Vous êtes sur la page 1sur 182

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018

Wydawnictwo Naukowe PWN


ul. Gottlieba Daimlera 2
02-460 Warszawa
tel. 22 695 45 55
www.pwn.pl

Wydawca: Joanna Adamczyk


Redaktor prowadzący: Jolanta Kowalczuk
Redakcja: Anna Kędziorek
Korekta: Ingeborga Jaworska-Róg
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ AR T.DESIGN
Zdjęcie na okładce: Fotos z filmu Lunatycy (1960, reż. Bohdan Poręba), fot. Andrzej Brustman, z zasobów
Repozytorium Cyfrowego Filmoteki Narodowej
Cytowane fragmenty dzieł Leopolda Tyrmanda: copyright © Wydawnictwo MG, Matt Tyrmand, Mary Ellen
Tyrmand
Fotoedycja: Barbara Chmielarska-Łoś
Produkcja: Mariola Iwona Keppel
Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN: Marcin Kapusta /
konwersja.virtualo.pl

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2018 r., (wyd. I)


Warszawa 2018

ISBN 978-83-01-19961-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejsza publikacja ani jej żadna część nie może być kopiowana,
zwielokrotniana i rozpowszechniana w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie
im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie
publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to
dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo.
Więcej na www.legalnakultura.pl
Polska Izba Książki
SPIS TREŚCI

ZAMIAST
Rozdział I. WRÓG NA ODCINKU MŁODZIEŻOWYM
Rozdział II. OJCIEC IRLANDCZYK, MATKA ROSJANKA
Rozdział III. SIEWCY ZARAZY ZA DOLARA
Rozdział IV. „IDZIE FIGUS TARGOWĄ ULICĄ”
Rozdział V. CZAPÓW I MANTURZEWSKI: ŁOWCY CHULIGANÓW
Rozdział VI. ZŁY, CZYLI SAMOTNY KLASYK
Rozdział VII. INSTRUKCJE ZWALCZANIA CHULIGANA
Rozdział VIII. A JEDNAK WIECZNIE ŻYWY?
ILUSTRACJE
BIBLIOGRAFIA
PRZYPISY
ZAMIAST

Zamiast walczyć o pokój, skandując „Po-kój! Po-kój!”, entuzjazmują się, że „pod


Cedetem cała Wola, każdy krzyczy Coca-Cola!”.
Zamiast włączać się do socjalistycznego współzawodnictwa deklarują, że „w
dupie mają dyscyplinę pracy, [za co] ludowa władza do mamra ich wsadza”.
Zamiast wyciskać siódme poty w Służbie Polsce, konikują pod kinami,
oburzonym radząc: „Cześć pracy, napijcie się wody!”.
Zamiast zdobywać odznaki SPO – Sprawny do Pracy i Obrony, sprawność
podstawowa: rzut granatem – rzucają mięsem i wcześniej opróżnionymi butelkami,
wypychają na tory konduktorów, leją w ryło bez dania racji.
Zamiast z dumą obnosić zielone organizacyjne koszule i czerwone organizacyjne
krawaty Związku Młodzieży Polskiej, demonstrują oprychówki z gazetowym
wkładem amortyzującym ciosy, prowokacyjnie podnoszone kołnierze, skarpetki we
wszystkich kolorach tęczy, czasem bikini. Krawaty bikini.
Zamiast nucić: „Ej, przeleciał ptaszek…” z repertuaru Państwowego Zespołu
Pieśni i Tańca Mazowsze, podrygują w takt monotonnie powtarzanej przyśpiewki:
„dżez babu-riba, dżez babu-riba, dżez babu-riba, dżez”, choć zdarza im się piosnka
o bardziej złożonej dramaturgii: „Raz Maniana szła pijana, prowadził ją stróż,
morda cała obrzygana, a w kieszeni nóż”.
Stopniowo zawłaszczają ruiny, bramy, rogi ulic, skwery, chodniki przed kinami,
lodowiska, przestrzenie wokół stadionów, kwartały miast.
Chuligani 1950–1960.

Jeśli wierzyć Słownikowi frazeologicznemu PWN, złote lata to okres


największego rozkwitu, dobrobytu. Drugi element pomińmy jako zbyt abstrakcyjny
w Polsce Ludowej lat pięćdziesiątych. Natomiast chuliganeria w tamtych czasach
rozkwitała. Nie dlatego, iżby ktoś ją hołubił, ktoś jej pomagał. Wręcz odwrotnie:
władze jej nienawidziły, uważając za młodzieżową V kolumnę, powołaną i
sterowaną przez światowy imperializm w celu obalenia najlepszego z ustrojów, a
także za siewcę zarazy w postaci amerykańskiego stylu życia.
Zwykli ludzie też nie cierpieli chuliganów, ponieważ utrudniali im i tak trudną
egzystencję, a wiele ich drak przeistaczało się w pospolity bandytyzm.
Natomiast nigdy wcześniej i nigdy później chuliganeria nie pleniła się równie
szybko, masowo i skutecznie. W apogeum (tylko trochę przesadzam) już nie stolica
miała swoich chuliganów, lecz chuligani swoją stolicę. Wszystko razem
wstrząsnęło Ludową do tego stopnia, że p r o b l e m o w i poświęciły uwagę
najwyższe czynniki partyjno-rządowe.
I stąd tytułowe złote lata.
Rozdział I

WRÓG NA ODCINKU MŁODZIEŻOWYM

Chuligan.
Rzadko które słowo w języku polskim – choć nie z Polski pochodzi – ma tak
uniwersalne znaczenie. Decyduje akcent, gest, mimika, nade wszystko zaś
intonacja zależna od intencji.
– A to chuligan! – mówimy pobłażliwie na widok malucha, który choć ledwie
odrósł od ziemi, już rozrabia za czworo. Zachwyceni są rodzice, zachwyceni
dziadkowie i ciocie. Wujowie wspominają niezawodne metody wychowawcze,
jakimi byli poddawani.
– A to chuligan! – mówimy z niesmakiem na widok tegoż pacholęcia w nieco
starszym wieku, traktującego ptaki i wiewiórki celnie adresowanymi kamieniami.
Wciąż zachwyceni są dziadkowie oraz ciocie, podczas gdy rodzice zastanawiają
się, czy przypadkiem nie popełnili błędów wychowawczych. Wujowie wiedzą to od
dawna.
– A to chuligan! – mówimy z odrazą o młodym osobniku, który przed szkołą…
w szkole… po szkole… na stadionie… na ulicy… w parku… Dziadkowie nie żyją,
ciocie wzywają imienia Pańskiego nadaremno, wujowie mają satysfakcję,
poszczególny rodzic już wie, jakie błędy wychowawcze popełnił ten drugi.
Coraz częściej do słowa chuligan dodajemy: w spódnicy.
Sąd do wyroku dodaje „charakter chuligański”.
W sumie zjawisko społeczne nienowe, rozpoznane, wręcz oswojone. Przede
wszystkim jednak chuliganeria kojarzy się dzisiaj z kibolami, czyli stadionową
łobuzerią, w której, w razie partyjnej potrzeby, wprawne oko polityka dojrzy
patriotycznie wzmożoną młodzież.
Nie tak kiedyś bywało. Przed z górą sześćdziesięciu laty chuligaństwo urosło do
rangi problemu wagi państwowej, spędzając sen z oczu najwyższym władzom
partii niepodzielnie rządzącej, jej janczarom ze Związku Młodzieży Polskiej,
milicji, prokuraturze, sądom i prasie. Ale także – jak byśmy dziś powiedzieli –
zwykłym ludziom. Tyle że wtedy nie było zwykłych ludzi. Byli ludzie pracy,
inaczej: lud pracujący miast i wsi, i byli wrogowie tego ludu: wyrzuceni z
majątków obszarnicy, znacjonalizowani fabrykanci, rozkułaczeni kułacy (zob.
Niezbędnik na końcu rozdziału), sklepikarze pozbawieni sklepów po przegranej
bitwie o handel (Niezbędnik), niedobitki przedwojennych oficerów, policjantów,
sędziów, prokuratorów, urzędników. Kler.
W odniesieniu do nich w użyciu były zwykle przymiotniki: „sanacyjni” bądź
„reakcyjni” jako najskuteczniejsze, ponieważ z góry i o wszystkim przesądzały na
niekorzyść nosicieli. Przynależność do klasy inteligencji była elementem tak
obciążającym, że roztropny jej przedstawiciel na gwałt poszukiwał wśród swych
przodków dobrze politycznie widzianego koźlarza[1] lub choćby podkuchennej.
Naznaczeni piętnem inteligencji, jej potomkowie fałszowali życiorysy, by dostać
się na studia, a co wrażliwsi porzucali zhańbione klasowo rodziny.
Nowa władza stworzyła zarazem szczególną podklasę inteligencji
zaangażowanej po właściwej stronie: ideowych lub zwyczajnie kupionych
artystów, pisarzy czy dziennikarzy. Było to dobre dla niej, natomiast nie zawsze dla
nich, ponieważ bezpieka nie bez podstaw zakładała, że inteligent, jeśli nawet
buduje socjalizm, to i tak z obrzydzeniem, zatem na wszelki wypadek trzeba go
podejrzewać dla zasady, wraz z resztą klasy.
Natomiast zwykły lud pracujący miast i wsi, chcąc nie chcąc, miał do spełnienia
historyczny obowiązek budowy nowego, socjalistycznego ustroju, wbrew
„łajdackim knowaniom imperialistów amerykańskich i bońskich odwetowców”
(Niezbędnik) oraz kata narodów Jugosławii, Josipa Broz Tito (Niezbędnik).
A socjalizm należało budować za wszelką cenę, nie zważając na głodowe
zarobki, podobnie jak w Najjaśniejszej budowano kapitalizm, jednak z większą
surowością. Pracy musiało wystarczyć dla wszystkich, gdyż była obywatelskim
obowiązkiem. Konstytucja z 22 lipca 1952 roku, nieoficjalnie zwana stalinowską
ponieważ duże jej fragmenty ponoć odręcznie poprawiał na krajowym projekcie
sam Generalissimus (Niezbędnik), stwierdzała w artykule 14:

1. Praca jest prawem, obowiązkiem i sprawą honoru każdego obywatela. Pracą


swoją, przestrzeganiem dyscypliny pracy, współzawodnictwem pracy i
doskonaleniem jej metod lud pracujący miast i wsi wzmacnia siłę i potęgę
Ojczyzny, podnosi dobrobyt narodu i przyśpiesza całkowite urzeczywistnienie
ustroju socjalistycznego.

Młodzież – przysposabiając ją do przyszłości – zaganiano do paramilitarnej


organizacji Służba Polsce (1948–1955, po 1955 roku Ochotnicze Hufce Pracy), w
której wegetowała za nędzną strawę i przyodziewek.
Uchylanie się od pracy i wszelkiego rodzaju bumelanctwo, czyli manie w d…
roboty, w najlepszym razie surowo piętnowano w gazetkach ściennych, a w
najgorszym – w sądach podciągano pod sabotaż. Jak ostrzegał niepodpisany
wstępniak w tygodniku „Po prostu”:

Bumelant to obiektywnie rzecz biorąc złodziej. Okrada on naszą klasę


robotniczą, nasz lud pracujący, który oddaje ciężko zarobione pieniądze na to, by
młodzież mogła się uczyć. Człowiek, który potrafi bumelować, jest
potencjalnym przestępcą[2].

Podobnie jak bez końca obrabiany w prasie, radiu i Polskiej Kronice Filmowej
(Niezbędnik) – brakorób. A ponieważ cała socjalistyczna gospodarka kręciła się
wokół fetysza zwanego PLANEM, to planowano wszystko, co tylko sobie można
wyobrazić, łącznie z pogłowiem zajęcy. Na szczeblu centralnym zajmowała się tym
wszystkim Państwowa Komisja Planowania Gospodarczego. Zbudowano dla niej
specjalny gmach, skądinąd ciekawy architektonicznie, przy placu Trzech Krzyży w
Warszawie; obecnie budynek jest siedzibą ministerstw co chwilę zmieniających
nazwy.
Plan zaś każda kopalnia, huta, fabryka, spółdzielnia, każde przedsiębiorstwo,
każdy zakład pracy, każdy obywatel powinna/powinno/powinien wykonywać w
terminie i bez gadania, a najlepiej przed terminem i z nadwyżką.
Ponieważ jednak, generalnie, plany wykonywali niedouczeni ludzie na felernych
radzieckich i wysłużonych poniemieckich maszynach, z nędznych komponentów i
za jeszcze nędzniejsze grosze – za to także w ramach darmowych nadgodzin – więc
nic dziwnego, że wyroby opuszczające fabryki i inne przybytki gospodarki
planowej, a osobliwie ponadplanowej, nie cieszyły się uznaniem ani kooperantów,
ani odbiorców produktu finalnego.
Pod koniec każdego miesiąca – i oczywiście roku – odbywało się tzw. gonienie
planu, gdyż bezlitosna sprawozdawczość i naturalny instynkt samozachowawczy
nakazywały zgłaszać jego wykonanie za wszelką cenę. Ceną były premie, czasem
mieszkania dla załogi, a już na pewno być albo nie być dyrekcji. Wtedy kontrole
techniczne (i tak łagodne z natury) jeszcze szczelniej przymykały oczy na wszelkie
braki, niedoróbki, na rozpadające się od pierwszego spojrzenia buty i domy. Toteż
kto tylko mógł, unikał kupowania czegokolwiek wyprodukowanego pod koniec
miesiąca, a zwłaszcza roku, co dla wytwórców i tak nie miało znaczenia, ponieważ
nawet na taki chłam, wzgardzony przez – jak wtedy mawiano – oblatanego
obywatela, polowały dziesiątki mniej oblatanych.
W poważniejszych przypadkach fabrykę przeklinał nabywca grudniowej
warszawy M-20, osobówki z FSO na Żeraniu, kupionej od przodownika pracy
socjalistycznej. Otóż najbardziej zasłużonych nagradzano – jeśli akurat nagradzano
– przydziałami mieszkań lub talonami na samochody, których w normalnej
sprzedaży nie było. O ile jednak mieszkania przydzielano bezpłatnie, o tyle za auta
– bardzo drogie – trzeba było płacić. A ponieważ przodujący dla idei przodownik
nie miał pieniędzy, więc odsprzedawał talon. Przeważnie wrogowi ludu, czyli
prywaciarzowi: kupcowi z legalnego bazaru i z czarnego rynku, badylarzowi
(ogrodnikowi na swoim), modnemu krawcowi, szewcowi, ale i wziętemu
adwokatowi czy lekarzowi z prywatną praktyką. Nawiasem mówiąc, już sam
przymiotnik „prywatny” wywoływał w rewolucyjnie czujnych organach władzy
paroksyzm nienawiści.
W przypadkach drobniejszych na przykład pluszak z domu towarowego
wyglądał tak koszmarnie, jak miś z filmu Sprawa do załatwienia. Już wtedy
bowiem (1955) mieliśmy misia, choć w reżyserii nie Stanisława Barei, ale duetu
reżyserskiego Jan Fethke i Jan Rybkowski, i nie ze Stanisławem Tymem, lecz z
Adolfem Dymszą – za to w pięciu rolach. Sprawę do załatwienia, nakręconą
skądinąd w trybie tzw. konstruktywnej krytyki, naród oglądał równie tłumnie jak
Misia, może dlatego, że najczęstszą alternatywą był Lenin w Październiku,
sztandarowa produkcja radzieckiego Mosfilmu, z 1937 roku.
Mocną stroną Sprawy była nieskomplikowana fabuła, dzięki której obraz łatwo
trafiał do serc i umysłów. Oto do małej fabryki przybywa młody reporter
raczkującej telewizji (Bogdan Niewinowski), aby nakręcić dokument o
przodownicy pracy Zosi (Gizela Piotrowska). Też młodej. Zosia udziela się w
zakładowej świetlicy i chciałaby tamtejszemu zespołowi pieśni i tańca kupić
pianino. Za zakładowe, ma się rozumieć, ale pianin i tak nie ma. Reporter TV, jak
to reporter TV, obiecuje załatwić, po czym zapomina. W rezultacie, gdy Zosia
przyjeżdża do stolicy, to jest rozżalona. Reporter pragnie dziewczynę udobruchać,
a zarazem… zarazem zaczyna mu leżeć na sercu los zespołu pieśni i tańca.
Tymczasem bohaterowie spotykają prawie samych niemiłych ludzi, rzucających
pianinu kolejne kłody pod nogi. Nic to, młodzi razem pokonują przeciwności i po
spełnieniu obowiązku wobec świetlicy budzą w widzu nadzieję na założenie
podstawowej komórki społecznej, co sugeruje romantyczny spacer nad rzeką
Wisłą.
Konkurencyjnego dzieła nie streszczam. Nadmienię tylko, że na plakatach
informujących, iż Lenin w Październiku, niewidzialna ręka dopisywała: A koty w
marcu.
Wróćmy do konsumentów. Otóż klient detalicznego handlu uspołecznionego,
tresowany na każdym kroku, w ogóle się nie liczył. Podobnie jak przemysł lekki,
produkujący na rynek (pojęcie zabronione). W gospodarce socjalistycznej liczył się
przemysł ciężki. A to dlatego, że był wytwórcą środków produkcji, tzn.
produkował dla przemysłu ciężkiego środki produkcji po to, by ten mógł
produkować środki produkcji dla przemysłu ciężkiego.
Ale i tak najważniejszy był przemysł wydobywczy, dostarczający dobra
narodowo-eksportowego, czyli węgla kamiennego, którego masowy wywóz
podtrzymywał gospodarkę Polski Ludowej przez cały czas jej trwania. Na potrzeby
kraju musiał wystarczyć węgiel kamienisty. Opowiadano, jak pociąg ze Śląska czy
Zagłębia wiezie taki właśnie węgiel. Po drodze, na małej stacyjce, musi zaczekać
pod semaforem. I oto pech: wybucha pożar, obejmuje cały skład. Przyjeżdża straż,
próbuje ugasić, ale nic z tego. Kiedy jest już po wszystkim, gdy dopalają się
zgliszcza pociągu, kierownik stacji telefonuje do Centrali: – Wszystkie wagony
spłonęły! Co zrobić z węglem?
Z czarnym złotem był również polityczny problem. Ludzie powszechnie i nie bez
kozery podejrzewali, że ten dobrych gatunków jedzie nie tylko na Zachód po
cenach dumpingowych, ale zwłaszcza za granicę przyjaźni na Bugu jako bezcenny,
bo po żadnych cenach. Stąd powszechne przekonanie: my im dajemy węgiel, a oni
za to biorą od nas świnie.
Prawdziwą świętością była praca. Im bardziej fizyczna, tym cenniejsza
ideologicznie. Pracę Partia – zawsze przez P – i Rząd – zwykle przez R –
deklinowały oraz koniugowały do potęgi „n”, przy czym najbardziej pożądana była
albo bezpłatna w czynie społecznym, albo szaleńcza w trybie socjalistycznego
współzawodnictwa; np. brygada murarza Prętkiego rzucała brygadzie murarza
Chyrzego wyzwanie, która z nich przez osiem godzin ułoży więcej cegieł.
Nazywało się to socjalistycznym współzawodnictwem pracy. Zwycięzca – z braku
telewizji[3], która, jeśli tak można powiedzieć, istniała tylko w prasie i filmie – był
następnie fetowany w radiu, gazetach oraz Polskiej Kronice Filmowej, po czym
pod osłoną nocy jeszcze inna brygada oba mury rozbierała, aby się następnego dnia
nie zawaliły.
Czasy zrodziły też liczną kastę wspomnianych już przodowników pracy. Mówiła
o nich nawet konstytucja lipcowa w artykule 14 ust. 2:

Przodownicy pracy otoczeni są powszechnym szacunkiem narodu.

Zasadniczą właściwością przodownika było rzucanie wyzwań. Przodownik


rzucał je najpierw samemu sobie, następnie innym przodownikom. Po czym – jeśli
jeszcze żył i znajdował siły po wyczerpującej walce o pokój na niezliczonych
wiecach – przekraczał kolejne granice. I w tym wypadku przekraczanie śledziła
prasa, radio oraz PKF. Szczyty sławy osiągnął górnik Wincenty Pstrowski
(Niezbędnik), ale na krótko, bo zaraz umarł. Do dziś pozostał po nim pomnik w
Zabrzu i nieco zapomniany dwuwiersz:

Chcesz iść prędko na sąd boski?


Pracuj, jak pracował Pstrowski.

Od każdego oczekiwano, że podejmie jakieś zobowiązanie, jakiś czyn


produkcyjny lub – z braku takiej możliwości – podobny, byle społeczny.
Najważniejsza była masowość, dezercja z szeregów mogła zwichnąć karierę.
Wkrótce najskromniejszy urzędnik wiedział, że bezpieczniej podjąć zobowiązanie
o zaoszczędzeniu w ciągu roku 0,15 litra atramentu i 20 spinaczy, niż nie podjąć
żadnego. A na przykład szoferzy państwowego transportu drogowego ozdabiali
swoje maszyny plakietkami głoszącymi: „Mój samochód świadczy o mnie”, dzięki
czemu można było czasem dostrzec czysty uspołeczniony pojazd.
Istne epidemie wybuchały z okazji rocznic i świąt państwowych: 1 Maja, 22
Lipca, Rewolucji Październikowej, no i faszystów też rozgromiliśmy pod Lenino. Z
okazji zjazdów Partii, zawsze przez P, podejmowano czyny oraz warty
przedzjazdowe, zjazdowe i pozjazdowe. Okazji więc nie brakowało, a każdą trzeba
było uświetnić ponadplanowymi tonami wydobytego węgla, wytopionej stali,
dodatkowymi litrami mleka udojonego od uświadomionych politycznie krów z
PGR-ów i spółdzielni produkcyjnych.
Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954[4] pod datą 7 marca przytoczył taki oto
pasażerski dramat związany z wartą:

[W Warszawie] mówią o pewnej podróży samolotu „LOT-u” z Warszawy do


Poznania. Zaraz po starcie, gdy samolot unosił się wdzięcznie nad stolicą,
wyszedł z kabiny pilota młody człowiek w mundurze „LOT-u”, lecz w
złowróżbnym czerwonym krawacie zetempowskim i oświadczył: „Obywatele!
Składam wam gratulacje! Samolot, w którym znajdujecie się, został jeszcze kilka
tygodni temu uznany za niezdolny do użytku w opinii bezdusznych rutyniarzy i
biurokratów. Ale młoda brygada zetempowskich lotników, w ramach
współzawodnictwa pracy i wart przedzjazdowych, zobowiązała się użytkować
go nadal bez generalnego remontu, oszczędzając w ten sposób miliony złotych i
setki roboczogodzin dla naszej ludowej ojczyzny. I proszę, oto lecimy…” .
Wszyscy zrazu struchleli, po czym rozległ się lament nieznany w historii
polskiego lotnictwa cywilnego, zaś jeden z pasażerów, jak się okazało, wysoki
dygnitarz partyjny, podobno zawył: „Dość tej szopy! Dość komedii!
Natychmiastowego lądować! Wy nie wiecie, kto ja jestem! Ja wam pokażę…” .
Ale zetempowcy nie dali się tak łatwo zastraszyć […]. Samolot doleciał do
Poznania, gdzie połowa pasażerów po opuszczeniu srebrnego ptaka rzuciła się
do panicznej ucieczki, podczas gdy połowę trzeba było długo cucić.

Se non e vero, e ben trovato.

Indoktrynacja nie mogła ominąć wychowawców młodzieży. Ponieważ z


młodymi kadrami nauczycielskimi było krucho – bo skąd je brać wkrótce po
wojnie? – więc z konieczności wykorzystywano stare, niekiedy ciepło
wspominające sanacyjne czasy. To samo dotyczyło profesorskich i niższych kadr
uniwersyteckich. Aby nie dopuścić do szerzenia reakcyjnych poglądów, władzę w
szkołach średnich i wyższych nieformalnie przejął ZMP, którego aktywiści z
zajadłością dorównującą głupocie celowali w poniewieraniu najlepszymi
nauczycielami za braki w wykształceniu ideologicznym, które to wykształcenie
polegało na powtarzaniu przy każdej okazji – oraz bez okazji – tego samego
zestawu haseł o wyższości socjalizmu/komunizmu nad
kapitalizmem/imperializmem, zwieńczonych sakramentalnym: „ze Związkiem
Radzieckim na czele”.
Końcówka była święta; i młodym, i starym (reszcie też) wpajano bowiem nauki o
przewagach ludzi rosyjskich i radzieckich nad innymi nacjami, na każdym polu,
toteż zdumiony czytelnik lub słuchacz dowiadywał się, że wszystkich istotnych
wynalazków dokonali Rosjanie bądź radzieccy. Wywoływało to rozmaite reakcje,
w tym niepożądane: „Kto wynalazł radio? Aleksander Stiepanowicz Popow. U
Marconiego na strychu”.
Bardzo partyjny pisarz Jerzy Putrament w trafnie oddającej atmosferę tamtych
czasów powieści Małowierni (jednak wydanej po raz pierwszy dopiero w 1967
roku) przytoczył dowcip: „A o Miczurinie [Niezbędnik] pan słyszał? Skrzyżowanie
jabłoni z jamnikiem. Wie pan czemu? Bo sama się podlewa i szczeka na złodziei”.
Ciekawsza jest reakcja ówczesnego janczara:

– Wredny kawał! – powiedział z naciskiem i zaraz poczuł przypływ zapału.


– Wy się, towarzyszu, nie łudźcie! To nie przypadek, że tyle się puszcza
kawałów o Miczurinie. Dla nich stan naszej nauki jest solą w oku. Wiedzą, ilu
jeszcze starych pryków siedzi na katedrach i sabotuje wszelkie próby myśli
marksistowskiej[5].

Putrament nie przesadził. Tak pod względem treści i formy wyglądały – różniąc
się technicznymi szczegółami – nie tylko prywatne rozmowy partyjnych
aktywistów, ale i setki, tysiące spotkań, masówek[6], narad, zebrań, dyskusji,
operatywek, prasówek – zwoływanych bez końca i bez sensu.
W tym miejscu pozwolę sobie na (chyba) zaskakującą dygresję. Otóż dzisiaj
łatwo ośmieszać i tak samoośmieszające się obrzędy tamtych lat, ktoś jednak
Polskę ze strasznych wojennych zniszczeń odbudował. Nie tylko niezauważani
wtedy przez partyjno-rządowych normalni ludzie, ale także ci fanatycy, zwykle z
awansu społecznego (Niezbędnik) – choć nieraz przynosili tyle szkody, ile pożytku.
W każdym razie łatwo było o zapał i entuzjazm charakterystyczny dla czasów
wielkiej odbudowy, a schyłek lat czterdziestych i początek lat pięćdziesiątych
tamtego wieku to czas Wielkiej Odbudowy właśnie – niezależnie od tego, jak
bardzo normalnych irytowały uliczne megafony grzmiące, że kopalnia Zabrze-
Wschód wykonała roczny plan w połowie maja, a kolejni przodownicy pracy
socjalistycznej podbijają normy o 300 albo i 400 procent. I jak bardzo zwykłych
robotników – z oczywistych powodów – rozwścieczały podobne wyczyny.
Sorry, taki mieliśmy klimat – że sparafrazuję panią klasyk.
I nagle, w takim klimacie, pojawiają się jednostki jawnie szydzące i z
socjalistycznej dyscypliny pracy, i z pracy jako takiej, i z samego socjalizmu.
Megafony wciąż grzmią, że Zabrze-Wschód, że pozostałe kopalnie, a tu w stolicy i
innych miastach na kolejnym rogu, przed kolejnym kinem, przed knajpą,
stadionem, w parku, ustawia się jawnie aspołeczny element podrygujący w takt bez
sensu powtarzanej, niekończącej się przyśpiewki o jakiejś babu-ribie. Element
otwarcie stroniący od udziału w dziele budowy nowego ustroju:
Chuligani to są ludzie t a c y
W dupie mają dyscyplinę pracy
A ludowa władza
Do mamra ich wsadza.

Słowu „tacy” towarzyszył popularny wówczas gest prawej ręki, zginanej w


łokciu poziomo, prostopadle do tułowia – w odróżnieniu od pionowego zgięcia w
znanym geście Kozakiewicza – a oznaczający „w dechę!”, czyli „w porządku”,
„jak trza”.
Młodych, skądinąd mało sympatycznych ludzi, będących tak bardzo w kontrze
do narzuconego przez Ludową systemu wartości, postępowania, do ubioru, muzyki
i w ogóle wszystkiego, aż po konflikty z kodeksem karnym – ochrzczono mianem
chuliganów. Nazwa przylgnęła, ponieważ nie była nieznana[7] i mimo obcego
brzmienia lepiej się zadomowiła, niż wariacje wokół rdzennie polskiego „łobuza” i
„łobuzerstwa” I to wbrew propozycjom takiego autorytetu, jak sędzia Sądu
Najwyższego Gustaw Auscaler, któremu niewiele wcześniej ta sama ludowa
władza zleciła skazanie na śmierć generała Emila Fieldorfa „Nila” (Niezbędnik).
Auscalerowa nomenklatura się nie przyjęła, za to chuligański styl życia jak
najbardziej. W dodatku zaczął się rozprzestrzeniać niczym dżuma w Oranie. Po
okresie wahań wywołanych szokiem (to przecież niemożliwe, aby w
najpiękniejszym z ustrojów...) zrezygnowana władza przyznała, że pojedyncze
przypadki „niedostosowania” zmultiplikowały się do rozmiarów niebezpiecznego
pod każdym względem zjawiska społecznego, a nawet politycznego, przedmiotu
stałych doniesień, opisów, analiz publicystycznych, z czasem także naukowych.
Już w 1951 roku zaczęła się poruta w samym Komitecie Centralnym PZPR.
Ponieważ nie wszyscy w Partii, nadal przez P, zdawali sobie sprawę, co się święci,
zlecono Wydziałowi Oświaty sporządzenie odpowiedniego referatu. Sam jego tytuł
mroził krew w żyłach: Działalność wroga na odcinku młodzieżowym.
Dowiadujemy się więc, że „wszechobecna działalność wroga klasowego” jest nie
tylko ożywiona, ale i skuteczna, skoro prowadzi do negatywnych zachowań
młodzieży – przybierających w dodatku rozmaite formy, w tym chuligaństwa i
bikiniarstwa, ogólnej demoralizacji, lekceważenia szkolnych obowiązków – a
nawet do religijności. Wróg tymi przejawami nie tylko steruje, ale i sam je
wywołuje -tłumaczyli aktywowi oświeceni z Wydziału Oświaty.
W ówczesnym pojmowaniu przez władze zjawiska chuligaństwa stawało się ono
słowem-wytrychem otwierającym każde drzwi, za którymi kryły się niespodzianki
mało przyjemne dla tejże władzy (choć przecież) uzbrojonej w nieprzebrane
bogactwo myśli marksistowsko-leninowsko-stalinowskiej, co w praktyce oznaczało
zestaw sloganów, bez jakich nie mogła się obejść żadna narada, żadna publikacja
naukowa, żaden większy artykuł, żadna publicznie ujawniona myśl.
Najważniejsza z myśli, mianowicie stalinowska, wpadła akurat na taki
pomysł[8], że wraz z postępami w budowaniu socjalizmu zaostrza się walka klas,
ponieważ klasy dotychczas posiadające z coraz większą zawziętością bronią coraz
bardziej ograniczanego stanu posiadania. Wróg ima się tedy każdego sposobu,
wykorzystując wszystko i wszystkich[9]. W tym chuliganów, z usług jednych
korzystając, innych tworząc, pod wspólnym hasłem pogardy dla ustroju i jego
osiągnięć; dla pracy krajowego i światowego proletariatu; dla towarzyszy
radzieckich i polskich władz partyjno-rządowych; dla zasad socjalistycznego
współżycia społecznego; dla socjalistycznej kultury z jej masowymi zdobyczami,
ze Związkiem Radzieckim na czele – to zbiór pierwszych lepszych sloganów z
epoki. Idealny koncept dla władzy tak ograniczonej, że swobodnie mogła się
obracać jedynie w kręgu podobnych zaklęć. Władzy, której gdy słyszała o
socjologii, kozik się w kieszeni otwierał.
Wkrótce ku jej osłupieniu okazało się, że ogniska chuligańskiej zarazy wykryto
wśród młodych robotników, a także uczniów, przeważnie w szkołach zawodowych,
dotychczas uważanych za politycznie bezpieczne ze względu na niski poziom
umysłowy uczęszczającej do nich młodzieży. Skoro i tam, to jak nie mówić o
zaostrzającej się walce klas? Wróg wykorzystuje już nawet młody bądź przyszły
proletariat. Ale to tylko jedna strona medalu.
Druga wskazuje na poważne niedostatki w temacie pracy ideologicznej z
młodzieżą i nad młodzieżą. Odkryto bowiem liczne ślady infekcji wśród członków
ZMR jawnie szerzących defetyzm w szeregach organizacji, wątpiących w trwałość
ustroju Polski Ludowej, szydzących z jej suwerenności i osiągnięć, lżących
towarzysza Stalina łącznie ze strzelaniem z wiatrówki do Jego portretu,
ośmieszających wymienianych z imion, nazwisk i funkcji członków kierownictwa
Partii i Rządu Polski Ludowej. W rezultacie zabroniono milicjantom umieszczania
w protokołach zajść danych osobowych postponowanych w ten sposób dygnitarzy,
aby nie ujmować godności zarówno im samym, jak i piastowanym przez nich
urzędom. Przytaczano je teraz przez omówienie.
Jakby wymienionych nieszczęść było mało, to nieco wcześniej na horyzoncie
pojawili się bikiniarze, lokalnie zwani dżolerami lub bażantami. Jawnie
demonstrowali pogardę dla socjalistycznego stylu życia w biedzie i szarości, na
rzecz zachodniego. Styl amerykański – który tak naprawdę był odmianą miejskiej
legendy, gdyż o prawdziwym nikt nie miał pojęcia – stał się wprawdzie ulubionym,
lecz nie jedynym, bo np. bardzo modny był francuski. Ubiór, muzyka, sposób
spędzania wolnego czasu – wszystko to było tak odmienne od urawniłowki
narzucanej przez czynniki oficjalne, że władza reagowała w sposób wściekły. Nie
chciała lub nie umiała inaczej, niż spychając innych – w tym przypadku
nieszczęsnych bikiniarzy, którzy ani nie byli, ani nie chcieli być kojarzeni z
łobuzerią – do kategorii wrogów ludu, ze wszelkimi tego konsekwencjami. Na
przykład w procesie młodych przestępców, nazwanych dla większego efektu
„gangsterską bandą terrorystyczno-rabunkową” każdy z jej członków ze względu
na charakterystyczne elementy stroju i/lub fryzury stawał się bikiniarzem, aby już
jako bikiniarz automatycznie służyć za „narzędzie imperializmu amerykańskiego”,
tym niebezpieczniejsze, że podstępnie czyhające na cnotę niewinnych
zetempowców.
W procesie bikiniarstwo połączono pryncypialnie z bandytyzmem, co dawało
oskarżycielom i sędziom dodatkowe pole do popisu w postaci żądanych i
orzeczonych wyroków śmierci. Więcej o ponurej parodii wymiaru sprawiedliwości
na dalszych stronach – tutaj trzeba jeszcze dodać, że marna bywała sytuacja nawet
takiego osobnika, który nie popełnił żadnego wykroczenia przeciw władzy
ludowej. Typowy dla jej funkcjonariuszy ciąg myślowy przedstawiał się bowiem
następująco: nie popełnił, to nie znaczy, że nie popełnił, tylko że nie dał się złapać.
A skoro nie dał się złapać, to dowodzi, że chciał i popełnił, ale się chytrze
zakamuflował. Przecież jako chuligan lub dżoler musiał chcieć, wobec czego
inkryminowany czyn popełnił, bo tego dowodzi jego fryzura, ubiór, nie mówiąc o
wstręcie do pracy. Taki wstręt, podobnie jak strój czy włosy, nie był wprawdzie
kategorią karnokodeksową, ale okolicznością nie do wybaczenia w praktyce
niektórych sądów, a zwłaszcza organów quasi-sądowych.
Przyczynkiem do histerycznych reakcji na zjawisko chuligaństwa niech będą
fragmenty artykułu kolejnego bardzo partyjnego wówczas pisarza oraz piewcy
ustroju – Kazimierza Brandysa, z zachowaniem oryginalnej pisowni:

Zawsze i wszędzie chuligaństwo pod różnymi postaciami i w różnych


okolicznościach ma jedno i to samo „zaplecze ideologiczne”: reakcyjną
nienawiść do rewolucji, do mas ludu, do socjalizmu. Chuligan, lump, „Bikiniarz”
czy „Bażant” nie walczą o żadną ideologię ani światopogląd, rzadko są też
wyrazicielami haseł politycznych. Chuligan uważa ideologię za „lipę” czy „puc”
i jeśli jest „bikiniarzem”, ceni amerykański styl życia. Co łączy chuliganów bez
względu na różne odmiany i modele – to pogarda dla pracy, niszczenie rzeczy
służących społecznemu użytkowi, terror fizyczny, seksualizm i alkohol.
Oczywiście nie jest to ideologia, ale spytajcie pierwszego lepszego reakcjonisty,
który czeka w kawiarni na „białego konia”[10] i słucha BBC – zapytajcie, co
sądzi o dzisiejszej Polsce, a usłyszycie – budownictwo socjalistyczne to „lipa”,
droga do socjalizmu – to pozbawienie człowieka „blasków życia” [...]. Nie jest
przypadkiem, że były właściciel sklepu na Marszałkowskiej czy kamienicy
czynszowej, na której gruzach wyrasta dziś blok Marszałkowskiej Dzielnicy
Mieszkaniowej, myśli to samo i tęskni za tym samym, co chuligan rozbijający
okno wystawowe w Centralnym Domu Towarowym. Pierwszy nazywa to
ideologią, drugi – rozróbą[11].

Udajmy się teraz na nieco spokojniejsze wody w poszukiwaniu mniej


ideologicznie zacietrzewionych definicji chuligaństwa. Wypadnie także zająć się
pochodzeniem słowa „chuligan”. Przedtem jednak

Niezbędnik do rozdziału I
Auscaler Gustaw (1917-1965). Sędzia Sądu Najwyższego; wraz z Igorem Andrejewem i Emilem
Merzem, jako sędziami tajnego specwydziału SN, zatwierdził wyrok śmierci dla generała Emila
Fieldorfa. Auscaler w 1957 roku wyemigrował do Izraela, gdzie wkrótce zmarł. W tym też okresie
trochę podszczypywano Merza, ale bez żadnych konsekwencji; spokojnie dotrwał do emerytury
w roku 1962. Andrejew natomiast był z czasem coraz bardziej fetowany jako wielki uczony,
nauczyciel akademicki, wychowawca młodzieży, współtwórca kodeksu karnego z 1969 roku.
Adresat licznych laudacji i ksiąg pamiątkowych z okazji jubileuszy itp. Nie niepokojony za udział
w morderstwach sądowych. W latach 90. XX wieku Auscalera jako zbrodniarza komunistycznego
poszukiwał Interpol, ale z oczywistych względów czynności szybko zakończono.

Awans społeczny. Przejście z niższej do wyższej klasy społecznej. Pojęcie odmieniane w Polsce
Ludowej na wszystkie sposoby. Na pewno jednak sukces komunistycznej władzy, nigdy bowiem
w historii kraju nie poszły w górę, zdobywając wykształcenie i możliwości wyrwania się z nędznej
wegetacji, tak liczne rzesze z upośledzonych dotychczas warstw: robotniczej i chłopskiej. O ile
np. w latach 30. ubiegłego wieku średnie szkoły ogólnokształcące opuszczało 15–17 tys.
absolwentów rocznie, o tyle w Polsce Ludowej jedynie w roku szkolnym 1950/1951 – 41 tys.
Wyższe uczelnie przed wojną kończyło 5-6 tys. rocznie, a w latach 1950–1960 od 14 do 20 tys.
(dane z roczników statystycznych). Komuniści zwalczyli też analfabetyzm; przymusowa nauka
czytania i pisania dla osób w wieku 14–50 lat trwała aż do 1962 roku (w II Rzeczypospolitej
niemal co czwarty obywatel był analfabetą). Wszystko byłoby dobrze, gdyby awans społeczny
ograniczał się tylko do tego. W praktyce realizowano jednak leninowskie hasło: „W socjalizmie i
kucharka może być ministrem”. Tak więc awansowali ludzie, których atutem było tylko właściwe
pochodzenie klasowe, czerwona legitymacja czy też odpowiednie znajomości. Dyrektor-
fachowiec musiał ustępować miejsca wczorajszemu majstrowi albo i dozorcy, konduktorzy
tramwajowi trafiali do prokuratur i sądów po półrocznych studiach w prawniczym przedszkolu
imienia Duracza, uczniowie zastępowali czeladników, czeladnicy mistrzów. Mistrzów już nie miał
kto zastępować, w rezultacie miejsce gospodarki zajęła, jak wyśmiewano, gospodarka
socjalistyczna.

Bitwa o handel. Kilkuletnia, rozpoczęta w 1947 roku akcja władz, mająca na celu zniszczenie, a
przynajmniej wyeliminowanie znacznej części prywatnego handlu jako siedliska i źródła
dochodów wrogich ustrojowi drobniejszych burżujów oraz zastąpienie go państwowym bądź
(głównie na wsiach) spółdzielczym. Prywatnym kupcom, aptekarzom czy restauratorom
zarzucano przechwytywanie zysków należnych ludowemu państwu. Jako instrument prawny
służyły trzy ustawy z 2 czerwca 1947 roku: 1) w sprawie zwalczania drożyzny i nadmiernych
zysków w obrocie handlowym; 2) o obywatelskich komisjach podatkowych i lustratorach
społecznych; 3) o zezwoleniach na prowadzenie przedsiębiorstw handlowych i budowlanych.
Kupców władze zwalczały przede wszystkim za pomocą domiarów, czyli dodatkowych podatków
wymierzanych ni stąd, ni zowąd i według widzimisię organów państwowych, ustalania cen
wprost z sufitu, licznych denuncjacji spuszczonej ze smyczy sfory aktywistów partyjnych i
młodzieżowych, niekiedy zakazów zaopatrywania się w państwowych (innych nie było)
hurtowniach itd. Dodatkowo za zawyżanie cen groziło nawet pięć lat więzienia. Bitwę o handel
uznano po trzech latach za wygraną, aczkolwiek jej ofiarą nie padła nawet połowa ze 134 tys.
prywatnych sklepów (ocalało 78 tys.). Po prostu handel uspołeczniony albo nie umiał, albo nie
miał czego sprzedawać – niekiedy jedno i drugie – pozostawienie zaś ludzi bez zaopatrzenia
groziło rozruchami.

Bońscy odwetowcy. Skoro niemiecki straszak do dziś ma się dobrze, to można sobie wyobrazić,
jak skutecznie działał zaraz po wojnie. Nie bez przyczyny. Winston Churchill (1874–1965),
premier Wielkiej Brytanii w jej najtrudniejszym, wojennym okresie (od maja 1940 do maja 1945
roku), zorientował się w końcu, że darzy Stalina nadmiernym i nieuzasadnionym zaufaniem,
wykorzystywanym przez stronę sowiecką z właściwym jej fałszem i bezwzględnością. W słynnym
wystąpieniu w Fulham (USA) 5 marca 1946 roku, a więc już po utracie władzy, ale wciąż uważany
za wybitny głos Zachodu, mówił Churchill o żelaznej kurtynie rozpostartej od Szczecina nad
Bałtykiem po Triest nad Morzem Śródziemnym, pomiędzy demokratycznym Zachodem a
państwami poddanymi wpływowi sowieckiemu i kontroli ze strony Moskwy. Niestety, rok
wcześniej w Jałcie, jeszcze jako premier, tenże Churchill protestował (bezskutecznie) przeciw
„dopieszczaniu” Polaków nadmiernymi – jego zdaniem – rekompensatami na zachodzie w
zamian za ziemie odebrane przedwojennej Rzeczypospolitej przez ZSRR i do tegoż państwa
przyłączone. W obliczu głębokiego konfliktu między niedawnymi aliantami i groźby wiszącej w
powietrzu III wojny światowej uaktywnili się niemieccy wysiedleńcy z terytoriów hitlerowskiej
Rzeszy wcielonych do Polski, u nas zwanych Ziemiami Odzyskanymi, odwiecznie polskimi,
piastowskimi, po wiekach wracającymi do Macierzy itp. Już w 1945 roku powstały pierwsze
organizacje niemieckich przesiedleńców, domagających się rewizji granic (ziomkostwa), a w 1948
roku ich przedstawicielstwo jako wypędzonych, domagających się powrotu do Heimatu (małej
ojczyzny, ojcowizny) w charakterze pełnoprawnych właścicieli. Było ich wtedy ok. ośmiu
milionów; z czasem liczba ta wciąż rosła. W 1953 roku pracujący wówczas w Bonn rząd Niemiec
Zachodnich (istniejących w strefach okupacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji) ustawowo
określił ich status właśnie jako wypędzonych. Boński rząd nie uznawał granic z Jałty; w szkołach,
w oficjalnych publikacjach i na oficjalnych mapach Ziemie Odzyskane przedstawiał jako
„terytoria pod tymczasowym zarządem polskim”. Czerpali z tego inspirację bońscy odwetowcy.
Pośrednio sprzyjał im Watykan, nieskory do przyznawania polskim biskupom kościelnego
zwierzchnictwa nad Ziemiami Odzyskanymi, jak również chętnie przypominane słowa Churchilla
z Jałty: „Źle będzie, jeśli utuczymy polską gęś taką ilością niemieckiego jedzenia, że padnie na
niestrawność”. W dodatku w dziesiątą rocznicę kapitulacji hitlerowskiej Rzeszy, w maju 1955
roku, zachodni alianci zdecydowali się na reaktywację zachodnioniemieckich sił zbrojnych pod
nazwą Bundeswehry, a także floty wojennej (Bundesmarine) oraz sił powietrznych pod
doskonale w Polsce pamiętaną, złowrogą nazwą Luftwaffe.

Fieldorf August Emil, ps. Nil (1885–1953). Generał Wojska Polskiego, w czasie okupacji
współtwórca i dowódca Kedywu (kierownictwa dywersji) Armii Krajowej. Fałszywie oskarżony o
rozkaz zwalczania radzieckiej partyzantki na polskich terenach – został skazany na karę śmierci
przez powieszenie. Wyrok wykonano.

Generalissimus (łac.) – najgłówniejszy z głównych, najbardziej generalny z generalnych itp. W


przypadku Stalina także najgenialniejszy z genialnych. Idealne wyjście dla leniwych lub
niesprawnych językowo polityków, dziennikarzy i propagandzistów tamtych czasów. W
połączeniu z nazwiskiem Josifa Wissarionowicza Stalina (z domu Dżugaszwili; 1878 lub 1879–
1953) pozwalało uniknąć trudu wymyślania kolejnych tytułów w rodzaju Chorążego Pokoju,
Genialnego Stratega, Wodza Światowego Proletariatu, Wielkiego Językoznawcy, Przyjaciela
Wszystkich Dzieci, Historyka Wszech Czasów. Drugim współczesnym Stalinowi generalissimusem
był Czang Kaj-szek (1887–1975), od 1928 roku – właśnie jako generalissimus – przywódca
Republiki Chińskiej. Po przegranej z komunistami wojnie domowej w 1949 roku ewakuował się
wraz ze zwolennikami na Tajwan.

Kułak. Określenie zapożyczone wprost z języka rosyjskiego, a jeszcze bardziej z radzieckiego.


Oznacza bogatego chłopa, zwłaszcza najbogatszego we wsi i z tego powodu trzymającego
biedniejszych sąsiadów w garści (kułaku). Wróg klasowy wysokiej rangi jako wyzyskiwacz,
przeciwnik kolektywizacji rolnictwa, czyli kołchozów i sowchozów w ZSRR, a w Polsce spółdzielni
produkcyjnych. W Kraju Rad już przegrany, w Polsce Ludowej wciąż z nią walczący. Cel
zmasowanych ataków propagandy, w licznych karykaturach przedstawiany jako tłuścioch
siedzący na workach ze zbożem, niekiedy z plikiem dolarów wystających z kieszeni i/lub z bombą
made in USA za pazuchą.

Miczurin Iwan Władimirowicz (1855–1935). Rosyjski i radziecki hodowca, sadownik, twórca


nowatorskich metod, które pozwoliły wyhodować ponad 300 odmian drzew i krzewów
owocowych. Niezależnie od mniej udanych przedsięwzięć i doświadczeń, ma w swym życiorysie
niezaprzeczalne sukcesy m.in. w postaci krzyżówek roślin – uprawianych bądź hodowanych
dotychczas w cieplejszym klimacie – zdolnych do przetrwania także w surowych rosyjskich
warunkach. Gwiazda sowieckiej nauki, zarazem ulubiony bohater antyradzieckich dowcipów.

Polskie Kroniki Filmowe. W latach 1944–1994 były zwykle wyświetlane przed filmami
fabularnymi i tzw. dodatkami, jak określano krótkometrażówki o najrozmaitszej tematyce, często
ciekawe. Obecnie zastąpione przez filmiki o tematyce reklamowej, nieciekawe.

Pstrowski Wincenty (1904–1948). Działacz komunistyczny, przodownik pracy. Jako górnik


kopalni węgla kamiennego „Jadwiga” wystosował list otwarty do innych górników, wzywając ich
do socjalistycznego współzawodnictwa pracy. Sam wykonywał od 240% do 300% miesięcznej
normy urobku. Zmarł bądź na białaczkę (wersja oficjalna), bądź wskutek zbyt szybkiego powrotu
do pracy po jednoczesnym usunięciu kilku zębów.

Tito Josip Broz (1892–1980). Komunista, legendarny przywódca partyzantki podczas II wojny
światowej, marszałek, prezydent Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii w latach 1950–
1980. Współtwórca grupy tzw. państw niezaangażowanych, dobrze widziany na Zachodzie.
Wybierając „inną drogę do socjalizmu”, nie podporządkował kraju dyktaturze Stalina, za co został
okrzyknięty katem narodów Jugosławii oraz wrogiem socjalizmu na równi z imperialistami
amerykańskimi. Również w Polsce Ludowej ulubieniec reżimowych karykaturzystów, rysowany
właśnie jako kat, z odpowiednimi akcesoriami: katowskim pniem i toporem koniecznie
ociekającym krwią. Przedstawiano go także w esesmańskim mundurze, a w innej wersji jako
uwiązanego do zachodniej budy psa łańcuchowego imperializmu. Wkrótce po jego śmierci
rozpoczął się rozpad SFRJ, tragicznie zwieńczony w początkach lat 90. wojnami domowymi w
Jugosławii.
Rozdział II

OJCIEC IRLANDCZYK, MATKA ROSJANKA

Jak przystało na kraj leżący na rozdrożu między Wschodem a Zachodem


(reprezentowanym przez Wyspy Brytyjskie), rodowodu chuligana musimy szukać i
tu, i tu.
Od lat istnieje jawna opcja rosyjska, reprezentowana nie tylko przez nieżyjącą
już Krystynę Długosz-Kurczabową z Uniwersytetu Warszawskiego. Pani doktor na
stronach internetowej poradni językowej PWN wytłumaczyła, że pisownia wyrazu
„chuligan” wiąże się ze sposobem zapożyczenia tej nazwy. Nie jest to bowiem
przyswojenie bezpośrednie angielskiego słowa hooligan – od nazwiska rodziny –
lecz dokonane za pośrednictwem rosyjskiego chuligán (pisownia rosyjska
хулиган), czyli łobuza, awanturnika. A jeszcze przed wojną, w Ilustrowanej
encyklopedii Trzaski, Everta i Michalskiego (tom z 1925 roku) czy ich
Encyklopedycznym słowniku wyrazów obcych z 1939 roku, hasłu „chuligan”[12]
towarzyszyła literka „r.” co oznaczało, że trafiło ono do Polski z rosyjskiego
właśnie. Jednak autorzy nie zapominali i o angielskim rodowodzie chuligana.
Skoro już wiemy, od czego pochodzi hooligan, to rodzi się pytanie, kim był
praojciec, ten chuligan-protoplasta nazwiskiem Hooligan, skąd pochodził? Na
początek odpowiedź z Polski rodem.
Zdaniem Grzegorza Komerskiego, tłumacza literatury angielskiej i blogera
erudycyjno-językowego (komerski o słowach), etymologia słowa hooligan jest
bardzo niejasna, choć strona geograficzna zagadnienia nie budzi wątpliwości.
Najwięcej poszlak prowadzi do irlandzkiej rodziny o nazwisku... i tu zaczynają się
kłopoty. Wedle jednych źródeł brzmiało ono Houlihan, wedle innych wprost
Hooligan. Państwo Houlihanowie/Hooliganowie byli znani z tego, że nie dawali się
wciskać w tryby sztywnego systemu społecznego, a swoją indywidualność oraz
charaktery podkreślali – chuliganiąc. Charaktery musiały być na tyle niebanalne, że
wkrótce ich posiadacze trafili do popularnych music- hallowych utworów
śpiewanych, jak Mrs Hooligan’s Christmas Cake, czyli Świąteczne ciasto pani
Hooligan, skąd przebili się do codziennego języka.
Natomiast podobno, chyba, prawdopodobnie, a być może nawet na pewno po raz
pierwszy w dziejach słówko pojawiło się w gazecie „The Daily News” z 26 lipca
1898 roku. Dziennikarz piszący o zakazanych miejskich zakątkach donosił:

It is no wonder that Hooligan gangs are bred in these vile byways [Nie może nas
zatem dziwić, że te podejrzane zaułki stanowią wylęgarnię band chuliganów].

Nieco później, 22 sierpnia, „The Daily Graphic” zamieściła ostrzeżenie przed

the avalanche of brutality which, under the name of „Hooliganism” – has cast
such a dire slur on the social records of South London [lawiną brutalności, która
pod nazwą „chuligaństwa” tak bardzo uwłacza obywatelom Południowego
Londynu].

Po tych publikacjach droga do międzynarodowej sławy stała już przed naszym


słowem otworem. Krótkie, pełne znaczenia – idealne dla prasy. Wróćmy jednak do
państwa Hooligan. Czy istnieli naprawdę? – zastanawia się Komerski.
Mocnych dowodów na ich istnienie dostarcza Clarence Rook, autor książki The
Hooligan Nights, wydanej w 1899 roku. Jego zdaniem słowo hooligan pochodzi
bezpośrednio od nazwiska niejakiego Patricka Hooligana, rzezimieszka, łachudry i
kieszonkowca. Rook utrzymuje, że Patrick mieszkał w Borough, w południowo-
wschodnim Londynie. Głównym – poza rozbijaniem głów przechodniów –
zajęciem Patricka i jego kumpli było okupowanie pubu „The Lamb and Flag”, co
miało się dziać gdzieś pomiędzy 1850 a 1870 rokiem. Patrick nie skończył dobrze.
W jednej z burd zabił policjanta, za co trafił na dożywocie do więzienia.
Na pewno określeniem hooligan posługiwał się Arthur Conan Doyle, opisując
niektóre z przygód Sherlocka Holmesa, oraz Herbert George Wells w powieści
Tono-Bungay.
Wypada też wspomnieć o innych teoriach. Otóż słowo hooligan miałoby się
wywodzić z błędnego zapisu wyrażenia Hooley’s gang (banda Hooleya), przy
czym mityczny Hooley przewodził gangowi z londyńskiego Islington. Kolejna
wersja głosi, iż tak naprawdę chodzi o irlandzkie słowo hooley, oznaczające dziką,
wymykającą się spod kontroli imprezę.
Czas wreszcie dopuścić do personalno-etymologicznych zawiłości rodowitego
Anglika, a to za sprawą World Wide Words (WWW), czyli strony internetowej dla
miłośników języka angielskiego, utrzymywanej przez Michaela Quiniona,
etymologa i pisarza. Quiniona zastanawia sposób, w jaki nazwisko bardzo starej
rodziny irlandzkiej stało się synonimem początkowo rozrywki, a później
agresywnego zachowania, wręcz przemocy. Być może miała w tym udział
londyńska gazeta „The Era”, która w listopadzie 1891 roku zamieściła wzmiankę o
piosence z musicalu The O’Hooligan Boys, wchodzącego w skład nowego
programu w „The Elephant and Castle Theatre”. Piosenka opiewała wyczyny
awanturniczej irlandzkiej rodziny. Została kiedyś wykonana nawet w jednym z
królewskich zamków (Windsorze).
Z kolei seria historyjek obrazkowych o rodzinie noszącej nazwisko Hooligan
zaczęła się ukazywać w 1892 roku w czasopiśmie pod tytułem „The Nuggets”. A
na drugim końcu świata, w gazecie „The Sydney Morning Herald”, w 1888 roku
wspomniano (już nam znaną) piosenkę o bożonarodzeniowym wypieku Mrs
Hooligan; popularna stanie się kilka lat później. Inny utwór, The Hooligans, był
wykonywany z wielkim sukcesem przez irlandzkich aktorów komediowych Jima
O’Connora i Charlesa Brady’ego w londyńskim „The Royal Hull” pod koniec 1891
roku. Traktował o rozróbach chłopców, którzy nawet chwili nie potrafią usiedzieć
w spokoju. Widocznie się spodobał, skoro w marcu roku następnego historyjki o
chuliganach wystawiano cztery razy dziennie w „The Royal Aquarium” w
Westminsterze oraz w teatrze „The Imperial” (Pędzić z teatru do teatru, aby
zaprezentować się w kilku spektaklach, było wówczas czymś normalnym i
pożądanym dla aktorów odnoszących sukcesy).
Minęły dwa lata, po których tzw. przedmiotową wzmiankę można znaleźć w
raporcie na temat incydentu w „The Palace of Varietes” w Południowym Londynie.
Wydarzenie to znalazło swój finał przed kolegium ds. wykroczeń w Southwark.
Podczas przesłuchania niejakiego Charlesa Clarke’a pod zarzutem napaści na
policjantów okazało się, że ów osobnik był królem młodzieżowego gangu pod
nazwą The Hooligan Boys. Nawiasem mówiąc, gang płacił sekretarzowi kolegium
dwa pensy tygodniowo za łagodne traktowanie swych członków. W rezultacie byli
karani przez tegoż sekretarza identyczną grzywną w wysokości dwóch pensów,
chyba że dali się złapać z dodatkowymi argumentami w postaci niebezpiecznych
narzędzi, np. w postaci kijów (londyńska „The Daily News” z 24 kwietnia 1894
roku). Quinion wprawdzie o tym nie pisze, ale pod koniec XIX wieku za jednego
pensa można było kupić bochenek chleba albo miarkę tytoniu[13].
Wróćmy do strony WWW. Czytamy dalej, że inny raport opisywał niejasny
przypadek śmierci w gminie Borough, po którym wezwano do sądu członka
„jednego z gangów Hooliganów z tej dzielnicy złodziei” Całe to miłe towarzystwo
musiało nieźle dopiec akuratnym i bogobojnym obywatelom, skoro „The
„Hampshire Chronicie” pisała w październiku, że hooligansi są jakimiś
Hottentotami (wtedy: dzikusami dalekimi od cywilizacji – P.A.) działającymi z
misją uczynienia nieznośnym życia bogobojnych obywateli. Podobne raporty
pojawiały się sporadycznie w następnych latach, a jeden z nich szczególnie
poruszył opinię publiczną. Działo się w Southwork podczas święta August Bank
Holiday. W zasadzie sprawa jakich wiele: coś z przemocy, coś z kradzieży – niby
nic nadzwyczajnego. Ale trwał akurat sezon ogórkowy gorącego lata 1898 roku, to
zaś sprawiło, że historia początkowo błaha rozrosła się do rozmiarów sensacji.
Nagłówki gazet wołały: Awanturnicy w Południowym Londynie („The Daily
News”) albo Dzikusy w Południowym Londynie: prostactwo uciekło z klatek („The
Reynolds’s Newspaper”).
Prasa natychmiast zaanektowała chuliganerię jako wspólny mianownik grupy
znieważającej innych ludzi, czy w ogóle agresywnej młodzieży. Wielokrotne
powtarzanie w gazetach tego hasła przez kilka następnych tygodni zakodowało je
w ludzkiej pamięci skuteczniej od konkurencyjnego łobuza/łobuzerii. (Podobnie
jak w Polsce – o czym, niestety, Quinion chyba nie wie). Już 22 sierpnia 1898 roku
„The Daily Graphic” pisała w swym raporcie:

Lawina brutalności, pod nazwą chuligaństwa, jak straszliwa obelga rzuca cień na
społeczność Południowego Londynu.

Być może – zastanawia się Quinion – do akceptacji takiego miana przyczyniła


się też prawdziwa rodzina Hooliganów. Wspomina tu znanego nam już Clarence’a
Rooka i jego książkę The Hooligan Nights, a w niej Patricka H., który źle skończył.
Inny pisarz, Ernest Weekly, w książce The Romance of Names (1912) pisał o
Hooliganach jako irlandzkiej rodzinie, której awanturnicza działalność przez
kilkanaście lat ożywiała monotonną egzystencję w Southwark. Twórca WWW –
chyba słusznie – podejrzewa autora tych słów o sarkazm.
Ostatecznie jednak hooligan nieczęsto pojawiał się w utworach literackich;
jeszcze Conan Doyle posłużył się nim w Sześciu popiersiach Napoleona (1904),
pisząc o niedorzecznych aktach chuligaństwa, o jakich wspominają od czasu do
czasu raporty policyjne, jeszcze H.G. Wells użył go we wzmiankowanej już
powieści Tono-Bungay (1909). Według niej mnóstwo zamętu wywoływała trójka
młodych i pełnych energii ludzi w typie chuliganów (of the hooligans type),
uzbrojonych w butelki ukryte w drewnianych osłonach.
Mniej więcej w tym czasie prasa zwykła nazywać sufrażystki kobiecymi
chuligankami, ale to już zupełnie inna historia.
Historia historią, a Quinion esej o pochodzeniu chuligana i tak zaczyna od
wyczynów współczesnych angielskich kiboli, do niedawna postrachu sportowej
Europy, milczeniem pomijając wybryki przedwojennych chuliganów stadionowych
z Wysp. Ciekawe, czy i czym mogliby zaimponować naszym.
Historyk sportu dr Robert Gawkowski pisze w Futbolu dawnej Warszawy, że
przedwojenne mecze niekiedy bardziej przypominały krwawe bijatyki niż
piłkarskie spotkania. Doszło do tego, że jeden z sędziów w obawie o własne życie
wyszedł na boisko z rewolwerem pod koszulką. Do kibicowskiej niechęci
dołączyły także animozje rasowe bądź narodowe: w II RP istniały drużyny polskie,
żydowskie i niemieckie. Ciekawe jednak, że często brała górę tzw. świadomość
klasowa, wskutek czego lewicujący Polacy i Żydzi zgodnie dopingowali
„socjalistyczne” (bo były uznawane za takowe) drużyny żydowskie i polskie, a ich
z kolei nienawidzili wspólnie polscy i żydowscy kibice drużyn „prawicowych”[14].
Itd., itp.
A po wojnie... po wojnie motywy były zapewne inne – najważniejsze, że chęci
pozostały. „Życie Radomskie”[15], terenowa mutacja wielkonakładowego „Życia
Warszawy”już w długim tytule donosi, że Walkę z chuligaństwem i bumelanctwem
wypowiadają władze sportowe, zwracając uwagę na stadionowe ekscesy
rozwydrzonych wyrostków. Ciekawsze było co innego: mianowicie cenzura
nieopatrznie puściła na łamy reporterskie odkrycie – oto czołowy duet chuliganów
składał się z 1) przodownika pracy, 2) bumelanta. W tej sytuacji nie pozostawało
nic innego, jak w sekcji piłki nożnej zwołać zebranie poświęcone konieczności
dawania odporu zjednoczonemu chuligaństwu i bumelanctwu w sporcie.
Postanowiono również zorganizować wśród piłkarzy nożnych współzawodnictwo
we wzorowym zachowaniu się wobec przeciwników i kibiców. Niestety, dalszych
losów tego pomysłu „Życie Radomskie” nie podaje.
Na pewno jednak podobne przedsięwzięcia nie wszędzie skutkowały, ponieważ
rok później nieocenione „Życie Radomskie”[16] domaga się – w równie długim
tytule artykułu – aby w końcu Ukrócić chuligańskie wybryki na meczach
piłkarskich w Kozienicach. Tam bowiem gwoździem programu okazało się
wtargnięcie na boisko nie tylko kibiców Spójni, ale i elementu animalnego w
postaci psów, które rozpoczęły gonitwy za piłką i graczami. W dodatku ci sami
chuligani, za pomocą drugiego gwizdka, starali się stworzyć alternatywny mecz, i
jakby tego było mało, obrzucili kamieniami bramkarza ŁKS-u. Na szczęście nie
było to żadne Heysel (Niezbędnik), nawet na miarę Kozienic, niemniej jednak
rodzime chuligaństwo stadionowe miało przed sobą pół wieku na rozwój.
Tyle że nie o takich chuliganów mi chodzi. W tej książce przed chuliganem-
semitą i chuliganem-aryjczykiem oraz generalnie przed chuliganem stadionowym
pierwszeństwo ma chuligan, który chuligani dla samego chuliganienia, nie mając
poza tym nic lepszego do roboty. Słowem: chuligan w stanie czystym. Krajowy, z
Polski Ludowej lat pięćdziesiątych zeszłego stulecia. Najpierw jednak słów kilka o
chuliganie w ogóle. Modelowym.

Pierwszym obszernym studium na temat chuligaństwa był The Gang Frederica


M. Trashera. [Autor zwracał uwagę], że gangi młodzieżowe stanowią uboczny
efekt urbanizacji, są zatem zjawiskiem wielkomiejskim. [...] Członkowie owych
gangów silnie identyfikują się z miejscem zamieszkania (ulicą, dzielnicą),
stanowiąc zamknięte środowiska wyraźnie oddzielające „swoich” od „obcych” i
mało interesują się „światem zewnętrznym” Pozytywnym dla tych grup układem
były „dorosłe” organizacje przestępcze, co sprzyjało rekrutowaniu młodocianych
chuliganów do środowisk mafijnych. Jednak z drugiej strony gangi młodzieżowe
bardzo dbały o swoją specyfikę, która mimo wszystko nie pokrywała się ani z
praktyką, ani z „etosem” profesjonalnych organizacji przestępczych. Opisane
przez Trashera gangi nastolatków mogą służyć za wzór dla innych, późniejszych
młodzieżowych subkultur przestępczych [Niezbędnik], choć byłoby nader
ryzykowne zakładać, że polscy chuligani w latach 50. naśladowali swoich
amerykańskich poprzedników. Niezależnie jednak od oczywistych różnic, cechą
charakteryzującą wszystkie subkultury określane w literaturze przedmiotu jako
przestępcze, byłaby organizacja grupy oparta na typowej strukturze gangu
(przywódca, elita, centrum i peryferie). Stosowanie przemocy i agresja jako
środki służące osiąganiu pożądanego celu, a najczęściej jako cel sam w sobie,
kult siły i sprawności fizycznej oraz „monogenderowy” męski charakter
subkultury[17]

– pisze Mirosław Pęczak [Niezbędnik].


W innej książce[18] ten sam autor podobnie charakteryzuje rodzime
chuligaństwo – mianowicie jako przestępczą lub parakryminalną subkulturę
młodzieżową, której najbardziej znamienną cechą socjologiczną jest nadanie grupie
rówieśniczej nastolatków charakteru i struktury gangu. Występuje w niej zatem:
– silny, zwykle nieco starszy od reszty grupy przywódca,
– obowiązująca hierarchia,
– mocna spoistość grupy i wynikająca z niej grupowa solidarność,
– swoisty kodeks postępowania, obowiązujący wszystkich członków grupy.
W Polsce – stwierdza M. Pęczak – subkultura chuligańska rozwinęła się dopiero
w latach 50., mimo że zjawisko zorganizowanej przestępczości nieletnich było
znane już przed wojną (m.in. słynne szkoły złodziejskie Papy Tasiemki i innych
mistrzów tego fachu). Chuligani stali się elementem pejzażu socjalistycznych
miast, zrazu wstydliwie przemilczanym przez prasę bądź kwitowanym formułką o
kapitalistycznym i drobnoburżuazyjnym dziedzictwie. Inaczej niż bikiniarze,
pochodzący głównie z rodzin inteligenckich, chuligani wywodzili się ze środowisk
robotniczych lub lumpenproletariatu. Charakterystyczne, że subkultura chuligańska
rozkwitała najbujniej w tych miastach, w których znaczną część mieszkańców
stanowiła ludność napływowa (Łódź, Sosnowiec, Wrocław, Nowa Huta).
Chuligani, negując oficjalną kulturę, skłonni byli kwestionować rację bytu każdego
uznanego oficjalnie porządku, co siłą rzeczy narażało ich na zarzut nihilizmu,
podnoszony przez prasę i pedagogów. Taka postawa wobec wartości znajdowała
wyraz zarówno w relacjach grup chuligańskich wobec świata zewnętrznego, jak też
w relacjach wewnątrz grupy. Dawał o sobie znać ostry podział na swoich i obcych
oraz szczególny typ wzajemnego traktowania się. Wszyscy spoza własnej grupy
byli potencjalnymi ofiarami jej działalności – rozbojów, napadów, gwałtów.
Natomiast solidarność wewnątrzgrupowa, zwłaszcza w przypadku młodszych lub
nowicjuszy, bywała wymuszana strachem... Styl życia chuliganów określony był
opisaną wyżej postawą. Należało wykazywać się pogardą i agresywną brutalnością
wobec obcych – stąd kryminalne wykroczenia nie musiały mieć jakiejkolwiek
pragmatycznej intencji, stanowiły rodzaj zabawy. Ulubionymi rozrywkami były:
kino, imprezy sportowe, muzyka, picie alkoholu, okazjonalne bójki oraz
szczególny typ uprawiania seksu (tzw. sztafeta, czyli seks wielu chłopców z jedną
dziewczyną, nierzadko po prostu gwałt zbiorowy)[19].
Z kolei dwaj badacze chuliganerii piszę na żywo (materiały zbierane głównie w
1956 roku, książka wydana w I960)[20], że
specyfiki chuligańskiego przestępstwa należy szukać w jego przedmiotowym
aspekcie. Czyny chuligańskie są bowiem skierowane przeciwko najrozmaitszym
przedmiotom ochrony karnej. Specyfikę przestępstwa chuligańskiego określa
głównie jego motywacja (np. irracjonalna chęć niszczenia), a nie charakter czynu
przestępczego.

Spostrzeżenie Czapowa i Manturzewskiego jest istotne o tyle, że otwiera się na


rozumienie chuligaństwa jako subkultury, która zachowuje swoją odrębność w
stosunku do przestępczości „dorosłej” A tak to widzi cytowany już Mirosław
Pęczak:

chuligaństwo pojmowane jako wzór osobowościowy zawiera wezwanie do


przestępstwa, które obce jest zawodowemu przestępcy. Przestępstwo
specyficznie chuligańskie jest przestępstwem nie przynoszącym bezpośredniej
korzyści materialnej, z punktu widzenia zawodowego kryminalisty
bezsensownym. Chuligański gang ceni te przestępstwa, które w bandzie
zawodowych kryminalistów są na ogół niedopuszczalne. Co więcej, nawet
zarobkowe imprezy przestępcze ocenia się w gangu raczej z punktu widzenia ich
dezorganizującej życie społeczne funkcji, a nie z punktu widzenia realnych
korzyści materialnych[21].

Z kolei na powojenną polską specyfikę zwracają uwagę w Niebezpiecznych


ulicach Czapów i Manturzewski: w krajowych badaniach na plan pierwszy
wysuwają się takie dzielnice czy fragmenty miast, w których całkowita niemal
odbudowa pociągnęła za sobą strukturalne zmiany wśród ludności, wiążąc się
ściśle z daleko idącym przemieszaniem różnych środowisk. W tych warunkach
rozsiew przestępczych gangów, występujący np. w Warszawie, gdzie stwierdza się
bardzo poważne jego nasilenie, przebiega odmiennie niż w większości miast
zachodnioeuropejskich czy amerykańskich. W przedwojennej Warszawie ośrodki
przestępczości istniały zarówno w centrum, jak i na przedmieściach, obecnie
terenem szczególnie niebezpiecznym stały się okolice placów budowy.
Chuligani pochodzili głównie ze środowisk robotniczych, z rodzin o niskim
statusie społecznym. Początkowo przyswajali sobie styl i wygląd zaczerpnięty od
bikiniarzy. Jednak z czasem między obiema subkulturami zaczął narastać duży
antagonizm. Po części wynikał z odmienności bazy społecznej subkultur
(bikiniarze stosunkowo zamożniejsi, chuligani raczej doły społeczne), po części z
nasilającej się z upływem czasu niechęci lub wręcz chuligańskiej pogardy dla
lalusiów[22], a wreszcie z chęci – mniej lub bardziej świadomej – utrzymania
własnego, odrębnego statusu wśród młodych ludzi i w ogóle reszty społeczeństwa.
Mimo tych różnic pisać o chuliganach z pominięciem bikiniarzy to opisywać
Sherlocka Holmesa bez Watsona czy Pickwicka bez klubu. W każdym razie w
czasach i miejscach, o których mowa, przez lata jednym tchem z chuliganem
wymieniano bikiniarza, czyli dżolera/dżollera, czyli bażanta, który to bażant został
reaktywowany jeszcze z czasów przedwojennych, gdy wspomnianym mianem
określano młodzieńców ubierających się w sposób wyzywający, jaskrawy. Nazwy
obce, jak zazous (F) czy jitter-bugers (GB, USA) lub stiliagi (SU) rzadko
przypominano. Jeszcze rzadziej przywoływano odnoszące się do chuliganów:
amerykańskich i angielskich Teddy boys, niemieckich Halbstarken,
południowoafrykańskich tsotsis, rzymskich, mediolańskich czy neapolitańskich
vitteloni, austriackich Schurjs Platten, duńskich anderumpern, barcelońskich
gamberos itp.
Nie bez politowania obraz ubogiego polskiego bikiniarza kreśli Leopold
Tyrmand, we własnych oczach arbiter elegantiarum, w Dzienniku 1954:

Przypomina o bojach o młodzieżową sylwetkę zachodnioeuropejskiego


(francuskiego w zasadzie) zazou czy amerykańskiego jitterbuga: wąziutkie
spodnie, fryzura spiętrzona, tak zwana plereza, buty na fantastycznie grubej
słoninie, kolorowe, bardzo widoczne spod krótkich nogawek skarpetki,
straszliwie wysoki kołnierzyk koszuli. Nosicieli nazwano w Warszawie
„bikiniarzami” w Krakowie „dżollerami”. Określenie bikiniarz wzięło się od
krawatów, na których wyobrażony był atol Bikini, miejsce eksperymentalnego
wybuchu bomby atomowej w 1946 roku. Od kilku lat toczy się walka o prawo
polskiej młodzieży do własnego, a nie narzuconego odgórnie stylu ubioru.
Oczywiście, polski jitterbug był ubogi i nieumyty; prowincjonalna wersja
amerykańskiego pobratymca, był śmieszny swą nieprzystawalnością ani do
prawzoru, ani do własnego otoczenia; szył sobie ekstrawaganckie marynary u
pokątnych krawców, których zamęczał swoimi pomysłami, których nie
rozumieli; obcinał rogi kołnierzyków koszul z domów towarowych. Budził lekką
odrazę, nawet u tych, którzy go nie zwalczali, ale i jakiś szacunek swą
nieustępliwą walką z arcypotęgą oficjalności, za wyzwanie rzucone szarości i
zglajchszachtowanej nędzy. Nieudolny protest i wrzaskliwe wyzwanie, ale
zawsze. Zaś w pierwszej linii walki stały kolorowe skarpetki w paski,
autentyczne, prosto z paczek, przyczyna piany na wargach komunistycznych
pedagogów i organizatorów[23].

Egzystencjalno-fryzjerskie problemy niepospolitego chuligana i bikiniarza w


jednej osobie szczegółowo opisał Tyrmand w Złym, tej książce poświęcam dalej
osobny rozdział (VI).

Jerzy Meteor stał przed lustrem i czesał się.


Prosty i dość jednoznaczny czasownik „czesać się” nie oddaje w pełni
skomplikowanej, obfitej w rytualne i hieratyczne gesty czynności, jakiej
dokonywał Jerzy Meteor. Lekko pochylony do przodu, w ręczniku narzuconym
na długie, chude ramiona, w białej podkoszulce i krótkich kalesonach, Jerzy
Meteor miał w tej chwili coś z kapłana, a coś z wirtuoza. Pełnym namaszczonej
precyzji ruchem rozdzielał błyszczące brylantyną ciemne włosy w nieskazitelny
przedział po lewej stronie. Następnie sczesywał rozdzielone włosy z lewej strony
do dołu, zaś z prawej – na bok. Odchylił głowę, przyjrzał się początkom swej
misternej konstrukcji, fundamentom, na których miał się wznieść za chwilę
kunsztowny gmach fryzury. Odłożył grzebień, wziął słoik z brylantyną i dodał
jej nieco na ciemieniu. Ujął z powrotem grzebień, sczesał raz jeszcze w bok
prawą stronę i opuścił ręce. Nadchodził moment decydujący o sukcesie,
względnie o klęsce. Nagłym, okrągłym ruchem trzymany przez Meteora jak
szpada grzebień uniósł naręcze wybrylantowanych, prostych włosów do góry i
spiętrzył je w miękki, prześlicznie sfalowany, naturalnie nawisły nad czołem
pukiel. Meteor odskoczył od lustra i spojrzał z triumfem: tak, to było
zwycięstwo! Uzyskane za pomocą jednego jedynego uderzenia! Krótkim
pociągnięciem rzadkiej części grzebienia sczesał włosy z prawej skroni do tyłu;
były one długie i zakreślały kunsztowny łuk nad uchem aż do karku, każdy z
nich wydawał się być oddzielnie, pieczołowicie ułożony. Wreszcie jednym
niezawodnym, półkolistym dotknięciem zatoczył do tyłu włosy z lewej strony, w
sposób tworzący z nich lśniącą, jednolitą powierzchnię, lekko nastrzępioną nad
karkiem. Zrzucił ręcznik i przyjrzał się: błyszczący, kunsztowny hełm pokrywał
głowę Meteora, fryzura tym wspanialsza, że urzekająca swobodną naturalnością,
wręcz zapuszczeniem, na widok której przysiąc byłoby można, iż posiadacz nie
poświęca jej chwili starań, przygładza ją nieomal wyłącznie palcami, po wyjęciu
spod strugi zimnej wody.
– Długo tak możesz? – spytał Robert Kruszyna ze znudzeniem w głosie.
– Długo – odparł Jerzy Meteor. – Od tego wszystko zależy. Czy dzień się uda,
czy nie[24].

Następne zdania Tyrmand poświęca ubiorowi Meteora: spodniom, skarpetkom,


butom, bardzo bikiniarskim. Zarazem, jak się rzekło, był Meteor chuliganem z
najwyższej warszawskiej półki. I tu dotykamy sedna bardzo istotnej kwestii,
wcześniej już zamarkowanej: czy oraz w jakim stopniu można utożsamiać
chuligana z bikiniarzem? I na odwrót. Poznaliśmy już bliżej chuligana, poznajmy
bliżej bikiniarza.
Od dawna znane jest w Polsce powiedzenie: „Nie kradnij! Rząd nie znosi
konkurencji!” Mniejsza o jego bezdyskusyjność, nie ulega natomiast wątpliwości,
że można je sparafrazować z mocą wsteczną. Bo oto w latach pięćdziesiątych XX
wieku Polacy mają do czynienia z władzą zachłanną, nie znoszącą konkurencji.
Ukradła już co mogła burżujom i obszarnikom, ukradła zwykłym sklepikarzom,
aptekarzom, restauratorom, a teraz chce skraść serca i umysły – też par force. Bo to
wszystko nie działo się w stylu kija i marchewki. Owszem, trochę marchewek dla
swoich było, ale dla całej wielkiej reszty kij, i to gruby. Ówcześni karbowi byli
prymitywni, ale nie na tyle, by nie wiedzieć, że najlepiej rządzi się masami
upchniętymi w posłuszne, jednolite szeregi bezmyślnych robotów skandujących
podsuwane z najwyższej partyjnej trybuny hasła. Najlepiej wyszło to Stalinowi i
długiej liście jego spadkobierców: Mao w Chinach, Kimom w Północnej Korei, nie
mówiąc o Czerwonych Khmerach w Kambodży. Wprawdzie nawet we wczesnej
Polsce Ludowej nie chodziło akurat o identyczne mundurki dla całego
społeczeństwa, ale odmienny ubiór Partia, wciąż przez P, traktowała jako
wymierzoną weń prowokację. Ostentacyjną, widoczną na ulicy, w tramwaju i
autobusie, na meczu, w kinie czy knajpie, chęć wyróżnienia się z szaroburego –
podatniejszego na musztrę – tłumu. A nie mogła do tego dopuścić władza, która z
politycznej definicji (dyktatura proletariatu!) musiała nad wszystkim panować,
wszystkim manipulować, planować i koncesjonować wszystko – łącznie z ubiorem,
fryzurą, muzyką, filmem, literaturą i całą resztą.
Tymczasem, jak pisze Maciej Chłopek, doktor nauk humanistycznych i czołowy
współczesny bikiniarzolog:

Bikiniarze uczynili ze swego ubioru manifestację nonkonformizmu i oporu


wobec rzeczywistości. Karykaturalne formy, jakie mu nadali, miały na celu
sprowokowanie uwagi społeczeństwa. W społeczeństwie masowym w okresie
stalinizmu wszelkie przejawy indywidualizmu spotykały się z ostrą krytyką ze
strony rządzących i dużej części społeczeństwa, stąd ostentacyjność bikiniarzy,
wyrażająca się w ich wyglądzie, wywołać musiała gwałtowną reakcję. Noszenie
kolorowych ciuszków i szmatek mogło nieść z sobą oskarżenie o
kosmopolityczne ciągotki[25].

Również dla Tyrmanda bikiniarstwo miało w warunkach polskiej odmiany


stalinizmu ewidentną funkcję prowokacji, a

prasa marksistowska popełniła błąd, albowiem przyjęła wyzwanie i wdała się w


wojnę. Przeciw garstce bikiniarzy wytoczone zostały działa najpotężniejszego
kalibru. Padły oskarżenia o dywersję, o agenturę, o imperialistyczną degenerację
i wynaturzony styl życia. Uczniowie szkół technicznych i terminatorzy ślusarscy
okazali się naraz piątą kolumną i wylęgarnią szpiegowskich komórek. Wszystkie
tuby propagandowe – radio, film, prasa, wydawnictwa – rozdarły się wielkim
krzykiem. ZMP ogłosiło rodzaj powszechnej mobilizacji. Druga strona sprężyła
się bezwiednie do walki; nikt się z nikim nie kontaktował, niczego nie uzgadniał,
nie było żadnej ideologicznej podbudowy ani „podgotowki” nawet nie wolno
było głośno o niczym mówić, ale szeregi bikiniarzy rosły, rosły, rosły[26].
Raz jeszcze przypomnijmy, że przynajmniej do połowy lat pięćdziesiątych
władze kojarzyły chuligana z bikiniarzem, a bikiniarza z chuliganem niczym dwie
strony tego samego medalu, awers i rewers fałszywej politycznie monety.
Wprawdzie chuligan nie musiał być zawsze bikiniarzem, ale ten, kto ubierał się po
bikiniarsku, słuchał jazzu czy boogie-woogie, automatycznie stawał się
chuliganem. I nie miało większego znaczenia, że nie brał udziału w napadach
rabunkowych, bójkach, wyrzucaniu konduktorów z pociągu czy innych
chuligańskich rozrywkach – w ogóle w niczym nie brał udziału. Najważniejsze, że
z niepodważalnego werdyktu instancji partyjnych bądź zetempowskich stawał się
(chętnym lub ślepym) narzędziem w rękach imperialistów amerykańskich i tym
samym wrogiem klasowym ludu pracującego miast i wsi.
Z taką młodzieżą należało bezwzględnie walczyć.
I walczono na różne sposoby. W prasie, w gazetkach ściennych – bez których nie
mogła się obyć żadna fabryka, biuro, sklep, szkoła, uczelnia, dworzec – królował
plakat bądź mniejszy rysunek przedstawiający karykaturalną sylwetkę bikiniarza,
ze stosownym omówieniem. Strzałki wskazywały i wyjaśniały, co jest co. A więc:
naleśnik (nakrycie głowy), mandolina (fryzura), camela (ulubiony, obok lucky
strike’ów, papieros marki Camel), krawatto (łatwo się domyślić), pół basa
(wyglądająca z kieszeni marynarki półlitrówka), spodeń wąski (chyba oczywiste),
zamszaki (buty). Graficznej stronie przedsięwzięcia towarzyszyła poetycka,
wielkim i tłustym drukiem wołając:

TA ODMIANA CHULIGANA
WSTRĘT, ODRAZĘ BUDZI W NAS
STRÓJ – JAK BAŻANT, MÓZG BARANA
SKOŃCZYĆ Z TYM NAJWYŻSZY CZAS.

Poznaliśmy już strój bikiniarzy – nieodzowny, wręcz przesądzający atrybut


dżolerstwa – ale dobrego nigdy za wiele. W literaturze przedmiotu podobnych
opisów można znaleźć bez liku. Jeśli nawet różnią się w szczegółach (choćby:
krawat szeroki lub wąski), coś dodając lub coś ujmując, to nie w tych, w których
zwykł był tkwić diabeł. Jednak – choćby tylko jako ciekawostkę – przytoczę
charakterystykę pióra samego Jacka Kuronia[27]. Najpierw stroju.
Chłopcy nosili kolorowe koszule w kratę, spod koszuli wystawał podkoszulek,
też kolorowy, tylko w prążki – pisał słynny opozycjonista. Kolory mogły się ze
sobą gryźć, przy czym modne były różne ich zestawy, np. jajecznica ze
szczypiorkiem, czyli żółty z zielonym. Apaszka też powinna być okrutnie
amerykańska, to znaczy odpowiednio kolorowa. Albo krawat: szeroki, najlepiej
ręcznie malowany. Szczególnie modne były z palmą i jakąś gołą panienką pod nią.
Na koszulę zakładano szeroką, wywatowaną w ramionach marynarkę, zwykle
samodziałową, rzadziej welwetową. Spodnie bardzo wąskie w kostce, obcisłe i
koniecznie przykrótkie, aby nie zasłaniały kolorowych skarpetek w prążki. Do tego
buty na wysokiej podeszwie ze słoniny lub gumy.
Od siebie dodam, że obuwia na prawdziwej świńskiej słoninie oczywiście nikt
nie robił; nazywano tak solidne półbuty na grubej warstwie gumy właśnie albo
jakiegoś białawego tworzywa kauczukopodobnego, barwy jasnej, stąd nieco
dziwaczne skojarzenie.
A po opisie Kuroń zwraca uwagę na fakt – nie będąc w tym odosobniony – że
wprawdzie

bikiniarze lubili jazz, tańczyli boogie-woogie czy może raczej wszystko, co


szybkie w podobnym stylu, do tego odpowiednie dla płci fryzury, których opisać
się tu nie podejmuję, [ale] ideowych wyznawców amerykańskiego stylu życia
był wśród nich znikomy procent, choć część bikiniarzy, jak sądzę, uświadamiała
sobie, że opowiada się za Stanami Zjednoczonymi przeciw Związkowi
Radzieckiemu, czy może raczej za kolorowym Zachodem przeciw szarzyźnie
życia[28].

Ale nawet Kuroń dał się zwieść propagandzie z epoki, pisząc, że

granice między chuligaństwem a bikiniarstwem zostały zatarte, na ogół


chuligańskie bandy składały się z bikiniarzy, natomiast nie wszystkie
bikiniarskie grupy i środowiska były chuligańskie[29].

O dziwo, był też organ prasowy – także pod bikiniarskim względem


koncesjonowany, bo inaczej być nie mogło – który do tych spraw mógł podchodzić
ze znacznie większą dawką zdrowego rozsądku: dziennik „Sztandar Młodych”; a
od 1955 roku nawet dwa, bo i tygodnik „Dookoła Świata”. Może ktoś z wydziału
propagandy Partii (coraz już rzadziej przez P) doszedł do wniosku, że od
najcięższych haubic skuteczniejsza bywa kpina. I oto podkpiwają na łamach „SM”
czytelnicy w listach do redakcji (niewykluczone, że autentycznych):

Bardzo możliwe, że tak wyglądają Amerykanie, ale żaden z nas, młodych, nie
był Ameryce, ani nawet na obrazku nie widział tak ubranego Amerykanina.
Kogo naśladują ci rozkosznie ubrani młodzieńcy, nie wiem i wydaje mi się, że
oni sami nie wiedzą[30].

Na terenie wsi Olszowice, pow. Niemodlin, pojawił się pierwszy w tej wiosce
naśladowca amerykańskiej głupoty. Uczesany w tzw. jaskółkę, której dodaje
połysku jakiś tajemniczy środek chemiczny. Nosi on koszulę w kratę, która
bardziej przypomina kobiecą sukienkę. Koszulę zdobi wąski jak sznurek krawat.
Marynarka na nim jak na kołku, a spodnie z powodzeniem mogłyby służyć
młodszemu bratu. Skarpet to on byle jakich nie nosi – zazwyczaj damskie
kolorowe. I wreszcie buty zamszowe na grubej słoninie. Na zabawie dziewczęta
skarżą się na eleganta i nie chcą z nim tańczyć. Nazywa się [tu nazwisko i imię]
[31].

Mimo wszystko nawet takiego, przeważnie Bogu ducha winnego bikiniarza


władza ludowa nienawidziła generalnie, w stopniu ocierającym się o ponurą
groteskę; w skrajnych przypadkach bikiniarstwo było okolicznością tak
obciążającą, że skojarzone z pospolitymi przestępstwami – poważnymi, ale bez
ofiar w ludziach – mogło doprowadzić wprost pod szubienicę. Aby nie być
gołosłownym, proponuję sprawozdanie z pewnego procesu, który na przełomie lat
1951/1952 toczył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie.
Relację tę skompilowałem z dwóch tekstów zamieszczonych w numerach 293 i
295 „Życia Warszawy” z 1951 roku, dotyczących procesu szajki dwudziestolatków
nazwanych gangsterską bandą terrorystyczno-rabunkową. Każde zdanie, każde
słowo pochodzi z „Życia”; kilka moich, być może niezbędnych uwag czy
wyjaśnień zostało wzięte w kwadratowe nawiasy. Tytuł i śródtytuły też
zaczerpnąłem z „Życia Warszawy”. Nie poprawiałem pisowni ani gramatyki, nawet
oczywiście błędnej. Teksty nie były podpisane imieniem i nazwiskiem autorów,
lecz tylko inicjałami bądź wcale.

POMIOT GANGSTERSKIEJ KULTURY

22 października władze Bezpieczeństwa Publicznego zlikwidowały szajkę


gangsterów, którzy dokonywali ma terenie Warszawy i okolic szeregu napadów
terrorystyczno-rabunkowych. W skład szajki wchodzili uczniowie średniej
szkoły technicznej: 20-letni Zbigniew Burmajster [w niektórych tekstach tegoż
„Życia” pisano o Burmeistrze, w jeszcze innych o Burmaistrze – przyp. P.A.] ps.
Gangster-Jankowski, 22-letni Hieronim Wysocki, młody 20-letni urzędnik
Wojciech Grochulski ps. Czarny oraz student Uniwers. Warszawskiego 19-letni
Zbigniew Ciołek, ps. Witold Rowecki.

Wychowankowie „Głosu Ameryki”

Młodzi gangsterzy wywodzą się ze specyficznego środowiska t. zw. „bikiniarzy”


– hołdujących zasadom „amerykańskiego stylu życia” Kształtując swój
światopogląd na wrogich antypolskich audycjach „Głosu Ameryki”, BBC itp.,
przesiąkli oni ideologią faszystowską, która pchnęła ich na drogę kradzieży i
krańcowej demoralizacji. Członkowie szajki, wchłaniając łgarstwa z audycji
amerykańskich i materiałów amerykańskiego Ośrodka Informacyjnego w
Warszawie, którego byli częstymi gośćmi, łączyli ślepy kult „amerykanizmu”
oraz nienawiść do Polski Ludowej i jej ustroju z praktyką pospolitego
bandytyzmu i rabunku dla własnej korzyści.
Gangsterska szajka terrorem i grabieżą usiłowała siać niepokój wśród ludności
i podrywać jej zaufanie do władz bądź to występując jako członkowie
podziemnej organizacji ROAK [Ruch Oporu Armii Krajowej – przyp. P.A.],
bądź też w prowokacyjny sposób podając się za funkcjonariuszy państwowych.
Członkowie szajki, której przewodził Burmajster, w okresie od kwietnia br.
[1951] do chwili zatrzymania dokonali ponad 20 napadów terrorystyczno-
rabunkowych.
Młodzi gangsterzy, pozbawieni wszelkich hamulców moralnych, rozpoczęli
swoją bandycką działalność napadem na sklep WSS przy ul. Grochowskiej
[prawobrzeżna Warszawa], w którym po sterroryzowaniu bronią pracowniczek
sklepu, obrabowali kasę.
W tym samym czasie Burmajster przygotował napad na mieszkanie
znajomego swego ojca, prof. P. Olszewskiego. Młodzi bandyci sterroryzowali
prof. Olszewskiego, grożąc pistoletem, po czym ograbili go z pieniędzy.
Szajka specjalizowała się w dokonywaniu napadów na osoby spośród
inteligencji pracującej, jak lekarzy, adwokatów itp.
M. inn. w czerwcu br. Burmajster i Wysocki dokonali napadu na mieszkanie
dr. H. Schoenmana. Od sterroryzowanego lekarza zażądali 5.000 zł. Ponieważ
napadnięty nie posiadał żądanej sumy, bandyci zabrali mu 500 złotych.
We wrześniu i październiku br. gangsterom – podającym się za
funkcjonariuszy państwowych – udało się dostać do mieszkania prof. Akad.
Medyczne) dr. A. Dobrzańskiego, którego obrabowali z pieniędzy i biżuterii oraz
– dr. A. Grucy, któremu zrabowali 6.000 zł., jako okup za niezabranie
posiadanych przez niego wartościowych przedmiotów.
W początkach października br. Burmajster, pod wpływem audycji „Głosu
Ameryki” w której szkalowano autorkę nowowydanej w Polsce książki p. t.
„Historia Polski’,’ prof. Janinę Schönbrenner [wraz z Gryzeldą Missalową
napisała paskudne dziełko z tzw. marksistowskich pozycji – P.A.] – dokonał
wraz z Wysockim i Grochulskim napadu na jej mieszkanie. Wdarłszy się do
mieszkania, bandyci wystąpili jako członkowie ROAK, oświadczając, że
organizacja ta „skazała” prof. Schönbrenner za napisanie historii Polski na
„kontrybucję” w wysokości 50.000 zł. Po sterroryzowaniu prof. Schönbrenner
bronią, bandyci zrabowali jej 6.500 zł. oraz kilka czeków.
„Cała Ameryka mówi o niej – powiedział gangster-Burmajster. – Nie ma dla
niej kary, zabierzemy jej pieniądze, a 20 tys. podrzemy i rzucimy jej pod nogi –
niech zna amerykańskiego pana”
W efekcie gangsterski rozsądek jednak zwyciężył i pieniędzy postanowiono
pod nogi nie rzucać.
Ale nie ogromne bogactwo łupów, które zagrabiła szajka, ani nie osoby
poszkodowanych ludzi o nazwiskach dobrze znanych w środowiskach lekarskich
i naukowych, ani nawet nie pikantne szczegóły bandziorskich hulanek z
wychowankami pensji sióstr Nazaretanek, stanowią w tej sprawie szczegóły
najistotniejsze. Najistotniejsze to – atmosfera i środowisko, które wyhodowało i
zrodziło sądzoną zbrodnię.
Trzej młodzi gangsterzy, zasiadający na ławie oskarżonych, reprezentują
młodzieńców, na określenie których żywy język polski stworzył jakże wymowne
pojęcie „bikiniarzy” lub „bażantów”. Młodzi gangsterzy bez żenady opowiadają
o początkach swej kariery.
Zaczęło się w Amerykańskim Ośrodku Informacyjnym (USIS) [zapewne
chodziło o USIC – United States Information Center].
Szef bandy – pseudo „Gangster” i jego najbliższy zausznik, obaj uczniowie
technikum teletechnicznego, podczas wakacji poszli na film amerykański do
„Ośrodka” Część programu stanowiła średniometrażówka o życiu
amerykańskich studentów. Samochody, pijatyki, wesołe dziewczęta – babariba-
dans. Spodobało się bażantom. Stali się częstymi gośćmi „Ośrodka” Czytelnia
dostarczyła im lektury tygodników, na których kartach roznegliżowane dziwki
amerykańskie rozsiadały się w samochodach, a gangsterzy robili milionowe
fortuny i zasiadali w fotelach senatorów.
„Bikiniarze” zaczęli więc pijać wódkę a la cocktail i snobować się na coca
cola – wsłuchiwali się uważnie w Głos Ameryki i BiBiSi oraz poczęli
zastanawiać się, skąd by tu wziąć grubszą gotówkę na taki właśnie styl życia. Na
amerykański. Bo przecież raz człowiek żyje i śmierć frajerom. Fryzjer, który
włosy układa w kunsztowną „plerezę”, w „mandolinę” lub w „jaskółkę” nie robi
tego za darmo. Zamsze na wysokiej podeszwie też mają swoją cenę. Szanujący
się bażant spodnie nosi obcisłe i jak to nakazuje kosmopolityczna moda w miarę
przykrótkie. Taksówki, bo pieszo chodzić nie wypada, też kosztują, a
równocześnie audycje Londynu i Waszyngtonu niezmordowanie szczują przeciw
Polsce. Chęć zdobycia pieniędzy na drodze bandytyzmu i chęć, coraz bardziej
świadoma chęć, wrogiej politycznie akcji antyludowej szybko znajdą wspólne
łożysko.

Bandytyzm – oto ich polityka

Na stole sędziowskim, który przypomina ladę jubilerskiego składu komisowego,


leżą liczne kosztowności: monety, zegarki, bransolety zrabowane
poszkodowanym, obok stoją radioodbiorniki z adapterami, teczki, buty i temu
podobne nabytki, stanowiące lokatę zrabowanej gotówki. Na stole sędziowskim
leży również pistolet, przy pomocy którego terroryzowano ofiary.
„Działalność rabunkowa lepiej opłacała nam się od działalności politycznej” –
zeznał [zapewne wyjaśnił; zeznaje świadek, oskarżony wyjaśnia, wtedy też tak
było – P.A.] herszt Burmaister.
„Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nasza działalność rabunkowa ma
również charakter polityczny, gdyż wywołuje atmosferę zamętu, terroru i
niepokoju w środowisku inteligencji” – powiedział w swych wyjaśnieniach
oskarżony Grochulski.
Przed stołem sędziowskim przewinął się korowód świadków,
poszkodowanych, którzy naświetlili drobiazgowo okoliczności przestępstw. W
świetle zeznań oskarżonych i zeznań świadków zidentyfikować można było
wyraźnie, jaka to atmosfera zrodziła zbrodnie tych młodych ludzi i w jakim to
inkubatorze lęgły się te kukułcze jaja, ten pomiot gangsterskiej kultury.
Szczęściem dla naszego społeczeństwa możliwości oddziaływania tzw.
amerykańskiego stylu życia są u nas ograniczone. Film gangsterski, kryminalne
brukowce, pornograficzna lektura dostępne były jedynie w tzw. Ośrodku
Informacyjnym Ambasady Amerykańskiej. Tam natomiast, gdzie powódź tej
„kultury” płynie niczym nieograniczona – w zmarshallizowanych [Niezbędnik]
Włoszech, Francji, Niemczech Zach. – tam młodociany gangsteryzm,
wzrastający na bezrobociu i nędzy mas, jest zjawiskiem codziennym i
powszechnym.
Maleńką próbkę tego, co wyhodować może kultura „bikiniarzy” mamy przed
sobą na sali Rejonowego Sądu Wojskowego w Warszawie. Ofiary na własnej
skórze poznać mogły skutki zachodniej propagandy na garstkę młodych zbirów.
Miliony naszej młodzieży, twórczo współbudującej potężne obiekty własnej i
narodowej przyszłości z obrzydzeniem patrzą na tę zwyrodniałą szajkę młodych
gangsterów. Mieli oni wszystkie możliwości dla zdobycia wiedzy i zawodu –
Polska otworzyła przed nimi najwspanialsze perspektywy. Dwóch studiowało na
uczelni teletechnicznej, jeden zmarnował z własnej winy studia medyczne,
czwarty uczęszczał na fakultet chemii. To nie brak możliwości, brak środków,
lecz wroga propaganda i wrogie Polsce Ludowej środowisko pchnęło ich na
drogę zbrodni przeciwko społeczeństwu i państwu. A zaczęło się –
przypomnijmy raz jeszcze – od wizyty w Ośrodku Amerykańskim, a skończyło
się jedynie na rabunku, gdyż realizację planowanych morderstw udaremniła
akcja władz.
Tak oto od rzemyczka do koniczka i od koniczka do gangsterstwa wiodła
droga, która „niewinnie” zaczęła się od małpowania kosmopolitycznych form
fryzury, tańca i stylu życia à la Bikini – a skończyło się na ławie
oskarżonych[32].

Na tym koniec sprawozdania. Nawiasem mówiąc, „Życie Warszawy” miało


opinię gazety umiarkowanej.
Dodam jeszcze, że władze bardzo poważnie potraktowały ten proces. Oskarżenie
przygotował sam kwiat bezpieki (Niezbędnik): Julia Brystygierowa, Anatol Fejgin,
Józef Różański, Helena Wolińska. Przy takich oskarżycielach i w takiej atmosferze
musiał zapaść wyrok surowy, ale ten przeszedł wszelkie oczekiwania. Dwie kary
śmierci: dla Burmajstra i Wysockiego; dla pozostałej dwójki 15 i 12 lat więzienia.
Bez możliwości odwołania od wyroku sądu tej pierwszej i jedynej instancji. Po
czym najwidoczniej sama władza uznała, że przegięła, gdyż ówczesny prezydent
Polski Ludowej Bolesław Bierut przychylił się do prośby o łaskę, wskutek czego
szubienice dla głównych sprawców zamieniono na dożywocia. W 1956 roku
młodych amnestionowano i wyszli na wolność.
Z czasem bezsensowną walkę z bikiniarstwem władze zaczęły wygaszać. Jeden z
przykładów podaje Iwona Kienzler:

Walka z tą subkulturą skończyła się mniej więcej w połowie 1955 roku, za


sprawą... rodzimego przemysłu obuwniczego, który zaczął produkować typowo
bikiniarskie buty. „Sztandar Młodych” zamieścił krzepiącą informację: „[...] na
pewno już do akcesoriów bikiniarskich nie należą coraz atrakcyjniejsze buty na
słoninie, produkowane przez kolegów z Otmętu czy Chełmka. Możecie je śmiało
nosić!” Wówczas też jazz przestał być zakazaną muzyką. W listopadzie 1954
roku w sali gimnastycznej jednej z krakowskich szkół odbyły się pierwsze
Zaduszki jazzowe, impreza, która organizowana jest po dziś dzień, a kilka
miesięcy później Leopold Tyrmand urządził koncert pod nazwą Jam Session nr
1. W sierpniu 1956 roku w Sopocie zorganizowano festiwal Zielone światło dla
jazzu. Jazz, a wraz z nim także boogie-woogie i inna muzyka rozrywkowa,
wyszły z podziemia i odtąd królowały na szkolnych potańcówkach, w
rozgłośniach radiowych, lokalach i oczywiście na prywatkach[33].

Dla porządku dodajmy jeszcze dzisiejszą definicję chuligaństwa, pochodzącą z


Wielkiej encyklopedii PWN z 2006 roku:

Agresywne zachowanie najczęściej nietrzeźwych nieletnich i młodocianych, w


stosunku do osób postronnych, niszczenie mienia oraz okazywanie lekceważenia
dla podstawowych zasad porządku publicznego. Czyny chuligańskie zwykle nie
mają na celu bezpośredniej korzyści materialnej, a ich sprawcy nie mogą z
reguły podać w toku śledztwa żadnych racjonalnych motywów postępowania.
Geneza chuligaństwa jako swoistego fenomenu społecznego nie jest jasna.
Nazwę „chuligaństwo” wywodzi się najczęściej od nazwiska żyjącej w połowie
XIX w. rodziny irlandzkiej Hooligan, której awanturnicze zachowanie dało się
dotkliwie we znaki otoczeniu. Ustawodawstwo większości krajów nie traktuje
chuligaństwa jako odrębnego przestępstwa oraz nie podaje jego ścisłej definicji.
Chuligaństwo może przybierać różne formy – od zabójstwa, poprzez grabież,
kradzież, do bezmyślnego zakłócenia porządku publicznego. Polskie prawo
karne nie wydziela oddzielnej kategorii przestępstwa o tej nazwie.
Niezbędnik do rozdziału II
Brystygierowa lub Brystigier Julia (różnie się podpisywała) (1902–1975). Doktor filozofii,
członkini komunistycznych partii RP i Ukrainy. Po aneksji polskich ziem we wrześniu 1939 roku
przyjęła obywatelstwo sowieckie. W pierwszym dziesięcioleciu Polski Ludowej jedna z
najważniejszych funkcjonariuszek, dyrektorka departamentów w Ministerstwie Bezpieczeństwa
Publicznego (MBP). „Zbrodniarka i sadystka jakich mało” – twierdzą niektórzy jej dawni
więźniowie. Jednak nie wszyscy historycy są tego pewni, podnosząc, że nie zajmowała się
prymitywnymi przesłuchaniami, lecz umiejętnym skądinąd tkaniem skomplikowanych
prowokacji. W każdym razie w okresie poststalinowskim żadnej kary nie poniosła; zatrudniono ją
w Państwowym Instytucie Wydawniczym. W latach 70., za sprawą zakonnicy z zakładu dla
niewidomych w podwarszawskich Laskach, poznanej podczas pobytu w szpitalu, podobno
nawróciła się na katolicyzm. Bohaterka (o ile to właściwe słowo) filmu fabularnego Ryszarda
Bugajskiego Zaćma z 2016 roku, przy czym jego fabuła obraca się wokół wspomnianego
nawrócenia.

Fejgin Anatol (1904–2002). Komunista jeszcze przedwojenny. Po II wojnie światowej z


Ludowego Wojska Polskiego trafił do bezpieki, gdzie zajmował najbardziej odpowiedzialne
stanowiska. W MBP zasłynął, jak to określono w akcie oskarżenia (1957), ze „stosowania
niedozwolonych metod przesłuchań i łamania prawa w procesie zatrzymań”. W procesie przed
Sądem Wojewódzkim dla m.st. Warszawy został skazany na 12 lat więzienia. Amnestionowany w
1964 roku. W 1990 roku został wykluczony ze Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, na
co złożył skargę do Naczelnego Sądu Administracyjnego. NSA do skargi się nie przychylił,
argumentując m.in., że Fejgin „dopuścił się czynów zasługujących na najwyższe potępienie, o
rzadko spotykanej w praktyce sądowniczej szkodliwości społecznej”.

Heysel. 29 maja 1985 roku na trybunach stadionu Heysel w Brukseli przed finałowym meczem
piłki nożnej o Puchar Europy pomiędzy Juventusem Turyn a Liverpoolem doszło do bijatyki, gdy
chuligańscy fani z Anglii zaatakowali włoskich tifosi. Zginęło wtedy 39 osób. Mecz mimo wszystko
rozegrano; 1 :0 wygrał Juventus, ze Zbigniewem Bonkiem w składzie.

Pęczak Mirosław (ur. 1956). Kulturoznawca, wykładowca uniwersytecki, profesor nadzwyczajny


nauk humanistycznych, doktor habilitowany, pisarz, publicysta. Autor m.in. książek: Mały słownik
subkultur młodzieżowych; Subkultury w PRL. Opór, kreacja, imitacja; Spontaniczna kultura
młodzieżowa. Wybrane zjawiska; Polska siła. Skini, narodowcy, chuligani. Współautor kilku innych.
Autor bądź współautor około 900 artykułów w „Polityce”.

Plan Marshalla. Nazywany tak od nazwiska sekretarza stanu, gen. George’a Marshalla,
amerykański program pomocy dla Europy dźwigającej się ze zniszczeń po II wojnie światowej.
Obejmował pomoc surowcową, żywnościową, kredyty inwestycyjne itp. Mimo początkowego
zamiaru akcesu Polska wraz z innymi państwami obozu socjalistycznego została przez Moskwę
zmuszona do rezygnacji z uczestnictwa w PM.

Różański Józef (Jacek) (1907–1981). Kolejny zbrodniarz stalinowski, oficer sowieckiej (NKWD) i
polskiej (m.in. dyrektor w MBP) bezpieki. Sadysta, wydobywający pasujące mu zeznania „pod
ustaloną z góry tezę” okrutnymi torturami. W czasie około październikowej odwilży najpierw
musiał odejść (ale z honorami) z MBP do „przechowalni”, czyli Państwowego Instytutu
Wydawniczego, na stanowisko dyrektora. W 1957 roku postawiony przed sądem i skazany
najpierw na 15, a po rewizji na 14 lat. Wyszedł na mocy amnestii w 1964 roku.
Subkultura przestępcza. Kulturoznawcy i socjologowie napisali na ten temat wiele tomów. Dla
naszych bez porównania skromniejszych potrzeb wybrałem skrót pióra wybitnego polskiego
socjologa prawa, Adama Podgóreckiego (1925–1998)[34]:
Podkultury mogq być różne: związane ze swoistością określonych warstw ludności, typami
zawodowymi, różnicami regionalnymi. Mogą się wyrażać w odmiennościach obyczajów,
tradycji, języka, przekazów historycznych itd. Obok tych rozmaitych podkultur społecznych –
które funkcjonują w społeczeństwie jako elementy dodatkowe, wzbogacające i
uzupełniające zbiór ogólnych wartości stworzonych i respektowanych przez dany system
społeczny – mogą istnieć również podkultury antyprawne, przestępcze. [...] Dotąd
przedstawiane teorie tłumaczyły zachowanie przestępcze poprzez rozmaicie rozumianą
zależność od innych. Istnieją też teorie, które usiłują wiązać zachowania przestępcze z
pewnymi elementami kultury czy podkultury. Wypadnie się zastrzec na wstępie, w sposób
bardzo zdecydowany – „pewne wartości kultury czy podkultury” można rozumieć neutralnie,
lecz wartości podkultury przestępczej są wartościami negatywnymi, które mimo to, że
należy je w życiu społecznym zwalczać, wywierają jednak jakiś faktyczny i realny wpływ na
życie społeczne. Wpływ ten należy dostrzegać.

Wolińska Helena (1919–2008). Doktor praw (pracę napisała o... aborcji). W latach 40. w
szefostwie kadr Komendy Głównej MO, później w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. To m.in. za
jej sprawą doszło do aresztowania i skazania 24 żołnierzy AK z gen. Emilem Fieldorfem „Nilem”
na czele. Po Marcu ’68 wyemigrowała z Polski, a w 1998 roku władze RP zażądały jej ekstradycji z
Anglii, jednak bezskutecznie. Jej osoba posłużyła reżyserowi Pawłowi Pawlikowskiemu za
wzorzec – choć nie do końca – stalinowskiej prokurator Wandy Guz w słynnej Idzie, nagrodzonej
Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego w 2015 roku.
Rozdział III

SIEWCY ZARAZY ZA DOLARA

Na początku był Lenin.


W porewolucyjnej Rosji pojawił się – obok wielu innych – problem grup
agresywnych młodocianych włóczęgów, pozbawionych przez tę rewolucję rodzin i
domów, zwanych bezprizornymi, dziećmi ulicy. Bezprizornych nazywano także z
angielska chuliganami, określeniem znanym i za cara. Władza rad stworzyła dla
nich odrębną kategorię przestępstw, karanych na mocy szczególnych przepisów
antychuligańskich, przeważnie zsyłką do łagrów. Na przykład okólnik wydziału
kasacyjnego WCKW[35] z 1918 roku uznawał za winnego chuligaństwa tego, kto
dopuszcza się wybryku w celu podważania rozporządzeń władzy radzieckiej bądź
w celu obrazy uczuć moralnych lub przekonań publicznych otoczenia. Wszelkie
przestępstwa kwalifikowane jako chuligańskie władza radziecka traktowała
surowiej niż przestępstwa pospolite, nadając im znaczenie ideologiczne, a to na
skutek sugestii samego Włodzimierza Lenina, by uważać chuliganów za
przeciwników tak samo groźnych dla owej władzy, jak jej uzbrojeni wrogowie:
„Ustanawiajcie najsurowszy porządek rewolucyjny, bezlitośnie zwalczajcie próby
siania anarchii ze strony pijaków, chuliganów, kontrrewolucyjnych junkrów,
korniłowców i im podobnych”[36].
Komuniści-tubylcy wraz z importowanymi zza Buga za główny cel obrali sobie
urządzenie Polski na obraz i podobieństwo Związku Sowieckiego, także (tu jednak
często występowały rozbieżności) jako nowej, szesnastej lub siedemnastej
republiki Kraju Rad[37]. Podobno ich zapędy hamował sam Stalin, trafnie
konstatując, że socjalizm/komunizm tak pasuje do Polski, jak siodło do krowy. I
chociaż z nadwiślańskiej republiki sowieckiej nic nie wyszło, to i tak wszystko
miało być jak za Bugiem. A to oznaczało m.in. przyjęcie leninowskiej koncepcji
prasy. Skoro tak, to musi być ona (prasa) w pełni podporządkowana kompartii[38],
tzn. być tubą, pasem transmisyjnym przekazującym ludowi tylko to, co może
wiedzieć i co powinien, a raczej musi myśleć i mówić. O wszystkim, ponieważ
zasadniczą właściwością marksizmu-leninizmu-stalinizmu była uniwersalność
doktryny i wszechwiedza jej kapłanów. Nie istniały rzeczy, sprawy, idee,
wydarzenia, religie, procesy dziejowe i sądowe, których ci mędrcy nie potrafiliby
wyjaśnić bez zbędnego namysłu, przy użyciu tego samego zestawu haseł. W
konsekwencji kompartia znała się na hodowli buraka pastewnego i na obróbce
skrawaniem, na młodym Picassie i na połowach dorsza bałtyckiego, na białaczce i
na czerwonce.
Uczeni wciąż usiłują wymyśleć Teorię Wszystkiego (The Theory of Everything,
TOE) nie zdając sobie sprawy, że taka teoria już istniała i była praktykowana
najpierw w sowieckiej Rosji, a później w krajach poddanych. Znana łacińska
maksyma Roma locuta... w obozie socjalistycznym została zastąpiona przez
Moskwa locuta, causa finita (Moskwa orzekła, sprawa przesądzona), Kreml stał się
bowiem jedyną krynicą mądrości, mając zarazem wyłączność na wszelkie do niej
glosy i komentarze dla niemal jednej trzeciej globu.
Do użytku wewnętrznego najważniejsza była pełnia władzy nad środkami
masowego przekazu, czyli prasą papierową od dzienników po specjalistyczne
naukowe czasopisma i od Polskiego Radia oraz Polskiej Kroniki Filmowej po
raczkującą telewizję. Określenie „media” nie istniało.
W PRL stalinowska konstytucja z 1952 roku gwarantowała w artykule 71 ust. 1
pewne klasyczne wolności: „Polska Rzeczpospolita Ludowa zapewnia obywatelom
wolność słowa, druku, zgromadzeń i wieców, pochodów i manifestacji” (pisząc to,
Wielki Konstytucjonalista na pewno setnie się ubawił). Niemniej jednak i wtedy
było oczywiste, że podstawowe dla wolności prasy elementy to po pierwsze – brak
politycznych i prawnych restrykcji wobec szeroko rozumianej prasy za krytykę czy
choćby tylko niezgodność z linią reprezentowaną przez aktualnie rządzących; po
drugie – brak cenzury; po trzecie – rezygnacja władz z koncesji na wydawanie
prasy papierowej bądź nadawanie programów radiowych oraz telewizyjnych. Brak
choćby jednego z nich czyni gołosłowną każdą deklarację o wolności prasy. Tak
było w Polsce Ludowej; w praktyce żaden z warunków o niej przesądzających nie
został spełniony.
Wspominając o kwestiach związanych z wolnością prasy, nie chciałbym się
jednak kojarzyć z naiwnym Kaziem Dobroduszniakiem, bohaterem rysunków
Szymona Kobylińskiego w „Dookoła Świata” Nie mam wątpliwości, że wolność
prasy w stanie czystym nie istnieje, ponieważ każde pismo, każdy dziennikarz
zostają przez wydawcę zamknięci w klatce poglądów reprezentowanych z kolei
przez mocodawców: władzę polityczną, bogatych lub wpływowych sponsorów,
grupy fanatyków czy prymitywnych właścicieli, dla których liczy się tylko zysk.
Dlatego w „Naszym Dzienniku” nie przeczytamy artykułu ośmieszającego krucjatę
różańcową, a w „Gazecie Wyborczej” pochwały ONR. Wolność prasy dla samego
dziennikarza – co akurat najmniej ważne – ogranicza się do ewentualnej akceptacji
pisma, w którym chciałby pracować, i reprezentowanej przez nie opcji politycznej,
dla czytelnika natomiast – co akurat najważniejsze – do wyboru pomiędzy różnymi
opcjami, z niczym nieskrępowaną możliwością zapoznania się z nimi wszystkimi.
Utarcie rozbieżnych stanowisk w jednym tyglu nie wydaje się możliwe. Jak
zawsze, i od tego może się trafić wyjątek, ale bądźmy realistami: fenomen BBC
raczej nam się nie przydarzy.
Władze Polski Ludowej starały się omijać rafę pluralizmu, tworząc wrażenie
różnorodności, dzięki której – niczym w popularnej wówczas audycji radiowej –
znajdzie się Dla każdego coś miłego. Przecież socjalista miał organ PPS
„Robotnika”, komunista organ PPR „Głos Ludu” (a po zlaniu się partii podwójnie
słuszną „Trybunę Ludu”), związkowiec „Głos Pracy”, żołnierz „Żołnierza
Wolności” a i dla milicji coś się znalazło. Zetempowcowi było szczególnie dobrze,
bo miał do wyboru albo „Sztandar Młodych” albo „Walkę Młodych”, albo – do
pewnego czasu – „Po prostu”. Ludowcom bardziej czerwonym przysługiwała
„Chłopska Droga” a bardziej zielonym „Zielony Sztandar”. Miłośnikowi sportu
„Sport”, „Sportowiec”, „Przegląd Sportowy” motoryzacji „Motor” wielbicielowi
morza – „Morze”. Nie zapomniano o kobietach. Dla bardziej wyemancypowanych
– powiedzmy, że miejskich – wydawano „Kobietę i Życie”, dla wiejskich
„Przyjaciółkę” Były też znakomicie redagowane, popularnonaukowe „Problemy” i
wiele pism branżowych.
Wszystkie łączyło jedno. Pisma mogły być różne, podobnie jak rozmaici byli ich
adresaci, ale przesądzał fakt, że wszystkie miały jedną partyjną centralę, z której
odgórnie sterowano nie tylko informacjami[39], komentarzami, ale także
nakładem, dystrybucją, nie mówiąc już o ręcznym obsadzaniu najważniejszych
stanowisk. I wszystkie przechodziły przez to samo sito cenzury prewencyjnej,
zawczasu pilnującej, aby nic niestosownego nie poszło na łamach, na ekranie czy w
eterze. O tym, co, jak oraz o kim należy (lub wolno) pisać bądź mówić, kogo
pokazywać, a kogo nie, decydowała wąska grupa z najwyższych kręgów władzy, z
rzadka tylko delegujących swe uprawnienia. A ponieważ chuligani spędzali sen z
powiek władzy, to jasne, że i o nich nie mogło być inaczej niż podług jednolitych
wytycznych. W Polsce Ludowej wroga – każdego wroga – należało najpierw
zdemaskować, by po zdemaskowaniu opluć, zohydzić, zniszczyć. Wroga pod
żadnym pozorem nie wolno dopuszczać do głosu, bo może zechciałby
odpowiedzieć na kubły pomyj, wylewając własne, oczyścić się z zarzutów,
przytoczyć jakieś argumenty. Dotyczyło to oczywiście i chuligana, choć on akurat
argumenty miałby słabe; ponadto wątpię, by potrafił je wyartykułować.
Próżno więc w prasie lat pięćdziesiątych szukać pełnokrwistych reportaży o
chuliganach i bikiniarzach. Dominowała sztampa: stek inwektyw albo w
koncentracie, albo rozwodnionych krótkim opisem jakiegoś zdarzenia. Z rzadka,
jak w przypadku Burmajstra i s-ki, zdarzał się tekst prosto z sądu, który jednak też
trudno nazwać reportażem, skoro przytłaczał odbiorcę ładunkiem niewybrednej
propagandy.
Po prawdzie to i nie było za bardzo o czym pisać. Aż do znudzenia, że tu kogoś
pobito na ulicy, na zabawie, na dworcu, w knajpie, że tam przewrócono ławki,
ówdzie stłuczono latarnie? A jeśli się trafiała poważna zbrodnia, to beznadziejna w
swej brutalności, braku jakiegokolwiek sensu, w dodatku bez żadnych korzyści dla
sprawcy/sprawców. Czyli chuligański bandytyzm zbyt prymitywny, by trafić do
pitavala, jak choćby ten z Józefowa, gdzie dwaj pijani bracia zamordowali jednego
Bogu ducha winnego przechodnia, a drugiego ciężko poranili[40], tak sobie,
zwyczajnie, po prostu, dla draki.
Z rzadka trafiały się perełki[41]. W świetlicy gromadzkiej w Zimniku podczas
zebrania Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR na salę wtargnął mocno już
podstarzały (32 lata) i równie mocno pijany chuligan, który następnie (cytat z
wniosku o ukaranie sporządzonego przez Prokuraturę Powiatową w Jaworze)
„wszczął awanturę, bijąc po twarzy sekretarza POP Drewniaka, gdy ten czytał
referat, ubliżając mu przy tym słowami” Następnie uczestnikom zebrania zagroził
pobiciem i aby udowodnić, że nie żartuje, chwycił za krzesło i z meblem w ręku
publicznie znieważył rząd oraz partię (tym razem przez małe r i p, choć działo się
to listopadzie 1951 roku), by na koniec „słowami uznanymi za obelżywe” obrzucić
interweniującego milicjanta. W Jaworze dostał 24 miesiące, ale w Warszawie
chyba nie ceniono aż tak tow. Drewniaka, bo kara została złagodzona do 18
miesięcy.
Była też sprawa opisana w rozdziale I: dwaj zetempowcy, uczniowie Technikum
Poligraficznego w Grudziądzu, którzy strzelali z wiatrówki do portretu Stalina i
krytycznie oceniali PRL, co kosztowało ich 2 lata pobytu w obozie pracy. Pytanie,
czy to rzeczywiście było chuligaństwo? Już bardziej pasuje do niego sprawa
rolnika ze wsi Będzeń w powiecie Lipno, którego czyny też zakwalifikowano jako
chuligańskie, ponieważ podczas zebrania gromadzkiego u sołtysa w sprawie
kontraktacji ziemiopłodów obraził (szczegóły nieznane) delegata z samej Gminnej
Rady Narodowej oraz namówił chłopów, by opuścili salę, i z zewnątrz, pod jej
oknami, szyderczo bili brawo zamarłemu za stołem prezydialnym aktywowi.
Rezultat: zebranie zerwane, z kontraktacji nici, rok obozu pracy dla rolnika-
chuligana.
Dla odmiany w restauracji „Hotelu Polskiego” w Chorzowie 18-latek z 23-
latkiem wprawili się w wiadomy stan i gdy zagrała muzyka „zaczęli głośno
krzyczeć i śpiewać różne bikiniarskie piosenki w języku polskim, a nawet
niemieckim”. W tym jednak przypadku ciekawsze było uzasadnienie
prokuratorskiego wniosku o ukaranie:

Z okoliczności, że podejrzani zdradzają umiłowanie do tzw. amerykańskiego


stylu życia poprzez upojenie się alkoholem do tego stopnia, co niewiedzą później
co czynią wniosek uważam za słuszny i celowy[42].

Amerykański styl życia kosztował wielbicieli dwa lata i jeden miesiąc obozu.
Znacznie mniej niż 20-latków z Białegostoku, którzy w poczekalni kina „Ton”
wymyślali jeden drugiemu grubym słowem. Bardziej awanturujący się dostał 5
miesięcy.
Natomiast 12 miesięcy musiał odsiedzieć klient „Gospody Obywatelskiej” w
Białymstoku, który – nietrzeźwym będąc – „dopuścił się wybryków
chuligańskich”, ordynarnie zaczepiając bufetową, przeszkadzając jej w pracy, a
nawet zrzucając jej służbowy czepek. Z kolei trójka nadużywających alkoholu
osobników z Juńcewa w powiecie żnińskim „przez awanturowanie się i brutalne
pobicie bez jakiegokolwiek powodu na co dzień ob. A.Sz. dopuściła się
chuligaństwa, wykazując swym zachowaniem pogardę dla społeczeństwa” Pogardę
wyceniono na 2 lata obozu dla każdego.
I tu ponownie zaczęła nam pospolitość skrzeczeć.
W natłoku spraw pospolitych coś ciekawszego, bez politycznego zadęcia,
próbowali czasem napisać miejscy reporterzy. Choćby

Włosy miała uczesane w grzywkę. Na ustach gruba warstwa szminki, a w zębach


papieros. Grażyna tu prawdziwe nazwisko ma dopiero 15 lat. W r. 1952 po
ukończeniu 7 klas wpadła w towarzystwo chuliganów. Przyjęto ją zresztą z
otwartymi ramionami. Świetnie umiała już kłamać, miała „bogate” słownictwo i
prędko nauczyła się palić papierosy i pić wódkę. Jej koledzy to Zbyszek –
„Byk”, Rysiek – „Kominiarz” Jurek – „Malutki” Edek – „Czarny” i inni.
Chuligańskie bractwo zna się tylko po imionach i pseudonimach. „Nazwisk
lepiej nie znać – twierdzą – bo a nuż się który zasypie”.
– Nasza melina to CDT na I piętrze koło luster – mówi Grażyna. – Tam
codziennie o 17 schodzi się cała ferajna. Chłopcy ciągną nas czasami „na fraki”
(do parku – przyp. red.), ale przeważnie siedzimy na miejscu – cieplej. Ja wiem,
że chłopcy kradną, okradają kupujących, ale przede wszystkim plądrują nam po
kieszeniach, zabierają chustki z głowy i sprzedają – na wódkę. Jak mnie zabrali
nylonową chustkę, to powiedziałam mamie, że zgubiłam[43].

Minireportażyk, którego fragment zacytowałem, był pokłosiem jednej z wielu


milicyjnych akcji. Podczas tej zatrzymano dwudziestu chuliganów, między innymi
dwóch za to, że – wygody pożądając – zepchnęli kobietę z miękkiej kanapki na co
dzień służącej przymierzającym buty (choć nie wiadomo, czy znalazłyby się jakieś
buty do przymierzania). To jednak drobnica. Grube dziennikarskie ryby
przeznaczone były do poważniejszych zadań: tzw. artykułów problemowych oraz
(nie zawsze podpisywanych) redakcyjnych wstępniaków lub komentarzy. Weźmy
na tapetę całostronicowy artykuł z tygodnika „Stolica”[44]. Przytaczam pełny tekst,
aby zachować dokładne proporcje. Jak zwykle pieczołowicie zachowuję pisownię,
interpunkcję i inne walory oryginału.

Chuligan... chuligana... chuliganowi... chuliganem. Tak przez wszystkie


przypadki, na rozmaite sposoby odmienia się w naszej prasie to złowrogie słowo.
Numer porannego dziennika przynosi nam notatkę o nowych wyczynach
chuliganów. Ukazują się wzruszające reportaże o Irenkach X, o Zygmuntach Y.
Organizuje się kolejne narady i rady. Padają na nich słuszne uwagi, mnożą się
trafne rezolucje, powstają dalsze komisje i podkomisje. A chuligani? Jak byli –
tak są! Chuliganeria ani myśli wycofać się ze swych pozycji przed stołecznymi
kinami, w okolicach hotelu „Polonia”, w kuluarach Cedetu...
Prawda – od czasu do czasu ręka sprawiedliwości wyrywa tego lub owego z
dobranej kompanii. Wówczas czytamy na pociechę taką np. wzmiankę pt.
Niepoprawny: „Bogusław Bogdański, zawodowy handlarz biletami kinowymi,
został zatrzymany przed kinem Śląsk, gdy sprzedawał po 10 zł dwa bilety,
których cena wynosiła 4,50 zł (bagatela! Czysty zysk przeszło 100 proc.! –
uwaga moja, J.T.). W śledztwie okazało się, ze Bogdański, mający lat 23, czuje
wstręt do uczciwej pracy. Jego kartoteka – to 2 lata więzienia za kradzież i kilka
kar za chuligaństwo. Komisja Specjalna skazała Bogdańskiego na 6 miesięcy
przymusowej pracy”[45].
Tu mamy do czynienia z zupełnie już ukształtowanym gatunkiem chuligana ze
stażem więziennym. Istnieje bowiem cała skala tego podrodzaju ludzkiego. Do
każdego z nich należy podchodzić odmiennie, odrębne stosować środki i metody
w celu zlikwidowania tego paskudztwa...

Mile złego początki...


Zaczyna się przeważnie dość zwyczajnie. Ot, taki przeciętny na oko Władzio
czy Stefek zaczyna się gorzej uczyć, wagarować... Staje się opryskliwy wobec
rodziców, brutalny w stosunku do młodszego rodzeństwa i w ogóle słabszych od
siebie. Jak na drożdżach wyrastają mu długie acz źle utrzymywane „kędziory”
Niedzielny numer gazety idzie w całości na wypełnienie denka czapki
„andrusówki” usłużnie fabrykowanej w odpowiednim do tego fasonie przez
nasze wytwórnie. Gdy czapka na głowie puchnie, jednocześnie zwężają się i
kurczą nogawki spodni. Skarpetki na brudnych nogach zabarwiają się
wszystkimi kolorami tęczy. Szczytem marzeń stają się amerykańskie „ciuchy”
Wszystko jak „tam” jak u „nich”.
I nic dziwnego, że w parze z tymi przemianami zewnętrznymi idą zachwyty
nad amerykańskimi filmami (których nie ogląda!), nad amerykańskimi
wydawnictwami (których nie czyta!), nad szczytem amerykańskiej kultury –
Coca-Cola (której nie pił nigdy!). Rozpoczyna się proces wewnętrznego
rozkładu. To dzwon alarmowy dla rodziny i dla szkoły! To pierwiosnki
chuligaństwa. Od razu należy działać stanowczo, stosować wszelkie środki
wychowawcze. Póki nie jest za późno. „Ale skąd mu się to wzięło?” – zapytuje
zatroskany ojciec, już teraz tylko „fatrowski” od dawania „forsy” na hulanki,
popłakującą z cicha matkę (już odtąd jedynie „mutrę” od prania i cerowania).
Rzeczywiście – skąd?
Nie lekceważmy tego pytania. Ujawniajmy praźródła chuligaństwa. Dlaczego
ni stąd ni zowąd w kraju, gdzie przed każdym chłopcem czy dziewczyną stanęły
otworem wszystkie drogi życiowej kariery – nauka, praca – występuje ów
specyficzny „pracowstręt” nienawiść do „frajerów” objawy wygłupiania się,
okrucieństwa, chamstwa?

USA – wylęgarnią chuliganów


Istnieje kraj, w którym chuligaństwo jest oficjalną postawą życiowa znacznej
części młodzieży ze sfer burżuazji. Kraj, w którym wzorem postępowania są tzw.
„comicsy” czyli rysunkowe historyjki, gloryfikujące sadyzm i zepsucie. Kraj, w
którym dzieci i młodzież jest celowo utrzymywana w atmosferze wojennej
psychozy, atomowej paniki, lekceważenia życia „kolorowych”. Młokos
ścigający kiedyś Murzyna na ulicach swego rodzinnego Kansas-City nie zawaha
się później przed ciosem bagnetu w brzuch Koreanki... [Niezbędnik]
„Nasz kraj traci rozum” – pisał w jesieni 1952 roku wybitny historyk
amerykański dr U. E. B. Dubois, wskazując na sprawę dziecka-mordercy. Dwaj
chłopcy, 9-cio i 13-o letni, zostali sami w domu razem ze swą 11-o letnią
siostrzyczką. Dziewczynka nie chciała wyjść z pokoju, w którym starszy brat
odrabiał lekcje. Wówczas braciszek przyniósł ze strychu fuzję myśliwską,
starannie nabił i z najzimniejszą krwią zastrzelił małą! Następnie bracia ukradli
ojcu 150 dolarów, uciekli, przez parę dni mieszkali w hotelu... Gdy ich
odnaleziono i sprowadzono do domu, cała rodzina przede wszystkim dała się
sfotografować[46]. Zdjęcie to natychmiast opublikowano w miejscowej prasie.
Ojciec oświadczył, że przebaczył synowi. „Lecz kto przebaczy ojcu?” –
zapytywał słusznie dr Dubois.
W jednym tylko New-Jorku 1500 uczniów używa narkotyków. W Chicago w
ciągu jednego miesiąca sądzono 300 dzieci-narkomanów. Wśród aresztowanych
w USA przestępców ogromną większość stanowi młodzież. W przeciągu lat 10,
od 1940 do 1950, liczba przestępstw popełnionych przez małoletnich zwiększyła
się prawie dwukrotnie.
W tym szaleństwie jest metoda
Dążeniem imperialistycznej burżuazji jest spowodowanie rozkładu moralności
szerokich mas narodu, aby tym łatwiej podporządkować je swym wpływom, tym
sprawniej móc rozpalać najniższe instynkty, paraliżować odruchy protestu
przeciwko wzmagającemu się wyzyskowi ekonomicznemu. Imperialiści – to nie
tylko mordercy i werbownicy morderców. To również i świadomi szerzyciele
moralnej zgnilizny.
W chuligańskich wyczynach amerykańskich żołdaków, o jakich donosi
codziennie prasa krajów okupowanych przez kapitał amerykański, jest coś
wyraźnie pokrewnego popisom naszych krajowych chuliganów. Przepraszam! I
w tym wypadku „ich” chuliganów. Spójrzmy bowiem na genezę tego zjawiska.
Czy poczytamy za dzieło li-tylko przypadku, że chuligaństwo szerzy się u nas
właśnie w dobie wzmożonego wysiłku produkcyjnego całego narodu, w dobie
pokojowego i socjalistycznego budownictwa? W tym szaleństwie jest metoda...
jakimiś kanałami wrogiej propagandy przesączają się do nas miazmaty gnijącej
„kultury” marki USA, wzory i przykłady „amerykańskiego stylu życia” One to
podsycają „ideologię” chuligaństwa, streszczającą się w hasłach: „Wszystko
wolno! Używaj życia! Śmierć frajerom!” Jest w tym ślepa, bydlęca nienawiść do
wszystkiego, co twórcze, piękne, rosnące, nowe. Jest i gorzka beznadziejność
pogrobowców ustroju, skazanego na nieuchronną zagładę.
Wróg zewnętrzny i wewnętrzny działa więc i na tym froncie. Usiłuje odebrać
nam skarb największy – młodzież. Próżne wysiłki! W masie swej młodzież nasza
jest zdrowa. W tysiącznych brygadach zetempowskich, w pracowniach,
fabrykach, uniwersytetach – oddaje ofiarnie swej Ludowej Ojczyźnie wysiłek
mózgu i mięśni. Ale chuligaństwo nie staje się przez to mniej groźne. Problem
ten wymaga odważniejszego niż dotąd traktowania, bardziej zdecydowanych niż
dotychczas posunięć.
Dla zagrożonych chorobą – środki profilaktyczne. Dla chorych – lekarstwo
mocne a skuteczne. Dla ciężko porażonych – bezlitosny lecz mądry zabieg
chirurga. Najsurowsze kary obedrą wreszcie chuligana z aureoli „romantycznej
przygody”, pozbawią fałszywej sławy „rycerza pięści i żyletki”. Zmuszony
zostanie do produktywnej pracy dla społeczeństwa, które odnosi się do
chuliganów z wrogą pogardą i poszukuje energiczniejszych, niż dotąd, bardziej
skoordynowanych i – co najważniejsza – skuteczniejszych zabiegów „lekarzy” i
„chirurgów”

W Złotych latach... nie może zabraknąć Wandy Odolskiej[47]. Oto próbka jej
wszechstronnego talentu – tu oczywiście na temat chuliganerii, z artykułu w „Po
prostu”[48]. Póki o faktach, całkiem do rzeczy.

Chuligaństwo jest niezawodną receptą głupoty zaprawionej instynktami


sadystycznymi – czymś, co cechowało gestapowców. Chuligany wielkomiejskie,
al kapony warszawskich zaułków, napastują kobiety, potrafią godzinami sterczeć
w wąskiej uliczce, żeby pobić przechodnia. Nie mordują i nie rabują – to tylko
sport chuligański. Niedawno właśnie – przed kilku miesiącami – milicja rzetelnie
rozprawiła się ze „sportowcami” Targówka. W tej dzielnicy Warszawy – jak tu
się mówi – szurał i rozrabiał Włodek Czupryniarz, wódz i herszt młodocianych
pijaków. Banda zaczepiała kobiety i ze specjalnym sadyzmem znęcała się nad
starcami i słabymi. Też nie bandyci. Dla sportu. Posiadacz najbujniejszej
czupryny na całym Targówku ku wielkiej uciesze mieszkańców nareszcie siedzi.
Za chuligaństwo.

To relacja z Warszawy, a to z Częstochowy:

Na stacji kolejowej w Częstochowie można było niedawno zaobserwować


młodych ludzi, którzy przyszli w nocy do restauracji, zamówili jedzenie i piwo.
Zabawili nie dłużej niż godzinę, ale za to dostarczyli obrzydliwego widowiska
licznym podróżnym, czekającym na pociąg. Najważniejsza w tym towarzystwie i
najhałaśliwsza persona, posiadacz olbrzymiej czupryny i olbrzymich czarnych
paznokci, w pewnym momencie wyjął z kieszeni butelkę wódki i, ponieważ nie
miał w co tej wódki nalać, powyrzucał serwetki na stół, zlał piwo do wazonika i
ku uciesze kolegów włożył z powrotem pomięte serwetki w piwo. Przestępstwo
niby w zasadzie niewielkie – gatunkowo jednak zupełnie wyraźnie chuligańskie.
To także nie byli bandyci. To był taki sport.

W małych miasteczkach też źle się dzieje.

Na przykład w Wolbromiu – zdarza się, że dla sportu chuligani wieczorami


przewracają ustępy. Także nie bandyci. Taka rozrywka. Taki sport.

Po rozgrzewce tekst właściwy.

Otóż trzeba nareszcie z tym „sportem” otwarcie walczyć. Włodek Czupryniarz z


Targówka i częstochowski brudas, zaśmiecający lokal restauracyjny – to takie
same w zasadzie chuligany, jak wykreowany na bażanta pseudolinteligencik,
miłośnik amerykańskich magazynów z girlsami i czciciel „Głosu Ameryki”. To
jest surowiec, w którym tkwi gotowość do zła. Surowiec bardzo podobny
chemicznie do zawartości młodych hitlerjugendów, pikieciarzy sanacyjnych i
gestapowców. Spośród takich właśnie chuliganów, nierobów, snobów i
„bikiniarzy” amerykańskich ośrodki dyspozycyjne werbują kandydatów na
morderców, na wykonawców ferowanych za oceanem wyroków.

A właściwie to nawet nie trzeba sięgać za ocean, bo przecież – pisze dalej


Odolska –

w Berlinie, gdzie młodzież jest narażona na stałe wpływy sektorów zachodnich –


na ulicach i w kawiarniach – wszędzie można poznać po ubiorze i sposobie bycia
niemieckich wyrostków z zachodniej części[49], którzy dziś są chuliganami, a
jutro – na rozkaz – będą najemnymi żołnierzami amerykańskiego faszyzmu.

Artykułowi Odolskiej smaczków dodaje przytoczony fragment fotoreportażu z


amerykańskiego tygodnika „LIFE”, podobno (bo nie wiadomo, kiedy i komu tak
naprawdę zrobiono zdjęcia; brakuje numeru pisma, nie ma żadnych fragmentów
dających się przetłumaczyć) o gangsterach. Na jednym ze zdjęć grają sobie w
karty, popijają piwo i czują się bezpiecznie przed obiektywem aparatu
fotoreportera, ponieważ – jak dowodzi odredakcyjny komentarz „Po prostu” – „w
Stanach Zjednoczonych prawo dintojry obowiązuje i gangsterów, i dziennikarzy
kapitalistycznej prasy; jedna sitwa, jeden cel i jeden pracodawca”. To po lewej od
Odolskiej. W dół i nieco po prawej też coś z „LIFE” tyle że o amerykańskich
żołnierzach – przepraszam, żołdakach. Młody zetempowiec („Po prostu” było
wydawane przez ZG ZMP) nie miał już prawa zbłądzić ideologicznie po
przeczytaniu kolejnego komentarza.

Od łomu do pistoletu maszynowego, od skakania po brzuchu rywala do


rozbijania o mur główek dziecięcych – dzieli już tylko jeden krok. A właściwie
nie dzieli... a łączy. Wiedział o tym Hitler, wiedzą o tym amerykańscy rycerze
giełdy. Imperializm potrzebuje morderców i tylko morderców – powiedział
niedawno jeden z amerykańskich mężów stanu.
Nic dziwnego, że ten sam LIFE, który zamieszcza cyniczny reportaż o
młodocianych gangsterach zachłystuje się krzepkością amerykańskich żołdaków
w Korei. Mordercy wychowywani w wielkomiejskich zaułkach USA na wzorach
lansowanych przez LIFE – mają pole do popisu. Amerykański system
wychowawczy triumfuje.
Imperialistom potrzebni są mordercy, nam – budowniczowie silni, zdrowi,
uczciwi, kochający życie i ludzi, młodzi budowniczowie socjalizmu.

Zdaje się, że spoza kadru słyszę niedowierzające pytanie: i naprawdę znajdowali


się ludzie, którzy podobne brednie brali na serio? Zamiast odpowiedzi –
podpowiedz: proponuję przez godzinę posurfować w sieci na polskich forach
politycznych, poczytać, co się tam wypisuje i jakie masy internautów dają temu
wiarę i wyraz.
Aby być do końca w zgodzie z prawdą, dodam, że niekiedy – bardzo rzadko –
zdarzał się artykuł, który nie demaskował związków amerykańskiego imperializmu
z polskim chuligaństwem. Pod tym względem enklawą był „Tygodnik
Powszechny” [Niezbędnik], a drugą (obie zresztą krakowskie) stał się „Przekrój”,
któremu też wolno było więcej oraz inaczej niż reszcie. Więcej, czyli mniej: mniej
propagandy z gatunku najprymitywniejszej, oczywiście po spłaceniu
podstawowych serwitutów. Więcej, czyli więcej: opisów najnowszych zjawisk i
trendów kultury zachodniej bez użycia przymiotników „zgniły/zgniła/zgniłe” od
literatury przez sztukę i muzykę po modę i kuchnię. A na temat chuliganerii
wypowiadał się na przykład Paweł Jasienica, którego drażniły przekleństwa
słyszane na każdym kroku w publicznych miejscach. Bardziej charakterystyczny
był jednak tekst[50] Olgierda Budrewicza. Zaczynał się tak:

Noc. Głęboka, czarna, cisza. Nagle – tak nagle, jak to tylko możliwe jest o
nocnej porze – w samym środku olbrzymiego, niby atramentem wypełnionego
podwórza, rozlega się wystrzał. Może to nie wystrzał, ale eksplozja petardy?...
Nie petardy może, lecz bomby?... Atomowej?
Tłum wyrwanych ze snu mieszkańców oblepia okna, wygapia oczy przez
szyby. I nie słyszy już teraz niczego, poza przyśpieszonym biciem serc. Wraca
świadomość, realnieją kształty, zapalają się światła – dają się słyszeć głosy
wyrażające pierwszą ocenę faktu:
– Chuligaaaaaan!

To nie atomówka made in USA (wszechobecna wówczas obsesja) spadła z nieba na


podwórko-studnię jednego z 212 Domów Studenta w Polsce, lecz z czwartego
piętra napełniona wodą butelka po wódce. Dalej jest o brudzie, zniszczeniach w
akademikach (tylko między marcem a wrześniem 1953 roku 800 zbitych szyb i 80
umywalek rozbitych przez młodych spragnionych wiedzy wyższej). O starym jak
świat waletowaniu. O działaczach samorządów studenckich, którzy próbują
wprowadzić odrobinę elementarnego ładu i kultury. Żadnego towarzysza, za to parę
dobrych życiorysów, ot, z chałupy małorolnego chłopa na wydział komunikacji
politechniki. Ani słowa o knowaniach wrogów ludu, amerykańskim imperializmie,
kapitale, żołdakach, a nawet zbrodniczej coca-coli. Dopiero pod koniec coś, co nie
pozwoli zapomnieć, że jednak mamy do czynienia z tekstem AD 1953:

nie trzeba chyba szeroko tłumaczyć, że tam, gdzie niedomaga praca


wychowawcza, gdzie nie przywiązuje się dostatecznej wagi do spraw dyscypliny
społecznej, przestrzegania zasad współżycia, szanowania dobra społecznego –
tam z nieświadomości i bezmyślności, czasem nudy i „fantazji” – rodzą się
drastyczne wybryki. Takie, które trzeba nazwać bez ogródek chuligaństwem.
Tam zarazem dotrzeć mogą łatwiej wręcz wrogie postawy i wrogie idee.

Od wyjątku powróćmy do reguły.


Do walki z chuligaństwem włączyła się również prasa satyryczna. W tygodniku
satyrycznym „Mucha” niejaki WELL, chyba kibic lekkiej atletyki, opisał, jak
troskliwą opieką otoczona jest młodzież w naszym kraju, dzięki czemu może się
uczyć[51]. Owszem, ta młodzież daje wiele wyrazów wdzięczności ludowej
władzy, ale zalągł się pośród niej także element niewdzięczny, który zamiast rzucać
oszczepem niczym Sidło[52] – rzuca kamieniami w szyby mieszkań lub z procy
strzela do przechodniów. Podstawia nogi starszym kobietom i jeździ na stopniach
tramwajów. Mało tego, nosi papuasie fryzury, a jego (elementu) spodnie kojarzą się
z Kiszką[53] tylko pod względem nogawek, nie setki, bo on od setki woli
„setuchnę”. Po czym WELL przechodzi do konstruktywnych wniosków:

Z wszelkimi przejawami tego stylu życia u nas musimy zdecydowanie walczyć.


Trzeba, tym nielicznym zresztą, młodzieńcom powiedzieć: przestańcie, chłopcy,
źle się bawicie! Takich jak wy nie chcemy. Chcemy, żeby dla całej naszej
młodzieży najważniejsza była praca, a nie proca. I w nauce niech będzie orłami,
a nie bażantami.

Wygląda na to, że przynajmniej chwilowo „Mucha” wzięła na swe barki


(mniejsza o entomologiczną poprawność określenia) satyryczną, a nawet poetycką
stronę walki z zarazą, bo już po trzech tygodniach piórem tegoż WELL-a pogroziła
w krótkim, zaledwie dwuwierszowym poemacie[54]...

Pozna łobuz
pracy obóz

...by po kolejnych trzech zamieścić, także wierszowany, List otwarty do


„bikiniarzy[55] Jerzego Dema, a w nim kolejne poważne ostrzeżenie, choć z
błędem w angielszczyźnie:

Do was piszę, lalusie z wytwornej kawiarni [...],


Zaczynajcie dalej dzień trefieniem głowy
Nadal wiążcie sens życia z kształtem kołnierzyka,
cóż, macie oczywiście ideał gotowy:
film z gangsterem i draka made in Amerika.
A jeśli myślicie, że można bezkarnie
płynąć dalej z dnia na dzień na fali użycia,
wiedzcie, cała zabawa skończy się marnie,
wyrzucimy was poza nawias życia.

Najwidoczniej „Mucha” roznosiła rymowane zarazki humoru i satyry, bo


zainfekowała na przykład „Film”. Może zresztą nie było w tym niczego dziwnego,
skoro rodzima władza ludowa w ślad za Leninem – bo nie napiszę, że i za
Hitlerem/Goebbel- sem – musiała uznać kinematografię za najważniejsze narzędzie
propagandy. Na rysunku w „Filmie” z 16 maja 1954 roku wejście do kina, nad kasą
wywieszka „Bilety wyprzedane”. Dwa typki ubrane po bikiniarsku proponują:
„Bileciki?” Poniżej dość złowrogi w ostatecznym wydźwięku wierszyk:

HURTOWNICY
Chcesz kupić bilet w kasie – z nawyku
Nie ma – są tylko u „hurtowników”.
Film jest na medal, „Strażnica w górach”,
Można zarobić, bo „koniunktura”.
Stanęły typki przy wejściu murem
I prócz postrachu szerzą „kulturę”.
Mają bilety na balkon, parter,
I proszę bardzo – miesięczne karty.
Patrzysz jak typki trudnią się hurtem
I marzysz, żeby im skroić kurtę.
Że detalicznie ktoś ruszy głową,
I skończy z nimi wreszcie „hurtowo”.
J.M.[56]

Ten sam ton pobrzmiewa w piśmie, zdawałoby się, poważnym, specjalistycznym i


tym samym skłonnym do argumentacji na nieco wyższym poziomie. Tymczasem
czytamy:

Chuligaństwo jest inspirowane i kierowane przez wroga klasowego. [...] Jest


politycznym narzędziem wroga klasowego, który w ten sposób usiłuje
gangrenować stosunki społeczne, szerzyć atmosferę karczemnych awantur,
osłabiać siły narodu budującego podstawy socjalizmu[57].

Typowy zestaw elukubracyjny zamieścił ilustrowany dodatek do „Dziennika


Zachodniego” pt. „Świat i Życie”[58] w artykule Proszę tępić! Made in USA:

W spuściźnie po latach rządów sanacyjnych i latach okupacji została spora liczba


wykolejeńców, niebieskich ptaków, szowinistów, rycerzy spekulacji
wolnorynkowej, bandytów spod znaku NSZ i WiN, ludzi nawykłych do lekkiego
chleba. Zakapturzonych wrogów ustroju. Klika zdrajców, wrześniowych
uciekinierów z zaleszczyckiej szosy za dolara sprawuje nad nimi swój rząd dusz.
Cała ta różnoraka i pstra banda wpatrzona we wzór amerykańskiego stylu życia,
uprawia kult pieniądza i pięści. Drażni ją nasza pokojowa praca, toteż daje wyraz
swym uczuciom nienawiści. Nasi chuliganie znajdują natchnienie w „Głosie
Ameryki” chętnie ubierają się według amerykańskiego żurnala.

Dodatek trapi się ponadto, że

chuliganie [...], w swej codziennej postaci notoryczni przedstawiciele


amerykańskiego stylu życia zaczynają znajdować naśladowców, zwłaszcza
wśród młodzieży chodzącej samopas, nie podporządkowanej żadnej dyscyplinie
moralnej ani domu (wina domu), ani szkoły (wina wychowawców), ani
organizacji młodzieżowych, sportowych i innych (z winy tych organizacji).

Z czasem coś jednak zaczęło zgrzytać w zgodnym propagandowym chórze. O


tygodniku „Dookoła Świata” z zaskakującym chyba dla samego siebie
entuzjazmem pisze Leopold Tyrmand:

jest to pismo niby dla młodzieży, redagowane przez ludzi ze Związku Młodzieży
Polskiej, facetów z zespołu „Sztandaru Młodych”. Skąd ta nagła popularność
szmaty firmowanej przez jedną z najbardziej ponurych organizacji w Polsce?[59]
– pyta późniejszy autor Złego. I zaraz odpowiada. Otóż

przyczyna jest całkiem prosta: w 95% pismo jest naśladownictwem prasy


rozrywkowo-bulwarowej, 5% to haracz propagandy. Poziom techniczno-
graficzny słaby, ale sport, awanturnicza nowela, reportaże z życia, z zabaw, z
rozrywek, zdjęcia z balów, kawiarń, porady praktyczne, ciekawostki, rysunki.
Popłuczyny po „Przekroju” gdy chodzi o inwencję łamania, o ambicjach nie ma
nawet co mówić. Lecz młodzież jest głodna takich wydawnictw, stąd
powodzenie. [...] Co interesuje, to przyczyny, dla których komuniści
zdecydowali się na inicjatywę, o której nie ma co marzyć w innych demoludach,
włącznie z Rosją. Przyczyna numer jeden: rozkład komunistycznych organizacji
młodzieżowych, starannie skrywane gnicie od wewnątrz. A dalej: opór na
uniwersytetach, arogancki indyferentyzm w szkołach średnich łatwo
przeradzający się w chuligaństwo, „bikiniarstwo” demoralizacja, alkoholizm,
fizyczna degeneracja. To po latach pieczołowitej opieki partii nad jej
młodzieżową przybudówką, po miliardach złotych, o których wiemy z budżetów
ujawnionych. W kierownictwie ZMP ciągłe czystki, rugi, skandale, druzgocąca
krytyka z góry zarówno metod, jak i rezultatów, nowi macherzy próbują nowych,
czasami brawurowo-ryzykownych pociągnięć. Ostatni numer: rewelacyjni
„neutralny” tygodnik. [...] Ale jest w tym i coś bardziej zastanawiającego, jakaś
nieśmiała próba nawiązania kontaktu z życzeniami i interesami społeczeństwa,
cienkim, lecz wyraźnym ściegiem szyta pozytywność czy przydatność tego
pisma w szerszym wymiarze. Ton, jak powiedział jeden ze znanych mi
kozaczków, kolega Bogny [młodziutka kochanka Tyrmanda, uczennica liceum]
„taki bardziej życiowy” wyraźna stawka na przyzwoitość i społeczną, próba
podsunięcia gówniarzom zainteresowań popularno-naukowych zamiast wódki,
dobrej literatury sensacyjnej zamiast katowania przechodniów. [...] Warszawa
ochrzciła już nowe zjawisko: „Głos Bikiniarza”. Jest w tym drwina, ale też jakieś
votum zaufania, krótkoterminowy kredyt. [...] W każdym razie Bogna
przerzucała pierwszy numer z wypiekami na twarzy: nie widziała jeszcze czegoś
takiego w swoim krótkim życiu – pismo po polsku, apelujące do jej lat, wyglądu
i chęci, bez jednego kretyńskiego sloganu. [...] Są w nim fotografie znanych jej
ulic i kawiarń i żywych, do niej podobnych i jak ona ubranych ludzi, a nie
martwe konwencje z Nowej Huty i partyjnych zjazdów[60].

A co do 95-procentowej neutralności: pozostałe pięć procent dawało się jednak


zauważyć. Oto okładka „DŚ” z 14 marca 1953 roku, na okładce chłopak z
dziewczyną wpatrują się w okna pewnego budynku. Tekst na tym okładkowym
zdjęciu głosi:

W oknach Domu Partii do późnej nocy jarzą się światła. W tym gmachu, pod
kierunkiem wielkiego przyjaciela młodzieży, Bolesława Bieruta, trwa praca
pełna myśli i troski o sprawy naszego szczęścia.

W tym samym 1954 roku co przytomniejsi publicyści zaczynają dostrzegać, że


amerykańskie żurnale niewiele mają wspólnego z chuligaństwem-bikiniarstwem.
Co więcej, zaczynają szukać przyczyn w pustce... także w pustce stworzonej przez
nowy ustrój. Kazimierz Koźniewski, literat i dziennikarz mocno związany z ludową
władzą, pisze:

Powiedzieliśmy kiedyś, że moda bikiniarska, importowana w pewnym stopniu z


USA (ale tylko w pewnym stopniu), jest dowodem lekceważenia form życia
społecznego obowiązujących w naszym kraju. Była w tym milowa przesada!
Bikiniarstwo próbowało na własną rękę załatać jakąś pustkę, której myśmy w
czas nie spostrzegli – no i rzeczywiście załatało ją przy pomocy ciuchów i złego
smaku. Pewna elegancja i barwność, rozmaitość strojów jest nie tylko
zrozumiałą potrzebą młodzieży, ale na początku była ona odtrutką na monotonię
okupacyjnej szarzyzny. Najgorszy, najbardziej trywialny gust prędko narzucił
swą modę. Tandetni krawcy mieli tu wiele do powiedzenia, a prywatne
warsztaciki tkackie dostarczały samodziałów w najprzedziwniejszym
wzorze[61].

Dobre i to, jednak musiało jeszcze minąć trochę czasu, by prasa od ręcznego
sterowania w kwestii chuligańskiej przeszła na z grubsza własny rozrachunek.
Jak zauważa M. Pęczak, ów tekst, zamieszczony w ważnym wtedy tygodniku,
wyrażał opinię przynajmniej części aparatu partyjnego, wedle której bikiniarstwu
należałoby raczej odebrać nimb politycznego oporu, aniżeli mu go przypisywać.
Kryła się za tym również chęć pozyskania części młodzieży wielkomiejskiej oraz
nieśmiałe, ale zauważalne symptomy odwilży po śmierci Stalina. Innym powodem
zmiany tonu w medialnym dyskursie na ten temat mógł być fakt, że bikiniarskiej
modzie zaczęli ulegać także młodzi robotnicy z wielkich zakładów pracy. W tej
sytuacji ostry ton propagandy mógłby wywoływać niepotrzebny odruch sprzeciwu
szerszych środowisk, czego władza z pewnością sobie nie życzyła[62].
Kiedy więc w połowie dekady poczęto odróżniać bikiniarzy od chuliganów i obie
grupy zostały pozbawione niechcianego balastu w postaci przyrodnich braci,
bikiniarstwo straciło smak owocu surowo dotychczas zakazanego, przestało
ekscytować i dotychczasowych, i potencjalnych degustatorów. Ze sceny
młodzieżowych niepokojów zniknęli więc krawatowo-skarpetkowi kontestatorzy,
jednak pozostała na niej i bezkonkurencyjnie nią zawładnęła chuliganeria.
Przypomnę: zjawisko znane i przed II wojną światową, wtedy jednak
zlokalizowane i ograniczone do klas najbiedniejszych, lumpenproletariatu,
przedszkola poważnej przestępczości. W nowym, wspaniałym świecie socjalizmu
w sowieckim wydaniu – nabrało nowego, politycznego wymiaru. Powstało pytanie,
co teraz z nią zrobić, jak ją traktować, bo przecież

Truman[63] pcha dolarów furę.


By nam wcisnąć tę kulturę.
Taką drogą nam wytwarza
Typ łobuza-bikiniarza.
(Wszechobecny wierszyk. Z gazetek ściennych, świetlicowy).

A skoro Truman pcha tyle w – jak się okazało – nieszkodliwych bikiniarzy, to ile
musi pchać w zagrażających ustrojowi chuliganów? W końcu jednak – jak już
wiemy – i na nią, ludową władzę, przyszło otrzeźwienie. Akcenty z politycznych z
wolna jęły się przesuwać ku społecznym, socjologicznym, prawnym. Pod tym
względem rewelacją okazał się pewien artykuł Stanisława Manturzewskiego w „Po
prostu” z 1955 roku (o tym cały rozdz. IV), a także książka tegoż Manturzewskiego
oraz Czesława Czapowa (o której cały rozdz. V). Próżno w nich szukać polityki,
ideologii, antyamerykańskich i antydolarowych manii czy fobii. Tak, niewątpliwie
władza już nie w pełni panuje nie tylko nad społecznymi nastrojami, ale i nad
wierną do tej pory poezją i prozą. Okrutny cios w plecy zadaje jej jeden ze swoich,
najswojszych: Adam Ważyk (Niezbędnik) 21 sierpnia 1955 roku już na pierwszej
stronie (na drugiej zresztą też) „Nowej Kultury”, w Poemacie dla dorosłych. Cios
tym boleśniejszy, że wymierzony w Nową Hutę, perłę w koronie i zarazem pomnik
socjalistycznego budownictwa PRL wznoszony przez nowy, głównie chłopskiej
proweniencji proletariat przybyły tu z całej Polski. W hutę i całkiem nowe miasto
sławione do zachłyśnięcia w tysiącach utworów przez tysiące autorów. W Nową
Hutę, która miała rzucić na kolana pobliski, reakcyjny Kraków. W rzeczywistości
było to (także) jedno z największych siedlisk chuligaństwa, a nawet bandytyzmu,
niemniej jednak, jako miejsce święte, pozostawała pod szczególną ochroną
cenzury: tu nie miało prawa dziać się nic naprawdę złego.
Również filmowcy – nie tylko z Polskiej Kroniki Filmowej –wprowadzili
chuliganów na ekrany. W słynnym w połowie – złotych lat krótkometrażowym,
częściowo inscenizowanym dokumencie Jerzego Hoffmana i Edwarda
Skórzewskiego pt. Uwaga, chuligani![64] akcja zaczyna się od najazdu kamery na
twarze młodziutkich uczestników chuligańskiej bójki w okolicach ulic
Grzybowskiej i Żelaznej (tzw. Dziki Zachód w Warszawie), zakończonej śmiercią
jednego z uczestników. Te twarze to autentyki, a chłopcy za chwilę staną przed
sądem. Wstrząsające jest też zbliżenie twarzy steranej życiem kobiety, matki
rannego chuligana, którego w stanie ciężkim wiozą na salę operacyjną. I jeszcze
drugie jej zbliżenie, gdy z bloku operacyjnego wychodzi do poczekalni lekarz i ma
na twarzy wypisany nieodwołalny wyrok. Dalej film opowiada historię chłopaka
mniej więcej w wieku maturalnym (w tej roli Roman Wilhelmi), chyba przybysza
ze wsi, pozostawionego samemu sobie po pierwszej wypłacie w fabryce; plan
oczywiście wykonany. Młodzik chciałby ciekawie spędzić wolny czas, ale nie ma
gdzie ani z kim. Owszem, trafia do ładnej, czystej biblioteki-czytelni połączonej ze
świetlicą, bo w tle dziewczynka gra (jakby sama ze sobą?) w ping-ponga, a i
muzykę z radia słychać. Karol Małcużyński w komentarzu czytanym aksamitnym
głosem Andrzeja Łapickiego ubolewa, że tytułów wprawdzie tysiąc, ale nic
ciekawego dla młodzieży. I jeszcze coś: mam przeświadczenia graniczące z
pewnością, że autorom filmu z 1955 roku, przedświtu odwilży, chodziło i o to, by
pod pretekstem troski o zawartość bibliotecznych zbiorów pokazać hasło zajmujące
niemal całą ścianę na wprost wejścia. PRZEZ UMASOWIENIE KULTURY DO
SOCJALIZMU. W domyśle: może odstraszać? Może. Odstraszyło naszego
bohatera, którego koniec końców zagospodarowali w knajpie chuligani. Komentarz
do całości bardziej dydaktyczny niż odkrywczy: my wszyscy jesteśmy winni,
ponieważ nie pilnujemy młodych i nie poświęcamy im dostatecznej uwagi.
Dopiero po latach okazało się, w jak wielkim błędzie byli twórcy w materii
bibliotecznej. Bo nie socjalistyczne hasła odrzucają dziś naród polski od czytania.
W 2016 roku 60% Polaków nie przeczytało ani jednej książki i nie był to rok
wyjątkowy. Wtedy jednak odwilżowi reformatorzy naprawdę wierzyli, że
zwiększenie liczby książek dla młodzieży w bibliotekach pomoże zmieść
chuligaństwo z powierzchni PRL. W ogóle pokładano wiarę w socjalistycznego
człowieka – tyle że on nie bardzo dawał się na tę wiarę nawracać.
Również i do filmu fabularnego trafił chuligan, i również bez nachalnej
propagandy czy polityki. Lunatycy Bohdana Poręby to w całości obraz poświęcony
chuliganom. I nie tak, jak mały Jaś- socreżyser wyobraża sobie chuligana. Wiele w
nim autentyzmu, choćby podpatrzony krok, sposób bycia w paczce, rzeczywiste
ulubione miejsca spotkań warszawskiej chuliganerii, w tym ruchome schody
łączące plac Zamkowy z Trasą W–Z. I obelgi rzucane ze szczytu schodów: „Teraz
jedzie Świnia! ŚWINIA! ŚWINIA! A teraz jedzie kretyn! KRETYN! KRETYN!”
Zaczepki wobec par, mające upokorzyć chłopca w oczach dziewczyny, mężczyznę
w oczach kobiety. Bar „Praha” w pryncypalnych Alejach Jerozolimskich, gdzie
chuligani pluli ludziom do talerzy albo wręcz odbierali im jedzenie (nie z głodu),
karmili piwem rybki z akwarium. W końcu współscenarzystą był nie byle kto, bo
sam Stanisław Manturzewski, wówczas czołowy chuliganolog. Do niektórych
epizodów pomógł zatrudnić autentycznych chuliganów. Również autentyczny jest
pierwowzór sceny z konnym wozem ze słomą, który utknął w jakimś rynsztoku.
Chuligani (w filmie tylko jeden) w przypływie dobrego humoru pomogli wypchnąć
wóz na równe, po czym któryś – w przypływie jeszcze lepszego humoru – gdy
chłop już odjeżdżał, błogosławiąc pomocników, ukradkiem wetknął w suchą słomę
płonącą zapałkę.
Kilka zdań o treści dramatu. Oto 5-osobowa paczka chuliganów napada na
telewizyjnego prominenta Piotra Nowaka (w tej roli Stanisław Jasiukiewicz). Na
wołanie Nowaka biegnie pomoc w osobach kilku tramwajarzy. Banda pryska,
jeszcze tylko Romek (Andrzej Nowakowski) postanawia zadać leżącemu ostatnie
ciosy pięścią, twarz w twarz, i natychmiast zdaje sobie sprawę, że nie zdąży już
uciec. Znów, tym razem jakby z troską, pochyla się nad Nowakiem. Tak obydwu
zastają świadkowie, zeznając następnie w komisariacie, że właśnie Romek obronił
nieszczęsną ofiarę przed, być może, zakatowaniem na śmierć. Okazuje się, że
ofiara straciła wzrok, a Romek staje się bohaterem kolejnych dni. Pisze o nim
codzienna prasa, a początkująca dziennikarka Małgosia (Zofia Marcinkowska)
widzi w nim postać na duży reportaż. Młodzi mają się ku sobie, i to bardzo, a
wdzięczny Nowak obiecuje załatwić Romkowi pracę w telewizji, gdy dowiaduje
się, że ów tak jakoś... chwilowo... nigdzie nie jest zatrudniony. Pozostała czwórka
chuliganów obserwuje to wszystko z mieszanymi uczuciami. Jedni kpią, a
przywódca Tolek (Ludwik Pak) zazdrości kumplowi uczuć takiej dziewczyny i
perspektyw takiej pracy. Tymczasem profesor okulista stwierdza autorytatywnie, że
oto zbliża się chwila, gdy pacjent będzie mógł zdjąć bandaże z oczu i wreszcie
ujrzeć swego wybawcę.
Nie zdradzam zakończenia, skądinąd interesującego i dość zaskakującego, bo
może zachęcony czytelnik zechce sobie obejrzeć ten film online (bardzo łatwo
znaleźć) w całości. I niechaj nikogo nie zraża nazwisko reżysera, bo w Lunatykach
jest to Poręba AD 1959, nie zaś Poręba z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i
osiemdziesiątych. Ani słowa o partii (nawet przez małe p), ZMP czy ZMS,
socjalizmie, przodownikach pracy, czynach produkcyjnych i tym podobnych
didaskaliach polskiego filmu z epoki. Jest za to o – tak, chuligańskiej! – przyjaźni,
lojalności, solidarności. Chwilami bolesnej, i to dosłownie.
Filmem gatunkowo całkiem innym, bo groteskowo-baśniową komedią, był obraz
Ewa chce spać z 1957 roku w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego. Mniejsza o
fabułę – ważne, że atmosferę tego filmu tworzą brud, ruiny i ciemność oplątanego
mieszaniną bezsensownych znaków zakazu i nakazu miasteczka, z których to ruin i
ciemności co rusz wyskakują równie ciemne typy napadające na przechodniów lub
walczące między sobą. Mogła to być – nawet na pewno była – alegoria ze wszech
miar ponurej i wciąż zrujnowanej Polski tamtych lat. I jak najbardziej z Polski
Ludowej pochodzi kultowa, jak byśmy dziś powiedzieli, scena, w której adept
akademii złodziejskiej Lulek (młodziutki Romek Kłosowski) usiłuje sprzedać
cegłę:

Kupujesz cegłówkę,
ocalasz pan główkę!
Cegła tańsza od kapoty,
kup pan cegłę od sieroty!

Przecież setki i tysiące podobnych transakcji zawierano w ruinach zniszczonych


przez wojnę miast i miasteczek. Był to jeden z chuligańskich sposobów zarabiania
na życie, tj. na papierosy, panienki i oczywiście alkohol pod każdą postacią. Z
właściwą sobie maestrią sięgnął do podobnej scenki Leopold Tyrmand (por. rozdz.
VI).
Wreszcie film Piątka z ulicy Barskiej (1955) nakręcony na podstawie książki
Kazimierza Koźniewskiego pod tym samym tytułem, który był zresztą
współscenarzystą wraz z reżyserem Aleksandrem Fordem. Pod względem
chuligańskim zapowiada się świetnie, bo już w czołówce tytułowa piątka czeka w
kolejce przed salą sądu dla nieletnich, podczas gdy na sali pani sędzia odczytuje
wyrok poprzednikom. A w wyroku taki passus: „z uwagi na chuligański charakter
czynu” I to już w 1947 roku, jak głosi czytany komentarz. Niestety, choć dalej
wszystko się w filmie, tak jak w książce, zgadza: i banda, i ohydna prywatna
inicjatywa, i odpowiedni towarzysz kurator, i socjalistyczna budowa wraz ze
współzawodnictwem pracy przykuwająca uwagę chuligana-kandydata na
przodownika, a może nawet ZMP-owca, i knowania wroga pragnącego za ukryte w
podziemiach dolary wysadzić w powietrze Trasę W–Z – to jednak nie pada to
najwłaściwsze z właściwych słowo: „chuligaństwo”. O przyczyny ani autora, ani
reżysera już nie można spytać.
Można za to przejść do innych błędów w pracy na odcinku młodzieżowym,
porzuciwszy jednak część wychowawczo-ideologiczną na korzyść sportowej.
Ówczesny sport wyczynowy czasem miał coś wspólnego z amatorskim, czasem
nie miał, natomiast z pewnością w kibicowsko- patriotycznym zapale łączył
partyjnych z bezpartyjnymi, młodych ze starymi, bikiniarzy z ZMP-owcami. Na
chuliganów miał jednak wpływ o tyle, o ile. Sukcesami entuzjazmowali się jak
najbardziej, ale dobry mecz traktowali jak żyłę złota. Kinoman mógł odczekać
dzień, dwa, tydzień, by w końcu dopchać się do kasy po upragniony bilet, ale
wielki mecz zdarzał tylko raz, trwał dwie godziny, i nigdy i nigdzie nie był
powtarzany, także w telewizji, ponieważ albo jeszcze jej nie było, albo jeszcze nie
miała – tu użyję terminologii z epoki – aparatury ampex do replayu. Tak więc
zdesperowany kibic zaciskał zęby, przysięgał zemstę konikom, ale płacił im za
bilet tyle, ile chcieli.
Natomiast sport uprawiany dla rekreacji, jako rozrywka odciągająca od
chuligaństwa? Może kilku chuliganów odciągnął, może w przypadku ciekawszych
propozycji jeszcze paru odciągnąłby, ale spójrzmy prawdzie w oczy: kto od
wystawania na rogach, burd wszelakich, od pogardy wobec normalnych ludzi, od
wódki i handlu biletami, chuligańskiej adrenaliny wolał boisko dla amatorów albo
siódme poty dla faktycznych zawodowców – ten jedno lub drugie wcześniej czy
później mógł znaleźć. Ilu tak naprawdę to interesowało? Raczej niewiele się pod
tym względem zmieniło. Bo jaki procent dzisiejszych kiboli, czyli chuliganów
stadionowych, uprawia jakikolwiek sport, z ukochaną piłką nożną na czele?
Na domiar złego i w szkole, i po szkole wychowanie fizyczne wraz z
przyległościami zostało – osobliwie w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych –
obciążone akcją pod kryptonimami BSPO i SPO. Miały one, a jakże, solidną
podstawę prawną: uchwałę Rady Ministrów z 17 kwietnia 1950 roku[65]. Pierwszy
skrót dotyczył zaledwie kandydatów i różnił się od drugiego zastosowaniem trybu
rozkazującego. Pierwszy: Bądź, drugi: Sprawny do Pracy i Obrony. Można bez
przesady mówić o histerii, jaka wybuchła na tle odznak w związku z inną histerią,
mianowicie na tle wojny koreańskiej. Przeświadczenie o nieuchronności wojennej
rozprawy z siłami wstecznictwa, które oczywiście zaatakują pierwsze w celu
zdławienia sił postępu, zaowocowało pomysłem, by całą młodzież, pod
kierownictwem zetempowskiej, przygotować na taką okoliczność w aspektach nie
tylko ideowych, ale i wojskowo-gimnastycznych.
Jeśli wierzyć ówczesnym gazetom i kronikom filmowym, to – oprócz budowy
socjalizmu – przed młodzieżą Polski Ludowej nie stało szczytniejsze zadanie niż
zdobycie najpierw pierwszej, a następnie drugiej odznaki. Całe szkoły, pod
dowództwem ZMP tudzież prawomyślnych wuefistów i wuefistek, składały śluby
stuprocentowego oznakowania swych gmachów i sal totemami BSPO i SPO.
Można więc obejrzeć choćby w Polskiej Kronice Filmowej[66], jak domyta i
ostrzyżona młodzież, w odprasowanych koszulach organizacyjnych i słusznych
politycznie krawatach, debatuje nad odstraszeniem amerykańskiego imperializmu
za pomocą rzutu granatem, podciągania na drabince oraz skoku kucznego z
wymykiem.
A co w tym czasie robi młodzież niesłuszna? Z pewnym opóźnieniem, za to bez
owijania w bawełnę, odpowiada na to pytanie inna PKF[67] w felietonie Operator
was podpatrzył:

Przyjemnie jest czepiać się buforów, tarasować wejście do tramwaju i śmiać się
z konduktora, który prosi o wykupienie biletu. Niech inni nudzą się w szkołach i
biją rekordy na nowych budowach. Nas nikt nie nabije w butelkę. Karty, wódka,
plugawe dowcipy, łobuzerskie wybryki, to się dopiero nazywa prawdziwe życie.

Dostępne źródła milczą jednak o masowych nawróceniach chuligańskiej młodzieży


po obejrzeniu kroniki 17/53 – choćby o jednym jedynym. Więc może z innej
beczki, może wrócić do wcześniejszej recepty z „Po prostu”:

Wzorem dla naszej młodzieży jest piękna i zdrowa młodzież radziecka,


wychowana w duchu nowej, komunistycznej moralności, proletariackiego
internacjonalizmu, miłości i oddania swej socjalistycznej Ojczyźnie. Miliony
chłopców i dziewcząt uczy się żyć tak, jak Mikołaj Ostrowski, walczyć jak Zoja
Kosmodemjanska, pracować jak Lidia Korabielnikowa[68]. Żadna siła nie
potrafi zepchnąć naszej młodzieży z drogi, którą sobie obrała. Nikt nie potrafi
stłumić pasji, zgasić ognia, z jakim nasza młodzież buduje swoją szczęśliwą
Ojczyznę. Nikt nie potrafi wstrzymać zwycięskiego pochodu socjalizmu i
wolności, jak nie potrafi wstrzymać wschodzącego słońca[69].

Ładne, tyle że podobne propozycje i zachęty chuligan określał nieprzychylnie jako


mowę-trawę, a misjonarzom wschodzącego słońca radził, by napili się wody.

Niezbędnik do rozdziału III


Brzuch Koreanki. Aluzja do wojny w latach 1950–1953, która wybuchła po inwazji wojsk Korei
Północnej Kim Ir Sena (założyciela rządzącej do dziś dynastii Kimów), wspieranej bezpośrednio
przez Chiny Ludowe, na Koreę Południową. Wskutek błędu sowieckiej dyplomacji, która
ostentacyjnie zbojkotowała posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ w tej sprawie, Związek
Radziecki nie mógł użyć weta do zablokowania rezolucji umożliwiającej Narodom Zjednoczonym
zbrojną interwencję w obronie Seulu. W rezultacie „błękitne hełmy” z 15 państw odrzuciły
agresorów z powrotem na północ, utrwalając ostatecznie podział na dwie Koree. Ponieważ
wojska ONZ składały się w ogromnej większości z jednostek amerykańskich, toteż komuniści
wszczęli dodatkową wojnę propagandową, imputując żołnierzom z USA niesłychane wręcz
zbrodnie.

Krakowska enklawa. To dla wyrobionego czytelnika „Tygodnik Powszechny”, założony w 1945


roku przez kardynała Adama Sapiehę i grupę świeckich katolików jako pismo o tematyce
społeczno-kulturalnej. Wprawdzie „Tygodnik Powszechny” głosił konieczność pogodzenia się
polskich katolików z faktem zwycięstwa komunistów, a nawet zrozumienia dla bolesnej w treści i
formie przebudowy państwa, niemniej jednak konsekwentnie podważał osiągnięcia ustroju i
poczynania władz w możliwie najliczniejszych dziedzinach, za co był karany równie
konsekwentnym obcinaniem nakładu i zakłócaniem dystrybucji. Później było jeszcze gorzej. Otóż
po śmierci Stalina tytuły prasowe prześcigały się w wymyślaniu najbardziej płaczliwych tytułów i
wspomnień po Wodzu Światowego Proletariatu. (Wydawało się przy tym, że wielu nieutulonych
w żalu naczelnych redaktorów oraz publicystów na zawsze skróci swe cierpienia, nie widząc
sensu dalszej egzystencji, ale nie, jakoś wytrzymali). Natomiast redakcja „Tygodnika
Powszechnego” odmówiła odprawienia duszeszczipatielnych egzekwii na swoich łamach (w
numerze z datą 8 marca 1953 roku), czego następstwem stała się likwidacja tygodnika i
rozpędzenie członków zespołu na cztery wiatry, z wilczymi biletami. Jednak po paru miesiącach
znów można było kupić „Tygodnik Powszechny” wyzwolony od kłopotów z papierem i
dystrybucją. Za tym cudem stał Bolesław Piasecki i jego PAX, czyli nowi, operujący pod
skrzydłami sowieckich służb narodowo-katoliccy endecy, którym komunistyczna władza – niczym
Zagłoba Niderlandy – oddała to, co do niej nie należało, i którzy obietnicami lukratywnych
zarobków próbowali skusić do powrotu pojedynczych autorów, w tym Tyrmanda, jednak
bezskutecznie. Wrócili dopiero po 1956 roku, gdy władze oddały im zagrabiony „Tygodnik”.

Ważyk Adam (1905–1982). Poeta, prozaik, dramatopisarz, tłumacz. Po wybuchu II wojny


światowej we Lwowie optował za wcieleniem polskich ziem do sowieckiej Ukrainy. W wojsku
polskim w ZSRR politruk (oficer polityczny). Po powrocie do kraju literacki strażnik rewolucji i
donosiciel. Niespodziewanie w 1955 roku – jako pierwszy z czołowych literatów-piewców ustroju
– Poematem dla dorosłych podjął próbę rozliczenia z okresem stalinizmu w naszym kraju.
Rozdział IV

„IDZIE FIGUS TARGOWĄ ULICĄ”

Pod tym tytułem w numerze 35 z 1955 roku ukazał się w tygodniku „Po prostu”
artykuł pióra Stanisława Manturzewskiego (Niezbędnik). Artykuł niezwykły jak na
owe czasy i w niezwykłym piśmie.
„Po prostu” wychodziło od 1947 roku, najpierw jako „Poprostu” wydawane
przez PPR-owski Akademicki Związek Walki Młodych, by szybko stać się
organem Związku Młodzieży Polskiej. Połączenie stalinowskiej indoktrynacji z
młodzieńczą nadpobudliwością i programowym brakiem autorefleksji dało
przerażające rezultaty. Nawet w owych czasach niełatwo było znaleźć gdzie indziej
tyle sloganów na metr kwadratowy zadrukowanego papieru. Nawiasem mówiąc,
płachty „Po prostu” mogły imponować powierzchnią: każda z nich to jedna trzecia
na ponad pół metra. Na nich zetempowscy dziennikarze oraz korespondenci
terenowi co tydzień podkładali ładunki nienawiści pod wszystko, co
niezetempowskie, niekomsomolskie, niemorozowskie (Niezbędnik), za mało
radzieckie. Ideologicznemu zacietrzewieniu towarzyszyło – przez każdą władzę
mile widziane – donosicielstwo.
Niezbadane są wyroki losu. W połowie 1955 roku zmienia się kierownictwo
redakcji i czerwone do bólu „Po prostu” staje się apostołem demokracji, wprawdzie
socjalistycznej, ale zawsze. Jednym z pierwszych apostołów, bo oto w PRL
zaczyna się odwilż (Niezbędnik). Wcale nie tak wcześnie, jak się dziś uważa.
Jeszcze w marcu 1956 roku czczono zmarłego właśnie Bolesława Bieruta, szefa
Partii – wciąż przez duże P – jako nieodżałowanego ucznia i spadkobiercę idei
Stalina, choć ten nie żył już od trzech lat. Można nawet dodać, że czczono pomimo
rewelacji Chruszczowa na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku
Radzieckiego (Niezbędnik) w lutym 1956 roku, a więc jeszcze przed śmiercią PRL-
owskiego dostojnika. Owszem, referat był tajny, niemniej jednak za komuny
nowiny rozprzestrzeniały się dzięki partyjnej poczcie pantoflowej szybciej niż dziś
w internecie. Tym szybciej, im były tajniejsze. W tej sytuacji władza nie zwlekała
nadmiernie z dopuszczeniem rewelacji do oficjalnego obiegu, bo już 3 marca
odbyła się w Warszawie, zwołana przez Biuro Polityczne, wielka destalinizacyjna
narada aktywu partyjnego. Niewiele ona zmieniła, skoro w czerwcu 1956 roku
wojsko i bezpieka krwawo stłumiły masowe wystąpienia robotników i
mieszkańców Poznania, a premier Józef Cyrankiewicz groził odrąbaniem każdej
ręki podniesionej na ustrój. O braku pomysłu na faktyczną destalinizację może też
świadczyć fakt, że kardynała Stefana Wyszyńskiego internowano w pół roku po
śmierci Stalina, a uwolniono z aresztu domowego w Komańczy (Bieszczady)
dopiero pod koniec października 1956 roku.
Odwilż nadchodziła więc nieśmiało, z oporami, niemniej jednak od pewnego
czasu wypuszczano na wolność więźniów politycznych, wśród nich AK-owców i
oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy mieli nieszczęście wrócić po
wojnie do kraju, by w konsekwencji trafić do więzień, w nich na tortury jako
brytyjscy lub amerykańscy szpiedzy, a następnie przed sądy kapturowe, seryjnie
wydające zaoczne wyroki śmierci. Wielu zamordowano bez wyroku.
Wraz z odwilżą nadszedł czas wielkiej skruchy i nawróceń, zwłaszcza tuż przed
Październikiem ’56 (Niezbędnik) i zaraz po nim. Jako pierwsi skruchę w mowie i
piśmie wyrazili najzajadlejsi piewcy ustroju w mowie i piśmie, z prozaikami i
poetami na czele. Podziw mogła budzić szybkość i gruntowność przemian
wewnętrznych.
Ze znajomych z rozdziału I wśród nawróconych nie znajdziemy Putramenta, w
odróżnieniu od Brandysa Kazimierza (bo był i mniej zaangażowany, starszy brat
Marian, też pisarz). Porzucenie dawnej wiary, a zwłaszcza konwersja, dawała
aktualnie i później trochę sławy i chwały, ale przeważnie więcej kłopotów: z
cenzurą, drukiem książek czy artykułów, z nakładami, paszportami. Tak więc
znanego nam już Brandysa K. w PRL między 1957 a 1989 rokiem okrutnie
sekowano, wydając go tylko dziewiętnaście razy i nakręcając zaledwie pięć filmów
według jego scenariuszy. W 1981 zamieszkał na stałe w Paryżu, gdzie zmarł 19 lat
później.
Na równie wielką falę nawróceń musieliśmy czekać 35 lat.
Wróćmy jednak do „Po prostu”, które w połowie 1955 roku porzuciło ZMP,
ogłaszając się pismem studentów i młodej inteligencji. Rozwijało się wraz z
odwilżą i wraz z nią skonało. Co najmniej kilka sztandarowych artykułów było
przedmiotem dyskusji – i sensacją! – odbijając się szerokim echem w całym kraju,
choć w swych najlepszych czasach tygodnik miał zaledwie 150 tys. nakładu (jako
„zetempowiec” raptem kilkaset egzemplarzy) limitowanego przez władze pod
pozorem braku papieru. Trudno powiedzieć, ile osób tak naprawdę czytało „Po
prostu”. Do naszego, czyli moich rodziców mieszkania, trafiało wyraźnie po
przejściach... przez dziesiątki rąk. W kioskach kwitła sprzedaż wiązana. Aby do
jego osobistej teczki w kiosku trafił „Przekrój” „Motor” czy późne „Po prostu”
czytelnik musiał zamówić – z przyczyn czysto merkantylnych dla kioskarza –
niechodliwą „Trybunę Ludu”, takiegoż „Żołnierza Wolności” bądź organ
Centralnej Rady Związków Zawodowych „Głos Pracy” dla pewności jeszcze jakieś
teoretyczne pismo partyjne, np. „Nowe Drogi” lub „Problemy Pokoju i Socjalizmu”
jak również zobowiązać się do regularnego nabywania papierosów i zapałek oraz
płynu ogórkowego po goleniu (ktokolwiek kiedykolwiek się z nim zetknął, ten wie;
kto się nie zetknął, ten i tak nie uwierzy).
Bodaj najważniejszą ze sztandarowych publikacji „Po prostu” była ta z 1955
roku o wszystko mówiącym tytule: Na spotkanie ludziom z AK. Armii Krajowej,
oczywiście. Przez długie pierwsze lata władzy ludowej przynależność do AK była
niezmywalnym grzechem pierworodnym wobec socjalizmu. Mury oblepiały
plakaty z imponującym żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego jako
„Olbrzymem” i paskudnym małym człowieczkiem jako „zaplutym karłem AK”.
Udział w Powstaniu Warszawskim zamykał ocalałym drogę nie tylko do
jakiegokolwiek awansu, ale często do jakiejkolwiek pracy. Piętno Armii Krajowej
było dla władz ówczesnej Polski Ludowej gorsze od tchórzostwa tych, którzy
okupację postanowili przeżyć jak najwygodniej, choćby kolaborując.
Krzywdy wyrządzone ludziom z AK należy zatem naprawić jak najszybciej i w
jak najszerszym zakresie, a na początek ich zrehabilitować – pisali autorzy
artykułu: Jerzy Ambroziewicz, Walery Namiotkiewicz i Jan Olszewski.
Ludzie to czytali ze łzami w oczach.
Jeszcze parę słów o autorach, bo tylko trzy nazwiska trzech kolegów w
podobnym wieku o podobnych wówczas poglądach, a jak różne dalsze ich losy.
Ambroziewicz na długo pozostał przy dziennikarstwie, m.in. był za Gierka szefem
redakcji publicystyki w TVP, następnie jej korespondentem w Rzymie
(spotkaliśmy się kiedyś, aby uzgodnić i obmówić wspólnych przodków, ale
skończyło się na Adamie i Ewie). Sam zaś Jerzy skończył w latach
dziewięćdziesiątych minionego wieku jako dyrektor w polskiej filii Mercedesa, pod
opieką wielkiego niegdyś rajdowca, Sobiesława Zasady. Namiotkiewicz został
osobistym sekretarzem Władysława Gomułki – tego samego, który w pierwszą
rocznicę Października 1956 kazał zamknąć (Niezbędnik) „Po prostu”. Olszewski
wybrał palestrę; jako adwokat był zarazem działaczem opozycji, obrońcą w
procesach politycznych, także oskarżycielem posiłkowym ze strony rodziny
księdza Jerzego Popiełuszki w procesie jego morderców (Toruń, 1984/1985). W III
RP pełnił funkcję premiera od grudnia 1991 do czerwca 1992 roku, kiedy to jego
rząd upadł wskutek sejmowego wotum nieufności.
Drugim z największych dzieł „Po prostu” był artykuł-esej o chuliganach, ten o
figusie z Targowej[70]. Chuligan też stał się ofiarą ustroju, choć problem polegał
na tym, że był winny czegoś innego, niż mu imputowano. Otóż, pozostawiając na
drugim planie jego antyspołeczną postawę, mieszankę nudy z typową dla wieku
głupkowatością i pospolitym draństwem, postawmy sprawę jasno: ludowa władza
wydumała sobie chuligana jako wroga klasowego, zdalnie sterowane narzędzie w
rękach imperialistów toczących z socjalizmem walkę na śmierć i życie. A jeśli
nawet chuligan odżegnywał się od knowań, to natychmiast podpadał pod rodzimą
wersję paragrafu 22: Kto twierdzi, że jest niewinny, jest tym samym szczególnie
winny, ponieważ ukrywa winę wobec klasy robotniczej. Zaprzeczanie winie wobec
klasy robotniczej podlega dodatkowej karze.
Oto jednak, w ramach odwilży, zaczyna zmieniać się tzw. podejście, w tym do
chuligaństwa i chuliganerii. Walki z nimi na szczęście nie poniechano, ale toczono
ją już z innych, mniej klasowych pozycji. Przede wszystkim zaczęły się pojawiać
niezadawane dotychczas, bo z góry wyklęte pytania: kto? kiedy? gdzie? jak?
dlaczego?
O wszechstronne spojrzenie, niezatrute ideologią ani polityką, co na jedno
wychodzi, nie było łatwo. Przecież od lat do głosu czy druku dopuszczano tylko
samych swoich, ponieważ jedna z fundamentalnych reguł ustroju głosiła, że
zbrodnią jest oddawanie łamów prasy czy fal radiowych ludziom inaczej
myślącym.
W pierwszym rzucie dziennikarskich zwiastunów nowego drogę przecierało „Po
prostu”. Przy czym ten nowatorski szkic porzucający ideologiczne zaślepienie –
jeśli mu się dokładniej przypatrzeć – wcale nie był pisany z wrogich dla ustroju
pozycji. Manturzewski sam zresztą odżegnuje się od polityki, gdyż chodzi mu
jedynie o „uporządkowanie tych przyczyn niepowodzeń wychowawczych, które
wynikają z nieuwzględnienia swoistych cech tej naszej dzisiejszej młodzieży”.
Szkic jest też próbą uogólnienia spostrzeżeń „poczynionych w toku pracy w
szkołach stołecznych, domach kultury, a także w toku towarzyskich kontaktów z
młodzieżą chuligańską i chuliganiącą”. Zaczyna się od fundamentalnego pytania:
co to właściwie za młodzież?
Utarło się – stwierdza Manturzewski – uważać za chuligana każdego uczestnika
bójki, sprawcę aktów wandalskich, awanturującego się pijaka itp. Prawnicy biedzą
się od dawna nad definicją chuligana, biorąc przy tym pod uwagę takie kryteria, jak
względna „bezinteresowność” przestępstw chuligańskich, daleko posunięty stopień
wykolejenia społecznego – słowem cechy dość płynne i nieokreślone. Natomiast

w moim artykule chuligan interesuje mnie nie tyle jako potencjalny czy
rzeczywisty przestępca, ile raczej jako członek grupy składającej się z
osobników uważających się za chuliganów i w związku z tym realizujących
swoiste ideały osobowościowe, przestrzegających swoistych reguł etycznych.

Ludzi najbardziej interesuje przestępcza strona chuligańskiej działalności –


zauważa trafnie Manturzewski. Owszem, jest ona jak najbardziej integralnym, ale
przecież nie jedynym elementem chuligańskiego stylu życia. Może nawet nie
najważniejszym. Z tego względu autor rezygnuje z rozpowszechnionej do
znudzenia stygmatyzacji zjawiska na rzecz „kreślenia możliwie beznamiętnego
obrazu”, nie omijając pociągającej, „groźnej atrakcyjności” chuligaństwa. Na
wszelki wypadek zastrzega się, że nie jest bestią i budzi w nim zgrozę i
obrzydzenie wrzucanie ludzi pod pociąg, przypalanie piersi papierosami, nacinanie
żyletkami oczu czy zapinanie ust na agrafkę.
Takie zastrzeżenie to nie tylko ukłon pod adresem zwykłej ludzkiej moralności,
ale również alibi wobec strażników rewolucji, czyhających na jakiekolwiek
potknięcie. Oddawszy co trzeba komu trzeba, już w następnym zdaniu stwierdza
Manturzewski, że moralne oburzenie może decydować o wyborze tematu, po czym
lepiej schować je do kieszeni, bo przeszkadza w obserwacji. Początek obserwacji:

w paczkach, czyli grupach chuligańskich, najczęściej spotyka się chłopaków w


wieku 14–22 lat. O ile jednak w najciemniejszych slumsach można też spotkać
chuliganiątka zupełnie młode, o tyle chuligan dorosły, po wojsku, jest
zjawiskiem rzadziej spotykanym. Jeśli chodzi o skład społeczny chuligańskich
paczek, to w ogromnej większości spotyka się tam młodzież pochodzenia
robotniczego i chłopskiego. Młodzież z rodzin inteligenckich i
drobnomieszczańskich nie jest wprawdzie wyjątkiem, ale nie zajmuje w grupie
stanowisk eksponowanych i z tego powodu potrafi cierpieć na swoiste
inteligenckie kompleksy. Kierownicze stanowiska zajmują z reguły synowie z
rodzin przestępczych. Obecność psychopatycznych osobników nie rzuca się w
oczy, natomiast uderza wysoki procent sierot, półsierot, dzieci z małżeństw
rozwiedzionych lub w stanie rozkładu pożycia.
Chuligańska paczka składa się przeciętnie z kilkunastu członków, rzadziej z
kilku lub kilkudziesięciu. W ośrodkach rozwiniętego chuligaństwa grupa często
miewa strukturę bez mała feudalną: jej jądro stanowi grupa dobranych
chuliganów skupionych wokół osoby przywódcy. Jednocześnie każdy z tych
„wasali” ma własną paczkę chuliganów młodszych, czy też z jakichś względów
bardziej „wysiadkowych” [autor nie wyjaśnia tego okr eślenia, ja pamiętam, że
w podstawówce takim mianem określaliśmy kolegów lękliwych, wahających się
lub unikających grubszej draki – P.A.]. Na co dzień poszczególne paczki
funkcjonują oddzielnie; dopiero na potrzeby większych akcji ogłaszana jest
mobilizacja i wtedy występują wspólnie. Akcje zmobilizowanych bywają wtedy
imponujące, jak np. wielka bitwa w Warszawie przy Żelaznej i Grzybowskiej
albo w Domu Studenckim na Grochowie.
Między poszczególnymi bandami toczą się wieczne wojny, których tylko nikłe
echa dochodzą do sal sądowych i prasy. Łączy je bowiem wspólna i
wykraczająca ponad lokalne animozje cecha: są mianowicie solidarne na punkcie
wrogości wobec reszty społeczeństwa, a zwłaszcza milicji. I rodzaj chuligańskiej
omerty: wara tzw. drętwiakom (czyli reszcie ludzkości) od rywalizacji i
mordobicia wewnątrz klanu

– pisze Manturzewski.
Podczas gdy władza wraz ze swymi literacko-dziennikarskimi akolitami traciła
czas na wymyślanie coraz to nowych ideologicznych konstrukcji i definicji, a jej
prawnicy głowili się nad antychuligańskimi normami, Manturzewski zajął się
kwestiami bardziej przyziemnymi: geografią zjawiska, chuligańskim fasonem i
przyczyną jego popularności wśród młodych z różnych środowisk, językiem
(całość publikacji składa się z dwóch części i nosi wspólny nadtytuł: W zaklętym
kręgu drętwej mowy), naborem świeżych kadr, sposobem reagowania na otaczający
świat i powodem takich, a nie innych reakcji.
Uwaga: we wszystkich cytatach zachowuję ówczesną, nie zawsze zgodną z
dzisiejszą pisownię oraz interpunkcję. Zwłaszcza autorską formę „chuliganie” choć
dziś obowiązują „chuligani” „Żoliborz”, a nie „Żoliborz” itp. Ponadto, nie
zmieniając treści, upraszczam nieco oryginalne wyróżnienia w tekście
autentycznym utrudniające lekturę wskutek nieznośnego nagromadzenia
wytłuszczeń, rozstrzeleń druku, wołającego o lupę nonparelu itp. (co nie znaczy, że
wszystkie zlikwidowałem).

Geografia zjawiska. Chuliganie z jednej paczki rekrutują się zwykle spośród


młodzieży kilku sąsiadujących ulic, czy dzielnicy. Nie wszystkie dzielnice są
przy tym jednakowo uprzywilejowane. Saska Kępa czy Żoliborz [dzielnice
Warszawy stosunkowo zamożne, mniej zniszczone podczas wojny – P.A.], te
dawne domeny bikiniarskie, chuliganów klasycznych nie mają. Targówek,
Powiśle, Ochota – dzielnice o starych tradycjach lumpenproletariackich
oczywiście przodują. Paczki z tych dzielnic uważane są za szczególnie
doborowe. Natomiast Marki, Wołomin i pobliskie osady prawobrzeżne, gdzie
rozwinęły się szczególnie ostre, często kryminalne formy chuligaństwa –
ciekawa rzecz – oceniane są przez chuliganów stolicy pejoratywnie (spotkałem
się nawet z naganną w intencji nazwą chuliganie-ludożercy).

– pisze Manturzewski.
Chuligańskie paczki mają stałe miejsca spotkań na rogach ulic, przed kinami, w
ustronnych kątach wśród ruin, w zapuszczonych parkach. Niekiedy jednak stają się
nimi tłumnie odwiedzane, modne punkty miasta, jak schody ruchome przy trasie
W–Z obok kolumny Zygmunta na placu Zamkowym, albo Cedet, czyli Centralny
Dom Towarowy u zbiegu Al. Jerozolimskich i Kruczej, z czasem CDD (Centralny
Dom Dziecka), a w końcu „Smyk”; obecnie wyburzony ma stanąć od nowa w
pierwotnym kształcie, ale już jako biurowiec. Z CDT wiąże się chuligańska
przyśpiewka:

Pod Cedetem cała Wola,


każdy krzyczy: Coca-Cola!

Kilka słów Manturzewski-warszawiak poświęcił geografii chuligaństwa w skali


szerszej, zauważając, że nie występuje ono – przynajmniej jako zjawisko masowe –
na przykład w Poznaniu czy Bydgoszczy, podczas gdy kwitnie w Łodzi, Zagłębiu,
Wrocławiu, Nowej Hucie. Nie zna chuligaństwa Złota Praga ani Budapeszt. My
zostańmy przy swoich, przechodząc do opisu chuligańskiego fasonu.
Nie trudno wyliczyć składniki inwentarza kulturowego paczek, elementy
chuligańskiego folkloru: określony strój i fryzura, gwara, pewien typ muzyki,
tańca i pieśni, „miłość”, sport, mordobicie, alkohol – garsteczka reguł swoistej
etyki i... chyba kropka.
Tylko tyle i aż tyle. Gdyby rozpatrywać te elementy po kolei i z osobna,
można by się dziwić: więc to t y l k o t y l e? I to może być aż tak atrakcyjne?
Spróbujmy jednak zobaczyć, jak to wszystko gra, układa się w konstelację,
ogniskuje wokół paru sprzężonych postulatów...
Zastanówmy się na początek nad chuligańską elegancją. Gdzieś do roku 1953
terminy „bikiniarz” i „chuligan” w zakresie wzorców elegancji były niemal
tożsame. Obowiązywał szyk amerykański – plereza, naleśnik [charakterystyczny
kapelusz z szerokim rondem i małą, płaską główką], zamszaki, sing-singi
[skarpetki w jaskrawych kolorach], krawat bikini. Po kilku zmianach mody,
poprzez „skoki [buty] potrójnie szyte” oprychówkę, golfy, fanfana [Niezbędnik],
nastąpił zasadniczy zwrot, powstał styl mniej szokujący, bardziej stonowany –
można by zaryzykować – francusko-polski.
Powody? Myślę, że trzy. 1) m o ż e podwyższone cło na ciuchy, 2)
p r a w d o p o d o b n i e urok Gerarda Philipe’a i filmu włosko-francuskiego, 3)
n a p e w n o odwilż na odcinku piętnowania i tępienia biki- niarstwa. Dotykamy
tu mimochodem sprawy niezmiernej wagi: stosunku chuliganów do Polski
Ludowej. Skwitowanie tego stosunku terminem „wrogość” jest mało pożyteczne.
Myślę, że nie da się wytłumaczyć chuligaństwa, bikiniarstwa itp. wpływem
amerykańskiego stylu życia. Taka teza byłaby powierzchowna, choć
niepozbawiona słuszności. Oddajmy głos mojemu znajomemu chuliganowi:
– Teraz to się bikiniarzy i chuliganów miesza... a ja to bym za to w mordę
walił!
Dziś dla chuligana bikiniarz to modniś, maminsynek, „oportunista”, facet z
lokalu kat. II. Fakt, że odwilż nie piętnuje bikiniarstwa, że odwilż na
bikiniarstwo potrosze pozwala, odpycha chuliganów od amerykanizmu i
bikiniaryzmu. Tak to wygląda, jak gdyby amerykańskie rekwizyty głównie
dlatego były używane, że należały do rekwizytów potępionych.
Bowiem chuliganie kompletują sobie inwentarz kulturowy z elementów
potępionych przez różnego rodzaju autorytety. Gdyby nie było Ameryki, gotowi
nosić się na sposób turecki, korsarski, złodziejski itp., byle wyraziście, dziwnie i
tak jak nie wolno.
Szczyty cynicznej pozy antybikiniarskiej osiągnęli chyba niedawno: noszą
czapki budowniczych Pałacu Kultury (które im się nota bene nie podobają;
chuligan niekoniecznie to nosi, co mu się podoba...).

Szczerze mówiąc, po zapowiedzi Manturzewskiego o dotknięciu – nawet


mimochodem – sprawy niezmiernej wagi w postaci wrogości (lub nie) chuliganów
do Polski Ludowej, spodziewałem się następnie czegoś więcej. Wątek się jednak
urwał lub został urwany. Być może autor chciał w ten sposób ominąć lub rozmyć
bolesny problem dość rozpowszechnionej nienawiści bądź co najmniej niechęci do
ustroju/władzy, z obawy przed cenzurą, która – choć mniej dokuczliwa niż
wcześniej – pracowała całkiem sprawnie? Pozostawiając kwestię bez
rozstrzygnięcia, przedstawiam kolejne obserwacje.

Paczka w komplecie. Rozmowy, żarty słowne, bójki na niby. Co pewien czas


któryś z chuliganów zerka na wodza. Szuka aprobaty dla swoich z a g r a ń. Owe
zagrania, czyli różnorodne przejawy aktywności chuligańskiej, zawsze są
podporządkowane chuligańskiej e t y c e.
Oto jej dwa jedyne przykazania:
Nie daj się zagiąć.
Nie zasuwaj drętwej mowy.
Dałeś się pobić, albo przepędzić, zostałeś bezkarnie wyśmiany, nie udało ci się
zdobyć dziewczyny, ktoś przewyższył cię elegancją, upiłeś się po pierwszym
kieliszku – oto co znaczy b y ć z a g i ę t y m.
Użyłeś – bez cynicznej ironii – słów: socjalizm, Polska Ludowa, praca dla
ojczyzny, miłość, zakochałeś się i nie zdołałeś tego ukryć. Okazałeś uczucie i
powściągnąłeś brutalność, porwał cię zachwyt pod wpływem bodźca
nieprzewidzianego w chuligańskim repertuarze – oto co znaczy „zasunąć drętwą
mowę”
Kto zagina innych, a sam nie daje się zagiąć, kto nigdy nie zasuwa drętwej
mowy, ten jest „w dechę” Im kto częściej jest zaginany, im częściej zasuwa
drętwą mowę, tym bardziej jest wysiadkowy. Oto prosty mechanizm
powstawania prostej hierarchii paczki chuligańskiej. Niepisane przykazanie „nie
daj się zagiąć” wewnątrz grupy praktykowane jest z pewnym umiarem, panuje tu
częściowe zawieszenie broni. Natomiast w stosunku do innych paczek i do
społeczeństwa drętwiaków jest stosowane z całą bezwzględnością w wersji „nie
damy im się zagiąć” Przykazanie to nasyca swą treścią niemal wszystkie
poczynania paczki.
Na tym tle rodzi się solidarność, poświęcenie i ogromne poczucie
odpowiedzialności, które trzebaby podziwiać, gdyby nie było podporządkowane
społecznemu wykolejeniu. Chuligan, który pozwolił się zagiąć przez kogoś z
zewnątrz, chuligan, który pokpił sprawę w zbiorowym wystąpieniu, stchórzył,
nie zamanifestował solidarności – spada automatycznie w hierarchii,
przeżywając swoją degradację niezmiernie boleśnie. I odwrotnie, chuligan, który
potrafił sprostać sytuacji w zbiorowym wystąpieniu, wznosi się w hierarchii,
zdobywa chuligańską sławę.
Każda paczka jest więc niestałą konstelacją, wciąż z dnia na dzień odbywają
się w niej awanse i degradacje. Chuligan tym usilniej zabiega o uznanie grupy,
że jest to dlań autorytet j e d y n y.
Paczka ceni sobie swoją chuligańską sławę i stara się na nią zarobić.
„Zagięcie” jej członka traktuje jako osobistą zniewagę. Od niedawna dla
podtrzymania ducha u zaginanego towarzysza, chuliganie używają specjalnego
zawołania:
Nie pękaj, koleś!
Podobnym celom służą piosenki wzniecające aurę solidarności.
Przykład:
Wszystko zrobi Murzyn dla Murzyna
dżez bugi-ugi
dżez bugi-ugi
Gdy w tawernie Murzyn się urzyna
dżez bugi-ugi
Nota bene zagięcie byle kogo nie przynosi chuliganowi zaszczytu. Płynie stąd
oryginalny „humanitaryzm” najbardziej wdechowych, zresztą nic wspólnego nie
mający z litością. Oto próbka: chuligan wdaje się w bójkę z nie-chuliganem, w
dodatku dość słabym fizycznie, Do rozróbki wtrąca się przywódca: – Co go
walisz w mordę, kogo walisz w mordę? Kopa w dupę i cześć!
Widzimy tu, że uderzenie pięścią w twarz jest uważane za szczególnie
honorowy sposób walki. Użycie nóg w bójce, kopanie w brzuch i genitalia,
rzucanie cegłami itp. uważa się za symptomy wysiadkowości. Kodeks honorowy
bójki jest wcale rozbudowany, z czego zresztą nie wynika, że przestrzega się go
ściśle i zawsze. Tym niemniej można go wydobyć z zachowania najbardziej
wdechowych (m.in. przywódców), z blagi i fantazjowania, z mitologii paczek.
Nie spotkałem się dotychczas z kultem zabójstwa, ze świadomą gloryfikacją
mordercy. Wspomniałem już o negatywnym stosunku chuliganów stolicy do
„ludożerców”.

Co do ostatniego niezupełnie zgadzam się z Manturzewskim. Jego słowom


przeczy choćby słynna wtedy sprawa Jerzego Paramonowa[71]. Był to 24-letni
prostak z podwarszawskich nizin społecznych, który już jako czternastolatek po raz
pierwszy wszedł w konflikt z prawem. W stolicy znalazł pracę magazyniera, ale 1
do marnych – jak wszędzie na państwowym – zarobków dorabiał sobie drobnymi
kradzieżami, tyle że i one mu nie wystarczały. W 1955 roku z młotkiem w dłoni
napadł na wracającego ze służby milicjanta, czyniąc go kaleką do końca życia
(wybite oko, szpecące blizny) i rabując pistolet TT z dwoma magazynkami. Młotek
stał się znakiem firmowym Paramonowa, bo co jakiś czas z tym lub podobnym
narzędziem wpadał do sklepów spożywczych, zabierając pieniądze i co tam było
lepszego na półkach. Wyszukiwał pustawe, najchętniej peryferyjne sklepiki,
wyłącznie z kobiecą obsługą. Łupy nie były imponujące, ale do przeżycia na
melinach wystarczały. Dobrał też sobie o parę lat młodszego kompana, Kazimierza
Gaszczyńskiego.
We wrześniu odwiedził szwagra i albo wcześniej poszczęściło mu się podczas
rabunków, albo szwagier był przy pieniądzach, w każdym razie stać ich było i na
rajd po warszawskich knajpach, i na poderwanie panienki, i w końcu na taksówkę.
Przy jednej z ulic w samym centrum kazali szoferowi stanąć, szwagier na
przednim siedzeniu zajął się flaszką, a Paramonow na tylnym panną Władzią ze
„Stolicy” W takich nocnych okolicznościach zainteresował się nimi starszy sierżant
MO, patrolujący ulice swego rejonu na rowerze. Wylegitymował towarzystwo, nie
rewidując jednak, po czym nakazał taksówkarzowi wolną jazdę z pasażerami do
najbliższego komisariatu. Sam podążał z tyłu. Gdy zatrzymali się przy komisariacie
na Wilczej, rozległy się trzy strzały. Dwoma Paramonow zabił sierżanta, trzecim
zranił milicjanta, który wybiegł koledze na pomoc. Bandyta uciekł.
Wszyscy wiedzieli, że Paramonow wydał tym samym na siebie wyrok śmierci.
Pytanie było tylko takie, czy zginie podczas próby ucieczki, czy zostanie
powieszony. Skończyło się tym drugim. Wielka obława – przy okazji także na
Gaszczyńskiego – nie trwała długo; zdążyli jeszcze obrabować kilka sklepów, ale
już w listopadzie Jerzy Paramonow zawisł na szubienicy osławionego więzienia
(ściślej: aresztu śledczego) przy Rakowieckiej w Warszawie, wcześniej
wyciągnięty wraz ze wspólnikiem ze sterty słomy czy siana obok Dworca
Wschodniego na Pradze. Proces toczył się w trybie doraźnym, a więc bez
możliwości odwołania do wyższej instancji, natomiast z prawem do prośby o łaskę.
Właśnie z prawa łaski skorzystała Rada Państwa wobec Gaszczyńskiego, dzięki
czemu zmieniono mu wyrok na dożywocie. Tu krótkie wyjaśnienie: konstytucja
lipcowa zniosła urząd prezydenta, niektóre jego funkcje przejęła – zbiorowo – Rada
Państwa. Bierut, dotychczasowy prezydent, został I sekretarzem PZPR.
Oczywiście, sam Paramonow nie był chuliganem; był pospolitym bandytą i
mordercą. I nie o niego mi chodzi, lecz o reakcję na jego zbrodnie. Nie wiem, czy
dzisiejszy jedenasto-, dwunastolatek jest bystrzejszy od tużpowojennego
rówieśnika. Ten z początku lat pięćdziesiątych na pewno jednak przytomnie (to też
typowo warszawskie określenie) odróżniał chuligana od niechuligana i wiedział, o
co w tym wszystkim chodzi. W 1955 roku byłem 11-latkiem na tyle przytomnym,
by wiedzieć, kto, co i dlaczego wyśpiewuje pod kinem „Polonia”, do którego –
mieszkając przy Wilczej – miałem kilka kroków. Stale kłębił się pod nim tłum
koników, a wiadomo: chuligan nie musiał być konikiem, konik musiał być
chuliganem. Uliczny song składał się z wielu zwrotek i miał liczne odmiany; ja
zapamiętałem tylko dwie zwrotki, zawsze na motywach piosenki otwierającej
popularną radiową audycję „Zgaduj-Zgadula”

Bo to jest taka dziecinna gra


Gdy Paramonow humorek ma
Tu leży ręka, tam leży głowa
To jest robota Paramonowa

Rzecz kończyła się równie ponuro:

Już go ludowa władza dociska


I już mu kulę pchają do pyska
Już cała Polska chodzi w żałobie
Po swoim Jurku Paramonowie.

Historia Paramonowa wprowadziła chuliganów – przynajmniej warszawskich


chuliganów – w stan swoistej euforii. Ta piosenka przez parę miesięcy, w ich
wykonaniu i w tonacji pełnej aprobaty, rozbrzmiewała pod kinami, na ciemnych i
jasnych rogach czy skwerach Warszawy, w gruzach, na przystankach, dworcach, w
spelunkach i pod knajpami, rano, w dzień, wieczorem i w nocy. Był to bowiem
czas, kiedy nie tyle stolica miała swoich chuliganów, ile chuligani swoją stolicę.
Nie wiem natomiast, jak było w innych miastach, których nie oszczędziła ta
plaga – z Nową Hutą i Wrocławiem na czele. Prasa terenowa nie relacjonuje
popisów wokalnych miejscowej żulii.
Trzeba zarazem przyznać, że Paramonow miał trochę kibiców również spoza
chuliganerii i zwykłego świata przestępczego. Ludzi, którzy w normalnych
okolicznościach od mordercy odwróciliby się ze wstrętem, w tych jednak
emocjonowali się zabójstwem funkcjonariusza z niechętnym, nawet pełnym
obrzydzenia... bo ja wiem... zrozumieniem? Otóż Milicja Obywatelska w Polsce
Ludowej przez cały czas była nielubiana, ale w tamtych czasach nielubiana
wyjątkowo, przeważnie wręcz znienawidzona. Za chamską brutalność,
prymitywizm kmiota ze słomą w butach, któremu ludowe państwo dało władzę
ponad umiejętności i mentalność, za widoczną na każdym kroku niekompetencję i
wywołaną tym niepewność, maskowaną butą płynącą z wiary w siłę i polityczną
słuszność.
Wiarę w ludzi przywraca lektura paru następnych akapitów Figusa.

Wyjątkowo zdarzają się wśród chuliganów objawy zaskakującej rycerskości. Oto


przykład.
Dwóch kolegów – z postawy raczej niezbyt okazałych – wybrało się do kina.
Przed kinem paczka chuliganów zaczepiała dość ordynarnie jakąś kobietę.
Koledzy uznali za stosowne zareagować. Chuliganie przyjęli jako zaczepkę już
ich miny, nie czekając na słowa czy gesty. Paczka rzuciła się gromadnie na
obydwóch. Sytuacja wyglądała beznadziejnie: okrążeni wycofali się w kąt i
odpierali ataki. Pierwszemu sprzyjało szczęście czy kondycja. Jeden, drugi z
atakujących wycofał się z wyraźnymi śladami jego pięści. Tak samo trzeci i
czwarty, piątego musieli odciągnąć towarzysze.
Raptem – przerwa w walce. Uszczuplona, ale wciąż bardzo liczna banda robi
naradę wojenną. Przyjacielom [sic!] rzednie mina. Czyżby zamierzali rzucać
kamieniami? Nie, chodziło o zupełnie co innego. Z gromady wysunął się delegat
i podszedł z wyciągniętą ręką do dwójki oblężonych: – Koledzy, biliście się
wspaniale, gratulujemy wam!
Jest to zresztą przypadek raczej odosobniony; zwykle chuligańskie bójki są
bardzo brutalne, połączone z łamaniem żeber, kopaniem po głowach, z reguły
kończą się dekowaniem zwyciężonych.
Trzeba z naciskiem podkreślić, że w paczkach nie tylko siła fizyczna i
brutalność mają walory. Na Targówku [przed wojną i długo po wojnie dzielnica
zapomniana przez Boga i ludzi] słynął członek paczki – garbusek. Był
ulubieńcem swego klanu i nikt w okolicy nie śmiał zaczepić kaleki wiedząc, że
stoi za nim groźna siła. Garbusek słynął z dowcipu i niezmiernie jędrnego
wysławiania się. W ogóle w starciu z drętwiakami chuliganie często
wykorzystują swój „humor”. Próbka:
Przed kinem „Polonia” ogonek po bilety. W ogonku – paczka. Jeden chuligan
– trochę wstawiony – podryguje dżezowo: idiridi-odiridi. Podchodzi do niego
milicjant z uwagą: „Co się tu pan będzie chuliganił”. Chuligan, czując że
zakłócenie spokoju było niedość wielkie, żeby milicjant mógł interweniować,
rzuca pod jego adresem garść epitetów, wciąż jednak w granicach przyzwoitości.
Milicjant odchodzi, nie chcąc dla błahej przyczyny narażać się na szamotanie.
Zwycięzca, rad że zagiął drętwiaka, wrócił na chwilę do swojej przyśpiewki,
poprawił charakterystycznym gestem triumfu oprychówkę i rzekł, zwracając się
do kolesiów oraz widzów: – O wiele jeżeli tu w ogóle coś zaszło – to – ale –
tylko pomyłka.
Lapidarny język chuliganów składa się – oprócz przekleństw – z soczystej
mieszanki Wiecha (.Niezbędnik) z reliktami żargonu [okupacyjnych] konspiracji
i szmuglu. jako pikantna przyprawa występują w nim parodie wyświechtujących
się zwrotów oficjalnych. Próbki:

Cześć pracy – napijcie się wody!


Co mnie agitujesz, flimonie, już mnie agitowali!

W piosenkach chuligańskich dżezujący rytm spotyka się szokująco z


folklorem przedmieścia. Pieśni te – improwizowane podczas zabaw – tematyką
swą krążą oczywiście wokół tego, co się w paczkach dzieje, często brzmi w nich
kult chuligańskiej solidarności, no i oczywiście pogarda dla drętwiaków. Oto
próbki:

I
Idzie figus Targową ulicą
Przed nim baba z rozpiętą spódnicą
Figusa podnieca ta rozpięta kieca
bugi-ugi, bugi-ugi dżez
II
Kiedy słychać dżezu pierwsze trzaski
Szuka figus dla siebie fagaski
Tamta jest za blada
Tamta znów wysiada
dżez bugi-ugi dżez
[dla porządku: figus pochodzi od majtek, ściślej od rodzaju majtek zwanego
figami; jest to więc określenie pogardliwe, często używane jako przezwisko
rzekomo zniewieściałych bikiniarzy]
III
[Już znana, ale warta powtórzenia, z drobnymi zmianami] Chuliganie są to ludzi
„tacy”
W dupie mają dyscyplinę pracy
A ludowa władza
Do mamra ich wsadza
bugi-ugi bugi-ugi dżez

W związku z różnorodnością elementów kulturowych grupy chuligańskiej


rangę w niej zapewniają nie tylko siła i odwaga, ale i takie zalety, jak np.:
chuligański dowcip, chuligańska elegancja. Paczki mają swoich tancerzy,
śpiewaków, poetów, błaznów i donżuanów. Bez posiadania przynajmniej
pewnego stopnia biegłości w niektórych kunsztach, wręcz nie można być
chuliganem. Nie słyszałem jeszcze o chuliganie, który nie umiałby w ogóle
tańczyć, śpiewać.
Dwie dotychczas nie omówione dziedziny zainteresowań to sport i film.
Chuliganów i kino łączą rozliczne więzy. Kino to handel biletami. Kino to
miejsce spotkań. Poza tym – zwłaszcza zimą – kino to miejsce wstępnych
zabiegów seksualnych.
Sport po chuligańsku nie ma nic wspólnego ze sportem w ujęciu
socjalistycznym, ani w ujęciu angielskiego dżentelmena. To po prostu sucha
zaprawa do mordobicia albo w najlepszym wypadku jeszcze jedno pole, na
którym można zagiąć.
Jeśli chcemy w pełni zrozumieć, na czym polega niepojęty „urok”
chuligańskiego życia, musimy sobie uprzytomnić, że na kanwie pogardy dla
drętwiaków i kultu wewnętrznej solidarności dochodzi do wyzwolenia potężnych
emocji – o napięciu niekiedy wręcz ekstatycznym. A dzieje się przecież w aurze
alkoholu, podniecenia seksualnego z towarzyszeniem „bebechowego dżezu” – to
wszystko jest filmowe, obrzydliwe, ale na pewno nie nudne.
Oczywiście ekstaza chuligańska nie trwa bez przerwy. Paczki wystające nieraz
godzinami na rogach ulic właściwie prawie się nudzą. Ale tych chłopców łączy
wspomnienie byłych ekstaz i nadzieja na przyszłe.

Dziś to wyraz do świec się odnoszący, dawniej do lamp naftowych, do


smarkaczy z pierwszych klas gimnazjalnych i jeszcze do rezultatu sknocenia
czegoś. W chuligańskiej gwarze miał jednak zupełnie nowe znaczenie – erotyczne.
Osobny fragment swej analizy poświęca mu Manturzewski.

Knoty. W rozwiniętej paczce na erotykę nie ma po prostu miejsca. Są za to


„knoty” tj. zabiegi seksualne o charakterze doraźnym i przelotnym.
Charakterystyczne, że kilkudziesięcioosobowe paczki włóczące się wieczorem
mają w swojej eskorcie – trzy „Cynie” Chuliganie cenią sobie stosunki o
charakterze orgiastycznym, o symptomatach zbiorowego gwałtu (symbolicznego
lub rzadziej rzeczywistego). W stosunkach indywidualnych chuligan zabiega
przede wszystkim o partnerkę elegancko ubraną („laleczka”). Stosunek do
dziewcząt jest skrajnie pogardliwy. Nie spotyka się tu rycerskości chłopców z
tzw. dobrych domów, kameraderii bikiniarzy czy choćby spotykanego w
przedwojennych klanach złodziejskich kultu Czarnych Maniek czy Czarnych
Zosiek.

Autor zastrzega się w tym miejscu, że nie zna prawie wcale paczek rekrutujących
się z młodzieży pochodzenia wiejskiego i wolałby się teraz zająć wręcz
klinicznymi przykładami schorzenia niezmiernie rozpowszechnionego, którego
łagodniejsze postacie nazywa chuliganizacją zaczątkową. Stawia przy tym tezę,
że owa chuliganizacja jest znacznie szkodliwsza społecznie od chuligaństwa
rozwiniętego.

Łatwo mówić o prawdziwych chuliganach, ci mają wyraziste formy współżycia,


działają w zwartych grupach, zwracają uwagę swoją egzotyką. Ale jak opisać
kontury smutnej młodzieżowej sytuacji tam, gdzie są one płynne, nieuchwytne.
A przecież możemy się domyślać, że mamy w naszych szkołach i fabrykach
setki tysięcy (co najmniej) chuliganów zarodkowych, oprócz dziesiątków tysięcy
(co najmniej) chuliganów rzeczywistych. [...].
Na początek stwórzmy pomocniczy termin, który zastąpiłby rozwlekły i
wieloznaczny zwrot „chuligan potencjalny”. Proponuję termin wdechowy od
słowa w dechę. Oznacza on młodego człowieka obdarzonego zespołem cech
pozytywnych z punktu widzenia ideałów osobowościowych „tej dzisiejszej
młodzieży” a bynajmniej nieidealny z punktu widzenia szkoły, rodziny, państwa,
socjalizmu. Definicja taka jest oczywiście zupełnie czcza, dopóki nie wesprzemy
jej opisem wdechowca. Spróbujmy więc opisać młodzież wdechową w jej
zainteresowaniach i postawach – zrazu ogólnikowo i z pozycji starej ciotki.
Młodzież ta jest bezideowa i nie ma żadnych zainteresowań, nie uznaje
żadnych autorytetów. Nie ma dla niej nic świętego. Nie szanuje starszych,
rodziców i nauczycieli. Jest przy tym niemoralna, a zwłaszcza rozwydrzona
seksualnie. [...]
Wdechowcy żyją również w paczkach, trochę podobnie rekrutowanych jak
chuligańskie. Są natomiast bez porównania bardziej sypkie, luźne i nie tak
liczebne (kilkuosobowe), a w każdym razie nigdy nie mają feudalnej struktury.
Od chuligańskich różni je często obecność dziewcząt, wyrównany stosunek
liczbowy obu płci. Dziewczyna traktowana jest plus minus jako równorzędny
członek paczki. W zasadzie wdechowiec spędza na łonie paczki mniej czasu niż
chuligan, w ogóle jest mniej wyosobniony i bez porównania mniej wykolejony
społecznie. Miejscem spotkań są niekoniecznie rogi ulic czy ruiny, często po
prostu mieszkania prywatne (słynna instytucja prywatki), stadiony, szkoła, park,
kino itp. Grupa może nie mieć przywódcy, może mieć paru przywódców-
wodzirejów, mogą to być zarówno chłopcy, jak i dziewczyny.
Paczki wdechowców mogą ze sobą rywalizować i mieć zatargi, ale „święte
wojny” chuligańskie tu nie występują. Wdechowiec gardzi społeczeństwem
drętwiaków, ale go nie nienawidzi. W stosunku do chuliganów od czasu do czasu
odczuwa podziw, jednak nie naśladuje ich zbyt gorliwie. Chuligan dla niego to
„wariat” [...] [przy czym] słowo „wariat” zaczyna być używane w znaczeniu
łagodnie-nagannym, z nutką podziwu.
Ten Franek to wariat – w ustach wdechowej dziewczyny znaczy, że Franek
przesadza w ekstrawagancjach, ale jest z tym mu trochę do twarzy. Znam bardzo
wielu młodych ludzi, dla których słowo chuligan ma spory urok, a w każdym
razie nie budzi odrazy. Co w takim razie powstrzymuje ich od chuligaństwa? –
jedni są zbyt rozsądni, chcą skończyć szkołę z dobrą notą, dostać się na uczelnię,
mają absorbujące zainteresowania. Innym przeszkadza rygor domowy,
wychowanie, jeszcze innych peszy po prostu twarde, chuligańskie życie, są za
słabi, za delikatni.
Zresztą granica między wdechowością a chuligaństwem nie jest ostra, do jej
przekroczenia wystarczy często rozluźnienie hamulców (śmierć ojca czy matki,
rozkład pożycia małżeńskiego rodziców, awans któregoś na bardziej absorbujące
stanowisko).
Tak więc wdechowiec – podobnie jak wymierający bikiniarz, dżoler, bażant –
może być rozpatrywany jako chuligan oswojony, kompromisowy, dopasowany
do społeczeństwa. Takie określenie tłumaczy wiele. Między innymi można w
tym ujęciu traktować inwentarz kulturowy paczek wdechowych jako wersję
inwentarza kulturowego paczek chuligańskich, wersję przykrojoną do
skromniejszych potrzeb. [...]
Wdechowe paczki nie kultywują mordobicia, rzadko uprawiają kradzieże i
akty wandalskie, mniejszą w nich rolę odgrywa alkohol, stosunkowo dyskretnie
lansują wzór elegancji. Natomiast w dziedzinach bardziej kameralnych, gdzie
zderzenie z konwencjami nie grozi katastrofą, np. w zakresie żargonu, muzyki,
tańca i pieśni, filmu, sportu i miłości, poglądy i z a g r a n i a są mniej
stonowane.

Ponieważ w Złotych latach zbiorowym bohaterem – negatywnym, ale jednak –


jest chuliganeria, a nie wdechowcy, więc jedynie w kilku punktach przedstawię
dalszą charakterystykę tych drugich. Sama prezentacja jest bowiem niezbędna do
poczynienia – za autorem – dalszego kroku, mianowicie próby odpowiedzi na
pytanie, co gorsze: dżuma czy cholera?

1. Język wdechowców czerpie pełnymi garściami z gwary chuligańskiej.


Ceniona jest powściągliwość, lapidarność, parodiowanie gazetowych sloganów.
2. Ich etykę, ideały osobowościowe cechuje swoista dwulicowość. Z jednej
strony wdechowiec nie jest „wariatem”; w odróżnieniu od chuligana, człowieka
żyjącego chwilą, przeważnie planuje dalsze życie, studia, zawód, widzi swoje
miejsce w społeczeństwie. Zarazem instytucje, które go kształtują i pomagają w
lub są niezbędne w tych planach (rodzinę, szkołę, uczelnię) traktuje jako
uzurpatorów. Ewentualne sprzeczności między ich interesami w lot wygrywa,
stosując w sposób genialny metodę uników. Uchyla się, gdzie może, od
nakładanych obowiązków. Zarazem gdzie może bez ryzyka wziąć ironiczny
odwet, nie odmawia sobie tej przyjemności.
3. Naukę traktuje jako pańszczyznę, grę, w której stawką jest stopień, a
wszystkie chwyty są dozwolone. Bardziej zaawansowani potrafią z wirtuozerią
odgrywać istne etiudy ideologiczne bez najmniejszego osobistego
zaangażowania i zażenowania. Nie ima ich się aura defilad, przemówień, apeli,
pochodów. Przy tym wszystkim nie cechuje ich szczególna wrogość do ustroju,
przeważa raczej bierność i obojętność. Bunt przybiera najczęściej formę
Weltschmertzu: „Wszystko lipa, wszystko jest nudne. Wszyscy kłamią”.
4. Wdechowego zblazowania nie spotyka się wcale u młodzieży wiejskiej i
małomiasteczkowej. Tam jest ufność i spontaniczna chłonność.

I wreszcie zapowiedziane pytanie „Co gorsze?”. W tak zatytułowanej ostatniej


części artykułu Manturzewski za większe zło bez wahania uznaje wdechowców.

Mimo że byłoby przesadnym pesymizmem uważać, że młodzież wdechowa


stanowi u nas większość, liczebność jej jest jednak niepokojąca. Mniejsza o
złudne statystyki – wiemy, że jest jej bardzo dużo i nie jesteśmy wcale pewni,
czy nie coraz więcej. Ważna jest przy tym nie tylko liczba, ale poważanie, jakim
się cieszą wśród kolegów. Przykład:
W jednej ze szkół warszawskich w latach 1952–53 rozgorzała walka –
bezkrwawa zresztą – o rząd dusz między grupką marksistów a kilkoma
aktywnymi wdechowcami. Przegrali marksiści.
Wszyscy od nich wiali, żadna dziewczyna nie chciała z nimi chodzić! Nikt z
nimi nie gadał, chyba że na lipę... A nie były to jakieś głupie chłopaki ani
fajtłapy, ale wiadomo – wstawiali drętwą mowę. Podobne przykłady można by
przytoczyć z niejednej szkoły.
Stawiam tezę, że wdechowość jest zjawiskiem wielekroć groźniejszym od
chuligaństwa z trzech przyczyn.
Po pierwsze – chuliganów jest stosunkowo mało, wdechowców kilkanaście
razy więcej.
Po drugie – chuligaństwo można jako formę ostrą, jaskrawą, często
kryminalną, zlikwidować – przynajmniej biorąc rzecz teoretycznie – środkami
administracyjnymi (milicja, więzienie, domy poprawcze). A za co zamknąć
wdechowca (pomijając trudność czysto techniczną)? Jego metoda uników jest
tak elastyczna! On gotów mówić wszystko, co tylko potrzeba i prawie wszystko
robić. W takiej sytuacji niejeden aktywista wygląda jak nosorożec atakujący
szympansa.
Po trzecie – chuligaństwo pleni się przede wszystkim wśród rodzimych
slumsów i – być może – zginie wraz z nimi. Wdechowcy wylęgają się masowo
wśród nowych bloków socjalistycznych miast, w świetnie zurbanizowanej
Pradze czeskiej. Jest to przewlekła choroba niszcząca organizm w trakcie
rozwoju i wzrostu.
Chuliganie rekrutują się w dużej mierze z rodzin rozbitych lub przestępczych,
spośród ludzi marginesu społecznego. Wśród aktywu wdechowego spotykamy
niepokojąco wysoki procent potomstwa przodowników pracy, dyrektorów z
awansu społecznego, luminarzy życia kulturalnego. Szczególnie jaskrawe
objawy wdechowości spotykamy w rodzinach wielkich twórców nauki i sztuki.
[...] Chuligaństwo jako swoista abstrakcyjna zabawa, jako społecznie izolowana
sztuka dla sztuki nie wpływa bezpośrednio na życie kraju. Wdechowcy
natomiast bynajmniej z wpływu na to życie nie rezygnują, mają plany i ambicje.
Sięgają po stypendia, robią kariery, zajmują kluczowe stanowiska w naszym
życiu. Wdechowiec jest zresztą często świetnym pracownikiem, ale wewnątrz
drąży go charakterystyczna w d e c h o w a n i e r z e t e l n o ś ć.
I tu jest – moim zdaniem – diable kopyto; wdechowiec nie czuje się
spadkobiercą czegokolwiek, nie czuje się odpowiedzialny za losy świata (tj.
m.in. za losy miasta, dzielnicy, dziedziny, w której pracuje).

Może to zaskakiwać, ale wielką rolę w kształtowania się i chuligaństwa jako


takiego, i swoistego eposu chuligańskiego przypisuje Manturzewski zjawisku
wspomnianej już drętwej mowy. Nie sposób go zapomnieć, nawet jeśli się wtedy
miało dziesięć czy paręnaście lat. Ubogi zestaw haseł, przymiotników i
wykrzykników, do tego zaangażowany a niepodrabialny, afektowany falset
spikerów: i tych z ulicznych głośników na 1 Maja czy 22 Lipca, i tych z kronik
filmowych, i tych z radia. Jeden z nich przypłacił to nawet życiem[72]
(Niezbędnik). Tym tonem, tym językiem na wszelkie sposoby[73] tłumaczono
ludowi, jak bardzo jest szczęśliwy i dlaczego.
Jeśli dobrze zrozumiałem Manturzewskiego, język chuligana to jakby negatyw
tamtego znienawidzonego języka. Każde zakłamane słowo zostaje natychmiast
wyśmiane i skontrowane. Pozostał mi ten język w uszach i myślę, że właśnie z
niego wywodzi się rodzaj pobłażliwości, a niekiedy względnie życzliwy dystans do
osobników posługujących się antyjęzykiem. Aby lepiej zrozumieć chuligana, trzeba
zrozumieć istotę „drętwej mowy” i jego odrazę do niej. Wtedy można chuligana
nawet przez chwilę... apage, satanas!

Od drętwej mowy do chuligaństwa i z powrotem. Raz jeszcze, bo ważne: co


to takiego, ta drętwa mowa? Skąd się wzięła? Jak wpływa na postawę tak
zwanych szerokich kręgów młodzieży

– pyta Manturzewski w drugiej części artykułu (Furtki wdechowej twierdzy)[74].


Otóż – odpowiada – drętwa mowa to też pewien fason życiowy, ale zupełnie
odmienny od języka chuliganów i wdechowców. Wręcz jego antyteza. Drętwa
mowa polega na nieustannym przypominaniu o Wielkich Celach za pomocą
Dużych Słów. Ale wielkie cele i duże słowa to za mało dla powstania drętwej
mowy, to dopiero jej zewnętrzny kształt. Sedno sprawy tkwi w tym, aby ten
kształtu był wewnątrz pusty, bez treści. Chodzi o to, aby wygłaszacz (jak go
nazywa Manturzewski) Drętwej Mowy był wolny od szczerego wewnętrznego
patosu, albo też aby wysłuchiwacze (jak ich nazywa Manturzewski) byli podobnie
stabilni w swoich emocjach; najlepiej oczywiście, żeby i wygłaszacze i
wysłuchiwacze byli w trakcie jej „zasuwania” maksymalnie drętwi.
Duże słowa rzucaliśmy i dawniej, to jednak nie było to samo – stwierdza dalej
autor. Carat, sanacja i hitleryzm, nędza, walka, więzienie i śmierć dawały tym
słowom pełne pokrycie w postaci codziennej powszechnej grozy i codziennych
nadziei. Potem – po czterdziestym piątym roku – emocje zaczęły się zmieniać.
Dawne słowa dewaluowały się, trzeba było nowych słów, wielkich na swój sposób,
ale oszczędnych, konkretnych i powściągliwych. Dla wielu ludzi lewicy
(przypominam: autor pisał ten tekst z tzw. pozycji socjalistycznych) duże słowa
wciąż miały pokrycie emocjonalne. Wyrośli w tamtych czasach, po czym wciąż
jeszcze byli pod obstrzałem – w przenośni, a często jak najdosłowniej.

Jednocześnie socjalizm stał się z a w o d e m. Runęły ogromne stada


karierowiczów na objęcie posad. W biegu wymachiwali c z e r w o n y m i
językami, wysuwali wciąż ten jeden jedyny swój socjalistyczny walor. Rzetelne
wielkie słowa ludzi walki pomieszały się z usłużnym krzykactwem i wówczas
powstał ów potworny coctail, język sloganów i nalepek, gazetowy żargon
socjalizmu. Narodziła się Drętwa Mowa, pancerz, tarcza i miecz oficjalnych
wystąpień.
Szesnastoletni człowiek ma swój rozum, w lot chwyta rozdźwięk między
wielkimi słowami a ich anemicznym emocjonalnym zapleczem. Słowa „drętwa
mowa” zdają się dobrze opisywać wielkie połacie rzeczywistości. Szesnastoletni
człowiek zawsze demaskował świat. W tym wieku ma się skłonność do
uogólnień. I stawia się wówczas niebezpieczne znaki równania.
D r ę t w a m o w a = s o c j a l i z m. [...] W kapitalizmie ów młodzieńczy
Weltschmertz zwracał się często przeciw draństwu, pchał w szeregi walczących.
Dziś ten Weltschmertz odpycha młodego człowieka od zabiegów
pedagogicznych, jakimi go raczymy.

Każde państwo totalitarne za punkt honoru uważa wychowanie młodzieży – czyli


tych nieszczęsnych przyszłych pokoleń – w odpowiednim, narzuconym jej duchu i
formie (chętnie umundurowanej, masowo przynależnej, gdzie powinna). Polska
Ludowa takim państwem była wystarczająco długo – a w dodatku zamierzała nim
pozostawać bez widocznego końca – by do formowania tu i teraz mas przyszłych,
ideowo i ogólnie posłusznych, chętnych do podkładania ognia światowej rewolucji
wszędzie tam, gdzie każą, przykładać duże znaczenie. Proces ten nie przebiegał
jednak bez problemów.
Oto zabiegom wychowawczym komunistyczne władze oświatowe z oczywistych
względów musiały poddać pokolenie dzieciaków wojennych i tużpowojennych, z
konieczności doświadczone ponad miarę, często z uszkodzonymi hamulcami
moralnymi, nad wiek cyniczne.
Wychować takiego pokolenia na samej gadaninie nie da się na pewno. A w
zwyczajnych polskich domach komuna niespecjalnie się przyjęła, o Kościele
szkoda gadać. Pozostały szkoły i organizacje młodzieżowe. O szkołach
wspominałem w rozdziale I, że z początku brakowało im kadr, wobec czego, aby w
ogóle funkcjonowały, władze musiały sięgać po nauczycieli przedwojennych, z
definicji mało podatnych na komunistyczną propagandę. Doskonale wiedząc o tym,
rozpoczęły na gwałt masowe kształcenie nowych kadr nauczycielskich w nowym
duchu. Rezultaty dostrzegł oczywiście Manturzewski:

Oświata znajduje się u nas od lat dziesięciu w stadium wybuchowego rozwoju.


Cyfry są w najwyższym stopniu optymistyczne, tak optymistyczne, że możemy
ich sobie oszczędzić. Wiemy, że piękny i odpowiedzialny zawód nauczyciela
cieszy się u nas poważaniem bardzo oficjalnym. Wiemy także, iż młodzi ludzie
kończący szkoły średnie bronią się rękami i nogami przed belferką.
Nauczycielem zostaje ten, kto ma najmniej stosunków, energii i inwencji.
Rezultat – w szkołach pedagogicznych mamy o 50 proc. więcej ocen
niedostatecznych niż w innych.

Podnosi też autor taki oto aspekt wychowawczy: jeśli się chce kogoś
wychowywać, to trzeba mu imponować. Można też oddziaływać perswazją,
przekonywać, można wzbudzać strach. W każdym razie czy to perswazja, czy to
przymus są skuteczniejsze wtedy, gdy wychowawca potrafi czymś ciekawym
zaimponować wychowankowi. A co widzimy? Szkoła, młodzieżowe organizacje,
rodzina, świetlica, dom kultury – wszystkie te instytucje są bezsilne wobec
wdechowców i chuliganów. Ludzie reprezentujący te instytucje niczym nie
imponują, strachu wzbudzają co kot napłakał, ich perswazja zaś ani trochę młodych
się nie ima. Całkiem współcześnie brzmi konstatacja Manturzewskiego, iż
dzisiejsze szesnastoletnie dzieci są dorosłymi ludźmi. Ich oczu nie przesiania
sentymentalna mgiełka. Nie znają często algebry i geografii, ale znają wartość
pieniądza, smak miłości, śmieszność wielkich słów, korzyści obłudy.
Prowadzi to młodych do wniosku, że prócz oficjalnego warto? należy? mieć
drugie życie. Ciekawsze, urozmaicone. Prawdziwsze od zakłamanego, w którym co
innego mówi się w domu, a co innego poza domem. W którym gołym okiem widać
różnice między oficjalnym zachłyśnięciem radosnym bytem człowieka pracy w
Polsce Ludowej a jego nędzną wegetacją w rzeczywistości. Dziś
powiedzielibyśmy: między światem wirtualnej propagandy a realem. Toteż mieli (a
przynajmniej próbowali mieć) nowe życie, już na zasadach własnych lub
zaprzyjaźnionej grupy. Również chuligańskie. Jak stwierdza Manturzewski,
właśnie to drugie życie, wypełnione czynnościami niekoniecznie pożytecznymi, za
to wykonywanymi dobrowolnie, nadaje mu smak i sens istnienia.
Tak więc diagnoza została postawiona, czas na terapię. Trudność polega na tym,
że doświadczenie wieków (a także lat, nawet miesięcy najnowszych) uczy, iż
znacznie łatwiej o wieloprzymiotnikową, czyli rzeczową, rozsądną, przenikliwą,
krytyczną, obszerną, trafną od A do Z analizę inkryminowanych problemów, niźli o
najskromniejszy nawet zarys budzący nadzieje na ich rzeczywiste rozwiązanie,
dobrze rokujący nie tylko w teorii, wrażliwy na względy praktyki i w miarę
możliwości niebudzący obaw o wylanie dziecka z kąpielą. Karol Marks po
genialnej analizie w Kapitale nadział się na rafę własnej fatalnej syntezy, która go
doprowadziła do wniosku, że rewolucja proletariacka (komunistyczna) zacznie się
w najbardziej uprzemysłowionym, najnowocześniejszym państwie wyzyskującym
robotników, to jest w Anglii, a tymczasem wybuchła w zacofanej przemysłowo
Rosji. Zostawiając Marksa w spokoju, popatrzmy, co proponuje Manturzewski.
Najpierw stwierdza, że próba radykalnej zmiany chuligańskiej postawy powieść
się może tylko wtedy, gdy uda się wtargnąć właśnie w to drugie życie młodzieży,
przeniknąć w zamknięty przed nami świat „zagrań”. Zająć się tym, co młodzież
robi po skończonych lekcjach, po skończonej pracy. Po czym woła wielkim
głosem:

ZLIKWIDUJMY NARESZCIE ŚWIETLICE! To „forsa w błoto”

Dwa słowa wyjaśnienia, ponieważ świetlice pojawiają się nagle i bez


uprzedzenia. Była to instytucja ściśle związana z walką nowej władzy o ciała i
umysły swych poddanych, zwanych dla niepoznaki obywatelami Polski Ludowej,
ze szczególnym uwzględnieniem przyszłych, już w pełni socjalistycznych pokoleń.
W czasach bezpośrednio powojennych egzystencja fizyczna młodzieży napotykała
na rozliczne utrudnienia, a to ze względu na ponad miarę zagęszczone – często
przez kilka rodzin zantagonizowanych ciasnotą, niejednokrotnie światopoglądem –
mieszkania, albo i wegetację w ruinach, norach, resztkach piwnic czy suteren,
czasem bez prądu, kanalizacji... W takich warunkach odrabianie lekcji nie było
praktycznie możliwe, a trzeba przyznać władzom Ludowej, że zaganiała dzieci do
nauki. Tak więc urządzały one (lokalne władze) punkty zborne dla młodzieży w
lepszych warunkach; jak się dało to z radiem, zwykle z biblioteką, niekiedy z
warcabami, jakąś piłką czy ping-pongiem. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie
fakt, że oszalałe ideologicznie czynniki postanowiły – jak wszystko – upolitycznić
także świetlice. Upstrzone hasłami, zamiast przyciągać jęły odstraszać młodych
obecną i tutaj, coraz natrętniejszą propagandą. W dodatku uprawianą albo przez
nawiedzonych zetempowskich działaczy, albo przez zasłużone, lecz mało
rozgarnięte ciotki rewolucji, którymi – z braku lepszych dla nich synekur –
obsadzano wiele świetlic.
Nawołuje więc Manturzewski do likwidacji świetlic, po czym urządza...
świetlicę. Eksperymentalną, specjalnie dla chuliganerii. Co z tego wyszło – w
rozdziale V o łowcach chuliganów.

Niezbędnik do rozdziału IV
XX Zjazd KPZR, Nikita Chruszczow (1884–1971). XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku
Radzieckiego odbył się między 15 a 25 lutego 1956 roku. Na zakończenie generalny sekretarz
KPZR, właśnie Chruszczów, wygłosił tajny referat O kulcie jednostki i jego następstwach,
demaskujący wybrane – spośród niezliczonych – zbrodnie Stalina. W Polsce wkrótce ujawniony,
tajny przez lata w wielu komunistycznych partiach (Niemieckiej Republiki Demokratycznej,
Czechosłowacji, Bułgarii czy Albanii). Bolesław Bierut, który jako szef PZPR był gościem XX Zjazdu,
wrócił dopiero na początku marca, w trumnie. Lekarze radzieccy najpierw mówili o śmierci
wskutek „czegoś na pograniczu grypy i zapalenia płuc”, później słyszało się o niewydolności
krążenia lub zawale serca, a także o zabójstwie bądź samobójstwie ze strachu przed możliwą
odpowiedzialnością za zbrodnie, jakich ten obywatel ZSRR (od II wojny) i agent wywiadu
sowieckiego dopuszczał się na Polakach w „okresie błędów i wypaczeń”, zwłaszcza za czasów
swej prezydentury. A w kraju ulica i tak wiedziała swoje: zaszkodziło mu ciastko z kremlem.

Fanfan (fryzura na...). W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych trafił do polskich kin film z
gatunku płaszcza i szpady Fanfan Tulipan, ze słynnymi aktorami z Francji oraz Włoch: Gerardem
Philipe’em i Giną Lollobrigidą. Damska i męska widownia zgodnie oszalały zwłaszcza na punkcie
Gerarda i jego fryzury. Były to włosy gęste i gładkie, zaczesane do tyłu, a nad czołem tworzące
kunsztowną falę. U filmowego Fanfana dodatkowo artystycznie nastrzępione. Szanujący się
chuligan, nie mówiąc o bikiniarzu, nie śmiał się pokazać na ulicy bez lepiej lub gorzej
odwzorowanego uczesania na Gérarda-Fanfana.

Komsomolskie, morozowskie... Przymiotnik „komsomolskie” pochodzi od Komsomołu, a


Komsomoł od Komunistycznej Organizacji Młodzieży, ros. Kommunisticzeskij Sojuz Mołodioży,
powstałej w 1922 roku (wkrótce z uzupełnieniem nazwy o przymiotniki: Wszechzwiązkowy
Leninowski). Komsomoł wychował liczne zastępy jedynie słusznej ideologicznie młodzieży
radzieckiej. Do wstąpienia w szeregi przygotowywała organizacja pionierów. Za szczytowe
osiągnięcie pionierstwa i wzór dla komsomolstwa uważano w ZSRR historię Pawlika Morozowa,
który doniósł na własnego ojca kułaka jako klasowego wroga władzy radzieckiej, który to wróg w
wyniku synowskiego donosu został rozstrzelany. Wedle innej wersji to ojciec kułak zamordował
chłopca, rozwścieczony jego postawą godną dorosłego komunisty. Istnieje też wersja
zniechęcająca, według której żadnego Pawlika Morozowa – a w każdym razie o takim życiorysie –
nie było. Mniejsza o prawdę historyczną; ważne, że Związek Młodzieży Polskiej stale odczuwał
niedobór równie pryncypialnych Pawlików.
Organ Komsomołu „Komsomolskaja Prawda” do dziś wychodzi w Rosji.

Manturzewski Stanisław (1928–2014). Człowiek Renesansu przełomu XX i XXI wieku.


Archeolog, socjolog (m.ln. w Polskiej Akademii Nauk). Autor i współautor prac na temat
chuliganerii. Doradca erotyczno-seksualny w popularnym tygodniku „Kulisy”. Kierownik Domu
Kultury w Siedlcach. Dziennikarz. Aktor samouk. Scenarzysta i reżyser filmów dokumentalnych.
Przy fabularnych asystent takich sław jak Andrzej Wajda, Marek Piwowski, Edward Skórzewski,
Jerzy Hoffman. Współscenarzysta pełnometrażowego filmu fabularnego o chuliganach Lunatycy
w reżyserii Bohdana Poręby. Warszawiak do spodu.

Odwilż. Tak w polityce, dziennikarstwie, kulturze, a na koniec i w codziennym życiu określano


powolne zmiany w polityce wewnętrznej i zagranicznej w obozie socjalistycznym po śmierci
Józefa Stalina. Samo określenie wiąże się z tytułem książki (właśnie Odwilż, ros. Ottiepiel) Ilji
Erenburga, sowieckiego pisarza latami płaszczącego się przed Stalinem, który jednak – pisarz,
nie Stalin – we właściwym historycznie momencie złapał wiatr w żagle.

Październik ’56. Po rewelacjach XX Zjazdu PRL w części aparatu partyjnego PRL wybuchła
zrozumiała panika, w części zaś zapanowało odrętwienie. Wśród ścierających się frakcji
przewagę uzyskała reformatorska; I sekretarzem KC PZPR aż do 1970 roku został Władysław
(„Wiesław”) Gomułka (1905–1982), do niedawna więziony przez stalinowskie władze PRL pod
zarzutem odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego; zaraz po wojnie twierdził mianowicie, że „w
sprawach dotyczących kraju powinny decydować tylko czynniki wyłonione w kraju lub przez kraj
powołane”. Na domiar złego w dobie parcia przez hegemona – ZSRR – na kolektywizację
rolnictwa bronił indywidualnych gospodarstw chłopskich. „Wiesław” na chwilę stał się
bożyszczem tłumów. Na wiecu pod Pałacem Kultury w Warszawie 24 października 1956 roku
300-tysięczny tłum śpiewa mu „Sto lat!”. Radziecka delegacja partyjna, która nieproszona
pojawia się Warszawie, zostaje odesłana do Moskwy. Zbrojna interwencja sowiecka wisi na
włosku, lotnictwo PRL szykuje się do walki. W takiej atmosferze Gomułka na czele delegacji
partyjno-rzqdowej udaje się na Kreml. Zaproszony. Powrót „Wiesława” żywego (bo tak niedawno
Bierut...) był wielkim triumfem. Wiozący delegację pociąg zatrzymywano niemal na każdej stacji,
ludzie chcieli zaprzęgać się w miejsce parowozu. Euforia jak szybko przyszła, tak szybko minęła.
Okres stalinowskich zbrodni został eufemistycznie nazwany „okresem błędów i wypaczeń”, co
zaraz przechrzczono na „okres błędów i wybaczeń”. Wprawdzie kilku wybranych siepaczy zostało
skazanych w utajnionych procesach (najwyższy wyrok 14 lat, ale wkrótce przyszła amnestia),
jednak Gomułka szybko przykręcił polityczną śrubę, rozwiewając wszelkie nadzieje na tzw. drugi
etap Października ’56, czyli dalszą liberalizację. Zapewne do usztywnienia jego stanowiska
przyczyniły się, jak wtedy pisano, „wypadki węgierskie”, czyli rewolucja antykomunistyczna,
trwająca od 23 października do 10/11 listopada 1956 roku, krwawo stłumiona przez wojska
radzieckie, a następnie dobita przez rządy Janosa Kódóra. Węgierska historiografia nie jest w
szczegółach zgodna, w każdym razie przyjmuje, że podczas walk nie mniej niż 2600 Węgrów
zginęło, a ponad 19 000 zostało rannych; straty po stronie sowieckiej to co najmniej 700
żołnierzy. Po stłumieniu rewolucji wykonano wyroki śmierci na 400 powstańcach, ok. 22 000
osadzono w więzieniach.

Wiech, czyli Stefan Wiechecki (1896–1979). Pisarz, reporter sądowy (przedwojenny),


felietonista. Łączył autentyczną gwarę stołecznych przedmieść z językiem różnej maści
cwaniaków oraz błyskotliwymi efektami własnego słowotwórstwa. Dziś styl Wiecha trąci myszką,
ale swego czasu – choć był nie do podrobienia – miewał spore grono naśladowców.

Zamknięcie „Po prostu”. We wrześniu 1957 roku szef cenzury złożył kierownictwu KC PZPR
donos na tygodnik, zarzucając mu hołdowanie burżuazyjnym teoriom demokracji, kreowanie
idei II etapu Października, sprzeczność z wytyczoną linią partii i w ogóle szerzenie zamętu w
społeczeństwie. Sekretariat – przede wszystkim za sprawą Gomułki – przychylił się do wniosku i
w miesiąc później pismo zlikwidowano, mimo protestów Komitetu Wykonawczego Związku
Młodzieży Socjalistycznej (ZMS, następcy niesławnej pamięci ZMP). Decyzja wywołała bunt części
młodzieży, zwłaszcza studentów Politechniki Warszawskiej i kilkudniowe zamieszki uliczne,
brutalnie stłumione przez milicję. Zamknięcie „Po prostu” uważa się za moment przełomowy, od
którego oficjalnie zaczął się odwrót od idei „polskiego października”, często nawet regres, choć o
powrocie do systemu stalinowskiego w pełnej jego krasie nie mogło już być mowy.
Rozdział V

CZAPÓW I MANTURZEWSKI: ŁOWCY


CHULIGANÓW

„ZLIKWIDUJMY NARESZCIE ŚWIETLICE! To forsa w błoto!” – wielkim


głosem wołał w „Po prostu” i w poprzednim rozdziale Stanisław
Manturzewski[75]. Wiadomo, że Nowa Huta i Łódź to potężne wylęgarnie
chuligaństwa. W 1955 roku w Nowej Hucie było sto świetlic, w Łodzi czterysta.
Tych pięćset lokali da się przerobić na biblioteki, stołówki, sklepy czy mieszkania,
a personel przenieść do pożytecznej pracy. Kierownicy owych przybytków to z
reguły jakieś babinki, inwalidzi, ledwo to żyje, a ma na przykład w hotelach
robotniczych organizować życie kulturalne dla paruset chłopów równie
kulturalnych, co sama świetliczanka bądź jej męski odpowiednik. W dodatku każdy
z młodych byczków zarabia pięć razy więcej od mistrza/mistrzyni świetlicy, co
wpływa na autorytet tych drugich w sposób odwrotnie proporcjonalny. Z każdej
setki świetlic zróbmy dwa–trzy wielkie domy kultury, z godziwie opłacaną załogą,
której się chce. Tyle że i doświadczenia z domami kultury – przynajmniej na polu
walki z chuligaństwem – nie są zachęcające. Domy kultury uciekają od
chuliganów, a oni uciekają od domów kultury – konstatuje Manturzewski.
Przyczyny są liczne, a wśród nich trzy szczególnie istotne.
Po pierwsze – domów kultury jest za mało. Kierownictwo może przyjąć i
obsłużyć tylko nikły procent zgłaszających się dziewcząt i chłopców. O selekcji
decyduje szkoła. Prawo członkowskie przypada wtedy – oczywiście – uczniom ze
wzorowym zachowaniem i odpowiednimi postępami w nauce. Chuligan rzadko
błyszczy takimi zaletami.
Po drugie – chuligan nie zmienia się od pierwszego wejrzenia. Jeśli nawet trafi
do domu kultury i zacznie tam bywać, staje się najpierw przyczyną paru awantur, a
nieliczny i z rzadka kompetentny personel nie zawsze ma możność wnikliwie,
indywidualnie analizować i konsultować zatargi, bawić się w pedagogiczne
subtelności. W konsekwencji chuligan jest po prostu wyrzucany z DK.
Po trzecie – znaczna część domów kultury tak jakoś urządza zajęcia, że obejmuje
nimi tylko młodzież do lat 15. A lata późniejsze, od szesnastego do, powiedzmy
dwudziestego, niech sobie młody człowiek przechuligani. Tyle że i tam, gdzie są
zajęcia dla młodzieży w wieku chuligańskim, sale przeważnie świecą pustkami.
Przyczyny sprawy tkwią w ubóstwie propozycji i formach pracy z trudnymi
przypadkami. W ogóle modus operandi domów kultury polega na zajęciach w
kółkach zainteresowań oraz imprezach masowych. Kółka, owszem, wywierają
często wpływ na kierunek studiów, wybór pracy zawodowej, wyrabiają
systematyczność, zmysł ciągłości. Niestety, aby trafić do kółka zainteresowań,
trzeba mieć uprzednio jakieś zainteresowania – stwierdza nie bez racji autor.
Natomiast imprezy masowe to klasyczna domena nachalnego, nieskutecznego
upolityczniania na różne sposoby i pospolitej nudy. Młodzież w tym wieku nie ufa
imprezom, za to „paczki [chuligańskie] dają bez porównania szersze możliwości,
bardziej rozmaite formy wyżycia”[76].
I oto Manturzewski wraz z Czapowem (Niezbędnik) postanawiają na własną rękę
zmierzyć się z pr ob lemem.

Wiemy o tym dobrze, że są niebezpieczne ulice w naszym kraju. Snują się po


nich gromady groźnych młodych ludzi, często odurzonych alkoholem,
bawiących się ludzkim strachem i upokorzeniem.

– piszą. „Problem «niebezpiecznych ulic» jest dziś modny” – stwierdzają dalej. Nie
brak ludzi, według których można go zlikwidować kilkoma posunięciami
administracyjnymi i wyższymi karami, a wokół chuligaństwa za dużo jest szumu i
naukowych rozważań. I nie brak takich, którzy skłonni są problemy wykolejenia
młodzieży ubierać w metafizyczne teorie o generalnym zmierzchu cywilizacji
europejskiej i wobec tego uważać owe problemy za wyjątkowo trudne bądź w
ogóle nie do rozwiązania. Spółka Czapów i Manturzewski nie opowiada się ani po
jednej, ani po drugiej stronie, ponieważ problem niebezpiecznych ulic nie jest ani
tak łatwy, ani tak beznadziejny. Jest to zjawisko złożone, ale możliwe do zbadania,
interpretacji. Jego rozwiązywanie wymaga wielkich wysiłków ze strony
społeczeństwa, podniesienia kwalifikacji kadry pedagogicznej, racjonalniejszego
wydatkowania środków dotychczas przeznaczonych na wychowanie oraz
mobilizacji dodatkowych.
I prawie na własną rękę zakładają świetlicę na świeżo odbudowanej
warszawskiej Starówce, w sklepionej pięknie gotykiem piwnicy. Prawie, bo klub
filmowy tygodnika „Po prostu” pozwolił wprowadzać chłopaków na seanse
filmowe, niemałą rolę odegrały radio, adapter (gramofon?), mikroskop i akwaria
Staromiejskiego Domu Kultury umieszczone w pokoju, który kierownik SDK
przekazał sekcji badań społecznych Klubu „Krzywego Koła” (Niezbędnik). A
najbardziej przydał się lokal przy Nowomiejskiej 5, ofiarowany przez tamtejszy
komitet blokowy. Swoje doświadczenia z chuliganami roku 1956 opisali w
wydanej w cztery lata później w pięciotysięcznym (i jedynym) nakładzie książce
Niebezpieczne ulice. U źródeł chuligaństwa. Materiały i refleksje. Właściwie
księdze, bo to bitych 490 stron drobnym drukiem. Jak informują autorzy, ich
ambicją było napisanie pracy na tyle wyczerpującej i naukowo poprawnej, aby z
pożytkiem mógł ją przeczytać student pedagogiki, i na tyle przystępnej, aby mogła
pomóc początkującemu nauczycielowi zrozumieć najtrudniejszego ucznia w klasie,
a matce czy ojcu – nagłą, groźną zmianę w zachowaniu syna. O córkach autorzy
nie wspominają.
Zgromadzili w swej pracy bardzo różnorodne materiały. Wbrew tytułowi i
fragmentom większej całości nie jest to bynajmniej opowieść sensacyjna. Zawiera
spory, choć nieco chaotyczny (trochę grochu, trochę kapusty)[77] ładunek wiedzy
socjologicznej, pedagogicznej, psychiatrycznej, psychologicznej, a nawet
prawniczej o przestępczości młodych. Celowo unikam tu określeń „młodocianych”
„nieletnich” „niepełnoletnich”, gdyż owe terminy nie zawsze bywały w Polsce
identycznie rozumiane, a dodatkowo znacznie się różniły od tych, na jakie
powołują się autorzy, opisując podobne kłopoty w innych krajach (np. nie było i
nie ma w polskim prawie pojęcia „dorastający”). A zagranicznego materiału
porównawczego – niczego nie ujmując badaniom znakomicie rozwijającej się
rodzimej tzw. przedmiotowej wiedzy – autorzy zgromadzili mnóstwo. Przede
wszystkim z USA, ale i z Anglii, Szwecji, incydentalnie nawet ze Związku
Radzieckiego. W każdym razie szukającego sensacji czytelnika przytłoczy –
zarazem zniechęcając do lektury – obszerna porcja wiedzy „-icznej/-ycznej/-czej”,
łącznie z teoriami naukowymi rozmaitej wartości, najczęściej też z USA. Z
pewnością nie zajrzy do takich rozdziałów, jak Agresja chuligańska a skłonność do
antysocjalnej socjopatii i nihilizmu życiowego.
Nas tu oczywiście nie interesują różnice i podobieństwa między „Cesarskimi
Maskami” i „Skorpionami” (amerykańskie gangi młodzieżowe sprzed
kilkudziesięciu lat) ani sprawa życia i śmierci 19-letniego Charlesa Starkweathera,
też z USA, który podczas wycieczki skradzionym samochodem w ciągu 48 godzin
zastrzelił 11 osób, lecz wybrane kartki z rodzimych socjologicznych dzienników
obserwacji, biogramy młodych wykolejeńców (a czasem nie do końca
wykolejeńców), a także badania prowadzone w hotelu robotniczym na Żeraniu, tym
od dawnej Fabryki Samochodów Osobowych. W sumie autorzy przyjrzeli się bliżej
74 chłopakom z 15 stołecznych gangów (poza jednym wyjątkiem dziewczyn w
owych grupach nie było), biorąc przy tym pod uwagę prawdziwych lub
odpowiednio zapowiadających się młodych przestępców, a nie jakichś smarkaczy,
którzy zwędzili koleżance stalówkę z piórnika[78].
Wybrali metodę tzw. obserwacji uczestniczącej. W swej książce objaśnili ją tak:
socjolog przez długie lata przebywający wśród określonej zbiorowości, powiedzmy
Polinezyjczyków, zdobywający w tej zbiorowości wszystkie wtajemniczenia i
dopuszczony do wszystkich praktyk obyczajowych i prac społecznych, prowadzi
obserwację uczestniczącą. Taką obserwację prowadzi również socjolog badający
zbiorowość określonej świetlicy i pracujący tam równocześnie jako instruktor.
Czapów i Manturzewski nie kryją:
Nie było to łatwe przedsięwzięcie. Musieliśmy bowiem doprowadzić do tego,
żeby chłopcy uznali nas za ludzi swoich, przed którymi nie należy się krępować.
W zasadzie dopięliśmy celu. Wymiana książek kryminalnych, wówczas trudnych
do zdobycia, wspólne wyprawy do kina oraz kilka niebezpiecznych,
„nerwowych” sytuacji wspólnie przezwyciężonych – wszystko to otworzyło
przed nami wrota zaklętej krainy. Reszty dokonał odpowiedni język, sposób
prowadzenia rozmowy oraz jej stała atrakcyjność pociągająca chłopców.
Dzieliliśmy się dowcipami, opowiadaliśmy przygody swoje i nie swoje z
partyzantki i powstania [Warszawskiego], wybierając co mocniejsze fragmenty.
Kpiliśmy ponadto z różnych słusznie skruszonych autorytetów, no i unikaliśmy
wszelkiego mentorstwa.
Obserwacja uczestnicząca, którą prowadziliśmy, stawiała nas czasem w
trudnej sytuacji, tym trudniejszej, im bardziej swobodnie wobec nas
zachowywali się chłopcy. Kiedyś Jerzyk-Atomek [znany i ceniony w środowisku
stołecznych chuliganów; będzie o nim więcej – P.A.] zaproponował, że
specjalnie dla nas „podłapie towar” (zapewne chodziło mu nie tyle o
zdeklarowane prostytutki, ile tzw. łatwe kobiety, może jakieś cichodajki).
Oświadczyliśmy mu, że sprawa jest trudna, ponieważ lubimy kobiety bardzo
ładne, a jednocześnie mądre i dobre. Spojrzał na nas zimno i powiedział: „Dla
mnie to – aby morda była gładka”. Nie była to ani jedyna, ani najbardziej
kłopotliwa propozycja Atomka[79].

W innym miejscu autorzy piszą o zwierzeniach z pewnością szczerych, bo pod


wpływem. Czy tylko chuligańscy interlokutorzy byli pod wpływem? Czy była to
wspólna, integracyjna impreza? Tego się nie dowiemy. Autorzy podkreślają, że co
do niektórych sytuacji obowiązuje ich tajemnica zawodowa, a co do niektórych
prywatnie dane słowo, którego nie złamią. Ze szkodą dla książki i czytelnika.
Na pierwszy ogień Czapów i Manturzewski wzięli akta sądowe. Z nich nazwiska,
adresy. Ale tak naprawdę zaczęło się od tego, od czego zaczynają się Niebezpieczne
ulice. A zaczynają się tak.

Uderzono go w twarz kilkakrotnie. Rozbito nos. Upadł. Kopali go w twarz, w


brzuch. Deptali po nim. Bili go nawet wtedy, kiedy zemdlał.
Było ich trzech – on był jeden. Nie chcieli mu nic zabrać. Cóż zresztą można
zabrać studentowi? Nie znali go wcale. Nie łączyła ich z ofiarą żadna więź
nienawiści.
Dotarliśmy do nich po wielu miesiącach. Dziś wiemy: to było
p o l o w a n i e z d z i e c k i e m. Cóż to jest „polowanie z dzieckiem”?
Oddajemy głos Józkowi, głównemu „myśliwemu”:
– Chodzimy zwykle we trzech: ja, Mundek i Bolek. Bolek to szczeniak, ma 12
lat. On zaczyna zabawę. Zaczepia studenciaka. My idziemy za nim, niby go nie
znamy. Bolek „obsmarowuje” faceta. Jeśli „nie wychodzi” – to go kopnie albo
zrzuci czapkę. Jak się student zamachnie – my do niego i w krzyk: „Dziecko
bijesz, skurwysynu!...” i lejemy. Czasem nawet nas publika zachęca.
Ani Józek, ani Mundek, ani Bolek nie są złodziejami. Ich „polowania” są
„bezinteresowne” Przypominają reprezentacyjne polowania za zwierzynę.
– To jest typowe chuligańskie przestępstwo – powiedział lekarz, który
opatrywał pobitego studenta. W tym nie ma odrobiny sensu. Ta młodzież jest
straszna[80]!

Profesor Jerzy Sawicki określa wyczyn Józka, Mundka i Bolka bardziej


precyzyjnie:

Chuligaństwem jest w tej chwili w Polsce Ludowej każde przestępstwo, którego


wyłącznym celem jest okazanie nieposzanowania dla zasad współżycia
społecznego. [...] Każde przestępstwo zawsze narusza co najmniej zasady
współżycia społecznego. Na ogół naruszenie to nie jest jednak wyłącznym,
głównym celem sprawcy, lecz raczej ubocznym produktem jego czynu. W
wypadku natomiast przestępstwa określonego jako chuligańskie, ten wyłącznie
cel przyświeca sprawcy, a popełnienie przestępstwa jest tylko środkiem
wiodącym do tego celu[81]].

Wróćmy jednak do rozważań Czapowa i Manturzewskiego z Niebezpiecznych ulic:

– Tak – powtarzaliśmy wtedy, patrząc na zmasakrowaną twarz studenta – ta


młodzież jest straszna.
Dziś wiemy, że to nieprawda. Ani Józek, ani Mundek, ani Bolek nie są straszni.
Józek jest dobrym robotnikiem. Pracuje uczciwie, utrzymuje matkę, która mówi
o nim: „dobry chłopak, pomaga mi” Mundek nie lubi pracować, ale jest
uosobieniem grzeczności. Kłania się szarmancko. Nie pozwala obrażać
dziewcząt. Bolek nie uczy się zbyt pilnie, ale jego matka twierdzi, że szanuje ją i
boi się sprawić jej przykrość.
– Bo widzi pan – tłumaczył nam dzielnicowy – to jest banda, chuligańska banda.
Złapaliśmy ich, kiedy po pijanemu zaczęli walić kamieniami w okna willi, gdzie
mieszka konsul P. Była walka. Konsul telefonował.
Wzywał pomocy. Strzelaliśmy nawet na postrach. Teraz znowu chodzą razem i
znowu „polują” Takie głupie chłopaki.
Oburzyliśmy się. Głupie chłopaki? To są bandyci, zwyczajni bandyci!
Myliliśmy się. Józek, Mundek i Bolek nie są zwykłymi bandytami. Ci chłopcy z
Ochoty[82] są chuliganami[83].

Ale co to właściwie znaczy? Czy skoro są chuliganami, to ich czyn jakoś się
przez to uwzniośla i zasługuje na mniejszą karę, czy też na odwrót, na wyższą,
ponieważ staje się bardziej odrażający? Czy na ich poczynania należy patrzeć – jak
powiadają prawnicy – od strony podmiotowej (skoro jest chuliganem, to tym
samym jego czyn nosi znamiona czynu chuligańskiego), czy też przedmiotowej
(skoro popełnił czyn uznawany za chuligański, to znaczy, że jest chuliganem).
Dajmy sobie z tym spokój do rozdziału VII, a tymczasem zajmijmy się tą stroną
życia jednego z czołowych warszawskich chuliganów, 17-letniego Jerzyka-
Atomka, do jakiej nas dopuszczają autorzy. Jak wspomniałem, werbunek Atomka i
dwóch innych chłopaków przez spółkę Czapów i Manturzewski poprzedziła lektura
akt sądu dla nieletnich oraz opinii szkolnych. Chodziło o hersztów, którzy mogliby
wprowadzić socjologów w najbliższe okolice chuligańskich band; dwaj pozostali
„kolaboranci” to 18-letni Klarnet i 16-letni Śledzik, którzy z czasem przyciągnęli
nowych. Chyba tylko przypadkiem tak się złożyło, że Atomek wywodził się ze
środowiska lumpenproletariackiego, Klarnet z robotniczego, a Śledzik z
inteligenckiego. Losy Atomka uznajmy tu za wielce charakterystyczne, a ze
względu na swą typowość ważniejsze od losów jego kumpli i na pewno równie
ważne, co losy chuligańskiej świetlicy na Starówce.
Atomka złowili na Złego. Kilkakrotnie prosił o tę książkę swego opiekuna
(byłego kuratora), ale Zły był towarem deficytowym. Mieli go jednak nasi
socjologowie – i tak się zaczęło. Rodzina Atomka zajmowała mieszkanie
jednoizbowe, w którym tłoczyło się pięć osób: oprócz chłopca i jego matki jeszcze
ciotka, wuj i ich 12-letnia córka. Kiedy Jerzyk był mały, systematycznie tłukła go
ciotka sekutnica, teraz, kiedy dorósł, sam ją tłucze. Jurek to dziecko nieślubne, w
dodatku ojciec N.N., co z pewnością pogłębiało frustrację chłopaka. Przystojny,
„nie ma wyglądu chuligana” lubi się stroić.
Atomkowi groziło odwieszenie wyroku za kradzież, jeśli nie zacznie pracować.
Socjolodzy zatrudnili go więc w świetlicy, płacąc z funduszów ZMP 600 zł
miesięcznie (marnie, ale nie grosze). Do jego obowiązków należały funkcje
bibliotekarza w zaimprowizowanym eksperymentalnym punkcie (książki
przygodowe, podróżnicze, strzelanki, kowbojskie, kryminały), gońca, robienie
zakupów itp.

Był poinformowany, że organizujemy robotę wychowawczo-badawczą wśród


chłopców, czytał uprzednio moje [Manturzewskiego] artykuły, nie ceniąc zresztą
moich kompetencji w tym zakresie. Z pracy był początkowo zadowolony,
później wystąpiły objawy zdemoralizowania – nie spełniał poleceń. Nie
wykazywał przy tym złej woli, ale kapryśny nastrój, deszcze, spotkanie kumpla
itp., często, jego zdaniem, zwalniały go od obowiązków. Nie okradał nas [od
czasu do czasu prosił o parę złotych], czasem łgał, miewał okresy szczerości i
okresy, gdy traktował nas z półdystansu. Nigdy nie był uniżony, nie był też
ordynarny ani nachalny. Do bardziej uciążliwych prac chętnie kooptował
„murzynów” i wyręczał się kumplami.
Jednak ten sympatyczny skądinąd chłopiec jest niemal całkowicie pozbawiony
hamulców moralnych, a także wszelkich zainteresowań, do których dałoby się
apelować przy próbach reedukacji. Nie ma właściwie żadnych planów
życiowych. Czym zajmuje się chętnie? Oto lista: opala się, pływa, uprawia
kradzieże, łowi ryby (pasja), poszukuje ciuchów, chodzi do kina, uwodzi
dziewczyny – tańczy, bierze udział w bijatykach. Nie poczuwa się przy tym do
odpowiedzialności za cokolwiek – a w każdym razie nie daje temu poczuciu
wyrazu. Na przykład nie płacił bodaj że nigdy matce (sprzątaczce) za
utrzymanie, tylko wszystkie zarobki wydawał na ciuchy, kino, fundowanie
wódki kolegom itp. przyjemności[84].

Manturzewskiemu powiedział kiedyś: „Te ręce nigdy nie będą pracować” – po


czym wyciągnął przed siebie niezbyt czyste dłonie.
W Lubartowie ma podobno wielką miłość, Wandę, która – jak mówi – mogłaby
odmienić jego życie, ale „o rany, jakim głupi, nie mogę, zupełnie nie mogę z nią
zagajać, same błahe tematy, a to, o co mi chodzi, nie chce mi przejść przez gardło”
– skarży się socjologom. Miłość rozkwitała więc korespondencyjnie do czasu, gdy
zaproszony na imieniny Wandzi, podczas przyjęcia złamał dwa żebra, rozkrwawił
nos i podbił oko konkurentowi z Lublina. Poważniejszemu, bo inżynierowi.
Sprawy Atomka przeplatają się ze sprawami świetlicy czy też klubu, bo to jednak
placówki tylko dla wtajemniczonych. Deklaruje pomoc, obiecuje zachęcić
kolegów, ostrzegając zarazem, by trzymać się z daleka od bandy niejakiego
Matrosa. U nich też jest świetlica i tam chłopaki robią, co chcą. Milicjantów już
dwa razy rozbroili i postrzelali ściany. Kierownik świetlicy jest zupełnie posłuszny.
Rzucali w niego butelkami i teraz już nie przeszkadza. Mimo wszystko zajęcia
odbywają się normalnie. Książki są naukowe, nikt ich nie czyta. Natomiast
chuligańską biblioteką w klubie na Starówce Atomek jest zafascynowany, bo będą
tam książki kowbojskie i kryminały. Sam czytał Branda o Gwiżdżącym Danie,
czytał Conan Doyle’a i Agathę Christie. Conan podoba mu się bardziej niż Agata,
bo jej książki są czasem bardzo niejasne. A w ogóle to czytał jeszcze Wyspę
Skarbów i Złoto z Porto Bello. Wyspa Skarbów dobra, ale nic specjalnego. Twierdzi
też, że czytał sienkiewiczowską Trylogię i że mu się spodobała. Podobno i coś z
Londona, ale mówi o tym bez entuzjazmu i z pominięciem szczegółów.
Mianowany bibliotekarzem, wziął rzecz na serio. Oświadczył Czesławowi i
Stanisławowi, że nie każdemu wolno dawać książki. Dopiero wtedy, kiedy będzie
wiadomo, kto jest kto i gdzie mieszka, będzie można wypożyczyć.
Atomek wpada na pomysł za pomysłem. A to nauka dżudo, a to zespół jazzowy.
Chętnie chodzi do klubu filmowego „Po prostu” dokąd wstęp załatwił
Manturzewski. Przyprowadza kumpla, który zawsze ma pieniądze i na wszystko go
stać. Kumpel jest z branży, mianowicie „pracuje pod kinami”
Dla odmiany: w chuligańskim klubie piękna gawęda dr. Lecha Godlewskiego o
Polinezji. Przyniósł ze sobą cały album zdjęć. Opowiadał o tubylcach, wśród
których miał wielu przyjaciół, o ich miłości, rodzinie, życiu, ustroju. O faunie i
florze, miejscowych wierzeniach i zabobonach. „Chłopcy słuchali bardzo uważnie.
Patrzyliśmy na ich twarze. Byli zasłuchani. Oczy mieli takie, jakby widzieli wyspy.
Nie nudzili się, mimo iż gawęda trwała około dwóch godzin”[85]. I to wrażenie
chcieli następnie „jak gdyby storpedować, zdeprecjonować”, chociażby rozpatrując
piękną, swobodną erotyczność Polinezyjczyków w kategoriach muranowskiej[86]
prostytucji.
Zaraz potem Czapów relacjonuje: kierownik Staromiejskiego Domu Kultury, w
którym mieści się „chuligański klub”, naskarżył, że chłopaki dobierali się do sali
pingpongowej i że zginął klucz od jego gabinetu. W pierwszej chwili się wypierają,
co Czapów przyjmuje obojętnie, mówiąc tylko, że jak tak dalej pójdzie, to ich
wszystkich wyrzucą z SDK. Argument trafia; choćby przypomnienie, że mają tu
np. własny adapter, na którym mogą puszczać płyty, jakie chcą. I te ukochane
jazzowe. I w ogóle dobrze mieć własny lokal.
W tym lokalu dużym powodzeniem cieszy się mikroskop: „Ale robaki!”
Odbywają się też strategiczne narady. Socjologowie proponują, żeby do klubu na
Nowomiejską przyciągnąć grupę osławionego chuligana: Matrosa. Atomek raz
jeszcze oponuje. Wprawdzie może ich zaznajomić z Matrosem, ale odradza i ten
pomysł, i próby jakichkolwiek bliższych kontaktów. Matrosowi nie można się
przeciwstawić.

Przyniesie tu wódkę, będzie pił. Przyprowadzi dziewczynę i co mu zrobicie? A


jak chłopaki zobaczą, że wy nic Matrosowi nie macie do powiedzenia, będą
robić to samo, co Matros[87].

Ale i tak robili. Czapów i Manturzewski nie mają wątpliwości, że w swojej klubo-
świetlicy chłopcy na pewno kilkakrotnie pili. Zauważyli butelki, a o krzykach w
środku wspominał też ktoś z komitetu blokowego. Za chwilę było jeszcze gorzej.
Oto relacja z 24 czerwca 1956 roku, w skrócie.

Wczoraj nasza świetlica na Nowomiejskiej była terenem próby zbiorowego


gwałtu na pannie X. Jest to niebrzydka trzydziestokilkuletnia panna, dawna
aktywistka katolickich organizacji młodzieżowych. Atomka poznała za naszym
pośrednictwem w mieszkaniu pana K. Atomek zawsze mówił o niej z
dezaprobatą: – Jaka ona głupia, wciąż tylko zasuwa Pismo święte. I wciąż mnie
chciała nawracać, o jakichś świętych wciąż zasuwała, co przedtem byli
chuliganami.
Panna X wykazywała zainteresowanie dla naszych badań, pragnęła obejrzeć
eksperymentalną świetlicę. Atomek: – Ona jest taka nudna, wciąż mnie prosiła,
żebym jej tę świetlicę pokazał. A mnie się nie chciało. Ale ja chłopakom
powiedziałem, to oni mówią: Napuść ją tam, to my ją dopiero „przeżegnamy”
No to akurat wczoraj kupiliśmy dwadzieścia ciastek, dwie butelki wina i tam ją
zaprosiliśmy. A ona nic – idzie. No to my myśleliśmy, że ma chęć... Więc
najpierw ją zamknęliśmy z takim małym (bo nas było czterech), ale ona nic.
Kapujemy przez to okienko w drzwiach – za słaby, nie zaczyna. To my tam
„zakitowaliśmy się” wino wyjęliśmy, ciacha też, no i częstujemy. A ona ciacha
zasuwa, a wina prawie nic, tylko usta macza. Mówi, że lekarz jej zabronił, serce
ma chore! Co ona k... zalewa – co tam wino jej może zaszkodzić. To my
wściekli, bo chcieliśmy ją „podlać na gładko” a tu ona nic, a my już pijani. No
ale nic – kumpel płytę puszcza i zaczyna jej o miłości zagajać. Ona myślała, że
my tak żartujemy, a kumpel ją za kolanko i zaczęliśmy się do niej dobierać. To
ona do drzwi – ale myśmy te drzwi przedtem na klucz zamknęli. „Jerzyk! W tej
chwili oddaj mi klucz!” – ona mówi, a ja się śmieję. To ona leci do okna – chce
stłuc szybę, a tam te kraty żelazne. Chce wrzeszczeć na pomoc, to my ją
odciągamy od okna, sadzamy na krzesło i kumpel zagaja: „Co ty, k..., myślisz, że
my to tak za darmo?! My ci myśleliśmy od razu zapłacić”. – Bo my rzeczywiście
myśleliśmy jej dać po pięćdziesiąt złotych. Tak by miała dwieście złotych –
ciągnął dalej Atomek – ale ona zaczęła się znowu wyrywać do okna i zaczęła nas
drapać okropnie – o, jak mi twarz paznokciami poorała – że ją ledwie mogliśmy
utrzymać. Wtedy kumpel wyjmuje „Gerlacha” (nóż sprężynowy), podsuwa jej
pod nos i mówi: „Milcz, małpo, bo cię zarżniemy”.
To ona zielona się zrobiła, a my jej wtedy zaznaczamy: tak najbardziej lubimy
– poderżnąć i... na ciepło.
Ale nic nie bała się i tak. No to myją wypuściliśmy. „Idź, k..., choćbyś chciała,
to byśmy cię i tak nie chcieli...” – kumpel jej powiedział.

Pomieszczenie świetlicowe było po owej nocy zasłane odłamkami szkła z


butelek, na podłodze pozostały plamy po rozlanym winie. Adapter był uszkodzony,
płyty nie potłuczone (!). Niestety, wątek chuligańskiego klubu-świetlicy urywa się
w początkach sierpnia 1956 roku. A i tak po 24 czerwca do sprawy niedoszłego
gwałtu Czapów i Manturzewski nie wracają.
Zaproponowali natomiast Atomkowi pisanie wspomnień o sobie. Zapalił się do
tej myśli, ale też z miejsca spytał, czy można coś na tym zarobić. Zażądał ponadto
szczegółowych instrukcji, o czym i jak pisać. Prawdopodobnie przyszedł mu do
głowy pomysł założenia drobnego przedsiębiorstwa literacko-komisowego ds.
zakupu wspomnień od chłopaków i odpowiedniego ich spieniężania. Za trzy dni
miał przynieść pierwszych 10 stron. Nie przyniósł. Poszedł do więzienia za
kradzież.
Inaczej niż Gustaw, chuligan „od Atomka”, rzadziej widoczny w relacjach
socjologów. Uważają pod koniec (relacji), że znajduje się zdecydowanie w stadium
procesu samorzutnej reedukacji. Stara się o pracę w Zakładach Radiowych im.
Kasprzaka, ale przedtem chciałby dostać się na Politechnikę. Jest zakochany, chyba
z wzajemnością. Gdyby te dwie rzeczy – miłość i studia – ułożyły mu się
pomyślnie, można by być spokojnym o jego przyszłość.
Podobnie jak o przyszłość Śledzika. Wcześniej zaprzyjaźniony z różnymi
gangami, przywódca własnego, zorganizowanego na wzór wojskowy, należy już do
tych nielicznych chłopców, którzy wyrwali się z objęć gangu – piszą Czapów i
Manturzewski. Matka dostała pokój z kuchnią i zamieszkała z chłopcem. Ma teraz
więcej czasu dla niego. Udało się umieścić Olka w szkole dla dorosłych, pod
opieką świetnego wychowawcy. Chłopak uczy się dobrze. Czyta dużo. Ma kilku
sympatycznych kolegów: dwóch studentów i jednego robotnika. Chce skończyć
studia.
Nie wiadomo, co z Klarnetem; zniknął z pola widzenia.
Czapów z Manturzewskim postarali się też o sprawdzenie kręgosłupa swoich
chuliganów. Nie wypadło to jakoś szczególnie wzniośle. Kiedy słyszeli słowa:
„demokracja” „socjalizm” „Polska” przybierali pobłażliwy wyraz twarzy. Patrzyli
na mówiącego wzrokiem starszego pana mitygującego rozgorączkowanego
nastolatka. Mnie (P.A.) zaskoczyło co innego. Otóż wydawałoby się, że czasowa
bliskość okupacji i związana z nią świeża pamięć o bohaterskich wyczynach
rówieśników z Polski Walczącej nie pozostały bez szlachetnego wpływu na – że
użyję określenia stosownie górnolotnego – postawę moralno-patriotyczną nawet tak
trudnej młodzieży. Nic podobnego. Śledzikowi czy Atomkowi nie imponowały
nawet najbardziej brawurowe akcje chłopców z Szarych Szeregów. Znacznie
bardziej interesowały ich przygody Smukłego Jima[88] czy Paramonowa. Heroizm
widzieli jedynie w walce ze społeczeństwem, nigdy dla społeczeństwa.

I im, i ich towarzyszom mówiono w domu o bezsensowności polskich zbrojnych


porywów. Kompromitowano ludzi ruchu oporu: i tych z AK, i tych z AL. W
domu i w szkole. Hasło przystosowania się do tzw. rzeczywistości i przetrwania
rozlegało się głośno, chłopcy słyszeli je często.
Realizacja tego hasła nie jest zbyt budująca, nie daje żadnych emocji, których
tak bardzo pragnie młody chłopiec. Otrzymuje się, w zamian za realizację
wskazań filozofii życiowej powstałego z grobu dziewiętnastowiecznego
pozytywizmu, chudą pensję, pewien spokój i bezpieczeństwo osobiste.
Wydawało im się to zbyt marną ceną. Niebezpieczny szwindel, kontakt z
konikami i rozhasaną żulią był równie niemoralny a przecież bardziej, w ich
mniemaniu, korzystny. Można się było dobrze zabawić, przeżyć smak życia, a
przy tym czasem nieźle zarobić. Nie interesowali się polityką. Chuligaństwo
uważali za znacznie bezpieczniejszy styl życia. [...] Staraliśmy się kiedyś
wytłumaczyć Atomkowi i jego chłopcom, że Paramonow to tchórz i niedorajda
w porównaniu z Rudym[89] czy Jankiem Krasickim[90]. Ale musimy przyznać,
że nie bardzo to nam się udało[91].

– stwierdzają Czapów i Manturzewski. W kwestiach światopoglądowych różnie


bywało. Mijaliśmy wraz z Atomkiem kościół – pisze w jednej z relacji
Manturzewski – i Atomek się przeżegnał. A przecież zauważyłem kilkakrotnie w
wypowiedziach chłopca aluzje, w których zawarta była drwina z moralności
religijnej. Atomek opowiadał też o swojej znajomości z młodą Żydówką i jej
matką, jeszcze w 1945 roku. Mówił o nich z sympatią, bez żadnych śladów
antysemityzmu. Z kolei Śledzik chętnie chodził do kościoła, aby posłuchać, jak
mówił, ciekawych kazań. Gdy na skutek przeprowadzki zmienili parafię, stracił
zainteresowanie coniedzielnymi mszami, bo kazania okazały się nudne. –
Faktycznie, były okropnie nudne – potwierdziła jego matka[92].
Mniej więcej w tym miejscu kończą się relacje z bliskich spotkań z Atomkiem i
jego kumplami bądź konkurentami. Było ich znacznie więcej. Jak piszą autorzy
Niebezpiecznych ulic,

Trzynaście zbadanych gangów pochodziło z Warszawy, jeden z okolic


podwarszawskich i jeden z województwa warszawskiego. Terenem powstania
gangu były głównie ulice dzielnicy zamieszkanej przez chłopców danego gangu.
Tylko w jednym przypadku okazje do zorganizowania gangu stworzyło
uczęszczanie do tej samej szkoły. Mamy tu na myśli gang podwarszawski. W
tym też gangu dominowali chłopcy, których stosunki domowe układały się w
zasadzie normalnie.
We wszystkich innych gangach ogromna większość chłopców miała złe
warunki domowe (sieroctwo, półsieroctwo, brak opieki, konflikty domowe).
Niemal wszyscy rodzice i opiekunowie w pierwszej fazie chuligańskiej
działalności chłopców albo nie wiedzieli nic o ich przynależności do bandy, albo
też popierali ich przestępczą działalność. Wszyscy badani byli w konflikcie ze
szkołą (złe stopnie, wagarowanie, konflikty z nauczycielami).
W gangu Atomka, który sam pochodził ze środowiska lumpenproletariackiego,
byli synowie robotników i drobnych pokątnych handlarzy, Natomiast w
chuligańskich bandach Matrosa, Atoma [nie mylić z Atomkiem!] i Lolka z
Ochoty przeważali chłopcy ze środowisk zawodowych złodziei, synów
prostytutek i pokątnych handlarzy. Ponadto byli tam młodzi robotnicy,
przeważnie pochodzący ze wsi. W gangu Klarneta tkwiły niemal wyłącznie
dzieci rodzin robotniczych. Chuligańska banda Józka była gangiem młodych
robotników, z wyjątkiem Bolcia – syna inteligentów. Grupa Śledzika była
gangiem inteligencko-robotniczym. Mieszaną bandą robotniczo-inteligencką, z
pewną przewagą młodych robotników pochodzących ze wsi, była chuligańska
banda Rafała z Powiśla. Natomiast gangi Pietruszki i Burka składały się z
chłopców pochodzenia robotniczego i robotniczo-wiejskiego. Chłopcy z gangu
Szatana i on sam byli inteligentami. Grupami mieszanymi inteligencko-
robotniczymi, z przewagą synów inteligentów, były gangi Alego i Eleganta.
Podobny charakter miała chuligańska banda Siewurskiego i gang Otella.
Badane gangi składały się przeważnie z pięciu do dziesięciu chłopców, jedynie
gangi Alego i Byka obejmowały większą ich liczbę. Dziewczynę spotkaliśmy
tylko w jednym gangu. Należy podkreślić, że była ona członkiem elity.
Sześć gangów miało charakter zorganizowanych, posiadających określony
podział funkcji i elementy organizacyjnej dyscypliny. Były to tak zwane „szajki”
Wszystkie inne miały charakter luźnych „paczek” opartych na kręgach
stycznościowych. W szajkach przeważała działalność złodziejska oraz rozbój.
Paczki zajmowały się głównie rozróbką.
Spróbujemy teraz opisać życie i działalność obserwowanych gangów[93].

I rzeczywiście, w następnym rozdziale dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o


chuligańskich paczkach i szajkach, ich gwarze, sposobie działania, wrogach,
strukturze, pochodzeniu chuliganów i wdechowców. A wszystko to słowo w słowo
przepisane z „Po prostu” nr 35 z 1955 roku, czyli z wielkiego pod każdym
względem artykułu Stanisława Manturzewskiego o figusie z Targowej ulicy. Tego
samego artykułu, który czytelnicy już poznali w rozdziale III. Po prostu jego tekst
został w całości włączony do książki, tyle że teraz jako wspólny. Bardzo możliwe
zresztą, że został przez obydwu napisany, ale do druku poszedł pod nazwiskiem
tylko Manturzewskiego ze względu na konspirację, ponieważ Czapów do grudnia
1955 roku ukrywał się przed nachalstwem inwigilującej go na każdym kroku
bezpieki. Nie wyjaśnia to jednak kwestii o wiele ciekawszej.
Przypomnijmy, co Czapów i Manturzewski zapowiadali odrobinę wcześniej:
„Spróbujemy teraz opisać życie i działalność obserwowanych gangów”, a więc – w
domyśle – tych piętnastu, o których mowa dwa akapity wyżej. Wątpliwości
pojawią się wtedy, gdy przeczytamy na stronie 93 Niebezpiecznych ulic, że „wiosną
1956 roku Katedra Pedagogiki Ogólnej UW podjęła z inicjatywy prof. Bogdana
Suchodolskiego cykl badań, poświęconych problematyce wykolejenia młodzieży”
Postanowili włączyć się do – jakbyśmy dziś powiedzieli – projektu. Z dalszego
ciągu ich książki wynika niezbicie, że włączali się w tymże 1956 roku, podczas gdy
artykuł w „Po prostu” – ten sam, który został przedstawiony w Niebezpiecznych
ulicach jako jeden z owoców włączenia – pochodzi, co można niezbicie stwierdzić,
z drugiej połowy roku 1955! Nie komentuję tego, ponieważ, szczerze mówiąc, nie
wiem jak. Autorzy nie żyją, nie mogę zatem ich spytać, a prowadzenie śledztwa w
sprawie z pewnością nie należy do materii tej akurat książki. Przyjmijmy więc
rzecz jako ciekawostkę, ewentualnie z nadzieją, że po jej wydaniu coś się samo
wyjaśni.
Oczywiście, mogłem bez trudu umieścić figusa z Targowej w tym rozdziale
zamiast we wcześniejszym, ale o wiele istotniejsze wydało mi się zachowanie
chronologii. Ten artykuł w 1955 roku miał bez porównania większą wymowę niż
pięć lat później, jako część Niebezpiecznych ulic. Przede wszystkim w tamtym
momencie był aktem obrazoburczym wobec bujd głoszonych przez politruków
każdego szczebla i posłuszną im dotychczas prasę; opowiadał wreszcie
czytelnikom prawdę o prawdziwym problemie, pozostawiając na boku walkę klas.
Odpolityczniał złowrogą ideowo postać chuligana jako agenta imperialistycznej V
kolumny, sprowadzając go do właściwych rozmiarów... chuligana właśnie. W roku
1960 takie odkrycia nie były już żadnymi odkryciami, nikogo nie dziwiły ani nie
bulwersowały.
Przejdźmy jednak do Niebezpiecznych ulic i takiegoż hotelu.

Hotel „Żerań”
Już na kilka lat przed tym, nim autorzy tej książki zaczęli zdobywać materiały,
wiadomo było, że istną wylęgarnię chuliganerii stanowiły hotele robotnicze. Była
to instytucja wielce zasłużona dla ekstensywnego rozwoju społeczno-gospodarczo-
ekonomicznego, nie tylko czasów Wielkiej Odbudowy. Istniała przez prawie całą
Polskę Ludową, z mniejszą intensywnością jedynie na samym jej początku i pod
sam jej koniec, wszędzie tam, gdzie wielkie place budów wsysały dowolny tłum
niewykwalifikowanej siły roboczej. Z czasem małe i duże hotele robotnicze zostały
zastąpione przez mobilne instytucje w postaci „osinobusów” (od miejsca produkcji
w Osinach), tj. ciężarówek na bazie starów, które zamiast pak ładunkowych miały
montowane kabiny o standardach zbliżonych do IV klasy pasażerskiej carskich
pociągów z końca XIX wieku. „Osinobusy” jeździły po okolicach, zbierając i
dowożąc na budowy zakontraktowaną młodzież wiejską, której przeludnione i
rozdrobnione gospodarstwa rodzinne nie miały nic lepszego do zaoferowania. W
wielkich ośrodkach miejskich nie rezygnowano jednak z hoteli.
Wykorzystywanie wiejskiej, niewykwalifikowanej siły roboczej do prac
poważniejszych od budowy stodoły nie jest bynajmniej socjalistycznym
wynalazkiem. Pierwsze z obiektów Centralnego Ośrodka Przemysłowego
(Niezbędnik), niespełnionego snu o potędze II Rzeczypospolitej, powstawały
bardziej w ludzkim – i końskim – pocie i znoju niż w zgiełku potężnych maszyn
budowlanych, karczujących las, budujących drogi, kopiących fundamenty.

– 10 października 1937 roku zatrudniłem się jako prosty robotnik do firmy


montażowej z pierwszą zapłatą 50 groszy za godzinę, ubezpieczeniem od
wypadków i darmowym leczeniem siebie i rodziny. Nigdy mi się śniło, że będę
kiedyś pracował w takich warunkach i zarabiał takie ogromne pieniądze. [...]
Dyscyplina jest, ale bez przesady. Nikt nade mną nie stoi z batem, nie pogania,
nie krzyczy, nie zmusza do tego, żebym wypruwał z siebie flaki i po fajrancie
wyżymał mokrą od potu koszulę. Przerwy na obiad nie ma, ale gdy ktoś
zgłodnieje, może odejść na bok, zjeść chleb, a nawet zapalić. Majster to rozumie
i nie ma nic przeciwko temu, byle taka przerwa nie trwała zbyt długo. Majster i
podmajstrzy przyjechali do nas ze Śląska. Lubią robotę i ludzi, którym się ona
pali w rękach – a ja do takich należę. A że przy tym jeszcze bardziej lubią
pieniądze, to co w tym złego? Ja też lubię. [...] Jak zaczęła powstawać huta,
ludzie poczuli pieniądze w kieszeni, zrobili się pewniejsi siebie, weselsi jacyś.
Jak się zdarzy taka piękna, letnia noc z gwiazdami, chłopaki chodzą przez całą
noc po wsi i śpiewają. Tak po prostu, z radości, że żyją, że są młodzi, silni i
zdrowi, że widzą przed sobą przyszłość. A rano idą do roboty i pracują jak
nawiedzeni

– mówi w kronice filmowej Antoni Burdzy ze wsi Pławo nad Sanem, niespełna 30
km od Sandomierza. Lat 28, ubrany w przykrótką marynarkę w prążki, bawełniany
podkoszulek z małymi guziczkami pod szyją, luźne, szerokie spodnie. I dodaje:

– Trudno im się dziwić, że tak się cieszą. Prawie każdy kupił już coś ważnego do
domu czy gospodarstwa, niektórzy zaczęli już zbierać cegłę i inne materiały na
nową chałupę. Ja też nie narzekam. Teraz mamy sierpień 1939, dobrze mówię?
No więc za trzy miesiące skończymy walcownię, a potem z całą brygadą
pojedziemy do Starachowic stawiać elektrownię. Już teraz jestem pan – stać
mnie na kupienie dzieciakom kiełbasy w sklepiku, a żonie co roku nowych
butów. A na wiosnę przyszłego roku będę jeszcze większy pan: zacznę stawiać
chałupę, murowaną, krytą dachówką.

Do rozmowy włącza się właściciel gospody:

– Po wypłacie przychodzą na kufel piwa i ćwiarteczkę. Chłopak popracuje, ma


prawo się uweselić. Czy ci z fabryki się upijają? Nigdy. Oni by wszystko oddali
za tę pracę, a przez wódkę łatwo mogliby ją stracić. Poczuje rano majster choćby
słaby zapach – idź, chłopie, do domu, możesz nie wracać[94].

Tak, Antek Burdzy był protoplastą późniejszego ludowego chłoporobotnika, z


tym tylko, że każdy ludowy majster, kierownik odcinka, robót, budowy, dyrektor
przedsiębiorstwa budowlanego chętnie oddawałby cząstkę miesięcznej premii czy
rocznej nagrody (wiedząc, że opłaciłoby mu się to z nadwyżką) za podmianę
chłoporobotnika powojennego na przedwojennego. Ten drugi szanował pracę,
pieniądze i awans społeczny. A za pieniądze mógł kupić wszystko, czego
potrzebował: krowę lub konia, maszyny rolnicze, dachówkę, cegłę, meble, rower, a
jak dobrze poszło, to i motocykl albo radio. Był więc czystym wytworem
kapitalistycznej ekonomii. Powojenny chłoporobotnik był wytworem
socjalistycznej polityki, wmawiającej mu, że jest solą ziemi, wobec czego, czy stoi
czy leży, dwa tysiące (mu) się należy, tyle że za swoje zarobione pieniądze – poza
koniem lub krową – nie mógł kupić ani cegły, ani dachówki, ani maszyn
rolniczych, ani roweru, ani motocykla, ani radia, ponieważ były to towary ściśle
przez państwo ludowe reglamentowane, praktycznie dla swoich. Oczywiście, po
pewnym czasie radia w tej pogoni za bogactwem zostały zastąpione przez
telewizory, z rowerami nie było już większych kłopotów, ale z cegłą, dachówką,
cementem, meblami – były do końca PRL.
Zarazem, z jeszcze bardziej interesującego nas tutaj punktu widzenia, hotele
robotnicze odegrały ważną rolę jako instytucje zakorzeniające wiejskich
przybyszów w miejskiej, a zwłaszcza wielkomiejskiej tkance. Tyle że nie od razu,
bo najpierw byli to już nie chłopi, jeszcze nie robotnicy.
Hotelem „Żerań” zajmował się Manturzewski. Brał udział w różnych
miejscowych wiecach, zebraniach, dyskusjach, próbach zespołów artystycznych, a
nawet w pierwszych spektaklach telewizyjnych. Mieszkańcy wiedzieli, że jest
członkiem zespołu piszącego książkę o hotelu. Z czasem uznali go za reportera
tygodnika młodzieżowego, z którym wówczas faktycznie współpracował. Chętnie
na to przystał, uważając, że rola reportera będzie dla mieszkańców bardziej
zrozumiała od roli socjologa. „Historię obyczajową hotelu można podzielić, z
pewnymi uproszczeniami, na kilka faz, różniących się nasileniem objawów
wykolejenia i jego formami” – pisze.
Fazę pierwszą, lata 1952–1953, można by nazwać okresem aklimatyzacji. Hotel
zamieszkiwali wówczas ludzie bardzo młodzi, w wieku 17–19 lat, przeważnie
świeżo przybyli do Warszawy ze wsi i małych miasteczek. Rekrutacja do pracy
odbywała się drogą „zaciągów”. Po prostu agitatorzy jeździli po wsiach Mazowsza
oraz Podlasia i przez głośniki nawoływali do awansu społecznego. Obietnice na
przyszłość zwykle łączyli z poczęstunkiem na bieżąco.
Młodzi zwerbowani zastawali rzeczywistość inną od obiecywanej. Ten hotel
znajdował się na pustkowiu, pośród zarośniętych chwastami terenów przyszłej
dzielnicy Praga II. Do najbliższej zabudowy – konkretnie: slumsów starej Pragi –
było ok. kilometra. Dla wielu hotel był po prostu miejscem noclegowym. Liczba
jego mieszkańców ulegała ciągłym zmianom: stopniowo, falami napływali nowi,
ale i wielu powracało na wieś, rotacja była więc ogromna. Młodzi także w hotelu
trzymali się grupami sąsiedzkimi: ziomkowie z tej samej wsi, koledzy z tego
samego powszechniaka/podstawówki. Grupami wychodzili „na miasto”, grupami
wyjeżdżali w soboty, święta i na urlopy. Początkowo związek z rodzinną wsią był u
wielu silny. Ciułali zarobione pieniądze na zakup inwentarza do gospodarstwa,
prawie wszyscy chętnie zawozili rodzinie prezenty. A zarabiali niemało:
niewykwalifikowani 2–3 tysiące miesięcznie, przy kilkusetzłotowej pensji
szeregowego kolejarza, ekspedientki czy prostej urzędniczki. Oszczędności były
tym łatwiejsze, że często przywozili z domu zapasy żywności. W dodatku opłaty za
hotel i stołówkę były groszowe, bo zakład działał na zasadzie planowego deficytu,
który wyrównywano z pieniędzy państwowych.
„Chłopcy przyzwyczaili się, że wszystko podsuwa się pod nos, wykonuje za
nich” – pisze dalej Manturzewski. W tym okresie „Żerań” przeznaczał duże sumy
na organizację życia kulturalnego mieszkańców, w świetlicy często wyświetlano
filmy, wygłaszano odczyty, co tydzień wożono chętnych na wycieczki. Początkowo
takie akcje-atrakcje były mile widziane, po prostu młodzież brała chętnie, co tylko
jej dawano, w zamian posłusznie wykonując polecenia. Dosyć szybko się to
skończyło, przy czym nie można ustalić wyraźnej cezury między tą początkową
fazą „aklimatyzacji” a postępującą po niej fazą „rozwydrzenia i anarchii”. Sprawy
to indywidualne, natomiast dla całej hotelowej zbiorowości można mówić o
przełomowym roku 1953.
W tym czasie „Żerań” wypełnia się po brzegi (trzysta kilkadziesiąt osób);
mieszkańcy poznają się bliżej, tworzy się względnie jednolita załoga o swoistej
strukturze, hierarchii, wzorach osobowościowych. Manturzewskiemu najbardziej
rzuca się w oczy szybkie zamieranie dotychczasowych kontaktów i sposobów
postępowania, wypieranych przez nowe, przy czym temu procesowi u wielu
chłopców towarzyszą drastyczne objawy wykolejenia, niekiedy przejściowe,
częściej trwałe. Rozluźnia się kontakt z rodzinną wsią czy miasteczkiem. Coraz
rzadsze są sobotnie wyjazdy do domu, coraz mniej pieniędzy odkłada się na
inwestycje w rodzinne gospodarstwo, na prezenty dla bliskich. W zamian coraz
szybciej rosną potrzeby i coraz częściej zaczyna brakować pieniędzy na ich
zaspokojenie, mimo że relatywnie zarobki wciąż są wysokie. Najbardziej
rozpowszechniony staje się syndrom „wiejskiej niedzieli”, obchodzonej trochę
inaczej niż przez Antka Burdzego i jego kolegów. Stanisław Manturzewski tak
tłumaczy ów termin:

Jak powszechnie wiadomo, zabawy wiejskie, urządzane w dni świąteczne, z


okazji wesela, chrzcin itp., z reguły kończą się ogólną pijatyką, a także ogólną
bijatyką. Pensjonariusze hotelu znali doskonale te formy wyżycia się z rodzinnej
wsi. Ale na wsi zabawa – to wydarzenie odświętne. Na co dzień temperament
trzymany jest na wodzy, energię pochłania ciężka praca od świtu do nocy, pięść
ojca, obawa przed opinią sąsiedzką, przed wytknięciem z ambony. Zresztą nie
bardzo jest za co szaleć. Syn zamożniejszego nawet gospodarza nieraz kradnie
jajka w kurniku, aby mieć parę groszy na papierosy. Wszystkie te hamulce w
mieście pękają. Ośmiogodzinny dzień pracy pozostawia chłopcu
przyzwyczajonemu do ciężkiej całodziennej harówki dość jeszcze wigoru (nawet
przy godzinach nadliczbowych). Pięść ojcowska i opinia sąsiedzka pozostały
daleko. Są pieniądze, dużo pieniędzy. A więc...?
A więc „czuliśmy się codziennie jak w święto, codziennie wieczorem była
niedziela! Wszyscy jak gdyby zerwali się z łańcucha!” – mówią o tym okresie
mieszkańcy hotelu[95].
Jednakże – zwraca uwagę współautor Niebezpiecznych ulic – wśród
mieszkańców hotelu żyło też wielu ludzi zawiedzionych i rozgoryczonych, ludzi ze
złamanym planem życiowym, źle przystosowanych do otaczającej rzeczywistości.
Czyli – jak byśmy to dzisiaj w skrócie określili – frustratów. Często sprzyjał temu
sam fakt opuszczenia dotychczasowego środowiska, w którym czuli się biedniej,
ale bezpieczniej. A przecież wielu opuściło wieś wcale nie dobrowolnie; w
rozmowach z reporterem-socjologiem nieraz powracał ten sam motyw: „Ja tam do
miasta się nie rwałem, myślałem sobie gospodarzyć, pszczoły lubię, pasiekę bym
założył’! Niejeden z tych zamiłowanych pszczelarzy czy rybaków opuścił wieś pod
presją biedy w rodzinnej chacie, aby zrobić miejsce licznemu rodzeństwu. Nieraz
decyzja była podjęta w obliczu przymusowej kolektywizacji (Niezbędnik). Ci
ludzie wcześniej wymyślili sobie całkiem inny scenariusz niż ten, według którego
przyszło im żyć, nosili więc w sobie uczucie żalu i chęć zemsty na społeczeństwie
obwinianym za nieudane życie.
Kolejny aspekt migracji, na jaki zwraca uwagę autor, dotyczy tych, którzy nie
zostali bynajmniej wypłoszeni ze wsi nędzą czy strachem przed kolektywizacją.

Emigranci dobrowolni rzadko wrastali w nowe środowisko bez konfliktów.


Młody chłopak, bogacz we własnym mniemaniu, wyzwolony od krępujących go
rygorów patriarchalnej rodziny i więzi sąsiedzkiej, dla [miejskich] kolegów z
pracy, przechodniów, miejscowych dziewcząt był jednak człowiekiem gorszym
– „zającem”, „bocianem”, „chamem”. Zdradzała go zawsze gwara, strój, fryzura
[z zachowaniem wszelkich proporcji: frak/smoking leżą dobrze dopiero na
trzecim pokoleniu – P.A.]. I oto mieszkańcy hotelu zaczęli gorączkowo
upodabniać się do ludzi miejskich, nowoczesnych, oczywiście pod takimi
względami, jakie uważali za najistotniejsze[96].

W owym procesie zmieniania skóry chłopscy synowie rychło znaleźli mentorów


i przewodników. Była już mowa o tym, że hotel znajdował się na pustkowiu, a
najbliższymi obszarami zabudowanymi były slumsy starej Pragi i Targówka. I tam
też ciągnęli „żerańczycy” po wiedzę o miejskim życiu. Koniki pod kinem „Praha”
trzy spelunki zawsze pełne awanturników, prostytutek i handlarzy, bazar na
Stalowej – oto ich instytucje edukacyjne. Również w samym hotelu nie brakowało
podobnych wychowawców. Mieszkała tam pewna liczba chłopaków oraz dorosłych
mężczyzn z gatunku obieżyświatów i niebieskich ptaków. Taki facet nierzadko
miewał na koncie więcej niż jedno przestępstwo; co kilka miesięcy zmieniał hotel
robotniczy, łatwo przenosił się z miasta do miasta w pogoni za przygodą lub
lepszymi warunkami pracy. Łatwo popadał w konflikty z kierownictwem i
kolegami, bywał agresywny i przy byle okazji rzucał pracę, by popróbować nowej
w innym krańcu Polski. Niby to był robotnikiem, ale zawsze trochę kradł i
handlował. Często miał za sobą staż pracy w Nowej Hucie, na Ziemiach
Odzyskanych lub w portach w czasach, gdy ośrodki te były siedliskami
demoralizacji.
Jasne, że podobne indywidua imponowały młodemu i niedoświadczonemu
narybkowi, upojonemu dodatkowo wódką i nieznaną dotąd wolnością. Toteż wokół
szemranych mentorów zaczął się gromadzić tłumek zauroczonych chłopaczków.
Potworzyły się nowe grupy, zawarto przyjaźnie poczęte i scementowane w hali
fabrycznej, na zabawie, podczas bójki w knajpie i pod nią. Mentor pokazywał, jak
chodzić na k..., a w razie czego chętnie pełnił rolę pasera rzeczy kradzionych w
fabryce, był prowodyrem pijatyk i bójek. Słowem: uczył nowicjuszy życia.
Zapatrzony w starszego prowodyra jak w obrazek młodzieniec stawał się
chuliganem, nawet o tym nie wiedząc.
Przy okazji mentor wyrastał na arbitra elegancji i grandziarskiego savoir vivre’u.
Wkrótce „nad podlaskim czy mazowieckim obliczem pojawiała się plereza, a
później fanfan”, hotel zapełniał się osobnikami wystrojonymi w (bazarowe)
fantastycznie kolorowe koszulki w smoki, palmy, golaski, koniecznie wąziutkie
spodnie i prążkowane skarpetki.
Ponieważ te szczawiki tak naprawdę nie znały jeszcze rzeczywistej wartości
pieniądza, stawały się jednodniowymi milionerami po wypłacie, by na wiele dni
przed następną wypłatą (za dwa tygodnie) nie mieć pieniędzy choćby na
stołówkowy obiad. W tygodniu najbardziej niespójnymi dniami były weekendy.
Nie znano jeszcze tego terminu – oczywiście chodziło o soboty i niedziele, z tym,
że o wolnych sobotach nikomu się nawet nie śniło, natomiast z reguły pracowano w
ten dzień o 2 godziny krócej. „Żerań” przeżywał wówczas scenariusz znanego nam
już widowiska pt. Na wsi wesele, tyle że w robotniczo-hotelowej scenerii, z
pseudomiejskimi bohaterami i wśród pseudomiejskich didaskaliów. Niezbędne
składniki w postaci pijatyki i bijatyki uzupełniano o wizyty praskich panienek w
wieku przeważnie trolejbusowym[97], obsługujących skrupulatnie pokój za
pokojem, z zachowaniem ustalonego wcześniej przydziału pięter. Myliłby się
natomiast ktoś, kto by przypuszczał, że kres ekscesom kładły interwencje milicji.
Otóż funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej – pod tym względem całkowicie
solidaryzując się z innymi obywatelami z musu zaplątanymi w te okolice –
szerokim łukiem omijali hotel „Żerań”, w słusznej obawie przed doznaniem
fizycznej krzywdy podczas próby jego pacyfikacji. Pokaźny bowiem procent
niebezpiecznych mieszkańców hotelu co jakiś czas przebywał w aresztach lub
więzieniach, co zarazem oznaczało, że inny ich procent przebywa na miejscu.
Stróże porządku woleli nie przekonywać się, jaki to procent, zwłaszcza że prawie
wszyscy pensjonariusze hotelu mieli przy sobie noże sprężynowe.
Charakterystyczną cechą „Żerania” była dwustronna przemakalność. Z jednej
strony hotelowe zabawy chętnie nawiedzali prascy chuligani, bynajmniej nie z
myślą o integracji. Z kolei miejscowi chuligani – w odwecie lub dla przyjemności –
chętnie podejmowali wypady na praskich.
Jednak nie należy sobie wyobrażać, że hotel był jedynie wylęgarnią chuliganów.
Z kilkunastu chłopców z jednej wsi paru uporczywą pracą, przez szkoły
wieczorowe i kursy inżynierskie wyrastało na ludzi, zasilając szeregi nowej
inteligencji, paru szło do więzień; oprócz bezpowrotnie straconych bądź
pozyskanych dla społeczeństwa była oczywiście i grupa typu „ni pies, ni wydra”
Zwłaszcza w połowie 1955 roku daje się zauważyć wyraźny przełom – pisze
Manturzewski.
Istotnym czynnikiem były zmiany w otoczeniu hotelowego budynku. Na
dawnym pustkowiu wyrosło nowoczesne 20-tysięczne osiedle Praga II, a wraz z
nim sieć komunikacyjna, zieleńce i skwery, dwa kina, kawiarnie, sklepy i punkty
usługowe. Mieszkańcy hotelu znaleźli się więc w orbicie wpływów zupełnie
odmiennego środowiska, nie musieli już pielgrzymować po zakupy do slumsów
starej Pragi. Co więcej, w osiedlu zamieszkało wielu ich kolegów z fabryki, czasem
już zwierzchników, inżynierów, słowem: ludzi, z którymi spotykali się na co dzień
w pracy i z którymi musieli się liczyć. Prawidłowo zadziałał też kolejny czynnik
uspokajający, mianowicie obecność dużej liczby ostrożnie do tej pory
dawkowanych milicjantów. Żaden cud – po prostu wielu funkcjonariuszy, w tym
zwłaszcza oficerów, dostało na Pradze II mieszkania służbowe. Wątpię, by sami
oficerowie uganiali się z pałami[98] za chuliganami z „Żerania”, natomiast z
pewnością umieli do tego zmobilizować podwładnych, choćby w trosce w własne
rodziny.
Zmieniło się jeszcze kilka istotnych elementów, m.in. sposób rekrutacji nowych
mieszkańców hotelu. Wcześniej trafiały do niego grupy rówieśników z jednej wsi
lub szkoły, obecnie pojedynczy chłopcy byli ściągani przez krewniaków lub
sąsiadów. Wróciła też spora gromadka z wojska – z poboru przed dwoma, trzema
laty. Ci hotelowi weterani, czasem już żonaci i dzieciaci, zdążyli się wyszumieć i
dość skutecznie wzięli w karby niesfornych młodzików. I jeszcze jedna, ważna
okoliczność: władza stwierdziła, że zarobki niewykwalifikowanych żółtodziobów
są nieadekwatne do pożytków, a ponadto stanowczo za wysokie w stosunku do
przeciętnych krajowych płac. Zlikwidowała zatem kominy, bynajmniej nie
podwyższając średniej krajowej, lecz wprowadzając nowe siatki wynagrodzeń,
radykalnie obniżające dochody. Zaczęło więc brakować na alkohol, prostytutki i
inne rozkosze dolce vita, skończyły się cowieczorne wiejskie niedziele. Niektórzy
zaczęli nawet oszczędzać!
Ponieważ wiele psów nawieszaliśmy tu – ja za sprawą Manturzewskiego – na
inkryminowanym „Żeraniu” więc przemilczenie dalszej jego rehabilitacji byłoby
nieuczciwe. Oto w ciągu 1956 roku nie ujawniono na terenie hotelu ani jednego
przestępstwa, bardzo 4 poważnie spadła liczba wykroczeń, awantur i bójek. Co
więcej, wśród mieszkańców zaczęły się kształtować nowe postawy moralne,
kontrastowo odmienne od poprzednich. Zaczęto na przykład ostro piętnować
kradzieże dokonywane na terenie fabryki, podczas gdy przedtem z moralnym
potępieniem spotykała się raczej tylko kradzież przedmiotów prywatnych,
należących do kolegów – zauważa socjolog. I dalej pisze:

zwrot ten jest zupełnie zrozumiały na tle ogromnego wzrostu świadomości


społecznej, ogromnego zaangażowania w procesy przemian ogólnonarodowych
[polski Październik]. Mieszkańcy hotelu zaczęli traktować swoje osobiste
nadzieje jako nierozłączną cząstkę wielkich wydarzeń państwowych, uchwycili
związek codziennych problemów zakładu i dzielnicy z nurtem przemian
społeczno-politycznych. Zaczęli też wierzyć, że świat jest możliwy do
naprawienia i że niejedno zależy od ich własnej działalności. W okresie tym
nawet trudno było prowadzić badania, każdy bowiem wywiad kończył się
rozmową na tematy społeczno-polityczne, a każda próba wrócenia do
problematyki wykolejenia traktowana była jako „zagadywanie”, wymigiwanie
się od odpowiedzi na jedynie interesujące rozmówców tematy polityczno-
społeczne[99].

Po hotelu krążyły wiersze polityczne, piosenki, słowem: cały ówczesny


rewolucyjny folklor. Opowiadano dowcipy i plotki, komentowano wydarzenia
polityczne na szczeblu międzynarodowym, państwowym, miejskim, zakładowym.

Tuż przed Październikiem chłopcy demonstrowali dumę z przynależności do


przodującej („najbardziej rozruszanej”) załogi w kraju. Słowo „Żerańczyk” stało
się w ich mniemaniu słowem zaszczytnym i zobowiązującym do specjalnego
zachowania[100].

Do tego wszystkiego sprawa może drobna wobec natłoku wielkich, ale nie bez
znaczenia. Otóż zlikwidowano najgorsze mordownie starej Pragi: „Słonia”
„Tempo” i „Wisłę” oraz bazar przy Stalowej.
Tak więc „Żerań” stopniowo, chwilami nad podziw normalnieje, tracąc charakter
wylęgarni chuliganów. A im bardziej normalnieje i traci, tym mniejsze budzi nasze
zainteresowanie jako zbiorowa gwiazda rozdziału V. Czas zatem na rozdział VI.

Niezbędnik do rozdziału V
COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Wielki kompleks przemysłu zbrojeniowego i
towarzyszącego, usytuowany w widłach Wisły i Sanu oraz na terenach przyległych jako
najbezpieczniejszych ze względu na dużą odległość od ZSRR i Niemiec (co okazało się iluzją, gdy
Hitler zajął Czechy i Morawy, a Słowacji pod wodzą księdza premiera Josefa Tiso pozwolił wybić
się na niepodległość, za co podziękowała, wkraczając 1 września 1939 roku do Polski siłami
trzech dywizji, bez wypowiedzenia wojny), a zarazem obfitującego w ważne surowce, jak ropa
naftowa, rudy żelaza i miedzi, piryt, glinkę ogniotrwałą, fosforyty. Budowę COP rozpoczęto w
1936 roku, przerwał ją wybuch II wojny światowej.

Czapów Czesław (1925–1980). Socjolog, pedagog, antropolog. Z piękną kartą okupacyjną (od
szesnastego roku życia w AK, ciężko ranny), mało przychylny ustrojowi, co musiało zaważyć na
odrzucaniu kolejnych wniosków o nominację profesorską. Twórca nieformalnej tzw.
warszawskiej szkoły resocjalizacji i główny współtwórca Instytutu Profilaktyki Społecznej i
Resocjalizacji UW. Także twórca pierwszego w Polsce ośrodka badań opinii publicznej (OBOP
przy Polskim Radiu, 1958). Autor licznych prac naukowych, esejów i artykułów publicystycznych.

Klub „Krzywego Koła”. Działający w Warszawie w latach 1955–1962 klub dyskusyjny o


charakterze wolnomyślicielskim, krytyczny wobec władz PRL. Nazwa wzięła się od staromiejskiej
uliczki Krzywe Koło, przy której w prywatnym mieszkaniu odbywały się pierwsze spotkania.
Zestaw nazwisk członków klubu niezwykły: od Tadeusza Kotarbińskiego po Jacka Kuronia, od
Leszka Kołakowskiego po Stefana Kisielewskiego, od Władysława Bartoszewskiego po Jana
Olszewskiego, od Jerzego Urbana po młodego Michnika. Członkiem KKK był także Czapów.
Działalność Klubu została w 1962 roku zakazana na fali poodwilżowych represji. Można
powiedzieć, że władza czuła pismo nosem, ponieważ KKK był swoistym inkubatorem przyszłej
opozycji demokratycznej.

Kolektywizacja wsi. We wrześniu 1948 roku KC PZPR zdecydował o kolektywizacji wsi polskiej.
Pomimo nachalnej propagandy i masowego najazdu dziesiątków tysięcy aktywistów na wsie i
wioski, chłopi opierali się jak mogli i do końca 1951 roku oddali swe ziemie jedynie 2200
spółdzielniom produkcyjnym (0,8% całej powierzchni gruntów rolnych, 23 tys. członków, głównie
repatriantów ze Wschodu na Ziemie Odzyskane), i to pomimo licznych szykan w rodzaju rewizji,
podczas których złośliwie niszczono mienie gospodarskie, domiarów, czyli rujnujących
dodatkowych a niespodziewanych podatków, także grzywien lub nawet aresztów za rzekome
niewywiązywanie się z dostaw obowiązkowych na rzecz państwa itp. Zastosowanie w 1952 roku
bodźców ekonomicznych sprawiło, że liczba spółdzielni produkcyjnych wzrosła do 7800 (6,7%
areału) i 160 tys. uspołecznionych chłopów. Po październiku ’56 rolnicy masowo opuszczali
spółdzielnie, których liczba spadła w rezultacie do ok. 1800. Oddzielną kwestią było utworzenie
w 1949 roku z gruntów Państwowych Nieruchomości Ziemskich i państwowych zakładów
hodowlanych – Państwowych Gospodarstw Rolnych (nieszczęsnych PGR-ów). W każdym razie
Polska była jedynym krajem obozu komunistycznego, w którym nie udało się przeprowadzić
pełnej (a nawet znaczącej) kolektywizacji rolnictwa.
Rozdział VI

ZŁY, CZYLI SAMOTNY KLASYK

Mówi się, że można czasem poznać autora po życiorysie, a życiorys po dziele.


Jeśli w ogóle jest to prawdą, to w przypadku Leopolda Tyrmanda o tyle, o ile.
Niemożliwa do jednoznacznej oceny była jego droga życiowa w
najkoszmarniejszych latach XX wieku. Wróg Polski Ludowej nie tylko w jej wersji
z lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych, ale socjalizmu i komunizmu w
ogóle. Zarazem, niewiele lat wcześniej, dziennikarz, felietonista sowieckiej
gadzinowej prasy. Pisarz, który w jednym dziele (Dziennik 1954) przedstawiał swą
ukochaną Warszawę jako odrażające, pełne błota miasto zatłoczone
brudnymi[101], otępiałymi od codziennych kłopotów, zrezygnowanymi ludźmi,
ofiarami koszmarnych warunków mieszkaniowych, kolejek i strasznej
komunikacji, by w drugim (Zły) opisywać ją jako pełną życia i przedsiębiorczych
mieszkańców, niemal radośnie rozwijającą się metropolię, w trzecim zaś (Życie
towarzyskie i uczuciowe) powrócić do pierwszego wizerunku stolicy.
Skąd ta nagła – i chwilowa – przemiana Tyrmanda w czasach Złego? Gdzie
należy szukać odpowiedzi i czy w ogóle warto? Na początek jednak spróbujmy coś
powiedzieć o autorze tej łotrzykowskiej ballady, skoro nasza tytułowa chuliganeria
pojawia się w każdej jej części i to sportretowana w sposób, jakiego mogą
pozazdrościć autorzy uprawiający literaturę faktu. Otóż ci chuligani, którym
przyszło przeczytać Złego (choć Atomek zdradził Manturzewskiemu, że dla
niektórych z jego paczki była to lektura za trudna), w zmyślonej przecież fabule
rozpoznają siebie w stu procentach. Są wśród nich tacy, którzy marzą o poznaniu
autora książki.
Leopold Tyrmand urodził się w 1920 roku w Warszawie w rodzinie żydowskiej,
bardziej zasymilowanej niż pobożnej. To sam Leopold stał się pobożny; gdy (zaraz
po wojnie?) przeszedł na katolicyzm. Chętnie podkreślał swą religijność, co mogło
stanowić zasłonę dymną, za którą ukrywał pochodzenie, przez długie lata nie
przyznając się do niego – chyba tylko przed sobą, bo reszta i tak swoje wiedziała.
Wcześniej, po maturze w Warszawie, wyjechał do Francji, gdzie studiował
architekturę w paryskiej Akademii Sztuk Pięknych. Studiów nie ukończył: w 1939
roku podczas wakacji w Polsce zastał go wybuch wojny. Uciekł przed Niemcami
do Wilna, które – po krótkim epizodzie litewskim – w czerwcu 1940 roku wpadło
w sowieckie ręce.
I stało się tak, że późniejszy zajadły wróg komunizmu już po miesiącu przystał
do wileńskiej „Komsomolskiej Prawdy”, organu Komunistycznego Związku
Młodzieży Litwy, wychodzącego również po polsku. Tyrmand był tam redaktorem
działu sportowego, z czasem także anonimowym autorem stałych felietonów.
Różni biografowie różnie mówią o tej współpracy. Jedni uważają, że jej przyczyny
były najprostsze z możliwych – materialne; drudzy tłumaczą ją młodzieńczym
zafascynowaniem nowo poznaną ideologią; jeszcze inni są przekonani, że chodziło
tylko o przykrywkę dla działalności konspiracyjnej. Faktycznie, wiosną 1941 roku
NKWD aresztowało Tyrmanda, dostał wyrok 8 lat (sam twierdził, że 25). W
każdym razie niewiele z tego wyroku odsiedział, bo po agresji Niemiec na ZSRR
odzyskał wolność. W 1942 roku dzięki sfałszowanym dokumentom jako rzekomy
Francuz wyjechał na roboty do Niemiec. Tam imał się różnych prac, od tłumacza
do palacza okrętowego. Nie ominął go też obóz koncentracyjny za próbę ucieczki z
Rzeszy. Do Polski wrócił w 1946 roku, oczywiście do Warszawy.
W latach 1947–1949 Tyrmand był cenionym autorem tygodnika „Przekrój”
popołudniówki „Express Wieczorny”, dziennika „Słowo Powszechne” a zwłaszcza
ukochanego „Tygodnika Powszechnego” Ten ostatni został karnie zamknięty za
odmowę wydrukowania wiernopoddańczych hołdów po śmierci Stalina (marzec
1953). Niektórzy z biografów piszą, że utrata pracy wstrząsnęła podstawą bytu
materialnego Tyrmanda, ponieważ towarzyszył jej jeden z wilczych biletów, w
jakie władza hojnie zaopatrzyła członków zespołu niepokornego „Tygodnika”. Już
nie chodziło o znalezienie pracy w dziennikarstwie, w którejś z licznych redakcji –
chodziło o znalezienie pracy w ogóle. Gdy takowa pojawiała się na horyzoncie –
choćby kelnera w podrzędnej knajpie – jak spod ziemi wyrastał ubek tłumaczący
potencjalnemu pracodawcy niestosowność zatrudnienia elementu obcego klasowo.
Przynajmniej tak się żalił w jednym z wywiadów, ćwierć wieku po wydaniu Złego.
Nie potwierdza tego najobszerniejsza, najskrupulatniej sprawdzona, a tym samym
najbardziej prawdopodobna (krąży ich kilka) wersja Dziennika 1954, w
opracowaniu Henryka Dasko.
Owszem, niekiedy bieda zaglądała Tyrmandowi w oczy, ale mimo wszystko stać
go było i na modne ubrania, i na kawiarnie, restauracje czy bale, nawet na pożyczki
lub prezenty dla przyjaciół i dobrych znajomych. A jeśli coraz bardziej cierpiał, to
z powodu knebla, jaki mu założyła ludowa władza. Wielu pomagało mu,
zamawiając wykonanie tzw. prac zleconych, tłumaczeń, adiustacji tekstów
publikowanych później pod pseudonimami, scenariuszy bez końca poprawianych,
ale po każdej poprawce na nowo opłacanych, a także artykułów, których nigdy nie
drukowali. Tyrmand przyjmował to wszystko nie bez poczucia moralnej wyższości
jako sprawiedliwy, który się reżimowi nie kłania. Choć mógłby – zaganiając w kozi
róg mniej zdolnych, czyli całą resztę prócz Kisielewskiego i Herberta – żyć wtedy
lepiej niż dostatnio. Poza tym pomagali zaprzyjaźnieni księża. Skali tej pomocy
Tyrmand nie ujawnia. Na pewno uśmiechem losu był dla niego tani pokoik nr 363
w hotelowej części gmachu należącego do chrześcijańskiej organizacji młodych
mężczyzn YMCA[102] (budynek przy Konopnickiej 6 stoi do dziś, mieści się tam
m.in. Teatr IMKA Tomasza Karolaka), ze wspólną łazienką i WC na korytarzu.
Gdy w 1949 roku polska YMCA została zlikwidowana przez władze i
przeznaczona na zetempowski Młodzieżowy Dom Kultury, zaczęło się rugowanie
mieszkańców. Część uległa szykanom, ale Tyrmand się nie dał. Miał w końcu
legalny nakaz kwaterunkowy.
Wcale nie rozglądał się za wybawieniem w postaci pierwszego lepszego etatu.
Mało tego – własne bezrobocie uważał za rodzaj luksusu, dzięki któremu mógł w
południe roboczego dnia przespacerować się Traktem Królewskim, uniknąć
ogłupiającej socjalistycznej dyscypliny w godzinach, a zebrań, szkoleń
ideologicznych i prasówek po godzinach pracy. Uważał, całkiem słusznie, że
zasługuje na coś więcej. Tyrmand nie był o sobie najgorszego mniemania,
prezentując się w Dzienniku 1954 jako „bon viveur” i rozczulając się nad sobą w
chorobie, pół żartem, pół serio:

tak tu sobie leżysz, niegdyś popularny dziennikarz i publicysta, beniaminek


„Przekroju”, imprez jazzowych i świetnie zbudowanych dziewczyn, a także
kobiet o bujnej urodzie, adresat licznych listów od czytelników, wyróżniający się
sposobem ubierania [...] i łzą zachodzi ci oko, albowiem w chwili bezsiły i nędzy
nie ma ci kto podać łyku wody[103].

Dość nieoczekiwanie w początkach roku 1954 podpisał umowę na popularną


powieść sensacyjną. Zachowała się fotokopia dokumentu z 10 maja 1954 roku,
wystawionego przez Spółdzielnię Wydawniczą Czytelnik:

Niniejszym zaświadczamy, iż ob. Leopold Tyrmand pisze dla naszego


wydawnictwa powieść sensacyjną o chuliganach i bikiniarzach. Zaświadczenie
wystawia się celem przedstawienia w Komendzie Głównej MO. Redaktor Działu
Polskiej Literatury Współczesnej H. Wilczkowa.

A także faksymile pierwszej strony umowy wydawniczej, w myśl której autor


zobowiązuje się napisać powieść sensacyjną pt. Zły, za co otrzymuje pierwszą
zaliczkę w wysokości 6750 złotych. Nie są znane bliższe okoliczności tego
wydarzenia. Sam Tyrmand był zaskakująco powściągliwy; może jako człowiek
przesądny nie chciał zapeszyć. W Dzienniku 1954 wpisał pod datą 12 stycznia, że
przypadkiem wpadł na panią z Czytelnika.

Ze spotkaną na Wiejskiej panią redaktor pogawędziłem chwilę i zapytałem, czy


to prawda, że kurs zelżał, że przygotowuje się wydanie książek dotąd
wstrzymywanych i rozmawia z autorami dotąd bardzo be. Pani redaktor
przyznała, że owszem[104].
Prawdopodobnie – czego już Tyrmand nie pisze – tak to się zaczęło. W
ekspresowym tempie, bo powieść o przewidywanej objętości 18 arkuszy po 22
strony (1500 zł za arkusz) miała trafić do wydawnictwa już 1 października 1954
roku! To chyba rekord nieodnotowany w księdze Guinnessa.
Co wtedy Tyrmand wiedział i myślał o chuliganerii? Ze swym wyostrzonym,
dziennikarskim zmysłem obserwacji na pewno więcej od przeciętnego Polaka. W
Dzienniku 1954 pod datą 24 stycznia zamieszcza na ten temat obszerny wykład,
którego ze zrozumiałych przyczyn nie mógł wygłosić publicznie. Niewiele z niego
przeniknęło na kartki Złego, reszta zatrzymała się chyba na sicie cenzury
redakcyjnej lub państwowej – a może i autocenzury, jeśli Tyrmand uznał, że ten
jego wymarzony przez lata pisarski Paryż wart jest mszy.
W Dzienniku 1954 pisze jeszcze, co myśli.

Rosja Sowiecka miała swój paroksyzm chuligaństwa w latach dwudziestych: oni


twierdzą, że zwalczyli chorobę przy pomocy pedagogiki Makarenki, ale coś mi
się wydaje, że kiedy zdecydowali się na walkę z niżem moralnym i
zezwierzęceniem [...] łagry i Biełomorski Kanał bardziej pomogły niż
Makarenko. Zaraz po wojnie mówiło się u nas, że zdziczenie jest następstwem
wojny, hitlerowskich nieludzkości na co dzień, powojennego bezhołowia, nędzy,
słabej władzy państwowej, okrutnych starć politycznych. [...] Pod koniec lat
czterdziestych i w początku pięćdziesiątych nastąpił rodzaj uspokojenia i
stabilizacji, lecz ze dwa lata temu znów eksplozja rozwydrzenia na niesłychaną
skalę i o symptomach niepokojąco różnych od znanych nam dotychczas.
Wygląda na to, jakby stare, znane z tradycji źródła fizycznego gwałtu jako
rozrywki straciły swą aktualność, natomiast pojawiły się nowe, zadziwiające swą
nieprzewidywalnością i nieobliczalnością, wyrzucające na widok publiczny
nowe, zastraszające wynaturzenia odruchów i odczuć. Warunki społeczne –
wytrych poznawczy komunistów – zawiodły bez reszty jako odczynnik
socjologiczny zjawisk: w kraju panuje jakoby ustabilizowany porządek
społeczny, młodzież wychowywana jest w ramach funkcjonującego systemu,
strona materialna życia przestała być wylęgarnią fermentów i anomalii, uległa
systematyzacji i upowszechniła pewną normą egzystencji, która nie stanowi
powodu do rewolty. A przecież starannie ukrywane fakty okrucieństwa i
zdziczenia przenikają do wiadomości publicznej, szesnastoletni ludożercy
wyrzucają z wagonów inwalidów prosto pod koła podmiejskich pociągów,
masakrują konduktorów, ćwiartują nożami mężów stających w obronie swych
napastowanych żon na letniskowych stacjach. W Poznaniu – w Poznaniu! w
najstateczniejszym mieście polskim! – banda wyrostków dopuszczała się
regularnych gwałtów seksualnych na sześcioletnich dziewczynkach i – jak się
okazało w śledztwie – młodociani zwyrodnialcy rekrutowali się głównie z
poznańskiego liceum pedagogicznego. Tramwaje, autobusy, kina, bary mleczne
są z reguły terenem agresji i awantur, kończących się kalectwem, częstokroć
zabójstwem. Kulminacją rozbestwienia było zdemolowanie kamieniami w
Ząbkach[105] pod Warszawą karetki pogotowia, która wiozła do szpitala
śmiertelnie rannego człowieka uprzednio wtrąconego pod koła pociągu przez
ząbkowskich chuliganów. W obliczu takich faktów stajemy naraz poza dobrem i
złem, jak powiedział pewien facet z Niemiec, oglądający wyczyny Rosjan,
którzy dożyli maja 1954 r. i wyszli z obozów jenieckich nazajutrz po
zwycięstwie. [...]
Analiza marksistowska, jak zawsze, ugina się pod ciężarem schematyzmu.
Egzegeza przyczyn, jak zawsze, potępiająco prosta: spuścizna po kapitalizmie –
wygodnie zapominając, że dzisiejsi chuligani uformowani zostali psychicznie
przez Polskę Ludową i jej rzeczywistość, dywersja klas posiadających, ginącego
kułactwa i drobnomieszczaństwa – beztrosko zapominając, że gros chuliganów
to pracujący w upaństwowionej gospodarce proletariat, zaś kapitalista nie ma
dziś nawet prywatnego baru, w którym mógłby rozpijać chuligana. Ale dwa
argumenty marksistów wykazują bezradność, która jest jakby zarazem
gotowością do przyznania, że kompleksowe zawiłości stoją poza możliwością
oficjalnej dialektyki. Niektórzy komunistyczni rzeczoznawcy i dziennikarze
przebąkują, że to, co się dzieje, może być winą całego społeczeństwa, które nie
wie, jak wychować swą młodzież. To jest novum sugerujące, że nikt nie jest bez
winy, a więc i komuniści; z drugiej strony jest to argument niebezpieczny,
trącący odpowiedzialnością zbiorową, czyli w gruncie rzeczy argument
totalniacki: długo trzeba mi będzie tłumaczyć, że ofiara pobicia w równej mierze
odpowiada za to przestępstwo jak ten, kto je popełnił; dopuszczając ten rodzaj
rozumowania zgadzamy się na to, że jednostka zdeprawowana i czynnie
pogłębiająca zło ma równe prawa ze swym oponentem, jako że są członkami
tego samego społeczeństwa, a to jest karykatura anicheizmu spreparowanego dla
celów kolektywizacji odpowiedzialności. W końcu marksiści mówią: przyczyną
są ruchy migracyjne mas ludzkich w związku ze zmieniającą się geografią
gospodarczą Polski. I to jest słuszne. Takie migracje niszczą naturalne pod...łoże
domowe, rodzinne, obyczajowe, usamodzielniają wcześnie i bez żadnych
zobowiązań wyrostków obojga płci, dają w ręce własne pieniądze, a więc i
wódkę, piętnastolatkom, unicestwiają tradycyjne więzy i samokontrolę, a także
hierarchie wartości, które stanowią o stylach życia. Od nich zaczynają się
manowce antyspołecznych reakcji, przedstawianych jako społeczny postęp w
płytkiej literaturze. Nowa Huta ma klimat obyczajowy Arizony czy Klondike
sprzed osiemdziesięciu lat: nie ma w tym nic nadzwyczajnego, przechodzimy
przez fazę industrializacji i nagłych społeczno-gospodarczych zrywów, jakie
Ameryka ma od dawna poza sobą.
Ja mam swój własny pogląd i dla mnie chuligaństwo to jeszcze jeden dowód
na marksistowską klęskę teorii. Marksiści wierzą, że jak praktyka zawodzi, to
błąd tkwi w praktyce, a nie w teorii, która ją poczęła. Mają zakazane pociąganie
teorii do odpowiedzialności. Konsekwencje nie dają na siebie czekać. Gdy facet
po czternastym powrocie z domu poprawczego rozwala łeb pierwszemu
lepszemu widzowi w kinie, marksiści ciągle jeszcze upierają się, że to nie
wychowawcza teoria zawiodła, lecz ci, którzy nie potrafili faceta wychować –
pedagodzy, społeczeństwo, szkoły, organizacje młodzieżowe. Jeszcze nie
zaświtała im w głowie myśl o grzechu pierworodnym. Chuligaństwo nie jest
tylko zjawiskiem społecznym, ma swe rozliczne nurty, ma swe źródła w
kulturze, w mozaice aktualnie panujących wierzeń, jest także szkołą zbrodni, [...]
Niż cywilizacyjny, w jakim żyjemy, ma tak splątane korzenie, że nie bardzo go
sobie umiemy wyjaśnić. Tylko obskurancki antykomunista może sobie pozwolić
na komfort myślenia, z którego wynikałoby, że materialne ubóstwo i psychiczna
wrogość społeczeństwa do reżymu stanowi jedyne i całkowite wyjaśnienie
cywilizacyjnego niżu, a zatem i chuligaństwa, to byłoby równie prostackie, jak
bełkot komunistów o przeklętej spuściźnie kapitalizmu. Wiemy, że Zachód ma
analogiczne kłopoty, [...] Ale wiemy także, że państwo totalne jest w stanie w
każdych warunkach zaprowadzić u siebie formalny porządek i zredukować do
minimum wybryki lumpenproletariatu – o ile jego władcy rzeczywiście tego
chcą. [...]
Ja mam wątpliwości, czy obecni władcy Polski chcą efektywnej walki z
chuligaństwem. Anarchia, bezprawie, brak odpowiednich ustaw i paragrafów w
kodeksie karnym, o ile ograniczone do niezagrażających ustrojowi dawek i
wydzielane pod kontrolą, są pożądanym elementem sprawowania rządów w
totalizmach. [...] [Na] MDM-ie widziałem niedawno przeciągłą bitwę paru
milicjantów z watahą wyrostków. Przechodnie kibicowali obojętnie, równą
antypatią darząc przedstawicieli porządku i nieporządku. [...] Nie ma
wątpliwości, że jedną z bardziej motorycznych, acz powierzchownych przyczyn
chuligaństwa jest słaba i nie ciesząca się sympatią władza porządkowa. Milicji
nie wolno bić, nie nosi pałek gumowych, co ma być symbolem jej moralnej
wyższości nad granatowa policją sprzed wojny. Chuligan wie o tym aż za
dobrze, daje mu to aprioryczną przewagę, którą umie wykorzystać. Wobec czego
milicja jest bita na potęgę, przy niechętnej aprobacie publiczności, która nie
znosi chuligana, ale która nie jest w stanie zaprzeczyć, że mało jest większych
przyjemności niż oglądanie poniewierki reprezentantów państwowej
władzy[106].

Teraz zobaczmy, jak to się przedstawia na stronach Złego. Pisarki i pisarze,


dziennikarze, zwykli czytelnicy jeszcze przez długi czas entuzjazmują się
właściwie wszystkim, ostrożniejsi lub zgoła niechętni są krytycy literaccy[107].
Jedni i drudzy przechodzą do porządku nad poruszającą rozmową szefa działu
miejskiego „Expressu Wieczornego” (jak widać, autor posłużył się oryginalnym
tytułem ulubionej popołudniówki warszawiaków) redaktora Edwina Kolanko z
sędzią sądu dla nieletnich, Zofią Chwałą. A przecież Polacy namiętnie dyskutowali
na temat chuligaństwa i metod jego zwalczania, dzieląc się na dwa nierówne obozy.
Zdecydowanie większy był – jak zawsze w podobnych sytuacjach – obóz hołdujący
maksymalnym represjom, natomiast liberalne pięknoduchy usiłujące zgłębić i
zlikwidować przyczyny były na z góry straconych pozycjach. W uroczej kawiarni
„Telimena” przy Krakowskim Przedmieściu, obok pomnika Adama Mickiewicza,
rozgorzał spór rzeczników krańcowo różnych opcji.

[Redaktor Kolanko] – W Warszawie toczy się głucha, zaciekła, bezpardonowa


wojna o spokój tego miasta. Jest to wojna nocna, podziemna, ukryta, której
bitwy, krótkie i spazmatyczne, toną w wielkomiejskich cieniach i mgle ulicznej.
[sędzia Chwała] – Ma pan na myśli walkę z przestępczością czy z
chuligaństwem?
[K.] – To jest właściwie jedno i to samo.
[Ch.] – Dla nas, w aparacie wymiaru sprawiedliwości, to nie to samo. W
stosunku do aktów chuligańskich nie mamy nawet sprecyzowanych norm
postępowania karnego. Braki w kodeksie. Zresztą i słusznie, bo to nie są rzeczy
proste...
[K.] – Dlaczego słusznie? Czyż brak podstawy prawnej dla działania milicji i
sądów uważa pani za fakt pozytywny?
[Ch.] – Nie rozumiemy się [...]. Chodzi o to, żeby nie czynić nic pochopnie,
spiesznie, w sposób nie przemyślany. Chodzi o to, przyzna pan, aby nie zagubić
człowieka. Przed moim stołem sędziowskim przewijają się dziesiątki tych
chłopców. Staram się przenikać ich drobne oszustwa, wybiegi i fałsze, ale staram
się także ich zrozumieć, pomóc im, nie odtrącić żadnego.
– I słusznie – rzekł drwiąco Kolanko. – Jest to stanowisko szlachetne i
sentymentalne, wynikające z optymistycznej filozofii. Tylko trochę przestarzałe i
bezużyteczne wobec natężenia problemu, który nosi charakter społecznej
choroby. Zresztą nie tylko u nas. Jest to uniwersalne schorzenie współczesnej
cywilizacji. Zaś choroby, jak wiadomo, leczy się. Niektóre wymagają zabiegów
chirurgicznych.
– Ho, ho, daleko pan sięga – rzekła z ostentacyjną ironią Zofia Chwała. –
Wydaje mi się, że za daleko. Myślę, że to wszystko dzieje się dlatego, że ci
chłopcy się nudzą. Proszę, niech pan powie: co ma robić ta młodzież po godzinie
szóstej wieczór bez karuzel, strzelnic, wesołych miasteczek, bez rozrywkowych
filmów i komicznych przedstawień? Wracają ze szkół i warsztatów i co
otrzymują? Świetlice, w których wymaga się od nich znów pracowitości i
przejęcia się mnóstwem słusznych idei. Jako jedyne odprężenie ma służyć sport i
to w myśl zasady: posłuchaj kilku pogadanek, a w zamian za to pograsz sobie w
piłkę nożną lub damy ci rakiety i piłeczki pingpongowe, ty zaś odwdzięczysz się
nam, zajmując się gazetką ścienną. Nie, panie redaktorze, żadna choroba
społeczna, żadne schorzenie cywilizacji! Po prostu jesteśmy winni, bo nie
umiemy im pomóc, zająć się nimi. Z jednej strony wpadamy w przesadną
pedagogikę, z drugiej – w biadolenie i okrucieństwo. Pośrodku zaś gubimy ludzi
wstępujących w życie.
– Racja! – zawołał Kolanko – i moje uznanie. Mówi pani wyjątkowo
rozsądnie, jak na sędziego. Ale mimo to w pani wywodach tkwi gruby błąd.
– Jaki błąd? – żachnęła się zapalczywie Zofia Chwała – no, proszę, niech pan
powie?
– Błąd tkwi w tym – zaczął spokojnie – że należy pani jeszcze ciągle do ludzi,
którzy mówią: jesteśmy winni zabłąkania się tej czy innej owieczki w
aresztanckim ubiorze na ławie oskarżonych, albowiem nie upilnowaliśmy jej, nie
skłoniliśmy jej do zejścia ze złej drogi, nie oddziaływaliśmy na nią tak, aby
zapewnić jej zdrowie moralne. Jesteśmy winni my i rodzice, szkoła i koledzy,
organizacje młodzieżowe oraz wszyscy starsi. [...] To jest bzdura. Nie przeczę,
są nieliczne przypadki zbłąkania się, których można było uniknąć środkami
pedagogiki czy wychowania, zwiększonej dawki sportu lub przy pomocy
modelarstwa lotniczego. Są one jednak tak rzadkie i nieliczne, że nie warto o
nich nawet wspominać. W przytłaczającej większości wypadków musimy
przyjąć indywidualną odpowiedzialność za czyny. Przy czym – o ile nie chcemy
popaść w naiwny relatywizm – musimy raz na zawsze przeciągnąć linię
demarkacyjną pomiędzy przyzwoitością a nieprzyzwoitością społeczną. I
wreszcie – wypalić rozpalonym żelazem, jak wrzód ropny, wszelką
nieprzyzwoitość. W ten sposób zniszczymy, być może, kilkaset lub kilka tysięcy
istnień ludzkich, lecz ocalimy młodzież, a więc całe społeczeństwo. A gdy damy
ocalonym karuzele, ping-ponga i komiczne filmy, wtedy będziemy mogli
zdrowo wychowywać następne generacje.[108]

Oczywiście, ballada czy powieść łotrzykowska nie musi – a może nawet nie
powinna – zawierać treści publicystycznych, jednak to sam Tyrmand je
wprowadził.
Ponieważ akurat do tego z pewnością nie był przez cenzurę przymuszony,
powstaje pytanie, czy można mówić o przytoczonym cytacie ze Złego jako
rezygnacji z postawy zaprezentowanej we wcześniejszym cytacie, mianowicie z
Dziennika 1954, głoszącej przecież zasadniczą winę marksistów/ustroju również za
plagę chuligaństwa? A jeśli nie o rezygnacji, to przynajmniej o spuszczeniu z tonu?
Bo choćby taki tramwaj warszawski z Dziennika 1954

jest ciągle symbolem i retortą egzystencji. Jego przeznaczeniem wyzwalanie z


ludzi instynktu wzajemnej nienawiści. Najmiłosierniejszy chrześcijanin
przeistacza się w tramwaju w czystą biologię i zło. Zasadą psychologiczną
tramwaju jest zmitologizowana, ślepa żądza pchania się do przodu i ślepy strach
przed niemożnością opuszczenia go w porę. Niezwykle wyszukana nietolerancja
bliźniego oraz niewyczerpany leksykon wyzwisk stanowią jego kulturę.
Silniejszy w pysku i łokciu jest jego pozytywnym bohaterem, dumą jego
folkloru. To co się dziś działo na trasie Mokotów–Krakowskie Przedmieście
między konduktorem, pasażerami, niemowlakami w tłumokach, a nawet
pewnym ukrytym w teczce psem, wymaga literatury większej niż ta, na jaką
mnie stać.
Zresztą, do kogo mieć żal i o co? Nędza i niewygoda, gorycz nie kończącego
się czekania na przystankach, mróz, zaduch, unurzana w błocie podłoga sumują
się nieuchronnie w nieprzytomnym ataku na drugiego upośledzonego, na takiego
samego biedaka i ofiarę. Komunistom w to graj. W antycywilizacji, nawet
najmocniejsze ułatwienie czy udogodnienie może być dyskontowane pośród
fanfar, staje się osiągnięciem na miarę historii. Koszt jednego
pierwszomajowego święta pokryłby chyba doprowadzenie warszawskiej
komunikacji do poziomu szwedzkiej prowincji z końca ubiegłego stulecia, zaś
pierwszych majów było już w Warszawie osiem[109].

Natomiast autobus czy trolejbus w Złym to pretekst do felietonu na temat stołecznej


komunikacji, jak również miejsce, powiedzmy, ciekawych eventów. Z pewnością
proste porównanie „chuligańskich” i „tramwajowo-trolejbusowych” fragmentów ze
Złego i Dziennnika 1954 zdradzi porzucenie polityczno-społecznych analiz z tego
drugiego dzieła, ale porzucenie na rzecz aktualnej opowieści do czytania.
Owszem, na makulaturowym papierze wydawano wiele tanich powieści, w tym
neutralnych ideologicznie klasyków[110], jednak faszerowany na co dzień
socrealistyczną literaturą współczesną (Niezbędnik) czytelnik wyczekiwał z
tęsknotą normalnej książki pokazującej kawał realnego życia poza partyjniacko-
proletariacką zawiesiną – tym lepiej, że sensacyjnej. Oczywiście, w tym
odstępstwie od wczorajszych pryncypiów znajdziemy rodzaj ugody z władzą i
rezygnacji z codziennego, czupurnego antykomunizmu. Rezultatem jest
zawieszenie broni i wydanie Złego. Dlatego próżno szukać w tej powieści, z pozoru
oddającej wszelkie codzienne realia, wszechobecnych kłamstw propagandy,
politycznego fałszu, draństw władzy i ludzkiego upodlenia.
I tak musiało być. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że niezależnie od treści i
talentu autora powieść Zły była skazana na powodzenie tym większe, im bardziej
została pozbawiona smaczków politycznych (a została pozbawiona w stu
procentach). Żaden paradoks. Z nimi po prostu nie miałaby szans na ujrzenie
światła dziennego, a zatem na jakikolwiek sukces. Warto przy tym wiedzieć, że
autor znajdował się wówczas u kresu wytrzymałości spowodowanej stresem. A ten
z kolei był spowodowany pisaniem do szuflady w wyniku „zapisu na Tyrmanda”.
Powieść wyszła pod koniec grudnia 1955 roku i odniosła oszałamiający sukces.
Natychmiast zniknęła z półek, szybko pojawił się dodruk pierwszy, potem drugi...
Wszystkiego było mało. Tyrmand opowiadał, że któregoś dnia zobaczył kolejkę i
jak każdy przytomny warszawiak najpierw w niej stanął, a dopiero potem zadał
sakramentalne pytanie: co tu dają? Okazało się, że Złego, ale tylko po jednym na
ryło. Tym, którzy odeszli z kwitkiem, pozostawały bazary, na których książka
miała miała kilkakrotne przebicie.
W każdym razie z chwilą wydania książki kończą się kłopoty finansowe
Leopolda Tyrmanda. Mało tego, może wreszcie kupić wymarzone auto, w dodatku
zachodniej produkcji; podobno był to opel. Czym był samochód dla Tyrmanda, wie
tylko ten, kto czytał i zrozumiał uczucie, z jakim autor pisał w Życiu towarzyskim i
uczuciowym o fiacie 1100 koloru oliwkowego. A przecież taki fiat to zwykła
galanteria samochodowa – co powinno w jakimś stopniu uzmysłowić dzisiejszemu
czytelnikowi, czym był wtedy dla Polaka prywatny samochód, w tym NRD-wski
dwutaktowy wartburg – bo i o nim, przedmiocie marzeń milionowych rzesz
Polaków, pisał Tyrmand z miłosnym oddaniem. Niektórzy zresztą twierdzą, że nie
żadnym oplem, lecz właśnie wartburgiem musiał się zadowolić.
Ponadto, co może ważniejsze, dzięki Złemu autor odzyskał wiarę, że da radę żyć
dostatnio ze swego niewątpliwego talentu. Z książek, jakie mu pozostały do
napisania i wydania... ale tylko na Zachodzie. Z wyjazdami nie ma już takich
kłopotów, jak poprzednio, niemniej jednak (albo dlatego?) postanawia opuścić
ukochaną Warszawę, ukochaną Krystynę, przyjaciół ze Stefanem Kisielewskim na
czele i szukać dopełnienia kariery daleko od kraju. Rok 1965 był jego ostatnim w
Polsce. Wyjeżdża najpierw do Paryża, gdzie w paryskiej „Kulturze” wydaje
obłożone w kraju anatemą cenzury Życie towarzyskie i uczuciowe. Bez sukcesu. W
następnym roku jest już w Stanach Zjednoczonych, gdzie m.in. współpracuje z
liczącym się tygodnikiem „The New Yorker” wykłada na uniwersytetach
stanowych, a także wydaje pismo „Chronicles”
Leopold Tyrmand zmarł w 1985 roku w USA. Krajowych sukcesów autorskich
już nie powtórzył. Ale też nikt po nim nie powtórzył w Polsce tego największego:
sagi o warszawskich chuliganach i ich pogromcy. I chyba nawet nie próbował.
Niżej przytoczone wyrywki nie przypomną wprawdzie inwokacji na temat
warszawskich bram lub warszawskiego „l”, ciuchów, ruin, choć i na nich polega
niepodrabialny urok tej „powieściowej wersji ballady ulicznej” (określenie samego
autora) na prawdziwym tle. Tu nie są jednak konieczne, za to niezbędne wydaje mi
się kilka cytatów, z których wynika bezbłędnie podpatrzony, istotny dla tej książki
modus operandi stołecznych zakapiorów. Bo pisać o Warszawie lat
pięćdziesiątych, a pominąć chuliganów ze Złego, to jakby dzisiaj pisać o mieście, w
którym profesor uniwersytetu może w autobusie bez obaw rozmawiać przez
komórkę po niemiecku.
Wróćmy więc do powieści Tyrmanda. Zawiązkiem akcji Złego są zmagania
Marty Majewskiej, historyczki sztuki zatrudnionej w Muzeum Narodowym, z
kolejką w aptece i w ogóle z biurokracją uspołecznionej służby zdrowia,
zakończone mimo wszystko zdobyciem lekarstwa na wątrobę dla mamy. Teraz
dziewczyna kieruje się w stronę pobliskiego domu i...

Obydwa flakony leżały rozbite na bruku, z jednego z nich sączył się płyn, z
drugiego bielały zmieszane z błotem tabletki.
– Spokojnie, kochana... Złość piękności szkodzi... – seplenił wysoki wyrostek,
zataczając się z lekka. Miał tłuste blond włosy, spoconą twarz i rozpiętą na szyi
barchanową koszulę. To on gwałtownym ruchem wytrącił jej flakony z ręki.
Przypadek, zaczepka czy nieuwaga, której winna jest pogoda, błoto, pośpiech?
Jedno nie ulegało wątpliwości – facet był pijany. I nie był sam. Obok zaśmiewał
się niski, gruzłowaty chłopak w letnim płaszczu.
– Zwariował pan!... Jak pan chodzi!... Proszę się odsunąć!... – zawołała Marta.
Wysoki usiłował ją objąć.
– Po co ten krzyk, koleżanko?... Pozbiera się, oczyści... he, he, he! –
zaśmiewał się gruzłowaty, wgniatając butem tabletki w brudnoczarną maź.
– Co pan zrobił z lekarstwem?!... Milicja!... – zaczęła krzyczeć Marta. Żal i
obawa dygotały w jej głosie. Czuła won niemytego ciała i brudnego ubrania
napierającego na nią wyrostka.
Od oddalonego o trzy kroki kiosku „Ruchu” oderwała się jakaś postać. Był bez
czapki, nosił rozpiętą welwetową kurtkę. Jednym skokiem dopadł do wysokiego
i Marty.
– Mietek! Gub się! Po co ten hałas... – pchnął wysokiego w bok, po czym
szybkim, bezczelnym ruchem ujął Martę za podbródek i brutalnie poderwał jej
głowę do góry.
– Siostro! – rzucił przez zęby. – Siostrzyczko... Uważaj, jak chodzisz...
Słyszysz!... Nie ładuj się na spokojnych ludzi, bo będziesz płakać!... A teraz...
– No, ta... – dodał szybko niski gruzłowaty – wpakowała się na kolegę jak
torpeda i teraz ma żal...
– Sam widziałem – rzucił ktoś z tłumu, zbierającego się bliżej wokoło – ta
pani biegła jak szalona...
– Nieprawda! – zagrzmiało naraz z boku.
Z kiosku wychyliła się czerstwa twarz. Zdobna w siwy, sumiasty wąs i
uwieńczona piękną maciejówką z lśniącym daszkiem.
– Nieprawda, proszę państwa! Ten łobuz winien! Wszystko dobrze widziałem!
Zaczepiał, szczeniak, wytrącił tej pani!... ja bym ciebie, draniu... – z okienka
wynurzyła się sucha, koścista pięść, grożąca wysokiemu wyrostkowi.
– Dziadziu – rzekł niski, opierając się łokciami o kiosk – zamknij japę,
dobrze?...
– Co teraz będzie? – zawołała Marta. Głos jej się łamał, nie mogła oderwać
oczu od sponiewieranych lekarstw.
– Ojejej... żeby tacy chłopcy! Jak można... – powiedziała nieśmiało jakaś
kobiecina w chustce.
– A pani co? – szarpnął się ku niej ten w welwetowej kurtce. – Do domu!
Kalesony prać! Już...
Nagle zwinął się nieoczekiwanie, gwizdnął przeszywająco przez zęby, pchnął
z całej siły Martę na kiosk, roztrącił pierwszych z brzegu z brzegu i krzyknął: –
Chłopaki! Chodu!...[111].

Tak oto już z pierwszych akapitów[112] Złego sporo się dowiedzieliśmy.


Mniejsza o słabość autora do wykrzykników i wielokropków, jak również do ich
ryzykownego ze sobą łączenia, skoro od razu wiemy, że chuligani: po pierwsze –
atakują słabszych; po drugie – atakują bez powodu, dla draki, aby się wyżyć, nie
osiągając żadnego profitu, żadnego zrozumiałego dla zwykłych ludzi celu; po
trzecie – atakują w grupie; po czwarte – trzeźwość nie jest ich mocną stroną; po
piąte – często znajdują tzw. faktorów, co w tym przypadku oznacza widzów zajścia
osobiście niezainteresowanych, ale z wrodzonej tępoty lub nagłego wzmożenia
psychicznego sytuujących się po stronie napastnika (głos faceta z tłumu
czekającego na autobus, standard w podobnych przypadkach; biadoląca kobiecina
w chustce, która w łobuzach widzi tylko swawolnych chłopców).
Niewątpliwie od znanego nam już stereotypu odbiega odzież. Ale tylko od
stereotypu (w dodatku bikiniarskiego), nie od rzeczywistości. Przy okazji: czy sam
Tyrmand był chuliganem lub bikiniarzem? Chuliganem w żadnym wypadku. Nikt
nigdy nie miał najmniejszego powodu, by pisać o Tyrmandzie jako o chuliganie,
choć miał znajomości w tych kręgach (gdzie nie miał...) i wykorzystał je w Złym.
Ale jako o bikiniarzu – i owszem, byle z najwyższej półki. Sam Leopold szczycił
się niekiedy przydomkiem „króla bikiniarzy”, nadanym przez ówczesną
warszawkę, a może przez siebie samego. Stronił jednakże od wygłupów z
krawatami w palmy i atole, rurkowatych spodni nad kostkę, plerezy itp. W
Dzienniku 1954 (fragment w wydaniu opracowanym przez H. Dasko z 1999 roku)
opisuje (23 stycznia), jak się ubrał na prywatkę w domu rodziców swej
dziewczyny. Włożył „welwetowe spodnie, zamszową kamizelkę, angielską
koszulę, bardzo młodzieńczy, fularowy krawat, juchtowe półbuty i białe wełniane
skarpetki”. Zniewalające białe skarpetki z pewnością rozgrzeszają z zarzutu
pospolitego bikiniarstwa, nieodparcie przywodząc na myśl polskich biznesmenów
wagi lekkiej z początków lat dziewięćdziesiątych. Jednak na jednym z
zachowanych zdjęć Tyrmanda i jego skarpetek te ostatnie są w nobliwe romby, jak
po latach męskie sweterki w serek.
W Złym, podobnie jak w rzeczywistości, chuligani okupują świeżo otwarte,
pierwsze w Warszawie po wojnie pełnowymiarowe sztuczne lodowisko, znane i
dziś jako Torwar. Zenon, narzeczony Marty, jest hokeistą, dziewczyna odprowadza
go na wieczorny trening, a gdy ten zostaje odwołany, postanawiają pogapić się na
łyżwiarzy w różnym wieku, którzy przyszli poślizgać się dla przyjemności. Oto

...młodzieńcy w oprychówkach znaleźli nową zabawę. Typowali jedną z


wiszących nad taflą lodową lamp meczowych, rozpędzali się i miotali
kamieniami w górę. Trzy próby wypadły mizernie, ale za czwartym razem
pękaty facet w wizytowej dwurzędowce wycelował. Huk zbitego szkła i
pękającej wielowatowej żarówki, spłoszony krzyk ślizgających się, odpryski
szkła na lodzie – nagła redukcja oświetlenia. Coś nawaliło w całym przewodzie i
kilka wielkich lamp zgasło. Na lodowisku powstał ruch, rycerze półmroku
zaczęli gorączkowe uwijanie się. [...]
Z szatni klubowej wypadło kilku zawodników, Zenon pruł pełnym gazem w
tłum. Pękaty w dwurzędowce jechał ostro, ale nie mógł się równać z hokeistą.
Zenon pochylił w poślizgu kanadyjki, otoczył go zgrzytliwym wirażem i złapał
za ramię. – Wolnego, kolego! – rzekł twardo. – Co teraz będzie? – Wyrostek
spojrzał w twarz Zenona; był dużo niższy i mimo wyraźnej krzepkości na pewno
słabszy, ale w jego perkatej twarzy Zenon dostrzegł coś, co kazało mu puścić
ramię; była w tych oczach gotowość na wszystko, aż do końca. – To przez
nieuwagę, panie kierowniku – rzekł z fałszywym uśmiechem, rozszerzającym
mu grube usta na całą twarz. – Ja przepraszam, to nieostrożnie... „Genialne –
pomyślał Zenon – ale humor u tych kozaków...”. Wydało mu się to naraz
doskonałym dowcipem i nie mógł powstrzymać uśmiechu, co wyrostek od razu
podchwycił. – Panie kierowniku, ja zaraz panu kierownikowi odpalę
pięćdziesiątaka... Za tę lampę, dobra? Tylko pozbieram od druhów, psia ich dola.
– Rzeczywiście, druhowie kupili się już ciasno wokół nich. Zenon ledwie się
obejrzał, gdy otoczony był przez spocone twarze, brudne szaliki, zepsute zęby,
zionące wódką oddechy i spojrzenia. – Żeby mi zaraz, słyszysz, do kasy
lodowiska... – rzekł głośno i rozepchnął mocno napierających. – Zaraz, zaraz... –
zawołał pękaty w dwurzędowce i wataha rozjechała się na wszystkie strony.
Zenon podjechał do Marty, przy której stali zawodnicy. – Co się stało? –
spytał Antek. – Genialne – rzekł Zenon – wiesz, Majka, co ten bandzior
powiedział: „To przez nieuwagę” Tak powiedział. Mają riposty, co? – Antek i
kilku innych roześmieli się. Marta dygotała. – No i co? – rzuciła gwałtownie. –
Co teraz z nim zrobicie? – Nic – odparł Zenon niefrasobliwie. – Co mu zrobisz?
Za lampę nie zapłaci, bo droga, milicja daleko, bić się z nim nie będę. Ty się na
tym nie znasz, Majka, to władcy Czerniakowskiej ulicy, ten krępy w oprychówce
to postrach Czerniakowa. Gdybym go miał gdzieś w neutralnym miejscu, to
zrobiłbym z niego marmoladę, ale tu oni mnie znają... Dziś dam mu po uchu,
jutro wieczorem będę wychodził sam z treningu i kilkanaście cegieł zaprawi
mnie, nie wiadomo skąd, kiedy i jak, w łeb. [...]
W najciemniejszym rogu lodowiska pękaty w oprychówce przyhamował przed
jakimś holendrującym, niskim panem w pumpach. Gdy pan w pumpach
przesuwał się obok, chwycił go gwałtownie za rękę, wytrącając go z równowagi
wprost w karkołomny piruet. – Tatusiu – rzekł pękaty – pożycz pięćdziesiąt
złotych... – Panie! – krzyknął pan w pumpach, puść, bo zawołam!.. – Więcej nie
zdążył już powiedzieć. Jadący na pełnym gazie chłopak w swetrze z
wykładanym kołnierzem podciął go z pełnego rozpędu. Poczuł jeszcze kilka
uderzeń łyżwami w plecy i silne szarpnięcie za tylną kieszeń spodni. – Ratunku!
Milicja! – rozdarł się. – Ciiiicho! – syknął pękaty i przejechał mu wolno łyżwą
po twarzy. – Rebiata[113]! Do domu! – rzucił i wszyscy rozpryśli się na boki.
Wszystko razem trwało sekundy i pan w pumpach, zanim obtarł krew z policzka,
nie wiedział nawet dobrze, co się stało[114].

Mimo wszystko z Torwaru korzystało stosunkowo niewiele osób, za to do kina co


jakiś czas pragnął się wybrać każdy obywatel. A jeśli nawet nie, to na pewno,
podążając w różnych swoich sprawach, musiał przechodzić obok. Pod kinami zaś,
pomijając różnice w ulicznych sceneriach, było identycznie. Tyrmand nic a nic nie
zmyślał: te akurat sposoby opisywali dziennikarze z działów miejskich, choć z
konieczności w kilku wierszach.

Pod murami domów, po stronie kina, ciągnęła się długa na kilkadziesiąt metrów
kolejka, gęstniejąca pod samym kinem w zbity rozedrgany tłum. „Powodzenia –
pomyślał Mechciński[115] z satysfakcją – meksykański film... Run na kasę!
Ładne parę złotych wpadnie” Z tłumu dochodziły podniesione głosy, chwilami
krzyki, stłoczona masa ludzi przed bramą falowała na wszystkie strony, tamując
ruch na jezdni; samochody posuwały się powoli, przechodnie przystawali, ze
sklepów wyglądali ciekawie sprzedawcy, cała ulica jakby żyła tym spęcznieniem
przed kinem. Kilkudziesięciometrowa kolejka stała spokojnie oparta o mur
wśród płacht gazet, w rozsypanych na trotuarze wieńcach łupin po pestkach,
utrudniając dostęp do sklepów, co powodowało nieustanne awantury. W spokoju
tym było wiele z tępej beznadziejności: szamotanina przed bramą była odmętem
niebezpiecznym, lecz kryła w sobie szansę dla jednostek walecznych, bo tylko
rzuciwszy się brawurowo w jej otchłań można było sforsować wejście do kina.
Była to jednak nikła ryzykowna szansa: przed krzywą, drewnianą bramą,
wzmocnioną żelaznymi sztabami, stał spocony, zakurzony milicjant i krępy
bileter w mocno sfatygowanym uniformie, o błyszczącej z wysiłku i zmęczenia
twarzy. Od strony ulicy nie było ich widać – byli szczelnie zakryci tłumem.
Niemniej jednak, wsparci z całej siły w drewniane żelazne odrzwia, wpuszczali
tylko pojedynczo, za okazaniem kupionych w przedsprzedaży biletów, do pełnej
ludzi bramy, zatłoczonej szczęśliwszą, bo bliższą kasy częścią kolejki. W
każdym razie nawet widzowie zaopatrzeni w prawidłowe bilety musieli sobie
bohatersko i niezłomnie wyrąbywać drogę w zwartej ciżbie wielbicieli
meksykańskiej kinematografii, oblegających wejście do kina i pozbawionych
jakichkolwiek formalnych dokumentów zezwalających im na udział w
widowisku.
Mechciński przeszedł na drugą stronę ulicy; w bramie naprzeciw kina kilka
niewysokich, ciemnych postaci paliło papierosy, opierając się nonszalancko o
mur. – Co jest? – krzyknął Mechciński, wchodząc do bramy. – Fajerant czy co?
jak was samych, lamusy, zostawić, od razu chala! A tu sezonowa robota, film
roku nie będzie szedł, pętaki! – Postacie oderwały się od ścian i skupiły przy
Mechcińskim. – Po co ten krzyk, panie Moryc – rzekła jedna z postaci. –
Załatwione, czekamy na pana. – Mechciński spojrzał po chudych, muskularnych
twarzach wokoło; były młode, bystre, przytomne, pełne przedwczesnych
zmarszczek i bezczelnych uśmiechów. Nad twarzami tkwiły bądź oprychówki,
bądź dziwacznie pofałdowane berety, pełne pukli i zakosów fryzury, oklejające
głowy jak brudne hełmy o jednolitej, błyszczącej powierzchni. – Co załatwione,
Loluś? – spytał przychylniej Mechciński. – Wania i Buras stoją na kotwicy, w
środku – recytował Loluś, drapiąc się pod pachą, w czym przeszkadzał mu
kolorowy szalik, wpuszczony w brudną koszulę sposobem, jakiego używają
niektórzy aktorzy Filmowi, udający się na korty tenisowe lub uprawiający
jachting. – Tu jest trzydziestak na zapotrzebowanie – dorzucił Loluś. To mówiąc,
wręczył Mechcińskiemu rulonik biletów i złożoną ćwiartkę papieru. Mechciński
rozwinął rulon i przeliczył: zgadzało się, rulon zawierał trzydzieści wąskich
biletowych odcinków. Rozwinął papier. – Na to stare zapotrzebowanie z Zarządu
Torfowisk jeszcze dali? – zdziwił się Mechciński. – No, no... – pokiwał głową z
uznaniem. Kopię zatrzymał.
– No, koniki – rzekł Mechciński – do dzieła! Kto dziś idzie na niemowę? – Ja
mogę – rzekł krostowaty wyrostek o powłóczystym, ciężkim spojrzeniu
ciemnych, podkrążonych oczu, z podciętymi na karku pod donicę włosami. –
Dawno się w to nie bawiłem.
Mechciński oderwał osiem biletów i wręczył każdemu po jednym. – Filak –
powiedział – masz tu 22 sztuki. – Sprzedajesz po piętnastaku. Trzysta trzydzieści
mam mieć za godzinę. No, z fartem... – po czym splunął trzy razy na szczęście.
Osiem postaci splunęło trzykrotnie, bo taki był zwyczaj w tym przedsiębiorstwie,
podciągnęło spodnie, zaciągnęło się mocno papierosem przed odrzuceniem
parzącego palce niedopałka i ruszyło rozkołysanym krokiem w poprzek jezdni.
Krok ten, aczkolwiek znany młodzieży we wszystkich częściach świata, został w
Warszawie doprowadzony do perfekcji; polega na mocnym, pewnym
rozstawieniu nóg i nadaniu barkom owego ruchu kołyszącego, z którego łatwo
jest wyprowadzić szybki i skuteczny cios; jest to przy tym krok powolny,
niosący w sobie groźbę i lekceważenie reszty świata i ogromną pewność siebie.
Przeszedłszy jezdnię, osiem postaci sformowało się w ostry klin z Mechcińskim
na czele; klin ten werżnął się z mocą w rozedrgany tłum przed bramą kina. Po
obu stronach prącego do przodu Mechcińskiego rozgarniały ciżbę niewysokie,
muskularne postacie. Mechciński podważał wysuniętym do przodu ramieniem
tłoczących się, lecz niezorganizowanych entuzjastów srebrnego ekranu, którzy
tracili równowagę, ale nie padali, podtrzymywani przez tłum. Zewsząd padały
gniewne, zaczepne uwagi: – Wolnego, kolego! Ty, nie na chama, łobuzie!
Obywatelu, tylko nie na siłę, bo!... – wobec których Mechciński zachowywał
olimpijski spokój, pracując wytrwale i z ogromną wprawą wysuniętym do
przodu barkiem. Rolę rzecznika grupy uderzeniowej odgrywał Loluś, który w
najgorszym tłoku poprawiał sobie kolorowy szalik, nie przestając deklamować: –
Proszę puścić, panie drogi, miejsce dla klientów z regularnymi biletami! No już,
panie kolego, giń pan z moich oczu, nie widzisz pan, że mam bilet? Won,
szmaciarzu... – Odgarniał sprzed siebie napierające głowy, klatki piersiowe,
ramiona, dobierając starannie wykrzykniki i pointy do najbliżej tłoczących się
fizjonomii.
Po kilku minutach bezpardonowej walki osiem postaci dotarło do żelaznej
bariery. Bileter spojrzał spod oka na wyłaniające się ze ścisku towarzystwo. –
Okazywać bilety – rzekł krótko. – Tych to ja znam – rzekł do milicjanta – to
koniki. – To czego wpuściliście ich? – rzucił porywczo milicjant. – Bić się z
nimi będę? Przecież mieli bilety – rzekł obojętnie bileter. – Ten argument
przekonał milicjanta bez reszty.
Mechciński przepychał się przez zatłoczoną potrójną kolejką bramę i nabite
oczekującymi seans widzami małe podwórze. Z trzech stron sterczały tu
parterowe ściany, wyżej były wypalone mury. Do poczekalni i kas kina
prowadził lustrzany korytarzyk, zatłoczony ludźmi; Mechciński rozejrzał się
wokoło, dostrzegł kogoś, kogo szukał, i kiwnął mu na powitanie głową. Po czym
wyłuskał z tłumu oblepiającego kolejkę dwie niewysokie postacie w
oprychówkach, docierające już niebawem do kasy. Ruszył przez tłum w ich
stronę, krzycząc wesoło: – Wania! Burasek! Sie masz! Już idziemy... Gdy zbliżył
się do nich dwie postacie w oprychówkach nabrały głęboko tchu i nagłym,
gwałtownym pchnięciem – jedna do przodu, a druga do tyłu – uczyniły
chwilową wyrwę w kolejce, która została w okamgnieniu wypełniona sprawnie
działającą ekipą z Mechcińskim na czele[116].

Przez chwilę mogłoby się wydawać, że w natłoku ludzi i zdarzeń autor


zapomniał o niemowie. Ten jednak swojej roli nie zapomniał, odwracając przy
okazji uwagę od Mechcińskiego i jego grupy.

Jakiś krostowaty wyrostek w utrefionej i podciętej „pod donicę” fryzurze parł w


stronę kasy, bełkocąc przeraźliwie i czyniąc skomplikowane znaki palcami koło
ust i uszu. – Niemowa... – słychać było głosy – to niemowa! Puśćcie go! –
Młodzieniec werżnął się z impetem prosto w grupę uczniów i ich
sprzymierzeńców, którzy ciągnęli właśnie w przeciwnym kierunku, przy czym
zaprawił niby przez nieuwagę, lecz ze znawstwem, jednego z uczniów łokciem
w nos, zaś starszego pana w kapeluszu głową w podbródek. Uderzeni zatrzymali
się na chwilę, zasłaniając się przed gwałtowną gestykulację niemowy, który,
jakby chcąc ich przeprosić, wymachiwał im nadal rękami przy twarzach, co lada
chwila mogło się skończyć nową kolizją, przy czym jeden z nich ujął niemowę
za rękę. Wtedy z kolejki rozległ się rozżalony, nabrzmiały szlachetnym
oburzeniem wrzask Lolusia: – Niemowę biją! Co za ludzie! W ryło łobuzów! –
po czym kilku ludzi Mechcińskiego przesadziło barierę i z wielką maestrią
wśliznęło się w tłum, z którego nieoczekiwane i dotkliwe ciosy zaczęły padać na
zupełnie oszołomionych i bezradnych zwolenników interwencji milicji.
Tymczasem niemowa dotarł do kasy, rozepchnął bezceremonialnie stojących
przy okienku i blokujących mu dojście, po czym zabełkotał coś rozdzierająco.
Nabywający przy kasie bilety usiłowali przeciwstawić się możliwie delikatnie tej
nadmiernej bezpośredniości nieszczęśliwego, gdy z tyłu padły ochrypłe od
wódki głosy: – Puścić kalekę! Ja go znam! Niemcy mu język wyrwali w wojnę!
Sprzedać inwalidzie bez kolejki. Jacy to teraz ludzie! Serca nie mają... – Barwa
tych głosów i zawarte w nich intonacje wpłynęły wyraźnie na postawę ludzi przy
kasie, tym bardziej, że znalazł się tam nagle bileter [inny, zblatowany z hordą
Mechcińskiego – P.A.], który krzyknął: – Proszę państwa! Inwalida ma prawo
nabywać poza kolejką... – Niemowa wsunął głowę w okienko i zaczął coś na
migi pokazywać zmęczonej kasjerce o potarganych blond włosach i brudnych od
liczenia paznokciach, pokrytych spękanym, obłażącym lakierem. Kasjerka
powiedziała głośno: – Tyle biletów nie mogę sprzedać jednej osobie. Najwyżej
cztery. – Niemowa gestykulował przy uszach, pokazując, że także nie słyszy,
protestując jednocześnie gorąco przeciw tak małej liczbie. – Niech mu pani da,
panno Mery – wtrącił się z krzywym uśmiechem bileter. – Tam ich czeka cała
wycieczka, tych głuchoniemych. Kino to dla nich jedyna rozrywka... – Kasjerka
westchnęła tępo i oderwała dziesięć odcinków biletowych, za które niemowa
zapłacił i i odszedł od kasy, dziękując na migi wokoło. Przechodząc obok
Mechcińskiego rzekł głośno i bez żadnych trudności w wymowie: – Dychę dała.
Idę sztachnąć się parę razy dymem. – Dobra – rzekł Mechciński. Tłum wokoło
stał z otwartymi ze zdumienia ustami, nikt jednak nie rzekł słowa; woń alkoholu
i coraz zaczepniejsza postawa niewysokich postaci określała decydująco ogólny
nastrój[117].

Kino to był urobek stały, codzienny, ale trafiały się też tłuste kąski, gdy publika
szła w tysiące. Jak w 1949 roku, gdy do Polski przyjechał – wprawdzie z USA, ale
uciśniony, bo czarnoskóry (wtedy mówiono: murzyński) – słynny bas Paul
Robeson. Koncert dał nie byle gdzie i nie dla nędznych setek publiczności, bo na
stadionie Legii[118]. Polska Kronika Filmowa nakręciła nawet specjalny dodatek
Paul Robeson śpiewa w Warszawie. W 1956 roku Warszawa i Katowice usłyszały
w naturze operę George’a Gershwina Porgy and Bess (z cudowną kołysanką
Summertime), którą przywiózł też amerykański zespół Everyman Opera Company,
niemal w stu procentach uciśniony. A w styczniu 1957 kolejna postępowa
znakomitość: Yves Montand, nie tylko popularny piosenkarz i aktor, ale sympatyk
(i bodajże przez chwilę członek) Francuskiej Partii Komunistycznej[119]. Dał dwa
koncerty: w hali na Żeraniu dla robotników FSO, gdzie się koniki nie obłowiły, i w
wielkiej Sali Kongresowej wciąż świeżego Pałacu Kultury i Nauki, gdzie sobie
powetowały żerańskie straty.
Chuliganerię można dzielić wedle rozmaitych kryteriów, w tym na pracującą
zawodowo i niepracującą. Czy raczej: nieparającą się jakąkolwiek pracą
zawodową, w szczególności na państwowym czy spółdzielczym etacie. Brak w
odpowiedniej rubryce ówczesnych książeczkowych dowodów osobistych (były też
rubryki o stanie cywilnym, dzieciach) wpisu o aktualnym zatrudnieniu
stygmatyzował już na wstępie podczas milicyjnych kontroli. Podobnie jak każdego
innego obywatela. Dlatego co bardziej cwani starali się przynajmniej o jakiś
świstek potwierdzający, że jednak gdzieś robią na stałe. Popularne więc były, także
wśród chuliganów, małe zakładziki rzemieślnicze, warsztaciki, spółdzielenki, gdzie
za parę groszy albo flaszkę można było uzyskać odpowiednią pieczątkę bez
świadczenia pracy.
Chyba najbardziej spektakularnym procederem, jakim parali się chuliganie, aby
zarobić na wódkę, papierosy i ubaw, była sprzedaż cegieł. Jeden z drugoplanowych
bohaterów Złego, pan w meloniku, musiał zatem przeżyć i taką typową przygodę.

Ulice były puste, mimo niezbyt późnej pory. Pan w meloniku minął oparkanienie
świeżych budów i wszedł w ciemny, wyboisty wąwóz Nowomiejskiej: w głębi
jaśniał rzęsiście oświetlony Rynek, co pogłębiało jeszcze mrok na ulicy,
nieporządnej i pełnej zakamarków jak zaplecze obstawionej dekoracjami sceny.
– Panie – rozległ się cichy, lekko schrypły głos. Pan w meloniku odwrócił się
powoli, niedbale, lecz pełen wewnętrznej czujności; głos dobywał się z wnęki
wąskiego łuku okładanej głazami sieni, niezbyt dobrze widocznej spod desek,
drabin, rusztowań. – Panie – powtórzył schrypły głos, tym razem bardzo blisko,
tuż nad uchem – kup pan cegłę. – W tej samej chwili pan w meloniku został siłą
wciągnięty między ubielone wapnem deski; ciągle nie widział postaci, która
wymówiła te słowa, natomiast na wysokości swej twarzy, tuż przed nosem,
dostrzegł pięknie opakowaną w gazetę ogromną cegłę. Jeszcze moment, a
zetknięcie się cegły z jego nosem mogło nabrać cech wstrząsającego realizmu.
Cofnął się odruchowo, lecz mocna dłoń trzymała go za marynarkę, dzierżąc
krzepko tym chwytem całą postać. Odwrócił tedy twarz ku osobliwemu
sprzedawcy i spytał: – A co to kosztuje, ta cegła? Z białawych ciemności
rusztowań wionął oddech, dający pewne pojęcie o niedawnych przeżyciach
gastrycznych kupca. – Dwadzieścia złotych – rzekł schrypły głos. – Nawet
niedrogo – zdziwił się pan w meloniku, wyjął bez sprzeciwu niebieskawy
banknot i podał w ciemność. – Zgadza się – rzekł schrypły głos – a to dla pana. –
Słowom tym towarzyszyło serdeczne wręczenie cegły, które lekko zachwiało
postacią pana w meloniku; jednocześnie poczuł, że jest wolny. Otrzepał ubranie
z bezpośredniego kontaktu z rusztowaniami, oddalił się o dwa kroki i rzucił z
odrazą trzymaną dotąd w ręku cegłę w śmietnisko najbliższej budowy. Po chwili
posłyszał przy sobie ochrypły głos. – Panie – mówił głos z akcentem groźby –
podnieś pan cegłę! No, już! Kupione, to kupione, tu jest przyzwoity interes[120].

Z dalszego ciągu dowiadujemy się, jak dzięki takiemu – wcale nierzadkiemu w


ówczesnej Warszawie – zbiegowi okoliczności pan w meloniku dotarł do samego
punktu dowodzenia stołeczną żulią, z prezesem Merynosem i jego podwładnymi na
czele. W tym momencie można postawić Tyrmandowi zarzut minięcia się z
prawdą: przecież nie było ani w Warszawie, ani w Łodzi, Katowicach, Nowej
Hucie, ani w innym nękanym przez chuliganów mieście żadnego takiego centrum,
podziemnej organizacji świata i półświatka przestępczego, ale po pierwsze – trudno
na serio stawiać taki zarzut balladzie łotrzykowskiej, a po drugie – bez Merynosa,
Meteora, Mechcińskiego czy Kruszyny nie byłoby Złego. A przynajmniej takiego
Złego.
Z pewnością zdarzały się próby zorganizowania większej bandy z kilku paczek i
władania większym terenem z tłustymi kąskami w postaci kin, nie ma na to jednak
dowodów. Czapów i Manturzewski wspominają jedynie w Niebezpiecznych ulicach
o 19-letnim Atomie (nie Atomku) ze Śródmieścia, który przez czas jakiś pełnił
funkcję biura rekrutacyjnego, wokół którego skupiali się chuligani spragnieni
rzetelnej złodziejskiej roboty.
Bandy, paczki i szajki chuligańskie w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku na
pewno nie były rozbudowanymi organizacjami, które dawałoby się porównać do
struktur mafijnych z USA albo nawet do dużych gangów z przedwojennej Polski. O
wiele więcej miały wspólnego z typowymi środowiskami młodzieżowej
przestępczości, znanymi w całej Europie podnoszącej się z wojenno- obyczajowej
traumy. Na ten temat napisano niejedną rozprawę, ale nie przykładajmy naukowej
miary do stronic Złego. Z tą książką jest tak, że można ją polubić, a nawet
pokochać, względnie się z niej wyśmiewać, bo trochę odpustu jak z Góry Kalwarii
rodem też da się znaleźć. W każdym razie trafiła we właściwym czasie i miejscu do
czytelnika przytłoczonego lawiną produkcyjniaków taśmowo opuszczających
literackie fabryki socjalistycznego realizmu (Niezbędnik). Taki spragniony odtrutki
czytelnik wydawał ostatnie grosze na zaczytany egzemplarz Złego i ani mu na myśl
nie przyszło, że obcuje nie tyle z objawieniem, ile z o niebo ciekawszym
postprodukcyjniakiem, w którym przyjazna ludziom MO istnieje tylko po to, by
ofiarnie służyć prawu i sprawiedliwości, Pałac Kultury i Nauki jest jasnym
wieżowcem czy kremową wieżą, koszmarny plac wokół niego największym
placem Europy, zatłoczony do granic upodlenia pasażerów autobus/trolejbus
miejscem codziennego przekomarzania oraz niecodziennych wydarzeń, a w
sklepach delikatesowych półki uginają się od sardynek i szwajcarskich serów (inna
sprawa, że wtedy szwajcarskim nazywano każdy ser żółty, twardy). Wszystko na
odwrót niż w Dzienniku 1954, bez porównania bliższym prawdy tamtych czasów.
Zarazem niewątpliwy realizm w opisach na przykład ubrań i języka żulii,
lodowiska Torwar, warszawskich bram, ruin i na pół zburzonych kamienic
grożących w każdej chwili zawaleniem, a mimo to zamieszkanych, kawiarni „Pod
Kurantem” lub apteki przy placu Trzech Krzyży wywołuje złudzenie, że i reszta
opisów jest tak samo realistyczna, a to, co nie zostało opisane, po prostu się nie
działo. Przykład pierwszy z brzegu: propaganda wizualna. Władza była wprost
zakochana[121] w różnego rodzaju hasłach głoszonych na transparentach
rozwieszanych w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach. Koniecznie białe
litery na koniecznie czerwonym tle głosiły wyższość socjalizmu nad
imperializmem, rozliczne przewagi bohaterskich narodów ZSRR nad resztą świata,
wzywały sojusz robotniczo-chłopski do dalszego życia i pogłębiania („Niech żyje i
pogłębia się...!”), czciły imię Stalina, nie zapominając jednak o Bierucie, zachęcały
do oszczędzania, do oglądania filmów radzieckich, do jedności postępowych sił z
Partią oraz łączenia się proletariuszy całego świata. Interesująco to wszystko
wyglądało po deszczu lub mokrym śniegu: na białych literach pojawiały się różowe
zacieki, niektóre z nich odpadały lub się rozpływały, a całość przypominała zmokłą
kurę rasy karmazyn.
Jednocześnie na każdej wystawie, dworcu, w każdej poczekalni wisiały lub stały
oparte o coś portrety zmarłych ojców naukowego socjalizmu bądź żyjących
dostojników partyjno-rządowych. A na przykład połączenie portretów zarośniętych
po uszy Marksa i Engelsa z reklamą golenia i strzyżenia maszynką elektryczną lub
brzytwą w salonie fryzjerskim Mefistofelesa Dziury, gdzie takim zabiegom
poddawał się red. Kolanko, mogło wywołać wstrząsające wrażenie. Podobnych
momentów próżno w Złym szukać. I znów nie wiemy, czy padły ofiarą cenzorskich
nożyczek, czy też autor na wszelki wypadek wolał sobie podobne próby darować.
Nie wykluczam jednak – jako elementu uzupełniającego – przyjaznej troski
Tyrmanda o samopoczucie czytelników wystarczająco udręczonych codzienną,
wszechobecną ideologią i propagandą, aby ich nimi dodatkowo katować w książce,
która akurat mogła się obejść bez przypominania polityczno-retorycznych figur.
Na pewno ewentualne uczucie niedosytu nie odbierze Tyrmandowi i jego Złemu
mistrzostwa w sposobie narracji, odczarowaniu krasy i brzydoty chuligaństwa,
biegłości w malowaniu na kartach powieści pełnokrwistych typów i typków.
Wszystko to wzbogacone o przekaz społecznie optymistyczny i potrzebny, a
mianowicie taki, że z chuligaństwem należy walczyć wszelkimi sposobami i że
można z nim grać jak równy z równym, a nawet wygrywać. Co w roku 1955 wcale
nie było oczywiste.
Niezbędnik do rozdziału VI
Makarenko Anton(i) (1888–1939). Radziecki pedagog, wychowawca młodzieży. Zasłynął
powiedzeniem: „Nie ma złej młodzieży, są tylko źli wychowawcy”. Maksyma może i słuszna –
problem w tym, że za dobrego wychowawcę Makarenko uważał takiego jak on sam, czyli
wychowującego młodego człowieka poprzez kolektyw i dla kolektywu, aby łatwo się odnalazł w
sowiecko-komunistycznej wspólnocie identycznych myśli i obyczajów. Odnosił na tym polu spore
sukcesy, które pod koniec życia chętnie opisywał. Najsłynniejszym jego dziełem był Poemat
pedagogiczny, przedmiot zachwytu (jak wszystko, co radzieckie) także w stalinowskiej Polsce.
Niepodważalny autorytet i wzór dla partyjnych nauczycieli, wychowawców, ale także
zetempowców oraz postępowej – czyli w zasadzie całej – prasy.

Realizm socjalistyczny. Produkcyjniaki. Według encyklopedii z czasów PRL (np. Powszechnej


PWN z 1975 r.): „metoda twórcza służąca wyrażaniu istotnych, klasowych i rewolucyjnych
konfliktów epoki, zjawisk społecznych i politycznych w sposób zgodny z materializmem
historycznym”. W praktyce był to kierunek ogłoszony w sowieckiej Rosji (w latach 30. ubiegłego
wieku) jako obowiązujący i zarazem jedyny w sztuce, architekturze, literaturze. Wedle
niepodważalnych reguł socrealizmu każda twórczość miała być adresowana do prostego
człowieka, najlepiej robotnika, propagować idee postępu (czyt. marksizmu-leninizmu-stalinizmu)
w sposób zrozumiały. Była również artystycznym narzędziem walki o światowe zwycięstwo
proletariatu, idei socjalizmu i całego miłującego pokój obozu. W Polsce Ludowej socrealizm jako
oficjalny kanon słowa pisanego został przedstawiony podczas zjazdu Związku Zawodowego
Literatów Polskich w styczniu 1949 roku w Szczecinie przez wiceministra kultury i sztuki
Włodzimierza Sokorskiego. Produkcyjniaki to dzieła (powieści, wiersze, sztuki teatralne, filmy,
również rzeźby, obrazy, architektura) tworzone w duchu socrealizmu. W szeroko pojętej
literaturze, jak i w teatrze czy filmie, ich treść najczęściej obracała się wokół spraw produkcji,
wykonania planu – w czym pomagali dobrzy, bo partyjni, a czasem nawet bezpartyjni ludzie,
którym przeszkadzali ludzie źli, bezpartyjni, związani z wrogiem klasowym, zachodnim
szpiegiem, rodzimą chuliganerią lub bikiniarzami. Dla pogłębienia efektów dramatycznych bądź
zafascynowania czytelnika albo widowni wprowadzano do akcji jednostki chwiejne, wahające się
do ostatniej chwili z wyborem między Sprawą słuszną a sprawą niesłuszną. W finale dobrzy
wykonywali plan, źli ponosili zasłużoną karę na miejscu lub odłożoną w czasie.
Rozdział VII

INSTRUKCJE ZWALCZANIA CHULIGANA

Na początek przytoczę ważną konstatację Mirosława Pęczaka z Subkultur w


związku z lekturą Dziennika 1954:

W potocznej perspektywie „prawego obywatela” dominował strach, a cała ta


sytuacja miała wszelkie cechy anomii. Tyrmand wspomina, że takie mogą być
między innymi skutki wojny i okupacji, ale jednocześnie warto pamiętać, że
chuligani, choćby z powodów tożsamościowych, chcieli się określać w stosunku
do jakiegoś w miarę twardego, uporządkowanego układu. Tym układem mogła
być „władza ludowa”, państwo, podzielane przez większość przekonania.
Paradoksalnie – chuliganowi potrzebny był porządek po to, by można było ów
porządek burzyć. Przed wojną, nawet w kryzysowych latach sanacji, sytuacja
wydawała się klarowna: po jednej stronie sprawna i brutalna policja,
reprezentująca surowy, ale przejrzysty system prawny, po drugiej zaś – świat
przestępczego podziemia, stanowiący wyrazistą alternatywę dla oficjalnego
państwa[122].

Chuligan powojenny takiego aksjologicznego komfortu nie miał. Prawo nie było
klarowne, bo zarówno same przepisy, jak i ich egzekwowanie były
podporządkowane wymogom ideologicznym czy wręcz partyjnym. Poza
wszystkim jednak trudno burzyć porządek i być wyrazistym siewcą chaosu, skoro
dokoła, w całym społecznym bycie panował właśnie chaos. W rezultacie kulawa
praca instytucji oświatowych i opiekuńczych nie miała aż takiego znaczenia, jak
wszechobecny bałagan urbanistyczno- społeczny, którego nie ogarniała nawet
władza skłonna do kontrolowania wszystkiego, ale w którym całkiem dobrze czuli
się miejscowi chuligani[123]. W Polsce po II wojnie światowej nowa władza
najwięcej energii poświęcała zwalczaniu wrogów politycznych, następnie organa
ścigania wspierały kolektywizację, tropiły sabotaże i bumelanctwo w zakładach
pracy, toteż na walkę z pospolitą przestępczością najwyraźniej nie wystarczało im
ani czasu, ani sił, ani środków. W tej sytuacji otwierała się swoista szara strefa, w
której mogła się rozwijać także chuligańska subkultura — zauważa Pęczak.
Władza doskonale wiedziała, że z chuligaństwem trzeba walczyć; myślę (P.A.),
że nie tylko wiedziała, ale i czuła dla tej walki wyjątkowo zgodne i powszechne
społeczne poparcie. Problem polegał na tym, że nie bardzo wiedziała, jak. Zaczęła
więc – mówiąc kolokwialnie – z bardzo grubej, politycznej rury, dodatkowo
wpychając do niej bikiniarzy.
Szczególnie zasłużona była Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i
Szkodnictwem Gospodarczym (w skrócie: Komisja Specjalna lub KS). Jak pisze
Andrzej Zaćmiński[124], była to specyficzna struktura swoistego „wymiaru
sprawiedliwości” istniejąca w latach 1945–1954, podporządkowana najpierw
Krajowej Radzie Narodowej[125], później Radzie Państwa, działająca niezależnie i
poza strukturami sądów oraz kolegiów przy prezydiach rad narodowych
rozpatrujących drobniejsze sprawy. Orzecznicze uprawnienia Komisji Specjalnej
były praktycznie nieograniczone, gdyż w 1950 roku rozciągnięto je również na
przestępstwa polityczne. Na mocy orzeczeń KS, gdyż tak się nazywały ferowane
przez nią wyroki, za chuligaństwo skierowano do obozów pracy (Niezbędnik)
ponad 10 tys. osób. Równie wymowny był jej ogólny dorobek: w latach 1945–1954
około 90 tys. osób skazano na pobyt w obozie pracy. Jeśli do tego doliczymy
bezprawne areszty, to liczba pozbawionych wolności znacznie się zwiększy.
Długi tytuł świetnie udokumentowanej pracy A. Zaćmińskiego zaczyna się od
trzech łacińskich słów: Poena sine lege. Poena znaczy „kara”, sine „bez” lege
„prawo” (w sensie przepisów prawa). Bo faktycznie: terminem chuligaństwo
posługiwano się, a samych chuliganów karano za chuligaństwo z formalnego
punktu widzenia bezprawnie, ponieważ pojęcia te istniały w przestrzeni publicznej
– społecznej, politycznej, obyczajowej – ale nie w sferze obowiązującego prawa.
Mimo braku podstawy prawnej – stwierdza autor – w latach 1951–1958 w
orzecznictwie wymiaru sprawiedliwości oraz organów pozasądowych posługiwano
się tymi terminami w sposób całkowicie dowolny, dodając jeszcze takie
ogólnikowe kryteria, jak: „wybryk chuligański”, „chuligańskie metody
postępowania” „chuligańskie niszczenie mienia publicznego” „chuligańskie
działania” itp. Sądy, inkryminując oskarżonym czyny o takim charakterze,
skazywały na kary więzienia, Komisja Specjalna kierowała do obozów pracy, a
kolegia orzekały kary pracy poprawczej.
Ważną politycznie rolę w zwalczaniu chuligana odgrywały narady, zgodnie z
ogólniejszą zasadą: „Co się zbiera, jak się nie sieje? Zbiera się Plenum KC PZPR”.
Jedną z takich narad opisuje ogólnopolski dziennik „Życie Warszawy”[126].
Poniżej kilka charakterystycznych fragmentów, oczywiście z zachowaniem
oryginalnego stylu i pisowni:

Prof. dr Tadeusz Cyprian – Uniwersytet Poznański. Chuligaństwo ma w


sobie coś z choroby zakaźnej, jest niesłychanie zaraźliwe. I trzeba je zwalczać
jak chorobę. Możemy rozróżniać przyczyny chuligaństwa takie, które byty i
takie, które są obecnie. Te, które były wywodzą się z okupacji: dzieci na ulicy,
rodzice w obozie koncentracyjnym, dzieci przemykały się pod ścianami domów,
handlowały nielegalnie, żeby żyć. Była to podwójna moralność wobec okupanta.
Każdy dorosły to zrozumie, ale dziecko nie.
Bezpośrednio po wojnie niektóre grupy społeczeństwa wyglądały czegoś, co
miało wg ich klasowych rachub przyjść, a co nie przyszło i nigdy nie przyjdzie –
żyły niejako w tymczasowości. Ludzie, którzy tak myśleli, przekonali się zwolna
o stabilizacji ustroju, porządku i osiągnięć Polski Ludowej. I te przyczyny są
więc w zasadzie za nami. Natomiast przychodzą przyczyny nowe. Jak zawsze w
okresach rewolucji społecznej i przemian historycznych dochodzą do głosu m.in.
jednostki mniej uświadomione, które uważają to za okazję do wyżycia się.
Młodzież ma wysokie zarobki przy stosunkowo małej odpowiedzialności[127].
Jest to moment niesłychanie ważny. Wielu młodych dochodzi do dużych
dochodów, mieszka w domu u swoich rodziców, mając dach nad głową, część
dochodu daje do domu, a reszta idzie w sposób nieobliczalny na różnego rodzaju
zabawy „kulturalne”
Obserwuję młodzież przychodzącą na I rok studiów w uniwersytecie. Ta
młodzież nie jest przygotowana społecznie. Często nie umie się zachować na
wykładzie, nie umie się zachować w szatni uniwersyteckiej. Młody człowiek
przychodzi do zakładu i nie wie, czy ma powiedzieć Dzień dobry, czy ma zdjąć
czapkę, czy też rzucić czapkę na stół. Mówi się, że to są drobiazgi w
wychowaniu. Ale to jest bardzo ważne.
Kwestia zwalczania chuligaństwa. W obecnym etapie potrzebna jest ustawa o
zwalczaniu chuligaństwa, taka jak ustawa o spekulacji czy przedtem o
szabrownictwie. Potrzebna jest akcja oparta o tę ustawę, która musi być
prowadzona przez właściwe organa. Byłoby konieczne przeprowadzenie
systematycznych akcji wyłapywania chuliganów, sądzenia, ogłaszania wyroków
i karania pobytem w obozie pracy. Ale to nie zawsze odstrasza. Byłoby może
zatem wskazane prowadzenie akcji uderzeniowych na dużą skalę. Taka akcja
może być przeprowadzona przez obsadzenie np. 2–3 dworców, każdego dnia
gdzie indziej i przez wyłapywanie chuliganów. W kinach można zrobić to samo:
przy kasach, przy wejściach, w kolejkach po bilety.

W tym momencie przerwę, by skonstatować, że profesor zapewne nie czytał trochę


wcześniej „Życia Warszawy”. Otóż dziennik ten przez całą poprzedzającą naradę
jesień 1953 roku pisał o takich właśnie akcjach przeciw chuliganom, od Cedetu po
kina. I co się okazywało? Chuligańska natura nie znosiła próżni. Po paru dniach w
tych samych miejscach pojawiali się albo ci sami (jeśli przypadkiem nie zostali
skazani), albo całkiem nowi. W kilka dni po akcji MO pod kinem „Moskwa”
reporter „Życia” naliczył 100 (słownie: stu) koników oferujących bilety po 20
złotych; w kasie, gdyby były, kosztowałyby dziesięć. Co ciekawsze, szef komendy
stołecznej milicji skrytykował akcyjność własnych poczynań, o czym niżej. Nie
pomagała też stygmatyzacja chuliganów na łamach prasy przez wymienianie ich z
imienia i nazwiska, a także podawanie dokładnego adresu z numerem domu i
mieszkania włącznie (!) oraz miejsca pracy, jeśli delikwent był gdzieś zatrudniony.
Na przykład: Taki a taki, mieszka u ciotek na Żoliborzu przy al. Wojska Polskiego
nr X m. Y, zatrudniony [np. w FSO jako... albo: 14 listopada zwolniony z pracy za
bumelanctwo][128]. Podejrzewam, że po takiej reklamie akcje inkryminowanego
osobnika na chuligańskiej giełdzie jedynie zwyżkowały.
Wracamy do narady.

Stanisław Dobosiewicz, dyrektor z Ministerstwa Oświaty. W wielu


wypowiedziach publikowanych w prasie i wygłoszonych na tej naradzie
wystąpiło niebezpieczne uogólnienie, jakoby cała nasza młodzież była pod
bezpośrednim wpływem chuliganów. Nie wolno też uogólniać odwrotnej tezy.
Rzeczywiście część młodzieży, w niektórych środowiskach nawet znaczna,
uległa wpływom chuligańskim. Dlatego Min. Oświaty nieprzerwanie stawia
przed nauczycielstwem zadanie zdecydowanej walki z chuligaństwem. Całość
naszej pracy wychowawczej w szkołach – to organizowanie szerokiego frontu
walki z przejawami chuligaństwa. Przy tym należy podkreślić, że szkoła traktuje
chuligaństwo jako zjawisko o wyraźnie negatywnym politycznym obliczu.
Świadczy o tym przerastanie tych chuligańskich wystąpień, które obserwujemy
w tramwajach, pod kinami itp. – w wystąpienia o charakterze politycznym.
Chuligan daje się najłatwiej wciągnąć do wrogiej roboty przeciw naszemu
ustrojowi. Na tym tle doszło przecież w kilku warszawskich szkołach do
wybryków, które musiały zakończyć się zawieszeniem uczniów w prawach
uczniowskich. Walka z chuligaństwem musi więc być prowadzona przez
wzmocnienie oddziaływania politycznego na młodzież. [Zarazem] budząc
zainteresowanie problemami nauki i kultury fizycznej – zagradzamy dostęp do
młodzieży krzewicielom chuligaństwa i amerykańskiego stylu życia.

Stanisław Mach, wiceprezes ZG Związku Zawodowego Nauczycielstwa


Polskiego. Należy zainteresować naszych profesorów i pedagogów i zwrócić ich
uwagę na ulepszanie metod pracy organizacji młodzieżowej. Młodym ludziom
trzeba pomóc. Bo skąd ZMP-owcy biorą wzór dla swej pracy? Z nieudanych
zebrań, które wyspecjalizowały się w tym, że musi być omówiona sytuacja
międzynarodowa itd. Wyciągamy też wniosek, że nasze zajęcia pozaszkolne są
mało atrakcyjne, że nie zachęcają młodzieży, by przyszła i uczestniczyła w
zajęciach organizowanych przez szkołę i nauczyciela. Stąd wniosek, żebyśmy te
prace podnieśli na wyższy poziom.

Ppłk Stanisław Górnicki, komendant MO w Warszawie. Słuszna krytyka


[pod adresem milicji] jest może niepełna, bo w naszej pracy jest dużo więcej
braków. Brakiem naszej pracy jest niedostateczna reakcja. Wciąż jeszcze nie
zadowalająca jest postawa niektórych funkcjonariuszów M.O. w
natychmiastowej reakcji w walce z objawami chuligaństwa. Miałoby to poważny
skutek w likwidacji pewnych wypadków z miejsca i w zarodku.
Drugim podstawowym brakiem było to, że podchodziliśmy do walki z
chuligaństwem w formie akcyjnej. Jeżeli były zagrożone pewne ulice, kina czy
narożniki ulic i alarmowano nas, że jest bardzo źle, przystępowaliśmy do
likwidacji skutków i to dawało rezultaty liczbowe w postaci ilości zatrzymywali,
ale w praktyce nie rozwiązywało zagadnienia.
Jeśli chodzi o dane liczbowe, to w tym roku w porównaniu z latami
poprzednimi objawy przestępczości nie są tak masowe, jak w latach 1951 i 1952.
Natomiast niepokojący jest objaw wzrostu wystąpień chuligańskich, które są
rozpatrywane w trybie karno-administracyjnym, tzn. – różnych form zakłóceń
porządku publicznego.
Widoczny jest też – jako przyczyna chuligaństwa – brak politycznej opieki nad
młodzieżą niezorganizowaną. W zasadzie w codziennym życiu i na ulicy nie
widzimy pracy organizacji zetempowskiej. Jest palący wniosek, aby na terenie
Warszawy było więcej otwartych świetlic i otwartych klubów sportowych i
innych form rozrywek dla młodzieży włóczącej się obecnie bezcelowo po
ulicach. Chodzi o zagadnienie stworzenia form lekkiej rozrywki. Warto by
pomyśleć nad tym, aby otworzyć na terenie miasta lokale bez alkoholu, gdzie by
młodzież przy szklance herbaty, czarnej kawie czy oranżadzie mogła potańczyć i
pobawić się bez konieczności użycia alkoholu.
Należałoby uregulować zagadnienia tego rodzaju, gdzie wpływ rodziców,
zwłaszcza rodzin pijackich, których jest dość dużo w Warszawie, prowadzi do
chuligaństwa dzieci. Rodziców takich należałoby pozbawić prawa
rodzicielskiego, aby młodzież, która wychowuje się w takich niejednokrotnie
przestępczych środowiskach, mogła być chroniona i wyrosnąć na dobrych
obywateli.

Mieczysław Kuźma, przedstawiciel Zarządu Stołecznego ZMP. Chuligaństwo


stanowi poważny problem w tej chwili i jest jednym z momentów walki
klasowej. Trzeba przede wszystkim widzieć to, że chuligaństwo jest
pozostałością starego w świadomości naszej młodzieży. Wynika z tego, że
organizacja ZMP-owska, że nasze kadry nauczycielskie nie potrafiły we
właściwy sposób dotrzeć do naszej młodzieży. Nasz praca powinna być
skierowana w tym kierunku, żeby każdy młody człowiek mógł znaleźć dla siebie
coś ciekawego.
Na podstawie sygnałów, jakie dochodziły z naszych kół, postanowiliśmy
podjąć pewne kroki zaradcze. Odbyło się w Zarządzie Stołecznym plenum
poświęcone pracom sportowym, gdzie szczególną uwagę zwróciliśmy na to,
żeby wykorzystać sport do walki z chuligaństwem. Wiemy, że pokaźna liczba
chuliganów rekrutuje się z naszych fabryk i naszych szkół. Z chwilą, gdy na
właściwym poziomie potrafimy postawić pracę kulturalną i sportową w tych
zakładach, śmiem twierdzić, że 3/4 chuliganów zniknie z naszych ulic.

Walka z chuligaństwem toczyła się więc na różnych płaszczyznach, w tym


oczywiście i karnoprawnej[129], ale jej rezultaty były niewspółmierne zarówno do
działań propagandowych, jak i kodeksowych. Nie sprawdziła się również
teza[130], że wraz z rozwojem społeczeństwa socjalistycznego chuligaństwo, jako
zjawisko charakterystyczne dla ustroju kapitalistycznego, będzie zanikać. O tym,
jak dalece rzeczywistość odbiegła od proroctw, lepiej niż statystyki świadczy
choćby wypowiedź wiceministra sprawiedliwości Franciszka Sadurskiego:

W wielu sądach liczba spraw jest wprawdzie mniejsza, ale za to spotyka się
coraz więcej spraw popełnionych w bandzie. Zanotowano je w rejestrach jako
jedną sprawę, lecz musimy pamiętać o tym, że w każdej z nich występuje kilku
lub nawet kilkunastu oskarżonych. [...] W błąd wprowadza także fakt, że
„operują” dziś słabe liczbowo tzw. roczniki okupacyjne, tj. młodzież urodzona w
latach 1940–41[131] [czyli nie daj Boże, gdyby nie okupacja].

Ówczesnym statystykom nie wolno ufać i dlatego się do nich nie odwołuję. Po
prostu, z braku jednolitej definicji przestępstw czy wykroczeń chuligańskich, różni
statystycy rozumieli (sami lub w zależności od aktualnych wytycznych z góry) pod
tym pojęciem całkiem odmienne stany faktyczne. Z jednej strony, jak wynika z
wypowiedzi Sadurskiego, różnych sprawców cechowano tym samym numerem, z
drugiej obraz zamazywało – tym razem w przeciwną stronę – podciąganie pod
„chuligańskie paragrafy” przejawów społecznego niezadowolenia lub buntu, jak w
Poznaniu 1956 (Niezbędnik), drobniejsze strajki, demonstracje podczas odwilży
około październikowej.
Wzorując się na teorii klasyków komunizmu (Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina)
oraz zdobyczach praktyki sowieckiej – pisze w „Poena sine lege” Andrzej
Zaćmiński – budowano państwo totalitarne, w którym ustawodawstwo karne i
funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości powinno służyć przed wszystkim
utrzymaniu i sprawowaniu władzy. Interpretacja przestępczości miała zatem
wymiar ideologiczny, klasowy, traktowano ją jako spadek po kapitalizmie, który
musiało przyjąć państwo nowego typu: socjalistyczne. Gdy zatem na przełomie lat
czterdziestych i pięćdziesiątych pojawiło się zjawisko społeczne w postaci
chuligaństwa, jemu również nadano wymiar ideologiczny, tym bardziej że
wpisywało się w tezę o walce klas zaostrzającej się w miarę postępów w
budowaniu socjalizmu.

W efekcie to groźne zjawisko zideologizowano i upolityczniono, rozszerzając o


wszystkie zachowania oraz „czyny” które komuniści uznali za niezgodne z ich
wizją społeczeństwa socjalistycznego. W ten sposób skala zjawiska została
wyolbrzymiona, a wiele osób w propagandzie, a także orzecznictwie wymiaru
sprawiedliwości niesłusznie zyskało „etykietę” chuligana[132].

Tak właśnie było i tylko trudno mi się zgodzić z tezą o wyolbrzymieniu, zwłaszcza
że dalej jest jeszcze dobitniej:

Przybierające na sile na początku lat pięćdziesiątych chuligaństwo było


rzeczywiście groźnym zjawiskiem społecznym, ale mającym raczej
marginesowy charakter. Propaganda komunistyczna z właściwym sobie
atawistycznym [?] stylem tworzenia wrogów wyolbrzymiała to zagrożenie.
Śledząc jej poczynania można było odnieść wrażenie, że Polska została
zdominowana przez chuliganów[133].

Tak się składa, że profesor Zaćmiński, rocznik 1960, nie może pamiętać tamtych
czasów. Ja natomiast całkiem dobrze je pamiętam, wraz z poczuciem zagrożenia i
nerwowym oczekiwaniem w domu rodzinnym na powrót syna/brata z pobliskiej
Politechniki Warszawskiej, od kiedy na zaledwie kilkusetmetrowej trasie został
parokrotnie pobity przez bandy wyrostków. Za nic. Nie zrabowano mu nawet
szwajcarskiego zegarka, oczywiście z przemytu, prezentu za maturę wartego
półtorej inżynierskiej pensji ojca[134]. Zgoda, w perspektywie pracy naukowej czy
eseju takie subiektywno- rodzinne wrażenia i odczucia mogą być bezwartościowe,
ale nie da się już tego powiedzieć o spostrzeżeniach czy komentarzach Leopolda
Tyrmanda, przenikliwego obserwatora i rejestratora życia społecznego we
wszelkich jego przejawach. Poniżej trzy fragmenty z Dziennika 1954; nigdy nie
uwierzę, że napisał je pod wpływem komunistycznej propagandy.

I.
Mieszkańcy Saskiej Kępy i Mokotowa[135] boją się wieczorami wychodzić z
domu, na peryferiach milionowej stolicy dużego państwa w pełni pokoju panuje
wszechwładnie prawo „rozbierania”, niefrasobliwy eufemizm dla rabunku. Na
łamach prasy trwa „dyskusja” a zastępca komendanta milicji warszawskiej
skarży się, że ma za mało ludzi[136].
II.
O czym gwarzą zebrani przygodnie wędrowcy anno 1954, w dziesiątym roku
Polski Ludowej, w rytm kół pociągu przemierzającego serce tego pięknego,
starego kraju? Od rubieży Krakowa do samych Kielc, a starczyłoby go i po
zieloną toń Bałtyku, jeden temat nie schodził z wokandy, nie sposób go było
wyczerpać i każdy spośród siedzących tu ośmiu ludzi miał coś do powiedzenia,
dodania, dorzucenia. Zbrodnia, zdziczenie, deprawacja, gwałt, rabunek, napad,
morderstwo, oszustwo, nadużycie, grabież z bronią w ręku, chuligaństwo [podkr.
P.A.], pijaństwo, niepewność dnia i godziny – oto tonacja obyczajowa tych
terytoriów najstarszej Polski, ongiś wsi-spokojnej-wsi-szczęśliwej, sennych i
leniwych Sandomierzy, Opatowów, Olkuszów, Wieluniów i Bochń[137].
III.
W przedwojennej Polsce sielskość i zdziczenie nie wykluczały się wzajemnie,
żyły obok siebie, zaś doskonała policja kontrolowała równie świetnie
zorganizowany świat przestępczy Warszawy, Łodzi, Wilna. Lecz co innego
instytucjonalne, ekskluzywne, posługujące się własną etyką środowiskową, a
więc z natury rzeczy nieliczne millieu przestępcze wielkomiejskich
włamywaczów i gangsterów, co innego gwałt upowszechniony, życie, w którym
chłopek i szofer sięgają po łom czy kilof, wkraczają do sklepu WSS po dzienny
utarg i pozostawiają za sobą ekspedientkę z rozłupaną czaszką. A to właśnie
dzień powszedni Radomiów, Szydłowców i Pabianic[138].

Pisząc te słowa, miał więc Tyrmand na myśli także chuligaństwo pleniące się od
rubieży Krakowa po zieloną toń Bałtyku. Chuligaństwo powszechne i powszednie,
o którym pisał nie tylko w Złym.
Związek Radziecki, jego instytucje ustrojowe i towarzysząca im doktryna przez
długi czas były w Polsce Ludowej uznawane za przodujące i jedyne godne
naśladowania. Nic więc dziwnego, że znaleźli się prawnicy-politycy, którzy chcieli
po prostu wcielić tamtejsze rozwiązania do polskiego systemu prawnego, w całym
ich ideologicznym sztafażu. Mianowicie w Kraju Rad – od czasów bolszewickich
aż po lata sześćdziesiąte XX wieku – nadawano terminowi „chuligaństwo” rangę
przestępstwa politycznego: wykroczenia przeciwko władzy radzieckiej. W Polsce
było blisko, a jednak nie do końca wyszło, niezależnie od nacisków ze strony
prawniczej opcji prosowieckiej pod przewodnictwem znanego nam już sędziego
Auscalera (według Zaćmińskiego nie miał nawet ukończonych studiów
prawniczych). Być może owa opcja wzięła się do roboty zbyt późno. Najpierw
bowiem na plan pierwszy wysuwały się takie zasadnicze problemy, jak zbrojne
utrwalanie władzy ludowej, konieczność sfałszowania wyników plebiscytu 3 x
TAK, następnie wyborów do Sejmu, praca nad złodziejską wymianą pieniędzy,
bitwa o handel, bitwa o kolektywizację wsi, walka z odchyleniem prawicowo-
nacjonalistycznym Gomułki, uchwalenie „małej konstytucji” i „małego kodeksu
karnego – m.k.k.” (Niezbędnik). Siłą rzeczy kwestia chuligańska musiała zejść na
dalszy plan, tym bardziej że duże nadzieje komunistyczni władcy wiązali z
bezpośrednim jej połączeniem z walką klas, czynnym i biernym sabotowaniem
budownictwa socjalistycznego w Polsce, rodzimą reakcją oraz zdemaskowaniem
mocodawcy: imperializmu amerykańskiego.
Być może w kwestiach czysto prawniczych nie bez znaczenia było zwykłe
poczucie przyzwoitości bardziej konserwatywnej części środowiska dopuszczonego
do dyskusji nad legislacyjnymi rozwiązaniami, w tym swoistej więzi z kodeksem
karnym z 1932 roku, zwanym kodeksem Makarewicza – dziełem, którego
zazdrościli nam legislatorzy niemal z całego świata, zgodnie uznawanym za
najnowocześniejsze i zgoła wzorcowe. A obowiązywał aż do chwili wejścia w
życie nowego k.k. w 1969 roku, aczkolwiek częściowo zastąpiony przez m.k.k. z
1946 roku.
Nikt nie negował konieczności surowszego karania chuliganów. Kością niezgody
była natomiast sama zasadność wprowadzenia pojęcia chuligaństwa do
ustawodawstwa karnego. Gdy zaś zwolennicy zaczęli brać górę – sposób podejścia
do tego zagadnienia: od strony podmiotowej czy przedmiotowej.
Zgodnie z koncepcją podmiotową istota czynu o charakterze chuligańskim tkwi
nie tyle w nim samym (czynie), ile w jego sprawcy, czyli podmiocie. Mianowicie
celem takiego deliktu jest wyłącznie zademonstrowanie przez chuligana pogardy
dla zasad współżycia społecznego. W praktyce wystarczyłby zatem brak
racjonalnych pobudek działania sprawcy, by uznać chuligański charakter jego
czynu. Krytycy podnosili, że w sytuacji, w której przestępstwo zostałoby
popełnione z przyczyn racjonalnych – możliwość jego podłączenia pod „paragraf
chuligański”, a w konsekwencji wymierzenie podwyższonej (za chuligaństwo)
kary, nie byłoby możliwe.
Według koncepcji przedmiotowej wyróżnikiem czynu o charakterze
chuligańskim byłyby elementy tkwiące nie w samym sprawcy, jego psychice, lecz
w dostrzegalnych gołym okiem cechach samego czynu: brutalności,
bezwzględności, przy zachowaniu warunku działania jawnego, publicznego. I w
tym przypadku odezwali się krytycy, zwracając m.in. uwagę, że ujęcie
przedmiotowe – rezygnujące programowo z przewagi celowości zachowania
sprawcy na rzecz sposobu, w jaki dokonał on przestępstwa – prowadzi do
pominięcia osobowości tegoż sprawcy, co w nowoczesnym orzecznictwie jest
niedopuszczalne.
Pojawiła się też koncepcja mieszana, zawierająca elementy obu powyższych, na
której – jak zawsze w podobnych sytuacjach – i zwolennicy, i krytycy poprzednich
nie zostawili suchej nitki.
Wobec braku zgody wśród uczonych i praktyków sądownictwa władze
postanowiły włączyć do akcji organ zawsze najposłuszniejszy, mianowicie
prokuraturę. W rezultacie prokurator generalny Stefan Kalinowski wymyślił własną
definicję chuligaństwa: jest to

każdy wybryk chuligański skierowany przeciwko porządkowi publicznemu,


przeciwko życiu i zdrowiu, przeciwko godności człowieka pracy, przeciwko jego
prawu do spokojnego wypoczynku, stanowiący naruszenie podstawowych zasad
współżycia społecznego w Polsce Ludowej, godzący w wykonanie zadań planu
6-letniego, hamujący rozwój budownictwa socjalistycznego[139].
Takim sposobem, ignotumper ignotum[140], generalny prokurator wytłumaczył,
że wybrykiem chuligańskim jest wybryk chuligański. Mimo urzekającej prostoty
pomysł owej definicji się nie ostał.
Prawdę powiedziawszy – a zdaję sobie sprawę, że zwykłym magistrem prawa
będąc, narażam się i dzisiejszym jurysprudentom – było w tym wszystkim coś z
ulubionego przez tę profesję dzielenia włosa na czworo. W dyskusjach dominowali
teoretycy prawa, podczas gdy przyjęcie takiego lub innego rozwiązania wiązałoby
ręce praktykom, którzy musieliby w swych aktach oskarżenia lub wyrokach dawać
pierwszeństwo narzuconym przesłankom orzekania. Wprawdzie całe
ustawodawstwo jest przez polityków narzucane, jednak pozostawia – a
przynajmniej powinno zostawiać – sędziowskiej roztropności i wiedzy o życiu
spory margines swobody. W przypadku chuligaństwa, materii prawnej wbrew
pozorom delikatnej i niejednoznacznej, automatyczne nomen omen przesądzanie
wiązałoby im ręce w każdej sprawie, często wbrew ich wiedzy, praktyce i
sumieniu. Tym bardziej że nie było zgody wśród samych sędziów. Dawali temu
wyraz w ramach pozostawionej im tzw. swobody orzekania, opowiadając się to po
jednej, to po drugiej stronie. Zgody nie było nawet w Sądzie Najwyższym, który w
latach pięćdziesiątych terminem „chuligaństwo” posługiwał się w swym
orzecznictwie w sposób mało precyzyjny, by nie rzec: dowolny.
Tak więc za podmiotową koncepcją wyraźnie opowiedział się Sąd Najwyższy na
przykład w wyroku z 29 października 1959 roku[141]:

Specyfika chuligaństwa tkwi w stronie podmiotowej, a mianowicie w celu, do


którego sprawca dąży. Celem tym jest okazanie lekceważenia zasad współżycia
społecznego. Z reguły będzie to w praktyce równoważne z brakiem
jakichkolwiek racjonalnych pobudek.

Dla odmiany Izba Wojskowa Sądu Najwyższego w uzasadnieniu do


postanowienia z 29 kwietnia 1959 roku[142] opowiedziała się za przedmiotową,
stwierdzając, że

za przestępstwa o charakterze chuligańskim należy uznać czyny popełnione


zwykle publicznie, bez żadnej dającej się ustalić przyczyny lub z przyczyny
błahej w porównaniu z reakcją sprawcy, z reguły pijanego, budzącego zgorszenie
lub obawę osób postronnych.

Z kolei chuliganowi było raczej obojętne, czy zostanie skazany zgodnie z


koncepcją podmiotową, przedmiotową, czy nawet mieszaną. Dla niego o wiele
ważniejsze było to, co się stało 22 maja 1958 roku. Otóż ustawodawca poniechał
dalszych prób wprowadzenia definicji chuligana, chuligaństwa lub przynajmniej
czynu chuligańskiego, z uwagi na ich bezowocność. W zamian uchwalił ustawę o
zaostrzeniu odpowiedzialności karnej za chuligaństwo[143], która w art. 1
stanowiła, że „chuligański charakter przestępstwa lub wykroczenia wpływa na
zaostrzenie wymiaru kary”. Dalej następowały konkrety, w jakich sytuacjach i jak
wpływa. Dla przykładu: w art. 241 k.k. („Kto, biorąc udział w bójce lub w pobiciu
człowieka, używa broni, noża lub innego niebezpiecznego narzędzia, podlega karze
więzienia do lat 2”) górną granicę ustawodawca podniósł do lat pięciu. Podwyższał
też granice dolne, a ponadto w przypadku wielu przestępstw zniósł możliwość
skorzystania przez sprawcę z zawieszenia kary. Było to bolesne uderzenie.
A więc: czy tylko tyle, czy aż tyle? W stosunku do oczekiwań góra urodziła
mysz, w dodatku niepełnosprawną. Można jej bowiem wytknąć to samo, za co
wyśmiano nieszczęsną definicję prokuratora Kalinowskiego. W myśl ustawy
sprawcą-chuliganem jest przecież ten, kto popełnił przestępstwo lub wykroczenie o
charakterze chuligańskim. Pozostało więc uczucie niedosytu wobec braku definicji,
czym jest chuligaństwo (czyn chuligański). Trafnych zarzutów pod adresem
prawodawcy padło zresztą więcej, nie tu jednak miejsce na ich roztrząsanie. Na
pewno dobrze się stało, że po wielu latach pojęcie chuligaństwa trafiło wreszcie do
ustawodawstwa, samo chuligaństwo zaś stało się okolicznością poważnie
obciążającą dla złoczyńców. A fakt pozostawienia sądom swobodnej oceny czynu
bądź osoby sprawcy pod kątem chuligańskich kryteriów świadczy być może – obok
legislatorskiej bezradności – także o większym zaufaniu do ich rozwagi i
życiowego doświadczenia, niż do sztywnych formułek z góry przesądzających o
prawnej kwalifikacji każdego deliktu.
Z mieszanymi uczuciami trzeba natomiast przyjąć wprowadzenie przez ustawę
antychuligańską znacznie szybszego i prostszego trybu karania, polegającego na
tym, że sprawcy przestępstw typowo chuligańskich (bójki, pobicia itp.) powinni
być natychmiast zatrzymywani przez Milicję Obywatelską, jeżeli przypadkiem
znajdowała się w pobliżu – o tym ostatnim próżno marzyli napadani obywatele – a
następnie bezzwłocznie doprowadzani do sądu, który miał przystępować do
rozpoznania sprawy bez dochodzenia i aktu oskarżenia, jedynie na podstawie
ustnego lub pisemnego meldunku funkcjonariusza i/lub innych osób. Z jednej
strony był to młot na chuliganów, z drugiej jednak upoważniał organy ścigania i
wymiaru sprawiedliwości do omijania procedur wykształconych nie bez powodu (i
wieki wcześniej) w państwach prawa – tyle że Polska Ludowa takim państwem nie
była. Jednak dla ścisłości trzeba dodać, że w początkach października 1958 prasa
doniosła, iż od dziewiątego dnia owego miesiąca w sprawach chuligańskich będą
oskarżać prokuratorzy, a na miejscu, w sądzie, mają dyżurować obrońcy z
urzędu[144].
Różne były doktrynalne, kodeksowe i orzecznicze losy chuligańskich czynów,
pobudek, motywów itd. w kolejnych dziesięcioleciach, one nie są już jednak
przedmiotem tej książki. Ale dla porządku: w obowiązującym stanie prawnym (na
1 stycznia 2018 roku) kodeks karny z 6 czerwca 1997 roku (z licznymi zmianami
od tamtego czasu)[145] w paragrafie 21 artykułu 115, zawierającego objaśnienia
wyrażeń ustawowych, stwierdza, że:

Występkiem o charakterze chuligańskim jest występek polegający na umyślnym


zamachu na zdrowie, na wolność, na cześć lub nietykalność cielesną, na
bezpieczeństwo powszechne, na działalność instytucji państwowych lub
samorządu terytorialnego, na porządek publiczny albo na umyślnym niszczeniu,
uszkodzeniu lub czynieniu niezdatną do użytku cudzej rzeczy, jeżeli sprawca
działa publicznie i bez powodu albo z oczywiście błahego powodu, okazując
przez to rażące lekceważenie porządku prawnego [podkr. P.A.].

Natomiast w kodeksie wykroczeń z 20 maja 1971 roku (z licznymi zmianami)


[146], w paragrafie 5 analogicznego, objaśniającego artykułu 47, czytamy:

Chuligański charakter mają wykroczenia polegające na umyślnym godzeniu w


porządek lub spokój publiczny albo umyślnym niszczeniu lub uszkadzaniu
mienia, jeżeli sprawca działał publicznie oraz w rozumieniu powszechnym
bez powodu, okazując przez to rażące lekceważenie zasad porządku
prawnego [podkr. P.A.].

Niezbędnik do rozdziału VII


Mała konstytucja (m.k.), mały kodeks karny (m.k.k.). Po sfałszowanych wyborach już 19
marca 1947 roku Sejm uchwalił ustawę konstytucyjną o ustroju i zakresie działania najwyższych
organów Rzeczypospolitej Polskiej, obowiązującą do chwili wejścia w życie nowej Konstytucji
Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. W ciągu ponad pięciu lat obowiązywania m.k. była
nowelizowana trzykrotnie (1949, 1950, 1951). Zastąpiona przez stalinowską ustawę zasadniczą z
22 lipca 1952 roku. Z kolei m.k.k. został uchwalony 13 czerwca 1946 roku jako dekret o
przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa. Tytuł mówi sam za
siebie, ale warto dodać, że przewidywał karę śmierci w przypadku aż 13 rodzajów przestępstw.
Wprowadził też karalność „rozpowszechniania nieprawdziwych informacji”, co pozwoliło na
skazywanie osób opowiadających antyreżimowe dowcipy polityczne.

Obozy pracy w Polsce Ludowej. W 1945 roku podczas posiedzenia Komitetu Centralnego
Polskiej Partii Robotniczej Władysław Gomułka obwieścił: „Hitler zrobił obozy pracy, więc
uważacie, że to jest taka faszystowska formuła, a my możemy włożyć w to ideę ludową”. Wkrótce
potem aktyw PPR-owski w specjalnym Memoriale wystąpił do Komisji Specjalnej z apelem o
wpajanie osadzonym umiłowania prawa i pracy dla demokracji ludowej. Obozy pracy były
przeznaczone głównie dla tych żołnierzy podziemia antykomunistycznego oraz opozycyjnych
działaczy politycznych, których z jakichś przyczyn nie wymordowano ani nie osadzono na dłużej
w więzieniach, ale także dla chuliganów, opowiadaczy antypaństwowych dowcipów, osób
uchylających się od pracy (tak zatem fraszka Pozna łobuz pracy obóz nie była tylko czczą
pogróżką). Dokładne liczby nie są znane – badacze przedmiotu uważają, że w ciągu dekady
istnienia takich obozów przeszło przez nie ok. 300 tys. osób. Liczbę placówek oceniają w
przybliżeniu (jedne tworzono, inne zamykano) na 400. Bogusław Kopka w przewodniku
encyklopedycznym Obozy pracy w Polsce 1944–50 (Ośrodek KARTA, Warszawa 2002)
zidentyfikował i opisał 206 z nich.

Plebiscyt, wybory, wymiana pieniędzy. W tzw. referendum (plebiscycie) 3 X TAK z 31 czerwca


1946 roku odpowiadano na pytania (w skrócie): 1) czy jesteś za likwidacją Senatu? 2) za
nacjonalizacją podstawowych gałęzi gospodarki narodowej i reformą rolną? 3) za nową granicą
na Bałtyku oraz Odrze i Nysie Łużyckiej? Władze podały, że 90% pytanych odpowiedziało „tak” na
wszystkie pytania. Współcześnie historycy obliczyli, że odsetek odpowiedzi na „nie” wahał się – w
zależności od pytania – od 30% do 70%. Kolejnym fałszerstwem (rodzima bezpieka
współpracowała przy tym ściśle z sowieckim aparatem represji, NKWD) zakończyły się wybory do
Sejmu 19 stycznia 1947 roku. Jeszcze przed wyborami aresztowano ok. 50–60 tys. działaczy
lokalnych oraz aktywnych sympatyków najgroźniejszego konkurenta: Polskiego Stronnictwa
Ludowego. Ponadto unieważniono 1/5 okręgowych list wyborczych PSL, a ok. 400 tys. osób
pozbawiono prawa głosu. Ludowa władza ogłosiła 80% zwycięstwo Bloku Demokratów (PPR, PPS
z przystawkami), podczas gdy – według najnowszych badań – nie uzyskał on więcej niż 25–30%
głosów. Po utrwaleniu swej władzy komuniści dokonali na społeczeństwie rozboju w biały dzień
przez wymianę pieniędzy na mocy ustawy z 28 października 1950 roku. Chytry zabieg polegający
na pozbawieniu Polaków części oszczędności zasadzał się na tym, że o ile ceny, płace,
zobowiązania pieniężne, wkłady bankowe i oszczędnościowe wymieniano po (dość naciąganym)
kursie 3 nowe złote za 100 starych, o tyle gotówkę trzymaną przez ludzi po domach, „w
pończosze”, już tylko po kursie 1 za 100. Jednocześnie zabroniono posiadania dewiz, złota i
platyny (poza wyrobami jubilerskimi), przy czym za handel walutą groziła kara śmierci, a za samo
jej posiadanie 15 lat więzienia.

Poznań 1956. To tak zwane przez władze „wypadki poznańskie”, w rzeczywistości pierwszy wielki
bunt społeczny w Polsce Ludowej, który rozpoczął się rankiem 28 czerwca 1956 roku od strajku
w Zakładach Cegielskiego (wtedy oczywiście im. Józefa Stalina). Wkrótce robotników wsparła
społeczność Poznania. Miejscami demonstracje przerodziły się w walki uliczne. Bunt stłumiło 10
tys. żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego pod dowództwem Stanisława Popławskiego, generała
Armii Czerwonej oddelegowanego do Polski. Żołnierze – wspomagani przez agentów bezpieki i
milicjantów – zabili prawie 60 osób i znacznie więcej ranili.
Rozdział VIII

A JEDNAK WIECZNIE ŻYWY?

Pora kończyć, a kończąc, wyjaśnić, dlaczego ten koniec przypada akurat na rok
1960, przy czym odpowiedź raczej nie powinna brzmieć: a dlaczego nie? Solidne
alibi daje mi Mirosław Pęczak:

Subkultura chuligańska, mimo stałej obecności słowa „chuligan” w języku


potocznym, straciła swą wyrazistość i zanikła na początku lat 60-tych, chociaż
grupy o podobnym charakterze (gitowcy, skinheadzi) pojawiały się także
później. Termin „chuligan” funkcjonuje obecnie jako synonim agresywnego
osobnika, nie zaś przedstawiciela grupy subkulturowej[147].

Spośród różnych przyczyn za najważniejszą uważam tę, że właśnie zaczynają się


lata małej stabilizacji – jak trafnie nazwano czasy „środkowego Gomułki” Jest
wyraźnie lepiej niż w latach pięćdziesiątych, nie mówiąc o bezpośrednio
powojennych. Ludzie przestają się bać czarnych citroenów, ulubionych aut
bezpieki podjeżdżających o świcie, by z niesłusznego snu budzić wrogów
klasowych. Skończyło się kartkowe racjonowanie żywności, skończyły się czasy
kwaterunku. Wspomagana przez państwo, a właściwie państwowa spółdzielczość
mieszkaniowa (oksymoron zamierzony) zaczyna dawać ludziom nadzieję na
mniejsze i tańsze lokatorskie bądź znacznie droższe i nieco większe, za to bardziej
własnościowe mieszkania[148]. Teoretycznie partyjno-rządowi nic już nie mają
przeciwko budownictwu jednorodzinnemu, byle do 110 metrów powierzchni.
Prywatny samochód, choć nadal budzi zawiść, przestaje być sensacją.
Rządzący pojmują wreszcie, że rządzonym nie są do szczęścia potrzebne coraz
tańsze lokomotywy ani walcownie grube i średniodrobne, zaczynają więc budować
zakłady produkujące coś potrzebnego na rynek, a także rozwijać przemysł zwany
terenowym, by wytwarzał więcej dóbr konsumpcyjnych. Mało tego. W równie
zbożnym celu co jakiś czas władza zapala nawet – to określenie z epoki – zielone
światło dla inicjatywy prywatnej, czyli rzemiosła i drobnej wytwórczości.
Ponieważ jednak nie gasi wcześniejszego czerwonego, to co krok zdarzają się
kolizje, bo nadal nie wiadomo, kto i gdzie ma pierwszeństwo, a kto raczej powinien
zostać w domu.
W czasach małej stabilizacji chuligan przestaje się czuć jak ryba w wodzie.
Typowo polski syf i malaria nie są wprawdzie zlikwidowane, ale ruiny jednak
znikają. Lepiej wyposażona i dowodzona milicja przestaje się obawiać konfrontacji
z paczkami i bandami. Nie sądzę, abym bardzo się mylił, przypuszczając, że
topnieją szeregi niejako zawodowej chuliganerii. W każdym razie spraw przeciw
nim jest mniej, co (niejednokrotnie) zauważa na przykład „Express
Wieczorny”[149]. Część osądzona za czyny kryminalne z pobudek chuligańskich
dostała skierowania na wielomiesięczne turnusy w zakładach karnych, ale (kolejne
domniemanie) jakaś część mogła ulec perspektywom małej stabilizacji w oparach
„Przemysławki”, przedkładając możliwość nauki i światowego życia nad pokątny
handel biletami na najlepsze nawet filmy Hollywoodu, sprowadzane z 10-letnim
opóźnieniem.
Być może swoje zrobił także warszawski Światowy Festiwal Młodzieży i
Studentów w 1955 roku. Polski chuligan – w odróżnieniu od zachodniego kolegi –
żył w ubóstwie i szarzyźnie, tak naprawdę nieświadomy kolorowego i
różnorodnego świata spoza obozu pokoju i socjalizmu. Świata oferującego
młodemu człowiekowi to wszystko, czego został pozbawiony w ideologicznej
ZMP-owskiej duchocie zarówno jako świeżo upieczony budowniczy PRL, jak i
chuligan mający ów PRL w d.... Niewykluczone jednak, że naiwnie przypisuję
chuliganom – choćby nielicznym – cechy zbyt bliskie tzw. uczuciom wyższym. Bo
i owszem, znany nam Atomek był zachwycony festiwalem, ale powody, jakie
wyłuszczył w Niebezpiecznych ulicach, były mniej chwalebne.
Przy jakiejś okazji

Atomek poinformował o dwóch Francuzkach, które jakoby „obsługiwał” w


czasie Festiwalu. [...] Francuzki poznał w czasie jazdy tramwajem. Zdziwił się,
że dziewczyny jadą „na cycku”[150] i zagadał do nich. Nawiązała się znajomość
na migi. W ostatecznym wyniku Atomek doszedł na tyle do porozumienia z
Francuzkami, że dokooptował sobie kumpla i obaj spędzili pozostałe noce
Festiwalu w kwaterach opuszczonych przez delegację francuską. Bardzo chwalili
sobie żarcie i papierosy. W ogóle słowo „Festiwal” wywołuje w Atomku błogie
wspomnienia – był to okres beztroski i ciągłych atrakcji. Po Festiwalu pozostały
mu piękne koszulki; jedna z kowbojem na koniu, wyłudzona od jakiegoś
Amerykanina, druga przedstawiająca gołą kobietę pod palmami. Do dziś wścieka
się na milicjanta, który uniemożliwił mu wyłudzenie od pewnego Hindusa
zegarka za jakąś błyskotkę[151].

Oczywiście, także po 1960 roku ani przez moment[152] nie istniała Polska bez
chuliganów. Jednak ani dla władzy, ani – co ważniejsze – dla zwykłych ludzi nie
byli już takim nieznośnym problemem, jak podczas opisywanej dekady, zwłaszcza
jej pierwszej połowy. Chuligaństwo, odarte w końcu przez sterników propagandy z
politycznych atrybutów, a przez środki masowego przekazu z nimbu swoistej i
nagannej, ale jednak ekskluzywności, stawało się coraz mniejszą atrakcją. „Złote
lata” się skończyły i choć młodych bandziorów wciąż było pod dostatkiem, choć
koniki po staremu hulały pod „Moskwami” „Atlantikami” „Poloniami” jak kraj
długi i szeroki, to nikomu już do głowy nie przyszło, by pisać nowego Złego.
Wprawdzie popularna popołudniówka „Express Wieczorny” na przełomie lat
1957 i 1958 przywróciła chuligana społecznej pamięci, organizując akcję pod
tytułem „Chuligani wysiadka!” (bez przecinka), ale to już smakowało trochę jak
musztarda po obiedzie. Sama redakcja „stwierdziła z zadowoleniem”, że

w IV kwartale 1957 r. zanotowano w całym kraju 13 137 przestępstw lub


wykroczeń chuligańskich, zaś w I kwartale 1958 r. – 11 293, czyli o 14 proc.
mniej. Ta ostatnia liczba jest, naturalnie, bardzo wielka, ale pocieszające jest to,
że ma ona tendencję spadkową[153].

Redakcja widzi w tym także rezultat swej akcji, dostała bowiem 1500 listów z
poparciem oraz żądaniami, aby akcji milicyjnych było więcej i były zakrojone na
szerszą skalę, chuligaństwo karane surowiej, a dodatkowo przeciw niemu zgodnie
występowały komitety blokowe i osiedlowe, organizacje młodzieżowe i sportowe,
Ministerstwo Oświaty, ale i robotnicze ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji
Obywatelskiej, z czasem osławiona biciem studentów w Marcu ’68), aby
organizowano zdecydowane kampanie społeczne przeciwko itd., itp.[154]
Bardziej godne uwagi są okazjonalne, lecz mniej akcyjne spostrzeżenia
dziennikarza „Expressu Wieczornego” Józefa Hibnera[155]:

Ilekroć jest mowa o młodzieży i chuligaństwie rozlegają się głosy, że młodzież


w zasadzie jest zdrowa i pomawianie jej o chuligaństwo jest krzywdzące. Jest to
bezsporny fakt, ale przecież nie o to chodzi. Młodzieży w wieku od 15 do 24 lat
jest w Polsce około 5 do 6 milionów. Gdyby większość z nich była chuliganami,
nastąpiłby chyba „finis Poloniae”. Sprawa nie polega na tym, że większość
młodzieży to chuligani, ale na tym, że większość chuliganów to, niestety,
młodzież. Badania socjologów i prawników wykazują, że ok. 60 proc. skazanych
za przestępstwa o charakterze chuligańskim to ludzie w wieku do lat 25. Wiele
przyczyn składa się na ten stan rzeczy. Według socjologa A. Pawełczyńskiej w
75 proc. przypadków przyczyną przestępczości nieletniej młodzieży jest brak
działalności wychowawczej, w 50 proc. alkoholizm rodziców, w 50 proc. zła
sytuacja materialna rodziców, a w 40 proc. złe pożycie rodziców [zapewne
procenty się nie sumuję]. U młodzieży starszej, niezależnie od innych
okoliczności i przyczyn chuligaństwa czy też posuwania się po krawędzi
chuligaństwa, jest brak atrakcyjnych form zorganizowanej rozrywki –
jednocześnie kulturalnych i pasjonujących.

Tymczasem, jak każda totalitarna, tak i komunistyczna władza nie mogła żyć bez
wroga. Z bikiniarzami wyszła jedna wielka kompromitacja, dłużej utrzymali się
upolitycznieni jako wróg klasowy chuligani, ale po odwołaniu i tego alarmu trzeba
było pomyśleć o czymś nowym. Jasne, że wróg musiał być widoczny gołym okiem
i na co dzień, a jednocześnie wzbudzać powszechną niechęć. Ludzie różnych
subkultur pasowali jak ulał i wkrótce ruszyły – słusznie lub bez sensu – kolejne
krucjaty, tym razem przeciwko gitowcom, hipisom i innym.
W tym miejscu muszę przypomnieć o jeszcze jednym wrogu publicznym,
bliskim chuliganerii, a niesłusznie zapomnianym pośród innych, systematycznie
mnożonych. Do kategorii podkultury nie sposób go zaliczyć, bo żadnej nie tworzył,
za to jednoczył wokół linii partii i rządu (już tylko z rzadka przez P i R)
robotników, chłopów, chłoporobotników oraz inteligencję pracowitą. Chodzi o
„pasożytów społecznych”. Składały się na nich, z grubsza, dwie podgrupy
wrzucane do jednego worka.
Górną jego warstwę stanowili ludzie o niejasnych dochodach, bez miejsca pracy
wpisanego w dowód osobisty, dalecy od kryminalistów, za to bliscy niekiedy
sferom artystycznym bądź literackim. Należeli tu także odcinający kupony od
zachodnich, czyli dewizowych paranteli, a w konsekwencji paczek z zawsze
poszukiwanymi końcówkami do długopisów[156] lub inną, też bezbłędnie
wytypowaną zawartością, upłynnianą następnie z zyskiem (nie do przełknięcia dla
władzy i jej akolitów) bezpośrednio albo za pośrednictwem komisów.
Dolną warstwą stanowili przede wszystkim tzw. urodzeni w niedzielę, co w
praktyce oznaczało lumpenproletariat, któremu po prostu nie chciało się pracować.
Z przyczyn ideologicznych „proletariat” opuszczano i zostawały same „lumpy”
Chuliganów doskonale można by wpasować w treść owych pojęć, ale problem
chuligański sternicy życia w PRL już wcześniej zepchnęli na drugi plan. Nawet w
obszernej uchwale Sądu Najwyższego[157], wpisanej do Księgi zasad prawnych,
ani razu nie pada słowo „chuligan”. Są natomiast ludzie, których – co postulowała
nie tylko władza, lecz i zdrowa część społeczeństwa – należałoby zwyczajnie
zagonić do pożytecznej roboty, jeśli nie perswazją, to siłą. Pamiętajmy przy tym, że
wciąż obowiązywał art. 74 lipcowej konstytucji stalinowskiej o pracy, która jest nie
tylko prawem, ale i obowiązkiem każdego obywatela PRL. Polemizowała (już
wolno było) z takimi poglądami nieliczna grupka „pięknoduchów i liberałów”
skupionych głównie wokół tygodnika „Polityka”. Same dyskusje wokół pojęcia
„pasożyt społeczny” czy „pasożytniczy tryb życia” trwały wcześniej latami, aż w
końcu przerwała je rzeczona uchwała Sądu Najwyższego. W niej zaś stwierdzono,
co następuje:

Osobą prowadzącą pasożytniczy tryb życia jest ten sprawca przestępstwa, który
– pomimo możności – nie kontynuował nauki lub – będąc zdolny do pracy –
uchylał się od jej wykonywania, a środki na swe utrzymanie uzyskiwał
sprzecznie z zasadami współżycia społecznego. Pasożytniczy tryb życia jest [...]
okolicznością wpływającą na zaostrzenie kary, jak i na wybór surowszego
rodzaju kary, nadto na stosowanie innych środków przewidzianych w ustawie
karnej.

Przeciwnicy liberałów mogli więc triumfować:

Uchwała Sądu Najwyższego kładzie kres dysputom, które pod różnymi


pozorami, nie wyłączając rzekomej troski o prawa obywatelskie, zmniejszały
możliwość skutecznego zwalczania przyczyn przestępczości, stępiały ostrze
społecznej reakcji w stosunku do obywateli pozbawionych poczucia społecznej
odpowiedzialności i dyscypliny[158].

W rezultacie sądy kary zaostrzyły, władze administracyjne działania nękające


niebieskie ptactwo nasiliły (choćby coraz to nowymi wezwaniami przed
speckomisje), ale już na wprowadzenie generalnego przymusu pracy władze nie
poszły. Głównie dlatego, że nie byłoby to dobrze widziane na liberalnym niestety
Zachodzie, gdzie w pośpiechu zaciągano coraz to nowe pożyczki.
Z czasem[159], zwalczając po drodze mniejszych, PZPR za największego wroga
słusznie uznała „Solidarność”, ale to historia jeszcze nowsza. A chuligani? Słowo
na stałe zadomowiło się w naszym języku, dziś jednak funkcjonuje bardziej jako
synonim agresywnych i chamskich osobników pozbawionych już jednak tej
przebojowej siły, jaka spędzała sen z oczu wszechpotężnym, zdawałoby się,
władcom Polski Ludowej wiele dekad temu.
W ostatnich latach termin „chuligan” wrócił do tu i ówdzie swoich pierwotnych
konotacji związanych z młodzieżowymi subkulturami przestępczymi, a to za
sprawą kibiców piłkarskich, wśród których wyodrębniła się grupa nazywana po
angielsku Official Hooligans – pisze Pęczak w Subkulturach w PRL. Taki oficjalny
chuligan to ktoś, kto narzuconą mu etykietkę przyjmuje i się z nią obnosi. W
subkulturze kibicowskiej określenie „chuligan” stało się pożądaną, przynoszącą
chwałę autodefinicją. W Złotych latach – o czym uprzedzałem – negatywnym
bohaterem jest jednak chuligan klasyczny, pospolity, huliganus vulgaris z dekady
1950–1960. O chuligaństwie stadionowym napisano w ostatnich latach wiele
książek, toteż czytelnik zainteresowany tą mutacją subkultury w subkulturze z
pewnością znajdzie coś dla siebie[160].
Mnie bardziej chodzi o to, że dziś chuligaństwo pospolite, podobne tamtemu
sprzed dekad, przypomina się zwykłemu zjadaczowi chleba. Może historia polskiej
chuliganerii zatoczyła koło i nowe wraca, tym razem wcale nie jako farsa. Helena
Kowalik, pisarka i reportażystka, alarmuje w magazynie „M-6”[161] wydawanym
przez wielką stołeczną spółdzielnię mieszkaniową „Energetyka”:

Niebo i piekło – tak mówią mieszkańcy bloków otaczających zbiornik wodny na


Stegnach Południowych. Niebo w dzień, gdy można usiąść na ławce, nacieszyć
się zielenią, wodą, widokiem spacerujących ludzi. Ten plac to taka stegneńska
agora. Wypiękniała w ostatnich latach, gdy w pobliżu przybyło nowoczesne
boisko szkolne, a dalej dobrze wyposażony plac rekreacyjno-sportowy. Są
powody, aby mówić, że nie odstajemy od cywilizowanej Europy. Niestety, tylko
w dzień.
W nocy agora zamienia się w piekło. Im cieplej na dworze, tym straszniej.
Wokół zbiornika, a także pod daszkiem osłaniającym przed deszczem, buszuje
horda nastolatków – wydzierających się, przeklinających, mających za nic ciszę
nocną. Kiedy idą falangą przez osiedle, w miarę ilości wypitego piwa i wódki
demolują wszystko, co wokół: ławki, kosze na śmiecie, urządzenia w pobliskim
ogródku jordanowskim [...]. Zerwali metalowe osłony na kosze i wrzucili
zawartość pojemników do wody. Nazajutrz pracownicy administracji osiedla
wyłowili część nieczystości, puszki po piwie i butelki, ale większość toreb
głównie z psimi kupami spoczęła na dnie zbiornika.
Rano, jak zwykle w weekendy, dwie dozorczynie, którym przydzielono teren
wokół zbiornika do sprzątania, ruszyły z plastikowymi workami, aby zebrać to,
co pozostawiła pijana młodzież. Trudno nie współczuć tym pracowitym,
sumiennym kobietom, widząc, jak resztkami sił ciągną po ziemi wory pełne
butelek, puszek, resztek jedzenia. Potem jeszcze muszą pozbierać potłuczone
szkło z chodników i zamieść wymiociny koło ławek.
W tym czasie umęczeni mieszkańcy okolicznych bloków mogą przyłożyć
głowy do poduszek – za oknem wreszcie jest cicho. Przez całą noc szyby drżały
od wrzasków młodocianej hołoty, której nie dość było własnych pijackich
okrzyków, więc co pewien czas zabawiała się odpalaniem petard na trawnikach.
Ktoś, kto nie doświadczył tego osobiście, mógłby zapytać – dlaczego udręczeni
mieszkańcy nie wezwą straży miejskiej, policji? Czyżby nie wiedzieli, że w
wielkim mieście są liczne służby porządkowe? Oczywiście, że wiedzą.
Niektórzy nawet trzymają na nocnym stołku notes z odpowiednimi telefonami do
dyżurnych posterunków i gdy już nie mogą wytrzymać agresji za oknem,
wydzwaniają pod te numery. Jeśli są szczególnie nieustępliwi w prośbach o
interwencję, mogą się nawet doczekać przyjazdu radiowozu. Ale dzieje się to już
zawsze po czasie, gdy falanga przezornie przejdzie w inne rejony osiedla. A poza
tym wezwanym funkcjonariuszom bardzo brakuje determinacji w pełnieniu
swych obowiązków. Zwykle postoją w bezpiecznym miejscu, zapalą papierosa i
odjeżdżają.
Na pisanie o interwencji straży miejskiej szkoda papieru. Jeśli już pojawi się
na osiedlu, to głównie po to, aby postraszyć mandatami staruszki wychodzące na
spacer z psami bez kagańców. To nic, że są to małe kundelki, a nie stworzenia o
gabarycie wilczura. Tych drugich strażnicy się nie czepiają, nawet, jeśli robią
kupę na środku chodnika, bo zazwyczaj właścicielami pupili są młodzi, silni
mężczyźni. [...] Czy w ciągu ośmiu lat, odkąd powstało to miejsce rekreacji,
choć raz zostały nagrane chuligańskie ekscesy, rozpoznano sprawcę i go
ukarano? A co wynikło z deklaracji policji z rejonowego komisariatu współpracy
z mieszkańcami osiedla (były takie spotkania z radami domów). Coś więcej poza
wywieszeniem w holach budynków numerów alarmowych?
Troglodyci tylko w swej masie są groźnymi przeciwnikami. Gdyby rozeszło
się wśród nich, że ktoś zapłacił grzywnę, został skazany na prace społeczne
(najlepiej w miejscu, które demolował), ma już kartotekę na policji z
dokumentacją wandalizmu, to jestem przekonana: w ich głowach pojawiłaby się
jedna myśl – trzeba uciekać.

I moje własne à rebours: taka myśl nie pojawiła się w głowie oficera policji,
który (po służbie) zareagował, gdy młodzi człekokształtni zaczęli rozbijać koszem
na śmieci oszklony przystanek komunikacji miejskiej na stołecznej Woli.
Interwencję przypłacił śmiercią, zadźgany nożem przez pijanego wyrostka.
Podobnie jak nie przyszła do głowy mężczyźnie, którego dwóch młodych osiłków
zrzuciło z Mostu Gdańskiego (też w Warszawie) do Wisły, bo nie poczęstował ich
papierosem.

***
– Wyjaśnijcie fenomen „polowania z dzieckiem” a powiem, że zrozumieliście
problemy współczesnej młodzieży – powtarza nam ciągle zaprzyjaźniony pedagog
– pisali Czesław Czapów i Stanisław Manturzewski w Niebezpiecznych ulicach. I
dalej:

Współczesne życie społeczne zrodziło niezwykle ważne zapotrzebowanie,


zaadresowane do naukowców całego świata. Należy zbadać problem
chuligaństwa, wykryć jego źródło po to, by opracować środki skutecznej
profilaktyki i terapii. I my także, autorzy tej książki, będącej sprawozdaniem z
badań i lektury poświęconej chuligaństwu, wraz z wieloma innymi badaczami
staramy się znaleźć odpowiedź na pytanie, które sformułował nasz przyjaciel
pedagog. Szukamy jej razem. Szukamy – każdy z osobna. Pytamy się
autorytetów naukowych. Chcąc wyświetlić tajemnice polowania z dzieckiem,
przekonujemy się o prawdzie słów Alberta Morrisa [gdy] mówi, że im dłużej
głowi się nad przyczynami przestępczości młodzieży, tym mu trudniej znaleźć
wyjaśnienia na temat własnych hipotez. Nie dziwimy się. Badając chuligaństwo
młodzieży, pojmowane jako zjawisko społeczne, wkraczamy w krąg problemów
prawnych, psychologicznych, socjologicznych, ekonomicznych. A nauki
społeczne i psychologiczne ciągle jeszcze w swoich metodach badawczych tkwią
bardzo daleko od precyzyjności nowoczesnych badań fizykalnych czy
chemicznych.
Potwierdził to w pełni zjazd psychologów, socjologów i pedagogów, który
odbył się wiosną 1958 roku w Gauting w Instytucie UNESCO. Ustalono tam
kilka przyczyn chuligaństwa młodzieży, stwierdzono jednak, że ciągle jeszcze
problem chuligaństwa jest problemem nie rozwiązanym, wymagającym
usprawnień metodologicznych oraz licznych i wszechstronnych badań[162].

Gdyby dziś, w 60-lecie konferencji w Gauting, zwołać gdziekolwiek identyczną,


to poza ustaleniem kilku nowych przyczyn chuligaństwa młodzieży, stwierdzono
by jednak, że ciągle jeszcze problem chuligaństwa jest problemem
nierozwiązanym, wymagającym usprawnień metodologicznych oraz licznych i
wszechstronnych badań.

Niezbędnik do rozdziału VIII


Sześć odsyłaczy w przypadku fragmentów Światowego życia utrudniałoby delektowanie się
tekstem piosenki, zatem wszystkie spakowałem do Niezbędnika.

À la fourchette. Po naszemu to będzie „na stojaka”.

Czeskie kolie. Chodzi o popularną zwłaszcza w czasach środkowego PRL sztuczną biżuterię
produkowaną przez czechosłowacki Jablonex.

„...gwiazd Estrady śpiewał chór”. Bohaterem jest popularny wtedy utwór Janusza
Kondratowicza i Mieczysława Wojnickiego Piosenka z przedmieścia, z refrenem zaczynającym się
od słów Nie dla nas sznur samochodów. Trzeba jednak sprostować, że nie tyle gwiazd estrady
śpiewał ją chór, ile pojedyncze gwiazdy, bo najpierw Fryderyka Elkana, a później Mieczysław
Wojnicki. Sama natomiast Estrada to państwowa organizatorka imprez kuIturaIno-
rozrywkowych.

ORS. Obsługa Ratalnej Sprzedaży. W historii Polski Ludowej trafiały się i takie okresy, kiedy
produkcja dóbr konsumpcyjnych – albo źle (w nadmiernych ilościach) zaplanowana, albo
tragiczna jakościowo – z naddatkiem zaspokajała popyt. W pozbyciu się nadmiaru albo bubli
miała pomóc sprzedaż ratalna za pośrednictwem ORS. W różnych okresach dawało się w ten
sposób nabywać takie pożądane wcześniej dobra, jak rowery, radioodbiorniki, motocykle,
meble, lodówki, nawet uszyć sobie garnitur na miarę. Ale nie było tak, że wszystko i zawsze.
Możliwości zależały od aktualnej, zwykle niepewnej sytuacji na rynku, toteż co jakiś czas minister
handlu wewnętrznego wydawał okólnik, w którym wymieniał konkretne artykuły, jakie wolno
było sprzedawać także na raty, np. radzieckie chłodziarki Mińsk czy węgierskie telewizory Orion.
Samochody do sprzedaży ratalnej w zasadzie nie trafiały, ale zdarzały się wielkie chwile, kiedy
można było w ten sposób upolować na przykład syrenę, popularne auto jak spod ręki kowala,
dwutaktowe, początkowo z silnikiem od motopompy strażackiej. W 1969 roku ORS został
wchłonięty przez powszechną PKO, nie mylić z dewizowo-bonową PeKaO SA (tę od metki swetra
z CDT).
PAGART. Polska Agencja Artystyczna, instytucja oczywiście państwowa, starająca się
zmonopolizować zarówno eksport krajowych artystów za granicę, jak i import zagranicznych na
występy do Polski. Niekiedy toczyła o to boje z Estradą.

„Przemysławka”. Męska woda kolońska, dobrze znana i łubiana już przed II wojną światową.
Trzymała jakość i po wojnie, również dziś do kupienia.
ILUSTRACJE
1. Adolf Dymsza w Sprawie do załatwienia (reż. Jan Rybkowski, Jan Fethke, 1953), kadr z filmu, fot.
Polfilm/East News

2. Narada Piątki z ulicy Barskiej (reż. Aleksander Ford, 1953), kadr z filmu, fot. Polfilm/East News
3. Kolejka przed słynnym warszawskim kinem „Polonia” (obecnie Teatr „Polonia” Krystyny Jandy),
październik 1947 roku, fot. CAF/PAP
4. Kino w Warszawie, 1956 rok, fot. Zbyszko Siemaszko/NAC
5. Proces Burmajstra i jego kolegów, Warszawa, listopad 1951 roku, fot. Antoni Nowosielski/PAP
6. Ulica przed Hotelem Polonia w Warszawie, 1956 rok, fot. Zbyszko Siemaszko/NAC
7. Chłopcy, którzy wybrali sport? Warszawa, 1958 rok, fot. Zbyszko Siemaszko/NAC
8. Widok na Aleje Jerozolimskie, 1954 rok, fot. Zbyszko Siemaszko/ NAC
9. Bazar Różyckiego w 1955 roku i handel na ulicy Targowej w 1953 roku w Warszawie, fot. Zbyszko
Siemaszko/NAC
10. Bazar Różyckiego w 1955 roku i handel na ulicy Targowej w 1953 roku w Warszawie, fot. Zbyszko
Siemaszko/NAC
11. Komis przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie, około 1960 roku, fot. Zbyszko Siemaszko/NAC
12. Leopold Tyrmand podczas festiwalu jazzowego, 1957 rok, fot. Muzeum Literatury/East News
13. Autor Złego prawdopodobnie podczas jednego z festiwali jazzowych, fot. Andrzej
Zborski/FOTONOVA/East News
BIBLIOGRAFIA

Książki
Ambroziewicz P., Widziałem. Słyszałem. Spisałem. Wspomnienia reportera
sądowego PRL, Skarpa Warszawska, Warszawa 2016.
Chłopek M., Bikiniarze. Pierwsza polska subkultura, Wydawnictwo Akademickie
Żak, Kraków 2005.
Czapów C, Manturzewski S., Niebezpieczne ulice. U źródeł chuligaństwa.
Materiały i refleksje, Iskry, Warszawa 1960.
Dąbrowska M., Dzienniki 1951–1957, Czytelnik, Warszawa 1988.
Encyklopedyczny słownik wyrazów obcych, red. S. Lam, Księgarnia i Dom
Wydawniczy Trzaska, Evert i Michalski, Warszawa 1939.
Gawkowski R., Futbol dawnej Warszawy, Wydawnictwa Uniwersytetu
Warszawskiego, Warszawa 2013.
Gombrowicz W., Dziennik 1953–1969, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
Ilustrowana encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego, Księgarnia i Dom
Wydawniczy, Kraków 1925.
Jackowski K., Chce się żyć, w: Drugi bieg sztafety. 50 lat Centralnego Ośrodka
Przemysłowego, Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, Warszawa
1988.
Kienzler I., Życie w PRL. I strasznie, i śmiesznie, Bellona, Warszawa 2015.
Kuroń ]., Wiara i wina. Do i od komunizmu, Niezależna Oficyna Wydawnicza,
Warszawa 1989.
Niekrasz L.Z., Czerwone i brunatne, Wydawnictwo Marpress, Gdańsk 1991.
Pęczak M., Mały słownik subkultur młodzieżowych, Wydawnictwo Naukowe
Semper, Warszawa 1992.
Pęczak M., Subkultury w PRL. Opór, kreacja, imitacja, Narodowe Centrum
Kultury, Warszawa 2013.
Podgórecki A., Patologia życia społecznego, PWN, Warszawa 1969.
Putrament Małowierni, Czytelnik, Warszawa 1967.
Sawicki J., Przestępstwo chuligańskie w polskim prawie karnym, w: Chuligaństwo.
Studia, red. J. Sawicki, Wydawnictwo Prawnicze, Warszawa 1956.
Tyrmand L., Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, Warszawa 2015.
Tyrmand L., Dziennik 1954. Wersja oryginalna, wstęp i oprać. H. Dasko,
Warszawa 1999.
Tyrmand L., Zły, Wydawnictwo MG, Warszawa 2014.

Artykuły
Ambroziewicz P., Pomiot gangsterskiej kultury, „Reporter” 2017, nr 3–4.
Brandys K., Chuligan i jego młodszy brat, „Życie Radomskie” 1951, nr 24.
Budrewicz O., W domu tysiąca drzwi, „Przekrój” 1953, nr 452.
Chuligan to wróg, „Po prostu” 1951, nr 36.
Chuligani na śmierć zakatowali przechodnia, „Express Wieczorny” 1958, nr 335
Dem J., List otwarty do „bikiniarzy”, „Mucha” 1951, nr 46.
Dziennik Ustaw 1958, nr 34, poz. 152 – ustawa z 22 maja 1958 r. o zaostrzeniu
odpowiedzialności karnej za chuligaństwo (uchylona z datą 1 stycznia 1972).
Dziennik Ustaw 2015, poz. 1094 – ustawa z 20 maja 1972 r. Kodeks wykroczeń
(tekst jednolity, obowiązujący wg stanu prawnego na 1 stycznia 2018 roku).
Dziennik Ustaw 2017, poz. 2204 – ustawa z 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny (tekst
jednolity, obowiązujący wg stanu prawnego na 1 stycznia 2018 roku).
Hibner J., Chuligani „wysiadają” – i co dalej?, „Express Wieczorny” 1958, nr 134.
Kijowski A., Wielki pisarz. Dla kogo?, „Twórczość” 1962, nr 4.
Kisielewski S., Leopold Tyrmand – pisarz zapomniany, „Twórczość” 1962, nr 4.
Kowalik H., Uwaga, nadciąga fala troglodytów, „M-6” 2017, nr 3.
Koźniewski K., Nie kwitować na jednym bloczku, „Nowa Kultura” 1954, nr 4.
Krasucki W., Martula M., Tam, gdzie wysuniętym postulatom odpowiada czyn,
hasło: CHULIGANI wysiadka! nie będzie drętwą mową, „Express Wieczorny”
1958, nr 3.
KTT, Historia naturalna chuligana, „Przegląd Kulturalny” 1960, nr 37.
Kuraś Z., Na anty chuligańskim dyżurze w Praskim Sądzie Powiatowym, „Express
Wieczorny” 1958, nr 258.
Listy do redakcji, „Sztandar Młodych”, 1951, nr 287.
Listy do redakcji, „Sztandar Młodych”, 1951, nr 288.
Manturzewski S., Furtki wdechowej twierdzy, „Po prostu” 1955, nr 37.
Manturzewski S., Idzie figus Targową ulicą, „Po prostu” 1955, nr 35.
Miklica B., Miklaszewski G. (rys.), Proszę tępić! Made in USA, „Świat i Życie”
tygodniowy dodatek do „Dziennika Zachodniego” 1954, nr 5.
Monitor Polski 1950, nr A–61, poz. 713 – uchwała Rady Ministrów z 17 kwietnia
1950 w sprawie ustanowienia odznaki „Sprawny do Pracy i Obrony”.
Odolska W., Z chuligana wyrasta bandyta, „Po prostu” 1951, nr 34.
OSNPG (Orzecznictwo Sądu Najwyższego) 1960, nr 3, poz. 58.
OSPiKA (Orzecznictwo Sądów Polskich i Komisji Arbitrażowych) 1960, nr 4, poz.
90.
(p), Jak skutecznie walczyć z chuligaństwem?, „Życie Warszawy” 1953, nr 302.
Rek T., Sądownictwo powszechne w walce ze spekulacją, nadużyciami i
chuligaństwem, „Nowe Prawo” 1951, nr 10.
Rybczyński S., Ustawa anty chuligańska: problem chuligaństwa a przepisy ustawy
z dnia 22 maja 1958 r. o zaostrzeniu odpowiedzialności karnej za chuligaństwo,
„Palestra” 1958, nr 2/10–11.
Sąd Najwyższy: pasożytniczy tryb życia a wymiar kary, „Prawo i Życie” 1973, nr
32.
Szczekała A., Chuligański charakter czynu, „Prokuratura i Prawo” 2008, nr 6.
Taranek j., Chuligaństwo. Sprawa bardzo poważna, „Stolica” 1954, nr 11.
Ukrócić chuligańskie wybryki na meczach piłkarskich w Kozienicach, „Życie
Radomskie” 1952, nr 141.
W sprawach chuligańskich będą oskarżać prokuratorzy, „Express Wieczorny”
1958, nr 240.
Walkę z chuligaństwem i bumelanctwem zapowiadają władze sportowe, „Życie
Radomskie” 1951, nr 24.
Ważyk A., Poemat dla dorosłych, „Nowa Kultura” 1955, nr 34.
Wądołowska A., Istota chuligańskiego charakteru czynu, „Prokuratura i Prawo”
2010, nr 10.
WELL, Styl życia, „Mucha” 1951, nr 40.
WELL, To samo krócej, „Mucha” 1951, nr 43.
(wicz), 20 chuliganów z CDT, „Życie Warszawy” 1953, nr 305.
Zaćmiński A., „Poena sine lege” – czyny chuligańskie w orzecznictwie Komisji
Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym (1951–
1955), „Dzieje Najnowsze” 2016, R. XLVIII, nr 1.

Internet
answers.com.
komerski o słowach, blog.
Maksimiuk D., Problem chuligaństwa w pracach nad projektem kodeksu karnego
w latach 1950–1956, Zakład Historii Państwa i Prawa, Uniwersytet w
Białymstoku, http://www.polskal918-89.pl/pdf/problem-chuliganstwa-w-
pracach-nad-projektem- kodeksu-karnego-prl-w-lat,4689.pdf.
http://www.worldwidewords.org/topicalwords/tw-hool.htm.

Filmy
Ewa chce spać (fab., 1957), reż. T. Chmielewski.
Ludzie z pustego obszaru (dok., 1957), reż. K. Karabasz.
Lunatycy (fab., 1959), reż. B. Poręba.
Paragraf Zero (dok., 1957), reż. W. Borowik.
Piątka z ulicy Barskiej (fab., 1955), reż. A. Ford.
Uwaga, chuligani! (dok., 1955), reż. J. Hoffman i E. Skórzewski.
PKF 49/1951.
PKF 17/1953.
PRZYPISY

[1] Niewykwalifikowany robotnik budowlany. Na prostym rusztowaniu


umieszczonym na plecach donosił cegły murarzom pracującym na wyższych
kondygnacjach.

[2] „Po prostu” 1951, nr 36.

[3] Nieśmiałe próby w latach 1951–1953 były ograniczone do terenu Warszawy;


żadnego programu tv w prasie jeszcze nie podawano. Rzeczywisty rozwój
zaczyna się od ok. 1957 r.; pierwsze odbiorniki (w których awarie goniły awarie)
sprzedawano na talony dla swoich, za równowartość mniej więcej trzech
średnich pensji krajowych. Dlatego dość chętnie je odsprzedawano. Podawany z
czasem program nie rzucał na kolana, jak np. ten z 1 października 1958 r., cytuję
za „Życiem Warszawy”: „18.30 – Plastyk dziecięcy przed kamerą – rozmowa z
dziećmi; 18.40 – Skrzynka techniczna; 19.00 – rozmowa z filmowcami z
Jugosławii; 19.30 – Dziennik telewizyjny; 20.00 – Gabinet Figur Wojskowych –
koncert w wykonaniu zespołu Warszawskiego Okręgu Wojskowego pod kier.
mjr. Leopolda Kozłowskiego”. I tyle. Następnego dnia program przewidywał
więcej atrakcji: na początek o 16.15 mecz Polska – Anglia, potem m.in. Miś z
okienka, zaś na koniec o 21.00 Teatr Sensacji i Fantastyki, czyli słynna „Kobra”,
ze spektaklem C. Kornblutha Czarna walizeczka w adaptacji I. Dziedzic. A mecz
był żużlowy, nie piłkarski; odnieśliśmy zwycięstwo moralne, natomiast Anglicy
zdobyli więcej punktów: 81 wobec naszych 27.

[4] L. Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, Warszawa 2015, s. 265.

[5] J. Putrament, Małowierni, Czytelnik, Warszawa 1967, s. 30.

[6] Masówkami nazywano zwoływane na gwałt zebrania, wiece załóg wszelkich


zakładów pracy (niekiedy wspólne) albo członków organizacji politycznej,
społecznej, mieszanej itp., mające na celu wyrażenie poparcia dla władzy
ludowej, walki o pokój, dążeń narodowo-wyzwoleńczych ludów ciemiężonych
przez imperializm i w ogóle dawanie odporu wrogowi klasowemu.

[7] Określenie „chuligan” w polskim piśmiennictwie na pewno występuje już w


1910 r. W „Krytyce” ukazującym się w Krakowie czasopiśmie poświęconym
sprawom społecznym, nauce i sztuce, w egzemplarzu z owego roku napisano o
napaściach na Żydów: „Chuligani, którzy urządzali pogromy, byli bydlętami i
pijakami już na pierwszy rzut oka”.

[8] Myśl wpadła na pomysł... – może to i ryzykowne określenie, ale trzeba wziąć
pod uwagę, że dla myśli Wodza Światowego Proletariatu nie było rzeczy
niemożliwych.

[9] W styczniu 1953 r. w „Prawdzie” organie Komitetu Centralnego


Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, Józef Stalin pisał: „Niektórzy
ludzie uważają, że obecnie niebezpieczeństwo szkodnictwa i szpiegostwa już nie
istnieje. Ale myśleć tak mogą tylko prawicowi oportuniści, ludzie stojący na
antymarksistow-skich pozycjach wygasania walki klasowej. Nie rozumieją oni,
że nasze sukcesy prowadzą nie do wygasania, ale do zaostrzania się walki, że im
usilniej będziemy szli naprzód, tym bardziej bezwzględna będzie walka wrogów
ludu”; cyt. za: L.Z. Niekrasz, Czerwone i brunatne, Wydawnictwo Marpress,
Gdańsk 1991, s. 12.

[10] Aluzja do gen. Władysława Andersa, który rzekomo miał na nim wyzwolić
kraj spod sowieckiego jarzma.

[11] K. Brandys, Chuligan i jego młodszy brat, „Życie Radomskie” 1951, nr 24.

[12] Według nich chuligan to włóczęga, napastnik, awanturnik. A chuligani to


łobuzeria uliczna, męty społeczne.

[13] answers.com.
[14] R. Gawkowski, Futbol dawnej Warszawy, Wydawnictwa Uniwersytetu
Warszawskiego, Warszawa 2013, s. 114–115.

[15] 1951, nr 24.

[16] 1952, nr 141.

[17] M. Pęczak, Subkultury w PRL Opór, kreacja, imitacja, Narodowe Centrum


Kultury, Warszawa 2013, s. 24.

[18] M. Pęczak, Mały słownik subkultur młodzieżowych, Wydawnictwo Naukowe


Semper, Warszawa 1992, s. 19.

[19] M. Pęczak, Mały słownik, s. 19–21.

[20] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice. U źródeł chuligaństwa.


Materiały i refleksje, Iskry, Warszawa 1960, s. 14.

[21] M. Pęczak, Subkultury w PRL, s. 28.

[22] Określenie z epoki, dziś prawdopodobnie zyskaliby miano pedałów i


lewaków.

[23] L. Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, s. 133–134.

[24] L. Tyrmand, Zły, Wydawnictwo MG, Warszawa 2014, s. 170–171.


[25] M. Chłopek, Bikiniarze. Pierwsza polska subkultura, Wydawnictwo
Akademickie ŻAK, Kraków 2005, s. 97.

[26] L. Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, s. 134.

[27] J. Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Niezależna Oficyna


Wydawnicza, Warszawa 1989, s. 44.

[28] Tamże, s 45.

[29] Tamże, s 45.

[30] „Sztandar Młodych” 1951, nr 287.

[31] „Sztandar Młodych” 1951, nr 288.

[32] O tej sprawie przypomniałem w magazynie kryminalnym „Reporter” 2017, nr


7–8.

[33] I. Kienzler, Życie w PRL. I strasznie, i śmiesznie, Bellona, Warszawa 2015, s.


226.

[34] A. Podgórecki, Patologie życia społecznego, PWN, Warszawa 1969, s. 329–


330.

[35] Wszechzwiązkowy Centralny Komitet Wykonawczy, w latach 1917–1937


quasi-parlament rosyjskiej republiki socjalistycznej.
[36] Cyt. za: Niebezpieczne ulice, s. 13.

[37] Szesnastej lub siedemnastej, ponieważ szesnastą była istniejąca do 1956 r.


Republika Karelo-Fińska.

[38] Komunistycznej partii. W Kraju Rad uwielbiano tego rodzaju skróty.

[39] Przez lata z urzędu cenzury lub bezpośrednio z Komitetu Centralnego lub
Komitetów Wojewódzkich PZPR do redakcji czy drukarni, gdzie nocami na
łamy dzienników wstawiano najnowsze depesze agencyjne i (rzadziej) materiały
własne, przychodziły polecenia, by tę informację dać na kolumnie (stronie)
pierwszej, na trzy szpalty z co najmniej dwuwierszowym tytułem przez całą
szerokość, tamtą zaś schować gdzieś z tyłu i na dole, jako kilkuwierszową
jedynkę (jednoszpaltówkę).

[40] (w), Chuligani na śmierć zakatowali przechodnia, „Express Wieczorny”


1958, nr 335.

[41] Por. A. Zaćmiński, „Poena sine lege” – czyny chuligańskie w orzecznictwie


Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym
(1951–1954), „Dzieje Najnowsze” 2016, R. XLVIII, nr 1.

[42] A. Zaćmiński, „Poena sine lege”, s. 107.

[43] (wicz), 20 chuliganów z CDT, „Życie Warszawy” 1953, nr 305.

[44] J. Taranek, Chuligaństwo. Sprawa bardzo poważna, „Stolica” 1954, nr 11.

[45] Taranek nie podaje, skąd pochodzi przedruk.


[46] Trudno uwierzyć, ale naprawdę stało się tak już w 1952 r., a nie 65 lat
później.

[47] Wanda Odolska (1909–1972), często nazywana „szczekaczką” a to ze


względu na jazgot co i raz podnoszony na falach Polskiego Radia
charakterystycznym (paskudnym) głosem, idealnie pasującym do treści. Zasilała
też łamy prasy.

[48] W. Odolska, Z chuligana wyrasta bandyta, „Po prostu” 1951, nr 34.

[49] Mur berliński oddzielał część wschodnią, socjalistyczną, od zachodniej od 13


sierpnia 1961 r.

[50] O. Budrewicz, W domu tysiąca drzwi, „Przekrój” 1953, nr 452.

[51] WELL, Styl życia, „Mucha” 1951, nr 40.

[52] Janusz Sidło (1933–1993), wybitny polski lekkoatleta, oszczepnik.


Wicemistrz olimpijski z Melbourne w 1956 r., dwukrotny mistrz Europy (Berno
1954, Sztokholm 1958). Rekordzista świata i Europy.

[53] Emil Kiszka, lekkoatleta sprinter, przez wiele lat rekordzista Polski w biegu
na 100 m (10,5 sek.); czwarte miejsce na setkę podczas Mistrzostw Europy w
Brukseli w 1950 r.

[54] WELL, To samo krócej, „Mucha” 1951, nr 43.

[55] J. Dem, List otwarty do „bikiniarzy”, „Mucha” 1951, nr 46.


[56] Cyt. za: L. Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, wstęp i oprać. H.
Dasko, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 287.

[57] T. Rek, Sądownictwo powszechne w walce ze spekulacją, nadużyciami i


chuligaństwem, „Nowe Prawo” 1951, nr 10, s. 8.

[58] B. Miklica, G. Miklaszewski (rys.), Proszę tępić! Made in USA, „Świat i


Życie” 1954, nr 5.

[59] L. Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, s. 79.

[60] Tamże, s. 79–80.

[61] K. Koźniewski, Nie kwitować na jednym bloczku, „Nowa Kultura” 1954, nr 4.

[62] M. Pęczak, Subkultury w PRL, s. 27.

[63] Harry Truman (1888–1972), w latach 1945–1953 prezydent USA.

[64] Był to pierwszy z serii ośmiu filmów tzw. czarnej serii dokumentu, kręconych
bez propagandowego zadęcia, m.in. o problemie prostytucji (Paragraf Zero
Włodzimierza Borowika, 1957) czy losów młodzieży niepotrzebnej i znudzonej,
która nie umie znaleźć swego miejsca i której nikt niczego nie proponuje,
młodzieży z przedsionka chuligaństwa (Ludzie z pustego obszaru Kazimierza
Karabasza i Włodzimierza Siesickiego, 1957).

[65] Monitor Polski 1950, nr A–61, poz. 713.

[66] 49/1951.
[67] 17/1953.

[68] Mikołaj Ostrowski – autor powieści Jak hartowała się stal, na motywach
autobiograficznych, wydawanej w Związku Radzieckim częściami w latach
1932–1936. Trafniejszy byłby tytuł Jak zdobyć świadomość klasową i walczyć u
boku bolszewików. Lektura szkolna także w Polsce Ludowej. Zoja
Kosmodemiańska – komsomołka, która po napaści III Rzeszy na ZSRR w wieku
18 lat na ochotnika przystała do partyzanckiej grupy dywersyjnej. Schwytana i
zakatowana przez Niemców w 1941 r. Pierwsza kobieta-Bohater Związku
Radzieckiego. Lidia Korabielnikowa – radziecka włókniarka, przodownica
pracy, racjonalizatorka. Szczególnie fetowana podczas II Światowego Kongresu
Obrońców Pokoju w 1950 r. w Warszawie. Poświęcono jej kronikę filmową
(PKF 50/1950).

[69] Chuligan – to wróg, „Po prostu” 1951, nr 36.

[70] S. Manturzewski, Idzie figus Targową ulicą, „Po prostu” 1955, nr 34.

[71] Cyt. za: P. Ambroziewicz, Widziałem. Słyszałem. Spisałem. Wspomnienia


reportera sądowego PRL, Skarpa Warszawska, Warszawa 2016, s. 24–26.

[72] Stefan Martyka, spiker wyjątkowo gadzinowej audycji Polskiego Radia Fala
49. Zastrzelony we wrześniu 1951 r. przez czterech żołnierzy podziemia
antykomunistycznego. Ujęto ich i stracono w 1952 r.

[73] Technicznym elementem nieustającej propagandy były zwłaszcza instalowane


w zakładach pracy, na uczelniach, w hotelach robotniczych, świetlicach,
stołówkach, na dworcach itp. aparaty radiowe (czy raczej głośniki) zwane wedle
radzieckiej nomenklatury kołchoźnikami. Ich cechą charakterystyczną a
niezbywalną było to, że zostały nastawione tylko na jeden pożądany program i w
żaden sposób nie można ich było ściszyć ani wyłączyć bez udziału operatora,
którym był zwykle jakiś miejscowy sekretarzyk partii albo ZMP ds. propagandy.
[74] S. Manturzewski, Furtki wdechowej twierdzy, „Po prostu” 1955, nr 37.

[75] S. Manturzewski, W zaklętym kręgu drętwej mowy. Furtki wdechowej


twierdzy, „Po prostu” 1955, nr 37.

[76] Autor nie ogranicza się do krytyki. Jako przykład godny naśladowania
przedstawia pracę Domu Kultury Dziecka na warszawskim Kole. „Uczestnicy w
liczbie 100–200 osób zbierają się w sali, gdzie konferansjer króciutko zagaja (a
bywają ogniska artystyczne, techniczne, naukowe, sportowe). Następnie – po
kilku atrakcjach – młodzież przechodzi kolejno do tzw. gabinetów, gdzie są
zorganizowane też króciutkie spektakle kameralne: gawędy, przeźrocza,
wystawy, popisy, demonstracje. Gabinetów jest zwykle kilkanaście, w tym część
z nich tak urządzona, że młodzież ma możność zetknąć się z popularnymi
zagadnieniami bezpośrednio, manipulować, wypytywać instruktorów itp. W
miarę, jak uczestnicy opuszczają gabinety, zapełnia się znowu sala główna.
Teraz mamy końcowy spektakl o charakterze konkursu, zagadek; film, zabawę
taneczną itp. Całość trwa około 4 godzin”. (S. Manturzewski, Furtki wdechowej
twierdzy).

[77] Krytycy, jak np. Krzysztof Teodor Toeplitz (KTT), wytykali pomieszanie
gatunków (reportaż, publicystyka, dzieło naukowe, esej), w dodatku bez
zachowania proporcji; por. KTT, Historia naturalna chuligana, „Przegląd
Kulturalny” 1960, nr 47.

[78] Podstawowym narzędziem do pisania w zeszytach szkolnych było pióro


składające się z małego drewnianego walca długości kilkunastu centymetrów,
czyli obsadki, w której gniazdku umieszczano stalówkę, do wymiany mniej
więcej co tydzień. W ławkach szkolnych były otwory, do których wkładano
kałamarze (zwykle jeden na dwójkę uczniów) napełniane co jakiś czas brudnawą
cieczą (zwaną atramentem) przez panią woźną. Wieczne pióra? Kogo było stać
na wieczne pióro ot tak, do szkoły?! Długopisy? Owszem, zaczęły się już
pojawiać jako tzw. pióra kulkowe, ale: 1) drogie, 2) i tak zabronione przez
władze szkolne z powodu wykoślawiania charakteru pisma ucznia.
[79] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 81.

[80] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 12.

[81] J. Sawicki, Przestępstwo chuligaństwa w polskim prawie karnym, w:


Chuligaństwo. Studia, red. J. Sawicki, Wydawnictwo Prawnicze, Warszawa
1956, s. 29.

[82] Dzielnica Warszawy

[83] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 12.

[84] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 100.

[85] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 107–108.

[86] Wtedy niezbyt wytworna dzielnica (nieadministracyjna) Warszawy.

[87] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 111.

[88] Brukowa powieść o rewolwerowcu rodem z samej Ameryki, być może pod
tytułem Przestępcy. Chyba w zeszytach? Trup słał się gęsto, co pamiętam do
dziś, bo podkradałem starszemu bratu, by czytać pod kołdrą, z wypiekami.
Jednak nie na tyle pamiętam, by podać nazwisko autora. Niewykluczone, że był
nim niejaki Baxter, z czysto słowiańskim rodowodem. O groźnym Jimie pisał
wprawdzie Krystyn T. Wand (Tadeusz Kostecki), ale jego bohater był „Płowym
Jimem”
[89] Chodzi oczywiście o zamęczonego przez Niemców Janka Bytnara, ps. Rudy
(1921–1943), autentycznego młodego bohatera Szarych Szeregów,
uwiecznionego w Kamieniach na szaniec Aleksandra Kamińskiego.

[90] Bohater drugiej strony krajowej barykady Jan Krasicki ps. Janek (1919–1943)
był komunistycznym działaczem młodzieżowym, członkiem PPR i Gwardii
Ludowej, przewodniczącym Związku Walki Młodych, a wcześniej
funkcjonariuszem i agitatorem Komsomołu we Lwowie. Zastrzelony w chwili
aresztowania, gdy usiłował wyrwać się z rąk gestapowców.

[91] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 428.

[92] Tamże, s. 128 i 174.

[93] Tamże, s. 284.

[94] K. Jackowski, Chce się żyć, w: Drugi bieg sztafety. 50 lat Centralnego
Okręgu Przemysłowego, Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych,
Warszawa 1988, s. 39–45.

[95] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 186.

[96] Tamże, s. 187.

[97] W tamtych latach linie stołecznych trolejbusów nosiły numery od 51 do 56.


Lud warszawski twórczo odniósł się do tego faktu, przypisując ową numerację
paniom w odpowiednim wieku. Wśród żerańskich prostytutek zdarzały się i
starsze, ale zapewne nie na tyle, by trzeba było sięgać po linie autobusowe (od
100 wzwyż).
[98] Funkcjonariusze MO otrzymali palki jesieni? 1956 r.

[99] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 193.

[100] Manturzewski pisze dalej, że w „noce żerańskie” mieszkańcy hotelu


rozpędzali zbiegowiska, chronili ambasadę radziecką (!) przed
nieodpowiedzialnymi elementami, patrolowali ulice miasta na ciężarówkach,
prowizorycznie uzbrojeni. Niebezpieczne ulice, s. 193. Do dziś krążą też
opowieści o barykadach rzekomo budowanych przez „żerańczyków” przeciw –
jak się spodziewano – interweniującym sowieckim czołgom. Co się zaś tyczy
uzbrojenia robotników FSO, w tym i mieszkańców hotelu, to ostatnie badania
wskazują, że mamy do czynienia z miejską legendą.

[101] Choć zdarzały mu się określenia w rodzaju „schludny lud warszawski” – w


tymże Dzienniku..

[102] Young Men’s Christian Associated, zał. przez sir George’a Williamsa w
1844 r., w Polsce od 1918 r. Po 11 latach powstał kobiecy odpowiednik –
YW(omen’s)CA. Obecnie w Polsce do YMCA może należeć każdy, bez
względu na płeć i wiek.

[103] L. Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, s. 39.

[104] Tamże, s. 58–59.

[105] W rzeczywistości chodziło o Marki. Podczas pokazowego procesu w


miejscu zbrodni chuligani-bandyci zostali skazani na kary od 12 do 15 lat
więzienia, ku zgrozie licznie zgromadzonej publiczności, która wydziwiała: za
co takie okrutne wyroki?

[106] L. Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, s. 125–128.


[107] Na przykład:
„Do trzeciej w nocy czytałam Złego Tyrmanda. Wszyscy się z niego
wyśmiewają, a ja uważam to za ważną książkę 10-lecia. Może równie ważną, jak
w swoim czasie Dzieje grzechu Żeromskiego; niższa klasa artyzmu, ale tak samo
szmirowato-melodramatyczna; lecz rzeczywistość jest szmirowata i to powinno
było znaleźć swój ekwiwalent w literaturze. Pisane, mimo pewnych dłużyzn, z
takim talentem, że w miarę czytania robiło mi się słabo i dostawałam bicia serca”
(M. Dąbrowska, Dzienniki 1951–1957, Czytelnik, Warszawa 1988, s. 24).
„Tyrmand! Talent! To jak warszawska bosa dziwka w oczach wyrostka, jak
tłusta warszawska kuchta w oczach uczniaka, jak kurwa pijana w oczach
ulicznika. Brud i taniocha – a pożądana i zachwycająca! Jakiż sex-appeal ma ta
saga, na 300 procent warszawski, ten sam, co niegdyś czaił się w bramach
kamienic na Hożej czy Żelaznej. Tyrmand jest najdoskonalszą kontynuacją
naszej romantycznej poezji, on przejął jej pióropusz, on pisze jej ciąg dalszy...”
(W. Gombrowicz, Dziennik 1957–1961, Wyd. Instytut Literacki, Paryż 1962, s.
100–101). O tych zachwytach mało kto jednak wiedział, ponieważ Dzienniki
Dąbrowskiej wydawano dopiero od 1988 r., natomiast wydawnictwa Instytutu
Literackiego były objęte zakazem wwozu do Polski Ludowej. Ale ludzie i tak
kupowali Złego bez namysłu.
„[...] Tyrmand to typowy pisarz I klasy, a pomyłka krytyki wynika z faktu, że
rozmyślnie obiera on sobie pewne wzorce gatunków formalnie będących «en
vogue» (podobnie robił Balzak, gdy pisał powieści na pozór sensacyjno-
kryminalne), tworząc swego rodzaju «pastiche». Rozmyślną syntezą gatunku
zwanego «thriller» z romantyczną powieścią przygodowo-obyczajową jest Zły”
(S. Kisielewski, Leopold Tyrmand – pisarz zapomniany, „Twórczość” 1962, nr
4, s. 118).
„Tyrmand tworzy język literacki wyrostków. Jest ich Kochanowskim. Jest ich
Balzakiem. Opisał ich życie (myślę także o Złym). Przedmiotem refleksji uczynił
ich gest, strój, mimikę. Lecz jednocześnie wydrążył ich psychikę, wypowiedział
ich namiętności, postawił ich przed problemem zła i dobra, nauczył ich
moralnego paradoksu. Jest więc ich Dostojewskim. Jest naprawdę wielkim
pisarzem. Dla gówniarzy” (A. Kijowski, Wielki pisarz. Dla kogo?, „Twórczość”
1962, nr 4, s. 128–129).
Dwa ostatnie teksty, z których wyimki przytoczyłem, ukazały się po wyjściu
kolejnej książki Tyrmanda: Filip.

[108] L. Tyrmand, Zły, s. 365–368.


[109] L. Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, s. 63.

[110] Zawsze jednak z odpowiednim wstępem wyrobionego politycznie


propagandzisty, często pisarza, tłumaczącym, pod jakim kątem należy czytać
dane dzieło, co tak naprawdę niewyrobiony klasowo autor miał (lub powinien
mieć) na myśli i dlaczego.

[111] L. Tyrmand, Zły, s. 11–12.

[112] Przypomnę, że w tej książce posługuję się wydaniem z 2014 roku


Wydawnictwa MG. Choć pierwsze wydanie czytałem, mając 12 lat, na
wakacjach, przy świetle lampy naftowej, to pamiętam, że nieco się różniło od
kolejnych, w których nie ma np. fragmentu o tym, że XIII komisariat MO nie
sprawiałby radosnego wrażenia nawet na człowieku, który przed chwilą
dowiedział się, że Polska zdobyła tytuł mistrza świata w piłce nożnej (cytat z
pamięci małolata).

[113] Chłopaki (ros.).

[114] L. Tyrmand, Zły, s. 30–32.

[115] Jedna z najważniejszych postaci drugiego planu; kozak od biletów kinowych


i w ogóle.

[116] L. Tyrmand, Zły, s. 245–250.

[117] Tamże, s. 252–253.

[118] Wtedy jeszcze Legia, bo już od listopada 1949 r. Centralny Wojskowy Klub
Sportowy (CWKS). Od lipca 1957 r. na nowo Legia. W ogóle zmieniano wtedy
tradycyjne, przedwojenne nazwy klubów sportowych na bardziej robotniczo
brzmiące (np. Polonia Warszawa została Kolejarzem, podobnie jak poznański
Lech, a Polonia Bytom – Ogniwem).

[119] Ale szybko mu przeszło, a przed prawie wolnymi wyborami w 1989 r.,
podczas wiecu na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, nawoływał do
głosowania na kandydatów ówczesnej „Solidarności”.

[120] L. Tyrmand, Zły, s. 585–586.

[121] Prawdę mówiąc, później też. Za Gierka, jakoś w połowie lat


siedemdziesiątych XX w., widziałem ogromny transparent rozpięty nad trasą
Warszawa–Katowice w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego, głoszący dumnie:
„Program Partii przepustką w XX wiek”. Tak, w XX.

[122] M. Pęczak, Subkultury w PRL, s. 26.

[123] To nie tylko polskie doświadczenie; chuligaństwo pleniło się także w


chaosie porewolucyjnej Rosji, a młodzieżowe gangi amerykańskie okres
największego rozkwitu przeżywały w czasach Wielkiego Kryzysu.

[124] A. Zaćmiński, „Poena sine lege”, s. 84.

[125] Od stycznia 1944 do stycznia 1947 r. quasi-sejm, zdominowany przez


komunistów.

[126] (p), Jak skutecznie walczyć z chuligaństwem?, „Życie Warszawy” 1953, nr


302.
[127] T. Cyprian zdaje się nie zauważać, że młodzież (i nie tylko) nie miała na co
wydawać tych podobno dużych pieniędzy.

[128] (wicz), 20 chuliganów z CDT, „Życie Warszawy” 1953, nr 305.

[129] A. Wądołowska, Istota chuligańskiego charakteru czynu, „Prokuratura i


Prawo” 2010, nr 10, s. 121–135; A. Szczekała, Chuligański charakter czynu,
„Prokuratura i Prawo” 2008, nr 6, s. 76–88; D. Maksimiuk, Problem
chuligaństwa w pracach nad projektem kodeksu karnego PRL w latach 19S0–
1956, Zakład Historii Państwa i Prawa, Uniwersytet w Białymstoku,
http://www.polska1918-89.pl/pdf/problem-chuliganstwa-w-pracach-nad-
projektem-kodeksu-karnego-prl-w-lat,4689.pdf; S. Rybczyński, Ustawa
antychuligańska: problem chuligaństwa a przepisy ustawy z dnia 22 maja 1958
r. o zaostrzeniu odpowiedzialności karnej za chuligaństwo, „Palestra” 1958, nr
2/10–11, s. 17–20.

[130] Skądinąd stojąca w sprzeczności do tezy o zaostrzającej się walce klas, w


której wróg miał wykorzystywać także chuliganerię.

[131] Wypowiedź dla „Za i przeciw” 1958, nr 24, cyt. za Niebezpieczne ulice, s.
36.

[132] A. Zaćmiński, „Poena sine lege”, s. 87.

[133] Tamże, s. 94.

[134] Nie żadne cudo, ale przyzwoity: Delbana, najtańszy model. Horrendalna
cena wynikała z niemal zerowej podaży.

[135] Były to dzielnice uznawane za najspokojniejsze.


[136] L. Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo MG, s. 126.

[137] Tamże, s. 326–327.

[138] Tamże, s. 327.

[139] A. Zaćmiński, „Poena sine lege”, s. 95.

[140] (łac.) nieznane przez nieznane

[141] Publikacja w OSPiKA z 1960 r., nr 3, poz. 58.

[142] Publikacja w OSPiKA z 1960 r., nr 4, poz. 90.

[143] Dziennik Ustaw 1958 nr 34, poz. 152.

[144] Np. (w), W sprawach chuligańskich oskarżać będą prokuratorzy, „Express


Wieczorny” 1958, nr 240.

[145] Tekst jednolity, Dziennik Ustaw 2017, poz. 2204.

[146] Tekst jednolity, Dziennik Ustaw 2015, poz. 1094.

[147] M. Pęczak, Mały słownik, s. 21.

[148] W uproszczeniu: mieszkań lokatorskich nie wolno było odsprzedawać,


własnościowe już tak. Ponadto spółdzielcy własnościowemu przysługiwał jeden
pokój więcej niż lokatorskiemu (metraże i liczba pomieszczeń były przez
państwo – nie przez poszczególne spółdzielnie! – z góry reglamentowane).

[149] Z. Kuraś, Na antychuligańskim dyżurze w Praskim Sądzie Powiatowym,


„Express Wieczorny” 1958, nr 258. A same sprawy to drobnica: jakiś pijak pobił
bez przyczyny tramwajarzy na pętli, inny pobił kierowniczkę (!) kiosku z piwem.

[150] Na zewnątrz tramwaju, na czymś w rodzaju zderzaka czy buforu, czasem


służącego do sczepiania wagonów.

[151] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 108–109.

[152] Do dzisiaj zresztą.

[153] J. Hibner, Chuligani „wysiadają” – i co dalej?, „Express Wieczorny” 1958,


nr 134.

[154] W. Krasucki, M. Martula, Tam, gdzie wysuniętym postulatom odpowiada


czyn, hasło: CHULIGANI wysiadka! nie będzie „drętwą mową”, „Express
Wieczorny” 1958, nr 3.

[155] J. Hibner, Chuligani „wysiadają”.

[156] Przemysł Polski Ludowej bodaj przez dwa dziesięciolecia nie potrafił
wyprodukować skomplikowanego urządzenia w postaci końcówki do długopisu,
składającej się z lejkowatego gniazdka i zamykającej otworek kuleczki, z
pozostawieniem szparki na tusz. Problem polegał na tym, że zamiast ciasnej
szparki wychodziła szeroka szpara i tusz robił kleksy.

[157] Z 18 października 1973 r., sygn. akt VI KZP 37/73.


[158] Sąd Najwyższy: Pasożytniczy tryb życia a wymiar kary, komentarz
odredakcyjny, niepodpisany, „Prawo i Życie” 1973, nr 32.

[159] Jeszcze w osobliwy sposób przypomniała sobie o chuliganach podczas


wydarzeń Grudnia ’70 w Gdańsku i Gdyni, nazywając protestujących
robotników i mieszkańców „chuliganami niemającymi nic wspólnego z klasą
robotniczą”

[160] Są też chuligani motocyklowi, internetowi, rasistowscy...

[161] H. Kowalik, Uwaga – nadciąga fala troglodytów, „M-6” 2017, nr 3.

[162] C. Czapów, S. Manturzewski, Niebezpieczne ulice, s. 46.