Vous êtes sur la page 1sur 177

GEORGES BORTOLI

ŚMIERĆ STALINA

PRIX DES MAISONS


DE LA PRESSE
PAMIĘCI BRATA STASZKA

tłumacz F. P.

2
PRZEDMOWA

Od 5 marca 1953 roku wiele rzeczy uległo zmianie, gdy umarł starzec w podmiej-
skiej okolicy Moskwy. W tydzień po złożeniu go do grobu świat odczuł że nie jest
ten sam.
Czy był, czy nie wytworem epoki, stał się sam epoką; Stalin i po Stalinie. Pano-
wanie ogromne, szef o rozgłosie, o władzy niezmiernej. Strach i miłość, które on in-
spirował, geniusz nadludzki, który mu przypisywano. Później, z dziś na jutro –
otchłań zapomnienia, ostrożne szepty. Najgorliwsi jego uczniowie udają, że nie znają
swego mistrza. I jednocześnie denuncjują jego zbrodnie. I znowu cisza. Jego rodacy
kluczą, by nie wymówić słowa Stalin, określają go wstydliwą parafrazą: „epoka kul-
tu jednostki”.
Nikt nie umiał się tak maskować, jak on. Zrobił ze swej osoby mit, ze swojego
królestwa jaskinię Platona – cienie na murze. Wybudował zamek z mgły, który szo-
kował świat.
Usiłowałem go odnaleźć. Przede wszystkim chciałem opisać to przejście z czasu
– z jego czasu – do innego, iść krok za krokiem przez ostatnie dni Stalina i pierwsze
dni ery następnej. Przeszukiwałem uważnie w pismach, słuchałem świadków,
wszystkich świadków. Tych, którzy go spotykali. I tych, którzy ścinali drzewa na
Syberii i tych, którzy z jego woli znaleźli się bardzo nisko.
To panowanie zakończyło się przed 20 laty, ale jest jednym z najgorzej znanych
w historii. Stalin chciał być tajemnicą.
Z całego serca dziękuję tym, którzy mi pomogli w zbliżeniu się do niego, którzy
żywili tę książkę ciałem i krwią swego własnego doświadczenia.
Musiałem zachować anonimowość niektórych osób. Zawsze aktualny regulamin
zabrania Sowietom „dostarczać informacji” przybyszowi z zagranicy – zwierzenie
się jest zbrodnią.
Może te przeżycia dawnego czasu znikną z wszystkim, co jeszcze istnieje. Może
nadejdzie dzień, kiedy nowe wydanie tej książki poda nazwiska bez strachu, że za-
szkodzi tym wszystkim, którzy podzielili się ze mną swymi wspomnieniami.

Moskwa – Paryż 1968—1973

3
LATO
l.
ORSZAK

Pewnego dnia szedłem przez Arbat


Bóg przejeżdżał tamtędy w 5 wozach

Borys Słucki.

Reflektory. Samochody pędzą z nadzwyczajną prędkością. Brak białych świa-


teł, jakie są zwykle na moskiewskich wozach. Są żółte. Jednocześnie zwiększa się
piekielny hałas, ochrypły, prawie zwierzęcy – syreny i klaksony, a ty stoisz odrę-
twiały z wrażenia.
Wśród niezliczonej ilości policjantów, którzy pojawili się nagle, jedzie 5 czar-
nych samochodów; widać niewyraźny cień kierowcy jakby przykutego do swego
pojazdu. Firanki nie pozwalają widzieć tylnych siedzeń.
Historia i legenda ocierają się o siebie. Za tymi firankami – ukryty wszechpo-
tężny, okrutny, ten, który w każdej chwili ma twe życie w swych rękach.
O drugiej w wieczór lipcowy Arbat jeszcze śpi, choć staje się spokojniejszy niż
za dnia. Arbat, to ulica o arabskiej nazwie. Jest jedną z najruchliwszych ulic w
Moskwie. Choć to wieczór, widać jeszcze sporo kobiet starych, ubranych w swe
szare spódnice i szare chustki, śpieszą ze swymi koszykami do domów. Widać
młode pary wychodzące z kina i bez pośpiechu kierujące się do stacji kolejki pod-
ziemnej oświetlonej czerwonym, jarzącym światłem.
Naraz sygnał z Kremla przerywa ten ruch. Wszystkie światła Arbatu, nawet te
najdalsze, stają się czerwone. Milicja blokuje rogi krzyżujących się ulic, obstawia
przyległe, całkowicie wstrzymuje ruch.

4
Anioły–stróże w cywilu i w uniformach obstawiają chodniki, tak że przechod-
nie przeciskają się pod murami. Zamyka się okiennice. Nie jest dobrze widzieć
zbyt dużo. Wielkie czarne auta wynurzają się z Kremla przez bramę Borowiczki
i wpadają do miasta z szybkością 100 kilometrów na godzinę.
Stalin udaje się do swego wiejskiego domu. Jest niewidoczny za firankami,
chroniony przez szyby odporne na kule i opancerzoną karoserię. Nikt nie może od-
różnić jego wozu od wozów eskorty. Wszystkie są identyczne, pozbawione znaków
rejestracyjnych. Kierowcy–wirtuozi, wciąż się zmieniają.
Jest rok 1952.
W ciągu ćwierćwiecza panowania tego absolutnego władcy nikt nigdy nie sły-
szał o jakimkolwiek zamachu na niego. Ale z roku na rok ostrożność, którą się
kieruje, wciąż się zaostrza.
3000 agentów Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa – MGB czuwa nad drogą
długości 15 kilometrów, która prowadzi z Kremla do daczy Stalina. Wszyscy,
którzy mieszkają wzdłuż tej drogi, podlegają szczególnej inwigilacji. A nowi przy-
bysze są starannie dobierani.
W tym czasie – powiedział jeden moskwiczanin – uzyskać od policji „propi-
skę” , żeby móc mieszkać na Arbacie, to otrzymać certyfikat najwyższego obywa-
telstwa.
Wszyscy wierzą, że Stalin mieszka na Kremlu, a to jest nieprawda. Jego miesz-
kaniem jest dacza w pobliżu Kunczewa na północny zachód od Moskwy. Ale pra-
sa, poeci, filmy, ikonografia uparcie kojarzą jego imię i jego obraz ze starą fortecą
o czerwonych murach – rama godniejsza dla bohatera niż willa w okolicy pod-
miejskiej. Tej nocy, jak każdej, w oknach będą się świeciły światła widoczne z pl.
Czerwonego aż do świtu i będą myśleli: „On żyje, myśli i pracuje dla nas” – tak
jak podaje radio.
Ci, którzy widzą pięć wozów przejeżdżających pod ich oknami, zgadują praw-
dę. Mogliby nawet, obserwując odjazdy i przyjazdy, wywnioskować, że Stalin sta-
rzejąc się spędza coraz mniej czasu w swym biurze. Ale dlaczego zajmować się
tymi strasznymi tajemnicami? Dlaczego mówić o tej największej tajemnicy pań-
stwowej, ryzykować najcięższe kary? Mówić gdzie jest Stalin to szkodzić jego
bezpieczeństwu, a to znaczy być złym obywatelem. Kraj ulegle widzi swego wodza
tam, gdzie go nie ma.

5
Korespondenci zachodni nie wiedzą więcej. Chmura zasłania Stalina przed
oczami jego narodu. W rzeczywistości to istota abstrakcyjna, która ucieka w nocy
poprzedzana wyciem syren i klaksonów .
Jego twarz jest wszędzie i jego twarzy nikt spośród zwykłych ludzi naprawdę
nie widział.
Siedzący w samochodzie ZIS IOI to mały 72–letni starzec. W bladym świetle,
które dociera od stołu, gdy czasem zapala małą lampkę, aby zobaczyć godzinę na
kieszonkowym zegarku, jego głowa wydaje się szara, szare są i wąsy, które retusze-
rzy „Prawdy” nazywają czarnymi. Prawie zupełnie białe i coraz rzadsze w stronę
szczytu czaszki włosy, malarze wciąż przedstawiają jako czarne usiane nieznacznie
srebrnymi nitkami.
Obrazy, filmy, pokazują go wysokim, majestatycznym. Jego głowa zawsze się
wznosi ponad głowami towarzyszy, ponad tłum zebranych, których ramiona wyci-
ągają się z miłością do niego. Gierasimow, arcykapłan oficjalnego malarstwa,
umiejscawia go na tle wież Kremla. Dominuje swą atletyczną budową, jak Kreml
dominuje nad Moskwą.
Za zaciągniętymi firankami jest tylko mały, stary, brzuchaty. Na kołnierz mary-
narki spada gruba fałda karku.
Tysiące poetów i pisarzy, a niektórzy są sławni i wielcy, czczą go w stu języ-
kach. Paul Eluard poświęcił mu na 70–lecie pieśń miłosną.
Roger Vailland w swych listach miłosnych do Elżbiety radzi jej czytać tekst –
klucz do Stalina – rozdział z „Historii WKPB(b)” aby lepiej przeżywała miłość.
W jego kraju nazywają go „nasz kochany ojciec”, „nasz drogi wódz i pan”,
„nasz drogi i kochany Stalin”, „największy wódz wszystkich czasów i wszystkich
ludów”.
W całym Związku Sowieckim nie publikuje się żadnej książki, żadnej broszury,
żadnego zeszytu, ani jednej tezy chemicznej, astronomicznej, botanicznej, filolo-
gicznej – niczego, co by nie zawierało choć kilku myśli z jego nauk. Mało jest
świąt rodzinnych: ślubów, urodzin, aby nie wzniesiono pierwszego toastu na jego
cześć.
Ten kult jest częścią życia codziennego.
Kiedy ogłoszono podniesienie normy pracy, robotnicy westchnęli, ale mówili:
„Stalin wie”. I kiedy w sklepach brakowało kiełbasy gospodynie szeptały: „Gdyby
Stalin wiedział”.

6
W przeważającej ilości lokali znajdują się jego fotografie i gipsowe popiersia –
repliki wizerunków wywieszonych w urzędach, na stacjach kolejowych, w szko-
łach, w bankach, w fabrykach, w kinach. Jego sylwetka figuruje na lewo od ekra-
nów, a Lenina na prawo. Jeden i drugi w towarzystwie cytatów z ich dzieł.
Pewien inżynier przejeżdżał przez Moskwę. Naliczył 101 portretów i popiersi
na jednym dworcu Kazachskim, na jednym z ośmiu w stolicy.
Posągi Stalina wznoszą się na polanach leśnych, na szczytach gór. Jego wzrok
jest z wami od świtu do nocy, wnika w waszą najtajniejszą intymność. On sam jest
niewidoczny. Okazanie się jego jest rzadkie jak cud. Jest wszechobecny – oko,
które widzi wszystko.
Aleksy, patriarcha moskiewski, proklamował go jako wybrańca opatrzności,
tak jak niegdyś car był pomazańcem Boga. Poeci sowieccy przyjęli zwyczaj obda-
rzania go władzą nadnaturalną.

On rozkaże i zajdzie słońce dla wrogów.


On powie i wschód stanie się czerwony dla
przyjaciół.
Gdyby powiedział, aby węgiel stał się biały
Będzie tak, jak chce Stalin.

„Prawda” 23 V 1935 r.

Muzyka nie może być w tyle za poezją. Ponad 2000 pieśni i hymnów wielbi za-
sługi ludzkie i nadludzkie Stalina. Wydawnictwo „Młoda Gwardia” ugina się pod
prasą, w tymże 1952 roku wydaje nowy zbiór, gdzie między innymi można znaleźć
„Kantatę poświeconą Stalinowi” Aleksandrowa, twórcy chórów armii radzieckiej
i sławną „Pieśń o Stalinie” Chaczaturiana. Pewien Sowiet, który w 1952 miał 25 lat,
trochę konformista z natury, powiedział: „Ja nie wierzę w to co piszą dziennikarze.
Ale on to co innego. On jest ponad słowa. On jest w głębi nas”.
Znalazłem książeczkę w czerwonej oprawie pod tytułem „Ojczyzna szczęśli-
wych”. 60 utworów, niektóre podpisane znanymi nazwiskami. Wszędzie Stalin.
Często są to pieśni nabożne. Taka np. litania pod jego imieniem.

“W tym słowie jest siła, zdrowie, szczęście


Od ziemi aż do słońca
Ponad sławę naszego narodu
To słowo wznosi się jak siedmiobarwna tęcza,
Wznosi się jak pieśń ponad ogrodami,
Tam, gdzie szczyty migocą w świetle
Zostawiając orły bez skrzydeł

7
To słowo, to wielkie słowo – to Stalin
Dusza, ciało, i krew narodu.”

Na stronie okładki dedykacja wskazuje, że książeczka była ofiarowana uczen-


nicy Tani A. w nagrodę za postępy w nauce 1938 r. Jeżeli Tania przeżyła wojnę,
ma dziś 50 lat. Co myśli o bohaterze swojej młodości? Czy można zniweczyć taki
ładunek? Czy można zapomnieć taką miłość?
To bóg ukazał się na niebie Moskwy. Olbrzymi portret Stalina przyczepiony
balonu balansuje na uwięzi, na wietrze, od zmierzchu do świtu oświetlony z ziemi
przez słupy światła z reflektorów.
To ojciec wszechpotężny, którego wielbią mali Rosjanie, gdy powtarzają zda-
nie, którego nauczono ich w szkole: „Dziękujemy towarzyszowi Stalinowi, za
szczęśliwe nasze dzieciństwo”.
Boskość toczy się niewidoczna w orszaku ZIS–ów, które noszą jego imię.
Tam, gdzie stoją ostatnie domy Moskwy, orszak skręca na lewo, na drogę,
gdzie czerwona tarcza przekreślona żółtym znakiem oznacza, że dalsza droga jest
dla ruchu wzbroniona. To droga rządowa, jego droga. Nikt tam nie może ani
przejść, ani przejechać, tylko Stalin, jego goście i ci, którzy mu służąc strzegą.
Nie upłynęło 10 minut jak Stalin wyszedł z Kremla i oto już jest las. Skręt, na
lewo w kierunku gór Lenina, skręt na prawo, łagodne wzniesienie. Nikt się nie
ukazuje, ale dwa szlabany otwierają się jakby same, następnie otwiera się wysoka
drewniana brama i wolno bez pośpiechu ZIS–y posuwają się długą aleją by wresz-
cie wśród gęstego lasu zatrzymać się przed dosyć skromnym budynkiem.

2.
KUNCZEWO

Tu Stalin spędza swe białe noce od dwudziestu prawie lat – pracując czy to
samotnie z telefonami przed sobą, czy przyjmując ministrów, czy spożywając ko-
lację ze swymi współpracownikami. Te kolacje trwają do świtu.
Od Berlina do Pacyfiku wszystkie sprawy zbiegają się do tego domu, ukrytego
wśród drzew – miejscowości Wołyńskoje w pobliżu Kunczewa.

8
Książęta międzynarodowego ruchu komunistycznego znają ten dom. Mao był
tu przyjęty z przepychem zimą 1949 roku w wielkiej sali na pierwszym piętrze.
Tito, gdy jeszcze należał do rodziny, bronił się przez całą noc przed piciem alkoho-
lu i przed dialektyką gospodarza domu, który jako Gruzin umiał pić i zachęcał do
picia chcąc w ten sposób wyrwać z ich tajemnice. Ostatniego lata Jakub Duclos
jadał tu śniadania w cieniu drzew. Po wojnie główni członkowie Politbiura zbierali
się tu prawie co wieczór, wokół długiego stołu obficie zastawionego zakąskami,
półmiskami mięsa na ogrzewanych płytkach. Czerpał z nich każdy na swój sposób.
Dania były pikantne, rozmowy także. Wina, wódki płynęły strumieniami. Niejeden
stoczył się pod stół ku wrzaskliwej radości współbiesiadników.
Te biesiady stawały się coraz rzadsze. Dręczony przez sklerozę Stalin, oszczę-
dzał się. Najbliżsi z najbliższych mówili półsłówkami o ataku.
Często zostawał sam w nocy, w ciszy swej daczy. Nad nim czuwali niewidocz-
ni strażnicy. Większość pokojów była umeblowana identycznie – ciemno, brzydko:
wielki stół, krzesła, kilka foteli i bufet. Wszystko to bez stylu, bez gustu. Tu i tam
piękny dywan, który przypominał Kaukaz i prawie wszędzie kanapy, na których
czytał lub drzemał. I kominki. Lubił bardzo grzebać w ogniu.
W pokojach wystawowych można było podziwiać jego portrety. Niektóre po-
kazywały go w uniformie galowym przeładowanym dekoracjami, których w rze-
czywistości nie nosił. Rzadko ubierał się w strój generalissimusa, wolał skromny –
jak Napoleon. Gdy szedł spać, zamykał się w małym pokoiku z niskim sufitem,
gdzie był tylko geridon i wąskie łóżko. Poza ciemną, dębową boazerią wszystko
było nagie, jak w gabinecie porad czy bezpłatnej przychodni.
Mołotow, syn drobnomieszczan, grał rolę dżentelmena zachodniego, nosił rano
piękne pidżamy, nieskazitelne szlafroki. Stalin drwił z niego. On często mieszał
koszulę dzienną z nocną, spał niekiedy w ubraniu zdejmując jedynie buty.
Był prostakiem, chłopem o obyczajach spartańskich, sfrustrowany.
Jego luksus – to władza.
Człowiek wyciągnięty na twardym łóżku w swej mniszej celi – to wieczny
zwycięzca, to ten, który wygrywa zawsze.
Był dzieckiem biednym i upokarzanym z przedmieścia Gori, wątłym semina-
rzystą o wąskich barkach, małym agitatorem gruzińskim, rewolucjonistą bez roz-
głosu, którego zaćmiły wszystkie gwiazdy partyjne. Dziś rządzi prawie miliardem
ludzi. Nie prowadziła do tego droga armatniej kuli, przebojowość Aleksandra

9
Wielkiego czy Napoleona, ale wolne kroczenie krok za krokiem z zaciśniętymi
zębami.
Gdy Józef Wissarionowicz Dżugaszwili przyjął niegdyś przydomek Stalin: czło-
wiek ze stali, nie myślał, że kiedyś włoży pancerz, wiecznie napięty, zawsze na
baczność. I zawsze sam.
Bez przyjaciół. Rozproszył pierwszych towarzyszy, większość zmasakrował,
zachowując zaledwie kilku, którzy padli przed nim na kolana, a których i tak wy-
kańczał co jakiś czas jednego.
Nie miał rodziny. On sam niszczył ślady, organizował wokół siebie pustkę. O je-
go ojcu, powroźniku Wissarionie Dżugaszwili, zmarłym kiedy Stalin był dzieckiem,
mówi się, że był biedny, że był pijakiem i brutalem. Przeciwnicy insynuowali, jeśli
ktoś jeszcze ośmielił się insynuować, że mógł nie być jego prawdziwym ojcem.
Mgła.
Jego matka pobożna i silna Katarzyna Geladże jest lepiej znana. Parweniuszka,
szyciem i praniem sprawiła, że wysłała go do seminarium, gdzie zmienił swe prze-
konania od czerni do czerwieni. Żyła dość długo i widziała jeszcze szczyt jego wła-
dzy. Zmarła, gdy zbliżała się do osiemdziesiątki w Tbilisi, w pałacu, który Stalin
zarekwirował dla niej i w którym widział ją tylko trzy razy w ciągu piętnastu lat.
Zajmowała tam maleńki pokoik, w którym stało tylko żelazne łóżko. Odetchnięto.
Oto zanikł wreszcie rys rodzinny.
Odkrycia tu się zatem zatrzymują. Nie ma sióstr ni braci – zmarli w dzieciń-
stwie. I w ciągu całej tej sławnej egzystencji, żadnego śladu po jakimś kuzynie
Dżugaszwili czy wuju Geladże. Żadnego krewnego, nawet bardzo dalekiego i ze
strony matki, i ze strony ojca. Stalin przyszedł znikąd.
Samotność chciana, podana historiografom, bóg nie ma krewnych. Jest to za-
dziwiające, kiedy myśli się o wielu rodzinach gruzińskich, bogatych w krewnych
z bocznych linii, demonstracyjnie licznych i gościnnych. Czy ten Dżugaszwili
jest czystej krwi Gruzinem? Wielu przypisuje mu silną domieszkę krwi Osetyń-
skiej. Osetyńcy, mały naród górski, są sąsiadami Gruzinów, ale bez ich kultury,
bez ich wielkich tradycji. Podróżnicy z około 1840 roku opisywali ich jako roz-
bójników i łupieżców, którzy nie wypuszczają z rąk fuzji, a kładą ją na rozwidle-
niu kija, by celnie strzelała. Znani są także z tego, że dostarczali carom pokaźnego
kontyngentu strażników więziennych.
W każdym razie zniszczył dokumenty i zlikwidował świadków. Wymodelował
swe dzieciństwo według swej woli.

10
Ta sama pustynia od strony kobiet. Jego pierwsza żona Katarzyna umarła na
gruźlicę po trzech latach małżeństwa. Druga, Nadieżda, po piętnastu latach tra-
gicznie. Każe się wierzyć, że lekarze źle ją zoperowali. Ale wersja o samobójstwie
nie jest niepodważalna. Ludzie – to prawda – długo utrzymywali, że on ją zabił
jak Iwan Groźny i Piotr Wielki zabili swych synów, a Katarzyna II swego męża.
Zresztą, czy ona trzymała rewolwer, czy on jej pomógł? Jaka to różnica? Wszyst-
ko dla niego dobre, co mu nie przeszkadzało żyć. Nadieżda ma w monastyrze
między osobistościami sowieckimi skromny pomnik z marmuru, na którym wyry-
ta jest piękna surowa twarz. Nigdy nie był przy tym pomniku.
A teraz? Zachodnie dzienniki są pełne wiadomości o pewnej Róży Kagano-
wicz, z którą Stalin ma się żenić. Obfitość szczegółów. Róża Kaganowicz, z po-
chodzenia Izraelitka, z zawodu lekarz, ma silne nogi i czarne, płonące oczy. Jest
siostrą (według innych kuzynką) Łazarza Kaganowicza, jednego z głównych
członków Politbiura. Dzienniki w wielkich nakładach publikują jej fotografię.
W kilka lat później córka Stalina stwierdzi, wobec świata, że Róża Kaganowicz
nigdy nie istniała. Tego jednak korespondenci prasowi nie wymyślili. Cały Zwią-
zek Radziecki w 1952 roku od Bałtyku po Ussuri wierzył w tą osobistość. Ludzie,
o których się mówi, że są poinformowani, nazywali Kaganowicza „szwagrem”
dyskretnie się przy tym uśmiechając.
Ale Stalin chce uchodzić za wolnego od zmysłów. Rzadkim gościom, którzy
mają wstęp do niego, rysuje się obraz człowieka samotnego. Wyjeżdża na wilegia-
turę sam, przyjmuje w swej daczy też sam.
Świadkowie tych długich kolacji opowiadają zawsze o męskich wieczorach,
Jakub Duclos, przybyły w 1952 roku do Moskwy z żoną, został zaproszony do
Kunczewa bez żony „Nasze śniadanie będzie śniadaniem mężczyzn” – wytłuma-
czył Stalin.
Nikt jednak nie wyobraża sobie, że mógłby spędzić dwadzieścia lat bez towa-
rzyszek. Nadieżda zmarła w 1932 roku. W roku następnym Izaak Babel, pisarz
dobrze poinformowany, powiedział w zaufaniu swoim przyjaciołom paryskim:
„Szukają metresy dla Pierwszego Sekretarza”. I wtedy sekretarz generalny wysłał
Babla na drugi świat, by tam plotkował. Ale ci, którzy byli blisko niego zanim stał
się bogiem, wiedzą o autentycznie silnym temperamencie i brutalnych apetytach.
Jego gusty są znane – święta odraza do intelektualistów i szczególne względy dla
piękności obfitych kształtów.

11
Spotkawszy Lubow Orłową, gwiazdę kinową lat trzydziestych, powiedział do
jej męża na pół żartem: „Będziecie mieli ze mną do czynienia, jeśli Lubow Pie-
trowna schudnie”.
Kino sowieckie zaludnione jest silnymi dziewkami od krów. „Jego wymagania
w stosunku do kobiet były bardzo prymitywne” – napisała jego córka i dodała: –
„Myślę, że Waleczka, która mu służyła podczas ostatnich osiemnastu lat, odpowia-
dała doskonale jego ideałowi kobiety, ze swą okrągłą twarzą i zadartym nosem.
Była korpulentna, czysta, obsługiwała bardzo dobrze przy stole i nigdy nie brała
udziału w rozmowach”. Więc? Tajemnicze sekretarki?
Stalin jest panem swoich tajemnic. Ma swoje ukryte prywatne pociągi, które
zatrzymują się na pustych dworcach. Za każdym razem, kiedy stwierdzi, że jest to
jemu potrzebne, każe zniszczyć archiwa, które go krępują – swoje i państwowe.
Cała jego służba, aż do ostatniej pomocnicy w kuchni, jest związana z MGB i musi
milczeć. A przede wszystkim języki wiąże strach.
Tak więc ukrywał on swe metresy, gdy był 50–letni, silny i brutalny. A teraz
starego i chorego, nie dręczy już brak kobiety.
Pierwszy jego syn, Jakub, zmarł w niewoli niemieckiej. W jego obronie nawet
palcem nie ruszył. Stalin nienawidził jeńców wojennych – to są zdrajcy i dezerte-
rzy. Po zwycięstwie osądził ich i większość zapędził do obozów, do obozów rosyj-
skich, gdy wyszli z obozów niemieckich.
Drugi jego syn, Wasyl, rozpoczął zdumiewającą karierę. Był generałem lotnic-
twa w wieku 23 lat. Ale Stalin dowiedział się, że jest alkoholikiem i nie chciał go
widzieć.
Nawet córka Swietłana nie była przy nim. Była coraz dalej od niego. Spotykali
się raczej na audiencjach niż spotkaniach rodzinnych. To prawda jednak, że ją ko-
chał. Kiedy miała dziesięć lat, pisał do niej czułe listy, nazywał ją „wróbelkiem”,
„moją radością”.
Ale później, jej krótkotrwała płomienna pasja do filmowca – Żyda, dwa rozwo-
dy, zirytowały go bardzo. Drugi jej mąż był partią prawie wymarzoną: syn Andrze-
ja Żdanowa, który do swej śmierci był jednym z najbliższych towarzyszy wodza.
A on sam, chłopiec poważny, pracownik sekcji naukowej w Komitecie Centralnym;
wyjaśniał uczonym subiektywistom, że należy zachować rezerwę w stosunku do
teorii Einsteina. Swietłana nie powinna opuszczać męża tak odpowiedniego.
Stalin miał ośmioro wnucząt, ale interesował się tylko trojgiem i to bardzo po-
bieżnie. W kraju króla dzieci ten brak czułości jest prawie bezprzykładny. To osa-

12
motnienie równoważy to, iż podczas uroczystości i w ikonografii staje się ojcem
uniwersalnym: pionierów z czerwonymi chustami i dziewcząt o płowych warko-
czach i w kremowych fartuszkach biegnących do niego z naręczem kwiatów.
Zjawia się wtedy pod wąsami uśmiech.
Stalin usunął rodziny dwóch swoich żon. Rodziny, które kiedyś przyjął. Kazał
zastrzelić dwóch szwagrów, wtrącić do więzienia cztery bratowe (dwie z nich jesz-
cze tam się znajdują, dwie tam zmarły). Trzeci szwagier, generał, umarł na serce,
gdy zobaczył w swoim biurze aresztowanych wszystkich swoich współpracow-
ników.
Teraz ma tylko więzy polityczne, więzy pana i poddanych. I tylko te stosunki
go interesują.
Ta egzystencja samotnicza nie oznacza jednak bezruchu. Ma wille wszędzie,
własności państwowe przeznaczone do jego osobistego użytku. Kunczewo jest
jego rezydencją stałą. Ale o kilka kilometrów dalej Lipki i Semenowskoje oczeku-
ją z roku na rok jego przybycia z swoimi lasami, stawami owianymi melancholią
i z licznym personelem. Może się udać pod Nowogród do masywu Waldai. Na
Krymie ma do wyboru dawne pałace carskie i nowe dacze państwowe. Ale on woli
swój Kaukaz. Tu wybudowane są wille w pobliżu Soczi, Adler Gagra z widokiem
na morze i na łańcuchy górskie pokryte śniegiem.
Marianow, jego uprzywilejowany architekt, nadał im styl umiarkowany, dachy
zielone, zlewały się z roślinnością Abchazji. Później kazał aresztować Marianowa.
Wybudowano mu inne wille – koło Suchumi, na jeziorze Ricza, w okolicy Kutaisi,
wyżej w górach.
Emigrował przy końcu każdego lata na poszukiwanie słońca, spędzał dwa
miesiące na południu, dopóki na wzgórzach Kaukazu lasy były złote i szkarłatne.
Jesień 1951 roku spędził w Borzomi, gdzie korzystał z czarującego pawilonu z
różowego kamienia, pawilonu zbudowanego dla Wielkiego Księcia Michała, brata
Mikołaja II. Znalazł tam wyrafinowanie dawnego dworu – dawne meble palisan-
drowe, piękne holenderskie kominki, stół z malachitu, który – mówiono – pocho-
dzi z Malmaison. Kazał sobie urządzić sypialnię na parterze, aby nie wspinać się
po schodach, co już stawało się dla niego przykre. I umeblowano mu według jego
życzenia – meble seryjne, lakierowane, nijakie, takie jakie lubiło europejskie
mieszczaństwo w latach trzydziestych. I wszędzie rozwieszano jego portrety, a nad
biurkiem wielki portret Lenina.
Klimat Borzomi sprawiał mu trochę kłopotu. Na Kaukazie padały deszcze.
Samotny w pokoju o dwóch łóżkach spalał polana biorąc je z drewnianej skrzyni,

13
którą mu przygotowano. Nie wiadomo, czy posługiwał się bilardem, który pozo-
stawił poprzednik, brat rozstrzelanego cara.
Te pobyty na Kaukazie zalecano mu dla zdrowia. Korzystał od czasu do czasu
ze zdrojowiska w Cchałtubo. Wybudowano na jego prywatny użytek kabinę ką-
pielową wysoką jak dwupiętrowy dom. Siadał na marmurowym tronie czekając,
kiedy woda pokryje go aż do ramion – mały i sam wśród tego niesamowitego
luksusu,
Ale tego roku po raz pierwszy nie miał ochoty jechać na południe.
Pragnął dokonać wielki zamach polityczny, póki jeszcze miał siły, chciał zwo-
łać kongres partii na jesień (nie był zwoływany od trzynastu lat) i poprzedzić go
zmianami w hierarchii partii. Nie mógł być nieobecny.
A ponadto podróże zaczęły mu ciążyć. Lepiej się czuł w Kunczewie. Mógł nie
opuszczając Moskwy zaspokoić swoje największe potrzeby – potrzebę samotności
i potrzebę kontaktu z przyrodą.
Ten człowiek był tak mało wrażliwy na dekoracje, że przybijał do ścian złe
reprodukcje wycięte z dzienników, choć mógłby czerpać ze wszystkich muzeów
sowieckich. Kochał za to niemal fizycznie wieś podmoskiewską, tę dziką i wolną
przyrodę u bram Moskwy. Czarne sosny, białe brzozy, krzewy o ostrym zapachu,
którymi delektują się roje os – prawdziwy las, który otacza daczę. Las gęsty mimo
jasnych poręb tuż przed domem dla zrobienia klombów, mimo wysokiej palisady,
która go więzi,
Na zimne dni kazał willę otoczyć z trzech stron rodzajem oszklonych werand.
Wtedy przechodził od jednej do drugiej, idąc za biegiem słońca – stara roślina w
swojej oranżerii. Ale latem, gdy jest ciepło, Waleczka, służąca o wielkim sercu po-
daje mu śniadanie w ogrodzie. W rzeczywistości ten ranek jest gdzieś koło połud-
nia, niekiedy później. Wciąż zamienia dzień na noc i odwrotnie. Współpracownicy
przychodzą wtedy pod altanę ze swoimi papierami. On podpisuje, kreśli, jednego
oszczędzi, innego skaże. Przenosi całe narody, buduje i odbudowuje swą gigan-
tyczną i krwawiącą budowlę, podczas gdy jaskółki swym lotem kreślą niebo.
Być może tego południa orszak pięciu wozów zabierze go na Kreml. Być może
zdecyduje zostać tu.
Czuł się dobrze w upale. Rzucał kilka zdań pobłażliwych na temat czasów lub
ślimaków–ogrodników. Często okazywał demagogiczną dobroduszność w stosun-
ku do najskromniejszych spośród służby. Wśród swych bliskich pracowników
bywał kostyczny, niekiedy sprośny, plugawy.

14
Nosił bardzo wytarty trencz, ubranie bez żadnych odznaczeń, ale o kroju woj-
skowym, z czterema wielkimi kieszeniami, którego nie zmieniał od czasów rewo-
lucji. Nie zamieniał go na uniform generalissimusa. Ten nosił tylko w określonych
okolicznościach. Spodnie wpuszczone w miękkie pofałdowane buty. Rano, gdy
był wypoczęty, miał krok żywy. Ale poza tym był to stary człowiek o żółtej cerze,
skórze chropowatej usianej czerwonymi plamami, o włosach szarych, nie chciał
ich malować jak to czynili Mikojan czy Budionny. Nie fryzjerzy odmładzali Stali-
na, lecz malarze dla historii.
Mimo widocznej starości, miał profil inteligenta. Niskie czoło przechodziło
w długi garbaty nos o szerokich łapczywych nozdrzach. Z twarzy tylko oczy były
uderzające. Były żółte jak u tygrysa, ukrywane za ciężkimi powiekami. Wielka
twarz z tłustymi policzkami, gruba, dziobata i tłusta.
Nadieżda Mandelsztam nazywała go człowiekiem o zatłuszczonych palcach,
ponieważ pozostawiał plamy na książkach.
Niegdyś był to mały Kaukazczyk, czarny jak kruk, ostry jak brzeszczot. Teraz
jego otyła sylwetka powodowała, że wydawało się iż mierzy mniej niż 167 cen-
tymetrów.
Krawcy wypychali mądrze jego uniformy, ale kiedy nosił swój stary trencz,
widać było wąskie i opadające ramiona. Lewe ramię trochę sztywne, mało ela-
styczne na skutek dawnego wypadku (to mu się zresztą opłaciło w 1916 roku,
kiedy został zdyskwalifikowany w wojsku). Od czasu do czasu, mniej więcej po
około stu krokach, odpoczywał. Rysunek rąk dobry. Ich delikatność kontrastuje z
grubą i ciężką, nalaną twarzą. Ręce starca z plamami. Łączył je, składał, krzyżował
jak stary seminarzysta, niekiedy wkładał prawą rękę za tunikę, jak niegdyś spad-
kobierca innej wielkiej rewolucji. Chętnie udawał pewną powolność, opieszałość,
rzucał słowa czy zdania, jak sentencje czy zagadki.
Pod tym spokojem kryła się jednak nerwowość i ora dominowała. Gdy był mło-
dy, potrafił rzucić taboretem w głowę towarzysza na zebraniu politycznym. Dziś
jeszcze w starości, która łagodzi wszystko, wybuchał ochrypłym gniewem i znie-
wagami. Albo nagle żartował hałaśliwie. Humor miał przykry, natarczywy, a kiedy
chciał – z wdziękiem.
Krępowany stanem zdrowia, używał coraz rzadziej swej fajki, która od dawna
była częścią jego osobowości i którą nosił w kieszeni spodni.
Troszczył się o swe zdrowie, ale w sposób bezładny.

15
Prace Bogomolca na temat odmładzania przez jakiś czas budziły jego zaintere-
sowania, a laboratorium ukraińskiego profesora zasypane było rublami. Ale nie
miał zaufania do medycyny, jak zresztą do wszystkiego i wszystkich. Jak wielu
starych w tej epoce, utrzymywał, że leczy swoje słabości połykając kilka kropel
jodyny w szklance wody.
Chciał żyć bardzo długo. Kaukaz jest krajem ludzi żyjących po sto lat, jego
dzieło jeszcze nie zostało ukończone. Jednak wiedział, że ciało go zdradza. Przed
swymi najbliższymi mówił chętnie o swej śmierci – trochę, aby badać ich reakcje,
trochę, aby protestowali. Jego równowaga, obrona przeciwko zimnej starości – to
była dacza i to czego pożądał – kontakt z ziemią, powietrzem sosnowym. On tu
znajdował ten rodzaj pracowitej bezczynności, którą cenił więcej niż wszystko.
Czytał dużo, ale wolał kartkować książki czy czasopisma na wpół wyciągnięty
na kanapie. Niekiedy nawet grał w szachy. Kunczewo odpowiadało i temu rytmowi
i samopoczuciu i zdrowiu.
Była to także forteca, dobrowolne więzienie, gdzie zamykał się nie dowierzając
ani żywym, ani zmarłym — tym milionom zmarłych. Był po prostu opętany przez
nieufność. Odwiedzający, których wzywał na swe przyjęcia, byli rewidowani.
Ci najbliżsi przed wejściem do jego biura musieli zostawiać swe teczki u oficera
służbowego. Kilkaset metrów od daczy we wnętrzu ogrodzenia parkowego stoi
budynek straży, który może pomieścić więcej niż stu ludzi. Niski, sześcioboczny
budynek z oknami na wszystkie strony, z oknami aż do ziemi. Na pierwszy apel
żołnierze wychodzą ze wszystkich stron jednocześnie. Są najlepiej uzbrojeni, mają
mnóstwo wozów, reflektory, aby zrewidować każdy zakątek parku, pełno zasadzek
i min. Na zewnątrz poza zieloną barierą inni patrolują z psami.
Ta część daczy, gdzie sypia Stalin, jest miejscem świętym spośród świętych,
ukrytym, najbardziej tajemniczym, jeszcze lepiej strzeżonym. Tam mają wstęp
tylko najstaranniej wybierani służący. Dzięki kilku poufnym zwierzeniom można
ocenić fantastyczną złożoność najrozmaitszych zarządzeń przeciwko zamachowi.
Mówi się o ślepych oknach ryglowanych od środka, mówi się o pokojach bez okien
czy oknach zamurowanych płytami betonowymi. Jest sieć dzwonków, guzików,
które pozwalają wezwać na pomoc w każdej chwili. Dwóch świadków opisało
ponurą sypialnię z wąskim łóżkiem i dorzuciło: „W rzeczywistości nie jeden, ale
cztery pokoje są identyczne. On wybierał jeden z nich na każdą noc w ostatnim
momencie”. Wszystko jest przewidziane, aby uniemożliwić zbrodnię nigdy nie
zamierzoną być może nawet w wyobraźni. Stalin czuwał osobiście nad każdym
szczegółem dorzucając coś nowego. Nie, to nie był czas, by miał umrzeć.

16
Wszyscy wielcy nie chcą tracić kontaktu z ludźmi. Ale on odciął się od wszyst-
kiego i wszystkich, zadowalał się raportami swych dworzan, którzy jego wzorem
zamknęli się w swych basztach.
Gdy przypadkiem wynurzył się ze swego zamkniętego świata, zanurzał się
w inny abstrakcyjny – jakiś uroczysty bankiet w kolumnowej sali, jakiś wieczór
wspomnieniowy w Bolszoj, ponury spadek po dyskursach. Niekiedy w głębi swej
loży słuchał opery. W 1947 roku popłynął w rejs krążownikiem „Mołotow”, prze-
szedł się szerokimi krokami po moście swego imienia nad Morzem Czarnym. Ale
nigdy nie widział robotników w fabryce lub chłopów w kołchozach, tak samo jak
podczas wojny nie odwiedzał żołnierzy na froncie. Był przekonany, że jego po-
tężne rozumowanie powinno wszystko odgadywać na odległość.
Dwa lub trzy razy w roku naród, który zbierano i kazano defilować, widział
sylwetkę w dali na wysokości trybuny. Niekiedy kazano wspinać się tam wystra-
szonej uczennicy, ażeby ją uścisnął.
Ten sposób – być niewidocznym, być ponad, żywił legendę i kult. Fizyczny
strach i mądra kalkulacja podały sobie ręce, aby zrobić z tego pustelnika z Kun-
czewa boskość siedzącą na swej chmurze.
Niekiedy bóg telefonował. Borys Pasternak, Ilia Erenburg i jeszcze kilku innych
usłyszało któregoś wieczora gruby głos Gruzina w swoich aparatach. W takich
wypadkach, które były bardzo rzadkie, sekretariat Stalina wzywał wybranego:
„Nakręćcie ten numer”. I wtedy wybrany słyszał na drugim końcu sznura Stalina,
który nie wiadomo dlaczego zdecydował się zainteresować się nim osobiście. Nie
ma cudu bez kaprysu. Po tej rozmowie numer został zmieniony.

3.
ŚWIĘTO

27.7.1952 r.
Już od świtu tej letniej niedzieli fale ludzkie zaczęły płynąć w kierunku Tuszy-
na, małego letniska leżącego w pobliżu Moskwy. Kolejki podziemne, tramwaje,
trolejbusy, autobusy szturmował tłum wielki, milczący, który kłębił się jak morze,
który pchał się głuchy i cierpliwy jak stado, aż do granic wytrzymałości. Wolonta-

17
riusze i wyznaczeni przez urzędy, każdy okazuje swe prawo do przejazdu specjalne-
go, które otrzymał poprzedniego dnia w swej fabryce, w swym przedsiębiorstwie,
w swym biurze, czyli – jak się to mówi w Związku Sowieckim – w swoim kolek-
tywie.
Dziś jest dzień lotnictwa, wielkie święto. Tak wielkie, że Stalin ma zwyczaj
pokazywać się osobiście, tak samo jak 1 Maja. W tym roku święto jest podwójne:
o tysiąc kilometrów od Moskwy w tym samym czasie jest inauguracja Kanału Woł-
ga–Don, „wielkiej budowy epoki stalinowskiej”, „pierwszej wielkiej konstrukcji
komunizmu”, wielkiego i ważnego ogniwa z planu stalinowskiego przekształcenia
natury, jak Lewiatan – spiker tych wielkich dni przypomina w Radio Moskwa.
Z głośników zainstalowanych na drodze do Tuszyno bije w idących i jadących
gromki głos spikera. Dookoła lotniska roją się pieszo cierpliwe mrówki ludzkie.
Mężczyźni w koszulach zarzuconych na ramiona, kobiety w bawełnianych sukien-
kach. Grupy chłopców i dziewcząt odbywają swą drogę śpiewając przy akordeonie.
Tu i tam lawiruje w tym tłumie pijany od rana z półlitrówką wódki wśród ogólnej
tolerancji. Do Tuszina robotnicy i robotnice zwożeni są ciężarówkami z ich fabryk,
ciężarówkami „Mołotow”, dość podobnymi do amerykańskich GMC. Kierowcy
„Pobied” (nasza „Pobieda” – pisze „Prawda” – przewyższa swą jakością „Opla”
i „Mercedesa”) wiozą dyrektorów fabryk, administrację oficerów, w towarzystwie
żon ubranych w jedwabne suknie i kapelusze o szerokich rondach. Długie kolu-
mny ZIS–ów z dygnitarzami ukazują się dopiero po południu. Pole lotniska jest
zapchane tłumem, który wylewa się daleko aż na stoki Moskwy. Słońce wysuszyło
trawę na gliniastym gruncie. Ludzie siedzą na tej wysuszonej trawie, głowy osła-
niają czasopismami. I wszystkie oczy skierowane są na trybunę udrapowaną czer-
woną materią pokrytą kwiatami, ozdobioną ogromnymi portretami Stalina i jego
towarzyszy z czasów wojny. Ale tu dopuśćmy do głosu reporterów „Prawdy”.

Druga po południu. Towarzysz Stalin wchodzi na


trybunę rządową. Sowieci przyjmują długotrwałymi
oklaskami ukazanie się mądrego przewodnika, wiel-
kiego wychowawcę i genialnego stratega. Od końca do
końca tego obszernego terenu rozbrzmiewają z głębi,
serca i z głębi duszy: „Chwała Wielkiemu Stalinowi”.
Setki tysięcy entuzjastycznie pozdrawiają towarzysza
Stalina. Robotnicy wyrażają w burzliwych owacjach
swą wdzięczność twórcy lotnictwa sowieckiego, naj-
lepszemu przyjacielowi lotników, wielkiemu wodzowi
i wychowawcy narodu sowieckiego. Pod kierownictwem
towarzysza Stalina Sokoły Stalinowskie zniszczą
wroga w powietrzu na morzu i na ziemi. Z imieniem

18
Stalina nasz naród pójdzie naprzód, w pewności ku
komunizmowi.

Rozpoczyna się święto. Najpierw ukazuje się na niebie samolot, na którym


powiewa ogromny sztandar z portretem Stalina. Następnie grupa sześćdziesięciu
samolotów skrzydło prawie przy skrzydle wypisuje sobą „Chwała Stalinowi” zna-
cząc na niebie – jak zauważa „Prawda” – okrzyk, jaki wzniósł świat cały na cześć
mądrego wodza i wychowawcy. Następne numery programu to loty wykonane
przez pilotów ochotników towarzystwa Pan–Sowieckiego, wielkiego towarzystwa
paramilitarnego. I gwóźdź, najważniejsza część tego święta: defilada lotnictwa
wojskowego, defilada pod dowództwem gen. Wasyla Stalina, syna, młodego gene-
rała alkoholika.
Na stanowisku dowódcy ten mały, chudy człowiek, o ciele źle odżywionego
młodzieńca, o twarzy ostrej jak brzeszczot noża, o oczach czarnych, trochę cygań-
skich, które odziedziczył po matce (Nadieżda miała trochę krwi cygańskiej). Był
nerwowy, podniecony, palił papierosy jeden po drugim, ordynarny, nieprzyjemny.
Wokół niego panowała atmosfera pochlebstwa. Już podczas wojny gen. Pujad
(wtedy pułkownik i wódz sławnych grup strzelców francuskich „Normandia–Nie-
men”, które biły się po stronie Rosjan), złożywszy wizytę partii był zdziwiony, gdy
widział oficerów starych i odznaczonych podnoszących niedopałki, które ten źle
wychowany smarkacz rzucał na ziemię. Ta służalczość miała swoje motywy. Wa-
syl mógł jednym słowem decydować o karierze, mógł ją złamać, zrujnować życie.
Wkrótce po zwycięstwie marszałek lotnictwa Nowikow, który mu się nie podobał,
zniknął jak w wilczym dole. Grupa deportowanych odnalazła jego ślad w styczniu
1953 roku w przejściowym więzieniu w Czelabińsku na Syberii. Jeden z fryzjerów
więzienia chwalił się przed przybyszami nie bez dumy, że strzygł głowę sławnego
marszałka.
Ze swą daczą, końmi i psami Wasyl był jedną z osobistości najbardziej repre-
zentatywnych złotej młodzieży moskiewskiej, do której należały dzieci dygnitarzy,
aktorki, inscenizatorzy, sławni sportowcy. Miał złą opinię – skompromitowany
różnego rodzaju nieczystymi kombinacjami handlowymi Z ekipami futbolowymi
i hokejowymi, budową boisk i stadionów nigdy nie ukończonych walących się
ruin, które narażały państwo na olbrzymie koszty.
Co więcej odznaczał się brutalnością, był niegodziwcem w stosunku do kobiet
i policji. Opowiadano nawet, co nie zostało formalnie potwierdzone, że zabił męża
swej metresy. A najważniejsze! był wciąż pijany. Mając 31 lat nie mógł latać, nie
był zdolny wydać sensownego rozkazu.

19
Ojciec zmęczony jego wybrykami, przygotowywał się do odebrania mu dowódz-
twa nad lotnictwem w rejonie Moskwy, które kiedyś sam mu dał.
Ta parada 27.7.1952 roku była ostatnim dniem sławy Wasyla Stalina.
Na niebie nad Tuszyno MiG–i 15, repliki tych, które walczyły w tym samym
czasie nad Koreą pod barwami chińskimi z myśliwcami amerykańskimi.
W niespełna dwa lata później doszło tam do powietrznej bitwy i tego dnia nad
rzeką Jalu „F80 Shooting Stars” spotkały po raz pierwszy przeciwnika godnego
siebie – MiG–i pilotowane przez Rosjan? Chińczyków?
MiG – to skrót od Mikojana, nazwiska konstruktora. Ten Mikojan jest bratem
znanego działacza politycznego, którego można oglądać na trybunie oficjalnej
w pobliżu Stalina. Zmysł rodzinny był jedną z cnót dobrego towarzystwa sowiec-
kiego, bo tę część defilady prowadził podpułkownik straży AA Mikojan syn i syno-
wiec poprzednich.
Przelatują jeszcze myśliwce JAK, konstrukcji Jakowlewa, ulubionego kon-
struktora Stalina. Jakowlew na początku wojny okrył się niesławą, w czasie, kiedy
Tupolew dopiero opuścił więzienie. Było to więzienie specjalne, jedno z tych,
gdzie pracowali zatrzymani inżynierowie. Tupolew tworzył tam wspaniałe projek-
ty. Ale nie Tupolew, nie Iljuszyn, a Jakowlew był ulubieńcem. Dostał nawet po-
zwolenie na opublikowanie swych wspomnień o wodzu, którego określił: „Stalin
jest wyjątkowej skromności”.
Bombowce, spadochroniarze, ciężkie helikoptery – ta powietrzna parada świad-
czy o absolutnym pierwszeństwie, które Stalin stawia obronie. Świadczy także
o głębokim umiłowaniu, jakie naród żywi dla lotnictwa. Troska o priorytet rosyjski
– to slogan epoki – pociąga komentatorów bez wątpienia trochę za daleko, gdy
twierdzą, że pierwszy samolot na świecie był skonstruowany przez Rosjanina –
Możajskiego (”Prawda” 28.7.1952). Ale to prawda, że Związek Radziecki z lat
trzydziestych był krajem słabym, jego pierwsze wozy były złej jakości, teraz pre-
zentuje światu z dumą swój aeroplan–olbrzym „Maksym Górki”.
O tysiąc kilometrów na południe tłumy podobnie odziane w odświętne ubrania
i rozentuzjazmowane, znalazły się w tym samym czasie przed pierwszą śluzą
Kanału Wołga–Don.
W pierwszym szeregu asysty Pietro Nenni. Przybył, aby otrzymać na Kremlu
nagrodę pokojową Stalina. Przewodniczył delegacji lewicy włoskiej.
Wycie syren, fanfary, okrzyki dziesiątków tysięcy gardzieli rozlegało się w po-
wietrzu. Łódź „Józef Stalin” zbliżała się do zapory, przepływała pod napisem

20
„Chwała Wielkiemu Stalinowi” wypisanymi olbrzymimi złotymi literami. Olbrzy-
mi posąg –wysokości 72 metrów dominował nad sceną. Stalin osobiście podpisał
dekret na 33 tony miedzi potrzebnej dla wzniesienia tego pomnika dla siebie. Na
każdej patce ramion tego posągu może spać dwóch mężczyzn. I widać ponad na-
gim stepem od Stalingradu na przestrzeni 28 kilometrów.
W „Izwiestiach” poeta ożywiony dobrymi chęciami tak sławi wierszem tę górę
brązu:

Idąc od Stalingradu
I od Donu
Widzimy nad Wołgą pomnik wodza
Ojca i przyjaciela wszystkich narodów
Nad brzegiem Wołgi objawia się Stalin
Patrzy w dal
Zdjął czapkę
Woda igra odblaskami
Orły krążą nad chmurami
Od pięciu mórz statki
Go pozdrawiają swymi syrenami
On otworzył drogę kanałowi
I cała ziemia widzi, że to
Wypełnienie przysięgi,
Którą złożył Leninowi.

Chruszczow szydził później, że roztrwoniono miliony, by wybudować ten ol-


brzymi posąg wtedy, gdy okoliczni ludzi żyli od wojny w nędznych szałasach.
Kanał nazwano „Kanałem Wł. I. Lenina”. Stalin miesza kulty, łączy siebie ze
sławą swego poprzednika. Jego biografia rozeszła się w setkach milionów egzem-
plarzy, proklamując raz na zawsze: „Stalin jest Leninem dzisiejszym”. Jednak na
błonie filmowej w archiwum prawda jest inna. Najbliższy towarzysz i uczeń nie
ukazuje się nigdy obok swego mistrza. Podczas całej rewolucji i wojny cywilnej
Stalin jest nieobecny, niewidoczny.
Aktualności– tamtych czasów pokazują obok Lenina kilka razy Trockiego
i kilka razy Zinowiewa. Te aktualności pokrywa kurz w archiwum. Dziennikarze
i filmowcy zadowalają się tylko kilkoma fotografiami. Zresztą fotografia jest pre-
parowana. Klej i nożyczki – przy ich pomocy można tworzyć grupy osób, których
nie było.
I niewyczerpana wyobraźnia malarzy. Od przeszło dwudziestu lat powielają oni
obrazy, gdzie widać Lenina zamyślonego, z głową w rękach, słuchającego jak mło-
dy Gruzin o natchnionym wzroku pokazuje drogę ku przyszłości.

21
No i wysłano na Sybir bojowników, którzy posiadali egzemplarz testamentu
Lenina – posłania, gdzie twórca Związku Radzieckiego umierając żądał, aby Sta-
lin, jako zbyt brutalny nie został wybrany na sekretarza generalnego. Płyną tygo-
dnie za tygodniami i w każdej fabryce, w każdej pracowni, w każdym biurze, na
każdym zebraniu, na każdym wiecu, mówcy opiewają kanał. Podają do wierzenia,
że Sowieci jemu zawdzięczają życie, jak Egipcjanie Nilowi. Kanał i coś więcej niż
kanał. Przekształcenie przyrody to przyspieszone przejście do socjalizmu, do komu-
nizmu. Stalin jest demiurgiem, który wstrząsnął światem, aby go dać ludziom.
Wielkie powojenne prace składają się na elementy potrzeb i radości pracowników.
Filmowcy krok za krokiem szli za przebijającymi kanał. Film jest liryczny. Cała
wioska przenosi się na równinę. Wzgórza schodzą do dolin, wynurza się morze.
Dońscy Kozacy celebrują wielkimi przejażdżkami konnymi swoje zjednoczenie
z ludźmi znad Wołgi. Kołchoz ofiarowuje budowniczym olbrzymi festyn: różowe
szynki, piramidy owoców, kadzie soków. Kino stalinowskie uwielbia te uczty
wieśniacze. W rzeczywistości w wioskach brakuje chleba.
Kamera zatrzymuje się na lojalnym wzroku robotników, opisuje szczegółowo
ich profile o ostrych rysach pod wielką, trochę zniszczoną czapką, staje się dys-
kretnie sentymentalna przed kobietami o blond warkoczach. Ignoruje tysiące
więźniów zatrudnionych przy budowie kanału i jego zapór pod okiem czarnym
i przekonywującym mitralicz.
Nazwisko Krugłowa, ministra spraw wewnętrznych i pana obozów koncentra-
cyjnych, figurowało kilka tygodni później na liście osób dekorowanych Orderem
Lenina „za zakończenie kanału w przewidzianym terminie” – precyzował komu-
nikat.
Od Szołochowa do Olgi Bergholz wszystkie sławne nazwiska zostały zmobili-
zowane, by uczcić kanał. Prasa wznosi się na szczyty liryzmu „marzenie stuletnie
naszego narodu”, „już widać jak wielki plan stalinowski łączy wszystkie morza
w europejskiej części Związku Radzieckiego w jeden wodny system transportowy.
Jest już wykonany. Moskwa, stolica naszej Ojczyzny stała się portem pięciu mórz”.
O znaczeniu strategicznym kanału ani słowa, chociaż niedawno Stalin wyjaśniał
Dżilasowi: „Możecie sobie wyobrazić korzyści, jakie moglibyśmy mieć, gdyby na-
sza flota z Morza Czarnego dotarła do Wołgi podczas bitwy o Stalingrad? Taki
kanał ma pierwszorzędne znaczenie”.
Nazajutrz po wielkim dniu – wielkim z dwóch powodów: otwarcie kanału
i Stalin w Tuszyno – „Prawda” ofiarowała swym czytelnikom numer świąteczny –
cztery strony – a na nich 123 razy nazwisko Stalin.

22
4.
TOWARZYSZE BRONI

W Tuszyno tłum oklaskiwał pana, ale nie zapomniał o uczniach będących wokół
niego w długim szeregu.
Na prawo od Stalina kilku marszałków i admirałów błyszczących od gwiazd
i złotych szamerowań. Mimo wagi 175 dywizji ich wpływ był skromny. Właściwie
liczy się tylko Bułganin, przystojny, o zimnych niebieskich oczach, marszałek po-
lityczny. Armia jest posłuszna partii.
Od Tuchaczewskiego do Żukowa sekretarz generalny rozstrzeliwuje lub oddala.
I żeby wszystko było jasne od czasu wojny przyjął najwyższy stopień – generalis-
simusa.
Prawdziwie sławni są cywile po lewej stronie. Dla tłumu,który ich widzi z od-
dalenia mrużąc oczy, dzielą się najwyraźniej na dwie szkoły według ubrania – na
tych, którzy są wierni bluzie i czapce półwojskowej z czasów wojny cywilnej – jak
chudy Susłow i otyły Malenkow – i na tych, którzy ubierają się po mieszczańsku,
po burżujsku – w krawat i miękką czapkę jak Kosygin – gwiazda nowej generacji.
Bardziej sportowo ubrany, ruchliwy Nikita Chruszczow nosi krawat, ale wystawia
łysą głowę na lipcowe słońce. Bohaterowie legendy, małe sylwetki w górze try-
buny oto towarzysze broni.
Aby być osobistością pierwszoplanową w 1952 roku trzeba, żeby Wielka Ency-
klopedia Sowiecka zaraz na początku artykułu oceniła ich jako najbliższych towa-
rzyszy broni Stalina i zaraz dodała wiernego ucznia Lenina.
Najwybitniejszy z nosicieli miękkich czapek, najsławniejszy z Sorotnikow jest
Mołotow, najwierniejszy spośród wiernych. Jego prawdziwe nazwisko to Skriabin
jak sławny kompozytor, ale bez żadnego z nim pokrewieństwa. Pochodzi z rodziny
drobnomieszczańskiej z północnej Rosji. Edukacja dość pieczołowita z lekcjami
gry na skrzypcach, z lekcjami tańca i z przejściowym pobytem na Politechnice w
Petersburgu, Ale bardzo szybko rzucił się w działalność rewolucyjną. Został depor-
towany mając 19 lat.
Nieudana rewolucja w 1905 roku przeszła to tu, to tam ze swymi legendarnymi
epizodami (pancernik „Potiomkin”, barykada Moskwy). Mołotow, który był naj-
mniej romantyczny, miał mniejszą wyobraźnię, był bardzo zimny i wyrachowany,
poszedł jednak za prądem lirycznym. Zmienił swe nazwisko Skriabin na pseudo-

23
nim konspiracyjny, który pochodzi od młota. Ma od tego narzędzia upór, ciężkość
i monotonię. W 1912 roku stworzył grupę założycieli „Prawdy”, dziennika przy-
szłości. Bardzo szybko młot znalazł rękę pana. W walkach, które dzieliły partię,
Mołotow stanął po stronie Stalina bez zastrzeżeń i szemrania, z niezwykłą zacię-
tością, pomógł mu wznieść się ponad rywali w walce z trockistami, zinowiewista-
mi, bucharinowcami. Należy do małej liczby fanatycznych partyzantów, oddanych
na śmierć i życie, którym Stalin zawdzięcza wszystko.
Sekretarz generalny wynagradza go od 1930 roku mianując go przewodniczą-
cym Rady Komisarzy Ludowych. Mniej braterska, ale bardziej odpowiednia jest
powojenna nazwa Rada Ministrów.
W 1939 roku to właśnie on, Mołotow przyjmował Ribbentropa dla podpisania
paktu niemiecko–sowieckiego. Gdy niemieckie wozy pancerne toczyły się na Rosję,
on przez radio podał tę wiadomość narodowi. Złamany Stalin milczał! W Komite-
cie Obrony był prawym ramieniem, człowiekiem zaufania w tych złych dniach.
Zachód poznał go w Teheranie, w Jałcie, w Poczdamie obok swego szefa. W ONZ
nazywano go panem „Niet”. Jąka się, ale jego zachodni koledzy boją się jego nie-
miłej dialektyki, jego cierpliwości, jego uporu.
Czakowski, oficjalny pisarz sowiecki, w 1940 roku w obecności Hitlera prze-
ciwstawiał gwałtowności kanclerza jego spokój, pedantyczny chłód i ton surowy,
ostry, nauczycielski. Nosi binokle biurokraty i ma minę dobrego ucznia. Churchill
widzi w nim doskonałego współczesnego robota. Marszałek Woroszyłow prościej
nazywa go „kamiennym zadkiem”. Ale Dżilas, który go widział z bliska, wyjaśnia:
„nie należy lekceważyć roli Mołotowa. Stalin i on uzupełniają się”. Przestał być
komisarzem spraw zagranicznych w 1949 roku, ale dla świata pozostał Numerem
Drugim. Miasto Perm zostało nazwane Mołotow na jego cześć. Dał swe nazwisko
innym 11 miastom, miasteczkom i wsiom – Mołotowski, Mołotowo, Mołotowo-
bad. A także w okolicy Moskwy, jednemu ze szczytów Pamiru, przylądkowi na
Oceanie Lodowatym, dziesiątkom przedsięwzięć, kołchozom i sowchozom, do-
mom młodzieży, dziesiątkom parków kultury, statkom wojennym i handlowym,
jak również największej fabryce samochodów. Połowa samochodów ciężarowych
toczy, się po Związku Radzieckim z widocznym napisem „Mołotow” wybitym na
masce.
Wielki kult żywi się małymi. Ważność dygnitarza mierzy się liczbą miast, zna-
nych miejsc, zakładów przemysłowych i rolnych, które noszą jego imię. Gdy dygni-
tarz upada, imiona zakładów zmieniają się. W latach trzydziestych Radio Kijów
przyjęło jako znak rozpoznawczy hasło „Tu Radio Kosior”. Kosior był pierwszym

24
sekretarzem partii na Ukrainie. Kiedy radio zmieniło znak rozpoznawczy, Ukra-
ińcy zrozumieli, że Kosior został rozstrzelany.
Przed trzema laty żona Mołotowa została aresztowana. Była pierwszą gospody-
nią Moskwy. Prowadziła otwarty dom. Jak niegdyś damy, jeździła do wód Karls-
badu. Gdy żony innych wielkich dygnitarzy w Związku Radzieckim pozostawały
na dalszym planie, Paulina Mołotowa, dawna robotnica, zrobiła wielką osobistą
karierę. Przyznano jej różne tytuły i uprawnienia. Była członkiem KC, ministrem
rybołówstwa, członkiem jury krawiectwa. Przede wszystkim była znana jako od-
powiedzialna za sowiecką perfumerię. Dzięki niej elegantki mogły sobie robić ma-
kijaż, korzystać z kosztownych perfum „Czerwona Moskwa” i „Dama Pikowa”.
Z pochodzenia Żydówka, wplątana została w liczne afery związków syjonistycz-
nych, które zaczęły powstawać od 1948 roku. Komitet Centralny zebrał się, by ją
pozbawić wszystkich funkcji w partii. Szeptano, że wbrew zwyczajom to głosowa-
nie nie było jednomyślne. W przystępie odwagi Mołotow się przeciwstawił. Mimo
to oddano ją prokuratorom.
Zniknęła i korpus dyplomatyczny nie poświęcił jej uwagi. Represje po wojnie
odznaczały się znaczną dyskrecją. Nie było już wielkich procesów jak w 1937 roku
ani artykułów w czasopismach. Nawet wyznaczenie następcy na stanowisko usu-
niętego lub aresztowanego nie było na ogół podawane do wiadomości publicznej.
Jak w sztuce kuglarskiej, jakby otworzyła się jakaś zapadnia. Ci, którzy znają
prawdę, milczą. Paulina Mołotowa znalazła się w obozie w północnym Kazachsta-
nie. Ale mąż nie wiedział, gdzie ona jest, nie wiedział nawet, czy żyje.
W dalszym ciągu podczas uroczystości, stał obok Stalina z twarzą jak z drew-
na. Zresztą nie ma miejsca na detale. Stalin ma taki zwyczaj – aresztować żony
swych najbliższych współpracowników.
Żona Kalinina, szefa państwa, była torturowana i wtrącona do więzienia, gdzie
przebywała sześć lat. Stary brodaty przewodniczący w dalszym ciągu przyjmował
od ambasadorów listy uwierzytelniające i dekorował drżącymi rękami. Umarł
w 1946 roku, okryty licznymi odznaczeniami. Zwrócono mu żonę na ostatnie mie-
siące życia.
Zaaresztowano także żonę Poskrebyszewa, który przez 20 lat pełnił obowiązki
sekretarza Stalina do specjalnych poruczeń, który znał wszystkie tajemnice swego
szefa i który mógł sobie pozwalać na mówienie swobodne i nawet po grubiańsku
o każdym prawie dygnitarzu. Naturalnie nie protestował, gdy aresztowano mu żo-
nę. Była szwagierką syna Trockiego. Stalin lubił takie uzupełnienia w biografiach
swych najbliższych kolaborantów. Miał ich w ten sposób w rękach.

25
Roj Miedwiediew pokazuje aresztowaną Ainę Kunsinen. Jest w łachmanach
w baraku dla deportowanych. Wieczorem 31 grudnia słucha przez radio obozowe
życzeń noworocznych z Kremla. Mówcą jest jej mąż Otto Kunsinen, sławny lider
sowiecko–fiński. „Nie, to, że wasza żona jest w więzieniu, nie oznacza wcale, że
złamana jest wasza kariera”.
Wypadek z Mołotowem jest inny. Mołotow czuł się specjalnie prześladowany.
Patron nie wzywał go na konsultacje, nie zapraszał do swej daczy. Rozpuszcza
nawet hipotezę, że jego stary pomocnik stał się angielskim szpiegiem – wieczne
omamienie przez Intelligence Service. Mołotow wie, że najgorsze oskarżenie wisi
nad jego zawsze gorliwą głową. Czy stanie się to w ciągu miesiąca, czy w ciągu
roku? Kot nie musi się spieszyć, gdy ma przed sobą mysz.
Już spadają aresztowania jak deszcz na dawnych współpracowników Minister-
stwa Spraw Zagranicznych.
Sztywny, w swych poprawnie uszytych garniturach, o lśniących włosach z prze-
działkiem, ma minę ukaranego dużego dziecka. Cierpi z powodu tego odsunięcia,
jak i na skutek groźby śmierci. Ale ubóstwia swego okrutnego szefa. I ubóstwiał
go zawsze. W szesnaście lat później, w 1968 roku, stary emeryt Mołotow pracując
w bibliotece Lenina w Moskwie usiadł przypadkiem obok studentki francuskiej.
Zauważywszy, że młoda kobieta przygląda mu się z ciekawością nie bardzo orien-
tując się kim on jest, podsunął jej kartkę, na której z dumą się przedstawił. „Jestem
Mołotow, dawne prawe ramię Stalina”. Nigdy nie zaprzeczył, że Stalin chciał go
uśmiercić.
Bolszewik od szesnastego roku życia nie wyobraża sobie dalszego życia poza
partią. A partia – to Stalin.
Jako przewodniczący Rady Mołotow podpisywał wszystkie dekrety terrory-
styczne lat trzydziestych. Jako członek Biura Politycznego, kontrasygnował listy
skazanych na śmierć kierowników – komunistów. Czy byłby zdolny wołać w twarz
katowi: „Niech żyje Stalin”, jak wołali wszyscy ci starzy bojownicy, których kazał
rozstrzelać?
„Skromność – mówił Stalin – to ozdoba bolszewika”. W praktyce to skromność
wobec niego – ich szefa. On im dał władzę, zaszczyty, przywileje, wyniósł ich wy-
soko ponad tłum. Nie zapewnił im bezpieczeństwa. Powinni bowiem co dzień drżeć
o swój fotel i o swe życie. To zdrowy niepokój.
Stalin eliminował opozycję. Później obojętnych, którzy słuchali głosów opozy-
cji, następnie zabrał się za partyzantów z wczesnych, czasów i do tych wszystkich,
którzy przyczynili się do jego wyniesienia. Nie jest dobrze, gdy ktoś będzie mógł

26
powiedzieć: „Kto cię zrobił królem?”. Stary towarzysz, jak Mołotow jest już tylko
cieniem.
Co jakiś czas we wszystkich kadrach kierownictwa, a najpierw w policji – da-
wne kadry były rozpędzane. Stalin lubił nowo przybyłych, którzy zawdzięczają mu
wszystko, którzy patrzą na niego z wielkim oddaniem. Starzy także darzą go uzna-
niem. Na pewno. Ale jak to zwykłe bywa i to uznanie staje się mechaniczne. W ich
spojrzeniach, odgaduje się zmęczenie, cień ukrytych myśli.
A następne odnowienie kadr pozwoli mu wykorzystać jeden z najstarszych for-
teli władzy – ci, którzy odejdą, są obciążani grzechami reżimu, obciążani najbar-
dziej krwawymi–czynami. Jednym słowem rzuca się ich na pastwę tłumu, narodu.
I naród jest oślepiony, urzeczony, widząc, że wódz jest po jego stronie.
Marszałek Woroszyłow – przyjaciel od zawsze, towarzysz z czasów obrony
Carycyna, jest w trakcie przekształcania się w agenta zagranicznego.
Ten dawny podoficer, odważny i głupi, dobry żołnierz i zły strateg, jest ucze-
piony losu Stalina od wojny cywilnej. On pomógł oczyścić Armię Czerwoną z
większej części kadry. Przystał na egzekucję Tuchaczewskiego, wyraził zgodę na
egzekucję Jakiria, podpisał decyzję wtrącającą ich rodziny do więzienia, nawet
14–letnie dzieci (dokładne dane pochodzą od Aleksandra Szelepina z XXII Zjaz-
du). Kazał rozstrzelać i deportować tysiące dowódców armii i brygad, regimentów
i batalionów, przekazując dowodzenie nieudolnym i to wkrótce przed niemieckim
najazdem. Stalin mianował go komisarzem do spraw wojskowych i morskich. Pu-
blicznie zademonstrował swoją miłość: „Ty jesteś idiotą, ale jesteś moim starym
przyjacielem. Kocham Cię i szanuję”.
Woroszyłow znalazł się teraz na półemeryturze, ale jest zawsze honorowany,
obwieszany medalami, obdarowywany wspaniałymi daczami i końmi pod siodło.
Ze swym wielkim nosem i małym wąsikiem, swą prezencją kawalerzysty, jest jed-
ną z ulubionych osobistości oficjalnych malarzy. Ale Stalin odkrył, że marszałek
Woroszyłow jest także angielskim szpiegiem. I bezpieczeństwo państwa zainstalo-
wało u niego podsłuch.
Anastazy Mikojan nie jest podejrzany o szpiegostwo na rzecz Anglików, jest
szpiegiem tureckim. Tą egzotyczność zawdzięcza swemu ormiańskiemu pocho-
dzeniu. Wynalazca „socjalizmu w jednym tylko kraju” ma odrazę do wszystkiego,
co pachnie kosmopolityzmem. Nie podoba mu się, że Sowieci ormiańscy na zbo-
czach swego skalistego Kaukazu, są bliskimi kuzynami tureckich Ormian z drugiej
strony granicy. Nie podoba mu się, że ich wódz duchowy Catholicos rezyduje w
Sowietach, podczas gdy ich religijna stolica jest na górze Ararat w pobliżu Turcji.

27
Między tymi dwiema wspólnotami rozciąga się granica nie do przebycia, ob-
ramowana szerokim pasem zaoranej ziemi codziennie pieczołowicie grabionej, by
były widoczne ślady. Bo nigdy nic nie wiadomo. Kiedy amerykański archeolog
powiedział, że Arki Noego trzeba szukać na górze Ararat, oficjalny poeta Michał-
kow pokazał zęby: „Ale nasza straż graniczna nie śpi. Liczcie się z tym ’archeolo-
gu’ Smith” („Prawda” 1.12.1952 r.).
I oto dlaczego Anastazy Iwanowicz Mikojan jest tureckim agentem. Oskarżenie
bowiem jest absurdalną obelgą. Mikojan jest tak zrusyfikowany, że kiedy udał się
do Erewania, aby tam podeprzeć swą kandydaturę do Najwyższego Sowietu, czego
wymagała etykieta, miał wielką trudność z wypowiedzeniem kilku słów po ormiań-
sku w czasie swego przemówienia w języku rosyjskim.
Mały, przebiegły, o ostrym profilu, o oczach bardzo czarnych i cerze brunatnej,
doszedł do polityki przez seminarium jak Stalin i przeżył dzięki swej legendarnej
wprost zręczności. Jego domeną jest handel zagraniczny. Szybko zajął wysokie
miejsce w hierarchii politycznej.
Latem 1952 roku inżynier V.M. zamieszkał w Charkowie w swym nowym
biurze i skonstatował z zadowoleniem, że to biuro jest ozdobione portretem Miko-
jana. Bo portrety również są rozprowadzane według stopni. Dyrektor ma prawo do
Lenina, inżynier na stanowisku kierowniczym ma prawo do Stalina, jego pomoc-
nik ma prawo do Mołotowa.
„Mikojan – myślał V.M. – zdecydowanie mam piękną zapowiedź awansu”.
Na lewo od Stalina na trybunie w Tuszino był Laurenty Pawłowicz Beria, zgar-
biony, przysadkowaty, obserwujący samoloty przez binokle.
Gdy NKWD powierzyło mu w 1938 roku stanowisko, nikt nie myślał, że ocali
swą głowę przez tak długi czas. Jego dwaj poprzednicy zakończyli tragicznie.
Pierwszy – Jagoda miał prawo do odejścia widocznego, jako oskarżony w wiel-
kich procesach. Drugi – Jeżow znikł po cichu. Cała Moskwa go szukała. Jedni
mówili, że znalazł się w domu wariatów, inni utrzymywali, że mieszka w tajemni-
czym małym domku w pobliżu Kolczo. W rzeczywistości został zastrzelony.
Stalin po czystkach lekko rozluźniał kleszcze wypierając się jak zwykle tego,
że Jeżow działał wyłącznie na jego rozkazy. Beria uwolnił kilka tysięcy osób spo-
śród milionów aresztowanych przez jego poprzednika. Zdobył sobie przez to opi-
nię liberała. Ale jego opinia w rodzinnym Kaukazie była przerażająca – krwawy
awanturnik, ekspert od prowokacji politycznych.

28
Jako dworak był genialny. Czarował Stalina gorliwością wprost maniakalną,
wszystko by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Wiedział, że zachowa życie wzno-
sząc się na szczyty Politbiura. Został marszałkiem, marszałkiem policji. Najbar-
dziej lubił ubierać się w płaszcz koloru muru i miękki kapelusz spuszczony na oczy,
przez co wyglądał jak jeden z jego inspektorów. Oczy za binoklami bez oprawy
były nieprzeniknione.
Był gruby, ociężały, zupełnie niepodobny do swych oficjalnych portretów, które
wydłużały jego twarz i obdarzały go pięknym czołem intelektualisty. Ci, którzy byli
zdolni ryzykować życie dla dowcipu, kolportowali taką wiadomość: „Beria nie
przeczytał ani jednej książki od epoki Gutenberga”.
Lubił wino i kobiety. „Pijak” – powiedział Dżilas, który jadł obiad w jego towa-
rzystwie.
Swietłana Alulijewa opisała go śmiertelnie pijanego pod koniec wieczoru.
Edward Ctankshaw dorzuca ponury szczegół. Kazał porywać młode dziewczęta
w środku Moskwy i dostarczać sobie do osobniaka albo daczy.
Ten człowiek o zielonkawej cerze i wilgotnych rękach odczuwał szaloną pasję
seksualną. Kobiety, które mu się podobały, obdarowywał sowicie, które mu się nie
podobały tym gorzej dla nich.
Wśród ludzi teatru i kina moskiewskiego krążyła długo historia młodej i pięk-
nej aktorki, którą ja przez dyskrecję nazwę J. Zaproszona na obiad przez Berię
nieprzyjemnie zdziwiła się, gdy znalazła się z nim sam na sam. Od deseru stał się
tak natarczywy i tak wstrętny, że uciekła i znalazła się na ulicy nim ktoś mógł ją
zatrzymać. Szofer już czekał na nią, zrozumiał, że wszystko odbyło się szybko
i wręczył jej wielki bukiet kwiatów. To jedna ze zwykłych elegancji Berii po uda-
nych randkach. Zagubiona rozejrzała się wokół siebie i zobaczyła świecące w nocy
binokle Berii stojącego na balkonie swego osobniaka: „To nie bukiet, to wieniec”
– zawołał grubym, ponurym głosem z akcentem gruzińskim. W kilka dni później
została aresztowana.
Beria miał śmiertelne troski. Jego policyjne imperium wymykało mu się z rąk.
Do tej pory miał absolutną kontrolę nad KGB, na czele którego stał jego prote-
gowany Abakunow. Ale teraz Abakunow może być zdymisjonowany, a wszystkie
służby i polowania na ludzi właśnie on przygotowywał.
W Gruzji, jego kraju rodzinnym i w jego bazie, partyzanci są dziesiątkowani po
aferze „mingrelienwe”, teraz znowu druga afera – spisek proturecki.

29
Stalin wyrzuca mu opóźnienia w konstrukcji bomby H, która według generalis-
simusa powinna być gotowa już od dawna (ten dział badań atomowych był powie-
rzony Berii).
W sumie on także zaczyna robić dopiero karierę mimo swych 53 lat – jest ze
starej generacji, która zastanawia się nad kosztami bliskich zmian.
Chyba że... Stalin jest stary i chory. W jego otoczeniu prawie nikt nie jest tak
bezbożny, by wzywać śmierci boga. Beria jest dość cyniczny, ażeby sobie powie-
dzieć, że zniknięcie szefa może mu uratować życie, jak gong ratuje boksera od
ostatniego tchu.
Czekając, pilnuje się. Nie jest jak Mołotow z rasy męczenników, którzy kładą
głowy na pniu. Nie jest z tych starych bolszewików, którzy są gotowi przyznać się
do największej zbrodni,gdy myślą, że honor partii tego wymaga. Nie trapi go żad-
na wiara. Będzie walczył. W osobniaku – podziemia prowadzą do piwnic, do nie
wiadomo dokąd.

5.
MŁODY KIEROWNIK

Dziewiąty na lewo od Stalina na trybunie w Tuszino to Aleksy Kosygin. Twarz


trochę smutna, blada pod pilśniowym kapeluszem o szerokim rondzie. 48–letni,
różni się od generacji Mołotowów i Mikojanów. To technik ekonomii i finansów,
w stosunku do starszych osobistość zupełnie oryginalna. Ale również jak oni unik-
nął śmierci w czasie wielkiej czystki leningradzkiej.
Leningrad jest jego miastem rodzinnym. Przyszedł na świat w 1904 roku kiedy
Leningrad był jeszcze stolicą Rosji i nazywał się Petersburgiem. Był jego merem,
gdy miał 34 lata. Miał 36 lat, gdy Stalin mianował go wiceprzewodniczącym Rady,
Nosi ten tytuł od dwunastu lat bez przerwy, tytuł, który dzieli z Mikojanem, Berią,
Woroszyłowem i kilkoma innymi.
Kariera o tyle głośna, że człowiek wydawał się bez rozgłosu. Tym szybsza, że
zaczęła się dosyć późno i cicho.
Od początku wzorowa biografia młodego bolszewika. Syn robotnika, wstępuje
do Armii Czerwonej mając 15 lat, wstępuje do partii gdy ma 23 lata, ale nie wy-

30
biera drogi królewskiej aparatu, kariery funkcjonariusza KC. Woli skromne pra-
cownie niż wygody komfortowych urzędów, technikę produkcyjną zamiast techniki
politycznej. Gdy ukończył 30 lat uzupełnił swoje wykształcenie, zdobył dyplom
inżyniera tekstylnego. Był wtedy tylko małym, nie–znaczącym technikiem. W dwa
lata później zostaje dyrektorem jednej z największych fabryk Leningradu.
I oto nagle wznosi się do szczytów. O tym nagłym pośpiechu rozstrzygała z
pewnością pustka. Czystki wytworzyły na wszystkich odpowiedzialnych stano-
wiskach dziury, które trzeba było zapełnić i to bardzo szybko. Ale w przypadku
Kosygina brano pod uwagę także uczciwość w pracy i zamiłowanie do dokładnych
rozwiązań.
Stalin widział w nim technika.
Gdy chodzi o stanowisko wiceprezydenta rządu, tytuł ten jest przede wszyst-
kim honorowy. Stalin obarczył go odpowiedzialnością w sprawach konkretnych :
najpierw za przemysł tekstylny, później przejściowo za finanse i za przemysł lekki.
Ten przemysł nie cieszył się poparciem. Aby go przejąć, trzeba było trochę pokory
albo dużo pychy.
Ubierać Sowietów, dostarczać im przedmiotów konsumpcyjnych to zajęcie
błahe według Stalina, który myśli tylko o tonach stali. To są w zasadzie zajęcia
Kosygina. One powinny być utrzymywane na uboczu prawdziwych problemów,
poważnych spraw związanych z obroną państwa. A jednak gdy Stalin w 1947 roku
złożył wizytę flocie na Morzu Czarnym, Kosygin był jedynym cywilem u jego
boku; skromny, szary wśród migotania epolet. W rzeczywistości nic nie jest pewne
w tym kraju, gdzie minister maszyn rolnych produkuje radary. W tym zinstytucjo-
nalizowanym kamuflażu niełatwo jest powiedzieć, kto się czym zajmuje.
Nie ulega wątpliwości, że Kosygin wspiął się bardzo wysoko. W 1950 roku
broszura sygnowana przez niego i zatytułowana „Nasze sukcesy zawdzięczamy
Stalinowi” została rozpowszechniona w wielu językach w całym świecie. Rozu-
mie się samo przez się, że ważne były te hołdy. Ale i inne broszury w podobnym
stylu były rozpowszechniane na całej planecie dla uczczenia 70–lecia urodzin
Wodza: Chruszczowa – „Miłość Stalina wobec narodów zapewnia potęgę naszego
kraju”, Malenkowa – „Towarzysz Stalin wodzem postępowej ludzkości”, dalej
Beria, Bułganin, Kaganowicz, Szwernik – to ci najwięksi spośród dygnitarzy.
Kosygin jest wśród nich.
W łonie partii jego wzrastanie idzie w parze – rozumie się – z jego wznosze-
niem we władzach. Od 1939 roku jest w Komitecie Centralnym, a od 1940 roku
świętym wśród świętych w Biurze Politycznym, najpierw jako zastępca członka,

31
a w roku 1948 już jako tytularny. Nie ma innej tak szybkiej kariery w ZSRR. Jest
jednak człowiekiem produkcji i nie ideologia marksizmu jest jego narzędziem.
Marksizm włożył w jego ręce olbrzymią machinę gospodarki państwa.
Jest twardy jak skóra, przykuty do biura na 14 godzin dziennie i znajdujący
tam przyjemność. W innych czasach mógłby być wielkim handlowcem, Colbertem.
O twarzy bardzo bladej, niszczonej przez troski, zimne oczy wołają o jasną odpo-
wiedź. Zna dokumenty i wymaga, aby je znano. To nie liberał. Wierzy, że jego ro-
dacy potrzebują ręki, aby nimi kierowała. Jeden z odwiedzających Rosję w latach
pięćdziesiątych powiedział mu po cichu, że jest nadzieja, że reżim rozluźnia się po
trochu. Usłyszał oburzoną odpowiedź Kosygina: „Jesteście wariat. Nasi Rosjanie
wyrzynaliby się”. Kosygin ma zamiłowanie do krótkich sformułowań, gdzie jego
pesymizm niekiedy uwzniośla się w humor.
Woli władzę niż pozory. Sam schodzi na drugi plan, rozgłos chętnie pozostawia
innym.
Tyle zapału, gorliwości połączonej z ambicją, tak ostrożnie wymierzanej w ja-
kiś sposób czarowały Stalina, który wysuwał tego młodego i mądrego człowieka
z włosami strzyżonymi na jeża. Ale jego nieszczęściem było to, że urodził się w
Leningradzie, w którym także miał swój debiut. Leningrad bowiem należał do
Żdanowa – osobistości ważnej i ruchliwej, która wzbudzała nieufność Malenkowa
uważającego się prawie za następcę tronu.
Gdy w 1948 roku Żdanow umarł, Malenkow wystąpił z całą zaciekłością prze-
ciwko swemu otoczeniu.
Susłow i Beria, który często się z nim przymierzał, poparli go w przeprowadza-
nej czystce. Stalin udzielił im swego błogosławieństwa, uważał, że czas rygoru
powinien wrócić po względnym rozluźnieniu kleszczy na skutek euforii, jaką prze-
żywali po zwycięstwie nad Niemcami. Ponadto Stalin nie lubił Petersburga. To
miasto, godne podziwu – cud z kamienia i wody, jest jedynym portem otwartym na
wiatry z Europy. To tu rodziły się rewolucje. O tym Stalin nie zapomniał nigdy.
90 procent aparatu leningradzkiego już nie istniało, tak samo jak tysiące ofice-
rów, funkcjonariuszy, ekonomistów, nauczycieli. Nastąpiło odrodzenie atmosfery z
1936 roku z aresztowaniami o świcie i ciszą tych, którzy przeżyli i którzy udawali,
że nie zauważają pustych miejsc.
Kosygin współpracował ze Żdanowem podczas oblężenia Stalingradu. Wojna
się skończyła i chociaż unosił się na własnych skrzydłach, pozostawał, choć bez
przekonania, wśród żdanowowców zwalczanych przez Malenkowa. No i był z Le-
ningradu, co było widać, miał leningradzki akcent, typ, postawę, która odróżnia w

32
sposób widoczny mieszkańców Leningradu od mieszkańców Moskwy – bardziej
płomiennych, ale i bardziej prymitywnych.
W dodatku jak nie mógł zawadzać, skoro był typowym przedstawicielem no-
wych i młodych, orientował się w nowoczesnej technice i nadawał się do usuwa-
nia w cień starych. Wszystko więc przemawia za tym, że musiał być uderzony.
Pracując dużo pokazywał się rzadko, żył trochę z dala, by nie angażować się
zbytnio w intrygi i nie dać się usidlić. Uniknął śmierci, ale nie uniknął utraty łask.
Czuł wykopywaną przed nim przepaść, więc trzymał się na uboczu także przez
ostrożność. Mimo to jego możliwości stale się kurczyły. Pozwalał przechodzić
burzy ze spokojem i uporczywością, wierzył w najgorsze, ale nigdy nie popadał
w rezygnację. Ma i będzie wciąż miał wypisaną na twarzy trwogę. Ale był nieza-
chwiany jak góra lodowa.

6.
LATO NA POLACH

Jest sezon robót polnych. Na Ukrainie, na Kaukazie, w centralnej Rosji, na


Ałtaju pola zbożowe żółkną. Prasa na pierwszych stronach ogłasza „Listy do Sta-
lina”, w których kołchoźnicy wyśpiewują swą miłość i swe szczęście.
Rozpoczyna się to aktem, adoracji.

Drogi Józefie Wissarianowiczu!

My, prasownicy polni – kołchoźnicy i kołchoźnice,


pracownicy stacji maszyn i traktorów, sowchozów,
kooperatyw leśnych, specjalistów polnych okręgu
Riazań wysyłamy do Was, mądry przewodniku, panie
i przyjacielu, genialny inspektorze i organizatorze
zwycięstw komunizmu w naszym kraju, nasze gorące
pozdrowienia i nasze życzenia długich, bardzo
długich lat życia i zdrowia dla dobra i szczęścia
narodu sowieckiego i całej postępowej ludzkości,
która walczy o pokój na świecie.

(„Prawda”, 14 lipca 1952 r.)

33
Podobne listy ukazały się w dziennikach z 4,18,24, 25 lipca 1952 roku.
Następnie padają wyliczanki czynności.

„Józefie Wissarionowiczu! Według Waszych wskazówek


dotyczących rozwoju rolnictwa w okręgu riazańskim,
dzięki stałej, wytrwałej uwadze i ogromnej pomocy
materialnej i technicznej, którą daje partia, rząd
i którą Wy dajecie osobiście, towarzyszu Stalin —
kołchoźnicy i kołchoźnice, pracownicy ośrodków
maszynowych i sowchozy na bazie współzawodnictwa
socjalistycznego, aby wypełnić zobowiązanie w sto-
sunku do Was z roku 1951 mogą obecnie realizować
nowy postęp”.

I następowała lawina liczb. Było osiem kolumn. Kwintale, tony, pudy ziarna,
buraków, ziemniaków, cebuli, kapusty, paszy, mleka, masła, bydła, tysiące hekta-
rów ulepszonych łąk, oczyszczonych ugorów, dziesiątki zelektryfikowanych wsi –
obraz ziemi bogatej i szczęśliwej.
I zaangażowanie na przyszłość. Będziemy robić lepiej. I znowu liczby, liczby,
liczby. Każdy region występował ze swoimi obietnicami. Np. kołchoz „Chrusz-
czow” obiecywał tow. Stalinowi produkować więcej machorki – ordynarnej tabaki,
której używają wieśniacy.
Liryzm sympatyczny, urzekający. A jednak liczby niepokoją, gdy się im dobrze
przyjrzeć. Albo kunsztowne oszustwo – te triumfalne ale nieprawdopodobne pro-
centy. Albo zatrważająca skromność. 80 pudów z hektara – tyle zboża obiecują
uroczyście kołchoźnicy. Dumne postanowienie, dumna decyzja. Ale to tylko 13
kwintali. Krowy dzięki metodom Miczurina z dziedziny genetyki powinny dawać
od 2500 do 4000 litrów mleka rocznie. Gdzie tu rekord? Jeśli się nawet uwierzy,
że to zobowiązanie będzie wykonane.
Bo od dwudziestu lat czyta się co lato te same obietnice, nigdy nie spełnione.
Pomyślność jest zawsze na jutro.
Młody robotnik sowiecki został tego lata wyznaczony z kilkoma kolegami z tej
samej fabryki do pomocy w pracach polnych. Taki jest zwyczaj. Rok po roku prze-
mysł, armia, studenci muszą dostarczyć rąk do pracy w trakcie żniw. Chłopów jest
wciąż za mało. Przyczyny tego niedostatku nie da się określić, bo przecież Zwią-
zek Sowiecki ma w Europie powojennej największy procent ludności wiejskiej.
Nasz robotnik przyszedł do kołchozu w centralnej Rosji w wiosce Gogol. Trzysta
dusz. Izby z okrąglaków z jednej i drugiej strony nie utwardzonej drogi, to błotni-
stej, to białej od kurzu. Izby walą się ze starości, pięknie rzeźbione obramowania

34
drewniane wokół okien nie malowane od dawna. W kałużach nie widać kaczek
o barwnym upierzeniu, dumy wiosek rosyjskich. Mężczyzn nie więcej niż dwu-
dziestu. Oni zajmują najważniejsze stanowiska. Przypuszcza się, że to oni posia-
dają odpowiednie kompetencje techniczne i autorytet: przewodniczący kołchozu,
rachmistrz, sekretarz, mechanik. Reszta pracy spoczywa na dzieciach i kobietach,
których jest piętnaście razy za dużo.
I nasz mieszczuch opowiada o swych doświadczeniach wiejskich.
„Umieszczono mnie i moich towarzyszy u wieśniaczki, którą zobowiązano do
udzielenia nam gościny. Pożywienie było co dzień takie samo. Gospodyni wlewała
do żeliwnego garnka wodę, mleko, wrzucała trochę mąki, kartofli, a przede wszyst-
kim obierzyny z kartofli. Dorzucała kilka kawałków ryby, jeśli chłopcy zajmujący
się kłusownictwem znaleźli ją rano w swojej sieci zarzuconej w rzece. Garnek
szedł na piec z ogniotrwałej gliny – piec rosyjski, który ogrzewał izbę, podczas
zimy można było na nim spać. Tam garnek pozostawał godziny a zawartość sta-
wała się rodzajem krochmalu, dosyć kleistą, bez żadnego smaku. Po dwóch tygo-
dniach takiego jedynego zresztą dania trzeba było odwieźć mnie do najbliższego
szpitala.
Mieliśmy prawo do chleba. Na nieszczęście piekarnia w kołchozie oszukiwała
na normach, kradła mąkę i dolewała wody. Na zewnątrz chleb był czarny i bardzo
twardy. Ale kiedy nóż dotarł do środka, sączyła się woda. Wnętrze chleba to siecz-
ka zmieszana z miękiszem.
Gdy mruczeliśmy, kobiety patrzyły na nas z mieszaniną zazdrości i pogardy:
„Wy chłopcy z miasta macie delikatne podniebienia”.
W izbie brak oświetlenia elektrycznego, kilka starych nędznych mebli, kilka
kufrów. Ale na ulicy głośniki. Zaczepione na zbiorczym receptorze transmitowały
Radio Moskwa.
Propaganda ma zawsze priorytet. „Przydzielono mnie do czyszczenia zboża,
które odbywało się dawnym sposobem. Zawartość wielkiej szufli drewnianej rzu-
ca się w powietrze, gdzie tańczy w słońcu jak płatki śniegu. Wiatr wykonuje resztę
– plewy i ziarno padają na dwie oddzielne pryzmy. Później pracowałem przy od-
stawianiu zboża. Ciężarówki gubiły po drodze ziarno, co nie pociągało za sobą
żadnych konsekwencji. Natomiast musieliśmy pilnować go przed kradzieżą. Całą
noc od zmierzchu do świtu chodziłem naokoło sterty zboża z fuzją na ramieniu.
Gdy złodzieje chcieli kraść zboże, broniłem, nie chciałem przecinać mego życia
10–letnim obozem. Miałem 18 lat...”.

35
Noce rosyjskie są w tym czasie pełne sylwetek najeżonych fuzjami, które czu-
wają na dworcach broniąc zboża przed złodziejami.
Zbieranie kłosów jest zabronione. Zbierać upadłe kłosy to trwonić własność
socjalistyczną. Kosztuje to 6–10 lat więzienia.
„Rano – opowiada dalej świadek – szef ekipy stuka do drzwi izb: Marta, Eu-
doksja, Malania, do pracy! Kobiety skomlą, wymyślają litanię chorób. Jeżeli uda
im się urwać z pracy, idą do lasu, tam zbierają czarne i czerwone jagody, które
sprzedają w mieście. Mogą wtedy kupić miejskiego chleba, bardziej jadalnego niż
ten kołchozowy.”
Wszystkie wspomnienia 1952 roku budzą tę samą nagą nędzę. Dziewczyna z
Nowosybirska, uczennica ostatniej klasy także poszła pracować w polu. To lojalna
dziewczyna, entuzjastka. Jechała zadowolona, że zobaczy ziemię, że będzie poży-
teczna. Ale w liście do rodziny wyznaje że jest głodna.
„Mam wielką ochotę na cukier. Może będziecie mi mogli przysłać kilka tore-
bek cukierków”. Po powrocie do domu pożarła cały zapas cukru. Rodzina skomen-
towała: „Kołchozy robią jednak wszystko dla studentów, dają im do picia mleko”.
Te wioski, do których wysyła się mieszkańców miast, są bardziej reprezenta-
cyjne. W innych jest więcej zła niż w obozach koncentracyjnych. Kilka miesięcy
później, w styczniu 1953 roku pięćdziesięciu świeżo zwolnionych więźniów po-
litycznych przybyło do kołchozu syberyjskiego w okręgu Kazaczynskoje. Odsie-
dzieli swą karę, ale zgodnie ze zwyczajem pozostają wciąż w mocy władzy (nie są
już wtedy „zakluczonnyje” ale „zsylnoje”). Zostali wyznaczeni do pracy właśnie
tam, .Rozglądali się wstrząśnięci: „W obozie przynajmniej mieliśmy prycze do
spania i co dzień zupę”. Wieśniacy otoczyli kołem przybyszów ubranych w brudne
łachy więzienne. „To jest ubranie! Oto ludzie ubrani jak należy”. Próbowali wciąż
kupić od nich obuwie.
Nazajutrz Ignacy Szenfeld, deportowany więzień polskiego pochodzenia, udał
się do władz. „Odeślijcie mnie do więzienia. Osądźcie mnie jeszcze raz, dodajcie
mi 10 lat. Ja nie zostanę w tym kołchozie. Ten kołchoz to śmierć”.
Na Kubaniu i w Mołdawii, tam, gdzie ziemia jest lepsza, żyje się lepiej. Żaden
wieśniak nie żyje jednak w dostatku. Kołchoźnicy nie otrzymują ani kopiejki wy-
nagrodzenia za swą pracę. Kołchoz – kooperatywa producentów – sprzedaje swe
plony państwu i dzieli w teorii zysk między członków. W praktyce, nałożone ceny
są tak niskie i obciążenie tak wysokie, że nie ma co dzielić. W wiosce nad środko-
wą Wołgą chłopi nie otrzymali pieniędzy w 1949, 1950 i 1951 roku. W 1952 roku
rachmistrz, dał im zaliczkę kilku rubli. „Nie ma sposobu dać w tej chwili więcej”.

36
Tylko kołchozowi dygnitarze – przewodniczący, brygadzista etc., są opłacani regu-
larnie. Chłopi trochę szemrzą ale tylko dla formy. Ich przodkowie – niewolnicy,
uprawiali ziemię pana aż do niedawna, teraz oni uprawiają ją dla wspólnoty chłop-
skiej „Mir”. Na początku wieku niespokojne duchy miały po kilka hektarów na
własność, po czym kolektywizacja zabrała im wszystko. Chłopi rosyjscy nie mają
we krwi żadnego poczucia własności, żadnej potrzeby wolności. Przyzwyczaili się
traktować nieszczęście jak brata.
Z braku opłat pieniężnych otrzymują zapłatę w naturze – oczywiście bardzo
nędznej. Kołchoz daje im trochę zboża w zasadzie raz na rok. Kilkadziesiąt kilo-
gramów za ich „trudodni” w roku, które oblicza się jako daninę i które rachmistrz
wpisuje pieczołowicie do ksiąg. Zamieniają zboże na mąkę albo je jedzą po ugoto-
waniu. W rzeczywistości żyją dzięki indywidualnym ogródkom przyzagrodowym.
Kołchoz przyznał każdej rodzinie kawałek ziemi. Tam sadzi się kartofle i chowa
się krowę. Krowa to życie, to mleko, nawóz, cielę. Bogatsi kupują prosię, które
pielęgnują jak dziecko.
Deportowana L.S., w 1952 roku mieszkała u syberyjskich chłopów, Pamięta
świnię należącą do rodziny: „Grzała się razem z nami przy piecu. Upominała się,
kiedy musiała wyjść za swoją potrzebą. Taka grzeczna, taka czysta”. Ruble, których
kooperatywa im nie wypłacała, chłopi próbowali zdobyć na rynku kołchozowym –
wolny, rynek był oficjalnie tolerowany. Tam możliwie najdrożej sprzedawali tro-
chę produktów ze swego gospodarstwa przyzagrodowego, trochę mleka, grzyby,
które zebrali gdzieś w pobliżu, prymitywne przedmioty, które sami wytwarzali w
zimowe wieczory. Na Syberii stare kobiety proponowały szale, które tkały z sierści
swej kozy lub swych królików. Pieniądze wydawano prawie w całości na kupno
chleba.
Aby zapomnieć o trudnym życiu, piło się samogon – mocną wódkę wyrabianą
przez nich samych ze zmarzniętych ziemniaków.
Na ziemi kołchozowej sieje się i zbiera ze strachu przed żandarmami. Nie ocze-
kuje się żadnego zysku, ale jeżeli nałożona ilość nie będzie zebrana, jak deszcz
spadną sankcje.
Ten system zniewolenia jest fatalny ekonomicznie. Chłop rosyjski produkował
żywności dla 4 osób podczas gdy chłop amerykański żywił ponad 20 osób.
Ostatni kontakt Stalina z wioskami przypada na 1928 rok. Tego lata zrobił trzy-
tygodniowe tournee po Syberii, aby zobaczyć jak wyglądają dostawy zboża. Od tej
pory nikt go nigdy nie widział w żadnej wiosce.

37
W 1928 roku ziemie nie były jeszcze kolektywizowane. Chłopi w przeważa-
jącej części byli panami swej produkcji. I znaleźli się w ostrym konflikcie z pań-
stwem. Aprowizacja miast była niedostateczna.
Historycy ustalili, że powody tego kryzysu dostaw są liczne: kryzys zaufania,
bardzo niskie, niszczące gospodarkę ceny zboża. Nieszczęściem chłopstwa sowie-
ckiego było i to, że kierował nim człowiek szorstkiego i despotycznego umysłu.
Stalin, genialny strateg i taktyk, jest przeciwny złożoności ekonomii. Preferuje
upraszczające wszystko cięcia. Wobec rolnictwa, po krótkiej przerwie wrócił do
metody w którą zawsze wierzył – przymus.
W 1929 roku wydał dekret, że kolektywizacja będzie przeprowadzona dobro-
wolnie albo siłą. W cztery lata później już nie było nawet godnej wzmianki włas-
ności prywatnej. Lenin, który przewidywał, że ta operacja będzie wymagał przy-
najmniej dwóch dziesiątek lat, który zalecał, aby nie pchać chłopów jak bydło do
kołchozów, został manifestacyjnie odrzucony przez upraszczającą myśl swego na-
stępcy.
W 1952 roku stalinowski statut rolnictwa stał się złotym prawem. Chłopi jed-
nak pamiętają, że było ono skąpane we krwi. Pamiętają, że policja, armia, wszyst-
kie siły, którymi dysponowała władza, były użyte przeciwko wsi. Pamiętają, że
rozstrzeliwano, walono kartaczami, rąbano szablami, wieszano, topiono, deporto-
wano całymi rodzinami, wioskami – miliony i tylko niewielu wróciło. Wróg – bo-
gaty chłop – został nazwany kułakiem. Ale chłopi średnio zamożni i nawet biedni
byli bici na równi z kułakami, ponieważ okazali się krnąbrni.
Wiosną 1933 roku Stalin oznajmił, że wojna została wygrana i nadszedł czas
łaski. W tajnej instrukcji podpisanej przez Mołotowa i przez niego samego oznaj-
miał: „Wskutek naszych sukcesów, na wsiach nadszedł czas, w którym nie po-
trzebujemy już stosować masowych represji”. Zdecydował, żeby położono kres
tym „bachanaliom”. Do deportacji na Syberię wyznaczył ilość nie przekraczającą
2 tysięcy rodzin z Ukrainy, 1 tysiąca z północnego Kaukazu, 1 tysiąca znad środ-
kowej Wołgi. Rozkazał oczyścić więzienia redukując liczbę więźniów z 800 do
400 tysięcy. Nakazał też walczyć z tyfusem (Archiwum Smoleńskie, Instrukcja
P6028 z 8 maja 1933 r.).
Było jednak za późno. Głód zabierał represjonowanych. Wiosną 1933 roku na
Ukrainie chłopi marli z głodu dziesiątkami i setkami tysięcy.
Armia zbierała plony, paliła trupy, dezynfekowała chaty. Represje antykułackie
i głód z lat 1932–33 miały dwa dobrze ukryte fenomeny. Lekarz ukraiński wyjaśnił
mi jak szpitale dostały zakaz mówienia o śmierci głodowej. Trzeba było do reje-

38
stru jakąś inną chorobę (w trzydzieści lat później pisarze sowieccy zaczęli pisać o
wielkim głodzie ilustrując to bogactwem szczegółów wprost nie do wytrzymania:
Michał A. Tendrakow publikujący w ZSRR i Wasyl Grossman na Zachodzie).
Oficjalne źródła sowieckie oceniają liczbę zmarłych i deportowanych kułaków
na 5 milionów. Ale któregoś wieczora Stalin powiedział Churchillowi w zaufaniu,
że kolektywizacja uderzyła w 10 milionów przeciwników. I wiadomo, co robił ze
swoimi przeciwnikami. (Winston Churchill, „The Second World War”, t. IV).
Jak, można sobie wyobrazić, wywołało to wszystko wiele nienawiści. W 1942
roku wkroczenie Niemców na Ukrainę wywołało eksplozję radości. To spośród
rodzin kułaków i pseudokułaków mordowanych na początku lat trzydziestych
rekrutowało się najwięcej kolaborantów.
W 1952 roku znów zapanował przymus. Żniwa były uroczystością, rytuałem,
który malarstwo i błona filmowa honorowały do woli. Szwadrony żniwiarek, i mło-
ckarek ze wzniesionymi czerwonymi sztandarami zagłębiają się w złociste morze
zbóż. A przystojne kołchoźnice w chustkach na głowach promienieją, pewne siebie
i swej siły.
Rezultaty nie harmonizowały z tym wymuszonym liryzmem. Mimo bożka
Traktora, symbolu nowego porządku, ziemia nie dawała nigdy dosyć ziarna. Dla
gospodarstw sowieckich mąka pozostawała artykułem, który odblokowywano w
magazynach raz lub dwa razy do roku, przed światami. Na resztę roku pozostawał
tylko czarny rynek. Z mięsem i mlekiem było jeszcze gorzej. Na tysiąc mieszkań-
ców przypadało mniej zwierząt niż w 1916 roku, w ostatnim roku carskiej Rosji
(dane ujawnione przez Chruszczowa na posiedzeniu Komitetu Centralnego w rok
później, we wrześniu 1953 r.).
Aby dostarczyć do miasta minimalne choć zaopatrzenie, wioski musiały utoczyć
znów dużo krwi.
Podczas zimy 1946/47 nastąpił głód. Na Ukrainie, Białorusi, zniszczonych przez
wojnę, wielka susza spowodowała, że znowu widać było umierających o wielkich
oczach, brzuchach wydętych przez obrzęki głodowe. Słychać było o odrażających,
jak w 1933 roku, wypadkach kanibalizmu.
Stalin nie chciał o tym wiedzieć. Latem 1946 roku, jadąc na południe do swej
daczy, przyjął delegacją notabli ukraińskich, przybyłych, by mu pokazać soczyste
melony, gruby kawior, snopy zboża o olbrzymich kłosach. Wieś powinna być bo-
gata, ponieważ on tak kazał.

39
Filmy, które się wyświetlało w jego sali kinowej na Kremlu przedstawiały te
obfitości w sposób szczegółowy. Dżilas, który asystował przy projekcji jednego
z tych filmów na temat szczęścia kołchoźników, zanotował, że reagował przed
ekranem: „jak człowiek bez wykształcenia, który miesza prawdę artystyczną
i rzeczywistość”.
Stalin bardzo lubił historię bohaterskich dojarek i silnie zbudowanych rolni-
ków. Wydał rozkaz, ażeby co roku studia sowieckie poświęcały co najmniej jedną
wielką produkcję tym pozytywnym bohaterom. Szczególnie wysoko cenił „Koza-
ków kubańskich” Pyriewa, gdzie znajdował się popis brawury – festyn na wsi,
prawdziwe wesele flamandzkie.
Nie napisana historia sowieckiego kina mówi, że aby można było sfilmować tę
sekwencję, trzeba było wyekspediować na miejsce kręcenia filmu, na rozkaz Krem-
la, zdobyte przez rekwizycję dwa wagony żywności. Nie pisana historia dodaje
jeszcze, że dzieci, psy i koty wioskowe oszalały z powodu bogactwa, jakiego nig-
dy nie widziały i o mało nie skompromitowały realizacji filmu. Za każdym razem,
gdy kręcono ujęcie, kiedy wołano „motor” i kiedy kamery mruczały, zjawiały się
nie wiadomo skąd dzieci, psy i koty, by porwać indyki i szynki. Pyriew – reżyser
o wyglądzie Jupitera, bardzo się srożył. Długo potem jego rodacy z Moskwy opo-
wiadali, że zszedł z podium i własnoręcznie zabił dwa koty.
Stalin, choć lubił chłopów operetkowych, nie lubił prawdziwych, nie miał do
nich zaufania, osądzał ich jako anarchistów, wciąż kazał ich przywoływać do po-
rządku i karcić. Te same dzienniki, które podawały wielki sukces rolnictwa, okre-
ślały kołchoźników jako wstecznych, zacofanych i leniwych. „Prawda” z 18 VIII
1952 roku opisywała bałagan, który panuje na Ałtaju, żniwiarki, młockarki unieru-
chomione z powodu braku części, zboże butwieje na placu, ziarno czeka na cięża-
rówki, ciężarówki czekają na kierowców, kierowcy czekają na rozkazy. „Prawda”
wskazuje na zachowanie się Kuligina, dyrektora MTS, który obżera się całymi
dniami, zamiast iść do pracy i pozwala stać maszynom w hangarach. Ciekawa pra-
sa! Rąbie na jednej kolumnie w to, czym się egzaltuje na sąsiedniej.
Umysł Stalina pracuje: kołchoz – mimo wszystko, ze swoimi indywidualnymi
domami, ze swym ogródkiem – jest organizmem niedoskonałym, na pół drogi do
socjalizmu. Sowchozy to dopiero przyszłość – tu chłopi w służbie prawdziwej fer-
my państwowej staną się robotnikami, jak ci z kopalni i odlewni. Żadnego śladu
inicjatywy prywatnej. Na nieszczęście sowchozy nie objawiały żadnych tendencji
rozwojowych ani ze względu na jakość, ani na ilość.

40
Stalin dobrze wiedział, że nic nie stanie się dobrowolnie. Przystąpił do redago-
wania tekstu, który pójdzie pod prasę przy końcu lata i w którym zapowiada koniec
etapu kołchozów: „Trzeba zlikwidować sprzeczności przekształcając stopniowo
własność kołchozową we własność narodową”. (Stalin, „Problemy ekonomiczne
socjalizmu w ZSRR”, październik 1952 r.)
Tymczasem grupowano kołchozy, aby lepiej nimi dyrygować,aby dać im wię-
cej biurokratycznego rygoru. Apostołem tego łączenia był gruby, mały człowiek,
o złośliwych oczach, którego kariera nie budzi zainteresowania u kremlologów,
a który nazywa się Nikita Chruszczow. Przywiązywał wielką wagę do problemów
rolnych, ojciec chrzestny licznych gospodarstw zbiorowych, które noszą jego imię.
To on wymyślił miasta rolnicze – wersja chruszczowianów zaczerpnięta ze starej
formułki Alfonsa Allcisa: „Zakładać miasta na wsi”. Chodziło o skoncentrowanie
rolników w wielkich zbiorowiskach typu urbanistycznego. Malenkow i Beria
połączyli się, jak to często czynili, aby zagrodzić drogę tej niepohamowanej oso-
bowości. Zanosiło się na to, że projekty wiejskich miast pójdą do szuflad.
Co robić? Obciążyć kołchoźników podatkami. Stalin o tym marzył.
Wygłodzony chłop był i tak nadmiernie opodatkowany. Cierpiał niemało, kiedy
każdej jesieni inspektor finansów objeżdżał wioski w swym małym pojeździe. Za-
biera podatek w naturze. Zabiera najlepsze produkty, z parcel indywidualnych –
kilka kurcząt, warzywa. Gdyby ktoś nie poczuwał się do obowiązku uiszczenia tej
daniny, naraziłby się na konfiskatę parceli, krów – jedynych żywicieli rodziny.
Gdzie są mężczyźni? – pytają mieszczanie, którzy przychodzą pracować w po-
lu. Na wsi widzą prawie same kobiety – wdowy i dzieci, które biegają całe lato na
bosaka. Wielu mężczyzn nie powróciło z wojny, ale ci, którzy przeżyli, uciekli do
miasta i do fabryk, gdzie jest lepiej. System paszportowy założony przez Stalina,
od 1932 roku teoretycznie powinien uniemożliwić exodus ze wsi. Pozbawiony
paszportu wewnętrznego chłop, nie może osiedlić się w mieście, gdy władze tego
nie chcą. Ale pomysłowość ludzka jest wielka, upór chłopa nieskończony. Istnieje
wiele forteli, sztuczek, aby sobie sprokurować paszport, ten cenny dokument, któ-
ry zmienia człowieka wsi w mieszczanina. Sposoby nawet niezwykłe. Pod Tułą
ktoś zdeterminowany pobił swego sekretarza kołchozu tak, że aż policja musiała
go aresztować. Bo zaświadczenie uwolnienia z więzienia może dać prawo do zdo-
bycia paszportu, jeżeli ktoś powie, jak się nim posłużyć.
Mężczyznę zabiera ze wsi przede wszystkim służba wojskowa. Fabryki, którym
również brakuje rąk do pracy, werbują zdemobilizowanych do swego rodzaju ko-
szar i ofiarowują miejsce w sypialniach z paszportem. Ci robotnicy, prawie jeszcze

41
analfabeci, nie są przecież robotnikami wykwalifikowanymi. Wielu rozwija się
szybko, lud rosyjski ma często złote ręce i płodny umysł. Kobiety, ponieważ nie idą
do wojska, mają mniej możliwości. Najlepszym dla nich rozwiązaniem jest ślub
z mieszczuchem, posiadaczem paszportu. To wariant ze starej bajki, gdy pasterka
poślubia księcia. W kołchozie na Syberii 17–letnia wieśniaczka ofiarowuje się już
osiwiałym deportowanym: „Ożeń się ze mną. Tobie oddadzą wkrótce paszport.
Będziesz mógł wyjechać i wyciągniesz mnie stąd”. Inny świadek widział zebranie
młodych w wiosce w 1952 roku. Dziewczęta przychodziły, by znaleźć dwóch lub
trzech chłopców, którzy jeszcze nie wyjechali do wojska i uprowadzały ich na
tańce na placu młócki. Nosiły długie do ziemi spódnice, na nogach miały żołnier-
skie buty, śpiewały smutne czastuszki. Dziewczęta wiedziały, że chłopcy po trzech
lub czterech latach służby zrobią wszystko, aby nie wracać. Niechby je zabrali.
Pewnego razu zapytałem jedną kobietę, dlaczego u was jest tak źle? Odpowie-
działa mi: „Jeśli mój syn, który jest w armii, będzie mógł powiedzieć Stalinowi, że
mamy złego przewodniczącego, złego sekretarza, wtedy na pewno Stalin zrobi coś
dla nas”.

7.
GOŚĆ NA KREMLU

22 sierpnia 1952 roku, na krótko przed dziesiątą wieczorem, Renault „Fregata”


z trójkolorową chorągiewką zatrzymał się przed bramą Borowiczki na Kremlu.
Louis Joxe, nowy ambasador francuski w Moskwie, zostanie przyjęty przez Stalina.
Zdarzenie zupełnie wyjątkowe. Szef rządu sowieckiego widział tylko trzech gości
zagranicznych od początku roku: Czou En Laja — „towarzysza z drogi”. Pietro
Nenniego i neutralnego Hindusa Radhakrishnana. Nie miał zwyczaju rozmawiać
z dyplomatami zachodnimi. Jego ostatnie spotkanie z ambasadorem francuskim
Gres Chataigneau odbyło się w 1948 roku. .To spotkanie, z powodu tajemniczości
jaka je otaczała, przyprawiło gościa o lekkie bicie serca. Ten przystojny człowiek
o twarzy lwa, profesor historii, wcześnie zajął się polityką i dyplomacją i dzięki
wytrwałości zdobył już sporą praktykę na placówkach. Zaczynał jako generalny
sekretarz Komitetu Ocalenia w Algierze, któremu przewodniczył de Gaulle.

42
Louis Joxe 17 sierpnia oddał listy uwierzytelniające Szwernikowi, przewodni-
czącemu Prezydium Najwyższego Sowietu. Nic nadzwyczajnego. Ale w pięć dni
później ze służby protokolarnej zatelefonowano w największej tajemnicy do am-
basady francuskiej, mieszczącej się w jednym z najpiękniejszych budynków
Moskwy, przy ul. Jakimianki. Towarzysz Stalin życzy sobie spotkać się z panem
ambasadorem. Rozmowy telefoniczne trwały w tajemnicy i zakłopotaniu cały dzień.
Ostatecznie dokładnie omówiono spotkanie. Odbyło się tego samego wieczora.
Kreml jest niedostępną fortecą. Naród rosyjski nie ma prawa zobaczyć skarbów
sztuki i skarbów historii. Mogą tam wchodzić tylko ci, którzy mają przywilej tam
pracować i rzadcy goście. Straż przy bramach jest drakońska.
Wóz sowiecki pilotował samochód francuski. Pilotowano go nocą obok pała-
ców i pustych kościołów. W budynkach administracyjnych okna są oświetlone tak
samo jak we wszystkich moskiewskich ministerstwach. Bezsenność Stalina zmusza
do czuwania każdej nocy, aż do świtu, dziesiątki tysięcy funkcjonariuszy, którzy
oczekują rozkazów. Dawny senat Kozaków. Generałowie i pułkownicy. Na pierw-
szym piętrze czeka Stalin. Ubrał się ostentacyjnie w swój niebiesko–szary trencz.
Jest w wielkim pokoju, o ścianach wykładanych ciemnym drzewem prawie do wy-
sokości człowieka, o umeblowaniu jeszcze skromniejszym. W głębi biurko Stalina,
długie, bez stylu, w rogu wielkoruski fajansowy piec, biały, wznosi się aż do sufitu.
Zasłony po włosku obramowane ciężkimi, ciemnymi firankami, zasłaniają okna do
połowy. Wychodzą one na zewnętrzny podwórzec Kremla. Na ścianach – portret
Lenina jest w zgodzie z dwoma portretami carskimi – generała Suworowa, kata
Polski i generała Kutuzowa, przeciwnika Napoleona. Nie ma dywanów, wszystko
to samo, co w setkach pokojów hotelowych i restauracjach Moskwy. Ani jednego
przedmiotu do osobistego użytku, absolutny brak komfortu. Najwidoczniej właści-
ciel tych miejsc ignoruje fotele. W przyległym pokoju jest kanapa. W tej prawie
pustej sali jedynym meblem, który się liczy, jest szeroki stół konferencyjny i nao-
koło niego krzesła. Jest ich sześć, dla Stalina, jego ministra spraw zagranicznych
Wyszyńskiego, Louisa Joxe’a, pierwszego doradcy Brionvala i dwóch tłumaczy –
jednego z Kremla i drugiego z ambasady.
Stalin – widać, że stary i zmęczony. Ma złą cerę, złą minę. Wygląda na więcej
niż 72 lata. Towarzysząc swemu gościowi, nie oddala się od stołu, jakby obawiał
się że nie będzie miał oparcia. Umysł giętki, żywy, uważny. W jego sposobie
prowadzenia rozmowy, kurtuazyjnym, ale coraz na inny temat, była porywczość
i jednocześnie powściągliwość. Narzekał na zbrojenie się Niemiec, domagał się
wyjaśnienia na temat Paktu Atlantyckiego. Louis Joxe odpierał zarzuty, zapewniał,
że Pakt Atlantycki nikomu nie zagraża. Stalin słuchał uważnie, kreśląc na kartce

43
papieru czerwone kreski. Następnie zwrócił się obłudnie do lekko zaskoczonego
Wyszyńskiego: „Jeżeli Pakt Atlantycki jest taki, jak mówi pan ambasador, dlaczego
my tam nie wchodzimy?”. Kontynuował nic nie znaczącą rozmowę, przeskakując
z tematu na temat, grając w kotka i myszkę. W zmarszczkach powiek, w grubych
fałdach idących skośnie do wąsów, czuło się hamowaną ironię. Nie bez złośliwo-
ści dał do zrozumienia, że jest doskonale poinformowany o zwyczaju rozmówcy
lubiącego chodzić pieszo po Moskwie. Następnie stał się agresywny, nagle i bez
powodu. Porównywał zalety metra londyńskiego (znał je z 1907 r.) z zaletami me-
tra moskiewskiego. Konwersacja wybitnie spokojna, światowa. Nagle Stalin pod-
niósł głos: „Tak, ten kraj ma wielkie opóźnienie w stosunku do Zachodu, ale on
czas stracony odrobi”. Mądrej głowie dość dwie słowie. I atmosfera stawała się
napięta. Zadrażnienie nie trwało jednak długo. Oto rozczulił się, bo zaczął mówić
o lotnikach francuskich, którzy się bili na froncie rosyjskim: „Bardzo ich lubiłem,
mych chłopców z ugrupowania ‛Normandia–Niemen’ ”. Nic konkretnego z tej
rozmowy nie wynikało; ani żadna propozycja, ani nawet sondaż na jakiś określony
temat. Stalin mówił ogródkami. Od czasu do czasu jego żółte oczy, z powiekami
podnoszącymi się i opuszczającymi patrzyły na rozmówcę z twardą i nieufną uwa-
gą.
Andrzej Wyszyński zdawał się być nieobecny, jakby go nie interesowała ta nie-
zwykła rozmowa. Wyszyński zanim został ministrem spraw zagranicznych, był
prokuratorem – katem w wielkich procesach. Traktował oskarżonych jak szczury
i węże, żądny krwi, zawsze krwi. W rozmowie uprzejmy i o doskonałych manie-
rach. Dobrze mówił po francusku, co zdradzało jego mieszczańskie pochodzenie.
Przeciwnie niż Mołotow, który był zafascynowany Stalinem, Wyszyński zdawał
się mało ulegać Stalinowi. To było dobrze opancerzone monstrum. Na twarzy tłu-
macza widać było oznaki przerażania, gdy ton rozmowy znów się podniósł. Półgo-
dzinne spotkanie dobiegło końca. Czuły na konwenanse Stalin nie zapomniał zapy-
tać o gen. de Gaulle’a, który przecież już przed sześcioma laty odszedł od rządów.
Nazajutrz dzienniki sowieckie podały wiadomość o tej rozmowie w czterech
linijkach. Wielka sensacja. Na ulicy moskwiczanie pozdrawiali wóz ambasadora
rozpoznawany po trójkolorowej chorągiewce. Ale komentarze prasowe na temat
Stanów Zjednoczonych i Niemiec Zachodnich są raczej niejasne. Czy rząd Pineya
mógłby grać podwójną grę wobec państw zachodnich? Te przypuszczenia
podtrzymują przez kilka tygodni już i tak pełen podejrzeń klimat.
Najwidoczniej ważne jest nie to, co się mówi. Ważne jest, że rozmowa odbyła
się, że szef rządu sowieckiego poświęcił uwagę ambasadorowi francuskiemu, on,

44
który, nie widział nigdy ani ambasadora amerykańskiego, ani angielskiego. On wie,
że Francja boi się i stoi przed problemem Wspólnoty Europejskiej.
Rok 1952. To rok, w którym dyplomacja sowiecka usiłuje przeszkodzić Niem-
com w dozbrajaniu się. Podsuwa im myśl o targowaniu się na temat zjednoczenia
Niemiec w zamian za neutralność. Francuzom przypomina, że nie jest złą rzeczą
stale pamiętać o popiołach zostawionych przez nazistów.
Być może Stalin chciał także pokazać, że mimo jego wieku nic się nie dzieje
bez niego. Miał zawsze skłonność do małych dwuznacznych gestów.
Są to czasy zimnej wojny, strachu przed bombą atomową, najbardziej tragiczna
epoka. Czasopismo „Collie’s” przedstawi ją poprzez fotograficzny montaż po-
kazujący jak żołnierz ONZ okupuje Związek Radziecki. Prasa sowiecka ze swej
strony obrzuca Amerykę stekiem obelg. Wydawca „Prawdy” wpada w zwykły ton:

Nie ma granic dla zbrodni, amerykańskich agresorów


w Korei... Agresorzy amerykańscy wyrwali, dziecko
z rąk matki, zabili je, wyłupili oczy i zmuszali,
by nieszczęśliwa matka je zjadła.

„Prawda”, 17.12.1952r.

ONZ jest zamkniętym kołem, w którym przeciwnicy nie mają do siebie zaufa-
nia. Administracja Trumana, któremu kończy się wreszcie mandat, udoskonaliła
system aliansów i baz wojskowych otaczających Związek Radziecki. A gen. Eisen-
hower, kandydat republikanów na prezydenta, jest określany przez „Prawdę” jako
chełpliwy histeryk.

Wypij szklankę zimnej wody, Ike i uspokój się. Gen.


Eisenhower powinien odstraszać wrony od warzywniaka,
jeżeli polityka straszenia podoba mu się tak bardzo.

„Prawda”, 29.08.1952r.

Jakiś wyższy oficer rosyjski powiedział Swietłanie: „Teraz byłby to moment


idealny, aby z tym skończyć. Teraz jesteśmy niezwyciężeni” (Swietłana Allulijewa
„Jeden rok”, wyd. Robert Laffont, A. Michel). Propozycja ta nie była rozważana,
wyższość atomowa Amerykanów jest zbyt widoczna. Liczebność armii sowieckiej
sięga 4 milionów ludzi.
We Francji Andre Cayatte kręci film „Przed potopem”, gdzie pokazuje spu-
stoszenia spowodowane strachem, odrazą młodzieży do zapowiadanej masakry.

45
Młodzi ludzie próbują uciekać na pustynię, na bezludną wyspę i uciekają się do
zbrodni, aby zrealizować swój projekt.
Prawicowa prasa odwołuje się do wspomnień z czasów Napoleona, jak to Ko-
zacy kąpali swe konie w nurtach Sekwany. Robią się kolejki po wizy przed amba-
sadą Hiszpańską, na wypadek, gdyby...
W środowiskach ludzi bogatych rozpowszechnia się moda kupowania willi w
Tangerze, mającym reputacją bezpiecznego miejsca. Ale to zaślepienie zaczyna
znikać z powodu budzenia się nacjonalizmu marokańskiego.
Związek Radziecki chętnie uprawia politykę nieobecności. Jednak po raz pier-
wszy atleci ZSRR wzięli udział w olimpiadzie, która odbyła się w Helsinkach w
lipcu 1952 roku. Dziennikarze sowieccy od razu wznieśli się na jeszcze wyższy
poziom szowinizmu niż ich zachodni współbracia. Strojąc się po każdym zwycię-
stwie we flagi narodowe, nie mogli pogodzić się, że Zatopek odniósł zwycięstwo,
choć przecież był on lojalnym obywatelem kraju socjalistycznego.
Ruch pokojowy zrodził się ze strachu przed konfliktem atomowym. Ale nie był
to twór spontaniczny. To był pomysł Stalina, który zrozumiał korzyści, jakie będzie
mógł wycisnąć wobec opinii społecznej na Zachodzie i obawy przed holocaustem.
Katolicy i liberałowie współdziałają tu z komunistami. Nie należy wątpić w
zaniepokojenie tych intelektualistów, którzy podpisują setki petycji i organizują
zebrania za zebraniami. Wojna Francji w Indochinach jest dodatkowym powodem
dla zjednoczenia wszystkich towarzyszy, Jean Paul Sartre osobiście, choć lekcewa-
żony przez „L’Humanite”, poszedł na plac Elizejski, by zanieść Auriolowi petycję
domagającą się uwolnienia Henri Martina, przywódcy dzielnicowej komórki komu-
nistycznej, uwięzionego za zwalczanie „brudnej wojny”.
W Marsylii dokerzy odmawiają przeładowywania materiałów wojskowych od-
pływających do Indochin, gdzie korpus ekspedycyjny grzęźnie w ryżowiskach
w pogoni za dywizją fantomów Ho–Chi–Minha. W Korei cisza. Rozejmowe roko-
wania zakończone. Aż nagle komunistyczne radia rozpoczęły wrzawę na cały świat
o nowej zbrodni, za którą Amerykanie poniosą odpowiedzialność. Laseczniki zarazy
dymienicy zostały zrzucone na Koreę Północną i na Chiny. Te oskarżenia trafiają
na Zachód do naukowych autorytetów, aby je podtrzymywali, np. do Joliot–Curie,
laureata Nobla. Sowieci w to wierzą. Oskarżenie o sabotaż jest jednym ze sposo-
bów stalinizmu. Oto dwadzieścia lat mówi się w Związku Radzieckim o agentach
imperialistycznych rzucających do maszyn gwoździe i piłowane szkło do mąki.
Tego roku stonka zaatakowała w okrutny sposób pola ziemniaczane na Rusi i Bia-
łorusi. Kołchoźnicy podnoszą w górę oczy, ktoś usłyszał przelatujący samolot.

46
Stonki są na pewno amerykańskie. W miastach francuskich mury dzielnic robotni-
czych pokryte są napisami: „Jankesi do domu”. Jan Effel, karykaturzysta, poświę-
cił swój album nowym okupantom amerykańskim, których po prostu porównał do
nazistów i najeźdźców. Gdy gen. Ridgway przybył do Paryża, aby objąć swoje
nowe funkcje, zorganizowano przeciwko niemu jedną z największych manifestacji
powojennych. Slogan: „Ridgway – zaraza”. Mateusz Ridgway dowodził na Korei.
Według komunistów – to człowiek sławnych bakterii.
Członkowie Generalnej Konfederacji Pracy, metalowcy, budowlani, zbiegli się
do centrum Paryża 28.5.1952 roku z całego miasta. Ich dobrze zorganizowane,
ofensywne kolumny, gwałtownie zaatakowały policję tuż przy placu Republiki.
Trzonki łopat, żelazne pręty, na których wisiały transparenty, przekształciły się
w pałki. I niejeden kask policyjny uniesiono tego wieczora jako trofeum do swych
dzielnic. Wielu rannych z obu stron. 718 aresztowanych, między innymi areszto-
wano Jeana Duclosa, który zabezpieczał tymczasową władzę Maurice Thoreza w
Sekretariacie Generalnym partii. Znaleziono w jego wozie rewolwer, pałkę i dwa
gołębie przeznaczone na delikatne dania. Wyszedł na wolność dopiero 1 lipca.
Byli po stronie Związku Radzieckiego albo nie, po stronie Stalina albo nie,
z miłością albo porywczością. Lucien Baruier, który walczył wtedy po stronie
komunistów, przypomniał te pasjonujące czasy:

„Stalin dla nas to człowiek mądry i o dobrym sercu.


To wielki wódz w czasie wojny, geniusz, który nie
może się mylić, który widzi przyszłość. Ten człowiek
mógł umrzeć dziesięć razy, mógł być uwięziony, mógł
chorować na gruźlicę i zwyciężył, nawet śmierć.
Każdy z nas odczuwa potrzebę ojca, szczególnie wśród
mojej generacji, która liczy tyle sierot wojennych
od 1914 roku, więc wielu z nas jego adoptowało jako
swego ojca. Dla nas jest on tym droższy im jest
dalszy — stał się mitem. Jesteśmy jak gdyby nazna-
czeni przysięgą Stalina złożoną na grobie Lenina,
my komuniści, jesteśmy ludźmi jednego kalibru –
każdy. Przysięgliśmy z wielką dumą to, że jesteśmy
tacy. My jesteśmy silni przez niego. Prasa kapita-
listyczna usiłuje ośmieszyć naszą wiarę w raj na
ziemi, ale im więcej się ona wysila, tym bardziej
jesteśmy z nim związani. Nie mogę sobie wyobrazić
kraju Stalina inaczej, jak pod jego znakiem i jako
kraju pomyślności, sprawiedliwości i szczęścia”.

47
8.
INNA PLANETA

Kto zna kraj Stalina? Żelazna zasłona niewielu podróżnym pozwala spojrzeć za
nią. Nawet zachodni bojownicy komunizmu są przyjmowani w Związku wyjątkowo.
Świadectwa – tylko takie na jakie się zezwala, statystyki – prawie nie istnieją. Obraz
największego kraju na świecie jest niepewny, niewyraźny, zamglony, tajemniczy.
Nic nie wiadomo, wierzy się, że się nie wie. „Figaro” uważa za możliwe, że w
Moskwie rozdaje się bezpłatnie chleb („Figaro”, 12.12.1952 r.). To bajka, którą
ekonomiści jak Romeuf i Bettelheim ubierają w szatą naukową. W rzeczywistości
restauracje moskiewskie przez jakiś czas dzieliły darmowy chleb, co trochę upra-
wdopodobniało te pogłoski. Ale kolejki po chleb zawsze drogi, zawsze czarny i za-
wsze w niedostatecznej ilości są wciąż długie. Produkcja zboża jest beznadziejnie
mała. Mały import. Związek Radziecki jest przecież ojczyzną marzeń, urojeń.
Kto może opisać Związek Radziecki w 1952 roku poza apologetami? Bardzo
nieliczni korespondenci zachodni żyją w Moskwie jak zadżumieni, są umiejętnie
izolowani, odcięci od wszystkich źródeł, łowiąc jak tylko mogą informacje z „Pra-
wdy”. Ludność ich unika. Nie bez powodu; artykuł 58 §4 kodeksu kryminalnego
przewiduje najcięższe kary dla tych, którzy „współpracują z burżuazją międzyna-
rodową”. Można ten artykuł przypisać obywatelowi sowieckiemu, który wskaże
właściwą drogę błądzącemu Amerykaninowi.
Prawo zabrania dziennikarzom zagranicznym zwracać się wprost do kobiet
i mężczyzn Związku Radzieckiego, aby zdobyć jakieś informacje. Mogą je otrzymać
tylko od rządu lub pod jego kontrolą. Nawet jeśli chodzi o wywiad z futbolistą;
władza polityczna organizuje wywiady, rozmowy.
Twarze drewniane, rozmówcy, którzy się ukrywają, znaczące milczenia, niedo-
mówienia – korespondent żyje na brzegu świata, na polanie lasu, którego głębi
może się tylko domyślać. Rząd daje pozwolenie na pobyt temu, który się podoba
i odbiera, gdy mu się, ktoś nie podoba. Więc na czterech korespondentów francu-
skich w Moskwie w 1952 roku, trzech było komunistami. Amerykanie mają prawo
do czterech dziennikarzy niekomunistycznych, ale trzech z nich jest w trudnej sy-

48
tuacji osobistej, są bowiem poddani jeszcze większym presjom, gdyż pożenili się
z Sowietkami. A prawo stalinowskie nie uznaje małżeństw mieszanych. Gdyby
przyszło do ich wygnania – ta groźba wisi wciąż nad ich głowami – ich żony i dzieci
nie mogłyby wyjechać z nimi.
Depeszę nie odjadą zanim nie zobaczy ich cenzura. Jeżeli telefonujesz, musisz
mieć tekst uprzednio aprobowany. Łączność zostaje przerwana, jeżeli przez nie-
uwagę pozostawisz jakieś słowo skreślone przez cenzora. Jeżeli chodzi o telegramy,
trzeba je zostawić w ponurym, szarym budynku Centralnego Telegrafu w rękach
funkcjonariuszy i nie wiesz, czy one będą wysłane i w jakim stanie.
Pewien amerykański korespondent opanowany przez demona postanowił pew-
nego dnia komentarz polityczny poprzedzić taką uwagą „Wiosna wcześnie objawiła
się w Moskwie w tym roku”. Nazajutrz redaktor naczelny zażądał od niego, żeby
dokładnie wyjaśnił, co oznacza ten alarmujący ton. I tylko to pierwsze zdanie po-
szło.
16 stycznia 1952 roku rząd sowiecki wprowadził ograniczenia w stosunku do
dyplomatów zagranicznych. Na 1500 miast sowieckich około dwudziestu zostało
udostępnionych dyplomatom: pod warunkiem wcześniejszego uprzedzenia, że
zamierzają któreś z nich odwiedzić. Cała reszta jest wykluczona raz na zawsze.
Nawet skupiska ludzkie położone o pięćdziesiąt kilometrów, od ich ambasad są
niedostępne jak księżyc. Odwet zastosowało czternaście rządów atlantyckich. We
Francji dyplomaci sowieccy musieli od tej pory prosić wcześniej o upoważnienie,
gdy przekraczali granice trzech departamentów: Sekwany, Sekwany–Oise, Sekwa-
ny–Marny. Niemniej ich życie jest fantazją w porównaniu z pustką, w jakiej się
poruszają ich zachodni koledzy w Moskwie. Wielu Rosjan, którzy podczas wojny
uczęszczali do ambasad zachodnich, przechodzi teraz na drugą stronę ulicy, gdy
spostrzeże swych dawnych znajomych.
Było to w czasie, kiedy ambasador amerykański George Kennan powiedział:
Byłem internowany przez nazistów w Berlinie. Jedyna różnica to ta, że w Moskwie
mogę spacerować po ulicach pod warunkiem, że nie będę z nikim rozmawiał.
W następstwie tego władze sowieckie potraktowały go jako persona non grata.
Ambasada Stanów Zjednoczonych pozostawała bez ambasadora od października
1952 roku przez kilka miesięcy.
Ambasada amerykańska krępuje zresztą swym położeniem. Jej okna wychodzą
na Kreml, co prawda w przyzwoitym oddaleniu,tak samo jak ambasada brytyjska.
Jedna i druga były proszone, by się przeniosły gdzie indziej. Ambasada amery-
kańska wyprowadziła się. Pod jej dawnym adresem przy ul. Karola Marksa mieści

49
się teraz dyrekcja „Juturista”. Ambasada brytyjska pozostała na miejscu jakie zaj-
mowała za czasów Stalina, tuż przy bulwarze Maurice Thoreza.
Czy Stalin sądził, że ma nie bardzo odpowiednie sąsiedztwo? Bał się niedy-
skretnych spojrzeń? Uległ obsesji zastrzelenia go? Trochę dalej od Kremla, ale na
trasie pięciu czarnych wozów, mieściła się ambasada hinduska. Również była
proszona, by zmieniła adres.
Kilka delegacji dopuszczonych – przywilej bardzo rzadki – do odbycia podróży
naukowych po Związku Radzieckim, składało się przeważnie z komunistów i sym-
patyków. Podróżowały jednak pod kloszem, zazdrośnie strzeżone przed indywidu-
alnymi kontaktami. Louis Villeposse, który w sierpniu 1952 roku przejechał kilka
tysięcy kilometrów z grupą „Francja–Związek Radziecki”, nie przeprowadził nig-
dy żadnej prywatnej rozmowy z Rosjaninem, sam nie robił swoich zakupów ani
nawet nie przespacerował się spokojnie ulicami Moskwy. Zawsze pasterz pilno-
wał, by owca wróciła do stada.
Te rzadkie delegacje zagraniczne zapraszane do podziwiania realizacji sowiec-
kich dziwiły się, że dyrektorzy zakładów „Stalin” odmawiają podawania liczb do-
tyczących produkcji i ci z „Czerwonego Października” – stanu zatrudnionych.
Tajemnica państwowa. Chodziło w dodatku o te fabryki–witryny, które są nie-
zmiennie przeznaczone do przyjmowania wizyt. Najważniejsze fabryki otoczone
są drutami kolczastymi, milicją i psami. Instytuty badawcze nie mają adresów, tyl-
ko numery jak posterunki milicyjne i wojskowe. Aby przebić ten gąszcz tajemnic,
zachodnia służba wywiadowcza używa wszelkich sposobów. W obozach sowiec-
kich dla Niemców Wschodnich agenci wałęsają się wokół krzewów liściastych,
stert listowia, ponieważ czasami żołnierz korzysta do celów higienicznych z listu
otrzymywanego od swoich.
I mimo apelów o ostrożność, mimo cenzury przemyci się niekiedy w korespon-
dencji jakiś konkretny szczegół. W regionie białoruskim zwierzęta chorują na za-
razę pyskową, w Kijowie skarżą się na nasilenie zbrodni. Listy należycie dezynfe-
kuje się a ich skromne tajemnice pogrubiają teczki specjalistów. Zdobyte w ten
sposób wiadomości nie śmierdzą.
Wielu Francuzów ma jeszcze do dziś szum w głowie od czasu procesu Kraw-
czenki, choć toczył się on przed trzema laty. Były dwie przeciwstawne tezy. Jedni
oskarżali Związek Radziecki o istnienie obozów koncentracyjnych, inni wzruszali
ramionami ze złości; głupstwa, wielkie kłamstwo. Nie może być obozów koncen-
tracyjnych w kraju socjalistycznym. Są tylko obozy wychowawcze, w których
umieszcza się kryminalistów, by ich przywrócić na drogą prawa przez pracę. W co

50
wierzyć?. Kwestia zasadnicza. Między twierdzeniami tak przeciwstawnymi nie ma
miejsca na złoty środek.
Jean Paul Sartre i Maurice Merleau–Ponty stanęli po stronie oskarżenia. Mówi-
li o dziesiątkach milionów Rosjan doprowadzonych do niewolnictwa. Pisali: Nie
ma socjalizmu, kiedy jeden obywatel na dwudziestu jest w obozie. Ta formułka
została zduszona, zagłuszona grzmotami protestów.
Zachód, prócz kilku wyjątków, nie wiedział nic. Sami Sowieci są dalecy od
wiedzy na ten temat. Jeżeli w Rosji Stalinowskiej ktoś z rodziny jest zatrzymany,
milczy się. Kobieta, której mąż zmarł jako deportowany jest rozwódką. Inna, której
brat jest na Kołymie – jest jedynaczką. Odważniejsi mówią o tych, którzy zniknęli
tylko wśród najpewniejszych przyjaciół. Cóż mówić zresztą? Trzeba żyć w obozie,
aby wiedzieć, co to jest obóz.
Niewielu aresztowanych wraca. A ci, którzy wyjątkowo wracają, nie mówią.
Cisza ze strachu. Strach przed nowymi represjami. Każdy gaduła jest winien. Strach
przed codziennymi kłopotami. Wasza współlokatorka i wasi koledzy odwrócą się
od was, jeśli dowiedzą się, że jesteście bliskimi wroga ludu. Ukrywa się wszystko,
co może być ukryte.
Nacisk propagandy wydaje owoce. Z nielicznymi wyjątkami Sowieci chcą wie-
rzyć w monstrualny rozkwit spisków. Tłumaczą sobie, że nie ma dymu bez ognia.
Nie aresztuje się nikogo bez powodu, ot, ja nie mam sobie nic do zarzucenia i nicze-
go się nie boję. Ponadto Stalin jest dobry. Ogranicza represje tylko do konieczno-
ści. Słusznie, że trzeba chronić tę rewolucję, która od 35 lat wciąż się musi bronić.
Wierzy się w groźby agentów imperializmu, trockistów, syjonistów. Wierzy się
w cnoty policjantów, „naszych sławnych czekistów”. Kiedy sławni czekiści przy-
chodzą aresztować syna, męża, brata, mówi się, że tym razem jest to błąd, pomyłka.
Ale ogólnie – to prawda. Wstyd i strach zobaczyć swoich zmieszanych z areszto-
wanymi. I znowu milczy się. Trzeba się ukrywać z wysyłaniem paczek.
Gdy się otworzy usta, represje przybierają na sile. Ale one się otworzyły dopiero
w 1956 roku po XX Zjeździe. W 1952 roku cały świat obozów koncentracyjnych
był dla Sowietów ponurą twarzą ich planety. Instynktownie zwracali się do słońca.
A jednak ten świat nie był bardzo i zawsze oddalony. Był u ich drzwi, żyli obok
niego, w nim. Bo nie wszyscy galernicy byli na Syberii. Byli także w Moskwie,
w wielkich miastach. Można ich było dotknąć ręką.
Są ludźmi oskarda i kielni, są robotnikami wszystkich wielkich budów. Nowy
uniwersytet w Moskwie, świątynia wiedzy, która swą wieżą wznosi na wysokość

51
240 metrów, w części zbudowana została przez młodzież komsomolską. Ale poza
nią ileż jest setek więźniów w otoczeniu uzbrojonych strażników? Długo opowia-
dano w obozie historię więźnia, który pracował na placu budowy wielkiego uniwer-
sytetu, zrobił skrzydła z dykty, przyczepił je do ramion i rzucił się pewnego wieczoru
z ogromnego drapacza. Utrzymywał, że przeleci na drugi brzeg rzeki Moskwy i
w ten sposób ucieknie. Historia naturalnie skończyła się źle. Obozowy Ikar w ten
sposób wybrał wolność.
Mieszczanie, którzy wczesnym rankiem idą do miasta, by załatwić zakupy, spo-
tykają kolumny więźniów idących do pracy, prowadzone przez uzbrojonych stra-
żników i psy. Niekiedy kobiety rzucają im chleb.
Oddział tych galerników został nawet umieszczony na jakiś czas na Placu
Czerwonym, gdy wykonywali prace budowlane. Więźniowie byli oddzieleni od
tłumu przechodniów tylko palisadą.
Z ostatniego piętra szkoły numer 150 w Moskwie, w pobliżu stadionu „Dyna-
ma”, widać było mały obóz liczący około 200 osób. Uczniowie i nauczyciele mogli
śledzić ich życie – zbiórki, wyjścia do pracy i powroty... Pod numerem 53 przy ul.
Chabałówka – również w centrum Moskwy – są zainstalowane studia telewizji;
w 1952 roku nadawała ona przez trzy lub cztery godziny dziennie, ale jej personel
zaczął się szybko powiększać. Przy drzwiach spotykali się inżynierowie, muzycy,
filmowcy, dekoratorzy – 20 osób.
W piękne dni lata spikerki odczytywały swe teksty w słońcu w ogrodzie pod
słupem nadajnika, obok oświetleniowcy rozgrywali partię szachów czekając na
drugą zmianę.
A świat więźniów? Naprzeciwko. Dokładnie pod numerem 46. Mały pasaż
między dwiema nieruchomościami, jakich tyle jest w Moskwie pełnej tylnych
podwórek i ogródków. Wysokie ogrodzenie, niewidoczne z ulicy, strzeżone przez
uzbrojonego strażnika. Za tym ogrodzeniem znajduje się „kolonia wychowania
przez pracę” należąca do Dyrekcji Obozów i Kolonii Pracy a zależna od Minister-
stwa Spraw Wewnętrznych regionu Moskwy. W oficjalnych papierach seria inicja-
łów. Język policyjny ma wrodzony talent w tym kierunku. 600 więźniów pracuje
w fabryce. Są to ludzie z małymi wyrokami od 3 do 7 lat. Polityczni zmieszani
z aspołecznymi, co jest niezgodne z duchem czasu. Kiedy pracownik–więzień
zwraca się do wolnego robotnika, a i tacy z nimi pracują, wtedy ten musi wezwać
obywatela szefa. Nigdy po nazwisku. Tego nie wolno. I jeszcze bardziej nie wolno
„kolego”. Wolni robotnicy wracają wieczorem do siebie, ale nie mówią swym żo-
nom o swych ciekawych kolegach. Więźniowie mieszkają na kolonii po 200

52
w każdym baraku pełnym pluskiew. Wieża telewizyjna, tak bliska, że zdaje się mo-
żna ją dotknąć ręką, absorbuje bardzo; no cóż, nie dysponują odbiornikami, by
otrzymać obraz. Ale gdy się ma trochę wyobraźni, można pomarzyć w nocy. „Jesz-
cze teraz – powiedział dawny więzień kolonii – ten wielki kadłub widzę czasem
w swych snach”.
Kiedy kolumny, galerników przechodzą ulicą szuka się jakiegoś uspokojenia.
Mówi się – to są złodzieje, co nie jest bardzo fałszywe. Prawo traktuje ich łagod-
niej niż wrogów ludu. Ci aspołeczni są często z politycznymi i zatrudnia się ich w
warsztatach miast. To są najlepsze miejsca pracy, gdzie klimat nie jest tak morder-
czy, jak pod kołem polarnym, i gdzie otrzymuje się więcej paczek, niekiedy nawet
rodzina odwiedzi. I więzień rzadziej dochodzi tu do całkowitego wyniszczenia
z głodu i wyczerpania. Obozy moskiewskie są uprzywilejowane, więźniowie boją
się tylko jednego, by nie zostali wysłani do kopalni złota na Kołymie.
Wolni obywatele wolą nie wiedzieć, co się dzieje za ogrodzeniem. Nie intere-
sować się tą olbrzymią chmurą wzdętą nad ich głowami, przechodnie patrzą chęt-
nie gdzie indziej. Kamuflaż im w tym pomaga.
Grupa więźniów pracujących na tamie na Uralu otrzymała pewnego dnia przy-
zwoite ubrania. Filmują to. Po filmie oddają im łachmany. W kilka miesięcy póź-
niej rozpoznają siebie na ekranie (sobotnie kino w ramach edukacji kulturalnej
w obozie). Stali się na tym filmie komsomolcami, entuzjastami, ochotnikami do
wielkich prac.
Na dworzec w Potmie przyjeżdżają pociągi z Moskwy czy do Moskwy. Stolica
odległa o 450 kilometrów. Niedaleko dworca zaczyna się obóz średniej ważności,
50 tysięcy więźniów w środku gęstego lasu. Stamtąd często zabierają ekipy do
wyładowywania wagonów. Ten obóz, Potma, jest poddany specjalnemu reżymowi.
Jego pensjonariusze – polityczni – noszą wielkie numery, bardzo widoczne na na-
kryciach głowy, na rękawach i prawym kolanie. Wygląd tych ludzi–matrykuł wy-
wołuje na dworcu zainteresowanie wielu.
Opowiada dawny galernik:

Pociąg zatrzymuje się przed nami. Podróżni rzucili


się do okien, ażeby na nas popatrzeć. Wołali:. „Co
to za ludzie? Kto wy jesteście?”. Odpowiedzieliśmy:
„Jesteśmy więźniowie”, Nasi strażnicy wyli: „Cisza,
zabrania się prowadzić rozmowy!”. Jeden człowiek o
siwych włosach, wysoki, elegancki zszedł, na peron,
zdjął swą czapkę i pozdrowił nas na stary ruski
sposób, pochylając się nisko, ręką dotykając ziemi.

53
Później wsiadł do wagonu płacząc. Koledzy, którzy
byli z Moskwy, powiedzieli mi, że to był znany
aktor.

Władze wyciągnęły lekcję z tego incydentu. Od tej pory, gdy ekipa więźniów
była wysyłana na dworzec, dawano jej inne ubrania. Bez numerów.
Kto zna ciemne oblicze planety? 12 sierpnia 1952 roku rozstrzelano 25 pisarzy
i intelektualistów żydowskich. Przedtem trzymano ich latami w więzieniu i obozach,
torturowano, głodzono. To nie byli wrogowie komunizmu, wielu nie było nawet
wrogami Stalina. Uznano za zbrodnię, że pozostali wierni kulturze żydowskiej
i językowi jidysz. Wiadomość o egzekucji nie została podana do wiadomości, nie
zawiadomiono nawet ich rodzin.
Ester Markisz, żona skazanego wspaniałego poety Pereca Markisza, chodziła
od więzienia do ministerstwa, czyniła tak trzy lata, by dowiedzieć się, co się stało
z jej mężem I albo jej nic nie mówiono, albo mówiono: „Badanie trwa”. Tydzień
po tygodniu Estera Markisz wpłacała na poczcie małe kwoty w nadziei, że admi-
nistracja penitencjarna prześle je mężowi. Już nie żył.

54
JESIEŃ
1.
ZJAZD

Długa, surowa sala, o ścianach nagich, podzielona korynckimi pilastrami. Tam,


gdzie ongiś znajdował się koronacyjny tron Mikołaja II, teraz Wielki Lenin z białego
marmuru kontempluje nad 1192 delegatami XIX Zjazdu Komunistycznej Partii
Związku Radzieckiego. W niedzielę 5 października 1952 r. zajmują swe wyzna-
czone miejsca przybyli na posiedzenie inauguracyjne do wielkich sal św. Andrzeja
i św. Aleksandra dawnego carskiego pałacu. Jest dziewiętnasta. Wierny swym
zwyczajom, Stalin wolał rozpocząć Zjazd posiedzeniem nocnym. 16 członków
prezydium wchodzi na trybunę. Nie wszyscy razem, lecz jeden po drugim, z prze-
rwami, w porządku alfabetycznym. Każdy ma czas na przyjęcie swego przydziału
oklasków.
Stalin wchodzi czternasty. Radość zorganizowana. Eksplozja okrzyków „hurra”
dyktowana przez doświadczonych kierowników chórów:
Dla towarzysza Stalina
hurra!!
Dla naszego wodza, ukochanego Stalina
hurra!!
Dla naszego mądrego przywódcy
hurra!
Te okrzyki wytryskiwały na tle oklasków nad głuchym hałasem tupiących nóg.
Rosjanie o jasnych oczach, masywni Ukraińcy, Uzbecy w swych haftowanych
czapeczkach, Kirgizi o wystających kościach policzkowych – wszyscy stali, śmiali
się, krzyczeli.

55
Adresat tej adoracji siedział skromnie na końcu. Taki ma zwyczaj. Jest mistrzem
w sztuce trzymania się na uboczu, by go szukano oczyma. Widoczny kontrast
między jego prostotą i adoracją jego osoby fascynuje Augusta Lecoeur, jednego
z członków delegacji francuskiej: „Wydaje mi się szczytem skromności i jeszcze
bardziej wzrasta mój podziw dla niego”. Stalin zresztą coraz gorzej znosi tłum.
Ci, którzy są bliżej niego, już to zauważyli. Gdy musi stawać przed wielkim audy-
torium, staje się bardzo napięty i bardzo niespokojny. I ten stan pogarsza się z wie-
kiem. Gdy tylko może, otacza się przyjaciółmi jak kokonem.
Wbrew swemu zwyczajowi zdecydował, że nie będzie składał sprawozdania
z działalności. Powierzył tę pracę Malenkowowi, którego od tej chwili zaczęto
obdarzać respektem, jaki się należy następcy. Czy Stalin zdecydował się nie być
już nieśmiertelnym? Czy wyznacza publicznie swego następcę? Czy w ten sposób
ogłasza swój testament? Ale z nim to nie taka prosta sprawa. Na dwa dni przed
Zjazdem ukazało się bowiem nowe dzieło „Problemy ekonomiczne socjalizmu
w ZSRR”, pierwsze wydanie, 1.500.000 egzemplarzy. Przedruk całkowity w „Bol-
szewiku” i w „Prawdzie”. I Stalin wywołał sensację, nie Malenkow. Prawdziwy
raport, prawdziwe sprawozdanie napisał Stalin.
W dniu otwarcia nie Zjazd jest witany i pozdrawiany przez „Prawdę”, lecz Sta-
lin i jego esej. „Wielki Koryfeusz wiedzy – pisze Aleksis Gurkow – genialny
architekt komunizmu, tow. Stalin w swym nowym dziele o wielkiej wadze teore-
tycznej i praktycznej wskazał drogę do całkowitego zwycięstwa komunizmu...
Geniusz Stalina odkrył fundamentalne prawa socjalizmu”. W tym samym numerze
trzej akademicy – Oparin, Dubinin, Winogradow wpadają w zachwyt: „Genialne
dzieło tow. Stalina otwiera perspektywy bez granic dla rozwoju wiedzy w naszym
kraju”.
Ton zostaje podany. Mówcom Zjazdu nie pozostaje nic innego, jak tylko chwa-
lić, więc jeden po drugim chwali „wspaniały podarek” wodza. Przez wiele miesięcy
„Problemy ekonomiczne” będą najważniejszą sprawą, filarem całej działalności
politycznej i kulturalnej. Akademia Nauk ZSRR, Uniwersytet w Moskwie, uniwer-
sytety prowincjonalne poświęcają im specjalne sesje naukowe. Zagraniczne partie
komunistyczne dołożą starań, aby zapewnić jego rozpowszechnianie w całym świe-
cie. We Francji Związek wyjaśnia publicznie, że ten ożywczy tekst należy dostar-
czać kadrom partyjnym. Powinien być także eklelem dla zwykłego bojownika.
Stalin nigdy nie jest zadowolony z tego, że jest nauczycielem. Potrzeba mu jed-
nak laurów teoretyka, bez których to nie byłby prawdziwym „Leninem dzisiejszym”,
jak zapewnia jego biografia. Na tym zasadza się istota kultu. On jest tym, który

56
wszystko wie. Tym, który czyta przyszłość poprzez potęgę swego rozumowania.
Magia racjonalna. Dzienniki powtarzają na wyścigi: „Siła Stalina jest w jego darze
przewidywania naukowego”. Nowy Newton przewidział prawa ciążenia społe-
czeństw. Uzbrojony w tę metodę nie może się mylić.
Ten obraz Stalina —myśliciela wywoływał śmiech jego przeciwników. Trocki
nazywał go „najsławniejszą miernotą naszej partii”. Bucharin zapewniał: „Najwa-
żniejszą cechą Stalina jest jego lenistwo”. Stary uczony marksista, Riazanow kiedyś
na pewnym zebraniu zawołał: „Uspokój się Koba, nie bądź śmieszny. Wszyscy
wiedzą, że teoria nie jest twoją dziedziną”. Ale nadszedł czas, że ci, którzy się
z niego śmiali, umilkli na zawsze.
Jego inteligencja jest jasna, ale średniej wielkości. Gdy chce osiągnąć szczyty,
dusi się. Czy rzeczywiście „Problemy ekonomiczne” pretendują do poprawienia
Marksa przez zastąpienie jego prawa równomiernego opodatkowania na korzyść
„niepewnego” prawa do największych korzyści? Czy Stalin czytał „Kapitał”?
Przypomina się jednak lenistwo, które mu wypomniał Bucharin.
Ten jasny, ale przebiegły umysł tępieje, gdy mu wyrazić głębsze myśli. Jest
dobrym wulgaryzatorem. Prosty, przekonywujący, podręcznikowy umysł, katechi-
zmowy – jeśli tak można powiedzieć. Seminarium wycisnęło na nim swe piętno.
Celuje w aforyzmie, takim jak ten: „Kule żelazo uderzają a szkło tłuką”.
Niektórzy twierdzą, że w jego pracach nie ma niczego ważnego. Zrobione są
z małym wysiłkiem. Jak wszystko w jego stylu. Jest rzeczą pewną, że w jego pra-
cach większość materiałów przygotowali mu jego współpracownicy. Udowodniono
też, że przywłaszczał sobie niekiedy cudze myśli przepisując całe zdania z prac
Plechanowa czy Czernyszewskiego nie podając, że są to zapożyczenia. Jedno jest
tylko pewne, że sam nadawał swym pismom ostateczną formę.
Sołżenicyn, który z pewnym okrucieństwem mówi o tym, jak Stalin mozolił się
nocą nad białą kartką papieru, jest z pewnością bliski prawdy.
Styl stalinowski jest ciężki. Pełno w jego pismach powtarzających się wyrazów
– „dążymy”, „wypływa to” – dyktowane lenistwem myślowym – „jest jasne, że...”,
„historia wykaże, że”, co uwalnia go od wysiłku precyzowania. Jednym z dzieł
tego rodzaju jest przemówienie ze stycznia 1933 r. Pewne wyrażenia powtarzają
się rytmicznie i bez końca: „Nie mieliśmy”, „teraz mamy...”, „nie mieliśmy...”,
„teraz mamy...”.
Litania religijna w przysiędze składanej Leninowi: „Przysięgamy..., przysięga-
my...”. Litania logiczna w historii partii komunistycznej: „Dążymy konsekwentnie...”,
„dążymy konsekwentnie...”. Fantazja dopowie resztę. We francuskiej edycji „Ma-

57
terializmu dialektycznego i materializmu historycznego” przedmowa dekretuje
z prostotą: „Tekst dzieła, które prezentujemy publiczności, został przetłumaczony
po raz pierwszy na język francuski w 1937 r., w trzy wieki po ukazaniu się w 1637
r. dzieła „Rozprawa o metodzie” Kartezjusza. Są to dwa pomniki tej samej wagi,
tej samej miary”.
„Kartezjusz z Kremla” nie odmawia sobie żadnego uznania. Prowadzi dialog
z Heraklitem, ale jest człowiekiem dobrze osadzonym na ziemi, ma zdrowy chłop-
ski rozsądek.
„A siewy, towarzyszu?” – pyta delegata kołchoźników zagubionego w chmu-
rach swej elokwencji.
Ma uniwersalny umysł, zdolny objąć wszystko – o tym jest przekonany.
Czy był wierzący? W co wierzył? Wśród tej pompy XIX Zjazdu trudno sobie
wyobrazić chudego młodzieńca, który w 1894 r. przestąpił progi seminarium w
Tyflisie. Czy uznawał to, czego uczyli go księża i od czego później się odsunął?
Czy maskował się od początku i ukrywał swą obojętność?
Ą gdy nawrócił się na marksizm, w jakiej części wypływało to z jego przeko-
nań, a w jakiej z zemsty przeciwko przeznaczeniu i z pragnienia zdobycia władzy?
W „Marksizmie i kwestii narodowej” napisanym w 1913 r. chwilami wydaje
się być przejęty do głębi. W zręcznej grze ideami odczuwa szczęście pisania i ro-
zumienia. Być może dlatego, że sam jest człowiekiem skolonizowanego kraju,
czuje się głęboko przejęty studiami nad kolonializmem. Być może dlatego, że zaj-
mował się i opiekował nim Lenin.
Od tej pory natomiast nie ma żadnej wątpliwości, że idee istnieją dla niego
wyłącznie po to, by mu służyły. Gdy publikuje tekst teoretyczny, czyni to, aby
usprawiedliwić działania polityczne. Jego artykuły, eseje, traktaty, programy są
czynnościami taktycznymi, przeznaczonymi do zniszczenia przeciwnika, więcej –
do zdobycia władzy. Idą z biegiem jego polityki i w zgodzie z nią.
„Problemy ekonomiczne socjalizmu” są portretem ZSRR na jutro, takim jaki
chce Stalin. A jest to portret przerażający. Mimo pewnych sprzeczności (chodzi
o cztery teksty redagowane z przerwą kilku miesięcy, których Stalin nie raczył
zharmonizować), dominuje jedna myśl. Wymagać jeszcze więcej od robotnika
i chłopa będących u kresu wytrzymałości. Zawsze więcej stali, jeszcze więcej sta-
li. Pierwszeństwa przemysłu ciężkiego domaga się z wielką natarczywością. Gdy
chodzi o dobra konsumpcyjne – poczekają. Wsie nie powinny oszczędzać ofiar.
Pozbawia się ich ostatnich śladów wolności gospodarczych – co Stalin nazywa

58
produkcją handlową i cyrkulacją towarową. Tych dodatkowych ofiar żąda się od
kraju wykrwawionego, wzdychającego do choćby trochę lepszego bytu w odzy-
skanym pokoju. W 35 lat po rewolucji „mechanik lokomotywy historii” anonsuje,
że koniec tunelu nie jest jeszcze widoczny.
Jest prawdą, że Stalin odkrywa przed swoimi czytelnikami nowiny zadziwiają-
ce i przyjemne. Nie, wcale nie jest rzeczą pewną, że świat kapitalistyczny przygo-
towuje uderzenie na ZSRR. Jest bardziej prawdopodobne, że kraje kapitalistyczne
dążą do wojny między sobą, szarpane imperialistycznymi ambicjami. Ich egzegeci
łagodzą swe dawne komentarze na temat dogmatu niemożności uniknięcia wojny.
Ta apokaliptyczna ocena rozbieżności – bardzo realnych – między państwami
zachodnimi budzi śmiech. W rzeczywistości Stalin uprawia dyplomację dzielenia.
Przyjmując Louisa Joxe’a w Moskwie, wysyłając ważną osobistość, jaką jest
Gromyko na ambasadora do Londynu, schlebia miłości własnej Francuzów i Bry-
tyjczyków, ale równocześnie zajmuje nieprzejednaną postawę w stosunku do Wa-
szyngtonu.
Ta wizja mniej zagrożonego ZSRR jest sprzeczna z programem gospodarki
wojennej i z programem „komunizmu wojującego”. Podczas czytania „Problemów
ekonomicznych” Stalin ukazuje się jako poskramiacz. Wydaje się, że chciałby, aby
bardziej odczuło się jego władzę, być może ze strachu, że osłabia się ona z latami.
Zapowiedziane przykręcenie śruby w przemyśle i rolnictwie jest tylko częścią sze-
rokiego programu.
To w czasie burzy może najłatwiej dać się poznać jako mąż opatrznościowy,
więc jest znowu w trakcie zbierania chmur. Przed Zjazdem partie republikańskie,
to znaczy partie 16 republik tworzących Związek Sowiecki, miały jakieś swoje
prawa. Ale wicher czystki powiał wszędzie – od Gruzji po państwa Bałtyckie. Pra-
sa odkrywa niedostatki w przemyśle, w handlu, w rolnictwie, w mechanizmach
politycznych. Niedostatek to ostatnie stadium przed sabotażem, zdradą, spiskiem.
Trzeba, aby nie zmniejszył się optymizm delegatów, który charakteryzuje cały per-
sonel polityczny, aby nie przywoływać na pamięć z poprzednich, wspaniałego
zjazdu zwycięzców – XVIII z 1934 roku. Więcej niż połowę tych zwycięzców
sterroryzowano – 1108 na 1970–ciu zostało aresztowanych, deportowanych, zma-
sakrowanych w ciągu następnych 3 lat.
Samo zwołanie Zjazdu w 1952 r. jest jakby zapowiedzią czegoś. Bo oczywiście
nie po to został zwołany, aby przypomnieć, że trzeba szanować statut partii. Statut
był gwałcony od dawna i nikt się tym nie przejmował (statut przewidywał zwoły-
wanie zjazdu przynajmniej co 4 lata, a ostatni odbył się w 1939 r.). Tym bardziej

59
nie chodziło o uroczyste ogłoszenie planu pięcioletniego podczas tego wielkiego
zgromadzenia, jak to dawniej było w zwyczaju. Plan 5–letni jest już od dwóch lat
w realizacji. Nawet najmniej bystrzy czują, że zanosi się na wielką operację. A ka-
żda operacja polityczna za Stalina jest rzezią.
Gdy tylko Zjazd został otwarty, Stalin ulotnił się po otrzymaniu swego haraczu
w postaci oklasków i objawów wielkiej miłości. Przez osiem dni długie, zdawało
się, niekończące się posiedzenia odbywały się bez niego. Przemówienia następo-
wały jedno po drugim, a wszystkie podobne do siebie. Każdy mówca zaczynał
i kończył hołdowniczym dytyrambem dla nieobecnego. W każdym przemówieniu
omawiano jedną z jego szczególnych zasług.
Jak przewidziano Malenkow prowadzi swoją grę sprawozdaniem o działalności.
Chruszczow odpowiada przedstawiając nowe ustawy. Każdy udaje, że się nimi
pasjonuje, choć każdy wie, że jedyną ustawą, która się liczy, jest humor Stalina.
Mimochodem Malenkow nie pogardzi zadraśnięciem Chruszczowa krytykując rol-
nictwo bez wymieniania jego nazwiska. Zainteresowany w kontrataku skrytykuje
działalność partii, domenę Malenkowa. Dyskretne starcie się dwóch grubasów –
jednego nalanego, drugiego muskularnego. Ten pulchny, nalany skierował na sie-
bie całą uwagę.
Jurij Maksymilianowicz Malenkow jest człowiekiem fiszek, teczek z aktami
różnych osób. Ma tylko 50 lat, ale długą przeszłość w sekretariacie Stalina, gdzie
zapoznawał się z tajemnicami najstraszniejszymi. Wie wszystko o wszystkich.
Jego rysy zanurzone w tłuszczu mają coś kobiecego. Wrogowie wyśmiewają się
z niego, nazywają go Malanią. Kompensuje ten mało męski wygląd niewybrednym
żargonem. Być może ma go od Kozaków z Orenburga, wśród których spędził
dzieciństwo, o ile nie zdobył go później w kontakcie ze Stalinem, plugawym dow-
cipnisiem. Poza tym umysł raczej wyróżniający się. Źródła oficjalne są dyskretne
na temat jego pochodzenia, ale panuje pogląd, że nie prowadzą one do pocho-
dzenia wybitnie proletariackiego. Pewien dyplomata pamięta go jako jedynego
człowieka wykształconego w rządzącej grupie. „Mógł mówić o Szekspirze” – do-
rzuca.
Szekspir był pożyteczny w karierze, dobrze gdy umiało się go cytować. Ale
Malenkow mógł rozmawiać także na temat Prousta, Gide’a, Monterlanta, co już
było bardziej zadziwiające.
Poza tym naśladuje swego pana, nosi jak on bluzę z podniesionym kołnierzem,
nakrywa swe czarne i gładko przyczesane włosy czapką o formie wojskowej, gdy
już prawie wszyscy dygnitarze porzucili ten sposób ubierania się z czasów wojny

60
domowej. Jest ostrożny i przezorny jak kot. Pewien polityk francuski, który zbliżył
się do niego w okresie jego wspinania się na szczyty hierarchii powiedział mi:
„Przypominał mi młodego Lavala”. „Owernijczyk z Uralu” łączył bystrość umy-
słową z wielkim panowaniem nad sobą, wiele przezorności. Dżilas, który go spo-
tkał kilka lat wcześniej, był tego samego zdania: „Robi wrażenie – pisał – że jest
człowiekiem tajemniczym, ostrożnym. Wydaje się, że pod fałdami i złożami tłusz-
czu żyje inny człowiek, żywy i zręczny o oczach czarnych, inteligentnych i prze-
nikliwych”.
W intrydze idzie daleko. Kiedy Żdanow, jego stary rywal, wpadł na dobrą myśl
i umarł, wystąpił przeciwko partyzantom, przeciwko Leningradowi okazując się
od tej pory tym bardziej mściwy, im ofiara była znaczniejsza. W stosunku do
Wozniesienskiego, sławnego ekonomisty i osobistości politycznej o wielkiej przy-
szłości, był szczególnie zajadły dopóki Stalin nie wyraził zgody na jego śmierć.
To on wpadł na pomysł robienia „fiszek kadr” zawierających szczegółowe bio-
grafie wszystkich członków partii. Nie wahał się robić z nich użytku politycznego.
Podczas wojny u boku Stalina i Mołotowa odgrywał poważną rolę w Komite-
cie Obrony Państwa. Wziął na siebie odpowiedzialność za uzbrojenie, a przede
wszystkim za przemysł lotniczy. Ale nim wziął udział w życiu politycznym, zdobył
dyplom inżyniera.
Był dobrym pomocnikiem, wykonawcą, doradcą, który umiał opracowywać
syntezy. Przyzwyczajony do życia w cieniu, nie zdobył popularności i prestiżu.
Miał usposobienie konfidenta, człowieka kuluarów. Brakowało mu jakiegoś wiel-
kiego przewodnika. A opieka na pokaz, którą roztoczył nad nim Beria, nie rozwi-
jała go.
Nagłe obdarzenie go godnością wygłoszenia sprawozdania o działalności partii,
nadała mu nową postawę.
Chruszczow, pan Ukrainy, przed i po wojnie miał więcej okazji okazywania
swego temperamentu i przedsiębiorczości. Także podczas tych czarnych lat jako
generał, częściej odwiedzał siedzibę sztabu generalnego niż Kreml. Prowincjona-
lizm trzymał go trochę z dala od szczytów, ale pozwalał utwierdzać się jako opiekun
ekip, które sam wyznaczał. Nie mniej od tej pory nie było o nim bardzo głośno.
I to nie te nowe ustawy, które prezentował, rzuciły na niego wielkie światło. Ich
nowość była bardziej formalna; teraz będzie się mówiło „partia komunistyczna”
zamiast „partia komunistyczno–bolszewicka”. Przymiotnik „bolszewicka” znikł,
ponieważ przypominał czasy heroiczne, a Stalin nienawidził „starych bolszewi-
ków”, tych dawnych bojowników rewolucji, którzy wyobrażają sobie, że mają do

61
niej prawa. Ponadto ta precyzja wywołuje wspomnienie dawnej scysji między bol-
szewikami a mienszewikami z roku 1903, która nie miała już żadnego znaczenia.
Upłynął już dawno czas, kiedy mienszewicy zniknęli. Kilku reprezentantów jest
szczególnie opornych na drodze do zniknięcia, spędzając resztę swego życia w
obozach syberyjskich. Ci, którzy przyłączyli się do zwycięzców, kiedy był jeszcze
na to czas, musieli wykazywać żar neofitów – jak gorliwiec Wyszyński, aby ze-
trzeć brud pierwotny.
Ponadto ustawy odznaczają się tymi samymi tendencjami, co wszystkie inne
z 1952 r.: obostrzeniem dyscypliny, wzmocnionym naciskiem Moskwy na inne
prowincje.
Jeśli raport jest szary, reporter jest barwny, rumiany. Jest jedynym przywódcą
z generacji stalinowskiej. Słyszy się go wyrażającego się w sposób bardzo prosty,
zapewne nie wtedy, gdy przeciera swe szkła lub czyta tekst. Wtedy jest ponury,
bełkocący, jest nudny. Ale kiedy improwizuje, jest sobą, kiedy nazywa rzeczy po
imieniu, jest z ludu aż do grubiaństwa. Gdy występuje wobec audytorium robotni-
ków czy chłopów, rzuca z widoczną przyjemnością grube żarty, stare przysłowia.
Zamiast zamknąć się w biurze na wzór kolegów wolał chodzić nawet po błocie.
To kula energii, która toczy się na wszystkie strony poruszana potrzebą działania.
Kiedy kierował budową moskiewskiego metra w 1935 r., biegał z zapałem po cho-
dnikach, trochę podobnych do tych w kopalniach, do których schodził w młodości.
Jako pierwszy sekretarz Ukrainy brnął w czarnej ziemi trzymając kołchoźników
osłupiałych z wrażenia na długich dyskursach na temat zalet gastronomicznych
królika.
Wśród dygnitarzy sowieckich, otrzaskanych w materializmie dialektycznym,
on robił wrażenie analfabety. Teoria go nudziła. Miał ślepą wiarę w człowieka
prostego, mały biedny człowieczek olśniony tym, że wspiął się tak wysoko dzięki
reżimowi, który jest tak wspaniały i któremu wszystko zawdzięcza. To osobowość
konkretna, kochająca ciepło obór i piec z płonącą stalą, szukająca kontaktu z dru-
gim dla wybryku, albo dla zjednoczenia się z nim.
Nie ma ani czasu, ani chęci do koncentrowania się. Ten gruby człowieczek jest
hałaśliwy jak owad, od którego pochodzi jego nazwisko. Chruszczow na Ukrainie
to chrabąszcz. Mimo swego południowego nazwiska, mimo swej długiej kariery
między Donem a Dnieprem, nie uznaje się go za prawdziwego Ukraińca. Urodzony
w rejonie Kurska, mówi jak rosyjski wieśniak. Nie ma ani śladu tego niepowta-
rzalnego akcentu ukraińskiego, który każe wszystko wymawiać gardłowo, w spo-
sób zupełnie obcy dla moskiewskich gardzieli.

62
W stosunku do Ukraińców okazał się człowiekiem silnej władzy. Przybył uspo-
koić tę republikę, najbogatszą w ZSRR, tak zaludnioną jak Francja i skorą do kry-
tykowania Moskwy. Stalin wysłał go do Kijowa w 1938 roku, aby przeprowadził
wielką czystkę. Krew popłynęła obficie. Robił to gorliwie.
Ukraińska „Prawda” pisała: „Bezlitosne tępienie wrogów ludu – trockistów,
bucharinowców, nacjonalistów burżuazyjnych i wszystkich innych świń szpiegow-
skich zaczęło się, gdy Komitet Centralny KPZR wysłał niewzruszonego bolszewika
i stalinowca, Nikitę Chruszczowa na Ukrainę”. Pochwała wywołująca mrożący
dreszcz. Jednak ta ciężka głowa, o małych świdrujących oczach, masywnej szczę-
ce z zębami rozsuniętymi i wzmocnionymi stalowym mostkiem, mówiła o gniewie
i brutalności więcej niż systematyczna i uporczywa złośliwość. Był namiętnie
okrutny. Jego otoczenie bało się jego wściekłości, jego krzyków, jego kaprysów.
To mięsożerne zwierzę, którego gniew niebezpiecznie było podsycać. To nie ter-
mit.
Nikt nie wie, ilu zmarłych i uwięzionych ma na sumieniu. Podaje się, że w po-
wojennych czystkach Malenkowa nie on wsławił się rzezią. Wezwany do Moskwy
w 1949 r., wszedł do wąskiego kółka najbliższych ludzi Stalina, ale nie wziął udziału
w morderczej aferze leningradzkiej, która jeszcze wtedy nie była zakończona. Nie-
którzy przypisują to jego dobrej naturze. Inni – pragnieniu bardziej prozaicznemu
– przeciwstawieniu się awansowi Malenkowa.
Poza tym jest podstępny jak stręczyciel, z umiejętnością improwizowania, sta-
wiania rusztowań w ciągu minuty i po minucie burzenia ich. Temperament teatralny.
Strach przed panem nie pozwolił mu jeszcze rozwinąć swych talentów. Humor
grzmiący. Między lodowatymi funkcjonariuszami zadziwia głośnym śmiechem
i hałaśliwym rozczulaniem się. Jest wtedy wylewny. Alkohol pomaga tym wylewom
uczuć. Pije jak gąbka, je jak wilkołak, połykając pożywienie niewiele zastanawia
się co je. Zdolności absorbcyjne pasują do nocnych uczt Stalina. Ma grube, zmy-
słowe wargi, a niekiedy jest też sentymentalny. Gdy wizytuje fabrykę, obecność
ładnej robotnicy może zakłócić jego skupienie na tym, co się mówi.
Druga żona, Nina Pietrowna, jest bojowniczką, pomaga mu i wspiera w pracy.
Z dwóch małżeństw ma pięcioro dzieci, jest to dużo w Rosji, która staje się mal-
tuzjańska.
Wspiął się wysoko, ale nie wróży mu się wielkiej przyszłości. Nie robi wraże-
nia kogoś poważnego. Ma 58 lat; fotografowie, wierni wymogom partii, ozdabiają
mu nagą czaszką białym włosem.

63
Jest pragmatykiem, ale nie cynikiem. Nawet zepsuty władzą pozostaje czło-
wiekiem z ludu, na pół robotnikiem, na pół chłopem wierzącym w rewolucję jak
w Chrystusa.

2.
BĄDŹCIE PATRIOTAMI

Komunistyczny świat podefilował do trybuny. Thorez – Francuz i Liou Czao–


Szi – Chińczyk, Gottwald – Czech i Hodża – Albańczyk. Przemawiało około 100
mówców, od starego marszałka Woroszyłowa począwszy, na zażywnej blondynie
Katarzynie Furczewej, energicznej pomocnicy Chruszczowa z moskiewskiego
komitetu partyjnego skończywszy. Tatar Muratow pozdrowił Stalina, „najlepszego
przyjaciela narodu tatarskiego”, tego narodu, który ten „najlepszy przyjaciel” roz-
proszył i prawie unicestwił. Fadiejew, wielki opiekun pisarzy, o jasnych oczach fa-
natyka, bił się w piersi: „Nie umieliśmy stosować w literaturze genialnego dzieła
towarzysza Stalina ‛Marksizm w literaturze’ ”. Malenkow łączony ze Stalinem
przez licznych mówców wdychał liczne kadzidła. Korniejczuk, pisarz ukraiński
gratulował mu, że w swym referacie dał wkład do estetyki marksizmu. Leonid
Breżniew, pierwszy sekretarz na Mołdawii, połączył w swym hołdzie wodza i na-
stępcę: „Tow. Malenkow w sposób oryginalny przedstawił zwycięstwo historyczne
narodu sowieckiego odniesione pod wodzą genialnego tow. Stalina”. Mikojan
podbił jeszcze licytację: „Jak słusznie i mocno został rozwiązany problem zbożo-
wy”. Tysiące Sowietów będą później pisać do partii z zapytaniem, dlaczego w ich
miejscowościach brakuje chleba.
Wieczorem, w dziesiątym dniu Zjazdu, ukazał się Stalin. Wszedł na trybunę.
Zawsze lubił powolność. Dzięki niej osiągnął wielkie efekty – powolność men-
torska, która oznacza: Uwaga! Każde me słowo się liczy! Teraz wiek dorzucił jesz-
cze zmęczenie. A jednak wydawał się mocny. „Silny chłop” powiedział do siebie
Roger Geraudy, który z miejsca dla francuskiej delegacji z bijącym sercem kon-
templował tę przysadzistą barczystość i ogorzałą cerę.
Stalin ubrał się nie w uniform z błyszczącymi epoletami, lecz w szarą, trochę
zmiętą wiatrówkę. Nie wystąpił jako geeralissimus, lecz jako bojownik, szef

64
wszystkich proletariuszy. Na jego piersi błyszczało jedno tylko odznaczenie – zło-
ta gwiazda bohaterów pracy,socjalistycznej.
Dawniej jego przemówienia mogły przedłużać się na cały dzień. Teraz nie trwało
nawet dziesięciu minut. Zmęczenie starca, który bał się dłuższego przemówienia,
wywołało efekt trzeźwości, dobroduszności, prostoty. Wybrał jakby familijny
sposób przemawiania. Mówił bez notatek, trochę zastanawiając się, szukając
odpowiednich słów. Ze swym monotonnym głosem, niezgrabną postawą, ubogim
słownictwem był zaprzeczeniem trybuna.
Ale tego wieczora stał się dziadkiem narodów opowiadającym o walkach swo-
jej młodości, o drodze, którą przemierzył: „Teraz walka naszej partii jest łatwiej-
sza, a sama praca stała się radośniejsza”. Sala topniała od rozczulenia.
Mówca spokojny, opanowany, ale w jego akcencie jest dużo z kraju słońca,
Gruzji. Zna język rosyjski, ale nauczył się go dopiero w szkole. Zmienia więc jego
muzykę, rytm, nadaje dźwiękom albo większej ostrości, albo więcej miękkości.
Chwilami traci wątek, potyka się o słowa, dziwnie je wymawia.
14 października jego sposób wysławiania się zdawał się być bardziej niepewny
niż zwykle. Niektórzy na sali myśleli o uporczywych pogłoskach na temat jego
stanu zdrowia. Ale tych jest niewielu. Zjazd rozbudził w sobie entuzjazm, wybucha
w owacji, która trwa dłużej niż przemówienie. Mężczyźni w czarnych garniturach,
kobiety w szarych sukniach wyciągają ręce do swego proroka.
Stalin zwraca się do delegacji „bratnich partii” liczniejszych niż zwykle. Ale
specjalnie do komunistów zachodnich, do ludzi Thoreza i Togliattiego – wymie-
niając ich imiennie i do tych wszystkich; którzy nie są u władzy.
Powiedział im: „Bądźcie patriotami! Burżuazja sprzedaje za dolary prawa i nie-
podległość narodu. Sztandar niepodległości i suwerenności narodowej jest porzu-
cony. Nie ma wątpliwości, że to wy, przedstawiciele partii komunistycznych i de-
mokratycznych, musicie podnieść ten sztandar i nieść go przed sobą, jeśli chcecie
być patriotami, jeżeli chcecie stać się siłą kierującą narodem”.
Trzeba podziwiać ten dobry humor, który doprowadza do zgrzytania zębami.
Człowiek, który leje łzy na temat niepodległości narodów, jest w trakcie ujarz-
miania krajów satelickich masakrując najsławniejszych bojowników komunizmu.
W tym apelu Stalin wyznacza komunistom zachodnim dokładny kierunek działa-
nia – tworzenie frontów narodowych. Szukać sojuszników na prawicy, by się prze-
ciwstawić wpływom amerykańskim, jednoczeniu się Europy. Misja, którą wyzna-
cza im Stalin to nie tyle robić rewolucję, ile służyć dyplomacji, jego dyplomacji.

65
Ci sojusznicy, których mobilizuje jako straż przednią zimnej wojny, mają
prawo do wszystkich zaszczytów związanych z zakończeniem Zjazdu. To oni są
bohaterami wielkiego bankietu, jaki się odbędzie następnego dnia wieczorem
w sali św.Jerzego, najpiękniejszej sali na Kremlu błyszczącej od białości.

3.
WESOŁY TOWARZYSZ

Przewodniczy Woroszyłow. Jest tamadą, jak mówią Gruzini o tym, który dyry-
guje toastami. Wznosi je na cześć każdego przedstawiciela 44 partii komunistycz-
nych i obecnych na sali robotników, co zmusza każdego do wypicia do dna tyleż
szklanek pieprzówki. Zasługujący na uznanie marszałek wykonuje tą czynność bez
widocznych dla siebie szkód.
Stalin czuwa nad sobą. Oszczędza się. Nie pije wódki, tylko wino i to w ilości
umiarkowanej. Za każdym toastem wstaje, podnosi swą butelkę i szklankę i idzie
pić z szefem wywołanej delegacji. Zamienia z nim kilka zdań, po czym wraca na
swe miejsce unosząc swą butelkę i szklankę.
Każdy może zmierzyć jego trzeźwość, ponieważ płynu w butelce prawie nie
ubywa, co sprawia, że wzrasta jeszcze zachwyt nad jego skromnością i prostotą.
.Mukuzani, wino kaukaskie, z którym Stalin wędruje od stołu do stołu z miną do-
brego, grubego niedźwiedzia – cóż to za lekcja! Jest to anty–Hitler, anty–Mussoli-
ni. Nie ma fanfar jak w Norymberdze, nie ma balkonów jak w Wenecji. Najskrom-
niejszy spośród wielkich. Nikt nie zwraca uwagi na to, że w tym noszeniu z sobą
swego trunku kryje się być może znaczna doza nieufności. Zdarzyło się bowiem
w czasach wielkich procesów kilka wypadków trucia.
Szczególną uwagę poświęca Stalin delegacji francuskiej i jej szefowi. Maurice
Thorez wrócił dopiero z uzdrowiska na Kaukazie, gdzie leczono go po porażeniu
mózgu, jakiemu uległ w październiku 1950 roku. Chory olbrzym opiera się na
lasce. Już całkowicie odzyskał mowę, może pracować po kilka godzin dziennie.
Stalin podchodzi kilka razy do stołu delegacji francuskiej , żartuje z Thorezem
i Jeanette Vermeersch. Daje im trochę mukuzani ze swej butelki.
Wydaje mu się, że pokonał wszystkie dolegliwości, Jest w dobrej formie
fizycznej. Jowialny, wypoczęty zajada z apetytem niezliczone ilości zakąsek, mięs,

66
przepysznych owoców, które zostały sprowadzone z Mołdawii i z Kaukazu, gdzie
każde grono winne liczy co najmniej tyle ile dzienny zarobek jednego robotnika.
Wyciąga z kieszeni fajkę, która dobrze harmonizuje z jego osobowością dobrotli-
wego. Spokojnie wodzi przymrużonymi oczyma między kryształami i kwiatami
jak stary wieśniak. Stopniowo się ożywia. Żartuje, wybucha głośnym śmiechem.
Krzyczy ze swego miejsca żądając od muzyków, żeby grali jego ulubione popular-
ne piosenki. Gdy mu się podobają, gestami zaznacza rytm, hałaśliwie klaszcze, na-
wet śpiewa akompaniując artystom. Wesoły towarzysz z głosem donośnym, trochę
wrzaskliwym, zachwycony swym świętem. Rosyjski temperament i kaukaska buj-
ność podały sobie ręce. Sala pławi się w euforii. Muzycy w czarnych garniturach
i długich sukniach, marmury ze złotymi napisami nazw carskich regimentów i na-
zwisk oficerów udekorowanych przez carów orderami św.Jerzego – wszystko to
uświetnia zabawę. „Jesteśmy spadkobiercami dawnego świata i mamy prawo być
weseli”. Monumentalny Gottwald, stary Wilhelm Pieck, mały Węgier Rakosi –
wszyscy ci szefowie przebiegli i opanowani śmiertelnymi troskami rozmawiają
głośno poprzez stoły, krasząc rozmowy gromkimi wybuchami śmiechu. Ponieważ
Stalin jest wesół. Jutro nie istnieje. Jest tylko ta noc bez końca.

4.
BRATNIE PARTIE

Podczas gdy szef ucztuje w Moskwie, Artur London gnije w więzieniu w Pra-
dze. Już dwadzieścia miesięcy upłynęło jak ten wiceminister spraw zagranicznych
rządu czechosłowackiego został aresztowany. Dwadzieścia miesięcy przesłuchań.
Nocami bez snu, biciem, zniewagami, groźbami, wymuszonymi zeznaniami, tor-
turami fizycznymi i moralnymi, oszustwami, fałszerską kazuistyką, referenci
osiągnęli, co chcieli. 15 października Artur London był bardzo zajęty uczeniem się
na pamięć tego, co mu podyktowano i co powinien wygłosić bezbłędnie na swym
procesie przewidzianym w następnym miesiącu.
W sąsiednich ciemnych celach trzynastu innych znakomitych oskarżonych
uczyło się swoich lekcji. Między nimi dawny minister spraw zagranicznych –
Klementis i przede wszystkim były numer dwa reżimu, Rudolf Slansky. Wszyscy
oni byli komunistami od zawsze. Kilku uznało się za odchyleńców wszelkiego

67
rodzaju. Na procesie muszą się przedstawić jako zdrajcy – trockiści, titoiści, syjo-
niści, burżuazyjni nacjonaliści – wrogowie ludu i socjalizmu (sprawozdanie z sali
sądowej Czechosłowackiej Agencji Prasowej przytoczone przez „Prawdę”
21.11.1952 r.).
Muszą się przyznać, że sprzedawali tajemnice swej ojczyzny potęgom zachod-
nim, zwłaszcza ambasadorowi francuskiemu – Dejeanowi.
Jedenastu zostanie powieszonych, trzech skazanych na dożywocie. Później
wszyscy zostaną zrehabilitowani – żywi i straceni. Artur London, jeden z trzech oca-
lałych, napisze później w „L’areu”; „Przyznanie się do winy”, gdzie wyjaśnia, jak
postępowano z wiernym i fanatycznym bojownikiem i jak musiał sam się oskarżać
o nikczemności, których nie popełnił.
Dla demokracji ludowych godzina czystki wybiła w 1948 r. Tito, najbardziej
znany spośród wszystkich przywódców Europy Wschodniej, zerwał ze Stalinem.
Aby uniknąć kalania się, uciekł się do swych dawnych sposobów. Węgierski mi-
nister spraw zagranicznych, Rajk, wicepremier bułgarski Kostow, wiceprezydent
albański Xoxe zostali straceni w 1949 r. razem z domniemanymi członkami partii
titoistów, wśród koncertu dzikich złorzeczeń i przekleństw. Setki przywódców,
małych, średnich i wielkich, wtrącono do więzienia – takich jak Gomułka w Polsce,
Kadar na Węgrzech, Husak w Czechosłowacji. Za tymi osobistościami znanymi,
niezliczone tłumy nieznanych. Od Bałkanów do Bałtyku milicjanci i prokuratorzy
mieli pełne ręce roboty. Ekipy sowieckich doradców przyjeżdżały na miejsce, by
czuwać, instruować jak należy montować „piękne procesy”.
Tito był w pewnej mierze człowiekiem ukształtowanym przez samego siebie.
Zamiast czekać na Stalina i Armię Czerwoną, sam zdobył władzę bronią i przy po-
mocy partyzantów. Jugosłowianie chcieli być niezależni. Uważali bowiem, że na
to zasłużyli.
We wszystkich „bratnich krajach” urządzano polowania na tych, którzy wal-
czyli za komunizm zamiast pozostawać w szkołach kadr w Moskwie. Najbardziej
podejrzani byli ci z międzynarodowych brygad. To nic, że mieli za sobą wielką
przeszłość, stali się niewygodni. W Hiszpanii bezprawne spotkania urządzali troc-
kiści i anarchiści. Stalin kazał ich wymordować, jak dziesięć lat wcześniej zlikwi-
dował Rosjan, którzy wsławili się w Madrycie i Guadalajarze. Zabrał się także do
„kosmopolitów”, to znaczy do Żydów.
Na czternastu skazanych w procesie Slansky–London, dziewięciu było Żydami.
Żydówką była Rumunka, Anna Pauker – najwierniejsza z wiernych, bardziej stali-
nowska niż sam Stalin, ale popadła w niełaskę. Rakosi – także Żyd. Rakosi, prze-

68
wodniczący Rady w Budapeszcie, był gorliwcem. Więzienia węgierskie były prze-
pełnione skazanymi. W więzieniu znalazł się ulubiony pianista, którego Europa
odkryła w kilka lat później. Nazywał się Gyorgy Cziffra.
W tym samym czasie partia francuska również przeprowadziła czystkę. 16 wrze-
śnia „L’Humanite” nagle zadenuncjowała robotę frakcyjną, prowadzoną przez
André Marty i Charlesa Tillona. Ci pierwszoplanowi przywódcy (jeden był człon-
kiem sekretariatu, drugi – członkiem biura politycznego) byli dawniej w międzyna-
rodowych brygadach. Byli odpowiedzialni za wolnych strzelców i partyzantów.
Jak Rajk, jak London należeli do rasy wojowniczej o sztywnych kręgosłupach,
której Stalin nie lubił. Skazanie ich miało aspekt mniej dramatyczny. Mogli się
wycofać sami i odsunięcie od pracy przeżywać w goryczy, ale i spokoju.
Postacią kontrowersyjną, ale sławną był Marty, buntownik znad Morza Czarne-
go, jedyny jeszcze żyjący Francuz, którego nazwisko podano w „Historii WKP(b)”,
a który spadł z piedestału i stał się dla dawnych towarzyszy policjantem Marty.
Fabryka w ZSRR nosząca jego nazwisko została przechrzczona. Według „Prawdy”
Marty i Tillon okazywali tendencję do pomniejszania roli ZSRR w uwalnianiu
Francji („Prawda” z 10.12. 1952 r.).
Partia francuska doznała bolesnego wstrząsu, bo została pozbawiona swego przy-
wódcy Maurice’a Thoreza, który po ataku przed dwoma laty leczył się w ZSRR.
Nieobecność tej silnej indywidualności, chętnie przekształconej przez propagandę
w męża opatrznościowego, dawała się odczuć mimo emisariuszy, którzy kursowali
między Paryżem a Kaukazem.
Wiadomość że Thorez przybył do Moskwy, aby wygłosić przemówienie na
Zjeździe została powitana z uniesieniem. Szczytem kultu jednostki po francusku
jest poemat, w którym Aragon, książę poetów komunistycznych, wyśpiewał po-
wrót do zdrowia swego bohatera.

Można by sobie dużo mówić o kraju Stalina,


Cud nie jest już cudem.
Dwa lata czekania na niego,z tym, co można sobie
wyobrażać,
Dwa lata według ludzi to bardzo długo bez niego.
Ale oto dowiadujemy się, że na różowym Kremlu
Na miejsce ludu On przyszedł i stanął,
By mówić wśród tego szczytu apoteozy
Jak wtedy, gdy był wśród nas.

69
I to, co mówił niedawno
I co my wciąż mówimy:
Nigdy, nie, nigdy naród francuski
Nigdy nie zrobi wojny.
Będziemy umieli
Ujarzmić atom i armatę.

W takich to hołdach łączono mistrza i ucznia, słońce i jego odblask. Według


francuskiej prasy komunistycznej Thorez jest najlepszym stalinowcem.
Zdawało się, że spośród wszystkich „bratnich partii” najwięcej satysfakcji da-
wała Moskwie partia chińska.
„Wielka przyjaźń” jest jednym z najczęstszych tematów prasy sowieckiej, oma-
wianych z wielką egzaltacją.
Egzaltacja ta była sztuczna, choć partia chińska miała trochę powodów do po-
czucia wdzięczności. Zdobyła w trudzie 600–milionowy kraj przy słabym wpraw-
dzie, ale niemniej przy poparciu Sowietów. Stalin czuł od początku, że ta przyjaźń
stanie się rywalizacją, więc przy końcu wojny wolał zawrzeć traktat z Czang Kai–
szekiem. Po zwycięstwie, wysyła od 1950 roku tysiące doradców i techników do
młodej republiki ludowej, ściągając za tego typu pomoc 300 milionów dolarów. Ta
współpraca techniczna stroi się barwami promieniującymi, w sowieckich czasopi-
smach: „Naród chiński – czyta się w nich – patrzy z wielkim uznaniem na wielkie-
go przyjaciela jakim jest Związek Sowiecki. Sukces narodu sowieckiego jest jego
gwiazdą przewodnią” („Prawda” z 7.1.1952 r.). Dziennikarz chiński pisze: „Dzię-
kuję Ci, starszy bracie” („Prawda” z 6.II.1952 r.). I sam Czu En–lai dziękuje po-
kornie „za serdeczność i cierpliwość z jaką towarzysze sowieccy przekazują nam
swe wiadomości” („Prawda” z 1.1.1953 r.) – a to z okazji restytucji przez Rosjan
mandżurskiej drogi żelaznej, z której korzystali przy końcu wojny (ale którą za-
trzymali jeszcze przez dwa lata kontrolując Port Arthur).
„Starszy brat” świadomie, uważnie, z przyjacielską pobłażliwością przygląda
się młodszemu bratu nie myśląc, że ten ma być może wielką ochotę stać się więk-
szym.
Ilia Erenburg opowiada historię pewnej fabryki zbudowanej w tym czasie przez
Rosjan w Chinach. Maszyny okazały się zbyt wysokie dla chińskich robotników.
„Mniejsza o to – mówią Rosjanie – zrobimy wam przed maszynami platformy
z desek, aby dodać wzrostu waszym robotnikom”. Mali Chińczycy śmiejąc się mó-
wią, że to nic, że oni sami rozwiążą ten problem I z wielkim wysiłkiem zmniejszyli

70
wysokość maszyn zakopując ich podstawy w ziemię. „Widocznie – dorzuca Eren-
burg – było w tych platformach coś obraźliwego dla nich” (Erenburg: „Ludzie, lata,
życie” – „Nowyj Mir”, kwiecień 1965 r.).

5.
NA MAUZOLEUM

Żyliśmy pod opieką Boga


W jego ręku, tuż obok niego
A on żył w błękicie niebios
Mogliśmy go nieraz widzieć
Żywego. Na mauzoleom
Był, przebieglejszy i mądrzejszy
Niż ten drugi – zwany Jehową.

Borys Słucki

7 listopada 1952 r. 35 – rocznica rewolucji. Na krótko przed jedenastą Stalin


wychodzi z Kremla, aby przewodniczyć wielkiej paradzie na Placu Czerwonym.
To doroczna uroczystość, ale Stalin nie bierze zawsze w niej udział zachowując
siebie na defiladę na pierwszego maja. Październik spędza zwykle na Kaukazie.
Jego córka twierdzi, że nie lubi tych świąt związanych z rewolucją, ponieważ
przed dwudziestu laty pod ich koniec zmarła tragicznie jego druga żona.
Ale tej jesieni XIX Zjazd zatrzymał go w Moskwie. Ubrał się w swój wojsko-
wy mundur z epoletami generalissimusa – stopień, który sam dla siebie stworzył.
Tak wystrojony wydawał się odmłodzony i nawet wyższy. Jego szewc jest eksper-
tem w sztuce dodawania jednego centymetra lub dwóch. Ci, którzy go widzieli
z bliska, oceniają, że jest w dobrej formie fizycznej mimo tak wczesnej dla niego
porannej godziny. Lekkim krokiem górala wspina się po schodach prowadzących
do trybuny na mauzoleum.
Po trzech godzinach spędzonych tam w górze w przejmującym zimnie pójdzie
pod koniec ceremonii witać dyplomatów zagranicznych. Ci również stwierdzą, że
był w dobrej formie.
Oto na mauzoleum Lenina – bohater żywy nad bohaterem zmarłym, którego
zabalsamowane ciało spoczywa pod jego stopami, w głębi krypty. To Stalin kazał

71
zbudować ten pomnik z granitu i porfiru na wzór pomnika Kserksesa, aby przy-
chodzono tu adorować założyciela Związku Sowieckiego. To on powiedział, że ta
trybuna pozwoli spadkobiercy zjednoczyć się w kulcie z mistrzem. Widzi też ich
dwa wizerunki wywieszone na ścianie wielkiego domu towarowego.
Ten handlowy budynek znajduje się vis a vis najświętszego miejsca i poważnie
krępuje sowieckich kronikarzy. Uprawiając styl wzniosły i szlachetny nie ośmiela-
ją się nazywać tego magazynu po imieniu, lecz przez peryfrazę:. „budynek położo-
ny naprzeciwko mauzoleum”.
Na uroczystość budynek ten znika pod etaminą, tarczami herbowymi, slogana-
mi wypisanymi złotymi literami na szkarłatnym tle. Na ogromnym placu, między
czerwoną bryłą muzeum historycznego i wielobarwnymi kopułami Błogosławio-
nego Bazylego, odbywa się defilada. Żołnierze najpotężniejszej piechoty świata
prezentują broń i bezbłędnie wykonują „na prawo patrz” w stronę Stalina. Szczęk
miedzi, dźwięk pancerzy wznoszą ku niemu jak kadzidło. Wielki „półkowodziec”,
wielki strateg. Wśród tytułów, które sobie nadawał, mało jest takich, które by wyżej
cenił. Ale jest też mało takich, które byłyby bardziej kontrowersyjne.
Jego debiuty w sztuce wojennej, podczas wojny domowej i w kampanii pol-
skiej, są mierne, pełne ostrych kłótni ze strategami zdolniejszymi, jak Trocki czy
Tuchaczewski (kazał ich później zabić).
Żadną miarą nie ma bystrego oka młodego Condeusza czy żywej wyobraźni,
która zwraca uwagę na małego kapitana Bonapartego. Nie jest też spostrzegawczy
i niesłusznie ocenia.
W 1941 roku nie przygotował armii radzieckiej do bliskiej inwazji, aby nie
drażnić Hitlera. Na skutek jego błędów Niemcy przeżywają radość, gdy znajdują
na swej drodze nieukończone fortyfikacje, nie osłonięte lotniska, dowództwa bez
instrukcji i dywizje z trudem przybywające na alarm. Ale od czasu kiedy tylu żoł-
nierzy, tylu młodych oficerów padło z okrzykiem „za ojczyznę, za Stalina”, kiedy
ich ofiara go uświęciła, on stał się bogiem wojny, sztandarem narodowym. We
krwi przelanej, w nieszczęściach nie do opowiedzenia i bez miary, w apoteozie
końcowego zwycięstwa Sowieci chcieli w nim widzieć obraz samej ojczyzny.
Za armią poszedł naród. Milion moskwiczan szybko defilował u jego stóp.
Każdy z dwunastu okręgów Moskwy utworzył swoją kolumnę. W każdym przed-
siębiorstwie, w każdej fabryce kierownictwo wyznaczało ludzi, którzy mieli
uczestniczyć w manifestacji, polecało pracownikom zajmującym się dekoracjami
przygotować transparenty, tablice propagandowe, makiety, według wskazówek
podawanych każdego dnia. Widać było unoszące się ponad tym morzem ludzkim

72
diagramy sławiące ostatnie sukcesy planu, tablice przedstawiające nową stację
metra, nowy drapacz w stolicy. Wyróżniała się delegacja okręgu „Sowieckiego”,
ponieważ niosła olbrzymich rozmiarów książkę, na której można było przeczytać
tytuł ze złotych liter „J. Stalin. Problemy ekonomiczne socjalizmu w ZSRR”.
Tysiące transparentów sławiło partię Lenina–Stalina i powtarzało dyrektywy
Zjazdu. Tysiące portretów dużo większych niż zwykle przesuwało się ponad gło-
wami. Portret Stalina na poczcie, a następnie Marksa, Engelsa, Lenina i tych, któ-
rzy kierowali ruchem komunistycznym na Zachodzie. Galeria głów aktualizowana
po każdej czystce. Tylko Stalin był zawsze. Miał zawsze czterdzieści lat, rysy gład-
kie, włosy czarne. Na tych olbrzymich wizerunkach ledwo przypominał małego
starca.
Wyspecjalizowana pracownia seryjnie produkowała te portrety dygnitarzy.
Technika prosta: projektor wysyła na wielkie białe płótno odpowiednio upiększo-
ną twarz tej osobistości, którą trzeba przedstawić. Malarz według konturów tej
projekcji uwydatnia światła i cienie, podmalowując trochę czarną farbą (nazywa
się to malowaniem suchym pędzelkiem). Następnie płótno się zdejmuje a projek-
cja pada o trzy metry dalej. I znowu od początku. Dobry specjalista robi czterech
albo pięciu Beriów lub Mołotowów w ciągu dnia. Dobre źródło dochodów dla
młodych artystów bez pieniędzy.
Pod falą czerwonych sztandarów mniej więcej na siedmiu mieszkańców Mos-
kwy przypada jeden defilujący. W miastach prowincjonalnych – małych i średnich
– cała aktywna ludność musi tego dnia defilować. Są reprezentowane wszystkie
zawody – metalowcy i akademicy, lekarze i pocztowcy, ci od szyn i od kielni, tak
samo jak ci od szpargałów i od kompasu. Grupy zawodowe nie mieszają się. Płaszcze
futrzane idą osobno i osobno kurtki podbite muflonem. Jest porządek, wszystko na
rozkaz.
Szefowie grup do późnego wieczora powtarzają slogany na Placu Czerwonym.
Entuzjazm nie jest udawany. Kiedy kolumny zbliżają się do trybuny, rozlegają się
śmiechy, okrzyki radości, macha się wesoło papierowymi kwiatami rozdawanymi
przez odpowiednich dystrybutorów, podnoszą się radosne twarze ku małej sylwet-
ce, która od czasu do czasu pozdrawia ruchem ręki. Tu i tam dziecko siedzące na
ramionach ojca widoczne ponad tłumem zbiera zasoby swych wspomnień. Rozra-
dowane wyrostki niosą swe akordeony i maszerując grają swe ulubione piosenki
nie zważają na głośniki, które nadają triumfalne hymny.
U stóp mauzoleum dyplomaci i korespondenci zagraniczni wyciągają szyje,
aby obserwować trybunę i ocenić zmiany jakie zaszły w hierarchii.

73
Po lewej stronie Stalina są wszyscy dygnitarze. XIX Zjazd przyniósł zmiany
wśród notabli. Najpierw zniknął z mauzoleum Kosygin, który figurował tam regu-
larnie od 1946 roku. Afera leningradzka nie przestała dostarczać zatrutych owo-
ców. Członek tytularny Politbiura został nagle brutalnie zdegradowany do rangi
zastępcy.
Politbiuro – najszacowniejszy organizm przywódców – zostało nazwane Prezy-
dium (w październiku 1952 r.). Do nazwy Politbiuro wrócono w 1966 roku. Jego
stan liczebny wzrósł z 12 do 25 członków, nie licząc 11 zastępców. Stare sławy
figurują tam jeszcze ale tylko dla formy – są już utopieni w przypływie nowych
sław: zmiany są już przygotowane. Mołotow i Mikojan, których Stalin publicznie
zaatakował na posiedzeniu Komitetu Centralnego 16 października, rozumieją, że
ich nowi koledzy są spadkobiercami.
Aby dokładnie pokazać, że sławne eks–Politbiuro przeżyło swój czas i że spra-
wy poważne rozgrywają się gdzie indziej, Stalin z drugiej strony wzmocnił sekre-
tariat Komitetu Centralnego, który jest jego domeną, jego własnością od 30 lat.
Wprowadził tam nowych, o których wiedział, że są zdolni i oddani. Jeden z nich
znajduje się po raz pierwszy na mauzoleum na samym końcu po lewej stronie. Nie
ma jeszcze 46 lat. Pod futrzaną czapką twarz pełna, mięsista, czerwona. Nazywa
się Leonid Breżniew.
Urodził się 6 grudnia 1906 roku nad Dnieprem, wielką rzeką Ukrainy. Jego
miastem rodzinnym jest oddalone o 1500 kilometrów od Leningradu Kamienskoje,
po rewolucji uprzemysłowione i przechrzczone na Dnieprodzierżyńsk na cześć
twórcy „Czeki”. Znane jest z białych nocy. W porównaniu z bladym i milczącym
Kosyginem, Breżniew ze swymi czarnymi włosami, doniosłym głosem i głośnym
śmiechem, otyły, jest raczej typem południowca. Jest synem robotnika–hutnika,
a to jest najlepsze z możliwych pochodzenie dla działacza komunistycznego. On
sam chwali się, że terminował mając 15 lat, i od tego czasu ma stwardniałe ręce.
Jak wszyscy członkowie nowej elity, albo prawie wszyscy, zdobył swe dyplomy
technika i inżyniera najpierw w szkole rolniczej, a następnie w instytucie metalur-
gicznym. Ale szybko opuścił pola i fabrykę, by stać się człowiekiem aparatu, funk-
cjonariuszem partii, ekspertem od zarządzania ciężkimi maszynami. Uniknąwszy
czystki w 1937 roku, szybko piął się w górę. Mając 32 lata, stał się sekretarzem
regionu dnieprodzierżyńskiego – już notablem wysokiej rangi.
Podczas wojny wspinał się z taką samą łatwością po szczeblach hierarchii wojsko-
wej nie rezygnując ze swej specjalności – polityki. Obarczano go kierownictwem

74
politycznym na różnych frontach i w maju 1945 roku młody generał Breżniew,
z piersią pokrytą odznaczeniami, defilował na Placu Czerwonym.
Z tego okresu zachował pewnych przyjaciół w ośrodkach wojskowych i znacz-
ne zainteresowanie problemami zbrojeniowymi.
Silnie zbudowany, o karku byka, o kwadratowym podbródku, wyglądał na bru-
tala, znano go jednak jako ostrożnego działacza. Pod wielkimi brwiami oczy jasne,
złośliwe, trochę ironiczne. Na ciągnących się bez końca zebraniach partyjnych
umiał się kontrolować, okazywał się poważny i neutralny. W życiu prywatnym
śmiał się i,rozczulał dosyć łatwo, był dobrym tancerzem i wielkim myśliwym.
Znał dobrze system, jego mechanizmy, ludzi. Nikt nie potrafił zręczniej re-
montować skomplikowanych struktur administracyjnych. Miał dużo cierpliwości.
Urzędnicy lubili go, Od czasu do czasu, gdy wyczuł, że sprawa dojrzała, przecinał
ją prędko gestem sangwinika. Był ciężkiej budowy, ale krok miał żywy. I kiedy
decydował się zabrać głos, słuchano go.
Kiedy Chruszczow został pierwszym sekretarzem na Ukrainie, zorientował się,
że ten oddany aparatczyk nie stwarza mu problemów. I to właśnie Chruszczowowi
w dużej części Breżniew zawdzięcza, że stał się jesienią 1952 roku jednym z naj-
potężniejszych ludzi w ZSRR.
I oto Breżniew zostaje zastępcą członka eks–Politbiura – nowego „rozszerzone-
go” Prezydium, a przede wszystkim członkiem Sekretariatu, grupy najznakomit-
szych dziesięciu. Pierwszy z tych dziesięciu nazywa się Józef Stalin. Breżniew
może sobie słusznie powiedzieć, że znajduje się w sercu samej władzy. Niewątpli-
wie w tym kolegium nie może się jeszcze równać z „wielkimi” sekretarzami – z
Malenkowem, z Chruszczowem. Niewątpliwie zakres jego władzy jest ograniczony.
Ale należy do tych dwudziestu pięciu, którzy wchodzą na mauzoleum i widzą
u swych stóp tłum nacierający jak morze na ciężki pomnik.
W swoim przemówieniu przed miesiącem na XIX Zjeździe bardzo długo wy-
chwalał „największego człowieka naszej epoki”, „genialnego architekta komuniz-
mu...”, „człowieka niewyczerpanej energii rewolucyjnej, mądrego wodza i pana...
naszego Józefa Wissarianowicza Stalina”. Nazywał go także oswoboditielom Besa-
rabii („Prawda” z 8.X.1952 r.).
Między Dniestrem, Prutem i ujściem Dunaju jest Besarabia, kraina urodzajna,
pożądana i szarpana przez różnych władców. Byli tam książęta węgierscy, tureccy
sułtani, greccy hospodarowie. W XIX wieku walka o te ziemie toczyła się między
Rosją a Rumunią, w 1918 roku opanowali je Rumuni, ale w 1940 roku zajęli je

75
Sowieci i pozostali. Od tej pory Besarabia wchodzi w skład sowieckiej republiki
mołdawskiej.
Tu znalazł swe miejsce Breżniew przed „wspinaczką” w Moskwie. Wezwany
do Kiszyniowa w 1950 roku w charakterze pierwszego sekretarza partii mołdaw-
skiej, panował przez dwa lata w kraju fletni Pana i rzewnych recytacji rumuńskich.
Podobno ten bon vivant lubił tą ziemię pięknych kobiet i dobrych win.
Tą peryferyjną krainę nękały prądy odśrodkowe i zaprowadzenie tam rosyj-
skiego porządku nie było łatwe. Co począć? Mołdawianie sprzedają swe czereśnie
i winogrona na wagę złota na rynkach kołchoźników w Moskwie i Leningradzie
i wzdychają: „No, nie jest jeszcze u nas tak źle”.
Ten człowiek o podwójnym podbródku nie jest zimnym ideologiem, jak Sus-
łow, jego towarzysz z mauzoleum, jego kolega z Sekretariatu. Nie jest z pewnością
ani wrażliwy, ani nie można powiedzieć, że jest liberałem. Ale od czasu do czasu
okazuje się, że jest rasowym szefem. Podobno w Mołdawii czystka została prze-
prowadzona trochę mniej okrutnie niż w innych republikach.

6.
PIERWSZY MIĘDZY RÓWNYMI

To, że Breżniew pochodzenia rosyjskiego i urodzony na Ukrainie rządzi Moł-


dawianami, jest zwichnięciem w „stalinowskiej polityce narodowościowej”, która
obiecuje każdemu narodowi Związku Sowieckiego działalność zgodną z jej wła-
snymi potrzebami. Ale te zwichnięcia stały się tak powszechne, że ledwie zwracano
na nie uwagę. Konstytucja daje 16 republikom sfederowanym w ZSRR wszystkie
prawa – rozumie się teoretycznie – wraz z prawem opuszczenia federacji. Łotysze,
Turkmenii, Mołdawianie, tak samo jak Azerbejdżanie, Ukraińcy czy Kirgizi mają
swoje rządy, swoje parlamenty, swoje sądownictwo. W rzeczywistości wszystkim
rządzi Moskwa. Rosjanie są wszędzie. Orwellowska formułka streszcza tę sytua-
cję: „Naród rosyjski pierwszy między równymi” („Prawda” z 5.03.1953 r.). Hymn
sowiecki, który zastąpił w 1944 r. „Międzynarodówkę” nie wspomina o partii
komunistycznej, a odnajduje akcenty bardzo tradycyjne – wychwala wielką Rosję,
założycielkę Związku Sowieckiego.

76
W maju 1945 r., podczas święta Zwycięstwa, Stalin wzniósł toast na cześć
narodu rosyjskiego: „siły kierowniczej Związku Sowieckiego, wśród wszystkich
narodów naszego kraju”.
Siłą Stalina jest jego dwuznaczność, dwuznaczność jego postępowania. Jest
rewolucjonistą i konserwatystą. Dawny agitator rewolucyjny ubiera swoich podda-
nych w uniformy jak w czasach carskich. Dyplomaci i profesorowie – jak uczniowie
i uczennice. Wszyscy aż do górników, którzy otrzymują ubrania galowe – zielone
ze złotymi lamówkami. Stopnie urzędników administracji też są kopiowane z daw-
nych stopni czynowników. Armia, która już nie jest armią czerwoną, odzyskała na-
ramienniki dawnego reżymu. A ortodoksyjny patriarcha jest odznaczony Orderem
Czerwonego Sztandaru.
Gdy chodzi o problem narodowościowy, dwuznaczność Stalina jest jeszcze
większa, głębsza. Będąc obywatelem skolonizowanego kraju, Stalin był w pew-
nym stopniu teoretykiem dekolonizacji i Lenin go wtedy ocenił jako „cudownego
Gruzina”. W nowej wspólnocie republik sowieckich, każdy naród dawnego cesar-
stwa rosyjskiego ma prawo pozostawać we wspólnocie albo ją opuścić. Ale trwało
to tyle, ile życie kwiatu róży – do czasu uznania niepodległości Finlandii w 1918 r.
Później Stalin wrócił do centralizmu rosyjskiego pod grubą warstwą lakieru propa-
gandy „wielonarodowej”.
Podczas wojny słyszano w radiu jak wzywał świętego Aleksandra Newskiego.
Oportunizm? Niewątpliwie trzeba było zagrać na uczuciach narodowych wobec
szybko posuwających się wojsk niemieckich. Wojna skończyła się zwycięstwem,
ale Stalin nadal występował w roli patrioty rosyjskiego. W dalszym ciągu wisiały
na ścianach jego gabinetu portrety Suworowa i Kutuzowa. Wzniesiony na polece-
nie Lenina na placu Sowietów Obelisk Wolności kazał zastąpić posągiem Jurija
Długorękiego, feudalnego księcia, ale księcia rosyjskiego, założyciela Moskwy.
Aby utrzymać Związek Sowiecki, tę wielką piramidę najrozmaitszych narodów
o różnych tradycjach; trzeba było ogromnej pracy. Aby sprostać temu zadaniu,
wrzucił do kosza wszelkie idee równości, o których myślał w młodości. Oparcia
szukał wśród najliczniejszych i najsilniejszych. Rosjanie, którzy stanowią około
50 procent ludności ZSRR, zostali uznani za „starszych braci”. Mało ważne jest to,
że ukraiński Kijów czy Samarkanda Uzbeków, miasta stare, mające prawie po dwa
tysiące lat, powinny coś znaczyć.
Rosjanie są patriotami. Mają prawo i obowiązek być nimi. U innych narodów
Związku duma narodowa jest skłonnością, która prowadzi wprost do burżuazyjnego

77
nacjonalizmu, szatańskiego odchylenia, wielkiego dostawcy do obozów koncen-
tracyjnych.
Widziano Korniejczuka, przewodniczącego pisarzy ukraińskich, jak bił się
w piersi. Opanowani przez szatański nacjonalizm krytycy ukraińscy nie potępili jed-
nak poematu, który śmie nosić tytuł: „Kochaj Ukrainę”. Gorzej, niektórzy chwalili
go. Inni zaś ośmielili się „przeciwstawić poetę ukraińskiego A. Małyszkę wielkie-
mu piewcy–trybunowi rosyjskiemu Włodzimierzowi Majakowskiemu”. Zgroza!
(„Litieraturnaja Gazieta” z 2.8.1951 r.).
Nacjonalizm burżuazyjny to też opera „Manes”, poświęcona bohaterowi kir-
gizkich starych pieśni rycerskich. Nacjonalizm burżuazyjny to pisarze gruzińscy.
Gamsehurdia i Dadiani, którzy „idealizowali przeszłość Gruzji”, „źle interpreto-
wali odwieczną przyjaźń między narodem rosyjskim i gruzińskim” („Prawda”
z 20.9.1952 r.). Malarze estońscy powinni więcej studiować malarstwo rosyjskie,
a cała Estonia powinna śpiewać najbardziej melodyjne pieśni ludu rosyjskiego
(„Prawda” z 21.9.1952 r.)
Oficjalna nauka stwierdza, że wyższość „starszego brata” nie datuje się od ery
sowieckiej, ale od zawsze – to on niósł światło słabo rozwiniętym narodom cesar-
stwa rosyjskiego. „Prawda” rehabilituje w ten sposób carów–zdobywców, gromi
muzea Kazachstanu, które ukrywają też fakt historyczny, że naród kazachski w
związku z Rosją wyszedł ze swego zacofania („Prawda” z 29.5.1952 r.) Potępia
pewnego historyka, który śmiał napisać, że carowie wypędzili ludność Dagestanu
w głąb gór.
Rozumie się, że chodzi nie tylko o spory muzeograficzne i literackie. Przed
XIX Zjazdem 16 republik miało swoje partie. Ich historia przejmuje dreszczem.
W Turkmenii w ciągu roku zostało „wyeliminowanych” trzech przywódców partii.
W Uzbekistanie czterech pierwszych sekretarzy jeden po drugim otrzymało dymi-
sję w komitecie miejskim w Taszkiencie. Wszędzie to samo wyjaśnienie: nacjona-
lizm burżuazyjny. Przewodniczący Najwyższego Sowietu na Litwie Just Palecki
wyraził publicznie samokrytykę. Był istotnie współwinny, bo nie mógł się oprzeć
pobłażliwości wobec litewskich nacjonalistów burżuazyjnych.
Kraje bałtyckie i Ukraina zachodnia, które żyły przez 20 lat poza orbitą sowiec-
ką, są najbardziej podejrzane. Przez kilka lat po wojnie partyzanci antysowieccy
ukrywali się jeszcze po lasach. Wydawało się, że Białoruś, najbliższa kuzynka, jest
wolna od grzechu antyrosyjskości. Ale i tam przeprowadzono czystkę umotywo-
waną brakiem gospodarności, niewykonaniem planu, co doprowadziło do degrada-
cji sekretarza białoruskiego komitetu centralnego. Nazywa się Piotr Abrasimow.

78
Znajdzie się dużo później na ważnych posterunkach dyplomacji sowieckiej w Ber-
linie, a następnie w Paryżu. Bo czystka wśród przywódców nie zawsze kończy się
śmiercią. Ale te szczęśliwe przypadki stanowią kontrast wobec innych bardziej ra-
dykalnych czystek. W Gruzji, wśród sadów i winnic, polowania na odchyleńców
barwią się krwawymi łunami. Republika ta jest jeszcze wstrząsana sprawą Mingre-
lienne, gdzie nacjonalizm burżuazyjny skomplikował się przez szpiegostwo pro-
tureckie. A ponad tymi lokalnymi wstrząsami wszedł jeszcze w grę wpływ Berii.

7.
NAIWNY WOLTER

W jednym ze swych licznych opowiadań Wolter opowiada historię wielkiego


seniora, bardzo zadowolonego ze swych zasług. Aby go trochę poskromić, król po-
syła mu mistrza muzyki, 12 śpiewaków i 24 pary skrzypiec. Ten zespół ma śpiewać
co trzy minuty następujący refren:

Jak nadzwyczajna jest jego zasługa!


Ile łask! Jaka wielkość
Aah jak Pan powinien być zadowolony z siebie!

Piątego dnia senior, nie mogąc wytrzymać dłużej, błaga króla, by zabrał swoich
muzykantów.
Naiwny Wolter! Stalin nigdy nie był zmęczony słuchaniem. Piąty grudnia –
„dzień Konstytucji Stalinowskiej”, rocznica konstytucji, którą przyznał w 1936 r.,
w tym samym czasie przeprowadzając czystki. Jest to święto narodowe. W klubach
zakładowych, w teatrach, na uniwersytetach, w domach kultury, prelegenci, chóry
i orkiestry amatorskie, malarze, sławią „Stalina, twórcę konstytucji” zwycięskiego
socjalizmu. W zakładach pracy tysiące mówców pouczają robotników, że konsty-
tucja stalinowska jest najbardziej demokratyczna w całym świecie. Wolność słowa,
zebrań, prasy, prawo do tajemnicy korespondencji, nietykalność mieszkań. Gwaran-
tuje to wszystko, czemu policja zaprzecza. Robotnicy słuchają grzecznie i klaszczą,
gdzie trzeba. Szczególnie uroczyście święto obchodzone jest w zakładach metalur-
gicznych w Rustawi, w Gruzji. Zakłady te nazwały się „Zakładami Stalina” idąc
za przykładem tysięcy innych zakładów, klubów, kołchozów, okolic, dzielnic.

79
Poza Stalingradem, miastem symbolem, miastem męczeństwa, inne również
czczą to imię: Stalino, Stalińsk, Stalinobad, Stalinogorsk. W Pamirach jest szczyt
Stalina wysokości 7495 m, podczas gdy Lenina ma tylko 7184 m. I wszędzie te
Staliny z marmuru i brązu, ogromne, natrętne. Dominujący nad Dunajem w Buda-
peszcie, kontemplujący znacząco w pobliżu granicy z Turcją. Na szczycie Elbrusu,
na Kaukazie, z napisem na piedestale: „Na najwyższym szczycie Europy wznieśli-
śmy to popiersie największemu człowiekowi wszystkich czasów”.
Kalendarz wydawnictw państwa sowieckiego na rok 1953 osiągnął nakład 15
milionów egzemplarzy. Imię Stalina występuje tam 367 razy. Kalendarz zawiera
datę każdego opublikowanego jego artykułu, każdego wygłoszonego przemówie-
nia. Jest w nim 12 jego portretów i 20 poematów na jego cześć.
Miliony młodych komsomolców wkuwa „Skróconą biografię”: „Wszyscy
znają nieodpartą siłę logiki Stalina, kryształową jasność jego umysłu, jego stalową
wolę, jego przywiązanie do partii, gorącą wiarę w naród i jego umiłowanie narodu.
Wszyscy znają jego skromność, jego prostotę, jego życzliwość dla ludzi, a jedno-
cześnie jego nieubłagany stosunek do wrogów ludu. Wiadomo, że nie cierpi nacią-
gaczy, frazesowiczów, gadułów, beksów i panikarzy. Stalin jest rozważny. Nie
spieszy się, gdy chodzi o rozwiązanie problemów, nad którymi trzeba się dobrze
zastanowić, zrobić dokładny rachunek wszystkich ewentualnych niepowodzeń
i korzyści. I jednocześnie jest mistrzem w rozwiązaniach śmiałych, rewolucyjnych”.
Biografia obejmuje 70 stron i wszystkie są w tym stylu. Rezultaty tego nasycenia
są niekiedy zaskakujące. Bywa, że jacyś młodzi zmobilizowani, po przybyciu do
pułku wykorzystują swój pierwszy wolny czas na wytatuowanie sobie na piersiach
portretu Stalina.
Mała, 7–letnia Linda otrzymała w szkole w czasie jakiegoś święta dwa jabłka
i torebkę cukierków. Dysząc ze wzruszenia mówiła w domu: „To Stalin mi dał.
Kocham go. Jest najlepszym z ludzi”.
Moskwa kryje się pod śniegiem. Pięć czarnych wozów uprawia swą krzątaninę
między Kremlem a Kunczewem na uprzątanej pieczołowicie „rządowej drodze”.
Pewnego dnia inżynier chemik A.S. spotkał je koło południa na Arbacie, gdy wra-
cały na Kreml. Zatrzymuje się skamieniały i myśli trochę pogardliwie, że te syreny
skrzeczą jak kaczki. Wielu spuszcza bojaźliwie oczy. Każdy, kto się znajdzie w od-
ległości mniejszej niż sto metrów od Stalina, jest podejrzany. Pewien syn deporto-
wanego, mieszkał przy szosie Możajskiej, na drodze orszaku. Pilnował się, by nie
patrzeć w okno, gdy słyszał głos syren. Jego ojciec intelektualista został areszto-
wany w 1937 i już nie wrócił. Od tej pory czuł się podejrzany. Pewnego dnia jego

80
zakład wysłał go na prowincje. Na pierwszej stacji za Moskwą weszli do wagonu
dwaj czekiści i aresztowali go. Orszak pozostawił po sobie swój straszliwy ślad.

8.
ROBOTNIK

Pawłusza, robotnik fabryki traktorów w Charkowie, zaciera ręce z zadowole-


nia. Otrzymuje trzydziesty drugi, ostatni podpis konieczny, by mógł pojechać na
urlop. Poświęcił cały swój wolny czas w tygodniu, aby cierpliwie w biurach ze-
brać wszystkie te parafy. Najpierw trzeba było zdobyć podpis na podaniu o urlop,
następnie, w drugiej kolejności, na specjalnej karcie, którą wydają kadry, trzeba
zdobyć podpis nawet magazynierów, że nie zabiera się choćby najmniejszego
młotka, nawet podpis bibliotekarza, który poświadcza,że nie zatrzymuje się ani
książki, ani czasopisma. Wszystko w porządku. Mógłby jechać 15 grudnia. Jechać
to znaczy zostać w domu. Pawłusza nie otrzymał „putiowki”, biletu podróży, na
którego podstawie przyjęto by go w fabrycznym „domu wypoczynkowym” na wsi.
Szkoda! Wyżywienie nie jest tam najlepsze, ale spędziłby tam przyjemnie czas
wśród kolegów, na świeżym powietrzu, grałby w domino. Na nieszczęście fabryka
dysponuje „putiowkami” tylko dla jednego pracownika na siedemnastu, A pierw-
szeństwo mają pracownicy kadr.
Z winy biletu Pawłusza spędzi swój regulaminowy roczny urlop, 24 dni robo-
cze, w Charkowie. Ale zajęć mu nie zabraknie. Być może pójdzie do kina. Grają
obecnie „śpiewaka Leningradu” z dobrym tenorem i „Przysięgę” w której Gelowani
występuje w roli Stalina. Ewentualnie jest jeszcze stadion: sezon hokeja na lodzie
jest w pełni, ale o bilety bardzo trudno. Są przyjaciele, pójdzie się do nich, oni
przyjdą, wypije się z nimi herbatę, posłucha się starego fonografu. Wieczory upły-
ną szybko.
Ale najpierw zajęcia użyteczne. Naprawić dwa rozwalone taborety, podłużyć
łóżko córki, która już bardzo urosła. Zrobi to, bo kolega magazynier dał mu deski,
które wziął na lewo na jego prośbę. Podszyć swój stary płaszcz watolinową pod-
szewką. A przede wszystkim pomoże teściowej zmieniając ją w kolejkach.
W pokoju o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych, które mu przy-
dzieliło jego przedsiębiorstwo, mieszka z żoną córką i teściową. Ze wspólnej

81
kuchni korzysta z trzema innymi rodzinami, wśród ustawicznych kłótni o brudną
kuchenkę, o zatkany zlew. Jego żona jest księgową i jako urzędniczka ma prawo
do dwóch tygodni urlopu w ciągu roku. Wykorzystała go w październiku. Obje-
chała okoliczne wioski. Dzięki Bogu przywiozła znaczny zapas ziemniaków. Do
niego teraz należy obowiązek wyszukania najpotrzebniejszych rzeczy na święta
przy końcu roku. Pawłusza jest dobrym mężem i nie zwala na barki żony całego
ciężaru wyżywienia rodziny.
Mają około 2400 rubli miesięcznie, włączając w to małą rentę teściowej. Na
rodzinę robotniczą dochód nie najmniejszy. Rodzina Pawłuszy nie waha się od
czasu do czasu pobiec na rynek kołchozowy, gdzie wszystko jest drogie, ale w lep-
szym gatunku. Tam można kupić, zamiast nieśmiertelnej kiełbasy ze sklepów pań-
stwowych, mięso, które brodaci chłopi odrąbują siekierą. Po 35 rubli za kilogram.
Są jajka, warzywa, nasza Ukraina jest bogata.
Dzięki dyskretnemu upominkowi ofiarowanemu sprzedawczyni, teściowa zdo-
była dwa kilogramy mąki na ciasto, on biega po sklepach, by kupić konserwy rybne.
Udaje się mu kupić kilka zabawek. Z wódką nie ma problemu, jest jej do woli.
Ostatecznie dobrze się stało, że fabryka nie dała mu swej zgody na wyjazd
zarówno przy końcu roku, jak i w lipcu, na co miał nadzieję. W grudniu nie ma
czasu, aby się nudzić.
W czerwcu 1946 r. miał być zdemobilizowany. Wtedy przyjechali jacyś ludzie
z Charkowa do koszar i zachęcali do pracy w swej fabryce: „Damy wam dobrą
pracę, chłopcy. Traktowanie dobre, we współzawodnictwie socjalistycznym moż-
na zdobywać nagrody, jak się ktoś postara”. Pawłusza, który pochodził z małego
miasteczka w Rosji centralnej, skusił się, uległ ukraińskim agitatorom. Z bijącym
sercem przestąpił po raz pierwszy majestatyczną bramę głównego przedsiębior-
stwa z jego portykiem i transparentem, na którym wypisane były hasła „Chwała
pracy! Wykonać plan przed terminem”.
Pawłusza jest dumny ze swej pracy w żarze płomieni, w hałasie przesuwa-
jących się mostów i młyńskich kamieni. Szkoda, że piece są w złym stanie, że
części oderwane, zniszczone, że spusty pełne odpadków. Brak czasu i brak chęci,
aby coś naprawić, polepszyć. Robotnicy są opłacani od wyprodukowanych sztuk.
Gdy się nie traci czasu, można „wykonać plan”. A plan to ilość. O jakości pięknie
się mówi w dyskusjach, w czasie świąt, ale nikt nigdy jej nie określił ani nie wnik-
nął w zarobki. Gdyby Pawłusza zwolnił tempo pracy z powodu swych skrupułów
nad lepszym wykonaniem, koledzy obiliby go, ponieważ z jego winy brygada nie

82
wykonałaby obowiązkowej pracy. Wszyscy byliby wtedy ukarani. Tedy „wykonu-
jemy plan” nawet wtedy, jeżeli nie robimy tego dobrze.
Zresztą nawet kiedy brak etyki w pracy, plan jest święty. Z pewnością istnieją
fałszerze: jak realizować plan nie męcząc się. To stara i długa historia z licznymi
epizodami. Brygady liczą swą produkcję dwa razy. Po raz pierwszy, gdy wynoszą
ją z magazynów produktów wykonanych, robią to w zmowie z magazynierami,
i po raz drugi gdy wynoszą ją znowu. Kierowcy ciężarówek, woźnice konnych
wozów wymagają niewzruszenie zaświadczenia stwierdzającego, że jeżdżą wozami
z pełnym obciążeniem nawet wtedy, gdy pojazdy są puste. Jeśli inżynier marszczy
brwi, ciężarówki mają wypadki, a konie kuleją. Bo „plan” dla kierowców to kom-
binacja przejeżdżanych kilometrów plus przewożony ciężar.
Jest nadmiar inżynierów mniej lub więcej dyplomowanych. Często zatrudniani
są jako kierownicy warsztatów. Natomiast dobrych robotników jest mało. Pawłusza,
świadom swej wartości, chciałby pracować w stalowni, gdzie więcej płacą i gdzie
dają lepsze mieszkania. Mógłby nawet zatrudnić się w jakimś małym zakładzie
państwowym, gdzie bystrzy „przekraczają plan” i dostają wysokie nagrody. Ale
jego paszport wewnętrzny i jego książeczka pracy są pod kluczem w kadrach
w biurze personalnym. A bez nich nie może jechać.
Z tego powodu nie ma bezrobocia.
Codziennie, zanim przystąpi do pracy na swym stanowisku, Pawłusza bierze
udział w pięciominutówce. Pięć minut przymusowej instrukcji politycznej. Ostat-
niej zimy inżynier czytał im artykuł z „Prawdy”, tej wielkiej, centralnej, nie ukra-
ińskiej – artykuł zatytułowany „W mieście bezrobotnych”. Był to opis Detroit w
Stanach Zjednoczonych. Po ulicach miasta od rana do późnych godzin wieczornych
błądzą tłumy o wymizerowanych twarzach, wynędzniałych, zatroskanych. Bezro-
botni, bezrobotni... wszędzie bezrobotni. Ci, którzy wreszcie znajdą jakąś pracę,
mdleją lub nawet umierają z powodu tempa, umierają na skutek ataku serca
(„Prawda” z 7.2.1952 r.). Pawłusza jest wdzięczny władzy sowieckiej, że mu tego
oszczędza. Choć nie we wszystko wierzy, co czyta w dziennikach.
Przy końcu wojny (rana, dwa odznaczenia) spędził kilka miesięcy w Niemczech.
Pomimo wszystko to faszyści. Wiadomo, grabili Europę, aby żyć tak tłusto. Nie
tak jak my, którzy pomagamy wszystkim krajom socjalistycznym i dlatego brakuje
nam sznurka i gwoździ. I papieru: wszystkie sprawozdania inżyniera Pawłuszy są
pisane na papierze z opakowań.
Po wielu naleganiach organizacja partyjna w zakładzie zwiększyła nacisk: „Po-
winieneś poprosić o przyjęcie do partii. Jesteś pracowity, poważny. Nie jesteś

83
pijakiem. Potrzeba nam takich komunistów jak ty”. Pawłusza zna zwyczaje. Nie
powie „nie”. Tak, tak, pomyśli o tym. Napisze swe podanie któregoś dnia. I tak
dwa lata ciągnie się ta sprawa. Być w partii, to oznacza na pewno trochę więcej
szacunku we własnych oczach i w oczach dyrekcji. Ale to oznacza jednocześnie
odpowiedzialność, zebrania wieczorem. To koniec życia osobistego.

9.
WIELKOŚĆ I NIEWOLA SZEFÓW

Rok dobiega końca dla milionów Pawłuszów, tak samo jak dla potężnych
dyrektorów fabryk, panujących w głębi swoich biur o podwójnych drzwiach za-
bezpieczających przed hałasem z zewnątrz – dla niewolników i panów. Niewolni-
ków ministerstw, które wszystko przewidziały: najmniejszą operację techniczną,
płacę według manipulacji ostatnim kursem rubla. Wszystko jest już wyznaczone
naprzód. Dyrektor, któremu według planu przysługuje pięć tysięcy robotników, nie
ma prawa zatrudnić ani jednego więcej. I nie do niego należy decyzja, czy wy-
produkowane sworznie wyśle do Stalingradu czy do Władywostoku. Urzędnicy
planowania w Moskwie wiedzą lepiej niż on. Mimo to wyznacza mu się 1000 ru-
bli miesięcznie na zakupy nie objęte reglamentacją. To znaczy w wypadku dotkli-
wej potrzeby może kupić bez aprobaty biura kilka ryz papieru i parę kilogramów
gwoździ.
Naturalnie musi kłamać, jeśli chce, żeby maszyny pracowały wśród tego oce-
anu papierzysk. Ta ważna figura obdarzona władzą i techniczną, i polityczną (jest
członkiem lokalnego komitetu partii), w gruncie rzeczy jest małym chłopcem
ukrywającym wszystkie rodzaje bezkarności i sprytu swych podwładnych.
Jest pilnowany ze wszystkich stron. Liczne służby kontrolne sprawdzają, czy
na każdym etapie produkcja odpowiada normom. Musi także znosić w swym przed-
siębiorstwie stałą „służbę specjalną” bezpieczeństwa państwa, która naturalnie nie
mówi mu wszystkiego. Jego szef personalny został zwerbowany do tej pracy wśród
czynnych lub będących na emeryturze członków policji.
Dyrektor fabryki jest obdarzony poza tym wszystkimi atrybutami władzy: ma
długiego czarnego ZIS–a, „putiowki” do kurortów na Kaukazie, komfortowy apar-
tament, czasem – co jest szczytem dobrobytu – jego żona nie pracuje. Czerpie, ile

84
tylko chce z kantyn swego zakładu (one są zawsze lepiej zaopatrzone niż sklepy
miejskie). To baron!
Jego lenno żyje w stanie autarkii. Fabryki same budują swe budynki, swoje
drogi, swoje koleje, przeprowadzają własne kanalizacje, budują domy dla swych
urzędników. Wyrabiają jako tako znaczną ilość potrzebnych im części zamiennych
ze swego materiału i na wymianę. Mają swe pralnie i zakłady naprawy obuwia.
A nade wszystko mają swoją policję – dziesiątki uzbrojonych strażników z psami
chodzących dzień i noc wokół murów, aby nie dopuścić do kradzieży.
Każdy zakład dysponuje służbą „zaopatrzenia technicznego”. Inżynierowie–
emisariusze przemierzają olbrzymi kraj z teczkami wypchanymi butelkami z wód-
ką i innymi upominkami. Ich misja to zdobyć wszystko czego brakuje – wszystko,
co obiecywano w planie, a nie zrealizowano – jak ruda, budulec, śruby, żarówki,
rury kauczukowe.
Kadry wiedzą nie więcej niż robotnicy ile zarobią przy końcu miesiąca. Jeśli
fabryka przestanie wyrabiać plan, przepadnie ich premia. Premia równa się mniej
więcej połowie poborów. „Kiedy nie wyrobiliśmy planu – przypomina sobie inży-
nier B.M. – bałem się reakcji mojej żony bardziej niż reakcji ministerstwa”.
Dyscyplina w tych czasach była bardzo surowa, ale nie brakowało sytuacji
dziwnych, zaskakujących. Pewna robotnica została skazana na 2 lata, bo skusiła
się i wzięła kilka odpadków blachy. Ale robotnik, którego znaleziono śmiertelnie
pijanego podczas godzin pracy odwołał się od decyzji sądu. Pozwał przed sąd
fabrykę i proces wygrał. Zamiast niego został ukarany jego inżynier. Powinien
wychowywać tego robotnika, pouczyć go, żeby nie pił. Pozbawiono go premii, aby
lepiej wychowywał swych podwładnych.
Te ciężkie, zakrzepłe jak mamuty w lodach syberyjskich zakłady pracują dużo
dla przemysłu ciężkiego, bardzo niewiele dla konsumenta. Symbolicznie mówi się,
że przemysł ciężki to kategoria A, przemysł lekki, konsumpcyjny to przemysł kate-
gorii B. Praca w tym drugim jest gorzej płatna, gorszy przydział mieszkań, mniej-
szym poważaniem,cieszą się pracownicy.
W kraju, gdzie lasy pokrywają powierzchnię dwadzieścia razy większą niż
Francja, o deskę trzeba się starać na czarnym rynku. Ale Stalin rozkazał w 1945 r.
potroić produkcję stali w stosunku do produkcji przedwojennej, I tak trwa od 15
lat.

85
10.
MOSKWA W GRUDNIU 1952 r.

21 grudnia prasa była dyskretna na temat siedemdziesiątej trzeciej rocznicy


urodzin Stalina. Siedemdziesiąta była fantastyczna. Z całego świata przyjeżdżały
pociągi wyładowane prezentami, dla których trzeba było otworzyć w Moskwie
sławne „Muzeum Podarków”. „Prawda” dzień w dzień przez kilka miesięcy dru-
kowała życzenia na jednej lub dwóch kolumnach. A w wieczór triumfalny w „Bol-
szom” wszyscy wielcy komuniści świata wygłaszali swe płomienne mowy trwające
4 godziny (on nawet ust nie raczył otworzyć). Ale od tej pory nie chce się starzeć
tak oficjalnie i ostentacyjnie. Córka tego rocznicowego dnia, będąc w Kunczewie,
znalazła go w złym humorze. Skarży się na nadciśnienie, osłabienie, szybko się
męczy. Mówi jej z dumą, że udało mu się definitywnie skończyć z zażywaniem
tabaki, z paleniem fajki Dunhill, pamiątki z czasów wielkiego aliansu. Skończył
też z papierosami „Kazbek”, które palił tak jak palą studenci, obracając ich tektu-
rowy koniec między palcami.
Oszczędza się, ponieważ sądzi, że swej pracy jeszcze nie ukończył, wszyscy go
jeszcze potrzebują. Po płomiennym entuzjazmie Malenkowa, które nastąpiło po
XIX Zjeździe, sowieckie dzienniki stopniowo redukowały cytaty „sukcesora”.
Jedyna wiadomość nie o Stalinie, którą gazety opublikowały dnia 21 grudnia 1952
r. dotyczyła laureatów dorocznej nagrody stalinowskiej: Yves Farge, Ilia Erenburg,
Salfudin Kiczlu, Eliza Branco, Johannes Becker, James Eudioott i amerykański
śpiewak Paul Robeson.
Najważniejszy jest Stalin. Nowa biblia: „Problemy ekonomiczne socjalizmu”
osiągnęły nakład 20 milionów egzemplarzy w ciągu 3 miesięcy od ich wydania.
W innych krajach także mówi się o nim. „New York Times” publikuje jego
odpowiedzi zamieszczone na kwestionariuszu Jamesa Restona. Niespodzianka!
Podnosi sprawę ewentualnego spotkania z Eisenhowerem, które zmniejszyłoby
międzynarodowe napięcie. Bardzo mętnie i bardzo zimno, ale opinia zachodnia
skacze z radości z powodu tego orędzia. W wigilię Bożego Narodzenia Churchill,
będąc już u schyłku swej kariery politycznej, chciałby jeszcze odegrać ważną rolę
przed opuszczeniem sceny, czepia się więc tego spotkania na szczycie, w którym
mógłby wystąpić jako pośrednik między początkującym Eisenhowerem wspiera-
nym przez Fostera Dullesa a starym tajemniczym tapirem.

86
W Rosji rok kończy się zimnym deszczem. 24 grudnia Michaił Susłow, prze-
wodniczący do spraw doktrynalnych, potępił w jednym z wydawnictw „Prawdy”
antymarksistowskie, woluntarystyczne, subiektywne teorie ekonomiczne Mikołaja
Wozniesienskiego. Potępił wybitnie retrospektywne teorie; oto minęły już 3 lata
od czasu jak Wozniesienski został wykluczony z Politbiura i jego sławne dzieło
„Ekonomia wojny ZSRR” i wszystkie inne książki z dziedziny ekonomii politycz-
nej, które były traktowane z wielkim nabożeństwem, zostały wrzucone w czeluście
biblioteki, gdzie mają do nich dostęp tylko czytelnicy zaopatrzeni w specjalne po-
zwolenie. Pytano z niepokojem, czy poprzez niego nie celuje się w innych, którzy
jeszcze zostali na placu. Refleksje byłyby jeszcze bardziej ponure, gdyby wiedziano,
że Wozniesienski nie tylko wypadł z łask, lecz już nie żyje. Bardzo niewielu wie-
działo, że stracono go we wrześniu 1950 r. Pod koniec roku dzienniki nie rzucały
klątw politycznych, natomiast obficie denuncjowały skandale. Czasopisma od
„Izwiestii” po „Krokodyla” zamieszczały w długich kolumnach bogate kolekcje
najrozmaitszych oszustw. Jak np. Prybytkow, który w Jarosławiu zarobił więcej niż
250 tysięcy rubli, co stanowi 25 rocznych pensji nauczyciela. Zdobył te pieniądze
na oszukańczym handlu drzewem budowlanym. I inny, Szemadajew, mistrz oszus-
twa, któremu w Mołdawii dano nawet kapitalistyczne przezwisko „króla perfum”.
Jak spekulant Baszkirie skompromitowny kradzieżą koni, który nawet wchodził w
układy z sędziami. Okropność! (”Izwietia” z 2.12.1952r., „Prawda” z 10.12.1952 r.).
A oprócz tych przestępstw zorganizowanych istnieją drobne przestępstwa rze-
mieślnicze. Więc szczególnie młodzi są zachęcani, aby czuwali nad sobą i innymi
i „demaskowali” drobnych handlarzy z czarnego rynku, uliczników i terrorystów
z przedmieścia. („Komsomolskaja Prawda” z 11,16 i 18 grudnia 1952 r.).
Dobrze, że Komsomoł otrzymuje nowego energicznego pierwszego sekretarza,
Aleksandra Szelapina.
Aby postępować właściwie, „Prawda” z 15 grudnia wzywa do denuncjacji w
łonie rodziny. „Oto jakaś rodzina żyje – jak się to mówi – ponad swe możliwości.
Na pewno można przypuszczać, że szef rodziny nie wtajemnicza swych najbliż-
szych w swe ciemne kombinacje. Ale młodzież sowiecka musi się zastanowić nad
faktem, że zarobek męża lub ojca nie odpowiada luksusowi ich życia. Ona jest
także moralnie odpowiedzialna wobec prawa. I o tym nikt nie może zapominać”.
Grudzień sprowadza na Moskwę dni szare i krótkie. O trzeciej po południu jest
już zmierzch, godzina – jak się to mówi – między psem i wilkiem.
Czarny tłum chodzi po szarym, na wpół zamarzniętym śniegu. Czarny, bo nosi
czarne watowane kurtki i czarne filcowe boty, czarne płaszcze, czarne garnitury.

87
Większość kobiet nosi chustki na głowie, co powoduje wypadanie włosów i tak
już zmęczonych przez mycie mydłem również czarnym i bardzo kaustycznym.
W „pobiedach” toczących się po szosach i ulicach trochę barwnych plam. Bo
żony oficerów ubierają się w suknie z pięknych jedwabi chińskich, w futra i mają
wysokie koafiury, bardzo wymyślne.
Stalin zawsze lubił zhierarchizowane towarzystwo. Przy końcu miesiąca nie-
którzy wysocy funkcjonariusze otrzymują poza swą pensją „kopertę”, w której jest
plik banknotów, a których się nigdzie i nigdy nie kwituje. Ci, którzy chcą z nich
zrezygnować w imię swej bolszewickiej czystości, źle są widziani. „Partia daje
wam dowód swego zaufania. Należy je przyjąć”.
Moskwa jest jeszcze w znacznej mierze miastem drewnianym. Nawet w cen-
trum znajdują się całe dzielnice izb jak z bajki rosyjskiej, ale wyglądających jak
rudery. Przeludnienie przerażające! W suterenach, w których maleńkie okienka są
na poziomie ulic, widać przy świetle rodziny żyjące w tych dziurach.
A ponad tym wystrzelają w górę drapacze chmur. Jest ich siedem ukończonych
albo w budowie. To też pomysł Stalina. Uważał, że stolica powinna zaznaczyć się
zuchwale na horyzoncie jak miasta amerykańskie. Więc potulni architekci rysują
horyzonty pocięte liniami pionowymi. Na nieszczęście inspiruje ich styl epoki. Na
wzór pana jest ciężki, bogaty, bijący w oczy. Drapacze są olbrzymimi hybrydami,
czymś w rodzaju meczetu i baszty z gotyckimi dzwonnicami i grecką kolumnadą.
Wielkie, ale jakby skulone w sobie, mające w sobie coś groźnego. Jedyne ich pięk-
no zawarte jest w kamieniu, który się złoci w promieniach słońca.
Główna arteria jest pełna monumentalnych portyków. Stare, drewniane domy
są ukryte za linią ciężkich, nowych budynków o granitowych podstawach o wy-
szukanych gzymsach. Zrekonstruowana ulica Gorkiego ma prawie 60 metrów sze-
rokości. Dwie grupy posągów optymistów – silnych robotników ze swoimi dobrze
odżywionymi dziećmi, z wysokości dachów rozmyślają nad tłumem stojącym w
kolejce po zakupy.
Moskwa jest lepiej zaopatrzona w żywność niż prowincja, ścisk, przepychanie
się w sklepach spożywczych, nawet w tych eleganckich – w dawnym sklepie Eli-
zajew, który stał się „Gastronomią numer 1”. Wśród kryształów, złota i całej tej
paszteciarni architektonicznej rosyjskiego stylu z 1900 r., w dawnej piekarni Filipo-
wa, chleb jest trochę lepiej wypieczony i mniej czerstwy niż gdzie indziej. Chleb
czarny jest normą. Biały tylko dla bogatych po 4 ruble za kilogram.

88
Wódka jest jedynym produktem dostępnym dla każdego. Za droga jednak by ją
można pić co dzień. Na szczęście, bo pijaństwo jest sportem narodowym. W dni
wypłaty okolice zakładów pracy pełne są mężczyzn chodzących zygzakiem.
Drugą plagą miasta jest bandytyzm. Grabią, rozbierają, sztyletują nawet w
pełni dnia, w parkach i na mniej ruchliwych ulicach. W zatłoczonych tramwajach
ubrania są artystycznie pocięte brzytwami, znikają portfele. W Leningradzie nie-
legalny handel złotem funkcjonuje prawie jawnie o dwa kroki od Prospektu New-
skiego.
Gdy Stalin nie śpi, Moskwa pracuje całą noc. Tysiące urzędników przesiadują
po kilka godzin w swoich biurach. Ale liczy się przede wszystkim to – wracać do
pracy późno wieczorem i pozostawać na swoim posterunku do trzeciej lub czwar-
tej rano. Czeka się na telefon, wezwanie. Najwyżej postawieni – ministrowie i dy-
rektorzy – każą sobie w czasie tych przymusowych bezsenności wyświetlać filmy.
Zajęcie szlachetne, wybitnie lojalne. A czyż Stalin nie poświęca części swoich
nocy na przesiadywanie w sali kinowej Kremla? Interesowanie się kinem jest
więcej niż prawem, jest obowiązkiem. E.R., tłumaczka z angielskiego, otrzymuje
pokaźne honoraria krążąc w nocy po ministerstwach, by tłumaczyć amerykańskie
filmy. Stalin – wiadomo – lubi Chaplina i westerny.
W hotelu „Moskwa”, budowli 15–piętrowej, olbrzymiej i smutnej, sala restau-
racyjna opróżnia się dopiero o świcie. Pije się tam alkohol, ale tańczy grzecznie,
szczególnie tańce w rytmach już niemodnych: mazurki, czardasze. Nie ma jazzu.
Nie wolno. Dwa albo trzy tanga, jeden lub dwa foxtroty – to dopuszczalna granica.
Prawie wszędzie nauczyciele tańca uczą nieśmiałych młodych ludzi polki.
Moralność z czasów królowej Wiktorii. Szkoły są osobne dla chłopców i dziew-
cząt. Dyrektorka pewnego instytutu spotkawszy studentkę w sukni bez rękawów
zgromiła ją w ten sposób: „Nie zniosę prostytucji w swym zakładzie”. Jedyny
tolerowany występek – to alkoholizm.
Ludzie, którzy pozwalają sobie na luksus posiadania psa i własnego samochodu,
są uważani za ludzi o złym smaku. Widzi się w nich pogrobowców burżuazji. Mó-
wiono mi o starym bolszewiku, który przeżył represje 1937 r.: „Nie boi się niczego,
drwi, gdy mówią ‛on miał psa i samochód’ ”.
Mimo nieznacznej produkcji i opóźnień w dostawach, ceny i popyt na samo-
chody są umiarkowane. 9 tysięcy rubli kosztuje „Moskwicz”, 16 tysięcy „Pobieda”.
Nikt ich nie kupuje. Nie tylko dlatego, że wszystkie pieniądze wydaje się na życie.
Nie są potrzebne. Wóz służbowy z kierowcą prezentuje się okazalej. Korzysta się
z niego bez skrupułów do załatwiania spraw osobistych.

89
Jednym z najciekawszych miejsc w Moskwie jest Cocktailhall przy ul.Gorkiego.
Ciekawy głównie z powodu obcej nazwy, która mimo rosyjskiego szowinizmu nie
została zmieniona, a ponadto dlatego, że bywa tam – co w Moskwie jest bardzo
rzadką rzeczą – garstka młodych ludzi, trochę kontestatorów, trochę chuliganów,
którzy ryzykują własne bezpieczeństwo i objawiają głośno swą sympatię dla Sta-
nów Zjednoczonych. Pewnej nocy przy końcu 1952 roku młody, bardzo pijany
człowiek zawołał: „Niech żyje Harry Truman!”. Po dziesięciu minutach obili go
i uprowadzili.
Na głównych placach Moskwy ukazują się oczom przechodniów wysokie, dwu-
dziesto– lub trzydziestometrowe bogato iluminowane sosny. Pierwszy stycznia.
Oficjalne święto nawiązujące do tradycji i starego folkloru rosyjskiego Bożego
Narodzenia. Obecnie – Dziadek Mróz i wróżka Sniegułoczka. Ci, którzy chcą
obchodzić święta Bożego Narodzenia, mogą to robić 7 stycznia, zgodnie z kalen-
darzem juliańskim, który zachował się jedynie w Kościele prawosławnym, Nie
można przyznawać się do tego, że jest się wierzącym, jeśli się zajmuje jakieś stano-
wisko w społeczeństwie – wszystko jedno jakie, małe czy duże. Tylko stare kobie-
ty, bardzo biedne i bardzo uparte, które nie mają nic do stracenia, mogą jawnie
praktykować.
Rosyjski Kościół prawosławny jest tolerowany ale jest na marginesie. Stalin co
prawda obdarza jego zwierzchników odznaczeniami i zaszczytami. W dniach wiel-
kich uroczystości na Kremlu dawny seminarzysta Dżugaszwili podchodzi do drzwi
sali św. Jerzego, aby przyjąć starego patriarchę Aleksisa.
W zamian za to kler nie protestuje przeciwko kultowi Stalina. Przeciwnie,
modli się i nakazuje modlitwy za „przywódcę kochanego przez narody naszego
wielkiego państwa” („Dziennik Patriarchalny Moskwy”, maj 1952 r.).
Przywódca zrozumiał podczas wojny, że Rosjanie będą się lepiej bić, gdy będą
mogli połączyć patriotyzm z uczuciem religijnym, więc otworzył część cerkwi,
które dawniej kazał zamknąć (J. Göbbels, który nie cenił swego przeciwnika, jed-
nak za to pochwalił go w swoim dzienniku za spryt). Wojna się skończyła, dlaczego
nie iść po tej dobrej drodze? Stalin stał się patriotą rosyjskim. Kościół o charakte-
rze narodowym, tak dawniej zwalczany, teraz podobał mu się. Służył jego planom
rusyfikacyjnym. Na Ukrainie zainstalował go na miejsce Kościoła unickiego, któ-
rego duchowieństwo deportował i prześladował.
I w polityce zewnętrznej oddawane przez patriarchat usługi są wybitne. Jego
porte–parole, metropolita Mikołaj, objeżdża świat, jeździ z kongresu na konferen-

90
cję, majestatyczny, brodaty, elokwentny. Łowi partyzantów pokoju, wychwala
„ojca narodów”, potępia wojnę bakteriologiczną i Amerykanów.
Jest duchowym poręczycielem Kremla. Wywiera duże wrażenie ze swym
pastorałem i wielkim krzyżem na piersi, kiedy przysięga, że nie są winni i nie są
odpowiedzialni za masakrę oficerów polskich w Katyniu. Dzięki niemu od Paryża
po Jerozolimę pewna liczba wiernych Kościołowi spośród emigrantów rosyjskich
została przy hierarchii moskiewskiej. W sumie patriarcha i sekretarz generalny
mogą być zadowoleni ze swego niemego porozumienia.
Cerkiew posiada 22 tysiące kościołów (w porównaniu z 4200 istniejącymi przed
wojną), 30 tysięcy czynnych popów i 8 seminariów (te liczby zmniejszyły się po-
ważnie w czasach Chruszczowa, który kazał zamknąć wiele cerkwi). Od strony
władzy widać zadowolenie z tego zdyscyplinowanego alianta.
Stalin wie, że w tych warunkach chrześcijanin chodzący do kościoła jest mniej
niebezpieczny niż komunista, który czyta Trockiego. Konsekwentnie dozuje suro-
wość i dobroć. Zresztą, czy ktoś jest mistykiem, mało go to obchodzi. Według niego
Kościół jest organizacją, hierarchią. Ocenia jego funkcjonowanie ze znawstwem.
A poza tym Kościół prawosławny to jego młodość do osiemnastego roku życia.
Nie ma zaufania do innych wyznań, ponieważ nie są rosyjskie. Azjatyccy mu-
zułmanie czy katolicy z Azji centralnej są według niego ludźmi innej rasy, to siły
odśrodkowe, więc niebezpieczne. I on je tak traktuje. Baptyści zgniją w obozach
ze swym uporem.
Gdy chodzi o Żydów, jest mało ważne, czy praktykują, czy nie. Są prześlado-
wani od pięciu lat w najrozmaitszy sposób. Ale to dopiero początek. Będą ofiarami
następnej czystki wydanymi na łup zimą, która idzie.

91
ZIMA
1.
BIAŁE BLUZY

13 stycznia 1953 roku. Artykuł wstępny „Prawdy”, wielki i nudny jak zwykle, ma tytuł
„Budować szybko, solidnie i tanio”. Trzeba go szybko przelecieć. Poniżej kilka linijek mniej
banalnych: „Wczoraj w ‛Bolszom’ Stalin uświetnił swą obecnością koncert artystów pol-
skich”. Ale oto wysoko na prawo na pierwszej stronie rzuca się w oczy: „Nędzni szpiedzy
i zbrodniarze pod maską profesorów medycyny”. „W ZSRR – wyjaśnia artykuł – klasy
wyzyskiwaczy są już od dawna pokonane i zlikwidowane, ale pozostają jeszcze niedobitki...,
nosiciele myśli burżuazyjnych i burżuazyjnej moralności, ludzie ukryci, wrogowie naszego
narodu”.
Styl z 1937 r. Retoryka czystek. Stary terror się budzi. Na ostatniej stronie komunikat
TASS–a streszcza aferę: „Niedawno organy bezpieczeństwa państwa wykryły grupę terro-
rystów–lekarzy, których celem było skracanie życia osobistościom kierowniczym ZSRR
poprzez szkodliwe leczenie”. Ofiary? Najpierw sławny Andrzej Żdanow, długo traktowany
jako delfin Stalina, i Aleksander Szczerbakow, jak Żdanow członek Politbiura i jak on chory
na serce. Obaj zmarli i wierzono, że śmiercią naturalną. Ale nie: lekarze–zbrodniarze zapi-
sując im zgubne leki, skrócili im życie.
I dalej seria wysokich osobistości wojskowych, wśród których marszałek Wasilewski,
minister wojny, marszałek Koniew, jeden ze zwycięzców w bitwie o Berlin, marszałek
Goworow, jeden admirał. Generałowie wszyscy na szczęście żyją. Z nimi się nie udało.
Terroryści w białych bluzach chybili celu. Kryminaliści? W liczbie uczestników tej grupy
terrorystycznej: prof. Wowsi, prof. Winogradow, prof. Szogan, prof. Kogan, prof. Jegorow,
prof. Feldman, prof. Etinger, prof. Grinstein, prof. Majorow.
Na tych dziewięć nazwisk, sześć zostało zidentyfikowanych jako żydowskie. Sowieci są
ekspertami w tej trochę wątpliwej onomatyce. Utopione w masie słów dwa małe „i drugi-

92
je” każą się domyśleć, że lista jest niepełna. Są jeszcze inni oskarżeni, których się nie wy-
mienia. Wymienieni są osobistościami ze szczytu. Wszyscy z wyjątkiem Majorowa są
kierownikami katedr. Są profesorami Akademii Medycznej. Trzej są znani ze swych znajo-
mości z zachodnimi kolegami, którzy ich poznali i spotykali na kongresach, rzecz bardzo
rzadka w czasach, gdy żelazna kurtyna oddzielała także uczonych.
Inny wspólny fakt. Są „lekarzami Kremla”, to są ci, do których miały zaufanie wysokie
osobistości. Niektórzy leczyli Maurice Thoreza i wyleczyli go. Dlaczego ci ludzie okryci
zaszczytami i rublami zdradzili?
Większa część tej terrorystycznej grupy – odpowiada komunikat – była połączo-
na z międzynarodową organizacją nacjonalistów żydowskich „Joint”, stworzoną
przez amerykańską służbę wywiadowczą. Ta organizacja miała świadczyć pomoc
materialną Żydom z innych krajów. Wowsi objaśnił w instrukcji, że otrzymywał dyrektywy,
by „zniszczyć kadry kierownicze ZSRR”, te dyrektywy były z USA, z organizacji „Joint”,
przekazane za pośrednictwem lekarza z Moskwy Szymeljowicza i żydowskiego burżuazyj-
nego nacjonalistę Mikoelsa. Szymeljowicz był ordynatorem wielkiego szpitala Botkin, Mi-
koels, bliski krewny prof. Wowsiego, był dyrektorem i sławą znanego Teatru żydowskiego
w Moskwie, zdolnym aktorem. Stalin wzywał go kilkakrotnie, aby mu prywatnie recytował
Szekspira. Później kazał go zabić wydając rozkaz, aby to morderstwo ukryć podając jako
wypadek na drodze. Ale ta śmierć była w styczniu 1948 roku. Więc spisek trwał aż pięć lat?
Co wtedy robiła sowiecka służba bezpieczeństwa? Niedbalstwo? Udział w zbrodni? Już
wyróżnia się jeden z kierunków w jakim idą uderzenia.
Według komunikatu trzej lekarze byli agentami angielskiej służby wywiadowczej. Prze-
ciwnik jest zdziwiony. Stalin czuje respekt niemal zabobonny w stosunku do angielskiej służby
wywiadowczej. Jego pierwsze lektury polityczne przy końcu ubiegłego wieku pozostawiły
mu obraz potężnej i przerażającej Anglii, kraju triumfującego kapitalizmu. W stosunku do
Niemiec miał mniej nieufności, mimo złych lat wojny, Hitler nie wchodził w schematy inte-
lektualne jego młodości.
Ten wielki proces ma trzy powody. Po pierwsze Stalin wierzy w spiski. Boi się ich.
Kiedy prasa donosi o zakusach wymordowania „kadr kierowniczych”, to i jego nazwisko
trzeba odczytać w tym drobnym druku. Jego nazwiska tam, się nie umieści, nie napisze się
jasno, bo boga się nie zabija. Ale czekiści wiedzą, co o tym myśleć, oni, którzy spędzają
wiele czasu prowadząc dochodzenia w sprawie intryg przeciwko jego osobie. Te docho-
dzenia w znacznym stopniu są wyimaginowane, ale ich sytuacja, ich bezpieczeństwo zależy
od tej gotowości w stosunku do patrona.

93
Ileż to lat upłynęło jak członkowie Komitetu Centralnego, obdarzeni pozwoleniem nosze-
nia broni od wojny domowej, są proszeni, by zostawili swoje rewolwery w westybulu, gdy
sekretarz generalny ma ich przyjąć.
Nawet jeśli w głębi serca wie, że lekarze są niewinni, w jakimś kąciku mózgu czai się
zawsze: „nigdy nic nie wiadomo” . A przecież niektórzy z tych lekarzy leczyli i jego także.
Po wtóre wielki proces jest sygnałem. Daje pretekst do przeprowadzenia czystki. In-
strukcja fabrykuje podejrzanych jak w reakcji łańcuchowej; ktokolwiek zna oskarżonego,
może stać się oskarżonym. A przede wszystkim dobrze zgrane „rewelacje” wytwarzają kli-
mat, budzą obsesje, poczucie osaczenia. Afera leningradzka oczyszcza kadry, ograniczone
czystki z 1949 roku były tylko próbą. Oto wraca czas wrogów ludu.
I wreszcie ten wielki proces pozwoli uregulować sprawy rodzinne. W tym porządko-
waniu idei widać dobrze w kogo się mierzy.
Kierownicy Ministerstwa Zdrowia najpierw „nie stanęli ma wysokości zadania” – mówi
„Prawda” – „nie podejrzewali działalności terroryzmu i sabotażu budzących wstręt degene-
ratów”. Smirnow wpadł w pułapkę, zastąpiony bez rozgłosu przez Andrieja Tretiakowa.
Bardziej znaczące są oskarżenia przeciwko policji: „Pewne z naszych organów i ich
kierowników stracili czujność”. Organy bezpieczeństwa nie wykryły w porę... A przecież te
organy powinny być szczególnie czujne”. Abakumow, minister bezpieczeństwa państwa,
dostaje dymisję, ponieważ odmówił demaskowania lekarzy. Był protegowanym Berii, który
znajduje się teraz w pierwszej linii otrzymujących ciosy.
Kłopoty Berii odbijają się na jego starszym towarzyszu Malenkowie (widywano ich
niekiedy idących razem pod ramię jak dwóch dobrych kolegów). Widać to teraz w cytatach
prasy jak na barometrze.
Przez przypadek, a może nie, Ignatiew, nowy kierownik bezpieczeństwa państwa, w zło-
śliwy sposób szykanujący ludzi Berii – jest człowiekiem Chruszczowa.
(Chruszczow podczas wielu lat będzie bronił Ignatiewa. W swoim przemówieniu na
XX Zjeździe będzie usiłował pomniejszyć rolę swego protegowanego w sprawie lekarzy
przedstawiając go jako nieszczęśliwego i terroryzowanego groźbami przez Stalina).
Wszystko toczy się w wielkim pośpiechu. Oskarżeni są bici, bici i jeszcze raz bici. To
oznaka zniecierpliwienia. Trzeba, żeby podpisali swoje zeznania i to szybko. Stalin przy-
nagla. Angażuje się osobiście w przebieg śledztwa, żąda brutalności i pośpiechu, łaje, grozi.
Prof. Wasilienko, jeden z tych „innych”, a więc jeden z anonimów, których TASS nie
wymieniła po nazwisku, wracając z Chin, gdzie był otaczany opieką przez wielką osobistość,
być może przez samego Mao Tse Tunga, został zatrzymany zaraz na granicy i sprowadzo-
ny w wielkim pośpiechu do Moskwy. Wtrącono go do więzienia w Lefortowie, więzienia

94
z czasów carskich, które w czasach stalinowskich stało się jednym z najcięższych więzień.
Bito go tam straszliwie. Po kilku tygodniach nie miał zębów.
Sławnego prof. Winogradowa – 70–letniego laureata nagrody stalinowskiej zakuto w
kajdany. Niektórzy myśleli, że sprawiedliwości stało się zadość, gdyż w 1938 roku Winogra-
dow zeznawał jako ekspert w procesie swoich dwóch kolegów po fachu, oskarżonych o to,
że chcieli zatruć sławne osobistości (Gorkiego, Kujbyszewa i Mienżyńskiego). Obciążył ich
wtedy bez litości.
Oskarżeni nie będą rozstrzelani, lecz powieszeni. Dekret wojenny wprowadził ten spo-
sób egzekucji gdyż jest on bardziej ponury i bardziej hańbiący.
Po czym czystka będzie swobodnie się rozszerzała.

2.
W JEROZOLIMIE I GDZIE INDZIEJ

13 stycznia wieczorem w Jerozolimie Jakub Kalmans słucha wiadomości radio-


wych. Dowiedziawszy się o aresztowaniu w Moskwie lekarzy sowieckich, słabnie
i umiera na skutek ataku serca. Rabin Jakub Kalmans pełnił w Moskwie służbę
z ramienia swego kraju do 1933 roku. Jego syn, profesor medycyny, pozostał tam
jeszcze a od sześciu miesięcy nie odpowiada na listy.
Wielu w Izraelu odbiera wiadomość o „spisku lekarzy” jako groźbę skierowaną
w ich kraj.
W maju 1948 roku Związek Sowiecki jako pierwsze z wielkich państw uznał
Izrael de iure. Golda Meir, mianowana ambasadorem izraelskim w Moskwie, została
tam przyjęta triumfalnie, zbyt triumfalnie jak na Kreml, którego rozdrażnił entu-
zjazm Żydów sowieckich okazywany przedstawicielce obcego przecież państwa.
Od tej pory dyplomacja sowiecka dokonała obrotu o 180 stopni. Konsekwencje
tego obrotu są teraz aż nadto odczuwalne. Sprawa lekarzy, oprócz tego, że zdradziła
napięcia wewnętrzne, zapisała się w polityce międzynarodowej. Antysyjonistyczna
kampania prowadzona przez wiele miesięcy we wszystkich krajach socjalistycz-
nych pokazuje, że Związek Sowiecki nieodwracalnie staje teraz po stronie Arabów.
Po bardzo dogodnym i w odpowiednim czasie wybuchu bomby przed poselstwem
sowieckim w Tel Awiwie, Kreml zerwał stosunki dyplomatyczne z Izraelem.

95
Stalin zawsze jednym kamieniem zadaje dwa ciosy. Machinacje kapitalistów to
atak na partię socjalistyczną! Od razu spisek białych bluz wszedł na teren zimnej
wojny. Podekscytowani komuniści całego świata zareagowali podobnie jak rosyj-
scy. Nie można milczeć, kiedy została wywołana groźba okrążenia ZSRR. Bojow-
nicy zespolili się jeszcze bardziej i zdusili zdradzieckie wątpliwości i pytania, jakie
mogły zakiełkować w głębi ich świadomości.
Z pomocą przyszła im gwałtowność wrogich reakcji. Antysemityzm Stalina
porównuje się z antysemiztyzmem Hitlera. Tytuł w „Aurore”: „Stalin jak Hitler”.
Tytuł w „Daily Mail”: „Mein Kampfski”. Bardziej stonowany, ale również mocny,
jest Raymond Aron w kronice „Figara”: „Surrealizm, który wymyślili policjanci.
Nędza tego pomysłu – dodaje – mechaniczne powtarzanie tematów zdradzają myśl,
która może się rozwijać samowolnie bez kontroli umysłu jak we snach lub maja-
czeniu obłąkanego”.
Wierny komunista powie, że jeżeli prawica protestuje w ten sposób, jest jasne,
że Stalin ma, jak zawsze rację. „Figaro” wysyła dziennikarzy z ankietami na ulice.
Zebrali oni w dzielnicach robotniczych uderzające odpowiedzi:
Kierowca z ul. Republiki St. Denis: „Lekarze są po to, aby leczyć ludzi, a nie
ich zabijać.”
Murarz: „Dawno już powinni być aresztowani. Mam nadzieję, że szybko ich
rozstrzelają”.
Bertrand Jardel, ul. Belleville, tokarz: „Nie znałem czegoś podobnego. Ale ci
zdrajcy, zbrodniarze opłacani przez kapitalistów muszą być straceni”.
M.H.P. robotnik w fabryce Simca w Nanterre: „Ci lekarze kryminaliści to nik-
czemnicy. Bo kiedy chorzy ufają im, korzystają z tego zaufania i mordują ich. Mam
nadzieją, że ich powieszą”.
M–lle P.A., studentka: „Podejrzewam, że każdy sowiecki Żyd przywiązany do
budowy swego kraju, czując się obywatelem sowieckim doznaje potrzeby odcięcia
się od ruchu syjonistycznego, który ma swą siedzibę w Waszyngtonie a nie w Jero-
zolimie. Wierzę w winę tych lekarzy. Wydaje mi się normalną rzeczą po doświad-
czeniach, że trzeba mieć więcej zaufania do ‛Prawdy’ i do ‛Humanite’ niż do
‛Figaro’ i ‛New York Herald Tribune’ ”.
Dziesięciu lekarzy francuskich, z których pięciu jest pochodzenia żydowskiego,
pisze do „Humanite”, uznając słuszność aresztowania ich kolegów sowieckich.
A zresztą przekonanym nie brak wyjaśnień, aby się upewnić. Antysyjonizm nie
ma przecież nic wspólnego z antysemityzmem. I gdy ZSRR skazuje żydowskiego

96
nacjonalistę burżuazyjnego, to robi to widząc w nim nacjonalistę i burżuja , nigdy
zaś Żyda.

3.
NARODOWOŚĆ ŻYDOWSKA

Mordercze wewnątrz mrugnięcie oka do uspokajających za granicę. Bo w opinii


sowieckiej Stalin absolutnie nie dążył do pomniejszenia antysemickiego aspektu
tej sprawy. Przeciwnie, przesadzał, wyolbrzymiał go.
Z piętnastu aresztowanych lekarzy, sześciu było z pochodzenia Izrealitami. Ale
oficjalny komunikat spowodował, że mniejszość staje się gatunkową większością.
TASS podała tylko dziewięć nazwisk, z których sześć jest żydowskich. Sześć na
dziewięć! Naród rozumie tę półprawdę jako spisek żydowski. („Drugije” – to sześ-
ciu lekarzy aresztowanych i torturowanych z innymi, ale których nazwisk komuni-
kat nie wymienił; to profesorowie: Wasilenko, Zdenin, Preobrażenski, Popowa,
Zakusow, Szereszewski – kolekcja rosyjskich i ukraińskich nazwisk. Gdyby podano
te nazwiska, spisek stałby się bardziej słowiański).
Wrażenie po ogłoszeniu komunikatu było niesłychane. W szpitalach chorzy po-
szaleli, odmawiali przyjmowania lekarstw. Niektórzy bili się z lekarzami. W Tom-
borowie jakiś pijak rzucił się na ulicy na intelektualistę w okularach: „Nędzniku,
to ty dałeś pigułki moim dzieciom! Wy, Żydzi! Wy wszyscy jesteście zbrodniarza-
mi!”. Na szczęście przechodził pułkownik, który znał ofiarę. Uniform uspokoił
pijaka i uratował intelektualistę, który zresztą nie był ani Żydem, ani lekarzem.
Psychoza ogarnia nawet chorych dygnitarzy. Młody historyk. Rumun Georges
Haupt studiuje w tym czasie na uniwersytecie w Leningradzie. Chory, a dzięki temu,
że jest obcokrajowcem, przebywa w szpitalu w sali dla dygnitarzy. Jego sąsiedzi to
dyrektor, adiunkt olbrzymich zakładów w Kirowie, pułkownik „bohater Związku
Sowieckiego” i wysoki funkcjonariusz partii. Jak tylko odczytali komunikat, zażą-
dali zmiany lekarza. Ten, który ich leczył, był podejrzany, miał biblijne, imię.
Erenburg opowiada: „Pewien agronom zaprzyjaźniony z Sartrem spędził swe
wakacje w Jałcie. Wrócił wcześniej niż przewidywał. Powiedział mi, że jego żona
bała się: ‛Opuśćmy sanatorium już dziś, otrują nas’. Lekarka mówiła: ‛Wczoraj
łykałam cały dzień pigułki i proszki za dziesiątki chorych. Chorzy bali się, że należę

97
do spisku’. Na rynku tyszyńskim pijak krzyczał: ‛Chcieli zabić Stalina!’ ” (Ilia
Erenburg: „Ludzie, lata, życie” – „Nowyj Mir”, IV, 1965 r.).
W Jarosławiu pewien bardzo cierpiący człowiek telefonuje z prośbą o lekarza
do domu. Przybywa lekarka, chce zrobić zastrzyk. Jest Żydówką. Żona chorego
interweniuje: Nie, jej mąż nie potrzebuje niczego. Już czuje się dobrze.
Wielki zbiorowy strach wychodzi z głębi wieków. Myśli się o „epidemii cho-
lery” z czasów caratu. Sami Żydzi wierzą w prawdziwość faktów. I liczebnie nie
są na końcu. W Moskwie młody poeta M., człowiek o wysokiej kulturze, spotyka
14 stycznia swego przyjaciela. Łka: „My, Żydzi jesteśmy podli. Władza sowiecka
dała nam wszystko. I oto jak okazujemy jej wdzięczność”.
Na Syberii hałas, jakby przefiltrowany przez odległość, traci na swej gwałtow-
ności. I ludzie są silniejsi. W Kemerowie górnicy żartują: „Ach te polikliniki.
I zdaje się, że wreszcie was otrują”. Polikliniki są ponurymi przychodniami, gdzie
leczy się chorych na ospałość połączoną z agresywnością.
W kraju Stalina medycyna nie jest sprawą priorytetową. Oprócz kilku specja-
listów wysokiej klasy, takich jak ci aresztowani, personel lekarski to przeważnie
biedne, źle opłacane kobiety. Lekarza „produkuje” się w ciągu czterech lat, co
wspaniale podnosi statystykę. Ale zdaje się, że Rosja w dużej swej części leczy
środkami domowymi, lekami mądrych babek, nacieraniem wódką. Higiena jednak
robi postępy.
Tu i tam słyszy się o bohaterach, w których trudno uwierzyć. S. P. Pisariew,
stały członek kadr, głęboko poruszony sprawą białych bluz, napisał do Stalina.
Wyraża w nim kilka wątpliwości w związku z pracą bezpieczeństwa państwa, suge-
ruje, żeby wina lekarzy była zweryfikowana przez innych sędziów śledczych.
Zapłaci za ten swój list dwuletnim pobytem w szpitalu psychiatrycznym.
Odrodzenie się antysemityzmu nie datuje się od wczoraj. Już podczas wojny
propaganda sowiecka, która z taką siłą pisała o zbrodniach nazistów, okazywała
się szczególnie dyskretna, gdy chodziło o najbardziej ewidentną masakrę Żydów.
I niejeden oficer Żyd na froncie był zdziwiony, że jego awans jest zablokowany na
korzyść jego kolegi Rosjanina.
W 1948 roku sprawy stały się zupełnie jasne, gdy Stalin rozwiązał „Żydowski
Komitet Antyfaszystowski”, który mu oddawał wielkie usługi podczas wojny, zli-
kwidował teatr żydowski w Moskwie i wszystkie żydowskie instytucje kulturalne,
zamknął lub sterroryzował za rzekomy totalitaryzm ich kierowników. Od tego czasu
czyści aparat partii i ministerstwa z elementów żydowskich na wszystkich szcze-

98
blach władzy. Wprowadził numerus clausus w wyższych zakładach naukowych,
w instytutach i nawet w różnych zakładach pracy.
I Żydzi szli do obozów koncentracyjnych lub do wspólnych grobów. Jeden z by-
łych więźniów wspomina, że w 1949 roku w więzieniu na Łubiance był jedynym
Rosjaninem w sześcioosobowej celi. Jego pięciu współtowarzyszy to byli Żydzi.
Pewien Bałt w 1945 roku otrzymał „dyplom honorowy” od władz za to, że w
czasie okupacji niemieckiej ukrywał Żydów sowieckich. W cztery lata później te
same władze wsadziły go do więzienia za spiskowanie z syjonistami.
Ci, którzy uniknęli pogromów niemieckich na Ukrainie i Białorusi, zostali pod-
dani nowym represjom, najpierw ukrytym, później już masowym.
Represje szczególnie wymierzone są w inteligencję. Wiosna kultury żydowskiej
– pięknie rozwijająca się w 30–leciu – powinna być zniszczona aż do fundamen-
tów. W kilka dni po ujawnieniu „afery białych bluz” Ester Markisz, żona pisarza,
tłumacza licznych autorów francuskich, została deportowana do Azji z dwoma
synami. Motywy: „członek rodziny to zdrajca ojczyzny”. Jej mąż Perec Markisz
został rozstrzelany 12 sierpnia z 24 innymi intelektualistami żydowskimi. „To był
– mówi Manes Sperber – najlepszy poeta jidisz naszej generacji. Jego żona nie
wie, że jest wdową. Policja jej nie mówi”.
Stalin był rozgoryczony i zgnębiony, że jego córka mając 16 lat zajęła się Żydem,
filmowcem A. Kaplerem. A trochę później wyszła za mąż za Grega Morozowa
również Żyda. Nie chciał spotykać tego zięcia.
Ta awersja do Żydów datuje się od dawna. Młody bolszewik pozwala sobie na
niewybredne żarty o „talmudystach”, których w partii było dużo. Ci żarliwi inte-
lektualiści w okularach: Trocki, Kamieniew, Zinowiew, Radek, irytowali go. Oni
traktowali go jako niezdarę, kogoś gorszego. I bardzo szybko i doszczętnie ich
zniszczył. Wziął odwet za naród, o którym się dowiedział w szkołach rzeczy wiel-
kich. Stąd do nacjonalizmu, szowinizmu i rasizmu jego dojrzałego wieku droga nie
była długa.
Zresztą antysemityzm się opłaca. Sowieci cierpią głód, boją się, dobrze będzie
im dać kozła ofiarnego i dokładnie tego samego, którego mają od dawna.
Święty depozytariusz rosyjskiej przeszłości narodowej, generalissimus nie ma
już Żydów w swoim bezpośrednim otoczeniu, poza Kaganowiczem, który nabożnie
oklaskuje wszystkie poczynania antysemickie. Brat Kaganowicza zadenuncjowany,
wolał popełnić samobójstwo. Wśród pisarzy pochodzenia żydowskiego Ilia Eren-
burg płynie po powierzchni, 27 stycznia otrzymuje z pokorą stalinowską nagrodę

99
pokoju: „Jest to dla mnie wielki zaszczyt, że mam prawo na swej piersi nosić ob-
raz, który żyje w sercach wszystkich Sowietów”. Chociaż w swym przemówieniu
uniknął potępienia zbrodniarzy w białych bluzach, a co stało się już prawie obowią-
zujące. Intelektualiści żydowscy oskarżają go jednak o gorsze kompromitacje.
Stalin dążył do zniszczenia zwycięstw rewolucji możliwie cicho. Odbiera
Żydom ich godność robiąc z nich od nowa obywateli drugiej klasy.
Już od kilku lat „narodowość” żydowska nie była prawie brana pod uwagę.
Teraz jest ponieważ w ZSRR, państwie wielonarodowościowym, jest się jedno-
cześnie członkiem wielkiego kolektywu i członkiem grupy etnicznej.
Toteż wpisuje się w dwóch różnych linijkach paszportu wewnętrznego: Obywa-
telstwo – sowieckie, narodowość – ......
Beria jest Sowietem narodowości gruzińskiej, Mikojan – Sowietem narodowości
armeńskiej, Kosygin – Sowietem narodowości rosyjskiej, Kaganowicz – Sowietem
narodowości żydowskiej .
G.R., lekarce, która przez całą wojnę pracowała w szpitalach frontowych i która
miała bardzo dobrą opinię podczas demobilizacji, zaproponowano: „Jeżeli chcecie,
możemy wam w paszporcie dać pieczątkę narodowość rosyjska”. Odpowiedziała
że była zawsze Żydówką. Idealistka i młoda, nie zrozumiała, że zaproponowano jej
łaskę. Teraz żałuje: po komunikacie o lekarzach–zbrodniarzach wielu lekarzy utraci-
ło swoje stanowiska w szpitalach i leczą katary w dzielnicowych przychodniach.
Czy po niezliczonych aresztowaniach, ale zachowując jeszcze charakter aresz-
towań indywidualnych dojdzie do zbiorowej deportacji Żydów? Stalin często ude-
rzał w małe narodowości: Tatarów Krymskich, Niemców znad Wołgi, Kałmuków,
Czeczenów, Inguszów z północnego Kaukazu, skreślał z mapy wysyłając ich na
daleką północ, do Azji centralnej lub na Syberię. Czy zechce to samo zrobić z dwu
i pół milionami należącymi do „narodowości żydowskiej”?
Roj Miediwiediew opowiada o wiecu w fabryce traktorów w Stalingradzie, w jed-
nym z najważniejszych miejsc przemysłu sowieckiego. Robotnicy podjęli tam
uchwałę żądającą przesiedlenia Żydów grupami, w jakieś wybrane miejsce.
Koniec stycznia 1953 r. Po dziesięciu latach więzienia Ignacy Szenfeld, Polak,
aresztowany przez Sowietów, zostaje zwolniony z obozu, ale zostaje deportowany
do okręgu Kazaczynskoje, na Syberii.
Kraina wielce niegościnna, śmiertelne zimno. Sprzedawszy parę starego obuwia
i dysponując paroma rublami, wchodzi do herbaciarni, aby się rozgrzać szklanką
herbaty. Przed herbaciarnią zatrzymuje się wóz, wchodzi jakaś bogata persona w

100
futrzanym płaszczu, w bufiastych spodniach do konnej jazdy, które Sowieci nazy-
wają „galifetami”. Zamawia dostatni posiłek, siada przy stoliku. W chwilę później
wchodzi podobny jegomość. Okazuje się, że są to policjanci. Jeden miejscowy,
drugi z Krasnojarska – tej samej rangi. Znają się, rozmawiają, nie zwracają uwagi
na nędznego konsumenta siedzącego w kącie. – Co ty tu u nas robisz? – Przygoto-
wuję obóz dla Żydów. Szukam odpowiedniego miejsca.

4.
KOSMOPOLICI

Zaczęło się poszukiwanie Żydów we wszystkich ministerstwach, w całej admi-


nistracji. Wielu nie deklarowało swego pochodzenia, według paszportów byli
Rosjanami, Ukraińcami, Białorusinami. Badano tedy jakich mieli przodków, inte-
resowano się ich orlimi profilami, nastawiano uszu, czy akcent nie jest przypad-
kiem nosowy, badano nazwiska, imiona, rodowody. W niektórych administracjach
wyspecjalizowane komisje pomagały w tej pracy kadrom. Po posiedzeniu ogła-
szano listy zwolnionych.
Indywidualne sposoby mogły być jeszcze bardziej przykre. Młody redaktor,
Rosjanin według paszportu, został wezwany do swojego szefa. Szef zamyka
drzwi na klucz i żąda, by mu pokazał, że nie jest obrzezany.
W radiu pracuje dość ponury funkcjonariusz nazwiskiem Driesen. Nazwisko
podejrzane (wielu rosyjskich Izraelitów ma nazwiska o brzmieniu niemieckim).
Czuje zbierające się niebezpieczeństwo podejrzenia nad swoją głową. Ale Drie-
sen nie jest Żydem, ale baronem. Baronem von Driesen. Baronem bałtyckim.
Pochodzenie ma kontrrewolucyjne. Udało mu się ukrywać je przez więcej niż
30 lat, co jest wyczynem prawie bohaterskim. Każdy Sowiet powinien wypełnić
ogromny kwestionariusz, długi na pięć stron, na każdym etapie swej egzystencji:
gdy wstępuje na uczelnię, gdy idzie do wojska, gdy szuka pracy, gdy zmienia
pracę. I za każdym razem, gdy władza tego żąda. Pytania nie pozwalają niczego
ukryć, pozostawić w cieniu. Czy byłeś za granicą? Czy masz tam rodziców? Czy
ktoś z twojej rodziny był skazany? W jakich okolicznościach? Czy ktoś z twojej
rodziny służył niegdyś w białej armii? Każde „tak” oddala od ciebie ciekawsze
stanowisko pracy i zbliża największe zmartwienia.

101
Dzięki utracie pamięci i przebiegłym oszustwom, Driesenowi udało się rok
po roku ukrywać, że był arystokratą, wrogiem klasowym. Dzięki temu zdołał
utrzymać się w tej dobrej, lekkiej pracy. I oto teraz może być z niej wygnany z
powodu tego qui pro quo. Teraz decyduje się wszystko powiedzieć, wygrzebuje
z głębokiego ukrycia rodzinne pergaminy, dokumenty szlachectwa i idzie do kadr
bijąc się w piersi: „Kłamałem przed wami. Oto kim jestem”. Twarze przed nim
się odprężają. Mówi się głosem podniesionym, ale dla zasady, ale po ojcowsku:
„Ach tak? To było tak? Dlaczego nie powiedziałeś o tym wcześniej? Moglibyście
mieć wielkie kłopoty”. I baron wrócił do swej pracy w dobrym humorze.
Oficjalny szowinizm idzie w parze z antysemityzmem. Szowinizm prawie
wzruszający w swym infantylizmie. Ten cierpiący naród, który wciąż musi my-
śleć o swoich cierpieniach,jest zapraszany – klasyczne odwrócenie uwagi – do
życia w ekstazie na punkcie swego geniuszu. Wszystko wynalazł Popow. Każde
wielkie odkrycie ma ojca Rosjanina, którym teraz zajmuje się prasa, z wielkim
hałasem wydobywając go z przeszłości. Ta rewindykacja nie zawsze jest pozba-
wiona podstaw – od żarówki do transmisji radiowej wynalazcy rosyjscy okazują
wiele geniuszu. Absurdem jest ich systematyka. W podręczniku radiologii i radio-
terapii opublikowanym w tym czasie nie wspomniano nawet nazwiska Rentgena.
To Łomonosow, wielki dydaktyk rosyjski, zbadał prawie półtora wieku wcześ-
niej promienie X.
Uczonego oskarża się o płaszczenie i pochlebstwo, jeśli ośmieli się złożyć
hołd pracom zagranicznym, „pseudonauce burżuazyjnej”. Krótko mówiąc – to
kosmopolityzm. To ciężki grzech. Bo badania, skoro są dotowane, a są sprzeczne
ze stanowiskiem partii, zwalczane są z całą bezwzględnością. Trofim Łysenko,
fanatyk o zapadłych policzkach, promowany na wielkiego genetyka, spowodo-
wał wysłanie do obozów koncentracyjnych swoich kolegów, którzy ośmielili się
wątpić w dziedziczenie charakterów nabytych. Byli to uczniowie mnicha Men-
dla.
Niekiedy ci terroryzowani badacze ośmielają się drwić po cichu, opowiadać
na ucho którąś z tych historii, które mszczą się na rzeczywistości. Oto np. fizyk
broni swej pracy doktorskiej. Powołuje się często na teorie niejakiego Odno-
kamuszkina – nazwisko rosyjskie, ale nieznane. Na wszelki wypadek chwali się
kandydata. Po zakończeniu przewodu pociągnięto dyskretnie za rękaw nowego
doktora. – „A któż to jest ten Odnokamuszkin?”. – „Einstein” – pada odpowiedź.
Jakież to śmieszne historie mogą się rodzić w takiej epoce, która jest również
epoką wielkiej odwagi. Każdy dowcip może spowodować śmierć. Inteligencja

102
obcuje na co dzień ze szpiclami, którzy słuchają i donoszą, z prowokatorami,
którzy wywołują rozmowy, a później denuncjują. Nikt nie jest pewny. Ukochany
uczeń, jowialny pracownik laboratorium, roześmiany kolega, cieszący się sza-
cunkiem szef, mogą pewnego dnia stać się oskarżycielami powodowani ambicją,
strachem, różnymi kłopotami, głupotą, zemstą albo konformizmem politycznym.
Najczęściej strachem.
Oto sytuacja, którą przedstawia inna historyjka z tych czasów, doskonała
w swej zwięzłości:
Sowiet patrzy na swe odbicie w lustrze, i szepcze ponuro: – Jeden z nas dwóch
jest na pewno prowokatorem.
Idąc za falą oficjalnego szowinizmu, język rusyfikuje się do ostateczności.
W aptekach „sól angielska” przeciwko obstrukcji staje się „solą gorzką”, piekar-
nie zmieniają „chleb francuski” na „chleb miejski”, kawa „Nord” staje się kawą
„Siewier”. Na boiskach footballowych nie należy mówić „penalty”, lecz „sztraf-
noj”.
„Wśród łąk malachitowych rzeka Kripon wije się srebrną wstęga. W dali tych
łąk widać las stuletni jak mur z brązu. Między sosnami i tu i tam widać dacze jak
domki z bajek” (”Prawda” z 7 lutego 1952 r.). Wyrzekając się zwykle surowego
tonu, „Prawda” tym kwiecistym wstępem zapowiada felieton. Nic jednakże nie
ma on wspólnego z tym, co się tak nazywa w dziennikach francuskich. Wcale nie
chodzi o powieść. Felieton po sowiecku jest satyrą podszytą kazaniem. A przede
wszystkim denuncjacją. „Brzydki” lub „brzydcy dnia” są wyznaczeni na publiczne
karcenie, wymienieni z nazwiska, z ich tytułami i właściwościami. Skorumpo-
wani biurokraci, „aparatczyki” już nieczynni, ulicznicy i chuligani, lichwiarze,
wielcy oszuści – wszyscy wydani są na sąd publiczności. Być w ten sposób zaata-
kowanym oznacza co najmniej zakończenie kariery, a często i jeszcze gorzej.
Gdy funkcjonariusze rano w dziennikach wyczytają swoje nazwisko w takim
felietonie – popełniają samobójstwo. W powyższym felietonie autorzy denuncju-
ją – jest ich dwóch do tego celu – handel srożący się w spółdzielczej willi koło
Moskwy. Spółdzielnia ta założona niegdyś po to, by zasłużeni pracownicy mogli
odpoczywać na świeżym powietrzu, stała się teraz państwem handlarzy.
Opowiadano tu nie bez podniecenia o przyjęciu nowego kandydata, dyrektora
technicznego pewnego kombinatu: – Czym – pytano go – moglibyście się przy-
czynić dla naszej spółdzielni? – Mój kombinat – odpowiada ten niedbale – pro-
dukuje artykuły filcowe, walonki...

103
Porozumiewano się półsłówkami. Członkowie Rady Spółdzielni otrzymają 40
par filcowych botów a nowy członek spółdzielni od przyszłej soboty sprowadzi
się do swej daczy.
„Wynajmuje się, sprzedaje i odsprzedaje z ręki do ręki – donosi artykuł –
podpisuje się jakimś nazwiskiem, później innym, i pokoje, całe kondygnacje
z werandami, całe wille z ich przynależnościami mają nowych właścicieli. Na
tyłach tej spółdzielni funkcjonuje prywatny gabinet do załatwiania tych śmiałych
przedsięwzięć”.
Ten obrazek obyczajowości jest interesujący. A jeszcze bardziej interesujące
są nazwiska. Artykuł mówi o ofierze, skromnym emerycie, który od lat czeka na
daczę, do której ma prawo. Ma stare rosyjskie nazwisko: Trofim Michajłowicz
Klimow. Między oszustami zaś jest w bród Kristalów, Halperinów, jest Raisa
Khait, fabrykant Lewisow. Nazwiska o obcym brzmieniu, które czytelnikowi
podsuwają myśl– „Znowu Żydzi”.
Melodia jest zawsze ta sama. Podczas całego roku 1952 i na początku 1953
we wszystkich felietonach czytuje się nazwiska oszustów mających żydowskie
nazwiska („Prawda” z 4.8, 11.8, 27.10, 18.11. w 1952 r., z 1.2, 7.2 w 1952 r. itd.).
Tak podsycana nienawiść rasowa fermentuje jak w hałaśliwych odlewniach.
Kilka starych kobiet w Moskwie przypomina sobie historię, w którą ich słu-
żące wierzyły bez zastrzeżeń, a która pochodzi właśnie z tamtych czasów. Jest to
historia spisku żydowskiego, który miał miejsce w stalinowskich zakładach samo-
chodowych, a którego celem było wysadzenie w powietrze Moskwy. Prasa nie
kompromituje się takimi plotkami, kontentuje się hipokrytycznym podjudzaniem.
Prasa stalinowska jest bardzo precyzyjną maszyną, praca w niej jest podobna do
pracy w złotnictwie. Żydowskie nazwiska rozsiane po felietonach, kilka zakrzy-
wionych nosów w karykaturze – to wystarczy. Niekiedy gra słów, tak jak rysunek
na okładce „Krokodyla” przedstawiający filmowca Michaiła Romma zatopionego
w książce Gide’a. Gide w cyrylicy pisze się Jid więc Żyd. Nie ma potrzeby zaj-
mować się zjadaniem rabina na każdej kolumnie. Czytelnicy sowieccy rozumieją
półsłówka.
Cudzoziemcy nie rozumieją. Ci, a jest ich mało, którzy przedzierają się praco-
wicie przez „Prawdę, widzą w felietonach tylko lekcje moralne i, nie doceniają
zgubnych następstw aluzji. Stalin, inaczej niż Hitler, nie pójdzie wykrzykiwać
swego antysemityzmu z dachów. Prywatnie co innego. Przyjmując Dżilasa w
1948 roku powiedział z sarkastycznym uśmiechem: „w moim Komitecie Cen-
tralnym nie ma Żydów. Wy także jesteście antysemitą, Dżilas, czy nie tak?”.

104
Było to w czasie rozmowy przy stole. Publicznie wolał zostać przy zdaniu, które
cnotliwie wypowiedział pewnego dnia: „Antysemityzm to skrajna forma raso-
wego szowinizmu, jest bardziej niebezpieczny niż kanibalizm”.

5.
WILK I CHŁOPI

Wschodzi nowa gwiazda na niebie czystości: Lidia Timoszczuk, lekarka. To


ona zadenuncjowała „dzikie zwierzęta o ludzkich postaciach”, to ona unicestwiła
spisek lekarzy. „Prawda” opowiada jej historię:
„Oto dwie osoby w białych bluzach spotkały się u wezgłowia chorego. Druga
bez ważnych dyplomów, ale posiadająca doświadczenie i wielkie umiejętności
zebrane w ciągu więcej niż 20 lat praktyki. Pierwsza to uczony o światowej sła-
wie, posiadacz wielu tytułów. Skromna lekarka zauważyła, że diagnozy sławne-
go profesora są fałszywe, że leczenie jest błędne. Taka znakomitość nie może się
aż tak bardzo mylić. Jest to więc wróg. Miała zatem przed sobą wroga i nie tylko
jednego, ale całą bandę wrogów Związku Radzieckiego, złośliwych, podstęp-
nych, zakamuflowanych. Rozpoczęła się walka, walka bardzo ciężka, gdyż ci
drudzy posiadali tytuły, wysokie stanowiska, byli otoczeni swoimi ludźmi. Ale ta
kobieta biła się, jak się bije z wrogami ojczyzny, na śmierć. Być może w tych
dniach widziała w swych myślach samolot w płomieniach, samolot, którego
pilotem był jej jedyny syn.”
Lidia Timoszczuk otrzymała Order Lenina. Prasa publikuje niezliczoną ilość
listów z życzeniami, które otrzymuje z czterech stron świata, listów z obfitością
wzruszających momentów. Reklamuje się jej portret–: „Wszyscy dorośli i dzieci
wieszają je w ramach na najgodniejszych miejscach, umieszczają w rodzinnych
albumach”. Pewnego wieczoru usłyszała w swoim telefonie nieznany głos, bardzo
wzruszony: „Dziękuję za to, że tak dbasz o czystość i honor naszej białej bluzy”
(„Prawda” z 20.2.1953 r.). W rzeczywistości Lidia Timoszczuk jest radiologiem
w szpitalu kremlowskim i kolaborantką bezpieczeństwa państwa. Tę denuncjację
prawdopodobnie jej podpowiedziano.

105
Dwa grzechy główne wyciągnięto na światło dzienne: beztroskę „bezpieczno-
sti” i „rotozjelstwo” czyli naiwność, głupotę. Beztroska i naiwność pozwoliły na
wciskanie się w życie społeczeństwa jego wrogów.
Wszędzie ryczy się o czujności, podejrzewa się, denuncjuje. Nie zapomina
się o dzieciach. „Teatr Młodego Widza” wystawił klasyczny utwór „Pawlik
Morozow”. Jest to historia chłopca, który w czasie kolektywizacji zadenuncjo-
wał własnego ojca i później został zabity przez kułaków. Bohater bardzo znany,
ponieważ daje się go uczniom za przykład i nazwano też ulicę w Moskwie jego
imieniem. Jeśli wierzyć sprawozdaniom, chłopcy i dziewczęta na sali oklaskiwali
z zapałem scenę, w której mały Paweł demaskuje swego ojca.
Siódmego lutego Stalin pokazuje się chętnie, przyjmuje ambasadora argen-
tyńskiego Leopolda Brewo, z którym rozmawia na temat handlu. W dziesięć dni
później kolej na ambasadora Indii Menona i dra Iziczlu, przewodniczącego hin-
duskiego ruchu „Partyzanci Pokoju”. Ci trzej twierdzą, że generalissimus wyglą-
da dobrze, ma umysł żywy, lotny. Wspaniały rozmówca. Ale ambasador Menon,
przystojny Hindus o poważnej twarzy notuje ze zdziwieniem, że jego rozmówca
rysuje wilki – jeden po drugim. Stalin zauważył, że jego gryzmoły interesują
gościa, mówi do niego, że chłopi rosyjscy dobrze znają wilki i umieją postępo-
wać z nimi. Niszczą je. Zresztą wilki o tym wiedzą i postępują konsekwentnie.
Stalin ze swymi żółtymi oczyma i czujną miną wyglądał jednocześnie jak wilk
i jak jeden z tych strasznych chłopów.

6.
PRZERZUCAJĄC NUMERY „PRAWDY”

21.1.1953 rok. Poemat M. Dudina: „Bądź razem i bardziej czujnym i bardziej


srogi. Im jesteśmy silniejsi, tym złośliwszy jest wróg”.
24.1. Naiwni: „...Nie wątpimy, że Rogowaja–Lewicka Kullai zostanie ukara-
na według swych zasług. Jedna sprawa nas niepokoi: czy sędziowie nie zapomną
w swym werdykcie o naiwnych, którzy pomagali awanturnicy w jej kryminal-
nych zabiegach? Ci naiwni powinni podlegać sankcjom surowym i zasłużonym”.
31.1. Wychowywać pracowników w duchu wysokiej czujności politycznej:
„Dziennik ‛Litwa Sowiecka’ wskazuje na to, że w republice zdemaskowano ko-

106
smopolitów, nacjonalistów burżuazyjnych, żydowskich i litewskich najemników
imperializmu amerykańskiego, którzy poświęcili się szpiegostwu i sabotażowi.”
Pod tą samą datą. Posiedzenie ogólne Akademii Nauk: „W konkluzji – wyjaś-
nia akademik Niesmiejanow – chciałbym przypomnieć, że obowiązkiem patrio-
tycznym uczonych jest powiększać czujność we wszystkich działach pracy, wal-
czyć z naiwnością, przez którą nędzna banda lekarzy sabotażystów mogła się tak
długo ukrywać”.
Pod tą samą datą. Naiwni są pomocnikami wroga: „Nie można wytłumaczyć
inaczej jak tylko naiwnością faktu, że w Akademii Kryłowa w Leningradzie przez
kilka lat kierował katedrą pewien Kanowicz, który nie zasługiwał na zaufanie
polityczne, który wychwalał wszystko co było zagraniczne. Opublikował kilka
książek w których ujawnił wiadomości absolutnie tajne”.
6 lutego. Czujność rewolucyjna: „Niedawno organy bezpieczeństwa państwa
aresztowały zdeklarowanego trockistę, agenta wywiadu zagranicznego, G.D. Gu-
rewicza. Wychowywał się w rodzinie mienszewika, członka Bundu... Gurewicz
pociągnął do pracy szpiegowskiej byłą współpracownicę jednego z instytutów
Akademii Nauk ZSRR E.A. Taratutę, którą obarczył zdobywaniem wiadomości
dotyczących odkryć uczonych sowieckich. Z powodu beztroski i naiwności współ-
pracowników instytutu, Taratuta mogła zdobyć kilka tajnych dokumentów”.
7 lutego. Krytyk dramatyczny N. Frołowa; Sztuka oskarżenia: „Zadaniem
satyry jest demaskowanie z gniewem, bez litości, z nienawiścią naiwnych i tych,
którzy ich popierają. S. Michałkow czuje się dobrze w sztuce komicznej... Ale
w jego utworze za mało jest satyry oskarżającej, demaskującej ludzi niebezpiecz-
nych i szkodliwych.”
14 lutego. Działalność terrorystyczna w Tel Awiwie i podwójna gra przywód-
ców Izraela . Autor – Jurij Żukow: „Naród sowiecki wyciągnie konieczne wnioski,
skonsoliduje bez zwłoki swe siły zbrojne i organizmy wywiadowcze naszego
państwa. Wypali czerwonym żelazem chorobę beztroski, niedbalstwa, wytępi
naiwność w swych szeregach”.
27 lutego. Poczta Lidii Timoszczuk; postawa formalistyczna: „Ostatnimi
czasy pracownicy ministerstwa mówią dużo o czujności, o walce z naiwnością.
Ale to, co się dzieje w ministerstwach, nie jest zgodne z tym, co się mówi. Tajne
dokumenty leżą w wielkich plikach w otwartych szafach i szufladach, dobrze że
nie pod stołami, na grzejnikach i parapetach.”

107
l marca. Sukcesy ZSRR podniecają wściekłość i nienawiść w obozie impe-
rialistycznym: „W tych warunkach należy domagać się od pracowników wzmoc-
nienia ich czujności politycznej, która wykorzeni naiwność i obojętność”.

7.
WIELKI DOM

Terror jest rządem ludzi,


którzy sami są terroryzowani

Fryderyk Engels

W takiej to atmosferze Łubianka ma pełne ręce roboty. Od zmierzchu do świtu,


w czasie zda się niekończących nocy zimowych, widać setki oświetlonych okien.
Łubianka wygląda jak statek–gigant zakotwiczony w sercu Moskwy.
Łubianka jest ministerstwem bezpieczeństwa państwa. Jest największą in-
stytucją w kraju. Ten, kto nią kieruje, jest potężniejszy niż marszałek ze swoimi
atomowymi zabawkami, ze swoimi dywizjami pancernymi. Zresztą ma ona także
dywizje wyposażone w najbardziej nowoczesną broń.
Urzędujący Ignatiew, nowy minister, jego zastępca Riumin, odpowiedzialny
za sprawę „białych bluz” i cały sztab wysokich funkcjonariuszy w cywilnych ubra-
niach i w mundurach, wszyscy są zajęci wychowywaniem obywateli w czujności.
Biura są obszerne i wystawnie urządzone, jak dawne pokoje reprezentacyjne
z końca XIX wieku, gdy budynek ten był zajęty przez Towarzystwo Ubezpieczeń
„Rosja”. Ale ci wszyscy funkcjonariusze wiedzą, że w każdej chwili mogą się
znaleźć o kilka korytarzy dalej, w więzieniu. Ostatnia czystka, która towarzyszyła
dyskretnej dymisji poprzedniego ministra, Abakunowa, ledwo się zakończyła.
Zawód czekisty jest najbardziej honorowany, ale nie jest wolny od niebezpie-
czeństw. Gdy więźniowie w obozach rozpoznają w nowych towarzyszach dawnych
dozorców lub prokuratorów, objawiają chęć wypatroszenia ich.
Ministerstwo Łubianka jest także i przede wszystkim więzieniem. Najsław-
niejszym z więzień wewnętrznych, należących wyłącznie do dyspozycji bez-
pieczeństwa państwa. Jest to świat zamknięty i utajony w samym środku miasta.
Naokoło stolica tętni życiem: Teatr Bolszoj, Teatr Mały, sławne hotele i restaura-

108
cje – Metropol i Savoy. Most Kuźniecki z licznymi księgarniami zaczyna się
o dwa kroki stąd. Ministerstwo Spraw Zagranicznych prawie naprzeciwko. Tuż
obok przy ul. Mała Łubianka – kościół katolicki św. Ludwika otwiera swe po-
dwoje dla kilku cudzoziemców.
Ze wszystkich stron klaksony samochodów, zgrzyty autobusów, gwizdy tro-
lejbusów, deptanie pieszych po szerokich chodnikach – jak morze.
Wewnątrz więźniowie nie słyszą nic, pogrążeni w przeraźliwej ciszy bez wia-
domości, bez wizyt, kompletnie odcięci od świata, jakby żyli na Marsie.
Z zewnątrz ciężka, brunatna konstrukcja z granitowym podmurowaniem zaj-
muje przestrzeń pl. Łubianka (przemianowany obecnie na pl. Dzierżyńskiego na
cześć założyciela Czeki) i ulicami Dzierżyńskiego, Kirowa i Furkasowskiego.
Rozpoznano w jej ornamentach część zbudowaną przed 1900 rokiem na
chwałę Moskwy (wiele towarzystw ubezpieczeniowych budowało swe gmachy
w tej dzielnicy. Rywalizowały one ze sobą bogactwem). Po wojnie budynek
przedłużono o jeszcze bardziej masywną część. Pominąwszy stary wystrój cała
reszta jest banalna, z oknami zasłoniętymi pomarszczonymi firankami według
przestarzałej mody włoskiej.
Z frontu, cofając się trochę i patrząc w górę, widzi się nadbudowę militarną –
kraty. Tutaj, na dachu, więźniowie odbywają niekiedy spacery. Nie są widoczni
i oni też nie mogą nic zobaczyć.
Publiczność, która przechodzi przez pl. Łubianka, woli nie patrzeć na ten
wielki gmach. Patrzenie jest niebezpieczne. Doświadczył tego na sobie dzien-
nikarz francuski Andre Pierre, specjalny wysłannik „Monde’u” na konferencję
w 1947 roku do Moskwy. Chciał przy okazji zwiedzić to miasto. Zaintrygowany
monumentalną fasadą, na której szczycie powiewał czerwony sztandar – zatrzy-
mał się przed nią, by ją lepiej obejrzeć. Jeszcze gorzej. Rozłożył stary plan
miasta, który przywiózł ze sobą, a już wówczas od dawna nie wydawano ani nie
sprzedawano żadnego przewodnika. Chodziło o to, aby utrudniać szpiegom po-
ruszanie się po mieście. W chwilę potem poproszono go, aby wszedł do środka.
Cudem ocalał, bo dwaj dziennikarze francuscy akurat tamtędy wtedy przechodzili
i usłyszeli jego krzyk. Zawiadomili ambasadę francuską, która po całodziennych
zabiegach zdołała go uwolnić.
Ta ciężka budowla nie jest izolowana. To raczej statek admiralski całej floty,
bowiem na sąsiednich ulicach dziesięć innych obszernych budynków zajętych
jest przez MGB.

109
Wielu więźniów Łubianki nie ma najmniejszego wyobrażenia, jak wygląda
ich więzienie. Przeniesieni z prowincji, przybywają tu w „czarnym kruku” (wóz
podzielony na cele). Przy ul. Dzierżyńskiego żelazna brama więzienna dyskretnie
się otwiera i naraz więźniowie znajdują się w małym podwórku–studni obramo-
wanym dwunastoma piętrami budynków. Więźniowie znają tylko wnętrze.
Pewnego wieczoru (prawie wszystko w tym świecie odbywa się wieczorem)
mieszkańcy celi dostają nowego lokatora:
– „Gdzie ja jestem?”. „Na łubiance”. „Ach tak.” Mdleje. Gdy odzyskuje przytom-
ność, wyjaśnia: „Co za zbieg okoliczności. Przed dziesięcioma dniami w Szan-
ghaju czytałem w „Life” artykuł o więzieniach w Moskwie. Była tam też foto-
grafia pl. Dzierżyńskiego z Łubianką w głębi”.
W.S. Presiajnikow, pisarz i dziennikarz, był jednym z licznych Rosjan żyjących
w Chinach. Od wielu lat ubiegał się o pozwolenie powrotu do matki–ojczyzny.
Gdy przybył do Moskwy, poproszono go, aby zajął miejsce w pięknym czarnym
wozie. Zawieziono go do urzędu, gdzie osobistości w uniformach poinformowa-
ły go, że jest znanym, szpiegiem. Przetrząśnięto jego rzeczy, musiał się rozebrać,
dokonano dokładnych pomiarów jego osoby, ogolono mu głowę, zaprowadzono
do celi. Ale strażnicy nie są gadułami. Nie powiedziano mu gdzie się znajduje.
Łubianka jest najbardziej milczącym więzieniem. W jej celach zalanych elek-
trycznym światłem, więźniowie nie mają prawa głośno mówić. I nie mogą w porę
usłyszeć strażników, ponieważ ci chodzą na filcach i mówią szeptem. W starej
części budynku cele mają piękne parkiety. Ohydna zupa podawana jest w naczy-
niach, które przypominają dawne Towarzystwo Ubezpieczeń; późniejszy hotel.
Są nawet natryski, ale ich wygląd jest odrażający. Często rozstrzeliwano tam wię-
źniów, a krew opłukiwano wielkimi strumieniami wody.
Lekarka na Łubiance, która bez cienia wstydu dokonuje przeglądu więźniów,
czy nie są chorzy wenerycznie, podnieca ich swymi pochlebnymi komentarzami.
Wiadomo, że dla samotnych i zamkniętych pojęcie kobiecego czaru jest bardzo
rozległe.
Więzienie to jest straszliwie przepełnione. Kampania czujności wypełniła je
tak obficie, że więźniowie przebywają stłoczeni w boksach trzy– lub siedmiome-
trowych bez okien. Komfort zaczyna się dopiero na korytarzach pokrytych mięk-
kimi dywanami, prowadzącymi do biur funkcjonariuszy przygotowujących pro-
cesy. W każdym pokoju wielki portret Stalina ojcowskim okiem śledzi badania.
Czy bywał tam inaczej niż na wizerunku? W kilka lat później krąży w kołach
zbliżonych do władz opowiadanie, że Stalin opuszczał dyskretnie „Bolszoj” po

110
drugim akcie „Jeziora łabędziego”, udawał się w sąsiedztwo – na Łubiankę – i tam
własnoręcznie strzelał do skazanych na śmierć.
Trocki przypisywał mu niemal fizyczne upodobanie do krwi, to że zabawiał
się duszeniem baranów, podpalaniem mrowiska uprzednio polanego naftą (Leon
Trocki – „Stalin”).
Córka Stalina uważa, że te oskarżenia są absurdalne. „Monstrum moralne –
może” powiedziała „ale fizycznie sam nie zabijał”.
Zostawmy tedy te hipotetyczne nocne wizyty. Bezspornym faktem jest to, że
krew tak obficie lała się na jego rozkaz i w jego imieniu.
W 1953 roku na Łubiance bito stosunkowo niewiele. To więzienie–matka.
Unikano rozgłosu. Ruch przywożonych i wywożonych, zwalnianych, sprowadza-
nych na konfrontacje i przesłuchania jest znaczny. Krzyki katowanych dawałyby
niepożądany efekt.
Oficerowie śledczy wolą się nie spieszyć, więc badają, badają, badają...
Więzień jest pozbawiony snu, ciągany noc w noc na przesłuchanie. W dzień nie
wolno spać. Osaczony, udręczony, kończy tę mękę podpisaniem wszystkich ze-
znań, jakich od niego żądają. Nieustępliwi, którzy nie chcą podpisać, unikaną
sądu, ale nie potępienia i skazania. Konferencja specjalna przy MGB ma władzę
deportowania elementów społecznie niebezpiecznych bez oddawania ich spraw
trybunałom.
Więcej biją w Lefortowie, tam gdzie osadzono „białe bluzy”. Stare, masywne
więzienie za wysokimi murami, na bardzo ożywionym przedmieściu. Wielkie
i liczne są więzienia w Moskwie. Są „Butyrki” – także stara budowla w typie
fortecy, ale obok niej jest nowy budynek, funkcjonalny na sposób amerykański.
Jest więzienie tranzytowe „Krasnaja Presnia”, mieszczące się w dawnej fabryce.
Jest „Tagenka”, gdzie wysyła się przede wszystkim za przestępstwa pospolite.
Jest „Mała Łubianka” – naprzeciwko Wielkiej. I jeszcze inne. Cała penitencjarna
geografia w sercu stolicy. Wszystkie zapchane, czekiści w gorączkowej krząta-
ninie, „czarne kruki” tak przepełnione, że więźniowie przewożeni są na wpół
uduszeni, a sędziowie śledczy biorą dodatkowe godziny i oskarżają, oskarżają
i zawsze oskarżają i czekają na to, kiedy więźniowie sami zaczną się oskarżać.
Zdarza się, że policja wali do drzwi w nocy, zupełnie jak w powieści. Ale woli
stosować metody bardziej sofistyczne. Podróż służbowa. Ktoś dostaje rozkaz
podróży i nie wraca. Przez pierwszych kilka dni nic się dzieje. Krewni, znajomi,
nie podejrzewają nic złego. Piotr Piotrowicz jest w podróży. Mówi się o nim bez
skrępowania, odpowiada na telefony do niego. Zdaje się, że to ułatwia – pracę

111
wywiadowcom. Wreszcie wszyscy zaczynają rozumieć, że Piotr Piotrowicz znikł.
I wtedy spokojnie milczy się.
„Pewnego dnia – wspominał stary pielęgniarz – mój szpital w Taszkiencie po-
prosił mnie, abym, jeśli mi to nie sprawi trudności, abym się udał do sąsiedniej
miejscowości. Gdy wyszedłem z domu spotkałem człowieka – pełnego kurtuazji.
Poprosił mnie, abym, jeśli mogę, poszedł z nim do pobliskiego biura, gdzie chciał
coś wyjaśnić. To mi miało zabrać pięć minut, dosłownie pięć minut. Małe wyja-
śnienie wyglądało w następujący sposób: „Kiedy zostaliście powołani do służby
w Inteligence Service?”. Nie mogłem odpowiedzieć na to pytanie, bo Inteligence
Service znałem tylko z kina. Zapowiadane pięć minut przedłużyło się do dziesię-
ciu lat.
Inż. Szyszkin dostał polecenie od swego zakładu, aby wyszukał kilka waż-
nych informacji technicznych w innym zakładzie na drugim końcu stolicy. Gdy
czekał na trolejbus, zatrzymał się tuż koło niego samochód. „Cześć stary! Jak się
masz? Chcesz, abyśmy ci towarzyszyli?”. Młody inżynier nie przypomina sobie
tych sympatycznych kolegów. Ale jest sportowcem, człowiekiem towarzyskim.
Ma wiele znajomości. „Musiałem ich poznać na stadionie”. Wchodzi do ich samo-
chodu. Jadą. Naraz wóz skręca w prawo. Otwiera się żelazna brama. Znajduje
się w głębi małego podwórka–studni. „Jesteśmy na miejscu” – mówią grzeczni
koledzy.
Ktokolwiek tam wejdzie, nigdy nie jest uznany za niewinnego. MGB nie my-
li się. To olbrzymie królestwo przyprawia o zawrót głowy ze swoimi setkami
tysięcy oficerów cywilnych i umundurowanych, z milionami informatorów i do-
nosicieli wszelkiego rodzaju, ze swoimi generałami i bieliźniarzami, ze swoimi
żołnierzami i prokuratorami, z armią biurokratów i prawników, tajnymi agentami
i fryzjerami; ze swymi światowymi kobietami i ze swoimi katami. MGB ma sieci
swoich skromnych przedstawicieli w najmniejszych nawet zakładach na prowincji.
Jest odpowiedzialny zarówno za szpiegostwo, jak i za przestępstwa gospodarcze,
czuwa nad moralnością narodu, nad dyskrecją uczonych, nad postawą ambasa-
dorów. Strzeże granic przy pomocy helikopterów i przy pomocy armii ludzi prze-
szukującej niezamieszkałe tereny przygraniczne. Strzeże mostów. Przywódcom
dostarcza kucharek i szoferów. Oczyszcza hotel „Narodowy” ze służących poda-
jących brzydkim delegacjom zagranicznym kawior i barszcz. Od MGB zależni
są wojskowi w zielonych czapkach sprawdzający paszporty na dworcach i lotni-
skach, tak samo, jak i przystojni żołnierze w czapkach niebieskich biorący udział
w paradach i pełniący straż przy mauzoleum, a także oddziały specjalne najeżone

112
kartaczownicami, które w czasie defilad na Placu Czerwonym snują się nieme
i niewidoczne oczekując nie wiadomo czego. Od MGB zależy również policja
uliczna, dzielni milicjanci z gwizdkami, bardzo butni wobec kierowców ciężaró-
wek i cierpliwi w stosunku do pijaków.
MGB ma własne punkty sprzedaży dla swego personelu. Produkty są tam
wyższego gatunku w porównaniu z tymi, jakie znajdują się w sklepach ogólnych.
Pracownik kina M.R. dostał kiedyś upoważnienie – tytułem rekompensaty – na
kupno garnituru w jednym z tych sklepów specjalnych dla zwykłych ludzi. Ale
tam odpowiedniego dla siebie nie znalazł, wobec tego poprosił policjantów, aby
mu kupili w swoim sklepie – niby dla jednego z nich. Zaproszony na wielkie przy-
jęcie na Kremlu, wystrojony w nowy garnitur, gdy już się zabrał do ucztowania
w bufecie, ktoś trąca go w ramię: „Pułkownik wam przypomina. My dziś nie
możemy pić. Nie po to tu jesteśmy”.
Do MGB należy sławny klub „Dynamo”, być może najsympatyczniejsze ze
wszystkich towarzystw sportowych w ZSRR. Jego sukcesy w dużym stopniu
przyczyniają się do sławy tej instytucji o wątpliwej wartości. Sowieci są gorący-
mi zwolennikami sportu. Przede wszystkim futbol jest religią, rytuałem ludowym
i rządowym.
Porucznik Kornblitt był człowiekiem szczęśliwym, synem starego czekisty,
przyjaciela Dzierżyńskiego, pracował naturalnie w MGB, ale nie zajmował się
śledztwami ani aresztowaniami. Był jednym z dyrektorów „Dynama”. Żył tylko
sportem. Nie miał wielu przyjaciół. A jednak towarzysze przyszli, przetrząsnęli
mieszkanie, zerwali naramienniki, złamali mu kręgosłup w czasie jednego czy
dwóch przesłuchań wstępnych i wywieźli do Sukanowa, najgorszego z moskiew-
skich więzień. Zbudowano je na wielkim przedmieściu, całkowicie izolowane,
a znane jest z sadyzmu i tortur fizycznych i moralnych tam stosowanych. Trzeba
być bohaterem, by nie podpisać tego, czego oprawcy żądają. Przed śmiercią po-
rucznik wymyślał i groził katom interwencją rodziny. Naiwny nie wiedział, że
stalinizm musi dzień w dzień pożerać własne dzieci.
Miecz i tarcza to emblematy policji. Uderzać, aby bronić. A bronić przede
wszystkim najwyższego dobra, do którego celują wszyscy kontrrewolucjoniści –
do Stalina. Jest tak strzeżony, że niekiedy ta opieka wydaje się dwuznaczna.
Nasuwa się pytanie: Kto kogo pilnuje?
Podczas wojny Stalin zmęczony pracą wychodził na przechadzkę po alejach
Kremla. Gdy go z dala zobaczyły ogrodniczki pielęgnujące ziemię, chowały się

113
szybko, ponieważ czasem zagadywał do nich, gdy był w dobrym humorze. A póź-
niej były wzywane na wielogodzinne przesłuchania: „No więc co powiedział?”
Czyjś niepewny ruch, jeśli dotyczy Stalina, oznacza zaraz zamach. Kiedyś
wieczorem, w gronie przyjaciół, pewien trochę wstawiony inżynier trącił grzecz-
nie swą szklanką o gipsowe popiersie wodza: „Za twoje zdrowie, ojczulku”.
Zadenuncjowany, aresztowany, wyrok – dziesięć lat.
Inny inżynier ćwiczył się w strzelaniu w ogrodzie swej willi. Zamiast tarczy
narysował sobie kółko na kartce dziennika. Nie zwrócił uwagi, że po drugiej
stronie kartki był portret Stalina. Zadenuncjowany, aresztowany, dziesięć lat za
próbę terroryzmu (art. 58 – 8,19 kodeksu kryminalnego), co oznacza, według
wszelkiej logiki, że kulki, które przebiły fotografię, miały intencje zabójcze.
W kraju naukowego socjalizmu, policja – wygląda na to – wierzy– w siły nad-
przyrodzone.
Zabobonna adoracja. Widzimy ją, kiedy czekiści odkrywając jakiś ślad spisku
przeciwko ukochanemu wodzowi, nie podpisują nazwiskiem swego oskarżenia,
a tylko „kadry kierujące ZSRR”. Mogłoby to sprowadzić nieszczęście.
Urzeczenie, złowroga potęga słów: Młody Mandel Korżawin napisał w końcu
1940 roku antystalinowski poemat. Naturalnie został ujawniony, tym bardziej że
nie krępował się i dawał do czytania swym znajomym. Pułkownik bezpieczeństwa
państwa, który przygotowywał proces, był tak przerażony, że nie wiedział jak
przedstawić delikwenta; on nie mógł tego poematu nawet przepisać. Inkwizytor
nie będzie bluźnił nawet cytowaniem. Nie mogąc w takich warunkach sądzić
winnego, pozbył się kłopotów, wysyłając Korżawina do zakładu dla obłąkanych.

8.
„WIÓRY” STALINA

Wielki gmach, niższy nieco niż moskiewskie drapacze, ale podwyższony jak
one ciężką czworograniastą wieżą z iglicą, zamyka środek pl. Majakowskiego.
W kilka lat później zamienią go na hotel „Pekin”, dobrze znany międzynarodowym
turystom ze względu na jego rzekomo luksusowe pokoje, bogate i niewygodne
z ich pianinami, obrazami realizmu socjalistycznego, z ich obfitością kanap, geri-
donów, z wannami, z których beznadziejnie ucieka woda.

114
Ale w 1953 roku hotel nie miał jeszcze oświetlonego szyldu. Żaden podróżny
nie próbował nie mając gdzie spać rozczulić recepcjonistki w wielkim holu. Ten
obszerny gmach był zarezerwowany całkowicie dla funkcjonariuszy i oficerów
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wokół niego seria budynków administracyj-
nych dawała schronienie służbom Gułagu – Generalnej Dyrekcji Obozów.
Stalin lubi dzielić swą policję. Po wojnie dawne NKWD, lenno Jeżowa, później
Berii, podzielił na dwa ministerstwa: MGB – Ministerstwo Bezpieczeństwa Pań-
stwa i MWD–– Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
MGB – wykrywa wrogów narodu, więzi ich i skazuje, MWD – pilnuje ich
i pilnuje, by pracowali. Jest to ministerstwo obozów, robót skazańców. Do niego
należy Gułag.
Prowadzenie obozów jest ciężką pracą. Kilogramy papieru not służbowych,
jakie codziennie z MWD trzeba wysłać do najbardziej oddalonych obozów. In-
strukcja, jak użyć kaftan bezpieczeństwa, gdy więźniowie wywołują jakiś skandal,
zajmuje dwie bite strony podpisane przez wiceministra. Wszystko jest przewidzia-
ne: sposób umieszczania rąk więźnia na jego plecach, wiązanie ich itd. Należy
żałować, że te cyrkularze są tajne, bo gdyby były choć trochę dostępne ujawniłby
się duch administracyjny. Wystarczy jednak przeczytać listę tych, dla których te
formularze są przeznaczone, a którzy są umieszczeni na początku noty, to i tak
można się zorientować w ogromie ich państwa:
Do szefa dyrekcji ogólnej obozów (Gułag);
Do szefa dyrekcji generalnej obozów górniczych i metalurgii;
Do szefa dyrekcji generalnej obozów leśnych;
Do szefa dyrekcji generalnej obozów do budowy kolei;
Do szefa dyrekcji generalnej obozów do budowy szos i dróg;
Do szefa budowy na Dalekim Wschodzie „Dalstroj”;
Do szefa budowy kanału Wołga – Don;
Do szefa budowy zapory pod Stalingradem;
Do szefa budowy zapory pod Kujbyszewem.
Jedno z tych miejsc przeznaczenia „Dalstroj” jest królestwem sześć razy więk-
szym niż Francja: to cała północno–wschodnia Syberia po drugiej stronie rzeki
Leny, tam, gdzie temperatura dochodzi do minus 60 stopni.
Na całym tym terytorium konstytucja sowiecka nie obowiązuje. Nie ma żadnych
władz cywilnych. Nie ma wyborów do sowieckich władz lokalnych czy regional-

115
nych. „Dalstroj”, władza penitencjarna, rządzi wszystkim. Prócz kilku drobnych
plemion tubylczych, ludność jest złożona z więźniów pilnowanych przez specjalną
policję i dawnych więźniów (uwolnionych, ale pozostawionych na miejscu).
„Dalstroj” został stworzony w latach trzydziestych w celu wydobywania złota
na Kołymie, ale w 1953 roku – jak się mówi–”Dalstroj” urozmaicił swą produkcję.
Posiada teraz gospodarstwa rolne, kopalnie węgla, swoje mosty i drogi, swoje za-
kłady konstrukcyjne, swoją sieć handlu i nawet swoją flotą handlową, która łączy
straszne porty Morza Ochockiego z Władywostokiem. Wszystkim tym rządzi Gu-
łag przy pomocy uzbrojonej straży i psów policyjnych.
To, co Sowieci nazywają „obozem”, „łagrem” może się rozciągać na setki kilo-
metrów. Przez obóz rozumie się dziesiątki miejsc zesłania z tundrami, z lasami
i stepem, z wioskami i fabrykami, kopalniami, drogami. Jeden z tych terenów nale-
żących do „obozu” Karagandy w Kazachstanie znajduje się o pięćset kilometrów
od centrum obozu. Często te potężne zbiorowiska mają własne koleje żelazne,
budują własne elektrownie. Przed wojną budowniczy kanału Morze Białe – Bałtyk
miał własną monetę, która nie była uznawana przez resztę ZSRR.
Aby poznać czym jest obóz, ta przestrzeń zamknięta między kolczastymi druta-
mi, trzeba zejść do najniższej jednostki administracyjnej dosłownie w sam środek
obozu. Obozy wydobywają olej, miedź, chrom, nikiel, budują drogi, zapory i koleje,
szyją obuwie dla armii i rękawice jednopalcowe dla ludności cywilnej, produkują
konserwy mięsne i rybne. Obozy produkują wielką część drzewa i złota. Obozy
wynajmują więźniów za drobną opłatą do pracy w fabrykach i farmach państwo-
wych. Obozy są olbrzymim przedsiębiorstwem, gigantem. Prawdą jest, że wydaj-
ność tych źle odżywionych niewolników jest katastrofalna.
Zarządzanie obozem jest bardzo skomplikowane, ale robi się to ze znajomością
rzeczy. Komendant obozu istotnie jest potentatem. Ale musi dzielić się swą władzą
z czekistowską sekcją operacyjną, która nie zależy od niego, lecz od MGB, a więc
od drugiego ministerstwa. Konflikty są częste. Strażnicy są albo zawodowi – opła-
cani przez administrację penitencjarną, albo są to młodzi ludzie z poboru. I tych
trzeba się bać bardziej , ponieważ są omamieni propagandą. Przy każdej zmianie
warty skandują dziarsko regulaminowy dialog: „Dzień dobry towarzysze! Co tu
robicie?”. „Pilnujemy wrogów narodu”. I to ich pełne autentycznej pasji wycie za
każdym razem,gdy eskortują grupę więźniów: „Nie wlec się! Ani kroku na lewo,
ani kroku na prawo”. Eskorta uważa to za ucieczkę. Strzela się bez ostrzeżenia.
Czasem nieprzewidziane spotkanie. W Dubrowlagu (Potma) jeden z chłopców
poznał wśród wrogów ludu, których pilnował, własnego ojca, o którym myślał, że

116
zginął na wojnie. Popełnij samobójstwo. Inny znalazł w ten sposób brata. Obaj
kombinowali ucieczkę, uciekali przez lasy Mordowii i zostali ujęci.
Wielu więźniów nie zawiadamia rodzin o swoim losie. Zwłaszcza dawni jeńcy
wojenni, którzy po zwycięstwie otrzymali swoje dziesięć lat jako zdrajcy, dezerte-
rzy, szpiedzy.
„Po co cóż miałabym pisać do matki?” – mówi L.S., lekarka, która zmieniła
obozy niemieckie na obozy rosyjskie. „Lepiej niech myśli, że umarłam”.
Prócz znaczenia ekonomicznego, obozy mają ważniejszą funkcję: modelowa-
nie społeczeństwa. Chodzi o wyeliminowanie kategorii ludzi niepożądanych. Stąd
kolejne transporty, które zaludniały Syberię i tam kończyły swój żywot: chłopi
z 1930 roku, starzy bolszewicy z 1937 roku, itd.
Sprawa lekarzy zapowiada nową czystkę na wielką skalę. Ale już mała czystka
z 1949 roku oznaczała dzwonek alarmowy. Celowała w ściśle określone kategorie
ludności – w młodych, przede wszystkim w młodych intelektualistów i Żydów.
Albo czystki z lat 1937–38, które na szczęście były trochę liberalniejsze. Po dzie-
sięciu latach, wszyscy wyszli na wolność, ale w ciągu kilku miesięcy wszyscy bez
wyjątku znowu zostali zabrani. W języku obozowym nazywa się ich „powtorniki”.
Są często nienormalni.
Cały ten świat włączony jest w wielkie bataliony Gułagu, złożone głównie w
tym czasie z sowieckich więźniów repatriowanych z Niemiec, z Ukrainy, spośród
narodów bałtyckich, pochodzących z krajów demokracji ludowych, z kryminali-
stów wojennych, prawdziwych i rzekomych.
Osądzonym można być za pochodzenie, za stan majątkowy. Odpowiedzialność
ponosi się zbiorowo. Niektórzy, czując grożące im aresztowanie, zgłaszają się jako
ochotnicy do pracy w głąb Azji centralnej lub na Syberię. Unikają w ten sposób
swego losu, który ich oczekiwał, bo MGB już ich nie szuka. Ma podobnie jak ma-
szyna swój plan do wypełnienia – dostarczyć swoją ilość wrogów ludu. Aresztuje
tego i owego z tej samej warstwy społecznej.
Obok dramatów zbiorowych, są różne rodzaje przeznaczeń indywidualnych,
ludzi często przypadkowo porwanych przez machinę. Tak np. lekarz amerykański,
który pod koniec wojny poślubił w Niemczech Sowietkę. Była bardzo nieostrożna
i wróciła do Rosji, aby odwiedzić rodzinę. Nie dała mu znaku życia. Po latach sta-
rań otrzymał wizę sowiecką i wyjechał ze Stanów Zjednoczonych na poszukiwanie
żony. Wylądował w Leningradzie, natychmiast został aresztowany i skazany na
25 lat obozu za szpiegostwo. Były więzień, który mi o nim opowiadał zapamiętał
tylko imię tego więźnia z miłości – Michał. „Opowiadał nam o swym życiu tam,

117
w USA. Mówił, że miał własną klinikę na wybrzeżu wschodnim. Nie miał jeszcze
40 lat, a wyglądał jak starzec”. Szybko ów opowiadający stracił z oczu tę zjawę
przeniesioną do „obozu specjalnego”.
Nie ma komór gazowych; celem przypisanym tej instytucji jest wychowanie,
a nie uśmiercanie. Ale więźniowie muszą umierać z wyczerpania, zimna, braku
higieny, jakiejkolwiek opieki. Przede wszystkim z głodu. Przydział racji żywno-
ściowych w obozach oparty jest, jak cała gospodarka sowiecka, na systemie norm.
Najwyżej są stachanowcy, którzy najwięcej wyrabiają, mają prawo do lepszych
przydziałów. Najniżej są niezdatni do pracy fizycznej. Dostają strawę najgorszą,
najchudszą. Między nimi kategorie pośrednie. Ale od lat trzydziestych żadna kate-
goria nie otrzymała ilości kalorii koniecznej dla zrekompensowania utraty energii.
Więc od roku 1948 śmiertelność w obozach wynosiła 10–20% rocznie. Od 1948
roku sytuacja nieco się poprawiła. Racje zostały nieco powiększone, szpitale otrzy-
mały trochę lekarstw, skrócony został nieco dzień pracy. Ustanowiono nawet płace
dla więźniów. Ale administracja penitencjarna wprowadziła odpłatność za oddawane
usługi (żywienie, kwaterę) i dochodziło do tego, że ta zapłata była bliska zeru. Po-
zostawało kilka rubli, za które można było sobie kupić w kantynie trochę chleba
i trochę cukru.
Jedno z finansowych potrąceń, i wcale nie najmniejsze, figuruje w księgowości
pod rubryką „Na karauliwanie”: „na pilnowanie”. „Płać a będziesz strzeżony”.
Innym polepszeniem sytuacji więźniów politycznych, choć minimalnym, było
oddzielenie ich od przestępców pospolitych. Ta separacja w zasadzie podyktowana
była chęcią poddania większym rygorom więźniów politycznych. W rzeczywistości
uwolniła ich od ohydnej dyktatury kryminalistów, którzy panowali w obozach, ter-
rorem wyzyskując i wymuszając na swych współtowarzyszach przy pomocy noża
wszystko czego chcieli.
Dlaczego ten system obozów koncentracyjnych uznał później ten względny
humanitaryzm? Czy trochę uczucia obudziło się w MWD? Każdy więzień z tego
okresu ma w swoich wspomnieniach jakiegoś dobrego strażnika, takiego, który
przymykał oczy na spóźnienia, który rozdawał paczki nie krojąc chleba na dwa-
dzieścia kawałków w poszukiwaniu ukrytego w nim listu lub noża. Powrót uczuć
ludzkich do brutali, chamów? Statystycy proponują wyjaśnienie bardziej cyniczne.
Fala galerników, którą spowodowała kolektywizacja wsi, później wielkie czystki,
później ruchy związane z wojną i po wojnie – wszystko to sprawiło, że fala ta sta-
wała się słabsza, wyczerpywała się. Cały kraj cierpiał na obniżeniu się przyrostu
naturalnego. Robocizna penitencjarna nie odnawia się z taką samą szybkością,

118
wolniej staje się wartościowa. I to jest powód – mówią statystycy – tej nagłej wię-
kszej troski.
Ale nawet w tych nowych warunkach skazany z artykułu 58, czyli więzień po-
lityczny, nie ma prawie szans na powrót do normalnego życia. Przede wszystkim
orzekane kary są po prostu absurdalne – nie rzadko sięgają 25 lat. A ci, którzy zostali
skazani na 10 lub 15 lat, są powtórnie aresztowani przed upływem pierwszego wyro-
ku. Gdy się wejdzie w świat Gułagu, już go nie można opuścić.
Ci, którym wyrok się kończy i mogliby stać się wolni, zostają na miejscu. Nie
przysługuje im prawo powrotu do miasta lub wioski, pozostają związani z tym sys-
temem penitencjarnym, stają się „pracownikami wolnymi”, a nie tak jak dawniej
pracownikami– więźniami. Żyją często gorzej niż więźniowie. Lasy syberyjskie
zaludniają się w ten sposób drwalami, rosyjskimi, polskimi, niemieckimi, ukraiń-
skimi, resztkami stu ras i stu narodów.
Są tacy, którzy stają się po tylu latach ludźmi silnymi, twardymi jak metal,
takimi, których nic nie może złamać. Nawet złośliwość. Niejeden jednakże, aby
przeżyć, pozwoli się złamać, staje się „stukaczem”, baranem, donosicielem. Prote-
gowany oficera bezpieczeństwa lub komendanta obozu, żyje lepiej niż jego kole-
dzy, których szpieguje, wyznaczają go do kuchni. Ale niekiedy znajdują go rano
sztywnego na pryczy, uduszonego przez współwięźniów.
Handel w obozie kwitnie, wymienia się, sprzedaje, kupuje – racje chleba, buty,
paczki. Wszystkim się handluje. Obozy mieszane mają swoje prostytutki. Jedni
oddają się za leki, za lek galerników – czefir, zrobiony z herbaty. Józef Berger, je-
den z założycieli partii komunistycznej w Palestynie, który szesnaście lat spędził
w obozach sowieckich, podał nam receptę: „Aby otrzymać czefir zagotujcie 400
gramów herbaty w małej ilości wody (3 lub 4 filiżanki), tanina jest wtedy bardzo
mocna i efekty są zadziwiające. Ci, którzy wypiją, upijają się albo wpadają w trans
i zapominają o wszystkich cierpieniach, które znoszą. Czefir może działać jak koka-
ina lub opium, gdy go się nadużywa”. (Józef Berger: „Shipwreck of a generation”,
Herwill Press).
Istnieje arystokracja więzienna. Przebywa w więzieniach specjalnych, gdzie
uczeni, inżynierowie z wysokimi kwalifikacjami pracują nad tajnymi projektami
pod strażą oficerów MGB. Jedzą tam przyzwoicie – lepiej niż wielu wolnych oby-
wateli – ale muszą spędzać 12 albo 14 godzin dziennie w pracy. Na swych stołach
znajdują ostatnie publikacje naukowców amerykańskich. Niektórzy mają prawo
raz lub dwa razy w roku do kilkuminutowej rozmowy z żoną – przywilej wprost
fantastyczny. A poza tym są odcięci od świata tak kompletnie, jakby zalani byli

119
betonem za kołem polarnym. Poziom naukowy tych więziennych laboratoriów jest
wybitny; ten kraj cierpiący niedostatek majstrów–specjalistów, jest bogaty w ma-
tematyków. W gwarze obozów koncentracyjnych budynek tego rodzaju zowie się
szaragą albo szaraszką.
Gdy się do niego wchodzi prawie zawsze pozostaje się w nim bez powrotu.
Rzadko można zostać człowiekiem wolnym i nawet rozpieszczony zaszczytami
akademik Korolew, przyszły ojciec programowania przestrzennego, był długo pen-
sjonariuszem sławnej szaraszki („więzienia specjalnego numer 4”) położonej przy
Drodze Entuzjastów w Moskwie. Od niedawna los jego się zmienił. W 1953 roku
Korolew jest uczonym bardzo respektowanym.
Ale nie uczony lecz pisarz unieśmiertelnił instytucję szaraszki. Sołżenicyn był
przez cztery lata więźniem w szaraszce „Marfino” znajdującej się w północnej dziel-
nicy Moskwy. On ją ożywił (pod zmienioną troszkę nazwą „Mawrino”) w sposób
jemu właściwy łącząc talent epicki z dokumentalną drobiazgowością. Jasnowidz
jest reporterem – i to bardzo skrupulatnym. (Sołżenicyn: „Pierwszy krąg”).
W 1953 roku budynek obozu koncentracyjnego wznosi się wysoko, do nieba,
jest imponujący, triumfujący. A jednak tu i tam są niedostrzegalne szczeliny. Wojna
i czas powojenny zaludniły obozy ludźmi zdecydowanymi bić się i przystępowali do
pracy konspiracyjnej: oficerowie sowieccy, którzy wsławili się w walkach z Niem-
cami, partyzanci antysowieccy ujęci w głębi lasów. Niektórzy zaczęli organizować
sieci konspiracyjne. W 1948 roku w Workucie, pod kołem polarnym, więzienni
powstańcy usiłowali pod wodzą pułkownika zburzyć cały ten kompleks peniten-
cjarny i górniczy, od którego zależy częściowe zaopatrzenie ZSRR w węgiel. Trzeba
było samolotami masakrować buntowników.
„Gdy drzewo się rąbie, wióry lecą” to przysłowie jest sroższe i okrutniejsze niż
francuskie, że „nie zrobi się omletu, jeśli się nie zbije jajek”. To przysłowie jest
ulubionym przysłowiem epoki, która chce wszystko usprawiedliwić. Wióry są po-
zostałością, resztkami, niezbędnymi ofiarami wielkiej konstrukcji stalinowskiej.
Ile jest tych wiórów Stalina z czasów lodowatej zimy 1953 roku? Ile w obozach
władzy głównej, ile w obozach Północy o zaostrzonym reżimie, ile na katorgach,
gdzie więźnia przykuwa się łańcuchami? Ile w izolatkach, w więzieniach, szarasz-
kach? Ile w kopalniach, lasach, w stepach Azji centralnej i nad Morzem Beringa
tam, gdzie panuje noc polarna, tam, gdzie słońce nie roztapia śniegu?
Archiwa są zniszczone i niedostępne. Granice nawet tego fenomenu niepewne
i ruchome.

120
Skazanym politycznym, którzy reprezentują przygniatającą większość, dorzuca
się mnóstwo paragrafów więźniów pospolitych. Są jeszcze dawni więźniowie, któ-
rzy zostają deportowani do regionów najbardziej uciążliwych dla zdrowia. I rodziny
„zdrajców ojczyzny”, które się również wysiedla w głąb Azji.
Badać trzeba statystyki produkcji, plany pięcioletnie, aby odsłonić udział tych
zjawisk w produkcji kraju. Niektórzy więźniowie – inżynierowie i naukowcy – prze-
prowadzają swoje kalkulacje. Ale ich oceny są bardzo niepewne. Ilu Sowietów
żyje w obozach lub na zesłaniu w 1953 roku? Oceny się krzyżują. Te masy to przede
wszystkim mężczyźni. Stalin rzadziej zadziera z kobietami. Nie wiadomo, czy to
męska pogarda dla pięknej płci, o której myśli, że jest bierna, niegroźna. A może
jakiś zabobonny respekt przed twardymi, hardymi kobietami rosyjskimi, które
utrzymują kraj wysiłkiem swoich rąk – sieją, zbierają płody i pracują w fabrykach,
podczas gdy ich mężowie siedzą w więzieniu?

9.
INŻYNIEROWIE DUSZ

13 lutego „Prawda” zamieściła na całej szerokości stronicy ogromny artykuł


krytycznie oceniający nową powieść Wasyla Grossmana „Za słuszną sprawę”.
Autor w swej powieści nie umiał uwydatnić należycie bohaterstwa żołnierza so-
wieckiego. Nie oddał prawdziwych myśli reprezentowanych przez naród. A zre-
sztą, co tu mówić – czuje się u niego wpływ reakcyjnej „teorii pitagorejskiej”.
Skończył się Grossman, ten, który przez długi czas był jednym z najbardziej okla-
skiwanych autorów sowieckich. Zamilkł na jedenaście lat. Do śmierci. I zostawił
nam tylko krzyk pośmiertny w dziele „Wszystko mija”, czarnym arcydziele pisanym
w tajemnicy.
Współpracownik „Prawdy” – pisze Erenburg – opowiedział mi, że artykuł ten
został opublikowany według instrukcji Stalina. Stalin istotnie ma zwyczaj oso-
biście zajmować pisarzami, którzy się liczą. On wierzy, że są „inżynierami dusz”.
I wydaje mu się, że jest wytrawnym krytykiem. Rezultaty tej pieczołowitości
wobec literatury są katastrofalne. Nie zliczy się twórców zamordowanych jak
Mandelstam, czy doprowadzonych do tego, że milczą jak Pasternak, który utrzy-
muje się z tłumaczeń utworów Szekspira. Obozy pełne są pisarzy nieznanych,

121
którzy zębami i pazurami bronią się, by przeżyć, by wraz z nimi przeżyły ich
dzieła, które noszą w sobie. Profesor fizyki i wielbiciel mowy rosyjskiej – Sołże-
nicyn pracował przez trzy lata jako murarz na zamarzniętym stepie i upalnym
Kazachstanie (zanim przeszedł do szaraszki do prac naukowych w Moskwie).
Doczekał się końca swego 8–letniego zesłania, co go zmieniło w zesłańca „wol-
nego”, Ale od jakiegoś czasu choruje na raka, a lekarze galerników operowali go
w bardzo złych warunkach.
Pewien młody poeta zostaje przedstawiony Annie Achmatowej. Jest wzruszo-
ny. Oczekuje, że wielka poetka umożliwi mu kontakt z tą literaturą współczesną,
która się liczy. A tymczasem ta kobieta mówi o paczkach. Jej syn został aresztowa-
ny. Ona wydaje swe ostatnie ruble na paczki dla niego i na przejazdy w tę i z po-
wrotem na drodze Moskwa – Leningrad. Czuje się jak osaczone zwierzę. Szpicle
snują się wciąż za nią i nie ma możności ukrycia się przed nimi.
Wykwintny Zoszczenko, humorysta, jest terroryzowany od czasu, kiedy Komi-
tet Centralny, zakwalifikował go jako umysł trywialny i godny pogardy. Popadł
w nędzę, przyjaciele ratują go organizując na niego kwestę.
Natomiast restauracja Domu Pisarzy, jedna z najlepszych w Moskwie, jest pełna
grubych eseistów i pucułowatych powieściopisarzy. Stalin jedną ręką terroryzuje,
drugą korumpuje. Nigdzie nie żyje się pisarzom tak dobrze jak w Moskwie.
Pomiędzy dobrze prosperującymi pisarzami można znaleźć i uczciwych ludzi.
Taki np. Twardowski jest z natury raczej nieprzejednany, ale Stalin obdarza go
zaszczytami, ponieważ w swoim utworze „Tiorkin” wyśpiewał hymn na cześć
żołnierza rosyjskiego.
Przeważnie pijany Szołochow coraz mniej publikuje, pisze natomiast długie
i miałkie hymny na cześć Stalina. W swej kozackiej wiosce, w środowisku ludzi
prostych prowadzi życie bojara przeplatane długimi i kosztownymi pobytami
w stolicy.
Wśród kompozytorów Szostakowicz i Prokofiew mogliby swój talent spożyt-
kować lepiej. Szostakowicz grał w lutym 1953 kantatę sławiącą XIX Zjazd.
Prokofiew na wieczorze „życia, pomysłowości i odwagi” otrzymuje problema-
tyczną satysfakcję zwyciężając zgubny wpływ formalizmu. („Prawda” z .5.2.52r.).
Każde poszukiwanie uznane zostaje za formalizm, ponieważ Stalin, człowiek
ukształtowany dawniej, nie lubi nowości. Ocenia dodatnio „Życie za cara”, ponie-
waż jest to opera patriotyczna: polskiego najeźdźcę zwycięża Rosjanin. Czasem
chodzi na „Borysa Godunowa”. Co wtedy myśli, gdy siedzi w głębi swej loży?
Czy nasuwają mu się jakieś skojarzenia z carem zabójcą, z carem Herodem? Ci

122
ponurzy bohaterowie wzruszają go. Niedawno skierował swą uwagę na „Iwana
Groźnego” Eisensteina. Ale nie daje się więcej jego utworów. „Pancernik Po-
tiomkin”, „Październik” to sztuki kosmopolityczne. W oparciu o stare tematy
rewolucyjne tworzy się teraz nowe filmy przedstawiające życie i wielkie czyny
Stalina. Dają mu wreszcie odpowiednie miejsce – miejsce pierwsze, jedyne.
Wcielają się w niego aktorzy do niego podobni, jak np. Michał Gelowani. W „Przy-
siędze” Stalin–Gelowani wodzi natchnionymi oczami przed grobowcem Lenina,
w „Upadku Berlina” zdobywa stolicę Rzeszy faktycznie sam jeden. Istnieje dość
długa seria filmów, które są bez przerwy wyświetlane w całym kraju, w których
wódz unosi się jak zjawa ponad swoimi wiernymi albo jak anioł schodzi między
swój lud.
W każdym powiatowym mieście lokalna trupa musi mieć w swoich szeregach
aktora specjalizującego się w roli Stalina. Opanowany manią filmową Stalin
ogląda każdą nową projekcję i osobiście zatwierdza albo zabrania jej wyświetla-
nia. Loteria. Bo nigdy nie wiadomo. Jego opinie są nagłe, motywacje doraźne,
nieuzasadnione logiką. Kierowane jego własnym widzimisię.
Między innymi opowiada się taką anegdotę. Pewnej nocy pokazują mu film
dokumentalny przedstawiający życie autochtonów syberyjskich idylliczne od
czasu, jak Stalin pokazał Jakutom, Aleutom i Samojedom drogę do szczęścia.
Projekcja się skończyła Stalin wstał i bez słowa wyszedł. Inscenizator z wielkim
niepokojem pyta Berię. Co się stało. „Co, chcesz piasek gryźć?! – gromi go Beria.
– Pomyśl! Czy jest tylko jedno słońce na niebie?”. Przez trzy dni przeglądali
kadry jeden po drugim. Nareszcie znaleźli. Na murze jednej wioski Dalekiej
Północy wisi portret Lenina, tylko Lenina. Brak drugiego słońca.
W tym ustroju filmy są wysterylizowane. Najlepsi, jak Dowżenko, są w abso-
lutnej niełasce. Nawet najwięksi serwiliści mają trudności w swej pracy.
W 1952 roku zrealizowano pięć filmów fabularnych w porównaniu z dzie-
więcioma w 1951 roku. Zapełnia się te luki importem z Czechosłowacji albo
kilkoma starymi sowieckimi filmami policyjnymi ukazującymi wieczny triumf
czekistów nad szpiegami.
Zachodnie filmy prawie nie są znane. Wyjątkiem są uprzywilejowani. Oni
mają prawo wyświetlać je sobie prywatnie. Jednakże kilka sal kinowych propa-
guje „Cloche–Merle” o życiu ludności na Uralu i nad Wołgą. Ten rabelaisowski
obraz Sowietów nie wzrusza, natomiast Sowiet tych czasów manifestuje swój
zawód, gdy dowiaduje się, że Marta Richard kazała zamknąć „domy”. Ta wiado-
mość zniechęca do czytania i do idei geniuszu francuskiego.

123
10.
WIELKI KANDYDAT

Nowa, wielka ceremonia rytuału stalinowskiego. Ostatnia. 22 lutego i 1 marca


odbywają się wybory do lokalnych sowietów – sławnych „rad”, które są powołane
do kontrolowania całej działalności publicznej od powiatu do najmniejszej wioski.
Rozumie się samo przez się, że władza rzeczywista unika wszelkiej kontroli i że
sowiety nie mają żadnego znaczenia, ale ta fikcja jest utrzymywana z pompą wprost
majestatyczną. Idzie się głosować, jak się idzie na defiladę na Plac Czerwony, na
rozkaz, ale we wzniosłości, w hałasie ponaglających sloganów.
Sama liczba mandatów pobudza do marzeń i dumy: półtora miliona. „Szeroki
jest mój kraj rodzinny” – mówi najpopularniejsza z pieśni sowieckich. Na każde
miejsce jeden kandydat. Nie ma więc kłopotu z wyborem. A jednak „agitatorki”,
czyli propagandzistki wyjaśniają każdemu wyborcy zalety tego obowiązującego
wyboru – wierność narodowi, obowiązki wobec partii i ojczyzny. Dzwonią do każ-
dego mieszkania, instalują się w kuchni. Bo to są kuchnie wspólne, gdzie cztery czy
pięć gospodyń gnieździ się w atmosferze rozdrażnienia, czasem nienawiści (nieraz
dochodzi do tego, że zamykają na kłódkę swój garnek, by z niego nie korzystała dru-
ga). W odorze kapusty, którą gotują, agitatorka recytuje biografię kandydata. A przed
tym nie omieszka powiedzieć o wielkim kandydacie narodowym, czyli Stalinie.
„Musicie mu pokazać waszą miłość i waszą wierność. Biorąc udział w głosowaniu,
tworzycie wielką i potężną demonstrację jedności i jednomyślności”.
W dniu głosowania już o szóstej rano przed drzwiami lokali wyborczych usta-
wiają się kolejki. Lokale te udekorowane są transparentami, czerwonymi sztanda-
rami i portretami. Grają fanfary. Wszystko się kończy w południe i udział wyborców
przekracza 99 procent.
W Moskwie wielu mieszkańców opuszcza swój okręg wyborczy – na co po-
zwala regulamin – aby głosować w okręgu „Stalin”, bo tam sam wódz zgodził się
na wystawienie swej kandydatury. Stąd duma, że można bezpośrednio i osobiście
głosować na niego.
Wiele biuletynów jest przeładowanych adoracją dla mądrego wodza i najlep-
szego pana, przyjaciela wszystkich Sowietów. Jedna z ulubionych formułek brzmi:
„Życzę mu długich lat życia i zdrowia”.

124
11.
DZIEŃ, W KTÓRYM RADIO MOSKWA ZAMILKŁO

Marzec 1953 roku zaczął się od niedzieli. W poniedziałek drugiego marca Fran-
cuzi wracają do swoich problemów.
Na pierwszej stronie „Monde’u” Europejska Wspólnota Obrony – projekt nader
kontrowersyjny. Z Setifu (departament w Algierii) Rene Mayer, szef rządu, który
już się chwieje, choć nie upłynęły jeszcze dwa miesiące jak się ukonstytuował, za-
klina, aby posłowie przyjęli traktat, który utworzy armię europejską. De Gaulle
przeciwnie, potępia go bezwzględnie. Z protokołem czy bez niego, traktat jest nie
do przyjęcia.
Wielki dziennik francuski poświęca również wiele miejsca sprawie nafty irań-
skiej. Po raz pierwszy kraj Bliskiego Wschodu ośmielił się nie ufać Europejczykom
nacjonalizując swoją produkcję. Mossadegh, wynurzywszy się, ze swego pudła
podnieca międzynarodowe wrzenie w sposób niesłychany. Jak notuje Edward Sa-
blier w swoim komentarzu – Moskwa będzie arbitrem.
Francuzi interesują się sprawą rodzeństwa Finaly: dwóch sierot izraelskich
przyjętych podczas okupacji przez katolików i ochrzczonych. Przybrana matka od-
mówiła wydania dzieci rodzinie z Izraela. Ukryła je w Hiszpanii. Księża i pobożni
ludzie zamieszani w tę sprawę zostali aresztowani przez władze francuskie. Ta mała
wojna religijna natchnęła Francois Mauriac’a do napisania swych niepokojących
refleksji, które z kolei spowodowały „falę listów”.
W „Le Monde” na stronicy poświęconej spektaklom Michał Droit zajmuje się
mało jeszcze znaną telewizją. Programy jeszcze próbne, stają się coraz bardziej
ambitne: „Andromacha” została zaproponowana telewidzom z kilkoma fragmenta-
mi wyciętymi z tekstu, co trochę zasmuciło krytyków.
Trochę dalej Robert Kemp wita z entuzjazmem nową inscenizację „Lorenzac-
cia”: „Jestem szczęśliwy z powodu Vilara, Musseta, Paryża... Gerard Phillipe jest
godny podziwu. Jest zatrwożony, blady i zarazem młody i zniszczony”.
W Cyrku Zimowym odbywa się gala Związku Artystów: „Palma pierwszeństwa
– pisze Olivier Merlin – wróciła do Nicole Coursela, który odbił się na piętnaście
metrów w górę i bez liny wykonał w powietrzu klasyczny numer woltyżerki”.
Anonsuja nowy film Jacquesa Tati „Wakacje pana Hulot”, wariacje na temat
spędzenia czasu wolnego, który to problem zaczyna dręczyć społeczeństwa prze-

125
mysłowe. Pan Hulot ze swoim hałaśliwym wózkiem daje na ten problem symbo-
liczną odpowiedź w sposób bardzo śmieszny.
Na Wschodzie za to zbiorowe „kartki z podróży na wakacje”, sypialnie dla męż-
czyzn, sypialnie dla kobiet. Sowieci poczekają jeszcze piętnaście lat, aby uprawiać
turystykę indywidualną, którą nazywają teraz, trochę przerażeni, turystyką dziką.
Wtorek. Zainteresowanie polityczne zmieniło się. Pierwsza strona jest dla
Churchilla, który w Izbie Gmin usiłował lansować swą ostatnią wielką ideę: zor-
ganizowanie konferencji „wielkich”. Ideę, która zdaje się jest beznadziejna, bo
stosunki między Wschodem i Zachodem są jak najgorsze.
W Organizacji Narodów Zjednoczonych Amerykanie i Rosjanie unikają wza-
jemnych pozdrowień, Foster Dulles dał znać, że nie wyciągnie pierwszy ręki do
Wyszyńskiego.
Niektórzy jednak czepiają się takiej myśli: Ike i Stalin zasiądą przy tym samym
stole, aby uniknąć niebezpieczeństwa wojny atomowej.
Tego wtorku wieczorem jak zwykle Moskwa układała się do snu. Jest spokój,
jak co dzień. Prasa nie zaznacza ani śladu anomalii. „Prawda” wychwala jak zwy-
kle dzieło genialnego wodza– „Problemy ekonomiczne socjalizmu w ZSRR”. Za-
wiadomiła, że tow. Chruszczow przemawiał w Moskwie na zebraniu plenarnym
Regionalnego Komitetu Partii. Widocznie wszystko jest w porządku.
O północy Radio Moskwa jak zawsze transmituje bicie dzwonów z Kremla,
następnie majestatyczny hymn sowiecki:

Wielki Lenin oświetlił, naszą drogę


Stalin nas ukształtował.
Natchnął nas wiernością dla narodu,
wysiłkiem, bohaterstwem.

Wieczór jak inne. Ale w środę rano wszystkie programy Radia Moskwa zo-
stały przerwane.
Z nimi świat się zatrzymał. Świat terroru wiary, nienawiści, uwielbienia. Świat
wielki i szalony. We środę czwartego marca rano 800 milionów ludzi traci swego
boga, swego pana, swoją pewność. I wszyscy komuniści świata budzą się jako
sieroty.

126
12.
ŚMIERĆ

W Moskwie jest ósma trzydzieści i cisza w odbiornikach radiowych. A następ-


nie głos jak z brązu wymawiający każdą sylabę jak uderzenie młota:
„Komitet Centralny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i Rada Mini-
strów podają do wiadomości, że nieszczęście uderzyło w naszą partię i nasz naród
– ciężka choroba Stalina.
W nocy z pierwszego na drugiego marca tow. Stalin – gdy znajdował się w swo-
im apartamencie w Moskwie – dostał krwotoku, który zaatakował ośrodki żywotne
mózgu. Tow. Stalin stracił świadomość. Prawe ramię i prawa noga zostały sparali-
żowane. Stracił mowę. Poważne zakłócenia w sercu i w oddychaniu”.
Dalej komunikat o odłożeniu wszystkich spraw na dłuższy lub krótszy czas.
Ale niewiele daje nadziei. Zresztą następny biuletyn lekarski daje nowe dokładne
wiadomości: oddychanie nierówne z przedłużającymi się przerwami; brak tlenu.
Puls – 120 uderzeń na minutę. Arytmia kompletna.
Między pierwszym marca – datą pierwszego ataku, a rankiem czwartego marca
przerwy w funkcjonowaniu mózgu stale się powiększają. W Wiedniu, Berlinie w
Paryżu lekarze czytają te komunikaty i oświadczają: „To biuletyny o człowieku
umierającym”.
W swojej ambasadzie przy ul. Bolszaja Jakimonka dyplomaci francuscy zwra-
cają uwagę, że po raz pierwszy podaje się tu wiadomości o chorobie przywódcy
sowieckiego. A to znaczy, że naród jest przygotowany.
Ambasada francuska miała pecha. Transmisja uległa uszkodzeniu. Szyfrant
popadł w stan nerwowy. Cały personel dyplomatyczny pracował nad szyfrem pod
kierunkiem ambasadora Joxe’a, by nie pozostawić Quai d’Orsay bez wiadomości
o tym niezwykłym wydarzenia.
Moskwa zaczyna nowy dzień bez pośpiechu. Jest zimno ale nie lodowato. Za-
ledwie kilka stopni poniżej zera. Oślepiający blask słońca. Na przedmieściach bawią
się chłopcy obrzucając się śniegiem, Moskwianie idą do pracy i trochę się dziwią,
że nie ma dzienników (spóźniły się, czekają na zamieszczenie komunikatów).
I naraz wiadomość obiegła całe miasto jak tuman kurzu. Natychmiast puszczono
w ruch „tariełki”, które znajdują się, w każdym mieszkaniu – są to małe głośniki
połączone z siecią centralną. Inne, większe, są umieszczone w ogrodach publicz-

127
nych, na dziedzińcach fabrycznych, na placach wioskowych i nawet w obozach
koncentracyjnych. Sowieci żyją pojeni muzyką poważną i propagandą. Źle jest nie
słuchać. Gospodarze zostawiają swoje głośniki przyczepione do gałęzi drzew od
rana do wieczora.
Teraz telefonuje się do przyjaciół, puka do sąsiadów, aby podzielić się tą wiado-
mością trudną do uwierzenia. Kilkusetmetrowe kolejki przed kioskami, do których
wreszcie doszły dzienniki. Nie mówią ani słowa więcej niż podane komunikaty
radiowe. W metro, na ulicy wszyscy zachowują ciszę pełną niepokoju. Twarze zam-
knięte, nic z nich nie wyczytasz. Ci, którzy przechodzą przez plac Maneż, patrzą
długo na Kreml. Wyobrażają sobie to, co jest trudne do wyobrażenia: człowieka
wielkiego, człowieka nieśmiertelnego, złożonego za grubymi murami, pokonanego.
Komunikat mówi, że choroba przyszła w Moskwie, co ma wzmocnić stary mit, że
Stalin stale jest na Kremlu. Ale według świadków zaatakowała go w jego daczy
w Kunczewie.
Strażnicy, oficerowie, generałowie, służba, lekarze, pielęgniarki, dygnitarze –
wszyscy ci, którzy byli obecni podczas agonii, milczą. Wszyscy z wyjątkiem dwóch
osób: Chruszczowa, sukcesora i Swietłany, córki. Gdyby nie oni, Stalin odszedłby
otoczony tajemnicą, którą bardzo lubił, jedynie w świetle pompatycznych i niewia-
rygodnych komunikatów.
Naturalnie, nie można w ich oświadczeniach przyjmować wszystkiego na wiarę,
z zamkniętymi oczami. Niemniej Chruszczow i Swietłana dali prawo do analizy
historycznej, która w przeciwnym razie uderzyłaby w mur milczenia.
Ich opowiadania zgadzają się. Oto one.
W sobotę 28 lutego wieczorem Stalin zaprasza do swej daczy czterech swoich
stałych współbiesiadników: Malenkowa, Berię, Bułganina i Chruszczowa. Jest
w doskonałym humorze. Uczta – zgodnie ze starą tradycją – bardzo długa, obficie
podlewana, barwiona dowcipami. Trwa do niedzielnego świtu. Czterej towarzysze
dość pijani wracają do swych dacz, które są, tak jak ich pana, w pobliżu Moskwy,
by snem wzmocnić swe siły.
Gdy się obudzili, wiedzą, że pierwszy marca dobiega końca, a Stalin się nie od-
zywa. Dziwią się, patron zwykle nie spędza niedzieli nie telefonując do nich lub
ich nie wzywając. Oszańcowany w swej samotni, boi się samotności. Swietłana ze
swej strony wzywa tej niedzieli Kunczewo, ale nie może połączyć się z ojcem.
Zżyma się na głos oficera służbowego, który jej odpowiada: „Cisza”. To oznacza,
że Stalin schronił się w którejś ze swoich małych sypialni i nie słychać, by się po-

128
ruszał. Może spać o każdej porze zgodnie ze swym zwyczajem zamieniania dnia
w noc i odwrotnie.
Noc już dawno zapadła, gdy rozdzwoniły się telefony do willi Malenkowa, Berii,
Bułganina i Chruszczowa – do czterech współbiesiadników niedawnej uczty. Ale
to nie Stalin ich wzywał, lecz oficer z jego straży. Żądał, aby przyszli natychmiast.
Wszyscy czterej szybko pokonali krótką trasę rządowej drogi. Reflektory ich ZIS–
ów omiatały zasypane śniegiem poszycie lasu. Czarne sosny i nagie białe brzozy
lśniły w światłach. W ciągu kilku minut znaleźli się w Kunczewie. Minęli wysoką
barierę, która otworzyła się dla nich sama jak zwykle.
Znajdują zakłopotanie i wystraszoną niepewność. Stalin nie zadzwonił wieczo-
rem, aby mu podano kolację. Ale sparaliżowani strachem czekiści wyczekiwali długo
nie mając odwagi wejść bez pozwolenia do miejsca świętego, w którym ich pan
się izoluje. W swym braku zaufania, w swoim dzikim osamotnieniu, Stalin prze-
widział wszystkie możliwe ciosy z wyjątkiem ciosu śmierci naturalnej. Wszystkie
środki ostrożności i opancerzone drzwi, które miały zatrzymać zbrodniarzy, opóźniły
ratunek. Ale czyż można było jeszcze coś zrobić? O trzeciej rano znaleziono go
leżącego na dywanie w ubraniu, śpiącego snem ciężkim, nienormalnym.
Czterej dygnitarze wezwani na pomoc są sami zatrwożeni jak dzieci. A jeżeli
ich szef będzie się gniewał, że przyszli bez wezwania? Wzywają Woroszyłowa
i Kaganowicza, ludzi doświadczonych, starszych przyjaciół Stalina. Nie zawia-
domili Mołotowa, być może dlatego, że stał już wtedy bardzo daleko od słońca,
pogrążony w niełasce.
W końcu przybyli lekarze najsławniejsi po tych, którzy stycznia siedzą w wię-
zieniu. Ich diagnoza jest bezapelacyjna. W najlepszym wypadku inwalidztwo, ale
bardziej prawdopodobna śmierć.
Swietłanę, która jeszcze nic nie wie, zawiadomiono w poniedziałek rano. Przy-
bywa, widzi ojca nieprzytomnego, – lekarzy zajętych badaniem, Chruszczowa
i Bułganina we łzach. Siada obok chorego, obejmuje go, bierze go za lewą rękę,
którą jeszcze chory porusza. Później cofa się. W stalinowskiej Rosji dygnitarz nie
należy do swej rodziny, ale do państwa. Ojciec stał się prawie obcy.
Sześciu członków Prezydium, którzy tam się znajdują, organizuje zmianę warty
po dwóch w dzień i w nocy. Częściowo po to, aby pilnować lekarzy. Komunikat
zapewnia z emfazą, że leczenie odbywa się pod stałym nadzorem Komitetu Cen-
tralnego. A także po to, aby przygotować przyszłość. Spadek po Stalinie jest bardzo
ciężki, można to odgadnąć po szeptach dochodzących z przyległego pokoju. Już

129
wyraźnie widać dwa klany: z jednej strony Malenkow i Beria, z drugiej Chrusz-
czow i Bułganin. Woroszyłow i Kaganowicz grają drugorzędną rolę.
I jest naród, którego reakcji bardzo się obawiano. Zdecydowano się dopiero pod
koniec drugiego dnia podać część wiadomości, nawołując patetycznie do „jedno-
ści”, „spokoju” – krótko – do lojalności.
Chwilami Stalin otwiera oczy, ale świadomości nie odzyskuje. Wtedy szukają
w jego jasnobrązowych źrenicach jakiejś decyzji, ale źrenice nic nie mówią. Kiedy
Stalin jest przytomny, Beria pomnaża demonstracje miłości. Ale kiedy powieki się
zamykają, kiedy chory pogrąża się znowu w ciemności, Beria drwi z niego i znie-
waża.
Ten ponury cynizm przeraża Chruszczowa, który w swej łysej czaszce wciąż
rozmyśla: Stalin na pewno umrze, Beria przejmie władzę nad policją. Jak prze-
szkodzić mu w masakrowaniu tych, którzy mu się nie podobają i których ręka pana
już nie obroni? Chruszczow działał przeciwko Berii, podważał jego wpływy, roz-
pędzał jego protegowanych, w bezpieczeństwie państwa. Wie, że znowu nadstawia
głowy w ciągu tych tajnych schadzek w daczy w głębi lasu.
Czwarty dzień wydaje się klasyczny. Stalin odzyskuje świadomość. Pielęgniar-
ka poi go małą łyżeczką, Stalin podnosi swą zdrową rękę, wskazuje wiszącą na
ścianie marną reprodukcję wyciętą z „Ogonioka”, na której dziewczynka karmi
jagnię. Swymi niemymi wargami usiłuje się uśmiechnąć: jagnię to on teraz. Od
jakiegoś czasu lubił przybijać do ściany swej willi sceny sentymentalne, fotografie
zaróżowionych dzieci o blond włosach.
Później przychodzi agonia. Dusi się. Brak tlenu, twarz staje się prawie czarna,
rysy zmienione, prawie niepoznawalne. W ostatniej chwili żółte oczy obejmują
obecnych wściekłym wzrokiem, podnosi rękę jakby chciał pokazać coś wysoko, albo
jakby chciał przekląć. I to koniec. Prof. Miasnikow oznajmia śmierć. Malenkow,
Bułganin, Chruszczow, Woroszyłow, Kaganowicz płaczą. Beria spieszy się, głosem
tryumfalnym wzywa swój wóz i znika spiesząc się na pl. Łubianki, do władzy.
Tak kończy się zeznanie Chruszczowa i Swietłany Stalin.
Komunikat podpisany przez ośmiu profesorów medycyny mówi: „Piątego mar-
ca o godzinie dwudziestej pierwszej minut piętnaście Józef Wissarianowicz Stalin
zmarł na skutek niedostatecznego dopływu krwi do mózgu i dróg oddechowych”.
– Drugiego marca 1953 roku – mówi jeszcze Swietłana – wezwano także moje-
go brata Wasyla. Pozostał przez kilka godzin w dużej sali wśród wielkiej krzątaniny.

130
Ale był pijany, jak zawsze od pewnego czasu, obrażał lekarzy i krzyczał: „Zabili
mojego ojca, zabili mojego ojca”.
Jak wielu pijaków, Wasyl Stalin powiedział głośno to, o czym inni myśleli po
cichu. Nie upłynął jeszcze miesiąc jak zaczęto mówić w Moskwie o zbrodni. Po-
zbawiony informacji naród kolportuje z wielką pasją wszelkie plotki. Jedni mówili:
Kilku członków z otoczenia Stalina było zagrożonych czystką. Czy nie uprzedzili
jej? To, że śmierć nastąpiła nagle czy – jak zapewniają komunikaty – powoli, nie
zmienia postaci rzeczy. Istnieją trucizny delikatne. Ale inni protestują: „Jesteście
szaleni. Nie śmieliby. Nie zabija się boga”.
W okręgu Kazańskoje na Syberii grupa deportowanych wymienia między sobą
ostatnie wiadomości. W tej grupie jest Józef Berger, ciekawa postać. Dzięki sieci
przyjaciół ma wiadomości z Moskwy. W dwa miesiące po śmierci Stalina docho-
dzi inna wersja. Stalin miał zwołać Politbiuro, aby jego członków poinformować
o swym nowym zamiarze – o masowej deportacji Żydów. Spotkał się z opozycją
Mołotowa (który broni swej uwięzionej żony Żydówki), a być może z opozycją ze
strony Woroszyłowa i Kaganowicza. Wpada w osłupienie i wściekłość. Po raz
pierwszy spotkał się ze sprzeciwem i to ze strony swoich. To spowodowało śmierć.
Ta wersja obiegnie cały świat budząc żywe zainteresowanie, upiększając się ro-
mantycznymi wariantami.
Chruszczow i Swietłana będą mówić dopiero później. Ich oświadczenia są zgo-
dne. Zgodne są też z komunikatami lekarzy. Ale czy to wystarcza? Chruszczow,
jeden z czterech uczestników ostatniego obiadu u Stalina, miał ewidentny interes
w uwierzytelnieniu wersji o śmierci naturalnej. Bo w przypadku zbrodni stałby się
jednym z pierwszych podejrzanych. W tym co mówił, była przede wszystkim samo-
obrona.
To prawda, że Swietłana potwierdza jego wypowiedzi. Ale wiadomo, że
Chruszczow miał nad nią przewagę. Czyż nie mogła być pod wrażeniem, że ten
grubas już krąży ze swą przyczajoną gadatliwością, z całym ciężarem swej wła-
dzy? Bo przecież gdy pisała to swoje opowiadanie, mieszkała jeszcze w Moskwie,
a Chruszczow był tam jeszcze panem.
Według dokładnych ustaleń, Swietłana Allulijewa napisała swą pierwszą książkę
w okolicach Moskwy „w ciągu lata 1963 roku”. Jest to okres panowania Chrusz-
czowa. Opublikowała ją dopiero w 1967 roku po przybyciu do Stanów Zjednoczo-
nych. Twierdziła: „Nie zmieniłam nic w moim tekście. Ta książka pozostała taka,
jaką czytali moi przyjaciele”. Ci przyjaciele, którzy czytali tekst w ZSRR, mogli
być względnie liczni, ponieważ – według autorki – specjalista od literatury rosyj-

131
skiej zachował kopię, którą dawał do czytania tym, których uważał za godnych bez
pytania o zezwolenie. Ambasador Indii w Moskwie miał również kopię w ręku.
Można zapytać, czy sukcesorzy Chruszczowa, gdy godzili się na wydanie
Swietłanie wizy na wyjazd za granicą, nie znali istnienia tekstu, który krążył po
mieście. W każdym razie opis śmierci Stalina, który rozpoczyna książkę, nie na-
stręczał im żadnych kłopotów. Jest bardzo spokojny, bardzo „comme il faut”,
zgodnie z przyjętą myślą.
Nie ma wątpliwości, że była w Kunczewie, widziała. Ale co? Czyż nie była
trzymana z dala od umierającego? Cały jej opis choroby jest niewyraźny, jakby
robiony w pośpiechu, wypełniony dygresjami. Nie czuje się upływającego czasu.
A przecież trzy dni patrzeć na umierającego człowieka – i jakiego człowieka! – to
się liczy.
Tylko w odmalowaniu ostatnich chwil jest sobą – gdy Stalin już rzęzi w agonii,
a zwłaszcza gdy jest już martwy i kiedy spokój powraca na jego twarz. Do tej pory
ona jest tylko cieniem świadka i umie być nim.
Zastrzeżenia poczynione w związku z lukami w zeznaniach nasuwają się wtedy,
gdy się weźmie pod uwagę podstawowe dane.
Stalin miał 73 lata i był chory. Jego nadwrażliwość, jego zaburzenia krążenia
mogły go doprowadzić w sposób naturalny do śmierci. Ale czy zwolennicy śmierci
wspomaganej, przyspieszonej, niespokojni o własne bezpieczeństwo rozbroją się?
Stalin i tę tajemnicę zabrał do grobu.
Pod wpływem szoku Sowieci nie zastanawiali się. To wydarzenie jak olbrzymie
świętokradztwo pogrążyło ich w zdumiewające odrętwienie.

13.
DNI OCZEKIWANIA

Pierwszy komunikat mówił jeszcze tylko o chorobie. Ale na ulicach Moskwy


już ściszano głos jak w pokoju umierającego. Młody człowiek K.M. wchodzi na
Arbacie ze swym kolegą uniwersyteckim do baru na szaszłyk. Siadają. Sala pełna
woni smażonego mięsa. Ale zamiast zwykłego gwaru, nawoływań, toastów, głoś-
nych rozmów – śmiertelna cisza, słychać tylko szczęk widelców. Je się i pije

132
w milczeniu. Wszyscy pochyleni nad stołami. Strach. Stalin był ojcem srogim, ale
ojcem. Jeśli odejdzie, kto przyjdzie? Jaka plaga? Jaka wojna? Jaki holocaust? Ci,
którzy się cieszą, kryją się ze swą radością. Jest ich mało. Pewien student zwierza
się swemu przyjacielowi, który niepokoił się, bo go ostatnio nie widział: „Zamkną-
łem się w swoim pokoju, żeby się nie zdradzić. Jestem bardzo zadowolony, wyo-
brażam sobie Berię siedzącego jak wąż okularnik u jego wezgłowia”.
Wszyscy czekają na wiadomość. Ale nic się nie dzieje. Przez cały czas, czwartego
marca, radio ogranicza się do powtarzania pierwszego biuletynu o stanie zdrowia.
Piątego dnia nadają dwa. Są rozwlekłe. Mówią o pogorszeniu. Wyliczają wszyst-
kie zabiegi czynione na chorym, z mnóstwem szczegółów, jakby chcieli wziąć świat
na świadka, że niemożliwością jest kusić się o uratowanie: dostarczania tlenu, leków
z kamforą, kofeiną, strofantiną i glukozą, penicylina. Nawet pijawki.
Patriarcha Aleksis wezwał do modłów we wszystkich cerkwiach. Wielki rabin
nakazał modły i dzień postu. Wszystkie inne wyznania poszły w ich ślady.
Pewien lekarz z Berlina Zachodniego dr Fritz Heese opowiada: „W nocy
z czwartego na piątego zatelefonowano do mnie. Sowiecka władza w Berlinie prosiła
mnie, abym natychmiast przybył. Chodziło o konsultację dotyczącą generalissimu-
sa Stalina”. Dr Heese chwalił się, że zna nowy sposób leczenia chorób układu krą-
żenia. Berlin wtedy jeszcze nie miał muru. Samochód sowiecki odszukał doktora
w jego mieszkaniu w dzielnicy amerykańskiej, pilotował go w nocy przez Bramę
Brandenburską do Karlhorst, smutnej i ciemnej dzielnicy, gdzie mieścił się sztab
gen. Czujkowa. Tam dwaj rosyjscy lekarze czekali na swego kolegę Niemca. Podali
mu dokładnie wiadomości o stanie chorego. Heese odpowiada: „Nic się już nie da
zrobić, nie mam już po co jechać”.
Historia piękna ale podejrzana. Dr Heese nie był poważnie traktowany przez ogół
lekarzy. Gdy tylko dowiedział się, że ktoś wielki tego świata jest chory, natych-
miast ofiarowywał swoje usługi, czy chodziło o papieża, o króla, czy o Agę Chana.
W 1953 roku był u szczytu kariery, traktowany przez wielu jako cudotwórca.
Czy rzeczywiście gen. Czujkow zwrócił się do niego, gdy dowiedział się, że jego
pan jest umierający? Czy zagrał jeszcze raz niemal zabobonny respekt dla nauki
niemieckiej, który właściwie w Rosji nigdy nie wygasł? Zadłużony po uszy dr He-
ese popełnił samobójstwo w 1959 roku, zabierając ze sobą tajemnicę. Na próżno ata-
kował Kreml telegramami upominając się o honoraria.
Do Nowego Jorku pierwsza depesza „Stalin poważnie chory” dotarła po północy.
Andrzej Wyszyński, po wygłoszonym w ONZ twardym przemówieniu na temat
Korei, śpi. Jego współpracownicy, atakowani przez dziennikarzy, dają do zrozumienia,

133
że boją się obudzić starego ministra–prokuratora. W Waszyngtonie prezydent Eisen-
hower również odpoczywa. Czekają z wiadomością na jego przebudzenie o godzinie
siódmej. Ten żołnierz wcześnie wstaje.
„Wiadomo, co się traci, nie wiadomo, co się zyska”. Zgodnie z tym porzekadłem
Zachód przyjmuje wiadomość o odejściu swego starego przeciwnika bez przyjem-
ności. Zauważa, że w ośrodkach mniej marksistowskich generalissimus nie ma złej
opinii.
Człowiek z epoletami sprawia, że zapomina się o człowieku z nożem w zębach.
Jego 73 lata uspokajają. Wielu patrzy na niego jak na człowieka podstępnego, ale
mądrego, wpływającego pokojowo na wojowniczego Malenkowa, wreszcie umiar-
kowanego w rzucającym ogniem i płomieniami środowisku kremlowskim.
Przytacza się opinię Trumana z 1948 roku: „Lubię tego starego Joe Stalina. To
dzielny typ, ale on jest więźniem Politbiura. Z nim można by się dogadać, ale ludzie
z Politbiura nie pozwalają na dotrzymanie umów”. Ekshumuje się nawet piękny
opis dobrego papy Józefa przedstawiony nie przez żadnego pisarza komunistycz-
nego, lecz dawnego ambasadora amerykańskiego w Moskwie, Josepha E. Dawis-
sa: „Spojrzenie tych brunatnych oczu jest dobre i miłe. Jestem pewny, że dziecko
chętnie by siedziało na jego kolanach i że pies wspinałby się do niego”.
Politycy francuscy odczuwają strach przed pustką. Paul Reynaud mówi o skoku
w nieznane. I wyjaśnia: „Ten stary i podstępny człowiek, sławny marszałek po-
prowadził swój naród do zwycięstwa i do zakończenia wojny, rozciągnął swoje
komunistyczne wpływy na 550 milionów istnień, co sprawiło, że jest największym
zdobywcą w historii. Czy zniszczyłby tę swoją karierę wywołując trzecią wojną
światową? Mało prawdopodobne”. („Combat” z 5.3.1953 r.).
„Nastawiony był raczej na utrzymanie pokoju” – sądzi Eduard Daladier, a Ed-
gar Faure szkicuje taki portret: „Wśród współczesnych dyktatorów Stalin jeden –
wydaje się – oparł się upojeniu, megalomanii i historii”.
Streszczając najogólniej, korespondent „France Soir” depeszuje czwartego mar-
ca: „W stolicy Związku Sowieckiego obawiają się nierozwagi sukcesorów marszał-
ka, który był uważany za element hamujący”.
Ten obraz Kremla kolegialnego, gdzie Stalin miał być pierwszym i ostrożnym
między pierwszymi, występuje w wielu wygłaszanych pod wpływem szoku komen-
tarzach.
Bardziej spokojny „Manchester Guardian” notuje: „City oczekuje złagodzenia
napięcia. Giełda londyńska utrzymuje się bez zmian. Konstatuje się niejakie zain-

134
teresowanie bonami rosyjskimi sprzed 1917 roku, a przede wszystkim lekką zwy-
żkę niektórych walorów polskich i rumuńskich”.
Churchill wyraził życzenie powrotu do zdrowia swemu staremu partnerowi.
Vincent Auriol na Polach Elizejskich, Georges Bidault na Quai d’Orsay zrobili to
samo.
Eisenhower zamanifestował swą sympatię raczej do Sowietów niż do ich szefa:
„...Są dziećmi Jedynego Boga, który jest ojcem wszystkich ludzi. Jak wszystkie
narody, tak i miliony Rosjan, podzielają naszą nadzieję, że w świecie zapanuje przy-
jaźń i pokój. Jakie by nie były rządy, Amerykanie będą się modlić, aby Wszech-
mocny pochylił się nad narodem tego ogromnego kraju”.
Radio Watykan zwraca się do katolików zgodnie ze stanowiskiem Kościoła: „Jest
to moment, by zobaczyć w szefie państwa sowieckiego duszę odkupioną przez Chry-
stusa, duszę, dla której katolicy błagają o miłosierdzie Boże w duchu powszechnej
chrześcijańskiej miłości bliźniego”.
„L’Humanite” wyraża wielki smutek komunistów francuskich. Cała stronica
pisma poświęcona jest zebraniom solidarnościowym: »Wstrząsająca wiadomość
przybyła niespodziewanie do zakładu Renault w Saint Quin w porze obiadowej.
Robotnicy budowlani szykowali się w kantynie do spożycia obiadu. Jeden przy-
szedł z wiadomością: „Towarzysze, nasz towarzysz Stalin jest ciężko chory”. Twa-
rze powlekły się smutkiem. Stary robotnik żuł swój papieros. Natychmiast zdecy-
dowali się wyjść, zebrać się... Zostawili miski, posiłek. Byli tam komuniści, ale nie
tylko. Wszyscy wstrząśnięci, opanowani tym samym uczuciem. Jeden przemówił,
przypomniał kim był Stalin, przywódca narodu sowieckiego. „Przywódca robotni-
ków całego świata” – ktoś zawołał. W słońcu, które rozproszyło mgłę, wszystkie
twarze były ściągnięte bólem, zacisnęły się pięści. „On nas nauczył walczyć!”.
„A ostatnio wyjaśnił nam w ‛Problemach ekonomicznych socjalizmu ZSRR’ ”...
Tego wieczoru z zakładów Renault w Saint Quin – konkluduje „L’Humanite” –
odjechało posłanie podpisane przez wszystkich pracowników pod adres Stalina.«
Przy ulicy Porte–Mahon w pobliżu opery redaktorzy „Voix de la Paix” nie stra-
cili całkiem nadziei. Ostatecznie przecież i Lenin cierpiał na uderzenie krwi do
mózgu, a później korzystał jeszcze długo z obniżenia się pulsu.
„Les Voix de la Paix” – „Głosy Pokoju” to rozgłośnia Francuskiej Partii Komu-
nistycznej. Pracuje tu mała grupka ludzi pod kierunkiem redaktora naczelnego Rene
Andriena, jednego z „młodych” rokujących najlepsze nadzieje prasy partyjnej.
Podpisuje się Rene Alain. Praca odbywa się w atmosferze na wpół konspiracyjnej.
Zwłaszcza od ostatnich niedawnych aresztowań działaczy komunistycznych. Dwie

135
codzienne emisje przygotowywane są w Paryżu, przeznaczone dla słuchaczy fran-
cuskich, a nadawane przez silne stacje w Czechosłowacji, na Węgrzech i w Polsce.
Z redakcji w Paryżu do studiów w Pradze program nadawany jest telefonicznie.
Pracownicy poczty członkowie partii dyskretnie ulepszają transmisje.
Piątego marca wieczorem redakcja z Pragi wzywa Paryż: „Wiemy z pewnego
źródła, że Stalin nie żyje”. Była dwudziesta, i dwudziesta druga czasu moskiew-
skiego (oficjalny komunikat sowiecki podaje godzinę dwudziestą pierwszą pięć-
dziesiąt). Na razie wiadomość ta niech będzie tajna. Dziennikarze z „Voix de la
Paix” przygotowują specjalne programy na następny dzień. Kilku nie może po-
wstrzymać łez.
Ta sama noc, ul. Luwru. „L’Humanite” daje pod prasę wydanie, gdzie nie ma
mowy o śmierci. Ale już szybko zrobiono wydanie specjalne z pierwszą stronicą
w czarnej ramce.

14.
MARSZ ŻAŁOBNY

Moskwa, szóstego marca rano. Radio rozpoczyna nadawanie swego programu


długim, posępnym biciem w bębny i hymnem narodowym, po czym rozlega się
głos Lewiatana.
Do wszystkich członków partii!
Do wszystkich robotników ZSRR! Serce Józefa Wissarionowicza Stalina, to-
warzysza broni Lenina, genialnego kontynuatora jego dzieła, przenikliwego wodza
i wychowawcy komunistycznej partii i narodu sowieckiego, przestało bić.
Dwadzieścia pięć minut czytania powolnego, uroczystego. Najpierw długi
komunikat, w którym Komitet Centralny, rząd, Prezydium Najwyższego Sowietu
prawie błagają w słowach pełnych niepokoju, aby społeczeństwo wykazało stalową
jedność, spójność monolitu i obiecuje wszystko – dobrobyt, pokój, bezpieczeństwo.
Później zostaje odczytany biuletyn lekarski, w którym wyjaśnia się okoliczności
śmierci Stalina, która nastąpiła poprzedniego dnia wieczorem na dziesięć minut
przed godziną dwudziestą drugą.

136
Moskwianie nie mają zwyczaju wstawać wcześnie. Teraz zostali obudzeni
wczesnym rankiem. Wyczekują, nasłuchują. Mało jest okien nie oświetlonych, mało
drzwi, spod których nie przesącza się światło.
Gdy wysłuchano komunikatów, światła gasną. Ludzie wychodzą, by się dowie-
dzieć, by zobaczyć. W kilka minut później, w ten lodowaty ranek, ogromny tłum
podąża na Plac Czerwony, pod Kreml. Kreml nie jest już pusty. Ciało Stalina dys-
kretnie przewieziono w nocy z Kunczewa. W oknach ukazują się czerwone sztan-
dary spowite czarną krepą. Czerwień i czerń zalewają cały kraj. To samo w Moskwie
pokrytej już nie tak białym przy końcu zimy śniegiem. To samo w Gori, rodzinnym
mieście Stalina, gdzie kaukaska wiosna już się objawia w ogrodach warzywnych
i na pastwiskach bawołów. Te same żałobne sztandary w Magnitogorsku, wielkim
kombinacie metalurgicznym, którego gęste dymy unoszą się w zamarzniętym sybe-
ryjskim powietrzu. To samo we Władywostoku, gdzie już zaczyna się czas popołu-
dniowy i słońce lśni nad Morzem Japońskim.
I wszędzie muzyka. Z dodatkowych głośników zainstalowanych na ulicach,
w mieszkaniach – bez przerwy płynie gigantyczny, uroczysty koncert, w którym
tonie cały kraj. Wszystkie utwory, które opiewają zmarłych bohaterów – marsz
żałobny Chopina i Beethovena, symfonia patetyczna Czajkowskiego i Berlioza
i jeszcze raz Beethoven, i hymny, i pieśni patriotyczne. Tak przez cztery dni. Nadaje
się nawet kilka fragmentów z „Requiem” Mozarta bez przypominania fałszywej
ideologii. Na ulicy, w zakładach pracy, w domu wciąż bez przerwy towarzyszy
wszystkim muzyka poważna, majestatyczna, żałobna. Najmocniejsze nerwy nie
wytrzymują. Płacze się bez fizycznej potrzeby. „Myślałam o wszystkich moich
zmarłych na wojnie – mówi jakaś kobieta – płakałam, płakałam, płakałam...”.
W szkole, w wielu klasach nauczycielka i dzieci płaczą razem.
Od czasu do czasu muzyka, zostaje przerwana i patetyczny głos Lewiatana lub
jego zastępcy czyta komunikaty, mówi o niepowetowanej stracie, o bólu, o jedno-
ści, czujności i nawet błaga – słowa do tej pory nie słyszane – o unikanie paniki
i zamieszania.
Młody historyk Georges Haupt, który jako rekonwalescent przebywał w sana-
torium na Krymie, przytacza rozmową pielęgniarki z inwalidą wojennym. Pielęg-
niarka łka: „Co się stanie z nami bez niego?”. Inwalida odpowiada: „To i dobrze,
że wreszcie odszedł na zawsze”. Ale takie eksplozje radości są rzadkie, dyskretne,
prawie heroiczne. Fala płaczu ogarnia coraz szersze kręgi. W Erewanie, stolicy
sowieckiej Armenii, kobiety tarzają się po ziemi demonstrując swą rozpacz. Jest
kilka samobójstw.

137
Tego ranka Aleksander Sołżenicyn jest w Azji centralnej. Dopiero co odzyskał
wolność po ośmiu latach więzienia: „Wyszedłem po raz pierwszy na ulicę naresz-
cie wolny, aczkolwiek jeszcze deportowany. Wyszedłem pod wpływem nalegań
starej i głuchej kobiety, która obudziła mnie wcześnie i prosiła, bym wyszedł na
ulicę i wysłuchał wiadomości nadawanych przez głośnik. Była to wiadomość
o śmierci Stalina”.
W szaraszce „Marfino”, gdzie Sołżenicyn był trzymany przez cztery lata, więź-
niowie tego ranka pozostali w swych sypialniach, zamiast iść do pracy w swoich
laboratoriach. W głowach tych inżynierów, matematyków kłębią się myśli – roz-
strzelają czy nie, czy znowu trzeba bać się jakiegoś stanu wyjątkowego, jaki prze-
żyli na początku wojny, kiedy przystąpiono do systematycznych egzekucji po wię-
zieniach i obozach? Uczeni milczą. Kilku płacze. To komuniści. Wciąż jeszcze
wierzą w swego wodza sprawiedliwego i dobrego. Ale taka reakcja jest niezmier-
nie rzadka u więźniów. W przeciwieństwie do ludzi wolnych, więźniowie łączą
swoje nieszczęście ze Stalinem. Rozumieją, że to on stworzył ten nielitościwy rząd,
który nie będzie miał końca.
W zespole koncentracyjnym Workuty więzień John Noble dowiaduje się o śmier-
ci Stalina szóstego marca rano. Jest to obywatel amerykański zaaresztowany w Dre-
źnie w 1945 roku. Teraz patrzy na starca padającego na kolana w wodzie, która
pokrywa korytarze kopalni. Starzec woła: „Boże, bądź pochwalony. Jest jeszcze ktoś,
kto myśli o nieszczęśliwych”.
Niemiec Joseph Scholmer, który również przebywa w Workucie w obozie szó-
stym, wspomina; jak stary, brodaty chłop rosyjski klęczy i modli się: „Jestem tutaj
dziewiętnaście lat i po raz pierwszy słyszę dobrą wiadomość” – zwierza się swemu
towarzyszowi Gruzinowi. A syjonista polski dorzuca: „Bóg uratował Żydów. Gdy-
by nie umarł, robiłby nowe pogromy”.
Więźniowie słuchają z radością, jak wartownicy gorączkowo rozprawiają przez
telefon tam na górze, jak wolni robotnicy biegają bezradni z jednego biura do dru-
giego, jak zbierają się w grupki, dyskutują. Szóstego marca w Workucie praca na-
gle została przerwana.
Wieczorem w barakach są pijani z radości i od wódki. Ci ludzie, którym brak
wszystkiego, znajdują coś, żeby się upić.
Nazajutrz rano wielki portret Stalina, który ozdabiał lokomotywę ciągnącą wa-
goniki z węglem w kopalni numer szesnaście został zastąpiony portretem Lenina.
Ojciec narodu nie został jeszcze pochowany. Moskwa jest w trakcie oddawania

138
jego zwłokom gigantycznego hołdu a już ostrożność małego lokalnego szefa tuż
przy kole polarnym uderza sztychem scyzoryka w rytuał adoracji.
W „kolonii wychowania przez pracę” numer jeden w Moskwie sześciuset
więźniów przygląda się z ciekawością swoim strażnikom i wolnym pracownikom
płaczącym bez przerwy. Dziwią się. Bo obywatel szef w swym dostojeństwie nie
powinien nigdy uzewnętrzniać swych uczuć w obecności więźniów. Więźniowie
starannie ukrywają swą radość, boją się, żeby ich dozorcy z wściekłości nie zmal-
tretowali.
W białym piekle Kołymy poeta Warłam Szałamow, aresztowany w 1937 roku,
przyjmuje wiadomość z ponurą obojętnością. Jest zbyt zajęty staraniami się o prze-
życie, by delektować się smakiem nadziei.
Ester Markisz, żona rozstrzelanego poety żydowskiego, dowiaduje się o śmierci
Stalina zaraz po przybyciu na nagie stepy Kazachstanu, dokąd ją deportowano
z dwoma synami (młodszy ma 13 lat). Znalazła tu „najlepsze towarzystwo”, wdowy
po rozstrzelanych przywódcach i intelektualistach. Niektóre są tu od 1934 roku.
Wiadomość o śmierci Stalina pasjonuje ją, ale najważniejszą jej troską jest znale-
zienie maszynki do gotowania na naftę, by móc ugotować jakąś strawę dla synów
i siebie.
Więzienia są pozbawione głośników. Pogrążeni w tym świecie niektórzy więź-
niowie dowiadują się o śmierci Stalina dopiero po kilku tygodniach.
Rezultaty oględzin zwłok, opublikowane z takim bogactwem szczegółów jak
biuletyn o chorobie, jeszcze raz akcentują, że zrobiono wszystko, co tylko było mo-
żliwe. Dane badań patologiczno–anatomicznych wykazały nieodwracalny proces
choroby. I dlatego wszystkie i wszelkie energiczne sposoby nie mogły dać pozy-
tywnych rezultatów, nie mogły przeszkodzić w fatalnym zakończeniu.
Szóstego o godzinie piętnastej ciało Stalina zostało przewiezione do Domu
Związków i tam je wystawiono. Dom ten to dawny klub szlachecki, klejnot rosyj-
skiej architektury klasycznej, zbudowany przez Kazakowa przy końcu XVIII wie-
ku. Na froncie o delikatnej zieleni umieszczono wielką płytę z dębowych desek
obramowaną żałobnie, a do niej przymocowano olbrzymi portret Stalina.
Stalin jest w wielkiej Sali Kolumnowej, gdzie przed dwudziestoma dziewięcio-
ma laty wystawiono ciało Lenina. Odpoczywa, dobrze widoczny w środku góry
kwiatów i listowia w podniesionej trumnie, na której według zwyczaju rosyjskiego
nie ma pokrywy. Jest w swoim stroju wojskowym. Stara twarz jest już spokojna,
ale władcza. Pod grubą, brunatną skórą twarzy mocno rysują się szczęki. Ręce wy-
ciągnięte zdają się gotować do chwytu.

139
O szesnastej Salę Kolumnową otwarto dla publiczności. Komisja pod przewod-
nictwem Chruszczowa pracuje bez przerwy nad zorganizowaniem największego
pogrzebu, który w każdym szczególe przypominałby pogrzeb Lenina, ale musi być
jeszcze większy, jeszcze wspanialszy.
Każda manifestacja w kraju Stalina musi być zorganizowana jak balet. Od Zwią-
zku Pisarzy do najmniejszego zakładu pracy na prowincji obowiązuje dyscyplina.
Na dziesiątkach tysięcy wieców mówcy z czerwonymi i czarnymi opaskami wyja-
śniają, co trzeba robić i jak myśleć. Już w zakładach moskiewskich na zebraniach
wybiera się przez podniesienie rąk i bez dyskusji delegacje, które poniosą kwiaty
na Plac Czerwony. Już pułki w swych koszarach ćwiczą paradę pogrzebową. Po-
szukuje się Wiery Kondakowej, dziewczynki, którą uścisnął Stalin 1 maja 1952
roku, aby teraz stanęła przed trumną w obecności dziennikarzy. W zasadzie nic nie
może być zostawione przypadkowi. Maszyna precyzyjnie działa.
Ale naród tym razem narzuca swą spontaniczność. Cała ludność Moskwy idzie
sama z własnej woli do Domu Związków, aby pożegnać ojca. Delegacje ze swymi
czerwonymi sztandarami udrapowanymi krepą przesuwają się wśród ludności nie-
zorganizowanej – ojców rodzin trzymających za rękę swe dzieci, dziewcząt trzy-
mających się ramion chłopców, którzy przeciskają się w tłumie. Jest zimno. Kilka
stopni poniżej zera. Oddechy skraplają się w powietrzu. Kilku pijaków rozgrzało
się wódką i śpiewa ochrypłymi głosami. Nikt ich nie wypędza. Oni też mają prawo
widzieć.
Moskwa jest kołem, którego promienie schodzą się na Kremlu. Tłum ściśnięty
na ulicach, które biegną na Kreml, schodząc po łagodnej pochyłości. Tłum rośnie
stopniowo, zgęszcza się w olbrzymie kolumny, które zajmują całą szerokość ulic.
Kilka wozów miota się jeszcze w tej gęstej fali, później nieruchomieje. Światłą
uliczne są bezużyteczne, patrzą na tę posuwającą się wolno lawinę.
Student A.W. wieczorem wciska się aż na pl. Trubnaja, do którego zbiega się
kilka ulic wypełnionych tłumem. Rzeki ludzkie łączą się tam i dalej idą pod Dom
Związków odległy o jeden kilometr. Ciżba wciąż rośnie. Student uświadamia sobie,
że to się źle skończy. Wyrzeka się oglądania Stalina, z wielkim trudem przeciska
się przez tłum i kordon policji, wydostaje się na bulwar.
Rzecz niesłychana! Mołotow sam osobiście przybywa w swym wozie i próbuje
rozmawiać z tłumem: „Nie pchajcie się, bądźcie cierpliwi. Wszyscy będą mogli
pożegnać drogiego Józefa Wissarionowicza”. Nic z tego. Fala wciąż napiera. W Do-
mu Związków Swietłana słyszy rozmawiających dwóch bardzo zdenerwowanych
generałów. Przypuszcza, że stracili kontrolę nad tą masą ludzką.

140
Olbrzymie ciężarówki i auto wojskowe zagradzają drogę tłumowi, który prze
do przodu. Na ulicy Gorkiego widać ludzi forsujących te bariery. Milicja zrzuca
ich z ciężarówek. Wszystko to odbywa się bezwzględnie, bez krzyku, z zaciśnięty-
mi zębami. Na ulicach Naglinnaja i Puszkinskaja tłum prze, ale ciężarówki tworzą-
ce zaporę ograniczają przejście, tworząc gardziel. Pierwsze szeregi utknęły w tym
wąskim przesmyku. A z tyłu napierają dalej. Kilka kobiet zostało uduszonych.
Z tyłu tłum pcha się na ślepo. Ciała ześlizgują się na oblodzoną ziemię, są zdepta-
ne. Inni zmiażdżeni przyciśnięci do krat, które osłaniają parterowe okna, łamią się
kręgosłupy, miażdżą klatki piersiowe.
W szpitalach moskiewskich wyładowuje się jednocześnie zmarłych i rannych.
Eugeniusz Jewtuszenko wspomina tę morderczą falę w swej autobiograficznej ksią-
żce: „Czułem, że ta ślepa masa unosi mnie jak kawałek drewna przewracany bez-
silny na wodzie. Unosi mnie prosto na latarnię. Miałem wrażenie, że ten metalowy
słup nielitościwie zbliża się do mnie. Nagle mała dziewczynka przyciśnięta do la-
tarni krzyknęła przerażona. Nie, nie słyszałem jej krzyku wśród lamentu i okrzyków,
ale zobaczyłem jej twarz – jak niezapomniany obraz z apokalipsy. Poczułem w moim
ciele trzeszczenie kości, przerażony zamknąłem oczy, aby nie widzieć więcej wzroku
tego dziecka w agonii. W jakiś cudowny sposób fala ludzka mnie uniosła. Nie
widziałem więcej tej dziewczynki. Zniknęła pod tłumem. Jakiś człowiek szamotał
się, otwierał ramiona jakby był ukrzyżowany i błagał na próżno, by mu pozwolono
wydostać się z tłumu”.
Ten uporczywy marsz trwał trzy dni. Trzy zimne dni marcowe, gdy jeszcze
tańczą w powietrzu płatki śniegu i trzy noce oświetlone bladawym światłem refle-
ktorów. Kilka milionów mężczyzn i kobiet – mówi się o pięciu – szło w nadziei, że
dotrą do Sali Kolumnowej. Kilkaset osób zostało zgniecionych. Ale ile dokładnie?
Liczby milczą jak zawsze.
Beria, stawszy się panem wszystkich sił porządkowych, wezwał posiłki z Lenin-
gradu. Oddziały milicyjne w pełnym uzbrojeniu weszły w tłum. Milicjanci spięli
swe konie ponad głowami tłumu, aby go zatrzymać i wyprzeć. Ludzie ginęli pod
kopytami koni i pod sabotami pieszych.
Moskwa została zamknięta. Tysiące ludzi z prowincji, którzy przybyli w cięża-
rówkach, aby pożegnać zmarłego boga zostali zatrzymani na rogatkach miasta.
Lepiej się powiodło tym, którzy przyjechali wczesnymi pociągami, bo wtedy do-
stali jeszcze się do miasta. Później na dworcach panowała atmosfera smutnego
kiermaszu. Było wielu pijaków. Oni też lamentowali.

141
Inna policja nie zajmowała się tłumem ani jego problemami. Student A.W.,
któremu się udało wymknąć z pl. Trubnaja do spokojniejszej dzielnicy powiedział:
„Doznałem szoku. W ciemnej uliczce o dwa kroki od placu Puszkina zobaczyłem
z dwanaście samochodów ciężarowych z wygaszonymi światłami. Samochody
były wypełnione żołnierzami MGB w pogotowiu bojowym. To nie była policja
drogowa. Siedzieli prawie niewidzialni i czekali”.
Bezpieczeństwo państwa działa w ramach planu mobilizacyjnego przewidzia-
nego na wypadek wojny lub jakiegoś doniosłego wydarzenia. Dokonano wiele
aresztowań prewencyjnych. W dniu śmierci Stalina aresztowano Pisariewa, naiw-
nego aparatczyka, który napisał list do Stalina, aby zwrócić jego uwagę na możliwe
nieprawidłowości w procesie lekarzy.

15.
„CZŁOWIEK, KTÓREGO KOCHALIŚMY NAJBARDZIEJ”

Gdy tylko nadeszła wiadomość o śmierci Stalina, Konferencja Narodowa Fran-


cuskiej Partii Komunistycznej zebrała się w sali „des Gresillons” w Gennevilliers
i zawiesiła swe prace na znak żałoby. Jacques Duclos swym grubym pirenejskim
i łamiącym się ze wzruszenia głosem wypowiedział mowę pogrzebową: „Brutalna
śmierć uderzyła w największego człowieka naszych czasów. Ból niezmierny wy-
pełnił nasze serca, ból na miarę naszej miłości. Towarzyszu Stalin, pamięć o was
będzie żyła wiecznie w naszych sercach, w wielkim sercu francuskiej klasy robot-
niczej. Towarzyszu Stalin, francuscy komuniści będą was godni”.
Zwołano wielki wiec na dziesiątego do „Vel d’Hiv”. Ogromny statek był wype-
łniony wzruszonym tłumem.
Pablo Picasso był także pod wpływem szoku. Malarz, który nie krył się ze swy-
mi sympatiami dla komunistów, ale który nie chciał rysować Stalina, teraz ogar-
nięty wzruszeniem narysował zmarłego. Jego Stalin jest młody, bardzo gruziński,
bardzo południowy nawet trochę hiszpański. Ofiarował go Aragonowi, który objął
kierownictwo nad tygodnikiem „des Lettres Francaises” i który opublikował ten
rysunek w numerze pisma z dwunastego marca. Wywołało to burzę. Bo ten portret
jest jednakże uderzeniem w realizm socjalistyczny. Gdy chodzi o Stalina, jest blu-
źnierstwem.

142
Z inicjatywy Augusta Lecoeur partia wyraża swoje potępienie: „Nie podając w
wątpliwość uczuć wielkiego artysty Picassa, o którym każdy wie, jak bardzo jest
związany z klasą robotniczą, wyrażamy żal, że tow. Aragon, członek Komitetu
Centralnego i dyrektor „Lettres Francaises”, który zresztą dzielnie walczy o roz-
wój sztuki realizmu, pozwolił na tę publikację”.
Aragon będzie musiał opublikować swą samokrytykę. Musi także poświęcić całą
stronę na protesty działaczy. Umieszczać listy, które mówią: „Kiedy robotnik mówi
o naszym Stalinie, mówi o nim zawsze z respektem i bez fantazjowania. Niechże
i nasi towarzysze artyści czynią to samo. Niech dają nam wierne portrety”.
Gen. de Gaulle wysyła do Mołotowa wiceprzewodniczącego Rady Ministrów
w Moskwie telegram wyrażający najgłębsze kondolencje. Wspomina wspólną
walką, zwycięstwo. Trochę później maluje swego strasznego sojusznika: „Stalin
posiadał wielką żądzę potęgi. Zręczny w spiskach umiał maskować swe rysy i swe
uczucia, obywać się bez iluzji, bez litości, bez szczerości, widząc w każdym czło-
wieku przeszkodę lub niebezpieczeństwo, wszystko u niego było manewrem, bra-
kiem zaufania. Rewolucja, partia, państwo, wojna dawały mu okazję i sposoby do
zdobywania panowania. Dochodził do niego używając wybiegów w tłumaczeniu
marksizmu, rygorów totalistycznych, wprowadzając w grę odwagę i nadludzką prze-
biegłość, ujarzmiając lub likwidując innych. Od tej pory sam naprzeciwko Rosji.
Widział ją tajemniczą, silniejszą i twardszą niż wszystkie teorie, niż wszystkie
ustroje. On ją kochał na swój sposób” (gen. de Gaulle „Memories de guerre”).
We Francji śmierć Stalina wywołała wojnę o sztandary. Minister obrony naro-
dowej zarządził, by flagi były zwinięte na znak żałoby przez dwa dni po śmierci
Stalina i później w dniu pogrzebu. Prawica oburzyła się, że rząd Rene Mayera
respektuje tak skrupulatnie zwyczaj, którego nie przestrzegają inne państwa zacho-
dnie. Dawni kombatanci protestowali pod Łukiem Triumfalnym. To jest – mówili
– obraza dla naszych żołnierzy, którzy walczyli w Indochinach. W Tonkinie żoł-
nierze gen. Galarz bili się z nieprzyjacielem co dzień lepiej wyekwipowanym.
A ekwipunek był sowiecki.
Zgromadzenie Narodowe było przez kilka dni jak wzburzone morze: „Trzeba –
opowiadał przewodniczący rady – uczcić szefa armii, która pomagała w uwalnianiu
Francji”.
W głębi dżungli Ho Czi Minh zorganizował wiec żałobny w swej głównej kwa-
terze. Asysta siedziała na grubych stołkach, portret Stalina udekorowany kwiatami
wisiał na ścianie lepianki. Dźwięki pary skrzypiec cichutko rozchodziły się w nocy.

143
Ho mówił, a drobna jego sylwetka oświetlona była drgającym światłem od świec
osadzonych w kandelabrach wykonanych, z bambusa.

16.
SPADKOBIERCY

Jeszcze nie skończył się dzień, w którym ogłoszono wiadomość o śmierci Stali-
na, a już Sowieci znali swych nowych przywódców. Malenkow zdawał się przejąć
całą władzę po Stalinie. Był przewodniczącym rady i szefem partii, a teraz stawał
się jej pierwszym sekretarzem. (Tytuł sekretarza generalnego, którego używał Sta-
lin, teraz znikł, pojawił się znowu w 1966 roku). Rodził się postacią legalnie uni-
wersalną, co zaznaczył już XIX Zjazd. „Prawda” znowu zaczęła uprawiać kult tej
nowej osobistości i od dziesiątego marca publikuje fotografię wyciągniętą z archi-
wum obrzydliwie podszwindlowaną, nieudolnie pozacierano znaczną część osób,
zostawiono tylko trzy: zamyślonego Stalina, olśnionego Mao Tse Tunga i Malen-
kowa o orlim wzroku i władczej postawie.
Beria, który poparł Malenkowa strachem, jaki wzbudzał, zadowala się funkcja-
mi z pozoru skromnymi: funkcją pierwszego wiceprzewodniczącego rady i mini-
stra spraw wewnętrznych. Faktycznie ma to, czego chciał: policję. Łączy pod swą
władzą dwa królestwa policyjne MWD z obozami i MGB z resztą. Usadawia się
natychmiast na Łubiance, portret jego znowu się zjawia we wszystkich biurach.
Nadziewa Moskwę oddziałami wojsk specjalnych.
Prezydium i Sekretariat partii widzą, że ich stan liczbowy został brutalnie zre-
dukowany (Prezydium liczy dziesięciu członków a nie dwudziestu pięciu). Od
razu większa część nowo przybyłych, których Stalin wprowadził przed sześcioma
miesiącami, została wykluczona. Tak np. stało się z Breżniewem. Znów ubrał się
w mundur generała porucznika, który zresztą pasował do jego okazałej postaci
i poszedł na stanowisko szefa politycznego w armii. Stanowisko bardzo wygodne,
ale nieporównywalne z jego poprzednią sytuacją w Sekretariacie.
Pozbywszy się młodych wilków, stara gwardia zajmuje wszystkie ważne pozy-
cje. Każe się obficie fotografować przy zwłokach Stalina, pisarze mają obowiązek
kadzić im bez miary. Nikita Chruszczow, numer dwa w partii, napręża już muskuły,

144
aby wspiąć się wyżej. Ponieważ Malenkow opiera się na Berii, to znaczy policji,
logicznie rozumując marzy mu się wojsko.
Opiekunem wojska jest Mikołaj Bułganin, brodacz zajęty pielęgnowaniem swo-
jej urody, z wyglądu notariusz trochę zużyty hulankami, o uprzejmym uśmiechu
i lodowatym spojrzeniu. Ten polityk w czapce marszałka jest w sojuszu z Chrusz-
czowem przeciwko Malenkowowi i jego dążeniom do cezaryzmu i przeciwko Berii,
który gra rolę szarej eminencji.
Zresztą wielu prawdziwych żołnierzy, tak jak Żuków wysłanych na średnie
stanowiska prowincjonalne, jest znużonych szykanami i gardzi generałami policji
z Łubianki. Mogą służyć temu, kto zechce ich wykorzystać.
Aleksiej Kosygin, niedawno u szczytu władzy, został zdegradowany w paździer-
niku, zaraz po XIX Zjeździe. W miarę upływu czasu miał okazję znowu się urzą-
dzić, tymczasem śmierć Stalina spowodowała jego lot w dół. Szóstego marca jego
nazwisko znika z Prezydium, traci tytuł wiceprzewodniczącego rady, zachowuje
tylko ministerstwo przemysłu lekkiego i wyżywienia. Przyjmuje ten zwrot fortuny
ze zwykłym dla siebie chłodem. Placówka ta odpowiada zresztą temu pracowitemu
człowiekowi.
Nowe nominacje są przyznawane na „zebraniu Komitetu Centralnego, Rady
Ministrów i Prezydium Najwyższego Sowietu” – procedura bez precedensu. Ale
więcej niż sposób, dziwi szybkość. Zapewne spadkobiercy bali się jak ognia każde-
go nie zajętego miejsca we władzy. Ale przeprowadzić tak wielkie zmiany w partii
i w państwie w sposób tak radykalny w ciągu niecałych czterdziestu czterech godzin?
– zadziwiająca szybkość dla tak powolnego kraju.
Niektórzy wyciągają wnioski, że Stalin nie umarł piątego marca o dwudziestej
pierwszej pięćdziesiąt, lecz dwa lub trzy dni wcześniej i że utrzymano tę wiado-
mość w tajemnicy, dopóki wszystko nie zostało zorganizowane. Hipoteza ani
sprawdzona, ani tak bardzo niedorzeczna.
Według Swietłany, willa w Kunczewie zaraz na drugi dzień po śmierci Stalina
była opróżniona. Naczynia, książki, meble Beria kazał przenieść do jakiegoś depo-
zytu w MGB. Rozpędził całą służbę. Dwóch oficerów straży nawet zabito.
Gen. Poskrebyszew, szef sekretariatu do specjalnych poruczeń, nie uczestniczył
w tej likwidacji ani jako ofiara, ani jako kat. Ten najwierniejszy z wiernych, bardziej
oddany niż pies został wypędzony przez swego pana. Wróciwszy do niego przed
kilkoma miesiącami oczekiwał, że będzie aresztowany. Śmierć Stalina uratowała
go od czegoś gorszego.

145
17.
ŻEGNAJ, OJCZE

Żegnaj, ojcze
Jakie nagłe i okrutne uczucie
Stać się sierotą.

Szołochow

Całe południe ZSRR – Krym, Kaukaz, Azja centralna – wysłało swe kwiaty.
Tyle róż, mimoz, goździków, tulipanów, narcyzów, dalii, magnolii, lilii, że nie
mogło być mowy, aby je umieścić w Sali Kolumnowej. Ułożono je tedy za ze-
wnątrz – zadziwiający ogród na śniegu.
Niedaleko od ubóstwianego zmarłego był inny zmarły, o którym nic się nie mó-
wiło, Sergiusz Prokofiew, kompozytor kwitnący życiem, kompozytor dobry, choć
zły charakter. Zmarł w tych dniach. Dom pogrzebowy, w którym złożono jego zwło-
ki, znajduje się naprzeciwko Sali Kolumnowej. Ale z powodu tego olbrzymiego
tłumu i z powodu zatarasowanych ulic, pogrzeb Prokofiewa musi odbyć się póź-
niej. Prasa nie podaje wiadomości o jego śmierci. Moskwa może opłakiwać tylko
Stalina.
Przez sześćdziesiąt godzin naród defiluje przed nim. Tylko krótka przerwa pod
koniec nocy i znowu otwierają się drzwi sali. Kryształowe lustra zasłonięte krepą.
Długie czerwone chorągwie z czarnymi brzegami zwisają wzdłuż smukłych neo-
klasycznych kolumn Kozakowa. Ściszona muzyka pogrzebowa.
Kobiety i mężczyźni czekali po dwanaście, czternaście godzin na mrozie i wie-
trze i mało brakowało, aby ich zgnieciono; przechodzą teraz bez chwili zatrzyma-
nia, unoszeni przez falę.
Czas zachowa w pamięci tę trumnę udrapowaną czerwonym jedwabiem, wynu-
rzającą się z kwiatów i palm, tę sztywną sylwetkę w uniformie, tę legendarną twarz
po raz pierwszy widzianą z bliska, która stała się ludzka przez śmierć.
Przy trumnie straż honorowa wciąż się zmienia. Stachanowcy pełnią wartę
zaraz po pisarzach, „bohaterowie pracy” po generałach. Starzy bojownicy komu-
nizmu, którzy zjechali z całego świata, po majestatycznej delegacji patriarchatu
ortodoksyjnego. Notable najważniejsi spośród najważniejszych pełnią straż przy
trumnie po dwadzieścia pięć minut, osobistości ze świata górniczego zmieniają się

146
po upływie dwóch lub pięciu minut. Pikieta numer jeden – spadkobiercy z Malen-
kowem na czele – przychodzi od czasu do czasu i w dzień, i w nocy.
A przed trumną rzeka ludzka płynie bez przerwy. Gdy ogłoszono w nocy z ósme-
go na dziewiątego marca, że defilada została ukończona i drzwi do Sali Kolumno-
wej zostaną zamknięte, kolejka czekających ciągnęła się na długości dziesięciu
kilometrów. Ludzie nie rezygnują, nie chcą wracać do domu po tak długim, cier-
pliwym wyczekiwaniu. Zostaną na placu podczas lodowatej nocy z podniesionymi
kołnierzami, w czapkach nasuniętych na uszy, tupiąc filcowymi walonkami i słu-
chając uroczystej muzyki płynącej z głośników.
Jest dziesiąta rano. Cisza w całym kraju. Od trzech dni życie na dwudziestu
dwóch milionach kilometrów kwadratowych zostało zatrzymane. Nie ma wido-
wisk, koncertów, rozrywek, żadnych przyjemności. Nawet szare afisze na ulicach
w Moskwie rażą i zostają pozdzierane. Dziewiątego marca rano wszystko jakby
zlodowaciało. Związek żyje w ciszy i w zwolnionym tempie. Dwieście milionów
ludzi ma oczy zwrócone na plac pod murami Kremla.
Delegacje czekają od północy w ciszy z portretami w żałobie. Marsz Chopina.
Las kwiatów posuwa się wolno do Placu Czerwonego. Niosący wiązanki i wieńce
idą w dwudziestu pięciu rzędach. Za nimi sześć czarnych koni wiezie złożoną na
lawecie trumnę udrapowaną czerwienią. Na trumnie czapka generalissimusa. Mar-
szałkowie i generałowie na szkarłatnych poduszkach niosą odznaczenia. Za lawetą
idą spadkobiercy z czerwonymi i czarnymi szerokimi opaskami na ramionach i Czu
En Lai, wielki sojusznik, który ma prawo do pierwszego szeregu. Idzie między
Malenkowem i Berią. Za nimi rodzina: Świetlana, Wasyl i kilkoro wnucząt. Dalej
– szefowie rządu, ministrowie, ambasadorowie. Galowe stroje dyplomatów zacho-
dnich kontrastują z ciężkimi, ciemnymi płaszczami i futrzanymi czapkami Sowietów.
Gen. Dupont, francuski attache wojskowy, wyróżnia się swym nowym jaskrawym
kepi. Kanarkowego koloru płaszcz irańskiego ministra budzi sensację.
Pochód nieruchomieje. Przenoszą trumnę na katafalk. Pochylają się sztandary
pułków moskiewskich akademii wojskowych. Główni przywódcy wchodzą na
mauzoleum. Głos mocny, trochą ostry, o dykcji lekko teatralnej przerywa ciszę. To
przemawia Malenkow. Jego przemówienie gloryfikujące Stalina jest już przemówie-
niem postalinowskim. Obiecuje chleb i pokój, przede wszystkim bardzo gorliwie
pokój, na co wszyscy zwracają uwagę. Zmarły szerzył garściami urojenia i terror,
żyjący chce się podobać.
Wokół Malenkowa na mauzoleum gromadzi się elita międzynarodowego komu-
nizmu, trochę bezładnie, nie tak jak podczas rewii za Stalina, gdzie wszystko było

147
uszeregowane, uporządkowane. Bródka Ulbrichta sąsiaduje z czarnym szalem i po-
ważną hiszpańską miną Passionarii. Czechosłowacki Gottwald trochę przysłania swą
olbrzymią postacią swego sąsiada Jacguesa Duclos. Myląca barczystość. Gottwald
umarł w pięć dni później, prawdopodobnie na skutek przeziębienia, którego naba-
wił się gdy stał na mauzoleum.
Po Malenkowie przemawia Beria. Trochę nadstawiono uszu, gdy wielki władca
policji obiecywał Sowietom, że będzie z całą troskliwością dbał o ich prawa zagwa-
rantowane w konstytucji stalinowskiej. Przypomniano sobie Berię – „liberała”
z 1938 roku. Przede wszystkim zwrócono uwagę na to, że popiera Malenkowa jak-
by chciał pokazać światu, że nowy pan jest jego pupilem.
Mołotow, trzeci mówca, to jedyny, który wydaje się wzruszony. Głos mu drży,
łamie się, przerywa kilka razy swe przemówienie. Opłakuje swego mistrza, którego
śmierć prawdopodobnie uratowała mu życie.
Chruszczow, mistrz ceremonii, jest zadowolony, że dał się wypowiedzieć trzem
mówcom.
„Towarzysze broni” biorą na swe barki trumnę ze szklanym wiekiem, wspoma-
gani są przez kilku mocnych wojskowych: Malenkow, Beria, Mołotow, Chruszczow,
Woroszyłow, Bułganin, Kaganowicz i Mikojan niosą Stalina w głąb mauzoleum
do krypty, gdzie już spoczywa Lenin.
Zegar na Kremlu wybija południe. Armaty grzmią. Sztandar okrywający trumnę
wznosi się na szczyt swego masztu, oddziały wojskowe po raz ostatni paradują
uroczyście przed Stalinem.
W Moskwie jest południe, siódma wieczór w Chabarowsku, dziesiąta na Kam-
czatce. Od krańca do krańca ZSRR na pięć minut zostaje przerwana wszelka praca,
zatrzymuje się cały transport. Wszystkie fabryki, wszystkie statki, wszystkie loko-
motywy puszczają w ruch swe syreny. Każdy nieruchomieje od Zatoki Fińskiej, do
cieśniny Beringa.
W Pekinie Mao Tse Tung pochyla się przed ogromnym portretem Stalina. Mo-
rze ludzkie wypełnia plac Niebiańskiego Spokoju.
W Warszawie, w Budapeszcie, w Pradze, w Berlinie życie ustaje, gdy Stalin
schodzi do mauzoleum.
Gorliwi filmowcy ustawiają grupy, pouczają by mężczyźni zdjęli nakrycia głowy,
a kobiety aby się pochyliły. Film powinien dać po wszystkie czasy obraz najwięk-
szej żałoby.

148
W obozie Tajcher na Syberii więzień Korko Sztejner, komunista jugosłowiań-
ski, jest wezwany ze swymi towarzyszami niedoli na wieczór żałoby. Więźniowie
stanęli brygadami na centralnym placu lagpunktu. Oficer MWD wchodzi na stół
i zespolony z całym światem Gułagu – milionami jego niewolników w żałobie na-
rodowej przemawia: „Przysięgamy w tej bolesnej chwili, że będziemy pracować
jeszcze więcej, jeszcze lepiej”. Głos jego staje się coraz donośniejszy, więźniowie
z czapkami w ręku stoją przez trzy minuty w ciszy. Ich oddechy parują w lodowa-
tym powietrzu. Po chwili jeden z nich zabiera głos: „Obywatelu szefie, mam na
swym koncie trochę pieniędzy, które przysłała mi żona i których, nie mam na co
wydać. Byłbym szczęśliwy, gdyby mi było wolno uczestniczyć w zakupie wieńca
dla naszego kochanego wodza”. Oficer myśli chwilę, po czym mówi: „Złóżcie swą
prośbę na piśmie”.
W cerkwiach moskiewskich zgodnie z instrukcją patriarchy kler modli się za
duszę Józefa Stalina: „Panie, daj odpoczynek duszy sługi Twego, Józefa Stalina
między Twymi Świętymi”. Wiekowe, drobne staruszki w swych szalach popłakują
słuchając smutnych śpiewów.
Wszystko się kończy. Plac Czerwony jest znowu milczący. Wieża Spaskaja wy-
bija godziny. Ludzie przychodzą oglądać wieńce zrzucone przez milicjantów pod
mury Kremla, próbują odczytywać nazwiska wypisane na wstążkach i odchodzą
bez słowa. Na mauzoleum nazwisko Stalina jest już wyryte tuż pod nazwiskiem
Lenina. Tu powinien odpoczywać obok twórcy ZSRR w oczekiwaniu na zapowia-
dany panteon dla wszystkich najsławniejszych w kraju. (Budowa panteonu została
zapowiedziana siódmego marca 1953 roku, ale nigdy jej nie podjęto).
Nazwisko Stalina jest na mauzoleum, ale publiczność nie może go jeszcze od-
wiedzić. Zwłoki wystawione w Sali Kolumnowej zostały zabezpieczone tylko pro-
wizorycznie. Teraz trzeba je tak zabezpieczyć, aby przetrwały wieki. W 1924 roku
prof. Worobiewowi udało się zabalsamować Lenina w sposób naukowy (aby utrzy-
mać stały stopień wilgotności w tkankach, zainstalował we wnętrzu ciała rodzaj
małej pompki elektrycznej). Worobiew zmarł, ale jego asystent, prof. Zbarski, odzie-
dziczył jego tajemnicę. Stalin najpierw okrył go zaszczytami, a później aresztował.
Profesor bez urazy teraz zajmuje się balsamowaniem Stalina. Potrzeba kilku miesię-
cy, aby wykonać dobrze tę posępną pracę. Może dopiero w listopadzie 1953 roku
mauzoleum zostanie otwarte. Sowieci wtedy zobaczą w świetle żółto–czerwonej
krypty dwie oszklone trumny stojące obok siebie. Lenin surowy w swej krótkiej
kurtce, Stalin masywniejszy i bogatszy, z wielkimi naramiennikami. Oczy zamknięte,

149
ręce wyciągnięte wzdłuż ciała, jakby dopiero zasnął. Ale już bez władczej ironii
w orlim profilu.

150
NIEPEWNA
WIOSNA
1.
ZAPOMNIEĆ

Podwójcie, potrójcie straż


wokół tego grobu.
Niech nigdy nie wyjdzie z
niego Stalin
ani przeszłość ze Stalinem.

Jewtuszenko.

Dziewiątego marca kamery aktualności sowieckich filmowały pogrzeb ze wszy-


stkimi szczegółami. Widzowie nigdy nie obejrzą owoców ich pracy. Nim film był
gotów (a przecież robiony był z pośpiechem), powiał inny wiatr. Już czas zapo-
mnieć o Stalinie. Kina go nie wyświetlają, wszystko idzie spać w kurzu archiwum
kinematograficznego. I wraz ze Związkiem Sowieckim cały świat pozbawiony jest
największego widowiska tego wieku, bo na cały film nałożono embargo zarówno
dla zagranicy, jak i do użytku wewnętrznego.
F.L., krytyk literacki, dostał pilne polecenie od przeglądu moskiewskiego na wy-
konanie ważnej pracy na temat miejsca Stalina w literaturze sowieckiej. Cały numer
kwietniowy miał być poświęcony wielkiemu zmarłemu. Upłynęły dwa tygodnie
i z redakcji naczelnej F.L. otrzymuje telefon: „Nie kontynuujcie pracy. Honorarium
swoje otrzymacie, naturalnie, ale numer kwietniowy będzie zmieniony”.
„Prawda” pozostaje jeszcze stalinowska przez trzynaście dni. Od dziesiątego
marca – od numeru żałobnego poświęconego w całości uroczystościom pogrzebo-

151
wym – do dwudziestego drugiego marca włącznie. Podczas tych trzynastu dni Sta-
lin cytowany jest w licznych artykułach pobudzających do tworzenia poematów.
Jego nazwisku towarzyszą liczne płomienne superlatywy. W tych numerach znaj-
duje się również artykuły o tematyce, którą uprawiano za życia Stalina. „Lekarze
zbrodniarze”, „Ukryci wrogowie naszego narodu”, „Poplecznicy syjonistów żydow-
skich”. I te same apele o delatorstwo, o denuncjację. Krytyka beztroski i naiwności.
Później wszystko się zmienia. Z wiosną. Nazwisko wielkiego człowieka ukazuje
się dwa albo trzy razy w numerze. Siódmego kwietnia konstytucja ZSRR przestaje
być stalinowska, staje się po prostu konstytucją sowiecką. Katarzyna Furcewa, cy-
tując ostatnią pracę Stalina, zapomina ją nazwać genialną (”Prawda” z 9.4.1953 r.).
Od dwudziestego trzeciego marca komentatorzy zapominają zgodnie o czujności,
zajmują się dobrobytem ludu. Organ Komitetu Centralnego pochyla się troskliwie
nad parcelami robotników, nawołując ich, aby na tych parcelach sadzili ziemniaki.
Artykuły przeciwko Żydom znikają. Ostatni wielki artykuł antysemicki, jeden
z najbardziej gwałtownych, ukazał się w „Krokodylu” dwudziestego marca. Wasyli
Ardamacki, autor tego „nie w porę” artykułu, zmartwił się, gdy zobaczył, że jego
koledzy odwracają się od niego i gdy usłyszał, że go nazywają Wasia Timoszczuk
– nazwiskiem lekarki denuncjatorki, która spowodowała aresztowanie lekarzy.
Jeszcze łzy nie obeschły, a destalinizacja ruszyła z miejsca krokiem szybkim
i nieuchronnym. W ośrodkach kierowniczych słyszy się coś jak „uff”, olbrzymie,
choć dyskretne.
Starej gwardii chodzi o to, by zachować aktyw sukcesji, ale wyeliminować
ryzyko, zachować władzę, ale zmniejszyć napięcie. Partia mogła sobie pochlebiać,
że przez trzydzieści pięć lat w oczach Sowietów stała się partią legalną. Teraz cho-
dzi o rozdzielenie partii i Stalina, bo do tej pory zakorzenił się zwyczaj, że partia
i Stalin to jedno. Aby się przekonać wystarczy porównać dwa teksty Michała
Szołochowa opublikowane w „Prawdzie” w odstępie niecałych, pięciu miesięcy.
Pierwszy jest wielką pieśnią pogrzebową opublikowaną ósmego marca, w wigilię
pogrzebu: „Żegnaj, ojcze. Żegnaj drogi ojcze, którego kochać będziemy aż po osta-
tnie tchnienie. Będziesz zawsze z nami i z tymi, którzy przyjdą po nas. Będziemy
słyszeć Twój głos w rytmicznym huku turbin central gigantów hydroelektrycznych
i w szumie fal morskich stworzonych, dzięki Twej woli, i w miarowym kroku nie-
zwyciężonej piechoty sowieckiej, i w łagodnym szmerze liści obszarów zalesionych,
które ciągną się w nieskończoność”. Drugi tekst ukazał się trzydziestego lipca pod
tytułem „Siłą na wieki nasza droga partia”. Szołochow ani razu nie wspomina
w nim Stalina.

152
Trudny zwrot od szóstego marca. Uniwersalny legatariusz, Malenkow, czter-
nastego marca opuszcza połowę swego spadku i to najważniejszą. Zachowuje tylko
stanowisko przewodniczącego rządu. Fala pochlebstw, których doznawał przez
osiem dni, znika natychmiast. W miesiąc później nowa formuła wchodzi na firma-
ment polityczny: „kolegialność najwyższą zasadą kierownictwa partii”.
Oficjalnie kolegium na trzy głosy. Malenkow w rzeczywistości jest otoczony
przez Berię i Mołotowa, którzy przyjęli poza tytułami pierwszych wiceprzewod-
niczących rady, jeden – ministerstwo spraw wewnętrznych, drugi – ministerstwo
spraw zagranicznych. Za nimi inni sławni: Bułganin, Kaganowicz, Mikojan.
Zachód, słabo zorientowany w tych ciemnych sprawach partii, szczególną uwagę
zwracał na Nikitę Chruszczowa. Bo to on zostaje pierwszym sekretarzem Komitetu
Centralnego po Malenkowie, „odciążonym” od tej funkcji. Chruszczow bez hałasu
zaczyna zbierać w swych rękach ważne atuty władzy.
Malenkow jednak robi co może, aby być na scenie, być jeśli nie panem, to przy-
najmniej patronem. Teraz mały, gruby człowiek, o czarnych kosmykach i kobiecej
figurze, rzuca na szalę swą zręczność. Decyduje się podnieść poziom życia Sowie-
tów.
Od pierwszego kwietnia dekretuje obniżkę cen ważniejszą niż te, które ogła-
szano co roku za czasów Stalina i co stało się już rytuałem. Aby utrzymać ilość
wolnego pieniądza na rynku i tym samym utrzymać jego wartość, rząd importuje
gorączkowo dobra konsumpcyjne. Dojdzie nawet do tego – fakt bez precedensu –
że kupuje się 30 000 ton masła w Danii, Holandii, Australii i w Nowej Zelandii.
Zrozumiałe, że większość produktów przychodzi z krajów demokracji ludowych,
gdzie ZSRR może pobierać i kupować według cen szczególnie preferencyjnych.
Robotnicy Berlina, których „normy” zyskowności znacznie się obniżyły, powiedzą
siedemnastego czerwca kamieniami wyrwanymi z bruku i butelkami z benzyną, że
nie chcą ponosić kosztów podniesienia stopy życiowej Sowietów.
Latem Malenkow zajmuje się chłopami. Ósmego sierpnia ogłasza, że podatek
w naturze płacony przez wieś będzie wydatnie zredukowany, faktycznie skasowany.
Świadek opowiada: „Na dworcu Łużajewka widziałem tego dnia kołchoźników
płaczących z radości. Kiedy Lewiatan swym głosem z wielkich dni ogłosił wiado-
mość przez głośniki, wszyscy chłopi, którzy byli na peronach i w poczekalniach
wśród swych paczek, gorączkowo pytali jedni drugich. A kiedy zrozumieli, że od
tej pory będą mogli pić mleko od swych krów i chować kurczęta, których im nie
zabierze inspektor finansowy, na całym dworcu zapanował płacz i śmiech. To było
wielkie święto ludowe”.

153
Więcej dóbr konsumpcyjnych. Jesienią dekrety spadają jak grad. Fabryki samo-
lotowe mają produkować pralki, przemysł zbrojeniowy łóżka metalowe. Wszystko
to nosi znamię pośpiechu, gorączkowej improwizacji. Czy w wielkim rozluźnieniu,
jakie wywołała śmierć Stalina naród manifestuje aż tak wielką niecierpliwość, że
trzeba go zadowolić za wszelką cenę rozbijając całą konstrukcję dotychczasowych
planów?
A może Malenkow chce sobie zjednać określoną kategorię ludzi; tych o wyso-
kich zarobkach, wielkich techników, dyrektorów? Niektóre z tych reform interesują
– to prawda – ogół. Ale te zmiany w przemyśle dają pierwszeństwo wielu produk-
tom drogim, jak lodówki, motocykle, tkaniny pierwszego gatunku, szampan sowie-
cki, które absolutnie nie są dostępne dla większości.
W biurach aparatu zaniepokojenie. Czy nadchodzi era menedżerów, działaczy?
A co się stanie z supremacją partii, która jest instytucją ustawową? Czy prości
technicy produkcji mają być równi „aparatczykom”, strażnikom prawdy obja-
wionej?
Wojskowi związani z ciężkim przemysłem oceniają miernie ten sposób popie-
rania apetytu na dobra konsumpcyjne.
W biurze na Starym Placu (siedziba Komitetu Centralnego) Chruszczow, głowa
partii, bez czułości Komentuje „demagogiczne inicjatywy” Malenkowa. Wydawać
kredyty przemysłu ciężkiego, aby wytwarzać aparaty fotograficzne i zegarki, czy
to poważne? Sowietom potrzebny jest chleb nie zabawki. Produkcja zboża świad-
czy o zdumiewającym wprost opóźnieniu, schodzi w 1953 roku poniżej produkcji
z 1913 roku, a liczba ludności wzrasta w tym czasie o 30 milionów.
„Czego nam brak przede wszystkim – rozprawia Chruszczow – to traktorów,
maszyn rolniczych”. A więc wypędzony przez drzwi stalinizm przemysłowy wraca
oknem.
Ale Stalin nie służy już oparciem. „Słownik języka rosyjskiego” Oljegowa
poświęcił za jego czasów cztery linijki rzeczownikowi stalinowiec. W wydaniu z
1953 roku i słowo, i jego definicja znikły. Wyrok na nie zapadł dwunastego marca
1953 roku, w tydzień po śmierci.

154
2.
BANDYCI MALENKOWA

W obozach więźniowie także oczekują. Siódmego marca w Workucie jeden


z więźniów mówi do Johna Nobla: „Kto wie, czy Georges Tonton nie uwolni nas
wszystkich”. Tonton to Malenkow.
Niedługo się zastanawiano – 28 marca zostaje ogłoszony wielki ukaz Najwyż-
szego Sowietu proklamujący amnestię: „W następstwie konsolidacji państwa so-
wieckiego, wzrostu dobrobytu, podniesienia się poziomu kulturalnego obywateli,
a następnie wzrostu świadomości obywatelskiej i uczciwej postawy wobec obo-
wiązków społecznych, praworządność i porządek zostały umocnione, skutkiem
czego przestępczość znacznie zmalała. W tych warunkach Prezydium Najwyższego
Sowietu ZSRR uważa, że nie jest rzeczą konieczną przetrzymywanie osób winnych
zbrodni nie przedstawiających większego niebezpieczeństwa dla państwa”.
Korzystający z amnestii to przestępcy pospolici, kryminaliści. Zostali uwol-
nieni w poważnej ilości. Więźniowie polityczni nie zostali objęci tym ukazem. To
oni tworzą wielkie bataliony pracy w łagrach. W całym świecie Gułagu wzrasta
fala gorzkiego zawodu. Strażnicy, brygadierzy są ofiarami zamachów i napadów
dokonywanych przez zrozpaczonych więźniów.
Od maja do sierpnia w Norylsku, w Workucie wybuchają wielkie strajki. Dzie-
siątki tysięcy więźniów przestają pracować, dniami i tygodniami wystawiając na
niebezpieczeństwo produkcję górniczą. Były rozstrzeliwania, represje, ale także
fakt nowy, niesłychany – generałowie MWD negocjowali ze swymi niewolnikami,
kusili obietnicami. Niektóre obietnice zostały kilkakrotnie zrealizowane, np. możli-
wość korespondowania z rodziną, niekiedy odwiedziny rodziny.
Kilka miesięcy wcześniej, za życia Stalina, ani jeden strajkowicz nie uratowa-
łby życia. Zresztą za życia Stalina nikt sobie strajku nawet nie mógł wyobrazić.
Szczęśliwi beneficjenci opuścili galery Syberii na Dalekiej Północy. Byli to prze-
ważnie złodzieje, włóczędzy, chuligani zabawiający się nożem. Teraz załatwiają swe
porachunki z miastem. Stare rachunki, kiedy to zabroniono im tu pobytu. W Mos-
kwie przestępczość straszliwie wzrosła. Moskwianie nazywają ich bandytami Ma-
lenkowa.
Ludzie barykadują się w mieszkaniach. Kobiety nie wychodzą wieczorem, gdy
mieszkają przy źle oświetlonych i mało ruchliwych ulicach. Odżyły mity terrory-

155
styczne znane z historii Rosji. Jak w czasach regentki Zofii opowiada się, że zor-
ganizowane bandy idą, są już pod Moskwą, niosą ogień i śmierć. Złapanych milicja
znowu wysyła do obozów, z których niedawno wyszli.
Tej wiosny jeszcze inny strach opanowuje ludzi; strach natury ekonomicznej.
Zaczyna krążyć po mieście wiadomość o dewaluacji rubla. Cierpliwi i milczący
Moskwianie stoją w kolejkach do kas oszczędnościowych. Jedni zabierają swe
oszczędności, drudzy je deponują. Bo dwie wiadomości o jednakowej sile i prze-
ciwne sobie dzielą miasto. Mówi się na przemian, że reforma monetarna oszczędzi
kwoty wpłacone do kas, to znowu, że anuluje właśnie te oszczędności. Gdy osta-
tecznie nie dochodzi ani do reformy, ani do dewaluacji, ponure kolejki zmniejszają
się, wreszcie znikają (Przypomnijmy, że drakońska reformą monetarna została
przeprowadzona w Czechosłowacji 30 maja i dała początek rozruchom w Pilznie
i Ostrawie).
Kasy oszczędności stają się tym, czym są zwykle – hybrydami – biurem rejestra-
cyjnym, gdzie się uiszczą swe należności i skarbonką dla drobnych ciułaczy, którzy
starają się zebrać trochę pieniędzy mając na widoku jakiś poważniejszy zakup.

3.
POKÓJ, CZY NAPRAWDĘ?

Ten kraj zbity z tropu, gdzie władza żyje w niepewności, potrzebuje spokoju
wewnętrznego. Zachód z początku zaniepokojony, teraz czuje skąd wiatr wieje.
Zaledwie skończyły się uroczystości pogrzebowe na Placu Czerwonym, gdy Foster
Dulles wyjaśnia w ONZ: „Śmierć Stalina zwiększyła szanse pokojowe”.
W trzy tygodnie później Koreańczycy proponują podjęcie negocjacji rozejmo-
wych z Penmundżonem. W ciągu czterech miesięcy dochodzą do końca rozmowy
zamrożone od dwóch lat. W Korei armie milczą. Ale wciąż istnieją różnice. Każda
strona pozostaje przy swoich zasadach albo przy swoich poprzednich myślach. Tyle
tylko, że przestaje się powoli wierzyć w totalizm zła.
W ONZ zjawia się uśmiech na cienkich wargach Zorina, a Andrzej Wyszyński
i Henry Cabot Lodge wznoszą toast na cześć pokoju.

156
Dwudziestego piątego kwietnia po raz pierwszy „Prawda” poświęca całą stronę
przemówieniu prezydenta USA. Szeroki „plan pokojowy” Eisenhowera opubliko-
wano w całości z komentarzem krytycznym, ale cieniowanym. To ta sama „Prawda”,
która w lecie ubiegłego roku pisała: „Wypij szklankę zimnej wody Ike, i uspokój
swe nerwy”. I ta sama, która groziła Ameryce bombą atomową.
Nim lato nadejdzie, Tito, „marszałek zdrajców”, będzie kurtuazyjnie proszony
przez Mołotowa, aby wysłał swego ambasadora do Moskwy.
Nic nie jest podobne do wczoraj. W kwietniową niedzielę siedemnastu mary-
narzy z sowieckiego węglowca. „Kama” zakotwiczonego w Roven otrzymało od
swego konsula pozwolenie na zwiedzenie Paryża i na spacer w zwartej grupie po
Montmartre. Dziesięciu dziennikarzy amerykańskich zwiedza Moskwę. Widzi jak
„babuszki” spieszą do kościołów wieczorem podczas Wielkanocy. Wysyłają list
z podziękowaniem do Malenkowa, a po swym powrocie do Stanów Zjednoczonych
są potraktowani przez swych kolegów po piórze – jako „osły wieku”, dający się
oszukać pokojowej propagandzie komunistów.
Świat pyta: Czy naprawdę pokój? Armia sowiecka przygotowuje się do eksplozji
pierwszej bomby wodorowej, która ma stopniowo niszczyć supremację amerykań-
ską w dziedzinie uzbrojenia. Krążownik „Swierdłow” bierze udział w defiladzie
morskiej zorganizowanej w Anglii z okazji koronacji królowej Elżbiety – gest kur-
tuazyjny, który ujawnia światu flotę radziecką jeszcze drugorzędną, ale w pełnym
rozwoju.
Na początku czerwca wybuchają rozruchy w Czechosłowacji. Później robot-
nicy Berlina Wschodniego, Brandenburgii, Maklemburgii i Saksonii protestują
przeciwko sowieckim wojskom okupacyjnym przez strajki i rozruchy. Bezpośred-
nie motywy tych ruchów mają charakter ekonomiczny, ale na dalszym planie są
i polityczne.
Jak daleko nowy Kreml posunie swą tolerancję? Co będzie mu można wyrwać?
Kreml tłumi rozruchy krzycząc o faszystowskiej prowokacji, ale pozwala, by po-
wiał łagodniejszy wiatr zamiast dotychczasowego na wpół lodowatego.
Niekiedy sprzeczne zabiegi powodują zakłopotanie. W Moskwie wiosną 1953
roku N.J. Godunow czyta fragment swej książki poświęconej ruchowi oporu we
Francji (N.J. Godunow – „Walka narodu francuskiego z okupantami hitlerowskimi
i ich sojusznikami”, Moskwa 1953 r.). Godunow, którego przyjaciele nazywają
Borysem, pełnił funkcję attaché kulturalnego w Paryżu i nie zostawił tam dobrych
wspomnień. Specjalista od polityki francuskiej, po powrocie do Rosji został kie-
rownikiem emisji radiowych w języku francuskim. Znaczną część swej książki

157
poświęcił gwałtownej napaści na gen. de Gaulle’a. Z goebbelsowskim akcentem
wyjaśnia, że w Londynie klika gaullistowska była całkowicie podporządkowana
interesom ośrodków kierowniczych Anglii... narzędziem angielskich imperialistów.
Więcej: „Aby osiągnąć ich reakcyjne cele, gaulliści oddawali członków ruchu
oporu hitlerowcom”. I wyjaśnia bez skrupułów, że de Gaulle miał zwyczaj wcią-
gać patriotów w zasadzki i kazać ich masakrować nazistom, aby zadowolić swych
opiekunów angloamerykańskich. Ktoś się wreszcie spostrzegł, że trzeba to strzela-
nie sprostować. Ostatecznie przecież de Gaulle przeciwstawia się wspólnocie euro-
pejskiej, która jest czarną owcą dla dyplomacji sowieckiej. Wreszcie jest to czas,
gdy ambasador Winogradow zostaje wysłany do Paryża, gdzie pokaże się jako
dyskretny gaullista. Książki, która się ukazała, trzeba było się wyprzeć za pośred-
nictwem „Prawdy”, autora potraktować jako pisarza bez doświadczenia. Wbrew
zwyczajom Godunow tę wątpliwą naganę zniósł z pogodnym czołem, uprzedzony,
by się nie niepokoił: „To ze względu na kontekst międzynarodowy, rozumiecie?”.
„Odprężenie” to wyrażenie dziennikarzy zachodnich, używanie go dla Kremla
byłoby bardzo trudne, bo oznaczałoby zaprzeczenie polityki, która jest dogmatem,
uznanie, że rozpoczyna się odwrót. Hałas nacjonalistyczny w kraju wciąż jest wielki.
Nic się tam nie zmienia. Jakieś drobne odstępstwa przeznaczone dla zagranicy.
Wydawnictwa nauki języków obcych proponują uczniom języka francuskiego
już od lat ten sam podręcznik Niny Potopowej. Aż do śmierci Stalina początkujący
uczą się z niego począwszy od szóstej lekcji – nawet wcześniej, gdy poznają po-
czątki deklinacji – słownika podstawowego: „Bitwa jest w toku. Idziemy naprzód.
Czołgi idą przodem, z tyłu piechota. Mamy broń – fuzje, karabiny maszynowe,
kartacze, moździerze. Żołnierze strzelają, kule lecą. Artyleria z tyłu. Pułkownik
woła ‛ognia’ ”. W wydaniu postalinowskim szósta lekcja jest zmieniona. Uczeń
poznaje następujące wyrazy: „Już świt. Słońce wschodzi. Ziemia się odradza. Jest
wieczór. Kołchoźnicy odpoczywają. Akordeon gra”.

4.
STRASZNI PRACOWNICY

Czwarty kwietnia. Upływa miesiąc od czasu, gdy ogłoszono wiadomość o cho-


robie Stalina.

158
Na drugiej stronie „Prawdy” znajduje się komunikat Ministerstwa Spraw We-
wnętrznych, który wstrząsnął całym krajem. Podaje on do wiadomości, że „spisek
białych bluz” nigdy nie istniał, że lekarze „zbrodniarze” byli niewinni i że się ich
rehabilituje: „Ustalono, że zeznania oskarżonych, którzy rzekomo potwierdzili
oskarżenia skierowane przeciwko nim, były wymuszone przez pracowników Służby
Bezpieczeństwa metodami niedopuszczalnymi i surowo zabronionymi przez prawa
sowieckie”. Po raz pierwszy władze sowieckie przyznały się, że policja torturowa-
ła więźniów, aby uzyskać wygodne dla niej zeznania.
Małe grupki tworzyły się na ul. Gorkiego podczas czytania dzienników wywie-
szonych według zwyczaju na murach.
Jakiś starzec uśmiecha się i mówi: „No tak”. Nikt nie odpowiada, nie wszczyna
rozmowy. W ciągu dwudziestu pięciu stalinowskich lat Sowieci nauczyli się mil-
czeć.
W „Kolonii wychowania przez pracę numer 1” przy ul. Szobołowka Piotr Ku-
źmicz Murow, główny księgowy, porucznik intendentury i prawnik rzeczoznawca
Leon Finkelstein, więzień w trakcie zwolnienia, czytają i dokładnie badają komu-
nikat. Coś ich intryguje w tym, co czytają. Komunikat składa się z dwóch syme-
trycznych części. Najpierw jest lista lekarzy aresztowanych. Piętnaście nazwisk (to
lista kompletna; przypomnijmy, że trzynastego stycznia podano do publicznej wia-
domości tylko dziewięć nazwisk). Następnie lista uwolnionych. Obie powinny sobie
dokładnie odpowiadać, ponieważ wszyscy oskarżeni uznani zostali za niewinnych.
A tymczasem ta druga jest jakby trochę krótsza. „Popracujmy trochę jak dobrzy
rachmistrze. Stawiajmy krzyżyki przy nazwiskach”. Sprawozdanie szybko ukoń-
czono. Profesorowie Kogan i Etinger figurują między aresztowanymi, ale nie mię-
dzy uwolnionymi. „Ci dwaj weszli do więzienia, ale z niego nie wyszli” – mówi
porucznik.
Swym wrodzonym zmysłem domyślności czytelnicy sowieccy rozumieją dobrze
to, czego komunikat nie wyjaśnia. Niedopuszczalne metody badania stosowane
przez pracowników Służby Bezpieczeństwa, strasznych pracowników, przekształ-
ciły dwóch oskarżonych w trupy.
Tuż pod komunikatem „Prawda” zamieściła długi artykuł poświęcony drze-
wom owocowym. Uważni czytelnicy znajdują jeszcze niżej krótką wzmiankę, że
Najwyższy Sowiet anulował dekret nadający Order Lenina Lidii Timoszuk, denun-
cjatorce „morderców w białych bluzach”.
Delegacja izraelska w ONZ zawiadamia bez zwłoki, że rezygnuje z podnoszenia
sprawy antysemityzmu w ZSRR. Równocześnie prasa sowiecka zaczyna potępiać

159
„całą propagandą dyskryminacji rasowej i narodowej”. Rehabilituje pośmiertnie,
ale ze szczególnym zapałem aktora Salomona Michelsa, „tego uczciwego obywa-
tela, tego wielkiego artystę narodu sowieckiego”. Tego samego, który dwa miesią-
ce wcześniej był płatnym agentem syjonistów amerykańskich.
Ci wszyscy, którzy od dwudziestu lat mówili o procesach moskiewskich jako
o szwindlach i o zeznaniach wymuszonych torturami, teraz triumfują. Ale bojow-
nicy komunistyczni na ogół ani drgną. Dla nich wykroczenia odsłonięte w łonie
policji sowieckiej są tylko wypadkiem: „Należymy do wielkiej armii i to do armii
otoczonej – mówi stary działacz Francuskiej Partii Komunistycznej. – To jest tak,
jakby kapral nabawił się syfilisu i cała armia miałaby się czuć przez to zniesła-
wiona”.
Jednak Beria swoim brutalnym komunikatem zrobił szczelinę prawie jeszcze
niewidoczną w zasadzie nieomylności.
Kwiecień w Moskwie jest cieplejszy niż zwykle. Starzy wygrzewają się na słoń-
cu siedząc na ławkach. Brnie się w błocie odwilży. Pozbawiona Orderu Lenina, ale
zachowująca swe funkcje lekarka Timoszuk ciągnie swą karierę bez sławy jako
radiolog w szpitalu na Kremlu. Spotyka tam teraz kolegów, których kazała areszto-
wać, tych, którzy przeżyli.
Ale nie wszyscy zostali potraktowani tak łagodnie jak ona, Riumin, dawny wice-
minister bezpieczeństwa państwa, który osobiście kierował śledztwem „białych
bluz”, został aresztowany w towarzystwie swoich współpracowników. Ten mały
człowiek o wyglądzie cherubina był właściwie straszliwym katem. Co więcej, jest
wygodny do obciążenia go odpowiedzialnością za wszystko zamiast zwierzchnika,
byłego ministra S.D. Ignatiewa, ponieważ ten był lennikiem Chruszczowa, który
go bronił zębami i pazurami. Ignatiew ocenia siebie jako ślepego politycznie i ła-
twowiernego („Prawda” z 6.4.1953 r.). Nie idzie do więzienia ze swoim podko-
mendnym, ale traci swe nowe, olśniewające stanowisko, jakie dopiero co dostał od
Chruszczowa, jak te związane z Sekretariatem Komitetu Centralnego.
Za wielkimi słowami sprawa cuchnie regulowaniem rachunku. Przed trzema
miesiącami Ignatiew rozpędzał, szykanował ludzi Berii w łonie bezpieczeństwa.
Teraz przyszła kolej na niego. Zresztą to, co uderza najbardziej w wiadomości
o uwolnieniu lekarzy – to podpis. „Komunikat ministra spraw wewnętrznych” to
znaczy Berii. A brzmi to jak wyzwanie, jak zniewaga, przecież miał zapanować
nowy zwyczaj – kierownictwo kolegialne. Zmontował sam tę operację, co mu
zresztą przyniosło trochę popularności. Gruzin pokazuje, że jest zdolny obyć się
bez towarzyszy. Ale czy uwolni się od nich jutro?

160
Aby denuncjować wczorajszych katów, zapożycza się od nich straszne słow-
nictwo: „Szpiedzy i dywersanci, wyznawcy ideologii burżuazyjnej, degeneraci...
Przeciwko tym wrogom państwa sowieckiego jest rzeczą konieczną...” („Prawda”
z 6.4.1953 r.). Znowu styl czystek. Jacy będą „wrogowie ludu” jutro?

5.
ŚMIERĆ KATA

I poczęła i urodziła syna,


którego nazwała imieniem Beria
to nieszczęście było w jej domu.

Pierwsza Księga Kronik 7,23

Czwartego lipca 1953 roku ambasadorowie Stanów Zjednoczonych, Wielkiej


Brytanii i Francji w Moskwie utworzyli coś w rodzaju rady wojennej. Trzej dyplo-
maci wymienili swe wiadomości i zgodnie doszli do wniosku: prawdopodobnie
coś stało się z Berią, numerem dwa nowego kierownictwa.
Tydzień wcześniej, dwudziestego siódmego, przyglądano się bacznie loży rzą-
dowej w „Bolszom” podczas drugiego przedstawienia opery Jurija Szaporina
„Dekabryści”. Przywódcy byli w grupie. Wszyscy członkowie tytularni Prezydium
z wyjątkiem jednego – Berii.
W tym samym czasie zaobserwowano w Moskwie niezwykły ruch wojsk. Uzbro-
jone zwykle nie miały prawa wchodzić do miasta, z wyjątkiem przypadków, gdy
uczestniczyły w defiladach i uroczystościach wojskowych. Tym razem kolumny
wozów niespodziewanie przeciągnęły po wielkich arteriach miasta ku utrapieniu
milicjantów: „Co się dzieje, towarzyszu komendancie? Okrążacie miasto! Nisz-
czycie asfalt!”.
Nowym ambasadorem Stanów Zjednoczonych jest Charles Boklen „Chip”,
który objął stanowisko przed dwoma miesiącami. Opróżnił je poprzedniej jesieni
George Kennan, zmuszony do wyjazdu. Według jego informatorów żołnierze,
których widziano w Moskwie, należeli do dywizji z Uralu jakoby udających się do
Niemiec, by wziąć udział w manewrach. Ale ich wejście do stolicy nie było niczym
usprawiedliwione. Louis Joxe, ambasador Francji, twierdzi, że został zbudzony

161
w nocy przez niezwykłe marsze pod oknami jego rezydencji na drodze Bolszaja
Jakimianka. Coś wisi w powietrzu, coś jak zamach stanu.
Trzej ambasadorowie informują swe rządy o swych przypuszczeniach. Ale w cią-
gu najbliższych kilku dni żadnego potwierdzenia ich przypuszczeń nie widać.
Dziewiątego lipca inżynier moskiewski W.Ch., kawaler lubiący się zabawić,
spędził wieczór w towarzystwie kilku kolegów i licznych butelek. Położył się
pijany o czwartej rano. W.Ch. mieszka w komunałce – w jednym z tych mieszkań,
w których żyje kilku lokatorów. Około ósmej obudziły go głosy radia dochodzące
z sąsiedniego pokoju. Usłyszał: „Beria... wróg ludu... wykluczony z Komitetu
Centralnego i z szeregów Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, zdjęty ze
stanowiska ministra spraw wewnętrznych”. „Trzeba przestać pić – myśli zaniepo-
kojony W.Ch. – Beria, wrogiem ludu? Wkrótce to słonie będą różowe. Jutro się
wykąpię”. I znowu zasnął. Po dwóch godzinach budzi się znowu. Tariełka znowu
wyje: „Beria... agent zagraniczny. Oddać do Sądu Najwyższego ZSRR. Krymi-
nalne knowanie L.P. Berii”. „Ach, więc – myśli już uspokojony – nie jestem w de-
lirium”.
Syberia. Godzina wczesnego popołudnia. Wioska złożona z pięćdziesięciu
domów w pobliżu Kazaczinskoje. Deportowani stoją w kolejce przed biurem
komendanta miejscowego MWD. To tydzień rejestracji. Deportowani – przypom-
nijmy – nie są zamknięci jak łagiernicy, ale zmuszeni do przebywania w oznaczo-
nym miejscu (to są zresztą dawni łagiernicy, którzy odsiedzieli swoje wyroki). Raz
w miesiącu muszą w biurze zameldować się, że są obecni. Kolejka się wydłuża.
Litwini, Estończycy, Ukraińcy, Rosjanie – wszystkie narody imperium, wszystkie
warstwy społeczne od rolnika do pisarza, wszyscy objęci są tym samym nieszczę-
ściem, pracują w tartakach lub układają podkłady na torach kolejowych. Nagle
jeden z deportowanych przybiega zdyszany, krzyczy: „Bracia, pozwólcie mi wejść
bez stania w kolejce. Przysięgam wam, że będziecie oglądać numer, jakiego jeszcze
nie widzieliście w swoim życiu”. W jego głosie było tyle przejęcia, tyle siły prze-
konującej, że pozwolono mu wejść. Dociera do komendanta zostawiając drzwi
uchylone, aby koledzy mogli słyszeć. Na ścianie biura, które czuć kurzem i klejem
wisi piękny portret Berii odmłodzonego o dobrych 10 lat. „Obywatelu komendan-
cie – mówi deportowany – kiedy wy zdejmiecie portret tego zdrajcy ojczyzny, tego
imperialistycznego szpiega, tego nikczemnego Berii?”. Oficer własnym uszom nie
wierzy, każe powtórzyć. Następnie wkładając na głowę czapkę dla nadania sobie
więcej powagi urzędowej woła: „Dwóch do mnie! Deportowany B., czy zechcecie
powtórzyć wobec świadków to, coście mnie powiedzieli?”. Zainteresowany powta-

162
rza dorzucając kilka odpowiednich epitetów. „Deportowany B. – ryczy komendant
– ja was aresztuję za zniewagę Laurentego Pawłowicza Berii, członka Komitetu
Centralnego”. „Obywatelu komendancie, nie bądźcie głupi. To wy jeszcze nie słu-
chaliście radia do tej pory?”. Deportowany mówi z taką pewnością, że komendant
opanowany wątpliwościami sięgnął po słuchawkę. Wzywa ośrodek radiowy, który
przekazuje emisję z Moskwy na głośniki: „Pietia? Dzień dobry, jak się czujesz?...
Czy jest coś ciekawego?... Ach... ach... ach...”. Na każde „ach” głos się łamie, posęp-
nieje. Komendant smutny odkłada słuchawkę, zdejmuje swą piękną czapkę i zawia-
damia wyraźnie zgaszonym głosem: „Deportowani, dziś rejestracja skończona”.
Świadek tej sceny mówi mi po dwudziestu prawie latach: „Trzeba było przeżyć
taki dzień, by wiedzieć, co to jest szczęście”.
W całym ZSRR przez cały tydzień zwoływane są zebrania, by potępić „godnego
pogardy, nikczemnego Berię, po trzykroć przeklętego, wściekłego wroga naszego
ludu”. Z tysięcy estrad pisarze, uczeni, dyrektorzy fabryk, stachanowcy – wszystkie
kadry polityczno—ekonomiczne kraju parafrazują przez wiele godzin komunikaty
z dziesiątego lipca malując bez końca portret najnikczemniejszego z nikczemnych,
największego zdrajcy spośród zdrajców. Ten „najemnik zagranicznych sił impe-
rialistycznych” nawiązał pierwsze kontakty z tajną służbą brytyjską w 1919 roku.
I trzeba było tylu lat, aby go zdemaskować.
Dziwne. Oficjalne oskarżenia aż do końca rysowały jego obraz jako półliberała,
kiedy twierdziły, że ten agent międzynarodowego imperializmu chciał odbudować
kapitalizm i przywrócić panowanie burżuazji (”Prawda” z 10.7.1953r.). Retoryka –
zdaje się – szaleńcza. Ale, aby się trzymać stwierdzeń skromniejszych, podobno
były wiadomości o zabiegach Berii przeprowadzanych wiosną przez jego agentów
w Londynie i w Waszyngtonie. O zabiegach, które miały przyspieszyć odprężenie
i które szczególnie mogły niepokoić ortodoksów (kilku obserwatorów stało się
echem tych wiadomości zwłaszcza Joseph Alsop z „New York Herald Tribune”).
Kiedy „Prawda” oskarżyła Berię o to, że chciał „podkopywać” kołchozy, to miała
na myśli zahamowanie kolektywizacji w Gruzji przez jego sprzeciw wobec projek-
tów Chruszczowa – tworzenia „miast rolniczych”. I kiedy „Prawda” twierdziła, że
próbował uaktywnić elementy nacjonalistyczne burżuazji, to trzeba stwierdzić, że
istotnie od maja do czerwca nacisk Rosjan na prowincje trochę się zmniejszył. Beria
mianował kilku autochtonów na ważne stanowiska lokalne.
A więc ten człowiek skąpany we krwi, wielki mistrz aparatu represyjnego miałby
być liberałem? Dlaczego nie? To przecież on w dniu pogrzebu Stalina rzucił nie-

163
oczekiwaną aluzję do niepisanych praw konstytucji. On, który uwolnił lekarzy nie
bojąc się postawić w stan oskarżenia swojej własnej policji.
Lecz ile jest siły przekonania w tym wszystkim? Nikt nigdy nie ryzykował
przydania temu katowi poczucia moralności. Przeciwnie, znano go jako „realistę”,
z całym sceptycyzmem starego politruka. W sumie zdolnego do wszystkiego, nawet
do tolerancji. Aby uzyskać popularność, nie wolno było zdradzić swojego dyletan-
ctwa, trzeba było mniej czasu poświęcać na swoje przyjemności, a więcej na pracę.
Ten wschodni gracz i lubieżnik wiedział bez wątpienia o czujnej trwodze swych
współtowarzyszy, świadomych niebezpieczeństw, jakie im zagrażają z jego strony.
Niebezpieczeństwo wyzucia z posiadania. Niebezpieczeństwo kuli w karku.
Wszystkie oficjalne komunikaty powtarzały na wyścigi, że Beria chciał wysunąć
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ponad partię i rząd. Niepotrzebne były takie
wyjaśnienia. Każdy rozumiał, że to walka o władzę i bez wątpienia o życie.
Po tygodniu tych dzikich deklaracji, sprawa Berii przez jakiś czas krążyła, aż
wreszcie pogrążyła się w ciszę. Przy końcu roku oznajmiono Sowietom, że docho-
dzenie zostało ukończone, że Beria został osądzony przy drzwiach zamkniętych
i wyrok wykonano natychmiast – 23 grudnia. Z nim – podano dokładnie – rozstrze-
lano sześciu jego współtowarzyszy – prawie wszyscy byli Gruzinami na wysokich
stanowiskach. Dodano, że trybunałowi specjalnemu, autorowi wyroku, przewod-
niczył marszałek Koniew. Jakby dla podkreślenia, że to upokorzenie policji jest
dziełem armii.
Ale czy istotnie był trybunał i sąd? Czy było możliwe czekanie sześciu miesię-
cy, aby zniszczyć najpotężniejszego człowieka w ZSRR? Znalezienie murów tak
grubych, aby nie uciekł? Słowem czy przeżył swoje aresztowanie aż do grudnia?
Niektórzy w to wierzą. We wrześniu 1953 roku rozeszły się po Moskwie wia-
domości, w ośrodkach zbliżonych do wojska, że Beria żyje strzeżony w więzieniu
przez wojskowych oddanych władzy. Z tego samego źródła dodawano, że przez
niedopatrzenie zostawiono mu binokle, z czego skorzystał, otworzył sobie żyły
i teraz jest w trakcie leczenia.
Plotki przedstawiały Berię jako lubieżnika tarzającego się tygodniami w swojej
ciemnicy jak zwierzę w klatce i wołającego: „Kobiety! Ja chcę kobiety! Niech mi
sprowadzą kobietę!”.
W 1967 roku prof. Aleksiej Jakuszew, Sowiet zbiegły na Zachód, opisał nawet
w „Spieglu” posiedzenie sądowe z procesu Berii, w którym miał podobno uczest-
niczyć jako jeden z setki starannie dobranych słuchaczy. Twierdzenie to nie zgadza

164
się z oficjalnym komunikatem, który podał, że wszystko odbyło się przy drzwiach
zamkniętych.
Nikita Chruszczow brutalnie zdementował istnienie procesu zwłaszcza przed
Pierre Commin, sekretarzem generalnym SFJO, przed komunistami włoskimi
Negazviee i Paiettą – tak samo – zdaje się – przed przywódcą węgierskim Rako-
sim, a w kilka lat później przed Gomułką i Cyrankiewiczem.
Wobec tych różnych słuchaczy jego świadectwo nie różni się w punkcie zasad-
niczym: „Beria – mówił on – został ściągnięty na zebranie Prezydium na Kreml
i już nie wyszedł żywy. Marszałkowie, generałowie, którzy byli w sąsiednim pokoju,
wtargnęli na dany sygnał, aby zatrzymać ministra spraw wewnętrznych. Został
powalony na ziemię”.
I od tego momentu Chruszczow przeczy sam sobie. Mówi coraz to inaczej.
Bawi się. To Beria został uduszony na swoim siedzeniu, to znowu, że został za-
strzelony. Rewolwerem manipuluje według własnego widzimisię. Raz zabija Berię
marszałek Żukow, to znowu gen. Moskalenko, to znowu Mikojan, niekiedy sam
Nikita Chruszczow. Niepohamowany fanfaron.
Gdy w 1970 roku „Wspomnienia” Chruszczowa dostały się na Zachód, okazało
się, że zachowano w nich opowiadanie o zasadzce na Kremlu, ale wyrzucono za-
bójstwo bezpośrednie i zastąpiono je znowu procesem. Na tym niepewnym wątku
historycy próbują przeprowadzać swe badania. Zabić Berię na miejscu było najła-
twiej i najpewniej. Ale czy nie byłoby to frustrujące dla zwycięzców? Czyżby nie
chcieli wyrwać temu człowiekowi tajemnice; przecież wiedział wszystko o wszyst-
kich. Czy nie należało go zachować żywym przez jakiś czas i badać go według
jego własnych instrukcji, które stosował tak skutecznie?
Jest rzecz pewna: śmiercią natychmiastową, czy śmiercią w zawieszeniu Beria
został zneutralizowany 26 czerwca. W ciągu godziny odbyła się radykalna czystka
na Łubiance, gdzie jego współpracownicy zostali zlikwidowani albo wtrąceni do
cel. Ofiary liczą się na setki. Nowy minister spraw wewnętrznych Krugłow jest
osobistością podrzędną, tak samo nowy prokurator generalny – Rudenko, znany
z procesu w Norymberdze. Kierownictwo kolegialne może oddychać spokojnie.
Według wersji ani mniej, ani bardziej podejrzanej niż inne, członkowie Prezy-
dium aresztując Berię uprzedzili zamach stanu, jaki on przygotowywał. Projekto-
wał aresztowanie swoich rywali 27 czerwca pod koniec przedstawienia „Dekabry-
stów” w „Bolszom”. Znaleźli się tam wszyscy tego wieczoru, ale już wolni od
niego.

165
Ludność – prawdę mówiąc – niewiele zajmowała się tym, czy Beria już nie
żyje, czy ma dopiero umrzeć. Już rozumiała, że w każdym razie Beria przejdzie
przez drzwi spustowe do historii, więcej, że będzie kozłem ofiarnym, na którego
zrzuci się teraz wygodnie wszystkie grzechy epoki, stalinowskiej.
Kampania wieców jeszcze się nie skończyła, gdy zaczęły krążyć różne historie
na temat orgii, porywania młodych kobiet, gwałcenia dziewcząt, nocy ateńskich,
które urządzał w swym „parku jeleni”. Najbardziej zadziwiające było to, że pranie
brudnej bielizny urządzał rząd składający się z samych wstydliwych.
Ale lepiej jeszcze osadzić Berię w roli kozła ofiarnego. Opinia publiczna nie-
zwłocznie znalazła w nim krew żydowską. Oficjalny antysemityzm już wtedy nie
istniał, ale stare zwyczaje nie giną tak łatwo. Przypomniano sobie nagle, że nowy
wróg ludu urodził się w sercu kraju Mingrel, w regionie, gdzie jest kilka wiosek
skupionych wokół swych synagog. Co więcej, jakiś Beria, syn Efraima, potomek
w prostej linii Abrahama figuruje w Starym Testamencie w Pierwszej Księdze
Kronik. Imię – ponura wróżba – pochodzi od dwóch słów hebrajskich, które ozna-
czają „w nieszczęściu”. Rozumie się, że gdyby Beria żył, nikt nie pozwoliłby sobie
na szerzenie takich informacji.
Wojskowi, którzy zdali swój egzamin, zostali wynagrodzeni. Marszałek Żuków
wrócił jeszcze w tym samym roku do Komitetu Centralnego, jako jego pełnoprawny
członek. Gen. Moskalenko rozpoczął świetną karierę, która uczyni z niego komen-
danta rakiet. To pierwszy w historii sowieckiej przykład jawnej interwencji wyso-
kiego dowództwa w konflikt polityczny. Ale ta armia, która dała swe czołgi, nie
jest armią do zamachu stanu. Generałowie mogą – ale nie chcą – tworzyć grupę
nacisku. Są zanadto ludźmi partii, aby się poczuć duszą puczu.
Stronnicy Berii będą długo płacić długi swego mistrza. Czterej – wśród nich
dawny minister bezpieczeństwa – zostali rozstrzelani w grudniu 1954 roku. Później,
przy końcu 1955 roku, rozstrzelano sześciu policjantów wysokiej rangi w Gruzji.
Za to, że uczestniczyli w działalności antysowieckiego wroga ludu Berii. Ta czys-
tka ma długą pamięć.
Ale potem zmieniają się obyczaje. Jeśli wierzyć, te najgorsze przeżycia skon-
centrowały się na osobie Berii. Od tej pory w kierownictwie nie zabijano się. Eks-
komunikowano, z nikłą kurtuazją, ale pozostawiano sławnym potępionym wysokie
emerytury, kilka linijek w słownikach, krótki nekrolog w „Prawdzie”, zamiast ano-
nimowości we wspólnych grobach.
Beria i jego zwolennicy są ostatnimi dygnitarzami zlikwidowanymi na sposób
stalinowski: obelga, śmierć, zapomnienie.

166
Otchłań zapomnienia. Jeszcze po dwudziestu latach „Wielka Encyklopedia
Sowiecka” w tomie III od słowa Bari do słowa bransoleta nie wiedziała, że był
człowiek o nazwisku Beria. Ten sam tom III, który poświęca Berii półtorej strony
w dawniejszych wydaniach.
Jedną z najważniejszych trosk od lipca 1953 roku było staranie się, aby znikły
liczne posągi Berii, które ozdabiały jego rodzinny Kaukaz. Topiono je nocą w nur-
tach rzek. Pewnej letniej niedzieli gruziński czekista w stanie niezupełnie trzeźwym
dał nurka do rzeki Rioni. Wyciągnięto go na wpół utopionego. Przeżył szok – zdu-
mienie i strach. Zanurzywszy się głębiej, zobaczył twarz swego dawnego szefa,
który – olbrzymi – utkwił w niego swój wzrok poprzez binokle z brązu.

—————————————

167
EPILOG

Piątego marca 1953 roku. Stalin, który miał zadziwiający talent do formułek
mnemotechnicznych, zdawał się wybrać datę swej śmierci (5–3–53), by ułatwić
uczniom pracę w przyszłości. Ale to mu się nie udało. Jego naród rzucił go w za-
pomnienie. Dziesiątego czerwca „Prawda” wygrzebała mało znane stronice Marksa
o kulcie jednostki, wyrażeniu, które zrobi karierę.
Wielcy wodzowie klasy robotniczej – Marks, Engels, Lenin i Stalin – podkre-
ślając decydującą rolę mas robotniczych w historii, energicznie przeciwstawiają
się kultowi jednostki. I Stalin. Oto jego udział w pozbawieniu się korony.
Wasyli. Syn rozrzutny. Generał lotnictwa stracił swe znaczenie w kilka tygodni
po śmierci ojca. Dowiedziano się nagle o jego malwersacjach, gwałtach, denuncja-
cjach. Wsadzono go do więzienia dwudziestego ósmego kwietnia. Syn wielkiego
Stalina został skazany na osiem lat więzienia. Uwolniony, został zesłany do Kaza-
nia. Umarł w marcu 1969 roku w wieku 41 lat. Kompletnie zrujnowany przez alko-
holizm.
Swietłana, dziecko przedkładane nad inne, w 1957 roku odrzuca nazwisko ojca
jako zbyt ciężkie i przyjmuje nazwisko zmarłej tragicznie matki – Allulijewa. Nie
interesowała się polityką, zajęta swoim własnym przeznaczeniem kobiety. Marzy
o ucieczce. 6 marca 1967 roku, w 14 lat po śmierci ojca, korzysta z pobytu w In-
diach i prosi o azyl na Zachodzie. Wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Tam wy-
chodzi za mąż. Smętna ironia historii. Ostatni wnuk Józefa Wissarionowicza Stalina
urodził się w Kaliforni, jest narodowości amerykańskiej.
Kreml dosyć szybko stał się dostępny dla publiczności. Lud został dopuszczony
do oglądania i kontemplowania. Notable czują się bezpieczni. Ustawa o uregulo-
waniu dnia pracy w ministerstwach i administracji zaprasza pracowników sym-
bolicznie do opuszczania biur o godzinie szóstej wieczorem, zamiast jak dawniej
czuwania aż do świtu trzęsąc się ze zdenerwowania i strachu.
W 1956 roku Chruszczow skończył ze wstydliwymi przemilczeniami. W nocy
z 24 na 25 lutego na jednym z posiedzeń przy drzwiach zamkniętych podczas XX
Zjazdu opowiedział długo i z wielką gwałtownością o błędach i zbrodniach Stalina.

168
Prasa sowiecka nigdy nie opublikowała tego raportu. Ale dano go do przeczytania
wszystkim członkom partii, czytano go nawet na rozszerzonych zebraniach i w ze-
społach robotniczych. W ciągu trzech tygodni większa część ludności w ZSRR
została uświadomiona. Zresztą przygotowana od dawna, bez trudności, przyjęła
śmierć boga. Dla niektórych jednak był to szok straszliwy. Notowano samobójstwa.
Ale słyszałem i takie stwierdzenie z ust starego komunisty: „Stalin? W jego czasie
wszyscy komuniści świata byli szczęśliwi”.
W 1961 roku wyciągnięto jego zwłoki z mauzoleum i pochowano je pod murem
Kremla między innymi grobami dawnych przywódców w alei Błękitnych Świer-
ków. Nic, tylko płyta kamienna z jego nazwiskiem. Później w 1970 roku – małe
popiersie, które stawia Stalina na równi z Dzierżyńskim, Kalininem, Frunzem,
Żdanowem – oto sąsiedzi jego grobu.
Świat zadaje pytania. Czy Stalin był nieunikniony? Czy był pożyteczny? Co
reprezentował? Fenomen rosyjski? Czy to konsekwencja rewolucji leninowskiej?
Czy to zboczenie tego samego leninizmu?
Niektórzy na Zachodzie nakrywają jego głowę koroną Iwana Groźnego i z lek-
kim sercem mówią: „Co chcecie – taki kraj”. Wygodna geopolityka.
Inni przypominają napięcia od początku jego rządów, ciemnotę, nienawiści
zaostrzane jeszcze przez wojnę. Potem groźbę nazizmu. Czy to wszystko można
było opanować drogą przebytą pod jego władzą. Kraj pól i lasów stał się drugą po-
tęgą przemysłową w świecie. Analfabeci nauczyli się czytać. Hitler zwyciężony.
Barbarzyńca pokonał barbarzyństwo.
Ale czy można zatrzeć absurdalny i przerażający koszt tego wszystkiego? Elita
kraju wycięta – intelektualiści wśród kadr politycznych od oficerów do inżynie-
rów. Pokolenia dziesiątkowane represjami i wojną, której nie umiał przygotować.
Ponure cięcia, osłabiały, przeszkadzały w rozwoju ZSRR.
Czy można zignorować to, że Stalin upokorzył ducha, podeptał słabych, stwo-
rzył biurokrację wyzyskiwaczy i arogantów ponad narodem? Czy można mu prze-
baczyć, że dał postępowi wygląd koszar, że zabijał ludzi, ich wiarę?
Czy można go rozgrzeszyć, że był tym, który deptał, wykańczał aż do końca
swoich dni? I wtedy gdy rzeczywiści wrogowie jego rewolucji już nie istnieli, już
dawno byli pokonani? I kiedy więcej nic go nie poruszało jak tylko niszczycielska
logika potęgi i gorzka żądza władzy?

169
OFICJALNE KOMUNIKATY I BIULETYNY LEKARSKIE
DOTYCZĄCE CHOROBY I ŚMIERCI STALINA

1. Komunikat agencji TASS zawiadamiający


o chorobie Józefa W. Stalina

Komitet Centralny Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego i Rada Mini-


strów ZSRR zawiadamiają o nieszczęściu, jakie uderzyło w naszą partię i nasz na-
ród – o ciężkiej chorobie tow. Stalina.
W nocy z 1 na 2 marca tow. Stalin przebywając w swoim apartamencie w Mos-
kwie dostał krwotoku, który zaatakował ośrodki żywotne – mózg. Tow. Stalin stra-
cił przytomność. Prawe ramię i prawa noga zostały sparaliżowane. Stracił mowę.
Ciężkie zaburzenia serca i dróg oddechowych nastąpiły niespodziewanie.
Najsławniejsze medyczne autorytety zostały wyznaczone do leczenia tow. Sta-
lina – prof. terapeuta P.E. Łukomski, członkowie tytularni Akademii Medycznej
ZSRR – prof. neurolog N.W Konowałow, prof. terapeuta A.L. Miasnikow, prof.
terapeuta E.M. Tarcew, prof. neurolog I.N. Filimow, prof. neurolog R.A. Tkaczew,
prof. neurolog I.S. Głazunow, doc. terapeuta Iwanow–Nieznanow. Leczenie tow.
Stalina odbywa się pod kierownictwem ministra zdrowia ZSRR A.F. Tretiakowa
i szefa Służby Zdrowia na Kremlu I.I. Kuperina.
Nad leczeniem tow. Stalina czuwa Komitet Centralny Komunistycznej Partii
Związku Sowieckiego i rząd sowiecki.
Ze względu na powagę stanu zdrowia tow. Stalina, Komitet Centralny KPZR
i rząd ZSRR uznały za konieczne publikować od dziś biuletyny lekarskie o stanie
zdrowia Józefa Wissarionowicza Stalina.
Komitet Centralny KPZR, Rada Ministrów ZSRR tak samo jak cała nasza par-
tia i cały naród sowiecki mają pełną świadomość znaczenia faktu, że ciężka choroba
tow. Stalina spowoduje jego dłuższe lub krótsze nieuczestniczenie w kierowaniu
państwem.
Komitet Centralny i Rada Ministrów bierze pod uwagę wszystkie okoliczności
odnoszące się do tymczasowej przerwy w aktywnej działalności w partii i rządzie

170
tow. Stalina. KC i Rada Ministrów wyrażają przekonanie, że nasza partia i cały na-
ród sowiecki w tych ciężkich dniach dadzą dowód jak największej spójności, siły
charakteru i czujności i podwoją energię, zjednoczą się jeszcze bardziej wokół KC
i rządu ZSRR.

2. Oficjalny komunikat zawiadamiający


o śmierci Józefa W. Stalina

Od KC Komunistycznej Partii ZSRR.


Od Rady Ministrów ZSRR.
Od Prezydium Najwyższego Sowietu ZSRR.

Do wszystkich członków partii.


Do wszystkich ludzi pracy ZSRR.

Drodzy towarzysze i przyjaciele!


Z uczuciem najgłębszego bólu KC partii, Rada Ministrów ZSRR, Prezydium
Najwyższego Sowietu podają do wiadomości partii i wszystkich ludzi pracy
Związku Sowieckiego, że Józef Wissarionowicz Stalin przewodniczący Rady
Ministrów ZSRR i sekretarz KC Komunistycznej Partii ZSRR zmarł piątego
marca o godzinie 21.50 po ciężkiej chorobie.
Serce J.W. Stalina, towarzysza broni Lenina, genialnego kontynuatora jego
dzieła, bystrego przewodnika i wychowawcy partii komunistycznej i narodu so-
wieckiego, przestało bić.
Nazwisko Stalina jest nieskończenie drogie naszej partii i narodowi sowiec-
kiemu i ludziom pracy całego świata. Wspólnie z Leninem Stalin stworzył potęż-
ną partię komunistyczną wychował ją i zaprawił do trudów wojennych. Z Leninem
tow. Stalin był inspiratorem i wodzem wielkiej socjalistycznej rewolucji paździer-
nikowej, twórcą pierwszego państwa socjalistycznego na świecie. Kontynuując
nieśmiertelne dzieło Lenina, tow. Stalin poprowadził naród sowiecki do histo-
rycznego zwycięstwa i do światowego znaczenia socjalizmu w naszym kraju.
Tow. Stalin poprowadził też nasz kraj do zwycięstwa nad faszyzmem podczas II
wojny światowej, co radykalnie zmieniło całą sytuację międzynarodową. Tow.
Stalin uzbroił partię i naród sowiecki całkowicie w wielki i jasny program budo-
wania komunizmu w naszym kraju.

171
Śmierć tow. Stalina, który poświęcił swe życie wielkiej sprawie komunizmu,
jest okrutną stratą dla partii, dla ludzi pracy w kraju sowieckim i dla całego świata.
Wiadomość o śmierci tow. Stalina odezwała się boleśnie w sercach robotni-
ków, kołchoźników, intelektualistów i wszystkich ludzi pracy w naszej ojczyźnie,
w sercach żołnierzy naszej czujnej armii i naszej czujnej marynarki wojennej,
w sercach milionów ludzi pracy wszystkich krajów na świecie.
W tych dniach smutku wszystkie narody naszego państwa łączą się jeszcze
bardziej w jedną bratnią rodzinę pod kierownictwem doświadczonej partii komu-
nistycznej stworzonej i wychowanej przez Lenina i Stalina.
Naród sowiecki darzy bez zastrzeżeń zaufaniem i gorącą miłością swą drogą
partię komunistyczną, ponieważ wie, że najwyższym prawem całej jej działalno-
ści jest służenie interesom narodu.
Robotnicy, kołchoźnicy, intelektualiści sowieccy, wszyscy ludzie pracy na-
szego kraju, zdecydowanie popierają politykę wypracowaną przez naszą partię,
która odpowiada żywotnym interesom ludzi pracy i świadczy o ustawicznym
wzmacnianiu potęgi socjalistycznej ojczyzny.
Słuszność tej polityki partii komunistycznej sprawdziła się w ciągu dziesiąt-
ków lat walki. Ona poprowadziła ludzi pracy kraju sowieckiego do historycz-
nych zwycięstw socjalizmu. Inspirowane przez tę politykę narody Związku
Sowieckiego idą wciąż naprzód i pewnie pod kierownictwem partii do nowych
sukcesów w budowaniu komunizmu w naszym kraju.
Ludzie pracy naszego kraju wiedzą, że ciągła poprawa bytu materialnego
wszystkich warstw społecznych – robotników, kołchoźników i intelektualistów,
najwyższe zaspokojenie rosnących bez przerwy potrzeb materialnych i kultural-
nych były i są przedmiotem szczególnej troski ze strony partii komunistycznej
i rządu sowieckiego.
Naród sowiecki wie, że zdolność obrony i potęga państwa sowieckiego rosną
i są coraz silniejsze, że partia wzmacnia w sposób jak najbardziej możliwy armię
sowiecką, marynarkę wojenną i służby wywiadowcze, aby dać piorunującą od-
prawę każdemu agresorowi.
Polityka zagraniczna partii komunistycznej i rządu ZSRR była i pozostaje
polityką niezmienną w utrzymaniu pokoju, polityką walki przeciwko przygoto-
waniom i zamiarom wywołania nowej wojny, polityką międzynarodowej współ-
pracy i rozwoju stosunków zagranicznych ze wszystkimi krajami.
Wierni sztandarowi międzynarodowego proletariatu, narody ZSRR jednoczą
się i rozwijają braterską przyjaźń z wielkim narodem chińskim, z ludźmi pracy
wszystkich krajów demokracji ludowej. Rozwijają swe przyjazne stosunki z ludźmi

172
pracy krajów kapitalistycznych i kolonialnych, którzy walczą o pokój, demokra-
cję i socjalizm.

Drodzy towarzysze i przyjaciele!


Nasza partia komunistyczna jest wielką siłą, która uświadamia i nadaje kieru-
nek narodowi sowieckiemu w walce o budowę komunizmu. Stalowa jedność i spój-
ność monolitu szeregów partyjnych są głównym warunkiem siły i potęgi partii.
Wychowywać komunistów na bojowników politycznych aktywnych w stosowa-
niu się do polityki i postanowień partii, wzmacniać coraz bardziej więzy, które
łączą partię ze wszystkimi ludźmi pracy – z robotnikami, kołchoźnikami, intelek-
tualistami, bo w tej nierozerwalnej więzi z narodem jest siła i niezwyciężoność
naszej partii.
Jednym z najważniejszych zadań partii jest wychowanie komunistów i ludzi
pracy w wielkiej czujności politycznej, w nieprzejednanej i zdecydowanej walce
z wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi,
Zwracając się w tych dniach smutku do partii i do narodu, KC KPZR, Rada
Ministrów ZSRR i Prezydium Najwyższego Sowietu ZSRR wyrażają głębokie
przekonanie, że partia i wszyscy ludzie pracy zjednoczą się jeszcze bardziej
wokół KC i rządu sowieckiego, że zmobilizują wszystkie swe siły i całą energię
twórczą dla wielkiej sprawy – budowy komunizmu w naszym kraju.
Nieśmiertelne nazwisko Stalina żyć będzie w sercu narodu sowieckiego i całej
postępowej ludzkości.
Niech żyje wielka i potężną nauka Marksa–Engelsa, Lenina–Stalina!
Niech żyje nasza silna ojczyzna socjalistyczna!
Niech żyje bohaterski naród sowiecki!
Niech żyje wielka Komunistyczna Partia Związku Sowieckiego!

KC KPZR
Rada Ministrów ZSRR
Prezydium Najwyższego Sowietu ZSRR.

5 marca 1953 roku.


(Agencja TASS zaczęła ten komunikat rozpowszechniać 6 marca po godzinie
czwartej czasu moskiewskiego)

173
3. Ostatni komunikat lekarski o chorobie i śmierci
Józefa W. Stalina

W nocy z 1 na 2 marca Józef Wissarionowicz Stalin dostał krwotoku w lewej


połowie kuli mózgowej na skutek sklerozy żył, co spowodowało paraliż prawej
strony ciała i utratę świadomości, której już nie odzyskał.
Od pierwszego dnia choroby stwierdzono oznaki zaburzeń oddechowych wyni-
kłych, z zaburzeń w czynnościach ośrodków nerwowych.
Te zaburzenia zwiększały się z dnia na dzień. Miały charakter tzw. periodyczny,
z długimi przerwami (oddychanie Choyne–Stokes).
W nocy z 2 na 3 marca zaburzenia oddechowe zaczęły chwilami przybierać
charakter groźny. Od początku choroby jednocześnie stwierdzono znaczne zmiany
nadwyrężające system naczyniowo–sercowy a mianowicie: podniesione ciśnienie
krwi, przyspieszenie, rytm pulsu nieregularny, chwiejna arytmia i rozszerzenie serca.
W połączeniu z zaburzeniami w oddychaniu i w obiegu krwi oznaki niedostat-
ku tlenu widoczne były już od 3 marca. Od pierwszych dni choroby temperatura
podniosła się i zaczęto stwierdzać leukocytozę, bardzo już widoczną, świadczącą
o rozwoju ognisk zapalenia w płucach.
Ostatni dzień choroby zaznaczył się nagłym pogorszeniem ogólnego stanu i przez
powtarzające się ataki.
Elektrokardiogram pozwolił stwierdzić ciężkie zaburzenia w obiegu krwi w na-
czyniach żylastych serca i pojawienie się punktów zapalnych w mięśniu sercowym.
W drugiej połowie 5 marca stan chorego pogorszył się szybko. Uderzenia pulsu
doszły do 140–150 na minutę, puls stał się bardzo słaby.
O godzinie 21.50 niewydolność naczyń sercowo—naczyniowych i oddechowych
zaznaczyła się jeszcze bardziej i Józef Wissarionowicz Stalin zmarł.

Podpisano:
Tretiakow, minister zdrowia ZSRR,
Kuperin, szef służby zdrowia na Kremlu,
prof. Łukomski, szef służb terapeutycznych Min. Zdrowia,
profesorowie Konowałow, Miasnikow i Tarcew,
członkowie Akademii Medycznej ZSRR,
prof. Filimow, członek korespondent Akademii Medycznej,
profesorowie Głazunow, Tkaczew, docent Iwanow–Nezumanow.

174
4. Badania patologiczne i anatomiczne ciała
Józefa W. Stalina

Badanie patologiczno–anatomiczne wykazało ważne ognisko krwotoku znaj-


dujące się w okolicy ośrodków podkorowych lewej półkuli mózgu. Ten krwotok
zniszczył bardzo ważne warstwy mózgu i wywołał nieodwracalne zaburzenia w
oddychaniu i w obiegu krwi. Poza krwotokiem mózgowym stwierdzono znaczne
powiększenie się lewej komory serca, poważne krwotoki w mięśniu sercowym
i w błonie śluzowej żołądka i jelita, zmiany arteriosklerotyczne naczyń szczególnie
ważnych w arteriach prowadzących do mózgu. Procesy te były wynikiem nadmier-
nego ciśnienia. Wyniki badania patologo–anatomicznego potwierdzają całkowicie
diagnozę podaną przez profesorów medycyny, którzy leczyli J.W. Stalina.
Wyniki badania patologo–anatomicznego ustaliły nieodwracalny charakter choroby
J.W. Stalina od ukazania się krwotoku mózgu. Oto dlaczego wszelkie energiczne
próby leczenia nie mogły dać pozytywnych rezultatów i przeszkodzić w fatalnym
końcu.

podpisano:
A.F.Tretiakow, minister zdrowia ZSRR,
I.I. Kuperin, szef służby zdrowia na Kremlu,
N.N. Anisimow, przewodniczący Akademii Medycznej ZSRR,
prof M.A. Skworcow, członek Akademii Medycznej ZSRR,
prof. Strukow, członek korespondent Akademii Medyczne,
prof. S.R. Mardachow, członek korespondent Akademii Medycznej
prof. B.J. Migunow, patolog–anatom, szef w Ministerstwie Zdrowia
ZSRR,
prof. A.W.Rusakow.

175
SPIS TREŚCI

PRZEDMOWA.........................................................................................3
LATO.........................................................................................................4
l. ORSZAK..........................................................................................4
2. KUNCZEWO...................................................................................8
3. ŚWIĘTO.........................................................................................17
4. TOWARZYSZE BRONI................................................................23
5. MŁODY KIEROWNIK..................................................................30
6. LATO NA POLACH......................................................................33
7. GOŚĆ NA KREMLU.....................................................................42
8. INNA PLANETA............................................................................48
JESIEŃ....................................................................................................55
1. ZJAZD............................................................................................55
2. BĄDŹCIE PATRIOTAMI..............................................................64
3. WESOŁY TOWARZYSZ...............................................................66
4. BRATNIE PARTIE.........................................................................67
5. NA MAUZOLEUM........................................................................71
6. PIERWSZY MIĘDZY RÓWNYMI...............................................76
7. NAIWNY WOLTER......................................................................79
8. ROBOTNIK...................................................................................81
9. WIELKOŚĆ I NIEWOLA SZEFÓW.............................................84
10. MOSKWA W GRUDNIU 1952 r.................................................86
ZIMA.......................................................................................................92
1. BIAŁE BLUZY..............................................................................92
2. W JEROZOLIMIE I GDZIE INDZIEJ...........................................95
3. NARODOWOŚĆ ŻYDOWSKA...................................................97
4. KOSMOPOLICI...........................................................................101
5. WILK I CHŁOPI..........................................................................105
6. PRZERZUCAJĄC NUMERY „PRAWDY”................................106
7. WIELKI DOM..............................................................................108
8. „WIÓRY” STALINA....................................................................114
9. INŻYNIEROWIE DUSZ..............................................................121
10. WIELKI KANDYDAT...............................................................124

176
11. DZIEŃ, W KTÓRYM RADIO MOSKWA ZAMILKŁO...........125
12. ŚMIERĆ.....................................................................................127
13. DNI OCZEKIWANIA................................................................132
14. MARSZ ŻAŁOBNY..................................................................136
15. „CZŁOWIEK, KTÓREGO KOCHALIŚMY NAJBARDZIEJ”...142
16. SPADKOBIERCY......................................................................144
17. ŻEGNAJ, OJCZE.......................................................................146
NIEPEWNA WIOSNA.........................................................................151
1. ZAPOMNIEĆ...............................................................................151
2. BANDYCI MALENKOWA.........................................................155
3. POKÓJ, CZY NAPRAWDĘ?.....................................................156
4. STRASZNI PRACOWNICY.......................................................158
5. ŚMIERĆ KATA............................................................................161
EPILOG.................................................................................................168
OFICJALNE KOMUNIKATY I BIULETYNY LEKARSKIE
DOTYCZĄCE CHOROBY I ŚMIERCI STALINA.........................170

177