Vous êtes sur la page 1sur 55

Plik

jest zabezpieczony znakiem wodnym


===bVxkVmBU
Copyright © by AGORA SA 2013
Copyright © by Piotr Głuchowski
Copyright © by Marcin Kowalski

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Urszula Pągowska – Kreacja Pro, dyrektor artystyczny – Andrzej
Pągowski
KOREKTA: Emilia Niedzielak


ISBN 978-832-681-454-9
Wydanie elektroniczne 2013


Teksty były publikowane w Gazecie Wyborczej i jej dodatkach


Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

===bVxkVmBU
Spis treści

Ukochany Syn Wielkiego Wodza


Ukochana Siostra Wielkiego Brata
Stalowy Wnuk Wielkiego Wodza
Umrzeć dla Wielkiego Wodza
Pracujemy w Sadzie Wielkiego Przyjaciela
Mali agenci Kima
===bVxkVmBU
Ukochany Syn Wielkiego Wodza

PIOTR GŁUCHOWSKI, MARCIN KOWALSKI



Starszy Brat zmusił go do operacji plastycznej, by zmniejszyć podobieństwo do ojca. Plastyka
szczęki niewiele dała – Młodszy dalej wygląda jak Wielki Wódz




Gdy północnokoreański ambasador Kim Pjong Il (będziemy go nazywać także
Młodszym Bratem) wyjeżdża na tylnym siedzeniu czarnego mercedesa z bramy
ambasady na warszawskim Czerniakowie, za jego limuzyną podąża zwykle czarny
volkswagen golf „piątka”.
Auto prowadzi samotnie Ri Chun Su, attaché kulturalny ambasady. Pan Ri nie ma
zbyt wiele wspólnego z kulturą. Nie kształcił się na dyplomatę. Poznał za to techniki
walki wręcz, umie zabić gołą dłonią, a co dopiero ołówkiem, świetnie strzela.
Co ważniejsze: zna Polskę, mówi po polsku, potrafi się tu poruszać, jest wyśmienitym
kierowcą. Szczegółową mapę ulic Warszawy może wyrysować z pamięci – i to
z najdrobniejszymi szczegółami.
Z zawodu elektryk, studiował przez dwa lata na Politechnice Wrocławskiej. Potem
wrócił do Pjongjangu, gdzie – oficjalnie – zrobił dyplom inżyniera. Faktycznie
przeszedł intensywne szkolenie w którymś z tajnych ośrodków bezpieki, jego ranga
odpowiada dziś co najmniej wojskowemu stopniowi pułkownika.
Pod przykrywką działalności kulturalnej pan Ri prowadzi operacje gospodarcze
północnokoreańskiej ambasady w Warszawie. Zajmuje się między innymi wynajmem
zbędnych pomieszczeń prywatnym firmom. W tzw. wielkim pałacu – największym
z ukrytych za betonowym płotem gmachów rozsianych wzdłuż ulicy Bobrowieckiej –
działają: studio nagrań rapera Tede, biura telewizji 4funTV oraz PR-owska firma
sportowa Ciszewski. Północnokoreański reżim rozpaczliwie potrzebuje waluty, liczy
się dosłownie każdy grosz. Stąd komercyjne przedsięwzięcia: podnajem części
ambasad czy eksport siły roboczej – koreańscy robotnicy pracują na kilku budowach
w Polsce i kilkuset na świecie.
Robotnik w Korei Północnej zarabia pół euro miesięcznie.
W Polsce pracodawca płaci Koreańczykowi tysiąc razy więcej. Tylko że 99 proc.
wynagrodzenia zabiera bezpieka. Wysyłaniem do Pjongjangu pieniędzy uzyskanych
z niewolniczej pracy i wynajmu biur zajmuje się właśnie pan Ri.
Ale i to nie jest jego prawdziwe zadanie.
Naprawdę attaché Ri Chun Su jest w Warszawie po to, by zastrzelić Młodszego
Brata, gdyby ten chciał uciec.
Oczywiście pan Ri też jest pilnowany. Dwóch bezpieczniaków non stop baczy, czy
przypadkiem – korzystając z dostępu do marnych groszy, które dla Koreańczyków są
majątkiem – sam nie szykuje ucieczki.

Kto uciekł, a kto żyje?


Od czasów wojny koreańskiej z państwa-więzienia uciekło już ponad 14 tys. ludzi:
urywali się żołnierze patrolujący granicę, oficerowie bezpieki, znani sportowcy
i trenerzy, nawet dowódcy wojskowi. I nic się wielkiego nie stało – państwo trwa.
Ale gdyby uciekł Młodszy Brat... Kto wie, co by się mogło wydarzyć. Ambasador
Kim Pjong Il jest wszak rodzonym synem zmarłego Wielkiego Wodza Kim Ir Sena
i przyrodnim bratem Kim Dżong Ila (będziemy go czasem nazywać Starszym
Bratem).
Ten reportaż pomogli nam napisać naukowcy, badacze Korei, ludzie wielokrotnie
tam jeżdżący, odwiedzający ambasadę przy okazji oficjalnych bankietów, osobiście
znający Młodszego Brata. Dwie osoby miały okazję rozmawiać nawet ze Starszym.
Żadna nie wystąpi jednak pod nazwiskiem, bo nigdy by już do Korei nie wjechała lub
– co gorsza – mogłaby po kolejnym wjeździe nie dostać zgody na opuszczenie jej
granic. – A w obozie człowiek nie pożyje dłużej niż dwa tygodnie – mówi pierwszy
z naszych rozmówców. – Po prostu nie dają tam jeść. Tylko pić.

Chrystus w diamentowym pyle


Kiedy młody poseł Józef Franciszek Sapieha herbu Lis ruszył, jak każe rodzinna
tradycja, w podróż po Europie, odwiedził między innymi Paryż. W Notre Dame
pozwolono mu ucałować największą relikwię – koronę cierniową Chrystusa. Był rok
1700 albo coś koło tego. Józef Franciszek klęknął i pod czujnym okiem prezbitera
Francuza całował ciernie z należnym szacunkiem. Sumiaste wąsiska Sapiehy sprawiły,
że duchowny nie zauważył, iż Polak jakoś podejrzanie manipuluje wargami przy
koronie i wreszcie odgryza jeden z kolców. Drzazga została przemycona do Polski
i trafiła do jednego z prywatnych miasteczek Sapiehów – do podlaskich Boćków,
gdzie – dla należytej oprawy ciernia – Sapiehowie ufundowali kościół pw. św.
Antoniego z Padwy.
Młodszy Brat odwiedza tę świątynię i lubi pomilczeć, patrząc na relikwię. –
Za każdym razem jest wzruszony. Bo on czuje się u nas jak w domu i uczuć nie kryje –
mówi o Kim Pjong Ilu przewodniczący Koła Przyjaźni Polsko-Koreańskiej w Boćkach
Marek Skomorowski.
Potężny czterdziestolatek o cienkim głosiku, na co dzień muzyk w zespole ludowym
Klekowiaki, założył koło przyjaźni kilka lat temu. Młodszy Brat już parę razy zaszczycił
go wizytą.
– Szanowny pan ambasador to bardzo ciepły człowiek, niezwykle sympatyczny,
w kontaktach z prostymi ludźmi nigdy się nie wywyższa. Kiedy z nim rozmawiam, to
czuję się zaszczycony i dumny. Bardzo się cieszę, że upodobał sobie w Polsce właśnie
naszą wieś. Może dlatego, że Boćki panu ambasadorowi przypominają jego rodzinny
kraj? To nie Warszawa, ludzie mieszkają tu zwyczajni i serdeczni. Jak Koreańczycy,
bo oni są w tym podobni do nas, do rolników polskich. Ja pana ambasadora dobrze
poznałem, osobiście oprowadziłem go po naszych zabytkach. Oglądał z wielką
ciekawością i w skupieniu wszystko we wsi, a najbardziej relikwię korony Pana Jezusa.
Na kolejną wizytę przywiózł nam wizerunek Jezusa Miłosiernego wykonany przez
artystę koreańskiego diamentowym pyłem. Aż mi się nogi same do klękania ugięły, jak
to zobaczyłem.
– Pan wie, że w Korei obowiązuje ateizm?
– My tu prowadzimy z ambasadorem miłe rozmowy, nie mieszamy się do polityki.
Nie nam oceniać, co tam naprawdę się dzieje. Nas interesują kontakty międzyludzkie
i wymiana kulturalna.
W ramach wymiany Klekowiaki umilają oficjalne przyjęcia w ambasadzie
na Bobrowieckiej. Rauty odbywają się trzy razy do roku: 15 kwietnia – to rocznica
urodzin Wielkiego Wodza, 16 lutego – urodziny Umiłowanego Przywódcy, 9
września – rocznica proklamowania KRLD. Państwa zachodnie nie przysyłają
ambasadorów na te uroczystości, ale przyjeżdżają głowy warszawskich ambasad Rosji,
Wietnamu, Malezji, Tajlandii i Watykanu. Toasty za zdrowie Umiłowanego
Przywódcy wznosi się żubrówką i żeńszeniówką. Jako przekąska – pierogi i makaron
na zimno. Z roku na rok przyjęcia są coraz skromniejsze. Ale ósemka muzyków
z Bociek daje z siebie wszystko.
– Występujemy w ludowych strojach, z instrumentarium mieszanym, ludowo-
nowoczesnym – opowiada Marek Skomorowski. – Mamy akordeon i klarnet, ale też
perkusję i gitarę. Ja śpiewam. Na ostatnim przyjęciu wykonaliśmy „Buja księżyc
po niebie” i „Śpiewa skowroneczek z nieba wysokiego”.
W podzięce pan ambasador zaprosił Skomorowskiego do Pjongjangu. –
Zobaczyłem ludzi skromnych, ale godnych. Byłem na wielkim widowisku, festiwalu
ćwiczeń. Nogi mi się ugięły do klękania, kiedy zobaczyłem, jak 200 tys. ludzi tańczy
na cześć swojego kraju... Polacy raczej by tak nie tańczyli.

Wielki Wódz płacze po Naczelniku


W Polsce działa kilkunastu przyjaciół Korei takich jak wokalista z Bociek. Między
innymi Jacek Poniewierski, na co dzień pracownik branży kolejowej z Warszawy,
i Stanisław Dobek, sadownik spod Sandomierza. W kołach przyjaźni działają także
emerytowani milicjanci, leśnicy i lewicujący studenci. Reżim zaprasza ich
do Pjongjangu (lata tam jeden samolot tygodniowo z Chin), lokuje w najlepszym
(jedynym i zawsze pustym) hotelu dla zagranicznych gości oraz karmi kimchi (kiszona
kapusta z ryżem i czosnkiem), które przed wojną koreańską było potrawą ubogich,
a teraz jest rarytasem.
Polscy delegaci najpierw podziwiają „osiągnięcia” KRLD: tańczące dziewczęta
w ludowych strojach, chłopców prezentujących walki karate, dzieci śpiewające
piosenki na cześć przybyłych, a potem występują sami. W szkołach, fabrykach
i w studiu jedynego programu północnokoreańskiej telewizji już czekają mównice
i mikrofony. Goście – zawsze w asyście bezpieczniaków – pozdrawiają gospodarzy
w imieniu narodu polskiego albo i całej Europy, dziękują za życzliwe przyjęcie. To
kompletnie nieważne, co mówią. Koreańscy tłumacze i tak mają przygotowane
wcześniej teksty. Widzowie pozostają w przekonaniu, że zobaczyli nie sadownika czy
eksmilicjanta, ale prezydenta, premiera, może króla. Gospodarze przedstawiają
i tytułują zaproszonych po swojemu: Wielki Polak, Naczelnik Polski albo Wielki
Przyjaciel Korei.
Kiedy w latach 70. Kim Ir Sen przeczytał gdzieś o tym, że w Polsce rządził niegdyś
Naczelnik Państwa, od razu zapałał sympatią do marszałka Piłsudskiego.
Prawdopodobnie dlatego, że ktoś przetłumaczył „naczelnika” jako Widaehan
Suryong, czyli właśnie „Wielkiego Wodza”. Kim senior kazał sobie przełożyć
na koreański książkę Darii i Tomasza Nałęczów „Józef Piłsudski – legendy i fakty”,
nauczył się też wiersza o Marszałku:
„Łzy nam jeszcze nie obeschły
po Wodza pogrzebie,
Gdy Wódz u Pana Boga
meldował się w niebie.
Pan Bóg Wodza mile witał
i o wszystko pytał,
I złotym słodkim chlebem
nakarmił do syta.
Znam ja Ciebie, bom Cię
wspierał nieraz podczas bitwy,
Znam Twój naród, bom tam są
najszczersze modlitwy”.
Słuchając tych słów (a podczas spotkań z PRL-owskimi dyplomatami często prosił
o recytację), 70-letni Wielki Wódz płakał.
Pierwsza Towarzyszka kulom się nie kłania
Gdy w 1949 roku poznał miłość swego życia, miał 37 lat, nie nosił jeszcze tytułu
Wielkiego i dopiero od roku próbował rządzić – z moskiewskiego nadania –
północnymi prowincjami Korei. On i jego przybyli z ZSRR komunistyczni towarzysze
walki wyglądali wtedy jak banda obdartych kołchoźników. Śmierdzące onuce,
sowieckie walonki, tłuste kufajki. Zbierali się w centrum Pjongjangu, w starym
drewnianym pawilonie, siedzibie nowo powołanej Partii Pracy Korei. Jeszcze nie
mogli być pewni niczego, ale apetyty mieli ogromne. Piękna, schludna i pachnąca 20-
letnia sekretarka (czyli, jak to się tam i wtedy mówiło: maszynistka), pochodząca
z dobrego domu panna Song Ae, od razu wpadła w oko Kima seniora. Miała maturę,
lśniące gęste włosy, zielone oczy i zadbane paznokcie.
A żoną Kima była w tym czasie prosta, brzydka i niedbająca o siebie wieśniaczka
imieniem Jong Suk, która zaczęła karierę w taborach jego partyzanckiej armii jako 16-
letnia sprzątaczka, kucharka, krawcowa. Mierna, ale wierna i odważna, choć nigdy
nie nauczyła się czytać, zdołała awansować na członkinię osobistej ochrony Kima,
po czym – gdy już była stale pod ręką – została jego nałożnicą, a wreszcie pierwszą
żoną. Nie potrafiła się ładnie ubrać, chodziła boso, ale świetnie skubała kurczaki
i pozwalała się bić. Wielki Wódz lał swoją kobietę ile wlezie. Część badaczy uważa,
że osobiście zatłukł ją zaraz po tym, gdy zakochał się w maszynistce (inne wersje to
otrucie i wymuszone samobójstwo).
Gdy Jong Suk zeszła z tego świata, została kanonizowana jako Pierwsza
Towarzyszka Walki Wielkiego Wodza i dzisiaj każde północnokoreańskie dziecko wie,
że:
„...gdy partyzanci wpadli w zasadzkę wrogów, którzy dążyli do zniszczenia
rewolucji, wywiązała się walka. Towarzysz Kim Ir Sen kazał kontratakować
na wzgórzu. Dowodził bitwą, stojąc na skale, choć było to niebezpieczne. W tym
czasie grupa wrogich żołnierzy podkradła się w jego stronę. Niebezpieczeństwo
spostrzegła Jong Suk i z okrzykiem »Towarzyszu Dowódco!!!« zasłoniła go sobą
i strzeliła z mauzera. W tym historycznym momencie uratowano los koreańskiej
rewolucji i los narodu. Chwilę tę upamiętnia literatura, kino i malarstwo”.
Prócz legend po żonie analfabetce pozostał Wielkiemu Wodzowi jeszcze syn – Kim
Dżong Il, na potrzeby tej historii – Starszy Brat. Badacze Korei piszą, że ojciec
traktował go gorzej niż psa. Szczególnie, odkąd piękna maszynistka urodziła mu
nowego, ukochanego synka – naszego, warszawskiego, ambasadora.

Ciocia preferuje naukę w Chinach


Młodszy urodził się 10 sierpnia 1954 roku i od początku widać było, że to
wykapany tatuś. 13-letni wtedy Starszy Brat płakał rzewnymi łzami. Pozbawiony
mamy, poniewierany przez ojca, fatalnie traktowany przez piękną macochę – Kim
Song Ae – musiał jeszcze udawać, że cieszy się z braciszka.
Z relacji byłego sekretarza KC Partii Pracy Korei, który uciekł na Południe, wiemy,
że uporczywie odmawiał nazywania Młodszego „bratem”, a pięknej maszynistki Song
Ae „mamą”. Po wielu awanturach ojciec pozwolił mu mówić do macochy „ciociu”.
Do nowo narodzonego nie musiał się odzywać wcale.
„Ciocia”, czując zapiekłą nienawiść pasierba, szybko pozbyła się go na kilka lat –
wyprosiła u Wielkiego Wodza wysłanie pierworodnego do Chin, na nauki. Odtąd
oczkiem w głowie rodziny zostaje jej synek – Młodszy Brat.
Dorasta hołubiony przez oboje rodziców i świtę, za szczelnie zamkniętymi murami
nowo wybudowanego, luksusowego rządowego kompleksu. Chodzi do szkoły dla
dzieci partyjnej nomenklatury. Jest lubiany przez rówieśników. Choć pod szkołę
podwozi go największe auto z ochroną, nie wywyższa się. Kolegom z klasy często
ofiarowuje zegarki. Ten zwyczaj został mu do dziś – zegarek to prezent, który
warszawski ambasador Korei Północnej najczęściej podrzuca kolegom dyplomatom.
Ojciec chyba szykuje go na spadkobiercę tronu, bo jeszcze przed ukończeniem
dziesiątego roku życia wysyła chłopca na Maltę, gdzie Młodszy pod czujną opieką
przeszło 50-osobowego dworu uczy się angielskiego, francuskiego i rosyjskiego.
Do Pjongjangu wraca pod koniec lat 60. i zostaje Pierwszym Uczniem elitarnego
gimnazjum. Wydaje się, że już nic nie stanie na przeszkodzie jego sukcesji.
Ale z chińskiego wygnania wraca Starszy.

Wesołe wieczory z tatą


Starszy ma polityczny instynkt, który każe mu nie odstępować tatusia na krok. Gdy
Pierwszy Uczeń traci czas na lekcjach, Starszy Brat u boku ojca przyjmuje delegacje
jednostek wojskowych i zakładów pracy, towarzyszy w fabrykach, jest przy boku
zawsze, gdy Wielki Wódz ma kłopot. To zresztą okres, w którym największe kłopoty
zdają się przeszłością: wojna z Południem jest już zakończona podziałem półwyspu,
Związek Radziecki przysyła węgiel i zboże, budowa socjalizmu trwa. Za murami
pałacu, w prywatnym kinie-restauracji z basenem, ojciec i starszy syn biesiadują
wspólnie, sącząc najdroższe alkohole, słuchając z adapteru zakazanych
południowokoreańskich przebojów i oddając się sprawnym dłoniom tancerek z tzw.
grup rozkoszy. Namiętnie oglądają też filmy. Wielki Wódz kocha kinematografię
radziecką, jego ulubione obrazy to „Matka”, „Pancernik Potiomkin” i „Los
człowieka”. Starszy Brat preferuje kino japońskie, amerykańskie
i południowokoreańskie. Nieco później każe porwać seulską gwiazdeczkę filmową, aby
grała dla niego i według jego wskazówek (powstanie siedem filmów, nim aktorka
ucieknie z Korei).
W 1969 roku Starszy jest już na tyle silny, że może po raz pierwszy oficjalnie
spostponować Młodszego – wydaje dekret zabraniający nauczycielom oraz uczniom
gimnazjum kontaktów prywatnych z Pierwszym Uczniem. Nie wolno już także
zaczynać lekcji od wznoszonych przez kilka minut okrzyków: „Niech żyje syn
Wielkiego Wodza!”. Podobny zakaz będzie obowiązywał, gdy Młodszy zacznie
studiować na uniwersytecie imienia własnego ojca. „Synem Wielkiego Wodza” ma
teraz być Starszy Brat. Młodszy musi zniknąć za bramami koszar.
W połowie lat 70. jest skromnym komendantem batalionu, później dowodzi – choć
tylko na papierze – jednym z pułków. Awanse następują oczywiście w tempie
dyktowanym przez Wielkiego Wodza. Badacze są zdania, że Kim senior pozwalał
Młodszemu piąć się w hierarchii na tyle wolno, by Starszy Brat nie wpadł
we wściekłość z zazdrości, ale i na tyle szybko, by nie mógł Młodszego bezkarnie
ukatrupić, aranżując jakiś nieszczęśliwy wypadek. Kim Dżong Il jest okrutny i mściwy
– ojciec wie o tym doskonale. Już jako dziecko Starszy z lubością dręczył i zabijał
zwierzęta. Jedną z najskrytszych tajemnic rodziny jest to, że jako siedmiolatek
z premedytacją utopił w przydomowym stawie swego rodzonego brata zwanego
z rosyjska Szurą – drugie dziecko Kima seniora i niepiśmiennej partyzantki.
W książce „Kim Dżong Il” badacz Korei Północnej prof. Waldemar Dziak pisze,
jak do tego doszło:
„Starszy z chłopców wyszedł pierwszy ze stawu, a młodszy próbował wspiąć się
za starszym bratem. Starszy jednak zabawiał się spychaniem go z powrotem do stawu.
Złośliwość tę powtarzał wiele razy. Wyczerpany młodszy chłopiec nie był już w stanie
kontynuować tych zmagań i upadł do wody”.

Hołd Wielkiej Matce


W połowie lat 80. Kim Pjong Il awansuje dalej – zostaje najmłodszym generałem
północnokoreańskiej armii. Jest już nietykalny, ma własny pałac i ochronę. Dzięki
temu omija go wielka czystka, którą Starszy przeprowadza wśród niższych szarż.
Niemożność dosięgnięcia Młodszego odbija sobie na jego matce, a swojej macosze.
Była maszynistka Song Ae dawno już nie jest pięknością. Jej lśniące czarne włosy są
przerzedzone, często nawet nieuczesane, a Wielki Wódz bardziej od jej sypialni woli
ociekające złotymi ozdobami łoża, w których czekają nań najpiękniejsze – porywane
na całym świecie – Murzynki, Arabki, Europejki, Malezyjki. Kim Song Ae wciąż
jednak jest żoną boga, członkiem KC PPK i przewodniczącą jedynej kobiecej
organizacji w państwie – Koreańskiej Unii Kobiet. Starszy Brat nie może ot, tak
po prostu kazać zabić macochę. Upokarza ją, zmuszając do publicznego wygłoszenia
sensacyjnej „mowy pochwalnej” na cześć nieżyjącej partyzanckiej heroiny – Jong
Suk.
Pani Song Ae musi odczytać z kartki pean, w którym nazywa pierwszą żonę swego
męża „Wielką Matką Korei”. Po czym zostaje pozbawiona funkcji przewodniczącej
KUK i faktycznie uwięziona w swoich apartamentach. Jej najbliżsi współpracownicy
i dawne przyjaciółki po kolei popełniają samobójstwo albo umierają na „nieuleczalne
choroby”.
Podobna seria wypadków dotyka najbliższe otoczenie Młodszego. Znikają jego
koledzy z gimnazjum, wojskowi współpracownicy i zaufani ochroniarze. W 1979 roku
Kim Pjong Il „na własną prośbę” opuszcza Koreę – leci na studia do Europy.

Grzywka na obcasach
Przez pierwszy rok mieszka w NRD. W Berlinie studiuje lotnictwo, co robi poza
tym – nie wiadomo. Być może to w Niemczech przechodzi operację plastyczną, która
mogła być warunkiem jego dalszego życia. Chirurg rozcina mu szczękę i składa
ponownie tak, by zmniejszyć uderzające podobieństwo do Wielkiego Wodza.
Wszystko to na nic. Młodszy z roku na rok staje się coraz bardziej podobny
do boskiego wizerunku Kim Ir Sena, który każdy Koreańczyk z Północy nosi
na znaczku w klapie munduru albo na waciaku. Gdyby wrócił do ojczyzny, wyżsi
dowódcy mogliby zapytać, dlaczego następcą tronu nie jest ten, co wygląda jak młody
bóg, ale jego półobłąkany brat – kurdupel w butach na obcasie, który karykaturalnie
wywiniętą grzywką próbuje sobie dodać choćby kilka centymetrów wzrostu.
A niski wzrost to nie jest w Korei wyłącznie powód do żartów. 20 lat temu, gdy
w Pjongjangu odbywał się Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów, władze ogłosiły
mieszkańcom stolicy, że naukowcy właśnie wytworzyli lek stymulujący wzrost
dorosłych i partia szuka ochotników, którzy poddadzą się testom w laboratorium.
Ponieważ preparat z najlepszym skutkiem działa na osoby szczególnie niskie, tacy
właśnie mają się stawić przed komisjami lekarskimi. Nikt z badań nie wrócił.

Kulturalna para w skromnej sypialni


Kiedy w Polsce wybucha pierwsza „Solidarność”, Młodszy Brat kontynuuje naukę
lotniczego rzemiosła w elitarnej moskiewskiej Akademii Lotniczej. Starszy pozwala
mu na krótko wrócić do Korei, aby mógł wziąć ślub i spłodzić dzieci, które dzięki
temu przyjdą na świat w ojczyźnie.
Wybranką Młodszego jest panna Sun Gum. Nie wiadomo o niej nic pewnego, poza
tym, że ma oliwkową cerę i kruczoczarne włosy, jest wysoka i nie zabiera głosu
w obecności obcych. Polski dyplomata, który kilka razy widział żonę Młodszego,
mówi, że sprawia wrażenie osoby wychowanej w Europie – możliwe więc, że Pjong Il
i Sun Gum poznali się w NRD albo w ZSRR.
– Widziałem ją dwa razy na przyjęciu, raz towarzyszyła mężowi, gdy krótko
po ślubie pokazywał mi swoje apartamenty małżeńskie. Salony koreańskich notabli
przypominają zwykle sale balowe Ludwika XVI. W ich przypadku byłem zaskoczony.
Nawet w sypialni stało proste łóżko, małe biurko i lampka bez ozdób. Oboje są bardzo
kulturalnymi, dobrze wykształconymi ludźmi. Pani Sun Gum jest urzekająco miła.
A gdybym miał określić jakimiś przymiotnikami samego Kim Pjong Ila, to na pewno:
elegancki, zrównoważony, życzliwy. Jest koneserem win, świetnie mówi po angielsku.
Czy po polsku – tego nie wiem. Jest skryty. No i ta twarz zdjęta z ojca... Jego dzieci
nie są już takie podobne do Wielkiego Wodza, urodę odziedziczyły raczej po mamusi.
Młodszy Brat i jego żona Sun Gum mają dwoje potomstwa: urodzoną w 1982 roku
córkę i o rok młodszego syna. Gdy chłopiec przychodzi na świat, jego rodzice
wyjeżdżają z Korei. Rodzony syn Wielkiego Wodza zostaje skromnym attaché
wojskowym ambasady KRLD w Belgradzie.
Według znawców tematu podjął trzy próby odzyskania wpływów, a być może
zdobycia władzy w kraju.

Człowiek orkiestra
Po raz pierwszy wylądował w Pjongjangu w 1986 roku. Za zgodą mocno już
stetryczałego taty – i prawdopodobnie wbrew woli brata – objął ważne stanowisko
w ministerstwie służb wojskowych. Nie przetrwał roku. Wiosną 1987 roku Starszy
Brat przeprowadza kolejną czystkę w otoczeniu Młodszego. Generałowie, którzy już
widzieli go w roli naczelnego dowódcy armii, giną albo zostają wysłani do Chin.
Młodszy z rodziną znowu rusza na wygnanie – najpierw ambasada węgierska, potem
bułgarska.
Druga próba to lata 1993–94. Wielki Wódz jest już umierający. Nawet fizycznie
przypomina Breżniewa w agonii. Na nielicznych filmach z tego okresu widać
potężnego, sztywno siedzącego mężczyznę o krzaczastych brwiach, który wolno unosi
skamieniałą dłoń, by pozdrawiać defilujących przed nim podwładnych. Młodszy Brat
przylatuje z Sofii i siada przy ojcowskim łożu.
Jak wyglądała ich rozmowa? Istnieje na ten temat kilka hipotez. Większość badaczy
jest zdania, że odchodzący Kim senior wezwał Młodszego, bo musiał sobie zdawać
sprawę z błędu, jakim jest powierzenie kraju Starszemu – okrutnikowi popadającemu
w kompletny odlot. Ojciec wie, że gdy lud je miskę suchego ryżu dziennie, jego syn
każe sobie podawać płetwy rekina w mleku kokosowym, szaszłyki z żółwi rzecznych,
pieczenie z alpejskich koźląt itd. W trakcie coraz bardziej szalonych uczt Starszy Brat
przebiera dworzan w mundury różnych armii, po czym „żołnierze” gonią się
po pałacowych pokojach i „strzelają” do siebie. Często odgrywają przy tym sceny
z lubianych przez Umiłowanego Przywódcę japońskich i amerykańskich filmów walki.
Kto się dobrze nie bawi, może zasmakować prawdziwej kuli.
Za dnia Starszy odwiedza fabryki i wydaje polecenia dotyczące produkcji, dyryguje
narodową orkiestrą symfoniczną, osobiście redaguje gazety. Nocami zabawia się
z wyselekcjonowanymi uczennicami starszych klas gimnazjum oraz najpiękniejszymi
aktorkami w kraju – te pragnie oczywiście posiadać na wyłączność. Gorzko przekonała
się o tym cudownej urody panna Wu In Chui. Za utrzymywanie kontaktów z innym
mężczyzną została stracona na oczach pięciu tysięcy przedstawicieli przemysłu
filmowego i bezpieki, o czym piszą w książkowym reportażu „Uchodźcy z Korei
Północnej” francuscy dziennikarze Juliette Morillot i Dorian Malovic.

Tata umiera, Młodszy udziela wywiadu


Schorowany Kim senior jest już jednak za słaby, aby odsunąć Starszego Brata
od władzy i wpływów. Wszystko, co może zrobić dla Młodszego, to uwolnienie
z nieformalnego aresztu jego matki i przywrócenie jej stanowiska przewodniczącej
Koreańskiej Unii Kobiet. Takie stanowisko to liczna własna ochrona, a to oznacza
jakie takie bezpieczeństwo. Trudniej sprawić, by Kim Song Ae zniknęła bez wieści
albo została zastrzelona przez „nieznanych sprawców”.
Gdy Wielki Wódz umiera – oficjalnie następuje to 8 lipca 1994 roku – ptaki w całej
Korei Północnej przestają śpiewać. Gazety donoszą o kwiatach, które samorzutnie
więdną w dniu zgonu, o ulewach, wichurach i płaczących jaskółkach. Pogrzeb –
inauguracja trzyletniej żałoby – jest uroczystością, jakiej świat nie widział. Uczestniczą
w nim prawie dwa miliony ludzi.
Młodszy syn nie zostaje nawet wpisany na kilkusetosobową listę komitetu
pogrzebowego (choć w uroczystości udział bierze). Żona Wielkiego Wodza Kim Song
Ae jest dopiero na 104. miejscu! Listę otwiera oczywiście Starszy.
Trzecia próba odebrania mu władzy, która następuje krótko po pogrzebie, okryta
jest najgłębszą tajemnicą. Wiadomo tyle, że ostatnią wolą Kim Ir Sena było, aby
bracia podzielili się wpływami: Starszy miał zostać Wielkim Przywódcą, Młodszy –
Prezydentem Państwa. Tak się nie stało.
Ktoś kazał jednak wyprodukować znaczki z Kim Pjong Ilem. Nieliczni zagraniczni
goście widzieli je w klapach przechodniów w Pjongjangu. W Korei znaczek to
świętość. Za zgubienie go – obóz. Kolor i kształt znaczka informuje o tym, do jakiej
spośród 64 kategorii obywateli należy jego nosiciel. Wypuszczenie znaczków
z Młodszym oznaczać więc mogło tylko jedno: Kim Pjong Il dołącza do panteonu
bogów.
Ale nie dołączył. Według południowokoreańskiego wywiadu na przełomie 1994
i 1995 roku za murami rządowego kompleksu w Pjongjangu wybuchła strzelanina
między bezpieczniakami i generałami. Zginęło – podobno – ośmiu wojskowych.
Ostateczna czystka odbyła się pół roku później. Zaginęli po niej bez śladu ważniejsi
zwolennicy i współpracownicy Młodszego: generalicja, dyplomaci, nawet koledzy
ze studiów w Moskwie.
Kim Pjong Il był w tym czasie w Finlandii – to jego kolejna ambasada. Jeszcze
w 1994 roku udzielił w Helsinkach pierwszego i ostatniego wywiadu w życiu.
Powiedział właściwie tylko kilka zdań. Opisał w superlatywach swego nieżyjącego ojca
i zapewnił, że naród koreański nigdy o nim nie zapomni. Ale samo przeprowadzenie
wywiadu z tak niecodziennym dyplomatą było na tyle sensacyjne, że rozmowę tę –
we fragmentach – zacytowały agencje na całym świecie. Może więc – zastanawiają się
badacze – ambasadorowi chodziło głównie o alibi: niech cały świat wie, że jestem
na drugiej półkuli i nie mam nic wspólnego z pałacowym przewrotem.

Polska placówka ciągle się trzyma


Na przełomie lat 80. i 90. sytuacja w Korei Północnej jest już tragiczna. Moskwa
nie przysyła węgla ani zboża, Chiny też nie pomagają – odkąd komuniści koreańscy
uczynili naczelną ideologią państwa Dżucze (samowystarczalność), muszą radzić sobie
sami. A na to nie ma szans. Choć wszyscy ciężko pracują – na wolności lub
w obozach – odcięta od świata, prymitywna gospodarka 23-milionowego kraju nie jest
w stanie wyżywić i utrzymać prawie pięciomilionowej rzeszy milicjantów, strażników,
bezpieczniaków, wojskowych, działaczy partyjnych, biurokratów i ich rodzin.
Na przełomie 1996 i 1997 roku kraj się zapada. Stają fabryki, wszelki transport, gaśnie
światło, zaczyna się głód. Nawet dyplomaci nie dostają pieniędzy – Korea zamyka
część ambasad, w tym fińską. Ambasada w Polsce trzyma się dzięki wynajmowaniu
najbardziej reprezentacyjnego gmachu – „wielkiego pałacu”.

Klasa robotnicza robi w spodnie


Robotnicy polscy, którzy w pośpiechu budowali ten gmach na przyjazd Kim Ir
Sena w maju 1984 roku, musieli bardzo żałować czterech piw na głowę, którymi
poczęstowali ich kierownicy budowy. Pociąg z Wielkim Wodzem przyjechał
na Dworzec Centralny z czterogodzinnym opóźnieniem. Nikt z witających nie dostał
zgody na wcześniejsze wyjście z szeregu, a co dopiero pójście do toalety.
I sekretarz PZPR Wojciech Jaruzelski witał drogiego gościa niekończącą się
przemową: „Wielce szanowny towarzyszu! W imieniu władz partyjnych
i państwowych Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej witam Was serdecznie! Wasza
wizyta jest wydarzeniem o szczególnie doniosłym znaczeniu dla dalszego zacieśniania
więzów przyjaźni i współpracy między naszymi partiami, państwami i narodami. Klasa
robotnicza, ludzie pracy naszego kraju żywią szczery szacunek i uznanie dla walki
zbrojnej i pokojowych osiągnięć bratniego narodu koreańskiego...”.
Gdy Jaruzelski gadał, klasa robotnicza poczęła kolejno popuszczać w spodnie.
„Na peronie pozostały wielkie kałuże moczu” – zapisał potem we wspomnieniach
ówczesny wicepremier Mieczysław Rakowski.
A „wielkiego pałacu” i tak nie udało się wykończyć na wizytę.
Kim Pjong Il, który przeniósł się do Warszawy w 1998 roku, nigdy w nim nie
zamieszkał. Od początku zajmuje pięciopiętrowy betonowy blok na zapleczu
kompleksu przy Bobrowieckiej. Ci, którzy weszli do środka, mówią, że po przejściu
pod flagą KRLD wchodzi się do skromnego holu, a dalej – do sali bankietowej
za szklanymi drzwiami. Sala przypomina pogierkowską restaurację. Obok niej –
wejście na piętra. Ambasador z rodziną zajmuje dwie górne kondygnacje. Mieszkanie
urządzone ze smakiem, ale bez przepychu. Gabinet Młodszego – w stylu europejskim
– to duży pokój z potężnym biurkiem i skórzanym fotelem, z tyłu regały z książkami
(również polskimi) oraz płytami (głównie muzyka klasyczna i ludowa).
Nasi rozmówcy opowiadają, że ambasador jest miłośnikiem oper. Ma słabość
do tenorów. Uwielbia Pavarottiego, chętnie słucha polskiego śpiewaka Marcina
Bronikowskiego, którego nawet zaprosił do Pjongjangu. Ceni też twórczość
Krzysztofa Pendereckiego, na jednym z przyjęć opowiadał, jak wielkie wrażenie
zrobiło na nim monumentalne oratorium „Siedem bram Jerozolimy”.

Urodziwa wnuczka ma iść za generała


Córka ambasadora Kim Ung Song także ma dobry słuch. Sześć lat temu skończyła
stołeczną Szkołę Muzyczną im. Chopina w klasie fortepianu. Na przyjęciach
w ambasadzie kilka razy usiadła przy klawiszach. Grała bardzo pięknie.
Po maturze ukończyła mieszczącą się tuż przy ambasadzie szkołę wyższą prof.
Tadeusza Koźluka (kandydata na prezydenta Polski w roku 1995). Wykładowcy
wspominają ją jako towarzyską i – jak mówią – „całkiem normalną”. Tematem jej
pracy magisterskiej, napisanej po polsku, są stosunki chińsko-tajwańskie. Tekst jest
ponoć rzetelny, wolny od komunistycznej nowomowy. Każdy polski magistrant
mógłby być dumny z takiej pracy.
– Panna Song jest nie tylko urodziwa, lecz także bardzo uzdolniona – opowiada
jeden z naszych rozmówców. – Mówi po angielsku, po francusku, po polsku prawie
bez akcentu.
Podczas studiów, mimo nieustannej obecności ochroniarzy, kręciło się wokół córki
ambasadora kilku odważniejszych adoratorów. Głównie młodzieńcy z kół przyjaźni
polsko-koreańskiej i domorośli badacze idei Dżucze. Wszyscy zostali grzecznie
odprawieni. Panna Song ma zostać żoną koreańskiego czterogwiazdkowego
(najwyższego rangą) generała. Małżeństwo jest już zaaranżowane, ma odbyć się lada
miesiąc.

Wielki wnuczek uśmiecha się i milczy


Syn ambasadora Kim In Gang ukończył tę samą uczelnię co siostra (kierunek
ekonomia). Teraz robi doktorat z ekonomii w Polskiej Akademii Nauk. Pracuje
w ambasadzie, oficjalnie jest tłumaczem ojca. Nieoficjalnie – doradcą. Znawcy
tematu są przekonani, że Młodszy Brat nie potrzebuje tłumacza, bo doskonale włada
polskim, tylko się tym nie chwali.
Ci, którzy poznali syna, mówią, że jest bardzo skryty i niezwykle inteligentny. Choć
przystojny, nie ma w Polsce dziewczyny. Wybiera bezpieczniejsze, męskie
towarzystwo. Na paru studenckich imprezach (przychodził tylko na te, których
opuszczenie byłoby afrontem) bardziej niż do tańca rwał się do baru. Lubi równo:
piwo, whisky, wódkę. Potrafi wypić dużo, ale nikt nie zobaczył go pijanego.
Jak tu zaszaleć, kiedy na każdym przyjęciu, skryty delikatnie w kącie, siedzi
bezpieczniak?
Koledzy z roku wspominają, że Kim In Gang sprawia wrażenie bardzo związanego
z matką, po której odziedziczył nie tylko ujmujący uśmiech, lecz także skłonność
do milczenia.
– Jeżeli go nikt nie zagadnie, to się nie odezwie – mówi nasz informator. –
Przetrwanie trzygodzinnego rautu bez otwarcia ust nie jest dla niego żadnym
problemem. Stoi prosto, ręce trzyma złożone z tyłu, patrzy w jakimś nieokreślonym
kierunku. Zapytany o cokolwiek natychmiast grzecznie odpowie. Ale tak oględnie,
że już po chwili zapomina się, co właściwie powiedział.

Kasjer rodziny
Badacze Korei uważają, że w ostatnich latach stosunki między Starszym
i Młodszym poprawiły się. Ambasador spędza urlopy w ojczyźnie – razem z rodziną
wypoczywa w luksusowym nadmorskim ośrodku dla ludzi władzy. Gdy jest
w Pjongjangu, za zgodą Umiłowanego Przywódcy odwiedza matkę, która – podobno
– zamieszkała w mauzoleum Kim Ir Sena. Śpi obok zabalsamowanych zwłok męża.
Gdy obaj bracia składali nieboszczykowi hołd, wyglądali na całkowicie
pogodzonych. Rozmawiali cicho o jakichś ważnych sprawach.
Według przecieków z południowokoreańskiego wywiadu warszawski ambasador
jest teraz kasjerem rodziny. Często lata z Warszawy do Szwajcarii. Oficjalnie –
do alpejskiego sanatorium, w którym poprawia zdrowie. Nieoficjalnie wiadomo,
że odwiedza banki. Ma pełnomocnictwa do dokonywania operacji na kontach
Umiłowanego Przywódcy.
Wszystko wskazuje na to, że obecny stan zadowala Młodszego, który już nie chce
władzy i wolałby w ogóle nie opuszczać Europy. Gdy Umiłowany Przywódca
zaproponował mu powrót do Pjongjangu i kierowanie ministerstwem spraw
zagranicznych, brat błagał, by zrezygnował z tych planów. Umiłowany zgodził się
poczekać, aż dzieci Młodszego zakończą w Warszawie edukację. Zaraz po tym syn
ambasadora Kim Pjong Ila podjął się pisania doktoratu.
* *
*
Kim Pjong Il był ambasadorem w Warszawie. Po przejęciu władzy przez Kim
Dżong Una wyleciał na kilka tygodni do Pjongjangu, ale wrócił. Specjaliści od Korei
uważają, że to dowód na pełne zaufanie. Syn ambasadora także mieszka
w Warszawie. Pracuje jako tłumacz w ambasadzie. Córka wyszła za mąż za syna
generała. Skromna uroczystość ślubna miała miejsce w Pjongjangu. Jednak częściej
niż przy mężu (również wojskowym) można ją zobaczyć w Warszawie. Podobnie jak
brat mieszka i pracuje na terenie ambasady.
===bVxkVmBU
Ukochana Siostra Wielkiego Brata

PIOTR GŁUCHOWSKI, MARCIN KOWALSKI



Choć pani Hui sama wzięła ślub wbrew woli Wielkiego Wodza, córce nie pozwoliła
na podobny gest. Ze skutkiem śmiertelnym




Z propagandowej gabloty przy ambasadzie KRLD w Warszawie zniknęły zdjęcia
Kim Ir Sena, Wielkiego Wodza i Ojca Narodu. Zostały fotografie jego syna – Kim
Dżong Ila. Pod facjatą Umiłowanego Przywódcy pracownicy ambasady powiesili
dwie nowe twarze: wnuka i następcy tronu Kim Dżong Una zwanego Gwiazdą
Poranną – co nikogo nie zdziwiło, oraz córki Wielkiego Wodza Kim Kiong Hui –
co według znawców jest i niespodzianką, i dowodem, że delfin będzie rządzić
Zamkniętym Królestwem wspólnie z ciotką. Od wiosny 2009 roku 63-letnia pani Hui,
której twarzy naród dotychczas nie znał, zaczęła występować publicznie.
14 czerwca 2009 roku nadzorowała osobiście – a Koreańczycy mogli to zobaczyć
w swoim jedynym programie TV – aktorów występujących w klasycznym
przedstawieniu „Sen czerwonej komnaty”. To chińska historia miłosna z XVIII
wieku. Córka Kim Ir Sena dawała aktorom fachowe porady, jak grać.
Miesiąc później, w lipcu, nadzorowała plenerową uroczystość z okazji 15. rocznicy
śmierci swego ojca. Dawała rady choreografom i wojskowym. We wrześniu koreańska
TV pokazała, że pani Hui osobiście kieruje dwiema fabrykami: Taedonggang
Foodstuff Factory (żywność) oraz Pyongyang Textile Machine Factory (odzież).
Wskazówek słuchali – na stojąco, ze złożonymi na podołku dłońmi – dyrektorzy,
inżynierowie i przedstawiciele kolektywu robotniczego. W grudniu kamery pojechały
za Kiong Hui do wytwórni traktorów, potem do stalowni, gdzie objęła osobiste
kierownictwo nad procesem produkcji.
W pierwszym kwartale 2010 roku – jak obliczyli japońscy dziennikarze – widziano
ją publicznie z Umiłowanym Przywódcą, Wielkim Znawcą Teatru, aż sześć razy.
Częściej pokazywał się w jego towarzystwie tylko następca tronu, młody Dżong Un.
Według północnokoreańskiego serwisu Naenara w drugiej połowie 2010 roku
Kiong Hui pojawiła się w telewizji w towarzystwie obcokrajowców. To dowód
największego prestiżu – reprezentowanie państwa wobec obcych jest domeną
władców. Została też czterogwiazdkowym – najwyższym rangą – generałem armii
koreańskiej. Do tej pory nic ją z wojskiem nie łączyło. Nie odbyła nawet czteroletniej
służby kobiet.
W ogóle nie bardzo wiadomo, co robiła w życiu – poza tym, że urodziła się 30 maja
1946 roku jako najmłodsze dziecko Wielkiego Wodza i jego żony Kim Dżong Suk.
Miała dwóch braci: starszego o pięć lat Dżong Ila i starszego o dwa lata Pjong Ila
zwanego z rosyjska Szurą. Obaj urodzili się jeszcze na Syberii. Poród pierworodnego
– na 30-stopniowym mrozie – odbierała lekarka weterynarii. Trwała II wojna
światowa, a tato był wciąż zwykłym sowieckim kapitanem dowodzącym oddziałem
czerwonoarmistów pochodzenia koreańskiego. Mama służyła w taborach jako
sprzątaczka, kucharka, krawcowa i nałożnica komandira. Nie umiała czytać, ale
pozwalała się mężowi bić na oczach najstarszego syna. Chłopak tak zasmakował
w przemocy, że – jak twierdzi część badaczy Korei Północnej – osobiście utopił
młodszego Szurę w sadzawce. Siostrę – urodzoną już w Korei, której północną część
ojciec objął we władanie z sowieckiego nadania – nie tylko oszczędził, lecz także
pokochał.

Tęsknota za mamą
Pjongjang – przyszła stolica Korei Północnej – to brzydkie przemysłowe miasto
nad rzeką Taedong. Na miejscu zrujnowanej drewnianej osady odbudowali je
Japończycy, którzy okupowali półwysep od 1910 roku. Kiedy w ’45 uciekli przed
Sowietami, zostawili po sobie częściowo zniszczone fabryki, ponure osiedla
nieotynkowanych bloków i kilkadziesiąt pompatycznych rezydencji w centralnej
dzielnicy dyrektorów i dyplomatów Heabang. W jednym z takich domów spędziła
pierwsze cztery lata życia mała Kiong Hui.
To chyba nie było szczęśliwe dzieciństwo. Ojciec bił matkę coraz mocniej,
w końcu zatłukł ją na amen (inna wersja to wymuszone samobójstwo), by ożenić się
z młodszą i dużo ładniejszą sekretarką Kim Song Ae. Macocha urodziła nowego
braciszka, który stał się oczkiem w głowie tatusia i obiektem nienawiści dwójki
starszych dzieci. Niechęć do najmłodszego – nazwanego na pamiątkę utopionego
Szury imieniem Pjong Il – nadal cementuje więź między dwojgiem rodzeństwa.
Nielubiany Il został praktycznie wykluczony z rodziny i wygnany. Od lat jest
ambasadorem KRLD w Warszawie i nic nie wskazuje na to, by mógł uczestniczyć
w rządzeniu, mimo że jest rodzonym synem Wielkiego Wodza.
Jeszcze za życia Kim Ir Sena, podczas obchodów jego 60. urodzin, wybuchł
niesłychany skandal. Gdy podano alkohol i nadeszła pora wznoszenia toastów,
podpita Kim Kiong Hui, wówczas członkini Komitetu Centralnego
północnokoreańskiej Demokratycznej Federacji Kobiet, rozpłakała się. Szlochając,
wykrzyczała, że nie uważa stojącej u boku Wielkiego Wodza Kim Song Ae za swoją
matkę, a Kim Pjong Ila – za brata.
– Żal mi tylko tego, że moja jedyna, rodzona mama nie mogła dożyć dzisiejszego
dnia – zawołała, patrząc wymownie na ojca. Ten skinął na ochronę, która
wyprowadziła córkę.

Powrót nad Taedong


Jest rok 1950. Władający już niepodzielnie Północą Kim Ir Sen wysyła
półmilionową armię przeciw demokratycznemu Południu. Ma poparcie Chin i ZSRR.
Trzykrotnie słabsi południowcy są bez szans. Armia Wielkiego Wodza zajmuje Seul
i 95 proc. powierzchni półwyspu. Komuniści zaczynają masowe czystki, nacjonalizują
gospodarkę, wybucha terror. Wzburzona Rada Bezpieczeństwa ONZ, korzystając
z nieobecności sowieckiego delegata, przegłosowuje wysłanie sił międzynarodowych,
w praktyce – amerykańskich. Generał Douglas MacArthur ląduje pod miastem
Incheon i prze na północ od zwycięstwa do zwycięstwa. Pod koniec roku Kim Ir Sen
musi uciekać z rodziną do Chin. Przez kolejne lata Kiong Hui i jej bracia mieszkają
w milionowym Jilin, 400 km od granicy z Koreą. Ojca nie widują, macocha czas
poświęca najmłodszemu. Starszym rodzeństwem zajmuje się gosposia, która
przypomina nieżyjącą mamę: rozczochrana, chodzi boso po śniegu i nie umie czytać.
Umie za to opowiadać bajki: o małpach, bóstwach niebios, cudownym koniu
Czhollimie i diamentowej górze. Przymusowa emigracja trwa trzy lata.
Chińska armia pomaga Wielkiemu Wodzowi odrzucić Amerykanów na Południe.
Rozejm w Panmundżom dzieli Koreę na pół, a Kim Ir Sen w 1953 roku triumfalnie
wraca nad rzekę Taedong. Dzieci – cała trójka – idą w tym samym roku
do podstawówki w podmiejskiej wiosce Sam Sok. W Pjongjangu nie mogą się uczyć.
Wszystkie szkoły – także fabryki, dworce, osiedla i wille – są zburzone.
Przez kolejne trzy lata pociechy Wodza razem z innymi uczniami odgruzowują,
kopią i zwożą złom w ramach czynów społecznych. Ich tata wespół z chińskimi
architektami planuje postawienie na miejscu ruin socjalistycznego miasta przyszłości.
To ma być coś, czego świat nie widział. Trzeba tylko zapędzić naród do roboty.
Odtąd każdy Koreańczyk z Północy ma pracować od rana do wieczora z przerwami
na naukę i aktywność społeczno-polityczną (wybrani). Kto nie pracuje – służy w armii,
policji lub bezpiece.
Jedna trzecia narodu – pod bronią – pilnuje, by pozostałe dwie trzecie wcielały
w życie ideę Dżucze, czyli samowystarczalności. Inżynierowie i urbaniści już nie
siedzą przy biurkach – chodzą z notesem krok w krok za tokarzami i murarzami.
Studenci czerpią wiedzę o świecie z pogadanek wygłaszanych przez przodowników
pracy – ślusarze i oborowi dają wykłady na temat historii, geografii, chemii.
Najwybitniejsi przodownicy – wyrabiający po 300 proc. normy – odwiedzają
stołeczną szkołę Namsan, w której uczy się Kim Kiong Hui.
Budynek, nowy jak wszystkie wokoło, stoi naprzeciw gmachu Komitetu
Centralnego Partii Pracy Korei, gdzie urzęduje większa część rodziców. Otoczony
murem i pilnowany przez strażników zapewnia najlepsze warunki do nauki. Kiong
Hui i jej koleżanki mają do dyspozycji basen, salę gimnastyczną, salę koncertową,
stołówkę i gabinet lekarski. „Szkoła Namsan to była wyspa dla uprzywilejowanych –
napisze po latach Jun Ki Bong, nauczyciel, a potem uciekinier z kraju. – Dzieci
nomenklatury pławiły się tam w luksusie niewyobrażalnym dla zwykłego obywatela”.
Obywatela 20-milionowego państwa, który mimo pracy przez siedem dni
w tygodniu je ryż z kapustą i nierzadko musi głodować, by wyżywić
siedmiomilionową, wciąż rosnącą armię działaczy partyjnych, urzędników
i mundurowych.

Sama wśród mężczyzn


Gdy Kiong Hui kończy 11 lat, jej ukochany brat Dżong Il wyjeżdża na nauki
do Chin, potem na studia do NRD-owskiego Drezna. Wyjazd wyprosiła u ojca
macocha – najwyraźniej boi się, że pasierb skrzywdzi przyrodniego brata jak
wcześniej nieszczęsnego Szurę.
Dla Kiong Hui rozstanie oznacza jeszcze głębszą samotność.
– Starszy brat miał zostać lotnikiem i w perspektywie stanąć na czele wojsk
powietrznych Korei – opowiada znawca półwyspu, polski naukowiec, który
wielokrotnie gościł w Pjongjangu i spotkał się z samym Wielkim Wodzem. Nie
podamy jego nazwiska, bo, jak mówi, mógłby już tam więcej nie wjechać albo,
co gorsza, nie wyjechać stamtąd. – Młodszy brat miał zostać dyplomatą,
a w przyszłości może i spadkobiercą, bo w wieku dziesięciu lat został wysłany przez
ojca do elitarnej szkoły na Maltę. Dla córki Kim Ir Sen żadnej kariery nie planował.
Północna Korea to przecież świat mężczyzn. Hui nie liczyła się w grze, ojciec
traktował ją jak zło konieczne. Jednego tylko nie przewidział, choć był strategiem
wybitnym – nadzwyczajnego związku, jaki narodzi się między dziećmi. Kim Dżong Il
autentycznie pokochał siostrę i do dziś są dla siebie najbliższymi ludźmi. Zdarzały się
okresy, że celowo czy taktycznie ochładzał z nią relacje, nawet zrywał kontakty, ale
zawsze były to stany przejściowe. Wracali do siebie jak zakochana para. I dlatego
najmłodszy brat siedzi teraz w Warszawie, a starsza siostra ma rządzić u boku wnuka.

Miłość silniejsza niż gniew


W 1963 roku Kiong Hui zaczyna studia na wydziale ekonomiczno-politycznym
uniwersytetu imienia własnego ojca w Pjongjangu. Poznaje Jang Song Taeka,
studenta Wyższej Szkoły Partyjnej. Song Taek jest kolegą Dżong Ila ze szkoły średniej,
sam szybko pnie się po szczeblach partyjnej drabiny. Pracuje – na razie jako skromny
urzędnik – w Komitecie Centralnym. Prócz tego imponuje dziewczynie jako lider
uczelnianego zespołu muzycznego.
Niestety, Kim Ir Sen jest przeciwny związkowi.
Song Taek to prowincjusz z rejonu Kangwon, w dodatku jego rodzice nie są
członkami partii. Kiong Hui musi się spotykać z chłopcem po kryjomu. I robi to. Gdy
schadzki wychodzą na jaw, Wielki Wódz wzywa rektora szkoły partyjnej i nakazuje
mu nie dopuszczać do spotkań zakochanych.
Rektor wyrzuca Song Taeka ze szkoły. Ten dostaje się na Uniwersytet
Ekonomiczny w Wonsan, stamtąd wyjeżdża do Moskwy. Wielki Wódz najwyraźniej
zapomina o usuniętym absztyfikancie. Gdy córka mówi mu, że chciałaby studiować
w ZSRR, nie ma nic przeciwko temu. Zakochani spotykają się w moskiewskim
akademiku. Kilka pierwszych randek udaje się zachować w tajemnicy, ale w końcu
ojciec dowiaduje się o wszystkim od pilnujących Kiong Hui bezpieczniaków.
Wzywa córkę do Pjongjangu i oferuje jej coś, o czym młoda panna może tylko
marzyć – stanowisko w KC Demokratycznej Federacji Kobiet. Własne biuro,
samochód z kierowcą, fundusze i władzę. Warunek – zerwanie z Song Taekiem.
Kiong Hui najpewniej przyjmuje ofertę, bo od października 1971 roku figuruje
w oficjalnych dokumentach jako członek Komitetu. Po kilku miesiącach urzędowania
wywołuje jednak skandal na urodzinach taty i słuch o niej ginie. Jak się potem okaże,
wraca do Moskwy. Jesienią 1972 roku wychodzi tam za mąż. Północnokoreańskie
media nie wspominają o tym ani słowem.

Wyjście z zamrażalnika
Rok 1973. Małżonkowie wracają – bez oficjalnego powitania – do Pjongjangu.
Ojciec jest wściekły z powodu zagranicznego ożenku, ale przecież nie wyśle córki
i zięcia do obozu. Kiong Hui dostaje dekoracyjną posadę redaktor naczelnej jedynej
w kraju gazety dla kobiet. Nie wolno jej przychodzić do redakcji, ale figuruje
w stopce, żeby aparat partyjny widział, że żyje. Mąż najpierw tkwi zamknięty w domu,
ale gdy Wielkiemu Wodzowi mija najsroższy gniew, zostaje wicedyrektorem
departamentu organizacji i przywództwa Partii Pracy Korei. Stanowisko niewysokie,
lecz prestiżowe, lokuje go pod koniec trzeciej setki ludzi w krajowej nomenklaturze.
W 1977 roku Kiong Hui rodzi pierwsze dziecko – córeczkę Jang Kum Song. Dwa
lata później synka Jang Kim Songa. Wielki Wódz cieszy się z wnucząt – ich mama
dostaje posadę zastępcy dyrektora departamentu międzynarodowego PPK. Pracuje
w tym samym gmachu co Umiłowany Przywódca, Wielki Znawca Rolnictwa
i Przemysłu.
– To był już jasny sygnał dla partyjniaków, że pani Hui wychodzi z zamrażalnika –
mówi nasz informator. – Następne stanowiska na dworze króla obejmowała
regularnie co kilka lat. Członkini Komitetu Centralnego partii, deputowana
do Zgromadzenia Narodowego, wreszcie – dyrektor departamentu kontroli
ekonomicznej partii.
Pojawia się na zjazdach, plenach i naradach. Południowokoreańskie media, które
czerpią informację o życiu zamkniętego dworu z relacji uciekinierów, donoszą, że nie
jest szczęśliwa. Popada w alkoholizm, wygląda staro jak na swój wiek, podobno nie
interesuje się dziećmi. W 1994 roku spadają na nią dwa nieszczęścia: umiera ojciec,
a wkrótce potem bezpieka aresztuje jej męża.
– Jang Song Taek, który piął się przez 20 lat po szczeblach kariery, musiał wzbudzić
zaniepokojenie nowego władcy, Umiłowanego Kim Dżong Ila – opowiada nasz
informator. – Dlatego postawiono mu zarzuty „korumpowania wyższych
urzędników”. Południowokoreańskie źródła mówią o dwóch możliwych podłożach
konfliktu. Pierwsze jest takie, że Song Taek skupił wokół siebie silną grupę złożoną
głównie z generałów. Bezpieka oceniła ich jako zdolnych do dokonania przewrotu.
Druga możliwość to realny spór o sukcesję władzy. Pani Hui i jej mąż mieli należeć
do grona uważającego, że następcą Umiłowanego Przywódcy i Wybitnego Krytyka
Literatury powinien zostać jego młodszy syn – Kim Dżong Un. Umiłowany stawiał
w tym czasie na swego pierworodnego – Kim Dżong Nama – otyłego i złośliwego
młodzieńca, który już w wieku 24 lat został generałem i szefem bezpieki. Być może to
on spowodował aresztowanie męża swojej ciotki.

Zaśnięcie i przebudzenie
Południowokoreański dziennik „Dong-a Ilbo” donosi, że pani Hui całymi dniami
nie wstaje z łóżka, zapijając się na śmierć. Po którymś z kolejnych ciągów zapada
w śpiączkę. Mąż nawet o tym nie wie – siedzi w jednej z rodzinnych rezydencji, która
służy za areszt. Los się jednak uśmiecha do małżonków.
W 2001 roku japońscy kontrolerzy zatrzymują na lotnisku w Tokio generała Kim
Dżong Nama. Ma fałszywy paszport Dominikany. Tłumaczy się, że chciał incognito
obejrzeć tokijski Disneyland. Skandal przedostaje się do mediów, zdjęcia szefa
północnokoreańskiej służby bezpieczeństwa w kolorowej koszuli obiegają świat.
Umiłowany Przywódca jest wściekły. Od lat zabawiał się z trzema synami
w koncerty karaoke i szalone tańce z aktorkami. Tańczyli na stołach, gonili się
po pałacu przebrani w mundury różnych armii, utrzymywali kilka grup wynajętych
albo porwanych piękności o wszelkich kolorach skóry. Władcom wszystko wolno – ale
u siebie w domu. Co innego wygłupić się przed imperialistami. Rozjuszony Kim
Dżong Il wypędza starszego syna na Makau. Odtąd były generał robi to, co lubi –
prowadzi życie playboya i bywalca kasyn, w ostatnich latach udzielił nawet kilku
wywiadów.
– Jestem zwyczajnym obywatelem Korei Północnej – mówi w jednym z nich.
Już wiadomo, że następcą tronu zostanie jego brat – popierany wcześniej przez
ciocię i jej męża najmłodszy syn Umiłowanego – Kim Dżong Un. Być może to jemu
aresztowany Song Taek zawdzięcza uwolnienie i życie. Wypuszczony troskliwie
zajmuje się żoną. Tak długo wystaje przy jej szpitalnym łóżku, trzymając ją za rękę,
aż Kiong Hui otwiera wreszcie oczy.
Rok 2006 jest czasem triumfalnego powrotu ich obojga na scenę.
Song Taek zostaje wicedyrektorem Biura Budowy PPK. To nie jest wysokie
stanowisko, ale jego realne wpływy – szczególnie wśród wojskowych – są większe.
Na tyle, że wyrusza razem z Kim Dżong Ilem w podróż do Chin. Jadą pociągiem –
Umiłowany Przywódca unika samolotów od czasu, gdy sam zorganizował zamach
na południowokoreański samolot pasażerski.
Kim Kiong Hui jest ciągle jeszcze za słaba, by wrócić do pracy. Wygląda strasznie:
poorana bruzdami twarz, głębokie cienie wokół oczu, przygarbiona sylwetka. Ale
trzyma się życia. Nie załamuje jej nawet samobójstwo córki.
Jang Kum Song, wysłana na studia do Paryża, zakochała się tam w Koreańczyku
z Północy, o którym wiadomo jedynie tyle, że jego pochodzenie społeczne nie
zachwyciło Kiong Hui i Song Taeka. Niepomni własnych perypetii narzeczeńskich
rodzice decydują: córka ma natychmiast wracać z Europy do domu. Kum Song
odmawia – truje się środkami nasennymi.
Dwa lata później jej mama wraca na polityczną scenę. Eksperci nie mają
wątpliwości: Kim Kiong Hui to dziś numer dwa w KRLD, a jej mąż Song Taek –
numer trzy. Każdy ruch Kim Dżong Una jest z nimi konsultowany. Song Taek ma też
opinię głównego PR-owca reżimu. To on układa kalendarz kolejnych prowokacji
i w imieniu swojego siostrzeńca zarządza machiną wojskową KRLD.
===bVxkVmBU
Stalowy Wnuk Wielkiego Wodza

Z PROF. WALDEMAREM J. DZIAKIEM, KIEROWNIKIEM ZAKŁADU AZJI


I PACYFIKU POLSKIEJ AKADEMII NAUK, ROZMAWIA MARCIN
KOWALSKI

Najpierw pozwolił żonie na spódniczkę mini, potem na 17 rodzajów fryzur damskich! Teraz
Kim Dżong Un musi przekonać generałów, że wraca na drogę wielkiego dziadka i ojca




Będzie wojna?
– Wojna trwa od 63 lat! Nigdy nie został podpisany traktat pokojowy między Koreą
Północną i Południową, tylko rozejm, złamany zresztą przez obie strony kilkadziesiąt
tysięcy razy.

Pytam o wojnę, której boi się świat, nie o incydenty.
– Jeżeli oczekujemy, że Kim Dżong Un, przywódca Korei Północnej, wyda dzisiaj
rozkaz: „Zaatakujmy Koreę Południową”, to odpowiadam: nie wyda takiego rozkazu.
Nie będzie też poważnej prowokacji militarnej, choćby takiej jak atak
na południowokoreański okręt wojenny trzy lata temu, w którym zginęło 46
marynarzy.

Wtedy Korea Południowa nie odpowiedziała militarnie. Słusznie?
– Niesłusznie. Skutki tego zaniechania właśnie odczuwamy. Północ zachęcona
brakiem reakcji dokonała szybko kolejnej dużej prowokacji: ostrzelali sporne wyspy,
zginęło dwóch żołnierzy z Południa. I znów na kilka miesięcy zapanowała cisza. W tej
grze nie chodzi o wojnę na wielką skalę, tylko o wywołanie strachu. Traktujemy reżim
północnokoreański jak grupę szaleńców zdolną do wszystkiego, tym samym
wpisujemy się w scenariusz precyzyjnie napisany przez propagandę Kim Dżong Una,
kontynuatora polityki swojego ojca Kim Dżong Ila i dziadka Kim Ir Sena. „Drżyjcie
przed nami, a my wasz strach wykorzystamy do swoich celów, jesteśmy w tym
mistrzami”. I wykorzystują.

Nie ma czego się bać?
– Oczywiście, że jest. Półwysep Koreański to najbardziej naszpikowany militarnie
skrawek ziemi na świecie. Korea Północna – 23 mln mieszkańców, w tym 1,2 mln
żołnierzy w regularniej armii i 5–6 mln w organizacjach paramilitarnych. Dodajmy
do tego pracowników zmilitaryzowanych gałęzi przemysłu: górnictwa, energetyki,
transportu, kolejnictwa. To nie są zwykłe zakłady pracy, tylko zbiorowiska żołnierzy
przeniesionych do rezerwy, podzielonych na pułki, bataliony, oddziały. Mają
zaszeregowanie do jednostek. Żeby ich wybudzić, wystarczy rozkaz. Tokarz albo
frezer dostaje swój karabin i melduje się nie przy maszynie, tylko w okopie.

Południe ma czym odpowiedzieć?
– Ich armia, mimo że kraj liczy 50 milionów ludzi, to zaledwie 650 tys. żołnierzy
i około 3 mln ochotników zrzeszonych w organizacjach paramilitarnych. Proszę sobie
wyobrazić, że na terytorium mniejszym od Polski staje naprzeciw siebie 10–12 mln
ludzi wyposażonych w broń, gotowych do wojny. Nad nimi wisi balon wrogości
nadmuchiwany ponad 60 lat! Jeżeli wybuchnie, to właśnie ze względu na ogrom
zbrojeń, brak zaufania i komunikacji. Przecież tam nie ma nawet możliwości
połączenia telefonicznego z drugą stroną, linie zostały zerwane.

Co się może stać?
– Seul, stolicę Korei Południowej, dzieli od granicy z Północą tylko 38 km. Łatwo
przewidzieć, co się stanie, gdy na kilkunastomilionowe miasto spadnie grad pocisków.
Eksperci z USA przyznają, że gdyby miało dojść do inwazji na Koreę Północną,
Ameryka musi się liczyć ze stratą 100 tys. żołnierzy, czyli jeszcze raz tylu, ilu poległo
w Wietnamie! Świat daje się wpuścić w dyskusję o budowanej przez reżim potędze
niekonwencjonalnej, a za mało rozmawiamy o sile konwencjonalnej. Korea Północna
już jest potęgą! Mają prawie tyle samo artylerii co Chiny na wszystkich swoich
granicach. Są potentatem w broni chemicznej. Wydrążyli podziemne tunele,
w których mogą mijać się czołgi!

I mają najbardziej zdeterminowanych żołnierzy świata.
– Przeciętny Koreańczyk z Północy bardzo chce tej wojny, niezależnie od sympatii
do reżimu. Ci oddani dyktaturze wiernie wykonają każde polecenie, ci bardziej
krytyczni – wypatrują w konflikcie szansy na zmianę. Prości i biedni ludzie ze wsi
mamieni propagandową wizją zdobywania kolejnych bastionów Południa liczą –
niczym Armia Czerwona krocząca przez Niemcy w 1945 roku – że wreszcie do syta
się najedzą, zdobędą sławę, bogactwo, kobiety. Tych nastrojów nie da się porównać
z nastawieniem społeczeństwa południowokoreańskiego, spełnionego, wolnego,
żyjącego w ultrakapitalizmie.

Ale na wiecznie tykającej bombie.
– Do tego przez 60 lat zdążyli się przyzwyczaić. Ulice Seulu tętnią życiem, pełne są
kluby i teatry. Doniesienia o incydentach nie robią wielkiego wrażenia, oni wiedzą,
w co gra Pjongjang. Ale zawsze to podkreślam, zajmowanie się rzeczywistością
północnokoreańską przypomina badanie góry lodowej – widzimy tylko jakieś dziesięć
procent wierzchołka, reszta jest ukryta. Nawet to, co wystaje na powierzchnię, jest
trudne do analizowania, bo reżim obrał specjalną metodę komunikowania się
ze światem zewnętrznym – milczenie albo świadoma dezinformacja. Nie potrafimy
nawet podać precyzyjnej daty urodzenia przywódcy Kim Dżong Una. Nie mówiąc
o innych szczegółach.

Jeszcze nie opublikowano jego życiorysu?
– Wciąż czekamy. Przygotowując pierwszą w Europie biografię tego najmłodszego
przywódcy świata, poprosiłem kanałami dyplomatycznymi o oficjalną datę urodzin.
Otrzymałem odpowiedź: „Nie została ustalona”. Przyjmuję, jak wielu badaczy,
że przyszedł na świat w styczniu 1984 roku.
Jego matka Kyo Yong [Ko Jong??] Hui, była tancerka obdarzona tytułem „Matki
Korei”, zmarła na raka w klinice w Paryżu w roku 2004.
O dzieciństwie Kim Dżong Una nic nie wiemy. Pewne jest, że już jako nastolatek
w drugiej połowie lat 90. uczył się w szwajcarskim gimnazjum Liebefeld Steinhölzli.
Używał tam fałszywego nazwiska Pak Un, przedstawiał się jako syn kierowcy
ambasadora KRLD. W mediach szwajcarskich pojawiają się informacje, że w trakcie
nauki zaprzyjaźnił się z synem amerykańskiego dyplomaty. Wydaje się to mało
prawdopodobne. Z relacji, do których dotarłem, wynika, że był odizolowany
od grupy, generalnie samotny i nie należał do prymusów. Oceny dostawał przeciętne,
często wagarował. W pierwszym roku nauki opuścił 75 dni, w drugim – już 105.
W trybie pilnym powrócił jednak do kraju w 1998 roku, z osobistego rozkazu ojca,
i kontynuował naukę w Akademii Wojskowej imienia swojego dziadka Kim Ir Sena.
Pierwszy tytuł – „Króla Gwiazdy Polarnej” – otrzymał w roku 2004. Rok później
Kim Dżong Il poinformował najbliższych z rodzinnego klanu, że to 21-letni Kim
Dżong Un będzie przygotowywany do objęcia po nim władzy, a nie
skompromitowany lekkoduch i playboy, pierworodny Kim Dżong Nam.
W styczniu 2009 roku mocno już schorowany Kim Dżong Il podpisał dyrektywę
o sukcesji. Dziennikarze, powołując się na źródła w Seulu, stwierdzili, że nowy
przywódca cierpi na cukrzycę i nadciśnienie, często zagląda do kieliszka. Od marca
2009 roku żaden Koreańczyk nie może nosić imion Dżong Un – zostały urzędowo
zastrzeżone tylko dla jednego człowieka. Ruszyła propagandowa machina
przygotowywania narodu do zmiany. Do kanonu obowiązkowych wierszyków
i piosenek o Kim Ir Senie oraz Kim Dżong Ilu dołożono utwory na cześć „Błyszczącej
Gwiazdy”, „Młodego Bohatera”, „Kapitana”, „Błyskawicy”. Kolejny etap to tzw.
śluby wierności składane Kim Dżong Unowi przez żołnierzy i urzędników. Wreszcie
w Komitecie Centralnym Partii Pracy zapadła decyzja o sfałszowaniu daty urodzin
„Gwiazdy Polarnej” z 1984 na 1982 rok.

Dlaczego go postarzyli?
– W kulturze koreańskiej symbolika liczb jest niezwykle istotna, numerologię
traktuje się jak znak nieba. Kim Ir Sen urodził się w roku 1912, Kim Dżong Il – tak
podają oficjalne źródła z Północy – w 1942 (w rzeczywistości rok wcześniej), Kim
Dżong Un – w 1982. „Sto, siedemdziesiąt, trzydzieści” – pod takim hasłem miało
nastąpić wielkie przekazanie władzy. Nie nastąpiło, bo w grudniu 2011 roku Kim
Dżong Il umiera. Do pełni propagandowego szczęścia brakuje kilku miesięcy.

Świat przyjął nowego przywódcę z nadzieją. Włada podobno kilkoma językami,
ma w życiorysie epizod szwajcarski, a u boku piękną żonę z markową torebką.
– Dużo istotniejsza jest reakcja klanu Kimów niż świata. Koreą nie rządzi świat ani
partia, ani nawet armia, tylko właśnie ten klan liczący około dwóch tysięcy ludzi.
Wszyscy oni są w jakimś stopniu spokrewnieni albo skoligaceni z Kim Ir Senem.
Dzieci faktyczne i adoptowane po towarzyszach rewolucji, wnuki, prawnuki, kuzyni
itd. Zajmują wysokie stanowiska w dyplomacji, aparacie partyjnym i wojskowym. To
ich Kim Dżong Un musi przekonać, że jest silnym przywódcą gwarantującym trwanie
reżimu. Bo tylko dyktatura zapewnia im wysokie apanaże, życie w oazie względnego
dobrobytu na pustyni biedy. Kim Dżong Un robi więc, co może, żeby zyskać zaufanie
klanu.

Jeszcze go nie ma?
– Wszystko wskazuje, że nie. Przecież to nie przypadek, że w ciągu pół roku
wymienił trzech ministrów obrony narodowej KRLD, odwołał szefa sztabu
generalnego uznawanego za numer pięć w hierarchii koreańskiej. Lojalność wojska
trzeba kupić. Dlatego generałowie cieszą się największymi przywilejami: mieszkają
w willach na zamkniętych osiedlach, mają dostęp do luksusów, otrzymują karty
dewizowe o wartości 1,3 tys. dol. miesięcznie, które można wykorzystać
w specjalnych sklepach. W realiach koreańskich to majątek! 25 proc. PKB Korei
Północnej idzie na armię, dla porównania – w Polsce 1,9 proc. PKB.

Powinien być noszony przez wojskowych na rękach.
– Wielu dowódców kwestionuje, czy ma wystarczające doświadczenie wojskowe.
Padają pytania, czy ktoś, kto zaczął rządy od reform obyczajowych, prowadzi wojsko
i kraj dobrą drogą. Również wśród członków klanu słychać powątpiewanie. Czy
w razie działań wojennych przywódca da sobie radę?

Młody dyktator zaczął zdobywać sympatię Amerykanów i Europejczyków
otwarciem na świat. Oklaskiwał dzieci tańczące przed nim w przebraniu Myszki
Miki, robił zakupy w supermarkecie, pozwolił żonie na publiczne pokazanie się
w sukience mini. To w realiach koreańskich sensacja! Ten scenariusz też napisała
propaganda?
– Za to pozorne otwarcie na świat płacimy właśnie ceną strachu. Klan szybko dał
Kim Dżong Unowi do zrozumienia, żeby nie szedł tą drogą.
Kto to widział, żeby Koreanka nosiła torebkę? Przecież to symbol indywidualizmu,
manifestacja antykomunistyczna, burżuazyjny wynalazek wpychający kobietę w ręce
imperialistów. W żaden sposób nie da się pogodzić torebki i ideałów rewolucji. Ktoś
powie: „To tylko torebka”. Ale w realiach reżimu to „aż torebka”. Zaczęło się
od torebki, później była spódniczka mini, a następnie zatwierdzono – oczywiście
na szczeblu ministerialnym – 17 modeli obowiązujących fryzur damskich. Do tej pory
wystarczały dwa modele.
Kim Dżong Un – pewnie pod wpływem żony – podjął próby reform, ale
zakończone fiaskiem. Teraz robi wszystko, żeby przekonać otoczenie, że wrócił
na ścieżki wydeptane przez dziadka i ojca.

Stąd próby nuklearne, zrywanie porozumień, codziennie nowe groźby?
– No właśnie. Musimy się nauczyć czytać język propagandy północnokoreańskiej.
Wnuk Kim Ir Sena robi wszystko, by zdać egzamin ze specyficznie pojmowanej
męskości. Musi udowodnić, że się nie boi, że potrafi postawić na baczność trzy
czwarte cywilizowanego świata, że samymi słowami i gestami prowokuje niepokój
w Waszyngtonie, Tokio, Moskwie czy Pekinie. Oto Korea jest na ustach całego
świata. A naród koreański, zmęczony biedą, często głodem, brakiem sukcesów,
karmiony jest papką propagandową przedstawiającą Kim Dżong Una jako jednego
z ważniejszych przywódców globu. Wymienia się go jednym tchem z Barackiem
Obamą czy Władimirem Putinem.
Bardzo dużo o sytuacji w Korei mówi analiza tytułów nadawanych przywódcy
przez propagandę. Kiedy Kim Dżong Un był kandydatem na szefa państwa,
nazywano go „Błyskawicą” i „Kapitanem”. Po przejęciu władzy został „Wielkim
Przyjacielem” oraz „Sternikiem”. Ale dla dyktatora „Sternik” to prawie jak obelga.
Dzisiaj telewizja, która w samym centrum konfliktu umieściła właśnie Kim Dżong
Una i pokazuje go praktycznie non stop, mówi o nim: „Twardy”, „Stalowy”,
„Nieugięty”.

Co dalej?
– Psychologiczna wojna na Półwyspie Koreańskim będzie trwać. Tyle mówimy
o Korei Północnej, a zupełnie pomijamy realia Korei Południowej. Krajem rządzi
Park Geun-hye, córka dyktatora Park Chung-hee, ojca cudu gospodarczego
na Południu, którego reżim Kimów wielokrotnie próbował zgładzić, między innymi
podczas nieudanego szturmu komandosów na pałac w Seulu. Ofiarą zamachu padła
matka Park Geun-hye, a ojciec zginął w tajemniczych okolicznościach zastrzelony
przez szefa służb specjalnych. Teraz naprzeciw siebie stają dzieci, a to oznacza,
że o zjednoczeniu Korei możemy zapomnieć na długie lata. Nigdy nie było ono tak
odległe.

Korea Północna stanie się potęgą atomową?
– Jeśli świat nie przeszkodzi w tym Kim Dżong Unowi, nie ma od tego odwrotu.
Śmieszą mnie dywagacje, że dyktator jest mniej groźny niż jego ojciec czy dziadek,
bo wpłynęła na niego edukacja w Szwajcarii. Jest dokładnie odwrotnie. Znamy takie
scenariusze z historii. Dyktator wykształcony stwarza większe zagrożenie, jego
fanatyzm nie jest dziki, tylko obudowany pseudonaukową teorią. Dzisiaj reżim nie stał
się jeszcze potęgą atomową, raczkuje na tym polu, ale za kilka lat to się zmieni. Mało
przewidywalne państwa, takie jak Pakistan, Iran, Birma czy Syria, tylko na to czekają.
Zrobią wiele, by posiadać broń jądrową. Dobrze za to zapłacą. Arsenał atomowy
w rękach Korei Północnej będzie więc śmiertelnym zagrożeniem dla świata. Kim
Dżong Un zyska argument, którym postawi pod ścianą każde mocarstwo. Jeżeli
Ameryka nie da miliarda dolarów, Korea sprzeda technologię na przykład Iranowi.
I co wtedy?

Sugeruje pan, że jest najlepszy czas, by zaatakować reżim?
– Nic nie sugeruję. Decyzję o ataku musi podjąć koalicja Korei Południowej, USA
i Japonii. Zajmuję się tą tematyką 40 lat. Całe moje doświadczenie każe mi
powiedzieć, że za osiem lat na taki atak będzie za późno. Dyktator w tym czasie
okrzepnie, a jego rakietowy i atomowy program – dziś w fazie embrionalnej – stanie
się rzeczywistością.



Prof. Waldemar J. Dziak jest kierownikiem Zakładu Azji i Pacyfiku ISP PAN oraz wykładowcą
Collegium Civitas. Autor 19 książek, w tym biografii Kim Ir Sena i Kim Dżong Ila. Napisał pierwszą
w Europie biografię Kim Dżong Una – „Kronika życia i walki”. Premiera za dwa tygodnie (wydawnictwo
Polskiej Akademii Nauk).
===bVxkVmBU
Umrzeć dla Wielkiego Wodza

MARCIN KOWALSKI

Gdyby funkcjonariuszka irackiej straży granicznej nie pozwoliła młodej i urodziwej kobiecie
z japońskim paszportem wnieść kieszonkowego radia Panasonic RF 082 na pokład samolotu,
do katastrofy by nie doszło




Strażniczka jednak odpuściła, bo szczupłą brunetkę wsparł starszy pan, który
przedstawił się jako jej ojciec. Zagroził złożeniem oficjalnej skargi.
– Kolejka do odprawy ruszyła i ponad stu pasażerów lotu KAL 858 z Bagdadu
do Seulu odetchnęło z ulgą – mówi Andrzej Bober, znawca Korei Północnej. – Nie
wiedzieli, że właśnie zapadł na nich wyrok.
Odprawa dobiegła końca. Młoda piękność na chwilę zniknęła z bagażem
w toalecie. Weszła na pokład jako jedna z ostatnich. Schowała torbę w luku pod
sufitem. Samolot wystartował.

Pasmo sukcesów
Ta historia zaczęła się w 1962 roku, gdy w Kaesong, najdalej na południe
wysuniętym mieście Korei Północnej i oddalonym od strefy zdemilitaryzowanej o 12
km, przyszła na świat Kim Hyun Hee. Ojciec jest dyplomatą, należy do najbardziej
zaufanych ludzi reżimu Kim Ir Sena. Rzadko gości w domu. Kiedy Hyun Hee kończy
rok, jej ojciec dostaje skierowanie do ambasady na Kubie. Przez kolejne pięć lat
Hawana będzie domem dla małej Hyun Hee i jej rodziców.
Do Kaesongu wracają, kiedy dziewczynka rozpoczyna naukę w szkole
podstawowej. Z zaszczepioną przez ojca pasją pochłania informacje o dziełach
Wielkiego Wodza, towarzysza Kim Ir Sena. Po lekcjach aktywna w kółkach
ideologicznych, do domu wraca często po 22.
W swojej biografii „Die Tränen meiner Seele” opublikowanej w 2006 roku
w Szwajcarii podkreśla, że niemal od urodzenia poddana była ideologicznemu praniu
mózgu.
Jako nastolatka wstępuje do Korpusów Młodzieży. Patroluje ulice w poszukiwaniu
kobiet łamiących zarządzenie Kim Ir Sena krytykujące kobiety chodzące latem
w spodniach. Spisuje ich dane, które później trafiają do brygadzistów w zakładach
pracy albo organizacji.
Tak jak inni rówieśnicy zbiera makulaturę, butelki, złom. Zarobione pieniądze
przekazuje partii, wspiera w ten sposób państwo w walce ze znienawidzonymi
Amerykanami.
Ta aktywność zostaje doceniona. Ktoś podsuwa kandydaturę Hyun Hee
producentom szukającym bohaterów do filmów propagandowych. Dziewczyna
zostaje gwiazdą. Odnosi też sukces partyjny: obejmuje stanowisko przewodniczącej
Korpusu Młodzieżowego – organizacji zrzeszającej według różnych szacunków
od 700 do 900 tys. dzieci i młodzieży. No i dostaje się na Uniwersytet im. Kim Ir
Sena w Pjongjangu. To kuźnia kadr partyjnej elity.
– Dyplom tej uczelni zapewnia w Korei dożywotni dobrobyt – mówi Andrzej
Bober. – O ile nie zrobi się czegoś nierozsądnego – dodaje.

Zrobię, co Partia nakaże


Nauka na uniwersytecie zaczyna się od półrocznego szkolenia wojskowego.
Studenci nowicjusze są dokładnie obserwowani pod kątem przydatności na różnych
odcinkach frontu.
Hyun Hee wspomina w swojej książce, że szybko wpadła w oko instruktorom.
Uczy się japońskiego, dostaje skierowanie do ukrytego na prowincji ośrodka
szkoleniowego. Ma broń, poznaje smak wyczerpujących nocnych marszów. Ale nie
narzeka. I spełnia kolejne marzenie. W dniu 18. urodzin w dziekanacie czeka na nią
funkcjonariusz Partii Pracy Korei. To może oznaczać tylko jedno – została
dostrzeżona, wybrana.
Aparatczyk pyta o dzieła wybrane Kim Dżong Ila i bitwy (w bibliotekach są setki
takich „dzieł”), które stoczył z Japończykami u boku ojca – Kim Ir Sena. Dla
biografów nie ma znaczenia, że okupacja Korei przez Japonię zakończyła się, gdy Kim
Dżong Il nie skończył jeszcze pięciu lat.
Hyun Hee odpowiada jak z automatu. Dla formalności trzeba sprawdzić
pochodzenie i zawód ojca. Wszystko w jak najlepszym porządku.
Parę dni później na uczelni zjawia się kilku agentów bezpieki. Każą dziewczynie
natychmiast stawić się w Sekcji I PPK. Padają kolejne pytania. Hyun Hee cytuje je
w swojej biografii wraz z odpowiedziami:
– Jakie są podstawowe zasady Partii?
– Wiara, bezwarunkowa akceptacja.
– Dlaczego studiujesz japoński?
– Żeby pomóc naszemu narodowi zwyciężyć.
– Co będziesz robiła po studiach?
– To, co mi nakaże Partia.
– Jesteś gotowa umrzeć dla Partii?
– Zrobię wszystko, czego Partia wymaga.

Zdany egzamin
Pierwsze partyjne polecenie jest zaskakujące. Dziewczyna ma się natychmiast
spakować, trafia do specjalnego obozu przejściowego, a następnie do wojskowego
obozu szkoleniowego w miejscowości Keumsung na głębokim odludziu.
Dowiaduje się, że właśnie zmienia nazwisko na Kim Ok Hwa. Zostanie
przeszkolona na agentkę do zadań specjalnych. Ma swoją urodę poświęcić Partii, taka
jest potrzeba.
Szósta rano – pobudka, mycie, pranie ubrania. Po śniadaniu godzina lektury
na temat filozofii i cnót Kim Ir Sena. Następnie nauka praktyczna do 13, obiad, znów
nauka, dwie godziny sportu i kurs walki. Po kolacji godzinny marsz w plenerze,
a przed snem – godzina czytania. Tak wygląda dzień powszedni w ośrodku. Każde
święto to okazja do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Z okazji urodzin Kim Ir Sena
pokonać trzeba w ramach „marszu lojalności” 170 km na nogach w trzy doby. Bez
przerwy na sen.
Trzyletnią naukę kończy egzamin. Nadzwyczajna komisja z Pjongjangu dokładnie
sprawdza, czy masa jest już ulepiona. Jeśli ktoś nie zda, automatycznie zostaje
wydalony z Partii i popada w niełaskę do śmierci. Zalicza średnio co trzeci kursant.
Pisemny test trwa cztery godziny i składa się z ponad 200 pytań.
Na przykład takiego: „Wyjaśnij w skrócie na nie więcej niż dziesięciu stronach
płaszczyzny i dziedziny, w których rząd północnokoreański przewyższa reżimy
kapitalistyczne”.
Egzamin praktyczny obejmuje bieg po górach na dystansie 15 km, wyciskanie
sztangi na ławeczce w pozycji leżącej, podciąganie się na drążku. Hyun Hee ma też
obezwładnić trenera uzbrojonego w atrapę noża. Radzi sobie wyjątkowo łatwo, ale
trudno, żeby było inaczej. Sztuki walki to jej pasja, zdobyła czarne pasy w taekwondo,
tangsudo oraz hapkido.

Akcja zmiany historii


Testy zdaje z wyróżnieniem. W nagrodę będzie pracować z Kim Seung Ilem,
koreańskim Jamesem Bondem, najlepszym z najlepszych, choć już nie najmłodszym,
bo liczącym ponad 70 lat. Od tej chwili tworzą duet. Hyun Hee odgrywa w nim rolę
wnuczki, a Seung Il – dziadka.
Razem wylatują do Europy. Poznają Francję, Holandię, Szwajcarię. Po powrocie
„ze zgniłego Zachodu” natychmiast zostają poddani kwartalnemu kursowi
ideologicznemu, żeby wzmocnić ponownie wiarę w ideały Dżucze –
północnokoreańskiej ideologii samowystarczalności.
Duet sprawdzony, bogactwo kapitalizmu nie przewróciło im w głowie, czas
na prawdziwe wyzwanie.
Jest połowa lat 80. „Dziadka” i „wnuczkę” wzywa przed swoje oblicze sam dyrektor
centrali wywiadowczej w Pjongjangu. Informuje, że mają wysadzić w powietrze
południowokoreański samolot pasażerski. Rozkaz podpisany przez samego Kim Dżong
Ila, syna Kim Ir Sena, musi zostać bezwarunkowo i perfekcyjnie wykonany.
Korea Południowa jest w 1987 roku targana wewnętrznymi konfliktami. Sprzeciwy
społeczne budzi projekt nowej konstytucji. Najważniejszy cel Kim Dżong Ila –
wywołać chaos, który zakłóci organizację igrzysk olimpijskich w Seulu w roku 1988.
Jeżeli olimpiada okaże się sukcesem, Korea Północna poniesie propagandową
porażkę. Kim ma więc nadzieję, że zamach przestraszy władze wielu państw
i z powodów bezpieczeństwa nie wyślą one swoich ekip do Seulu.
– Dyrektor przekonywał więc agentów, że wysadzając samolot, zmienią bieg historii
– mówi Andrzej Bober. – Szybciej zjednoczone zostaną obie Koree, a oni staną się
bohaterami narodowymi!

Plan doskonały
Hyun Hee i jej partner mają udawać japońskich turystów, tym razem ojca i córkę.
Oboje perfekcyjnie mówią po japońsku, więc akcent na pewno ich nie zdradzi. Żeby
nie zwracać uwagi wywiadów innych państw, odwiedzą kilka krajów.
Z Pjongjangu polecą do Moskwy, dalej – Budapeszt i Wiedeń, kilka dni
na zwiedzanie. Później Belgrad, kolejne stemple w paszportach uwiarygodniają
„turystów” przed służbami celnymi na kolejnych lotniskach. Z Belgradu lot
do Bagdadu. Na lotnisku w Iraku mają powitać ich dyplomaci północnokoreańscy,
którzy przekażą materiały wybuchowe. Zestaw będzie ulokowany w skórzanej torbie –
zdalnie sterowany zapalnik na baterię w przenośnym radiu i buteleczka z substancją
wybuchową. Hyun Hee przejdzie kontrolę bezpieczeństwa, w toalecie uruchomi
zapalnik czasowy, a następnie – już w samolocie – ulokuje torbę w schowku na bagaż.
Maszyna ma postój w Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Tam „tata”
z „córką” wysiądą z samolotu i już do niego nie wrócą. Przez Amman polecą
do Rzymu i dalej do Austrii, wprost do wiedeńskiej ambasady KRLD.
Kiedy będą gdzieś między Azją a Europą, światem wstrząśnie informacja
o wybuchu koreańskiego boeinga 707. Powinien runąć do Morza Andamańskiego
w okolicach Birmy.
Dyrektor przewidział też czarny scenariusz, gdyby akcja na którymś z etapów się nie
udała. Każdy z agentów dostał po paczce marlboro, a w niej obok normalnych
papierosów truciznę – papieros z kapsułką cyjanku naznaczony czarnym tuszem.
Wystarczy wziąć go do ust i zgnieść filtr.

Wybuch
12 listopada 1987 roku Kim Seung Il i Kim Hyun Hee wyposażeni w fałszywe
paszporty ruszają z lotniska w Pjongjangu do Moskwy. Stamtąd lecą do Budapesztu,
a potem do Wiednia.
24 listopada 1987 roku wsiadają na pokład samolotu lecącego z Wiednia
do Belgradu. Meldują się w hotelu Metropolitan. Spędzają w nim cztery dni.
28 listopada, godzina 14.30. Odlatują do Bagdadu. Tam przejmują od dyplomatów
torbę z bombą. Najpoważniejszą przeszkodą okazuje się iracka funkcjonariuszka straży
granicznej kontrolująca pasażerów lecących do Seulu. Swoją uwagę skupia jednak
na radiu i bateriach, a nie zauważa, że w tej samej torbie jest butelka zawierająca
płynną substancję wybuchową.
29 listopada – samolot eksploduje około godziny 6 rano czasu lokalnego nad
Morzem Andamańskim. W katastrofie ginie 115 pasażerów i członków załogi.

Wywiad na tropie
Kiedy światowe agencje podają pierwsze informacje o tragedii, Kim Seung Il i Kim
Hyun Hee kupują na lotnisku w Bahrajnie bilety na lot do Rzymu. Muszą na samolot
czekać całą noc, jadą więc do hotelu InterContinental.
– Już w pokoju zadzwonił ich telefon – mówi Andrzej Bober. – To pracownik
ambasady Japonii chciał zweryfikować tożsamość jedynych pasażerów, którzy
wysiedli z samolotu do Bagdadu przed katastrofą. W systemie figurowali jako
Japończycy, stąd zainteresowanie dyplomatów.
W tym czasie Kim Seung Ilem oraz Kim Hyun Hee – z tego samego powodu
co japońska ambasada – interesują się już agenci wywiadu południowokoreańskiego.
– Weszli do hotelowego pokoju zamachowców, rozmawiali z nimi po angielsku.
Poinformowali o katastrofie samolotu do Seulu i obserwowali reakcję. Doświadczony
agent Seung Il wyczuł, że zaskakujący goście coś podejrzewają – mówi Bober.

Czas na śmierć
Rano Kim Hyun Hee i Kim Seung Il ustawiają się w kolejce do samolotu.
Bober: – Za plecami usłyszeli pytanie zadane płynnie po japońsku: „Czy mogę raz
jeszcze zobaczyć państwa paszporty?”. I polecenie, by wyszli z szeregu oczekujących.
Samolot odlatuje do Rzymu bez nich. Mężczyzna z paszportami wraca i nakazuje
pozostać na miejscu. Pytają, z jakiego powodu. W odpowiedzi słyszą, że tak nakazał
przedstawiciel japońskiej placówki w Bahrajnie.
W tym czasie służby w Tokio są już postawione na nogi. Porównują odciski palców
Kim Seung Ila z 38 milionami, które posiadają w swojej bazie. I już wiedzą, że Seung
Il kłamie, bo nie jest Japończykiem, tylko posługuje się nieważnym paszportem
zmarłego kilka lat wcześniej mężczyzny. Również dokumenty Hyun Hee wystawione
na nazwisko Mayumi Hachiya są podrobione.
Za chwilę w hali odlotów ma się pojawić policja.
– Z relacji świadków i samej Hyun Hee można odtworzyć szczegółowy bieg
zdarzeń – mówi Bober. – Seung Il cofnął się pół kroku i szepnął w kierunku Hyun
Hee: „Bądź dzielna, przegryź ampułkę”. Sam sięgnął po paczkę z papierosami.
Jednego z nich zapalił. Skończył i prawie natychmiast odpalił drugiego i kolejnego.
Pięciu policjantów weszło do hali. Nakazali podejrzanym, żeby udali się z nimi
do mieszczącego się na lotnisku punktu kontroli. W jej trakcie sprawdzający nie
zwrócili uwagi na papierosy zatrzymanych. Kim Hyun Hee włożyła do ust zatrute
marlboro i przegryzła filtr. Już przez mgłę widziała krzyczącą celniczkę, która biegła
w jej stronę, machając rękami.
Kim Seung Il padł kilka metrów obok swojej partnerki. Trucizna zabiła go
w ułamku sekundy.

Wyrok
– Dziewczyna przeżyła, choć z medycznego punktu widzenia trudno to
wytłumaczyć – mówi Bober. – Przecież połknęła dawkę cyjanku, która zabija
dorosłego mężczyznę.
Ekstradycja Kim Hyun Hee do Seulu była tylko formalnością. Na proces
porównywany do spraw zbrodniarzy hitlerowskich sądzonych w Izraelu czekała cała
Korea Południowa, a w szczególności rodziny ofiar.
Hyun Hee, broniąc się, oskarżała reżim północnokoreański. Jej adwokaci
przekonywali sąd, że dziewczyna miała wyprany mózg. – Była przekonana, że działa
dla dobra nie tylko Korei Północnej, lecz także relacji międzykoreańskich –
argumentowali.
Oskarżona ujawniła ze szczegółami, jak wyglądał proces szkolenia agentów
specjalnych oraz kto był zleceniodawcą zamachu. Sąd nie uznał jednak tego
za wystarczający środek łagodzący i 7 marca 1989 roku wydał wyrok: kara śmierci.
Z uzasadnienia: „Za pomocą ładunków wybuchowych wysadziła w powietrze
na rozkaz Kim Dżong Ila, syna Kim Ir Sena, samolot linii Korean Air, lot nr 858.
Wykonując rozkaz, zgasiła życie w 115 niewinnych osobach”.
Nad Hyun Hee zlitował się jednak prezydent Korei Południowej. Ułaskawił
dziewczynę, ponieważ uznał, że „nie działała świadomie i stała się ofiarą manipulacji”.
Po wyjściu na wolność Kim Hyun Hee przybrała nową tożsamość. Wyszła za mąż
za swojego ochroniarza. Sporadycznie wydaje pisemne oświadczenia na temat
koreańskiego reżimu. 27 stycznia 2012 roku skończyła 50 lat.
10 kwietnia Kim Hyun Hee udzieliła pierwszego od lat telewizyjnego wywiadu.
W rozmowie z dziennikarzami australijskiej telewizji ABC powiedziała między
innymi: „Kim Dżong Un stara się uzyskać całkowitą kontrolę nad armią i zdobyć
lojalność wojskowych. Stąd między innymi jego częste wizyty w bazach wojskowych.
W szalonej, wydawałoby się, eskalacji gróźb jest metoda. Korea Północna używa
programu nuklearnego, by trzymać naród w ryzach i uzyskiwać ustępstwa od USA
i Korei Południowej”.


Korzystałem z: Kim Hyun Hee „Die Tränen meiner Seele”, Brunnen, wydanie 5, Bazylea 2006.
Dziękuję Andrzejowi Boberowi, specjaliście do spraw Korei Północnej zrzeszonemu w The
Association for Korean Studies in Europe (AKSE), oraz Korea Forum w Berlinie
za udostępnienie materiałów i tłumaczeń, które zebrał podczas swojej pracy badawczej
===bVxkVmBU
Pracujemy w Sadzie Wielkiego Przyjaciela

MARCIN KOWALSKI, PIOTR GŁUCHOWSKI



Takich ludzi jak Stanisław Dobek z Kleczanowa ambasada Korei Północnej wykorzystuje
do prowadzenia białego wywiadu




W tej wsi między Opatowem a Sandomierzem w ogromnym sadzie po cichu i pod
strażą pracują Koreańczycy z komunistycznej Północy. Nie mają paszportów, nie
wolno im nigdzie wyjeżdżać, nie dostają pensji. Pilnuje ich partia.
W lutym wywozili taczkami śnieg spomiędzy drzew. Od marca przycinają gałęzie.
Sad należy do prezesa Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Koreańskiej Stanisława
Dobka. Dzień Koreańczyka w jego gospodarstwie wygląda zwykle tak samo: rano
pobudka na zapleczu budynku gospodarczego, w którym parkują maszyny i gdzie
przechowuje się jabłka. Na śniadanie – robotnicy przygotowują i jedzą je na miejscu –
ryż albo kimchi: kapusta z cebulą i czosnkiem. Potem praca w sadzie, do obiadu.
Na obiad Koreańczycy wracają do swojego pokoiku. Znów ryż i kimchi, po obiedzie
praca.
Ryż dostarcza ambasada KRLD. Kapusta i cebula rosną na miejscu.
Od święta nadzorca grupy – funkcjonariusz rządzącej Koreą Partii Pracy,
prawdopodobnie także agent tamtejszej bezpieki – zabiera swych podopiecznych
na wycieczkę, którą funduje Stanisław Dobek. Partia oczekuje, że wycieczki będą
miały ideologiczny wymiar. Koreańczycy nie jeżdżą więc na basen czy do kina, ale
na obrady okolicznych rad gmin i powiatów.
– Byli u nas na sesji – wspomina Lech Niezgoda, wójt gminy w Obrazowie,
do której należy Kleczanów. – Słuchali, uśmiechali się, kiwali głowami. Pewnie
niewiele zrozumieli, bo nie mówią po polsku.
Latem byli na dożynkach, jesienią na obrazowskim Święcie Jabłkobrania. Ubrani
w białe koszule z krótkim rękawem i tanie krawaty uśmiechali się do wszystkich
wokół, pogryzając jabłka. Mieszkańcy Obrazowa robili sobie pamiątkowe zdjęcia
w towarzystwie egzotycznych gości. Tylko ich koreański nadzorca nie pozwalał się
sfotografować, odmawiając z uśmiechem, ale stanowczo.
Mniej więcej raz w miesiącu w Kleczanowie odbywa się „spotkanie wewnętrzne”.
Do gospodarstwa przyjeżdżają wysłannicy ambasady. Zamykają się z robotnikami
na zapleczu magazynu i przez kilka godzin szkolą ich ideologicznie: wspólnie studiują
koreańskie gazety, czytają dzieła Kim Ir Sena i przemówienia Kim Dżong Ila.

Sadownicy z Puchon
O „obozie pracy” w Kleczanowie opowiedział nam polski dyplomata, który ma
znajomych w warszawskiej ambasadzie KRLD, a przy tym zna ten kraj. Nazwiemy go
Mikołaj.
– Kilkuosobowe grupy Koreańczyków przyjeżdżają podobno do Kleczanowa
od kilku lat – opowiada. – Najczęściej pochodzą z okolic Puchon na zachodnim
wybrzeżu. To koreańskie zagłębie sadownicze. Mają tam ogromne pegeery.
Prymitywnie wyposażone: bez maszyn, samochodów, dwukołowe wózki używane
do transportu ciągną muły albo ludzie. Pracownicy zarabiają po 10–15 tys. wonów
miesięcznie. Kilo ryżu kosztuje 1000.
Jabłka, które hodują, mogą jeść do woli. Nikt zresztą tych owoców nie kupuje – nie
ma popytu, tam w ogóle nie ma przecież wolnego rynku. Poza tym jabłonie się słabo
przyjęły, bo klimat nie jest odpowiedni. Ale partia uznała kiedyś, że gospodarka
sadownicza musi być różnorodna.
Za organizowanie transportu robotników z Korei do Kleczanowa odpowiedzialne
jest Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Koreańskiej w Pjongjangu.
TPPK to jedna z wielu sekcji wchodzących w skład wielkiej i ważnej dla reżimu
instytucji o nazwie Komitet Przyjaźni z Innymi Narodami.
Dyplomata: – Kim Dżong Il postawił przed Komitetem zadanie zbudowania
pozytywnego wizerunku Korei Północnej na świecie. Poszczególne sekcje, czyli
towarzystwa przyjaźni koreańsko-jakiejś, mają wyszukiwać w „swoich” krajach
przyjaciół reżimu.

Pan Dobek kasuje Wałęsę


Stanisław Dobek z Kleczanowa jest najważniejszym przyjacielem Korei w Polsce.
W Korei jest podobno bardziej znany niż Lech Wałęsa.
Dobek, wysoki, barczysty, z wyglądu 60-letni, elegancki mężczyzna, z wykształcenia
– inżynier rolnik. Działacz: kiedyś w ZSL i w Gminnej Radzie Narodowej, dziś prezes
kleczanowskiej Ochotniczej Straży Pożarnej i członek PSL. Poza tym prezes
Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Ruchu Ludowego w Warszawie i Towarzystwa
Przyjaźni Polsko-Koreańskiej w Opatowie.
Dobek gościł na trwających tydzień obchodach 93. rocznicy urodzin nieżyjącego
już Kim Ir Sena. W koreańskim odpowiedniku parlamentu – Najwyższym
Zgromadzeniu Ludowym – odebrał najważniejsze koreańskie odznaczenie
przyznawane cudzoziemcom: Medal Przyjaźni Pierwszej Klasy.
Medal przedstawia wpisany w czerwoną gwiazdę Ogień Dżucze. Dżucze (albo
Juche) to – według oficjalnej strony internetowej KRLD w Polsce – ideologia
„pozwalająca na stworzenie niezniszczalnej więzi między ludzkimi masami
i Wodzem”.
Główne wydanie koreańskich wiadomości kilka minut poświęciło Stanisławowi
Dobkowi. Dostojny gość z Polski odwiedził w towarzystwie kamer między innymi
przedszkole i szpital. Nazajutrz jego zdjęcie wydrukował rządowy „Rodong Sinmun”
(„Dziennik Robotniczy”). Jeden z sadów owocowych w Korei nazwano na cześć
Polaka.

Bankiet w Dniu Słońca


W Polsce działa kilka oddziałów TPPK, między innymi w Otwocku, Lwówku
Śląskim, Gdyni i w maleńkich Boćkach na Podlasiu. Działacze towarzystw to często
byli aktywiści PZPR, byli naczelnicy gmin, byli sekretarze Podstawowych Organizacji
Partyjnych itd. Są wśród nich ludzie, którzy w latach 50. zajmowali się sierotami
wojennymi z Korei Północnej. Tysiące małych Koreańczyków trafiły wtedy do Polski
(i innych państw bloku sowieckiego) „na wychowanie w duchu socjalizmu
i internacjonalizmu”. Dzieci mieszkały w specjalnie dla nich przygotowanych
sierocińcach, między innymi w Otwocku i Lwówku. Żadnemu z wychowanków nie
pozwolono zostać w Polsce.
Formalnie oddziały TPPK są terenowymi sekcjami jednej organizacji z siedzibą
w Warszawie. Praktycznie działają niezależnie, poszczególni prezesi kontaktują się
bezpośrednio z ambasadą KRLD. Trzy razy w roku goszczą na bankietach: w lutym
na urodzinach Kim Dżong Ila, w kwietniu na urodzinach Kim Ir Sena (największa
impreza zwana Dniem Słońca), we wrześniu – na Dniu Koreańskiej Niepodległości.
Dyplomata: – Ambasada wykorzystuje tych ludzi do prowadzenia białego wywiadu.
Każdy z prezesów oddziałów ma swojego „opiekuna”, którego zadaniem jest z jednej
strony robienie dobrego image’u Korei wśród Polaków, z drugiej – wyciąganie
informacji od podopiecznych. Interesuje ich wszystko.

Tanie jabłka i drogi PRL


Kleczanów to licząca 150 numerów wieś ulicówka. Pół tysiąca mieszkańców
utrzymuje się głównie z sadów. Po obu stronach drogi stoją w ciągnących się
kilometrami rzędach bezlistne teraz jabłonie, wiśnie, czereśnie i morele.
Stanisław Dobek należy do najbogatszych mieszkańców w okolicy: wielki sad, duży
dom, przed domem czarne bmw. Dowiedzieliśmy się, że gospodarz chętnie rozmawia
z dziennikarzami, ale tylko z lokalnych mediów. Ogólnopolskich unika, bo – jak mu
powiedziano w ambasadzie – na zlecenie imperialistów z USA szkalują naród
koreański.
Prosząc o spotkanie, przedstawiliśmy się jako „dziennikarze niezależni”.
W dużym, wyłożonym boazerią holu przyjmują nas gospodarz oraz dwaj jego
koledzy – lekarz i sołtys, obaj członkowie opatowskiego TPPK. Siadamy na kanapach
i w fotelach, ze ściany patrzy na nas Matka Boska Częstochowska. Pod telewizorem
leżą kasety wideo – „Siedem” i „Armageddon”, amerykańskie hity sprzed lat.
Sołtys zaczyna od narzekania na niskie ceny skupu owoców – ledwo złotówka
za kilo – i kapitalistę z Austrii, który wykupił pobliską przetwórnię owoców. Razem
z gospodarzem z rozrzewnieniem wspomina PRL.
– W czynie społecznym wybudowaliśmy aptekę, świetlicę, strażnicę OSP
i wielofunkcyjny budynek czterokondygnacyjny. Kółka rolnicze nawozy wagonami tu
sprowadzały, nawet w stanie wojennym nic nie brakowało. A teraz – lipa...
Gospodarz stawia na stole litrową butelkę koreańskiej wódki z borówek. Czas
zapytać o związki z KRLD.
– Pierwszych znajomych z Korei poznałem w 1997 roku, na uroczystości
w Muzeum Ruchu Ludowego – opowiada Dobek. – Mówili mi o kryzysie
żywnościowym w ich kraju. Postanowiłem pomóc. Zebrałem we wsi pieniądze –
ponad tysiąc złotych – i przekazałem do ambasady. Bardzo byli wdzięczni, przyjechał
tutaj sam ambasador.

Bo tak powiedział przewodnik


Ambasadorem Korei Północnej w Polsce jest 52-letni Kim Pjong Il, syn Kim Ir
Sena i przyrodni brat Kim Dżong Ila. Od 1998 roku jest w Polsce.
Po wizycie ambasadora w Kleczanowie Stanisław Dobek dostał zaproszenie
do Pjongjangu. Zwiedził między innymi chlubę Koreańczyków – przechwycony
w 1964 roku amerykański statek szpiegowski „Pueblo” – zardzewiały dowód triumfu
północnokoreańskiej armii nad imperializmem.
– Byłem też w miejscowości, w której Amerykanie zgwałcili sto kobiet – wspomina.
– Widziałem budynek, gdzie armia USA w czasie wojny koreańskiej zamknęła bez
wody 400 dzieci. Po tygodniu zamknięcia dali im do picia benzynę.
– Skąd pan to wie?
– Przewodnik pokazywał nam świadectwa, relacje dzieci, które się uratowały.
– Pan w to wierzy?
– Nawet wiem, jak się nazywał amerykański dowódca! Harrington.

Nie ma głodu, są wywary z ziół


Gospodarz po raz kolejny rozlewa do kieliszków koreańską borowiczkę. Atmosfera
się rozluźnia. Dobek opowiada o walce KRLD z amerykańskim imperializmem: –
Wszystkie problemy Korei biorą się stąd, że chce być niezależna od Ameryki.
Amerykanie kiedyś napadli na Koreę, a teraz niszczą ją ekonomicznie. Przecież to oni
postawili mur dzielący kraj na pół, to oni pilnują granicy, żeby nikt się nie przedostał.
– Więc to nieprawda, że wojska Korei Północnej pilnują swych obywateli, by nie
uciekali na Południe?
– To wszystko propaganda mediów, które chodzą na pasku Ameryki. Widzieliśmy
wszyscy amerykańskie filmy, które miały udowodnić, że Koreańczycy jedzą z głodu
gałęzie. A ja wiem, jak było. Tam bardzo popularne jest zbieranie ziół. Dziennikarze
sfilmowali ludzi, którzy zrywali gałązki na przyprawy albo na smaczne wywary.
Dorobili do tego własny komentarz o głodzie...
– Czyli ludzie w Korei Północnej nie głodują?
– Boże broń! Ja tam głodnego nie widziałem.
– A co pan widział?
– Ludzi niebogatych, ale najedzonych i uśmiechniętych. Mają kryzys paliwowy, to
fakt. Samochodów nie widać. Ale za to powietrze zdrowsze. A polskie media powinny
się zainteresować głodującymi w Polsce. Co miesiąc w województwie świętokrzyskim
jest 50 samobójstw z przyczyn ekonomicznych.

Czyste ulice, zastawione stoły


Relacjonujemy później naszą rozmowę znajomemu dyplomacie. Ten zauważa: –
Poglądy pana Dobka to efekt prania mózgu w ambasadzie i na wycieczkach
do Pjongjangu. Oni mają sztukę manipulowania ludzką świadomością opanowaną
do perfekcji. Chodzi im właśnie o to, żeby tacy ludzie jak Dobek rozpowiadali te
wszystkie bzdury, gdzie się da. Najchętniej w lokalnych mediach, bo łatwiej jest
przekonać dziennikarzy z małych gazet. Dlatego pan Dobek spotyka się z prasą
lokalną.
Dotarliśmy do kilku artykułów – efektów takich spotkań. W kwietniu 2003 roku
jeden ze świętokrzyskich dzienników zamieścił relację z wizyty Stanisława Dobka
i jego znajomych w Pjongjangu: „Cisza i spokój to pierwsze wrażenie (...) na ulicach
niewiele samochodów. Nie ma tłoku i szumu. (...) Mimo że kraj jest biedny, nie widać
głodujących czy żebraków. (...) Dyscyplina w KRLD robi ogromne wrażenie
na obcokrajowcach. Jest niezwykle czysto, nie ma ani jednego listka, papierka czy
niedopałka. Każdy mieszkaniec miasta ma wyznaczony odcinek, za który odpowiada.
(...) Codzienny posiłek składa się z kilku, najwyżej kilkunastu potraw. Świąteczny
obiad to kilkadziesiąt różnego rodzaju smakołyków”.

Kim na białym tle, czyli partyjny agent


Rozmowa w Kleczanowie trwa już trzecią godzinę. Gospodarz zdejmuje
marynarkę, sołtys rozwiązuje krawat. Dalej spieramy się o głód w Korei: jest tragiczną
prawdą czy wymysłem imperialistycznej propagandy. Lekarz, który podobnie jak
gospodarz i sołtys nie wierzy amerykańskim kłamstwom, proponuje: – Stasiu, zawołaj
no Koreańczyka, niech powie...
Gospodarz idzie na zaplecze sąsiadującego z domem magazynu jabłek. Wraca
z niskim, szczupłym, 50-letnim z wyglądu mężczyzną ubranym w skromne ciemne
spodnie i kurtkę. Twarz człowieka po przejściach. Na piersi dyskretny znaczek z Kim
Ir Senem.
Każdy Koreańczyk dostaje swego Kima w dniu ślubowania pionierskiego
(do pionierów należą wszyscy). Znaczek towarzyszy człowiekowi całe życie – nie
wolno go zgubić ani sprzedać – z nim się żyje i umiera. Nie ma oficjalnej hierarchii
znaczków, ale – jak mówi znajomy dyplomata – chodząc po ulicach w Pjongjangu,
można zauważyć, że inne noszą zwykli obywatele, inne członkowie partii, jeszcze inne
– zresztą zróżnicowane – zagraniczni goście.
Stanisław Dobek też ma swojego Kima. Kim Dobka (na czerwonym tle) należy
do tych lepszych – upoważnia do poruszania się po komunistycznym raju bez
towarzystwa „przewodników” z bezpieki.
Kim na piersi Koreańczyka, który właśnie wychyla pierwszy kieliszek borowiczki,
ma białe tło. To oznacza, że jego posiadacz jest funkcjonariuszem Partii Pracy.
Znajomy dyplomata słyszał, że jest on też agentem bezpieki. Pilnuje zatrudnionych
w sadzie rodaków. Sam również pracuje.
– Jak się panu podoba w Polsce? – rozmawiamy po rosyjsku. Koreańczyk
po każdym pytaniu kilkanaście sekund zastanawia się nad odpowiedzią. Siedzi
wyprostowany, mówi płynnie, właściwie deklamuje. Patrzy prosto w oczy: – Polska to
bratni naród. Wielokrotnie dawaliście dowód wielkiej przyjaźni do Ukochanego
Wodza.
– Czym się pan tu zajmuje?
– Pracujemy w sadzie naszego wielkiego przyjaciela, uczymy się sztuki sadowniczej,
po powrocie do ukochanego kraju podzielimy się doświadczeniami z towarzyszami.
– Co dziś pan robił?
– Już odpowiedziałem. Uczyłem się sztuki sadowniczej.
– Jak się wam mieszka?
– Bardzo dobrze.
– Można zobaczyć wasz pokój?
– To wykluczone.
– A porozmawiać z pana rodakami?
– To wykluczone.
– Dlaczego?
Koreańczyk milczy dłużej niż zwykle, po czym powtarza:
– To absolutnie niemożliwe.
– Więc niech pan nam sam opowie, jak się wam żyje w Korei.
– Bardzo dobrze. Jeśli pojawiają się problemy, to je rozwiązujemy na bieżąco dzięki
geniuszowi Ukochanego Wodza. A czy ja mogę wam zadać pytanie?
– Proszę bardzo.
– Jak postrzegacie Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną?
– Bardzo różnie...
– To możemy zaprosić redaktora na wizytę do Korei – wtrąca się Dobek. –
Zamiast się opierać na relacjach, często fałszywych, lepiej pojechać samemu. Opłacić
trzeba by tylko transport. Reszta pójdzie na koszt koreańskiego rządu.

Dzieci z kwiatami, limuzyna, hotel


Stanisław Dobek był goszczony przez Koreę już trzy razy. Ma tam status ważnego
gościa partii. Dyplomata wyjaśnia, co to oznacza:
– Tacy już po wyjściu z samolotu na lotnisku w Pjongjangu traktowani są jak głowy
państw. Witają ich dzieci z kwiatami. Nie obowiązuje ich odprawa celna. Jadą
podstawioną limuzyną prosto do hotelu. Najczęściej jest to Yangkakdo.
Ma pięć gwiazdek i 40 pięter. Na ostatnim – obracająca się wokół własnej osi
restauracja. VIP-om podaje się tam jedzenie (i piwo) za darmo.
Hotel jest przeznaczony dla obcokrajowców, ale jedno piętro – 13. – zajmują
Koreańczycy. Nie zatrzymuje się na nim hotelowa winda – cudzoziemcom wstęp
wzbroniony.
Dobek nocował w Yangkakdo w ubiegłym roku – miał apartament na jednym
z pięter dla cudzoziemców. W te wakacje – jak zdradza przy kolejnym kieliszku
borowiczki – znowu wybiera się do Pjongjangu.
Prywatnych mieszkań nie odwiedzi – nawet jego Kim w klapie nie upoważnia
do składania nieoficjalnych wizyt obywatelom KRLD. Będzie więc zapewne robił to,
co zwykle: odwiedzi mauzoleum Kim Ir Sena, złoży wizyty w szkołach i szpitalach,
gdzie odpowiednio przeszkoleni pracownicy zaprezentują mu szczęśliwe dzieci
malujące obrazki i śpiewające pieśni na cześć Ukochanego Wodza. A Partia Pracy
wyznaczy kolejnych robotników, którzy pojadą do Polski pracować w jego sadzie.
Dyplomata: – Partia wybiera takich szczególnie mocnych ideologicznie, żeby im
głupie myśli nie przychodziły do głowy, jak zobaczą kapitalizm. Ich rodziny zostają
w Korei jako zakładnicy. Każdy z wyjeżdżających do Polski wie, że gdyby uciekł,
rodzina trafi do obozu. Ci robotnicy to współcześni niewolnicy, prezent od rządu
w Pjongjangu dla przyjaciela Korei w Kleczanowie.

Za darmo pracują, przy świniach też


„Prezent” dociera do Polski pociągiem. Koreańczycy zaopatrzeni w polskie wizy
turystyczne jadą dziewięć dni. Za bilety płaci rząd KRLD. Na warszawskim Dworcu
Centralnym czeka bus z ambasady. Pierwsze dwa dni w Polsce robotnicy spędzają
na szkoleniach. Trzeba im wytłumaczyć, że wiele rzeczy, jakie zobaczą, to nie
dobrobyt, tylko efekt kapitalistycznej zgnilizny. A oni nie mogą ulegać złudzeniu.
Po przyjeździe do Kleczanowa partyjny opiekun grupy przekazuje paszporty
podopiecznych – również swój – prezesowi Dobkowi.
– Trzymam dokumenty u siebie dla bezpieczeństwa praktykantów – mówi Dobek.
– Praktykantów?!
– Oni się tu więcej uczą, niż pracują...
– Widzieliśmy, że cały dzień tną gałęzie i wywożą z sadu. Płaci im pan?
– Daję im kieszonkowe.
– Ile?
– Czy to ważne?
– Stasiu nic im nie płaci – wtrąca się rozgrzany borowiczką lekarz. – Za darmo
pracują. Nie tylko u Stasia. Powiedz, jak ich pożyczyłeś do świń...
Gospodarz niechętnie przyznaje, że Koreańczycy „praktykowali” też u znajomego
w chlewni: – On ma dwa tysiące świń. Była znakomita okazja, by nasi goście nauczyli
się czegoś o nowoczesnej hodowli.
– Ubezpiecza pan praktykantów? – pytamy Dobka.
– Nie. Z tego, co wiem, tym się zajmuje ambasada.
– Nie potrzebują ubezpieczenia – lekarz znowu okazuje się szczery. – Ja ich leczę,
jak się coś dzieje.
W ciągu czterech lat Koreańczykom nie przydarzyło się na szczęście nic wielkiego.
Największym wypadkiem była utrata części palca. Ranę zszył prywatny chirurg.
Za zabieg zapłacił prezes Dobek.

W papierach jest tylko Wietnamczyk


Ilu Koreańczyków przewinęło się przez gospodarstwo Stanisława Dobka?
Sam gospodarz mówi: – Były u mnie dotąd trzy grupy. Dwie czteroosobowe i jedna
trzyosobowa. Praktykowali różnie: od czterech miesięcy do pół roku. Wiosną
przyjedzie kolejna grupa.
Dyplomata: – Od znajomych w ambasadzie słyszałem, że tych ludzi było u niego
już ze 30.
Mieszkańcy Kleczanowa pod sklepem: – Ciągle kilku ich w tym sadzie widać, ale
czy to ci sami, czy różni, to nie wiemy, bo oni wszyscy dosyć podobni. Na wieś prawie
nie wychodzą, jak już, to całą grupą. Pójdą do sklepu po sól albo po cukier i wracają
do siebie. Z nikim nie gadają.
Sprawdzamy w urzędach.
Wójt gminy Obrazów Lech Niezgoda: – Wiem, że na terenie przebywają
obywatele Korei, oni są tu chyba w ramach jakiejś wymiany z tym Towarzystwem
Przyjaźni Polsko-Koreańskiej.
– Wymiana? Za kogo się wymieniają?
– Nie mam szerszej wiedzy. Nie wchodziłem w tę sprawę tak daleko.
Wicestarosta sandomierski Marek Kwitek: – Mam informację, że w jednej z gmin
są obywatele Korei Północnej, ale ilu – tego nie wiem. Proszę zadzwonić za godzinę,
sprawdzę w powiatowym urzędzie pracy.
W PUP nic nie wiedzą.
Sprawdzamy w sandomierskim ZUS. Tam każdy legalnie zatrudniony
cudzoziemiec powinien mieć opłaconą składkę. Kierowniczka sprawdza osobiście –
znajduje tylko Wietnamczyka prowadzącego w Sandomierzu restaurację.
Wydział Polityki Społecznej Urzędu Wojewódzkiego w Kielcach prowadzi rejestr
wszystkich pracujących na terenie województwa obcokrajowców. Urzędnicy
sprawdzili dane z ostatnich czterech lat. Ani śladu Koreańczyków.

Prezes Dobek wręcza armatkę


Późny wieczór w Kleczanowie. Borowiczka się kończy, czas na pożegnanie.
Gospodarz pokazuje na koniec album ze zdjęciami i dary, które przywiózł
z Pjongjangu. Ręcznie malowane hiperrealistyczne pejzaże, piękne kilimy itd.
– Wszyscy mamy tego pełno – chwali się lekarz. – Możemy podarować.
Ze zrobionych w Pjongjangu zdjęć wynika, że prezes Dobek też wozi do Korei
prezenty. Na jednym z ujęć widzimy, jak wręcza brzuchatemu koreańskiemu
notablowi drewniane szachy i małą drewnianą armatkę – typową galanterię ze sklepu
pamiątkarskiego.
Kolejne fotki bardzo do siebie podobne: pomniki Kima, wnętrza szkół
i przedszkoli, czyste sale szpitalne, w nich uśmiechnięci lekarze.
Małomówny sołtys i podchmielony pan doktor ubierają się, koreański „praktykant”
już nie tak dostojnie i płynnie jak wcześniej pyta, czy dowiedzieliśmy się wszystkiego
i czy on może iść do swojego pokoiku.
– A niech pan jeszcze powie – czujecie się tu wolni?
– Konstytucja Koreańskiej Republiki Ludowej daje pełną wolność i możliwość
wyboru każdemu obywatelowi.
– To znaczy, że mógłby pan teraz pojechać razem z nami, na przykład
do Warszawy? Znaleźć sobie lepszą pracę od czyszczenia sadu?
– Konstytucja daje mi taką możliwość, ale moja partia postawiła przede mną
zadanie nauczenia się sadownictwa i ja to zadanie wykonam.
– Więc to nieprawda, że pańska rodzina ucierpi, gdyby pan postanowił zostać
w Polsce na stałe?
– To nieprawda.
Wychodzimy na podwórze, wsiadamy do samochodu, gdy prezes Dobek puka
do okna.
– Jeszcze będzie prezent.
Koreańczyk przynosi skrzynkę pełną jabłek.
===bVxkVmBU
Mali agenci Kima

MARCIN KOWALSKI

Koreańska bezpieka pielęgnuje w Polsce towarzystwo zwolenników reżimu. Znalazłem w nim
– oprócz starych komunistów – cenne dla obcej agentury źródła: dyrektora odpowiedzialnego
za strategię polskich kolei i specjalistę od samolotów bezzałogowych




Towarzystwo Polsko-Koreańskie działa od połowy lat 80. Formalną siedzibą jest
warszawskie mieszkanie prezesa – 80-letniego Sławoja Guzowskiego, inżyniera
i dziennikarza. Ale zebrania odbywają się częściej w ambasadzie KRLD przy ul.
Bobrowieckiej na Mokotowie.
Otoczony betonowym płotem kompleks bloków to od piętnastu lat miejsce zesłania
Kim Pyong Ila, syna Wielkiego Wodza Kim Ir Sena, stryja młodego dyktatora Kim
Dżong Una. Został skazany na bycie europejskim dyplomatą przez swojego
przyrodniego brata Kim Dżong Ila, żeby nie przeszkadzać w sukcesji władzy.
Nie ma łatwego życia. Strzeżony dzień i noc przez koreańską bezpiekę jak każdy
dyplomata z Pjongjangu, organizuje pieniądze dla reżimu. Dlatego duża część
ambasady budowanej w latach 80. z okazji przyjazdu do Polski Kim Ir Sena jest
wynajmowana – wbrew konwencji weneckiej – firmom i instytucjom. A dyplomaci
zajmują się przemytem papierosów i wódki z Ukrainy
Ambasador ma też postawione inne zadanie: dba, by w Polsce działało
„towarzystwo przyjaźni”. Po co ono reżimowi?
– Działająca w Polsce agentura reżimu musi przedstawiać w centrali raporty
z działalności – twierdzi ekspert od spraw wywiadu, emerytowany pracownik MSZ. –
Działacze towarzystwa są dla bezpieki koreańskiej wymarzonymi źródłami informacji.
I nie chodzi o emerytów spędzających czas na ławce w parku. Liczy się Jacek
Poniewierski, dyrektor biura strategii PKP Polskie Linie Kolejowe, oraz Leszek
Gołdyn, doktor z Politechniki w Białymstoku. Na podstawie rozmów z tą dwójką
powstają analizy, za które Pjongjang nagradza bezpieczniaków pod przykrywką
dyplomatów akredytowanych w Warszawie.
– Skuteczna propaganda potrzebuje takich pożytecznych idiotów za granicą –
mówi prof. Waldemar Dziak, kierownik Zakładu Azji i Pacyfiku PAN, znawca reżimu
Kimów. – Oni potwierdzają, że idee Kim Ir Sena i Kim Dżong Ila mają zwolenników
na całym świecie. Dlatego Pjongjang nie żałuje pieniędzy na utrzymywanie swoich
„przyjaciół” poza Koreą. A w nagrodę co jakiś czas ściąga ich na półwysep, obwozi
po modelowych dzielnicach i potiomkinowskich wioskach oraz nagradza orderami.

Widziałem godnych, a nie głodnych


Teczka TPK w Krajowym Rejestrze Sądowym jest cienka i pokryta kurzem. Nie
ma w niej sprawozdań z działalności, brakuje raportów finansowych. Jedyny wpis nosi
datę 23 lutego 2003. To lista „członków reprezentacji”, czyli skład zarządu głównego.
Poszedłem tym tropem.
Zaczynam od prezesa. Sławoj Guzowski jest emerytowanym dyrektorem kilku
PRL-owskich fabryk. W latach 80. napisał i wydał biografię Kim Ir Sena. Przyjmuje
w swoim mieszkaniu w wieżowcu przy ul. Platynowej w Warszawie. Na ścianach
wiszą stare szable.
– Już w dzieciństwie czytałem o przygodach Czyngis-chana – mówi. – Swoją drugą
pracę magisterską pisałem z prawa konstytucyjnego KRLD. Żeby poszukać źródeł,
poszedłem do ambasady koreańskiej. Tam poznałem dyplomatów, byli serdeczni
i życzliwi. To z ich strony wyszedł pomysł powołania Towarzystwa. Formalnie
założycielami byli ludzie w jakiś sposób związani z Koreą. Nasi żołnierze, którzy służyli
w siłach rozjemczych po wojnie koreańskiej, dyplomaci pracujący w Pjongjangu, czy
tak jak ja, badacze dziejów koreańskich. Przeszedłem wszystkie szczeble,
od szeregowego członka do prezesa.
– Był pan w Korei?
– Raz, pod koniec lat 80. Kelner podawał mi papierosy ze srebrnej papierośnicy,
na parkingu czekał błyszczący mercedes, a kiedy jechaliśmy do strefy
zdemilitaryzowanej, eskortowały nas trzy wojskowe gaziki! Spędziłem tam półtora
miesiąca. Zwiedziłem kraj. Wspaniała dyscyplina. Brak bezhołowia. Każdy ma
miejsce w szeregu. Technologicznie zapóźnieni, ale pracowici. Hotele – znakomite.
Obsługa na najwyższym poziomie.
– Widział pan głodnych ludzi?
– Wymysł. Widziałem godnych, nie głodnych. Może nie bogatych, ale dzielących
się z innymi. Żadnej biedy, brudu.
– Przewodnik obwiózł po propagandowych dzielnicach.
– A gdyby do pana przyjechał Koreańczyk albo Chińczyk, to co by mu pan pokazał
w Warszawie? Slumsy czy Starówkę? Puściłby go pan samego bez znajomości języka?
Żeby się zgubił albo żeby go okradli?
Prezes Guzowski nie chce powiedzieć, ilu członków dzisiaj liczy TPK. – Wielu
umarło, dyplomatów i wojskowych już praktycznie nie ma, a młodzi się nie garną –
mówi wymijająco. I wspomina lata świetności, czasy schyłkowej komuny. Oddziały
w kilkunastu miastach, siedziba główna w centrum stolicy przy Nowogrodzkiej.
Kryzys przyszedł wraz z III RP. Sprawozdanie podsumowujące rok 1993: „Opłacanie
składek było dalece niewystarczające. Z tych powodów mamy duże trudności
finansowe, nie możemy wydawać biuletynów. Przeprowadzaliśmy się kilkukrotnie.
Najpierw z ulicy Nowogrodzkiej na Nowomiejską, później na Redutową, ostatnio
na Senatorską, przy czym na Redutowej w ciągu roku przeprowadzaliśmy się
trzykrotnie, z siódmego na szóste piętro, a na szóstym dwukrotnie do coraz
mniejszego pokoju, a ostatni pokój to nie był pokój, lecz tzw. pomieszczenie. Teraz
skorzystaliśmy z uprzejmości pani Elżbiety Pawlak, szefowej restauracji koreańskiej,
która udostępniła nam ładny pokój na zapleczu z telefonem. Jesteśmy jej bardzo
wdzięczni, bo nie mieliśmy gdzie przechować dokumentacji”.
W roku 2013 oficjalna „dokumentacja” to kilkanaście starych biuletynów i artykuły
z gazet schowanych w małej szafce w sypialni Guzowskiego.

Wiem, czego unikać


– Dokumenty w domu prezesa to makulatura, wartościowe opracowania znajdują
się w szafach dyplomatów w ambasadzie przy Bobrowieckiej – mówi informator
z MSZ. I daje trop – Jacek Poniewierski, dyrektor biura strategii PKP PLK SA.
Ten absolwent politologii na Uniwersytecie Warszawskim odpowiada za wizję
polskiej infrastruktury kolejowej. Od 10 lat ma nieograniczone dojście do ambasadora
Kim Pyong Ila i jego ludzi. Sześciokrotnie gościł na koszt reżimu w KRLD. Mieszkał
w najlepszym hotelu, był traktowany jak głowa państwa. Odwiedzał szkoły, uczelnie,
zakłady pracy i szpitale. Był honorowym gościem setnej rocznicy urodzin Kim Ir
Sena. Po mieście obwoził go mercedes z kierowcą. Jako jeden z niewielu
cudzoziemców wjeżdżał do Pjongjangu pociągiem z Chin. To wyjątkowy przywilej
tylko dla zaufanych. Z okien wagonu dużo widać, propaganda nie jest w stanie
wszystkiego ukryć. Jest odznaczony najwyższym odznaczeniem państwowym
nadawanym cudzoziemcom, jego wizyty odnotowuje w swoich biuletynach reżimowa
agencja informacyjna. Do ambasady przy ul. Bobrowieckiej trafił – podobnie jak
Guzowski – jako student szukający materiałów do pracy magisterskiej. Wyszedł z wizją
powołania na UW Koła Idei Dżucze (koreańska szkoła i polityka
samowystarczalności). Kilka dni później już nim kierował.
Spotykamy się w warszawskiej kawiarni Starbucks. Pan Jacek wrócił właśnie
ze służbowej podróży do Sztokholmu.
– Pamiętam, jak wręczył pan w Pjongjangu prezent „od narodu polskiego”
nieżyjącemu od lat Kim Ir Senowi – mówię.
– Talerzyk z wizerunkiem Warszawy, kupiłem na placu Zamkowym za 40 złotych.
– A za co dali panu odznaczenie?
– Pomoc powodzianom. Próbowałem zbierać odzież, poległem na formalnościach.
Zebrałem ok. tysiąca dolarów. Przelałem na konto w KRLD. Odwdzięczyli się
medalem.
– Ma pan dowód wpłaty?
– Kto by to trzymał tyle lat?
– Skąd ma pan aż takie przywileje?
– Koreańczycy słyną z gościnności. Pokazali mi swoją stolicę. A jeśli chodzi
o pociągi, to wiedzą, że fascynuje mnie kolej. Poprosiłem o możliwość dojechania
pociągiem z Chin, wyrazili zgodę. Nic wielkiego.
– Nie sądzi pan, że reżim chce uzyskać informacje wywiadowcze?
– A co oni mogą się ode mnie dowiedzieć? Nie rozmawiam o sprawach
służbowych. Jestem urzędnikiem państwowym, mam poświadczenie bezpieczeństwa
wydane przez ABW. Wiem, co mogę powiedzieć, a jakich tematów unikać.

Teksty się nie ukazały


Inny członek zarządu TPK, dr Leszek Gołdyn, wykładowca na Wydziale
Automatyki i Robotyki Politechniki Białostockiej, jeszcze nie był w Pjongjangu, choć
chętnie by się wybrał. – Problemem jest czas. Co roku zapraszają, nalegają, ale
proponują terminy w trakcie sesji egzaminacyjnych – mówi.
Informator z MSZ: – Dla ambasady KRLD Gołdyn to numer dwa, tuż
po Poniewierskim. Naukowiec, automatyk, zna się na samolotach bezzałogowych.
Dr Gołdyn przyjmuje w niewielkim pokoju wykładowców. Na biurku spora sterta
specjalistycznych książek po rosyjsku. Parzy kawę i zastrzega, że mamy godzinę.
Z korytarza dochodzą już głosy studentów czekających na wykład.
– Zaczęło się 30 lat temu w Pradze – mówi. – Studiowałem automatykę,
mieszkałem w akademiku. Na weekendy Czesi jechali do domów, w wielkim budynku
zostawałem ja i czterech Koreańczyków. Jeden z nich był ze mną na roku.
Zaprzyjaźniliśmy się. Po studiach kontakt się urwał aż do lat 90. Pewnego dnia
dzwoni telefon – właśnie ten kolega. Pracował w ambasadzie KRLD, jakoś mnie
odnalazł. Zaprosił do ambasady na przyjęcie, pojechałem. Spotkałem ludzi
z towarzystwa. Poprosili o założenie koła na Podlasiu. Założyłem.
– Kolega z Korei często się z panem spotykał?
– Przyjechał do Białegostoku kilka razy. Był sam, ale też z ambasadorem,
dyplomatami. Dużo rozmawialiśmy. Jeździłem do niego.
– Czego dotyczyły te rozmowy?
– Różnych rzeczy. Organizowaliśmy wystawy obrazów, pikniki, wycieczki
po Podlasiu, spotkania kulinarne. Później on zniknął. Zadzwonił po kilku latach
z placówki w Rumunii. Więcej się nie odzywał.
– Pan jest specjalistą od automatyki. To właśnie jest cenna wiedza dla
Koreańczyków, a nie Podlasie.
– Napisałem dla nich dwa opracowania. Miały się ukazać w koreańskiej prasie
branżowej. Nie wydrukowali. Nie powiedzieli dlaczego.
– O czym były te teksty?
– Współczesnej automatyce. Nie pamiętam szczegółów, minęło kilka lat.

Pan medyk i pan sadownik


We władzach Towarzystwa zasiada też Stanisław Dobek. To sadownik spod
Opatowa, działacz PSL, prezes straży pożarnej w swojej wsi Kleczanów. Nagrodzony
koreańskim Medalem Przyjaźni I Klasy, wielokrotnie pokazywany w głównych
wiadomościach telewizyjnych KRLD. Nie chce rozmawiać, odkąd ujawniliśmy
w „Gazecie Wyborczej”, że wykorzystywał darmową siłę roboczą z KRLD w swoich
sadach. Zabierał robotnikom paszporty, nie płacił pensji, karmił kapustą i jabłkami.
Robotników strzegli przedstawiciele koreańskiej bezpieki.
Dobek osobiście latał do Pjongjangu wybierać niewolników. Był tam fetowany jak
gwiazda. Liczył, że zrobi z reżimem interes życia – sprzeda im miliony sadzonek
drzew. Miały rosnąć w okolicach Puchon na zachodnim wybrzeżu, w zagłębiu
sadowniczym. I będą rosły – ale drzewka dostarczy firma z Włoch, a nie
z Kleczanowa.
– Byli tańsi – mówi nasz informator, który latał z Dobkiem do Korei. – Stasia zalała
krew. Wrócił do Polski z haftowanym obrazem. Potraktowali go jak Aleksander
Łukaszenka Andrzeja Leppera. Zawsze mógł liczyć na darmowy hotel,
zainteresowanie mediów, odznaczenia. Do czasu kiedy na horyzoncie nie pojawiły się
duże interesy. Wyszkolił im sadowników i po prostu się go pozbyli. Na tym chyba
będzie koniec jego koreańskiej przygody.
Inny członek zarządu TPK Jarosław Krasicki zatrudnia Koreańczyków w swojej
gdyńskiej przychodni medycyny naturalnej od końca lat 90. To lekarze z Pjongjangu
z dyplomami, ale w Polsce mogą pracować tylko jako doradcy lub masażyści. Nie
mają nostryfikowanych uprawnień.
– Jak do pana trafili? – pytam.
– Przez mojego ojca lekarza. W latach 80. pracował w Korei w strefie rozjemczej.
Zapamiętali tatę, są mu wdzięczni.
– Ile zarabiają?
– Takie same stawki jak Polacy.
– Gdzie mieszkają?
– Nie wiem. Mają swoich opiekunów, w Trójmieście jest kilka firm, w których
pracują Koreańczycy z Północy. Trzymają się razem. Ci zatrudnieni u mnie są
lekarzami dla pozostałych. Nie należą do ludzi wylewnych.

Ostatni sztandar
W maju 1984 Kim Ir Sen przywiózł ze sobą do Warszawy kilkadziesiąt sztandarów.
Większość przepadła gdzieś wraz z upadkiem PRL. Zachował się jeden, wręczony
jeszcze na peronie Dworca Centralnego wychowankom domu dziecka w Otwocku,
który przez pewien czas po wojnie na półwyspie przytulał północnokoreańskie sieroty.
Dziś chorągiew leży na poddaszu leśniczówki Jana Seremeta, drugiego wiceprezesa
TPK. Przechowuje ją w sztywnym futerale podobnym do trumny.
– Kim Ir Sen nigdy nie zapomniał o Otwocku – Seremet starannie zwija ciężką
płachtę na dywanie. – Dlaczego my mamy zapomnieć o nim?
Dla Koreańczyków z Północy 50-tysięczny Otwock jest najważniejszym polskim
miastem zaraz po Warszawie. Dzieci nie uczą się o Krakowie czy Gdańsku, ale znają
„cudowne uzdrowisko ukryte wśród żywicznych lasów”.
Kiedy idą po raz pierwszy do Muzeum Rewolucji w Pjongjangu, stają przed
wiszącą na ścianie mapą świata. Przewodniczka wciska guzik, makieta globu jaśnieje
tysiącem punkcików. Świecą się miasta, które wódz odwiedził oraz w których można
„studiować idee Marszałka, oddać mu hołd w muzeach”. W Polsce błyszczy
Warszawa, Otwock i Lwówek Śląski, gdzie także trafiły sieroty wojenne.
Koreańscy dyplomaci wciąż przyjeżdżają do Otwocka. Organizują bale i pokazy
filmów dla miejscowych przedszkolaków. Jan Seremet odwdzięcza się, wysyłając
do Pjongjangu depesze gratulacyjne z okazji urodzin Kim Ir Sena i Kim Dżong Ila
oraz rocznicy zawarcia rozejmu po wojnie koreańskiej.
– Trwamy, bo nie jesteśmy chorągiewkami przestawianymi przez wiatr – mówi
starszy pan.

* *
*
Dzień po spotkaniu ze Sławojem Guzowskim prezes dzwoni na moją komórkę. –
Panie redaktorze, kolego po fachu, że pozwolę sobie tak się zwrócić. Powiedziałem
panu podczas udzielania wywiadu nieostrożnie, że kiedy byłem w Korei, zobaczyłem
kraj zapóźniony technologicznie. Przemyślałem to w nocy. Proszę wyrzucić ten
fragment. Po co psuć nasze relacje z ambasadą? I jeszcze jedno. Jeżeli to, co pan
napisze, się spodoba nam i naszym przyjaciołom z ambasady, nie wykluczam,
że zaprosimy pana na wyjazdowe posiedzenie zarządu głównego Towarzystwa
połączone z piknikiem. Będą przedstawiciele ambasady. Podczas takiej nieoficjalnej
rozmowy można nawet uzyskać zaproszenie do Pjongjangu. Proszę o tym pamiętać,
kiedy będzie pan pisał.
===bVxkVmBU