Vous êtes sur la page 1sur 388

Jak zawsze – Krysi

Postaci

Niemcy

Adolf Hitler (1889–1945) przywódca partii nazistowskiej, który w roku


1933 został kanclerzem, a w roku 1934, po śmierci prezydenta Paula von
Hindenburga, przyjął jeszcze buńczuczny tytuł Führera.
Joachim von Ribbentrop (1893–1946) minister spraw zagranicznych.
Podpisał w 1939 r. niemiecko-radziecki pakt o nieagresji, który otworzył
Niemcom drogę do najazdu na Polskę, co rozpoczęło II wojnę światową.
Był pierwszym ważniejszym niemieckim zbrodniarzem wojennym,
którego powieszono w Norymberdze.
Albert Speer (1905–1981) główny architekt Hitlera, później zaś, w latach
1942–1945, minister uzbrojenia i amunicji. Osądzony i skazany
w Norymberdze za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości,
odsiedział dwudziestoletni wyrok w zachodnioberlińskim więzieniu
Spandau.
Franz Halder (1884–1972) szef sztabu generalnego wojsk lądowych
Wehrmachtu w latach 1938–1942. Choć w tym decydującym okresie
ściśle współpracował z Hitlerem, później związał się ze spiskowcami,
którzy zaplanowali zamach na życie Führera 20 lipca 1944 r.; trafił za to
do obozu koncentracyjnego w Dachau. Po wojnie zeznawał
w Norymberdze przeciwko sądzonym tam nazistowskim przywódcom.
Jego dzienniki wojenne stanowią bezcenne źródło dla badaczy Trzeciej
Rzeszy.
Heinz Guderian (1888–1954) dowódca jednostek pancernych i zwolennik
doktryny blitzkriegu (wojny błyskawicznej), tak skutecznej
w pierwszych niemieckich podbojach II wojny światowej. Guderian,
faworyt Hitlera, często spierał się z nim w kwestii dowodzenia najazdem
na Związek Radziecki. W grudniu 1941 r. Hitler go zdymisjonował,
jednak w roku 1943 Guderian ponownie został powołany do służby
czynnej.
Georg Thomas (1890–1946) generał i główny specjalista do spraw
ekonomicznych Wehrmachtu. Usiłował przestrzec Hitlera przed
niebezpieczeństwami wiążącymi się z otwieraniem nowych frontów,
później jednak pomógł opracować Plan Zagłodzenia dla Związku
Radzieckiego. Powiązany ze spiskiem na życie Hitlera z lipca 1944 r.,
był więziony do końca wojny. Zmarł w amerykańskiej niewoli w 1946 r.

Związek Radziecki
Józef Stalin (1878–1953) sekretarz generalny partii komunistycznej, od
maja 1941 r. zaś przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych ZSRR.
Wiaczesław Mołotow (1890–1986) bliski współpracownik Stalina, pełnił
wiele funkcji partyjnych i państwowych. Zasłynął z podpisania
niemiecko-radzieckiego paktu o nieagresji znanego jako pakt
Ribbentrop–Mołotow. W ramach destalinizacji wydalony
z Komunistycznej Partii ZSRR w roku 1962, przyjęty jednak do niej
ponownie w roku 1984, na dwa lata przed śmiercią.
Gieorgij Żukow (1896–1974) szef Sztabu Generalnego i czołowy generał
Stalina. Kierował obroną Moskwy i innymi ważnymi kampaniami aż po
bitwę o Berlin w 1945 r.
Anastas Mikojan (1895–1978) był między innymi członkiem Politbiura
i Państwowego Komitetu Obrony. Mimo długiej znajomości ze Stalinem
ten ormiański „stary bolszewik” przeżył go i przetrwał politycznie, by
wziąć udział w chruszczowowskiej destalinizacji.
Iwan Majski (1884–1975) ambasador w Wielkiej Brytanii w latach 1932–
1943. W swych obszernych dziennikach opisał częste kontakty
z brytyjskimi oficjelami, poczynając od Churchilla. Wziął udział
w konferencjach jałtańskiej i poczdamskiej. W 1952 r., krótko przed
śmiercią Stalina, został aresztowany i oskarżony o szpiegostwo oraz
udział w spisku żydowskim. Zwolniony w 1955 r.
Wielka Brytania

Winston Churchill (1874–1965) premier w latach 1940–1945 i 1951–1955.


Anthony Eden (1897–1977) minister spraw zagranicznych w latach 1935–
1938, 1940–1945 i 1951–1955. Następca Churchilla na stanowisku
premiera w latach 1955–1957.
Lord Beaverbrook, William Maxwell Aitken (1879–1964) kanadyjsko-
brytyjski magnat prasowy, początkowo zwolennik appeasementu,
później jednak członek gabinetu wojennego Churchilla na różnych
stanowiskach: ministra produkcji lotniczej, ministra zaopatrzenia oraz
ministra produkcji wojennej. Wraz z Averellem Harrimanem przewodził
anglo-amerykańskiej delegacji na rozmowy ze Stalinem w Moskwie
w 1941 r.
Lord Ismay, generał Hastings Ismay (1887–1965) główny doradca
wojskowy Churchilla, zwolennik dostarczania pomocy Związkowi
Radzieckiemu, jednak czujny wobec politycznych i terytorialnych
ambicji Stalina. W roku 1952 został pierwszym sekretarzem generalnym
NATO.
Harold Nicolson (1886–1968) konserwatywny deputowany Izby Gmin
i niezachwiany zwolennik Churchilla. Pracował także w Ministerstwie
Informacji. Jego dzienniki i listy dają cenny wgląd w atmosferę
wojennego Londynu.
John Colville (1915–1987) pracownik Foreign Office, w 1939 r. jako
dwudziestoczterolatek przydzielony do siedziby premiera przy Downing
Street 10. Gdy w 1940 r. premierem został Churchill, „Jock” Colville
współpracował z nim codziennie jako jego główny prywatny sekretarz.
Także on prowadził obszerne dzienniki.

Stany Zjednoczone

Franklin Delano Roosevelt (1882–1945) prezydent od roku 1933 do śmierci


w początkach czwartej kadencji w 1945 r.
Harry Hopkins (1890–1946) bliski doradca Roosevelta, odbywał misje
specjalne do Londynu i Moskwy. Jako „osobisty przedstawiciel”
prezydenta w Wielkiej Brytanii nawiązał silne relacje z Churchillem.
Nadzorował program Lend-Lease i był za bezwarunkowym wspieraniem
stalinowskiego Związku Radzieckiego.
W. Averell Harriman (1891–1986) wysłany przez Roosevelta do Wielkiej
Brytanii celem zajmowania się kwestiami związanymi z Lend-Lease,
jako że Hopkins bywał tam tylko niekiedy. Wraz z lordem
Beaverbrookiem przewodził anglo-amerykańskiej delegacji do Moskwy,
gdzie obaj odbywali długie rozmowy ze Stalinem.
John Gilbert Winant (1889–1947) republikanin, były gubernator New
Hampshire, wybrany przez Roosevelta na ambasadora w Wielkiej
Brytanii w miejsce defetysty Josepha Kennedy’ego. Także on nawiązał
znakomite stosunki z Churchillem.
Raymond E. Lee (1886–1958) popularny i świetnie ustosunkowany attaché
wojskowy przy ambasadzie USA w Londynie. Zdeklarowany zwolennik
amerykańskiego wsparcia dla Wielkiej Brytanii, generał ten odegrał
ważną zakulisową rolę w przygotowaniu włączenia się Ameryki do
wojny.
Charles Lindbergh (1902–1974) słynny lotnik, który stał się najbardziej
znanym mówcą ruchu izolacjonistów America First.
Wstęp

28 czerwca 1940 r., niedługo po niemieckiej inwazji na Francję i kapitulacji


tego kraju, Adolf Hitler po raz pierwszy i jedyny w życiu odwiedził Paryż.
Podczas ledwie trzech godzin spędzonych przez niego we francuskiej
stolicy nie zorganizowano defilady zwycięstwa. Oficjalnym powodem była
obawa przed brytyjskim nalotem. Niemiecki przywódca podał jednak
później inny powód: „Nie skończyliśmy jeszcze” 1.
Hitlerowskie Niemcy znajdowały się wówczas u szczytu potęgi.
Rozebrały Czechosłowację, anektowały Austrię, podbiły Polskę, Danię,
Norwegię, Holandię, Belgię i Luksemburg, kulminacją zaś było dające
szczególną satysfakcję poniżenie Francji. Niemiecka machina wojenna
wyglądała na niepowstrzymaną.
Mimo to Hitler rozumiał, że jego mesjański sen o nowym imperium
germańskim jeszcze nie spełnił się całkowicie. Na jego drodze stało trzech
przywódców. Winston Churchill, który w chwili upadku Francji zastąpił na
stanowisku premiera Neville’a Chamberlaina, deklarował niezłomność
i wolę walki Wielkiej Brytanii. Józef Stalin od podpisania niespełna rok
wcześniej paktu niemiecko-radzieckiego był co prawda sojusznikiem, ale
niepewnym – obaj tyrani nie ufali sobie i liczyli się z atakiem. Po drugiej
stronie Atlantyku prezydent Franklin D. Roosevelt obiecywał utrzymać
Stany Zjednoczone poza konfliktem, jednak jego sympatia dla coraz
bardziej osamotnionej Wielkiej Brytanii nie pozostawiała żadnych
wątpliwości.
Zamiast więc wziąć udział w uroczystościach wojskowych w Paryżu,
Hitler wykorzystał krótką wizytę do rzucenia okiem na pomniki kultury
miasta.
W towarzystwie swego ulubionego architekta Alberta Speera i innych
osób pojechał wprost do Opéra Garnier, gdzie portier oprowadził go po
pustym, bogato zdobionym budynku. Według Speera „jego [Hitlera] oczy
błyszczały ekstazą” 2 z powodu piękna gmachu. Następnie niemiecka
delegacja odwiedziła kościół de la Madeleine, Pola Elizejskie oraz
Trocadéro, by ponownie zatrzymać się na chwilę, tym razem koło wieży
Eiffla.
Najważniejszym punktem programu był jednak kościół Inwalidów, gdzie
Hitler zatrzymał się przy grobie Napoleona. Pierre Huss z International
News Service należał do niedużej grupy berlińskich korespondentów,
którym pozwolono przyglądać się tej scenie. Przywódca nazistów wydawał
się pogrążony w myślach. „Złożył ramiona i mamrotał coś, czego nie
słyszeliśmy”, wspominał Huss. „Jego usta ruszały się, jakby mówił do
siebie. Raz czy dwa razy pokręcił głową” 3.
Hitler wyszedł „ze swego transu” i pochylił się nad balustradą, by
spojrzeć na grobowiec Napoleona. „Napoleonie, mein lieber, oni popełnili
wielki błąd”, powiedział. Huss przyznał: „Zadziwiło mnie to, stojącego
naprzeciw żywego wodza i martwego cesarza” 4. Korespondent nie
zrozumiał, co Hitler miał na myśli.
Niemiecki przywódca niezwłocznie jednak wyjaśnił zebranym:
„Umieścili go w dole. Ludzie muszą patrzeć na trumnę będącą znacznie
niżej. (…) Powinni patrzeć na Napoleona w górę, czuć się mali z powodu
samych rozmiarów pomnika czy sarkofagu nad swymi głowami. Idąc ulicą,
nie robi się wrażenia na ludziach stojących na dachach domów. Oni muszą
spoglądać na coś nad sobą; musisz być w centrum uwagi, powyżej poziomu
ich wzroku” 5.
Hitler stosował te same zasady sceniczne, które okazały się tak
miażdżąco skuteczne podczas wieców w czasie jego marszu do władzy.
Mówiąc o Napoleonie, miał też na myśli siebie. „Nigdy nie popełnię
takiego błędu”, rzekł. „Wiem, jak utrzymać wpływ na ludzi, gdy już odejdę.
Będę Führerem, na którego patrzą w górę, po czym idą do domu, by o nim
mówić i go pamiętać. Moje życie nie skończy się wraz ze śmiercią.
Przeciwnie, wówczas się rozpocznie” 6. H.R. Knickerbocker, inny
pracujący w Berlinie amerykański korespondent, pisał, że błędem byłoby
ignorować analogie pomiędzy Napoleonem a Hitlerem. „Hitler jest
najbliższą Napoleonowi postacią od czasów Napoleona” 7, stwierdził
w swej książce Is Tomorrow Hitler’s? [Czy jutro należy do Hitlera?],
wydanej w 1941 r. po powrocie z Niemiec. Zacytował w niej francuskiego
pułkownika, który zachwycał się „cudownym wyczuciem czasu” Hitlera,
i wyjaśniał amerykańskim czytelnikom, że sukcesy militarne niemieckiego
przywódcy wynikały z tego, że miał on „zawsze rację”. Jakby łapiąc się na
błędzie, Knickerbocker dodał zastrzeżenie: „No, prawie zawsze”.
Dla Hitlera jednak zastrzeżenia nie były potrzebne. Wieczorem, po
powrocie z Paryża do kwatery polowej w jednej z wiosek północnej
Francji, zaprosił Speera na kolację. „Czyż Paryż nie był piękny?”, rzekł.
„Ale Berlin musi być o wiele piękniejszy”. Następnie dodał spokojnie:
„Dawniej często zastanawiałem się, czy nie zburzyć Paryża. Ale jak
skończymy szybko w Berlinie, to Paryż będzie tylko jego cieniem.
Dlaczegóż więc mielibyśmy go burzyć?” 8.
Choć Hitler wiedział, że nie osiągnął jeszcze totalnego zwycięstwa,
dawał do zrozumienia, że jest ono bliskie, a zatem Speer musi zacząć
przygotowania, które pozwolą uczynić ze stolicy miejsce godne nowego
imperium i jego genialnego nowożytnego cesarza. Jak to ujął feldmarszałek
Wilhelm Keitel po kampanii francuskiej, Hitler dowiódł, że jest
„najwybitniejszym dowódcą wszech czasów” 9. Do tego czasu, zdaniem
szwajcarskiego psychiatry Carla Junga, Niemcy przekonali się, że Hitler
jest ich mesjaszem lub co najmniej odpowiednikiem starotestamentowego
proroka, który „zaprowadzi ich do Ziemi Obiecanej” 10.
Dla rosnących rzesz jego wyznawców zwycięstwo nie było już kwestią
„czy”, ale „kiedy”.

Konkurencyjna wizja zaczęła nabierać kształtu jeszcze przed wizytą Hitlera


w Paryżu i jego powrotem do Berlina, gdzie powitano go owacjami,
kwiatami i biciem w dzwony w całym mieście 11. Wizję tę pieczołowicie
kreślił Churchill, początkowo w swych przemówieniach, później zaś we
wspomnieniach. Po upadku Francji i spektakularnej ewakuacji 338 tysięcy
brytyjskich i sprzymierzonych żołnierzy z Dunkierki przez Royal Navy
i flotyllę małych łódek premier porwał rodaków sławnym przemówieniem
z 4 czerwca 1940 r. Wobec możliwości niemieckiej inwazji przyrzekał:
„Będziemy bronić naszej wyspy za wszelką ceną, będziemy walczyć na
plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach
i na ulicach, nigdy się nie poddamy…”.
Jednak mimo tych wszystkich wyobrażeń wojny na lądzie kolejne bitwy
miały zostać stoczone na angielskim niebie. Tam, w kampanii nazwanej
bitwą o Anglię, Niemcy poniosły pierwszą porażkę. Luftwaffe nie zdołała
rozbić Królewskich Sił Powietrznych, wspartych przez pilotów z Polski,
Czechosłowacji i krajów Wspólnoty Narodów. Hitler nie zdołał zyskać
przewagi w powietrzu niezbędnej do przeprowadzenia inwazji na wyspę.
„Od tej bitwy zależy przetrwanie cywilizacji chrześcijańskiej”, powiedział
Churchill w Izbie Gmin 18 czerwca, wzywając rodaków i wszystkich,
którzy pragnęli wyzwolenia swoich okupowanych krajów, by uczynili zeń
„godzinę ich największej chwały” 12.
W wielu opisach wojny czas ten przedstawiany jest jako decydujący,
oznaczający koniec pasma zwycięstw Hitlera i początek zmiany trendu,
która miała doprowadzić do klęski Niemiec. „Wynik drugiej wojny
światowej przesądzony został wcześnie – nie w maju 1945 r., ale po
niespełna roku, w czerwcu 1940” 13, pisał niemiecki historyk Christian
Hartmann. Jest to w pewnym stopniu prawda. Bitwa o Anglię była
pierwszym punktem zwrotnym, ale na pewno nie decydującym o wyniku
wojny.
Jednak choć Churchill podkreślał, że zawsze wierzył w zwycięstwo,
nieobce były mu chwile zwątpienia. W prawie zapomnianych
wspomnieniach jego ochroniarza, detektywa Scotland Yardu W.H.
Thompsona, znaleźć można taki przypadek. Powracając ze spotkania
z królem Jerzym VI w pałacu Buckingham 10 maja 1940 r., po rezygnacji
Chamberlaina i początku niemieckiej inwazji na Francję, Churchill był jak
nigdy przygnębiony.
– Wie pan, Thompson, po co jechałem do pałacu Buckingham? –
zapytał.
Thompson odparł, że – jak sądzi – król „wreszcie” poprosił go
o utworzenie nowego rządu.
– Szkoda tylko, że stanowiska nie zaoferowano panu w lepszych
czasach, bo podjął się pan gigantycznego zadania – dodał.
Churchill odpowiedział ze łzami w oczach:
– Bóg jeden wie, jak wielkie to zadanie. Mam nadzieję, że nie jest za
późno. Obawiam się jednak bardzo, że jest. Możemy tylko robić, co
w naszej mocy 14.
W późniejszych wydarzeniach nie było niczego nieuniknionego. John
Winant, który często podróżował do Londynu, a w 1941 r. miał zostać
amerykańskim ambasadorem w Wielkiej Brytanii, stwierdził: „Nie można
było mieszkać w Londynie w tych pierwszych latach i nie dostrzegać, jak
wąski był margines przetrwania. Do klęski wystarczyłoby tylko kilka
błędów. (…) W pierwszych latach wojny wielokrotnie czuło się, że czara
się przepełni i będzie po wszystkim” 15.
Faktycznie, Joseph Kennedy, poprzednik Winanta na stanowisku
ambasadora, nie tylko zalecał politykę appeasementu, ale głośno
przewidywał, że Wielka Brytania nie wytrzyma niemieckiego naporu. Po
upadku Polski we wrześniu 1939 r. Kennedy raportował, że wojskowi
specjaliści nie dają Wielkiej Brytanii, wspieranej przez francuskich
sojuszników, więcej szans, niż „mieliby Chińczycy” 16. Tak
w Waszyngtonie, jak i w Londynie był on postrzegany jako „defetysta” 17
i nieustannie przewidywał brytyjską klęskę nawet po powrocie do Stanów
Zjednoczonych.
Inny ambasador w Londynie, dyplomata radziecki Iwan Majski napisał
w swym dzienniku 20 maja 1940 r., gdy padała Francja: „Anglo-francuska
burżuazyjna elita dostaje to, na co zasługuje. (…) Jesteśmy świadkami
upadku wielkiej cywilizacji kapitalistycznej, upadku podobnego do upadku
Imperium Rzymskiego” 18. Mimo dobrych kontaktów towarzyskich
z wieloma czołowymi brytyjskimi oficjelami Majski rozkoszował się tym,
co uznawał za sprawiedliwość wymierzoną Wielkiej Brytanii – a zatem
i całemu światu kapitalistycznemu.
Jeśli chodzi o pokonaną Francję, to większość jej przywódców nie
widziała wyboru poza przyjęciem zawieszenia broni, które oznaczało po
prostu kapitulację. Nie tylko przewidywali oni, że Wielka Brytania pójdzie
za ich przykładem, ale wręcz pragnęli tego. Francuski naczelny dowódca
generał Maxime Weygand wygłosił ponure przewidywanie: „W ciągu
trzech tygodni Anglia będzie miała ukręconą szyję jak kurczak” 19.
Nawet niektórzy najzagorzalsi zwolennicy Churchilla nie potrafili
oprzeć się rozpaczy, gdy Niemcy błyskawicznie przetaczali się przez
Francję. Konserwatywny deputowany Harold Nicolson umówił się z żoną,
poetką i pisarką Vitą Sackville-West, na wspólne samobójstwo; zdobyli
truciznę na wypadek schwytania przez niemieckich najeźdźców. W liście do
Sackville-West Nicolson pisał, że nie lęka się takiej „honorowej śmierci”.
Boi się natomiast „tortur i poniżenia” 20.
Churchill wkrótce zdołał podnieść na duchu Nicolsona i większość
swoich rodaków, wspierany przez bohaterstwo i umiejętności pilotów,
którzy zwyciężyli w bitwie o Anglię. Ich sukcesy wymusiły odłożenie we
wrześniu na czas nieokreślony operacji „Seelöwe”, czyli niemieckiego
planu inwazji na Wielką Brytanię.
Mimo to przez resztę 1940 r. sytuację można było określić jako
nierównomierny impas. Anglia nie padła, jednak fale niemieckich
bombowców prowadziły Blitz, zrzucając swój śmiercionośny ładunek na
Londyn, Coventry i inne miasta. W bitwie o Atlantyk U-Booty i inne
niemieckie okręty atakowały brytyjską żeglugę, starając się jak najbardziej
odizolować wyspę stawiającą samotnie opór niemieckiej nawale. Na
większej części kontynentu niepodzielnie rządzili nowi niemieccy panowie,
rozpętując niewyobrażalny wcześniej terror celem podporządkowania sobie
miejscowej ludności. Decydujące punkty zwrotne wciąż jeszcze nie
nadeszły.
Miały jednak nadejść w roku 1941.
To w tym właśnie roku wyznaczony miał zostać bieg wydarzeń
prowadzący do ostatecznego zniszczenia Trzeciej Rzeszy. To w tym
właśnie roku Niemcy miały przeprowadzić, jak to ujął niemiecki autor
Joachim Käppner, „atak na cały świat” 21. Przed końcem 1941 r. Hitler
popełnił niemal wszystkie możliwe błędy. Jego początkowe sukcesy
w czasie operacji „Barbarossa”, czyli rozpoczętej w końcu czerwca inwazji
na Związek Radziecki, przerwała pierwsza klęska niemieckiej armii na
przedmieściach Moskwy. Sięgnięcie po masowe mordy i terror nie tylko
w ramach pierwszej fazy Holokaustu, ale także wobec jeńców radzieckich
i mieszkańców nowo podbitych terytoriów już zaczynało działać przeciwko
niemu.
Przywódca, który najwyraźniej miał „zawsze rację”, jak ujął to
wcześniej amerykański korespondent H.R. Knickerbocker, teraz
katastrofalnie się mylił.
Co było przyczyną tej oszałamiającej odmiany w okresie zaledwie roku?
Co opętało Hitlera, że szedł na coraz większe ryzyko, nieustannie
podnosząc stawkę? Gdy stało się jasne, że Wielka Brytania nie znajdzie się
wśród jego szybkich zdobyczy, zaryzykował próbę zadania szybkiego,
nokautującego ciosu Związkowi Radzieckiemu. Gdy to zawiodło, nie tylko
przyjął z radością japoński atak na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r., ale
niezwłocznie wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym, kładąc kres
wysiłkom izolacjonistów, takich jak Charles Lindbergh i ruch America
First, pragnących utrzymać swój kraj z dala od wojny. W wyniku tego
Wielka Brytania Churchilla zyskała dwóch nowych, potężnych
sojuszników: Związek Radziecki i Stany Zjednoczone.
Co też opanowało Hitlera, że wybrał politykę terroru i zniewolenia, gdy
jego armie odnosiły początkowo sukcesy w zachodniej części Związku
Radzieckiego, gdzie wielu radzieckich jeńców i miejscowa ludność
z radością powitaliby każdego, kto obiecałby im wyzwolenie od tyranii
Stalina? Kluczowym elementem polityki terroru był „Szoa przy użyciu kul”
prowadzony przez Einsatzgruppen, specjalne oddziały mające rozstrzeliwać
Żydów, Cyganów i innych „wrogów” nazistowskich rządów. Nie
przypadkiem właśnie w roku 1941 rozpoczęto Holokaust, choć
usprawnienia logistyczne uzgodniono dopiero na konferencji w Wannsee 20
stycznia 1942 r.
Dla obserwatorów z zewnątrz, a nawet dla niektórych członków
wewnętrznego kręgu Hitlera jego działania w 1941 r. wyglądały na
szaleństwo. Gdy patrzymy z perspektywy czasu, jest jasne, że wybrał on
drogę, która prowadzić mogła jedynie do zniszczenia jego kraju, jego ruchu
i jego samego. Jednak teoria o „oszalałym potworze” nie stanowi
wystarczającego wyjaśnienia brzemiennego w skutki kursu, jaki wytyczył,
ani też skali mordów popełnionych w jego imieniu. Nie wyjaśnia także roli
alianckich przywódców, którzy skorzystali z jego najważniejszych błędów
i uzgodnili strategię, która doprowadziła do zwycięstwa w 1945 r.
II wojna światowa była czymś znacznie więcej niż tylko starciem dwóch
wrogich sojuszy politycznych i wojskowych. Była w swej istocie
światowymi zmaganiami rozpętanymi przez człowieka i ruch, których
ideologia rasowa i niezłomne przekonanie o własnej nieomylności
zaprzeczały zdrowemu rozsądkowi. Napędzała ją wynaturzona logika
oparta na światopoglądzie, który dla jego twórcy i oddanych zwolenników
był całkowicie sensowny.
Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty pierwszy miał okazać się rokiem,
w którym wojna przerodziła się w prawdziwie globalny konflikt, po czym
Hitler odniósł w nim szereg imponujących zwycięstw, jednocześnie
skazując Trzecią Rzeszę na porażkę. Jego działania sprawiły też, że
mordercza polityka Trzeciej Rzeszy wymagała kolejnych ofiar aż do końca
walk i pochłonęła ich miliony. Wreszcie, jego działania pozwoliły innemu
masowemu mordercy, byłemu sojusznikowi Józefowi Stalinowi, określić
kształt powojennego świata i podzielić Europę na dwa przeciwstawne
obozy. Ten zimnowojenny podział pozostał zamrożony niemal pół wieku.
Także on był spuścizną roku 1941.

Tu osobista uwaga. W ciągu wielu lat pracy w charakterze korespondenta


zagranicznego „Newsweeka” w wielu miastach – w Bonn, Berlinie,
Moskwie i Warszawie – II wojna światowa nigdy nie wydawała się czymś
odległym i abstrakcyjnym. Jej spuścizna pozostaje źródłem nieustannych
debat, a jej koszmary budzą nieustającą fascynację. Te ostatnie rodzą
fundamentalne pytania nie tylko o to, jak komuś takiemu jak Hitler udało
się zdobyć władzę, ale także o podstawy ludzkiej natury. W efekcie
wszystkie napisane przeze mnie od tego czasu książki dotyczą różnych
aspektów kariery Hitlera, wojny, Holokaustu oraz późniejszego
poszukiwania sprawiedliwości.
Każdy z tych projektów, jak również moje wcześniejsze reportaże na
najróżniejsze tematy pomogły mi zdobyć informacje i wywiady, z których
korzystałem podczas pisania niniejszej książki. Zwłaszcza liczne wywiady
przeprowadzone na potrzeby Największej bitwy, mojej książki o bitwie pod
Moskwą, pomogły mi podkreślić kluczową różnicę pomiędzy Hitlerem
a Stalinem w 1941 r. – podczas gdy megalomania Hitlera doprowadziła go
w tym roku do mnożenia błędów, megalomania Stalina nie przeszkodziła
mu w wytyczeniu bardziej przemyślanego kursu ocalenia kraju i władzy.
Upływ czasu sprawił, że wielu uczestników tych wydarzeń już z nami
nie ma, co czyni moje wcześniejsze wywiady tym cenniejszymi. Nawet
jednak obecnie zdołałem odszukać i porozmawiać z wieloma świadkami
tamtych wydarzeń, do których nie udało mi się dotrzeć wcześniej.
Jednocześnie literatura na temat II wojny światowej rosła, dzięki czemu
mogłem skorzystać z najróżniejszych nowych badań i punktów widzenia.
Doświadczenia korespondenta zagranicznego w ostatnich latach zimnej
wojny oraz tąpnięć prowadzących do upadku radzieckiego imperium
skłoniły mnie do nieustannego powracania do głównego motywu: roli
jednostek w historii. Historia wydaje się nieunikniona jedynie
z perspektywy. W rzeczywistości kształtują ją wybory dokonywane przez
politycznych przywódców i ich poddanych, przez ludzi wpływowych
i przez dysydentów… niekiedy zaś także przez najczystszy przypadek.
Pisząc o współczesnych wydarzeniach i historii najnowszej, zawsze
szukałem decydujących momentów, działań i decyzji, które doprowadziły
do rezultatów obecnie uznawanych za oczywiste. Badanie tych chwil,
zwłaszcza jeśli dotyczy motywacji głównych postaci, może rzucić nowe
światło na wydarzenia często rozumiane jedynie po części.
W szerszych syntezach II wojny światowej znaczenie pojedynczego roku
może być trudne do zauważenia. Niniejsza książka stanowi próbę
zwrócenia szczególnej uwagi na znaczenie roku 1941.
1

Szalona logika

1 stycznia 1941 r. Iwan Majski, długoletni radziecki ambasador


w Londynie, który często irytował, ale i intrygował swych brytyjskich
gospodarzy, poczynił śmiałe przewidywanie. „Ten rok będzie decydującym
rokiem wojny”, pisał w swym dzienniku. „Hitler musi dokonać ogromnego
wysiłku (zapewne wiosną lub latem) celem zakończenia wojny w tym
roku… oczywiście swoim zwycięstwem”. Dodał, że przeciągnięcie się
wojny na rok 1942 byłoby „katastrofalne”, ponieważ do tego czasu
brytyjska i amerykańska produkcja wojenna osiągnie maksymalny poziom,
a anglo-amerykańscy sojusznicy „będą w stanie po prostu zasypać Niemcy
bombami i pociskami”. Dlatego też Hitler musiał wyprowadzić „ostateczny,
decydujący, nokautujący cios” w roku 1941. Choć Majski pisał dziennik po
rosyjsku, wstawiał celem podkreślenia słowa angielskie – jak to było
w przypadku „ogromnego wysiłku” i „nokautującego ciosu”.
„Gdzie jednak? W jakim kierunku?”, zastanawiał się. „Sądzę, że
zostanie skierowany przeciwko Anglii, ponieważ cios w którąkolwiek inną
stronę nie może wywrzeć decydującego efektu” 22.
Majski miał rację w pierwszej części swego przewidywania. Rok 1941
miał się okazać decydującym rokiem wojny. Radziecki dyplomata jednak
mylnie przewidywał kierunek kolejnego ciosu Hitlera. Tak jak jego szef
Józef Stalin, nie chciał uwierzyć w coraz większą liczbę dowodów na to, że
Niemcy planują najazd na Związek Radziecki.
Była to ogromna strategiczna pomyłka, i to bynajmniej nie jedyna. Bieg
wydarzeń 1941 r. pokazał, że obaj totalitarni tyrani nie potrafili właściwie
ocenić charakteru i toku myślenia swego odpowiednika. Stalin pierwszy
wyszedł na durnia, Hitler jednak deptał mu po piętach.
Ironią historii jest, że ci dwaj przywódcy powinni byli rozumieć się
lepiej niż ktokolwiek inny. W końcu – pomimo ideologicznych różnic –
mieli bardzo wiele wspólnego: cynizm, przebiegłość i oszałamiającą
brutalność. Gdy zawarli swój niesławny pakt o nieagresji – podpisany przez
ministrów spraw zagranicznych Joachima von Ribbentropa i Wiaczesława
Mołotowa 23 sierpnia 1939 r. – zdawali sobie sprawę, że zapalają zielone
światło dla rozpoczęcia nowej wojny, pozwalając Niemcom uderzyć na
Polskę z zachodu 1 września, Armii Czerwonej zaś ze wschodu 17
września. Obaj pragnęli zniszczyć państwo polskie i podzielić się łupami,
jednocześnie wiążąc się przeciwko dwóm nowym wspólnym wrogom –
Wielkiej Brytanii i Francji.
Ogłaszając 31 października w mowie przed Radą Najwyższą ZSRR
nową erę współpracy między Moskwą a Berlinem, Mołotow oświadczył:
„Krótki cios zadany Polsce przez armię niemiecką i późniejszy cios Armii
Czerwonej wystarczyły, by zniszczyć tego bękarta traktatu wersalskiego.
Teraz Niemcy opowiadają się za pokojem, podczas gdy Wielka Brytania
i Francja są za kontynuowaniem wojny. Jak widzimy, role się odwróciły”.
Dodał, że jest „nie tylko bezsensem, ale i zbrodnią prowadzić wojnę »celem
zniszczenia hitleryzmu« pod fałszywym sztandarem walki
o »demokrację«” 23. Później, gdy oba kraje znalazły się w stanie wojny,
radzieccy propagandyści udawali oczywiście, że kremlowscy przywódcy
nigdy nie wyrażali podobnych przekonań.
Także biografie Hitlera i Stalina wykazywały wiele podobieństw. Obaj
urodzili się z dala od politycznych centrów krajów, w których mieli władać:
Hitler w Górnej Austrii, Stalin zaś w Gruzji. Obaj mieli ojców wyznających
surową dyscyplinę. Ojciec Stalina był szewcem, zapewne niepiśmiennym.
„Niezasłużone i dotkliwe bicie sprawiło, że ten chłopiec stał się tak
zawzięty i pozbawiony serca jak jego ojciec” 24, wspominał przyjaciel
Stalina z lat młodzieńczych. Ojciec Hitlera, który zmarł, gdy Adolf miał
zaledwie 13 lat, był porywczym urzędnikiem celnym i również nie wahał
się bić swego syna 25.
W tamtych czasach takie metody rodzicielskie były powszechne i wielu
chłopców z podobnymi doświadczeniami dorosło i miało normalne życie.
W przypadku Hitlera okres błąkania się po śmierci ojca i nieudane próby
dostania się na wiedeńską Akademię Sztuk Pięknych miały zapewne
większe znaczenie dla umocnienia jego poczucia krzywdy niż jakiekolwiek
złe traktowanie w latach chłopięcych. Można jednak powiedzieć, że
charakter obu dyktatorów kształtowali początkowo autorytarni ojcowie.
W wyniku tego, jak napisał w swej epickiej biografii Stalina generał Dmitrij
Wołkogonow, były szef propagandy Armii Czerwonej, powstała osoba
pozbawiona „jakiejkolwiek struny ludzkich uczuć”, dla której „obce były
(…) litość, wielkoduszność, współczucie” 26. Opis ten pasowałby do obu
tyranów.
Obaj doszli też do przywództwa w swych ruchach, apelując do
zbiorowego poczucia krzywdy. Hitler zwalczał Żydów, komunistów, władze
Republiki Weimarskiej i wszystkich innych, których obwiniał o klęskę
Niemiec w I wojnie światowej, poniżające warunki traktatu wersalskiego
i wynikły z nich chaos gospodarczy i polityczny. Stalin twierdził, że
reprezentuje zwykłych mieszkańców carskiej Rosji, a nawet
„prześladowane narodowości i religie” 27 – te same grupy, które po
przejęciu władzy natychmiast nazwał wrogami rewolucji bolszewickiej
i zaczął prześladować. Tak samo jak Hitler nigdy nie wahał się obiecywać
czegoś przeciwnego niż to, do czego dążył.
Po dojściu do władzy obaj szybko znaleźli pretekst do wyeliminowania
wszelkich potencjalnych rywali. Włodzimierz Lenin wypowiedział na łożu
śmierci słynne ostrzeżenie przed Stalinem jako swym następcą. „Stalin jest
zbyt prymitywny, a ta wada, choć zupełnie niegroźna w naszym gronie
i w kontaktach z nami, komunistami, staje się niemożliwa do przyjęcia
u sekretarza generalnego”, podyktował 4 stycznia 1923 r. „Dlatego
sugeruję, by towarzysze pomyśleli o usunięciu Stalina z tego stanowiska”.
Partia powinna znaleźć kogoś, kto jest „bardziej tolerancyjny, bardziej
lojalny, lepiej wychowany i mający więcej względów dla towarzyszy, mniej
kapryśny itp.” 28.
Jednak to ostrzeżenie, ujawnione przez wdowę po Leninie dopiero po
jego śmierci w roku 1924, nadeszło za późno. Potencjalni rywale, tacy jak
Nikołaj Bucharin i Lew Trocki, nie tylko przegrali walkę o władzę, ale
stracili życie. Bucharin padł ofiarą czystek z lat trzydziestych – wytoczono
mu głośny proces pokazowy, po czym stracono. Trocki uciekł do Meksyku,
gdzie w roku 1940 agent Stalina zamordował go czekanem. Hitler zadbał
o to, by jego jedyny potencjalny rywal Gregor Strasser przegrał w partyjnej
walce o wpływy tuż przed przejęciem władzy przez nazistów w 1933 r.
W roku następnym Strasser znalazł się wśród dziesiątków ofiar „nocy
długich noży” stanowiącej przedsmak hitlerowskich rządów terroru.
Stalin, który władzę przejął dekadę wcześniej niż Hitler, w tym okresie
znacznie przewyższył swego niemieckiego odpowiednika skalą terroru –
liczba jego ofiar szła w miliony. Jego wielka czystka skierowana była nie
tylko przeciwko ukraińskim chłopom sprzeciwiającym się kolektywizacji,
autokratom i intelektualistom, ale także całemu aparatowi władzy: partii
komunistycznej, Ludowemu Komisariatowi Spraw Wewnętrznych, czyli
NKWD (jak nazywał się poprzednik KGB), oraz siłom zbrojnym. W wielu
przypadkach kaci wkrótce dzielili los swoich ofiar; tak jak rewolucja
francuska, rewolucja bolszewicka pożerała własne dzieci.
Tylko w latach 1937–1938 NKWD aresztowało około półtora miliona
ludzi, z których zwolniono jedynie około 200 tysięcy. Wielu posłano do
łagrów, jednak około 750 tysięcy aresztowanych rozstrzelano – ich ciała
wypełniały doły na obrzeżach miast w całym kraju. Wśród ofiar znaleźli się
najwyżsi oficerowie armii, często oskarżani o spiskowanie z nazistowskimi
Niemcami w czasie, gdy siły zbrojne obu krajów współpracowały
z oficjalnym błogosławieństwem własnych rządów. Większość oskarżonych
brutalnie torturowano, by wymusić przyznanie się do wyimaginowanych
zbrodni podczas procesów pokazowych 29.
Stalin osobiście przeglądał wiele list osób do stracenia – i odrzucał
wściekle prośby o łaskę. „Gnida i prostytutka”, napisał na apelacji
komandarma Iony Jakira 30. Kompani szli za przykładem wodza. Członek
Politbiura Łazar Kaganowicz dodał: „Dla Tajdala, bydlaka i kurwy jedna
kara, kara śmierci”. Dla rodzin ofiar wyroki śmierci i egzekucje ich mężów
i ojców często stanowiły dopiero początek gehenny. Niektóre „żony
wrogów ludu” zostały następnie postawione przed sądem, skazane,
a niekiedy także rozstrzelane 31.
Nie dziwi fakt, że Stalin z podziwem przyjął wieści z Niemiec o „nocy
długich noży”. „Hitler, co za wielki człowiek!”, oświadczył. „Oto jak
należy postępować z przeciwnikami politycznymi” 32. Hitler był pod
równie wielkim wrażeniem zaprowadzonego przez Stalina terroru; już
w czasie wojny powiedział: „Po zwycięstwie nad Rosją dobrze byłoby
powierzyć rządy nad nią Stalinowi, oczywiście pod niemieckim nadzorem.
Stalin lepiej niż ktokolwiek wie, jak radzić sobie z Rosjanami” 33. Był to,
rzecz jasna, bardziej żart niż rzeczywista rekomendacja, ukazuje jednak
ambiwalentny stosunek Hitlera do jego rywala. Gdy Niemcy zaczęły
ponosić klęski na froncie wschodnim, Hitler rozwodził się nad tym, że
powinien był pójść za przykładem Stalina i dokonać czystki wśród
najwyższych dowódców wojskowych.
Obaj dyktatorzy byli do siebie podobni także pod wieloma innymi
względami. Mieli rzekomo stanowić ideologiczne przeciwieństwa, jednakże
nie było zbiegiem okoliczności, że obaj budowali swój wizerunek
wszechwiedzącego, wszechpotężnego przywódcy godnego publicznego
kultu. Walentin Bierieżkow, który był tłumaczem Stalina podczas spotkań
z niemieckimi, a później alianckimi przywódcami w czasie wojny, tuż po
niemieckim zwycięstwie we Francji w czerwcu 1940 r. odwiedził Berlin
z radziecką misją handlową. Widział Hitlera przyjeżdżającego do opery,
gdzie rozentuzjazmowany tłum witał go okrzykami „Sieg Heil!”, „Heil
Hitler!” i „Heil Führer!”. Wywołało to niezwykłą refleksję: „Gdy
przyglądam się temu, myślę – i myśl ta mnie przeraża – jak bardzo wiele
jest wspólnego pomiędzy tym a naszymi zjazdami i plenami, gdy na salę
wchodzi Stalin. Ta sama gromka, niekończąca się owacja, owacja na
stojąco. Niemal te same histeryczne okrzyki »Chwała Stalinowi!«, »Chwała
naszemu przywódcy!«” 34.
Dla tych, którzy skrycie żywili wątpliwości co do własnego przywódcy,
podobieństwa były uderzające, jednak dostrzegali oni także różnice.
Waleria Prochorowa była studentką w Moskwie w czasie niełatwego
nazistowsko-radzieckiego sojuszu i późniejszego niemieckiego najazdu na
jej kraj. Do tego czasu wielu jej krewnych i przyjaciół znikło podczas
kolejnych fal stalinowskiego terroru. W jej oczach obaj dyktatorzy byli
„duchowymi braćmi”, których odróżniał głównie styl. „Stalin przypomina
mi mordercę przychodzącego z kwiatami i czekoladkami, podczas gdy
Hitler czeka z nożem i pistoletem”, mówiła 35.
Zdaniem Hansa von Herwartha, niemieckiego dyplomaty służącego
w Moskwie w latach trzydziestych, podejście Stalina „z kwiatami
i czekoladkami” bywało bardzo skuteczne. „Nie można mu było odmówić
pewnego uroku i poczucia humoru”, pisał. „W przeciwieństwie do Hitlera
zachowywał się swobodnie i naturalnie”. Von Herwarth mógł wyolbrzymić
tę różnicę ze względu na swą niechęć do Hitlera. Ale jak stwierdził:
„przypominał mi – ze względu na bacznie obserwujące, chłodne oczy
i sposób poruszania się – wielkiego kota” 36. Był to obraz pięknego, lecz
niebezpiecznego zwierzęcia.
Wielkie koty, choć mogą być podobne z wyglądu i zachowania, potrafią
w jednej chwili rzucić się na siebie. Dla Hitlera nie była to jedynie
teoretyczna możliwość – od początku planował podbój wielkiego sąsiada na
wschodzie, odkąd tylko nakreślił swój Weltanschauung – pogląd na świat –
w autobiograficznym elaboracie Mein Kampf.

Partia nazistowska wciąż jeszcze była w powijakach, gdy Hitler podjął


nieudaną próbę puczu w Monachium. 9 listopada 1923 r. wraz z bohaterem
I wojny światowej generałem Erichem Ludendorffem poprowadził bojówki
SA do próby obalenia rządu Bawarii, planując następnie pomaszerować na
Berlin i położyć kres Republice Weimarskiej. Wszystko to okazało się
ulotną fantazją, gdy policja państwowa zatrzymała nazistów serią z broni
maszynowej. Uznany za winnego zdrady, w początkach 1924 r. Hitler został
wysłany do więzienia w Landsbergu, gdzie traktowano go łagodnie jako
miejscową atrakcję, po czym zwolniono, gdy odsiedział niespełna dziewięć
miesięcy z pięcioletniego wyroku. W ciągu krótkiego okresu spędzonego za
kratami Hitler pracował nad swą autobiografią, która miała się okazać
bezcennym narzędziem podczas odbudowywania jego ruchu.
Po dziś dzień wielu z tych, którzy uważają się za znawców sposobu
myślenia Hitlera, czytało tylko fragmenty Mein Kampf. Nie ma w tym nic
dziwnego. W końcu znaczna część tej książki jest tak napuszona, że nawet
zwolennicy autora mieli kłopoty z przebrnięciem przez nią.
Otto Strasser był jednym z pierwszych zwolenników Hitlera, miał jednak
dość rozsądku, by z nim zerwać i uciec z Niemiec, nim spotkał go ten sam
los co jego brata Gregora podczas „nocy długich noży”. Jak wspominał,
podczas zjazdu partii w 1927 r. w Norymberdze był na kolacji z szeregiem
czołowych nazistów. Gdy okazało się, że żaden z nich nie przeczytał Mein
Kampf w całości, uzgodnili, że każdą nową osobę przy stole będą o to pytali
– jeśli czytała, to zapłaci rachunek. „Nikt nie przeczytał Mein Kampf, więc
każdy musiał zapłacić za siebie” – wspominał Strasser 37.
Najbardziej znane fragmenty ukazują obsesyjny antysemityzm Hitlera
i jego determinację w dążeniu do „wytępienia szkodników”, „robactwa
w gnijącym ciele”, jak określał Żydów. „Wszyscy, którzy nie są dobrej rasy
na świecie, to mierzwa”, pisał. Żyd jest „wiecznym krwiopijcą”,
a „syczenie żydowskiej światowej hydry” stanowi największe zagrożenie
dla rasy aryjskiej. Dlatego, jak dowodził, „Państwo, które w tych czasach
rasowego zatrucia poświęci się trosce o najlepsze elementy rasowe, musi
pewnego dnia zostać panem świata” 38.
Warto też jednak przyjrzeć się dokładniej tym fragmentom, które
odzwierciedlały rozumowanie Hitlera stojące za jego głównymi decyzjami
w roku 1941 i dotyczyły miejsca Niemiec w świecie, a zwłaszcza jego
zamiaru podboju i kolonizacji Rosji. Mimo zawarcia małżeństwa
z rozsądku ze Stalinem na początku wojny i paru uwag o podziwie dla
bezlitosnych metod radzieckiego przywódcy fragmenty te wyjaśniają,
dlaczego Hitler nigdy nie zamierzał zrezygnować z tego celu. Pakt ze
Stalinem był jedynie posunięciem taktycznym. Światopogląd Führera
oznaczał, że żywot paktu musiał być krótki.
Jak wyjaśniał Hitler, „Dzisiejsze Niemcy nie są mocarstwem światowym
[kursywa jego]”, a „Niemcy będą albo mocarstwem światowym, albo ich
nie będzie” 39. Zazdrościł Wielkiej Brytanii rozległych posiadłości
kolonialnych, rozumiał jednak, że Niemcy mogą szukać nowych ziem
jedynie w Europie. Rzekomym powodem jego dążenia do ekspansji
Niemiec była potrzeba zdobycia Lebensraum – przestrzeni życiowej – dla
osiedlenia „nadwyżki populacji” i powiększenia zasobów naturalnych.
Sięgając po maltuzjanizm, dodawał: „Jeśli na tej ziemi nie ma dość miejsca
dla wszystkich, musimy zabrać sobie przestrzeń potrzebną nam do życia”.
Przewidując, że inne kraje raczej na to nie przystaną, twierdził, iż „chodzi
tu o prawo do życia; czego nie zechcą dać środkami pokojowymi,
zdobędziemy pięścią” 40.
Dla Niemiec jedynym logicznym kierunkiem rozwoju był wschód –
„ogólnie jedynie kosztem Rosji”. Granic politycznych nie należało
traktować poważnie. Jak utrzymywał, ważne są „granice wiecznej
sprawiedliwości”. Wizja ta wiązała się z jego przekonaniem, że Rosja jest
krajem rządzonym przez Żydów, marksizm zaś „systematycznie planuje
przekazać świat w ręce Żydów”. Jego zdaniem rasa żydowska i bolszewizm
były ze sobą nierozerwalnie związane. Dlatego „kres żydowskiego
panowania w Rosji będzie także kresem Rosji jako państwa”. Miał to być
najważniejszy krok w „wojnie o zniszczenie marksizmu” na całym
świecie 41.
Hitler był jednak świadom historycznych precedensów dowodzących, że
Rosja może być poważnym przeciwnikiem. W czasie I wojny światowej,
pisał, siły niemieckie walczyły „bez najmniejszego powodzenia” na froncie
wschodnim trzy lata. „Sprzymierzeni wręcz śmiali się z tego
bezsensownego przedsięwzięcia”, zanotował. „Gdyż ostatecznie rosyjski
olbrzym z jego przytłaczającą liczbą ludzi musiał zwyciężyć, podczas gdy
Niemcy w nieunikniony sposób musiałyby paść z upływu krwi” 42.
By osiągnąć swój cel – zdawał się rozumieć Hitler – Niemcy muszą
zyskać wsparcie kontynentu. W Mein Kampf doszedł do jednego wniosku:
„Dla takiej polityki w Europie istnieje tylko jeden sojusznik: Anglia”. Choć
w gronie potencjalnych sprzymierzeńców wymienił także Włochy i chwalił
Benita Mussoliniego jako „wielkiego człowieka na południe od Alp”,
zakładał, że Niemcy będą potrzebowały przynajmniej milczącego wsparcia
jednego z większych mocarstw… a Francja, którą uważał za
„nieprzejednanego śmiertelnego wroga narodu niemieckiego”, nie
wchodziła w grę. „Anglia nie chce widzieć w Niemczech światowego
mocarstwa, Francja jednak nie chce w ogóle widzieć Niemiec”, pisał 43.
Innymi słowy, Francja nadal dążyła do całkowitego zniszczenia
Niemiec. Anglia natomiast mogła tolerować Niemcy jako mocarstwo
kontynentalne, pozostawiając sobie niekwestionowaną pozycję mocarstwa
globalnego. W istocie więc proponował swoją wersję wielkiej umowy
z przywódcami brytyjskimi; idea ta miała się pojawiać nieustannie.
Od najwcześniejszych dni jednak Hitler był całkowicie pochłonięty
wcielaniem swej wizji w życie, niezależnie od tego, czy zdołałby przekonać
Anglię do zabezpieczenia tyłów Niemiec podczas ataku na wschód lub też
do pozostania z boku podczas uderzenia w przeciwnym kierunku, na
Francję. W listopadzie 1936 r. w swym górskim schronieniu
w Obersalzbergu Hitler powiedział Albertowi Speerowi: „Istnieją dla mnie
dwie możliwości: albo przeforsować swe plany, albo zawieść. Jeśli je
przeforsuję, będę jedną z największych postaci w historii – jeśli zawiodę,
zostanę potępiony, znienawidzony, przeklęty” 44.
Przynajmniej w tym ostatnim miał całkowitą słuszność.
Poza scenicznymi umiejętnościami mówcy Hitler przejawiał szereg
talentów i zwyczajów, które trzymały otaczających go ludzi w nieustannym
podziwie, często zaś zaskakiwały. Jak wspominał Percy Ernst Schramm,
który od 1943 r. do końca wojny prowadził dziennik działań bojowych
sztabu Hitlera, dyktator miał świadomość, że większości ludzi trudno znieść
jego przenikliwe spojrzenie. „Wiedząc to, Hitler patrzył ludziom prosto
w oczy, nie mrugając”, wspominał. Ale Hitler potrafił też żartować,
czerpiąc ze swej „fenomenalnej pamięci”. W jednej chwili potrafił wszakże
przekształcić się z człowieka łaskawego, szczególnie wobec kobiet i dzieci,
w „dzikiego – pozbawionego hamulców moralnych, bezlitosnego, zimnego
jak lód” 45.
Hans Karl von Hasselbach, jeden z lekarzy Hitlera, stwierdził po wojnie,
że miał on „niezwykle wysoką ocenę własnych zdolności” i że uważał się
za eksperta od każdego niemal zagadnienia czy kraju. Przed wojną jednak
nie wykazywał żadnych chęci do podróżowania poza Niemcy czy Austrię
celem poszerzenia swojej wiedzy o obcych ludziach i kulturach. Był
przekonany, że może dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzebuje, bez
wypuszczania się poza znajome otoczenie 46.
Hitler rzeczywiście potrafił szybko się uczyć i robić wrażenie swoją
wiedzą. Generał Alfred Jodl, który współpracował z nim ściśle, podziwiał
jego „ogromną wiedzę techniczną i taktyczną”, która pozwalała mu
kierować opracowywaniem nowych broni. Stale demonstrował znajomość
szczegółów, jakich nikt by się po nim nie spodziewał. Zdaniem Schramma
jednak był to jeden z czynników, które zadecydowały o jego ostatecznej
klęsce. „Nawet w kwestiach technicznych Hitler był swoim największym
wrogiem, gdyż żywił coraz mocniejsze przekonanie, że wie więcej niż
ktokolwiek inny”, wyjaśnił 47.
Hitler uważał się też za eksperta w ocenianiu innych. Jak stwierdził von
Hasselbach, „w sposób szkodliwy nie doceniał wielu swoich
przeciwników”. Miało się to uwidocznić w jego kalkulacjach wojskowych,
politycznych i gospodarczych od czasu planowania wojny po ostatnie dni
w berlińskim schronie. Szczególnie tyczyło się to jego działań wobec
przywódców innych mocarstw, którzy wkrótce mieli sprzymierzyć się
przeciwko niemu.
W Mein Kampf Hitler nieświadomie wskazał kolejną swoją wadę, która
uwidoczniła się podczas przygotowań do wojny – lekceważenie
gospodarczych podstaw skutecznych działań militarnych. „Gospodarka ma
znaczenie ledwie drugo- czy trzeciorzędne; główną rolę odgrywają
polityka, etyka, moralność i krew” 48, pisał.
Dowódca Luftwaffe Hermann Göring, który już wówczas uznawany był
za drugiego człowieka w kraju, dał wyraz podobnym nastrojom podczas
spotkania z oficerami latem 1938 r. „Siły zbrojne nie powinny się martwić
o los gospodarki”, powiedział im, jako że to on jest „jedynym
odpowiedzialnym” za takie kwestie. „Upadek części gospodarki jest bez
znaczenia. Sposoby się znajdą” 49.
Tak przed wybuchem wojny, jak i w jej pierwszej fazie inni członkowie
świty Hitlera oraz wojskowi próbowali ostrzec niemieckiego przywódcę
o niebezpieczeństwach obranego przezeń kursu. Obawiali się oni, że jego
lekceważenie względów gospodarczych oraz niedocenianie siły i woli
politycznej prawdopodobnych wrogów Niemiec mogą mieć fatalne skutki.
Nawet Göring niekiedy wyrażał podobne obawy. Hitler jednak
konsekwentnie nie przyjmował do wiadomości żadnych ostrzeżeń.
Podczas narastania kryzysu czechosłowackiego w 1938 r. generał
Ludwig Beck, szef Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych, znalazł się
w gronie osób najdobitniej formułujących ostrzeżenia. Szczególnie
niepokoił go fakt, że Hitler gotów był zaryzykować wojnę z mocarstwami
zachodnimi w czasie, gdy jego zdaniem Niemcy nie miały uzbrojenia ani
zasobów niezbędnych do odniesienia zwycięstwa. Beck domagał się od
Hitlera zapewnień, że wywierany przezeń nacisk na Czechosłowację nie
doprowadzi do wojny, i usiłował przekonać innych oficerów do wspólnego
przeciwstawienia się wodzowi. Obie próby zakończyły się niepowodzeniem
i w sierpniu Beck podał się do dymisji.
Nieliczna grupa spiskowców usiłowała później pozyskać następcę
Becka, Franza Haldera, i rozważała dokonanie zamachu stanu. Według
Jacoba Beama, młodego pracownika ambasady amerykańskiej w Berlinie,
który spotkał się z jednym ze spiskowców, „Plan zakładał zamordowanie
Hitlera, jeśli jego działania zaczną zmierzać ku wojnie” 50. Starsi
współpracownicy Beama wątpili w prawdziwość jego informacji, choć były
one zbieżne z tym, co po zakończeniu II wojny światowej twierdził Halder
i kilku innych wyższych oficerów. Gdy jednak Wielka Brytania i Francja
przystały na aneksję Kraju Sudeckiego i zawarły we wrześniu układ
monachijski, wszelkie plany obalenia dyktatora porzucono. Trudno było
dyskutować z tak ogromnym sukcesem.
Feldmarszałek Erich von Manstein napisał po wojnie: „Dokładnie
obserwowaliśmy ciąg następujących po sobie coraz groźniejszych
wydarzeń, za każdym razem ocierających się o ostrze noża. Z narastającym
zdumieniem śledziliśmy niewiarygodne wprost szczęście, jakie
towarzyszyło Hitlerowi realizującemu swoje jawne i niejawne cele
polityczne, bez konieczności sięgania po oręż” 51.
Po pełnym ustępstw układzie w Monachium i wygłoszeniu przez
Chamberlaina niesławnych słów o „pokoju dla naszych czasów” nawet
Hitler zdawał się oszołomiony swoim zwycięstwem. William Shirer,
korespondent CBS w Berlinie, dostrzegł wcześniej u Hitlera nerwowy tik,
gdy wygłaszał on żądania przekazania Kraju Sudeckiego. Po powrocie do
niemieckiej stolicy Shirer zanotował: „Jakże inny był Hitler o drugiej
dzisiejszego ranka. (…) Zauważyłem jego butny krok. Tik zniknął!” 52.
O ile jednak Hitler dowiódł swym wątpiącym generałom, że ich obawy
co do francuskiej i brytyjskiej interwencji były wówczas bezpodstawne, to
kwestia zdolności Niemiec do udźwignięcia ciężaru kolejnego konfliktu
pozostawała otwarta.
Dwóch urzędników odniosło się do tego problemu bezpośrednio.
Pierwszym był minister finansów Rzeszy Schwerin von Krosigk. W czasie
brzemiennego w skutki lata 1938 r. miał bolesną świadomość coraz szybciej
rosnących kosztów pospiesznych zbrojeń Niemiec oraz obciążenia
finansów kraju. Podniósł podatki i zaciągał pożyczki, jednak martwił się,
jak długo będzie jeszcze w stanie utrzymać kurs marki… a w razie
wybuchu nowej wojny, jak długo Niemcy zdołają się opierać swym
wrogom.
W sporządzonym tego lata memorandum stwierdził, że „każda przyszła
wojna będzie prowadzona nie tylko za pomocą środków militarnych, ale
będzie także wojną gospodarczą na najwyższą skalę”. Von Krosigk, który
znał Anglię z pobytu na stypendium Rhodesa, ostrzegał, że w razie
konfliktu będzie ona poważnym przeciwnikiem, nawet jeśli chwilowo
wydaje się słaba, a jej wojsko niegotowe do walki. Miała bowiem „dwie
wielkie karty atutowe”, pisał. „Jedną jest oczekiwany szybki udział
w wojnie Stanów Zjednoczonych Ameryki”. Drugą była „ich znajomość
niemieckich »słabości finansowych i gospodarczych«” 53.
W razie wybuchu wojny, ostrzegał, Anglia będzie próbowała
przetrzymać wszelkie początkowe sukcesy Niemiec, czekając na „coraz
większe osłabienie” Rzeszy z powodu niedostatków jej gospodarki. Do tego
czasu Stany Zjednoczone zaopatrzą Anglię w broń i samoloty, zmieniając
układ sił. Zalecenie von Krosigka, nieprzypadkowo zbieżne z radami Becka
przed jego rezygnacją, mówiło o wycofaniu się z konfrontacji, przynajmniej
w najbliższej przyszłości.
Inną kluczową postacią w zmaganiach o przekonanie Hitlera do
pohamowania pędu ku wojnie był generał major Georg Thomas, główny
ekonomista Wehrmachtu posiadający wieloletnie doświadczenie
w zamawianiu sprzętu. W roku 1939, gdy niemiecki przywódca
sygnalizował zamiar uderzenia na Polskę, Thomas wystosował kolejne
ostrzeżenia dotyczące różnicy możliwości Niemiec i Zachodu. Tak jak von
Krosigk i inni, już wówczas widział w Waszyngtonie sojusznika Londynu.
Dlatego wyjaśnił urzędnikom Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że
Wielka Brytania poza swoim imperium może liczyć na „Stany Zjednoczone
jako arsenał i rezerwuar surowców” 54.
Thomas przedstawił szczegółowe obliczenia unaoczniające znaczenie
tego czynnika. Porównawszy łączne planowane wydatki zbrojeniowe
Wielkiej Brytanii, Francji i Stanów Zjednoczonych z wydatkami Niemiec
i Włoch w okresie 1939–1940, obliczył, że mocarstwa zachodnie w roku
1940 będą w stanie wydać na zbrojenia co najmniej dwa miliardy marek
więcej niż Niemcy i Włochy. A wszystko to w czasie, gdy Niemcy
przeznaczały na wojsko oszałamiające 23 procent dochodu narodowego.
Choć Wielka Brytania zwiększała wydatki zbrojeniowe, stanowiły one
według obliczeń Thomasa 12 procent, w Stanach Zjednoczonych zaś ledwie
dwa procent dochodu narodowego. Zgodnie z jego analizą stosunek sił
zdecydowanie nie był korzystny dla Niemiec i najpewniej miał się jeszcze
pogorszyć.
Zwłaszcza Stany Zjednoczone miały ogromny potencjał zwiększenia
wydatków wojskowych. Niemcy natomiast sięgały już granic swoich
możliwości. Naczelny dowódca wojsk lądowych generał Walther von
Brauchitsch stwierdził, że niedobory kutego żelaza, stali i miedzi zaburzały
wysiłek zbrojeniowy kraju. Adam Tooze, autor książki Cena zniszczenia.
Wzrost i załamanie nazistowskiej gospodarki, szczegółowej analizy
gospodarki Trzeciej Rzeszy i jej wpływu na wysiłek wojenny, wyjaśnił
znaczenie tego czynnika: „niemiecka »gospodarka wojenna jak pokojowa«
sięgnęła już swojego progu krytycznego” 55.
Thomas podkreślał, że jego obliczenia zasobów przemysłowych krajów
zachodnich dowodzą, że Niemcy nie powinny atakować Polski i ryzykować
wojny z Anglią i Francją. Hitler był świadom niebezpiecznego położenia
swego kraju. Wiedział też jednak, jak ujął to Tooze, że latem 1939 r.
„Trzecia Rzesza zgromadziła zarówno największe, jak i najlepiej
przygotowane do walki siły lądowe w Europie, na równi
z najdoskonalszymi siłami powietrznymi” 56.
26 sierpnia Thomas ponowił sprzeciw, przedstawiając nowe wykresy
i tabele generałowi Wilhelmowi Keitlowi. W swym dzienniku Thomas
odnotował jego reakcję: „Niezbyt dobrze przyjęte, ale [Keitel] zgodził się
jeszcze raz pomówić z Führerem”. Nazajutrz Thomas miał okazję poruszyć
tę kwestię bezpośrednio z wodzem. „Znów ostre skarcenie”, zapisał,
dodając, że wyproszono go ze spotkania. Ostatnie słowa Hitlera do niego
brzmiały: „Przestać zanudzać mnie tą cholerną sytuacją Zachodu” 57.
Z czego wynikał gniew Hitlera? Niemiecki przywódca rozumiał wiele
negatywnych trendów prognozowanych przez Thomasa, jednak nie przyjął
jego rekomendacji, by wstrzymać najazd na Polskę. W praktyce, jak
wyjaśnia Tooze w swoim wnikliwym studium, Hitler – kierując się swoją
„szaloną logiką” 58 – wyciągnął z nich dokładnie przeciwny, ale dla niego
zupełnie sensowny wniosek: skoro położenie Niemiec mogło się z czasem
tylko pogorszyć, był to najlepszy moment, by uderzyć.
1 września 1939 r. wojska niemieckie zaatakowały. Miała to być
pierwsza z serii decyzji Hitlera, by w kalkulacjach militarnych ignorować
wszelkie sygnały alarmowe. Jego zdaniem wszystkie takie ostrzeżenia
oznaczały, że jego wojska powinny nacierać tak szybko, jak to tylko
możliwe.

W swoich przygotowaniach wojennych Hitler rozumiał niebezpieczeństwo


wiążące się z jednoczesnym prowokowaniem potężnych wrogów na
wschodzie i na zachodzie. W tym sensie ostrzeżenia jego podwładnych nie
zostały zupełnie puszczone mimo uszu. W efekcie niemiecki przywódca
prowadził dwukierunkową strategię. Pierwszym jej elementem było
wciągnięcie Związku Radzieckiego we wspólne zlikwidowanie Polski,
przez co gwarantował sobie, że nie będzie musiał, przynajmniej chwilowo,
z nim walczyć. Drugim była ryzykowna nadzieja, że gdy wojska niemieckie
będą miażdżyły Polskę w imponującej demonstracji przeważających sił,
Wielka Brytania i Francja nie spełnią swych obietnic stanięcia do walki
w obronie tego kraju; że zaakceptują to, co nieuniknione, tak jak uczyniły
w przypadku Czechosłowacji.
Mimo łączących Hitlera i Stalina podobieństw i podziwu, jakim darzyli
wzajemnie swą bezwzględność, obaj totalitarni przywódcy weszli
w tymczasowe partnerstwo, mając się na baczności. Hitler przedstawił swe
poglądy na temat przywódców ZSRR w Mein Kampf: „Nie należy nigdy
zapominać, że przywódcami obecnej Rosji są zwykli zbrukani krwią
bandyci; że są oni szumowinami ludzkości. (…) Co więcej, nie należy
zapominać, że ci przywódcy należą do rasy, która w rzadko spotykany
sposób łączy bestialskie okrucieństwo z niewiarygodnym darem kłamstwa
i która dziś bardziej niż kiedykolwiek jest świadoma misji narzucenia swej
krwawej tyranii całemu światu” 59.
Stalin doskonale wiedział o tyradach Hitlera na temat jego kraju…
i o jego planach uczynienia zeń nowego pogranicza niemieckiego
imperium. Czytał te fragmenty Mein Kampf, które nie pozostawiały
wątpliwości co do zamiaru podbicia i okupowania Związku Radzieckiego.
Czytał też Historię narodowego socjalizmu Konrada Heidena, która
zawierała jasne ostrzeżenie w sprawie stosowanej przez Hitlera taktyki.
„Jego obietnic nie można traktować jak obietnic wiarygodnego partnera”,
pisał Heiden. „Łamie je, jeśli tylko leży to w jego interesie” 60.
Kończąc negocjowanie paktu o nieagresji, obie strony złożyły
zwyczajowe zapewnienia o dobrych zamiarach. Gdy von Ribbentrop
przybył do Moskwy celem podpisania dokumentu, zapewnił radzieckich
gospodarzy, że uwaga Niemiec skupiona jest na zagrożeniach płynących
z Zachodu, nie zaś z Kremla. Stalin zaproponował toast za zdrowie Hitlera.
Jednak radziecki przywódca zdradził swe prawdziwe uczucia, gdy von
Ribbentrop zasugerował dołączenie do paktu kwieciście sformułowanej
preambuły.
„Rząd radziecki nie mógłby szczerze zapewniać narodu radzieckiego, że
panują przyjacielskie stosunki z Niemcami, skoro przez ostatnie sześć lat
rząd narodowosocjalistyczny wylewał na rząd radziecki kubły pomyj”,
oświadczył Stalin. Przy podpisywaniu paktu zaś dodał: „Oczywiście nie
zapominamy, że waszym ostatecznym celem jest zaatakowanie nas” 61.
Mimo to obaj przywódcy byli zachwyceni rezultatem. Hitler miał
potrzebną mu gwarancję, że Związek Radziecki nie wykorzysta tej okazji,
by go zaatakować. Stalin natomiast wierzył, że przechytrzył tak Hitlera, jak
i Zachód, dzięki czemu mógł zagarnąć wschodnią Polskę i państwa
nadbałtyckie. „Hitler chce nas oszukać, ale sądzę, że to my wyszliśmy na
swoje” 62, powiedział przywódcy Komunistycznej Partii Ukrainy Nikicie
Chruszczowowi.
Nadzieje Hitlera na utrzymanie Wielkiej Brytanii i Francji poza wojną
szybko się rozwiały. Jeszcze 29 sierpnia, tuż przed niemieckim uderzeniem
na Polskę 1 września, generał Halder zanotował w dzienniku: „Jeśli idzie
o »wielką« wojnę, Anglia jest »miękka«” 63. O dziewiątej rano 3 września
jednakże brytyjski ambasador w Berlinie sir Nevile Henderson wręczył
niemieckiemu rządowi ultimatum domagające się przerwania wszelkich
działań przeciwko Polsce. W razie niespełnienia tego warunku przed
godziną jedenastą tego dnia Wielka Brytania miała wypowiedzieć wojnę
Niemcom.
Henderson pragnął doręczyć ultimatum osobiście von Ribbentropowi,
ale minister spraw zagranicznych przysłał na spotkanie swego tłumacza
Paula Schmidta. Schmidt spiesznie zaniósł brytyjskie żądania do Kancelarii
Rzeszy. Wchodząc do gabinetu, ujrzał siedzącego za biurkiem Hitlera
i stojącego przy oknie von Ribbentropa. Przetłumaczył im treść noty.
Później opisał tę scenę:
„Gdy skończyłem, zapanowała głęboka cisza.
Hitler siedział jak skamieniały i patrzał przed siebie. Nie był zmieszany,
jak później twierdzono, ani nie wpadł we wściekłość, jak chcieli inni.
Siedział w całkowitym milczeniu i bezruchu. Po chwili – wydała mi się ona
wiecznością – zwrócił się do Ribbentropa, który jak skamieniały stał nadal
przy oknie.
– Co teraz? – zapytał Hitler swego ministra spraw zagranicznych, jakby
chciał w ten sposób wyrazić, że Ribbentrop fałszywie informował o reakcji
Anglików.
Ribbentrop odpowiedział cicho:
– Sądzę, że w najbliższym czasie Francuzi wręczą równobrzmiące
ultimatum” 64.
Zgodnie z ostrzeżeniem Wielka Brytania i Francja wypowiedziały
Niemcom wojnę tego dnia. Co ciekawe, choć najazd na Polskę 1 września
był początkiem II wojny światowej, nazistowskie Niemcy traktowały tę
datę jedynie jako rozpoczęcie „kontruderzenia” na Polskę. Dopóki istniała
Trzecia Rzesza, Niemców uczono, że II wojna światowa rozpoczęła się 3
września, a rozpętały ją Wielka Brytania i Francja 65.
Polacy jednak wkrótce mieli się dowiedzieć, że ich sprzymierzeńcy nie
są gotowi wesprzeć ich w jakikolwiek znaczący sposób. Mimo dzielnego
oporu sił polskich dysponujący przeważającą siłą ognia najeźdźcy szybko je
pokonali, zgodnie z przewidywaniami Hitlera. Początkowe brytyjskie
działania – zrzucanie ulotek nad Niemcami – były komicznie nieskuteczne;
były bardziej pokazem bezsilności niż potęgi. Ale nawet gdy zaczęły się
pierwsze brytyjskie naloty bombowe na niemieckie okręty i inne cele
militarne, konflikt nazwano szybko „dziwną wojną”. Ukazywała ona
niezdolność mocarstw zachodnich choćby do spowolnienia, nie mówiąc
o zatrzymaniu Hitlera.
Pozwoliło to niemieckiemu przywódcy na dalsze minimalizowanie
znaczenia błędu w ocenie zachowania Wielkiej Brytanii i Francji. „Nie
zmienił (…) zdania, że Zachód jest zbyt słaby, zbyt zmurszały i dekadencki,
aby na serio rozpocząć wojnę” 66, wspominał Speer. Ponownie jednak to
Hitler miał przeć do eskalacji konfliktu, aż w końcu jego wrogowie nie
mieli wyboru i musieli przeciwdziałać.
Mimo sukcesu kampanii polskiej wojskowi sceptycy, którzy usiłowali
wcześniej pohamować parcie Hitlera do wojny, ponowili swe wysiłki – tym
razem, gdy Hitler przygotowywał się do uderzenia na Francję. 5 listopada
1939 r. generał von Brauchitsch przedstawił Hitlerowi statystyki dotyczące
problemów z wyposażeniem Wehrmachtu, twierdząc, że przygotowania do
jakiejkolwiek nowej ofensywy wymagają więcej czasu. W odpowiedzi
Hitler zbeształ go solidnie i gniewnie oskarżył dowódców Wehrmachtu
o „sabotaż” 67.
Miesiąc później Thomas, ekspert gospodarczy Wehrmachtu, stwierdził,
że należy skierować więcej stali do produkcji eksportowej, zamiast
zużywać ją niemal w całości na wojsko. Tak samo jak przed najazdem na
Polskę ostrzegał, że Niemcy nie wytrzymają ewentualnej długiej wojny,
jeśli nie wzmocnią swojej bazy ekonomicznej.
Przekazując mu odpowiedź Hitlera, generał Keitel powiedział: „Führer
sam zauważył, że nie możemy przetrwać długotrwałej wojny. Wojna musi
się skończyć błyskawicznie” 68. Innymi słowy, Hitler po raz kolejny
traktował apele swoich podwładnych o więcej czasu na przygotowanie
kolejnego etapu wojny jako podstawę do wyciągnięcia przeciwnego
wniosku: według niego wszystkie ich argumenty potwierdzały tylko jego
zamiar natychmiastowego działania.
W marcu 1940 r. Hitler napisał Mussoliniemu, że Wielka Brytania jest
w pełni gotowa do wojny totalnej. Wprowadzenie obowiązkowej służby
wojskowej i programu zbrojeń oznaczało, że „znacząca zmiana równowagi
sił na naszą korzyść jest ledwo wyobrażalna” 69. Wniosek: Niemcy muszą
wykorzystać swoją obecną potęgę, póki układ sił nie zmieni się na korzyść
przeciwników.
Zważywszy na serię zwycięstw odniesionych przez jego wojska
w Europie Zachodniej, zwłaszcza we Francji, mogło się wydawać, że
szalona logika Hitlera znowu się potwierdziła.

Dla Stalina tempo i skala sukcesów Hitlera były źródłem głębokiego


niepokoju; zupełnie tego nie przewidział. Chruszczow był z nim, gdy
dotarła wieść o kapitulacji Francji. „Biegał wszędzie i klął jak dorożkarz –
wspominał Chruszczow. – Przeklinał Francuzów. Przeklinał Anglików. Jak
mogli pozwolić Hitlerowi, by ich pokonał, by ich zmiażdżył?” Stalin
zdradził też swą głęboko skrywaną obawę: wszystko to pozwoli Hitlerowi
„rozwalić nam łeb” 70.
Stalin miał wiele powodów, by czuć się słabym. W odróżnieniu od
szybkich podbojów Niemiec rozpoczęty 30 listopada 1939 r. radziecki atak
na maleńką Finlandię przerodził się w długotrwałą zimową kampanię, którą
członek Politbiura Anastas Mikojan nazwał później „haniebnie
prowadzoną” 71. Stalin przewidywał odniesienie sukcesu w ciągu dwóch
tygodni, dzięki czemu mógłby zainstalować marionetkowy rząd
i przekształcić Finlandię w Karelo-Fińską Socjalistyczną Republikę
Radziecką. Finowie stawili jednak zaciekły opór, który był szokiem dla źle
przygotowanych wojsk radzieckich.
Jak zapisał Chruszczow w swoich wspomnieniach: „Większość naszych
oddziałów została rozbita przez Finów”. Tę ponurą ocenę potwierdza
statystyka strat: zginęło ponad 125 tysięcy żołnierzy radzieckich, podczas
gdy straty fińskie wyniosły około 48 tysięcy. Gdy Finowie musieli w końcu
zaakceptować w marcu 1940 r. warunki traktatu pokojowego, stracili sporą
część terytorium… zdołali jednak skompromitować Kreml. Wszystko to
pilnie śledzili Hitler i jego generałowie. „Niemcy widzieli, że ZSRR był
kolosem na glinianych nogach”, dodał Chruszczow. „Hitler musiał dojść do
wniosku, że skoro Finowie potrafili stawić taki opór, potężnym Niemcom
wystarczy jeden potężny cios, by tego kolosa obalić” 72.
Jeśli zaś chodzi o Stalina, pisał Chruszczow, to po pyrrusowym
zwycięstwie „stracił rezon. (…) Zapewne utracił jakiekolwiek nadzieje na
to, że nasza armia może zmierzyć się z Hitlerem”. Rzeczywiście, później
Stalin miał poskarżyć się Churchillowi i Rooseveltowi, że w czasie
kampanii fińskiej „Armia Czerwona nie nadawała się do niczego” 73.
Z punktu widzenia Hitlera był jeszcze jeden powód, by żywić coraz
mocniejsze przekonanie, że Armia Czerwona nie zdoła przetrwać
zmasowanego ataku jego sił. Niemiecki przywódca mógł z podziwem
przyglądać się brutalnej czystce dokonanej przez Stalina wśród generalicji,
rozumiał jednak, że fala procesów pokazowych i egzekucji musiała odbić
się na kondycji sił zbrojnych. W roku 1938 ludowy komisarz obrony
Klimient Woroszyłow donosił o „imponującym” wyniku w Armii
Czerwonej, w której ofiarami czystki padło ponad 40 tysięcy ludzi.
„Czystka była drastyczna i dogłębna”, mówił. „Pozbyliśmy się wszystkich,
których pozbyć się należało, od najwyższych stanowisk po najniższe” 74.
Skutki były katastrofalne. Konstanty Rokossowski, który przesiedział
dwa lata w łagrze, miał jednak szczęście przeżyć, a w czasie wojny zostać
jednym z czołowych dowódców, oświadczył: „To jest gorsze od sytuacji,
kiedy artyleria strzela do własnych oddziałów” 75. Najmocniej ucierpiały
najwyższe rangi. Wśród ofiar znalazło się trzech z pięciu marszałków,
trzynastu z piętnastu komandarmów i ośmiu z dziewięciu admirałów.
Podobnie było na niższych szczeblach dowodzenia. „Stracono tak wielu, że
sparaliżowane zostało naczelne dowództwo, jak i średnie i niższe szczeble”,
pisał Chruszczow. „W wyniku tego nasza armia została pozbawiona kadr,
które zdobyły doświadczenie podczas wojny domowej, i stanęliśmy wobec
nowego wroga nieprzygotowani”.
Chruszczow nie był osamotniony w tej ocenie. Według Stiepana
Mikojana jego ojciec Anastas nie ukrywał swoich uczuć w prowadzonych
w domu rozmowach. Utrata tak wielu doświadczonych oficerów, mówił,
„wywarła głęboko szkodliwy wpływ na przygotowanie do odparcia ataku
Hitlera oraz sam przebieg wojny” 76. Biograf Stalina generał Wołkogonow
twierdził, że odpowiedzialni za czystki „»przygotowywali« klęski 1941 r.,
które kosztowały kraj dalsze miliony ofiar” 77.
To były jednak oceny po fakcie. Podstawowym pytaniem w okresie
obowiązywania paktu o nieagresji było, jak Stalin i Hitler postrzegali swe
atuty i słabości i jakie decyzje powinni byli podjąć na podstawie ich
analizy. Doszli rzecz jasna do przeciwnych wniosków.
Rozumiejąc słabości swego kraju, w tym wiele spowodowanych przez
niego samego, Stalin działał tak, jakby sojusz zawarty z Hitlerem
wystarczył dla utrzymania pokoju między nimi, przynajmniej przez jakiś
czas. Mógł rozumieć, że to sytuacja jedynie tymczasowa, lecz pragnął
przeciągnąć ją tak długo, jak to możliwe, by móc wzmocnić siły państwa.
Poza tym, póki wojna toczyła się gdzie indziej, świat zachodni znajdował
się w kryzysie, który mógł się okazać korzystny dla długofalowych
radzieckich interesów.
Chcąc odsunąć zagrożenie ze strony Hitlera, Stalin dbał, by jego
podwładni honorowali warunki traktatu handlowego i innych porozumień
z Niemcami, podczas gdy Niemcy regularnie spóźniali się z dostawami.
W okresie poprzedzającym niemieckie uderzenie Związek Radziecki
dostarczył ogromne ilości ropy, drewna, miedzi, manganu, kauczuku, zboża
i innych towarów. W kwietniu 1941 r. na przykład wysłał 208 tysięcy ton
zboża, 90 tysięcy ton ropy i 6340 ton metali nieżelaznych 78. Gdy rosła
liczba ostrzeżeń od szpiegów i z innych źródeł, że jedynie wzmacnia w ten
sposób potężnego wroga, który szykuje się do uderzenia, Stalin jeszcze
bardziej naciskał na wypełnianie zobowiązań. Pragnął dowieść Hitlerowi,
że nie żywi wobec niego podejrzeń, rozumując, że jeśli niemiecki
przywódca dojdzie do przeciwnego wniosku, tym bardziej skłonny będzie
uderzyć.
Chruszczow podsumował praktyczne wnioski. „Gdy wróble ćwierkały
»Uważać na Hitlera!«, Stalin punktualnie słał Niemcom całe pociągi zboża
i ropy. Chciał ugłaskać Hitlera, dotrzymując warunków paktu Ribbentrop–
Mołotow!” 79.
Wśród „wróbli” znajdowali się radzieccy szpiedzy. W czerwcu 1940 r.,
gdy wojska niemieckie nadal walczyły we Francji, pułkownik Iwan
Diergaczew, radziecki attaché wojskowy w Bułgarii, przesłał informację ze
źródła przewidującego podpisanie zawieszenia broni z Francją i „w ciągu
miesiąca” atak na Związek Radziecki. „Celem jest zniszczenie komunizmu
i ustanowienie faszystowskiego rządu”, pisał. Inne meldunki dokładniej
przewidywały termin ataku, który miał nastąpić za rok. Źródło
o kryptonimie „Ariec” donosiło 29 września 1940 r. z Berlina, że Hitler
planuje „rozwiązać problemy na Wschodzie wiosną przyszłego roku” 80.
W początkach 1941 r. liczba ostrzeżeń miała rosnąć, Stalin jednak nie
chciał ich słuchać.

Hitler także prowadził grę w uspokajanie Stalina. Natychmiast po zawarciu


paktu Ribbentrop–Mołotow polecił szefowi Abwehry – niemieckiego
wywiadu wojskowego – admirałowi Wilhelmowi Canarisowi powstrzymać
się od wszelkich działań, które mogłyby zostać uznane za wymierzone
w Związek Radziecki. Agencja wywiadowcza niezwłocznie przerwała
pozyskiwanie i prowadzenie tam agentów. W dyrektywie z 26 marca 1940
r. Canaris powtórzył te rozkazy: „Nie należy robić nic, co mogłoby urazić
Rosjan”. Jak zauważył biograf Canarisa Heinz Höhne, „W wyniku tego
paraliżu na własne życzenie Abwehra nie wiedziała niemal nic o tym, co się
działo w Związku Radzieckim” 81.
Różnica pomiędzy Hitlerem a Stalinem polegała na tym, że niemiecki
przywódca nigdy nie zrezygnował z celu, który wyłożył po raz pierwszy
w Mein Kampf: podboju Rosji. Po nieudanej próbie zdobycia przez
Luftwaffe przewagi w powietrzu i przygotowania w ten sposób inwazji na
Wielką Brytanię Hitler ponownie zwrócił się ku temu pierwotnemu celowi.
Tok rozumowania, jaki za tym stał, był jak zawsze zawiły.
W charakterystyczny dla siebie sposób utrzymywał jednak, że jest to
całkowicie sensowne, i odrzucał rady każdego, kto ośmielił się zgłosić
jakiekolwiek zastrzeżenia czy wątpliwości.
Podczas dyskusji z dowódcami wojskowymi 31 lipca 1940 r. Hitler
argumentował, że spełnienie jego marzenia o podboju Rosji rozwiąże także
pozostałe problemy – w istocie będzie kluczem do zwycięstwa
w globalnych zmaganiach. Według relacji generała Haldera podał
następujące argumenty:
„Nadzieją Anglii jest Rosja i Ameryka. [Podkreślenie Haldera] Jeśli runą
nadzieje na Rosję, odpadnie również Ameryka, ponieważ klęska Rosji
spowoduje niebywały wzrost potęgi Japonii we wschodniej Azji”.
„Rosja jest wschodnioazjatyckim mieczem Anglii i Ameryki przeciwko
Japonii”. Po pokonaniu Związku Radzieckiego Japończycy mieli związać
Amerykanów na Dalekim Wschodzie. Wydarzenia te miały
przypieczętować los Wielkiej Brytanii. „(…) jeżeli Rosja zostanie rozbita,
Anglia utraci swoją ostatnią nadzieję. Wówczas panami Europy
i Bałkanów będą Niemcy”.
Wniosek Hitlera: „W tej konfrontacji Rosja musi być zlikwidowana.
Wiosna 1941. Im szybciej rozbijemy Rosję, tym lepiej” 82.
Tak jak w przypadku okresu przed agresją na Polskę, a potem Europę
Zachodnią, niektórzy podwładni Hitlera powątpiewali, czy zmierzenie się
z wielkim wschodnim sąsiadem jest rozsądne. Pracujący w niemieckiej
ambasadzie w Moskwie w latach trzydziestych von Herwarth – którego
antyhitlerowskie przekonania skłoniły do nawiązania kontaktu
z zachodnimi dyplomatami – wkrótce przekonał się, że jakiekolwiek próby
ostrzegania Berlina przed niedocenianiem możliwości Związku
Radzieckiego przynoszą odwrotne do zamierzonych skutki.
„Stwierdziliśmy, że naszym obowiązkiem jest przypominanie o sile
Związku Radzieckiego”, wspominał. Gdy jednak on i jego koledzy to
czynili, „Hitler interpretował nasze raporty w sposób dokładnie przeciwny
do przewidywanego. Czytając, że Rosjanie nadal są potężni i mogą się stać
jeszcze potężniejsi, Hitler zdecydował, że lepiej uderzyć natychmiast,
zanim rozbudują swe siły i zyskają możliwość dyktowania warunków całej
Europie” 83.
Wyżsi urzędnicy podnoszący inne argumenty przeciwko atakowi na
Związek Radziecki spotykali się z podobną reakcją. Ernst von Weizsäcker,
sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, stwierdził, że takie
posunięcie „jedynie podniesie morale Brytyjczyków”, jako że zostanie
uznane za oznakę „niemieckiej niepewności co do sukcesu w wojnie
z Wielką Brytanią”. Inny sceptyk, admirał Canaris, prosił generała Keitla,
by ostrzegł Hitlera przed niedocenianiem radzieckich możliwości. Keitel
odparł: „Mój drogi Canaris, może pan znać się na wywiadzie wojskowym,
ale jako marynarz z pewnością nie pragnie pan udzielać nam lekcji
planowania strategicznego” 84.
Uzasadniając swój plan ataku na Związek Radziecki, Hitler przywoływał
nie tylko kalkulacje polityczne i wojskowe, ale także gospodarcze –
pomimo braku cierpliwości dla Thomasa i innych podwładnych, którzy
usiłowali wysuwać argumenty ekonomiczne przeciwko szybkiemu
zaangażowaniu się w wojnę. 9 stycznia 1941 r. powiedział swoim
generałom, że zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim zabezpieczy
Niemcy przed jakimkolwiek atakiem. „Gigantyczne przestrzenie Rosji
kryją niezmierzone bogactwa”, oświadczył. „Niemcy muszą je opanować
gospodarczo i politycznie” 85.
Co ciekawe, po podpisaniu paktu Ribbentrop–Mołotow Niemcy
uzależniły się od nieprzerwanych radzieckich dostaw. Bez gigantycznych
radzieckich transportów paszy dla zwierząt, ropy, metali i kopalin
niemiecka gospodarka cywilna i wojskowa byłaby o wiele słabsza.
Pułkownik Eduard Wagner, naczelny kwatermistrz armii, oświadczył, że
„zawarcie tego traktatu nas ocaliło” 86.
Słuszności tych słów dowodzi kilka przykładów znaczenia radzieckiego
wsparcia. W roku 1940 Niemcy otrzymali ze Związku Radzieckiego 65
procent wykorzystanego chromu, 74 procent fosfatów i 55 procent
manganu. Zamiast jednak zastanowić się nad tym, że uderzenie na ten kraj
przerwie owe dostawy, Hitler trwał przy zdaniu, że szybka i zwycięska
kampania zapewni mu „niezmierzone bogactwa”, o jakich mówił swoim
generałom. Wszelkie argumenty na temat słabości gospodarczej Niemiec
stawały się przez to nieistotne.
Latem i jesienią 1940 r. feldmarszałek Fedor von Bock w większości nie
brał udziału w debatach dotyczących inwazji na Związek Radziecki
z powodu przedłużającego się urlopu zdrowotnego. Jednak w przypadające
3 grudnia sześćdziesiąte urodziny odwiedził go Hitler, przynosząc skromny
podarunek oraz jasną informację. „Po zwyczajowych pytaniach o zdrowie
powiedział mi, że konieczne będzie zmiecenie Związku Radzieckiego
z powierzchni ziemi”, wspominał von Bock. „Byłem cokolwiek zaskoczony
oświadczeniem Hitlera i zauważyłem, że przy ogromnym terytorium Rosji
oraz jej nieznanym potencjale wojskowym będzie to trudne zadanie, nawet
dla naszych potężnych sił” 87.
Gość nagle stał się „chłodny i sztywny”. Hitler stwierdził, że
„przeznaczeniem Niemiec jest rozpocząć tę wielką krucjatę przeciwko
bolszewizmowi”. Bardziej przyjaznym tonem dodał, że spodziewa się, iż
von Bock odegra „decydującą rolę” w tej krucjacie. Von Bock rzeczywiście
miał dowodzić Grupą Armii „Środek”, której zadaniem było opanowanie
centralnej Rosji i samej Moskwy.
Dwa tygodnie później, 18 grudnia, Hitler wydał dyrektywę nr 21 –
„Operacja Barbarossa”. Jej preambuła głosiła:
„Niemieckie siły zbrojne muszą być gotowe, nawet przed zakończeniem
wojny z Anglią, do zniszczenia Rosji Radzieckiej w błyskawicznej kampanii
(»Operacja Barbarossa«)” 88.
Podobnie jak wiele elementów tego pędu ku rozszerzeniu wojny na
wschód, wybór kryptonimu operacji sugerował marne przygotowanie.
Barbarossa to przydomek Fryderyka I, niemieckiego cesarza, który utonął,
wiodąc swe wojska do Ziemi Świętej w 1190 r. 89
Hitler wmówił sobie, że jego wojska odniosą kolejne oszałamiająco
szybkie zwycięstwo. Wiosną 1941 r., oświadczył, jego oddziały „osiągną
zenit”, podczas gdy radzieckie „znajdą się w »nadirze«” 90. Jak to ujął na
początku stycznia, „Jako że Rosję należy pobić i tak, lepiej uczynić to teraz,
gdy rosyjskie siły zbrojne nie mają dowódców i są źle wyposażone”.
Mimo to jego dowódcy mieli wątpliwości. Gerhard Engel, adiutant
wojsk lądowych przy Hitlerze, zapisał 18 grudnia w swym dzienniku, że
generał Halder poprosił go, by wysondował, czy dyktator „rzeczywiście
planuje wojnę czy jedynie blefuje”. Engel, który był pośrednikiem między
generalicją a Hitlerem, mógł dokonywać projekcji tych wątpliwości na
Hitlera, gdy pisał: „Jestem przekonany, że F. [Führer] nadal nie wie, co się
stanie. Nieufność wobec własnych dowódców, niepewność co do siły
Ros[ji], rozczarowanie brytyjskim uporem wciąż go pochłaniają” 91.
28 stycznia 1941 r. Halder napisał w swoim dzienniku: „Barbarossa.
Sens nie jest jasny. Nie ugodzimy tym w interesy Anglii. Nie poprawimy
też istotnie naszej bazy ekonomicznej. Nie wolno nie doceniać ryzyka na
Zachodzie” 92.
1 lutego von Bock został wezwany na kolejne spotkanie z Hitlerem.
„Uważa upadek Rosji za przesądzony”, zapisał feldmarszałek. Ostrzeżenia
von Bocka, że jego armie mogą ponosić klęski, nie poruszyły Hitlera.
„Jestem przekonany, że uderzą na nich jak huragan!” 93, oznajmił.
Von Bock, tradycyjny pruski wojskowy, natychmiast zaczął sumiennie
przygotowywać się do poprowadzenia swych wojsk w serce Rosji,
niezależnie od wątpliwości. Jednak ledwie dwa tygodnie później zadziwiło
go odkrycie, że w wielu jego jednostkach brakuje żywności z powodu
trudności zaopatrzeniowych. „Skoro racje ogranicza się już teraz, co będzie,
gdy wkroczymy w głąb Rosji, daleko od naszych źródeł zaopatrzenia?” 94,
zapisał w swym dzienniku.
Hitler nie zadawał sobie takich pytań. Wielokrotnie już udowadniał
wątpiącym, że ma rację, i był zdecydowany uczynić to ponownie. Podczas
spotkania z generałami trzy tygodnie wcześniej już widział Niemcy,
potężne dzięki przewidywanemu zwycięstwu w Związku Radzieckim,
gotowe do „wojny przeciwko kontynentom” 95. Innymi słowy, gdyby Stany
Zjednoczone przyłączyły się do konfliktu, Niemcy miały dysponować
zasobami świeżo podbitych terytoriów na wschodzie i bez wątpienia
pokonałyby również tego wroga.
2

Dwie primadonny

Wedle wszelkich źródeł dla Winstona Churchilla punkt zwrotny –


i największe wyzwanie – nadszedł w czasie bitwy o Anglię latem i jesienią
1940 r., gdy Luftwaffe bezskutecznie próbowała zdobyć panowanie na
brytyjskim niebie przed ewentualną niemiecką inwazją. Wedle samego
Churchilla jednak znalazł się on w jeszcze trudniejszym położeniu kilka
miesięcy później, w początkach 1941 r. „Spoglądając wstecz na
niemilknący tumult wojny, nie potrafię przypomnieć sobie okresu,
w którym tak ogromna liczba problemów i ich presja obciążałyby mnie
i moich kolegów w większym stopniu aniżeli w pierwszej połowie roku
1941” 96, pisał premier w swoich wspomnieniach.
Bitwa o Anglię przerodziła się w Blitz, niemiecką kampanię bombową
wymierzoną głównie w cele cywilne, która do swego zakończenia w maju
1941 r. miała przynieść 43 tysiące zabitych 97. Trwały starcia z U-Bootami,
nasilały się walki w Afryce Północnej, niemieckie zagrożenie wisiało nad
Bałkanami. „Żaden z naszych problemów nie mógł być rozpatrywany
w oderwaniu od całości” 98, dodał Churchill. Zauważając, jak bliskie
wyczerpania są zasoby militarne i gospodarcze jego kraju, oświadczył: „I to
wszystko przez dłuższy czas robiliśmy sami” 99. Następnie, odnosząc się do
poprzedniego roku barwną przenośnią, stwierdził: „Z zupełnie gładkiej
drogi zjechaliśmy na mocno wyboisty grunt” 100.
Tymczasem Hitler nadal prezentował światu obraz niezachwianego
przekonania o zwycięstwie. „Fuehrer ocenia pogodnie rozwój przyszłych
wypadków wojennych” 101, zapisał 1 stycznia w swym dzienniku hrabia
Galeazzo Ciano, minister spraw zagranicznych Mussoliniego i jego zięć.
W odróżnieniu od swych amerykańskich odpowiedników w Londynie,
którzy codziennie informowali o losach stolicy walczącej ze zniszczeniami
i brakami, Henry Flannery, następca Williama Shirera na stanowisku
korespondenta CBS w Berlinie, odnotował niemal surrealistyczne poczucie
oderwania. „W początkach 1941 r. niemal nie wiedzieliśmy w Berlinie, że
trwa wojna”, wspominał. „Nie było przerywających sen nalotów, a konflikt
zdawał się bardzo odległy” 102.
Inaczej było w Londynie, gdzie okna biura Harolda Nicolsona,
pracującego wówczas dla Ministerstwa Informacji, zostały wyrwane
podmuchem bomby. Nicolson ocalał, ponieważ w tym czasie znajdował się
poza brytyjską stolicą. Takie szczęśliwe ocalenia zdawały się jedynie
umacniać wolę walki Brytyjczyków. „Bez wątpienia narasta przekonanie,
że podobne potraktowanie Niemców to jedyne, co zrozumieją”, napisał 2
stycznia. „Walczymy z diabłami, więc nie rozumiem, dlaczego nie
mielibyśmy sięgnąć po diabelskie sposoby, by pokazać im, jak to jest” 103.
Wielka Brytania nie była wówczas w stanie tego zrobić. Stany
Zjednoczone nadal oficjalnie miały status obserwatora, Związek Radziecki
zaś przestrzegał paktu zawartego z Hitlerem, Brytyjczycy nie mieli więc
żadnego potężnego sojusznika gotowego całkowicie zaangażować się
w walkę. Jednakże to, iż Wielka Brytania nadal walczyła na tym „mocno
wyboistym gruncie”, było niezwykłym osiągnięciem.
Od objęcia urzędu w maju 1940 r. Churchill poderwał swój naród do
walki, umieszczając go w samym centrum narracji „Jesteśmy sami”
i przedstawiając Brytyjczyków jako ostatnich sprawiedliwych broniących
się przed brunatną falą, która zalała resztę Europy. Także inni najwyżsi
dostojnicy wspierali ten przekaz. „Osobiście czuję się lepiej z tym, że nie
mamy sojuszników, o których trzeba by się troszczyć i którym trzeba by
schlebiać” 104, oświadczył król Jerzy VI.
Generał Hastings Ismay, główny doradca wojskowy Churchilla podczas
wojny, dodał: „Byliśmy oto sami. A zatem, miast czuć niepokój,
odczuliśmy ulgę, wręcz euforię. Odtąd wszystko miało być prostsze.
Byliśmy panami swego losu” 105. Konserwatywny deputowany Victor
Cazalet, który tak jak Churchill wcześnie i często bił na trwogę z powodu
zamiarów Hitlera, pisał ponuro: „Francja pobita, poza wojną, defetystyczna
i antybrytyjska”. Mimo to także on podkreślał, że „niektórych to wręcz
podniosło na duchu, gdyż lepiej nie musieć liczyć się z kimkolwiek” 106.
W rzeczywistości jednak Wielka Brytania nie była zupełnie sama, nawet
w tej niebezpiecznej pierwszej fazie. Spektakularna ewakuacja wojsk
brytyjskich, francuskich, polskich i innych z Dunkierki i pozostałych
francuskich portów oznaczała, że tworzył się już zalążek nowej koalicji;
stał się on podstawą operacji dla wszystkich tych, którzy pragnęli
kontynuować walkę.
Wśród nich był mój dziadek Zygmunt Nagórski, członek rządu RP na
uchodźstwie, ewakuowanego ze swej poprzedniej siedziby we francuskim
Angers. „Dla nas ta wyspa stała się jedynym krajem, gdzie była możność
dalszej walki” 107, wspominał. Inni polscy wygnańcy nazwali swój nowy,
tymczasowy dom „wyspą ostatniej nadziei” 108. Belgijski minister spraw
zagranicznych Paul-Henri Spaak był jednym z nielicznych członków swego
rządu, którzy postanowili uciec do Londynu, podczas gdy większość jego
rodaków poddała się niemieckiemu panowaniu. „Została ostatnia nadzieja:
Wielka Brytania”, wspominał. „Rozumieliśmy, że to na Wielką Brytanię
musimy postawić” 109.
Generał Charles de Gaulle podjął podobną decyzję, gdy marszałek
Philippe Pétain, sławny dowódca z I wojny światowej, skapitulował przed
Hitlerem. Po przybyciu do Londynu de Gaulle poprzysiągł w nadanym
przez BBC przemówieniu, że „płomień francuskiego oporu nie może
zagasnąć i nie zagaśnie” 110. W teorii miał doświadczenie niezbędne, by
poprowadzić swoich rodaków w tej walce. W wydanej w 1934 r. książce
Vers l’armée de métier [Armia przyszłości] wystosował już ostrzeżenie:
„Zjednoczone Niemcy, wspierane naszymi złudzeniami, umacniane
naszymi klęskami, spajane naszymi dążeniami do ograniczenia rezultatów
naszego niedawnego zwycięstwa z 1918 roku, stworzyły kolosa gotowego
rzucić się na zachód jednym, szybkim skokiem” 111.
By temu zapobiec, de Gaulle postulował modernizację armii, połączenie
czołgów i piechoty w wysoce mobilne jednostki zdolne do zadawania
szybkich uderzeń w ścisłym współdziałaniu z lotnictwem, zamiast
polegania na umocnieniach i tradycyjnych formacjach piechoty. Jego
książka sprzedała się we Francji w ledwie 750 egzemplarzach 112,
a marszałek Pétain i generalicja ledwie raczyli zauważać takie teorie. Ich
zdaniem bezpieczeństwo Francji zapewnić miały linia Maginota i jednostki
piechoty.
Z racji nieudanych prób zyskania poparcia dla swych zaleceń, po
przybyciu do Londynu de Gaulle miał w najlepszym razie marne podstawy
do sięgnięcia po przywództwo. „Ja zaś (…) byłem początkowo niczym”,
przyznał później. „Nie rozporządzałem żadną, choćby najmniejszą siłą
zbrojną, nie popierała mnie żadna organizacja. W samej Francji – nikogo,
kto by dzielił ze mną odpowiedzialność, żadnej popularności i mało komu
znane nazwisko. Za granicą – ani kredytu moralnego, ani żadnej legitymacji
do działania w imieniu Francji” 113. Miał tylko Churchilla, który
natychmiast zaoferował mu mikrofony BBC, aby nadał apel do rodaków, co
pozwoliło de Gaulle’owi stać się głosem Wolnych Francuzów.
Spędziwszy sześć tygodni w Anglii, amerykański autor John Gunther
zaobserwował skutki napływu obcokrajowców. „Londyn nie jest stolicą
jednego kraju”, pisał. „Jest stolicą sześciu czy ośmiu”. Miał na myśli
wszystkie rządy na uchodźstwie i przedstawicielstwa tych, którym udało się
ujść z ich okupowanych krajów. „Polscy żołnierze strzegą brytyjskich
brzegów”, dodał. „Polscy, czescy i inni zagraniczni lotnicy walczą
w RAF” 114.
Choć jednak wszystko to oznaczało, że Churchill był świadom, iż jego
naród nie jest całkowicie osamotniony w swej walce, zdawał sobie także
sprawę, że uchodźcy zza kanału La Manche to zbyt mało, by dać mu szanse
na zwycięstwo. Uwagę skupiał na potężnym kraju za Atlantykiem,
zwłaszcza zaś na prezydencie Roosevelcie. Mimo wszystkich wysiłków
zmierzających do podtrzymywania tej relacji i zdobywania większego
poparcia dla Wielkiej Brytanii płynące z Waszyngtonu sygnały dawały mu
nadzieję, ale w żadnym razie nie całkowitą pewność.
W sylwestrowy wieczór 1940 r. napisał do Roosevelta: „Proszę
pamiętać, Panie Prezydencie, że nie wiemy, co Pan planuje, ani nie wiemy
dokładnie, co uczynią Stany Zjednoczone, a prowadzimy walkę o życie”.
List zakończył najlepszymi życzeniami na „Nowy rok i nawałnicę, która
nad nas nadciąga” 115.
Tego samego wieczoru w jednej ze słynnych audycji This is London
Edward R. Murrow z CBS zawarł trzeźwą ocenę przebiegu wojny: „Wielka
Brytania otrzymała silne, okrutne ciosy – otrzyma ich więcej – nadal jednak
stoi tam, gdzie stała”. Dodał też przesłanie dla swoich rodaków za
Atlantykiem: „Nie obiecano wam krwi, znoju i łez, lecz zdaniem niemal
każdego dobrze poinformowanego tutejszego komentatora decyzje, jakie
podejmiecie, przesłonią wszystko inne w roku, który przed godziną
rozpoczął się w Londynie” 116.

Poza potencjałem mobilizowania do walki Churchillowskie przesłanie


„Jesteśmy sami” było czymś naturalnym dla polityka, który doświadczył
politycznej izolacji. Łatwo dzisiaj zapomnieć, że w przeddzień wojny
Churchill – jak to ujął amerykański dyplomata Robert Murphy – był
„skończony, co było wówczas powszechną opinią tak w Anglii, jak
i w Europie” 117.
Jako pierwszy lord Admiralicji podczas I wojny światowej poniósł
klęskę, jaką było niepowodzenie jego ambitnego planu kampanii na
Gallipoli obliczonego na wyłączenie Turcji z wojny i otwarcie drogi
morskiej do sprzymierzonej Rosji. Zamiast tego obie strony poniosły
ogromne straty, a sprzymierzeni zostali w końcu zmuszeni do wycofania
się. Choć winę za niepowodzenie ponosiło wielu, to Churchill zapłacił
najwyższą cenę polityczną, zmuszony do ustąpienia z rządu i powrotu do
wojska, z którym znalazł się na froncie zachodnim.
Wkrótce wrócił do kariery politycznej, jednak większość lat
trzydziestych była dla niego „latami w głuszy”, gdy jako mało znaczący
konserwatywny deputowany nie pełnił żadnych funkcji rządowych.
Poróżnił się z wieloma kolegami przez swój zaciekły sprzeciw wobec
jakichkolwiek ustępstw na rzecz indyjskiego ruchu niepodległościowego
Mahatmy Gandhiego i przez swe początkowe poparcie dla króla Edwarda
VIII podczas kryzysu abdykacyjnego. Co prawda jego wczesne i częste
ostrzeżenia przed appeasementem miały się później okazać decydującym
czynnikiem w walce o władzę, ale nadal postrzegany był jako samotnik
skłonny do nierozważnych wypowiedzi i poczynań.
Nawet gdy najazd Niemiec na Polskę udowodnił, jak trafnie Churchill
przewidział zamiary Hitlera, jego perspektywy polityczne nadal wyglądały
blado. John „Jock” Colville, dwudziestoczteroletni urzędnik Foreign Office
oddelegowany w chwili wybuchu wojny do pracy przy Downing Street 10,
zapisał w swoim dzienniku, iż nieudana polityka appeasementu prowadzona
przez Neville’a Chamberlaina została całkowicie zdyskredytowana.
„Niestety tak naprawdę nie ma nikogo na jego miejsce”, zanotował 8
listopada 1939 r. „[Minister spraw zagranicznych lord] Halifax nie ma siły
przebicia, Winston zaś jest zbyt niezrównoważony” 118.
Mimo to w chwili wybuchu wojny Chamberlain mianował Churchilla na
dawne stanowisko pierwszego lorda Admiralicji, uznając w ten sposób
słuszność jego przewidywań co do niemieckiego zagrożenia. Na tym
stanowisku w początku 1940 r. Churchill zaczął naciskać na przejście do
ofensywy na terenie neutralnej Norwegii poprzez odcięcie dostaw
szwedzkiej rudy żelaza do Niemiec oraz zaminowanie norweskich wód
terytorialnych. Jednakże źle przygotowana operacja stawiania min
rozpoczęła się w chwili, gdy Hitler wysyłał swe okręty i oddziały celem
zajęcia tego kraju. Mimo kilku sukcesów oddziałów brytyjskich,
francuskich i polskich, posłanych do Narwiku i innych strategicznych
punktów w Norwegii, alianci wkrótce musieli się ewakuować.
Chaos i niepowodzenie kampanii norweskiej mogły się okazać
ostatecznym ciosem dla reputacji Churchilla i jego dopiero co odrodzonej
kariery politycznej. W końcu, jak sam przyznał, zważywszy na swą
prominentną rolę w tych wydarzeniach, „za prawdziwy cud należy uznać
fakt, że przetrwałem na zajmowanym stanowisku, nie dyskredytując się
w oczach Parlamentu i całej opinii publicznej” 119.
Powodem, dla którego nie tylko przetrwał, ale wspiął się na szczyt, był
fakt, iż coraz więcej jego kolegów parlamentarzystów dochodziło do
wniosku, że Chamberlain stracił zaufanie jako wojenny przywódca i że
Churchill stanowi jedyną wiarygodną alternatywę. Niezależnie od jego
dawnych i niedawnych niepowodzeń i błędów miał całkowitą rację, gdy
ostrzegał przed Hitlerem i podkreślał potrzebę przygotowania się do
gigantycznych zmagań militarnych. „W końcu mieliśmy Churchilla” 120,
napisał z wyraźną ulgą Harold Macmillan, jego niezłomny zwolennik
i przyszły premier.
Churchill natychmiast zaczął mobilizować swoich rodaków oraz kłaść
podwaliny pod ścisły sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Po najeździe niemieckim na Polskę Roosevelt skontaktował się


z Churchillem, śląc mu list datowany 11 września 1939 r. Przypomniał
w nim, że podczas I wojny światowej piastowali „podobne stanowiska”,
gdyż odpowiadali wówczas za marynarki wojenne swoich krajów. „Pragnę,
by Pan wiedział, jak bardzo jestem zadowolony, że powrócił Pan do
Admiralicji”, napisał, zachęcając, by „powiadamiał mnie Pan osobiście
o wszystkim, o czym chciałby Pan, abym wiedział”. Nie pozostawiając
wątpliwości, że będzie to komunikacja bezpośrednia, dodał: „Może Pan
zawsze posyłać zapieczętowane listy w Pańskiej lub mojej poczcie” 121.
Innymi słowy, ich korespondencja miała wędrować pocztą dyplomatyczną,
ale dyplomaci – zwłaszcza ambasador Kennedy, który nie krył swoich
defetystycznych poglądów – nie mieli znać jej treści.
Churchill z entuzjazmem skorzystał z tej propozycji, podpisując swoje
listy „Człowiek marynarki”. Generał Raymond E. Lee, który za kadencji
Kennedy’ego pełnił funkcję attaché wojskowego, lecz miał zupełnie inną
niż ambasador opinię o szansach przetrwania Wielkiej Brytanii, zapisał
w swym dzienniku w następnym miesiącu: „[Kennedy] mylił się w wielu
kwestiach związanych z wojną i nie sądzę, by mógł się na wiele przydać
Churchillowi, który wolał kontaktować się bezpośrednio
z Rooseveltem” 122.
Kennedy nie był zachwycony. Pod koniec roku, podczas wizyty
w Białym Domu, poprosił Roosevelta o wyjaśnienie przyczyn prowadzenia
prywatnej korespondencji na tak wysokim szczeblu. Ku jego wielkiemu
zaskoczeniu prezydent wspomniał o swoim pierwszym spotkaniu
z Churchillem. „Nie lubię go od czasu, gdy w 1918 r. udałem się do
Anglii”, powiedział Kennedy’emu. Składał oficjalną wizytę w Londynie
jako zastępca sekretarza marynarki wojennej i był na kolacji z członkami
brytyjskiego gabinetu, w tym Churchillem. „Zachowywał się jak cham
podczas kolacji, wynosząc się nad nas” 123, wspominał.
Znając niechęć Kennedy’ego do Churchilla i widząc irytację ambasadora
z powodu prywatnej korespondencji, Roosevelt mógł świadomie zaostrzyć
swoją wypowiedź. Nie przeprosił jednak w żaden sposób swego wysłannika
za pominięcie go w kontaktach z Churchillem. „Poświęcam mu teraz
uwagę, ponieważ istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanie
premierem, a ja chcę trzymać rękę na pulsie” 124, powiedział.
Choć Churchill nie pamiętał nawet, że w 1918 r. byli z Rooseveltem na
kolacji, obaj mieli się na baczności. Dla Amerykanina obrona Imperium
Brytyjskiego, a zwłaszcza sprzeciw Churchilla wobec ruchu
niepodległościowego Gandhiego w Indiach, czyniła z Churchilla
staromodnego imperialistę. Dla Churchilla natomiast brak jasności
w najważniejszej kwestii – czy zdaniem Roosevelta USA powinny
zaangażować się bezpośrednio w nową wojnę światową – był źródłem
częstej irytacji. Skarżył się, że Amerykanin skłonny jest „podążać za
głosem opinii publicznej, zamiast go kształtować” 125.
Z pewnością jest w tym wiele prawdy. Bliski przyjaciel Roosevelta
Robert H. Jackson, który był zastępcą prokuratora generalnego, a potem
prokuratorem generalnym, zanim w lipcu 1941 r. został mianowany sędzią
Sądu Najwyższego, trafnie podsumował „szczególną trudność”, z jaką
mierzył się Roosevelt. Od początku wojny, przez kampanię prezydencką
1940 r. aż po Pearl Harbor, „gdy robił cokolwiek, co wyglądało na
przygotowywanie kraju do wojny, oskarżano go o to, że jest podżegaczem
wojennym”, pisał Jackson. „Czuł się jednak zobowiązany podjąć pewne
kroki, które miały zapobiec zaskoczeniu. Prowadził dwutorową politykę.
Jeden aspekt to polityka pokoju. Drugi to polityka przygotowań do wojny.
Każde posunięcie na rzecz jednego z tych aspektów postrzegane było jako
porzucenie albo nieszczerość wobec drugiego. Dlatego bardzo trudno było
mu działać” 126.
Pamiętając o poprzedniej wojnie, większość Amerykanów wzdragała się
na myśl o tym, że „nasi chłopcy” mieliby zostać wysłani na kolejną.
Sławny lotnik Charles Lindbergh, który w latach trzydziestych odwiedzał
Niemcy i donosił o rosnącej sile Luftwaffe, był najbardziej znanym
zwolennikiem ruchu izolacjonistycznego, z którego we wrześniu 1940 r.
zrodził się America First Committee. Jak wyjaśniał wcześniej, był
przekonany, że Stany Zjednoczone powinny trzymać się z dala od konfliktu
na kontynencie zdominowanym przez Hitlera i Stalina… i że to Związek
Radziecki stanowi prawdziwe zagrożenie dla europejskiej cywilizacji.
Jak pisał Lindbergh, jeśli wojna zmieni się w starcie obu mocarstw,
„zwycięstwo europejskiego narodu Niemiec będzie korzystniejsze od
zwycięstwa półazjatyckiego Związku Radzieckiego”. Jako że Hitler nie
będzie żył wiecznie, jego zdaniem „Niemcy w końcu złagodzą ekscesy
nazistowskiego reżimu” 127. Argumentacja Lindbergha nie miała sensu
z wielu względów, także dlatego, że Hitler był o dekadę młodszy od Stalina,
więc teoretycznie powinien przeżyć swego radzieckiego odpowiednika.
W pierwszych miesiącach na czele rządu Churchill także musiał
zwalczać przeświadczenie, że jego kraj toczy przegraną już wojnę.
„Demokracja w Wielkiej Brytanii jest zgubiona”, raportował Kennedy
Rooseveltowi 20 maja, w czasie upadku Francji. Za Atlantykiem wielu
urzędników było tego samego zdania. „W lipcu 1940 roku bardzo niewielu
z nas w Waszyngtonie uważało, że Wielka Brytania – nawet pod
charyzmatycznym przywództwem Winstona Churchilla – może opierać się
długo nazistowskim Niemcom” 128, wspominał podsekretarz stanu Sumner
Welles. Zdaniem izolacjonistów taki bieg wydarzeń oznaczał, że
jakakolwiek amerykańska interwencja byłaby nie tylko błędna, ale
i bezowocna.
7 maja, trzy dni przed objęciem stanowiska premiera, Churchill
przedstawił bardziej optymistyczną – choć nadal ostrożną – ocenę
stanowiska USA. „Potężna Republika Stanów Zjednoczonych opowiada się
za stanięciem u naszego boku albo przynajmniej blisko naszego boku” 129,
powiedział Izbie Gmin.
Gdy wprowadził się na Downing Street, natychmiast zaczął ze
wszystkich sił kierować Roosevelta w stronę bardziej otwartych
przygotowań do wojny. Jego syn Randolph wspominał potem spotkanie
z 18 maja, na przepustce ze szkolenia wojskowego. Zastał ojca przed
lustrem podczas golenia, ubranego jedynie w jedwabny podkoszulek.
Churchill kazał synowi usiąść, po czym oświadczył: „Chyba widzę
światełko w tunelu” – nie pozostawiając wątpliwości, że ma na myśli
poprowadzenie swego kraju do zwycięstwa. Gdy Randolph odpowiedział,
że nie widzi, „jak miałby to zrobić”, Churchill odwrócił się i zapowiedział:
„Wciągnę w to Stany Zjednoczone” 130.

Churchill nie miał wciągać nigdzie Roosevelta, lecz od samego początku


wykorzystywał w pełni swój dar przekonywania. 15 maja wysłał
amerykańskiemu przywódcy pierwszą wiadomość jako premier; do końca
wojny miał posłać mu 950 depesz i otrzymać około 800 odpowiedzi.
Wiadomości dostarczano do ambasady amerykańskiej w Londynie, ta zaś
nadawała je jako zaszyfrowane depesze do Waszyngtonu. Przywołując ich
wspólne doświadczenia, tak jak Roosevelt w pierwszym liście z początku
wojny, Churchill podpisywał telegramy „Były człowiek marynarki” zamiast
po prostu „Człowiek marynarki”, jak to czynił, gdy jeszcze szefował
Admiralicji. „Choć zmieniłem urząd, jestem przekonany, że nie zechce Pan
przerwać naszej prywatnej korespondencji” 131.
Sądząc wyłącznie po retoryce, Roosevelt już w 1940 r. był przekonany,
że jego kraj powinien udzielić Wielkiej Brytanii wszelkiej możliwej
pomocy. W swym orędziu o stanie państwa z 3 stycznia ostrzegał rodaków
przed złudzeniem, że mogą „odgrodzić się murem izolacji, podczas gdy
poza nim niszczona będzie reszta ludzkiej cywilizacji, handlu i kultury”.
Wyraził jednak zrozumienie dla „nastrojów tych, którzy ostrzegają kraj, iż
nigdy więcej nie zgodzą się na posłanie amerykańskiej młodzieży do walki
na europejskiej ziemi”. Pospiesznie dodał, że „nikt nie prosił ich o zgodę…
ponieważ nikt nie spodziewa się takiego obrotu wydarzeń” 132.
Po niemieckich zwycięstwach w Europie Zachodniej jeszcze silniej
ostrzegał przed izolacjonistycznym przekonaniem, że Stany Zjednoczone
mogą się stać „samotną wyspą na świecie zdominowanym przez filozofię
siły”. W przemówieniu wygłoszonym 10 czerwca na Uniwersytecie
Wirginii oświadczył: „Taka wyspa stanowi dla mnie i dla ogromnej
większości Amerykanów bezradny koszmar ludzi bez wolności – koszmar
ludzi zamkniętych w więzieniu” 133.
Churchill wiedział jednak aż nazbyt dobrze, że ten wzniosły język nie
oznacza gwarancji wyglądanej przez niego amerykańskiej pomocy
materialnej, nie wspominając już o bezpośrednim zaangażowaniu
wojskowym, które uważał za ostateczne wybawienie dla swego kraju.
W telegramie do Roosevelta z 15 maja nowy premier przedstawił otwartą
ocenę „mrocznego” położenia, stwierdzając, że spodziewa się wkrótce
niemieckiego ataku na Wielką Brytanię „z powietrza przez spadochroniarzy
i desant”. Choć deklarował w razie konieczności samotne kontynuowanie
wojny, ostrzegał, że „głos i siła Stanów Zjednoczonych mogą przestać się
liczyć, jeżeli będą zbyt długo powstrzymywane” 134. W efekcie Stany
Zjednoczone będą miały przed sobą „całkowicie podbitą, z nadzwyczajną
szybkością poddaną nazyfikacji Europę, a ciężar tego wszystkiego stanie
się czymś ponad nasze siły” 135.
Konkretnie prosił o „wypożyczenie 40 lub 50 waszych niszczycieli
starszego typu”, celem zaspokojenia potrzeb do czasu ukończenia budowy
nowych jednostek brytyjskich, dział przeciwlotniczych i amunicji oraz stali
i innych materiałów. Churchill obiecywał „płacić dolarami tak długo, jak
będziemy mogli, ale chciałbym mieć pewność, że gdy nie będziemy mogli
zapłacić, to i tak je otrzymamy” 136.
Odpowiedź Roosevelta nie była zachęcająca. Stwierdził, że
wypożyczenie lub podarowanie starszych niszczycieli wymaga zgody
Kongresu, a czas nie jest dobry, by mógł wystosować prośbę o to.
Sugerował w ten sposób niedwuznacznie, że krajowa opozycja wobec
mocniejszego zaangażowania USA w wojnę jest nadal bardzo silna. Wśród
oponentów byli generał George C. Marshall i inni czołowi wojskowi – ich
zdaniem zbyt ryzykowne było przesyłanie dostaw, które w razie podbicia
Wielkiej Brytanii przez Niemcy mogły wpaść w ręce wroga.
Gdy Churchill dowiedział się o takich nastrojach od swego ambasadora
w Waszyngtonie Philipa Kerra, markiza Lothian, nie krył irytacji.
Przekazując Colville’owi kolejną depeszę, warknął: „Oto telegram dla tych
cholernych jankesów” 137. Markizowi Lothian skarżył się: „Jeszcze do
kwietnia byli tak pewni zwycięstwa aliantów, że nie uważali, iż pomoc jest
konieczna. Teraz są tak pewni naszej przegranej, że nie uważają pomocy za
możliwą” 138.
Jednak starania Churchilla zaczęły przynosić skutki, gdyż Roosevelt
poszukiwał sposobów na udzielenie natychmiastowej pomocy. 1
czerwca 139 zaaprobował wysłanie do Wielkiej Brytanii „nadwyżki”
materiałów wojennych, w tym 80 tysięcy karabinów maszynowych,
amunicji i pół miliona karabinów wyprodukowanych podczas poprzedniej
wojny. Co znaczące, posunięcie to zarekomendował generał Marshall,
zmieniwszy swoje stanowisko w kwestii udzielania pomocy. Wkrótce
wysłano też części do produkcji czołgów, a 2 września oba państwa zawarły
umowę o wymianie niszczycieli na bazy. W zamian za umożliwienie
Stanom Zjednoczonym utworzenia na terenie brytyjskim baz wojskowych
z 99-letnią dzierżawą Amerykanie zaczęli wysyłać stare niszczyciele.
Nie był to w żadnym razie idealny układ, a Royal Navy zaczęła się
skarżyć, że pierwsze przekazane jej niszczyciele są w opłakanym stanie.
Churchill rozumiał jednak, że w ten sposób Roosevelt mógł załatwić
sprawę mimo sceptycyzmu Kongresu i opinii publicznej; co ważniejsze,
oznaczało to, że wkrótce napływać będą lepsze okręty i liczne rodzaje
innego sprzętu wojskowego. Gdy w listopadzie Roosevelt został wybrany
na kolejną kadencję, brytyjski przywódca napisał do niego: „Modliłem się
za Pański sukces i jestem za niego prawdziwie wdzięczny” 140.
Churchill nadal wyrażał irytację niemrawymi odpowiedziami na jego
kolejne prośby o zwiększenie pomocy… a szczególnie, jego zdaniem
niepotrzebnie oschłymi, amerykańskimi wezwaniami do niezwłocznej
zapłaty za wszystkie dostawy. Zważywszy na szybko topniejące brytyjskie
zapasy złota i dolarów, prosił Roosevelta o szczodrzejsze warunki.
Odpowiedź prezydenta nadeszła w jednej z jego audycji radiowych znanych
jako „rozmowy przy kominku”. 29 grudnia oświadczył: „Z wojskowego
punktu widzenia Wielka Brytania i Imperium Brytyjskie są obecnie
pierwszą linią obrony świata przed podbojem. Prowadzą walkę, która
zapisze się na zawsze w pamięci o szlachetnych czynach” 141.
Choć nadal podkreślał, że jego kraj nie zmierza ku wojnie, obiecał
uczynić go „wielkim arsenałem demokracji” i dodał, że kurczące się zasoby
finansowe Wielkiej Brytanii nie będą przeszkodą, by uczynić ją głównym
beneficjentem. Kilka dni wcześniej podczas konferencji prasowej wyjaśnił,
że zamierza traktować Wielką Brytanię tak jak sąsiada, który chciałby
pożyczyć wąż ogrodowy celem ugaszenia ognia. Nie odpowiedziałby
przecież temu człowiekowi: „Sąsiedzie, zapłaciłem za wąż piętnaście
dolarów, więc musisz mi zapłacić za niego piętnaście dolarów”. Zamiast
żądać pieniędzy, oczekiwałby po prostu zwrotu węża „po ugaszeniu
pożaru” 142.
Takie proste tłumaczenia okazały się niezbędne do uzyskania poparcia
dla ustawy Lend-Lease, której projekt przedstawiony został w styczniu
1941 r. i stał się w ciągu dwóch kolejnych miesięcy tematem ostrej debaty
w Kongresie dotyczącej tego, jak daleko kraj powinien się posunąć we
wspieraniu Wielkiej Brytanii. Robert Sherwood, autor przemówień
Roosevelta, uznał tę sąsiedzką metaforę za decydującą w przekonaniu
większości Amerykanów, że „nie może być nic bardzo radykalnego ani
bardzo niebezpiecznego w propozycji prezydenta, by pożyczyć nasz wąż
ogrodowy Brytyjczykom, którzy toczą tak bohaterską walkę w tak
dramatycznych okolicznościach” 143.
Treść samej ustawy dawała Rooseveltowi szerokie pole manewru, na
które tak liczył Churchill. Zgodnie z jej warunkami mógł posyłać broń
i inne materiały „rządowi każdego kraju, którego obronę prezydent uznaje
za istotną dla obrony Stanów Zjednoczonych” 144. Amerykanie mieli te
materiały „pożyczać”, nie wymagając natychmiastowej zapłaty ani też
określenia, w jakiej formie zapłata ta miałaby zostać zrealizowana.
Właśnie to szerokie pole manewru zaniepokoiło obóz izolacjonistów.
Republikański senator Robert A. Taft stwierdził, że ustawa „da
prezydentowi prawo do prowadzenia na całym świecie swego rodzaju
niewypowiedzianej wojny, w której Ameryka zrobi wszystko poza
faktycznym posłaniem wojska na linię frontu” 145.
Na początku 1941 r. nie było pewności, czy Kongres i naród
amerykański zaakceptują te warunki. Zwolennicy Roosevelta i izolacjoniści
szykowali się do zaciekłej walki.

Hitler zwrócił w Mein Kampf uwagę na inny, jego zdaniem poważny błąd
Niemiec przed I wojną światową: przekonanie, że są w stanie rywalizować
z rozległym Imperium Brytyjskim, prowadząc własną politykę kolonialną.
„Uważałbym za bardziej rozsądne, gdyby Niemcy wyrzekły się
bezsensownej polityki kolonialnej, wyrzekły się floty handlowej i wojennej
i zawarły sojusz z Anglią przeciwko Rosji, w ten sposób przechodząc od
nieudolnej polityki globalnej do ukierunkowanej polityki ekspansji
terytorialnej na kontynencie” 146, pisał.
Przekonanie, że Wielka Brytania mogła być na początku XX wieku
sojusznikiem, nie wrogiem Niemiec, tkwiło w Hitlerze przez lata jego
marszu do władzy – a nawet jeszcze w czasie II wojny światowej.
„Ubolewanie Hitlera nad tym, że nie połączył się z Anglią, przewijało się
czerwoną nicią przez wszystkie lata jego panowania” 147, pisał Speer
w swych wspomnieniach. Hitler był sfiksowany na punkcie niektórych idei
i nigdy całkiem ich nie porzucał, niezależnie od tego, jak wiele świadczyło
przeciw nim. Szczególnie odnosiło się to do jego oceny Wielkiej Brytanii
i Stanów Zjednoczonych w decydującym okresie, gdy jego działania pchały
te kraje ku sobie… i z pewnością do jego późniejszej gigantycznej pomyłki
w ocenie zdolności Związku Radzieckiego do przeciwstawienia się
niemieckiej potędze.
„W istocie rzeczy nie wiedział on nic o swoich przeciwnikach i nie
chciał też wykorzystywać informacji, jakimi dysponował”, dodał Speer.
„Ufał raczej swym spontanicznym, dyktowanym przez skrajne
lekceważenie podszeptom, choć często były one sprzeczne” 148. Najbardziej
widocznym tego przykładem, zdaniem Speera, było określanie przez
Hitlera Anglii jako „naszego wroga numer 1” przy jednoczesnym żywieniu
nadziei na porozumienie się z tym krajem” 149. Engel, adiutant Hitlera,
zapisał 18 grudnia 1940 r. w swym dzienniku: „Nadzieja, że Ang[licy]
ustąpią; nie wierzy, że USA wejdą do wojny” 150.
Od chwili, gdy Wielka Brytania i Francja wypowiedziały Niemcom
wojnę po ich agresji na Polskę, Hitler starał się przekonać siebie i swoje
otoczenie, że – jak pisał Speer – uczyniły to „tylko dla pozoru, by nie
stracić twarzy przed światem” 151. Typowy nagłówek nazistowskiego
dziennika „Völkischer Beobachter” głosił: „NIEMCY PRAGNĄ POKOJU
– ŻADNYCH CELÓW WOJENNYCH WOBEC FRANCJI I ANGLII” 152.
Hitler prywatnie i publicznie wciąż składał podobne deklaracje
„pokojowe”. 4 marca 1940 r. spotkał się z Jamesem D. Mooneyem,
prezesem General Motors Overseas Corporation, który na prośbę
niemieckich dostojników prowadził walkę z wiatrakami, usiłując zapobiec
rozszerzeniu się wojny. Hitler powiedział Mooneyowi, że Niemcy są
skłonne szanować Anglię jako mocarstwo światowe, jeżeli same będą
traktowane z podobnym respektem. Twierdził, że mogłoby to stanowić
podstawę umowy pokojowej z Rooseveltem, która następnie
doprowadziłaby do ograniczenia zbrojeń i ustanowienia nowych zasad
handlu międzynarodowego. Mooney posłał Rooseveltowi pięć depesz
dotyczących tego spotkania oraz rozmów z niemieckimi urzędnikami, Biały
Dom zareagował jednak chłodno 153.
W trakcie Blitzu prowadzonego po bitwie o Anglię Hitler był coraz
bardziej sfrustrowany tym, że wyspiarski kraj nie chciał się poddać jego
woli. „Führera najbardziej zajmuje sprawa, dlaczego Anglia dotychczas nie
szuka pokojowych rozwiązań” 154, zapisał 13 lipca 1940 r. generał Halder.
24 listopada minister propagandy Joseph Goebbels pytał w swym
dzienniku: „Kiedy Churchill się podda?”. Następnie dodał: „Churchill
jednak nie rozważa jeszcze kapitulacji”. Dwa dni później Goebbels
wyładował swój gniew w innym wpisie na temat Anglików: „Ich najlepszą
bronią są ich flegma i głupota. Każdy inny naród na ich miejscu już dawno
by się załamał” 155.
W tym samym miesiącu 156 Mołotow odwiedził Berlin i spotykał się ze
swym niemieckim odpowiednikiem von Ribbentropem. Gdy radziecki
minister spraw zagranicznych uczestniczył w jednym z wydanych na jego
cześć bankietów, nad miasto nadleciały bombowce RAF, zmuszając
gospodarzy do zejścia wraz z gośćmi do schronu. Gdy niemiecki minister
dowodził, że Wielka Brytania jest skończona, małomówny zwykle
Mołotow wygłosił jedną ze swych najbłyskotliwszych ripost: „Skoro tak, to
dlaczego jesteśmy w tym schronie i czyje bomby właśnie spadają?” 157.
Znaczna część gniewu Hitlera i jego świty skierowana była przeciwko
Churchillowi. Gdy Chamberlain mianował go tuż po niemieckiej agresji na
Polskę pierwszym lordem Admiralicji, z gabinetu Hitlera wyszedł Hermann
Göring, padł na najbliższe krzesło i powiedział: „Churchill w rządzie. To
oznacza, że wojna naprawdę się zaczyna. Dopiero teraz mamy wojnę
z Anglią” 158. Mimo to Hitler nigdy nie porzucił całkowicie idei
przekonania Brytyjczyków do tego, co uważał za propozycje pokojowe.
Hitler w ograniczonym zakresie uwzględniał znaczenie Stanów
Zjednoczonych w swoich kalkulacjach geopolitycznych, jednak i w tym
przypadku przejawiał skłonność do postrzegania tylko tego, co chciał
widzieć. W początkach lat dwudziestych, gdy Hitler przewodził
w Monachium maleńkiej NSDAP, Ernst „Putzi” Hanfstaengl, niemiecko-
amerykańskiego pochodzenia absolwent Harvardu, był jego czołowym
propagandystą, a niekiedy i doradcą. W powojennej rozmowie z biografem
Hitlera Johnem Tolandem stwierdził, że usiłował uzmysłowić mu rosnące
znaczenie Stanów Zjednoczonych i dać „jedyną szansę (…) na
zmniejszenie rozziewu pomiędzy Waszyngtonem a Monachium” 159.
Przypomniawszy, że to włączenie się Ameryki do I wojny światowej
zadecydowało o jej wyniku, Hanfstaengl powiedział Hitlerowi: „Jeśli
dojdzie do kolejnej wojny, wygra ją z pewnością strona, do której dołączy
Ameryka” 160. Choć Hitler przyznał mu rację, zdawał się nie przyjmować
tego do wiadomości. Jego poglądy na temat Ameryki były „skrajnie
powierzchowne”, stwierdził Hanfstaengl. Hitlera interesowali głównie
Żydzi, którzy jego zdaniem pociągali tam za wszystkie sznurki. W Mein
Kampf wspomniał o tym, pisząc: „To Żydzi rządzą siłami giełdy
amerykańskiej unii” 161 i nazywając ich „przełożonymi producentów” tego
kraju. Jedynym Amerykaninem, którego Hitler podziwiał, był według
Hanfstaengla Henry Ford – nazistowski przywódca nazwał go „wielkim
człowiekiem” z powodu jego zaciekłego antysemityzmu.
W Mein Kampf Hitler przyznał, że pozycja Anglii w Europie jest jedyna
w swoim rodzaju „ze względu na jej kulturalne i językowe więzy
z amerykańską unią” 162, i czasami zdawał się dostrzegać potencjał
gospodarczy Stanów Zjednoczonych. Wciąż jednak nie doceniał ich
potencjału wojskowego. W uwagach do swoich generałów przewidywał 14
września 1940 r.: „Produkcja zbrojeniowa Ameryki w całej pełni może dać
znać o sobie dopiero w 1945 r.” 163. W tym samym roku i w początkach
roku 1941 zaczął skracać przewidywany okres, w którym Stany
Zjednoczone byłyby w stanie znacząco przyczynić się do obrony Wielkiej
Brytanii, nadal jednak pozostawał więźniem swoich uprzedzeń i życzeń.
Speer zamieścił znaczące podsumowanie poglądów Hitlera:
„Amerykanie, mówił, niezbyt mocno zaangażowali się w wojnę 1914–
1918, a do tego nie ponieśli znaczniejszej ofiary krwi. Z pewnością nie
podołają znaczniejszemu obciążeniu, ponieważ ich wartość bojowa jest
znikoma. Naród amerykański jako jedność w ogóle przecież nie istnieje, to
tylko masa imigrantów wielu narodowości i ras” 164. Zgodnie z opisem
jednej z rozmów z Hitlerem z kwietnia 1940 r. scharakteryzował on
amerykańską produkcję zbrojeniową jako „największe oszustwo na ziemi…
po prostu kpinę” 165.
Już 26 kwietnia 1939 r. Louis Lochner, szef biura Associated Press
w Berlinie, napisał swoim pozostałym w kraju dzieciom: „Obawiam się, że
Niemcy popełniają jeden wielki błąd: zupełnie nie doceniają potencjalnie
działających przeciw nim sił. (…) To dziwne, ale najwyżsi niemieccy
przywódcy powtarzają swój błąd z lat 1914–1918! Pamiętacie, jak
lekceważyli możliwość, że Ameryka przyśle wojsko przez ocean? Teraz
wbijają Niemcom do głowy, że Anglia jest zmurszała i nie będzie walczyła,
że Francja jest rozdarta przez wewnętrzne spory, że USA to jedna wielka
wydmuszka itd. Wielka szkoda!” 166. Hitler miał rację co do Francji,
całkowicie jednak mylił się w kwestii Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych.
Te błędne oceny mogły mieć na dłuższą metę katastrofalne
konsekwencje – ale tylko jeśli wysiłki Churchilla zmierzające do
pozyskania poważnej amerykańskiej pomocy zakończyłyby się
powodzeniem. Oznaczało to wygranie bitwy o serca i umysły Amerykanów
podczas debaty nad ustawą Lend-Lease, która zdominowała nagłówki gazet
w pierwszych miesiącach 1941 r.

Poza dostarczeniem w roku 1940 ograniczonej pomocy Wielkiej Brytanii


Roosevelt zaczął kłaść podwaliny pod przyszły udział swego kraju
w wojnie, gdyby okazało się to konieczne. 16 września podpisał ustawę
o pierwszym w dziejach USA poborze w czasie pokoju, zgodnie z którą
wszyscy mężczyźni od 21 do 35 lat mieli się zarejestrować jako poborowi.
„Nie możemy pozostawać obojętni wobec szalejącej obecnie na świecie
filozofii siły”, oświadczył. „Musimy i będziemy gromadzić nasze
potencjalnie wielkie siły, by odegnać wojnę od naszych brzegów. Nie
możemy dopuścić i nie dopuścimy, by nasza ziemia padła ofiarą
agresji” 167.
W początkach 1941 r., gdy ważyły się losy Lend-Lease, Roosevelt
jeszcze dosadniej określał zagrożenia, jakie powinni dostrzegać jego
rodacy. W swym orędziu o stanie państwa z 6 stycznia, znanym jako Cztery
wolności, oświadczył, że „nigdy wcześniej bezpieczeństwo Ameryki nie
było zagrożone z zewnątrz tak poważnie jak obecnie”. Powtarzając swój
sprzeciw wobec „wymuszonej izolacji”, potępił „nowe rządy tyranii, które
usiłują obecnie rozlać się na każdy kontynent”. Dodał, że „napastnicy wciąż
posuwają się naprzód, zagrażając innym krajom, dużym i małym”.
Odrzucając appeasement, podsumowywał: „Amerykanie niezachwianie
zwrócili się przeciw tej tyranii” 168.
W rzeczywistości wielu jego rodaków było bardzo dalekich od
zdecydowanej postawy w tej kwestii, jednak orędzie Roosevelta miało ich
przekonać. Wszystkie wysiłki kraju powinny jego zdaniem zostać
skoncentrowane na „przeciwstawieniu się temu obcemu zagrożeniu”.
Oznaczało to przyspieszenie produkcji samolotów, okrętów, amunicji
i innych artykułów niezbędnych dla wysiłku wojennego – nie tylko dla
armii amerykańskiej, ale także dla „tych krajów, które prowadzą obecnie
otwartą wojnę z agresorami”. Nie wymienił Wielkiej Brytanii, lecz wszyscy
wiedzieli, kogo miał na myśli. Podkreślając, że zapłata ma nastąpić
w przyszłości, w formach, które celowo pozostawały niesprecyzowane,
nakreślił swój plan dla zagrożonych demokracji: „Będziemy wysyłać wam,
w coraz większych ilościach, okręty, samoloty, czołgi i działa. To nasz cel
i nasze zobowiązanie”.
Prosząc obywateli, by postawili „patriotyzm nad portfele”, Roosevelt
obiecywał rozbudowę programów obronnych kraju przez podniesienie
podatków. Ich celem, kontynuował, miała być obrona czterech wolności:
wolności słowa i wyznania oraz wolności od nędzy i strachu. Ameryka
powinna bronić „praw człowieka wszędzie”, nie tylko u siebie.
Była to wielka wizja i nieprzypadkowo ustawie Lend-Lease nadano
numer HR 1776, nawiązując do ideałów amerykańskiej wojny
o niepodległość. Izolacjoniści niezwłocznie przeszli do kontrataku,
argumentując, że Roosevelt domaga się nieograniczonej władzy, która
pozwoli mu robić z zasobami kraju, co tylko zechce. „Nigdy wcześniej
Stany Zjednoczone nie dały jednemu człowiekowi władzy pozwalającej
ogołocić kraj z obrony”, oskarżał Burton Wheeler, demokratyczny senator
z Montany i zaciekły izolacjonista. Nawiązując do rządowego programu
wspierania rolnictwa, dodawał: „Program Lend-Lease to polityka
zagraniczna przypominająca ustawę AAA z Nowego Ładu; zaorze co
czwartego amerykańskiego młodzieńca”. Roosevelt odparł na to, że to
„najbardziej nieprawdziwe, najbardziej niegodne i najbardziej
niepatriotyczne słowa, jakie kiedykolwiek wypowiedziano” 169.
Republikański kongresmen Hamilton Fish III, inny zdeklarowany krytyk
Roosevelta, apelował do Lindbergha, by ten wystąpił przed Komisją Spraw
Zagranicznych Izby Reprezentantów i wypowiedział się przeciwko ustawie
Lend-Lease. Jego zdaniem było to najcięższe działo, jakie izolacjoniści
mogli wytoczyć w swej walce. Lotnik z radością to uczynił.
23 stycznia 170 Lindbergh zeznawał w sali komisji wypełnionej przez
niemal tysiąc osób, w tym fotografów, operatorów kamer, reporterów
i widzów, którzy przybyli skuszeni tak obecnością celebryty, jak
i znaczeniem omawianej sprawy. Zwolennicy często nagradzali go
oklaskami, jednak jego czteroipółgodzinne zeznania zawierały szereg
kłopotliwych wypowiedzi, zwykle wynikających z pytań zwolenników
Lend-Lease, takich jak kongresmen Luther A. Johnson.
Ten demokrata z Teksasu naciskał, by Lindbergh odpowiedział, czy
sympatyzuje ze sprawą Wielkiej Brytanii. „Sympatyzuję z ludźmi po obu
stronach, sądzę jednak, że byłoby niekorzystne dla samej Anglii, gdyby
dążono do decydującego zwycięstwa”, odparł. „Sympatyzuję z ludźmi, nie
z ich zamierzeniami”.
Jakby nie dowierzając, Johnson zapytał Lindbergha, czy jego zdaniem
brytyjskie zwycięstwo nie leży w najlepszym interesie Ameryki. „Nie,
proszę pana. Sądzę, że całkowite zwycięstwo oznaczałoby, jak mówiłem,
skrajne wyczerpanie Europy. Byłoby jedną z najgorszych rzeczy, jakie
mogłyby się wydarzyć”, oświadczył zapytany.
Lindbergh dowodził, że najlepiej byłoby doprowadzić do
„wynegocjowania pokoju”, jakby ignorując to, z czym wiązałyby się
wszelkie negocjacje z Hitlerem. Do tego zaś dojść mogłoby tylko wówczas,
gdyby nie wygrała „żadna ze stron”, i taki wynik walk uważał za pożądany.
Odpowiadając na pytania innych kongresmenów, Lindbergh
utrzymywał, że zaangażowanie Ameryki w wojnę „byłoby największą
z katastrof”. Nie obwiniał też Niemiec o rozpętanie wojny, sugerując, że
Wielka Brytania ponosi tu równie wielką winę. Jeśli chodzi o przemilczanie
nazistowskiej brutalności, odpowiedział chłodno, że „z publicznych
komentarzy nie ma żadnych korzyści”. Choć o najgorszych zbrodniach
popełnianych na ziemiach okupowanych przez Niemcy wciąż jeszcze nie
wiedziano, wielu Amerykanów usłyszało już wystarczająco wiele, by
oburzyć się na taką obojętność. Redakcja „Richmond News Leader”
napisała: „Dziś miliony zagłosowałyby za powieszeniem lub wygnaniem
Lindbergha z kraju”.
Obóz izolacjonistów głosił, że Lindbergh mówi prawdę, jednak jego
wersja prawdy zdawała się nie zyskiwać nowych zwolenników. Najpewniej
przyniosła odwrotny skutek, osłabiając izolacjonistów. 9 lutego Izba
Reprezentantów przyjęła ustawę Lend-Lease 260 głosami za przy 185
przeciw; 8 marca potwierdził to Senat stosunkiem 60 głosów za do 31
głosów przeciw.

W czasie tych zabiegów o pozyskanie wsparcia Amerykanów Churchill


i jego rząd mieli wiele innych problemów. Colville, sekretarz premiera,
zanotował w swym dzienniku 1 stycznia 1941 r. sensacyjną wiadomość.
Działając na podstawie doniesienia, że dowódca marynarki Wolnych
Francuzów admirał Émile Muselier jest wraz z innym Francuzem i dwiema
Francuzkami członkiem siatki szpiegowskiej Vichy, MI5 dokonała
aresztowań. „Jedną z pań zastano w łóżku z lekarzem służącym w wojsku
Wolnych Francuzów”, pisał Colville z wyraźnym zadowoleniem. „W domu
drugiej znaleziono drugiego sekretarza ambasady Brazylii, zupełnie
nagiego. To przez ambasadę brazylijską przechodziły informacje dla Vichy.
U admirała odkryto niebezpieczne narkotyki” 171.
Był tylko jeden problem: doniesienie opierało się na sfałszowanych
dokumentach. Choć współpraca pomiędzy generałem de Gaulle’em
a Muselierem układała się źle i w końcu miało dojść do zerwania
stosunków, francuski przywódca zażądał wówczas kategorycznie
zwolnienia admirała. Brytyjczycy uczynili to, Churchill zaś osobiście
przeprosił de Gaulle’a. Abstrahując od pikantnych szczegółów, epizod ten
jasno ukazuje panujące wówczas w Londynie napięcie, zwłaszcza wśród
wygnańców. Raymond Aron, członek francuskiej społeczności
w brytyjskiej stolicy i wydawca „La France libre”, stwierdził dobitnie:
„Emigracja uwydatnia najbardziej nieprzyjemne cechy polityki. Rojowisko
intryg, donoszonych rozmów, skrywanych wrogości, powierzchownych
zbliżeń” 172.
Najpilniejszą sprawą pozostawały jednak stosunki transatlantyckie.
Roosevelt nie czekał na formalne przyjęcie ustawy Lend-Lease, by umocnić
swe więzy z Churchillem. Posłał do Londynu swego najbliższego doradcę,
Harry’ego Hopkinsa, jako „osobistego przedstawiciela” 173, jak to napisano
w jego liście uwierzytelniającym. Hopkins był słabego zdrowia i bał się
latać, ale palił się do wykonania zadania – przeprowadzenia bezpośredniej
oceny Churchilla oraz przekazania osobistego zapewnienia Roosevelta, że
zamierza zwyciężyć w politycznym starciu w kraju, którego stawką była
pomoc dla Wielkiej Brytanii.
Churchill, gdy poinformowano go o nadchodzącej wizycie, nie wiedział,
kim jest Hopkins, jednak powiadomiony o jego związkach z Rooseveltem,
powitał go z honorami. Na spotkanie gościa, który po pięciodniowej
podróży przybył via Lizbona do nadmorskiego Poole w południowej Anglii
na pokładzie łodzi latającej linii British Overseas Airways, Churchill posłał
swego parlamentarnego prywatnego sekretarza Brendana Brackena. Gdy
Hopkins nie wysiadł z resztą pasażerów, Bracken wszedł do samolotu
i znalazł go w fotelu „żałośnie skulonego i zbyt wyczerpanego, by odpiąć
pas bezpieczeństwa”.
Bracken zabrał gościa specjalnym pociągiem do Londynu, do którego
dotarli 9 stycznia. Sir Eustace Missenden, dyrektor generalny Southern
Railway, wspominał później pieczołowite przygotowania: „Pan Churchill
polecił, by wszystko było w najlepszym gatunku, zadbano więc, by
w składzie znalazła się najnowsza salonka Pullmana. Konduktorów
wyposażono w białe rękawiczki, przygotowano znakomity posiłek i napoje
orzeźwiające oraz gazety, czasopisma itd. Pan Harry Hopkins był wyraźnie
pod wrażeniem”.
W pierwszych spotkaniach z Amerykanami w Londynie Hopkins
wyjawił swoje zamiary. Herschel Johnson, chargé d’affaires
w amerykańskiej ambasadzie, był zachwycony, że Hopkins zamierza
dowiedzieć się, czego Wielka Brytania potrzebuje, by przetrwać. „Harry
chciał się dowiedzieć, czy prosili o wystarczająco wiele, by wytrzymać”,
wspominał.
Hopkins szczególnie pragnął się spotkać z Murrowem z CBS, którego
audycji słuchał, natychmiast więc zaprosił go do hotelu Claridge’s, gdzie
się zatrzymał. Oświadczył reporterowi: „Myślę, że można powiedzieć, że
przybyłem tutaj, by stać się katalizatorem pomiędzy dwiema
primadonnami”, mając na myśli swego szefa i Churchilla. Spodziewał się,
że tych dwóch potężnych mężczyzn z olbrzymim ego będzie się czasem
spierać, więc musiał osobiście ocenić premiera. Przed wyjazdem
z Waszyngtonu wypytywał wielu dyplomatów o Churchilla i był zmęczony
słyszanymi pochwałami. „Sądzę, że Churchill jest przekonany, iż jest
największym człowiekiem na świecie!”, zauważył.
Nazajutrz wysłannik Roosevelta spotkał się z premierem po raz
pierwszy, na obiedzie wydanym przy Downing Street 10. Pisząc później do
Roosevelta, zauważył, że rezydencja „wyglądała marnie, ponieważ sąsiedni
Departament Skarbu został dość mocno zbombardowany” 174. Przy zupie,
zimnej wołowinie i porto Hopkins oceniał „krągłego, uśmiechniętego,
czerwonego na twarzy dżentelmena”, który powitał go w Anglii. Zanim
jednak Churchill przeszedł do oceny sytuacji wojennej, Hopkins wspomniał
o „poglądach pewnych kręgów”, iż jego gospodarz nie lubi Ameryki ani
Roosevelta. „To skłoniło go do wygłoszenia gorzkiej, acz dobrze
hamowanej tyrady przeciwko ambasadorowi Kennedy’emu, który jego
zdaniem odpowiada za takie wrażenia”, pisał Hopkins. Sam premier
„zaprzeczył im żywiołowo”.
Nastrój poprawił się, gdy Hopkins wyjaśnił, iż celem jego wizyty jest
ocena potrzeb Wielkiej Brytanii niezbędnych do wygrania wojny. Churchill
omówił więc przebieg walk i perspektywy swego kraju. „Uważa, że do
inwazji nie dojdzie, ale gdyby zdobyli przyczółek w Anglii stutysięczną
armią, »Zepchniemy ich«”, relacjonował Hopkins. Churchill
z przekonaniem wspomniał o bliskiej klęsce wojsk włoskich w Afryce,
przyznał jednak, że Grecja jest niemal na pewno stracona. Hopkins dziwił
się później energii i determinacji gospodarza: „Boże, ileż siły ma ten
człowiek” 175, powiedział. Jego wcześniejszy sceptycyzm wyparował.
Amerykański gość zrobił z kolei wrażenie na Churchillu i jego świcie
nazajutrz, w Ditchley, wiejskim domu w Oxfordshire pełniącym często
w czasie wojny funkcję weekendowego schronienia premiera. Lord
Chandos, przewodniczący Zarządu Handlu i bywalec Ditchley, wspominał,
że Churchill z całych sił starał się zrobić wrażenie na wysłanniku
Roosevelta 176, sięgając po swą „donośną elegancję, swe wyczucie historii,
przeznaczenia ludzkości i roli Wielkiej Brytanii” w „dostojnej przemowie”,
która była po prostu „zachwycająca”. Tłumaczył, dlaczego jego kraj walczy
przeciwko tyranii i w imię „ludzkiego prawa do wolności”, nie pragnąc
„żadnych zdobyczy (…) żadnych korzyści terytorialnych”.
Premier przerwał na chwilę, po czym zapytał Hopkinsa: „Co prezydent
powie na to wszystko?”.
Wszyscy czekali w napięciu, jednak gość zwlekał z odpowiedzią. „Cóż,
panie premierze, nie sądzę, by prezydenta cokolwiek z tego obchodziło”,
powiedział. Lord Chandos pomyślał tylko: „Boże święty, poszło źle”.
Ale po chwili Hopkins dodał: „Widzi pan, nas interesuje tylko, by pobić
tego sukinsyna Hitlera”. Salwa śmiechu oznaczała, że – jak wspominał lord
Chandos – „ta chwila scementowała przyjaźń, której nic nie zdołało potem
podważyć”. Po posiłku, pisał Colville, Churchill „bardzo złagodniał”
i „wypalił największe w dziejach cygaro” 177.
Krótko przed odlotem do Anglii Hopkins przestrzegł Averella
Harrimana, że prezydent szykuje dla niego ważne stanowisko związane
z wojną 178. Harriman pochodził z niezwykle zamożnej rodziny magnatów
kolejowych. Franklina i Eleanor Roosevelt znał od czasów Groton,
ekskluzywnej szkoły z internatem w Massachusetts, do której wcześniej
uczęszczał Roosevelt. Harrimanowie tradycyjnie popierali kandydatów
Partii Republikańskiej… aż do 1928 r., kiedy to Averell i jego siostra Mary
zagłosowali na Alfreda E. Smitha, w kolejnych wyborach zaś na
Roosevelta, przerzucając swoje poparcie na demokratów. W czasie debaty
dotyczącej pomocy dla Wielkiej Brytanii Harriman zdecydowanie popierał
stanowisko prezydenta, odrzucając argumenty krytyków, że poprzez ustawę
Lend-Lease Roosevelt próbuje sięgnąć po władzę dyktatorską.
„Skoro mamy pomóc Wielkiej Brytanii, trzeba myśleć praktycznie i dać
prezydentowi uprawnienia czyniące naszą pomoc skuteczną”, oświadczył
Harriman 4 lutego w klubie Yale. 13 lutego w waszyngtońskim klubie
Traffic dodał: „Nie widzę w tej debacie miejsca na hasła o dyktaturze
w kraju”. Cała debata sprowadzała się do tego, czy Stany Zjednoczone
udzielą pomocy Wielkiej Brytanii. „Ja decyzję podjąłem”, konkludował.
„Nie zamierzam żyć w świecie zdominowanym przez Hitlera” 179.
Pięć dni później Roosevelt zaprosił Harrimana do Białego Domu i złożył
zapowiadaną przez Hopkinsa propozycję pracy. „Chcę, by pojechał pan do
Londynu i rekomendował wszelkie działania – z wyjątkiem wojny – dzięki
którym Wyspy Brytyjskie przetrwają” 180, przekazał mu prezydent.
Dziennikarzom domagającym się odpowiedzi na pytanie, w jakim
charakterze jedzie tam Harriman, Roosevelt półżartem tylko powiedział, że
zamierza nazywać Harrimana „spedytorem” albo „spedytorem obronnym”.
W praktyce oznaczało to nadzorowanie wszelkich aspektów programu
Lend-Lease i kontaktowanie się ze wszystkimi, poczynając od Churchilla,
by zapewnić jego skuteczne funkcjonowanie.
Harriman z miejsca zgodził się tego podjąć. Już 15 marca, cztery dni po
podpisaniu przez Roosevelta ustawy Lend-Lease, znalazł się w Anglii.
Natychmiast zawieziono go do Chequers, oficjalnej wiejskiej rezydencji
brytyjskich premierów, gdzie Churchill powitał go, jak wspominał
Harriman, „bardzo ciepło” 181.
Do tego czasu Churchill otrzymał już liczne zapewnienia, że Stany
Zjednoczone dotrzymają swych zobowiązań i wesprą jego kraj.
Zapewnienia te pochodziły nie tylko od zwolenników Nowego Ładu
z Partii Demokratycznej. Wendell Willkie, rywal Roosevelta w wyborach
1940 r., odwiedził w styczniu Anglię. Ten liberalny republikanin gorąco
popierał wprowadzenie poboru w czasie pokoju i nie okazywał zbytniej
sympatii licznemu stronnictwu izolacjonistycznemu we własnej partii.
Mimo to podczas kampanii flirtował z nim, obiecując kilkukrotnie
utrzymać amerykańskich żołnierzy z dala od Europy. „Jeśli wybierzecie
mnie na prezydenta, nie zostaną tam posłani”, oświadczył. „Jeśli
wybierzecie mego kontrkandydata na trzecią kadencję, moim zdaniem
posłani zostaną” 182.
Siostra Willkiego Charlotte 183, żona komandora porucznika Paula Pihla,
attaché lotniczego w amerykańskiej ambasadzie w Berlinie, posunęła się
nawet dalej. Zapewniła niemieckich oficjeli i oficerów Luftwaffe
gromadzących się na jej popularnych niedzielnych herbatkach, że jeśli jej
brat zwycięży w wyborach, dotrzyma obietnicy.
Chociaż Roosevelt składał amerykańskim wyborcom podobne obietnice,
Willkie pożałował później swojej retoryki. Po wyborach raz jeszcze zajął
bardziej antyizolacjonistyczną postawę, wspierając prezydenta w batalii
o ustawę Lend-Lease.
Gdy 19 stycznia, w przeddzień wyjazdu do Anglii, Willkie po raz
pierwszy spotkał się z Rooseveltem w Białym Domu, prezydent napisał
liścik i poprosił o przekazanie go Churchillowi. Swego niegdysiejszego
rywala przedstawił słowami: „Naprawdę pomaga tu trzymać politykę
w ryzach” 184, nawiązując do wysiłków Willkiego, by debata o Lend-Lease
nie przerodziła się w czysto partyjne starcie z republikanami, z których
szeregów pochodziła większość czołowych izolacjonistów. Prezydent
zacytował też wiersz Henry’ego Wadswortha Longfellowa Budowa okrętu:

Żegluj, państwowa nawo!


Żegluj, Unio, silnie, żwawo!
Lud, co z lękiem i nadzieją
Spogląda, gdzie wiatry wieją,
Los Twój uczynił swoją sprawą.

Przesłanie nie mogło być jaśniejsze: Roosevelt zamierzał pomóc


Wielkiej Brytanii zwyciężyć niezależnie od tego, z jak silnym oporem
spotkałby się w Stanach Zjednoczonych. Churchill napisał do niego
następnego dnia, że był wierszem „głęboko poruszony” 185.
Także Willkiego poruszyło to, co ujrzał podczas swej wizyty. „Jest
zaskoczony naszą postawą” 186, napisał w dzienniku Nicolson. Gość był
szczególnie zdziwiony tym, że gdy na Trafalgar Square zabrzmiały syreny
alarmowe ostrzegające przed nalotem 25 niemieckich samolotów, ruch
uliczny trwał jakby nigdy nic, a przechodnie nie przestali karmić gołębi pod
kolumną Nelsona. „Muszę powiedzieć, że trzeba ujrzeć obojętność
londyńskiej publiczności wobec dziennych nalotów, by w nią uwierzyć”,
dodał poseł torysów.
Mimo wszystkich pokazów niezłomnej determinacji i pocieszających
obietnic wsparcia ze strony wysłanników Roosevelta Nicolson i wielu
Brytyjczyków wciąż jeszcze nie byli przekonani, że najgorsze minęło. 9
marca Murrow mówił w audycji CBS: „Po przegłosowaniu ustawy Lend-
Lease nie tańczono na ulicach. Brytyjczycy wiedzą z doświadczenia, że od
uchwalenia ustawy do jej realizacji droga może być bardzo długa”. Mimo
to, dodał Murrow: „Odwaga nie słabnie. Wszyscy są absolutnie przekonani,
że Wielka Brytania przetrwa” 187.
Część tej odwagi, zdaniem Murrowa, wynikała z faktu, że Brytyjczycy
zachowali swe „stare poczucie wyższości wobec innych narodów”. Bez
wątpienia Churchill stanowił wcielenie tego przekonania. Trudno
wyobrazić sobie bardziej nieustępliwego i przekonującego wojennego
przywódcę.
Jednak nawet jego najbardziej zagorzali zwolennicy miewali chwile
zwątpienia. „Odparcie czekającego nas wkrótce straszliwego ataku
samolotów i okrętów podwodnych wymagać będzie wytężenia wszystkich
naszych sił”, pisał Nicolson 2 marca. „Będziemy cierpieć głód
i zniszczenia. (…) Jedyna nadzieja w tym, że Ameryka i Rosja włączą się
do wojny po naszej stronie” 188. W przeciwnym wypadku obawiał się
powstania w kraju ruchu dążącego do obalenia Churchilla i zastąpienia go
zwolennikiem appeasementu. „To będzie koniec Anglii”, konkludował
ponuro.
Były to jedynie prywatne przemyślenia Nicolsona zapisane w jego
dzienniku. Przeplatały się ze wzniosłymi deklaracjami wiary w zwycięstwo.
Uzmysławiały one wszakże, jak daleką drogę trzeba było jeszcze przebyć…
i jak niepewny był rezultat.
3

Całkowicie błędne

18 kwietnia 1941 r. Stalin pojawił się na moskiewskim dworcu kolejowym,


by pożegnać japońskiego ministra spraw zagranicznych Yōsuke Matsuokę.
Takie osobiste gesty ze strony radzieckiego przywódcy były niezwykłą
rzadkością, tym razem jednak nikt się nie dziwił, jako że Matsuoka kilka
dni wcześniej podpisał radziecko-japoński pakt o neutralności. Japonia
zawarła także 27 września 1940 r. pakt trzech z Niemcami i Włochami,
zobowiązując się „uznawać i respektować przywództwo Niemiec i Włoch
w ustanowieniu nowego porządku w Europie” 189, europejscy partnerzy zaś
zobowiązywali się do tego samego względem „przywództwa Japonii
w ustanowieniu nowego porządku w Wielkiej Azji Wschodniej”. Stalin był
wszakże przekonany, że zyskał gwarancję, iż Japonia nie zaatakuje jego
kraju, i niezgrabnie usiłował schlebiać Matsuoce, mówiąc mu: „Obaj
jesteśmy Azjatami” 190.
Jeszcze bardziej niezgrabne i dziwne było to, że Stalin skorzystał z tej
okazji, by zwrócić się do obecnych na peronie i żegnających Matsuokę
niemieckich dyplomatów. Spostrzegłszy niemieckiego ambasadora,
hrabiego Friedricha von der Schulenburga, objął go ramieniem
i oświadczył: „Musimy pozostać przyjaciółmi, a pan musi zrobić w tym
celu wszystko!” 191. Nieco później, gdy ujrzał niemieckiego attaché
wojskowego, pułkownika Hansa Krebsa, Stalin upewnił się najpierw, że jest
on faktycznie Niemcem, po czym powtórzył: „Musimy pozostać
przyjaciółmi, bez względu na wszystko” 192.
Stalinowi udało się zrobić wrażenie na von der Schulenburgu,
arystokracie wyjątkowo mało przenikliwemu w swych obserwacjach
Związku Radzieckiego… jak i w swoich ocenach zamiarów Hitlera. Gdy
w początkach 1941 r. hrabia zapewnił żonę amerykańskiego ambasadora, że
Związek Radziecki i Niemcy nie będą toczyły wojny, naprawdę chciał w to
wierzyć 193. Później von der Schulenburg zaczął rozumieć, że błędnie
odczytywał sygnały, starał się jednak nadal zapewniać swoich
zwierzchników w Berlinie, że powinni traktować apele Stalina
o „pozostanie przyjaciółmi” poważnie, i to długo po tym, jak ostateczna
decyzja o najeździe została już podjęta. „Szczerze sądzę, że świadom
powagi sytuacji międzynarodowej Stalin uważa się za osobiście
odpowiedzialnego za utrzymanie Związku Radzieckiego poza konfliktem
z Niemcami” 194, twierdził.
Von der Schulenburg został wszakże wywiedziony w pole przez własny
rząd. Jak zapisał Goebbels w swoim dzienniku, ambasadora nie
informowano o najważniejszych ustaleniach dotyczących najazdu. Nie miał
o nich „zielonego pojęcia”, pisał szef propagandy. „Nie ma wątpliwości, że
najlepiej nie informować dyplomatów o kuluarach polityki. Niekiedy muszą
oni odegrać rolę, do której nie mają niezbędnych aktorskich zdolności,
a nawet jeśli je mają, bez wątpienia odegrają rolę zwolenników
appeasementu bardziej przekonująco, lepiej oddając niuanse, jeśli sami
będą wierzyli w appeasement” 195.
Choć Hitler i jego generałowie od miesięcy omawiali plany najazdu,
utrzymywali je też w tajemnicy przed swymi japońskimi partnerami.
W marcu, na krótko przed hucznym powitaniem Matsuoki w Berlinie
podczas wcześniejszego etapu jego europejskiej podróży, niemieckie
naczelne dowództwo wydało dyrektywę o treści: „Japończycy nie mogą
dowiedzieć się niczego o operacji »Barbarossa«” 196. Japońscy oficjele
jednak przynajmniej w ogólnych zarysach wiedzieli, co Hitler zamierza.
Podczas śniadania 197 na cześć Matsuoki w Kancelarii Rzeszy von Bock
siedział koło generała Hiroshiego Ōshimy, ambasadora Japonii w Berlinie.
Dyplomata, który korespondentowi CBS Williamowi Shirerowi wydawał
się „bardziej nazistowski niż naziści” 198, zapewnił feldmarszałka, że
zgadza się z niemieckimi planami zniszczenia komunistycznego państwa
Stalina.
Chociaż Hitler nie zamierzał dzielić się szczegółami swego planu
z Matsuoką, złożył zobowiązanie, które miało się stać istotne po Pearl
Harbor. Nie chciał pozwolić Stanom Zjednoczonym walczyć z wrogami
jeden po drugim, powiedział swemu japońskiemu gościowi. „Niemcy
tymczasem podejmą niezwłoczną interwencję na wypadek konfliktu
japońsko-amerykańskiego, gdyż siła trzech mocarstw paktu leży we
wspólnym działaniu. Ich słabością będzie, jeśli pozwolą, by je pokonano
oddzielnie” 199.
Drugą osobą poza von der Schulenburgiem, która ulegała złudzeniom na
temat zamysłów Hitlera, był Stalin. W tej kwestii okazał się bardzo
podobny do niemieckiego przywódcy – on też uparcie nie chciał wierzyć
w nic, co przeczyło jego życzeniom i poglądom. Hitler przekonał sam
siebie, że wszelkie argumenty przeciwko inwazji jedynie potwierdzają
potrzebę jak najszybszego jej przeprowadzenia. Stalin podobnie wmówił
sobie, że coraz liczniejsze ostrzeżenia przed niemieckim najazdem to
jedynie prowokacja mająca wciągnąć jego kraj w nowy konflikt –
szczególnie jeśli ostrzeżenia te napływały z Zachodu.
20 marca amerykański podsekretarz stanu Sumner Welles powiedział
radzieckiemu ambasadorowi w Waszyngtonie Konstantinowi Umańskiemu,
że „Niemcy zamierzają zaatakować Związek Radziecki” 200. Laurence
Steinhardt, amerykański ambasador w Moskwie, powtórzył to ostrzeżenie
15 kwietnia w rozmowie z jednym z wysokich radzieckich oficjeli. Kilka
dni później Churchill wysłał Stalinowi telegram z podobnym ostrzeżeniem.
Radziecki przywódca jednak pozostawał głuchy na przestrogi. Jak
zauważył Hans von Herwarth, niemiecki dyplomata służący niegdyś
w stolicy ZSRR, „Wśród zagranicznych dyplomatów w Moskwie panowała
niemal całkowita zgoda, że Stalin cenił Niemców wyżej od któregokolwiek
zachodniego mocarstwa, a z pewnością bardziej im ufał” 201.
Nieufność Stalina rozciągała się także na jego szpiegów.
Funkcjonariusze radzieckiego wywiadu wojskowego z Berlina 202, którzy
przekazywali w drugiej połowie 1940 r. ostrzeżenia od agenta
o pseudonimie „Ariec”, przysłali kolejny raport. Cytowano w nim
wypowiedź agenta z 28 lutego 1941 r., iż „wojna z Rosją została
postanowiona na ten rok”. Inne radzieckie misje wojskowe również
nadsyłały niepokojące wieści. 13 marca 1941 r. Bukareszt przesłał
wypowiedź pewnego niemieckiego majora: „Całkowicie zmieniliśmy nasze
plany. Ruszymy na wschód, przeciwko ZSRR. Zdobędziemy zboże, węgiel
i ropę, aby móc walczyć dalej przeciwko Anglii i Ameryce”. Według
jednego z rumuńskich źródeł „Niemieccy wojskowi są upojeni
zwycięstwami i twierdzą, że wojna z ZSRR rozpocznie się w maju”.
26 marca Bukareszt dodał, że „rumuński sztab generalny posiada
dokładne informacje, iż w ciągu dwóch lub trzech miesięcy Niemcy uderzą
na Ukrainę”. Autorzy raportu przewidywali, że uderzenie zostanie
skierowane także na państwa bałtyckie w nadziei „na wywołanie tam
powstania przeciwko ZSRR” i że Rumunia za wzięcie udziału w wojnie
zostanie nagrodzona Besarabią, granicznym terytorium odebranym jej przez
Stalina. Misja wojskowa meldowała o rosnącej pewności Niemców, że uda
im się pokonać Związek Radziecki w ciągu kilku tygodni.
Stalin tymczasem nie tylko nie uwierzył w treść raportów, ale pozbył się
Iwana Proskurowa, szefa wywiadu wojskowego, który uparcie ignorował
naciski na dostarczanie pomyślnych wieści. Zastąpił go Filip Golikow,
który zaczął przekazywać raporty tych swoich oficerów, którzy wierzyli
w niemiecką dezinformację. W marcu na przykład radziecki attaché
wojskowy w Budapeszcie, który nie miał żadnych wiarygodnych źródeł,
odrzucał wszelkie doniesienia o niemieckiej inwazji jako angielską
propagandę. Jak raportował, „atak Niemiec na ZSRR jest nie do pomyślenia
przed upadkiem Anglii”.
Właśnie to Stalin chciał usłyszeć, Golikow zaś entuzjastycznie poparł
takie wnioski, by zadowolić swego szefa. Jak podkreślał, wszelkie
doniesienia o zbliżającym się niemieckim ataku „muszą być uznane za
dezinformację tworzoną przez Anglików, a może nawet niemiecki
wywiad”. Dodał też, że Berlin może być zamieszany w jakiś
skomplikowany spisek. Golikow nadal nadsyłał takie raporty jak ten
z placówki w Pradze z 17 kwietnia, przewidujący, że „Hitler ma
zaatakować ZSRR w drugiej połowie czerwca”, ale dystansował się od
nich. Przed upływem trzech dni raport ów wrócił na biurko Golikowa
z adnotacją Stalina, który czerwonym atramentem napisał: „Brytyjska
prowokacja! Sprawdzić!”.
Tego rodzaju „prowokacje” nadal napływały od szpiegów Moskwy.
Donosząc o coraz liczniejszych transportach wojska z Europy Zachodniej
nad granicę ZSRR, generał major Wasilij Tupikow, radziecki attaché
wojskowy w Berlinie, pisał w końcu kwietnia: „następnym przeciwnikiem
jest ZSRR”. 9 maja dosłał szczegóły niemieckiego planu wojny. Według
jego raportu „Armia Czerwona ma zostać pokonana w miesiąc lub półtora
od pojawienia się Niemców na wysokości Moskwy”.
Richard Sorge, radziecki arcyszpieg z Tokio, słał swym zwierzchnikom
z wywiadu wojskowego raport za raportem. Były one w stu procentach
prawdziwe i szczególnie rozwścieczały Stalina. Urodzony w Baku syn
Rosjanki i niemieckiego inżyniera pracującego przy wydobyciu ropy, Sorge
wychowywał się w Niemczech, walczył w I wojnie światowej i wstąpił do
partii komunistycznej. Przez pewien czas pracował w Moskwie
w Kominternie, który zajmował się kontaktami z partiami
komunistycznymi na całym świecie. Potem demonstracyjnie zerwał
z komunizmem i przeniósł się do Tokio jako korespondent niemieckiej
„Frankfurter Zeitung”.
Udający zdeklarowanego nazistę Sorge zaprzyjaźnił się z niemieckim
ambasadorem Eugenem Ottem i japońskimi oficjelami, pijąc z nimi oraz
nawiązując romanse z żonami i kochankami kilku z nich. Jego wyczyny
fascynowały jeszcze podczas powojennej okupacji Japonii, której nie dożył.
Według raportu amerykańskiego wywiadu podczas swego pobytu w Tokio
Sorge nawiązał „intymne związki z ponad trzydziestoma kobietami, w tym
z żoną przyjaciela, niemieckiego ambasadora, oraz z żoną i kochanką
swego pomocnika do spraw zagranicznych” 203.
Wykorzystując w pełni dostęp do poufnych informacji, Sorge jako jeden
z pierwszych informował w końcu 1940 r. o prawdopodobieństwie
niemieckiego ataku. 18 grudnia ostrzegał, że „Niemcy mogą zająć tereny na
linii Charków–Moskwa–Leningrad”. Późniejsze raporty zawierały kolejne
dowody na jego twierdzenia; Golikow w odpowiedzi ograniczył mu budżet
na wydatki, co Sorge słusznie uznał za „coś w rodzaju kary”. Szpieg jednak
nie dał się uciszyć. 15 maja informował, że niemieckie uderzenie
rozpocznie się 21 lub 22 czerwca. 13 czerwca oświadczył: „Powtarzam:
dziewięć armii o łącznej sile 150 dywizji rozpocznie ofensywę o świcie 22
czerwca 1941 roku”. W odpowiedzi Stalin nazwał go „gówniarzem, który
dobrze żyje w Japonii dzięki kilku swoim fabrykom i burdelom”.
W ten sam sposób Stalin reagował na raporty wywiadu NKWD, gdy ten
dostarczał informacje zbieżne z doniesieniami wywiadu wojskowego.
Harro Schulze-Boysen, który pracował w niemieckim Ministerstwie
Lotnictwa i otrzymał kryptonim „Starszyna”, był bezcennym agentem;
nieustannie ostrzegał przed nadchodzącym najazdem. 17 czerwca
informował: „cios może spaść w każdej chwili”. Gdy Stalin ujrzał ten
raport, oświadczył, że „Starszynę” należy odesłać „do jego jebanej matki”.
Jak twierdził Stiepan Mikojan, syn członka Politbiura Anastasa
Mikojana, w czasie wojny pilot myśliwski, takie zachowanie było
wynikiem „skrajnej nieufności” 204 Stalina wobec wszystkich, nawet
własnych agentów. „Jego zdaniem każdy zdolny był do dwulicowości lub
zdrady”. W swych wspomnieniach Mikojan junior dodał, że Stalin nakazał
odwołać swoich rezydentów wywiadu, tak by mógł, jak powiedział,
„przemielić ich na proch w łagrach”.

Po pokonaniu Francji Speer podsłuchał rozmowę Hitlera z dwoma


czołowymi generałami, Jodlem i Keitlem. „Pokazaliśmy, co potrafimy”,
powiedział im. „Niech mi pan wierzy, Keitel, że w porównaniu z tym
kampania przeciwko Rosji byłaby dziecinną zabawą” 205. Innym razem
Hitler powiedział Jodlowi: „Musimy tylko kopnąć w drzwi, a cała
zmurszała budowla runie” 206. Raz za razem podkreślał, że operacja
„Barbarossa” – czyli najazd na Związek Radziecki – przyniesie kolejne
błyskawiczne zwycięstwo. Większość podwładnych posłusznie dzieliła
z nim to przekonanie, tylko nieco różnicując wyświechtane metafory.
„Rosja runie jak domek z kart” 207, pisał Goebbels w swym dzienniku.
Wszyscy, którzy śmieli nadal wątpić, rozumieli ryzyko związane
z próbami przeciwstawienia się tym szalenie optymistycznym
przewidywaniom. Generał Thomas, specjalista ekonomiczny Wehrmachtu,
który wcześniej usiłował ostrzegać przed rozszerzaniem wojny na Europę
Zachodnią, zdołał teraz zaznaczyć, że zakładanie jedynie najbardziej
optymistycznego rozwoju wydarzeń w ataku na Związek Radziecki jest
bardzo ryzykowne. W styczniu 1941 r. 208 jego sztab opracowywał raporty
wskazujące na niebezpieczeństwa związane z zakłóceniem napływających
ze Związku Radzieckiego dostaw oraz wynikających z tego niedoborów
paliwa i gumy. Krótko mówiąc, przewidywali, że inwazja przyniesie więcej
strat niż korzyści gospodarczych.
Ponieważ Hitler nadal obiecywał zdobycze gospodarcze wynikające
z najazdu, Thomas gwałtownie zmienił nutę. W raporcie dla Führera z 20
lutego oświadczył, że wojska niemieckie szybko przejmą kontrolę nad 70
procentami radzieckiego potencjału przemysłowego oraz czterema
milionami ton ukraińskiego zboża, co w praktyce oznaczało spełnienie
przepowiedni Hitlera. W świetle szybkich zwycięstw niemieckich
w Europie Zachodniej Thomas mógł się lękać, że ponownie wyjdzie na
nadmiernego pesymistę. Najpewniej jednak nie był w stanie przeciwstawić
się presji zwierzchników domagających się dostarczenia optymistycznych
przewidywań, jakie pragnął otrzymać Hitler 209.
Nie wszyscy ugięli się pod presją całkowicie. Nie sposób było ukryć
fakt, że pomiędzy dwoma państwami totalitarnymi istniała wielka
nierównowaga demograficzna, co oznaczało, że Stalin mógł korzystać ze
znacznie większych zasobów ludzkich. Ludność Związku Radzieckiego
w przeddzień wojny wynosiła około 170 milionów, podczas gdy Niemiec
około 84 milionów 210. Niemieccy najeźdźcy musieli szybko zwyciężyć,
w przeciwnym razie bowiem musieliby się mierzyć z kolejnymi falami
radzieckich rekrutów, którym nie byli w stanie dorównać. Hitler liczył, że
osiągnie ten cel, gdyż jest w stanie wystawić armię lepiej wyposażoną,
lepiej wyszkoloną i lepiej zorganizowaną.
Choć w roku 1940 niemiecki szacunkowy dochód per capita był
dwuipółkrotnie wyższy od radzieckiego, mimo szeroko zakrojonego
programu zbrojeń modernizacja Wehrmachtu daleka była od ukończenia –
szczególnie gdy chodziło o motoryzację. W roku 1941 ze 130 dywizji
jedynie 33 były zmotoryzowane, podczas gdy pozostałe nadal korzystały na
dużą skalę z koni pociągowych do transportu artylerii i zaopatrzenia,
większość żołnierzy zaś poruszała się pieszo 211.
W datowanym 28 kwietnia memorandum wyrażającym wątpliwości co
do tezy, że pokonanie Związku Radzieckiego skłoni Wielką Brytanię do
kapitulacji, sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Ernst von
Weizsäcker ostrzegał też, że szybkie zwycięstwo może się okazać
niemożliwe. Nawet gdyby Niemcom udało się opanować zachodnią część
Związku Radzieckiego i dotrzeć do Moskwy, dalej na wschód mogłaby
przetrwać przynajmniej część Armii Czerwonej, co prowadziłoby do
długotrwałego konfliktu. Jak pisał, w grę wchodziłby wówczas „dobrze
znany bierny opór Słowian”, co oznaczałoby, że „W wojnie z Rosją
stalibyśmy się zwycięzcami jedynie w sensie wojskowym, przegralibyśmy
natomiast w sensie gospodarczym” 212.
Jednakże Hitler i wielu jego generałów pozostawali przekonani, że
szybkie zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim jest niemal przesądzone,
co pozwalało im ignorować każdego, kto mimo wszystko śmiał mieć
przeciwne zdanie. W kwietniu generał Günther Blumentritt powiedział
swoim kolegom, że osiągnięcie zwycięstwa możliwe będzie po „czternastu
dniach intensywnych walk”, zwłaszcza że, jak później dodał, walczyć będą
przeciwko „nieokrzesanym pół-Azjatom” 213. Inne oceny wojskowych
wahały się od sześciu do dziesięciu tygodni.
W porównaniu z nimi Hitler wydawał się wręcz ostrożny, gdy
przewidywał kampanię trwającą najwyżej cztery, a może tylko trzy
miesiące. Niemiecki przywódca doskonale wiedział, że Napoleon zwlekał
z poprowadzeniem swej Wielkiej Armii na Rosję do końca czerwca 1812 r.,
co okazało się fatalnym błędem. Zdziesiątkowane wojska francuskiego
cesarza musiały się wycofywać w ciągu surowej rosyjskiej zimy, ponosząc
katastrofalne straty. By uniknąć podobnego losu, Hitler początkowo
planował uderzyć 15 maja 1941 r. Nawet gdyby wojska radzieckie
wytrzymały całe cztery miesiące, ta wcześniejsza data miała mu dać aż
nazbyt dużo czasu, by osiągnąć zwycięstwo, nim spadnie pierwszy śnieg.

Przekonany o ostatecznym wyniku nadchodzącej inwazji Hitler czuł się też


gotów do zajęcia się innymi problemami trwającej wojny. Za sprawą
Mussoliniego, swego domniemanego sojusznika, zmuszony był to uczynić
właśnie wtedy, gdy jego uwaga powinna być skoncentrowana na
ostatecznych przygotowaniach do operacji „Barbarossa”. Zazdrosny o serię
szybkich zwycięstw Hitlera i troszczący się o własną pozycję Duce
postanowił jesienią 1940 r. dokonać zaskakującego posunięcia i dowieść, że
także on zdolny jest do błyskawicznych podbojów. Gdy 28 października
Hitler przyjechał do niego do Florencji, Mussolini oświadczył z dumą:
„Führerze, ruszyliśmy! Dziś o świcie zwycięskie wojska włoskie
przekroczyły granicę grecko-albańską!” 214.
Jak powiedział Hitler swoim generałom, działanie Mussoliniego okazało
się „nieszczęsnym błędem” 215, gdyż kilka dni później wojska włoskie
znalazły się w odwrocie. W samym środku przygotowań do operacji
„Barbarossa” Hitler sporządził plany operacji „Marita”, czyli niemieckiej
ofensywy w Albanii i Grecji mającej uratować sytuację. Zgodnie z jego
dyrektywą z 13 grudnia 1940 r. niemieckie wojsko miało opanować
znaczną część tych krajów w kolejnej błyskawicznej kampanii. W ten
sposób większość użytych oddziałów powinna być szybko dostępna „do
nowych zadań” 216, czyli kampanii rosyjskiej.
Plany te wkrótce zakłóciło kolejne niepowodzenie. W marcu 1941 r. rząd
Jugosławii, który dopiero co dołączył do paktu trzech, co miało uczynić
z tego kraju wiarygodnego niemieckiego sojusznika w walce o panowanie
na Bałkanach, został obalony w wyniku zamachu stanu. Nowy rząd,
kierowany przez generała lotnictwa Dušana Simovicia, natychmiast
wycofał się z paktu, co zagrażało niemieckim planom uderzenia na Grecję
od północy. Rozwścieczony Hitler poprzysiągł „zniszczyć Jugosławię
militarnie i jako państwo” 217, dbając też o zrównanie z ziemią Belgradu.
W początkach kwietnia niemieckie wojska uderzyły na Jugosławię i Grecję,
Luftwaffe zaś spełniła obietnicę Hitlera co do losu stolicy Jugosławii.
Pod względem wojskowym niemiecka ofensywa w obu krajach
przyniosła sukces, i to mimo wysiłków brytyjskiej piechoty i Royal Navy
wspierających armię grecką. Zwycięstwa te miały jednak swoją cenę.
Nakazując przeprowadzenie operacji „Marita”, Hitler powiedział swoim
generałom: „Początek »Barbarossy« będzie musiał zostać przełożony
o cztery tygodnie” 218. Jego adiutant major Engel zapisał 24 marca
w dzienniku: „Nasza zbliżająca się interwencja [na Bałkanach] zmusiła go
do wyrzucenia całej koncepcji do śmietnika. Cele operacji należało
przełożyć i niemożliwe stało się rozpoczęcie uderzenia na Związek
Radziecki w drugiej połowie maja”. Jakby próbując dodać sobie otuchy,
zanotował: „Samo w sobie parę tygodni wcześniej czy później to nic
szczególnie złego, ale nie chcemy dać się zaskoczyć rosyjskiej zimie”.
Najwcześniejszą nową datą ataku musiał być koniec czerwca, konkludował.
„Cały ten szajs zawdzięczamy niestety Włochom” 219.
W swej książce The Rise and Fall of the Third Reich [Powstanie
i upadek Trzeciej Rzeszy] Shirer wspomniał o roli Mussoliniego, jednakże
winą za opóźnienie operacji „Barbarossa” obarczył prawdziwego
winowajcę – Hitlera. „Opóźnienie ataku na Związek Radziecki po to, by
nazistowski wódz mógł wyładować swój osobisty gniew wobec niedużego
bałkańskiego kraju, który ośmielił się mu przeciwstawić, było zapewne
najbardziej katastrofalną pojedynczą decyzją w karierze Hitlera” 220, pisał.
Ale znacznie większym i bardziej fundamentalnym błędem Hitlera było
niedocenianie ryzyka wiążącego się z samym uderzeniem na Związek
Radziecki. Miał też popełnić błędy taktyczne rywalizujące z jego kampanią
bałkańską o miano „najbardziej katastrofalnej pojedynczej decyzji”. Nie
było jednak wątpliwości, że opóźnienie rozpoczęcia operacji „Barbarossa”
zwiększyło prawdopodobieństwo jej niepowodzenia.
Gdy w maju do Rzymu przybył minister spraw zagranicznych von
Ribbentrop, oznajmił Mussoliniemu: „Rosja może być zlikwidowana
w przeciągu trzech miesięcy” 221. Jego włoski odpowiednik hrabia Ciano
nie był przekonany. O planowanym uderzeniu powiedział: „Ale jest to
niebezpieczna gra, której brak (…) określonego celu” 222. Jak pisał w swym
dzienniku: „Powtarza się historia Napoleona”.
Część czołowych dowódców Hitlera także żywiła podobne obawy.
Jeszcze w styczniu 1941 r. von Bock obawiał się, że jeśli nie uda się szybko
zniszczyć Armii Czerwonej i zdobyć Moskwy, dojdzie do „długo
przeciągającej się wojny, poza możliwościami niemieckich sił zbrojnych
dalszego jej prowadzenia” 223. 4 kwietnia Halder napisał w swym
dzienniku: „Oddział Armie Obce – »Wschód« obecnie przyznaje, że
liczebność wojsk lądowych w europejskiej części Rosji należy szacować
wyżej, niż to przyjmowano dotychczas” 224.
Pojawiały się i inne niepokojące sygnały. Hitler, który wciąż starał się
utwierdzać Stalina w przekonaniu, że przestrzega paktu o nieagresji,
pozwolił wiosną na odwiedziny delegacji radzieckich wojskowych
w niemieckich fabrykach czołgów i ośrodkach szkoleniowych. Polecił, by
pokazano gościom wszystko – żeby nie budzić podejrzeń. Gdy Niemcy
zaprezentowali Panzer IV, Sowieci stwierdzili, że nie może to być ich
najnowszy i najcięższy model czołgu. Jak wspominał po wojnie generał
Heinz Guderian, najsłynniejszy niemiecki dowódca pancerny, wraz
z niektórymi kolegami doszedł do wniosku, że Sowieci muszą mieć
w produkcji coś lepszego. Już niedługo Guderian miał przekonać się o tym
osobiście 225.
Na krótko przed atakiem Hitler nakazał planistom wojskowym
przygotować raporty na temat radzieckiej gospodarki. Oficerowie ci
twierdzili, że kraj nie będzie w stanie produkować szybko dobrej broni
celem uzupełnienia spodziewanych ciężkich początkowych strat. Po jednej
z takich prezentacji admirał Wilhelm Canaris, szef wywiadu wojskowego,
zwrócił się do swych współpracowników: „Panowie, czy naprawdę
wierzycie w usłyszane tu dzisiaj bzdury? Wedle wiedzy moich ekspertów
sytuacja jest zupełnie inna. Dotychczas nikomu nie udało się pokonać
i podbić Rosji!” 226.
Jednakże generałowie, pomni nieustępliwego dążenia Hitlera do
rozpoczęcia wojny i jego przeświadczenia o niewątpliwym sukcesie,
w większości starali się tłumić odczuwane niekiedy wątpliwości. Jak ujął to
Guderian, „dotychczasowe sukcesy, w szczególności zaś nadspodziewanie
szybkie zwycięstwo na Zachodzie, tak dalece zaślepiły nasze najwyższe
kierownictwo, że słowo »niemożliwe« wykreśliło ono ze swego
słownika” 227. Czuli zbyt wielki respekt przed Hitlerem i zbyt często
widzieli, jak dowodzi on swoich racji wobec niedowiarków, milczeli więc.
Keitel, nim powieszono go w Norymberdze w 1946 r., swą skłonność do
przyjmowania optymistycznych przewidywań Hitlera przypisywał
ignorancji i ślepej wierze. „Wierzyłem w Hitlera i nie znałem zbyt wielu
faktów. Nie jestem taktykiem, nie znałem też siły wojskowej i gospodarczej
Rosji. Skąd miałem ją znać?” 228
Wojskowi chwytali się wszystkiego, co zdawało się uzasadniać
optymizm Führera. 5 maja na przykład Halder napisał: „Rosyjski korpus
oficerski jest na niskim poziomie. Wyraźna zmiana na gorsze w porównaniu
ze stanem z 1933 r. Rosja będzie potrzebowała 20 lat, aby korpus oficerski
osiągnął poprzedni poziom” 229. Poza formułowaniem tak błędnych
przewidywań generał zwykł też wierzyć w wysoce niedokładne informacje
na temat radzieckiej infrastruktury, choćby pochodziły z najmniej
wiarygodnych źródeł. 11 marca pisał: „Nowe informacje o drogach w Rosji,
według których sieć drogowa jest jakoby lepsza, niż przypuszczaliśmy” 230.
Jak wkrótce mieli się przekonać niemieccy żołnierze, było to biegunowo
odległe od rzeczywistości.

W przemówieniu do najwyższych dowódców wojskowych wezwanych 30


marca do Kancelarii Rzeszy Hitler nie pozostawił wątpliwości, że
w nadchodzącej wojnie ze Związkiem Radzieckim spodziewa się z ich
strony znacznie większej bezwzględności niż przy podboju Europy
Zachodniej. „Wojna będzie taka, że „nie będzie można jej prowadzić
w rycerski sposób”, oświadczył. „Należy ją prowadzić z bezprecedensową,
bezlitosną i nieustępliwą brutalnością. Wszyscy oficerowie muszą się
wyzbyć staromodnych, przestarzałych teorii” 231. Tego rodzaju wojna miała
być „niepojęta dla was, generałowie”. Wódz oczekiwał ni mniej, ni więcej
tylko „bezwarunkowego i natychmiastowego posłuszeństwa”
w wykonywaniu wszystkich swoich rozkazów.
Von Bock, pruski generał starej szkoły, zwrócił się w czasie przemowy
do generałów von Brauchitscha i Haldera: „O co chodzi Führerowi? Czy
będziemy musieli strzelać do cywilów i nie uczestniczących w walce?” 232.
Jak zapisał, uzyskał jedynie wykrętne odpowiedzi. Von Bock powinien już
jednak wówczas znać odpowiedzi na swoje pytania; jego wyraźna niechęć
do zmierzenia się z prawdą była formą unikania odpowiedzialności.
Nie chodziło jedynie o rozwianie pozostałych jeszcze złudzeń, że
niemieccy generałowie będą nadal przestrzegać praw wojennych
zakazujących strzelania do cywilów. Hitler przygotowywał się do wojny
przeciwko największemu słowiańskiemu państwu Europy, kierując się swą
teorią rasowego podboju, którą wyłożył na kartach Mein Kampf i której
nigdy nie zmienił. Wielokrotnie podkreślał, że Słowianie to
Untermenschen, gatunek podludzi tylko nieco lepszy od Żydów będących
dla niego „robactwem”. Z tego wynikała potrzeba traktowania ich o wiele
brutalniej niż innych podbitych narodów. „Walka ta będzie się bardzo
różnić od walki na Zachodzie”, powiedział generałom. „Na Wschodzie
surowość jest warunkiem przyszłej tolerancyjności” 233.
Drugim decydującym czynnikiem była zdaniem Hitlera wojna
z komunizmem. W skróconej wersji Haldera przesłanie niemieckiego
przywódcy było proste:
„Walka dwóch przeciwstawnych ideologii: Unicestwiający osąd
bolszewizmu, który jest aspołeczny. Olbrzymie niebezpieczeństwo
komunizmu na przyszłość. Powinniśmy odstąpić od zasady kombatanctwa.
Komunista nigdy nie był i nie będzie kolegą-kombatantem. Chodzi tu
o walkę, której celem jest unicestwienie. Jeśli tego nie ujmiemy w ten
sposób, to pobijemy wprawdzie nieprzyjaciela, ale po 30 latach będziemy
znów mieli przed sobą komunistycznego wroga. Prowadzimy wojnę nie po
to, aby zachować wroga. (…) Zniszczenie komunistycznych komisarzy
i komunistycznej inteligencji” 234.
Poza samą decyzją o ataku na Związek Radziecki jednym z najbardziej
fundamentalnych błędów popełnionych przez Hitlera w 1941 r. było
wprowadzenie w życie tych rasowych i ideologicznych wniosków. Miało
ono wykluczyć jakiekolwiek poważne próby przekonania mieszkańców
ZSRR, doświadczanych już przez Stalina od ponad dekady masowymi
mordami i terrorem, że powinni widzieć w niemieckich najeźdźcach
wyzwolicieli, a nie nowych prześladowców.
Nazistowscy planiści opracowujący przyszłą okupację ziem radzieckich
nie wahali się wcale mówić o wpływie swoich zamierzeń na nowych
poddanych. By zadbać o zrealizowanie marzenia Hitlera, który widział
w Ukrainie nieskończone źródło zboża pozwalające wyżywić Niemców,
przygotowali dla Związku Radzieckiego Plan Zagłodzenia zakładający
wyeliminowanie „nadwyżki” miejscowej ludności. Według szacunków
mogło to oznaczać celowe zagłodzenie od 20 do 30 milionów ludzi 235. Jak
to ujął Erich Koch, który miał zostać niemieckim namiestnikiem Ukrainy,
celem okupacji „nie było przyniesienie ulgi Ukrainie, ale zapewnienie dla
Niemiec niezbędnej przestrzeni życiowej i źródła żywności” 236.
Krótko przed rozpoczęciem najazdu von Bock podsumował w swym
dzienniku uwagi wygłoszone przez Hitlera na kolacji z nim i z innymi
generałami. „Jeśli po zwycięstwie nad Rosją będziemy w stanie
przynajmniej wyżywić z miejscowych zasobów oddziały, które tam
pozostaną – łącznie od 65 do 75 dywizji – Niemcy będą miały
zagwarantowane na zawsze źródła żywności i surowców” 237.
Główny ekspert gospodarczy Wehrmachtu generał Thomas, który do
tego czasu w pełni już zaangażował się w planowanie najbrutalniejszych
aspektów polityki okupacyjnej, spotkał się 2 maja z przedstawicielami
innych resortów. Urząd Thomasa sporządził podsumowanie wniosków ze
spotkania:
„1. Wojna może być kontynuowana, tylko jeśli w trzecim roku wojny
cały Wehrmacht będzie żywiony z Rosji.
2. Jeśli zabierzemy z tego kraju to, czego potrzebujemy, nie może być
żadnych wątpliwości, że wiele milionów ludzi umrze z głodu.
3. Najważniejszymi kwestiami są zebranie i wywóz roślin oleistych
i makuchów i dopiero wtedy wywóz zboża” 238.
Abstrahując od bezduszności tych planów, ich twórcy znacznie
przeceniali potencjał rolnictwa Ukrainy po dekadzie stalinowskiej
kolektywizacji i głodu. W przeddzień wojny produkowano tam tylko
niewielką ilość zboża na eksport poza Związek Radziecki 239. Niemieccy
planiści byli przekonani, że poradzą sobie z tym problemem, po prostu
głodząc jeszcze bardziej radziecką ludność, tak by kolejne miliony umarły
z głodu lub, w niektórych przypadkach, przeniosły się na Syberię. Wielkie
miasta, nie tylko na Ukrainie, ale i w innych częściach Związku
Radzieckiego, miały zostać celowo odcięte od tradycyjnych źródeł
żywności, która trafiałaby na potrzeby niemieckie 240.
W odległym Tokio radziecki superszpieg Sorge zdobył informacje
o niemieckich planach okupacyjnych. Przede wszystkim, jak powiedział mu
niemiecki kurier wojskowy przybyły do japońskiej stolicy, należało
„opanować europejski zbożowy obszar Ukrainy”, po czym „zdobyć co
najmniej milion czy dwa miliony jeńców celem uzupełnienia braków
niemieckiej siły roboczej w rolnictwie i przemyśle” 241.
Idea zdobycia słowiańskich robotników przymusowych służących
niemieckiej rasie panów także należała do podstaw poglądów Hitlera. Jak to
ujął w Mein Kampf i w swoich przemówieniach, podbój ziem słowiańskich
doprowadzi do powstania wielkiego rezerwuaru robotników dla Niemiec,
co uzupełni brak rąk do pracy w rolnictwie i przemyśle wynikający
z powoływania coraz większej części młodych mężczyzn do wojska
i różnych sił bezpieczeństwa. W połowie 1939 r., tuż przed najazdem na
Polskę, Niemcy miały według oficjalnych danych 39,4 miliona
pracujących. Rok później, mimo uwzględnienia 350 tysięcy jeńców
wojennych i 800 tysięcy innych obcokrajowców pracujących w kraju,
liczba ta spadła do nieco ponad 36 milionów 242. Trend był od początku
oczywisty; z biegiem wojny presja wywierana na nazistowskich
namiestników terenów okupowanych, by wyrównywali chroniczne
niedobory siły roboczej w kraju, miała nieustannie narastać.
Za wszystkimi tymi drakońskimi planami stała niezachwiana wiara
w terror jako najskuteczniejsze narzędzie łamania wszelkiego sprzeciwu.
Jeszcze nim Hitler ogłosił swe szczegółowe rozkazy, wielu jego generałów
przygotowywało swoich żołnierzy do działań, jakie zapowiadała już
retoryka wodza. 2 maja generał Erich Hoepner, dowódca 4. Grupy
Pancernej, poinstruował żołnierzy, że to, w czym wezmą udział, to
„odwieczna walka, którą lud germański prowadzi przeciwko
Słowiańszczyźnie, to obrona kultury europejskiej przed moskiewsko-
azjatyckim zalewem, to odpór dany żydowskiemu bolszewizmowi”. Walka
ta, dodał, miała być toczona „z niespotykaną dotychczas bezwzględnością”.
„Każda akcja wojskowa musi zostać przeprowadzona (…) z żelazną wolą
bezlitosnego i całkowitego unicestwienia wroga”, oświadczył.
„W szczególności nie może być żadnego oszczędzania obrońców obecnego
rosyjsko-bolszewickiego systemu” 243.
Wkrótce dyrektywa Hitlera o operacji „Barbarossa” i inne dyrektywy
wyjaśniły, że niemieccy najeźdźcy mogą rozstrzelać każdą osobę
podejrzewaną o działalność partyzancką, niezależnie od jej statusu
wojskowego czy cywilnego, oraz stosować odpowiedzialność zbiorową
wobec całych wiosek. W teorii „przestępstwa cywilne, takie jak
morderstwo, gwałt czy rabunek” 244 nadal były zakazane; gdy jednak czyny
takie uznawano za element kampanii podboju, żaden żołnierz nie miał być
winny jakiegokolwiek przestępstwa.
Najbardziej dosłowne instrukcje zawarto w osławionym „rozkazie
o komisarzach” 245, którego pierwszy projekt sporządzono na miesiąc przed
rozpoczęciem inwazji. Nakazywał on zabijanie wszystkich oficerów
politycznych Armii Czerwonej, nawet jeśli będą usiłowali się poddać.
Według wersji rozkazu z 6 czerwca tych ideologicznych funkcjonariuszy
„uznawano za prawdziwych przywódców oporu (…) komisarze polityczni
stosują barbarzyńskie, azjatyckie metody walki”. Jak pisano w rozkazie,
takich wrogów można było traktować w jeden tylko sposób: „Z zasady będą
natychmiast rozstrzeliwani, jeśli zostaną zatrzymani podczas walki albo
będą stawiać opór w jakikolwiek inny sposób” 246.
Nieco wcześniej generał Jodl nie ukrywał, że późniejsze zapewnienia, iż
takie działania wynikają z zachowania Sowietów, będą cynicznym
kłamstwem. „Musimy liczyć się z odwetem na niemieckich lotnikach.
Dlatego najlepiej jest przedstawić całą sprawę jako retorsje” 247, pisał.
Do tego czasu większość niemieckich oficerów nie miała ochoty
podawać w wątpliwość jakichkolwiek poleceń Hitlera. Niektórzy jednak
znaleźli sposób, by wyrazić swój niepokój co do zabijania oficerów
politycznych. Gdy adiutant Hitlera major Engel znalazł się w maju
w Polsce, zapisał w dzienniku, iż generałowie Hans von Salmuth i Henning
von Tresckow „uważają to za duży błąd i lękają się, że wywrze to odwrotny
wpływ na żołnierzy” 248. Jak powiedział mu von Tresckow: „Jeśli prawo
międzynarodowe ma zostać złamane, lepiej niech czynią to Rosjanie, nie
my!” 249.
Według wpisu Engla z 23 maja feldmarszałek von Kluge „prosił mnie,
bym wpłynął na F [Führera], by ten zmienił niebezpieczny rozkaz
o komisarzach” 250. Prosił też, by Einsatzgruppen, szwadrony śmierci sił
bezpieczeństwa, zostały poddane ściślejszej kontroli wojskowej. „W Polsce
doszło do bardzo złych rzeczy i musiał kilkukrotnie interweniować”, pisał
Engel. „Uważa przyjętą w Polsce taktykę okupacji za bardzo niefortunną”.
Ta taktyka już wywoływała „niefortunne” dla okupantów skutki
w Polsce, wkrótce zaś miała przynieść katastrofalne rezultaty w Związku
Radzieckim. Problem polegał na tym, że Hitler był ślepy na wnioski
płynące z Polski… i ich znacznie poważniejsze implikacje dla planowanej
kampanii. Przeciwnie, uważał Polskę za udaną próbę doktryn i metod, które
zamierzał zastosować na znacznie większą skalę dalej na wschodzie.

„Polish Fortnightly Review” wydawany w Londynie przez rząd RP na


uchodźstwie zamieścił 15 lutego 1941 r. wstrząsający tekst pod tytułem
Niemieckie masowe mordy Polaków. Pisano w nim: „Niemiecka
eksterminacja polskiej ludności nie ustała, wręcz przeciwnie, ostatnie
informacje dowodzą, że zyskała jeszcze większe i bardziej złowrogie
rozmiary” 251. Z powodu szybkiego powstania rozległego ruchu oporu
w Polsce rząd polski posiadał świeże wiadomości o rozwoju sytuacji
w okupowanym kraju. Choć niektóre uogólnienia tych doniesień były
wątpliwe, dawały bardzo precyzyjne informacje o codziennych,
pojedynczych aktach przemocy.
To, co się działo, było dla Polaków więcej niż tragedią. Była to
zapowiedź tego, jak nazistowska retoryka na temat słowiańskich sąsiadów
i licznej w ich krajach żydowskiej mniejszości miała się przełożyć na terror
i masowe mordy – nie tylko w Polsce, ale i w Związku Radzieckim. Przed
uderzeniem na Polskę Hitler wyjaśnił podwładnym, że ich celem jest
„zniszczenie Polski”. Ten sam cel miał następnie wyznaczyć odnośnie do
Związku Radzieckiego. „Nie poddawać się żadnym uczuciom litości czy
współczucia” 252, powiedział im. Heinrich Himmler, szef SS i Gestapo,
mówił podobnie: „Niebywale istotną jest rzeczą, by wielki naród niemiecki
potraktował jako swój podstawowy obowiązek zagładę wszystkich
Polaków” 253. Podczas podboju Polski we wrześniu 1939 r. bliski
współpracownik Himmlera Reinhard Heydrich przekazał lakoniczne, ale
jednoznaczne instrukcje: „Komasacja: Żydostwa, inteligencji,
duchowieństwa, notabli” 254.
Rok później Himmler oznajmił zgromadzonym oficerom SS:
„Musieliśmy zdobyć się na surowość, aby rozstrzelać tysiące przodujących
Polaków. Musieliśmy zdobyć się na tę bezwzględność, gdyż inaczej byłoby
się to na nas później zemściło”. Niemal mimochodem dodał: „Panowie
powinni to usłyszeć, ale też powinni zaraz o tym zapomnieć” 255.
Oficerowie SS mieli więc być gotowi na okrucieństwo w przyszłych
konfliktach – Himmler z pewnością miał na myśli nadchodzący atak na
Związek Radziecki – ale mieli też być gotowi zaprzeczyć zbrodniom.
Takie płynące z góry informacje doprowadziły do przerażających aktów
przemocy od samego początku okupacji. Gdy tylko zabity lub ranny został
Niemiec, jak pisał „Polish Fortnightly Review”, „w odwecie Niemcy
mordowali setkę lub więcej niewinnych polskich mieszkańców danej
miejscowości”. Jeden z rozkazów feldmarszałka von Bocka nie pozostawiał
wątpliwości co do tej liczby: „Jeśli z wioski leżącej za linią frontu padają
strzały i niemożliwe okaże się zidentyfikowanie domu, z którego strzelano,
cała wioska ma zostać doszczętnie spalona” 256. To także była zapowiedź
tego, jak miano walczyć w Związku Radzieckim.
Polski dwutygodnik zamieszczał obrazowe opisy takich działań. „Na
chłopskich polach pod wsią Szczuczka na Lubelszczyźnie znaleziono
zakopaną amunicję. Niemcy z miejsca zagnali dwustu chłopów do stodoły,
zamknęli drzwi, po czym ostrzelali ją i wreszcie podpalili. (…) W Żeraniu
pod Warszawą i w sąsiednich wioskach, takich jak Targówek, aresztowano
około trzystu osób, które poddano natychmiast bestialskim torturom.
Następnie rozstrzelano 86 mężczyzn i sześć kobiet”.
Choć ta litania mordów brzmi złowieszczo, szczególnie okrutnie
traktowano Żydów. „W Ostrowi Mazowieckiej spalono żydowski sklep po
skonfiskowaniu całego towaru. Około sześciuset żydowskich mężczyzn
zostało wygnanych za miasto i rozstrzelanych z karabinów maszynowych.
Rannych dobijano, niektórych jednak pogrzebano jeszcze żywych”.
Niektóre ofiary zostały skazane już wcześniej – byli to pacjenci szpitali
psychiatrycznych. Oto jeden z wielu takich przypadków: „W Chełmie
Lubelskim oddział Gestapo otoczył zakład dla umysłowo chorych i nakazał
lekarzom oraz pozostałemu personelowi opuścić placówkę. Następnie
gestapowcy zabili wszystkich pacjentów, łącznie 428 osób, strzałami
z rewolwerów, wraz z nimi zaś czterdzieścioro zdrowych dzieci, którymi
opiekowano się jako uchodźcami wojennymi w jednym ze skrzydeł
obiektu”.
Artykuł z lutego 1941 r. kończył się liczbą zamordowanych do tego
czasu: „Łączna liczba ludzi zamordowanych przez Gestapo na terenach
okupowanych przez Niemców przekracza 70 tysięcy”. Tymczasem zbrodni
dokonywało też wojsko oraz organizacje paramilitarne utworzone przez
Niemców mieszkających przed wojną w Polsce 257.
Skala egzekucji znacznie przekraczała liczbę mordów na innych
terenach okupowanych przez Niemcy. 6 lutego 1940 r. Hans Frank,
gubernator Generalnego Gubernatorstwa, czyli części Polski, która nie
została bezpośrednio wcielona do Niemiec, wyjaśnił korespondentowi
nazistowskiej gazety „Völkischer Beobachter”, dlaczego jego administracja
zastosowała w Polsce inne metody niż gdzie indziej 258. W Pradze,
stwierdził, Niemcy drukowali obwieszczenia z nazwiskami każdych
siedmiu rozstrzelanych Czechów. Gdyby usiłował zrobić to samo w Polsce,
powiedział, zabrakłoby mu drzew do produkcji papieru na obwieszczenia.
Jak ujął to przy innej okazji: „jednak ciąży na nas olbrzymia
odpowiedzialność za to, że obszar ten należy trzymać mocno w niemieckim
władaniu, że należy Polakom złamać kręgosłup raz na zawsze” 259.
By osiągnąć ten cel, niemieckie siły w Polsce wspierało początkowo
pięć Einsatzgruppen, specjalnych szwadronów śmierci. Łącznie liczyły one
około trzech tysięcy ludzi, a ich celem była długa lista „wrogów państwa” –
czyli wszystkie osoby podejrzane o działalność w ruchu oporu, członkowie
polskich elit oraz Żydzi. Rekrutowani z szeregów SS, policji i innych służb
bezpieczeństwa zabójcy ci mieli zasłynąć okrucieństwem nawet na tle armii
znanej z rutynowego stosowania skrajnej przemocy. Odpowiadali za palenie
wiosek, masowe rozstrzeliwania i inne akty terroru. To właśnie przed tymi
jednostkami ostrzegał majora Engla feldmarszałek von Kluge 260.
Generał Johannes Blaskowitz, dowódca wojsk okupacyjnych w Polsce,
był wstrząśnięty napływającymi nieustannie doniesieniami o masowych
mordach i nie zamierzał milczeć. Podzielił się swoimi wątpliwościami –
i garścią obrazowych przykładów – z pułkownikiem Helmuthem Stiefem,
odwiedzającym go oficerem Sztabu Generalnego. Stief pisał potem do
żony: „Tej eksterminacji całych rodzin, łącznie z kobietami i dziećmi, mogą
dokonywać tylko podludzie, którzy nie zasługują na miano Niemców.
Wstydzę się, że jestem Niemcem” 261.
Blaskowitz wystosował następnie wyjątkowo ostry raport datowany 27
listopada 1939 r. 262. Einsatzgruppen nazwał w nim „komandami straceń”
i potępił policję za praktycznie bezczynne przyglądanie się temu, jak
oddziały owe „jedynie szerzą terror wśród ludności”. Masowe mordy na
Polakach i Żydach, pisał, to rzecz „całkowicie nieprzemyślana (…)
ponieważ w ten sposób nie można zniszczyć idei państwa polskiego
w oczach szerokiej ludności ani pozbyć się Żydów”. Ostrzegał też przed
„ogromną brutalizacją i zdeprawowaniem moralnym, szerzącym się wśród
jakże cennych niemieckich żołnierzy niczym epidemia”.
Reakcja Hitlera była przewidywalna. „Nikt nie może prowadzić wojny
metodami Armii Zbawienia” 263, oświadczył, krytykując „dziecinne
podejście” generała. W lutym 1940 r. Blaskowitz przedstawił kolejny
argument za tym, że trwający terror doprowadzi jedynie do nasilenia
polskiego oporu, wiążąc półmilionowe siły okupacyjne na nieokreślony
czas. Przez tak dokładne przewidywania Hitler wkrótce odstawił
Blaskowitza na boczny tor, choć w końcowym okresie wojny powrócił on
na stanowiska dowódcze.
Innym narzędziem terroru i represji były masowe aresztowania.
Ówczesny czarny humor mówił o trzech kategoriach Polaków: „Tych,
którzy siedzieli, tych, którzy siedzą, i tych, którzy będą siedzieć” 264.
W rzeczywistości powiedzenie to mogło pochodzić ze Związku
Radzieckiego, gdzie aż nazbyt celnie opisywało sytuację podczas
stalinowskich czystek. W częściach Polski wcielonych w 1939 r. do
Związku Radzieckiego masowe aresztowania, wywózki Polaków na
wschód i egzekucje także były powszechne.
Istniała jednak znacząca różnica pomiędzy dwiema okupacjami: polscy
Żydzi szybko zrozumieli, że ich szanse na przeżycie będą większe, jeśli uda
im się przedostać na tereny okupowane przez ZSRR 265. Uczyniło to około
trzystu tysięcy. Wielu z nich zostało aresztowanych i posłanych do łagrów
razem z etnicznymi Polakami, jednak nie trafili tam dlatego, że byli
Żydami; z punktu widzenia władz radzieckich stanowili po prostu część
większej grupy podejrzanych – Polaków. W tym sensie radziecka strefa
okupacyjna stanowiła dla nich mniejsze zło.
W obu strefach okupacyjnych żaden aspekt polskiego życia nie był
bezpieczny. 6 listopada 1939 r. Niemcy wezwali profesorów i innych
pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego, jednej z najstarszych uczelni
w Europie, na wykład pod tytułem Stosunek władz niemieckich do nauki
i uniwersytetu. Szef krakowskiego Gestapo oznajmił zgromadzonym
Polakom, że uniwersytet przejawiał antyniemiecką postawę; jednocześnie
budynek otoczyli esesmani, którzy zaczęli bić i aresztować profesorów.
Spośród 183 przybyłych 168 zostało wysłanych do obozu koncentracyjnego
Sachsenhausen, gdzie wielu z nich zmarło 266.
Atak wymierzony w elitę naukową, jak i w innych czołowych
przedstawicieli kultury i polityki nie był przypadkowy. Planując podbój
ziem na wschodzie, począwszy od Polski, naziści zamierzali uczynić ze
Słowian ludzi niewykształconych; większość ich szkół miała zostać
zamknięta. W maju 1940 r. Himmler oświadczył, że podbici Słowianie mają
zakończyć edukację na czwartej klasie szkoły powszechnej. „Celem takiej
szkoły ma być wyłącznie proste liczenie, najwyżej do pięciuset, napisanie
własnego nazwiska, wiedza, iż boskim przykazaniem jest być posłusznym
Niemcom (…). Czytania nie uważam za konieczne” 267.
Polityka ta unaoczniała się również w instrukcjach Hitlera do dowódców
wojskowych z 18 października 1939 r. „Nie dopuścić, aby polska
inteligencja utworzyła nową warstwę kierowniczą. Musi być utrzymany
niższy standard życiowy. Tani niewolnicy” 268. Określenie „niższy standard
życiowy” było eufemizmem. W rzeczywistości polityka ta była przepisem
na wywołanie powszechnego niedożywienia i głodu, łagodzonego jedynie
dzięki przemyślności polskich rolników oraz błyskawicznie rozwijającemu
się czarnemu rynkowi. Nie był to jeszcze w pełni ukształtowany Plan
Zagłodzenia, jaki opracowano później dla Związku Radzieckiego,
z pewnością jednak był to jego przedsmak.
Celowe zubożanie i terroryzowanie Polaków miało ułatwić
pozyskiwanie robotników przymusowych dla Niemiec. Ironią losu rok
przed wojną Polska i Niemcy podpisały umowę, zgodnie z którą 60 tysięcy
polskich robotników pojechało do Niemiec pracować przy żniwach.
Skorzystały na tym obie strony, jako że przedwojenna Polska cierpiała na
bardzo wysokie bezrobocie 269. Gdy jednak nadeszła okupacja, a przełożeni
Franka domagali się od niego posłania do Niemiec miliona polskich
robotników, próby pozyskania ochotników przyniosły nikłe rezultaty. Wieść
o surowym traktowaniu dwudziestu tysięcy Polaków, którzy sami się
zgłosili, wkrótce się rozniosła.
W marcu 1940 r. Himmler wydał dekret zobowiązujący polskich
robotników w Niemczech do noszenia na ubraniu fioletowej litery P 270.
Zakazano im korzystania z komunikacji publicznej, chodzenia do
kościołów czy kin oraz utrzymywania kontaktów seksualnych z Niemcami.
Oznaczało to, że wszelkie złudzenia co do dobrowolnego napływu
robotników szybko znikły. Teraz ściągano robotników przymusowych –
„tanich niewolników”, jak ujął to Hitler. W miastach i na wsi Polacy za
wszelką cenę starali się uniknąć wywózki.
W teorii okupanci mogli eksperymentować ze znacznie bardziej
racjonalną polityką wyzysku gospodarczego, oferując skromne zachęty
celem skłonienia do większej współpracy i produktywności. Hitler jednak
nie zamierzał nawet o tym myśleć, ani w Polsce, ani później w Związku
Radzieckim. Zamiast tego doszedł do wniosku, że sukces wojskowy
i gospodarczy na całym froncie wschodnim zapewni mu jeszcze większy
terror.

Ostrzeżenia przed nadchodzącą inwazją dochodziły do Stalina nie tylko od


szpiegów i zachodnich rządów. Już 14 sierpnia 1940 r. Hitler zdradził
wyraźną wskazówkę co do swoich zamiarów, gdy poprosił o przesłanie
harmonogramu radzieckich dostaw na okres „do wiosny 1941 r.” 271. Przed
inwazją Niemcy stopniowo odwoływali też dyplomatów i ich rodziny
z ambasady w Moskwie. Tuż przed atakiem personel został ograniczony do
ledwie nieco ponad stu osób. Walentin Bierieżkow, kremlowski tłumacz,
który pracował w tym okresie w radzieckiej ambasadzie w Berlinie,
stwierdził, że berlińska placówka liczyła około tysiąca osób. „Stalin,
obawiając się wzbudzić podejrzenia Hitlera, zabronił nam zmniejszenia
liczby personelu w Niemczech” 272, pisał.
Jednak jak nikt nie potrafił przekonać Hitlera, że atak na Związek
Radziecki jest szaleństwem, tak nikt nie potrafił przekonać Stalina, że
szaleństwem jest wiara, iż Hitler nie zamierza rozpocząć zapowiadanej
w Mein Kampf wojny ze wschodnim sąsiadem. Niektóre niemieckie
przygotowania były widoczne od ponad roku. Samoloty Luftwaffe często
naruszały radziecką przestrzeń powietrzną, jawnie prowadząc rozpoznanie.
Początkowo nadgraniczne oddziały Armii Czerwonej otwierały niekiedy do
nich ogień, a celem przechwycenia intruzów podrywano radzieckie
myśliwce. Pewnego razu pięć niemieckich maszyn wylądowało na
radzieckim terytorium, rzekomo dlatego, że zabłądziły i zabrakło im
paliwa 273.
W odpowiedzi Stalin ograniczył swobodę działania własnych wojsk.
Dyrektywa NKWD nr 102 z 29 marca 1940 r. mówiła: „W przypadku
naruszenia granicy niemiecko-radzieckiej przez niemieckie samoloty lub
balony nie otwierać ognia. Ograniczyć się do sporządzenia raportu
o naruszeniu granicy państwa” 274. 5 kwietnia szef NKWD Ławrientij Beria
wydał kolejny rozkaz dla wojsk granicznych: w razie starcia powinny
„ściśle przestrzegać zasady, aby wystrzeliwane przez nie pociski nie spadły
na niemieckie terytorium” 275.
Niemcy złożyli marne wyjaśnienie częstych naruszeń przestrzeni
powietrznej ZSRR, informując, że nad granicą mają szereg szkół
lotniczych 276. Tymczasem liczba incydentów ciągle rosła – między 19
kwietnia a 19 czerwca 1941 r. odnotowano ich 180. Stalin nadal szukał
wymówek i uznawał te wypadki za nieistotne. „Nie jestem pewien, czy
Hitler wie o tych lotach” 277, oświadczył. Sformułowana w uniżonym tonie
radziecka nota do niemieckiego rządu mówiła, że wojskom granicznym
polecono nie otwierać ognia do samolotów „tak długo, dopóki tego rodzaju
incydenty nie zdarzają się zbyt często” 278.
Wszystko to rodziło spekulacje, czy Stalin nie prowadzi polityki
całkowitego appeasementu. Ambasador Turcji w Moskwie wysłał depeszę
do swego rządu, przechwyconą przez Niemców 15 maja. Według niego
Stalin gotów był zrobić niemal wszystko, by przekonać Hitlera o swym
szczerym pragnieniu pokoju. „Stalin wkrótce stanie się ślepym narzędziem
Niemiec” 279, pisał.
Niektórzy historycy twierdzili, że Stalin planował w rzeczywistości
uderzenie wyprzedzające na Niemcy, jednak za teorią tą przemawia
niewiele dowodów. Znacznie bardziej przekonująca jest wersja, że Stalin
łudził się do samego końca, iż jest w stanie opóźnić niemieckie uderzenie.
Jak wskazał biograf Stalina Isaac Deutscher 280, car Aleksander I zawarł
pokój z Napoleonem, co dało mu cztery lata na przygotowanie się do
wojny. Stalin zapewne miał nadzieję zyskać co najmniej rok na lepsze
przygotowanie swoich niedozbrojonych wojsk. W marcu 1941 r. otrzymał
informację, że jedynie trzecia część jego dywizji pancernych i jednostek
zmechanizowanych jest właściwie wyposażona w niezbędny sprzęt.
Miesiąc przed niemieckim uderzeniem jego generałowie meldowali:
„w dziedzinie najpotrzebniejszych Armii Czerwonej środków walki
i techniki wojskowej przemysł wypełnia plan dostaw w sposób
zdecydowanie niezadowalający” 281.
Przemawiając 5 maja do absolwentów akademii wojskowej, Stalin
zdawał się dostrzegać rosnące zagrożenie bardziej niż dotychczas, ale
jednocześnie prezentował przekonanie co do ostatecznego wyniku
ewentualnej konfrontacji wojskowej. „Czy armia niemiecka jest
niezwyciężona?”, pytał. „Nie, nie jest niezwyciężona” 282. Ostrzegał, że
nazistowskim przywódcom „zawróciły w głowie” sukcesy wojskowe.
„Wydaje im się, że mogą zrobić wszystko”. Dodał znamiennie, że Napoleon
również odnosił pierwotnie same sukcesy, nim „jego armia zaczęła ponosić
porażki”.
Jeśli jednak Stalin starał się zyskać na czasie w okresie sojuszu
z Hitlerem, znaczną część tego czasu zmarnował. Jednym z przykładów jest
budowa linii umocnień. W latach trzydziestych wzdłuż zachodnich granic
Związku Radzieckiego wybudowano linię potężnych umocnień. Gdy
w wyniku paktu Ribbentrop–Mołotow granice przesunęły się na zachód,
Stalin postanowił porzucić stare umocnienia i wybudować nowe wzdłuż
linii demarkacyjnej pomiędzy oboma mocarstwami totalitarnymi. Miało to
się okazać kosztownym błędem.
Petro Grigorienko, który jako młody żołnierz pomagał wznosić pierwszą
linię fortyfikacji, wspominał, że wiosną 1941 r. Stalin rozkazał wysadzić
w powietrze „dziesiątki tysięcy” schronów, zanim nową linię umocnień
ukończono i wyposażono w odpowiednie uzbrojenie. W wyniku tego
Niemcy z łatwością opanowali nowe betonowe schrony. „Nie wiem, jak
historycy wyjaśnią kiedyś tę zbrodnię przeciw naszemu ludowi”, pisał
później przyszły generał i dysydent. „Nie można było dać lepszego
prezentu dla planu »Barbarossa«. Jak mogło do tego dojść? Stalina
usprawiedliwić może tylko jego szaleństwo” 283.
A może nadal trzymał się przekonania – mimo wszystkich dowodów na
coś przeciwnego – że jego kraj może bez końca przyglądać się, jak Niemcy
toczą wojnę gdzie indziej. W rozmowie ze swymi współpracownikami
krótko po niemieckiej agresji na Polskę we wrześniu 1939 r. Stalin
stwierdził, że „trwa wojna między dwiema grupami krajów
kapitalistycznych”, i dodał: „Nie widzimy nic złego w tej walce, gdyż
osłabiają się nawzajem” 284. W takim scenariuszu wyobrażał sobie Związek
Radziecki jako ostatecznego zwycięzcę. ZSRR nie tylko umocniłby swoje
panowanie nad państwami bałtyckimi i wschodnią częścią Polski, ale też
rozszerzyłby swą władzę i wpływy. Gdy Hitler dokonywał ostatnich
przygotowań do operacji „Barbarossa”, Stalin zdawał się wciąż usilnie
wierzyć w spełnienie się swojego scenariusza.
Postawę radzieckiego przywódcy naśladowało wielu jego
przedstawicieli za granicą. W wywiadzie udzielonym 3 czerwca agencji
International News Service w Londynie ambasador Majski przewidywał, że
Niemcy nie będą w stanie pokonać Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych, które jego zdaniem prędzej czy później poczują się
zobowiązane włączyć się do wojny 285. Zapytany, czy Związek Radziecki
udzieli pomocy w walce z Niemcami, Majski odparł, że jego kraj jest
„jedynym neutralnym mocarstwem na świecie” i zamierza utrzymać ten
status, jednocześnie dążąc do jak najlepszych stosunków ze wszystkimi
krajami prowadzącymi wojnę. Według raportu polskiego rządu, opartego na
źródle w agencji prasowej, zdaniem jej redaktorów w słowach Majskiego
nie było nic nowego, w związku z czym nie opublikowano tego wywiadu.
Gdy brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden ostrzegł 13
czerwca Majskiego o coraz większej koncentracji sił niemieckich nad
granicą radziecką, ambasador ponownie powiedział, że nie wierzy, by
szykowały się one do ataku. Nawet w swoim dzienniku Majski nie
przyjmował do wiadomości coraz liczniejszych dowodów na to, że się myli.
Podobnie jak jego szef na Kremlu, wciąż im zaprzeczał. „Hitler nie jest
jeszcze gotów na samobójstwo”, pisał Majski 18 czerwca. „Wojna ze
Związkiem Radzieckim w końcu równa się samobójstwu” 286.
W Moskwie pracownicy Stalina wiedzieli, że muszą być skrajnie
ostrożni w prezentowaniu raportów zaprzeczających temu, co dyktator
pragnął słyszeć. Ledwie dzień przed niemiecką inwazją Beria przekazał
notatkę radzieckiego ambasadora w Berlinie Władimira Diekanozowa,
który ostrzegał o bliskim ataku. Szef bezpieki poprzedził ją własnym
oświadczeniem, w którym zwrócił się do Stalina imieniem i otczestwem:
„Moi ludzie i ja, Josifie Wissarionowiczu, doskonale pamiętamy Waszą
mądrą przepowiednię: Hitler nie zaatakuje nas w 1941 roku!” 287.
Na krótką metę Stalin dowodził, że jest jeszcze bardziej podatny na
złudzenia niż Hitler.
4

Nasi bracia z Plymouth

W lutym 1941 r., przed wyruszeniem do Londynu, gdzie miał objąć


stanowisko ambasadora przy Dworze Świętego Jakuba zajmowane dotąd
przez Josepha Kennedy’ego, John Gilbert Winant spotkał się z Rooseveltem
celem odebrania ostatnich instrukcji. Prezydent polecił mu „podtrzymywać
w Winstonie Churchillu i rządzie brytyjskim cierpliwość, podczas gdy
naród amerykański będzie oceniał sytuację” 288, wspominał Winant.
Prezydent pragnął także, by „wyjaśnił narodowi Wielkiej Brytanii, że
wierzymy w jego sprawę, że nazizm i faszyzm są nie do pogodzenia
z amerykańskim stylem życia”. Roosevelt wymienił też wprowadzenie po
raz pierwszy w czasie pokoju poboru do wojska, nadchodzącą ustawę Lend-
Lease oraz przekazanie Wielkiej Brytanii niszczycieli jako dowody na to,
jak przekonania te są wcielane w życie. „Podjęliśmy decyzję, by zrobić
wszystko z wyjątkiem wypowiedzenia wojny”, wspominał Winant.
Jako popularny republikański gubernator New Hampshire 289, który
regularnie sprzeciwiał się kierownictwu i dogmatom swej partii, Winant
wcześnie poparł Nowy Ład, organizując prace publiczne i przyłączając się
do programów pomocowych dla mieszkańców swego stanu. Nim jeszcze
w roku 1935 opuścił stanowisko, Roosevelt nominował go na funkcję
pierwszego reprezentanta USA w Międzynarodowej Organizacji Pracy.
„Utopijny John”, jak nazywał go prezydent, ochoczo zgodził się na to
i przeniósł się do Genewy, by już w sierpniu 1935 r. powrócić do
Waszyngtonu i objąć funkcję sekretarza nowo utworzonej Rady
Ubezpieczeń Społecznych. Roosevelt był zachwycony, mogąc liczyć na
pomoc liberalnego republikanina w walce o poparcie opinii publicznej dla
najważniejszego z nowych programów socjalnych. Gdy walka ta została
wygrana, Winant powrócił do MOP do Genewy, obejmując w roku 1939
stanowisko dyrektora tej organizacji.
Winant był świadkiem pierwszych podbojów Hitlera i nie krył swego
sprzeciwu. W czasie niemieckiego rozbioru Czechosłowacji pojechał do
Pragi, później zaś obserwował upadek Francji. „Widziałem z samolotu
odcinki frontu, na których wrzała walka”, pisał. „Opuściłem Paryż na dzień
przed wkroczeniem Niemców”. Był też świadkiem przybywania do
Wielkiej Brytanii żołnierzy ewakuowanych z Dunkierki oraz „skutków
walk powietrznych nad Anglią”. Wszystko to nie przeszło niezauważone.
W Genewie niemieckie i włoskie służby śledziły jego działalność,
w Niemczech prasa przedstawiała go jako wroga.
Gdy Winant szykował się do objęcia placówki w Londynie, był już
przekonanym antyizolacjonistą, który nie miał wątpliwości, że pomoc dla
Wielkiej Brytanii jest konieczna. Przed wyjazdem przyjął zaproszenie do
wygłoszenia odczytu w legislaturze stanu New Hampshire. Podczas gdy
wielu jego rodaków nadal nie było pewnych, jak należy zareagować na
wojnę w Europie, Winant wygłosił jasne przesłanie, w którym
pobrzmiewały wypowiedzi Roosevelta: „Dzisiaj jesteśmy »arsenałem
demokracji«, zaopatrujemy ofiary państw agresywnych”, oświadczył.
„Wielka Brytania prosiła, byśmy dali im narzędzia do »skończenia roboty«.
Możemy stanąć razem z nimi jako wolni ludzie. (…) W sprawiedliwej
sprawie i z Bożą pomocą właśnie to uczynimy” 290.
Gdy w marcu dotarł do Wielkiej Brytanii, specjalny pociąg zawiózł go
na stację Windsor, gdzie czekał na niego król Jerzy VI, by towarzyszyć mu
podczas pierwszej wizyty w zamku Windsor. „Po raz pierwszy w dziejach
Wielkiej Brytanii król udał się na spotkanie z ambasadorem” 291, stwierdził
Winant z wyraźną dumą. Doskonale rozumiał przyczyny tego
bezprecedensowego gestu: Wielka Brytania nadal znajdowała się
w niebezpieczeństwie i desperacko potrzebowała pomocy jego kraju. Gdy
pociąg Winanta po wizycie w Windsorze wjechał na londyński Dworzec
Paddington, akurat trwał niemiecki nalot.
Brytyjscy gospodarze nowego ambasadora skłonni byli witać go
entuzjastycznie, zwłaszcza ze względu na ponure prognozy jego
poprzednika co do szans przetrwania Anglii oraz jego ledwie skrywany
sprzeciw wobec programu Lend-Lease i wszystkiego, co prowadziło do
zbliżenia obu krajów. Po powrocie z Wielkiej Brytanii były kandydat na
prezydenta Wendell Willkie powiedział felietoniście Josephowi Alsopowi,
że „Brytyjczycy nienawidzą Joego Kennedy’ego” 292.
W początkach 1941 r. w samolocie lecącym z Palm Beach na Florydzie
do Waszyngtonu Kennedy jasno oznajmił, że uczucie to odwzajemnia.
Franklin Roosevelt junior, przedostatni syn prezydenta, podczas przepustki
z marynarki leciał tym samolotem i zaangażował się w gorącą dyskusję
z Kennedym na temat sytuacji w Europie. Jak wspominał później młody
Roosevelt, „Był on przekonany, że Hitler przejedzie się po Europie i że
powinniśmy naciskać na Anglię, by wynegocjowała możliwie
najkorzystniejszy pokój” 293. Gdy jeden z pasażerów trącił Kennedy’ego
w ramię, prosząc go – z najwyraźniej angielskim akcentem – by mówił
nieco ciszej, były ambasador wyznał młodemu Rooseveltowi: „Nienawidzę
wszystkich tych przeklętych Anglików, poczynając od Churchilla” 294.
Od chwili, gdy Winant przybył do Londynu i otrzymał notkę od
Churchilla, który gorąco pragnął się z nim spotkać, relacje nowego
ambasadora z premierem musiały być inne niż poprzednio. W swych
wspomnieniach Churchill z wdzięcznością stwierdził, że był to okres,
w którym „Współpraca prezydenta Roosevelta z nami stawała się coraz
ściślejsza” 295.
Premier jednakże nadal poszukiwał wszelkich możliwych gwarancji, że
wsparcie płynące zza Atlantyku będzie rosło, i złościł się na opóźnienia
w zwiększaniu amerykańskiej produkcji zbrojeniowej i wysyłaniu dostaw.
W Waszyngtonie lord Halifax, który został brytyjskim ambasadorem po
śmierci markiza Lothian, także regularnie skarżył się na nieład
w administracji Roosevelta usiłującej wcielać obietnice prezydenta w życie.
Współpraca ze skomplikowaną waszyngtońską biurokracją była „jak
uderzanie w pęki waty” 296.
Winant odkrył, że wszystkie drzwi stoją przed nim otworem, poczynając
od drzwi premiera, który od samego początku włączył go do swego
najbliższego kręgu – do tego stopnia, że nowy ambasador szybko wdał się
w romans z aktorką Sarah Churchill, córką premiera. Żona Winanta,
zamożna i popularna, nadal mieszkała w New Hampshire i tylko niekiedy
odwiedzała Londyn. Ćwierć wieku młodsza od ambasadora
dwudziestosiedmioletnia Sarah poróżniła się z mężem, urodzonym
w Austrii muzykiem i satyrykiem żydowskiego pochodzenia, choć nadal
pojawiała się z nim publicznie.
Winant nie pozwalał, by tajemnice życia prywatnego wpływały na jego
główne zadanie w nowej roli: wypracowanie dobrych kontaktów z ojcem
swej kochanki. Szybko pomógł przełamać impas między Waszyngtonem
a Londynem w kwestii ostatecznych warunków zapowiedzianej sześć
miesięcy wcześniej umowy o wymianie niszczycieli na bazy; umowa
została podpisana 27 marca. Wraz z Averellem Harrimanem, który również
przybył do Anglii, by koordynować amerykańską pomoc, Winant
towarzyszył premierowi nie tylko w Chequers, ale także podczas wizyt
w miastach, które ucierpiały w wyniku niemieckich bombardowań.
Będąc pod wrażeniem brytyjskiego przywódcy tak w sferze publicznej,
jak prywatnej, Winant opisał Churchilla: „zwalisty, nieco pochylony,
przechadzający się tam i z powrotem, nagle zupełnie nieświadomy
czegokolwiek poza własnymi myślami – zdolność do koncentracji, jaką
widziałem wielokrotnie i w wielu okolicznościach” 297. Churchill i jego
współpracownicy szybko przekonali się do Winanta. Colville, młody
sekretarz premiera, chwalił jego „nienarzucającą się inteligencję
i mądrość” 298. Gdy pewnego wieczoru obaj rozmawiali, niemieckie
bombowce uderzyły ponownie. „Nawet nie podniósł głowy”, zanotował
Colville z aprobatą.
Pomimo sukcesów politycznych i zdobytej z miejsca sympatii
w Londynie Winant, choć niebywale przystojny, nie sprawiał dobrego
wrażenia. Był w najlepszym razie przeciętnym mówcą, potrafił też być
niemal boleśnie małomówny. Gdy po raz pierwszy odwiedził Majskiego,
radziecki ambasador odnotował „cokolwiek dziwaczne wrażenie” 299.
„Wysoki, ciemnowłosy, powściągliwy i dostojny, ze słabym, ledwie
słyszalnym głosem i zamyślonym spojrzeniem stanowi przeciwieństwo
swego poprzednika, głośnego, wesołego, rozmownego i lekkomyślnego
Joego Kennedy’ego”, pisał w dzienniku. „Rozmawiając z Winantem,
musiałem wytężać słuch”.
Majski kpił z Winanta, że ten „bawił się w demokratę” 300, gdyż nie
przeniósł się do rezydencji ambasadora, lecz zajmował skromne mieszkanie
w ambasadzie. Jednakże dla brytyjskich gospodarzy skromny styl bycia
dyplomaty i jego częste przechadzki po niemieckich nalotach były
kolejnymi oznakami tego, że nowy przedstawiciel Ameryki traktuje
poważnie swoją pracę i jest po ich stronie.
Dwa tygodnie po przybyciu Winanta do Anglii podczas lunchu w hotelu
Savoy Churchill przywitał go jako „przyjaciela i wiernego towarzysza”,
dodając: „Przybywa pan do nas w czasie jednego z punktów zwrotnych
w dziejach świata”. Mówiąc także do słuchaczy transmitującej to
wydarzenie BBC, premier zakończył z typową dla siebie elokwencją: „Pan,
panie ambasadorze, podziela nasze dążenia. Dzieli z nami
niebezpieczeństwa. Podziela nasze interesy”. Powiedział też, że oba kraje
pewnego dnia „podzielą się wawrzynem zwycięstwa” 301.
W odróżnieniu od Churchilla Winant przeczytał swoje przemówienie
cicho i z przerwami. Powiedział jednak dokładnie to, co jego gospodarze
pragnęli usłyszeć – że Stany Zjednoczone dostarczą „narzędzi – okrętów,
samolotów, broni, amunicji i żywności – wszystkim tu i na całym świecie,
którzy własną krwią bronią granic wolności”. Dodał: „Powstał nowy duch.
Ludzie wolni ponownie współdziałają na rzecz wolnego świata i żadna
tyrania nie może złamać ich nadziei”.
Prasa zareagowała ekstatycznie. Według londyńskiego „Sunday Timesa”
Winant odniósł „wspaniały sukces”. „Daily Herald” oświadczył z kolei, że
„jego słowa były więcej niż przemówieniem. Były wyznaniem wiary”.

21 marca minister informacji Duff Cooper oraz pracujący dla niego poseł
Izby Gmin Harold Nicolson zorganizowali roboczy lunch dla
przedstawicieli mediów. Mimo niekiedy trudnych negocjacji
z Waszyngtonem umowa o wymianie baz za niszczyciele miała wkrótce
zostać podpisana. Dlatego Cooper ostrzegł wydawców, by „nie
antagonizowali Stanów Zjednoczonych” 302. Chwalił ustawę Lend-Lease
jako „zapewne najbardziej brzemienny w skutki akt tej wojny” i twierdził –
jak zapisał w swym dzienniku Nicolson – że jest „pewien, iż Ameryka
niedługo znajdzie się w stanie wojny”.
Cooper dawał więc do zrozumienia, że brytyjska prasa oraz przywódcy
polityczni muszą nadal przekonywać nie tylko własnych rodaków, ale także
Amerykanów, że wojnę można wygrać i że zostanie ona wygrana.
W przeciwnym razie, argumentował, Stany Zjednoczone mogłyby pozostać
poza konfliktem, co pogrzebałoby brytyjskie nadzieje na zwycięstwo.
Innymi słowy, opinia publiczna miała kształtować rzeczywistość w takim
samym stopniu jak działa i okręty.
Hans Dieckhoff, który jako ostatni przed wojną pełnił funkcję
niemieckiego ambasadora w Waszyngtonie, po czym powrócił do
Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Berlinie, zgadzał się co do istotnej
roli amerykańskiej opinii publicznej. W notatce z 10 marca podkreślał, że
ewolucja jej postawy „zależeć będzie od przebiegu wojny”. Przewidywał,
że „Jeśli Niemcom uda się w najbliższym czasie pokonać Anglików,
amerykańska opinia publiczna najprawdopodobniej opowie się za
zachowaniem neutralności. Jeśli jednak wojna będzie się toczyła bez
rozstrzygnięcia przez dłuższy czas, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że
opinia publiczna zacznie coraz bardziej skłaniać się ku włączeniu się do
wojny” 303.
Mimo całego demonstrowanego publicznie optymizmu brytyjscy
przywódcy byli aż nazbyt świadomi niebezpiecznej sytuacji własnego
kraju. U-Booty zadawały wielkie straty brytyjskim i sprzymierzonym
statkom usiłującym utrzymać dostawy zaopatrzenia dla wyspiarskiego
kraju. Od marca do maja 304, pisał Churchill, zatopiły 142 statki, w tym 99
brytyjskich. Niemieckie zwycięstwa w Grecji i Jugosławii, choć miały
opóźnić najazd na Związek Radziecki, stanowiły kolejny dowód potęgi
nazistów. W Libii generał Erwin Rommel, „Lis Pustyni”, odnosił sukcesy
na czele swego Afrika Korps posłanego na pomoc oddziałom włoskim
gromionym dotąd przez siły brytyjskie.
Choć Luftwaffe nie zdołała zwyciężyć w bitwie o Anglię, jej bombowce
wznowiły naloty na Londyn i inne miasta. 16 kwietnia kolejny nalot zastał
Colville’a wracającego na Downing Street 10 po długim spotkaniu
z Winantem w ambasadzie amerykańskiej. „Bomby padały niczym grad”,
pisał, dodając lakonicznie: „mój spacer był całkiem nieprzyjemny”. Trzy
dni później znacznie jaśniej opisał swe obawy: „Gdy chodzę teraz ulicami,
dokładniej przyglądam się najważniejszym miejscom, świadomy, że być
może widzę je po raz ostatni” 305.
Tego rodzaju obawy żywił nie tylko młody sekretarz Churchilla; także
jego szef nie był od nich wolny. 2 maja Colville zapisał, że premier był
„ogromnie przygnębiony” 306 wieścią, iż Waszyngton odrzucił prośbę
o pomoc w uniemożliwieniu Niemcom opanowania Azorów i Wysp
Zielonego Przylądka (choć ostatecznie Hitler tego nie uczynił), jak również
kolejnymi złymi wiadomościami z wojny na morzu i na Bliskim
Wschodzie. Churchill, „bardziej przybity, niż kiedykolwiek widziałem”,
podyktował zdradzający jego nastrój telegram do Roosevelta. Następnie,
w rozmowie z Harrimanem, swoim głównym doradcą wojskowym
generałem „Pugiem” Ismayem oraz Colville’em, nakreślił wizję „świata,
w którym Hitler dominuje nad Europą, Azją i Afryką, pozostawiając nam
i USA jedynie zawarcie niechcianego pokoju”.
Churchill nazwał tę chwilę decydującą i ostrzegł, że gdyby Hitlerowi
udało się opanować iracką ropę i ukraińską pszenicę, nawet „nasi bracia
z Plymouth” – czyli Amerykanie – nie byliby w stanie odwrócić losów
wojny. Tego ranka w pociągu Colville zanotował, że Clementine Churchill
zapytała go: „Jock, czy sądzi pan, że wygramy?”.
Nicolson ze swego fotela w Ministerstwie Informacji także dostrzegał
oznaki coraz większych obaw i wyczerpania opinii publicznej i zastanawiał
się, jak temu zaradzić. „Z propagandowego punktu widzenia kraj pragnie
tak naprawdę przedstawienia drogi do zwycięstwa” 307, pisał w dzienniku
13 kwietnia, gdy wojska niemieckie przejmowały inicjatywę w Libii.
„Ludzie są znużeni słowami o słuszności naszej sprawy i naszym
przyszłym tryumfie. Pragną faktów mówiących im, jak pokonamy
Niemców”. Na koniec dodał: „Nie mam bladego pojęcia, jak mamy
przekazać im te fakty”.

Gdy generał Raymond E. Lee, elegancki amerykański attaché wojskowy


w Londynie, zmarł w roku 1958 w wieku 72 lat, jego nekrolog w „New
York Timesie” głosił, że „nikt zajmujący to stanowisko nie był nigdy
popularniejszy wśród Amerykanów mieszkających w brytyjskiej stolicy, jak
i brytyjskich urzędników” 308. Przyczyna? Podczas niemieckich nalotów
w roku 1940 i 1941 „zachowywał absolutne przekonanie, że Królewskie
Siły Powietrzne odniosą sukces w obronie Wysp Brytyjskich”.
Lee nie tylko wydawał się przekonany o zwycięstwie, ale starał się
zaszczepić to przekonanie innym, zwłaszcza tym, których zadaniem było
kształtowanie opinii publicznej w jego ojczyźnie. W czasie Blitzu
denerwowała go częstotliwość, z jaką amerykańska prasa określała Londyn
jako „zrujnowany” nalotami. Wezwał kilku amerykańskich korespondentów
do swego gabinetu, w którym na biurku leżała sterta słowników, po czym
odczytał im definicje słowa „zrujnowany”. Następnie poprosił ich, by
spojrzeli za okno, i stwierdził, że widok nie odpowiada dopiero co
przeczytanym definicjom. „Londyn nie jest zrujnowany, a jeśli pragniecie,
panowie, opinii żołnierza, nie zostanie zrujnowany”, powiedział.
Choć Lee tak bardzo starał się zwalczać pesymizm swego pierwszego
szefa, ambasadora Kennedy’ego, i innych, nawet on odczuwał niepokój,
jakiego doświadczali tej wiosny jego brytyjscy koledzy. Od końca stycznia
do końca marca brał udział w konferencji ABC-1, jak nazwano pierwsze
amerykańsko-brytyjsko-kanadyjskie spotkanie sztabowców. Pełnił tam
funkcję doradcy delegacji amerykańskiej. Konferencja odbywała się
w Waszyngtonie i kładła podwaliny pod szeroką amerykańsko-brytyjską
współpracę wojskową, opierając się na założeniu, że Ameryka najpewniej
włączy się do wojny. Zważywszy jednak na oficjalne stanowisko
Waszyngtonu jako strony niewalczącej, konferencja odbywała się
w całkowitej tajemnicy, a udział w niej brała niewielka liczba oficerów 309.
Delegaci brytyjscy, określeni jako „doradcy techniczni przy Brytyjskiej
Komisji Zakupów”, zapobiegliwie przybyli w cywilnych ubraniach.
Według Roberta Sherwooda, doradcy prezydenta, rozmowy sztabowe
„zapewniły najwyższe możliwe przygotowanie strategiczne, jakie Stany
Zjednoczone czy którekolwiek państwo niebędące agresorem mogło
osiągnąć przed włączeniem się do wojny”. Najwyższa tajność konferencji
wymuszona była nie obawą, że mogą się o niej dowiedzieć Niemcy czy
Japończycy. Prawdziwą przyczyną był fakt, że mogła ona dostarczyć
amunicji krajowym izolacjonistom, którzy już zarzucali administracji
Roosevelta, iż ta spiskuje celem pchnięcia ich kraju do wojny. Gdyby plany
te wpadły w ręce członków Kongresu czy prasy, pisał Sherwood,
„amerykańskie przygotowania wojenne mogłyby zostać praktycznie
zniweczone i pogrzebane”.
Po udanej konferencji Lee powinien był czuć ulgę i spokój, gdy
w początkach kwietnia wracał do Londynu. Jednak w czasie postoju
w Lizbonie attaché wojskowy doznał czegoś w rodzaju ataku paniki
w związku z przewożonymi przez siebie tajnymi dokumentami 310.
Zawierały one wyniki rozmów wojskowych w Waszyngtonie, w tym plany
rozmieszczenia wojsk amerykańskich i brytyjskich w przypadku włączenia
się jego kraju do wojny. Lee wiózł także tajny list Roosevelta do
Churchilla. Utrata tych dokumentów, pisał, byłaby „nie do powetowania”.
Jako że w oczekiwaniu na lot do Anglii zatrzymał się w hotelu, oddał te
dokumenty na przechowanie pracownikom amerykańskiej placówki
dyplomatycznej w Lizbonie. Po późnej kolacji udał się na spoczynek, lecz
zbudził się o wpół do trzeciej w nocy „z okropnego koszmaru”.
Wpółprzytomny przypomniał sobie, że Lizbona stanowi ośrodek
międzynarodowego szpiegostwa, jest w niej pełno niemieckich agentów,
a on powierzył dokumenty „reprezentantom Ameryki, którzy wcale nie są
Amerykanami”. We śnie jeden z nich pojechał prosto na granicę, by
przekazać papiery Niemcom. Lee pospieszył rankiem do poselstwa, by
upewnić się, że był to jedynie sen… jednak dla pewności zabrał dokumenty
i zamknął się z nimi w pokoju hotelowym aż do wyjazdu.
Samolot Lee wylądował w Poole późnym popołudniem 10 kwietnia.
Generał spędził noc w pobliskim Bournemouth, nim złapał poranny pociąg
do Londynu. Gdy nalewał sobie kawę w nowym mieszkaniu, dobiegły go
„cztery głośne tąpnięcia brzmiące jak odległe wybuchy bomb”. Kiedy
wyszedł wraz z innymi gośćmi popatrzeć, dostrzegł łunę pożaru, jaki
ogarnął trafiony bombą duży hotel w Poole. Po chwili goście udali się na
spoczynek, lecz wkrótce właścicielka obudziła ich i kazała dla
bezpieczeństwa zejść na dół. Tym razem trafiony został leżący ledwie pół
przecznicy dalej sklep Woolwortha, nad miastem zaś krążyły kolejne
niemieckie bombowce. Przybywszy wreszcie do Londynu, Lee poczuł
ogromną ulgę, gdy przekazał list Roosevelta do doręczenia Churchillowi
i zamknął resztę dokumentów w sejfie.
Innym powodem ulgi Lee było pierwsze spotkanie z Winantem, który
przybył do Londynu podczas jego nieobecności. „Jakaż różnica
w porównaniu z pierwszą rozmową z Kennedym, który był oschłym
prostakiem i ignorantem we wszystkich słowach i czynach”, zapisał Lee
w dzienniku. „Jest jasne, że Winant i Churchill są już w doskonałych
stosunkach, i jestem pewien, że tak pozostanie” 311.
Mimo to pierwszy w Londynie tydzień po powrocie wpędził Lee
w ponury nastrój. „Sądzę, że dostrzegam poważne pogorszenie w wielu
aspektach, którego mógłbym nie dostrzec, gdybym nie wyjechał” 312, pisał.
Sytuacja aprowizacyjna się pogorszyła, ludzie zaś wyglądali na „bardziej
poważnych”. W kinach publiczność poddawano prymitywnej propagandzie,
jakiej dotychczas władze unikały. Lee oglądał film przedstawiający
brytyjskich żołnierzy krzyczących na szkoleniu: „Bij! Zabij!” i stwierdził,
że czegoś takiego wcześniej nie widział.
Generał miał nadzieję, że amerykańska pomoc pozwoli RAF na
bombardowanie celów położonych głębiej w Niemczech, lękał się jednak
o wynik „wyścigu z czasem”. Kluczową kwestią było „czy nasza pomoc
dotrze na tyle wcześnie, by wesprzeć słabnącą stopniowo sprawę”. Jego
dziennik dowodzi, że był znacznie mniejszym optymistą, niż można było
wnioskować z jego wypowiedzi publicznych.
„Pan Black”, zapewne kryptonim jednego ze źródeł wywiadowczych,
z którym spotkał się w tym okresie, nie podniósł Lee na duchu. Powiedział
on generałowi, że Niemcy „są przekonani, że pomoc Stanów
Zjednoczonych nie zdoła dotrzeć do Anglii na tyle wcześnie, by wpłynąć na
ostateczny rezultat”. Nawet niektórzy urzędnicy brytyjscy wydawali się
w swych kontaktach z licznymi amerykańskimi emisariuszami raczej pełni
desperacji niż niezachwianej pewności, jaką Churchill przejawiał niemal
przy każdej okazji. Minister produkcji lotniczej lord Beaverbrook zapytał
generała Henry’ego „Hapa” Arnolda, który pracowicie rozbudowywał
Korpus Powietrzny Armii USA: „Co by pan zrobił, gdyby Churchilla
powieszono, a my wszyscy krylibyśmy się w Szkocji lub byli podbici przez
Niemców?”. Według Lee generał Arnold doszedł do wniosku, iż brytyjscy
gospodarze „odgrywali komedię, by przekonać go” o powadze sytuacji.
Niektórzy Amerykanie byli wystarczająco przekonani. 10 kwietnia
Harriman napisał do Roosevelta: „Anglia się wykrwawia. Ufam, że
w naszym własnym interesie możliwe będzie bezpośrednie użycie naszej
marynarki, nim nasz partner za bardzo osłabnie” 313. W liście do Harrimana
datowanym 29 kwietnia William Bullitt, były amerykański ambasador
w Rosji i – aż do jej upadku – Francji, pisał: „Prezydent czeka na rozkazy
opinii publicznej, opinia publiczna zaś czeka na rozkazy prezydenta. (…)
Nie stanie się nic drastycznego, póki prezydent nie przejmie steru albo
Hitler nie wywoła incydentu, który opinia publiczna uzna za zniewagę
narodowego honoru” 314.
Tymczasem amerykańscy dziennikarze w Europie odgrywali coraz
bardziej bezpośrednią rolę w zmaganiach o opinię publiczną.
Dorothy Thompson 315 była jedną z pierwszych korespondentek
zagranicznych, którym udało się zyskać status celebrytki. Swą reputację
budowała od lat dwudziestych na najczęściej wnikliwych reportażach
z Europy dla różnych amerykańskich tytułów. Już w 1923 r., po nieudanym
puczu monachijskim, próbowała przeprowadzić wywiad z Hitlerem. Gdy
NSDAP zaczęła marsz po władzę po krachu na giełdzie w 1929 r.
i późniejszym kryzysie gospodarczym, Thompson nareszcie udało się
umówić na rozmowę z Hitlerem w listopadzie 1931 r. Wywiad zrobiła dla
„Cosmopolitan”, lecz maksymalnie wykorzystała okazję, szybko publikując
książkę I Saw Hitler! [Rozmawiałam z Hitlerem]. Wydana w 1932 r. cienka
książeczka stała się sporą sensacją – wówczas w prasie publikowano
mnóstwo doniesień na temat jej tytułowego bohatera.
Na nieszczęście dla Thompson książka stanowiła największy błąd w jej
skądinąd błyskotliwej karierze. Celnie wyjaśniła, w jaki sposób Hitler liczył
na podkopanie systemu demokratycznego, zamiast, jak wcześniej,
próbować obalić go siłą: „Ludzie mieli się »przebudzić«, ruch Hitlera zaś
miał przegłosować wprowadzenie dyktatury!”. Zupełnie błędnie jednak
oceniła jego perspektywy polityczne – mimo iż wszelkie oznaki
wskazywały, że jego nowa taktyka przynosi owoce.
„Kiedy wreszcie wchodziłam do salonu Adolfa Hitlera w hotelu
Kaiserhof, byłam przekonana, że spotykam się z przyszłym dyktatorem
Niemiec”, napisała. „Wystarczyła niecała minuta, bym zyskała pewność, że
wcale nie. Tyle wystarczyło, by zmierzyć zaskakujący brak znaczenia tego
człowieka, który zelektryzował świat”. O Hitlerze napisała: „jest
niekonsekwentny, elokwentny, nieopanowany, niepewny (…). Jest
dokładnym prototypem Szarego Człowieka”, odnosząc się do ówczesnego
bestsellera niemieckiego autora Hansa Fallady. Jego oczy, dodała, „miały
szczególny błysk, który często znamionuje geniuszy, alkoholików
i histeryków”. Z tego powodu doszła do wniosku, że Hitler raczej nie ma
szans na dotarcie na szczyt, a gdyby nawet mu się to udało, „rozgromi tylko
najsłabszych ze swych przeciwników”.
Jednakże po przejęciu władzy przez Hitlera Thompson powróciła do
Niemiec, by pisać ostre teksty na temat nazizmu, które ostatecznie
doprowadziły do wydalenia jej w roku 1934 za „antyniemiecką” postawę.
Dowiodła w ten sposób, że już więcej nie zamierza nie doceniać Führera.
Po wybuchu wojny zdecydowanie starała się skłonić swych rodaków do
wsparcia Wielkiej Brytanii. W samym środku sporu o ustawę Lend-Lease
porzuciła wszelkie pozory dziennikarskiej bezstronności i włączyła się
w debatę po stronie administracji Roosevelta.
We wstępie do broszury The Battle of 1776 [Bitwa roku 1776], w której
znalazł się tekst ustawy Lend-Lease wraz z oświadczeniami Roosevelta,
sekretarza stanu Cordella Hulla, sekretarza marynarki Franka Knoxa
i sekretarza wojny Henry’ego Stimsona, Thompson utrzymywała, że „nie
ma nic bardziej pilnego” niż uchwalenie wspomnianej ustawy 316.
Wyjaśniając, jak hitlerowskie Niemcy prowadziły systematycznie
„niszczenie państw”, tłumaczyła, że proces ten oznaczał także zniszczenie
kluczowych elementów – „prawa, kultury, instytucji” – współtworzących
niegdyś niemieckie państwo. W ich miejsce powstała „rasa ludzi spajana
nie przez państwo (…) ale plemię spajane przez świecką religię, pogańską
sektę, partię nazistowską” 317.
Następnie, we fragmencie brzmiącym dziwnie aktualnie, lecz który
dzisiaj z pewnością uznano by za niepoprawny politycznie, napisała: „To
właśnie ta sekta, ta świecka religia, która niczym ruch Mahometa, który
przypomina bardziej niż cokolwiek innego, stara się podporządkować sobie
cywilizowany świat. Gdziekolwiek powstaje, kończą się państwa. Państwo
jest niszczone nie tylko poprzez zbrojną okupację, ale także poprzez
systematyczne niszczenie jego podstawowych instytucji” 318. Jak
stwierdziła, gdyby Niemcom udało się pokonać Wielką Brytanię,
szaleństwem byłoby wierzyć, że następnym ich celem nie będą Stany
Zjednoczone. Pokonana Anglia „stałaby się bazą dla dominacji nad
Oceanem Atlantyckim i okrążenia Ameryk. (…) Przegralibyśmy wojnę,
zanim ktokolwiek chwyciłby za broń” 319.
Thompson stanęła po stronie administracji Roosevelta znacznie bardziej
otwarcie niż niektórzy jej dawni koledzy z Berlina, ale nie była w tym
w żadnym razie osamotniona. Korespondent „Chicago Daily News” Edgar
Ansel Mowrer, laureat Nagrody Pulitzera za wnikliwe reportaże o dojściu
Hitlera do władzy, musiał w 1933 r. pod naciskiem nazistowskiego rządu
opuścić Niemcy. W lecie 1940 r. jego wydawca Frank Knox, który został
wówczas sekretarzem marynarki, polecił mu udać się z Williamem „Dzikim
Billem” Donovanem do Wielkiej Brytanii. Roosevelt posyłał Donovana,
który niedługo miał objąć organizację wywiadowczą znaną jako Biuro
Służb Strategicznych (OSS), z zadaniem dokonania oceny brytyjskich
nastrojów i szans na przetrwanie, gdyż nie ufał osądom ambasadora
Kennedy’ego.
Po spotkaniach z Churchillem i najważniejszymi urzędnikami
emisariusze uzgodnili treść swego raportu dla prezydenta. Jak ujął to
Mowrer [kursywa jego]: „Wielka Brytania pod Churchillem nie podda się
ani wobec bezlitosnych nalotów, ani wobec inwazji” 320.
Nie dziwi fakt, że ci korespondenci, którzy byli naocznymi świadkami
zachowania nazistów, chcieli wpływać na opinię publiczną w kraju. 1
grudnia 1940 r., kończąc pobyt w Berlinie w roli korespondenta CBS,
William Shirer zapisał w swym dzienniku, że jeśli Hitler nadal będzie
odnosił zwycięstwa w Europie i Afryce, uderzy następnie na Stany
Zjednoczone, „chyba że będziemy gotowi porzucić nasz sposób życia
i dostosować się do służebnej pozycji w jego totalitarnym porządku
rzeczy” 321. Hitler nie będzie w stanie zdominować świata, póki na jego
drodze stoją Stany Zjednoczone, pisał. „Zderzenie jest tak nieuniknione, jak
zderzenie dwóch planet na orbicie kolizyjnej, nieodwołalnie sunących ku
sobie przez przestrzeń” 322. Opublikowany w połowie 1941 r. Dziennik
berliński. Zapiski korespondenta zagranicznego 323 pozwolił mu podzielić
się tymi nieocenzurowanymi przemyśleniami z szerokim gronem
czytelników, gdy jego książka szybko wspięła się na szczyty list
bestsellerów.
W tym samym czasie Joseph Harsch, korespondent „Christian Science
Monitor”, który także niedawno powrócił z Berlina, wydał Pattern of
Conquest, zbiór dwunastu opublikowanych wcześniej na łamach gazety
tekstów, w których prezentował poglądy zbieżne z Shirerem i Thompson.
„Problem, wobec którego stoją Amerykanie, jest jasny”, pisał.
W tytanicznych zmaganiach o dominację nad światem „Ameryka może
albo należeć do strony dominującej, albo jej ulec”. By zapobiec zwycięstwu
Niemiec, Stany Zjednoczone „muszą stanąć po stronie Wielkiej Brytanii”.
Jak dodał: „Wspólnie oba kraje bez wątpienia mogą pokonać Niemcy” 324.
Nie wszyscy amerykańscy korespondenci zaczęli jako zdeklarowani
oponenci Hitlera. Henry Flannery, następca Shirera na stanowisku
korespondenta CBS w Berlinie, przybył do Niemiec w listopadzie 1940 r.,
jeszcze przed odjazdem poprzednika, i nie od razu przyjął jego
zdecydowanie antynazistowską postawę. „Byłem jednym z tych, którzy
mieli, jak to mówiono, »otwarty umysł« – którzy nie wierzyli, że
nazistowskie Niemcy muszą koniecznie stanowić zagrożenie dla Stanów
Zjednoczonych, i uważali, że możliwe jest dogadanie się z Hitlerem” 325,
wspominał. Gdy jednak Flannery zaczął poznawać kraj, o którym
informował, i gdy dowiedział się o tajnym planie „humanitarnego
zabijania” osób fizycznie i psychicznie upośledzonych, niezwłocznie
zmienił poglądy.
Póki Niemcy miały nadzieję utrzymać Stany Zjednoczone z dala od
wojny, ich urzędnicy starali się traktować amerykańskich korespondentów
z pewnym umiarem. Gdy jednak Waszyngton w początkach 1941 r.
zwiększył poparcie dla Wielkiej Brytanii, dziennikarze zaczęli czuć się
coraz bardziej zagrożeni. 15 marca Gestapo aresztowało Richarda Hotteleta
z United Press „pod zarzutem szpiegostwa”; pozostał on w areszcie do 8
lipca, gdy równie niespodziewanie zwolniono go i pozwolono wrócić do
Stanów Zjednoczonych. Rzeczywistym przestępstwem Hotteleta, zdaniem
jego kolegi, przyszłego prezentera ABC Howarda K. Smitha, było to, iż
„nie potrafił już skrywać obrzydzenia” 326 wobec nazistowskiej
propagandy. Jako że, według Smitha, naziści szukali kogoś, kogo mogliby
aresztować, by zastraszyć pozostałych amerykańskich reporterów
w Berlinie, Hottelet stał się oczywistym celem 327.
Jak wiele innych działań nazistów, tego rodzaju surowe traktowanie
jedynie spotęgowało niechęć, jaką większość pozostałych korespondentów
żywiła wobec reżimu, o którego działaniach informowała. Gdy
dziennikarze pozbyli się resztek zahamowań co do prezentowania swych
uczuć w reportażach, przyczynili się do coraz wyraźniejszej zmiany
nastrojów w kraju.

Tak jak dziennikarze pracujący w Berlinie nie mieli problemu


z przedstawianiem nazizmu jako wcielenia zła, tak amerykańscy
korespondenci w Londynie prezentowali drugą stronę tej historii,
w większości przejmując Churchillowski obraz Wielkiej Brytanii jako
samotnego bohatera walczącego z niemiecką machiną wojenną. „Stany
Zjednoczone miały w tym czasie w Londynie wyśmienitą grupę
korespondentów”, pisał minister informacji Cooper. „Byli oni niemal bez
wyjątku antyniemieccy i bardzo pomogli wspólnej sprawie” 328.
Przez całą bitwę o Anglię i Blitz audycje This is London Murrowa
wstrząsały amerykańskimi słuchaczami poprzez opisy strat, jakie zadawały
codziennie niemieckie bomby, a co ważniejsze, mówiły też o cichej
odwadze mieszkańców Londynu i charyzmatycznym przywództwie
Churchilla. Gdy nowy premier przemówił w Izbie Gmin po upadku Francji
i ewakuacji Dunkierki, jak donosił Murrow, „Mówił językiem Szekspira
z bezpośredniością, jakiej nigdy wcześniej nie słyszałem w tej Izbie” 329.
Murrow nie był bynajmniej jedynym amerykańskim korespondentem,
który mówił o brytyjskiej niezłomności. Quentin Reynolds, korespondent
„Collier’s Weekly”, podsumował swoje wrażenia z Londynu z końca 1940
r., wspominając, że taktyka zastraszania, dzięki której Hitlerowi udało się
podbić większość kontynentalnej Europy, zawiodła podczas Blitzu. Zamiast
drżeć, „Londyn ziewnął”, pisał. „Zastraszanie Anglików jest równie
skuteczne jak beza w walce z Joe Louisem” 330. Jednak to audycje Murrowa
wywarły największy wpływ.
Eric Sevareid, który pracował z Murrowem w londyńskim biurze CBS,
utrzymywał, że jego kolega nie postrzegał swojej roli w sposób
bezpośrednio polityczny. „Murrow nie próbował »sprzedać« brytyjskiego
stanowiska Ameryce”, pisał. „Starał się przedstawić uniwersalną sprawę
ludzi, którzy wobec świata przyjęli szlachetną postawę. Dzięki temu
uczynił Brytyjczyków i ich zachowanie ludzkimi i tym samym
porywającymi dla jego rodaków w kraju” 331. Jego wpływ, dodał Sevareid,
uczynił go znacznie ważniejszym od oficjalnego przedstawiciela jego kraju,
którym za czasów większości jego audycji nadal był Kennedy. „On
[Murrow] był ambasadorem, i to podwójnym, reprezentując Wielką
Brytanię w Ameryce oraz Amerykę w Wielkiej Brytanii”, konkludował.
Relacje Murrowa bez wątpienia skłaniały przybywających
amerykańskich dziennikarzy do poszukiwania zawartych w nich motywów.
Ernie Pyle, korespondent Scrippsa-Howarda, którego potoczny styl
i odwaga zapewniły mu Nagrodę Pulitzera i wielką sławę, nim zginął z ręki
japońskiego snajpera w roku 1945, przybył do Wielkiej Brytanii w grudniu
1940 r. i pozostał tam do marca roku następnego. Opublikowana szybko
książka Ernie Pyle in England [Ernie Pyle w Anglii] stanowiła jawny hołd
dla angielskiego ducha i pomijała całkowicie wątpliwości, jakie mogła
żywić ludność. „W ciągu trzech miesięcy nie spotkałem ani jednego
Anglika, któremu zaświtałoby w głowie, że Wielka Brytania mogłaby
przegrać wojnę” 332, pisał.
Ci Amerykanie, którzy przebywali w Wielkiej Brytanii dłużej, wiedzieli,
że rzeczywistość nie jest tak prosta. Anglicy żywili takie same wątpliwości
i lęki jak każdy, gdy niebo pełne było niemieckich bombowców. Jak jednak
pisał Sevareid, „Brytyjczycy bali się jeden drugiego”, gdy chodziło
o okazywanie uczuć. Byłoby to po prostu w złym guście. „Można było
panikować w sercu, ale nie okazywało się tego ani wobec pojedynczych
osób, ani w grupach” 333. Co istotne, rozważania Sevareida na ten temat
znalazły się w jego wspomnieniach, które ukazały się po wojnie. W czasie
największego zagrożenia Wielkiej Brytanii Sevareid i jego koledzy nie byli
skłonni dzielić się tak szczegółowymi analizami.
Na gościu takim jak Pyle codzienne przejawy odwagi robiły ogromne
wrażenie… i jednocześnie były zaraźliwe. Opisując swe uczucia pod koniec
pobytu, pisał: „Byłem w Londynie tak długo, że przyjąłem londyńskie
spojrzenie na świat, londyńską swobodę, londyńskie przekonanie, że
cokolwiek się zdarzy, wytrzymamy. Psychika londyńczyka jest niczym
psychika pilota – ktoś dzisiaj zginie, ale zawsze będzie to ktoś inny, nie
ja” 334.

W styczniu 1941 r. ministerstwo propagandy Goebbelsa sławiło America


First Committee jako „prawdziwie amerykański i prawdziwie
patriotyczny” 335. Sugerowało to, że niemiecki reżim nadal żywi nadzieję,
że izolacjoniści będą w stanie zablokować lub przynajmniej spowolnić
działania Roosevelta mające wesprzeć Wielką Brytanię. Po przejściu
ustawy Lend-Lease nadzieje te otrzymały silny cios. 11 marca, po
głosowaniach w Izbie Reprezentantów i Senacie, Goebbels skarżył się
w swym dzienniku, że opozycja w Stanach Zjednoczonych „zrezygnowała
z walki”, i wspomniał o „coraz szerszym oddźwięku” ustawy. „Londyn,
rzecz jasna, przyjął ją z zachwytem, niczym tonący chwytający się
brzytwy” 336.
Choć Hitler nadal utrzymywał, że Stany Zjednoczone nie będą zdolne
zmobilizować się wystarczająco szybko, by wywrzeć decydujący wpływ na
przebieg wojny, wieść o Lend-Lease skłoniła go do wygłaszania, jak ujął to
Engel, „częstych tyrad przeciwko Amerykanom, zwłaszcza
337
Rooseveltowi” . Nowe prawo przysporzyło mu „dodatkowych,
poważnych problemów”. Według jego wojskowego adiutanta 24 marca
powiedział niewielkiej grupie najwyższych dostojników partyjnych
i wojskowych, że ustawa „dała mu powód do wojny”. Dodał, że nie ma
zamiaru na razie z tego korzystać, ale przyjdzie na to czas.
„W końcu dojdzie do wojny z USA”, oświadczył Hitler. „Za
Rooseveltem stoją żydowscy finansiści, którzy pragną wojny i muszą
pragnąć wojny, jako że niemieckie zwycięstwo w Europie przyniosłoby
gigantyczne straty kapitałowi amerykańskich Żydów w Europie”. Skarżył
się na fakt, że Niemcy nie dysponują bombowcami zdolnymi dolecieć do
amerykańskich miast celem udzielenia lekcji „amerykańskim Żydom”. Jak
jednak wyjaśnił, „bezlitosna wojna przeciwko żegludze” ograniczy
skuteczność amerykańskich dostaw. Poza tym, dodał, „Amerykanie nie
mogą zrobić wszystkiego, a wydajność ich przemysłu zbrojeniowego jest
nadal ograniczona”.
Halder skrupulatnie odnotował te nastroje w dokonanym miesiąc później
wpisie w dzienniku. 26 kwietnia stwierdził, że Waszyngton jest słabo
przygotowany na bezpośrednie starcie także pod innymi względami.
„Gdyby Ameryka przystąpiła obecnie do wojny, należałoby się liczyć tylko
z jej armią okresu pokoju” 338, pisał. Jednak nie wszyscy generałowie
Hitlera wyrażali się tak lekceważąco. Zaniepokojony doniesieniami o Lend-
Lease von Bock napisał w dzienniku, że Amerykanie „zrobili już wszystko
poza samym wysłaniem wojska do Europy” 339. Jego zaniepokojony ton
sugerował, że nie widział w tym wydarzeniu niczego pozytywnego.
Zważywszy na coraz silniejsze więzi amerykańsko-brytyjskie, Hitler był
jeszcze bardziej zdecydowany prezentować niezachwiane przekonanie
o ostatecznym zwycięstwie Niemiec. Jego plan uderzenia na Związek
Radziecki miał nie tylko przynieść spełnienie obietnicy ekspansji na
wschód, jaką wyraził po raz pierwszy w Mein Kampf, ale także
zademonstrować uparcie walczącej Wielkiej Brytanii i jej zwolennikom
w Waszyngtonie bezowocność prób stłumienia jego ambicji. „Nie czujemy
już większego respektu przed USA”, pisał 10 marca Goebbels w dzienniku.
„Na Żydach wrażenie robi jedynie demonstracja siły” 340.
Chociaż Goebbels przyjął lekceważący stosunek swego szefa do
Roosevelta i jego rodaków, zdradzał zaniepokojenie siłą przywództwa
Churchilla. „Gdyby doszedł do władzy w roku 1933, nie bylibyśmy tu,
gdzie teraz”, zapisał 8 maja po lekturze tomu przemówień i esejów
Churchilla z drugiej połowy lat trzydziestych. „Sądzę, że przysporzy nam
jeszcze kilku problemów”. Ale jakby pragnąc się uspokoić, dodał:
„Jednakże damy radę je rozwiązać. Mimo to nie należy go lekceważyć, jak
to zwykle czynimy” 341.

W samym środku przygotowań Hitlera do operacji „Barbarossa” i wysiłków


Churchilla na rzecz umocnienia związków swego kraju z Waszyngtonem
nad Szkocją dosłownie z nieba spadł zupełnie nieoczekiwany gość,
zaskakując obu przywódców. 10 maja Rudolf Hess, zastępca Hitlera –
stojący u jego boku od najwcześniejszych dni nazistowskiego ruchu
w Monachium – wystartował messerschmittem 110 z Augsburga i zniknął
z niemieckiej przestrzeni powietrznej, kierując się nad Morze Północne 342.
Choć Hess był doświadczonym pilotem, nigdy wcześniej nie skakał ze
spadochronem. W pobliżu Glasgow jednak dokładnie to zrobił, uszkadzając
sobie nogę podczas wychodzenia z kokpitu.
Gdy jego samolot runął na ziemię i eksplodował, Hess wylądował na
polu i wkrótce zetknął się ze szkockim farmerem. Powiedział mu
i przybyłym na miejsce członkom Home Guard, że jest Niemcem i ma
wiadomość dla diuka Hamilton. Douglas Douglas-Hamilton, podpułkownik
RAF 343, w 1936 roku zaś członek brytyjskiej delegacji na Igrzyska
Olimpijskie w Berlinie, twierdził, że nie pamięta spotkania z Hessem
podczas zorganizowanego wówczas przyjęcia z udziałem najważniejszych
nazistów. Hess wszakże postanowił, że właśnie jego potrzebuje do
zrealizowania swojej misji.
Jak wyłuszczył Hitlerowi w pozostawionym liście, a następnie
Brytyjczykom, zamierzał przekonać ich do zawarcia pokoju
z nazistowskimi Niemcami. Hitler przyznał później, że Hess odwiedził go
kilka dni przed wylotem i zapytał, czy nadal wierzy – tak jak napisał
w Mein Kampf – że oba mocarstwa mogą zawrzeć kompromis. Führer
oświadczył, że poglądów nie zmienił, choć w owym momencie musiał
uważać, że udziela odpowiedzi na pytanie o charakterze akademickim.
Churchill przebywał wówczas w Ditchley Park, gdzie oglądał –
odpowiednio do sytuacji – jeden z filmów Braci Marx. Przerwano mu
seans informacją o przybyciu Hessa – przekazaną telefonicznie przez
Hamiltona, który dopiero co się z nim spotkał. „Pomyślałem, że to bajka”,
wspominał Churchill. „Raport jednak okazał się prawdziwy”. Jak dodał, dla
niego analogiczna sytuacja byłaby, gdyby minister spraw zagranicznych
Eden, „mój zaufany kolega” 344, wyskoczył z ukradzionego spitfire’a nad
Niemcami. Innymi słowy, było to trudne do wyobrażenia.
Brytyjski premier był zdumiony, Hitler natomiast wpadł w furię na wieść
o czynie swego zastępcy. Niemiecki przywódca znajdował się wówczas
w Berghofie, swej alpejskiej willi, i miał się spotkać ze Speerem, by
omówić szkice dotyczące defilady zwycięstwa, jaka miała odbyć się
w 1950 r. w przebudowanej niemieckiej stolicy. Tuż przed swym
najbardziej brzemiennym w skutki aktem agresji – przeciwko Związkowi
Radzieckiemu – Hitler już rozważał sposoby uczczenia sukcesu. Czekający
na dole Speer napotkał dwóch adiutantów Hessa, którzy poprosili go
o zgodę na doręczenie wpierw Hitlerowi listu ich zwierzchnika. Speer nie
miał pojęcia, co się stało, i zaczął przeglądać swoje szkice, gdy adiutanci
weszli do salonu. „Usłyszałem nagle nieartykułowany, niemal zwierzęcy
wrzask” 345, wspominał.
Hitler był wstrząśnięty i zaambarasowany czynem, w którym widział
osobistą zdradę. „Hess zawsze miał szalone pomysły”, powiedział swoim
współpracownikom, gdy potwierdziła się informacja, że dotarł żywy do
Anglii. Nazajutrz Hitler dodał, że „wszystkie jego pomysły były na
pograniczu rzeczywistości i szaleństwa” 346. Jak zauważył Goebbels,
„Führer jest całkowicie rozbity. (…) Ludzie pytają, i słusznie, dlaczego taki
dureń mógł być następny w kolejce po Führerze” 347.
Jakiekolwiek byłyby obawy nazistowskich dostojników co do reakcji
w kraju, priorytetem dla Hitlera było zapewnienie Mussoliniego, że był to
akt niesubordynacji niezrównoważonej osoby, nie zaś oznaka głębszego
kryzysu trapiącego jego władzę. Posłał do Rzymu ministra spraw
zagranicznych von Ribbentropa, który przybył tam, według jego włoskiego
odpowiednika hrabiego Ciano, „przybity i nerwowy” 348. W czasie
spotkania Mussolini w końcu uspokoił swego gościa. Później jednak Duce
powiedział Ciano, że sprawę Hessa uważa za – jak to ujął minister –
„straszny cios zadany reżimowi” 349. Mussolini był zazdrosny i zły
z powodu niemieckich zwycięstw, podczas gdy jego oddziały ponosiły
kolejne porażki. Dlatego z radością przyjął wieść o czynie Hessa,
przekonany, że „to przyczyni się do spadku kursu akcji niemieckich
również w oczach Włochów”.
Hitler i Goebbels bali się tego, w jaki sposób Churchill i jego ludzie
wykorzystają swego niespodziewanego gościa – zwłaszcza zaś, jakie
korzyści propagandowe odniosą dzięki niemu. Goebbels początkowo
uważał, że sprawa ta przynosi „ogromne straty” 350, zważywszy na liczne
doniesienia prasowe. Żywił też inną obawę. „Największe
niebezpieczeństwo tkwi w tym, że użyją go do uwiarygodnienia fałszywych
informacji o zbrodniach” 351, pisał. Jednakże nazajutrz ze zdziwieniem
skonstatował, że Wielka Brytania nie wydaje żadnych fałszywych
komunikatów w imieniu Hessa, co on bez wątpienia by uczynił, gdyby
sytuacja była odwrotna. „Mamy do czynienia z durnymi amatorami” 352,
stwierdził.
W rzeczywistości Churchill nie miał ochoty na gierki ze swym
więźniem, który, jak pisał Edenowi, „podobnie jak inni przywódcy
nazistowscy, jest potencjalnym zbrodniarzem wojennym” 353. Hess miał
być traktowany jak jeniec, trzymany w izolacji, lecz w dobrych warunkach,
a przesłuchujący go mieli go ocenić i wydobyć zeń wszelkie możliwe
informacje. „Ma być traktowany z szacunkiem, jak ważny generał, który
wpadł w nasze ręce” 354, polecił premier.
Churchill napisał do Roosevelta 17 maja, przekazując, czego dowiedzieli
się przesłuchujący, oraz informując o przyjętym sposobie postępowania
w tej sprawie. „Uważamy, iż dobrze się stało, że prasa ma się tutaj czym
zająć przez pewien czas, dając tym samym Niemcom sporo do
myślenia” 355. Manifest Hessa, jak ujął to Churchill, mówił, że Niemcy
z pewnością zwyciężą, w związku z czym Wielka Brytania powinna
zawrzeć pokój z Hitlerem, pozwalając przetrwać Imperium Brytyjskiemu,
„w zamian za pozostawienie mu wolnej ręki w Europie” 356. Jak pisał
Churchill Rooseveltowi, „Jest to stara próba nakłonienia nas do
opuszczenia wszystkich przyjaciół, aby chwilowo uratować większą część
swojej skóry” 357.
Hess jednak utrzymywał, że Hitler nie będzie negocjował z ówczesnym
rządem brytyjskim – czyli z Churchillem. Zamiast tego zdawał się wierzyć,
że w Wielkiej Brytanii istnieje stronnictwo proniemieckie, może związane
z rodziną królewską, zdolne przejąć władzę. Mogło to tłumaczyć jego
pragnienie dotarcia do diuka Hamilton, oparte na błędnym
przeświadczeniu, że jest on gotów rozważyć taką propozycję. Być może
Hess myślał, że diuk umożliwi mu dostęp do króla Jerzego 358.
Inną obawą Churchilla, która także wyjaśniała jego ostrożne podejście
do sprawy Hessa, była ewentualna reakcja Stalina. Jak pisał premier
w swoich wspomnieniach, „Rząd sowiecki był mocno zaintrygowany (…)
i stworzył wokół niej wiele fałszywych teorii” 359. W czasie, gdy Stalin był
przekonany, iż Londyn i Waszyngton karmią go fałszywymi informacjami
o bliskości niemieckiego uderzenia na jego kraj, taka obawa nie może
dziwić. Trzy lata później przy kolacji Stalin zapytał Churchilla o sprawę
Hessa. Gdy Churchill wyjaśnił, że Hess naprawdę był działającym samotnie
szaleńcem, Stalin był nie mniej podejrzliwy. „Wyczuwałem jednak, iż był
przeświadczony, że Niemcy i Anglia prowadziły w celu wspólnego
zaatakowania Rosji tajne negocjacje, które spełzły na niczym” 360,
wspominał premier.
Hess, którego prestiż i znaczenie w kręgu najbliższych
współpracowników Hitlera poważnie spadły przed jego lotem, mógł mieć
nadzieję odzyskać swoją pozycję jednym zuchwałym czynem. Po wojnie,
wraz ze Speerem i innymi najważniejszymi nazistami, stanął przed
trybunałem norymberskim. Dostał dożywocie i znalazł się w więzieniu
Spandau ze Speerem i pięcioma innymi oskarżonymi, którzy nie otrzymali
wyroku śmierci. W rozmowie ze Speerem tuż przed zwolnieniem architekta
Hess przyznał, że pragnął zawrzeć z Wielką Brytanią proponowaną przez
siebie umowę. „Hess zapewnił mnie z całą powagą, że ideą tą natchnęły go
we śnie nadziemskie siły. Nie chciał stanąć w opozycji do Hitlera ani
choćby tylko przyczynić mu kłopotów” 361.
Do roku 1966 wszyscy nazistowscy więźniowie poza nim zostali
zwolnieni; Hess pozostał jedynym więźniem w Spandau. W roku 1987 miał
93 lata, był słaby i niemal ślepy, mimo to zdołał się udusić, owijając sobie
wokół szyi przewód elektryczny. Więzieniem Spandau zarządzały cztery
sprzymierzone mocarstwa – Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja
i Związek Radziecki – jednak tak jak Hitlerowi, nie udało im się
kontrolować Hessa.

Mimo wywołanej sensacji sprawa Hessa nie miała trwałych skutków.


„Nigdy nie przykładałem dużej wagi do tej eskapady”, pisał Churchill.
„Wiedziałem, że nie miała żadnego związku z biegiem wypadków” 362.
Mimo to Hess nieświadomie ujawnił dynamikę pomiędzy czterema
głównymi graczami w krytycznej fazie przed uderzeniem wojsk
niemieckich na Związek Radziecki: napięcia między Hitlerem
a Mussolinim; aż nazbyt widoczną paranoję Stalina na punkcie Churchilla i,
szerzej, Roosevelta; a także, jak wynika ze spokojnego tonu listu Churchilla
do Roosevelta z opisem przebiegu wydarzeń, rosnące zaufanie pomiędzy
oboma zachodnimi przywódcami.
Choć program Lend-Lease stanowił ogromny krok naprzód w staraniach
Waszyngtonu zmierzających do udzielenia pomocy Wielkiej Brytanii,
Roosevelt miał także inne pocieszające wieści. 11 kwietnia telegrafował do
Churchilla, że Stany Zjednoczone przesuwają swoją strefę bezpieczeństwa
i obszar patrolowania głębiej na północny Atlantyk, aż do 26 południka
(zachodniego), w praktyce przejmując odpowiedzialność za całą żeglugę na
półkuli zachodniej. Amerykańskie okręty nie uczestniczyły jeszcze
w eskortowaniu brytyjskich konwojów, miały jednak informować
o jakichkolwiek wykrytych działaniach wroga, w tym o położeniu „wrogich
okrętów i samolotów” 363. W odpowiedzi 16 kwietnia Churchill pisał:
„Admiralicja przyjęła wieści z wielką ulgą i zadowoleniem” 364.
Mimo to premier był coraz bardziej zaniepokojony rozmiarami
brytyjskich strat na morzu. 24 maja Harriman był gościem Churchilla
w Chequers, gdy brytyjskie okręty starły się w Cieśninie Duńskiej
z Bismarckiem, nowym potężnym niemieckim pancernikiem, i z ciężkim
krążownikiem Prinz Eugen 365. O siódmej rano Harriman zbudził się
i zobaczył premiera ubranego jedynie w żółty sweter narzucony na krótką
koszulę nocną, która odkrywała, jak wspominał, różowe nogi polityka.
„Trwa wielka bitwa” 366, powiedział Churchill. Wieści nie były dobre.
Brytyjski krążownik liniowy HMS Hood otrzymał bezpośrednie trafienie,
które wywołało ogromną eksplozję i zatopiło okręt; ocalało tylko trzech
z 1421 członków załogi. Bismarck także został trafiony, początkowo jednak
zdołał wymknąć się ścigającym go Brytyjczykom i skierować do
francuskiego portu Brest.
Harriman miał dzięki temu okazję obserwować swego gospodarza
w działaniu. „Przez trzy dni Churchill koncentrował całą swą uwagę na
pościgu, kierując do niego każdy dostępny okręt i samolot mimo ogólnie
okropnej pogody” 367, wspominał. Bismarck został wreszcie osaczony
i zatopiony 27 maja; na dno poszło z nim około 2300 marynarzy 368. Okręt,
który miał być chlubą marynarki Trzeciej Rzeszy, nie przetrwał swego
pierwszego bojowego rejsu.
Tego samego wieczoru Roosevelt wygłosił orędzie radiowe z Pokoju
Wschodniego w Białym Domu. „Z punktu widzenia potrzeb ściśle
morskich i wojskowych udzielimy wszelkiej możliwej pomocy Wielkiej
Brytanii i wszystkim, którzy razem z Wielką Brytanią opierają się przy
użyciu sił zbrojnych hitleryzmowi lub jego odpowiednikowi” 369, obiecał.
Jeśli brzmiało to tak, jakby prezydent zbliżał się jeszcze bardziej do
bezpośredniego udziału w wojnie, nazajutrz zdawał się wycofywać,
podkreślając, że nie zamierzał rozkazywać marynarce bezpośredniego
eskortowania konwojów ani też prosić Kongresu o przegłosowanie zmian
w Ustawie o neutralności.
Roosevelt był doskonale świadom, że Lindbergh i ruch America First
wciąż mają spore poparcie. Przemawiając 3 maja w St. Louis na wiecu
z udziałem 15 tysięcy osób, Lindbergh powtarzał swoje przekonanie, że
Wielka Brytania jest zgubiona i że amerykańskie próby ocalenia jej są
skazane na niepowodzenie. „Bez względu na to, jak wiele samolotów
zbudujemy w Ameryce i poślemy do Anglii, nie możemy uczynić Wysp
Brytyjskich silniejszymi pod względem lotnictwa niż Niemcy” 370,
oświadczył.
Robert Sherwood, autor przemówień Roosevelta, pisał, że skumulowane
ataki izolacjonistów na prezydenta – w tym ich zjadliwa retoryka, iż
„wykopie on grób co czwartemu amerykańskiemu chłopcu” – odcisnęły
piętno na jego szefie. „Niezależnie od niebezpieczeństwa nie zamierzał
poprowadzić kraju do wojny – zamierzał poczekać, aż zostanie w nią
wepchnięty” 371.
Jeśli chodzi o jego rodaków, wielu z nich było rozdartych między
sprzecznymi pragnieniami pozostania poza wojną i udzielenia pomocy
Brytyjczykom. W sondażu Gallupa opublikowanym w końcu kwietnia 81
procent respondentów 372 sprzeciwiło się włączeniu się do wojny; jak to
jednak ujął ośrodek, „gdyby wydawało się, że jedynym sposobem na
pokonanie Niemiec i Włoch jest włączenie się USA do wojny, 68 procent
powiedziałoby »Zróbmy to«” 373.
Epicentrum zmagań miało się wszakże przesunąć. Pomimo zaciekłych
walk na morzu i udanej inwazji niemieckiej na Kretę w maju, Londyn i inne
brytyjskie miasta niespodziewanie odczuły ulgę w nalotach. „Dziwimy się,
dlaczego przy tej cudownej pogodzie Niemcy nie zaatakowali nas poważnie
z powietrza”, pisał Nicolson 17 czerwca w swym dzienniku. Spekulując na
temat przyczyn tej gwałtownej zmiany, dodał: „Być może koncentrują się
na froncie wschodnim z zamiarem zastraszenia Rosji” 374. W Ministerstwie
Informacji nie znajdował się na liście odbiorców informacji
wywiadowczych sugerujących, że Hitler zamierza nie tyle zastraszyć Rosję,
ile rozpocząć operację „Barbarossa”.
Po raz kolejny Hitler działał, opierając się na własnej logice, co
odzwierciedlał wpis w dzienniku generała Haldera z 4 czerwca.
Nadchodzący atak miał przynieść „uporządkowanie sytuacji w Europie,
które pozbawi Anglię ostatniej perspektywy pomocy z tej strony, oraz
dokonanie ostatecznej przebudowy Europy bez Anglii. Po wykonaniu tego
zadania trzeba mieć całkowicie rozwiązane ręce, aby kładąc główny nacisk
na działania marynarki wojennej i lotnictwa, ostatecznie pokonać
Anglię” 375.
Zdaniem Hitlera szybki podbój Związku Radzieckiego miał być jedynie
krótką przerwą przed ostatecznym starciem z Wielką Brytanią.
5

Co mamy robić?

Niemal do ostatniej chwili, nim rankiem 22 czerwca armie Hitlera uderzyły,


Stalin pozostawał głuchy na ostrzeżenia o niemieckich zamiarach. Dwa dni
przed atakiem kapitan bałtyckiego portu w Rydze zadzwonił do członka
Politbiura Anastasa Mikojana z informacją, która powinna była włączyć
ostatecznie dzwonki alarmowe: 25 niemieckich statków handlowych
otrzymało polecenie, by wyjść następnego dnia w morze, niezależnie od
tego, czy ukończyły rozładunek lub załadunek. Mikojan udał się prosto do
Stalina, prosząc go, by nie pozwolił niemieckim jednostkom opuścić portu.
„To byłaby prowokacja”, odparł gniewnie radziecki przywódca. „Nie
możemy tego zrobić. Każcie im nie przeszkadzać statkom i pozwolić
odpłynąć” 376.
Wieczorem 21 czerwca na radziecką stronę przeszło w różnych
miejscach granicy trzech niemieckich dezerterów, by ostrzec przed
mającym nastąpić o świcie atakiem 377. We wszystkich przypadkach
wiadomość została przekazana wyżej. Stalin po raz kolejny oznajmił, że to
prowokacje… ale wreszcie zgodził się postawić wojska graniczne w stan
gotowości bojowej. Wydał też rozkaz rozstrzelania Alfreda Liskowa,
młodego robotnika i komunisty, który był trzecim ze wspomnianych
dezerterów, „za sianie dezinformacji”.
Ledwie kilka godzin później „dezinformacja” Liskowa okazała się aż
nazbyt prawdziwa. Krótko po trzeciej nad ranem gigantyczna niemiecka
machina wojenna ruszyła do działania. Armia niemiecka, która rozpoczęła
uderzenie, liczyła 3,05 miliona żołnierzy, 3550 czołgów, 2770 samolotów
i około 600 tysięcy koni, których zadaniem było transportowanie broni
i innych ładunków. Kolejne pół miliona żołnierzy dostarczyły
sprzymierzone z Niemcami Finlandia i Rumunia 378. Była to największa
armia w dziejach. Rozpoczynał się epicki konflikt dwóch mocarstw
totalitarnych, w którym średnio brało jednocześnie udział około dziewięciu
milionów żołnierzy obu stron.
Niemieckie siły podzielone były na trzy części. Grupa Armii „Północ”
miała uderzyć przez państwa bałtyckie, a jej ostatecznym celem był
Leningrad. Grupa Armii „Południe” miała zaatakować Kijów, stolicę
Ukrainy. Jednak to Grupa Armii „Środek” była najlepiej wyposażona,
posiadała bowiem połowę wszystkich niemieckich dywizji pancernych, i to
tych najsławniejszych. Jej zadaniem było okrążenie i zdobycie Mińska, po
czym kontynuowanie uderzenia na wschód, w stronę Moskwy. Gdy walki
przesunęły się w tym kierunku, ta największa grupa wojsk niemieckich
miała brać udział w bitwie o rosyjską stolicę.
Gdy 22 czerwca padły pierwsze salwy, kapral Ernst Busch, znający
rosyjski żołnierz niemieckich wojsk łączności, odebrał nadaną otwartym
tekstem depeszę Armii Czerwonej: „Jesteśmy ostrzeliwani. Co mamy
robić?”. Odpowiedź radzieckiego dowództwa była zaszyfrowana, lecz inny
żołnierz z jednostki Buscha szybko ją odcyfrował. „Oszaleliście!”, brzmiała
wiadomość. „I dlaczego nie używacie szyfrów?” 379 Zważywszy na
napływające z Kremla rozkazy, takie przejawy niedowierzania były
w równym stopniu absurdalne, co zrozumiałe.
O czwartej rano szef Sztabu Generalnego generał Gieorgij Żukow
zadzwonił na daczę Stalina, by obudzić go i powiadomić o napływających
z całej zachodniej granicy Związku Radzieckiego meldunkach
o niemieckim ostrzale i nalotach. Stalin wkrótce przybył na Kreml, ale
wciąż nie chciał zrozumieć pełnego znaczenia otrzymywanych informacji.
Spekulował, że niemiecka armia mogła działać na własny rachunek. „Hitler
po prostu o tym nie wie” 380, oświadczył. Następnie polecił Mołotowowi
spotkać się z niemieckim ambasadorem von der Schulenburgiem i ustalić,
co kryje się za meldunkami z granicy. Najwyraźniej nadal miał nadzieję, że
jakimś cudem są one fałszywe 381.
Zgodnie z instrukcjami swojego rządu niemiecki dyplomata już
wcześniej zażądał spotkania z Mołotowem, by przekazać mu jednoznaczną
wiadomość. Przybył o 5.30 rano, gdy Goebbels odczytywał w radiu
podyktowane przez Hitlera oświadczenie. Führer obwiniał Sowietów
o „nieustanne naruszenia” granicy i twierdził, że wojska niemieckie
zaangażowały się w „długotrwałą wymianę ognia” celem odepchnięcia
patroli Armii Czerwonej, które „po raz kolejny wkroczyły na teren
Rzeszy”. Do tego dochodziły ideologiczno-geopolityczne
usprawiedliwienia inwazji:
„W związku z tym wybiła godzina, w której konieczne jest przejście do
działania przeciwko temu spiskowi żydowsko-anglosaskich podżegaczy
wojennych i żydowskich władców centrali bolszewickiej w Moskwie” 382.
Na spotkaniu z Mołotowem von der Schulenburg przekazał wiadomość
od swojego rządu, choć nie krył rozczarowania jej treścią niweczącą
wszystkie jego wysiłki zmierzające do utrzymania pokoju między oboma
krajami. Podobnie jak odczytywane przez Goebbelsa oświadczenie
wiadomość ta głosiła, że nazistowski rząd jest zmuszony „podjąć
natychmiastowe wojskowe przeciwdziałania” w związku z rosnącym
radzieckim zagrożeniem na granicy. Mołotow, co niewiarygodne, zapytał
niemieckiego ambasadora, co znaczy to oświadczenie. Jak zanotował sucho
radziecki stenograf obecny przy spotkaniu, „Schulenburg odpowiedział, że
jego zdaniem oznacza to początek wojny”.
Wciąż zachowując się tak, jakby Hitlera można było przekonać do
zmiany zdania, Mołotow zaprotestował, że radzieckie oddziały prowadziły
jedynie rutynowe ćwiczenia i że nie było koncentracji wojsk nad granicą.
Von der Schulenburg odpowiedział, że nie ma na ten temat nic do dodania.
Mołotow udał się więc z powrotem do Stalina z wieścią, że „Rząd
niemiecki wypowiedział nam wojnę”. Radziecki przywódca wymamrotał:
„Ribbentrop zwiódł nas, swołocz!”.
Jednakże to Stalin najbardziej zwodził sam siebie.

Najeźdźcy byli zaskoczeni, że pomimo wszystkich niemożliwych do


ukrycia przygotowań radzieccy obrońcy są tak wyraźnie nieprzygotowani
na uderzenie. „Nieprzyjaciel został, jak się zdaje, zaskoczony taktycznie na
całej linii” 383, pisał Halder pierwszego dnia w dzienniku. Dwa dni później
wpis Goebbelsa w jego dzienniku brzmiał: „Rozwój działań na Wschodzie
doskonały, ponad wszelkie oczekiwania” 384.
Goebbels ze szczególną dumą wspomniał o sukcesach Luftwaffe w ataku
na siły powietrzne ZSRR, których samoloty stały w równiutkich rzędach na
lotniskach, stanowiąc idealne cele. Jeśli chodzi o nieliczne radzieckie
samoloty, którym udało się wystartować, zdaniem szefa propagandy
„Spadały jak muchy” 385. Pierwszego dnia ofensywy 386 Niemcy zniszczyli
łącznie około 1200 radzieckich samolotów, piloci Luftwaffe zaś działali
swobodnie, bezkarnie atakując cele wojskowe i cywilne. Generał major I.I.
Kopiec 387, dowódca radzieckich sił powietrznych Frontu Zachodniego,
powiedział kiedyś, że zastrzeli się, jeżeli jego samoloty zostaną zniszczone
z zaskoczenia. Otrzymawszy meldunki z pierwszego dnia, spełnił swą
obietnicę.
Sytuacja obrońców na ziemi była równie ponura… i równie zaskakująca
dla atakujących. Hans von Herwarth, były pracownik niemieckiej ambasady
w Moskwie, wkroczył w szeregach Wehrmachtu na teren ZSRR. Gdy przed
świtem 22 czerwca artyleria jego pułku rozpoczęła ostrzał, „nawała ognia
przypominała rój błyskawic złowrogo rozbłyskujących na powoli
jaśniejącym niebie” 388. Przez kilka godzin artyleria obrońców milczała.
„Nasz atak spadł na nich nieoczekiwanie, jeńcy opowiadali nam później, że
zostali zaskoczeni w głębokim śnie” 389. Nie było to wyjątkowe
doświadczenie. Gdy niemieckie oddziały ostrzelały ukraiński Lwów,
Sowieci także nie odpowiedzieli ogniem. Ich dowódca, trafiwszy do
niewoli, wyjaśnił, że początkowo uznał, iż Niemcy ostrzelali ich przez
pomyłkę podczas ćwiczeń, i że wykonywał rozkaz, by nie odpowiadać na
„prowokacje”.
Jak ujął to von Herwarth, „radziecka piechota początkowo biła się
bardzo dzielnie” 390. Gdy jego jednostka przełamała linie przeciwnika,
„krasnoarmiejcy tracili bojowego ducha i opór słabł, ludzie rzucali broń
i oddawali się do niewoli” 391. Długie kolumny jeńców maszerowały
spokojnie tam, gdzie im rozkazano, często pilnowane przez pojedynczych
żołnierzy niemieckich. Von Herwarth opisał jeńców jako „niezwykle
chętnych do składania zeznań, w dodatku odpowiadających prawdzie” 392.
Nic nie mogło bardziej niepokoić oszołomionego radzieckiego
przywództwa, które później usiłowało wybielić tę litanię niepowodzeń
i głosić, że żołnierze i cywile od samego początku stawili zaciekły opór.
W powstałej mitologii „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej” nikt nie był gotów
poddać się z własnej woli, nikt też nie miał wątpliwości, że Armia
Czerwona pod genialnym dowództwem Stalina odniesie ostatecznie
zwycięstwo. Jednak ci, którzy znajdowali się po obu stronach szybko
przesuwającego się frontu, znali prawdę. Niemniej najeźdźcy, przez swe
bestialskie traktowanie jeńców i ludności cywilnej, mieli wkrótce
zaszczepić w Rosjanach nowego ducha walki.
W ciągu pierwszego miesiąca Niemcy wykorzystali chaos panujący
w radzieckich oddziałach, posuwając się na wschód w oszałamiającym
tempie i pokonując ponad 700 kilometrów. Listy wysyłane wówczas do
rodzin przez żołnierzy Wehrmachtu odzwierciedlały ich morale 393. „Czuję
się jak nowo narodzony”, pisał gefreiter Heinrich Nahler 26 czerwca.
Opisał z wyraźną dumą huk niemieckiego ostrzału podczas pierwszego
ataku. Gdy na niebie pojawiły się niemieckie samoloty, „ludzie jak szaleni
uciekali wraz z całym dobytkiem”. Pisał też, że uczcił te pierwsze
zwycięstwa ceberkiem świeżego mleka i dwoma jajkami, które znalazł
w stodole. „Ogólnie mówiąc, wszystko było bardzo miłe i odświętne.
Rosjanie nie użyli przeciwko nam swej artylerii”.
Inni wyrażali absolutną wiarę w przywództwo Hitlera. „Jeśli Führer
zdecydował się na coś takiego, to z pewnością zwycięży”, pisał podoficer
Bering. Gefreiter von Dirdelsen chełpił się, że jego kompania przebyła 40
kilometrów w trzy dni, niszcząc po drodze trzy radzieckie schrony. Choć
przyznał, że w czasie pierwszego natarcia zginęło wielu oficerów, ich
odwaga jego zdaniem stanowiła inspirację dla innych do zdwojenia
wysiłków. „Pokonamy ten kraj z jego obłąkanym rządem i pobijemy Armię
Czerwoną”, pisał, naśladując nazistowską propagandę.
Po drugiej stronie szybko przesuwającego się frontu demoralizacja
Armii Czerwonej była zrozumiała. Wiaczesław Dołgow 394, który
w przeddzień najazdu ukończył akademię wojskową, został natychmiast
posłany w rejon Nowogrodu jako oficer polityczny. Ponad sześćdziesiąt lat
później ten mieszkający w Moskwie generał w stanie spoczynku stwierdził:
„Naprawdę wierzyłem w żelazną pięść i geniusz Stalina”. Wspominał
jednak strach, jaki odczuwał on i inni żołnierze posłani do walki bez
najbardziej podstawowego wyposażenia. „Prosiliśmy naszego dowódcę,
żeby dał nam broń, ponieważ posłano nas do boju bez niej. Kazano nam
zdobyć broń na Niemcach i pokonać ich własnymi karabinami”, mówił.
„Niekiedy mogliśmy zdobyć na nich trochę karabinów, ale to nie
zmniejszyło liczby ofiar. Widziałem pola pokryte trupami”.
Jedną z przyczyn, dla których oddział Dołgowa – i wiele innych –
posłano do walki z paroma tylko karabinami, był fakt, że Niemcy szybko
zajęli lub zniszczyli składy radzieckiej broni i zaopatrzenia przy zachodniej
granicy. Umieszczono je tam, nie bacząc na to, że mogło to znacznie
ułatwić zadanie najeźdźcom.
Rezultat był makabryczny i potęgował straty obrońców, które miały
wkrótce iść w miliony. Ilja Drużnikow 395, czterdziestokilkuletni ilustrator
książek, który został natychmiast powołany do wojska i posłany z innymi
na front wozami drabiniastymi, wspominał „absolutny chaos”, jaki zastali
na miejscu. W jego oddziale na dziesięciu ludzi przypadał jeden karabin, co
oznaczało, że nieuzbrojeni żołnierze podążali za każdym szczęśliwcem
z bronią. Gdy żołnierz z karabinem padał, nieuzbrojony miał podnieść jego
broń. Oficerowie gotowi byli zabić każdego, kto śmiał ruszyć w złym
kierunku, czyli innym niż wprost na przeciwnika. Co pewien czas rekrutom
kazano udawać się na pobojowisko i odzierać zwłoki ze wszystkiego, co
mogli unieść: broni, amunicji i mundurów.
Nie dziwi więc, że w pierwszych dniach wielu żołnierzy Armii
Czerwonej starało się za wszelką cenę poddać. Zapobieganie temu było
zadaniem oficerów politycznych takich jak Dołgow; wspominał on
poddających się licznie „tchórzy”. „Byli to zdesperowani żołnierze
radzieccy, którzy zdjęli bieliznę i machali nią, żeby się poddać”, mówił.
Inni żołnierze uciekli do lasów i starali się przetrwać tam, jedząc jagody
i gotując wodę z kałuż w hełmach z wyjętym fasunkiem. Dołgow odniósł
wtedy pierwszą ze swych licznych wojennych ran. Spośród dwóch do
trzech tysięcy żołnierzy jego pułku przeżyło tylko 75.

Wczesnym rankiem 22 czerwca, gdy żołnierze niemieccy odnosili pierwsze


szybkie zwycięstwa, radzieckie radio nadawało niewinny program,
ignorując wiadomości z frontu i niemieckie audycje radiowe
usprawiedliwiające najazd. To oficjalne milczenie było kolejną oznaką, że
Stalin nie chciał przyjąć do wiadomości szybko powiększającej się
katastrofy na zachodniej granicy. Najpierw zaprzeczał samemu najazdowi,
następnie zaś nie chciał dopuścić do siebie prawdziwych możliwości
bojowych własnych oddziałów, które były szczególnie źle przygotowane do
stawiania oporu.
W tym pierwszym okresie zaprzeczania komisarz obrony Siemion
Timoszenko zadzwonił do generała Iwana Bołdina, zastępcy dowódcy
Zachodniego Specjalnego Okręgu Wojskowego, który przebywał w sztabie
w Mińsku. „Towarzyszu Bołdin, pamiętajcie, że żadne działania przeciwko
Niemcom nie mogą zostać podjęte bez naszej zgody”, powiedział.
„Zechciejcie powiedzieć [generałowi Dmitrijowi] Pawłowowi, że
towarzysz Stalin zabronił otwierania ognia artyleryjskiego do Niemców”.
„Ale jak to możliwe?!”, wykrzyknął Bołdin. „Nasze wojska się
wycofują. Całe miasta płoną, wszędzie giną ludzie” 396.
Gdy Stalin musiał wreszcie zaakceptować ogromną liczbę dowodów na
rozpoczęcie najazdu na pełną skalę, zaczął wydawać rozkazy, które
odzwierciedlały jego równie wielką ignorancję co do stosunku sił. Stawka,
czyli Kierownictwo Naczelnego Dowództwa, rozkazała żołnierzom
oddziałów frontowych „atakować siły wroga przy użyciu wszelkich
dostępnych sił i zniszczyć je, gdziekolwiek naruszyły radziecką
granicę” 397. Lotnictwu wydano polecenie zadania „potężnych ciosów”
i „zniszczenia głównych jednostek wroga i jego samolotów na lotniskach”.
Bombowce miały uderzyć na Królewiec i Kłajpedę w Prusach Wschodnich.
Radzieckie oddziały na południowym zachodzie miały z kolei zdobyć
polskie miasto Lublin leżące 50 kilometrów od granicy.
Rozkazy Stalina musiały brzmieć jak rojenia szaleńca. Gdy zostały
wydane, znaczna część radzieckiego lotnictwa na zachodzie była już
zniszczona, a większość obsadzających granicę oddziałów piechoty rozbita.
Na pewnym poziomie radziecki dyktator pojmował, że jego działania źle
o nim świadczą. Nieprzypadkowo wszystkie wysyłane na front rozkazy
podpisywali Timoszenko, Żukow i Gieorgij Malenkow 398, członek
wewnętrznego kręgu na Kremlu – ale nie Stalin. Gdy zgromadzeni
przywódcy polityczni i wojskowi zrozumieli, że muszą ogłosić wybuch
wojny, namawiali do tego Stalina. Ten jednak unikał odpowiedzialności.
„Niech przemawia Mołotow” 399, powiedział. Jego doradcy mimo to starali
się go przekonać, że lud „w tak ważnym historycznym momencie”
oczekiwał będzie słów nie ministra spraw zagranicznych, ale naczelnego
wodza. Stalin wszakże nie chciał ustąpić. „To z pewnością był błąd”, pisał
później Mikojan. „Stalin był jednak tak przygnębiony, że nie wiedział, co
powiedzieć narodowi” 400.
Stalin pomógł Mołotowowi przygotować przemówienie, które ten
wygłosił w południe przez radio. Każdy żyjący wówczas obywatel
radziecki nadal pamięta tę audycję. Mołotow nazwał niemiecki najazd
„aktem perfidii nieznanym dziejom cywilizowanych krajów”. Stwierdził, że
nastąpił on „mimo obowiązywania paktu o nieagresji, którego warunków
Związek Radziecki ściśle przestrzegał”. Całkowicie pomijając
dotychczasowe radzieckie przyzwolenie i współudział w agresjach, potępił
zniewolenie przez Niemcy „Francuzów, Czechów, Polaków, Serbów
i obywateli Norwegii, Danii, Holandii, Belgii, Grecji i innych krajów”.
„Aroganckiego Hitlera” czekał w Rosji ten sam los, co Napoleona.
Zakończył zdaniem, które szczególnie trafiło do jego słuchaczy: „Nasza
sprawa jest słuszna. Wróg zostanie rozgromiony. Zwycięstwo będzie
nasze” 401.
Radzieccy obywatele przebywający z dala od frontu mogli wziąć taki
pokaz pewności siebie za dobrą monetę i uwierzyć w treść pierwszych
radzieckich wiadomości radiowych na temat przebiegu walk. Donoszono
w nich wieczorem, że Niemcy odnieśli „drobne sukcesy” wzdłuż granicy,
jednak w większości przypadków „odparto ataki, powodując ciężkie straty
po stronie wroga” 402. Stalin jednakże coraz wyraźniej dostrzegał, jak
desperacka jest sytuacja. Oddziały niemieckiej Grupy Armii „Środek”
uderzające prosto na wschód przez Białoruś robiły szybkie postępy. 28
czerwca zdobyły stolicę Białorusi, Mińsk, zamknąwszy w pułapce 400
tysięcy radzieckich żołnierzy. Miasto nie było ważnym celem
strategicznym, lecz Stalin wyraził zamiar jego obrony. Strata wstrząsnęła
nim. Nazajutrz powiedział swemu otoczeniu: „Lenin zbudował nasze
państwo, a myśmy wszystko przejebali” 403.
Po tych ostrych słowach Stalin wrócił na swą daczę, gdzie miał leżeć
w ubraniu i przez większość czasu chodzić nerwowo z pokoju do pokoju,
spoglądając na podświetlony portret Lenina oraz trzy telefony i czekając na
kolejne złe wieści. Nazajutrz nie powrócił, jak miał w zwyczaju, na Kreml.
Dzwoniącym mówiono, że „Towarzysza Stalina nie ma i nie wiem, kiedy
będzie”. 404 Przez dwa dni członkowie Politbiura i inni czołowi urzędnicy
musieli się zastanawiać, czy Stalin nadal jest u steru, czy też doznał
jakiegoś załamania. Według Mikojana „Mołotow powiedział (…), że »przez
ostatnie dwa dni Stalin znalazł się w stanie takiej prostracji, że nie
interesował się niczym, nie wykazywał żadnej inicjatywy«” 405.
Wreszcie na daczę pojechała delegacja zdenerwowanych członków
Politbiura, w tym Mołotow i Mikojan. Bali się Stalina, jeszcze bardziej
jednak bali się braku przywództwa, zwłaszcza w tak ciężkim okresie. Gdy
przybyli, zastali Stalina siedzącego w fotelu w niewielkiej jadalni. Spojrzał
na nich i zapytał: „Po co przyjechaliście?”. Jak wspominał Mikojan,
„Wzrok miał dziwny (…) a nie mniej dziwne było i pytanie, które zadał.
Przecież, tak naprawdę, sam powinien był nas wezwać”. Mikojan
zrozumiał, że Stalin myślał, iż przybyli go aresztować.
Mołotow powiedział Stalinowi o propozycji utworzenia Państwowego
Komitetu Obrony, którego zadaniem miało być kierowanie całym
wysiłkiem wojennym. „Kto stanie na czele?”, zapytał Stalin podejrzliwie.
Mołotow i szef bezpieki Beria odparli, że on. Stalin okazał zaskoczenie
i ulgę. „Dobrze”, powiedział. Jak na przywódcę zawsze przekonanego, że
otaczają go potencjalni wrogowie i zamachowcy, to właśnie wówczas
powinien był zacząć wyzbywać się swoich największych obaw.
Jednakże rezultaty upartego odrzucania przez Stalina licznych ostrzeżeń
o nadchodzącym niemieckim najeździe – oraz jego kolosalny błąd, jakim
była próba nieprowokowania Hitlera jakimikolwiek przygotowaniami –
były aż nazbyt widoczne. Stalin zdawał się przechodzić zadziwiającą
przemianę: już nie prezentował wizerunku wszechpotężnego tyrana.
Chruszczow dostrzegł w tych pierwszych dniach „innego Stalina, skórę
i kości w szarej kurtce” 406.
Gdy Chruszczow powiedział Stalinowi, że walki przebiegają źle, bo
wielu żołnierzy Armii Czerwonej nie ma broni, ten nie próbował udawać,
że jest inaczej. „No to teraz mówią, jak mądrzy są Rosjanie”, odparł cicho.
„Zobaczcie, jacy mądrzy jesteśmy teraz” 407.
Sardoniczna uwaga Stalina stanowiła niewielką pociechę dla
Chruszczowa, gdy zadzwonił później z Kijowa z prośbą o broń. Według
jego relacji doszło wówczas do następującej wymiany zdań z Malenkowem,
z którym w końcu udało mu się połączyć:
„Powiedzcie mi, gdzie dostaniemy karabiny?”, pytał Chruszczow.
„Mamy robotników, którzy chcą wstąpić w szeregi Armii Czerwonej, by
walczyć z Niemcami, ale nie mamy dla nich broni”.
„Lepiej porzućcie wszelką myśl o karabinach od nas”, odpowiedział
Malenkow. „Wszystkie karabiny obrony cywilnej zostały wysłane do
Leningradu”.
„Więc czym mamy walczyć?”
„Nie wiem – włóczniami, mieczami, bronią chałupniczej produkcji,
czymkolwiek, co możecie zrobić w fabrykach”.
„To znaczy mamy włóczniami zwalczać czołgi?”
„Musicie robić, co w waszej mocy. Możecie robić butelki z benzyną albo
naftą i rzucać je na czołgi” 408.
Chruszczow czuł „rozczarowanie i oburzenie” konsekwencjami serii
błędów Stalina i brakiem przygotowań. „Tak oto próbowaliśmy odpierać
najazd bez karabinów i broni maszynowej, nie mówiąc o artylerii czy
sprzęcie zmechanizowanym!”, ubolewał.
W realiach Związku Radzieckiego wyłącznie jeden człowiek mógł liczyć
na odbudowanie pewności swych rodaków, że nie tylko są w stanie
wytrzymać niemiecki napór, ale też odnieść ostateczne zwycięstwo.
Człowiek ten jednak nie mógł brzmieć ani wyglądać jak „skóra i kości
w szarej kurtce”.

Stalin przemówił wreszcie do swych rodaków przez radio 3 lipca, starając


się podnieść ich morale w chwili, gdy jego wojska ponosiły klęskę za
klęską. Najważniejszą częścią przemówienia okazały się pierwsze słowa,
nim jeszcze zaczął opisywać sytuację na froncie: „Towarzysze! Bracia
i siostry! Żołnierze naszej armii i floty! Do was się zwracam, moi
przyjaciele!” 409, powiedział.
W innym kraju takie zagajenie mogłoby się wydawać całkowicie
normalne, ale nie w Związku Radzieckim. Stalin nigdy wcześniej nie
zwracał się do swych ludzi słowami „bracia i siostry” czy „przyjaciele”.
Wszystkie jego czyny i słowa nie pozostawiały wątpliwości, że są oni
ledwie jego poddanymi. Teraz jednak despota apelował do nich jako do
towarzyszy we wspólnej walce. Było to coś bezprecedensowego… i jego
słuchacze czuli to. Rozumieli, że przemówienie to jest ważniejsze od mowy
Mołotowa i oznacza, że Stalin ponownie jest u steru.
Główną część jego przemówienia stanowiła mieszanina półprawd
i bezczelnych kłamstw wraz ze sporą dozą samousprawiedliwienia
i zwyczajnych gróźb, nie tylko pod adresem Niemców, ale także rodaków.
Choć apelował do nich w sposób bardziej ludzki niż dotychczas, Stalin,
ponownie przyjmujący rolę przywódcy, był nadal starym Stalinem. Dla
osób przywykłych do podporządkowywania się jego woli niezależnie od
ceny także to było swego rodzaju pociechą.
Stalin sławił „heroiczny opór Armii Czerwonej”, twierdząc, że już
zniszczyła „najlepsze dywizje i jednostki lotnicze” niemieckiego najeźdźcy.
Przyznawszy, że „wróg wciąż prze naprzód, rzucając do natarcia świeże
siły”, podkreślał, że zdobycze te są jedynie tymczasowe. „Historia
pokazuje, że nie ma i nie było niezwyciężonych armii”, oświadczył,
przypominając swoje majowe przemówienie do absolwentów akademii
wojskowej. „Armię Napoleona uważano za niezwyciężoną, ale została
pokonana kolejno przez wojska rosyjskie, angielskie i niemieckie”. Tak jak
wojska Napoleona niemieccy najeźdźcy „zostaną rozbici” na radzieckiej
ziemi.
Starając się wytłumaczyć tempo niemieckiego uderzenia na wschód,
winą obarczył „warunki korzystne dla sił niemieckich, a niekorzystne dla
wojsk radzieckich”. Niemieckie siły były w pełni zmobilizowane,
wyjaśniał, „podczas gdy oddziały radzieckie muszą wciąż prowadzić
mobilizację i przemieszczać się ku granicy”. Oczywiście nie wziął na siebie
odpowiedzialności za tę sytuację. Winni byli tylko Niemcy, którzy
„zdradziecko” naruszyli pakt o nieagresji.
By usprawiedliwić swój pakt z Hitlerem, Stalin twierdził, że
„zabezpieczył naszemu krajowi pokój na półtora roku i dał szansę
przygotowania sił do odparcia faszystowskich Niemiec, gdyby pomimo
paktu zaryzykowały atak na nasz kraj”. Problem polegał na tym, że
zaprzeczało to jego słowom, iż jego wojska były nieprzygotowane w chwili
nadejścia ataku. Liczył jednak, że słuchacze przyjmą jego rozumowanie,
choćby najbardziej pokrętne i sprzeczne. W świecie Stalina jego
obwieszczenia były słuszne po prostu dlatego, że wygłaszał je on, wożd,
czyli wódz, i biada każdemu, kto śmiałby twierdzić inaczej.
By umocnić to przesłanie, obiecał też prowadzić „bezlitosną walkę
z wszystkimi dywersantami na tyłach, dezerterami, siewcami paniki” oraz
„tępienie szpiegów, sabotażystów i spadochroniarzy wroga”. Trybunały
wojenne miały wymierzać sprawiedliwość wszystkim winnym „siania
paniki i tchórzostwa”. Gdyby wycofanie się było absolutnie konieczne,
należało ewakuować lub zniszczyć wszelki sprzęt i zaopatrzenie. „Wrogowi
nie wolno zostawić jednego silnika, ani jednej lokomotywy, ani jednego
kilograma ziarna czy litra paliwa”, powiedział. Fakt, że nie pozostawiono
by w ten sposób niczego znajdującym się na terenach walk cywilom, nie
miał dla niego znaczenia.
W burzliwym okresie pomiędzy niemiecką agresją a swym
przemówieniem Stalin podjął kilka rozsądnych kroków. 24 czerwca na
przykład utworzył Radę do spraw Ewakuacji, zakładając tym samym, że
siły niemieckie najpewniej opanują na nieokreślony czas znaczne połacie
radzieckiego terytorium. Jej zadaniem było przewiezienie całych fabryk,
ich robotników i zapasów na wschód, poza zasięg Niemców. Pod jej
auspicjami ewakuowano wkrótce 2593 wielkie i około 50 tysięcy
mniejszych zakładów przemysłowych. Ewakuowani robotnicy rozkładali na
części maszyny, ładowali je, po czym montowali z powrotem w nowych
miejscach, często w strasznych warunkach 410.
3 lipca, jeszcze zanim wieczorem Stalin wygłosił swą mowę,
wprowadzono w życie ściśle tajne plany ratunkowe – rozpoczęto ewakuację
zmumifikowanych zwłok Lenina z moskiewskiego mauzoleum przy placu
Czerwonym do Tiumenia, niedużego miasta leżącego ponad 1600
kilometrów na wschód od stolicy. Nie był to w żadnym razie mało ważny
punkt wielkiego planu ewakuowania fabryk i sprzętu. Stalin uważał
zachowanie ciała swego poprzednika za absolutnie niezbędne dla
kontynuowania własnych rządów.
Deifikacja Lenina była zarówno sposobem na skonsolidowanie mitologii
rewolucji bolszewickiej, jak i na legitymizację władzy jego następcy.
Gdyby niemieckim najeźdźcom udało się dotrzeć do Moskwy – co,
zważywszy na ich szybkie postępy, zdawało się coraz bardziej
prawdopodobne – i przejąć ciało Lenina, byłoby to wielkie zwycięstwo
militarne, ale też nokautujący cios polityczny i psychologiczny.
Oznaczałoby tryumf faszyzmu nad komunizmem, kultu Hitlera nad kultem
Lenina… a co za tym idzie, także kultem Stalina. Póki stolica była
zagrożona, radziecki przywódca i Politbiuro zamierzali zabezpieczyć ciało
Lenina.
Jednakże zabezpieczenie ciała nie było łatwe, nawet w samym
mauzoleum. Ilja Zbarski, z którym rozmawiałem w 2004 r., był jedynym
żyjącym jeszcze członkiem nielicznej grupy, która towarzyszyła ciału
Lenina w czasie ewakuacji do Tiumenia (Zbarski zmarł w 2007 r.) 411. Jego
ojciec, Borys Zbarski, wraz z jeszcze jednym naukowcem przeprowadził
pierwsze śmiałe balsamowanie Lenina, w trakcie którego usunięto organy
wewnętrzne i nasączano ciało roztworami chemicznymi; powierzono mu
też kierowanie ewakuacją zwłok. W roku 1934 Ilja, wówczas student
biochemii na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym, dołączył do ojca
i grupy naukowców nieprzerwanie pracujących nad konserwacją
i wystawianiem ciała Lenina na widok publiczny.
Wieczorem 3 lipca samochody NKWD zabrały Borysa, Ilję i Siergieja
Mardaszewa z grupy balsamistów oraz ich rodziny i zawiozły ich na
bocznicę moskiewskiego Dworca Jarosławskiego. Tam wsiedli do
specjalnego pociągu, który wyruszył z nimi i 40 kremlowskimi strażnikami
w czterodniową podróż z cennym ładunkiem. Pociąg nie był chłodzony,
więc naukowcy musieli ciężko pracować nad złożonym w drewnianej
trumnie ciałem, by nie zaszkodził mu letni upał. Ilja zasłonił okna i na
zmianę z ojcem oraz Mardaszewem pilnowali zwłok. Na zmianę też
wstrzykiwali w ciało specjalne płyny, pociąg zaś posuwał się bezustannie,
mijając kolejne, zawsze otwarte dla nich semafory.
W Tiumeniu Lenina traktowano jako „tajny obiekt”, ukryty w piętrowej,
nieustannie strzeżonej willi z czasów caratu. Także tu naukowcy musieli
radzić sobie z brakiem chłodzenia; wedle oceny Ilji trzymali ciało Lenina
zanurzone w chemikaliach niemal 70 procent czasu. Choć w roku 1942
zagrożenie dla Moskwy zmalało, Stalin nie pozwolił na powrót ciała aż do
marca 1945 r., gdy wojna zbliżała się już do końca. Ilja Zbarski postrzegał
później Lenina jako „raczej symbol terroru niż bohatera”, wciąż jednak
widać w nim było cichą dumę z bycia członkiem zespołu, który przechował
zwłoki przez całą wojnę poza zasięgiem Hitlera.

Gdy napływały kolejne meldunki o szybkich postępach jego wojsk, Hitler


bywał niekiedy roztargniony. Od dawna zamierzał uderzyć na Związek
Radziecki, wiedział jednak, że jest to wielkie ryzyko. „Ponieważ zmagałem
się z tą decyzją, znów poczułem się wolny duchem”, napisał do
Mussoliniego. „A teraz szczęśliwie zostałem uwolniony od tych
psychicznych męczarni” 412. W dniu, w którym Stalin wygłosił swoje
przemówienie, generał Halder napisał w dzienniku: „Tak więc chyba nie
przesadzam, jeśli twierdzę, że kampania przeciwko Rosji została wygrana
w ciągu 14 dni”. Dodał wszakże ostrożnie: „Olbrzymie przestrzenie
i zaciekły opór obrońcy wymagać będą od nas jeszcze wielu tygodni
walk” 413.
Halder sugerował otwarcie, że kręgosłup Armii Czerwonej został już
przetrącony… i że wojska niemieckie będą się zajmowały oczyszczaniem
terenu jeszcze przez wiele tygodni, ale nie miesięcy. Hitler mógł dzięki
temu myśleć o bliskim zdobyciu najważniejszych celów w Związku
Radzieckim.
8 lipca Halder pisał: „Stanowczą decyzją führera jest zrównanie z ziemią
Moskwy i Leningradu w celu zapobieżenia pozostaniu w tych miastach
ludzi, których przez zimę musielibyśmy karmić. Miasta mają zostać
zniszczone przez lotnictwo. Nie należy do tego celu używać czołgów” 414.
Następnie, najpewniej cytując wprost Hitlera, zanotował: [to] „Klęska
narodowa, która pozbawi centralnych ośrodków nie tylko bolszewizm, ale
także wszystkich Moskali” 415.
14 lipca Halder zachwycał się „zaskakującymi postępami” sił
pancernych Guderiana. „Część sił nieprzyjaciela wycofuje się w popłochu,
a część stawia zacięty opór” 416, pisał. Dwa dni później „Szybki Heinz”, jak
go nazywano, dotarł do Smoleńska, kolejnego po Mińsku dużego
miasta 417. Po raz kolejny Niemcy okrążyli setki tysięcy żołnierzy
radzieckich, by zabijać lub wziąć do niewoli większość z nich. Minęły
ledwie trzy tygodnie od początku wojny, do Moskwy pozostawało tylko
370 kilometrów. 21 lipca bombowce niemieckie dokonały pierwszego
nalotu na radziecką stolicę. Mimo zapewnień Stalina Armia Czerwona
wydawała się niezdolna do powstrzymania wojsk niemieckich przed
kontynuowaniem uderzenia na Moskwę – gdyby Hitler rozkazał im to
uczynić.
27 lipca, w czasie kolacji ze swoją świtą, Hitler był w ekspansywnym
nastroju, kreśląc swe wizje nie tylko dla Moskwy i Leningradu, ale dla
wszystkich terenów, jakie spodziewał się podbić 418. Nowe niemieckie
imperium miało się rozciągać na 200–300 kilometrów na wschód od Uralu.
Siły inwazyjne liczone były w milionach, jednak Hitler był przekonany, że
niemieccy panowie będą w stanie kontrolować cały ten teren „przy pomocy
250 tysięcy ludzi i kadry dobrych administratorów”. Na dowód skutecznych
rządów tak niewielkiej grupy podał Imperium Brytyjskie: „Uczmy się od
Anglików, którzy przy pomocy 250 tysięcy ludzi, w tym 50 tysięcy
żołnierzy, rządzą 400 milionami Hindusów. Przestrzenie Rosji muszą na
zawsze pozostać zdominowane przez Niemców”.
Szybko jednak wyjaśnił, że nie planuje żadnej półoświeconej formy
kolonializmu, w której znalazłoby się miejsce na dobre traktowanie
podbitych ludzi. Mieli zostać bezlitośnie podporządkowani i pozbawieni
podstawowego wykształcenia. Celem, jak oświadczył, było
zgermanizowanie „tego kraju poprzez imigrację Niemców i traktowanie
krajowców jak czerwonoskórych (…). W tej sprawie będę dążyć prosto do
celu z zimną krwią”.
Ale w tym krytycznym momencie, zaledwie pięć tygodni po rozpoczęciu
operacji „Barbarossa”, Hitler był znacznie mniej zdecydowany, niż się
wydawał podczas takich spotkań. 28 lipca, ledwie dzień po rozmowie
o przyszłości niemieckiego imperium, wyjawił swoje wątpliwości w trakcie
przechadzki w Wilczym Szańcu – kwaterze głównej w Prusach Wschodnich
– z adiutantami Gerhardem Englem i Rudolfem Schmundtem 419. Jak pisał
Engel w dzienniku, „Hitler nie spał po nocach, ponieważ nie był pewien
wielu rzeczy” 420. Niepewność ta wynikała ze świadomości, że musi
wybrać najlepszy sposób wykorzystania początkowych zwycięstw swoich
żołnierzy – innymi słowy, gdzie powinni skierować dalej swe wysiłki. Jak
ujął to Engel, „W jego piersi zmagały się dwa duchy: polityczno-
strategiczny i gospodarczy” 421.
Gdyby Hitler zdecydował się nadać priorytet względom polityczno-
strategicznym, „powiedziałby, że należy pozbyć się dwóch głównych
ropiejących wrzodów: Leningradu i Moskwy”, pisał Engel. „Byłby to
ogromny cios dla Rosjan i partii komunistycznej” 422.
Gdyby jednak Hitler wybrał cele gospodarcze, jego priorytety zdaniem
Engla byłyby całkiem inne. „Choć Moskwa była wielkim centrum
przemysłowym, ważniejszy cel leżał na południu, gdzie znajdowały się
ropa i pszenica, mniej więcej wszystko, czego potrzebował kraj. Była to
ziemia mlekiem i miodem płynąca” 423. Ziemią tą, jak to wyjaśnił Hitler,
jeszcze pisząc Mein Kampf, była Ukraina.
Hitler uważał, że wybór między polityką a gospodarką sprowadza się do
decyzji, czy jego oddziały powinny uderzyć najpierw na Moskwę, czy na
Kijów. Decyzja ta mogła okazać się równie znacząca jak uparte odrzucanie
przez Stalina dowodów na to, że Niemcy zaatakują. W wojnie na
Wschodzie obaj tyrani byli bardzo podobni w swym przekonaniu, że tylko
oni mogą dokonać tych wyborów – na dobre i na złe.

Jak zapisał już Halder w swym dzienniku, wojska niemieckie napotykały


niekiedy uporczywy opór w najmniej oczekiwanych miejscach, mimo że
w pierwszych dniach najazdu rozbiły wiele jednostek Armii Czerwonej.
Przykładowo, w leżącej tuż za granicą twierdzy Brześć żołnierze radzieccy
z żonami i dziećmi wytrzymali pod nieustannym ogniem niemieckiej
artylerii i broni maszynowej dłużej, niż zdawało się po ludzku możliwe 424.
Niektórzy walczyli, kryjąc się w kazamatach i tunelach, prawie miesiąc.
Niemcy spodziewali się, że szybko zajmą twierdzę. Zamiast tego musieli
niemal prosić ostatnich obrońców przez megafony: „Rosjanie, poddajcie
się. Niemieckie dowództwo gwarantuje wam życie. Moskwa
skapitulowała” 425. Niemieccy lotnicy zrzucali nad radzieckimi pozycjami
ulotki powtarzające to absurdalne twierdzenie. „Moskwa się poddała”,
głosiły. „Dalszy opór jest bezcelowy. Poddajcie się zwycięskim
Niemcom” 426.
W długich walkach o Brześć kryła się pewna ironia. Przed wojną miasto
należało do Polski, a gdy w roku 1939 uderzyli Niemcy, żołnierze polscy
stawili im opór w tej samej twierdzy. (Mój ojciec był jednym z ocalałych
polskich obrońców). Po uderzeniu wojsk radzieckich od wschodu Hitler
i Stalin uzgodnili podział łupów, Niemcy zaś przekazali Brześć Armii
Czerwonej.
Fedor von Bock, dowódca Grupy Armii „Środek”, był pod wrażeniem
determinacji radzieckich żołnierzy w Brześciu. „Rosjanie bronią się
uparcie”, pisał w dzienniku 23 czerwca. „Często widuje się walczące
kobiety. Według zeznań jeńców komisarze polityczni zachęcają do oporu,
mówiąc, że zabijamy wszystkich jeńców! Tu i tam rosyjscy oficerowie, by
uniknąć niewoli, strzelają sobie w głowę” 427.
27 czerwca, pięć dni po rozpoczęciu najazdu, Goebbels przyznał
w swym dzienniku, że walki nie są tak jednostronne, jak stara się je
przedstawić jego propaganda. „Rosjanie ponoszą ogromne straty
w czołgach i samolotach”, pisał. „Jednak walczą dobrze i wiele się nauczyli
od niedzieli [początku ofensywy]” 428. Dwa dni później Halder wspomniał
o meldunkach informujących, że „Rosjanie walczą do ostatniego
żołnierza” 429.
Inną przeszkodą, jaką napotkali Niemcy, był koszmarny stan radzieckiej
sieci drogowej – zaprzeczający przedwojennym „informacjom
wywiadowczym” Haldera, że jest ona lepsza, niż zakładano. „Nie byliśmy
gotowi na to, co nas spotkało, ponieważ wszystkie nasze mapy nie
odpowiadały rzeczywistości” 430, wspominał po wojnie generał Gotthard
Heinrici. Von Bock, w tym samym wpisie z 23 czerwca, w którym
odnotował zaciekły radziecki opór w Brześciu, skarżył się: „Brak kultury
i stan dróg są nie do opisania” 431.
Niemieccy oficerowie szybko odkryli, że większość zaznaczonych na
ich mapach dróg jest nieutwardzona i często straszliwie zaniedbana.
W suchych letnich miesiącach zwykle spełniały one swe zadanie, gdy tylko
jednak zaczynało padać, zamieniały się w grzęzawiska. 7 lipca von Bock
rozpaczał, że 4. Grupa Pancerna dwa dni działała w nieustannym deszczu –
co dawało przedsmak znacznie poważniejszych problemów, jakie miały
nadejść w końcu lata i jesienią. „Opady sprawiły, że warunki na drogach
stały się fatalne i stanowiły niezwykle wielkie obciążenie dla ludzi
i sprzętu”, pisał.
Wszystko to zapowiadało, że mimo początkowych postępów wojska
niemieckie będą dosłownie brnąć przez długi czas, o ile nie uda im się
zadać nokautującego ciosu jeszcze latem. Gdy 129 lat wcześniej Napoleon
uderzył na Rosję, także w końcu czerwca, jego Wielka Armia dotarła do
Moskwy – którą Rosjanie jednak opuścili, wcześniej częściowo paląc.
Cesarz nie zdołał odnieść decydującego zwycięstwa i został zmuszony do
odwrotu, w trakcie którego, surową zimą, jego oddziały marzły
i głodowały, podczas gdy Kozacy palili wioski i zbiory mogące wyżywić
najeźdźców. Spośród 550–600 tysięcy francuskich i sprzymierzonych
z nimi żołnierzy, których Napoleon zabrał do Rosji, zginęło około 400
tysięcy, w tym mniej niż czwarta część w walkach 432.
Hitler zawsze utrzymywał, że jego znacznie większa, nowoczesna armia
jest w stanie zwyciężyć, nim będzie musiała się zmierzyć z podobnymi
warunkami zimowymi. Jednakże całkiem wcześnie ujawniły się oznaki, że
przykład Napoleona niepokoił go o wiele bardziej, niż to zdradzał… i że
wpływało to na jego rozmyślania nad kierunkiem dalszego zaangażowania
jego sił. „Führer odczuwa instynktowną niechęć do pójścia za przykładem
Napoleona”, wyjaśniał generał Jodl. „Moskwa wywiera na nim ponure
wrażenie. Obawia się, że właśnie tam nastąpi walka na śmierć i życie
z bolszewizmem” 433.
Hitler oczywiście już toczył walkę na śmierć i życie z bolszewizmem –
od chwili, gdy rozpoczął operację „Barbarossa”. Od początku jednak dawał
sprzeczne sygnały w sprawie powtórzenia napoleońskiego marszu na
Moskwę, mimo swoich przewidywań łatwych podbojów. Goebbels, zawsze
wyczulony na tok myślenia Hitlera, zapisał 4 lipca w dzienniku, że
położenie w centrum frontu jest „doskonałe”, ale dodał: „Zakazuję
jakiegokolwiek podkreślania znaczenia Moskwy w niemieckiej
propagandzie. Musimy być ostrożni ze skupianiem uwagi na tym
pojedynczym, fascynującym celu” 434.
Jak pisał Engel w dzienniku, Hermann Göring usiłował przekonać
Hitlera, że zniszczenia Moskwy „można dokonać za pomocą samej
Luftwaffe” 435. Jednakże adiutant Führera zwrócił też uwagę, że Hitler stał
się „nieco sceptyczny” wobec twierdzeń Göringa, po tym jak ten nie spełnił
rok wcześniej obietnicy zniszczenia z powietrza sił alianckich w Dunkierce.
Göring zapewnił Hitlera, że nie trzeba szturmować tego francuskiego portu,
gdyż zadanie mogą skuteczniej wykonać jego samoloty. Guderian
spodziewał się, że zaatakuje port, został jednak zatrzymany rozkazem
Hitlera, co umożliwiło ewakuację brytyjskich i francuskich żołnierzy.
Dowódca pancerny był zły z powodu tamtej decyzji, przekonany, że stracił
okazję zniszczenia brytyjskich wojsk lądowych. Równie oburzony był, gdy
niemiecki przywódca zaczął ponownie rozważać celowość zdobycia
Moskwy.
Podobnie czuł von Bock, dowódca Grupy Armii „Środek”. 13 lipca pisał
w swym dzienniku: „Nieprzyjaciel jest naprawdę pobity tylko w jednym
miejscu na froncie wschodnim – naprzeciwko Grupy Armii »Środek«. (…)
Teraz liczy się tylko całkowite zniszczenie jego sił i uniemożliwienie mu
utworzenia nowego frontu przed Moskwą” 436.
Hitler jednak niespodziewanie unikał podjęcia rozstrzygających decyzji,
demonstrując brak zuchwałości, która wcześniej przyniosła mu zwycięstwa.
28 lipca jego adiutant Schmundt odwiedził von Bocka celem
przedstawienia mu priorytetów Führera. Wyraźnie rozzłoszczony von Bock
podsumował przekazane informacje w dzienniku: „Przede wszystkim trzeba
zabezpieczyć obszar leningradzki, następnie bogaty w surowce region
Donbasu. Führer zupełnie nie dba o Moskwę” 437. Dwa dni później
dyrektywa nr 34 Hitlera głosiła: „Grupa Armii »Środek« przejdzie do
obrony w oparciu o sprzyjający teren” 438. Innymi słowy, polecał swym
oddziałom odłożyć wszelkie plany dotarcia do Moskwy.
Von Bock i Guderian, których żołnierze już stawiali drogowskazy „na
Moskwę”, byli wściekli z powodu nowych wytycznych. Gdy Guderian
przyleciał do sztabu macierzystej grupy armii, otrzymał rozkaz skierowania
swych czołgów i oddziałów do walki wokół Homla, miasta leżącego na
południowy zachód od zajmowanego przez nie wówczas Smoleńska –
„a więc do tyłu” 439, pisał. Kiedy spotkał się ze Schmundtem, starał się
nakłonić go do próby przekonania Hitlera, by rozważył zmianę decyzji na
rzecz „uderzenia prosto na Moskwę, serce Rosji” 440.
Nowa dyrektywa wydana w kwaterze Hitlera 12 sierpnia zdawała się
przeczyć twierdzeniu Schmundta, że niemiecki przywódca nie przejmuje
się już radziecką stolicą. Głosiła ona, że celem operacji nadal jest
„pozbawienie wroga przed nadejściem zimy przewagi, uzbrojenia
i komunikacji wokół Moskwy, i tym sposobem zapobieżenie odbudowie
pokonanych sił i reorganizacji rządu”. Jednak, i tu tkwił haczyk, wzywała
do odłożenia starań o osiągnięcie tego celu. „Przed rozpoczęciem ataku na
Moskwę należy zakończyć działania pod Leningradem” 441.
Gdy dowódca wojsk lądowych Walther von Brauchitsch starał się
doprowadzić do wznowienia marszu na Moskwę, Hitler stwierdził 18
sierpnia, że plany wojska „nie odpowiadają moim zamiarom” 442. Zamiary
te wyłuszczył następująco: „Najważniejszym celem, jaki należy osiągnąć
przed nadejściem zimy, nie jest zdobycie Moskwy, ale opanowanie Krymu
oraz przemysłowego i węglowego rejonu Doniecka, a także odcięcie
rosyjskich źródeł ropy na Kaukazie. Na północy celem jest odcięcie
Leningradu i połączenie się z Finami” 443.
Pod koniec sierpnia Guderian poleciał do Wilczego Szańca, by ostatni
raz spróbować odwieść Hitlera od posłania oddziałów na południe, w stronę
Kijowa, zamiast na Moskwę. Von Brauchitsch jednakże nie chciał go już
popierać – wręcz przeciwnie, starał się uniemożliwić mu zaprezentowanie
swego stanowiska. „Zabraniam panu poruszać w rozmowie z führerem
sprawę Moskwy”, powiedział. „Jest rozkaz działania na południe i teraz
chodzi tylko o to, jak go wykonać. Wszelkie powracanie do tej sprawy jest
bezcelowe” 444.
Guderian nie dawał się łatwo zniechęcić. Na naradzie Hitlera
z najwyższymi wojskowymi skorzystał z okazji, by przedłożyć swe
argumenty. Gdy Hitler zapytał, czy jego oddziały są „zdolne do wielkiego
wysiłku”, odpowiedział: „Jeżeli postawi im się wielki, zrozumiały dla
każdego żołnierza cel – tak!” 445.
„Naturalnie ma pan na myśli Moskwę?”, powiedział Hitler.
Guderian odparł: „Tak jest” 446 i poprosił o możliwość podania swych
argumentów. Podkreślił znaczenie Moskwy jako ważnego węzła łączności
i transportu, wielkiego ośrodka przemysłowego i „głównego ośrodka
politycznego” kraju. Dowodził, że jej zdobycie miałoby „ogromny wpływ
na morale narodu rosyjskiego i wywarłoby ogromne wrażenie na całym
świecie” 447. To z kolei ułatwiłoby odniesienie zwycięstw gdzie indziej,
także na Ukrainie. Ostrzegał też, że jeśli jego i inne oddziały zostaną
skierowane ku odmiennym celom, „Wtedy na przeprowadzenie jeszcze
w tym roku decydującego uderzenia na Moskwę byłoby już za późno” 448.
Jak większość oficerów był doskonale świadom niebezpieczeństw
wiążących się z czekaniem, aż nadejdzie jesienna i zimowa pogoda, gdy
warunki dla nowej ofensywy będą coraz trudniejsze.
Hitler mu nie przerwał, jednak nie dał się też przekonać. Powrócił do
swojej teorii, że najważniejszym zadaniem jest opanowanie najpierw
zasobów rolniczych i surowcowych Ukrainy. „Moi generałowie nie
rozumieją ekonomiki wojennej” 449, oświadczył, nie pozostawiając
wątpliwości, że nie zamierza zmieniać rozkazów uderzenia najpierw na
Kijów. Guderian z gniewem obserwował, jak pozostali przytakują
Hitlerowi. Czuł się osamotniony, opuszczony także przez tych, którzy
wcześniej zgadzali się z nim, że Moskwa jest o wiele ważniejsza.
W efekcie Guderian przez pierwszą połowę września brał udział
w bitwie o Kijów. Niemieckie oddziały wzięły miasto w kleszcze, podobnie
jak wcześniej Mińsk i Białystok, zadając ogromne straty obrońcom i biorąc
kolejne setki tysięcy jeńców. Była to jednak ciężka bitwa, toczona niekiedy
w ulewnym deszczu, co zapowiadało, że trudności będą się jedynie
zwiększać. „Tylko ten, kto sam w podobnych warunkach przedostał się
przez grzęzawiska do czołowych oddziałów na froncie, może zrozumieć, co
musiały wytrzymać oddziały i sprzęt, prawidłowo ocenić sytuację na
froncie i wyciągnąć trafne wnioski” 450, pisał.

Hitler nie był takim człowiekiem. Mimo ceny zapłaconej za zwycięstwo


pod Kijowem zasygnalizował powrót do planu opanowania Moskwy. 6
września rozkazał pozostałym oddziałom Grupy Armii „Środek” skupić się
na „niszczeniu sił wroga umiejscowionych na wschód od Smoleńska
manewrem oskrzydlającym w kierunku Wiaźmy 451” – kolejnego ważnego
miasta i węzła kolejowego na drodze do Moskwy. 16 września zaś wydał
dyrektywę, która miała stanowić podstawę rozpoczęcia 30 września
operacji „Tajfun”, czyli uderzenia na radziecką stolicę.
Coraz bardziej wyglądało na to, że Hitler uważał, iż jego oddziały są
zdolne do wszystkiego: nie tylko osiągnięcia założonych rezultatów na
Ukrainie, ale także do natychmiastowego przejścia do udanej ofensywy na
Moskwę.
W powojennych wspomnieniach Erich von Manstein, utalentowany
strateg, który w czasie operacji „Barbarossa” dowodził 56. Korpusem
Pancernym, przedstawił napięcia między generałami a wodzem w tym
kluczowym okresie. Hitler, pisał, był przykładem „człowieka
o nieposkromionej żądzy władzy, pozbawionego wszelkich skrupułów, choć
niewątpliwie inteligentnego” 452. Nie wahał się sprzeciwiać Halderowi
i innym generałom, mówiąc im, że jako frontowy żołnierz I wojny
światowej ma lepszą wojskową intuicję niż zawodowi oficerowie. Von
Manstein podziwiał jego znajomość techniki wojskowej i innych tematów,
jednak nie był przekonany. „Ogólnie mówiąc, brakowało mu po prostu
umiejętności i wiedzy wojskowej opartej na doświadczeniu, której nie była
w stanie zastąpić jego »intuicja«” 453, pisał.
Podczas gdy dowódcy pragnęli skupić wszelkie siły w centrum frontu,
gdzie byli najsilniejsi, Hitler uważał, że może wysyłać swoje oddziały
w kilku kierunkach. Zważywszy na „rozległość obszaru operacyjnego
wojska niemieckie były za słabe” 454, by zwyciężyć przy tak rozproszonej
strategii, konkludował von Manstein.
Co stało za tak silną pewnością Hitlera, że odniesie sukces, pomimo
odrzucenia próśb dowódców, by skupić się na Moskwie? Część odpowiedzi
można znaleźć w jego przekonaniu, iż wcześniejsze sukcesy militarne
i podbój większości Europy były efektem jego zuchwałego geniuszu, choć
i wówczas nie brakowało ostrzeżeń przed porażką. Hitler najczęściej
naprawdę wierzył, że nie popełnia błędów. Ale osoby z jego najbliższego
otoczenia, takie jak Engel, widziały też, że choć próbował stwarzać
wrażenie osoby zawsze absolutnie pewnej, bywał roztrzęsiony
i niezdecydowany.
W decyzji, by ignorować generałów, rolę mógł odegrać jeszcze jeden
czynnik. Norman Ohler, autor książki Trzecia Rzesza na haju,
opublikowanej w Niemczech w 2015 i w angielskim tłumaczeniu w roku
2017, pisze, że lekarz szarlatan Theodor Morell zaczął podawać Hitlerowi
silne dawki sterydów i innych środków stymulujących, gdy w sierpniu 1941
r. przebywający w Wilczym Szańcu Führer dostał gorączki i biegunki.
Kiedy Hitler coraz bardziej uzależniał się na improwizowanych
mieszankach narkotyków od Morella, jego naturalna skłonność do wiary we
własną nieomylność umocniła się, choć, jak pisał Ohler, „zastrzyki (…)
zaczęły powodować coraz większy chaos w jego organizmie” 455.
Dobrze udokumentowane badania Ohlera ujawniają także skalę, na jaką
żołnierze niemieccy byli faszerowani metamfetaminą pod nazwą Pervitin.
Szczególnie dużo podawano im jej podczas błyskawicznych kampanii
w Polsce, Francji i Związku Radzieckim. Niemieckie wojsko wkrótce
ograniczyło rozprowadzanie „wspomagaczy”, ponieważ stało się jasne, że
są one uzależniające i bardzo niebezpieczne dla niektórych żołnierzy.
Morell jednak ignorował te sygnały i ordynował swemu pacjentowi coraz
więcej zastrzyków, co może pomóc wyjaśnić, dlaczego zachowanie Hitlera
z biegiem wojny stawało się coraz bardziej dziwaczne 456.
Tak jak Stalin, Hitler był przekonany, że nie ma nikogo zdolniejszego niż
on. Zważywszy na ich usposobienie, nie powinien dziwić fakt, że obaj
przywódcy mogli popełniać poważne błędy. Różnica polegała na tym, że
Stalin poważne błędy popełnił wcześnie, gdy zignorował ostrzeżenia przed
niemieckim atakiem, przez co jego wojska były źle rozmieszczone,
nieprzygotowane i niedozbrojone, wskutek czego poniosły katastrofalne
straty. Błędy Hitlera zaczęły się ujawniać, gdy walki przeciągnęły się na
koniec lata i wczesną jesień.
Czasami wydaje się, że obaj rywalizowali o tytuł „najbardziej ślepego
dyktatora świata”. To ich kalkulacje – a raczej, co znaczące, ich błędne
kalkulacje – miały zadecydować o przebiegu wojny.
6

Gazu!

Wracając do Londynu w piątek 20 czerwca po podróży do Stanów


Zjednoczonych, ambasador Winant wyglądał na „bardzo zmęczonego
i zaniedbanego” 457, jak wspominał jego attaché wojskowy generał Lee. Nie
powinno to dziwić. Jego krótką wizytę w ojczyźnie wypełniły spotkania
dotyczące Lend-Lease i innych form amerykańsko-brytyjskiej współpracy
oraz szersze dyskusje na temat sytuacji wojennej, co do której doniesienia
prasowe były sprzeczne. „Winant donosi: Brytyjczycy pewni zwycięstwa”,
głosił jeden z tytułów, inny zaś krzyczał: „»Położenie Brytyjczyków
skrajnie poważne, ale nie katastrofalne« – mówi Winant” 458.
Choć formalnie Stany Zjednoczone nie były jeszcze stroną konfliktu,
w coraz większym stopniu włączały się w niego. 21 maja jeden z U-Bootów
zatopił na południowym Atlantyku amerykański statek SS Robin Moor.
Roosevelt poinformował Kongres, że wydarzenie to jest „ostrzeżeniem, iż
Stany Zjednoczone mogą żeglować po morzach tylko za zgodą
nazistów” 459, i że jego administracja nigdy nie ugnie się pod takim
naciskiem. Winant uważał, że sam stał się celem Niemców, gdy w końcu
maja poleciał do Lizbony w pierwszym etapie swej podróży do USA.
Amerykańska ambasada, łamiąc zasady bezpieczeństwa, ujawniła datę
i planowaną trasę jego podróży. „Niemcy dowiedzieli się tego i posłali
samolot, by nas przechwycił, ale Brytyjczycy zapewnili eskortę myśliwców
i Niemiec został zestrzelony” 460, pisał ambasador.
Winant spieszył się z powrotem do Anglii ze względu na zbliżające się
niemieckie uderzenie na Związek Radziecki, którego spodziewali się
Churchill i Roosevelt, choć nie Stalin. Ambasador był przekonany, że ta
pilna potrzeba powrotu do Londynu „przyczyniła się do wypadku, którego
nigdy nie zapomnę” 461. Gdy kapitan jego samolotu wylądował
w Montrealu z powodu problemów z silnikiem, Winant nalegał, by napraw
dokonano natychmiast i ruszono w dalszą drogę, zamiast nocować
w mieście. W efekcie po lądowaniu dowódca nie wyłączył silników,
podczas gdy przybyły mechanik sprawdzał samolot. W panujących
ciemnościach młody żołnierz pełniący służbę wartowniczą wszedł pod
jedno z obracających się śmigieł i został pocięty na kawałki.
Wszystko to bez wątpienia przyczyniło się do fizycznego
i emocjonalnego wyczerpania Winanta. Ledwie jednak wyszedł on
z samolotu, otrzymał zaproszenie na weekend w Chequers z Churchillem
i Edenem. Jak pisał Lee, ambasador wolałby spędzić weekend na
dochodzeniu do siebie po podróży, lecz angielscy przywódcy „chcieli
możliwie najszybciej dowiedzieć się, co dokładnie dzieje się
w Waszyngtonie”. Jak dodał, „wobec kryzysu rosyjskiego sytuacja jest tak
napięta, że nikt nie może sobie pozwolić na zwłokę” 462.
Tydzień wcześniej Churchill przekazał telegraficznie Rooseveltowi
informację, że niemieckie uderzenie może nastąpić w każdej chwili, by
upewnić się, że obaj uzgodnili reakcję na spodziewane wydarzenie. „Jeśli
nowa wojna rzeczywiście wybuchnie, udzielimy Rosji wszelkiej pomocy,
na jaką będzie nas stać, zgodnie z zasadą, że Hitler jest wrogiem, którego
trzeba pokonać”, pisał. Po przybyciu do Chequers Winant przekazał
odpowiedź Roosevelta, że jeśli Niemcy rozpoczną przewidywany najazd,
poprze publicznie „wszelkie kroki, jakie poczyni premier, witając Rosję
jako sprzymierzeńca” 463.
W sobotę Churchill podjął Winanta kolacją; wzięli w niej też udział
Eden, sekretarz Edward Bridges i ich żony 464. Brytyjski przywódca
powtórzył, że atak na Związek Radziecki jest teraz pewny i że Hitler ma
nadzieję zyskać poparcie dla swoich działań ze strony brytyjskich
i amerykańskich prawicowców. Jak jednak podkreślał, Führer myli się
w swych rachubach i należy zrobić wszystko, by pomóc Sowietom. Winant
zapewnił go, że jego kraj przyjmie to samo stanowisko.
Po kolacji Churchill wyszedł z Colville’em na przechadzkę po trawniku
do krykieta; omawiali tę samą sprawę. Sekretarz zapytał, czy jako
zdeklarowanego antykomunistę nie martwi go perspektywa wspierania
Kremla. „Zupełnie nie”, odparł Churchill. „Mam tylko jeden cel, zniszczyć
Hitlera, i moje życie jest z tego powodu prostsze. Gdyby Hitler zaatakował
piekło, wygłosiłbym przychylne uwagi o diable w Izbie Gmin” 465.
Obudzony nazajutrz o czwartej rano telefonem z wieścią o niemieckim
ataku, Colville odwiedził sypialnie Churchilla, Edena i Winanta celem
przekazania tej wiadomości; wszyscy trzej, jak wspominał, „uśmiechnęli
się z satysfakcją” 466. Do sypialni Edena przyszedł ponadto kamerdyner
Churchilla, przynosząc mu na srebrnej tacy wielkie cygaro. „Premier
przesyła wyrazy uznania i informację, że armie niemieckie wkroczyły do
Rosji”, oznajmił. Jak wspominał później Eden, „Odetchnęliśmy z ulgą,
chociaż było mi trudno z powodu cygara o tak wczesnej porze” 467.
Natychmiast zaczęli omawiać z Churchillem dalsze działania.
Churchill zaczął pracować nad przemówieniem radiowym, które tego
wieczoru miał wygłosić w BBC. Mimo powagi sytuacji rozumiał ironię
losu: oto miał zadeklarować wsparcie dla drugiego państwa totalitarnego
opartego na terrorze. Sir Stafford Cripps, ambasador brytyjski w Moskwie,
także spędzał ten weekend w Chequers. Jak zanotował Colville
w dzienniku, w czasie lunchu Churchill droczył się z Crippsem, mówiąc, że
„Rosjanie to barbarzyńcy” i że „komunizmu nie łączy z najbardziej
prymitywnym typem człowieczeństwa najcieńsza nawet nić” – innymi
słowy, że to system całkowicie nieludzki. Według relacji Colville’a „Cripps
przyjął to dobrze i bawiło go to” 468.
Eden był mniej rozbawiony, gdy zrozumiał, że nie będzie miał czasu
przejrzeć przemówienia Churchilla, ponieważ premier skończył je
przygotowywać ledwie dwadzieścia minut przed wejściem na antenę.
Niepotrzebnie jednak się martwił, jako że Churchill po raz kolejny wspiął
się na wyżyny.
„Osiągnęliśmy jeden z przełomowych momentów wojny” 469,
oświadczył premier. „Hitler jest okrutnym potworem, nienasyconym w swej
żądzy krwi i łupów”. Dodał, że niemiecki atak nie jest dla niego
zaskoczeniem i że ostrzegał przed nim Stalina. Nie stwierdził wprost, że
Stalin zignorował wszelkie ostrzeżenia, ale nietrudno było wyczytać to
między wierszami, gdyż powiedział: „Mogę tylko mieć nadzieję, że
zrobiono z tych ostrzeżeń użytek”.
W najważniejszych fragmentach przemówienia premier wyjaśnił
powody wspierania zaatakowanego Związku Radzieckiego.
„Nazistowskiego reżimu nie sposób odróżnić od najgorszych cech
komunizmu”, stwierdził. „Nikt nie był bardziej stanowczym przeciwnikiem
komunizmu niż ja w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Nie wycofam
żadnego słowa wypowiedzianego w tych latach. Wszystko to jednak
blednie wobec obrazu, jaki się obecnie ukazuje”. Tak jak oznajmił
Colville’owi i innym, istnieć mógł tylko „jeden nieodwołalny cel”:
zniszczenie reżimu Hitlera. „Z tej drogi nic nas nie zawróci. Nic”.
Potem, w jednym ze swoich najwspanialszych sformułowań oratorskich,
dodał: „Nigdy nie zaczniemy się układać; nigdy nie będziemy negocjować
z Hitlerem ani z kimkolwiek z jego bandy. Będziemy z nim walczyć na
lądzie, będziemy z nim walczyć na morzu, będziemy z nim walczyć
w powietrzu, aż – z Bożą pomocą – uwolnimy ziemię od jego cienia
i wyzwolimy jej ludy z jego ucisku”.
Obiecując brytyjską pomoc „dla Rosji i narodu rosyjskiego”, mówił
także z nową pewnością o roli Waszyngtonu. „Nie jest moim zadaniem
mówić o działaniach Stanów Zjednoczonych, to jednak powiem: Jeśli
Hitlerowi wydaje się, że jego atak na radziecką Rosję wywoła choćby
najmniejszą różnicę zdań czy osłabienie woli wielkich demokracji, które
pragną jego zguby, to srodze się myli”.
Przekazana przez Winanta najnowsza wiadomość dla Roosevelta
pomogła Churchillowi wygłosić tak ważną uwagę, nawet jeśli jego rząd
i administracja w Waszyngtonie wcale nie były przekonane, że zatrzymanie
armii Hitlera będzie możliwe w najbliższym czasie.

Choć wiadomość, że Niemcy będą odtąd koncentrowali się na froncie


wschodnim, osłabiając przynajmniej nieco nacisk na Wielką Brytanię,
została powitana z radością, wielu najwyższych urzędników w Londynie
i Waszyngtonie bardzo wątpiło w szanse Armii Czerwonej w walce
z najeźdźcami. 16 czerwca Cripps powiedział gabinetowi wojennemu, że
zdaniem korpusu dyplomatycznego w Moskwie Związek Radziecki nie
wytrzyma dłużej niż trzy do czterech tygodni 470. Szef Imperialnego Sztabu
Generalnego John Dill oświadczył Edenowi, że Sowieci mogą wytrzymać
nieco dłużej, jednak wedle jego ogólnej oceny Niemcy „przejdą przez nich
jak rozgrzany nóż przez masło” 471.
W Waszyngtonie sekretarz wojny Stimson prognozował rozwój
wydarzeń na potrzeby Roosevelta. „Niemcy będą całkowicie pochłonięci
pobiciem Rosji przez co najmniej miesiąc, a najwięcej trzy miesiące”, pisał.
Mimo to postrzegał w operacji „Barbarossa” „wręcz zrządzenie
Opatrzności”, jako że wykluczała ona możliwość inwazji na Wielką
Brytanię i ograniczała zdolność Niemiec do przeprowadzenia nowych
ofensyw w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Otwierała też nowe możliwości
przed Rooseveltem: „Wraz z tą ostateczną demonstracją nazistowskich
ambicji i perfidii stanęła przed Panem otworem droga do decydującej
interwencji w przebieg bitwy o północny Atlantyk oraz ochrony naszej
półkuli na południowym Atlantyku” 472.
W Londynie radziecki ambasador Iwan Majski był doskonale świadomy
„wielkiego sceptycyzmu co do skuteczności Armii Czerwonej”. Rozumiał
też dobrze, że jego kraj ma – delikatnie mówiąc – problem wizerunkowy.
Dostrzegł „dezorientację” Brytyjczyków z powodu nagłej zmiany roli
Związku Radzieckiego w wojnie. „Z psychologicznego punktu widzenia to
całkiem zrozumiałe”, pisał w swym dzienniku. „Jeszcze niedawno »Rosja«
była uznawana za ukrytego sojusznika Niemiec, prawie wroga. I oto nagle,
w ciągu 24 godzin, stała się przyjacielem! Ta przemiana była zbyt
gwałtowna i brytyjska mentalność musi dostosować się do nowej
sytuacji” 473.
Majski jednak nie docenił niechęci, z jaką poczynania jego kraju
przyjmowane były w wielu brytyjskich kręgach. „Poza obrzydliwymi
czynami wewnętrznymi nie można łatwo wybaczyć też ich perfidnego
opowiedzenia się za Hitlerem w sierpniu 1939 r. Od tego czasu robili
wszystko, by utrudnić nam prowadzenie wojny. Jak możemy przyjaźnić się
z takimi ludźmi?” 474, pisał generał Hastings Ismay. Zadawał on sobie te
same pytania, co niektórzy jego amerykańscy odpowiednicy podczas
wcześniejszych dyskusji na temat pomocy dla Wielkiej Brytanii. Gdyby
przewidywania szybkiego niemieckiego zwycięstwa w Związku
Radzieckim okazały się trafne, zachodnia pomoc mogłaby trafić
w niepowołane ręce. „Pomoc udzielona z wielkim poświęceniem Stalinowi
zostałaby zmarnowana, a sami znaleźlibyśmy się w większym niż
kiedykolwiek niebezpieczeństwie” 475.
Również Churchill ani nie zapomniał o wcześniejszych zachowaniach
Kremla, ani nie wmówił sobie, że Stalin nagle stanie się idealnym
partnerem. Pisząc o ataku Hitlera na Związek Radziecki, pozwolił sobie na
ostry komentarz: „Tak więc pełne nienawiści brednie przeciwko Wielkiej
Brytanii i Stanom Zjednoczonym, które sowiecka machina propagandowa
cisnęła w mrok nocy, zostały o świcie stłumione przez niemiecką kanonadę.
Niegodziwcy nie zawsze są sprytnymi, bo też i dyktatorzy nie zawsze mają
rację” 476. Nawet jednak sprytny premier zapewne nie zdawał sobie sprawy,
jak wiele czasu i frustracji kosztować będzie utrzymywanie stosunków
z dyktatorem, który nagle stał się jego sojusznikiem.
Majski pochwalił przemówienie radiowe Churchilla z obietnicą pomocy
dla Związku Radzieckiego. „Mocne przemówienie! Doskonała mowa!”,
pisał… ale jedynie w swoim dzienniku. „Dokładnie tego najbardziej
potrzeba” 477. Niczego podobnego nie powiedział natomiast Stalin.
Churchill był zszokowany, że jego mocna zapowiedź wsparcia Związku
Radzieckiego nie spotkała się z żadną reakcją Kremla. „To milczenie
najwyższych czynników było niezwykle męczące” 478, zanotował. Próbując
„uczynić pierwszy krok” 479 i nakłonić drugą stronę do odpowiedzi, 7 lipca
napisał bezpośrednio do Stalina, powtarzając swoją propozycję pomocy.
„Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby Wam pomóc”, zapowiedział.
„Im dłuższa będzie ta wojna, tym większa będzie nasza pomoc” 480.
Stalin odpisał dopiero 18 lipca, dziękując wreszcie za zapewnienia
wsparcia i nazywając oba kraje „czynnymi sojusznikami w walce
z hitlerowskimi Niemcami” 481. Jednak już ten pierwszy list zawierał
żądanie, które Kreml miał odtąd nieustannie powtarzać: utworzenia
drugiego frontu przeciw Hitlerowi, na Zachodzie. Innymi słowy, posłania
brytyjskich żołnierzy na kontynent do walki z Niemcami. „Front
w północnej Francji nie tylko odwróciłby uwagę Hitlera od Wschodu, ale
także uniemożliwiłby mu inwazję na Wielką Brytanię” 482, pisał Stalin.
Churchill cieszył się z bezpośredniej komunikacji ze Stalinem, z ledwie
skrywaną irytacją odrzucił jednak żądanie utworzenia drugiego frontu.
„Musi Pan pamiętać, że walczymy samotnie już od ponad roku. Choć
zasoby nasze rosną i będą rosnąć coraz szybciej od tej chwili, jesteśmy
narażeni na maksymalny wysiłek zarówno w kraju, jak i na Bliskim
Wschodzie, na ziemi i w powietrzu” 483, pisał, dodając, że brytyjskie siły
morskie także są całkowicie zaangażowane w bitwę o Atlantyk.
Niemniej ta i podobne wiadomości nie powstrzymały strumienia skarg
i żądań strony radzieckiej. Jak ujął to Churchill, „Moskwa traktowała mnie
jednak ozięble, niewiele było miłych słów. (…) Rząd sowiecki sprawiał
wrażenie, jakby robił nam wielką łaskę, walcząc o swoje własne życie na
terytorium własnego kraju” 484.
Brytyjscy wojskowi, świadomi, że nie mogą planować podobnej
operacji, byli szczególnie zirytowani kolejnymi żądaniami Stalina. „Mógłby
równie dobrze żądać Księżyca”, pisał Ismay, kwaśno zauważając, że
radziecki przywódca nie wykazywał „ani skruchy, ani wstydu” z powodu
dobicia targu z Hitlerem w roku 1939 czy wspierania Niemiec dostawami
zaopatrzenia w czasie, gdy Wielka Brytania walczyła sama. „Jak bardzo
mieliśmy dość gadania o »drugim froncie«” 485.
A.P. Herbert, popularny pisarz i niezrzeszony poseł Izby Gmin, napisał
wiersz ujmujący te odczucia.

Dość już tych głupstw, stronnicy Józia…


W roku czterdziestym, gdy na nas huzia,
Wtedy by przydał się drugi front.
Kontynent padł jak domek z kart,
A Rosja bierna miała fart.
Za słaba? Nie. Ale musiało się jej wieść.
Lepiej jest bić, gdy ma się pięść.
Wciąż lepiej (choć to nie my, jak wiek wiekiem)
Zawrzeć traktaty ze znienawidzonym człekiem.
Ale podchody te się skończyły,
Gdy Hitler przyjacielowi wyrywa żyły.
A gdyby nie rwał? – myślę sobie.
Walczyłaby Rosja w tej ciężkiej dobie? 486

Pomimo jednak uzasadnionych narzekań i otwartej niechęci do Związku


Radzieckiego Churchill spotkał się z niewielkim tylko sprzeciwem wobec
swej decyzji o udzieleniu pomocy nowemu sojusznikowi. Tak urzędnicy,
jak i zwykli obywatele instynktownie rozumieli, że postawa premiera daje
największe szanse skorzystania z gwałtownie zmieniającego się układu sił.
Wzmocnienie radzieckiego oporu wobec niemieckiego najeźdźcy miało
przynieść bezpośrednie korzyści Wielkiej Brytanii oraz – przynajmniej
pośrednio na razie – Stanom Zjednoczonym. Ironią losu było, że to decyzja
Hitlera o ataku na Związek Radziecki okazała się katalizatorem szybkiego
utworzenia szerokiej koalicji jego przeciwników.

W Stanach Zjednoczonych izolacjoniści usiłowali wykorzystać eskalację


konfliktu w Europie do odrodzenia swej kampanii na rzecz utrzymania
Ameryki poza wojną. Krótko po niemieckiej agresji na Związek Radziecki
Lindbergh w przemówieniu na wiecu ruchu America First w San Francisco
kpił: „Wczorajsi mordercy i rabusie teraz uznawani są za dzielnych
obrońców cywilizacji”. Następnie, powtarzając argumenty z debaty nad
ustawą Lend-Lease, dodał: „Wolałbym stokrotnie bardziej widzieć mój kraj
sprzymierzony z Anglią, a nawet z Niemcami, mimo wszystkich ich
grzechów, niż z okrucieństwem, bezbożnością i barbarzyństwem radzieckiej
Rosji. Sojuszowi Stanów Zjednoczonych z Rosją sprzeciwiać się winien
każdy Amerykanin, każdy chrześcijanin, każdy humanitarny obywatel tego
kraju” 487.
Po przeciwnej stronie politycznego spektrum amerykańscy działacze
partii komunistycznej, którzy dotychczas organizowali „pokojowe”
manifestacje celem potępienia zwolenników Wielkiej Brytanii jako
podżegaczy wojennych i imperialistów, gwałtownie zmienili front. Jak
zauważył z widocznym zachwytem doradca Roosevelta Robert Sherwood,
„Z dnia na dzień »Daily Worker« [gazeta komunistów] stał się probrytyjski,
zaczął wspierać Lend-Lease, opowiadać się za interwencją oraz, po raz
pierwszy od dwóch lat, popierać Roosevelta” 488.
Lindbergh z pewnością narażał się na oskarżenia, że jest obrońcą Hitlera.
„Nikt nigdy nie słyszał, by Lindbergh wyraził zszokowanie czy choćby
niechęć wobec krwawego marszu nazistów do władzy ani też słowa
współczucia dla niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci z rozmysłem
mordowanych przez nazistów w praktycznie każdym europejskim
kraju” 489, oświadczył Harold Ickes, sekretarz Departamentu Zasobów
Wewnętrznych w administracji Roosevelta. Jednocześnie amerykańscy
komuniści i ich sympatycy, jak większość ich europejskich odpowiedników,
pozostawali cały czas bezwstydnymi obrońcami Stalina, nawet gdy
obowiązywał jego pakt z Hitlerem. Niezależnie jednak od starć apologetów
w Waszyngtonie toczyła się poważniejsza debata na temat tego, jak należy
zareagować na nową sytuację, i padały w niej fundamentalne pytania
dotyczące polityki względem Związku Radzieckiego.
Choć Roosevelt zaraz po Churchillu zaoferował „wszelką możliwą
pomoc dla Rosji” 490, inni w Waszyngtonie byli ostrożni. 22 czerwca,
dowiedziawszy się o niemieckim najeździe, senator Harry Truman wyraził
opinię, która – mimo że trudna do wprowadzenia w życie – odzwierciedlała
dylematy wielu Amerykanów. „Jeśli uznamy, że Niemcy wygrywają,
powinniśmy pomóc Rosji, a jeśli to Rosja wygrywa, należy pomóc
Niemcom, i w ten sposób pozwolić, żeby nawzajem się powybijali, chociaż
nie chcę zobaczyć Hitlera jako zwycięzcy w żadnych okolicznościach” 491.
George Kennan, który w latach trzydziestych szlifował swoje
umiejętności analityczne jako młody amerykański dyplomata w Moskwie,
następnie zaś trafił do ambasady USA w Berlinie, nie posunął się tak
daleko… ale także wyraził mocne zastrzeżenia wobec działań
sygnalizowanych przez Roosevelta. 24 czerwca, w liście wysłanym
z Berlina do Loya Hendersona, byłego kolegi z moskiewskiej placówki,
który obecnie pracował w Departamencie Stanu, ostrzegał: „nie
powinniśmy robić w kraju niczego, co sugerowałoby, iż postępujemy tak
samo, jak zdaje się postępować Churchill, śląc moralne wsparcie stronie
rosyjskiej” 492.
Związek Radziecki „nie ma prawa do sympatii Zachodu”, ciągnął
Kennan, jako że w oczywisty sposób nie walczy o te same ideały co
Zachód. „Taki punkt widzenia nie wyklucza udzielenia pomocy materialnej,
gdy wymagać tego będą nasze interesy”, konkludował. „Wyklucza jednak
wszystko, przez co moglibyśmy identyfikować się politycznie czy
ideologicznie z rosyjskim wysiłkiem wojennym”.
Źródeł takiej niezgody ze Związkiem Radzieckim doszukiwać się należy
w najwcześniejszym okresie rządów Roosevelta. Gdy prezydent objął urząd
w 1933 r., postanowił nawiązać kontakty z przywódcami Kremla,
przerywając długi okres, w którym Stany Zjednoczone i znaczna część
Zachodu nadal traktowały ich jako przedstawicieli nielegalnego,
niebezpiecznego reżimu. 16 listopada tegoż roku Waszyngton i Moskwa
formalnie nawiązały stosunki dyplomatyczne, Roosevelt zaś mianował
Williama Bullitta, zdeklarowanego zwolennika nowej polityki zbliżenia,
pierwszym amerykańskim ambasadorem w Związku Radzieckim.
Jednak Bullitt stracił wkrótce złudzenia co do reżimu Stalina. Odrzucały
go zwłaszcza paranoja i ksenofobia, które przekładały się na kolejne fale
masowego terroru. Dyplomata ostrzegał też swych zwierzchników
w Waszyngtonie, że Związek Radziecki stanowi prawdziwe zagrożenie dla
Zachodu, mimo nadziei Roosevelta, że wykształcą się w nim bardziej
demokratyczne instytucje i że porzuci agresywne marzenia o rozszerzaniu
komunizmu na inne kraje. W wiadomości dla sekretarza stanu Hulla z 20
kwietnia 1936 r. Bullitt pisał, że Związek Radziecki stara się o przyjazne
stosunki z demokratami, „by tym łatwiej postawić później tych demokratów
przed plutonem egzekucyjnym” 493. Kennan i inni młodzi dyplomaci
pracujący w moskiewskiej placówce w większości podzielali poglądy
ambasadora.
Roosevelt wszakże nie był skłonny zaakceptować rekomendacji
usztywnienia kursu opartych na realistycznej ocenie natury radzieckiego
reżimu. Zastąpił Bullitta Josephem Daviesem, swym przyjacielem i mężem
Marjorie Merriweather Post, dziedziczki General Foods oraz ważnej
sponsorki jego kampanii. Davies nie miał pojęcia o Rosji i przyjmował
bezkrytycznie większość radzieckiej propagandy. Nadskakiwał Stalinowi,
chwaląc jego „inteligentny humor” i „wielką osobowość” w liście do córki
z 9 czerwca 1938 r. napisanym pod koniec kilkunastomiesięcznej służby
w Moskwie. „Jest inteligentny, bystry i, przede wszystkim, mądry,
przynajmniej tak mi się wydawało”, pisał. „Jeśli możesz sobie wyobrazić
osobowość będącą dokładnym przeciwieństwem tego, co jest w stanie
wyobrazić sobie najbardziej zaciekły antystalinista, będziesz mogła
wyrobić sobie obraz tego człowieka” 494.
Davies wziął nawet udział w jednym z niesławnych procesów
politycznych, a jego raporty do Waszyngtonu współbrzmiały z radzieckimi
relacjami z tych wydarzeń. Jak pisał Hullowi, „Moim zdaniem, jeśli chodzi
o oskarżonych, to zgodnie z radzieckim prawem udowodniono niezbicie
wystarczająco wiele zarzutów, by usprawiedliwić uznanie ich za winnych
zdrady i zasądzenie kar ujętych w radzieckim kodeksie karnym” 495. Innymi
słowy, reżim Stalina miał słuszność, likwidując ofiary czystek. Zdaniem
Daviesa, zabijając osoby uznawane za przeciwników politycznych,
radzieccy przywódcy umacniali swoją pozycję.
Ze swej następnej placówki w Brukseli i później w Stanach
Zjednoczonych Davies nadal zachęcał Roosevelta do przyjęcia
pozytywnego obrazu Kremla. Wkrótce po niemieckim najeździe na
Związek Radziecki Joseph Davies opublikował książkę Mission to Moscow
[Misja w Moskwie], która jest wręcz parodią radzieckiej propagandy. Na jej
stronach radzieccy przywódcy „działają powodowani głównie
altruistycznymi ideami”. „Ich celem jest promowanie braterstwa i poprawa
bytu zwykłych ludzi (…). Pragną pokoju”. Nie przeszkodziło mu to
usprawiedliwiać stalinowskich czystek w wojsku i innych instytucjach,
przeciwnie – chwalił je. „W roku 1941 nie było w Rosji członków piątej
kolumny – rozstrzelano ich wcześniej”, oświadczył. „Czystka umocniła kraj
i uwolniła go od zdrady” 496.
Gdy oddziały niemieckie odniosły pierwsze zwycięstwa w operacji
„Barbarossa”, Davies napisał do Harry’ego Hopkinsa w nieco
trzeźwiejszym tonie. Twierdził, że w pierwszych walkach Armia Czerwona
„okazała się skuteczniejsza, niż powszechnie oczekiwano” 497, przyznając
jednak, że niemiecka ofensywa może się zakończyć opanowaniem
większości europejskiej części kraju, w tym Moskwy. Niemniej
przewidywał, że w takim przypadku Stalin i jego rząd przeniosą się na
wschód od Uralu i będą koordynować opór przeciwko okupantom. By
zachęcić Sowietów do dalszego oporu i zadbać, aby Stalin nie skusił się na
zawarcie nowego układu z Hitlerem, wzywał do pójścia w ślady Churchilla
i obiecania Rosjanom pełnej pomocy. „Należy przekazać bezpośrednio
Stalinowi, że jesteśmy »całkowicie« za pobiciem Hitlera i że nasza
tradycyjna polityka przyjaźni wobec Rosji nadal obowiązuje” 498, pisał.
Dyplomaci, którzy jak Kennan wzywali do bardziej zniuansowanego
podejścia – powiązania pomocy dla Związku Radzieckiego z chłodną oceną
natury jego reżimu – byli przerażeni zachowaniem Daviesa w Moskwie
i jego późniejszym poparciem dla Kremla. „Gdyby prezydent chciał nas
ukarać i wykpić nasze wysiłki na rzecz kształtowania stosunków
amerykańsko-radzieckich, nie mógłby lepiej wybrać kandydata” 499,
oświadczył Kennan, powtarzając opinię wielu swoich kolegów.
Hopkins jednak podzielał wiele poglądów Daviesa o Związku
Radzieckim… i to on został głównym architektem polityki względem
ZSRR zaraz po niemieckim najeździe. Oznaczało to, że nowe stosunki
między Moskwą a Waszyngtonem od początku ukierunkowane były na
rozwiązania, które dawały Stalinowi wielkie korzyści.

W połowie lipca Roosevelt wysłał ponownie Hopkinsa do Anglii celem


kontynuowania rozmów z Churchillem i innymi brytyjskimi przywódcami
o wielu sprawach: planie nadchodzącej konferencji atlantyckiej –
pierwszego wojennego spotkania z Churchillem, które miało się odbyć na
morzu w sierpniu; stanie dotychczasowych dostaw pomocy w ramach
Lend-Lease oraz ogólnej ocenie sytuacji wojennej, głównie niemieckiej
kampanii w Związku Radzieckim. Jak zauważył Sherwood, „wszelkie
rozważania na temat wszystkich faz wojny, w tym amerykańskiej produkcji
i Lend-Lease, zależały od tego, jak długo jest w stanie wytrzymać
Rosja” 500. Problem polegał na tym, że obie strony amerykańsko-
brytyjskich rozmów nie miały pojęcia, jak odpowiedzieć na to pytanie.
Colville zanotował w dzienniku, że w Moskwie władze przejawiały
„niewiarygodną niechęć” do dzielenia się jakimikolwiek informacjami
z brytyjską misją wojskową. „Teraz, w ich godzinie próby, rząd radziecki –
a przynajmniej Mołotow – jest równie podejrzliwy i nieskory do
współpracy jak wtedy, gdy negocjowaliśmy traktat latem 1939 r.” 501, pisał,
odnosząc się do rozmów radziecko-brytyjskich prowadzonych tuż przed
tym, jak Stalin i Hitler zawarli swój pakt.
Major Ivan Yeaton, od 1939 r. amerykański attaché wojskowy
w Moskwie, był wysoce krytyczny względem swych brytyjskich
odpowiedników, którzy jego zdaniem opierali się wyłącznie na oficjalnych
komunikatach. Równie krytyczny był względem swego poprzednika,
pułkownika Philipa Faymonville’a, który według innych pracowników
ambasady cierpiał na podobne „zdecydowanie prorosyjskie nastawienie” 502
co ambasador Davies. Yeaton drwił z cechującego
Faymonville’a „polegania na radzieckich ulotkach” 503 i szukał kontaktu
z attaché wojskowymi z innych ambasad, którzy podzielali jego
stanowisko. Zgromadził też kilkanaście mandatów od milicji za łamanie
wojennych zasad podróżowania, jeżdżenie nocą i próby wymknięcia się
z miasta, by zbliżyć się do strefy frontowej.
Porównując swe wrażenia z opiniami innych obcokrajowców i relacjami
uchodźców z terenów objętych niemiecką ofensywą, Yeaton sporządził
wysoce pesymistyczne oceny szans Związku Radzieckiego na
powstrzymanie Niemców. „(…) nie potrafiłem znaleźć nawet
najmniejszych dowodów, na podstawie których mógłbym napisać bardziej
optymistyczny raport” 504, wspominał później. Jego oceny, dodał,
wzbudziły niechęć zarówno brytyjskich oficjeli, jak i członków ekipy
Roosevelta, takich jak Hopkins, którzy z zapałem szukali uzasadnienia dla
dostarczania pomocy Związkowi Radzieckiemu.
W czasie lipcowej wizyty Hopkinsa w Londynie on i Winant spotkali się
z Majskim w amerykańskiej ambasadzie. Według radzieckiego dyplomaty
spotkanie nie przyniosło przełomu w kwestii pomocy. „Hopkins zapewnił
mnie, że Roosevelt jest gotów udzielić ZSRR wszelkiego rodzaju wsparcia
w walce z Hitlerem, ostrzegł jednak przed jakimikolwiek złudzeniami co do
czasu i zakresu amerykańskiej pomocy zbrojeniowej”. Mimo to Majskiego
zaintrygowało pytanie Hopkinsa: „Co można zrobić, by zbliżyć ze sobą
Roosevelta i Stalina?” 505.
Majski nie od razu był pewien, do czego zmierza Hopkins, ale był pod
wrażeniem tego, że „nie ukrywał sympatii dla Związku Radzieckiego”,
i miał później dojść do wniosku, że „znacznie przychylniej” traktuje
radzieckie potrzeby niż Churchill. W swoich wspomnieniach ambasador
pisał: „W mojej pamięci Harry Hopkins pozostał jako jeden z najbardziej
postępowych ludzi wśród czołowych działaczy świata burżuazyjnego
w okresie drugiej wojny światowej” 506.
Jak dowiedział się Majski dwa dni po pierwszym spotkaniu
z Hopkinsem, prezydencki posłaniec miał na myśli określony cel, gdy
mówił o zbliżeniu przywódców obu krajów. Po rozmowie z Churchillem
w sprawie zorganizowania przelotu przez RAF ze Szkocji do ZSRR, 25
lipca Hopkins posłał Rooseveltowi telegram z propozycją odbycia podróży.
Dzięki temu mógłby osobiście dowiedzieć się od Stalina, jakie są
perspektywy jego kraju, i zachęcić go do dalszej walki z niemieckim
najeźdźcą. „Sądzę, że stawka jest tak wielka, że trzeba to uczynić”, pisał.
„Stalin wówczas nie będzie miał wątpliwości, że mówimy poważnie
o długofalowych dostawach zaopatrzenia” 507.
Roosevelt niezwłocznie udzielił zgody, wezwał jednak Hopkinsa, by
ruszył natychmiast, tak by mógł wrócić przed planowaną na początek
sierpnia konferencją atlantycką. Wieczorem 28 lipca Winant pilnie
skontaktował się z Majskim, zapraszając go z powrotem do amerykańskiej
ambasady. Gdy radziecki ambasador przybył tam, Winant wyjął paszporty
Hopkinsa i dwóch jego asystentów, mówiąc, że za pół godziny mają
wyruszyć pociągiem do Invergordon w Szkocji, by stamtąd polecieć do
Związku Radzieckiego. „Wyjaśnię panu wszystko później”, powiedział.
„Na razie proszę pana tylko o wizy” 508.
Na powrót do radzieckiej ambasady i przygotowanie odpowiednich
formularzy nie było czasu, Majski postanowił więc improwizować. Ręcznie
wpisał upoważnienie w paszporcie Hopkinsa, stawiając tylko na wszelki
wypadek swą oficjalną pieczęć. „Takiej wizy, jak sądzę, nie zna historia
naszej dyplomacji” 509, zanotował w swym dzienniku. Winant pospiesznie
udał się na stację Euston, by złapać Hopkinsa, który siedział już
w szykującym się do odjazdu specjalnym pociągu, i podał mu paszport
przez okno. „Wciąż uważam, że podróż ta była jednym z punktów
zwrotnych wojny” 510, pisał później amerykański ambasador, dumny ze
swej roli.
Ironią losu jednak dokumentacja ta okazała się niepotrzebna 511. Gdy
łódź latająca Catalina RAF wystartowała z Hopkinsem, który przez znaczną
część dwudziestojednogodzinnej podróży siedział na fotelu strzelca
w pobliżu ogona, radziecka delegacja wojskowa była gotowa przyjąć
osobistego wysłannika Roosevelta w Archangielsku. O paszport go w ogóle
nie proszono. Zamiast tego czekał go przedsmak radzieckiej gościnności:
„monumentalny” czterogodzinny posiłek, podczas którego podano zimne
ryby i kawior; były też nieodłączne toasty wznoszone wódką. „Wódka ma
autorytet”, pisał później. „To nie jest coś, co można zlekceważyć”. Potem,
po ledwie dwóch godzinach snu, wsiadł do samolotu do Moskwy, gdzie
powitał go Laurence Steinhardt, który zastąpił Daviesa na stanowisku
ambasadora USA.

Gdy Roosevelt mianował Steinhardta, zapewne wierzył, że nowy


ambasador będzie równie proradziecki jak Davies. Ten zamożny
nowojorski prawnik, wcześniej ambasador w Szwecji, był – tak jak jego
rodzina – liberalnym demokratą. Jego wuj, Samuel Untermeyer, był
poważnym sponsorem kampanii wyborczej i jawnym sympatykiem
Związku Radzieckiego. Podobnie jednak jak Bullitt Steinhardt wkrótce stał
się zdecydowanym krytykiem zagranicznej i wewnętrznej polityki
radzieckiej. Irytowały go silna radziecka inwigilacja, ograniczenia
i biurokratyczne regulacje do szaleństwa utrudniające życie personelowi
ambasady.
Jak z aprobatą zauważył Yeaton, ambasador był „gotów w razie potrzeby
przeciwstawiać się radzieckiej obstrukcji”. W grudniu 1941 r. Steinhardt
powiadomił Hulla i Wellesa, swych waszyngtońskich zwierzchników:
„Sądzę, że powinniśmy za wszelkie radzieckie przykrości odpowiadać
podobnymi wobec ich ludzi u nas” 512. Kremlowi nie spodobały się takie
rekomendacje; radzieccy oficjele krytykowali go w typowo ostry sposób.
Konstantin Umański, jego odpowiednik w Waszyngtonie, nazywał
Steinhardta „bogatym żydowskim burżujem przesyconym ohydnym
smrodem syjonizmu” 513.
W pierwszych rozmowach ze Steinhardtem Hopkins pytał, czy
telegramy Yeatona na temat sytuacji wojskowej są wiarygodne 514. Innymi
słowy, czy sytuacja Sowietów jest tak zła, jak utrzymywał attaché
wojskowy. Steinhardt udzielił zniuansowanej odpowiedzi. Jak stwierdził,
historia wojen Rosji dowodzi, że choć czasami jej wojska działały mało
sprawnie, w obronie ojczyzny walczyły zaciekle – co oznaczało, że nie
należy ich lekceważyć. Dodał jednak, że niezwykle trudno jest poznać
sytuację, ponieważ obsesja tajności i lęk przed obcokrajowcami sprawiają,
że pracujący w Moskwie dyplomaci mogą tylko sklejać strzępki informacji.
Hopkins odpowiedział, że uważa swą wizytę za pierwszą okazję do
przełamania tej podejrzliwości i zyskania pełniejszego obrazu.
Zamierzał uczynić to na samej górze. Stalin przyjął go z wielką radością
i przez kolejne dwa wieczory rozmawiał z nim kilka godzin. Gdy Hopkins
przekazał wyrazy poparcia od Roosevelta i Churchilla, radziecki przywódca
przedstawił mu sytuację wojskową i omówił swoje życzenia dotyczące
dostaw. Co najważniejsze, zdołał wzbudzić podziw u swego gościa, a to
wyraźnie było jego celem. Hopkins powiedział wcześniej Majskiemu, że
zamierza doprowadzić do zacieśnienia stosunków między Rooseveltem
a Stalinem, choćby przez pośrednika. Jego wizyta oznaczała poważny krok
w tym kierunku, gdyż wzmacniała przekonanie Roosevelta o możliwości
nawiązania obopólnie korzystnych osobistych kontaktów.
Hopkins był pod wrażeniem tak słów, jak wyglądu i zachowania Stalina.
„Ani razu się nie powtórzył”, wspominał później. „Mówił tak, jak strzelali
jego żołnierze – prosto i celnie”. Opisał Stalina jako „skromną, surową,
zdeterminowaną postać w butach wyglansowanych na błysk, prostych
workowatych spodniach i dopasowanej kurtce. Nie nosił żadnych
insygniów, wojskowych ani cywilnych”. Zdaniem Hopkinsa nawet
niewielki wzrost Stalina sugerował jego siłę. „Osadzony jest blisko ziemi,
jak wymarzony blokujący”, oświadczył. „Ma około pięciu stóp i sześciu
cali, waży jakieś sto dziewięćdziesiąt funtów. Jego ręce są wielkie i równie
twarde jak jego umysł” 515.
Donosząc Rooseveltowi o treści ich spotkań, Hopkins podsumował
ówczesny pogląd Stalina na przebieg wojny. Mimo początkowych
niepowodzeń jego sił radziecki przywódca podkreślał, że Niemcy nie
docenili jego armii. „Stalin powiedział, że jego żołnierze nie uważają tej
walki za przegraną jedynie dlatego, że Niemcom w tym czy innym miejscu
udało się przebić wojskami zmechanizowanymi” 516, pisał Hopkins.
Najeźdźcy już byli nadmiernie rozciągnięci, „a nawet niemieckim czołgom
kończy się paliwo”. Włodarz Kremla podkreślał też, że wielkie czołgi
Armii Czerwonej są lepsze od niemieckich i że choć Luftwaffe posiada
więcej samolotów niż radzieckie siły powietrzne, wiele z nich nie należy do
nowoczesnych.
Jednakże to szczegółowe życzenia Stalina dowodziły najmocniej, że
przewidywał on już długotrwałe walki. Lista jego żądań była długa –
obejmowała działa przeciwlotnicze, karabiny maszynowe, aluminium do
budowy samolotów, wysokooktanowe paliwo oraz ponad milion karabinów.
„Dajcie nam działa przeciwlotnicze i aluminium, a będziemy mogli
walczyć trzy lub cztery lata” 517, powiedział Hopkinsowi. Dodał też, że
ruch oporu za niemieckimi liniami już zaczyna utrudniać życie najeźdźcom.
Jak Hopkins podsumował uwagi Stalina, „Potęga Niemiec jest tak
ogromna, że nawet jeśli Rosja zdoła się obronić, połączonymi siłami
Wielkiej Brytanii i Rosji będzie bardzo trudno rozgromić niemiecką
machinę wojskową” 518. By to się mogło stać, do walki musiały się włączyć
Stany Zjednoczone – a radziecki przywódca uważał, że to nieuniknione.
W tym momencie Stalin zadziwił gościa prośbą o przekazanie
Rooseveltowi, że z radością przyjąłby amerykańskie oddziały pod swym
dowództwem na każdym odcinku frontu. Jak pisał Hopkins w swoim
raporcie, „Powiedziałem mu, że wątpię, aby nasz rząd, nawet w przypadku
wojny, chciał wysłać wojska amerykańskie do Rosji, ale że przekażę jego
wiadomość prezydentowi” 519. Nieustanny sprzeciw Sowietów wobec
wizyty Yeatona i innych attaché wojskowych na froncie dowodził, że Stalin
złożył tę ofertę wyłącznie dla jej dramatycznego efektu.
Hopkins jednak zdawał się wierzyć we wszystko, co mówił Stalin, nawet
gdy ten wygłaszał uwagi, które mogłyby dotyczyć także radzieckiego
systemu. Największą słabością Führera zdaniem Stalina była „ogromna
liczba uciskanych ludzi, którzy nienawidzą Hitlera i niemoralnych działań
jego rządu” 520, donosił Hopkins. Stalin mówił też o „konieczności
zachowania minimum standardów moralnych pomiędzy wszystkimi
narodami” 521 i powiedział, że „obecni przywódcy Niemiec nie uznają
żadnego minimum standardów moralnych i dlatego reprezentują siły
antyspołeczne w dzisiejszym świecie” 522.
Nie dziwi zatem fakt, że Hopkins nie miał cierpliwości do Yeatona
wysyłającego kolejne raporty z wysoce krytycznymi uwagami na temat
radzieckiego systemu i przewidujące rychłą porażkę Sowietów. Gdy wpadli
na siebie w ambasadzie przy śniadaniu, niezwłocznie powiedział majorowi,
że jego zdaniem Związek Radziecki zwycięży i że Stany Zjednoczone
udzielą mu „wszelkiej możliwej pomocy wojskowej i gospodarczej” 523.
Pomoc ta nigdy nie będzie traktowana jako karta przetargowa.
Yeaton był zniesmaczony. Odnosząc się do słabego zdrowia Hopkinsa,
pisał później: „Jego entuzjazm wplątał nas w tę wojnę, a jego gotowość do
negocjacji ze Stalinem na zasadzie »ufam ci« dała mi powody do
zastanowienia się, czy choroba nie wpłynęła na jego sposób myślenia” 524.
W spotkaniach z Hopkinsem major mimo wszystko starał się przedstawić
przyczyny swej bardziej pesymistycznej oceny sytuacji wojennej i natury
stalinowskiego reżimu. „Kiedy zakwestionowałem przekonania i metody
postępowania Stalina, [Hopkins] nie mógł tego dłużej znieść i gwałtownie
zamknął mi usta. »Nie zamierzam rozmawiać dłużej na ten temat«” 525,
wspominał.
Nazajutrz obaj spotkali się ponownie przy śniadaniu i major starał się
zatrzeć złe wrażenie. Przeprosił Hopkinsa za to, że go zdenerwował, i, jak
to ujął, „błagał go o pomoc”. Jeśli Stany Zjednoczone i Związek Radziecki
miały zostać sojusznikami, koniecznie musiał mieć możliwość swobodnego
poruszania się i oceny sytuacji wojennej. Innymi słowy, należało załatwić
na Kremlu zniesienie ograniczeń poruszania się zachodnich attaché
wojskowych. Odpowiedzią Hopkinsa było, pisał Yeaton, „chłodne,
stanowcze »nie«” 526. Hopkins trwał przy swej deklaracji
niewykorzystywania amerykańskiej pomocy do uzyskania korzyści, nawet
w takich proceduralnych kwestiach.
Tuż przed wylotem do Moskwy Hopkins sygnalizował, że w takich
kwestiach podjął już decyzję 527. Pułkownik Faymonville, poprzednik
Yeatona zdymisjonowany przez Departament Wojny ze względu na
reputację obrońcy Stalina, został w praktyce zrehabilitowany. 13 lipca
otrzymał przydział do waszyngtońskiego Oddziału Pomocy Zagranicznej,
który nadzorował Lend-Lease. Jego zadaniem było uruchomienie programu
pomocy dla Związku Radzieckiego.
Gdy 26 lipca do Waszyngtonu przybyła radziecka misja wojskowa,
Faymonville służył jej za przewodnika po stolicy, w której członkowie
delegacji ZSRR naciskali na szybkie działania. Pułkownik tak bardzo starał
się ich zadowolić, że pokazał im nawet tajne dokumenty. Doprowadziło to
do oskarżeń o naruszenie regulaminów wojskowych, mowa była nawet
o sądzie wojennym. Jednakże Hopkins i administracja Lend-Lease udzielili
mu pełnego poparcia, co sprawiło, że nie postawiono mu żadnych zarzutów.
Wręcz przeciwnie, wkrótce zwiększyła się jeszcze jego odpowiedzialność
za pomoc dla ZSRR.
Roosevelt osobiście dał do zrozumienia, że pragnie szybkich wyników
w sprawie radzieckiej. 2 sierpnia posłał Wayne’owi Coyowi,
nadzorującemu program pomocy dla Sowietów pod nieobecność Hopkinsa,
ostrą notę 528. Napisał w niej, że na poprzednim posiedzeniu gabinetu
skarżył się, iż upłynęło sześć tygodni od niemieckiej agresji, a Stany
Zjednoczone nie uczyniły „praktycznie nic” w kwestii dostarczenia
zaopatrzenia, o jakie prosiła strona radziecka. „Szczerze powiedziawszy,
gdybym był Rosjaninem, uważałbym, że Stany Zjednoczone wodzą mnie za
nos”, stwierdził. Dlatego, jak pisał Coyowi, „rozkazuję z całym
autorytetem: proszę postępować zdecydowanie, proszę nieustannie naciskać
i skłaniać do działania”. Zakończył suchym rozkazem: „Gazu!”.
Podczas gdy Roosevelt i Churchill zapewniali gorliwie Stalina o swym
poparciu, byli także dotkliwie świadomi potrzeby pielęgnowania stosunków
między sobą. Churchill wiedział, że jego naród wygląda każdej oznaki
zbliżania się Stanów Zjednoczonych do wsparcia go w wojnie o ocalenie.
By do tego doszło, musiał nadal starać się przekonać amerykańską opinię
publiczną, a nie tylko samego Roosevelta i jego ludzi. W tym celu należało
prowadzić ostrożną grę, unikając wrażenia wywierania zbyt jawnej lub zbyt
bezpośredniej presji. Zamiast tego musiał umiejętnie walczyć o serca
i umysły Amerykanów.
Tak jak podczas bitwy o Anglię, Blitzu oraz debaty nad ustawą Lend-
Lease jego największymi sprzymierzeńcami w tej sprawie byli pracujący
w Londynie lub przybywający tam amerykańscy korespondenci. Podobnie
jak wówczas jasne było, na których korespondentów można liczyć, że nie
tylko prześlą korzystne reportaże, ale że otwarcie wesprą Churchilla.
Premier i jego rząd szczególnie chętnie im pomagali, udzielając
niezwykłego dostępu do informacji oraz do mediów poza normalnymi
kanałami.
Jednym z ulubionych był Quentin Reynolds, reporter „Collier’s
Weekly”. Wiosną 1941 r. w Anglii – ku pewnemu zdziwieniu autora –
dobrze sprzedawała się jego książka The Wounded Don’t Cry [Ranni nie
płaczą] o upadku Francji i bitwie o Anglię. „Dziwiłem się, że wyczerpani
Blitzem Brytyjczycy mogli czytać o przeżyciach, które nie były dla nich ani
nowe, ani przyjemne” 529, wspominał. Pewien londyński krytyk literacki
wyjaśnił Reynoldsowi, że miał dobre wyczucie czasu, gdyż była to
pierwsza książka zawierająca relację z pierwszej ręki i Brytyjczycy ją
pokochali. „No i, rzecz jasna, mówi pan nam, jacy jesteśmy odważni”,
dodał recenzent. „Gdy mówi to Amerykanin, bardzo nam to pochlebia”.
Minister informacji Duff Cooper wystosował do Reynoldsa niezwykłe
zaproszenie. Coniedzielna piętnastominutowa wieczorna audycja BBC
Postscriptum do wiadomości o dziewiątej zwykle zawierała komentarz
Churchilla, jednego z jego ministrów lub, czasami, jak to ujął Reynolds,
„bohatera walk”. Cooper zaprosił Reynoldsa do audycji 29 czerwca, by
przedstawił swój punkt widzenia amerykańskiego korespondenta.
Reynolds postanowił przygotować tekst w formie listu otwartego do
Josepha Goebbelsa. Szydził w nim z szefa niemieckiego ministra
propagandy, nazywając Hitlera „Panem Schicklgruberem”, od pierwszego
nazwiska ojca dyktatora. „Byłem pod wrażeniem komicznego potencjału
tkwiącego w tym nieszczęsnym nazwisku”, wspominał Reynolds. Mimo
zastrzeżeń producenta BBC co do „cokolwiek nieokrzesanego” języka
w niedzielnej wieczornej audycji Amerykanin nie hamował się: „Użyłem
wszystkich znanych mi tricków głosowych, by wywołać efekt prokuratora
wygłaszającego mowę końcową w sprawie o morderstwo”. Jakby
wzmacniając jego przekaz, w czasie audycji nad Londynem pojawiły się
niemieckie bombowce.
W następnych kilku dniach BBC została zasypana pełnymi pochwał
listami do Reynoldsa. „Niech Ci Bóg błogosławi, jankesie”, pisano
w jednym z nich. „Wywołałeś aplauz całej stacji metra Elephant and Castle.
Przetrwanie reszty nocy wydawało się łatwiejsze po tym, jak rozprawiłeś
się z panem Schicklgruberem”. Napisał i Churchill, sławiąc jego „godną
podziwu” audycję. „Pańskie słowa sprawiły prawdziwą przyjemność
i podniosły na duchu bardzo wielu mieszkańców tej wyspy”, stwierdził.
Reynolds od dłuższego czasu starał się o wywiad z premierem,
natychmiast więc postanowił wykorzystać zdobytą rozpoznawalność.
Prośbę ponowił poprzez Averella Harrimana, który przebywał w Londynie,
nadzorując program Lend-Lease. Wkrótce nadeszła propozycja
towarzyszenia Churchillowi i Harrimanowi w wizytacji manewrów
wojskowych z udziałem amerykańskich czołgów. 25 lipca na peronie
Dworca Paddington Harriman przedstawił Reynoldsa brytyjskiemu
przywódcy. „A więc to pan jest tym chłopcem od Postscriptum?”, rzekł
Churchill, mierząc go wzrokiem. „Ma pan styl, panie Reynolds”.
Gdy dotarli na miejsce manewrów, Reynolds miał wiele czasu na
podziwianie stylu Churchilla. Było duszno i gorąco, premier jednak
wyglądał na ożywionego, rozmawiając na temat możliwości nowych
czołgów z Harrimanem i pozdrawiając przy każdej okazji żołnierzy.
„W jakiś sposób u każdego, z kim rozmawiał, wywoływał wrażenie, że
przyjechał z Londynu specjalnie dla niego”, pisał dziennikarz. „Rozsiewał
swój urok wśród oficerów i szeregowych, urok iście zaraźliwy”. Gdy
wrócili pociągiem do Londynu, Churchill zaprosił Reynoldsa na następny
dzień na lunch w Chequers. „Bawię gościa z Ameryki, któremu, jak
mniemam, przyda się pańska pomoc”, powiedział.
Amerykańskim gościem był Harry Hopkins, a Reynolds spędził
w Chequers ten sam weekend, w którym wysłannik Roosevelta
zaproponował podróż do Moskwy. Churchill poprosił korespondenta, by
pomógł Hopkinsowi przygotować przemówienie radiowe, w którym
wyjaśni on brytyjskiej opinii publicznej, że zwłoka w amerykańskich
dostawach wynika z konieczności przestawienia fabryk w USA na
produkcję wojenną, nie jest natomiast oznaką jakiegoś wahania
Waszyngtonu. Reynolds bezzwłocznie zasiadł z Hopkinsem, by wygładzić
przemówienie.
Reporter zdołał też spełnić swe pragnienie i przyjrzeć się Churchillowi
oraz jego otoczeniu. Widział również kilka razy małżonkę premiera,
Clementine. Obawiała się ona szczególnie o zdrowie Hopkinsa. „Jestem
pewien, że nikt nigdy tak Harry’emu nie matkował, poza może panią
Roosevelt” 530, zauważył Reynolds. Pod koniec rodzinnej kolacji
Clementine ostrzegła męża, by ograniczył spożycie alkoholu. „Ależ
Clemmie, nie zapominaj, że alkohol dał mi więcej niż ja alkoholowi”,
odparł Churchill z – jak zanotował dziennikarz – pełnym uczucia tonem.
Reynolds był pod wrażeniem człowieka, który okazał się równie
elokwentny w życiu prywatnym jak w polityce. „Odkryłem, że wiele
wielkich postaci maleje, gdy pozna się je nieformalnie”, pisał. „Churchill
do nich nie należał. Nie sposób było nie dostrzec jego aury siły i pewności
siebie, nawet gdy prowadził banalną rozmowę”.
Churchill rzecz jasna wiedział, że gra przed amerykańskimi gośćmi –
Hopkinsem, Harrimanem i Reynoldsem. „Ach, ten Hitler!”, rzekł do
Reynoldsa. „Myślę o jego zbrodniach! Gdy ta wojna się skończy, trzeba
będzie coś z nim zrobić. Jeśli moi sojusznicy się zgodzą, jestem za jego
osądzeniem i eksterminacją”. Gdyby Hitler miał wygrać, mówił dalej,
„jestem pewien, że kazałby mnie rozstrzelać”. Potem dodał: „Nie
podobałoby mi się to, ale nie mogę powiedzieć, że urażone byłoby moje
poczucie sprawiedliwości”.
Jeszcze większe wrażenie zrobiło na Reynoldsie to, czego Churchill nie
powiedział. „Godne odnotowania jest, że siedząc z trzema Amerykanami,
Churchill nie odniósł się bezpośrednio do możliwości włączenia się Stanów
Zjednoczonych do wojny”. Zamiast tego premier oświadczył: „Przed nami
długa droga, ale z pomocą naszych wielkich zamorskich przyjaciół
dotrzemy do celu”. Pozostawił Amerykanom rozważania, jaką formę ma ta
pomoc ostatecznie przybrać.

W ten sam weekend odwiedziła Churchilla w Chequers także Dorothy


Thompson. Do tego czasu jej emocjonalne, probrytyjskie felietony
przedrukowywano w blisko dwustu amerykańskich tytułach 531.
„Niezłomna bojowniczka o wolność” 532, jak nazwał ją autor przemówień
Roosevelta Sherwood, przybyła z miesięczną, pełną zajęć wizytą do
Wielkiej Brytanii. Zjechała w tym czasie cały kraj, spotykając się ze
wszystkimi, od królowej Elżbiety (małżonki króla Jerzego VI i matki
królowej Elżbiety II) po zwykłych żołnierzy i obywateli oraz
przedstawicieli wszystkich znajdujących się w Londynie rządów na
uchodźstwie. Pisała również kolejne felietony i prowadziła bardzo
popularne audycje w BBC.
J.W. Drawbell, wydawca londyńskiej „Sunday Chronicle”, która
regularnie przedrukowywała felietony Thompson, pełnił funkcję jej
gospodarza i impresaria, dbając, by traktowano ją niemal po królewsku.
Zarezerwował dla niej trzy apartamenty w Savoyu, gdzie cały zespół
asystentów z Fleet Street sortował lawinę zaproszeń na kolacje, lunche
i odczyty oraz zajmował się skomplikowaną logistyką jej pobytu. Drawbell,
który towarzyszył Thompson niemal wszędzie, przyznał później: „Gdy
wyjechała, byłem zachwyconym wrakiem” 533.
Przyczyny całej tej pompy nie były trudne do zrozumienia. Thompson,
zdeklarowana zwolenniczka Lend-Lease i krytyk izolacjonistów, była
postrzegana jako ważna sojuszniczka znękanych Brytyjczyków. Była więcej
niż dziennikarską sławą – uosabiała nadzieje wobec Ameryki. W audycjach
BBC nadawanych podczas jej wizyty tylko potwierdzała te uczucia,
mówiąc słuchaczom dokładnie to, co chcieli usłyszeć. Sławiąc „wielkość
brytyjskiego ducha”, widoczną, gdy po Dunkierce wyspiarze nie chcieli
ulec Niemcom, Thompson oświadczyła:
„Gdybyście w tej okropnej chwili zrezygnowali, zrezygnowalibyśmy
także my. Wszyscy by zrezygnowali. Wszyscy próbowalibyśmy się
wykupić lub wkupić. Byłby to świat zaludniony przez ludzi, którzy gardzą
sobą. (…) Wy, Brytyjczycy, uwolniliście od lęku więcej umysłów, niż
potraficie sobie wyobrazić. Było to pierwsze wyzwolenie, jakiego
dokonaliście dla świata” 534.
W Plymouth, przy schodach Mayflower i pomniku Pielgrzymów, którzy
wyruszyli z tego miejsca w poszukiwaniu wolności religijnej w nowym
świecie, sławiła Wielką Brytanię jako współczesny bastion wolności
przyciągający wszystkich, którzy pragną wyzwolić swoje ojczyzny spod
niemieckiego panowania. „Przybywające do Anglii statki przywożą nie
tylko broń i żywność, ale także Holendrów i Polaków, Norwegów
i Czechów, dzisiejszych ojców Pielgrzymów chcących stąd walczyć za
państwa, w których przez niezliczone wieki ludzie będą żyć wolni” 535,
oświadczyła.
W BBC zwróciła się też bezpośrednio do narodu niemieckiego. Mówiąc
po niemiecku, który to język opanowała biegle w czasie pobytu w Berlinie
w latach dwudziestych, powiedziała: „Znam Niemcy, kocham Niemcy
i wierzę w Niemcy. Nienawidzę tej obrzydliwej, szalonej wojny. Nie jestem
jednak neutralna. Pragnę zwycięstwa Wielkiej Brytanii. (…) Nienawidziłam
i zwalczałam nazistowski reżim, ponieważ wierzyłam, że jeśli nikt mu się
nie przeciwstawi, zniszczy on Europę, zniszczy Niemcy, zniszczy całą
zachodnią cywilizację” 536. Jak mówiła, wszystkie jej ostrzeżenia przed
planami Hitlera okazały się trafne. „Myliłam się tylko w jednym”, dodała.
„Nie sądziłam, że Hitler w tym momencie uderzy na Rosję. Nie sądziłam,
że jest aż tak głupi”. Ten ostatni czyn „bez wątpienia wciągnie Amerykę do
wojny jako czynnego, a nie biernego partnera” 537.
Wszystko to znaczyło, że „nie macie szans wygrać tej wojny”, mówiła
Thompson. „Wielkie zasoby energii, surowców, umysłów oraz, przede
wszystkim, uczuć trzech czwartych ludności tego świata stanęły przeciwko
wam” 538.
Na spotkaniu z nią Churchill nie posunął się do przewidywania
bezpośredniego włączenia się jej kraju w konflikt… jednak zbliżył się do
tego bardziej niż podczas spotkania z Hopkinsem, Harrimanem
i Reynoldsem. „Tyle będzie do zrobienia, gdy wszystko to się już skończy”,
mówił. „Wspaniały świat… albo ruiny i więzienia. Jeśli pomożecie.
Możemy to zrobić tylko z Amerykanami. Wie pani o tym, prawda? Sami
nie damy rady. To jasne, czyż nie?” 539
Gdy Thompson wróciła do kraju, Drawbell napisał dla brytyjskich
czytelników pochwalną książkę Dorothy Thompson’s English Journey
[Angielska podróż Dorothy Thompson]. Chciał ją opublikować także
w Stanach Zjednoczonych, Thompson jednak powiedziała mu, by tego nie
robił 540. Bała się, że jej przeciwnicy użyją jej jako dowodu, że jest
brytyjską agentką. Zarzut ten nie był rzecz jasna prawdziwy. Ale tak jak
wcześniej Murrow z CBS odgrywała podwójną rolę jako faktyczny
przedstawiciel USA w Wielkiej Brytanii i faktyczny przedstawiciel
Wielkiej Brytanii w Stanach Zjednoczonych.

Hopkins wyjechał z Moskwy 1 sierpnia, wracając do Archangielska, gdzie


czekała nań Catalina RAF mająca przewieźć go do Szkocji. Kapitan
maszyny sugerował odłożenie lotu ze względu na pogodę, Hopkins jednak
naciskał na natychmiastowy start. „Cokolwiek nas czeka, będzie się to
wydawało łatwe w porównaniu z tym, co robiłem przez ostatnie dni” 541,
powiedział. Prawdziwym powodem pośpiechu była konieczność dostania
się na pokład brytyjskiego pancernika Prince of Wales, którym wraz
z Churchillem udać się miał przez Atlantyk na utrzymywane w tajemnicy
spotkanie z Rooseveltem u wybrzeży Nowej Fundlandii.
Lot, trwający dwadzieścia cztery godziny z powodu silnych przeciwnych
wiatrów, nie był bynajmniej łatwy. Nie pomógł też fakt, że Hopkins
zostawił w Moskwie swoją torbę z lekami. Ani to, że gdy łódź latająca
osiadła na wodach Scapa Flow, fale miotały nią we wszystkie strony,
Hopkins zaś musiał wskoczyć do przysłanej po niego motorówki, na której
łapał go jeden z marynarzy. Gdy znalazł się na pokładzie Prince of Wales,
potrzebował natychmiastowej pomocy medycznej i snu. Churchill
telegrafował Rooseveltowi na początku rejsu: „Hopkins wrócił z Rosji
wykończony, ale już przyszedł do siebie. W drodze doprowadzimy go do
dobrego stanu” 542.
Hopkins wydobrzał na tyle, by przekazać Churchillowi informacje
o spotkaniach ze Stalinem i przygotować raporty dla Roosevelta. Obaj
odpoczywali też i grali w tryktraka. Jak pisał później Hopkins, „Do gry
podchodzi on z wielkim zapałem, często podwajając” 543. Premier był
wyraźnie podekscytowany perspektywą spotkania na szczycie
z Rooseveltem. „Można by pomyśleć, że Winstona niosą do nieba na
spotkanie z Bogiem!” 544, wspominał Hopkins. Churchill był mocno
przekonany, że to przywództwo Roosevelta gwarantuje amerykańską
pomoc dla Wielkiej Brytanii.
Także Roosevelt był podekscytowany podróżą; szczególnie cieszyła go
otaczająca ją tajemnica. Oficjalnie udawał się na dziesięciodniową
wyprawę na ryby na pokładzie prezydenckiego jachtu USS Potomac, czyli
na zasłużone wakacje 545. W rzeczywistości jednak udał się do New
London w Connecticut, gdzie zaokrętował się na krążownik USS Augusta.
Jak przyznał, „Radowała mnie ta ucieczka, zwłaszcza przed amerykańską
prasą”. Witając 9 sierpnia Churchilla na pokładzie Augusty, powiedział
z widocznym zachwytem: „Nareszcie się spotkaliśmy”.
W ciągu trzech dni spotkań na morzu przywódcy i ich najbliżsi doradcy
omawiali sytuację w Europie i na Dalekim Wschodzie, skupiając się
szczególnie na zagrożeniu ze strony Japonii, oraz pracowali nad
dokumentem, który miał się stać znany jako Karta atlantycka. Omawiali też
postawę, jaką należało przyjąć wobec Związku Radzieckiego. Spotkanie to
jednak miało równie wielkie znaczenie symboliczne jak praktyczne. Gdy
Roosevelt odwiedził Churchilla na Prince of Wales, by dołączyć do niego
na niedzielnej porannej mszy, obaj byli poruszeni widokiem „bezładnego
tłumu marynarzy brytyjskich i amerykańskich, śpiewających z tych samych
książek tak dobrze znane wszystkim hymny” 546, jak wspominał Churchill.
„Każde słowo znajdowało oddźwięk w sercu. Prawie połowa z tych, którzy
śpiewali ten hymn, miała wkrótce umrzeć” 547.
Karta atlantycka uzgodniona przez obu przywódców była wystarczająco
wieloznaczna co do intencji Roosevelta, by mógł on ujawnić spotkanie po
powrocie i podkreślić, że nie zobowiązał Stanów Zjednoczonych do
włączenia się do wojny. Na pytanie, czy kraj jest „bliższy włączenia się do
wojny”, odpowiedział „Nie!”, ale też dodał, że Amerykanie nie zrozumieli
jeszcze „tego, że mają wojnę do wygrania”. Wciąż kroczył wąską ścieżką
pomiędzy wspieraniem Wielkiej Brytanii a bezpośrednim zaangażowaniem
wojskowym.
Churchill to rozumiał. Karta atlantycka zawierała zdanie o „ostatecznym
zniszczeniu tyranii nazistowskiej”, co, zauważył brytyjski przywódca,
„w normalnych czasach doprowadziłoby do wojny” 548. Jego założenie:
czasy nie były jeszcze normalne, jako że Roosevelt nie mógł liczyć na
poparcie wypowiedzenia wojny bez jakiegoś spektakularnego wydarzenia.
W dniu zakończenia szczytu amerykańska Izba Reprezentantów
przegłosowała rozszerzenie poboru przewagą zaledwie jednego głosu, co
ukazywało siłę nastrojów izolacjonistycznych. Karta stanowiła jednak
zestaw wspólnych zasad, które, jak uważał Roosevelt, miały pomóc mu
później argumentować za wojną, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment.
Zasady te przypominały część czternastu punktów prezydenta
Woodrowa Wilsona, ogłoszonych przez niego w przemówieniu pod koniec
I wojny światowej, również opartych na szczytnych ideałach, a dotyczących
powojennego urządzenia świata. Roosevelt i Churchill zobowiązywali się,
że nie będą dążyli do „żadnej ekspansji ani terytorialnej, ani żadnej innej”
dla swoich krajów i że nie zgodzą się na żadne „zmiany terytorialne, które
by nie odpowiadały swobodnie wyrażonym życzeniom ludów
zainteresowanych”. Po zakończeniu hitlerowskiej tyranii wszyscy mieli też
zyskać prawo „wyboru formy rządów w ich własnym kraju” 549.
Stalin miał inny pomysł: już naciskał na zaakceptowanie terytorialnych
i politycznych zdobyczy, jakie uzyskał dzięki zerwanemu obecnie paktowi
z Hitlerem – a dokładniej, aneksji wschodniej Polski i państw bałtyckich.
Jednakże wysłuchawszy notatek Hopkinsa z rozmów z radzieckim
przywódcą, Churchill i Roosevelt skupili się, na ich zdaniem, pilniejszej
kwestii – reakcji na prośby o pomoc.
Kończąc szczyt 12 sierpnia, wysłali wspólną wiadomość do Stalina:
„W tej chwili koncentrujemy się na wysyłce tak bardzo Panu potrzebnych
dostaw”, zapewniali. „Wiele załadowanych statków opuściło już nasze
nabrzeża, a jeszcze więcej opuści je w najbliższej przyszłości” 550. Starali
się jednak ograniczyć oczekiwania radzieckiego przywódcy, wskazując, że
muszą kierować posiadane zasoby na wiele frontów. Następnie
zaproponowali wysłanie do Moskwy amerykańsko-brytyjskiej delegacji
wysokiego szczebla celem omówienia planów dalszej pomocy dla ZSRR.
Churchill wiedział już co nieco na temat trudności, jakie wiązały się
z kontaktami z nowym sojusznikiem, ale Roosevelt uważał na razie, że
poradzili sobie z tym problemem. Co ważniejsze, premier wracał do kraju
z nowym przekonaniem, że umocnił stosunki z Rooseveltem. Jak
powiedział w BBC, czuł się „podniesiony na duchu i umocniony w dążeniu
do celu” 551.
Niemniej późniejsze zaprzeczenia Roosevelta, że szczyt oznacza
zbliżenie się jego kraju do wojny, szybko zmniejszyły entuzjazm
Churchilla. W liście do Hopkinsa z 29 sierpnia pisał, że oświadczenia
Roosevelta wywołały „falę przygnębienia” w Wielkiej Brytanii. Dodał też:
„Jeśli rok 1942 rozpocznie się od powalenia Rosji i od ponownego
osamotnienia Wielkiej Brytanii, powstanie wiele niebezpieczeństw” 552.
Żadnej z tych możliwości nie można było na razie wykluczyć.
7

Jednoczesne wojny

Tak jak inni żołnierze niemieccy, którzy 22 czerwca 1941 r. przekroczyli


radziecką granicę, Hans von Herwarth, niegdyś niemiecki dyplomata
w Moskwie, nie był gotów na to, jak „zadziwiająco serdecznie” 553 witali
jego oddział mieszkańcy pierwszych mijanych wsi i miasteczek. „We
wsiach witano nas jak wyzwolicieli. (…) Ludność ZSRR pokładała w nas
wielkie nadzieje” 554, pisał. „Wszędzie witani byliśmy chlebem i solą –
tradycyjnymi na Słowiańszczyźnie symbolami gościnności” 555. Tylko
miejscowi funkcjonariusze partii komunistycznej uciekli, większość
pozostałych mieszkańców zaś zignorowała rozkazy z Moskwy, by
wypędzić bydło do lasu i zniszczyć zbiory oraz zapasy ziarna. Według von
Herwartha powtarzali oni Niemcom: „Nareszcie będziemy traktowani jak
ludzie, przestaniemy żyć poza prawem” 556.
Takie oświadczenia dowodziły, jak niewiele mieszkańcy wiedzieli
o najeźdźcach i systemie, który reprezentowali. „Ludzie widzieli w Hitlerze
wybawiciela, który zapewni im lepszą przyszłość” 557, pisał von Herwarth.
Przyciągała ich nie tyle nazistowska ideologia, której nie rozumieli, ile
okazja do wyzwolenia od stalinowskich rządów terroru, które odczuwali aż
nazbyt dotkliwie za sprawą przymusowej kolektywizacji, głodu, masowych
egzekucji i wywózek. Z radością przekazywali najeźdźcom nazwiska
miejscowych członków partii komunistycznej „w przekonaniu, że
wyciągniemy odpowiednie konsekwencje” 558, zanotował von Herwarth.
Chłopi niecierpliwie wypytywali Niemców o ich plany względem
znienawidzonych kołchozów. „Nawet najuboższy wieśniak miał nadzieję na
odzyskanie ziemi i bydła” 559, dodał niemiecki oficer.
W połączeniu z masowym poddawaniem się radzieckich żołnierzy
w początkowych fazach operacji „Barbarossa” ta gotowość znacznej części
ludności cywilnej do powitania – lub przynajmniej niesprzeciwiania się –
najeźdźców dawała Hitlerowi niezwykłą okazję. Gdyby jego oddziały
traktowały jeńców i cywilów z minimalną dozą szacunku i uczciwości,
choćby na pokaz i przez krótki czas, mogłyby wykorzystać tę sytuację na
swoją korzyść. Zamiast tego, jak gorzko pisał von Herwarth w swoich
powojennych wspomnieniach, „Rosjanie i Ukraińcy doznali gorzkich
rozczarowań ze strony niemieckiej administracji cywilnej” 560. W efekcie
„Hitlerowi i jego gorliwym pomocnikom udała się rzecz niemal
niemożliwa: szerokie kręgi ludności państwa radzieckiego znalazły się
ponownie w objęciach Stalina” 561.
W rzeczywistości to Hitler dał Stalinowi szansę na otrząśnięcie się po
pierwszym niemieckim ciosie i na porwanie rodaków do walki. Nie tylko
dorównując, ale prześcigając Stalina w terrorze i masowych mordach jako
formach sprawowania władzy, Hitler kładł podwaliny pod niemiecką klęskę
w czasie, gdy jego armie odnosiły kolejne zwycięstwa. Radziecki
przywódca nie mógłby oczekiwać większej przysługi.

Nie było łatwo przewyższyć Stalina i przekonać wielu jego poddanych, że


bardziej powinni się obawiać Niemców. Ostatecznie działania Sowietów na
terenach opanowanych przez nich po zawarciu paktu Ribbentrop–Mołotow
musiały budzić strach i nienawiść miejscowej ludności. W dawnej
wschodniej Polsce władze radzieckie między wrześniem 1939 i 22 czerwca
1941 roku deportowały około dwóch milionów ludzi 1. Setki tysięcy zmarły
albo w koszmarnych pociągach, albo po przybyciu do odległych obozów
czy miejsc wywózki w północnej Rosji, na Syberii i w Kazachstanie. Liczni
szybko zamarzli lub umarli z głodu 562.
„Podczas gdy Niemcy wciąż jeszcze udoskonalali przygotowania do
Oświęcimia i Treblinki, Sowieci mogli ze względną łatwością zwiększyć
ludność swojego »Archipelagu Gułag« o kilka milionów Polaków
i zachodnich Ukraińców” 563, pisał brytyjski historyk Norman Davies.
Mordowano też tych Polaków, po których Stalin spodziewał się oporu,
szczególnie polskich żołnierzy wziętych do niewoli przez Armię Czerwoną
zajmującą wschodnią część ich kraju. W marcu 1940 r. Kreml zarządził
„najwyższą karę – stracenie przez rozstrzelanie” 14 736 polskich oficerów
i urzędników oraz dodatkowo 10 685 Polaków przetrzymywanych przez
NKWD; mordów dokonano w początku kwietnia. W 1943 r. w Lesie
Katyńskim koło Smoleńska żołnierze niemieccy odkryli ciała około
czterech tysięcy z tych oficerów zabitych strzałem w potylicę.
Aż do upadku ZSRR władze radzieckie utrzymywały, że Niemcy
próbowali przypisać im winę za własną zbrodnię. Było jednak jasne, że
zbrodni dokonano – co ustalono dzięki rzeczom osobistym ofiar, takim jak
listy, dzienniki i inne dokumenty – nie później niż w kwietniu 1940 r.
Dowodziło to, że do mordu doszło w czasie, gdy na terenach tych rządzili
Sowieci. W geście dobrej woli wobec Polski prezydent Federacji Rosyjskiej
Borys Jelcyn przekazał w 1992 r. rozkaz Politbiura, który oficjalnie
potwierdził ten ponury fakt.
Państwa bałtyckie Kreml opanował później, ale i tam przeprowadził
masowe aresztowania i wywózki wszystkich, których podejrzewano o to, że
mogą być „wrogami ludu”. 28 listopada 1940 r. litewski minister spraw
wewnętrznych Aleksandras Guzevičius, członek marionetkowego
proradzieckiego reżimu, ogłosił listę czternastu kategorii ludzi
przeznaczonych do deportacji: od członków „lewackich”
i „nacjonalistycznych” partii antyradzieckich po oficerów armii litewskiej
i polskiej oraz „wszystkich emigrantów politycznych i elementy
niestabilne”.
W nocy z 13 na 14 czerwca, ledwie tydzień przed operacją „Barbarossa”,
władze Kremla przeprowadziły największe wywózki. Liczby były mniejsze
niż w Polsce, ale dla nielicznych populacji małych krajów bałtyckich nie
mniej niszczące. Według większości szacunków przed uderzeniem
niemieckim wywieziono około 60 tysięcy Estończyków, 35 tysięcy Łotyszy
i 34 tysięcy Litwinów. W przypadku Estonii oznaczało to około 4 procent
ludności, Litwy i Łotwy – od 1,5 do 2 procent.
Gdy Niemcy uderzyli, radzieccy okupanci w pierwszym odruchu
zwiększyli tempo swej morderczej pracy. NKWD nie zamierzało porzucić
swoich więźniów politycznych w Polsce i krajach bałtyckich, które miały
niedługo zmienić okupanta; zamiast tego po prostu zaczęło ich
rozstrzeliwać. We Lvivie – lub Lwowie, jak nazywano to miasto znajdujące
się przed 1939 rokiem w Polsce – enkawudziści zamordowali przed
ucieczką około czterech tysięcy więźniów i zostawili ich posiekane kulami
zwłoki. Żołnierze NKWD i Armii Czerwonej dopuszczali się podobnych
mordów w całym regionie.
Za frontem innych więźniów ewakuowano na wschód, często piechotą.
Makabryczne sceny zapowiadały marsze śmierci więźniów niemieckich
obozów koncentracyjnych pod koniec wojny, gdy załamywał się front
niemiecki. „Bez względu na to, czy się wam to podoba, czy nie, wszyscy
będą szli”, oznajmił jeden z radzieckich strażników swym więźniom.
„Tych, którzy nie mogą iść, zastrzelimy. Nie zostawimy Niemcom
nikogo” 564.
Nie dziwi fakt, że początkowo niemieckich najeźdźców witano jak
wyzwolicieli. Heinz Hagermann, podoficer 6. Dywizji Piechoty, który
walczył w rejonie pogranicznym oraz we Lwowie, pisał, że żołnierzy
„witano gorąco, niekiedy nawet flagami ze swastyką. Twarze ludzi
wyrażały radość i ulgę z wyzwolenia od bolszewickiego ucisku i terroru. Ci
ludzie zostali niemal ogołoceni przez bolszewików i doświadczyli zbrodni –
zwłaszcza więźniowie polityczni – niemal niewyobrażalnych: okaleczeń,
palenia żywcem, wszystkiego!” 565.
Jednakże radość była krótkotrwała. Kapitan Karl Haupt, którego
żołnierzy chłopi także witali chlebem, solą i kwiatami, pisał wkrótce, że
miejscowi stali się obojętni, a potem „wrodzy do szpiku kości” 566. 19 lipca
ubolewał, że „nie ma miejsca na zaufanie, spoufalanie się czy utratę
czujności”. Ostatecznie nakazał swoim żołnierzom stosować „najsurowsze,
najbardziej bezlitosne metody” wobec tych samych chłopów, którzy kilka
tygodni wcześniej zachowywali się tak przyjaźnie.
Podobnie jak większość niemieckich oficerów i żołnierzy Haupt nie
pojmował, że to właśnie te „bezlitosne metody” przyczyniały się do
rosnącej niechęci i oporu, który miały w teorii stłumić.

To, co uchodziło za działania wojenne, także było brutalne. Jewgienija


Merlis, osiemnastoletnia praktykantka pielęgniarska w szpitalu
w Charkowie, wspominała szaleńcze wysiłki, by utrzymać przy życiu
rannych i umierających żołnierzy Armii Czerwonej – lub przynajmniej
złagodzić ich cierpienia. „Trudno opisać, jakie to było straszne” 567, mówiła
w 2017 r., wciąż nękana wspomnieniami. „Z każdego łóżka dobiegały
krzyki”. Środków przeciwbólowych stale brakowało; w czasie nalotów
brakowało noszy do transportowania rannych do schronu. „Padało się na
podłogę, a oni krzyczeli »Siostro, ja! Siostro, ja!«”. Aż nazbyt często ani
ona, ani nikt inny nie mógł nic dla nich zrobić.
Warunki w szpitalu, w którym pracowała Merlis, były koszmarne, ale nie
powinno to dziwić ze względu na nieprzygotowanie na niemiecki najazd
i chroniczne braki trapiące system radziecki. Owszem, pielęgniarki i lekarze
pracujący na innych frontach II wojny światowej i w czasie innych wojen
mogą opowiedzieć podobne historie. Jednak nawet w tych pierwszych
dniach niemieckiego uderzenia skala śmierci i cierpień żołnierzy i cywilów
przewyższała wszystko, co zdarzyło się kiedykolwiek wcześniej.
Nie był to przypadek. Był to wynik rozkazów Hitlera o prowadzeniu
wojny na wyniszczenie przeciwko narodom, których członków uznano za
podludzi, oraz planów najazdu opartych na tym założeniu. Tu normalne
zasady prowadzenia wojny nie miały zastosowania. Według dyrektywy
Oberkommando der Wehrmacht z 23 lipca „opór na okupowanym
Wschodzie miał być łamany nie poprzez »sądowe karanie winnych«, ale
przez zastosowanie takiego terroru, by ludność utraciła »chęć
nieposłuszeństwa«” 568. W odpowiedzi na pierwsze przejawy działań
partyzanckich władze wojskowe poleciły żołnierzom zabijać od 50 do 100
obywateli radzieckich za każdego zabitego Niemca 569.
Ale to rozkaz o komisarzach – czyli dyrektywa nakazująca zabijanie
wszystkich oficerów politycznych Armii Czerwonej, nawet tych, którzy
usiłowali się poddać – najsilniej uzmysławiał, jak Hitler pomagał sprawie
Stalina. Przekonał on komisarzy Armii Czerwonej do zagrzewania
żołnierzy do boju za wszelką cenę, gdyż – jak wkrótce zrozumieli – porażka
oznaczała dla nich pewną śmierć. Po wojnie przyznał to feldmarszałek von
Manstein: „jedynym jego skutkiem okazała się brutalizacja metod, którymi
komisarze zmuszali swoich żołnierzy do walki na śmierć i życie” 570.
Jeszcze w czasie przygotowań do rozpoczęcia operacji „Barbarossa”
niektórzy najbardziej zagorzali zwolennicy Hitlera pojęli, jak niebezpieczne
są takie działania. Dowódca wojsk lądowych von Brauchitsch dodał do
instrukcji zdanie sugerujące, by komisarzy zabijać „dyskretnie” 571.
Dyktował to nie wstyd, ale zimna kalkulacja.
Gdy jednak Niemcy zaczęli napotykać radzieckie oddziały stawiające
zaciekły opór w najbardziej beznadziejnym położeniu, naczelne dowództwo
umyślnie unikało łączenia tego ze szczerym patriotyzmem wielu obrońców
oraz z własnym zachowaniem. „Głównym powodem, dla jakiego Rosjanin
nigdy się nie poddaje, jest to, że jako tępy pół-Azjata wierzy w pogląd,
wbijany mu do głowy przez komisarzy, że zostanie zastrzelony po wzięciu
do niewoli” 572, głosiła dyrektywa 4. Armii.
W czasie przygotowań do najazdu Wehrmacht szkolił żołnierzy,
rozprowadzając ulotki, w których potępianie komisarzy łączono z wątkami
antysemickimi. „Urazimy zwierzęta, jeśli nazwiemy tych w większości
Żydów zwierzętami”, głosiła jedna z nich. „Są uosobieniem szatana
i szalonej nienawiści wobec całej szlachetnej ludzkości” 573.
Od samego początku większość najeźdźców widziała w rozkazie
o komisarzach oraz w towarzyszącej mu nazistowskiej propagandzie
o rasach niższych dowód na to, że Hitler absolutnie poważnie domagał się
od generałów rezygnacji z jakichkolwiek cywilizowanych zasad
prowadzenia wojny. Niemieccy żołnierze zabijali i rabowali do woli, często
przechwalając się swymi wyczynami w listach do rodzin. „O jednym mogę
was zapewnić: dziesięciu ruskich wykituje, zanim ja będę głodny” 574, pisał
Erich Petschan, dowodząc, że Plan Zagłodzenia Rosji traktowany był
dosłownie. Inny żołnierz, Helmut Pabst, pisał nonszalancko: „Chętnie czy
nie, ten kraj nas żywi” 575.
Podczas gdy większość dowódców zachęcała swych żołnierzy, niekiedy
występowały obiekcje – czasem z zaskakującej strony. W jednym
z raportów SS pisano: „Pozytywny stosunek do Niemców narażają na
szwank dokonywane przez żołnierzy bezładne rekwizycje (…) pojedyncze
gwałty i to, jak armia odnosi się do ludności cywilnej, która czuje, że
traktuje się ją jak wrogów” 576. Dokładnie tak ją traktowano, i to
z rozmysłem.
Także nieliczni niemieccy wojskowi wyższego szczebla wyrażali
początkowo obiekcje wobec traktowania radzieckich żołnierzy. 25 czerwca
generał Joachim Lemelsen, dowódca 47. Korpusu Pancernego, potępił
„bezsensowne zabijanie jeńców i cywilów” 577. Pięć dni później skarżył się:
„zaobserwowano kolejne egzekucje jeńców i dezerterów, dokonywane
w nieodpowiedzialny, bezsensowny i zbrodniczy sposób. To są
morderstwa!”. Jak dodał, „Armia niemiecka prowadzi wojnę
z bolszewizmem, a nie z narodem rosyjskim” 578.
Wówczas rozróżnienie to było już fikcyjne. Lemelsen nie pozostawił
wątpliwości, że jego zastrzeżenia są ściśle ograniczone. Popierał rozkaz,
zgodnie z którym każdego zidentyfikowanego oficera politycznego czy
partyzanta „należy odprowadzić na bok i rozstrzelać”. Takie środki,
dodawał, są konieczne celem uwolnienia Rosjan „spod ucisku Żydów
i przestępców” 579.
Niektórzy dowódcy, jak generał John Ansat dowodzący 102. Dywizją
Piechoty, sprzeciwiali się wykorzystywaniu ich żołnierzy do wykonywania
rozkazu o komisarzach. Jego żołnierze „nie są pomocnikami kata” 580,
oświadczył. Nie przeszkadzało mu jednak przekazywanie ujętych
komisarzy „innym oddziałom” przy pełnej świadomości, że
przypieczętowywało to ich los. W ten sposób Ansat mógł twierdzić, że
chronił swoich żołnierzy przed bezpośrednim udziałem w egzekucji;
stawali się oni „pomocnikami kata” jedynie pośrednio.

Nie tylko oficerowie polityczni Armii Czerwonej mieli powody obawiać się
ujęcia przez Niemców. Los ogromnej liczby żołnierzy, którzy poddali się
w początkowej fazie najazdu, dowodził, że także zwykli żołnierze nie mogli
liczyć na litość. Gdy niemieckie gazety zaczęły publikować fotografie
jeńców, miało to na celu szydzenie z ich „azjatyckiej, mongolskiej
fizjonomii” oraz ich „zwyrodniałych rysów” 581. Innymi słowy, miało
potwierdzić, że istotnie są oni Untermenschen z nazistowskiej propagandy.
Zważywszy na takie postawy, żołnierze Wehrmachtu nie dbali o życie
jeńców i w wielu przypadkach po prostu zabijali ich na miejscu. „Na tym
etapie nie mamy czasu ani ludzi do zajmowania się jeńcami” 582, pisał
feldmarszałek von Manstein, odnosząc się do pierwszych walk. Celowo nie
wspomniał przy tym o losie tych, których nie konwojowano, jednakże nie
stanowił on żadnej tajemnicy. W liście do domu jeden z niemieckich
żołnierzy przyznał, że pierwszym zabitym przez niego przeciwnikiem był
żołnierz, który dopiero co się poddał. „Od tamtej pory zastrzeliłem ich
setki”, pisał. „Czuję taką wściekłość. Od tamtej pory wziąłem do niewoli
tylko jednego Rosjanina, który był Niemcem” 583.
W pierwszych miesiącach walk poddało się jednak tak wielu radzieckich
żołnierzy, że Niemcy musieli utworzyć dla nich sieć obozów jenieckich.
W roku 1941 na terenie Związku Radzieckiego było 81 takich obozów 584.
Jak pisał niemiecki historyk Christian Hartmann, opieka nad jeńcami
powinna stanowić „rutynowe zadanie profesjonalnej armii”, lecz podczas
operacji „Barbarossa” wszystko z tym związane było „niemal całkowicie
improwizowane”. Wiele obozów stanowiły jedynie otwarte pola
z ziemiankami i barakami, w których stłoczeni jeńcy żyli w straszliwych
warunkach. Jako że Hitler i nazistowscy przywódcy utrzymywali, iż
Sowietów należy morzyć głodem, nie dziwi fakt, że pierwszych los ten
spotkał jeńców wojennych. Jak mówiło popularne niemieckie powiedzenie,
„Rosjanie muszą zginąć, abyśmy mogli żyć” 585.
Niemiecki raport na temat warunków w jednym z obozów głosił, że
pojawienie się beczkowozu z wodą wywołało pandemonium wśród
spragnionych, wygłodzonych jeńców. „Wybucha wściekła bijatyka, którą
można zakończyć, tylko strzelając. Na porządku dziennym są też bunty
głodowe z nieustannymi strzelaninami” 586. Hans Becker, niemiecki
żołnierz posłany do jednego z obozów w poszukiwaniu robotników, opisał
przerażające sceny w baraku: „W mroku majaczyła skłębiona masa
chwiejących się na nogach sylwetek, wrzeszczących na siebie, gryzących
się i szarpiących”. Ludzie ci rzucili się na jednego z jeńców „Wyłupili mu
oczy, wyrywali ramiona i wydrapywali paznokciami ciało z kości”,
dosłownie rozdzierając go na strzępy. Becker krzyczał, by przestali, jednak
ci zignorowali go. „Teraz mordercy pochłaniali mięso” 587, donosił.
Na całym froncie koszmarne traktowanie jeńców stawało się oczywiste.
Von Herwarth, dawny niemiecki dyplomata, wspominał widok kolumn
jeńców – „wielu spośród nich zataczało się jak pijani” 588. Nazajutrz jakiś
żołnierz wskazał leżące wokół zwłoki jeńców. Von Herwarth zrozumiał
nagle prawdę: „Nieszczęśni ludzie (…) słaniali się ze skrajnego
wycieńczenia, wywołanego wielodniowym brakiem pożywienia” 589, pisał.
W swojej książce Operation Barbarossa Hartmann opisuje traktowanie
radzieckich jeńców jako „największą zbrodnię popełnioną przez
Wehrmacht” 590. Regularna armia odegrała ważną pomocniczą rolę
względem Einsatzgruppen, SS i innych jednostek mordujących masowo
Żydów, ale to ona była bezpośrednio odpowiedzialna za traktowanie
jeńców. Łączna liczba ofiar usprawiedliwia powyższą ocenę Hartmanna.
W roku 1941 do niewoli niemieckiej dostało się 3,3 miliona radzieckich
żołnierzy. Do lutego 1942 r. około dwóch milionów z nich już nie żyło 591.
Poza oczywistymi względami moralnymi statystyki te dowodzą
samoniszczącej natury polityki Hitlera. Wraz z rozchodzeniem się wieści
o tym, jak Niemcy traktują jeńców, żołnierze Armii Czerwonej coraz
częściej, zamiast poddawać się, wybierali walkę do końca. Ci, którym udało
się zbiec z niewoli, garnęli się do tworzących się oddziałów partyzanckich.
Śmierć tak wielu zdrowych radzieckich jeńców oznaczała również, że nie
mogli oni dołączyć do robotników przymusowych, którzy mieli
zlikwidować rosnące niedobory siły roboczej w Trzeciej Rzeszy.
Począwszy od 1942 r., podjęto więcej starań celem wykorzystania
jeńców do pracy i traktowanie ich niekiedy poprawiło się na tyle, by
utrzymać ich przy życiu. Mimo to do końca wojny spośród 5,7 miliona
radzieckich jeńców około trzech milionów straciło życie. Dla wielu niewola
równała się więc wyrokowi śmierci 592.

Niektórzy radzieccy jeńcy spędzili ostatnie chwile w Auschwitz, nim ten


niemiecki obóz w okupowanej Polsce miał zasłynąć ze swej roli
w Holokauście. Dawne koszary Wojska Polskiego w Oświęcimiu – po
niemiecku Auschwitz – początkowo zostały przez Niemców przeznaczone
do przetrzymywania polskich więźniów politycznych 593. Pierwszy
transport 728 więźniów dotarł do obozu w czerwcu 1940 r.; wielu z nich
było członkami polskich organizacji podziemnych. W większości byli
katolikami, jako że deportacja Żydów jeszcze się nie rozpoczęła. Spośród
150 tysięcy polskich więźniów, którzy trafili do Auschwitz, około 75
tysięcy zmarło w obozie. Jednak śmiertelność wśród mniej licznej grupy
radzieckich jeńców w Auschwitz była o wiele wyższa.
Gdy niemieckie wojsko zaczęło brać do niewoli mnóstwo żołnierzy
Armii Czerwonej, szef SS Heinrich Himmler zaoferował, że przejmie sto
tysięcy z nich, chcąc skierować większość do Auschwitz jako robotników
przymusowych. Począwszy od września 1941 r., wysłano tam około 15
tysięcy radzieckich jeńców. Trafili oni niezwłocznie do pracy przy
wznoszeniu drugiego obozu, w Birkenau, położonego kilka kilometrów od
pierwotnego obozu Auschwitz.
Polscy więźniowie, choć znieczuleni własnymi doświadczeniami, byli
zszokowani traktowaniem jeńców radzieckich. „Traktowano ich gorzej niż
innych więźniów”, wspominał Mieczysław Zawadzki, polski więzień
pracujący w lazarecie dla jeńców. Karmieni jedynie rzepą i maleńkimi
racjami chleba umierali wskutek głodu, zimna i bicia. „Głód był taki, że
wycinali pośladki ze zwłok w kostnicy i zjadali mięso”, dodał Zawadzki.
„Później zamykaliśmy kostnicę, by nie mogli się tam dostać”.
Nikołaj Pisariew, jeden z nielicznych ocalałych z pierwszej grupy
radzieckich jeńców wysłanych do Auschwitz, wspominał podobne
przypadki w barakach, gdy jeńcy umierali na pryczach, a rano znajdowano
ich ciała z wyciętymi pośladkami. Pewien jeniec dostał się do kuchni
i opychał jedzeniem, został jednak schwytany przez Niemców. „Wrzucili go
do kotła i ugotowali żywcem”, mówił Pisariew, dodając powoli: „Co ja
widziałem (…). Zmuszali więźniów do zjadania własnych odchodów.
Esesmani wpadali nocą do baraków i kazali nam stawać nago w szeregu.
Jeśli ktoś miał dużego członka, musiał go podnieść, a oni bili go weń
szpicrutą”.
Pisariew był jednym z niewielu uczestników podjętej w następnym roku
masowej próby ucieczki, którzy pozostali przy życiu. Z pomocą zdjętych
współczuciem Polaków udawał później członka brygady polskich
robotników przymusowych. Jednak niemal wszyscy pozostali radzieccy
jeńcy posłani do Auschwitz zmarli w ciągu kilku tygodni czy miesięcy.
Pawieł Stienkin, inny ocalały, oceniał średnią długość życia radzieckiego
jeńca na dwa tygodnie. „To była śmierć, śmierć, śmierć”, wspominał.
„Śmierć w nocy, śmierć nad ranem, śmierć po południu. Śmierć przez cały
czas” 594.
Według Rudolfa Hössa, komendanta Auschwitz, niektórych jeńców
rozstrzelano. Ale niemal sześciuset nowo przybyłych wtłoczono do
eksperymentalnej komory gazowej i zamordowano przy użyciu cyklonu B,
wysoce trującego środka opracowanego do likwidowania szczurów
i insektów 595. Po wojnie, opracowując wspomnienia dla polskich władz,
które powiesiły go w roku 1947, opisywał, jak szybko ginęły ofiary.
„Krótki, stłumiony okrzyk i było po wszystkim”, zanotował, dodając, jak
wielkie wrażenie zrobiła na nim nowa technika. „Wyobrażałem sobie, że
śmierć przez zagazowanie będzie gorsza” 596. Późniejsze relacje strażników
i więźniów zdecydowanie przeczyły jego opisowi procesu, który nie trwał
bynajmniej tak krótko, jak to przedstawiał.
Baraki wybudowane przez jeńców w rozległym obozie Birkenau służyły
stłoczeniu możliwie wielu więźniów. Początkowo planowano umieścić
w każdym z nich 550 więźniów, ale planiści SS podnieśli tę liczbę do
744 597. Zakładano, że znajdą się tam kolejni jeńcy radzieccy. Ci jednak
umierali szybko na świeżo podbitych terenach ZSRR, tak więc nie doszło
do spodziewanego początkowo przez Himmlera masowego ich napływu.
W efekcie Birkenau wkrótce zaczęło odgrywać inną rolę.
Jak wyjaśnił Höss, wpłynąć miała na to rosnąca determinacja Hitlera
oraz jego kluczowych podwładnych, takich jak Himmler i Adolf Eichmann,
by przeprowadzić obiecywaną eliminację Żydów. Odnosząc się do użycia
cyklonu B przeciw radzieckim jeńcom, Höss pisał: „Muszę nawet przyznać,
że gazowanie uspokoiło mnie, ponieważ masowa eksterminacja Żydów
miała się wkrótce rozpocząć, a w tym czasie ani Eichmann, ani ja nie
byliśmy pewni, w jaki sposób ich zabić” 598.

To podobieństwo losów radzieckich jeńców i Żydów przeznaczonych do


zgładzenia w Auschwitz i innych obozach śmierci ukazuje, jak rok 1941
okazał się przełomowym na drodze do ludobójstwa. Jak stwierdziła
Rebecca Erbelding, historyk Amerykańskiego Muzeum Holokaustu,
„Nazistowskie Niemcy toczyły jednocześnie dwie wojny: wojnę militarną
przeciwko aliantom i wojnę ludobójczą przeciwko Żydom”. Choć pierwsza
z nich zaczęła się w roku 1939, gdy Niemcy najechały na Polskę, „Druga
rozpoczęła się w roku 1941, gdy dekada rasowych i religijnych
prześladowań złączyła się w plan zniszczenia niewinnych ofiar
nazistów” 599. Jak powiedział Chaim Weizmann, przywódca syjonistów
i pierwszy prezydent Izraela, „Nieszczęście Żydów złączyło się, zostało
pochłonięte przez nieszczęście świata” 600.
To najazd na Związek Radziecki spowodował gwałtowne przyspieszenie
tego połączenia. Hitler wielokrotnie definiował wroga nazistowskich
Niemiec jako „żydowski bolszewizm”, więc wszystkie mordy na Żydach
można było uzasadnić jako eliminację tego wroga. 12 września
feldmarszałek Wilhelm Keitel wezwał do „bezlitosnych, energicznych
i drastycznych środków przede wszystkim przeciwko Żydom, głównym
nosicielom bolszewizmu” 601. Ponieważ na tyłach wojsk niemieckich
rozszerzały się działania partyzanckie, najeźdźcy uznali wszystkich
partyzantów za Żydów. Jak to ujmowali, „Tam, gdzie jest Żyd, tam jest
i partyzant, a tam, gdzie jest partyzant, tam jest i Żyd” 602.
Sądząc po ich listach do domów, większość niemieckich żołnierzy
szybko przyswoiła sobie propagandowy przekaz przełożonych. „Wojna
przeciwko podludziom, których Żydzi doprowadzili do wrzenia, była nie
tylko konieczna, ale przyszła w ostatniej chwili”, pisał 4 sierpnia szeregowy
Karl Fuchs. „Nasz Führer ocalił Europę przed niewątpliwym chaosem” 603.
Gdy tylko żołnierze niemieccy weszli na terytorium radzieckie,
rozpoczęły się masakry Żydów 604. Wojskom towarzyszyły oddziały SS
zwane Einsatzgruppen, złożone z nieczułych weteranów – wielu z nich
zabijało intelektualistów, duchownych i Żydów w okupowanej Polsce –
oraz specjalne jednostki policji. 309. Batalion Ordnungspolizei w końcu
czerwca wkroczył do Białegostoku, natychmiast bijąc i strzelając do
miejscowych Żydów; wielu z nich zapędzono na rynek i do synagogi. Gdy
grupa zdesperowanych żydowskich przywódców udała się z prośbą
o pomoc do sztabu dywizji odpowiedzialnej za ten teren, dowodzący nią
generał odwrócił się, a jeden z członków batalionu Ordnungspolizei oddał
na nich mocz.
Żydów z rynku ustawiono pod murem i rozstrzelano, tych w synagodze
zaś spalono wraz z budynkiem. Ogień przeniósł się na pobliskie domy,
w których ukrywali się inni Żydzi. Łączna liczba ofiar tych wydarzeń to
2000–2200 zabitych. Nie były to ostatnie mordy w Białymstoku. 12 lipca
dwa inne bataliony Ordnungspolizei spędziły żydowskich mężczyzn na
miejski stadion. Ich rozkaz brzmiał: „wszyscy Żydzi płci męskiej w wieku
od siedemnastu do czterdziestu pięciu lat uznani za winnych szabrowania
mają zostać rozstrzelani zgodnie z prawem stanu wojennego”. Policjanci
zabrali „szabrownikom” cenne przedmioty i wywieźli ich pod miasto, nad
wykopane doły, uformowali drużyny egzekucyjne i strzelali do wieczora,
a nawet dłużej, kiedy to oświetlali sobie cel reflektorami ciężarówek. Tym
razem liczba ofiar wyniosła ponad trzy tysiące Żydów.
Wkrótce takich łapanek i masakr było więcej. Coraz częściej zabijano
wszystkich Żydów, jakich udało się ująć, w tym kobiety i dzieci, jak
również Cyganów i innych cywilnych „wrogów”. Suche raporty tych
szwadronów śmierci zawierają nazwę jednostki i liczbę jej ofiar danego
dnia. „25 sierpnia: Pułk Policji „Süd” rozstrzelał 1324 Żydów” albo „31
sierpnia: 320. batalion rozstrzelał 2200 Żydów we wsi Mińkowce” 605.
Sławny radziecki korespondent wojenny i pisarz Wasilij Grossman
podzielił później wojnę z Żydami na dwie części: „Szoa przy użyciu kul”
oraz „Szoa przy użyciu gazu” 606, wykorzystując hebrajskie określenie
Holokaustu. Gdy Niemcy wkroczyli do Związku Radzieckiego, Szoa przy
użyciu gazu nie został jeszcze przygotowany. Zamiast tego bataliony
Ordnungspolizei i przede wszystkim Einsatzgruppen metodycznie
prowadziły Szoa przy użyciu kul. Od początku operacji „Barbarossa” do
końca 1941 roku Niemcy i niekiedy miejscowi kolaboranci zamordowali
około 600 tysięcy Żydów 607.
Benjamin Ferencz, dwudziestosześcioletni amerykański prokurator
wojskowy, w procesie 22 dowódców Einsatzgruppen w Norymberdze
postawił oskarżonym zarzut „świadomego wymordowania ponad miliona
niewinnych i bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci […] wynikającego nie
z wojennej konieczności, lecz z tej największej umysłowej perwersji,
z nazistowskiej teorii wyższości rasowej” 608. W swej mowie początkowej
29 września 1947 r. podzielił liczbę ofiar, by wykazać, jak możliwe było
zabicie tak wielu ludzi. Materiał dowodowy wskazywał, że cztery
Einsatzgruppen, liczące od 500 do 800 osób, „dokonywały średnio 1350
morderstw dziennie w okresie dwóch lat; 1350 ludzi mordowanych
przeciętnie każdego dnia, przez 7 dni w tygodniu przez ponad 100
tygodni” 609.
Jednym z oskarżonych był Otto Ohlendorf, dowódca Einsatzgruppe D,
zapewne najbardziej osławionej z nich 610. Ohlendorf miał piątkę dzieci,
studiował prawo i ekonomię i otrzymał doktorat z nauk prawnych. Należał
prawdopodobnie do najlepiej wykształconych masowych morderców
w dziejach. Nie wykazał jednak śladu skruchy, ani podczas procesu, ani
podczas wcześniejszych rozmów z amerykańskim psychiatrą Leonem
Goldensohnem. Opisywał rzeczowo metody, jakimi jego ludzie zabijali swe
ofiary podczas pierwszych miesięcy kampanii rosyjskiej.
„Żydów rozstrzeliwano na sposób wojskowy w kordonie”, powiedział
Goldensohnowi. „Tworzono piętnastoosobowe plutony egzekucyjne. Jedna
kula dla jednego Żyda. Innymi słowy, jeden piętnastoosobowy pluton
zabijał piętnastu Żydów na raz” 611. Ofiarami byli mężczyźni, kobiety
i dzieci. Jak wielu zginęło z ręki jego ludzi podczas roku jego pobytu
w Rosji? „Zgłoszono 90 tysięcy. Ja doliczyłem się zaledwie od 60 do 70
tysięcy rozstrzelanych” 612. Ohlendorf, tak jak inni oskarżeni, utrzymywał,
że tylko wykonywał rozkazy. „Musiałem jedynie zadbać, by dokonywano
tego tak humanitarnie, jak to możliwe”.
Wkrótce po tym, jak usłyszał wyrok śmierci przez powieszenie,
Ohlendorf zamienił kilka słów z Ferenczem. „Amerykańscy Żydzi
odpowiedzą za to” 613, powiedział. Jak wspomniał w 2013 r. Ferencz,
„Ohlendorf zginął przekonany, że on robił dobrze, a ja źle” 614.
Tak jak dowódcy, większość szeregowych członków szwadronów
śmierci niemal nie okazywała wyrzutów sumienia podczas wykonywania
swoich morderczych zadań. Często dawano tym ludziom alkohol, by
stłumić resztki uczuć, i nieustannie przypominano im, by wyzbyli się
jakiegokolwiek współczucia. Dotyczyło to nie tylko bezpośrednio
zaangażowanych, ale także żołnierzy regularnych oddziałów
odgrywających rolę pomocniczą. Feldmarszałek Walter von Reichenau
oświadczył w rozkazie z 10 października 1941 r.: „Żołnierz musi dogłębnie
rozumieć konieczność ostrego, ale sprawiedliwego traktowania żydowskich
podludzi. Dzięki temu będziemy także w stanie zdusić w zarodku
partyzantkę na tyłach Wehrmachtu, bo, jak pokazuje doświadczenie, zawsze
organizują ją Żydzi” 615.
Dowódcy zwykle w znacznie większym stopniu przejmowali się
praktycznymi trudnościami związanymi z zabijaniem tak wielu ludzi niż
możliwością, że ich ludzie nie zechcą wykonać rozkazów. Oddziały
kawalerii SS otrzymały rozkaz zabijania Żydów, jednak początkowo
odnosił się on najwyraźniej wyłącznie do mężczyzn. Druga część rozkazu
mówiła wszakże: „Wywieźć żydowskie kobiety na bagna” 616. Wykonując
ten rozkaz dosłownie, dowódca jednego z oddziałów, Franz Magill,
meldował: „Wpędzenie kobiet i dzieci na mokradła nie zakończyło się
oczekiwanym sukcesem, ponieważ było tam za płytko, aby mogły się
całkowicie zanurzyć” 617.
W rozmowach z Eichmannem, Himmlerem i innymi czołowymi
nazistami komendant Auschwitz Rudolf Höss odnosił wrażenie, że
przejmowali się oni przede wszystkim tym, iż masowe rozstrzeliwania
odbywały się często w chaotyczny sposób. „Wiele okropnych rzeczy,
uciekający postrzeleni ludzie, dobijanie rannych, zwłaszcza kobiet i dzieci”,
wspominał. „Wielu członków Einsatzkommando, niezdolnych znieść
brodzenia we krwi, popełniło samobójstwo. Inni postradali zmysły.
Większość (…) musiała polegać na alkoholu, wykonując swą straszliwą
pracę” 618. Słowa Hössa nie są bynajmniej wiarygodne – dla przykładu,
żaden z katów nie popełnił samobójstwa. Ci, którzy nie chcieli dalej
zabijać, mogli zrezygnować, i to wbrew późniejszym twierdzeniom, że nie
mieli wyboru. W takich – rzadkich – sytuacjach po prostu kierowano ich do
innych zadań 619.
Gdy jednak trwały mordy, w tym masakra 33 tysięcy Żydów w Babim
Jarze po upadku Kijowa pod koniec września 1941 r., nazistowscy
przywódcy szukali nowych metod masowego zabijania. Ich zdaniem
specjalne szwadrony śmierci wykonywały swoje zadanie dość dobrze, ale
nie były nawet w przybliżeniu tak szybkie ani wydajne, jak by sobie
życzyli, zważywszy na liczbę potencjalnych ofiar.

Przez długi czas naziści wahali się co do ostatecznego losu Żydów. Po


ataku na Polskę 1 września 1939 r. Niemcy szybko zaczęli planować
utworzenie gett w dużych i mniejszych miastach. Już 20 września, niecałe
trzy tygodnie później, generał Halder napisał w swym dzienniku: „Idea gett
istnieje w ogólnych zarysach; w szczegółach jeszcze nie rozpracowana.
Konieczne jest uwzględnienie aspektu ekonomicznego” 620. Ostatnia część
jego wpisu sugeruje, że w pierwszych dniach wojny zastanawiano się nad
tym, jak uczynić z gett byty zasadne ekonomicznie, zamiast używać ich po
prostu jako miejsc, w których gromadzono by Żydów.
Niektórzy nazistowscy urzędnicy byli szczerze przekonani, że mogą
wykorzystać Żydów jako siłę roboczą. Bremeński przedsiębiorca Hans
Biebow kierował administracją cywilną getta w Łodzi, polskim centrum
przemysłu tekstylnego z drugą po Warszawie populacją społeczności
żydowskiej. Informował swych zwierzchników, że niemal cała produkcja
fabryk w getcie idzie na potrzeby wojenne Trzeciej Rzeszy. Stanowiły one
„precyzyjnie dostrojony, a przez to nadzwyczaj wrażliwy element
gospodarki obronnej” 621, pisał. Jednakże większość nazistowskich
urzędników nie interesowała się zapewnianiem mieszkańcom gett żywności
ani innych rzeczy niezbędnych do utrzymania produkcji. Należał do nich
nawet zastępca Biebowa, Alexander Palfinger. „Szybkie wymieranie
Żydów jest dla nas obojętne, by nie rzec, pożądane” 622, oświadczył.
19 grudnia 1939 r. Hans Frank, generalny gubernator okupowanej
Polski, zanotował w swym dzienniku szacunkową liczbę Żydów
zamieszkujących zarządzane przez niego terytorium. „Nie możemy
zastrzelić ani zagazować 2,5 miliona Żydów”, pisał, jakby z żalem.
„Będziemy jednak musieli podjąć odpowiednie kroki mające na celu ich
wytępienie – i dokonamy tego” 623.
Większość proponowanych działań nadal wiązała się z dalszymi
deportacjami, nie zaś z mordowaniem. Po tym, jak w maju 1940 r. Niemcy
uderzyły na Francję, zwycięzcy sięgnęli po tak zwany projekt
„Madagaskar”, zgodnie z którym cztery miliony Żydów z ziem
kontrolowanych przez Trzecią Rzeszę miało trafić na tę należącą do Francji
wyspę na Oceanie Indyjskim, po milionie rocznie 624. Owa niemożliwa do
zrealizowania propozycja była szeroko omawiana przez najwyższych
nazistowskich dostojników, którzy uważali, że upadek Francji pociągnie za
sobą wkrótce klęskę Wielkiej Brytanii. Gdy jednak Luftwaffe nie zdołała
wygrać bitwy o Anglię, Niemcom pozostał potężny przeciwnik w powietrzu
i na morzach. Szanse zorganizowania ogromnego transportu Żydów do
Afryki, niewielkie w czasie pokoju, rozwiały się całkowicie w czasie
trwającego konfliktu.
Mimo to pomysł wygnania Żydów do jakiegoś odległego miejsca
pojawiał się jeszcze w roku 1941. Kapitan SS Theodor Dannecker, którego
Eichmann wysłał do Paryża, by zajął się tam „kwestią żydowską”, 21
stycznia tegoż roku przekazał niemieckim władzom okupacyjnym we
Francji memorandum dotyczące „gigantycznego” zadania, „którego sukces
można zapewnić jedynie dzięki najbardziej starannym przygotowaniom”.
Zadaniem tym była „sprawnie przeprowadzona całkowita deportacja
Żydów celem osiedlenia ich w jeszcze nieokreślonym miejscu” 625.
Adam Rayski, urodzony w Polsce członek ruchu oporu francuskich
Żydów, pisał po wojnie, że słowa Danneckera można było różnie
interpretować. Na pytanie „Czy w tym czasie w Berlinie brakowało
dokładnej definicji ostatecznego celu, czy też może świadomie starano się
unikać jego precyzyjnego określenia, by lepiej go ukryć?”, Rayski nie podał
odpowiedzi 626.
Gerhard Engel, wojskowy adiutant Hitlera, podsumował poglądy
niemieckiego przywódcy na temat postępowania z Żydami we wpisie
w dzienniku z 2 lutego 1941 r.: „Przede wszystkim wojna przyspieszy
rozwiązanie problemu; z drugiej strony uwidoczni się wiele dodatkowych
trudności”. Rozmyślając o terenach okupowanych, pisał Engel: „Gdyby
tylko [Hitler] wiedział, dokąd można wysłać kilka milionów Żydów. Z tak
wielką liczbą trudno było wiedzieć” 627.
Natychmiastowe rozpoczęcie Szoa przy użyciu kul po ataku na Związek
Radziecki sugeruje, że przynajmniej w przypadku Żydów na nowo
podbitych terenach deportacji już nie rozważano. Żydzi z Europy
Zachodniej mogli jednak trafić na Wschód. Jak pisał Himmler 10
października, jest konieczne, „aby zgodnie z wolą Führera Żydzi byli krok
po kroku przepędzani z Zachodu na wschód” 628. Ale na Wschodzie normą
stały się już masowe mordy.
Dwa tygodnie później w czasie posiłku w Wilczym Szańcu Hitler
przypomniał Himmlerowi i jego głównemu współpracownikowi
Reinhardowi Heydrichowi swą przepowiednię, że w przypadku wojny
„Żydzi znikną z Europy”. Dodał: „Przy okazji to dobrze, że plotki
przypisują nam plan eksterminacji Żydów. Terror to zbawienna rzecz” 629.

Poszukując nowych sposobów na przyspieszenie zabijania, nazistowscy


przywódcy sięgnęli po doświadczenia z wcześniejszego tajnego programu
eliminacji upośledzonych fizycznie i psychicznie. W początkach 1939 r.,
przed najazdem na Polskę, jak informuje Amerykańskie Muzeum
Holokaustu, rozpoczęto „pierwszy program masowych mordów”, który
służył jako „ćwiczenie dla późniejszych ludobójczych działań
nazistowskich Niemiec” 630. Ćwiczenie to obejmowało eksperymenty
z nowymi metodami egzekucji, takimi jak wykorzystanie trującego gazu, co
następnie testowano na radzieckich jeńcach, polskich więźniach i innych.
W początkach XX wieku popularne przekonania na temat roli
dziedziczności i rasy w powstawaniu, jak uważano, niedoskonałych istot
ludzkich napędzały w wielu krajach rozwój eugeniki. W Wielkiej Brytanii
jej zwolennicy skupiali się na hodowaniu ludzi o „pozytywnych” cechach;
w Stanach Zjednoczonych zaczęto wkrótce rozważać przymusową
sterylizację osób o cechach „negatywnych”, co zwykle oznaczało
prześladowanie mniejszości i ludzi biednych 631. Zanim ruch ten został
zdyskredytowany przez znacznie bardziej drakońskie działania
nazistowskich Niemiec, przymusowo wysterylizowano ponad 64 tysiące
Amerykanów.
Niemieccy zwolennicy eugeniki, w tym znani naukowcy i lekarze
działający na jej rzecz jeszcze przed przejęciem władzy przez nazistów,
proponowali o wiele radykalniejsze rozwiązania. Wraz z Hitlerem,
z obrzydzeniem mówiącym o tych, którzy „nieustannie się brudzili”, głosili,
że państwo powinno mieć prawo zabić każdego „niewartego życia” 632. Nie
miało to nic wspólnego ze zwykłą definicją eutanazji, czyli dobrowolnym
zakończeniem ludzkiego życia. Był to program wprost zakładający
mordowanie.
W maju 1939 r. lekarz Hitlera Karl Brandt założył Komitet Rzeszy ds.
Naukowej Rejestracji Poważnych Chorób Dziedzicznych i Wrodzonych,
którego nazwa ukrywała jego przeznaczenie. Wraz z Philippem Bouhlerem
z Kancelarii Partii Brandt kierował działaniami mającymi na celu
wyznaczenie osób do eliminacji. 18 sierpnia 1939 r. Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych poleciło lekarzom i pielęgniarkom zgłosić wszystkie
„zdeformowane” dzieci poniżej trzech lat. W październiku rodziców
zachęcano do posłania upośledzonych dzieci do specjalnych klinik
pediatrycznych, w których przynajmniej pięć tysięcy z nich zabito
zastrzykami lub zagłodzono.
Organizatorzy akcji T4, nazwanej od berlińskiego adresu
(Tiergartenstrasse 4) siedziby koordynującego ją zespołu, nie mieli
problemu z rekrutacją personelu medycznego do programu, który wkrótce
zaczął pochłaniać wiele dorosłych ofiar. Hitler, co niezwykłe, podpisał
rozkaz nakazujący zabójstwa. Jak w nim stwierdzono, Bouhlerowi
i Brandtowi „powierza się zadanie rozszerzenia uprawnień wyznaczonych
lekarzy, aby w przypadku krytycznej oceny zdrowia tym, którzy zostaną
uznani za nieuleczalnie chorych, ofiarować łaskę śmierci” 633. Jedna
z sekretarek Hitlera przepisała rozkaz w październiku, jednakże zapisano na
nim datę 1 września 1939 r., czyli pierwszego dnia wojny.
Antydatowanie było zamierzone. Najazd na Polskę dawał okazję do
rozszerzenia programu na wschodnią część powiększonej teraz Rzeszy
i sugerował, że zabójstwa te są w jakiś sposób połączone z wysiłkiem
wojennym. Większość pierwszych ofiar stanowili Polacy, wkrótce jednak
różnica między Polakami a Niemcami przestała się liczyć; jeśli uznano ich
za „niewartych życia”, ich narodowość nie dawała żadnej ochrony. Pacjenci
żydowscy trafiali do tej kategorii z definicji, niezależnie od ich
rzeczywistego stanu fizycznego czy psychicznego.
Początkowo ofiary rozstrzeliwano, często w lasach w pobliżu szpitali
opróżnianych z pacjentów. Począwszy od października 1939 r., chemicy
Policji Kryminalnej (Kripo) i SS zaczęli eksperymentować z zabijaniem za
pomocą tlenku węgla w prowizorycznych komorach gazowych
i uszczelnionych ciężarówkach. Wkrótce w sześciu miejscach w całych
Niemczech, nie tylko na Wschodzie, funkcjonowały ośrodki zabijania
wyposażone w komory gazowe ucharakteryzowane na prysznice.
Systematycznych mordów na taką skalę nie można było całkowicie
ukryć. Niektórzy amerykańscy dyplomaci i korespondenci dość szybko
dowiedzieli się, co się dzieje 634. W październiku 1940 r. pewien Niemiec,
który dowiedział się od lekarza o istnieniu ośrodka zagłady w Grafeneck
w południowych Niemczech, powiadomił o tym Charlesa Hulicka,
amerykańskiego wicekonsula w Lipsku. Poza przekazaniem Hulickowi
informacji o trwającym tam zabijaniu poradził mu, by przyjrzał się
zawiadomieniom o śmierci publikowanym przez rodziny w miejscowych
gazetach. Wszystkie one zawierały podobne sformułowania.
Na przykład 26 października w „Leipziger Neueste Nachrichten”
opublikowano nekrolog weterana I wojny światowej, który zmarł 23
września. „Po tygodniach niepewności otrzymałem niewiarygodną wieść
o jego nagłej śmierci i kremacji w Grafeneck w Wirtembergii”. Inne
nekrologi powtarzały słowa o „niewiarygodnej wieści”, różniły się zaś
jedynie miejscem zgonu – w każdym przypadku natomiast chodziło
o miasto, w którym znajdował się jeden z ośrodków zabijania.
Raport Hulicka z Lipska, z załączonymi 22 takimi nekrologami, został
wysłany do amerykańskiej ambasady w Berlinie. Jak dowodzą niedawne
badania, William Shirer z CBS, który był jednym z pierwszych
amerykańskich korespondentów w Berlinie opisujących ten temat, zapewne
widział ów raport. Amerykańscy dyplomaci i dziennikarze obracali się
w tych samych kręgach towarzyskich i często dzielili się informacjami.
Jako że jego audycje były cenzurowane, Shirer nie mógł opowiedzieć o tym
publicznie, dopóki w grudniu nie opuścił Berlina i nie powrócił do Stanów
Zjednoczonych. Tam w czerwcu 1941 r. opublikował swój słynny Dziennik
berliński.
We wpisie z 25 listopada 1940 r. Shirer stwierdził: „Wreszcie
dowiedziałem się, co znaczą te »zabójstwa z litości«. To paskudna
sprawa” 635. Pisał, że Gestapo „systematycznie zabija upośledzonych
psychicznie mieszkańców Rzeszy”. Henry Flannery, następca Shirera na
stanowisku korespondenta CBS w Berlinie, który przybył w listopadzie
1940 r. celem przejęcia obowiązków, podejrzliwie podchodził do
niemieckich twierdzeń, że brytyjskie bombowce atakowały niemieckie
szpitale. Doszedł do wniosku, że to przykrywka dla „mordowania
szalonych, upośledzonych, beznadziejnie chorych, a nawet starych” 636.
W Niemczech krewni ofiar otrzymywali jedynie prochy zmarłych wraz
ze ścisłymi instrukcjami, by nie zadawali pytań i nie „rozprzestrzeniali
fałszywych plotek” 637. Jednak protestanccy i katoliccy duchowni wyrażali
obiekcje wobec tej praktyki. Najsłynniejszym protestem było potępienie
kampanii eutanazji przez katolickiego biskupa Münsteru Clemensa Augusta
von Galena w kazaniu wygłoszonym 3 sierpnia 1941 r. Otwarcie stwierdził
on, że „na polecenie z Berlina” nieuleczalnie chorzy pacjenci byli zabierani
siłą z domów i szpitali, a ich krewni wkrótce dowiadywali się o ich śmierci.
„Nie ma wątpliwości, że te liczne przypadki niespodziewanej śmierci
psychicznie chorych nie są naturalne, ale często wywołane celowo,
a wynikają z wiary, że można odebrać życie niegodne tego miana”,
oświadczył. „Biada nam, Niemcom, jeśli pozwolimy, by ta ohydna zbrodnia
popełniana była bezkarnie!” 638
Hitler od początku obawiał się reakcji niemieckich Kościołów. Mimo że
szereg księży rozpowszechniających kazanie von Galena zostało
aresztowanych, a niektórzy zapłacili za to życiem, biskup pozostał na
wolności, choć pod ścisłą obserwacją 639. Nazistowscy przywódcy zapewne
lękali się, że aresztowanie lub stracenie biskupa mogłoby im zaszkodzić.
Częściowo w wyniku odważnego wystąpienia von Galena trzy tygodnie
później Hitler formalnie wstrzymał akcję T4. Do tego czasu pochłonęła ona
około 70 tysięcy ofiar.
Ale zabijanie osób psychicznie i fizycznie upośledzonych, w tym dzieci,
zostało wkrótce wznowione i trwało do końca wojny; prowadzono je
w jeszcze większej tajemnicy i w bardziej zdecentralizowany sposób.
Przerażeni krewni rzadko protestowali – albo dlatego, że nie wiedzieli, co
się naprawdę dzieje, albo też, jak pisał niemieckiego pochodzenia historyk
Nicholas Stargardt, „wstydząc się z powodu ciążącego na nich stygmatu
posiadania »degenerującej choroby« w rodzinie” 640. Stargardt dodał, że
w tej drugiej fazie mordów Kościoły z reguły „zamilkły”. Wedle większości
szacunków w obu fazach akcji zamordowano przynajmniej dwieście tysięcy
Niemców.
Jak wyjaśnia historyk Christopher Browning, autor książki Geneza
„ostatecznego rozwiązania”, istniał bezdyskusyjny związek pomiędzy tymi
działaniami i losem, jaki czekał Żydów. „Zabijanie chorych psychicznie
oraz Żydów to dwa elementy szerszej wizji nazistowskiej utopii rasowej”,
pisze. „Pierwszy miał oczyścić rasę germańską z elementów
»zdegenerowanych« i »ułomnych«. Drugi miał zniszczyć jej największego
wroga. Były to dwie kampanie tej samej krucjaty” 641. Co najważniejsze,
akcja T4 okazała się laboratorium metod masowego zabijania, które miały
zostać zastosowane na znacznie większą skalę w wojnie z Żydami.

Dla Stalina stosowanie przez Hitlera terroru i masowych mordów


w prowadzonych przezeń wojnach nie było powodem, by rezygnować
z własnych brutalnych metod. Wręcz przeciwnie, liczne niemieckie
zwycięstwa spowodowały serię nowych gróźb i rozkazów z Kremla. Stalin
był szczególnie zainteresowany liczbą swoich żołnierzy, którzy poddali się
najeźdźcom. „Tak więc to nie atak niemiecki zaskoczył Stalina, ale klęski
naszych wojsk” 642, wspominał ten okres Sergo Beria, syn szefa NKWD
Ławrientija Berii. Beria junior mylił się, twierdząc, że atak nie zaskoczył
Stalina, miał jednak słuszność co do szoku, jakiego doznał radziecki
przywódca, dowiedziawszy się, że dyscyplina jego oddziałów załamała się
na całym froncie.
W odpowiedzi Stalin wydał rozkazy oznaczające wyrok śmierci nie
tylko dla tych, którzy zachwiali się czy uciekli, ale też dla wielu tych,
którzy stawili dzielnie opór 643. 28 czerwca osądził żołnierzy, którzy trafili
do niemieckiej niewoli. Ci „zdrajcy, którzy zbiegli za granicę”, mieli zostać
ukarani natychmiast po powrocie, tymczasem zaś karę ponieść miały także
ich rodziny.
16 sierpnia włodarz Kremla wydał niesławny rozkaz nr 270 precyzujący
jego stanowisko: „Rozkazuję: (1) Zrywających podczas walki dystynkcje
rang i poddających się do niewoli uważać za złośliwych dezerterów,
których rodziny podlegają aresztowaniu tak jak rodziny naruszających
przysięgę i zdradzających Ojczyznę. Dezerterów takich rozstrzeliwać na
miejscu. (2) Znajdującym się w okrążeniu – walczyć do końca, przebijać się
do swoich. Tych zaś, którzy wolą poddać się do niewoli – niszczyć
wszelkimi środkami, a rodziny przebywających w niewoli
czerwonoarmistów pozbawiać zasiłków państwowych i pomocy” 644.
Ilja Winicki, student Moskiewskiego Instytutu Lotnictwa, po niemieckiej
agresji zgłosił się na ochotnika do wojska i szybko dowiedział się, co takie
rozkazy oznaczały w praktyce 645. Przydzielony do 1. Moskiewskiego
Specjalnego Batalionu Komunistycznego usłyszał wraz z innymi
ochotnikami, że powierzono im zadanie specjalne. Funkcjonariusze partyjni
wyjaśnili im, że w państwach bałtyckich wielu żołnierzy porzuciło broń
i próbowało uciec albo czekało, by poddać się Niemcom. Aby położyć temu
kres, „Komitet Centralny zezwala wam podejmować wszelkie środki, jakie
okażą się konieczne – nawet egzekucje”.
Wspominając te słowa, osiemdziesięciokilkuletni Winicki walczył
z napływającymi łzami. Niewiele wspomnień jest równie bolesnych dla
weteranów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jak oficjalnie nazywa się w Rosji
II wojnę światową, jak te dotyczące żołnierzy radzieckich
rozstrzeliwujących swoich kolegów. Podobnie jak Hitler, Stalin od samego
początku prowadził równolegle dwie wojny. Jedna toczyła się przeciwko
niemieckim najeźdźcom, druga przeciwko tym, których uznał za zdrajców
lub wrogów wewnętrznych.
„Dumni byliśmy, że przydzielono nas do tej specjalnej misji”,
oświadczył Winicki. Twierdził, że uczestniczył w aresztowaniu dezerterów
i żadnego nie zastrzelił, jedynie konwojował ich do macierzystych
jednostek. Większość czuła ulgę, gdy ktoś powiedział im, co mają robić,
i nie stawiała oporu. W wielu przypadkach żołnierze ci zostali pozostawieni
sami sobie, gdy ich oficerowie zginęli lub uciekli. Jednak niektórzy koledzy
Winickiego przyznawali otwarcie, że zabijali żołnierzy, by zapewnić sobie
posłuch. Łącznie oddział specjalny ujął około 15 tysięcy żołnierzy; Winicki
nie wiedział, ilu z nich zostało rozstrzelanych.
Według raportu NKWD do 10 października 1941 r. ujęto 667 364
żołnierzy „zbiegłych z linii frontu”. Spośród nich 10 201 zostało
rozstrzelanych, 25 878 zatrzymano w areszcie, resztę zaś wcielono do
nowych jednostek – często batalionów karnych, które rutynowo wysyłano
w samobójczych misjach. W czasie wojny szeregi batalionów karnych
zapełniały także setki tysięcy więźniów Gułagu 646.
Stalin nie życzył sobie wyjątków w stosowaniu własnych rozkazów,
nawet wobec członków swojej rodziny. W lipcu porucznik Jakow
Dżugaszwili, starszy syn dyktatora, znalazł się w niemieckim okrążeniu pod
Witebskiem. „Jestem synem Stalina i nie pozwolę wycofać mojej
baterii” 647, oświadczył, starając się wykonać rozkazy ojca. Trafił jednak do
niewoli, co oznaczało, że nie wykonał ich w pełni. Gdy Niemcy z tryumfem
ogłosili posiadanie ważnego jeńca, Stalin był wściekły. „Głupiec – nie
potrafił się nawet zastrzelić!” 648, krzyczał.
NKWD aresztowało żonę Jakowa, synową Stalina – Julię; trafiła na dwa
lata do łagru. Niemcy mieli później zaoferować wymianę Jakowa za
sławnego feldmarszałka Friedricha Paulusa, wziętego do niewoli
w Stalingradzie 31 stycznia 1943 r. Stalin odmówił. Kilka miesięcy później
syn spełnił życzenie ojca. Jakow popełnił samobójstwo w obozie jenieckim,
wedle relacji rzucając się na ogrodzenie pod wysokim napięciem.
We wczesnej fazie wojny Niemcy zaproponowali zorganizowanie poczty
dla jeńców obu stron. „Nie ma radzieckich jeńców wojennych”, odparł
Stalin. „Radziecki żołnierz walczy do śmierci. Jeśli postanawia zostać
jeńcem, automatycznie zostaje wykluczony z radzieckiego społeczeństwa.
Nie interesuje nas poczta tylko dla Niemców” 649.
Nie mając wyboru, żołnierze Armii Czerwonej zaczęli lepiej spisywać
się w walce. Hitler nie tylko nie wykorzystał niechęci do stalinowskich
rządów terroru, aby pozyskać radziecką ludność, ale wręcz bardzo ją
zachęcił do wykonywania rozkazu walki z najeźdźcą za wszelką cenę.
Szczególnie dotyczyło to radzieckich Żydów. Ilja Erenburg, który
powrócił niedawno z długiego pobytu w Paryżu, podsumował te nastroje
w przemówieniu wygłoszonym w sierpniu 1941 r. „Wychowałem się
w rosyjskim mieście. (…) Jestem rosyjskim pisarzem. Teraz, podobnie jak
wszyscy Rosjanie, bronię ojczyzny”, oświadczył. „Ale naziści przypomnieli
mi o czymś innym: moja matka miała na imię Hannah. Jestem Żydem.
Mówię to z dumą. Hitler najbardziej nienawidzi nas. A to dobrze o nas
świadczy” 650.
Erenburg stał się najsłynniejszym radzieckim propagandystą wojennym.
Potrafił dorównać Niemcom w zaciętości. „Zabijajmy!”, wzywał swych
rodaków. „Dzień, w którym nie zabiłeś Niemca, jest dniem straconym” 651.
Niewiele dni zostało zmarnowanych przez obie strony.

1. Liczba ta jest, w świetle najnowszych badań, zawyżona blisko czterokrotnie (przyp.


tłum.). [wróć]
8

Uprzejmy włoski ogrodnik

W magazynie „Life” z 4 sierpnia 1941 r. Hanson W. Baldwin,


najsłynniejszy amerykański dziennikarz piszący o wojsku, zamieścił analizę
dotychczasowego przebiegu wojny. „Przyszłość zależy w znacznej mierze
od kampanii rosyjskiej”, pisał. „Dwa do czterech miesięcy zwycięstw
w Rosji (pod określeniem „zwycięstwo” rozumiem zniszczenie większości
Armii Czerwonej) uczynią Niemcy znacznie potężniejszymi niż
kiedykolwiek wcześniej”. Jego argumentacja przypominała to, jak Hitler
uzasadniał niegdyś decyzję o podjęciu operacji „Barbarossa”. Kontrolując
zasoby Ukrainy i innych części Związku Radzieckiego, Niemcy miały stać
się zdaniem Baldwina „niewrażliwe na blokadę” i „ukończyć podbój
Europy”. W efekcie „»Nowy Porządek« Hitlera wyda swe polityczne
i gospodarcze owoce”.
Baldwin analizował też inną możliwość: „Jeśli niemieckie uderzenie na
Rosję ugrzęźnie bezowocnie jak Wielka Armia Napoleona, Hitler może
stanąć przed perspektywą klęski”. Choć jednak jego artykuł nosił
optymistyczny tytuł Plan zwycięstwa, brzmiał bardzo sceptycznie co do
takiej możliwości. W najlepszym wypadku, uważał dziennikarz, Hitler
zwycięży w Związku Radzieckim po długiej kampanii, która zużyje
niemieckie siły i da Wielkiej Brytanii czas na odbudowanie swoich sił
zbrojnych.
„Jednakże na podstawie dotychczasowych doświadczeń – naszej
ograniczonej wiedzy na temat Armii Czerwonej i przebiegu działań
w pierwszym miesiącu – możemy oczekiwać kolejnego szybkiego
i decydującego niemieckiego zwycięstwa”, pisał. Dla Wielkiej Brytanii
byłaby to katastrofa. „Gdyby Rosja i jej zasoby łatwo wpadły w orbitę
nazistów, zwycięstwo znalazłoby się poza zasięgiem Wielkiej Brytanii”,
konkludował. „W najlepszym razie mogłaby ona liczyć na dobre warunki
pokojowe”.
By temu zapobiec, Baldwin wzywał swoich rodaków do włączenia się
do wojny przeciwko Hitlerowi. Według niego tylko to mogło umożliwić
stworzenie planu zwycięstwa zapowiadanego w tytule. Baldwin pragnął
zmobilizować opinię publiczną swoją ponurą przepowiednią klęski, do
której doszłoby, gdyby Związek Radziecki nie otrzymał szerokiej pomocy
od Stanów Zjednoczonych.
Tak jak uczynił to skutecznie Stalin podczas wizyty Harry’ego Hopkinsa
w Moskwie, radzieccy urzędnicy musieli podkreślać pilność własnych
potrzeb, jednocześnie przekonując swych zachodnich odpowiedników, iż
ostatecznie zwyciężą. Mimo szybkich postępów niemieckich najeźdźców
i gigantycznych strat radzieckich niektórzy obserwatorzy zrozumieli, że
stosunek sił nie jest tak jednostronny, jak pisał Baldwin i inni. „Obecnie
Rosjanie radzą sobie bardzo dobrze i należy ich zachęcić do kontynuowania
walki, do czego – jak pokazują – są zdolni”, notował 30 sierpnia w swym
dzienniku generał Lee, amerykański attaché wojskowy w Londynie.
„Krwawią, ale krwawią też Niemcy, a ci nie mogą sobie raczej pozwolić na
utratę takiej ilości krwi, sprzętu, ropy i czasu” 652. Był to pogląd sprzeczny
ze zdaniem majora Yeatona, jego odpowiednika z amerykańskiej ambasady
w Moskwie.
Nie tylko Amerykanie byli podzieleni co do tego, czy Związek
Radziecki obroni się przed Niemcami. Dwaj attaché wojskowi japońskiej
ambasady w Moskwie w depeszach przechwyconych przez NKWD
dostarczali swoim zwierzchnikom w Tokio diametralnie przeciwne oceny.
W kwietniu pułkownik Michitake Yamaoka, starszy attaché, przewidywał
uderzenie w lecie i był przekonany, że Niemcy zwyciężą przed końcem
roku. Początkowo niemieckie postępy umacniały jego przekonanie, że
Armia Czerwona nie zdoła powstrzymać Hitlera. Japoński dziennikarz
pozostający w bliskich stosunkach z Yamaoką napisał 19 lipca w swym
dzienniku: „Los Moskwy rozstrzygnie się w ciągu tygodnia”. 11 sierpnia
przewidywał: „Moskwa upadnie na początku września” 653.
Tego samego dnia jednak kapitan Takeda Yamaguchi, attaché morski,
raportował, że osiągnięcie przez Niemców zwycięstwa w ciągu dwóch
miesięcy jest mało realistyczne. „Jeśli wojna potoczy się według tego
planu, bez wątpienia będzie przegrana i powinniśmy spodziewać się
nadzwyczaj niebezpiecznej sytuacji w przyszłości” 654, pisał do
Ministerstwa Marynarki. W następnym miesiącu donosił, że Armia
Czerwona okazuje się „całkiem skuteczna” w zadawaniu strat Niemcom,
którzy wówczas obrali już za cel Moskwę.
Dla Tokio, Berlina i Moskwy stawka tej debaty była bardzo wysoka.
Choć minister spraw zagranicznych Yōsuke Matsuoka podpisał w czasie
kwietniowej wizyty w Moskwie japońsko-radziecki pakt o neutralności,
Stalin wciąż obawiał się japońskiego ataku ze wschodu – zwłaszcza że
wyglądało na to, iż Niemcy odniosą szybkie zwycięstwo. Z niemieckiej
ambasady w Tokio 655 radziecki szpieg Richard Sorge 656 donosił
o nieustannej presji niemieckiej na Japonię, by dołączyła do walki. 1 lipca
minister spraw zagranicznych von Ribbentrop przewidywał „nadchodzący
upadek głównych sił wojskowych Rosji i zapewne także samego
bolszewickiego reżimu”. Taki rozwój wydarzeń „daje Japończykom jedyną
w swoim rodzaju okazję” do zajęcia Władywostoku i parcia dalej. „Celem
tych operacji powinno być doprowadzenie do spotkania japońskich wojsk
maszerujących na zachód z niemieckimi wojskami nacierającymi na
wschód w połowie drogi, zanim nadejdzie zima”.
Było to zupełnie fantastyczne, jako że nawet najlepsi niemieccy
generałowie nie wyobrażali sobie takiego spotkania obu armii, które
wymagałoby od nich przebycia przed zimą tysięcy kilometrów. Niemniej
chodziło o zachęcenie Tokio do uderzenia lub przynajmniej
podtrzymywania możliwości włączenia się tego kraju do wojny ze
Związkiem Radzieckim. Dopóki Stalin nie mógł wykluczyć tej możliwości,
dopóty musiał trzymać na radzieckim Dalekim Wschodzie siły pozwalające
odeprzeć taki atak. Pułkownik Alfred Kretschmer 657, niemiecki attaché
wojskowy w Tokio, działał w tym kierunku, sugerując, że Japonia mogłaby
opanować Władywostok i Syberię.
Sorge, który pracował w wydziale prasowym niemieckiej ambasady,
bardzo ryzykował, usiłując przekonać japońskich decydentów, że operacja
„Barbarossa” nie przebiega tak dobrze, jak mówiono. Przypominał im
o katastrofie Napoleona w Rosji, utrzymując, że armie Hitlera najpewniej
spotka ten sam los. Powiedział nawet, że nie powinni wierzyć
w propagandę serwowaną im przez jego kolegów z ambasady, ponieważ
wie, że radzieckie siły zbrojne nawet w przybliżeniu nie są tak pobite, jak
oni twierdzili.
Głównym zadaniem Sorgego było jednak dostarczenie Kremlowi
odpowiedzi na najbardziej palące pytanie: Czy przywódcy Japonii
naprawdę rozważają przychylenie się do niemieckich próśb i włączenie do
walki przeciwko Związkowi Radzieckiemu? W czasie swej podróży do
Moskwy w końcu lipca Harry Hopkins omawiał tę samą kwestię
z Mołotowem. Radziecki minister spraw zagranicznych nie spodziewał się
bliskiego ataku Japonii, lecz Hopkins meldował Rooseveltowi, że „uważał,
że Japończycy nie zawahają się uderzyć, jeśli nadejdzie sprzyjający
moment” 658.
Mołotow przekazał nadzieję swego rządu, że Roosevelt przestrzeże
Japonię, iż takie posunięcie skłoni Stany Zjednoczone do przyłączenia się
do obrony ZSRR. W tym czasie napięcie między USA a Japonią rosło. 26
lipca Roosevelt zamroził japońskie aktywa w Stanach Zjednoczonych
w odpowiedzi na wkroczenie sił japońskich do Indochin Francuskich; było
to w praktyce wprowadzenie embarga na handel z Japonią 659. Waszyngton
wzdragał się w tym momencie przed podbijaniem stawki. W efekcie
Hopkins odpowiedział, że jego rząd „z wielką uwagą” przygląda się
sytuacji, ale nie pragnie zachowywać się „prowokacyjnie” w stosunkach
z Japonią.
Mimo to Roosevelt i Churchill chcieli zademonstrować, że są gotowi
odpowiedzieć twierdząco na radzieckie apele o pomoc – chociaż Stalin
i jego współpracownicy potrafili niekiedy doprowadzić ich do rozpaczy.

29 sierpnia Churchill odpowiedział listownie na prośbę Stalina o samoloty


myśliwskie 660. Powiadomił radzieckiego przywódcę, że do 6 września do
Murmańska dotrze 40 myśliwców Hawker Hurricane, obiecał też
przyspieszyć wysyłkę 200 Tomahawków. Zaproponował również dalszych
200 Hurricane’ów, czyli razem 440 maszyn, „pod warunkiem że Wasi piloci
będą w stanie skutecznie je wykorzystać” 661. Dodał jednak znacząco, że
„myśliwce stanowią podstawę naszej obrony w kraju” i są też potrzebne
w Afryce Północnej. Przekaz brzmiał: Wielka Brytania może zrobić tylko
tyle, zważywszy na niepewność jej militarnego położenia.
Ambasador Iwan Majski dostarczył odpowiedź Stalina 4 września. Jak
z ewidentną irytacją zanotował Churchill, było to „pierwsze osobiste
pismo” 662 włodarza Kremla od lipca. Dziękując Churchillowi za ofertę
wysłania kolejnych maszyn, Stalin umniejszył jej znaczenie, twierdząc, że
„samoloty te, których nie można bezzwłocznie wprowadzić do akcji, nie
spowodują poważnych zmian na froncie wschodnim”.
Stalin podkreślił swe argumenty, przyznając, że w ostatnich trzech
tygodniach pozycja jego wojsk „została (…) zachwiana” 663. Jak pisał,
„straciliśmy ponad połowę Ukrainy, a co gorsza, nieprzyjaciel znajduje się
u bram Leningradu” 664. Wszystko to oznaczało „śmiertelne zagrożenie” –
nie tylko dla jego kraju. „Niemcy (…) uważają, że można zniszczyć
wrogów pojedynczo: najpierw Rosję, a potem Anglię” 665. Radziecki
przywódca zapomniał oczywiście wspomnieć, że wcześniej Hitler próbował
działać odwrotnie, w nadziei na pokonanie najpierw Wielkiej Brytanii.
Potem nastąpiły żądania Stalina. By przechylili szalę, Wielka Brytania
powinna zdecydować się na „utworzenie w tym roku gdzieś na Bałkanach
albo we Francji drugiego frontu, który odciągnie z frontu wschodniego 30
do 40 dywizji”, a także na przesłanie Związkowi Radzieckiemu przed
początkiem października 30 tysięcy ton aluminium oraz „minimalnych
miesięcznych dostaw 400 samolotów i 500 czołgów”. Bez tak ogromnej
pomocy, pisał, „Związek Radziecki albo zostanie pokonany, albo osłabiony
do tego stopnia, że utraci na długi czas zdolność pomagania swoim
sojusznikom na frontach walki z hitleryzmem”. Stalin wiedział, że jego list
„spowoduje konsternację Waszej Ekscelencji. Lecz cóż można zrobić?” 666.
Radziecki przywódca miał słuszność co do reakcji Churchilla, a jego
ambasador nie pomógł sprawie, komentując list z Kremla. Majski skarżył
się, że Związek Radziecki jest atakowany od 11 tygodni i samotnie
przeciwstawia się potężnej koncentracji sił niemieckich. Churchill
współczuł jego krajowi, jednak puściły mu nerwy, gdy wyczuł w tonie
Majskiego, pytającego o brytyjskie nadzieje na wygranie wojny po
ewentualnej klęsce ZSRR, „pewien ton groźby” 667.
„Proszę nie zapominać, że nie dalej jak cztery miesiące temu nie byliśmy
pewni, czy nie wyruszycie przeciwko nam u boku Niemiec”, powiedział
premier. „Ba, uważaliśmy to nawet za wielce prawdopodobne. (…) Nigdy
nie byliśmy zdania, że nasze przetrwanie jest uzależnione od jakichkolwiek
waszych działań. Bez względu na to, co się wydarzy, i bez względu na to,
co zrobicie, nie macie żadnego prawa czynić nam wyrzutów” 668.
Majski wycofał się. „Po cóż tyle zapalczywości, drogi panie Churchill,
zdobądźmy się na spokój!” Jak wspominał później ambasador, „zacząłem
się obawiać, że premier może w uniesieniu powiedzieć wiele rzeczy
niepotrzebnych i w ten sposób utrudnić dalsze nasze stosunki” 669.
Churchill szybko odpisał Stalinowi w bardziej pojednawczym tonie,
obiecując, że Wielka Brytania dostarczy połowę samolotów i czołgów,
o które prosił. Wyraził też nadzieję, że drugą połowę dostarczą Stany
Zjednoczone. Wystarczająco jednak martwił się listem Stalina i tonem
Majskiego podczas spotkania, by nazajutrz wysłać wiadomość do
Roosevelta. „Chociaż nic w jego słowach nie upoważnia do takich
przypuszczeń, to jednak nie możemy się oprzeć wrażeniu, że być może
Sowieci myślą o odrębnych warunkach” 670, pisał, nawiązując do
nieustannych obaw, że Hitler i Stalin mogą dobić targu, tak jak zrobili to
w roku 1939.
Stalin nie poprawił sytuacji, posyłając 15 września Churchillowi
telegram z kolejną sugestią: „Wydaje mi się, że Wielka Brytania mogłaby
bez większego ryzyka przetransportować do Archangielska od 25 do 30
dywizji lub wysłać je przez Iran do południowych regionów ZSRR. W ten
sposób doszłoby do współpracy militarnej wojsk Wielkiej Brytanii i ZSRR
na naszym terytorium” 671.
Churchill był zszokowany przekonaniem Stalina, że Wielka Brytania jest
zdolna do takich działań. „Wydaje się rzeczą wprost niewiarygodną, by
człowiek stojący na czele rządu rosyjskiego, wspomagany przez doradców
wojskowych mógł wypisywać podobne brednie”, notował premier.
„Dyskusja z kimś, kto myśli w kategoriach niewiele mających wspólnego
z rzeczywistością, była sprawą beznadziejną” 672.

Churchill i Roosevelt wiedzieli jednak, że muszą nadal kontaktować się


z tyranem, który niekiedy zachowywał się wręcz irracjonalnie. Rozumieli,
że przekaz Stalina, jakkolwiek obraźliwie sformułowany, jest w znacznej
mierze słuszny: jeśli Związek Radziecki ulegnie niemieckiej nawale,
pozycja Hitlera ogromnie się umocni.
Z punktu widzenia polityki dawało to Stalinowi wyraźną przewagę nad
przywódcami europejskich krajów podbitych przez Hitlera, których
długofalowe cele były sprzeczne z ambicjami geopolitycznymi Kremla.
Churchill i jego ludzie starali się zapewnić rządy na uchodźstwie i obce
armie w Wielkiej Brytanii, że są sojusznikami we wspólnej sprawie, a ich
ostatecznym celem jest nie tylko wyzwolenie ich państw z niemieckiej
okupacji, ale też zapewnienie im pełnej niepodległości w powojennym
świecie. Polscy i czechosłowaccy piloci odegrali ważną rolę w bitwie
o Anglię, polskie oddziały walczyły u boku Brytyjczyków w Afryce
Północnej, a polscy spadochroniarze przygotowywali się w Wielkiej
Brytanii do kampanii mającej odzyskać kontynent.
Dostrzegając wartość nowo przybyłych, rząd Churchilla przydzielił
wyższych oficerów jako łączników z Polakami, Czechami, Francuzami
i innymi. Gdy polski premier Władysław Sikorski wraz z rządem i wieloma
żołnierzami wydostał się z Francji w czerwcu 1940 r., współpracy
z Polakami podjął się konserwatywny poseł Victor Cazalet, weteran I wojny
światowej, który niegdyś wielokrotnie przestrzegał przed
niebezpieczeństwem, jakim stały się Niemcy Hitlera. Wkrótce zaprzyjaźnił
się on z Sikorskim i wizytował z nim polskie oddziały w Wielkiej Brytanii
(„Prezentują się bardzo dobrze” 673, napisał pewnego razu) oraz podróżował
do Stanów Zjednoczonych i Kanady, gdzie polski przywódca miał nadzieję
pozyskać nowych rekrutów.
Gdy Niemcy rozpoczęły operację „Barbarossa”, Związek Radziecki
i Polska znalazły się teoretycznie po tej samej stronie. Polacy jednakże nie
mieli zamiaru zapomnieć o tym, że Stalin wraz z Hitlerem podzielił ich
kraj, ani też o dwóch milionach ich rodaków, w tym żołnierzach mogących
sformować kilka dywizji, którzy zostali deportowani lub zniknęli.
Świadom, że kwestia polska leży „U podstaw naszych wczesnych
stosunków z Sowietami” 674, Churchill w lipcu 1941 r. naciskał na
ambasadora Majskiego i rząd Sikorskiego, by zasiedli do negocjacji celem
przywrócenia stosunków dyplomatycznych i współpracy w walce
z Niemcami.
Polacy chcieli od Moskwy dwóch rzeczy: oświadczenia, że niemiecko-
radziecki rozbiór Polski jest nieaktualny, co oznaczało, że z końcem wojny
Polska powróci do granic z 1939 roku, oraz zwolnienia polskich
wojskowych i cywilów z miejsc zsyłki i łagrów, co pozwoliłoby na
formowanie w Związku Radzieckim oddziałów Wojska Polskiego i wspólną
walkę z Niemcami 675.
Podczas rozmów Majski z miejsca dał Polakom do zrozumienia, że
Kreml ma inne zdanie co do granic odrodzonej Polski. „Wyjaśniłem, że
według naszych wyobrażeń przyszłe państwo polskie powinno składać się
wyłącznie z Polaków i obejmować te terytoria, które zamieszkują
Polacy” 676, stwierdził. Polscy negocjatorzy rozumieli, że sformułowanie to
oznacza, iż strona radziecka planuje zatrzymać znaczną część terenów
zagarniętych w 1939 r., ponieważ uważa je za część Ukrainy i Białorusi
i już przeprowadziła tam swoją wersję czystek etnicznych.
Sikorski zamierzał dojść do porozumienia mimo negatywnego
postrzegania stanowiska Sowietów i opozycji we własnych szeregach.
„Polacy wciąż są zdania, że zbyt wiele oddają”, pisał Cazalet w swym
dzienniku podczas sporów. „Otaczający Sikorskiego ministrowie intrygują
przeciwko niemu” 677.
W memoriale z 1 lipca hrabia Edward Raczyński, polski ambasador
w Wielkiej Brytanii, argumentował, że Sikorski nie powinien nadmiernie
przejmować się szczegółowymi warunkami jakiejkolwiek umowy
z Majskim. Zważywszy na szybkie postępy niemieckich najeźdźców,
Związek Radziecki „będzie w niedalekiej przyszłości już to całkowicie
rozgromiony i rozbity na kilka organizmów politycznych lub będzie
przynajmniej wyparty daleko poza granice Polski z r. 1939”, przewidywał.
Oznaczało to, że „Decyzja co do naszych granic wschodnich nie będzie
w chwili zwycięstwa zależała od ZSRR”, ale „będzie zależała od państw
zwycięskich (…) prawdopodobnie w pierwszym rzędzie od Stanów
Zjednoczonych obok Wielkiej Brytanii” 678.
Był to jednak pogląd mniejszości. Inni polscy przedstawiciele rozumieli,
że Stalin już sygnalizuje wolę dyktowania przyszłych warunków
pokojowych, mimo że jego kraj toczy właśnie walkę o przetrwanie. Gdy 30
lipca Sikorski podpisał układ polsko-radziecki, trzech jego ministrów
w proteście podało się do dymisji 679. Nawet niektórzy jego najzagorzalsi
zwolennicy byli rozczarowani. W rozmowie w 2016 r. jego wojenna
sekretarka Walentyna Janta-Połczyńska, energiczna 103-latka, wspomniała,
że jej ukochany szef nie miał „temperamentu niezbędnego w stosunkach
z Rosjanami” 680.
Sikorski uważał, że nie ma wyboru i musi dojść do porozumienia
z historycznym wrogiem Polski. Jak to ujął Jan Ciechanowski, w czasie
wojny polski ambasador w Waszyngtonie, „rząd brytyjski wywiera silne
naciski na generała Sikorskiego, by negocjacje z Sowietami jak najszybciej
doprowadzić do końca (zamiast naciskać na Sowietów, by przyjęli jak
najbardziej słuszne warunki Polski)” 681. Churchill przyznał to w swoich
wspomnieniach. Choć Wielka Brytania przystąpiła z powodu Polski do
wojny, chciał za wszelką cenę utrzymać nowego radzieckiego sojusznika
w walce z Niemcami, zwłaszcza gdy nadal istniała możliwość ponownej
zmiany stron przez Stalina.
Jak pisał Churchill, nie zamierzał zmuszać Rosji „do wyrzeczenia się,
nawet na papierze, obszarów przygranicznych, które od kilku pokoleń
uważała za niezbędne dla swego bezpieczeństwa” 682. Dlatego, dodał,
„Musieliśmy zalecić generałowi Sikorskiemu, by zaufał Sowietom
w kwestii przyszłego unormowania wzajemnych stosunków i nie naciskał
w chwili obecnej na żadne pisemne gwarancje dotyczące tej sprawy” 683.
Poza przywróceniem stosunków dyplomatycznych układ polsko-
radziecki zawierał klauzule o utworzeniu polskich oddziałów na terenie
ZSRR i amnestii dla uwięzionych tam Polaków. Pakt niemiecko-radziecki
z 1939 r. uznano za niebyły, jednakże kwestie terytorialne pozostały
nierozstrzygnięte. W Waszyngtonie podsekretarz stanu Sumner Welles
oświadczył, że jego zdaniem porozumienie „nie odbiega od praktykowanej
przez Stany Zjednoczone polityki nieuznawania zmian terytorialnych
dokonywanych w wyniku podboju” 684. W Izbie Gmin Anthony Eden
stwierdził, że jego rząd nie uznaje zmian terytorialnych z 1939 roku, ale
jego słowa „nie stanowią w żadnym wypadku gwarancji dotyczących
kształtu granic ze strony rządu Jego Królewskiej Mości” 685. Właśnie to
chciał osiągnąć Majski.
Dla Polaków, jak to ujął Ciechanowski, była to „pierwsza jaskółka
rodzącej się właśnie nowej polityki rządu brytyjskiego, to jest polityki
ustępstw – appeasement” 686.
W Stanach Zjednoczonych opinia publiczna była podzielona w sprawie
udzielania pomocy Związkowi Radzieckiemu. Sondaż Gallupa z lipca 1941
r. pokazywał, że 54 procent Amerykanów sprzeciwia się tej pomocy 687. Do
września odsetek ów spadł do 44 procent, ale kraj pozostawał głęboko
podzielony, nawet gdy oddziały niemieckie wdzierały się coraz głębiej
w radzieckie terytorium. „Amerykanie nie traktują pomocy dla Rosji
obojętnie” 688, pisał Hopkins do brytyjskiego ministra informacji Brendana
Brackena.
Jednak tak jak Churchill Roosevelt był całkowicie zaangażowany
w zapewnienie możliwie wielkiej pomocy wojskowej Związkowi
Radzieckiemu. Gotów był też posunąć się daleko, by przekonać swych
rodaków do odłożenia na bok obaw przed radzieckim reżimem i skupienia
się na pokonaniu Hitlera. 11 września prezydent spotkał się z Konstantinem
Umańskim, radzieckim ambasadorem w Waszyngtonie. Zasugerował, że
Sowieci pomogą sprawie, oficjalnie deklarując przestrzeganie wolności
wyznania, co „mogłoby spowodować korzystny efekt wychowawczy, zanim
ustawa Lend-Lease pojawi się w Kongresie” 689. W odróżnieniu od
Churchilla Roosevelt gotów był wybielać Stalina celem wywarcia takiego
„efektu wychowawczego”.
Jednym z powodów, dla których Roosevelt usiłował przekonać
Umańskiego do składania fałszywych oświadczeń, było to, że ledwie
dziesięć dni wcześniej tematem swego przemówienia z okazji Święta Pracy
uczynił obronę amerykańskich wolności, w tym wolności wyznania.
Retoryka Roosevelta coraz bardziej przypominała słowa czynnego
uczestnika brytyjskiego wysiłku wojennego, nie zaś życzliwego pomocnika.
„Zadanie pokonania Hitlera może być długie i mozolne”, oświadczył.
„Jest kilku zwolenników appeasementu i sympatyków nazistów, którzy
twierdzą, że to niemożliwe. Wzywają mnie nawet, bym negocjował
z Hitlerem… i błagał o okruchy z jego zwycięskiego stołu. W praktyce
proszą mnie, bym stał się współczesnym Benedictem Arnoldem i zdradził
wszystko, co mi drogie – moje oddanie dla naszej wolności, dla naszych
Kościołów, dla naszego kraju. Tę drogę odrzuciłem już i odrzucam ją
ponownie”. Potem prezydent wygłosił najbardziej dobitne
z dotychczasowych oświadczeń: „Zamiast tego, świadom, że moje słowa są
zgodne z sumieniem i determinacją Amerykanów, mówię: zrobimy
wszystko, co w naszej mocy, by zmiażdżyć Hitlera i jego nazistowskie
siły” 690.
Gdyby Roosevelt naprawdę potrzebował casus belli, mógł wykorzystać
starcie na północnym Atlantyku, do którego doszło 4 września. U-Boot
wystrzelił wówczas torpedy do amerykańskiego niszczyciela USS Greer,
lecz chybił 691. Wcześniej brytyjski samolot wykrył okręt podwodny
i obrzucił go bombami głębinowymi w czasie, gdy tropił go Greer, co
mogło zasugerować niemieckiej załodze, że samolot naprowadził
amerykański niszczyciel. Uniknąwszy torped, Greer też zrzucił bomby
głębinowe, oba okręty jednak wyszły ze starcia bez szwanku.
Kilka dni wcześniej, 31 sierpnia, londyński „Times” dał wyraz frustracji
z powodu stosowanych jego zdaniem przez Amerykanów półśrodków.
„Powódź szaleje, my zaś walczymy z jej naporem w obronie zatapianej
cywilizacji”, pisał. „Ameryka rzuca nam linę i da nam suche ubranie, jeśli
zdołamy dotrzeć do brzegu. (…) Mówimy to, ponieważ jesteśmy szczerze
rozczarowani skalą amerykańskiej pomocy” 692.
Przedstawiciele Roosevelta w Londynie podzielali te nastroje. W dniu
ataku na USS Greer ambasador Winant i generał Lee porównali przy
kolacji swe notatki. Według Lee Winant oświadczył, że Wielka Brytania
„nie ma szans na zwycięstwo” bez pełnej pomocy USA. 8 września kolację
z generałem jadł Eugene Meyer, wydawca „Washington Post”, który
dopiero co przybył do Londynu. „Mówi, że FDR staje się zbyt nieśmiały
jako przywódca kraju i uważa się za związanego swymi wyborczymi
obietnicami trzymania państwa poza wojną”, zapisał Lee w dzienniku.
Jednak podczas lunchu z wydawcami brytyjskich gazet Meyer bronił
prezydenta, podkreślając, że podejmuje on działania mimo niedawnego
oskarżenia przez Lindbergha „Brytyjczyków, Żydów i administracji
Roosevelta” 693 o podżeganie do wojny. „Stwierdziłem, że pan Roosevelt
prowadzi naszą niewypowiedzianą wojnę i podejmuje wiele działań, które
prowadzilibyśmy, gdyby wojna była wypowiedziana. Podejmuje je też
szybciej, niż byłoby to możliwe za pośrednictwem Kongresu” 694,
wspominał.
Lee nie był przekonany. 9 września zanotował w dzienniku: „Wojna
zbliża się do Stanów Zjednoczonych, kraju, który woli pozostawać
nieświadomy rozwoju wydarzeń. Zastanawiam się, czy masy naprawdę
posiadają mądrość, ponieważ ostatnio w bardzo wielu przypadkach
wykazywały się one raczej jej brakiem”.
Odpowiedź Roosevelta na incydent z USS Greer była opóźniona ze
względu na śmierć jego matki 7 września. W „rozmowie przy kominku”
z 11 września wydawał się jednak gotów uciszyć każdego, kto podawałby
w wątpliwość jego zdecydowanie. Ignorując niejasne okoliczności starcia,
stwierdził, że U-Boot odpalił torpedy w niesprowokowanym ataku. „To nie
był zwykły epizod w zmaganiach pomiędzy dwoma krajami”, oświadczył.
„To był zaplanowany krok ku światu opartemu na sile, na terrorze i na
mordzie” 695.
By powstrzymać Hitlera przed opanowaniem mórz, Stany Zjednoczone
prowadzić będą politykę „aktywnej obrony”. Jego rząd „nie szuka konfliktu
zbrojnego z Hitlerem”, dodał, „gdy jednak widzi się gotowego do ataku
grzechotnika, nie czeka się, aż ukąsi, tylko się go rozgniata. (…) Odtąd,
jeśli niemieckie lub włoskie jednostki wojenne wejdą na wody, których
bezpieczeństwo niezbędne jest do obrony Ameryki, uczynią to na własną
odpowiedzialność” 696. Innymi słowy, amerykańskie okręty, zwłaszcza te
eskortujące konwoje do Wielkiej Brytanii, mogły otwierać ogień, gdy tylko
poczuły się zagrożone.
Churchill był zachwycony tymi wojowniczymi słowami. „Roosevelt
znakomity dziś rano”, pisał do hrabiego Athlone, generalnego gubernatora
Kanady. „Jak zwykliśmy śpiewać w Sandhurst [Królewskiej Akademii
Wojskowej], »Teraz już niedługo!«” 697.
Premier był wdzięczny za to, co „Pozwoliło (…) na odpoczynek naszym
zmęczonym okrętom” 698 w wyniku nowej polityki USA. W liście z 14
września do marszałka polnego Jana Smutsa wyjaśnił szersze implikacje
mowy Roosevelta. „Hitler będzie musiał wybierać między przegraniem
bitwy o Atlantyk a konfliktami z amerykańskimi okrętami wojennymi” 699,
stwierdził z wyraźną satysfakcją. Jak sugeruje cytat z piosenki z Sandhurst
we wcześniejszym liście do hrabiego Athlone, był coraz bardziej pewny, że
Roosevelt zbliżył swój kraj do bezpośredniego zaangażowania w walki.
„Amerykańska opinia publiczna przyjęła deklarację »strzelać bez pytania«
nieświadoma rozległości akwenu, na którym ma być ona stosowana”, pisał.
„I moim zdaniem będą wspierali prezydenta w dalszym aplikowaniu tej
zasady, z czego w każdej chwili może wyniknąć wojna”.
Churchill wiedział, że nie może sobie pozwolić na publiczne
wypowiadanie takich myśli. „Wszystko powyższe jest całkowicie poufne,
tylko dla Pańskiej informacji”, przestrzegł Smutsa.

Jednak szybko pogłębiające się stosunki anglo-amerykańskie były też pełne


spięć, nawet w przypadku wspólnego zamiaru wsparcia Związku
Radzieckiego. Jak uzgodnili to Churchill i Roosevelt na swym morskim
spotkaniu, oba kraje miały wysłać do Moskwy wspólną misję. Celem było
dokonanie oceny radzieckich potrzeb i uspokojenie Stalina, że mocarstwa
anglosaskie zrobią wszystko, co możliwe, by udzielić mu pomocy. Na
przewodniczącego amerykańskiej delegacji Roosevelt wyznaczył Averella
Harrimana, który przebywał już w Wielkiej Brytanii, gdzie koordynował
program Lend-Lease, Harry Hopkins bowiem nie był w stanie odbyć
kolejnej ciężkiej podróży do Moskwy. Szefem delegacji brytyjskiej został
lord Beaverbrook, kanadyjsko-brytyjski magnat prasowy, który niedawno
został ministrem zaopatrzenia w gabinecie wojennym Churchilla,
a wcześniej piastował funkcję ministra produkcji lotniczej.
Gdy obie strony spotkały się w Londynie, by uzgodnić strategię
działania, natychmiast powstała niezgoda w kluczowej kwestii. Podczas
posiedzenia 15 września Beaverbrook rozpoczął od propozycji, by Stany
Zjednoczone kierowały całą pomoc dla Związku Radzieckiego poprzez
jego ministerstwo, dzięki czemu mógłby kontrolować jej dystrybucję 700.
„Delegacja Stanów Zjednoczonych była zszokowana”, pisał Lee.
„Propozycja była oczywistą machinacją polityczną”. Beaverbrook
podkreślał, że to najlepszy sposób działania, Harriman jednak nie chciał
o tym słyszeć. „Jeśli takie jest wasze stanowisko, równie dobrze możemy
wracać do domu”, powiedział. Beaverbrook ustąpił, mimo to wszakże
Amerykanie nadal byli wściekli.
Do kolejnego spięcia doszło, gdy obie strony zaczęły omawiać swoje
propozycje pomocy. Ekipa Beaverbrooka szybko zorientowała się, że
amerykańska szczodrość wobec Sowietów oznaczać będzie ograniczenie
dostaw dla Wielkiej Brytanii. Dotyczyło to czołgów i samolotów pilnie
potrzebnych obu walczącym państwom. Rozwiązanie tego problemu
wymagało osobistej interwencji Roosevelta 701. Prezydent polecił podwoić
amerykańską produkcję czołgów, by uniknąć zmniejszenia dostaw dla
Brytyjczyków. Przychylił się też do brytyjskich próśb o niewysyłanie
Sowietom ciężkich bombowców, ale zrównoważył to zwiększeniem liczby
wysyłanych im innych samolotów.
19 września Churchill zaprosił większość członków delegacji
wybierających się do ZSRR na lunch na Downing Street 10. Lee miał
pozostać w Wielkiej Brytanii, lecz brał udział w planowaniu, więc także go
zaproszono. Według jego relacji po posiłku Churchill wstał i wygłosił
„bardzo poruszające przemówienie” 702 – w praktyce mowę motywacyjną
dla udających się do Sowietów. „(…) rdzeniem było stwierdzenie, że w tej
poruszającej i podniosłej chwili, gdy waży się przyszłość cywilizacji,
anglo-amerykańska misja wyrusza niczym szalupa ratunkowa nieść pomoc
Rosjanom, którzy walczą z nieludzkimi zbrodniami, jakich jeszcze świat
nie widział” 703.
Lee siedział obok generała Hastingsa Ismaya, doradcy wojskowego
Churchilla, którego punkt widzenia był pragmatyczny. „Powiedział, że nie
ma sensu traktować Rosji nazbyt romantycznie”, pisał Lee, „że jest to
zwyczajna umowa ze Stalinem, przebiegłym człowiekiem Wschodu
przypadkiem walczącym z Hitlerem” 704.
Członkowie misji do Moskwy mieli szybko odkryć, że negocjowanie ze
Stalinem w żadnym razie nie jest czymś zwyczajnym. Ale mimo
występujących niekiedy różnic Brytyjczycy i Amerykanie z misji coraz
bardziej angażowali się we wspólny cel, jakim było umocnienie
radzieckiego oporu przed niemieckim najazdem. W tym sensie najnowszy
akt agresji Hitlera obrócił się przeciwko niemu, jako że prowadził do
umocnienia partnerstwa między Londynem a Waszyngtonem.

Beaverbrook, Harriman i ich ważniejsi doradcy udali się do Związku


Radzieckiego na pokładzie brytyjskiego krążownika HMS London 705.
Dotarłszy do ujścia Dwiny, przesiedli się na radziecki niszczyciel i na jego
pokładzie przebyli ostatnich 20 mil do Archangielska. Stamtąd cztery
radzieckie samoloty eskortowane przez myśliwce przewiozły ich 28
września do Moskwy. Młodsi członkowie amerykańskiej delegacji już kilka
dni wcześniej polecieli do Moskwy dwoma amerykańskimi bombowcami
B-24, co pomogło odwrócić uwagę od trzymanej w tajemnicy podróży
najważniejszych członków delegacji drogą morską.
Jednym z udających się do Moskwy samolotem był Quentin Reynolds,
reporter „Collier’s Weekly”, który wcześniej bez powodzenia starał się
o radziecką wizę dla korespondenta wojennego. Zamiast tego załatwił sobie
u Harrimana stanowisko oficera prasowego misji; jego redakcja dała mu na
ten czas urlop. W czasie lotu siedział w lodowatej kabinie koło pułkownika
Philipa Faymonville’a, byłego attaché wojskowego w Moskwie,
przydzielonego do programu pomocy dla ZSRR. „Był jednym z nielicznych
znanych mi Amerykanów, którzy wątpili w to, że Niemcy są w stanie
pokonać Rosję” 706, wspominał Reynolds. Członkowie obu delegacji nadal
omawiali tę kwestię.
Istniały też podziały co do tego, jak zrównoważyć żądania Stalina
i ochronę zachodnich interesów. Churchill przestrzegł Beaverbrooka, by nie
dał się ponieść entuzjazmowi dla swego zadania. „Pańską funkcją będzie
nie tylko wspieranie tworzących się planów pomocy dla Rosji, ale także
zadbanie o to, by pomoc ta nas nie wykrwawiła”, instruował. „Nawet jeśli
wpłynie na pana rosyjska atmosfera, będę w tej sprawie bardzo twardy” 707.
Podobnie jak premier, Harriman uważał Beaverbrooka za skłonnego do
nadmiernej szczodrości dla Sowietów, „aż po lekceważenie innych
względów” 708.
Goście bardzo pragnęli poznać nastroje panujące w wojennej Moskwie.
Przybywszy wcześnie, Reynolds miał okazję przejść się po „zaniedbanym”
mieście i zobaczyć długie kolejki ustawiające się przed każdym sklepem
spożywczym. Zauważył, że w kolejkach tych ani na ulicach nie widać
mężczyzn zdolnych do noszenia broni, co sugerowało, że wszyscy oni
zostali powołani do „ostatecznej obrony” przed Niemcami usiłującymi
zdobyć miasto. „Do tego czasu naziści opanowali 60 tysięcy mil
kwadratowych rosyjskiej ziemi i byli ledwie nieco ponad 200 mil od
stolicy”, pisał. „Tyle wiedzieli zagraniczni korespondenci, lecz niewiele
więcej, gdyż żadnego z nich nie dopuszczono w pobliże walk”.
Mimo to Reynolds był pod wrażeniem faktu, że każdego dnia na placu
Czerwonym ćwiczyli nowi poborowi, a biednie ubrani przechodnie „nie
wyglądali bynajmniej na wystraszonych”. Choć nie było „racjonalnego
powodu”, by uważać, że Sowieci zdołają uniemożliwić Niemcom zdobycie
miasta, „Czułem się przynajmniej tak pewnie jak moskwianie”.
Gdy samoloty wiozące Harrimana, Beaverbrooka i resztę delegacji
zbliżyły się do Moskwy, musiały podchodzić na bardzo małym pułapie,
podczas gdy działa przeciwlotnicze otwarły ogień, aby odpędzić
ewentualne niemieckie myśliwce 709. Harrimana umieszczono w Domu
Wtorowa, tzw. Spaso House, czyli rezydencji amerykańskiego ambasadora
Laurence’a Steinhardta, w którego oknach brakowało wielu szyb z powodu
nalotów. Jednak dla każdego, kto jak Harriman przebywał w Londynie
podczas Blitzu, Moskwa wydawała się na razie mało zniszczona. Mimo to
wiedział, że jeśli radziecka obrona okaże się za słaba, musi się liczyć
z możliwością pospiesznej ewakuacji. „Miało się wrażenie udawania się do
strefy wojny”, wspominał później. „Nocami widać było błyski wystrzałów
rosyjskiej artylerii przeciwlotniczej”.
Beaverbrook i Harriman spotykali się przez trzy kolejne wieczory ze
Stalinem; każde spotkanie trwało około trzech godzin. W tym samym
czasie pozostali członkowie delegacji rozmawiali ze swymi radzieckimi
odpowiednikami w podkomisjach zajmujących się szczegółami dostaw
wojskowych. „Dyskusje były frustrujące i nie doprowadziły do
niczego” 710, skarżył się generał Ismay. Radzieccy urzędnicy zwykle
przeciągali sprawę, dopóki nie zdołali poznać stanowiska Stalina.
W teorii to Stalin prosił o pomoc, jednak ani on, ani jego goście nie
zachowywali się, jakby tak było. Beaverbrook i Harriman dali do
zrozumienia, że chcą zaspokoić jego żądania. Postanowili wykluczyć
z rozmów Steinhardta i brytyjskiego ambasadora Stafforda Crippsa, ku
wielkiemu zmartwieniu obu dyplomatów. „Wiedzieliśmy, że Stalin nie
darzy żadnego z nich większym szacunkiem, więc niewiele można było
zyskać na ich obecności” 711, wyjaśnił Harriman. Ignorując normalną
praktykę, nie zabrali też z ambasad własnych tłumaczy; polegali na
tłumaczu radzieckim, byłym ministrze spraw zagranicznych Maksimie
Litwinowie.
Wszystko to jedynie zwiększało nerwowość pracowników ambasad. Jak
ujął to Charles Thayer z placówki amerykańskiej, „zbyt wiele obiecywano
bez żadnych warunków” 712. Niezależnie od wyniku rozmów te wczesne
próby zadowolenia Stalina oparte były na błędnym założeniu, że odpowie
na to wdzięcznością, nie zaś kolejnymi, coraz bardziej natarczywymi
żądaniami.
Beaverbrook i Harriman donosili, że pierwsze spotkanie ze Stalinem
było „nadzwyczaj przyjacielskie” 713. Była to być może przesada, ale
radziecki przywódca przedstawił sytuację militarną oraz listę swoich
życzeń – czołgów, dział przeciwpancernych, samolotów, dział
przeciwlotniczych, a nawet drutu kolczastego – bez jakichkolwiek
przytyków wobec swych gości. Choć minister spraw zagranicznych
Mołotow też był obecny, mówił niemal wyłącznie Stalin. Harrimana
zaskoczyło to, jak obcesowo Stalin przerywał Mołotowowi, gdy ten
niekiedy usiłował włączyć się do rozmowy.
Według Harrimana radziecki przywódca otwarcie przedstawiał
krytyczne położenie swojego kraju. Mówił o trzy- lub czterokrotnej
przewadze liczebnej niemieckich czołgów i podkreślał „żywotne znaczenie
utrzymania Moskwy za wszelką cenę”. Gdyby to się nie udało, przyrzekał
kontynuowanie walki obronnej z pozycji za Uralem, jednak oznaczałoby to
utratę „centrum nerwowego wszystkich operacji radzieckich” oraz znaczące
ograniczenie możliwości odrzucenia Niemców.
Nie było przypadkiem, że jego analiza nie różniła się znacząco od
analizy Heinza Guderiana i innych niemieckich generałów, którzy prosili
Hitlera o skupienie wszystkich sił na Moskwie. Jak relacjonował Harriman,
Stalin wyjaśnił, iż Hitler „popełnił błąd”, prowadząc ofensywę na trzech
frontach. „Gdyby skoncentrował uderzenie na Moskwie, ta bez wątpienia
by padła”, przyznał.
Było kilka niezręcznych chwil. Stalin ponownie podniósł kwestię
dołączenia wojsk brytyjskich do walk na Ukrainie. Tak jak Churchill
Beaverbrook nie podchwycił jednak tej myśli. Biorąc przykład
z Roosevelta, Harriman usiłował z kolei wspomnieć o wolności wyznania,
dodając, że ma to znaczenie dla amerykańskiej opinii publicznej, Stalin
wszakże udzielił tylko zdawkowej odpowiedzi. Mimo to Beaverbrook
i Harriman czuli się „bardziej niż zadowoleni” po tej pierwszej rozmowie –
wzrosła ich pewność, że radziecki przywódca zamierza zrobić wszystko, by
uniemożliwić Niemcom zajęcie Moskwy. Jednocześnie jego arcypoważne
podejście sugerowało, że nie pragnie niepotrzebnie antagonizować swoich
nowych sprzymierzeńców.
Radziecki przywódca zrobił też na swych gościach wrażenie
znajomością szczegółów technicznych. Gdy Beaverbrook stwierdził, że
silniki brytyjskich myśliwców Hurricane mają moc 1350 koni
mechanicznych, Stalin z uśmiechem poprawił go: „Nie, tylko 1250” 714.
Wspominając tę rozmowę Reynoldsowi, Beaverbrook powiedział: „I miał
rację”. Tak jak Hitler Stalin uwielbiał demonstrować swą dogłębną wiedzę
niemal na każdy temat.

W czasie wizyty w Moskwie Beaverbrook polecił młodemu dyplomacie


z angielskiej ambasady nabyć 25 funtów kawioru 715. Pragnął podzielić się
tym łupem z Harrimanem i innymi członkami delegacji w drodze powrotnej
na pokładzie brytyjskiego krążownika, a potem z przyjaciółmi w Londynie.
Wśród beneficjentów miał być też Churchill, choć nic nie wiadomo, by
brytyjski premier o tym wiedział. Jednak dyplomata ów popełnił błąd,
wspominając o tym zadaniu Philipowi Jordanowi, moskiewskiemu
korespondentowi londyńskiej „News Chronicle”, który z radością
podchwycił temat.
Według relacji Jordana, która zyskała znaczny rozgłos, cały ten kawior
miał stanowić prezent dla Churchilla. Wściekły premier natychmiast wysłał
telegram, w którym zrugał Beaverbrooka za kompromitowanie go sugestią,
jakoby podczas wojny troszczył się o luksusy. Beaverbrook z kolei zrugał
młodego dyplomatę, który był źródłem przecieku. Wszyscy jednak mieli
ważniejsze zmartwienia i cała historia okazała się tylko chwilowym
problemem.
Prawdziwy dramat rozegrał się, gdy Beaverbrook i Harriman wrócili na
drugie wieczorne spotkanie z radzieckim przywódcą. „Stalin był bardzo
wzburzony, chodził w tę i z powrotem, ciągle palił, obu nam wydawało się,
że jest w stanie najwyższego napięcia nerwowego” 716, wspominał
Beaverbrook. W swym raporcie Harriman nazwał wieczór „bardzo ciężką
przejażdżką”. Jak pisał: „Stalin wydawał się nieuprzejmy i niekiedy
niezainteresowany i dał nam ostry wycisk”. Obaj goście byli zaskoczeni
zmianą nastroju i pogardliwym traktowaniem. Stalin trzykrotnie podniósł
słuchawkę i przeprowadził w ich obecności rozmowę, samemu wykręcając
numer. Gdy Beaverbrook wręczył mu list od Churchilla, włodarz Kremla
rzucił nań okiem i odłożył na stół, ostentacyjnie go ignorując.
W kwestii dostaw radziecki przywódca nie był wdzięczny, ale wprost
wojowniczy. „Dlaczego Stany Zjednoczone mogą dać mi tylko tysiąc ton
blachy pancernej na budowę czołgów, skoro produkcja krajowa wynosi
ponad 50 milionów ton?” 717, spytał Harrimana. Gdy Amerykanin usiłował
wyjaśnić, że zwiększenie produkcji tego rodzaju stali wymagało czasu,
Stalin odparł: „Trzeba tylko dodać stopów” 718. W innym momencie zdawał
się lekceważyć cały anglo-amerykański wysiłek pomocy dla jego kraju.
„Skromność waszych propozycji wyraźnie dowodzi, że pragniecie porażki
Związku Radzieckiego”, powiedział. Jedyny raz okazał wdzięczność, gdy
Harriman zaoferował mu pięć tysięcy amerykańskich jeepów; natychmiast
jednak spytał, czy dostanie ich więcej.
Później Beaverbrook i Harriman doszli do wniosku, że Stalin musiał być
pochłonięty serią nowych meldunków, że Niemcy są o krok od zdobycia
Moskwy. W tym czasie jednak wiedzieli niewiele o tych coraz bardziej
niepokojących doniesieniach i powrócili do swoich ambasad w ponurym
nastroju. Harriman wspominał, jak bardzo „wstrząśnięty” był jego brytyjski
kolega – i co niepowodzenie misji mogło dla niego oznaczać. „Beaverbrook
nieustannie myślał o swojej reputacji u kolegów z brytyjskiego rządu”,
stwierdził Amerykanin. Z tego właśnie powodu Beaverbrook zasugerował,
by w następnym, ostatnim już spotkaniu to Harriman zreferował listę
artykułów, jakie ich rządy mogą zaoferować Stalinowi. „Wówczas, gdyby
spotkanie nie poszło dobrze, to ja znalazłbym się pod ostrzałem”,
konkludował Harriman.
Nazajutrz Niemcy ogłosili, że rozmowy zakończyły się fiaskiem.
Goebbels, główny propagandysta reżimu nazistowskiego, z lubością
oznajmił, że niemożliwe jest jakiekolwiek porozumienie między gośćmi
a „bolszewistami” 719. Gdy jednak przygnębieni Beaverbrook i Harriman
przybyli na Kreml na ostatnie spotkanie, Stalin niezwłocznie
zasygnalizował zmianę. „Do naszej trójki należy udowodnienie, że
Goebbels jest kłamcą” 720, oświadczył.
Mimo wcześniejszej rekomendacji, by to Harriman przejął prowadzenie
rozmów, Beaverbrook sam omówił listę życzeń strony radzieckiej,
wskazując, które z nich Wielka Brytania i Stany Zjednoczone mogą spełnić
niezwłocznie, i dodając własne sugestie. Wskazał też, które dostawy
sprawią większy kłopot. Stalin był jednak wyraźnie zadowolony.
Tłumaczący spotkanie Litwinow podskoczył i krzyknął radośnie: „Teraz
wygramy wojnę!”.
Według Harrimana „Spotkanie zakończyło się w najbardziej przyjaznej
atmosferze. Stalin nie próbował ukrywać entuzjazmu. Miałem wrażenie, że
został całkowicie przekonany, że Wielka Brytania i Ameryka traktują go
poważnie”.
Zanim delegacje wyjechały z Moskwy, wydano pożegnalny bankiet na
Kremlu. Jak każdy dobry dziennikarz Reynolds uważnie odnotował
szczegóły tej „dwudziestotrzydaniowej orgii” 721, w czasie której podano
wielkie misy kawioru, pieczarki w kwaśnej śmietanie, jesiotra w szampanie
oraz pilaw z przepiórek. Towarzyszyły temu niekończące się toasty
wznoszone wódką, której różne rodzaje serwowano w karafkach.
„Gdy tak ucztowałem, trudno mi było pamiętać, że Niemcy znajdują się
niespełna sto mil od Moskwy – podobnie jak o kolejkach głodujących
członków tego bezklasowego społeczeństwa, którzy bez wątpienia jeszcze
teraz czekali przed drzwiami sklepów spożywczych”, pisał.
Harriman był zadowolony z wyniku rozmów, ale surrealistyczność
obiadu na Kremlu też go uderzyła i skomentował ją w podobnym duchu.
„Churchill zawsze dbał, by dostosować się do brytyjskich racji
żywnościowych, tymczasem stoły rosyjskich urzędników uginały się pod
jedzeniem, gdy zwykli ludzie byli głodni”, zauważył. „Pomyślałem, że to
odstręczające” 722.
Nawet przy takiej okazji Stalin nie potrafił powstrzymać się przed
wywieraniem presji. Po raz kolejny zapytał Beaverbrooka, dlaczego
Brytyjczycy nie chcą utworzyć drugiego frontu na kontynencie. „Co
dobrego z armii, która nie walczy?”, pytał. „Armia, która nie walczy, straci
ducha” 723. Generał Ismay przypomniał, że armia brytyjska walczy na
Bliskim Wschodzie – a mógł też dodać, że wcześniej walczyła we Francji,
gdy Stalin przestrzegał paktu z Hitlerem. Nic jednak nie mogło
powstrzymać Stalina przed wracaniem raz po raz do kwestii drugiego
frontu.

Misja w Moskwie pozwoliła amerykańskim i brytyjskim jej uczestnikom


poznać radzieckiego przywódcę. Ich pierwsze wrażenia były często naiwne,
a nawet wręcz komiczne – mimo że liczne masowe mordy i akty
dwulicowości Stalina powinny stanowić aż nazbyt wystarczające
ostrzeżenie, by nie wpadać w zastawiane przez niego pułapki.
Reynolds ujrzał Stalina po raz pierwszy podczas bankietu na Kremlu.
Jak sam przyznał, był pod wielkim wrażeniem postaci, która wyszła
powitać Beaverbrooka i Harrimana. Fotografie i wszechobecne plakaty ze
Stalinem kazały mu spodziewać się kogoś „wielkiego, groźnego,
opryskliwego”. Tymczasem „krzywonogi, nieduży człowiek, który
podszedł do nas, uśmiechając się na widok Beaverbrooka i Harrimana, był
diametralnym przeciwieństwem swego publicznego wizerunku”,
wspominał dziennikarz. „Dostrzegłem, że nosi koturny”. Reynolds
zacytował jednego z brytyjskich korespondentów: „Wygląda jak uprzejmy
włoski ogrodnik, który przychodzi dwa razy w tygodniu”, i dodał: „Nie
można było opisać go celniej”.
Wszelkie te uwagi dotyczyły wyglądu Stalina i niekoniecznie
odzwierciedlały oceny polityczne. Beaverbrook i Harriman, którzy spędzili
z nim podczas trzech spotkań łącznie dziewięć godzin, nie wahali się
mieszać tych ocen. Beaverbrook dokładnie przyjrzał się radzieckiemu
przywódcy, odnotowując jego zwyczaj gryzmolenia „niezliczonych wilków
i kolorowania tła czerwonym ołówkiem” 724 w czasie, gdy Litwinow
tłumaczył jego wypowiedzi. Anglik nie widział w tych rysunkach niczego
złowrogiego; stwierdził, że wraz z Harrimanem postrzegali Stalina
pozytywnie. „Musieliśmy go polubić. Uprzejmy człowiek, który, gdy był
poruszony, miał zwyczaj przechadzać się z rękoma za plecami”,
skonstatował. „Bardzo dużo palił i praktycznie nigdy nie zdradzał oznak
zniecierpliwienia” 725.
Harriman podsumował swe obserwacje w podobnym tonie. „Wyszedłem
przekonany, że był z nami szczery i że jeśli wypełnimy to, co obiecaliśmy,
i jeśli utrzymane zostaną osobiste kontakty ze Stalinem, podejrzliwość
istniejąca między rządem radzieckim a naszymi rządami może zostać
zlikwidowana” 726, pisał. Wyglądało to tak, jakby Harriman i Beaverbrook
poczuli taką ulgę z powodu serdeczności Stalina w czasie ostatniego
spotkania i bankietu, że wyparło to wspomnienie grubiańskiego Stalina,
jakiego spotkali wcześniej.
Przynajmniej niektórzy członkowie delegacji byli mniej skłonni
dostrzegać tylko to, co chcieli. Ismay zauważył, że przy kolacji Stalin był
„najlepiej ubrany w towarzystwie” 727. Miał cywilny strój złożony
z „wysokich butów z eleganckiej skóry, luźnych spodni i dobrze skrojonej
bluzy z szarym kołnierzem, wykonanej z drogiego materiału”. Także
zaskoczyła go „niewysoka” postać Stalina, jednak nie miał wątpliwości co
do jego prawdziwej natury.
„Poruszał się cicho, jak dzikie zwierzę szukające ofiary, a jego
spojrzenie zdradzało chytrość i przebiegłość”, pisał. „Nigdy nie patrzył
w oczy. Zachowywał się jednak z wielką godnością, a jego osobowość
dominowała. Gdy wszedł do pomieszczenia, wszyscy Rosjanie zamarli
i umilkli, a przerażony wzrok generałów aż nazbyt jasno dowodził, w jakim
strachu żyją na co dzień. Obrzydliwym było widzieć dzielnych ludzi
zmuszonych do tak jawnej służalczości”.
Ismay pisał też o „prostackim” traktowaniu Beaverbrooka i Harrimana
przez Stalina, zwłaszcza podczas drugiego spotkania. „Zastanawiałem się
wówczas, i wielokrotnie potem, czy dobrze robiliśmy, nadstawiając drugi
policzek po takim traktowaniu, jak to czyniliśmy ciągle podczas wojny”,
notował we wspomnieniach. Choć generał zgadzał się z polityką wspierania
Związku Radzieckiego w walce z Niemcami, uważał, że „z pewnością
niepotrzebne, a nawet nierozsądne było to, że pozwalaliśmy im besztać nas
tak, jak to czynili”. Ostatecznie to Stalin desperacko potrzebował pomocy
mocarstw zachodnich. Ci, którzy argumentowali, że twardsza postawa
Londynu i Waszyngtonu mogła wepchnąć Stalina z powrotem w objęcia
Hitlera, mylili się, pisał Ismay. „Stalin był realistą i doskonale wiedział, że
Rosjanom pozostawało jedynie walczyć o życie albo zostać niewolnikami
Hitlera”.
Skłonność Ismaya do odświeżająco trzeźwego patrzenia na nowego
sojusznika jego kraju umacniał incydent, który miał miejsce krótko przed
wyjazdem obu delegacji z Moskwy. Do ambasady brytyjskiej dotarł James
Allan, wycieńczony żołnierz brytyjski. Jak wspominał Ismay, zwolniony
tego ranka z osławionego więzienia NKWD na Łubiance Allan „miał do
opowiedzenia szokującą historię”. Brytyjczyk trafił w 1940 r. do
niemieckiej niewoli we Francji i został wysłany do niemieckiego obozu
jenieckiego. Udało mu się uciec do Polski, gdzie ukrywali go „przyjaźni
Polacy”. Chciał jednak wrócić do Wielkiej Brytanii, przekroczył więc
radziecką granicę, zanim jeszcze kraj ten padł ofiarą agresji. Sowieci
natychmiast uznali go za szpiega, aresztowali, codziennie bili i niemal
zamorzyli głodem. Wobec przyjazdu brytyjskiej delegacji postanowili go
zwolnić.
Delegacja zabrała Allana do Anglii, gdzie później otrzymał Medal za
Wybitną Służbę. Nie wspomniano jednak publicznie, co zrobił, by zasłużyć
na to odznaczenie. Jak zauważył gorzko Ismay, „Odwaga i niezłomne
znoszenie okropieństw wyrządzonych brytyjskiemu żołnierzowi przez
sojuszników jego kraju nie mogły zostać wówczas ujawnione”.

Natychmiast po powrocie z Moskwy Beaverbrook i Harriman udali się do


Chequers na kolację z Churchillem i Edenem, by złożyć relację z przebiegu
misji 728. Jako że obaj wcześniej wysłali obszerne raporty, nie musieli
wchodzić w szczegóły. Zamiast tego Beaverbrook, nadal urażony z powodu
zbesztania go przez premiera za incydent z kawiorem, poskarżył się
Churchillowi na oskarżenie go o „przemyt kawioru” z Rosji. Churchill
usiłował zrobić unik, mówiąc, że o nic takiego go nie oskarżał, po czym
zmienił temat. Jak to ujął Harriman, brytyjski przywódca „zdawał się
bardzo uspokojony naszymi informacjami o determinacji Stalina, by
walczyć dalej” i kolacja zakończyła się ostatecznie w dobrych nastrojach.
Gdy cała czwórka wychodziła, Churchill zwrócił się do Beaverbrooka:
„No, porozmawialiśmy, a gdzie jest ten kawior?”.
9

Niedługo go złamiemy

W połowie września 1941 r., gdy Hitler wreszcie rozkazał swoim


generałom przygotowywać operację „Tajfun”, czyli odłożone uderzenie na
Moskwę, do jego kwatery głównej w Wilczym Szańcu w Prusach
Wschodnich przybył esesman Otto Günsche 729. Służył on na froncie
wschodnim i wracał do Bawarii na dalsze szkolenie w tamtejszej szkole SS.
Przed agresją na Związek Radziecki był jednym z gwardzistów Hitlera,
później zaś miał zostać jego osobistym adiutantem. Nie dziwił zatem fakt,
że przyjaźnił się z wieloma osobami służącymi w kwaterze Hitlera i że
został radośnie powitany.
Günsche był zaskoczony ogromnymi rozmiarami Wilczego Szańca,
zwłaszcza w porównaniu ze znacznie skromniejszą kwaterą Felsennest 730
(Skalne Gniazdo) utworzoną na południe od Bonn na czas podboju Europy
Zachodniej. Gdy zapytał stacjonujących w Prusach oficerów, czy to tu
Hitler planuje spędzić zimę, zaśmiali się, uznawszy pytanie za absurdalne.
„Zimować? Co panu przychodzi do głowy?”, odparł jeden z nich. „Przeciw
Rosji prowadzimy »blitzkrieg«. Boże Narodzenie na pewno będziemy
świętować jak zawsze na Obersalzbergu” 731, czyli w alpejskim schronieniu
Hitlera.
Gdy Hitler dowiedział się o wizycie Günschego, wezwał go do sali
konferencyjnej w swoim schronie, ciekaw jego wrażeń z frontu
wschodniego. Sądząc po powitaniu – Führer pogwizdywał pod nosem –
spodziewał się dobrych wieści. Choć gość przyznał, że Sowieci walczą
zaciekle, nie rozczarował go. Jak meldował, morale oddziałów SS jest
wysokie i wszyscy walczą z radością.
W odpowiedzi Hitler wygłosił opinię odzwierciedlającą jego radosny
nastrój: „Niedługo go złamiemy, to kwestia czasu”, powiedział, mając na
myśli opór Rosjan. „Rozkazałem ześrodkować pod Moskwą armie pancerne
z ponad 2000 czołgów. Moskwa zostanie zaatakowana i upadnie, a wtedy
wojnę mamy wygraną” 732.
Po pokonaniu oddziałów radzieckich broniących stolicy, dodał, Niemcy
mieli nacierać dalej i zatrzymać się dopiero na Uralu. Wówczas Luftwaffe
miała otrzymać zadanie bombardowania wszystkich skupisk wojsk
radzieckich na wschodzie, podczas gdy mieszkańcy nieokupowanych
obszarów mieli głodować. Tuż przed odprawieniem Günschego
nazistowskim pozdrowieniem przyrzekł: „Jako uzdrowiciel Europy zadbam
o to, by na tych ziemiach zaprowadzony został nowy porządek zgodny
z moimi prawami!”.
Podczas posiłków w Wilczym Szańcu w następnych kilku tygodniach
Hitler częściej podejmował swoje ulubione tematy dotyczące Niemiec
i Rosji. „To nie do pomyślenia, by wyższa rasa miała cierpieć na zbyt
szczupłej dla niej ziemi, podczas gdy amorficzne masy, które niczego nie
wnoszą do cywilizacji, zajmowały nieskończone połacie ziemi należącej do
najbogatszych na świecie”, oświadczył. „Musimy stworzyć naszemu
narodowi warunki sprzyjające mnożeniu się i jednocześnie zbudować tamę
chroniącą przed rosyjskim zalewem”. Jego podboje są jedynie realizacją
prawa natury, mówił. „Jeśli dzisiaj krzywdzimy Rosjan, czynimy to, by
odebrać im okazję do szkodzenia nam. Bóg nie działa inaczej” 733.
Żaden aspekt nowego porządku nie był dla niego zbyt wielki ani zbyt
drobny, by nie brać go pod uwagę. Jak stwierdził, po podbiciu Rosji
wszyscy Niemcy podróżujący koleją mieli robić to „pierwszą lub drugą
klasą, by odróżniali się od tubylców”. Wyjaśnił też różnicę między
pierwszą a drugą klasą: w pierwszej po każdej stronie przedziału siedzieć
miały trzy osoby, w drugiej klasie zaś cztery. Opisaniem warunków podróży
w wagonach dla „tubylców” już się nie trudził.
Hitler miał najwyraźniej obsesję na punkcie tego, że w Rosji mieszkają
hordy Untermenschen, jego zdaniem barbarzyńskich Azjatów, czy to
w europejskiej, czy azjatyckiej części kraju. „Azja, cóż to za niebezpieczny
rezerwuar ludzi!”, perorował. „Bezpieczeństwo Europy nie będzie
zagwarantowane, dopóki nie zepchniemy Azji z powrotem za Ural. Na
zachód od tej linii nie ma prawa istnieć żadne zorganizowane państwo
rosyjskie”. Wyobrażał sobie ludzką falę „napływającą z Azji”, zdolną
zatopić beztroską Europę, oraz niemieckich okupantów „tworzących żywą
zaporę”, jako że zatrzymanie jej fizycznymi przeszkodami nie było
możliwe. Gotów był jednak podjąć to wyzwanie. „Stan permanentnej wojny
na froncie wschodnim pomoże stworzyć zdrową ludzką rasę i uchroni nas
przed powrotem do miałkości Europy”, dowodził.
W tym samym czasie podbój Rosji zapewni dobrobyt Niemcom,
twierdził, pozwalając zbudować „imperium o światowym znaczeniu”. Pod
niemieckim zarządem żyzna gleba Ukrainy miała, jak przewidywał, dawać
plony „kilkukrotnie wyższe” niż za czasów radzieckich, Morze Czarne zaś
miało być „dla nas morzem, którego bogactw nasi rybacy nie wyczerpią
nigdy”. W efekcie „Za dwadzieścia lat europejska emigracja nie będzie się
już kierować do Ameryki, ale na wschód”, na nową ziemię obiecaną. Nic
z tych wyobrażonych bogactw nie miało wszakże przypaść obecnym
mieszkańcom Rosji, ponieważ mieli oni „być pozbawieni wszelkich
środków produkcji poza absolutnie niezbędnymi”.
Przyznał, że ktoś mógłby spytać, jak może skazywać tak wielu ludzi na
nędzę albo „jak Führer może niszczyć miasto takie jak Sankt Petersburg?”.
Jego odpowiedź: nauczył się w młodości, że życie to „bezlitosna walka”.
Poza tym „Najwyraźniej z natury należę do zupełnie innego gatunku”.
Twierdził, że wolałby, żeby nikt nie cierpiał. „Gdy jednak widzę, że
gatunek jest zagrożony, sentymenty ustępują u mnie przed chłodnym
rozumowaniem”.
W spekulacyjnym tonie zaczął wspominać swoje życie, zwłaszcza
młodość, która nauczyła go tego sposobu myślenia. „Kto wie? Może gdyby
moi rodzice byli wystarczająco zamożni, by wysłać mnie do akademii sztuk
pięknych, nie poznałbym nigdy ubóstwa?”, mówił przy stole. „Kto nie
doświadczył biedy, nie jest w stanie jej naprawdę zrozumieć”.
Hitler wygodnie dla siebie pominął fakt, że nieprzyjęcie go do
wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych nie miało nic wspólnego z jego
sytuacją finansową. W roku 1907 zakwalifikował się na egzamin wstępny
i był przekonany, że zda go z łatwością. Został jednak odrzucony z suchą
adnotacją: „Szkicowanie niedostateczne. Mało głów”. Jak przyznał, był to
dla niego „grom z jasnego nieba” 734.
Hitler nigdy nie pozwalał, by fakty wpływały na jego rozumowanie –
albo przeszkodziły w opowieści o swym życiu, która miała dowodzić, że
los pchał go ku mesjańskiemu przeznaczeniu. Jednakże jego przekonanie
o pewnym zwycięstwie nad ZSRR miało się wkrótce okazać równie
iluzoryczne jak przekonanie, że będzie studiował malarstwo w Wiedniu.

Operację „Tajfun” rozpoczęto 30 września, gdy Beaverbrook i Harriman


prowadzili na Kremlu rozmowy ze Stalinem. Generał Guderian, dowódca
pancerny, który wcześniej bezskutecznie usiłował przekonać Hitlera
o konieczności uderzenia na Moskwę, otrzymał rozkaz poprowadzenia
ofensywy z południa, gdzie jego oddziały zdołały już okrążyć Kijów,
zadając Rosjanom ogromne straty i biorąc 665 tysięcy jeńców.
Wehrmacht stracił jednak kilka cennych tygodni, Guderian zaś nie był
już tak pewny, że uderzenie na Moskwę się powiedzie. „Bitwa pod
Kijowem była niewątpliwie wielkim sukcesem taktycznym”, pisał. „Czy
jednak ten sukces taktyczny będzie miał również doniosłe następstwa
strategiczne, było nadal sprawą wątpliwą. Wszystko zależało od tego, czy
Niemcom uda się jeszcze przed nastaniem zimy, a może nawet przed
nadejściem jesiennych słot osiągnąć decydujący rezultat” 735. Już w czasie
bitwy o Kijów ulewne deszcze zmieniły niektóre nieutwardzone drogi
w morze błota, co zapowiadało rosnące trudności, z jakimi musieli się
mierzyć czołgiści generała wobec nieuchronnego pogarszania się pogody.
Mimo to Guderian niezwłocznie wykonał rozkaz uderzenia na północ,
ku Moskwie, wpierw uderzając na Orzeł. 2 października szef Sztabu
Generalnego Wehrmachtu Franz Halder otrzymał meldunek Guderiana, że
jego oddziały przełamały pozycje radzieckie i zbliżają się do miasta.
„Operacja »Tajfun« rozpoczęła się z rozmachem i robi dobre postępy” 736,
pisał Halder w dzienniku. Gdy nazajutrz czołgi Guderiana wjechały do
Orła, miejscowe władze były całkowicie zaskoczone – do tego stopnia, że
w mieście tramwaje jeździły jak w normalny dzień. Pobocza wypełniały
skrzynie ze zdemontowanymi maszynami i narzędziami z miejscowych
fabryk, co oznaczało, że nie udało się wykonać rozkazu ewakuowania
zakładów przemysłowych na wschód.
Wasilij Grossman, sławny korespondent wojenny gazety Armii
Czerwonej „Krasnaja Zwiezda”, wspominał znaczącą rozmowę ze swym
wydawcą, po tym jak wrócił do Moskwy z podróży na front południowy.
„Dlaczego nie pisaliście o bohaterskiej obronie Orła?”, spytał redaktor.
Odpowiedź Grossmana: „Dlatego, że nie było żadnej obrony Orła” 737.
Ale trzy dni po zajęciu Orła oddziały Guderiana spotkała przykra
niespodzianka. Zaatakowane przez radzieckie czołgi T-34 poniosły
poważne straty. „Po raz pierwszy w jaskrawy sposób uwydatniła się
wyższość rosyjskiego czołgu T-34” 738, przyznał Guderian. Potwierdziło to
też jego wcześniejsze podejrzenia, że Sowieci opracowywali czołg lepszy
niż PzKpfw IV używany przez jego oddziały. By skutecznie zwalczać nowy
radziecki wóz bojowy, załoga PzKpfw IV musiała znaleźć się za T-34
i trafić w kratownicę nad silnikiem, żeby wyeliminować go z akcji.
Strzelając z innych stron, Niemcy mogli czołg jedynie uszkodzić, ale nie
zniszczyć.
Niemieccy lotnicy posyłani na Moskwę także odkryli, jak dobrze stolica
była przygotowana na ich przybycie… i jak radzieckie lotnictwo podniosło
się po ogromnych początkowych stratach. Porucznik Richard Wernicke,
który latał jednym z osławionych bombowców nurkujących Junkers Ju-87
Stuka, wspominał, jak bardzo zaskoczony był ścianą ognia, którą on i inni
piloci napotykali, nurkując nad cele. „To było straszne: w powietrzu pełno
było ołowiu, a strzelali bardzo celnie”, mówił. „Nigdy wcześniej nie
widzieliśmy czegoś podobnego”. Pojawiły się też nowe radzieckie
myśliwce, takie jak Jakowlew Jak-7, dodał. „Były bardzo niebezpieczne.
Nawet nurkowały za nami” 739.
Innym nieprzyjemnym odkryciem było dla Guderiana to, że
nieprzerwane walki, najpierw na Ukrainie, teraz zaś w sercu Rosji,
powodowały nieoczekiwanie wiele strat i wyczerpywały żołnierzy, ale
także prowadziły do rozciągnięcia linii zaopatrzeniowych. Choć
w oddziałach pancernych niekiedy brakowało żywności, generał
szczególnie obawiał się zbliżającej się zmiany pogody i braku zimowego
umundurowania. Wielokrotnie prosił o jego przysłanie, słyszał jednak, że
jego żołnierze otrzymają, co trzeba, „we właściwym czasie” i że powinien
zaprzestać słania „niepotrzebnych monitów” 740. To samo dotyczyło apeli
o dostawy niezamarzającego płynu do chłodnic. „(…) nie nadchodziła (…)
odzież zimowa dla wojsk. Jej brak w ciągu następnych miesięcy stworzył
ogromne trudności i naraził naszych żołnierzy na wiele cierpień, czemu
przecież tak łatwo można było zapobiec” 741.
Podczas gdy żołnierze Guderiana i innych oddziałów cierpieli już
wskutek ulewnych jesiennych deszczy i pierwszych mrozów, które nadeszły
wcześnie nawet jak na rosyjskie standardy, żywioły najwyraźniej
sprzysięgły się przeciwko niemu. „Generał Błoto i Generał Mróz służą
Rosjanom” 742, pisał radziecki korespondent wojenny Grossman. Problem
polegał na tym, że Hitler i wielu jego generałów wmówili sobie, iż
pokonają Związek Radziecki przed nadejściem skrajnej pogody, wskutek
czego nie byli przygotowani do prowadzenia wojny w zimie. Tak jak Stalin
w pierwszych dniach najazdu, Hitler odpowiadał za wiele niepotrzebnych
błędów, a jego żołnierze zaczynali płacić za nie cenę.
Niemieckie siły nacierające na Moskwę nadal były wielkie i najczęściej
odnosiły sukcesy, jednak nie były już niepowstrzymanym taranem, jak
w pierwszych etapach ofensywy. Odczuwały ciężar tak szybkiego natarcia
oraz – jak w przypadku Guderiana – szybkich zmian kierunków i celów
ataku. Czekała je oto największa z dotychczasowych prób, a ich
niepewność, czy są w stanie jej sprostać, rosła.

Dla niemieckich żołnierzy nacierających z zachodu, a nie z południa,


pierwszym większym celem była Wiaźma 743, leżąca bezpośrednio na
drodze do odległej o 220 km Moskwy. W początkach października zmienili
oni miasto i jego otoczenie w kolejny „kocioł”, prawdziwe piekło śmierci
i zniszczenia dla zamkniętych w nim oddziałów Armii Czerwonej.
Radzieccy dowódcy nie zorientowali się, jak szybko Niemcy nacierali, by
otoczyć ich oddziały. W ciągu niespełna dwóch tygodni Grupa Armii
„Środek” meldowała o zabiciu 400 tysięcy i wzięciu do niewoli kolejnych
600 tysięcy radzieckich żołnierzy; w sumie zadać miała oszałamiające
straty sięgające miliona żołnierzy. Niemcy niemal na pewno zawyżyli te
liczby, jednak nie wielokrotnie. Radzieckie straty szły w setki tysięcy ludzi.
Większość radzieckich historii tej wojny ledwie wspomina o Wiaźmie.
„W naszej literaturze trudno znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tej
bitwy”, stwierdził Borys Orieszkin, jeden z ocalałych z niej żołnierzy. „To
całkiem normalne: kto chce mówić o klęskach?” 744 Jego relacja,
opublikowana dopiero w 1991 r., u schyłku ery radzieckiej, stanowi barwne
świadectwo tego, jak żołnierze Armii Czerwonej padali ofiarą całkowitego
załamania się dowodzenia i łączności.
Orieszkin obsadzał z trójką innych żołnierzy położony na wysokim
wzgórzu punkt obserwacyjny, z którego widział przelatujące fale
niemieckich samolotów, następnie zaś eksplozje i dym za horyzontem.
Próbowali o tym meldować, jednak udawało im się połączyć jedynie ze
strzegącym nieodległego lotniska żołnierzem, który nie zdradzał
zainteresowania ostrzeżeniami. „Sądzę, że my – czterej zwykli żołnierze –
byliśmy jedynymi, którzy widzieli dokładnie, co się działo”, stwierdził.
Wkrótce bomby zaczęły padać bliżej i Orieszkin znalazł się w tłumie
żołnierzy desperacko próbujących przebić się przez niemieckie pozycje.
„Ludzie wyrzucali maski przeciwgazowe, hełmy i plecaki”, wspominał.
„Wszyscy myśleli tylko o jednym: by wystarczyło im czasu na wyrwanie
się z okrążenia”. Sądząc, że jeśli zdoła przebyć niewielką odległość za
pozycje niemieckie, będzie bezpieczny, porzucił swój chlebak, który
zwykle był ostatnią rzeczą, jaką zostawiał przerażony żołnierz.
Orieszkin i pozostali spędzili noc, błąkając się po lesie i unikając serii
niemieckich karabinów maszynowych i pocisków artyleryjskich. W pewnej
chwili ujrzał oślepiające światło i eksplozja cisnęła nim o ziemię. Gdy
otworzył oczy, zobaczył leżącego obok przyjaciela z ziejącą raną między
łopatkami. „Opatrz mnie”, błagał żołnierz. Orieszkin próbował mu pomóc,
ale było to beznadziejne, a po chwili kolejna salwa przydusiła go do ziemi.
Nazajutrz Orieszkin był kompletnie wyczerpany i zrezygnowany.
„Nawet śmierć wydawała się wybawieniem”, wspominał. Wtedy jednak
dostrzegł nadchodzącą tyralierę niemieckich żołnierzy i swoich kolegów
wstających z trudem, ledwie zdolnych unieść ręce nad głowę. Idąc za
przykładem jakiegoś oficera, rzucił swój karabin i dokumenty do stawu
i dołączył do grupy około dwudziestu poddających się. Natychmiast
uderzyła go pogardliwa pewność siebie Niemców. „Do wioski odprowadził
nas jeden tylko żołnierz”, wspominał. „Szedł przed nami i nie uważał nawet
za konieczne trzymać karabinu w rękach. Był pewien, że nic mu nie
zrobimy, i to właśnie ostatecznie mnie załamało, poniżyło i ukazało mi
beznadzieję naszego położenia”.
Orieszkin miał cudem wymknąć się i walczyć dalej, by w roku 1944
brać do niewoli żołnierzy niemieckich równie pobitych i zrezygnowanych
jak on pod Wiaźmą. Jednak większość okrążonych tam żołnierzy
radzieckich nie miała szans. Po zakończeniu bitwy Maria Denisowa,
piętnastolatka z jednej ze zniszczonych w walkach wiosek, wyszła
z piwnicy domu, by ujrzeć koszmarne sceny 745. „Wokół było tak wiele
ciał”, wspominała. „Stąpaliśmy po nich niczym po podłodze usianej
trupami. Ludzie leżeli obok siebie i jeden na drugim. Niektórzy nie mieli
nóg, głów, innych członków. Musieliśmy po nich chodzić, bo nie było gdzie
postawić stóp. (…) To koszmarne wspomnienie! Rzeka była czerwona od
krwi, jakby płynęła nią już tylko krew”.
W roku 2005 towarzyszyłem niewielkiej grupie „poszukiwaczy”,
w większości młodych rosyjskich weteranów regularnie odwiedzających
pola bitew II wojny światowej, na wyprawie pod namioty do lasów pod
Wiaźmą. Szukali oni – i nadal znajdowali – szczątków żołnierzy, ich
oporządzenia i uzbrojenia. Uważali za swe zadanie ocalenie poległych
przed zapomnieniem. Od roku 1990 grupa ta znalazła szczątki około tysiąca
żołnierzy i pogrzebała je na niedużym cmentarzu; inne grupy robiły
podobnie i w owym roku na cmentarzu tym spoczywało łącznie 30 tysięcy
szczątków przeniesionych tam w ciągu tych 15 lat. Jak stwierdził członek
„mojej” grupy, Jegor Czegriniec, „Nie można tu uciec od wojny. Ona po
prostu wyrasta z ziemi” 746.
7 października 1941 r., jeszcze nim zakończyły się walki pod Wiaźmą,
generał Halder opisał operację w swym dzienniku słowami: „znakomity
sukces” 747. Dwa dni później Otto Dietrich, oficer prasowy Hitlera, ogłosił,
że zwycięstwo pod Wiaźmą oznacza, iż pomiędzy wojskami niemieckimi
a Moskwą pozostała jedynie „pusta przestrzeń” 748. Sugerowało to, że losy
radzieckiej stolicy są przesądzone. Według nazistowskiej gazety
„Völkischer Beobachter” bliski był „Militarny koniec bolszewików” 749.
Jednak niektórzy niemieccy uczestnicy bitwy pod Wiaźmą rozumieli, że
na radość było zdecydowanie za wcześnie. Joachim Pusch był
obserwatorem artyleryjskim 750. Jego zadaniem było meldowanie
o położeniu radzieckich moździerzy i naprowadzanie na nie ognia własnej
artylerii. „Nie podobało mi się, że gdy podawałem namiary na cel, nagle
okazywało się, że zostały nam po trzy pociski na działo”, wspominał. „To
było rozczarowanie”. W odróżnieniu od pierwszych dni operacji
„Barbarossa” braki w zaopatrzeniu wymuszały racjonowanie amunicji, co
oznaczało, jak mówił, że „wszystko zaczęło iść coraz wolniej”.
Po zakończeniu wojny generał Gerhard Grassmann wspominał, że
doświadczenia jego pułku artylerii z czasu natarcia na Moskwę
potwierdzały, że nie były to odosobnione braki. „Amunicji nie wystarczało
do zapewnienia na żądanie bezpośredniego wsparcia piechoty i do
neutralizowania wykrytych zgrupowań przeciwnika” 751, stwierdził.
Podczas najważniejszych starć, dodał, jego żołnierze mogli wystrzelić tylko
jedną trzecią ilości pocisków, jaką uznawali za konieczną.
Wehrmacht obliczał, że nacierające na Moskwę oddziały potrzebują
dziennie około trzydziestu pociągów zaopatrzenia, szczególnie amunicji
i paliwa. W tym czasie jednak docierało do nich tylko około dwudziestu
pociągów dziennie 752.
Nie przeszkadzało to niemieckiej prasie ogłaszać zwycięstwa w coraz
bardziej kategoryczny sposób. „LOSY KAMPANII NA WSCHODZIE
ZDECYDOWANE! WIELKA GODZINA WYBIŁA!” 753, krzyczały
nagłówki.

Choć Stalin zapewnił Beaverbrooka i Harrimana, że jego wojska


ostatecznie zwyciężą, wcale nie był pewny, że będzie w stanie ocalić
Moskwę. Ledwie delegacje brytyjska i amerykańska wyjechały, radziecki
przywódca rozpoczął desperackie próby ratowania sytuacji. 6 października
zadzwonił do generała Żukowa 754, którego wcześniej wysłał do
organizowania obrony Leningradu, i kazał mu natychmiast wracać do
Moskwy. Przybywszy nazajutrz do stolicy, Żukow niezwłocznie udał się na
Kreml, do mieszkania Stalina, gdzie ten dochodził do siebie po grypie.
Stalin wskazał na mapę. „Popatrzcie. Tutaj powstała niezwykle ciężka
sytuacja. Nie mogę uzyskać od Frontu Zachodniego wyczerpującego
meldunku o rzeczywistym położeniu” 755, skarżył się. Jak powiedział,
Żukow miał udać się tam i zameldować o sytuacji. Generał jednak
rozumiał, że Stalin ma na myśli o wiele ambitniejsze zadanie. Żukow miał
znaleźć sposób na uniemożliwienie Niemcom wdarcia się do Moskwy
i odtrąbienia zwycięstwa.
Stalin i Hitler często ignorowali opinie swoich generałów, Stalin zaś
w roku 1937 nakazał czystkę wśród wyższych oficerów sił zbrojnych.
Jednakże podstawowa różnica między tyranami szybko uwidoczniła się,
gdy ich wojska starły się ze sobą. Hitler nadal uważał, że znacznie
przewyższa swoich dowódców umiejętnościami strategicznymi
i taktycznymi; nigdy nie ufał ich ocenie. Stalin natomiast, choć wciąż bez
wahania terroryzował generałów i zwykłych żołnierzy, nauczył się
z niechęcią szanować oceny i umiejętności Żukowa. Generał z kolei
wydawał się bardziej pewny siebie niż jego koledzy i mniej obawiał się
mówić szczerze w obecności Stalina. Marszałek Siemion Timoszenko
stwierdził później, że Żukow był „jedynym, który nikogo się nie bał. Nie
bał się nawet Stalina” 756.
Była to przesada. Żukow rozumiał, że tylko dzięki szczęściu przetrwał
czystki, które pochłonęły tak wielu innych oficerów. Jak przyznał, jednym
z powodów było pomijanie go przy awansach, wskutek czego stanowił
wówczas mniej oczywisty cel. Nie czuł się jednak bynajmniej bezpieczny,
mając świadomość, jak łatwo było zostać „wrogiem ludu”. Według jego
córki Elli zawsze miał nieduży neseser z dwiema zmianami bielizny
i przyborami toaletowymi, na wypadek gdyby ktoś zapukał rankiem do jego
drzwi. Ella pamiętała stojący przy łóżku neseser, do którego jej matka co
pewien czas wkładała czyste ubrania. Nawet jako dziecko odczuwała
wszechobecną atmosferę strachu. „W domu nigdy nie mówiliśmy o tym
otwarcie” 757, wspominała.
Gdy wielkie czystki w wojsku dobiegły końca, Żukow zwrócił na siebie
uwagę Stalina dowodzeniem grupą operacyjną w Mongolii w 1939 r.
Wojska japońskie zaatakowały tam siły radzieckie, Żukowowi zaś udało się
je odrzucić. Choć jego oddziały poniosły ciężkie straty, zwycięstwo było
decydujące i doprowadziło do ugody pomiędzy Japonią, Związkiem
Radzieckim i Mongolią. Nauczyło też ono japońskich dowódców, by
wystrzegali się niedoceniania radzieckich możliwości. Mieli o tym dobrze
pamiętać, gdy w 1941 r. Niemcy zaczęli naciskać na nich, by przyłączyli się
do ataku na Moskwę.
Stalinowi szczególnie podobał się fakt, że Żukow nie wahał się
poświęcać żołnierzy. Gdy tylko radziecki przywódca wysłał go we wrześniu
1941 r. do Leningradu, by poradził sobie z „niemal beznadziejnym”
położeniem, Żukow zaczął dymisjonować generałów, którzy jego zdaniem
nie byli zdolni sprostać zadaniu. Naciskał też, by wojska przestały się
wycofywać i atakowały niezależnie od stosunku sił; w razie odmowy zaś na
żołnierzy czekały plutony egzekucyjne. Tak jak Stalin Żukow potrafił
brutalnie traktować podwładnych. Słynął z gęsto przeplatanych
przekleństwami tyrad. „Nie jesteście generałem, tylko gówniarzem!” 758,
potrafił mówić podwładnym.
Do końca miesiąca niemiecką ofensywę udało się zatrzymać.
Rozpoczęła się mająca trwać 900 dni niemiecka blokada Leningradu, której
celem było zagłodzenie mieszkańców. Według oficjalnych radzieckich
danych w czasie oblężenia zmarło 632 253 cywilów, ale Niemcy nie zdołali
zająć miasta 759.
Zaraz po rozmowie ze Stalinem Żukow udał się do sztabu Frontu
Zachodniego, by znaleźć sposób na zatrzymanie niemieckiego uderzenia na
Moskwę. Zadzwonił stamtąd do Stalina o wpół do trzeciej nad ranem.
„Głównym niebezpieczeństwem jest to, że droga do Moskwy jest niemal
zupełnie niebroniona”, meldował. Walki pod Wiaźmą i w innych miejscach
stworzyły wyrwy we froncie, a do ich wypełnienia brakowało odwodów.
Zalecał więc skoncentrowanie wszystkich pozostałych sił pod Możajskiem,
na ciągnącej się przez 200 kilometrów z północy na południe linii,
w odległości 100 kilometrów od stolicy.
Żukow nie oszczędzał nikogo, byle tylko zyskać czas na przygotowanie
obrony. Około tysiąca elewów z akademii wojskowej w Podolsku
otrzymało rozkaz zamknięcia jednej z luk we froncie. Niedoświadczeni
elewi stanęli wobec przytłaczającej siły ognia i, według oficjalnych danych,
w ciągu kilku dni 80 procent z nich zginęło.
Borys Wideński, jeden z nielicznych ocalałych i późniejszy historyk
wojskowości, wspominał, że kadetom groziło niebezpieczeństwo także ze
strony własnych linii. „Wtedy po raz pierwszy widziałem oddziały
zaporowe NKWD”, mówił, odnosząc się do jednostek mających strzelać do
żołnierzy, którzy próbowaliby się wycofywać. „Były za nami”. Cokolwiek
jednak wówczas myślał o tej taktyce terroru, wspominając ją sześćdziesiąt
lat później, wyrażał się o tym z aprobatą. „Chodziło o to, by przeciwstawić
się Niemcom za wszelką cenę”, mówił. „Taka twardość przyniosła nam
zwycięstwo” 760.
Ukazuje to inną różnicę między Hitlerem a Stalinem. Führer kierował
swoje kampanie terroru na tereny podbite przez jego armię i przede
wszystkim przeciwko tym, których uważał za wrogów zewnętrznych – czy
to cywilom, czy wojskowym – przez co w większości przypadków
wzmagał nienawiść do nazistowskich rządów. Stalin kierował swój terror
w dużym stopniu przeciwko własnym żołnierzom. Szacuje się, że w czasie
wojny skazano na śmierć około 158 tysięcy radzieckich żołnierzy.
Tymczasem niemieckie trybunały wojskowe skazały na śmierć za dezercję
22 tysiące żołnierzy – nie tylko na froncie wschodnim, ale na wszystkich
teatrach działań. Pod względem karania śmiercią szeregowych żołnierzy
i oficerów Stalin znacznie przewyższył Hitlera 761.
Żukow obliczał, że ma zaledwie około 90 tysięcy ludzi do zatrzymania
Niemców przed Moskwą. Wysłał ich do obrony kluczowych pozycji,
podczas gdy moskwianie kopali okopy i rowy przeciwczołgowe na
podejściach do miasta. Niemcy jednak wciąż nacierali i nie sposób było
dłużej ukrywać niebezpieczeństwa. 13 października Stalin nakazał
ewakuację najwyższych urzędów partyjnych, rządowych i wojskowych do
Kujbyszewa, miasta nad Wołgą leżącego około tysiąca kilometrów na
wschód; wybrano je na tymczasową stolicę na wypadek upadku Moskwy.
Oficjalny komunikat nadany rankiem 16 października przyniósł dalsze
złe wieści. „W nocy z 14 na 15 października sytuacja na Froncie
Zachodnim się pogorszyła”, głosił. „Niemiecko-faszystowskie oddziały
rzuciły na naszych żołnierzy znaczne ilości czołgów i zmotoryzowanej
piechoty i na jednym odcinku przełamały naszą obronę” 762.
Mimo apeli moskiewskiej organizacji partyjnej o „żelazną dyscyplinę,
bezlitosną walkę z najlżejszymi objawami paniki, z tchórzami, dezerterami
i głosicielami plotek” 763 panika narastała; krążyły plotki, że Niemcy lada
moment wkroczą do miasta. Malała wiara, że Stalin czy Żukow są w stanie
zapobiec zbliżającej się katastrofie.

Przebywający w Moskwie amerykańscy i brytyjscy dyplomaci także byli


nastawieni coraz bardziej pesymistycznie. Odesławszy żonę do bezpiecznej
Szwecji, amerykański ambasador Steinhardt zebrał 15 października swój
personel w Domu Wtorowa, by omówić procedurę ewakuacji 764. Major
Yeaton, attaché wojskowy, poprzednią noc spędził na należącej do
ambasady daczy położonej 18 kilometrów od miasta przy szosie
smoleńskiej; rankiem obudził go ogień artylerii. Gdy wyjrzał przez okno,
ujrzał radzieckich żołnierzy ustawiających przed wejściem karabiny
maszynowe. Był przekonany, że to już koniec. „Wiedziałem, że już nigdy
nie zobaczę tego miejsca” 765, wspominał. W Domu Wtorowa powiedział
swoim kolegom, że Moskwa być może utrzyma się jeszcze przez 36 godzin.
Na spotkaniu obecny był także pułkownik Faymonville, nemezis
Yeatona i jego poprzednik, który powrócił do radzieckiej stolicy jako
członek delegacji Harrimana. Decyzją Harry’ego Hopkinsa po wyjeździe
delegacji pułkownik został w mieście, by koordynować tam pomoc dla
Sowietów. Nawet jednak Faymonville, który wcześniej powtarzał
twierdzenia radzieckiej propagandy, że najeźdźcy zostaną odepchnięci,
„teraz kompletnie stracił panowanie nad sobą i obstawiał, że Niemcy
wkroczą już za pięć godzin” 766, jak przekazał Charles Thayer, pracownik
ambasady.
W czasie dyskusji Mołotow wezwał na Kreml Steinhardta i ambasadora
brytyjskiego Crippsa. Polecił obu dyplomatom natychmiast ewakuować
personel do Kujbyszewa. „Walka o Moskwę będzie kontynuowana, a walka
o pokonanie Hitlera stanie się bardziej zaciekła” 767, powiedział im. Gdy
obaj ambasadorowie poprosili o możliwość pozostania w stolicy tak długo,
jak pozostanie tam Stalin, Mołotow odmówił, mówiąc, że wraz ze Stalinem
dołączą do nich za dzień czy dwa w Kujbyszewie. Przekaz wydawał się
jasny: walka o Moskwę będzie kierowana spoza stolicy.
Steinhardt powrócił do Domu Wtorowa i powiedział swym
pracownikom, że jeszcze tego wieczoru mają wsiąść do pociągu na Dworcu
Kazańskim. Tę samą informację przekazał amerykańskim korespondentom,
wśród których znajdował się Quentin Reynolds. Tak jak Faymonville
Reynolds pozostał w mieście po wyjeździe delegacji Harrimana
i Beaverbrooka, wracając do pracy korespondenta „Collier’s Weekly”.
Steinhardt oświadczył dziennikarzom: „W tej sprawie nie macie prawa do
własnego zdania” 768.
Choć Reynolds także uznał to za zapowiedź bliskiego upadku Moskwy,
Tina Sofiano, jego rosyjska sekretarka i tłumaczka, nie chciała ulec
przygnębieniu. „Wy z Zachodu nie rozumiecie naszego kraju”, powiedziała
mu. „W Wojnie i pokoju Tołstoj powiedział o kampanii Napoleona: »Robak
może jeść kapustę, ale zdechnie, zanim ją zabije«. Tak się właśnie stanie”.
Na Dworcu Kazańskim, wśród pierwszych płatków śniegu
zmieniających się w błoto, zagraniczni dyplomaci i korespondenci ze
wszystkich krajów snuli się kilka godzin, nim wreszcie pozwolono im
wsiadać. Zabrali wszelkie rzeczy osobiste, jakie mogli unieść, oraz jedzenie
i picie na drogę. „Dzięki Sofiano miałem pieczonego kurczaka, trochę
rzodkiewek i dwie butelki wódki”, pisał z wyraźnym zadowoleniem
Reynolds.
Pociąg składał się z 33 wagonów i jednej lokomotywy, która, jak to ujął,
„najwyraźniej miała już dość” 769. Dyplomaci jechali wagonami
„miękkimi”, dziennikarze zaś „twardymi”, jednak pięciodniowa,
odbywająca się w ślimaczym tempie podróż nie była wygodna dla nikogo.
Szwankowało ogrzewanie, brakowało wody pitnej, a pociąg często
kierowano na bocznice, by przepuścić transporty wojskowe zmierzające
w przeciwnym kierunku, ku Moskwie. Pewnego razu stali na bocznicy
siedem godzin, w ciągu których „bynajmniej nie podnosił na duchu widok
posiekanego odłamkami i kulami składu stojącego na sąsiednim torze”,
pisał Reynolds.
Gdy wyczerpani pasażerowie po raz pierwszy ujrzeli swą nową siedzibę
– ponure nadwołżańskie miasto, które mimo to zadziwiło ich widokiem
świecących wieczorem latarń, leżało bowiem wystarczająco daleko na
wschód, by normalne w Moskwie zaciemnienie nie było konieczne – nie
spodziewali się dobrych wieści. W końcu Mołotow praktycznie przyznał, że
zatrzymanie Niemców przed stolicą nie będzie możliwe, a teraz musieli
śledzić przebieg wydarzeń z wielkiej odległości, co podkreślało tylko
powagę sytuacji.
Powróciwszy do Londynu 15 października, tego samego dnia, w którym
z Moskwy ewakuowano dyplomatów i zagranicznych korespondentów,
Harriman spotkał się z Churchillem przed planowanym na następny dzień
odlotem do Waszyngtonu. Poprosił premiera o ocenę sytuacji. „Cóż”,
odparł Churchill, „Zmodyfikowany plan Hitlera obecnie brzmi: Polska
w trzydziestym dziewiątym, Francja w czterdziestym, Rosja
w czterdziestym pierwszym, Anglia w czterdziestym drugim,
a w czterdziestym trzecim zapewne Ameryka” 770.

„Nad Moskwą i naszym krajem wisi groźba”, pisały „Izwiestia” 16


października. W celu uspokojenia czytelników dodano: „Jak zawsze, ludzie
radzieccy spojrzeli niebezpieczeństwu prosto w oczy” 771. Ale tak jak
czerwcowy mit o Armii Czerwonej stawiającej dzielnie opór nacierającym
Niemcom, nie zaś poddającej się masowo, i to było odległe od prawdy.
Widoczny chaos podczas ewakuacji i przejawy anarchii, w tym rabunki,
strajki i inne wcześniej niewyobrażalne symptomy nieposłuszeństwa wobec
władzy, przeczyły przekonaniu, że moskwianie są jak jeden mąż niezłomni
w woli walki i pewni zwycięstwa. 16 października był w stolicy dniem
paniki, o którym większość radzieckich historyków starała się zapomnieć,
gdy pisała później swe heroiczne dzieje Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.
Doniesienia, że Niemcy są blisko stolicy i że byli już widziani na
przedmieściach, sprawiły, iż liczba usiłujących wydostać się z miasta
gwałtownie wzrosła. Oficjalne dane nie pozostawiają tu wątpliwości. We
wrześniu liczba mieszkańców Moskwy wynosiła 4 236 000.
W październiku spadła do 3 148 000, do stycznia 1942 r. zaś do 2 028
000 772. Choć oficjalnie ewakuowano najwyższych urzędników partyjnych
i państwowych, kluczowe fabryki i inne instalacje uznawane za niezbędne
dla przetrwania władzy, wielu mieszkańców miasta uciekło na własną rękę.
Relacje osób obecnych w Moskwie 16 października oraz tajne raporty
zaniepokojonych agentów NKWD dają wiele obrazowych przykładów
paniki. Dmitrij Safonow, pracownik podmoskiewskiej fabryki dział
szykowanej do ewakuacji za Ural, wrócił do miasta po nieco osobistych
drobiazgów. „Cała Moskwa zdawała się wyjeżdżać”, wspominał. „Ledwie
rozpoznałem miasto”. Drogi były zapchane samochodami i ciężarówkami
wyładowanymi dobytkiem, wielu ludzi zaś miotało się po ulicach, „jakby
nie wiedzieli, co robić”. Na dworcu, na którym miał nadzieję złapać pociąg,
widział walizki, torby, ubrania, lampy, a nawet fortepian – porzucone albo
przez tych, którym udało się dostać do pociągu, albo przez stłoczonych na
peronach i czekających na taką szansę.
Niektórzy uprzywilejowani moskwianie, usiłujący uciekać na własną
rękę, odkryli, że milicja w większości zniknęła, pozostawiając ich na łasce
tłuszczy. Redaktor kulturalny G.W. Rieszetin wspominał, jak ludzie
blokowali samochody i napadali na jadących nimi. „Wyciągali kierowców
i pasażerów z wozów, bili ich i rzucali rzeczy na ziemię” 773, pisał.
Niekiedy porywali pojazdy dla siebie, innym razem zdawali się napadać
z czystej złośliwości.
Michaił Żurawlow, szef dyrektoriatu NKWD dla Moskwy i obwodu
moskiewskiego, złożył dwa dni później raport na temat „anarchistycznych
zachowań” robotników fabrycznych. Oto kilka przykładów:
„Część robotników fabryki nr 219 […] zaatakowała samochody
z ewakuowanymi z Moskwy, które jechały Szosą Entuzjastów […]. Zaczęli
zabierać rzeczy ewakuowanych. Grupa ta zepchnęła do wąwozu sześć
samochodów” 774.
Grupa pracowników fabryki sztucznej skóry zatrzymała „samochód
z ewakuowanymi członkami rodzin pracowników tegoż zakładu. Część
pasażerów bezlitośnie pobito, a ich rzeczy zabrano” 775.
„W fabryce nr 8 doszło do »kontrrewolucyjnej agitacji«, włącznie
z podpaleniem magazynu i splądrowaniem rzeczy robotników i ich rodzin,
których wyznaczono do ewakuacji. »Szkody spowodowane przez pożar
wynoszą około 500 tysięcy rubli«” 776.
Rabusie napadali też na sklepy, zwłaszcza te z resztkami racjonowanej
dotychczas żywności. Włamywali się również do mieszkań tych moskwian,
którzy już wyjechali, i zaatakowali nawet opustoszałą ambasadę brytyjską.
Z komina siedziby NKWD na Łubiance wznosił się słup czarnego dymu.
Mieszkańcy rozumieli, że złowroga tajna policja pospiesznie pali
kompromitujące dokumenty. Niektórzy moskwianie postanowili nawet
ogołocić swoje mieszkania z reżimowej symboliki. Waleria Prochorowa,
wówczas dwudziestodwuletnia absolwentka Instytutu Języków Obcych,
wspominała: „Ludzie wyrzucali komunistyczną literaturę i portrety
przywódców partyjnych” 777 – opasłe tomy dzieł Marksa i innych oraz
obowiązkowe portrety Lenina i Stalina. Śmietniki były pełne pozostałości
ery stalinowskiej, których nikt nie śmiałby wcześniej wyrzucić. Nocami po
ulicach chodzili „przestępcy i pijacy”, milicji zaś nie było widać. Jak
mówiła Prochorowa, „było to jak koniec świata”.
Tamara Bylinina, młoda wdowa po oficerze straconym kilka lat
wcześniej podczas czystek, była jedną z tysięcy kobiet wyznaczonych do
kopania okopów na przedmieściach Moskwy. Gdy rozeszła się wieść, że
Niemcy lada chwila przełamią front, pospieszyła do swego mieszkania
komunalnego w mieście, które dzieliła z blisko tuzinem ludzi. Natychmiast
zobaczyła, że ze ścian znikły portrety Stalina i Lenina i że ktoś spalił
dwunastotomowe wydanie mów i pism Lenina. „Ludzie bali się, że Niemcy
mogą ich zabić za czczenie tych idoli” 778, wyjaśniła.
Ich strach miał mocne podstawy, jednak nie był jedyną motywacją dla
niektórych osób zajmujących się takim niszczeniem: Prochorowa słyszała
ludzi przeklinających Stalina. „Cierpieliśmy głód, a oni mówili nam, że
żyjemy w najbogatszym kraju – cytowała ich słowa. – A co teraz? Gdzie
jest Stalin? Opuścił nas” 779. Bylinina z kolei wspominała, że niektórzy jej
sąsiedzi chętnie powitaliby każdego, kto usunąłby z Kremla
dotychczasowych władców. „Dobrze, dość się nażłopali naszej krwi” 780,
mówił jeden z nich.
Gdy to wszystko się działo, Stalin i większość pozostałych członków
kremlowskiej ekipy byli raczej niewidoczni – z wyjątkiem Anastasa
Mikojana 781. Ten członek Politbiura postanowił interweniować, kiedy
otrzymał pilną prośbę o pomoc od dyrektora Fabryki Pojazdów
Silnikowych imienia Stalina, której robotnicy ogłosili strajk. Gdy podjechał
pod zamkniętą bramę fabryki, zastał tam pięć do sześciu tysięcy
demonstrujących robotników, a ci zasypali go pytaniami: Dlaczego nie
płacono im od dwóch tygodni? Dlaczego wyrzucono ich z własnej fabryki?
Dlaczego rząd uciekł z Moskwy razem z funkcjonariuszami partii
i Komsomołu z fabryki? Dlaczego nikt im niczego nie wyjaśnił?
Mikojan usiłował ich uspokoić. „Towarzysze, dlaczego jesteście tacy
rozgniewani?”, pytał. „Trwa wojna i wszystko może się zdarzyć”. „Plotki”
o ucieczce rządu potępił jako „prowokacje”. Choć przyznał, że niektóre
departamenty rządowe zostały ewakuowane, dodał: „Ci, którzy muszą być
w Moskwie, są w Moskwie. Stalin jest w Moskwie, Mołotow też –
wszyscy, którzy muszą tu być”. Robotnicy powinni nadal ufać rządowi,
który działa zgodnie, jak zapewniał, „z dobrze przygotowanymi planami”.
Plany te uwzględniały troskę o ich dobrobyt. Potrzeba więc było
„opanowania i dyscypliny do walki z wrogiem”.
Rzadka osobista interwencja Mikojana najwyraźniej doprowadziła do
pożądanego rezultatu – robotnicy stopniowo się rozeszli. Jednak Mikojan
nie był z nimi szczery. Nie powiedział im, że fabrykę zamknięto przed nimi,
gdyż została ona zaminowana. Dzień wcześniej Stalin wydał dyrektywę
„o wysadzeniu fabryk, magazynów i instytucji, których nie da się
ewakuować” 782 – a ta była jednym z wyznaczonych obiektów. Nie
wspomniał też, że Stalin już wcześniej nakazał wielu czołowym
urzędnikom opuścić Moskwę, większość zaś zakładała, że wożd wkrótce do
nich dołączy.
Mikojan nie tylko krył reżim. Naprawdę nie był pewien kolejnego
posunięcia Stalina. W świecie, w którym wszystko zależało od decyzji
i kaprysów jednego człowieka, przywódca jeszcze nie postanowił, jaki
będzie następny krok.

W tych krytycznych dniach, gdy Moskwa najwyraźniej stała na krawędzi


upadku, Stalin zdawał się podzielać przekonanie o konieczności
opuszczenia miasta. 14 października w towarzystwie Mołotowa spotkał się
z przywódcą Kominternu Georgim Dymitrowem. Dymitrowa uderzyło to,
jak bardzo przywódcy Kremla i wszyscy inni byli przekonani, że ewakuacja
jest nieunikniona. „Jako że sama Moskwa staje się frontem, należy się
przygotować na najgorszy możliwy scenariusz”, pisał w dzienniku.
Mołotow udzielił mu jasnych instrukcji: „Ewakuacja jest konieczna. Radzę
wam wyruszyć przed wieczorem”. Według Dymitrowa Stalin oświadczył
jasno: „Moskwy nie można bronić tak jak Leningradu” 783.
Gdy Dymitrow i Mołotow szykowali się do wyjścia, Stalin dodał:
„Musicie się ewakuować przed wieczorem!”. Zdaniem Dymitrowa
powiedział to spokojnie, tak jakby mówił: „Pora na obiad!”. Stalin nie
określił, kiedy pójdzie w ich ślady, Dymitrow był jednak przekonany, że
nastąpi to niedługo.
Dmitrij Wołkogonow, były generał Armii Czerwonej i biograf Stalina,
twierdził, że radziecki przywódca wcale nie traktował spokojnie tak
drastycznej możliwości. „Męczyły go trwożne przeczucia”, pisał. „Kiedy
przeciwnik zadawał jeden potężny cios za drugim, najwyższemu wydawało
się chwilami, że ocalić go może tylko cud” 784.
Wszystko było przygotowane do ewakuacji Stalina. Na stacji czekał
w pełni zaopatrzony specjalny pociąg. Na wypadek, gdyby trzeba było
wydostać się jeszcze szybciej, gotowy był też jego osobisty Douglas DC-3
i trzy inne samoloty.
Wieczorem 15 października Stalin postanowił pojechać na swoją daczę,
powiedziano mu jednak, że została ona już zaminowana w przygotowaniu
na przybycie Niemców, w związku z czym jechać tam nie powinien.
Rozgniewany rozkazał swoim adiutantom „usunąć miny” 785 i oświadczył,
że tak jak chciał, przenocuje na daczy. Zapewne był to jeszcze jeden
przypadek, gdy skorzystał ze swej władzy absolutnej, i wydarzenie to nie
oznaczało, że podjął już decyzję w sprawie opuszczenia Moskwy.
Nazajutrz, gdy Stalin wracał na Kreml, natknął się na rabusiów – „ludzi
noszących worki mąki, pęta kiełbas, szynki, pudła makaronu” 786, jak
wspominał jeden z jego ochroniarzy. Radziecki przywódca rozkazał
kierowcy zatrzymać się i wysiadł z samochodu. Tłum natychmiast zebrał
się wokół niego. Niektórzy bili brawo, ktoś zaś spytał: „Towarzyszu Stalin,
kiedy zatrzymamy wroga?” 787.
Zamiast odpowiedzieć zwyczajowymi zapewnieniami o zwycięstwie,
Stalin odparł jedynie: „Na wszystko przyjdzie czas”. To, że rzekomo nikogo
nie zbył ani nikomu nie groził, dowodzi, jak bardzo zaskoczyły go
niepokoje na ulicach.
Przybywszy na Kreml, polecił swojej świcie kontynuować ewakuację
rządu do Kujbyszewa – choć niektóre ministerstwa miały zostać
rozproszone po innych miastach. Kazano się tam udać nawet członkom
Politbiura. Tylko niektórzy urzędnicy, w tym szef NKWD Beria, mieli
pozostać w Moskwie do ukończenia przygotowań do działań dywersyjnych
po przybyciu Niemców, w tym do wysadzenia kluczowych instalacji.
Jeszcze w 2005 r., podczas panującego w Moskwie boomu
budowlanego, odkryto nowe fakty ukazujące skalę tych przygotowań 788.
Gdy robotnicy zaczęli burzenie hotelu Moskwa, giganta z czasów
stalinowskich w pobliżu placu Czerwonego, w fundamentach budynku
odkryli ponad tonę materiałów wybuchowych. Na szczęście trotyl
z biegiem lat rozłożył się i brakowało detonatorów, co oznaczało, że albo
hotel służył jako magazyn materiałów wybuchowych, albo władze nie
ukończyły prac. Nie ma jednak wątpliwości, że hotel ten figurował
w planach przygotowań na niemiecką okupację Moskwy.
Jeśli chodziło o plany samego Stalina, to oświadczył on: „Wyruszę jutro
rano”. Zważywszy na napływające na Kreml coraz bardziej niepokojące
meldunki, wydawało się, że to jedyny rozsądny wybór. Mikojan donosił, że
niemieckich zwiadowców na motocyklach widziano niecałe 20 kilometrów
od daczy jego rodziny, która leżała około 13 kilometrów na południowy
zachód od Moskwy. Oznaczało to, że żołnierze niemieccy znajdowali się
ledwie 40 kilometrów od przedmieść stolicy. Inne meldunki mówiły, że byli
jeszcze bliżej.
Jednak mimo rosnącego poczucia zagrożenia i oświadczenia Stalina, że
zamierza opuścić miasto, radziecki przywódca nadal był niezdecydowany.
Czytał nową biografię feldmarszałka Michaiła Kutuzowa 789, który
dowodził armią rosyjską w zwycięskiej walce z Napoleonem w 1812 roku,
i podkreślił zdanie: „Aż do ostatniej chwili nikt nie wiedział, co zamierza
zrobić Kutuzow”. Marszałek lotnictwa Aleksandr Gołowanow widział tego
dnia, 16 października, Stalina siedzącego w swym gabinecie i zadającego
sobie raz po raz pytanie: „Co mamy robić? Co mamy robić?” 790.
18 października Stalin udał się na dworzec, na którym czekał jego
specjalny pociąg. Paweł Saprykin, kolejarz pomagający przygotować skład
do historycznej podróży, wspominał, że widział tam radzieckiego
przywódcę 791. Stalin podszedł do pociągu i chodził wzdłuż niego po
peronie. Zupełnie jakby podejmował właśnie ostateczną decyzję. Potem,
zamiast wsiąść, odwrócił się i opuścił dworzec.

Od tej chwili Stalin poprzysiągł zostać w Moskwie. Czas wahania dobiegł


końca i dał do zrozumienia, że ponownie rządzi, stosując taktykę, na której
zawsze polegał: brutalną siłę. 19 października ogłosił stan wojenny
i skierował do miasta oddziały NKWD z rozkazem zabicia każdego, kto
zachowywałby się lub wyglądał podejrzanie. Utworzono specjalne
trybunały do walki z szabrownikami i innymi przestępcami, co oznaczało
doraźne wyroki śmierci.
Ponad sześć dekad później Jewgienij Anufrijew, członek jednego
z patroli NKWD, nadal nie bardzo chciał mówić o tamtych wydarzeniach.
Opisał jednak instrukcje, jakie dostał jego oddział. „Otrzymaliśmy
zdumiewający rozkaz rozstrzeliwania szpiegów i dezerterów na miejscu”,
wspominał. „Nakazano nam to, ale my nie umieliśmy sobie wyobrazić, kto
jest szpiegiem. Tak więc rozkaz nie miał żadnego praktycznego
znaczenia” 792. Zapewne w jego przypadku nie miał. Dał wszakże do
zrozumienia, że w wielu przypadkach rozkaz wykonano. „Cóż, robiono
wtedy wiele głupich rzeczy. Co więcej mogę powiedzieć?” 793
Brak wiarygodnych danych co do liczby moskwian, którzy zginęli
podczas tych działań, ale drakońskie rządy Stalina ponownie dały o sobie
znać. Szabrownictwo i inne przypadki przemocy gwałtownie ustały,
a pozostali w mieście mieszkańcy odczuli nową determinację zatrzymania
Niemców.
W swoich bardzo dokładnie zredagowanych wspomnieniach Żukow
twierdził, że większość moskwian zachowywała się wzorowo podczas
kryzysu z połowy października. „Jak jednak mówi powiedzenie, w każdej
rodzinie jest czarna owca, a w tym przypadku także tchórze oraz panikarze
uciekający ze stolicy we wszystkie strony i rozprzestrzeniający panikarskie
plotki o nieuchronnej kapitulacji” 794, pisał. Ogłoszenie stanu wojennego
było niezbędne dla „zmobilizowania żołnierzy i cywili do odparcia wroga
i (…) zapobieżenia panice wywołanej przez elementy prowokacyjne 16
października” 795. Te ostrożnie sformułowane słowa nie pozostawiają
wątpliwości, że „czarnych owiec” 796 było wiele… i że stawka była skrajnie
wysoka.
Panika groziła nie tylko podkopaniem morale mieszkańców Moskwy, ale
także wiary wszystkich obywateli radzieckich, że Stalin może ostatecznie
zwyciężyć w walce z Hitlerem. Nawet osoby takie jak Waleria Prochorowa,
nieufne wobec reżimu, który zabrał tak wielu ich krewnych w czystkach,
z radością powitały gwałtowną zmianę nastrojów. „Zaczęliśmy czuć, że
jesteśmy bronieni; czuliśmy, że reżim broni naszej ziemi”, mówiła. „Stalin
nikogo nie obchodził, ludzie jednak walczyli za swój kraj”.
Mogło tak być w przypadku intelektualistów takich jak Prochorowa,
Stalin jednak z większym powodzeniem zdobywał poparcie dla kraju
i swojej władzy pośród zwykłych obywateli. Olga Sapożnikowa, działaczka
Komsomołu w Techgorskim Młynie Bawełnianym w Moskwie, rok później
przywołała te „ponure dni” w rozmowie z urodzonym w Rosji
korespondentem BBC Alexandrem Werthem. Jako lojalna komunistka
wiedziała o zaminowaniu jej fabryki. „Wystarczyło tylko nacisnąć guzik
i cała fabryka wyleciałaby w powietrze” 797, mówiła. Tego samego dnia,
gdy dyrekcji zakładu powiedziano, by niczego nie wysadzała, Sapożnikowa
usłyszała, że Stalin postanowił zostać w mieście. „Wywarło to ogromny
wpływ na morale”, wspominała. „Wydawało się pewne, że Moskwa nie
zostanie stracona”.
W tym czasie nie był tego jednak pewien nawet Stalin. Choć niemieckie
szanse na sukces znikły do końca 1941 r., bitwa o Moskwę miała trwać do
kwietnia roku 1942 i spowodować rekordowe straty. Łączna liczba ofiar –
zabitych, wziętych do niewoli lub ciężko rannych – wyniosła 2,5 miliona,
z czego niemal dwa miliony po stronie radzieckiej 798. Był to wszakże
pierwszy przypadek, gdy wojska lądowe Hitlera nie zdołały odnieść
zwycięstwa. W swych wydanych po wojnie wspomnieniach Żukow napisał,
że gdy tylko ktoś go pytał, co najlepiej zapamiętał z wojny, jego odpowiedź
zawsze brzmiała „bitwę o Moskwę” 799.
Kluczowym czynnikiem w tym niepowodzeniu sił niemieckich była
decyzja Stalina, by nie wsiadać do specjalnego pociągu, który miał go
zabrać w bezpieczne miejsce. Jak ujął to jego biograf Wołkogonow,
„W kilku przypadkach Stalin okazał się niezłym psychologiem. Rozumiał,
że nie wolno mu opuszczać Moskwy” 800. Choć podjęta być może pod
wpływem impulsu decyzja Stalina nie gwarantowała zwycięstwa, decyzja
o ucieczce do Kujbyszewa niemal na pewno doprowadziłaby do narastania
chaosu w stolicy… i być może jej upadku, co oznaczałoby potężny cios dla
całego wysiłku wojennego.
W tym pojedynku siły woli z Hitlerem Stalin zaczął wychodzić na
bardziej zdecydowanego przywódcę. Instynktownie przeczuwał, jak
postępować mimo trudnego położenia, choć zawsze przy tym kierował się
logiką despoty.
10

Skończyły mu się sztuczki

Niczym adorator lękający się oświadczyn w obawie przed odmową


Churchill nadal uwodził Roosevelta, z wyrachowaniem jednak unikał
pytania, które zadawali sobie wszyscy w Londynie: Kiedy wreszcie Stany
Zjednoczone włączą się bezpośrednio do wojny? Czasami wydawało się to
oszałamiająco bliskie, potem jednak ponownie się oddalało.
Ruch izolacjonistyczny nie przypominał już zagrożenia, jakim był
w początkach roku, zwłaszcza po katastrofalnym wystąpieniu Charlesa
Lindbergha na wiecu w Iowa 11 września. Zaraz po tym, jak Roosevelt
w swych „rozmowach przy kominku” ogłosił, że upoważnił US Navy do
ostrzelania jakiegokolwiek niemieckiego czy włoskiego okrętu w strefie
bezpieczeństwa, Lindbergh odpowiedział przemówieniem na drażliwy
temat: rzekomej roli Żydów we wciąganiu Stanów Zjednoczonych do
wojny.
„Nietrudno zrozumieć, dlaczego Żydzi pragną obalenia nazistowskich
Niemiec”, powiedział ośmiotysięcznej publiczności w Des Moines
Coliseum. „Prześladowania, jakich doświadczyli w Niemczech,
wystarczyłyby, by uczynić zaciekłych wrogów z każdej rasy”. Ostrzegał
jednak przed niebezpieczeństwami polityki prowojennej, twierdząc, że
Żydzi „jako jedni z pierwszych doświadczą jej konsekwencji”. Następnie
nie omieszkał przedstawić standardowego argumentu przeciwko
amerykańskim Żydom: „Największe zagrożenie dla kraju z ich strony kryje
się w ich ogromnych majątkach i wpływach w naszym filmie, naszej prasie,
naszym radio i naszym rządzie” 801.
Próbując doprowadzić do porozumienia, jedynie dostarczył kolejnych
argumentów swym krytykom, którzy już wcześniej widzieli w nim
antysemitę. „Nie atakuję ani Żydów, ani Brytyjczyków”, oświadczył
Lindbergh. „Podziwiam obie rasy”. Ale jak mówił dalej, przywódcy obu
tych ras „z przyczyn nieamerykańskich pragną nas wciągnąć w tę wojnę.
Nie możemy winić ich za troskę o to, co uważają za własne interesy, lecz
musimy troszczyć się też o nasze”.
Choć antysemityzm był wówczas bardzo rozpowszechniony, to
przeciwstawienie interesów amerykańskich i żydowskich – innymi słowy,
obcych – spotkało się z natychmiastową reakcją. Jego żona Anne napisała
w dzienniku: „Jest atakowany ze wszystkich stron, przez administrację,
grupy interesów i Żydów, nazywany jawnym nazistą i zwolennikiem
doktryny nazistowskiej” 802. Czasopismo „Liberty” nazwało Lindbergha
„najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce” 803. Według jego
biografa A. Scotta Berga „niewielu ludzi w amerykańskiej historii było tak
lżonych”.
17 października na południowy zachód od Islandii U-Boot trafił torpedą
USS Kearny, amerykański niszczyciel osłaniający brytyjski konwój.
Amerykański okręt zdołał dotrzeć do Reykjavíku, jednak w ataku zginęło
jedenastu członków załogi. Tydzień wcześniej Roosevelt poprosił Kongres
o znowelizowanie Ustawy o neutralności, by umożliwić uzbrajanie
amerykańskich statków handlowych i znieść zakaz posyłania ich do stref
walk. Po ataku na USS Kearny 61 procent Amerykanów było za
wysyłaniem pomocy Wielkiej Brytanii własnymi statkami, ale opinia
publiczna nadal była podzielona co do tego, jak daleko Stany Zjednoczone
powinny się posunąć w zaangażowaniu w wojnę 804.
W „osobistej i tajnej” 805 wiadomości dla Churchilla 20 października
Averell Harriman donosił z Waszyngtonu o sprzecznych sygnałach.
„Interwencjoniści urośli w siłę i są bardziej pewni siebie oraz napastliwi”,
a „zaciekli izolacjoniści tacy jak Lindbergh zostali zdyskredytowani
w oczach opinii publicznej”, pisał. „Jednakże mimo tego trendu nie jest
wcale jasne, co ani kiedy się zdarzy, byśmy znaleźli się w tym” – to znaczy
w stanie wojny. Atak na USS Kearny, dodał, „nie wywołał nawet
poruszenia. Wydaje się, że opinia publiczna spodziewała się – i była na nie
całkowicie przygotowana – takich incydentów” 806. Jako zdeklarowany
interwencjonista Harriman nie pozostawiał wątpliwości, że jest zaskoczony
i sfrustrowany takim stanem zawieszenia.
Roosevelt jednak nie zamierzał pozwolić, by storpedowanie USS Kearny
zostało zignorowane jak jakiś rutynowy incydent. 27 października,
w przemówieniu z okazji Dnia Marynarki, wzmocnił swą antyhitlerowską
retorykę do punktu, w którym można by ją postrzegać jako uzasadnienie
rezygnacji z jakichkolwiek ograniczeń w stosowaniu amerykańskiej potęgi
wojskowej. Wspomniawszy zarówno incydent z USS Greer z września, jak
i ostatni atak na USS Kearny, prezydent oświadczył: „Ameryka została
zaatakowana. USS Kearny to nie tylko okręt Marynarki Wojennej. Należy
do każdego mężczyzny, kobiety i dziecka w tym kraju” 807.
Niemcy zaatakowali niszczyciel „celem wypędzenia Amerykanów
z mórz i oceanów – by zmusić nas do tchórzliwego podania tyłów”, mówił
dalej Roosevelt. Ostrzegłszy Hitlera, że nie docenił amerykańskiego ducha,
prezydent starał się głównie rozwiać wszelkie pozostałe złudzenia swoich
rodaków co do planów niemieckiego przywódcy. „Hitler często
protestował, że jego plany podboju nie rozciągają się poza Ocean
Atlantycki”, powiedział. „Jego okręty podwodne i rajdery dowodzą czego
innego. Czego innego dowodzi też cały jego plan nowego porządku
światowego”.
By poprzeć swą argumentację, prezydent twierdził, że ma „tajną mapę
nakreśloną w Niemczech przez rząd Hitlera” ilustrującą jego plany
przejęcia całej Ameryki Południowej i podzielenia jej na „pięć krajów
wasalnych”, z których jeden obejmować miał strefę Kanału Panamskiego.
„Mapa ta, moi przyjaciele, jasno dowodzi nazistowskich planów
wymierzonych nie tylko w Amerykę Południową, ale także w Stany
Zjednoczone”. Powiedział też, że posiada inny dokument sporządzony
przez reżim Hitlera, a zapowiadający „likwidację wszystkich istniejących
religii” i zastąpienie ich „Międzynarodowym Kościołem Nazistowskim”.
W rzeczywistości Roosevelt cytował dokumenty sfabrykowane przez
jednostkę brytyjskiego wywiadu działającą w Toronto 808.
Roosevelt, świadom brytyjskiej dezinformacji czy nie, skorzystał
z okazji, by wezwać Kongres do nowelizacji Ustawy o neutralności oraz do
zachęcenia fabryk do zwiększania produkcji wojennej, co oznaczało pomoc
dla Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego. „Postępy Hitlera
i hitleryzmu można powstrzymać, i zostaną one powstrzymane” 809,
zapowiedział. Jeśli chodziło o rolę Ameryki, dodał: „Z każdym dniem
produkujemy i dostarczamy więcej broni tym, którzy walczą na
prawdziwych polach bitew. To jest nasze główne zadanie” 810.
Wciąż jednak brakowało odpowiedzi na pytanie, jak długo jeszcze
mogło to pozostać jedynym zadaniem.

Churchill nie zwlekał z przesłaniem Rooseveltowi telegramu


z podziękowaniami. „Głęboko [jestem] poruszony Pańską wspaniałą
mową” 811, pisał. Harold Nicolson, deputowany z ramienia torysów, którego
dziennik odzwierciedla huśtawki nastrojów wielu zwolenników premiera,
ledwie potrafił ukryć swój entuzjazm. 28 października, nazajutrz po
przemówieniu Roosevelta, napisał: „Wspaniały postęp. (…) Bardzo
znacząca data. Zapewne punkt zwrotny wojny. Chodzę ulicami w cichym
uniesieniu” 812.
Nicolson pisał także o anglosaskich przywódcach i kontraście, jaki
stanowili oni względem swych włoskich i niemieckich odpowiedników.
„Jaki mistrz z niego [Roosevelta]! Czuję radość, gdy myślę o postarzałym
i ogłupiałym Mussolinim (…) i o neurotycznym geniuszu
z Berchtesgaden… a potem o drogim Winstonie i tym wyśmienitym
polityku z Hyde Park [rodzinnego miasta Roosevelta w stanie Nowy Jork]”.
Jeszcze bardziej się ucieszył, gdy przebywający w Anglii amerykański
pisarz John Gunther powiedział mu podczas wieczornego przyjęcia, że
„izolacjonizm opada powoli jak przekłuty balon”.
Niemieccy i włoscy przywódcy także pilnie przysłuchiwali się słowom
Roosevelta. „Przemówienie Roosevelta wywołało wielkie wrażenie” 813,
zapisał w swym dzienniku przebywający wówczas z wizytą w Niemczech
włoski minister spraw zagranicznych hrabia Ciano. „Niemcy są
zdecydowani nie czynić niczego, co by mogło przyśpieszyć, lub
sprowokować przystąpienie Ameryki do wojny” 814. Jednak tego dnia
podczas obiadu von Ribbentrop „zaatakował” Roosevelta, pisał. Niemiecki
minister spraw zagranicznych powiedział swemu włoskiemu koledze:
„Wydałem prasie rozkaz pisania zawsze »Roosevelt, ten żyd«”, a potem
dodał: „Przepowiadam wam: ten człowiek będzie ukamienowany na
Kapitolu przez własnych ziomków” 815.
Współgrało to z optymistycznymi oświadczeniami wygłoszonymi przez
von Ribbentropa poprzedniego dnia na kolacji po polowaniu: „(…)
w przyszłym roku, drogi Ciano, polowanie będzie lepsze, nie tylko dlatego,
że na rozkładzie będziemy mieli dwa razy więcej zwierzyny, ale dlatego, że
wreszcie Anglia zda sobie sprawę z tego, że wojny wygrać nie może” 816.
Innymi słowy, Wielka Brytania miała zostać zmuszona do przyjęcia
podyktowanego przez nazistów pokoju.
Po swej wizycie Ciano doszedł do wniosku, że Niemcy to „Kraj (…)
jeszcze silny”. Uderzyły go przejawy normalności mimo nasilania się
wojny. „Ludzie mają wygląd spokojny, są dobrze odżywiani, dobrze odziani
i obuci”, pisał. „Gdy Amerykanie mówią o wewnętrznym załamaniu się,
mylą się. (…) Niemcy mogą jeszcze długi czas wytrzymać, tym bardziej że
podtrzymuje ich nadzieja zwycięstwa” 817.
Powróciwszy do Rzymu, przekazał swoje wrażenia Mussoliniemu, który
oświadczył, że jest w coraz większym stopniu przekonany, iż Stany
Zjednoczone do wojny się nie włączą. „Jasne jest obecnie, że Roosevelt
szczeka, bo gryźć już nie może” 818, powiedział. Odnotowawszy te słowa
w dzienniku, Ciano skomentował je z mniejszym przekonaniem: „Czyżby
naprawdę miał rację?” 819.
31 października Niemcy ponownie dostarczyli argumentów na poparcie
słów Roosevelta, że Ameryka jest atakowana 820. U-Boot storpedował
wówczas USS Reuben James, inny niszczyciel eskortujący konwój do
Wielkiej Brytanii. Było to pierwsze zatopienie amerykańskiego okrętu
podczas wciąż jeszcze niewypowiedzianej wojny. Zginęło 115 członków
160-osobowej załogi. Piosenkarz folkowy Woody Guthrie unieśmiertelnił tę
stratę słowami:

Powiedz, jak oni zwali się, powiedz, jak oni zwali się.
Czy miałeś przyjaciela na Reubenie Jamesie? 821

Hrabiego Ciano zaniepokoiły te wieści. „Lękam się, że tym razem jest to


taki incydent, że może sprowokować lub co najmniej przyspieszyć kryzys”,
napisał w dniu ataku.
W Waszyngtonie zatopienie niszczyciela pomogło sojusznikom
Roosevelta w Kongresie zdobyć poparcie dla nowelizacji Ustawy
o neutralności. Mimo to głosy były wyrównane, co dowodziło stopnia
podziału w kraju. 7 listopada Senat przyjął nowelizację stosunkiem 50 do
37 głosów; tydzień później przyjęła ją Izba Reprezentantów – niewielką
przewagą 212 do 194 głosów 822.
W odróżnieniu od wojowniczego tonu przemówienia w Dniu Marynarki
po zatopieniu USS Reuben James Roosevelt nie złożył żadnej nowej
deklaracji; jego postawa była dziwnie wycofana. Podobnie jak Harriman,
sekretarz spraw wewnętrznych Harold Ickes, zdeklarowany
interwencjonista, nie krył swej irytacji tym, że Roosevelt nie skorzystał
z takich incydentów jako powodów do wojny. „Najwyraźniej prezydent
zamierza czekać – Bóg wie jak długo i na co” 823, pisał w swym dzienniku.
Jednakże według Roberta Sherwooda, autora prezydenckich
przemówień, Roosevelt nadal czuł się „względnie bezsilny” 824 w walce
z nastrojami izolacjonistycznymi. Liczba zdeklarowanych izolacjonistów co
prawda spadła, dodał, ale ci, którzy pozostali, byli „coraz bardziej
wojowniczy”. Jednocześnie wielu Amerykanów po prostu nie chciało
myśleć o czyhających na nich niebezpieczeństwach. Po zatopieniu USS
Reuben James, pisał, „osierocone rodziny cierpiały, ale opinia publiczna
zdawała się bardziej interesować meczem footballowym pomiędzy
reprezentacją armii i Uniwersytetu Notre Dame”.
Po incydencie z USS Kearny w październiku generał Robert E. Wood,
przywódca ruchu America First, wezwał Roosevelta do przedłożenia
Kongresowi wypowiedzenia wojny. Zdaniem Sherwooda jedynie umocniło
to przekonanie prezydenta, że taka inicjatywa „oznaczałaby pewną
i katastrofalną porażkę”. Jego milczenie po zatopieniu USS Reuben James
wynikało według Sherwooda ze zrozumienia, że kończą mu się możliwości
wiarygodnego działania. „Powiedział już wszystko »poza wojną«, co
można było powiedzieć”, pisał. „Skończyły mu się sztuczki. Kapelusz,
z którego wyciągnął tak wiele królików, był już pusty”.
Po drugiej stronie Atlantyku niektórzy czołowi brytyjscy urzędnicy
doszli do wniosku, że ten brak królików w prezydenckim kapeluszu źle
wróży całemu wysiłkowi wojennemu. W telegramie do Churchilla z 4
listopada marszałek polny Jan Smuts oświadczył: „Uderza mnie rosnące tu
i w innych miejscach wrażenie, że wojna skończy się impasem, a zatem
fatalnie dla nas”. By tego uniknąć, Stany Zjednoczone musiały włączyć się
do wojny, co pozwoliłoby „ostrzec Japonię i – lepiej niż cokolwiek innego
– utrzymać w wojnie Rosję” 825, dodał. Wzywał Churchilla, by skorzystał
ze swego wpływu na Roosevelta dla osiągnięcia tego celu. „Ufam, że
wygląda Pan właściwej chwili i sposobu wezwania go do działania”,
podsumował.
W odpowiedzi Churchill napisał, że próbował już przekonać Roosevelta
i jego ekipę o potrzebie wypowiedzenia wojny podczas sierpniowego
spotkania u wybrzeży Nowej Fundlandii. Jak przekazał Smutsowi,
oświadczył im wówczas: „Wolałbym amerykańskie wypowiedzenie wojny
i żadnych dostaw przez sześć miesięcy od podwojonych dostaw bez
wypowiedzenia wojny” 826. Podkreślał jednak, że obecnie taki apel nic by
nie przyniósł, gdyż Roosevelt poinformował go o ograniczeniach, w jakich
musi działać.
„Nie powinniśmy lekceważyć jego trudności konstytucyjnych”, pisał
premier. „Może podjąć działania jako szef władzy wykonawczej, ale
jedynie Kongres ma prawo wypowiedzieć wojnę”. Przekazał wszakże na
pocieszenie słowa Roosevelta: „Nigdy nie wypowiem wojny. Będę wojnę
prowadził. Gdybym miał poprosić Kongres o wypowiedzenie wojny,
mogliby kłócić się o to trzy miesiące”.
Churchill zakończył słowami: „Musimy być cierpliwi i ufać, że fala
niesie nas w dobrą stronę”. Podobnie mówił do pozostałych członków
gabinetu wojennego 12 listopada. Przypominając, że Stany Zjednoczone ślą
nieprzerwany strumień dostaw w ramach Lend-Lease i że ich marynarka
osłania konwoje, po raz kolejny podkreślił, iż nie zamierza popełnić błędu
i naciskać na Roosevelta, by ten działał, „wyprzedzając amerykańską opinię
publiczną” 827.
O wyniku ostatecznego głosowania w Izbie Reprezentantów nad
nowelizacją Ustawy o neutralności Churchill dowiedział się podczas
kolacji, którą jadł ze swym przyjacielem lordem Camrose. Jak pisał potem
lord Camrose synowi: „Winston był zachwycony. Powiedział, że nie
obchodzi go niewielka przewaga głosów. Ważne było, że prezydent zyskał
prawo działania, a o przewadze głosów wkrótce się zapomni. Przewidywał,
że z decyzji tej wynikną wielkie rzeczy, i widziałem, że jego zdaniem
Ameryka wkrótce znajdzie się wreszcie w wojnie” 828.
W notatce dla Churchilla z tego samego dnia lord Beaverbrook chwalił
głosowanie w Kongresie jako potwierdzenie polityki cierpliwości
stosowanej przez premiera w kontaktach z amerykańskimi partnerami. „Jest
to dla Pana zwycięstwo w bitwie o Atlantyk, w której walczył Pan tak długo
i tak samotnie” 829, pisał.

Choć Stalin postanowił pozostać w Moskwie, nadal powszechnie wątpiono


w wynik bitwy o radziecką stolicę, a zatem też w zdolność Armii
Czerwonej do otrząśnięcia się po serii początkowych porażek i do
przegrupowania. Implikacji tego dla innych krajów nie sposób było
przecenić.
18 października, w dniu, w którym Stalin wahał się, czy wsiąść do
specjalnego pociągu do Kujbyszewa, sekretarz spraw wewnętrznych Ickes
przedstawił swój waszyngtoński punkt widzenia. „Przez długi czas
wierzyłem, że jeśli Rosja znajdzie się w opałach, Japonia niezwłocznie
uderzy na Syberię”, pisał w dzienniku. Odnotowawszy, że trwa „ogromna
bitwa” i że Hitler ogłosił zamiar zdobycia Moskwy przed nadejściem zimy,
konkludował: „Jeśli Rosjanie zdołają wytrzymać, efekt moralny tego nie
tylko w Rosji, ale i w Anglii będzie ogromny. Jeśli zaś Rosja wytrzyma,
Japonia zapewne zacznie ponownie ustępować” 830.
Stalin cały czas obawiał się zamiarów Japonii. Desperacko chciał się
dowiedzieć, czy może przerzucić część oddziałów z Dalekiego Wschodu do
walki wokół Moskwy i w innych zachodnich częściach swego kraju. Gdyby
jednak zrobił to w chwili, gdy Japończycy nadal rozważali posłuchanie
niemieckich apeli i uderzenie na Związek Radziecki od wschodu, mógł
uczynić z Syberii bardziej odsłonięty, a zatem bardziej kuszący cel. Choć
więc gardził Richardem Sorgem, radzieckim szpiegiem w Tokio, który tak
dokładnie przewidział niemiecki najazd, coraz częściej to u niego szukał
porady co do japońskich planów.
Ambasador niemiecki Eugen Ott, którego Sorge uczynił swym
nieświadomym źródłem, starał się robić to samo dla swych przełożonych
w Berlinie 831. Przez całe lato i wczesną jesień otrzymywał jednak
sprzeczne sygnały od swoich gospodarzy. Czasami Japończycy wydawali
się gotowi uderzyć na ZSRR, przy innych okazjach natomiast mocno się
zastanawiali. Politycy zwykli bardziej wątpić w niemieckie twierdzenia
o szybkim zwycięstwie niż niektórzy wojskowi. „Teraz nadeszła
sposobność do podbicia Związku Radzieckiego” 832, oświadczył generał
Sadao Araki.
W lipcu Japonia ponownie ogłosiła mobilizację i posłała kolejnych
żołnierzy do Mandżurii. Ott zaczął wierzyć, że to przygotowania do
japońskiego uderzenia na Syberię. Jeśli chodzi o Sorgego, był to jego
zdaniem „powód do niepokoju”. Jeden z członków siatki szpiegowskiej
utworzonej przez Sorgego informował o rodzajach mundurów wydawanych
jednostkom wysyłanym z kraju. Mundury letnie zapowiadały, że żołnierze
zostaną wysłani do Azji Południowo-Wschodniej. Japonia starała się tam
poszerzyć swoją Strefę Wspólnego Dobrobytu Wielkiej Azji Wschodniej,
i to mimo rosnących napięć w stosunkach z USA i Wielką Brytanią.
Niektórzy żołnierze jednak otrzymywali umundurowanie zimowe, co
sugerowało posłanie ich w inną stronę. Pisarz Nagai Kafu usłyszał plotki
krążące wśród żołnierzy czekających na rozkazy pod Tokio. „Przydzielono
im zimowe mundury, więc sądzą, że skierują ich nie na południe, ale do
Mongolii lub na Syberię” 833, pisał w dzienniku.
W sierpniu Sorge i jego współpracownik Hotsumi Ozaki, lewicowy
dziennikarz japoński, otrzymali więcej sprzecznych sygnałów co do
zamiarów Tokio. Ozaki usłyszał pogłoskę, że 15 sierpnia Japonia uderzy na
Związek Radziecki; Sorge powiedział mu, że te same informacje otrzymał
Ott i uwierzył w nie. Ozaki był sceptyczny, jako że Japończycy rozumieli,
iż niemiecka ofensywa na Moskwę nie przebiega tak dobrze i płynnie, jak
początkowo przewidywano, a siły radzieckie stawiają skuteczniejszy niż
wcześniej opór. W efekcie meldunki Sorgego docierające do Moskwy nie
zawierały jasnej odpowiedzi na pytanie, co zrobią Japończycy.
Niemniej dwa tygodnie później Sorge i Ozaki zdobyli bardziej konkretne
informacje. Paul Wenneker, niemiecki attaché morski, powiedział Sorgemu,
że japońska marynarka pragnęła wykluczyć atak na Związek Radziecki,
przynajmniej w tym roku, by móc uderzyć na południe. „Japończycy
rozważyli wszelkie możliwości i stwierdzili, że nic by na tym nie zyskali”,
powiedział. „Nie mają gwarancji na odniesienie zwycięstwa przed
nastaniem zimy” 834. Sorge dowiedział się też, co się działo z żołnierzami
japońskimi posyłanymi do Mandżurii. „Wielu żołnierzom wydano szorty
(…) z tego należy wysnuć wniosek, iż planuje się przerzucić ogromną
liczbę wojska na południe” 835, meldował Moskwie.
W innej wiadomości Sorge przekazał zasłyszaną przez Ozakiego od
czołowych urzędników rządowych opinię dotyczącą ataku na Związek
Radziecki. „Zdecydowali się nie wszczynać działań w tym roku,
powtarzam, nie wszczynać działań w tym roku” 836, pisał z wyraźną ulgą.
Sorge, choć dysponował już pewnymi informacjami, wciąż stał przed
zadaniem przekonania swoich szefów w Moskwie. Stalin zawsze
podejrzewał wielu swych szpiegów o dwulicowość, Sorge zaś – który tak
doskonale wtopił się w niemiecką społeczność w Tokio i był dobrze znany
ze swego, zdaniem radzieckiego przywódcy, rozwiązłego trybu życia –
łatwo wzbudzał takie podejrzenia. Podczas czystek niektórzy oficerowie
skazywani pod wydumanymi zarzutami szpiegostwa na rzecz Niemiec czy
Japonii wymieniali nazwisko Sorgego, co wystarczyłoby do uznania go za
winnego. Szefowie Sorgego z wywiadu wojskowego już wcześniej
rozważali możliwość, że może on być agentem drugiej strony.
Jednak w odróżnieniu od sytuacji sprzed agresji, gdy Sorge przekazywał
informacje, których Stalin nie chciał słyszeć, tym razem arcyszpieg
przekazywał to, co Kreml desperacko pragnął usłyszeć: zapewnienia, że
Japonia nie uderzy ze wschodu. Rosnąca liczba dowodów na to, że
przywódcy Japonii są bardziej zainteresowani realizacją swych ambicji
w Azji Południowo-Wschodniej, cieszyła. W Moskwie zaś generał Aleksiej
Panfiłow, dowódca wojsk pancernych pełniący tymczasowo funkcję szefa
wywiadu wojskowego, sporządził jedną z nielicznych pochwał Sorgego.
„Zważywszy jego wielkie możliwości jako źródła i ogromną wiarygodność
jego wcześniejszych danych, ten raport wzbudza zaufanie” 837, pisał.
We wrześniu, zdaniem Sorgego, Kreml nareszcie zaczął „całkowicie
ufać moim raportom” 838, że Japonia postanowiła nie atakować Związku
Radzieckiego. W efekcie Stalin mógł podjąć decyzję o przerzuceniu
znacznej części swych sił stacjonujących na radzieckim Dalekim
Wschodzie do obrony Moskwy. Począwszy od października, Syberyjczycy,
jak nazywano te oddziały, zaczęli być wysyłani do centrum kraju. W końcu
1941 r. i na początku 1942 około 400 tysięcy żołnierzy odbyło trwającą od
tygodnia do dwóch podróż w pospiesznie zorganizowanych specjalnych
transportach. Około 250 tysięcy z nich przydzielono do obrony Moskwy,
pozostałych zaś skierowano do Leningradu i innych zagrożonych rejonów.
Przybycie tych świeżych oddziałów, w większości zaopatrzonych
w wyposażenie zimowe, miało gwałtownie zwiększyć szanse Moskwy na
przetrwanie i wstrząsnąć Niemcami szykującymi się do szturmu na miasto.
W połowie października Sorge ponownie dowiódł wiarygodności swych
japońskich źródeł, przewidując, że „w bliskiej przyszłości zacznie się wojna
ze Stanami Zjednoczonymi” 839. Zanim jednak zdołał wysłać ten ostatni
meldunek, szczęście go opuściło. 18 października o 6.30 rano do jego drzwi
zapukała japońska policja, aresztując go w piżamie. Ujęto też Ozakiego
i pozostałych członków siatki.
Przykrywka Sorgego była tak długo skuteczna, że był on całkowicie
zaskoczony. „Nigdy nie brałem pod uwagę aresztowania”, powiedział
później. Podczas nieustannych przesłuchań przyznał się do szpiegostwa
i został skazany na śmierć.
Władze japońskie nie spieszyły się z wykonaniem wyroku. Sorgego
trzymano w więzieniu aż do schyłku 1944 r. Wojna przybrała już wówczas
zły obrót dla Japonii, nie chciano więc antagonizować bardziej Związku
Radzieckiego z obawy przed możliwością włączenia się tego kraju do walk
na Pacyfiku. Japończycy kilkukrotnie sugerowali, że są gotowi wymienić
Sorgego za japońskiego więźnia, ale za każdym razem spotykali się
z odmową. Pewnego dnia odpowiedź nadeszła bezpośrednio od Stalina.
„Richard Sorge?”, pytał. „Nie znam nikogo o tym nazwisku” 840.
Radziecki przywódca nie zamierzał nawet kiwnąć palcem w sprawie
szpiega, który wiedział o wszystkich zignorowanych przezeń ostrzeżeniach
przed niemiecką inwazją, i to mimo kluczowej roli jego późniejszych
raportów w ocaleniu Moskwy. Odrzucony przez władze radzieckie, którym
tak wiernie służył, Richard Sorge został powieszony w tokijskim więzieniu
7 listopada 1944 r. Przypadkiem była to dwudziesta siódma rocznica
Rewolucji Październikowej.

Stłumiwszy moskiewską panikę z połowy października wprowadzeniem


stanu wojennego, Stalin zajął się zbliżającą się rocznicą 7 listopada. Zwykle
oddziały Armii Czerwonej demonstrowały wtedy swoją potęgę w wielkiej
defiladzie na placu Czerwonym. Ku całkowitemu zaskoczeniu Mołotowa
i Berii radziecki przywódca nagle ich zapytał: „Jak przeprowadzimy
defiladę wojskową? Może dwie, trzy godziny wcześniej niż zwykle?” 841.
Równie zaskoczony generał Pawieł Artiemjew, komendant garnizonu
Moskwy, argumentował, że zorganizowanie defilady jest niemożliwe.
W końcu oddziały niemieckie były niebezpiecznie blisko miasta,
a niemieckie bombowce często atakowały stolicę. Jak jednak sugerowało
jego pytanie, Stalin już podjął decyzję. „Wojska obrony przeciwlotniczej
Moskwy należy jeszcze bardziej wzmocnić”, oświadczył. „Prawie wszyscy
dowódcy na frontach. Defiladę będzie przyjmować Budionny, a prowadzić
generał Artiemjew. Jeśli podczas defilady zdarzy się bombardowanie,
trzeba szybko pozbierać zabitych i rannych, ale defiladę kontynuować” 842.
Mając na uwadze wartość propagandową takiego wydarzenia, rozkazał
nagrać defiladę dla kronik filmowych i opisać szeroko w prasie.
Stalin dodał, że skorzysta z okazji, by wygłosić ważne przemówienie.
„Co o tym myślicie?” 843, zapytał.
Mołotow podniósł oczywisty argument: „Ale ryzyko! Ryzyko!”.
Wyczuwając wszakże determinację wodza, natychmiast się wycofał.
„Oczywiście, rezonans w kraju i za granicą będzie ogromny…”.
„Zatem postanowione – stwierdził Stalin. – Wydajcie niezbędne
rozporządzenia” 844.
Dla Stalina ryzyko jedynie zwiększało szanse na wielkie zyski. Gdyby
defilada się udała, podniosłoby się morale nie tylko wstrząśniętych
moskwian, ale całego kraju. Gdyby jednak coś poszło nie tak, rezultat byłby
wręcz przeciwny.
6 listopada, w wigilię rocznicy, odbyły się dość mało widoczne
uroczystości. Stalin i inni przywódcy Kremla przybyli wagonikiem na
stację metra Majakowska z sąsiedniego przystanku. Obchody, nadawane
przez radio i megafony, rozpoczęły się patriotyczną muzyką. Następnie
Stalin przemówił do zgromadzonych delegatów Rady Moskiewskiej,
urzędników i wojskowych zasiadających na krzesłach przyniesionych tam
specjalnie z Teatru Bolszoj.
Brytyjski korespondent Alexander Werth stwierdził, że większość
zgromadzonych aż nazbyt dobrze rozumiała, dlaczego wybrano akurat to
miejsce: zapewniało ono ochronę przed niemieckim nalotem. Jednakże
podkreślało to jedynie niepewność położenia. „Jak mówiło mi potem wielu
uczestników ceremonii, sceneria spotkania pod ziemią była smutna,
przygnębiająca i upokarzająca”, pisał. Przemówienie Stalina miało podnieść
ich na duchu, tymczasem, jak dodał Werth, było „osobliwą mieszaniną
ponurych myśli i bezgranicznej wiary w siebie” 845.
Po czterech miesiącach walk na radzieckiej ziemi, mówił Stalin,
niemieccy najeźdźcy nadal stanowili poważne zagrożenie. „Muszę
podkreślić, że to niebezpieczeństwo nie osłabło – wręcz przeciwnie,
wzrosło. Wróg zagarnął większą część Ukrainy, Białorusi, Mołdawii
i Estonii oraz wiele innych terytoriów, spenetrował Donbas, jawi się jako
czarna chmura nad Leningradem, krąży też nad naszą wspaniałą stolicą,
Moskwą”. Ostrzegł, że nieprzyjaciel „zbiera wszystkie siły, by zająć
Leningrad i Moskwę przed nadejściem zimy, gdyż wie, że zima nie
przyniesie mu nic dobrego” 846.
Następnie, starając się przeciwstawić przygnębieniu nadzieję, wygłosił
ekstrawagancką opinię, że niemieckie straty – w zabitych, rannych lub
jeńcach – już wyniosły cztery i pół miliona żołnierzy, podczas gdy straty
radzieckie ledwie trzecią część tej liczby. Była to czysta fantazja. Jak
stwierdzili zachodni historycy, Armia Czerwona zwykle traciła więcej
żołnierzy niż Wehrmacht, nawet w późniejszej fazie wojny, gdy spychała
Niemców. Średnio podczas całej wojny Sowieci tracili trzykrotnie więcej
żołnierzy niż Niemcy.
Głównym punktem przemówienia Stalina było jednak to, że pomimo
„chwilowych niepowodzeń militarnych” jego siły przejmowały inicjatywę,
a najeźdźca „już teraz zszedł do poziomu dzikich bestii” 847. Przypomniał
słuchaczom walkę z Napoleonem w poprzednim wieku, wiążąc trwający
konflikt z sukcesami rosyjskiej historii narodowej, a nie ideologicznej.
„Pamiętajmy, jaki los spotkał Napoleona” 848, oświadczył.
Radziecki przywódca obiecywał nie tylko zwycięstwo, ale i zemstę.
„Niemiecki najeźdźca chce toczyć z narodami ZSRR wojnę na
wyniszczenie”, powiedział. „Cóż, jeśli Niemcy chcą wojny na
wyniszczenie, to będą ją mieli” 849.
Defiladę wojskową na placu Czerwonym wyznaczono na godzinę ósmą
następnego ranka. Ze względu na trzymanie planów w ścisłej tajemnicy
większość dowódców uczestniczących w niej oddziałów dowiedziała się
o tym dopiero o drugiej nad ranem. Gdy jednak w porannym chłodzie
zaczęto gromadzić żołnierzy, czołgi i działa, obawy przed niemieckim
nalotem osłabły. Zebrały się ciemne chmury, a wraz z rozpoczęciem
defilady zaczął padać gęsty śnieg. Radzieckie myśliwce patrolowały niebo,
ale wrogich samolotów nie było widać.
Choć zimowa pogoda zapewniła pożądaną osłonę, doprowadziła również
do kilku problemów podczas defilady. Na oczach Stalina i pozostałych
przywódców Kremla, spoglądających z pustego mauzoleum Lenina,
brygady artylerii i czołgów walczyły ze śliską nawierzchnią i śniegiem,
niekiedy spychając stojące działa. Dwa czołgi nagle zatrzymały się na
środku placu i skręciły w złym kierunku, powodując chwilowy niepokój,
ale gdy stało się jasne, że to jedynie skutek pomyłki, nadeszła ulga.
Większość oddziałów przemaszerowała wszakże bez problemów…
i natychmiast ruszyła za miasto, by włączyć się do walki na pobliskim
froncie.
Przemawiając do zgromadzonych żołnierzy, Stalin powrócił do tematów
wspomnianych dzień wcześniej: jak wielkie połacie radzieckiego
terytorium zostały „chwilowo stracone” i że „wróg stoi u bram Leningradu
i Moskwy”. Podkreślał jednak, że Niemcy „gonią resztkami sił”. Uderzając
w Niemców i jeden ze swych ulubionych celów wewnętrznych, dodał:
„Wróg nie jest tak silny, jak odmalowują go przerażeni rzekomi
intelektualiści” 850. Bardziej przekonująco podkreślił kluczową przewagę
strony radzieckiej w zmaganiach dwóch systemów totalitarnych: „Nasze
rezerwy zasobów ludzkich są niewyczerpane” 851, oświadczył.
Zważywszy na wietrzny, śnieżny dzień, większość żołnierzy
zgromadzonych tego ranka na placu Czerwonym nie usłyszała wiele
z przemówienia. Kamerzyści i dźwiękowcy nie zdołali nagrać dobrych ujęć
i wyraźnego dźwięku. W efekcie Stalin zgodził się na dokrętkę na Kremlu.
To właśnie tę wersję obywatele ZSRR usłyszeli nazajutrz przez radio
i ujrzeli w kronikach filmowych, nieświadomi, że nie słuchają ani nie
oglądają oryginalnego wydarzenia.
Jednak dla biorących udział w defiladzie żołnierzy obecność Stalina
znaczyła więcej niż jego słowa. „Przeszliśmy koło mauzoleum
i widzieliśmy go”, wspominał kilkadziesiąt lat później Aleksandr
Ziewielew, członek specjalnych sił NKWD znanych jako OMSBON.
„Machał do nas ręką” 852. Leonid Szewielew, inny żołnierz OMSBON,
słyszał plotki o opuszczeniu stolicy przez Stalina. „To było dla nas bardzo
ważne – móc się przekonać na własne oczy, że wódz został z nami
w Moskwie”, powiedział. „Nadało to naszemu marszowi determinacji,
jakbyśmy wbijali gwoździe w trumny nadciągających hitlerowców” 853.
Zuchwała demonstracja Stalina z 7 listopada zakończyła się sukcesem,
ale przywódca nadal nie był bynajmniej przekonany, że zdoła spełnić
obietnicę zatrzymania Niemców przed stolicą. Około 19 listopada
zadzwonił do Żukowa. „Czy jesteście pewni, że będziecie w stanie
utrzymać Moskwę?”, zapytał. „Pytam z bólem serca. Mówcie szczerze, jak
członek partii” 854.
Żukow udzielił odpowiedzi, jaką Stalin pragnął usłyszeć: „Nie ma
wątpliwości, że będziemy w stanie utrzymać Moskwę”. Także on jednak nie
był całkiem pewien. Elena Rżewska, która pisała wiele o swych
doświadczeniach tłumaczki języka niemieckiego w Armii Czerwonej,
spotkała Żukowa w 1964 r., gdy pracował on nad swymi wspomnieniami.
Jak zanotowała, „Marszałek Żukow uważał listopad 1941 r. za krytyczny
i najbardziej niebezpieczny moment dla Moskwy, gdy jej los ważył się
w bitwie” 855. Innymi słowy, uważał wówczas, że wynik bitwy nie jest
przesądzony.

Wątpliwości dręczyły także niemieckich dowódców. Najpierw ich żołnierze


musieli radzić sobie z błotem podczas jesiennych deszczów, potem zaś
z coraz niższymi temperaturami. Cierpiały również konie 856. Niemcy użyli
około 750 tysięcy tych zwierząt w pierwszych fazach operacji „Barbarossa”
i łącznie około 2,5 miliona podczas całej wojny ze Związkiem Radzieckim.
Wykorzystywano je przede wszystkim do transportu dział i zaopatrzenia.
Było to szczególnie trudne jesienią, gdy nieutwardzone drogi zamieniły się
w rzeki błota. „Wszystkie pojazdy kołowe toną w szlamie po osie”,
informował generał Günther Blumentritt, szef sztabu 4. Armii z Grupy
Armii „Środek”. „Nawet ciągniki poruszają się z wielkim trudem” 857.
Choć najwięcej koni zginęło od kul i odłamków, inne zdychały
z wyczerpania, chorób oraz, gdy zmieniła się pogoda, z zimna. Średnio
każdego dnia walk padało tysiąc koni. Sowieci mieli konie zdolne znosić
niższe temperatury niż zwierzęta zabrane przez Niemców z okupowanych
krajów. Podobnie jak w przypadku żołnierzy, konie przyzwyczajone do
surowych rosyjskich warunków radziły sobie lepiej od przybyszów.
Niemieckich żołnierzy najbardziej przygnębiał brak podstawowego
umundurowania i wyposażenia. 14 listopada generał Guderian wizytował
167. Dywizję Piechoty. „Stan zaopatrzenia był zły”, wspominał.
„Brakowało białych płaszczy do maskowania żołnierzy na śniegu, nie było
tłuszczu do butów, ciepłej bielizny, a przede wszystkim sukiennych spodni.
Znaczna część żołnierzy chodziła w drelichowych spodniach – przy 22
stopniach mrozu!” 858
Podobną sytuację zastał Guderian kilka godzin później w 112. Dywizji
Piechoty. Niektórzy żołnierze niemieccy radzili sobie, zabierając zimowe
płaszcze i futrzane czapki wrogowi. Elementy zimowego umundurowania
dostarczane przez Wehrmacht stanowiły, skarżył się Guderian, „Kroplę
w morzu” 859. Gdy przewiezione dopiero co na front oddziały syberyjskie
wyprowadziły zaciekły kontratak, wyczerpani żołnierze nie byli w stanie im
sprostać. Jego „źle odziani, wpół wygłodzeni żołnierze” stanęli naprzeciw
„dobrze odżywionych, ciepło odzianych i wypoczętych Syberyjczyków,
świetnie wyposażonych do walki w zimie”. Panika, która wybuchła, pisał,
stanowiła „groźne ostrzeżenie, że siła bojowa naszej piechoty jest na
wyczerpaniu i że nie wolno już wyznaczać jej zbyt trudnych zadań” 860.
Nie wszyscy żołnierze przybyli z Dalekiego Wschodu pochodzili
naprawdę z Syberii. Władimir Edelman na przykład był ukraińskim Żydem,
który walczył wcześniej w przegranej bitwie o Kijów 861. Wielu jego
krewnych zginęło w masakrze Żydów w Babim Jarze, on jednak zdołał
uciec i trafił do oddziału piechoty w rejonie Omska, złożonego głównie
z syberyjskich kadetów. Jako porucznik z doświadczeniem bojowym
Edelman dowodził plutonem liczącym 25 żołnierzy. Szybko poznał się na
umiejętnościach strzeleckich swoich ludzi. „Byli doskonałymi strzelcami,
ponieważ w cywilu byli myśliwymi”, wspominał.
Edelman przyznawał, że w tej fazie wojny Niemcy mieli lepsze radia,
karabiny maszynowe i moździerze, lecz dostrzegał ogromną przewagę
swoich żołnierzy na innych polach. Wydano im długą bieliznę, swetry,
futrzane kamizele, bawełniane spodnie, rękawiczki lub rękawice z jednym
palcem oraz zimowe szynele i futrzane czapki. Przy temperaturach
spadających w listopadzie i grudniu niekiedy aż do -40 stopni Celsjusza
niemieccy żołnierze zamarzali, podobnie jak niektóre smary w ich czołgach
i innych pojazdach.
Edelman wspominał pewną szczególnie pamiętną scenę: widok grupy
niemieckich jeńców stojących przy skrzyżowaniu, na którym kierował
ruchem. Mieli na sobie letnie mundury, cienkie płaszcze i byli bez czapek.
Jęczeli i wzdychali, on zaś słyszał jedynie słowa „O mein Gott! O mein
Gott!”. Co chwila któryś z nich osuwał się na ziemię martwy.
Innym czynnikiem podkopującym morale Niemców był tężejący,
a niekiedy niemal fanatyczny opór nieprzyjaciela, którym uczono ich
pogardzać. „Rosjanie są tak prymitywni, że nie poddają się nawet wtedy,
gdy otacza ich tuzin karabinów maszynowych”, wspominał po wojnie
w norymberskim więzieniu generał Ewald von Kleist dowodzący wówczas
1. Armią Pancerną. „Rzekłbym, istnieje różnica pomiędzy odwagą
niemiecką a odwagą rosyjską; ta pierwsza jest logiczna, ta druga zaś
brutalna” 862.
Pewien żołnierz niemiecki opisał swój szok, gdy zorientował się, że
Armia Czerwona stosuje tę samą taktykę ludzkiej fali, jaką stosowano
podczas I wojny światowej. „(…) zaatakowała nas masa ludzka, która
nawet specjalnie nie próbowała się kryć, jakby wierząc, że zmiażdży nas
samą tylko przewagą liczebną”. Dodał, że „Iwan” atakował w ten sposób
przez wiele dni, maszerując wprost na ogień karabinów maszynowych.
„Był to nieniezwykły, niewiarygodny i nieludzki widok” 863, pisał.
Wpisy dokonywane w tym okresie przez generała Haldera w jego
dzienniku sugerują, że w naczelnym dowództwie rosła świadomość
wpływu, jaki kumulacja tych czynników wywierała na żołnierzy w polu.
Wspominał o „ograniczeniu” zaopatrzenia, „tężeniu frontu nieprzyjaciela
na zachód od Moskwy”, o tym, że na niektórych obszarach „żołnierze są
wykończeni”. Nie przewidywał porażki, jednak 23 listopada napisał:
„Pomimo większego, niż się wydaje, trudu naszych wojsk nie osiągniemy
już w tym roku całkowitego zniszczenia nieprzyjaciela” 864.
Jak to miał w zwyczaju, Hitler nie przyjmował do wiadomości
większości niepowodzeń, a całkowicie odrzucał jakąkolwiek własną
odpowiedzialność za nie. Usłyszawszy, że Führer nie chciał wierzyć
w napływające do Wilczego Szańca meldunki o coraz bardziej desperackim
położeniu jego żołnierzy, generał von Bock zauważył kwaśno: „Oczywiście
Hitlera nie będzie można przekonać, że to jego błąd strategiczny z sierpnia
wpędził nas w ten bałagan” 865. Miał na myśli rozkaz niemieckiego
przywódcy kierujący jego oddziały na południe, celem zajęcia Kijowa,
przed rozpoczęciem uderzenia na Moskwę.
W końcu listopada niektórzy niemieccy generałowie nie tylko byli
przekonani, że nie zdołają zakończyć uderzenia na Moskwę w tym roku;
wielu z nich było rozgoryczonych i straciło podziw dla wojskowego
i politycznego geniuszu Hitlera. Wkrótce mieli zapłacić za tę herezję.

W wygłoszonym 6 listopada na stacji metra Majakowska przemówieniu


Stalin sławił „koalicję ZSRR, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych
Ameryki przeciwko niemiecko-faszystowskim imperialistom” 866.
Wspomniał wizytę Beaverbrooka i Harrimana w Moskwie i wynikający
z niej nowy strumień niezbędnych dostaw – czołgów, samolotów i innego
sprzętu wojskowego – napływający od mocarstw zachodnich. „Obecna
wojna to wojna maszyn”, oświadczył. „Wojna zostanie wygrana przez tę
stronę, która ma przytłaczającą przewagę w produkcji maszyn” 867.
Wspólnie trzy sprzymierzone mocarstwa mogły produkować „co najmniej
trzy razy tyle co Niemcy”, utrzymywał. „To jeden z powodów nieuchronnej
zagłady zbójeckiego imperializmu Hitlera” 868.
Słowa te miały się okazać jednym z nielicznych przypadków uznania
przez niego roli Zachodu we wspieraniu machiny militarnej jego kraju,
gdyż radziecka propaganda zwykle ledwie wspominała o tym w trakcie
wojny i po niej. Jednak na tym wczesnym etapie, gdy losy konfliktu nie
wydawały się bynajmniej przesądzone, Stalin był bardziej skłonny do
pewnych retorycznych gestów wobec Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych. Przeciwstawił prowadzoną przez Hitlera wojnę „dla
opanowania nowych terytoriów i podporządkowania nowych ludów”
ambicjom sprzymierzonych, które, jak twierdził, ograniczały się do
prowadzenia „wojny wyzwoleńczej”.
Zwłaszcza Związek Radziecki, upierał się Stalin, nie miał politycznych
ani terytorialnych ambicji:
„Nie mamy i nie możemy mieć celów wojennych polegających na
narzucaniu naszej woli czy naszych rządów słowiańskim lub innym
zniewolonym ludom Europy, które spodziewają się naszej pomocy. Naszym
celem jest pomóc tym ludom w ich walce o wyzwolenie spod tyranii
Hitlera, a potem pozwolić im zupełnie swobodnie organizować sobie życie
na ich ziemi, jak uznają to za stosowne. Żadnego mieszania się w sprawy
wewnętrzne innych państw!”
Z tymi deklaracjami był tylko jeden problem: były całkowicie fałszywe.
Stało się to oczywiste już podczas lipcowych negocjacji polsko-radzieckich
w Londynie. Ambasador Majski zdecydowanie odmówił wówczas złożenia
deklaracji o powrocie Polski do przedwojennych granic, wyraźnie dając do
zrozumienia, że celem Kremla jest utrzymanie zdobyczy terytorialnych
uzyskanych dzięki paktowi Ribbentrop–Mołotow.
Gdy 18 listopada Harriman powrócił z Waszyngtonu do Londynu, zastał
Churchilla i Edena pochłoniętych naciskami Stalina. Według relacji
Harrimana „Stalin domagał się od nowych sojuszników uznania radzieckich
praw do wszystkich terytoriów, jakie dodał do swego władztwa podczas
krótkiego okresu obowiązywania paktu o nieagresji z Hitlerem: państw
bałtyckich, wschodniej Polski, skrawka terytorium fińskiego oraz (od
Rumunii) Besarabii i Bukowiny” 869.
W czasie wizyty Beaverbrooka i Harrimana w Moskwie Stalin
utrzymywał też, że „pragnął, by wrogów Rosji traktowano jako wrogów
Wielkiej Brytanii”, wspominał Harriman. Oznaczałoby to wypowiedzenie
wojny Finlandii, Rumunii i Węgrom, które uczestniczyły w niemieckim
ataku na Związek Radziecki. Churchill wahał się, pytając, czy nie byłoby
sensowniej pozostawić sobie możliwości odseparowania tych krajów od
Niemiec w sprzyjającej chwili.
Gdy o tej różnicy zdań zaczęła wspominać prasa, 8 listopada Stalin
napisał do Churchilla, skarżąc się na „nieznośną sytuację” 870 wywołaną
przeciekami na temat stanowiska Sowietów i sprzeciwu Wielkiej Brytanii
w tej sprawie. „Dlaczego tak się dzieje?”, pytał Stalin. „Czy aby
zaprezentować brak jedności pomiędzy ZSRR a Wielką Brytanią?” 871
Zakończył innym zarzutem, niepozostawiającym wątpliwości co do jego
irytacji: „W tym momencie chciałbym zwrócić Pańską uwagę na fakt, być
może, drugorzędny. Otóż czołgi, samoloty i artyleria przychodzą
nieodpowiednio zapakowane, czasami części tego samego pojazdu znajdują
się na różnych statkach, a samoloty nieodpowiednio zabezpieczone,
dochodzą do nas w stanie uszkodzonym” 872.
Teraz to Churchill zirytował się, jak to określił, „chłodną i wykrętną” 873
wiadomością od Stalina. Jak jednak zauważył, Stalin musiał zrozumieć, „że
posunął się trochę za daleko w swoim piśmie” 874. 20 listopada Majski udał
się do Anthony’ego Edena, by załagodzić sprawę. Jak później donosił Eden,
radziecki dyplomata zapewnił go, że Stalin „nie zamierzał obrazić
członków rządu, a tym bardziej Pana Premiera” 875. Ale, jak mówił Majski,
radziecki przywódca uważał, że odmowa wypowiedzenia wojny Finlandii
stawiała jego i jego kraj „w upokarzającej sytuacji” 876; to miała być
przyczyna ostrych sformułowań Stalina.
Churchill zapewne nie był stuprocentowo udobruchany, ale chciał mieć
pewność, że ta różnica zdań nie zaszkodzi dalszej współpracy wojskowej.
W napisanym nazajutrz liście do Stalina uderzył w pojednawcze tony.
„Moim jedynym pragnieniem jest pracowanie w warunkach wzajemnego
zaufania”, pisał. Proponował wysłać do Moskwy Edena i grupę
wojskowych ekspertów, by „przedyskutować z Panem każdy problem
dotyczący działań wojennych” 877.
Jednocześnie brytyjski przywódca starał się ograniczyć oczekiwania
Stalina, że oba kraje natychmiast zadecydują o kształcie „powojennych
działań na rzecz pokoju”. Choć miały „konsultować nieustannie wszelkie
nasze posunięcia”, dopiero gdy „wreszcie tę wojnę wygramy” 878, Związek
Radziecki, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone „zasiądą jako zwycięzcy
przy wspólnym stole” 879, by wyznaczyć warunki nowej ery
i „zabezpieczenia naszych wspólnych interesów” 880.
Następnie Churchill z niechęcią wystosował ultimatum pod adresem
Finlandii, Węgier i Rumunii, wzywając je do zaprzestania walk. Gdy
odmówiły, Wielka Brytania wypowiedziała im wojnę zgodnie z życzeniem
Stalina. Jednak poważniejszej sprawy powojennych ambicji Związku
Radzieckiego nie można było rozwiązać tak łatwo. Gdy Eden
przygotowywał się do grudniowej podróży do Moskwy, Churchill
i Roosevelt wiedzieli, że będą musieli poradzić sobie z nieustępliwymi
naciskami Stalina, który pragnął dyktować warunki wciąż jeszcze bardzo
odległego pokoju.

Przez cały okres kształtowania się stosunków pomiędzy Stalinem i jego


anglosaskimi odpowiednikami Churchill i Roosevelt mieli dwa nadrzędne
cele. Pierwszym było zrobienie wszystkiego, by wesprzeć Związek
Radziecki w walce o przetrwanie niemieckiej agresji. „Nie rozważamy
nawet możliwości wycofania się z naszych obietnic względem Rosji” 881,
poinstruował Churchill swoich bezpośrednich podwładnych 3 listopada.
Drugim celem było zadbanie o to, by Stalin nie wycofał się z walki
z Niemcami i nie dobił nowego targu z Hitlerem.
Perspektywa ponownego porozumienia się obu tyranów wydawała się
wówczas bardzo odległa, lecz ani Churchill, ani Roosevelt nie uważali, że
mogą tę ewentualność ignorować całkowicie. Ironią losu pomoc udzielana
przez Stalina Hitlerowi od podpisania paktu Ribbentrop–Mołotow przed
niemiecką agresją na Polskę aż do momentu niemieckiej napaści na jego
kraj dawała mu dodatkowe atuty w stosunkach z nowymi sojusznikami.
Choć nigdy nie wspomniano o tym wprost, Stalin miał możliwość szantażu:
gdyby uznał, że Waszyngton i Londyn nie dają mu tego, czego chce, lub
gdyby stwierdził, że niemieckiej machiny wojennej powstrzymać się nie da,
mógłby ponownie zastanowić się nad opowiedzeniem się po drugiej stronie.
Według autobiografii córki Stalina, Swietłany Alliłujewej, Stalin nigdy
nie wyzbył się całkowicie idei sojuszu z Hitlerem. „Ech, razem z Niemcami
bylibyśmy niezwyciężeni!” 882, miał według niej mówić po zakończeniu
wojny.
Ci spośród brytyjskich i amerykańskich urzędników, którzy opowiadali
się za ostrzejszą postawą względem żądań Stalina, musieli argumentować,
że separatystyczny pokój między państwami totalitarnymi nie jest już
możliwy, a zatem nie można go traktować jako wiarygodnej groźby. Wśród
osób najdobitniej wyrażających to stanowisko był William Bullitt, pierwszy
ambasador Roosevelta w Moskwie, później zaś amerykański ambasador we
Francji. Bullitt nadal doradzał Rooseveltowi w kwestiach radzieckich 883.
Podkreślał, że Stalin nigdy nie zawrze nowego paktu z Hitlerem, ponieważ
niemiecka agresja zniszczyła resztki zaufania między nimi.
Tak jak George Kennan i inni doradcy do spraw radzieckich, Bullitt
zachęcał Roosevelta do postrzegania Stanów Zjednoczonych jako kraju
dysponującego środkami nacisku. Pragnął, by w zamian za udzielenie
pomocy Lend-Lease Roosevelt naciskał na zagwarantowanie przez Stalina
powrotu do przedwojennych granic z Polską i innymi sąsiadami. Łącząc
pomoc dla Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego z zabezpieczeniem
powojennej przyszłości Europy, Stany Zjednoczone mogły zapewnić sobie,
jak wyjaśniał Bullitt, „dominującą pozycję polityczną”.
Odpowiadając na listy Bullitta, Roosevelt deklarował swą zgodę na
wiele argumentów, jednak prezentował zdecydowanie odmienną opinię
w sprawie stosunków ze Stalinem. „Jeśli dam mu wszystko, co tylko mogę,
i niczego nie będę żądał w zamian, noblesse oblige, nie będzie próbował
niczego anektować”, pisał prezydent. Bullitt odparł, że „nie mówi o diuku
Norfolk, ale o kaukaskim bandycie, który otrzymawszy wszystko za nic,
pomyśli sobie jedynie, że ma do czynienia z durniem”.
Niemniej w obliczu takiej argumentacji Roosevelt instynktownie zaczął
coraz mocniej polegać na opinii tych swoich doradców, którzy
usprawiedliwiali politykę zgadzania się na wszelkie radzieckie życzenia.
Joseph Davies, następca Bullitta na placówce w Moskwie, który cieszył się
reputacją gorliwego apologety Stalina, ponownie zaczął regularnie udzielać
prezydentowi rad. Ich ton można łatwo wywnioskować z lektury książki
Daviesa Mission to Moscow [Misja w Moskwie] opublikowanej krótko po
niemieckiej agresji. Wychwalał tam dążenia radzieckich przywódców do
„braterstwa ludzkości” 884 i pokoju na świecie.
Gdy Roosevelt otrzymał swój egzemplarz napisanej przez Daviesa ody
do Związku Radzieckiego, zanotował w niej: „Ta książka przetrwa” 885. Nie
dziwi zatem, że pozostawał nieporuszony wobec ostrzeżeń Bullitta i innych
co do radzieckich ambicji terytorialnych. „Nie sądzę, że powinniśmy się
obawiać możliwości radzieckiej dominacji [w Europie]” 886, pisał do
admirała Williama Leahy’ego, swego ambasadora przy rządzie Vichy.
Steinhardt, następca Daviesa na stanowisku ambasadora w Moskwie,
padł ofiarą rosnącej presji na prowadzenie polityki rosyjskiej zgodnie
z tymi założeniami. Steinhardt nie był doktrynerem: popierał program
pomocy wojskowej dla ZSRR, sprzeciwiał się jednak pomocy udzielanej
bez żadnych warunków. Praca w Moskwie uczyniła zeń patrzącego trzeźwo
realistę, pozbawionego złudzeń co do motywacji i metod Stalina. Harriman
podczas wizyty z Beaverbrookiem w Moskwie donosił, że Stalin otwarcie
wyraził swoje niezadowolenie z ambasadora, nazywając go „defetystą
i siewcą plotek” 887.
Twierdząc, że potrzebny mu jest ambasador lepiej obeznany ze
sprawami produkcji i zaopatrzenia, 5 listopada Roosevelt odwołał
Steinhardta. Strona radziecka wszakże nie miała zamiaru nagradzać takich
gestów bardziej otwartym podejściem do Anglosasów udzielających jej
żywotnej pomocy 888. Zespół Lend-Lease kierowany przez Hopkinsa
i Harrimana poprosił o przyznanie wiz amerykańskim technikom, którzy
mieli pomagać w utrzymaniu wysyłanego do Związku Radzieckiego
sprzętu. Spotkali się z kategoryczną odmową; Kreml oświadczył, że nie
potrzebuje takich ludzi.
Pułkownik Philip Faymonville, były attaché wojskowy, który teraz
reprezentował w Związku Radzieckim program Lend-Lease, jak zwykle
zbagatelizował ten najświeższy dowód na to, że polityka zadowalania
Stalina za wszelką cenę czyni zeń jedynie trudniejszego sprzymierzeńca.
Hopkins zgodził się z nim, pisząc, że nie ma powodu naciskać na kwestię
wiz dla techników, jako że „to jedynie zirytuje Rosjan z powodu czegoś, co
nie jest dla nas naprawdę ważne” 889.
W szeregach amerykańskiej administracji nadal trwały debaty co do
tego, jak daleko można się posunąć w zaspokajaniu życzeń Stalina.
Harriman uważał, że przystąpienie do negocjacji z radzieckim przywódcą
na temat przyszłych granic w Europie nie byłoby niczym złym 890. Jednak
sekretarz stanu Hull nalegał, by Wielka Brytania i Stany Zjednoczone
obstawały przy stanowisku, że nie powinno się prowadzić jakichkolwiek
rozmów w tej sprawie przed wygraniem wojny. Gdy Anthony Eden
przygotowywał się do wyjazdu do Moskwy, Hull polecił Johnowi
Winantowi, amerykańskiemu ambasadorowi w Londynie, by odczytał mu
jasną notę mającą wykluczyć jakiekolwiek rozmowy o tym podczas jego
wizyty. Ostrzegał w niej przed „jakąkolwiek skłonnością do zaciągania
nowych zobowiązań dotyczących szczegółowych warunków powojennych
rozstrzygnięć” między Wielką Brytanią a Związkiem Radzieckim. „Przede
wszystkim nie może być żadnych tajnych porozumień” 891, dodał.
Jak długo jednak żywiono wątpliwości co do tego, czy ZSRR jest
w stanie przeciwstawić się niemieckiej potędze, i jak długo ostateczny
wynik wojny był niepewny, tak długo w Londynie i Waszyngtonie
dominowała chęć utrzymania Stalina po ich stronie za wszelką cenę. Choć
niemieckie uderzenie na Moskwę zdawało się słabnąć, na innych odcinkach
siły Hitlera nadal robiły postępy. 24 października na przykład zdobyły
Charków, drugie co do wielkości miasto Ukrainy. Siły Osi ukazywały swe
możliwości także w innych miejscach. W końcu listopada wojska
niemieckie i włoskie, dowodzone przez generała Erwina Rommla, trafnie
nazwanego „Lisem Pustyni”, toczyły zacięte walki z wojskami brytyjskimi
w Libii.
Tymczasem w Londynie poseł torysów Harold Nicolson oddał panujący
nastrój napięcia wpisem z 26 listopada: „Może czekać nas bardzo ponury
tydzień. Moskwa może upaść. Japonia może stanąć przeciw nam. Francja
może dołączyć do Osi. Możemy zostać pobici w Libii. Lękam się, że
wszystko to może bardzo źle wpłynąć na prestiż Winstona” 892.
Na szali znajdowało się znacznie więcej niż tylko prestiż brytyjskiego
przywódcy. Bieg wydarzeń w końcu 1941 r. sugerował, że zbliża się punkt
zwrotny wojny.
11

Akt piąty

Wieczorem 7 grudnia amerykański ambasador Winant i Averell Harriman


byli wśród gości Churchilla na kolacji w Chequers. Harriman wspominał,
że gospodarz wyglądał na „zmęczonego i przygnębionego” 893. Winant
zgadzał się, że premier wyglądał „bardzo ponuro” i był milczący jak nigdy,
zapewne za sprawą obawy, że w razie japońskiego ataku na kolonie
brytyjskie w Azji będzie musiał toczyć wojnę na dwóch frontach.
Gdy Winant przybył tego dnia, Churchill oznajmił mu, że w razie ataku
Japonii na Stany Zjednoczone Wielka Brytania wypowie jej wojnę. Potem
zapytał znacząco: „A jeśli wypowiedzą wojnę nam, czy wypowiecie wojnę
im?” 894. Winant uniknął odpowiedzi, stwierdzając, że wojnę wypowiedzieć
może tylko Kongres. Ambasador dobrze wiedział, co myśli Churchill:
„Musiał rozumieć, że jeśli Japonia zaatakuje Syjam lub jakieś terytorium
brytyjskie, zmusi to Wielką Brytanię do prowadzenia wojny w Azji bez
naszego udziału” 895.
Harry Hopkins przysłał Churchillowi nieduże radio warte 15 dolarów.
Zgodnie ze zwyczajem przy takich okazjach premier poprosił swego
kamerdynera Franka Sawyersa, by przyniósł je do jadalni przed
wieczornymi wiadomościami o dziewiątej. Churchill włączał radio „dość
długo”, wspominał Harriman, przez co przegapił pierwszą informację
o japońskim ataku na Pearl Harbor tego ranka. Gdy spiker powtórzył tę
wiadomość, przez pewien czas nie było pewności co do celu ataku.
Sawyers, który oddalił się na chwilę, powrócił i rozwiał wszelkie
wątpliwości. „Słyszeliśmy to u nas”, powiedział. „Japończycy zaatakowali
Amerykanów” 896. Wiadomość potwierdziła też Admiralicja; wszyscy przez
moment byli wstrząśnięci.
W jednej chwili nastrój Churchilla się odmienił. Zerwał się, wykrzyknął:
„Wypowiadamy wojnę Japonii!”, i ruszył do drzwi. Winant skoczył za nim.
„Dobry Boże”, powiedział premierowi, „nie może pan wypowiedzieć
wojny z powodu wiadomości radiowych!” Churchill zawahał się i spytał:
„Co powinienem zrobić?”. Ambasador zdawał sobie sprawę, że cokolwiek
premier już postanowił, to uczyni, jednak pytanie owo zadał „w uprzejmym
geście wobec przedstawiciela zaatakowanego kraju” 897.
Winant zaproponował, że zatelefonuje do Roosevelta. Gdy dyplomatę
połączono z prezydentem, powiedział Rooseveltowi, że jest z nim jego
przyjaciel, który chciałby porozmawiać. „Dowie się pan, kto to, gdy tylko
usłyszy jego głos” 898, stwierdził.
Churchill przejął słuchawkę od Winanta. „Panie Prezydencie, czy to
prawda z Japonią?”, zapytał.
„Tak”, odparł Roosevelt. „Zaatakowali nas w Pearl Harbor. Jesteśmy
teraz w jednakowym położeniu”.
„To znacznie ułatwia sprawy”, powiedział Churchill. „Bóg z wami” 899.
Obiecał, że gdy tylko Stany Zjednoczone wypowiedzą wojnę Japonii,
Wielka Brytania natychmiast zrobi to samo. Jak się dowiedział niedługo
potem, siły japońskie zaatakowały także Malaje, co oznaczało, że uderzyły
jednocześnie na Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię.
Brytyjski przywódca obserwował reakcje Winanta i Harrimana na
„niezwykle szokujące” wiadomości o tym, że ich kraj został zaatakowany.
„Nie rozpaczali z tego powodu, że ich kraj przystępuje do wojny. Nie
marnowali słów”, wspominał. „Można było nawet sądzić, że zrzucili
z siebie jakiś wielki ciężar” 900.
Zwolennicy premiera w kraju ledwie mogli uwierzyć w to, co się stało.
„Jestem oszołomiony wiadomością”, pisał tego dnia Harold Nicolson.
Zaznaczając, że Japończycy prowadzili z Amerykanami do ostatniej chwili
negocjacje, dodał: „Wydaje się to równie szalone jak atak Hitlera na Rosję.
Pozostaję zdumiony” 901.
Nazajutrz, podczas specjalnej sesji obu izb Kongresu, Roosevelt zwrócił
się do niego z prośbą o wypowiedzenie wojny Japonii. Jak napisał wkrótce
w telegramie do Churchilla, Senat udzielił zgody stosunkiem głosów 82 do
0, Izba Reprezentantów zaś przegłosowała ją stosunkiem 388 do 1.
Powtórzył to, co powiedział wcześniej przez telefon: „Od dzisiaj jesteśmy
w tej samej łodzi z panem i obywatelami imperium i łódź ta nie może
zatonąć, i nie zatonie” 902.
Nawet Charles Lindbergh pojął, że on i inni izolacjoniści znajdują się
w tej samej łodzi, i przyznał, że jego walka o utrzymanie Stanów
Zjednoczonych poza wojną dobiegła końca. W oświadczeniu
przygotowanym dla America First Committee i wydanym 8 grudnia wezwał
swych rodaków do działania „jako zjednoczeni Amerykanie, niezależnie od
naszego przeszłego stosunku do polityki prowadzonej przez rząd. Czy
polityka ta była rozważna, czy nie, nasz kraj został zaatakowany zbrojnie
i zbrojnie musimy na atak ten odpowiedzieć” 903.
Wpis w dzienniku lotnika z tego dnia odzwierciedla jego bardziej
osobiste przekonania: „Gdybym był w Kongresie, z pewnością
głosowałbym za wypowiedzeniem wojny” 904, pisał.
Tego samego dnia po drugiej stronie Atlantyku Churchill przemówił do
Parlamentu, spełniając obietnicę zyskania poparcia dla brytyjskiego
wypowiedzenia wojny Japonii. Nicolson zauważył, że premier wkroczył do
Izby Gmin „z pochyloną głową i wyrazem ponurej determinacji na twarzy”,
nie zaś w tryumfalnym nastroju. „Izba oczekiwała radości z powodu
włączenia się Ameryki do wojny, jest więc co nieco zdezorientowana” 905,
dodał.
Brytyjski przywódca ostrzegł zgromadzonych posłów przed
niedocenianiem „ani tu, ani w Stanach Zjednoczonych czyhającego na nas
niebezpieczeństwa”. Mocarstwa zachodnie i ich radziecki sprzymierzeniec
prowadzą długie, ciężkie zmagania, kontynuował, ale zapewniał ich, że
„dysponując dostępną nam siłą, zwyciężymy”.
Następnie wskazał, jak radykalnie zmienił się stosunek potencjałów
demograficznych i gospodarczych po Pearl Harbor. „Po naszej stronie
znajdują się co najmniej cztery piąte ludności całego globu”, powiedział.
„Kiedyś świeciło nam małe, migotliwe światełko, dziś mamy światło
błyskające równym płomieniem, który w przyszłości rozgorzeje nad lądami
i morzami” 906. Obie izby Parlamentu jednogłośnie poparły wypowiedzenie
wojny.
Churchill celowo nie wspomniał o jednym niewygodnym szczególe,
który mógł być przyczyną tego, że nie okazywał radości: Stany
Zjednoczone oficjalnie znajdowały się wówczas w stanie wojny jedynie
z Japonią, nie zaś z Niemcami. Był jednak przekonany, że wydarzenia
biegną tak szybko, iż ten kolejny krok nastąpi już wkrótce. We
wspomnieniach przywoływał intensywność swych emocji na wieść
o włączeniu się Ameryki do walki: „Chyba żaden Amerykanin nie pomyśli
o mnie nic złego, jeśli powiem otwarcie, że fakt przystąpienia USA do
wojny przy naszym boku powitałem z ogromną radością”, pisał. „Nigdy
dokładnie nie znałem militarnej siły Japonii, lecz teraz wiedziałem jedno:
Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny i walczyć będą aż do końca” 907.
Jeśli chodziło o Churchilla, oznaczało to tylko jedno: „Tak więc mimo
wszystko wygraliśmy!” 908. Jak dodał, choć wojna mogła się toczyć jeszcze
bardzo długo, „Anglia przeżyje; Wielka Brytania przeżyje; Wspólnota
Narodów i całe Imperium również żyć będą. (…) Nie zostaniemy
wymazani z mapy świata. (…) Los Hitlera był przypieczętowany. Los
Mussoliniego również. Co do Japończyków, to zostaną oni starci na
proch” 909.
Tylko „głupcy”, dodał, nie docenialiby Stanów Zjednoczonych.
Wspomniał uwagę sir Edwarda Greya sprzed trzydziestu lat na temat tego
kraju. Grey, który w początkach wieku był brytyjskim ministrem spraw
zagranicznych, powiedział Churchillowi, że Ameryka jest „ogromnym
kotłem. Gdy raz rozpali się pod nim ogień, nie ma granic dla mocy, jaką
z siebie wytworzy” 910.
By skorzystać z tego ognia, Churchill zaproponował Rooseveltowi
kolejne spotkanie, tym razem w Stanach Zjednoczonych. 9 grudnia napisał,
że może wyruszyć w podróż przez Atlantyk praktycznie natychmiast. Jego
wizyta pozwoli im „przedyskutować całościowy plan prowadzenia tej
wojny w świetle istniejących faktów. Pozostają także sprawy produkcji i jej
podziału”, dodawał. „Również z wielką przyjemnością spotkam się
ponownie z Panem, a im wcześniej się to stanie, tym lepiej” 911.

Wieczorem 7 grudnia George Kennan, specjalista od spraw radzieckich,


który po wybuchu wojny trafił do ambasady amerykańskiej w Berlinie,
usłyszał nadawane na falach krótkich słabe, ale wyraźne amerykańskie
wiadomości radiowe o ataku na Pearl Harbor. Jako że Waszyngton przez
poprzednie dwa lata celowo nie obsadzał stanowiska ambasadora, Kennan
zadzwonił do chargé d’affaires Lelanda Morrisa, który już spał, oraz do
szeregu innych urzędników ambasady, by pospiesznie zorganizować
w placówce nocne spotkanie. Jak wspominał, celem było „rozważenie
naszych działań, gdyż koniec zdawał się bliski” 912. Tak samo jak Churchill
zakładał, że Pearl Harbor oznacza nie tylko początek wojny z Japonią, ale
wkrótce doprowadzi do wojny także z Niemcami.
Nastąpiły cztery dni „nieznośnej niepewności”, pisał Kennan, gdy on
i jego koledzy czekali, aż Hilter zdecyduje, czy okazać solidarność
z Japonią poprzez wypowiedzenie wojny Stanom Zjednoczonym. Jako że
Roosevelt nie okazał w żaden sposób, że zamierza go wyprzedzić, działać
musiał niemiecki przywódca. Wszystko w tym okresie wskazywało, że
Hitler już się zdecydował. „Jeden za drugim, w ciągu tych czterech dni,
nasze kanały łączności ze światem zewnętrznym przestawały
funkcjonować” 913, wspominał Kennan. Biuro telegraficzne odmówiło
przyjmowania telegramów ambasady, we wtorek zaś odcięto telefony.
W efekcie amerykańscy dyplomaci nie mieli łączności z Waszyngtonem.
„Byliśmy zdani na siebie” 914, stwierdził.
We wtorek wieczorem Kennan i jego współpracownicy zdecydowali się
zacząć palić szyfry i tajną korespondencję, zakładając, że niemieckie
wypowiedzenie wojny jest bliskie. Rozumieli, że jeśli ono nie nadejdzie,
„będziemy wyglądać na głupców”, ale „wyszlibyśmy na jeszcze większych
głupców, gdyby wojna przyszła, a my zaniedbalibyśmy tego kroku” 915.
Gdy Amerykanie niszczyli swe dokumenty, wiatr roznosił strzępki
spalonego papieru po okolicznych budynkach, wskutek czego inspektor
budowlany ostrzegł ich, że ambasada stanowi zagrożenie pożarowe dla
okolicy 916.
W czwartek Hitler przemówił do Reichstagu, rozwlekle krytykując
Roosevelta i „diaboliczną przewrotność zgromadzonego wokół tego
człowieka żydostwa”. Twierdził, że amerykański prezydent odrzucił
wszystkie rzekomo składane niemieckie propozycje pokojowe. Następnie
Hitler wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym, deklarując „niezmienną
determinację prowadzenia raz rozpoczętej walki do zwycięskiego
końca” 917. Gdy nazistowski przywódca przemawiał, telefon w ambasadzie
„nagle i tajemniczo wrócił do życia”; Morris został wezwany do von
Ribbentropa. Niemal w tej samej chwili pod ambasadę podjechał samochód
z oficerem protokołu, by zawieźć chargé d’affaires do Ministerstwa Spraw
Zagranicznych. Tam von Ribbentrop nie pozwolił mu usiąść, odczytał
wypowiedzenie wojny, po czym wrzasnął: „Pański prezydent chciał tej
wojny! No to ją ma!”.
Ale tak jak w przypadku agresji na Związek Radziecki to Hitler
ponownie przekonał sam siebie, że dalsze poszerzenie wojny przyniesie mu
korzyść i przybliży niemieckie zwycięstwo. Nazajutrz po Pearl Harbor
oświadczył: „W ogóle nie możemy przegrać wojny! Mamy teraz oto
sojusznika nie pokonanego od trzech tysięcy lat” 918. Przy takim
rozumowaniu wypowiedzenie wojny przez Hitlera było całkowicie
sensowne – i stanowiło dla niego powód do dumy. „Wielkie mocarstwo nie
pozwala wypowiadać sobie wojny, lecz wypowiada wojnę samo” 919,
wyjaśnił von Ribbentrop.
Tego samego dnia w rozmowie telefonicznej z Ciano niemiecki minister
spraw zagranicznych, jak zanotował jego włoski odpowiednik, „dalece
cieszy się” 920 z powodu poszerzenia wojny. Hitler uważał, że Japonia
zwiąże Stany Zjednoczone na Pacyfiku. Jak ujął to Goebbels, „Wybuch
wojny Japonii ze Stanami Zjednoczonymi doprowadził do całkowitego
zwrotu w międzynarodowej sytuacji na świecie. Stanom Zjednoczonym
trudno będzie teraz przewozić znaczące dostawy materiałów do Anglii,
a tym bardziej do Związku Radzieckiego” 921.
Niektórzy generałowie Hitlera powątpiewali w takie założenia.
Feldmarszałek von Bock, którego Grupa Armii „Środek” znajdowała się
w coraz bardziej desperackim położeniu na przedpolach Moskwy,
zanotował nazajutrz po Pearl Harbor, że spodziewany wybuch otwartej
wojny ze Stanami Zjednoczonymi zapowiada dalsze kłopoty. „Amerykanie
mają teraz legalną podstawę do wspierania Anglików i Rosjan, co i tak już
czynili”, zapisał w dzienniku. Następnie dodał tęsknie: „Jakże inaczej
wszystko by wyglądało, gdyby Japończycy zaatakowali Rosjan” 922.
Włochy dały się pociągnąć pędowi do wypowiedzenia wojny Stanom
Zjednoczonym. Jak pisał Ciano 8 grudnia, Mussolini z radością przyjął to
„wyjaśnienie” sytuacji między aliantami a Osią. Włoski minister spraw
zagranicznych dodał wszakże: „nie jestem pewien korzyści, jakie stąd
wypłynąć mają dla nas” 923. Wejście Ameryki do długotrwałego konfliktu,
pisał, sprawi, że będzie „mogła wykorzystać wszystkie swoje zasoby na
cele wojenne” 924.
Był to argument, którego Hitler nie miał ochoty słuchać. Po nieudanej
próbie pobicia Wielkiej Brytanii mówił, że pokonanie Związku
Radzieckiego skłoni Brytyjczyków do zawarcia pokoju na jego warunkach
i dodatkowo utrzyma Stany Zjednoczone poza wojną. Teraz, gdy jego
wojskom nie udało się zadać spodziewanego nokautującego ciosu siłom
Kremla, postrzegał równie nieprzemyślane działanie Japonii jako swoje
wybawienie. Wszelka eskalacja konfliktu miała rzekomo pomóc mu
odnieść zwycięstwo, które zawsze wydawało się na wyciągnięcie ręki. Po
raz kolejny udowadniał, że jest mistrzem w zwodzeniu samego siebie.
W sobotę to Kennan został wezwany do berlińskiego Ministerstwa
Spraw Zagranicznych. Powiedziano mu, że amerykańscy dyplomaci mają
opuścić swe mieszkania, zabierając tylko po dwie sztuki bagażu, i nazajutrz
zgłosić się w ambasadzie. Gdy pojawili się tam zgodnie z instrukcją, zastali
budynek „strzeżony już przez funkcjonariuszy Gestapo, sami zaś staliśmy
się ich więźniami”, wspominał Kennan. Przebywających jeszcze w mieście
amerykańskich dziennikarzy zatrzymano już wcześniej.
Amerykańscy dyplomaci i dziennikarze zostali przewiezieni autobusami
na Dworzec Poczdamski, gdzie wsiedli do specjalnego pociągu 925.
Miejscem docelowym był Bad Nauheim, kurort koło Frankfurtu.
Umieszczono ich w Jeschke Grand Hotel, nieczynnym od początku wojny.
W tym ledwie ogrzewanym budynku spędzili następne pięć i pół miesiąca,
do czasu zorganizowania wymiany na niemieckich dyplomatów
i dziennikarzy ze Stanami Zjednoczonymi. Ci ostatni byli przetrzymywani
w znacznie bardziej luksusowych warunkach – w Greenbrier, eleganckim
hotelu w kurorcie White Sulphur Springs w Wirginii Zachodniej.
Amerykanie wracali do kraju z wielką ulgą, niektórzy ich niemieccy
odpowiednicy zapewne marzyli później o spędzeniu całej wojny
w komfortowym Greenbrier.

Jako że niemiecka ofensywa na Moskwę szybko traciła impet, 29 listopada


Stalin zapytał generała Żukowa: „Jesteście pewni, że nieprzyjaciel
przechodzi kryzys i nie może wprowadzić nowych sił do walki?” 926.
„Wróg jest wyczerpany” 927, odparł Żukow. Spiesznie jednak dodał, że
jego wojska mogą znów znaleźć się w opałach, jeśli Niemcy wprowadzą
świeże odwody. Żadna ze stron nie była pewna pozostałego potencjału
wroga, choć było coraz bardziej jasne, że na przedpolach radzieckiej stolicy
zachodzi zmiana stosunku sił.
Podczas gdy niemieccy oficerowie i żołnierze walczący pod Moskwą
zdawali sobie z tego sprawę, Hitler pojął to ostatni. 30 listopada dowódca
wojsk lądowych generał von Brauchitsch zadzwonił do von Bocka
z wprawiającym w osłupienie oświadczeniem: „Führer jest przekonany, że
Rosjanie są na krawędzi załamania. Domaga się od pana całkowitego
zaangażowania, panie feldmarszałku von Bock, by załamanie to stało się
rzeczywistością” 928. Von Brauchitsch podkreślał też, że za wynik tych
zmagań odpowiedzialny jest von Bock, sygnalizując, iż Hitler nie ma
zamiaru dzielić się winą za jakiekolwiek niepowodzenie.
„O ile nie otrzymamy natychmiast silnych odwodów, nie mogę brać
odpowiedzialności za rezultaty”, zaprotestował von Bock. Stwierdził też, że
on i jego oficerowie „błagali o zimowe umundurowanie i zaopatrzenie” już
od dawna i choć temperatury gwałtownie spadły, ich żołnierze „ubrani
jedynie w cienkie płaszcze walczą przeciwko obficie zaopatrzonemu
wrogowi” 929.
„Artykuły zimowe zostały przecież dostarczone” 930, odparł von
Brauchitsch, utrzymując, że dostawy rozpoczęły się na początku
października.
Fedor von Bock oświadczył, że jest inaczej. Być może, dodał złośliwie,
„niezbędne wyposażenie zimowe jest zgromadzone w składach
i magazynach za frontem. O ile w ogóle istnieje”. Jego Grupa Armii
„Środek”, mówił, „nie jest już w stanie wykonać zadania” 931.
Niezniechęcony, von Bock wysłał telegram z równie jasnym przekazem
do Oberkommando des Heeres. „Jakiekolwiek przekonania wyższego
dowództwa o rychłym załamaniu nieprzyjaciela są, jak dowodzą
wydarzenia ostatnich kilku dni, jedynie mrzonkami”, pisał. „Nieprzyjaciel
ma obecnie przewagę liczebną u bram Moskwy” 932.
Na dowody nie trzeba było długo czekać. 6 grudnia, gdy temperatury
spadły do 45 stopni poniżej zera, Żukow na rozkaz Stalina przeprowadził
pierwszą radziecką kontrofensywę w tej wojnie 1. Celem było odrzucenie
Niemców z ich pozycji pod Moskwą i odwrócenie biegu wydarzeń.
Pokazało to, jak bardzo wyczerpane i rozciągnięte były niemieckie
oddziały. Nawet Hitler musiał w końcu ustąpić wobec apeli swych
generałów i przyjąć do wiadomości choć część faktów.
8 grudnia Hitler wydał dyrektywę numer 39, w której uznano, że marsz
na Moskwę jest niewykonalny. „Surowa zima, która nadeszła na Wschodzie
zaskakująco wcześnie, oraz związane z nią trudności w dowozie
zaopatrzenia zmuszają nas do natychmiastowej rezygnacji ze wszystkich
większych działań ofensywnych i przejścia do obrony” 933, głosił tekst.
Oczywiście mroźna zima nie powinna była być zaskoczeniem, a kłopoty
z dostawami zaopatrzenia wystąpiły o wiele wcześniej. Wszystko to jednak
było częścią zwykłego u Hitlera naginania faktów, tak by odpowiadały jego
wersji, w której za wszelkie niepowodzenia winę ponosili inni lub czynniki
zewnętrzne.
Tymczasem na froncie liczba niepowodzeń rosła. W dniu, w którym
Hitler wydał swą dyrektywę, generał Guderian napisał: „Rosjanie silnie
naciskają na nas i trzeba być przygotowanym na jeszcze niejeden przykry
incydent” 934. Analizując straty swych oddziałów wynikłe z walk
i odmrożeń oraz utratę wielu pojazdów, które przestały funkcjonować w tak
wielkich mrozach, skarżył się na załamanie całej niemieckiej ofensywy
oraz znaczenie tego faktu dla dalszego biegu wojny. „Nie chodzi o mnie,
chodzi o sprawę znacznie ważniejszą – o Niemcy” 935, pisał. W liście do
żony dwa dni później dodał: „Nie doceniono – i to bardzo poważnie –
przeciwnika, wielkości jego kraju i zdradliwości klimatu. Teraz mści się to
na nas” 936.
Fabian von Schlabrendorff, jeden z niemieckich oficerów, który później
dołączył do spisku przeciwko Hitlerowi, twierdził, że nieudana próba
zdobycia Moskwy była czymś więcej niż tylko przegraną militarną. „Wraz
z nią rozwiał się mit niezwyciężoności niemieckiego żołnierza”, pisał we
wspomnieniach. „Był to początek końca. Armia niemiecka nigdy w pełni
nie otrząsnęła się z tej porażki” 937.
Hitler jednak w żadnym razie nie zamierzał wyzbywać się wiary w mity,
gdyż oznaczałoby to przyznanie się do własnych błędów. Zamiast tego
zasygnalizował zamiar dalszego obarczania winą innych przy
jednoczesnym ograniczaniu swym wojskom prawa do odwrotu. „Trwa
poszukiwanie kozłów ofiarnych winnych zahamowania uderzenia na
Moskwę” 938, pisał w swym dzienniku major Gerhard Engel 8 grudnia.
Mimo że oddziały Żukowa rozpoczęły już kontrofensywę, adiutant Hitlera
w tym samym wpisie ujawnił, że Führer uparcie trzymał się swych złudzeń.
„Nie wierzył w świeże siły rosyjskie, był zdania, iż prawdopodobnie to
ostatnie odwody z Moskwy” 939.
Do 13 grudnia wojska niemieckie zostały odrzucone o niemal sto
kilometrów, co dało Moskwie bardzo potrzebną jej chwilę oddechu 940.
„Prawda” sławiła to osiągnięcie na pierwszej stronie: „UPADEK
NIEMIECKICH PLANÓW OTOCZENIA I ZDOBYCIA MOSKWY.
NIEMIECKIE WOJSKA POKONANE POD MOSKWĄ” 941. Nie była to
jedynie propaganda. Wasilij Grossman, korespondent wojenny „Krasnej
Zwiezdy”, pisał w dzienniku: „Teraz wszystko jest inaczej niż latem. Na
drogach i w stepie mnóstwo rozbitych niemieckich samochodów,
porzuconych dział, walają się setki niemieckich trupów, hełmy, broń. My
atakujemy!” 942.

Choć Hitler zatwierdził przejście z ataku do obrony, wpadł w furię na


wieść, że żołnierze niemieccy cofają się przed radziecką kontrofensywą.
Guderian był przekonany, że jedynym sposobem uratowania jego
oddziałów jest wycofanie ich dalej od frontu – gdy tylko to możliwe, tam
gdzie uda się okopać i umocnić przed zamarznięciem ziemi. „Ale właśnie
na wycofanie się na tę linię Hitler nie chciał się zgodzić” 943, skarżył się.
Von Brauchitsch był bardziej ustępliwy i zatwierdził ograniczony odwrót
jednostek Guderiana. Dowiedziawszy się o tym, 16 grudnia Hitler
zadzwonił do Guderiana. Połączenie rwało się, jednak niemiecki przywódca
dał jasno do zrozumienia, że żadne wycofywanie się nie będzie tolerowane.
Generał Halder, szef Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych, zapisał
w swym dzienniku, że Hitler powtórzył te instrukcje wszystkim wyższym
dowódcom o północy. „(…) o wycofaniu się nie może być żadnej mowy”,
notował Halder, relacjonując dyspozycje Hitlera. „Tylko w niektórych
miejscach głębsze włamania nieprzyjaciela. Rozbudowa rubieży tyłowych
jest fantazją” 944.
W swych powojennych wspomnieniach feldmarszałek Erich von
Manstein utrzymywał, że Hitler powtarzał błędy popełnione przez Stalina
na początku operacji „Barbarossa”, gdy jego wojska stanęły przed
przytłaczającą przewagą. „(…) w trakcie pierwszego kryzysu pod Moskwą
Hitler przejął od Stalina receptę na upartą i zaciekłą obronę każdej pozycji”,
pisał. „Ten sposób prowadzenia wojny przez sowieckie dowództwo w roku
1941 omal nie doprowadził Rosji do katastrofy” 945. Von Manstein
stwierdził, że błąd ten Hitler miał powtarzać z biegiem wojny raz za razem,
uparcie trwając przy przeświadczeniu, że zwycięstwo wymaga „utrzymania
własnych pozycji za wszelką cenę” 946.
Percy Ernst Schramm, historyk, który później prowadził dziennik
działań wojennych Hitlera, przyznał, że zachowanie niemieckiego
przywódcy w trakcie kontrofensywy Żukowa ustanowiło wzór jego reakcji
na kolejne niepowodzenia. „Nie wyciągnął oczywistych wniosków
wojskowych z głębokiego kryzysu zimy 1941–1942, gdy armie niemieckie
zostały zatrzymane u bram Moskwy”, pisał, „ani z katastrofy
stalingradzkiej w lutym 1943 r., ani z załamania się oporu Osi w Afryce
Północnej w maju 1943 r., ani też z kolejnych ciosów” 947. Zamiast tego
Hitler nieodmiennie stawał się „bardziej uparty, bardziej głuchy na
rady” 948.
Hitler był przekonany, że jakiekolwiek niepowodzenie w realizacji jego
rozkazów dowodziło, iż generałowie nie stanęli na wysokości zadania – nie
zaś, że wyznaczone im zadania były od początku nierealne. Gdy
niepowodzenie ofensywy na Moskwę stało się oczywiste, zdymisjonował
von Brauchitscha i osobiście przejął dowodzenie wojskami lądowymi.
„Dowodzenie operacyjne to błahostka. Może to robić każdy”, powiedział
Halderowi, okazując otwartą pogardę wobec generałów. „Zadaniem
naczelnego dowódcy armii jest ćwiczenie wojska w narodowym
socjalizmie. Nie znam generała, który zdolny jest zrobić to tak, jak tego
chcę, postanowiłem więc przejąć dowodzenie wojskiem” 949.
Stalin również był przekonany, że jest najlepszym strategiem w kraju,
ale zaczął dawać Żukowowi więcej swobody w podejmowaniu
szczegółowych decyzji. Hitler postępował z generałami inaczej. Pozbywszy
się von Brauchitscha, naciskał na von Bocka, by wykonał rozkaz „Ani
kroku w tył!” 950. Gdy feldmarszałek ostrzegł go, że w rezultacie jego
żołnierzy czeka katastrofa, został zdymisjonowany ze względu na zły stan
zdrowia. 19 grudnia opuścił sztab Grupy Armii „Środek”, mówiąc swym
najbliższym podwładnym: „Drodzy koledzy, jeszcze przyjdą lepsze
czasy” 951.
Nazajutrz Guderian otrzymał wezwanie do Wilczego Szańca – kwatery
Hitlera. „Szybki Heinz” był niegdyś pupilem niemieckiego przywódcy,
robiąc na nim wrażenie śmiałym dowodzeniem jednostkami pancernymi
i serią błyskotliwych zwycięstw. Teraz jednak zupełnie wypadł z łask. Jak
napisał w swym dzienniku adiutant Hitlera, major Engel, „Jasne dla F.
[ührera], że Guderian [jest] niezdolny do dowodzenia” 952. Generał
zauważył zmianę nastrojów, gdy tylko wszedł do słabo oświetlonej sali
narad. „Hitler skierował się w moją stronę, aby mnie przywitać; ze
zdziwieniem po raz pierwszy ujrzałem jego oczy wlepione we mnie
z wyrazem wrogości” 953, wspominał.
Opisując położenie swoich wyczerpanych, znękanych żołnierzy,
Guderian meldował, że kontynuują zatwierdzony wcześniej przez von
Brauchitscha odwrót. „Nie! Zabraniam tego” 954, wykrzyknął Hitler.
Guderian wyjaśnił, że jedynym sposobem uniknięcia niepotrzebnych
strat wśród żołnierzy jest kontynuowanie przegrupowania na
bezpieczniejsze pozycje. Hitler jednak nie chciał o tym słyszeć. „W takim
razie musi pan wryć się pazurami w ziemię i bronić każdego metra
kwadratowego terenu!” 955, nalegał.
Guderian nie zamierzał ugiąć się przed poleceniami, które uważał za
absurdalnie nierealistyczne. „Już teraz nie wszędzie można wryć się
w ziemię, bo ziemia na głębokości 1–1½ metra jest zamarznięta i naszymi
nędznymi łopatkami nie możemy wykopać w niej dołu” 956.
Hitler miał rozwiązanie i tego problemu. „W takim razie musi pan
pociskami ciężkich haubic polowych wyryć leje i z nich stworzyć sobie
pozycję”, powiedział. „Podczas pierwszej wojny światowej robiliśmy to we
Flandrii” 957.
„We Flandrii nie było takich mrozów”, odparł Guderian. „Poza tym
amunicji potrzebuję do odpierania ataków Rosjan” 958.
Gdy przypomniał też Hitlerowi, że jego żołnierzom nadal nie
dostarczono zimowych mundurów, niemiecki przywódca, tak jak wcześniej
von Brauchitsch, nie chciał mu uwierzyć. Zbeształ Guderiana za „za wiele
współczucia” 959 wobec żołnierzy – coś, co w oczach Hitlera było ogromną
wadą.
Guderian pisał, że jego spotkanie z Hitlerem zakończyło się „wielkim
fiaskiem” 960. Tak jak w przypadku von Brauchitscha i von Bocka i on
musiał ponieść konsekwencje niepowodzenia – bo z pewnością nie miał ich
ponieść Führer. 26 grudnia także Guderian został pozbawiony dowództwa.
W pożegnalnym rozkazie do żołnierzy Guderian, tak jak von Bock,
uderzył we wzniosłe tony. „Wiem, że jak dotąd, tak i nadal będziecie
odważnie walczyć, mimo udręczeń zimy i przewagi nieprzyjaciela. Moje
myśli będą Wam towarzyszyć na tej ciężkiej drodze” 961, pisał. Mało jest
jednak prawdopodobne, by wierzył wówczas we własne słowa.
W Rzymie niemiecki ambasador Otto Christian Archibald von
Bismarck, wnuk słynnego kanclerza, nawet nie próbował ukrywać
przekonania, że dymisje tak wielu dowódców wojskowych stanowią dowód
nie ich niekompetencji, ale Hitlera. „Jesteśmy na piątym akcie wielkiej
tragedii”, powiedział do Filippa Anfuso, szefa kancelarii Ciano
w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. „(…) to, co się dzieje, dowodzi, że
Hitler jest »d…a«” 962. Usłyszawszy o tych słowach, Ciano zapisał
w dzienniku: „Ten młody człowiek przesadza, ale nie jest jedynym
Niemcem stojącym w opozycji” 963.
Piąty akt wciąż jeszcze był daleko, ale młody von Bismarck miał
absolutną rację, gdy twierdził, że Hitler wprowadził już Niemcy na ścieżkę
wiodącą do ostatecznej porażki i upadku.

Tydzień przed utratą stanowiska von Bock podał przykład tego, co


sprawiało, że był tak sfrustrowany swymi przełożonymi. Jego wpis
w dzienniku z 11 grudnia zawiera ten wiele mówiący fragment:
„Zostałem ustnie poinformowany, że grupie armii będzie
zagwarantowana minimalna liczba pociągów niezbędnych do przygotowań
do uderzenia. Niemal jednocześnie wszakże otrzymałem meldunek, że na
obszar tyłowy grupy armii wysyłanych jest szereg pociągów wiozących
Żydów z Niemiec! Poradziłem Halderowi, że ja zrobiłbym wszystko, by się
temu przeciwstawić, gdyż przybycie tych pociągów musi oznaczać utratę
równej liczby pociągów z zaopatrzeniem dla ofensywy” 964.
Zastrzeżenia von Bocka do deportacji Żydów na wschód, gdzie wielu
z nich natychmiast mordowano, wynikały ze względów czysto
praktycznych; nigdy nie zdradził czymkolwiek, by żywił też jakieś obiekcje
moralne. Rodzi to pytanie, które niedawno stało się przyczyną nowej
debaty wśród badaczy Holokaustu: Czy determinacja Hitlera
w eksterminacji Żydów zaszkodziła niemieckiemu wysiłkowi wojennemu?
W swej wydanej w 2014 r. książce Holocaust Versus Wehrmacht: How
Hitler’s »Final Solution« Undermined the German War Effort [Holokaust
a Wehrmacht. Jak „ostateczne rozwiązanie” Hitlera podkopało niemiecki
wysiłek wojenny] Yaron Pasher, pracownik jerozolimskiego Yad Vashem,
pisał, że właśnie tak było. Za Holokaustem „stała logistyka nie mniej
rozbudowana niż zaplecze całych armii. (…) Nie wspierała ona
niemieckiego wysiłku wojennego, ale była dlań obciążeniem” 965,
stwierdził. Podczas krytycznego etapu operacji „Barbarossa”, od połowy
października do połowy grudnia 1941 r., z Rzeszy wysłano na wschód 43
transporty Żydów i pięć transportów Romów. Tych 48 pociągów mogło
zostać użytych do dostarczenia żołnierzy lub niezbędnego zaopatrzenia.
„Sytuacja była tak trudna, że liczył się wówczas każdy pociąg” 966, pisał.
Podczas Holokaustu, kontynuował Pasher, „Reichsbahn przewiozły na
śmierć około 3,5–4 milionów osób. (…) Oznaczało to, że koleje musiały
wydzielić 40 tysięcy wagonów i 2500–3000 lokomotyw” 967. Dodając do
tego zaplecze niezbędne do przewożenia i utrzymywania strażników
i administracji obozów koncentracyjnych, oznaczało to odciągnięcie
poważnych zasobów od działań związanych z wojną.
Inni historycy zawzięcie kwestionują przekonanie, że deportacje miały
poważny wpływ na niemiecki wysiłek wojenny. „Nic nie jest bardziej
odległe od prawdy” 968, utrzymywał Peter Hayes w swej wydanej w 2017 r.
książce Why? Explaining the Holocaust [Dlaczego? Wyjaśnienie
Holokaustu]. Według niego transporty Żydów stanowiły maleńką część
codziennego niemieckiego ruchu kolejowego. Nie więcej niż 1 do 2
procent, nawet podczas największego nasilenia masowych deportacji
z Węgier w końcu wojny. Choć przyznawał, że w masowych mordach
bezpośredni udział brały „dziesiątki tysięcy ludzi”, twierdził również, że nie
oznaczało to poważnego obciążenia zasobów ludzkich, gdyż naziści
„doprowadzili do perfekcji tani, wydajny, prosty i samofinansujący się
system szybkiego mordowania”.
Zwolennicy tego poglądu wskazują też na fakt, że Niemcy korzystali
z masowego rabunku żydowskiej własności oraz eksploatacji
przymusowych robotników – tak Żydów, jak i nie-Żydów. Innymi słowy,
drakońskie środki, jakkolwiek niemoralne, mogły na krótką metę przynieść
korzyści ekonomiczne i wspierać, a nie osłabiać wysiłek wojenny Niemiec.
Jednakże próby sporządzenia bilansu kosztów i korzyści częściowo
przesłaniają najważniejszy fakt, że polityka rasowa Hitlera nie opierała się
na żadnych racjonalnych przesłankach. W jego umyśle realizacja jego wizji
wymagała działania na podstawie zasady, że Słowianie są Untermenschen,
Żydzi zaś robactwem. Dlatego też nie podjęto żadnej próby pozyskania
obywateli Związku Radzieckiego – wręcz przeciwnie. Nie było także
powodu dla utrzymania przy życiu radzieckich jeńców, mimo że wielu
z nich byłoby skłonnych zmienić stronę lub przynajmniej mogłoby
zapewnić wielki rezerwuar przymusowych robotników. Jeśli chodziło
o Żydów, jego idée fixe była ich eksterminacja, niezależnie od ceny.
Odsiadując wyrok po procesie norymberskim, 24 sierpnia 1960 r. Albert
Speer napisał: „Gotów był nawet zaryzykować swe plany podbojów ze
względu na swoją manię eksterminacji” 969.
Mania ta rozwinęła się w pełni w drugiej połowie 1941 r. i ostatecznie
obróciła się przeciwko niemu. Benjamin Ferencz, główny oskarżyciel
w procesie dowódców Einsatzgruppen w Norymberdze, powiedział mi
w 2016 r.: „Ostateczną zgubę przyniosła im ich polityka. Nie można zabijać
wielu Żydów i innych i pozbawiać się części siły roboczej” 970. Dodał też,
że był powód, dla którego Hitler i inni naziści byli zdania, że nie muszą się
martwić, że zapłacą kiedyś za swoje czyny. „Chodzi o to, że Niemcy byli
tak pewni szybkiego zwycięstwa, iż uważali, że zasoby ludzkie nie są im
potrzebne” 971, powiedział. Z tego samego powodu Niemcy sądzili, że nie
muszą próbować pozyskać dla siebie mieszkańców podbijanych terytoriów,
skoro do utrzymania ich w ryzach wystarczy sam terror.
Tak jak niemal wszystkie przepowiednie Hitlera z 1941 r. i to kluczowe
założenie miało się okazać błędne.

20 stycznia 1942 r. najważniejsi niemieccy funkcjonariusze sił


bezpieczeństwa spotkali się na przedmieściach Berlina, a wydarzenie to
miało być znane jako konferencja w Wannsee. Wbrew popularnemu
przekonaniu nie był to najważniejszy moment w podejmowaniu decyzji
o rozpoczęciu Holokaustu na pełną skalę. Decyzja o zastąpieniu Szoa przy
użyciu kul Szoa przy użyciu gazu, czyli przejście do mordowania na skalę
przemysłową, zapadła już w końcu roku 1941. Nie podjęto jej w jednej
chwili, ale stanowiła skutek ewolucji rozumowania Hitlera i Himmlera na
ten temat. Konferencja w Wannsee miała na celu omówienie
skomplikowanych aspektów logistycznych Holokaustu, do czego mogło
dojść dopiero wówczas, gdy fundamentalna decyzja o losie Żydów została
już podjęta.
Spotkanie w willi w Wannsee wyznaczono pierwotnie na 9 grudnia 1941
r. 972, co stanowi dowód na to, że kwestia ta została już postanowiona przed
końcem roku. Radziecka kontrofensywa i japoński atak na Pearl Harbor
doprowadziły do jego odłożenia 973. Ale już jesienią trwały przygotowania
do budowy obozów zagłady na okupowanych terytoriach Polski –
w Chełmnie, Bełżcu i Sobiborze – podczas gdy w Auschwitz
kontynuowano pierwsze eksperymenty z użyciem gazu 974.
8 grudnia, na dzień przed pierwotnym terminem konferencji,
w Chełmnie autobusy i ciężarówki dowiozły Żydów do willi (Schloss)
w sercu obozu, gdzie przeprowadzono procedurę, która niedługo miała się
stać aż nazbyt znajoma. Więźniom powiedziano, że zostaną wysłani na
roboty do Niemiec, kazano im się rozebrać, zgłosić cenne przedmioty
i udać się na dezynfekcję. Następnie skierowano ich do piwnicy, stamtąd
zaś rampą do czekającej szczelnej furgonetki. Drzwi natychmiast zamknięto
za nimi i uduszono ich spalinami. Wkrótce w większości obozów
furgonetki zastąpiono stałymi komorami gazowymi.
Hitler wielokrotnie zapowiadał zniszczenie Żydów i równie często
wspominał sposoby, na jakie zadanie to miano zrealizować. 30 stycznia
1939 r. wygłosił swą „proroczą” mowę. „Dzisiaj jeszcze raz stanę się
prorokiem”, oświadczył. „Jeśli międzynarodowi żydowscy finansiści
w Europie i poza nią zdołają po raz kolejny pchnąć narody do wojny
światowej, wówczas wynikiem nie będzie bolszewizacja Ziemi, a zatem
zwycięstwo żydostwa, ale anihilacja rasy żydowskiej w Europie!” 975
16 listopada 1941 r. Goebbels radośnie oświadczył w tygodniku „Das
Reich”, że „jesteśmy oto świadkami spełniania się tej przepowiedni” 976.
Dodał, że Żydzi „są właśnie poddawani procesowi stopniowego
unicestwienia, które szykowali dla nas. […] Giną teraz zgodnie ze swoją
własną zasadą »oko za oko, ząb za ząb!«” 977. Słowa te napisał w chwili,
gdy wielu najważniejszych nazistów nadal uważało, że Hitler prowadzi ich
ku zwycięstwu. Jednakże nawet po radzieckiej kontrofensywie i po Pearl
Harbor, gdy stało się oczywiste, że Niemcy czeka przynajmniej długotrwały
konflikt, Hitler nie pozostawił wątpliwości co do kontynuowania swych
ludobójczych zamierzeń, i to niezależnie od tego, jaki obrót przybiorą
działania wojenne.
12 grudnia, nazajutrz po wypowiedzeniu wojny Stanom Zjednoczonym,
Hitler przemówił do około 50 nazistowskich przywódców w Kancelarii
Rzeszy. Jak pisał Goebbels: „Co do kwestii żydowskiej, Führer jest
zdecydowany zrobić z tym porządek” 978. Hitler przypomniał słuchaczom
swe „proroctwo” i oświadczył: „To nie były proste słowa. Oto mamy wojnę
światową. Unicestwienie żydostwa musi się stać nieuniknionym
skutkiem” 979.
Jeśli w 1941 r. Niemcy obrały kierunek wiodący jedynie ku klęsce,
w tym samym 1941 r. przesądzone zostało, że miliony Żydów zginą przed
końcem wojny.

Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego rok 1941 okazał się tak
brzemienny w skutki. Był to rok, w którym Stalin dowiódł swej
determinacji w wywieraniu presji na mocarstwa zachodnie celem uzyskania
nie tylko maksymalnie dużej pomocy, ale także zaakceptowania
powojennego porządku stworzonego na radzieckich warunkach.
Ironią losu jest to, że zachodni przywódcy nie powinni byli dać się
zdominować przywódcy kraju, który przez cały ten rok walczył
o przetrwanie. Gdy Churchill w połowie listopada polecił Edenowi udać się
do Moskwy, by zminimalizować różnice pomiędzy sprzymierzeńcami,
minister spraw zagranicznych napisał: „Winston jest pod wrażeniem naszej
pozycji w kontaktach ze Stalinem. On potrzebuje nas bardziej niż my jego,
mam nie jechać do Moskwy, jeśli nie będzie czerwonych dywanów itd. Jest
w tym wiele siły” 980.
Stalin jednak nie zamierzał się zachowywać jak słabszy partner. Nie
zamierzał także przepraszać – ani nawet przyznawać się – do swych
najbrutalniejszych poczynań podczas obowiązywania paktu z Hitlerem.
Niespełna dwa tygodnie przed przybyciem Edena do Moskwy znalazł się
w niej polski premier Władysław Sikorski, który przyleciał z Londynu
przez Kair, Teheran i Kujbyszew 981. Podczas spotkań ze Stalinem 3 i 4
grudnia naciskał na wykonanie postanowień zawartego latem polsko-
radzieckiego układu. Wśród nich było zwolnienie wszystkich polskich
wojskowych wziętych do niewoli przez Sowietów w roku 1939, tak by
można z nich było sformować nowe oddziały.
Generał Władysław Anders miał dowodzić tymi wojskami w przyszłych
walkach z Niemcami, towarzyszył więc też Sikorskiemu podczas spotkań
ze Stalinem. Anders należał do tych Polaków, których zwolniono
z radzieckiej niewoli, Stalin zapytał go zatem, jak był traktowany. „We
Lwowie wyjątkowo źle. W Moskwie nieco lepiej”, odparł Anders, po czym
dodał: „Pan Prezydent sam rozumie, co to znaczy »lepiej« w więzieniu, gdy
się jest zamkniętym przez 20 miesięcy” 982.
„No, trudno, takie były warunki” 983, zauważył Stalin, tak jakby nie miał
z tymi warunkami nic wspólnego.
Sikorski i Anders naciskali na niego w sprawie losu około czterech
tysięcy polskich oficerów, którzy trafili do radzieckiej niewoli i których
jeszcze nie odnaleziono. „Ci ludzie znajdują się tutaj. Nikt z nich nie
wrócił”, oświadczył Sikorski.
„To niemożliwe. Oni uciekli”, odparł Stalin.
Gdy Anders z niedowierzaniem zapytał, dokąd mogli uciec, Stalin nadal
udawał niewiedzę. „No, do Mandżurii” 984, odparł w końcu. Radziecki
przywódca rzecz jasna wiedział, że oficerowie ci zostali w 1940 r. straceni
w Lesie Katyńskim niedaleko Smoleńska, ponieważ to on kazał ich zabić.
Sikorski zdołał uzyskać zgodę Stalina na to, by ocalali polscy jeńcy
przeszli do Iranu, gdzie Brytyjczycy obiecali dostarczyć im zaopatrzenie
niezbędne do uczynienia z nich wojska. Znani jako Armia Andersa
żołnierze ci mieli później walczyć we Włoszech i zasłynąć ze zdobycia
klasztoru na Monte Cassino w 1944 r.
W odpowiedzi Stalin usiłował wmanewrować Sikorskiego w rozmowy
na temat powojennej granicy Polski ze Związkiem Radzieckim, twierdząc,
że proponowane przez niego zmiany są „bardzo nieznaczne”. Polski
przywódca oznajmił stanowczo, że nie ma prawa omawiać najmniejszych
nawet zmian przebiegu granic kraju, które „nie mogą być
kwestionowane” 985, i Stalin porzucił temat.
Nie zamierzał jednak tego czynić w rozmowie z Edenem podczas
pierwszego spotkania w Moskwie, 16 grudnia. Brytyjski minister
najchętniej pominąłby temat powojennych granic. Wcześniej Roosevelt
starał się przekonać Polaków, że on i Churchill obstają przy zapisanym
w Karcie atlantyckiej zobowiązaniu, że nie dojdzie do zmian terytorialnych,
„które nie zgadzałyby się z wolno wypowiedzianymi życzeniami narodów,
których te zmiany dotyczą”.
Podczas pierwszego spotkania Stalin wręczył Edenowi projekty dwóch
traktatów: o wojennym sojuszu pomiędzy ich krajami oraz o powojennych
ustaleniach 986. Choć nie było to zupełnie nieoczekiwane, Eden
z niepokojem przyjął propozycję Stalina, by opatrzyć drugi traktat tajnym
protokołem dotyczącym przyszłości granic w Europie. „Rosyjskie poglądy
były już ściśle określone”, pisał Eden. „Niewiele zmieniły się przez
następne trzy lata, gdyż ich celem było zapewnienie najbardziej
konkretnych fizycznych gwarancji przyszłego bezpieczeństwa Rosji” 987.
Stalin zamierzał anektować wschodnią Polskę i państwa bałtyckie –
powtarzając to, czego Związek Radziecki dokonał zgodnie z ustaleniami
paktu Ribbentrop–Mołotow – podczas gdy granice Polski miały zostać
przesunięte na zachód, obejmując terytoria należące dotąd do Niemiec.
Pragnął także omówić podzielenie się przez sprzymierzonych kontrolą nad
Niemcami po ich pokonaniu, co zapowiadało powstanie po wojnie stref
okupacyjnych.
Podczas drugiego spotkania, wspominał Eden, „Stalin zaczął pokazywać
pazury” 988, coraz silniej naciskając na kwestię granic. Brytyjski gość starał
się odeprzeć jego argumenty, wspominając o wezwaniach Roosevelta, by
nie zawierać żadnych tajnych porozumień w sprawie powojennych granic.
Szczegółowe uzgodnienia pokojowe, mówił, muszą zostać wypracowane
później przez zwycięskie strony. Atmosfera na spotkaniu, pisał Eden, stała
się „chłodna”.
Podczas ostatniego spotkania, 20 grudnia, Stalin niespodziewanie
zmienił ton na bardziej pojednawczy. Trzymał się żądania uznania granic,
oświadczył jednak, że rozumie konieczność dalszych rozmów brytyjsko-
amerykańskich przed ustaleniem jakichkolwiek warunków. Tymczasem
spodziewał się, że stosunki między oboma krajami nadal będą się
poprawiały. Eden poczuł ulgę, że rozmowy kończą się w przychylniejszym
tonie, ale nie był na tyle naiwny, by sądzić, że kontakty między ich
państwami będą łatwe.
Tego wieczoru Stalin zaprosił brytyjską delegację na Kreml na, jak
opisał to Eden, „niemal żenująco wystawną” kolację. Podano barszcz,
jesiotra, wybór mięs oraz „nieszczęśliwego białego prosiaka” wraz
z ogromną ilością wina, szampana i wódki.
Wszystko to miało zatrzeć złe wrażenie, Stalin jednak nie mógł się
oprzeć pokusie, by wprawić swego honorowego gościa w zakłopotanie.
Eden zapytał go o stojącą na stole butelkę z żółtawym płynem. „To nasza
rosyjska whisky”, powiedział Stalin z uśmiechem i nalał mu pełną
szklankę. W rzeczywistości była to pieprzówka. Ambasador Majski, który
towarzyszył Brytyjczykom w delegacji, wspominał, co stało się z Edenem,
gdy ten wziął duży łyk. „(…) zaczerwienił się okropnie, zakrztusił, oczy
o mało nie wyszły mu na wierzch”. Na to Stalin powiedział: „Taki trunek
może pić tylko mocny naród. Hitler zaczyna to odczuwać…” 989.
Wszystkie te doświadczenia przekonały Edena, że radzieckiego
przywódcy nie można łatwo odwieść od jego celu. „Stalin, jak sądzę,
szczerze pragnie umów wojskowych, ale nie podpisze ich, o ile nie uznamy
jego granic, i musimy się spodziewać dalszego nękania w tej kwestii”, pisał
do Churchilla.
Było to niedopowiedzenie. Stalin, którego Eden spotkał w Moskwie
w grudniu 1941 r., był tym samym Stalinem, który w lutym 1945 r. podczas
spotkania w Jałcie z Churchillem i Rooseveltem miał uzyskać warunki,
jakich domagał się od początku. Uznanie tych warunków stanowiło
preludium zimnej wojny.

10 grudnia, dzień po tym, jak podekscytowany Churchill napisał do


Roosevelta o swej gotowości odbycia podróży do Stanów Zjednoczonych,
brytyjski przywódca musiał przekazać Izbie Gmin ponurą wiadomość.
„Otrzymaliśmy właśnie raport z Singapuru, że HMS Prince of Wales i HMS
Repulse zostały zatopione w czasie prowadzenia działań przeciwko
Japończykom na Malajach” 990. Szczegóły poznano później: 840 oficerów
i marynarzy obu okrętów utonęło, z morza podjęto 1285 rozbitków 991.
Wydarzenie to natychmiast uzmysłowiło niebezpieczeństwa, przed jakimi
stanęła Wielka Brytania po Pearl Harbor.
Churchill był nadal pod wielkim wpływem tego, co uważał za ogromny
nowy czynnik w stosunku sił: wejścia Stanów Zjednoczonych do wojny. 12
grudnia wyruszył do Ameryki na pokładzie pancernika Duke of York.
„Churchill pragnął spotkać się z prezydentem Stanów Zjednoczonych od
momentu, kiedy usłyszał o Pearl Harbor” 992, zapisał jego osobisty lekarz
lord Moran, który towarzyszył mu podczas rejsu. „Od chwili, gdy Ameryka
przystąpiła do wojny, jest innym człowiekiem” 993.
„Winston, którego znałem w Londynie, przerażał mnie”, pisał dalej
Moran. „Widziałem, że dźwiga na barkach ciężar całego świata,
i zastanawiałem się, jak długo zdoła to wytrzymać (…). A teraz, w nocy,
wydawało się, że jego miejsce zajął inny, młody człowiek”. Większą część
rejsu Churchill spędził w swej kajucie, dyktując memorandum o sytuacji
wojennej dla Roosevelta. „Ale z jego oczu zniknął zmęczony, martwy
wyraz i jego twarz rozpromienia się, gdy ktoś wchodzi do kabiny. (…)
A teraz, w nocy, jest wesoły, gadatliwy, a niekiedy nawet
rozdokazywany” 994.
Moran przedstawił całkowicie niemedyczne wyjaśnienie nastroju swego
pacjenta: „Przypuszczam, że premier musiał zdawać sobie sprawę, że jeżeli
Ameryka pozostanie na uboczu, zmagania wojenne będą mogły mieć tylko
jedno zakończenie. A teraz wojna jest niemal wygrana, a Anglia
bezpieczna. To, że jest premierem Wielkiej Brytanii w czasie wielkiej
wojny (…) przekracza nawet jego marzenia. Uwielbia każdą minutę tego
stanu rzeczy” 995.
22 grudnia z Hampton Roads w Wirginii Churchill poleciał do
Waszyngtonu. Roosevelt wyjechał po niego na lotnisko, po czym zawiózł
do Białego Domu, który miał się stać jego siedzibą na czas wizyty.
Rozmawiali wiele godzin dziennie, także podczas lunchów, kiedy to często
dołączał do nich Hopkins 996. W trakcie pierwszej wspólnej kolacji w dniu
przyjazdu Roosevelt osobiście przygotowywał koktajle, Churchill zaś
zaprowadził jego wózek do windy, jak wspominał, „na znak szacunku” 997.
Szybko rodząca się sympatia pomiędzy obydwoma przywódcami była
doskonale widoczna. „Ponieważ obaj, z konieczności lub
z przyzwyczajenia, pracowaliśmy w łóżku”, wspominał Churchill,
„Prezydent odwiedzał mój pokój, gdy tylko miał na to ochotę, i zachęcał
mnie, bym robił to samo” 998. Poza zajęciem jednej z sypialni Churchill
zainstalował też w pobliżu swój „przenośny pokój z mapami” 999.
Roosevelt często przyjeżdżał do tego pokoju, by studiować pozycje wojsk
na różnych teatrach działań; na mapach zamieszczano szczegółowe
informacje na temat jednostek lądowych i morskich. Jak pisał Churchill
z widoczną dumą, „Wkrótce potem Prezydent urządził taki pokój
u siebie” 1000.
Tak jak w kraju Churchill często dyktował swoje przemówienia, raporty
i listy, siedząc w wannie. Niekiedy kontynuował dyktowanie także po
wyjściu z niej, owinięty jedynie wielkim ręcznikiem. Patrick Kinna, jego
stenograf podczas wizyty w Białym Domu, wspominał przypadek, gdy
Churchill dyktował w sypialni i ręcznik ów zsunął się na podłogę.
Nieświadomy tego Churchill nadal chodził po pokoju i dyktował. W tym
momencie w pokoju zjawił się Roosevelt. Jak ujął to Kinna, Churchill, „nie
tracąc rezonu”, powiedział: „Widzi Pan, Panie Prezydencie, nie mam przed
Panem nic do ukrycia” 1001.
Mało kto z tych, którzy spotkali Churchilla, potrafił się oprzeć jego
urokowi. Podczas przemówienia wygłoszonego 26 grudnia do połączonych
izb Kongresu powiedział zachwyconym parlamentarzystom: „Nie mogę nie
myśleć o tym, że gdyby mój ojciec był Amerykaninem, a matka Brytyjką,
zamiast na odwrót, być może znalazłbym się tu dzięki własnym
zasługom” 1002. Ale trzeźwo przypomniał im, że ich kraje nie zdołały
powstrzymać pożogi, jaka właśnie ogarnęła świat. „Pięć lub sześć lat temu
było to możliwe do osiągnięcia, i to bez rozlewu jednej kropli krwi –
wystarczyło, by Stany Zjednoczone i Wielka Brytania dopilnowały
wywiązania się ze zobowiązań rozbrojeniowych zawartych w traktatach
podpisanych przez Niemcy po pierwszej wojnie światowej” 1003,
powiedział.
Choć jego mowę przyjęto entuzjastycznym aplauzem, Churchill
dostrzegł, jak cisi byli deputowani i senatorowie, gdy zbeształ oba kraje za
wcześniejszą bezczynność. O tej reakcji wspomniał później Moranowi,
dodał jednak: „Nie sądzę, aby nawet przed kilkoma miesiącami w ogóle to
przyjęli” 1004.
Nazajutrz Churchill pilnie wezwał Morana z powrotem do Białego
Domu. Skarżył się na „tępy ból w sercu” po tym, jak poprzedniego ciepłego
wieczoru wysilił się, by otworzyć zacinające się okno. „Sięgał aż do lewej
ręki”, dodał. „Nie trwał zbyt długo, ale nic takiego dotąd się nie zdarzało.
Co to było? Czy moje serce jest w porządku?” 1005
Gdy Moran zbadał pobieżnie serce, ból już zniknął, trudno więc było
powiedzieć, co się stało. Doszedł do wniosku, że „są to symptomy
niewydolności wieńcowej”. Nie chciał jednak badać Churchilla dokładniej,
lękał się bowiem, że odkryje coś gorszego. „Zdawałem sobie sprawę, że
skutki podania do wiadomości publicznej, że premier miał atak serca,
mogłyby okazać się katastrofalne” 1006, wspominał. Standardowym
leczeniem w takich przypadkach było co najmniej sześć tygodni
odpoczynku. Rozważając czynniki polityczne raczej niż medyczne, Moran
dodał: „I zdarzyłoby się to w chwili, kiedy Ameryka dopiero co przystąpiła
do wojny i nie było nikogo poza Winstonem, kto mógłby ją poprowadzić za
rękę” 1007.
Wiedząc doskonale, że będzie szkalowany, jeśli Churchill umrze na atak
serca, postanowił zaryzykować i nie robić nic. „To nic poważnego”,
zapewnił pacjenta. Powiedział premierowi, że jego krążenie jest „nieco
powolne” 1008, i zachęcił go, by nie wysilał się ponad miarę.

Jedną z prawdopodobnych przyczyn tego, że ryzyko podjęte przez Morana


się opłaciło, był fakt, że Churchill nie zamierzał pozwolić, by jakiekolwiek
złe wieści osłabiły jego przekonanie, iż sprzymierzeni odmienią teraz bieg
wojny, niezależnie od tego, jak długo miałoby to potrwać i jaką cenę trzeba
by za to zapłacić. Wydarzenia roku 1941 praktycznie przesądziły wynik
konfliktu. Jak ujął to we wspomnieniach ambasador Winant, „Najazd na
Rosję i atak na Stany Zjednoczone były wielkimi strategicznymi błędami
państw Osi. Decyzje te były sprzeczne z postępem nauki i nieodpartą logiką
tabliczki mnożenia” 1009.
Niemcy powinny były wcześniej przeprowadzić niezbędne obliczenia.
To właśnie o tym mówili niektórzy niemieccy planiści gospodarczy,
usiłując ostrzec Hitlera jeszcze przed rozpoczęciem operacji „Barbarossa”,
ten jednak nie chciał słuchać. Jak określił to Adam Tooze, brytyjski
historyk, autor szczegółowej analizy gospodarki wojennej, „Hitler nie miał
mocy zdolnej zmienić ukrytą równowagę czynników ekonomicznych
i militarnych. Niemiecka gospodarka była po prostu nie dość silna, aby
zbudować armię niezbędną do pokonania jej wszystkich europejskich
sąsiadów, w tym Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego, nie mówiąc już
o Stanach Zjednoczonych” 1010.
Jego „atak na cały świat” z 1941 r., jak to ujął niemiecki autor Joachim
Käppner, sprowadzał się do serii samobójczych kroków. W niedawnym
studium Akademii Wojennej USA Jeffrey Record wyliczył, jakie siły
stanęły przeciwko państwom Osi – Niemcom, Japonii i Włochom – po
włączeniu się Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych do wojny.
„Liczby są jasne”, pisał. „Sprzymierzeni (nie licząc Chin) dysponowali
przewagą ludności w stosunku 2,7 do 1 oraz terytorium w stosunku 7,5 do
1” 1011. Kontrolowali też niemal całe światowe zasoby ropy, a w latach
wojny ich zsumowany produkt krajowy brutto był przynajmniej dwukrotnie
wyższy od całkowitego PKB państw Osi.
Nie dziwi zatem fakt, że podczas wizyty w Waszyngtonie Churchill był
w znakomitym nastroju i nie zamierzał zwalniać. Po niepokojącej
rozmowie z Moranem na temat stanu serca zachowywał się tak, jakby nie
było się czym martwić. Odbywał w Białym Domu rozmowy z szefem
sztabu Armii USA generałem George’em C. Marshallem w sprawie
dowódców wspólnych, brytyjsko-amerykańskich operacji 1012. Próbowali
ustalić zasadę podziału dowodzenia w sytuacji, gdy na tym samym teatrze
działań walczyły oddziały obu krajów.
28 grudnia, po pięciogodzinnych rozmowach Churchilla i Roosevelta
z przedstawicielami krajów sprzymierzonych i neutralnych, brytyjski
przywódca wsiadł do nocnego pociągu do Ottawy. Po spotkaniu
z gabinetem wojennym premiera Mackenzie Kinga oraz z przywódcami
opozycji, którzy zdaniem Churchilla, byli „nieprześcignieni w lojalności
i zdecydowaniu” 1013, miał 30 grudnia przemówić w kanadyjskim
Parlamencie.
Wygłosiwszy ledwie cztery dni wcześniej ważną mowę przed
amerykańskim Kongresem, Churchill poczynił rzadką uwagę dotyczącą
ilości pracy. „Przygotowanie dwóch transatlantyckich przemówień
transmitowanych na cały świat, pośród wciąż rosnącego zalewu innych
prac, było niezwykle wyczerpującym zadaniem”, pisał w swych
wspomnieniach. „Robiłem, co mogłem” 1014.
Z pewnością tak było. Brytyjski przywódca nakreślił swą wizję dalszego
przebiegu wojny. Pierwszy etap, konsolidacji i przygotowań, jak ostrzegał,
„charakteryzować będą ciężkie walki”, w trakcie których sprzymierzeni
będą musieli „odeprzeć ataki nieprzyjaciela” i gromadzić siły. Drugą fazą
miało być wyzwolenie okupowanych terytoriów. „Najeźdźcy i tyrani muszą
zrozumieć, że ich ulotne triumfy będą miały przerażający koniec”,
oświadczył. Dodał też, że dla „Quislingów i innych zdrajców” kara będzie
szczególnie surowa. Trzeci i ostatni etap, kontynuował, obejmował będzie
„atak na twierdze oraz kraje rodzinne winnych narodów, zarówno
w Europie, jak i w Azji” 1015.
Słuchacze Churchilla nie mogli wiedzieć, jak trafne są jego
przewidywania co do przebiegu wojny. Nie mogli jednak nie być pod
wrażeniem śmiałości jego wizji – oraz tego, co mówił z pełnym
przekonaniem u schyłku 1941 r.
Z typowym dla siebie dramatyzmem Churchill przypomniał
parlamentarzystom, że gdy w 1940 r. upadała Francja, generał Maxime
Weygand także przewidywał przyszłość: „W ciągu trzech tygodni Anglia
będzie miała ukręconą szyję jak kurczak”. Innymi słowy, Anglia miała się
spisać pod niemieckim uderzeniem nie lepiej niż Francja.

1.
===Lx4oECIWJ1RlUmdTY1Y8CW0JbFo8XzsIaQg+X2lfaQ84CmlQYgE1
Podziękowania

Pierwszy etap pisania książki przypomina trochę próbę ułożenia nowej


układanki. Spogląda się na leżące elementy i szuka takich, które do siebie
pasują. Jednakże znacznie większym wyzwaniem jest określenie, których
elementów w ogóle brakuje i które z nich można jeszcze zlokalizować.
Pomaga wtedy, jeśli zbierało się je przez długi czas, często nieświadomie,
nawet jeśli nadal stanowią tylko niewielką część przyszłej całości.
Dzięki mym rodzicom, dziadkom i ich przyjaciołom, gdy dorastałem,
zawsze otaczali mnie ludzie znający elementy historii II wojny światowej.
W czasie niemieckiej agresji w 1939 r. mój ojciec służył w Wojsku Polskim
i wkrótce uciekł z Polski, by trafić do polskiej jednostki spadochronowej
w Szkocji. Mój dziadek pracował w rządzie RP na uchodźstwie
w Londynie. Gdy przenieśli się do Stanów Zjednoczonych, opowieści
o ruchu oporu i zmaganiach politycznych kształtujących powojenny świat
były elementem codziennych rozmów.
W czasie pracy korespondenta „Newsweeka” w Niemczech, Polsce
i Rosji często sam szukałem kolejnych elementów, czy to do artykułów, czy
– gdy moje zainteresowanie tymi tematami się pogłębiło – do mych
wcześniejszych książek. Wiele odbytych wówczas rozmów okazało się
cennych także dla tej książki, zwłaszcza że tak wielu członków pokolenia II
wojny światowej już odeszło.
Tym bardziej muszę podziękować wszystkim, którzy wsparli mnie
w odszukaniu żyjących, z którymi nie rozmawiałem wcześniej. Don Patton,
pułkownik US Army w stanie spoczynku, który kieruje Okrągłym Stołem
Historii II Wojny Światowej w Minneapolis, i Peter Zharkov ze
Stowarzyszenia Rosyjskich Weteranów z tegoż miasta zorganizowali dla
mnie rozmowy z radzieckimi i niemieckimi weteranami, którzy brali udział
w walkach 1941 r. Ina Navazelskis, była koleżanka po fachu, obecnie
pracująca w United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie,
skontaktowała mnie z Walentyną Jantą-Połczyńską, wojenną sekretarką
polskiego premiera Władysława Sikorskiego; ta 103-letnia dama podzieliła
się ze mną wciąż żywymi wspomnieniami.
Przede wszystkim wdzięczny jestem ocalałym. W wielu miejscach
i w różnym czasie gotowi byli oni opowiedzieć mi swoje historie, z których
sporo znalazło się na tych stronach. Wśród nich pragnę wymienić
zwłaszcza Benjamina Ferencza, ostatniego żyjącego amerykańskiego
prokuratora w procesach norymberskich. Napisałem o nim więcej w mej
poprzedniej książce Łowcy nazistów. Pomógł mi on dostrzec kształt
kluczowego elementu układanki, jaką był niniejszy projekt.
Tak jak w przeszłości, Hoover Institution była uprzejma gościć mnie
podczas mych poszukiwań w jej imponujących archiwach. Pragnę
podziękować archiwistom – Irenie Czernichowskiej, Maciejowi
Siekierskiemu i Carol Leadenham wraz z Eryn Tillman, Argyle’em
Roble’em i Mandy MacCallą – za ich pomoc. Wiele innych osób udzieliło
mi rad i wskazówek, w tym Rebecca Erbelding z United States Holocaust
Memorial Museum w Waszyngtonie, Andrzej Bryk z Uniwersytetu
Jagiellońskiego w Krakowie i Owen Johnson z Indiana University.
Jest to moja piąta książka, przy której miałem szczęście współpracować
z Alice Mayhew, redaktorką, której każdy autor mógłby sobie życzyć.
Zawsze zadziwia mnie, jak umiejętnie potrafi ona przeprowadzić mnie
przez każdy projekt, wcześnie dostrzegając niebezpieczeństwa i dając mi
szansę na ich uniknięcie. Praca z nią i jej zdolnym kolegą Stuartem
Robertsem jest przyjemnością, podobnie jak praca z innymi członkami
ekipy wydawnictwa Simon & Schuster: Amarem Dedem, Elizabeth Gay,
Stephenem Bedfordem, Alison Forner, Philem Metcalfem, Brigid Black
i Lewelin Polanco. Bardzo dziękuję Philowi Bashe za jego skrupulatną
korektę.
Jestem też wdzięczny memu agentowi Robertowi Gottliebowi i jego
koleżankom Dorothy Vincent i Erice Silverman z Trident Media Group za
ich entuzjastyczne wsparcie dla tej książki. Robert wciąż ma nowe pomysły
i prezentuje nowe spojrzenie, ja zaś zawsze korzystam z jego uwag.
Wielu przyjaciół – starych z Nowego Jorku i innych miejsc, w których
mieszkaliśmy, oraz nowych, jakich znaleźliśmy od czasu przeprowadzki do
St. Augustine w 2015 r. – także regularnie mnie wspierało. Ryzykując
pominięcie wielu z nich, pragnę wyrazić podziękowania dla Davida Sattera,
Ardith i Steve’a Hodesów, Evy i Barta Kaminskich, Francine Shane
i Roberta More’a, Arlene Getz, Freda Guterla, Jeffa Bartholeta, Sarah Stern,
Ryszarda Horowitza i Ani Bogusz, Jerzego Kozmińskiego, Grażyny
i Bogdana Prokopczyków, Barbary i Antoniego Moskwów, Moniki i Franka
Wardom, Kim Miller i Vi Sudhipong.
Moja matka Marie zmarła, gdy zbliżałem się do końca tej książki. Do
ostatnich chwil pytała o moje postępy, oferując wspomnienia z życia
z moim ojcem Zygmuntem w Wielkiej Brytanii w czasie wojny. Obojgu
zawdzięczam bardzo wiele. Pragnę też podziękować mym siostrom, Marii
i Terry, oraz ich najbliższym, Robertowi i Dianie, a także mojej szwagierce
Evie Kowalskiej, Andrzejowi Kowalskiemu i Kindze Sosze.
Moich czworo dzieci – Eva, Sonia, Adam i Alex – stanowi źródło dumy
i radości, podobnie jak ich małżonkowie Eran i Shaun. W mym sercu jest
także specjalne miejsce dla siódemki moich wnucząt: Stelli, Caye, Sydney,
Charlesa, Mai, Kai i Christiny.
Została osoba, której podziękować najtrudniej. Krysia i ja jesteśmy
razem od chwili, gdy poznaliśmy się podczas mego pobytu na wymianie
studenckiej w Krakowie. Zawsze była opoką naszej rodziny, tą, do której
wszyscy zwracają się w każdej właściwie sprawie. Z pewnością robię to ja
i nie wyobrażam sobie napisania tej czy jakiejkolwiek innej książki bez jej
nieustannych rad i wsparcia. Nie umiem wyobrazić sobie bez niej także
wielu innych rzeczy, sądzę jednak, że rozumie, co próbuję przekazać.
28 czerwca 1940 r. Hitler uczcił zwycięstwo swych wojsk nad Francją wizytą
w Paryżu. Trzecia Rzesza była u szczytu potęgi, a jej siły zbrojne wydawały się
niepowstrzymane. Hitler podziwiał piękno miasta, jednak swemu ulubionemu
architektowi Albertowi Speerowi (z lewej) powiedział: „Ale Berlin musi być o wiele
piękniejszy”, odnosząc się do jego roli stolicy nowego nazistowskiego porządku
światowego.
© Universal History Archive/Getty Images Poland

22 kwietnia 1940 r. Premier Winston Churchill ogląda szkody wyrządzone przez


niemieckie bombowce w Bristolu. Amerykański ambasador John Winant stoi za nim.
W odróżnieniu od swego poprzednika, Josepha Kennedy’ego, Winant zdecydowanie
wspierał Wielką Brytanię.
© Bettmann/Getty Images Poland
W czasie wojny w Londynie znalazł się szereg rządów na uchodźstwie
reprezentujących kraje okupowanej Europy. Na brytyjskiej ziemi zebrali się także
żołnierze, którym udało się uciec z kontynentu. Na zdjęciu polski premier generał
Władysław Sikorski i Winston Churchill podczas inspekcji jednej z polskich
jednostek.
© Hans Wild/The LIFE Picture Collection/Getty Images Poland
Churchill z radością przyjął wybranie Franklina D. Roosevelta na trzecią kadencję
(powyżej Roosevelt z żoną Eleanor w dniu inauguracji, 20 stycznia 1941 r.). Jednak
brytyjski przywódca przypomniał mu znacząco, że jego kraj nie wie „dokładnie, co
uczynią Stany Zjednoczone, a prowadzimy walkę o życie”.
© Fotosearch/Getty Images Poland

23 sierpnia 1939 r. Radziecki minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow


(siedzi) i jego niemiecki odpowiednik Joachim von Ribbentrop (za nim) podpisali
w obecności Stalina niesławny niemiecko-radziecki pakt o nieagresji.
© Hulton Archive/© Mondadori/Getty Images Poland
Na bankiecie w Hanowerze w listopadzie 1940 r. Mołotow wita się z Georgiem
Thomasem, głównym ekonomistą niemieckiej armii, który próbował ostrzegać Hitlera
przed niebezpieczeństwami mnożenia frontów. Gdy nic nie wskórał, pomógł
w tworzeniu Planu Zagłodzenia Związku Radzieckiego.
© Mondadori/Getty Images Poland
Na początku roku 1941 Hitler i jego najwyżsi dowódcy wojskowi (Wilhelm Keitel,
Walther von Brauchitsch i Franz Halder) planowali już najazd na Związek Radziecki,
który rozpoczęto 22 czerwca.
© Heinrich Hoffmann/Keystone/Getty Images Poland
Działający w Tokio radziecki superszpieg Richard Sorge wielokrotnie ostrzegał Kreml
przed zbliżającym się niemieckim najazdem; Stalin jednak nie ufał mu i nazwał go
„gówniarzem”. Później Sorge potwierdził, że Japonia nie zamierza przychylić się do
niemieckich próśb o przyłączenie się do ataku na Związek Radziecki. Dzięki temu
możliwe stało się przerzucenie oddziałów Armii Czerwonej z Dalekiego Wschodu, by
mogły odegrać kluczową rolę w bitwie o Moskwę.
© Ullstein Bild/Getty Images Poland
Prowadzona przez Roosevelta polityka udzielania pomocy Wielkiej Brytanii nie miała
zacieklejszego krytyka niż Charles Lindbergh. Tu były lotnik przemawia 23 kwietnia
1941 r. na wiecu ruchu izolacjonistów America First w Nowym Jorku. Lindbergh
argumentował, że Stany Zjednoczone nie powinny nawet usiłować przeciwstawiać się
niemieckiej próbie podboju Wielkiej Brytanii.
© William C. Shrout/The LIFE Picture Collection/Getty Images Poland

U-Booty atakowały statki przewożące zaopatrzenie do Wielkiej Brytanii i wiele z nich


zatopiły. Gdy jednak ich celem stały się jednostki amerykańskie, zwiększyło to tylko
determinację Roosevelta, by przeciwstawić się niemieckiej agresji, i osłabiło ruch
izolacjonistyczny.
© Ullstein Bild/Getty Images Poland
Edward R. Murrow z CBS, którego audycje This is London gromadziły licznych
słuchaczy, odegrał ważną rolę w pozyskaniu wsparcia opinii publicznej dla Wielkiej
Brytanii atakowanej przez niemieckie lotnictwo. Równie wielką rolę odegrała sławna
korespondentka zagraniczna Dorothy Thompson (poniżej), która intensywnie
lobbowała na rzecz przyjęcia ustawy Lend-Lease. Latem 1941 r. odwiedziła Wielką
Brytanię, by zademonstrować swe wsparcie dla wszystkich, którzy przeciwstawiali się
Hitlerowi. Na zdjęciu widzimy ją rozmawiającą z kobietą, która kierowała autobusem
w wojennym Londynie.
© CBS Photo Archive/Getty Images Poland

© Topical Press Agency/Getty Images Poland


© Universal History Archive/Getty Images Poland
Mimo wszystkich otrzymanych ostrzeżeń Stalin był zszokowany rozpoczęciem 22
czerwca 1941 r. przez Niemców operacji „Barbarossa”, czyli najazdu na Związek
Radziecki. Początkowo atakujący napotkali minimalny opór. W niektórych
ukraińskich wioskach witani byli nawet jako wyzwoliciele spod stalinowskiego
terroru.
© Ullstein Bild/Getty Images Poland
Stalin powierzył obronę Moskwy i inne kluczowe zadania generałowi Gieorgijowi
Żukowowi, który bez mrugnięcia okiem poświęcał żołnierzy na polu walki lub
nakazywał rozstrzeliwać wszystkich, którzy próbowali się wycofać.
© PhotoQuest/Getty Images Poland
Jednostki pancerne Heinza Guderiana w mniej niż miesiąc dotarły aż do Smoleńska.
Jak jednak uważał generał, skierowanie przez Hitlera uderzenia na Kijów było
katastrofalnym błędem, w efekcie bowiem uderzenie na Moskwę nastąpiło zbyt
późno, przy coraz gorszej pogodzie. Niemieckie oddziały musiały je prowadzić
w jesiennych deszczach i błocie, potem zaś w mrozach wczesnej zimy.
© Ullstein Bild/Getty Images Poland

© Corbis/Getty Images Poland


Wzięci z zaskoczenia i często nieuzbrojeni, w pierwszych dniach niemieckiego
najazdu radzieccy żołnierze poddawali się setkami tysięcy. Trzymani w koszmarnych
warunkach, w większości szybko zmarli.
© Hulton-Deutsch Collection/Corbis/Getty Images Poland
Niemcy wszędzie zaprowadzali rządy terroru, wieszając rzekomych partyzantów
i celowo głodząc miejscową ludność. Zbrodnie te pomogły Stalinowi poderwać ludzi
do walki, także tych, którzy najbardziej ucierpieli pod jego rządami.
© TASS/Getty Images Poland
W czasie najazdu na Związek Radziecki rozpoczęła się pierwsza faza Holokaustu –
Szoa przy użyciu kul. Einsatzgruppen, specjalne szwadrony śmierci, prowadziły na
nowo podbitych terenach masowe egzekucje, metodycznie rozstrzeliwując
żydowskich mieszkańców wraz z Romami i innymi „wrogami”.
© Galerie Bilderwelt/Getty Images Poland

Radzieckich jeńców wykorzystano do rozbudowy obozu koncentracyjnego


Auschwitz, w tym wznoszenia baraków w obozie Birkenau, który szybko stał się
jednym z głównych ośrodków Szoa przy użyciu gazu. Komory gazowe w tym
i innych obozach umożliwiły mordowanie na skalę przemysłową.
© Hulton Archive/Getty Images Poland
W sierpniu 1941 r. Churchill i Roosevelt spotkali się u wybrzeży Nowej Fundlandii,
by stworzyć listę wspólnych zasad znaną jako Karta atlantycka. Tu na pokładzie
brytyjskiego pancernika Prince of Wales podczas niedzielnej mszy z udziałem
brytyjskich i amerykańskich marynarzy. „Każde słowo znajdowało oddźwięk w sercu.
Prawie połowa z tych, którzy śpiewali ten hymn, miała wkrótce umrzeć” – wspominał
Churchill.
© Imperial War Museums/Getty Images Poland
Churchill i ambasador Iwan Majski stukają się kieliszkami podczas lunchu
w radzieckiej ambasadzie w Londynie w sierpniu 1941 r. Doświadczony radziecki
dyplomata ustawicznie zamęczał Churchilla żądaniami Stalina.
© Picture Post/Hulton Archive/Getty Images Poland
Współpracownik Roosevelta Harry Hopkins ze Stalinem podczas wizyty w Moskwie
w sierpniu 1941 r. Majski był przekonany, że Hopkins „znacznie przychylniej”
traktuje radzieckie potrzeby niż Churchill.
© Margaret Bourke-White/The LIFE Picture Collection/Getty Images Poland

Wyczerpani żołnierze niemieccy poddają się pod Moskwą żołnierzom radzieckim


posiadającym pełne wyposażenie zimowe. Oczekiwane przez Hitlera szybkie
zwycięstwo przed dotkliwymi mrozami okazało się wyjątkowo błędną oceną.
© Time Life Pictures/Getty Images Poland
Wrak pancernika Arizona w Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r. W rozmowie telefonicznej
przez Atlantyk Roosevelt powiedział brytyjskiemu przywódcy: „Jesteśmy teraz
w jednakowym położeniu”. Zaskakujący atak japoński „znacznie ułatwia sprawy”,
odpowiedział Churchill. „Bóg z wami”.
© Mondadori/Getty Images Poland
Nazajutrz po Pearl Harbor Roosevelt poprosił Kongres o zatwierdzenie
wypowiedzenia wojny Japonii. Podpisał je, mając na ramieniu żałobną opaskę.
Jednak, przynajmniej oficjalnie, Stany Zjednoczone nadal nie były w stanie wojny
z Niemcami.
© Bettmann/Getty Images Poland
Przekonany, że kolejne rozszerzenie wojny przyniesie korzyść jego krajowi, Hitler
położył kres wszelkim wątpliwościom, wypowiadając 11 grudnia w przemówieniu
w Reichstagu wojnę Stanom Zjednoczonym. Ogłosił swą „niezmienną determinację
prowadzenia raz rozpoczętej walki do zwycięskiego końca”.
© Ullstein Bild/Getty Images Poland
26 grudnia 1941 r. Churchill przemówił na połączonej sesji obu izb Kongresu.
Ostrzegł, że Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone czeka „długa i ciężka wojna”. Był
jednak przekonany, że ostatecznie zwyciężą one. Wydarzenia roku 1941 pchały
Trzecią Rzeszę Hitlera wraz z Japonią w stronę katastrofy.
© Bettmann/Getty Images Poland
Przypisy
1. Albert Speer, Wspomnienia, s. 208. [wróć]
2. Ibidem. [wróć]
3. Pierre J. Huss, The Foe We Face, s. 210–212. [wróć]
4. Ibidem. [wróć]
5. Ibidem. [wróć]
6. Ibidem. [wróć]
7. H.R. Knickerbocker, Is Tomorrow Hitler’s? 200 Questions on the Battle of Mankind, s.
17–19. [wróć]
8. Albert Speer, Wspomnienia, s. 209. [wróć]
9. Ian Kershaw, Mit Hitlera, Zakrzewo 2009, s. 159. [wróć]
10. H.R. Knickerbocker, Is Tomorrow Hitler’s?, s. 48. [wróć]
11. Joachim C. Fest, t. 2, Führer, s. 290. [wróć]
12. Krew, znój, łzy i pot. Sławne mowy Winstona Churchilla, s. 136. [wróć]
13. Christian Hartmann, Operation Barbarossa: Nazi Germany’s War in the East, 1941–
1945, s. 4. [wróć]
14. W.H. Thompson, Sixty Minutes with Winston Churchill, s. 44–45. [wróć]
15. John Gilbert Winant, Letter from Grosvenor Square: An Account of a Stewardship, s.
4. [wróć]
16. Ronald Kessler, The Sins of the Father: Joseph P. Kennedy and the Dynasty He
Founded, s. 201. [wróć]
17. Michael R. Beschloss, Kennedy and Roosevelt: The Uneasy Alliance, s. 196. [wróć]
18. Gabriel Gorodetsky (red.), The Maisky Diaries: Red Ambassador to the Court of St.
James’s 1932–1943, s. 279. [wróć]
19. Winston S. Churchill, Druga wojna światowa, t. II, Ich najwspanialsza chwila, ks. 2,
Osamotnieni, s. 300. [wróć]
20. Nigel Nicolson (red.), Harold Nicolson: The War Years 1939–1945, vol. 2, of Diaries
and Letters, s. 90. [wróć]
21. Joachim Käppner, 1941: Der Angriff Auf Die Ganze Welt. [wróć]
22. Gorodetsky (red.), The Maisky Diaries, s. 328. [wróć]
23. Alexander Werth, Russia at War: 1941–1945, s. 84. [wróć]
24. Alan Bullock, Hitler i Stalin. Żywoty równoległe, t. 1, s. 17. [wróć]
25. Ian Kershaw, Hitler, 1889–1936: Hybris, s. 9–10. [wróć]
26. Dmitrij Wołkogonow, Stalin. Wirtuoz kłamstwa, dyktator myśli, s. 203. [wróć]
27. Isaac Deutscher, Stalin: A Political Biography, s. 40. [wróć]
28. Lars T. Lih, Oleg V. Naumov, Oleg V. Khlevniuk (red.), Stalin’s Letters to Molotov
1925–1936, app., s. 241–242. [wróć]
29. Robert Service, Stalin: A Biography, s. 356. [wróć]
30. Donald Rayfield, Stalin i jego oprawcy, s. 289. [wróć]
31. Robert Conquest, The Dragons of Expectations: Reality and Delusion in the Course of
History, s. 115. [wróć]
32. Richard Overy, Dyktatorzy. Hitler i Stalin, s. 80. [wróć]
33. Valentin M. Berezhkov, At Stalin’s Side: His Interpreter’s Memoirs from the October
Revolution to the Fall of the Dictator’s Empire, s. 53. [wróć]
34. Ibidem, s. 117. [wróć]
35. Rozmowa autora z Walerią Prochorową. [wróć]
36. Hans von Herwarth, Między Hitlerem a Stalinem. Wspomnienia dyplomaty i oficera
niemieckiego 1931–1945, s. 84. [wróć]
37. Andrew Nagorski, Hitlerland. Jak naziści zdobywali władzę, s. 10; Otto Strasser,
Hitler and I, s. 58. [wróć]
38. Adolf Hitler, Mein Kampf, s. 169, 257, 296, 310, 637, 688. [wróć]
39. Ibidem, s. 644, 654. [wróć]
40. Ibidem, s. 138–139. [wróć]
41. Ibidem, s. 138, 140, 382, 654, 680. [wróć]
42. Ibidem, s. 196. [wróć]
43. Ibidem, s. 140, 618, 620, 681. [wróć]
44. Speer, Wspomnienia, s. 124. [wróć]
45. Percy Ernst Schramm, Hitler: The Man & the Military Leader, s. 17, 21, 30. [wróć]
46. Ibidem, s. 33, 34. [wróć]
47. Ibidem, s. 104, 106. [wróć]
48. Hitler, Mein Kampf, s. 227. [wróć]
49. Adam Tooze, Cena zniszczenia. Wzrost i załamanie nazistowskiej gospodarki, s. 267.
[wróć]
50. Jacob Beam, niepublikowany rękopis (dzięki uprzejmości Alexa Beama); Nagorski,
Hitlerland, s. 273. [wróć]
51. Erich von Manstein, Stracone zwycięstwa, s. 19. [wróć]
52. William L. Shirer, Dziennik berliński. Zapiski korespondenta zagranicznego 1934–
1941, Warszawa 2007, s. 115. [wróć]
53. Tooze, Cena zniszczenia, s. 284–285. [wróć]
54. Ibidem, s. 321. [wróć]
55. Ibidem, s. 326. [wróć]
56. Ibidem. [wróć]
57. Ibidem, s. 337. [wróć]
58. Ibidem, s. 328. [wróć]
59. Hitler, Mein Kampf, s. 660–661. [wróć]
60. Wołkogonow, Stalin, s. 427. [wróć]
61. Andrew Nagorski, Największa bitwa. Moskwa 1941–1942. Stalin, Hitler i rozpaczliwa
walka o Moskwę, która zmieniła bieg drugiej wojny światowej, s. 26. [wróć]
62. Jerrold L. Schecter, Vyacheslav V. Luchkov (red.), Khrushchev Remembers: The
Glasnost Tapes, s. 46. [wróć]
63. Franz Halder, Dziennik wojenny, t. 1, s. 73. [wróć]
64. Fest, Hitler, t. 2, s. 255. [wróć]
65. Nicholas Stargardt, Wojna Niemców. Naród pod bronią 1939–1945, s. 61. [wróć]
66. Speer, Wspomnienia, s. 200. [wróć]
67. Tooze, Cena zniszczenia, s. 341. [wróć]
68. Ibidem, s. 348. [wróć]
69. Ibidem, s. 328. [wróć]
70. Strobe Talbott (red.), Khrushchev Remembers, s. 166. [wróć]
71. Anastas Mikoyan, Tak bylo, s. 385. [wróć]
72. Schecter, Luchkov, Khrushchev Remembers, s. 55. [wróć]
73. Simon Sebag Montefiore, Stalin. Dwór czerwonego cara, s. 325. [wróć]
74. Nagorski, Największa bitwa, s. 72–96. [wróć]
75. Richard Overy, Krew na śniegu. Rosja w II wojnie światowej, s. 41. [wróć]
76. Stepan Anastasovich Mikoyan, Memoirs of Military Test-Flying and the Life with the
Kremlin’s Elite, s. 106. [wróć]
77. Wołkogonow, Stalin, s. 388. [wróć]
78. Aleksandr M. Nekrich, Pariahs, Partners, Predators: German-Soviet Relations,
1922–1941, s. 220. [wróć]
79. Schecter, Luchkov, Khrushchev Remembers, s. 55. [wróć]
80. David E. Murphy, Co wiedział Stalin, s. 68–69. [wróć]
81. Heinz Höhne, Canaris, s. 451–452. [wróć]
82. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 68. [wróć]
83. Hans von Herwarth, Starr Frederick, Against two Evils, s. 115. [wróć]
84. Höhne, Canaris, s. 450. [wróć]
85. Fest, Hitler, t. 2, s. 298. [wróć]
86. Tooze, Cena zniszczenia, s. 332. [wróć]
87. Alfred W. Turney, Disaster at Moscow: Von Bock’s Campaigns 1941–1942, s. 25.
[wróć]
88. H.R. Trevor-Roper (red.), Hitler’s War Directives 1939–1945, s. 93–98. [wróć]
89. Nagorski, Największa bitwa, s. 31. [wróć]
90. Overy, Dyktatorzy, s. 481. [wróć]
91. Gerhard Engel, At the Heart of the Reich, s. 100–101. [wróć]
92. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 317. [wróć]
93. Turney, Disaster at Moscow, s. 29. [wróć]
94. Ibidem, s. 31. [wróć]
95. Tooze, Cena zniszczenia, s. 434. [wróć]
96. Winston S. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, Wielka Koalicja, ks. 1, Niemcy
prą na wschód, s. 1. [wróć]
97. Clifford J. Rogers, Ty Seidule, Steve R. Waddle (red.), The West Point History of
World War II, vol. 1, s. 115. [wróć]
98. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 1. [wróć]
99. Ibidem, s. 1. [wróć]
100. Ibidem, s. 2. [wróć]
101. Galeazzo Ciano, Pamiętniki 1939–1943, t. 1, s. 320. [wróć]
102. Henry W. Flannery, Assignment to Berlin, s. 151. [wróć]
103. Nicolson, Harold Nicolson, s. 136–137. [wróć]
104. Denis Judd, George VI, s. 179. [wróć]
105. Lord Ismay, The Memoirs of General Lord Ismay, s. 147. [wróć]
106. Robert Rhodes James, Victor Cazalet: A Portrait, s. 230. [wróć]
107. Zygmunt Nagórski, Wojna w Londynie, s. 67. [wróć]
108. Zob. Lynne Olson, Last Hope Island: Britain, Occupied Europe, and the Brotherhood
That Helped Turn the Tide of War. [wróć]
109. Paul-Henri Spaak, The Continuing Battle: Memoirs of a European 1936–1966, s. 56.
[wróć]
110. Charles de Gaulle, Pamiętniki wojenne, t. 1, Apel 1940–1942, s. 69. [wróć]
111. Charles de Gaulle, The Army of the Future, s. 21. [wróć]
112. Charles Williams, Charles de Gaulle. Ostatni wielki Francuz, s. 82. [wróć]
113. De Gaulle, Pamiętniki wojenne, t. 1, s. 68. [wróć]
114. Allen Churchill (red.), Eyewitness: Hitler, s. 210. [wróć]
115. Martin Gilbert, Churchill and America, s. 211–212. [wróć]
116. Edward R. Murrow, This Is London, s. 229–230. [wróć]
117. Robert Murphy, Diplomat Among Warriors, s. 51. [wróć]
118. John Colville, The Fringes of Power: Downing Street Diaries 1939–1955, s. 50.
[wróć]
119. Winston S. Churchill, Druga wojna światowa, t. I, Nadciągająca burza, ks. 2,
Nierealna wojna, s. 275. [wróć]
120. Harold Macmillan, The Blast of War 1939–1945, s. 77. [wróć]
121. Jon Meacham, Franklin and Winston: An Intimate Portrait of an Epic Friendship, s.
45. [wróć]
122. James Leutze (red.), The London Journal of General Raymond E. Lee 1940–1941, s.
81. [wróć]
123. Beschloss, Kennedy and Roosevelt, s. 200; David Stafford, Roosevelt and Churchill:
Men of Secrets, s. xvi. [wróć]
124. Ibidem. [wróć]
125. Meacham, Franklin and Winston, s. 32. [wróć]
126. Robert H. Jackson, That Man: An Insider’s Portrait of Franklin D. Roosevelt, s. 81–
82. [wróć]
127. A. Scott Berg, Lindbergh, s. 382. [wróć]
128. Lewis E. Lehrman, Churchill, Roosevelt & Company: Studies in Character and
Statecraft, s. 14, 39. [wróć]
129. Ibidem, s. 1. [wróć]
130. Meacham, Franklin and Winston, s. 51. [wróć]
131. Winston S. Churchill, Druga wojna światowa, t. II, Ich najwspanialsza chwila, ks. 1,
Upadek Francji, s. 23. [wróć]
132. www.let.rug.nl/usa/presidents/franklin-delano-roosevelt/state-of-the-union-1940.php.
[wróć]
133. Lehrman, op. cit., s. 25. [wróć]
134. Churchill, Druga wojna światowa, t. II, ks. 1, s. 24. [wróć]
135. Ibidem. [wróć]
136. Ibidem. [wróć]
137. Gilbert, Churchill and America, s. 186. [wróć]
138. Ibidem, s. 197. [wróć]
139. Ibidem, s. 188. [wróć]
140. Ibidem, s. 206. [wróć]
141. www.presidency.ucsb.edu/ws/?pid=15917. [wróć]
142. Gilbert, Churchill and America, s. 209. [wróć]
143. Robert E. Sherwood, Roosevelt and Hopkins: An Intimate History, s. 225. [wróć]
144. www.history.com/topics/world-war-ii/lend-lease-act. [wróć]
145. Ibidem. [wróć]
146. Hitler, Mein Kampf, s. 663. [wróć]
147. Speer, Wspomnienia, s. 91. [wróć]
148. Ibidem, s. 201. [wróć]
149. Ibidem. [wróć]
150. Engel, At the Heart of the Reich, s. 101. [wróć]
151. Speer, Wspomnienia, s. 200. [wróć]
152. Stargardt, Wojna Niemców, s. 78. [wróć]
153. Nagorski, Hitlerland, s. 321; Louis P. Lochner, Always the Unexpected: A Book of
Reminiscences, s. 262–272. [wróć]
154. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 36. [wróć]
155. Taylor, The Goebbels Diaries, s. 185. [wróć]
156. Nagorski, Największa bitwa, s. 35. [wróć]
157. Montefiore, Stalin, s. 335. [wróć]
158. Speer, Wspomnienia, s. 233. [wróć]
159. Ernst Hanfstaengl, nagranie wywiadu z Johnem Tolandem, Biblioteka Kongresu USA.
[wróć]
160. Ernst Hanfstaengl, Hitler: The Missing Years, s. 41. [wróć]
161. Hitler, Mein Kampf, s. 639. [wróć]
162. Ibidem, s. 139. [wróć]
163. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 126. [wróć]
164. Speer, Wspomnienia, s. 148. [wróć]
165. Marc Wortman, 1941: Fighting the Shadow War, s. 53. [wróć]
166. Louis Lochner, Round Robins from Berlin, „Wisconsin Magazine of History”,
Summer 1967. [wróć]
167. Franklin Roosevelt Approves Military Draft, History, www.history.com/this-day-in-
history/franklin-roosevelt-approves-military-draft. [wróć]
168. Franklin D. Roosevelt, 1941 State of the Union Address „The Four Freedoms” (6
January 1941), Voices of Democracy, voicesofdemocracy.umd.edu/fdr-the-four-
freedoms-speech-text. [wróć]
169. Lynne Olson, Those Angry Days: Roosevelt, Lindbergh, and America’s Fight over
World War II, 1939–1941, s. 276. [wróć]
170. Berg, Lindbergh, s. 413–416. [wróć]
171. Colville, The Fringes of Power, s. 326–327, 330; De Gaulle, Pamiętniki wojenne, t. 1,
s. 121–122. [wróć]
172. Raymond Aron, Wspomnienia, t. 1, s. 186. [wróć]
173. Sherwood, Roosevelt and Hopkins, s. 232–236. [wróć]
174. Ibidem, s. 238–239. [wróć]
175. Meacham, Franklin and Winston, s. 87. [wróć]
176. Oliver Lyttelton, The Memoirs of Lord Chandos, s. 165–166. [wróć]
177. Colville, The Fringes of Power, s. 331. [wróć]
178. W. Averell Harriman, Elie Abel, Special Envoy to Churchill and Stalin 1941–1946, s.
3–21. [wróć]
179. Ibidem. [wróć]
180. Ibidem. [wróć]
181. Ibidem. [wróć]
182. Charles Peters, Five Days in Philadelphia, s. 177. [wróć]
183. Joseph C. Harsch, At the Hinge of History: A Reporter’s Story, s. 55; Nagorski,
Hitlerland, s. 345. [wróć]
184. Meacham, Franklin and Winston, s. 95. [wróć]
185. Gilbert, Churchill and America, s. 215. [wróć]
186. Nicolson, Harold Nicolson, s. 141–142. [wróć]
187. Murrow, This Is London, s. 235, 236–237. [wróć]
188. Nicolson, Harold Nicolson, s. 149. [wróć]
189. C. Peter Chen, The Tripartite Pact, World War II Database,
https://ww2db.com/battle_spec.php?battle_id=84. [wróć]
190. Deutscher, Stalin, s. 452. [wróć]
191. Ibidem, s. 453; Nagorski, Największa bitwa, s. 40. [wróć]
192. Ibidem. [wróć]
193. Adam B. Ulam, Expansion and Coexistence: Soviet Foreign Policy, 1917–1973, s.
306. [wróć]
194. Ronald Seth, Operation Barbarossa: The Battle for Moscow, s. 36. [wróć]
195. Louis P. Lochner (red.), The Goebbels Diaries: 1942–1943, s. 87. [wróć]
196. Nekrich, Pariahs, Partners, Predators, s. 212. [wróć]
197. Turney, Disaster at Moscow, s. 35. [wróć]
198. William L. Shirer, The Rise and Fall of the Third Reich, s. 872. [wróć]
199. Kershaw, Hitler, 1936–1941: Nemezis, s. 321. [wróć]
200. Murphy, Co wiedział Stalin, s. 135; Churchill, Grand Alliance, s. 360–361. [wróć]
201. Herwarth, Między Hitlerem a Stalinem, s. 162. [wróć]
202. Meldunki, w tym Richarda Sorgego, oraz reakcje Stalina: Murphy, Co wiedział Stalin,
s. 70, 75, 76, 80, 82, 85–89, 96–99, 218–223, 263; Rayfield, Stalin i jego oprawcy, s.
346; Nagorski, Największa bitwa, s. 36–39; Gordon W. Prange, Target Tokyo: The
Story of the Sorge Spy Ring, s. 3–16. [wróć]
203. Robert Whymant, Szpieg Stalina. Richard Sorge i siatka szpiegowska w Tokio, s. 283.
[wróć]
204. Mikoyan, Memoirs, s. 102. [wróć]
205. Speer, Wspomnienia, s. 243. [wróć]
206. Alan Bullock, Hitler and Stalin, s. 759. [wróć]
207. Albert Axell, Marshal Zhukov: The Man Who Beat Hitler, s. 63. [wróć]
208. Tooze, Cena zniszczenia, s. 467–468. [wróć]
209. Ibidem. [wróć]
210. Ibidem, s. 461. [wróć]
211. Ibidem, s. 462–463. [wróć]
212. Nekrich, Pariahs, Partners, Predators, s. 222. [wróć]
213. Overy, Dyktatorzy, s. 481; Nagorski, Największa bitwa, s. 32. [wróć]
214. Shirer, The Rise and Fall of the Third Reich, s. 816–817; Nagorski, Największa bitwa,
s. 33. [wróć]
215. Ibidem. [wróć]
216. Kershaw, Hitler, 1936–1941: Nemezis, s. 318. [wróć]
217. Gilbert, Churchill and America, s. 166. [wróć]
218. Shirer, The Rise and Fall of the Third Reich, s. 824. [wróć]
219. Engel, At the Heart of the Reich, s. 106. [wróć]
220. Shirer, The Rise and Fall of the Third Reich, s. 824. [wróć]
221. Ciano, Pamiętniki 1939–1943, t. 1, s. 342. [wróć]
222. Ibidem. [wróć]
223. Tooze, Cena zniszczenia, s. 465. [wróć]
224. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 414. [wróć]
225. Guderian, Wspomnienia żołnierza, s. 155. [wróć]
226. Fabian von Schlabrendorff, The Secret War Against Hitler, s. 125; Nagorski,
Największa bitwa, s. 111. [wróć]
227. Guderian, Wspomnienia żołnierza, s. 154. [wróć]
228. Leon Goldensohn, Robert Gellately (red.), The Nuremberg Interviews: An American
Psychiatrist’s Conversations with the Defendants and Witnesses, s. 160. [wróć]
229. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 474. [wróć]
230. Ibidem, s. 370. [wróć]
231. Turney, Disaster at Moscow, s. 36. [wróć]
232. Ibidem. [wróć]
233. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 405. [wróć]
234. Ibidem, s. 404. [wróć]
235. Tooze, Cena zniszczenia, s. 486. [wróć]
236. Steven Merritt Miner, Stalin’s Holy War: Religion, Nationalism and Alliance Politics,
s. 54; Nagorski, Największa bitwa, s. 100. [wróć]
237. Gerbet, s. 221. [wróć]
238. Tooze, Cena zniszczenia, s. 486. [wróć]
239. Ibidem, s. 485. [wróć]
240. Ibidem, s. 489–490. [wróć]
241. Prange, Target Tokyo, s. 338. [wróć]
242. Tooze, Cena zniszczenia, s. 368. [wróć]
243. Kershaw, Hitler, 1936–1941: Nemezis, s. 317. [wróć]
244. Turney, Disaster at Moscow, s. 41. [wróć]
245. Alexander Dallin, German Rule in Russia 1941–1945: A Study of Occupation
Policies, s. 30–31; Nagorski, Największa bitwa, s. 100. [wróć]
246. Kershaw, Hitler, 1936–1941: Nemezis, s. 315. [wróć]
247. Dallin, German Rule in Russia 1941–1945, s. 30–31. [wróć]
248. Engel, At the Heart of the Reich, s. 110, 113–114. [wróć]
249. Ibidem. [wróć]
250. Ibidem. [wróć]
251. Ten i inne cytaty z „Polish Fortnightly Review” – prywatne dokumenty Zygmunta
Nagórskiego Juniora, mojego ojca, który służył w Wojsku Polskim, najpierw
w Polsce, później zaś w Wielkiej Brytanii po wydostaniu się z Polski. [wróć]
252. Halder, Dziennik wojenny, t. 1, s. 52. [wróć]
253. Richard C. Lukas, Zapomniany Holokaust, s. 26–27. [wróć]
254. Halder, Dziennik wojenny, t. 1, s. 117. [wróć]
255. Stanisław Piotrowski, Dziennik Hansa Franka, s. 51. [wróć]
256. Stargardt, Wojna Niemców, s. 67. [wróć]
257. Ibidem, s. 28–29. [wróć]
258. Piotrowski, Dziennik Hansa Franka, s. 50. [wróć]
259. Ibidem, s. 417. [wróć]
260. http://ww2history.com/key_moments/Holocaust/Einsatzgruppen_operate_in_Poland;
Jochen Böhler, Klaus-Michael Mallmann, Jürgen Matthäus, Einsatzgruppen w Polsce.
[wróć]
261. Christopher R. Browning, Geneza „ostatecznego rozwiązania”. Ewolucja
nazistowskiej polityki wobec Żydów, wrzesień 1939–marzec 1942, s. 74; Richard
Rhodes, Mistrzowie śmierci. Einsatzgruppen, s. 21–22; Stargardt, Wojna Niemców, s.
71. [wróć]
262. Ibidem. [wróć]
263. Ibidem. [wróć]
264. „Polish Fortnightly Review”, 15 grudnia 1940 r. [wróć]
265. Maciej Siekierski, Feliks Tych (red.), Widziałem Anioła Śmierci, s. 8. [wróć]
266. Halik Kochanski, Orzeł niezłomny, s. 112; T. Bór-Komorowski, Armia podziemna, s.
25; Lukas, s. 32. [wróć]
267. Kochanski, Orzeł niezłomny, s. 112. [wróć]
268. Halder, Dziennik wojenny, t. 1, s. 150. [wróć]
269. Kochanski, Orzeł niezłomny, s. 114–115. [wróć]
270. Ibidem. [wróć]
271. Berezhkov, At Stalin’s Side, s. 150, 181; Nagorski, Największa bitwa, s. 39. [wróć]
272. Ibidem. [wróć]
273. Murphy, Co wiedział Stalin, s. 150–151; Nagorski, Największa bitwa, s. 39–40. [wróć]
274. Murphy, Co wiedział Stalin, s. 151. [wróć]
275. Ibidem. [wróć]
276. Ibidem, s. 153. [wróć]
277. Montefiore, Stalin, s. 348. [wróć]
278. Murphy, Co wiedział Stalin, s. 155. [wróć]
279. Ulam, Expansion and Coexistence, s. 311. [wróć]
280. Deutscher, Stalin, s. 439. [wróć]
281. Wołkogonow, Stalin, s. 462. [wróć]
282. Ivo Banac (red.), The Diary of Georgi Dimitrov, s. 159–160. [wróć]
283. Petro G. Grigorenko, Memoirs, s. 46–47. [wróć]
284. Murphy, Co wiedział Stalin, s. 38. [wróć]
285. Nota polskiego Ministerstwa Informacji w Londynie do Ambasady RP
w Waszyngtonie, 11 czerwca 1941 r., Poland, Ambasada US, Box 10, Folder 2,
Hoover Institution Archives. [wróć]
286. Gorodetsky, Maisky Diaries, s. 362. [wróć]
287. Montefiore, Stalin, s. 351 [wróć]
288. Winant, Letter from Grosvenor Square, s. 21–24. [wróć]
289. Informacje o i cytaty z Winanta oraz spotkanie z Rooseveltem i romans z Sarah
Churchill patrz: Winant, Letter from Grosvenor Square, s. 10–25, Lynne Olson,
Citizens of London: The Americans Who Stood with Britain in Its Darkest, Finest
Hour, s. 12–26, 111–113; The Tragic Love Affair of Former NH Gov. John Winant and
Sarah Churchill, New England Historical Society Online,
www.newenglandhistoricalsociety.com/tragic-love-affair-former-nh-gov-john-winant-
sarah-churchill. [wróć]
290. Winant, Letter from Grosvenor Square, s. 21–24. [wróć]
291. Ibidem, s. 26–40. [wróć]
292. Beschloss, Kennedy and Roosevelt, s. 241. [wróć]
293. Ibidem, s. 235. [wróć]
294. Ibidem. [wróć]
295. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 136. [wróć]
296. Warren F. Kimball, The Most Unsordid Act: Lend-Lease 1939–1941, s. 231. [wróć]
297. Winant, Letter from Grosvenor Square, s. 37. [wróć]
298. Colville, The Fringes of Power, s. 372. [wróć]
299. Gorodetsky, The Maisky Diaries, s. 339–340. [wróć]
300. Ibidem. [wróć]
301. Te oraz inne uwagi Churchilla i Winanta wraz z reakcjami prasy: Olson, Citizens of
London, s. 25–26. [wróć]
302. Nicolson, Harold Nicolson, s. 153. [wróć]
303. Kimball, The Most Unsordid Act, s. 234. [wróć]
304. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 136. [wróć]
305. Colville, The Fringes of Power, s. 374, 376. [wróć]
306. „ogromnie przygnębiony” oraz reszta wpisu Colville’a z 2 maja: Ibidem, s. 381–382.
[wróć]
307. Nicolson, Harold Nicolson, s. 162. [wróć]
308. „Nikt zajmujący to stanowisko” oraz dyskusja na temat słowa „zrujnowany”:
Raymond E. Lee, Retired General, „New York Times”, 8 kwietnia 1958 r. [wróć]
309. Środki bezpieczeństwa, „doradcy techniczni” oraz cytaty z Sherwooda: Sherwood,
Roosevelt and Hopkins, s. 272–274; John J. McLaughlin, General Albert C.
Wedemeyer, America’s Unsung Strategist in World War II, s. 35. [wróć]
310. Leutze, London Journal of General Lee, s. 236–239. [wróć]
311. Ibidem, s. 241. [wróć]
312. „Sądzę, że dostrzegam” oraz reszta obserwacji Lee, „Pan Black” i pytania
Beaverbrooka do Arnolda: Ibidem, s. 243–251. [wróć]
313. Harriman, Abel, Special Envoy, s. 31. [wróć]
314. Ibidem, s. 32. [wróć]
315. Dorothy Thompson oraz cytaty z jej książki: Nagorski, Hitlerland, s. 78–79, 107–110;
Dorothy Thompson, I Saw Hitler! [wróć]
316. America First Committee, box 30, Hoover Institution Archives. [wróć]
317. Ibidem. [wróć]
318. Ibidem. [wróć]
319. Ibidem. [wróć]
320. Edgar Ansel Mowrer, Triumph and Turmoil: A Personal History of Our Times, s. 314–
317. [wróć]
321. Shirer, Dziennik berliński, s. 435. [wróć]
322. Ibidem, s. 436. [wróć]
323. Ken Cuthbertson, A Complex Fate: William L. Shirer and the American Century, s.
280–282. [wróć]
324. Joseph C. Harsch, Pattern of Conquest, s. 303–304. [wróć]
325. Flannery, Assignment Berlin, s. 13. [wróć]
326. Richard C. Hottelet, Guest of Gestapo, „San Francisco Chronicle”, 3 sierpnia 1941 r.;
wywiad autora z Hotteletem; Nagorski, Hitlerland, s. 344–347. [wróć]
327. Howard K. Smith, Last Train from Berlin, s. 226. [wróć]
328. Duff Cooper, Old Men Forget, s. 287. [wróć]
329. Murrow, This Is London, s. 125. [wróć]
330. Quentin Reynolds, A London Diary, s. 153. [wróć]
331. Eric Sevareid, Not So Wild a Dream: A Personal Story of Youth and War and the
American Faith, s. 177–178. [wróć]
332. Ernie Pyle, Ernie Pyle in England, s. 226. [wróć]
333. Sevareid, Not So Wild a Dream, s. 173. [wróć]
334. Pyle, Ernie Pyle in England, s. 134–135. [wróć]
335. Steven J. Ross, Hitler in Los Angeles, s. 307. [wróć]
336. Taylor, The Goebbels Diaries, s. 263. [wróć]
337. „częstych tyrad” i reszta uwag Hitlera: Engel, At the Heart of the Reich, s. 107–108.
[wróć]
338. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 457. [wróć]
339. Turney, Disaster at Moscow, s. 34. [wróć]
340. Taylor, The Goebbels Diaries, s. 309. [wróć]
341. Ibidem, s. 354. [wróć]
342. Misja Hessa, diuk Hamilton oraz wcześniejsza rozmowa Hessa z Hitlerem: Kershaw,
Hitler, 1936–1941: Nemezis, s. 325–335. [wróć]
343. www.undiscoveredscotland.co.uk/usbiography/d/douglasdouglashamilton.html.
[wróć]
344. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 47, 50. [wróć]
345. Speer, Wspomnienia, s. 211. [wróć]
346. Engel, At the Heart of the Reich, s. 112–113. [wróć]
347. Taylor, The Goebbels Diaries, s. 364. [wróć]
348. Ciano, Pamiętniki 1939–1943, t. 1, s. 341. [wróć]
349. Ibidem. [wróć]
350. Taylor, The Goebbels Diaries, s. 365, 367. [wróć]
351. Ibidem. [wróć]
352. Ibidem. [wróć]
353. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 50. [wróć]
354. Ibidem. [wróć]
355. Ibidem, s. 52. [wróć]
356. Ibidem, s. 51. [wróć]
357. Ibidem. [wróć]
358. Andrew Nagorski, The Ghost of Spandau, „Newsweek”, 31 sierpnia 1987 r. [wróć]
359. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 54. [wróć]
360. Ibidem. [wróć]
361. Speer, Wspomnienia, s. 176. [wróć]
362. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 48. [wróć]
363. Gilbert, Churchill and America, s. 220. [wróć]
364. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 138. [wróć]
365. Harriman, Abel, Special Envoy, s. 33–34; straty na HMS Hood: The Sinking of HMS
Hood: A Summary, History in an Hour, ostatnia modyfikacja 24 maja 2011 r.,
www.historyinanhour.com/2011/05/24/sinking-of-hms-hood-summary. [wróć]
366. Ibidem. [wróć]
367. Ibidem. [wróć]
368. Kershaw, Hitler, 1936–1941: Nemezis, s. 335–336. [wróć]
369. Sherwood, Roosevelt and Hopkins, s. 298. [wróć]
370. Berg, Lindbergh, s. 419. [wróć]
371. Sherwood, Roosevelt and Hopkins, s. 299. [wróć]
372. Berg, Lindbergh, s. 421. [wróć]
373. Ibidem. [wróć]
374. Nicolson, Harold Nicolson, s. 172. [wróć]
375. Halder, Dziennik wojenny, t. 2, s. 528. [wróć]
376. Mikoyan, Tak bylo, s. 378; Nagorski, Największa bitwa, s. 44–45, 55; Montefiore,
Stalin, s. 351–354. Według Montefiorego Liskow był przesłuchiwany, lecz nie
rozstrzelano go, mimo rozkazu Stalina. Ocaliło go zapewne panujące tego dnia
zamieszanie. [wróć]
377. Ibidem. [wróć]
378. Nagorski, Największa bitwa, s. 56. [wróć]
379. Seth, Operation Barbarossa, s. 54. [wróć]
380. Montefiore, Stalin, s. 362. [wróć]
381. Nagorski, Największa bitwa, s. 55–56. [wróć]
382. Stargardt, Wojna Niemców, s. 209. [wróć]
383. Halder, Dziennik wojenny, t. 3, s. 27. [wróć]
384. Taylor, The Goebbels Diaries, s. 426–427. [wróć]
385. Ibidem. [wróć]
386. Nagorski, Największa bitwa, s. 52; Constantine Pleshakov, Szaleństwo Stalina, s. 127.
[wróć]
387. Ibidem. [wróć]
388. Herwarth, Między Hitlerem a Stalinem, s. 359. [wróć]
389. Ibidem. [wróć]
390. Ibidem, s. 361. [wróć]
391. Ibidem. [wróć]
392. Ibidem. [wróć]
393. Bulleten’ Assotsiasii istorikov vtoroy mirovoy voyny, issue 8, 2003, s. 21–25;
Nagorski, Największa bitwa, s. 52. [wróć]
394. Nagorski, Największa bitwa, s. 50 oraz rozmowa z autorem. [wróć]
395. Nagorski, Największa bitwa, s. 53–55 oraz rozmowa z jego synem Jurijem
Drużnikowem. [wróć]
396. Werth, Russia at War, s. 159–160; Nagorski, Największa bitwa, s. 57. [wróć]
397. Werth, Russia at War, s. 165. [wróć]
398. Nagorski, Największa bitwa, s. 58; Anastas Mikoyan, Tak bylo, s. 388–389. [wróć]
399. Ibidem. [wróć]
400. Ibidem. [wróć]
401. Werth, Russia at War, s. 167–168; Montefiore, Stalin, s. 365. [wróć]
402. Oleg V. Khlevniuk, Stalin. Nowa biografia, s. 273. [wróć]
403. Montefiore, Stalin, s. 370. [wróć]
404. Montefiore, Stalin, s. 371; Nagorski, Największa bitwa, s. 58. [wróć]
405. „Mołotow mówił”, wizyta oficjeli na daczy oraz relacja Mikojana: Wołkogonow,
Stalin, s. 523; Montefiore, Stalin, s. 371–373; Nagorski, Największa bitwa, s. 59.
[wróć]
406. Schecter, Luchkov, Khrushchev Remembers, s. 65. [wróć]
407. Ibidem. [wróć]
408. Talbott (red.), Khrushchev Remembers, s. 168; Nagorski, Największa bitwa, s. 59–60.
[wróć]
409. Joseph Stalin, The War of National Liberation, s. 9–17 (poprawiłem kilka linijek
tłumaczenia); Nagorski, Największa bitwa, s. 60–61. [wróć]
410. Overy, Dyktatorzy, s. 490; Nagorski, Największa bitwa, s. 59. [wróć]
411. Ilya Zbarsky, Samuel Hutchinson, Lenin’s Embalmers; Nagorski, Największa bitwa, s.
62–67. [wróć]
412. Dallin, German Rule in Russia 1941–1945, s. 3; Nagorski, Największa bitwa, s. 68.
[wróć]
413. Halder, Dziennik wojenny, t. 3, s. 68. [wróć]
414. Halder, Dziennik wojenny, t. 3, s. 85. [wróć]
415. Ibidem. [wróć]
416. Ibidem, s. 111. [wróć]
417. Nagorski, Największa bitwa, s. 61–62. [wróć]
418. Uwagi Hitlera z 27 lipca: Bullock, Hitler i Stalin, t. 2, s. 201; Nagorski, Największa
bitwa, s. 68–69. [wróć]
419. Engel, At the Heart of the Reich, s. 114–115. [wróć]
420. Ibidem. [wróć]
421. Ibidem. [wróć]
422. Ibidem. [wróć]
423. Ibidem. [wróć]
424. Nagorski, Największa bitwa, s. 69; Pleshakov, Szaleństwo Stalina, s. 245. [wróć]
425. Ibidem. [wróć]
426. Werth, Russia at War, s. 164. [wróć]
427. Gerbet, s. 225. [wróć]
428. Taylor, The Goebbels Diaries, s. 431. [wróć]
429. Halder, Dziennik wojenny, t. 3, s. 52. [wróć]
430. B.H. Liddell Hart, The German Generals Talk, s. 179. [wróć]
431. Gerbet, s. 225, 242. [wróć]
432. Adam Zamoyski, 1812. Wojna z Rosją, s. 529. [wróć]
433. Bullock, Hitler i Stalin, t. 2, s. 209. [wróć]
434. Taylor, The Goebbels Diaries, s. 446. [wróć]
435. Engel, At the Heart of the Reich, s. 114–115. [wróć]
436. Gerbet, s. 247. [wróć]
437. Ibidem, s. 265–266; Nagorski, Największa bitwa, s. 113. [wróć]
438. Trevor-Roper, Hitler’s War Directives, s. 146. [wróć]
439. Guderian, Wspomnienia żołnierza, s. 198. [wróć]
440. Ibidem, s. 201. [wróć]
441. Trevor-Roper, Hitler’s War Directives, s. 150–151; Nagorski, Największa bitwa, s.
113. [wróć]
442. Ibidem. [wróć]
443. Ibidem. [wróć]
444. Guderian, Wspomnienia żołnierza, s. 216. [wróć]
445. Ibidem. [wróć]
446. Ibidem. [wróć]
447. Ibidem, s. 218. [wróć]
448. Ibidem. [wróć]
449. Ibidem, s. 219. [wróć]
450. Ibidem, s. 235. [wróć]
451. Trevor-Roper, Hitler’s War Directives, s. 153; Geoffrey Jukes, The Defense of
Moscow, s. 77; Nagorski, Największa bitwa, s. 114. [wróć]
452. Manstein, Stracone zwycięstwa, s. 91. [wróć]
453. Ibidem, s. 361. [wróć]
454. Ibidem, s. 211. [wróć]
455. Norman Ohler, Trzecia Rzesza na haju, s. 157. [wróć]
456. Łukasz Kamieński, Farmakologizacja wojny, s. 154–156. Książka ta omawia także
stosowanie narkotyków przez inne armie w innych wojnach. [wróć]
457. Leutze, London Journal of General Lee, s. 315. [wróć]
458. Winant, Letter from Grosvenor Square, s. 200. [wróć]
459. President Franklin Delano Roosevelt Message to the Congress on the Sinking of the
Robin Moor, June 21, 1941, American Merchant Marine at War online, ostatnia
modyfikacja 6 kwietnia 2002, www.usmm.org/fdr/robinmoor.html. [wróć]
460. Winant, Letter from Grosvenor Square, s. 194. [wróć]
461. Ibidem, s. 202. [wróć]
462. Leutze, London Journal of General Lee, s. 315. [wróć]
463. Churchill, Druga wojna światowa, t. III, ks. 1, s. 371. [wróć]
464. Ibidem, s. 370; Nagorski, Największa bitwa, s. 161. [wróć]
465. Ibidem. [wróć]
466. Colville, The Fringes of Power, s. 405. [wróć]
467. Anthony Eden, The Reckoning, s. 312; Nagorski, Największa bitwa, s. 149. [wróć]
468. Colville, The Fringes of Power, s. 405. [wróć]
469. Pr