie zdołają oni sforsować nie-
zdobytych murów stolicy, bronionych przez dość liczne
oddziały, w tym niezachwianą w wierności gwardię
wareską.
MURY KONSTANTYNOPOLA
System obronny stolicy Bizancjum stanowił praw-
dziwy cud techniki. W zasadniczej części tworzyły go
mury obronne, które zbudowano podczas panowania
cesarza Teodozjusza. Uzupełniały je fortyfikacje zbu-
dowane przez Herakliusza w VII wieku oraz przez Le-
ona V na początku IX wieku. Mury Teodozjusza w czę-
ści lądowej biegły lekkim łukiem i liczyły ponad 6 ki-
lometrów długości. Na tym odcinku, aż do dzielnicy
Blachernos, otoczonej ze wszystkich stron pojedyn-
czym murem, tworzyły ją dwa rzędy obwarowań. For-
tyfikacje stykające się z wodami morza Marmara były
dwukrotnie dłuższe. Od strony lądu do umocnień przy-
legała szeroka na 18 metrów i osiągająca głębokość od
6 do 10 metrów fosa. Na całym wielokilometrowym
odcinku była ona przedzielona groblami tworzącymi
moduły długie na 80-150 metrów. Fosa nie dochodziła
do samych murów. Oddzielał ją od nich pas ziemi sze-
rokości kilkunastu metrów (períbolos). Łączył się on z
murem zewnętrznym wysokim na około 8 metrów. Mur
zewnętrzny był o wiele mniej masywny od wewnętrz-
nego. Jego grubość wahała się od 60 centymetrów do 2
metrów. Na jego szczycie, od strony miasta, biegła kry-
ta galeria wyposażona w strzelnice. Znajdowała się ona
na poziomie ziemnego nasypu (parateichion), docho-
dzącego do 20 metrów szerokości i łączącego się z mu-
rem wewnętrznym. Nazywano go wielkim. Sięgał 12
metrów wysokości i miał u podstawy 4,65 metra grubo-
ści; u szczytu mur osiągał 4 metry grubości. Oba mury
najeżone były wieżami strzelniczymi. W murze we-
wnętrznym było ich nie mniej niż 96 w odstępach od
52,5 do 54 metrów. Sięgały 18 metrów, wystając na
zewnątrz na 5,5 do 10 metrów. Miały bardzo zróżnico-
wane kształty — od kwadratowych, poprzez sześcio-
boczne i siedmioboczne do nawet ośmiobocznych.
Wieże w murze zewnętrznym były zdecydowanie niż-
sze, dochodząc do 10,5 metra wysokości. Ich przekrój
był kwadratowy lub okrągły. Wszystkie, dzięki prze-
myślnie zbudowanej sieci podziemnych tuneli, miały
połączenie z miastem. Wieże muru zewnętrznego roz-
mieszczone były na przemian z wieżami muru we-
wnętrznego.
Mur Teodozjusza był potężnym wałem ziemnym
dokładnie oblicowanym kamiennymi blokami. Do jego
budowy użyto również ogromnej ilości cegieł i wa-
piennej zaprawy. Z kamiennym budulcem nie było
żadnych problemów. Wybrzeża morza Marmara usiane
są licznymi kamieniołomami, skąd dowożono materiał
do stolicy. Właśnie to sprawiało, iż był on odporny na
ówczesne techniki oblężnicze. Bezradne były wobec
niego tarany, katapulty, podkopy. Przeciwnie niż
w przypadku masywnego, jednolicie kamiennego muru,
nie można było go skruszyć lub wydrążyć tunelu w ce-
lu zawalenia wału ziemnego. Jedynym skutecznym
sposobem sforsowania fortyfikacji Konstantynopola
pozostawało, oczywiście po uprzednim przedarciu się
przez fosę, wdarcie się na ich szczyt i zwycięskie ode-
pchnięcie załogi z zajmowanych stanowisk obronnych.
Tyle tylko, że właśnie fosa stanowiła niemal doskonałe
zabezpieczenie miasta. Dzięki systemowi grobli i pod-
ziemnych kanałów doprowadzających wodę do fosy
obrońcy mogli w każdym wybranym przez siebie mo-
mencie zalewać bądź osuszać poszczególne jej odcinki.
W praktyce niemal całkowicie wykluczało to zasypanie
fosy lub zbudowanie przez oblegających rampy umoż-
liwiającej bezpośredni dostęp do murów; ziemia, drew-
no oraz kamienie używane jako budulec nie miały dość
stabilnej podstawy i osiadały na rozmokłym gruncie.
Również szturm murów od strony otwartego morza nie
dawał widoków na powodzenie. Dostępu do nich sku-
tecznie broniły liczne rafy i mielizny mocno utrudnia-
jące lub wręcz uniemożliwiające dostatecznie bliskie
podpłynięcie okrętów wroga do fortyfikacji. A jedynie
z ich pokładów mógł być prowadzony ostrzał i bezpo-
średni atak. Jedynym miejscem, gdzie natarcie od stro-
ny morza mogło liczyć na powodzenie, był Złoty Róg.
Wąska zatoka, wolna od prądów morskich oraz pod-
wodnych zasadzek w postaci skał i mielizn, dawała
możliwość zaatakowania murów na stosunkowo długim
odcinku. Aby to uczynić, należało jednak spełnić dość
istotny warunek — sforsować przemyślną zaporę od-
dzielającą Złoty Róg od wyjścia z portu, istniejącą już
w VIII wieku. Stanowił ją potężnych rozmiarów żela-
zny łańcuch rozciągnięty pomiędzy murami Konstanty-
nopola oraz leżącą na przeciwległym brzegu zatoki Ga-
laty (Galeaty). Na wodzie, przegradzając wstęp do Zło-
tego Rogu, utrzymywała go konstrukcja wykonana
z beczek. Żaden z XIII-wiecznych okrętów nie był
w stanie przerwać łańcucha. Jedynym sposobem na je-
go usunięcie z toru wodnego było przecięcie w dowol-
nym miejscu i usunięcie podtrzymujących go pływa-
ków. Teoretycznie zadanie to było dość proste, choć
wymagałoby czasu i dużego nakładu pracy. W praktyce
łańcuch był ciągle chroniony przez cesarską flotę, po-
nadto pozostawał w polu ostrzału z obu stron Złotego
Rogu. Możliwość prowadzenia krzyżowego ostrzału
z boków i od czoła czyniła wszelkie próby ze strony
oblegających usunięcia zapory ekstremalnie trudnymi.
Aż do czasu IV krucjaty mury Konstantynopola
wielokrotnie dały odpór najeźdźcom z Azji i Europy.
W 626 r. naszej ery miasto było bezskutecznie oblega-
ne przez sprzymierzone armie Awarów i Persów. Pół
wieku później zwycięsko przetrwało czteroletnie oblę-
żenie Arabów, którzy ponownie i znów bez powodze-
nia próbowali zdobyć je w latach 717-718. W następ-
nym stuleciu mury Teodozjusza oparły się Bułgarom
i Rusinom, choć akurat te dwa oblężenia zdecydowanie
ustępowały skalą wszystkim poprzednim. Nie inny był
efekt blokady miasta przez Seldżuków i Pieczyngów
w 1091 r. ani późniejsze o sto lat oblężenie ze strony
Normanów. Dopiero zachodni Frankowie mieli się
okazać pierwszymi ich zdobywcami.
SZTURM
Baronowie wyznaczyli atak na 5 lipca. Krótko
przed nim krzyżowcom udzieliła się podniosła religijna
atmosfera. Idąc za radą duchownych, powierzali swoje
życie Bogu, przyjmowali komunię świętą i sporządzali
testamenty. Wojownicy, którzy mieli uczestniczyć
w walce, zebrali się wraz ze swoimi wierzchowcami na
huissach, a reszta pielgrzymów zajęła miejsca na ne-
fach. Odpowiednio uszeregowana flota ruszyła z przy-
stani przy wtórze trąb, biciu w tarabany i zgiełku czy-
nionym przez cymbały. Ogromny hałas dotarł do mu-
rów obronnych, na które wylegli tłumnie mieszkańcy
przemieszani z żołnierzami. Jednocześnie cesarskie od-
działy zajęły pozycje na nabrzeżu w sąsiedztwie umoc-
nień, w miejscu, gdzie mogło nastąpić lądowanie krzy-
żowców. Dowództwo nad nimi przypadło Teodorowi
Laskarysowi, zięciowi cesarza. Wydawało się, że ła-
cinników czekać będzie trudne do wykonania zadanie.
Tymczasem stało się inaczej. Kiedy okręty zbliżyły się
do brzegu na tyle blisko, że można było z ich pokładów
skoczyć do wody i bezpiecznie przebyć odcinek dzielą-
cy je od lądu, „rycerze wychodzili z huiss i wskakiwali
do morza, brnąc w nim po pas, wszyscy uzbrojeni, w
hełmach z przyłbicami i mieczami w rękach; i dobrzy
łucznicy, i dobrzy żołnierze, i dobrzy kusznicy; każda
kompania [lądowała] w miejscu, do którego przybyła”.
Przeciwdziałania ze strony Greków nie było.
„A Grecy bardzo wielce udawali opór. I kiedy nasi
opuścili kopie [tj. przygotowali się do ataku], Grecy ob-
rócili się do tyłu, pierzchnęli i opuścili brzeg”. Zacho-
wanie cesarskich żołnierzy z pozoru jest trudne do zro-
zumienia. Tym bardziej że nie istnieje lepszy moment
do powstrzymania najeźdźcy bądź chociażby do zada-
nia mu dotkliwych strat, niż podczas jego lądowania na
brzegu. Jednak w rzeczywistości nie wiemy — kronika-
rze nie udzielają w tym względzie precyzyjnych infor-
macji — jak liczne oddziały zdołali Bizantyjczycy
zmobilizować i jaki był stosunek sił. Należy również
pamiętać o wyniku wcześniejszego starcia, w którym
pięciokrotnie słabsi liczebnie łacinnicy z łatwością roz-
proszyli oddział Michała Stryphnosa. Wspomnienie te-
go zdarzenia z całą pewnością boleśnie wryło się w pa-
mięć nie tylko samego admirała, ale również bizantyj-
skich żołnierzy. Niespodziewana rejterada przeciwnika
pozwoliła krzyżowcom w niezakłócony sposób wy-
prowadzić na brzeg rycerską konnicę. Zarówno prze-
bieg desantu, jak i opis technicznych rozwiązań umoż-
liwiających wyładunek, dokładnie przedstawił Robert
z Clari: „I gdy wylądowała [flota], z huis wyszli wszy-
scy rycerze na koniach; bowiem huisy były zbudowane
w taki sposób, że każda miała drzwi, które dobrze się
otwierały, opuszczał się most, po którym wszyscy ryce-
rze mogli zejść na ziemię, siedząc na koniach”. Cesar-
scy żołnierze, zachowując bezpieczny dystans w sto-
sunku do goniących ich łacinników, którym przewodził
hrabia Baldwin, uciekli do miasta przez most na rzece
Barbissa. Sukces pokrzepił krzyżowców, ale w wymia-
rze czysto wojskowym nie miał większego znaczenia.
Ich pozycja wyjściowa nie uległa większej zmianie.
Przenieśli się, co prawda, w bezpośrednie sąsiedztwo
Konstantynopola, ale fakt ten tylko w aspekcie logi-
stycznym przybliżał ich do jego ewentualnego opano-
wania. Obrońcy, poza utratą części ekwipunku, nie po-
nieśli żadnych innych strat, chroniły ich potężne mury,
a wejście do portu ciągle przegradzał masywny łań-
cuch. Baronowie postanowili opanować potężną wieżę
w Galacie, do której był przymocowany łańcuch, i po
jego rozerwaniu wprowadzić flotę do portu. Jedynie
opanowanie Złotego Rogu pozwalało prowadzić szturm
zarówno z lądu, jak i od strony morza, co zdecydowa-
nie zwiększało szanse na zdobycie miasta.
Część oddziałów spędziła noc w pobliżu wieży
w dzielnicy żydowskiej Estanor, zabezpieczając obóz
gęstą siecią czujek. Załoga wieży składająca się z Nor-
manów, Duńczyków, Genueńczyków i Pizańczyków
nie skorzystała jednak ze sposobności i pod osłoną
ciemności nie przeprowadziła wycieczki poza mury.
Być może obrońcy dysponowali zbyt małymi siłami,
a może łacinnicy na tyle dobrze zabezpieczyli swoje
stanowiska, iż o zaskoczeniu nie mogło być mowy.
W nocy do Galaty przypłynęły barki z posiłkami
z Konstantynopola i dopiero około godziny 9.00 cesar-
skie oddziały zaatakowały wroga. Niespodziewane ude-
rzenie spadło na Jakuba z Avesnes i jego pieszych. Od-
niósł on poważną ranę i jedynie poświęcenie jednego z
rycerzy uratowało mu życie. Narastające odgłosy walki
zaalarmowały frankijski obóz, z którego na pole walki
zaczęli nadbiegać coraz liczniejsi wojownicy. Minęło
pierwsze zaskoczenie, a stosunek sił zmienił się na ko-
rzyść łacinników. Wykorzystując swoją zdecydowaną
przewagę, zepchnęli wroga w stronę murów. W ręce
krzyżowców wpadło wielu jeńców. Część greckich
żołnierzy usiłowała dostać się na stojące w pobliżu bar-
ki, ale nie wszystkim udało się w ten sposób uratować,
wielu utonęło. Inni uciekali w stronę bramy, mając za
sobą goniących ich krzyżowców. Dystans pomiędzy
nimi był tak mały, że obrońcom nie udało się zamknąć
wrót. W ich bezpośrednim sąsiedztwie doszło do
krwawej, bezładnej walki, z której zwycięsko wyszli
krzyżowcy. Rozgrzani bojem, na karku obrońców,
wtargnęli do twierdzy i po krótkiej, zaciętej walce zdo-
byli ją. Większość obrońców poległa bądź dostała się
do niewoli.
Nazajutrz po wdarciu się do Galaty Frankowie
wprowadzili do portu flotę. Odpadła tym samym obawa
przed próbami jej spalenia przez Greków na otwartym
morzu. Walki o Galatę musiały być intensywne i przy-
nieść krzyżowcom wymierne straty, gdyż przez kilka
kolejnych dni nie podjęli żadnych aktywnych działań.
W tym czasie w ich obozie trwały burzliwe rozmowy
na temat sposobu prowadzenia dalszych działań. Żoł-
nierze szykowali się do walki. Zza murów stolicy do-
chodziły informacje o pogarszających się nastrojach
wśród ludności i szerzącym się defetyzmie, co jeszcze
bardziej utwierdzało wiarę krzyżowców w zwycięstwo.
W przeciwieństwie do obrońców Konstantynopola ich
morale, podniesione udaną akcją przeciwko Galacie,
rosło z każdym kolejnym dniem. W wyniku narad po-
między frankijskimi baronami i Wenecjanami ustalono,
iż następny atak na miasto będzie prowadzony jedno-
cześnie od strony morza i lądu. Początkowo Dandolo
proponował wyłącznie szturm od strony morza przy
użyciu drabin ustawionych na pokładach nef, ale prze-
konał go argument, iż zachodnie rycerstwo najlepiej się
czuje, walcząc na lądzie, gdzie w pełni może wykorzys-
tać swoje uzbrojenie i przyswojoną taktykę walki.
Krzyżowcy podjęli działania 10 lipca. Po przerwa-
niu łańcucha ich flota swobodnie wpłynęła do Złotego
Rogu. Zdobyto nieliczne greckie okręty, galery i statki
transportowe, a cała linia murów Konstantynopola aż
po kraniec portu i pałac Blacherny została odsłonięta na
uderzenia. Oddziały Franków, konne i piesze, pomasze-
rowały w górę portu wzdłuż brzegu po stronie Galaty.
Na drugą stronę można było się przedostać przez ka-
mienny most na Barbissie. Choniates nazywa go „Prze-
byty kamień”, ale spotykana jest również nazwa „Dziu-
rawy kamień”. Villehardouin i Clari różnią się w rela-
cjach co do sposobu jego sforsowania przez krzyżow-
ców. Pierwszy z nich napisał, iż Grecy uszkodzili most,
zaś „baronowie polecili całemu wojsku pracować dzień
i noc, by naprawić most”, rankiem zaś następnego dnia
wojsko przeszło na drugą stronę rzeki. Wedle drugiego
z kronikarzy, Grecy obsadzili swoimi oddziałami
przedmoście po zachodniej stronie Barbissy, zaś „Piel-
grzymi siłą szturmu [zmusili] ich do ucieczki i prze-
szli”.
Niezależnie od tego, czy krzyżowcy napotkali
zbrojny opór, czy nie, przedostali się na drugą stronę
i rozbili obóz na rozległej płaszczyźnie pomiędzy mo-
nasterem Świętych Kośmy i Damiana a pałacem Bla-
cherny. Marszałek Szampanii nazwał monaster zam-
kiem Boemunda, gdyż podczas pierwszej krucjaty re-
zydował w nim słynny Boemund z Tarentu, któremu
wiele zapisków poświęciła Anna Komnena w Aleksja-
dzie. Kronikarz ubolewał nad faktem, że szczupłość sił
pozwala na zablokowanie jedynie Bramy Blacherneń-
skiej, a cały pozostały wielokilometrowy odcinek mu-
rów pozostanie wolny od oblężenia. Tej przykrej re-
fleksji towarzyszyła jednak konstatacja, iż współdziała-
jący w oblężeniu od strony morza Wenecjanie doskona-
le przygotowali się do natarcia. Zatrzymali oni swoje
okręty na wysokości dzielnicy Petrion i bramy o tej
samej nazwie. Zgromadzono na nich drabiny, mango-
nele i kamieniorzutnie wraz z odpowiednim zapasem
pocisków. Burty i pokłady zostały okryte skórami w ce-
lu przeciwdziałania skutkom ognia greckiego.
Ciekawe szczegóły przygotowań poczynionych
przez Wenecjan odsłania przed nami Clari: „Wtenczas
doża Wenecji rozkazał uzbroić wielce zadziwiające
i bardzo piękne machiny, bowiem polecił wziąć żer-
dzie, do których mocuje się żagle nef, które były długie
dobrze na 30 tuazów lub więcej; a potem rozkazał po-
łączyć je bardzo dobrze i wzmocnić poprzecznymi li-
nami, i zbudować dobre mostki, i odgrodzić je dobrymi
sznurami. Mostki były tak szerokie, że mogło przeje-
chać obok siebie trzech uzbrojonych rycerzy. I doża
powiedział, by dobrze umocnić mostki i przykryć
esklawiną [płócienną tkaniną] i płótnem żaglowym, iż-
by wjeżdżający po nim do oblężenia w niczym nie mu-
sieli obawiać się pocisków z kusz ani strzał; i mostki
były wypuszczane nad nefami. Mostki były na wysoko-
ści blisko 40 tuazów lub więcej. A na każdej huisie by-
ła mangonela, która mogła miotać kamienie na mury
i do miasta”. Opisane tak dokładnie przez kronikarza,
a wymyślone przez Dandola „mostki” stanowiły coś na
kształt ruchomych miniwież, które oblegający mieli
podczas szturmu twierdzy przeciwstawić jej potężnym,
kamiennym wieżom.
Problemem krzyżowców okazała się nie tylko nie-
bywała rozległość umocnień Konstantynopola i szczu-
płość własnych sił. Zgromadzone przez nich zapasy
żywności, jak oceniano, mogły wystarczyć jedynie na
trzy tygodnie, a ich odtworzenie nie wchodziło w ra-
chubę. Oblegający znaleźli się bowiem sami jakby
w stanie oblężenia. Greckie oddziały, które swobodnie
mogły opuszczać i powracać do miasta, krążyły wokół
frankijskiego obozu i krzyżowcy „Nie mogli odejść od
obozu dalej niż na cztery długości wystrzału z kuszy,
aby szukać żywności [...]”„. Zmuszało to ich do utrzy-
mywania stałej czujności i nierozstawania się z bronią.
Wydzielone i zmieniające się co jakiś czas oddziały
stróżowały przed bramą i sprawowały pieczę nad ma-
chinami — mangonelami i kamieniorzutniami. Z tych
urządzeń prowadzono dość niemrawy ostrzał murów
i cesarskiego pałacu, na który Grecy odpowiadali
ogniem własnych machin. Ich pociski dolatywały do
stanowisk krzyżowców, ale chyba nie wyrządzały
większych strat, gdyż w kronikarskich relacjach brak
wzmianek na ten temat. Idealnym sposobem na zabez-
pieczenie obozu przed atakami wroga okazała się bu-
dowa solidnej palisady i systemu polowych umocnień.
Nie powstrzymała ona części nadlatujących kamieni ani
strzał, ale stanowiła wystarczającą przeszkodę dla nie-
przyjacielskiej jazdy i piechoty przed niespodziewanym
wdarciem się do obozu Franków.
Grecy jednak konsekwentnie czynili kolejne wy-
cieczki, nie dając chwili wytchnienia oblegającym.
Podczas jednej z nich doszło do krwawego starcia w
bezpośrednim pobliżu Bramy Blacherneńskiej. Grecy
ponieśli w niej poważne straty, a ponadto do niewoli
dostał się brat Teodora Laskarysa, Konstantyn. Jednak
za sukces przyszło Frankom zapłacić sowitą daninę
krwi: „Wszystkich okaleczonych i wszystkich rannych,
i wszystkich zabitych nie mogę wam wymienić” — za-
pewnia Villehardouin. Wśród kontuzjowanych znalazł
się m.in. Wilhelm z Champlitte, którego zranił w rękę
kamienny pocisk. Jako najbardziej zasłużonego
w zwalczaniu nieprzyjacielskich wycieczek rycerza
kronikarz wymienił Piotra z Bracieux, obozującego
najbliżej murów i z tego powodu będącego częściej niż
inni w ogniu walki.
W czasie kiedy Frankowie prowadzili oblężenie
w okolicy pałacu, Wenecjanie niepokoili obrońców sto-
licy od strony Złotego Rogu i portu. Ich działania nie
były jednak dość ściśle skoordynowane z działaniami
prowadzonymi na lądzie i nie przyniosły widocznych
skutków. Działo się tak do 17 lipca. Tego dnia, po
wcześniejszych ustaleniach pomiędzy wodzami wy-
prawy, postanowiono przeprowadzić jednoczesny zde-
cydowany szturm. Do bezpośredniego ataku na Bramę
Blacherneńską i przylegającą do niej część murów
obronnych pochodzących z początku IX wieku, z cza-
sów cesarza Leona V, baronowie przeznaczyli cztery
oddziały — hrabiów Baldwina, jego brata Henryka,
Ludwika z Blois i Hugona z Saint-Pol. Pozostałe od-
działy — ariergarda Bonifacego z Montferratu oraz
Burgundczycy i Szampańczycy — pozostali do ochro-
ny obozu. Jednocześnie Wenecjanie mieli uderzyć ca-
łością sił od strony portu.
Zsynchronizowane w czasie uderzenie Wenecjan
i Franków zostało przeprowadzone z dużym rozma-
chem. Flota w pewnym oddaleniu od umocnień, „do-
brze o trzy wystrzały z kuszy”, uporządkowała swój
szyk, ustawiając się w rzędzie jeden okręt obok drugie-
go. Następnie zbliżyła się możliwie najbliżej ku mu-
rom, a jej załogi zasypały obrońców gradem pocisków.
Ku blankom leciały kamienie, strzały i bełty. Część po-
cisków miała charakter zapalających, przenosząc na
druga stronę umocnień zarzewie pożarów. Jednocześnie
z wysuwanych z pokładów mostków przystawiano do
murów drabiny oblężnicze, po których wspinali się żoł-
nierze doży. Wielu z nich zostało strąconych, ale nie-
którym udało się dotrzeć do szczytu muru i podjąć bez-
pośrednią walkę z obrońcami. „[...] i jak drabiny na ne-
fach śmiało przybliżyli, wielu walczyło ze sobą na mie-
cze i kopie; i hałas był tak wielki, że zdawało się, zie-
mia i morze trzęsą się [...]”.
W pobliżu pałacu Blacherny walka była nie mniej
intensywna, choć toczono ją na mniejszej przestrzeni.
Villehardouin wspomniał o dwóch przystawionych do
muru drabinach i broniących go zawzięcie Anglach
i Duńczykach z gwardii wareskiej cesarza. Kilkunastu
śmiałków, którym udało się dostać na szczyt umocnień,
stoczyło z nimi heroiczną walkę na miecze i topory bo-
jowe, którymi posługiwali się Skandynawowie. Zdecy-
dowana przewaga liczebna była jednak po stronie
obrońców. Udało im się położyć część napastników
trupem, a innych zepchnąć z muru, co przeważnie
przynosiło ten sam skutek. Dwóch Franków podczas
tego ataku dostało się do niewoli. Ostatecznie krzyżow-
cy zostali odparci, ponosząc dotkliwe straty w zabitych
i rannych, „z czego baronowie byli bardzo niekonten-
ci”. Korzystniej przedstawiała się sytuacja na odcinku
umocnień atakowanym przez Wenecjan. Front, na któ-
rym toczyła się walka, był zdecydowanie szerszy
i obrona była bardziej rozproszona niż od strony Bla-
cherny. Intuicyjnie można było wyczuć, iż jeżeli krzy-
żowcy mają osiągnąć sukces, to będzie on możliwy je-
dynie z tej właśnie strony umocnień. Pociski wyrzucane
ze statków spowodowały za murami liczne pożary,
zmuszając obrońców do wydzielenia części ludzi do ich
gaszenia. Wenecjanie zrazu nie potrafili wykorzystać
tej sytuacji. Nie mogli się również zdecydować na lą-
dowanie na skrawkach lądu przylegającego do murów.
Przed opuszczeniem statków powstrzymywał ich nie
tylko gęsty ostrzał, ale i wieści napływające z obozu
Franków, których atak zakończył się niepowodzeniem.
O nagłej i całkowicie niespodziewanej zmianie sy-
tuacji zadecydował jeden człowiek. Był nim ociemniały
doża Enrico Dandolo. Podczas srożącej się bitwy zaj-
mował on pozycję na dziobie swojej galery i wsłuchi-
wał się w jej odgłosy. Napływające do niego raporty
wskazywały na impas w walkach. Stary wódz doskona-
le wiedział, iż nadchodzi moment krytyczny, kiedy wa-
żą się losy już być może nie samego ataku, ale i całej
wyprawy. Odrzuceni od murów Konstantynopola, wy-
krwawieni i upadli na duchu krzyżowcy być może nie
znaleźliby w sobie dość sił, aby jeszcze kiedykolwiek
skutecznie zagrozić okrzepłym w boju i pewnym swej
przewagi obrońcom. Dandolo zachował się z równie
bezkompromisową odwagą i determinacją, jak niemal
pół wieku później, również niewidomy, Jan Luk-
semburski. Pod groźbą najsurowszych kar kazał swoim
ludziom przybić do brzegu i zejść na ląd. Przyboczni
doży uczynili to bez entuzjazmu, uważając, iż apodyk-
tyczny starzec gotuje im niechybną zgubę. Doża, pod-
trzymywany przez żołnierzy i poprzedzany sztandarem
świętego Marka, zszedł na brzeg jako pierwszy spośród
znaczących Wenecjan. Jego przykład zelektryzował
wszystkich, którzy mogli go dostrzec z pokładów swo-
ich okrętów. Nastąpił jakże często spotykany na wojnie
efekt kuli śniegowej. „I kiedy Wenecjanie ujrzeli sztan-
dar świętego Marka na lądzie i statek ich pana, który
zajął ląd przed nimi, każdy [poczuł się] zhańbionym
i wszyscy wysiedli na ląd. A ci, którzy byli na huisach,
wyskoczyli na ląd, jak tylko mogli najszybciej”. Stało
się tak, jak to często bywa w podobnych przypadkach.
Wenecjanie, zawstydzeni, ale jednocześnie nadzwy-
czajnie podbudowani postawą doży, z zapałem ruszyli
do ponownego szturmu na mury miasta. Moment na je-
go przeprowadzenie nie mógł zostać lepiej wybrany.
Znaczna część obrońców opuściła stanowiska ze
względu na ogień. Wenecjanie, wykorzystując sprzyja-
jącą okoliczność, zaczęli błyskawicznie opanowywać
słabiej bronione odcinki murów i zdobywać kolejne
wieże. Kiedy na pierwszej z nich pojawiła się wielka
wenecka chorągiew, atakujący popadli w zbiorowy
amok, jeszcze bardziej intensyfikując swoje wysiłki,
dla obrońców natomiast był to sygnał do masowego
odwrotu. Wkrótce w rękach Wenecjan znalazło się aż
25 wież, a ich czołowe oddziały zdołały uchwycić
przyczółki za murami, pozwalające na kontynuowanie
ataku w głąb miasta.
Ze statków zaczęto sprowadzać konie dla oddzia-
łów znajdujących się już po drugiej stronie murów.
Czuwający nad wszystkim doża, dostrzegając rysującą
się wyraźnie szansę na zdobycie miasta, wysłał posłań-
ca do sojuszników z wieścią o sukcesie. Prawdopodob-
nie jednak wiedzieli oni już o powodzeniu Wenecjan,
dostrzegając z oddali sztandar Republiki dumnie łopo-
czący na wietrze nad jedną z wież. Niemniej jednak
„Baronowie rozradowali się, że nie mogli [wręcz]
uwierzyć, iż to prawda”. Opisany przez marszałka
Szampanii sceptycyzm frankijskich wodzów dość
szybko znalazł uzasadnienie. Oddziały bizantyjskie ru-
szyły do wściekłego kontrataku i zepchnęły Wenecjan
na mury i do zdobytych przez nich wież. Aby po-
wstrzymać uderzenie i odgrodzić się od przeciwnika,
Dandolo wpadł na iście szatański pomysł. Wykorzystu-
jąc mocno wiejący w stronę miasta wiatr, rozkazał
wzniecić pożar, który zmusił atakujących żołnierzy
Aleksego III do cofnięcia się. Wzrastający żar i gryzący
oczy dym stały się doskonałą tarczą obronną dla Wene-
cjan, prawdopodobnie ratując ich przed pogromem.
Ogień, podniecany porywistymi podmuchami, zaczął
się błyskawicznie rozprzestrzeniać na kolejne rejony
miasta i — jak zaświadcza Clari — „spłonęła jego
część, a była ogromna jak miasto Arras”. Jak obliczają
historycy, ogień mógł wówczas pochłonąć obszar rów-
ny 50 hektarom. Niezależnie od ogromnych strat mate-
rialnych, jakie poczynił pożar, stał się on barierą, która
nad wyraz skutecznie odgrodziła od siebie walczące
strony.
Patową sytuację, jaka powstała w rejonie portu, ce-
sarz postanowił wykorzystać w celu rozprawienia się
z Frankami zajmującymi stanowiska w okolicy Bramy
Blacherneńskiej. Nie zamierzał biernie czekać na pod-
jęcie przez nich kolejnego szturmu. Zdał sobie sprawę,
iż wyłom dokonany przez Wenecjan w systemie obrony
może przynieść atakującym pełne powodzenie. Aleksy
zaczął wyprowadzać wojska, piesze i konne, przez usy-
tuowaną po zachodniej stronie Bramę Romana (Wrota
Romańskie) oraz kilka innych i szykować je do bitwy.
Ich liczba zrobiła tak wielkie wrażenie na marszałku
Szampanii, iż z emfazą stwierdził, „że wydawało się, iż
był ich cały świat”. Również drugi z kronikarzy, rela-
cjonując ten epizod, z całą pewnością popuścił wodze
fantazji, pisząc o podzielonych na 17 oddziałów 100
000 konnych i wielkiej masie pieszych, z którymi
Aleksy III jakoby miał zaatakować krzyżowców.
Niezależnie od zawyżenia liczby greckich żołnie-
rzy, mieli oni z pewnością miażdżącą przewagę liczeb-
ną nad Frankami, którzy obok konnych i pieszych wo-
jowników oraz uzbrojonych pielgrzymów mogli im
przeciwstawić zaledwie 700 rycerzy, w tym 50 spie-
szonych. Wśród krzyżowców do walki stanęli wszyscy
będący w stanie posługiwać się jakąkolwiek bronią.
„A potem wzięli wszystkich giermków, który strzegli
wierzchowców, i wszystkich kucharzy, którzy mogli
nosić broń: i wszystkich uzbrojono, i obleczono w cza-
praki, nakryto siodłami, i [wręczono im] miedziane ko-
ciołki, i tłuczki, i młotki, że byli oni tak szpetni i szka-
radni, że piesi ludzie cesarza, którzy stali po tej stronie
murów, byli bardzo przestraszeni, i wielce przerażeni,
kiedy ich ujrzeli”. Tak wielka mobilizacja jedynie po-
twierdza, jak bardzo zagrożeni poczuli się Frankowie.
Zapewne stało się dla nich jasne, że zbliżający się bój
ze zdecydowanie silniejszym wrogiem może im przy-
nieść zagładę.
Jednak nawet tak straszna perspektywa nie wpro-
wadziła w ich szeregach zamieszania ani paniki. Po-
szczególni dowódcy sprawnie ustawili swoje oddziały
na stanowiskach. W celu zyskania większej przestrzeni
i swobody ruchów Frankowie opuścili obóz i stanęli na
zewnątrz palisady. W pierwszej linii pozycje zajęli
łucznicy i kusznicy, za nimi rozlokowała się konnica
i piesi wojownicy. Jedyną, ale dość istotną przewagę
zapewniała Frankom pozycja; ich stanowiska znajdo-
wały się na wzniesieniu i mieli za plecami wiatr. Grecy
mogli uderzyć jedynie od frontu, pod górę i na dodatek,
mając wiatr w oczy. Z pewnością nie były to wymarzo-
ne warunki do ataku, z czego zapewne zdawali sobie
sprawę dowódcy obu stron. Od tego momentu relacje
kronikarzy dość znacznie się różnią. Villehardouin za-
ledwie w kilku zdaniach skwitował przebieg walki.
Z jego opisu wynika, że wrogie armie zbliżyły się do
siebie na tyle, iż mogły się zasypać pociskami, choć
kronikarz zapomniał dodać, czy chodziło wyłącznie
o strzały i bełty, czy również kamienie wystrzeliwane
z machin. Wspomniał także o pomocy nadesłanej przez
dożę, który nakazał części oddziałów opuścić zdobyte
wieże i wspomóc Franków, oraz „powiedział, że chce
żyć lub umrzeć z pielgrzymami”. Zgodnie z przekazem
marszałka do bezpośredniego starcia nie doszło i po
pewnym czasie cesarz wycofał wszystkie swoje oddzia-
ły do miasta.
Zdecydowanie bardziej rozbudowana, nasycona
wieloma szczegółami, jest relacja Roberta z Clari. We-
dług niego, ku zbliżającej się masie wojsk bizantyjskich
jako pierwszy wysunął się Baldwin flandryjski ze swo-
im oddziałem, a zaraz za nim ruszyli Henryk z Hainaut
i Niemcy oraz Hugon z Saint-Pol i Piotr z Amiens.
Kiedy Baldwin oddalił się na kilkaset kroków od obozu
— „na odległość dwóch dobrych strzałów [z] kuszy” —
jego doradcy przedstawili mu niebezpieczeństwo wyni-
kające ze zbyt dużego dystansu dzielącego go od reszty
sił i namówili do powrotu. W jego ślady niezwłocznie
poszedł Henryk. Jednak Hugon i Piotr pozostali ze
swoimi ludźmi na środku pola pomiędzy Bizantyjczy-
kami a obozem Franków. Ich podkomendni uznali cof-
nięcie się Baldwina i Henryka za niehonorowe: „I wy-
krzyknęli wszyscy razem: Panowie, panowie, hrabia
Flandrii powraca! A skoro wraca, to pozostawia wam
awangardę. Więc zastąpmy go, na Boga!”. Obaj do-
wódcy podzielili zdanie swoich podwładnych i nie cof-
nęli się, mimo że Baldwin wysłał do nich kolejno
dwóch posłańców z rozkazem powrotu w pobliże obo-
zu. Hrabia zrozumiał poniewczasie, iż w przypadku,
gdy Hugon i Piotr nie cofną się bądź, co gorsza, pole-
gną w beznadziejnej walce z masą nieprzyjaciół, jego
postępek zostanie przez całe wojsko uznany za hanieb-
ny. Bardzo szybko uzmysłowili mu to jego rycerze, ale
w ich słowach znalazła się także jawna groźba: „Panie,
dokonaliście wielce haniebnego czynu, że nie wystąpi-
liście naprzód, i wiedzcie, że jeśli nie ruszycie, nie po-
zostaniemy wam wierni”. Opisana sytuacja, poza spo-
sobem pojmowania przez rycerzy spraw honoru i hań-
by, doskonale obrazuje brak dyscypliny i jednolitego
dowództwa wśród Franków. Te dwie największe bo-
lączki europejskich rycerskich armii wielokrotnie ska-
zywały je na klęski z lepiej zorganizowanymi i spraw-
nie dowodzonymi wojskami Arabów, Turków czy
Mongołów. Na szczęście dla uczestników IV krucjaty
17 lipca 1203 r. nie obróciły się jednak przeciwko nim.
Baldwin nie pozostał głuchy na głos swoich rycerzy.
Nie zastanawiając się długo, dał rozkaz do połączenia
się z oddziałem Hugona i Piotra. W pewnej odległości
za hrabią Flandrii pogalopował jego brat. Kiedy
wszystkie trzy oddziały połączyły się ze sobą, ruszyły
w kierunku Bizantyjczyków, od których oddzielało je
niewielkie wzgórze. Przeciwnik także postąpił do przo-
du z zamiarem dotarcia na jego szczyt. Odległość po-
między czołówką wojsk Aleksego III i Frankami stała
się na tyle mała, że obie strony rozpoczęły intensywny
ostrzał z kusz. Wobec ograniczonego kontaktu wzro-
kowego nie mógł on jednak wyrządzić większych
szkód. Jako pierwsi na wzniesienie dotarli krzyżowcy
i fakt ten zadecydował o dalszym przebiegu wydarzeń.
„I kiedy nasi ludzie dotarli na szczyt wzgórza i cesarz
zobaczył ich, to zatrzymał się i wszyscy jego ludzie
również, i byli tak oszołomieni, i przerażeni tym, że na-
sze oddziały jednym frontem naprzeciw im, że nie wie-
dzieli, na co się zdecydować. W tym czasie, kiedy trwa-
li w zakłopotaniu, inne oddziały cesarza, które były
wysłane na obchód obozu Francuzów, powróciły z po-
wrotem i połączyły się wespół z cesarzem w dolinie”.
Zapewne Frankowie byli nie mniej zakłopotani
i zaskoczeni. Zarówno ogromem nieprzyjacielskiej ar-
mii, jak i pilną potrzebą ustalenia dalszego planu dzia-
łań. Mieli do wyboru atak, pozostanie na miejscu lub
odwrót. Ich dowódcy szybko porozumieli się pomiędzy
sobą i postanowili trwać na zajętych pozycjach. Tylko
takie rozwiązanie zdawało się godzić wymagania rycer-
skiego honoru i taktyki uwzględniającej sytuację, w ja-
kiej się znaleźli. Cofnięcie się nawet przed przeważają-
cym liczbą wrogiem byłoby przejawem tchórzostwa,
wdanie się natomiast w walkę z dala od obozu, poza
wzgórzem przesłaniającym widok i bez szans na
wsparcie, stanowiłoby w istocie samobójcze rozwiąza-
nie. Ponadto istniała naturalna przeszkoda rozdzielająca
Franków i Bizantyjczyków — niewielka rzeka Likos,
której sforsowanie przez którąkolwiek ze stron musiało
pociągnąć za sobą duże straty. Zapewne tak samo my-
ślano i w dowództwie bizantyjskim. Aleksy i jego do-
radcy nie zdecydowali się na uderzenie na pozycje
Franków. Ostatecznie, ku ich ogromnemu zdziwieniu,
ale i uldze, cesarz zarządził odwrót swoich wojsk pod
osłonę murów miasta. Było to pod każdym względem
fatalne posunięcie, zarówno w aspekcie militarnym, jak
politycznym i propagandowym. Jego pierwsze skutki
Aleksy odczuł natychmiast po przekroczeniu linii
umocnień: „[...] i kiedy on tam się pojawił, to został
wielce mocno potępiony przez kobiety i panny [...] za
to, że nie przyjął walki z tak nielicznymi ludźmi, jakimi
byli Francuzi, mając o tyle większe mnóstwo ludzi, ja-
kie zebrał”. Niechęć i wzgardę pogłębiał fakt, iż te sa-
me konstantynopolitanki trochę wcześniej z wysokości
murów mogły podziwiać niesłychaną odwagę i prze-
piękne stroje rycerzy z oddziału Hugona z Saint-Pol
i Piotra z Amiens, którzy, „podobni aniołom”, galopo-
wali wzdłuż umocnień i zdawali nic sobie nie robić
z groźnego sąsiedztwa cesarskiej armii. Mieszkanki
stolicy same w sobie nie mogły zagrozić Aleksemu, ale
wywołana przez nie i błyskawicznie narastająca atmos-
fera zniecierpliwienia i niechęci stanowiła realną groź-
bę. Ulica zaczęła domagać się natychmiastowego roz-
prawienia się z najeźdźcami lub ustąpienia nieudolnego
cesarza. W bliskim tle majaczył Aleksy IV, którego
imię zaczęło padać wraz z żądaniami pod adresem im-
peratora. W celu uspokojenia nastrojów cesarz zapo-
wiedział bezkompromisową walkę, ale, jak się miało
wkrótce okazać, były to czcze obietnice.
ALEKSY IV ZASIADA NA TRONIE
Frankowie po ustąpieniu wroga wycofali się do
obozu i radowali z odniesionego sukcesu. „I wiedzcie,
że Bóg nigdy nie uratował jakichkolwiek ludzi z więk-
szego niebezpieczeństwa niż tego dnia to wojsko.
I wiedzcie, że nie było takiego śmiałka, który nie oka-
zywałby wielkiej radości'„. Krzyżowcy nie byli świa-
domi dramatycznej zmiany nastrojów, jaka zaszła po
drugiej stronie murów. Wymieniając z Wenecjanami
wrażenia z bitwy, wspólnie zastanawiali się nad planem
przyszłych działań. Okazał się on jednak niepotrzebny.
Przesądził o tym ten, który miał wszystko do zyskania
i zarazem wszystko do stracenia. Nocą wraz z kilkoma
członkami najbliższej rodziny i w niewielkiej asyście
najwierniejszych wielmożów Aleksy III opuścił pota-
jemnie stolicę. Ucieczka została postanowiona i prze-
prowadzona w ostatniej chwili i cesarz, z braku czasu i
odpowiednich środków, mógł jedynie zabrać ze sobą
niewielką część skarbca, co w niezbyt jasnych barwach
rysowało jego dalszą przyszłość. Kiedy rankiem 18 lip-
ca gruchnęła wieść o tchórzliwej ucieczce Aleksego,
u jednych wywołała wściekłość i konsternację, u in-
nych, radość.
Nie było mowy o dalszej obronie miasta. Miesz-
kańcy, nie napotykając oporu ze strony żołnierzy po-
zbawionych dowódców, otworzyli bramy i wyszli na
spotkanie Franków. Najprawdopodobniej również wte-
dy doszło do uwolnienia z więzienia okaleczonego Iza-
aka II Angelosa i jego żony Marii (Małgorzaty), córki
króla węgierskiego Beli III. Wydaje się, że w najwięk-
szym stopniu przyczynił się do tego eunuch Konstantyn
Filoksenites, który w powstałym zamieszaniu zachował
najwięcej zimnej krwi i uzyskał poparcie gwardii pała-
cowej. Żona Aleksego III, Eufrozyna, została areszto-
wana. Stary cesarz, którego wybawcy ubrali w cesar-
skie szaty i powiedli do pałacu Blacherny, przede
wszystkim postanowił nawiązać kontakt z synem. Do
obozu krzyżowców przybyła wkrótce bizantyjska dele-
gacja, której członkowie poprosili o spotkanie z Alek-
sym IV. Znaleźli go w namiocie Bonifacego z Montfe-
rattu. Padły tam jednoznacznie przyjazne i jakże wspa-
niale brzmiące deklaracje: „Kiedy przyszli tam, to od-
naleźli go; jego przyjaciele urządzili bardzo wielkie
święto i okazali bardzo wielką radość, i bardzo dzięko-
wali baronom, i powiedzieli, że uczynili bardzo dobrze
i bardzo godnie, że postąpili w taki sposób; i powie-
dzieli, że cesarz uciekł i niechaj wejdą do miasta, i do
cesarskiego pałacu, jak do siebie”.
Oczywiście krzyżowcy najbardziej nadstawili ucha
na ostatnie z cytowanych słów. Dla baronów, wojska
i całej reszty pielgrzymów oraz Wenecjan stanowiły
one zapowiedź wspaniałej zapłaty za dotychczasowe
trudy i przelaną krew. Wśród nich wielu również wie-
rzyło, że właśnie zostaje usunięta ostatnia poważna
przeszkoda na drodze do Ziemi Świętej. W powstałej
sytuacji, pomimo panującej euforii, baronowie zacho-
wali jednak dużo rozsądku, nie tylko powstrzymując się
przed wprowadzeniem armii w mury miasta, ale i naka-
zując wszystkim mieć się na baczności i trzymać w po-
gotowiu posiadany oręż. Wysłali natomiast czterooso-
bową delegację, w której składzie obok Villehardouina
i Mateusza z Montmorency znalazło się dwóch niezna-
nych z imienia Wenecjan. Mieli się oni rozeznać w sy-
tuacji i uzyskać od Izaaka II potwierdzenie warunków
przyjętych przez Aleksego IV. Wysłannicy, o czym pi-
sze marszałek w swojej kronice, przeżyli chwilę grozy,
kiedy, idąc pieszo, ujrzeli w pobliżu bramy do pałacu
cesarskiego gwardię wareską. Ponure spojrzenia uzbro-
jonych w potężne topory gwardzistów na chwilę ode-
brały im pewność siebie i mimo woli przepełniły stra-
chem. Na szczęście Waregowie nie mieli złych zamia-
rów i posłowie bez przeszkód zostali wprowadzeni do
pałacu, aby stanąć przed obliczem cesarza i jego mał-
żonki. Wygląd cesarskiej pary i zebranych dworzan
oraz nadzwyczajny przepych miejsca, w którym się
znaleźli, zrobił na posłańcach piorunujące wrażenie.
Zdumienie i podziw biją z opisu pozostawionego przez
marszałka Szampanii, który przecież ze względu na
urodzenie i obycie w świecie musiał być doskonale
oswojony z różnorakimi przejawami zbytku: „Znaleźli
cesarza Russaka [tj. Izaaka II] bogato odzianego, iż
niemożliwym było znaleźć bardziej bogato odzianego
człowieka i [była] z nim cesarzowa, jego żona, która
była bardzo piękną kobietą, siostra króla Węgier [Eme-
ryka, panującego w latach 1196-1204]. Inni znaczni lu-
dzie i znaczne damy, że nie można było i kroku zrobić,
bogato wystrojeni, że bardziej nie można było”.
Po ceremonialnych powitaniach i oddaniu wza-
jemnych honorów marszałek poprosił, aby rozmowa
odbyła się w mniejszym gronie. Wówczas Izaak zapro-
sił posłów do mniejszej komnaty i w niej, jedynie
w obecności cesarzowej i kanclerza, z udziałem tłuma-
cza, wysłuchał ich propozycji. Posłowie stwierdzili, iż
krzyżowcy oczekują jednoznacznego potwierdzenia
i wypełnienia zobowiązań przyjętych przez Aleksego.
Kiedy jednak ze wszystkimi szczegółowymi postano-
wieniami je przedstawili, Izaak wyraził swoje zdumie-
nie ich nadzwyczaj szerokim zakresem i odpowiedział,
iż nie widzi możliwości ich zrealizowania. Wtedy, jak
to bywa zwykle w przypadku trudnych negocjacji, na-
stąpiło długie i męczące ucieranie stanowisk i dogady-
wanie się. Marszałek znów okazał się utalentowanym
dyplomatą i ostatecznie osiągnął cel postawiony przed
nim przez wodzów wyprawy: „Wiele w ten sposób wy-
powiedziano i powtórzono słów. Ale koniec był taki, że
ojciec zatwierdził umowę, jaką syn potwierdził [wcze-
śniej] przysięgą i wiszącymi pieczęciami na złotej bul-
li”.
Posłowie, wyposażeni w cenny dokument, wrócili
do obozu i zdali relację ze swojej misji baronom. Jesz-
cze tego samego dnia Aleksy IV w towarzystwie wo-
dzów krucjaty wjechał do miasta i spotkał się z rodzi-
cami. Spotkaniu towarzyszyły chwile uniesienia i rado-
ści. Wydaje się zresztą, o czym piszą kronikarze, że
również znaczna część ludności Konstantynopola
szczerze wyrażała swoje zadowolenie ze zmiany, jaka
zaszła na cesarskim tronie oraz z zakończenia walk.
Uczucie to nie rozciągało się natomiast na krzyżow-
ców. Izaak, pomimo oślepienia i spędzenia kilku lat
w więzieniu, nie zatracił politycznego instynktu i do-
skonale wyczuwał atmosferę niechęci do Franków.
Wraz z Aleksym zwrócili się do baronów z prośbą
o zrezygnowanie z wprowadzenia wojsk w mury mia-
sta. Jedynie ich pozostawienie na zewnątrz mogło za-
pobiec zamieszkom i rabunkom. Cesarz zaproponował,
aby krzyżowcy przenieśli się naprzeciw dzielnicy Esta-
nor, gdzie już raz obozowali. Ze swej strony zapewnił
im regularne dostawy zaopatrzenia i zezwolił na zwie-
dzanie miasta przez wydzielone, mniejsze grupy żołnie-
rzy i pielgrzymów, nad którymi łatwiej było zachować
kontrolę.
Nie odmówiono jego prośbie; zgodę na opuszcze-
nie miasta Clari uzasadnił jednak obawą przed Greka-
mi, „którzy byli zdrajcami”. Na tych spośród łacinni-
ków i Wenecjan, którzy zdecydowali się wejść w jego
mury, Konstantynopol wywarł piorunujące wrażenie.
Poruszającemu zmysły pięknu i niezwykłemu czarowi
miasta uległ sam marszałek Szampanii. Swojemu za-
chwytowi dał wyraz, stwierdzając, że tak wiele cudow-
nych budowli — pałaców i kościołów — nie było
w żadnym innym mieście. O zgromadzonych w kościo-
łach relikwiach napisał, że w stolicy Bizancjum było
ich tyle, „ile na całym świecie”. Dodał również, że
Grecy i Frankowie zorganizowali wielki targ i handlo-
wali ze sobą, co dowodzi, że w złagodzeniu uczucia
wzajemnej niechęci wyrosłej na gruncie polityki i woj-
ny oraz w dogadaniu się może dopomóc uniwersalny
język ekonomii.
Podczas gdy prości krzyżowcy odbywali wycieczki
za mury stolicy i prowadzili transakcje z jej mieszkań-
cami, baronowie ustalili z Izaakiem II i jego synem
oraz z greckimi dostojnikami termin koronacji Alekse-
go IV. Wyznaczono ją na 1 sierpnia; odbyła się z za-
chowaniem wyszukanego dworskiego ceremoniału ob-
owiązującego na dworze bizantyjskim. Izaak i Aleksy
zasiedli obok siebie na złotych tronach jako równou-
prawnieni władcy Bizancjum. Ekonomia i w tym przy-
padku była nie bez znaczenia; koronacja oznaczała rea-
lizację finansowych zobowiązań i należne krzyżowcom
zadośćuczynienie z tytułu wszystkich ich dotychczaso-
wych wysiłków w celu zdobycia tronu dla młodego
Angelosa.
Wszystko wskazywało na to, że Aleksy zdoła wy-
wiązać się ze złożonych obietnic. Już w końcu lipca
przystąpił do wypłacania należności w srebrze, pokry-
wając pielgrzymom część poniesionych przez nich
kosztów transportu z Wenecji. Cesarzowi udało się ze-
brać 100 000 marek, z których 86 000 otrzymali Wene-
cjanie, a reszta została rozdysponowana wśród piel-
grzymów. W tym czasie, na przełomie lipca i sierpnia,
Aleksy wielokrotnie odwiedzał obóz krzyżowców,
ucztował z nimi i grywał w kości. Takie zachowanie
przyczyniało mu popularności i budziło zaufanie. Nie
wszystkim przychodziło jednak do głowy, iż to nie-
pewna atmosfera w mieście i dająca się wyczuć niechęć
poddanych prowokuje Angelosa do opuszczania pałacu
i szukania towarzystwa wśród Franków. W końcu sam
współcesarz zwierzył się baronom i doży ze swoich
niepokojów i odkrył przed nimi stan swego ducha: „pa-
nowie, zostałem cesarzem dzięki Bogu i wam, i wy-
świadczyliście mi największą pomoc, jakiej żadni lu-
dzie nie okazali chrześcijaninowi. Wiedzcie, że dość
jest ludzi dobrze udających przede mną, a nie kochają-
cych mnie; i wielu Greków jest w wielkim gniewie, że
dzięki waszej sile wszedłem w moje dziedzictwo”. Ce-
sarz doskonale znał historię panowania kilku ostatnich
władców, dramatyczne okoliczności towarzyszące ko-
lejnym zmianom na tronie, wyciągał wnioski z tragicz-
nych losów ojca. „Niewątpliwie Aleksy IV pojmował
znakomicie, jak wątłą legitymację ma jego władza, któ-
ra mogła trwać tylko wspierana mieczami Franków
i Wenecjan”.
Zwierzenia Aleksego i dokonana przez niego ocena
nastrojów panujących wśród Greków musiała zaniepo-
koić krzyżowców. Człowiek, którego z tak wielkim
trudem usadowili na cesarskim tronie, ujawnił przed
nimi niepewność i słabość sprawowanej władzy. Mogło
to zagrozić wykonaniu przyjętych przez niego zobo-
wiązań. Niepokój zamienił się wkrótce w pewność.
Podczas jednej z kolejnych rozmów Aleksy powiado-
mił baronów, iż nie będzie w stanie wypełnić warun-
ków umowy do 29 września 1203 r. Jednocześnie za-
proponował krzyżowcom pobyt w okolicach miasta do
marca następnego roku, kiedy wedle swojej oceny bę-
dzie mógł wreszcie dokonać rozliczenia i razem z kru-
cjatą podążyć do Ziemi Świętej. Do tego czasu, w za-
mian za pokrycie kosztów floty przez najbliższe dwa
miesiące, zobowiązał się zapewnić krzyżowcom wszel-
kie wygody i nieograniczone dostawy żywności oraz
osobno rozliczyć się z Wenecjanami, płacąc im sto-
sowne odszkodowanie. Cesarz przedstawił racjonalnie
powody takiego stanu rzeczy; jego świeża władza mu-
siała okrzepnąć, przede wszystkim na prowincjach, aby
mógł skutecznie zebrać podwyższone podatki. Bez
wątpienia jego sytuacja była nie do pozazdroszczenia.
Ataku mógł się spodziewać z każdej strony. Otwarte
pozostawało jedynie pytanie, czy bardziej należy się
obawiać niezaspokojonych w swoich oczekiwaniach
łacinników, czy może jednak własnych poddanych.
Oświadczenie Aleksego, choć niektórzy baronowie
od pewnego czasu się go spodziewali, postawiło ich w
niezwykle trudnej sytuacji. O ile oni sami byli w stanie
zrozumieć kłopoty cesarza, a przedstawione przez nie-
go argumenty wydały im się sensowne, o tyle przeko-
nanie do ich zrozumienia tłumów zwykłych krzyżow-
ców mogło stanowić nie lada problem. Tym bardziej
trudny do przezwyciężenia, że krucjata od samego po-
czątku obfitowała w kłopoty, rozsadzały ją spory, miała
licznych przeciwników, a część uczestników już ją de-
monstracyjnie opuściła. Pamiętać przy tym należało
o grupie krzyżowców, którym na Korfu złożono solen-
ne przyrzeczenie, iż po 29 września, niezależnie od
przebiegu wypadków, będą mogli swobodnie zadecy-
dować o swoim dalszym losie i rozejść się lub podążyć
do Palestyny. Gdyby informacja o kłopotach finanso-
wych Aleksego IV i konieczności pozostania pod Kon-
stantynopolem, bez odpowiedniego komentarza i argu-
mentacji łagodzącej jej wydźwięk, przedostała się do
żołnierzy i pielgrzymów, mogła spowodować trudne do
przewidzenia skutki. Nie było jednak sposobu na jej za-
tajenie. Zwołano natychmiast naradę i baronowie po-
stanowili najpierw porozumieć się z dowódcami i czę-
ścią rycerstwa, a podczas czekających ich rozmów raz
jeszcze sięgnąć po perswazję przemieszaną z zawoalo-
waną groźbą. Metoda ta, jak dotychczas, sprawdzała
się, a żaden inny sposób nie przychodził im do głowy.
Reakcja, jaką wywołało przekazanie informacji o sta-
nowisku Aleksego, nie była niespodzianką. Doszło do
awantur, złorzeczeń i wzajemnych oskarżeń. Padły
mocne słowa. Zarzucano sobie brak honoru, nielojal-
ność, złamanie danego słowa. Tonując wzburzone na-
stroje, baronowie wskazywali na brak winy cesarza
i obiektywne trudności, niezależne od czyjejkolwiek
woli. Przedstawiali także mało zachęcającą wizję prze-
prawy do Syrii podczas zimowej pory i wszelkich
związanych z tym kłopotów.
Mimo to wydawało się, że nie uda się powstrzy-
mać poważnego rozłamu i część ludzi, zmęczona już
ciągłymi niespełnianymi obietnicami i niewierząca wo-
dzom, opuści armię. Sytuacje uratowali Wenecjanie,
stając po stronie baronów i deklarując udostępnienie
swojej floty nie tylko do marca, ale aż do końca wrze-
śnia 1204 r. Być może, że na ostudzenie rozgorączko-
wanych głów wpłynęła śmierć jednego z najprzedniej-
szych i najbardziej szanowanych w armii rycerzy, Ma-
teusza z Montmorency. Villehardouin, jako jego krajan
z Szampanii, poświęcił mu kilka bardzo ciepłych zdań,
uważając śmierć Mateusza za jedno z większych nie-
szczęść, jakie przydarzyły się podczas całej krucjaty:
„i była wielka żałoba, i wielka strata, jedna z najwięk-
szych, które spadły na wojsko, przez jednego człowie-
ka”. Ostatecznie raz jeszcze doprowadzono do pojed-
nania i zapanowała pozorna zgoda. Jednak niemal dla
wszystkich było jasne, że naciągnięta do granic możli-
wości struna może jednak przy następnej okazji pęknąć.
„Usunięcie Aleksego III i przywrócenie na tron Izaaka
II było jawnym przyznaniem, że władcy Bizancjum
wyczerpali już w zasadzie wszystkie swe możliwości,
lecz przynajmniej zdołali zrobić jedno: utrzymać armię
krzyżową poza murami Konstantynopola”. Nie ma
wątpliwości, iż dla wnikliwych obserwatorów opisy-
wanych wydarzeń otwarte pozostawało pytanie: na jak
długo?
Jeszcze w sierpniu Aleksy IV zaczął wprowadzać
w życie program polegający na umocnieniu cesarskiej
władzy poza Konstantynopolem. Nie polegając zbytnio
na rodakach, wyruszył z miasta w asyście silnego od-
działu Franków. Zapewne jednym z ważniejszych po-
wodów jego decyzji była coraz mocniej wyczuwana
niechęć ze strony Greków. Towarzyszyła mu większość
baronów i rycerzy. W obozie pozostali jedynie Baldwin
z Flandrii i Ludwik z Blois. Marszałek z przesadną em-
fazą napisał, iż podczas wyprawy „wszyscy Grecy
z jednej i drugiej strony Ramienia Świętego Jerzego
przybywali doń i poddawali się jego rozkazom i woli,
i złożyli przysięgę, i hołd jak swemu seniorowi”.
W rzeczywistości, co wynika z relacji Choniatesa,
Aleksemu udało się poddać swojej władzy twierdze po-
łożone pomiędzy stolicą i Kypselą w Tracji.
Podczas nieobecności cesarza i baronów w stolicy
doszło do dramatycznych wydarzeń, które w konse-
kwencji jeszcze bardziej pogłębiły wrogość pomiędzy
Grekami i łacinnikami. Zaczęło się od burd z udziałem
mieszkańców oraz Flamandów i członków włoskich
kolonii przebywających na stałe na terenie Konstanty-
nopola. Zamieszkiwali oni rejon wzdłuż murów łączą-
cych się ze Złotym Rogiem, naprzeciw Galaty. W cza-
sie zamieszek wzniecono pożar, który rozprzestrzenił
się na znaczne obszary miasta. Trwał on ponad tydzień.
Ogień był tak silny, że nie można go było w żaden spo-
sób ugasić. Wypaleniu uległy setki budynków miesz-
kalnych, kościoły i pałace. Były także straty wśród lu-
dzi. Spośród wszystkich pożarów, które wybuchły
w mieście podczas obecności łacinników, ten spowo-
dował największe zniszczenia. Z relacji łacińskich kro-
nikarzy nie wynika, kto był odpowiedzialny za wybuch
pożaru, Choniates natomiast, który w jego wyniku utra-
cił dwa domy, obarcza wyłączną winą ich rodaków.
Prawdopodobnie to on ma rację. Pośrednio potwier-
dzają to późniejsze wydarzenia. Po ugaszeniu pożaru
wszyscy łacinnicy wraz z rodzinami wynieśli się poza
mury w obawie przed zemstą ze strony miejscowych
Greków. Stopień ich wzburzenia nie wróżył niczego
dobrego przybyszom z Zachodu, którzy zdecydowaliby
się pozostać w stolicy. Liczba uciekinierów sięgała kil-
kunastu tysięcy. Przepłynęli oni na barkach i łodziach
Złoty Róg i przedostali się do obozu pielgrzymów.
Przyjęto ich z otwartymi rękami, zdając sobie sprawę,
iż wobec zaistniałych zdarzeń już niebawem każda para
rąk mogąca podźwignąć oręż może stać się bezcenna.
Nawet dla zwykłych pielgrzymów było jasne, że sytua-
cja wymyka się spod kontroli i trudno liczyć na poko-
jowe rozwiązanie ponownie nabrzmiewającego konflik-
tu.
Na chwilową poprawę nastrojów po obu stronach
murów wpłynął powrót Aleksego IV i towarzyszących
mu oddziałów krzyżowców. Stało się to na początku li-
stopada. Zarówno powitanie cesarza, jak i baronów,
odbyło się wśród oznak radości. Wkrótce jednak atmos-
fera wrogości zaczęła znów gęstnieć. Zaczął również
ewoluować stosunek Aleksego do uciążliwych sojusz-
ników. W jego otoczeniu coraz bardziej tężała opozy-
cja. Cesarz ograniczył wizyty w obozie krzyżowców,
wyraźnie ich unikając. Powodem był brak pieniędzy,
który ciążył mu coraz bardziej. W takim samym rów-
nież stopniu narastało zniecierpliwienie i zawód krzy-
żowców wobec jego osoby. Oba te uczucia przerodziły
się w przekonanie, że cesarz nie zdoła wywiązać się
z przyjętych zobowiązań. „A ten odkładał termin, nie
dotrzymując tego, co obiecał; także zobaczyli i pojęli
wyraźnie, że stara się tylko wyrządzić im zło”.
We frankońskim dowództwie ustalono, że należy
wysłać delegację do cesarza i zażądać od niego jasnego
stanowiska w kwestii umówionego wynagrodzenia.
Gdyby nie spełniało ono oczekiwań krzyżowców,
Aleksy miał usłyszeć, że przestaną go traktować jak
przyjaciela i seniora oraz że, dochodząc swoich słusz-
nych praw, „zabezpieczą to, co im przynależne, jak bę-
dą mogli”. Trzy ostatnie słowa, z pozoru niewinne, sta-
nowiły jawną groźbę. Frankowie i Wenecjanie w ciągu
kilku ostatnich miesięcy pokazali, jak bardzo są nie-
bezpieczni i w jaki bezwzględny sposób potrafią wal-
czyć o swoje interesy. Posłanie od baronów zawieźli do
cesarskiego pałacu Konon z Béthune, Emilian Brabant-
czyk z Prowansji, Villehardouin oraz trzech znacznych
Wenecjan wybranych przez dożę. Wystąpienie Konona,
obok marszałka Szampanii jednego z najlepszych
mówców w obozie krzyżowców, wywołało konsterna-
cję i oburzenie obu cesarzy oraz greckich dostojników
uczestniczących w posłuchaniu. Dla wielu z nich za-
chowanie cudzoziemców było obrazoburcze. Stosunek,
jaki do nich mieli, dobrze charakteryzują słowa jednego
z dworskich dostojników, Nikeforosa Chryzobergesa,
skierowane do Aleksego IV: „Tylko dlatego, że przy-
wieźli cię, cesarzu, zgodnie z wolą Bożą, nie pozwól im
na arogancję. Ponieważ zwracając tron prawowitemu
cesarzowi, odegrali oni rolę sług, niech teraz będą ule-
gli jak przystoi sługom”. Stanowią one nie tylko wyraz
odczuwanej przez Bizantyjczyków wyższości nad ła-
cinnikami i pobrzmiewa w nich nuta buty i arogancji,
ale są również dowodem braku zrozumienia istniejącej
sytuacji.
Posłowie, opuszczając pałac, drżeli nie tylko
o własną wolność, ale wręcz o życie. Puszczono ich
jednak wolno i zdali dokładną relację ze swojej misji
baronom. Od tego momentu nie było już mowy o żad-
nych pokojowych rozmowach. Konflikt wszedł w nową
fazę. „Tak rozpoczęła się wojna; i szkodzili każdy jak
mógł, i na lądzie, i na morzu. W wielu miejscach poty-
kali się Frankowie i Grecy: [i] nigdy, dzięki Bogu,
Frankowie, walcząc, nie tracili więcej niż Grecy. Tak
wojna trwała długo, aż do serca zimy”.
Nim w szczegółach zostanie przedstawiony jej
przebieg, warto się przez chwilę zastanowić nad wiele
mówiącą sekwencją dat. Ich porównanie musi zastana-
wiać. Wynika z niego dość oczywiste pytanie: co takie-
go spowodowało, że krzyżowcy radykalnie zmienili
swój stosunek do Aleksego i już w listopadzie, a zatem
4-5 miesięcy przed nowym terminem zapłaty ustalo-
nym w sierpniu, postawili sprawę na ostrzu noża, żąda-
jąc od cesarza dodatkowych deklaracji i zapewne wcze-
śniejszego uregulowania długu. Odpowiedź na nie zda-
je się narzucać sama. Już wtedy, po nieudanej wypra-
wie do Tracji, zaczęli się poważnie skłaniać do decyzji
o opanowaniu Konstantynopola i zagrabieniu jego
skarbów. Gdyby za jego murami znajdowała się silna
armia, mieszkańcy zdecydowani na wszelkie wyrze-
czenia i cesarz mający ich poparcie, krzyżowcom było-
by zapewne trudniej oswoić się z taką koncepcją
i uznać za możliwą jej realizację. Jednak niedawne ob-
lężenie i późniejsza kilkumiesięczna obserwacja coraz
bardziej rzucających się w oczy przejawów słabości
władzy cesarskiej i rozdźwięku pomiędzy nią i społe-
czeństwem zradykalizowały ich żądania i rozzuchwali-
ły.
WOJNA
Walki w grudniu 1203 r. i styczniu 1204 r. nie
przybrały charakteru starć sprzed kilku miesięcy. Były
chaotyczne i nie angażowały wszystkich sił. Działania
Greków, poza niegroźnymi wypadami z miasta, skon-
centrowały się głównie na usiłowaniu zniszczenia floty
weneckiej. Pierwsza taka próba odbyła się 20 grudnia,
ale nie przyniosła namacalnych efektów. Druga omal
nie zakończyła się pełnym sukcesem. W Nowy Rok Bi-
zantyjczycy przeprowadzili dobrze przygotowany atak
liczną flotyllą branderów: [...] wzięli siedemnaście nef,
napełnili je wszystkie wielkimi kawałkami drewna
i palnymi materiałami i pakułami, i smołą, i beczkami
i oczekiwali, aż powieje bardzo silny wiatr z ich strony.
I tej nocy, o północy podłożyli ogień na nefach i opu-
ścili żagle na wiatr, a ogień rozpalił się bardzo wysoko,
aż wydawało się, że cała ziemia płonie”. Nadpływające
brandery stanowiły wielkie zagrożenie dla skupionej na
niewielkiej przestrzeni floty krzyżowców. W ich obozie
podniosła się wrzawa, kto mógł spieszył na okręty, aby
je wyprowadzić na otwartą przestrzeń i tym samym
zminimalizować skutki ataku. Frankowie i Wenecjanie
doskonale zdawali sobie sprawę, o co toczy się gra.
Stawką w niej mogła się stać utrata floty oznaczająca w
praktyce zagładę armii. Niektóre okręty ściągano z toru
wodnego, po którym płynęły brandery, używając do te-
go szalup i haków osadzonych na długich żerdziach.
Podziw kronikarza wzbudziła nadzwyczajna sprawność
i odwaga Wenecjan. Nie wszyscy mogli jednak uczest-
niczyć w bezpośrednim ratowaniu floty. Część ludzi
musiała odpowiadać na ostrzał ze strony nieprzyjaciela.
Grecy prowadzili go nie tylko z murów, ale również
z pokładów łodzi i statków pozostających jeszcze w ich
dyspozycji. Walka trwała do rana i zakończyła się cał-
kowitym powodzeniem krzyżowców. Jakiś czas potem
przeciwnik jeszcze raz usiłował spalić wenecką flotę,
ale podczas opisanych wydarzeń utraciła ona zaledwie
jeden statek, pizański nef wypełniony, niestety, po
brzegi towarami. Jego utratę boleśnie odczuto w obo-
zie, w którym brakowało żywności i jej ceny poszybo-
wały w górę w sposób niespotykany.
Pomimo uchronienia floty przed spaleniem sytua-
cja krzyżowców nie była godna pozazdroszczenia. Pora
roku nie sprzyjała oblężeniu, a kurczące się zapasy mo-
gły skazać ich na głód i zdziesiątkować armię. W takim
stanie nie byłaby ona w stanie trwać pod murami przez
kilka miesięcy. Niespodziewanie doszło jednak do wy-
darzeń, które przyspieszyły bieg wypadków. Oto na
początku stycznia do miasta przybył protowestarius
(szambelan) Aleksy Dukas zwany Murzuflosem. Zresz-
tą przy tej okazji o mały włos nie wpadł w ręce wroga,
a podczas stoczonej u wrót jednej z bram potyczki stra-
cił wielu ludzi. Niepowodzenie nie zmniejszyło jednak
jego popularności. W oczach mieszkańców i dworskiej
opozycji uchodził on za człowieka, którego głównym
celem, w przeciwieństwie do obu cesarzy, było usunię-
cie łacinników z greckiej ziemi. Lecz wcześniej pozby-
cie się ich samych.
To drugie zadanie okazało się tym łatwiejsze do
wykonania, że schorowany i przytłoczony dramatycz-
nymi wydarzeniami Izaak zmarł prawdopodobnie
śmiercią naturalną w końcu stycznia 1204 r. Z jego sy-
nem „za radą i przyzwoleniem innych” Murzuflos roz-
prawił się jeszcze w tym samym miesiącu. Prawdopo-
dobnie 25 lub 26 stycznia doszło do zamachu pałaco-
wego, w którego wyniku Aleksego IV wtrącono do
więzienia. Dziesięć dni później Aleksy Dukas został
koronowany cesarzem. Jego wywyższenie ważyło się
przez kilka dni. Za Murzuflosem opowiedziała się
znaczna część hierarchii kościelnej i wyższych dostoj-
ników, ale gwardia wareska nie od razu uznała go za
cesarza. Ulica również była niezdecydowana. Doszło
do poważnych rozruchów, popłynęła krew. Zaraz po
pozbawieniu władzy Aleksego IV wskazywano innych
kandydatów do korony. Jeden z nich, niejaki Radinos,
zbiegł w mnisim habicie z domu, unikając w ten sposób
zarówno zaszczytów, jak i związanego z nimi ryzyka.
Nie zamierzał zostać jednodniowym monarchą. Rów-
nież Mikołaj Kabanos nie chciał przyjąć cesarskiego ty-
tułu, jednak okrzyknięto jego elekcję wbrew niemu sa-
memu. Murzuflos kazał go zgładzić kilka dni później.
Los Aleksego IV, opuszczonego przez wszystkich, tak-
że był przesądzony. Najpierw próbowano go otruć,
a następnie uduszono. Murzuflos doskonale odegrał
swoją rolę i publicznie wyraził wielki żal z powodu
niespodziewanej śmierci Aleksego. Jednocześnie kazał
go pochować z wszelkimi honorami należnymi władcy.
Niemal nikt po obu stronach murów Konstantyno-
pola nie uwierzył w naturalną śmierć Aleksego IV i do-
bre intencje Murzuflosa. Krzyżowcom jego postępek
dostarczył dobrego pretekstu do prowadzenia dalszej
wojny w imię szczytnych haseł. Zabójca i uzurpator nie
miał prawa rządzić i należało go pozbawić tronu. Zda-
niem Zdzisława Pentka: „Hipokryzja dowódców wojsk
krzyżowych zaczęła sięgać zenitu. Choć przedtem ne-
gatywnie wyrażali się o Aleksym IV, to jego odsunięcie
od tronu w wyniku działań Murzuflosa uznano za naj-
gorszą zdradę, bo targnięcie się na panującego”. W ob-
ozie Franków szybko padły słowa trafiające do przeko-
nania pielgrzymów i wojska. „Dlatego mówimy wam,
rzekli duchowni, wojna jest zgodna z prawem i spra-
wiedliwa. A jeśli macie zgodne z prawem intencje, by
zdobyć tę ziemię i oddać ją w obediencję Rzymu,
otrzymacie apostolskie rozgrzeszenie, takie, jakiego już
wam udzielono, dla tych którzy wyspowiadali się,
a zginęliby”. Oznaczało to ni mniej, ni więcej tylko po-
traktowanie Bizantyjczyków jak wrogów chrześcijań-
stwa i zrównanie walki z nimi z walką przeciwko mu-
zułmanom.
Jak zapewnia Villehardouin, od chwili objęcia tro-
nu przez Murzuflosa działania wojenne nasiliły się
i „było niewiele dni, by nie walczyli na lądzie albo na
morzu”. Frankowie przeprowadzili wypad w kierunku
miasta Filée, gdzie udało im się zdobyć wiele bydła
i zapasów żywności. Grabież trwała przez dwa dni,
część zdobyczy została wysłana do obozu drogą wodną
i dotarła tam bez niespodzianek. Powracające oddziały
Henryka z Hainaut wpadły natomiast w zasadzkę przy-
gotowaną przez Murzuflosa, ale przebieg walki był
bardzo niekorzystny dla Greków. Stracili oni cesarski
sztandar i świętą ikonę Hodegetrię namalowaną zgod-
nie z tradycją przez świętego Łukasza, sam zaś Aleksy
omal nie dostał się do niewoli. Jak niepyszny, z mocno
uszczuplonym oddziałem, wrócił do Konstantynopola,
gdzie z niego jawnie kpiono i krytykowano jako wodza.
Być może właśnie wojenne niepowodzenie i obawa
przed wrogiem spowodowały, że Murzuflos spróbował
negocjacji. Jeszcze na dzień przed zabójstwem Alekse-
go IV, 7 lutego, nowy cesarz usiłował porozumieć się
z krzyżowcami. Spotkanie wyznaczono w monasterze
Świętych Kośmy i Damiana. Rozmowy nie przełamały
impasu, każda ze stron pozostała przy swoim zdaniu.
Doszło wówczas do próby zdradzieckiego pojmania ce-
sarza przez łacinników, ale zdołał on zbiec, poświęca-
jąc swoją ochronę. Po tym incydencie nie mogło już
być mowy o pokojowym rozstrzygnięciu sporu. Tym
bardziej że pojawił się dodatkowy aspekt. „Mianowicie
Frankowie podchodzili do wydarzeń krucjaty ambicjo-
nalnie, ich duma i honor zostały urażone przez Alekse-
go IV, a śluby krzyżowe nie zostały spełnione. Po
śmierci Aleksego IV wojna z Bizancjum przybrała,
zwłaszcza dla Franków, nowy wymiar, stała się potrze-
bą rozstrzygnięcia na polu walki, kto miał rację”.
W przeświadczeniu krzyżowców zwycięstwo byłoby
równoznaczne z Boską sankcją dla wszystkich podję-
tych przez nich działań. Zwalniałoby z dylematów mo-
ralnych, wyrzutów sumienia i dowodziło zasadności
obranej przez krzyżowców drogi postępowania. Ów
nowy element w świadomości Franków, nakazujący
traktować spór z Grekami jako swoisty sąd boży, był
całkowicie obcy Wenecjanom. Dla nich Bizancjum by-
ło wyłącznie łupem, po który z wielu względów, głów-
nie handlowych i politycznych, warto było sięgnąć.
„Realizacja planu opanowania Bizancjum otwierała
przed Republiką Świętego Marka nieograniczone pole
do handlowych poczynań w tej części basenu Morza
Śródziemnego. Wtedy Wenecja mogłaby zostać hege-
monem”. Kwestie światopoglądowo-religijne w ich
przypadku nie odgrywały żadnej roli.
Wraz z początkiem wielkiego postu, który rozpo-
czął się 10 marca, krzyżowcy rozpoczęli przygotowania
do szturmu Konstantynopola. Miały one trwać aż do
pierwszych dni kwietnia. Ruszyła budowa machin ob-
lężniczych, przygotowywano również do walki flotę.
Szczegółów nie szczędzi Robert z Clari: „Wenecjanie
zbudowali mostki na nefach, a Frankowie zbudowali
inne machiny oblężnicze, które nazwali kotkami i fu-
rami, i świniami, aby podkopać i zburzyć mury; a We-
necjanie wzięli deski z domów i szczelnie je dopasowa-
li, pokryli poszycia swoich okrętów, a potem wzięli wi-
noroślą i przykryli nimi deski, aby kamieniomioty nie
mogły uszkodzić okrętów i roznieść ich na kawałki”.
Armię ożywiał duch walki i pewność zwycięstwa. Choć
liczba krzyżowców znacznie się zmniejszyła w wyniku
bitewnych strat, chorób i dezercji, ci, którzy pozostali,
święcie wierzyli w sens i powodzenie podjętych dzia-
łań. Ich atutem było zdobyte dotychczas doświadczenie
i znajomość słabych punktów po stronie nieprzyjaciela.
Czasu nie tracili także obrońcy stolicy. Murzuflos,
któremu wojenne szczęście nie dopisało w polu, okazał
się niezłym organizatorem i z energią zabrał się do
przygotowywania miasta do czekających je walk. Re-
montowano mury i bramy. W wielu miejscach, tam
gdzie fortyfikacje uległy zniszczeniu podczas poprzed-
nich ataków lub rozebrano je z rozkazu krzyżowców po
opanowaniu przez nich miasta latem poprzedniego ro-
ku, łatano i podnoszono obwałowania na niezbędną
wysokość. Wieże zostały podwyższone za pomocą
drewnianych konstrukcji. Cesarz zagonił mieszkańców
i wojsko do pracy, ale nie zdołał wlać w jednych i dru-
gich ducha walki. Ich morale zostało złamane i Aleksy
nie znalazł sposobu, aby je podnieść chociażby do po-
ziomu sprzed pojawienia się krzyżowców pod Konstan-
tynopolem. Jedyną formacją, która nie utraciła swoich
walorów bojowych, była gwardia. Jej członkowie, sto-
sownie do obowiązującej od wielu dziesiątek lat trady-
cji, przyjęli za fakt dokonany usadowienie się Murzu-
flosa na tronie i odtąd wiernie mu służyli.
Rozpoczęcie walk o miasto poprzedziła wielka na-
rada wodzów krucjaty, podczas której zawarto umowę
ustalającą sposób podziału przyszłych łupów, w tym
również ziem Bizancjum, oraz wyboru cesarza. To
ostatnie zadanie powierzono elektorom w liczbie 12, po
sześciu spośród Franków i Wenecjan. Przyszłemu cesa-
rzowi zagwarantowano czwartą część Cesarstwa, reszta
terytoriów miała zostać podzielona zgodnie ze szczegó-
łowymi zapisami pomiędzy Franków i Wenecjan. Na-
dania miały być „wolne i absolutne”, ograniczone jedy-
nie prawami cesarza jako suzerena. Ustalono także, że
patriarcha zostanie wybrany przez tę z partii, która
przegra w wyborach kandydata na cesarza. Ponadto
komisja złożona z 24 członków, po 12 delegatów spo-
śród pielgrzymów i Wenecjan, miała się zająć rozdzia-
łem zaszczytów, urzędów i stanowisk. Gwarancją wy-
konania przyjętej umowy miała być ekskomunika gro-
żąca tej ze stron, która by nie dotrzymała jej ustaleń.
Oczywiście tego typu postanowienie nabrać mogło sto-
sownej wagi dopiero po jego potwierdzeniu przez pa-
pieża, jedynego szafarza i egzekutora klątwy kościel-
nej. Bez niego pozostawało dobrowolnie przyjętą sank-
cją, bez możliwości jej praktycznego wyegzekwowa-
nia. Innocenty III, kiedy zwrócono się do niego w tej
sprawie, nie krył oburzenia i kategorycznie odmówił
prośbom krzyżowców. Dodatkowy zapis umowy po-
zwalał każdemu po upływie roku opuścić Bizancjum.
Umowa zawierała ponadto kilka innych zobowiązań,
w tym mających bardzo istotne znaczenie dla greckich
duchownych i zwykłych mieszkańców Konstantynopo-
la. Otóż „wszyscy z wojska ślubowali na święte reli-
kwie, że wszystką zdobycz w złocie i srebrze, i w no-
wych tkaninach wartości 5 solidów lub więcej zaniosą
do obozu dla sprawiedliwego rozdziału, oprócz sprzętu
i żywności, i że kobiet nie wezmą przemocą, [i] nie bę-
dą zrywać z nich odzienia, w które są one odziane, po-
nieważ tego, którego przyłapią czyniącego gwałt, od-
dadzą na śmierć. I ślubowali [...], że nie podniosą ręki
ani na mnicha, ani na kleryka, ani na kapłana, chyba że
tylko w obronie, i że nie rozbiją kościołów ani klaszto-
rów”. Zachowane źródła nie pozwalają w sposób jed-
noznaczny ustalić, która ze stron i kto imiennie był in-
spiratorem zawarcia umowy. Wielu historyków wska-
zywało dożę Dandolo, przypominając o jego osobistych
porachunkach z Bizancjum i pragnieniu zemsty. Przy-
jęcie takiego punktu widzenia, bez potwierdzenia
w faktach, stanowiłoby jednak pewne nadużycie. Nie
będzie natomiast jakimkolwiek przekłamaniem stwier-
dzenie, że marcowa umowa, w przypadku jej realizacji
po zdobyciu Konstantynopola, w sposób ostateczny
przekreślała pierwotny cel krucjaty, jakim było dotarcie
do Palestyny i udzielnie pomocy państewkom krzyżo-
wym. Przyjęte w umowie zobowiązania, ale w jeszcze
większym stopniu wynikające z niej uprawnienia dla
zdobywców, faktycznie czyniły nieprawdopodobną
dalszą podróż do Ziemi Świętej. Mogły tam dotrzeć je-
dynie nieliczne, mało znaczące grupki pielgrzymów.
Baronowie, rycerstwo, armia, wszyscy oni musieliby
pozostać na miejscu i realizować zawarty zgodnie kon-
trakt. Realnie rzecz biorąc, marcowa narada i poczy-
nione na niej ustalenia wyznaczały kres IV wyprawy
krzyżowej.
UPADEK KONSTANTYNOPOLA
Wczesnym rankiem 9 kwietnia flota krzyżowców
zbliżyła się do murów Konstantynopola i na wielu ich
odcinkach „rozpoczął się bardzo silny i bardzo ciężki
atak”. Atakowano północno-wschodni odcinek umoc-
nień pomiędzy pałacem i kościołem w Blachernach
a łańcuchem zabezpieczającym Złoty Róg. Kronikarz
wspomniał o stu miejscach, w których doszło do bez-
pośredniej walki. Opis Villehardouina zdaje się suge-
rować, że stało się to wszędzie tam, gdzie z pokładów
barek przystawiano do murów drabiny i po nich oblega-
jący usiłowali dostać się na blanki. Ponadto część krzy-
żowców zdołała opuścić statki i atakowała z lądu.
Enigmatyczne stwierdzenie marszałka Szampanii pi-
szącego o „wielu miejscach”, w których atakowano
wprost ze statków, ukonkretnił autor Devastatio Con-
stantinopolitana. W swoim dziele wspomniał on jedy-
nie o pięciu statkach, którym udało się na tyle zbliżyć
do murów, aby z ich pokładów możliwe było przysta-
wienie drabin.
Starcia wzdłuż murów z różnym natężeniem trwały
aż do zmroku, Villehardouin stwierdził, że walka wy-
gasła o godzinie dziewiątej. Obie strony zasypywały
swoje stanowiska strzałami i kamiennymi pociskami.
Krzyżowcy ciskali je ze statków i skrawków zajętego
lądu, używając wszystkich rodzajów machin oblężni-
czych. Jak obrazowo napisał Robert de Clari: „Francuzi
ustawili swoje machiny, swoje kotki, swoje fury i swoje
żółwie, by oblegać mury”. Pod niegroźną z pozoru na-
zwą kotka kryła się potężna, śmiercionośna machina
dochodząca do 5 metrów wysokości, wyrzucająca cięż-
kie kamienie na maksymalną odległość do półtora ki-
lometra! Jedna z jej dźwigni przypominała wyglądem
kocią łapę i stąd skojarzenie z kotkiem. Z kolei fury
miały trzy koła, co pozwalało łatwo nimi manewrować
na polu walki i przemieszczać machinę pod murami ob-
leganej twierdzy. Żółw — tu występowało oczywiste
skojarzenie ze znaną starorzymską formacją — był ma-
chiną zbudowana z dwóch spadzistych daszków zabez-
pieczających walczących żołnierzy podczas zbliżania
się do murów; nazywaną ją także świnią. Podobną rolę
odgrywały wykorzystywane przez saperów koty-zamki
(chats chateaux) przesuwane na kołach drewniane szo-
py mające w przedniej części dodatkową ochronną for-
tyfikację.
Ci spośród atakujących, którym udało się wspiąć
po drabinach na wysokość blanków, walczyli twarzą w
twarz z obrońcami na miecze. W żadnym punkcie
krzyżowcom nie udało się jednak przełamać twardej
obrony i nigdzie nie zdobyli przyczółka pozwalającego
na rozwinięcie ataku za murami. Ponieśli przy tym bo-
lesne straty w ludziach i sprzęcie. „Kiedy Grecy zoba-
czyli, że Francuzi oblegają, zrzucali w dół na machiny
Franków ogromne głazy, wielkie, że aż dziw; tak za-
częli miażdżyć i druzgotać w kawałki i zamieniać
w szczapy wszystkie te machiny, że nikt nie odważył
się przebywać wewnątrz ani na zewnątrz tych machin,
a z drugiej strony Wenecjanie nie mogli dotrzeć ani do
murów, ani do wież, tak były one wysokie; tego dnia
ani Wenecjanie i Francuzi nie mogli osiągnąć żadnego
sukcesu, ani na murach, ani w mieście”. Clari, który
obszernie i ze szczegółami relacjonuje walki toczone 9
kwietnia, ani słowem nie napomknął o mało chwaleb-
nym zachowaniu części krzyżowców i dodatkowym
niepowodzeniu, które ich dosięgło. Nie umknęło ono
jednak uwadze Villehardouina: „Ale przez grzechy na-
szych szturm został odparty. [...] Byli i tacy, którzy
uchylili się od ataku i statki, na których byli; a ci pozo-
stali byli zakotwiczeni blisko miasta, strzelali z kamie-
niorzutni i mangonel jedni do drugich”. Szczególnie
warto zwrócić uwagę na ostatnie słowa. Wynika z nich,
że w wyniku nieprzemyślanego rozstawienia statków
doszło do ostrzelania własnych jednostek. Dość typowa
i nierzadka podczas wojen pomyłka w tym przypadku,
wobec nieudanego ogólnego ataku, musiała z pewno-
ścią mocno wpłynąć na pogorszenie i tak nie najlep-
szych nastrojów wśród wojska. Tym bardziej że straty
zadane z własnej ręki musiały boleć wyjątkowo mocno.
Po wielogodzinnym szturmie łacinnicy zmuszeni
zostali do odstąpienia od murów. Wywołało to wielką
radość Greków, którzy uzewnętrznili ją w dość nie-
zwykłej formie: „[...] gdy Grecy zobaczyli wracających
z powrotem, krzyczeli głośno i wrzeszczeli najmocniej,
jak mogli i wspięli się na swe mury i zaczęli zdejmo-
wać z siebie odzienie i pokazywać im swoje gołe tyłki”.
Pyszna scena, choć może słowo pyszna jest tu nie do
końca na miejscu, przypomina znaną sekwencję z filmu
Braveheart z Melem Gibsonem w roli legendarnego
szkockiego bohatera narodowego Wallace'a, w której
bezwstydnie obnażone szkockie tyłki przyszło oglądać
Anglikom.
Wydaje się, iż straty krzyżowców, co potwierdza
Villehardouin, były większe niż straty obrońców. Po-
rażka wpłynęła na ostudzenie zbyt optymistycznych na-
strojów i zmusiła wodzów do naradzenia się przed pod-
jęciem kolejnych działań. Odbyła się w gorącej atmos-
ferze i nie bez kłopotów ustalono dalszą taktykę. Padły
różne propozycje i argumenty na ich poparcie. Podnio-
sły się liczne głosy, że należy zmienić miejsce ataku
i uderzyć na mury z drugiej strony, gdzie jakoby umoc-
nienia były łatwiejsze do sforsowania. Pomysł ten wy-
magałby jednak wpłynięcia floty w głąb Ramienia
Świętego Jerzego, na to zaś nie chcieli się zgodzić We-
necjanie. Ich argumentacja była sensowna i przesądziła
o jego odrzuceniu: nieznane prądy mogły doprowadzić
do rozproszenia floty i spowodować ogólne fiasko. Nie
zdołała chyba jednak całkowicie uciąć dyskusji na ten
temat: „I wiedzcie, że byli tacy, którzy chcieli, by nurt
lub wiatr zabrał statki w dół Ramienia: i to nie pociąga-
ło tych, którzy chcieli odejść z tej ziemi i wyruszyć
w drogę; i nie było to czymś niezwykłym, gdyż byli
w bardzo wielkim niebezpieczeństwie”. Słowa mar-
szałka brzmią dość tajemniczo; ciekawe, kim byli ci,
którym na sercu nie leżał los floty, skoro — jak wynika
z zacytowanych słów — w opozycji do nich pozosta-
wała grupa krzyżowców ujawniająca chęć opuszczenia
Bizancjum i udania się do Ziemi Świętej.
Ostatecznie postanowiono nie zmieniać dotychczas
zajmowanych pozycji i uderzyć w tym samym miejscu,
ale dopiero po trzech dniach, w poniedziałek 12 kwiet-
nia. W opinii większości dowódców atakowany do-
tychczas odcinek murów pomiędzy kościołem św. Teo-
dozji a pałacem Blacherny został już znacznie osłabio-
ny i fakt ten należało wykorzystać w dalszej walce. So-
botę i niedzielę postanowiono przeznaczyć na odpo-
czynek i przygotowania do szturmu. W tym czasie nie
planowano żadnych walk. I rzeczywiście nie doszło do
nich, gdyż Bizantyjczycy także nie mieli zamiaru po-
dejmować działań. Z nieudanego pierwszego ataku
krzyżowcy wyciągnęli ten wniosek, że należy przede
wszystkim zapewnić większą liczbę drabin i rzucić do
walki przeciwko wieżom więcej żołnierzy. Aby to
osiągnąć, zadecydowano, że nefy trzeba połączyć ze
sobą w pary. Takie pływające jednostki, na kształt dzi-
siejszych katamaranów, zwiększając swoją stabilność
i powierzchnię pokładu, na którym zamiast jednej moż-
na było ustawić dwie drabiny, zdaniem pomysłodaw-
ców musiały mieć wyższą zdolność bojową. Innowacja
ta bez wątpienia dawała możliwość jednoczesnego ata-
ku większej liczby ludzi, a przez to prowadziła do roz-
proszenia wysiłku obrońców.
Przygotowania łacinników nie przestraszyły Gre-
ków. Ich morale zdecydowanie wzrosło. Byli przeko-
nani, że niewielka armia wroga, poważnie przetrzebio-
na w czasie pierwszego ataku, nie zdoła sforsować po-
tężnych umocnień. Nie docenili skali motywacji i po-
tężnej wewnętrznej siły tkwiącej w krzyżowcach. Krót-
ko przed atakiem miała ona wzrosnąć jeszcze bardziej.
Powtórny szturm na miasto został poprzedzony ka-
zaniem i powszechną komunią. Przed z górą stu laty
pierwsi krzyżowcy w bardzo podobny sposób, posze-
rzony o trzydniowy post, szykowali się do decydujące-
go uderzenia na Jerozolimę. Tym razem większy nacisk
położony został na aspekty propagandowe i ideologicz-
ne uzasadnienie ataku na Konstantynopol. „Wtedy
krzyknęli po całym obozie, aby rano w niedzielę [11
kwietnia] wszyscy przybyli na kazanie i Wenecjanie,
i jedni, i drudzy, i tak uczynili. Wówczas biskupi głosili
kazania w obozie: biskup Soissons, biskup Troyes, bi-
skup Hanetaist, i pan Jan Faicete, i opat Loos, i wyja-
śnili pielgrzymom, że bitwa jest słuszna, bowiem [Gre-
cy] są zdrajcami i mordercami, i że są nielojalni, gdyż
zabili swojego prawowitego pana i są gorsi od Żydów.
I biskupi powiedzieli, że w imieniu Boga i papieża od-
puszczają grzechy wszystkim, którzy szturmowali, i bi-
skupi rozkazali pielgrzymom, by wszyscy bardzo do-
brze wyspowiadali się i przyjęli komunię, i aby nie lę-
kali się atakować Greków, ponieważ są oni wrogami
Pana”.
Zohydzenie Bizantyjczyków w oczach krzyżow-
ców nastąpiło przez postawienie ich o szczebel niżej od
powszechnie znienawidzonych Żydów. Przywoływanie
ich imienia stanowiło stały i niezawodny zabieg propa-
gandowy. Pojawiał się on w całej epoce krucjat. Pod-
czas I wyprawy krzyżowej doprowadził do straszliwych
pogromów Żydów na trasie pochodu tłumów chłop-
skich pielgrzymów, szczególnie na terenie Nadrenii.
Ktoś jeszcze gorszy od Żyda, zabójcy Chrystusa i wro-
ga rodzaju ludzkiego, nie zasługiwał na litość i walka
z nim była godna najwyższej pochwały. Dokonując
wewnętrznego duchowego oczyszczenia, krzyżowy
uczynili rzecz godną uwagi. „I rozkazano, by odnaleźć
i wygnać z obozu wszystkie wesołe kobiety i odesłać je
bardzo daleko od obozu; tak i postąpili, aż wszystkie je
umieszczono na okręcie [i] odesłano bardzo daleko od
obozu”. Powyższa decyzja bez wątpienia potwierdza, iż
towarzysząca im aura religijności i poczucie ważności
czynu, którego mieli dokonać, była najważniejsza,
a cielesne uciechy, jakich dostarczały na co dzień „we-
sołe kobiety”, zeszły na dalszy plan. Nie wszystkie ar-
mie, również w późniejszych czasach, potrafiły zapa-
nować nad tym problemem. Choć niektórzy dowódcy
czynili to nad wyraz sprawnie. Hetman Jan Zamoyski
podczas wyprawy na Psków w 1581 r. musiał posunąć
się do krwawych represji, włącznie z ucinaniem uszów
i nosów swawolnym niewiastom handlującym swoimi
wdziękami, aby wprowadzić dyscyplinę wśród żołnie-
rzy. W przypadku krzyżowców jest tylko jedno małe
„ale” ... Prostytutki wygnano z obozu dopiero po
pierwszym, nieudanym szturmie, kiedy trzeba było
uczynić wszystko, co było w mocy, aby zasłużyć na ła-
skę Boga i jego wsparcie podczas kolejnego ataku.
Wcześniej nie znalazł się nikt, nie wyłączając licznych
kapłanów i biskupów, kto wpadłby na ten prosty po-
mysł. Również w ich przypadku powaby życia docze-
snego były, zdaje się, w większej cenie, niż wynikające
z głębokiej wiary przejawy religijności i moralności.
Atak wyznaczony na poniedziałek rozpoczął się
z samego rana. Po stronie oblegających wzięli w nim
udział wszyscy zdolni do walki mężczyźni. Nie przy-
stąpili do niej jedynie ciężko ranni i obłożnie chorzy.
Los ten spotkał hrabiego Ludwika z Blois, który od
wielu tygodni cierpiał na gorączkę malaryczną i pod-
czas całej bitwy przebywał na jednej z huiss. Od po-
czątku walczący bili się z największym poświęceniem,
a wrzawa towarzysząca szturmowi była tak duża, iż
„zdawało się, iż ziemia drży”. Połączone w pary nefy
i towarzyszące im huissy, i galery podpłynęły możliwie
najbliżej murów obronnych i rzuciły kotwice. „A kiedy
zakotwiczyli, to rozpoczęli mocno atakować i strzelać,
i miotać, i rzucać na wieże grecki ogień, ale ogień nie
mógł ich opanować, dlatego że były one pokryte skó-
rami. A ci wewnątrz mocno bronili się i dobrze wyrzu-
cali pociski z 60 kamieniomiotów [...]”. Wielkie ka-
mienie, niemożliwe do podniesienia przez jednego
człowieka, spadały na okręty, jednak dzięki poczynio-
nym zabezpieczeniom, nie czyniły im większej szkody.
Krzaki winorośli i drewno doskonale amortyzowały
uderzenia. Ginęli natomiast lub odnosili ciężkie rany
ludzie. Większość nef nie była w stanie zagrozić wie-
żom. Ich konstrukcje zostały na tyle podniesione, że
tylko niewiele drabin sięgało szczytu, ponadto statki
pozostawały jednak w zbyt dużym oddaleniu od murów
obronnych. „I w całej flocie nie było więcej niż czte-
rech lub pięciu nef, które mogłyby dosięgnąć wież, by-
ły one tak wysokie; i wszystkie piętra baszt, które były
nadbudowane nad kamiennymi wieżami, miały dobrze
pięć lub sześć lub siedem [pięter] i były wszystkie [za-
pełnione] żołnierzami broniącymi baszt”. Było oczywi-
ste, że w takiej sytuacji atakującym będzie niezmiernie
trudno dokonać jakiegokolwiek wyłomu w obronie,
a każda godzina upływająca jedynie na wymianie poci-
sków przybliża ich do kolejnego niepowodzenia. Zda-
wali sobie z tego sprawę obrońcy Konstantynopola,
walcząc z największym poświęceniem. Zachęcał ich do
walki cesarz, który jednak czynił to z pewnego oddale-
nia. Jego stanowisko znajdowało się w bezpiecznym
miejscu na wzgórzu w nieznacznym oddaleniu od for-
tyfikacji, gdzie rozstawiono wielkie, kolorowe namioty
i skąd Murzuflos w obecności dworskich dostojników
i adiutantów obserwował wzmagający się bój. Niemal
dokładnie ćwierć tysiąca lat później, kiedy stolicy Bi-
zancjum znów zagroziło śmiertelne niebezpieczeństwo,
ostatni jego cesarz, Konstantyn XI, był wraz ze swoimi
poddanymi i żołnierzami w pierwszej linii walczących
i w obronie miasta położył na szali własne życie. Mu-
rzuflos nie znalazł w sobie równie wielkiej determina-
cji. Pragmatycznie zadbał, aby w przypadku porażki,
pozostała mu droga ucieczki. Ani w roku 1453 Kon-
stantynopola nie zdołało ocalić poświęcenie basileusa,
ani teraz Aleksemu V Dukasowi nie udało się tego do-
konać, dowodząc z bezpiecznego miejsca obroną mia-
sta.
O wszystkim zadecydował przypadek, jakich wiele
zna historia wojen. Kiedy po wielu godzinach walki
wydawało się, że wysiłki łacinników i ich floty, szamo-
cącej się bezsilnie wzdłuż majestatycznych murów, nie
przyniosą efektów, stało się coś, co później w obozie
Franków uznano za cud. Raz jeszcze oddajmy głos
kronikarzowi: „A pielgrzymi atakowali dotąd, dopóty
zniesiona nefa biskupa Soissons nie uderzyła o jedną
z tych baszt, dzięki cudowi boskiemu, gdyż morze ni-
gdy nie jest spokojne; a na mostku nefy był pewien
Wenecjanin i dwaj uzbrojeni rycerze; gdy nefa uderzyła
o tę wieżę, Wenecjanin uchwycił się nogami i rękami
i wykręcając się, jak mógł, dostał się doń. Kiedy w niej
był, a żołnierze, którzy byli na tym piętrze, Anglowie,
Duńczycy i Grecy, zobaczyli go, doskoczyli doń
z siekierami i mieczami, i całego rozsiekali na kawał-
ki”. Wenecjaninem, który jako pierwszy wdarł się na
basztę i również jako pierwszy okupił ten wyczyn
śmiercią, był Piotr Albertini. Zaś podwójna nefa, tak
szczęśliwie rzucona przez fale na wieżę, składała się
z dwóch okrętów — Raju i Pielgrzyma. Wspomniani
przez Clariego dwaj rycerze nazywali się Andrzej Du-
reboise i Jan z Choisy. I właśnie na pierwszego z nich
czekała niezmierzona sława zdobywcy baszty. Kiedy
nefa powtórnie w nią uderzyła, frankoński rycerz ucze-
pił się drewnianej konstrukcji i po krótkiej chwili dostał
się do środka. Ku niemu natychmiast rzucili się obroń-
cy, wymierzając śmiałkowi ciosy mieczami i siekiera-
mi. Stała się jednak rzecz zdumiewająca. Osamotniony
Dureboise nie dał się powalić wrogom ani zepchnąć ze
szczytu wieży. Życie uratowała mu zapewne w równym
stopniu doskonała zbroja, jak i konsternacja załogi wy-
wołana jego pojawieniem się na górnym piętrze baszty.
Ogarnięci paniką obrońcy popełnili niewybaczalny
błąd. Zamiast za wszelką cenę pozbyć się intruza, zbie-
gli na niższe piętro. Dureboise stał się panem najwyż-
szej platformy i to okazało się wstępem do zdobycia
Konstantynopola. Po chwili dołączył do niego Jan
z Choisy i obaj, przez nikogo nie niepokojeni, za po-
mocą grubych lin przywiązali nefę do wieży. Teraz ko-
lejni rycerze mogli bez większych problemów przedo-
stać się do baszty. Trudno się dziwić, że Clari wyczyn
Andrzeja Dureboise'a nazwał cudem boskim. Jeszcze
trudniej uwierzyć w nieodpowiedzialne zachowanie
obrońców, którzy w tak przedziwnych okolicznościach
oddali oblegającym klucz do bronionego przez siebie
miasta. Teraz wypadki przyspieszyły, choć nie można
stwierdzić, że potoczyły się lawinowo. „I kiedy ci z in-
nych niższych pięter ujrzeli, że wieża jest zajęta przez
Francuzów, ogarnął ich wielki strach, że nikt nie ośmie-
lił się pozostawać, lecz wszyscy opuścili basztę”.
Kiedy obrońcy w popłochu opuszczali wieżę zdo-
bytą przez Andrzeja Dureboise'a i żołnierzy z Raju
i Pielgrzyma, spadło na nich kolejne nieszczęście. Do
jednej z sąsiednich baszt przybił okręt Piotra z Bracieux
i jego załodze po krwawym szturmie powiodła się po-
dobna sztuka. Zdobycie dwóch pierwszych wież, a na-
stępnie opanowanie dwóch kolejnych sąsiednich baszt
przyjęte zostało przez oblegających z ogromną rado-
ścią. Nie oznaczało jednak jeszcze zdobycia miasta, je-
dynie je przybliżało. Frankowie, którzy znaleźli się
w opanowanych basztach, nie byli w stanie ich opuścić
i kontynuować natarcia. W bezpośrednim sąsiedztwie
zdobytego przyczółka — u podnóża muru, na jego ko-
ronie i w przylegających wieżach — znajdowało się
bowiem tak dużo obrońców, że walka z nimi w naj-
mniejszym stopniu nie wróżyła powodzenia. Trudno
było liczyć, że i tym razem na widok pojedynczych
krzyżowców nie podejmą walki i rozbiegną się, wpusz-
czając ich do miasta. Nie było śmiałka, który chciałby
na własnej skórze potwierdzić możliwość takiego sce-
nariusza.
Irytujący pat został niespodziewanie przezwycię-
żony za sprawą brata kronikarza, kleryka, niejakiego
Alaume'a de Clari. Znalazł się on w grupie 10 rycerzy
i ponad 60 żołnierzy, który wraz z Piotrem z Amiens
wyszli z okrętu na skrawek lądu oddzielający mur od
wód zatoki. Robert poświęcił mu kilka nad wyraz cie-
płych zdań, już w pierwszym momencie trącących
pewną przesadą: „Był tam jeden kleryk [...], który był
odważny w każdej potrzebie, gdyż był on pierwszym
we wszystkich szturmach, gdzie uczestniczył, a przy
zdobyciu wieży Galaty kleryk ten, to ryzykując wła-
snym ciałem, dokonał więcej niż ktokolwiek z wojska,
oprócz pana Piotra z Bracheux [Bracieux]”.
Któryś z jego ludzi dostrzegł w murze niewielkie,
zamurowane wejście stanowiące kiedyś zapewne se-
kretną furtkę. Zbliżenie się do niego nie było łatwe,
gdyż ze szczytu murów i sąsiednich wież sypała się
ulewa kamieni i strzał. Pomimo to Frankowie, chroniąc
się pod tarczami, dopadli do ściany i toporami, mie-
czami, drągami i kopiami zaczęli rozbijać słabszą
w tym miejscu konstrukcję. Na ich głowy polały się
wrzątek, gorąca smoła i ogień grecki. Część ludzi zgi-
nęła, wielu odniosło rany. Nie powstrzymało to jednak
pozostałych i niebawem udało im się wybić w murze
duży wyłom i wtedy „zobaczyli tylu ludzi, i znacznych,
i niskich [tj. niskiego stanu], że wydawało się, iż było
tam pół świata; i nie odważyli się z nieśmiałości
wejść”.
Śmiałość odnalazł w sobie jeden z nich, wspo-
mniany już Alaume de Clari. Odrzucił stanowczo rady
towarzyszy, w tym również brata, aby nie wstępować
w wyłom, i sam jeden, odpychając od siebie Roberta,
który siłą usiłował go zatrzymać po drugiej stronie,
przez wybity otwór ruszył ku miastu. Było absolutnie
oczywiste, iż jego czyn zakrawa na czyste szaleństwo
i pojedynczy człowiek, wynurzający się po drugiej
stronie muru, nie może w niczym zagrozić obrońcom.
Kiedy wyciągnęły się ku niemu ich zbrojne prawice, a z
góry poleciał grad kamieni, Alaume rzucił się do
ucieczki. Nie była ona jednak wynikiem paniki czy
zwierzęcego strachu przed śmiercią. Kleryk miał swój
plan. Kiedy ujrzał Piotra z Amiens i jego ludzi stoją-
cych u wejścia do wyłomu, zakrzyknął do nich: „Pa-
nowie, idźcie śmiało! Widzę, że oni odchodzą bardzo
rozbici i uciekają”. Ośmieleni tym Frankowie skoczyli
do środka i nastąpiło już kolejne tego dnia zdarzenie,
w przekonaniu olbrzymiej większości krzyżowców ma-
jące znamiona cudu. Widząc grupę kilkudziesięciu na-
pastników wyłaniających się po wewnętrznej stronie
muru, obrońcy gremialnie zaczęli się cofać i opuszczać
swoje stanowiska w sąsiedztwie wyłomu. Nie zdołał
ich powstrzymać sam cesarz, stojący nieopodal z przy-
bocznym oddziałem, jak to określił kronikarz, „tak na
rzut kamieniem”. Murzuflos wydał gwardzistom rozkaz
do ataku, ale ci, widząc zwarty szyk, w jaki ustawił
podkomendnych Piotr z Amiens, i determinację bijącą
z ich twarzy, po kilku krokach zawahali się, następnie
samorzutnie zaczęli się cofać. Było to kolejne całkowi-
cie niezrozumiałe zachowanie obrońców w długim cią-
gu zdarzeń, jakie się rozegrały tego dnia. Murzuflos,
wściekły i jednocześnie bezradny, wyczytując z reakcji
swoich żołnierzy wyrok na miasto, opuścił wzgórze
i pogalopował w kierunku pałacu Blacherny.
Frankowie nie tracili czasu na roztrząsanie przy-
czyn niepojętego zachowania Greków. Ich dowódca
wysłał część ludzi do najbliższej bramy z rozkazem
rozbicia ryglujących ją zamków i otwarcia wrót dla
oczekujących po drugiej stronie murów krzyżowców.
Zadanie zostało sprawnie wykonane, choć masywne
wrota były od wewnątrz bardzo solidnie zabezpieczone.
Kiedy ich dwa skrzydła zostały z hukiem rozsunięte,
los Konstantynopola był ostatecznie przesądzony.
„A kiedy wrota były otwarte, a ci z zewnątrz zobaczyli
to, podciągnęli swoje huisy i wyprowadzili z nich ko-
nie, dosiedli je [i] rozpoczęli w wielkim pędzie wjeż-
dżać do miasta przez te wrota”. Wkrótce dwie kolejne
bramy zostały otwarte na oścież i fala łacinników za-
częła wdzierać się do miasta. Teraz panika, która wcze-
śniej udzieliła się jedynie części obrońców, objęła nie-
mal wszystkich, zarówno żołnierzy, jak i mieszkańców.
Pospołu zaczęli uciekać w głąb miasta, wielu z nich pa-
dło pod mieczami zdobywców, którzy bez pardonu wy-
rzynali wszystkich napotkanych Greków. „Wówczas
widzielibyście zabijanych Greków. [...] A zabitych
i rannych było tam tylu, że nie było ni końca, ni miary”.
Zapewne wszyscy w Konstantynopolu doskonale
zdawali sobie sprawę, co zwykle czeka załogę i ludność
zdobytego miasta. Często zdobywcy, rozwścieczeni
oporem i poniesionymi stratami, dokonywali ich masa-
kry, nie bacząc na wiek, płeć i stan ofiar. A jeśli nawet
szczęśliwie udawało im się uratować życie, niemal
zawsze podczas rabunku dokonywanego przez rozpa-
sane, zwycięskie żołdactwo przepadał cały gromadzony
przez wiele lat dobytek. Z pewnością obaw mieszkań-
ców Konstantynopola w tym względzie — nawet gdy-
by je znali — nie byłyby w stanie rozwiać przyjęte
przez krzyżowców zobowiązania dotyczące traktowa-
nia już po zdobyciu miasta ludności cywilnej i osób du-
chownych. Miało się zresztą okazać, że nie wszystkie
z nich i w różnym stopniu zostaną spełnione.
Jednak krzyżowcy nie od razu ruszyli ku central-
nym dzielnicom i nie od razu rozpoczęli rabunek Kon-
stantynopola. Ich oddziały, po wkroczeniu w obręb mu-
rów obronnych, zatrzymały się nieopodal nich. Stało
się tak na wyraźny rozkaz baronów, którzy odbyli krót-
ką naradę i uznali, iż nieprzygotowana pogoń za cofa-
jącymi się obrońcami może przynieść fatalne konse-
kwencje. Gigantyczne miasto, z setkami mniejszych
i większych placów, pajęczą siatką wąskich uliczek
i zaułków mogło się okazać śmiertelną pułapką dla
zdobywców nieorientujących się w jego topografii.
W owym labiryncie, dającym doskonałe możliwości do
zastawiania pułapek i niespodziewanych ataków, roz-
proszoną armię łacinników zdecydowanie łatwiej było-
by unicestwić, niż podczas oblężenia lub w otwartym
polu. Tym bardziej że na każdego krzyżowca przypada-
ło kilkudziesięciu Greków. „A baronowie zgodzili się
na tej naradzie, że jeśli Grecy, którzy mieli sto razy
więcej noszących broń, niż mają Francuzi, zechcą wal-
czyć nazajutrz, to niech rankiem następnego dnia
uzbroją się i uformują swe oddziały, i niech oczekują
[Greków] na placu, który był w mieście; a jeśli [Grecy]
nie zechcą ani walczyć, ani nie zechcą poddać miasta,
to zobaczą, z której strony wieje wiatr i podłożą ogień
od nawietrznej i podpalą [miasto]; tak wezmą ich siłą”.
Jak widać, w taktyce krzyżowców ponownie pojawia
się element sztucznie wywołanego pożaru. Skutecznie
posłużyli się nim podczas pierwszego oblężenia miasta,
dlatego i tym razem nie mieli żadnych skrupułów, aby
rozmyślnie rozpętać niszczący żywioł i za cenę wiel-
kich strat materialnych osiągnąć swój cel.
Noc z 12 na 13 kwietnia oddziały łacinników spę-
dziły na gołej ziemi po obu stronach murów, w najbliż-
szej okolicy zdobytych wież i bram. Część ludzi biwa-
kowało prawdopodobnie na pogorzelisku po lipcowym
pożarze miasta, wznieconym przez Wenecjan. Baldwin
flandryjski i jego oddziały skorzystały ze zdobytych ce-
sarskich namiotów, ludzie jego brata natomiast rozłoży-
li się obozem przed pałacem Blacherny. Większość
krzyżowców była przekonana, że następnego dnia doj-
dzie do wznowienia walk. Istniejąca ciągle olbrzymia
dysproporcja sił wpływała na wyobraźnię i kazała się
liczyć z koniecznością długotrwałych, uporczywych
bojów o kolejne dzielnice stolicy. Jednak do nich nie
doszło. Nic nie wskazywało także na to, że kolejny raz
zostanie podpalone miasto, aby ogniem odgrodzić się
od wroga. Jednak pożar wybuchł, a jego sprawcy pozo-
stali nieznani. „Tej nocy, od strony leży Bonifacego,
markiza z Montferrat, nie wiadomo jacy ludzie, oba-
wiając się, by nie zaatakowali ich Grecy, podłożyli
ogień pomiędzy nimi a Grekami. I miasto zaczęło pło-
nąć, a ogień był bardzo silny i gorzał całą noc, i naza-
jutrz aż do wieczora. I to był trzeci pożar w Konstanty-
nopolu, od kiedy Frankowie weszli w tę ziemię. I spło-
nęło wiele domów, więcej niż w trzech największych
miastach królestwa Francji”. Mimo wszystko ten pożar
nie był tak niszczący jak dwa poprzednie.
W ciągu niezbyt długiej kwietniowej nocy zaszły
wydarzenia, które przypieczętowały los nie tylko sa-
mego Konstantynopola, ale i całego Cesarstwa Bizan-
tyjskiego.
Murzuflos, nie czekając ranka, potajemnie zbiegł
z miasta. Poza strażą przyboczną i grupą dostojników
zabrał ze sobą żonę cesarza Aleksego III, Eufrozynę,
a także jej córki. Na schronienie wybrał Mesynopolis
(Mesynopol) w Tracji. Prawdopodobnie rozważał szan-
se dalszej obrony stolicy, ale panika, która wybuchła po
wdarciu się łacinników do miasta i rozlewający się sze-
roką falą defetyzm oraz niewiara w możliwość pokona-
nia najeźdźców, które dotknęły również gwardię, prze-
konały go, że są one niewielkie. Szansa utraty tronu
i wraz z nim życia stawała się natomiast coraz większa.
Ucieczka cesarza spowodowała dodatkowe zamiesza-
nie, ale również próbę ratowania sytuacji przez powo-
łanie na tron kolejnego basileusa. W kościele Mądrości
Bożej purpurę wręczono Teodorowi Laskarysowi,
wbrew jego woli. Nie mogło być większego pożytku
z takiego władcy. Podobnie jak Murzuflos, on również
nie widział szans na uratowanie miasta przed łacinni-
kami i podobnie jak poprzednik, czym prędzej je opu-
ścił. Wybrał jednak przeciwny niż kierunek ucieczki.
Jedna z nielicznych galer pozostających w dyspozycji
Greków przewiozła go na azjatycki brzeg i arystokrata
podążył do Nikei. Bliska i dalsza przyszłość pokazały,
jak słusznego wyboru dokonał ten ambitny bizantyjski
arystokrata. Stał się on założycielem dynastii, która do-
prowadzić miała do reaktywowania Bizancjum. W śla-
dy Murzuflosa i Laskarysa poszła ogromna rzesza do-
stojników dworskich i arystokratów. Podobnie jak cesa-
rze wybierali oni za cel ucieczki bądź europejską część
Bizancjum, bądź starali się sforsować Złoty Róg i zna-
leźć na azjatyckim brzegu. Towarzysząca im panika
sprawiła wiele satysfakcji prostym mieszkańcom stoli-
cy, obserwującym dramatyczne sceny towarzyszące
exodusowi bogaczy.
Kiedy 13 kwietnia obudził się dzień, stolica wie-
kowego Cesarstwa Wschodniorzymskiego, miasto
szczycące się potężnymi murami, które w swoich dłu-
gich dziejach powstrzymało hordy nadchodzące od
strony Europy i z Azji, niezdobyty dotychczas Konstan-
tynopol stał otworem przed łacinnikami. Oni sami nie
od razu zdali sobie z tego sprawę. Oczekiwali nadcho-
dzących w ordynku oddziałów wroga, rosnących od-
głosów wrzawy wojennej, tymczasem przywitała ich
cisza i naprzeciw nie wyszedł nikt, kto zamierzałby się
z nimi bić. Krzyżowcy zaczęli przeczesywać najbliższy
teren, ale nigdzie żaden z wysłanych przez nich oddzia-
łów nie natknął się na wroga. Grecy nie zamierzali wal-
czyć. Wkrótce fakt ten znalazł oficjalne potwierdzenie.
Do obozu Franków przybyła wiernopoddańcza delega-
cja gwardii wareskiej i mieszkańców Konstantynopola,
w licznej asyście miejscowych kapłanów. Wedle Gun-
thera z Pairis, Grecy zwrócili się do Bonifacego
z Montferratu jak do przyszłego cesarza; w ich prokla-
macji pojawiła się formuła: „Aiios Phasilieos marchio”
— Święty Cesarz Markiz. Szczególnie Waregowie,
przyzwyczajeni do ciągłości władzy cesarskiej i wiążą-
cy własny los z tronem, byli przekonani o tym, że Boni-
facy, nominalny przywódca krucjaty, zostanie obrany
kolejnym basileusem24. Clari, Villehardouin i Chonia-
tes nie potwierdzają jednak okoliczności wskazanych
w relacji Gunthera, co może świadczyć o zmyśleniu lub
nadinterpretacji faktów. Bez wątpienia jednak najważ-
niejsze przesłanie, z jakim przybyła delegacja, brzmia-
ło: miasto bez jakichkolwiek wstępnych warunków
zdaje się na łaskę zdobywców, a lud stolicy i prości
żołnierze proszą nowych panów o łagodne potrakto-
wanie. Od niej zdumieni krzyżowcy dowiedzieli się
o ucieczce Murzuflosa i pozostałych dramatycznych
wydarzeniach, które rozegrały się nocą. Stało się jasne,
że łacinników, zamiast spodziewanej jeszcze kilka go-
dzin wcześniej walki, czeka zajęcie miasta. Nikt wów-
czas nie wiedział, jaki będzie jego przebieg.
Bonifacy z Montferratu ruszył z mocnym podjaz-
dem w kierunku pałacu Bukoleon. Jego wnętrze wypeł-
niał tłum przerażonych kobiet spośród najwyższych
sfer Konstantynopola. Wśród nich była Agnieszka, cór-
ka Ludwika VII i siostra Filipa Augusta, oraz Małgo-
rzata, córka Beli III. Towarzyszący markizowi marsza-
łek Szampanii, dostrzegając urodę i królewskie pocho-
dzenie „najznakomitszych dam świata”, zwrócił także
uwagę na materialną zawartość pałacu i wypełniający
go skarb, który „był taki, iż nie miał ani liczby, ani mia-
ry”. Potem ludzie markiza zajęli także Hagię Sophię.
Niemal jednocześnie w ręce Henryka z Flandrii wpadł
pałac Blacherny, w którym poza gromadą wystraszo-
nych greckich notabli również znaleziono wielkie skar-
by.
Inni baronowie i rycerze zaczęli zajmować wszyst-
kie większe i wystawniejsze pałace stolicy i zostawiać
w nich swoje załogi. Robert z Clari ubolewał, że wo-
dzowie wyprawy oszukali pielgrzymów, zakazując im
ruszania w głąb miasta i zajmowania odpowiednich
siedzib, podczas gdy sami weszli w posiadanie wszyst-
kich najwygodniejszych i najbogatszych miejsc. Jednak
i oni doczekali się satysfakcji: „A kiedy biedni ludzie
dowiedzieli się o tym, to ruszyli, czym prędzej, wzięli
to, co mogli wziąć; znaleźli wiele [mieszkań] i wiele
ich zajęli, a wiele pozostało, ponieważ miasto było bar-
dzo wielkie i wielce ludne”. Dość niewinnie brzmiące
zdanie skrywa w rzeczywistości tragedię Konstantyno-
pola. Stanowi kwintesencję trzydniowej grabieży, na
jaką zostało wydane nieszczęsne miasto. Ugruntowaną
praktyką było wydawanie zdobytych miast w ręce żoł-
dactwa, które mogło je rabować właśnie przez trzy dni.
Większość badaczy dziejów IV krucjaty przyjmuje, iż
stało się tak również w przypadku Konstantynopola,
jednak nieprecyzyjny zapis pozostawiony przez Ville-
hardouina może sugerować, iż okres ten mógł się prze-
ciągnąć do 18 bądź nawet do 25 kwietnia. Zwrot „wzię-
li to, co mogli wziąć”, w praktyce oznacza wszystko, na
co grabieżcy natrafili i co miało dla nich jakąkolwiek
wartość. Możni zagarnęli najsmakowitsze kąski, pospo-
lite wojsko i pielgrzymi, niczym okruchami z pańskie-
go stołu, musieli się zadowolić pozostałą resztą. Było
jej — o czym zaświadcza kronikarz — jednak niemało.
Grabież, całkowicie zgodna z wojennymi zwyczajami,
stanowiła zapłatę za wielomiesięczne wyrzeczenia i ry-
zyko kalectwa lub śmierci. Czekali na nią, w pełni za-
służyli na owe kilkadziesiąt godzin rozpasania i biada
temu, kto zechciałby odebrać im satysfakcję dzikiego
rabunku i powstrzymać przed nim. Nikt spośród wo-
dzów na to się nie zdobył. Nikt jednak zapewne rów-
nież nie przewidział jego skali i charakteru. „W zasa-
dzie nie był to zwykły rabunek czy plądrowanie zajęte-
go miasta; była to bezmyślna dewastacja resztek kultu-
ry starożytnej i kilkuwiekowej tradycji kultury mate-
rialnej Bizancjum”.
DEVASTATIO CONSTANTINOPOLITANA
Taki tytuł nosi anonimowe dzieło uczestnika kru-
cjaty, najprawdopodobniej Niemca pochodzącego
z Nadrenii, który najwięcej miejsca poświęcił w nim
zdobyciu Konstantynopola i zdarzeniom, które nastąpi-
ły po wkroczeniu krzyżowców w jego mury. Jedyny je-
go egzemplarz jest przechowywany w Wenecji. Deva-
statio, cenione przez badaczy dziejów IV krucjaty ze
względu na jasny i dokładny przekaz, rzuca wiele świa-
tła na przebieg szturmu i późniejszego rabunku doko-
nanego przez krzyżowców i nie można go nie brać pod
uwagę przy próbie odpowiedzi na pytanie, jaka była je-
go skala. Precyzyjnie nie sposób jej udzielić. Źródła, w
zależności od tego, do której ze stron — zwyciężonych
czy zwycięzców — należał autor relacji, różnią się
mocno pomiędzy sobą. Grecki punkt widzenia najsil-
niej zaakcentował Choniates, oskarżając krzyżowców
o mordy, rabunek i bezmyślny wandalizm, które w jego
relacji miejscami urosły do katastroficznych rozmia-
rów. Tyle tylko, że za słowami nie poszły konkretne
przykłady na ich potwierdzenie. Ba, wiele fragmentów
wręcz zaprzecza podstawowej tezie o hekatombie Kon-
stantynopola i jego mieszkańców. Oto jeden z opisów
zachowania Franków: „jeśli ktoś próbował ich [krzy-
żowców] uspokoić, ci szydzili z niego [...]; często wy-
ciągali miecz przeciwko tym, którzy odważali się z ni-
mi dyskutować albo sprzeciwić się im”. W innym miej-
scu swojej Kroniki Choniates opisał, jak dzięki jego in-
terwencji grupa krzyżowców uwolniła porwaną wcze-
śniej przez jednego z ich towarzyszy dziewczynę. Sce-
na to była niezwykła. Oto okrutni Frankowie, uzbrojeni
po zęby i owładnięci żądzą mordu, ulegli perswazjom
bezbronnego i zdanego na ich łaskę Greka i dobrowol-
nie odstąpili od zapewne mało chwalebnego zamiaru
pohańbienia branki. Oba przytoczone przez Choniatesa
przykłady miast potwierdzić winę krzyżowców, dostar-
czają w istocie doskonałych argumentów na rzecz ich
obrony. Może najpoważniejsze zarzuty postawił krzy-
żowcom Innocenty III w dwóch listach skierowanych
na dwór konstantynopolitański w połowie 1205 r. Pięt-
nując wymordowanie niewinnej ludności i grabieże,
wskazał także na zniszczenie bezcennych skarbów kul-
tury zgromadzonych w Konstantynopolu.
Przyjęty dość powszechnie stereotyp krwawej rzezi
i bezprzykładnego rabunku dokonanego w stolicy Bi-
zancjum przetrwał przez stulecia. Niektórzy współcze-
śni historycy na czele ze Stevenem Runcimanem, który
IV wyprawę i zdobycie Konstantynopola nazwał wręcz
zbrodnią przeciwko ludzkości, pisali o bezprecedenso-
wym, barbarzyńskim spustoszeniu miasta i rzezi jego
mieszkańców. Czytając skreślony jego ręką opis, wy-
czuwa się wyraźnie, po czyjej stronie ulokował on swo-
je sympatie i kto zasłużył na najgłębsze potępienie.
„Barbarzyństwo zdobywców Konstantynopola przeszło
wszelkie wyobrażenia. Od dziewięciu stuleci to wielkie
miasto było stolicą cywilizacji chrześcijańskiej. Prze-
trwało tam mnóstwo pomników starożytnej sztuki
greckiej, na każdym kroku spotykało się arcydzieła
znakomitych rzemieślników bizantyjskich. Wenecjanie
znali się na wartości tych dzieł.
Korzystali z każdej możliwości grabieży bezcen-
nych skarbów i wywozili je do Wenecji, aby ozdobić
nimi tamtejsze pałace i świątynie.
Francuzów i Flamandów natomiast ogarnął szał
niszczenia. Rozpasany motłoch rozbiegł się po ulicach,
rabując wszystko, co błyszczało, niszcząc wszystko,
czego nie można było zabrać, zatrzymując się tylko po
to, aby mordować i gwałcić lub włamywać się do piw-
nic z winem. Nie oszczędzono ani klasztorów, ani ko-
ściołów, ani bibliotek. W kościele Bożej Mądrości pi-
jani żołnierze zdzierali jedwabne zasłony, rozbili na
kawałki srebrny ikonostas, deptali po świętych księ-
gach i ikonach. Kiedy rozpasani żołnierze zaczęli popi-
jać z naczyń liturgicznych, jedna z ladacznic zasiadła
na tronie patriarszym i zaśpiewała karczemną piosenkę
francuską. W klasztorach gwałcono zakonnice. Wdzie-
rano się zarówno do pałaców, jak i ruder, niszcząc je
doszczętnie. Na ulicach konały od ran kobiety i dzieci.
Ów bestialski rozlew krwi i grabieży trwał całe trzy
dni, aż w końcu to piękne, ogromne miasto obróciło się
w ruinę”. Runciman, doskonały historyk o wyrazistych
poglądach i świetnym piórze, bez wątpienia mocno
przesadził. Szczególnie fragment o ekscesach w Hagii
Sophii, czyniący z grupy zezwierzęconych żołdaków
i pijanej prostytutki reprezentację krzyżowców w ogól-
ności i nadający ich haniebnemu wybrykowi rangę
symbolu obudowanego zbyt ideologiczną interpretacją,
stanowi nadużycie.
Inni historycy byli bardziej wyważeni w ocenach.
I chyba to właśnie im należy przyznać słuszność. Jako
„zbrodnia przeciw ludzkości” zdobycie Konstantynopo-
la z trudem daje się postawić w jednym rzędzie ze zdo-
byciem Jerozolimy w roku 1099 lub z okropnościami
krucjaty przeciw albigensom. Te jednak zostały zapo-
mniane, podczas gdy reputacja Cesarstwa Łacińskiego
była na zawsze splamiona. Opanowanie i złupienie
Konstantynopola miało złą prasę od samego początku.
To, że fala oburzenia ogarnęła Bizantyjczyków i zapre-
zentowali oni skrajnie negatywne oceny zachowania
znienawidzonych przez siebie łacinników, nie może
dziwić. Zaskoczenie budzi reakcja strony zachodniej.
W dziele oczerniania ponad miarę wodzów krucjaty
i jej szeregowych uczestników szczególna rola przypa-
dła tym spośród krzyżowców, którzy zawrócili spod
Zadaru, w pojedynkę lub w małych grupach zdecydo-
wali się jednak dotrzeć do Syrii. Największy atak zaś
przypuścili uczestnicy krucjaty przeciwko albigensom.
W tym przypadku mechanizm działania był oczywisty;
aby odwrócić uwagę Europy od własnych niegodziwo-
ści, należało zwrócić ją ku innemu wydarzeniu. Oko-
liczności towarzyszące powstaniu Cesarstwa Łaciń-
skiego dawały po temu wymarzoną sposobność. Jest
pewne, że po wdarciu się krzyżowców do miasta doszło
do wymordowania części ludności cywilnej i po-
wszechnego rabunku. Rzeź i ekscesy miały jednak
ograniczony zasięg zarówno terytorialny, jak i czaso-
wy. Nie dotknęły w równym stopniu wszystkich rozle-
głych dzielnic ogromnego miasta i zakończyły się
w chwili poddania przez obrońców. Stało się to 13
kwietnia lub najpóźniej 14 kwietnia, co potwierdza au-
tor Devastatio. W ciągu kilku następnych dni baronom
udało się przywrócić całkowitą dyscyplinę i karność
wśród prostych żołnierzy. Przyznaje to w swojej Kroni-
ce Niketas Choniates, którego przecież trudno posądzić
o komentarze sprzyjające łacinnikom. W powstrzyma-
niu rabunków i szału bezmyślnego niszczenia, jaki
ogarnął część krzyżowców, czynnie uczestniczyli We-
necjanie. Nie czynili tego bynajmniej z odruchu serca
i w imię humanitaryzmu, ale wyłącznie ze względu na
swój interes — zdobycia jak największych łupów. Było
oczywiste, że to po ich zgromadzeniu Frankowie będą
mogli spłacić swój dług. Paradoksalne, ale to właśnie
dzięki Wenecjanom, współzdobywcom i współgrabież-
com Konstantynopola, zachowała się duża część kultu-
ralno-artystycznej spuścizny Bizancjum. Symptoma-
tyczne, że na temat gwałtów, mordów i rabunków Clari
i Villehardouin wypowiadają się nad wyraz enigma-
tycznie. Stwierdzenie drugiego z nich, że „inni ludzie
rozbiegli się po mieście, dość zagarniając [...]”, można
interpretować w różnoraki sposób. Wskazuje ono raczej
na grabież niż mordy, chociaż te drugie towarzyszyły
zwykle rabunkom. Jednak akcent jest wyraźny.
Może więc należy zaufać Robertowi z Clari, kiedy
pisze, że „gdy miasto zostało zdobyte, nie wyrządzili
krzywdy ani biednym, ani bogatym. Lecz wyszli ci,
którzy chcieli iść [z miasta], a którzy chcieli [pozostać]
pozostali; wyszli z miasta najbogatsi”, z tym jednakże
zastrzeżeniem, że zapewne nie czyniono krzywdy tylko
tym z nich, którzy dali się obrabować i nie stawiali
czynnego oporu. Poważnym argumentem za przyjęciem
jako wiarygodnych relacji zachodnich kronikarzy wy-
daje się stwierdzenie, że w wielu innych fragmentach
swoich relacji nie ukrywali epizodów wystawiających
krzyżowcom jak najgorsze świadectwo. Dlaczego aku-
rat przy opisie zdobycia miasta mieliby rozmijać się
z prawdą? W ich oczach, czemu wielokrotnie dawali
dowody, Grecy byli zdrajcami, kłamcami, wstrętnymi
schizmatykami zasługującymi na przykładne ukaranie.
Czy zatem skrywaliby przed potomnymi rzeź owych
odszczepieńców, całkowicie zasłużoną w świetle przed-
stawionej oceny?
Nie istnieją żadne pewne źródła, w których można
by znaleźć szczegółowe dane dotyczące liczby ofiar.
Ba, tylko jedno z nich wskazuje konkretne wielkości.
W dziele Gunthera z Pairis Historia Constantopolitana
pojawiła się liczba 2000 zabitych. Kilkadziesiąt razy
niniejsza niż podczas szturmu Jerozolimy w 1099 r.
Zdumiewająco, by nie powiedzieć podejrzanie wręcz,
niska, zważywszy rzekomą srogość ze strony krzyżow-
ców i stanowiąca zaledwie ułamek procenta ogólnej
liczby mieszkańców, sięgającej przecież niemal pół mi-
liona. Wypada również zwrócić uwagę i na ten fakt, że
w średniowieczu niemal wszyscy bez wyjątku kronika-
rze cierpieli na manierę wyolbrzymiania faktów
i wskazywania liczb wyższych od rzeczywistych. Czy-
nili tak niemal zawsze, kiedy jakieś wydarzenie przy-
kuwało ogólną uwagę, a oni sami, opisując je, pragnęli
nadać mu jeszcze większy rozgłos i rangę. Być może
zatem warto zaufać relacjom Clariego i Villehardouina
i przyjąć, że po ucieczce Murzuflosa i ustaniu walk
rozpoczęła się grabież, ale nie było już mowy o rzezi
mieszkańców. Jeżeli zaś dochodziło wówczas do mor-
dów, to stanowiły one jedynie ekscesy. Zresztą, surowo
karane.
Czarna propaganda związana ze zdobyciem Kon-
stantynopola da się porównać z tonem relacji europej-
skich kronikarzy relacjonujących upadek Jerozolimy
i rzekome gwałty i okrucieństwa ze strony zwycięskich
muzułmanów. Tymczasem armia Saladyna, co może
zresztą dziwić, zważywszy wcześniejsze o niecały wiek
„dokonania” krzyżowców szturmujących Święte Mia-
sto, zachowała się nad wyraz powściągliwie, w sposób
zgoła nieprzystający do okrutnych zwyczajów epoki.
Niewierni Saraceni pokazali oblicze, o jakim wyznaw-
cy „prawdziwej religii” mogli jedynie marzyć. Gdyby
tylko tego rodzaju marzenia znajdowały dostęp do ich
zakutych w żelazo głów.
ŁUPY
Łupy zdobyte w Konstantynopolu wielu mogły
wydać się bajeczne. Robert de Clari został nimi wręcz
olśniony: „[...] nigdy od stworzenia świata nie widziano
zdobytego tak wielkiego dobra ani tak szlachetnego, ani
tak bogatego, ani w czasach Aleksandra, ani w czasach
Karola Wielkiego, ani dotąd, ani potem; sądzę, że w 40
najbogatszych miastach świata nie znalazłoby się tyle
dobra, ile zostało znalezione w Konstantynopolu.
A Grecy świadczyli, że dwie trzecie bogactw świata
jest w Konstantynopolu, a trzecia [część] rozsiana po
świecie”. Szczególnie wielkie wrażenie wywarł na nim
wygląd pałaców Bukoleon i Blacherny. Temu pierw-
szemu, kryjącemu w swym wnętrzu niemal pięćset
komnat, poświęcił długi i szczegółowy opis, wyróżnia-
jąc przede wszystkim tzw. Świętą Kaplicę. Była ona
„tak bogata i wspaniała, że nie było tam ani jednego
drewnianego zawiasu, ani jednej zasuwki, ani jednej
części, którą zwyczajnie robi się z żelaza, a która była-
by całkiem ze srebra, i tam nie było ani jednej komnaty,
która nie byłaby bądź z jaspisu, bądź z porfiru, bądź
z innych bogatych, drogocennych kamieni. A posadzka
kaplicy była z białego marmuru, tak gładkiego i prze-
zroczystego, że zdawało się, iż jest z kryształu [...]”.
Kaplicę wypełniały bajeczne skarby — relikwie zwią-
zane z Chrystusem, święte ikony, wyroby ze szlachet-
nych kruszców, dzieła sztuki. Clari dokładnie opisał
znalezione relikwie, wśród nich kawałki krzyża, na któ-
rym konał Zbawiciel, okucia kopii, którą rzymski żoł-
nierz zadał mu cios w bok, i gwoździe wykorzystane do
przebicia jego rąk i nóg. Pośród skarbów zagarniętych
w pałacu Blacherny opisał cesarskie korony i szaty wy-
sadzane drogocennymi kamieniami oraz liczne sprzęty
wykonane ze złota.
Precyzyjne określenie wartości łupów zagarniętych
przez krzyżowców nie jest możliwe. Wszystkie relacje
naocznych świadków różnią się ze sobą, podobnie jak
oceny dokonywane przez historyków. Często pojawia
się w nich liczba 800 000 lub 900 000 marek, co ma
związek z zapiskiem pozostawionym przez Villehar-
douina: „Dobrze możecie wiedzieć, że wielka była
zdobycz; gdyż bez tego, co ukradziono, i bez części
Wenecjan, zostało dobrze czterysta tysięcy marek sre-
bra, i dobrze dziesięć tysięcy uprzęży, takich i innych”.
Część badaczy sądzi jednak, że wartość zdobyczy była
dużo niższa, pisząc o sumie 300 000 marek do podziału
pomiędzy krzyżowców i Wenecjan. Oznaczałoby to, iż
Frankowie uzyskali 150 000 marek, z czego 50 000 zo-
stało zwrócone Wenecjanom z tytułu zaległych rozli-
czeń. Pozostałość rozdzielono pomiędzy poszczegól-
nych krzyżowców i nie były to bynajmniej kwoty, które
mogłyby uczynić z nich bogaczy. W ręce rycerzy do-
stało się po 20 marek, a duchowni i konni wojownicy
otrzymali połowę tej sumy. Najniżej, co zrozumiałe,
wycenione zostały zasługi zwykłych piechurów, którzy
dostali po 5 marek. Bez wątpienia zdobywcy spodzie-
wali się większych łupów. To, co uzyskali, było dalekie
od wyobrażeń, i w rzeczywistości rozwiewało mit, że
większość światowych skarbów zebranych jest w Kon-
stantynopolu. Należy przyjąć, że spora część zdobyczy
nie została jednak nigdy ujawniona ani ujęta w jakich-
kolwiek spisach i rejestrach i najzwyczajniej „rozpłynę-
ła” się wśród zdobywców Konstantynopola, w tym za-
równo żołnierzy, jak i zwykłych pielgrzymów towarzy-
szących armii. Podobny los spotkał także niektóre ze-
brane już i przeznaczone do podziału dobra, które
zgromadzono w trzech wyznaczonych w tym celu ko-
ściołach. Miały one być strzeżone przez grupę dozor-
ców wybranych spośród rycerzy, pielgrzymów i We-
necjan. Niektórzy z nich nie okazali się dość odporni na
blask złota i sami zamienili się w rabusiów. O niehono-
rowym i niezgodnym ze złożoną przysięgą zachowaniu
w wielu miejscach piszą obaj kronikarze. „Razem ze-
brano pieniądze i zdobycz, a wiedzcie, że wszystko nie
zostało przyniesione [...]. A przyłapanym na kradzieży,
wiedzcie, że uczyniono wielki sąd i dość powieszono”.
CESARSTWO ŁACIŃSKIE
Po zdobyciu stolicy Bizancjum najdonioślejszym
wydarzeniem o charakterze polityczno-prawnym stał
się wybór cesarza. Dokonano go w pałacu na placu Au-
gustaion 9 maja 1204 r. Dość znaczną zwłokę w wybo-
rach spowodowała konieczność uporządkowania miasta
po walkach, zgromadzenia i podziału zdobyczy, wresz-
cie przeprowadzenia licznych pochówków. W przeciw-
nym razie zarówno łacinnikom, jak i mieszkańcom
Konstantynopola mogła zagrozić zaraza.
Cesarzem został wybrany Baldwin IX hrabia Flan-
drii i Hainaut. Do ostatniej chwili o wybór zabiegał
Bonifacy z Montferratu, który wydawał się naturalnym
kandydatem do tronu. Przemawiało za nim stanowisko
wodza wyprawy, dotychczasowe dokonania, historia
rodu zaangażowanego w ruch krucjatowy oraz stosunek
Greków i gwardii wareskiej, widzących w nim następcę
rodzimych władców. Teoretycznie jeszcze bardziej
podniósł on swoje i tak duże szanse przez małżeństwo
z wdową po Izaaku, Małgorzatą węgierską. W praktyce
energiczny i ambitny hrabia Bonifacy był nie do zaak-
ceptowania przez Wenecjan, którzy na cesarskim tronie
woleli widzieć człowieka mniejszego kalibru i słabsze-
go charakteru. Baldwin spełniał te warunki.
Ponadto miał ogromny majątek i reprezentował
świetny ród. Był człowiekiem, który wedle oczekiwań
doży Dandola zadowoli się blaskiem korony i pozor-
nym splendorem władzy, dając sobą w praktyce kiero-
wać w sprawach mających istotne znaczenie dla Repu-
bliki Świętego Marka. Nie pomylili się, choć rachuby
związane z osobą Baldwina przepadły wraz z nim
w dramatycznych okolicznościach zaledwie po roku,
o czym będzie jeszcze mowa.
Wybór cesarza poprzedziły niesnaski wśród baro-
nów, którzy, każdy oddzielnie, usiłowali realizować
swoje polityczne cele. Z tego powodu długo nie potrafi-
li wybrać grupy elektorów, którzy zgodnie z wcześniej-
szymi ustaleniami mieli uczestniczyć w wyborze cesa-
rza. W przeciwieństwie do nich Wenecjanie bez jakich-
kolwiek problemów wskazali sześciu delegatów, byli
to: admirał Vitale Dandolo, Otton Querini, Bertuccio
Contarini, Pantaleon Barbo, Jan Basegio, Mikołaj
Navigaioso. Baronowie, nie chcąc ustąpić któremukol-
wiek z konkurentów i zgodzić się na jego kandydatów,
ostatecznie powołali elektorów spośród duchownych.
Zostali nimi biskupi Soissoins, Troyes, Akki, Betlejem,
Halberstadt i opat cysterski z Loos. Dwaj główni kan-
dydaci, pragnąc uniknąć późniejszych sporów, zawarli
ze sobą umowę, zgodnie z którą przegrany miałby pra-
wo do lenna w Azji Mniejszej i na greckich wyspach.
Porozumienie miało zabezpieczyć armię przed rozła-
mem, do jakiego, na tle urażonej dumy Rajmunda
z Saint-Gilles, doszło podczas I krucjaty po wyborze
Gotfryda z Bouillon na władcę Królestwa Jerozolim-
skiego.
Koronację wyznaczono na 16 maja. Odbyła się ona
w Hagii Sophii i w pojęciu prawnym zapoczątkowała
byt nowego tworu — Romanii (Cesarstwa Łacińskie-
go). Ceremonii towarzyszyła wielka pompa i przepych.
Stawili się wszyscy łacińscy wielmoże i całe rycerstwo.
Baldwin wystąpił w przepysznym stroju tkanym złotem
i przyozdobionym szlachetnymi kamieniami. Kiedy
wprowadzono go przed ołtarz, Ludwik z Blois podał
mu cesarski sztandar, a Hugon z Saint-Pol wręczył
miecz. Najważniejsze zadanie miał jednak Bonifacy
z Montferratu, trzymający w swoich rękach koronę,
oraz dwaj towarzyszący mu biskupi. Baldwin ukląkł
i wówczas zdjęto mu z ramion pelerynę i palium, roz-
pięto chiton, a następnie został pomazany na cesarza.
Bonifacy przekazał duchownym koronę, a oni ją pobło-
gosławili i zaraz potem włożyli na skronie Baldwina.
Na jego szyi biskupi zawiesili pokaźnych rozmiarów
drogocenny kamień, należący kiedyś do cesarza Manu-
ela I. Cesarz zasiadł na tronie, trzymając w rękach wrę-
czone mu insygnia władzy — berło i złotą kulę z krzy-
żem. Odbyła się msza. Po niej w otoczeniu baronów,
wśród wiwatów, siedząc na białym rumaku, Baldwin
przemieścił się do pałacu Bukoleon, aby odbyć korona-
cję według tradycyjnego ceremoniału bizantyjskiego.
Fakt ten miał przekonać szczególnie Greków do inten-
cji kontynuowania dotychczasowego Cesarstwa. Bald-
win przyjął tyleż długi i skomplikowany, co dostojnie
brzmiący tytuł: Balduinus. Dei gratia fidelissimus in
Christo imperator, a Deo coronatus, Romanorum mod-
erator et semper Augustus.
Kilka dni po koronacji wybrano patriarchę. Zgod-
nie z wcześniejszym porozumieniem i za sprawą trzy-
nastu kanoników-elektorów został nim Wenecjanin
Tomasz Morosini. Doszło do sytuacji mocno krępują-
cej, zważywszy, iż Wenecjanie byli wciąż obłożeni pa-
pieską ekskomuniką. Lecz w Konstantynopolu nikt na
ten szczegół nie zważał. Podobnie jak na fakt, iż Moro-
sini był jedynie subdiakonem.
Zresztą wkrótce sytuacja się wyklarowała. Zaraz
po koronacji cesarz skierował do papieża list, w którym
obok relacji ze zdobycia Konstantynopola i później-
szych, tak radosnych dla siebie wydarzeń, prosił o zdję-
cie klątwy z Wenecjan, jakże ważnych sojuszników
w zbożnym dziele upokorzenia schizmatyckich Gre-
ków. Pierwszy list nie dotarł do adresata, zatem Bald-
win ponowił korespondencję. Odpowiedź nadeszła
prawdopodobnie w grudniu 1204 r., a papieski list nosił
datę 7 listopada. Jego treść stanowiła dla wodzów wy-
prawy miłą niespodziankę. Cesarz czytał w nim: „Ra-
dujemy się w Panu, który daje łaskę pokornym i ze-
chciał zdziałać wspaniałe cuda w tobie na cześć i chwa-
łę swojego imienia, na zaszczyt i korzyść Stolicy Apo-
stolskiej, na pożytek i radość ludu chrześcijańskiego,
przez milczenie o twojej wspaniałości”. Zabrakło w pa-
pieskiej korespondencji, co prawda, zapowiedzi cofnię-
cia ekskomuniki, ale Innocenty III pogodził się z fak-
tami i deklarował objęcie swoją opieką Cesarstwa Ła-
cińskiego. W jednym z kolejnych listów papież naka-
zywał wszystkim chrześcijanom spieszenie z pomocą
nowo powstałemu państwu, co jednoznacznie świad-
czyło o jego prawnym uznaniu. Poprawie uległy rów-
nież stosunki między Rzymem a Wenecją. Ich wykład-
nikiem stało się zatwierdzenie Morosiniego jako pa-
triarchy.
Realizacja umowy zawartej pomiędzy Baldwinem
i Bonifacym omal nie zakończyła się bratobójczą woj-
ną. Cesarz został zaskoczony przez markiza propozy-
cją, aby w zamian przyrzeczonych mu lenn azjatyckich
i na wyspach greckich otrzymał ziemie trackie z Salo-
nikami. Przekonywał, iż jako szwagier króla Węgier,
Emeryka, sąsiadowałby z jego posiadłościami. Był to
dość wątły argument, gdyż Trację oddzielała od Węgier
Bułgaria, jednak cesarz, po wahaniach, przystał na
prośbę Bonifacego. Nie chciał zrażać do siebie najpo-
tężniejszego z baronów, ponadto ewentualna zwycięska
kampania w Grecji mogła przynieść wiele pożytku
młodemu państwu. Ostrego sporu na tle sprawy Salonik
nie dało się jednak uniknąć. Wybuchł on podczas spo-
tkania wojsk obu feudałów pod Mesynopolem, gdzie po
ucieczce z Konstantynopola rezydował Aleksy III. Bo-
nifacy gwałtownie zaprotestował wobec zamiaru Bald-
wina wkroczenia do Salonik. Kiedy cesarz się przy nim
upierał, mówiąc, iż zamierza „uczynić swe inne sprawy
w tej ziemi”, markiz zagroził mu wypowiedzeniem po-
słuszeństwa. Oświadczenie to spowodowało groźny
rozłam wśród rycerzy towarzyszących Bonifacemu.
Część z nich, głównie stronnicy Filipa Szwabskiego,
opowiedzieli się za markizem, inni zajęli stronę Bald-
wina. Podczas gdy cesarz ruszył w kierunku Salonik,
markiz, dzięki estymie, jaką u Greków cieszyła się jego
żona, bez walki zajął potężnie ufortyfikowaną Didymo-
tykę. Stamtąd na czele własnych wojsk i posiłkowych
greckich oddziałów pociągnął na Adrianopol, obsadzo-
ny przez cesarską załogę. Kiedy po krótkiej blokadzie
Baldwin zajmował Saloniki, jego krnąbrny wasal roz-
poczynał oblężenie potężnej trackiej twierdzy. Wyda-
wało się, że walka pomiędzy łacinnikami jest nieunik-
niona. Krew jednak nie popłynęła. Sprawy na czas ujęli
w swoje ręce doża Dandolo i hrabia Ludwik z Blois,
wysyłając Villehardouina z poselstwem do Bonifacego.
Było to celne posunięcie, gdyż bardzo cenił on mar-
szałka i ufał mu. Rozmowy nie były łatwe, w końcu
jednak Bonifacy zgodził się odstąpić spod Adrianopola.
Postanowił w Didymotyce oczekiwać na rozstrzygnię-
cie sporu, zdając się na orzeczenie rady baronów i do-
ży. Podjęte przez Dandola i hrabiego Ludwika działania
rozsierdziły jednak Baldwina. Ich pośrednictwo w roz-
strzygnięciu konfliktu nie bez racji potraktował jako
podważanie cesarskiego autorytetu. W pierwszym mo-
mencie zamierzał nawet zaatakować wojska markiza,
jednak jego oddziały zostały zdziesiątkowane przez za-
razę i cesarz musiał zrewidować swoje plany. Ostatecz-
nie przy udziale i pośrednictwie pięcioosobowej rady
doszło do porozumienia, które przewidywało zamianę
Didymotyki na Saloniki. Prawdopodobnie jeszcze la-
tem Bonifacy z Montferratu ogłosił się ich królem.
Gorszące wydarzenia mocno nadwerężyły prestiż
cesarza nie tylko w oczach łacinników, ale również
wśród tej części ludności greckiej, która pogodziła się
z podbojem i koniecznością pokojowego współistnienia
ze zdobywcami. Zrozumiała ona, że w walce o władzę
nie cofną się oni przed niczym. Istotnym pocieszeniem
dla Baldwina stał się natomiast fakt rozciągnięcia wła-
dzy Cesarstwa na rozległe terytoria na zachód od Kon-
stantynopola i opanowania około 60 twierdz i miast.
Oznaczało to udany wstęp do realizacji marcowego
układu o podziale Bizancjum.
Zażegnanie sporu pomiędzy cesarzem a Bonifacym
z Montferratu oznaczało odsunięcie niebezpieczeństwa
wojny domowej. Fakt ten wywołał skrajne reakcje:
„I tak jak radowali się Frankowie, tak Grecy smucili
się, ponieważ bardziej pragnęli wojny i zamętu”. Było
oczywiste, że zbrojny konflikt wśród nielicznych zdo-
bywców, który w pewnym momencie wydawał się nie-
unikniony, mógł przekreślić ich militarny i polityczny
sukces już zaledwie kilka miesięcy po zdobyciu Kon-
stantynopola.
Wczesną jesienią 1204 r. doszło do spisania doku-
mentu ustalającego sposób podziału zdobytych już
i pozostających jeszcze do opanowania terytoriów po-
między strony umowy. W praktyce zmierzała ona do
realizacji układu przyjętego w marcu tego samego roku.
Nazwa wspomnianego dokumentu brzmiała Partitio
terrarum Imperii Romanie. Dzieląc pobizantyjskie tery-
toria, po 3/8 przyznano Wenecji i krzyżowcom, a 1/4
— cesarzowi. Wysokość nadziałów poszczególnych ba-
ronów i ich wasali uzależniona była od ich pozycji
w hierarchii feudalnej. Część, która przypadła Baldwi-
nowi I — połowa Tracji, północno-zachodnia część
Półwyspu Anatolijskiego oraz wyspy na Morzu Egej-
skim z Samos, Chios i Lesbos — została podzielona na
osiem lenn. Jedno z nich przypadło joannitom, pozosta-
łe znaczniejszym feudałom. Byli wśród nich m.in. Hen-
ryk z Hainaut, Ludwik z Blois, Stefan z Perche, Teodo-
ryk z Loos. Z pozostałych 3/8 przypadających na za-
chodnią Trację, Pelagonię i Tesalię wydzielono posia-
dłości dla Teodora Vranasa (Apros), Geoffroya z Ville-
hardouin (Macri-Trajanpolis-Vira), Hugona z Saint-Pol
(Didymotyka) i Bonifacego z Montferratu, który,
o czym była już mowa, objął we władanie Saloniki.
Stamtąd miał rozszerzyć władztwo na wschodni Pelo-
ponez i Beocję.
Wenecki udział objął Wyspy Jońskie, część wysp
na Morzu Egejskim, Kretę, Eubeę, południowo-
zachodni Peloponez. Z ziem tych wyodrębniono sześć
jednostek administracyjnych — podzieloną na dwana-
ście baronii Achaję, Adrianopol, Korfu, Modon, Koron
i Rodostos. Wenecjanom najbardziej zależało na posia-
daniu portów zapewniających możliwość handlu i kon-
trolę nad żeglugą i dlatego zrezygnowali z opanowania
Epiru i Etolii. Wynikający z Partitio terrarum Imperii
Romanie podział Konstantynopola przewidywał odda-
nie 3/8 w posiadanie Wenecji, cała reszta zaś miała sta-
nowić domenę cesarza. System prawny na podbitych
terytoriach miał być poddany regulacjom obowiązują-
cym w Ziemi Świętej, gdzie obowiązywał zbiór zasad
pod nazwą Assises de Jeruzalem.
Wraz z nadaniami lennymi rozdzielno najważniej-
sze urzędy i godności w nowo powstałym cesarstwie.
Spodziewany zaszczyt spotkał dożę Dandolo, który zo-
stał uhonorowany tytułem despoty. Urząd konetabla
dostał się hrabiemu Hugonowi z Saint-Pol, a Villehar-
douin stał się marszałkiem Romanii. Godności podcza-
szego, wielkiego kuchmistrza i zarządcy piekarni cesar-
skiej dostały się odpowiednio Emilianowi z Brabancji,
Manassesowi z Lisie i Makaremu z Saint-Menehould.
Konon z Béthune miał odpowiadać za cesarską garde-
robę.
W chwili dokonywania podziału ziem Bizancjum
pomiędzy uczestników wyprawy, jedynie część jego
rozległych terytoriów pozostawała faktycznie w ich po-
siadaniu. Pozostałe należało dopiero zdobyć. Wałki
o nie zaangażowały niemal wszystkie siły krzyżowców,
koncentrując się głównie w części europejskiej podbi-
tego Cesarstwa. Był to wielki błąd. „Trzeba też powie-
dzieć, że Baldwin i jego doradcy nie zwrócili należytej
uwagi na azjatycką część Cesarstwa. Od początku ba-
ronowie interesowali się tym, co na zachód od Kon-
stantynopola. To, co leżało z drugiej strony Bosforu,
cieszyło się mniejszym zainteresowaniem”.
Ów karygodny brak zainteresowania i odsuwanie
na później objęcia lenn azjatyckich spowodowały po-
wstanie i okrzepnięcie niewielkich państewek postbi-
zantyjskich. Zaraz po upadku Konstantynopola powsta-
ło najsilniejsze i najbardziej rozległe Cesarstwo Nikej-
skie, rządzone przez Teodora Laskarysa. Jednodniowy,
a precyzyjnie rzecz ujmując — właściwie zaledwie
jednonocny cesarz Bizancjum już do śmierci będzie
marzył o jego odbudowie i powrocie na tron Konstan-
tynopola. Na północno-wschodnich krańcach Nikei
powstało miniaturowe Cesarstwo Trapezuntu (Trebi-
zondy) pod władzą dwóch wnuków Andronika I, Alek-
sego i Dawida, tzw. Wielkich Komnenów. Kilku in-
nych bizantyjskich możnowładców sięgnęło po rządy
w Filadelfii, Samsunie i dolinie rzeki Meander. Miały
one jednak przejściowy charakter. Na terenie Europy,
w Beocji, znaczną aktywność polityczną i militarną
przejawiał niejaki Leon Sguros, który już na przełomie
1203 i 1204 r. na pieczęciach umieszczał zawłaszczony
przez siebie tytuł sewastohypertatosa (najczcigodniej-
szy). Aby dodać znaczenia swojej osobie i legitymować
podejmowane działania, Sguros ożenił się z córką
Aleksego III, Eudoksją. Jego oddziały zajęły Naples
i Korynt, dwa ważne porty na Peloponezie, a później
bezskutecznie zaatakowały Ateny. Najważniejsze mia-
sto starożytnej Grecji obronił brat Niketasa Choniatesa,
metropolita Mikołaj Choniates. Jednak to nie Sguroso-
wi było pisane założenie najsilniejszego państwa post-
bizantyjskiego w Europie. Uczynił to Michał I Komnen
(Michał Angelos Komnen), kuzyn Izaaka II i Aleksego
III. Rządzony przez niego Despotat Epiru przez wiele
lat miał pretendować do roli kontynuatora i zarazem
przyszłego odnowiciela Bizancjum.
W okresie pomiędzy jesienią 1204 r. a wiosną
1205 r. krzyżowcy zaangażowali się w niewielkie kam-
panie, które pozwoliły im rozciągnąć kontrolę nad ko-
lejnymi terytoriami Bizancjum. Ich siły znacznie
wzmocniły posiłki, które przypłynęły z Syrii. W więk-
szości byli to rycerze, którzy wcześniej opuścili armię
krzyżowców i na własną rękę popłynęli do Ziemi Świę-
tej. Wieści o zdobyciu Konstantynopola, a przede
wszystkim o możliwości uzyskania bogatego nadania,
skłoniły ich do powrotu. W grupie przybyłych spośród
znanych postaci znaleźli się Stefan z Perche, Reginald
z Montmirail, Teodoryk z Termond oraz Geoffroy de
Villehardouin, imiennik i bratanek marszałka Romanii.
Z garścią rycerzy i kilkuset serwientami wylądował on
w okolicy Modonu na Peloponezie.
Wraz z Wilhelmem z Champlitte, we współdziała-
niu z Bonifacym z Montferratu oraz przy pomocy miej-
scowych Greków w ciągu kilku miesięcy młody Ville-
hardouin zdobył prawie cały Peloponez, na którym po-
wstało Księstwo Morei (Achai). Jego pierwszym, nie-
mal całkowicie suwerennym władcą został Wilhelm
z Champlitte. Achaja, najbardziej oddalona od Kon-
stantynopola spośród wszystkich ziem opanowanych
przez krzyżowców, w przyszłości z każdym rokiem
swojego istnienia miała stawać się coraz bardziej auto-
nomiczna wobec Cesarstwa Łacińskiego. W niedale-
kich od Peloponezu Atenach po władze sięgnął nato-
miast Otton z La Roche, jeden z mniej znanych ryce-
rzy, który podczas krucjaty nie wyróżnił się niczym
szczególnym. Jego kariera dowodziła, jak atrakcyjne
dla ówczesnego zachodnioeuropejskiego rycerstwa po-
trafiły być zamorskie, zdobywcze wyprawy. Przyjął on
tytuł księcia Aten.
Podczas gdy Wilhelm z Champlitte, Bonifacy
z Montferratu, Otton z La Roche zdobywali ziemie pod
swoje przyszłe władztwa i zajmowali trony Morei, Sa-
lonik i Aten, Baldwin I skierował niewielkie ekspedy-
cje do Tracji oraz na teren Azji. Uczestniczyli w nich
Rajner z Trit, Henryk z Flandrii, Ludwik z Blois, Ma-
kary z Saint-Menehould. Pierwszy z nich posunął się
w górę Maricy, zajął Filipopol (Płowdiw) i rozległe
lenna wokół twierdzy. Była to najbardziej na północny
zachód wysunięta placówka krzyżowców i jednocze-
śnie najbardziej zagrożona atakiem ze strony Bułgarów.
Pozostali ruszyli na wschód i pomimo niewielkich sił,
jakie ze sobą wiedli, odnieśli pasmo budzących podziw
sukcesów. Hrabia Ludwik w bitwie stoczonej 6 grudnia
1204 r. koło zaniku Pumenienor (Poemanenos) rozbił
wojska Teodora Laskarysa i dokonał znaczących zdo-
byczy terytorialnych w Bitynii. Władca Nikei został
pokonany także w bitwie na przedpolach Adramitty
stoczonej 19 marca 1205 r. Tym razem jego pogromcą
okazał się Henryk z Flandrii. Sukcesem łacinników za-
kończyły się również działania Makarego z Saint-
Menehould, który zdobył Nikomedię. W ten sposób
powstał szeroki bufor chroniący Konstantynopol przed
atakiem od strony Azji, a jednocześnie podstawa teryto-
rialna do prowadzenia dalszych zdobywczych operacji.
Walki z Laskarysem potwierdziły militarną wyższość
krzyżowców nad Grekami, ale jednocześnie pokazały,
iż w przeciwieństwie do działań w Europie, ich opór
jest lepiej zorganizowany i kieruje nim zdeterminowa-
ny przywódca. Zapowiadało to problemy w przyszłości.
KOLOS NA GLINIANYCH NOGACH
Polityczna i militarna słabość Cesarstwa Łaciń-
skiego została brutalnie obnażona zaledwie rok po jego
powstaniu. Stało się to za sprawą Bułgarów, ale
w znacznej mierze katastrofę sprowadzili na siebie sa-
mi Frankowie. Zawiniła ich pycha i niezachwiana pew-
ność siebie. Propozycja współpracy i nawiązania przy-
jacielskich stosunków ze strony cara Kałojana, który
być może w zamian liczył na sięgnięcie po jakąś część
Bizancjum, spotkała się z tak obraźliwą odpowiedzią,
jakiej żaden ówczesny władca nie mógł puścić płazem.
Kałojan, zasiadający na tronie od 1197 r., najmłodszy
z braci Arsenowiczów, którzy kilkanaście lat wcześniej
wywalczyli niepodległość dla swojego kraju, został po-
uczony, że do zdobywców Cesarstwa Bizantyjskiego
ma się odnosić „nie jak cesarz do przyjaciół, lecz jak
sługa do panów”, gdyż w przeciwnym razie spustoszą
należące do niego ziemie, zagrabione wcześniej Gre-
kom. Pomimo obrazy i gróźb władca Bułgarów usiło-
wał utrzymać pokój z nowo powstałym Cesarstwem.
Na dwór konstantynopolitański wyruszyli jego posło-
wie zaopatrzeni w korespondencję, w której Kałojan
uzasadniał swoje prawa do zdobytych terytoriów. Czy-
niąc to, podważał jednak legalność władzy Baldwina I,
co jeszcze bardziej rozpaliło antybułgarskie nastroje
w jego najbliższym otoczeniu.
Bonifacy z Montferratu zaczął namawiać Baldwina
do zbrojnego uderzenia na Kałojana, „który niesłusznie
trzyma wielką część ziemi”. Chodziło mu o rozległe te-
reny nad Wardarem i wokół położonych blisko jego uj-
ścia Salonik. Zagrożony atakiem Kałojan w papieżu
pokładał nadzieję na zażegnanie konfliktu, któremu po-
stanowił podporządkować Kościół bułgarski. Na po-
czątku listopada 1204 r. w Tyrnowie wysłannik Inno-
centego III, kardynał Leon Brancaleone, po uprzednim
wyświęceniu prymasa Bułgarów i Wołochów, korono-
wał Kałojana na króla Bułgarii i Wołoszczyzny. Wład-
ca zwrócił się do papieża z prośbą o wysłanie do Kon-
stantynopola stosownego listu i powstrzymanie łacinni-
ków przed atakiem. Nie leżało to jednak w mocy Inno-
centego III. Buta i wyniosłość baronów były bezgra-
niczne, a po zdobyciu najpotężniejszego miasta chrze-
ścijańskiego świata wszystko wydawało się im możliwe
do osiągnięcia. Wyprawa przeciwko Kałojanowi była
tylko kwestią czasu.
Krótko przed starciem z łacinnikami car Bułgarów
znalazł przeciwko nim cennego sojusznika. Stali się
nim traccy Grecy, jeszcze do niedawna zaprzysięgli
wrogowie Kałojana. Zarówno miejscowi możnowładcy,
jak i zwykła ludność zrazili się szybko do nowych
władców Cesarstwa. Frankowie nie wykorzystali szan-
sy na porozumienie i współpracę z Grekami. „Mimo
wszystko, zaraz po upadku Konstantynopola powstało
wiele okoliczności sprzyjających pertraktacjom [mię-
dzy Grekami i łacinnikami]: wśród Bizantyjczyków pa-
nował pogląd, że wydarzenia z 1204 r. stanowiły karę
bożą za podziały wśród chrześcijan; ambicje terytorial-
ne Serbów i Bułgarów skłaniały do zawarcia porozu-
mienia między zwycięzcami i pokonanymi; arysto-
kracja bizantyjska, przynajmniej na Peloponezie, przy-
chylała się do ugody z obcą władzą pod warunkiem za-
gwarantowania swoich przywilejów; niższe warstwy
ludności, zmęczone wojnami domowymi oraz nadmier-
nymi obciążeniami podatkowymi, zasadniczo nie były
wrogie nowym władcom, gdyby ci tylko uszanowali
[ich] wiarę”. Nie okazali się oni w niczym lepsi od An-
gelosów, a ich brutalność i arogancja w zaprowadzaniu
nowych, zachodnich porządków pokazały ich prawdzi-
we oblicze. Swoje dołożyli również Wenecjanie, do-
puszczając się ekscesów w Adrianopolu.
W lutym 1205 r. Grecy chwycili za broń. Furię
pierwszego ataku skierowali przeciwko załodze Didy-
motyki, z której uratowali się tylko nieliczni. Następnie
powstańcy ruszyli na Adrianopol. Wenecjanie nawet
nie usiłowali bronić miasta i uciekli do Tzurullonu,
podlegającego bezpośrednio cesarzowi. Rozszerzająca
się coraz bardziej rewolta spowodowała, że łacinnicy
i Wenecjanie zaczęli opuszczać mniejsze twierdze
i skupiać się w większych ośrodkach. Porzucono także
Tzurullon, a uciekinierzy skierowali się do Konstanty-
nopola. Grecką ofensywę powstrzymano na krótko pod
Archadioplem, gdzie obrońcy wyprowadzili swoje od-
działy na przedpole i rozproszyli oblegających. Porażka
unaoczniła powstańcom, że własnymi siłami nie uda im
się pokonać najeźdźców. Postanowili zatem wejść
w sojusz z carem Bułgarów, nawet za cenę poddania się
jego władzy. „Ale Grecy nie wyzbyli się zdrady ze
swych serc, gdyż byli bardzo nielojalni. W tym czasie
zobaczyli, że Frankowie byli rozproszeni po ziemiach,
i że każdy miał swoje sprawy: tak przypuszczali, że
mogą ich zdradzić. I tajemnie wyznaczyli posłów ze
wszystkich miast tej ziemi, i skierowali ich do Jana,
który był królem Blakii i Brugii [tj. Kałojana], który
ciągle walczył i walczył z nimi; i przekazali mu, że
uczynią go cesarzem, i poddadzą mu się wszyscy, i za-
biją wszystkich Franków; i przysięgli, że uznają go jak
pana, i by przysiągł im, że będzie nimi rządził jak pod-
danymi. Taką uczynili przysięgę”.
Grecką ofertę car przyjął niczym cudowne zrzą-
dzenie losu. Oznaczała ona możliwość upieczenia
dwóch pieczeni na jednym ogniu: bezkrwawego zdoby-
cia nowych ziem i jednocześnie znacznego wzmocnie-
nia sił przed konfrontacją z łacinnikami. Wieść o soju-
szu grecko-bułgarskim zmobilizowała Baldwina I do
energiczniejszych działań. Po naradzie z dożą i hrabią
Ludwikiem cesarz postanowił powołać pod broń
wszystkie oddziały. Do poszczególnych baronów wyru-
szyli posłańcy z wezwaniem do jak najszybszego sta-
wienia się wraz z wojskiem w Konstantynopolu. Cesar-
ski rozkaz nakazywał porzucenie niektórych miast,
w tym niemal wszystkich na wybrzeżu azjatyckim.
Mobilizacja przebiegała jednak z wielkimi oporami.
Wezwano do jak najszybszego przybycia Henryka
z Flandrii, Piotra z Bracieux, Pajena z Orleanu, Maka-
rego z Saint-Menehould, Roberta z Ronsoi, Mateusza
z Wallincourt. Nie wszyscy zdołali odpowiedzieć na
apel. W stolicy zebrała się niewielka część sił. Z Niko-
medii przybyło stu rycerzy. Nie dotarł brat Baldwina,
hrabia Henryk, i fakt ten zapewne w największym
stopniu zaważył na późniejszych wydarzeniach. Wokół
Henryka zebrało się bowiem wiele tysięcy ormiańskich
wojowników, uciekających wraz z rodzinami przed
Grekami. Niektórzy z baronów z ociąganiem reagowali
na wezwanie cesarza, inni, jak Rajner syn Rajnera
z Trit, nie zdołał tam dotrzeć. Jego oddział, liczący
około 30 rycerzy, został pochwycony przez Greków
i przekazany Kałojanowi. Car rozkazał ich zgładzić
w okrutny sposób. Czynem tym w praktyce przekreślił
możliwość pokojowego zażegnania konfliktu. Baldwin
I, w którym niecierpliwość przeważyła nad rozsądkiem,
zrezygnował z oczekiwania na nadchodzące z wolna
oddziały i postanowił wyruszyć przeciwko Kałojanowi
na czele nielicznych wojsk. Był absolutnie pewny, że
ich sprawność bojowa wystarczy do pokonania silniej-
szego liczebnie przeciwnika.
Baldwin opuścił Konstantynopol 25 marca 1205 r.
na czele zaledwie 140 rycerzy. Kilka dni wcześniej
w kierunku Adrianopola wyruszyła awangarda pod do-
wództwem marszałka Villehardouina i Manassesa z Li-
sie. Straż przednia, po minięciu Archadioplu i Burgaro-
fle, zaczekała na resztę sił w miejscowości Nequise.
Pod Adrianopol łacinnicy podeszli 29 marca: „[...] i uj-
rzeli sztandary Jana, króla Blakii i Brugii, nad murami
i nad wieżami, a miasto było bardzo silne, i bardzo bo-
gate, i z wielką liczbą ludzi”. Dysproporcja sił rzucała
się w oczy. Łacinnicy zablokowali wyjścia z dwóch
bram i rozstawili wzdłuż murów cienką linię placówek.
Wkrótce ich sytuacja uległa nieznacznej poprawie. Pod
Adrianopol ze zbrojnym hufem przybył doża Dandolo,
podwajając niemal armię Baldwina, a zaraz po nim
w obozie pojawił się dość liczny oddział jazdy. Później
dotarło jeszcze kilka grup rycerzy.
Wenecjanie rozłożyli się przed jedną z bram. Re-
gularne oblężenie, które rozpoczęli łacinnicy, nie dawa-
ło jednak większych nadziei na zdobycie miasta. Oble-
gający, poza zbyt małą liczbą żołnierzy, cierpieli także
na brak zaopatrzenia. Niewielka ilość żywności, jaką
dysponowali, wykluczała długotrwałe działania, a jej
pozyskanie w okolicach Adrianopola było niemal nie-
możliwe, bo były one kontrolowane przez oddziały
wroga. Potwierdził to potężny wypad, w którym wzięła
udział ponad połowa wojsk, poprowadzony 3 kwietnia
przez Ludwika z Blois i paru innych baronów. Siły te
bezskutecznie usiłowały opanować fortecę Pętak (Peu-
taces), dobrze zaopatrzoną i z liczną załogą. Po odpar-
ciu ataku Ludwik uznał się za pokonanego i nakazał
powrót do obozu pod Adrianopolem. Trwały tam ener-
giczne przygotowania do szturmu. Jak relacjonuje Vil-
lehardouin, „[...] zbudowali machinę tym sposobem,
a saperzy kopali ziemię pod murem”. Były to standar-
dowe działania podejmowane podczas oblężeń. Praw-
dopodobnie kronikarz miał na myśli wieżę oblężniczą,
miejsce i zakres prac wykonanych przez saperów pozo-
stają natomiast niewiadomą.
Po 10 kwietnia do obozu zaczęły dochodzić niepo-
kojące wieści o nadciąganiu odsieczy prowadzonej
przez samego cara. Oprócz regularnych oddziałów mia-
ły mu towarzyszyć nieprzebrane krocie półdzikich ko-
czowniczych Kumanów. Oznaczało to, że niebawem
oblegający mogą sami zostać oblężeni, tak więc prace
nad podkopem oraz inne przygotowania do szturmu ze-
szły na dalszy plan. Podczas niezwłocznie zwołanej na-
rady ustalono, aby wyjść naprzeciw nadchodzącemu
wrogowi i wydać mu bitwę w polu. Villehardouinowi
i Manassesowi z Lisie, wcześniej dowodzącym awan-
gardą, teraz powierzono zadanie pozostania pod mura-
mi twierdzy i jej dalszego blokowania, a wszyscy pozo-
stali baronowie z większością sił mieli niepostrzeżenie
dla obrońców wyruszyć naprzeciw Kałojana.
Car rozłożył obóz w odległości pięciu mil od sta-
nowisk łacinników. Preludium bitwy rozegrało się 13
kwietnia. Nim łacinnicy zdołali zrealizować swój plan,
Kałojan wysłał przeciwko nim Kumanów. W oczach
europejskiego rycerstwa odziani jedynie w skóry, pry-
mitywni jeźdźcy stepowi, niezależnie od ich liczby
(a była niemała), nie zasługiwali na miano przeciwnika,
ale jedynie na pogardę. „Kiedy nasi żołnierze zobaczyli
tych Kumanów odzianych w skóry, to wcale się ich nie
przestraszyli i nie wzięli ich za coś więcej niż chłopców
[...]”. Zbytnia pewność siebie i zlekceważenie wroga
okazały się zgubne. Podobnie jak niesubordynacja czę-
ści dowódców i totalny brak dyscypliny w szeregach
Franków. Koczownikom powiódł się banalnie prosty
podstęp, polegający na wyciągnięciu wroga z obozu,
zdezorganizowaniu go i następnie zaatakowaniu jego
rozproszonych szyków: „[...] krzyk podniósł się w obo-
zie, i wyszli zeń w nieporządku. I ścigali Kumanów
wielce bezmyślnie dobrą milę. A kiedy chcieli wrócić,
Kumani zaczęli do nich strzelać tak żwawo, że ranili
dość ich koni”. Marszałek miał całkowitą rację, pisząc
o bezmyślnym pościgu. Z taktycznego punktu widzenia
uganianie się ciężkozbrojnego rycerstwa i konnych od-
działów za lotną stepową jazdą, która niemal nigdy nie
stawała do frontalnego starcia z zakutym w żelazo wro-
giem, nie miało najmniejszego sensu. Z góry było ska-
zane na niepowodzenie i tak właśnie się zakończyło,
choć w kronikarskim opisie porażka nie wygląda zbyt
dramatycznie. Uwypuklenie faktu zranienia znacznej
liczby koni potwierdza jedynie, iż broń ochronna Fran-
ków doskonale zdała egzamin w walce z uzbrojonym
w łuki przeciwnikiem.
Doświadczenia zebrane podczas pierwszego spo-
tkania z Kumanami zaowocowały przyjętym przez ba-
ronów postanowieniem, iż podczas ich kolejnego ataku
nie dadzą się sprowokować i utrzymają swoje oddziały
na wyznaczonych uprzednio pozycjach przed obozem.
Nazajutrz miało się okazać, iż są to jedynie puste sło-
wa, a refleksja wywołana bolesną nauczką przeminęła
wraz ze snem. Rankiem 14 kwietnia Frankowie dali się
zaskoczyć już podczas spożywania posiłku. Zajęci je-
dzeniem i nieuzbrojeni żołnierze wpadli w panikę, kie-
dy na przedpolu obozu pojawiła się kumańska konnica.
Na szczęście koczownicy trzymali dystans i zadowolili
się jedynie wywołaniem zamieszania w szeregach wro-
ga. Kiedy się z nim uporano, cesarskie oddziały sfor-
mowały szyk w oczekiwaniu na następny atak wojsk
Kałojana. Wydawało się, że „motłoch w skórach”, jak
z lekceważeniem wypowiadano się o Kumanach, nie
ma większych szans, aby wzruszyć potężny żywy mur
obronny utworzony przez żołnierzy Baldwina.
Stało się jednak inaczej i znów, jak wielokrotnie
wcześniej, zawiniła niesubordynacja. Hrabia Ludwik
nie potrafił wytrwać na powierzonych mu pozycjach
i na czele swoich oddziałów ruszył na Kumanów. Szyk
Franków został przerwany. Żołnierzy Ludwika zdzie-
siątkowała ulewa strzał, on sam już na początku walki
został dwukrotnie ranny. Bezmyślny postępek hrabie-
go, nad którym biada Villehardouin: „Ach! Jak źle do-
trzymywali tego, co postanowiono wcześniej wieczo-
rem”, natychmiast spowodował fatalne konsekwencje:
„I były oddziały z innych ludzi niż rycerze, którzy nie
posiadali dość uzbrojenia; ci nie wiedzieli, jak walczyć,
i rozbiegli się”. Przeciwnik wykorzystał powstałe
w szeregach zamieszanie i jego jazda wdarła się w po-
wstałą lukę. Stało się jasne, że wielokrotnie słabsze li-
czebnie wojska Baldwina I, po rozerwaniu ich szyków,
są skazane na porażkę. Frankowie walczyli z desperac-
ką odwagą. Ludwik odrzucił propozycję Jana z Friaise,
który po utracie konia przez hrabiego zaproponował mu
własnego rumaka i namawiał do ucieczki. Nie skorzy-
stał z niej również cesarz. Większość łacinników zosta-
ła wybita. Zginął hrabia Ludwik, Stefan z Perche, bra-
cia Eustachy i Jan z Heumont, Robert z Ronsoi, Regi-
nald z Montmirail, Jan z Friaise, biskup Piotr z Betle-
jem i dziesiątki innych feudałów. Baldwin szczęśliwie
uniknął śmierci, ale wpadł w ręce wroga. Jedynie nie-
dobitki wojsk cesarskich zdołały cofnąć się do obozu,
mając na karku atakujących Kumanów. Odparto ich
z pomocą żołnierzy, którzy opuścili stanowiska przy
bramach miejskich i pospieszyli w sukurs swoim
współtowarzyszom. Na szczęście dla łacinników załoga
twierdzy nie wykazała aktywności i nie uderzyła na ich
tyły. Atak taki najprawdopodobniej doprowadziłby do
zagłady całej armii. Dopiero zmrok przyniósł przerwę
w walce i dał znękanym Frankom chwilę wytchnienia.
Ogrom klęski i poniesionych strat był przerażający. Do-
kładne dane nie są znane, ale Robert z Clari, opisując
masakrę, po wymienieniu cesarza i hrabiego Ludwika
jako zabitych, użył wiele mówiącego stwierdzenia:
„[...] i wielu innych znacznych mężów, i tylu innych
ludzi, że liczby ich nie znamy, ale na pewno tam zosta-
ły wytracone trzy setki rycerzy”. Było dla niego oczy-
wiste, iż straszliwa klęska stanowi boską zapłatę za
wszystkie wcześniejsze niegodziwości baronów: „Tak
Pan zemścił się za ich dumę i za ich wiarołomstwo,
które okazali dla biednych ludzi z wojska, i za przera-
żające grzechy, które uczynili w mieście po tym, gdy je
zdobyli”.
Lecz wbrew przekonaniu kronikarza i wielu szere-
gowych uczestników bitwy to nie Bóg zadecydował
o porażce. Jej rzeczywiste przyczyny były dość proza-
iczne. „W opiniach badaczy panuje zgodny pogląd, że
powstanie przeciwko łacinnikom i starcie pod Adriano-
polem w 1205 r. były konsekwencją nieprzemyślanych
poczynań Baldwina oraz jego wasali, a przebieg oraz
wynik bitwy były rezultatem nieporadnego dowodzenia
nad działającymi wręcz samowolnie wodzami armii ła-
cińskiej”. Z grupy znaczniejszych dostojników Cesar-
stwa ocaleli jedynie Villehardouin i Manasses z Lisie,
którzy nie wzięli udziału w bitwie. Życie uratował tak-
że Dandolo, który wraz z Wenecjanami został pod mu-
rami Adrianopola. Marszałek, zachowując zimną krew,
ujął w żelazne karby ocalałą resztkę żołnierzy i po
krótkiej naradzie z dożą natychmiast rozpoczął przygo-
towania do odwrotu. Zamierzano przeprowadzić go
jeszcze tej samej nocy, aby pod osłoną ciemności, nie
wzbudzając podejrzeń obrońców Adrianopola, nie zda-
jących sobie zapewne jeszcze sprawy ze skali klęski ła-
cinników, oderwać się od wroga. Przodem miały się
poruszać oddziały doży, a dowództwo ariergardy za-
mykającej pochód niewielkiego hufca objął Villehar-
douin. Zabrano wszystkich rannych i chorych, w obozie
nie pozostawiono nawet jednego człowieka. Porzucono
natomiast namioty wraz z wyposażeniem i całe ciężkie
uzbrojenie. Kronikarze nie wspominają słowem o losie
machiny oblężniczej, o której budowie pisał Villehar-
douin, ale niemal z całkowitą pewnością można zało-
żyć, że pozostawiono ją nietkniętą. Jej celowe znisz-
czenie, aby nie wpadła w ręce wroga, było możliwe
wyłącznie za pomocą siekier bądź ognia. Pomijając już
czynnik czasu, którego rozpaczliwie brakowało i nale-
żało działać bez jakiejkolwiek zwłoki, żaden ze wska-
zanych sposobów nie mógł być zastosowany wobec
konieczności potajemnego opuszczenia obozu.
Pierwszym etapem na drodze ucieczki spod Adria-
nopola miało być Rodostos. Nie wszyscy jednak tam
doszli. Marszałkowi nie udało się zapanować nad ucie-
kinierami. Część z nich — o czym pisze z oburzeniem
w swojej kronice — na czele z Gerardem z Lombardii
i Eustachym z Ham i „dobrze około dwudziestu pięciu
rycerzy” porzuciła hufiec i ruszyła wprost do Konstan-
tynopola. Po dotarciu nad Bosfor grupka ta stała się
zwiastunem fatalnych i przesadzonych wieści nie tylko
o klęsce pod Adrianopolem, ale także o zagładzie nie-
dobitków pod wodzą Villehardouina. Łatwo sobie wy-
obrazić reakcje na takie informacje, pochodzące, jakby
nie było, z pierwszych ust. W powstałej panice wielu
łacinników myślało jedynie o ucieczce. 16 kwietnia
kilka tysięcy ludzi wsiadło na 5 wielkich weneckich
okrętów z zamiarem powrotu do Francji. Było wśród
nich około 100 rycerzy na czele z Baldwinem z Aubi-
gny i Janem z Virsin. Po dopłynięciu następnego dnia
do Rodostos uciekinierzy zabrali ze sobą grupę dezerte-
rów z Piotrem z Frouville, który jako pierwszy zbiegł
spod Adrianopola.
Tymczasem Villahardouin, Manasses i Dandolo
dotarli do Pamfile i spotkali tam Piotra z Bracieux
i Payena z Orleanu wraz z oddziałem liczącym 240 lu-
dzi. Tutaj nastąpiły kolejne dezercje, z udziałem za-
równo Wenecjan, jak i Franków. Po dotarciu do Rodo-
stos doszło do spotkania z oddziałami hrabiego Henry-
ka, który pomimo wytężonego marszu nie zdołał połą-
czyć się z główną armią pod Adrianopolem. W tym
momencie, poza nielicznymi oddziałami stacjonujący-
mi w Konstantynopolu, były to jedyne większe oddzia-
ły, jakimi dysponowało Cesarstwo Łacińskie. Jego sy-
tuacja przedstawiała się katastrofalnie. Kryzys wywo-
łany utratą części armii i znacznymi ubytkami teryto-
rialnymi w Azji Mniejszej i Tracji pogłębiał upadek
morale wśród niedawnych zdobywców Bizancjum.
Kilka tygodni po bitwie na terytorium Azji w rękach
łacinników pozostał jedynie Espigal i kilka małych
miejscowości z nic nieznaczącymi załogami; resztę
ziem opanował błyskawicznie Teodor Laskarys.
Szczęśliwie Kałojan nie zarządził pościgu i nie
podjął ofensywy w kierunku Konstantynopola. Nie ma
wątpliwości, iż w zaistniałej sytuacji miałby wielkie
szanse na jego opanowanie i likwidację Cesarstwa Ła-
cińskiego. Mijał zaledwie rok od zdobycia Konstanty-
nopola, a powstałe na jego gruzach państwo znalazło
się na krawędzi upadku. „Klęska adrianopolska zadana
przez siły grecko-bułgarskie nielicznej armii Cesarstwa
Łacińskiego była pierwszym widocznym sygnałem
świadczącym o kruchości i tymczasowości tego pań-
stwa”. Pierwsza większa konfrontacja z całą wyrazisto-
ścią obnażyła słabość organizacyjną i militarną Fran-
ków. Jej wynik został z radością powitany przez Gre-
ków, snujących plany odbudowy Cesarstwa Bizantyj-
skiego. Dla ich małych, słabiutkich państewek porażka
łacinników stanowiła prawdziwe zrządzenie losu.
Szczególnego znaczenia nabierał fakt opuszczenia
przez Franków posiadłości azjatyckich. Śmierć ich wła-
ścicieli pod Adrianopolem i słabość militarna Cesar-
stwa Łacińskiego dawała nadzieję, że nie będzie miał
kto po nie ponownie sięgnąć. Ta sytuacja w oczywisty
sposób sprzyjała Cesarstwu Nikei, które już mogło roz-
począć długi marsz ku odzyskaniu Konstantynopola.
Pomimo otrzymanego ciosu łacinnicy szybko
udowodnili, że mają dość hartu, aby opanować powsta-
ły chaos. W Rodostos zapadła decyzja o powołaniu
hrabiego Henryka z Hainaut na urząd regenta, który
miał sprawować do chwili uzyskania pewnych infor-
macji na temat losów Baldwina. Spośród wszystkich
ocalałych baronów 28-letni brat cesarza najlepiej na-
dawał się do sprawowania tego urzędu. Jedynym, który
z racji urodzenia, doświadczenia i dotychczasowych
dokonań mógł z nim konkurować, był marszałek
Szampanii. Jednak Villehardouin wraz z dożą Dandolo
oddali swój głos właśnie na Henryka. W końcu kwiet-
nia, szczęśliwie omijając grasujące na terytorium Tracji
oddziały Kałojana, dotarł on do Konstantynopola.
Prawdopodobnie w jego pobliżu również pojawiły
się pojedyncze grupy Kumanów, które prześlizgnęły się
przez rzadką sieć łacińskich placówek. Zagrożenie z ich
strony ustąpiło nagle w końcu maja, kiedy wodzowie
Kumanów wypowiedzieli Kałojanowi dalszą służbę
z powodu panujących upałów. Od tego momentu car
mógł liczyć jedynie na oddziały bułgarskie i greckie
i był zmuszony porzucić myśl o uderzeniu na Konstan-
tynopol. Po spustoszeniu Tracji ruszył natomiast na Sa-
loniki, a następnie zmienił plan i obiegł Serres należący
do Bonifacego z Montferratu. Doszło wówczas do ha-
niebnego wydarzenia. Za cenę darowania życia załoga
postanowiła wydać carowi miasto. Kałojan nie dotrzy-
mał jednak przyrzeczenia. Część mieszkańców i żołnie-
rzy kazał wymordować, pozostałych zagarnął w niewo-
lę i wysłał do Bułgarii. Równie okrutny los spotkał
mieszkańców Filipopolis, opuszczonego przez Rajnera
z Trit. Frankijski baron postąpił tak w obawie przed
zdradą ze strony miejscowych Greków i wobec działań
podjętych przez członków manichejskiej sekty pauli-
cjan, którzy nawiązali kontakt z carem, proponując mu
wydanie miasta. W Filipopolis doszło do aktów dzikie-
go barbarzyństwa z obdzieraniem ludzi ze skóry włącz-
nie. Kałojana rozsierdziło to, że przed jego przybyciem
Grecy ośmielili się wybrać spośród siebie przywódcę,
niejakiego Aspietona. Ostatecznie kwitnące dotychczas
miasto zostało gruntownie ograbione, a później spalo-
ne. Uratowali się jedynie nieliczni jego mieszkańcy.
Wydarzenia, które rozegrały się w Filipopolis i Serres,
miały poważne następstwa. Grecka arystokracja i lud-
ność Tracji, zrażone okrucieństwem cara, zaczęły od-
stępować od sojuszu z Bułgarami.
Na początku czerwca 1205 r. zmarł wiekowy doża
Enrico Dandolo. Jego miejsce zajął podesta Marino Ze-
no. Śmierć doży zakończyła ciąg fatalnych wydarzeń
zapoczątkowanych bitwą pod Adrianopolem. Jeszcze
w tym samym miesiącu, wykorzystując wycofanie się
Kałojana, hrabia Henryk rozpoczął ofensywę w Tracji.
We władzę łacinników powróciły Tzurullon, Ar-
chadiopl, Vizoe, Apros, Ruzion. Nie powiodło się na-
tomiast, głównie wobec zbyt szczupłych sił, ponowne
oblężenie Adrianopola. Pomimo to wyprawa podniosła
prestiż nie tylko samego regenta, ale również i Cesar-
stwa, pokazując, iż jest ono wciąż zdolne do podjęcia
działań ofensywnych.
W październiku 1205 r. Henryk jako regent Cesar-
stwa zawarł z podestą porozumienie potwierdzające
pierwotnie ustalony podział państwa i dotyczące zasad
jego funkcjonowania. Ważnym postanowieniem stało
się zobowiązanie rycerstwa, zarówno frankijskiego, jak
i weneckiego, do czteromiesięcznej w roku służby kon-
nej. Prerogatywy związane z decydowaniem o wypra-
wach zbrojnych i rozsądzaniem sporów pomiędzy
Frankami i Wenecjanami znalazły się w rękach rady
baronów. Od jej aprobaty, obok głosu podesty, miała
być także uzależniona ważność rozporządzeń cesarza.
W styczniu 1206 r. na terytorium Cesarstwa po-
nownie pojawiły się oddziały Kałojana. Car szedł
z pomocą dla Adrianopola i Didymotyki. Teodoryk
z Termonde, dowódca garnizonu Ruzionu, dokonał za-
skakującego wypadu i rozbił jedną z watah Kumanów,
ale później jego oddział liczący 120 rycerzy został roz-
gromiony. Obok Teodoryka poległo wielu innych feu-
dałów, m.in. Andrzej z Dureboise, Jan z Choisy, Orry
z Isle. Sukces zachęcił cara do dalszych działań. Wzięła
w nich udział armia liczniejsza od tej, która walczyła w
poprzedniej kampanii. Zasiliły ją wielotysięczne so-
jusznicze oddziały Greków. W ciągu kilku tygodni cała
Tracja znów wpadła w ręce Kałojana. Na drodze do
stolicy pozostały do zdobycia jedynie dwie twierdze:
Vizoe i Selymbria. Pozostałe miasta i zamki zostały
opanowane przez najeźdźców, a ich załogi i ludność al-
bo wyrżnięte, albo zamienione w niewolników i pogna-
ne do Bułgarii. Wielkim błędem Kałojana, i to popeł-
nionym już po raz drugi, stało się brutalne traktowanie
Greków na opanowanych terenach. Grabiono ich
i mordowano na równi z łacinnikami. Car, folgując
przyrodzonemu sobie okrucieństwu i pewny zwycię-
stwa w wojnie, przekreślił w istocie w ten sposób swoje
szanse na ostateczny sukces.
Na fali rosnącego szybko rozczarowania zachowa-
niem cara i obawy przed dalszymi rzeziami przywódcy
Greków postanowili poszukać porozumienia z łacinni-
kami i wspólnie z nimi przeciwstawić się barbarzyń-
skim hordom. Baronowie, zdając sobie doskonale
sprawę z sytuacji, przyjęli, choć nie jednogłośnie i przy
jawnym niezadowoleniu Wenecjan, propozycję współ-
pracy i zgodzili się na przekazanie Teodorowi Vrana-
sowi władzy nad Adrianopolem i Didymotyką. Właśnie
te dwa miasta zaatakował Kałojan. Regent, realizując
porozumienie z Grekami, którzy gremialnie zaczęli
opuszczać armię cara, ruszył z odsieczą nowo pozyska-
nym sojusznikom. Pomimo zmobilizowania wszystkich
dostępnych sił Henrykowi towarzyszyło zaledwie 400
rycerzy wraz z przybocznymi pocztami i nieznaną licz-
bą turkopoli oraz pieszych. Łącznie oddział ten, podzie-
lony na dziewięć mniejszych jednostek, liczył kilka ty-
sięcy ludzi. Kałojan, choć dysponował wojskami wielo-
krotnie liczniejszymi, na wieść o marszu łacinników
czym prędzej zwinął oba oblężenia i rozpoczął odwrót.
Henryk, któremu nigdy nie brakowało śmiałości i roz-
machu w działaniu, ruszył w pościg. Nie udało mu się
wprawdzie doprowadzić do bitwy, ale jego niewielka
armia zdobyła wiele zamków i miast. W Stenimachos,
gdzie Rajner z Trit opierał się wrogowi przez ponad
rok, z jego ust uzyskano potwierdzenie o śmierci Bald-
wina I i baronowie zadecydowali o powrocie do Kon-
stantynopola w celu przeprowadzenia koronacji Henry-
ka na cesarza.
Henryk z Hainaut został koronowany 20 sierpnia
1206 r. Niemal wraz z zakończeniem ceremonii, w któ-
rej uczestniczyli wszyscy najwięksi dostojnicy Cesar-
stwa, nadeszła wieść o zdobyciu i całkowitym znisz-
czeniu Didymotyki przez Kałojana. Na długie lata to
ważne miasto legło w gruzach. Cesarz, odkładając na
stosowniejszy czas świętowanie, błyskawicznie wy-
prowadził oddziały z miasta i posunął się w okolice
Adrianopola. Następnie, po połączeniu się z wojskami
Vranasa, ruszył na Bułgarów. Powtórzyła się sytuacja
sprzed kilku miesięcy. Przeciwnik zaczął się cofać na
północ. Zachęcony jego postawą cesarz rozpoczął po-
ścig i wtargnął w głąb terytorium Bułgarii. Zdobyto
Veroe (dziś: Stara Zagora) i Blisme (dziś: Sliwen).
W jego pobliżu odbito około 20 000 jeńców z Didymo-
tyki, zagarnięto ponadto stada bydła i ogromną liczbę
wozów z zaopatrzeniem. W dalszej części kampanii ła-
cinnicy opanowali również Thermae (dziś: Burgas). Po
gruntownym ograbieniu zostało ono doszczętnie spalo-
ne.
Powodzenie w wojnie przeciwko Kałojanowi zbie-
gło się z sukcesem dyplomatycznym. Tak bowiem na-
leżało potraktować propozycję oddania ręki córki Boni-
facego z Montferratu, Agnieszki, cesarzowi. Małżeń-
stwo mogło zakończyć konflikt pomiędzy dwoma ła-
cińskimi państwami i połączyć ich siły w walce o ura-
towanie Cesarstwa. Współdziałanie ze strony Salonik
i Konstantynopola było tym bardziej pożądane, że Teo-
dor Laskarys zaczął szukać porozumienia z Kałojanem
i snuł plan wzięcia Cesarstwa w kleszcze. Było wielce
prawdopodobne, że łacinnicy nie zdołają oprzeć się
jednoczesnemu uderzeniu od strony Tracji i Azji
Mniejszej. Car Bułgarów chętnie przystał na propozy-
cję Laskarysa.
Uroczystości ślubne, które miały scementować
związek Konstantynopola z władcą Salonik i jednocze-
śnie stanowić antidotum na groźbę podwójnego najaz-
du, odprawiono 4 lutego 1207 r. Olbrzymie wnętrze
Hagii Sophii wypełniło się dostojnikami i rycerstwem.
Ślub cesarza i huczne wesele wyprawione w pałacu
Bukoleon, stanowiły jedynie krótką przerwę pomiędzy
kolejnymi kampaniami. Pod koniec marca wojska Ka-
łojana, dysponujące licznymi machinami oblężniczymi,
pojawiły się pod Adrianopolem. Car, zawzięty i nieu-
stępliwy niczym buldog wgryzający się w ciało ofiary,
ponownie usiłował sięgnąć po najsilniejszą twierdzę na
drodze do Konstantynopola. Cesarz stanął przed trud-
nym dylematem; skuteczne przeciwstawienie się Buł-
garom było możliwe jedynie w przypadku ściągnięcia
sił z Azji, a to ułatwiało atak Laskarysowi. Henryk nie
zwykł jednak nigdy tracić czasu i miał rzadką umiejęt-
ność błyskawicznego podejmowania trudnych decyzji.
Tak stało się i w tym przypadku. Na azjatyckim brzegu
pozostał jedynie Piotr z Bracieux z garstką rycerzy oraz
załogi Nikomedii, Espigal, Eąuise, Chevitot. Wszystkie
pozostałe oddziały cesarz ściągnął na stronę eu-
ropejską, nie zdążył jednak wykorzystać ich pod Ad-
rianopolem. Twierdza obroniła się sama za sprawą
Kumanów, którzy, podobnie jak rok wcześniej, nie-
spodziewanie wymówili służbę.
Nim jeszcze to się stało Henryk, korzystając z po-
mocy floty weneckiej i pizańskiej, mógł pospieszyć
z pomocą niewielkim garnizonom Equise i Chevitot,
którym przyszło się zmierzyć z armią Laskarysa. Siły
cesarza były zdecydowanie mniejsze, podobnie jak jego
licząca 17 małych i wielkich okrętów flota wobec po-
nad 60 greckich jednostek, ale o wyniku walk zadecy-
dowały szybkość działania i niezwykła determinacja
Franków. Wyróżnili się ich dowódcy, obok samego
Henryka — Villehardouin i Emilian z Brabancji. Osta-
tecznie Teodor Laskarys został zmuszony nie tylko do
zaprzestania oblężenia Chevitot, ale także wydania roz-
kazu spalenia własnej floty, aby nie dostała się w ręce
wroga. Zbliżony finał miały walki pod Equise, gdzie
Frankowie zmusili do ucieczki flotę związanego z La-
skarysem kalabryjskiego korsarza Jana Stiriona. Pomi-
mo opisanych sukcesów walki w Anatolii ostatecznie
zakończyły się dla nich niekorzystnym rozejmem. Za-
proponował go Laskarys, który za cenę powstrzymania
się przez dwa lata od atakowania Cesarstwa Łacińskie-
go zażądał zniszczenia warowni w Equise i Nikomedii.
Rada baronów, nie chcąc ryzykować zacieśnienia soju-
szu grecko-bułgarskiego i wojny na dwa fronty, zgodzi-
ła się na te warunki. W istocie była to rezygnacja z my-
śli o podboju Azji Mniejszej i zgoda na to, że pod bo-
kiem Konstantynopola istnieje i rośnie w siłę greckie
państwo. Nie trzeba było mieć wielkiej wyobraźni, aby
przewidzieć, iż jego głównym politycznym drogowska-
zem stanie się reaktywowanie Cesarstwa Bizantyjskie-
go. Zagrożenie to stanowiło jednak melodię przyszło-
ści, podczas gdy koniecznością chwili stało się zabez-
pieczenie tyłów i rzucenie wszystkich sił, jakimi dys-
ponowali łacinnicy, do walki o ich europejskie posia-
dłości. Groźba w osobie cara Kałojana i jego armii pu-
stoszącej przedpola Konstantynopola pojawiała się re-
gularnie w kilkumiesięcznych odstępach i to ją należało
za wszelka cenę wyeliminować. Nawet kosztem Anato-
lii i konsekwencji wynikających z dalszego istnienia
monarchii Laskarysa.
Kałojan wkrótce potwierdził, iż rzeczywiście sta-
nowi największe zagrożenie dla Cesarstwa. Na począt-
ku września 1207 r. w rejonie Mesynopola jeden z jego
oddziałów wciągnął w pułapkę niewielki poczet Boni-
facego z Montferratu, który zginął podczas starcia. Od-
cięta głowa markiza trafiła na dwór cara Bułgarów, któ-
ry „był bardzo ucieszony, jak rzadko kto”. Śmierć Bo-
nifacego spowodowała zamieszanie na dworze w Salo-
nikach i mogła przekreślić plan wspólnego uderzenia
na Bułgarów, jaki wcześniej ustalił z teściem cesarz.
Zwycięski car zaledwie o miesiąc przeżył markiza.
Podczas oblężenia Salonik zabił go jeden z dowódców
wojsk kumańskich. Jego śmierć wywołała zamęt wśród
Bułgarów, którzy cofnęli się do swoich siedzib. Łacin-
nicy uzyskali drogocenny czas na wytchnienie i zreor-
ganizowanie armii. Nieoczekiwany zgon ich najwięk-
szego wroga stał się dla nich prawdziwym zrządzeniem
losu. Jego zniknięcie ze sceny dziejowej najprawdopo-
dobniej pozwoliło przetrwać Romanii i pozostałym
frankijskim państewkom. Nowym carem Bułgarów zo-
stał siostrzeniec Kałojana, Borił (Borysław).
Zaledwie rok po śmierci Bonifacego i Kałojana do-
szło do kolejnej wielkiej bitwy pomiędzy wojskami Ce-
sarstwa Łacińskiego i Bułgarami. Dysponując niewiel-
kimi siłami, cesarz Henryk przyjął ofensywną taktykę i,
uprzedzając uderzenie wroga na Adrianopol, wtargnął
na jego terytoria. 31 lipca 1208 r. pod Filipopolis łacin-
nicy, podobno zaledwie 400 rycerzy, rozbili i zmusili
do panicznej ucieczki wielokrotnie liczniejszego prze-
ciwnika. O zwycięstwie przesądziła już pierwsza dru-
zgocąca szarża, której efekty pogłębił atak rezerw na
czele z cesarzem. Militarny sukces, odsuwając zagro-
żenie ze strony Bułgarów, przyniósł natychmiastowe
korzyści polityczne. Henryk zacieśnił sojusz z Teodo-
rem Vranasem i panującym w Heraklei Dawidem
Komnenem. Odebrał także hołd lenny od siostrzeńca
Kałojana, Aleksego Sława, despoty Tsepeny, i za radą
marszałka usynowił go. Henryk miał nadzieję, że po-
siadłości Sława i obu greckich wielmożów zamienią się
w bufor broniący ziem Cesarstwa Łacińskiego. Hera-
klea nie wykonała tego zadania. Zaatakowały ją wojska
Teodora Laskarysa, który zmusił Dawida Komnena do
zawarcia układu sojuszniczego. Cesarz wkroczył do
Anatolii i odzyskał miasto, ale nie zdołał zmusić Gre-
ków do starcia w polu i nie był w stanie zagrozić Nikei.
Rosła ona w siłę, wykorzystując fakt niemal całkowite-
go zaangażowania polityczno-militarnego Cesarstwa
Łacińskiego w Europie. Założone przez Teodora La-
skarysa państwo przyciągało niczym magnes rozpro-
szonych po ziemiach dawnego Bizancjum Greków, ma-
rzących o jego reaktywowaniu. Po upadku Konstanty-
nopola stało się Mekką dla uczonych, artystów, du-
chownych, żołnierzy. Dla tych wszystkich, którzy nie
godzili się z istnieniem Cesarstwa Łacińskiego, i nie
chcieli żyć pod rządami zachodnich uzurpatorów.
Wśród uchodźców, którzy osiedli w Nikei, znalazł się
m.in. Niketas Choniates. Jednak bardzo niewielu z nich
miało doczekać się wyzwolenia „Królowej Miast”.
ODRODZENIE BIZANCJUM
Pierwszą poważną próbę odzyskania Konstantyno-
pola Teodor Laskarys podjął już w 1210 r., kiedy pod
murami miasta pojawiła się flota Nikei. Wykorzystał
fakt, iż niemal wszystkie wojska łacinników zaangażo-
wane były na terenie Królestwa Salonik, gdzie doszło
do walk o schedę po Bonifacym z Montferratu. Z jednej
strony wystąpiła silna partia Lombardczyków gotowa
rozpętać wojnę domową, z drugiej wdowa po markizie,
Maria, z jego dwuletnim synem Dymitrem, a swoje
dwa grosze usiłował dorzucić do rozgrywki rządzący
Epirem Michał Angelos Komnen. Dodatkowo znów
uaktywnili się Bułgarzy i w powstałej sytuacji władca
Nikei rozpoczął grę o stolicę. Okazało się jednak, że
dysponuje zbyt słabymi siłami, aby ją zdobyć. W jego
nielicznej armii najlepiej wyszkolony oddział stanowiło
kilkuset frankijskich najemników, którzy po ich eks-
komunikowaniu zaoferowali swoje usługi Grekom.
Działający energicznie Henryk w następnym roku po-
konał wojska nikejskie nad rzeką Luparkos, a krótko
potem rozbił Boriła. Zwycięstwa te ustabilizowały mili-
tarną sytuację Cesarstwa Łacińskiego i zweryfikowały
nadzieje obu pokonanych władców na jego rychłą li-
kwidację. Przez następne trzy lata trwało faktyczne za-
wieszenie broni. W 1214 r. Henryk i Teodor Laskarys
podpisali traktat pokojowy w Nymfaion (Nymphae),
określający m.in. przebieg linii granicznej pomiędzy
obydwoma państwami. Jego zapisy były korzystne dla
Cesarstwa Łacińskiego, które kontrolowało północno-
zachodnią część Azji Mniejszej aż po Adramytion na
południu. W ten sposób Nikea została odcięta od dostę-
pu do morza Marmara oraz od Morza Egejskiego. Wła-
dzę wojskową nad terenami azjatyckimi cesarz powie-
rzył swojemu greckiemu wasalowi Jerzemu Theofilo-
poulusowi. W tym samym niemal czasie Cesarstwo
zawarło także pokój z Bułgarią przypieczętowany ślu-
bem cesarza z pasierbicą cara Boriła. Jedną z konsek-
wencji pokoju w Nymfaion była degradacja państwa
Wielkich Komnenów. Pozbawieni pomocy łacinników
szybko ulegli największym potęgom w regionie. Teo-
dor Laskarys zajął ziemie Dawida Komnena na zachód
od Synopy z Herakleą i Amastris, Seldżucy zaś zdobyli
Synopę i wzięli do niewoli Aleksego Komnena. Sułtan
Ikonium okazał mu swoją wspaniałomyślność i pozwo-
lił powrócić na tron Trebizondy, ale jako wasalowi.
Maleńkie Cesarstwo Trebizondy, pozbawione militar-
nego i politycznego znaczenia, miało jednak przetrwać
aż do drugiej połowy XV wieku i nawet nieznacznie
przeżyć odrodzone Bizancjum.
Henryk zmarł w 1216 r. Jego nagła śmierć stano-
wiła cios dla młodego państwa. „Poruszenie było
znaczne nawet wśród Greków, dla których ów Frank,
łacinnik, posiadał najbardziej pożądane cechy bizantyj-
skich basileusów: męstwo i rozwagę. Cechy te chroniły
ich przed najazdami bułgarskimi. Choć Baldwin był
pierwszy cesarzem, to jednak twórcą państwa był Hen-
ryk”.
Z woli baronów korona Cesarstwa pozostała w ro-
dzinie hrabiów Hainaut. Wobec braku odpowiednich
męskich kandydatów wybór padł na siostrę dwóch
pierwszych cesarzy, Jolantę, która wyszła za mąż za
Piotra z Courtenay, ciotecznego brata Filipa Augusta
i wnuka Ludwika VI. Tak bliskie pokrewieństwo
z władcami Francji, majątek i przyrodzone Piotrowi do-
stojeństwo czyniły go wymarzonym kandydatem do
tronu Konstantynopola. Jednak cesarz — koronacja
monarszej pary odbyła się w kwietniu 1217 r. w Rzy-
mie — nigdy tam nie dotarł, choć towarzyszył mu silny
poczet rycerzy i armia kilku tysięcy zbrojnych. W dro-
dze nad Bosfor wdał się w walki o Durazzo (Dubrow-
nik) po stronie Wenecjan i wskutek własnej nierozwagi
oraz podstępu dostał się do niewoli władcy Epiru Teo-
dora Dukasa. Nigdy jej nie opuścił, umierając w nieu-
stalonych przez historyków okolicznościach. Jego los
podzieliło wielu towarzyszących mu dostojników, któ-
rzy również wpadli w ręce Greków. W 1219 r. zmarła
także cesarzowa Jolanta. Podczas jej nominalnych rzą-
dów nad Cesarstwem faktyczna władza spoczywała
w rękach wielkich baronów. Ich pomysłem stało się
wyswatanie córki Jolanty, Marii, z Teodorem Laskary-
sem. W założeniu związek ten miał zneutralizować ce-
sarza Nikei i zabezpieczyć przed najazdem wschodnie
rubieże w czasie spodziewanego konfliktu z Epirem
i jego nabierającym coraz większej pewności siebie
władcą. Laskarys bez większych targów przystał na
propozycję ślubu. Po nieudanych militarnych próbach
opanowania Konstantynopola otwierał on perspektywę
na pokojowe osiągnięcie tego celu. Rachuby te jednak
się nie spełniły. Cesarz nikejski zmarł na początku
1222 r., mając zaledwie 47 lat. Bez wątpienia był wład-
cą wybitnym. „Od kwietnia 1204 r., kiedy został obra-
ny cesarzem bizantyjskim, nieprzerwanie bronił dzie-
dzictwa politycznego i kulturalnego swego nieistnieją-
cego państwa. Założone przezeń, wydawałoby się se-
zonowe, Cesarstwo, okazało się tworem niezwykle od-
pornym na działanie czynników zewnętrznych”.
Następcą Laskarysa został jego zięć Jan III Vatat-
zes. Musiał on uporać się z opozycją ze strony braci
zmarłego cesarza, Aleksego i Izaaka, którzy sojuszni-
ków postanowili poszukać w Konstantynopolu. W tym
momencie Cesarstwo Łacińskie miało już nowego
władcę. Po niemal dwuletnim okresie bezkrólewia rzą-
dy objął Robert z Courtenay, młodszy syn cesarza Pio-
tra z Courtenay. Łacinnicy z satysfakcją przyjęli wy-
buch waśni wśród azjatyckich Greków i udzielili po-
mocy obu Laskarysom, licząc na podporządkowanie
lub chociażby istotne osłabienie Cesarstwa Nikei. Plany
te przekreśliła klęska w bitwie od Pimanionon, stoczo-
na jesienią 1224 r. Łacinnicy i posiłkujące ich oddziały
Aleksego i Izaaka zostały rozbite przez wojska Vatat-
zesa. Bracia Teodora Laskarysa dostali się do niewoli,
gdzie potraktowano ich w tradycyjny dla Bizantyjczy-
ków sposób, pozbawiając obu pretendentów do tronu
oczu. Zwycięski Vatatzes dotarł w pobliże Gallipolis,
po drodze wydzierając przeciwnikowi kolejne miasta;
Pimanionon, Lentianę, Charioros, Verveniakon. Grec-
kie oddziały pojawiły się na terenie południowej Tracji.
Na krótko udało im się nawet opanować Adrianopol.
Jan III nie miał jednak dość sił, aby kontynuować ofen-
sywę, i zgodził się na zawarcie pokoju na korzystnych
dla siebie warunkach. Militarna klęska kosztowała Ce-
sarstwo Łacińskie niemal wszystkie posiadłości w Azji
oraz wyspy Chios, Lesbos i Samos. W jego posiadaniu
pozostały w Anatolii jedynie skrawki wybrzeża z Ni-
komedią.
Poważne niepowodzenia spotkały Cesarstwo Ła-
cińskie także na terenie Europy. Kilka miesięcy przed
zawarciem traktatu z Nikeą padły Saloniki. W końcu
1224 r., po trwającym półtora roku oblężeniu, zdobył je
Teodor Dukas.
Zaraz potem zwycięski władca Epiru koronował
się na cesarza, jednocześnie reaktywując na swoim
dworze urzędy i tytulaturę dawnego Cesarstwa Bizan-
tyjskiego. W coraz większym stopniu Konstantynopol
stawał się osamotnioną wyspą otaczaną przez posiadło-
ści greckich władców. Nikea i Epir, aspirując do miana
wskrzesiciela Bizancjum, brały go w kleszcze, których
ucisk stawał się z każdym rokiem silniejszy. Nadzieję
na przetrwanie dawał fakt, iż oba państwa nie zamie-
rzały ze sobą współpracować i dzielić chwałą wynika-
jącą z militarnych i politycznych sukcesów. Wzajemna
niechęć ujawniła się już wtedy, gdy wojska Dukasa,
grabiąc Trację, podeszły pod Adrianopol znajdujący się
w rękach Nikejczyków. Ostatecznie ich załoga opuściła
miasto i Jan III musiał pogodzić się z myślą, że naj-
większa twierdza Tracji znajdzie się pod kontrolą jego
greckiego rywala.
W styczniu 1228 r. w dramatycznych okoliczno-
ściach nastąpił kres rządów Roberta z Courtenay. Nieco
wcześniej cesarz w tajemnicy poślubił córkę Baldwina
z Neuville, który zginął w bitwie pod Adrianopolem,
a następnie zarówno ją, jak i jej matkę, wprowadził do
pałacu Blacherny. Postępek ten wywołał gniew baro-
nów, którzy przez długi czas bezskutecznie usiłowali
namówić Roberta do zawarcia politycznego małżeń-
stwa z córką Teodora Laskarysa, Eudoksją. Mogło ono
doprowadzić do unormowania stosunków z Nikeą, co
dla Cesarstwa było sprawą ze wszech miar pożądaną.
Chcąc przekreślić nieprzemyślany czyn Roberta, baro-
nowie posunęli się do zbrodni. Jego teściową utopiono,
a jemu samemu kazano patrzeć na okaleczenie żony,
której ucięto nos i wargi. Doznane przeżycia okazały
się na tyle silne, że cesarz wkrótce potem zmarł. Sta-
nowił całkowite przeciwieństwo Henryka z Hainaut.
Nie miał cech predestynujących go do zasiadania na
tronie. Jego śmierć, abstrahując od zdarzeń, które ją
poprzedziły i spowodowały, mogła przynieść Cesar-
stwu jedynie korzyść. Rządy Roberta z Courtenay do-
prowadziły je nad skraj przepaści. „Z Konstantynopola
zaczęli powracać w rodzinne strony łacińscy rycerze,
a nowych zaciągów nie można było się w ogóle spo-
dziewać. [...] Organizm małego Cesarstwa wchodził
w stan powolnej agonii”.
Po śmierci Roberta następcą tronu został jego ma-
łoletni brat Baldwin II. Do 1231 r. rządy regencyjne
sprawowała początkowo cesarzowa Maria, wdowa po
Teodorze Laskarysie, a później baili (opiekun) Narjot
z Toucy. Jednocześnie, usiłując pozyskać Bułgarów
i przeciwstawić ich Epirowi, nawiązano bliskie stosun-
ki z Iwanem Asenem, robiąc mu nadzieję na objęcie re-
gencji nad Baldwinem II. Bliski związek obu państw
miał przypieczętować ślub młodziutkiego cesarza
z córką Asena. Dyplomatyczny flirt z carem trwał do
momentu, kiedy na początku 1230 r. w bitwie pod Kło-
kotnicą Bułgarzy doszczętnie zniszczyli grecką armię,
a Teodor Dukas dostał się do niewoli. Z pola walki
zbiegł jego brat Manuel Dukas, który miał kontynuo-
wać rządy nad państwem, ale już mocno okrojonym te-
rytorialnie, bez ziem Królestwa Salonik. Epir przestał
się liczyć jako poważny przeciwnik. Fakt ten z równie
wielką satysfakcją przyjęty został na dworach w Nikei,
jak i w Konstantynopolu. Pozornie zwycięski car nato-
miast, którego rękami usunięto jednego z rywali, na-
karmiony został niewdzięcznością i przekonał się, jak
skomplikowane bywają meandry dyplomacji. Łacinni-
cy, którym dalszy sojusz z Bułgarią nie był już nie-
zbędny, wycofali się z poprzednich przyrzeczeń i po-
stanowili powołać na cesarski tron byłego króla jerozo-
limskiego, wiekowego Jana z Brienne. Był on utalen-
towanym wodzem i politykiem, postacią powszechnie
znaną i szanowaną. Pomimo niemal 80 lat zachował
niespożytą energię i ciągle był zaangażowany w wielką
politykę. Jan został koronowany na jesieni 1231 r.
i przysługiwał mu tytuł dożywotniego cesarza.
Cztery lata później Cesarstwo i jego władca pod-
dani zostali poważnej próbie. Jan III Vatatzes i Iwan
Asen, których sojusz scementowało małżeństwo ich
dzieci, wspólnie przystąpili do oblężenia Konstantyno-
pola. Miasta broniło około 160 rycerzy oraz nieznana
liczba oddziałów konnych i pieszych. Bułgarzy atako-
wali od strony lądu, a Grecy posiłkowali ich głównie
swoją flotą. Udało im się spalić część weneckich okrę-
tów zacumowanych w Złotym Rogu, co w praktyce od-
cięło miasto od pomocy z zewnątrz. Na szczęście dla
obrońców nie doszło do zbrojnych wystąpień miesz-
kańców stolicy przeciwko łacinnikom. Pomimo ogrom-
nej dysproporcji sił obrońcom udało się dotrwać do zi-
my, kiedy oblężenie ze względu na pogodę zostało na
kilka miesięcy zawieszone. Okres ten wykorzystali na
umacnianie murów i energiczne próby uzyskania po-
mocy. Powiadomiony o ich tragicznej sytuacji papież
Grzegorz IX zaapelował do chrześcijańskich władców
o spieszenie z odsieczą Konstantynopolowi. Na zachód
z misją wyjednania pomocy wyjechał następca tronu
Baldwin II. Podjęte działania przyniosły efekt. Do wy-
prawy zaczął się sposobić Béla IV, książę Szampanii
Tybald IV Trubadur i książę Burgundii. Musiał jednak
upłynąć pewien czas, nim ich oddziały mogły się poja-
wić nad Bosforem. Szybkiej pomocy udzielił natomiast
książę Morei Geoffroy II Villehardouin, który przypły-
nął z przybocznym oddziałem na sześciu okrętach. Za-
silił również cesarski skarbiec pokaźną sumą na utrzy-
manie wojska. Uaktywnili się także konstantynopoli-
tańscy Włosi. W obliczu wspólnego zagrożenia Wene-
cjanie, Genueńczycy i Pizańczycy zjednoczyli swoje si-
ły i flotyllą niewielkich jednostek udało im się przego-
nić nikejską eskadrę spod murów miasta.
Wiosną oblężenie zostało wznowione. Jednak już
bez poprzedniego zapału ze strony sojuszników.
Wkrótce zgasł on zupełnie; Włosi i Morejczycy zdobyli
połowę floty Jana III i stało się jasne, iż Nikejczycy nie
będą w stanie utrzymać blokady miasta od strony mo-
rza. Zdegustowany Iwan Asen postanowił zwinąć oblę-
żenie, ale przed rozstaniem się ze swoim greckim alian-
tem zabrał z jego dworu swoją córkę. Gestem tym da-
wał do zrozumienia, iż koniunkturalny sojusz właśnie
dobiegł kresu. Jego rozpad oznaczał zaś dalsze istnienie
Cesarstwa Łacińskiego. Car nie tylko zerwał z dotych-
czasowym sojusznikiem, ale wszedł w porozumienie z
łacinnikami i zaproponował im wspólne wystąpienie
przeciwko Vatatzesowi. Zaskakująca oferta została
przyjęta. Połączone armie rozpoczęły oblężenie Tzu-
rullonu w Tracji, ale równie szybko od niego odstąpiły.
Car okazał się nad wyraz chwiejny i pod wpływem
osobistych przeżyć — podczas epidemii zmarła mu żo-
na, syn i kilka bliskich osób — zerwał krótkotrwały so-
jusz i odnowił stosunki z Nikeą.
W połowie marca 1237 r. zmarł Jan z Brienne i do
Francji ruszyli gońcy z wezwaniem dla Baldwina II.
Pod jego nieobecność rządy w Cesarstwie sprawowali
dwaj bailili — Anzelm z Cayeux i Narjot z Toucy.
Baldwin wrócił do Konstantynopola dopiero zimą 1240
r. Towarzyszyła mu jednak bardzo liczna armia, po-
dobno aż 700 rycerzy i 30 000 konnych i pieszych wo-
jowników. Pomiędzy zgonem Jana a jego powrotem
doszło do kilku ważnych wydarzeń. Łacinnikom udało
się nawiązać porozumienie z Kumanami i sprawić, iż
przestali służyć Bułgarom. Pieczętując sojusz z ko-
czownikami, Naijot z Toucy poślubił jedną z kumań-
skich księżniczek. Kumani wsparli łacinników podczas
powtórnego oblężenia Tzurullonu, tym razem zakoń-
czonego zdobyciem twierdzy. Upadek Tzurullonu sta-
nowił bolesny cios dla Vatatzesa, który zawarł układ
z cesarzem Fryderykiem II, został jego wasalem i li-
czył, że przy jego pomocy zdoła opanować Konstan-
tynopol. Zaatakował nawet miasto, ale po nadejściu
armii przyprowadzonej przez Baldwina nie mogło być
już mowy o jego zdobyciu. Udało mu się natomiast zli-
kwidować niemal wszystkie przyczółki łacinników
w Azji, choć jednocześnie jego flota poniosła porażki
w starciach z Wenecjanami, tracąc łącznie ponad 40
okrętów.
W 1241 r. oba państwa, wyczerpane dotychczaso-
wymi walkami, zawarły dwuletni rozejm. Na jego pod-
pisanie wpłynęły zapewne także wieści związane z po-
jawieniem się Mongołów. Na dworach w Konstantyno-
polu i Nikei obawiano się, że straszliwi „wysłannicy
piekieł” — Tartarzy mogą ruszyć nad Bosfor i do Ana-
tolii. Godząc się na zawieszenie broni, Baldwin II bez
wątpienia popełnił błąd. Dysponował liczną armią
i powinien wykorzystać ten fakt. Armia niezatrudniona,
bez walk i związanych z nią łupów, szybko musiała
utracić charakter zorganizowanej siły. Zamiast na jej
czele wyruszyć w pole, cesarz udał się w trzyletnią po-
dróż z zamiarem szukania w Rzymie u papieża i na
dworze króla Francji finansowego i militarnego wspar-
cia dla swojego Cesarstwa. Zakończyła się ona jednak
całkowitym niepowodzeniem. Król Ludwik IX rozpo-
czął przygotowania do kolejnej krucjaty do Ziemi
Świętej i nie miał dodatkowych funduszy, które mógłby
przeznaczyć na pomoc dla Cesarstwa Łacińskiego. Wa-
tykan zaś, jak zwykle, wolał wspierać potrzebujących
orężem propagandowym niż brzęczącą monetą.
W połowie 1241 r. zmarł Iwan Asen. Tron po nim
odziedziczył jego nieletni syn Kuliman (Koloman)
Asen, który miał panować przez następnych pięć lat.
Wykorzystując przerwę w działaniach zbrojnych prze-
ciwko łacinnikom, Vatatzes wyprawił się na Saloniki.
Nie zdobył ich, ale osiągnął polityczny cel; w ugodzie
z 1242 r. Jan Dukas zrzekł się pretensji do tronu Kon-
stantynopola i przekazał Janowi III insygnia władzy.
Spośród wszystkich greckich władców już jedynie Mi-
chał II Angelos, władający w Epirze, Tesalii i na są-
siednich terytoriach, miał większe ambicje polityczne.
Niebawem władca Nikei odniósł kolejną korzyść.
Mongołowie najechali i poważnie osłabili sułtanat Iko-
nium i Cesarstwo Trapezuntu. Sułtanat przestał stano-
wić zagrożenie dla Nikei, którą najeźdźcy zostawili
w spokoju. Czarne chmury zaczęły się natomiast znów
zbierać nad Cesarstwem Łacińskim. Vatatzes ożenił się
z córką cesarza Fryderyka II, a niedługo później, wyko-
rzystując niespodziewaną śmierć Kulimana Asena
i osłabienie Bułgarii po mongolskim najeździe, uderzył
na nią i zdobył terytoria do rzeki Maricy. Udało mu się
również opanować Saloniki, gdzie władze zaczął spra-
wować Andronik Paleolog. Jego syn, Michał Paleolog,
objął w zarząd miasta Melnik i Serres. Kampanię ce-
sarz nikejski zakończył zdobyciem Truzullonu i Vizoe,
ostatnich twierdz w Tracji pozostających jeszcze w po-
siadaniu łacinników. Latem 1247 r. greckie wojska po-
jawiły się pod murami Konstantynopola, jednak nie
podjęły próby jego zdobycia. Już do końca istnienia
Cesarstwa Łacińskiego dawna stolica Bizancjum miała
stanowić jego jedyną posiadłość. Sytuacji Cesarstwa
nie poprawiła zbytnio śmierć Fryderyka II w 1250 r. ani
nawet zgon Jana III, który zmarł w 1254 r. Jego następ-
cą, panującym do 1258 r., został Teodor II Laskarys.
Vatatzes pozostawił państwo w stanie rozkwitu gospo-
darczego i silne militarnie. Logika następujących po
sobie wydarzeń wskazywała, iż jedynie kwestią czasu
jest, kiedy cesarze nikejscy powrócą na tron Konstan-
tynopola i wskrzeszą starożytne Bizancjum. W ostat-
nich latach życia Vatatzes nawiązał bliskie kontakty
polityczne z papieżem Innocentym IV, robiąc mu na-
dzieję na podporządkowanie Rzymowi. Krok ten miał
w założeniu pozbawić łacinników pomocy Watykanu.
Zgon Innocentego, zmarłego wkrótce po Vatatzesie,
przekreślił jednak wstępne ustalenia pomiędzy Nikeą
i Rzymem.
Swoje krótkie panowanie Teodor II Laskarys
uświetnił zwycięskimi wojnami z Epirem i Bułgarią.
Nowy car Bułgarii, Konstantyn Tech Asen, poślubił
córkę cesarza, Irenę, co spowodowało polepszenie sto-
sunków między tymi państwami. Po śmierci Teodora
doszło do pałacowego zamachu, brutalnie zamordowa-
ny został regent i jego stronnicy, a na tronie obok mało-
letniego syna zmarłego cesarza, Jana IV, zasiadł Michał
VIII Paleolog. Zmiana władzy w Nikei, dokonana w tak
dramatycznych okolicznościach, uaktywniła jej wro-
gów i stała się ostatnią szansą dla Cesarstwa Łacińskie-
go na zneutralizowanie najgroźniejszego przeciwnika.
Przeciwko Nikei, jako pretekst do wojny, wskazu-
jąc uzurpację Michała VIII Paleologa, wystąpiła koali-
cja złożona z wojsk Cesarstwa, Epiru, Achai i Sycylii.
Jej pierwszym celem stała się aneksja Macedonii.
Władca Epiru, Michał II, wkrótce zdradził koalicjan-
tów, a ich wojska zostały niemal doszczętnie rozbite
przez Nikejczyków w bitwie pod Pelago- nią w połowie
1259 r. Do niewoli dostał się książę Achai Wilhelm
z Villehardouin, a Sycylijczycy zostali wybici do nogi.
Baldwin II i wielu frankijskich dostojników zdało sobie
sprawę, że klęska pod Pelagonią stanowi podzwonne
dla Cesarstwa. W sierpniu 1260 r. Baldwinowi II udało
się przedłużyć pokój na kolejny rok, ale czas ten wyko-
rzystała właściwie jedynie Nikea, szykując się do osta-
tecznego uderzenia. Nie było ono jednak potrzebne.
Łacinnicy niejako na własne życzenie spowodowali
upadek Konstantynopola. Miesiąc lub dwa przed wyga-
śnięciem pokoju z Nikeą część niewielkiego garnizonu
opuściła miasto, wspierając Wenecjan w wyprawie na
jedną z wysp Morza Czarnego. Baldwin II nie opono-
wał w przekonaniu, że frankijskie oddziały zdołają na
czas powrócić do miasta. Tymczasem w okolicy Kon-
stantynopola znalazł się niewielki korpus wojsk nikej-
skich maszerujący do Tracji. Jego dowódca, Aleksy
Stratigopul, dowiedział się od chłopów, iż twierdza jest
faktycznie pozbawiona załogi i zareagował we właści-
wy dla doświadczonego żołnierza sposób; niezależnie
od panującego pomiędzy obydwoma państwami pokoju
postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji. Chłopi
wskazali mu tajemne podziemne przejście i to jeszcze
bardziej ułatwiło mu zadanie. Nocą z 24 na 25 lipca
oddział Greków przedostał się do miasta i z łatwością
zdobył rejon bramy wiodącej do Pigae, znajdującej się
w zachodniej części murów. Rankiem przez bramę
wkroczyły pozostałe siły i zaczęły zajmować Konstan-
tynopol. W jednej z dzielnic doszło do gwałtownej po-
tyczki z łacinnikami, którzy jednak zostali rozproszeni.
Ich szanse na skuteczny opór przekreślił swą zdradą je-
den z rycerzy, Jan Fhylax, który przeszedł na stronę
Greków i wskazał im strategiczne punkty w mieście.
Nie obyło się bez prób grabieży ze strony Kuma-
nów, ale Stratigopul szybko zdołał okiełznać zapędy
służących w jego wojskach koczowników. Baldwin II,
zaskoczony nagłością wydarzeń, kazał podpalić Wielki
Pałac, licząc, że w powstałym zamieszaniu uda mu się
ujść z miasta. Ratunku, tak jak wielu innych łacinni-
ków, szukał w porcie. Kiedy rozgrywały się opisywane
wydarzenia, do Konstantynopola zbliżały się oddziały
wracające z wyprawy na Morze Czarne. Z dala wi-
doczne były pożary i dymy spowijające miasto. Wene-
cjanom i Frankom nie udało się wylądować na nabrze-
żu w Złotym Rogu i podjąć walki z oddziałami Strati-
gopula. Miasto, o które ich przodkowie walczyli z tak
wielkim poświęceniem, nie szczędząc krwi, przecho-
dziło w ręce nikejskiego dowódcy niemal bez oporu ze
strony obrońców. W ciągu dnia i nocy z 25 na 26 lipca
z Konstantynopola uszło około 3000 łacinników. Za cel
ucieczki obrali Negropont. Stamtąd rozjechali się
w różnych kierunkach. Część baronów i rycerzy oraz
wielu szeregowych żołnierzy pozostało na terenie Gre-
cji, w księstwach Aten i Achai. Inni, wzorem cesarza,
opuścili ją i wyjechali do Francji lub Włoch. 15 sierp-
nia 1261 r. Michał VIII Paleolog odbył triumfalny
wjazd do Konstantynopola. Przekraczając Złotą Bramę,
zrealizował marzenie dwóch pokoleń swoich rodaków.
Odnowione Cesarstwo Bizantyjskie stało się faktem.
Historia miała jednak w zanadrzu niespodziankę.
Kiedy niespełna dwa wieki później potomek Michała
VIII Paleo- logia, cesarz Konstantyn XI oddawał życie
w obronie Konstantynopola i turecki sułtan Mehmed II
Zdobywca brał miasto nad Bosforem w posiadanie,
wciąż jeszcze na ziemi greckiej istniały państewka za-
łożone przez łacinników. Księstwo Aten dostało się
w ręce Osmanów w 1456 r., a Despotat Morei prze-
trwał do 1460 r. Dłużej niż Bizancjum istniało również
maleńkie Cesarstwo Trebizondy, które upadło we
wrześniu 1461 r. Poza władzą sułtana pozostało jedynie
kilka izolowanych weneckich i genueńskich enklaw.
Historia Bizancjum, a wraz z nią polityczna obecność
łacinników na greckich ziemiach dobiegły kresu.
KTO ZAWINIŁ?
Dzieje IV krucjaty dostarczyły pokoleniom histo-
ryków niewyczerpanej pożywki do snucia rozważań
i toczenia niekończących się dyskusji mających za cel
wskazanie głównych winowajców odpowiedzialnych za
dramat, jaki dokonał się ostatecznie w kwietniu 1204 r.
W udzieleniu odpowiedzi na pytanie, kto zawinił, miało
dopomóc ustalenie sprawców zmiany kierunku krucjaty
po zdobyciu Zadaru, a co za tym idzie, po wypełnieniu
zobowiązania krzyżowców wobec Wenecji. Powstało
na ten temat kilka teorii. Część badaczy wyznaje teorię
umyślności, wskazując winnych, ich adwersarze skła-
niają się natomiast ku teorii przypadkowości, nie do-
strzegając niczyjej zdecydowanej ingerencji w bieg
wydarzeń, które ich zdaniem stanowiły niemożliwy do
przewidzenia, a tym bardziej do wyreżyserowania,
splot okoliczności. Są wreszcie historycy reprezentują-
cy pośrednie stanowisko, obdzielający poszczególne
strony cząstką winy i jednocześnie dostrzegający rolę
obiektywnych uwarunkowań. Inni wreszcie twierdzą,
że wskazana na wstępie kwestia nie jest możliwa do
rozstrzygnięcia. Ich stanowisko potwierdzają tytuły
licznych opracowań, w których co i rusz pojawia się
słowo — tajemnica.
Rzeczywiście, ciągle pozostaje niewyjaśnioną do
końca tajemnicą, kto, dlaczego i kiedy zainspirował li-
kwidację Bizancjum. Tak niejednolite stanowisko
znawców tematu pozostawia Czytelnika z uczuciem
pewnego niedosytu. Oto bowiem najważniejsze pytanie
dotyczące IV krucjaty pozostaje bez jednoznacznej od-
powiedzi. Lecz owa zagadka pobudza jednocześnie do
własnych przemyśleń i jej poszukiwań. Kto zatem za-
winił w największym stopniu, albo stawiając rzecz ina-
czej — kto stał się niezbędnym elementem skompliko-
wanej układanki, bez kogo w 1204 r. nie dokonałaby
się tragedia Konstantynopola? Czy był nim diabolicz-
ny, żywiący śmiertelny uraz do Bizancjum doża Enrico
Dandolo i Wenecjanie, czy raczej Filip Szwabski lub
papież Innocenty III, z perfidną maestrią sterujący wy-
padkami? A może Aleksy IV i jego niemożliwe do
spełnienia, rozbudzające wyobraźnię obietnice? A mo-
że to niewyobrażalny chaos wewnętrzny, bezrząd oraz
polityczna i militarna dekadencja, w którą popadło Bi-
zancjum w końcu XII wieku, podarowały krzyżowcom
wyalienowany od reszty państwa Konstantynopol ni-
czym prezent, którego przyjęcia nie wypada odmówić?
Trudno przecież nie zgodzić się z opinią, że „[...] kiedy
w 1203 r. pod murami stolicy Bizancjum stanęła flota
wioząca uczestników IV krucjaty, państwo bizantyjskie
znajdowało się w całkowitym rozkładzie, a cesarz
Aleksy III był faktycznie izolowany w mieście”.
Być może część Czytelników podzieli mój pogląd
na sprawę. Wenecjanie, doskonali kupcy, umiejętnie
potrafiący wyczuć koniunkturę i wszelkie, najmniejsze
nawet zmiany mające na nią wpływ, do maksimum
wykorzystali nadarzającą się sposobność, aby zrobić
jak najlepszy interes. Przede wszystkim handlowy, ale
również polityczny. Przy okazji zaś zaspokoić pragnie-
nie zemsty. Działali w zgodzie z niezmiennymi zasa-
dami ekonomii, świetnie zdając sobie sprawę z tego, że
właściwie skalkulowane ryzyko może zwielokrotnić
korzyści. Po mistrzowsku i bezwzględnie zagrali na
chciwości, religijnym fanatyzmie, rosnących przez
dziesięciolecia uprzedzeniach, nienawiści dwóch kultur
i pokrewnych wyznań, pragnieniu Watykanu do zli-
kwidowania schizmy i stanięcia na czele zjednoczone-
go chrześcijaństwa. To oni niemal przez cały czas po-
ciągali za sznurki, to w ich rękach nominalni wodzowie
krucjaty i nie tylko oni stawali się jedynie bezwolnymi
marionetkami.
Jednak to nie Wenecjanie są jedynymi winowaj-
cami. A i głównymi winowajcami chyba również nie.
Choć bez ich udziału IV krucjata prawdopodobnie nie
zakończyłaby się na gruzach Konstantynopola. Tak jak
w mniejszym bądź większym stopniu bez wszystkich
innych najważniejszych aktorów tego dziejowego dra-
matu. Wedle Niketasa Choniatesa „wszyscy byli
współodpowiedzialni”.
Czwartego maja 2001 r. w Atenach przed
zwierzchnikiem prawosławnej Cerkwi greckiej, Chri-
stodulosem, papież Jan Paweł II potępił ekscesy krzy-
żowców i biorąc na siebie ich winy, prosił o przebacze-
nie Boga i ludzi. Wydaje się, że papieskie mea culpa
zamknęło wreszcie jeden z najważniejszych rozdziałów
owego dramatu.
PODSUMOWANIE
Czwarta wyprawa krzyżowa różni się w sposób
oczywisty od wszystkich pozostałych wypraw i podob-
nie jak późniejsza o osiem lat dramatyczna krucjata
dziecięca stanowi tragiczną ich karykaturę. Jak żadna
inna przyniosła potężny wachlarz różnorodnych, ale
w większości negatywnych jednak konsekwencji.
Część z nich ujawniła się niemal natychmiast, inne da-
wały o sobie znać w dłuższym okresie. Działo się tak
w wielu dziedzinach i na różnych płaszczyznach. Prze-
de wszystkim owa wyprawa chrześcijan przeciwko
chrześcijanom poczyniła straszliwe spustoszenie
w świadomości i skompromitowała samą ideę krucjat.
Niechęć religijna pomiędzy Kościołami prawosławnym
i katolickim, podkreślona wielką schizmą z połowy XI
wieku, doszła za jej sprawą do zenitu. Teraz to już nie
był tylko rozłam pomiędzy dwoma rywalizującymi ze
sobą stolicami, Rzymem i Konstantynopolem, i zawzię-
ta, wyniszczająca walka nieprzejednanych kościelnych
hierarchów. Miliony wyznawców obu Kościołów za-
czął dzielić odtąd mur wrogości i wzajemnej nienawi-
ści.
Jak celnie stwierdził Steven Runciman: „[...]
w pamięci chrześcijan wschodnich przetrwało tylko
barbarzyństwo łacinników, którego nigdy im nie wyba-
czono. W czasach późniejszych wschodni władcy
chrześcijańscy daremnie orędowali za unią z Rzymem
w błogiej nadziei, że unia ta doprowadzi do wspólnego
frontu przeciwko Turkom. Ale masy pozostały głuche
na ich argumenty. Lud nigdy nie zapomniał czwartej
krucjaty [...] schizma w sercach chrześcijan wschod-
nich była już zupełna, nieodwracalna i ostateczna”.
Zdobycie Konstantynopola i polityczne oraz militarne
osłabienie Bizancjum, które już nigdy nie zdołało po-
wrócić do wcześniejszego znaczenia, spowodowało
zniszczenie ugruntowanego przez wieki systemu
obronnego całego chrześcijaństwa przed ekspansją mu-
zułmańską. Słabe militarnie Cesarstwo Łacińskie nie
było w stanie zastąpić owego przedmurza. Jako kolo-
nialne państwo krzyżowców było zaledwie szpetną ka-
rykaturą Bizancjum, nieudolnie nawiązującą do jego
tradycji głównie przez zewnętrzny sztafaż i nazewnic-
two. Nigdy nie stało się jego kontynuacją, choć wielu
chciałoby w nim widzieć Neobizancjum. Już kilkadzie-
siąt lat po odzyskaniu przez Greków Konstantynopola
i reaktywowaniu dawnego Cesarstwa Turcy osmańscy
sforsują Bosfor i Dardanele, rozpoczynając podbój
Bałkanów i spychając je do roli miasta-państwa, z naj-
większą trudnością zachowującego byt polityczny
i bezradnie przyglądającego się ich kolejnym zdoby-
czom. Łacinnicy, niezależnie od ich politycznych am-
bicji i podjętych wysiłków, nie zdołali wypełnić luki po
Bizancjum. Nie udało im się opanować wszystkich
wchodzących w jego skład terytoriów. Szczególne zna-
czenie miał fakt, iż poza ich kontrolą pozostawały zie-
mie w Azji Mniejszej. W ten sposób droga lądowa
z Europy do Syrii stała się do tego stopnia niebezpiecz-
na, że pielgrzymi niemal zupełnie ją porzucili. Na
wspomnianych terenach czekali na nich już nie tylko
muzułmanie, ale także równie wrogo nastawieni Grecy
zamieszkujący Cesarstwo Nikei.
Po upadku Konstantynopola już żadna z krucjat do
Ziemi Świętej nie przebyła drogi przez Anatolię śladem
XI- i XII-wiecznych wypraw. Mniej dostępna stała się
również droga morska, jedyna, którą odtąd do Króle-
stwa Jerozolimskiego docierała pomoc z Europy. Po-
tężnym republikom włoskim, które zmonopolizowały
handel i transport śródziemnomorski, bardziej opłacało
się dokonywać przewozów do portów greckich niż na
wybrzeże syryjskie. Były one zdecydowanie krótsze
i obarczone mniejszym ryzykiem utraty statków. Z tego
samego powodu jedynie nieliczni rycerze decydowali
się na podróż do Syrii.
Cesarstwo Łacińskie kusiło i „przechwytywało”
ogromną większość tych, którzy w innych warunkach
wypełniliby śluby krucjatowe w Ziemi Świętej. Niedo-
statek rycerzy, na jaki cierpiało ono przez cały okres
swojego istnienia, powodował, iż wielu z nich mogło
liczyć na znaczną poprawę sytuacji majątkowej w wy-
niku bogatych nadań. Zresztą nie tylko rycerze z za-
chodniej Europy napływali nad Bosfor. Królestwo Je-
rozolimskie zaczęli porzucać ci, którzy w wyniku pod-
bojów Saladyna utracili swoje włości i zamki. Państwo,
które w epoce największego rozkwitu, w połowie XII
wieku, zasiedlało około 100 000 przybyszów z Zacho-
du, zaczęło się szybko wyludniać. Obrona wąskiego
skrawka syryjskiego wybrzeża i kilku odosobnionych
fortec w głębi lądu w coraz większym stopniu zaczęła
spadać na barki zakonów rycerskich. Te zaś, chociażby
templariusze i Krzyżacy, coraz bardziej zajęte wielką
polityką i porzucające wypalającą się ideę walki za
wiarę, z ledwością dźwigały ów ciężar.
Czwarta wyprawa krzyżowa, choć zaangażowała
stosunkowo niewielkie siły wojskowe, mogła wydatnie
poprawić sytuację Królestwa Jerozolimskiego i pozo-
stałych państewek chrześcijańskich na Bliskim Wscho-
dzie. Okazja była po temu sprzyjająca. Po śmierci Sala-
dyna, wielkiego zjednoczyciela i zdobywcy, świat is-
lamu przeżywał kryzys, co sprawiało, że całkiem realne
było odzyskanie utraconych w końcu XII wieku teryto-
riów. W tym miejscu za Marco Meschinim można po-
stawić pytanie: „Ale co mogłoby się wydarzyć, gdyby
armia, która jako pierwsza od prawie dziewięciuset lat
pokonała Bizancjum, zaangażowała się w odzyskanie
Ziemi Świętej?”. To samo lub podobne pytanie zada-
wali sobie zapewne muzułmanie. Łatwość, z jaką ła-
cinnicy zdobyli Konstantynopol — w każdym razie tak
właśnie wydawało się z perspektywy Kairu, Damaszku
lub Jerozolimy — kazała się liczyć z ich równie spek-
takularnymi sukcesami po wylądowaniu krucjaty w
Egipcie lub Palestynie. Były to jednak niepotrzebne
obawy. Porzucenie pierwotnego celu wyprawy i pozo-
stanie ogromnej większości krzyżowców na terytorium
Bizancjum przekreśliło rysujące się szanse. W konse-
kwencji zarówno upadek resztek Królestwa Jerozolim-
skiego, jak i kadłubowego Cesarstwa Bizantyjskiego,
stanowiącego jedynie karykaturę dawnego mocarstwa,
stał się jedynie kwestią czasu.
ZAŁĄCZNIKI
Złącznik nr 1
Zestawienie panujących
Cesarstwo Bizantyjskie
1185-1195Izaak II Angelos
1195-1203Aleksy III Angelos
1203-1204Izaak II Angelos i Aleksy IV Angelos
1204Mikołaj Kabanos
1204Aleksy V Murzuflos
1204Teodor Laskarys
1261-1282Michał VIII Paleolog
Cesarstwo Łacińskie
1204-1205Baldwin I z Flandrii
1206-1216Henryk z Hainaut
1217Piotr z Courtenay
1217-1219Jolanta z Courtenay
1221-1228Robert z Courtenay
1228-1261Baldwin II
1231-1237Jan z Brienne
Regenci i baili Cesarstwa Łacińskiego
1205-1206 Henryk z Flandrii
1216-1217 Konon z Béthune
1219 Konon z Béthune
1220? Jan Colona
1228 Maria z Courtenay
1228-1231 Narjot z Toucy
1237-1238 Anzelm z Cayeux
1238-1239 Narjot z Toucy
1244-1251 Filip z Toucy
Łacińscy patriarchowie w Konstantynopolu
1204-1211 Tomasz Morosini
1212-1219 Gerwazy
1221-1226 Mateusz z Jesolo
1227-1233 Szymon
1234-1251 Mikołaj di Santa Arquato
1253-1261 Pantaleon Giustiniani
Podeści weneccy
1205-1207 Marino Zeno
1209 Ottaviano Quirino
1217 Marino Zeno (Geno)
1218-1220 Jacobo Teupolo (Tiepolo)
1221 Marino Michel
1222-1223 Marino Storlato
1224-1227J acobo Teupolo
1223-1228 Teofilo Zeno
1228 Giovanni Quirino
1229 Roberto Quirino
1235-1238 Teofilo Zeno
1238Albertino Morosini
1240-1241 Giovanni Michiel
1247Egidio Quirino
1256Jacobo Dolphin
1259-1261 Marco Gradenigo
Łacińscy królowie Salonik
1204-1205 Bonifacy z Montferratu
1207-1222 Dymitr (Demetriusz)
Cesarstwo Nikei
1204-1222 Teodor Laskarys
1222-1254 Jan III (Dukas) Vatatzes
1254-1258 Teodor II Laskarys
1258-1261 Jan IV Laskarys
1258-1261 Michał VIII Paleolog
Despotat (Cesarstwo) Epiru
1204-1214 Michał I Komnen (Angelos)
1214-1230 Teodor Komnen Angelos
1230-1271 Michał II Komnen Dukas
Księstwo Morei
1205-1209 Wilhelm I z Champlitte
1208-1218 Geoffroy I z Villehardouin
1218-1245 Geoffroy II z Villehardouin
1245-1278 Wilhelm II z Villehardouin
Państwo bułgarskie
1187-1196 Asen
1197 Piotr
1207 Kałojan
1207-1218 Borił
1218-1241 Iwan Asen II
1241-1246 Koloman Asen
1246-1256 Michał Asen
1257-1277 Konstantyn Tech
Załącznik nr 2
Podział ziem Bizancjum pomiędzy krzyżowców

Terytorium Nadanie dla: Typ lenna Liczba


rycerzy
Ćwierć cesarska
1. Adramitta Henryk z Hainaut Dukat 120
2. Filipopolis (Plowdiw) Rajner z Trit Dukat 120
3. Nikomedia (Izmit) 100
4. Nikea (Iznik) Teodoryk z Loos Dukat 120
5. Filadelphia (Alasehir) Ludwik z Blois Dukat —
6. Neocastro Stefan z Perche Dukat
7. Okolice Ikonium
8. Lemnos W ¼ Jjoannici Dukat 460
Piotr z Bracieux Dukat
Filocalo Navigaioso Dukat
3/8 krzyżowców
1. Apros Teodor Vranas Dukat?
2. Didymotyka Hugon z Saint-Pol Dukat?
3. Macri-Trajanopoli-Vira Geoffroy z Villehardouin Dukat?
4. Saloniki Bonifacy z Montferrat Królestwo
a. Bodonitsa Gwidon z Pelavicino Baronia
b. Salona Tomasz z Autremencourt Baronia
c. Halmyros Bertold z Katzenelnbogen Baronia
d. Velestino Wierich z Daun Baronia
e. Platamon Hugon z Coligny Baronia
f. Kitros Rambauld z Vaqueiras Baronia
g. Domokos Aime Buffa Baronia
h. Larisa Wilhelm Baronia
i. Teby Albertyn z Canossy Baronia
j. Eubea Jakub z Avesnes Baronia
k. Ateny Otton z La Roche Baronia
3/8 Wenecji
1. Rodosto Rycerze weneccy —
2. Adrianopol (Edirne) Teodor Branas Dukat (?) 500
3. Korfu 10 nobilów (?) 20
4. Modon 15 rycerzy i biskup 15+4
5. Koron rycerze i biskup ?+4
6. Achaja dla francuskich rycerzy Pryncypat około 400
a. Korynt, Elidę, Mesenia Pryncypat około 200
(w latach 1246-1250)
b. Akova Walter z Rosieres Baronia 24
c. Skorta Rinaldo z Briel Baronia —
d. Patras Wilhelm z Alemanno Baronia 24
e. Vostisa Hugo z Champigny Baronia 8
f. Chalandritsa Robert z Dramelay Baronia 4
g. Kalavryta Otton z Durnay Baronia 12
h. Veligosti Hugon z Mons Baronia —
i. Nikli Wilhelm z Morley Baronia 6
j. Gritsena Łukasz Baronia 4
k. Geraki (Tsaconia) Gwidon z Nivelet Baronia 6
1. Passavant (Lakonia) Jan z Nully Baronia? 4
m. Argo i Nauplia Otton z La Roche Baronia 8
n. Patras Arcybiskup 4
o. Korynt Arcybiskup 4
p. Olena-Anvida Biskup 4
q. Argo Biskup 4
r. Lacedemonia Biskup 4
s. Nieznane Dla joannitów, templariuszy i 4
Krzyżaków
Podział archipelagu Ćwierć cesarza i 3/8 Wenecji
Archipelag Marek Sanudo Dukat —
Tino, Sciro Rodzina Ghisi —
Micone, Sciato —
Scopelo —
Andros Marino Dandolo —
Kreta Nie została podzielona W ge- Dukat 200 ryce-
stii doży Wenecji rzy i
1200 ser-
gant
KALENDARIUM
1097-1099 — I krucjata
1099 — zdobycie Jerozolimy przez krzyżowców
1111 — Piza otrzymuje przywileje handlowe na te-
rytorium Bizancjum
1143-1180 — panowanie Manuela Komnena
1146-1148 — II krucjata
1153 — układ papiestwa z cesarzem Fryderykiem I
Barbarossą przeciwko Bizancjum
1160-1168 — cesarz Manuel I przywraca domina-
cję Bizancjum na Bałkanach
1176 — klęska armii bizantyjskiej pod Myriokefa-
lonem w bitwie z Seldżukami
1182 — masakra łacinników w Konstantynopolu
1186 — powstanie drugiego królestwa Bułgarów
1187 — klęska wojsk Królestwa Jerozolimskiego
w bitwie pod Hittinem; zdobycie Jerozolimy przez woj-
ska Saladyna
1189-1192 — III krucjata
1190 — śmierć Fryderyka I Barbarossy podczas
wyprawy do Ziemi Świętej
1192 — traktaty Bizancjum z Pizą i Genuą
1193 — śmierć Saladyna
1202-1204 — IV krucjata
1202 — zdobycie Zadaru
1203 — pierwsze oblężenie Konstantynopola
1204 — zdobycie Konstantynopola i powstanie
Romanii (Cesarstwa Łacińskiego); powstaje królestwo
Salonik, Cesarstwo Nikei, Despotat Epiru
1205 — klęska krzyżowców w bitwie z Bułgarami
pod Adrianopolem; cesarz Baldwin I dostaje się do
niewoli
1206 — początek rządów Henryka z Hainaut
1207 — śmierć cara Kałojana i Bonifacego
z Montferratu
1209 — wyprawa krzyżowa przeciwko albigensom
1212 — krucjata dziecięca
1217-1221 — V krucjata
1229 — odzyskanie Jerozolimy przez cesarza Fry-
deryka II Hohenstaufa wskutek dyplomatycznych za-
biegów
1244 — ostateczna utrata Jerozolimy przez krzy-
żowców
1248-1251 — VI krucjata
1261 — zdobycie Konstantynopola przez wojska
Cesarstwa Nikei i upadek Cesarstwa Łacińskiego
1291 — upadek Akki, koniec obecności krzyżow-
ców w Ziemi Świętej
1453 — ostateczny upadek Konstantynopola