Vous êtes sur la page 1sur 244

CZŁOWIEK

KTÓRY
WKRADŁ SIĘ
DO
AUSCHWITZ

DENIS AVEY
i ROB BROOMBY

PRZEKŁAD

ROMAN PALEWICZ
Tytuł oryginału
The Man Who Broke into Auschwitz

Copyright © 2011 Denis Avey. All rights reserved.

Hodder & Stoughton Ltd


338 Euston Road,
London NW1 3BH
www.hodder.co.uk

First published in Great Britiain by Hodder & Stoughton 2010


An Hachette UK company

Przedmowa: Copyright © 2011 Martin Gilbert

Przekład
Roman Palewicz

Redakcja
Anna Gabryś

Redakcja i korekta
Piotr Mocniak
Maria Brzozowska
Dominika Pycińska

Copyright © for this edition


Insignis Media, Kraków 2011.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN: 978-83-61428-83-1

Insignis Media
ul. Sereno Fenna 6/10
31-143 Kraków
telefon/fax +48 12 636 01 90
www.insignis.pl
biuro@insignis.pl
facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Konwersja
NetPress Digital
Pamięci Erniego Lobeta oraz człowieka, którego znałem tylko jako
Hansa
Przedmowa

To książka niezwykle ważna, w samą porę przypominająca o zagrożeniach, wobec


których staje każde społeczeństwo skażone nietolerancją i rasizmem. Denis Avey,
liczący obecnie dziewięćdziesiąt trzy lata, chce, by jego książka nie pozwoliła
zapomnieć, że faszyzm i ludobójstwo nie zniknęły. Powiedział: „to mogłoby
zdarzyć się tutaj”. Rzeczywiście, to mogłoby zdarzyć się wszędzie tam, gdzie
pozwoli się na całkowite odrzucenie pozorów cywilizacji, bądź zedrze się je przez
złą wolę i pragnienie destrukcji.
Dobrze, że Denis Avey znalazł w końcu siłę, żeby opowiedzieć swoją historię.
Wielu mających za sobą koszmar wojny, łącznie z Żydami ocalałymi z Holokaustu,
podobnie jak on stwierdza, że w 1945 roku „nikt nie chciał słuchać”. Sześćdziesiąt
pięć lat później premier Gordon Brown wita Denisa Aveya przy Downing Street 10.
Chce wysłuchać jego historii, pochwalić odwagę i odznaczyć go medalem, na
którym wyryto napis: „W służbie ludzkości”.
Potrzeba odwagi, żeby być świadkiem. Do dziś, z tylu innych okropnych
wspomnień, Denis Avey ze zgrozą przywołuje obraz żydowskiego chłopca, który
„spływając krwią, stoi na baczność i znosi zadawane w głowę razy”. Tę książkę
powinni przeczytać ci, którzy chcą poznać relację naocznego świadka koszmaru,
jaki rozgrywał się w znajdującym się obok Auschwitz obozie niewolniczej pracy
Monowitz, gdzie więźniów, szczególnie żydowskich, traktowano w nadzwyczaj
surowy sposób i zabijano, kiedy byli już zbyt słabi, żeby dalej pracować dla
oprawców z SS.
Snute przez Denisa Aveya wspomnienia o traktowaniu Żydów przez nazistów są
przerażające – i uczucie przerażenia powinny wywoływać, bo ludzkiemu umysłowi
trudno jest wejść w świat zdominowany przez okrucieństwo, świat, w którym
drobny gest Denisa Aveya wobec żydowskiego więźnia pochodzącego z Holandii
jest niespotykanym snopem światła i otuchy. Avey opowiada nam również o okresie
poprzedzającym chwilę, w której został jeńcem wojennym – o walkach w Afryce
Północnej. To opowieść równie przejmująca. Autor nie uchyla się przed
pokazaniem okropności, przed opisem śmierci swojego przyjaciela Lesa, który
odszedł na tamten świat tuż obok niego. „Les był facetem o pełnych blasku oczach.
Przemierzyłem z nim całą drogę z Liverpoolu, tańczyłem z jego siostrą Marjorie,
siedziałem przy kuchennym stole z jego staruszkami, śmiałem się z ich żartów,
jadłem z nimi”. A jednak jego pierwszą reakcją, gdy znalazł „na sobie połowę
biednego Lesa”, było stwierdzenie: „Bogu dzięki, to nie ja”. Do dziś go to
przytłacza.
Szczerość tej książki stanowi jej siłę. Opis obozu Monowitz jest surowy
i prawdziwy. Zamieniając brytyjski mundur wojskowy na pasiaste łachmany
żydowskiego więźnia i udając się do żydowskiego sektora ogromnego obozu pracy
niewolniczej, Denis Avey stał się świadkiem. „Sam musiałem zobaczyć, co się tam
dzieje” – pisze. Dzięki temu nasza wiedza o jednym z najgorszych zakątków
państwa SS jest pełniejsza. Książka ta jest hołdem zarówno dla Denisa Aveya, jak
i tych, których historię postanowił opowiedzieć, narażając własne życie.

Sir Martin Gilbert


8 lutego 2011
Prolog

22 stycznia 2010

Ledwie wysiadłem z taksówki przy pilnie strzeżonej bramie Downing Street, a już
przed moimi ustami pojawił się mikrofon. Cóż mogłem powiedzieć? Znalazłem się
tam z powodu moich dokonań w czasie wojny. I nie chodziło ani o moją walkę
w Afryce Północnej, ani że zostałem schwytany przez Niemców, ale o to, co
zdarzyło się w Auschwitz.
W 1945 roku nikt nie chciał słuchać, więc przestałem o tym mówić na niemal
sześćdziesiąt lat. W najgorszej sytuacji była moja pierwsza żona. Budziłem się
zlany potem, w przemoczonej pościeli, nękany przez ten sam sen. Do dziś widzę
tego biednego chłopaka, jak spływając krwią, stoi na baczność i znosi zadawane
w głowę razy. Przeżywam to każdego dnia, nawet teraz, po niemal siedemdziesięciu
latach. Kiedy poznałem moją drugą żonę, Audrey zorientowała się, że coś jest nie
tak i że wiąże się to z Auschwitz, ale nie potrafiłem z nią na ten temat rozmawiać
przez całe dziesięciolecia. Teraz nie mogę przestać o tym mówić. A Audrey myśli,
że przeszłość mnie pochłonęła; uważa, że powinienem się od niej uwolnić i iść
dalej, iść do przodu. W moim wieku to nie takie proste.
Błyszczące drzwi budynku przy Downing Street 10, które tak często widywałem
w wiadomościach poświęconych władzom państwowym, otworzyły się i wszedłem
do środka. W holu oddałem płaszcz. Skierowano mnie na górę, schodami, wzdłuż
których rozwieszono oprawione w ramy portrety byłych premierów. Przystanąłem
przed podobizną Churchilla. Pomyślałem sobie, że fotografia jest zaskakująco
mała, jak na tak wielkiego przywódcę. Musiałem zaczerpnąć tchu, oparłem się na
mojej metalowej lasce, po czym ruszyłem dalej, mijając powojennych premierów –
najwyżej znaleźli się Thatcher, Major i Blair.
Na górze opadłem na krzesło. Miałem dziewięćdziesiąt jeden lat, potrzebowałem
trochę czasu, żeby dojść do siebie po takiej wspinaczce. Spojrzałem z podziwem na
wspaniałą Salę Terakotową, na jej wysoki sufit i żyrandole. Wiedziałem, że tego
ranka premier Gordon Brown ogłosił, iż będzie zeznawał w sprawie wojny
w Iraku, zbliżały się wybory, zastanawiałem się więc, czy znajdzie czas, by mnie
przyjąć.
Panująca w pokoju atmosfera zmieniła się błyskawicznie, kiedy wszedł premier.
Od razu skierował się w moją stronę i uścisnął mi dłoń. Mówił bardzo cicho,
prawie szeptem. Salę wypełniali ludzie, lecz mimo to wydawało mi się, że spotkanie
jest prywatne.
– Jesteśmy z pana dumni, bardzo dumni. To zaszczyt móc pana tutaj gościć –
powiedział. Poruszyły mnie te słowa.
Jego żona, Sarah, także podeszła i przedstawiła się. Nie wiedziałem, co robić,
więc pocałowałem ją w rękę i powiedziałem, że jest piękniejsza niż w telewizji. To
była prawda, ale chyba nie powinienem tego mówić. Na szczęście
dziewięćdziesięciolatkowi można wybaczyć taki nietakt. Szybko zmieniłem temat na
bezpieczniejszy:
– Podobało mi się pani niedawne przemówienie.
Uśmiechnęła się i podziękowała.
Ekipy telewizyjne i fotografowie prasowi chcieli uwiecznić nas obu. Premier
przeżywał w tym czasie polityczne trudne chwile. Powiedziałem mu więc, że nie
podoba mi się, jak koledzy wbijają mu nóż w plecy i gdyby potrzebował
ochroniarza, to jestem do dyspozycji. Słysząc te słowa, uśmiechnął się i obiecał, że
będzie o tym pamiętał.
– Nie chciałbym pańskiej posady za żadne skarby świata – dodałem. Choć na
niego nie głosowałem, wiedziałem, że jest porządnym człowiekiem, i podziwiałem
jego szczerość.
Gordon Brown poświęcił mi całą uwagę i przez chwilę miałem wrażenie, że nie
interesują go inni obecni. Jedno moje oko jest szklane – to kolejna spuścizna po
Auschwitz – starałem się zatem patrzeć na niego tym prawdziwym. Premier też
widzi tylko na jedno oko. Rozmawiając, siedzieliśmy tak blisko, że prawie
dotykaliśmy się czołami.
Premier mówił o „odwadze” i „męstwie”, a ja zacząłem mu opowiadać
o Auschwitz, IG Farben, SS, o wszystkich tych rzeczach, podając dość chaotycznie
różne szczegóły. W pewnym momencie nie mogłem znaleźć odpowiedniego
określenia i posłużyłem się niemieckim słowem Häftling, oznaczającym więźnia.
– Mnie też się to zdarza, kiedy wspominam tamte dni – powiedział jeden
z obecnych, który przeżył obóz koncentracyjny.
Wkrótce potem uhonorowano mnie jako jednego z dwudziestu siedmiu
brytyjskich „bohaterów Holokaustu”, co nauczyło mnie pokory, gdyż większość
odznaczono pośmiertnie. Żyło jeszcze tylko dwóch; tym drugim był Sir Nicholas
Winton, który na terenie okupowanej Czechosłowacji uratował ponad sześćset
dzieci. Otrzymałem medal z litego srebra, z wyrytymi słowami: „W służbie
ludzkości”. Po drodze wyznałem jakiemuś dziennikarzowi, że teraz umrę jako
szczęśliwy człowiek. Musiało minąć niemal siedemdziesiąt lat, żebym mógł to
powiedzieć.
Potrafię już mówić o tych strasznych czasach, czuję, że przygniatający mnie
ciężar powoli staje się lżejszy. Sięgam pamięcią do sedna tych wydarzeń, do
momentu wymiany.

Połowa roku 1944

Wiedziałem, że musimy się śpieszyć. Czekałem, ukryty w małej szopie. Nie


mogłem mieć pewności, czy przyjdzie. A jednak się zjawił. Wsunął się do środka,
a ja zdjąłem bluzę. Zamknął drzwi, odcinając nas od jazgotu panującego na tym
przerażającym placu budowy. Wyśliznął się ze swojego brudnego pasiaka i rzucił
go w moją stronę. Założyłem szmaty bez wahania. Patrzyłem, jak ubiera mój
mundur polowy, spoglądając przez ramię na drzwi.
Był holenderskim Żydem i wiedziałem o nim tylko tyle, że ma na imię Hans. Ta,
wydawałoby się, prosta wymiana sprawiła, że oddałem innemu człowiekowi
ochronę, którą zapewniała mi konwencja genewska. Pozbyłem się munduru,
ostatniej deski ratunku, szansy na przetrwanie w tym potwornym miejscu. Od tej
pory, nosząc jego ubranie, miałem być traktowany tak, jak traktowano jego. Gdyby
mnie złapano, jako oszust zostałbym natychmiast zastrzelony. Nie miałem co do
tego żadnych złudzeń.
Do Auschwitz III wszedłem z własnej i nieprzymuszonej woli w połowie 1944
roku.
Rozdział 1

Nie wstąpiłem do armii po to, żeby walczyć za króla i ojczyznę, choć przecież
wystarczająco kochałem mój kraj. Nie, zaciągnąłem się po prostu dla piekła, dla
przygody. Ale nie miałem pojęcia, jak straszne będzie to piekło.
Mój wyjazd na wojnę nie miał w sobie nic bohaterskiego. Wypłynęliśmy
z Liverpoolu transportowcem „Otranto” w pogodny sierpniowy poranek 1940 roku,
nie wiedząc, dokąd zmierzamy.
Patrzyłem na Royal Liver Building, wznoszący się za coraz szerszym pasem
brązowych wód rzeki Mersey, i zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś zobaczę
zielone ptaki na jego szczycie. Wtedy jeszcze Liverpool nie doświadczył zbyt wielu
bombardowań. Bomby przeznaczone dla tego miasta spadły miesiąc po moim
wyjeździe. Jak dotąd, było dość spokojnie. Ja zaś miałem dwadzieścia jeden lat
i wydawało mi się, że jestem niezniszczalny. Obiecałem sobie, że jeśli stracę rękę
lub nogę, nie wrócę do domu. Rudy żołnierz o temperamencie równie ognistym,
jak jego włosy – to miało przysporzyć mi wielu kłopotów. Taki byłem.

Za bardzo mi się śpieszyło, nie chciałem więc tracić czasu na formalności,


potrzebne by iść do RAF-u. Wstąpiłem do armii. Dzięki temu, po raz pierwszy
o włos uniknąłem nieszczęścia, choć patrząc na Spitfire’y przebijające chmury nad
moją głową, nadal chciałem latać. Jednak w tym czasie wstąpienie do RAF-
u oznaczało niemal pewną śmierć. Piloci wojskowi byli rycerzami przestworzy,
lecz po rozpoczęciu bitwy o Anglię nie wróżono tym biedakom długiego życia.
Miałem szczęście, że nie trafiłem do lotnictwa.
Zaciągnąłem się 16 października 1939 roku. Ponieważ dobrze strzelałem,
przydzielono mnie do 2. Batalionu Brygady Strzelców i tak oto strzelec Denis
George Avey, nr 6914761, został wysłany na szkolenie do koszar w Winchester.
Trening był dość surowy, nie oglądano się na pogodę. Dostawaliśmy szczególny
wycisk – nękanie młodych należało do tradycji. Każdego wieczoru przez
intensywną musztrę, ćwiczenia fizyczne i niekończące się tory przeszkód padaliśmy
na łóżka zupełnie wyczerpani, lecz dzięki temu pod koniec mogliśmy wykazać się
całkiem niezłą sprawnością. Uczono nas posługiwania się każdym rodzajem broni
dostępnym w brytyjskiej armii – ja z bronią palną byłem obeznany od dzieciństwa.
Gdy miałem osiem lat ojciec kupił mi pierwszą, dwunastomilimetrową śrutówkę.
Miała specjalnie skróconą kolbę, abym mógł objąć ją ramieniem. Do dziś wisi
u mnie na ścianie.
Gdy chodziło o broń, mój ojciec był bezwzględnie surowy. Na wsi nie znano
żadnych wykrętów, wszystko było albo czarne, albo białe. Dorastałem w świecie
moralnych pewników i oczekiwano, że stanę po stronie tego, co słuszne. Ojciec
nauczył mnie szanować ludzi i zwierzęta. Ptaki zabijało się z myślą o spiżarni, a nie
dla sportu. Uczyłem się strzelać do rzutków i po dość krótkim czasie potrafiłem
samodzielnie cisnąć w górę gliniany krążek, złapać strzelbę i rozwalić go, nim
spadł na ziemię.
Zupełnie czym innym było strzelanie z wojskowego karabinu, jednak szybko to
rozgryzłem i wkrótce trafiałem w dziesiątkę z każdej odległości do pół kilometra.
Pod koniec pewnego wyjątkowo długiego, wypełnionego ćwiczeniami
fizycznymi dnia trenowaliśmy na strzelnicy w Winchester. Nacisnąłem spust Lee-
Enfielda .303, poczułem kopnięcie kolby i bez trudu trafiłem w dziesiątkę.
Chłopcy obsługujący tarcze chowali się za wałem z ziemi. Wskazywali trafienia
za pomocą długiej tyczki, na końcu której znajdował się biały krążek o średnicy
trzydziestu centymetrów. Gdy jeden z nich niepewnie podniósł ją, żeby pokazać
moje trafienie, odciągnąłem zamek i strzeliłem w biały krążek, wytrącając mu
tyczkę z dłoni.
Chłopakowi od tarcz nic nie groziło, ale ze wstydem przyznaję, że się
popisywałem. Choć spotkała mnie surowa reprymenda, zyskałem popularność
wśród żołnierzy. Wyróżniono moje umiejętności strzeleckie i w dowód na to
nosiłem odpowiedni znaczek na mundurze.
Natomiast dość nieprzyjemna była nauka walki na bagnety. W Brygadzie
Strzelców bagnety zawsze nazywano mieczami. Uczono nas zabijać ludzi z tak
bliska, że można było poczuć oddech przeciwnika; zobaczyć, czy tego ranka się
ogolił. Uczono nas, jak szarżując z wrzaskiem i wyciem, biec trzydzieści metrów
w stronę kukły. Bagnet wbijało się w bebechy, potem wyciągało się go i obracało
karabin, aby móc błyskawicznie uderzyć kolbą w głowę.
Obserwował nas, patrząc z ukosa, krępy i niski prawdziwy twardziel. Sierżant
Bendle.
– Głośniej, głośniej! – wrzeszczał, aż czerwieniała mu twarz. Zadowolony
dopiero wtedy, gdy wydzieraliśmy się tak samo jak on.
To była broń psychologiczna, krzyk pomagał też przetrwać. By nabrać wprawy,
ćwiczenie musieliśmy powtarzać bez końca. Wiedziałem, że gdy dojdzie do sytuacji
„ja albo on”, to nie ja będę wił się w męczarniach.
Szermierka na bagnety była lepsza, bo przynajmniej miała w sobie coś
z męskiego sportu. Do karabinów przymocowywano sprężynowe bagnety
z ochronną kulką na szpicu. Jeśli nie udało się zablokować otrzymanego pchnięcia,
ostrze powinno się cofnąć. Jednak zawodowi po zatrzymaniu ostrza pchali jeszcze
trochę, co było diabelnie bolesne. Przypominało, czym może grozić opuszczenie
gardy.
Po szkoleniu w Winchester pojechaliśmy do Tidworth, leżącego na Salisbury
Plain. Pewien oficer cieszył się szczególną popularnością wśród tamtejszych
rekrutów. Był wytworny, elegancki, z ciemnym wąsikiem i starannym uczesaniem.
Wtedy miał chyba stopień podporucznika i choć znano go jako świetnego oficera,
to my nazywaliśmy go „Raffles”, złodziej dżentelmen. Tuż przed wybuchem wojny
na ekrany kin wszedł film pod tym tytułem i wciąż jeszcze w wielu miejscach
wisiały reklamujące go plakaty. A oficerem tym był znakomity gwiazdor filmowy
David Niven.
Po którymś ćwiczeniu zebraliśmy się wokół Nivena w celu omówienia wyników,
jednak wszyscy chcieliśmy słuchać przede wszystkim plotek z filmowego światka.
Aktor czuł się dobrze wśród wielbicieli, ale przed wojną ukończył także szkołę
wojskową w Sandhurst i teraz ponownie próbował przywyknąć do wojskowego
trybu życia. Dopiero co partnerował Olivii de Havilland w Raffles, ale najwięcej
mówił o Ginger, gwieździe filmu Bachelor Mother – wszyscy wiedzieliśmy, o kogo
chodzi. Dużo żartowaliśmy, aż w końcu jeden z chłopaków bąknął:
– Założę się, że wolałby pan być wszędzie, tylko nie tutaj, sir?
Zapadła cisza, po czym Niven oświadczył:
– Powiedzmy, że wolałbym pieścić cycki Ginger Rogers.

Rzeczywistość dopadła nas w ostatnim tygodniu maja, kiedy bez podania powodu
wybrano stu z naszej grupy i poprowadzono na stację kolejową w Tidworth.
Wiedzieliśmy, że sprawy we Francji mają się źle. Mnie powierzono około
dwudziestu ludzi i kazano rozdzielić między nich moździerze, karabiny maszynowe
Bren oraz zwykłe karabiny.
Po około godzinie z chmur pary i dymu wyłonił się nadjeżdżający pociąg. Wraz
z cywilami wsiedliśmy do wagonów i rozpoczęliśmy powolną podróż w kierunku
wybrzeża.
Brytyjskie Siły Ekspedycyjne były w poważnych kłopotach. Calais było
oblężone, niemiecka pętla się zaciskała. Naszą jednostkę, wyłonioną z 2. Batalionu
Brygady Strzelców, postawiono w stan gotowości, żeby pomóc przygwożdżonemu
1. Batalionowi.
Utknęliśmy po niewłaściwej stronie Kanału. Patrząc na jaskrawe światła na
wybrzeżach bezpiecznej Anglii, trudno było sobie wyobrazić katastrofę
rozgrywającą się za tym wąskim pasem wody, ale słyszeliśmy huk wielkich dział –
upiorny, melancholijny odgłos.
We Francji 1. Batalion był dopiero od dwóch lub trzech dni. Wysłano go tam, by
utrzymał port w Calais i pomógł w ewakuacji naszej armii. Stawiał twardy opór,
walcząc, dopóki nie zabrakło amunicji. Garstkę ocalonych przywiozła do kraju
Królewska Marynarka Wojenna; reszta zginęła lub trafiła do niewoli. Dziękował im
później Winston Churchill. Powiedział, że ich działania unieruchomiły co najmniej
dwie niemieckie dywizje pancerne, podczas gdy „stateczki” zabierały z Dunkierki
wielu ludzi.
Włączenie się w tę walkę byłoby samobójstwem – zginęlibyśmy jeszcze na
wodzie. Na szczęście uświadomił nam to huk wystrzałów. Plan porzucono. Jeżeli
miałem anioła stróża, to właśnie po raz kolejny objawił swoją obecność. Wliczając
fakt, że nie wstąpiłem do RAF-u, drugi raz wywinąłem się śmierci.
W końcu miałem trafić na kontynent europejski, ale jako jeniec.
Przeniesiono nas następnie na północ, do Liverpoolu. Mieliśmy obozować na
Aintree Racecourse, czyli torze wyścigów konnych, na którym odbywa się gonitwa
Wielka Liverpoolska. Teraz rozpościerał się tam ocean żołnierzy, czekających na
wysłanie Bóg raczy wiedzieć gdzie.
Spaliśmy pod gołym niebem i choć zaczynało się już lato, to człowiek budził się
obolały, w posłaniu wilgotnym od rosy. Spanie obok Canal Turn, przeszkody ze
słynnym skrętem pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, było gratką dla chłopaka
wychowanego na farmie pośród koni.
Po trzech tygodniach takich rozkoszy przeniesiono nas do wielkiego budynku
w mieście i nareszcie uwolniliśmy się od wilgoci.
Właśnie tutaj po raz pierwszy spotkałem Eddiego Richardsona. Miły gość.
Pochodził z rodziny o tradycjach wojskowych, więc nazywaliśmy go „Regimental
Eddie” – „Pułkowym Eddiem” – albo w skrócie „Reggie”. Był wygadany, może
nieco snobistyczny – przynajmniej w porównaniu z resztą. Mieszkałem z nim
w jednym pokoju. Kilka miesięcy później miał się wpakować w tarapaty na pustyni,
tego samego dnia, którego i mnie opuściło szczęście.
Szkolenie w Liverpoolu obejmowało inny zakres. Szykowano nas do walk
ulicznych w mieście, którego zabudowa miała zostać zniszczona. Opanowywaliśmy
niełatwą sztukę przygotowywania koktajli Mołotowa – szklanych butelek
wypełnionych benzyną – i rzucania nimi. Nauczyliśmy się posługiwać bombami
Millsa – ręcznymi granatami ze stalową skorupą podzieloną na sekcje,
przypominającymi małe ananasy. Miałem je bardzo dobrze poznać
w nadchodzących miesiącach. Były wredne, a zarazem proste. Można było zmieniać
długość lontu, tak by do wybuchu zostały trzy, siedem albo dziewięć sekund, ale
czas trzeba było dobrze obliczyć. Ostatnia rzecz, jakiej sobie życzyłeś, to
odrzucenie takiego granatu przez przeciwnika. Wyciągałeś zawleczkę, podbiegałeś
i rzucałeś wyprostowaną ręką, padając na brzuch. Zgodnie z planem granat miał
wylądować w jakimś wielkim leju – o ile nie wysadziłeś się od razu na tamten świat
– gdzie siła eksplozji była stosunkowo ograniczona. Jako szesnastolatek potrafiłem
rzucić piłkę do krykieta na jakieś sto metrów. I tu wciąż była ta sama zabawa.
Wypływając z Liverpoolu na „Otranto”, wiedzieliśmy, że zostawiamy Wielką
Brytanię w opłakanym stanie. W czerwcu Francja poddała się Niemcom, Włochy
wypowiedziały wojnę aliantom, nad południową częścią naszej wyspy dochodziło
do prawdziwych walk powietrznych między myśliwcami Luftwaffe i RAF-u, a sama
bitwa o Anglię właśnie się zaczynała.
Gdy wchodziłem na pokład, dwa okopcone kominy statku buchały nade mną
dymem. Pośród lekkiego wiatru dochodziły do mnie bezładne głosy mężczyzn,
usiłujących znaleźć koje. Jedni z workami z ekwipunkiem szukali kabin, inni
nawoływali kumpli, próbując się odnaleźć na statku. Pod pokładem, na samym dnie,
umieszczono pojazdy i ciężki sprzęt.
Les Jackson, zawodowy żołnierz, wtedy jeszcze kapral, znajdował się tam od
samego początku. Chociaż był starszy od większości z nas (przekroczył
trzydziestkę), to od razu czuło się, że ten pierwszorzędny facet z błyskiem w oku
i szelmowskim poczuciem humoru ma z nami wiele wspólnego. To, co nas
połączyło, sprawiło, że byliśmy razem aż do końca. Osiemnaście miesięcy później
jechałem z nim ramię w ramię, wprost na ścianę ognia z broni maszynowej.
W Liverpoolu Les przedstawił mnie swojej rodzinie. Od razu polubiłem jego
siostrę Marjorie, miłą, atrakcyjną, jasnowłosą dziewczynę z lekkim liverpoolskim
akcentem. Świetnie tańczyła; spotkałem się z nią kilka razy, ale oboje byliśmy
uosobieniem niewinności. W tamtych czasach można było odprowadzać
dziewczynę wiele kilometrów, a potem liczyć co najwyżej na buziaka w policzek.
A jednak było w tym coś szczególnego. Rodzina Lesa okazała mi wielką
gościnność. Jego ojciec lubił się czasem napić, ale zanim znowu przestąpiłem próg
jego domu i zabrałem go na piwo, musiało minąć aż pięć lat. I nie miało to być
radosne spotkanie.
Zdjęcie Marjorie przykleiłem na ścianie maleńkiej, dusznej kabiny, którą
dzieliłem z czterema innymi żołnierzami kilka pięter pod pokładem. Jej zdjęcie nie
było jedyne – zawsze znałem mnóstwo dziewczyn i zdążyłem już zebrać sporą
kolekcję podobizn.
Spałem na górnej koi, nad Billem Chipperfieldem. Pochodził z ubogiej rodziny
z południa. Szczery do bólu, twardo stąpał po ziemi, ale zawsze był świetnym
kompanem. Mieszkało z nami jeszcze dwóch innych chłopaków. Musieli,
biedaczyska, spać na podłodze. Leżeliśmy ściśnięci jak sardynki w puszce
i w ciemnościach nie dało się przejść bez zdeptania choć jednego.
Przed zaokrętowaniem dostaliśmy dwudziestoczterogodzinną przepustkę.
Większość tego czasu upłynęła mi na podróży do domu, tam i z powrotem, bo moja
rodzina mieszkała daleko na południu, w wiosce North Weald w Essex.
Gospodarstwo nieźle prosperowało, więc nigdy niczego nam nie brakowało.
Przeżyłem spokojne dzieciństwo na wsi.
Matka bardzo płakała, całując mnie na pożegnanie. Pozowałem do fotografii
z moją siostrą Winifred. Nadal mam to zdjęcie – jej ciemne, falujące włosy
powiewają na wietrze. Ma sukienkę zrobioną na drutach i sznur koralików na szyi.
Ja jestem w mundurze – wysoko podciągnięte spodnie, krótka bluza ściągnięta
mocno w pasie i furażerka zawadiacko przekrzywiona na bakier. Żegnając się, nie
przyszło mi do głowy, że mogę nie wrócić. Czułem, że potrafię o siebie zadbać.
Taka jest młodość. Zaś Winifred głęboko skrywała swoje uczucia. Nie
wiedzieliśmy, co przyniesie wojna, więc po co było się martwić?
Tym, który zdawał sobie ze wszystkiego sprawę, ale milczał, był mój ojciec,
George. Walczył w pierwszej wojnie światowej i wiedział, czym to pachnie:
brudem, krwią i trudami. Uścisnął mi po prostu rękę i życzył powodzenia. Był
wspaniałym, dumnym człowiekiem o gęstych, ciemnych włosach, wyznającym
surowe zasady chrześcijaninem, przy tym obdarzonym potężnymi mięśniami, które
pozwalały mu wprowadzać w życie własne przekonania. Nigdy nie potrafił okazać
mi dużo ciepła, ale wiele z tego, co stało się później, zawdzięczam właśnie jemu –
zadbał o to, bym wierzył, iż zasady są po to, by się nimi kierować. Pełnił funkcję
urzędnika w samorządzie w czasach, gdy takie stanowisko zapewniało szacunek
i w wymiarze lokalnym dawało ogromną władzę – ale w wiosce był popularny, bo
chętnie pomagał każdemu, kto znalazł się w opałach. Później dowiedziałem się, że
z własnej kieszeni płacił podatki za kilku ubogich mieszkańców.
Miał trudności z okazywaniem uczuć w domu i oszczędnie obdarzał pochwałami.
Kiedy jako dziecko zdobyłem upragnioną nagrodę sportową, powiedział tylko:
„Dobra robota, chłopcze” i już nigdy więcej o tym nie wspomniał. Dopiero po
wojnie uświadomiłem sobie, jak często o mnie myślał. Wkrótce po moim
wypłynięciu też się zaciągnął – chciał walczyć. Podając wiek, skłamał. Powiedziano
mi później, że wciąż pytał o mnie, gdziekolwiek stacjonował. Próbował się
dowiedzieć, gdzie mogę być. Pewnie sobie wyobrażał, że mógłby się o mnie
zatroszczyć, ale oczywiście nigdy się nie spotkaliśmy. Trafił do niewoli na Krecie
i wysłano go do Niemiec na ciężkie roboty przy budowie górskiej kolei, choć
chorował na zapalenie płuc. Przez większość czasu nie przykładał się do pracy,
żeby dowieść, że nie został pokonany. Muszę przyznać, że potrafił być zrzędliwy.
Pewnie to po nim odziedziczyłem tę cechę.
Tymczasem, na pokładzie, obserwowałem załogę przygotowującą się na
potencjalne zagrożenia – okręty podwodne i miny przyczajone pod powierzchnią
morza, tylko czekające na to, by przedziurawić burtę i posłać nas na dno. Jedyną
prawdziwą ochroną przed minami był parawan, trał z pływakiem w kształcie
torpedy z ostrymi statecznikami. Przewieszony przez reling, obserwowałem, jak
opuszczany jest za burtę i osiada na wodzie.
Zetknąwszy się z falami, ten podobny do rekina przedmiot ożył – stateczniki
ściągnęły go w morską głębię. Grubą linę rozwijano do czasu, gdy trał oddalił się
i płynął równolegle do statku. Ta właśnie lina miała wyrwać minę z cum
mocujących ją do dna, żeby, po wypłynięciu na powierzchnię, można ją było
rozwalić z broni maszynowej. Lina mogła również tak przesunąć ładunek, by
uderzył w parawan, wzbijając w górę słup spienionej wody, ale nie czyniąc szkody
statkowi. Stanowiło to dla nas pewną pociechę.
Fascynowały mnie takie urządzenia. Zawsze majstrowałem przy samochodach
i motocyklach, już w szkole myślałem o porządnym wykształceniu technicznym.
Nawet wtedy byłem trudny do opanowania – to ja chciałem być tym, który wydaje
rozkazy. Zawsze tak było. Będąc małym chłopcem, przewodziłem złożonej
z dzieciaków armii. Paradowaliśmy z prawdziwymi, choć bez amunicji, strzelbami
na ramionach. W szkole mianowano mnie przewodniczącym, bo miałem dość siły,
by skutecznie podporządkować sobie rozrabiaków. Później Audrey, moja żona,
dokuczała mi, że stałem się łobuzem. Podejrzewam, że w jej żartach jest trochę
prawdy. A z pewnością nie wiedziałem, co to strach.
Poszedłem w końcu do Leyton Technical College we wschodnim Londynie, gdzie
radziłem sobie całkiem nieźle. W 1933 roku, kiedy Hitler został kanclerzem
Niemiec, wkroczyłem na podium w ratuszu w Leyton i od pana za biurkiem
odebrałem nagrodę za wyniki w nauce. Wprawdzie miałem wówczas zaledwie
czternaście lat, ale powinien był on wywrzeć na mnie większe wrażenie. Był to
Siegfried Sassoon, weteran pierwszej wojny światowej i poeta. Miał czterdzieści
parę lat, ciemne włosy zaczesał na wysokie czoło. Pogratulował mi w kilku
słowach i wręczył dwa bordowe tomy ze złotymi tłoczeniami, przedstawiającymi
tarczę i miecz. Otrzymałem książki Roberta Louisa Stevensona i Edgara Alana Poe.
Wydaje się, jakby wszystko to zdarzyło się tak dawno temu. Stałem na pokładzie,
a ląd znikał w przesiąkniętej dymem mgle. Cywilizowany świat, który znałem,
z jego zasadami i zwyczajami, z poczuciem przyzwoitości, też się powoli oddalał.
Rozdział 2

Les Jackson był facetem, który zawsze potrafi się dobrze ustawić. Wkrótce po
wyjściu „Otranto” w morze, zjawił się w naszej kabinie, ostrożnie przeszedł nad
chłopakami śpiącymi na podłodze, ale i tak ich obudził. Spojrzał na zdjęcia
dziewczyn, które przypiąłem do ściany; wśród nich była też podobizna jego siostry,
Mariorie. Spodziewałem się przynajmniej jakiejś sarkastycznej uwagi, ale nic nie
powiedział. Wiedział, że mam słabość do Marjorie, a zresztą tym razem przyszedł
w innej sprawie.
– Avey, mam dla ciebie robotę. Będziesz mył kible – rzekł.
– Co?! Stary, chyba żartujesz.
– Będzie warto – uciął.
W to przedsięwzięcie wciągnął także Eddiego Richardsona, a przecież Eddie był
typem chłopaka z prywatnej szkoły, któremu z trudem przechodziło przez usta
słowo „toaleta”, nie wspominając o jej czyszczeniu. Kiedy dowiedział się, że jego
bronią będzie szczotka klozetowa, nie był zbytnio zachwycony. Ale Les wiedział, co
robi. Nagrodą za pół godziny codziennego czyszczenia kibli była królewska uczta.
Wyśmienite kanapki z jajkiem i bekonem i to tyle, ile tylko zdołaliśmy zjeść! Co
jednak ważniejsze, przez całą podróż byliśmy w związku z tym obowiązkiem
zwolnieni od wszelkich innych prac. Les był niezłym kombinatorem. Zawsze
wiedział, skąd wieje wiatr.

Tego dnia, 5 sierpnia 1940 roku, z portu wypłynęło siedemnaście statków. Jeden od
razu zawrócił z powodu kłopotów z silnikiem. Reszta pod eskortą marynarki
wojennej ruszyła na Morze Irlandzkie. Wciąż nie mieliśmy pojęcia, dokąd
zmierzamy, bo utajniono to nawet przed nami. Ledwie straciliśmy z oczu ląd, a już
przez miarowe dudnienie silników przedarł się drażniący dźwięk syreny. U-boot!
Wszyscy na statku gwałtownie się ożywili, bezładnie biegając. Przedarłem się przez
tłum żołnierzy, próbując dotrzeć do punktu zbornego przy mojej szalupie. Koledzy
z poszarzałymi twarzami stali, przeczesując wzrokiem fale i usiłując wypatrzyć
peryskop albo, co gorsza, torpedę. Widziałem sygnały świetlne rozbłyskujące na
mostku „Otranto” skierowane na niewyraźne kształty na horyzoncie. Czas mijał
i jednocześnie malało poczucie zagrożenia, bo niczego nie dostrzeżono. Mimo to,
musieliśmy stać tak całymi godzinami. Po jakimś czasie życie na statku zamieniło
się w nudną rutynę.

Z głębokiego snu wyrwało mnie gwałtowne szarpnięcie za rękę. Kabinę wypełniali


hałaśliwi rekruci, wywlekający mnie z koi.
– Obudź się, Avey, mamy kogoś dla ciebie. Pora coś zarobić – powiedział któryś.
Zanim zdążyłem się zorientować, unosiłem się nad falą mundurów. Wokoło
skandowano i krzyczano z podniecenia.
– To powinno być ciekawe – powiedział ktoś. – Poczekajcie tylko, aż zobaczy
tego twardziela.
Wiedziałem, że mają mnie dokądś doprowadzić, prawdopodobnie jako ofiarę.
Przemierzyliśmy wąskie korytarze, minęliśmy niezliczone drzwi kabin, i po
wspinaczce po stromych schodach znaleźliśmy się w końcu na pokładzie. Na dobre
otrząsnąłem się ze snu, gdy morska bryza owiała mi policzki. Prowadzono mnie po
pokładzie łodziowym obok szalup kołyszących się na zawiesiach oraz rzędu
wielkich, okrągłych wlotów powietrza, przypominających mikrofony starych
telefonów. Zeszliśmy niżej, w stronę rufy. Po mojej prawej jakiś dziobaty chłopak
energicznie wymachiwał pięściami, udając, że zadaje ciosy. Powoli docierało do
mnie, o co chodzi.
Na pokładzie rufowym dostrzegłem otoczony linami ring bokserski, nad którym
wznosił się wielki maszt. Najwyraźniej rozeszła się już pogłoska o tym, że jestem
bokserem. A w tamtych czasach gotów byłem walczyć z najbłahszego powodu
z każdym, na ringu lub poza nim. Na dodatek zazwyczaj wygrywałem – ale też
wcześniej wiedziałem, z kim mam się bić.
Jeszcze zanim zobaczyłem mojego przeciwnika, założono mi rękawice i od razu
dotarło do mnie, że jestem wrabiany. Tymczasem na ringu pojawił się mój rywal.
Ten Szkot z pułku Black Watch, twardej góralskiej formacji, nie był wprawdzie zbyt
wysoki – mierzył metr siedemdziesiąt pięć – ale za to odznaczał się dobrą budową
i, z pewnością, siłą. Rzecz jasna liczono, że to ja zbiorę cięgi.
Najwyraźniej Szkot był ulicznym zabijaką, a może nawet zawodowym bokserem,
ale przyjrzawszy mu się dokładnie w czasie rozgrzewki, uspokoiłem się. Miał
pełno blizn na brwiach, uszy jak kalafiory i rozpłaszczony nos. Skoro dał się tak
pokiereszować, to albo nie był dobry, albo wystarczająco szybki. Ktoś – nie ja –
błędnie ocenił sytuację.
Od dzieciństwa trenowałem w klubach bokserskich. Byłem zwinny
i wykorzystywałem to, gdy mój przeciwnik poruszał się ospale. O mały włos nie
zadał mi kilku ciosów, ale miałem szybką lewą i do tego ostry lewy sierpowy. Nie
celowałem w twarz, ale w połowie drugiej rundy walnąłem go mocno w splot
słoneczny. Padł, z trudem łapiąc oddech. Było po wszystkim.
Zostałem na pokładzie, chcąc zobaczyć, co będzie dalej. Widowisko nie było
przyjemne. Podpuszczono jakiegoś szkockiego oficera do walki ze swoim własnym
żołnierzem. Oficera najwyraźniej nie lubiano, był bardzo niepewny – jak się
okazało, nie bez powodu. Kiedy w końcu wszedł na ring, sprano biedaka na kwaśne
jabłko.
Poza tymi sytuacjami, boks na pokładzie był przepisowy i raczej czysty. Często
staczałem kilka rundek z Charlesem Calistanem. Kochany stary Charles. Zaczął ze
mną trenować i szybko się zaprzyjaźniliśmy, tym bardziej, że miał bokserski talent.
Charles był przystojnym, mówiącym w urdu pół Anglikiem, pół Hindusem, z burzą
falujących czarnych włosów. Później okazał się prawdziwym bohaterem. Należał
mu się Krzyż Wiktorii. Miał prawdziwy talent do boksu i w czasie naszej podróży
regularnie odbywaliśmy sparingi.

Po jedenastu dniach rzuciliśmy kotwicę koło Freetown w Sierra Leone –


pierwszego lądu, który ujrzeliśmy od opuszczenia Wysp Brytyjskich. Było jasne,
że mamy opłynąć Przylądek Dobrej Nadziei i skierować się na północ, do Egiptu.
We Freetown nie zeszliśmy jednak na ląd i dwa dni później ruszyliśmy dalej na
południe, do Kapsztadu. Tam zobaczyłem tak dobrze znaną z lekcji geografii płaską
Górę Stołową i przez chwilę pozwoliłem sobie na myśl, że raj jednak istnieje.
Dobrze było znowu znaleźć się na suchym lądzie. Poza tym pierwszy raz
stawiałem stopę na obcej ziemi, jeśli nie liczyć wyjazdu na mecz krykieta
w Sheffield. Mimo że dość chłodno – jak zwykle o tej porze roku w Kapsztadzie –
to i tak było wspaniale. Na nabrzeżu podzielono nas na grupki. Eddiego, mnie
i jeszcze dwóch innych przekazano pod opiekę zamożnemu białemu
Południowoafrykańczykowi w średnim wieku. Miał jasny garnitur i ciemny
samochód. Zaofiarował się, że oprowadzi nas po mieście.
Wszystko było tu dla mnie nowe. Jak dotąd widziałem tylko jednego
czarnoskórego – handlarza na targu w Epping, wielkiego gadułę. Twierdził, że
może patrzeć na słońce, nie uszkadzając sobie oczu.
Jak na przedsmak zagranicy, Kapsztad spisał się na medal. Prawdziwe luksusy po
tym, jak tłoczyliśmy się w czwórkę w kabinie przeznaczonej dla dwóch. Nasz
przewodnik w szykownym garniturze zabrał nas do swojego domu w stylu
kolonialnym, położonego pośrodku wielkiej parceli, i zaproponował, byśmy
skorzystali z pryszniców na świeżym powietrzu, przy basenie, co dało Eddiemu do
myślenia. Jak paskudnie musieliśmy śmierdzieć? Po tygodniach okazjonalnego
polewania się wodą morską z węża na pokładzie statku stałem teraz pod kaskadą
czystej, słodkiej wody i czułem, jak spływają ze mnie sól i pot.
Z trudem zmusiłem się, by spod niej wyjść.
Nieco później nasz opiekun zaprosił nas do położonej w samym centrum miasta
restauracji – jednej z najbardziej eleganckich, jakie kiedykolwiek widziałem. Nad
głowami, na suficie, namalowano niebo i płynące po nim obłoki. Niemal
oniemieliśmy z wrażenia, a tego dnia czekało nas jeszcze niezłe żarcie.

Po czterech dniach pożegnaliśmy się z Kapsztadem. Góra Stołowa robiła się coraz
mniejsza, a nasz konwój ponownie się rozdzielił. „Otranto” należał do grupy
dziesięciu statków, które opłynęły Przylądek i kontynuowały podróż wzdłuż
wschodniego wybrzeża Afryki. 14 września dotarliśmy do wulkanicznej wysepki
Perim, u wejścia na Morze Czerwone. Wyruszyliśmy stamtąd pod osłoną
ciemności, goniąc resztkami sił, wciąż eskortowani przez cztery okręty. Wkrótce
mieliśmy znaleźć się w zasięgu lotniczych i morskich sił włoskich, wyruszających
na wypady z Massauy w Erytrei. Na „Otranto” wygaszono wszystkie światła –
załodze pozostawało pracować po omacku. Zaciemnienie było kompletne, ale
niebo skrzyło się gwiazdami i w fosforyzujących wodach Zatoki Adeńskiej
zdołałem dostrzec groźny zarys ogromnego diabła morskiego.

Nasze oddziały przybywały z wyczekiwaną odsieczą. Kotwicę rzuciliśmy w Port


Taufik u wejścia do Kanału Sueskiego, stając pośród okrętów wojennych, statków
transportowych, zardzewiałych, buchających czarnym dymem holowników oraz
maleńkich, arabskich dhow i łodzi rybackich. Stąd zabrano nas do Genefy,
rozległego obozu namiotowego, usytuowanego w pobliżu Wielkiego Jeziora
Gorzkiego. Zaczęła się nasza walka z pragnieniem, ale w całym obozie
rozstawiono ceramiczne dzbany pełne chłodnej wody, na tyle duże, by utopić w nich
sierżanta. To były dobre wieści. Do złych należało to, że dzień po naszym
przybyciu komuś zachciało się wysłać nas na marszobieg – czterdzieści kilometrów
w głąb pustyni, wokół nagiego, skalistego wypiętrzenia, na które mówiło się Pchła.
Ten ktoś widocznie uznał, że potrzebujemy rozrywki.

Gdy 2RB – jak nazywaliśmy 2. Batalion – wysłano na pustynię, ja wciąż byłem


w Anglii i rzucałem się z bagnetem na słomiane kukły.
Włoski dyktator Benito Mussolini nie wypowiedział jeszcze wojny, ale moment
ten, jak się okazało, był bliski. Przez sześć tygodni wygłaszał nadęte przemówienia,
a batalion gryzł palce w oczekiwaniu. Pamiętam, jak w ilustrowanym piśmie
zobaczyłem zdjęcie ukazujące doborowych włoskich żołnierzy skaczących nad
rzędem ostrych jak brzytwa bagnetów i pomyślałem sobie, jak wiele może się
zdarzyć między ustami a brzegiem pucharu.
Już dzień po wypowiedzeniu wojny 7. Dywizja Pancerna, w skład której wchodził
2RB, udała się prosto nad granicę libijską. Nie była to najnowocześniejsza
jednostka na świecie. Niektóre z jej samochodów to były te same stare Rolls--
Royce’y Silver Ghost, którymi jeździł w czasie pierwszej wojny światowej
Lawrence z Arabii. Mimo to szybko udało się zdobyć posterunki graniczne.
Mussolini pierwsze poważne posunięcie wykonał wtedy, gdy nasz konwój
przygotowywał się do przeprawy przez Morze Czerwone. Il Duce, jak go nazywali
Włosi, widział, co Niemcy osiągnęli w Europie, i chciał wykroić kawałek również
dla siebie. Miał na oku Nil, Kanał Sueski oraz brytyjskie szlaki zaopatrzeniowe
prowadzące do Indii i dalej na wschód. Rozkazał marszałkowi Grazianiemu,
nazywanemu po okrutnym stłumieniu arabskiego buntu „Pustynnym Rzeźnikiem”,
zaatakować Egipt i Brytyjczyków. Po tym, jak 13 września 1940 roku osiemdziesiąt
pięć tysięcy włoskich żołnierzy wtargnęło z Libii do Egiptu, znacznie mniej
liczebne siły brytyjskie musiały się wycofać. Oddziały Grazianiego nie zatrzymały
się, póki nie dotarły do Sidi Barrani, nadbrzeżnej miejscowości położonej sto
kilometrów od granicy. Wkrótce Duce obwieścił we włoskich materiałach
propagandowych, że dzięki włoskiej akcji po tym mieście znowu kursują tramwaje.
Tramwaje? Ci ludzie nie wiedzieli nawet, jak się pisze to słowo. W Sidi Barrani
stało zaledwie kilka budynków i chałup z suszonej cegły. Brakowało porządnej
drogi, a tym bardziej torów tramwajowych.
Włosi zbudowali łańcuch wymyślnych pozycji obronnych, zaczynający się na
wybrzeżu i biegnący na południowy zachód, wrzynający się głęboko w pustynię. Ich
obozy miały romantyczne i aromatyczne nazwy – Tummar, Rabia i Sofafi – jakby
leżały na jakimś pustynnym szlaku korzennym. Włochów było już dwieście
pięćdziesiąt tysięcy, a my przybyliśmy, by wesprzeć siły sprzymierzone – znacznie
słabsze zarówno w powietrzu, jak i na ziemi. Było nas w sumie zaledwie sto tysięcy.

Kair był ostatnią przerwą, nim wojna stała się realna, ostatnią szansą na relaks
przed prawdziwym hartowaniem, przed procesem, który – jak się okazało – miał
mnie dobrze przygotować do niewoli i wszystkiego, co zdarzyło się potem.
Wyruszyliśmy we trzech, Charles Calistan, Cecil Plumber i ja, odkrywać wątpliwe
rozkosze miasta, a towarzyszyło nam kilku starszych żołnierzy, obeznanych
w terenie. Cecil miał wysokie czoło i bystry wzrok, chodził wiecznie zamyślony.
Znałem go już wcześniej jako znakomitego łapacza w mojej drużynie krykieta
w Essex. Beztroskie dni na błoniach były już wyblakłym wspomnieniem. Zamiast
drozdów i skowronków nad miastem równie egzotycznym, co tajemniczym,
pełnym alianckich żołnierzy – nie tylko Brytyjczyków, ale i Nowozelandczyków,
Hindusów, Australijczyków – unosiły się czarne latawce.
W którymś momencie wyprzedziła nas konna dorożka wypełniona
rozbawionymi chłopakami w mundurach khaki, wyruszającymi na noc pełną
uciech. Przykro mi się zrobiło, gdy patrzyłem na cierpienie stworzenia
uwięzionego między dyszlami, tym bardziej, że żołnierze, wygramoliwszy się
naprzeciwko nas, krzyknęli gromko: „Niech żyje pan dorożkarz!” i uciekli, nie
płacąc.
Widzieliśmy wielbłądy dźwigające nieprawdopodobne ciężary i osiołki bite
kijami przez jeźdźców szorujących stopami po ziemi. Wszędzie dookoła kręcili się
ulicznicy wołający: „Bakszysz, bakszysz!”. Mali chłopcy handlowali świecidełkami
o wątpliwej wartości. Inni namawiali do kupna soków owocowych o podejrzanym
wyglądzie oraz mizernych fig. Obok nas przejechał z ogromną prędkością
zakurzony tramwaj, strzelając iskrami spod kół. W powietrzu unosiła się żółta
mgiełka, mieszanina spalin i niesionych przez wiatr drobin piasku, przesycona, jak
wszystko wokół, zapachem ścieków.
Z hałaśliwej ulicy, na której konne wozy walczyły o miejsce z ciężarówkami,
uciekliśmy do „Melody Club”, popularnie nazywanego „Słodką Melodią”.
Najwyraźniej ktoś miał poczucie humoru. Wejście przesłaniały dwie zatęchłe
zasłony, których celem było zaciemnianie, choć na zewnątrz niebieskawo świeciły
uliczne lampy, a ze wszystkich okien i drzwi padał blask. Wchodząc za pierwszą
z tych zasłon, potknąłem się o coś, co wyglądało jak worek. w mroku dostrzegłem
jednak ciało australijskiego żołnierza, leżącego w otumanieniu u moich stóp.
Przeszliśmy za drugą zasłonę, w półmrok obskurnego baru pełnego dymu. Na
ciasnej scenie za barierką z drutu kolczastego grał zespół, najwyraźniej
potrzebujący takiej ochrony. Muzycy usiłowali się przebić przez panujący wewnątrz
jazgot. Lokal wypełniali żołnierze przybyli tu prosto z pustyni, którzy na przepustce
chcieli się jakoś wyładować. W suficie dostrzegłem dziury po kulach; diabli
wiedzą, co zobaczyłbym na podłodze. Na ogół o wszystko obwiniano
Australijczyków. Na pustyni byli pierwszorzędni, ale w Kairze, pijani, potrafili być
najgorsi.
W klubie panowała atmosfera niszczycielskiego podniecenia. Miejsce nie
sprzyjało odpoczynkowi. Ledwie dostaliśmy drinki, od stolika w rogu doleciały
krzyki. Bawiący się przy nim chłopak podniósł krzesło i cisnął nim znad głowy,
roztrzaskując je o sąsiedni stolik, zajęty przez podobnych jemu hulaków. Jeden
z jego kumpli powalił go szybko prawym sierpowym. Może kończył w ten sposób
wcześniejszą sprzeczkę, a może nie chciał dopuścić do większej awantury –
w każdym razie trochę uspokoił towarzystwo. Najbardziej agresywny stracił
przytomność, wyniesiono go na zewnątrz i położono obok blokującego wejście
Australijczyka. Pozostali postawili krzesła na miejsce i wygładzili mundury, po
czym gwar powrócił do poprzedniego, hałaśliwego poziomu.
Oficerowie z zasady kierowali się do barów słynnego Shepheard Hotel, gdzie
zbierała się kairska śmietanka. Zwyczajni żołnierze, tacy jak my, musieli się ubrać
naprawdę elegancko, by tam wejść. Już chłód panujący na tarasie baru zapowiadał
inny świat. Na pianinie grał ubrany w garnitur muzyk; na ceramicznych posadzkach
rozstawiono wiklinowe fotele; egipscy kelnerzy w długich, białych galabijach
podawali drinki na lśniących tacach, trzymanych na jednej ręce. Tu podobało mi się
bardziej. Miałem wówczas stopień kaprala i znacznie lepiej wychodziło mi
wydawanie rozkazów niż ich wykonywanie. Postanowiłem, że uzyskam patent
oficerski, bo taki hotel uznawałem za miejsce w sam raz dla mnie.
Gdy nastał chłodny wieczór, przeszliśmy na drugą stronę Nilu po Moście
Angielskim, pilnowanym przez cztery ogromne lwy z brązu.
– Widzicie je? – ktoś zawołał. – Za każdym razem, kiedy po moście przechodzi
dziewica, te lwy ryczą, więc patrzcie na nie uważnie.
Rozległ się nerwowy śmiech. Im bliżej pustyni, tym więcej rozmawialiśmy
o dziewczynach. Nękała nas świadomość, że niedługo będziemy się musieli
zmierzyć ze strzelającym do nas wrogiem… Nic dziwnego, że sprawy seksu dość
często pojawiały się w rozmowach. Okazało się, że w większości byliśmy
prawiczkami, w dodatku potrafiącymi się do tego przyznać. Miałem dwadzieścia
jeden lat, a wtedy seks przedmałżeński był nie do pomyślenia. Dziś trudno w to
uwierzyć. Ale wszyscy jechaliśmy na tym samym wózku. Uznano nas za
wystarczająco dojrzałych, żeby ginąć, ale w sferze seksu pozostaliśmy niewinni.
Utrzymywałem świetną formę fizyczną i pod koniec każdego dnia szkolenia byłem
kompletnie wyczerpany, może więc to dlatego nie rozmyślałem o tych sprawach.
Dla niektórych jednak stały się one obsesją.
Z ust żołnierzy wciąż padała nazwa jednej z ulic. Na Berka znajdowało się
kairskie centrum najstarszej profesji świata. Zakaz wstępu miały wszystkie szarże –
wokół ulicy ustawiono wielkie białe znaki z czarnymi krzyżami, a żandarmeria
często urządzała naloty. Nie powstrzymywało to chłopaków. Mnie jednak cały ten
pomysł w jakimś sensie ubliżał. Mogłem zrozumieć, że młodzi ludzie, nim pójdą
w bój, chcą się „tam” najpierw wybrać, lecz mnie to jakoś odrzucało i nie
poszedłem w ich ślady. W przeddzień wyjazdu na pustynię poczułem w głębi ducha,
że muszę zacząć się koncentrować. Moment nieuwagi oznaczał kulę, a ja byłem
zdecydowany przeżyć, bez względu na to, w jaki sposób będą chcieli mnie zabić.
A to znaczyło, że muszę pozostać skupiony.

– Pozbierajcie swoje papugi i małpki. Wyruszacie.


Rozkaz brzmiał komicznie, ale dobrze wiedzieliśmy, co oznacza: wyjazd na
pustynię. Nazywano to wyprawą w siną dal. Pustynia – egzotyczne, suche morze,
wprawiające w zdumienie chłopaka pochodzącego z zielonego, deszczowego kraju.
Mieliśmy dołączyć do 7. Dywizji Pancernej – nieugiętych i wszechobecnych
Szczurów Pustyni.
Pociąg toczył się przez stacje o nieprawdopodobnie zabawnych dla nas nazwach,
na przykład Zagazig. Potem pojechał na zachód, wzdłuż oślepiająco białych wydm
i przejmująco błękitnego morza, po drodze mijając punkt tranzytowy, którego
nazwa – El Alamein – nic nam wtedy nie mówiła, oraz stację Fuka (ta z kolei nazwa
wywołała wiele komentarzy).
Dotarliśmy do Mersa Matruh, gdzie okopali się Brytyjczycy, budując fortecę.
W oczekiwaniu na kolejny atak Włochów, załoga wiodła życie troglodytów. My
mieliśmy ich – Włochów – wkurzyć, więc skierowano nas w głąb pustyni.
Znaczony koleinami szlak na południe wkrótce się poszerzył, bo konwoje
ciężarówek omijały bardziej zdradliwe miejsca.
Moje wyobrażenia o rzeźbionych wiatrem piaszczystych wydmach rozwiały się
w zderzeniu z kamienistą rzeczywistością: jałową i niegościnną, z rzadka
przetykaną krzewami i połaciami lotnego piasku w mętnym kolorze. Nazywano to
miejscem zsyłki i właśnie tu miała się toczyć nasza walka.
Nad okolicą dominowała potężna skarpa o wielkim znaczeniu strategicznym.
Haggag el-Aqaba – bo o niej mowa – mierzy sto osiemdziesiąt metrów i ciągnie się
równolegle do brzegu na wschód od Sallum, gdzie przez skalne urwiska sterczące
nad Morzem Śródziemnym prowadzi kręta przełęcz Halfaja. Brytyjczycy walczyli
tam już podczas pierwszego natarcia Włochów. My nadaliśmy temu miejscu nową
nazwę: Hellfire Pass (Przełęcz Ognia Piekielnego).
Batalion sprawdzał włoskie pozycje, wysyłając nocne patrole. Należałem do
kompanii B, której zadaniem pod koniec października było przecinanie drutów
telegraficznych i minowanie drogi, co miało powstrzymać włoskie posiłki
nadciągające z odsieczą najdalej położonej pustynnej fortecy.
Uczyłem się coraz lepiej rozumieć pustynię, doświadczałem bezmiaru Afryki
i jej bezkresnego nieba, skwarnych dni, po których temperatura potrafiła spaść
w okolice zera, powodując dotkliwe wychłodzenie nocujących pod
rozgwieżdżonym niebem. Nie było ucieczki przed nadciągającymi burzami
piaskowymi. Skłębiona chmura piasku niesionego przez chamsin wzbijała się
wysoko i sunęła na wprost, zakrywając słońce; obdzierała lakier z pojazdów
niczym strumień rozżarzonych opiłków. Pędzące ziarenka kłuły nawet przez
ubranie. Podczas burz piaskowych nie pozostawało nic innego, jak tylko się ukryć.
Co do wody, to udawało się ją znaleźć tylko w prastarych studniach i zbiornikach
nazywanych bir. Niektóre rodowodem sięgały jeszcze czasów rzymskich.
Pochodząca z nich woda miała – w najlepszym razie – lekko słony smak, raz
zdarzyło się też, że pływał w niej martwy osioł. Gasiła pragnienie, choć nie na
długo.
Z nadejściem nocy rozbijaliśmy obóz, ustawiając pojazdy (głównie ciężarówki
i transportery opancerzone karabinu Bren) w wielki, obronny kwadrat. Na zewnątrz
rozstawiano straże, zmieniane co dwie godziny; pozostali próbowali spać, gdy
chłód wieczoru przechodził w ziąb nocy. Ciemności nie rozjaśniały żadne ogniska,
a ciepło zapewniały wyłącznie płaszcze. O ile ktoś je miał.
W nadchodzących miesiącach całkiem nieźle zaznajomiłem się z transporterem
Bren. Był to szybki, opancerzony pojazd na gąsienicach, otwarty od góry,
z zamontowanym centralnie potężnym silnikiem V8 Forda. Z tyłu pozostawiono
miejsce dla jednego lub dwóch ludzi obsługujących karabin maszynowy Bren; do
wyposażenia należał poza tym karabin przeciwpancerny Boys dla siedzącego
z przodu, obok kierowcy, dowódcy.
Dobrze poznałem upaprany olejem spód tej bestii. Nocą wygrzebywałem
w piasku zagłębienie, transporterem najeżdżałem tak, by miał je pod sobą,
i wsuwałem się między gąsienice, zyskując w ten sposób jakąś ochronę przed
szrapnelami, bombami i kulami. Rozwijałem posłanie, którym był po prostu gruby
koc zawinięty w folię, sprawdzałem, czy mam pod ręką rewolwer kalibru .38 oraz
granaty i kładłem się spać.
Wartownik stawiał nas na nogi długo przed brzaskiem, a ja, na dzień dobry,
zazwyczaj waliłem głową w miskę olejową. Obóz budził się do życia jak
niemogący zapalić silnik. Zmarznięci i senni wyruszaliśmy na pustynię, jeden
pojazd oddalony od drugiego o co najmniej sto metrów na wypadek ataku o świcie.
Nikt nie chciał stać się łatwym celem dla nisko latających włoskich bombowców
Savoia. Potem, omiatając wzrokiem horyzont, rozpoczynaliśmy pełne napięcia
oczekiwanie. Dopiero gdy niebo jaśniało i z ciemności stopniowo zaczynały się
wyłaniać zarysy pustyni, mogliśmy się odprężyć i pomyśleć o śniadaniu.
Za przyrządzanie pierwszej herbaty każdego dnia zabierałem się tak, jakby od
tego miało zależeć moje życie. Byłem zziębnięty i głodny, musiałem się napić.
Gotowałem wodę na sposób pustynny: do przeciętego na pół starego kanistra po
benzynie nasypywałem piasku, wlewałem wysokooktanowe paliwo i stawiałem na
nim kociołek z wodą. Potem, cofnąwszy się spory kawałek, rzucałem na to zapałkę.
Puff! Chmura czarnego dymu wzbijała się w powietrze, a malownicza eksplozja
dawała pierwsze tego dnia ciepło. Woda wrzała w mgnieniu oka.
Początkowo cieszyliśmy się, gdy dni zaczynały się robić chłodniejsze, ale
oznaczało to, że i noce staną się znacznie zimniejsze, co już nie napawało radością.
Potem, nocami, zaczął padać deszcz, który studził resztki entuzjazmu. Ciągle
jeszcze trwała „dziwna wojna”, więc znowu zaczęto nas szkolić – ćwiczenia
fizyczne, czytanie map, musztra z bronią, prowadzenie nocnych patroli. Niebawem
miało się nam to przydać.
Rozdział 3

W końcu ruszyliśmy do boju. Pewnej nocy otrzymaliśmy rozkaz wysadzenia


włoskiego składu paliwa. Naszym dwunastoosobowym oddziałem dowodził
sierżant Endean. Jechało też z nami trzech specjalistów od materiałów
wybuchowych, mających wywołać eksplozję. Cała pustynia była nasza – Włosi nie
byli zbyt ruchliwi. O powodzeniu akcji decydowała dobra nawigacja: sztuka
polegała na zatrzymaniu pojazdów na tyle daleko, by przeciwnicy nas nie usłyszeli,
ale zarazem tak blisko, by dotrzeć tam na piechotę w czasie, jaki mieliśmy do
dyspozycji. Przed wyruszeniem stanęliśmy w dwóch rzędach naprzeciwko siebie,
żeby sprawdzić, jak dobrze jesteśmy widoczni. Każda jasna plama na mundurze
mogła zostać zauważona i sprowadzić na nas grad kul. Potem, już w parach,
zaczęliśmy potrząsać sobą nawzajem, bo mogły nas wydać dzwoniące klucze czy
monety – nocą dźwięk niesie się daleko.
Ostatnie sprawdzenie broni nastąpiło już wieczorem i trzy ciężarówki ruszyły
przez kamienisty teren. Wysiedliśmy w odległości szesnastu kilometrów od celu
i pod przewodnictwem Endeana (i jego wiernego kompasu) przeszliśmy ostatni
odcinek piechotą, zachowując zupełną ciszę. Po dotarciu na miejsce byliśmy
wykończeni, ale wiedzieliśmy, że rozstrzygające będzie działanie z zaskoczenia.
Kiedy zarysy składowiska stały się widoczne, Endean dał nam znak i zaczęliśmy
się czołgać, żeby zająć pozycje w żwirze. Po kilku sygnałach dawanych rękami,
rozpełzliśmy się na boki, tworząc półokrąg. Tak było bezpieczniej. Ostatnią rzeczą,
jakiej sobie życzyliśmy, było trafienie w strzelaninie kogoś z naszych.
W ciemnościach wyciągnąłem się na brzuchu i skierowałem Lee-Enfielda
w stronę składu. Próbowałem ułożyć się w miarę wygodnie. Wyczekiwanie mogło
potrwać.
Po mojej prawej zobaczyłem sylwetki chłopaków od materiałów wybuchowych.
Przykucnięci, z opuszczonymi głowami, ruszali przed siebie. Ich cienie
błyskawicznie rozpłynęły się w ciemnościach. Mijały kolejne minuty. Cisza była
dobrym znakiem. Czekaliśmy nadal – nasi pojawili się nagle, wszyscy trzej. Biegli
jak szaleni, trzymając nisko głowy. Wycelowaliśmy w obóz, gotując się na
rozpoczęcie strzelaniny. Pierwsze dwie eksplozje sprawiały wrażenie niewielkich –
przypominały rozbłyskające na nocnym niebie race. Po nich nastąpiła niezwykła
pauza, trwająca zapewne tylko kilka sekund, a potem rozległ się potężny wybuch
i kula ognia iluminowała noc na pomarańczowo. Gdy nagły blask oświetlił twarze
wokół mnie, wcisnąłem się głębiej w piasek.
Spodziewaliśmy się, że rozpęta się piekło, że Włosi, jak to mają w zwyczaju,
zaczną strzelać w mrok na oślep. Ale tym razem poszło jak po maśle i spokojnie
wróciliśmy na pustynię. Jeśli ktokolwiek w ich obozie przeżył, to nie zadał sobie
trudu, by nas ścigać.
Dotarliśmy do bezpiecznie oddalonego miejsca zbiórki, sprawdziliśmy, czy
nikomu nic się nie stało, i wyruszyliśmy w mozolny marsz do ciężarówek.
Zdołaliśmy bezpiecznie powrócić przed świtem, licząc na to, że jeszcze trochę
pośpimy.

Kiedy spoglądam wstecz, potrafię stwierdzić, które doznania mnie zmieniły


i przygotowały psychicznie do dramatu Auschwitz. Życie na pustyni często wiązało
się z zimnem i głodem. Można było co najwyżej liczyć na konserwy wołowe
i suchary wyglądające jak ciasteczka dla psów. Była także potrawka mięsna
Maconochie, którą jadało się jeszcze w okopach pierwszej wojny. Bardzo rzadko
udawało się nam ustrzelić gazelę – uczta, którą wtedy urządzaliśmy, mogła trwać
kilka dni. Koledzy próbowali do nich strzelać podczas jazdy, ale pustynia nie była
wystarczająco płaska. Samochód podskakiwał na wybojach, które nazywaliśmy
wielbłądzimi garbami, i nie było łatwo celować. Wychowałem się
w gospodarstwie, wiedziałem, że najlepiej strzelać stojąc, więc się podkradałem.
Czasem udało się dokonać jakiejś wymiany z beduinami, ale i to przytrafiało się
sporadycznie, a na dodatek wiązało się z wieloma nieporozumieniami. Machali
w naszą stronę skierowanymi do tyłu dłońmi, przebierając palcami, co wyglądało,
jakby nas przyzywali. A potem okazywali zdziwienie, zastanawiając się, czego
chcemy. Można było dostać jedno czy dwa jajka – nieporozumienia były tego warte
– ale o tym, czego naprawdę potrzebowaliśmy, o owocach i warzywach, nikt tam
nawet nie słyszał. Od czasu do czasu zdobywaliśmy włoskie dostawy żywnościowe:
tuńczyka w puszkach albo ryż, a najczęściej przecier pomidorowy. Wyglądało na to,
że Włosi jedzą niewiele więcej.
Mieliśmy paskudną dietę, byliśmy okropnie niedożywieni, przywykaliśmy więc
do chorób. Drobne skaleczenie szybko zamieniało się w ropiejącą, niegojącą się
ranę, co prowadziło nawet do zakażenia krwi. Takie problemy dręczyły nas podczas
całej kampanii. Sanitariuszy było niewielu, a zresztą i tak przeprowadzali jedyną
jaką mogli kurację: zerwanie strupa i trzymanie kciuków za wyzdrowienie. Do dziś,
po siedemdziesięciu latach, mam blizny na przedramionach.
Warunki higieniczne były fatalne – nietrudno sobie wyobrazić roje much.
Regularnie dostawaliśmy rozwolnienia, a biegunka na pustyni to nic wesołego.
Pójście za potrzebą już samo w sobie było niełatwą sztuką. Trzeba było wykopać
dołek i kucnąć nad nim. Nie mijało nawet pięć sekund, a tyłek atakowały latające
żuki gnojaki. Były precyzyjniejsze od przeciętnego Stukasa, ale taki Stukas zrzucał
bomby i znikał. Żuczki leciały prosto w kołyszącą się tylną część ciała. Taki sposób
lądowania lubiły najbardziej. Potem spadały na piasek i z mizernej zawartości jelit
toczyły kulki, diabli wiedzą dokąd z nimi zmierzając. Jeśli przebywaliśmy gdzieś
dłużej, przygotowywaliśmy pustynną latrynę, wycinając dziurę w wieku jednej
z drewnianych skrzyń, w których dostarczano nam kanistry z paliwem. Skrzynie
miały prawie metr wysokości, więc zasiadało się na nich jak na tronie, lustrując
ruchome piaski jak włości.
Wody dostawaliśmy po cztery i pół litra na głowę, ale każdemu musiało to
wystarczyć do uzupełniania płynu w chłodnicach oraz na wszelkie inne potrzeby.
Do picia zostawało niewiele. Przywożono ją w cienkich, metalowych, pokrytych
woskiem zbiornikach, które podczas przerzucania wciąż pękały. Woda miała
posmak albo rdzy, albo wosku. Mycie było luksusem, na który w czasie walk nie
mogliśmy sobie pozwolić. Gdy sytuacja nieco się uspokajała, myliśmy możliwie
najdokładniej ręce i twarz, a potem, za pomocą pędzla do golenia,
rozprowadzaliśmy jak najmniejszą ilość wody po całym ciele. Na ogół nie
wystarczało jej na wszystko.
Byliśmy zupełnie uzależnieni od woziwody. Nigdy nie poznałem jego nazwiska –
wszyscy mówili o nim po prostu woziwoda i już. Przemierzał pustynię zdobyczną
włoską cysterną, docierając do studni w poszukiwaniu wody, zawsze samotnie.
Czasem znikał na kilka dni. Ten tajemniczy człowiek o drobnej posturze świetnie
znał pustynię. Potrafił też swobodnie porozumiewać się z beduinami po arabsku.
Życie, jakie prowadził, zmieniło go. Gdy wracał, a któryś z chłopaków siedział na
jednym z klozetów improwizowanych ze skrzyń po paliwie, wyciągał rewolwer
kalibru .38 i jeździł wokoło swoją cysterną, strzelając w deski między nogami
delikwenta. Nikt nie wiedział, dlaczego tak robi. Pomijając poniżenie wiążące się
z byciem ostrzeliwanym ze spuszczonymi spodniami, nigdy nikomu nie zrobił
krzywdy. Był stuknięty, ale wszyscy go akceptowali.
W końcu przyszedł czas na największe z dotychczasowych widowisk. Generał
Archibald Wavell postanowił z zaskoczenia zaatakować włoską pustynną fortecę.
Szczegóły oczywiście trzymano w najgłębszej tajemnicy. Każdy wiedział tylko tyle,
ile musiał, a zwykli żołnierze nie musieli wiedzieć nic. Tak to wyglądało. Nasza
rola polegała na tym, żeby pójść i nanieść na mapę włoskie pola minowe oraz inne
środki obrony wokół ich obozów, bo tylko dzięki temu czołgi na czele ataku mogły
się przedrzeć przez luki.

7 grudnia 1940 roku, pod osłoną nocy, wielkie kolumny, złożone z ludzi
i z maszyn, zajęły pozycje. Pustynna zima zaczynała dawać się we znaki, więc
żołnierze drżeli zarówno z chłodu, jak i zdenerwowania przed bitwą.
Dwa dni później, nad ranem, działa i piechotę wyprowadzono na linię ataku.
Trasę pojazdów wyznaczały lampy sztormowe zasłonięte od strony wroga
rozciętymi kanistrami po benzynie. Żołnierze byli tak blisko, że mogli poczuć
aromat kawy i inne kuchenne zapachy dolatujące z włoskich obozów. O siódmej
rano nasze działa otworzyły potężny ogień zaporowy, a potem rozpoczął się atak
na pozycje nieprzyjaciela. Włoskie czołgi, wyposażone w bardzo cienkie pancerze,
okazały się bezużyteczne. W ciągu pierwszych piętnastu minut rozwaliliśmy
dwadzieścia trzy sztuki, a potem zdobyliśmy jeszcze trzydzieści pięć i wzięliśmy
dwa tysiące jeńców, tracąc pięćdziesięciu sześciu ludzi. Smutna wojenna statystyka
pozwalała uznać to za dobry początek.
Odniesienie tak wielkiego sukcesu umożliwiły informacje zebrane przez nasze
nocne patrole. Niektórzy z oficerów zaczęli podawać liczbę jeńców w akrach, a nie
w tysiącach. Sądząc po dokumentach, które potem widziałem, wyższe szarże
zaczęły wkrótce przesyłać do siebie depesze z gratulacjami. Nie przypominam
sobie jednak ani jednego „dziękuję” skierowanego do chłopaków na pustyni
w trakcie całego mojego udziału w walkach. Pewnie dowództwo nie odczuwało
takiej potrzeby.
Pośród włoskich jeńców 2RB znalazł bardzo dobrego kucharza. Nasi oficerowie
zabrali go ukradkiem i zaprzęgli do pracy w kuchni swojej kantyny jako „strzelca
Antonia”. Przetrwał tam cztery tygodnie, zanim ktokolwiek z wyższych stopniem
dowiedział się o tym, choć przecież podczas nalotów nieraz chował się w schronie
z pułkownikami.
Zdobyliśmy Sidi Barrani, smagany wiatrem fort ze zrujnowanym murem
i kilkoma chatkami, gdzie, jak chełpił się Duce, Włosi uruchomili tramwaje. To
było 10 grudnia i w ciągu dwudziestu czterech godzin pustynia uczciła tę nowinę
potężną burzą piaskową.
Nie wszystko szło tak, jak planowaliśmy. Włoskie lotnictwo miało zwyczaj
psucia nam zabawy, więc gdy tylko w pobliżu pojawił się samolot zwiadowczy,
zarządzano wzruszanie pustyni. Oddalaliśmy się na bezpieczną odległość od
naszych głównych sił i jeździliśmy chaotycznie, jak wariaci, zostawiając krzyżujące
się ślady. Kłęby kurzu wzbijane przez nasze pojazdy stwarzały wrażenie obecności
znacznie większego wojska. Twarze pokrywał nam pył, mieliśmy go też pełno
w ustach. Potem wycofywaliśmy się i czekaliśmy, aż przybędzie latający cyrk
i zacznie bombardować opustoszały teren. Zazwyczaj dawali się nabrać.
Nie zawsze jednak się udawało. Kiedyś czekaliśmy w odwodzie, gdy nad nami
zawył włoski myśliwiec. Wkrótce nadleciał kolejny. Czasu na ucieczkę zabrakło,
runąłem więc na ziemię. Do ust dostało mi się pełno piasku. Miałem nadzieję, że
pilot wypił dużo kawy. Naliczyłem około tuzina CR42, brzydkich dwupłatowców
o wąskich kadłubach. Ale naprawdę obawiałem się wielkich bombowców Savoia.
I wkrótce pojawiły się nad nami te ociężałe bestie ekstrawagancko wyposażone
w trzy silniki. Ziemią wstrząsnęły pierwsze wybuchy, tym razem jednak bomby nie
trafiły w cel. Zanim byli w stanie ponowić próbę, nadciągnęła odsiecz.
Nieprzyjaciel miał znacznie więcej samolotów niż my, ale nad nami pojawiły się
myśliwce Hurricane – właśnie przysłane z kraju, by zastąpić stare dwupłatowce
Gladiator. Rozpoczął się podniebny pościg i wkrótce znowu pozostaliśmy sami na
pustyni.
Powrócili trzy dni później, o jedenastej. Tym razem było dziesięć bombowców
Savoia i żadnego Hurricane’a. Padliśmy na ziemię. Jedna z bomb spadła do małego
zagłębienia w pofałdowanej pustyni, niecałe trzydzieści metrów ode mnie.
Wstaliśmy, gdy niebo się oczyściło. Z zamieszania, które zapanowało,
wywnioskowałem, że ktoś oberwał. Okazało się, że to Jumbo Meads, uroczy gość,
lubiany sierżant, bardzo wysoki i przystojny blondyn, wcale nieprzypominający
przeciętnego, złośliwego podoficera. Boleśnie odczuliśmy stratę, ale nie mogliśmy
pogrążać się w smutku. Na to zawsze brakowało czasu.
Bombowce Savoia były dla nas utrapieniem, zwłaszcza nocą, kiedy, latając na
zmianę, zrzucały po jednej bombie, zakłócając nam sen. Właśnie dlatego sypiałem
pod transporterem.
Wkrótce potem przez cały dzień woziłem podporucznika Merlina Montagu
Douglasa Scotta, wnuka księcia Buccleuch, spokrewnionego z rodziną królewską,
znakomitego oficera, skrupulatnego i pedantycznego. Pojechaliśmy na przełęcz
Halfaja i do As-Sallum, żeby sprawdzić, czy nie ma tam wroga. Montagu Douglas
Scott lubił odrobinę za bardzo zbliżać się do przeciwnika. Kilka dni wcześniej obrał
tę samą trasę, jadąc przez sam środek niesionej przez chamsin burzy piaskowej,
przy niemal zerowej widoczności – chciał zobaczyć, czy Włosi nadal zajmują duży
obóz przy Halfway House, na szczycie skarpy. By się tego dowiedzieć, siedział
ukryty w wirującym piasku. Obóz, wyglądający na opuszczony, otaczał niski,
kamienny murek. Wszędzie można było dostrzec płytkie okopy z płóciennymi
przykryciami i ułożonymi dla ochrony stosami kamieni. Musieli wiać stamtąd
w pośpiechu. W małych ziemiankach zostały butelki, łóżka polowe, listy, zdjęcia –
najróżniejsze rzeczy. Wiatr kołysał dwiema wieżami obserwacyjnymi. W szalejącej
burzy podporucznik słyszał tylko skrzypienie i łopot płótna.
Wtedy dostał przez radio nowe rozkazy. Włosi, którzy wycofali się z obozu,
znajdowali się kilka kilometrów dalej. Popędził za nimi ze swoimi czterema
transporterami, łapiąc po drodze coraz więcej włoskich maruderów. W końcu był
w stanie tylko zabierać im broń, a ich samych zostawiał przy drodze. Wkrótce
natrafił na porzucone ciężarówki, bez paliwa, z poprzebijanymi oponami. Siła
chamsinu wciąż narastała, w powietrzu unosiło się pełno czerwonawego piasku. Po
szesnastu kilometrach coś ciemnego zamajaczyło we mgle – dwie włoskie
ciężarówki holujące działa, otoczone przez około trzydziestu ludzi. Większość
z nich podporucznik wziął do niewoli, a wtedy chamsin wreszcie ucichł, ukazując
mu ostatnią rzecz, jaką chciał zobaczyć. Natknął się bowiem na cały włoski
garnizon – setki żołnierzy i pojazdów rozciągniętych w długą kolumnę. Wszyscy
zaczęli strzelać z bardzo bliska i Montagu Douglas Scott musiał zarządzić
pospieszny odwrót.
I tym razem zbliżyliśmy się trochę za bardzo. Widzieliśmy nieprzyjacielskie
ciężarówki i motocykle, pojawiające się co chwila w alejkach niewielkiego portu
As-Sallum. Wysoko, na szczycie skarpy, mogliśmy dostrzec włoską artylerię. Kiedy
zbliżaliśmy się do ciężarówek, działa otworzyły do nas ogień. Musieliśmy zwiewać
co sił.
Montagu Douglas Scott był dziwnym człowiekiem. Nigdy nic mu nie umykało.
W samym środku zamieszania powiedział nam, jak bardzo imponuje mu sposób,
w jaki Włosi budują swoje pustynne drogi. Wyciągnął nas z tarapatów. Poczuliśmy
wielką ulgę, kiedy zapadła ciemność, a my wróciliśmy na pustynię, żeby rozbić na
noc obóz.
Nie robiła na mnie wrażenia otoczka towarzysząca wyższym rangą, wiedziałem
też, że umiałbym poradzić sobie lepiej niż niektórzy zawodowi. Poznałem już
jednego takiego, który moim zdaniem nie zasługiwał, aby być kapitanem.
W tamtych dniach awansowało się na miejsca tych, którzy zginęli. Ale zwykli
chłopcy nie mieli na to szans. To nie było w porządku. Mnie mianowano pełniącym
obowiązki kaprala za umiejętności strzeleckie i tak właśnie być powinno.
Zmorą mojego życia okazał się sierżant Endean. Dla takich jak my, rekrutów,
miał niewiele czasu. Był zawodowym żołnierzem i traktował nas, jakbyśmy
przyszli prosto z cywila. To prawda, niektórzy byli zupełnie nowi. Wobec takich
było wtedy sporo uprzedzeń, a zawodowcy pokroju sierżanta nie dostrzegali
u innych żadnych mocnych stron.
Którejś nocy mieliśmy przemieścić się pod osłoną ciemności. Byłem dowódcą.
Usiadłem obok kierowcy, sześciu chłopaków wlazło na tył i ruszyliśmy przez
wyboistą pustynię. Kierowca omijał skały i usiłował przebić wzrokiem noc, żeby
uniknąć najgorszego i nie stracić z oczu pojazdu przed nami. Nagle usłyszeliśmy
dochodzący spod pojazdu głuchy odgłos. Zatrzymaliśmy się. Wysiadłem
i zajrzałem pod spód. Rozwaliliśmy miskę olejową i czekał nas dłuższy postój.
Pozostaliśmy niemal bezbronni, bez żadnej osłony, a kompania jechała dalej.
Musieliśmy zadbać o siebie sami.
Ustaliłem warty, byśmy mogli odpocząć. Rano zarządziłem napoczęcie żelaznych
racji herbaty, żeby się napić czegoś ciepłego i trochę odtajać. Dzięki słońcu
i odrobinie ciepła udało się uruchomić transporter, ale nie ujechaliśmy zbyt daleko,
kiedy z góry posłyszeliśmy złowrogi warkot samolotów – nisko sunęło kilka
bombowców Savoia. Z braku osłony przeciwlotniczej byliśmy zdani sami na siebie.
Chwyciłem powierzonego mi Thompsona i wystrzelałem niemal cały magazynek.
Nawet z tak niewielkiej odległości nie przyniosło to żadnego skutku. Ten pistolet do
niczego się nie nadawał. Padliśmy na ziemię, na szczęście bomby eksplodowały
daleko. Po tym jednym przelocie niebo opustoszało, a ja zacząłem oddychać nieco
swobodniej. Tego dnia Włosi mieli najwyraźniej lepsze cele.
Znowu wyruszyliśmy i w końcu dołączyliśmy do kompanii. W grupie czuliśmy
się bezpieczniej. Natychmiast odszukałem sierżanta Endeana i poprosiłem o zgodę
na uzupełnienie żelaznych racji herbaty z zapasów. Myślałem, że to będzie
formalność. Chłopcy zmarzli, tkwili przez noc na pustyni i musieli się rozgrzać.
Podjąłem decyzję – w dodatku słuszną. Endean odmówił.
Uznał, że złamałem przepisy, i od pierwszej chwili zachowywał się agresywnie.
Ponosiło mnie nieraz i w lepszych czasach, ale teraz małostkowości znieść nie
mogłem. Miałem tego dość. Sam sierżant trzymał się na dystans, chowając się za
siatką maskującą. Wiedział, że mógłbym go uderzyć, nie patrząc na to, że jest
podoficerem. Byłem wściekły, ale powiedziałem mu tylko, że jego rodzice nie
powinni byli się pobierać, i na tym poprzestałem. Rozkaz wydałem w interesie
ludzi, a to był, na litość boską, kubek herbaty, a nie żadna uczta.
Wiedziałem, że się odegra, i długo nie musiałem czekać. Ponieważ
spodziewaliśmy się ataku o świcie, rozlokowaliśmy się wcześnie. Ustawiłem warty
jak zwykle, choć od kilku dni cierpiałem na dyzenterię. Zdołałem się jednak jakoś
zmobilizować. Byłem w strasznym stanie i z bólu padłem z powrotem na moje
posłanie. Właśnie wstawałem, gdy zjawił się Endean. Oskarżył mnie o opieszałość
i natychmiast podał do raportu. Chociaż wypełniłem rozkazy i warta została
wystawiona, nie miało to znaczenia. To nic że chorego, ale mnie dopadł.
Wkrótce odbyło się postępowanie dyscyplinarne. Wściekłość nie pozwoliła mi
prosić o złagodzenie kary. Nie mogłem zresztą zaprzeczyć. Wiedziałem dobrze,
o co chodzi – sprawa nie miała nic wspólnego ze sfingowanym zarzutem.
Siedziałem na posłaniu, bo byłem chory, to proste. Nie chciałem się ani bronić, ani
przed nimi jęczeć. Wiedziałem, że mnie zdegradują. Zabrali mi belkę i straciłem
szanse na awans.
Pogodziłem się z tym, ale choć minęło tyle lat, nadal jest mi przykro.
Sprawiedliwość wiele dla mnie znaczy i nigdy bym z niej nie zrezygnował, nawet
za stopień oficerski. Wiedziałem też, że na pustyni nie ma miejsca na chowanie
urazy. Najważniejsze, bym mógł polegać na chłopakach walczących obok, a oni na
mnie. Jakoś przetrawiłem całą tę sprawę, ale do dziś mnie boli.

W ciągu kilku następnych dni przegoniliśmy Włochów z Egiptu. Wycofali się na


zachód, w głąb Libii, do dwóch portów morskich z silnymi umocnieniami.
Pierwszym była Bardija, niedaleko przełęczy Halfaja. O drugim, oddalonym sto
dwadzieścia kilometrów na zachód, ledwo słyszeliśmy. Nazywał się Tobruk.
Zadanie obrony Bardiji Mussolini powierzył barwnemu generałowi Annibale
Bergonzolemu, nazywanemu przez Włochów „Barba elettrica”, „Elektryczna
Broda”, z powodu niezwykłej, rozwidlonej rudej brody. My mieliśmy dla niego
nieco mniej szacunku i mówiliśmy o nim „Elektryczne Wąsiki”. Bergonzoli,
zgodnie z rozkazem Mussoliniego, miał się bronić do ostatniego człowieka.
Rozkazu nie wykonał.
Bardija leżała w małej zatoczce otoczonej stromymi klifami. Włoski garnizon
rozłożył się wokół niej trzydziestokilometrowym łukiem. Przez dwa dni
ostrzeliwała ich marynarka i bombardował RAF, a potem, 3 stycznia 1941 roku,
rozpoczął się szturm. Naszym zadaniem było wsunięcie się za Włochów,
upozorowanie głównego uderzenia z przeciwnej strony i zablokowanie ucieczki.
Prowadziliśmy już obławę po ataku na pozycję nieprzyjacielskiej artylerii, kiedy
w piasku obok ciała martwego włoskiego żołnierza, leżącego twarzą do ziemi,
zobaczyłem dziwne ślady, jakby pazurów. Czując, że uchodzi z niego życie,
żołnierz próbował coś ukryć, zagrzebać jakiś przedmiot. Coś tam błyszczało. Broń,
mina pułapka? Zbliżyłem się ostrożnie w poszukiwaniu odpowiedzi. To nie był
metal. Słońce połyskiwało na wypolerowanej skórze. Odgarnąłem piasek
i zobaczyłem wąski futerał, długi na jakieś półtora metra. W środku znajdował się
piękny sztandar ze złotego jedwabiu, zdemontowany, by można go było dla
bezpieczeństwa zrolować. Do drzewca, zwieńczonego ozdobnym orłem, mocowały
go złote szpilki. W ostatnich chwilach życia ten włoski artylerzysta nie chciał
dopuścić, by sztandar wpadł w ręce nieprzyjaciela. Zostawiłem go, zagrzebanego
w piaskach pustyni, przy żołnierzu.
Kilka miesięcy później zobaczyłem stare zdjęcie papieża w ceremonialnym
stroju, który coś błogosławił. Był to taki sam kapiący od złota sztandar z orłem na
czubku.
Bardija padła. Włosi skapitulowali niemal do ostatniego. Podobno wzięliśmy sto
tysięcy jeńców. Ostatnim, który zdołał się wymknąć, był generał „Elektryczne
Wąsiki”.

Przyszedł czas na Tobruk, gdzie mieliśmy zrobić to samo, co w Bardiji.


Postawiono przed nami zadanie zapoznania się z włoską obroną na zewnątrz portu.
Wiązało się to z ciągłymi nocnymi patrolami, często kończącymi się strzelaniną
w ciemnościach.
Przy tej okazji po raz pierwszy dowiedziałem się, co to znaczy wejść głęboko na
teren przeciwnika. Do jednej z włoskich pozycji zbliżyliśmy się w środku nocy.
Podejrzewaliśmy, że stoją tam wielkie działa, nieznane nam jednak były
zabezpieczenia obozu, a ostatnią rzeczą, której życzyli sobie atakujący chłopcy,
było wpaść na coś paskudnego. Zwiad rozpoczął się jak zwykle: od wzajemnego
sobą potrząsania i sprawdzania, czy nic nie będzie hałasować.
Przycupnęliśmy w ciemnościach. Dowódca zadecydował, że tylko my dwaj
wejdziemy do obozu – reszta zaczeka na zewnątrz i gdybyśmy musieli pospiesznie
uciekać, da nam możliwie najlepszą osłonę. Przy takich posunięciach wzrastało
ryzyko zderzenia się z własnymi kumplami i wykorzystywaliśmy „klikacz”, żeby
się wzajemnie rozpoznawać. „Klikacz”, czyli mały kawałek metalu, klikający po
naciśnięciu, dający znać, że to nasz człowiek.
Zewnętrzne linie obrony Włochów składały się z dwóch lub trzech stanowisk
karabinów maszynowych po każdej stronie, ukrytych za prostymi murkami
z kamieni. Były dość poważnie narażone na atak. Umiejscowione na pustyni, przez
co w zasadzie bezbronne, ale za to położone na odległość głosu od pozostałych
umocnień. Wystarczyłby jeden krzyk, a na nasze głowy posypałby się grad
pocisków i z pewnością nie wrócilibyśmy na śniadanie.
Dowódca gestem dał znak i zaczęliśmy się czołgać, nasłuchując w mroku
włoskich szeptów. Dość często zdarzało się, że tak wysunięci wartownicy spali, ale
tej nocy rozmawiali, niezbyt zwracając uwagę na otoczenie. Wystarczyłoby jednak
kaszlnięcie, potrącenie kamienia, by usiedli i zaczęli się rozglądać. Z położonego
opodal obozu płynęła przez pustynię muzyka z gramofonu. Po następnych
pięćdziesięciu metrach zacząłem dostrzegać kolejne kamienne umocnienia
w kształcie półokręgu, osłaniające cięższe karabiny maszynowe, które miały
poszatkować nacierających piechurów na kawałki.
Coś się poruszyło tam, gdzie był najbliższy sangar. Czyżby nas usłyszeli?
Zamarliśmy, wtulając głowy w piasek. Czułem ucisk w piersiach, ledwo ważyłem
się oddychać. Jednak po chwili ruszyliśmy przed siebie, zapamiętując po drodze
układ bazy. Wciąż czołgając się, dotarliśmy do głównego wewnętrznego obozu.
Trzeba było przejść przez niski mur – szukając odpowiedniego miejsca,
wybraliśmy punkt między dwoma najbliższymi karabinami maszynowymi.
Prześlizgnęliśmy się tam na brzuchach.
Przed nami widniało wielkie działo, jedna z naprowadzanych armat, które
potrafiły połączyć się ze źródłem sygnałów radiowych, wystrzelić wielki pocisk
i trafić w konserwę wołową. Brzmi to groźnie, a pamiętajmy, że wówczas nie było
jeszcze komputerów. To była prymitywna technologia.
W środkowym obozie znajdowały się jeszcze dwa gniazda karabinów
maszynowych, którymi, będąc wewnątrz, mniej się przejmowałem. Dobrze
odnalazłem się w sytuacji. Miałem wyczulone wszystkie zmysły, serce waliło mi
jak szalone, ale panowałem nad sobą. Pustynna edukacja zrobiła swoje. Nie
poddawałem się strachowi, który mógłby wpłynąć na moją ocenę sytuacji.
Wiedziałem, że jeśli Włosi podniosą alarm, tylko ogniem utorujemy sobie drogę
na zewnątrz.
Między namiotami chodzili ludzie. Czuli się bezpiecznie. Z namiotów oficerskich
dolatywał aromat cygar, z kuchni – zapach czosnku, i wydawało mi się, że
wyczułem też wodę kolońską. Teraz rozmowy były głośniejsze, rozbrzmiewały nad
całym obozem. We włoskim wojsku oficerowie zawsze bardzo wyróżniali się
wśród zwykłych żołnierzy. Ci tutaj byli oficerami najwyraźniej wiernymi tej
zasadzie. Dochodziły do nas jednak także i takie dźwięki, których już od pewnego
czasu nie słyszałem: między grubszymi głosami dosłyszałem kobiece śmiechy. Nie
wiem, czy to były prostytutki, czy inne kobiety, ale że były tam – nie mam żadnych
wątpliwości. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby nieźle się bawili.
W zasadzie powinniśmy już wracać i to tą samą drogą, którą przyszliśmy. Jak na
mój gust trochę za dużo się tam działo. Im głębiej wchodziliśmy w obóz, tym
bardziej angażowaliśmy się w akcję. Wtedy ktoś, tuż obok nas, odchylił połę
namiotu, wypuszczając na zewnątrz snop światła. Choć nadal kryliśmy się w cieniu,
nie pozostawało nam nic innego, jak po prostu iść przed siebie, by wydostać się
z obozu. Natychmiast to pojęliśmy. Żołnierze obu armii wyglądali tak samo
nędznie, a identyfikacja, kto jest kim, nie była łatwa w ciemnościach – nawet mimo
tego, że mieliśmy na głowach brązowe, wełniane czapki. Włosi nosili bowiem
najróżniejsze rzeczy – w jednym ze zdobytych obozów znaleźliśmy nawet siatki na
włosy. W Rzymie to pewnie był szczyt mody, ale my mieliśmy niezły ubaw.
Nie było wyboru. Wstaliśmy i nie oglądając się w lewo czy w prawo, panując nad
sobą jak tylko się dało, przeszliśmy powoli obok namiotów przez wewnętrzny
obóz, aż wreszcie znowu znaleźliśmy się w cieniu i mogliśmy wyjść drugą stroną.
We włoskiej bazie znajdowało się w sumie około dwustu ludzi, a my przeszliśmy
przez sam jej środek i nikt nas nie zaczepił. Dopiero wtedy zauważyłem, że
dowódca miał włączoną latarkę, która przez cały ten czas świeciła mu w kieszeni.
Właśnie tak wyglądał nasz codzienny rytm: nocne patrole, potem sen – ile się da,
bo możliwe, że z nastaniem kolejnej nocy znowu cię gdzieś wyślą. Podczas nocnych
patroli nie zawsze wszystko szło gładko – ja również miałem niedługo potem
nieprzyjemne zdarzenie. Zaczęło się od lekkiego skaleczenia w przedramię. Nie
chciało się goić. Choć rękę miałem zabandażowaną, piasek dostawał się wszędzie,
jątrząc ranę. Bandaż nie wystawał jednak spod rękawa munduru – jeżeli tylko
światło księżyca nie ujawniało bieli opatrunku, mogłem chodzić na patrole.
Pewnej nocy kazano nam wziąć jeńców w oddalonym posterunku. Gdyby udało
się ich nakłonić do wyśpiewania tego i owego, uzyskane informacje byłyby
bezcenne podczas ataku. Rozstawiliśmy się szeroko, więc tak naprawdę byłem sam.
Usłyszawszy niedaleko pojedyncze kliknięcie, zrozumiałem, że któremuś
z chłopaków puszczają nerwy.
Zszedłem do głębokiego na półtora do dwóch metrów uedu i kręciłem się w nim,
wybierając punkt obserwacyjny. Podczas nocnych patroli wiedza to potęga. Musisz
wiedzieć co i jak, zanim wykonasz ruch.
Przeszedłem spory kawałek żlebem i powoli zacząłem się wspinać, uważając,
żeby nie obruszyć żadnego kamienia. Nagle posłyszałem jakiś dźwięk
i zatrzymałem się, przypierając ciało do brzegu wąskiego jaru. Doszedł do mnie
stukot obcasów na kamienistym gruncie. Ktoś tam był. Usłyszałem, jak robi kolejny
krok w stronę krawędzi uedu, a potem zobaczyłem, że to włoski wartownik,
gapiący się w ciemność. Patrzył wprawdzie w moją stronę, ale niczego nie widział,
a przynajmniej taką miałem nadzieję. Byłem tuż pod nim i trzymałem palec na
spuście rewolweru. Celowałem we Włocha i z tej odległości nie mogłem chybić,
ale wiedziałem, że strzał obudziłby cały obóz i w mgnieniu oka zrobiliby z nas
sieczkę.
Przychodziły mi do głowy różne rozwiązania, ale wszystkie wiodły do
katastrofy. Mogłem się wspiąć i użyć noża, ale on nie stałby tam grzecznie, patrząc,
jak się gramolę. Na tyle, na ile znałem obyczaje Włochów, mogli wyjść cichaczem
na papierosa całym plutonem. Zostałem w końcu na miejscu. Pociągnąłbym za
spust, gdyby choć pisnął, ale to mogło oznaczać strzelaninę z bliskiej odległości.
Wciąż ukryty w ciemnościach uedu, przesunąłem odrobinę rękę i zobaczyłem, że
Włoch sztywnieje. Natychmiast zrozumiałem, że odsłoniłem skraj białego bandaża
na przegubie dłoni. „Cholera – pomyślałem. – Czy strzelać i próbować prysnąć?”
Nie widziałem twarzy tego człowieka w ciemnościach, ale obaj znaleźliśmy się
w śmiertelnym niebezpieczeństwie. On też o tym wiedział. Uniesienie do strzału
trzymanego przy boku karabinu zajęłoby mu co najmniej sekundę, w czasie której
zdołałbym pociągnąć za spust i zacząć uciekać uedem, nim on zdążyłby upaść na
ziemię. Tylko zamarł w bezruchu, prawie nie oddychając. Obaj znaleźliśmy się
w pułapce.
Do tej pory w każdej ryzykownej sytuacji na pustyni mówiłem sobie, że za wiele
rozmyślań to strata czasu, a strata czasu to kulka. Nie trzeba myśleć, lecz działać.
Taka była moja mantra przetrwania. Tym razem instynkt podpowiedział mi, że
należy pozostać w bezruchu.
Czekałem. Mijały sekundy, a on nie podnosił alarmu. Zamiast tego spojrzał
w lewo, potem w prawo i powoli zrobił krok do tyłu, po czym odwrócił się
i odszedł, znikając mi z oczu. Opuściłem się z powrotem na dno rozpadliny
i pośpiesznie wróciłem do reszty plutonu. Wiedziałem, że mnie widział i może
prędzej czy później zaalarmować swoich – beznadziejnie się skompromitowaliśmy.
Umknęliśmy w ciemność.
Na tym patrolu pojmaliśmy czterech jeńców – jednego z nich sam złapałem,
a było to dziecinnie proste. Szedł sobie samotnie, nieświadomy, kto idzie obok. Jak
na Włocha był wysoki i pomimo panujących ciemności zorientowałem się, że jest
starannie ogolony. Na głowie miał szarobłękitną furażerkę. Musiałem go
zaskoczyć, a to oznaczało podkradanie się, dopóki nie nastąpi odpowiedni moment.
Wziąłem rewolwer w prawą dłoń i skoczyłem na Włocha od tyłu, wykręcając mu
prawą rękę. Dziabnąłem go lufą pod żebra i szybko się cofnąłem, na wypadek
gdyby się odwrócił. Przerażenie w jego oczach świadczyło, że zrozumiał moje
intencje.
Nie szarpał się, nie musiałem nic mówić. Wiedział, że gra się skończyła,
i siedział cicho. W tym momencie dopiero mogą zacząć się kłopoty. Kiedy minie
początkowy szok, a jeniec zorientuje się, że nie od razu straci życie, to, o ile jest
w nim coś z prawdziwego żołnierza, szuka sposobu, żeby odwrócić kartę na swoją
korzyść. Miałem szczęście. Mój jeniec skamieniał i pozostał w tym stanie do chwili
przekazania. Wtedy mogłem wreszcie uderzyć w kimono.
Każdy patrol stawał się batalią o przetrwanie. Wbrew temu, co sądzono, nie
wszyscy Włosi byli mięczakami i każda potyczka z nimi mogła sprowadzić się do
alternatywy: zabić lub zostać zabitym. Ja koncentrowałem się na tym, by zachować
zimną krew. Czasami dostawaliśmy pocztę z domu. Listy docierały do nas pomięte
i zakurzone. Chłopcy przepychali się, żeby je dostać, a potem w zamyśleniu kładli
się przy kole którejś ciężarówki i czytali z uśmiechem przywoływanym przez
wspomnienia z domu.
Nie potrafiłem zachowywać się tak samo. Dom to było przytulne, cywilizowane
miejsce, a tu, gdzie znalazłem się teraz, brakowało cywilizacji. Zerkałem na listy od
matki i odkładałem je nieprzeczytane. Kiedy mówisz jakimś językiem, myślisz
w tym języku. Moja matka, niech Bóg ją błogosławi, mówiła językiem domu, który
nie należał do pustyni, więc żeby się bronić, nie czytałem listów od niej. Osłabiłyby
moją determinację i sprawiły, że miałbym mniejsze szanse, by przetrwać. Chodziło
o milisekundy, ale w ciągu takiego czasu można dać się zabić. Coraz bardziej
zamykałem się w sobie. Wszyscy to zresztą robiliśmy, choć każdy inaczej. Woziłem
cały czas wielki plik tych listów i nie przeczytałem żadnego z nich, dopóki znowu
nie znalazłem się w Kairze.
To, co zdarzyło się na jednym z patroli, miałem zapamiętać na zawsze.
Najgorsze, że dziś, po siedemdziesięciu latach, nie potrafię sobie dokładnie
przypomnieć, gdzie wtedy byliśmy i co robiliśmy, ale wyraźnie czuję wszystko, co
się działo. Czuję to nawet w tej chwili. Patrole stawały się rutyną, każdy
rozpoczynał się jak poprzedni i kończył tak, że rzucaliśmy się na posłania tuż przed
świtem. Wiem, że robiliśmy rozpoznanie terenu gdzieś na obrzeżach Tobruku. To
był spory obóz, dobrze przygotowany do obrony, i obawiałem się tam
niespodzianek.
Miałem zwyczaj zabierać nóż na patrole. Nie była to standardowa, przydziałowa
broń, za to się przydawała. Dość szybko zacząłem posługiwać się nożem,
równocześnie z dziewięciomilimetrową Berettą, którą odebrałem wziętemu do
niewoli włoskiemu oficerowi. Nosiłem ją w małej kaburze pod pachą, natomiast
nóż w pochwie, którą sam zrobiłem. Miał zaledwie piętnaście centymetrów
długości, ale był zaostrzony z obu stron i miał szpic ostry jak igła. Usunąłem
rękojeść, żeby lepiej leżał w dłoni. Wiedziałem, jak się nim posługiwać. Noża
nigdy nie trzyma się w zaciśniętej pięści i nie dźga się nim z góry jak hollywoodzki
morderca. Jeśli tak zrobisz, już po tobie. Zanim podniesiesz nóż, pewnie sam
dostaniesz w bebechy. Bojowy nóż powinien być skierowany w górę, z głowicą
wciśniętą w dłoń i kciukiem płasko ułożonym na ostrzu.
Pluton rozproszył się po obozie – dostaliśmy różne zadania. Nie cierpiałem
patroli, na których tak bardzo oddalaliśmy się od siebie. Pozostawałeś wtedy
naprawdę sam. Wiedziałem, że jeśli wpadnę w tarapaty, będę musiał sobie poradzić
szybko i cicho, bo strzały obudziłyby cały obóz. Nie miałem zamiaru wylądować
w płytkim grobie, z twarzą przysypaną piaskiem.
Przycupnąłem przy zewnętrznych liniach obrony i wtedy go zobaczyłem. Stał
w cieniu, kilka metrów ode mnie. Poza ciemnością nocy nie miałem żadnej innej
osłony, ale on jeszcze mnie nie zauważył. Wiedziałem, że jest źle, bardzo źle. Mógł
mnie dostrzec w każdej chwili, a wtedy zaczęłaby się strzelanina. Gdybym podjął
złą decyzję, byłoby po mnie. Wziąłem nóż do ręki. Rozległ się jakiś dźwięk.
Poruszył się i dojrzał mnie. Wyskoczyłem na niego z ciemności, wbijając mu
ostrze pod żebra. Osunął się cicho. Przez chwilę czułem jego ciężar na rękach, po
czym opadł na ziemię i tam pozostał.
Najpierw poczułem ulgę. Mógł mnie zabić, a jednak przeżyłem. Mimo szkolenia
w walce na bagnety, które przeszedłem w kraju, nie byłem jednak na coś takiego
przygotowany. Wrzaski, krzyki i agresja miały sprawić, że zrobi się to bez
zastanowienia. Tu sytuacja wyglądała inaczej – w ciszy, w cieniu, no i to uczucie,
gdy jego ciało osuwało się na mnie. Ja albo on. Taka jest ta cholerna wojna.
Człowiek ciągle szuka usprawiedliwienia sam dla siebie.
Wtedy pomyślałem po prostu, że mi się udało; żyję. Chciałem szybko wrócić na
pustynię, dołączyć do reszty patrolu. Dzięki mnie operacja nie zakończyła się klapą.
Złożyłem meldunek. Nikt mi nawet nie podziękował.
To był jedyny człowiek, którego zabiłem własnymi rękami. Bardzo mną to
wstrząsnęło. O czymś takim się nie zapomina, nigdy. Pamięć tkwi w umyśle,
a uczucia przenikają całe ciało. Uczucia z tamtej nocy są ze mną przez ostatnie
siedem dekad.
Rozdział 4

Przygotowywaliśmy się do ataku na Tobruk, nocą nękając nieprzyjaciela ogniem


z Brenów. Ostrzał prowadzony przez marynarkę miał rozmiękczyć Włochów. Nie
było jeszcze zupełnie ciemno, gdy zaparkowaliśmy transportery. Po jednej stronie
drogi wznosił się klif, wysoki na około piętnaście metrów, po drugiej mogliśmy
dojrzeć Morze Śródziemne.
Na wojnie nie da się przecenić instynktu. I zazwyczaj dobrze jest się nim
kierować. Ponieważ opanowało mnie dziwne przeczucie, zaproponowałem,
żebyśmy podjechali kawałek dalej. Kilka minut później rozległ się ogłuszający huk,
a przez transportery oraz wszystkich w nich się znajdujących przeszły fale
uderzeniowe. Wokół rozbrzmiewał dudniący dźwięk, odbijający się od skał, a nasze
uszy wypełniał pisk, który słyszy się po wybuchu. To, co mówiliśmy, nie nadaje się
do powtórzenia. Królewska Marynarka Wojenna potrafiła zadawać niszczycielskie
ciosy i lepiej było nie stawać jej na drodze. Pierwszy pocisk spadł tuż obok miejsca,
w którym znajdowaliśmy się przed chwilą.
W innej sytuacji powiedziałbym, że nieważne ile zabrakło, ważne, że nas nie
trafili. Ale to był dopiero pierwszy pocisk, a ostrzału marynarki nie powinno się
doświadczać z bliska. Zanim jeszcze opadł kurz, wrzuciłem bieg w transporterze
i ruszyliśmy. Całe szczęście, bo kolejny pocisk naszych uderzył w skałę tuż za
nami. Nie zatrzymaliśmy się.
Atak rozpoczął się wczesnym rankiem. Australijczycy ruszyli na linie obronne
od południa. Z nadbrzeży unosił się gęsty, czarny dym – to Włosi podpalili
zbiorniki z ropą. Ich krążownik „San Giorgio” stał w porcie, poważnie uszkodzony
przez RAF; osadzili go na brzegu i także podpalili.
Tom Bird, jeden z naszych oficerów, przedarł się przez linie obronne ze złożoną
z transporterów kompanią S. Wziął dwa tysiące jeńców, zdobył mnóstwo dział oraz
– co najlepsze – zapasy włoskiej kantyny oficerskiej. Za kompanią S sunęły czołgi,
a wszędzie zaczęły się pokazywać białe flagi. W Tobruku pojmano ponad
dwadzieścia pięć tysięcy jeńców, ale „Elektrycznych Wąsików” wśród nich nie było.
Znów zdołał się wymknąć.
Choć Włosi dokonali w porcie zniszczeń co niemiara, okazało się – i to były
najlepsze wieści – że w zbiornikach zostało dużo wody do ugaszenia naszego
pragnienia.
Po wzięciu Tobruku mogliśmy powrócić do koczowniczego życia. Mniej więcej
w tym czasie poznałem jednego z naszych najlepszych oficerów, podporucznika
Mike’a Mosleya. Ta znajomość nie zaczęła się dobrze. Prowadziłem ciężarówkę,
w której był pasażerem. Trafiłem na ruchome piaski, koła bezradnie zakręciły się
w miejscu. Wkrótce nie dało się już wyjechać, zakopaliśmy się aż po osie. Mosley
nie wyglądał na zadowolonego.
– Nie zauważyłeś? – zapytał. – Co z ciebie za kierowca, Avey? Powinieneś
patrzeć, dokąd jedziesz.
Dotknęło mnie to do żywego. Nie znosiłem takich uwag. Od nikogo. Uznawałem
się za dobrego kierowcę, a przytyk był tym gorszy, że pochodził od oficera,
którego naprawdę szanowałem. Ugryzłem się w język, co niegdyś zdarzało mi się
rzadko. Nadzorowani przez Mosleya odkopywaliśmy ciężarówkę i podkładaliśmy
pod koła perforowane metalowe płyty. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę.
Zazwyczaj kierowałem transporterem karabinu Bren, bo ktoś dostrzegł, że mam
do tego dryg. To był dość szybki pojazd, dało się z niego wycisnąć prawie
sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, a choć opancerzony i o klekoczących
gąsienicach, to zwrotny – lekkie ruchy kierownicą wystarczały, by nim sterować.
Skręciłeś w lewo i zatrzymywała się lewa gąsienica, a transporter obracał się
wokół niej; skręciłeś w prawo i działo się to samo, tyle że w przeciwnym kierunku.
Nieco później stanęliśmy na zakurzonym zboczu. Długa kolumna ciężarówek
zaparkowała przy drodze biegnącej wzdłuż skarpy, przytulając się do ściany
urwiska. Po drugiej stronie teren opadał stromo, przyprawiając o mdłości.
Mike Mosley zauważył mnie w transporterze.
– Przewieź mnie wzdłuż kolumny i wróć tutaj – powiedział, wsiadając.
Stanął wyprostowany przy fotelu dowódcy. Najwyraźniej chciał być dobrze
widoczny, jakby oczekiwał, że żołnierze będą mu po drodze salutować. To była
moja szansa. Przekręciłem kluczyk i wcisnąłem guzik rozrusznika: fordowski
silnik V8 ożył. Wrzuciłem bieg i ruszyłem. Przyspieszałem bezlitośnie, a Mosley
wpatrywał się w otchłań, przyklejony do pancerza, starając się nie zwrócić
śniadania. Mając z każdej strony zaledwie po trzydzieści centymetrów zapasu,
osiągnąłem maksymalną prędkość. Nie spuszczałem oczu z wąskiej drogi, a Mosley
bladł coraz bardziej. Drobne drgnięcie kierownicy mogłoby zablokować którąś
z gąsienic i poszybowalibyśmy w powietrze. Napędziłem mu porządnego stracha.
Na końcu kolumny zawróciłem i powtórzyłem tę samą sztuczkę, choć kurz
z naszego pierwszego przejazdu jeszcze nie zdążył opaść. Wysiadając, z trudem
zdołał wykrztusić: „dziękuję”. „Trafiony, zatopiony!”, powiedziałem sobie. Później
już zawsze był bardzo uprzejmy wobec mnie.
Kompanię B, którą dowodził major wicehrabia Hugo Garmoyle, wysłano przed
resztą batalionu. Jechaliśmy za czołgami, kierując się do Bengazi, następnego
ważnego celu ofensywy. Im dalej byliśmy od morza, tym bardziej jałowy stawał się
krajobraz. Osiemdziesiąt kilometrów w głąb lądu roślinności było niewiele, a teren
– suchy i kamienisty. Tu i ówdzie widniały połacie czerwonawego, lotnego piasku,
czasem pojawiały się jakieś wzgórza i głębokie niecki, nullah, wyżłobione w ziemi
w wyniku erozji.
Cieszyłem się, bo po raz pierwszy odkąd wyruszyliśmy na te pustkowia byłem
blisko Lesa. Jako starszemu sierżantowi powierzono mu dowództwo transportera.
Robił wszystko jak trzeba i miał do mnie zaufanie. Nawet pustynne rany, wstrętne
żarcie i brak snu nie zdołały pozbawić go humoru. Dowcipkował jak zawsze.
Wieczorem 23 stycznia wyprzedzającym nas pancerniakom przytrafiło się dość
duże starcie z Włochami na drodze do Mechili. Wprost na nich wyjechało
siedemdziesiąt czołgów, rozpoczynając potyczkę. Nasi rozwalili wprawdzie
dziewięć z nich, ale sami też zapłacili wysoką cenę. Gdy tam dotarliśmy, było już
po wszystkim. Włoskie czołgi, rozbite na miazgę, walały się po pustyni. „Boże,
miej w opiece tych, którzy tam byli”, pomyślałem, patrząc na spalony włoski M13.
Pancerz wyglądał jak stopiony ser. Ci, którzy zostali w środku, po prostu się
usmażyli.
Jeden z naszych wdrapał się na taki M13, który na pierwszy rzut oka nie wydawał
się zbytnio zniszczony.
– O mój Boże, popatrzcie! Tam ktoś żyje! – krzyknął, stojąc obok wieżyczki
i trzymając rękę na krótkiej lufie. Patrzył przez właz, nie mogąc oderwać wzroku.
Przeszedłem pod lufą i też zajrzałem do środka. Nadal znajdował się tam
dowódca czołgu. Wnętrzności, ciemne i szkarłatne, rozlały mu się na kolana. Lekko
się poruszał. Nie było sensu go stamtąd wyjmować. Cierpiałby bardzo, a i tak nie
miał już długo żyć.
Na chwilę wróciłem wspomnieniami do Essex. Znów miałem siedemnaście lat
i polowałem na bażanty z ojcem oraz jego przyjaciółmi. Szliśmy z buszującymi
wokół nas w podszyciu psami. Rozkoszowałem się ciepłą pogodą i towarzystwem
dorosłych. W dali rozległ się trzepot – jeden z psów wypłoszył bażanta, który
około sto metrów od nas poderwał się do lotu. Podniosłem śrutówkę i wystrzeliłem
z lufy z czokiem dostosowanym do tej odległości. Poczułem na ramieniu odrzut.
Patrzyłem, jak ptak spada, i wiedziałem, że go zabiłem. Psy przyniosły bażanta.
Podniosłem go za pióra w ogonie i ruszyłem w stronę pozostałych, promieniejąc
dumą. Gdy do nich dotarłem, natychmiast zrozumiałem, że coś jest nie tak.
– Pewnie myślisz, że to był dobry strzał – powiedział mój ojciec.
– Tak – odparłem.
– A więc powiem ci, że nie. Z tej odległości to czysty przypadek.
Już zorientowałem się, że nie powinienem protestować.
– Z tak daleka mogłeś ptaka tylko zranić i cierpiałby potem przez wiele dni.
Zjeżdżaj z łowiska, ale już.
Ojciec zawsze uczył mnie szanować ludzi i zwierzęta, ale tak potraktowany
w obecności wszystkich uczestników polowania, poczułem upokorzenie.
Oczywiście, miał rację, ale w tamtej chwili na pewno bym tego nie przyznał.
Odwróciłem się i odszedłem zawstydzony.
Teraz, nie tak wiele lat później, stałem na włoskim czołgu, patrzyłem na
człowieka, na wroga, ale w tej chwili także na cierpiącą istotą ludzką bez szans na
przeżycie.
Na szczęście nie zobaczyłem jego twarzy. Podniosłem broń i zrobiłem to, co
uważałem za słuszne. Doniesiono na mnie i jeszcze tego samego dnia musiałem iść
na rozmowę z dowódcą. Siedział na stosie drewnianych skrzynek. Kazał mi
opowiedzieć całą historię i, jako zaprawiony w boju żołnierz, chyba mnie
zrozumiał. Zresztą więcej nie było o tym mowy.
Tej nocy postanowiłem nie spać pod transporterem i zwyczajowe, podobne do
grobu łoże z piasku wygrzebałem sobie z dala od pojazdów, ale ciągle
w bezpiecznym obrębie obozu. Sprawdziłem broń i położyłem się jak inni. Pod
pustynnym niebem zabrakło ognisk mających pokrzepić towarzyszy broni, byli
jedynie śpiący w piasku, zupełnie wykończeni ludzie.
Na pustyni zawsze spałem bardzo czujnie. Wystarczył najlżejszy nieznajomy
szmer i natychmiast zrywałem się na nogi, gotów do działania. Im więcej patroli
miałem za sobą, tym było gorzej. Wiedziałem, jak łatwo jest wkraść się
niepostrzeżenie nocą do obozu, krążyć po nim w ciemnościach, wchłaniać domowe
zapachy, a nawet słuchać O Sole Mio, śpiewane przez ludzi mających poczucie
pełnego bezpieczeństwa. Wiedziałem też, że żołnierz wchodzący nocą do wrogiego
obozu jest pobudzony, gotowy zabić, żeby uciec. Zrobi to, co ja sam zrobiłem.
Obudził mnie nieszczęsny szmer deszczu. Wierciłem się w mokrym, ciemnym
piasku, dopóki nie namacałem zimnego, gruzłowatego metalu granatów Millsa.
Dopiero wtedy zacząłem oddychać nieco swobodniej. Pod pachą nadal miałem
Berettę, a trzydziestka ósemka leżała na wyciągnięcie ręki. Gotowy na wszystko,
zapadłem z powrotem w coś w rodzaju snu, nasłuchując bębnienia deszczu
i odległego chrapania. Później obudziłem się raz jeszcze, trzęsąc się, czując
przygniatający mnie niespodziewany ciężar. Posłanie było sztywne i ledwie
mogłem się ruszać. Moje piaskowe łoże pokrył lód.
Wkrótce ruszyliśmy do Fortu Mechili. Naszym zadaniem było odciąć Włochów,
ale przybyliśmy za późno. Mieliśmy niezbyt dokładne mapy i nieprzyjaciel zdołał
znaleźć szlak, o którym nie wiedzieliśmy. Włosi z dnia na dzień opuścili
dotychczasowe pozycje, zostawiając pojazdy i zapasy. Znowu się wycofywali.
Długie podróże w transporterze nie należały do przyjemnych. Pojazd był otwarty
od góry. Siedzenie kierowcy można było opuścić podczas walki, żeby zyskać
osłonę pancerza, ale podczas normalnej jazdy kierowca pozostawał całkowicie
odsłonięty, wystawiony na uderzenia wiatru niosącego piasek. Dotarliśmy już
w pobliże Fortu Mechili, kiedy nie wiadomo skąd, nadszedł gwałtowny chamsin. Na
obiad, jak zwykle, mieliśmy dostać konserwę wołową z piaskiem.
Konwój zatrzymał się na przerwę. Zanim zdążyłem wysiąść, podszedł do nas
Eddie Richardson.
– Stary, nie wejdziesz do Shepheard Hotel, jeśli będziesz tak wyglądał –
powiedział.
Kiedy się uśmiechałem, pękała warstwa piasku przyklejona do moich policzków.
Wysiadłem, strzepnąłem obiema rękami pył ze sztywnych włosów, pociągnąłem
łyk wody o posmaku parafiny i zabrałem się do pracy. Gąsienice transportera
wymagały wiele troski, zwłaszcza tu, gdzie teren był kamienisty. Zacząłem od
sprawdzenia sworzni łączących segmenty. Transporter bez gąsienic był łatwym
celem, więc gdy miałem jakiekolwiek wątpliwości, wymieniałem sworzeń –
ciężkim młotem wybijałem stary, zastępując go nowym. Musiało to wystarczyć na
kilka następnych kilometrów.
28 stycznia zatrzymaliśmy się na dłuższy odpoczynek i niezbędne prace przy
transporterach. Po kilku dniach dogoniła nas reszta 2RB. Mieli przeprawę
z włoskim lotnictwem – ostrzeliwały ich myśliwce i kilka razy niemal trafiły ich
bomby. Powiedziano im, że odpoczną, bo nie będziemy musieli się ruszać przez
prawie dwa tygodnie.
Jak się okazało, kogoś trzymały się żarty. Dwa tygodnie skurczyły się do jakichś
dwóch godzin.
Ciężarówki stały z podniesionymi maskami, chłopcy myli się i golili. Część
oficerów albo już wyjechała na przepustki, albo przygotowywała się do wyjazdu.
Wtedy to przybyła gruba ryba, generał Henry Wilson, „Jumbo”. Plotka rozeszła się
szybko. RAF wypatrzył długie kolumny przeciwnika opuszczające Bengazi
i dowództwo całkiem słusznie domyślało się, że Włosi rezygnują z tego obszaru
i opuszczają Cyrenajkę. Byliśmy daleko w głębi lądu, pośrodku wybrzuszenia
Afryki, na północy wbijającego się w Morze Śródziemne. Włosi wycofywali się
wzdłuż wybrzeża po lewej stronie tego wybrzuszenia. Dzieliło nas dwieście
czterdzieści kilometrów pustyni. Śmiałe uderzenie mogło zdecydować
o rozstrzygającym ciosie, ale była to wyprawa, jak nam później powiedziano, na
którą nie poważyłyby się nawet karawany wielbłądów. Wykradliśmy tyle snu, ile się
dało.
To był wyścig. O świcie zacharczały silniki i kolumna ruszyła przed siebie –
czołgi, samochody pancerne, ciężarówki i transportery, szeroko rozciągnięte na
wypadek ataku z powietrza. Jeżeli rzeczywiście wyruszyła cała włoska armia, to
nieprzyjaciel i tak miał ogromną przewagę liczebną – nawet gdybyśmy dotarli na
czas, żeby stanąć im na drodze. Pierwsze sto trzydzieści kilometrów była
męczarnią. Nieprzystępny teren, pełen wielkich kamieni, uedów i ukrytych połaci
lotnego piasku – jak się na coś takiego trafiło, można było utknąć aż do następnych
Świąt Bożego Narodzenia. Pojazdy gąsienicowe, takie jak ten, który prowadziłem,
musiały okrążać i cofać się przed głazami, rowami i garbami przypominającymi
wielbłądzie, cały czas ryzykując utratę gąsienicy. W tej jednej tylko podróży
wymieniłem co najmniej dwanaście sworzni, żeby transporter mógł nadal się
przemieszczać. Troska o nie była koniecznością. Bez butów daleko nie zajdziesz –
prosta zasada. Zresztą wszystkie nasze pojazdy od dawna wymagały solidnych
napraw. Lekkie czołgi wciąż się psuły i trzeba je było zostawiać wraz z załogami,
licząc na ratunek.
Pogoda też nie ułatwiała nam życia. Widoczność była beznadziejna, wszędzie
tylko piasek i kurz, a potem nagle burza z lodowatym deszczem. Dowódcy mieli
najgorzej – stali na pakach ciężarówek jak pustynni marynarze, sztywni z zimna.
Niebawem nasze zapasy paliwa osiągnęły niebezpiecznie niski poziom.
Transportery w najlepszych warunkach przejeżdżały niecałe trzy kilometry na
jednym litrze. W tym paskudnym terenie udawało się zrobić najwyżej jeden lub dwa
kilometry, a w dodatku nasze kanistry wciąż przeciekały. Przy prawie pustym baku
do gaźnika zasysały się resztki piasku z dna i pojazd gwałtownie stawał. Zaczynało
nam również brakować wody i w końcu wypadało zaledwie po szklance na
człowieka dziennie.
W pobliżu miejscowości Msus, sto czy sto dziesięć kilometrów od wybrzeża,
kolumna utknęła. Naszym samolotom skończyły się zapasowe silniki, tymczasem
jedyny działający Hurricane doniósł o długiej kolumnie Włochów, zmierzającej
z Bengazi na południe.
Wydano nam nowe rozkazy. Ponieważ czołgi i transportery nie mogły poruszać
się z odpowiednią prędkością, pospiesznie zmontowano nowe siły, w szybszych
pojazdach, które miały gnać na południowy zachód i stanąć Włochom na drodze.
Do tej, jak ją nazwano, Combegrupy, dowodzonej przez podpułkownika Johna
Combe’a z 11. Pułku Huzarów, wybrano dwa tysiące spośród nas. Zostawiliśmy
transportery – miały dołączyć później.
Wziąłem pasy z amunicją i swoje posłanie, całą resztę zostawiając
w transporterze, po czym wspiąłem się na pakę najbliższej ciężarówki. Około
pierwszej po południu znowu byliśmy w drodze, tym razem poruszając się szybciej.
Z nastaniem zmroku musieliśmy się zatrzymać, bo Włosi rozłożyli na naszym
szlaku „termosowe bomby”, paskudne cylinderki w kształcie termosu. Piknik to nie
był… O świcie znów byliśmy w drodze. Z wodą gotującą się w chłodnicach
pędziliśmy kursem wyznaczanym przez kompas, żeby przeciąć Włochom drogę
w Sidi Saleh. Krajobraz zmieniał się z pustynnego w nieco przyjaźniejszy.
Dostrzegaliśmy nieco więcej zieleni i upraw. Z pustkowia wjeżdżaliśmy na tereny,
które służyły niegdyś za spichlerz cesarstwa rzymskiego.
W czasie krótkiej przerwy na odpoczynek spadły na nas z nieba trzy włoskie
myśliwce z karabinami maszynowymi gotowymi do ataku. Padliśmy na ziemię,
a ryk silników wkrótce zamienił się w daleki warkot. Nic nie osiągnęli, ale ktoś już
wiedział, że tu jesteśmy. Zważywszy, że nasz wypad miał zaskoczyć Włochów,
mieliśmy powody do zmartwienia.
Wczesnym popołudniem, około drugiej, dotarliśmy do drogi w pobliżu
opuszczonej wioski Beda Fomm. W ciągu niespełna półtorej doby pokonaliśmy
mniej więcej dwieście sześćdziesiąt kilometrów przedzierając się przez jeden
z najtrudniejszych terenów, jaki mogła nam zaoferować pustynia. Mało tego –
z północy nikt nie nadciągał. Dotarliśmy na miejsce przed Włochami, ale, jak się
okazało, dosłownie tuż przed.
Droga biegła przez piaszczysty teren z niskimi grzbietami ciągnącymi się
z północy na południe. Morze i nadbrzeżne wydmy znajdowały się trzy kilometry
na zachód od nas. Robiliśmy, co w naszej mocy, żeby rozlokować działa po obu
stronach drogi. Dowodził kapitan Tom Pearson, który zaczął kłaść miny. Ledwie
zdążyliśmy się okopać, gdy nadciągnęły główne siły nieprzyjaciela.
Możecie sobie tylko wyobrażać, jak poczuli się pierwsi Włosi, gdy nas zobaczyli.
Szacowali, że najbliższy wróg jest oddalony o sto sześćdziesiąt kilometrów, byli
więc przekonani, że pojazdy przed nimi to sojusznik. Sądzili tak do czasu, gdy
nasza artyleria otworzyła ogień. Doznali prawdziwego szoku. Zjechali z drogi,
usiłując uciec przed ostrzałem, i wtedy dopiero rozpoczęła się prawdziwa walka.
Mieli nad nami ogromną przewagę liczebną, ale na szczęście nie zdawali sobie
z tego sprawy. Przypuszczali dzikie ataki, ale my odpieraliśmy je raz za razem;
niestety, drogą nadciągali następni.
Późnym popołudniem dotarli nasi pancerniacy. Odłączyli się wcześniej, by
zaatakować rozciągniętą włoską kolumnę w połowie jej długości, na północ od nas.
Zanim zapadł zmrok, wszędzie płonęły włoskie pojazdy, wzięliśmy już z tysiąc
jeńców, a cały czas pojawiali się kolejni Włosi. Nie wiedzieliśmy wtedy, niestety, że
w tej kolumnie jest także generał „Elektryczne Wąsiki” i że kazano mu wyrwać się
z pułapki. Mogło mu się powieść, bo miejsce nie było zbyt dobre do tak nierównej
walki – po obu stronach naszej blokady teren był płaski. Otrzymaliśmy jednak
wyraźne rozkazy: Włosi nie mogą się przedrzeć między drogą a morzem.
Tom Pearson był jednym z naszych najlepszych oficerów. Wiedział, że musi
przekonać Włochów o naszej przewadze liczebnej, w przeciwnym razie po prostu
nas ominą. Postanowił wysłać wieczorem oddział, który miał nękać włoską
kolumnę z prawej.
Mike Mosley wziął zatem dwa plutony, w tym mój, oraz wsparcie artylerii.
Poczułem ulgę, ruszając do boju z Mosleyem. Był dla mnie zagadką: jedyny syn
biskupa, przed wybuchem wojny sam czuł powołanie. Człowiek z natury ciekawy,
znakomity żołnierz, nie okazujący strachu podczas bitwy. Po wspólnej przejażdżce
transporterem puściłem w niepamięć dawne urazy. Ufałem mu tak samo jak
każdemu oficerowi. Tej nocy Mike Mosley miał zasłużyć na Krzyż Wojskowy.
Zablokowałem boczny uchwyt Brena, sprawdziłem zaokrąglony magazynek
i wspiąłem się na pakę najbliższej ciężarówki. Mosley wsiadł za mną, wyciągnął
rewolwer, stuknął w dach szoferki i wyruszyliśmy w mrok.
Musiało być około dwunastej, kiedy warkot silników uświadomił nam, że od
północy zbliża się inna kolumna. Zaczynałem widzieć w ciemnościach.
Dostrzegaliśmy zarysy ciężarówek, czołgów i wielkich dział jakieś dwieście
metrów od nas. Stało tam około dwieście pojazdów rozproszonych wzdłuż drogi.
Nas było o wiele za mało, by je powstrzymać, zaczęliśmy więc stwarzać złudzenia.
Wycelowałem swojego Brena nisko, biorąc poprawkę na odrzut zawsze
podrywający lufę i kierujący ją ponad cel – trzeba więc było ściągać go w dół,
naciskając na boczny uchwyt. Mosley wskazał rewolwerem cel i rozkazał:
– Seriami po pięć, jak będziecie gotowi.
Przy tej odległości trafiało się bez trudu. Płomienie szybko objęły pierwsze
ciężarówki, a te za nimi zalał pomarańczowy blask, czyniąc je łatwym celem.
W ciągu kilku sekund pojawiły się ciemne sylwetki ludzi uciekających w piaski za
konwojem.
Nasze większe działa zaczęły wystrzeliwać pociski odłamkowe w stronę
nieprzyjaciela, a my przemieszczaliśmy się wzdłuż kolumny, czasami zaprzestając
strzałów, a najczęściej strzelając w ruchu. Niektórzy lubią strzelać szeroko, ja
natomiast nigdy nie wystrzeliłem więcej niż pięć pocisków za jednym razem. Nie
musiałem. W naszych taśmach z nabojami tkwiły od czasu do czasu pociski
smugowe. Widzieliśmy, jak kreślą łuki w ciemności.
Włoska kolumna miała prawie pięć kilometrów długości. Udało się nam ją
zatrzymać. Po dotarciu na jej koniec zawróciliśmy, gotowi do dalszych ataków
w drodze powrotnej. Oczywiście oni też do nas strzelali, ale bez większego
powodzenia. Ciągnęliśmy to przez trzy godziny – potem kilka naszych ciężarówek
zaczęło mieć problemy. Musieliśmy wracać, żeby je naprawić. Kończyła nam się też
żywność i amunicja. Wiał porywisty wiatr, co chwilę zrywały się ulewy,
momentami niewiele widzieliśmy. Artyleria nie mogła się ruszać, bo wojska
pancerne zużywały całe paliwo, a niektórym działom pozostało tylko po trzydzieści
pocisków.
Włosi nie poddawali się. Sporadyczne ataki, strzelaniny i wysadzanie
w powietrze pojazdów, za którymi kryli się żołnierze – powtarzało się to przez cały
dzień. Przyjechał do nas oficer dowodzący i trafił akurat na chwilę nietypowej
ciszy. Uznał, że najbardziej potrzebna jest nam kantyna, rozkazał więc postawić tuż
obok naszych pozycji wielki biały namiot. Kompletny idiota. Na namiot, idealny
cel, natychmiast zaczęły spadać włoskie pociski. Choć główna bitwa toczyła się
teraz pięć kilometrów dalej w kierunku północnym, gdzie nasze czołgi atakowały
Włochów na drodze za wzgórzem nazywanym przez nas Pryszczem, to nam
przypadła rola korka w butelce, a oni – Włosi – bezustannie usiłowali nas
wypchnąć.
Rozpraszaliśmy się coraz bardziej, a nagle okazało się, że grupa włoskich
czołgów jedzie wprost na kwaterę główną batalionu. Udało się nam zatrzymać je
niespełna sto metrów przed celem. W tym samym czasie we włoskich jednostkach
zaczęły powiewać białe flagi i pod koniec dnia mieliśmy już około dziesięciu
tysięcy jeńców. Pozostali wciąż nas atakowali.
Gdzieś pośród wydm od strony morza jeden z naszych podoficerów, starszy
sierżant Jarvis, wraz ze strzelcem Gillanem pilnowali pięciuset jeńców.
Zobaczywszy dwa wielkie włoskie czołgi jadące w ich stronę, postanowili je
zaatakować – dwaj piechurzy przeciwko maszynom. Włoscy jeńcy, dostrzegając
szansę ucieczki, też się rzucili w stronę nadjeżdżających, a zaskoczony włoski
oficer w pierwszym czołgu otworzył właz wieżyczki, żeby sprawdzić, co się dzieje.
Jarvis walnął go w głowę karabinem, a potem zaczął strzelać przez szczeliny
i załoga poddała się. Gillan postąpił podobnie z drugim czołgiem i tak zdobyli je
oba. Otrzymali za to medale za zasługi na polu bitwy, ale kiedy jeden z oficerów
gratulował im odznaczenia, Jarvis odpowiedział po prostu:
– Dobrze się stało, sir, bo strzelec i ja mieliśmy miłe, ciepłe miejsce, w którym
mogliśmy spędzić noc.
W ciemnościach usłyszeliśmy łoskot silników ciężkich pojazdów. Przeciwnik
oczywiście coś planował. Jednak Włochów zobaczyliśmy dopiero tuż przed świtem.
Duża jednostka, na czele której jechało trzydzieści czołgów, zbliżyła się do
blokady, po czym błyskawicznie się rozproszyła, tak jakby chciała nas otoczyć. To
był ich ostatni, desperacki zryw. Kiedy przedarli się przez nasze wysunięte pozycje,
wyglądało, że plan może się powieść. Chłopcy nie mieli innego wyjścia, jak tylko
się cofnąć. Zostało nam jedenaście dział przeciwczołgowych. Gdy my
rozwalaliśmy ich czołgi, oni rozwalali nasze działa. Ponoć pod koniec mieliśmy
już tylko jedno sprawne działo i jego obsługa za pomocą ostatnich pięciu pocisków
zaliczyła aż… pięć czołgów wroga. Nie jestem pewny, czy rzeczywiście tak było,
ale zanim zatrzymaliśmy ostatni włoski czołg, zdążył dostać się na odległość
dwudziestu metrów od naszej kwatery głównej.
Zajmowaliśmy się piechotą, która postępowała za oddziałami pancernymi, ale
można było dosłyszeć nasze czołgi nadjeżdżające z północy. Wzdłuż drogi
wyłaniały się białe flagi, a za nimi włoscy żołnierze. Niewątpliwie wielu z nich
cieszyło się, że już jest po wszystkim. Mimo to nie zdejmowałem palca ze spustu.
Wciąż jeszcze mogło się zrobić paskudnie. Później doszła do nas wieść o oficerze
zaatakowanym siekierą przez jeńca. Ostrożność popłacała.
Zobaczyłem mężczyznę idącego wzdłuż kolumny, mijającego wypalone
ciężarówki i koszmarnie zdeformowane czołgi. Tam, gdzie przeszedł, pojawiali się
kolejni żołnierze z białymi flagami. Znaleźć można na ten temat różne relacje – ja
do dziś widzę go w długiej, rozpiętej z przodu pelerynie. Chwilami można było pod
nią dostrzec mundur – miał na sobie więcej złota niż papież na Wielkanoc. Generał
Annibale Bergonzoli „Elektryczne Wąsiki” we własnej osobie szedł do niewoli.
Uciekł z Bardiji i Tobruku, by w grupie innych generałów wpaść w nasze ręce.
Kiedy jego peleryna raz jeszcze się rozchyliła, zauważyłem, że nadal ma przy
pasie mały pistolet automatyczny z rękojeścią z kości słoniowej. Podszedłem
i wskazałem go gestem. Popatrzył na mnie wyzywająco, ale wiedział, o co mi
chodzi. Niemal się nie zatrzymując, poklepał prawą ręką pistolecik i bezczelnie
pokiwał palcem. Zrozumiałem od razu – nie miał zamiaru go oddać, podda się
tylko przed oficerem, formalnie. Odstąpiłem na bok i wskazałem mu ręką
dowódców. Pistolet, jak mi się wydaje, odebrał mu w końcu kapitan Tom Pearson.

Tak skończyła się bitwa pod Beda Fomm. W ciągu kilku zaledwie miesięcy
wzięliśmy sto trzydzieści tysięcy jeńców. Nasz zawrotny wyścig przez pustynię
umożliwił całkowite wykończenie włoskiej 10. Armii, ale czuliśmy nie radość,
a ulgę.
W dwa dni po ustaniu tej strzelaniny szedłem pośród powykręcanego metalu
i zniekształconych korpusów pojazdów. Opuściło mnie poczucie zagrożenia, które
sprawiało, że podczas walk byłem czujny. Pogruchotane zwłoki leżały dookoła
w kurzu, wabiąc muchy. Na tym rozległym terenie widziałem porozrzucane
oderwane nogi i ręce, odcięte przez odłamki i ogień karabinów maszynowych.
Ranni Włosi siedzieli opierając się o skalne słupy. Gdzieś rosło samotne drzewo.
Większość rannych już zabrano, ale niektórzy leżeli nadal, zbyt słabi, by jęczeć.
Upiorna sceneria.
Myślę, że każdy radzi sobie z czymś takim na swój sposób. Gdy znów natknąłem
się na Mike’a Mosleya, wielki bohater wojenny łaził pośród wydm, gapiąc się
w ziemię. Zauważywszy mnie, wyprostował się i podszedł.
– Wiesz, Avey – powiedział – znalazłem co najmniej dwanaście gatunków
dzikich kwiatów na tym jednym spłachetku piasku. Zadziwiające.
Rozdział 5

Pomimo lania, jakie Włosi zebrali podczas bitwy, zdobyliśmy niemało broni
i pojazdów, wszystko w świetnym stanie. Kazano mi spisać to, co moglibyśmy
zachować. Ostatnią, nieszczęsną kolumnę tworzyły samochody prywatne, których
wypolerowane błotniki pokrywała gruba warstwa kurzu. Jechały tam też autokary
przewożące prostytutki z włoskich burdeli w Bengazi. Kobiety wyekspediowano
wraz z resztą cywilów tam, skąd przyjechały. Na wieść o tym niektórzy się
wkurzyli.
Bergonzoli twierdził później, że przegrał po części dlatego, że ci wszyscy cywile
– a było ich ponad tysiąc – wchodzili mu w drogę. Absurd. Miał jednak na tyle
przyzwoitości, by dodać, że – jak to ujął – „znakomite umiejętności Brygady
Strzelców” również się do tego przyczyniły.
Zadziwiające, co można znaleźć po takiej klęsce. Ja natrafiłem na wspaniałą
kolekcję kapeluszy z kokardami i barwnymi piórami. Generałowie już ich nie
potrzebowali, zachowałem więc jeden dla siebie. Był tam też pięknie wykonany
zestaw narzędzi chirurgicznych w ręcznie szytym skórzanym neseserze. Na
skalpelach wciąż widniała zaschnięta krew. Bardziej interesowała mnie jednak
woda, bo jej racje zwiększono tylko odrobinę, a odczuwałem rozpaczliwe
pragnienie.
Wkrótce moją uwagę zwróciła grupa wyglądających na nietknięte ciężarówek.
Przewoziły setki drewnianych kwadratowych skrzyń, około sześćdziesiąt na
sześćdziesiąt centymetrów i wysokich na dwadzieścia centymetrów. Razem
z kumplem, który mi towarzyszył, wskoczyliśmy na pierwszą ciężarówkę.
– Dalej, z życiem – powiedziałem do niego – dziabnij to bagnetem.
Wybił dziurę w sklejce. Rozczarowałem się – nie było tam żadnych butelek ani
puszek, tylko zadrukowany papier. Kolega oderwał całe wieko.
– Rany boskie, popatrz na to – zawołałem. Skrzynię wypełniały tysiące
szeleszczących, świeżo wydrukowanych włoskich banknotów.
Druga i kolejne zawierały ten sam ładunek. Ciężarówki należały do jednostki
finansowej włoskiego wojska i przewoziły tyle pieniędzy, by opłacić całą armię,
ale dla nas te miliony lirów nic nie znaczyły. Później dowiedziałem się, że w Kairze
dało się je wymienić na funty po kursie sześćset do jednego. Wtedy jednak
oddałbym to wszystko za kilka butelek świeżej, czystej wody i trochę przyzwoitego
żarcia.
Sprawę zakończyłem, meldując o znalezisku. Jeszcze tylko kilka takich skrzyń
wrzuciliśmy na przyczepę samochodu i zapomnieliśmy o nich. Byli tacy, którzy
odpalali papierosy od włoskich banknotów, a nawet zabierali garść na pustynię,
żeby mieć czym podetrzeć tyłek i kucając, rechotali. Kairski kurs wymiany tak
potraktowanych pieniędzy mógł być nieco gorszy. Większe wrażenie i tak wywarły
na nas znalezione nieco później ryż i przecier pomidorowy. Przynajmniej można
było to jeść.
Czekaliśmy całymi dniami, aż zluzuje nas inna jednostka, mająca przybyć
z północy. W końcu otrzymaliśmy rozkaz, by wyruszyć w stronę Bengazi i po
drodze próbować nawiązać z tymi oddziałami kontakt. Wyruszaliśmy, a skrzynie
z gotówką nadal leżały na przyczepie.
Mieliśmy do przebycia sto dziesięć kilometrów. Od czasu do czasu na horyzoncie
pojawiało się morze, przypominając, że piaskowy kurz nie przykrywa całego
świata. Na obrzeżach Bengazi zatrzymał nas uliczny korek. Nagle przez warkot
silników i klaksonów przebił się odgłos strzału, a po nim świst kuli odbijającej się
od czegoś twardego. W okolicy musiał być snajper. Zawróciłem i szybko się
wycofaliśmy. Zahamowałem dopiero przed eleganckim barem, w okolicy, w której
na ulicach panował spokój.
Nie przepadałem wtedy za sorbetami, podobnie za alkoholem, ale, biorąc pod
uwagę nasze wyschnięte na wiór gardła, wybór był łatwy. Całą piątką weszliśmy do
środka, zabierając z sobą skrzynię lirów.
Znaleźliśmy się w najpiękniejszym miejscu, jakie widziałem od wyjazdu z Kairu
– chłodnej, przestronnej sali, długiej na co najmniej trzydzieści metrów, szerokiej
na dziewięć.
Ściany i sufit pokrywały piaskowane lustra, zdobione misternymi ornamentami.
Po jednej stronie pomieszczenia ciągnął się długi, marmurowy bar, wokół którego
zgromadził się tłum gości.
Jedna z nielicznych kobiet wydała stłumiony okrzyk, a reszta klienteli
wstrzymała oddech. Wszyscy patrzyli na nas z przerażeniem. Dopiero rzut oka na
lustrzaną ścianę uświadomił mi, dlaczego. Wyglądaliśmy jak szaleńcy prosto
z pustyni, brudni i osmaleni po bitwie, gotowi, jak można było sądzić, wystrzelać
wszystkich obecnych.
Nie traciliśmy czasu. Dwóch chłopaków poszło sprawdzić kuchnię i zaplecze, by
upewnić się, że nie ma tam nic podejrzanego. W końcu zaledwie dziesięć minut
temu ktoś do nas strzelał i nie mieliśmy ochoty na kolejne niespodzianki. Kiedy się
okazało, że wszystko jest w porządku, ruszyliśmy do pierwszego z brzegu stolika,
a siedzący przy nim szybko ustąpili nam miejsca. Usiedliśmy w fotelach
z wypolerowanego metalu, nie spuszczając drzwi z oczu.
Ostrożnie podszedł do nas drobny facet i powiedział po włosku coś, czego nie
zrozumiałem. Liczył około czterdzieści lat, miał starannie przycięte czarne wąsy
i białą marynarkę. Domyśliliśmy się, że to właściciel.
– Drinki dla wszystkich – powiedziałem, wskazując szklankę i wykonując ręką
gest ogarniający całe pomieszczenie. Zrozumiał. Pstryknął palcami i rzucił parę
słów po włosku. Zaczęto podawać napoje, w tym piwo dla chłopaków. Atmosfera
odrobinę się rozluźniła, ale obecni nie mogli w pełni się odprężyć, bo pośrodku
lokalu siedziała banda żołnierzy nieprzyjaciela, przybyłych prosto z pola bitwy
i opowiadających sobie kawały.
Klientelę stanowili przede wszystkim włoscy cywile, którzy mieli wszelkie
powody po temu, żeby się denerwować. Byli przy ewakuacji Bengazi. Wielu z nich
widziało bitwę, zanim ich tutaj odesłano.
– Wiecie – zagadnąłem chłopaków, odchylając się w fotelu – pewnie moglibyśmy
normalnie kupić to miejsce. Jak myślicie?
Zaczęli się uśmiechać. Po kilku podłych miesiącach odzyskiwaliśmy umiejętność
czerpania radości z życia. Zanieśliśmy naszą skrzynię na marmurowy bar
i zawołaliśmy właściciela.
– Ile za ten cały lokal? – zapytałem, zataczając wokoło ręką. Patrzył na mnie
w osłupieniu. Spróbowałem ponownie, tym razem wolniej, przesadnie gestykulując:
– Chcemy kupić ten bar. Cały. Stoły, fotele, wszystko. Mamy liry. Ile?
Nadal nie rozumiał. Wyjąłem bagnet, na co się wzdrygnął. Podważywszy wieko,
wskazałem szpicem zawartość.
– Patrz, pieniądze. Wasze pieniądze. Liry, liry, mnóstwo lirów.
Otwarł oczy szeroko. Z całą pewnością wykazywał zainteresowanie. Dla nas to
były tylko papierki, ale człowieczek z wąsikami zaczynał dostrzegać możliwości.
Spędziliśmy tam pół godziny, co wystarczyło, żeby wieści się rozeszły. Nie
wiedzieliśmy, czy okolica jest bezpieczna, więc trzeba było się pożegnać i wyjść.
Jeszcze wcześniej właściciel wraz z rodziną dał drapaka, zabierając z sobą skrzynię
pełną lirów. Jestem przekonany, że tych papierków było więcej, niż wynosiła
uczciwa cena. No i nadal mam nieruchomość w Libii!
Powróciliśmy do batalionowego „chaotycznego porządku”. Zwykłym
żołnierzom wydawało się, że powinniśmy dalej, z rozpędu, przeć na Trypolis, ale
grube ryby miały odmienne zdanie i dowództwo zaczynało planować odwrót. Po
części mieli rację, bo większość naszych pojazdów od dawna wymagała
porządnych napraw. Od strony mechanicznej cała 7. Dywizja Pancerna była do
niczego.
Wciąż jeszcze pławiliśmy się w blasku naszego przytłaczającego zwycięstwa,
kiedy na niebie pojawił się znak. Jeden z patroli 12 lutego o godzinie szóstej
trzydzieści wypatrzył bombowiec lecący nad drogą, na wysokości zaledwie
piętnastu metrów. Po zrzuceniu kilku ciężkich bomb, rozpłynął się we mgle na
horyzoncie. Nie była to niezgrabna, trójsilnikowa Savoia, tylko Junkers Ju-88,
z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Pojawiło się Luftwaffe. Tego samego dnia do
Trypolisu przyleciał Erwin Rommel, by przejąć dowodzenie w wojnie na pustyni,
a Niemcy zaczęli budować nowe oddziały, Afrika Korps. Od tej pory nie miało nam
być tak łatwo, jak dotychczas.
Wczesnym rankiem 21 lutego, powiadomieni z niespełna
dwudziestoczterogodzinnym wyprzedzeniem, wyruszyliśmy z powrotem do Kairu
przez Tobruk. Jechałem z Charlesem Calistanem. Miałem wrażenie, że od czasu,
gdy razem zwiedzaliśmy Kair, minęła cała wieczność. Wiele przeszliśmy od
tamtych chwil. Posuwaliśmy się powoli. Musieliśmy jechać w szyku, zachowując
odległość stu metrów między pojazdami. Wlekliśmy się; jak dobrze szło, to nie
więcej niż dwadzieścia pięć kilometrów na godzinę, a na najgorszych odcinkach
pustyni – około trzynastu na godzinę. W batalionie mieliśmy wytrawnego
nawigatora, Toma Birda, na którego mówiliśmy „Dicky”. Dostaliśmy racje
żywności i wody na dwa dni, a czekała nas długa droga przez suche okolice.
Zgodnie z rozkazem, nie wolno nam było zostawiać żadnych zepsutych pojazdów,
niczego poświęcać. Wszystko miało być – w miarę możliwości – doholowane do
domu.
Drugiego dnia usłyszeliśmy potężny wybuch. Jeden z naszych transporterów na
coś wjechał. Zbliżając się do wraku, zorientowaliśmy się, że jeden z chłopaków nie
żyje. Drugi zaś, krzycząc, wił się na ziemi w męczarniach. To był George Sherlock,
starszy już żołnierz, jeszcze jeden zapalony bokser w naszym batalionie.
Naturalny odruch nakazywał pobiec mu z pomocą, ale mogło się to skończyć
śmiercią, jeśli wjechali na pole minowe. Natomiast stojąc, było się lepszym celem
w przypadku ataku. Po wybuchu nie wolno robić niczego głupiego; trzeba przede
wszystkim ustalić, jak do niego doszło. Podchodziliśmy więc ostrożnie, wołając do
George’a, żeby się trzymał, ale on krzyczał tylko coraz bardziej rozpaczliwie.
Podejrzewaliśmy minę pułapkę, okazało się jednak, że to „bomba termosowa”
zrzucona dwa tygodnie temu. George mocno krwawił, miał jednak dość siły, żeby
krzyczeć – to był dobry znak. Wyglądało na to, że ma poważnie pogruchotaną
nogę, a i jego ręka nie wyglądała lepiej. Przez jakiś czas z pewnością nie będzie
w stanie boksować. Gdy do niego podchodziłem, zaczął krzyczeć jeszcze bardziej
przeraźliwie.
– Nie! Nie! Nie pozwólcie Aveyowi zbliżać się do mnie! – wrzeszczał, próbując
mnie zatrzymać. Osłupiałem. Przecież jak najszybciej potrzebował pomocy.
– Nie pozwólcie mu zbliżać się do mnie, bo będzie strzelał! Wiem, że będzie
strzelał! – dorzucił.
Teraz dopiero zrozumiałem, że musiał słyszeć o dowódcy włoskiego czołgu.
Panikował i tracił dużo krwi. Mnie przeraził jego strach przede mną. Nie
chciałem pogarszać sprawy, więc pozwoliłem innym go opatrzyć.
Prześladowały mnie jego słowa. Trafił do szpitala w Tobruku, gdzie
przekazywaliśmy ciężarówki zdobyte w walkach z Włochami. Przesiedliśmy się
z naszych pojazdów na dziesięć samochodów ciężarowych, którymi mieliśmy
odbyć ostatni etap podróży do Kairu. Tego wieczoru Niemcy ostro bombardowali
Tobruk. Dotkliwie dawali odczuć swoją obecność. Byli tak uprzejmi, że uwzględnili
też nas i wracając do domu, zrzucili kilka bomb także i na nasze oddziały.
Jako miłośnik szybkich pojazdów byłem zadowolony, kiedy okazało się, że
ciężarówki potrafią wyciągać oszałamiające trzydzieści kilometrów na godzinę.
Jednocześnie zaczynałem się czuć źle. Po miesiącach stresu, znoju i walki, mój
układ odpornościowy wysiadł. Czułem, że jestem bardzo chory.
28 lutego po południu stanęliśmy bezpiecznie w Menie, na obrzeżach Kairu,
gdzie nasza przednia straż natrafiła na dość zaawansowaną budowę obozu. Namioty
i drewniane baraki oznaczały dla nas luksus, na który warto było popatrzeć, ale
wtedy przebywałem już w szpitalu z jakąś tajemniczą chorobą. Rozpoczęła się
wymiana wyposażenia, lecz pustynia nie chciała zostawić nas w spokoju. Leżałem
pozbawiony świadomości, pocąc się, a pozostali chrzcili nowe mundury
w rozszalałej burzy piaskowej.
Niemieckie samoloty zrzucały miny do pobliskiego Kanału Sueskiego. 2RB
polecono obsadzenie brzegów i obserwację, gdzie spadały ładunki. Nocą
postanowiono rozpiąć nad wodą sieć, aby rankiem zobaczyć, w których miejscach
są dziury po minach. W dzień, gdy sprawdzali, jak to działa, nadleciały dwa
samoloty. Spodziewano się jednak tylko jednego, który miał zrzucić atrapy. Zanim
nasi zorientowali się, że ten drugi jest niemiecki i zrzucił prawdziwą minę, minęło
sporo czasu.
Tego wszystkiego nie widziałem. Okazało się jeszcze, że nawet tak luksusowy
obóz ma minusy. Nie wiedzieliśmy na przykład, że mury z suszonej cegły, mające
chronić namioty przed wybuchami bomb, staną się wylęgarnią much piaskowych,
gryzących nas nocami. Moja odporność cały czas była słaba. Dostałem silnej
gorączki, bolała mnie głowa i kończyny, piekły oczy, doskwierały mi różne inne
dolegliwości. Lekarz stwierdził obrzęk wątroby i śledziony. Minęło trochę czasu,
zanim znowu nadawałem się do życia. Tego lata zresztą wybuchła epidemia, która
zakończyła się dopiero wtedy, gdy zaczęto stosować DDT.
Długo chorowałem. Batalion pozostał w okolicach Kairu do końca kwietnia,
tymczasem wojna na pustyni przybrała inny obrót. Australijczyków
i Nowozelandczyków przerzucono do walk w Grecji, więc pozostałe siły,
dysponujące zdezelowanym sprzętem, musiały się wycofać. Niebawem Afrika
Korps Rommla panoszył się na całej pustyni, a my powróciliśmy w to miejsce,
w którym zaczynaliśmy. W kwietniu Rommel obległ Tobruk, a potem przekroczył
egipską granicę na przełęczy Halfaja. Wtedy 2RB ponownie wysłano na pustynię,
do walki z niemieckimi czołgami.
Zaczęło się niedobrze. Rommel zepchnął ich do Buq Buq. Właśnie tam
dołączyłem do oddziału i dowiedziałem się, że Montagu Douglas Scott, oficer,
którego darzyłem szacunkiem, zginął na przełęczy Halfaja, w tym samym miejscu,
w którym woziłem go kilka miesięcy wcześniej. Znowu znalazł się zbyt blisko
nieprzyjaciela, gdy zerwał się chamsin, ale tym razem mu się nie udało. Był
pierwszym oficerem z mojego batalionu, który zginął na pustyni.
Buq Buq leżało nad morzem i jeśli czterech czy pięciu z nas otrzymało
zezwolenie, by się wykąpać, nie trzeba było tego nigdy dwa razy powtarzać.
Chodziliśmy na piękną plażę z bieluteńkim drobnym piaskiem, ciągnącą się jak
tylko okiem sięgnąć wokół zatoki. Morze o głębokiej, lazurowobłękitnej barwie
pełne było potężnych, spienionych fal, przetaczających się z ogromną siłą.
Suszyliśmy się i trochę wygłupiali, gdy nagle dobiegło nas wołanie o pomoc.
Chwilę potrwało, nim rozpoznaliśmy jego źródło: jakiś mężczyzna rzucał się
bezradnie co najmniej sto metrów od brzegu. Najwyraźniej trafił na prąd powrotny
przyboju.
Po miłej, choć słonej kąpieli, byłem już na wpół ubrany. Zdarłem ciuchy
i pognałem przez plażę, żeby się lepiej przyjrzeć. Mrużąc oczy, wpatrywałem się
w oślepiający blask wody i nieba. Huk rozbijających się fal tłumił wszystkie inne
dźwięki.
Ten człowiek nie był sam. Nieco dalej, co najmniej trzydzieści metrów za nim,
pośród fal pojawiała się i znikała inna sylwetka, prawdopodobnie tonąc. Wbiegłem
do wody, przeskakując przez gasnące na płyciźnie fale, a potem mocno odpychając
się nogami od dna. Kiedy już nie mogłem brnąć dalej, zacząłem płynąć wprost na
fale.
Dotarłem do niego i udało mi się go doholować do miejsca, gdzie znowu
sięgałem nogami dna. Podbiegło do mnie kilku chłopaków i pomogli mi
wyciągnąć go na brzeg.
Nie byłem nawet pewny, czy żyje – leżał bezwładnie na piasku. Byłem bliski
omdlenia, ale szybko uświadomiłem sobie, że nikt prócz mnie nie wie, co robić.
Tak się złożyło, że chcąc wypełnić sobie czymś czas podczas długiej podróży
z Liverpoolu, chodziłem na kursy ratownictwa. Pozbierałem się i zacząłem
sztuczne oddychanie, choć płuca pękały mi z wysiłku. Wkrótce z jego ust chlusnęła
woda.
Poszukałem wzrokiem tego drugiego, ale już go nie było. Okazało się, że
uratowałem oficera artylerii królewskiej. Odzyskał przytomność i oddychał. Eddie
Richardson zameldował o wydarzeniu staremu. Myślę, że po prostu chciał, żeby
nasz dowódca wiedział, co zrobiłem. Taki właśnie był Eddie.
Batalion zmagał się akurat z chamsinem, gdy odnalazł mnie podoficer. Skłębiona
ściana gorącego piasku smagała jednostkę, wnikając w każdą szparę. Z trudem
można było dostrzec własną rękę tuż przed nosem. Wielu z nas naciągało na głowy
koce dla osłony. Ja używałem ponadto bandaża, którym zasłaniałem sobie nos
i usta. Byłem tak dobrze zamaskowany, że kiedy przyszedł, ktoś musiał mu mnie
wskazać. Sam też krył twarz w apaszce, toteż nasze głosy była trochę stłumione.
– Prawda to, że starałeś się dziś przydać do czegoś na plaży, Avey?
– Tak – odpowiedziałem, odchylając bandaż.
– Ni mniej, ni więcej tylko uratowałeś oficera.
– Tak jest.
– Rozumiesz oczywiście – ciągnął dalej, prawie krzycząc – że nie mogę cię za to
wynagrodzić.
– Tak.
– Oto co zrobię: potrzebujemy kogoś dodatkowo do eskortowania jeńców do
Południowej Afryki. Zbieraj manele, wyjeżdżasz.
– Co? Teraz?
– Tak, teraz. Jeśli nie wpakujesz się w kłopoty, to przesiedzisz tam do końca
wojny. Czy to jasne?
Nie pamiętam, co mu odpowiedziałem, ale zaraz potem odszedł, zniknął jak
kolejny zawoalowany cień w piaskowej burzy. Mile wspominałem Południową
Afrykę. Los jednak okazał się okrutny: znowu zaczynałem chorować. W głowie mi
pulsowało, a mięśnie zaczęły boleć.
Wyjechałem do Kairu z następnym konwojem ciężarówek zaopatrzenia. Chamsin
wiał nadal, głowa mi pękała. Zakryłem twarz, żeby uchronić nos i oczy przed
latającym wszędzie piaskiem. Razem ze mną jechało kilku chłopaków. Ja zaś
leżałem na pace, rzucany na wszystkie strony. Na zewnątrz szalała jedna burza,
a w mojej głowie druga. Zaczynałem majaczyć. Tym razem to była malaria.
Bogu dzięki, że mnie osłabiła. Nie wiem, jak to się stało i dlaczego, o wszystkim
opowiedział mi później jeden z towarzyszy podróży. Wojna zaprowadziła mnie już
w wiele okropnych miejsc. Nie wiem, do których z nich ponownie trafiłem, leżąc na
twardej podłodze ciężarówki. W malignie doznałem nagle gwałtownego ataku
paniki i strachu. Ponoć niespodziewanie rzuciłem się na jednego z chłopaków,
próbując wyrwać mu rewolwer, przekonany, że zależy od tego życie nas wszystkich.
Na szczęście zostałem obezwładniony.
Zawieziono mnie pośpiesznie do namiotu szpitalnego. Straciłem rachubę czasu,
ale musiały minąć co najmniej dwa tygodnie, a może nawet więcej. Personel
pielęgniarski był znakomity, za to chinina – gorzka i ohydna. To mniej więcej
wszystko, co pamiętam, poza, oczywiście, ciężkimi bombardowaniami. Podczas
mojej rekonwalescencji było ich mnóstwo, a są przerażające, gdy siedzisz
w namiocie.
Wykurowałem się i niebawem dołączyłem do chłopaków. Wkrótce po tym, jak
ponownie stanąłem na nogi, zauważył mnie siedzącego w namiocie przy śniadaniu
oficer dyżurny.
– Co ty tu robisz, do diabła, Avey? Powinieneś być w Południowej Afryce!
Zakładałem, że moja malaria położyła kres tej ekspedycji. Oficer znikł, nie
wysłuchawszy moich wyjaśnień. Kilka godzin później pojawił się znowu.
– W porządku, sprawa wyjaśniona. Załatwiłem ci statek, bierz swoje rzeczy
i pędź do portu. Potrzebują dwóch ludzi. Możesz zabrać kogoś z sobą, tylko się
pośpiesz.
Rozejrzałem się po siedzących za drewnianymi stołami i wybrałem Billa
Chipperfielda. Bill płynął w mojej kabinie na „Otranto”. Był uczciwy jak mało kto
i taka decyzja wydawała mi się słuszna.
Do portu zajechaliśmy na półciężarówce. Byłem nieogolony, miałem brudny,
w plamach oleju mundur, a kiedy zobaczyłem statek, którym mieliśmy płynąć, tym
bardziej poczułem, że jestem wyjątkowo nieodpowiednio ubrany. To była słynna
„Île de France”, wytworny francuski liniowiec zarekwirowany po upadku Paryża.
Miał trzy wysokie kominy, otoczone pokładami spacerowymi; jedynie czarno-biała
kolorystyka, podkreślająca jego smukłe linie, skryła się pod szarością wojennego
kamuflażu.
Statek słynął z wnętrz w stylu art déco, z obrazami i rzeźbami, paryską uliczną
kafejką oraz basenami i salami gimnastycznymi. Teraz służył jako wojskowy
transportowiec, ale nadal dało się w nim wyczuć elegancję i wspaniałość.
– Dostaliście jedną z prywatnych kabin – obwieścił nasz przewodnik. To nie była
pomyłka, trafiliśmy do luksusowego apartamentu.
Można w nim było nieomal wyczuć zapach perfum eleganckich paryżanek,
wyobrazić sobie, jak przebierają się do obiadu podawanego w jednej z wytwornych
jadalni, a potem, nienagannie wystrojone, wychodzą na spacer po pokładzie.
Wyraźniej niż kiedykolwiek czułem drapanie piasku nagromadzonego
w sztywnym, brudnym mundurze. Przeciągnąłem zrogowaciałymi dłońmi po
miękkiej pościeli i zacząłem śnić na jawie. Pustynne rany na moich rękach
wydawały się teraz raczej towarzyskim nietaktem niż oznaką ciężkiej służby.
Usłyszałem chrząknięcie. Podniosłem wzrok i zobaczyłem nie jednego, lecz
dwóch hinduskich stewardów!
– Czy wszystko panu odpowiada, sir? – zapytał jeden z nich.
– Hm… pierwsza klasa – wymamrotałem niepewnie. Od wielu miesięcy wciąż
słuchałem rozkazów, miałem niewiele możliwości wyboru i żadnych wygd. Teraz
możliwości wyboru i wygody wynagradzały mi stracony czas.
– Czy ma pan wszystko, czego potrzeba?
– Wszystko, czego potrzeba? Tak, wszystko.
– Świetnie – steward wciąż nie był usatysfakcjonowany. – Jaką temperaturę
kąpieli życzy pan sobie, sir?
Poczułem, że na moje usta wypływa gorzki uśmiech.
Na pokładzie znajdowały się setki włoskich jeńców. Naszym zadaniem było
pilnowanie przejść prowadzących do ich kwater, żeby uniemożliwić im stamtąd
ucieczkę albo, co gorsza, opanowanie statku. W szok wprawiło mnie to, że
otrzymaliśmy włoską broń. Pomyślałem, że przecież mogli postarać się bardziej.
Nasz Lee-Enfield był najlepszym karabinem, jakiego używano. Większość
Włochów jednak i tak odczuwała ulgę, bo uświadomili sobie, że dla nich wojna już
się skończyła. Ryzyko zatem nie było wielkie.
Po pobycie na pustyni ten rejs to była pestka. Na dodatek czasami jadłem przy
stole kapitana. Po raz pierwszy od wieków zobaczyłem biały chleb. Na pustyni
chleba nie było w ogóle.
Po przybyciu do Durbanu zostawiliśmy wyładowanie jeńców komuś innemu
i zameldowaliśmy się w pobliskim obozie Clarewood. Wykonaliśmy pierwszą część
zadania.
Tym razem Południowa Afryka jawiła mi się jak nierealny świat, byłem jednak
zdecydowany ją zwiedzać. Skierowano mnie do pięknego klubu „Navy League”,
utrzymanego w stylu kolonialnym, z długim, chłodnym barem. Słuchało się tam
muzyki i spotykało ludzi takich, jakich znałem kiedyś: zajmujących się różnymi
sprawami, a nie wyłącznie tym, jak utrzymać się przy życiu. Wielu chciało
dowiedzieć się czegoś o pustyni. Zyskaliśmy status lokalnych gwiazd. Miałem tego
trochę dość, ale przynajmniej mogłem napić się herbaty, no i chleb też był niezły.
Poznałem tam śliczną dziewczynę. Miała na imię Joyce i była kierowniczką
w firmie Stinkwood Furniture[1], produkującej krzesła i stoły z kosztownego
gatunku drewna. Firma zawdzięczała nazwę przykremu zapachowi wydzielanemu
przez surowiec podczas obróbki. Po pewnym czasie zostałem zaproszony po raz
pierwszy do jej rodziców, którzy po kilku kolejnych wizytach towarzyskich
zasugerowali, że powinienem mieszkać u nich, a nie w koszarach. Nie było to
niespotykane; innym chłopakom z obozu też udało się przeprowadzić do
południowoafrykańskich rodzin i większość, łącznie z Billem, bardzo to sobie
chwaliła. Rodzina Merritów mieszkała w wygodnym apartamencie przy szerokiej
ulicy biegnącej w stronę obsadzonych palmami plant.
Życie było piękne, a wojna toczyła się milion kilometrów od nas. Lubiłem Joyce.
Pewnie dzisiaj powiedzielibyście, że była moją dziewczyną. Spędzaliśmy z sobą
mnóstwo czasu. Dobrze żeglowała i zabierała mnie na wycieczki łodzią wzdłuż
wybrzeża. Znakomicie pływała i kiedy rozlegały się klaksony ostrzegające przed
rekinami, nawet się nie wzdrygała. Świetna dziewczyna.
Praca zabierała mi w sumie jakieś pół godziny dziennie. W obozie Clarewood
otrzymywałem listę z numerami jeńców, którą przekazywałem do kwatery głównej
w Durbanie. Podobało mi się życie z rodziną Joyce. Jeździliśmy z szoferem do
bioskopu, staroświeckiego kina, gdzie oglądaliśmy filmy, trzymając w dłoniach
drinki i siedząc w wiklinowych fotelach, podczas gdy kelnerki czekały na każde
nasze skinienie.
Joyce udało się dostać urlop i zaproponowała, żebyśmy wybrali się razem na
wycieczkę, bo wiedziała, że mam dość tego ciągłego wypytywania o wojnę.
Batalion najwyraźniej wysłał mnie na odpoczynek, bo, ku mojemu zaskoczeniu,
kiedy poprosiłem o wolny czas, uzyskałem zgodę. Wyruszyliśmy na wyprawę
wzdłuż i wszerz Południowej Afryki. Na północy przejechaliśmy do Rodezji – tak
się wtedy nazywała ta część kontynentu. Podziwiałem rajskie krajobrazy, podczas
gdy służba biegała cały czas za nami. Człowiek ledwo ośmielał się zrobić
cokolwiek samodzielnie. To było lato 1941 roku, środek wojny, a ja miło
spędzałem czas w Afryce.
Może sam zepsułem to wszystko? Może właśnie to było miejsce, w którym
należało osiąść? Po powrocie do Durbanu coś jednak we mnie drgnęło. Stale
widywałem ludzi przypływających statkami i przygotowujących się do wyruszenia
w nieznane. Zaczynało mi to ciążyć na sumieniu. Potem na ulicy natknąłem się na
George’a Sherlocka i chyba to spotkanie przesądziło. Towarzyszyła mi Joyce.
George zawołał i, zanim zorientowałem się, skąd dobiega ten głos, kuśtykał ku
nam przez ulicę, wspierając się na kulach. Cudownie było zobaczyć, że człowiek,
który podczas naszego ostatniego spotkania wił się w męczarniach i krzyczał
z przerażenia, wygląda tak dobrze, choć w wybuchu stracił stopę. Bardzo się obaj
ucieszyliśmy.
Przez to wydarzenie podjąłem decyzję. Musiałem wrócić do batalionu.
Dowiedziałem się, że do Suezu wypływa „Mauretania” i, mieszając się z tłumem
chłopaków, wszedłem na jej pokład. Zamierzałem się zameldować, gdy tylko
odbijemy od brzegu.
Rodzinie Joyce powiedziałem ogólnikowo, że przez jakiś czas mnie nie będzie.
Nie rozwodziłem się na ten temat. Szczerze mówiąc, nie wyjaśniłem Joyce, co
robię; że wyruszam w nieznane i mogę nie wrócić. W czasie wojny człowiek nie
pozwala zbliżyć się do siebie nikomu. Może przekroczyłem ostateczną granicę?
Zamierzałem zamienić jeden świat na inny i musiało się to stać błyskawicznie, jak
włączenie światła. Tylko tak potrafiłem to zrobić. Napisałem do niej potem raz,
z Egiptu, próbując wszystko wyjaśnić, ale co się stało, to się nie odstanie. Pięć lat po
wojnie Joyce odwiedziła Anglię. Napisała do mnie, żeby się dowiedzieć, jak
potoczyło się moje życie, ale wtedy byłem już żonaty. Nigdy więcej jej nie
zobaczyłem.
Dostałem bilet do bezpiecznego schronienia w Południowej Afryce i podarłem
go. Wracałem na wojnę. Czułem, że muszę, a przecież jednocześnie porzucałem
Joyce. Kto wie, jak mogłoby z nami być, gdybym został. Czasem robimy tak
cholernie głupie rzeczy.
Statek wypełniali bojowo nastawieni chłopcy z Południowej Afryki. Na
pokładzie wciąż śpiewano, często w języku afrikaans. Nigdy się go nie nauczyłem,
ale nadal pamiętam melodie, które płynęły wtedy nocą nad zaciemnionymi
pokładami.
Trudno mi było podzielać ten entuzjazm. Wiedziałem, co ich czeka, i nie
chciałem psuć im zabawy. Ci Południowoafrykańczycy mieli przed sobą ciężkie
chwile w nieznanych stronach, a ja stałem się świadkiem niektórych z nich. Nikomu
z nas nie miało być łatwo.
Kiedy „Mauretania” oddaliła się od lądu na tyle, że nie mogli mnie odesłać,
zameldowałem się u brytyjskiego oficera na pokładzie. Jego odpowiedź była
przewidywalna i bezpośrednia.
– No cóż, to cholernie głupi kawał – stwierdził. I to wszystko. Najwyraźniej był
skonsternowany. Wkrótce znaleziono dla mnie koję, ale ponieważ panował upał, to
i tak sypialiśmy głównie na pokładzie.
Więcej kłopotów spotkało mnie, kiedy dotarłem do swoich. Mój powrót onaczał,
że nie posłuchałem rozkazów, ale dość trudno było czynić mi zarzut z tego, że
jestem obecny bez przepustki. Spotkał mnie standardowy opeer, lecz każdy
człowiek się liczył. Niemcy głośno walili do drzwi. Nasze dawniejsze zwycięstwa
odeszły w przeszłość i nic już nie znaczyły. Należały do innej wojny. Teraz na
ustach wszystkich był Erwin Rommel, „Lis Pustyni”. Niemcy atakowali, sięgając aż
po granicę egipską. Garnizon w Tobruku został otoczony.
Rozdział 6

W Mersa Matruhand złapaliśmy transportery Bren mające dołączyć do batalionu.


Tym razem podróżowało ze mną kilku starych kumpli, a kiedy pojawił się jeszcze
Les Jackson, byliśmy w komplecie. Spotkanie sprawiło nam obu radość, choć nie
mówiliśmy zbyt wiele. Cieszę się, że nie zapytał, gdzie byłem. Gdy ja uczyłem się
halsować pod okiem pięknej, młodej żeglarki, a wieczorami byłem troskliwie
obsługiwany, Les z chłopakami musiał wsuwać konserwy wołowe albo tłustą
potrawkę Maconochie w piaskownicy Wavella. Teraz zresztą już piaskownicy
Claude’a Auchinlecka, bowiem Wavell, po niepowodzeniach w kolejnych
operacjach, został – ku mojemu sporemu przerażeniu – odwołany ze stanowiska
głównodowodzącego na Bliskim Wschodzie.
Les był w porządku. Nie lubił stać nad chłopakami z batem, ale zawsze potrafił
sprawić, że rozkazy wykonywano tak, jak trzeba. Jeśli dowodził transporterem, to ja
siadałem za jego kierownicą. Nie było nad czym dyskutować. Miał do mnie
zaufanie i powierzył mi szkolenie nowego kanoniera. Załadowaliśmy amunicję na
tył transportera i byliśmy gotowi do wyjazdu. Rozpoczynał się nasz ostatni wspólny
akt.
Ofensywa odblokowująca Tobruk miała przejść do historii jako operacja
„Krzyżowiec”. Jak zwykle niczego nam nie mówiono, ale tym razem mogliśmy się
domyślać różnych rzeczy i najczęściej trafialiśmy. Celem było uratowanie tego
portowego miasta, odepchnięcie Rommla i odzyskanie terytorium. Główny atak
miał pójść na Trigh Capuzzo, długi pustynny szlak biegnący przez Sidi Rezegh, na
południe od Tobruku. Przeciwnik byłby zmuszony do stoczenia wielkiej bitwy
pancernej na terenie przez nas wybranym. Zakładano, że oblegany garnizon
w Tobruku przerwie oblężenie i dołączy do nas.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem nazwę Sidi Rezegh, nic dla mnie nie znaczyła.
Nadal byłem w kompanii B, dowodzonej przez Tony’ego Franklyna.
Wchodziliśmy w skład Kolumny Hugona, nazwanej tak dlatego, że jej dowódcą był
major wicehrabia Hugo Garmoyle. Postawiono nam zadanie związania sił
przeciwnika na zachód od linii głównego natarcia.
Tę część pustyni znaczyły głębokie obniżenia, których było tak wiele, że mapy
wyliczają dziesięć różnych nazw dla ich odmian. Takie zagłębienie nazywało się
agheiret albo agheret, o ile nie ghot, giof, gof lub got. Mogło też być określane jako
hatiet, rugbet, a nawet sghifet, którego nie wolno mylić z deir, czyli miejscem
odpowiednim do rozbicia obozu. W tych większych dało się ukryć, w mniejszych
łatwo rozwalało się gąsienice.
Zebraliśmy się w pobliżu granicy libijskiej, sześćdziesiąt kilometrów na południe
od morza, w złowrogim, ale znanym nam już terenie, pełnym piasku i żwiru,
z mnóstwem będących niegdyś jeziorami maleńkich wgłębień niczym solnych
panwi. Następnego ranka, 18 listopada, o szóstej rano, przecięliśmy druty
i wyruszyliśmy. Po wschodzie słońca zrobiło się jasno, ale nie gorąco. I nie, to nie
była fatamorgana – wszędzie dookoła widzieliśmy czołgi i inne pojazdy sunące
przez pustynię w stronę Tobruku.
Wielu szło przed nami tą samą drogą. W jałowym krajobrazie wyróżniały się
muzułmańskie groby, duże i małe, zazwyczaj oznaczone kamiennymi kopcami.
Oprócz nich mijaliśmy rzymskie zbiorniki na wodę, a nawet jaskiniowe domy
w skalnych wychodniach. Przeszło tę drogę może i wielu, ale też niektórzy spośród
nich tu zostali. Widzieliśmy dlaczego.
Nawet w najlepszych warunkach transportery żłopały paliwo równie zachłannie,
jak australijski żołnierz alkohol w klubie „Słodka Melodia”. Musieliśmy na dodatek
jechać na niskim biegu, omijając połacie lotnego piasku, więc pojazdy spalały
niewyobrażalnie dużo. Jak zawsze, dbałem o to, żeby gąsienice były całe, silnik
pracował, a piasek nie leciał mi do oczu.
Dowództwo batalionu podążało trzy godziny za nami. Później opisywano
„stłumioną atmosferę ekscytacji”, panującą w kolumnie. Nie przypominam sobie,
żeby było nam szczególnie wesoło. Les i ja stanowiliśmy zespół i na tym
musieliśmy poprzestać. Dowódcy zaś znaleźli ponoć czas nawet na to, żeby się
zatrzymać, umyć, ogolić i zjeść śniadanie.
RAF dobrze się spisywał. Przez cały dzień nie dostrzegliśmy nawet śladu
nieprzyjacielskiego samolotu, chociaż minęliśmy szczątki dwóch rozbitych,
wypalonych Stukasów. Ten widok nas pokrzepił. Pierwszy prawdziwy kontakt
z wrogiem nawiązaliśmy późnym popołudniem, kiedy wdaliśmy się w krótką
potyczkę z pięcioma włoskimi czołgami. W kwaterze głównej panowały świetne
nastroje. Żartowano o piwku w Trypolisie. Miało się okazać, że kilku szczęśliwców
dożyło piwka, ale kairskiego. Nie przypominam sobie podobnych uwag tam, gdzie
obozowaliśmy. Noc przeszła nam pośród małych wzgórz otoczonych rozległymi
obniżeniami, spaliśmy na żwirowym gruncie; w terenie pełnym grobów.
W dalszą drogę ruszyliśmy wcześnie, żeby nie dać się zaskoczyć na drzemce.
Poranek był jasny i zimny. Rozpoczął się od czegoś, do czego już przywykliśmy –
potyczki z grupką włoskich czołgów. Przy wsparciu nowych czołgów Crusader
z 22. Brygady Pancernej, które przyłączyły się do nas, przepędziliśmy je na północ,
w stronę Bir Gubi. Gubi, otoczone nieprzyjacielskimi ciężarówkami, stanowiło
kuszący cel, a to, co tam się wydarzyło, było w równym stopniu porywające co
makabryczne.
Z naszego miejsca mogliśmy doskonale obserwować atak czołgów, o którym
mówiono, że najbardziej ze wszystkich w tej wojnie przypominał szarżę
kawaleryjską. Okazało się jednak, że nieprzyjacielskie ciężarówki nie były tym, na
co wyglądały. Maskowały dobrze okopane działa przeciwpancerne. Niebawem
mogliśmy oglądać tylko kurz i dym. Nasze czołgi przejechały wprawdzie przez
sam środek pozycji wroga, miażdżąc go w okopach, ale nie były w stanie sprostać
działom i zostały zdziesiątkowane.
Przez radio nadszedł rozkaz, żeby tam pojechać i zabrać jeńców. Nasi jakoby
zdobyli Gubi, ale gdy dym rozwiał się na tyle, że mogliśmy cokolwiek zobaczyć,
okazało się, że wciąż jeszcze trwa walka i strzelają zarówno czołgi, jak i działa.
W tej sytuacji kapitan Franklyn odwołał ten rozkaz – na nasze szczęście. Do
późnego popołudnia 22. Brygada Pancerna rozwaliła sześćdziesiąt włoskich
czołgów, ale sama straciła dwadzieścia dwa nowe Crusadery. Nie była to dobra
wróżba przed spotkaniem z niemieckimi wojskami pancernymi.
Po zapadnięciu zmroku pojechaliśmy sprawdzić, czy któryś z naszych
uszkodzonych czołgów da się odzyskać. Niektóre nadal dymiły. Na polu bitwy
leżało mnóstwo zabitych i rannych obu stron. Co najmniej dwa z naszych czołgów
straciły tylko gąsienice. Od strony Gubi dochodziły krzyki i warkot silników.
Usłyszeliśmy nadchodzących ludzi i udało nam się pojmać jeńca.
Następnego dnia, 20 listopada, pochowaliśmy mojego przyjaciela Billa Manleya.
Stary, drogi Bill… To musiał być czysty strzał, bo kiedy do niego dotarłem, już nie
żył, a nie przypominam też sobie, żebym zobaczył wiele ran na jego ciele. My,
nadal żyjący, musieliśmy sobie z tym poradzić. Świtało, gdy go grzebaliśmy. Nie
było żadnej ceremonii, żadnego rytuału. Ukląkłem i odsunąłem tyle piasku, ile
tylko zdołałem, bo nie chciałem, żeby wsypywał się do grobu. Zdjęliśmy mu z szyi
połowę identyfikatora i złożyliśmy ciało do płytkiego zagłębienia w pustyni. Przy
zasypywaniu próbowałem nie patrzeć na jego twarz. Bill należał do tych, którzy
byli gotowi rozmawiać o domu, o rodzinie, o tym, co ważne i o czym się na ogół
nie mówiło. Żaden z nas nie chciał za bardzo zbliżać się do kolegów. W takich
chwilach, klęcząc na pustyni i spychając piasek na ludzką twarz, rozumieliśmy,
dlaczego. Na wierzchu położyliśmy tyle kamieni, ile udało się znaleźć, żeby nie
dorwały się do niego dzikie psy, a potem wstaliśmy, nie odmówiwszy nawet
modlitwy. Wyjąłem zamek z karabinu Billa, zamocowałem na nim bagnet i wbiłem
go u jego stóp. Odwróciłem się i zostawiłem go samego na pustyni.
Dużo później, kiedy to wszystko się skończyło, oczyszczono pola tych bitew.
Przeniesiono przypadkowo pogrzebane ciała na cmentarze wojskowe, ale wielu
grobów nie odnaleziono, toteż nazwiska poległych wymieniono na pomniku w El
Alamein. Jest tam też nazwisko Billa, czyli wciąż spoczywa tam, gdzie go
zostawiłem, w ruchomych piaskach na południe od Sidi Rezegh.
W końcu rozkazano nam sprawdzić, czy Gubi jest nadal zajęte przez wroga.
Przekonaliśmy się o tym, kiedy otworzyła do nas ogień najróżniejsza artyleria
i działa przeciwpancerne. Wkrótce przybyła Brygada Południowoafrykańska.
Próbowaliśmy ich ostrzec, ale jadąca przodem kompania pancerna popędziła prosto
w rejon zagrożenia i została dotkliwie poturbowana. Biedacy. Niewątpliwie byli
wśród nich chłopcy, których rubaszne piosenki podnosiły na duchu wszystkich
znajdujących się na pokładzie płynącej wzdłuż wybrzeża Afryki „Mauretanii”.
Na szczęście jednemu z naszych oficerów udało się dotrzeć do głównej grupy
ciężarówek wiozących tych żołnierzy, zanim jeszcze wjechali w zasięg ostrzału.
Okopali się dzięki tej wiadomości. Na niebie pojawiło się dwadzieścia siedem
bombowców nurkujących Stuka w eskorcie myśliwców. Zazwyczaj latali nimi
doborowi piloci, ale ta eskadra zrzuciła bomby na jałową pustynię. Tylko jeden
spróbował ostro zanurkować, ale nie odszedł na czas i runął w ślad za swoją bombą
na ziemię. Posypały się uwagi, że to musieli być włoscy piloci, ale ja nie
wierzyłem, że Niemcy pozwoliliby Włochom latać swoimi maszynami. Może za
sterami siedli po prostu nowicjusze?
Zbliżaliśmy się do wyznaczonego celu. Dwadzieścia pięć kilometrów na północ
wznosiło się pasmo wychodzące na szlak Trigh Capuzzo. Znajdował się tam meczet
grobowy Sidi Rezegh – biały budynek z kopułą – i wielkie lotnisko. 7. Brygada
Pancerna zdążyła już je zdemolować, niszcząc Messerschmitty i Stukasy, miażdżąc
ich kadłuby czołgami, ale zapłacili za to wysoką cenę. Ucierpieli także moi
przyjaciele z kompanii A majora Sinclaira – ostrzelani z dział przeciwpancernych
stracili dwa transportery. Patrzę w przeszłość i dowiaduję się, że incydent ten został
później opisany jako „jeden z wyróżniających się wyczynów pustynnej wojny”.
Dzięki zajęciu tego pasma nasze siły mogły górować nad tak zwaną drogą Osi
wiodącą do Tobruku, ale natarcie postępowało powoli, niewystarczająco, żeby
oblegany garnizon był w stanie przedrzeć się na spotkanie z nami.
Czytałem książki historyczne i wiem teraz, co poszło źle. Niemcy nie podzielali
naszego apetytu na starannie zaplanowaną bitwę pancerną. Wykorzystywali każdą
okazję i, używając swojej broni, lepszej od naszej, wciągali nas w małe,
niepowiązane starcia, które drogo nas kosztowały. Byli w tym naprawdę dobrzy.
Tego ranka, 21 listopada, wyjeżdżałem transporterem z nullah. Kiedy znalazłem się
na krawędzi, zobaczyłem niemiecki czołg o niecały kilometr od nas. Jego działo
obróciło się w mgnieniu oka i zaczął do nas strzelać. Ledwie starczyło mi czasu na
to, żeby gwałtownie zawrócić i wjechać z powrotem w obniżenie.
Późnym popołudniem tego samego dnia na Niemców natknęła się kompania
A majora Sinclaira. Pośród kurzu, wybuchów i płonących pojazdów wyjechało na
nich siedemdziesiąt pięć czołgów. Nieprzyjaciel miał miażdżącą przewagę liczebną,
a nasze działa przeciwpancerne zostały rozbite. Ci, którzy przeżyli, schronili się
w uedach i utknęli między czołgami na południu a piechotą na północy. Zaczynało
się ściemniać. Major Sinclair i jego ludzie znaleźli się w potrzasku.
Przez większą część nocy Les i ja, podobnie jak i reszta kolumny Hugo
Garmoyle’a, jeździliśmy transporterem. Rankiem pozostawaliśmy w ukryciu,
w dolinie na południe od lądowiska, kiedy usłyszeliśmy rozpaczliwe sygnały
z kwatery głównej przygwożdżonego batalionu. Mieli nie więcej niż trzy
półciężarówki z masztami radiowymi. Byli zupełnie odsłonięci, znajdowali się na
otwartym terenie. Członkowie sztabu chowali się za pojazdami. To właśnie ich
wołania o pomoc usłyszeliśmy przez radio.
Wysłano im na ratunek pięć Crusaderów, które natychmiast zostały podpalone.
Ponieważ dwie półciężarówki płonęły, dowództwo podało przez radio, że przenosi
się do okopów. Pośród nielicznych dział, jakie nam zostały, była jeszcze armata
przeciwlotnicza Bofors, ale jej pociski odbijały się od niemieckich czołgów jak
piłeczki. Nieprzyjaciel wyeliminował także załogę przeciwpancernego działa
zamontowanego na ciężarówce. Jeden z naszych oficerów, porucznik Ward Gunn,
przebiegł prawie sto pięćdziesiąt metrów pod silnym ostrzałem, żeby je przejąć.
Rozwalił dwa nieprzyjacielskie czołgi, nim sam zginął. Za ten wyczyn pośmiertnie
otrzymał Krzyż Wiktorii. Niektórzy członkowie sztabu czołgali się, uciekając,
kiedy ruszyła na nich niemiecka piechota.
W chwili, gdy wyprowadzano majora Sinclaira i jego ludzi, w sam środek grupy
jeńców spadła salwa pocisków. W kurzu i zamieszaniu major zdołał zbiec. Znalazł
jakiś sangar i ukrywał się w nim pod plandeką aż do zmroku, Niemcy zaś
plądrowali ciężarówkę dziesięć metrów dalej. Spędził chłodną noc pod gwiazdami,
zanim udało mu się wrócić. Ostatecznie kompania A straciła dwóch oficerów
i czterdziestu żołnierzy. Przeżyło i trafiło do swoich zaledwie dwudziestu.
Kompania A faktycznie przestała istnieć.
Operacja „Krzyżowiec” pogrążyła się w chaosie. Brakowało nam czołgów
i amunicji. Nieprzyjaciel odbił lotnisko Sidi Rezegh, co, jak się okazało, miało
przynieść fatalne skutki dla ludzi z mojego bezpośredniego otoczenia. Dopiero co
z dystansu obserwowaliśmy wybuchy pocisków w miejscu, gdzie przygwożdżono
kompanię A. Teraz zaś sami znaleźliśmy się w środku bitwy.
4. Brygada Pancerna zaczęła się wycofywać przez naszą pozycję, podążyły za nią
powoli transportery z lotniska.
W tym momencie na grzbiecie znajdującym się na południe od lotniska pojawiła
się grupa nieprzyjacielskich czołgów, nie dalej niż osiemset metrów od nas. Czołgi
przejechały trzydzieści metrów od jednego z naszych plutonów, ale nawet przy tak
niewielkiej odległości ani nasze Breny, ani bezużyteczne karabiny przeciwpancerne
Boys nie wywarły na nich żadnego wrażenia. Bitwa między naszymi
dwudziestopięciofuntowymi działami polowymi a ich ciężko opancerzonymi
czołgami była beznadziejnie nierówna. Garmoyle robił, co mógł: biegał od działa
do działa, podtrzymywał kanonierów na duchu, rzucał rozkazy. Nie widziałem
tego, ale ponoć jakiś pocisk spadł tuż obok niego, a on go spokojnie ominął.
Któryś strzelec powiedział do kumpla:
– Wiesz, pocisk spadł prosto na majora.
– I co on na to? – zapytał tamten.
– Zrobił dłuższy krok.
Tylko ci kanonierzy, dzięki dopingowi Garmoyle’a, powstrzymywali Niemców
do zmroku, ale i tak wiele naszych pojazdów zostało zajętych, zanim zdołały
wycofać się spod ostrzału.
Ostatnia noc na wolności była stosunkowo spokojna, zważywszy zamęt, jaki
panował wokoło. Wycofaliśmy się dość daleko od grzbietu. Obozowały z nami
inne jednostki. Przez całą noc pojawiały się małe grupy czołgów z 22. Brygady
Pancernej. Zamieniłem moje pustynne buty na mocniejsze, skórzane, założyłem
również skórzaną kamizelkę. Czułem, że zdarzy się coś złego.
Z pierwszym brzaskiem 22 listopada byliśmy znowu w akcji. Pięćdziesiąt naszych
ocalałych czołgów wstrzymywało pancerne natarcie przeciwnika. W pewnej chwili
lekkie czołgi 4. Brygady Pancernej popędziły na północny zachód. Ucieszyliśmy
się, ale wkrótce okazało się, że przedwcześnie. Czołgi naszych prowadził do bitwy
brygadier Jock Campbell. Gnał na ich czele w półciężarówce, a na wietrze
powiewała niczym flaga jego błękitna apaszka. Czołgi, razem z Jockiem, wpadły
prosto w ogień bitewny; w tym ataku więcej było ducha bojowego niż skuteczności.
Ponieważ nadciągnęły w małych grupach, to i w małych grupkach je zniszczono.
Zajmowaliśmy teraz niebezpieczną pozycję na skraju lotniska Sidi Rezegh.
Przeprowadziliśmy wiele skomplikowanych dyskusji przez radio, bo my
używaliśmy innego zestawu nazw miejscowych niż te, które wydano 11. Pułkowi
Huzarów. To nie wróżyło dobrze. Rozkazano nam posuwać się wzdłuż namiaru
dwadzieścia dwa stopnie, twierdząc, że to najdogodniejsza linia ataku na tym
pustkowiu pozbawionym punktów charakterystycznych. Mieliśmy też wystrzegać się
nieprzyjacielskich czołgów, choć te krążyły wokół, szukając zdobyczy.
Dowódca plutonu nakazał wyrównać linię, trzymając w wyprostowanych rękach
dwie niebieskie flagi. Poprawiłem swoją skórzaną kamizelkę. Dookoła mnie
warczały silniki transporterów. Doskwierał mi upał, pociłem się. Miałem
przywiązaną do kierownicy białą chusteczkę, którą wycierałem czoło. Wrzuciłem
bieg, pojazd szarpnął i ruszyliśmy przed siebie, kołysząc się na gąsienicach przy
nabieraniu prędkości, dopóki nieco nie wyprzedziliśmy pozostałej czwórki. Nie
mieliśmy wtedy pojęcia, w co nas wpuścili.
Nagle teren przed nami zaczął opadać, musiałem skręcić gwałtownie na wschód,
cały czas jadąc wzdłuż krawędzi tej skarpy. Potem, ni stąd ni zowąd, dopadł nas
ogień z karabinów maszynowych i niebawem pancerz wydawał głuche dźwięki, jak
kowadło walone młotem. Wiedzieliśmy, że się zaczęło.
Les nic nie mówił.
– Strzelaj, na litość boską! – krzyknąłem do strzelca za moimi plecami.
Usłyszałem nad sobą metaliczny, ogłuszający odgłos wystrzałów Brena. Czułem
ciepło buchające z wylotu lufy, a zużyte łuski spadały mi na kark i pod nogi.
Z tyłu nastąpiła przerwa i trzask metalu. Strzelec zmieniał magazynek. Kule nadal
w nas waliły, wstrząsając transporterem tak, jakby pneumatyczna wiertarka
próbowała przebić pancerz.
Obok mnie Les strzelał z przeciwpancernego karabinu Boys. Fotel kierowcy
opuściłem do pozycji bojowej i, zamiast patrzeć ponad pancerzem, zerkałem przez
szkło w wąskiej szparze zastępującej przednią szybę. Odsuwałem się od Lesa,
pochylając się w prawo i spoglądając w tę szybkę pod kątem, na wypadek gdyby
walnęła w nią kula.
Przy każdym strzale Lesa odrzucało do tyłu, ale huk ginął w brzęku walących
w nas kul z broni maszynowej. Nastąpiła kolejna pauza. Słyszałem, jak strzelec
gorączkowo zmienia magazynek. Z trudem panowałem nad transporterem. Puste
łuski znowu spadały na mnie. Nagle przestały. Dookoła nadal trwał łoskot, ale Bren
milczał. Ta cisza od strony naszego strzelca, pomimo huku w uszach, była okropna.
Od razu wiedziałem, że oberwał. Właśnie wtedy zaczęli do nas walić z obu stron.
Wjeżdżaliśmy w lej utworzony przez niemieckich artylerzystów. Po naszej lewej
kryli się za krawędzią skarpy, z prawej zaś byli na tym samym poziomie co my. Les,
który bez przerwy strzelał i ładował, chciał wycelować w gniazdo karabinu.
– Stój! – krzyknął.
– Nigdy w życiu! Będą nas mieli jak na dłoni!
Celowali w nasze gąsienice i koła. Gdyby udało im się je zniszczyć, mogliby
w nas walić do woli.
Wciąż pod krzyżowym ogniem zbliżaliśmy się do jednego z gniazd karabinów
maszynowych. Strzelec wypadł z gry, Les szamotał się z karabinem
przeciwpancernym, a obok mojego siedzenia leżał stos ręcznych granatów – poza
samym transporterem, który też mógł dokonać pewnych zniszczeń, była to jedyna
użyteczna broń, jaką miałem pod ręką.
– Dorwę tych gnojków! – zawołałem do Lesa bardziej wyzywająco niż
z nadzieją, że się uda.
Ruszyliśmy na gniazdo karabinu maszynowego. Gdy się tam dostaliśmy,
transporter znowu podskoczył na gąsienicach. Towarzyszyły temu odgłosy
miażdżonego i giętego metalu. Miałem pewność, że obsługa zginęła. Nie miało to
już teraz wielkiego znaczenia – byliśmy otoczeni.
Chwyciłem granat, wyrwałem zawleczkę zębami i rzuciłem go, wysuwając rękę
ponad pancerz. Nie mogłem stwierdzić, czy wybuch wywarł jakikolwiek skutek, bo
nic nie widziałem. W powietrze unosiło się mnóstwo metalowych odłamków.
Rzuciłem następny granat, a potem jeszcze jeden, rozpaczliwie licząc na to, że po
tym kolejnym zapadnie cisza. Ale cisza nie przyszła.
Trafiło mnie coś, co nie przypominało uderzenia kulą – jakby mocny cios
w górną część ciała, który nadszedł, kiedy się wychyliłem, żeby rzucić ostatni
granat. Zostałem postrzelony.
Tylko częściowo zdawałem sobie sprawę z tego, że do transportera wpadł granat
trzonkowy.
Oszołomiony, ogłuszony, siedziałem wtłoczony w miejsce kierowcy. Wtedy
nastąpił potężny wybuch. Czułem się tak, jakby ktoś wbił mi w uszy dwa ciężkie,
stalowe kołki. W zwolnionym tempie moja głowa rozszerzała się i kurczyła wraz
z wibrującym powietrzem, a przynajmniej tak to czułem.
Gdyby odbity granat spadł na moją stronę transportera, byłbym załatwiony, ale
uratowała mnie obudowa skrzyni biegów, oddzielająca mnie od Lesa, która
skierowała ten kawałek metalu w górę, oddalając go ode mnie. Wybuch sprawił, że
transporter przewalił się przez krawędź skarpy, lecąc dziesięć metrów w dół.
Wtedy zemdlałem.
Kiedy się ocknąłem, wciąż siedząc w środku, pokrywała mnie ciepła i lepka maź.
Miałem na sobie połowę biednego Lesa; krew i Bóg wie co jeszcze.
To wcale nie był koniec. Nade mną pojawił się niemiecki żołnierz. Jego sylwetka
ostro rysowała się na tle oślepiającego brzasku. Gdyby postanowił mnie zabić,
byłoby po wszystkim, tymczasem on wywlókł mnie z transportera. Był wściekły.
Nie spodziewałem się specjalnego traktowania. Nie tutaj, nie po tym, co zrobiłem.
Dopiero co zmiażdżyłem jego towarzyszy, a teraz to samo miało stać się ze mną.
No i był jeszcze kochany, stary Les! Można było się domyślać, że to człowiek, i na
tym koniec. Granat eksplodował mu na samym podołku.
Ten żołnierz nie strzelił. Zobaczyłem, że porusza ustami. Przetrząsał transporter
w poszukiwaniu amunicji. Przez piskliwe dzwonienie w uszach słyszałem strzały
w oddali. Inne transportery też wpadły w kłopoty. Potem zobaczyłem strzelca. Leżał
zwinięty na ziemi, nie ruszał się, a jego ręka była paskudnie zmiażdżona. Nadszedł
inny młody Niemiec. Popatrzył na wszystkie jasne wgłębienia w bokach
transportera – miejsca, w które trafiły setki kul. Przeciągnął po nich palcami
i uśmiechnął się, zadowolony z własnej celności.
Zerkając na moją skórzaną kamizelkę, pokrytą resztkami Lesa, zrozumiałem też,
dlaczego mnie oszczędzili w tych pierwszych sekundach niewoli. Wyglądałem,
jakbym również został rozerwany na strzępy. Uznali po prostu, że już nie żyję.
Kiedy zobaczyłem, że Les odszedł na tamten świat, w pierwszej chwili
pomyślałem: „Dzięki Bogu, to nie ja”. Później, znacznie później, ludzie mówili mi,
że każdy chce przeżyć, więc to była normalna reakcja. Czy na pewno? Nie wiem. Do
tej pory nie wiem. Jak już powiedziałem, człowiek usprawiedliwia sam siebie przez
całą wojnę.
Les był facetem o pełnych blasku oczach. Przemierzyłem z nim całą drogę
z Liverpoolu, tańczyłem z jego siostrą Marjorie, siedziałem przy kuchennym stole
z jego staruszkami, śmiałem się z ich żartów, jadłem z nimi. To było
niesprawiedliwe. Dziś gnębi mnie to tak samo, jak siedemdziesiąt lat temu. Jednak
robisz wszystko to, co musisz, żeby przetrwać. Umysł to potężna siła. Potrafi
przenosić góry, gdy trzeba.
Sidi Rezegh miało zyskać miano zapomnianej bitwy, a być przypisem do
zapomnianej bitwy to naprawdę jest coś.
Rozdział 7

Strzelec był w okropnym stanie. Ramię miał niemal pocięte przez kule, tracił
mnóstwo krwi. Przypuszczałem, że nie przeżyje. Niemiecki żołnierz założył mu
opaskę uciskową i przywoływał mnie, machając rękami w moją stronę. Doleciały
mnie słowa: „Jede fünfzehn Minuten”. Chciał, żebym luzował opaskę w regularnych
odstępach, ale nie mogłem pomóc. Przełożono mnie na nosze i wyniesiono.
Ostrzelany transporter i Lesa zostawiłem za plecami.
Nigdy nie dowiedziałem się, co zrobili z jego ciałem. Gdy mnie zabierali, on
wciąż tam był, pochylony do przodu na swoim siedzeniu. Jego nazwisko znajduje
się na pomniku w El Alamein. Mam nadzieję, że ktoś go porządnie pochował.
Zapomniana bitwa? To była cholerna klęska. W tej jednej akcji straciliśmy cztery
transportery. Ja sam zaś odniosłem niewielkie rany na nodze i głowie oraz
poważniejszą na ramieniu. Musiało minąć trochę czasu, zanim dowiedziałem się, że
Eddie Richardson, nasz „Pułkowy Eddie”, ocalał. Jego transporter zjechał ze skarpy
i zdołał miękko wylądować na wielkim stosie kanistrów. Eddie przeżył zarówno
zasadzkę, jak i ucieczkę, by w końcu trafić do niewoli. Wydaje mi się, że kilka
miesięcy później widziałem go z daleka w obozie tranzytowym, ale nie udało mi się
do niego dopchać.
Bill Chipperfield, który dzielił ze mną kabinę na „Otranto” i towarzyszył mi
w wyprawie do Południowej Afryki, zginął razem z dwudziestoma chłopakami
z 2RB w pierwszych dwóch dniach bitwy pod Sidi Rezegh. Padło tam też wielu
innych z naszych jednostek; widziałem ich ciała porozrzucane na polu bitwy.
Pocisk, który trafił w dowództwo Kolumny Hugona, zabił podporucznika
Jimmy’ego McGrigora. Jimmy był w porządku. Rozmawiał z nami jak z ludźmi,
a nie jak z obibokami.
Niemcy przerwali oblężenie Tobruku, ale to nie zatrzymało Rommla. Zaatakował
znowu, wdarł się w głąb Egiptu i dopiero następnego lata, kiedy dotarł do El
Alamein, zahamowano jego pochód zaledwie o dzień lub dwa marszu od
Aleksandrii. Tam bowiem 8. Armia, wtedy już pod dowództwem Bernarda
Montgomery’ego, dokonała ostatniego zwrotu akcji i wyparła Rommla z Egiptu
raz na zawsze, ścigając go przez Libię aż do Tunezji. Pod El Alamein bohatersko
zasłużył się Charles Calistan, który zniszczył mnóstwo czołgów niemal
w pojedynkę. A ja byłem wtedy już w zupełnie innym świecie.
Niemieccy noszowi zanieśli mnie do wysuniętego punktu opatrunkowego, gdzie
położono mnie na metalowym stole i zdjęto mi zakrwawioną kamizelkę. Nadszedł
Stabsarzt, chirurg w randze majora. Czułem jego ręce na całym ciele, kiedy szukał
innych ran. Leżałem, wpatrując się w grube płótno okrągłego namiotu. W którejś
chwili przerwał – jacyś ludzie przynieśli włoskiego oficera z urwaną stopą. Ku
mojemu zdziwieniu Stabsarzt ostro rozkazał im wyjść z namiotu, żeby móc skupić
się na mnie. Czułem się dziwnie, zważywszy, że byłem teraz bezbronnym jeńcem
w rękach nieprzyjacielskiego lekarza. Oczyścił moje rany, wyjmując z nich brud
i odłamki, po czym mnie zabandażowano. Na szczęście kula ominęła kość. Czułem
niezmierną ulgę.
Nie bałem się. Pamiętam, że rozmyślałem wtedy o tym, jak do diabła dałem się
złapać i że teraz to już nigdy nie zostanę oficerem. Przeniesiono mnie do większego
namiotu, gdzie w kącie stały stosy pudeł z zapasami. Dziwnie się czułem, będąc
znowu pod dachem. Na pustyni nie widywało się wielu namiotów; sypialiśmy
zawsze pod gołym niebem.
– Chciałbyś coś zjeść?
Zdębiałem. Pytanie zadał młody chłopak z niemal białymi od słońca włosami.
W szeregach Afrika Korps służyło wielu wykształconych ludzi. Spora część z nich
znała angielski. Nie jadłem nic porządnego od wielu dni, więc odpowiedź była
oczywista. Wrócił, niosąc trochę chleba z dżemem albo z marmelade, jak on to
nazywał. Zdumiałem się. Nie widziałem przecież chleba od czasów Południowej
Afryki.
Właśnie wtedy dotarło do mnie, że ujdę z życiem. Zatroszczono się o mnie
w sposób cichy i beznamiętny. Uznałem, że dobre traktowanie jeńców jest na
porządku dziennym. Później, kiedy spotkałem inny typ żołnierzy niemieckich,
uświadomiłem sobie, że Afrika Korps był wyjątkowy.
Powiedzieli mi, że dla mnie wojna się skończyła, ale wiedziałem, że to
nieprawda. Nadal byłem w służbie i miałem w niej pozostać do końca. Taką
obietnicę złożyłem wówczas samemu sobie. Później wyszło mi to na złe. Połatali
mnie w końcu i zapewne uratowali życie. Nadeszła dziwnie spokojna przerwa. Nocą
w namiocie nie było strażnika, personel medyczny nie przejmował się mną
w najmniejszym stopniu. Wiedzieli, że nie mogę uciec. Nie wiem, ile czasu
upłynęło zanim mnie przeniesiono, ale w końcu – ciągle na leżąco – zostałem
załadowany na tył małego pojazdu. Był tam ze mną inny ranny żołnierz, który
prawie się nie odzywał.
Podróż okazała się długa i męcząca, jechaliśmy po wyboistych drogach, a ja nie
mogłem złapać oddechu. Próbowałem sobie przypomnieć przypadkowe słówka
niemieckie, których nauczyłem się w szkole. Po chwili zdołałem się unieść
i zastukać w tył szoferki. Nie było reakcji. Potrzebowaliśmy powietrza.
– Luft! Luft! – wołałem, stukając w blachę.
Ciężarówka zatrzymała się. Dosłyszałem, że kierowca przechodzi na tył.
Otworzył drzwi i krzyknął po niemiecku coś, czego nie zrozumiałem. Po chwili
odpalił silnik i ruszyliśmy dalej, tym razem z odchylonymi drzwiami. Pojawił się
straszny kurz, ale przynajmniej przestałem się dusić. Musieliśmy przejechać ponad
sto sześćdziesiąt kilometrów. Zatrzymywaliśmy się kilka razy, może nawet na noc,
tego nie pamiętam. W Bengazi zabrano mnie do wielkiego szpitala i położono na
żelaznym łóżku, na krańcu długiej, czystej sali z wysokimi oknami. Byłem jedynym
alianckim żołnierzem w tej części budynku. Trzymano mnie z dala od rannych
Włochów i Niemców, którzy leżeli na drugim końcu.
Pielęgniarkami były Niemki i Włoszki, które odzywały się do mnie tylko wtedy,
kiedy musiały. Przychodziły z czystym opatrunkiem na tacy, kazały mi się obrócić
w tę czy tamtą stronę, robiły, co do nich należało, i odchodziły. Dużo spałem
i powoli nabierałem sił. Pierwsze gotowane jedzenie od wieków było miłą
niespodzianką.
Nadal miałem swoją skórzaną kamizelkę. Wybuch paskudnie ją rozciął, ale
usunąłem z niej większość krwi, a to, co zostało, zaschło, pozostawiając plamę. Nie
mogłem jej nosić nie wspominając Lesa.
Po jakimś czasie przeniesiono mnie, szybko i bez jakichkolwiek wyjaśnień.
Brytyjczycy nacierali na Bengazi, a nieprzyjaciel nie chciał oddawać jeńców,
rannych czy nie. Na pace ciężarówki przewieziono mnie do portu. Stu, a może
więcej alianckich jeńców czekało tam na załadunek na zdezelowany statek
towarowy. Nie wiem, ilu już znajdowało się w ładowniach. Na pokładach piętrzyły
się natomiast stosy drewnianych skrzyń. Płynęliśmy do Włoch i nie było szansy na
ucieczkę. Poprowadzono nas w górę, trapem rufowym, a potem w dół, do ładowni.
Nie miałem kontaktu z żadnymi alianckimi jeńcami odkąd trafiłem do niewoli, ale
teraz zwinąłem moją kamizelkę i oparłem się o wręgę, zamykając się w sobie. Było
bardzo ciasno, gorące powietrze cuchnęło brudnymi ludźmi. Wkrótce po odbiciu
od brzegu wydano nam racje żywnościowe – ogromny suchar, ze dwadzieścia na
dwadzieścia centymetrów, tak twardy, że nie dało się go rozgryźć. To było jedyne
pożywienie, jakie mieliśmy dostać.
Po jakimś czasie dudnienie silników i kołysanie statku uświadomiły mi, że
płyniemy. Śmierdzącym powietrzem ledwo dało się oddychać. Zaczęliśmy wołać:
„Luft, Luft, Luft!”, trzymając ręce przy ustach jak megafony. Wszyscy przyłączyli
się do tej głośnej, rozpaczliwej gry. Zanim otworzono część luku, zdążyliśmy
ochrypnąć. Wciągaliśmy świeże powietrze haustami, jakby tlen był racjonowany,
a potem usiedliśmy, żeby jakoś przetrwać resztę podróży. Mijały godziny, a każdy
z nas ciągle siedział i spał na tym samym kawałku twardej stali.
Tkwiliśmy tak przez całą noc i większą część następnego dnia. Suchar nie stawał
się ani odrobinę bardziej apetyczny. Patrzyłem w górę przez szparę w pokrywie
luku i zauważyłem, że zbliża się wieczór. W miarę jak słońce zachodziło, światło
na zewnątrz nabierało ostrości i intensywności.
Nie przypominam sobie żadnego ostrzeżenia. Potężny wybuch miał miejsce
w części dziobowej. Statek miotał się gwałtownie w wodzie, jakby rzucała nim
ogromna fala. Nastąpiła kolejna eksplozja i zorientowałem się, że sprawa jest
poważna.
Niemal natychmiast wybuchła panika. Ludzie pchali się na wąskie metalowe
schodki prowadzące na pokład. Strażnicy karabinami zagradzali im drogę, gdy
próbowali się przedrzeć. Okropny widok. Nie było żadnego porządku ani
dyscypliny. Ludzie nie pomagali sobie nawzajem. Każdy walczył tylko o siebie. To
paskudne, ale ja też musiałem tak zrobić.
Nadal dostrzegałem niebo przez szparę. Cienki sznurek mocujący jeden róg
brezentu na luku zwisał w głąb ładowni. Chwyciłem go i stwierdziłem, że jest
mocno przywiązany do czegoś w górze. Mimo rany w ramieniu zacząłem się
podciągać w górę, przekładając jedną dłoń nad drugą i ściskając sznurek między
stopami, żeby złagodzić nacisk. Jako dziecko taki wyczyn powtarzałem sam nie
wiem ile razy. Dotarłem do końca linki i chwyciłem zwisający róg plandeki.
Wspinałem się, dopóki nie dotarłem do krawędzi luku i nie przerzuciłem przez nią
nóg. Statek miał poważne kłopoty, dziób się zanurzał. Nie zastanawiałem się nawet
przez sekundę. Morze nie było zbyt wzburzone, zdarłem buty z nóg i rzuciłem się
w fale. Kiedy bąbelki powietrza syczały i pękały mi w uszach, czas na chwilę
zwolnił. Pamiętałem o tym, że w ładowni nadal jest uwięzionych wielu ludzi.
Wiedziałem, że mogą się stamtąd nigdy nie wydostać, a podejrzewałem, że ci,
którzy byli bliżej wybuchu, już nie żyją.
Wypłynąłem na powierzchnię, przedzierając się przez warstwę gęstego oleju,
który oblepił mi twarz i włosy. Nie mogłem pozwolić, by to świństwo dostało mi
się do płuc. Miałem wrażenie, że ta ciemna, ciężka maź ciągnie mnie na dno. Lada
moment statek miał zatonąć z tymi wszystkimi, którzy byli w nim uwięzieni.
Wiedziałem, że muszę odpłynąć, żeby mnie nie wessało. Machnąłem mocno
nogami i przebrnąłem przez olej.
Trafiłem prosto w kolejne zagrożenie. W wodzie znajdowało się więcej ludzi,
niektórzy młócili bezradnie rękami wokół siebie. Pojawiła się wśród nas szybka
łódź, podobny do niewielkiego niszczyciela włoski ścigacz okrętów podwodnych.
Nie przypłynął, żeby nas ratować. Dopiero wtedy pojąłem, że eksplozji nie
wywołały miny, tylko torpedy wystrzelone przez aliancki okręt podwodny, który
nadal krył się gdzieś pode mną. Ścigacz krążył pośród rozbitków tam i z powrotem,
usiłując znaleźć ten okręt. Wznosił się nad nami jak klif z szarej stali. Na falach
zapanował popłoch.
Słyszałem krzyki po włosku i po niemiecku. Każdego, kto znalazł się na kursie
ścigacza, mieliły jego śruby i zalewał kilwater. Wkrótce zaczął jeszcze zrzucać
bomby głębinowe. Po początkowej ciszy, z głębi dochodził stłumiony odgłos,
który odczuwało się jak walnięcie młotem w klatkę piersiową. Wybuch wyrzucał
wysoko w górę słup wody i morze dookoła stawało się białe. Byłem o sto metrów
od takiej eksplozji i poczułem ją na całym ciele. Potem nastąpił kolejny wybuch
i jeszcze kilka następnych, aż wreszcie ścigacz, przepłynąwszy po raz ostatni,
rozmył się na horyzoncie.
Byliśmy sami. Szybko zapadał zmrok. Z powierzchni wody nigdzie nie było
widać trafionego statku. Był niebezpiecznie zanurzony, a część z jego ładunku
pokładowego wybuch zrzucił do morza. Sądziłem, że zatonął.
Nagle zobaczyłem wielką drewnianą skrzynię unoszącą się na wodzie
i popłynąłem w jej stronę, przedzierając się ponownie przez olej. Wydawało się, że
nigdy tam nie dopłynę. Skrzyni uczepiło się już kilku Włochów. Przez dziurę
w rogu widziałem, że jest pusta. Wrócił mi oddech. Ta skrzypiąca skrzynia była
naszą jedyną tratwą ratunkową. Wiedziałem, że coś muszę zrobić, bo inaczej umrę
w zimowych wodach Morza Śródziemnego. Usiłowałem uczepić się śliskich desek
i po kilku nieudanych podejściach, w końcu zdołałem się wspiąć na wierzch,
całkowicie wynurzając się z wody. Nie musiałem z nikim walczyć o to miejsce, ale
gdyby ktoś próbował mnie zrzucić, walczyłbym z nim. Jeśli masz w sobie wielką
determinację, potrafisz dokonać takich rzeczy. Mój wyczyn wymagał jednak
ogromnego wysiłku, zupełnie straciłem siły. Padłem i leżałem na brzuchu.
Zorientowałem się, że skrzynia jest licha i na wzmagających się falach może
długo nie wytrzymać. Pozostali byli zbyt słabi, żeby się na nią wciągnąć, a ja nawet
nie myślałem o pomaganiu im. Podanie ręki mogło być równoznaczne
z wciągnięciem do wody. Musiałem pamiętać o tym, co najważniejsze. Oprócz tego
nie liczyło się nic. Morze burzyło się nadal. Tamci kolejno, po cichu, odpadali. Byli
tam, a potem znikali. Tak to wyglądało…
Po zachodzie słońca, fale się uspokoiły. Nigdzie na horyzoncie nie było widać
lądu. Z mojego ciała uchodziło ciepło. Wkrótce zapadł zmrok, a ja znowu
przebywałem pod gołym niebem. W świetle gwiazd słuchałem fal, wiatru
i skrzypiących desek.
Przetrwałem tę długą, zimną noc w nadziei na ratunek, ale morze pozostało
puste. Leżałem na brzuchu, na zmianę traciłem i odzyskiwałem świadomość. Kiedy
wzeszło słońce, wydawało mi się, że widzę ląd, złote miasto na wzgórzu. To mógł
być blask na kamiennych budynkach albo halucynacja. Czas płynął. Znowu
oprzytomniałem i tym razem naprawdę zobaczyłem ląd, zadziwiająco blisko. Fale
zalewały skały u podnóża jasnego przylądka. Pociechy z tego widoku nie miałem
wiele. Nawet przy takiej odległości było za daleko, żeby tam popłynąć.
Gdy w końcu oprzytomniałem, okazało się, że skrzynia utkwiła między dwoma
skalnymi słupami i dzięki temu przestała się kołysać na wodzie. Żyłem, a uścisk
litej skały był miłą odmianą po kołysaniu się na falach i skrzypieniu desek. Wciąż
pokrywała mnie warstwa oleju.
Słyszałem delikatny plusk fal i miałem wrażenie, że ziemia pode mną unosi się
i opada wraz z przybojem. W gardle mi zaschło, w ustach wyczuwałem posmak
soli, oleju i brudu. Minęło trochę czasu, nim odzyskałem siły i spróbowałem się
poruszyć.
Znajdowałem się na skraju kamienistej zatoczki. Uniosłem się na kolana,
próbując wstać, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Poleżałem jeszcze przez
chwilę, zbierając siły do kolejnej próby. W sumie tkwiłem na tej drewnianej skrzyni
około dwudziestu godzin. Przypominałem sobie tylko jedną noc, ale ponieważ
traciłem przytomność, nawet tego nie byłem pewny.
Kiedy znowu mogłem chodzić, poza zatoczką dostrzegłem karłowatą roślinność,
za którą wznosiły się wzgórza. Rzadko rosnące drzewa dały mi nieco osłony, ale
czułem się słabo i dopadło mnie przygnębienie. Bose stopy rozmiękły od wody,
raniły je kamienie. Zaczynałem myśleć, że będę musiał się poddać albo umrzeć
z głodu.
Potykając się, szedłem przed siebie, aż natrafiłem na jakiegoś staruszka
pracującego przed małą, drewnianą chatą. Nie zatrzymałem się, żeby rozważyć, czy
to przyjaciel, czy wróg, lecz podszedłem wprost do niego i na migi pokazałem, że
chce mi się pić. Nie miałem wyboru. Nie słyszał, jak się zbliżam i wzdrygnął się,
gdy mnie zobaczył. Ociekałem wodą, a olej wniknął głęboko w moją skórę.
Staruszek miał pomarszczoną i ogorzałą twarz. Jego zmierzwione włosy były
ciemne i gęste. Nie uciekł, a stał w pewnej odległości i spoglądał za mnie, żeby się
upewnić, czy jestem sam. Odezwał się do mnie, ale językiem, który w ogóle nie
przypominał włoskiego. Może to jednak nie były Włochy? – zacząłem się
zastanawiać.
– English, English – powiedziałem i skrzyżowałem nadgarstki, by dać mu do
zrozumienia, że byłem w niewoli.
Złagodniał na twarzy, ale nie spuszczał mnie z oka i nie zbliżał się. Wskazałem
za siebie, w stronę morza. Wykonywałem rękami falujące gesty i wydałem dźwięk
naśladujący wybuch, żeby mu opowiedzieć o zatonięciu statku. Patrzył na mnie
w milczeniu, bez wyrazu, a potem jakby podjął decyzję. Wymamrotał coś i pokazał
gestem drzwi chaty. W środku panowała ciemność, on zaś odprężył się trochę,
kiedy zniknęliśmy z widoku.
Usiadłem. Podał mi wodę w blaszanym, poobijanym kubku. Miałem okazję pić
po raz pierwszy od co najmniej dwudziestu czterech godzin, więc wychyliłem
kubek w mgnieniu oka. Przyniósł mi więcej. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie,
że woda ma ziemisty smak, ale wypiłem ją równie szybko. Staruszek stał, wpatrując
się we mnie.
– Jeść? – powiedziałem, wskazując na usta. – Jedzenie?
Zanurzył się w mrok, po czym wrócił z garścią rodzynków. Ich mocny smak
palił mnie w podniebienie. Dostałem jeszcze chleba i trochę wody, po czym
zwaliłem się w kącie i zasnąłem.
Obudziłem się półprzytomny. Mój gospodarz nadal był przy mnie. Przyniósł mi
jajka i jakieś ciastka z suszonymi owocami. Skinąłem z wdzięcznością głową, a on
cofnął się i patrzył jak jem. Po sucharze na statku to była uczta. Zapytałem, gdzie
jestem, a on popatrzył na mnie bez wyrazu i znowu powiedział coś, czego nie
mogłem zrozumieć. Wpadłem na pomysł – wziąłem do ręki patyk i na ziemi
narysowałem przybliżony zarys Grecji, starając się nadać mu rozpoznawalny
kształt. Patrzył na te gryzmoły skonsternowany bardziej niż dotąd, dopóki nie
dodałem z lewej charakterystycznego kształtu Italii. Ożywił się, teraz gorączkowo
coś powtarzał. Wziął ode mnie patyk i zdecydowanie wskazał trzy palce, które na
moim rysunku symbolizowały południową Grecję. Tutaj trafiłem… Z jego
impulsywnej wypowiedzi mogłem wywnioskować, że nienawidzi Włochów, którzy
wówczas okupowali jego kraj.
Jedzenie i wypoczynek sprawiły, że odżyłem. Nie wiem, jak długo staruszek
udzielał mi schronienia, ale nie mogłem tam zostać na zawsze. Gdyby mnie u niego
złapano, dostałby kulkę w łeb, było to dla mnie jasne. Nie miałem jednak pewności,
na ile mogę mu ufać. Teraz, z perspektywy czasu, moje obawy wydają mi się
niesprawiedliwe. A jednak chciałem się stamtąd wynieść.
Dał mi jakieś stare szmaciaki, które przywiązałem do bosych stóp za pomocą
kawałka sznurka, oraz koszulę z grubo tkanego materiału, którą założyłem pod
bluzę. Obawiałem się ukryć wojskowy mundur. Wiedziałem, czym to groziło.
Udając cywila, mógłbym zostać zastrzelony jako szpieg. Jestem pewny, że widząc
mnie odchodzącego, staruszek poczuł ulgę.
Ruszyłem w samotną podróż; nie mogłem się nikomu pokazywać – plamy po
oleju musiały przyciągać uwagę. Ponadto moja znajomość geografii tego regionu
była marna i nie potrafiłem sobie wyobrazić, co znajduje się przede mną. Mój
zegarek przetrzymał morską kąpiel, wykorzystałem go zatem do odnalezienia
północy. Omijałem drogi, trzymając się wzgórz i gajów oliwnych. Nie zbliżałem
się do ludzkich siedzib. Piłem wodę ze strumyczków, jeśli udało mi się na nie trafić.
Byłem słaby i apatyczny, ale zmuszałem się do marszu. Póki co nie odczuwałem
bólu z głodu, ale wiedziałem, że będę musiał zacząć kraść, żeby jeść. Każdy kontakt
z człowiekiem wiązał się z ryzykiem zdrady. Każdy, kto by mi pomógł, mógł
zostać zastrzelony. Kradzież była lepsza dla obu stron.
W dzień ludzie zazwyczaj pracowali na zewnątrz, często dość daleko od swoich
domów. Łatwo było się do nich włamać i trochę przypominało to patrole na
pustyni. Należało znaleźć dobry punkt obserwacyjny, przyczaić się i czekać. Kiedy
wiedziałem, że jest bezpiecznie, wchodziłem do środka, ale udawało mi się znaleźć
tylko nędzne resztki. Ludzie byli tutaj biedni i cierpieli z powodu włoskiej okupacji.
Nigdy nie wychodziłem z pełnym żołądkiem, a raz udało mi się znaleźć takie samo
ciasto z suszonymi owocami, jakie dał mi tamten staruszek.
Świadomość, że jestem w Grecji, pozwoliła mi myśleć, że mogę pozostać na
wolności nieco dłużej, ale zarazem trudno mi było wyobrazić sobie, że przejdę
przez całą okupowaną Europę i powrócę do domu. Dni mijały, a ja słabłem coraz
bardziej. W końcu, wciąż umazany olejem, a teraz jeszcze oblepiony ziemią, na
chwiejnych nogach wyszedłem wprost na grupę mężczyzn i kobiet pracujących
w polu. Przeraziłem ich bardziej niż oni mnie. Poprosiłem o wodę. Zrozumieli
i podali mi długi, skórzany bukłak. Wypiłem, ile zdołałem, i szybko się oddaliłem.
Wkrótce potem zobaczyłem, że idą za mną uzbrojeni ludzie. Podejrzewałem, że
to Włosi. Ktoś na mnie doniósł. Wbiegłem w wielki oliwkowy zagajnik
i przycupnąłem, żeby się ukryć, ale było to zupełnie bez sensu. Zaczęli do mnie
strzelać. Nie było dokąd uciekać, zabiliby mnie. Otoczony, wyszedłem, podnosząc
ręce do góry. Związali mnie i zaprowadzili do ciężarówki. Znowu znalazłem się
w niewoli.
Długo jechaliśmy. Trafiłem do zatłoczonego obozu pełnego alianckich jeńców,
Brytyjczyków i Południowoafrykańczyków, a także greckich partyzantów. To
okropne miejsce tworzyły biwakowe namioty rozbite na polu. Często padał deszcz,
czasem nawet śnieg. Wielu jeńców poważnie chorowało – na dyzenterię i inne
schorzenia. Nie było latryn, jeńcy musieli chodzić za potrzebą, gdzie tylko mogli,
a byli tak chorzy, że oznaczało to wszędzie. Straszne miejsce. Jeńcy szybko nazwali
to pole Hektarem Dyzenterii. W końcu Włosi ustąpili i wykopano dół, metr
dwadzieścia na trzy i głęboki na ponad metr. Niebawem się zapełnił – cztery metry
sześcienne ludzkich ekskrementów. Ależ to cuchnęło.
Zażenowanie nie miało w tym miejscu racji bytu. Przeszedłem dyzenterię na
pustyni i wiedziałem dobrze, z czym się wiąże: torsje, bóle brzucha i biegunka.
Stało się w kolejce, gdy nad skrajem wykopu sterczał rząd wypiętych zadków.
Pamiętam pewnego człowieka o szczupłej twarzy, który kucał obok mnie. Był
w okropnym stanie. Nagle stracił równowagę i wpadł do dołu. Biedak! Zanurzył się
po pas.
– Jestem tu dzisiaj już drugi raz – powiedział.
Po jakimś czasie przeniesiono mnie na północ. Tym razem byłem
przetrzymywany w wielkim magazynie w pobliżu Patras. Dostawaliśmy tam chleb
i wodę, i nic ponadto, ale przynajmniej strażnik wyprowadzał nas za potrzebą. Stał
i patrzył, jak kucamy nad płytkim strumykiem. Panowały tu nieco lepsze warunki,
ale ten pobyt nie trwał długo.
Rozdział 8

Załadowano nas na kolejny statek. Pod pokładem było ciepło, co stanowiło miłą
odmianę po zimnym obozie. Tym razem nie musieliśmy podróżować w ładowni.
Tym statkiem płynęli także włoscy żołnierze, udający się do kraju na urlop. Jeden
z nich próbował do mnie zagadać, kiedy przechodziliśmy obok. Pytał po włosku,
a potem po francusku, kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Niewiele wskórał.
Jedno storpedowanie w zupełności mi wystarczyło, i kiedy patrzę na mapy, mam
wrażenie, że tym razem obraliśmy bezpieczną trasę. Wiodła między greckim
wybrzeżem a wyspami Kefalinia i Leukada, następnie przez kanał Korfu, aby przez
cieśninę Otranto trafić wprost na obcas włoskiego buta.
Przez całą podróż siedzieliśmy na podłodze. W nocy jakiś Irlandczyk
o delikatnym głosie śpiewał smutną piosenkę, a dwaj Południowoafrykańczycy
rozmawiali o ojczyźnie. Przybyliśmy do portu pełnego strażników. Było to Bari,
a może Brindisi. Zaprowadzono nas potem na obsadzoną drzewami łąkę z niską
trawą. Zgromadzono tu setki jeńców. Brakowało ogrodzenia z drutu kolczastego
i Włosi potrzebowali więcej żołnierzy do pilnowania. Stan niektórych chłopaków
był okropny: na skutek braku witamin ich twarze i kończyny obrzmiały.
Dostaliśmy niewiele jedzenia i ci z nas, którzy mieli jeszcze trochę sił, urządzili
z tego powodu awanturę. Krzyczeliśmy i popychaliśmy strażników, aż wszystko
wymknęło się spod kontroli. Szczęściem nikogo nie zastrzelono. Ostatecznie
strażnicy odzyskali panowanie nad sytuacją i pięć osób odizolowano od reszty.
Przykuto nas do drzew, zakładając kajdany na ręce i nogi, a my przeklinaliśmy ten
nieszczęsny dzień. Zazwyczaj to ja dowodziłem, a teraz związano mnie jak zwierzę.
Czułem, że odkąd wyruszyłem z Liverpoolu na pokładzie „Otranto” na
poszukiwanie przygód, minął cały wiek. Na tym polu pozostaliśmy trzy lub cztery
dni, po czym przeniesiono nas do prawdziwego obozu.
Stały tam niskie, długie baraki z kamienia i betonu, podzielone na pięć sekcji.
Wewnątrz znajdowały się drewniane, piętrowe prycze, z których każda służyła
około piętnastu ludziom. Dostaliśmy kilka ciepłych koców i cienkie sienniki ze
słomą. To był Campo di Concentrimento per Prigioniero di Guerra, sessantacinque,
czyli, mówiąc krótko, obóz jeniecki PG 65. Leżał w pobliżu miasta Altamura
w południowych Włoszech.
Pośród włoskich oficerów był major, który wyglądał jak Jimmy Cagney.
Sprawiał wrażenie rozsądnego gościa i rozanielił się, kiedy mu o tym
podobieństwie powiedzieliśmy. Niemal zupełny brak żywności sprawiał, że miejsce
było potworne, choć nie wprowadzono pracy przymusowej ani nie stosowano
przemocy.
Mieliśmy natomiast kuchnię polową pod gołym niebem – Włosi ścięli drzewa
w obozie, żeby dostarczyć do niej opał. Jeden z chłopaków, mający jeszcze trochę
siły, porąbał drewno, za co prawdopodobnie dostał dodatkowe racje. Na ogniu
ustawiono wielki gar, do którego wrzucano wszystko co było, czyli zwykle
makaron i niewiele poza tym. Gotową zupę roznoszono po obozie
w pięćdziesięciolitrowych pojemnikach z aluminium i wydawano jeńcom – po
jednej chochli rzadkiego płynu na człowieka dziennie. Początkowo dostawaliśmy
do tego jeszcze po małym kawałku chleba, ale wkrótce te przydziały zmniejszono
o połowę. Na śniadanie dawano łyk erzacu kawy i tyle. Czułem, że mój organizm
zaczyna podupadać, a trzeba zaznaczyć, że nikt z nas nie był zdrowy.
Jedynie wszy w naszych ubraniach miały się coraz lepiej. Mogłem zdjąć koszulę,
rozgnieść ich sto między paznokciami, a po półgodzinie znów miałem ich tyle
samo na sobie. Doprowadzały nas do szaleństwa.
Wkrótce po przybyciu ustawiono nas w szeregu i przepytywano, co robiliśmy
w cywilu. Tłumacz nie mówił zbyt dobrze po angielsku. Nie ufałem mu, więc
powiedziałem, że byłem włamywaczem. Spojrzał na mnie znad listy, najwyraźniej
zdumiony.
– Kim?
– Włamywaczem – powtórzyłem.
– Wymywaczem? – zapytał, spoglądając na zwierzchnika, czekając na reakcję,
której zabrakło. Zapisał coś i przeszedł do następnego jeńca.
Któregoś dnia po raz pierwszy przyszły paczki Czerwonego Krzyża. Myśleliśmy,
że jesteśmy w niebie, chociaż jedną musiało się podzielić wielu ludzi. W każdej
była puszka z proszkiem Okelm – mleko pisane wspak – trochę kawy lub herbaty,
konserwa warzywna albo nieco topionego sera, czasami jajka w proszku, a do tego
mała tabliczka czekolady, cukier bądź rodzynki.
Przytłaczała nas nuda. W obozie brakowało wojskowej dyscypliny. Musieliśmy
sami się o siebie troszczyć. Nie mieliśmy czym kroić chleba, ale wymyśliłem, jak
rozłupywać małe metalowe lusterka (mieliśmy takie), aby tworzyć ostrza.
Mocowałem do nich drewniane uchwyty i powstawały całkiem niezłe noże, które
wymieniałem na dodatkową żywność. Obóz funkcjonował dzięki handlowi
wymiennemu. Musiałeś coś mieć, żeby móc się zamieniać. Z upływem miesięcy
zabrałem się za robienie czegoś w rodzaju walizki ze zgniecionych pojemników po
Okelmie. Bóg jeden wie po co, bo właściwie nie miałem co do niej włożyć. Nie
robiłem tego w ramach planu śmiałej ucieczki. Zgniatałem puszki i zaginałem ich
brzegi, łącząc je w większe arkusze, które mogłem formować. Pozwalało mi to
jakoś przetrwać długie dni. W końcu powstał rodzaj blaszanego pudła.
Choć z Czerwonego Krzyża dostawaliśmy herbatę i kawę, to problemem było
zagotowanie wody. Postanowiłem coś zaimprowizować. Zrobiłem zamknięty
bęben, przypominający karuzelę dla chomika, z kręcącym się w środku
wiatraczkiem, i połączyłem go rurką z metalowym pudełkiem, do którego sypało
się żar. Kiedy kręciłem wiatraczkiem, robił się z tego maleńki piec z nadmuchem.
Żar rozpalał się do białości i na wierzchu pudełka gotowało się puszkę wody.
Byłem ogromnie dumny z wynalazku, bo dzięki niemu po raz pierwszy mogliśmy
się napić herbaty. Inni zaczęli kopiować i udoskonalać te dmuchawy, które odniosły
w obozie wielki sukces.
Dzisiaj przypuszczam, że Włosi po prostu nie mieli żywności, żeby nam ją dać.
Wielu szeregowych strażników jadało niewiele więcej niż my. A my suszyliśmy
nawet liście po zaparzonej herbacie, żeby z nimi handlować.
Wciąż cierpiałem upokorzenie niewoli. Naprawdę, prawie nikomu nie ufałem
i zamknąłem się w sobie. Kilku jeńców zapadło mi jednak w pamięć, na przykład
cwaniak ze wschodniego Londynu, nazywany Kuropatwą, który wyświadczał
ludziom przysługi, nie oczekując niczego w zamian. Na innego mówiło się
Bouchard; był przerażająco chudy i wyczerpany. Całymi dniami chodził po obozie
i szukał jedzenia. Czasami rozmawialiśmy między sobą, ale nigdy o domu. Po co
się dręczyć?
Później dowiedziałem się, że w niektórych obozach jeńców wyprowadzano na
dezynfekcję, co skutkowało tym, że ludzie na nich pluli i obrzucali ich obelgami.
My siedzieliśmy cały czas w środku. Czasami pojawiał się ksiądz katolicki
i odprawiał nabożeństwo dla bardziej religijnych spośród nas, ale nawet to
odbywało się przez płot z drutu kolczastego. Nigdy nie wszedł do środka.
Podejmowano jeszcze inne próby łagodzenia monotonii. Jeśli znałeś się na
czymkolwiek, mogłeś wygłosić pogadankę. Tematy bywały różne: od historii
i geografii po inżynierię. Pewien facet godzinami opowiadał o swojej tokarce oraz
zasadach toczenia drewna i metalu, a także o nacinaniu gwintów.
Pewnego dnia zaczęto wznosić dodatkowe baraki. Obóz był już przepełniony
i rozbudowywano go. We Włoszech zazwyczaj nie zmuszano nas do pracy, ale
kiedy zaproponowano nam po sto pięćdziesiąt gramów dodatkowego chleba za
pomoc, zgodziliśmy się. Sytuacja żywnościowa była tragiczna.
Nowe baraki stawiano poza terenem obozu. Plan był taki, że ogrodzenie obejmie
je dopiero po ich ukończeniu. Już samo wyjście za druty wzbudzało emocje.
Oznaczało szansę na podwędzenie czegoś do jedzenia albo ucieczkę.
Należałem do grupy sześciu chłopaków wysłanych na dach do układania
dachówek na zaprawie. Po raz pierwszy miałem okazję rozejrzeć się po okolicy.
Pilnował nas tylko jeden strażnik, stojący na dole. Z głodu bolał mnie brzuch.
Ucieczka nie mogła pogorszyć mojej sytuacji. Wybrałem odpowiedni moment
i zapytałem strażnika, czy mogę zejść na dół, żeby się załatwić. Z ociąganiem
zgodził się, choć przecież nie mógł mieć nas wszystkich na oku.
Kiedy zniknąłem mu z pola widzenia, nie traciłem ani sekundy, tylko ruszyłem
prosto przed siebie.
Oczekiwałem, że lada moment podniesie larum, ale nic takiego się nie stało i,
zanim zatrzymałem się, żeby odpocząć, zdołałem oddalić się od obozu na sporą
odległość. Nie mam pojęcia, kiedy strażnik wszczął alarm, ale z pewnością byłem
już wtedy dość daleko.
Miałem z sobą kawałek chleba i maleńką kostkę sera. Jedynie w taki sposób się
przygotowałem. Postanowiłem nie zbliżać się do wybrzeża i zmierzać na północ,
w stronę neutralnej Szwajcarii. Udana ucieczka do ojczyzny była bardziej
prawdopodobna stąd niż z Grecji, ale mimo wszystko dzieliły mnie od niej setki
kilometrów nieprzyjacielskiego terytorium.
Wszystko to już znałem. Znowu unikałem dróg i większych osad, szukałem
jedzenia w budynkach gospodarczych przy farmach leżących na odludziu. Nie
złapano mnie w nich, ale też w żadnym nie zdobyłem zbyt wiele pożywienia. Z tego,
co znalazłem, najlepsze było warzywo o podejrzanym wyglądzie i coś, co
smakowało jak anyż, być może koper włoski. Od tamtej pory nie jestem w stanie
tego jeść. W ciągu następnych trzech lub czterech dni pokonałem piechotą spory
odcinek, ale słabłem i robiłem się coraz bardziej głodny. W końcu trafiłem na małe
pole pszenicy; okazało się, że jest poszarzała, niezebrana i gnije. Włochy nie były
szczęśliwym krajem. Wtedy zaczęło lać jak z cebra.
Schroniłem się w niewielkim, opuszczonym budynku i czekałem, aż przestanie
padać. Na zewnątrz już zapanowała ciemność, kiedy usłyszałem wołania. Moje
schronienie otoczono, a mnie samemu kazano wyjść. Zostałem wyśledzony.
Wyszedłem w mrok. Ogarnął mnie niepokój. Nie widziałem, ilu włoskich
żołnierzy czeka na mnie. To już nie miało wielkiego znaczenia, dopadli mnie.
Wrzucono mnie na ciężarówkę i odwieziono. Nie zadali sobie nawet trudu, żeby
mnie związać, nie maltretowali mnie. Trafiłem z powrotem do obozu; dzień i noc
spędziłem w karcerze. Potem powróciła ta potworna rutyna. Dokonałem
niezaplanowanej próby ucieczki, zrodzonej z frustracji, a teraz znowu tkwiłem
w potrzasku i musiałem się z tym pogodzić.
Życie w obozie zdominowała dyzenteria – nie jakiś tam odrobinę niedogodny
rozstrój żołądka, tylko zagrażająca życiu, poniżająca choroba, która wysysała z nas
całą energię. Byliśmy słabi, ospali i obolali, wszyscy tracili na wadze. Zdarzały się
też upokarzające incydenty i to wcale nierzadko – przecież tak wielu ludzi
chorowało. Jeśli się upaprałeś, doprowadzić wszystko do porządku było bardzo
trudno; do dyspozycji mieliśmy tylko zimną wodę. Widziałem chłopaków
płaczących z poniżenia, dorosłych mężczyzn pokrytych skorupą odchodów. Wielu
ludzi w tym obozie zmarło z powodu zaniedbań i w wyniku choroby, której dało się
uniknąć. Ciało pewnego mężczyzny leżało w szopie przez wiele dni, zanim go
pochowano. Pamiętam to, bo odziedziczyłem jego spodnie. Moje podarły się
i zabrudziły. Reszta mojego munduru prezentowała się niewiele lepiej.
Cieszyłem się, że mam te spodnie, bez względu na to, że zdjąłem je z trupa.
Spełniały swoje zadanie. Po kilku dniach zacząłem odczuwać straszne swędzenie
i tym razem to nie były tylko wszy. Na wewnętrznych stronach ud pojawiła się
plamista, czerwona wysypka. Rozprzestrzeniała się szybko, aż miałem ją na całym
kroczu i Bóg wie gdzie jeszcze. Nabawiłem się świerzbu. Maleńkie roztocza
wgryzły się w ciało i złożyły jajeczka. Kiedy się drapałem, skóra pękała
i krwawiła. Wiedziałem, że przy takim brudzie może dojść do zakażenia.
Przetrwałem przykry dzień, ale nocą wydawało mi się, że moja skóra jest
rozpalona i pełza.
Na skutek ataków dyzenterii i nieustającego głodu byłem potwornie ospały
i wychudły. Jeśli wstałem za szybko, traciłem przytomność i przewracałem się. Po
pewnym czasie zacząłem to robić z rozmysłem, żeby zwalić się z nóg za barakami.
Dzięki temu czas mijał szybciej. Panujący na zewnątrz chłód pozwalał nie myśleć
o głodzie i przynosił ulgę od wszy i krwawiącej wysypki. Większość z nas tak
robiła. Męczarnia świerzbu ciągnęła się tygodniami, może nawet miesiącami.
Dopiero kiedy w obozie pojawiło się karbolowe mydło, zacząłem opanowywać
sytuację. Ciało miałem w tragicznym stanie, ale w głębi ducha wcale nie byłem
jeńcem. Wróg zrobił ze mną wiele rzeczy, lecz nie zniewolił mojego umysłu.
Tego roku Włochy przypominały piekło. Wielu współtowarzyszy zmarło na
skutek chorób i braku opieki. Kiedy rozeszły się wieści, że niektórych z nas mają
przenieść, uznałem, że moja sytuacja nie może się zbytnio pogorszyć. Nie miałem
na tyle sił, żeby wymaszerować z obozu, ale nie było przy tym oficerów i trudno
mówić o wojskowej dyscyplinie. Każdy z nas potrafił się zdobyć co najwyżej na
powolne, ospałe przejście do ciężarówek. Na kolejowej bocznicy załadowano nas
do bydlęcych wagonów. W lepszych czasach do takiego wagonu po prostu bym
wskoczył, ale teraz mozolnie się wspinałem. Napis na tabliczce głosił:
„Czterdziestu ludzi albo dziesięć koni”. Wewnątrz stało jedno wiadro do załatwiania
wszelkich potrzeb. Chciałem znaleźć się możliwie najdalej od niego, bo wielu
chłopaków nadal miało dyzenterię. Opadłem w kącie na podłogę, zadowolony, że
znalazłem miejsce pod jedynym oknem, okolonym drutem kolczastym kwadratem
o boku trzydziestu centymetrów. Ten niewielki otwór zapewniał powietrze, światło
i ograniczony widok na przesuwający się krajobraz. Okno było również jedynym
miejscem opróżniania wiadra, które wkrótce się zapełniło ekskrementami. To
akurat trzeba było robić.
Kilku chłopców podało naczynie do okienka, ale wylanie nieczystości przez
zadrutowaną dziurę nie było takie proste. Znaczna część zawartości zostawała
w środku wagonu i spływała po wewnętrznej ścianie na miejsce, w którym
siedziałem. Można by powiedzieć, że nad moją głową przelewało się całe gówno.
Dostaliśmy do jedzenia dobrze znany suchar, a do picia jeden pojemnik wody na
nas wszystkich. Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. Kiedy pociąg powoli sunął
krętym torem na północ, mijając kilometry pustych plaż, zobaczyłem tablicę
z napisem „Rimini”. Słyszałem już tę nazwę przed wojną. Skręciliśmy w głąb lądu.
Przejeżdżaliśmy przez wioski, w których ludzie wychodzili z domów, żeby nam
pomachać – może myśleli, że jesteśmy Włochami.
Nie miałem wtedy pojęcia, że przemierzamy tę samą trasę, którą transportowano
włoskich Żydów i innych wrogów Rzeszy na północ, do obozów koncentracyjnych.
Nasze wagony mogły być cuchnące i brudne, ale przynajmniej mieliśmy dość
miejsca, żeby się położyć. Żydzi byli o wiele bardziej stłoczeni, klucząc swoją
drogą przez Europę ku strasznemu przeznaczeniu bez ochrony i tego wszystkiego,
co zapewniała konwencja genewska. Nie znaczy to, że nam do tej pory konwencja ta
przyniosła wiele dobrego.
Po kilku dniach jazdy tory dalej wiły się, ale zaczęły się też wspinać.
Przedarliśmy się przez przełęcz Brenner. Dotarliśmy do Austrii. Widok przez drut
kolczasty – takie było moje pierwsze spotkanie z Alpami. Ich majestat wprawił mnie
w osłupienie, ale niepokoiła mnie dostrzeżona sprzeczność. Czułem związek
z wiejskim krajobrazem – w takim przecież dorastałem. Jego piękno wydawało mi
się odsyłać do piękna ludzkości. To ono uczyniło ze mnie takiego człowieka, jakim
byłem. Zastanawiałem się teraz, dlaczego tak przerażające rzeczy mogą dziać się
w tak wspaniałym miejscu. Wtedy nie widziałem jeszcze nawet o połowie z nich.
Pociąg w końcu się zatrzymał. Napis na tablicy obwieszczał: „Innsbruck
Hauptbahnhof”. Nasz wagon przetoczono na bocznicę, a nam kazano przesiąść się
do ciężarówek z plandekami. Od tej pory strażnikami byli Niemcy. Podróż była
długa i wiodła głównie przez otwarte wiejskie okolice. W pewnej chwili
ciężarówka zatrzymała się i pozwolono nam wysiąść, żeby się załatwić.
Natychmiast się zdenerwowałem. Niemieccy strażnicy przystąpili do ustawiania na
trójnogu karabinu maszynowego. Skierowali go w naszą stronę. Pomyślałem, że
mogą zabić wielu z nas na miejscu. Potencjalni świadkowie znajdowali się całe
kilometry stąd. Zastanawiałem się, czy powinienem uciekać, gdyby Niemcy zaczęli
strzelać, czy też ich atakować? Minęła chwila. Strażnicy rozmontowali broń, a my
wsiedliśmy z powrotem do ciężarówek.
W ciągu kilku następnych miesięcy przeszedłem przez kilka obozów. Nie zawsze
byłem pewny, gdzie jestem, a gdy sięgam pamięcią w przeszłość, trudno mi mieć
pewność co do kolejności. Tym razem trafiliśmy do obozu, w którym umieszczono
nas na terenie ogrodzonym drutem kolczastym, po którego drugiej stronie byli
Rosjanie.
Przez kilka dni próbowałem z nimi rozmawiać, ale brakło nam wspólnego
języka, więc nie zaszliśmy zbyt daleko. Widziałem, że są w okropnym stanie.
Usiłowali nie tracić fasonu i urządzili dla nas przedstawienie, tańcząc za drutami,
ale przez ich słabość i niedożywienie wychodziło im to nie najlepiej. W sumie był
to żałosny widok.
Nad obozem unosił się straszny smród i musiało upłynąć kilka dni, zanim
dowiedzieliśmy się, skąd się bierze. Ten wstrętny zapach wydzielały rozkładające
się zwłoki. Rosjan zmuszano do pracy i powoli głodzono na śmierć. Ich racje
żywnościowe nie wystarczały. Dowiedzieliśmy się, że z rozpaczy trzymali
zmarłych na pryczach, żeby przez kilka dni dodatkowo pobierać ich jedzenie.
Szczury za to miały się świetnie. Były wielkości kotów i z pewnością jadały
ludzkie mięso. Ich zapach na to wskazywał. Nic sobie nie robiły z kolczastych
drutów. Spałem na podłodze i nocą budziłem się, a one biegały po moim posłaniu.
Czułem szczurzy oddech na twarzy. Cuchnęły. Przed wiekami jeden z moich
przodków był szczurołapem. Gdyby mógł nas zobaczyć wtedy, w połowie
dwudziestego wieku, w epoce przemysłowych cudów, pośród szczurów jedzących
ludzi, pomyślałby, że cywilizacja upadła. Miałby rację! Gryzły mnie też dziwne
stworzenia większe od pcheł. Nazywaliśmy je łóżkowymi robakami. Nie wiem, co
to było, ale kiedy je rozgniatałem, wypływała z nich wypita krew.
Niebawem napytałem sobie biedy. Przechodziłem pewnego dnia przez obóz, gdy
nagle wrzaskiem zatrzymał mnie niemiecki oficer. Nie zasalutowałem mu.
Próbowałem wyjaśnić, że w brytyjskiej armii nie salutuje się nikomu, kto nie ma na
głowie czapki. Nie przekonałem go. Jeden z chłopaków zawołał, że powinienem
zasalutować i zapomnieć o sprawie. Zrobiłem to niechętnie, a Niemiec mnie puścił.
Po jakimś czasie rozdzielono nas na grupy. Mnie wysłano do pracy z Rosjanami
w kopalni węgla. Wszedłem do windy w nadszybiu i zjechałem w ciemność. Wątła
rama trzeszczała i gięła się pod obciążeniem, jakby miała się rozpaść. Uzbrojeni
strażnicy w podszybiu kazali nam iść przed siebie, dopóki nie dotrzemy do złoża.
Do Rosjan prawie się nie odzywali, tylko ich bili. Przemoc była tam na porządku
dziennym. Byłem jedynym Anglikiem na tym przodku i traktowali mnie trochę
łagodniej. Kazano mi szuflować węgiel na skip od rana do nocy. Pracowałem,
stojąc w wodzie. Była zimna i wyglądała groźnie. Nikt nie dostał kasku ani odzieży
ochronnej, ale i tak Rosjanie mieli najgorzej. Wielu harowało na bosaka, łupiąc
złoże ciężkimi narzędziami. Nie wolno mi było z nimi rozmawiać.
Pracowałem na dole już od trzech dni, kiedy dobiegł mnie wrzask jednego ze
strażników. Agresja w głosie zagłuszyła zgrzyt łopat i stukot kilofów w mroku.
Niemcy tłukli Rosjanina, który zrobił sobie prowizoryczną ochronę przed ostrymi
skałami, przywiązując do bosych stóp cienkie paski gumy. Od razu zorientowałem
się, że odciął je z nieużywanego przenośnika taśmowego, który widziałem
w jednym z opuszczonych bocznych tuneli.
Strażnik wpadł w szał i krzyczał coś o sabotażu. Z przodka wywleczono
kolejnych Rosjan, po czym całą naszą dziesiątkę pchnięto pod ścianę korytarza.
Mieliśmy czarne od węgla twarze. Nikt nie prosił o nic i nie błagał, nie wiedziałem,
jakie porządki tam obowiązują. Krzyki w końcu ustały. Pięciu żołnierzy uniosło
broń i jeden strzelił bez chwili wahania. W plątaninie tuneli i marnie oświetlonych
korytarzy rozległ się ogłuszający huk. Po nim nastąpił kolejny – drugi strażnik
strzelił, kiedy pierwszy przeładowywał broń.
Miałem zaledwie sekundy na reakcję. Nie było dokąd uciekać. Jeśli miałem
zginąć w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, chciałem zabrać jednego
z tych żołnierzy z sobą. To przynajmniej mogłem zrobić, bo, bez względu na
wszystko, czekała mnie śmierć. Nastąpiły kolejne strzały, jeden po drugim. Potem
ustały. Pięć kul i pięciu martwych Rosjan leżało w węglowym pyle. Ja stałem ósmy
w szeregu.
Wpatrywałem się w pluton egzekucyjny, więc nie widziałem ciał padających na
ziemię. Kiedy nas z tego miejsca przepędzano, w uszach wciąż słyszałem
dzwonienie. Już wcześniej stawałem w obliczu śmierci, ale wtedy miałem szansę
walczyć. Tym razem moje życie zależało od kaprysu brutalnego wroga. Byłem
najbliżej kapitulacji, jak tylko się da. W moim ocaleniu nie odegrałem żadnej roli.
To, co zaszło w tej szatańskiej dziurze, wstrząsnęło mną bardziej niż cokolwiek
wcześniej, a może nawet i później.
Zostałem zaprowadzony do skąpo umeblowanego pomieszczenia. Strażnik
pchnął mnie brutalnie na krzesło i rozpoczęło się przesłuchanie. Oficer pytał mnie
łamaną angielszczyzną, czy mam coś wspólnego z tym „sabotażem”. Czy
namówiłem do niego Rosjan? Kto wydał rozkaz? Nic nie mogłem mu powiedzieć.
Nie było żadnego planu. Po prostu wyczerpany nieszczęśnik usiłował chronić
swoje zziębnięte, poranione stopy. Powiedzieli mi, że jeśli coś będę kombinował,
zastrzelą mnie.
Uwierzyłem im.
Te groźby wytrąciły mnie z równowagi, ale ciągle jeszcze miałem wewnętrzną
siłę, która nie została do końca zniszczona. Poprowadzono mnie do jakiegoś
pociągu i wepchnięto do środka wraz z grupą innych jeńców. To były normalne
wagony z bocznymi korytarzami i małymi przedziałami. Nie wiedzieliśmy, dokąd
jedziemy. Poprosiłem o zgodę na skorzystanie z toalety. Mieściła się na końcu
wagonu, obok niepilnowanych drzwi – strażnik stał daleko. Nie znałem
współtowarzyszy, ale dostrzegłem okazję. Kiedy pociąg stanął, otworzyliśmy
drzwi, wyskoczyliśmy na tory i pobiegliśmy na pobliskie pola. Zanim pociąg
ruszył, wydostało się z pół tuzina chłopaków. Nie było żadnej koordynacji,
biegliśmy w różne strony.
Byłem psychicznie wykończony. Strzały w kopalni zrobiły swoje.
Włochy powinny były mnie nauczyć, że ucieczkę należy właściwie zaplanować.
Mieliśmy na sobie mundury, widoczne na kilometr. Nie wiem, ilu złapano, ale
niebawem znowu zaglądałem w lufę karabinu. Na szczęście mnie nie zastrzelili, ale
było po wszystkim. Zabrano mnie do jakiegoś pokoju, gdzie zostałem poddany
przesłuchaniu. Trochę przy tym oberwałem. Potem wysłano mnie do obozu, który
chyba nazywał się Lamsdorf (Łambinowice). Nigdy nie zdołałem tego ustalić. Moją
kartę oznaczono w odpowiedni sposób: notoryczny wichrzyciel.
Niemal natychmiast przeniesiono mnie do obozu karnego Graudenz (Grudziądz),
leżącego w północnej Polsce. Kazano mi się rozebrać i jakiś człowiek obsypał
mnie gryzącym białym proszkiem. Sypał mi go między nogi i pod pachy. Obcięto
mi włosy na krótko i sfotografowano jak kryminalistę, z przodu i z boku,
z zawieszoną na szyi tabliczką. Byłem jeńcem 220543.
Zaprowadzili mnie do spartańskich koszar, w których już siedziało trzech
Anglików i jakiś Szkot – twarde typy, z ogolonymi głowami. Wyglądali tak, jakby
zasłużyli na to, żeby tam być. Nie mieliśmy z sobą zbyt wiele wspólnego.
Wypuszczano nas na krótko, żebyśmy mogli poruszać się trochę na małym
podwórku otoczonym wysokimi murami. Nie mieliśmy nic do roboty, poza
niekończącym się chodzeniem w kółko. Niewiele miałem do powiedzenia. Strzały
w kopalni wciąż mocno mi ciążyły.
Spaliśmy na drewnianych, gołych pryczach, bo nie było tam materaców. Przed
snem musiałem wyjmować deski ze środka, żeby zrobić miejsce dla moich
kościstych bioder – w przeciwnym razie cierpiałem katusze. Cienki wiskozowy koc
prześwitywał, a pierwszej nocy obróciłem się zbyt gwałtownie i wydarłem w nim
dziurę łokciem.
Rankiem zabrano mnie do innego pustego pokoju, gdzie za stołem siedzieli dwaj
oficerowie. Gdy rozpoczęło się przesłuchanie, podeszli dwaj strażnicy i stanęli po
moich bokach. Zobaczyłem ich ciężkie, wyglansowane buty. Myślałem, że zbiorę
cięgi, ale oni tylko stwarzali pozory. Poczułem ulgę. Niemcy nadal uważali, że
byłem zamieszany w coś z Rosjanami, ale mój mundur zapewniał mi pewną
ochronę, o ile nie zdołaliby mi czegoś udowodnić.
Słyszałem o strasznych rzeczach dziejących się wokół mnie, w innych częściach
tego wielkiego obozu, ale ze mną wszystko było w porządku. Wysłano mnie tam za
karę, ale przynajmniej nie pracowałem już w tej okropnej kopalni. Po jakichś trzech
tygodniach znowu wyruszyłem w drogę – tym razem pociągiem – w towarzystwie
kilku strażników.
Rozdział 9

Dotarliśmy na małą stację. Peron był bardzo niski i musiałem zejść po kilku
stopniach, żeby wydostać się z pociągu. Natychmiast kazano nam ruszyć w drogę po
nierównym torze. Po około trzech kilometrach doszliśmy do obozu, położonego
w dość miłej okolicy. Porównując to z miejscami, w których byłem ostatnio, nie
mogłem uwierzyć własnym oczom. Patrzyłem na solidne, drewniane baraki,
między którymi rosła trawa, otoczone przez tylko jeden płot z drutu kolczastego.
„To będzie niezła zabawa” – pomyślałem. W obozie znajdowało się już kilkuset
alianckich jeńców. Działało światło elektryczne, była bieżąca woda, toalety, na
których dało się usiąść, i centralne ogrzewanie. Na podwójnych pryczach leżały
materace ze słomą i całkiem przyzwoite koce. Ktoś mi powiedział, że ten obóz
powstał dla Hitlerjugend. Z pewnością na to wyglądało.
Inni jeńcy powiedzieli mi, że znajdujemy się nieco na południe od polskiego
miasta Oświęcim.
Następnego ranka obudzono nas o szóstej trzydzieści i wyprowadzono za bramę.
Szliśmy polami i lasami około dwa kilometry, po czym wiejski krajobraz nagle
znikł. Przed nami rozciągał się ogromny plac budowy. Z kominów i parowych
dźwigów unosił się dym, a z błota wynurzał się ciemny szkielet szatańskiego
kompleksu fabrycznego, zbudowanego z betonu i żelaza. Ponad nim, na stalowych
linach, kołysały się balony zaporowe. Wprowadzono nas do środka.
Wszędzie pełzały dziwne, spowolnione postaci – były ich setki… nie! całe
tysiące. Wszystkie w obszarpanych, pasiastych bluzach i spodniach,
przypominających raczej piżamy niż ubrania robocze. Twarze mieli szare, na byle
jak ogolonych głowach nosili małe czapeczki. Poruszali się jak ruchome cienie,
bezkształtni i niewyraźni, jakby w każdej chwili mogli rozpłynąć się i zniknąć. Nie
wiedziałem, kim albo czym są.
Reszta chłopaków nazywała ich pasiastymi. Powiedzieli mi też, że to polskie
miasto, Oświęcim, po niemiecku nazywa się Auschwitz.
W tych biednych zjawach w końcu rozpoznałem bliźnich, choć odarto ich ze
znacznej części człowieczeństwa. Zauważyłem to już wtedy. Nosili plakietki
z gwiazdą Dawida. To byli Żydzi.
Nas podzielono na robocze komanda, liczące po dwudziestu do trzydziestu ludzi,
i rozesłano do różnych kierowników, z których każdy działał we własnym
odgrodzonym rejonie. Praca zaczęła się od razu – przesuwanie i przenoszenie
materiałów budowlanych i ciężkich rur, układanie kabli… Od razu poznałem
panujące tu mechanizmy. Kiedy coś trzeba było podnieść, wołano biednych
pasiastych, którzy wyrastali jak spod ziemi i tłumnie otaczali rurę, zawór lub kabel
wymagające przeniesienia. Potrzeba ich było tak wielu, bo byli bardzo słabi. Jedni
dźwigali na plecach wielkie worki cementu, inni mozolili się przy taczkach.
Nad wszystkimi czuwali brutalni brygadziści, czyli kapo, trzymający pałki lub
ciężkie liny związane w węzły. Byli kryminalistami i to do nich należała decyzja
o życiu lub śmierci pozostałych. Swobodnie z tej władzy korzystali. Natychmiast
ich znienawidziłem. Tuż po przybyciu do obozu stałem się świadkiem pierwszego
bicia i trudno mi było uwierzyć, że życie ludzkie może być tak mało warte. Nawet
na pustyni bardziej przejmowaliśmy się śmiercią. Tutaj nie poświęcano nawet kuli,
żeby zakończyć życie człowieka w pasiaku. Wystarczały buty i pałki.
Wtedy tych żydowskich więźniów trzymano z dala od nas. Odzywając się do nas
ryzykowali, że zostaną zastrzeleni albo zatłuczeni na śmierć. My wieczorem
wracaliśmy do naszego niemal przyzwoitego obozu, a ich prowadzono Bóg wie
dokąd.
Tę potężną fabrykę budował koncern IG Farben, gigant chemiczny. Miała służyć
do produkcji przede wszystkim buny, czyli syntetycznego kauczuku na potrzeby
hitlerowskiego wojska, a także metanolu, wykorzystywanego jako paliwo. Teren
miał trzy kilometry długości, mierząc ze wschodu na zachód, i półtora kilometra
szerokości. Na ogrodzonym obszarze podzielonym na wielką sieć prostokątów
działały niezliczone indywidualne budowy, Bau, a nad całością dominował wielki
zakład przemysłowy z czterema wysokimi kominami. Nazwaliśmy go „Queen
Mary”, na cześć liniowca, który jednak miał trzy kominy. Ktoś tam w obozie nie
umiał liczyć. Wokoło wznoszono budynki, wieże i kominy, bramy i instalacje na
wielką skalę. Wzdłuż każdego bloku biegły linie kolejki wąskotorowej, którymi
dowożono wszystko, co potrzebne, by to miejsce mogło powstać i działać.
Wszędzie, w zakątkach i szczelinach tego przemysłowego koszmaru, widać było
biedne stworzenia w brudnych kostiumach zebr, często zbyt słabe, żeby stać, a co
dopiero coś dźwigać i przenosić. Wiedziałem już, że to nie jest zwyczajny obóz
pracy. Celowo zmuszano ich do zapracowania się na śmierć.
To było piekło na ziemi. Piekło na ziemi. Nie rosła tam trawa, nie było żadnej
zieleni, tylko błoto zimą i kurz latem. Przyroda – nie wspominając o samym
Wielkim Architekcie – opuściła to miejsce. Przez cały pobyt nie widziałem motyla,
ptaka czy pszczoły.
Wkrótce stało się jasne, że strażnicy nie są w stanie egzekwować ścisłego
rozdziału grup, bo to spowalniało pracę, która miała być wykonywana szybko.
Niebawem pracowaliśmy ramię w ramię z Żydami. Dzieliliśmy z nimi trud, nas
jednak nie chłostano ani nie zabijano na chybił trafił. My nie mieliśmy tam umrzeć,
oni – tak. Taka była między nami różnica. Wiatr wiejący od zachodu przynosił
z nieco oddalonych kominów mdlący, słodkawy odór.
Przez kilka dni pracowałem obok jednego biedaka, chyba nazywał się Franz.
Zacząłem go rozpoznawać w tłumie. Któregoś dnia po prostu go nie było.
Wykorzystałem chwilę, kiedy kapo nie patrzyli, i zapytałem kogoś z jego komanda,
co się stało z Franzem. Ten wskazał w górę obiema rękami i odparł:
– Wyleciał przez komin.
Łuski opadły mi z oczu.
Tych, którzy byli zbyt słabi, żeby pracować, zabijano i palono. Ów odór
dochodził z kominów położonych w oddali krematoriów. Teraz to wiedziałem, ale
nie wystarczało mi, że o tym usłyszałem.
Podczas jednego z marszów powrotnych z IG Farben rozpętała się awantura
między kilkoma brytyjskimi jeńcami a strażnikami z Wehrmachtu, których
z niemiecka nazywano postenami. Nasi chłopcy, wśród których akurat szedłem,
drażnili ich, buczeli i szydzili. Wybuchła szamotanina, strażnicy wpadli między nas,
próbując przywrócić porządek. Popychali i potrącali wszystkich. Rozkazy
wykrzykiwał wysoki Feldwebel, czyli sierżant. Skupił się na mnie w chwili, gdy
wyszedłem z tego zamieszania. Wyrwał karabin jednemu z postenów, chwycił go
obiema rękami i próbował walnąć mnie z całej siły w głowę. W porę dostrzegłem
jego zamiary i zrobiłem unik, a jednak rozległ się głuchy odgłos miażdżonej kości.
Cała siła ciosu poszła w głowę jednego z Niemców, który stał tuż za mną. Padł ze
zniekształconą twarzą. Kolba czterokilogramowego karabinu uderzająca
z wymachu w skroń mogła spowodować tylko jeden skutek. Nawet jeśli nie zginął
na miejscu, to długo nie pożył. Wróciliśmy do szeregu, przygotowani na karę. Nie
nastąpiła. Tego Feldwebla zaś nie zobaczyłem nigdy więcej.

Nasz obóz był zbyt dobry, żeby mógł przetrwać. Pewnego dnia, na początku 1944
roku, przeniesiono nas do miejsca położonego zaledwie kilka metrów od
południowego skraju kompleksu IG Farben. Pasiaści znajdowali się gdzieś na
wschód od nas, na tyle blisko, że nocami słyszeliśmy krzyki, a czasem także strzały
z ich obozu.
Warunki w nowym obozie były surowe, panował większy tłok niż w poprzednim.
Zimą z sufitów baraków zwisały sople, w cieplejszych miesiącach we wnętrzach
roiło się od komarów. Urządzono tam też prymitywną latrynę – szereg dziur
w desce nad dołem. W dodatku tych dziur było za mało jak na obóz wielkości
naszego.
Miejsce to miało swój numer – E715. Słyszeliśmy, że poprzednio trzymano tu
jeńców rosyjskich. Krążyły plotki, że SS, by zrobić miejsce dla nas, usunęło ich,
zapędzając do niewykończonego tunelu (który później miał nam służyć jako schron
przeciwlotniczy), gdzie zostali zabici trującym gazem. Trudno było orzec, czy to
prawda. W takim miejscu wszystko było możliwe.
Teraz już wiem, że ofiarami pierwszych eksperymentów z użyciem trującego
gazu stali się właśnie sowieccy jeńcy wojenni. We wrześniu 1941 roku, w głównym
obozie Auschwitz, w piwnicy jednego z bloków, wymordowano ich całe setki przy
użyciu Cyklonu B. Gaz działał, ale według dowództwa obozu metoda nie była
wystarczająco wydajna, więc zaadaptowano budynek krematorium w ten sposób,
żeby kryształki emitujące gaz dało się wrzucać przez otwory w dachu. W tym
pierwszym eksperymencie zginęło dziewięciuset ludzi. Koła zmechanizowanego
mordu zaczęły się obracać.
Rozchodzące się wówczas pogłoski o tym, że zagazowywanie odbywa się
w naszym obozie po prostu podsycały moją frustrację i potrzebę uzyskania
pewności. Rosjan traktowano niemal równie źle, jak Żydów. My mieliśmy więcej
szczęścia niż jedni i drudzy. Nasi strażnicy byli zwykle z Wehrmachtu – niemieckiej
armii. Nie byli tak brutalni jak SS, ale daleko im było do ludzkich odruchów
członków Afrika Korps.
Spośród oficerów niemieckich w E715 najczęściej widywaliśmy niejakiego
Miesera. Pojawiał się, ilekroć trzeba było rozwiązać jakieś problemy, i bywał na
porannych apelach.
Podczas apeli staraliśmy się zachowywać w sposób możliwie najbardziej
niezdyscyplinowany – w końcu nie liczono nas dla naszego dobra.
Mieser uspokajał nas, krzycząc „Ruhig!”, a słowo to (znaczące: spokojnie)
szybko podchwycili chłopcy i zaczęli je powtarzać. Ilekroć się pojawił,
wygwizdywaliśmy go i bezlitośnie powtarzali to słowo chórem, więc w końcu
przylgnęło do niego jako przezwisko. To były sztubackie zabawy, ale dobrze
wpływały na morale. „Ruhig” przejawiał nadgorliwość i niektórzy go nienawidzili,
ale nie należał do najgorszych.
Rzadko widywaliśmy komendanta, którego nazywaliśmy po prostu Hauptman.
Raz zdarzyło mi się stanąć z nim twarzą w twarz. Pewnego wieczoru wracaliśmy
z pracy w deszczu. Stałem przy wejściu do obozu obok londyńczyka Phila Hagena,
w małej śluzie ogrodzonej drutem kolczastym. Strażnicy zaczęli nas przeszukiwać.
Szybko stwierdzili, że Phil ma wetknięty w spodnie jakiś drób, kurczaka czy może
kaczkę, którą zdołał gdzieś wykombinować.
Jeśli nas przyłapano, zawsze karano więcej niż jednego. Rozległy się wrzaski
i krzyki. Chłopcy zaczęli szydzić, czym w końcu zmusili strażników do wyjęcia
broni i oddania w powietrze kilku ostrzegawczych strzałów.
Stałem blisko Phila, więc wywleczono nas obu i zamknięto na noc w lodowatym
karcerze, w przedniej części obozu. Nie dostaliśmy ani jedzenia, ani wody.
Następnego ranka zaprowadzono nas do komendanta, gdzie Phil oświadczył, że to
stworzenie rzuciło się na niego i musiał je zabić w samoobronie. Po chwili, którą
zabrało tłumaczenie, komendant wybuchnął śmiechem i napięcie zostało
rozładowane. Więcej nie było o tym mowy.
Niemcy dopuścili się okrucieństw także w stosunku do nas; o dwóch z nich wiele
rozmawiano. Nie byłem ich świadkiem, ale wszystko mi opowiedziano.
Jock Campbell, pomimo warunków obozowych, ubierał się starannie, a nawet
elegancko, wyróżniał się też inteligencją. Pewnego wieczoru, gdy kolumna wracała
do obozu, Jock zobaczył przymusową robotnicę z trudem dźwigającą ciężki
kanister.
Wyszedł z szeregu, żeby jej pomóc. Kazano mu wrócić, a on odmówił, za co
pchnięto go bagnetem. Okazało się później, że cios nie był śmiertelny. Niektóre
relacje wskazywały na żołnierza o nazwisku Benno Franz. Nie widziałem tego
zdarzenia, więc nie mogę się wypowiadać. Natomiast kiedy przechodziliśmy obok,
widziałem, jak Campbell leży na ziemi, a kilku chłopców się nim zajmuje. Rana
była paskudna, ale pchnięcie nie mogło być pełne i jestem raczej pewny, że się
wylizał.
Drugi przypadek zdarzył się 23 lutego 1944 roku i dotyczył kaprala Reynoldsa ze
Służby Pomocniczej Królewskiej Armii, pracującemu na budowie Buna Werke.
Otóż odmówił on wspinaczki na dwudziestometrową wieżę pokrytą lodem,
stwierdzając, że bez odpowiedniego obuwia to samobójstwo. Zastrzelono go na
miejscu. Niektórzy oskarżali o to zabójstwo oficera o nazwisku Rittler, inni mówili,
że i tym razem był to Benno Franz. Przypominam sobie, że tego dnia słyszałem
strzał, ale nie poszedłem sprawdzić, co się stało, bo taki odgłos nie był niczym
niezwykłym. Na skutek takich wydarzeń gasły w nas resztki pogody ducha.
Byli w obozie E715 i tacy, którzy uznali, że najlepszym sposobem radzenia sobie
z tym, co się wokół nas dzieje, jest wypełnienie niewielkiej ilości wolnego czasu
działaniami kreatywnymi. Dla podniesienia morale próbowali organizować
w barakach przedstawienia teatralne. Chcieli pokazać, że nie zostaliśmy pobici.
Jakiś bystrzak wpadł na pomysł udramatyzowania historii Sweeneya Todda, jak
gdyby nasze przyziemne życie wymagało urozmaicenia w postaci demonicznego
golibrody. Ludzi wokół bezustannie wysyłano na tamten świat.
Może to była próba przewrotnej alegorii. Nawet jeśli tak, to nie pamiętam z niej
zbyt wiele, poza tym, że pojawili się niemieccy strażnicy i cenzorzy, aby sprawdzić,
co kombinujemy. Przygotowywano jeszcze inne wątpliwej jakości przedstawienia,
ale teatr nie był moim sposobem radzenia sobie z sytuacją. Byliśmy świadkami
niekończących się potworności, a nie chciałem szukać jakiejkolwiek rozrywki.
Zmieniłem jednak zdanie, kiedy zaczęła się gra w piłkę nożną. Podobnie
postąpiło wielu chłopaków; byliśmy w końcu tylko ludźmi. Do obozu sprowadzono
nawet nieliczne koszulki i szorty i ktoś wpadł na pomysł zorganizowania turnieju
międzynarodowego. Miały w nim wystąpić drużyny Anglii, Szkocji, Walii
i Południowej Afryki, ale nie było wystarczająco wielu przedstawicieli każdego
z narodów. O ile pamiętam, jedynym Południowoafrykańczykiem był Burt Cook,
więc z „międzynarodowego” charakteru tak naprawdę pozostały tylko nazwy
zespołów. Rozegrałem dwa mecze dla Południowej Afryki, na prawym skrzydle;
w finale strzeliłem bramkę i wygraliśmy.
Mecze odbywały się na polu położonym na wschód od głównego wejścia i, jeśli
dobrze sobie przypominam, rozstawiono tam karabiny maszynowe, które miały nas
powstrzymać przed nadmiernym rozbrykaniem. Na bramce w drużynie Anglii stał
wtedy jeszcze mi nieznany Doug Bond – zaprzyjaźniłem się z nim wiele lat później.
Trudno było odpuścić mecz i okazje do gry zawsze ogromnie mnie cieszyły, choć
trudno dziś rozstrzygać, czy było to słuszne, czy nie.
Patrząc z perspektywy czasu, byliśmy chyba naiwni. Po meczach ustawiano nas
do fotografii, na których widać, jak uśmiechamy się promiennie do obiektywu.
Teraz myślę, że staliśmy się narzędziem w wyrafinowanych działaniach
propagandowych. Przypominam sobie, że fotograf był cywilem, a potem wszystkim
wręczano odbitki. Mniej więcej w tym samym czasie dostaliśmy świeże mundury.
Nie były nowe, ale prezentowały się znacznie lepiej od poprzednich. Wielu
chłopaków dało się sfotografować także w tych strojach.
To był prezent dla Niemców. Pomogło to Wehrmachtowi wykazać różnicę
między tym, jak nas traktowano, a metodami jakie stosowało SS wobec Żydów.
Ktoś spodziewał się pytań, które musiały paść po wojnie. Bez wątpienia dowództwo
obozu mogło też dzięki temu uspokoić komisje Czerwonego Krzyża. Choć i te
inspekcje okazywały się łatwowierne. Niektóre z ich raportów na temat warunków
w naszym obozie, które zobaczyłem później, niewiele miały wspólnego z prawdą.
W raportach Niemcy na przykład dawali do zrozumienia, że wolno nam grać
w piłkę ilekroć jest wystarczająca liczba strażników. To zupełne brednie. W jednym
z raportów Czerwonego Krzyża dowodzono, że praca nie jest ciężka i nikt się na
nią nie skarży.
Stwierdzono też, że mamy bieżącą ciepłą wodę, a nawet, co było jeszcze
śmieszniejsze, że widziano jeńców grających w tenisa. Owszem, Czerwony Krzyż
uznał liczbę miejsc w latrynach za niewystarczającą, a wodę pitną zakwalifikował
jako nienadającą się do spożycia. Akurat do tego Niemcy sami się przyznali.
To nie było przyjemne miejsce. Nigdy nie mogłem być pewny, komu zaufać.
Wszędzie mówiło się o szpiegach w naszych szeregach – takich nazywaliśmy
fretkami. Dotarła do mnie historia niejakiego Millera, pamiętam nawet, że go
widziałem. Ten to miał gadanie… Przyjechał jeden jedyny w transporcie
z Lambsdorf i opowiadał, że służył w pułku Green Howards, a to akurat był jeden
z mniejszych pułków. Natychmiast wzbudził podejrzenia. Szczegóły na temat jego
służby i jego znajomość pułku jakoś się nie zgadzały. Zaczęliśmy węszyć. Znaleźli
się tacy, którzy doszli do wniosku, że Miller jest szpiegiem, fretką, umieszczonym
w obozie w celu wyciągania od nas informacji.
Dopadli go ponoć w latrynie, zabili i wrzucili ciało do dołu. Nie było mnie przy
tym, ale wtedy nie wątpiłem w przebieg wydarzeń. W obozie roiło się od ludzi
zdolnych do takich czynów. Niemcy nigdy nie zareagowali na to, że brakuje
jednego z jeńców.
Rozdział 10

Pracowaliśmy po jedenaście godzin na dobę. Możesz zapomnieć o tych wszystkich


wojennych filmach, w których faceci w sweterkach do krykieta uprawiają ogródki
albo gimnastykują się, żeby zamaskować kopanie tuneli ucieczkowych; palą fajki
i grają Niemcom na nosie. Może tak było w obozach dla oficerów, ale my, „niżsi
rangą”, byliśmy przeznaczeni do ciężkiej fizycznej pracy, choć nieporównywalnej
z tą, jaką wykonywali ci w pasiakach.
Każdego dnia widziałem Żydów zabijanych na terenie fabryki. Jednych kopano
lub bito aż do śmierci, inni po prostu padali, umierając w błocie z wyczerpania
i głodu. Wiem, że to samo działo się w każdym zakątku obozu, przy każdym
rodzaju pracy. Żydzi mogli nieco przedłużyć swoje życie, ale skutek na ogół był ten
sam. Nie dostawali tyle żywności, by mogli przeżyć. Około południa przywożono
okropny kapuśniak. Ledwo byliśmy w stanie go przełknąć, ale przynajmniej miał
jakąś wartość odżywczą. To, co dostawali Żydzi, niewiele różniło się od cuchnącej
wody. Od czasu do czasu udawało się nam zawyżyć liczebność naszego komanda
i dostawaliśmy nieco więcej zupy. Nie mogliśmy jej oddać Żydom bezpośrednio,
ale zostawialiśmy ją w miejscach, z których mogli ją zabrać. Jeśli strażnicy lub
kapo przyłapali ich na jedzeniu „naszej” zupy, wykopywali im ją z rąk. Potem
zazwyczaj następowało bicie.
W Buna Werke wysysano życie i pracę z każdego z tych wyczerpanych ludzi,
a później odsyłano ich na śmierć. Wtedy nie znałem jeszcze nazw, ale wiedziałem,
że jechali na zachód – albo do ceglanego obozu Auschwitz I, który powstał jako
pierwszy, albo do rozległego skupiska nowych baraków z drewna, zwanego
Auschwitz-Birkenau. Zabijano ich tam raczej szybko, wielu natychmiast po
przybyciu. Za wszystkim stało SS oraz kierownictwo IG Farben. Mój gniew skupił
się na kapo – wyznaczonych na nadzorców pozostałych więźniów. Nikczemni
ludzie. Wielu z nich na pasiakach nosiło zielone trójkąty oznaczające zawodowych
kryminalistów. Ich przetrwanie zależało od tego, czy potrafią zapanować nad
pozostałymi. Nie mieli przyjaciół i jeśli utracili uprzywilejowaną pozycję, nie było
im dane długie życie.
Mówi się o nieludzkim zachowaniu człowieka wobec człowieka, ale tu nie może
być mowy o postawie ludzkiej czy nieludzkiej, lecz po prostu o bestialstwie. W tym
miejscu miłość i nienawiść nic nie znaczyły. Ich miejsce zajęła obojętność.
Poniżało mnie każde bezsensowne morderstwo, którego byłem świadkiem i nic nie
mogłem na nie poradzić. Żyłem w plugastwie.
Dla żydowskich więźniów wartość miało wszystko, co dało się wymienić albo
zjeść. Mogli dzięki temu pożyć odrobinę dłużej. Każdy musiał znaleźć sobie jakąś
niszę, sposób na zdobycie kilku dodatkowych kalorii dziennie. W przeciwnym razie
umierał. Ryzykowali jednak tym samym bardzo wiele.
W porównaniu z nimi byliśmy uprzywilejowani, ale tylko w porównaniu.
Domagaliśmy się na przykład wolnej niedzieli od czasu do czasu. W końcu trochę
nam pofolgowano. Nastąpiło to dopiero po tym, jak wdałem się w niespodziewaną
sprzeczkę z jednym z ważniejszych przedsiębiorców na budowie IG Farben.
Odrobina wiedzy może być niebezpieczna. Nikła znajomość języka w miejscu
takim jak Auschwitz mogła być zabójcza. Jednemu z kierowników na budowie
powiedziałem w twarz: Schwindler, bo kazał nam pracować siedem dni w tygodniu
bez żadnej przerwy. Wpadł w szał. Wiedziałem, że źle dobrałem słowo, bo
wezwano strażników, żeby mnie zabrali.
Sprowadzono tłumacza, szkockiego żołnierza mówiącego po niemiecku lepiej
ode mnie, który miał pośredniczyć w wyjaśnieniach. Stwierdził, że w języku
angielskim użycie wobec kogoś słowa swindler to wyrażenie umiarkowanej
krytyki. Jakby nazwać go łobuzem. Najwyraźniej w niemieckim znaczenie było
znacznie gorsze. Prawdę mówiąc, określenie Schwindler było i tak umiarkowane
w porównaniu z tym, co naprawdę myślałem, ale to usprawiedliwienie
poskutkowało i zażegnało konflikt. Znowu miałem szczęście.
Harowaliśmy jednak ciężko. Byliśmy wściekli, bo nasza przymusowa praca
wspomagała niemiecki potencjał wojenny. Skarżyliśmy się, mówiąc, że to wbrew
konwencji genewskiej. Ku mojemu zdumieniu, naszą skargę przekazano dalej
i zostaliśmy wezwani do budynku biurowego na terenie IG Farben. Do
przedstawienia sprawy wybrano pięciu z nas, w tym mnie. Dziwiłem się, że w ogóle
chcą nas wysłuchać, ale kiedy zostaliśmy wprowadzeni do biura, okazało się, że
spotkaniu ma przewodniczyć jakiś wyższy oficer. Co nie wróżyło dobrze.
Wysłuchał naszej skargi, a potem wyjął z kabury pistolet, położył go z trzaskiem
na stole i powiedział:
– To jest moja konwencja genewska. Będziecie robić, co wam każę.
Rozkazano nam wrócić do pracy, ale byliśmy zdecydowani sprawiać jak
najwięcej kłopotów.
Często odsyłano mnie do biura pewnego niemieckiego inżyniera, bym coś
dostarczył. Inżynier przechadzał się po budowie w filcowym kapeluszu i wysokich
butach czy getrach. Był gadatliwy i wyglądało na to, że mnie lubi. Znajomość z nim
mogła ułatwić użycie pewnego wybiegu. Właśnie u niego poznałem Paulinę,
pracującą tam młodą Ukrainkę. Pochodziła znad Morza Czarnego, miała szeroką
twarz i falujące blond włosy. Po zaatakowaniu Związku Radzieckiego przez Niemcy
została przewieziona (podobnie jak wiele jej rodaczek) przez pół Europy
i zmuszona do pracy dla nazistów. Ukraińcy mieli jednak znacznie więcej swobody
niż żydowscy więźniowie. Nie nosili pasiaków, nie przeznaczono ich też do
eksterminacji, ale ich życie i tak wisiało na włosku. Pomaganie nam wymagało
odwagi, a Paulina pomagała bardzo. Dawała cynk, ilekroć miała nadejść specjalna
dostawa maszyn lub części, dzięki czemu mogliśmy próbować dokonać sabotażu.
Kiedy nie mogliśmy spotkać się w biurze inżyniera, naszym miejscem kontaktu
była mała kotłownia. Palaczem był przymusowy robotnik. Z góry powiedziałem
mu, o co chodzi, i choć wiedział, co się dzieje, to i tak nam dokuczał. Składał palce
w kółeczko, szepcząc znacząco słowa: amour, amour.
Na wypadek, gdyby w czasie naszej rozmowy zjawiło się SS, odkręcił arkusz
falistej blachy ze ściany za kotłem. Jedno z nas mogłoby wtedy wymknąć się na tył
budynku. Nigdy nie było to konieczne.
Informacje Pauliny miały dla nas wielkie znaczenie. Zamienialiśmy kartki na
wagonach, licząc na to, że pojadą w niewłaściwe miejsca. Sypaliśmy piasek
w panewki osi, by się rozgrzewały i szybciej zużywały. Wyginaliśmy łopatki
wentylatorów chłodzących – wpadały wtedy w wibracje i stopniowo niszczyły
maszynerię. Układaliśmy nawet ostre kamienie pod kablami elektrycznymi
w wykopach, licząc na to, że w ten sposób w końcu odetniemy zasilanie. Kiedy
kazano nam nitować wielkie gazometry, opracowaliśmy metodę takiego
kształtowania główek nitów, że sprawiały wrażenie starannie wykończonych, ale
z czasem luzowały się, powodując wycieki. Wkradałem się do składów firm
budowlanych, odszukiwałem butle z tlenem używanym do spawania i za pomocą
klucza, który sam zrobiłem, otwierałem zawory, wypuszczając gaz. Acetylen dało
się wyczuć, tlen nie miał zapachu. To była zbrodnia doskonała. Moje doświadczenie
inżynieryjne przydawało się po raz pierwszy od czasów pustyni. Cieszyłem się, że
mogę być użyteczny.
Paulina robiła dla mnie jeszcze więcej. Kilka razy udało jej się przekazać mi coś
gotowanego, a w dodatku podawała mi to jedzenie na talerzu. Nie wiem, skąd je
brała, ale doceniałem to. Lubiła mnie i tyle. Do niczego między nami nie doszło,
a gdy ofiarowała mi swoje zdjęcie, zachowałem je – nosiłem w mundurze,
przywiozłem z sobą do domu i mam je do dziś. Dostałem też od niej prosty sygnet
z tajemniczymi inicjałami FD i datą: 1943. W tamtym miejscu nawet drobne
prezenty były rzadkością i miały ogromną wartość, więc i ten sygnet przywiozłem
do domu.
Bez Pauliny znaczna część dokonywanych przez nas sabotaży nie byłaby
możliwa. To były drobne akcje – tak musiało być. Każde spektakularne działanie
zostałoby wykryte i ktoś by za nie zapłacił. Ryzyko było zbyt duże.
Budowa wytwórni kauczuku rozpoczęła się w kwietniu 1941 roku. Reichsführer
SS Heinrich Himmler obiecał IG Farben tysiące przymusowych robotników. Ten
zakład nie wyprodukował jednak ani jednej partii buny i wierzę, że mieliśmy w tym
swój drobny udział.
Bestialstwo było powszechne. Pewnego dnia, spojrzawszy w stronę budynków
kantyny na terenie budowy IG Farben, zobaczyłem żydowskiego więźnia, który
grzebał w kuble na śmieci, szukając czegoś, co mógłby zjeść albo wymienić –
spleśniałych warzyw, niedopałka albo kawałka drutu. Poruszał się powoli. Głód
i wyczerpanie przytępiły jego zmysły, tak że nie odczuwał niczego poza potrzebą
jedzenia.
Nie miałem czasu, żeby go ostrzec, a on nie widział umundurowanej strażniczki,
jednej z nielicznych na budowie, dopóki nie znalazła się tuż za nim. Powaliła go na
ziemię jednym ciosem i stanęła nad nim okrakiem. Nie zajęło jej to wiele czasu.
Dłońmi w skórzanych rękawiczkach chwyciła wielki kamień, uniosła go ponad
głowę i roztrzaskała czaszkę więźnia.
To nie była jedyna strażniczka, którą widziałem. Ktoś wskazał mi kiedyś kobietę
w dobrze skrojonym mundurze, idącą w grupie innych przez budowę. Zacięta mina
szpeciła jej młodzieńczą twarz. Powiedziano mi, że to osławiona Irma Grese
z obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, leżącego po drugiej stronie miasta. Stracono
ją w grudniu 1945 roku za sadystyczne wyczyny.
Niektórzy ze strażników z SS byli starzy albo odnieśli rany w walce, ale nie
żywiłem sympatii dla żadnego z nich. To nie byli żołnierze z Afrika Korps.
Wiedzieli, co się dzieje w Auschwitz, bo tego nie dało się ukryć.
Pewnego razu, kiedy pracowałem na zewnątrz, jakiś esesman stanął obok mnie.
Miał głęboko zapadnięte oczy i był ranny w rękę. Patrząc w dal, zaczął mówić,
jakby sam do siebie. Obsługiwał karabin maszynowy na froncie wschodnim.
Opowiadał o ataku Rosjan, który rozpoczął się od dźwięku gwizdka. Były ich
tysiące i bez względu na to, ilu skosił seriami, wciąż nadchodzili następni. Stał obok
mnie i przeżywał to na nowo. Lufa jego karabinu wkrótce wypaczyła się od gorąca
wywołanego ciągłym strzelaniem. Wszystko na nic, Rosjanie byli nie do
powstrzymania. Odniósł ranę i może częściowo stracił rozum. Nie powiedziałem
nic. Jak w takim miejscu można komukolwiek współczuć?
Zakończywszy swój monolog, podniósł się i odszedł, nie wypowiadając ani
słowa, choćby do widzenia. Trzy dni później zobaczyłem go znowu. Spojrzał
przeze mnie, tak jakbym był ze szkła.
Pamiętam też, jak kiedyś przytrzymywałem metalowe rury,
a dwudziestojednoletni blondyn przyspawał do nich kołnierze. Był niemieckim
pracownikiem cywilnym. Ta grupa stanowiła dla nas zagadkę. Intrygował mnie,
więc próbowałem dogadać się z nim jak jeden młody chłopak z drugim. Spytałem
o muzykę i o to, dlaczego naziści nie znoszą jazzu. Myślałem, że zdołam sprawić,
że się odsłoni, powie coś o swojej przeszłości, zdradzi coś przydatnego, ale on już
był zatruty nienawiścią. Powiedział mi, że jego kraj zniszczyli Żydzi. Nie doszło do
spotkania dusz. Ale nagle przestał spawać i zaśpiewał:

Küss mich, bitte, bitte küss mich,


Eh’ die Letzte Bahn kommt,
Küss mich ohne Pause.
(„Pocałuj mnie proszę, proszę pocałuj,
nim przyjedzie ostatni tramwaj,
całuj mnie bez przerwy”).

Niewinny tekst nie pasował do tego potwornego miejsca, ale on tego nie zauważył.
Powrócił do spawania.
Był pewien więzień, który wyróżniał się pośród zwiezionych do obozu przez
nazistów. Victor Perez był mądrym i wykształconym sefardyjskim Żydem
z francuskiej Tunezji. Swego czasu zdobył tytuł bokserskiego mistrza świata
w wadze muszej. Aresztowano go w Paryżu w 1943 roku. Interesowałem się
sportem, toteż znałem go jako „Młodego”, który na początku lat trzydziestych
walczył w Wielkiej Brytanii. W IG Farben rozmawiałem z nim tylko raz, bardzo
krótko. Kiedy powiedziałem mu, że słyszałem o jego świetnej walce
w Manchesterze z Johnnym Kingiem, musiał chwilę się zastanowić, zanim sobie
o niej przypomniał. Był zaledwie cieniem młodego, przystojnego pięściarza,
którego widziałem na zdjęciach. Wiele lat później dowiedziałem się, że zmuszono
go do boksowania się na Appelplatz, czyli placu apelowym w obozie Auschwitz III,
a esesmani urządzali zakłady, obstawiając wynik. Zastrzelił go esesman w styczniu
1945 roku.
Nie wystarczały mi nasze małe akty sabotażu. Ziemia, po której chodziliśmy,
wchłonęła zbyt wiele krwi. Ten okropny smród wciąż wisiał nad obozem,
mieszając się w powietrzu z pyłem i wyziewami fabrycznymi. Wciąż pojawiały się
nowe pytania.
Myślałem, że uodporniłem się na przemoc panującą w tym miejscu. Musiałem się
opancerzyć, żeby przeżyć. Każdy z przetrzymywanych w Auschwitz miał swoją
historię, ale skala tego, co się tu działo, sprawiała, że osobiste tragedie ginęły
w masie podobnych. Jednak w najmniej spodziewanym momencie z tłumu wyłoniły
się dwie jednostki. Zbiorowe cierpienie tysięcy po raz kolejny stało się losem
prawdziwych ludzi. Z Hansem i Ernstem, dwoma żydowskimi więźniami, zetknąłem
się z różnych powodów.
Hansa poznałem, pracując na parterze budowanego z cegieł, powoli
nabierającego kształtów budynku. Wciąż jeszcze nie przykrywał go dach, ale
wzdłuż korytarza zaczęto instalować rury. Znajdowałem się w korytarzu,
niewidoczny z zewnątrz, ale układ budynku sprawiał, że patrolujący strażnik mógł
mnie łatwo zaskoczyć.
Co robiłem? Bazgrałem kredą wzór matematyczny na jednej z wielkich rur
czekających na podłączenie. Nie zwracałem uwagi na otoczenie. Nie miało to może
sensu, ale próbowałem ocalić kawałek mojego przedwojennego „ja”, pewniki,
które wtedy znałem. Usiłowałem sobie przypomnieć niewygodną metodę
obliczania pola trójkąta, starając się zapisać wzór Herona:

A = √ s(s-a)(s-b)(s-c).

Stałem z kredą w dłoni w na wpół wykończonym korytarzu, niedaleko epicentrum


nazistowskiej machiny śmierci, gapiąc się w nagryzmolone na rurze litery
i symbole.
Hans zobaczył, że jestem sam, i skorzystał z okazji. Podszedł i zapytał, czy mam
papierosa. Potem zauważył moje matematyczne bazgroły. Odezwał się po
niemiecku. Powiedział tylko: „Wiem, co to jest”, „Ich weiss was das ist”. Na chwilę
w zapomnienie poszła codzienna walka o żywność i przetrwanie. Staliśmy obaj,
patrząc na ten dziwny wzór i przez kilka uderzeń serca wydawało się, że obcujemy
ze stuleciami ludzkiej mądrości i pomysłowości, światem przyzwoitości i wiedzy,
który zmieciono z powierzchni ziemi.
Hans był holenderskim Żydem. Miał wydatne kości policzkowe i chudą twarz. Od
razu zorientowałem się, że jest wykształcony. Później powiedziano mi, że jego
rodzina przed wojną prowadziła w Amsterdamie dom towarowy lub coś w tym
rodzaju. Ponad to niewiele więcej o nim wiedziałem. Nie jestem nawet pewien, czy
naprawdę miał na imię Hans, ale tak go nazywałem. Poznanie czyjegoś nazwiska
nie było bezpieczne. Podczas przesłuchiwania jakoś by je z człowieka wydobyli
i byłoby po sprawie. Ktoś oberwałby kulkę. Ja sam, jeśli już się jakoś określałem,
mówiłem o sobie „Ginger”.
Po chwili skoncentrowałem się na nowo i uświadomiłem sobie, że Hansowi
grozi niebezpieczeństwo. Przepędziłem go. Gdyby ktoś go zobaczył
rozmawiającego ze mną, byłoby po nim. Odszedł natychmiast, ale te kilka minut
wywarło na mnie głębokie wrażenie i od tamtej pory szukałem tego człowieka.
Spotkanie z Hansem miało być początkiem najbardziej brawurowego
przedsięwzięcia, w jakie kiedykolwiek się wpakowałem. Wcześniej jednak
musiałem się wykaraskać z własnych kłopotów, bo wkrótce po odejściu Hansa jakiś
strażnik natknął się na napisane kredą litery. Wezwał pomoc. Pojawiła się
umundurowana delegacja. Niemcy stali dookoła w pełnym konsternacji milczeniu,
kontemplując tajemnicze symbole na rurze. Potem nastąpiło to, co nieuniknione.
Zaprowadzono mnie na przesłuchanie do małego oszklonego biura na parterze.
Prowadziło je tylko dwóch oficerów SS. Przekonani, że moje bazgroły są jakąś
tajną, zaszyfrowaną wiadomością, chcieli wiedzieć, co ona oznacza i dla kogo ją
zostawiłem. „To nie szyfr, tylko wzór – powiedziałem. – Podobny do twierdzenia
Pitagorasa”. Wiedziałem, że trudno będzie im to wyjaśnić. Nie wyglądali na
przekonanych. „Wzór dotyczy trójkątów. Obliczania pola powierzchni trójkątów”.
Próbowałem objaśniać Herona i Pitagorasa esesmanom! Przy ich łamanej
angielszczyźnie i moim elementarnym niemieckim nie mogliśmy zajść zbyt daleko.
Mimo moich wysiłków nie byli w stanie pojąć, o co mi chodzi. A to była po prostu
kolejna z dziwacznych rzeczy, jakie zrobiłem.
Drugiego z więźniów, którzy odcisnęli niezatarte piętno na moim życiu,
spotkałem w pewien zimny dzień. Od dźwigania rur z przyspawanymi kołnierzami
po placu budowy bolały mnie plecy. Praktycznie skończono trzypiętrową stację
filtrów, a teraz trwała poważniejsza praca przy jej wyposażaniu.
W tamtym czasie właściwie nie paliłem, ale w Auschwitz papierosy były jedyną
uniwersalną walutą. Można było za nie kupić nawet życie człowieka. Miały też inne
zastosowania.
Tego dnia na budowie zjawiła się grupa wyższych niemieckich inżynierów
zaangażowanych w projekt, by sprawdzić postęp robót. Chodzili po budynku,
zwijali i rozwijali swoje plany, robili notatki, a w końcu stanęli w kręgu z ważnymi
minami o czymś dyskutując.
Gdy przychodzili, robiłem to, co zawsze. Podchodziłem najbliżej, jak mogłem,
i zapalałem papierosa, tylko po to, żeby dmuchnąć im dymem w twarze. Nie byli
zachwyceni. Inni chłopcy szli za moim przykładem, ale trzeba było wykazywać się
subtelnością. Zbyt agresywne lub oczywiste zachowanie mogło napytać nam biedy.
Inżynierowie i tak pojęli, o co chodzi.
Palenie było też sposobem przekazywania szlugów żydowskim więźniom bez
zwracania uwagi. Nie cierpiałem patrzeć, jak pasiaści wygrzebują z ziemi rzucane
przeze mnie niedopałki, ale to było więcej niż nic. Nawet kawałek papierosa mogli
na coś wymienić.
Tymczasem wyszedłem ze stacji filtrów, zostawiając za sobą stuk młotów i błyski
palników spawalniczych. Zauważyłem wpatrującego się we mnie młodego
żydowskiego więźnia. Domyśliłem się, że prawdopodobnie czeka, aż rzucę
papierosa. Miał głowę ogoloną tak jak inni, ale było w nim coś szczególnego. Jego
twarz wyrażała więcej. Nie wyglądał jeszcze jak trup, choć wiedziałem, że wkrótce
się to zmieni. Ze wszystkimi tak się działo. Pamiętam przybycie transportu Żydów
węgierskich, wśród nich były wielkie, zwaliste chłopiska. Po czterech miesiącach
wielu już nie żyło, a z reszty została skóra i kości.
Ten chłopak miał około dziewiętnastu lat i wyglądał jakoś inaczej. Od razu
zauważyłem, że jego pasiak jest grubszy niż większość innych, mniej znoszony,
a nawet jakby czystszy.
Początkowo wzbudziło to moją ostrożność. Może należał do tej nielicznej,
faworyzowanej grupki Prominente – więźniów, którzy umieli znaleźć wątpliwe
sposoby awansowania w obozowej hierarchii? Było to mało prawdopodobne, ale
nie mogłem mieć pewności.
– Jak się nazywasz? – zapytałem.
– Ernst – odparł. – A ty?
Swoim sposobem bycia stłumił moją ostrożność. Było w nim coś
sympatycznego.
– Mów mi Ginger – powiedziałem.
Chyba dałem mu papierosa, po czym się rozstaliśmy. To wszystko.
Zobaczyłem go znowu dopiero po upływie kilku dni. Nie patrzyliśmy na siebie,
pod gołym niebem to było zbyt niebezpieczne. Rozmawialiśmy idąc. Mozolił się
z angielskim, ale kiedy zrozumiałem, co próbuje mi przekazać, wszystko się
zmieniło. Powiedział coś w rodzaju: „Mój siostra w Anglii”.
Te proste słowa sprawiły, że stanąłem jak wryty. Czy dobrze go zrozumiałem?
Miał siostrę w Anglii? Byłem zaskoczony. Spojrzałem na niego. Dostrzegałem
zmęczenie, ale nie wyglądał na tak wymizerowanego jak inni. Mieszaniną
angielskiego i niemieckiego wyjaśnił, że jego siostra jako jedna z ostatnich zdołała
uciec z Niemiec do Wielkiej Brytanii w 1939 roku. Powiedział, że ma na imię
Susanne i trafiła do Birmingham. Już sama nazwa znajomego brytyjskiego miasta
w ustach jednego z tych biedaków zburzyła mój wewnętrzny spokój. Coś nas
połączyło, poczułem, że jest mi bliższy. Niezbyt ulegałem emocjom, ale
uświadomiłem sobie w tej chwili, jak wiele rzeczy wymazałem z pamięci tylko po
to, żeby przeżyć. Jego siostra była bezpieczna w Birmingham, a on tkwił w tym
kotle nienawiści.
„Masz jej adres?” – zapytałem. Miał, ale powiedział, że musi nauczyć się go na
pamięć. Zastanawiałem się, czy nie próbuje mnie sprawdzić. Prawdopodobnie
uświadomił sobie, że trafiła mu się ta jedyna szansa i że musi właściwie ją
wykorzystać. Mnie zostało oczekiwanie.
Następnym razem, gdy go spotkałem, dokładnie pamiętał adres siostry.
Powiedział mi go od razu – 7 Tixall Road, Birmingham – a ja natychmiast
nauczyłem się go na pamięć. Oświadczyłem, że spróbuję wysłać jej list. To proste
przyrzeczenie dało początek tajemnicy, która miała trwać prawie siedem dekad.
Ernst miał zadziorną, inteligentną twarz. Przez te kilka miesięcy, kiedy się
spotykaliśmy, nigdy nie widziałem u niego śladów bicia, chociaż w wypadku
większości pasiastych była to tylko kwestia czasu. Uraz lub pobicie przyspieszyłyby
pogorszenie jego stanu.
Po powrocie do obozu długo rozmyślałem, zanim wybrałem najlepszy sposób
kontaktu z jego siostrą. Przecież mogła jeszcze nie umieć czytać po angielsku,
mogła mi też nie zaufać. W końcu postanowiłem zrobić to przez moją matkę, licząc
na to, że będzie potrafiła zinterpretować moje niejasne przekazy.
Poprosiłem matkę, żeby napisała do Susanne i poinformowała ją, że wraz z jej
bratem jestem w obozie brytyjskich jeńców. Sugerowałem, że jest on angielskim
żołnierzem, że jest ranny w rękę w związku z czym nie może pisać, ale poza tym ma
się dobrze.
Powsadzałem tam oczywiście całe mnóstwo bzdur, chyba nawet wymyśliłem dla
niego jakiś fałszywy pułk. Przez matkę informowałem Susanne, że bratu może
pomóc wysyłając mu tyle papierosów, ile zdoła kupić, i to na moje nazwisko.
Zapewniałem, że będę mu je po trochu przekazywał. Wiedziałem, że to strzał
w ciemno, ale gdyby mój list przepuszczono, Susanne dowiedziałby się
przynajmniej, że Ernst żyje. Warto było spróbować.
Ten list napisałem normalnym angielskim, choć zazwyczaj, pisząc do matki,
używałem języka dziecinnego, który wymyśliliśmy z siostrą.
W moich listach zamieszczałem wiele aluzji do zwykłych spraw na farmie.
Pisałem o bydle wysyłanym do ubojni, żeby podać liczbę więźniów obozu
koncentracyjnego, wspominałem o stadzie, którego liczbę trzeba podnieść do
trzeciej potęgi, czy ile mi tam wyszło. Próbowałem nawet używać terminologii
biblijnej i odniesień do Mojżesza. Toporne wychodziły mi te porównania, ale tylko
na tyle umiałem się zdobyć.
Nadmieniałem premiera królowej Wiktorii, bo chciałem podkreślić, że mowa
o Żydach, choć nie wymieniłem nazwiska Disraeli. Dla odmiany wspominałem
kiedyś Epping Town, gdzie mieszkała pewna liczba Żydów, o czym moja matka
akurat wiedziała. Trzeba było sporo wyobraźni, żeby coś z tego wychwycić, ale, jak
dowiedziałem się później, mama zrozumiała, o czym próbuję jej pisać.
Bardzo chciałem, żeby świat wiedział o tym, co się dzieje. Chciałem, żeby to,
o czym donoszę, przekazała do Ministerstwa Wojny, ale nie mogłem napisać tego
w sposób otwarty, więc zacząłem wspominać o znajomym moich rodziców, który
tam pracował przed 1939 rokiem. Mieszkał w Ongar i studiując, często jeździłem
z nim tym samym pociągiem do Londynu. Sugerowałem, na tyle jasno, na ile się
ośmielałem, że powinna się z nim skontaktować. Moja mama wybrała ostatecznie
inną drogę: napisała dwa listy bezpośrednio do Ministerstwa. To były bardzo
ogólne informacje i nie wiem nawet, jak je sformułowała. Nie czuła się dobrze, ale
robiła, co mogła.
Nie miałem wówczas pojęcia, co świat wie na temat obozów. Byłem w wojsku od
1939 roku, a na pustyni nie otrzymywaliśmy zbyt wiele informacji. W niewoli
docierało ich jeszcze mniej. Teraz myślę, że alianci wiedzieli wówczas całkiem
sporo o obozach koncentracyjnych.
Ale jakieś wieści do nas przenikały. W E715, naszym obozie, mieliśmy schowane
radio. Nigdy go nie widziałem, ale mówiono mi, że był to prosty, kryształkowy
odbiornik. Zmontował go jeden z chłopaków, przemycając części kupione od
każdego, kto miał kontakt ze światem zewnętrznym.
Radio dobrze ukrywano. Wiedzieliśmy w zasadzie wyłącznie to, że gdzieś ktoś je
trzyma.
Większość z nas słuchała radiowych wiadomości z drugiej ręki, od kolegi,
którego nazywaliśmy „Stimmt”, prawdopodobnie od niemieckiego zwrotu, który
lubił powtarzać: „Das stimmt”, „zgadza się”. Wydaje mi się, że naprawdę nazywał
się George O’Mara. Był sympatyczny, chodził od baraku do baraku, przekazując to,
co wiedział, podejmując się roli szepczącego herolda miejskiego.
Od czasu do czasu widywaliśmy niemieckie gazety, zwłaszcza wtedy, gdy
korzystaliśmy z latryn na terenie Buna Werke. Raz znalazłem egzemplarz jakiegoś
dziennika – prawdopodobnie „Völkischer Beobachter” – z wydrukowanym
zarządzeniem SS.
Chełpili się planami, jakie mają wobec Wielkiej Brytanii, gdy tylko zwyciężą.
Twierdzili, że będą rządzić z ulicy Whitehall, stracą wszystkich jeńców wojennych
i pozwolą swoim dzielnym żołnierzom zapładniać angielskie dziewczęta dobrym,
aryjskim nasieniem. Lektura w sam raz do latryny.
Ta przerażająca propaganda doprowadzała mnie jedynie do jeszcze większej
wściekłości. Jak już wspomniałem, nie zaciągnąłem się dla króla i ojczyzny, ale ta
młodzieńcza przygoda stała sie dla mnie moralnym wyzwaniem i to akurat wtedy,
kiedy nic nie mogłem zrobić.
Pomiędzy okresami wzmożonej pracy miałem swobodę poruszania się. Jeśli
wziąłem na ramię rurę, mogłem przejść przez całą budowę i nikt nie zadawał mi
pytań. Wszyscy tak robiliśmy. Czasami natrafiałem na Ernsta.
Zjawił się kiedyś na placu budowy w chwili, gdy byłem w jakiejś szopie
z kilkoma innymi Brytyjczykami. Po kilku minutach rozmowy usłyszeliśmy jakiś
odgłos z zewnątrz i zorientowaliśmy się, że łazi tam strażnik. Ernstowi zabrakło
czasu na ucieczkę, schował się więc za przewróconymi stołami.
Strażnik wszedł do środka i rozejrzał się, chcąc się koniecznie dowiedzieć, co
kombinujemy. Jakoś go zagadałem, ale mówiłem łamaną niemczyzną zupełne
bzdury. W końcu wyszliśmy wszyscy na zewnątrz, zostawiając w środku ukrytego
Ernsta. Minęła dłuższa chwila, zanim ośmielił się wyjść. Dziś to brzmi teatralnie,
ale brytyjscy jeńcy ciągle uciekali się do takich sztuczek. Ernst musiał się bardzo
bać, ale nigdy o tym nie wspomniał. Kiedy następnym razem udało się nam
zamienić kilka słów – żadnego z kapo nie było akurat w pobliżu – powiedział tylko,
że mój niemiecki jest bardzo dobry. To nieprawda, ale byłem mu wdzięczny.
Podczas żadnego z naszych potajemnych spotkań Ernst nie powiedział nic
o swojej rodzinie. Wiedziałem tylko o jego siostrze w Anglii. List, który napisałem,
raczej nie doszedł, a adres był zapewne błędny. Nie żywiłem wielkich nadziei.
Wobec alianckich bombardowań, złodziejstwa i ogólnego zamętu uważałem za
wysoce nieprawdopodobne, żeby jakieś papierosy kiedykolwiek do mnie dotarły.
Rozdział 11

Hansa spotkałem ponownie, gdy obaj nosiliśmy rury. Mieliśmy przez jedenaście
godzin dziennie dźwigać ciężkie elementy, na przykład zawory odcinające,
i układać je w stosy na niskich wagonikach, ustawionych na wąskich torach
wijących się między budynkami. Po załadowaniu tych cholerstw pchaliśmy je przez
budowę do miejsca, w którym ich potrzebowano. Nasze rozmowy musiały
ograniczać się do chwil między ładowaniem a wyładowywaniem tych ciężarów.
Właśnie w takich warunkach uknuliśmy nasz plan.
Czasami szliśmy ramię w ramię, mozoląc się wspólnie, ale nawet przy tak małej
odległości wypowiadanie niemieckich słów kącikiem ust nie było łatwe.
Tym razem elementy musiały być przyspawane na miejsce za kolejną ciemną,
ceglaną fasadą stacji filtrów, która powoli nabierała kształtów. W niewykończonym
budynku wiły się metalowe klatki schodowe. Ceną za ludzkie życie, którym tu
szafowano, był syntetyczny kauczuk, czyli buna, sztuczna guma mająca utrzymać
w ruchu nazistowską machinę wojenną.
Powiadają, że „nie czynią więzienia mury kamienne, ni kraty z żelaza kute”.
Znałem tę frazę z dzieciństwa, a w tamtych czasach stała się ona moim mottem.
Wiedziałem, że nie mogą uwięzić mojego umysłu. Dopóki potrafiłem myśleć,
byłem wolny. Zawsze lubiłem się bić, starałem się nie unikać wyzwań; teraz jednak
było inaczej. Słabo wtedy znałem wschodnie religie czy filozofie, ale wiedziałem,
że umysł może cię przeprowadzić przez ceglane ściany. To właśnie umysł
zapewniał mi siłę.
Wszyscy musieliśmy pracować na rzecz wojny rozpętanej przez Hitlera –
niewolnicy obozów koncentracyjnych Auschwitz, cywilni robotnicy przymusowi
i brytyjscy jeńcy wojenni. Wykonywaliśmy tę samą wyczerpującą pracę co Żydzi,
z jedną istotną różnicą. Program o nazwie „Vernichtung durch Arbeit”,
eksterminacja przez pracę, nas nie dotyczył.
Kiedy zapadał zmrok, maszerowaliśmy każdy do swojego obozu. Żydzi do
Auschwitz III, czasami nazywanego Monowitz, miejsca, o którym mało
wiedzieliśmy, a brytyjscy jeńcy do obozu E715, leżącego na południowym skraju
budowy.
Każdego wieczoru wracałem do czegoś mniej lub bardzie przewidywalnego –
spartańskiego baraku i marnego jedzenia, ale przynajmniej miałem podstawy
wierzyć, że następnego ranka będę nadal żył. Hans, a z nim cała reszta pasiastych,
nie miał takiej pewności, nawet co do kolejnego dnia.
Żydów odzierano z ludzkiej godności, ale jeżeli mieli coś, co mogli
zaryzykować, zyskiwali cień szansy. Skutki wszystkich prób zdobycia dodatkowego
kawałka chleba były jak rzut kostką.
Niewiele mogłem zrobić, ale nękała mnie potrzeba dowiedzenia się, zobaczenia
tego, co tylko mi się uda. Upływały tygodnie, a mnie tylko udawało się od czasu do
czasu porozmawiać z Hansem. Stopniowo jednak rodził się we mnie pomysł
zamiany. W ten sposób mógłbym zobaczyć, co się dzieje. Zacząłem zarzucać sieć.
Gdyby udało się zorganizować Umtausch – czyli wymianę – Hans mógłby przez
noc odpocząć w brytyjskim obozie. Dostałby lepsze jedzenie; dostałby go więcej
niż zwykle, może nawet trafiłby na jajka. Chciałem scementować naszą przyjaźń:
dałem mu kawałek niemieckiej kiełbasy, którą wygrałem. Ilekroć dostawaliśmy
w obozie Wurst, ciągnęliśmy losy. Sprawiedliwe dzielenie raczej nie miało sensu.
Jeśli przydziałowy kawałek dostawała jedna osoba, miała przynajmniej co włożyć
do ust. Jadło się to z trudem, ale ta odrobina, którą ukradkiem dałem Hansowi,
dostarczyła mu więcej składników odżywczych niż w sumie cała jego żywność
z wielu tygodni.
Przynosiłem mu też szlugi na wymianę. W obozach były na wagę złota, a ja
miałem to szczęście, że jeden z moich wujów starał się przesyłać mi regularnie, co
miesiąc, partię papierosów State Express 555.
Docierała do mnie tylko niewielka ich część, ale po wojnie mój ojciec i tak
zapłacił mu za wszystkie. Sporo go to kosztowało.
Musiałem przekupywać pewnych ludzi i zdobywać różne potrzebne rzeczy, ale
miałem wystarczająco papierosów zarówno na to, jak i na swoje potrzeby. Sprawy
z Hansem załatwiałem ostrożnie, bo tak naprawdę nikomu nie można było ufać.
Nawet człowiekowi, który znał wzór Herona. Pomysł zaczął powoli zapadać mu
w głowę i w ciągu tygodni rozwinął się w coś zbliżonego do planu.
Z naszego obozu dopuściłem do spisku tylko dwóch chłopaków – Billa Hedgesa
i Jimmy’ego Fleeta. Orzekli, że jestem idiotą, ale na to poszli. Bill spał na pryczy
nade mną, w tylnym kącie baraku, i to on realizował znaczną część podstępu. Miał
ukryć Hansa. Pozostali jeńcy mieli się dowiedzieć, że jestem chory i położono mnie
do łóżka.
O Billu wiedziałem tylko tyle, że przed wojną pracował na północy kraju,
w sklepie z artykułami żelaznymi. Obawiam się, że jak to ja, nawet wówczas
dyktowałem warunki, a moi towarzysze przystawali bez słowa na to, co
wymyśliłem. Obaj przysięgli, że zachowają wszystko w tajemnicy. Jak już
wspomniałem – nie ufaliśmy nikomu.
Wymiana pochłonęła całe tygodnie drobiazgowego planowania i obserwacji.
Przyglądałem się ruchom żydowskich więźniów, nauczyłem się naśladować ich
znużenie, przygarbienie, powłóczenie nogami. Wiedziałem, gdzie i kiedy
więźniowie zbierają się, by pomaszerować z powrotem do obozu.
Opanowałem chodzenie w ich prymitywnych drewniakach. Kupiłem taką parę za
papierosy, owinąłem stopy szmatami, żeby zabezpieczyć się przed szorstkimi
krawędziami, i ćwiczyłem szurający chód. Na budowie chodaki mogły stać się
narzędziem tortur. Przyczyniły się do śmierci wielu ludzi, którzy, gdy puchły im
stopy, nie byli w stanie chodzić wystarczająco szybko. Musiałem to robić jak trzeba.
Jeden z pasiastych wskazał mi ponoć mniej brutalnego od innych starszego kapo,
przysadzistego faceta z ogorzałą twarzą porośniętą szczeciną, wskazującą, że
w lepszych czasach miał ciemne włosy. Za pomocą szlugów zdołałem przeciągnąć
go na swoją stronę. Obiecałem, że dostanie ich więcej, kiedy bezpiecznie wrócę do
brytyjskiego obozu. To była niewątpliwie najbardziej ryzykowna część planu.
W miejscu takim jak Auschwitz każdy musiał radzić sobie sam. Łatwo mógł mnie
zdradzić, gdyby dostrzegł w tym choć minimalną korzyść dla siebie, a przecież
widywałem kapo mordujących ludzi.
Za pośrednictwem Hansa dałem papierosy dwóm jego kumplom, z którymi był
w jednym komandzie. Mieli mnie prowadzić, pokazywać dokąd mam iść. Kiedy
nadszedł właściwy czas, najpierw obciąłem sobie włosy starymi nożyczkami,
a resztę zgoliłem tępą maszynką.
Kiedy zbliżał się moment zamiany, rozmazałem na twarzy ziemię, zwłaszcza na
policzkach i pod oczami, żeby wyglądać na wyczerpanego człowieka o poszarzałej
cerze. Myślałem o ciągłych wyprawach do obozów nieprzyjaciela na pustyni.
Byłem gotowy.
Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego dobrowolnie rezygnowałem ze statusu
chronionego prawem brytyjskiego jeńca wojennego, aby wejść do miejsca,
w którym brakowało nadziei i człowieczeństwa?
Powiem wam, dlaczego. Wiedziałem, że więźniowie Auschwitz są traktowani
gorzej niż zwierzęta. Nie wiedziałem wtedy, czym były te różne żydowskie obozy.
Nie wiedziałem, że leżący na zachód Auschwitz I był okrutnym obozem zagłady –
ale tylko do czasu, gdy jeszcze dalej na zachód zbudowano Auschwitz-Birkenau,
obóz, który zmienił definicję mordu na skalę przemysłową. Nie wiedziałem
wówczas, że po sąsiedzku położony Auschwitz III-Monowitz był stosunkowo
najmniej śmiercionośny z tej trójki. Wiedziałem natomiast, że Żydzi są zabijani na
moich oczach, a tych, którzy nie mogą już pracować, bo są za słabi, czeka
eksterminacja. Kiedy spoglądałem w twarze żydowskich więźniów o wychudłych
policzkach i ciemnych, zapadniętych oczach, miałem wrażenie, że nie ma w nich już
nic, że wszystkie uczucia i emocje w nich wypalono. Musiałem sam zobaczyć, co
się dzieje. Musiałem tam się znaleźć.
Ciągle nas błagali, żebyśmy opowiedzieli światu, co widzieliśmy, jeśli
kiedykolwiek wrócimy do domów. Pasiaści wiedzieli, co się dzieje. Fetor
z krematoriów mówił im wszystko. Wszyscy słyszeliśmy o komorach gazowych
i selekcjach, ale mnie nie wystarczało, że o nich słyszałem. Słowa takie jak
„przypuszczenie” i „domysł” nigdy nie należały do mojego słownika. Mogłem nie
wiedzieć, który obóz jest który, ale musiałem zobaczyć, co zamieniało zwyczajnych
ludzi w cienie.
Auschwitz, IG Farben, Buna Werke z masą ludzi wykonujących niewolniczą pracę
– to wszystko było piekłem samym w sobie, nie miałem co do tego wątpliwości.
Każdego dnia widziałem okrucieństwo i nie byłem w stanie go powstrzymać. To
była skaza na moim życiu i nie mogłem przejść nad tym do porządku dziennego.
Nawet jako jeniec wojenny nie traciłem nadziei, że nasza strona zwycięży
Niemców i że któregoś dnia zmusimy kogoś, żeby odpowiedział za to, co się tu
działo. Chciałem znać nazwiska kapo i oficerów SS odpowiedzialnych za
plugastwo, które mnie otaczało. Chciałem zobaczyć, ile tylko zdołam. Wiedziałem,
że musi być na to jakaś odpowiedź i że nadejdzie w końcu dzień sądu.
Było zatem coś, co mogłem zrobić. Czułem, że muszę to zrobić. To nie było
wiele, ale gdybym zdołał się tam dostać, gdybym mógł to zobaczyć, mógłbym być
świadkiem.
Pozostawała jeszcze jedna kwestia, ale nie dotyczyła ona tym razem wielkich
spraw, a mnie. Zawsze lepiej mi szło wydawanie poleceń niż ich słuchanie, tak mi
się w każdym razie wydawało. Marzenia o zostaniu oficerem rozwiały się, moja
wojna skończyła się pod Sidi Rezegh, nadal jednak byłem na służbie i teraz miałem
przed sobą cel. Tyle mogłem zrobić.
Rozdział 12

Zbliżał się wieczór. Wiedziałem, że wkrótce brytyjscy jeńcy w odległości około


pięćdzięciu metrów od pasiastych zaczną się zbierać do powrotnego marszu do
obozu E715.
Zobaczyłem, że żydowskie komanda też przygotowują się do sformowania
kolumn powrotnych. Wtedy wykonałem mój ruchu.
Ludzie się kłębili, panowało zwykłe pod koniec dnia zamieszanie. Wykorzystując
je, ruszyłem zdecydowanym krokiem w stronę Bude, drewnianej szopy, stojącej na
uboczu składu jednej z firm. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Znane mi
było to surowe wnętrze z małymi stolikami i prostą ławą, bo czasem tam jedliśmy
albo chroniliśmy się przed deszczem. Gdy tylko znalazłem się w środku, zdjąłem
ciężkie buty i wyjąłem nędzne drewniaki, przygotowując się do szybkiej zamiany.
Hans zobaczył, że wchodzę do szopy, i szybko poszedł za mną.
Nagle stanął w drzwiach i bez wahania wszedł do środka. Widać było, że jest
poruszony; to, co robił, było o wiele bardziej niebezpieczne dla niego niż dla mnie,
a jednak się zjawił. Uznał, że szansa na spokojniejszą noc i trochę więcej jedzenia
warta jest ryzyka. Oglądając się nerwowo przez ramię, zamknął zasuwkę i ruszył
w moją stronę z opuszczoną głową, jakby miało to pomóc w zachowaniu tajemnicy.
Nie było czasu na rozmowy. Liczyła się szybkość. Wszystko nie mogło trwać
dłużej niż minutę, w przeciwnym razie nasza nieobecność mogła zostać zauważona.
Hans zdjął brudną bluzę i rzucił mi ją, a ja oddałem mu grubą wojskową kurtkę.
Założyłem jego biało-niebieski pasiak. Z tkaniny unosił się zapach nieczystości
i ludzkiego upadku. Czułem stworzenia wyłaniające się z fałdów i postrzępionych
szwów w poszukiwaniu świeżej krwi, ale umiałem sobie z nimi poradzić.
Wiedziałem, jak żyje się z wszami, bo nauczyła mnie tego pustynia i włoskie obozy.
Myśl o tym, że mogę złapać tyfus, nie przyszła mi wtedy do głowy. A wszy i tak
były najmniejszym z moich problemów.
Wojskową koszulę zostawiłem w baraku, pod bluzą miałem tylko podkoszulek.
Cokolwiek pod tym pasiastym workiem mogło wzbudzić podejrzenia, mimo
ogolonej głowy, umazanej twarzy i mizernego wyglądu.
Usunąłem wszystkie oznaki mojej prawdziwej tożsamości. „A jednak mundur
wiele zmienia” – pomyślałem przelotnie, patrząc na Hansa przebranego w moje
rzeczy. Dobrze wybrałem; był mniej więcej tego samego wzrostu i podobnej do
mojej budowy, miał też dość jasną cerę.
Zawczasu wymieniłem coś na parę starych butów dla niego i schowałem je
w szopie. Drewniaki na stopach brytyjskiego jeńca wojennego szybko by
dostrzeżono. Jeszcze przed przyjściem Hansa ukryłem moje buty, bo nie miałem
zamiaru powierzać ich nikomu, nawet na jedną noc.
Kiedy już się przebraliśmy, szybko powtórzyłem mu plan. Powiedziałem, że nie
może okazywać żadnego podniecenia ani w żaden sposób zwracać na siebie uwagi.
Ma się poruszać w sposób spokojny, bez pośpiechu. Przede wszystkim zabroniłem
mu biegać, chociaż wątpię, by miał na to wystarczająco sił. Wyszedł natychmiast,
wyglądając w każdym calu na brytyjskiego żołnierza i, tak jak mu kazałem, ruszył
odszukać Billa i Jimmy’ego.
Odczekałem chwilę, a potem przybrałem minę zbitego psa, którą widziałem
u więźniów, opuściłem ramiona i, wbijając wzrok w ziemię, wyszedłem z szopy.
Pokuśtykałem w stronę formującej się właśnie żydowskiej kolumny. Wcisnąłem
się w środek, kaszląc po drodze, aby móc ukryć akcent w razie, gdyby ktoś się do
mnie odezwał.
Czułem się dobrze – jakbym to znowu ja dyktował warunki. Przestałem być
biernym widzem. Już samo łamanie regulaminu oznaczało, że nabieram wroga.
Nagle zdałem sobie sprawę z nowych niebezpieczeństw. Przesunąłem ukradkiem
palcami po przodzie piżamowej kurtki, żeby upewnić się, czy jest zapięta do samej
góry. Musiała być. Wiedziałem, że niezapięty guzik albo rozchełstany kołnierz
może sprawić, że kapo dadzą mi wycisk. Nie miałbym innego wyjścia, jak znosić
ciosy, bo w przeciwnym razie wszystko by się wydało. Gdybym się zdemaskował,
zastrzeliliby mnie z całą pewnością na miejscu. W głębi ducha byłem gotowy do
walki, ale na zewnątrz musiałem udawać słabość i uległość.
Adrenalina pulsowała mi w żyłach, kiedy słuchałem rytmicznego odliczania
w tle: „Eins, zwei, drei, vier…”.
Żywych liczono razem ze zmarłymi, których zwłoki leżały z boku, ułożone
w stos. Dopóki kapo widzieli w błocie głowę, liczyli ją jako więźnia; dopóki liczby
więźniów rano i wieczorem były takie same, nie miało znaczenia, czy ci
więźniowie nadal żyją. Im nie robiło to żadnej różnicy.
Jeśli kapo się pomylił, zrzucał winę na więźniów, żeby ratować własną skórę.
W najlepszym razie wiązało się to z walnięciem pięścią lub normalnym biciem,
a gdy pojawił się esesman – ciosem kolbą karabinu czy nawet gorzej. SS wywierało
presję na kapo, kapo bili więźniów. Tak proste panowały tu zależności.
Oglądałem to ze stosunkowo bezpiecznych szeregów jeńców wojennych i tym
bardziej nienawidziłem wszystkich kapo.
Liczenie, dla pewności, powtórzono. Po obu stronach kolumny stali czujni
esesmani z bronią gotową do strzału, a kapo przesuwał się wzdłuż szeregów i,
machając rękami oraz odginając palce, sprawdzał liczby. Pogrążyłem się
w myślach o wyjściu z placu i próbowałem przewidzieć następne zagrożenie.
Z miejsca, w którym stałem w środku szeregu, wciśnięty między przygarbione
ramiona ludzi, którzy jutro mogli być trupami, trudno było mi wyraźnie dostrzec
stertę zwłok z dzisiejszego dnia, rzucanych na bok. Ten kopiec brudnych gałganów,
nieprzypominających ludzi, wyglądał, jakby już był na poły wessany w głąb przez
ziemię.
Niektórym ten koniec niewątpliwie przynosił ulgę; ich cierpienie kończyło się
razem z utratą świadomości. Żydowscy Häftlinge zawsze padali albo przy pracy –
wydawali ostatnie tchnienie niezauważeni, w błocie, podczas gdy dookoła trwała
normalna harówka – albo kopano ich i bito, dopóki nie odpłynęli w niebyt.
Zaskoczyła mnie nagła krzątanina przy stosie zwłok. Więźniowie wlekli szkielety
swoich towarzyszy po ziemi i kładli je na deskach tworzących improwizowane
nosze. Nie okazywali żadnych emocji. Zmarli byli po prostu kolejnym ciężarem do
przeniesienia i choć tym razem była to tylko skóra i kości, to i tak kończyny
dźwigających drżały z wysiłku. Nie wystarczało desek, niektórzy tragarze musieli
brać szczątki ludzkie we własne dłonie, chwytając za ręce i nogi, albo łapiąc
w garść skraje podartych pasiaków. Upuszczenie ciała oznaczałoby opóźnienie
i bicie, a uraz w tym miejscu wiązał się z szybszą utratą formy, co zazwyczaj
prowadziło do śmierci.
Ci, którzy taszczyli deski, dzielili ciężar na dwóch lub więcej. Nawet tutaj, nawet
teraz, ludzka pomysłowość dawała o sobie znać – jeden z tragarzy zawiązał sobie
na ramionach sznur przełożony pod noszami, aby nie obciążać dodatkowo swoich
mizernych mięśni. Wszyscy wiedzieli, że wyczerpanie skróci ich życie.
Po załadowaniu zwłok tragarze powrócili do szeregów. Adrenalina pomagała mi
działać, ale emocjonalnie byłem nieobecny. Włączyłem mechanizmy obronne. Nie
musiałem myśleć, trzeba było tylko funkcjonować. Zbyt wiele myśli przytępiało
determinację i mogło sprowadzić na mnie zagrożenie. Jeśli chcesz płynnie mówić
jakimś językiem, musisz myśleć w tym języku i tak samo było ze mną, tam, pośród
załamanych ludzkich cieni. Musiałem, tak samo jak oni, pogodzić się z tym losem,
jaki ich spotkał. Musiałem myśleć i postępować jak oni.
Po tygodniach spiskowania i odgrywania scenariusza w głowie, sukces mojego
planu zawisł na krawędzi przepaści. Powróciło zimne skupienie. Raz jeszcze
czułem się jak na pustynnych patrolach. Miałem ułamek sekundy na ocenę sytuacji
i reakcję. Musiałem zachować przytomność umysłu, bo inaczej czekała mnie kula.
Ciało, z którego powinna emanować rozpacz, skrywało serce walące jak
oszalałe. Tutaj nie było mowy o walce we własnej obronie. Miałem przed sobą
inne, choć równie ważne zadanie. Miałem być świadkiem i nic nie mogło mi w tym
przeszkodzić.
Zerknąłem ku przodowi kolumny. Jedne ze zwłok za chwilę miały zsunąć się
z prowizorycznych noszy. Należało coś zrobić, żeby nie napytać sobie biedy.
Jeden z kolegów tragarza szybko i bez ceregieli poprawił ciało na desce.
Rozsunął nogi tak, że każda zwisała po jednej stronie, a stopy wlokły się po błocie.
Dzięki temu prostemu zabiegowi sztywniejące zwłoki przestały staczać się
z podskakującej deski. Zmarły sam trzymał się na noszach. Pomagał tym samym
osłabionym żałobnikom w tej podróży, której nie towarzyszył rytuał i której nie
miał zakończyć pogrzeb.
Wreszcie kolumna ruszyła niezgrabnie przed siebie. Jeżeli była taka chwila,
w której mogłem zrezygnować z przyjętego planu, to właśnie minęła. Zostawiałem
moich towarzyszy, a wszystko co znane i przewidywalne oddaliło się w jednej
chwili. Drewniaki były za luźne i szło się w nich niewygodnie. Musiałem mocno
wyginać palce, żeby nie spadły. Pomocne okazały się szmaty, którymi owinąłem
stopy, ale chodaki i tak paskudnie mnie obtarły. Jednak dzięki temu opanowałem
powłóczenie nogami.
Jak tylko znaleźliśmy się za bramą fabryki, gdzieś w kolumnie wybuchło
zamieszanie i raptownie stanęliśmy. Próbowałem zachować spokój i nie odróżniać
się od innych, ale też, bez wzbudzania podejrzeń, chciałem zobaczyć, co się dzieje.
Słyszałem krzyki, strażnicy kogoś bili, a w szeregach dało się wyczuć tłumione
wzburzenie. Oni to już widzieli i ja też to widziałem, ale tym razem nie byłem tylko
obserwatorem, lecz również jednym z nich. W tym stroju przestałem istnieć dla
tych, którzy mnie więzili. Moje życie mogło zostać zakończone równie łatwo, jak
życie innych więźniów. Obmyślając swój plan, czułem się ważny, bo znowu
przejmowałem inicjatywę, ale w tamtym momencie byłem równie bezsilny, jak ci,
którzy mnie otaczali. Wiedziałem, że potrzebuję mnóstwo szczęścia.
Ruszyliśmy dalej. Odległość do pokonania nie była szczególnie wielka, ale
marsz był mozolny i apatyczny. Od tych, którzy szli obok mnie, każdy krok
wymagał wysiłku. Wyobraźcie sobie skazańca w kajdanach, znużonego i pełnego
złych przeczuć, a pojmiecie, jak oni wyglądali. Też próbowałem tak wyglądać.
Wkraczałem w nieznane.
Zerkając przez szeregi idących przede mną, chwilami dostrzegałem bezwładne
ciała. Czyjaś ręka kołysała się luźno, noga innego zmarłego wahadłowymi ruchami
zahaczała o ziemię z każdym kolejnym metrem. Tragarze wykazywali oznaki
zmęczenia, ich plecy wyginały się pod ciężarem, sękate palce słabły przy każdym
kroku. Niespodziewanie jeden z nich osunął się i ciało, które niósł, spadło na
ziemię. Natychmiast posypały się na niego razy. Słyszałem ciosy pięści i głuche
uderzenia karabinowych kolb i pałek wymierzane osłabionym ludziom.
Inny Häftling przejął rolę tamtego i ruszyliśmy dalej, powłócząc po ziemi
nogami w tej przedłużającej się beznadziejnej wędrówce. Podczas tego marszu
zatrzymywaliśmy się cztery razy i za każdym razem słyszałem odgłos uderzeń
o żebra lub ramiona.
Widziałem już nasz cel – rozległy, zatłoczony obóz złożony z niskich baraków,
otoczony wiszącym, podwójnym płotem z drutu kolczastego. Pośród tych drutów
był jeden, którym płynął prąd o wysokim napięciu. Na rozmieszczonych
w równych odstępach wieżach strażniczych czuwano bezustannie, a obrzeża
patrolowali wartownicy z SS. Skręciliśmy z głównej drogi i ruszyliśmy w stronę
bramy głównej. To tutaj mijały krótkie żywoty więźniów, tutaj walczyli o kawałek
chleba lub się poddawali.
Gdy przechodziliśmy przez bramę, wciąż jeszcze było jasno, więc dojrzałem
napis z okrutną obietnicą: „Arbeit macht Frei”, „Praca czyni wolnym”.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ironia tych słów będzie krzyczeć przez całe
dziesięciolecia. Wchodziłem do obozu Auschwitz III-Monowitz.
Powoli zbliżał się wieczór i gdzieś ponad nami, w słabnącym świetle, rozciągało
się bezchmurne niebo. Czułem je, wiedziałem, że tam jest, ale nie w pełni byłem go
świadomy, nie w tej chwili. Jako jeniec w tym zapomnianym przez Boga miejscu
ani razu nie widziałem błękitnego nieba. Nawet nie patrzyłem w górę. Na pustyni
nie chciałem czytać listów od mojej matki, a teraz czułem, że nawet jeden rzut oka
na piękno rozpostarte nade mną byłby niebezpiecznym zakłóceniem spokoju.
Stępiłby moją determinację, przypominając o niezmierzonym świecie i o wolności.
Ktoś wydał krzykiem rozkaz i wszyscy zdarliśmy z głów czapki.
Wyprostowałem się, jak i cała reszta. Zrezygnowałem z miny zbitego psa.
Wiedziałem, że dla SS musimy wyglądać na zdolnych do przepracowania
następnego dnia. Esesmani już wyciągali kogoś z szeregu. Na prośby, błagania czy
protesty ci ludzie byli zbyt słabi. Czułem, że niektórzy z nich zostali zgnębieni tak
bardzo, że gdy nadchodził koniec, witali go z ulgą. Nie zobaczyłem, co się stało
z tamtym człowiekiem, ale wiedziałem, że niedługo znajdzie się w ciężarówce do
Birkenau i komór gazowych.
Już od pierwszych chwil po minięciu bramy obserwowałem układ obozu. Składał
się z niechlujnych baraków.
Przy lekkim wietrze słodkawy, upiorny zapach z odległych krematoriów snuł się
nad całym obozem, drażniąc nos i gardło. Mdlący fetor, łączący się ze wszystkimi
innymi zapachami, których źródłem był brud i rozkładające się zwłoki.
W głębi obozu zobaczyłem ciało nieruchomo zwisające z szubienicy. Kark tego
człowieka był złamany i wykrzywiony, ogolona głowa przechylała się na bok. Nie
byłem w stanie dojrzeć, czy miał związane ręce, ani też czy na jego szyi znalazła się
kartka wyjaśniająca, czym zasłużył na tę karę.
Byłem przyzwyczajony do widoku zwłok, ale to ciało powieszonego mężczyzny
zdradzało męczarnie poprzedzające śmierć. Pozostawiono je jako ostrzeżenie dla
wszystkich. Krzyczało: „Aufpassen!”, „Strzeżcie się!”. To było wstrząsające.
Wszystkich nas trzymali za gardło, niezależnie czy już wisieliśmy, czy jeszcze nie.
Mogli zaciągnąć stryczek, kiedy tylko zechcieli.
Tragarze z trupami znowu się poruszali. Ze zmęczeniem wyrytym na
zapadniętych policzkach wyginali plecy w ostatnim wysiłku. Przenosili podobne do
szkieletów szczątki na bok i zrzucali je na ziemię. Zwłoki kolejno zsuwały się
w błoto, nie słychać było przy tym niemal żadnego dźwięku. Potem noszowi
podnosili się i dołączali do nas. Na końcu zwłoki policzono raz jeszcze.
Nie miałem zamiaru uciekać, nie po to tam byłem, ale z przyzwyczajenia
obserwowałem otoczenie, ucząc się jego układu, szukając wyjść, z których i tak nie
mógłbym skorzystać. Ucieczka była bezcelowa. Dla tego, kto znalazł się w środku,
nie było drogi na zewnątrz. Gdyby rozpoznano we mnie oszusta, byłoby po mnie.
Plan B nie istniał.
Appelplatz mieścił się nieco wyżej niż reszta obozu. Kiedy nasza obszarpana
kolumna wlokła się na swoje miejsca, stając rzędami wzdłuż czegoś, co wyglądało
jak linie na ziemi, uświadomiłem sobie coś dziwnego.
Gdzieś spoza tego placu, ponad wyszczekiwanymi rozkazami, szuraniem
i kaszlem, dobiegały dźwięki muzyki klasycznej, wykonywanej przez obozową
orkiestrę.
Rozdział 13

Stałem w kolumnie na Appelplatz i wiedziałem, że gdyby mnie zdradzono, to poza


słaniającymi się obok mnie, nie byłoby żadnych świadków. Ilu z nich miało jeszcze
żyć za trzy miesiące? Niewielu. Zostałbym zastrzelony albo wywieziony w rytm
muzyki przygrywanej przez groteskową orkiestrę. Później dowiedziałem się, że jej
członków zmuszano do gry podczas egzekucji.
Trzymałem głowę opuszczoną, ale dzięki mojemu wzrostowi udawało mi się bez
większego trudu obserwować esesmanów. Każda zmiana ich nastroju albo
zwrócenie na siebie ich uwagi mogły zwiastować zagrożenie. Gdyby wskazał mnie
jakiś kapo, zyskałby nagrodę, choć ryzykował zarazem, że znajdzie się w kręgu
podejrzanych. Kontakt wzrokowy nie nastąpił. Zacząłem oddychać swobodniej.
Po zakończeniu ostatniego rachowania więźniów, sprawdzeniu i uzgodnieniu
ostatecznych liczb pozwolono nam się rozejść i bierne szeregi wokół mnie ożyły.
Patrzyłem na niezliczone kościste twarze, szukając w tłumie tych pasiastych, za
którymi powinienem pójść. Nie mogłem wyglądać na zdezorientowanego,
zwróciłbym na siebie uwagę. Gdybym poszedł do niewłaściwego baraku, wydano
by mnie jako obcego. Byłem skoncentrowany, a serce waliło mi jak szalone. Nie
mogłem się z tym ujawnić. Musiałem nadal myśleć jak człowiek silny, udając
słabego.
Jednego z moich ludzi dostrzegłem, gdy więźniowie zaczęli się rozchodzić. Bez
słowa poszedłem za nim do baraku i tak, podążając wąskim korytarzem, trafiłem
do pomieszczenia sypialnego.
Idąc, dusiłem się cuchnącym powietrzem. Ludzie tymczasem upychali się na
trzypoziomowych pryczach, ustawionych wokół obskurnej sali.
Wielu natychmiast do nich wchodziło i padało. Idąc za przykładem moich
przewodników, zrobiłem bez słowa to samo. Moi aktualni współtowarzysze dzielili
tę ciasną pryczę z Hansem. Wlazłem tam i ukryłem się, żeby patrzeć i słuchać.
To nie były zwyczajne prycze. Zamiast leżeć wzdłuż, musieliśmy spać po trzech
w poprzek. Ponieważ szerokość pryczy wynosiła niewiele ponad metr pięćdziesiąt,
musiałem podwinąć nogi, żeby w ogóle się tam zmieścić. Takie ułożenie sprawiało,
że osoba leżąca pośrodku miała po obu stronach głowy parę cuchnących stóp.
Ułożyłem się głową w stronę wnętrza pryczy, ze stopami skierowanymi ku
przejściu, by nie było mnie widać. Za naszymi głowami wznosiło się cienkie
przepierzenie z desek, a za nim kolejny zestaw prycz, z następną grupą więźniów.
Moi towarzysze położyli się w tę samą stronę co ja, mogłem więc po raz pierwszy
przyjrzeć im się z bliska. Obaj mieli wymizerowane i znużone twarze, wyglądali na
starszych niż byli naprawdę, a mimo to wydawali się silniejsi od wielu.
Jeden był niemieckim Żydem, drugi polskim. Z tym pierwszym łatwiej mi było
się porozumiewać. Moja znajomość jego języka była wprawdzie ograniczona, ale
stała się już lepsza, a on mówił trochę po angielsku. W obozach posługiwaliśmy się
przede wszystkim niemieckim, ale to nie znaczy, że wszyscy mówili nim biegle,
więc rozmowa z Polakiem była utrudniona.
Z korytarza przy wejściu dochodziły podniesione głosy, ludzie posługiwali się
dziwnymi dialektami. To brzmiało jak sprzeczka. Rozpoczęła się wieczorna
wymiana, o której tyle słyszałem. Stłoczeni w przejściu mężczyźni wymieniali
między sobą wszystko, co udało się znaleźć w ciągu dnia; wszystko, nawet coś
drobnego, można było przehandlować. Jeśli potrzebowałeś guzika, bawełnianej
nitki, nawet gwoździa – mogłeś je tam dostać.
Każdy przedmiot miał wartość, bo można go było wymienić na coś użytecznego;
gdy ktoś potrzebował akurat to, co miałeś, mogłeś w kolejnej wymianie
wyhandlować kilka dodatkowych kalorii.
Nie miałem zegarka, ale ze światła panującego na zewnątrz kiedy wracaliśmy
i czasu, który upłynął, wnioskowałem, że jest siódma lub ósma wieczorem.
Większość otaczających mnie ludzi nie ruszała się bez potrzeby. Leżeli,
oszczędzając energię.
Przestraszył mnie szczęk metalu. Równocześnie pomieszczenie wypełnił nowy,
odstręczający zapach: wieczorna zupa przyniesiona w wielkiej kadzi. Barak był
zatłoczony i duszny, ale ta gryząca woń szybko stłumiła wszystkie inne. Więźniowie
stanęli do kolejki, podawali swoje miseczki, po czym kuśtykali na prycze, żeby
zjeść kolację.
Zostałem na miejscu. Nie chciałem zwracać na siebie uwagi, a zresztą i tak nie
byłbym w stanie przełknąć tej koszmarnej brei, ugotowanej ze zgniłej kapusty,
rozgotowanych obierek po ziemniakach i Bóg wie czego jeszcze. Od samego
zapachu robiło mi się niedobrze. Na wysokich obrotach utrzymywała mnie wciąż
adrenalina, więc rezygnacja z zupy przyszła tym łatwiej. Inni nie mieli wyboru.
Musieli ją jeść.
Więźniowie strzegli swych metalowych misek jak życia. Przywiązywali je nawet
do pasków. Bez miski nie było zupy, a bez tej upiornej zupy nie było życia. Później,
kiedy szli spać, miski służyły im za twarde poduszki, które kurczowo ściskali nawet
we śnie.
Nie zapytałem moich opiekunów o imiona, ale pamiętam, że w ich twarzach nie
dostrzegłem cech charakterystycznych dla narodu żydowskiego. Ale jakie one
właściwie są? Nie byłem pewny, czy wiem. Kiedy barak pogrążył się w ciemności,
łatwiej nam było rozmawiać, choć nasza rozmowa w niczym nie przypominała
płynnej konwersacji. Trudno też nam było rozmawiać szeptem. Zadawałem pytania
po niemiecku i angielsku. Moi rozmówcy mieli, jak wszyscy, zapadnięte oczy, ale
wydawali się mniej wyniszczeni psychicznie niż większość. Miałem wrażenie, że są
w tym obozie nowi.
Powtarzałem sobie, że pomagają im papierosy, które podawałem im przez
Hansa, oraz myśl o tych, które jeszcze dostaną po moim bezpiecznym powrocie
i które mieli wymienić na kalorie.
Szacowałem, że w baraku żyło od stu do stu pięćdziesięciu ludzi. Byłem
przekonany, że wielu z nich miało kiedyś wygodne życie profesorów, nauczycieli,
przedsiębiorców. Odarto ich ze wszystkiego i zamknięto tu razem. Leżąc pośród
nich, dusiłem się w smrodzie odchodów i potu – zapachu śmierci, niedającego się
z niczym pomylić. Mdlący i przemożny.
Od słowa do słowa, świszczącym szeptem, przedstawili mi obraz życia
w Auschwitz III. Opowiedzieli mi o odgrodzonym Krankenbau, bloku szpitalnym
bez żadnego wyposażenia, dokąd wysyłano poważnie chorych. Jeśli nie zdołałeś
stanąć na nogi w ciągu co najwyżej dwóch tygodni, lądowałeś na ciężarówce do
Birkenau, by tam zostać zagazowanym.
Opowiedzieli mi o kobietach – szesnastu czy siedemnastu – trzymanych we
Frauenhaus i zmuszanych do prostytucji. Dopuszczano do nich zazwyczaj
niemieckich kapo w ramach zapłaty za wymierzane przez nich kary.
W ciemnościach dręczyły mnie obrazy bestialstwa i udręki tych kobiet. Boże
wszechmogący! Zważywszy, jakim typem ludzi byli kapo – zawodowi przestępcy,
być może gwałciciele i mordercy – nie mogłem tego ogarnąć.
Próbowałem zapamiętać ich nazwiska, tych strażników z SS również, ale nie było
to łatwe. Chciałem dowiedzieć się więcej o selekcjach i komorach gazowych, lecz
dopiero w tamtej chwili zrozumiałem, że znalazłem się w niewłaściwym miejscu,
by tego dokonać. Obozy były jednak odrębne, choć tworzyły nierozerwalną całość.
Na tych ludzi wywierano bezlitosną presję: każdego, kto się zachwiał lub słabł,
wysyłano do komór gazowych. To była jedna składająca się z wielu części
maszyna.
Czas płynął.
Mój polski towarzysz z pryczy zapadł w nerwowy sen, niemiecki zaś próbował
odpowiadać na moje pytania, ale chwile ciszy stawały się coraz dłuższe, a słowa
coraz mniej wyraźne.
Leżałem w ciemnościach, słuchając rzężeń i jęków. Ktoś mówił coś do siebie,
bez końca powtarzając te same zdania. Zresztą nie on jeden. Ludzie, krzycząc,
wyrzucali z siebie nocą straszne zdarzenia dnia – bicie, wieszanie, selekcje. Dla
innych byłaby to utrata żony, matki, nienarodzonego dziecka. Koszmar wokół
więźniów trwał, gdy się obudzili. Dla nich nie było ucieczki.
Kiedy się poddajesz, przestajesz odczuwać ból. Wszystkie emocje i uczucia
zostają odcięte. Tak było z nimi.
Znów z trudem oddychałem. Panowała potworna duchota i wszędzie unosił się
zapach rozkładających się ciał. Auschwitz III nie przypominało żadnego innego
miejsca. Stało się piekłem na ziemi. Doświadczyłem tego, ale to było upiorne,
przerażające doznanie.
Dołączyłem do gasnących ludzi, lecz w przeciwieństwie do nich, znalazłem się
tam z własnej woli. Knułem, kombinowałem i dokonywałem przekupstw, żeby
zobaczyć to miejsce, a kiedy się tu dostałem, zamierzałem stąd wyjść. Nie, jeszcze
nie na wolność, ale do miejsca lepszego niż to.
Wkrótce miałem zostawić tych ludzi ich losowi, a Hans – wrócić na swoją
okropną pryczę. Jego głowę ponownie wypełnią te same dręczące dźwięki.
Wiedziałem, że pewnie będzie się starał wznosić ponad to wszystko, ale kiedy tam
leżałem, wbijając kolana w bok obcego człowieka, na pryczy o wiele za małej jak
na moje metr osiemdziesiąt, zdawałem sobie sprawę z tego, że jego koniec jest
nieunikniony. Zapadłem w niespokojny sen, słuchając czyichś urywanych słów;
kogoś, kto niebawem miał umrzeć.
Obudziłem się z uczuciem zupełnego opuszczenia. Przez barak szedł kapo,
kopiąc w drewniane prycze. Wyszczekiwał rozkazy, które zdawały się odbijać
echem od betonowej posadzki. Zabłysły światła. Była zapewne czwarta nad ranem.
Słyszałem, że kogoś biją. Ruszał się zbyt wolno. Jeśli ktoś był zbyt słaby, by
wstać, jego stan pogorszył się w ciągu nocy albo poddał się w ciemnościach,
spychano go na bok. Domyślałem się, co z nim będzie.
Na śniadanie dostaliśmy obrzydliwy czarny chleb posmarowany czymś, co
wyglądało na zjełczałą margarynę. Przechodziliśmy między stołami, zabierając go
po drodze. Nie można było wrócić. Trzymałem głowę spuszczoną. Wziąłem chleb.
Doskwierał mi głód, ale i tak nie mogłem tego przełknąć.
Myślałem o piętrzących się w brytyjskim obozie stosach białego chleba.
O jajkach zdobywanych drogą wymiany. Nawet w naszym obozie bezustannie
marzyłem o jedzeniu, ale tego nie dało się porównać z życiem tutaj. Przy tej diecie
śmierć była nieunikniona, pytanie brzmiało tylko, kiedy nadejdzie.
Myślałem już o tym, co mnie czeka, i przygotowywałem się do przeprawy
powrotnej. Zamierzałem się przecież stąd wydostać. Powłócząc nogami, wyszliśmy
na Appelplatz, gdzie wielokrotnie nas liczono. Poprowadzono nas potem pod okiem
esesmanów w stronę bramy. Wyprostowałem się. Oni tylko czekali na okazję, by
wywlec z szeregu każdego, kto wydawał się za słaby do pracy. Minąwszy bramę,
skręciliśmy w prawo, ku drodze do kompleksu IG Farben. Po raz pierwszy spłynęła
na mnie fala ulgi. Wciąż jeszcze czekała mnie powrotna zamiana, ale nawet przy
burczącym żołądku długi dzień, który miałem przed sobą, wydawał się miły.
Wyszedłem z tego okropnego miejsca i czekałem tylko, aż znowu usłyszę wokoło
język angielski i odzyskam mundur.
Wkroczyliśmy na teren budowy i po chwili zobaczyłem dobrze znanych
brytyjskich towarzyszy. Liczyłem na to, że gdzieś pośród nich jest Hans. Poruszanie
się po budowie w jego łachmanach było dla mnie trudniejsze – jego, w moim
mundurze, chronił status jeńca wojennego. Gdy tylko kolumna się rozeszła,
nastąpiła chwila ciszy przed wydaniem instrukcji na ten dzień, więc skorzystałem
z okazji i przemknąłem do szopy, gdzie, jak się umówiliśmy, ukryłem się.
Powiedziałem Hansowi wcześniej, że będzie musiał na mnie uważać. Dostrzegł
mnie i szybko za mną podążył. Gdyby któraś z kolumn spóźniła się z powodu
dłuższego liczenia, moglibyśmy mieć kłopoty, a tak udało nam się dokonać
zamiany przed rozpoczęciem pracy. Mój plan sięgał tylko do tego momentu, resztę
musiałem improwizować, w czym byłem niezły, ale i tak wszystko wymagało
wielkiego szczęścia.
Hans był poruszony, kiedy pojawił się, ciągle w moim mundurze, ale jeżeli
rozważał, czy poddać się zamianie, to nie okazał tego. Nie był osobą rozmowną,
ale z pewnością można było na nim polegać i wiedziałem dobrze, że się spisze.
Mimo to ujrzawszy go, poczułem ulgę. Wiedziałem, że gdyby wpadł w panikę i nie
chciał wrócić, oznaczałoby to koniec dla nas obu. Kiedy opuścił Bude, znowu był
więźniem obozu koncentracyjnego. Godził się na to. Jeszcze zanim przyszedł,
wyciągnąłem z ukrycia moje buty. Przygotowałem też jego drewniaki.
Zrzuciłem pasiak i z ulgą założyłem moją bluzę oraz spodnie. Wracałem do
swoich, odzyskując status jeńca w tej samej chwili, w której on go tracił. Pośpiech
sprawił, że nie zastanawialiśmy się nad symboliką tej chwili. Chciałem to zrobić
szybko.
Powtórzyłem mu te same ostrzeżenia, których udzielałem przed zamianą:
zachowaj spokój, nie biegnij, choć chyba nie musiałem mu mówić, jak powinien
zachowywać się Häftling. Nie byłem nawet pewien, czy mnie słyszał. Zniknął, gdy
tylko byliśmy gotowi.
Minęło wiele dni, zanim zdołałem się zastanowić nad tymi godzinami
spędzonymi w Auschwitz III i uświadomić sobie ostateczny upadek tego miejsca.
Zdałem sobie sprawę z tego, że to najgorsze, co można zrobić człowiekowi.
Odebrać mu wszystko – jego dobytek, jego dumę, poczucie własnej wartości –
a potem go zabić. Zabijać powoli. Nieludzkie zachowanie człowieka wobec
człowieka – to sformułowanie nie odzwierciedla nawet w drobnej części tego, co
się tam działo. To było znacznie gorsze od okropności, których doświadczyłem na
pustyni. Tam miałem przed sobą wroga i wypełniałem obowiązki. Byłem w tym
dobry, dlatego przeżyłem.
Zamiana wymagała wiele szczęścia, ale też rozczarowałem się tym, czego
dowiedziałem się podczas jednego wypadu. Pojawiło się jeszcze więcej pytań, na
które nie potrafiłem odpowiedzieć, więc zrozumiałem, że to dopiero początek.
Prześladowała mnie atmosfera tego miejsca.
Powróciłem do brytyjskich jeńców i codzienna mordęga rozpoczęła się na nowo.
Załadowywałem stos rur z kołnierzami i kolejne zakręcane zawory. Ważyły pewnie
ze trzydzieści kilo każdy. Przeniesienie ich na wagonik było trudne, ale gdy już
koła toczyły się po szynach, dało się wytrzymać. Po przewiezieniu ładunku przez
budowę układaliśmy go w miejscu, gdzie czekał na zamontowanie. I tak w kółko.
Zanim mogłem coś zjeść, było już południe i do tego czasu wrócił mi apetyt.
Nie od razu udało mi się porozmawiać z Billem. Wiedziałem, że zajmie się
Hansem, byłem tego pewny. Jimmy, jak się okazało, w mniejszym stopniu
zaangażował się w akcję, ale dali sobie radę. Bill szybko przejął Hansa i ukrył go
na mojej pryczy w kącie baraku. Obaj przysięgli, że zachowają tajemnicę. Nigdy tak
naprawdę nikomu nie ufaliśmy, więc im mniej osób o tym wiedziało, tym lepiej.
„Avey jest chory, położył się i nie chce, żeby mu przeszkadzano” – tylko tyle
powiedzieli innym. Bill przyniósł jedzenie i picie, a Hans nie pokazywał się przez
cały wieczór. Nikt z nas nie znał, nawet z widzenia, wszystkich brytyjskich jeńców
w obozie, przebywało nas tam zbyt wielu, ale same baraki były stosunkowo małe,
więc nie mogli go pokazywać do czasu liczenia. Na szczęście ludzie nie zwracali na
siebie nadmiernej uwagi i obyło się bez incydentów.
Hansowi cały ten podstęp i ryzyko opłaciły się z uwagi na papierosy, które mógł
korzystnie przehandlować. Racje żywnościowe, które otrzymał w brytyjskim
obozie, miały wzbogacić jego dietę dodatkowymi kaloriami. Rozmawiałem z nim
jakiś czas później i dopiero wtedy powiedział mi, że rozchorował się od tego
jedzenia. Po całych miesiącach cuchnącego kapuśniaku nasze pożywienie wywołało
u niego rozstrój żołądka. Nie spodziewaliśmy się tego, ale byłem zaszokowany
jego wyznaniem. Nasz wyczyn stracił przez to część blasku. Mój siennik ze słomą
okazał się dla niego wygodny, podobnie jak koce z tego dziwnego włókna
drzewnego. Posłanie było lepsze niż to, do którego przywykł, i przede wszystkim
jedną noc spędził z dala od ludzi, którzy pragnęli jego śmierci.
Teraz, kiedy byłem bezpieczny, musiałem dostarczyć drugą partię papierosów
wspomnianemu kapo. Spłaciłem dług. Przeszedłem obok niego i mruknąłem
kącikiem ust, że za kilka minut będę w małym budynku nieopodal. Zjawił się tam,
a ja wręczyłem mu umówioną liczbę szlugów. Ukrył je w pasiastej koszuli
i wyszedł. To było jak przedarcie dwudziestofuntowego banknotu na pół
i zachowanie jednej jego części przez każdego z nas. Musiał się trzymać umowy.
Cała ta eskapada była ryzykowna. Patrząc teraz w przeszłość i biorąc pod uwagę
wygody, jakimi się dzisiaj cieszymy, wydaje się niedorzecznością to, co wtedy się
działo. A jednak się to zdarzyło.
Mniej więcej w tym czasie pojawiło się nowe i poniekąd paradoksalne
zagrożenie. W połowie 1944 roku alianci uświadomili sobie, że należące do IG
Farben zakłady Buna Werke są teraz w zasięgu latających fortec amerykańskiego
lotnictwa i że można je uznać za warte zbombardowania. Dla żydowskich więźniów
naloty te, mimo że niebezpieczne, były upragnione. Wiedzieli, że lotnicy sunący
ponad nimi są im przyjaźni; że niosą wolność. Oczywiście, byli też przerażeni.
Do ostrzegania przed nalotami służył wielki, pomalowany na czerwono i żółto
kosz, przywieszony do jednego z kominów „Queen Mary”. Miał się unosić w miarę
nadlatywania bombowców, tym wyżej, im mniejsza dzieliła je od nas odległość.
Kiedy docierał do czubka, samoloty znajdowały się praktycznie nad naszymi
głowami.
Jeśli byliśmy w pracy podczas nalotu bombowców, chowaliśmy się, gdzie tylko
się dało. Wskakiwaliśmy do wykopów albo kucaliśmy za murami. Niektórzy
wchodzili do rur. Raz zdołałem się dostać do studzienki rewizyjnej ogromnego
przepustu prowadzącego do rzeki i znalazłem się obok mniej więcej czterdziestu
pracowników cywilnych oraz strażników. Pozwolono mi zostać. Na całym terenie
porozstawiano małe betonowe schrony dla pojedynczych strażników, by nie
opuszczali swoich posterunków w czasie ataków. Schrony kształtem przypominały
stożek i wyglądały dość komicznie, trochę jak niemieckie hełmy.
Na terenie zakładów stał ogromny betonowy bunkier przeciwlotniczy, wyższy od
wielu budynków, szary, kwadratowy i brzydki. Rzeczy o takim kształcie Niemcy
określali słowem klotzig. Pasowało. Ten bunkier mógłby zapewne przetrzymać
bezpośrednie trafienie. Słyszałem, że nadal tam jest.
Żydom musiało wystarczyć leżenie na ziemi na brzuchach; wyszukiwanie
nierówności terenu. Niektórzy gromadzili się wokół nas, myśląc, że jako alianccy
jeńcy podlegamy jakiejś szczególnej ochronie, albo wiemy, gdzie spadną bomby.
Nie wiedzieliśmy.

Jak na standardy Auschwitz 20 sierpnia 1944 roku był miłym letnim dniem. Nie
musieliśmy wtedy pracować, trafiła nam się jedna z tych rzadkich wolnych niedziel.
Część chłopaków zorganizowała coś, co nazwano galą, a co faktycznie okazało się
rozpaczliwą próbą poprawy morale, która niewiele wniosła. Przygotowano też
kilka imprez towarzyszących, takich jak choćby strącanie puszek.
Nastrój uległ zmianie, gdy rozległ się alarm lotniczy. Szybko opuściliśmy
baraki, udając się na pole w tylnej części obozu, gdzie teren opadał. Ze wschodu na
zachód przebiegał tamtędy rów odwadniający, a we wschodnim narożniku stał mały
schron przeciwlotniczy. Nie przypominał w najmniejszym stopniu ogromnego
bunkra na terenie fabryki, ale był dość solidny. Nie chciałem wchodzić do środka.
Pogłoski o zagazowywaniu – prawdziwe czy nie – wciąż kołatały mi się w głowie.
Ciężkie stalowe drzwi, ciemne i złowróżbne, zamykano od zewnątrz na wielką
metalową zasuwę, co wzmagało moje podejrzenia. Postanowiłem zostać na
zewnątrz, w rowie, zresztą nie ja jeden podjąłem taką decyzję: wielu zatrzymało się
na osłoniętej murami pochylni prowadzącej do tych drzwi, mimo że zmierzali do
schronu. Uważali, że na zewnątrz też mogą być bezpieczni.
Ponad obozem snuł się już dym wypuszczony z pojemników w południowej
części terenu. Miał zaciągnąć się jak mgła nad całym obszarem i, uniemożliwiając
precyzyjne bombardowanie, odciągnąć samoloty od fabryki. Biorąc pod uwagę
wysokość, z której Amerykanie zrzucali bomby, trafienie w cel i tak było mało
prawdopodobne.
Wysoko w górze słyszałem straszny warkot bombowców. Wyglądało, że
nadlatują z południa. Sturlałem się do rowu i doleciał mnie świst spadających
bomb. Rów wypełniała woda i wkrótce zamokły mi stopy. Przycisnąłem twarz do
ściany wykopu i zakryłem głowę. Czterdzieści metrów ode mnie nastąpiła potężna
eksplozja. Poczułem na policzku podmuch dolatujący od strony schronu. Potem
nastąpiły kolejne wybuchy, tym razem dalej, bliżej fabryki. Minęło piętnaście minut,
zanim nalot dobiegł końca i mogłem sprawdzić szkody.
Pobiegłem w stronę schronu i w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była
pochylnia, ujrzałem zwałowisko betonu głębokości około pięciu metrów. Zwłoki
i kawałki ciał były rozrzucone na dużym obszarze. Bomba trafiła akurat w to
miejsce, gdzie stali ludzie. Ci, którzy weszli do środka, przeżyli i wyszli drugim
wyjściem. Kilku odniosło rany, ale większość z tych, którzy zatrzymali się przed
drzwiami schronu, nie żyła, a ich ciała tkwiły w gruzie.
– Czy jest tu jakiś górnik? – krzyknął ktoś.
Ktoś inny próbował wyciągać kawałki muru, ale niewiele potrafił zdziałać. Był
w szoku i za bardzo się bał, żeby to robić. Odsunąłem go i zająłem jego miejsce.
Przystąpiłem do upartego kopania. Każdy kamień podnosiłem ostrożnie, żeby
większe płyty betonu nie osunęły się w dół, miażdżąc tych, którzy mogli jeszcze
żyć.
Krzyknąłem, żeby przyniesiono liny. Dostarczono je po dobrej chwili.
Obwiązywałem kolejne duże płyty, a stojący na brzegu leja podciągali je, żebym
mógł zajrzeć pod spód. Odkrywaliśmy jedno zmiażdżone ciało za drugim. Jednym
brakowało kończyn, inni byli rozerwani lub wgnieceni w beton.
W odgruzowywaniu przeszkadzał wielki kawał betonu, który trzeba było
przesunąć. Jeśli ktoś tam pod spodem oddychał, musieliśmy dotrzeć do niego jak
najszybciej. Potrafiłem przechylić ten głaz, ale poruszał się tylko w jednym
kierunku. To oznaczało, że trzeba go przewrócić na głowę jednego z uwięzionych
w gruzie martwych żołnierzy. Wiedziałem, że to konieczność z uwagi na tych,
którzy mogli jeszcze żyć pod spodem, ale i tak jeden z chłopaków usiłował mnie
powstrzymać.
– Ten biedak jest martwy – przekonywałem go. – Co ty byś zrobił?
Dał za wygraną, wiedząc, że nie ma innego wyjścia. Wziąłem głęboki oddech
i zacząłem pchać. Podałem szczątki tym, którzy stali poza lejem. Wróciłem do
kopania.
Przekopywaliśmy się w dół i w stronę drzwi do schronu, ale traciliśmy nadzieję
na odnalezienie żywych. Potem nagle usłyszałem stłumiony odgłos
i uświadomiłem sobie, że jednak ktoś tam żyje. Odsunąłem następne kamienie,
tworząc dziurę na tyle dużą, że mogłem się przez nią wczołgać. Kiedy do niego
dotarłem, był na wpół przytomny. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, którą część
ciała ma uwięzioną. Zawołałem o wodę, ale gdy wróciłem z miseczką, żeby
spryskać mu twarz, miał się już lepiej, był wściekły i przeklinał jak szewc. Mnie też
się oberwało. Ale w końcu go wyciągnąłem. Życie uratował mu drewniany
trójnożny stołek, który odchylił część spadającego muru, tworząc rodzaj
ochronnego gniazda.
Na powierzchni chłopcy zajmowali się rannymi. Na ziemi rozłożono ponad
trzydzieści małych stosów złożonych z ludzkich szczątków. Poskładaliśmy je
najlepiej, jak potrafiliśmy i natychmiast zaszyliśmy w koce. Makabryczne zadanie.
Znaliśmy tych ludzi.
Niewinni ludzie umierali wokół nas bezustannie, lecz gdy coś takiego dotyka
towarzyszy, jest inaczej. Nasz duch doznał potężnego ciosu, ale musieliśmy się
z tym pogodzić. Znaleźli się tacy, którzy twierdzili – a uwierzył im także Czerwony
Krzyż – że nasi koledzy zginęli, ponieważ potraktowali nalot jako „widowisko” i je
oglądali. To nie tak. Oni myśleli, że są bezpieczni.
Ciała naszych towarzyszy miały zostać pogrzebane na cmentarzu należącym do
kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Oświęcimiu. Wysłano mnie
tam z liverpoolczykiem Billem Meredithem. Naszym zadaniem było wykopanie
masowego grobu na skraju terenu, pod murem. Na końcu alejki stała kapliczka. Po
raz pierwszy w życiu zobaczyłem zamieszczone na nagrobkach fotografie.
Zaintrygowały mnie.
Rozebraliśmy się do pasa i przystąpiliśmy do kopania. Kiedy grób był gotowy,
przyjechała ciężarówka ze szczątkami. Było tam kilku chłopaków do pomocy, ale
nie przypominam sobie jednak żadnej ceremonii ani nabożeństwa. Koledzy
podawali nam ciała, a Bill i ja układaliśmy je w ziemi. Zupełnie jak na pustyni. Po
raz pierwszy od bardzo dawna pomyślałem o ludziach, których pogrzebałem
w piasku, i o Lesie, którego zostawiłem niepochowanego.
Na żegnanie zmarłych nie było czasu. Odesłano nas z powrotem tą samą
ciężarówką, a ciała pozostały nieprzysypane. Nie wiem, kto zamknął grób. Trzy
tygodnie później na cmentarz spadła bomba i miejsce ich spoczynku zostało
zniszczone. Po wojnie te ciała, które dało się zidentyfikować, i część anonimowych,
przeniesiono na oficjalny cmentarz wojskowy w Krakowie, gdzie spoczywają
w pokoju do dziś.
Rozdział 14

Od wysłania do matki listu w sprawie Ernsta minęło kilka miesięcy. Widywałem go


od czasu do czasu na terenie fabryki i niestety nie miałem dla niego żadnych
wiadomości z domu. Nie wiedziałem nawet, czy matka dostała ten list ani czy
skontaktowała się z jego siostrą w Birmingham – o ile Susanne nadal tam
przebywała. Warto było próbować, ale w głębi serca uważałem, że to beznadziejne.
System pocztowy Czerwonego Krzyża dawał nam jedyną możliwość kontaktu, ale
i on rwał się często i działał coraz gorzej.
Po kilku miesiącach dotarł do mnie pisany po angielsku list, zaadresowany
nieznajomym charakterem pisma, a zaraz po nim paczka. Otworzyłem list, nie
myśląc nawet o Ernście. Zaczynał się chyba od słów: „Drogi Ginger”, a pod
tekstem widniał podpis „Susanne”. Kierowała go do niego, ale pisała do mnie.
Napomknęła, że wysyła papierosy. Udało jej się!
List od mojej matki potwierdzał, że skontaktowała się z Susanne i przekazała jej,
że papierosy są jedynym sposobem, w jaki może pomóc. Otworzyłem paczkę
i zobaczyłem je – dwieście sztuk angielskich papierosów Players. Od wujka
dostawałem – jeżeli docierały – State Express 555. Playersy były dla Ernsta, a ich
liczba przewyższała wszystko, co widziałem od wielu miesięcy.
Zdarzył się prawdziwy cud – siostra Ernsta żyła, bezpieczna i zdrowa. Co
ważniejsze, wiedziała teraz, że i jej brat żyje i przebywa w Auschwitz. Mogłem
mieć tylko nadzieję, że ta nazwa nic jej nie mówi.
Nawiązaliśmy kontakt. To zaś znaczyło więcej niż sama paczka, choć tak cenną
miała zawartość. Już sam list niwelował zło tego miejsca. Nie posiadałem się
z radości. Teraz musiałem dostarczyć Ernstowi list i papierosy, a to oznaczało
przemycenie ich na budowę IG Farben. Udało mi się – miałem szczęście, bo
czasami nas przeszukiwano.
W obozach papierosy były cenniejsze od złota. Kiedy zamieniałem się miejscami
z Hansem, właśnie szlugami skłoniłem do przymknięcia oka tego kapo, który miał
w ręku nasze życie. Dostał ich pięćdziesiąt – dwadzieścia pięć przed i dwadzieścia
pięć po. W obozie to była zawrotna liczba. Teraz miałem do przekazania Ernstowi
znacznie więcej.
Nigdy nie dowiedziałem się, co Ernst robił na budowie, ale mógł poruszać się
swobodniej niż większość więźniów i wyglądało na to, że nie posyłają go do
najgorszych prac pod gołym niebem. Domyślałem się, że jest swego rodzaju
gońcem czy kurierem.
Minęło trochę czasu, zanim znowu go zobaczyłem. Czekałem na okazję, by się
do niego zbliżyć i szepnąć, gdzie ma się ze mną spotkać, w ustronnym miejscu, za
pięć minut.
Pojawił się. Sprawdziłem, czy jesteśmy sami, a potem wyjąłem z kieszeni list od
jego siostry. Nie posiadał się z radości, gdy zobaczył, co to jest. Powiedziałem mu,
żeby go wziął i przeczytał, a potem pokazałem mu gestami, że musi list zniszczyć.
Stracił już wszystko, tak jak oni wszyscy. Mówiąc mu, żeby zniszczył list,
prawdopodobnie jego jedyną osobistą własność, prosiłem o wiele. Wiedziałem, że
to będzie dla niego trudne, ale zależało od tego bezpieczeństwo nas obu, ufałem
więc, że mnie posłucha. Wziął list i schował go gdzieś w swoim pasiaku.
Ponownie sprawdziłem, czy nikt nie nadchodzi, i dopiero wtedy wyjąłem
z munduru pierwszą partię papierosów i tabliczkę czekolady. Przekazanie
wszystkich papierosów za jednym zamachem było ryzykowne, bo taką ilość
zapewne trudno byłoby ukryć. Obiecałem Ernstowi, że będę mu je dawał na raty.
W tym czasie i miejscu otrzymał kolosalny majątek i dobrze o tym wiedział.
Otaczali mnie zrozpaczeni ludzie. Pozbawieni wszystkiego, oderwani od żon,
dzieci, rodziców i dziadków, których zamordowano zaraz po przyjeździe. Ci,
których oszczędzono, mozolili się, wygłodniali i załamani, wiedząc, że ukochani
zginęli w komorach gazowych, a ich ciała spalono. Ostatecznie i ich miały
wykończyć rozpacz, choroby, wyczerpanie lub bicie.
W takim świecie żyliśmy.
W takim świecie dawałem Ernstowi list i prezent od jego siostry mieszkającej
w Anglii. Tylko tyle mogłem dla niego zrobić. Nie miałem pojęcia, jak spożytkuje
te papierosy, jakie jedzenie lub przysługi za nie kupi. Nie mogły mu zapewnić
wolności, ale mógł zyskać przewagę, zwiększyć szansę na przeżycie. Tylko tyle.
Teraz wszystko zależało od niego.
I tak dobrze się trzymał, ale żaden z nas nie wiedział, co będzie dalej. Fetor z tych
dalekich kominów i zwłoki zabierane pod koniec każdego roboczego dnia dobitnie
o tym świadczyły. Życie każdego podlegało tutaj złym siłom lub zbrodniczym
kaprysom.
Mnie udało się tylko zerknąć za druty Auschwitz III, Ernst zaś znał ten świat
i wiedział, jak najlepiej w nim przeżyć. Miałem do niego zaufanie, ale i tak
wiedziałem, że prawdopodobnie umrze. Starałem się nie okazywać mu, że zdaję
sobie z tego sprawę. W następnych tygodniach przemyciłem resztę papierosów.
Nigdy mi nie powiedział, co z nimi zrobił.
O rodzinie Ernsta nie wiedziałem nic poza tym, że ma siostrę w Anglii. Nigdy nie
wspominał o rodzicach lub dziadkach, sprawiał wrażenie, jakby nie ciążyły mu
myśli o nich. W ten sposób łatwiej było przeżyć, o czym wiedziałem z własnego
doświadczenia. Przekonałem się o tym na pustyni i wtedy, gdy w mój statek trafiła
torpeda. Sprawdziło się to w niewoli. Łatwiej było polegać tylko na sobie, bo
można było się skupić. Wspominałem już o tym, że niczego się nie zdziała, nie
polegając na sobie. Może dlatego w ciągu tych lat wiązałem się z tak niewieloma
ludźmi.
Ernst był inny. W jego oczach, poza rozpaczą, były ślady łobuzerstwa, które
niegdyś go cechowało; które wskazywało na człowieka, jakim mógł się stać.
Czułem, że byłby moją bratnią duszą. Kiedy tylko mogłem, szukałem go i dawałem
mu następne papierosy. Gdyby wojna potrwała dłużej, z pewnością
próbowalibyśmy uzyskać kolejną przesyłkę.
Rozpaczliwie chciałem wyrwać się z tego opuszczonego przez Boga miejsca,
choćby na kilka godzin. Pojawiła się okazja przystąpienia do grupy pracującej poza
Buna Werke i skwapliwie z niej skorzystałem. Kazano nam pojechać pociągiem do
Katowic, tam załadować zapasy i wrócić. Nie wiedzieliśmy jednak, co mamy nosić
ani dlaczego uznano, że potrzeba nas do tego akurat sześciu. Uzbrojony strażnik
wyprowadził nas z obozu i niedługo potem dotarliśmy na dworzec kolejowy
z niskimi peronami wychodzącymi na otwartą stację rozrządową.
Z miejsca, w którym stałem, mogłem patrzeć na ukos przez tory. W oddali przed
momentem zatrzymało się kilka bydlęcych wagonów załadowanych więźniami.
Ludzi formowano w długie kolumny w odległości stu metrów od nas. Kobiety
oddzielono od mężczyzn, ale wszyscy nadal mieli na sobie cywilne ubrania.
Wiedzieliśmy, co oglądamy. Wiedzieliśmy, co stanie się z tymi kobietami i dziećmi.
Jedna z kobiet trzymała w ramionach płaczące niemowlę. Patrzyliśmy, jak
chodzący tam i z powrotem wzdłuż tego szeregu esesman zatrzymał się przed
kobietą, zganił ją i ruszył dalej. Dziecko płakało nadal. Niemiec zrobił kilka
kroków, zawrócił, podszedł do kobiety i uderzył niemowlę z całej siły pięścią
w twarz. Zapadła cisza.
Byłem tak wstrząśnięty, czułem tak bezsilną wściekłość, że o mało nie
zwymiotowałem. Nawet z tej odległości wiedziałem, że dziecko musiało zginąć. Ta
przerażająca scena zatarła całą ulgę, jaką miało przynieść wyrwanie się z obozu na
jeden dzień.
Przyjechał nasz pociąg i wsiedliśmy do środka. Nie mogłem mówić.
Przyzwyczailiśmy się do patrzenia na okrucieństwo wobec dorosłych, ale zabicie
niemowlęcia w ramionach matki było czymś nieopisanym.
Dotarliśmy do wojskowego magazynu z wielkim placem składowym,
położonego w pobliżu Katowic. Kazano nam zabrać się za ładowanie.
Przerzucaliśmy przede wszystkim wielkie koce zszyte w worki. Nie potrafię
powiedzieć, co w nich było: może chleb? Nigdy się nie dowiedziałem. Po tym, co
zobaczyłem, nie bardzo mnie to obchodziło.
Wróciliśmy do normalnego, cywilnego wagonu. Zadaniem strażników stojących
na korytarzu było nie dopuścić do naszej ucieczki. Widziałem niemowlę zabijane
ciosem pięści. Gapiłem się przez okno, a ta scena wciąż na nowo rozgrywała się
w moim umyśle. Trzeba było zamknąć te myśli na klucz. Nie mogłem nic zrobić.
Dawniej nigdy nie ignorowałem kogoś potrzebującego pomocy ani nie uchylałem
się przed walką, nie tak mnie wychowano. Teraz musiałem to robić przez cały czas.

Moja zamiana z Hansem zaowocowała znajomością kilku nazwisk i paroma


informacjami. Miałem większe pojęcie o tym, co się dzieje w ich obozie, ale
oczekiwałem, że dowiem się jeszcze więcej. Byłem jednak rozczarowany.
Wprawdzie selekcje odbywały się właśnie tam, ale rzeź na skalę przemysłową
rozgrywała się gdzie indziej. Nadal nie wiedziałem wielu rzeczy.
Mijały tygodnie i zbliżała się zima. Robiło się coraz chłodniej. Wyglądało na to,
że nadchodzi nasze zwycięstwo, lecz nadciągało powoli. Wciąż nie miałem pojęcia,
jak zakończy się ta potworna obozowa saga. Kto przetrwa, żeby ją opowiedzieć; kto
zostanie, aby zaświadczyć?
Miesiące upływały, a we mnie rodził się pomysł, by spróbować znowu. Hans
nadal żył i, jakimś cudem, jego dwaj towarzysze również. Zaproponowałem,
żebyśmy ponownie się wymienili, a on się zgodził. Jego los nie uległ poprawie,
więc warto było ryzykować. Znowu nadeszły dni planowania. Tym razem miejscem
zamiany nie miała być Bude – szopa, z której korzystaliśmy za pierwszym razem –
tylko Bau, ceglany budynek, który właśnie wznoszono.
Tuż za głównymi drzwiami do tego budynku mieścił się pokoik, w którym
czasem odpoczywaliśmy. Tam właśnie postanowiliśmy przeprowadzić akcję. Były
w nim rozmaite zakamarki, gdzie zawczasu można było schować różne rzeczy.
Miejsce wydawało się lepsze.
Kiedy nadszedł ten dzień, czułem się lepiej przygotowany niż za pierwszym
razem. Wiedziałem, jak przebiega marsz i co może nastręczać trudności, ale i tak
potrzebowałem ogromnie dużo szczęścia.
Szybko zamieniliśmy się ubraniami. Tym razem, założywszy jego pasiasty
uniform, poczułem chłód. Tak jak ostatnio Hans wyszedł pierwszy, chcąc mieć to
już za sobą.
Policzki miałem umorusane ziemią, a włosy obcięte i z grubsza ogolone.
Przystanąwszy sprawdziłem, czy mam zapięte wszystkie guziki, po czym
wyszedłem, gotów udawać słabego, wyczerpanego człowieka. Dotarłem do
pasiastych bez przeszkód i, stając pośród nich, przygotowałem się do liczenia.
Nie wziąłem pod uwagę spadającej temperatury. Nienawidziłem zimna, nadal go
nie znoszę. Dygotałem gwałtownie, a tym razem liczenie ciągnęło się
w nieskończoność.
Wyruszyliśmy w znany mi już marsz, zabierając ciała ostatnio zmarłych, jak za
pierwszym razem, gdy szedłem do tego obozu. Znowu niektóre z nich spadały na
ziemię, ktoś je podnosił, a zwłoki spadały ponownie. Po tej długiej, mozolnej
wędrówce przeszedłem drugi raz przez bramę Auschwitz III. Zagrzmiał rozkaz
„Mützen ab”, zdjęliśmy zatem czapki i wyprostowaliśmy się. Potem ruszyliśmy
dalej w stronę Appelplatz położonego po prawej stronie mniej więcej w połowie
centralnej alei. Nawet wewnątrz obozu otaczały nas płoty. Tak jak poprzednio grała
orkiestra.
Stanęliśmy w szeregach, by mogli nas od nowa policzyć. Tym razem wydawało
mi się, że trwa to całe godziny. Trudny marsz nie rozgrzał mnie wcale, a pasiaste
łachmany nie mogły w żaden sposób zatrzymać uchodzącego z ciała ciepła.
Nadchodził wieczór. Nie musiałem niczego udawać, czułem się równie nędznie, jak
ludzie wokół mnie. Do tego zaczął padać deszcz.
Byłem przekonany, że tym razem na Appelplatz jest więcej ludzi, choć nie
policzyłem. Kiedy nas w końcu zwolniono, poszedłem za moimi przewodnikami
w stronę baraków stojących po jednej stronie placu, bliżej zewnętrznego
ogrodzenia z przewodami pod wysokim napięciem. Wszedłem do środka i udałem
się na pryczę, gdzie pozostałem. Wiedziałem, że nie będę jadł kolacji.
Stan moich dwóch przyjaciół pogorszył się w ciągu tych miesięcy, które minęły,
odkąd dzieliłem z nimi pryczę. Nie powiedziałem im tego, ale obaj wydawali się
chudsi. Polak był w gorszym stanie. Jego skóra miała teraz chorowity, żółtawy
odcień. Wyglądał na człowieka, który wkrótce odejdzie. Więźniowie wymyślili na
nich dziwne określenie. Ludzi, którzy tak wyglądali, nazywali muzułmanami.
Czułem, że alianckie bombardowania i postęp w działaniach wojennych dawały
im słabiutką nadzieję na przetrwanie, bardzo słabiutką. Miałem niewiele czasu, ale
też nie mogłem na nich naciskać, każąc im mówić. Byli wyczerpani, a Polak po
wejściu na pryczę stracił przytomność. Byłem przekonany, że nie dożyje ranka.
Z Niemcem udało mi się trochę porozmawiać. Tym razem byłem lepiej
przygotowany na to, co mnie czekało – jęki, wędrówki, dziwne okrzyki. Choć
Niemiec miał nie więcej niż dwadzieścia lat, a ja dzieliłem z nimi pryczę, to
obydwaj byli dla mnie jednak bardziej zwłokami niż ludźmi. I to w dodatku
chudymi zwłokami. Wydzielali niewiele ciepła, a ja drżałem.
Śmierć miała zapach, zauważyłem to już za pierwszym razem. Nie potrafię go
opisać, ale unosił się w tych barakach, wilgotny, mroczny i upiorny. Przeżycia tego
dnia pokonały nas. Zasnąłem pośród jęków i odległego rytmu modlitw.
Polak przetrwał noc, ale rankiem trzeba było mu pomóc stanąć na nogi. Pewnie
nie pożył zbyt długo. Nigdy więcej nie zobaczyłem go na budowie. Cieszyłem się,
kiedy liczenie dobiegło końca, przeszliśmy przez bramę i znowu znaleźliśmy się na
drodze do Buna Werke, do pracy, którą normalnie przeklinałem.
Zamiana w Bau przebiegła szybko i bez jednego słowa. Czułem ulgę, kiedy
odzyskałem bezpieczeństwo zapewniane przez mundur. Kilka tygodni później
spróbowałem zamiany jeszcze raz, ponownie wykorzystując Bude. Zostawiłem
drzwi szopy otwarte, bo zamknięte mogły sugerować tajemnice. Tym razem jednak
na placu węszył jakiś strażnik, więc musieliśmy zrezygnować z zamiany, zanim się
rozpoczęła.
Patrząc z perspektywy czasu, powinienem był zapamiętać to, czego dowiedziałem
się za pierwszym razem i na tym poprzestać. Mnie to jednak nie wystarczało. Skoro
raz mi się udało, musiałem spróbować znowu. Zapamiętałem nazwiska niektórych
kapo i strażników, ale przede wszystkim zobaczyłem wszystko na własne oczy, a to
było dla mnie najważniejsze. Pogłoski nie miały znaczenia. Nie wiedzieliśmy,
w jaki sposób te obozy zostaną zlikwidowane ani kto zostanie po zakończeniu
wojny, aby zaświadczyć, że do tych zbrodni w ogóle doszło.
Rozdział 15

Ranek był mokry i ponury. Lało i ziemia zamieniła się w błoto. Jako jeden
z dwudziestu brytyjskich jeńców wojennych miałem układać kable elektryczne
doprowadzane do nowego budynku. Staliśmy rzędem w błotnistym rowie
sięgającym do pasa, trzymając między nogami gruby kabel. Osobliwe zasady
panujące w obozach sprawiły, że to my wykonywaliśmy tę pracę, bo więźniowie
byli teraz zbyt słabi, żeby wlec ciężki przewód. Odwijaliśmy go z ogromnego,
drewnianego bębna, a im stawał się dłuższy, tym robił się cięższy. Gdybyśmy nie
ciągnęli jednocześnie, nawet by nie drgnął.
Nade mną, obok szpuli z kablem, stał młody żydowski chłopiec o miłej twarzy.
Miał może osiemnaście lat. Był chudy i słaby, tak jak cała reszta. Nie wiem, co
zrobił źle, nie widziałem tego, strażnicy zaś nie potrzebowali powodów. Podszedł
do niego jakiś oficer SS i chłopak postąpił tak, jak musiał – przerwał pracę, zdarł
sobie z głowy czapkę i przycisnął ją do uda, stając na baczność.
Nie uchroniło go to przed biciem. Oficer uderzył go w twarz czymś ciężkim,
czymś, co trzymał w ręce, i w ciągu kilku sekund głowę chłopca zalała krew.
Zdołał ponownie stanąć na baczność, mamrocząc coś w języku, którego nie
rozpoznawałem. Gdy tylko się wyprostował, dostał ponownie i padł na ziemię,
płacząc z bólu. Znowu się podniósł i otrzymał kolejny cios w twarz. Miał cały
pasiak we krwi. Patrzyłem, jak młodego chłopaka katuje się na śmierć. Widywałem
już takie rzeczy wcześniej, ale tym razem tłumiona dotąd wściekłość wezbrała
i straciłem panowanie nad sobą.
Wrzasnąłem do esesmana moją marną niemczyzną: „Du verfluchter
Untermensch!”.
To było najgorsze, na co umiałem się zdobyć. Nazwałem go „cholernym
podczłowiekiem”. Naziści określali tym terminem wszystkich, których uważali za
gorszych – Słowian, Cyganów, Żydów. Znałem wybuchową siłę tych słów. Bicie
ustało, ale wiedziałem, że ta historia dopiero się zaczyna.
Minęło dziesięć lodowatych minut, zanim oficer wziął odwet. Pozwolił mi
najpierw dokończyć pracę. Wyszedłem z rowu i odwróciłem się, żeby odejść.
Podszedł bez ostrzeżenia od tyłu. W chwili, gdy zrównał się ze mną, otrzymałem
miażdżący cios w twarz. Padłem na ziemię, trzymając się za prawe oko. Walnął
mnie kolbą pistoletu. Na kilka sekund straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem,
oko zasklepiały rany nad i pod nim. Oficera nie było.
Nie wiem, co stało się z tym chłopcem, ale nie mógł żyć zbyt długo. Jeśli nie
zabiły go te urazy głowy, to zwrócono na niego uwagę, więc i tak wkrótce musiał
umrzeć.
Oko było w strasznym stanie, a otrzymałem tylko jeden cios. Mieliśmy w obozie
południowoafrykańskiego lekarza, niejakiego Harrisona. Wizytatorzy
z Czerwonego Krzyża stwierdzili, że ma on całe potrzebne wyposażenie medyczne,
ale w rzeczywistości dysponował tylko aspiryną i sześćdziesięciowatową żarówką
do rozgrzewających naświetlań. Robił, co mógł, a ja wiedziałem, że o urazie nie
należy meldować.
Obrzęk zszedł, skaleczenia się zagoiły, ale widziałem na to oko dziwacznie i ten
stan ciągnął się latami. Czasami patrzyłem na duży budynek, a on nagle zdawał się
być wąski jak słup telegraficzny. Po wielu latach od wojny oko zrakowaciało.
Wyjęto mi je i zastąpiono szklanym. Wiedziałem dobrze, co było przyczyną.
Bezsilność tego chłopaka i fakt, że nie mogłem mu pomóc, przysparzały mi
udręki. Nauczono mnie sprzeciwiać się niesprawiedliwości, a w Auschwitz mogłem
tak niewiele zrobić! Widziałem tylu ludzi bitych i zabijanych, ale z ciemności
wyłania mi się obraz tego właśnie dzielnego chłopca. To jego rysy widzę, kiedy
zrywam się zlany potem. Nie wiem o nim nic, nie znam nawet jego imienia, ale jego
zakrwawiona twarz jest ze mną dzień i noc od prawie siedemdziesięciu lat.

Wielu chłopaków robiło dla pasiastych, co tylko się dało i, gdy tylko mogli,
podrzucali im papierosy i jedzenie. U innych ten panujący wokół koszmar
potęgował lęk. Niektórzy obawiali się ich chorób albo wręcz bali się, że więźniowie
pociągną ich za sobą do grobu. W końcu wszyscy byliśmy tylko niewolnikami
usiłującymi przetrwać. Dobroć i hojność ujawniała się jednak nie tylko u tych,
którzy mieli szczęście w cywilu.
Jednym z takich żołnierzy był Frank Ginn. Powiem to z pewnym wahaniem, ale
biedak był właściwie analfabetą. Miałem okazję poznać go bliżej, bo odczytywałem
mu listy i pisałem je dla niego. Miał też problemy z niemieckim, a ten język trzeba
było trochę znać, żeby porozumiewać się w obozach.
Któregoś dnia poprosił mnie, żebym poszedł z nim do szopy stolarzy leżącej na
północny wschód od budynku „Queen Mary”. W środku stał wielki stół, wszędzie
poniewierały się narzędzia i wióry. Pracowało tam dwóch greckich Żydów.
Znali tylko kilka niemieckich słów, ale i tak Frank myślał, że zdołam się z nimi
lepiej porozumieć. Ponoć ci Grecy z obozu, którzy przeżyli, pochodzili głównie
z Salonik. Byli świetnymi handlowcami, twardymi, przebiegłymi kupcami.
Mieli robić jakieś rzeczy na budowę – załapali się do roboty odpowiadającej ich
zawodowi. Dla każdego w pasiaku taka praca była prawdziwym dobrodziejstwem.
Poza tym nie musieli przejmować się pogodą i wyglądali na lepiej odżywionych od
innych.
Frank, gdy tylko mógł, dawał im jedzenie, a teraz uznali – nie mam pojęcia
dlaczego – że jestem jego szefem, więc zwrócili na mnie uwagę. Uśmiechali się,
ilekroć tam wszedłem. Właśnie przy jednej z takich okazji pojawiło się SS.
Spodziewałem się kłopotów, ale Niemcy nawet okiem nie mrugnęli, gdy mnie
tam zobaczyli. Nie zadawali żadnych pytań. Założyłem, że Grecy robią coś dla nich
na boku. Wszyscy musieli się chronić, jak tylko się dało, sprzedawać umiejętności
za kawałek chleba. Skomplikowana sieć wzajemnych stosunków sprawiała, że nie
bardzo wiedziałem, komu na budowie mogę ufać. Z tego powodu unikałem
nazwisk. Nigdy nie wiedziałem, kto jest z kim powiązany, a szpiedzy mogli być
wszędzie. Informacja zyskiwała rangę towaru, który dało się korzystnie sprzedać.
Stolarze zaskoczyli mnie, gdy pewnego dnia pokazali mi małą drewnianą szafkę
i nalegali, żebym ją wziął. Ręczna robota, z maleńkimi szufladkami i połączeniami
na jaskółczy ogon. Rodzaj niewielkiej komódki, w której mógłbym trzymać
przybory toaletowe, tyle tylko, że żadnych nie miałem. Dziwacznie było dostać coś
takiego w obozie koncentracyjnym, zwłaszcza że większość więźniów biła się
o nadające się do handlu guziki i niedopałki papierosów. Byłem skonsternowany.
Wprawdzie to Frank zapoznał nas z sobą, ale z upływem miesięcy ci ludzie stali
się także moimi przyjaciółmi. Teraz chcieli, żebym wziął szafeczkę, co nieco mnie
krępowało. Grecy cieszyli się reputacją twardych negocjatorów – był w tym więc
jakiś sens. Prawdopodobnie uznawali to za inwestycję na poczet przyszłych
korzyści, nie nazywając jednak rzeczy po imieniu.
Inna sprawa, że niełatwo przyszłoby im coś takiego sprzedać. Więźniowie obozu
nie mieliby z tego żadnego pożytku – dla nich papierosy były lepszą walutą, łatwą
do przeniesienia i wymiany.
Komódka musiała trafić do pracownika cywilnego albo kogoś z zewnątrz. Jeniec
wojenny także się do tego nadawał. Nigdy nie powiedzieli, czego chcą w zamian,
być może wystarczała świadomość, że mam wobec nich zobowiązania. Od tej pory,
ilekroć mogłem, dawałem im żywność, więc pewnie ich rozumowanie okazało się
trafne.
Przemycenie szafeczki na zewnątrz przyszło mi z łatwością. Czasami nas
przeszukiwano i wtedy nie obywało się bez przekupywania wartowników. Obóz był
nieszczelny, a strażnicy bez kłopotu dawali się przekonać do przymknięcia oka na
przemyt, jeśli tylko dostrzegali w tym jakąś korzyść dla siebie. Tym razem
przeszedłem bez trudu, a gdy wróciłem do E715, włożyłem komódkę do mojego
plecaka w baraku. Stanowiła rzadki przejaw piękna w tym pełnym brzydoty miejscu.
W grudniu 1944 roku przestały przychodzić paczki z Czerwonego Krzyża.
Przyczyną były alianckie naloty. Od tej pory musieliśmy przetrwać na tych
mizernych racjach, które dawali nam Niemcy, przez co dla żydowskich więźniów
zostawało mniej.
Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni zobaczyłem Hansa lub Ernsta. Często o nich
myślałem, ale w styczniu 1945 roku wiedzieliśmy, że Rosjanie są coraz bliżej.
Słyszeliśmy w oddali ostrzał artyleryjski. Dni obozu były policzone. Nie
wiedziałem jednak, czy to oznacza wyzwolenie, czy dalsze zamieszanie.
Po raz ostatni Żydów wyprowadzono z Monowitz 18 stycznia 1945 roku.
Porzucono obóz oddalony o zaledwie kilkaset metrów od E715. Pozostało w nim
tylko kilka chorych osób. Biedaków w pasiakach prowadzono pod lufami, w samym
środku zimy, przez śnieg i lód. Całe tysiące zmuszono do tej wędrówki. Rozpoczął
się marsz śmierci.
Tego ranka jak zwykle wkroczyliśmy na teren IG Farben, spodziewając się, że
będziemy dalej pracować. Zniknęły jednak pasiaste postaci, które, odkąd
zobaczyłem je po raz pierwszy, kłębiły się zawsze na terenie całej budowy
i wyrastały w każdym miejscu jak spod ziemi. Panowała cisza i nastrój grozy.
Mnożyły się plotki. Ja uważałem, że trzymają nas jako zakładników, mających
zatrzymać nacierających Rosjan. Tej nocy, z 18 na 19 stycznia, Rosjanie
przeprowadzili morderczy nalot. Jak zwykle uciekliśmy z baraków, aby się
schronić, zostawiając w środku nasze rzeczy. Ukryłem się w małym zagłębieniu za
barakami, gdy bomby zaczęły na nas spadać. Atak nie słabł. Ciągnął się
w nieskończoność.
Całą noc spędziłem w tej dziurze i nie przypominam sobie, żebym zmrużył oko.
Choć bomby spadały niedaleko mnie, to nie widziałem żadnych wybuchów –
zakrytą głowę trzymałem nisko. Wyszedłem w końcu z mojego dołka, gdy nalot
się skończył, tylko po to, by stwierdzić, że obóz jest niemal zupełnie zniszczony.
Poszedłem sprawdzić, co zostało z mojego bloku. Czołgałem się przez gruzy, żeby
cokolwiek uratować. Znalazłem mój zegarek wiszący na gwoździu wbitym
w pryczę i plecak z kilkoma rzeczami, łącznie z malowaną szafeczką ofiarowaną mi
przez Greków. Złapałem to wszystko i wygramoliłem się na zewnątrz. Część
z chłopaków robiła to samo, nie mieliśmy jednak wiele czasu.
Nadal panowała ciemność i chłód, a ja nie miałem płaszcza – nie przypominam
sobie, żebym kiedykolwiek go miał. Był artykułem pierwszej potrzeby, bez którego
musiałem się obyć. Odgłosy wydawane przez rosyjskie działa słyszeliśmy
wyraźniej i głośniej, pewnie stały około dziesięciu kilometrów od nas. Dodawało
nam to otuchy, ale zarazem ogarniały nas złe przeczucia.
Niemcy zebrali nas przed świtem i podzielili na dwie kolumny. Niektórzy
twierdzili później, że wspomniany przeze mnie wcześniej podoficer Mieser dał
chłopakom wybór – albo pójdą sami na wschód, w stronę linii rosyjskiego frontu,
albo podążą w kolumnie na zachód. Nie przypominam sobie tego. Wciąż trzymano
nas na muszkach. Marsz w stronę Rosjan w obcych mundurach i tak byłby
samobójstwem. Wiele lat później opowiadano mi, że dwaj chłopcy podjęli to
ryzyko i zginęli z rąk żołnierzy Armii Czerwonej.
Nasza kolumna wyruszyła na samym końcu. Przeszliśmy przez bramę ze splotami
kolczastego drutu wokół prętów i po raz ostatni zastawiliśmy za sobą to, co zostało
z E715.
Rozdział 16

Prowadzono nas kawałek wzdłuż płotu otaczającego budowę IG Farben,


w dotkliwym chłodzie i mroku. Wtedy pożegnałem się z diabolicznymi wieżami
i kominami, stalowymi bramami, zbiornikami gazu i kilometrami rur. Skręciliśmy
na południowy zachód, omijając miasto Oświęcim i zostawiając za sobą kopce
zamarzniętej ziemi oraz niedolę, do której nigdy nie mieliśmy powrócić.
Nikt nam nie powiedział, dokąd idziemy. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek
przechodził przez tę okolicę, w której mieszkało tak wielu członków cywilnego
personelu. Myślałem o żydowskich więźniach, których poznałem, o Ernście,
którego siostra w Anglii odważyła się liczyć na to, że może jej brat przeżyje,
i o Hansie, o którym nadal niewiele wiedziałem. Myślałem jeszcze o wielu innych,
ale to były twarze bez imion.
Nie uszliśmy daleko, kiedy na drodze dostrzegłem kłąb łachmanów, na których
zbierał się śnieg. Kiedy podeszliśmy bliżej, rozpoznałem pasiastą tkaninę,
przyprószoną teraz bielą i zesztywniałą od mrozu. Dalej leżał następny, i jeszcze
następny. Nie można ich było z niczym pomylić. Omijaliśmy zamarznięte zwłoki
i szliśmy dalej. Jednych zabito strzałem w twarz i zepchnięto do rowu, inni zostali
na drodze tam, gdzie się potknęli i gdzie ich zastrzelono. Uszła z nich ta odrobina
ciepła, którą jeszcze utrzymywali w swoich słabowitych ciałach. Dziury po kulach
opowiadały tylko połowę historii.
Powinienem był zdać sobie sprawę z tego, że to nie skończy się tak szybko, że
będzie więcej spraw wymagających świadków. W tym momencie zabrakło mi
pewności, kto przetrwa; kto opowie o tym światu. Wiele tygodni strawiłem, usiłując
przewidzieć, jaki będzie koniec. Teraz go poznałem. Niemcy wyprowadzili
więźniów żydowskich, licząc na to, że zdołają z nich wycisnąć jeszcze trochę pracy.
Lecz gdy niewolnicy słabli, to był ich koniec. Nie wyglądało na to, żeby wielu
ocalało.
Więźniów zostawiano tam, gdzie padli, pozwalając im zastygnąć w śniegu.
Rozpoczęli ten marsz wygłodniali i wyczerpani, więc wielu od razu zmarło na
skutek przemęczenia i głodu. Niektórzy po prostu upadli i więcej nie wstali.
„Śmierć zaczyna się od butów”, napisał później Primo Levi, odnosząc się do
czasu, który spędził w obozie Monowitz. Tak właśnie było w obozie
koncentracyjnym, gdzie ordynarne drewniaki ocierały stopy, powodując obrzęki
i ropienie, spowalniając ludzi, pogarszając ich stan i stając się przyczyną bicia
i śmierci. Tak samo było też tam, na śniegu.
Później dowiedziałem się, że Primo Levi należał do tych, którzy byli zbyt chorzy,
żeby wyjść z Auschwitz III, dzięki czemu uniknął marszu śmierci i przeżył.
Na zamarznięte ciała natykaliśmy się przez wiele dni. Wiedziałem już wtedy, że
niewielu mogło ocaleć, gdyż sztywniejących zwłok było tak dużo. Ernst, Hans
i pozostali z pewnością już nie żyli. Myślałem wcześniej, że jeśli zdołam wrócić do
Anglii, mógłbym odnaleźć siostrę Ernsta, Susanne, i opowiedzieć jej, co
widziałem, ale teraz wydawało się, że to nie ma wielkiego sensu. W tej chwili
wyrzuciłem ich z umysłu: nie żyli i koniec. Teraz to ja musiałem przeżyć. Jak już
wspomniałem, bez określenia celu nie dało się przetrwać.
Choć nasi strażnicy wywodzili się z Wehrmachtu, a nie z SS, to i tak nie znaliśmy
ich planów wobec nas. Pamiętam pewnego żołnierza, weterana frontu wschodniego,
który już walczył z Rosjanami, czego dowodem była skórzana proteza ręki. Dobrze
wiedział, że musi się spieszyć na zachód. Nie potrafiłem powstrzymać się od
szyderstwa. Po wielu kilometrach mijania zwłok zrównałem się z nim i najlepszym
niemieckim, na jaki umiałem się zdobyć, powiedziałem: „Ihre Zeit kommt noch” –
co znaczyło: „Twój czas jeszcze nadejdzie”.
Zesztywniał. Zrozumiał, co mam na myśli.
Rzucił mi coś w odpowiedzi, coś, co zrozumiałem jako słowa: „Najpierw
zastrzelę ciebie”. I pewnie by tak zrobił. Bali się, ale palce trzymali na spustach. Po
jakimś czasie zauważyłem, że na poboczu nie ma już zwłok, ale przyczyna nie
leżała w tym, że morderstwa ustały. Szliśmy po prostu inną trasą.
Jedzenia mieliśmy mało. Jedliśmy głównie to, co ukradliśmy z pól. Noce
spędzaliśmy pod strażą w stodołach lub, nie mając innego wyboru, kładliśmy się na
śniegu. Byłem wyczerpany, ale z braku płaszcza, który zapewniłby mi ciepło, sen
na śniegu oznaczał śmierć, więc starałem się zachować świadomość.
Po kilku dniach zobaczyłem góry. Zaczęliśmy wchodzić coraz wyżej. W miarę
jak się wspinaliśmy, spadała temperatura – podobno nawet do minus trzydziestu
stopni Celsjusza. Śnieg smagał mnie po twarzy, a wokół moich uszu tworzyły się
kryształki lodu. To było długie, wykańczające podejście. Zacząłem tracić czucie
w stopach, nabawiłem się odmrożeń. Słyszałem potem o chłopakach, którzy
ściągając buty, zostawiali w nich kawałki palców stóp.
Szliśmy coraz wyżej, aż w końcu droga zaczęła się wyrównywać, a potem
opadać, tworząc długi, kręty szlak. Śnieg przestał padać i zaspy wokół nas stały się
płytsze. W końcu spod coraz cieńszej, zanikającej warstwy śniegu wyłoniła się
jakaś roślinność. Po wielu godzinach kazano nam się zatrzymać na odpoczynek na
jakimś polu nad wezbraną rzeką. Nagle słońce przedarło się przez chmury i woda
ożyła, skrząc się tysiącami plam rozpraszanego światła. Była świeża, czysta
i kusząca. Pomyślałem natychmiast, że oczyściłaby mnie z całego brudu, cierpienia
i duchowych męczarni. Piękno tego dzikiego strumienia, spływającego
z oblodzonych szczytów, rozbroiło mnie. Wiedziałem, że gdybym do niego
wskoczył, wszystkie udręki dobiegłyby końca. Chwila destrukcyjnego spokoju
minęła, ale musiałem z sobą walczyć, żeby mu się oprzeć.
Każdego dnia maszerowaliśmy około trzydziestu kilometrów i niebawem znowu
zrobiło się zimniej. Zazwyczaj szliśmy przez otwarte tereny, ale pilnowali nas
uzbrojeni strażnicy i ucieczka była niemożliwa. Dokąd byśmy zresztą poszli? Jakie
pożywienie znaleźlibyśmy w tym zimowym świecie?
Z żywnością było już i tak tragicznie. Na jednym z postojów strażnik pozwolił mi
zamienić z jakimś cywilem zegarek na chleb. Miałem za złe strażnikowi, że wziął
swoją dolę.
Na postoju zobaczyłem, że żołnierze rozstawiają karabiny maszynowe na
trójnogach. Ten widok zawsze wprawiał mnie w nerwowość. Nie wiedzieliśmy,
jakie mają wobec nas plany – w końcu widzieliśmy Auschwitz. Dopiero po chwili
zauważyliśmy, że karabiny nie są wycelowane w naszą małą kolumnę
i odetchnęliśmy z ulgą. Okazało się, że ten teren nawiedzają partyzanci i Niemcy
obawiają się ataku.
Rzeczy strażników, część broni i niewielkie zapasy żywności jechały na
pojeździe. Kiedy się zepsuł, porzucili go. Zarekwirowali za to konia i wóz, na który
przełożyli cały ten majdan. Zwierzę od początku padało z nóg, więc strażnicy bili je
bezlitośnie. Po tych wszystkich morderstwach, których doświadczyłem
w Auschwitz, po wszystkich zwłokach, nad którymi przechodziłem w czasie
marszu, los tego stworzenia wciąż mnie dotykał. Tak chłostany koń nie mógł długo
pożyć. Nie potrafiłem sobie wyobrazić istoty podlejszej od kogoś, kto maltretuje
bezbronne zwierzę. Ludzie mogą się buntować, zwierzęta nie.
Znałem się na koniach, bo żyłem na farmie. Potrafiłbym lepiej nim pokierować,
ale musiałem przekonać do tego strażników. Powiedziałem im, że jeśli szkapa
zdechnie, sami będą musieli taszczyć swój ekwipunek, i że jeśli pozwolą mi
powozić, potrafię utrzymać chabetę przy życiu. Ustąpili.
Wziąłem lejce i, choć śnieg znowu walił mi w twarz, łagodnie przemawiałem do
końskiego ucha. W oswojonych zwierzętach nie ma złości. Zdobądź ich zaufanie,
a okażą ci wdzięczność; dobrze traktowane zwierzę będzie tylko pomocne.
Skłoniłem konia do pójścia w dalszą drogę. Przeszedł dla mnie jeszcze
osiemdziesiąt kilometrów. Potem strażnicy strzelili mu w łeb i powiesili w jakiejś
stodole. Wtedy nie mogli już zrobić nic lepszego. Niedola zwierzaka dobiegła
końca.
Wziąłem nóż, odkroiłem kawał mięsa z zadu i zjadłem na surowo. Strażnicy
wzięli resztę, ale nie widziałem, co z nią zrobili. Pewnie ją ugotowali. Niestety, nie
udało mi się zabrać ani trochę mięsa dla chłopaków.
Zatrzymaliśmy się w tym miejscu kilka dni, dzięki czemu mogliśmy odpocząć,
po czym ruszyliśmy w dalszy mozolny marsz.
Pewnego razu spędziliśmy noc w zwyczajnym więzieniu, z kratami i innymi
elementami typowego wyposażenia. W sumie było to schronienie lepsze od
wietrznej stodoły. Spaliśmy też w wytwórni słodu.
Podczas marszu niewielka grupka chłopaków trzymała się wokół mnie. Chyba
trochę nimi rządziłem. Wśród nich był Bill Hedges i, oczywiście, Jimmy Fleet.
Choć dziwnie się z tym czuję, to myślę, że Jimmy w większym stopniu niż inni
dostrzegał moją siłę psychiczną. Bardzo ucierpiał w trakcie tego marszu, a ja
mogłem go wspierać. Wciąż byłem im obu zobowiązany za ukrywanie Hansa
podczas zamian, ale te wydarzenia należały już do przeszłości. Teraz każdy miał
własne kłopoty, a ja unikałem nawiązywania bliskich przyjaźni. Nauczyła mnie tego
pustynia. Mogło się zdarzyć, że jutro przyjdzie mi zasypywać ich ciała śniegiem lub
ziemią. Po co miałem pogarszać sprawę? Trzymałem dystans, ale i tak Jimmy i Bill
mnie chronili, a ja troszczyłem się o nich.
Działaliśmy jak oddział i wypracowaliśmy własny system, modus operandi. Pod
koniec długiego, ciężkiego marszu pokazywano nam, gdzie mamy spać
i zostawiano samym sobie. Już w niewoli stopnie wojskowe nic nie znaczyły,
a w czasie tej wędrówki ich wartość jeszcze się zmniejszyła. Ludzie ciążyli ku tym,
którzy wiedzieli, co robić. Na szacunek trzeba było sobie zasłużyć. Na ogół to ja
wydawałem rozkazy. Rozchodziliśmy się szybko, szukając czegoś do jedzenia. Jeśli
mieliśmy szczęście, trafiały się nam buraki pastewne. Inni szukali najlepszych
kątów do spania. Ja zaś sprawdzałem, gdzie są strażnicy i co robią, żebyśmy
wiedzieli, na co możemy sobie pozwolić. Ten system pozwolił nam przetrwać.
Pamiętam, jak raz po przeszukaniu stodoły nie znaleźliśmy nic do jedzenia.
Postanowiłem więc cieszyć się jedyną rzeczą, której tam nie brakowało – piękną,
świeżą słomą. Zwaliłem się na nią. Ciężar mojego ciała przygniótł te bladożółte
źdźbła, które jeszcze niedawno podtrzymywały ziarno. Obsesyjnie myślałem
o chlebie, który z tego ziarna upieczono. Podczas marszu rozmyślaliśmy tylko
o jedzeniu, a kiedy spaliśmy – śniliśmy o nim.
Teraz nie mogłem ułożyć się wygodnie. Pod słomą kryły się jakieś nierówności.
Rozgrzebałem ją i odkryłem, że leżę na stosie ziemniaków. Trafiliśmy na żyłę
złota! Ktoś próbował nam pomóc, byłem o tym przekonany. Zawołałem
chłopaków. Znaleźliśmy w sumie ze trzy kilogramy kartofli. Rozpaliliśmy ogień
i zjedliśmy tyle ugotowanych ziemniaków, ile każdy z nas dał radę. To była
prawdziwa, cudowna uczta. Resztę zabraliśmy z sobą. Nigdy więcej nie znaleźliśmy
czegoś takiego.
Przeszliśmy przez Racibórz na Śląsku i weszliśmy do Czechosłowacji. Dni
zamieniały się w tygodnie, a my podążaliśmy w głąb Czech. Minęliśmy Pardubice
nad Łabą i dotarliśmy do Pilzna, mijając z boku Pragę. Znaleźliśmy się
w Sudetenlandzie, w krainie, od okupacji której zaczął się cały ten żałosny bałagan.
Przez nią wybuchła wojna. Miejscowa ludność – raczej Czesi niż etniczni Niemcy –
rzucała nam chleb, kiedy przechodziliśmy. Strażnicy interweniowali, próbując ich
powstrzymać, ale i tak trochę dostaliśmy. Byliśmy tym ludziom wdzięczni.
Głód boli. Mieliśmy za sobą ciężki dzień. Kiedy ułożyliśmy się na noc w małej
stodole, zobaczyłem, że jedna z jej ścian kończy się poniżej krokwi. Miała jakieś
dwa i pół metra wysokości. Po kilku próbach zdołałem się na nią wspiąć.
Przerzuciłem nogi na drugą stronę i zeskoczyłem do rozpadającej się przybudówki.
Przeszukując ją, znalazłem miskę skrzepniętego, zjełczałego tłuszczu, być może
przeznaczonego dla zwierząt. Chwilę się zastanawiałem. Ale odstawiłem miskę,
przelazłem z powrotem przez ściankę i poszedłem spać. Przez całą noc myślałem
jednak o tym tłuszczu. Kiedy rano padł rozkaz wymarszu, poderwałem się i bez
zastanowienia przeskoczyłem przez ściankę, by odnaleźć miskę. Zjadłem całą
zawartość na raz i udało mi się jej nie zwrócić.
Rozum może pokonać wszystko. Podczas tego marszu wpychałem sobie do
gardła najohydniejsze rzeczy i za każdym razem sam siebie przekonywałem, że to
świąteczny obiad. Dzięki temu przeżyłem.
Wyglądało na to, że z Pilzna prowadzą nas ku dawnej granicy austriackiej. W tym
okresie byłem już zrozpaczony. Nie dostawaliśmy żadnego jedzenia, a ja nie
zamierzałem umrzeć z głodu w niewoli.
Równie dobrze mogłem uciec i zadbać o siebie sam.
Postanowiłem, że zrobię to samodzielnie i nie powiedziałem nikomu, nawet
Billowi i Jimmy’emu. Gdybym pisnął słówko, czuliby się zobowiązani iść ze mną.
Gdybym zginął, zginęliby i oni. Nie chciałem brać na siebie tej odpowiedzialności.
Lepiej działałem w pojedynkę.
Zatrzymaliśmy się na noc gdzieś na południe od Pilzna. Kazano nam spać
w wielkiej stodole pełnej słomy. Strażnicy odbywali patrole, ale nie przykładali się
do nich, nie wkładali w nie serca. Obserwowałem i czekałem. Zauważyłem luki
w ich nocnych zmianach i przy pierwszej okazji to wykorzystałem.
Przebiegłem przez pola i krzaki, na wpół oczekując, że podniesie się wrzawa,
albo, co gorsza, zaczną świstać kule. Szedłem, dopóki nie znalazłem się
w bezpiecznej odległości, a wtedy dałem nura do jakiegoś rowu i spałem w nim do
brzasku.
Nie było czasu na odczuwanie ulgi. Znowu sam odpowiadałem za własny los.
Groziło mi, że mnie złapią i zastrzelą. Sukces wymagał planu, którego nie miałem.
Pomyślałem sobie jednak, że teraz, kiedy wojna zbliża się do końca i zachodni
alianci są coraz bliżej, nie ma to aż takiego znaczenia. Miałem przed sobą prostą
drogę i to musiało wystarczyć.
Nadal jednak trzeba było jeść. Trafiłem na jakiś dom, obserwowałem go przez
chwilę, a potem podszedłem i stwierdziłem, że drzwi nie są zamknięte. Gdy
odczuwasz głód, opuszcza cię strach. Gdyby ktoś mnie spotkał, byłoby po
wszystkim. Ale na nikogo się nie natknąłem. Wyszedłem z okrągłym bochnem
chleba o średnicy pewnie ze trzydziestu centymetrów. Znalazłem bezpieczne
miejsce, ukryłem się i sporo go zjadłem.
Wyruszyłem w kierunku południowo-zachodnim, kierując się po trochu
gwiazdami i miejscem zachodu słońca. Szedłem głównie nocą, czając się w ciągu
dnia. Nadal miałem na sobie mundur. Przydałby mi się płaszcz, żeby go zakryć, ale
nie udało mi się nic takiego znaleźć. Omijałem osady i trzymałem się z dala od
dróg. W końcu, przez dziką, otwartą okolicę, przeszedłem do Niemiec.
Kradłem każdą żywność, jaką tylko zdołałem, i zbierałem z pól wszystko, co
można było zjeść. Nie było wcale gorzej niż podczas marszu. Zapuszczałem się
coraz głębiej w Niemcy. Po niezliczonych nocnych wędrówkach dotarłem aż do
Ratyzbony.
Natrafiłem na rozległą stację rozrządową i zacząłem przyglądać się kartkom na
wagonach w płonnej nadziei, że jeden z nich jedzie na północ. Roiło mi się, że
zdołam dotrzeć do brytyjskich pozycji.
Właśnie wtedy usłyszałem w górze warkot wielkich samolotów i zobaczyłem
spadające bomby. Wiedziałem, że taka stacja, biorąc pod uwagę przewożone towary
i oddziały, jest celem strategicznym. Zacząłem uciekać i przez jakiś cmentarz
zdołałem się stamtąd wydostać. Biegłem bez zatrzymywania się. Słyszałem ciągły
huk dział przeciwlotniczych strzelających w górę i świst bomb lecących w dół.
Jedna z nich spadła na cmentarz, wkrótce po tym, jak go opuściłem.
Pędziłem wzdłuż żywopłotu, aż natrafiłem na dobrze zamaskowane stanowisko
artylerii przeciwlotniczej. Zdołałem je ominąć i wybiec na otwarte pole.
Pomyślałem, że jestem bezpieczny. Nie byłem.
Znowu usłyszałem nad głową samolot i rzuciłem się na ziemię. Przewróciłem
się na plecy. To była płonąca amerykańska Latająca Forteca, z odstrzelonym
jednym skrzydłem. Nade mną rozległ się świst, po którym nastąpił głuchy odgłos.
Przemknęło mi przez myśl, że to bomba, ale zabrakło wybuchu. Coś, jakaś rzecz
z bombowca, uderzyło w ziemię niedaleko ode mnie. Kiedy nalot dobiegł końca,
poszedłem zobaczyć, co to było, i znalazłem wystający z ziemi kij baseballowy.
Domyśliłem się, że zabrał go z sobą któryś z członków załogi. Pewnie miał mu
przynieść szczęście. Nie przyniósł… Nie zobaczyłem na niebie żadnych
spadochronów. Wyciągnąłem ten kij z ziemi. To była pamiątka, którą, jak się
okazało, miałem zabrać z sobą do domu.
Nie podjąłem więcej prób na stacji rozrządowej i ruszyłem na północ piechotą.
Prawie zawsze komplikowałem sobie życie. Taki po prostu byłem. Dotarłem do
obrzeży jakiegoś miasta. Łudziłem się, że to Norymberga. Pomyślałem, że znowu
mogę spróbować szczęścia z pociągami i zrobiłem wypad w stronę centrum, ale
tym razem bombowce dotarły tam wcześniej. Miasto było w ruinach. W niektórych
dzielnicach nie pozostał kamień na kamieniu. Wycofałem się tą samą drogą, którą
przyszedłem, i okrążyłem miasto kierując się dalej na północ.
Wydawało mi się, że zbliżam się do pozycji alianckich, ale nie widziałem prawie
żadnych ruchów niemieckich wojsk, zatem może się myliłem.
Dotarłem już prawie do Bambergu, gdy mój los nareszcie się odmienił.
Wyszedłem z jakiegoś zagajnika i zobaczyłem jednostkę pancerną: gotowe do akcji
czołgi stojące w odległości stu metrów jeden od drugiego. To byli Amerykanie.
Podszedłem do nich ostrożnie, nie kryjąc się i licząc na to, że mają dobre lornetki
i mnie widzą.
Przecież nie marnowaliby pocisku czołgowego na pojedynczego człowieka! No
i dlaczego mieliby strzelać do samotnego żołnierza idącego w ich stronę? Gdybym
był nieprzyjacielem, pojmaliby kolejnego jeńca.
Zbliżyłem się na tyle, by krzyknąć, że jestem brytyjskim jeńcem wojennym. Ktoś
wystawił głowę z najbliższego czołgu i powitał mnie. Schował się znowu, zapewne
po to, żeby przekazać wiadomość przez radio. Potem wyskoczył na zewnątrz
i powiedział, żebym szedł za nim. Ruszyliśmy przez pola i po około dwustu
metrach dotarliśmy do następnego czołgu, w którym czekał już dowódca oddziału.
To był facet nie z tego świata. Miał dwa pistolety i nóż wsunięty do buta.
Przeszedł prosto do rzeczy:
– Gdzie są te cholerne Szwaby?
Nie bardzo wiedziałem, co mam powiedzieć, bo przecież starałem się ich unikać.
W końcu odparłem, że idę z okolic Norymbergi i niewiele widziałem po drodze.
Spojrzał na mnie jeszcze raz i rozkazał jednemu ze swoich żołnierzy:
– Dajcie temu człowiekowi jeść i pić.
Zostałem wyzwolony.
Natychmiast pochłonąłem to, co mi dano. Nie mam pojęcia, co to było, ale
smakowało cudownie. Niebawem czołgi miały ruszyć w dalszą drogę.
Poprowadzono mnie wzdłuż szeregu i w końcu wsadzono do jakiegoś pojazdu.
Przejechaliśmy kilka kilometrów w stronę Norymbergi, docierając na małe
lotnisko polowe. Dowiedziałem się, że będą tam zbierać byłych jeńców wojennych
i że za kilka dni zabiorą nas stąd samoloty.
Wysiadłem z pojazdu i pomachałem na pożegnanie Amerykanom odjeżdżającym
do swoich jednostek. Skończyło się to krótkie interludium. Zasmakowałem już
w ich racjach żywnościowych, a teraz znowu byłem sam. Czy naprawdę zostałem
wyzwolony? Miejsce wyglądało na opuszczone, nie było tu żadnych innych jeńców,
tylko pole. Znowu byłem zdany sam na siebie.
Krążyłem po okolicy, aż gdzieś na skraju lotniska znalazłem opuszczony dom,
do którego udało mi się wejść. Miałem dach nad głową, ale nie przypominam sobie
żadnych łóżek. Pamiętam, że okryty kocem, zwinąłem się w kłębek na podłodze.
Przeszedłem pieszo przez Europę Środkową, wciąż szukając jedzenia. Nawet
w najmroczniejszych chwilach liczyłem na bardziej radosne wyzwolenie.
Przetrząsnąłem dom w poszukiwaniu jedzenia, ale niewiele znalazłem. Nie było
widać śladu samolotów. Postanowiłem się stamtąd nie ruszać.
Czekałem tam i zastanawiałem się, czy pozostali Brytyjczycy towarzyszący mi
w marszu zostali już zapędzeni do jakiegoś obozu, czy też nadal wędrują. Dopiero
wiele lat później dowiedziałem się, że strażnicy prowadzili ich na muszkach dopóty,
dopóki także i oni nie uciekli do Amerykanów. Później jeden z chłopaków wziął
spluwę od wyzwolicieli i zastrzelił Miesera na miejscu. Ten akurat niemiecki
podoficer nie był najgorszy, ale sam czyn mogę zrozumieć. Podejrzewam, że
żołnierz ze skórzaną ręką zdołał się wymknąć. Co do żydowskich więźniów, to
uznałem, że ci, których poznałem – między innymi Ernst – musieli już nie żyć.
Widziałem przecież tak wiele zwłok. Przestałem o nich myśleć.
Usiadłem na murku, na końcu zaniedbanego ogródka, i wypatrywałem na niebie
samolotów. Czekałem i czekałem, ale żaden nie nadlatywał. Może po prostu o mnie
zapomniano? Po jakimś czasie nieopodal przechodziła grupka niemieckich
dziewcząt. Zaryzykowałem i zawołałem do nich. Ku mojemu zaskoczeniu podeszły,
żeby porozmawiać. Najwięcej mówiła blondynka. Miała około dwudziestu dwu lat
i wyróżniała się wyjątkową urodą. Od razu poznały, że jestem cudzoziemcem,
i chciały się dowiedzieć, skąd pochodzę.
Wyjaśniłem, że jestem Anglikiem, byłym jeńcem wojennym, i czekam na
samolot powrotny do kraju. Nie mówiłem im, gdzie przebywałem w niewoli. Już
wtedy wydawało się, że Auschwitz należy do innego świata. Tych doświadczeń nie
wolno było przenieść do normalnego życia. Nawet w Niemczech były nie do
przyjęcia.
Rozmawialiśmy przez chwilę, na ile tylko wystarczało nam słów. Zapytałem, czy
mają coś do jedzenia. Wyjęły jakąś kanapkę, którą przyjąłem z wdzięcznością
i natychmiast zjadłem. Podejrzewam, że to był ich lunch.
Znajdowaliśmy się na terytorium okupowanym przez aliantów, ale wokoło nie
stacjonowało wiele wojska. Wojna jeszcze się nie skończyła i dziewczyny trochę
ryzykowały, zachowując się wobec mnie w tak uprzejmy sposób. Były ciekawe i po
chwili poszły zobaczyć mój tymczasowy dom. Ta, która najwięcej się odzywała,
podała mi swój adres w Norymberdze i powiedziała, że nazywa się Gerdi
Herberich. Obiecałem jej, że po powrocie do domu napiszę do niej, podziękuję
i prześlę paczkę żywnościową. Przykro mi to mówić, ale nigdy tego nie zrobiłem.
Wtedy miałem inne sprawy na głowie i mój świat zaczynał się załamywać.
Niebawem tę miłą atmosferę przerwało przybycie grupy Amerykanów, w której
znalazło się także kilku byłych jeńców wojennych. Dziewczyny szybko odeszły
i nigdy więcej żadnej z nich nie zobaczyłem. Taki drobiazg – zwykła kanapka czy
też Brötchen, jak je nazywają Niemcy – a przecież był to ludzki gest okazany przez
te dziewczęta nieprzyjacielskiemu żołnierzowi i to nie bez ryzyka. Nie chciały
niczego w zamian.
Zrobiło się bardziej hałaśliwie, ale, co najważniejsze, ci, co właśnie przybyli,
powiedzieli mi, że jestem we właściwym miejscu. Z innego pustego domu
w pobliżu ukradłem cztery puszki z jedzeniem. Jedną zostawiłem sobie, a pozostałe
dałem Amerykanom. Na puszkach nie było etykiet, więc kiedy okazało się, że
w tych, które dałem Jankesom, jest mięso, spodziewałem się, że zawartość mojej
będzie taka sama. Ku mojemu rozczarowaniu w środku znalazłem tylko wodniste
warzywa. Jakoś na tym przetrwałem. Nasza grupa – w sumie dziewięciu lub
dziesięciu – mogła tylko czekać.
Rozdział 17

Minęły dwa dni, zanim tym opuszczonym domem wstrząsnął ryk wielkich silników.
Wybiegłem na zewnątrz i zobaczyłem nad polem nisko lecącą Dakotę RAF-u, która
w końcu wylądowała niepewnie. Zaledwie pierwszy samolot zjechał na skraj
zielonego pasa, nadleciał drugi, zaliczył kilka kangurów na głównym podwoziu, po
czym opadł na koło ogonowe i toczył się po trawie.
Nikt tam nie dowodził, nie było żadnej wieży kontrolnej, nie widziałem obsługi
naziemnej. Rzuciłem się do domu, złapałem swoje rzeczy i ruszyłem przez pole,
próbując przewidzieć, gdzie zatrzyma się samolot. Dakoty były zgrabne jak na
tamte czasy, a przy tym bardzo użyteczne. Pierwszy samolot kołował powoli,
zawrócił i zahamował w końcu z nosem skierowanym ku niebu. Jego dwa śmigła
nadal się kręciły.
Z dalszych zakątków pola nadbiegali inni chłopcy, zmierzając w stronę maszyny.
Drzwi otworzyły się. Wychylił się z nich człowiek w grubej skórzanej kurtce i coś
krzyknął. Nie słyszałem go wprawdzie przez warkot silników, ale z gestów, które
wykonywał, wywnioskowałem, że nie będą tam stać długo. Wsiadłem jako jeden
z pierwszych. Nie miało dla mnie znaczenia, dokąd ten samolot leci, ważne, że się
nim zabierałem. Kiedy w środku zgromadził się z tuzin chłopaków, drzwi
zamknięto. Usiadłem na jednej z wąskich ławek, biegnących po bokach metalowego
wnętrza poprzecinanego wręgami. Odwróciłem się, spojrzałem przez ramię i przez
małe okno zobaczyłem resztę chłopaków zbierających się wokół drugiego
samolotu. Liczyli, że do niego wsiądą.
Maszyna zdążała ku krańcom lotniska, przygotowując się do startu. Na naszych
twarzach pojawiły się zaraźliwe uśmiechy. Wiedziałem, że nie jestem jedynym
żołnierzem wracającym do domu po strasznej wojnie. Później dopiero
dowiedziałem się, że trzeci samolot, który po nas wysłano, miał jakiś problem
z silnikiem, rozbił się i zapalił podczas lądowania. My tymczasem pięliśmy się
w chmurach, skręcając w stronę Brukseli. Usiadłem na podłodze. Bawiłem się
kijem baseballowym, który niosłem od samej Ratyzbony, i ośmieliłem się mieć
nadzieję, że wreszcie zmierzam w stronę domu. Bogu dzięki. Było po wszystkim,
choć nadal byłem głodny.
Wstałem i przeszedłem się po samolocie, zerkając przez małe okna po obu
stronach. Wojna niezupełnie jeszcze dobiegła kresu, ale nikt nie wątpił, że wkrótce
to nastąpi. Patrzyłem w dół, na kilometry wyzwolonych terenów Europy,
i zastanawiałem się, co przyniosą powojenne lata.
Wylądowaliśmy na lotnisku wojskowym pod Brukselą. Zabrano mnie do
pobliskiego obozu, gdzie po raz pierwszy od wielu tygodni dostałem coś
porządnego do zjedzenia. Wprawdzie nie było tam ani prysznica, ani wanny, ale
przynajmniej mogłem się umyć. Zostałem w tym miejscu tylko na jedną noc.
Z nikim nie rozmawiałem o mojej podróży i o czasie spędzonym w niewoli.
Wszyscy przeżyliśmy straszne rzeczy, nie chcieliśmy o nich mówić i nikt nas nie
pytał.
Następnego dnia zabrano mnie z powrotem na lotnisko, gdzie zobaczyłem
ogromny, czterosilnikowy bombowiec ze szklaną bańką dla celowniczego z przodu,
pod kokpitem, i drugą, mniejszą, w połowie kadłuba, przypominającą guz na
grzbiecie. Z tej ostatniej wystawało działko.
Wiedziałem, że to Lancaster, chociaż nigdy wcześniej nie widziałem tej maszyny.
Trafiłem do niewoli, zanim weszła do użytku, ale wyglądała dokładnie tak, jak ją
sobie wyobrażałem na podstawie opowieści innych jeńców.
Bombowiec przygotowywano do startu. Wraz z resztą chłopaków wdrapałem się
do środka. Wnętrze było ciasne, bez żadnych siedzeń. Od razu wiedziałem, gdzie
chciałbym spędzić ten lot, ale kapitan powiedział mi, że stanowisko celowniczego –
ta latająca szklarnia na przedzie – nie wchodzi w grę. Nie chciałem się poddać;
przypierałem go tak długo do muru, prosiłem i błagałem, aż w końcu się zgodził.
Położyłem się płasko na brzuchu w tym narażonym na atak przezroczystym
nosie i czułem mocne wibracje szkieletu, kiedy ziemia w pędzie przesuwała się pod
nami i wzbijaliśmy się w powietrze.
Okrążyliśmy lotnisko, obraliśmy kurs na kraj i po chwili ląd pod nami zastąpiło
morze.
Widziałem, czego dokonały takie samoloty w Norymberdze, i zastanawiałem się,
w jakim stanie będzie Wielka Brytania. To, co widziałem, kiedy lecieliśmy nisko
nad kanałem La Manche, nie wróżyło dobrze. Wzdłuż całego wybrzeża było widać
wraki statków i ruiny; plamy ropy ciągnęły się, jak tylko okiem sięgnąć. Potem
woda stawała się coraz czystsza, a w końcu w oddali, przez mgłę, zobaczyłem białe
klify Anglii. Wiedziałem, że wszystkiego nie mogli zniszczyć; że dotrę do domu.
Niebawem ujrzałem pod sobą zielone pola poprzecinane wiejskimi dróżkami,
żywopłoty biegnące we wszystkie strony… Leżałem tam, wyciągnięty na brzuchu
z przodu samolotu, i w końcu pojawiło się przede mną lotnisko. Opadaliśmy coraz
niżej i niżej, tak nisko, aż trawa zamieniła się w rozmazaną, rozpędzoną zieloność,
która, gdy wylądowaliśmy odbiwszy się raz od ziemi, znalazła się tuż przy mojej
twarzy.
Zatrzymaliśmy się, otworzono drzwi, ale zanim pozwolono nam odejść, kapitan
nalegał, by każdy z nas podpisał się na kadłubie. Musiał latać w niezliczonych
misjach bojowych, ale sprowadzanie chłopaków z niewoli do kraju miało dla niego
szczególne znaczenie.
Choć w uszach wciąż dzwoniło mi od huku silników, to przez te dźwięki
dosłyszałem dziwnie znajome odgłosy. Coś, czego nie słyszałem od lat. To były
rozmawiające Angielki, które podawały herbatę.
Zaprowadzono mnie do koszar i wreszcie mogłem wziąć prysznic. Dostałem
skarpety, bieliznę i czysty, choć z drugiej ręki, mundur, a także parę mocnych,
czarnych skórzanych butów, z ćwiekami w podeszwach i obcasami okutymi
metalem. Mam je do dzisiaj. Nie zabawiłem tam długo. Całe lata nie musiałem
przestrzegać wojskowej dyscypliny, nie czekałem więc na pozwolenie oddalenia
się. Zostawiłem w koszarach krótki list, wyszedłem z obozu i wsiadłem do pociągu
jadącego do Londynu.
Dotarłem na stację Liverpool Street, przesiadłem się i pojechałem do Essex, nie
płacąc nawet pół pensa. Nie oglądałem zniszczeń w mieście. Chciałem wrócić do
ludzi, których kochałem. Dzień lub dwa później skończyła się wojna. Nie było mnie
w domu prawie pięć lat.
Wysiadłem z pociągu na stacji North Weald. Spojrzałem ponad murem na skład
węgla i zobaczyłem człowieka ściągającego worki z wozu. Natychmiast
rozpoznałem w nim wujka Freda, handlarza węglem, który kiedyś grał w piłkę
nożną w drużynie Fulham. Przeskoczyłem przez mur. Słowa, które wypowiedział
wuj, kiedy zobaczył, że żyję, nie nadają się do druku. Skończył wyładunek
i powiedział, że podwiezie mnie do domu. Przez całą drogę – około półtora
kilometra – nie przestawał mówić. Po tych wszystkich latach powracałem do
gospodarstwa jako pasażer furmanki do przewozu węgla. Przy bramie wujek
zawrócił, pozwalając mi wejść do domu samotnie.
Minąłem żywopłot z żółtego ligustru i rozpocząłem trzydziestometrowy marsz
między rabatami, w stronę drzwi budynku, w którym się wychowałem. To miejsce
żyło gdzieś w moim umyśle, choć rozważania o domu były ciężarem i na pustyni,
i w obozach. Wtedy nie mogłem tam wrócić – czy należało dręczyć się
wspomnieniami? Teraz tu byłem, mogłem znów przyjąć to miejsce do swojego
serca.
Nie zapowiedziałem przyjazdu. Po prostu zapukałem do wielkich, dębowych
drzwi. Minęła chwila, po czym otworzyła je kobieta, która wyglądała znajomo, ale
sprawiała wrażenie zmęczonej i wymizerowanej. Mój widok zaparł jej dech
w piersiach, a ja powiedziałem tylko:
– Mamo, ależ się postarzałaś.
Ile to razy, przez wszystkie te lata, chciałem cofnąć te słowa. Wzięła mnie
w objęcia i trzymała tak mocno, jakby nie chciała mnie z nich nigdy wypuścić.
Wróciłem, ale musiałem przedstawiać żałosny widok. Kiedy zaciągałem się do
wojska, ważyłem około osiemdziesięciu kilogramów. Po powrocie do domu
zostało z tego niewiele ponad pięćdziesiąt.
Matka musiała borykać się ze wszystkim sama. Mój ojciec również trafił do
niewoli. Powiedziano jej, że zostałem ranny w Afryce. W listach twierdziłem, że
wszystko jest w porządku, ale matka zakładała, że nadrabiam miną. Potem i tak
nieregularna korespondencja z E715 całkiem się urwała. Rozpoczęły się marsze
śmierci i moja długa wędrówka przez Europę Środkową. Matka nie miała pojęcia,
czy żyję, i obawiała się najgorszego. Podupadała na zdrowiu, z czym również
musiała się zmagać.
W ciągu tych kilku lat życia, jakie jej zostały, nigdy nie zapytała mnie o wojnę,
niewolę ani o ten długi marsz. Wtedy uważano, że lepiej o tym nie rozmawiać.
Zarówno żołnierzy, jak i ich rodziny, zachęcano do zapomnienia o wszystkim.
Dziś nie jestem pewny, kiedy do domu powrócił mój ojciec. Skłamał, podając
swój wiek, żeby się zaciągnąć do wojska, a zrobił to po części dlatego, że chciał się
mną opiekować. Został ranny i trafił do niewoli, kiedy na Krecie wylądowali
niemieccy spadochroniarze. Zabrano go do Austrii i zmuszono do pracy przy
budowie górskiego odcinka kolei, choć cierpiał na nawracające zapalenie płuc.
Słyszałem, że niedługo ma wrócić, ale mogło to oznaczać wszystko. Pewnego
dnia robiłem coś w jednym z małych pokoi na tyłach domu, kiedy nagle usłyszałem
na zewnątrz jakieś szuranie. Ktoś próbował otworzyć tylne drzwi, ale bez
powodzenia. Uchyliłem je, a on tam stał i szamotał się ze swoim workiem. Na mój
widok puścił go i przytulił mnie po raz pierwszy od dzieciństwa. Wyglądał dość
marnie. Poczułem, że szlocham i zauważyłem, że on również płacze.
Pamiętam, że jako dziecko, siadywałem na jego kolanach, a on mi śpiewał:
„Przyjdzie taki dzień, gdy odejdę w cień, i przestanie ojciec mówić ci, żeś leń…”.
Myśl o jego śmierci przerażała mnie, więc okładałem go pięściami, dopóki nie
przestał śpiewać.
Nigdy nie wydawał mi się uczuciowy, ale słyszałem, że kiedy zmarła jego matka,
wyszedł samotnie na środek pola i wyśpiewywał swój ból. Jego powrót sprawił, że
dostrzegłem zmianę w nas obydwu, choć jego uścisk był krótki.
Nie byłem świadkiem jego spotkania z matką. Mogę się tylko domyślać, jak
wyglądało. Byli wtedy sami i właśnie tak powinno się to było odbyć.
Jestem przekonany, że żałował, iż ją zostawił i poszedł walczyć, chociaż iść nie
musiał. Nie sądzę, żeby po wojnie zdołał na nowo poskładać kawałki swojego
życia, ale nawet jeżeli cierpiał tak jak ja, to nigdy tego nie okazał.
Żył do 1960 roku, ale nigdy nie rozmawialiśmy o wojnie ani nie
porównywaliśmy naszych doświadczeń z niewoli. Ani razu. Nie sądzę nawet, żeby
wiedział, że przebywałem w obozie w pobliżu Auschwitz.

Nie minęło wiele czasu od mojego powrotu, kiedy zaczęły dawać znać o sobie
urazy psychiczne. W dzień przebywałem w przyjaznej, dobrze znanej wiosce
w Essex, ale nocą, we śnie, moja podświadomość rzucała mnie z powrotem
w plugastwo Auschwitz. Rozpoczęły się koszmary. Widziałem stojącego na
baczność chłopca, bitego po głowie, gdy krew spływała mu po twarzy. Niezliczoną
ilość razy przeżywałem na nowo śmierć niemowlęcia zabitego ciosem pięści przez
strażnika z SS. Budziłem się w pościeli przesiąkniętej potem, przekonany, że
wkradłem się do żydowskiego obozu i zaraz zostanę wykryty.
Całe lata, na pustyni i w niewoli oraz w Auschwitz, mówiłem sobie: „Nie musisz
myśleć, musisz działać”. Podejmowałem decyzje instynktownie i to pomogło mi
przetrwać. Teraz nie było zagrożenia i miałem zbyt wiele czasu na myślenie.
Koszmary senne zaczynały brać nade mną górę. Przeżywałem na nowo bezsilność;
to, że widziałem i nic nie mogłem zrobić. Tak było każdej nocy.
Wtedy żołnierze, którzy przeżyli traumę, nie otrzymywali pomocy. Nikt o tym
nawet nie myślał. Teraz wiem, że byłem w opłakanym stanie. Wielu z nas to
spotkało.
O ile moja matka nigdy nie zapytała mnie o wojnę, o tyle ludzie z wioski nie
przestawali zadawać pytań. Oczywiście nie chodziło im o prawdę; chcieli usłyszeć
kilka prostych, bohaterskich anegdot. Nie wiedzieli wtedy nic o obozach
koncentracyjnych, a kiedy o tym wspominałem, nie bardzo mnie rozumieli. Te
historie nie pasowały do ich ówczesnej wiedzy albo nawet do tego, czego chcieli się
dowiedzieć. Słuchając ich, czuli się skrępowani, więc reagowali obojętnością.
Nazwałem to syndromem szklanego spojrzenia.
Nikt w kraju nie rozumiał, przez co my, żołnierze, przeszliśmy. Niektórzy
opowiadali bzdury. Najbardziej obrażało mnie pytanie: „Ilu Niemców zabiłeś?”.
Zmuszano nas do robienia tego, co trzeba było, i takie stawianie sprawy nas
poniżało. Ludzie chcieli, żebyśmy chełpili się tym, o czym chcieliśmy zapomnieć.
Zabici przez nas nieprzyjacielscy żołnierze zapłacili swoją cenę i opowiadanie
o ich śmierci oznaczało brak szacunku.
Był wśród nich taki jeden – rzeźnik z Epping, który nigdzie nie służył.
Oświadczył mi dzielnie, że gdyby Niemcy podbili Wielką Brytanię, dźgnąłby swoją
żonę nożem, żeby nie wpadła w ich ręce. Ona najwyraźniej o tym nie wiedziała.
Strasznie się wiercił, kiedy wkrótce natknąłem się na nich w pociągu. Nic nie
musiałem mówić.
Auschwitz leżało na innej planecie, ale niektóre twarze powracały w snach. Nie
mogłem nic zrobić, żeby dowiedzieć się czegoś o Hansie, ale z Ernstem było
inaczej. Pewne sprawy wymagały, bym się zmusił do ich zakończenia, bez względu
na mój stan psychiczny. Musiałem odnaleźć Susanne w Birmingham i powiedzieć
jej o wszystkim, co wiedziałem. Do tego czasu zdołałem załatwić sobie oficjalny
urlop i miałem kilka wolnych tygodni. To był daremny trud, niewystarczająco
przemyślałem ten wyjazd.
Dziś już nie wiem, jak nawiązałem z nią kontakt – czy do niej napisałem,
znalazłem numer telefonu, czy po prostu stanąłem przed jej drzwiami. Wiedziałem,
że ma na imię Susanne, i wydawało mi się, że nosi nazwisko Cottrell. Być może na
samym początku naszej znajomości takie nazwisko podał mi Ernst. Założyłem, że
została adoptowana przez rodzinę, która przyjęła ją przed wojną, więc zawsze
myślałem o niej jako o Susanne Cottrell. Historia z papierosami była jedyną,
o której rozmawiałem z matką, i to dość krótko. Ucieszyła się, że dostałem część
z nich i że pomogły. Nie musiała wiedzieć o obozach, toteż nie drążyłem tego
tematu.
Mojego wspomnienia o spotkaniu w Birmingham z Susanne nawet nie mogę być
do końca pewny. Nie nadawałem się do spotykania z kimkolwiek i nie
zaplanowałem, co jej powiem. Po wojnie i obozach brakowało mi choćby odrobiny
taktu potrzebnego do tego, by złe wieści przekazywać w sposób delikatny.
Właściwie to w ogóle nie wiedziałem, dlaczego chcę się z nią zobaczyć. Pewnie jej
nazwisko było na mojej liście, obok staruszków Lesa Jacksona i innych, do których
dotarłem później.
Chyba poszedłem do jej domu, ale teraz przypominam sobie to wszystko bardzo
mgliście. Wydaje mi się, że poszliśmy na spacer; byliśmy na zewnątrz. Miała
pewnie ze dwadzieścia dwa lata, była sympatyczna, ale nieśmiała i drobna. Nadal
mówiła z akcentem.
To było bolesne spotkanie. Chciałem, żeby wiedziała, że papierosy dotarły, że
Ernst bardzo się z nich ucieszył, że mogły mu na krótko pomóc i zapewnić
ochronę. Mogłem jej to wszystko powiedzieć, gdybym zdołał to wykrztusić, ale co
powiedziałbym później? Ta historia nie miała szczęśliwego zakończenia.
Nawiedzały mnie wizje marszu śmierci i zamarzniętych zwłok. Wiele
kilometrów szliśmy, mijając te ciała. Wiedziałem, że Ernst mógł zostać
zamordowany wraz z innymi. Jeżeli jednak przeżył marsz, to został zapewne
zapędzony do innego obozu śmierci, gdzie w końcu zginął. Nie mogłem dać
Susanne nadziei, ale nie mogłem też powiedzieć jej niczego o śmierci Ernsta, bo
nie byłem jej świadkiem ani nie widziałem jego ciała.
Znalazłem się nagle obok młodej dziewczyny, która utraciła wszystko i stała
przed szansą odbudowania sobie życia. Po co obciążać ją bestialstwem Auschwitz?
I tak nie byłem w stanie o tym mówić. Co rusz zapadała między nami cisza. Nadal
częściowo myślałem po niemiecku. Byłem na dodatek tak wychudzony, że zapewne
wyglądałem okropnie.
Spotkanie było bolesne. Odjeżdżając, zastanawiałem się, czy nie wyrządziłem
więcej szkody niż pożytku. Barbarzyństwo Auschwitz wsączyło się w każdy por
mojej skóry. Byłem przesiąknięty wspomnieniami, ale nie mogłem ich z siebie
wyrzucić. Komu miałem o tym opowiedzieć? Patrząc wstecz, rozumiem mój
okropny stan. Nazywa się to zespołem stresu pourazowego. Wiele lat upłynęło,
zanim na nowo zacząłem racjonalnie myśleć. Byłem dziwny, to fakt.
Jakiś czas później próbowałem, choć bez przekonania, znowu nawiązać kontakt
z Susanne. Nie udało mi się i dałem spokój. Narobiłem już dość szkód. Musiałem
żyć dalej.
Mniej więcej w tym czasie, 3 czerwca 1945 roku, dostałem od mojej dawnej
dziewczyny, pianistki koncertowej o imieniu Jane, nowy notes na adresy. Był mały
i oprawiony w brązową skórę. Wpisałem do niego ołówkiem dane dotyczące tej,
którą nadal uważałem za Susanne Cottrell: 7 Tixall Road, Birmingham. Jest tam też
norymberski adres Gerdi Herberich – to była dobra kanapka.
Są tam też adresy krewnych Lesa Jacksona. Jego rodzice byli następni na mojej
liście wizyt, ale doświadczenie z Susanne mną wstrząsnęło. Musiały minąć
miesiące, zanim wybrałem się na Aspen Grove w Liverpoolu, by się z nimi
zobaczyć.
W końcu pojechałem spotkać się z jego ojcem. Poszliśmy do pubu i obaj za dużo
wypiliśmy. On stracił syna, a ja dokładnie wiedziałem, jak to się stało. Pojechałem
tam, żeby opowiedzieć mu o tym, ale oszczędziłem szczegółów. Nie musiał
wiedzieć, że Lesa rozerwało na strzępy. Mówiłem to, co wszyscy w takich
okolicznościach – że byłem przy nim, kiedy zginął, że umarł szybko. Mam
nadzieję, że to pomogło. Pan Jackson nie roztkliwiał się za bardzo, zapewne za
sprawą piwa. Drogi, stary Les, nadal leży gdzieś tam w piasku.
Gorzej było, gdy wróciliśmy do domu i zjawiła się Marjorie, siostra Lesa.
Wyglądała jak zawsze pięknie. Tańczyłem z nią przed zaokrętowaniem i miałem jej
zdjęcie przyklejone do ściany w kabinie. Przyszła z niejakim Evansem.
Zorientowałem się, że za niego wyszła. Nie chciałem wprawiać jej w zakłopotanie
przed mężem, udawałem więc nieznajomego. Przedstawiłem się, jakbyśmy byli
obcy. Chroniłem w ten sposób także samego siebie. Marjorie była szczególną
kobietą, pięknie poruszała się na sali balowej. Ale ja zniknąłem na długo. Życie
płynęło dalej i kolejne drzwi się zamknęły. Spędziłem u rodziców Lesa noc
i wyjechałem wcześnie następnego ranka.
Jednak nie na tym zakończyła się historia Lesa. Miał bowiem żonę
w Southampton i, kiedy wróciłem do koszar w Winchester, wybrałem się do niej
bez zapowiedzi. Nie powinienem był tego robić, ale wtedy nie myślałem logicznie.
Stojąc przed drzwiami, powiedziałem kim jestem, a ona zdenerwowała się
i poprosiła, żebym zaczekał na zewnątrz. Po kilku chwilach pojawiła się w płaszczu
i zaproponowała, żebyśmy poszli porozmawiać do pubu.
Domyśliłem się od razu, że ma nowego mężczyznę. Nie było w tym nic złego –
Les nie żył od kilku lat – ale dla mnie było to dziwne. Przyszedłem, żeby ją
pocieszyć, opowiedzieć to, co mogłem, ale ona tymi wiadomościami nie była
zainteresowana. Nie wiem, czego się spodziewałem. Myślałem, że będzie chciała
wiedzieć, co się stało, posłuchać o naszych wspólnych eskapadach. Nie miała wiele
czasu, wydawała się nieobecna i niespokojna. Powiedziałem jej, co zdołałem,
i pożegnaliśmy się przed pubem. Nie odprowadziłem jej do domu.
Zasmuciło mnie to spotkanie. Żołnierze wyjeżdżali daleko, stawali do walki
i wielu straciło w niej życie. Wojna skończyła się tak niedawno, a o nich już nikt nie
pamiętał; wody wezbrały ponad ich głowy[2]. To wszystko powiększyło jeszcze
bardziej stan zamętu psychicznego, który we mnie narastał.
Niedługo po powrocie odebrałem w domu, w Essex, tajemniczy telefon.
Człowiek, który dzwonił, powiedział, że był żydowskim więźniem w Auschwitz III.
Nie poznałem go dobrze w obozie, nigdy nie prosił mnie o pomoc, a ja, o ile wiem,
nigdy mu niczego nie dałem. Znaliśmy go pod przezwiskiem „Mops”. W jakiś
sposób zdołał poznać moje prawdziwe nazwisko i odnalazł mnie przez Czerwony
Krzyż. Zaintrygował mnie, przecież byłem taki ostrożny. Nie należał nawet do tej
grupy więźniów, z którymi utrzymywałem kontakty, a teraz dzwonił do mnie
z Paryża i to w czasach, gdy rozmowy międzynarodowe należały do rzadkości.
Opowiedział mi o żydowskim marszu śmierci. Mówił, że codziennie słyszał setki
strzałów, a każdy z nich oznaczał kolejnego zabitego człowieka. Jemu jakimś
cudem się udało przeżyć. Potwierdzał w ten sposób to, co widziałem, a zarazem był
pierwszym dowodem na to, że marsz przetrwała choć jedna osoba. Zapisałem
w moim notesie jego nazwisko jako „Merge”, a obok jego adres w Paryżu. Nigdy
więcej się nie odezwał, ale dwa lub trzy tygodnie później do naszego domu
niespodziewanie przyszło czterech żydowskich chłopców. Przysłał ich „Mops”.
Najstarszy miał osiemnaście lat, pozostali trzej około czternastu. Byli grzeczni,
przybyli z Ilford. Nie ocaleli z żadnego obozu, bo wojnę przetrwali w Wielkiej
Brytanii. Być może uciekli z podobnego Kindertransport, jakim przybyła tu
Susanne. Nie prosili o nic, a ja nie bardzo wiedziałem, jak mogę im pomóc.
Pogawędziliśmy chwilę, moja matka poczęstowała ich posiłkiem, po czym odeszli,
a my nie wiedzieliśmy, co o tym sądzić.
Rozdział 18

Któregoś dnia wezwali mnie oficerowie z Winchester i zapytali, czy mam coś do
zameldowania z okresu, kiedy byłem jeńcem wojennym. Jasne że miałem, ale od
czego tu zacząć? Usiłowałem opowiedzieć im o Auschwitz, ale od razu wyczułem,
że nie są w stanie tego pojąć. W 1945 roku o obozach koncentracyjnych wiedziano
tak niewiele, że i te drzwi zatrzasnęły się dla mnie z hukiem. Nie potrafiłem ich
otworzyć.
Opowiedziałem im, co mogłem: o niewoli, o biciu i mordowaniu na chybił trafił,
o komorach gazowych i krematoriach, ale w Anglii wszystko to wydawało się
naciągane. Nie potrafiłem nawet znaleźć właściwych słów. Jeśli wiedzieli o obozach
pracy, to z pewnością nie mieli pojęcia, że alianckich żołnierzy zapędzano do
roboty ramię w ramię z więźniami. Mowa ciała oficerów wskazywała, że nie mają
ochoty o tym słuchać. Podobnie jak ludzie w mojej wiosce, patrzyli szklanym
wzrokiem.
Wielu byłym jeńcom dawano odczuć, że zawiedli, pozwalając się złapać. Nikt
tego nie powiedział wprost, ale czuliśmy, że jesteśmy uważani za podejrzanych.
Zamiast uznać nas za ofiary nazistowskich programów pracy przymusowej,
podchodzono do nas tak, jakbyśmy mimowolnie pomagali Niemcom w ich
wojennym wysiłku. W każdym razie nie traktowano nas jak powracających
bohaterów. Dałem za wygraną i wyszedłem stamtąd.
Potem już nigdy, przez wiele dziesięcioleci, nie mówiłem w oficjalnych
rozmowach o Auschwitz. O ile pamiętam, tym, którzy powrócili z obozów,
rozdawano formularze z pytaniami o ich doświadczenia z niewoli. To chyba
oszczędzało oficerom krępujących rozmów na ten temat. Przestałem się tym
zajmować. Robiliśmy, co było w naszej mocy, żeby sabotować pracę w IG Farben,
i ucierpieliśmy w tym samym stopniu, co każdy służący w wojsku. Byliśmy też
świadkami najmroczniejszego rozdziału w dziejach ludzkości i wróciliśmy do
domu, nie mając nic do opowiedzenia. Nic takiego, co ktokolwiek mógłby
zrozumieć.
Wypełniłem obietnicę, którą złożyłem samemu sobie, i zapisałem wszystko, co
pamiętałem z Monowitz. Zanotowałem kilka nazwisk, które pozostały w moim
umyśle i opisałem warunki panujące w obozie, tak jak je widziałem. Potem
włożyłem te notatki do starej skórzanej walizki i próbowałem o nich zapomnieć.
Wmawiałem sobie, że jest już po wszystkim.
Nie było. Zaczynały dziać się rzeczy, których nie potrafiłem w pełni
wytłumaczyć. Nadal od czasu do czasu widywałem Jane. Jej mąż zmarł w czasie
wojny, a ona pracowała teraz jako asystentka amerykańskiego admirała,
zajmującego jakieś stanowisko w londyńskiej ambasadzie USA. Nadal grywała na
fortepianie. Moja przyjaźń z Jane zawsze była szorstka. Nawet przed wojną często
się kłóciliśmy, ale to nigdy niczego nie zepsuło. Teraz zaprosiła dużą grupę
przyjaciół, w tym i mnie, na obiad w Londynie. Spędziliśmy miły wieczór, po
którym przenieśliśmy się wszyscy do jej mieszkania przy Beaufort Street,
w Chelsea, gdzie nadal świętowaliśmy. W każdym razie tak mi się wydaje, bo tego,
co się stało, wcale nie jestem pewny.
Jakiś czas później wszedłem na posterunek policji w odległej dzielnicy East End,
po drugiej stronie Londynu. Byłem oszołomiony, zdezorientowany i bardzo
przerażony. Okazało się, że straciłem trzy dni z życia. Ponoć nie byłem pijany i, jak
mi się zdaje, nie straciłem przytomności, ale mimo to nie wiedziałem, co zaszło
w tym czasie.
Do tego wszystkiego miałem z sobą służbowy samochód amerykańskiej armii.
Nie wiem, jakim cudem wszedłem w jego posiadanie, ale domyślam się, że należał
do któregoś z uczestników przyjęcia Jane. Całe szczęście, nie był uszkodzony.
Martwiło mnie to wszystko zarówno ze względu na mnie, jak i na innych.
Taka nerwowość pozostawała we mnie od powrotu do domu. Jeśli ktoś mnie
zaskoczył albo znienacka dotknął w plecy, odwracałem się gwałtownie, gotowy do
walki. Łatwo wpadałem w złość. Tak długo przebywałem z dala od ogólnych zasad
rządzących życiem, że wszystko stawało się możliwe. Jeśli podczas tych
brakujących trzech dni wpakowałem się w tarapaty albo kogoś skrzywdziłem, to
w ogóle tego nie pamiętam. Właśnie utrata pamięci przeraziła mnie najbardziej.
Oddałem się w ręce policji i powiedziałem, co moim zdaniem się wydarzyło.
Prawdę mówiąc, cała ta sytuacja była trochę głupia. Policjanci nie wiedzieli, co ze
mną zrobić. Sprawdzili, czy ktoś odpowiadający mojemu rysopisowi jest za
cokolwiek poszukiwany. Wyobrażam sobie, że w owym czasie często miewali do
czynienia z dziwacznym zachowaniem powracających żołnierzy. Zostawiłem
samochód na policji i wyruszyłem samotnie do domu, skruszony i wstrząśnięty
tym, co się stało.
Zostałem zdemobilizowany na początku 1946 roku. Powróciłem w rodzinne
strony i znowu zadręczali mnie ludzie, zadający te same bezmyślne pytania o wojnę.
Nie mogłem dać im tego, czego chcieli. Fascynowały ich najdziwniejsze rzeczy, jak
na przykład kij baseballowy, który spadł z nieba. Kiedyś w Leytonstone zostawiłem
go na tylnym siedzeniu mojego kabrioletu i poszedłem kupić coś do jedzenia. Gdy
wróciłem, kija nie było. Do tej pory roiłem sobie, że zdołam się dowiedzieć, kto
był jego właścicielem, i zwrócę ten kij rodzinie. Nie myślałem w sposób jasny. Kij
przetrwał, ale jego właściciel z pewnością już nie żył. Trudno sobie wyobrazić, by
jego bliskim taki przedmiot przyniósł spokój i pociechę.
Niewielu z moich przyjaciół wróciło po wojnie do wioski. W miejscu, które tak
dobrze znałem, tym mocniej odczuwałem samotność. Niewinność i radość życia
rozwiały się. Zanim wyjechałem, każdy dzień miał za mało godzin. Życie miało
rozmach. Teraz było puste. Nękał mnie niepokój, traciłem siły i zacząłem cierpieć
na skurcze żołądka. Coś było nie tak, ale nie bardzo wiedziałem co. Wpadłem na
pomysł, że pojadę do Manchesteru odszukać Billa Hedgesa. Myślałem nawet, że
może zostanę na północy i poszukam tam pracy.
W końcu odnalazłem Billa. Okazało się, że zdążył się ożenić. Miło go było
zobaczyć. Jeżeli przeżywał koszmary podobne do moich, to nic mi o tym nie
powiedział. Nie umieliśmy się zdobyć na to, by porozmawiać na temat Auschwitz.
Nie pasowało to do naszego życia. Bill przeżył długi marsz i wrócił do domu. To
było coś, ale obaj chcieliśmy pójść dalej, odnaleźć swoje miejsca w świecie, który
nie potrafił nas zrozumieć.
W tym czasie moje bóle brzucha stawały się coraz bardziej dotkliwe. Kiedy
przychodziły, padałem na kolana, wijąc się w męczarniach, a do tego dochodziły
jeszcze przytłaczające bóle głowy. Odczuwałem chroniczne zmęczenie, miałem
wrażenie, że się rozpadam. Język mi poczerniał i przypominał drzewo hebanowe.
Musiałem szybko wybrać się do lekarza.
Doktor nie zwlekał. Szybko przewieziono mnie do szpitala Manchester Royal,
gdzie lekarze nie bardzo potrafili orzec, co mi jest. Na pustyni przeszedłem malarię
i gorączkę pustynną, we Włoszech cierpiałem na dyzenterię i świerzb, Bóg jeden
wie, co mogłem złapać w Auschwitz. Mówiło się tam o tyfusie, ale to z pewnością
nie była jedyna choroba nękająca obozy.
Sprawdzili mi płuca i wszystkie inne narządy wewnętrzne, i dopiero wtedy jeden
z profesorów odkrył sedno problemu, diagnozując u mnie gruźlicę
ogólnoustrojową. Powiedział, że mam to w gardle, w płucach, w żołądku i jelitach.
Wiedziałem, że sprawa jest poważna, ale trudno się było dziwić, że po tak długiej
pracy jako robotnik przymusowy, złapałem coś takiego. Profesor powiedział mi, że
czeka mnie trudna operacja i że będę musiał leżeć miesiącami, a może nawet latami.
Poprosiłem, by wyjaśnili mi całą procedurę, zanim się na nią zgodzę. Lekarze
zebrali się wokół mojego łóżka i szczegółowo wszystko mi opowiedzieli.
Mogłem zrozumieć wszystko łatwiej, gdy posługiwali się terminologią
inżynierską. Zamierzali usunąć długi kawałek jelita cienkiego i następnie zszyć te
rurki na nowo. Czekała mnie zatem solidna przeróbka kanalizacji.
Obudziłem się po operacji i zobaczyłem na brzuchu piętnastocentymetrową
szramę. Spodziewałem się, że będzie duża, ale i tak jej widok mną wstrząsnął.
Lekarze wprawdzie ją zaszyli, ale rana szybko się otworzyła. Zaszyli ją więc
ponownie, ale tkanki nie chciały się zrastać i rana miała czasem pięć centymetrów
szerokości. Mój organizm był wyczerpany. Zanim wszystko zrosło się jak należy,
minęło pół roku.
Bill nigdy nie przyszedł mnie odwiedzić. Mój ojciec raz zdobył się na podróż.
Wyjechałem do Manchesteru, żeby zacząć wszystko od nowa, ale głównie po to,
żeby uciec od ludzi i tego okropnego pytania: „Co robiłeś w czasie wojny?”. Teraz
walczyłem o przetrwanie i byłem wdzięczny losowi, że żyję. Nie zdawałem sobie
sprawy, jak dużo czasu musi upłynąć, zanim znowu stanę na nogi. Szpital zapewniał
mi przynajmniej anonimową samotność, za którą tak tęskniłem.
Myśli o Auschwitz zacierały się coraz bardziej. Nie zainteresowałem się nawet
pierwszymi procesami w Norymberdze, na których sądzono za zbrodnie wojenne
ludzi takich jak marszałek Rzeszy Hermann Göring czy innych nazistowskich
dowódców wojennych – Alfreda Jodla, Wilhelma Keitela i całą resztę.
Szef SS, Heinrich Himmler, zdołał wymknąć się sprawiedliwości. Popełnił
samobójstwo w maju 1945 roku, wkrótce po schwytaniu go przez Brytyjczyków,
zaledwie kilka tygodni po moim powrocie do domu. Był w największym stopniu
odpowiedzialny za zbrodnie, które widziałem, obozy zagłady i niewolniczą pracę.
Jego śmierć, podobnie jak wszystko dookoła, umknęła mojej uwadze.
Proces dyrektorów IG Farben, oskarżonych o udział w programach pracy
przymusowej, przeprowadzono akurat wtedy, gdy walczyłem z gruźlicą. Kiedy
stanąłem na nogi, rozprawy trwały już od dłuższego czasu.
W 1947 roku niektórzy z alianckich jeńców ocalałych z E715 złożyli
oświadczenia pod przysięgą, wykorzystywane przez oskarżycieli. Mnie nikt nie
zdołał odnaleźć. Byłem nadal ciężko chory, przebywałem poza domem, w szpitalu,
oderwany od wszystkiego, co działo się w świecie zewnętrznym. Mój stan fizyczny
i psychiczny nie pozwalał na składanie zeznań.
Po wielu tygodniach spędzonych w manchesterskim szpitalu przeniesiono mnie
dla odpoczynku i rekonwalescencji do sanatorium Baguley. W tamtych czasach
placówki przeciwgruźlicze były miejscami, w których remedium stanowiło świeże
powietrze. Przydzielono mi własny pokój z drzwiami po obu stronach, podobnymi
do tych, które mieliśmy na farmie w stajni – ich górna i dolna część otwierały się
osobno. Górna połowa była zawsze zablokowana i otwarta, podobnie jak okna, bez
względu na pogodę i porę roku. Na noc trochę zmniejszano te otwory, choć nie
robiło to wielkiej różnicy. Koce, dla ochrony przed deszczem, przykrywano
gumową płachtą, a zimą za pomocą szufelki regularnie zgarniano z mojego łóżka
śnieg. Tak naprawdę ten pokój to był sam dach, bez żadnych solidnych ścian, więc
wiatr i śnieg hulały sobie po nim swobodnie. Koce miały zapewniać ciepło, ale
nawet pod przykryciem było bardzo zimno.
Przebywanie w pokoju stanowiło łatwiejszą część pobytu w sanatorium. Tym,
czego naprawdę nienawidziłem, były zastrzyki domięśniowe, które dostawałem
dwa razy dziennie w tyłek. Dawano mi także jeszcze jakiś lek doustny, którym
można by usuwać farbę ze ścian. Może dlatego mój pokój właściwie nie miał ścian?
Kiedy wreszcie mogłem wyjść, zbliżał się już koniec 1947 roku. Byłem
hospitalizowany przez ponad osiemnaście miesięcy.
Wkrótce potem, 8 grudnia, skontaktował się ze mną ojciec, żeby powiedzieć, że
matka jest ciężko chora i powinienem natychmiast przyjechać do domu. Poszedłem
prosto na dworzec kolejowy w Manchesterze i dowiedziałem się z rozpaczą, że
najbliższy pociąg do Londynu odjeżdża dopiero za sześć godzin. Kiedy w końcu
ruszył, jechał długo i powoli. W Londynie czekała mnie przesiadka na inny pociąg,
jadący już bezpośrednio do naszej wioski. Dotarłem do domu wyczerpany. Było
jednak za późno. Moja matka już zmarła.
Od chwili powrotu z wojny czułem, że nie jest z nią dobrze. Jej złociste włosy,
sprawiające, że przypominała kobiety z obrazów Tycjana, posiwiały. Nasza wojna
drogo ją kosztowała.
Ojciec zamierzał zabrać ją do Epping na zakupy. Usiadła, żeby zmienić buty,
i spadła z taboretu. Zawiózł ją prosto do szpitala, ale lekarze nie mogli jej pomóc.
Miała tętniaka mózgu, który pękł. Była cudowną, pełną miłości osobą. Gdy zmarła,
liczyła zaledwie pięćdziesiąt dziewięć lat.
Po pogrzebie uświadomiłem sobie, że w North Weald nie mam już czego szukać.
Na dobre wyjechałem z miejsca mojego dzieciństwa. Wróciłem do Manchesteru,
zdecydowany zbudować tam przyszłość.
Minęło trochę czasu, zanim dostałem pracę. W wielu firmach mówiono, że mam
zbyt wysokie kwalifikacje, wyróżniał mnie także mój południowy akcent.
W tamtych czasach na północy pełno było uprzedzeń wobec chłopaków z południa
i vice versa.
Zawsze należałem do ludzi praktycznych. Na pustyni potrafiłem utrzymać
transporter na chodzie, ale już przed wojną majstrowałem przy samochodach
i motocyklach. Teraz kupiłem trochę narzędzi i dostałem pracę jako monter
konserwator w pewnej firmie o niezwykłej nazwie: Winterbottom Book Cloth
Company, czyli Przedsiębiorstwo Tkanin Książkowych Winterbottom[3],
mieszczącej się w manchesterskiej dzielnicy Weaste. Zgodnie z nazwą produkowali
materiał do oprawiania książek oraz osobliwą impregnowaną tkaninę nazywaną
imperialnym płótnem kreślarskim.
Wkrótce potem poznałem pewną dziewczynę. Jej imię brzmiało Irene. Miała
naturę prawdziwej imprezowiczki, była bardzo towarzyska i żywiołowa. Nie
minęło dużo czasu, a wzięliśmy ślub i wprowadziliśmy się do mojej teściowej
w Burnage, w południowym Manchesterze, do czasu znalezienia jakiegoś miejsca,
w którym moglibyśmy mieszkać samodzielnie.
Osiem miesięcy później w mojej pracy nastąpił szczęśliwy przełom, a ja
zyskałem okazję, by zabłysnąć. Zepsuły się silniki parowe, które w fabryce
Winterbottom napędzały prawie wszystko, i przyszłość firmy stanęła pod znakiem
zapytania. Kierownik zakładu, który w tym czasie był wszechwładny, wezwał
inżynierów z serwisu w Bolton, ale ci mogli przyjechać dopiero za kilka dni albo
nawet tygodni.
Powiedziałem, że jeśli się zgodzi, mogę to naprawić. Byłem dość lubiany, ale
uważano mnie za oryginała. W tamtym czasie pasowało to do mnie, nadal nie
byłem sobą. Kierownik uznał za śmieszne, że mógłbym naprawić tak
skomplikowaną maszynerię. Nie wiedział, że przed wojną, gdy pracowałem
w firmie cukrowniczej Tate & Lyle, pomagałem sir Oliverowi Lyle’owi
w eksperymentach mających poprawić wydajność silników parowych. Zdążyłem się
nauczyć przy nim paru rzeczy.
Miałem powody, żeby spróbować szczęścia, choć podejmowałem ryzyko. Szef
wiedział, że dobrze sobie radzę z narzędziami, i w końcu uznał, że nie ma nic do
stracenia. Zdawałem sobie sprawę, że przystępuję do ogromnej pracy. Musiałem
podnieść piętnastotonowy wał korbowy na hydraulicznych podnośnikach,
wymontować panewki, przeszlifować je najpierw z grubsza, a potem raz jeszcze na
tokarce, ale tym razem dokładniej. Włożyłem je następnie z powrotem na miejsce
i wygładziłem. Po trzydziestu sześciu godzinach bezustannej pracy, bez snu,
ponownie uruchomiłem silnik. Szefostwo było uradowane, a mnie wypełniło
uczucie ulgi.
Zaoszczędziłem dla firmy dziesiątki tysięcy funtów. Mój sukces dostrzeżono
w kierownictwie. Zaproponowano mi awans oraz nową posadę w przedsiębiorstwie
należącym do tego samego holdingu.
Miałem być głównym inżynierem w UMP. Mój los nareszcie się odmienił:
wykorzystywałem swoje umiejętności, nadrabiając braki w edukacji przerwanej
przez wojnę. Rozpoczęły się pomyślne lata powojenne.
W domu natomiast nie było równie kolorowo. Żywe usposobienie Irene mogło
odpowiadać mi przed wojną, ale szybko uświadomiłem sobie, że się zmieniłem. Nie
dobraliśmy się zbyt dobrze. W dzień pracowałem i odnosiłem coraz większe
sukcesy, ale nocami nadal bardzo cierpiałem. W tych burzliwych latach koszmary,
które wisiały nade mną w ciemnościach, spadały niczym gęsta, trująca chmura.
Nie mogłem o nich mówić ani jej, ani nikomu innemu. Nie potrafiłaby tego
zrozumieć, w tamtych czasach nikt nie był w stanie. Tymczasem, gdy tylko moja
głowa dotykała poduszki, powracały duchy. Sen zaczął już tylko budzić lęk. Bity
chłopiec nie był jedynym powtarzającym się koszmarem. Widziałem też twarze
innych torturowanych więźniów żydowskich – chaotyczne obrazy, które zawisały
nade mną i rozpływały się. Co noc wracałem do świadomości niezliczenie wiele
razy, niczym nurek wypływający z podwodnej jaskini. Byłem zdezorientowany
i z trudem łapałem oddech. Serce waliło mi jak oszalałe, zalewał mnie pot.
Nie miałem się do kogo zwrócić o pomoc, a w tamtych czasach i tak bym nie
przyznał, że jej potrzebuję. Nikt z nas tego nie robił. Moja biedna żona nie mogła
tego zrozumieć, nikt nie przygotował ani jej, ani mnie na takie przeżycia. Zbyt
wiele oczekiwałem od Irene.
Nigdy nie nawiedzało mnie wspomnienie śmierci Lesa, podobnie jak żadne inne
zabójstwa, których byłem świadkiem. Nie śnił mi się też człowiek, którego
własnymi rękami zabiłem na pustyni, choć świadomość tych wszystkich zdarzeń
zawsze we mnie tkwiła.
W kółko śnili mi się żydowscy więźniowie. Te wspomnienia przesycały
wszystko.
Co gorsza, śniły mi się godziny spędzone w Auschwitz III. Potworne zapachy
unosiły się wokół mnie w sypialni, słyszałem chaotyczne głosy, na nowo czułem,
jak to jest leżeć na tych pryczach. Ukrywałem się w mroku w tym strasznym
miejscu, z którego nie było ucieczki. Wiedziałem, że najlżejszy dźwięk może mnie
wydać. Nie mogłem się poruszyć ani odetchnąć, musiałem tkwić nieruchomo, bo od
tego zależało moje życie.
Ten sen miewałem już wcześniej, ale tym razem stał się jeszcze bardziej
przerażający. Groziło mi, że ktoś mnie odkryje i tylko cisza, absolutna cisza, mogła
zapobiec katastrofie. Kiedy wizja osiągnęła potworny punkt kulminacyjny, Irene,
śpiąca tuż obok, zawołała coś przez sen.
Musiałem stłumić ten dźwięk, bo inaczej złapano by mnie i zabito. Nadal śpiąc,
skoczyłem na nią, zdecydowany uciszyć hałas. Minęły sekundy, zanim się
obudziłem i zobaczyłem, co robię: trzymam ją rękami za gardło. Usiadłem na
brzegu łóżka, wiedząc, że ją skrzywdziłem. Pot ściekał mi po twarzy. Irene ledwie
mogła mówić i przez kilka dni miała na szyi czerwone, nabrzmiałe ślady. To były
straszne, okropne chwile. Sięgnąłem dna.
Musiałem to zmienić.
Następnego dnia poszedłem do lekarza i zwróciłem się do policji, żeby
opowiedzieć, do czego doszło. Byłem głęboko wstrząśnięty i nie widziałem innego
wyjścia. Wtedy, w Londynie, gdy utraciłem pamięć, zdałem sobie sprawę z tego, że
jestem nieobliczalny, i także poszedłem na posterunek. Teraz było gorzej. Znacznie
gorzej.
Pomyślałem, że staję się niebezpieczny i nie miałbym nic przeciwko temu, żeby
mnie zamknęli. Po części nawet tego chciałem, mogłoby to zapobiec gorszym
wydarzeniom. Wysłuchali mnie, ale mi odmówili. Nie potraktowali moich słów
poważnie.
Lekarz też nie bardzo mi pomógł, dał mi tylko opakowanie jakichś pigułek.
Nawet nie wiem, co to było. Na długo przed tym, gdy ktokolwiek zaczął mówić
o zespole stresu pourazowego, ja żyłem w jego uścisku. Czułem się osamotniony.
Nie miałem pojęcia, że całe rzesze byłych żołnierzy przeżywają to samo. Co
więcej, nigdy nie pozwalałem sobie na to, żeby stać się ofiarą, a tymczasem padłem
ofiarą własnego umysłu.
Wiedziałem, że muszę znaleźć ujście dla bólu i rozpaczy, muszę się wyleczyć.
Siła psychiki przeprowadziła mnie przez wojnę, obozy i długi marsz do domu.
Mówiłem sobie wtedy, że nigdy nie zdołają pojmać mojego umysłu, ale teraz to on
sam, mój umysł, dopadł mnie i niszczył. Stanąłem przed koniecznością odzyskania
kontroli nad sobą.
Zabrałem się za judo, bo fascynowała mnie ta dyscyplina sportu. Stanowiła
pomost między sztukami walki, w których się wychowałem – boksem
i wojskowymi tradycjami – a czymś bardziej interesującym. W boksie liczyła się
taktyka i zwinność, ale teraz uczyłem się, jak pokonać przeciwnika, wykorzystując
jego siłę i złość. Zamiast robić uniki i zadawać ciosy, trzeba było znaleźć jego
punkt podparcia, a wtedy się przewracał. Trenowałem, dopóki nie zdobyłem
czarnego pasa. Wciągnęła mnie ta filozofia. Podobała mi się idea wykraczania poza
próg bólu. Umysł to cudowna rzecz. Pozwolił mi dokonać tego wszystkiego, co
stało się dotychczas, ale czy umiałem wyleczyć samego siebie? Z chęcią
studiowałbym buddyzm i poznawał wschodnie religie, ale w tamtych czasach nie
robiło się czegoś takiego. Moja codzienna praca była dość wymagająca, a zresztą
pewnie i tak by mi się to nie spodobało. Powrót do zdrowia zajął mi lata,
a właściwie nawet dekady. Z całą pewnością nie stosowałem tak zwanej terapii
mowy, wręcz przeciwnie. Na temat wojny, wszystkiego, co w tym czasie widziałem
i robiłem, mówiłem jeszcze mniej. Należało to do pogrzebanej przeszłości. Nie
było dla niej miejsca w moim życiu. Musiałem iść dalej.
Nasze jenieckie doświadczenia nie współbrzmiały z powszechnymi nastrojami.
Ludzie chcieli słuchać o śmiałych próbach ucieczek, a nie o programach pracy
przymusowej. A zatem filmy o obozach jenieckich koncentrowały się na oficerach,
których do pracy nikt nie zmuszał. Przeżycia większości zwyczajnych jeńców
pogrzebano i oni sami je utracili. Społeczeństwo chciało oglądać bohaterów
i zwycięskie bitwy, a nie klęski bądź upokarzające chwile pojmania. W cenie były
momenty chwały, a nie rozwlekłe historie o wytrwałości, nawet tak piekielne.
Odegraliśmy swoją rolę i wtedy, w tych pierwszych latach po wojnie, staliśmy się
niewidzialni.
Stopniowo udało mi się zapanować nad najgorszymi koszmarami. Nigdy nie
zdołałem ich pokonać, ale przynajmniej one nie pokonywały mnie. Ponieważ
zawsze lubiłem szybkie samochody, zabrałem się za wyścigi, szukając skoku
adrenaliny, który jest ponoć afirmacją życia. Wstąpiłem do klubu zbierającego się
na torze Oulton Park i regularnie ścigaliśmy się naszymi podrasowanymi
Jaguarami. Życie znowu nabierało smaku. Zawsze jeździłem szybko, nawet po
zwyczajnych drogach, obawiam się, że bez względu na pogodę. Normalne życie
ciągnęło się wolno i prozaiczne. Ja potrzebowałem intensywności, pędu, co trochę
osłabiało wspomnienia.
Po kilku latach, kiedy podróże zagraniczne stały się powszechniejsze,
wyruszyłem do Hiszpanii. Cztery razy biegłem z bykami ulicami Pampeluny,
podczas fiesty San Fermín. Wczułem się w ducha tego święta i stroiłem się
stosownie do okazji, w tradycyjną białą koszulę i spodnie uzupełnione czerwoną
apaszką i takim samym paskiem. Zawsze byłem strasznym pozerem, ale to
przeżycie było nadzwyczajne. Nurkowałem też z akwalungiem w Morzu
Czerwonym znacznie wcześniej, niż stało się to modne.
Nie wszystkie moje poczynania były tak ryzykowne. Ponownie zająłem się
jeździectwem, kupiłem cztery konie i regularnie uczestniczyłem w trzydniowych
zawodach, opanowując ujeżdżanie, skoki przez przeszkody i jazdę w terenie.
Wziąłem udział w kilku konnych safari w Afryce. Nie mogę zaprzeczyć: po wojnie
wiodłem dobre życie. Nie zdołałbym wcisnąć w nie nic więcej. W tych latach nigdy,
nawet przez minutę, nie myślałem, że przed czymś się chowam. Wydawało mi się,
że wyeliminowałem Auschwitz, zapomniałem o nim i poszedłem dalej. Tymczasem
to przez cały czas było we mnie.
Nigdy na przykład nie dałem rady siedzieć zwrócony plecami do drzwi – nadal
nie mogę. Wciąż jestem zwarty i gotowy. Nie cierpię zimna i marnowania jedzenia.
Takie rzeczy mają swoje źródło w tamtych latach. W tym czasie koszmary się nie
nasilały ani też nie powracały regularnie, choć jednak nie przeminęły.
Na pozór wszystko szło dobrze. Miałem duży dom w Bramhall w hrabstwie
Cheshire oraz wielki ogród z kortem tenisowym i tysiącem róż na rabatach, ale tak
naprawdę nie byłem tam szczęśliwy. Irene i ja niewiele mieliśmy z sobą wspólnego.
Szanowałem ją, ale nie dobraliśmy się. Każde z nas prowadziło w znacznym
stopniu odrębne życie towarzyskie, zaczęliśmy oddalać się od siebie, co w końcu
doprowadziło do rozwodu.
W 1960 roku zmarł mój ojciec. Jego dumą i radością była ogromna biblioteka,
złożona z pięknie oprawionych w skórę książek na wszelkie tematy. Uzupełniał ją
całe dziesięciolecia. Nie mogłem zabrać tych książek do Manchesteru, bo wówczas
była to poważna ekspedycja, a zresztą i tak nie miałbym dla nich miejsca. Tydzień
później do domu w Essex przybyła para handlarzy, cwaniaków z Londynu. Chcieli
złożyć ofertę na zakup wyposażenia.
Szwendali się po domu, drwili, aż w końcu zaproponowali śmieszną sumę za
księgozbiór ojca. Miałem dość. Posłałem ich do diabła. Ułożyłem w ogrodzie stos
z książek, w sporej odległości od budynku, i spaliłem je wszystkie, razem ze
wspaniałym, mahoniowym biurkiem. Te książki należały do ojca i powinny zostać
tam, gdzie były zawsze. Nikt inny nie powinien ich mieć. Płonęły przez trzy dni
i trzy noce. W ostatniej chwili wyjąłem jeden tom z pogorzeliska, wrzuciłem go do
bagażnika samochodu i pojechałem do domu.
Mniej więcej w tym samym czasie włamano się do nas. Skradziono wiele cennych
rzeczy: zegary, zegarki na rękę, srebrne puchary, a między tym wszystkim także tę
starą skórzaną walizkę z moimi notatkami na temat Auschwitz. Nie myślałem o nich
przez wiele lat i od chwili, gdy powstały, nigdy ich nie przeczytałem. Walizka była
ciężka i zamknięta, więc wydawała się ważna, ale te notatki nie miały żadnej
wartości dla nikogo oprócz mnie. Za bardzo jednak przejmowałem się drogimi
rzeczami, które zabrano, żeby przywiązywać większą wagę do poobijanej walizki
rękopiśminnych notatek.
W firmie, jako główny inżynier, byłem już grubą rybą i kiedy w roku 1961
przedsiębiorstwo przejęła Venesta, nowi szefowie zechcieli się mnie pozbyć.
Odrzuciłem ofertę pracy w Londynie i zostałem szefem grupy inżynierów w firmie
Cheshire Sterilised Milk. Nadrabiałem wszystkie stracone lata. Znalazłem inny
sposób na to, by nadal sprawować władzę, mimo tego, co się działo w mojej
głowie.
Wszystko się zmieniło, kiedy poznałem Audrey. Pojąłem, czego mi brakowało.
Wypełniła pustkę w moim życiu i od tamtej pory robi to nadal. W pracy czułem, że
ponoszę odpowiedzialność, podejmuję decyzje, pcham życie do przodu i po prostu
rządzę. Patrzę na zdjęcia z tamtych lat i widzę przekonanego o własnej wartości
człowieka w średnim wieku z wszelkimi oznakami sukcesu – szybkimi
samochodami, przestronnym domem, wielkimi psami, końmi…
Audrey mówi, że poznała kogoś zupełnie innego. Twierdzi, że wyglądałem na
człowieka zagubionego, jakbym czegoś szukał. Odkryła we mnie smutek, do
którego nie przyznawałem się sam przed sobą, licząc, że nikt go nie dostrzega.
W jej wspomnieniach mam pociągłą twarz i oczy zawsze wbite w podłogę.
Wiedziała, że coś jest nie tak. Miała rację, zazwyczaj ją ma. Tak naprawdę nie
byłem normalny. Podejrzewała, że ma to coś wspólnego z Auschwitz, ale poza tym
nie miała o niczym pojęcia. Zaskoczyło mnie, że wie tak dużo. Audrey pomogła mi
odzyskać zdrowie psychiczne. Od tamtej pory jest moją tratwą ratunkową.
O latach wojny przypominało mi coś jeszcze. Stan mojego oka pogarszał się
coraz bardziej. Sprawiało mi kłopoty od chwili, gdy uderzył mnie w twarz ten
zwyzywany esesman. To, co widziałem, ulegało ni stąd ni zowąd deformacji, duże
przedmioty znikały mi z oczu albo widziałem je podwójnie. Musiałem
zrezygnować z tenisa i krykieta, bo nie potrafiłem już określić położenia piłki, a co
gorsza, na zebraniach nie widziałem rysunków technicznych. Sprawa stawała się
poważna i należało ją załatwić.
W tym okresie Audrey i ja nie byliśmy jeszcze do końca razem, ale to była
sobota i umówiłem się, że po wizycie u okulisty zabiorę ją na zakupy. Wypadki
potoczyły się inaczej.
Profesor, do którego poszedłem, przeprowadził wiele badań; świecił mi w oko
jaskrawym światłem i patrzył w nie za pomocą rozmaitych przyrządów optycznych.
Kiedy skończył, wydał werdykt – nie jest dobrze.
Na skutek urazu oko zrakowaciało i zagrażało nie tylko mojemu wzrokowi.
Operacja musiała zostać przeprowadzona w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, bo
inaczej rak mógł przerzucić się do mojego mózgu i umarłbym. O pierwszej po
południu zadzwoniłem do Audrey, żeby przekazać jej złe wieści. Miałem zostać
w szpitalu, przygotowywano mnie do operacji w najbliższy poniedziałek rano.
Trzeba było usunąć oko i zastąpić je szklanym. Kiedy otrząsnąłem się z szoku,
profesor spytał, czy zechcę wziąć udział w eksperymencie, który pogłębi wiedzę na
temat funkcjonowania oka i powiązanych nerwów. Powiedział też, że już zaprosił
swojego kolegę ze Szwecji, aby przyleciał i również w tym uczestniczył.
Zamierzali odciąć nerwy mojego oka pod znieczuleniem miejscowym, a nie
ogólnym. Liczyli na to, że będę z nimi rozmawiał i opowiadał o doznaniach.
Nadszedł dzień operacji. Zamknąłem zdrowe oko i po raz ostatni spojrzałem tym
popsutym, prawym, na zegar. Była dokładnie godzina jedenasta, kiedy zajechałem
na salę operacyjną. Byłem w pełni świadomy, choć trochę oszołomiony.
Położono mnie na jasno oświetlonym stole i eksperyment się rozpoczął. Nie
przypominam sobie żadnego bólu, ale pamiętam, że profesor coraz bardziej
zagłębiał w moje oko cienkie ostrze, pytając:
– Czy widzi pan coś, kiedy to robię?
– Nie. Żadnej różnicy – odparłem.
Wbił ostrze trochę głębiej.
– A teraz? – zapytał ponownie.
Pytał potem jeszcze parę razy o podobne odczucia. Wykonał kolejny nieznaczny
ruch, niczym zegarmistrz, i świat przed moim prawym okiem pogrążył się
w ciemności. To było tak, jakby położono na nim ciężką monetę. Utraciłem na
dobre widzenie po prawej stronie, o czym oficjalnie poinformowałem lekarzy.
Niewiele pamiętam z tego, co było dalej. Prawdopodobnie zastosowano
znieczulenie ogólne, by dokończyć usuwanie oka.
Odzyskałem przytomność i poczułem ulgę, że wciąż widzę na zdrowe oko. Do
tego czasu przeszedłem już tak wiele, że nie przypominam sobie, by jakoś
szczególnie mnie to poruszyło, choć wiem, że Audrey bardzo się tym wszystkim
martwiła.
W zamian za pomoc w badaniach mogłem skorzystać z innej eksperymentalnej
procedury i otrzymać jedno z pierwszych ruchomych szklanych oczu. Planowano
przyczepić odpowiednie mięśnie do podkładki umieszczonej w tylnej części
oczodołu, a tę z kolei przymocować do protezy oka, umożliwiając jej ograniczony
ruch.
W tamtych czasach brzmiało to cudownie i futurystycznie. To, co nastąpiło
potem, już nie. Napchali mi do oczodołu plasteliny, żeby zrobić odlew, i dostałem
tymczasowe szklane oko, które nie bardzo pasowało. Nieco później zostałem
wysłany do małej pracowni artystycznej, gdzie przyjęła mnie młoda kobieta,
z którą wymieniliśmy kilka uprzejmości. Usadowiła mnie tak, jakby zabierała się
do namalowania mojego portretu. Patrzyła na mnie długo i surowo, po czym
wyjęła nowe szklane oko, kilka słoiczków z farbami i maleńkie pędzelki. Niczym
jubiler pracujący nad kameą, mieszała kolory, by uchwycić każdą plamkę i odcień.
Spisała się znakomicie – to oko było ładniejsze i bardziej pasujące niż wiele
innych, stworzonych nowocześniejszymi metodami.
Większość ludzi nie uświadamiała sobie, że mam szklane oko, dopóki, pragnąc
im to udowodnić, nie wyjmowałem go łyżeczką do herbaty. Zresztą nadal czasem je
wyjmuję i zdarzało mi się nawet zostawiać je wraz z aparatem słuchowym na
toaletce. Audrey mówi, że są takie noce, gdy po domu plącze się tak wiele
kawałków mnie, że lepiej by wyszła na tym, gdyby spała z nimi. Dorzuca do tego
wymyśloną drewnianą nogę, żeby dowcip był śmieszniejszy.
W czerwcu 1966 roku dotarł do mnie list z czekiem oferującym rekompensatę za
to, co dołączona do niego karteczka nazywała „nazistowskimi prześladowaniami”.
Czek opiewał na kwotę dwustu czterech funtów, a podpisał go Główny Skarbnik.
Byłem zbulwersowany i zniesmaczony. Nigdy nie uważaliśmy, że rząd potraktował
nas w sposób sprawiedliwy, a ten list tylko to potwierdzał.
Minęło trochę czasu zanim lata szybkiego życia dobiegły końca, co nie odbyło
się bez wstrząsu. Zaprojektowałem nowy, rewolucyjny proces, umożliwiający
bardziej wydajne wytłaczanie aluminiowych tubek na pastę do zębów oraz
pojemników na żywność. To było moje własne przedsięwzięcie, w które włożyłem
wszystkie pieniądze. Fascynowało mnie wyzwanie, ale zwracałem za mało uwagi na
kontrakty i to, co zapisano w nich drobnym drukiem. Nic z tego nie wyszło, a ja
prawie wszystko straciłem. Mniej więcej w tym samym czasie mój portfel akcji
spadł na łeb na szyję i dobre czasy dobiegły końca. Zawsze byłem beznadziejny,
jeśli chodzi o pieniądze.
Pozostał mi jeszcze jeden duży projekt. Firma Associated Dairies, która
przekształciła się w sieć supermarketów ASDA, poprosiła mnie o zbudowanie pod
Newcastle zakładu butelkującego sterylizowane mleko o przedłużonej trwałości.
Zgodziłem się, kupiłem ziemię, pertraktowałem z miejscowymi władzami, a potem
zaprojektowałem i zbudowałem coś, co miało być pierwszym w pełni
zautomatyzowanym zakładem tego typu w kraju. Otworzył go książę Karol, co było
stosownym, o ile nie wyjątkowo pomyślnym zakończeniem kariery, która napawała
mnie dumą.
Przed odejściem na emeryturę zacząłem ponownie podsumowywać życie. Razem
z Audrey nie chcieliśmy mieć jakichkolwiek długów. Sprzedaliśmy wszystko
i wyprowadziliśmy się z Cheshire. Kupiliśmy mniejszy dom położony pośród pól
na skraju wioski Bradwell w Derbyshire. To miejsce, w którym stare, układane bez
zaprawy mury pną się po zielonych wzgórzach i dzielą doliny. Okalają dróżkę,
która za naszym domem stromo opada i okrąża głęboką pieczarę. Wije się dalej,
dopóki nie dotrze do głównej drogi za wioską. To miejsce, w którym raczej żyjemy
w rytm pór roku niż jesteśmy ich świadkami, co jest zarówno wspaniałe, jak i pełne
nostalgii. Dom, w którym mieszkam, jest najlepszym i najszczęśliwszym spośród
wszystkich, jakie kiedykolwiek znałem.
Rozdział 19

Milczenie trwało. Audrey nie znała żadnych szczegółów mojego pobytu w obozie
E715, zamiany z więźniem Auschwitz ani nawet nie słyszała o Ernście. Jeśli mnie
pytała, wymigiwałem się od odpowiedzi. Te historie nie były częścią naszych
powojennych losów. Zamknąłem ten rozdział życia.
Nie było ludzi, którzy chcieliby czegokolwiek się o tym dowiedzieć, a okazje do
rozmowy zdarzały się rzadko. Zapytany, nie znajdowałem odpowiedzi. To, czego
doświadczyłem, nie było tak naprawdę doznaniem osoby, która ocalała
z Holokaustu. Byłem świadkiem jednej z najgorszych zbrodni ludzkości, ale nie
byłem jej celem. Co zatem którykolwiek z nas mógł powiedzieć? Gdzie było nasze
miejsce? Ernst stał się jedną z wielu wynędzniałych twarzy w moim umyśle, jednym
z ludzi, których śmierci mógł nikt nie zapamiętać.
Coś się jednak budziło. Nie, nie we mnie, jeszcze nie wtedy. Na zewnątrz.
Społeczeństwo wiedziało już o Holokauście, komorach gazowych i krematoriach.
Przerażające obrazy obozów koncentracyjnych pojawiały się w programach
dokumentalnych już wiele lat wcześniej. Widzowie przywykli do tych zdjęć
i przestali postrzegać ofiary jako jednostki, jako ludzi.
Teraz było inaczej. Ciężar uwagi przeniesiono z komór gazowych na
nazistowskie programy pracy niewolniczej jako takie. Dla mnie oczywiste było, że
ofiary, które widziałem, nie miały nawet rangi niewolnika. Niewolnik bowiem
stanowi jakąś wartość dla swojego właściciela, natomiast praca, do której zmuszano
ludzi w takich miejscach, jak należące do IG Farben zakłady Buna Werke, była
głównie metodą ich mordowania. Przeżycia tych właśnie ludzi stały się głównym
tematem reportaży nadawanych przez radio i pokazywanych w telewizji.
We wrześniu 1999 roku „The Times” opublikował artykuł o Żydzie ocalałym
z zakładów kauczuku w Auschwitz. Nazywał się Rudy Kennedy, ale pierwotnie nosił
nazwisko Karmeinsky. Wystąpił kilka razy w radiu i telewizji, prowadząc kampanię
na rzecz rekompensat dla ofiar nazistowskich obozów pracy niewolniczej. Choć to
dziwne, uczepiłem się myśli, że mogłem go znać i że mogliśmy pracować ramię
w ramię w IG Farben. Próbowałem skontaktować się z nim za pośrednictwem
dziennika, ale się nie udało.
W niespotykany dotąd sposób kilku ocalałych z Zagłady wyrażało teraz swój
gniew. Ich działania zaczynały odnosić skutek. W sierpniu 2000 roku, po wielu
latach sporów, rząd Niemiec wraz z czołowymi firmami niemieckimi powołał
Fundację „Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość” (EVZ) z budżetem sięgającym
dziesięciu miliardów marek niemieckich, mającym wynagrodzić osoby wykonujące
niewolniczą i przymusową pracę dla III Rzeszy oraz inne ofiary nazistów.
Przekonano nas, żeby się tam zgłosić, i udało mi się w terminie złożyć
odpowiedni formularz w Międzynarodowej Organizacji do spraw Migracji (IOM),
jednej z tych, które prowadziły ten program. Odrzucenie moich roszczeń, podobnie
jak wszystkich innych podań przedłożonych przez alianckich jeńców E715, zajęło
im prawie dwa lata. Nie chodziło mi o pieniądze, irytował mnie brak uznania tego,
co się wydarzyło. Po raz kolejny nasze doświadczenia pozostały niedostrzeżone.
Złożyłem płomienne odwołanie i zachęcałem innych, by zrobili to samo.
Rozpocząłem tym samym okres intensywnej działalności i pisania pełnych
wzburzenia listów. Bombardowałem nimi członków parlamentu, brytyjskie
Ministerstwo Obrony, a nawet ówczesnego premiera, Tony’ego Blaira. Byłem
zdecydowany doprowadzić do tego, żeby ludzie dowiedzieli się, że alianckich
jeńców zmuszano do pracy, czasem w fatalnych warunkach. Nie kazano nam
przesiedzieć wojny i czekać, aż nas wyzwolą. My również byliśmy przymusowymi
robotnikami.
Najbardziej chodziło mi o to, żeby brytyjski rząd poznał prawdę o E715, czyli
obozie położonym tak blisko Auschwitz, że uwięzieni w nim stanowili część siły
roboczej obozu matki.
Uważałem, że zasługujemy na co najmniej taką zapłatę, jak jeńcy z Dalekiego
Wschodu, którzy ucierpieli z rąk Japończyków. W jakiś czas potem dotarł do mnie
czek z IOM, opiewający na mniej więcej pięć tysięcy funtów. Byłem zadowolony, że
moje odwołanie przyniosło skutek, ale wielu znowu otrzymało odpowiedź
odmowną. To nie było słuszne.
Po raz pierwszy od 1945 roku zajmowałem się wojną jak należy, ale tak
naprawdę nadal nie zgłębiłem moich własnych wspomnień na temat tego, co
przeżyłem. Imperialne Muzeum Wojny przysłało kogoś do rozmowy ze mną. Nie
wiem, jak tej pani się to udało, ale spisała się znakomicie. W jakiś sposób zdołała
skłonić mnie do mówienia, a to nie mogło być łatwe. Starałem się przez to
wszystko przemknąć najszybciej, jak mogłem. Przy niej, po raz pierwszy
usiłowałem wydobyć z zapomnienia tamte dni. Były rzeczy, o których nie mówiłem
nigdy wcześniej i na pewno część poplątałem, ale wykonałem pierwszy krok. O tym
też jej powiedziałem. Kiedy prowadząca rozmowę pani odeszła, uświadomiłem
sobie, że nie usłyszała ode mnie nawet połowy. To był zaledwie wstępny szkic.
Pewnego dnia u moich drzwi pojawił się nieznajomy. Dzień był piękny, co
w Derbyshire oznacza, że nie pada, i mogłem krzątać się wokół domu. Zadzwonił
dzwonek, a ja otworzyłem komuś, kto przedstawił się jako oficer, choć miał na
sobie cywilny strój. Wszedł i usiadł na sofie. Powiedział, że pracuje dla organizacji
Combat Stress (Stres Bojowy), służącej radą byłym żołnierzom. Potem przewrócił
filiżankę i wylał na nowy dywan herbatę, którą zaparzyła mu Audrey. Uspokoiłem
go, a on zaczął wyjaśniać, że jego organizacja usiłuje pomagać byłym żołnierzom
radzić sobie z urazami. Chciał się dowiedzieć, czy potrzebuję jakiegoś wsparcia.
Dałem mu krótką odpowiedź: „Spóźniłeś się o sześćdziesiąt lat, kolego”.
Spojrzałem na stopień na jego wizytówce i zacząłem go cenić jeszcze odrobinę
niżej. Z tego co widziałem, nie przeżył wojny, więc co mógł wiedzieć? Byłem
bardzo bezpośredni. Mam nadzieję, że nie uraziłem go za bardzo. Nas, żołnierzy,
zdemobilizowano bez słowa podziękowania. Przetrwałem samotnie lata koszmarów
i psychicznego bólu, a potem, kiedy stuknęła mi osiemdziesiątka, ktoś nagle
oferował mi pomoc. W chwili, gdy większość chłopaków już nie żyła.
Po wojnie nie obchodziliśmy ani rządu, ani wojska. Tak to wtedy wyglądało.
Czasem rodzinom udawało się poskładać te kawałki, na które się rozsypaliśmy,
a czasem nie. Mnie się nie udało całkowicie powstrzymać koszmarów, ale
przynajmniej nie sprawowały nade mną władzy. Ten człowiek reprezentował
organizację Combat Stress, nie rząd, nie wojsko. Próbował mi pomóc, biedaczysko.
Później było mi go żal. Bardzo się starał.
Sprawy przybrały inny obrót w 2003 roku, kiedy zaproszono mnie do udziału
w lokalnym programie radiowym poświęconym emeryturom wojennym.
Siedziałem w tym studiu, pouczony, że mam mówić o emeryturach wojennych
wypłacanych przez opiekę społeczną. Zapaliła się lampka z napisem: „Na antenie”.
Program leciał na żywo. Oprócz mnie zaproszono jeszcze dwóch gości. Włączono
mój mikrofon, wiedziałem, co chcę powiedzieć. Wtedy spiker zadał mi całkiem
nieoczekiwane pytanie. Dotyczyło mojej służby podczas wojny.
Jak to na ogół robię, zacząłem od początku. Nagle, po raz pierwszy,
opowiadałem o wojnie bardzo osobiście. Zacząłem powoli, ale w mojej głowie
wciąż pojawiały się zapamiętane dziwaczne niemieckie terminy. W pewnym
momencie prezenter musiał mnie poprosić o przetłumaczenie niemieckiego
zwrotu, którego użyłem, żeby słuchacze wiedzieli, o czym mowa. Niebawem
wspomnienia ożyły, słowa zaczęły płynąć ze mnie ciurkiem. Nie można mnie było
uciszyć.
Opowiedziałem swoją historię mniej więcej tak samo, jak tutaj, aż do momentu,
gdy zacząłem opisywać Auschwitz i pracę obok żydowskich więźniów,
wykonywaną każdego dnia od świtu do zmierzchu. Tu nastąpiła zmiana. Głos zaczął
mi się łamać, ogarniały mnie emocje, aż w końcu zamilkłem. Nastąpiła długa
pauza. Po chwili powróciłem, z wysiłkiem szukając słów. Zebrałem się w sobie
i kontynuowałem, podejmując bezpieczniejszą część historii, by zyskać na czasie
i zebrać myśli. A potem ponownie zagłębiłem się w to wszystko: opisywałem
upiorny zapach z krematoryjnych kominów, a opowiadając o nim, wręcz go
czułem. Znowu słowa stanęły mi w gardle. Pozostali goście w studio milczeli,
spiker prawie nie musiał stawiać pytań, gdy ja opowiadałem o tym, jak
przyzwyczaiłem się do widoku ludzi zabijanych kopniakami. Tym razem coś
naprawdę się we mnie otworzyło. Mogłem mówić o tych wszystkich wydarzeniach
jak nigdy wcześniej. Dla mnie to było coś nowego. Ta audycja doprowadziła do
następnych wywiadów. Dawne wspomnienia nieustannie powracały i teraz już ich
nie tłumiłem. Nauczyłem się mówić.
Wysłałem pismo do Lesa Allena, Honorowego Sekretarza Stowarzyszenia
Byłych Jeńców Wojennych, kreśląc mu ogólny obraz moich doświadczeń. Les
przysłał do mnie reportera BBC, Roba Broomby’ego, który badał historię
brytyjskich jeńców przetrzymywanych w pobliżu Auschwitz. Znał też wiele z tych
wczesnych raportów na temat żydowskich robotników przymusowych i niemieckich
firm. Dopiero co wrócił z Berlina, gdzie przebywał jako korespondent BBC.
Podobało mi się jego podejście do sprawy, rzeczowe i pełne szacunku. Wykazywał
zrozumienie.
Okazało się, że Rob stał się częścią tej historii z kilku powodów. Przyglądał się
na przykład sprawie rekompensat dla brytyjskich jeńców zmuszanych do pracy dla
Niemców. Opowiedziałem mu o Ernście, żydowskim więźniu, którego siostra
przebywała w Anglii, i o tym, jak próbowałem mu pomóc, przemycając dla niego
papierosy. Wreszcie, opisałem zamianę z Hansem i noce spędzone w Auschwitz III.
Wcale się nie zdziwiłem, kiedy nadano program przygotowany przez Roba
i okazało się, że pełna historia zamiany niezupełnie się do niego nadawała. Później
dowiedziałem się, że Rob próbował coś zrobić z tą częścią wywiadu, ale nie bardzo
mu to do czegokolwiek pasowało, więc zrezygnował.
Minęło kilka lat zanim Rob skontaktował się ze mną ponownie. Pracował teraz
dla Patricka Howse’a, producenta z BBC. Była jesień 2009 roku, a oni chcieli
nagrać moją opowieść dla radia i telewizji. Tym razem zamiana w Auschwitz i moje
próby pomocy Ernstowi miały stać się osią programu.
W następnych tygodniach Rob telefonował raz po raz, zadając coraz to nowe
pytania. Wpadł na szalony pomysł: chciał odnaleźć Susanne, siostrę Ernsta.
Powiedział, że jeśli ona jeszcze żyje, to może zdołają się dowiedzieć, jak umarł
Ernst. Nie rozmawiałem z nią od roku 1945 i nie miałem bladego pojęcia, jak
potoczyło się jej życie od tamtej pory. Jeżeli rzeczywiście nadal żyła, musiała się
mocno postarzeć, jak my wszyscy.
Znowu sięgnąłem po oprawiony w brązową skórę notes adresowy z 1945 roku,
aby wygrzebać, co tylko zdołam. Notes był stary i wyblakły, ale zapisy nadal
pozostały czytelne. Znalazłem wtedy notatkę mówiącą o Susanne Cottrell
mieszkającą pod adresem 7 Tixall Road w Birmingham. Domyślałem się jednak, że
to przybrane nazwisko.
Rob informował mnie o postępach poszukiwań, ale widziałem, że nie idą dobrze.
Mijały tygodnie, a on nie dawał sygnału.
W Stowarzyszeniu Żydowskich Uchodźców powiedziano mu, że Cottrell w ogóle
nie wygląda na żydowskie nazwisko, a ich specjalista od Kindertransport nie
potrafił odnaleźć kogoś tylko na podstawie imienia. Podejmowane przez Roba
próby dotarcia do ówczesnych zapisów Rady do spraw Uchodźców w Birmingham
okazały się równie bezowocne.
Pierwszym uśmiechem losu okazał się spis wyborczy z 1945 roku, w którym pod
tym adresem na Tixall Road widniało trzech wyborców. Dobra wiadomość była
taka, że nazywali się Cottrell, a zła, że nie było wśród nich żadnej Susanne. To były
zresztą trzy kobiety – Ida, Sarah i Amy. Rob pytał, czy którąś z nich mogła być
Susanne, zapisana pod innym imieniem. Nie mogłem tego wiedzieć.
Sprawa wydawała się beznadziejna. Wiedziałem, że Rob zajmuje się codziennymi
wiadomościami w BBC i te poszukiwania przeszkadzają mu w wypełnianiu
obowiązków. Sądziłem, że poczeka jeszcze kilka tygodni, a potem się podda. Tak to
zazwyczaj jest. Wtedy zresztą planował przygotowanie zaledwie czterominutowego
newsa dla wiadomości telewizyjnych i odrobinę dłuższego reportażu dla radia BBC.
Nie chodziło o jakieś wielkie dokumentalne dochodzenie.
Zadzwonił do mnie któregoś dnia, informując o przełomie. Zdołał skontaktować
się z ludźmi mieszkającymi pod numerem 7 przy Tixall Road. W kraju, w którym
domy dość często zmieniają właścicieli, ze zdumieniem odkrył, że mieszka tam
starsze małżeństwo, które w latach sześćdziesiątych kupiło ten budynek od pani
noszącej nazwisko Cottrell.
Co więcej, przypomnieli sobie, że słyszeli historię o niemieckiej Żydówce, której
Cottrellowie udzielali schronienia podczas wojny. Rob był uszczęśliwiony, ale,
rzecz jasna, ten fakt potwierdzał tylko to, co podejrzewałem. Nie uzyskał żadnych
dodatkowych informacji. Dodało mu to jednak otuchy, ale jednocześnie wcale nie
znaczyło, że Susanne wciąż żyje. Ślad się urywał. Usiłowałem sobie przypomnieć
więcej szczegółów z naszego traumatycznego spotkania, żeby mu pomóc, ale do
niczego nie doszedłem. Ten okres uległ w znacznym stopniu zatarciu.
Nie byłem nawet pewny, czy Susanne została oficjalnie zaadoptowana, a gdyby
nawet tak się stało, dokumenty i tak byłyby poufne. Rejestr wyborców, wyniki
spisów ludności, a nawet książki telefoniczne wskazywały na to, że w kraju mieszka
pewna liczba Cottrellów, ale godziny spędzone przy słuchawce niczego nie dały.
Koledzy Roba zastanawiali się już, czy całe to śledztwo nie jest stratą czasu. Mógł
się przecież zająć mnóstwem innych, łatwiejszych historii.
Zrobił jedną rzecz, którą mógł jeszcze zrobić. Zrozpaczony, zaczął wydzwaniać
do niektórych osób, z którymi rozmawiał już wcześniej.
Wykręcił ponownie numer rodziny z Tixall Road. Ci państwo mieli trochę czasu
na przemyślenia od poprzedniej rozmowy. Omówili temat ze swoim synem
Andrew, mieszkającym w pobliskim Solihull. On nie tylko przypominał sobie, że
również słyszał opowieść o niemieckiej dziewczynce, która przybyła do Wielkiej
Brytanii jako dziecięcy uchodźca na początku drugiej wojny światowej, ale był też
przekonany, że nadal mieszka ona w rejonie Birmingham. Twierdził, że wyszła za
mąż, przyjęła nazwisko James i miała syna o imieniu Peter. Sprawy nabrały
rumieńców. Andrew był na dodatek przekonany, że widział ją rok lub dwa temu na
obiedzie w jednej z miejscowych restauracji.
To były wspaniałe wieści. Teraz Rob szukał niejakiej Susanne James, matki syna
o imieniu Peter, który ponoć przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, gdzie
powiodło mu się jako księgowemu. Poszukiwania toczyły się równolegle po obu
stronach Atlantyku, choć nazwisko James należy do raczej popularnych.
Andrew dostarczył jeszcze jednej wskazówki. Był głęboko przekonany, że
jeszcze do niedawna Susanne mieszkała przy Warwick Road w Acocks Green,
dzielnicy Birmingham.
Okazało się, że Warwick Road jest bardzo długa. Prawdę mówiąc tak długa, że
ostatnio zameldowano przy niej więcej niż jedną osobę o nazwisku James. Pod
jednym z numerów, które udało się zdobyć, zgłosiła się na przykład restauracja
sprzedająca dania na wynos, znacznie bardziej zainteresowana zamówieniami niż
poszukiwaniem ludzi.
Zaintrygowała nas inna pozycja na liście. Rejestr wyborców z 2001 roku
podawał, że gdzieś przy Warwick Road mieszka niejaka Susanne E. James.
Zaciekawiło nas to, że w tym samym miejscu zarejestrowano jeszcze dwa inne
nazwiska, z których jedno miało wschodnioeuropejskie brzmienie. Kobieta, która
podniosła słuchawkę, była wyraźnie za młoda jak na Susanne. Speszyła się.
W końcu przypomniała sobie, że kiedy oglądała ten dom przed kupnem,
pokazywała jej go drobna, starsza pani o siwych włosach. To brzmiało obiecująco,
ale rozmówczyni nie potrafiła sobie przypomnieć nazwiska tamtej kobiety.
Kolejne rozczarowanie. Rob zadzwonił do mnie z wiadomością, że jest bliski
rezygnacji. Poświęcił już długie tygodnie na te poszukiwania i niewiele osiągnął.
Uzgodniliśmy datę, kiedy Rob i Patrick mieli się pojawić i nagrać dla telewizji oraz
radia moją historię w takiej postaci, jaką miała.
Rob powiedział, że w ramach ostatniego podejścia, zaplanowali sobie
pożegnalny dzień pukania do drzwi w Birmingham, a potem wycofują się
z poszukiwań. Tak to bywa, gdy pracuje się w wiadomościach. Od początku byłem
przekonany, że nie znajdą tej kobiety, którą poznałem sześćdziesiąt cztery lata temu
jako młodą dziewczynę. Jej brat, Ernst, był zaledwie jedną z milionów ofiar.
Wyobrażałem sobie, co go spotkało. Nie trzeba mi było tego mówić. Te
poszukiwania były beznadziejne, ale w czasie, gdy trwały, miło było o nich
rozmyślać. Ostatecznie, tworząc swój program, Rob i Patrick musieli oprzeć się
tylko na mnie.
Ekipa telewizyjna przybyła punktualnie. Pamiętałem Roba z poprzedniego
spotkania, a Patrickowi zostałem przedstawiony. Przez telefon wywarł na mnie
dobre wrażenie i w rzeczywistości okazał się życzliwy i uważny, tak jak go sobie
wyobrażałem. Z przyjemnością zobaczyłem, że obaj ozdobili butonierki makami na
cześć poległych żołnierzy.
Przesuwali meble i ustawiali kamery tak, żeby móc uchwycić fragment doliny
Hope, widocznej za moim ramieniem przez panoramiczne okno. Przywieźli dwie
kamery, a choć jedna była sporo mniejsza od drugiej, salon i tak zamienił się
w małe studio. Pokazałem im śrutówkę, którą dostałem od ojca jako dziecko,
i która nadal wisi na ścianie. Wyjąłem moje zdjęcia z czasów, gdy jeździłem konno.
Audrey podała herbatę, co wprowadziło wszystkich w dobry nastrój.
Usiadłem w fotelu. Rob usadowił się naprzeciwko mnie i zadawał pytania. Zaczął
wywiad od walk na pustyni. Przerobiliśmy je szybko, wspomnieliśmy o tym, jak
trafiłem do niewoli i jak uciekłem ze storpedowanego statku. Potem rozmawialiśmy
o włoskim obozie jenieckim i o przeniesieniu mnie najpierw do Niemiec,
a w końcu do E715, do pracy z niewolnikami w Auschwitz.
Wypytywał mnie o zamianę z Hansem i noce spędzone w Auschwitz III, a potem
zacząłem opowiadać o Ernście i przemycanych papierosach. W porównaniu
z pierwszymi, jeszcze sztywnymi próbami mówienia o tych sprawach, szło mi
łatwiej. Dotarłem do końca historii Ernsta i papierosów, po czym zrobiono przerwę
na zmianę taśm.
Pozostałem na swoim miejscu, z mikrofonami przypiętymi do klap, i patrzyłem
przez okno na Bradwell Edge. Kiedyś wiele razy jeździłem po tej grani na moim
koniu, Ryedale’u. Znałem tam każdy kamień. Ryedale był pięknym ogierem,
krzyżówką araba i konia hanowerskiego, najinteligentniejszym koniem, jakiego
kiedykolwiek znałem. Mierzył metr siedemdziesiąt w kłębie. Dla towarzystwa
kupiłem mu nawet kucyka szetlandzkiego, Coppera. Był tak mały, że kiedy Ryedale
stał spokojnie, mógł mu przejść pod brzuchem. Kiedy konie padły, wykopałem
głęboki dół na polu za oknem i pogrzebałem tam najpierw jednego, a potem
drugiego. Z upływem lat przestałem uprawiać jazdę konną. Teraz to wzgórze, po
którym kiedyś jeździłem, jest dla mnie tylko widokiem i to zazwyczaj bardzo
spektakularnym.
Tego dnia, kiedy po domu kręciła się ekipa telewizyjna, wyglądało to tak, jakby
ze wzgórza za moim oknem spłynęły wszystkie kolory. Drzewa i krzewy tworzące
fakturę zbocza wydawały się bure i zmęczone. Jesień nie rozpaliła jeszcze drzew
liściastych w niższych partiach doliny.
Znowu zapłonęły telewizyjne reflektory i mogliśmy podjąć wywiad. Musiałem
szybko pozbierać myśli. Rob ponownie pytał mnie o Ernsta. Chciał wiedzieć, co
moim zdaniem się z nim stało.
Wróciłem myślami do zamarzniętych, pobielałych zwłok z marszu śmierci, tych
ciał w pasiakach, nad którymi przechodziliśmy kilometr za kilometrem,
sześćdziesiąt cztery lata temu. Znowu czułem ten ziąb. Nie miałem cienia
wątpliwości, że Ernst musiał umrzeć, jak wielu innych. Już miałem ponownie
opowiedzieć historię marszu i tego, co widziałem, kiedy nagle Rob mi przerwał.
– Denis, udało nam się dotrzeć do pewnych informacji – powiedział. Pochylał się
na krześle w moim kierunku, coś mi podając. – Ernst nie umarł.
Otworzyłem usta ze zdumienia, usiłując go zrozumieć. Rob mówił, że Ernst
przeżył marsz śmierci. Wciskał mi w rękę jakieś zdjęcia. Sięgnąłem po monokl,
zwisający na czerwonym sznurku na szyi. Zobaczyłem twarz młodego,
przystojnego człowieka. Znałem te rysy. Odrosły mu włosy i nie był tak chudy, jak
go zapamiętałem, ale tak, to był on! Chłopak, którego znałem przed tyloma laty,
uśmiechał się do mnie ze zdjęcia.
– Wielkie nieba! – tyle tylko zdołałem wykrztusić.
Ernst przeżył, wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Rob powiedział mi, że
wokoło tylu umierało, a on jakoś brnął dalej. Dostał się do Ameryki i rozpoczął
tam szczęśliwe, dostatnie życie. Założył rodzinę i dożył siedemdziesięciu siedmiu
lat. Rob wręczył mi szkic historii życia Ernsta.
– Wielkie nieba! – powtórzyłem. – To cholernie cudowne.
Były tam zdjęcia przedstawiające go jako dziecko, obok małej dziewczynki. To
musiała być Susanne. Były też fotografie z późniejszych lat, na których wyglądał
tak figlarnie, jak to tylko możliwe w przypadku lubiącego się bawić
siedemdziesięciolatka. Jedna z nich przedstawiała go obok atrakcyjnej kobiety
z pięknymi, siwymi włosami i sympatyczną twarzą. Zupełnie mnie zatkało.
Czułem uniesienie i zarazem przygnębienie. On zmarł zaledwie przed siedmiu
laty. W tej chwili czułem, że jestem tak blisko niego, a jednak uświadamiałem sobie,
że nigdy się nie spotkamy. Jednak w moim umyśle rodziło się już kolejne pytanie.
Jak udało mu się przetrwać marsz śmierci?
Rozdział 20

Ekipa telewizyjna chciała mnie sfilmować na zewnątrz, założyłem więc ciepły


pulower. Kilkakrotnie wchodziłem w kadr i wychodziłem z niego, otwierałem
i zamykałem bramę, powtarzałem różne ruchy, a oni filmowali to pod różnymi
kątami. Karmiłem miętówkami dwa szetlandzkie kuce, Oscara i Timmy’ego, które
kupiliśmy, żeby nie pojechały do francuskiej rzeźni. Nie mogę patrzeć na cierpienie
zwierząt. Filmowanie ciągnęło się w nieskończoność. Wciąż nie mogłem do końca
w to uwierzyć – Ernst przeżył marsz śmierci, ale w jaki sposób zdołali odgrzebać
jego historię?
Dwadzieścia cztery godziny wcześniej Rob i Patrick wcale nie byli bliżsi
przełomu. W deszczowy, posępny dzień przyjechali do Solihull i zaparkowali
samochód przed wygodnym, podmiejskim domem. Mieli się spotkać z Andrew
Warwickiem, którego rodzice mieszkali przy Tixall Road. Gospodarz zaprosił ich
do kuchni i, opierając się o szafki, powtórzył opowieść o swoim przypadkowym
spotkaniu z panią, która według niego była tą Susanne, której szukali. Potem, żeby
oszczędzić im czasu, zawiózł ich na miejsce.
„Plume of Feathers” był dużym, wygodnym pubem z salą jadalną. Należał do
tych ruchliwych, miejskich lokali, których personel nie zna zbyt wielu klientów
z nazwiska. Jedna z barmanek przypominała sobie mgliście pasującą do rysopisu
starszą panią, która przychodziła tam na lunch z przyjaciółką. Zazwyczaj wybierała
miejsce pod oknem, ale od dłuższego czasu jej nie widzieli.
To nie był zbyt dobry trop. Kiedy nadeszło południe, w lokalu pojawiło się
mnóstwo elegancko ubranych starszych osób, pragnących zamówić lunch. Kolejka
sięgała aż do drzwi, a większość kobiet w niej stojących odpowiadała opisowi. Rob
i Patrick krążyli wśród nich, zadając pytanie, które wydawało się beznadziejne. Czy
ktokolwiek słyszał o starszej pani, która miała na imię Susanne i przed wojną, jako
dziecko, uciekła z Niemiec? Zaczynało to zakrawać na farsę. Zostawili w barze
numery telefonów i wyszli przygnębieni na pusty parking. Patrick zasugerował,
żeby pojechać do biblioteki publicznej i jeszcze raz sprawdzić rejestry wyborcze,
ale udali się na Tixall Road, żeby podziękować państwu Warwick za pomoc
i sfilmować dom. Byli w marnych nastrojach. Wszystko, co mieli, to nazwisko
Susanne James, która osiem lat temu mieszkała przy tej ulicy.
Wyruszyli w drogę. Rob miał trudności z czytaniem mapy bez okularów, kręcił
nią na wyciągniętych rękach. Patrick zjechał na bok przy jakiejś szerokiej ulicy
z drzewami po obu stronach.
– To się robi głupie – powiedział, przechylając się, żeby spojrzeć na mapę. –
Wydaje mi się, że chcemy dojechać tam – jego palec zatoczył koło obejmujące
połowę Birmingham. Mruczał coś o igłach w stogu siana. Zawrócił i po kilku
kilometrach drogowskazy znowu zaczęły nabierać sensu. Powrócili na właściwą
drogę.
Nawet jeżeli na Warwick Road mieszkała właściwa Susanne, istniały niezliczone
powody, dla których już jej tam nie powinno być. Mogła już nie żyć albo trafić do
domu opieki. Skoro miała syna w Stanach Zjednoczonych, to realna była choćby
przeprowadzka do niego.
Zatrzymali samochód za rogiem Warwick Road i ruszyli w dalszą drogę
piechotą. Zanim zalał ją ruch samochodowy, musiała to być przyjemna ulica
w dzielnicy mieszkalnej. Teraz Warwick Road pełniła funkcję ruchliwej arterii
przelotowej A41, łączącej Birmingham z Solihull. Nieprzerwany sznur
samochodów wycinał szczelinę w dzielnicy. Mieszkańcy jednej strony raczej nie
mieli zbyt wiele kontaktu z tymi z drugiej. Co nie wróżyło nic dobrego. Kurz i dym
z rur wydechowych osiadały na farbie, a nawet na liściach krzewów. Część domów
miała z przodu małe ogródki, które nikogo nie mogły cieszyć z uwagi na ruch
samochodowy.
Po raz ostatni sprawdzili adres, podeszli do drzwi i mocno zapukali. Żadnej
reakcji. Spróbowali jeszcze raz – nadal nic. Przeszli do następnego domu i zrobili
to samo. Nikt nie otworzył, to był środek dnia. Szli wzdłuż ulicy i nigdzie nikt im
nie otwierał. Podjęli się domokrążnego dziennikarstwa, czegoś, czego nikt już nie
uprawia. Łatwo pojąć, dlaczego.
Zostały im ostatnie drzwi, do których jeszcze nie zastukali. Tym razem ktoś był
w domu. Usłyszeli szczęk kilku otwieranych zamków. Drzwi uchylono i przez
szparę zerknął na nich ostrożnie mężczyzna w średnim wieku. Ta dzielnica nie
należała do tych, w których goście nieoczekiwanie stają w progu.
Rob i Patrick uśmiechnęli się. Przystąpili do wyjaśnień, że są dziennikarzami, że
szukają starszej pani o imieniu Susanne, być może Susanne James, która uciekła
przed wojną z Niemiec. Mężczyzna początkowo mówił niewiele, ale po chwili
trochę się rozluźnił i otworzył drzwi nieco szerzej.
Pokazali dowody tożsamości i ciągnęli go dalej za język. Był zaintrygowany
pojawieniem się niespodziewanych gości. Powiedział, że przypomina sobie
sąsiadkę o nazwisku Susanne James, ale ona wyprowadziła się stąd kilka lat temu.
– Czy sądzi pan, że ona jeszcze żyje? – zapytali.
– O ile mi wiadomo, to tak – odpowiedział.
Dwaj przybysze stojący przed progiem nabrali głębokiego oddechu.
– Czego od niej chcecie? – zapytał.
Opowiedzieli mu z grubsza, o co chodzi, i zapewnili, że Susanne James chciałaby
zostać odnaleziona. To ma coś wspólnego z jej bratem i z wojną. Nastąpiła pauza.
Mężczyzna za drzwiami rozważał ich słowa.
– Może wejdźcie do środka – rzekł w końcu.
Znaleźli się w wąskim korytarzu. Na podłodze leżał komputer, czekający na
rozpakowanie, kable i przewody wiły się dookoła. Najwyraźniej przyszli nie
w porę. Na schodach ciemniały półki z książkami. Mężczyzna miał na imię Michael
i traktował Roba oraz Patricka coraz przyjaźniej. Uśmiechał się kpiarsko, jakby
miał do czynienia z dwoma uczniakami, których mógłby w każdej chwili posłać do
diabła, a oni, żeby rozładować napięcie, nie przestawali mówić. W końcu odsłonił
karty.
– Właściwie – powiedział – to znam Susanne James całkiem nieźle. Byliśmy
sąsiadami przez wiele lat.
Patrick niemal się uśmiechnął. Zapadła cisza. Michael popatrzył na dywan i przez
moment przygryzał wargę. Wyglądało na to, że nie może się zdecydować. Rob
delikatnie na niego nacisnął.
– Jak moglibyśmy się z nią skontaktować? – zapytał.
Nastąpiła kolejna pauza, zanim gospodarz podjął decyzję.
– Mógłbym zadzwonić – zaproponował.
Nie musieli mu mówić, że bardzo tego chcą. Odszukał numer, a potem go
wybrał. Ktoś odebrał telefon i Michael zaczął wyjaśniać. Wkrótce się zaplątał,
spojrzał na Roba i powiedział:
– Może sam pan z nią porozmawia. Dam ją panu.
Przekazał słuchawkę. Na drugim końcu linii Rob usłyszał delikatny, przyjazny
głos starszej kobiety. Z Patrickiem odnaleźli dziewczynę, którą spotkałem
sześćdziesiąt cztery lata temu, w czasie, gdy walczyłem o swoje zdrowie
psychiczne. Przyjechała z Niemiec z Kindertransport w czerwcu 1939 roku, mając
zaledwie piętnaście lat. Niespodziewana rozmowa telefoniczna z Solihull tego
deszczowego dnia zaczęła rozwiązywać wszystkie zagadki tej historii.
Michael ostrzegł ich, że Susanne jest nieśmiała, ale tego dnia przemogła się.
Natychmiast podała im swój adres i powiedziała, żeby zaraz przyjechali. Rob
zasugerował jednak spotkanie za kilka godzin, żeby dać jej czas na przemyślenie
wszystkiego. Nie chciał jej popędzać.
Dla zabicia czasu przejechali się kawałek i znaleźli jakąś kawiarenkę
z porysowanymi, laminatowymi stolikami. Zamówili falafele z sałatką, a Rob wypił
do tego kubek mocnej herbaty. Już w tym momencie uśmiechał się jak wariat i nie
mógł usiedzieć na miejscu.
Patrick, porządny i godny zaufania, rozważał kwestie praktyczne i próbował
udawać, że to po prostu kolejne zadanie. Starał się w ten sposób uniknąć
rozczarowania. Czy powinien sfilmować to spotkanie, czy może przestraszyłoby to
starszą panią, która nadal nie wiedziała, czego od niej chcą? Żaden z nich nie
potrafił uwierzyć we własne szczęście. Rob zaczynał gadać głupoty.
– Myślę, że mogliśmy to schrzanić. Myślisz, że to spapraliśmy?
Patrick, który do niedawna był głównym producentem w Bagdadzie, obawiał się
przedwczesnej euforii. Miał ciepły akcent z Blackburn i ostrożnie dobierał słowa.
– Przekonajmy się, dobrze? – rzekł tylko.
Zajechali do cichej dzielnicy mieszkalnej z zadbanymi ogródkami. I zobaczyli ją
– niska emerytka ze starannie uczesanymi, siwymi włosami szła ku nim ścieżką od
strony domu. Rob przygotował sprzęt do nagrywania, licząc na to, że uwieczni
przywitanie, ale doszedł do wniosku, że ta chwila jest zbyt cenna i tylko się
przedstawił.
– Nie wyobraża sobie pani, jak bardzo się cieszymy, że panią odnaleźliśmy –
powiedział, kiedy już weszli do domu i usiedli na sofie.
Myślę, że tak naprawdę nie wierzył w to, że uda im się ją znaleźć, ale się nie
poddał. Telefon ją zaskoczył, ale ponieważ nie miała zbyt wiele czasu na
rozważania, podeszła do sprawy spokojnie. Podała herbatę, wszyscy wygodnie
usiedli i zaczęła opowiadać swoją historię.
Susanne urodziła się w 1923 roku we Wrocławiu – wtedy Breslau, pięknym,
średniowiecznym mieście, należącym do Niemiec. Pierwotnie nazywała się Susanne
Lobethal i mieszkała przy Goethestrasse 45–47. Jej rodzina liczyła się w mieście,
ale gdy opuścił ich ojciec, nadeszły dla nich ciężkie czasy. Potem, w przededniu
wojny, Susanne uzyskała miejsce w Kindertransport do Anglii, Ernst jednak nie
miał tyle szczęścia. Został w Niemczech i w styczniu 1943 roku wywieziono go do
Auschwitz.
Teraz dopiero Rob i Patrick zaczynali rozumieć, dlaczego tak trudno było im
odnaleźć Susanne. Okazało się, że będąc w Anglii, nigdy nie przyjęła nazwiska
Cottrell. To było moje błędne założenie, choć uważała Idę Cottrell, która przyjęła
ją pod swój dach, za kogoś w rodzaju matki. Po wojnie Susanne otrzymała
brytyjskie obywatelstwo i skróciła prawdziwe nazwisko, stając się Susanne Bethal.
To nazwisko ani razu nie pojawiło się w trakcie poszukiwań. Było brakującym
i niezbędnym ogniwem. Bez podpowiedzi rodziny Warwick, że po ślubie nazywała
się James, wszystko byłoby stracone. Żeby pogmatwać sprawy jeszcze bardziej, jej
pierwszy małżonek zmarł w 1994 roku, a ona wyszła za mąż powtórne, jeszcze raz
zmieniając nazwisko. Jej drugi mąż, Richard, który niestety zmarł w jakiś rok po
wizycie Roba i Patricka, siedział w fotelu speszony całym tym zamieszaniem, ale
uradowany towarzystwem.
Susanne nie dała się namówić na wywiad telewizyjny, tym razem jej nieśmiałość
ją pokonała. „Och, wychodzę okropnie na zdjęciach” – upierała się.
To nieprawda. Wyglądała jak idealna babcia.
Siedząc obok nich na sofie, potwierdziła wszystko to, o czym zaledwie ośmielali
się marzyć. Wbrew wszelkim przeciwnościom jej brat przeżył. Przeszedł przez
Auschwitz i marsz śmierci. Ernie, jak teraz go nazywała, zniósł olbrzymie
trudności, ocalał i miało to coś wspólnego z papierosami. Nie widzieli się przez
wiele lat po wojnie, a i potem widywali się bardzo rzadko. Przyjął amerykańskie
obywatelstwo i, podobnie jak Susanne, skrócił swoje rodowe nazwisko, ale podczas
gdy ona stała się panną Bethal, on zaczął się posługiwać nazwiskiem Ernie Lobet.
Susanne przypominała sobie list do Auschwitz i papierosy wysłane bez pewności,
że dotrą tam w czasie wojny, ale niewiele ponadto.
Wiedziała, że te papierosy pomogły mu przetrwać, ale nie była pewna, w jaki
sposób. Pamiętała, że w 1945 roku spotkała się z wysokim brytyjskim żołnierzem,
który wrócił z niewoli i odnalazł ją, żeby powiedzieć, że jej brat otrzymał
papierosy. Tym żołnierzem byłem ja.
Przeżyłem brutalną wojnę, potworną niewolę i marsz przez Europę Środkową,
żeby dotrzeć do domu. W tym okresie mocno straciłem na wadze i groziła mi utrata
zmysłów. Dziś jestem przekonany, że wywarłem na niej okropne wrażenie i raczej
nie złagodziłem bólu. Sześćdziesiąt cztery lata wcześniej wkroczyłem w jej życie
i wyszedłem z niego, nie pozostawiając po sobie śladu.

Po nakręceniu programu nastąpiła długa cisza. Rob i Patrick milczeli.


Zastanawiałem się, co jest grane. W tym momencie kluczową postacią całej historii
stał się Peter, syn Susanne, który mieszka z żoną w Stanach Zjednoczonych. Susanne
powiedziała, że historia życia Ernsta została zarejestrowana przez Instytut Fundacji
Shoah, która zbiera nagrane na wideo świadectwa osób ocalałych z Holokaustu.
Z biegiem lat powstało z tego ogromne archiwum najmroczniejszych wspomnień
stulecia. Peter miał kopię wywiadu, którego Ernie – jak będę go od tej pory
nazywał – udzielił w 1995 roku.
Rob zadzwonił do Petera w Ameryce, ale dowiedział się tylko, że już wcześniej
zrobiła to Susanne, przekazując z wielkim podnieceniem wieści o wizycie
dziennikarzy. Rob przekazał Peterowi całą historię w takiej postaci, jaką znał w tym
czasie, i poprosił o sprawdzenie, czy w nagraniu Ernie wspomniał, choćby
mimochodem, o brytyjskim jeńcu wojennym, który pomógł mu w Auschwitz.
Powiedziałem Robowi, że nie używałem tam swojego prawdziwego imienia.
Jeśli już się przedstawiałem, to jako „Ginger”. Rob przekazał to Peterowi, który
wujka wspominał z ogromną sympatią. Zgodził się obejrzeć ten wielogodzinny
wywiad.
Kilka dni później Rob wracał z pracy później niż zwykle, przez londyński
dworzec kolejowy Blackfriars. Było już ciemno, nadchodziła zima i wietrzyk
smagał mżawką. Dla zabicia czasu przespacerował się aż na koniec peronu, który
wychodzi na Tamizę, żeby popatrzeć na panoramę miasta. Spoglądał na unoszącą
się nad czarną, pełną rozbłysków wodą kopułę katedry Świętego Pawła, kiedy
zadzwonił jego telefon komórkowy.
Pośród transatlantyckich trzasków usłyszał głos Petera:
– Obejrzałem wideo. To niesamowite. Rob, będziesz chciał to zobaczyć.
Rozdział 21

Po tych wszystkich latach rozpaczliwie chciałem porozmawiać z Susanne.


Musiałem wiedzieć, co się stało z Ernstem i jak przeżył. Pragnąłem też wyjaśnić
moje dziwaczne zachowanie przy naszym pierwszym spotkaniu.
Rob powiedział, że nie chce, bym rozmawiał z nią przez telefon. Oświadczył, że
organizują nasze spotkanie i chcą utrwalić na taśmie pierwsze słowa, które do
siebie wypowiemy. Zgodziłem się – w końcu to oni odwalili całą robotę.
Rob zadzwonił i powiedział, że będziemy mieć opóźnienie. Susanne chciała
zaczekać, aż jej syn Peter przyleci za kilka tygodni z Ameryki razem ze swoją żoną
Lynn. Wtedy cała trójka mogłaby przyjechać do Derbyshire. To wyglądało na
dobry plan. Na kilka dni przed umówionym spotkaniem zadzwonił Rob z sugestią,
żebyśmy po zakończeniu zdjęć wybrali się wszyscy na lunch do jakiegoś pubu. Nie
widziałem takiej potrzeby i nie chciałem, żeby nasze spotkanie odbywało się
w miejscu publicznym. Audrey przygotuje nam lunch – czy może być coś lepszego?
Później Rob wyznał mi, że zastanawiali się, czy po tak długim czasie będziemy
mieli sobie wiele do powiedzenia.
Mogę zrozumieć ich obawy. Przecież w 1945 roku wcale nie byliśmy
przyjaciółmi. Pojechałem do niej z poczucia obowiązku, a potem uświadomiłem
sobie, że nie mogę powiedzieć niczego, co by jej pomogło. Po tylu latach nawet
bliscy przyjaciele musieliby poznawać się od nowa, a my mieliśmy zaczynać od
zera.
Nadszedł dzień spotkania. Chciałem dobrze wypaść, więc założyłem niebiesko-
złoty krawat z jedwabiu i wzorzystą kamizelkę. Nigdy nie poświęcałem strojom
zbyt wiele uwagi, ale oni mieli przejechać długą drogę, żeby mnie zobaczyć,
a przecież nikt z nas nie młodniał.
Rob, Patrick i kamerzysta zjawili się wcześniej. Audrey zrobiła im herbaty
i staliśmy sobie, gawędząc. Denerwowali się chyba bardziej niż ja. Rob wyszedł na
zewnątrz, bo zadzwonił jego telefon komórkowy i chciał mieć lepszy sygnał.
W nocy padało, w powietrzu unosiła się wilgoć. Rob wrócił, żeby powiedzieć, że
samochód zajechał, po czym wyszedł ponownie, żeby wskazać im drogę.
Nie zamierzałem czekać, aż zadzwoni dzwonek u drzwi. Wyszedłem przed dom
i zobaczyłem ją – miała na sobie szary płaszcz z futrzanym kołnierzem i czerwony
szalik. Sześćdziesiąt lat to mnóstwo czasu, ale pełna werwy szła ścieżką, razem
z synem i jego żoną. Skręciła, żeby wejść na schodki, podniosła wzrok,
uśmiechnęła się i powiedziała:
– Cześć.
Kiedy dotarła do drzwi, wziąłem ją za rękę i po raz pierwszy mogłem zobaczyć
ją wyraźnie.
– Susanne – powiedziałem, pochylając się, żeby ją pocałować, najpierw w jeden
policzek, potem w drugi – jak się masz, moja kochana?
– Cudownie cię widzieć – odparła. – Cudownie – powtórzyła.
Trzymałem ją teraz za obie dłonie, mogliśmy przyjrzeć się sobie dokładnie.
– To ponad sześćdziesiąt lat – stwierdziłem. – Ponad sześćdziesiąt lat.
Wprowadziłem ich do domu.
– Masz zachwycający dom – powiedziała Susanne, podziwiając widok z okna. –
Bardzo się cieszę.
Ostrzegano mnie, że może być onieśmielona, ale nie sprawiała takiego wrażenia.
Wyznała mi później, że łagodne wzgórza w naszej okolicy podniosły ją na duchu
i uspokoiły, kiedy się zbliżali samochodem.
– Byłaś wyższa, kiedy pierwszy raz cię spotkałem – oświadczyłem bezczelnie.
– Bardzo się skurczyłam.
– Och, witaj w klubie.
– A ty byłeś bardzo wysoki – dodała. – To jedyne, co o tobie zapamiętałam.
Wielkie nieba, po tak długim czasie wspaniale było ją widzieć, ale ja od razu
zacząłem przeżywać to wszystko na nowo. Czułem, że to dziwne spotkanie z 1945
roku jest wciąż pomiędzy nami i chciałem zrzucić z serca ten ciężar.
– Próbowałem sobie przypomnieć, co ci wtedy powiedziałem. To musiało być
okropne, bo byłem wówczas taki pokręcony, że nie potrafiłem ci niczego wyjaśnić
ani powiedzieć, co czuję.
Skinęła głową.
Rozmawialiśmy o listach do mojej matki, o papierosach, które przysłała mi dla
Erniego, o wszystkim.
– Znakomicie się spisałaś – powiedziałem jej – te papierosy były dla Ernsta żyłą
złota.
Wtedy wciąż jeszcze używałem jego pierwotnego imienia.
– Nic więcej nie mogłam zrobić w czasie wojny – odparła. – Mój brat był
wspaniały. Miał złote serce, nie można było go nie lubić.
Opowiedziałem jej o tym, jak prawie go złapali w Bude, szopie na budowie IG
Farben. Wiedziałem, że to bystry chłopak. Zachował spokój.
– To niesamowite – powiedziała. – I przez te wszystkie lata nie wiedziałeś, że
Ernie przeżył?
– Nie miałem o tym pojęcia.
– Tyle lat. Mój Boże. – Spojrzała na mnie i dodała: – Żałuję, że go tu dzisiaj nie
ma.
– Ja też żałuję – westchnąłem.
Minęła sekunda lub dwie, zanim jej słowa do mnie dotarły. Przez cały czas był
w Ameryce, tak łatwo mogliśmy się spotkać! Ta świadomość spłynęła na mnie
w połowie następnego zdania. Opanowałem się i próbowałem mówić dalej.
– Chciałbym mieć jego fotografię. Chciałbym porozmawiać z jego rodziną.
– Będą uszczęśliwieni – powiedziała Susanne, ale ja nie mogłem dłużej słuchać.
Wszystko spadło na mnie jednocześnie: wiadomości o Erniem, straszne
wspomnienia i emocje tłumione przez tyle lat. Poczułem kluchę w gardle
i zasłoniłem twarz. Zgiąłem się, jakbym walczył z wiatrem. Pochylony przed
kobietą, którą ledwie znałem, czułem jak łzy, do których nigdy nie byłem zdolny,
napływają mi do oczu.
– Przepraszam – powiedziałem łamiącym się głosem. Wciąż zgięty wpół,
poczułem dłoń Susanne na moim ramieniu.
Minęła chwila, w czasie której nikt nic nie mówił. Potem ktoś zasugerował,
żebyśmy wszyscy usiedli i odprężyli się. Ktoś inny wspomniał o herbacie, mogłem
nareszcie czymś się zająć. Znowu byłem gospodarzem. Wziąłem kilka głębokich
oddechów, pozbierałem się, przestawiłem sofę i posadziłem całe towarzystwo.
Teraz zrobiło się łatwiej. Lynn zaczęła swobodnie mówić. Okazało się, że
wiedziała o moim istnieniu, odkąd przed wielu laty poznała Petera. Ernie opowiadał
im o angielskim jeńcu wojennym zwanym „Ginger”.
– Zawsze wiedziałam, że pan istnieje – oświadczyła. – Ale nie wiedzieliśmy, że
ma pan na imię Denis. – Opowiedziała, jak usłyszała tę historię podczas weekendu
spędzonego z Erniem. – Nie wyobrażacie sobie, ile to dla niego znaczyło.
Poznałam te wydarzenia około sześćdziesiąt lat po później. Dla niego świadomość,
że Susanne wie, iż on nadal żyje, była bardzo ważna.
Potem kontynuowała.
– Nikt nie cieszył się życiem bardziej niż Ernie. Był złotym człowiekiem,
prawdziwym gawędziarzem. Przetrwał i przeżył cudowne życie.
Susanne cierpliwie czekała, żeby coś mi podać. Teraz, przy odrobinie zachęty,
mówiąc dość oficjalnie, jakby przećwiczyła te słowa, skorzystała z okazji.
– Miło mi, że mogę dać ci to nagranie, którego Ernie dokonał w 1995 roku –
powiedziała, wręczając mi płytę DVD.
Peter wyjaśnił mi, że to wyciąg z historii życia Erniego, nagranej dla Fundacji
Shoah.
– Denis, będziesz chciał to zobaczyć – dodał.
Wspięliśmy się po spiralnych schodach na półpiętro, gdzie na ogół otwieramy
gwiazdkowe prezenty i wypijamy jedno lub dwa piwa z rodziną i przyjaciółmi.
Opadłem na sofę obok Susanne, a ktoś wsunął płytę do odtwarzacza.
Minęła chwila, zanim na ekranie pojawił się nieruchomy obraz. Ernie wyglądał
całkiem nieźle jak na siedemdziesięciolatka. Miał mocne, siwe, zaczesane do góry
włosy, nosił szykowną, niebieską koszulę, rozpiętą pod szyją. Rozpoznałem tę
samą, sympatyczną twarz, którą widziałem na zdjęciach, a na niej rysy tego
chłopaka, którego poznałem. Siedział w pokoju obstawionym książkami, a nad jego
prawym ramieniem widać było małą lampkę na biurko.
Domyśliłem się, że jest w trakcie opowieści o Auschwitz, bo się nie uśmiechał.
– O, jest! – powiedziała Susanne, zobaczywszy jego twarz. Miała po raz pierwszy
obejrzeć ten wywiad. Pomyślałem, że będzie to dla niej niełatwe. Dla niej był
bratem, ale mieliśmy przejść przez to razem. Nagle nieruchomy obraz ożył i Ernie
mówił wprost do nas.
Opowiadał niezwykłą historię obozową o dwóch czeskich Żydach z Pragi, którzy
zaprzyjaźnili się z pewnym cywilem, przemycającym żywność od ich dziewczyn
pozostających na zewnątrz. To był fascynujący wstęp.
Powoli zaczął zbaczać ku czemuś, co brzmiało bardziej znajomo. Miałem
wrażenie, że wiem, do czego zmierza.
– Mnie zdarzył mi się inny szczęśliwy traf – powiedział.
Wyjaśnił, że dostarczał zupę niemieckim pracownikom cywilnym.
Nagle wszystko nabrało sensu.
Mnie wydawało mi się, że jest jakimś posłańcem i dlatego może poruszać się po
obozie swobodniej niż inni więźniowie.
Mówił, jak szukał kontaktu z angielskimi jeńcami wojennymi. Chciał im
powiedzieć, że ma siostrę w Anglii. Wspominał, że przez jakiś czas obserwował
pewnego jeńca w mundurze khaki. Uświadomiłem sobie, że mówi o mnie.
Wydawało mu się, że coś spawałem, i czekał, aż rzucę niedopałek papierosa.
Wszystko się zgadzało. Kiedy mówił, ponownie przeżywałem tę chwilę. Opisywał,
w jak sztywny sposób przedstawiliśmy się sobie całe wieki temu.
Ernst podał swoje imię i zapytał o moje. Złapałem Susanne za rękę. Odpowiedź
brzmiała: „Ginger”.
– Gingy – powtórzyłem, słysząc to tak, jak zabrzmiało w jego ustach.
Twarz Erniego rozjaśniła się, kiedy o tym opowiadał. Spoglądając na coś z lekko
przechyloną głową, opisywał moje rude włosy. Kąciki jego ust uniosły się
w miłym uśmiechu, gdy wspominał młodego żołnierza, którym byłem właśnie ja.
W sprawie niektórych szczegółów pamięć nieco go zawodziła. Wydawało mu się
na przykład, że zapisałem adres. Jestem przekonany, że go zapamiętałem, ale i tak
wszystko było jasne jak słońce. Pamiętał mnie i to się liczyło.
Opowiedział całą historię mniej więcej tak, jak ja ją tutaj zrelacjonowałem.
Przypominał sobie, że od czasu do czasu, kiedy nikt nie patrzył, dawałem mu
papierosa, a potem, kilka miesięcy później, zawołałem go. Historia zbliżała się do
zakończenia, a on wypowiadał słowa coraz szybciej.
– Dał mi list – powiedział, wypuszczając gwałtownie powietrze i przełykając
ślinę, żeby zachować spokój – i dziesięć paczek papierosów, i jeszcze tabliczkę
czekolady od mojej siostry.
W jego oku pojawił się błysk.
Tak oto Audrey, Susanne i ja, Peter i jego żona, siedzieliśmy w moim domu
w Derbyshire, słuchając, jak Ernie opowiada historię, która wydarzyła się
sześćdziesiąt pięć temu. To było jak przesłanie zza grobu.
Nie był pewny, czy tylko on miał tyle szczęścia, bo nigdy się z tym nikomu nie
zdradził. Wiedział, że mówiąc o czymś takim, naraziłby moje życie, więc zachował
milczenie. Byłem poruszony.
To, co zrobiłem, było zupełnym drobiazgiem w zestawieniu ze zbrodniami,
których doświadczał Ernie, lecz oglądając go, wiedziałem, jak wiele to dla niego
znaczyło.
– Tam dziesięć paczek angielskich papierosów – powiedział, jak gdyby chciał to
podkreślić – liczyło się tak, jakby dziś otrzymać Centrum Rockefellera.
W 1944 roku Ernie przebywał w Auschwitz III, tuż obok właściwego obozu
śmierci, a ja przyniosłem mu list od jego siostry z Anglii. Kiedy to powtarzał
wtedy, pięćdziesiąt lat później, wydawał się równie zdumiony, jak ja w chwili, gdy
mu ten list dawałem.
Ale jak przeżył marsz śmierci? Wciąż tego nie wyjaśnił. Podkręciłem mój aparat
słuchowy, żeby nie uronić ani słowa, a on zaczął mówić, co zrobił z papierosami.
Wiele z nich oddał za coś, co nazwał „przysługami w przyszłości”.
Nawet w Auschwitz Ernie pozostał szczodry. Kilka papierosów ofiarował
przyjacielowi o imieniu Makki, kilka pewnemu człowiekowi, który przyjechał
z nim z Wrocławia tym samym transportem, a kilka swojemu kapo, bez wątpienia
licząc na ochronę. Potem przeszedł do rzeczy.
– Podeszwy moich butów zdarły się i zaczynały przypominać sito – powiedział. –
Oczywiście, w obozach byli także szewcy, więc za dwie paczki angielskich
papierosów Players dałem sobie zrobić nowe, grube zelówki.
Wszystko zaczynało układać się w całość.
– I to uratowało mi życie podczas marszu śmierci w 1945 roku – oświadczył
Ernie.
No i proszę, to było takie proste. Chodziło o buty. Mijałem te wszystkie ciała –
ciała ludzi, którzy się poślizgnęli i zostali zastrzeleni, doznali odmrożeń i zostali
zastrzeleni; którym drewniane chodaki wżynały się w opuchnięte stopy, aż nie
mogli iść dalej i byli zabijani. Ernie wykorzystał papierosy do zdobycia czegoś, co
stanowiło o różnicy między życiem a śmiercią – mocnych butów.
Wyjaśnił, że w porównaniu z wieloma współwięźniami miał olbrzymie
szczęście. Kiedy zbliżyli się Rosjanie i SS przygotowywało ewakuację Auschwitz,
był w lepszej formie niż wielu innych. Mówił po niemiecku, miał uskładane trochę
chleba, papierosy na wymianę i buty nadające się do długiego marszu. Gdy
esesmani zaczęli gromadzić więźniów, uznał, że najlepiej znaleźć się na czele
kolumny. Wiedział, że dokądkolwiek pójdą, miejsca będzie mało. Tym, którzy
maszerowali z tyłu, groziło spanie na lodzie.
Opowiadał o głębokim śniegu i przenikliwym zimnie, które i ja zapamiętałem.
Szacował, że z Auschwitz III wyprowadzono dziesięć tysięcy ludzi, a z głównego
obozu – trzydzieści tysięcy. Tego okropnego dnia wszyscy oni rozpoczęli
sześćdziesięciokilometrową wędrówkę do Gliwic, prowadzeni przez uzbrojonych
strażników.
Powiedział, że dla ogromnej większości współwięźniów o tej porze roku, przy
ich nędznej odzieży, wyniszczeniu i chorobach, przejście tej drogi stanowiło
niewykonalne zadanie.
– Padali jak muchy – stwierdził. – A każdy, kto upadł, był zabijany.
– Wydaje się smutny, prawda? – powiedziała Susanne, kiedy film się skończył. –
Przeżywał to wszystko na nowo.
Chcieli, żebym od razu powiedział, co o tym sądzę, ale nie potrafiłem znaleźć
słów. Tak bardzo się cieszyłem, że mnie pamiętał i że przyczyniłem się do jego
ocalenia.
– Nie słyszałam tej historii – wyznała Susanne. – To niezwykłe przeżycie.
Uświadomiłem sobie, że dla niej wszystko, co usłyszała, było objawieniem.
Zrobiła, co mogła, ale nigdy nie dowiedziała się, w jaki sposób te przemycone
papierosy pomogły jej bratu pozostać przy życiu.
– Nie mogłam wiele uczynić w czasie wojny – powiedziała mi – ale cieszyłam
się, że to coś dało.
Przerwała na chwilę, po czym życzyła mi bardzo długiego życia i wiele
szczęścia, co w moim wieku znaczy bardzo dużo.
Opowiedziałem jej o tym, jak bezskutecznie próbowałem odszukać ją ponownie,
kiedy już przyszedłem do siebie. Chciałem jej wszystko wyjaśnić.
– Żałuję, że nie byliśmy w kontakcie – rzekłem.
– Tak – odparła. – To mogło być miłe, gdy byliśmy młodsi.
Rozdział 22

Pierwsze emisje mojej opowieści przed kamerą wywołały żywą reakcję.


Kontaktowali się ze mną ludzie, o których nie słyszałem od kilkudziesięciu lat.
Największą przyjemność sprawił mi telefon od Henry’ego Kamma, byłego
korespondenta „New York Timesa”, laureata nagrody Pulitzera, mieszkającego na
południu Francji w przerobionym na dom młynie. Henry, jak co rano, zalogował
się w swoim komputerze, kliknął na biuletyn wiadomości światowego serwisu BBC
i zobaczył program Roba poświęcony brytyjskiemu jeńcowi wojennemu
i Auschwitz. Nadstawił pilniej uszu, kiedy usłyszał wzmiankę o żydowskim więźniu
imieniem Ernst i uświadomił sobie, że chodzi o jego starego przyjaciela, Erniego
Lobeta. Ogromnie mnie uradował jego telefon, a ciepłe słowa na temat tego, w jaki
sposób pomogłem Ernstowi, bardzo podniosły mnie na duchu. Wkrótce potem
otrzymałem przesyłkę z Francji. Znalazłem w niej egzemplarze książki Henry’ego.
Przerzuciłem kilka kartek i znalazłem poruszającą, ręcznie napisaną dedykację. Nie
przytoczę jej tutaj, ale to słowa, które będę cenił do końca moich dni.
Telefon nie przestawał dzwonić. Dwukrotnie zaproszono mnie na Downing
Street, zabrano na lunch do Izby Lordów, przemawiałem do tłumnie zgromadzonej
publiczności na spotkaniach towarzystwa Cambridge Union oraz Stowarzyszenia
Studentów Żydowskich Chabad w Oksfordzie.
W następnych miesiącach udzielałem niezliczonych wywiadów dla radia,
telewizji i gazet. Było tego wszystkiego znacznie więcej, niż się spodziewałem.
Uhonorowała mnie także Międzynarodowa Fundacja im. Raoula Wallenberga.
Skontaktowali się ze mną, mówiąc, że chcą mi przyznać dyplom w uznaniu moich
dokonań i posyłają artystę, Felixa de la Concha, żeby mnie malował. Tym razem
Audrey podeszła do sprawy rzeczowo i zapytała, kto będzie płacił za podkład.
Miałem spotkania w szkołach i wygłosiłem mowę na dobroczynnym obiedzie
organizacji Holocaust Educational Trust, w eleganckim londyńskim lokalu. To
akurat zdarzyło się tydzień po tym, jak pewien specjalista szczerze mi powiedział,
że utracę wzrok także w moim zdrowym oku. Zgodnie z zaleceniem lekarza,
wkroczyłem zatem na podium wystrojony w marynarkę i krawat, prezentując
zgromadzonym wytworne, ciemne okulary, mające chronić moje jedyne oko przed
blaskiem reflektorów. Rob powiedział, że wyglądałem jak podstarzały Jack
Nicholson przeżywający gorszy dzień. Radził, żebym mówił krótko i zmierzał
prosto do pointy, bo czas na moje wystąpienie jest ograniczony. Zacząłem opowieść
od wydarzeń w Egipcie, a on przestraszył się, że czeka nas wszystkich długi
wieczór. W końcu zmieściłem się w dziesięciu minutach, co, jak na mnie, nie jest
złym wynikiem. Teraz, kiedy mam okazję mówić, czuję, że powinienem opowiadać
całą historię.
Okazało się, że okulary nie były potrzebne. Kilka tygodni później inny lekarz
powiedział, że moje zdrowe oko powinno mi posłużyć do końca życia. Czy
w moim wieku można oczekiwać czegoś jeszcze?
Znalazłem się w wirze zdarzeń. Rob przekonał mnie do napisania książki
i maglował mnie dość regularnie, sięgając do tych zakamarków mojej pamięci,
których nie miałem ochoty zgłębiać. To były trudne doznania, w tym samym
stopniu oczyszczające, co bolesne, lecz w miarę jak spowijający to wszystko mrok
zanikał, robiło się łatwiej.
Rob kontynuował też swoje badania, które mojej pamięci stawiały ciekawe znaki
zapytania. Wciąż mnie wypytywał, czy jestem pewien, że widziałem napis „Arbeit
macht Frei” nad bramą Auschwitz III. Byłem o tym przekonany, ale według niego
niektórzy eksperci kwestionowali ten fakt, a z tego obozu nie zostało dzisiaj nic, co
mogłoby moje słowa potwierdzić lub obalić. Napis taki, jak wszyscy dziś wiedzą,
mieści się nad bramą głównego obozu, Auschwitz I. Przez ponad sześćdziesiąt lat
zakotwiczył się w pamięci zbiorowej właśnie tam, choć okazało się, że takie napisy
były w wielu obozach. Rob powiedział, że w najbardziej sugestywnej relacja z życia
w Auschwitz III – pozostawionej przez jego więźnia i pisarza, Primo Leviego –
kilkakrotnie pojawiało się wspomnienie o napisie w Auschwitz III, ale osoba
kierująca badaniami nad Auschwitz nie była przekonana, że to prawda. Ten fakt
zasiał w umyśle Roba tyle wątpliwości, że kilkakrotnie wracał, żeby się upewnić.
Trzeba wiedzieć, że żyje już niewiele osób, które można o to zapytać. Potem stało
się coś dziwnego. Spotkałem kolejnego człowieka, który przeżył ten obóz. Ów
przemiły pan mieszkał w Wielkiej Brytanii i nazywał się Freddie Knoller. Mogłem
pracować obok niego w IG Farben, wcale o tym nie wiedząc. Rob również z nim
pogawędził, a to, co Freddie mu powiedział, rozwiało jego wszelkie wątpliwości
związane z tym strasznym napisem. Ja widziałem go tylko kilka razy i to przelotnie,
ale on przechodził przez tę bramę każdego dnia.
Od samego początku chciałem poznać historię reszty życia Erniego. Chciałem
wiedzieć, co się z nim stało po Auschwitz i jak żyło mu się w Ameryce. Rob
pokazał mi mały fragment długiego wywiadu dla Fundacji Shoah, tylko tę część,
w której Ernie mówił o mnie, papierosach i początku marszu śmierci. Powiedział,
że sam chce przejrzeć cały wywiad, zanim pokaże mi kompletną historię życia
Erniego. Musiałem jeszcze trochę poczekać.
Rozpoczęło się zbieranie informacji, a potem, pewnego letniego dnia 2010 roku,
Rob przyjechał do Derbyshire z kolejnymi zdumiewającymi wiadomościami. Tym
razem nie chodziło o Auschwitz, tylko o moje wcześniejsze dzieje, a mianowicie
o ten storpedowany na Morzu Śródziemnym statek, z którego uciekłem w roku
1941.
Rob powiedział, że według zapisów archiwalnych Włosi utracili w tym okresie
wiele statków handlowych, ale tylko jedna jednostka pasowała do mojej opowieści.
Inne poszły na dno albo w niewłaściwym miejscu, albo w nieodpowiednim czasie.
Jego zdaniem statkiem, na który trafiłem, musiał być „Sebastiano Venier”, znany
też jako „Jason”. Rob rozłożył na stole w jadalni mapy i rejestry, i omówił je
wszystkie po kolei, a z jego wykładu wynikało, że to musi być ten statek. To mi
wiele wyjaśniało.
Torpeda uderzyła w „Sebastiano Veniera” 9 grudnia 1941 roku. Wystrzelił ją
jeden z naszych okrętów podwodnych, HMS „Porpoise”, dowodzony przez
komandora porucznika Pizeya. Zginęły setki alianckich żołnierzy, w tym wielu
Nowozelandczyków. Dziś taki wypadek określa się słowami: „zginąć od ognia
swoich” i zalicza się go do najgorszych zdarzeń w historii, ale wówczas kalkulacja
była znacznie prostsza: wojen nie wygrywają jeńcy, a nieprzyjacielska żegluga
pomaga zaopatrywać Rommla. Bez względu na to, ilu jeńców miało zginąć, statki
należało zatapiać, by ratować życie tych, którzy nadal walczyli. Wynikało z tego
wyższe dobro, a koszty nie miały znaczenia. Cenę płacili ludzie tacy jak my.
To były złe wieści. Rzeź na pokładzie, zwłaszcza w ładowni, w którą trafiła
torpeda, była potworna. Rob odkrył też, że nie wszyscy jeńcy z tego statku zginęli.
Prawdę mówiąc, większość ten atak przeżyła. Nie mogłem w to uwierzyć, to
przecież nie było możliwe.
Wydostałem się na pokład wkrótce po uderzeniu torpedy i wyskoczyłem za burtę
bez zastanowienia, odbijając się najmocniej, jak mogłem, żeby oddalić się od
zagrożonej jednostki. Widziałem, jak statek znika powoli w oddali, przechylając się
coraz bardziej w stronę dziobu. Potem straciłem go z oczu. Byłem przekonany, że
poszedł na dno ze wszystkimi uwięzionymi w środku nieszczęśnikami.
Pamiętam, że wkrótce potem morze bardziej się wzburzyło i niewiele mogłem
dojrzeć wśród fal. Potem zaś pojawił się włoski ścigacz okrętów podwodnych.
Pływał pośród tych, którzy przeżyli, i zrzucał bomby głębinowe. Oczyma
wyobraźni nadal widziałem nazwę tego okrętu – „Centurion” czy coś w tym
rodzaju. Sprawdziwszy to w zapisach, Rob orzekł, że prawie na pewno był to
„Centauro” – włoski okręt klasy „Spica” – mający na pokładzie nowozelandzkiego
generała, który przeżył i mógł opowiedzieć, co widział.
W tym momencie w wodzie było sporo ludzi, ale w miarę upływu czasu wszyscy
potonęli. Z tego, co widziałem wokół siebie, nikt nie pozostał na wodzie. „Jak to
możliwe – pytałem – że ktokolwiek przeżył?” „To proste – odpowiedział Rob –
»Sebastiano Venier« nie poszedł na dno”. Wręcz zasłynął z tego, że utrzymał się na
powierzchni. Początkowo nie mogłem pojąć tych słów. Skacząc do morza, byłem
przekonany, że statek zatonie w ciągu kilku minut. To była jedna z moich
automatycznych reakcji, nie zastanawiałem się nad nią, a teraz słuchałem opowieści
o jeszcze bardziej niezwykłym dramacie, który rozegrał się na pokładzie, kiedy ja
pływałem w wodzie obrzucany bombami głębinowymi.
W poprzedniej podróży „Sebastiano Venier” wiózł zaopatrzenie dla Bengazi. Dla
załogi była to straszna przeprawa. Ich statek jako jedyny z pięciu dotarł do celu.
Resztę zatopiły ataki lotnicze z Malty oraz działa Królewskiej Marynarki Wojennej.
Po tym rejsie marynarze mieli nerwy w strzępach. Szczególnie roztrzęsiony był
włoski kapitan. Wyruszając na morze w drogę powrotną, wszyscy członkowie
załogi wiedzieli, co ich czeka, i tylko jeńcy uwięzieni pod pokładem nie mieli
o niczym pojęcia. Statek dotarł aż do południowego wybrzeża Grecji, kiedy, jak
wynika z zachowanych relacji, kapitan dostrzegł wśród fal peryskop alianckiego
okrętu podwodnego. Wpadł w panikę i doszedł do wniosku, że wszystko stracone.
Obawiał się, że uderzenie torpedy spowoduje, że około dwa tysiące alianckich
jeńców, których przewoził, przedrze się na pokład i zajmie nieliczne łodzie
ratunkowe, w jakie wyposażono statek. Pragnął ocalić własną skórę, kazał więc
załodze opuścić jednostkę jeszcze przed uderzeniem pierwszej torpedy. Ta decyzja
obróciła się przeciwko niemu i okryła go hańbą, przypieczętowując jego los.
„Sebastiano Venier” znajdował się jakieś trzy i pół mili na zachód od miasta
Methoni, leżącego na południowym krańcu Grecji, kiedy trzecia torpeda odpalona
przez HMS „Porpoise” trafiła w ładownię numer jeden, w dziobowej części statku,
zabijając na miejscu wielu uwięzionych w niej ludzi.
Część z tych, których pozostawiłem za sobą, zrobiła to samo co ja i wskoczyła
do morza, przekonana, że statek idzie na dno. Niewielu przeżyło. W tym momencie
jednostka wykonała bowiem zwrot w prawo, jej rufa obracała się i ci, którzy
wyskoczyli przez bakburtę, czyli z lewej strony, byli wciągani w kilwater
i szatkowani na kawałki przez śruby.
Człowiekiem, który uratował statek i pozostałych jeńców, był tajemniczy, do
dzisiaj niezidentyfikowany Niemiec. Pojawił się jak najdziwniejszy rodzaj anioła
stróża, wymachując pistoletem i ciężkim kluczem. Przywrócił porządek i zmusił do
posłuchu kilku włoskich mechaników, których przełożeni pozostawili na pokładzie,
po czym, za pośrednictwem alianckiego podoficera, przekonał jeńców, żeby się
uspokoili i zostali na pokładzie. Powiedział im, że jeśli będą działać razem, zdołają
być może ocalić statek, i że ich największym wrogiem jest teraz morze. Kazał
ludziom przejść na rufę jednostki, mówiąc, że w ten sposób odciążą, choćby
minimalnie, sekcje dziobowe. Zapewniał, że od tego zależy życie wszystkich.
Rozkazał utworzyć punkty pierwszej pomocy, gdzie opatrywano rannych i w końcu
wydał komendę ponownego, bardzo powolnego uruchomienia silników. Nie
mogłem uwierzyć w to, co słyszę. To była fascynująca historia, coś, co bardzo
chciałbym zobaczyć.
W tamtym momencie musiałem być w wodzie już od około dwudziestu minut
i zdążyłem przedryfować dość daleko. Wlokąc z tyłu zalany wodą dziób niczym
kotwicę, tajemniczy Niemiec zaczął płynąć małą wstecz i bardzo powoli prowadził
statek przez mile dzielące jednostkę od brzegu. Kilka godzin później, pośród
zgrzytu stali, wpłynął na przybrzeżne skały. Rozległy się serdeczne alianckie
wiwaty na cześć niemieckiego żeglarza, który odłożył na bok wojenne animozje, by
uratować tylu ludzi, ilu tylko się dało.
Szalupy z kapitanem i załogą też powoli dotarły do lądu. Marynarze wysiedli na
brzeg i zobaczyli, że podziurawiony statek mozolnie zmierza w ich kierunku i nie
tonie. Gdyby „Sebastiano Venier” poszedł na dno, niewielu ludzi obwiniałoby
kapitana o to, że poświęcił jeńców, by ratować siebie i załogę, a ponieważ statek
z trudem sunął w stronę lądu, było już po nim i musiał sobie zdawać z tego sprawę.
Wieść niesie, że go aresztowano, postawiono przed sądem wojskowym i stracono
za tak szybkie porzucenie jednostki.
Natomiast Niemiec, który zniknął równie szybko, jak się pojawił, stanowił
przykład zupełnie innego człowieka. Prawdopodobnie był mechanikiem
okrętowym, ale jego troska o rannych jeńców nigdy nie została zapomniana. Ci,
którzy się z nim zetknęli, mówili o jego wielkiej odwadze i człowieczeństwie.
Wróg czy nie, ocalił setki alianckich istnień, aczkolwiek podczas prób przedostania
się na ląd ze statku tkwiącego na mieliźnie zginęli kolejni jeńcy.
Nie wiedziałem o tym wszystkim, bo zanim mnie ponownie złapano, przez jakiś
czas przebywałem na wolności, a potem nigdy nie natknąłem się na innych
rozbitków, choć okazało się, że niektórzy z nich też przeszli przez Hektar
Dyzenterii.
Słuchałem tej całej opowieści, ale wciąż mocowałem się z własną pamięcią. To
była niesamowita historia. Rob twierdził, że po tak długim czasie niczego nie
można być pewnym, ale bardzo trudno wyjaśnić, dlaczego mógłby to być inny
statek. Byłem oszołomiony. Ten epizod był dla mnie przerażający, ale, jak wiele
innych rzeczy, został przygnieciony przez to, co nastąpiło później. Świadomość, że
tak wielu ludzi przeżyło tę katastrofę dawała mi ulgę. Przez prawie siedemdziesiąt
lat zakładałem, że przeżyłem tylko ja. W końcu i to do mnie dotarło.
– Więc wcale nie musiałem skakać wtedy do morza – powiedziałem.
– Na to wygląda – odparł Rob.
– Ależ ze mnie głupi dupek.
Rozdział 23

15 listopada 2010

Dzień był początkowo wilgotny i szary, ale kiedy przed południem wyjrzałem na
zewnątrz, zobaczyłem, że podstawa chmur uniosła się, pozostawiając tylko pasma
mgły pod szczytem wzgórza po drugiej stronie doliny, na którą wychodzi dom.
Legenda głosi, że przez zwycięzców jakiejś pradawnej bitwy to miejsce zostało
nazwane Win Hill, Wzgórze Zwycięstwa. Pokonana strona zajęła pozycje na innym
pobliskim wierzchołku, znanym dziś jako Lose Hill, Wzgórze Przegranej. Nie
wszystko w rejonie Peak District, gdzie mieszkam, ma swoje przeciwieństwo. Po
opanowaniu tutejszego dialektu ta część świata wydaje się przyjazna. Jeśli dodać do
tego ciepłe łóżko i trzy solidne posiłki dziennie, to myślę, że w końcu pojąłem,
o co chodzi w życiu.
Rob trochę się spóźnił. Kiedy dojechał, słońce zaczęło już wypalać chmury i nad
Hope Valley, Doliną Nadziei, pojawiały się połacie błękitnego nieba. Przywiózł
z sobą coś, na co czekałem od dwunastu miesięcy: pełną historię życia Erniego
Lobeta, znanego mi jako Ernst, opowiedzianą podczas nagranego na wideo
czteroipółgodzinnego wywiadu. Wspiąłem się na półpiętro po spiralnych schodach,
pragnąc usłyszeć, co działo się z człowiekiem, którego poznałem tak wiele lat
temu. Usiedliśmy przed ekranem telewizora, Rob nacisnął przycisk „play” i Ernie
zaczął od początku, a tym początkiem było dla niego przestronne, ośmiopokojowe
mieszkanie w pięknym mieście Wrocław (Breslau), które przed wojną było
niemieckie. Lobethalowie byli znaczącą rodziną żydowską. Ojciec Erniego
pracował jako dyrektor naczelny sporej fabryki produkującej liny, wiedli dobre
życie. Mieli nawet w rodzinie noblistę, ciotecznego dziadka Paula Ehrlicha, który na
przełomie XIX i XX wieku opracował metodę leczenia kiły.
Ernie opowiedział, jak w 1929 roku, kiedy miał cztery lata, wyjechał z nianią na
krótkie wakacje nad Morze Bałtyckie, a po powrocie dowiedział się, że opuścił ich
ojciec. Widziałem, jak bolesne jest dla niego to wspomnienie. Ojciec spieniężył
wszystkie aktywa firmy i uciekł z jakąś kobietą do Południowej Afryki. Wybuchł
skandal, rozpisywały się o tym wszystkie gazety.
Jego matka Frieda i babcia Rosa musiały borykać się z życiem same, nie mając
pojęcia, dokąd pojechał ojciec. Rodzina przeprowadziła się do znacznie mniejszego
mieszkania. W końcu matka zdołała wytropić męża, podała go do sądu i sprawę
wygrała, choć, jak mówił Ernie, osiągnęła pyrrusowe zwycięstwo, bo nigdy nie
zobaczyła ani grosza.
Jednak lawina kłopotów dopiero miała na nich spaść. Najpierw matka Erniego
zaraziła się gruźlicą i trafiła do szpitala. W tamtych czasach dzieci nie dopuszczano
do gruźlików, więc zobaczył ją zaledwie dwa razy, zanim w 1932 roku zabiła ją
choroba. Ernie powiedział, że umarła z powodu złamanego serca. Rodzina, która
kiedyś posiadała tak dużo, doświadczyła, jak wymykają się jej z rąk wszystkie nitki,
a to był dopiero początek.
– On jest absolutnie wspaniały, prawda? – powiedziała Audrey, wyczuwając
współczucie w słowach, które wypowiadał na temat swojej rodziny.
Babcia Erniego, Rosa, musiała samotnie wychowywać jego i Susanne. Była
niezwykłą kobietą, ale pochodziła z bogatej rodziny i przez większość życia miała
służbę. Teraz nagle przeistoczyła się w starszą panią obarczoną dwójką dzieci, do
wychowania których jej nie przygotowano.
– Przepełniała ją miłość. Dla wnuków była gotowa zdjąć z pleców ostatnią
koszulę – powiedział Ernie, zmagając się z siłą wspomnień, jakby spadły na niego
znienacka.
W końcu babcia uległa naciskom dalszej rodziny i umieściła ich oboje
w żydowskim sierocińcu.
– To było okropne, okropne miejsce – wspominał Ernie.
Nie cierpiał każdej spędzonej tam chwili i przyznał, że poddał się tam, jak sam to
określił, „bardzo destrukcyjnym wpływom”. Jako chłopca małego i chudego
zmuszano go do zjadania większych porcji niż inni i musiał wymyślać coraz to
nowe sposoby pozbywania się jedzenia. Chował porcje ziemniaków z sosem do
chusteczki i wpychał ją do kieszeni, w nadziei, że później je wyrzuci. Uśmiechnął
się, opowiadając, jak ten sos spływał mu po nogach, kiedy biegł, by po obiedzie
pozbyć się zawiniątka.
W miarę jak mówił, działo się coś dziwnego. Czułem, że naprawdę zaczynam go
poznawać. Podobało mi się to, co widziałem. Myślę, że był człowiekiem bardziej
wrażliwym ode mnie i nawet relacjonując wydarzenia ze swojego strasznego
dzieciństwa, potrafił zdobyć się na uśmiech.
Z sierocińca uciekał kilkakrotnie, aż w końcu umieszczono go w rodzinie
zastępczej. Ten czas określił jako najszczęśliwszy w początkach swojego życia.
Nowi opiekunowie dali mu swobodę, mógł wychodzić i wracać, kiedy chciał, ale
dobrze znane mu Niemcy gwałtownie się zmieniały. Miał osiem lat, kiedy w 1933
roku Hitler doszedł do władzy, a dwa lata później w Rzeszy wprowadzono ustawy
norymberskie, zakazujące małżeństw i stosunków seksualnych między Żydami
a „aryjskimi” obywatelami. Kraj coraz szybciej pogrążał się w otchłani.
Pamiętał, że jako trzynastolatek dostał na bar micwę rower, na który jego babcia
pracowała jak niewolnica, robiąc czapki na drutach. Obowiązujący Żydów zakaz
pracy na uniwersytetach i w wolnych zawodach nie miał na niego bezpośredniego
wpływu, ale Kristallnacht – Noc Kryształowa – już tak. Ernie wspominał
piętnastominutowy spacer do szkoły, bo tego listopadowego dnia 1938 roku
przechodził obok rozbitych wystaw sklepowych i splądrowanych nieruchomości.
Kiedy doszedł do pięknej, wrocławskiej synagogi, budynek już stał w płomieniach.
Krążyły pogłoski, że naziści robią obławę na dorosłych mężczyzn pochodzenia
żydowskiego.
Wkrótce po tym skończyła się szkoła. Dorośli w jego otoczeniu prowadzili pełne
rozpaczy rozmowy o emigracji, o ucieczce. Susanne zdobyła miejsce
w Kindertransport do Anglii, ale Ernie pozostał w niemieckim Breslau. Trafił do
czegoś w rodzaju kibucu, programu mającego zachęcić Żydów do powrotu do
pracy na roli i przygotować ich do przyszłego życia w Izraelu. Przez jakiś czas
naziści tolerowali tę grupę, ale w końcu, w pierwszych latach wojny, położyli kres
jej działalności.
Ernie, który miał wtedy zaledwie piętnaście lat, powrócił do domu, żeby
opiekować się swoją chorą i starą babcią, teraz całkowicie od niego uzależnioną.
Tłoczyli się w jednym pokoju, w mieszkaniu na drugim piętrze, bo obowiązujące
przepisy wprowadzały w życie Żydów coraz większe ograniczenia.
Reglamentowano nawet dostawy gazu i elektryczności do zajmowanych przez nich
mieszkań, więc musieli gotować na kuchence opalanej naftą pozyskiwaną od
zaprzyjaźnionego kupca. Erniemu udawało się unikać łapanek i dostał pracę
w zakładzie bieżnikowania opon. Był w stanie utrzymywać babcię i siebie.
Obserwując, jak snuje opowieść, byłem zadziwiony, że tak długo udało mu się
pozostać na wolności. Zawsze obawiałem się, że przebywał w obozach znacznie
dłużej. Mówiłem sobie, że to swoisty uśmiech losu, ale wiedziałem – wszyscy
wiedzieliśmy – jaki miał być koniec jego historii. Sąsiedzi i sklepikarz pomagali im
potajemnie, dostarczając żywność, ale pętla coraz bardziej się zaciskała. Niemieccy
żołnierze powracający z czynnej służby nie kryli się w kraju z tym, co zrobili
z polskimi Żydami – opowiadali o łapankach, gettach, przypadkowych zabójstwach.
Te wiadomości rozchodziły się błyskawicznie, ale były tak makabryczne, że nikt
nie chciał w nie wierzyć. A były to tylko zapowiedzi tego, co miało nadejść.
Jak dotąd babci Erniego udawało się przetrwać, choć jej siostry dawno już
zostały wywiezione. Potem, w styczniu 1943 roku, jego nazwisko pojawiło się na
jednej z ostatnich list Żydów deportowanych z miasta. Kazano mu przygotować się
do transportu na wschód. Spodziewał się, że czeka go ciężka praca, może budowa
dróg czy coś w tym rodzaju. Nikt jednak nie wiedział, czego dokładnie się
spodziewać. Ernie spakował do plecaka całą ciepłą, zimową odzież, jaką miał,
i czekał.
Było późne popołudnie, kiedy przyszli po niego ludzie w skórzanych płaszczach,
funkcjonariusze gestapo. Początkowo byli grzeczni, ale babcia zaczęła ich w pewnej
chwili prosić, żeby zostawili Erniego.
– Moja babcia tam stała i wyglądała tak żałośnie – mówił Ernie, kręcąc
gwałtownie głową i przygryzając wargi, żeby powstrzymać łzy. – Beze mnie była
bezradna. Wiedziała, że sama nie da sobie rady. Prosiła ich i prosiła: „Czy nie
możecie go zostawić? – pytała. – Jest moją jedyną podporą”. Nie pojmowała tego
wszystkiego. Wtedy ich postawa błyskawicznie się zmieniła. „Szykuj się. Już!” –
powiedzieli twardo, a ja zrozumiałem, że już nigdy, przenigdy jej nie zobaczę. To
była taka dobra kobieta…
Z trudem wytrzymywałem, patrząc, jak Ernie przechodzi przez to wszystko
ponownie. Nawet siedząc wygodnie we własnym domu, potrafiłem postawić się
w jego sytuacji, gdy opowiadał o tym smutnym rozstaniu. Rozumiałem jego
uczucia. Po wyjeździe Susanne, babcia była jedyną rodziną, jaką miał. Dobry Boże,
jakie straszne rzeczy musiała znieść ta starsza pani. Była już tak słaba.
Zacząłem też rozumieć, dlaczego Ernie opowiada tę całą historię. Nagrywał ją,
żeby inni, w przyszłości, dowiedzieli się, że on, Ernie Lobet, miał kiedyś babcię
o imieniu Rosa, kochaną przez rodzinę. On również chciał dawać świadectwo.
Dowiedział się później, że jego babcia zmarła w obozie koncentracyjnym
Theresienstadt.
Nie muszę opisywać podróży w wagonach bydlęcych, przybycia do Auschwitz
ani selekcji, czyli oddzielania tych, którzy mieli zostać zagazowani od razu, od
tych, którym kazano umierać powoli, zapracowując się na śmierć. Ernie opowiadał,
jak nowo przybyli, którzy trafiali do Auschwitz III, a przyjechali z kobietami
i dziećmi, przeżywali potworny wstrząs, gdy uświadamiali sobie, że ich bliscy
prawdopodobnie już zostali zabici i spaleni. On był sam, co oszczędziło mu bólu,
jaki niosło uzmysławianie sobie cierpienia kochanych osób.
Nie trzeba dodawać, że wielokrotnie dopisywało mu szczęście, dzięki czemu
przeżył Auschwitz. Człowiek musiał tam znaleźć dla siebie jakąś niszę albo sposób
uzupełnienia mizernej diety, w przeciwnym razie umierał. Początkowo Ernie
pracował przy kopaniu fundamentów pod jakiś budynek. W przeciwieństwie do
wielu innych, potrafił posługiwać się szpadlem, ale był równie zbolały jak reszta.
Potem los się do niego uśmiechnął. Jeden ze strażników kazał mu pozamiatać
barak, w którym przesiadywali. W baraku stał piec i Ernie miał strzec ognia. Potem
zobowiązano go do pilnowania, czy nie nadchodzi sierżant, żeby większość
strażników mogła chronić się przed zimnem. Wchodząc do środka, żeby dołożyć
do pieca, Ernie zyskiwał szansę ogrzania się, co pomogło mu przetrwać najgorsze
tygodnie tej zimy.
Zawsze wiedziałem, że był bystrym chłopakiem. Miał też szczęście, to było
widać. Opowiedział, jak udało mu się zachować sto marek, które ukrył za paskiem
podczas podróży. Z pewnością trudno mu było zdecydować, co zrobić z tymi
pieniędzmi, ale w końcu postanowił dać je blokowemu w zamian za pół bochenka
chleba. To był kosztowny posiłek, ale dzięki temu blokowy zrobił Erniego
obozowym gońcem, przenoszącym dla niego wiadomości, co oznaczało trochę
dodatkowej zupy i możliwość oszczędzania energii. Ernie wszędzie wokół miał
dowody na to, że przemęczenie zabija.
Ci, którzy pracowali pod gołym niebem, marnieli bardzo szybko. Całe setki
umierały na jego oczach i Ernie wiedział, że przetrwanie bez dodatkowego jedzenia
podtrzymującego przy życiu jest niemożliwe, zupełnie niemożliwe. O tym, czy
ludzie przeżyją, czy umrą, decydowało także miejsce, w którym pracowali. I w tym
przypadku Ernie miał szczęście, bo w końcu wylądował pod dachem, wśród
niemieckich cywilów, co dało mu możliwość walki o życie, ale nic ponad to.
Ciągnął swoją opowieść. Znowu usłyszałem jego relację o papierosach
i spotkaniu ze mną. Przypomnienie tych kilku szczególnych chwil było przyjemne,
ale chciałem poznać resztę historii.
Mówił o przyjaźniach między więźniami, które niekoniecznie przynosiły
korzyści. „Żeby przetrwać, musiałeś działać sam” – powiedział Ernie. Pomyślałem
sobie, że to szczera prawda. Właśnie dlatego byłem tak samotny podczas lat
spędzonych w niewoli.
Ernie zapamiętał jednego przyjaciela, człowieka o imieniu Makki albo Maggi,
nie usłyszałem dokładnie. Znał go z hachszary, tego właśnie wrocławskiego
programu przygotowującego do życia w kibucu, w którym kilka lat wcześniej
razem uczyli się uprawy ziemi i pracy na roli. Ernie dał Makkiemu – jak będę go
nazywał – część papierosów, które przemyciłem.
Tak naprawdę chciałem się dowiedzieć, co nastąpiło po Auschwitz, ale kiedy
Ernie przeszedł do marszu śmierci, jego nastrój uległ zmianie. Wszystko, co
zbudował, żeby zwiększyć swoje szanse na przetrwanie, uległo zniszczeniu, ale nie
był przynajmniej aż tak niedożywiony jak pozostali, miał mocne buty i papierosy
pełniące funkcję pieniędzy. Widziałem zamarznięte zwłoki i wyszedłem
z Auschwitz tą samą oblodzoną drogą, wiedziałem więc, jak straszliwe były te dni.
Ernie szacował, że z obozów w Auschwitz wyszło od czterdziestu do
sześćdziesięciu tysięcy ludzi, a do końca marszu dotrwało tylko około dwadziestu
tysięcy. Nie znaczyło to wcale, że wszyscy ocaleni dożyli końca wojny, a tylko tyle,
że przetrwali akurat tę próbę.
Ernie wiedział od razu, że musi się znaleźć z przodu kolumny marszowej, bo
wszędzie, gdzie dojdą, będzie przepełnienie. Miał rację. Był jednym z pierwszych,
którzy dotarli do obozu koncentracyjnego w Gliwicach, gdzie zdołał schronić się
przed śniegiem i znaleźć pryczę. Ci, którzy przyszli później, musieli spać na
twardej, zlodowaciałej posadzce.
Rob dał mi do zrozumienia, żebym się przygotował na wyczerpującą historię.
Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób Ernie przeżył. Ja musiałem przejść
przez całą Europę Środkową, ale wiedziałem, że dla nich taki wyczyn musiał być
niemożliwy. Nawet mnie ten marsz niemal wykończył, a rozpoczynałem go
w znacznie lepszej formie.
Ernie spędził w Gliwicach trzy dni, ale wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że
Sowieci zbliżają się szybko. Krążyły najbardziej szalone pogłoski na temat tego, co
teraz zrobią z nimi strażnicy. Jedni mówili, że poprowadzą ich do obozów
koncentracyjnych w Buchenwaldzie albo Mauthausen, inni twierdzili, że zgodziła
się ich przyjąć Szwajcaria, a może nawet Szwecja.
– We wszystko można było uwierzyć – stwierdził Ernie. – Inna, ulubiona plotka
głosiła, że będziemy pracować w niemieckiej fabryce dżemu. Dżem był słodki,
a wszyscy byli głodni.
Mogłem sobie wyobrazić, jak kusząca była ta wizja. W naszym obozie bez
przerwy rozmawiano o jedzeniu, ale dla ludzi naprawdę głodujących, takich jak
oni, to musiała być męczarnia. Obecni wśród więźniów prawnicy sugerowali, że
wszyscy zostaną objęci amnestią.
– Tak jakby można było amnestionować ludzi, którzy nigdy nie zostali skazani –
podsumował Ernie.
W końcu kazano im przygotować się do transportu i załadowano do bydlęcych
wagonów bez dachów.
– Na jeden wagon przypadało pewnie z osiemdziesięciu ludzi – przy tych
słowach Ernie wbił oczy w podłogę. – Większość drogi stałem, ale potem wielu
zaczęło umierać, więc wyrzucaliśmy ich i zrobiło się miejsce do siedzenia. Nie
wiem, ile dni tam spędziliśmy. Zostało mi trochę chleba, ale nie mieliśmy wody.
Czułem się sfrustrowany, słuchając tego wszystkiego i nie mogąc w żaden
sposób pomóc. Pod nosem udzielałem mu rad i chwilami miałem wrażenie, że mnie
słyszy.
– Jeden gość miał menażkę – ciągnął Ernie. Ktoś wyjął kawałek sznurka,
przywiązaliśmy ją na nim i zwiesiliśmy z pociągu, żeby nagarnąć trochę śniegu
podczas jazdy. Gdy się napełniła, wyciągnęliśmy ją i roztapialiśmy śnieg w ustach.
Dzięki temu przeżyliśmy.
Dotarcie do Mauthausen, obozu położonego w Austrii, zajęło mu cztery dni.
Okropna opinia o tym obozie połączonym z kamieniołomem dotarła nawet do nich,
do Auschwitz.
– Pomyśleliśmy, że już po nas, ale byliśmy zbyt zmęczeni i znużeni, żeby się tym
przejmować – mówił Ernie. – Rzucono nam trochę chleba i wszyscy ruszyliśmy
w tę stronę, ale nic nie złapałem, a nikt nie chciał się dzielić. Każdy, kto zdołał
złapać jakiś kawałek, pochłaniał go natychmiast, zanim ktoś inny zrobi to za niego.
Wkrótce rozeszła się wieść, że obóz w Mauthausen jest pełny i że zostaną
przerzuceni gdzie indziej. Nie przerywając opowieści, Ernie poprawił się w fotelu.
Widziałem, że wyznacza sobie tempo narracji. Twarz mu zmizerniała, ale mówił
nadal bardzo rzeczowo. Pociąg ruszył dalej. Miałem wrażenie, że Ernie nie potrafi
zmusić się do opowiedzenia, co zdarzyło się potem. Wziął głęboki oddech. Miał
zaczerwienione kąciki oczu i kręcił głową z niedowierzaniem. Próbował się
uśmiechnąć i w końcu wyrzucił to z siebie:
– Straciłem wzrok. Miałem oczy szeroko otwarte, patrzyłem i widziałem tylko
czerń – wargi mu drżały, kiedy to mówił. – Wszystko było czarne – powtórzył. Był
tam teraz; siedział w otwartym wagonie bydlęcym, pośród śniegu oraz
umierających ludzi, ślepy i bezradny.
Mówił teraz z trudem, czego nie dostrzegałem u niego wcześniej. Patrzył w dal
i kręcił głową. Głos mu się łamał.
– To było takie straszne – usiłował powstrzymać łzy. – Pociąg toczył się
i zatrzymywał, potem jechał znowu, ale to nie wydawało się niczego zmieniać.
Nadal padał śnieg.
Ernie przerwał i wydmuchał nos. Wyglądało to tak, jakby na naszych oczach się
starzał. Uśmiechnięta, znana ze zdjęć twarz znikła. Bruzdy biegnące od nasady nosa
do kącików ust głębiej wrzynały się w skórę.
Był całkowicie uzależniony od swojego przyjaciela Makkiego, który przekazał
mu informację, że wyjechali już z Austrii i miejsca, które mijają, noszą czeskie
nazwy. Ernie nadal niczego nie widział.
Kiedy tak jechali w rytm stukotu kół, Makki powiedział nagle, że wieści o ich
podróży musiały się rozejść, bo gdy przejeżdżali pod mostami, miejscowi Czesi
wrzucali do wagonów bochenki chleba, by pomóc im przeżyć.
– Jeśli się stało na takiej estakadzie, widok musiał być niesamowity – mówił
Ernie. – Nie wiem, ile wagonów liczył pociąg, ale wszystkie były otwarte
i w każdym kuliły się do siebie te szkielety przebrane za zebry, apatyczne jak krowy
w drodze do rzeźni.
Kiedy jechali przez Austrię, nie dostali nawet kromki chleba, i tak samo było
później, gdy wjechali do Niemiec, ale Czesi robili, co mogli. To mi przypomniało
bochenek chleba, który ktoś nam rzucił, kiedy wlekliśmy się znużeni przez ten sam
kraj, mniej więcej w tym samym czasie.
Ernie był w strasznym stanie. Wciąż otaczała go mgła. Bez Makkiego był
bezradny i musiał czuć, że jego życie odpływa w ciemność. Wiedział z pewnością,
że ślepy niewolnik nie jest nikomu do niczego potrzebny i zostanie zastrzelony, gdy
tylko ktoś odkryje jego stan. Po co najmniej siedmiu dniach jazdy odkrytymi
wagonami bydlęcymi dotarli do jakiegoś miejsca pod Nordhausen, w środkowych
Niemczech, gdzie ich wysadzono i zapędzono do kolejnego posępnego obozu
koncentracyjnego. Nazywał się Mittelbau-Dora i Ernie miał go nigdy nie
zapomnieć.
Dostał trochę zupy i odzyskał wzrok, zanim dostrzeżono jego przypadłość.
Szybko dowiedział się, że obóz zapewnia ręce do pracy tajnej, podziemnej fabryce,
wytwarzającej dla Hitlera Vergeltungswaffe – „broń odwetową”, którą my znamy
jako rakietę V2. To był ostatni, rozpaczliwie trzymany w rękawie as Führera.
Ernie otrzymał nowy numer obozowy, którego na szczęście tym razem nie
wytatuowano na skórze. Zabrano mu ubrania, łącznie ze swetrem, który trzymał go
przy życiu. Został przydzielony do baraku, w którym na każdej pryczy spało po
dwóch więźniów. Musiał zaczynać od nowa na samym dole drabiny, nie mając
żadnego źródła dodatkowego pożywienia, a był w obozach wystarczająco długo, by
wiedzieć, że bez tego nie przeżyje.
Wysłano ich do tuneli, w których budowano rakiety. Ernie trafił do komanda
donoszącego cegły włoskim cywilnym murarzom. W tej części jaskiń, w której
pracował, nigdy nie widział ani jednej rakiety, ale nie obchodziło go to
w najmniejszym stopniu. W tym okresie Amerykanie przygotowywali się już do
przekroczenia Renu, Rosjanie otoczyli jego rodzinne miasto, Wrocław, a Ernie
wątpił, czy alianci przybędą na czas, żeby go uratować. Przypomniałem sobie moją
własną podróż do domu oraz ten moment, gdy zdradliwa rzeka zdawała się mnie
wabić perspektywą zmycia wszelkich cierpień. Zastanawiałem się, skąd Ernie
czerpał siłę, żeby trwać.
– Praca była straszna, a jedzenie składało się z jednego litra zupy – kontynuował.
Powiedział swojemu przyjacielowi Makkiemu, że muszą się stamtąd wydostać,
w przeciwnym razie z pewnością umrą. Nic nie mogło być gorsze od miejsca,
w którym przebywali, od tych okropnych tuneli Dora-Mittelbau. Usłyszeli, że
organizowana jest grupa mająca przejść do pracy w innym miejscu. Obaj wiedzieli,
że to ich jedyna szansa, więc zgłosili się na ochotnika, nie wiedząc, z czym to się
będzie wiązało.
Ernie uświadomił sobie, że bez względu na to, co ich czeka, mają większe szanse,
jeśli powiedzą, że są specjalistami w jakiejś dziedzinie, a czy to prawda, czy nie, nie
miało żadnego znaczenia. Wraz z Makkim stanęli w długiej kolejce ludzi
pragnących wydostać się z tego obozu i w końcu trafili przed oblicze esesmana,
który decydował, kto zostaje, a kto idzie.
Ernie podszedł, a esesman zapytał go o zawód.
– Ślusarz – odpowiedział Ernie, chociaż na temat ślusarstwa wiedział tyle co nic.
Skierowano go do transportu.
Makki stał tuż za nim. Raczej nie mógł powiedzieć, że też jest ślusarzem, więc
gdy esesman zapytał, jaki ma fach, odparł:
– Elektryk.
– Nie jesteś nam potrzebny – warknął żołnierz i Makki nie został wybrany.
Widać było Erniego przygryzającego wargę i zmagającego się z wagą tych słów.
– Załamałem się. – Potem przestał się hamować, twarz mu się wykrzywiła
i wybuchnął głośnym płaczem, zasłaniając oczy ręką. Mówił dalej zniekształconym
głosem:
– Chciałem, żeby jechał ze mną. Nigdy więcej go nie zobaczyłem. Umarł tylko
dlatego, że powiedział „elektryk”.
Piersią Erniego wstrząsał gwałtowny szloch. Czułem się skrępowany, oglądając
chwilę jego osobistego żalu. Wydawało mi się, że nie mamy prawa być przy tym.
On opowiadał historię sprzed pięćdziesięciu lat i nadal był załamany po utracie
przyjaciela. Ponoć w tym okropnym miejscu zmarło około dwadziestu tysięcy
więźniów i Makki był zapewne jednym z nich. Tak jak w przypadku swojej babci,
Ernie składał świadectwo na rzecz przyjaciela, mówił, że jego życie, podobnie jak
życie wszystkich innych, miało znaczenie. Razem przeżyli Auschwitz, Ernie
pomógł Makkiemu, dając mu przemycone przeze mnie papierosy, ale to nie
wystarczyło.
Do tego momentu zginęły miliony ludzi i każdy z nich niewiele mógł zrobić,
żeby się uratować. Nie ocaliły ich zasoby odwagi oraz podejmowane inicjatywy.
Wiedziałem z własnych doświadczeń wojennych i jenieckich, że ci, którzy przez to
przeszli, w znacznym stopniu zawdzięczali życie przypadkowi. Ernie dobrze
wykorzystywał dawane mu szanse, ale szczęście też odegrało ogromną rolę w jego
przetrwaniu.
Ze sposobu, w jaki mówił, widziałem, że uszło z niego trochę ducha, przestąpił
niewidzialny próg. Tak jakby utrata przyjaciela odebrała blask niezwykłej historii
jego własnego przetrwania. Wolniej dobierał słowa, jak gdyby starał się
odfajkować pewne szczegóły, zmierzając do końca.
Transport wyjechał wraz z Erniem, ale wychudzonych ochotników zawieziono
tylko do Nordhausen, obozu po drugiej stronie tego samego kompleksu
nieszczęsnych tuneli. Sytuacja nie uległa wielkiej poprawie. Spali na pryczach
wciśniętych w wojskowe garaże. Ernie przypuszczał, że w tym obozie, za kolejnym
płotem pod napięciem przetrzymywano wówczas jakieś sześć tysięcy więźniów.
Jedzenie było równie okropne, jak w innych miejscach.
Nadszedł marzec. Dni stapiały się w jeden ciąg i Ernie stracił rachubę czasu. Już
wtedy wiedział, że wojna zbliża się do końca, ale on marniał coraz bardziej.
Więźniowie wokół niego umierali w błyskawicznym tempie; obawiał się, że sam
również nie dożyje wyzwolenia. Po kilku tygodniach z tych początkowych sześciu
tysięcy przy życiu pozostało ich zaledwie około tysiąca pięciuset osób.
Każdego dnia wieziono go w głąb tunelu kolejką. Mieli przenosić kamienie.
Ciężka praca szła powoli. Wszyscy byli słabi, ale teraz już nawet strażnicy niczym
się zbytnio nie przejmowali. Tych tysiąc pięciuset więźniów, którzy zostali pod
koniec, jak twierdził Ernie, z trudem wykonywało pracę stu ludzi. Potem, pod
koniec marca, praca ustała zupełnie. Nic nie miało już sensu.
Mijały dni. Więźniowie czekali na Amerykanów, ale ci nie nadchodzili. Wciąż
przelatywały nad nimi alianckie bombowce, zmierzające do odleglejszych celów.
Któregoś dnia na początku kwietnia Ernie usłyszał syreny alarmu
przeciwlotniczego. Nie czyniło to dla niego wielkiej różnicy, bo i tak nie miał się
gdzie ukryć. Usłyszał bomby spadające na obóz. Trafiły w kilka baraków, które
stanęły w płomieniach. Dochodziły do niego krzyki. Uświadomił sobie, że alianci
zrzucają bomby zapalające, bo zobaczył więźniów, którzy płonęli biegnąc, bo
substancja z bomb przykleiła im się do ubrań. Potem zauważył, że niektóre z bomb
zniszczyły ogrodzenie obozu, a choć esesmani siedzieli w schronach, wyglądało na
to, że także pośród nich było całkiem sporo ofiar. Ucieczka byłaby jednak zbyt
niebezpieczna.
Barak Erniego był jednym z tych, które ocalały, więc więźniowie z innych
bloków przychodzili się tam schronić na noc. Siedzieli stłoczeni razem, bez
jedzenia, spodziewając się najgorszego. Następnego ranka znowu usłyszeli syreny
i wpadli w panikę. Ludzie biegali we wszystkie strony. Ernie wyszedł z baraku
i zobaczył, że ogrodzenie pod napięciem zwisa luźno i zieje w nim wielka dziura.
Wszyscy esesmani uciekali co sił w nogach. Dostrzegł kilku więźniów
przechodzących przez drut kolczasty. Poszedł za nimi, a kiedy znalazł się po
drugiej stronie, też zaczął biec.
Potem, nisko nad głową, usłyszał buczenie samolotów i świst spadających bomb.
Nie przestawał biec, choć bomby eksplodowały wokół niego. Odwrócił się
i zobaczył, że na obóz spadła bomba. Piloci nie mogli wiedzieć, że wojskowe
budynki dopiero co zamieniono w obóz koncentracyjny. Ernie nie zatrzymywał się,
dopóki nie ogarnęło go uczucie, że biegnie już całą wieczność. Wtedy rzucił się
w głęboką bruzdę w pobliżu jakiegoś lasu. Chciał złapać oddech.
Rozejrzał się i dostrzegł ciało zabitego cywila. Ubranie wskazywało, że to
Włoch, który zginął poprzedniej nocy. Zmarły miał na sobie starą wojskową
kurtkę, byle jakie spodnie i groteskową czapkę z daszkiem. Patrząc na niego, Ernie
uświadomił sobie po raz pierwszy, że nareszcie jest wolny.
Przewrócił trupa i z wielkim trudem przystąpił do zdejmowania z niego ubrania.
– Nie ma nic gorszego niż rozbieranie zwłok – powiedział. Ciało już zdążyło
stężeć, ale Erniemu udało się zedrzeć z niego wielkie spodnie i kurtkę. Założył je
na swój pasiak. Znów był cywilem.
Kiedy wypowiadał te słowa, na jego twarzy pojawił się uśmiech, pierwszy od
bardzo długiego czasu. Poczułem, że mimowolnie też się uśmiecham. Wiedziałem,
jak musiał czuć się w tej chwili.
Mając na sobie ubranie tamtego, rozejrzał się dookoła. Zobaczył w oddali
jakichś ludzi, ale ci nie zwracali na niego najmniejszej uwagi. Wiatr roznosił po
polu papiery, które porywał z leżącego nieopodal pliku. Ernie pomyślał, że będą
odpowiednie na papier toaletowy, podniósł jedną kartkę i zobaczył, że to ulotka
zrzucona z samolotu. Stał na otwartej przestrzeni i czytał: „Niemcy, odrzućcie broń,
wojna jest skończona. Poddajcie się. Führer was opuścił”.
To była najcudowniejsza wiadomość, jaką Ernie kiedykolwiek otrzymał.
Ja także przemierzyłem pieszo Europę, mniej więcej w tym samym czasie.
Wiedziałem, że w tym momencie Ernie wciąż jeszcze nie był bezpieczny.
Podejrzewałem, że jego historia dozna jeszcze kilku zwrotów, zanim dobiegnie
końca, i miałem rację.
Zaczął iść przez las, aż trafił na wiejską drogę pełną niemieckich cywili, którzy
transportowali swój dobytek w dziecięcych wózkach i w czym się tylko dało.
Domyślił się, że bomby zmusiły ich do porzucenia domów. Od razu zauważył, że
nie ma wśród nich młodych ludzi. To byli starcy i matki z dziećmi.
Dostrzegł krzepką chłopkę, pchającą rzeczy na czymś w rodzaju wozu. Kiedy go
zobaczyła, zawołała do niego. Wzięła go za Włocha. Zdał sobie sprawę
z niebezpieczeństwa, bo nie mówił po włosku, ale domyślił się, że ta kobieta też nie
zna tego języka. Ernie słyszał czasem w obozie rozmowy po włosku, więc bąknął
coś w rodzaju non parlo. Kobieta spojrzała na niego podejrzliwie, ale pokazała mu
gestem, żeby po prostu pchał wózek. Kiedy zajął jej miejsce, ujrzał leżący na jej
rzeczach ogromny bochen chleba.
Ernie znów się uśmiechał, gdy opowiadał o rozmiarach tego chleba. Rozstawił
ręce szeroko, jak szalony wędkarz opisujący rybę marzeń. Rozejrzałem się po
pokoju i zobaczyłem, że Audrey i Rob też szczerzą zęby, oglądając ten fragment
opowieści. Potrafiliśmy się domyślić, co będzie dalej. Ernie nie kazał nam długo
czekać. Pchał wózek przez kilka minut, póki las nie zgęstniał, po czym złapał
bochenek, dał nura między drzewa i zniknął, zanim kobieta pojęła, co się stało.
Usłyszał jej krzyk: „Dieb! Dieb! Złodziej, łapać go!”.
Nikt nie miał ochoty uganiać się za nim po lesie z powodu bochenka chleba, więc
gdy Ernie doszedł do wniosku, że jest wystarczająco bezpieczny, usiadł i zjadł
wszystko od razu.
Miałem wrażenie, że teraz, gdy jego zadziwiająca historia zbliżała się do końca,
Ernie uśmiechał się znacznie częściej. Przechyliwszy głowę na bok, wspominał
z pewną ulgą ostatnie dni wojny, po tym wszystkim, co przeszedł. Po drodze spotkał
Petera, znajomego z obozów, który też uciekł, zdobył cywilne ciuchy i zmierzał
w tym samym kierunku.
Ernie nadal nosił czapkę, którą zabrał martwemu Włochowi. Wiedział, że gdyby
ktokolwiek kazał mu ją zdjąć, byłoby po nim, bo zdradziłaby go ogolona głowa.
Wraz z Peterem postanowili iść na zachód, żeby spotkać Amerykanów, ale
ponieważ na niebie nie było słońca, żaden z nich nie był pewny, w którą powinni
pójść stronę. W końcu uznali, że cywile prawdopodobnie idą w dobrym kierunku,
więc ruszyli za nimi, wzdłuż drogi, ale pod osłoną lasu.
– Halt! – usłyszeli nagle.
Zamarli w bezruchu. Rozkaz wydał niemiecki żołnierz, który wyszedł spomiędzy
drzew. Chciał wiedzieć, kim są i dokąd się wybierają, po czym powiedział im, że
nie mogą iść w tamtą stronę zbyt daleko, bo zbliżają się Amerykanie. Ernie i jego
kolega wiedzieli, że są wychudzeni, idiotycznie ubrani i nie mają włosów. Ratowało
ich tylko to, że obaj płynnie mówili po niemiecku.
Powiedzieli żołnierzowi, że są cywilnymi pracownikami z Nordhausen i że
stracili wszystko podczas bombardowania, zostało im tylko to, co mają na sobie.
Wysłano ich do naprawy wojskowych pojazdów w miasteczku, które leżało przed
nimi. Ta historia, jak to określił Ernie, była niedorzeczna. Nie wiadomo, czy
żołnierz im uwierzył, czy nie, ale powiedział, że zaprowadzi ich do swojego
dowódcy. Nie mieli innego wyboru, jak tylko iść z nim. Po drodze żołnierz spojrzał
na nich i zapytał, czy potrafią strzelać.
– Oczywiście – odpowiedział Ernie, zastanawiając się, do czego to doprowadzi.
Widzieli, że żołnierz niezupełnie im ufa. Mówili po niemiecku, ale byli chudzi
i wcale nie wyglądali na Niemców. Kiedy zbliżali się do bazy, Ernie uznał, że muszą
zabić żołnierza, żeby ratować własne życie, ale nie mógł się porozumieć z kolegą,
bo ów żołnierz szedł z bronią tuż za nimi.
Nic z tego nie wyszło. Dobrze przynajmniej, że żołnierz był z Wehrmachtu, a nie
z SS, ale gra dobiegłaby końca, gdyby tylko kazano im zdjąć czapki.
Dotarli do posterunku dowodzenia, gdzie żołnierz zaprowadził ich do
jednorękiego porucznika. Zaczął powtarzać wymyśloną przez nich historyjkę, ale
oficer nie pozwolił mu dokończyć.
– Dwóch ludzi więcej – powiedział. – Cudownie. Przydadzą mi się.
Kazał żołnierzowi wydać im mundury i broń.
Ernie zrozumiał, że po latach spędzonych w obozach koncentracyjnych ma
zakończyć wojnę w mundurze niemieckiej armii, strzelając do swoich wyzwolicieli
i przyjaciół. Zanim przyniesiono mundury i broń, oficer zapytał, czy coś jedli.
Odpowiedzieli, że nie, więc wysłał ich, żeby wzięli sobie trochę zupy. Pół godziny
później napychali sobie brzuchy i zastanawiali się, co robić dalej, kiedy nadbiegł
jakiś żołnierz, wołając: „Feind-Alarm, Feind-Alarm!”.
Amerykanie byli tuż tuż.
Zapanował chaos. Żołnierze biegali bezładnie, odpalali motocykle i samochody
na podwórku, przygotowując jednostkę do ucieczki. Dziesięć minut później Ernie
i Peter nadal siedzieli skuleni nad swoją zupą, a dookoła nie było widać ani jednego
niemieckiego żołnierza. Ernie był znakomitym gawędziarzem i kiedy opisywał tę
scenę, śmiałem się nie po raz pierwszy podczas jego opowieści.
Wyszli obaj na zewnątrz, nie wiedząc dokąd pójść, i wtedy zobaczyli pierwsze
czołgi jadące w ich stronę, a każdy miał z boku namalowaną białą gwiazdę. Kiedy
Ernie to mówił, jego twarz znowu się ożywiła, wykonywał rękoma zamaszyste
gesty, opisując ogromną kolumnę, którą zobaczył, i tych żołnierzy w dziwnych
mundurach, kręcących się nagle wszędzie. Usłyszał, jak ktoś dmucha w gwizdek
i kolumna zatrzymała się. Jakiś żołnierz otworzył właz w wieżyczce czołgu,
spojrzał na niego z góry i zapytał:
– Polski?
To był pierwszy czarnoskóry, jakiego Ernie zobaczył w życiu. Pytał go, czy jest
Polakiem.
– Nie – odpowiedział Ernie. – Konzentrationslager.
Twarz Amerykanina dowodziła, że nie ma pojęcia, o czym Ernie mówi. To był
moment wyzwolenia, o którym Ernie śnił w nieskończoność. Żołnierz najwyraźniej
marzył o innym rodzaju ulgi.
– Macie jakiś koniak? – zapytał.
Ich odpowiedź go rozczarowała. Kolumna ruszyła dalej, zostawiając ich tam,
gdzie stali.
Wspominając to spotkanie, Ernie rozluźnił się i na jego twarz wypłynął szeroki
uśmiech. Kiedy tak na niego patrzyłem, czułem się, jakbym sam to przeżywał i też
się uśmiechałem.
Reszta opowieści potoczyła się w innym tempie, Ernie zmierzał wprost do
zakończenia. Dotarł do Paryża i utrzymywał się ze sprzedaży papierosów na
ulicach. W Alliance Française nauczył się francuskiego i w końcu trafił do Ameryki
na pokładzie SS „Marine Flasher”, statku przewożącego imigrantów. Płakał, kiedy
przepływał obok Statuy Wolności. Zszedł na ląd w Nowym Jorku w dniu
amerykańskiego Święta Pracy[4] w 1947 roku. Biedny Ernie, po tym wszystkim, co
przeszedł, został wkrótce po przyjeździe powołany do armii amerykańskiej
i wysłany na wojnę w Korei, gdzie wziął udział w bitwie o Inczhon. W następnych
latach sprzedawał odkurzacze w Harlemie i jednocześnie pilnie studiował. Podobnie
jak ja został mechanikiem, a wiele lat później przekwalifikował się na prawnika.
Widziałem, że musiał się mocno borykać z losem, ale to była jego wersja
amerykańskiego marzenia i choć Korea z pewnością nim wstrząsnęła, nie przejął
się za bardzo. To była niewiarygodna odmiana jak na chłopaka, którego znałem
w Auschwitz.
Byłem zdumiony słysząc, jak podobne okazały się nasze powojenne losy,
poczynając od inżynierii. Ernie również lubił szybką jazdę i pokochał brytyjskie
samochody sportowe. Najpierw miał Austina-Healey’a, potem Jaguara, takiego jak
mój. Nie chciał rozpamiętywać przeszłości ani obarczać kogokolwiek swoim
cierpieniem. Podobno nigdy nie rozmawiał o Auschwitz, aż do bardzo późnego
okresu swego życia.
Był ponoć bardzo radosnym człowiekiem. Jestem przekonany, że mielibyśmy
o czym z sobą rozmawiać bez wspominania tych potwornych lat. Henry Kamm,
z którym Ernie przyjaźnił się całe życie, powiedział o nim, że przybył do Ameryki
tylko z tym, co miał na grzbiecie, i dzięki swojej inteligencji, energii, sile woli oraz
ambicji stworzył sobie życie w ogóle, a w dodatku życie godne pozazdroszczenia.
Henry powiedział, że umierając, Ernie pozostawił ogromną liczbę przyjaciół.
Kiedy pod koniec opowieści zapytano Erniego, jakiej rady chciałby udzielić
przyszłym pokoleniom, powiedział: „Żeby zło mogło triumfować, wystarczy, że
sprawiedliwi nie będą nic robić”.
Te słowa przyprawiły mnie o dreszcz. Odkąd rozpoczęliśmy pracę nad książką,
powtarzałem Robowi tę maksymę w nieskończoność, jak to tylko
dziewięćdziesięciolatek potrafi, a teraz proszę, to samo stwierdzenie padło z ust
Erniego. Słuchając go, opanowywałem się z dużym trudem. To było zbyt piękne, by
mogło być prawdziwe. „Nie możesz zostawiać spraw samym sobie – mówił Ernie.
– Musisz walczyć o to, w co wierzysz, nie możesz pozostawać bierny, nie możesz
pozwalać, żeby kto inny działał za ciebie. Jeśli musisz wykazać agresję, żeby
osiągnąć swój cel i zająć stanowisko, zrób to”.
Powiedziawszy te słowa, Ernie – przyjaciel, któremu pomogłem, ale którego
nigdy tak naprawdę nie znałem – wzruszył ramionami i podziękował
prowadzącemu wywiad. Jego historia dobiegła końca i moja również.
Za domem zimowe słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie
i barwiąc Win Hill na kolor rdzy. „Ernie to zrozumiał – powiedziałem potem. –
Przeżyte doświadczenia nauczyły go, że trzeba walczyć o to, co słuszne.
Przysparza to mnóstwa kłopotów, ale on doszedł do tego samego wniosku co ja”.
Ludzie sądzą, że to się nie może powtórzyć, a już zwłaszcza, że nie może
powtórzyć się tutaj. Nie wierzcie w to. Nie potrzeba wiele.
Zawsze będę żałował, że nie odnalazłem Erniego, kiedy jeszcze żył. Gdybym
wiedział, że przebywa w Ameryce, bez wątpienia pojechałbym tam i odszukał go.
Wielki Architekt odwrócił się plecami do Auschwitz, jestem o tym przekonany,
ale wiem, że kiedy rozmawiałem z Erniem, dzień stawał się odrobinę jaśniejszy,
a to jest coś, czego się nigdy nie zapomina. Teraz, jako stary człowiek, w tłumie
tych twarzy widzę przynajmniej jedną, którą mogę przywołać i powiedzieć sobie:
zrobiłem, co mogłem.
Zawsze zachowałem pozytywne nastawienie, nawet jako jeniec wojenny,
i w dziwny sposób umiałem przekonać sam siebie, słusznie lub nie, że nadal jestem
panem własnego losu, że wciąż mogę nim kierować. Ernie i Makki, posługując się
inteligencją, wykorzystywali szanse dane im przez los najlepiej, jak się dało,
a mimo to ślepy los – wybór pomiędzy słowami „ślusarz” i „elektryk” – sprawił, że
Ernie przeżył, a jego przyjaciel zginął.
Nikt nie może twierdzić, że ocalił innego człowieka. Ernie Lobet był bohaterem
tej opowieści i choć stwierdzam z dumą, że w niewielkim stopniu pomogłem
jednemu człowiekowi przejść przez plugastwo Auschwitz, to potem wszystko i tak
zależało od niego samego.
Jakaś część mnie tam umarła, ale wściekły byłem nawet wtedy, gdy niewiele
mogłem zrobić. Przyznaję, wyrzuciłem to z siebie późno, ale teraz ludzie gotowi są
słuchać, a ja chciałbym, żeby moja historia doprowadziła do czegoś dobrego. Tak
naprawdę, tylko o to zawsze mi chodziło.
Wciąż jeszcze mogę trochę znieść, nawet w moim wieku, ale miałem dobre życie
i przeżyłem je w pełni. No i – co lubię powtarzać – starczyło tego na książkę.
Fotografie
Kompleks przemysłowy IG Farben, Buna-Monowitz w 1944 roku
1 Stalag E715 (obóz dla jeńców wojennych)

2 Auschwitz III-Monowitz

3 „Queen Mary”
Auschwitz III, Buna-Monowitz pod koniec 1944 roku
A Koszary SS

B Appelplatz – plac apelowy

C Planowany obóz (do rozbudowy nie doszło)

D Baraki dla chorych więźniów/kostnica

E Karny bunkier

F Kuchnia dla więźniów

G Orkiestra obozowa

H Burdel (Denis określa go mianem Frauenhaus)

I Magazyn odzieży
Ja i moja „armia kumpli”. Pierwszy z lewej, z francuskim bagnetem w dłoni, to
ja. Miejscowi nadali mi przezwisko „Ero” (z ang. hero, czyli bohater – przyp. red.).
Z rękami w kieszeniach, wśród przyjaciół, w Skegness w ośrodku wakacyjnym
Butlin’s. Koniec lat 30.
Mój ojciec George cieszy się pięknym dniem nad morzem.
Siedząc na stopniu mojego Wolseleya Hornet Trinity w ośrodku Butlin’s. Koniec
lat 30.
Z moją siostrą Winifred podczas pożegnalnej przepustki przed wyjazdem do
Egiptu w sierpniu 1940 roku.
Podczas szkolenia w Winchester, 1939–1940. Siedzę z lewej.
Ja (z prawej), Charles Calistan (pośrodku) i Cecil Plummer (z lewej).
Odpoczywamy w Kairze przed wyjazdem na pustynię w 1940 roku. Z Charlesem
staczaliśmy towarzyskie walki bokserskie. Był pół Anglikiem, pół Hindusem.
Otrzymał Medal Wojskowy oraz DCM (medal za zasługi na polu bitwy), ale
uważam, że powinien dostać także Krzyż Wiktorii za męstwo okazane pod El
Alamein. Zginął we Włoszech w 1944 roku.
Brytyjski transporter karabinów maszynowych Bren w Egipcie, rok 1940.
Podczas walki kierowca i dowódca ukrywali się za pancerzem, ale od góry pojazd
był otwarty i przez to narażony na ataki granatami. Najbardziej odsłonięty był
siedzący z tyłu strzelec.
Brytyjski żołnierz naprawia gąsienicę transportera Bren. Na pustyni robiłem to
wiele razy.
Włoscy jeńcy odpoczywają po długim marszu przez Pustynię Libijską, pilnowani
przez transporter Bren. Grudzień 1940.
Transportery Bren podczas akcji w okolicach Tobruku. Koniec 1941 roku.
Ukrainka o imieniu Paulina (z lewej) z nieznaną mi przyjaciółką. Paulina
pracowała w biurze jednego z niemieckich inżynierów na budowie fabryki IG
Farben. Informowała jeńców o oczekiwanych dostawach materiałów, co pozwalało
planować sabotaże. Zdjęcie przywiozłem do domu ukryte w mundurze.
Fragment rozległego kompleksu IG Farben. Na zdjęciu widać budynek nazywany
przez jeńców „Queen Mary” z powodu sterczących z niego kominów. Kompleks
składał się z wielu odrębnych placów budowy i całych kilometrów rurociągów na
estakadach.
Piłkarska reprezentacja Południowej Afryki w obozie E715. Siedzę w pierwszym
rzędzie z lewej. Zawsze podejrzewałem, że takie zdjęcia były propagandową
sztuczką Wehrmachtu, mającą dowieść, że obchodzą się z jeńcami wojennymi lepiej
niż SS traktuje Żydów.
Więźniowie maszerujący od strony Auschwitz III-Monowitz w stronę kompleksu
IG Farben. Przeszedłem tę drogę dwukrotnie. W tylnej części kolumny można
dostrzec pasiaki więźniów obozu koncentracyjnego. W oddali widoczne są koszary
SS, a na pierwszym planie słupy wieży strażniczej i mały, przysypany ziemią
schron przeciwlotniczy dla postenów. Wejście do Auschwitz III znajduje się za
wieżą.
Przysypane śniegiem baraki, prawdopodobnie wchodzące w skład Auschwitz III.
Za biurkiem jako główny inżynier firmy UMP w latach 60. Miałem udaną karierę
zawodową, ale musiały minąć lata, nim złagodniały koszmary związane
z Auschwitz III.
Pokwitowanie odszkodowania przyznanego mi przez brytyjski rząd za czas
spędzony w obozie jenieckim. Uznałem je za zniewagę.
Na Reydale’u po konkursie ujeżdżania, stanowiącym część trzydniowych
zawodów.
Wieczór z Audrey.
Susanne i Ernst Lobethal jako dzieci w przedwojennym Wrocławiu.

Ernst jako młody człowiek. Po przybyciu do Ameryki zmienił nazwisko na Ernie


Lobet. Byłem wstrząśnięty, gdy dowiedziałem się, że po tym, jak przetrwał
Auschwitz, Ernie został powołany do wojska i walczył w Korei.
Spotkanie z Susanne, siostrą Erniego, po sześćdziesięciu czterech latach. Gdy
w 1945 roku widzieliśmy się po raz pierwszy, byłem zniszczonym psychicznie
żołnierzem, niezdolnym by jej ulżyć w trosce o brata.
Ernie (Ernst) Lobet. Kadr z niezwykłego świadectwa, sfilmowanego dla Fundacji
Shoah, dzięki któremu poznałem historię Erniego.
Twarzą w twarz z premierem Gordonem Brownem przy Downing Street 10, 22
stycznia 2010 roku. W marcu tego samego roku jako jeden z dwudziestu siedmiu
Brytyjczyków otrzymałem medal Bohatera Holokaustu. Tylko dwóch z nas dożyło
tej chwili.
Wrzesień 2010. Teraz, kiedy mogę już mówić o tych straszliwych czasach, czuję,
że powoli zrzucam z siebie przygniatający mnie ciężar.
Podziękowania

Pragnę podziękować Audrey za jej nieskończoną cierpliwość, miłość i wsparcie


w ciągu tych wielu lat, które spędziliśmy razem; za jej zrozumienie, a nade
wszystko za to, że kazała mi twardo stąpać po ziemi oraz znosiła mnie zarówno
w dobrych, jak i trudnych chwilach. Jest moim najbardziej surowym krytykiem
i największym przyjacielem. Jestem niezwykle zobowiązany Sir Martinowi
Gilbertowi za to, że w swoim napiętym programie zajęć znalazł czas, żeby
przejrzeć rękopis i wyrazić na jego temat swoje zdanie, które przyjmuję z ogromną
wdzięcznością. Dziękuję lordowi Jannerowi, Karen Pollock oraz zespołowi
Holocaust Educational Trust za ich ciągłą pomoc i wsparcie. Ich pracy nie sposób
przecenić. Dziękuję Gordonowi i Sarze Brown za zaproszenie na Downing Street,
a także Iainowi Duncanowi Smithowi, Michaelowi Gove’owi i Edowi Ballsowi za
ich zainteresowanie tą historią. Chciałbym oddać szczególny hołd pracy
Czerwonego Krzyża, którego paczki żywnościowe dawały jeńcom wojennym
zarówno nadzieję, jak i ratujące życie substancje odżywcze.

Denis Avey

Chciałbym dołączyć swoje podziękowania dla Audrey, za jej cierpliwość


i gościnność podczas niekończących się dni wywiadów, za jej ciepło, otwartość
i bezbrzeżną umiejętność czerpania radości ze wszystkiego. To, co rozpętałem, nie
zawsze było dla niej łatwe, ale przez cały czas była cudowna. Poradziła sobie dzięki
ogromnemu poczuciu humoru i podejmowała nas przez wiele uroczych wieczorów
spędzonych na szczerych dyskusjach i śmiechu, przy jednym czy drugim piwie.
Dziękuję ci, Audrey.
Chcę także wyrazić wdzięczność Regi oraz moim dzieciom, Janowi i Anji, za
wspieranie mnie w trakcie tego doniosłego roku. Było ciężko, ale wy okazaliście
się wspaniali jak zawsze. Moje podziękowania otrzymują również Mark James,
Simon Enright, Jonathan Chapman, Saleem Patka, Wanda Petrusewicz, Richard
Jackson i Andrew Whitehead z BBC za to, że pomagali mi wykrawać dodatkowe
godziny na pracę nad książką i to w czasie, kiedy BBC World Service – perła
w koronie – cierpi tak bardzo na skutek cięć budżetowych. Na specjalną wzmiankę,
za ciężką pracę i przyjaźń, zasługuje Patrick Howse, który od razu zrozumiał, jakie
znaczenie ma świadectwo Denisa. Patrick to człowiek, którego cechuje bezbrzeżny
entuzjazm, ucieleśniający idee naszej korporacji. W równym stopniu dziękuję
Davidowi Edmondsowi za jego mądre rady oraz Kevinowi Bakhurstowi z kanału
BBC News, a także Jeremy’emu Skeetowi i Kirsty Reed z Bush House, za entuzjazm
dla tej opowieści. Chcę także podziękować Joanne McNally za to, że wiele lat temu
naprowadziła mnie na ślad historii jeńców wojennych w okolicach Auschwitz.
A przede wszystkim pragnę przekazać wyrazy uznania mojemu przyjacielowi
i mentorowi Jamesowi Longowi za jego nieustanne rady i pomoc, dzięki którym
przebrnąłem przez świat wydawnictw; za pomoc w zbieraniu materiałów oraz
redagowaniu rękopisu. Zawsze niezawodny, James był źródłem ogromnej
inspiracji i energii, i wielokrotnie pozwalał mi ochłonąć. Był przy mnie zawsze,
bez względu na to, czy chodziło o dostanie się do hotelu, zamkniętego z powodu
zbyt późnej pory, naprawę kuchenki czy samochodu. Kiedy potrzebny był ktoś
gotowy na wszystko, James zawsze się pojawiał. Nie dałbym sobie bez niego rady.

Rob Broomby

Pragniemy wspólnie wyrazić naszą najgłębszą wdzięczność Susanne Timms,


niezwykłej kobiecie, która wraz z Peterem Jamesem i Lynn Amari, obdarzyła nas
zaufaniem oraz przyjaźnią i nie szczędziła nam zachęt. Ta trójka dostarczyła
brakującego ogniwa naszej opowieści, co bardzo nas pokrzepiło. Ich wkład jest
nieoceniony. Żałujemy jedynie tego, że nie udało nam się spotkać znacznie
wcześniej.
Dziękujemy też Shirley Spector za jej łaskawe słowa – mam nadzieję, że kiedyś
wszyscy się spotkamy – a także Henry’emu Kammowi, nowemu przyjacielowi, za
jego mądrość i rady, a nade wszystko za to, że skontaktował się z nami; że wpuścił
obcego do swojego domu i serdecznie go przyjął. Należy też wspomnieć o rodzinie
Warwick, która odegrała niebagatelną rolę w rozwiązaniu zagadki, i o Michaelu
Woodzie, który otworzył drzwi we właściwym momencie, ocalając wszystko; bez
niego nic by z tego nie wyszło. Szczególne podziękowania należą się oczywiście
Wizualnemu Archiwum Historii i Edukacji, prowadzonemu przez Instytut Fundacji
Shoah przy Uniwersytecie Południowej Kalifornii, za niezwykłą pracę, bez której
tak wiele historii zostałoby utraconych na zawsze, oraz za łaskawą zgodę na
wykorzystanie świadectwa Erniego Lobeta (nr 4365), bez którego fragmenty tej
niezwykłej historii nigdy nie wyszłyby na jaw. Dziękujemy także personelowi
archiwum Auschwitz za wkład i Freddiemu Knollerowi za jego komentarze.
Jesteśmy obaj niezmiernie wdzięczni Rupertowi Lancasterowi z wydawnictwa
Hodder & Stoughton, za jego dalekowzroczność, mądrość i wiarę w tę książkę od
samego początku, no i oczywiście naszej agentce, Jane Turnbull, dzięki której to
wszystko mogło odbyć się tak sprawnie.

Rob Broomby i Denis Avey


Źródła zdjęć

Zbiory autora: strony 1, 2, 4, 6. Za zgodą BBC News: 7 u dołu z lewej. © Getty Images: 3 u góry z lewej. ©
Imperial War Museum w Londynie: 3 u góry z prawej (H23490), u dołu z lewej (E1383), u dołu z prawej
(E5512). © Dave Poole: 8 u dołu. Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu: 4 pośrodku, 5.
Za zgodą Susanne Timms: 7 u góry z lewej i z prawej. © Yakir Zur: 8 u góry. Zdjęcie ze sfilmowanego wywiadu
z Ernstem Lobetem dostarczone przez Wizualne Archiwum Historii i Edukacji Instytutu Fundacji Shoah przy
Uniwersytecie Południowej Kalifornii, www.college.usc.edu/vhi: 7 u dołu z prawej.
Holocaust Educational Trust

Organizacja Holocaust Educational Trust (HET) została założona w 1988 roku przez lorda Jannera z Braunstone
oraz świętej pamięci lorda Merlyn-Reesa. Członkowie brytyjskiego parlamentu stworzyli HET w reakcji na
zwiększone zainteresowanie Holokaustem i potrzebą pogłębiania wiedzy na jego temat, w trakcie prac nad
ustawą o zbrodniach wojennych prowadzonych pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku.

Naszym celem jest uświadamianie, czym był Holokaust i jakie ma znaczenie dzisiaj. Działalność prowadzimy
w szkołach i w szerszych kręgach społecznych. Uważamy, że Holokaust musi zająć stałe miejsce w zbiorowej
pamięci naszego narodu.

Jednym z pierwszych osiągnięć HET było wprowadzenie w roku 1991 Holokaustu do narodowego programu
nauczania dla uczniów w wieku 11–14 lat. Toczyliśmy również skuteczną kampanię na rzecz zwrócenia
prawowitym właścicielom majątku ofiar oraz osób ocalonych z Holokaustu.

Odegrawszy kluczową rolę w ustanowieniu Dnia Pamięci o Holokauście w Wielkiej Brytanii, HET nadal
aktywnie uczestniczy w organizowaniu obchodów tego dnia.

Pracujemy w placówkach szkolnictwa średniego oraz wyższego, organizując warsztaty i wykłady dla
nauczycieli, a także dostarczając pomoce naukowe i materiały źródłowe.

Prowadzony przez Holocaust Educational Trust program „Nauka płynąca z Auschwitz”, przeznaczony dla
uczniów powyżej 16. roku życia oraz nauczycieli, trwa już trzynasty rok i ponad dwanaście tysięcy uczniów oraz
nauczycieli z Wielkiej Brytanii wyjechało dzięki niemu do Auschwitz-Birkenau.


Więcej szczegółów na temat Holocaust Educational Trust
można znaleźć pod adresem:
www.het.org.uk
www.insignis.pl
facebook.com/Wydawnictwo.Insignis
[1] stinkwood – dosł. z ang. cuchnące drewno (przyp. tłum.)
[2] Nawiązanie do słów: „Wody wezbrały ponad moją głowę, rzekłem: Jestem
zgubiony”. Biblia, Wydawnictwo Pallottinum, Warszawa–Poznań 1990, Lm 3:54, s.
974 (przyp. tłum.).
[3] Niezwykłe jest nazwisko właściciela firmy, Winterbottom, które można
przełożyć jako „zimowy tyłek” (przyp. tłum.).
[4] Pierwszy poniedziałek września (przyp. tłum.).
Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Przedmowa
Prolog
22 stycznia 2010
Połowa roku 1944
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
15 listopada 2010
Fotografie
Podziękowania
Holocaust Educational Trust