Vous êtes sur la page 1sur 232

Fabrizio Calvi

Życie
codzienne
mafii
od roku 1950
do naszych dni
Państwowy
Instytut
Wydawniczy
Warszawa
Fabrizio Calvi
Życie
codzienne
mafii
od roku 1950
do naszych dni
Przedmową poprzedził
Leonardo Sciascia

Z francuskiego przełożył
Józef Waczków
Tytuł oryginału
«La Vie ąuotidienne de la Mafia de 1950 a nos jours»
Projekt graficzny serii
Jolanta Barącz
Okładkę projektowała
Teresa Kawińska

© HACHETTE, 1986
© COPYRIGHT FOR THE POLISH EDITION BY
PAŃSTWOWY INSTYTUT WYDAWNICZY, WARSZAWA 1993
Printed in Poland
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993 r.
Wydanie pierwsze
Ark. wyd. 16,2. Ark. druk. 14,5
Drukarnia Wydawnicz.a im. W. L. Anczyca w Krakowie
Zam. 7612/93

ISBN 83-06-02326-9
Pamięci
consigliere Rocco Chinnici
Przedmowa

Wyraz „mafia” po raz pierwszy pojawia się w słowniku dialektu sycylijskiego z roku
1868 autorstwa Trainy jako świeżej daty zapożyczenie z mowy Piemontczyków, to zna­
czy żołnierzy i funkcjonariuszy przybyłych w ślad za Garibaldim na Sycylię, słowo to
wszakże pochodzi najprawdopodobniej z Toskanii, gdzie maffia (z podwójnym f) ozna­
cza biedotę, a o zbirach mówi się smaferi. Traina stwierdza, że te dwa wyrazy i te dwa
znaczenia splatają się w typ ludzki, jaki na Sycylii nosi nazwę mafijczyka. Mafijczyk ma
pewność siebie i arogancję zbira, lecz jest także biedakiem, ponieważ „to prawdziwa
bieda uważać się za kogoś znaczącego z racji swojej brutalnej siły, co w istocie ujawnia
ogromne nieokrzesanie, czyli fakt, że jest się dzikim niczym zwierzę”. Mafia jest zatem
„pozorem odwagi i duchową pewnością siebie”. I niczym więcej. Największy znawca
ludowych tradycji sycylijskich, palermitanin Giuseppe Pitre (1841—1916), ujął to jeszcze
tak: „Mafia nie jest ani sektą, ani stowarzyszeniem, nie ma regulaminów ani statutów.
Mafijczyk nie jest też złodziejem czy opryszkiem, a fakt nadania tej chętnie używanej
ostatnio nazwy złodziejom i opryszkom świadczy o tym, że ogół, nie zawsze wykształ­
cony, nie ma czasu zastanawiać się nad sensem słowa i jego pojmowaniem przez złodziei
i opryszków, dla których mafijczyk to wyłącznie człowiek z odwagą i krzepą, człowiek
nie dający się okpić; bycie tak pojmowanym mafijczykiem staje się zatem czymś
potrzebnym, a nawet wręcz nieodzownym. Mafia jest świadomością własnego jestestwa,
wygórowaną koncepcją indywidualnej siły, jedynego arbitra we wszystkich konfliktach,
we wszystkich sprzecznościach interesów i poglądów; stąd nietolerancja wobec innych,
równie pełnych arogancji i poczucia wyższości. Mafijczyk chce być poważany i sam
przeważnie poważa. Jeśli zostaje znieważony, nie ucieka się do prawa, do sprawiedli­
wości, potrafi jednak wymierzyć sprawiedliwość osobiście, a kiedy brak mu na to włas­
nej siły, działa za pośrednictwem innych ludzi, którzy mają te same zapatrywania.”
W przeciwieństwie do Trainy Pitre arogancją i brutalnością obciąża nie mafijczyka, lecz
„innych”, wobec których ten się buntuje; w ten sposób mafia nie byłaby niczym innym jak
poczuciem wolności, hardą postawą wobec obelg możnych, słabości prawa i władz
urzędowych.
W sumie Traina, podobnie jak Pitre, a także jak ogromna liczba specjalistów,
sędziów i polityków sycylijskich, neguje mafię jako stowarzyszenie, uważa ją zaś za
„hipertrofię własnego ja” (według definicji prawnika sycylijskiego, Giuseppe Maggiore),
przy czym chodzi o ,ja” każdego poszczególnego Sycylijczyka. Odpowiedzialnym za
wykreowanie mafii na organizację złoczyńców jest według pewnego prominenta sycyhj-
skiego wymiaru sprawiedliwości komediopisarz nazwiskiem Giuseppe Rizzotto, który
w roku 1862 napisał sztukę I mafiusi della Vicaria (Yicaria była więzieniem w Paler­
mo). „Wyolbrzymiając za pośrednictwem swego kunsztu dramatycznego obyczaje przez
siebie wydumane, a przypisane skazańcom w więzieniach Palermo, artysta zdołał fatal­
nie ugruntować i rozprzestrzenić nonsensowne przekonanie, że mafia była organizacją
złoczyńców”, pisze ów prominent. I konkluduje: „Niech Bóg wybaczy panu Rizzotto,
który przed laty już zszedł ze sceny życia, ogromną krzywdę, jaką wyrządził naszej
Przedmowa

8 Sycylii. Oceniłem katastrofalne konsekwencje tej krzywdy podówczas, gdy w ciągu swojej
kariery miałem zaszczyt piastować stanowisko prokuratora generalnego w Turynie.”
Można się zgodzić co do faktu, że nominacja tego pana do Turynu raczej niż do Palermo
okazała się równie zaszczytna dla Sycylii, gdzie niemal w tym samym czasie urzędował
pewien prokurator, którego przenikliwe i nieprzejednane oskarżenia w procesach
przeciwko mafii można uznać za najpoważniejszy wkład w rozpoznanie fenomenu: był to
pochodzący z Agrygentu Alessandro Mirabile.
Pogląd prokuratora generalnego Mirabile diametralnie różnił się od mniemań Pitre:
dla niego mafia była sektą, była organizacją, i to o ścisłej strukturze, opartej na
niepisanych i, rzecz jasna, surowych regułach, z rozpoznawalnymi dla jej członków
znakami przynależności. Do tego przekonania doszedł nie tylko na podstawie osobistych
doświadczeń, lecz również pewnego memoriału (odnalezionego w archiwach sądowych),
spisanego przez Bernardina Verro, który najprawdopodobniej był w młodości członkiem
mafii; później, gdy stał się socjalistą, okazał się jedną z najpiękniejszych postaci
sycylijskiego socjalizmu o zabarwieniu faszystowskim, bezhtośnie dławionego przez rząd
Sycylijczyka Francesca Crispi. Verro zajadle zwalczał mafię aż do śmierci. Urodzony
w Corleone (mieście do dzisiaj znanym z afer związanych z mafią), został w biały dzień,
w wieku czterdziestu ośmiu lat, zabity na ulicy małego miasteczka, którego burmistrzem
stał się w roku 1915. Takie nazwiska jak Verro, Mirabile, a zwłaszcza Napoleone
Colajanni (1847—1921), sycylijski znawca spraw społecznych i poseł z ramienia partii
republikańskiej, świadczą o tym, że na Sycylii nie negowano istnienia mafii jako
organizacji przestępczej i nie uważano, że mówienie o tym jest dla Sycylijczyka obrazą.
Wręcz przeciwnie, denuncjowano ją i zwalczano pubhcznie, uznając za bezsensowną
i niebezpieczną zasadę zatajania i minimalizowania plag, jakie nawiedziły ludność
wyspy. Plagi społeczne są dokładnie tym samym, co choroby poszczególnych ludzi;
ukrywać je, negować, minimalizować to znaczy nie chcieć się z nich wyleczyć, nie chcieć
się ich wyzbyć.
Sycylijczycy, którzy (jak Giuseppe Pitre czy powieściopisarz katański Luigi Capua-
na, 1829—1915) jeszcze dzisiaj uważają, że mafia to tylko indywidualna postawa
uzewnętrzniająca czyjąś fanfaronadę, miłość własną, poczucie honoru, głód sprawied­
liwości i w konsekwencji sposób zastępczego wymierzania jej na własną rękę w kraju
od wieków mającym słabo rozbudowaną administrację państwową, zapewniają — rzecz
jasna — że wynikłe z owej zorganizowanej działalności przestępstwa są na Sycylii takie
same jak w innych regionach Włoch czy też w innych krajach europejskich i nie różnią
się od tamtych ani wagą, ani liczebnością. Według nich słowa „mafia” nie należy wią­
zać z przypadkami przestępczości. Niektórzy twierdzą nawet w najlepszej wierze, że
używając w takich razach słowa „mafia” — czy wyrażenia Cosa Nostra, bardzo
w ostatnich latach rozpowszechnionego — usiłuje się wytworzyć swoistą dyskrymina­
cję rasową, uprzedzenie wobec całej ludności sycylijskiej, co prowadzi do nieufności,
obelg i szyderstw wobec Sycylijczyków żyjących poza swoim regionem. To niesłuszne,
mówią, że w Mediolanie, Marsylii czy w Londynie szajkę złodziei uważa się za zwykłą
szajkę złodziei, a w Palermo za „cosca” mafijczyków (cosca oznacza wianek z hści
karczocha); że w Mediolanie, Marsylii czy w Londynie uznano by za winnych aktu
przestępczego jedynie tych, którzy go przygotowali i przeprowadzili, podczas gdy
w Palermo identyczny akt uznano by za efekt działań całego łańcucha winowajców
Przedmowa

i wspólników — niezwykle licznych, nieuchwytnych, nieokreślonych — jak gdyby


w akcie owym uczestniczyła potajemnie cała ludność miasta oraz wyspy i tym samym
ochraniała winnych. Trzeba zatem, mówią obrońcy dobrego imienia Sycylii, oddzielić
słowo od czynu i spojrzeć na czyn występny wyłącznie jako na przypadek kryminalny,
akt sam w sobie.
Jednakże słowem „mafia” (które początkowo musiało mieć sens przypisywany mu
przez Pitre; najstarszy, pochodzący z roku 1658 dokument, gdzie je znajdujemy, po­
sługuje się nim jako przydomkiem „magara”, to znaczy kobiety oddającej się praktykom
magicznym) nazwano rzecz specyficzną, inaczej mówiąc rzecz przyjęła tę nazwę dla
odróżnienia przypadków kryminalnych właściwych Sycylii od innych przestępstw,
dokonywanych gdzie indziej, w innych regionach, w innych krajach. Lecz i na Sycylii,
ma się rozumieć, dokonuje się innych przestępstw, a z kolei również gdzie indziej
przeniknęła sycylijska specyfika przestępcza. Słowo „mafia” znaczyło jeszcze zupełnie co
innego niż dzisiaj, kiedy specyfika ta została wyróżniona jako odrębna jakość już w roku
1838, w raporcie ówczesnego prokuratora generalnego w Trapani, Don Pietra Ulloa
(autora późniejszych prac historycznych na temat królestwa Burbonów, którym był
nadzwyczaj wierny): „Na Sycylii nie ma urzędnika, który by nie kłaniał się w pas na
zwykłe skinienie człowieka władczego i nie usiłował ciągnąć korzyści ze swojego
stanowiska. Ta powszechna korupcja doprowadziła lud do stosowania środków zarad­
czych nader dziwnych i niebezpiecznych. W wielu miejscowościach istnieją bractwa,
rodzaj sekt nazywających się partiami, ale nie mających ani zebrań, ani innych więzi
pomiędzy członkami, poza jedyną: zależnością od szefa, którym jest bądź jakiś właści­
ciel ziemski, bądź prałat. Wspólna kasa pokrywa wydatki, już to związane z powoła­
niem jakiegoś funkcjonariusza, już to z pozyskaniem przychylności takowego, już to
z umocnieniem jego pozycji, już to z oskarżeniem kogoś niewinnego. Dochodzi do tego,
że lud porozunouewa się z winowajcami. Kiedy wydarzą się kradzieże, niebawem zjawia­
ją się pośrednicy, którzy proponują transakcje pozwalające odzyskać skradzione rzeczy.
Protekcję zapewnia tym bractwom wielu dygnitarzy wysokiego szczebla, jak Scarlata,
sędzia najwyższego trybunału cywilnego w Palermo, jak Siracusa, prominent sądowy, czy
też inni, nie zawsze rozpoznani, gdyż czynią to w sposób nad wyraz dyskretny
i nieprzenikniony... Rozkład obyczajów jest taki, że niepodobna dopytać się strażni­
ków miejskich, którzy nadzorują ulice, ani posłużyć się kimkolwiek jako świadkiem
występku popełnionego w biały dzień. Samo centrum tego rozkładu stanowi stolica,
pusząca się swoim przepychem i pretensjami feudalnymi w p>ełni wieku XIX, miasto,
gdzie żyje czterdzieści tysięcy proletariuszy, których utrzymanie zależy od luksusu
i kaprysu możnych. W tym pępku Sycylii sprzedaje się stanowiska publiczne, korum­
puje sprawiedliwość, szerzy ciemnotę...”
Rozpoznawszy elementy odróżniające mafię od innych form zorganizowanej
przestępczości, Ulloa poddał rzecz pod rozwagę rządu neapolitańskiego (który, oczywiś­
cie, nie wyciągnął z tego żadnych wniosków, podobnie jak później rządy zjednoczonych
Włoch nie wyciągnęły żadnych wniosków z raportów Franchettiego i Sonnina, z do­
chodzeń parlamentarnych w latach 1875—1876, z przemówień Colajanniego w Izbie
Poselskiej, z raportów uczciwych prefektów i karabinierów). Te elementy można
zsumować następująco: korupcja władz publicznych, infiltracja ukrytej władzy pewnej
organizacji, przedkładającej korzyści swoich członków nad dobro ogółu społeczeństwa.
Przedmowa

10 w tkankę wszystkich organów państwa. Ulloa uchwycił podstawową przyczynę takiego


stanu rzeczy: niezmiennie feudalne warunki społeczne i gospodarcze Sycylii w pełni
wieku XIX.
Ano właśnie, zrodzona z feudalizmu i przejmująca jego formy (szef mafii zastępuje
feudała, któremu przysługuje przywilej „władzy udzielnej i lenniczej”, to znaczy, że nad
mieszkańcami miast i wsi sprawuje prawo życia i śmierci, ma też suwerenne wręcz
prawo podnoszenia podatków) mafia powinna była dokonać pewnego postępu, porów­
nywalnego z przejściem ze społeczeństwa feudalnego do społeczeństwa burżuazyjnego;
to przejście, które się urzeczywistniło we Francji za sprawą rewolucji roku 1789,
a w innych krajach za pośrednictwem tak zwanego oświeconego absolutyzmu, czyli
takich przekształceń, jakich w swoich państwach dokonali suwerenowie (cesarz Józef II
w Austrii, wielki książę Leopold I w Toskanii), i to decyzjami odgórnymi, często
wbrew arystokracji stanowiącej ich podporę. Sycylia nie poznała rewolucji ani też
nie doczekała się oświeconego absolutyzmu: ziemia przeszła z rąk szlachty w ręce
„burżuazji” (burżuazji w cudzysłowie, gdyż niepodobna powiedzieć, że na Sycylii
istnieje burżuazja w ścisłym tego słowa znaczeniu) poprzez operacje typu mafijnego.
Wieśniacy, którzy dochrapali się tytułu campieri (swego rodzaju karabinierzy lenna,
zależni od jaśnie pana), i awansowani campieri, to znaczy gabelotti (czyli dzierżawcy
roli), uciekając się wobec swoich panów do metod zastraszania i gróźb, dawania im
pożyczek na lichwiarski procent, okradając ich z zysków dochodzą do posiadania zie­
mi. Sami jednak, stawszy się panami, szybko okazują się podobnie zdemoralizowani
jak tamci; pragną wyłącznie ziemi, jak najwięcej ziemi, i zadowalają się tym, co ziemia
od wieków daje bez żadnych wkładów z ich strony. Nie chcą jej przeobrażać, melioro­
wać, użyźniać. Zysk z ziemi inwestują w inne ziemie. „Terra ąuanto vedi e casa ąuanto
stai”, powiada przysłowie sycylijskie, a znaczy to: dom możesz mieć choćby mały, ale
jeśli cię na to stać, zakup całą ziemię, jaką ogarniasz oczami. Już pewien „oświecony”
wicekról, neapolitańczyk Domenico Caracciolo, który przebywał na Sycylii w latach
1781—1784, zauważył, że to jedyny region w Europie, gdzie zarobione na ziemi pienią­
dze stawały się znów ziemią, a zatem nie były obracane na meliorację tej ziemi lub
na zapoczątkowanie przemysłu czy też na rozwój handlu. I taki stan trwa niemal do
naszych dni.
Socjolog angielski Erie J. Hobsbawm mówił o mafii jako o „prymitywnej formie
buntu społecznego”, jedynej możliwej na Sycylii rewolucji burżuazyjnej (swoją książkę
zatytułował Primitive Rebelś)\ echo analizy Hobsbawma można znaleźć w powieści
Giuseppe Tomasiego di Lampedusa Lampart, a ściślej w postaci Calogera Sedara.
W pewnym momencie powieści książę pisarz każe powiedzieć księciu protagoniście: „My
byliśmy lampartami, lwami; ci, co po nas przyjdą, będą małymi szakalami, hienami.”
Te hieny, te szakale umiały działać jedynie w sytuacji rozpadu arystokracji i tę sytuację
wykorzystywały. A kiedy już zajęły miejsce arystokratów, to znaczy kiedy zdomino­
wały życie publiczne i sformowały się w klasę rządzącą, nie przestały być szakalami
i hienami, w dalszym ciągu rozdrapując i pożerając dobra publiczne, jak to czyniły
z dobrami swoich dawnych panów. Reasumując: klasa burżuazyjno-mafijna, której
Calogero Sedara jest reprezentantem, nie umie budować, umie jedynie pożerać. Stąd
bierze się fakt, że wewnątrz tej klasy istnieje nieustanny konflikt, nieprzerwany proces
substytucji.
Przedmowa

Oparta na przemocy i oszustwie władza grupy mafijczyków staje się łatwa do 11


zniweczenia, w chwiłi gdy zaczyna się stabilizować, gdy już idzie ręka w rękę z ustalonym
porządkiem; wystarczy nowa fala przemocy, oszustwa. Oto dlaczego zbrodnie mafii
z reguły są „wewnętrzne”: wynikają z konfliktów między nową a starą generacją, między
grupami, które już osiągnęły władzę, bogactwo, poważanie, a grupami, które o to
zabiegają. Fakt „dojścia” zbiega się zatem często z unicestwieniem (nawet fizycznym),
z końcem.
Sądzimy, że fenomen mafii można ująć najpełniej i najzwięźlej w następującej
definicji: mafia jest organizacją złoczyńców mającą na celu nielegalne bogacenie się
jej członków i występującą jako pasożytniczy pośrednik, narzucony przemocą, między
własnością a pracą, produkcją a konsumpcją, między obywatelem a państwem.
Ten fenomen niezaprzeczalnie wyrósł w majątkach feudalnych, na wsi, jako
pośrednictwo między właścicielem ziemskim a chłopem; pełnił tam funkcję policyj­
ną i opresyjną wobec chłopa w imię interesów właściciela ziemskiego, całkowicie za­
razem pomijając rzeczywistość miejską, a wszystko to w centrach takich jak Palermo
i Trapani.
Pewne pojęcie o tym, czym była pierwotnie mafia, daje Alessandro Manzoni
w powieści Narzeczeni, charakteryzując drabów do ciemnych robótek na usługach pa­
nów i właścicieli ziemskich, zowiących się bravi. Tego rodzaju zbiry co bravi, w służ­
bie interesów i kaprysów możnych, były na Sycylii prototypami mafijczyków. W Lombar­
dii, gdy tylko dominacja austriacka zastąpiła oddziaływanie Hiszpanów, bravi zostali
oczywiście wyeliminowani ze społeczności dzięki reformom społecznym i przeobraże­
niom gospodarczym, przede wszystkim zaś dzięki korekcji funkcjonariuszy i, co za tym
idzie, całego państwowego aparatu administracyjnego. Na Sycylii, gdzie warunki
dominacji hiszpańskiej trwały jeszcze długo po odejściu samych Hiszpanów i gdzie
feudalne struktury społeczne ostały się (w dodatku chciwe przywilejów, drażliwe,
kłótliwe, anarchiczne), bravi i wszystko to, co pierwotnie wiązało się z ich istnieniem,
z biegiem czasu przemieniło się w to, co dzisiaj znamy jako mafię.
Po upadku władzy feudałów nowa adnunistracja państwa okazała się słaba,
lueskuteczna, przekupna — jak gdyby składała się z funkcjonariuszy nieudolnych i źle
opłacanych, którzy zawdzięczają swoje miejsce komuś tam (komu, jak mówi Ułloa,
kłaniają się w pas) lub, tak jakby je kupili, czują się upoważnieni do odbijania sobie
poniesionych kosztów na najsłabszej i najmniej niebezpiecznej części ludności. Jakiekol­
wiek by to państwo było, jakiekolwiek byłyby zasady czy grupy, które reprezentuje,
zawsze działa ono (lub nie) za pośrednictwem swoich funkcjonariuszy. Funkcjonariusz na
Sycylii, który okazałby się inteligentny i uczciwy, nie poddający się korupcji i presji
możnych, zostałby bądź izolowany, bądź wydalony jako obce ciało. Bronią władzy
mafijnej przeciwko urzędnikowi nie podejmującemu zalecanej gry było — i może wciąż
jeszcze jest — przeniesienie służbowe.
Historia mafii nie byłaby więc niczym innym niż historią współudziału państwa,
od Burbonów po Sabaudczyków i po republikę, w formowaniu i afirmowaniu bezpro­
duktywnej i pasożytniczej klasy rządzącej. Klasa ta, określona i żadenuncjowana
w pierwszej połowie wieku XIX przez Ulloę, znajduje sobie w drugiej połowie tegoż
wieku wdzięczne pole do rozwoju dzięki zjednoczeniu Włoch i demokratycznemu
systemowi. Kiedy w opowiadaniach o wyprawie Garibaldiego mówi się o picciotti
Przedmowa

12 (małych chłopcach), określenie to nie odnosi się do młodzieży, która przybyła sponta-
niczme, by walczyć przeciwko tyranii Burbonów pod sztandarami Garibaldiego, lecz do
werbunku wieśniaków z posiadłości feudalnych przeprowadzonego przez klasę bur-
żuazyjno-mafijną i przez ostatnich jaśnie panów. Jeszcze dzisiaj zresztą w żargonie mafii
terminem picciotti określa się tych, którzy dokonują akcji przestępczych, zabójców.
To picciotti walczyli w Milazzo w lipcu 1860 roku; to również picciotti, przebrani
za pielęgniarzy, weszU do szpitala w Palermo, by ogniem karabinowym wykończyć
pewnego rannego, którego utrzymanie przy życiu stanowiło duże niebezpieczeństwo
dla mafii.
Oczywiście w wielkim przedsięwzięciu Garibaldiego na Sycylii nie zabrakło praw­
dziwych i świadomych ochotników, ale przyłączające się do niego bandy wieśniaków
słuchały jedynie woli swoich mocodawców i nie miały zielonego pojęcia ani o sprawie,
za którą walczono, ani o aspiracjach, które chciano urzeczywistniać. A te aspiracje
w przypadku — tu posłużymy się określeniem Hobsbawma — „nowej klasy dominującej
w sycylijskiej gospodarce rolnej, tak zwanych gabelotti i ich miejskich współpracow­
ników”, sprowadzały się w gruncie rzeczy do jednej jedynej: żeby Sycylia stała się kolonią
rolną handlowej i przemysłowej Północy. Co, rzecz jasna, nie mogło się nie podobać
klasie handlowo-przemysłowych przedsiębiorców z Północy; stąd dobitniejszy współ­
udział państwa włoskiego w afirmowaniu i konsolidacji sycylijskiej klasy burżuazyj-
no-mafijnej.
Reszty dokonał „system”, wprowadzenie machiny wyborczej. Mafia połączyła się
z nim w sposób nierozwiązywalny. I dopiero w chwili pojawienia się partii lewicowych
walka wyborcza na Sycylii nabrała charakteru politycznego, począwszy od rywalizacji
z interesami indywidualnymi i grupowymi (cosche). Mafia z miejsca przeciwstawiła się
powstającej partii socjalistycznej, a także ludowej partii katolickiej, która następnie,
po roku 1945, stała się Chrześcijańską Demokracją. Wobec faszyzmu mafia przez
pierwsze lata pozostawała w nieufnym oczekiwaniu. Kiedy zaczęła się mobilizować
i zgłaszać akces do partii, było już za późno. Mussolini, który miał bałwochwalczy
kult państwa, odkrył, że mafia jest jakby odrębnym państwem. Powiadają, że objawiło
mu się to nagle po przybyciu do małego miasteczka w okręgu Palermo, gdzie podestą
(burmistrzem wyznaczonym przez reżim) był mafijczyk. Ów podesta z całą naiwnością
powiedział Mussoliniemu, że nie potrzeba mu tylu karabinierów ani tylu gwardzistów i że
on sam, ze swoim autorytetem i prestiżem, wystarczyłby, żeby zapewnić bezpieczeństwo
szefowi rządu faszystowskiego, duce. Po zasięgnięciu informacji Mussolini wiedział już,
kim jest podesta i co to jest mafia; podjął więc decyzję o ostrych represjach wysyłając
na Sycylię prefekta Cesare Mori z nieograniczonymi pełnomocnictwami. Mori, urzędnik
bezsprzecznie zdolny i wyposażony w pjełnię władzy, zaatakował mafię na wszystkich
płaszczyznach, zarówno wykonawców, jak i szefów. Metody, jakimi się posługiwał,
budziły odrazę w świadomości obywatelskiej; jeśli jednak dzisiaj stwierdza się, że je­
dyne akcje przedsiębrane przeciwko mafii mają charakter represyjny i nie odpowia­
dają zasadom konstytucji republikańskiej, to trzeba pamiętać, że operacja Morieąo
była dużo bardziej radykalna i me oszczędzała mafijczyków z wysokiego szczebla
społecznego.
Zaatakowani przez faszyzm mafijczycy przeszli na stronę antyfaszyzmu. Jeśli po
upadku Mussoliniego i podczas okupacji niemieckiej istniała również na Sycyłii zbrojna
Przedmowa

walka przeciw nazizmowi, struktura brygad partyzanckich i, ogólnie rzecz biorąc, ruch 13
oporu, jaki występował w północnych Włoszech, to mafijczycy bezsprzecznie stali na
jego czele jako przywódcy mający największy posłuch i najbardziej wartościowi. Ale
właśnie na Sycylii 10 lipca 1943 roku, na piętnaście dni przed usunięciem Mussoliniego
z jego stanowiska przez Wielką Radę Faszystowską, wylądował desant anglo-amerykari-
ski. Na zachodniej Sycylii, zajętej głównie przez wojska amerykańskie, mafijczycy
z miejsca zostali wezwani do uczestniczenia w administracji cywilnej. Wydaje się nie
ulegać wątpliwości, że tajne służby armii amerykańskiej już wcześniej weszły z nimi
w kontakt i otrzymywały za ich pośrednictwem nieodzowne informacje. Sławetni
gangsterzy sycylijsko-amerykańscy, tacy jak Salvatore Lucania, pochodzący z Lercara
w okręgu Agrygentu, stworzyli, jak powiada on sam, więzy współpracy między mafią
sycylijską a tajnymi służbami amerykańskimi; w konsekwencji Lucania, czyli Luciano,
podówczas więziony w Stanach Zjednoczonych, został wypuszczony na wolność i prze­
transportowany do Włoch (gdzie otoczony szacunkiem i wśród wygód spędził ostatnie
lata swojego życia).
Stosunki pomiędzy mafią sycylijską i jej odpowiednikiem w Stanach Zjednoczo­
nych, ustanowione i zasadniczo utrzymywane przez Sycylijczyków, zawsze były inten­
sywne i trwałe. Więcej można się o nich dowiedzieć z książki dziennikarza amerykań­
skiego Eda Reida zatytułowanej Mafia. Według Reida mafię przenieśłi z Sycylii do
Stanów Zjednoczonych w roku 1915 bracia Vito i Giovanni Giannola oraz ich przyja­
ciel, Alfonso Panizzola; pierwszym zaś miastem amerykańskim, gdzie został wdrożony
system wyzysku ze strony mafii, było Saint Louis w stanie Missouri. Nam wszakże wy­
daje się, że należałoby sięgnąć głębiej w przeszłość, do schyłku wieku XIX i początków
naszego. W każdym razie mafia, uważana za wytwór społeczeństwa chłopskiego
i zacofanego, takiego jak na Sycylii, zakorzeniając się i rozrastając w amerykańskim
społeczeństwie, żyjącym w stadium wysokiego uprzemysłowienia i na poziomie prze­
wyższającym dobrobyt innych krajów, okazała się fenomenem złożonym i żywotnym,
systemem analogicznym do systemu kapitalistycznego. Kapitalizm to mafia, która
produkuje. Mafia to kapitalizm bezproduktywny, z wyjątkiem produkcji narkotyków.
Żeby dać pojęcie, w jaki sposób państwo może przekonać się o swojej bezradności
wobec mafii, a nawet o swoim w niej współudziale, warto przytoczyć epizod dotyczący
Vita Genovese, mafijczyka sycylijskiego z Ameryki, który jako Vito Corleone jest
protagonistą bestselleru Maria Puzo, pisarza włosko-amerykańskiego, pod tytułem
Ojciec chrzestny. Vito Genovese, poszukiwany w Stanach za morderstwo, w latach
1943—1944 znajdował się na Sycylii w charakterze tłumacza przy sojuszniczym rządzie
wojskowym. Będącemu na jego tropie policjantowi o nazwisku Dickey udaje się go
odnaleźć. Korzystając z pomocy dwu żołnierzy angielskich (angielskich, notabene, nie
amerykańskich) zatrzymuje go; znajduje przy nim listy uwierzytelniające podpisane
przez oficerów amerykańskich, którzy określają Genovese jako „człowieka do głębi
uczciwego, godnego zaufania, lojalnego i zapewniającego całkowite bezpieczeństwo
w służbie”. Trudności, jakie wkrótce wynikły z powodu tego aresztowania, dotyczyły
nie Genovese, lecz Dickeya. Ani władze amerykańskie, ani włoskie nie chciały słyszeć
o aresztowaiuu. Nieszczęsny agent ciągnie ze sobą więźnia przez sześć miesięcy; nie
udaje mu się zabrać go do Nowego Jorku, gdyż świadek, który oskarżał Genovese
o morderstwo, został tymczasem otruty w więzieniu amerykańskim (podobnie jak
Przedmowa

14 w więzieniu włoskim, w Palermo, otruto porucznika Gaspare Pisciottę, świadka


w procesie bandyty SaWatore Giuliano). Dopiero wówczas, kiedy Genovese mógł już
odetchnąć z ulgą, Dickey ze swej strony mógł uznać, że jego misja została wypełniona,
i to właśnie jest historia, którą można potraktować jako naprawdę wzorcową.*

Leonardo Sciascia

* Tekst ten został napisany jako wypowiedź dla prasy francuskiej („Liberation” z 30 grudnia
1976).
Słowo wstępne

Ponieważ mafia jest organizacją tajną, która niby rak rozwija się i pro­
speruje w wewnętrznej tkance współczesnego państwa — dotyczy to Włoch
i w mniejszym obecnie stopniu Stanów Zjednoczonych — wprost niepodobna
pokusić się o opisanie życia codziennego jej członków, jak gdyby chodziło tu
0 egzystencję społeczności dziś już wymarłej.
Zasadnicza trudność polega na minimalnych możliwościach percepcji tego
fenomenu. Wystarczy odbyć podróż do Palermo, stolicy mafii, ażeby zdać
sobie sprawę, że w codzienności tego miasta nie ma nic oryginalnego, wyjąwszy
gwałtowne śmierci, które w nieprawdopodobnym rytmie wstrząsają ruinami
minionej świetności. Poza hałasem i furią regulowanych porachunków, ozna­
kami okresu kryzysowego, mafia to przede wszystkim świat milczenia.
Należałoby przeniknąć poza fasadę pozorów i poznać życie mafijne od
podszewki, jeśli jego prezentacja nie ma być długim ciągiem trupów albo nie
kończącym się wyliczaniem mniej lub bardziej utajonych lęków. Toteż jedynym
narzucającym się wyjściem było prześledzenie kariery kilku spośród najbardziej
reprezentatywnych mafijczyków. Oto dlaczego książka ta nie jest historią mafii.
Ani dawne, ani obecne kluczowe postaci organizacji Cosa Nostra nie figurują
w paśmie najprzeróżniejszych scen stanowiących kanwę niniejszej opowieści.
Triumfalny okres mafii zaczął się na dobre po drugiej wojnie światowej.
Najbardziej widoczne było to właśnie w Palermo, gdyż w dzisiejszych Stanach
Zjednoczonych gangi italoamerykańskie niemal z dnia na dzień musiały ustąpić
z pola działania pod naporem pokrewnych im organizacji latynoamerykańskich
1 azjatyckich. Przykład palermitański miał poza tym tę wyższość, że w stosun­
kowo krótkim czasie, liczącym niewiele ponad trzydzieści lat, ukazywał rozwój
najprzeróżniejszych form mafii, od mafii wiejskiej, tej na usługach właścicieli
ziemskich, do mafii międzynarodowych handlarzy narkotykami, do której
prowadziła mafia miast, i wszelkich spekulacji nieruchomościami.
Ogniskując opowieść wokół „rodzin” palermitańskich można było liczyć
również na to, że w znacznej części, a może i w całości, wyczerpie się specyfikę
codziennego życia w łonie mafii. Na książkę składają się rozmaite sekwencje,
w których odtworzono epizody biografii kilku mafijczyków, wybrane z myślą
o ukazaniu obyczajów obowiązujących w organizacji przestępczej. Po to, żeby
czytelnik nie zgubił się w labiryncie niesłychanie zawiłej historii, również
poszczególni protagoniści tego dzieła zostali dobrani z punktu widzenia
kryteriów czysto narracyjnych: wszystkie ukazane całościowo epizody ich życia
pozwalają precyzyjnie snuć główny wątek opowieści, który sprowadza się do
ponad trzydziestu lat wojny i pokoju mafijczyków. Toteż okaże się, że niektóre
Słowo wstępne

16 postaci drugorzędne w pierwszych partiach książki stają się protagonistami


rozdziałów następnych.
Odtworzenie życia codziennego mafijczyków w najdrobniejszych detalach
byłoby niemożliwe, gdyby w ciągu ostatnich lat około trzydziestu spośród nich
nie zgodziło się złamać prawa milczenia, ujawniając w śledztwie wszystkie
tajemnice swej organizacji. Poniższa opowieść wiele zawdzięcza ich zeznaniom,
lecz także i pomocy, jakiej uprzejmie udzielili nam policjanci, adwokaci,
dziennikarze i sędziowie. To z pewnością wyjaśnia, dlaczego ta historia jest
przede -wszystkim historią mężczyzn; studium złożonych i pasjonujących sto­
sunków między kobietami a mafią pozostaje jeszcze do opracowania. Dużo
dałoby się powiedzieć nie tylko o osobie matki, la mamma, głównej ostoi ro­
dziny sycylijskiej, lecz także o tym, że przeciwko mafii, temu Towarzystwu
Honoru (Societa Onorata, jak określają się sami mafijczycy), pierwsze zbunto­
wały się właśnie kobiety; wdowy po „mężach honoru” lub ich ofiary. (Warto
zaznaczyć, że — jak się wydaje — nie istnieją kobiety-członkinie mafii).
A przecież przy każdej nadarzającej się sposobności mężowie honoru podkre­
ślają doniosłość więzów rodzinnych, moralność mafijczyków (surową jedynie
w zewnętrznych przejawach) i kodeks obowiązków, który stoi za wszystkimi ich
poczynaniami, za najmniejszym ich słowem.
Autor z całym rozmysłem ograniczył ramy opowieści do mafii sensu
stricto. Inne formy zorganizowanej przestępczości, włoskie (neapolitańska
camorra czy kalabryjska ndranghetta, by nie przedłużać listy) i zagraniczne
(mafia chińska, turecka lub międzynarodowa sieć przemytu broni i nar­
kotyków), ze względu na swoją specyfikę wymagałyby osobnego opracowania
dla każdej z nich. O międzynarodowych powiązaniach różnych organizacji
przestępczych wspominamy tylko wyjątkowo. Wspólnym ich celem są fantas­
tyczne interesy, stanowiące, rzecz jasna, spiritus movens każdej z tych mafii
od krańca do krańca globu, od obu Ameryk przez basen Morza Śródziemnego aż
po Hongkong. Bardzo często interesy te są powiązane ze sobą i we wszystkich
wypadkach ich ekwiwalentem jest wyłącznie suma bilansów licznych między­
narodowych korporacji przemysłu.

F.C.
Cosa Nostra na początku lat osiemdziesiątych
17

COSA NOSTRA NA POCZĄTKU LAT OSIEMDZIESIĄTYCH

A. Strefy wpływów w okręgu Palermo i w jego sąsiedztwie


Bagheria—Yillabate—Casteldaccia: „Trójkąt śmierci.” Trzy rodziny panujące
nad tą częścią wybrzeża palermitaóskiego są kontrolowane przez krewnych Michele
Greca z CiaculU bądź przez paru najwierniejszych spośród jego sprzymierzeńców.
To tutaj instalowano liczne laboratoria produkujące heroinę.

- Calvi
Cosa Nostra na początku lat osiemdziesiątych

18 Corleone: Niekwestionowanym szefem rodziny jest groźny Luciano


Leggio zwany Luciano Liggio, który później wydaje rozkazy z więzienia. Ich
wykonawcami pod jego nieobecność są Bemardo Provenzano i Salvatore
Riina. Oni teź reprezentują Leggia na zebraniach Kopuły.
Ficuzza: Rządzi tu mała rodzina, całkowicie podporządkowana cor-
leoóczykom.
Bolognetta: Szefem tutejszej rodziny jest Giuseppe Bono, jeden z naj­
bardziej wpływowych mafijczyków, który miał potężne oparcie w świecie
finansjery mediolańskiej i w łonie amerykańskiej Cosa Nostra, albowiem
handlował z nią heroiną.
San Giuseppe Jato: Szefem rodziny jest tu Antonio Salamone (członek
Kopuły), kierujący jej sprawami, odkąd osiadł na stałe w Brazyhi.
Borgetto: Szefem był tu niejaki Erasmo Yalenza.
Altofonte; Chodzi o małą rodzinę, ściśle związaną z corleończykami.
Carini: Tutejsza rodzina, kierowana przez braci Pipitone, nie była
oficjalnie uznawana przez instancje Cosa Nostra.
Cinisi: Szefem był tutaj Gaetano Badalamenti, kiedy zaś Cosa Nostra
go odwołała (1978), jego miejsce zajął krewny, kuzyn Antonino.
Partinico: Szef rodziny nazywa się Antonio Geraci.
Alcamo: Szefem jest tu luejaki Rimi.

B. Wszystkie mafie sycylijskie


Strefy wpływów zostały zaznaczone kółkami. Zwraca uwagę, źe rodziny
mafijne skupiają się głównie w zachodniej części wyspy, co im przeszkadza
w opanowaniu posesji lub przyczółków w pozostałych rejonach Sycylii.
Cosa Nostra na początku lat osiemdziesiątych

19
Cosa Nostra na początku lat osiemdziesiątych

20
Cosa Nostra na początku lat osiemdziesiątych

C. Palermo. Strefy wpływów poszczególnych rodzin mafijnych 21


1. Ciaculli. Rodziną kieruje klan Greco. Michele Greco zwany Papieżem
przez długie lata piastował funkcję jej szefa. Kiedy w roku 1978 został wybrany
sekretarzem Kopuły, oddał to stanowisko jednemu ze swoich dalekich krewnych,
Pinowi Greco zwanemu Scarpuzzedda (Buciorek), młodzieńcowi, który dał się
poznać jako krwawy morderca. Jednym z najbardziej wpływowych członków tej
rodziny jest brat Michele, Salvatore Greco zwany Inżyiuerem.
2. Corso dei Mille. Niekwestionowanym szefem tej strefy jest Filippo
Marchese. Na początku „wojny rodzin” rozpętał prawdziwy terror na swoim
terytorium, które ciągnie się od Acąua dei Corsari po kraniec Brancaccio.
3. Centrum miasta. Palermo jest kontrolowane przez jakieś pięć lub nieco
więcej rodzin. Rozwój wydarzeń doprowadzał niekiedy do rozpadu pewnych
rodzin. W takich razach terytorium ich rozdzielały między siebie rodziny ze stref
sąsiednich. Poza rodzinami z Noce, Borgo i z Corso Calatafami najważiuejsze
bandy mafijne w śródmieściu to;
Palermo-Centrum. Po zamordowaniu Ignazia Gnoffo w początkach lat
sześćdziesiątych na czele tej rodziny stanął jego były pomocnik nazwiskiem
Giovanni Corallo.
Porta Nuova. Począwszy od roku 1963 stanowisko szefa rodziny po zmarłym
Gaetano Fihppone zajmuje Giuseppe Caló zwany Pippo Caló. Najważniejszynu
członkami tej rodziny są Tommaso Buscetta i Gerlando Alberti.
4. Santa Maria di Gesu. Szefem rodziny był Stefano Bontate zwany Sokołem;
po jego zamordowaniu kieruje nią — a jest to jedna z najpoważniejszych rodzin,
jakie posiada Cosa Nostra — dwóch wyznaczonych regentów; Piętro Lo Jacomo
i jeden z braci Pullara.
5. Passo di Rigano. Szef tej strefy, Salvatore Inzerillo, wiemy sprzymierze­
niec Stefana Bontate, został w miesiąc po nim zamordowany przez mafijczy-
ków z Corleone. Najbardziej wpływowymi członkami tej rodziny byli bracia Di
Maggio.
Uditore. Szefem rodziny był tu ojciec Salvatore Inzerilla.
6. San Lorenzo. W latach sześćdziesiątych funkcję szefa rodziny piastował
Filippo Giacolone. Obecnie, jak twierdzi Tommaso Buscetta, kontrolują ją ojciec
i syn Pedone. Jednym z ich zięciów jest wpływowy inwestor budowlany, Giovanni
Piło, domniemany mafijczyk.
Partanna. Szefem rodziny był tu groźny Rosario Riccobono. Sprzymierzony
z corleończykami na początku „wojny”, został po jakimś lueporozumieniu —jak
fama głosi — otruty podczas biesiady pojednawczej wraz z dwudziestoma swoimi
ludźmi.
Resuttana. Szef rodziny nazywa się Francesco Madonia. Rodzina z Resutta-
ny obejmuje dzisiaj również terytorium i członków swojej sąsiadki, rodziny
z Giardino Inglese.
Acąuasanta. Szef rodziny nazywał się Gaetano Galatolo. Nie wiadomo, czy ta
rodzina jeszcze istnieje, czy też została wchłonięta przez inne szajki z centrum
miasta.
Rozdział pierwszy
Mężowie
honoru

GOSA NOSTRA

Wciśnięte między aleję, która udaje rokadę, i szeregi nowoczesnych


czynszówek na wprost portu, zwrócone blok w blok ku północy palermitańskie
więzienie Ucciardone odstręcza swym nędznym wyglądem. Od czasów Bur-
bonów nic się tutaj nie zmieniło. Za wysokimi murami wznoszą się trzy krań­
cowo niechlujne pod względem sanitarnym oddziały zatrzymań; pośrodku
centralnego dziedzińca szczątki posągu Madonny, okolone trzema od stuleci
zaniedbanymi figowcami, dopełniają obrazu dewastacji.
Niegdyś można było podzielić tysiąc dwudziestu pięciu więźniów Ucciar­
done na dwie uzupełniające się wzajemnie kategorie: większość z nich, quaraqua-
qua, czyli podludzie, niepiśmienna masa, tłoczyła się po pięciu lub sześciu naraz
w dwuosobowych celach, podczas gdy mała garstka ludzi zdawała się mieć
wszystkie prawa: jeśli sobie życzyli, lokowano ich w pojedynczych celach; ich
osobiści sekretarze (goryle) brali na siebie obowiązki słania ich łóżek i przyno­
szenia posiłków przygotowanych przez najlepszych restauratorów miasta.
Mężczyzna, który 12 grudnia 1972 roku znalazł się w kolonii karnej
Ucciardone, wyraźnie należał do drugiej kategorii więźniów. Całjrni swoim
zachowaniem i wyglądem zdradzał pewność siebie graniczącą z zarozumial­
stwem. Ostrość jego rysów i nos, niezbyt udatnie przemodelowany przez
chirurga plastycznego z Meksyku, nadawały mu pozór meksykańskiego In­
dianina, co potwierdzała skóra ogorzała od słońca i wiatru morskiego. Ów
pyszałkowaty czterdziestolatek lubił obnosić się ze swoim błyskawicznym
awansem społecznym, co uwidaczniało się choćby w jego stroju. Jeśli nawet
jego pstrokate koszule nie zawsze były w dobrym guście, to bezsprzecznie zo-
Rozdział pierwszy

24 stały utkane z jedwabiu; jeśli dżinsy nie zawsze idealnie na nim leżały, to jednak
zawsze nosiły firmowe metki najmodniejszych krawców. Woda kolońska, płyn
po goleniu, mydełko, pasta do zębów — w wyborze środków higieny osobistej
człowiek ten wykazywał taką samą troskę o jakość. Jego współwięźniowie wciąż
jeszcze pamiętają, że miał zwyczaj obdarowywać ich po królewsku swoimi
nieźle już napoczętymi płynami i mydłami i bez przerwy otrzymywał nowe od
anonimowych wielbicieli lub od usłużnych krewnych. Jednak nie z powodu jego
szerokiego gestu inni współwięźniowie czuli pełen lęku respekt przed Tommaso
Buscettą, który właśnie został skazany na ponad dziesięć lat ciężkiego więzie­
nia, głównie za swoją przynależność do mafii.
„Moja silna i dumna osobowość — wyjaśnia Buscettą — wytworzyła wo­
kół mnie mit międzynarodowego handlarza narkotykami i mafijnego bossa,
gwałtownego i okrutnego, co ani na jotę nie odpowiada rzeczywistości. To
wręcz niewiarygodne, że tym mitem zasugerowali się nie tylko dziennikarze
i policja, ale również środowisko. W więzieniach odnoszono się do mnie
z respektem i lękiem pótęgowanym przez fakt, że brano moją powściągliwość
za wyraz mafijnej władzy opartej na zbrodniach, których nigdy nie popełniłem.
I gdybym nawet moich rozmówców usiłował przekonywać, że się mylą, nic by
to nie dało: im bardziej bym zapewniał o mojej niewinności, tym głośniej by
się śmiali.”
Przez długie lata Tommaso Buscettą głośno obwieszczał, że jest niewinny
i że mafia nie istniejd, że stanowi jedynie wymysł dziennikarzy i polityków,
ale — rzecz jasna — robił tak tylko wtedy, gdy miał do czynienia z niewtajem­
niczonymi; oni nie wiedzieli, że organizacja, której przez trzydzieści lat służył,
naprawdę nazywa się Cosa Nostra i że prawdziwi mafijczycy zwą się między
sobą mężami honoru.
Ze wszystkich więźniów obecnych w Ucciardone z końcem roku 1972
Tommaso Buscettą miałby największe prawo chwalić się przynależnością do
najbardziej palermitańskiej ze wszystkich mafii. Chociaż urodził się przy
via Oretto, dwa kroki od dworca centralnego w Palermo, w wieku dwudziestu
dwu lat został adoptowany przez mafijną rodzinę z Porta Nuova, która pra­
wie kilometr dalej panowała nad częścią zachodniej strony miasta, począwszy
od pałacu Normanów aż do Monreale. Jego konszachty pchnęły go niebawem
do zerwania (po sycylijsku annacarsi) ze swoimi prawdziwymi rodzicami,
z ojca na syna uczciwymi szklarzami, których opuścił dla aktywniejszej i bar­
dziej aroganckiej kompanii opryszków z Porta Nuova. To, co początkowo
wydawało się fanfaronadą postrzelonego młodzieńca wychowanego w mieś­
cie pełnym zepsucia, wkrótce okazało się wyborem określonego sposobu
życia. o
Tommaso Buscettą był również tym spośród więźniów, którego przynależ­
ność do Cosa Nostra trwała najdłużej. Czy został „obrobiony” (w języku
Mężowie honoru

mafijnym: combinato) w taki sposób, by móc stać się, bardziej na złe niż na 25
dobre, mężem honoru pewnego pięknego dnia roku pańskiego 1948? To
najczystsza „obróbka”, jakiej umiano dokonać przed laty.

CEREMONIA INICJACJI

Zgodnie ze zwyczajem inicjacja Tommaso Buscetty odbyła się w pomiesz­


czeniach ceremonialnych usytuowanych w dzielnicy kontrolowanej przez ado­
ptującą go „rodzinę”. Lekko wzruszony neofita wysłuchał najpierw rytual­
nej mowy wygłoszonej przez męża honoru i doświadczenia, podczas gdy sto­
jący nieco dalej dwaj inni członkowie jego przyszłej „rodziny” asystowali
przy uroczystości z całym szacunkiem, jaki ogarnia świadków wielkich wy­
darzeń.
Potem przystąpiono do ceremoniału, o którym twierdzi się, że co do joty
powtarza obrzędy iiucjacyjne ustanowione przez religijną sektę obrońców
uciśnionych, działającą w średiuowiecznym Palermo pod nazwą Beati Paoli.
Pierwsze słowa celebransa sprowadzały się do ogólników konstatujących
niesprawiedliwość społeczną oraz zalecających obronę wdowy, sieroty i zjed­
noczonej „rodziny”. Tutaj padała aluzja do jakiejś rueokreślonej „rzeczy”,
która zdecydowana jest położyć kres wszelkiemu złu przyziemnego świata,
aluzja wszakże opatrzona jedynie następującym wyjaśnieniem:
„Ta r z e c z ma na celu obronę słabych i wyplenienie niesprawiedliwości.”
Z kolei celebrans zadał nowicjuszowi pytanie, czy zgadza się on, zbun­
towany przeciwko niesprawiedliwościom, dołączyć do „rzeczy”.
Kiedy młody Tommaso Buscetta dał odpowiedź twierdzącą, celebrans
zwrócił się do świadków z poleceniem, by nakłuli neoficie palec u lewej ręki
za pomocą ostrego przedmiotu (wtedy jeszcze posługiwano się powszechnie
kolcem gorzkiej pomarańczy) po to, by jego krew spłynęła na święty obraz.
Splamiona w ten sposób rycina została podpalona na ręce aspiranta, który
musiał wytrzymać parzący go żar, przekładając pochodnię z jednej ręki do
drugiej aż do całkowitego wygaśnięcia ognia i powtarzając przy tym słowa
przysięgi.
„Niech moja skóra spłonie jak ten święty obraz, jeśli nie dotrzymam mojej
przysięgi” — wyrecytował aspirant Buscetta, kiedy już przysiągł, że będzie
przestrzegał tego, co mu nakazuje Cosa Nostra, a co ujmują spisane na wzór
biblijnego dekalogu przykazania tej organizacji, nie wyłączając takich zobowią­
zań, jak „nie kradnij” i „nie pożądaj żony bliźniego swego”.
Tommaso Buscetta miał szczęście, że na zakończenie ceremonii inicjacyj­
nych celebrans nie obdarzył go straszliwym pocałunkiem w usta, jak się to
czyni w innych „rodzinach”, wyraźniej zawłaszczających nowicjuszy.
Rozdział pierwszy

26 Dopiero teraz inicjator odkrył przed młodym Buscettą, iż wymieniana


wielokrotnie „rzecz” nosi nazwę Cosa Nostra i jest organizacją o równie
rygorystycznej strukturze, jak najbardziej totalitarne państwa.
Dzięki temu Buscettą poznał meandry owej organizacji, która — choć
liczy dziesiątki tysięcy członków na całym świecie — od dawna pozostaje
w oczach profanów czymś równie tajemniczym jak kontynent afrykański dla
dziewiętnastowiecznych odkrywców.
Dowiedział się też, że w Palermo egzystują setki mężów honoru należących
do poszczególnych rodzin, zobowiązanych sprawować rządy na starannie
wyznaczonym terytorium zwanym „miasteczkiem”, podczas gdy w małych
aglomeracjach Cosa Nostra każdą miejscowość obsadzała jedną rodziną, nie
dzieląc jej na terytoria wpływów, wprost przeciwnie — terytorium określając
nazwą, jaką nosi ta miejscowość.
Cosa Nostra miała już rodziny we wszystkich okręgach sycylijskich
z wyjątkiem Mesyny i Syrakuz; nie omieszkała też rozpostrzeć swoich roz­
gałęzień na region Neapolu, mimo że już kontrolowali go bandyci z camorry, ńa
Mediolan, gdzie rządziło środowisko bardziej zdecentralizowane, ale nie mniej
malownicze, jak również na Turyn i Rzym, dotychczas oszczędzone przez
przestępczość zorganizowaną.
Tommaso Buscettą został następnie pouczony, że każdą rodziną kieruje
szef (capofamiglia), w regularnych odstępach czasu wybierany przez mężów
honoru, wspierany przez wiceszefa (wyznacza go capofamiglia), dwóch lub
trzech doradców, czyli consigUeri (wybieranych w rodzinach potężnych) i kil­
ku capidecina (dziesiętników) dowodzących żołnierzami.
Każdy szef rodziny regularnie uczestniczy w elekcjach, by wyznaczyć
swojego „szefa strefy” (capomandamento), który jest zobowiązany do reprezen­
towania jego interesów w łonie czegoś w rodzaju zarządu mafii.
Ponad rodzinami istnieje bowiem kolegialne ciało zwane koordynacyjnym,
znane w żargonie mężów honoru pod mianem Komisji lub Kopuły. Pierwotnie
Kopułę tworzyło dziesięciu członków (tak zwanych sekretarzy), z których każdy
reprezentował rodziny trzech sąsiadujących ze sobą terytoriów. Każdy z wybie­
ranych do Kopuły był wyznaczany przez szefów rodzin na przeciąg trzech lat.
Kopułą kierował szef, demokratycznie wybrany przez wszystkich jej członków.

RODZINA Z PORTA NUOVA

Po odsłonięciu mu tajemnic organizacji inicjator wprowadził nowicjusza do


następnej izby, gdzie oczekiwał go jego nowy „ojciec chrzestny” (padrino),
Salvatore Filippone, syn szefa rodziny z Porta Nuova, by przystąpić do pre­
zentacji nowego męża honoru. Trzydzieści łat później Tommaso Buscettą
Mężowie honoru

będzie wciąż jeszcze pamiętał lata terminowania w łonie przybranej rodziny 27


i wspominał je z respektem i nostalgią, co byłoby wzruszające, gdyby nie cho­
dziło o społeczność przestępczą. Nie bez przejęcia przez całe życie będzie myślał
0 szefie swojej rodziny, okazałym Gaetano Filippone, „mężu brzuchatym”,
który stanowczo odmówił bogacenia się i w dalszym ciągu przemierzał Palermo
posługując się, mimo podeszłego wieku (siedemdziesiąt lat), miejskim auto­
busem, choć z jego stanowiskiem wiązało się posiadanie samochodu z szoferem
1 kilkuosobową obstawą. Tak samo niemal zapominał o swoim nieodstępnym
gorylu, Gerlando Albertim, który w przyszłości stanie się jedną z bardziej
znanych postaci Cosa Nostra, zanim z początkiem lat osiemdziesiątych nie
zostanie aresztowany w laboratorium produkującym heroinę.
Po szefie przyszła kolej na wiceszefa i pierwszego consigliere rodziny,
znamienitych mężów gołębiego serca, których Buscetta określa jako praw-
dziwyęh galantuomini (ludzi szlachetnych) w dawnym stylu, jakich się już nie
spotyka. Ci dwaj nie byli z tej samej gliny, co drobni handlarze, których
Tommaso Buscetta widywał codziennie.
Pierwszy, dottore Maggiore, kierował kliniką chorób umysłowych zwaną
Domem Słońca, jeśli wspomnienia Buscetty są ścisłe. Drugi, signor Giuseppe
Trapani, był koncesjonariuszem na Sycylię włoskiego piwa „Mesina” i każdego
dnia udawał się sumiennie do magistratu Palermo, gdzie piastował wysoką
funkcję komunalną asesora (assesore, stanowisko kluczowe w Palermo, gdyż
kieruje on istną armią urzędników municypalnych i decyduje o polityce
ekonomicznej miasta w określonej dziedzinie).
W przeciwieństwie do tego, co nastąpi w czasach późniejszych, rodziny
wykazywały wówczas znaczną powściągliwość, jeśli chodzi o przyjmowanie
nowych członków. Liczba „żołnierzy” nie była w poszczególnych rodzinach
stała: jeśli cosca z Corso dei Mille miała wtedy największe znaczenie w Palermo,
to licząca dwudziestu członków rodzina z Porta Nuova była swego rodzaju
ubogim krewnym w łonie Cosa Nostra. Buscetta bardzo szybko odkrył, że
wokół jego rodziny grawituje niewiarygodna liczba osób, które nie należały
wprawdzie do kasty mężów honoru, lecz współpracowały z mafijczykami
ułatwiając im, niekiedy nawet bezwiednie, działalność. Buscetta wkrótce zro­
zumiał, że właśnie te kontakty czyniły organizacje mafijne tak potężnymi.

PREZENTACJA

Więzienie Ucciardone, piekło i raj mężów honoru, było miejscem, gdzie się
cementowały najwierniejsze przyjaźnie. Na początku każdej przyjaźni mafijnej
musiano dokonywać pewnego ceremoniału, istotnego w codziennym życiu
mężów honoru: prezentacji.
Rozdział pierwszy

28 W więzieniu, jak i gdziekolwiek indziej, mąż honoru nie ujawniał ni­


komu swojej przynależności mafijnej. Dwu mężów honoru zawsze zapozna­
wała ze sobą osoba trzecia, obydwu stronom znana jako członek organizacji
Cosa Nostra. Ceremoniał takiej prezentacji sprowadzał się do zwięzłej formu­
ły dającej do zrozumienia, że zaznajamiają się ludzie „tej samej rzeczy” (la
stessa cosa). W domyśle; „wszystkich nas łączy jedna i ta sama rzecz, Cosa
Nostra”.
Ze wszystkich mężów honoru, których Tommaso Buscetta miał sposob­
ność poznać podczas swojego pobytu w Ucciardone, największe wrażenie
wywarł na nim bezsprzecznie młody Stefano Bontate. Od momentu prezentacji
zaczęła się między nimi rodzić przyjaźń, która przeszła przez wszystkie ognio­
we próby i miała później przesądzić o losie Buscetty.
Syn Paolino Bontate, starego bossa mafijnego, który pozwalał sobie
publicznie policzkować deputowanych, jeśli mu nie byli posłuszni, młody
Stefano w wieku dwudziestu lat „odziedziczył” po ojcu rodzinę noszącą nazwę
małej aglomeracji usadowionej na odległość strzału od Palermo, obok wzgórza
Santa Maria di Gesu. Kiedy jego ojciec ze względu na zaawansowaną cukrzycę
musiał zrzec się na początku lat siedemdziesiątych funkcji szefa rodziny, wybór
mężów honoru postawionych przed koniecznością znalezienia sobie nowego
„ojca chrzestnego” padł spontanicznie na Stefana Bontate. Roztropny Stefano,
który według słów Buscetty z całym oddaniem zajmie się swoim starym i cho­
rym ojcem oraz bratem ojca, również dotkniętym cukrzycą — utracił on nawet
z tego powodu wzrok — nie przestał mimo to być w oczach prawa groźnym
handlarzem heroiną na skalę międzynarodową, kierującym jedną z najpotężniej­
szych rodzin wyspy.
Stefano Bontate nie mógł niczego lub niemal niczego odmówić Tomma-
sowi Buscetcie. Wyświadczenie mu przysługi uważał za zaszczyt. Toteż
w roku 1975, kiedy Buscetta usiłował wyszukać jakiegoś zacnego kupca, by
móc wyposażyć córkę Felicję w wyprawę ślubną, Stefano Bontate bez wa­
hania zwrócił się do swojego zaufanego człowieka, wiceszefa rodziny z Santa
Maria di Gesu, Pietra Lo Jacomo, który zajął się wszystkim pod jego
nieobecność.
Piętro Lo Jacomo był nie tylko zastępcą Stefana Bontate, lecz i właści­
cielem licznych sklepów bławatnych, z których jeden, naprzeciwko centralne­
go dworca Palermo, specjalizował się w modzie wybitnie sycylijskiej. Felicja
Buscetta przyszła do tego magazynu; wystarczyło, że powołała się na swojego
ojca, a w jednej chwili zaoferowano jej wtedy wyprawę wartości miliona lirów
i za nic nie chciano się zgodzić, mimo jej najszczerszej chęci, by za nią za­
płaciła.
Mężowie honoru

LUCKY LUCIANO

Uwielbienie, jakie Buscetta wzbudził w Stefanie Bontate, i szacunek, jaki


wymusił u pozostałych mężów honoru w Ucciardone, zawdzięczał w równym
stopniu swojej charyzmie, jak chwalebnej przeszłości. W wieku dwudziestu
pięciu lat Tommaso Buscetta błyskawicznie bowiem ze szczebla zwykłego
żołnierza wspiął się na szczebel capodeciny i zyskał sobie dobrą reputację u bossa
dzielnicy Porta Nuova. Reputację potwierdzoną przez fakt, że podczas niemal
dziesięciu lat nielegalnej działalności policja nie potrafiła go na niczym przy­
łapać poza paru nędznymi transakcjami handlowymi (w tym na przemycie
trzech ton papierosów w roku 1956), a będzie go podejrzewać o dokonanie
podwójnego morderstwa, nigdy nie mogąc mu tego dowieść.
Żeby nabrać pojęcia o znaczeniu Tommasa Buscetty w łonie Cosa Nostra
od początku lat pięćdziesiątych wystarczy wiedzieć, że już wtedy był nie tylko
zwykłym żołnierzem; znał wówczas wielu najznamienitszych mężów honoru.
Jego przyjaźń z SaWatorem Greco zwanym Cicchiteddu, szefem rodziny
z Ciaculli i sekretarzem Kopuły na początku lat sześćdziesiątych, była sekre­
tem jedynie dla policji. Mniej więcej w tym samym czasie zawarł również
znajomość z bossem pewnej znaczącej rodziny nowojorskiej, deportowanym do
Włoch Sałvatorem Lucanią zwanym Lucky Luciano.
Tommaso Buscetta uważał za zaszczyt, że przez dziesięć lat mógł znaj­
dować się w pobliżu tego człowieka, który stał się legendą już za życia. Kie­
rujący amerykańską Cosa Nostra w okresie szalonych lat prohibicji Lucky
Luciano w przeddzień drugiej wojny światowej został skazany na pięćdziesiąt lat
więzienia. Zwolniono go w roku 1947 za usługi oddane sprawie aliantów;
otrzymawszy w więzieniu propozycję tajnych służb amerykańskiej marynarki,
Lucky Luciano zgodził się pomóc w zdemaskowaniu sieci nazistowskich
sabotażystów działających w nowojorskim porcie, a zwłaszcza w zorganizowa­
niu alianckiego desantu na Sycylii 10 lipca 1943 roku. Na początku łat
pięćdziesiątych osiedlił się w Neapolu, skąd przez ponad dziesięć lat organizo­
wał przemyt papierosów i narkotyków.
Za każdym razem, kiedy Lucky Luciano miał sposobność odwiedzić
Palermo, spotykał się z Tommasem Buscettą, który z pewnością był tym
wzruszony. Dzięki owym spotkaniom Lucky Luciano mógł wtajemniczyć
Buscettę w różnice między strukturami Cosa Nostra na Sycylii a jej amery­
kańską krewną. Różnice były minimalne; jeśli w Palermo dwadzieścia rodzin
spierało się o szczupłe terytorium, to w Nowym Jorku działało pięć band, a na
pozostałym terenie Stanów Zjednoczonych Cosa Nostra miała w każdym^
mieście co najwyżej jedną filię. W tamtych czasach cała różnica sprowadzała się
do struktury przywództwa dwóch bliźniaczych organizacji: mafia amerykańska
miała władze zwierzchnie, mafia sycylijska — nie. Jeśli wspomnienia Tommasa
Rozdział pierwszy

30 Buscetty są ścisłe, to właśnie pod wpływem Lucky’ego Luciano i innego jeszcze


bossa mafii amerykańskiej, Josepha Bonanno zwanego Joe Bananas, sycylijska
Cosa Nostra ustanowiła na początku lat sześćdziesiątych organ władzy zwierzch­
niej. Poza tym i jedna, i druga Cosa Nostra zdawały się cieszyć jednakową
bezkarnością.

PRZYCZYNY «WIELKIEJ WOJNY»

Nie mając powodów, żeby bać się „zbirów” (jak o karabinierach mówili
mafijczycy), Tommaso Buscetta był natomiast czujny wobec swoich. Na
początku lat sześćdziesiątych na widnokręgu organizacji Cosa Nostra i Palermo
zebrały się najczarniejsze chmury, zapowiadając pierwszą „wielką wojnę” ma-
fij, do której niejako przygotowaniem okazała się szalejąca spekulacja nieru­
chomościami.
Od dawna sędziowie śledczy zastanawiali się nad przyczynami tej woj­
ny, która spowodowała, że ulice Palermo i jego okolic spływały krwią przez
bez mała trzy lata. Mówiono o jakimś ładunku narkotyków, po części
zdefraudowanym przed wydaniem ich w porcie nowojorskim wysłannikom
amerykańskiej Cosa Nostra. Wyjątkowo siliue dotknięci przez wrogie dzia­
łania Buscetta i jego przyjaciele wyrobili sobie inną opinię o realnej sy­
tuacji.
Według Buscetty najgłębsza przyczyna wielkiej wojny miała swoje źródło
wewnątrz samej Kopuły, której zebrania stawały się coraz bardziej burzliwe.
Do zwierzchniego organu mafii przedostał się młody, drapieżny mafijczyk
w osobie przedstawiciela trzech rodzin Palermo-Centrum, SaWatore Labarbera,
i z dnia na dzień zdobywał przewagę nad jej leciwymi członkami, których
zdecydował się tak czy inaczej wyeliminować z gry.
W kontekście tak ciężkiego napięcia zdarzył się wypadek, który według
słów Buscetty spowodował wybuch: afera Anselma Rosario lub też, jak kto woli,
Romea i Julii w kraju Cosa Nostra.
Anselmo Rosario był młodym żołnierzem rodziny z Porta Nuova, który
zakochał się w siostrze Raffaele Spiny, męża honoru rodziny z Noce. Ten
ostatni żywo przeciwstawił się związkowi dwojga młodych ludzi, jak się wy­
daje z powodu niskiego pochodzenia pretendenta.
Po walnym zebraniu rodziny z Porta Nuova poświęconym temu prob­
lemowi poradzono młodemu Anselmowi Rosario, by porwał wybrankę swojego
serca i wyprawił się z nią gdzieś daleko od wyspy w celu spokojnego
skonsumowania ich związku. Tommaso Buscetta był jednym z pierwszych,
którzy poparli tę propozycję.
I jak powiedziano, fak też zrobiono.
Mężowie honoru

Jeśli RafTaele Spina zaakceptował, choć z niechęcią, ten mezalians, to 31


bynajmniej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W sprawach honoru
Sycylijczycy potrafią wykazywać straszliwą ciasnotę umysłową. Nie mógł
wszakże tknąć żołnierza innej rodziny, nie wywołując tym samym jeśli nie wojny,
to w każdym razie krwawego odwetu. Sytuacja byłaby prostsza, gdyby mógł
mieć pod ręką tego, który mu się narzucił w charakterze szwagra.
Oto dlaczego podczas jednego z zebrań Kopuły zimą 1962 roku Calcedo-
nio Di Pisa, szef rodziny z Noce, zaproponował przejście Anselma Rosario
pod jego jurysdykcję, pozorując to nowymi więzami rodzinnymi tego ostatnie­
go i powołując się na fakt, że młody żonkoś opuścił swoją kawalerkę w Porta
Nuova, by założyć ognisko domowe w „miasteczku” Noce.
Było to lekceważenie zasady dożywotności, która raz na zawsze stanowi
0 losie mafijczyków. Jeśli nawet Cosa Nostra pozwala swoim ludziom na wy­
bór nowych „rodziców”, to i tak rodziny mafijne przypominają rodziny
patriarchalne lub kognatyczne: niezależnie od takich czy innych zmian więzy
krwi pozostają niezatarte.
Salvadore Labarbera, który reprezentował wszystkie rodziny miasta, a więc
1 tę z Porta Nuova, powołał się na tradycję, zanim z całą gwałtownością
zaatakował Calcedonia Di Pisa, popartego, jak się zdaje, przez pewną liczbę
sekretarzy Kopuły.
Afera wybuchła, kiedy 26 grudnia 1962 roku Calcedonio Di Pisa został
zamordowany na placu Principe di Campo Reale w Palermo, niedaleko sklepu
tytoniowego, do którego się udawał. Jeden nabój ze strzelby i cały magazy­
nek P.38 podziurawiły ojca chrzestnego z Noce.
Jeśli wierzyć Tommaso Buscetcie, w morderstwo to nie była w najmniej­
szym nawet stopniu zamieszana rodzina z Porta Nuova ani też nikt z jej
sprzymierzeńców. A kiedy padło na nią podejrzenie, mężowie honoru w Porta
Nuova widzieli w zasadzce na placu Principe di Campo Reale manewr swoich
przeciwników wewnątrz Kopuły, zmierzający do pozbawienia ich na zawsze
władzy zwierzchniej nad Cosa Nostra i jej interesami. Winni czy niewinni,
Tommaso Buscetta i jego przyjaciele znaleźli się w każdym razie w bardzo złej
sytuacji.
Na początku roku 1963 Buscetta został poinformowany, że sprawy przy­
jęły zły obrót. Odbyło się zebranie Kopuły i jej sekretarze okazali wielkie
niezadowolenie. Stwierdzili mianowicie, że cichym wspólnikiem zamachu był
nie kto inny, tylko szef rodziny Palermo-Centrum, Angelo Labarbera, mąż
honoru, który mimo młodego wieku budził lęk z powodu swojej gwałtowności
i nieprzejednania. Labarbera był jednym ze sprzymierzeńców rodziny z Porta
Nuova, a wobec powyższego stwierdzenia Kopuły nie stanowiło to dla Buscetty
i jego „braci” dobrej zapowiedzi co do reakcji większości członków ich
najwyższej władzy.
Rozdział pierwszy

32 Bardzo szybko wypadki nabrały przyspieszenia.


Na początku stycznia 1963 roku oskarżenia się skonkretyzowały, a zebra­
nia Kopuły zaczęły przypominać proces. Wówczas to Tommaso Buscetta
dowiedział się, że oskarżonym o uczestnictwo w zgładzeniu Calcedonia Di Pisa
został Gaetano Filippone, syn Salvatore i noszący po dziadku imię wnuk
czcigodnego szefa rodziny z Porta Nuova. Na próżno Gaetano Filippone ju­
nior uroczyście zapewniał o swojej niewinności, na próżno Gaetano Filippone
senior rzucił na szalę cały swój autorytet i nieskazitelność duchową jako rękoj­
mię słowa danego przez wnuka; nikt w łonie Kopuły im nie uwierzył. Nieba­
wem rodzinę z Porta Nuova dosięgły sankcje.
Pośród wszystkich obowiązujących mafię zasad, w jakie Tommaso Buscetta
został wtajemniczony w dniu swojej inicjacji, jedna — dobrze to wiedział —
była podstawowa: decyzje Kopuły muszą zostać wykonane za wszelką cenę.
Kiedy doszły go słuchy, że Komisja tytułem pierwszej represji zdecydowała się
rozwiązać rodzinę w Porta Nuova i usunąć (posare) wszystkich jej członków,
zrozumiał, że najwyższy czas niezwłocznie się wycofać. Mogło się to okazać
nader trudne bez interwencji jednego z wysoko postawionych przyjaciół, o czym
się niebawem przekonamy.

PRZYJACIELE RODZINY

„Zbirom” z policji palermitańskiej udało się, jak widzieliśmy, mimo ich tę­
poty i braku skuteczności uwikłać Tommasa Buscettę w nieszczęsną aferę prze­
mytniczą. Nie było to nic wielkiego, ale oczekiwanie na wyrok zupełnie wy­
starczyło, by zatruć życie męża honoru z Porta Nuova. W ten sposób Tommaso
Buscetta został z początkiem lat sześćdziesiątych pozbawiony swojego paszportu.
Traf chce, że zwrócił się wówczas do głównego komisariatu policji
palermitańskiej, żeby dać wyraz swojemu oburzeniu.
„Każdy może raz w życiu zbłądzić — powiedział funkcjonariuszowi
pełniącemu służbę — ale to jeszcze nie jest dostateczny powód, żeby nami
gardzić. Mam już powyżej uszu tej historii z przemytem papierosów. Mój ojciec
dał mi zawód. Jestem rzemieślnikiem, szklarzem. Chcę uczciwie pracować, ale
nie mogę, ponieważ zabrano mi paszport.”
Niektórzy dziennikarze utrzymują, że poirytowany funkcjonariusz spytał
jednak dość przytomnie, po co szklarzowi potrzebny jest do cięcia szkła
paszport. Niewzruszony Buscetta nie omieszkał nadmienić, że za granicą, na
przykład we Francji lub Belgii, mają szkło wysokiej jakości, nieodzowne —
jak sądzi — do uczciwego wykonywania zawodu. Bez skutku. Wydawało się,
że podejrzany o przynależność do mafii Buscetta na długo zostanie pozbawio­
ny prawa podróżowania za granicę pod własnym nazwiskiem.
Mężowie honoru

Szczęściem dla naszego męża honoru rodzina z Porta Nuova miała wtedy 33
wpływowych przyjaciół w Rzymie. Deputowany chadecki, Francesco Barbaccia,
wystosował więc pismo, i to na papierze firmowym parlamentu, do szefa policji
palermitańskiej z prośbą o odnowienie paszportu signora Buscetty, „osoby,
która mnie bardzo interesuje”, jak pisał szanowny poseł.
W ten sposób Tommaso Buscetta otrzymał 23 maja 1961 roku no­
wiutki paszport, który w dwa lata później uratował mu życie. Od jakie­
goś czasu przebywał już wtedy w Meksyku, kiedy dotarła do niego wiado­
mość, że wielka wojna doprowadziła do przelewu krwi w Palermo i oko­
licach.
Najpierw dowiedział się, że zniknął SaWatore Labarbera, reprezentant
rodzin pałermitańskich w łonie Kopuły. Daremnie szukano jego zwłok. I choć
Buscetta nigdy się nie dowiedział, co spotkało jego byłego reprezentanta, był
zawsze przekonany, że o zamordowaniu Labarbery (ponieważ mogło tu chodzić
jedynie o morderstwo) zadecydowali wszyscy pozostali sekretarze Kopuły.
Skoro zaś Labarbera był członkiem komisji wykonawczej Cosa Nostra, żaden
inny jej organ nie mógł podjąć decyzji o wykończeniu go, nie ściągając na
siebie straszliwych represji.
Fakty przyznały rację Buscetcie: w następnych miesiącach przeciwko
żyjącej reszcie klanu Labarbery zmobilizował się na rozkaz Kopuły ogół rodzin
Cosa Nostra.
Na skutek tego poważnie zraniony został w zamachu na jego życie szef
rodziny z Palermo-Centrum, Angelo Labarbera, który schronił się na drugim
końcu Półwyspu, gdzie przebywał na odległych peryferiach mediolańskich.
Jego pozostali w Palermo ludzie padali jeden po drugim, ale i oni zadawali
straszliwe ciosy swoim przeciwnikom, zwłaszcza niedobitkom spośród sek­
retarzy Kopuły.
Na pierwszy ogień poszedł Cesare Manzella, wpływowy członek Ko­
puły, boss, który zbił fortunę w Stanach Zjednoczonych i od tamtej pory
panował nad częścią zachodniego wybrzeża w Palermo. Rozszarpał go na
strzępy wybuch samochodu-pułapki w jego lennie, Cinisi, małej mieści­
nie nadmorskiej położonej jakieś dwadzieścia kilometrów od Palermo. Po­
dobnego losu jedynie przypadkiem uniknął sekretarz generalny Kopuły, Sal-
vatore Greco, nieduży człowieczek, z racji wątłej postury noszący przydo­
mek Cicchiteddu (Ptaszek), natomiast trzeci wóz-pułapka, przeznaczony dla
innego sekretarza Kopuły, zmasakrował w Ciaculli siedmiu karabinierów,
którzy sądzili, że rozbroili jakąś machinę piekielną w owej położonej na
wysokości Palermo sporej wsi, o której zresztą będziemy mieli jeszcze spo­
sobność mówić obszerniej.

- Calvi
Rozdział pierwszy

CENA STRACHU

Mężowie honoru z Ucciardone nie okazywali jednak Buscetcie szacunku


wyłącznie z racji jego statusu byłego kombatanta. W chwili jego przybycia do
więzienia palermitańskiego był on już żywą legendą.
Jadąc z Sycylii do Ameryki — jego obecność sygnalizowano co jakiś czas
przez dziesięć lat w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Brazylii — Buscetta
wszedł w zamknięty świat wielkich przemytników. Amerykańskie Biuro do
Spraw Narkotyków nie dysponuje wprawdzie dowodami, lecz twierdzi, że był
on jednym z królów międzynarodowego handlu środkami odurzającymi,
sędziowie sycylijscy mówią natomiast o nim jako o „księciu kokainy”.
Poza atakami dzikiej wściekłości tę zaszczytną w końcu w jego środowisku
etykietę Tommaso Buscetta przypłacił wydaleniem ze Stanów Zjednoczonych
w roku 1970. W dwa lata później został zatrzymany w Brazylii, by z miejsca,
na zasadzie prawa o ekstradycji, znaleźć się we Włoszech, gdzie czekał go wy­
rok dziesięciu lat więzienia za występki sięgające lat pięćdziesiątych (różne
transakcje i innego typu uczestnictwo w organizacjach przestępczych). Buscetta
odnalazł tutaj środowisko, które opuścił ponad siedem lat wcześniej. Odna­
wiając przerwaną więź ze swoją przeszłością, z powrotem zaczął działać jako
jeden z mężów honoru.
Skoro uwięzienie męża honoru odcinało go od interesów i oznaczało
gwałtowny spadek stopy życiowej, to szef jego mafijnej rodziny powinien był
w zasadzie podjąć wszelkie kroki, by zatrzymanemu i jego najbliższym zapewnić
stałą płacę minimalną. Nie zawsze było tak, jak niebawem stanie się z Buscettą.
Okazuje się, że w kwestii polityki płacowej przywódcy mafii z łatwo zro­
zumiałych powodów nie ustalili sztywnych ram. Ci z prostych żołnierzy, którzy
nie byli zdolni zapewnić sobie utrzymania bądź z braku doświadczenia, bądź ze
względu na swój wiek, niepełnosprawność fizyczną czy nawet odsiedziany
wyrok, pobierali szczupłą rekompensatę miesięczną. Rzecz jasna, większość
mężów honoru ciągnęła tak wielkie zyski ze swojej nielegalnej działalności, że
nie potrzebowali płacy, jaką im przekazywała Cosa Nostra. Na początku lat
osiemdziesiątych, gdy upowszechnił się handel heroiną, członkowie mafii
nierzadko przelewali na swoje konta bankowe milion lub dwa miliony dolarów
przesyłanych z jakiegoś banku zagranicznego, najczęściej szwajcarskiego.

KODEKS OBOWIĄZKÓW

Kodeks obowiązków męża honoru nie istniał na piśmie. Cosa Nostra nie
uznaje bowiem słowa pisanego: tu liczy się tylko słowo mówione oraz czyny. Tu
nie ma żadnych książek rachunkowych, list członkowskich czy regulaminu
Mężowie honoru

wewnętrznego, co nie znaczy, że w rodzinach mafijnych panoszy się anarchia 35


i tolerancyjność. Raz na zawsze ustalone zasady określające postępowanie
mężów honoru przekazywane są dzięki surowej tradycji ustnej, jedynej rękojmi
trwałości obyczajów mafii. W celach więzienia Ucciardone Buscetta jeszcze raz
miał sposobność przekonać się, jak solidna i nieprzenikalna jest „la cosa”, która
cementuje mężów honoru, nieskończenie bardziej solidna i nieprzenikalna, niż
gdyby jej zapis zawarto w jakimkolwiek dokumencie.
Chociaż Tommaso Buscetta nie pochodził z rodziny mafijnej, o czym
była już mowa, niemniej z łatwością przyswoił sobie nowy język, który mu
służył do porozumiewania się ze swoimi bliźnimi i do budzenia respektu we
współwięźniach. Mężowie honoru posługują się wprawdzie językiem przy­
pominającym do złudzenia gwarę włoską czy sycylijską, lecz użytek, jaki
czynią z wyrazów, oraz aluzyjny i ciężki od domyślnych treści sposób wy­
sławiania się sprawiają, że ich świat „rodzinny” staje się jeszcze bardziej
hermetyczny.
Jeśli to tylko możliwe, mężowie honoru unikają posługiwania się słowem.
Ich świat milczenia zaludniony jest jednak ukradkowymi spojrzeniami, skinie­
niami głową, wymownymi minami, uśmiechami i innymi odruchami umoż­
liwiającymi szybkie porozumienie.
Dwaj współwięźniowie Buscetty zostali zatrzymani w wozie. Zanim poli­
cjantom udało się wykryć pistolet leżący w schowku obok kierownicy, wystar­
czyło jedno spojrzenie, żeby jadący samochodem wiedzieli, jak mają postąpić.
I choć nie padło żadne słowo, jeden z nich zdecydował się zażądać zwrotu broni,
podczas gdy drugi twierdził, że o niej nic nie wiedział.
Kilku mężów honoru zostało aresztowanych po dokonaniu pewnego
przestępstwa. Jeden z nich, zanim go wzięto do więzienia Ucciardone, powie­
dział pozostałym: nni consumammu (po sycylijska: jesteśmy zrujnowani).
Obecni przy tym mężowie honoru zrozumień, że to on dokonał przestępstwa
i że cichym wspólnikiem był ich ojciec chrzestny. W przeciwnym razie mężo­
wie honoru unikaliby odzywania się w obecności policjantów lub, gdyby zaszła
potrzeba, posługiwaliby się wyłącznie półsłówkami.

O MAFIJNEJ MORALNOŚCI

Od chwili znalezienia się w palermitańskim więzieniu Ucciardone Tomma-


sa Buscettę ostrzegano, że równie nieprzyjemne jak uporczywe pogłoski
stwierdzają, iż został ponownie „usunięty” przez szefa mafii.
W kilka lat po rozwiązaniu rodziny z Porta Nuova Buscetta i ci z jego
przyjaciół, którzy przeżyli wielką wojnę, zostali amnestionowani lub w każdym
razie przywróceni do praw i tytułu mężów honoru. Tym razem jednak rzecz
Rozdział pierwszy

36 wyglądała poważniej: wykluczenie, jak się zdaje, było motywowane przez


cokolwiek burzliwe życie uczuciowe „obwinionego”.
Istotnie, w myśl surowych kryteriów mafii Buscetta zasługiwał raczej na
usunięcie go po raz drugi. Sam zresztą przyznał, że jego cokolwiek ekscentry­
czne przygody erotyczne nie licowały z pojęciem honoru, który rządził tak
zwanym prywatnym życiem mafijczyków. Ale — do diaska! — żeby być mężem
honoru, trzeba przede wszystkim być mężczyzną! A poza tym — okoliczność
łagodząca — już od bardzo dawna tego rodzaju sankcji nie stosowano wobec
zaszłości w gruncie rzeczy niezbyt skandalicznych. Sami osądźcie.
Ożeniony w wieku siedemnastu lat z signoriną Melchiorrą Cavallarro
Tommaso Buscetta w kilka lat później stwierdził, że pani Melchiorrą stała się
świetną matką ich czworga dzieci, lecz przestała być jego towarzyszką.
7 września 1966 roku poślubia w Stanach Zjednoczonych signorę Verę
Girotti unikając występku bigamii (w tamtym okresie prawo włoskie nie
dopuszczało jeszcze rozwodu w szerszej skali) dzięki krzywoprzysięstwu: w ma­
gistracie nowojorskim Buscetta składa śluby jako Manuel Lopez Cadena, gdyż
pod tym pseudonimem przebywał w Ameryce Północnej. Starając się jednak
wzorowo wywiązywać z obowiązków głowy rodziny, zaraz po przybyciu do
Stanów Zjednoczonych ściągnął do tego kraju pierwszą małżonkę z ich
C2Jworgiem dzieci, by łożyć na ich potrzeby; kategorycznie jednak odmówił
wspólnego zamieszkania.
Kilka lat później, w Rio, wstępuje w związki małżeńskie z Cristiną
Guimares; tym razem przed panem burmistrzem staje jako senhor Paolo
Roberto Felici. Ostatni swój wybór Buscetta uznał widać za najtrafniejszy, gdyż
po otrzymaniu rozwodu z panią Melchiorrą Cavallarro poślubia we włoskim
więzieiuu Cuneo 15 października 1978 roku, tym razem w pełni legalnie, tę
samą Cristinę Guimares. Oto szaleństwa miłości!
Mimo iż od pewnego czasu można było we Włoszech uzyskać rozwód
w całym majestacie prawa, wciąż jeszcze nie uznawali go pewni mężowie ho­
noru, których bez wahania można nazwać ponurakami. Ale nie wszyscy byli
tacy: normalnie mafijczycy mają obowiązek bojkotować usuniętego z ich grona
męża honoru, tymczasem większość więźniów Ucciardone odnosiła się do
Buscetty jak gdyby nigdy nic.
Buscetta interpretował ich zachowanie jako coś w rodzaju plebiscytu,
w którym większość opowiada się za nim; wiedział, że w pewnych wypadkach
mężowie honoru mogli przejść do porządku nad formalnym zakazem zwraca­
nia się do byłego mafijczyka, bądź uznając, że wydalenie jest w danym razie
karą niewspółmierme wysoką wobec przewinienia, bądź też ze względu na
ogromny szacunek dla wydalonego. To sprawa świadomości indywidualnej,
a także męstwa duchowego.
Nie wszystkim jednak dopisała odwaga.
Mężowie honoru

Jeśli większość mężów honoru z Ucciardone czuła się zaszczycona tym, że 37


przedstawiono ich Buscetcie, to jednak znaleźli się dwaj tacy, którzy kategorycz­
nie odmówili uczestnictwa w ceremonii prezentacyjnej. Jak na ironię obaj
pochodzili z jego byłej (?) rodziny w Porta Nuova.
To, że został wydalony, wydawało mu się tym bardziej oczywiste, iż wbrew
zwyczajom szef jego inicjacyjnej rodziny zdawał się kompletnie nie interesować
jego losem. Nie zatroszczył się o znalezienie mu adwokata czy choćby
'o uregulowanie kosztów obrony, co z reguły czyniono, kiedy mąż honoru nie
był, jak w przypadku Buscetty, zabezpieczony finansowo.
Formalne potwierdzenie wydalenia przekazał mu nieokrzesany ojciec
chrzestny, Gaetano Badalamenti, kierujący rodziną w Cinisi. Choć w Ucciar­
done Buscetcie zostało tylko kilka miesięcy do wyjścia na wolność, Badalamenti
zdążył jeszcze przekazać mu nowiny zza bramy; potwierdził, że szef rodziny
z Porta Nuova, Pippo Caló, zadekretował jego wydalenie, i dodał, że w Palermo
zdania były podzielone.
Tommaso Buscetta dobrze znał Pippa Caló, ponieważ sam go zwerbował
i przewodniczył jego ceremonii inicjacyjnej. Być wydalonym przez człowieka,
którego pierwszymi krokami się kierowało, cóż za niewdzięczność! Tommaso
Buscetta nie odmówił sobie przyjemności powiadomienia o tym zainteresowa­
nego, prosząc go o wytłumaczenie. Jedynie Pippo Caló mógł mu wyjaśnić jego
sytuację. Szefowi rodziny przysługują wszystkie prawa, zwłaszcza w kwestii
obiegu informacji. To on jest posiadaczem wiadomości w kręgu mężów hono­
ru. To on udziela informacji wtedy, kiedy uważa to za słuszne, i tylko tym
spośród członków rodziny, których uznaje za godnych jego zwierzeń, zawsze
trzymając się granic, jakie wydają mu się właściwe.
W kilka dni po wysłaniu jednym z niezliczonych kanałów łączności ze
światem zewnętrznym (strażnicy, adwokaci, goście...) meldunku do Pippa Caló
Tommaso Buscetta otrzymał odpowiedź w formie dementi. Pippo Caló powia­
damiał go, że nie został usunięty, prosząc jednocześnie, żeby Buscetta nie
przywiązywał wielkiej wagi do słów Badalamentiego, określając nawet tego
ostatniego mianem „tragediaturi”.

O PRAWDZIE

Żeby zrozumieć znaczenie tego poniżającego epitetu, którego używać


mogą wyłącznie ojcowie chrzestni, trzeba na chwilę powrócić do kodeksu
postępowania rządzącego życiem mafijczyków. Zgodnie z tym niepisanym
systemem mężom honoru wiadomo, że kryterium prawdy raz na zawsze
określają zasady organizacji Cosa Nostra. Właśnie z nich wynika, że to, co mąż
honoru stwierdzi w obecności więcej niż dwu mafijczyków, jest prawdą, całą
Rozdział pierwszy

38 prawdą i tylko prawdą. Rzecz jasna, nic nie zmusza męża honoru do wdawania
się w rozmowę z ludźmi jemu podobnymi; jeśli jednak to uczyni i publicznie
skłamie, podlega karze, którą w przypadkach drastycznych może być nawet kara
śmierci. Taki mężczyzna niewart już jest szacunku ze strony równych sobie
i staje się kimś, kogo w języku mafijnym nazywa się tragediaturi.
Kiedy różnica zdań przeciwstawia sobie dwóch mężów honoru z tej samej
rodziny, a nie ma osoby trzeciej, która potwierdziłaby zdanie jednej ze stron,
wtedy jedynie ojciec chrzestny może przerwać spór i zdecydować, który z nich
jest posiadaczem prawdy. Jeśli zaś są to dwaj mężowie honoru z dwu różnych
rodzin, dla przerwania sporu spotykają się ich ojcowie chrzestni i jeśli sprawa
okaże się poważna, zostaje przekazana członkom władz zwierzchnich mafii,
czyli Kopuły, decydentom ostatniej instancji.
Tommaso Buscetta wiedział, że kiedy człowiek jest sam, lepiej unikać
rozmowy z członkiem innej rodziny, gdyż zawsze może z tego wyniknąć
nieporozumienie.
W jakiś czas potem Buscetta spotkał w celi Ucciardone nowego przybysza,
który miał być sądzony w trybie apelacyjnym w Palermo za morderstwo
popełnione niedaleko Agrygentu. Przedstawiono mu tego człowieka zgodnie
z tradycyjnym ceremoniałem mafijnym. Usłyszawszy jego nazwisko, które
brzmiało Giuseppe Di Cristina, i dowiedziawszy się, jaką pełni funkcję („taką
samą”), Buscetta wdał się z nim w poważną rozmowę.
— Jestem szefem rodziny w Riesi — odparł ogólnikowo mąż honoru i za­
raz przeszedł do sedna sprawy zwracając się do Buscetty zdrobnieniem imienia
Tommaso. — Don Masino, powinien pan jakoś uporządkować swoje życie
uczuciowe. W naszym środowisku bardzo się pana krytykuje...

SZYKANY ZE STRONY POLICJI

Kiedy w roku 1980 sędzia nadzorczy Turynu, dottore Franco, miał się
wypowiedzieć na temat złożonej przez adwokata Tommaso Buscetty prośby
o jego warunkowe zwolnienie z więzienia, musiał mimo wahań zgodzić się
z uzasadnieniem wniosku. Buscetta miał już tylko półtora roku odsiadki, jego
zachowanie w więzieniu Cuneo, gdzie przebywał od dwóch lat, było wzorowe,
a policja w Palermo, od której wymiar sprawiedliwości zażądał raportu
obciążającego, nie mogła już wywlekać starych historii. Na początku roku 1980
Buscetta został więc skazany tylko na pobyt pod nadzorem policyjnym
w Turynie.
Pewnie osiedliłby się tam na dłużej, gdyby już od pierwszych dni po jego
warunkowym zwolnieniu policjanci w cywilu — choć mało przejmowali się
faktem, że w mieście gwałtownie rośnie wspólnota mafijna — nie zaczęli go
Mężowie honoru

nękać. Gdziekolwiek szedł, niechybnie natykał się na „zbirów”, którzy nie 39


zadawali sobie nawet trudu, by się przed nim kryć, i zatrzymywali go w celu
sprawdzenia tożsamości, gdy tylko wydało im się to nieodzowne. Buscetta
odnosił wrażenie, że szukali jedynie pretekstu, żeby go zamknąć. Zwłaszcza
że przy każdym sprawdzaniu jego dokumentów powtarzali mu, iż powinien
opuścić miasto jak najprędzej, „tak czy inaczej”.
Kiedy poskarżył się na te szykany dottore Franco, odniósł nieprzyjemne
wrażenie, że gorliwość policjantów była pobudzana przez władze miejskie.
— Co pan chce, toż ja nie mogę zakazywać policjantom wykonywania ich
pracy — powiedział mu dottore Franco wznosząc ręce ku niebu.
Oto dlaczego Tommaso Buscetta opuścił Turyn, by potajemnie powrócić
do Palermo, mimo że do wyrównania wszystkich rachunków z włoską sprawie­
dliwością brakowało mu tylko paru miesięcy. To, co zastał w Palermo, nie było
zbyt wesołe. Oczywiście spotkał się ze wspólnotą mężów honoru: z Pippo Caló,
swoim nowym szefem, o którym nie wiedział jeszcze, co myśleć; ze swoim
przyjacielem Stefanem Bontate; z Gaetano Badalamentim, cokolwiek prymityw­
nym ojcem chrzestnym, i ze wszystkimi pozostałymi dawnymi towarzyszami
niewoli oraz niegdysiejszymi towarzyszami broni. Przede wszystkim jednak ze
zgrozą odkrywał szaleństwa ludzi, którzy zagarnęli ster mafii i pogrążyli się
w głębinie tajemnic Kopuły.
Kopuła Rozdział drugi

CIACULLI, MIASTECZKO MAFII

Jeśli między rokiem 1978 a 1981 przez bez mała trzy lata szef rodziny
z Santa Maria di Gesu, Stefano Bontate, korzystał z drogi łączącej Palermo
z miastem Piana degli Albanesi (dawniej Piana degli Greci), to nie po to, żeby
uprawiać turystykę, a już na pewno nie po to, by kontemplować jeden z naj­
mniej ciekawych krajobrazów sycylijskich. Jak każdy, kto korzystał z tej trasy,
wiedział dobrze, gdzie i po co jedzie; jedynie doskonała znajomość terenu
pozwalała mu prowadzić wóz właściwym szlakiem.
Minąwszy dojazd do autostrady Palermo—Katania wóz Stefana Bontate
opuścił dzielnicę Brancaccio, by się prześlizgnąć między ruinami barokowego
kościoła, godnego najlepszych spaghetti-westemów, zwróconego tyłem do sto­
ku wzgórza, a jeszcze mniej malowniczą stacją benzynową, zanim wjechał
pędem na drogę prowadzącą pięciokilometrowym odcinkiem do cieszącego się
wątpliwą reputacją miasteczka Ciaculli.
Nie bez powodu zatrzymujemy się dłużej nad Ciaculli. Żadna tablica nie
wskazuje na istnienie tego miasteczka o tysiącu iście doborowych mieszkań­
ców. Spieszący się podróżny mógłby wziąć kilka domów sterczących po jednej
i drugiej stronie drogi za dalekie przedmieście Palermo, gdyby nie dwa
niepokojące szczegóły. W Ciaculli nie ma sklepów, handlem zaś trudnią się
sprzedawcy wędrowni, a poza tym okna w białych fasadach trzypiętrowych
domów zawsze są starannie zasłonięte zielonymi żaluzjami. Tutaj zaczyna się
najbrutalniejsze terytorium wszystkich rodzin Cosa Nostra.
Interesy Stefana Bontate nie zawiodły go do centrum Ciaculli. Jechał dalej
i przed rogatkami skręcił w lewą przecznicę, dużo węższą od głównej arterii.
Kopuła

Po obu stronach pasażu, gdzie z trudem mogły się minąć dwa pojazdy, ciągnę­ 41
ły się wysokie szare mury, ponad którymi widniały kępy jaskrawozielonych
koron drzew wskazując na plantację cytrusów. Tuż przed miasteczkiem Croce-
verde Giardini, równie miłym dla oka jak sąsiednie Ciaculli, wóz Stefana Bon-
tate skręcił w lewo na drogę wiejską, by niebawem wjechać za ciężką metalową
bramę, na której widniał napis Fondo Favarella.
Pojazd przetoczył się środkiem imponującej plantacji drzewek cytrynowych
i stanął przed rustykalnym dworkiem wyposażonym w portyk, na którego
szczycie uwydatniały się dwie litery, M.G., inicjały pana posiadłości, Michele
Greco, szefa rodziny w Ciacułli, generalnego sekretarza Kopuły.

KOPUŁA

Jeśli Stefano Bontate bywał częstym gościem w Fondo Favarella, to nie


po to, by korzystać ze strzelnicy, którą tu zainstalował Michele Greco, amator
tego rodzaju rozrywek — fama głosi, że był kiedyś nawet członkiem reprezentacji
włoskiej w strzelaniu do gołębi — czy też by załatwiać interesy w laboratorium
fabrykującym heroinę, które w ciągu sezonu mogło się kryć pośród drzewek
cytrynowych.
Nie przybywał tu również tylko po to, by uczestniczyć w bankietach
mężów honoru, systematycznie organizowanych przez pana domu. Jego obec­
ność w Fondo Favarella wynikała z funkcji sekretarza Kopuły i z faktu, że przez
ponad sześć lat władze zwierzchnie mafii miały zwyczaj zwoływać zebrania
w posiadłości tego, który stanął na jej czele, a jego rezydencja, oddalona ledwo
o dziesięć minut drogi od Palermo, była tutaj, między Ciaculli i Croceverde
Giardini, praktycznie wolna od inwigilacji policyjnej i, dzięki gajowi cytry­
nowemu, od spojrzeń niedyskretnych oczu.
Podczas zebrań przed domem stało kilkanaście samochodów, przeważnie
BMW (wóz mężów honoru), które nie były wówczas opancerzone, gdyż nad
Palermo stale jeszcze panowała pax mafiosa.
Dworek złożony z dwóch pięter połączonych drewnianymi schodami
umeblowany był skromnie, w stylu rustykalnym i staroświeckim zarazem,
z wyjątkiem luksusowej łazienki usytuowanej na poddaszu.
Mimo stosunkowo dużych rozmiarów sałon nie miał w sobie nic z sali
posiedzeń i na próżno szukałoby się tu innych pomieszczeń odpowiednio
przestronnych jak na radę ministrów wielkiej Cosa Nostra. Trzeba się było
zapuścić aż do podziemi, by odnaleźć przestrzeń odpowiednią do goszczenia
areopagu mężów honoru.
U dołu jednej ze ścian salonu znajdowała się zamaskowana przez kilka
ruchomych płyt ceramicznych wnęka, wystarczająco duża, by mogła się w niej
Rozdział drugi

42 zmieścić osoba o znacznej korpulencji. Zejście po kilku schodkach z grubych


ciosów kamiennych wymagało użycia kaganka lub latarki kieszonkowej.
Poniżej schodków zaczynał się korytarz prowadzący ukosem kilka metrów
w dół ku obszernej sali w formie stożka, rozleglejszej od wszystkich innych
pomieszczeń na górze. W ciągu dnia oświetlało ją światło naturalne przeni­
kające z zewnątrz przez wielometrowej szerokości otwór osłonięty kratą, poza
którą można było dostrzec sąsiednią wieś.
W tej właśnie sali, znajdującej się jakieś trzy do czterech metrów pod do­
mem Michele Greco, Stefano Bontate i pozostali sekretarze Kopuły zbierali się,
by kierować polityką Cosa Nostra.
Obecność groty miała bardzo prostą przyczynę: dom wzniesiono nad
dawnym kamieniołomem, po wyeksploatowaniu zamienionym na plantację
cytryn. Promieniste korytarze prowadziły od jamy centralnej do innych grot,
które mogły służyć za schronienie ściganym. Obecność świec w zagłębieniach
wydrążonych bezpośrednio w ścianach skalnych oraz liczne materace zmagazy­
nowane na piętrze świadczyły, iż pan posiadłości nie wahał się w razie potrzeby
przetrzymywać u siebie niektórych ze swoich żołnierzy poszukiwanych przez
„zbirów”.
Michele Greco nie mieszkał zresztą w tej posiadłości. Urządził sobie
kwatery w najprzeróżniejszych willach regionu, a jedna z nich mieściła się
dokładnie naprzeciwko Fondo Favarella, przy via Ciaculli nr 415, podobnie
osłaniana przez hektary drzewek cytrynowych. Dworek służył wyłącznie do
spotkań i bankietów mężów honoru, jak o tym świadczyło blisko sześćdziesiąt
krzeseł, olbrzymie piece kuchenne i niesamowicie wielkie grille porozstawiane
po rozmaitych pomieszczeruach domostwa.

PAPIEŻ I «ANTYPAPISCI»

Jeśli pod koniec lat siedemdziesiątych Michele Greco mógł sobie pozwolić
na przekształcenie jednej ze swoich rezydencji w wiejski klub mafii, oznacza to,
że był pewien bezkarności. Potomek jednej z najstarszych rodzin sycylijskich,
jakimi mogła się chlubić Cosa Nostra — był kuzynem Salvatore Greco
(Cicchiteddu), który kierował mafią w latach sześćdziesiątych — Michele Greco
bardzo długo unikał rozgłosu wokół własnej osoby. Przyjaciel dobrze urodzo­
nych palermitańczyków nader szybko potrafił zabezpieczyć swoje interesy
i umiał tak zastraszyć wszystkich mafijczyków, że żaden z jego podkomendnych
nie odważył się nigdy wymówić jego nazwiska wobec „zbira”.
Ten właśnie człowiek, mierzący ledwie metr sześćdziesiąt centymetrów,
kierował losem Kopuły od roku 1978 tak ceremonialnie, że wspólnota mężów
honoru ochrzciła go mianem Papieża.
Kopuła

Stefano Bontate należał do mniejszości sekretarzy Kopuły, którzy odważali 43


się występować przeciwko Michele Greco. Szef rodziny z Santa Maria di Gesii
spostrzegł, że od momentu gdy na czele władz mafii stanął Papież, wszystkie
sprawy wzięły inny obrót. Nie ważąc się jeszcze na określenie tego mianem
zamachu stanu, Stefano Bontate sądził, że Papież dąży do unicestwienia
fundamentalnych zasad, jakie ustanowiła Cosa Nostra.

CICCHITEDDU, CZYLI PTASZEK

W roku 1972 kończący odsiadywanie kary w Ucciardone Stefano Bontate


lubił powtarzać swojemu przyjacielowi i współwięźniowi Tommasowi Buscetcie,
że uważa się za duchowego spadkobiercę starego Salvatore Greco, Cicchiteddu
(Ptaszka), kierującego Kopułą aż do jej rozwiązania w roku 1963 z powodu
wojny.
Bontate był zbyt młody, żeby móc znać Cicchiteddu, toteż prosił Tommaso
Buscettę w wolnych chwilach, by opowiedział mu coś o tym mężu honoru. Choć
Buscetta na początku lat sześćdziesiątych był jedynie prostym żołnierzem, a nie
członkiem hierarchii mafijnej, umiał sobie wszakże zjednać przyjaźń Ptaszka,
który też w jakiś czas później bez wahania otworzył przed nim swoje serce.
Jako człowiek dobrze poinformowany, Buscetta mógł wyjaśnić Bontatemu,
dlaczego w roku 1963, kiedy w najlepsze toczyła się jeszcze „wielka wojna”,
Cicchiteddu z całym przekonaniem zdecydował się rozwiązać mafię, wycofując
się zarazem z interesów.
— To, co popchnęło Cicchiteddu do poniechania wszystkiego i wyjazdu
za granicę — powiedział Buscetta — sprowadzić można do stwierdzenia, źe Cosa
Nostra porzuciła swoje tradycyjne zasady, przekształcając się w organizację
przestępców.

CORLEONE

— Głębokiej przyczyny kryzysu, który dotknął organizacje mafijne,


upatrywać należy — powiedział Buscetta — w konkretnych okolicznościach,
w jakich Leggio zabił Navarrę bez uprzedzenia o tym Kopuły.
Była to zbrodnia bez precedensu w całej historii mafii, zbrodnia, której
sprawca, Luciano Leggio, z miejsca począł budzić strach we wszystkich mężach
honoru.
Urodzony w miasteczku Corleone w roku 1928, Luciano Leggio był
bezwzględnym prostakiem, który stopień za stopniem wspinał się na coraz
wyższy szczebel organizacji mafijnej, by jako trzydziestolatek wsławić się
Rozdział drugi

44 zabiciem miejscowego ojca chrzestnego, dottore Michele Navarry, wiejskiego


lekarza, a zarazem brutalnego i okrutnego szlagona sięgającego swymi wpły­
wami aż do władz ówczesnej Kopuły.
— Cicchiteddu wezwał Leggia i zażądał wyjaśnień — ciągnął dalej
Buscetta. — Leggio przedstawił racje osobiste prosząc, by mu wierzono na
słowo. Wreszcie oświadczył, że jego wersję wydarzeń będzie mógł potwierdzić
były mafioso, obecnie więzień. Zapomniałem, jak się ten mafioso nazywał, ale
dobrze pamiętam, że ledwo wyszedł z więzienia, przepadł bez wieści i Cicchi­
teddu nie mógł się z nim spotkać, co sprawiło, że wpadł w szewską pasję.
Tymczasem w roku 1963 wybuchła bomba z Julią i Romeem (jeden z najstrasz­
niejszych momentów „wielkiej wojny”); zniechęcony tym wszystkim Cicchited­
du postanowił wyemigrować i wszystko zostawić na zawsze.

ODBUDOWA ORGANIZACJI COSA NOSTRA

W cztery lata później, na początku lat siedemdziesiątych, Luciano Leg­


gio stał się we Włoszech wrogiem publicznym numer jeden. Dzienniki wy­
kreowały go na demona zła i wytłuszczonym drukiem donosiły o krwawej
epopei, która zawiodła Leggia do najwyższych władz mafii, od Corleone aż
po Palermo.
Na poły unieruchomiony przez trawiącą go gruźlicę kości, Luciano Leggio
nie stracił jednak władz umysłowych. Zatrzymany w Corleone w maju 1964
roku, przez niemal cztery lata stawał kolejno przed rozmaitymi wysokimi
trybunałami włoskimi, które za każdym razem uwalniały go od oskarżeń
„z braku wystarczających dowodów”.
Po długotrwałych pobytach w klinice z powodu coraz to innych infekcji
dróg moczowych i zakłóceń w pracy nerek Luciano Leggio zniknął właśnie
wtedy, gdy policja postanowiła go ponownie aresztować. Przyszła pora na
uregulowanie rachunków z tymi, którzy go „szykanowali”, by posłużyć się
jego wyrażeniem.
Projekty Leggia okazały się nader łatwe do realizacji dzięki temu, że władze
wykonawcze mafii znajdowały się w stanie rozkładu.
Żeby odbudować organizację, która wskutek „wielkiej wojny” w Palermo
legła w gruzach, zdziesiątkowana przez aresztowania i chwilowo pozbawiona
władz zwierzchnich, niedobitki rozmaitych rodzin mafijnych w drodze wyboru
wyłoniły i postawiły na swym czele triumwirat złożony z młodego Stefana
Bontate, z ojca chrzestnego w Cinisi, prymitywnego Gaetano Badalamenti,
i jednego z morderców z Corleone, Salvatore Riiny.
Kiedy Luciano Leggio w roku 1970 znalazł się w Palermo, triumwirat
przestał już istnieć; Bontate i Badalamenti byli w więzieniu. Władzę skoncen-
Kopuła

trował w swoich rękach jeden człowiek, bliski Leggiowi Salvatore Riina, który 45
od lat był jego porucznikiem.

STRZAŁY DO PROKURATORA SCAGLIONE

Stefano Bontate i Gaetano Badalamenti znajdowali się wciąż jeszcze


w więzieniu, kiedy 5 maja 1971 roku dotarła do nich wiadomość o zamor­
dowaniu w Palermo prokuratora Republiki Pietra Scaglione i jego kierowcy.
Zabito ich, kiedy odjeżdżali samochodem służbowym sprzed gmachu sądu przez
via dei Cipressi. Niebawem obaj mężowie honoru wiedzieli już z całą pewnoś­
cią, że w tej bezprecedensowej na Sycylii i we Włoszech egzekucji brali osobiście
udział ich kompani, Luciano Leggio i Salvatore Riina.
Informatorzy Bontatego i Badalamentiego uściślili nawet, że Leggio,
uległszy atakowi choroby, nie mógł się poruszać w chwili zamachu; oddał
strzał do nieszczęsnego prokuratora z przedniego siedzenia wiozącego go
samochodu.
Bontate i Badalamenti po zastanowieniu doszli do wniosku, że istniały aż
trzy powody tej zbrodni. Przede wszystkim Luciano Leggio postanowił ukarać
człowieka, którego uważał za swojego najzawziętszego prześladowcę. Drugi
powód był bardziej nikczemny: prokurator Scaglione postawił właśnie przed
sądem rodzinę z Alcamo, która nie była w dobrych stosunkach z corleoń-
czykami; Leggio był więc zadowolony, że jeszcze bardziej pogrąży jej szefa,
który niewątpliwie będzie podejrzany o to morderstwo. Trzeci przypuszczalny
motyw zbrodni zaskoczył obu mężów honoru swoją przewrotnością: zabijając
Pietra Scaglione Leggio chciał zdestabilizować sądownictwo palermitańskie
szerząc insynuacje, że chodziło o porachunki wewnątrz tego środowiska.
Przekonani o prawości Scaglione Bontate i Badalamenti stwierdzili, że plan
Leggia powiódł się ponad wszelkie oczekiwania; jeszcze dziesięć lat później
niektórzy ludzie w Palermo twierdzili w dobrej wierze, że Scaglione został
sprzątnięty przez dawnych przyjaciół.
Mimo że Bontate i Badalamenti nie mogli być posądzeni o to morderstwo,
to jednak Luciano Leggio postarał się o szerzenie podejrzeń innego rodzaju.
Piętro Scaglione został zastrzełony na via dei Cipressi w dzielnicy kontro­
lowanej przez rodzinę z Porta Nuova. Leggio nie omieszkał powiadomić
o swoich zamierzeniach szefa tej rodziny, Pippa Caló, nie tylko z powodów
honorowych, ale także z uwagi na całkiem prawdopodobne represje wobec jego
rodziny. Gdyby Pippa Caló nie uprzedzono o morderstwie, byłoby to równo­
znaczne w niepisanym kodeksie mężów honoru z wypowiedzeniem wojny. Po
zabiciu Scaglione prestiż i reputacja Pippa Caló wzrosły tak znacznie, że
poruczono mu piastowanie odpowiedzialnej funkcji w łonie Cosa Nostra.
Rozdział drugi

TRIUMWIRAT REAKTYWUJE KOPUŁĘ

Wyjście na wolność Stefana Bontate i Gaetana Badalamenti zbiegło się


ze wznowieniem działalności władz zwierzchnich mafii. Odnaleźli oni w Palermo
Luciana Leggio, któremu życie w podziemiu najwyraźniej wyszło na dobre.
Ścisła dieta składająca się głównie z ryżu i mięsa pieczonego na ruszcie oraz
różne pigułki przywróciły mu sprawność ruchową i chęć istnienia.
Stał się znowu zdolny do różnych poczynań, począwszy od interesów
(przede wszystkim uprowadzanie ważnych osób) aż do polityki; wsparty przez
Stefana Bontate i Gaetana Badalamenti zabrał się w końcu do reaktywowania
Kopuły.
Od pierwszych jej zebrań, które miały już miejsce w Fondo Favarella
Michele Greca, przedstawiciele poszczególnych rodzin zgodzili się na za­
prowadzenie pewnego porządku w sprawach mafii. W rezultacie również Leggio,
który reprezentował rodzinę z Corleone i kilka sąsiednich, był zmuszony, chcąc
nie chcąc, pohamować swoją przedsiębiorczość.
Leggio i jego ludzie, wyspecjalizowani od pewnego czasu w kidnapingu,
działali w całych Włoszech z dużym powodzeniem; mieli już w swoich rękach
kilkanaście osób, których wolność zależała od zapłacenia odpowiedniego
okupu. To, że Kopuła zdecydowała o zaprzestaniu porwań na terenie Sycylii, nie
wypływało z żadnych racji humanitarnych, a już na pewno nie z chęci
zaoszczędzenia mieszkańcom wyspy dodatkowych okrutnych doświadczeń.
Każdy szanujący się mąż honoru wie, że kidnapingi podsycają powszechne
uczucie wrogości wobec porywaczy, co mogłoby się okazać niebezpieczne
w regionach, gdzie Cosa Nostra cieszy się szczerym zrozumieniem władz
lokalnych, jak właśnie na Sycylii. Ponadto ten rodzaj poczynań niezaprzeczal­
nie szkodzi interesom, jako że prowokuje akcje policyjne. Z tych wszystkich
powodów sekretarza Luciana Leggio poproszono, by ograniczył swoje talenty
kidnapera do północnej części Półwyspu.
Wprawdzie Leggio zgodził się grasować wyłącznie na północy Włoch, czuł
jednakże potrzebę wzięcia odwetu na tych spośród sekretarzy Kopuły, którzy
na wzór ojca chrzestnego z Cinisi, nieokrzesanego Gaetana Badalamenti,
uważali go za krwawego szaleńca. Potrzebna mu była ofiara. Gaetano Badala­
menti doskonale się na nią nadawał; to on zostanie ukarany, co prawda
symbolicznie.
Luciano Leggio zdecydował zatem, żeby okup za jedną z porwanych przez
niego na Północy osób kazać złożyć na terytorium Badalamentiego, w pobliżu
Cinisi. Z miejsca wysłano tam oczywiście mnóstwo policjantów, którzy usiłowali
nie dopuścić do przekazania pieniędzy, czym w poważnym stopniu szkodzili
różnym przedsięwzięciom rodziny Badalamentiego. Ojciec chrzestny z Cinisi
poczuł się osobiście znieważony i nie omieszkał oświadczyć pozostałym człon-
Kopuła

kom Kopuły, że gwałt zadany przez Leggia jego terytorium ma wszelkie 47


znamiona casus belli.
Nie wiadomo, jak Leggio zareagował na tyrady Badalamentiego. Można
przypuszczać, że był kąśliwy i, swoim zwyczajem, zachowywał się obrażliwie.
Od dłuższego bowiem czasu Badalamenti skarżył się, że Leggio wykorzystuje
każdą okazję, by go publicznie ośmieszyć. Podczas zebrań Kopuły Leggio robił
bez przerwy uwagi na temat ignorancji Badalamentiego, wytykając mu ze
złośliwą przyjemnością błędy gramatyczne i składniowe, które ten ostatni mu­
siał czynić, kiedy z dialektu sycylijskiego przechodził na język włoski. Mężo­
wie honoru z reguły mają stosunkowo małe poczucie humoru, zwłaszcza na
stanowiskach sekretarzy Kopuły, brali więc przytyki Leggia za swego rodzaju
zniewagi.
To prawda, że Leggio miał specyficzną koncepcję kultury; jak wieść niesie,
nauczył się czytać późno, dopiero wtedy, gdy zagroził nauczycielce w Corleone,
iż jeśli go tego nie nauczy, i to szybko, on rozwali jej głowę. W kilka lat później
policjanci znaleźli na jego nocnym stoliku włoski przekład Wojny i pokoju oraz
egzemplarz Krytyki praktycznego rozumu.

PODWÓJNE ŻYCIE OJCA CHRZESTNEGO

Poza pobytami w Palermo Luciano Leggio najpiękniejsze swoje chwile


spędzał w Mediolanie przy via Ripamonti nr 166, gdzie zawsze na niego czekała
pewna zacna pani — łatwowierna, cokolwiek przy kości, bardzo krótkowzro­
czna i lekko utykająca. Już od czterech lat żyła z mężczyzną, który — jak są­
dziła — nazywał się Antonio Ferrugia i którego z właściwą kobietom Południa
powściągliwością o nic więcej nie wypytywała. Dopiero 14 maja 1974 roku
odkryła straszną prawdę, kiedy kilkunastu karabinierów w kamizelkach kulo­
odpornych i z małymi karabinkami maszynowymi wtargnęło do mieszkania, by
zaaresztować jej towarzysza.
— Przeczytasz w prasie straszne rzeczy na mój temat — powiedział do
niej Luciano Leggio. — Ale niczemu nie wierz. Wszystko to kłamstwo. Sam się
zastanawiam, co takiego mogłem zrobić, żeby zasłużyć na podobną reputację.

ROZRÓBA WŚRÓD MĘŻÓW HONORU

Ci, którzy sądzili, że aresztowanie Luciana Leggio będzie miało błogo­


sławione następstwa dla działań Kopuły, srodze się pomylili. Pozornie wyda­
wało się, że wraca wreszcie porządek. Podczas dwu ostatnich lat nikt nie kie­
rował pracami Kopuły; teraz jej sekretarze zdecydowali się wybrać na stano-
Rozdział drugi

48 wisko sekretarza generalnego Gaetana Badalamenti, ale spokój okazał się


złudny. W kuluarach Kopuły sprzymierzeńcy Luciana Leggio knuli jakieś czar­
ne kabały.
Stefano Bontate spostrzegł pewnego dnia, że coś się psuje w państwie
mafii: było to po zamordowaniu Angela Sorino. Pubblica Sicurezza widziała
w nim swojego sierżanta w stanie spoczynku. Rzecz była tyleż nowa, co
niepokojąca: eks-policjant numer jeden został zastrzelony przez mężów honoru.
Stefano Bontate odsiadywał właśnie krótki wyrok w Ucciardone, toteż
z początku gubił się w domysłach. Sądził wszakże, że zabójcy musieli mieć
ważne powody, by porwać się na przedstawiciela władzy, z którą dotychczas
Cosa Nostra wolała unikać bezpośredniej konfrontacji.
Był wtedy w więzieniu Ucciardone człowiek, który z pewnością znał
przyczyny tego morderstwa: Filippo Giacolone, szef rodziny z San Lorenzo,
który kontrolował terytorium, gdzie został zamordowany Sorino. Zgodnie
z regułami gry szefa rodziny zawsze uprzedzano, że na jego terytorium planuje
się morderstwo.
Oto dlaczego Stefano Bontate zwrócił się do współwięźnia Filippa Giacolo­
ne z prośbą o wyjaśnienia co do tego morderstwa, tym bardziej że jako członek
Kopuły i on powinien był zostać uprzedzony o takim zamiarze przed jego
realizacją. Na wszelki wypadek, a także w celu upewnienia się, że Giacolone
powie mu całą prawdę i tylko prawdę, Bontate zaprosił do uczestnictwa
w rozmowie świadka, swojego przyjaciela, Tommaso Buscettę.
— Nic nie umiem powiedzieć — bronił się Giacolone. — Nie wiem, kto
zabił sierżanta Sorino. Kiedy wyjdę z więzienia, na pewno się tego dowiem i nie
omieszkam pana poinformować.
Po wyjściu z więzienia Giacolone rzeczywiście dowiedział się wkrótce, kto
zastrzelił sierżanta Sorino działając na jego terytorium bez jego wiedzy
i pozwolenia. Wkrótce potem poinformował o wszystkim Stefana Bontate,
również już znajdującego się na wolności.
Niedługo po ujawnieniu tożsamości zabójcy Stefanowi Bontate Filippo
Giacolone zniknął, niewątpliwie jako ofiara porachunków załatwianych w spo­
sób na tyle dyskretny, że był znany pod nazwą lupara bianca (biała śmierć);
nigdy nie odnaleziono jego zwłok. Stefano Bontate zrozumiał, że zniknięcie
Giacolone to niewątpliwie dzieło przypuszczalnego zabójcy sierżanta Sorino,
którym był Leoluca Bagarelli, jeden z mężów najbardziej „dzielnych” (czytaj:
zabójców) w rodzinie z Corleone, który rozliczał się ze swoich poczynań jedy­
nie przed Lucianem Leggio.
— Pragnąłbym wyjaśnień w sprawie śmierci Sorina — powiedział Stefano
Bontate, jeden z sekretarzy Kopuły, na jej kolejnym zebraniu. Odpowiedź
była jednomyślna: lukt o tym nic nie wiedział. Bontate nie omieszkał zwrócić
uwagi, że ze strony zabójcy było absolutnie „nie w porządku” zarówno ro-
Kopuła

hienie sobie strzelnicy z cudzego terytorium bez uprzedzenia zarządzającego 49


nim „męża honoru”, jak również to, że nie poinformowano Kopuły o podob­
nych zamierzeniach.
Wśród obecnych znalazł się tylko jeden mąż honoru, który poparł Stefana
Bontate; był to sekretarz generalny,, Gaetano Badalamenti.
Większość sekretarzy wolała milczeć, jeden zaś mąż gwałtownie zaatakował
Stefana Bontate; był to Michele Greco, Papież, który w owej chwiłi odkrył
w końcu swoje karty.
Bontate nie żywił już najmniejszych złudzeń co do bezstronności Michele
Greca. Wiedział, że szef rodziny z Ciaculli był zawsze sprzymierzony z „kla­
nem corleończyków” i nie wątpił, że zabójstwo nieszczęsnego sierżanta Sorino
musiało nastąpić za wiedzą Papieża.

SPRAWA RUSSA

Zamordowanie pułkownika karabinierów Giuseppe Russa, które miało


miejsce 20 sierpnia 1977 roku, dostarczyło Stefanowi Bontate jeszcze jednego
dowodu dwulicowości Michele Greca.
Pułkownik Russo i towarzyszący mu professore Costa zostali brutalnie
zmasakrowani podczas przechadzki po rynku uroczego miasteczka o ciemnej
reputacji, Ficuzzy.
Leżąca na odległość strzału armatniego od Corleone Ficuzza była jedną
z twierdz rodziny Luciana Leggia; rzecz jasna z miejsca kazało to myśleć o no­
wej zbrodni corleończyków, tym bardziej że zabójcy poczynali sobie nader
bezceremonialnie: dwaj mężczyźni zostali zabici w biały dzień nie opodal
posterunku karabinierów.
Stefano Bontate miał niejeden powód, żeby zirytować się tym morder­
stwem. Poza faktem, że zdecydowano się na egzekucję kogoś ważnego bez
skonsultowania tego z Kopułą, śmierć Russo dotknęła go z innej jeszcze przy­
czyny. Pułkownik karabinierów zgłosił gotowość przeprowadzenia śledztwa
w sprawie porwania Luigiego Corleo, teścia jednego z przyjaciół Stefana
Bontate, poborcy podatkowego zachodniej Sycylii, Nina Calvo.
Tym razem Bontate nie zadowolił się gorącym protestem na ożywionym
posiedzeniu Kopuły. Poparty przez Badalamentiego, zażądał ujawnienia nazwis­
ka mordercy i zastosowania sankcji. Na próżno.
Prawdopodobnie Michele Greco poczuł, że perora Stefana Bontate go­
dziła w niego. Obawiając się represji, Papież odczekał parę dni, zanim otworzył
serce przed szefem rodziny z Santa Maria di Gesu.
— To corłeończycy zorganizowali podwójne morderstwo — powiedział
do Stefana Bontate. — Pewien członek mojej rodziny wziął bez mojej

- Calvi
Rozdział drugi

50 wiedzy udział w tej zasadzce. Dowiedziałem się o wszystkim dopiero po


fakcie.
Stefano Bontate tylko w połowie wierzył słowom Greca. Jeśli corleończycy
byli odpowiedzialni za podwójne morderstwo, to nie bez błogosławieństwa
Papieża.
Poza tym jeśli ten ostatni przyznawał, że w zamachu brał udział jeden z jego
ludzi, to znaczy, że nie chciał, by Bontate dowiedział się o tym z innego źródła.
Rzecz jasna, „niezdyscyplinowany” zabójca nie został nigdy ukarany przez
ojca chrzestnego. Wręcz przeciwnie, mimo młodego wieku — nie miał jeszcze
dwudziestu trzech lat — bardzo szybko zrobił olśniewającą karierę w łonie
mafii, zdobywając tak wielką reputację „dzikiej bestii”, że mężowie honoru nie
są skorzy zapomnieć nazwiska Giuseppe Greca, syna Nicoli, zwanego Pino
Greco, znanego też pod przydomkiem Scarpuzzedda (Buciorek).

SCARPUZZEDDA, BUCIOREK

Daleki kuzyn Michele Greca szybko zafascynował starszego krewniaka


jako kandydat na zaufanego człowieka. Niewątpliwie Papież był pod wraże­
niem okrucieństwa i zimnej krwi tego młodzieńca, który „we wszystkich budził
strach”, by przytoczyć słowa jednego z mężów honoru. Scarpuzzedda rzeczywiś­
cie cieszył się opinią okrutnika; jeśli swoich ofiar nie dusił, to zamęczał je na
śmierć torturami, nie wahając się dla przykładu ich ćwiartować.
Skoro ów młody człowiek większą część życia spędził na masakrowaniu
swoich bliźnich, można było sądzić, że jego wejście do władz Kopuły, prze­
głosowane na początku roku 1978, stanowiło swoisty wyraz uznania dla
powołania, ersatz dyplomu, który wdzięczni ojcowie wręczali „dzielnemu”
Pinowi Greco. Nic podobnego.
Za wyborem Scarpuzzeddy do kierowniczej instancji mafii stał Michele
Greco. Manewr był delikatny. Niedługo przedtem Michele Greco zrzekł się
funkcji głowy rodziny w Ciaculli na rzecz swojego protegowanego.
Rzecz jasna. Papież nie uczynił tego z dobrego serca; Michele Greco został
właśnie powołany na wyższe stanowisko. W efekcie wejście Pina Greco do
sekretariatu Kopuły zbiegło się z nominacją Michele Greca na funkcję sekreta­
rza generalnego. Wreszcie spełniało się marzenie, jakie przez całe życie żywił
jeden z mężów honoru; Cosa Nostra miała poznać swoje najkrwawsze czasy.
Okoliczności wyboru Michele Greca na najwyższe stanowisko w mafii dla
większości palermitańskich mężów honoru z pewnością na zawsze pozostaną
tajemnicą.
Z dnia na dzień Gaetano Badalamenti został brutalnie pozbawiony funkcji
sekretarza generalnego, „usunięty” ze stanowiska szefa rodziny w Cinisi i raz
Kopuła

na zawsze odwołany z organizacji Cosa Nostra z powodów nie znanych 51


nikomu poza samym zainteresowanym i członkami władz zwierzchnich
mafii.
Badalamenti kategorycznie odmówił swoim bliskim jakichkolwiek wyjaś­
nień na temat tego incydentu i nikt spoza sekretariatu Kopuły nie dowiedział
się, jaka to „zniewaga” zasługiwała na taką karę. W całym Palermo nie znalazł
się żaden mąż honoru, który ośmieliłby się publicznie komentować usunięcie ze
stanowiska Badalamentiego lub objęcie przez Michele Greca kierownictwa Cosa
Nostra, a tym bardziej wejście Pina Greco do władz Kopuły.

KONIEC ZBYT GADATLIWEGO OJCA CHRZESTNEGO

Wybór Buciorka na stanowisko sekretarza był właśnie tym, co najbardziej


zirytowało Stefana Bontate. Szef rodziny w Santa Maria di Gesu miał wrażenie,
że ów młody człowiek stał się czymś w rodzaju przesłony między nim i Michele
Greco. Zarówno dlatego, że bez jego pośrednictwa nie sposób było skontak­
tować się z nowym sekretarzem generalnym Kopuły, jak i dlatego, że młody
protegowany tego ostatniego osobiście ustalał dni posiedzeń Komisji. Co więcej,
od czasu wyboru Buciorka zebrania Kopuły zdawały się nie mieć już sensu.
I Stefano Bontate odnosił coraz silniejsze wrażenie, że prawdziwe decyzje
zapadały na zewnątrz władz zwierzchnich mafii, jak gdyby utworzono coś
w rodzaju „superrodziny” sformowanej z corleończyków oraz kierowanej przez
Michele i Pina Greco.
Sprawa Di Cristiny z nawiązką potwierdziła najczarniejsze przewidywania
Stefana Bontate.
Szef rodziny usadowionej w Riesi, uroczym średniowiecznym miasteczku
na południu wyspy, Giuseppe Di Cristina, był mężem honoru w starym stylu.
Filar odbudowy mafii pod koniec lat sześćdziesiątych, miał wśród swoich
przyjaciół wielu polityków i finansistów sycylijskich. Jedyny jego błąd polegał
na tym, że śmiało i otwarcie przeciwstawiał się klanowi corleończyków,
zwłaszcza po zamachu na pułkownika Russo i jego przyjaciela, profesora Costa,
dokonanym w Ficuzzy.
Di Cristina protestował z tego samego powodu co Stefano Bontate: on także
był przyjacielem poborcy Nina Salvo, w sprawie którego — jak już wie­
my — prowadził śledztwo pułkownik Russo. Tyle tylko że Giuseppe Di Cristina
w przeciwieństwie do Stefana Bontate nie należał do władz zwierzchnich mafii,
toteż zlikwidowanie go było rzeczą dużo łatwiejszą.
Śmierć jego dwóch goryli, którzy wpadli w zasadzkę przeznaczoną dla
niego, przekonała szefa rodziny z Riesi, że jego dni są policzone. Oto dlaczego
zrobił coś, co później uznano za nikczemność. Dyskretnie skontaktował się
Rozdział drugi

52 z oficerem karabinierów, by mu ujawnić pewne fakty kompromitujące nie­


przyjaciół.
— Jeśli zgodziłem się z panem spotkać — powiedział Giuseppe De Cristi­
na swojemu rozmówcy — to zrobiłem tak po to, żeby panu powiedzieć, jak
stawić czoło ludziom Luciana Leggio. To banda szaleńców i zbrodniarzy
zdolnych do najpodlejszych występków. Postanowili mnie uśmiercić, gdyż
przeciwstawiłem się bezsensownej eliminacji pułkownika Russo. Jeśli mają
mnie zabić, chcę, żeby pan znał nazwiska tych, którzy naprawdę są odpowie­
dzialni. Nie ma sensu wplątywać w to moich wiernych przyjaciół.
Di Cristina wiedział, że na Sycylii, bardziej niż gdziekolwiek indziej, jeśli
tajemnica otaczająca morderstwo była proporcjonalna do jego wagi, policja
miała zwyczaj obwiniać osoby mające związane ręce, czyli bliskich ofiary.
W kilka dni po tym spotkaniu, 30 maja 1978 o siódmej czterdzieści pięć
rano, Giuseppe Di Cristina został zaatakowany przy via Leonardo da Vinci
w Palermo i zaraz potem, podziurawiony jak sito kulami, skonał w szpitalu
Villa Sofia, dokąd go błyskawicznie przewieziono. Na miejscu zbrodni policjan­
ci znaleźli dwa rewolwery ze spiłowanymi numerami, obydwa kalibru 38: Colt
i Smith and Wesson. Ten ostatni był własnością Di Cristiny, który zdążył
z niego wystrzelić tylko dwa razy, natomiast morderca władował w niego cały
magazynek.
Podczas pogrzebu Di Cristiny wszyscy mieszkańcy miasteczka Riesi
okazywali żałobę, co było szokiem dla większości Włochów. Na kilka godzin
zamknięto szkoły, urzędy i sklepy; na siedzibie Chrześcijańskiej Demokracji
opuszczono flagę, a wszyscy funkcjonariusze i miejscowi politycy szli w konduk­
cie pogrzebowym odprowadzającym ich ukochanego ojca chrzestnego na
miejsce ostatniego spoczynku.

NARUSZENIE TERYTORIUM

Po zamordowaniu Di Cristiny Stefano Bontate doszedł do wniosku, że


jest to nowy manewr mający na celu jego izolację w łonie władz mafii, i to nie
z uwagi na przyjaźń, jaka go wiązała z szefem rodziny w Riesi, ale ze względu na
obrót, jaki przybrał bieg wypadków.
Przepowiednia Di Cristiny spełniała się z przerażającą dokładnością:
o zabójstwo posądzono jego najbliższego przyjaciela, Salvatore Inzerilla, szefa
rodziny w Passo di Rigano i sekretarza Kopuły, u którego Di Cristina spędził
ostatnią noc. W gruncie rzeczy Salvatore Inzerillo był jedynym sprzymierzeń­
cem Stefana Bontate wewnątrz Komisji.
Salvatore Inzerillo bronił się zaciekle przed zarzutem zamordowania Di
Cristiny przywołując argument, na który oskarżyciele nie powinni byli zostać
Kopuła

obojętni: znał Di Cristinę tak dobrze, że nie musiał zabijać go na środku ulicy. 53
Gdyby chciał zgładzić bossa z Riesi, wystarczyłoby mu wciągnąć go w jakąś
pułapkę, by potem jego zwłoki doszczętnie zniszczyć, skoro stałby się już
wiarołomcą. Byłoby to prostsze, mniej rzucające się w oczy, a przede wszy­
stkim mniej ryzykowne od atakowania go na ulicy, co poza tym natychmiast
alarmowało „zbirów”.
Zdecydowany dochodzić swych praw SaWatore Inzerillo postanowił po­
stawić sprawę na zebraniu Kopuły. Czyż bowiem, na domiar wszystkiego.
Di Cristina nie został zabity, kiedy wychodził od niego, Salvatore Inze-
rilla?
— Naruszono moje terytorium — powiedział Inzerillo pozostałym sek­
retarzom. — Di Cristinę zamordowano w dzielnicy, która podlega mojej
kontroli. I w tej samej dzielnicy „zbiry” odnalazły samochód morderców.
Chciałbym znać powody tej egzekucji.
— Di Cristina został zabity z dwóch powodów — odparł sekretarz
generalny, Michele Greco. — Po pierwsze ze względu na pewne sprawy
dotyczące jego terytorium i rodziny w Riesi, a po drugie dlatego, że był szpiclem
„zbirów”.
Papież przemawiał. Jego krótka mowa miała charakter oficjalnego komuni­
katu na temat śmierci Di Cristiny, aby pozostałym członkom Kopuły dać do
zrozumienia, że sprawa została zakończona.
W jakiś czas później Salvatore Inzerillo wyznał Stefanowi Bontate, że
prowadząc śledztwo w sprawie zamordowania Di Cristiny doszedł do straszli­
wej konstatacji: był w nie zamieszany jeden z jego własnych ludzi. I to nie byle
kto, lecz jego prawa ręka, Salvatore Montalto, stary przyjaciel, który pozo­
stawał z nim w tak zażyłych stosunkach, że swoją willę letniskową postawił tuż
obok willi głowy rodziny.
— Nic nie mogę zrobić — powiedział SaWatore Inzerillo. — Montalto
jest członkiem mojej rodziny. Należałoby go zabić, ale ja nie mam w ręku
żadnego dowodu.
Nadeszła epoka zdrajców.

RYWALIZACJA RODZINNA

Łatwo sobie wyobrazić niewesoły nastrój, który odtąd ogarniał Stefana


Bontate, ilekroć udawał się do Ciaculli pod adres Fondo Favarella; musiał stykać
się tam z pozostałymi sekretarzami Kopuły, którzy jak jeden mąż opowiadali
się za Michelem Greco i corleończykami. Zniechęcenie Bontatego było tym
większe, że stawianie czoła corleańczykom miało poważne konsekwencje w ży­
ciu jego rodziny.
Rozdział drugi

54 Bontate, choć nie dysponował niezbitymi dowodami, był przekonany,


że Michele Greco starał się siać niezgodę między jego ludźmi i bliskimi mu
osobami.
Przecież jego własny brat, Giovanni Bontate, pierwszy się zbuntował.
Trawiony zazdrością i zawiścią spędzał dni i noce na knowaniach przeciw
starszemu bratu. Jego cel był jasny: chciał zostać szefem rodziny. Równie
przejrzysta była jego gra: chętniej przestając z Michelem Greco i innymi sze­
fami corleońskimi niż z porucznikami swojego brata, Giovanni Bontate
nieustannie żalił się publicznie na złe traktowanie i szykany, jakie go spo­
tykały w kręgu rodzinnym. Sądząc, że nie nadeszła jeszcze chwila otwartej walki,
Michele Greco z pewnością doradzał mu ostrożność, toteż Giovanni Bontate
na razie godził się być posłusznym bratu, marząc jednak w duszy o kierowaniu
losem rodziny w Santa Maria di Gesu.
Sądząc z rezultatów wyborów w 1980 roku, nie musiałby na to zbyt długo
czekać. Stefano Bontate został wprawdzie ponownie wybrany na szefa rodziny,
ale w końcu ujawniła się wewnętrzna opozycja. Niektórzy capidecina nie wahali
się wystąpić przeciwko niemu, poważnie zagrażając jego pozycji. Jednakże
Stefano Bontate zdawał się nie żywić do nich zbyt wielkiej urazy, gdyż po
obliczeniu głosów okazało się, że zachował jednak swoją władzę; nie zamierzał
też karać żadnego z zuchwalców, skoro zyskali śmiesznie małe poparcie, ledwo
dziesięć głosów.
Po wyborach nie miał już złudzeń co do mężów swojej rodziny. Zrozumiał
też zapewne, że w razie czego jego przeciwnicy bez skrupułów znajdą Judasza
gotowego sprzedać swojego ojca chrzestnego za sumę wyższą od trzydziestu
srebrników.
Na razie w jego rodzinie nie rysowało się żadne niebezpieczeństwo: nikt
nie ruszyłby się bez sygnału z Corleone. Gra wciąż jeszcze toczyła się w łonie
Kopuły i w najwyższych sferach mafii. Stefano Bontate potrzebował nowych
sprzymierzeńców. Dlatego też nie posiadał się z radości, kiedy dowiedział się,
że wkrótce przybędzie do Palermo jego były współwięzień, Tommaso Buscetta,
który szykował się właśnie do ucieczki z Turynu, miejsca swojego warunko­
wego pobytu, gdzie był objęty nadzorem kuratorskim. Tommaso Buscetta był
idealnym sprzymierzeńcem: nie mając żadnej funkcji w łonie hierarchii mafij­
nej, cieszył się jednak we wspólnocie mężów honoru prestiżem i poważaniem,
o czym mieliśmy już sposobność mówić.
Rozdział trzeci
Noc
przed
starciem

PALERMO, BRAMA

Kiedy pewnego upalnego, letniego dnia 1980 roku Tommaso Buscetta


przybył do Palermo, zastał miasto jak w gorączce, nękane afrykańskim
klimatem, roztrzęsione po serii niewytłumaczalnych zbrodni, wydane na pastwę
jednego z tych kryzysów, którym zaradzić może jedynie wojna.
Ledwo znalazł się nad lotniskiem w Punta Raisi, rzuciły mu się w oczy
niejako zwiastuny obłędu, jaki panował w mieście: jak zwykle trzy wiatro-
wskazy drogi lądowania naprowadzały na trzy różne kierunki, stanowiąc tyleż
konkretny, co powszedni dowód głupoty ludzi, którzy — zaślepieni chciwoś­
cią — kazali zbudować lotnisko na terenie jedynym w swoim rodzaju, w wąskim
korytarzu między górą i morzem, gdzie bez przerwy hulają przeciwne wiatry,
stwarzając w ten sposób owemu obiektowi poważną szansę znalezienia się
w czołówce najniebezpieczniejszych miejsc na całej kuli ziemskiej.
Jeszcze oszołomiony lądowaniem, które tylko dzięki cudowi lub nad­
zwyczajnej zręczności pilota nie przekształciło się w wodowanie, Tommaso
Buscetta spostrzegł na początku pasa startowego jakieś porozrzucane po całym
terenie zabudowania, które wszakże pozwalały je określić mianem lotniska
międzynarodowego. Po opuszczeniu samolotu rozpoznał swojskie doznania;
wilgotność powietrza, łagodność światła łączyły się z podmuchami korzennych
woni, które dzięki wiatrowi od morza rywalizowały ze stęchlizną zatoki
i zapachem jaśminu.
Palermo, wedle słów Leonarda Sciascii, jest jak brama, która nigdy nie
broniła nikomu wejścia ani wyjścia. Brama, która widziała, jak wchodzą
i wychodzą Arabowie, Normanowie, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie i, na koniec.
Rozdział trzeci

56 Włosi. Te kolejne wejścia i wyjścia uczyniły z miasta przedziwną zbieraninę


minaretów i łuków gotyckich, rokokowych ornamentów i kopuł na modłę
Brunelleschiego, osadzonych pośród nigdy nie uprzątniętych ruin z czasu dru­
giej wojny światowej, a wszystko to zostało solidnie obramowane betonem
nowszych murów geszefciarstwa budowlanego, równie niszczycielskiego jak
bomby alianckie. Zwrot „palermitańskie łupiestwo”, ewokujący najazd zbroj­
nych hord na Rzym, przyjął się jako określenie eksplozji urbanistycznej lat
sześćdziesiątych.
W jednej z takich okropnych nowoczesnych budowli przy via Croce
Rossa, gdzie syn Antonio wynajął mu apartament o bezosobowym wyglądzie,
Tommaso Buscetta musiał wtedy przeżyć kilka miesięcy.

KONSPIRACJA PALERMITANSKA

Ponieważ prasa z właściwą sobie hałaśliwością doniosła o jego zniknięciu


z Turynu, Tommaso Buscetta nie mógł się za bardzo afiszować ze swoją
obecnością w Palermo.
Dobrze wiedział, że dla każdego poszukiwanego przez policję męża honoru
Palermo stanowi wymarzone wprost schronienie; ściganych, którzy w okresach
wojny gangów wałęsają się po jego ulicach, z reguły można liczyć na setki. Żeby
zapewnić sobie w Palermo całkowitą konspirację, wystarczy przestrzegać
pewnych elementarnych zasad postępowania: często zmieniać mieszkanie, mieć
fałszywe papiery, a przede wszystkim w rozważny sposób poruszać się po
mieście.
Tommaso Buscetta nauczył się zatem wychodzić z domu tylko w niezbęd­
nych wypadkach, unikając zbyt częstego chodzenia piechotą. Wiedział też, że
jeśli musi przejść ulicami miasta, może to zrobić między trzynastą trzydzieści
a szesnastą. Wszyscy mężowie honoru wam powiedzą: we wczesnych godzinach
popołudniowych rzadko kiedy spotyka się policjantów na deptakach i w zauł­
kach palermitańskich. Zresztą o tej porze, w letnim upale, nie ma na ulicach
żywej duszy i jeśli kogoś czasem się zobaczy, to najczęściej właśnie jakiegoś
ściganego, który korzystając z godzin sjesty waży się pokazać przed opusz­
czonymi żaluzjami sklepowymi, gdyż wie, że obowiązujące o tej porze roku
„zaciemnienie” nie stanowi dla niego „godziny policyjnej”.
Stosując takie środki ostrożności Tommaso Buscetta mógł spotykać
swoich dawnych towarzyszy broni, zarówno towarzyszy celi sprzed paru lat,
jak i nowych przyjaciół. Po kilku dniach świetnie się już orientował w bieżącej
sytuacji.
Noc przed starciem

SYCYLIJSKI ŁĄCZNIK

Palermo, osiemdziesiąte pierwsze miasto włoskie pod względem produkcji


dóbr materialnych, po wyjeździć Tommaso Buscetty przeżyło coś w rodzaju
złotego wieku, który sprawił, że nagle znalazło się na czele metropolii włoskich,
a mówiąc ściśle na czwartym miejscu, i to ni mniej, ni więcej, tylko w sferze
konsumpcji. To, co dałoby się — choć chyba przedwcześnie — nazwać nagłym
bogactwem biednych ludzi Palermo, wydawało się na pierwszy rzut oka
niewytłumaczalne, a w każdym razie niewiarygodne. I jeśli przychodzi nam na
myśl, przy zachowaniu wszelkich proporcji, Chicago lat trzydziestych, to tyleż
ze względu na wojnę gangów, której przeciętnym żniwem był jeden trup dzien­
nie, co na łobuzerkę finansową narzucającą pewnym strefom miasta dolar jako
lokalny lub wręcz narodowy środek płatniczy. Sirocco szaleństwa zdawało się
wiać nad dawną stolicą Królestwa Obojga Sycylii, która na przeciąg kilku lat
stała się zarówno najdroższą, jak i najbrutalniejszą metropolią starej Europy.
— Wiadomo, w jaki sposób Cosa Nostra zapewnia dobrobyt większości
swoich członków — powiedział Stefano Bontate do Tommaso Buscetty. —
Podstawą wszystkich nowych fortun jest handel narkotykami. Doprowadzi to
Cosa Nostra do zguby.
Stefano Bontate wyjaśnił swemu dawnemu kompanowi więziennemu, jak
porzucając przemyt papierosów, niegdyś główne źródło dochodu mężów ho­
noru, organizacja gwałtownie rozwinęła produkcję tak zwanych twardych
narkotyków.
Cosa Nostra wycofała się w roku 1978 z „handlu” papierosami z jasnego
tytoniu ze względu na włoskie represje celne i na wewnętrzne kłótnie, które
spowodowały wstrzymanie wielu dostaw oraz, co za tym idzie, sparaliżowały
aktywność w tej dziedzinie.
Pewien przemytnik zwany Nunzio La Mattina pierwszy wpadł na pomysł,
by się przestawić na handel białym proszkiem, bardziej sypkim i bardziej
śmiercionośnym od tytoniu. Podróże do rozmaitych portów śródziemnomor­
skich pozwoliły mu z bliska poznać źródła zaopatrzenia w morfinę, której
najbardziej tragiczną w skutkach pochodną jest bezsprzecznie heroina. Prze­
mytnik ów bez trudu zdołał zjednać dla swojego planu kierownictwo mafii,
które upoważniło poszczególnych szefów rodzin do przestawienia się na handel
narkotykami.
Bardzo szybko garstka ludzi, dawnych królów przemytu tytoniowego
(Tommaso Spadaro, Nunzio La Mattina i Pino Savoca) zajęła się regularnym
dostarczaniem rodzinom morfiny dzięki dotarciu do źródeł, których tajemnicy
zazdrośnie strzegli.
Szefowie rodzin zadowalali się zakupem i przetwarzaniem morfiny na
heroinę w laboratoriach rozmieszczonych w różnych miejscach Sycylii, o czym
Rozdział trzeci

58 jeszcze będzie mowa. Gotową heroinę szefowie rodzin mogli dostarczać na


rynek sami, biorąc na siebie całe związane z tym ryzyko, albo też powierzać
towar sieciom handlowym wyspecjalizowanym w przewozach eksportowych do
Stanów Zjednoczonych. Niebawem handel doszedł do takich rozmiarów, że —
jeśli wierzyć danym Drug Enforcement Agency (DEA, amerykańska brygada
do spraw narkotyków) — na początku lat osiemdziesiątych sycylijscy mężowie
honoru zaspokajali niemal trzecią część potrzeb rynku amerykańskiego wyno­
szącą ponad cztery tony czystej heroiny rocznie.
Skoro wszystkie rodziny palermitańskie maczały palce w tym handlu, do
kompetencji szefów należało decydowanie, którzy z ich ludzi mieli w nim brać
bezpośredni udział. Korzyści, jakie z podobnych praktyk mogłi ciągnąć mężo­
wie honoru, były wobec tego wprost proporcjonalne do zaufania, jakie budzili
u swoich zwierzchników. Do interesu z reguły nie dopuszczano najstarszych
i najtchórzliwszych mężów honoru.
Handel narkotykami zakwestionował wszystkie zasady postępowania,
jakimi kierowała się Cosa Nostra.
Przestrzegany niegdyś przez rodziny podział pracy przestał obowiązywać;
kiedyś każdy mógł robić wszełkie interesy, z kim tyłko chciał, w tym również
z ludźmi nie związanymi z organizacją oraz z wyrzutkami społecznymi. Toteż
jednym z najaktywniejszych ludzi w tej dziedzinie był Gaetano Badalamenti,
nieokrzesany ojciec chrzestny, któremu wykluczenie z sekretariatu Kopuły
i wydalenie z organizacji w najmniejszym stopniu nie przeszkodziło w gorliwej
sprzedaży imponujących ilości heroiny. Podczas bez mała czterech lat Gaetano
Badalamenti utrzymywał quasi-tajne stosunki handlowe z mężami honoru,
którzy kiedy indziej nie odezwaliby się do niego nawet słowem, a handłowali
z nim bez wątpienia ze względu na wpływ, jaki wywierał na swym dawnym
terytorium począwszy od lotniska Punta Raisi, centralnego punktu wszystkich
transakcji wyspy.
— Osobiście nigdy nie brałem udziału w handlu narkotykami — powie­
dział Stefano Bontate do Tommaso Buscetty. — Co innego mój brat Giovanni,
który jest w dobrej komitywie z braćmi Greco.
Tommaso Buscetta nigdy nie zyskał całkowitej pewności, czy szef rodziny
z Santa Maria di Gesu powiedział mu wtedy prawdę. Mężowie honoru nie
muszą być prawdomówni względem siebie, chyba że w grę wchodzi Cosa Nostra.
Osobiste interesy każdego z nich nie należą do spraw mafii, a w tej dziedzi­
nie bardziej niż w jakiejkolwiek innej prawo milczenia jest surowym nakazem.
Stefano Bontate obawiał się konsekwencji handlu narkotykami w życiu
codziennym mafii, gdyż spostrzegł, że ciągną z niego zyski przede wszystkim
jego osobiści nieprzyjaciele w łonie Kopuły, którzy — poczynając od członków
rodziny sekretarza generalnego, Michele Greca — z dnia na dzień rozszerzali
sferę swoich wpływów.
Noc przed starciem

Animozja Stefana Bontate do corleończyków i ich sprzymierzeńców 59


osiągnęła niebywałe rozmiary. Pewnego dnia, wybrawszy się ze swym przyjacie­
lem Buscettą na przejażdżkę samochodem po centrum miasta, Bontate wskazał
w jakimś momencie ruchem głowy młodego, przysadzistego mężczyznę koło
trzydziestki ubranego na czarno, który właśnie wchodził do jednego z barów.
— Popatrz — rzekł ironicznie Bontate do swojego kompana — ten facet to
jeden z braci Greco. Ten nic nie znaczący gówniarz został właśnie głową ro­
dziny w Bagherii i sekretarzem Kopuły tylko ze względu na pokrewieństwo
z Papieżem. Wcale się nie nadaje na męża honoru, ale nic nie mogłem zrobić,
żeby skutecznie przeciwstawić się jego wyborowi.

COSA NOSTRA NIE PRZYJMUJE DYMISJI

W kilka dni po przybyciu Buscetty do Palermo do jego drzwi zapukał


jeden z mężów honoru rodziny z Porta Nuova, jego własnej rodziny. Jego szef,
Pippo Caló, przypomniał sobie o nim i wezwał go, żeby określił swoją przy­
szłość w łonie organizacji Cosa Nostra. Choć Tommaso Buscettą miał ogromną
ochotę posłać swojego rozmówcę do wszystkich diabłów, musiał jednak
zastosować się do poleceń capofamiglia.
W całej historii Cosa Nostra żaden mąż honoru nie był na tyle zuchwały,
by podać się do dymisji. Nie występuje się z mafii. W razie poważnych błę­
dów można być „usuniętym”, oddalonym przez swoich zwierzchników, ale
nawet jeśli pechowy mąż honoru zostanie wezwany do opuszczenia swojego
miasteczka i przeniesienia się w jakieś odległe miejsce na Sycylii lub na świę­
cie, a rodzina nie może korzystać z jego uzdolnień, to jednak nigdy z tego
powodu nie traci on swej przynależności. Może pewnego dnia jego szef
przypomni sobie o nim i zażąda, by postąpił jak na męża honoru przystało.
Właśnie tak się stało z Buscettą, który trochę się obawiał spotkania po latach
z Pippem Caló.
Bez przesady można stwierdzić, że Pippo Caló stanowił jedno z najwięk­
szych rozczarowań w życiu Tommasa Buscetty. Ten ostatni bardzo szybko umiał
ocenić specyficzną wartość człowieka, który właśnie został jego szefem. Syn
rzeżnika z via Colona Roma w Palermo, młody Pippo Caló w wieku osiemnastu
lat rzeczywiście się wyróżnił, ścigając i poważnie raniąc strzałem z pistoletu
przypuszczalnego zabójcę swojego ojca. Tommaso Buscettą obserwował potem
z bliska dorastanie tego nader porywczego młodzieńca, który z ojcowskiej jatki
przeniósł się za ladę sklepu bławatnego, a potem nabył bar Gin Gin przy via Sant’
Agostino. Uznając młodzieńca za godnego lepszego losu, Buscettą osobiście
podjął się wtajemniczenia go w ceremoniał organizacji Cosa Nostra; było to
w roku 1953.
Rozdział trzeci

60 Od tamtej pory Pippo Caló cieszył się stale rosnącym znaczeniem w łonie
mafii, aż w końcu przyćmił swojego mistrza Buscettę. To właśnie jego
w przeddzień „wielkiej wojny” wyznaczono do negocjowania z Kopułą przyszło­
ści rodziny z Porta Nuova, choć jeszcze nie był jej głową. Kiedy w roku 1969
uległa ona przekształceniom, jej kierownictwo wziął oczywiście w swoje ręce
Pippo Caló, by w pięć lat później wejść w skład Kopuły.

PROBLEM SZMALU

Czując, że policja palermitańska zaczyna mu nadmiernie deptać po pię­


tach, Caló schronił się w Rzymie, gdzie miał kilka mieszkań; jedno z nich
znajdowało się w proletariackiej dzielnicy tuż nad supermarketem Standa. Tam
właśnie, zgodnie z otrzymanymi wskazówkami, Tommaso Buscetta zastał go
w kilka dni po złożonej mu w tej sprawie wizycie.
Pippo Caló był bardzo niezadowolony. Czy rzeczywiście Tommaso Bus­
cetta zadzierzgnął w więzieniu więzy przyjaźni z sutenerem mediolańskim,
Francisem Turatello, który nie należy do żadnej mafijnej rodziny, i — co
gorsza — przyjmował od niego pieniądze? I to niebagatelne sumy: medio­
lański obwieś nie tylko wziął na siebie koszty obrony sądowej Buscetty, lecz
także kazał wypłacać jego żonie comiesięczną pensję w wysokości miliona
lirów, a niekiedy i wyższą. Tommaso Buscetta powstrzymał się od wymy­
ślać tylko dlatego, że wściekłość walczyła w nim z osłupieniem. Co za
tupet!
Gdy zdołał ochłonąć, z całym spokojem zwrócił Pippowi Caló uwagę, że
normalnie to właśnie on, capofamiglia, powinien był dbać o potrzeby uwięzio­
nych i ich rodzin.
— Byłem bez grosza — uściślił Buscetta — zupełnie goły. Co ja miałem
robić?
Zbity z tropu Pippo Caló jął się wycofywać mamrocząc, że gdyby wiedział
o kompletnej ruinie Buscetty, nie omieszkałby przyjść mu z pomocą, jak na
dobrego szefa rodziny przystało. Dyskusja była zamknięta. W głębi duszy
Buscetta nie mógł uwolnić się od myśli, że Pippo Caló nie zadbał o jego po­
trzeby ze względu na swoją główną wadę, której zawdzięczał zaszarganą
reputację w całym Palermo.
Od dawna pragnął bowiem uchodzić za biednego rzeźnika ledwie wiążą­
cego koniec z końcem dzięki przychodom z jatki położonej przy corso Pisani,
którą prowadził osobiście. Wobec bliskich musiał przyznawać się do pewnych
zysków, jakie ciągnął w przeszłości z przemytu tytoniu. Mężowie honoru, którzy
z przyjemnością widzieli w nim sknerę, orientowali się jednak, że w rzeczywisto­
ści Caló zbił fortunę na handlu narkotykami.
Noc przed starciem

Gniew Buscetty wyraźnie poruszył Pippa, gdyż jak najuprzejmiej starał się 61
opowiadać mu o kłopotach „rodzinnych”, pod których brzemieniem się uginał.
Nie mógł znaleźć godnego kandydata na wiceszefa. Musiał zdegradować
swojego dawnego zastępcę, Tommasa Spadaro, do stopnia zwykłego żołnierza,
ponieważ okazał się facetem „nie w porządku” w pewnej aferze związanej
z przemytem tytoniu. Człowiek, którego wybrał na następcę Spadara, niejaki
Giovanni Lipari, zwany U’ Tignuso (Łysoń), najzupełniej się do tego nie
nadawał. Ten dawny uczeń fryzjerski bardzo szybko dał się poznać jako
kompletne zero.
Tommaso Buscetta zrozumiał, że skoro Pippo Cało zwierza mu się ze
swoich kłopotów, to znaczy, że w ten elegancki sposób pragnie mu za­
proponować stanowisko wiceszefa. Żeby uciąć rozmowę, Buscetta oświadczył,
iż nie ma najmniejszej ochoty pozostawać dłużej w Palermo, gdyż woli wrócić
do Brazylii, gdzie zresztą czekają na niego interesy.
Pippo Caló nie umiał znaleźć odpowiedniego argumentu, więc rzekł:
— Zostając w Palermo mógłbyś zarobić dużo pieniędzy. Vito Ciancimino
otrzymał właśnie sporą część sum przeznaczonych na renowację zabytkowego
centrum. Otóż Vito jest w naszych rękach. To człowiek Salvatore Riiny.

CHADECKI OJCIEC CHRZESTNY

Vito Ciancimino był swego czasu jednym z najbardziej wpływowych ludzi


w Palermo. Od bez mała trzydziestu lat szarogęsił się zarówno w administracji
publicznej, jak i za kulisami władzy politycznej. Odpowiedzialny za chadecję
od końca lat pięćdziesiątych, w kilka lat później położył rękę na serwisie robót
publicznych miasta Palermo. Było to w okresie malwersacji w handlu miejskimi
nieruchomościami, nic zatem dziwnego, że w kilka lat później śledcza komisja
parlamentarna do spraw mafii oskarżyła go o konszachty z ludźmi tej
organizacji. Burmistrz Palermo w roku 1971, Vito Ciancimino w sześć miesięcy
później z powrotem usuwa się w cień, by prowadzić swoje interesy, które
dyskretnie łączyły spekulację budowlaną, płatne protekcje polityczne i inne
równie mało chwalebne przedsięwzięcia. Jego fortuna, którą oceniano na
miliardy lirów, miała barwy wielonarodowe; imperium Vita Ciancimino za­
czynało się w Palermo, a kończyło w Kanadzie.
Poufne zwierzenia Pippa Caló były więc zupełną niespodzianką dla
Tommaso Buscetty. Zwłaszcza że wiedział, jak każdy zresztą, iż Ciancimino
urodził się w tej samej wsi koło Corleone, co groźny Luciano Leggio i pierwszy
z corleończyków w Kopule Salvatore Riina.
Po tej rozmowie Buscetta wcale się nie zdziwił, gdy usłyszał, jak jego
przyjaciel Stefano Bontate komentuje wysadzenie w powietrze wiejskiej willi
Rozdział trzeci

62 Nella Martellucci, burmistrza Palermo i politycznego rywala Ciancimina w ło­


nie chadecji:
— Riina czepia się Martellucciego wyłącznie dlatego, że Martellucci nie
jest przyjacielem Ciancimina.
Poufałość, a nawet lekceważenie, z jakim mężowie honoru traktowali
polityków, wynikała z faktu, że od dziesięcioleci większość deputowanych
lokalnych, regionalnych i ogólnokrajowych, a także radców miejskich za­
wdzięczała swój wybór głosom, które dla nich zorganizowały poszczególne
rodziny wyspy. Skoro coraz częstsze przypadki konszachtów z mężami hono­
ru zdarzały się w szeregach chadeków, z pewnością członkowie innych partii —
socjaliści, socjaldemokraci czy też liberałowie — nie mogli być pod tym
względem całkowicie wolni od podejrzeń. Swego czasu nie należało do rzadkości,
że ministrowie republiki włoskiej zaszczycali swoją obecnością bankiety mężów
honoru, którzy ochoczo wznosili toasty na cześć „rodziny” i „przyjaciół
przyjaciół”. Vito Ciancimino był tylko jednym z wielu i wszyscy w Palermo
wiedzieli, że jedynym człowiekiem, przed którym się rozliczał ze swojej
działalności politycznej, był chadecki ojciec chrzestny wyspy, Salvo Lima,
nietykalny i awansowany do rangi deputowanego parlamentu europejskiego po
oskarżeniu go o zbyt ścisłe związki z pewnymi rodzinami organizacji Cosa
Nostra.

KRYZYS

Oczywiście obietnice łatwego wzbogacenia się czynione przez Pippa Caló


nie zrobiły najmniejszego wrażenia na Buscetcie; ten ostatni dawno już pojął, że
łatwiej zbić fortunę na handlu narkotykami niż na spekulacji nieruchomościa­
mi. Wiedząc, że Pippo Caló usiłował za wszelką cenę pozyskać jego wzglę­
dy, a przynajmniej próbował to robić, Buscetta skierował rozmowę na stan
kryzysu, jaki zagrażał mafii.
W końcu Pippo Caló był przecież jednym z niewielu wpływowych członków
Kopuły, którzy powinni oficjalnie się opowiedzieć bądź po stronie klanu
corleończyków, bądź ich adwersarzy. Tommaso Buscetta zwierzał mu się zatem
ze swoich niepokojów, jakby mimochodem wymieniając w toku rozmowy
nazwisko swego przyjaciela, Stefana Bontate.
Mimo całej przyjaźni dla Bontatego — dokonywali przecież wspólnie wielu
przestępstw — Pippo Caló wydawał się zirytowany.
— Stefano Bontate bardzo źle traktuje swojego brata Giovanniego —
powiedział — a jeszcze gorzej członków Kopuły. Sprzymierzył się z Salva-
torem Inzerillo, który jest kretynem. Czy wiesz, źe Inzerillo kazał zabić
prokuratora Costę bez polecenia Kopuły?
Noc przed starciem

Buscetta o tym nie wiedział, ale miał nadzieję poznać całą prawdę 63
o zabójstwie, którego właśnie dokonano w Palermo. Nie chcąc dłużej mówić
na ten temat, sprowadził konwersację na inne tory. Właśnie nadszedł czas, żeby
wystąpić w roli sędziego pokoju. Jeśli miał w łonie mafii jakiekolwiek wpływy,
była to jedyna chwila, żeby się nimi wykazać.
— Musisz się spotkać z Bontatem i Inzerillem — powiedział Pippo
Caló. — Trzeba wyjaśnić te rzeczy i wspólnie coś zrobić, żeby zapobiec
katastrofie.

ROZNORODNE KONTAKTY

Częste odwiedzanie Stefana Bontate pozwoliło Tommaso Buscetcie po­


szerzyć krąg znajomych w gronie przyjaciół szefa rodziny z Santa Maria di
Gesii. Zwłaszcza z jednym z nich spotykał się wiele razy. Często widziano ich,
jak stojąc nad czarną kawą przy kontuarze jednego z barów w mieście wymie­
niali uwagi na różne tematy lub podczas niezliczonych kolacji u mężów honoru,
choćby u Stefana Bontate, organizowanych w jego palermitańskiej willi przy via
Yillagrazia dla uczczenia powrotu Tommaso Buscetty, do późna rozprawiali
o panujących obecnie nastrojach.
Nowy przyjaciel Buscetty był mężczyzną po trzydziestce, o solidnym
wyglądzie, i — jak sam twierdził — prowadził rozmaite interesy. Jego bliscy
krewni kierowali szeregiem sklepów wyspecjalizowanych w urządzeniach sani­
tarnych, czym i on się zajmował obok handlu rzeczami mniej chwalebnymi, od
mączki z kości zwierzęcych aż po heroinę, której był jednym z przemytników.
Jak jego ojciec, capofamiglia w palermitańskiej dzielnicy Uditore, stał na czele
rodziny z Passo di Rigano, którą kierował od prawie dwu lat. Stefano Bontate
przedstawił go bez wahania Tommaso Buscetcie tylko dlatego, że jedynym lub
niemal jedynym jego sprzymierzeńcem w łonie Kopuły był, jak już wiedzieliśmy
wcześniej, tenże Salvatore Inzerillo.

SZACOWNI NIEBOSZCZYCY I DOBRZE STRZEŻONE TAJEMNICE

Salvatore Inzerillo żywił co najmniej taką samą jak Stefano Bontate nie­
chęć do klanu corleończyków, który przy walnym udziale Michele Greca po­
łożył łapę na Kopule. W ostatnich czasach stan rzeczy zmieniał się tylko na
gorsze. Zastępca komendanta policji w Palermo, Boris Giuliano, prezydent re­
gionu Sycylii Piersanti Matarella i sędzia śledczy Cesare Terranova zostali
uśmierceni bez uprzedniego postawienia sprawy na porządku dziennym Kopuły.
— Ani mnie, ani Bontatego nie poinformowano o tych morderstwach —
Rozdział trzeci

64 powiedział Salvatore Inzerillo Tommaso Buscetcie. — O tych egzekucjach


zadecydowali inni członkowie Komisji poza naszymi plecami.
Na pytanie, kto był winien tej masakry i z jakich przyczyn jej dokonano,
Salvatore Inzerillo nie umiał odpowiedzieć. Jedynie o zamordowaniu sędziego
Cesare Terranova wiedział coś niecoś.
— Nakazał to, siedząc już w więzieniu, Luciano Leggio — rzekł szef
rodziny z Passo di Rigano. — Nietrudno zrozumieć, dlaczego.
Cesare Terranova zgromadził w śledztwie dokumentację tak bardzo
obciążającą Luciana Leggio, że wzbudził w corleończykach nienawiść.
I tym razem ani Salvatore Inzerillo, ani Stefano Bontate nie mieli dowodu
na poparcie swoich podejrzeń. Wiele zmieniła w tej mierze afera Basilego, która
zmusiła przeciwników do ujawnienia się.
Wkrótce po zamordowaniu kapitana karabinierów Emanuela Basile koło
Monreale, 3 maja 1980 roku, policja zatrzymała w pobliżu tego miejsca trzech
mężczyzn. Ich śmiechu warte alibi — wszyscy trzej twierdzili, że spędzili spo­
ro czasu w towarzystwie trzech młodych pań, których nazwisk nie mogą podać
jako ludzie honoru — zrobiło tak silne wrażenie na ławie przysięgłych, iż zostali
niezwłocznie zwolnieni. W Palermo mężowie honoru zrozumieli zaś, że obecność
trzech „mężów” niedaleko miejsca zbrodni spowodowały dużo mniej frywolne
względy. Pierwsi dwaj zostali rozpoznani jako członkowie „dzielnych” rodzin
z San Lorenzo i z Resuttany, a trzeciego zidentyfikowano jako zabójcę z ro­
dziny w Ciaculli, której najświetniejszym członkiem był sam sekretarz Kopuły,
Michele Greco, Papież.
Co za dużo, to niezdrowo.
SaWatore Inzerillo jawnie oskarżył Michele Greca o dwulicowość wobec
sekretarzy Kopuły. I tym razem Papież wzniósł ręce ku niebu na znak swojej
bezsilności, usiłując zignorować całą sprawę, jak zwykle kiedy Inzerillo lub
Bontate domagali się wyjaśnień w sprawie morderstw, które należało wcześniej
zaanonsować w Kopule.
Tym razem jednak Papieża przyparto do muru, gdyż zabójcę z podległej mu
rodziny przyłapano w pobliżu miejsca zbrodni niemal na gorącym uczynku. Sal-
vatore Inzerillo jasno wyłożył wszystko kawa na ławę i oświadczył jednoznacz­
nie swoim kolegom z Kopuły, że zobaczą to, co zobaczą, dając do zrozumienia
corleończykom, iż jeśli chcą zgrywać idiotów, to mogą się bardzo zawieść.

DLACZEGO ZABIJA SIĘ W PALERMO PROKURATORA?

— Musiałem wreszcie zrobić coś wielkiego — powiedział w końcu do


Tommaso Buscetty Inzerillo. — Musiałem pokazać przeciwnikom, że moja
rodzina jest silna i potężna, że i ja mogłem zabić, kogo chciałem i kiedy
Noc przed starciem

chciałem, zupełnie tak samo jak corleończycy. Oto dlaczego kazałem zamor­ 65
dować prokuratora Costę.
Zwierzenia Inzerilla nie zaskoczyły zbytnio Buscetty, gdyż uprzedziły je
okropne oskarżenia ze strony Pippa Caló sformułowane w przeddzień spo­
tkania z Salvatorem. Prawdomówność rozmówcy nie budziła w nim najmniej­
szych wątpliwości; w środowisku, w którym dyskrecja jest na porządku
dziennym, rzadko się zdarza, żeby mąż honoru przypisał sobie przestępstwo,
którego nie popełnił...
Buscetta próbował znałeźć sensowniejszy motyw zamordowania nieszczęs­
nego prokuratora. Czy Costa nie kazał aresztować kilkunastu członków ro­
dziny mafijnej Inzerilla po zamordowaniu kapitana Basile? Wydawało się to
bardziej prawdopodobnym powodem zbrodni.
— Nie, nie — bronił się Inzerillo — ja nie dlatego kazałem go zabić. Nie
miałem do niego zbyt wielkich pretensji o to, że aresztował kilku moich krew­
nych i paru moich ludzi. Ja tylko chciałem pokazać, że jestem równie silny jak
corleończycy i że mogę postępować tak jak oni.

BEZBRONNI SEKRETARZE

Stefano Bontate, uczestniczący w tej rozmowie, nie poparł wprawdzie


Inzerilla w sposób otwarty, lecz podkreślił, że trzeba było coś zrobić, by utrzeć
nosa tym zarozumialcom corleończykom i ich sprzymierzeńcom.
Wówczas właśnie Buscetta uświadomił sobie, że szefa rodziny z Santa Ma­
ria di Gesu zżera już nie nienawiść, ale wręcz dzika wściekłość. Bontate
przedstawił mu makiaweliczny plan pozbycia się przeciwników.
— Zabiję Salvatore Riinę, przedstawiciela corleończyków — powiedział
Buscetcie. — To jedyny sposób, żeby znów zaprowadzić porządek.
Taktyka, jaką Bontate miał się posłużyć likwidując szefa rodziny z Cor-
leone, była tragicznie prosta.
— Wezmę na siebie to morderstwo — tłumaczył — dokonam go podczas
zebrania Kopuły, na oczach wszystkich.
— Oszalałeś — zaprotestował Buscetta — przecież inni członkowie Ko­
misji cię zmasakrują. Skąd będą mogli wiedzieć, że miałeś zamiar zabić tylko
Riinę?
— Wszystko mi jedno, czy zginę, czy nie, bylebym tylko dopadł Riiny —
odparł Bontate, po czym wyjaśnił Buscetcie, że jego projekt nie jest tak
bezsensowny, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Oznajmił, że o swoich
zamiarach uprzedził już tych sekretarzy Kopuły, którzy nie byli całkowicie
podporządkowani corleończykom i Papieżowi. Co najmniej jeden z nich,
Antonio Salomone, dał mu znać, że w razie czego, gdy będzie już po wszy-

5 -- Calvi
Rozdział trzeci

66 stkim, zabierze głos. Pomysł miał pewne szanse powodzenia, gdyż Papież polecił
sekretarzom przychodzić na zebrania Kopuły bez broni.
Przerażony tak okropnymi projektami Tommasp Buscetta błagał Bon-
tatego i Inzerilla, by dali sobie przemówić do rozsądku. W tym celu zreferował
im swoje spotkanie z Pippem Caló w Rzymie i zaproponował, by się z nim
bezzwłocznie skontaktować, jeśli chcą w miarę możności zaaranżować wszy­
stko rozumniej.
Stefano Bontate i Pippo Caló byli kiedyś blisko ze sobą zaprzyjaźnieni,
dopiero później ich drogi zaczęły się rozchodzić. Niedawno pokłócili się
z powodu Buscetty w obecności Komisji. Pierwszy, szermując miejscem urodze­
nia Buscetty jako argumentem, wnioskował o przeniesienie go na łono rodziny
z Santa Maria di Gesii, podczas gdy drugi odwoływał się do świętej za­
sady nakazującej nie zmieniać niczego w rodzinie, by kategorycznie odrzu­
cić wniosek pozbawiający rodzinę z Porta Nuova jednego z jej sławnych
członków.
Bontate miał jednak poważne zastrzeżenia co do postawy Pippa Caló
w ostatnich latach.
— Caló jest całkowicie podporządkowany corleończykom i Michele Gre-
cowi — stwierdził szef rodziny z Santa Maria di Gesii. — Kiedy oni z czymś
wyskakują na zebraniach Kopuły, Caló nie wtrąca się do tego ani słowem.
Zadowala się kiwaniem głową na znak zgody.

SPOTKANIE NA SKRAJU AUTOSTRADY

To, że w dwa dni później ostatecznie doszło, jak się zdaje, do spotkania
Bontatego i Inzerilla z Pippem Caló, zawdzięczać można jedynie negocjatorskim
talentom Buscetty. Nie stanowiło ono ważnego wydarzenia i w żaden sposób
nie wpłynęło na dalszy bieg wypadków. Zanotujemy tylko zabawny fakt, że
odbyło się w salach Autogrillu Pavesi w pobliżu Rzymu, na skraju autostrady
wiodącej z Neapolu do stolicy. Tommaso Buscetta, który przywiózł Pippa Caló
na to tajne spotkanie, tylko z daleka towarzyszył dyskusji trzech mężów,
przynajmniej na oko czujących się świetnie w tej nędznej knajpce. Spotka­
nie, choć krótkie, wydawało się serdeczne, i trzej rozmówcy wymienili przy
pożegnaniu mnóstwo uścisków, jak na mężów honoru przystało. Ponownie
przyrzekli sobie wierną przyjaźń, a zwłaszcza postanowili naradzać się wspól­
nie przed każdym zebraniem Kopuły, by skutecznie przeciwdziałać prze­
jmowaniu wyłącznej władzy nad organizacją Cosa Nostra przez corleończyków
i braci Greco.
Noc przed starciem

KWESTIA ZAUFANIA

Opuszczając Autogrill Pavesi Tommaso Buscetta prawdopodobnie miał


jeszcze jakieś złudżenia co do swojego szefa. Szybko jednak przekonał się
o dwułicowości Pippa Cało.
Rankiem 12 sierpnia 1980 roku Pippo Caló zawitał do Palermo, by
ponownie strofować Buscettę. Tym razem rzecz dotyczyła „skandalicznego”
postępowania jednego z synów Buscetty, młodego Antonia; już parę razy
pozwolił on sobie płacić czekami bez pokrycia w różnych sklepach miasta,
z których kilka było bez najmniejszej wątpliwości pod opieką Pippa Caló.
— Twój syn to kawał filuta (imbroglione) — stwierdził Caló — musisz go
wziąć do galopu.
Jeszcze tego samego wieczoru Tommaso Buscetta ponownie spotkał się
z Pippem Caló. Tym razem był z nim Antonio Buscetta przybyły po to, by starsi
udzielili mu reprymendy. Porządnie zbesztawszy syna Buscetta spytał go,
dlaczego postępuje w sposób niegodny męża honoru.
Odpowiedź, co nietrudno zgadnąć, była patetyczna; młody człowiek
powołał się na ogromne trudności finansowe, z jakimi codziennie musi walczyć;
to one zmusiły go, jak wyznał, do zdeponowania w lombardzie klejnotów żony.
Capofamiglia doskonały, Pippo Caló, wyjął natychmiast z kieszeni plik
banknotów o nominale stu tysięcy lirów i z uśmiechem wręczył go synowi
Buscetty. Była to nader okrągła sumka, ekwiwalent blisko pięćdziesięciu tysięcy
franków francuskich.
— Z najlepszymi życzeniami urodzinowymi! — powiedział przy tym Caló,
który wiedział, że Antonio Buscetta szykuje fetę z okazji ukończenia trzydziestki.
Nazajutrz nieszczęsny Antonio udał się do lombardu, by wykupić biżuterię
małżonki. Nie przeczuwając niebezpieczeństwa, wyłożył żądaną sumę pięciu
milionów czterystu tysięcy lirów i podpisał swoim nazwiskiem formularze
konieczne przy wpłacaniu banknotów o znacznym nominale. Wprowadzone
niedawno, z myślą o walce przeciwko porywaczom, posunięcie to okazało się
również skuteczne w hamowaniu ponownego obiegu sum pochodzących z han­
dlu narkotykami.
W kilka dni później Antonio Buscetta został aresztowany przez policję.
Pieniądze Pippa Caló pochodziły z okupu dla porywaczy. Buon compłeanno! —
jak w tamtych stronach mówi się z okazji urodzin.
Wściekły Tommaso Buscetta zażądał od Pippa Caló wyjaśnień.
Obaj mężowie starli się — rzecz jasna, ustnie — na ubitej ziemi kompleksu nie­
ruchomości w dzielnicy Baida. Całe bełkotliwe tłumaczenie Pippa Caló sprowa­
dzało się do stwierdzenia, że o niczym nie wiedział, że nigdy z rozmysłem nie dałby
brudnych pieniędzy biednemu Antoniowi, że nigdy w życiu nikogo nie porwał,
a banknoty pochodziły z jego udziału w sprzedaży przemyconych papierosów.
Rozdział trzeci

68 On, Pippo Caló, załatwi oczywiście jak najszybsze zwolnienie Antonia z więzie­
nia oraz pokryje wszystkie koszty związane z manipulacjami sądowymi i tym
podobne.
Rozgoryczony Tommaso Buscetta przysięgnie sobie nieco później, że nie
da się już w nic wrobić, i wtedy też oświadczy, że ma zamiar jak najszybciej
opuścić Palermo dla horyzontów brazylijskich co prawda, ale bogatszych
w obietnice.

WICEKRÓLOWIE

Ostatni okres pobytu w Palermo Buscetta poświęcił rozmaitym sprawom


osobistym, kontaktom towarzyskim i innym marnościom tego świata. Przed
wyjazdem do Rio należało jeszcze pożegnać się z przyjaciółmi, których zapewne
nigdy już nie miał zobaczyć. A poza tym miał teraz tylu nowych znajomych —
wszyscy oni, ledwo zostali mu przedstawieni, już chcieli za wszelką cenę mieć
go u siebie na kolacji, zapoznać ze swoimi najbliższymi, z matką, żoną, dziećmi
i Bóg wie z kim jeszcze. Jakże mógł odmówić? Zwłaszcza jeśli zapraszający
należeli do palermitańskiej elity.
Ingegnere Lo Presti należał do tych, którym bodaj przez grzeczność
wypadało wyświadczyć uprzejmość uczestniczenia w rodzinnym obiedzie jada­
nym o dość późnej porze (pranzo). Wypadało podwójnie. Był to jeden
z serdecznych przyjaciół Salvatore Inzeriłła, który również przedstawił ich sobie.
Ale bardziej może niż osobowość samego ingegnere Lo Presti liczyła się tu jego
rodzina, choć on sam robił na Tommaso Buscetcie duże wrażenie. Jednym
z kuzynów Lo Prestiego był bowiem najbogatszy na wyspie człowiek, Nino
Salvo.
Nino Salvo wciąż jeszcze wtedy miał w kieszeni trzy czwarte sycylijskich
urzędów podatkowych. Na Sycylii, jak i w wielu innych regionach włoskich,
ściąganiem podatku dochodowego zajmowały się wówczas prywatne towarzyst­
wa. W zamian za 6,72% prowizji Nino Salvo był obowiązany organizować
odprowadzanie niemal całości bezpośrednich podatków sycylijskich obywateli
na rzecz państwa włoskiego. Tommaso Buscetta wiedział, że ta funkcja zupełnie
nie przeszkadzała Ninowi Salvo być mężem honoru w rodzinie z Salemi. Fortuna
przysparzała mu jednak samych tylko szykan ze strony tych, którzy powinni byli
być jego przyjaciółmi. Tak właśnie w roku 1975 pewna konkurencyjna rodzina
porwała mu teścia, nader bogatego Luigiego Corleo.
Według tego, co wiedział Tommaso Buscetta, za porwanie odpowiedzial­
ni byli bracia Greco i ich sprzymierzeńcy z Corleone. Porwanie zaś z kilku
Noc przed starciem

powodów stało się tragiczne. Porywacze zamordowali nieszczęsnego starca i byli 69


do tego stopnia nieokrzesani, że lue zwrócili zwłok rodzinie, blokując tym
samym kolosalny spadek szacowany na wiele miliardów lirów.
Nino Salvo zwrócił się wówczas do Gaetana Badalamenti, który kierował
jeszcze Kopułą, prosząc, żeby zwrócono mu teścia martwego lub żywego. Na
próżno: Badalamenti nie mógł nic wskórać. Oficjalnie rodziny mafijne nie
dokonywały porwań na Sycylii. Tymczasem tu i ówdzie gromadziły się różne
trupy: zgładzono siedemnastu domniemanych porywaczy, podczas gdy klan
corleończyków ze swej strony zabił pułkownika Russo, który — o czym była już
mowa — zobowiązany był do przeprowadzenia oficjalnego śledztwa w tej
sprawie.
Ta wzruszająca i budząca szacunek przeszłość Nina Salvo, a poza tym fakt,
że był on serdecznym przyjacielem Stefana Bontate, w sposób oczywisty jednały
mu życzliwość, a nawet współczucie Buscetty, toteż na ponawiane przez jego
bliskiego krewnego, Lo Presti, zaproszenie nie mógł powiedzieć „nie”.

INGEGNERE I FINANSISTA

Podobnie jak Nino Salvo, ingegnere Lo Presti był postacią zagadkową.


Związany z wysoką finansjerą mediolańską, budujący raz po raz apartamenty,
człowiek, którego interesy rozwijały się jak najpomyślniej, nie wahał się
pokumać z szefem rodziny w Passo di Rigano, Salvatorem Inzerillo. I najwyraź­
niej go to bawiło.
Tommaso Buscetta spędził bardzo miły wieczór w towarzystwie Lo
Prestiego i jego małżonki. Nie było mowy o sprawach związanych w jakikolwiek
sposób z mafią, jak zresztą zawsze czynią mężowie honoru, kiedy razem z nimi
znajduje się dama. Ingegnere nie omieszkał wszakże wysławiać potęgi i chwały
Nina Salvo.
— Mój kuzyn — powiedział Lo Presti — ma ogromny wpływ na polityków;
jeśli pozostanie pan w Palermo, załatwi on legalizację pańskiego pobytu. Pan
mógłby na przykład zakończyć odbywanie kary w warunkach wolności ograni­
czonej.
Rozwijając ten sam wątek myślowy, Lo Presti polecił mu również gorąco
mediolańskiego finansistę, Carmelo Gaetę, który chętnie współpracował z męża­
mi honoru. Jeśli wierzyć Lo Prestiemu, tenże Gaeta miałby zorganizować podróż
papieską na Bliski Wschód. I Tommaso Buscetta czuł się zmuszony wierzyć na
słowo Lo Prestiemu, nie miał bowiem najmniejszej możliwości sprawdzenia tej
informacji.
Rozdział trzeci

70 Wyliczając swoich potężnych przyjaciół ingegnere Lo Presti nie wywarł,


jak się zdaje, nadmiernego wrażenia na Tommaso Bruscetcie. Nie zmie­
niło to wcale jego decyzji, by możliwie jak najszybciej opuścić przeklętą
wyspę.
— Proszę zostać w Palermo — ponawiał swoje nalegania Lo Presti. —
Znajdę panu jakiś apartament. Obiecuję załatwić panu ulgowe taryfy w jed­
nym z kompleksów budowlanych, które właśnie wznoszę. Nie będzie pan
żałował.
Tommaso Buscetta w grzecznych słowach odmówił jednak przyjęcia tej
oferty. Po kilku tygodniach spędzonych w Palermo zdołał się już zorientować,
że kończą się spokojne chwile, które mężowie honoru przeżywali tutaj w nie­
jakiej euforii zarówno dzięki bezprecedensowemu postępowi w sprawach so­
cjalnych, jak też dzięki beztrosce charakterystycznej na ogół dla okresów
poprzedzających wojnę.
Buscetta, zawieszony między chęcią niezwłocznej ucieczki a pragnieniem
pozostania możłiwie jak najdłużej z bliskimi krewnymi zamieszkującymi na
wyspie (braćmi, synami oraz zastępem eks-żon i kochanek), postanowił opóźnić
swój wyjazd o kilka miesięcy. Chodziło mu o to, by przed powrotem do Rio
spędzić w Pałermo święta i sylwestra. Pozostawało tylko znaleźć mieszkanie
pewniejsze od tego, które wynajął mu syn, a które lada dzień mogły odkryć
„zbiry”.
Stefano Bontate spontanicznie oddał mu do dyspozycji swój wiejski dom
i — żeby Buscetta czuł się bardziej komfortowo, gdyż tymczasem zjechała do
niego z Brazylii żona z dziećmi — uczyruł gest, na który mało kto by się zdobył.
Zaproponował mu pobyt w luksusowej willi należącej do jednego z jego
najdroższych przyjaciół, do Nina Salvo we własnej osobie.
Położona kilka kilometrów od stolicy Sycylii, przy szosie łączącej Palermo
z Mesyną, rezydencja, którą Nino Salvo dzielił z jednym ze swych zięciów
i kuzynem Ignaziem, składała się z trzech nowoczesnych willi skrytych pośród
drzewek cytrynowych i bougainvilli.
Można sobie wyobrazić oczarowanie Tommasa Buscetty i jego rodziny za
każdym razem, gdy przyjeżdżali do nowego locum. Przedostawszy się za ciężką,
zdalnie sterowaną kratę musieli jeszcze przebyć sto metrów asfaltowej drogi,
która prowadziła do podnóża trawiastego stoku, gdzie niemal na poziomie
morza stały trzy wille.
W najpiękniejszej z nich, willi Nina Salvo, Tommaso Buscetta spędził
ostatnie dni roku 1980. Gospodarz, który lubił zimą przebywać w Palermo,
zjawił się raz i drugi, chcąc mieć pewność, że rodzinie Buscetty niczego nie brak.
W wieczór sylwestrowy strażnik posiadłości dostarczył im wykwintny posiłek
z hotelu Zagarella, ogromnego gmachu o dziewięciuset pokojach, który wtedy
jeszcze należał do Nina Salvo.
Noc przed starciem

Zima była łagodna; na drugi dzień Tommaso Buscetta miał jechać 71


do Paryża, by stamtąd odlecieć do Rio. Można sobie łatwo wyobrazić,
z jakim smutkiem, zabarwionym nostalgią nieodłączną od każdego odjazdu
z miejsc drogich sercu i duszy, po raz ostatni patrzył na wspaniałą za­
toczkę Sant’ Elia, obrzeżoną od północy zadziwiającym przylądkiem Capo
ZafTerano.
Zapewne wiedział, że nigdy więcej nie przeżyje podobnej chwili.
Pułapki Rozdział czwarty

KAŁASZNIKOW AK 47

Stefano Bontate obchodził czterdzieste trzecie urodziny w towarzystwie


kilku krewnych i kilkunastu mężów honoru ze swojej rodziny w willi przy via
Yillagrazia u bram Palermo, stojącej jakieś sto metrów od alei, która zamyka
południową część miasta. Sądząc po stopniu rozbawienia gości bankiet się nie
udał. Czas nie sprzyjał radosnemu świętowaniu: nadmiar przykrych powrotów
i potajemnych, ale źle tajonych spisków zaciążył na atmosferze, i tak już bardzo
napiętej wskutek pierwszych oznak nieuchronnej wojny. Szef rodziny z Santa
Maria di Gesii przyjął życzenia od swego niedawnego zastępcy, kupca tekstyl­
nego Piętro Lo Jacomo, dopiero co zwolnionego przezeń z tej funkcji; Lo Jacomo
zdawał się jednak nie mieć mu tego za złe. Stefano Bontate miał wówczas wiele
kłopotów ze swoją mafijną rodziną i odsunięcie Pietra Lo Jacomo było jedynie
epizodem w długim szeregu incydentów, które —jak już wiemy — zmierzały do
zakwestionowania władzy Bontatego, i to zarówno od wewnątrz, przez pewnych
mężów i przez brata głowy rodziny, jak też z zewnątrz, przez sekretarza Kopuły,
Michele Greca.
Przyjęcie zakończyło się niezwykle wcześnie. Tuż po jedenastej wieczorem
23 kwietnia 1981 roku Bontate usiadł za kierownicą swojej nowiutkiej giuUetty
2000. Jeden z jego ludzi, Stefano Di Gregorio, miał w małym fiacie 127 torować
mu drogę aż do wiejskiej willi, gdzie solenizant postanowił spędzić noc. Już po
kilku minutach wjechali na via della Regione Sicilia, obwodnicę prowadzącą
do autostrady Palermo—Katania, którą mieli opuścić przy pierwszym skrzyżo­
waniu. Stefano Di Gregorio, który przybył na miejsce dużo wcześniej od szefa,
miał sporo czasu, by otworzyć na oścież bramę posiadłości i zaparkować swój
Pułapki

samochód; w końcu począł się jednak niepokoić dziwnym opóźnieniem przy­ 73


jazdu ojca chrzestnego. Di Gregorio nie orientował się, że Bontate został z tyłu
z powodu zbyt wcześnie rozbłysłego na skrzyżowaniu czerwonego światła.
Wreszcie wsiadł z powrotem do samochodu i przemierzając trasę w odwrotną
stronę dojechał aż do via della Regione Sicilia.
Di Gregorio z pewnością natychmiast zrozumiał, co się stało. Duszne
wieczorne powietrze wchłonęło już woń spalonego prochu i dzielnica tonęła
w ciszy głębszej niż zazwyczaj. Lewy bok giulietty 2000 nadział się na narożną
ścianę przy skrzyżowaniu via Ajola i Regione Sicilia, choć silnik wciąż jeszcze
pracował, a reflektory świeciły. Szef rodziny z Santa Maria di Gesu, przez
najbliższych nazywany Sokołem, a przez innych „księciem z Yillagrazia”,
wpadł z pułapkę w chwili, gdy jako zdyscyplinowany kierowca stał pod
czerwonym światłem. Śmiertelnie raniony Bontate zdążył jeszcze ostatkiem sił
włączyć pierwszy bieg, ale wóz przejechał już tylko kilka metrów. Gdy Stefano
Di Gregorio otworzył tylne drzwiczki z prawej strony, zrozumiał, że nie może dla
swojego szefa nic więcej zrobić.
Stefano Bontate leżał na prawym boku; jego twarz przemieniła się
w krwawą jamę, a w jasnym garniturze ziały na plecach dwa czarniawe krate­
ry o kilkucentymetrowej średnicy. Gdy został ranny, zdołał jeszcze wyjąć broń,
półautomatyczny pistolet kalibru 7,65, ale chyba nie zdążył się nią posłużyć.
Od strony szosy było już słychać syreny nadjeżdżających wozów policyj­
nych. Stefano Di Gregorio zniknął w mroku, zostawiając na jezdni krwawe
ślady. Dokoła wozu poniewierały się na ziemi metalowe łuski z numerem 711-74
pochodzące z automatu produkcji radzieckiej, znanego powszechnie pod nazwą
kałasznikowa.

NEGOCJACJE

Inwestor budowlany Girolamo Teresi, dla najbliższych Mimo, od nie­


dawna pełnił funkcję nowego wiceszefa rodziny w Santa Maria di Gesu. Był
kuzynem braci Stefana i Giovanniego Bontate oraz szwagrem tego drugiego
(obaj poślubili córki ojca chrzestnego Matteo Cittardy), lecz bez wątpienia
wolał towarzystwo pierwszego.
Teresi zdołał zyskać zaufanie starszego Bontate, toteż zawsze był przez
niego zapraszany, ilekroć ten ostatni wydawał bankiet przy via Yillagrazia.
Dzięki temu miał sposobność poznać różnych przyjaciół swojego szefa: Nina
Salvo, zwanego Akcyżnikiem, Salvatore Inzerilla, szefa innej rodziny, czy
Tommaso Buscettę. Spotykanie tych ludzi było dla niego czymś więcej niż
zaszczytem, było dowodem zaufania i życzliwości ze strony jego szefa. Można
sobie wyobrazić, jak bardzo przejął się zamordowaniem Stefana Bontate.
Rozdział czwarty

74 W kilka godzin po doniesieniu przez środki masowego przekazu o śmier­


ci jego szefa, Girolamo Teresi udał się do domostwa rodziny Bontate przy
via Yillagrazia. Sądził, że zastanie tam wdowę i krewnych zapłakanych,
ubranych na czarno, z trudem powstrzymujących łkanie na widok mężów
honoru z Santa Maria di Gesii przybyłych z wyrazami szacunku i ubole­
wania. Niestety, przygnębienia krewnych nawet nie dało się zauważyć, a kon-
dolencje mężów okazały się czczą formalnością. Przerażeni czymś tak nie­
samowitym, czego jeszcze przed kilkoma godzinami nie byliby nawet w stanie
sobie wyobrazić, i jedni, i drudzy woleli czekać po cichu na dalszy bieg
wypadków.
Wśród nielicznych osób, które Girolamo Teresi zauważył tego dnia
w żałobnym salonie willi przy via Yillagrazia, znajdował się Salvatore Con-
tomo, mąż honoru oddany Stefanowi Bontate, który przychodząc tam wiele
ryzykował, gdyż poszukiwała go wówczas policja palermitańska.
Contomo był równie zbulwersowany jak Teresi.
— Nie przyszedłem wczoraj na przyjęcie urodzinowe — powiedział —
ponieważ nie chciałem narażać szefa. Pomyślałem, że lepiej go nie kom­
promitować moją obecnością. Złożyłem mu dyskretnie swoje życzenia dzień
wcześniej.
Człowiek ten zasługiwał w pełni na przydomek Koriolana Puszczy, który
mafljczycy nadali mu na cześć postaci z literatury sycylijskiej, swoistego
odpowiednika angielskiego Robin Hooda.
— Co teraz zrobimy? — spytał Contorno Girolama Teresi.
— Wybiorę się do Michele Greca — odparł Teresi — żeby zażądać
wyjaśnień.
Teresi miał rację: jeśli ktokolwiek wiedział, co kryje się za tym morderst­
wem, był to bezsprzecznie sekretarz generalny Kopuły.
Girolamowi Teresi jako wiceszefowi przypadł w udziale wóz kuloodporny,
który przezornie zamówił Stefano Bontate i który przysłano kilka dni za późno.
Od śmierci swojego ojca chrzestnego Teresi poruszał się wyłącznie tym nowym
nabytkiem, ciężką granatową alfettą 2000 zarejestrowaną w Mediolanie i godną
ministra; wielokrotnie jeździł nią do Fondo Favarella w Ciaculli, gdzie wiemy
tradycji Michele Greco prowadził salon w dniach, w których nie zbierała się
Kopuła.
Po każdym z tych spotkań Teresi powracał coraz bardziej wściekły i coraz
bardziej niespokojny. Miał wrażenie, że Papież z niego szydzi, że usiłuje wygrać
na czasie, powtarzając bez przerwy to samo:
— Nie wiem, kto mógł dokonać tego zamachu, ale zasięgnę języka. Niech
pan przyjedzie jutro. Proszę się na razie zająć swoimi sprawami, pan się nie
musi niczego bać.
Girolamo Teresi nie omieszkał systematycznie informować o wszystkim
Pułapki

tych spośród członków rodziny, do których miał jeszcze zaufanie. Należał do 75


nich Salvatore Contorno.
— Jestem przekonany, że Michele Greco to wspólnik morderców Bon-
tatego — powiedział mu Teresi na początku maja 1981.
Obaj mężowie podzielali to samo przekonanie: corleończycy Luciana
Leggio byli bez wątpienia cichymi wspólnikami morderstwa. Pozostawało
jedynie dociec, jak bardzo się w tę sprawę zaangażowali widząc w tym takie czy
inne korzyści.
— Jestem pewien, że corleończycy posłużyli się przy tym zabójstwie
członkami naszej rodziny — podjął Teresi.
Ale kim? Obaj skłaniali się pod tym względem do przeciwstawnych hipotez.
Być może chodziło o braci Ignazia i Giovanniego Battistę Pullara? Byli to
przecież kuzyni Bernarda Brusca, zagorzałego sprzymierzeńca corleończyków.
Prócz tego czyż ci sami bracia Pullara nie kwestionowali publicznie zdolności
Stefana Bontate do kierowania sprawami rodziny?
Przyszłość wykazała, że nie mylili się. Prawda była jednak jeszcze straszniej­
sza, niż mogliby sobie wyobrazić.

KAIN I ABEL

Dla sycylijskich sędziów, którym powierzono śledztwo w tej sprawie, udział


Giovanniego Bontate w zabójstwie brata nie ulegał najmniejszej wątpliwości.
Nie brak co prawda w Palermo mężów honoru, którzy też uznawali go za Kaina,
ale z całkiem innych względów, i to nie tylko dlatego, że brakło mu odwagi, by
pomścić śmierć brata, lecz również z uwagi na fakt, iż publicznie przyznał rację
mordercom, nie czekając nawet do końca żałoby.
Jeśli pogłoski nie precyzują dokładnie, jaki był udział Giovanniego Bontate
w ponurym spisku na życie jego brata, to w każdym razie wyraźnie mówią
o działaniu różnych cichych współwinowajców, co zabójcom bardzo ułatwiło
robotę. Mężowie honoru z Palermo wiedzą, że jednym z głównych animatorów
zbrodni był nie kto inny jak Piętro Lo Jacomo, odsunięty przez Stefana Bontate
wiceszef rodziny, który od pewnego już czasu spiskował przeciw niemu wraz
z bratem swojego ojca chrzestnego. W każdym razie jego rola w całej aferze na
pewno nie była drugorzędna.
To Piętro Lo Jacomo przekazywał zabójcom informacje co do trasy
przejazdu Stefana Bontate po zakończeniu przyjęcia urodzinowego. Posłużył
się w tym celu nadajnikiem radiowym, z pewnością zainstalowanym w jego
wozie.
Jakby dla potwierdzenia najstraszliwszych podejrzeń, Michele Greco
wkrótce po zabójstwie Stefana Bontate oświadczył Girolamowi Teresi, że
Rozdział czwarty

76 Kopuła postanowiła wyznaczyć dwóch swoich przedstawicieli do uporząd­


kowania spraw rodziny z Santa Maria di Gesii. Teresiego nie zaskoczyły ich
nazwiska; byli to domniemani zdrajcy, Giovanni Battista Pullara i Piętro Lo
Jacomo.
Pullara i Lo Jacomo byli wpływowymi członkami rodziny z Santa Maria di
Gesu. Zgodnie z tradycją, jakiej hołdowała Cosa Nostra, przede wszystkim
należało pomścić szefa, i to za wszelką cenę. Toteż w żadnym razie nie powinni
byli oni przed zamknięciem całej sprawy zgadzać się na przejęcie dowództwa
w rodzinie. Oznaczało to, że ich nominacja świadczyła o jawnym wiarołomstwie.
Takiego zdania byli w każdym razie dawni przyjaciele Stefana Bontate, od
Girolama Teresi poczynając.*

NIEWŁAŚCIWE KONTAKTY

Girolamo Teresi popełnił wówczas błąd, którego znaczenia w pierwszej


chwili sobie nie ixzmysławiał: spotkał się z Salvatore Inzerillem, który od śmierci
swojego przyjaciela jako jedyny przeciwstawiał się corleończykom w łonie
Kopuły.
Obaj zachowali jak najdalej posuniętą ostrożność. Nie było mowy o afiszo­
waniu się w jakimś miejscu publicznym czy bodaj w jednej z willi służących im
za schronienie. Jeśli nawet nie śledzili ich ludzie z Corleone, z całą pewnością
czyniła to policja. Od śmierci Bontatego policjanci nie siedzieli z założonymi
rękami i bez wahania urządzali naloty na wszystkie miejsca, gdzie w mniejszym
lub większym stopniu można się było spodziewać poufnych zgromadzeń
mafijczyków.
Girolamo Teresi i Salvatore Inzerillo postanowili się zatem spotkać
u pewnego znajomego ich przyjaciół, który handlował złomem; jego składy
dziwnym zbiegiem okoliczności znajdowały się przy via della Regione Sicilia,
niedaleko miejsca zamachu na Stefana Bontate, naprzeciwko baru o nazwie
Baby Luna. Nie znamy treści ich rozmowy; bez wątpienia podzielili się
podejrzeniami co do tożsamości zabójców Sokoła, uzupełniając je paru nader
gorzkimi uwagami pod adresem corleończyków i Michele Greca. Spotkanie
ich okazało się rzeczą ważną nie tyle ze względu na rozmowę, co na jego
następstwa.
W tych samych dniach, na początku maja 1981 roku, Girolamo Teresi
ponownie udał się do Fondo Favarella, ażeby pomówić z Papieżem o swej
własnej przyszłości i przy okazji dowiedzieć się, czy coś już wiadomo na temat
śmierci Sokoła.
Tym razem Michele Greco był zadziwiająco ścisły, chociaż cokolwiek
lakoniczny.
Pułapki

— Co pan robił u złomiarza przy via della Regione Sicilia? — spytał, po 77


czym dorzucił: — Słyszałem, że spotkał się pan z Salvatorem Inzerillo. Niech
pan raczej na przyszłość unika z nim kontaktów. Proszę mi wierzyć, tak będzie
dużo lepiej.
Zdumiony Girolamo Teresi zrozumiał wówczas, że ludzie Papieża śledzili
każdy jego ruch. Nie od razu zdał sobie sprawę, że Michele Greco właśnie
odkrył swoje karty dając mu do zrozumienia, jaki będzie najbliższy manewr
corleończyków i ich sprzymierzeńców.

STRZAŁY W NOCY

Via Liberta nie należy wprawdzie do najbardziej ożywionych w nocy


arterii Palermo, niemniej ta ulica pełna luksusowych sklepów, eleganckich
kawiarni i restauracji dla lepszego towarzystwa jest aż do późnych godzin dosyć
ruchliwa. 10 maja 1981 roku liczni mieszkańcy Palermo korzystając z łagodnej
aury spacerowali wieczorem po mieście, a kilkadziesiąt osób snuło się również
po tej arterii, którą niesłusznie porównuje się do ruchliwszej przecież alei
Champs-Elysees.
Kilka minut po dwudziestej trzeciej, kilkadziesiąt metrów za rogiem via
Liberta zatrzymał się przy via Ricasoli jasny wóz, golf lub talbot — zeznania
świadków różnią się co do tego — z którego wysiadł dwudziestolatek, mąż
honoru, mierzący według opinii pierwszych świadków metr siedemdziesiąt pięć
centymetrów wzrostu. Niósł w prawej ręce owinięty w papier gazetowy
przedmiot długości jakichś dziewięćdziesięciu centymetrów, który mógł ważyć
około pięciu kilo.
Młody człowiek spokojnie doszedł do rogu, gdzie zatrzymał się przed
sklepem jubilerskim Contino. Nie zwracając uwagi na przechodniów oparł
swoją paczkę o kuloodporną witrynę zabezpieczającą klejnoty, głównie wyroby
firmy Cartier. Usłyszano kilka metalicznych trzasków. Potem nastąpiła seria
szczęknięć, której towarzyszyły błyski, a pancerne szkło witryny zarysowały
odpryski kul. Bez wątpienia młody, bezceremonialny człowiek rozładowywał
magazynek broni automatycznej, celując w witrynę sklepu Contino. W jakim
celu? Nie wiadomo.
Po oddaniu serii strzałów młodzieniec zrobił przerwę, przyjrzał się swojej
robocie i znów wycelował w witrynę. W chwili gdy rozpoczął drugą serię, ujrzał
dwóch nadbiegających policjantów prywatnych, już z pistoletami w ręku. Mło­
dy człowiek obrócił broń w ich stronę i otworzył ogień. Po krótkiej strzelaninie,
w której nikt nie został zraniony, gdyż obie strony prześcigały się w niezręcz­
ności, strzelec doszedł do wniosku, że najwyższy czas rejterować, i zniknął
jeszcze szybciej, niż się pojawił.
Rozdział czwarty

78 Chociaż Palermo jest miastem przyzwyczajonym do różnych absurdów,


lokalna prasa postawiła nazajutrz całą serię nader rozumnych pytań, a wśród
ruch i takie: cóż mogło pchnąć młodego człowieka do władowania całego
magazynka automatu w szybę witryny sklepu z klejnotami, a potem do strze­
lania w stronę policjantów prywatnych? Przecież nie powodowała nim chęć
zysku, skoro usiłując przestrzelić opancerzoną witrynę tajemniczy strzelec nie
wykazywał najmniejszego zamiaru zagarnięcia kłejnotów. O co właściwie szło?
Łuski zebrane przez policję na miejscu zajścia zdołały w pewnym stopniu
wyjaśnić całą sprawę. Nosiły one bowiem ten sam nadruk co łuski znalezione
wokół zwłok Stefana Bontate: 711 -74. One również pochodziły z całą pewnością
z broni automatycznej typu kałasznikow.
Ostrzeliwując witrynę sklepu z klejnotami, tajemniczy strzelec nie miał
oczywiście innej intencji poza wypróbowaniem skuteczności swojej broni na
opancerzonej szybie grubości kilku centymetrów. Czy próba wypadła dobrze?
Przyszłość wkrótce to potwierdziła.

FATALNE RENDEZ-VOUS

Nie bez słuszności można by sądzić, że Salvatore Inzeriłlo nie wiedział


jeszcze o ostrzelaniu sklepu Contino, kiedy wyszedł z domu kilka godzin później,
rankiem 11 maja 1981. Popołudniówka jeszcze się nie ukazała, a radio w swoich
przeglądach prasowych nie podawało tej wiadomości. Gdyby ją nawet znał, nie
zmieniłoby to w żadnym razie jego porannych projektów: Salvatore Inzeriłlo
miał rendez-vous z miłą damą, której nazwiska nie wymienimy, zdradzimy
jedynie, że mieszkała pod adresem via Brunelleschi nr 50 w Palermo.
Gdyby się czuł zagrożony — poruszał się już tylko opancerzonym wozem,
białą alfettą 2000 zarejestrowaną w Palermo — zapewne pomyślałby, że na
razie śmierć mu nie zagląda w oczy. Nie wątpił, że jego adwersarze, corleoń-
czycy, życzą mu śmierci równie brutalnej i przedwczesnej co śmierć jego
kompana Stefana Bontate. Sądził jednak, że korzysta z czegoś w rodzaju
ubezpieczenia na życie.
Przedstawiciel corleończyków w łonie Kopuły, Sałvatore Riina, powierzył
mu przecież, zanim jeszcze sprawy wzięły zły obrót, pięćdziesiąt kilogramów
heroiny przeznaczonej na rynek amerykański. Salvatore Inzeriłlo jako bliski
krewny nowojorskiej rodziny mafijnej Gambino był idealnym człowiekiem do
przeprowadzenia tego rodzaju transakcji.
Pięćdziesiąt kilogramów heroiny równało się mniej więcej czterem milio­
nom dolarów. Inzeriłlo nie przekazał jeszcze pieniędzy Riinie, czuł się więc
zupełnie bezpieczny. Sądził, że nikt nie zgodzi się zrezygnować z czterech
milionów dolarów w zamian za ludzkie życie. Był w błędzie. Nienawiść, którą
Pułapki

budził w corleończykach, nie znała ceny. Wrogowie SaWatore Inzerilla oddaliby 79


za jego śmierć wszystko, wyrzekliby się nawet równowartości tak poważnej
porcji heroiny, której produkcja w jednej z ich wytwórni wymagałaby całego
tygodnia pracy.
To z myślą o Inzerillu wypróbowywano kałasznikowa na opancerzonej
szybie sklepu Contino.
Ciepłe jeszcze zwłoki Salvatore Inzerilla znalazła policja palermitańska
11 maja 1981 roku o dwunastej trzydzieści w południe. Szef rodziny z Passo di
Rigano leżał na plecach tuż przy opancerzonym wozie, którego po upojnej
randce nie zdążył już otworzyć na wewnętrznym dziedzińcu przy via Brunelle-
schi nr 50.
Między trupem a wozem leżało etui z kluczami oraz bluza z rewolwerem
typu Smith and Wesson, kaliber 357 Magnum, o nie spiłowanym numerze
rejestracyjnym (83K902) i z pełnym magazynkiem (sześć nabojów). W kieszeni
zmarłego znaleziono zapasowy komplet pocisków tego samego typu.
Jak na taką robotę przystało, dziedziniec wokół trupa usiany był śrutem,
a wśród dziesiątków łusek rozróżniono trzy kalibru 12, pochodzące z broni
myśliwskiej, dwie z tak zwanej strzelby myśliwskiej oraz trzy bębenki i dwa
naboje z broni automatycznej kalibru 7,62.
Niedaleko miejsca zbrodni policja znalazła jeszcze w skradzionej furgonet­
ce marki Renault, która posłużyła mordercom za strzelnicę, kilkanaście łusek
kalibru 7,62 poniewierających się wśród odprysków tylnej szyby wozu. Na
wszystkich widniał numer 711-74 niczym autograf palermitańskich przyjaciół
kałasznikowa.

POTRZASK

Girolamo Teresi miał bez wątpienia dużo szczęścia. Były zastępca Bon-
tatego udawał się właśnie pod wyżej wymieniony adres, by o dwunastej
trzydzieści spotkać się na dziedzińcu z SaWatorem Inzerillo, który o tej porze
miał wyjść od swojej flamy. Teresi znajdował się już o jakieś kilkadziesiąt me­
trów od nr 50 przy via Brunelleschi, kiedy usłyszał szczęk pierwszych strzałów
z kałasznikowa. Zrozumiał natychmiast nie tylko to, że jego spotkanie zostało
anulowane i odłożone ad vitam aeternam, lecz także i oczywistą rzecz, że jeśli
pragnie pozostać przy życiu, musi możliwie jak najszybciej opuścić dzielnicę,
w której się znajdował, i na pewien czas zniknąć wszystkim z oczu.
' Girolamo Teresi przestrzegał okresu żałoby przez kilkanaście dni, ograni­
czając do maksimum wyjścia z domu, poruszając się wyłącznie w opancerzonym
wozie i zawsze z bronią oraz spotykając się jedynie z członkami swojej mafijnej
rodziny, i to tylko z tymi, do których miał całkowite zaufanie. Wiedział jednak.
Rozdział czwarty

80 że wcześniej czy później będzie musiał stawić czoło nowym szefom, Giovannie-
mu Battiście Pullara i Piętrowi Lo Jacomo, tym samym, których podejrzewał
o maczanie palców w zamordowaniu jego ukochanego szefa, Stefana Bontate.
26 maja rano w sposób dziwnie solenny pożegnał dzieci i żonę przed
wyjściem z domu.
— Mam spotkanie z przyjaciółmi — powiedział żonie, a obecny przy tym
świadek będzie się później zaklinał, że dpdał również: — Wszystko pójdzie
dobrze. Gdybym przypadkiem nie wrócił, zaopiekuj się dziećmi.
Po wyjściu z domu w Palermo Girolamo Teresi ruszył prosto do swojego
domu na wsi, położonego wśród drzew cytrusowych w regionie, którego nazwa
dobrze pasuje do opowieści o zdradzie, Falsomiele (fałszywy miód). Wyznaczył
tam spotkanie pięciu innym mężom honoru ze swojej rodziny w Santa Maria di
Gesu, którzy stanowili ostatnią garstkę wiernych Stefanowi Bontate.
— Nasi nowi szefowie, Giovanni Battista Pullara i Piętro Lo Jacomo, chcą
się z nami spotkać. Zaprosili nas wszystkich — powiedział im Teresi — by
uregulować różne sprawy rodziny. Trzeba ponownie podzielić władzę, żeby
podjąć naszą zwykłą działalność.
Łatwo zgadnąć, że podobnego zaproszenia obecni nie przyjęli jednomyśl­
nie.
— To potrzask — powiedział Salvatore Contorno, Koriolan Puszczy,
który wiedział, jak straszna może być dwulicowość pewnych mężów hono­
ru. — Oni nas zmasakrują.
Emanuele D’Agostino, jeden z doświadczonych zabójców w tej rodzinie,
był podobnego zdania:
— Wiadomo, czym to pachnie.
— Mam gwarancje — oświadczył Teresi. — Spotkanie nie odbędzie się
byle gdzie. Jego miejsce ma wybrać Nino Sorsi (szef rodziny z Yillagrazia zwany
Nino U’Riccu, Jeżowiec), który był serdecznym przyjacielem Stefana Bontate.
Nawet wtedy Salvatore Contorno i Emanuele D’Agostino pozostali
niewzruszeni. Nikt i nic nie wpłynęłoby na zmianę ich zdania, nawet papież,
rzecz jasna ten prawdziwy, z Watykanu.
Contorno i D’Agostino pożegnali zatem Girolama Teresi i jego trzech
akolitów, którzy postanowili się do niego przyłączyć. Byli to Giuseppe Di
Franca, były ochroniarz Stefana Bontate, oraz bracia Angelo i Salvatore
Federico, dwaj drobni przemysłowcy kierujący wytwórnią plastykowych wy­
kładzin Ediplast, która ściśle współpracowała z różnymi towarzystwami „rodzi­
ny” Bontatego. Contorno i D’Agostino podjechali ze swoimi kompanami aż do
małej szosy Autobianchi A 112, w którą ci ostatni skręcili zmierzając ku swemu
przeznaczeniu. Więcej ich już nie zobaczono.
Tego samego wieczoru krewni czterech mężów honoru, widząc, że nie
wrócili do domu, zrozumieli bez żadnych wyjaśnień, jaki spotkał ich los.
Pułapki

i rozpoczęli żałobę. Ich żony, całe w czerni, przy zasłoniętych żaluzjach 81


i w otoczeniu rodzin oddały się opłakiwaniom.
Odnaleziono tylko samochody czterech mężów, zaparkowane w różnych
częściach miasta. Ciała zniknęły. Wieść głosi, że wszystkich czterech zgładzono
w jednej chwili, ledwo przyjechali na miejsce spotkania wyznaczone im przez
nowych szefów rodziny z Santa Maria di Gesii. Nie wiadomo, jaką śmiercią
zginęli. Oprawcy organizacji Cosa Nostra na ogół w podobnych okolicznościach
nie używali broni palnej; woleli uspokoić swoje ofiary, zanim je zbiorowo otruli
podczas posiłku czy jakiejś popijawy. Jeśli konieczne stawało się przesłuchanie,
unieruchamiali swoich skazańców, by łatwiej ich było torturować przed
uduszeniem.
Nie wiadomo nawet, czy cztery trupy rozpuszczono w jakimś kwasie, czy
też po prostu wrzucono je, obciążone balastem, w głąb zatoki palermitańskiej.

TERRORYSTA

Emanuele D’Agostino był starym lisem o przeszłości niezbyt godnej


szacunku. To właśnie on uczestniczył w komando, które zmasakrowało sześć
osób, a wśród nich groźnego mordercę, Michele Cavatajo, 18 grudnia 1969 roku
w biurze przy viale Lazio, o czym policja ani przez chwilę nie wątpiła.
Palermitańscy mężowie honoru mieli z kolei doskonałe informacje o tym akcie
zbrojnym Emanuele D’Agostina i wszyscy, aż do niedawna, czuli wobec niego
respekt. Jednakże w Palermo respektem, jak i czymkolwiek innym, można się
cieszyć tylko do czasu.
Kiedy Emanuele D’Agostino dowiedział się o zniknięciu Girolama Teresi
i jego trzech akolitów, jako człowiek doświadczony zrozumiał, że okres
poważania ma już za sobą. Skoro razem z Salvatorem Contomo wykazał tyle
inteligencji, że nie wpadł w pułapkę zastawioną przez szefów rodziny, powinien
i teraz zniknąć jak najszybciej, jeśli mu życie miłe. Z całą pewnością i oni dwaj
zostali bowiem skazani na śmierć.
Wszystkiego można było się dowiedzieć, pod warunkiem że miało się jesz­
cze w mieście jakichś przyjaciół. Słowem, tylko wtedy wchodziła w grę możli­
wość ratunku, jeśli corleończycy i ich sprzymierzeńcy wydali na nich wyrok bez
wiedzy pozostałych szefów rodzin. Emanuele D’Agostino niebawem się tego
dowiedział.
— Wybieram się do Stanów Zjednoczonych — oświadczył Salvatore
Contomowi. — Mój przyjaciel Rosario Riccobono załatwi mi paszport. Zanim
się z tym upora, schronię się pod jego dachem.
Emanuele D’Agostino musiał być albo zupełnie nieświadomy rzeczy, albo
bardzo naiwny, skoro zdał się na łaskę człowieka, którego koledzy z Kopuły

Calvi
Rozdział czwarty

82 przezwali Terrorystą ze względu na jego fatalną skłonność do zabijania swych


bliźnich. D’Agostino niewątpliwie sądził, że jeśli istnieje ktokolwiek, do kogo
mógłby mieć zaufanie, to bezsprzecznie jest nim szef rodziny w Partanna,
którego znał od niepamiętnych czasów. Prawdopodobnie pomylił się.

WIADOMOŚCI Z KRAJU

Bardzo daleko od Palermo, na pewnej farmie w okolicach Sao Paulo,


Tommaso Buscetta dokładnie śledził rozwój wypadków na Sycylii. Nie po­
trzebował nawet czytać włoskich dzienników, które nadchodziły niekiedy
z tygodniowym opóźnieniem, żeby być „na bieżąco”. Wystarczyło mu kilka
telefonów międzykontynentalnych, by miał już dosyć dokładne pojęcie o sytua­
cji na wyspie. O szczegóły pytał dawnego znajomego, imigranta ze starej ro­
dziny palermitańskiej, Antonia Salamone, z zawodu budowniczego, od dawna
osiadłego w Brazylii i od jakiegoś już czasu obywatela tego kraju. Sekretarz
Kopuły od roku 1977, Antonio Salamone, był również ojcem chrzestnym jako
głowa rodziny z San Giuseppe di Jato. Innymi słowy nic, co się działo nawet
o całe tysiące kilometrów od Sao Paulo, nie było mu obce.
Antonio Salamone i Tommaso Buscetta odwiedzali się od dawna. Po­
znali się, niby w piosence, w Palermo w roku 1950, odnowili znajomość
w Nowym Jorku, w dziesięć lat później stracili się z oczu w więzieniu Ucciar-
done, a potem znów się spotkali w Palermo. Do Brazylii zaniósł każdego
z osobna wir życia. Gdy dotarły do nich wieści o śmierci Stefana Bontate,
a niebawem i Salvatore Inzerilla, z którymi obydwaj się przyjaźnili, znów zbli­
żyli się do siebie, tym bardziej że obydwaj znali groźne sekrety zmarłych ojców
chrzestnych.
Dla obu nie było na przykład tajemnicą, że ich nieżyjący już przyjaciel
przez jakiś czas żył myślą o uśmierceniu podczas zebrania Kopuły przed­
stawiciela corleończyków, Salvatore Riiny. Trzeba przyznać, że i jeden, i drugi
śledzili z niepokojem rozwój masakry palermitańskiej.
Antonio Salamone miał jeszcze inny powód do niepokoju. Jako sekretarza
Kopuły należało go uprzedzić o losie, który szykowano dwóm jego kolegom.
Uchybienia formalne niewiele go wprawdzie obchodziły, lecz mimo wszystko
niepokoił się, że nie został wezwany do Ciaculli po podwójnym morderstwie.
Oto dlaczego wychodząc ze swojej kryjówki brazylijskiej Salamone udał się do
Palermo z niezłomnym zamiarem otrzymania audiencji u Papieża.
Po powrocie do Rio pospieszył powiadomić o rezultatach swojego pobytu
na wyspie Tommaso Buscettę, który z myślą o tym spotkaniu opuścił fazendę
pod Sao Paulo porzucając wszystkie swoje sprawy. Nowiny z Palermo nie były
dobre.
Pułapki

— Michele Greco wie wszystko — powiedział przyjacielowi Salamone. — 83


Wie, że Bontate i Inzerillo mieli zamiar zabić Salvatore Riinę.
Oczywiście Papież nie mógł wiedzieć, że Bontate poinformował Antonia
Salamone o swoich morderczych zamiarach; w przeciwnym razie nie byłby mu
pozwolił wyjechać żywym.
— Jak się o tym dowiedziałeś?
Salamone rzucił nazwisko;
— Emanuele D’Agostino.
Po śmierci Inzerilla i zniknięciu Teresiego wraz z trzema towarzyszami
Emanuele D’Agostino w obawie o życie znalazł schronienie u swojego serdecz­
nego przyjaciela Rosaria Riccobono. Niczego nie podejrzewając odkrył przed
swoim druhem spisek, jaki Bontate knuł przed śmiercią. Zapewne zarówno ze
strachu, jak i z wyrachowania Rosario Riccobono powiadomił o wszystkim
Michele Greca. Nie trzeba dodawać, że corleończycy i ich sprzymierzeńcy za­
tarli z radości ręce: wreszcie mieli, choćby nawet nieco spóźniony, lecz godny
uznania powód zamordowania dwóch sekretarzy Kopuły.
— A D’Agostino? Co z nim?
— D’Agostino — podjął Salamone — został zgładzony przez Rosaria
Riccobono, który w ten sposób chciał udowodnić swoją lojalność wobec
corleończyków. Podobnie też postąpił z synem D’Agostina. Zwabił młodego
człowieka w pułapkę prosząc go, żeby przyniósł ojcu czystą bieliznę.
Następnie, robiąc aluzję do rozsądku D’Agostina, który za pierwszym
razem uniknął śmierci nie jadąc z Teresim i innymi na spotkanie wyznaczone
im przez nowego ojca chrzestnego, Salamone zakonkludował:
— D’Agostino był na tyle rozumny, że nie zaufał Piętrowi Lo Jacomo, ale
palnął głupstwo darząc zaufaniem Rosaria Riccobono.
Reąuiescat in pace.

ROZMOWY MIĘDZYKONTYNENTALNE

Od powrotu do Sao Paulo Tommaso Buscetta usiłował dowiedzieć


się czegoś więcej o tym, co zaszło w Palermo. Czy powinien był porozma­
wiać z kimś, do kogo miałby pełne zaufanie? Tak, ale z kim? Większość blis­
kich mu ludzi już nie żyła lub pierzchła z Palermo. Zupełnie przypadkowo
wykręcił numer jednego z serdecznych przyjaciół Salvatore Inzerilla, zię­
cia Nina Salvo Akcyźnika, ingegnere Lo Prestiego, u którego był raz na
kolacji.
— Pronto! — powiedział. — Chciałbym mówić z panem ingegnere.
— Nie ma go w domu — odpowiedział żeński głos, z pewnością żony Lo
Prestiego.
Rozdział czwarty

84 — Signora — podjął Tommaso Buscetta — tu mówi signor Roberto. Czy


pani mnie sobie przypomina? Jedliśmy u państwa razem kolację.
— Ach tak, pamiętam. Co u pana słychać?
— W porządku, w porządku! Proszę powiedzieć swojemu mężowi, że
jestem w Brazylii i że jeszcze raz zadzwonię tego wieczora; niech łaskawie
poczeka na mój telefon, to bardzo ważne.
W kilka godzin później Buscetta znowu wykręcił numer 29-31-81, poprze­
dzając go kierunkowym do Włoch (39) i do Palermo (91).
Ingegnere Lo Presti podniósł natychmiast słuchawkę;
— Aa, to pan... Słucham...
— Co się właściwie stało? — spytał Tommaso Buscetta robiąc aluzję do
zamordowarua ich wspólnego znajomego, Salvatore Inzerilla.
— Szaleje tu zawiść — wyrwało się Lo Prestiemu, po czym przez chwilę in­
gegnere milczał, by podjąć znowu: —... szaleje zdrada... a w ogóle same niejasności.
— Proszę mi powiedzieć — rzekł z wahaniem Buscetta — czy pan wie,
gdzie jest brat zmarłego? Chciałbym nawiązać z rum kontakt.
Tommaso Buscetta pragnął porozmawiać z Santoninem Inzerillo, by się
z nim umówić na spotkanie i wyperswadować mu jakieś nieobliczalne posunię­
cia; tak przynajmiuej tłumaczył swojemu rozmówcy z Palermo.
— Doprawdy nie wiem, gdzie on jest. W każdym razie żyje.
— A Nino? — spytał Buscetta po dłuższym milczeniu, przywołując postać
wszechpotężnego Akcyżnika, Nina Salvo. — Może on coś wie?
— Nino zniknął — szybko poinformował go Lo Presti. Po chwili milczerua
rzekł zaś z niejakim wahaniem:
— Jeśli pan chce przyjechać... to my... zaaranżujemy wszystko.
Buscetta zrozumiał, co Lo Presti pragnął mu powiedzieć: owo „my”, które
proponowało mu zaaranżowanie jego pobytu, odnosiło się właśnie do nie­
zwykle gościnnego Nina Salvo.

ZABÓJCY DZIECI I DZIECI ZABÓJCY

Zrozumiano go właściwie: Tommaso Buscetta nie miał najmniejszej chęci


wracać do kraju, zwłaszcza w takim momencie. Wolałby postąpić jak roztropny
Nino Salvo, który po odwołaniu ożenku swojego syna opuścił na długo ojczyznę,
by żeglować po morzu i zwiedzać greckie wyspy sądząc, że zapomni o Palermo.
Cóż, Tommaso Buscetta zamknął się na cztery spusty w swojej fazendzie
położonej o kilka kilometrów od Sao Paulo, w nadziei że „mężowie” mafii
wymażą ze swojej pamięci jego nazwisko.
Ci, którzy opuścili miasto, postąpili roztropnie, gdyż wraz z nadejściem
lata i jego upałów, gdy sirocco wieje od pustyń libijskich, wściekłość mężów
Pułapki

honoru wydawała się nie znać granic. Można by sądzić, że niczym w amo­ 85
ku zabijali się tak odruchowo, jak oddychali. Nie było ratunku dla ni­
kogo.
Podczas największych upałów, kiedy przed świętem Wniebowstąpienia
miasto opustoszało, młody, niespełna siedemnastoletni Giuseppe Inzerillo
wyszedł z domu w towarzystwie innego nastolatka, Stefana Pecorelli, który
miał zostać jego szwagrem.
Mimo młodego wieku Giuseppe Inzerillo nosił garnitur męża honoru. Czyż
po śmierci ojca nie przysiągł sobie, że go pomści?
— Dorwę morderców mojego ojca — mówił. — Własnymi rękami
zakatrupię tego psa Salvatore Riinę.
Młody człowiek obiecał zapewne narzeczonemu swojej siostry, że go
przyjmie na członka straży przybocznej. Chyba też obydwaj zaopatrzyli się
w broń palną. Prosto z dzieciństwa przeszli w wiek, w którym już się zabija,
przynajmniej w Palermo. W Katanii najmłodszy płatny zabójca zatrzymany
przez policję miał zaledwie czternaście lat.
W innych częściach Włoch tego typu pogróżki przyjmowano by z uśmie­
chem, lecz tutaj ktoś musiał je wziąć serio: ledwo Giuseppe Inzerillo wyszedł
z domu, został porwany razem ze swoim towarzyszem.
Tego samego wieczoru zrozpaczone matki zawiadomiły o zniknięciu
chłopców główny komisariat miasta. W jakiś czas później, sterroryzowane
przez Bóg wie jaką groźbę, przyszły odwołać meldunek stwierdzając, że ich
latorośle odnalazły się w Stanach Zjednoczonych. Kiedy na policji zwrócono im
uwagę, że młodzieńcy pozbawieni byli wszelkich dowodów tożsamości, zacne
panie nie wiedziały, co odpowiedzieć.
Po chwili matka Giuseppe Inzerilla wybuchnęła szlochem i tym samym
dochodzeniowcom wyznała, że jej ukochane dziecko na krok nie ruszyło się
z domu, nie powiadamiając o tym najbliższych. Stało się oczywiste, że dwaj
młodzieńcy dołączyli do armii cieni, do dziesiątków nieboszczyków palermitań-
skich, którzy znikli na zawsze bez pogrzebu. Pozostawało dowiedzieć się, kto ich
uśmiercił i w jaki sposób.
W środowisku palermitańskich mężów honoru krąży straszliwa historia na
temat końca młodego Giuseppe Inzerilla. Przed zamordowaniem go oprawca
uciął mu prawą rękę mówiąc: „Teraz nie będziesz już mógł posłużyć się nią do
zabicia Salvatore Riiny.” Ów potworny epizod potwierdzony przez co najmniej
dwa różne źródła jest tym bardziej wiarygodny, iż znamy nazwisko do­
mniemanego kata: był nim Pino Greco zwany Scarpuzzedda, szef rodziny
w Ciaculli. Zabójca, przez wielu określany jako krwawy, wywierał mimo to
w łonie Kopuły wiadomy nam już wpływ.
Rozdział czwarty

CZŁOWIEK Z KAŁASZNIKOWEM

Udział Pina Greca w ćwiartowaniu Giuseppe Inzerilla i następnie w po­


dwójnym morderstwie był tylko epizodem krwawej działalności, jaką rozwinął
na początku lata 1981 roku ten ambitny młody okrutnik. Jeśli nawet nie
uczestniczył w zebraniach Kopuły — poświęconych prawie wyłącznie przy­
szłym egzekucjom, tak że już zaczęto je przyrównywać do wojennych sądów
doraźnych lub do trybunałów z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej — czy
też nie kierował poczynaniami zabójców z rodziny w Ciaculli, Pino Greco
w żadnym jednak razie nie odmawiał udziału w egzekucjach swoich nie­
przyjaciół. Dziesiątki palermitańczyków mogły więc widzieć go podczas niejed­
nej zasadzki na ulicach miasta. Lubił wtedy posługiwać się kałasznikowem,
z reguły strzelając swoim ofiarom prosto w twarz. Zapewne czynił tak w trosce
o skuteczność strzału, a może również pod wpływem patologicznego popędu.
Kto go wie.
Wśród wielu mężów honoru, których bezlitośnie ścigał, na jednego zawziął
się ze szczególną zajadłością, mordując jego bliskich i torturując przyjaciół po
to, by poznać kryjówki swojej ofiary. Ów człowiek, Salvatore Contorno
(Koriolan Puszczy), był ostatnim pozostałym przy życiu z pretoriańskiej gwardii
Stefana Bontate.
Wciąż jeszcze, jak się przekonamy, dopisywało mu nieprawdopodobne
szczęście. Czy będzie to trwało wiecznie?
Rozdział piąty
Koriolan
Puszczy

ZYCIE CODZIENNE ŻOŁNIERZA PODCZAS WOJNY

Mimo zagrażających mu niebezpieczeństw Salvatore Contomo praktycznie


nie zmienił swoich przyzwyczajeń. Czy powodowała nim nieświadomość, czy też
fatalizm? A może był to raczej nowy wyraz owej brawury, której zawdzięczał
swój osobliwy, wręcz groteskowo brzmiący przydomek Koriolana Puszczy?...
Od czasu zamordowania szefa jego rodziny, Stefana Bontate, z którym się
przyjaźnił, i po serii wiadomych zabójstw Contomo wziął sobie za punkt ho­
noru, by ani trochę nie ulegać panice. W dalszym ciągu prowadził życie ro­
dzinne równie jawne jak zazwyczaj, choć poza tym, że deptali mu po piętach
zabójcy, miał na głowie „zbirów” z policji palermitańskiej, jako że od pewnego
czasu jego nazwisko znajdowało się na listach osób poszukiwanych. Niedługo
przedtem został bowiem skazany na karę dwudziestu sześciu lat więzienia za
zorganizowanie w północnych Włoszech, w bogatej prowincji Emilia, porwania
pewnego przemysłowca.
Sałvatore Contomo wiedział, że ze wszystkich ludzi, którzy go poszukiwali,
najłatwiej dało się wyprowadzić w pole policjantów; wystarczyło, by w krytycz­
nym okresie nie nocować w domu; kiedy zanosiło się na obławę, Koriolan
Puszczy szedł bez wahania w gościnę do przyjaciół. Dla ostrożności unikał
wykraczania poza swoje terytorium, Brancaccio, wschodnią dzielnicę miasta,
gdzie od niepamiętnych czasów rządzili mężowie honoru. Ryzyko wyjścia poza
swój teren podejmował jedynie wtedy, gdy strefa, do której się udawał, była
kontrolowana przez mafię i szedł tylko tam, gdzie mógł spotkać wyłącznie
równych sobie nieprzyjaciół.
Contomo musiał z pewnością sądzić, że z łatwością udaremni podstępy
Rozdział piąty

88 przeciwników przestrzegając dwóch podstawowych zasad: nie wychodzić same­


mu i, przede wszystkim, nigdy nie przychodzić na spotkanie, nawet gdy się
umówił z serdecznym przyjacielem. Poza tym liczył na szczęście, które istotnie
w zdumiewający sposób mu sprzyjało, w każdym razie jak dotychczas.
Contorno przeżył ostatnią masakrę najbliższych członków swojej mafijnej
rodziny okazując zadziwiającą flegmę, jak o tym świadczy jego rozkład zajęć po
południu 25 czerwca 1981 roku. Małym wozem szwagierki, fiatem 127 bez
najmniejszego opancerzenia, wyjechał z Brancaccio, by udać się w rejon panu­
jącej nad Palermo „góry” lub raczej wejść prosto w paszczę lwa przy via Ciaculli,
w głębi całkowicie wrogiej strefy, gdzie władał sprawca zamordowania Stefana
Bontate i jego ludzi, Michele Greco.
Salvatore Contorno udał się do Ciaculli nie po to, żeby prowokować czy
też dopełnić aktu okrutnej zemsty. W owym czasie zaledwie przeczuwał rolę
Papieża w serii dokonywanych morderstw. Tego popołudnia wyszedł ze swojej
kryjówki powodowany po prostu serdecznym uczuciem synowskim. W towarzy­
stwie żony Carmeli, syna Antonia oraz przyjaciela syna pojechał owego dnia
złożyć wizytę swoim starym rodzicom mieszkającym przy via Ciaculli.

JAKI OJCIEC...

Jego ojciec był w młodości członkiem organizacji Cosa Nostra. Aż do roku


1950 Antonio Contorno należał do nie istniejącej dziś rodziny mafijnej, która
panowała nad częścią dzielnicy Brancaccio. Po rozwiązaniu jej z niewiadomych
powodów mąż został zawieszony w swoich mafijnych prerogatywach i odtąd nie
chciał już słyszeć o żadnej innej rodzinie poza własną, w której skład wchodziła
żona i ich potomstwo. Wydaje się, że młody SaWatore Contorno nigdy nie
rozmawiał ze swoim ojcem o mafii i że w roku 1975 wstąpił do niej bez jego
wiedzy. W każdym razie on sam tak twierdzi.

MAFIJNE AGAPY

Poza okolicznością, że w ten sposób (choćby nieświadomie) szedł za


przykładem ojca, przyjęcie do rodziny w Santa Maria di Gesii stanowiło dla
niego przede wszystkim awans społeczny. Ten drobny hodowca bydła, czerpiący
zyski z kilku obór i paru chlewni rozsianych wokół Palermo, mógł teraz liczyć
na potężnych przyjaciół i znacznie poszerzył swoje horyzonty. Cosa Nostra była
dla niego przede wszystkim odkryciem osobliwego świata, który pozostałby dla
niego zamknięty na zawsze, gdyby nie utorował sobie do niego drogi stając się
mężem honoru.
Koriolan Puszczy

Salvatore Contomo miał w dodatku szczęście bardzo szybko przeniknąć do 89


najekskluzywniejszych kręgów mafii, a zawdzięczał to przyjaźni swojego szefa.
Stefano Bontate polubił go do tego stopnia, że Contomo mógł się do niego
zwracać pomijając całą drogę służbową i szczeble hierarchii, jakimi capofami-
glia był zazwyczaj oddzielony od szeregowego członka mafii.
Dowodem żywego zainteresowania karierą młodego człowieka ze strony
Stefana Bontate był fakt, że osobiście przewodniczył ceremonii inicjacyjnej
Contoma, a jego życzliwość z biegiem czasu wciąż rosła. Później często
widywano ich razem w rejonie Ficuzzy, dwa kroki od Corleone, gdzie wypra­
wiali się o świcie na polowanie, lub gdzie indziej w głębi wyspy, choćby
w okolicach Caccamo, gdzie jeden z zaprzyjaźnionych z nimi mężów honom
miał nieduży młyn w pobliżu koszar karabinierów.
Poza tym Stefano Bontate i Salvatore Contomo spotykali się regularnie
po prostu po to, żeby wspólnie coś zjeść. Trzeba przyznać, że w owym czasie
Contomo biesiadował ponad miarę zwykłego męża honoru. W kilka dni po
inicjacji widziano go wraz z kilkunastu Sycylijczykami w mediolańskiej re­
stauracji położonej przy deptaku tuż obok corso Buenos Aires. Niedługo potem
widziano go w zamku San Nicola, gdzie zebrało się kilka dziesiątków mafijczy-
ków, by posłuchać garstki śpiewaków, czasem „o renomie ogólnokrajowej”, jak
wyśpiewują wrzaskliwie ludowe śpiewki na cześć któregoś z ojców chrzestnych.
Tam właśnie, między jedną a dmgą balladą ku chwale włoskich szelm,
Salvatore Contomo został przedstawiony najprawdziwszemu księciu, ozdobie
arystokracji palermitańskiej, Alessandrowi Vanni Całvello Mantegna de San
Yincenzo. W Palermo i gdzie indziej książę był znany z tego, źe udostępnił jeden
ze swoich zmjnowanych pałaców, Palazzo Ganzi, pewnemu reżyserowi filmo­
wemu nazwiskiem Yisconti, by mógł on w tej scenerii nakręcić parę sekwencji
swojej adaptacji Lamparta, między innymi sławną scenę balu, w której rozigra-
na Claudia Cardinale wirowała w kolejnych walcach.
Kiedy królowie czy królowe angielskie odwiedzali wyspę, co częściej
zdarzało się niegdyś niż w czasach dzisiejszych, składali zazwyczaj wizytę
rodzinie księcia. W ten sposób Alessandro Yanni Calvello Mantegna de San
Yincenzo miał zaszczyt gościć królową Elżbietę II angielską podczas jej ostat­
niej podróży na Sycylię.
Mężowie honoru jako ludzie prości nie przestrzegali żadnych etykiet
wyjąwszy tę, którą narzucała Cosa Nostra. Również i księcia jako mafijczyka
przedstawiono Salvatore Contomowi bez żadnych tytułów, posługując się
jedynie przeraźliwie plebejską formułą rytualną: „To ta sama rzecz.” Trzeba
przyznać, że książęca rodzina miała zawsze słabość do sekt. Legenda mówi, że
w XYI wieku jeden z Calvellów o przydomku Bękart należał do tajemniczego
bractwa religijnego Beati Paoli, domniemanego praszczura organizacji Cosa
Nostra.
Rozdział piąty

ZNÓW MOWA O CIACULLI, MAFIJNYM RAJU

Salvatore Contorno był chłopakiem z Ciaculli. Miał mnóstwo powodów,


by regularnie bywać w tej mieścinie. Tu, jak wiemy, mieszkali jego rodzice. Ale
nie tylko więzy uczuciowe łączyły go z ową podejrzaną osadą. W przeciwieństwie
do poszczególnych dzielnic Palermo, czy nawet wielkich miast północnych
Włoch, władza mafii była tutaj rzeczą konkretną i niemal namacalną; nieustan­
nie czuło się tu jej potęgę. W owej mieścinie o tysiącu mieszkańców nie było
nikogo, kogo rodzina mafijna nie uważałaby za swojego. Można sobie wyob­
razić, jakim rajem stało się Ciaculli dla wyjętych spod prawa Sycylijczyków,
którzy byli niemal pewni, że znajdą tu okresowe schronienie. Policjanci nie
zapuszczali się w owych czasach do Ciaculli, a jeśli to nawet czasem robili, szli
tam wówczas całymi batalionami, poprzedzani warkotem zwiadowczych heliko­
pterów, wskutek czego ścigani mieli szansę w porę umknąć przed pościgiem.
Salvatore Contorno wyjątkowo dobrze znał topografię Ciaculli. Wiedział,
że hektary drzew cytrusowych ciągnące się wzdłuż jedynej w osadzie uliczki aż
do morza stanowią jeden wielki i zagmatwany labirynt. Do każdej z tych
posiadłości strzegły dostępu ciężkie kraty zamknięte zawsze na klucz, co
pozwalało skrywać ciemne machinacje, a w każdym razie ograniczyć ruch w tej
strefie.
Poza główną ulicą Ciaculli było bez wątpienia jedną wielką plątaniną
ścieżek, miedz, trawiastych uliczek i dróg polnych dostępnych wyłącznie oso­
bom zaopatrzonym w niezawodny komplet kluczy do rozmaitych bram
posiadłości mafii. Michele Greco decydował, kto może mieć takie klucze. Ich
posiadaczami byli oczywiście ludzie zaufani, po większej części od lat po­
szukiwani przez policję. Ledwo któryś z nich został przez nią ujęty. Papież
natychmiast zarządzał wymianę zamków we wszystkich kratach strzegących
mafijnych przejść w Ciaculli. Niejeden raz się to zdarzyło w tamtych czasach,
nie tak znowu dawnych, kiedy Salvatore Contorno często składał wizyty
w salonie Michele Greca.
Choć nie zaliczał się do jego najbliższych przyjaciół, regularnie jednak
odwiedzał Fondo Favarelła, które Papież przekształcił w miejsce biesiad, by
nie rzec festynów, na wyłączny użytek kręgów mafijnych. Salvatore Contorno
czuł się szczególnie zaszczycony faktem, że pan domu gości go tak chętnie
w posiadłości, gdzie Cosa Nostra od sześciu bez mała lat odbywała posiedze­
nia swojej władzy zwierzchniej, wszechpotężnej Kopuły. Contorno nie był
zresztą jedynym gościem Fondo Favarella. Wręcz odwrotnie.
Przez całe lata Fondo Favarella było istną Mekką dla dziesiątków mężów
honoru. Organizowano tu spotkania, popijawy, bankiety, obiady, kolacje.
Michele Greco, wielki amator strzelania do celu, posunął się w zbytku aż do
zainstalowania pośrodku gaju cytrynowego strzelnicy, gdzie mężowie honoru
Koriolan Puszczy

z tłumiącymi słuchawkami na uszach ćwiczyli swoją sprawność w posługiwaniu 91


się przeróżnymi rodzajami broni palnej. Na tej właśnie strzelnicy Salvatore
Contorno zawarł znajomość z wieloma mężami honoru należącymi do roz­
maitych rodzin miasta. I jeśli Fondo Favarella chyba tylko z braku tomboli
nie miało charakteru sielankowego miejsca rozrywek, to w każdym razie nie
brak było w „papieskiej” posiadłości innej, skądinąd groźnej atrakcji, którą
pan domu z trudem tylko potrafił ukryć.

WYTWORNIE HEROINY

Salvatore Contorno zdał sobie sprawę z jej istnienia jedynie dzięki temu,
że właśnie podarował Michele Grecowi psa myśliwskiego. Jego odkrycie nie
mogło zresztą zdziwić męża honoru. Psiarnia Michele Greca znajdowała się na
wschodnim krańcu posiadłości. Aby się tam dostać, należało przejść przez
zabudowanie, które między innymi służyło jako miejsce posiedzeń Kopuły, po
czym, doszedłszy drogą prowadzącą na strzelnicę do pierwszego skrzyżowania,
skręcić na ścieżkę, u której końca stały baraki mieszkalne. Właśnie koło nich
gnieździła się sfora Papieża.
Salvatore Contorno minął studnię w cieniu dwóch ogromnych drzew, kiedy
spostrzegł jakiś ruch koło klatek psiarni. Spoza studni mógł nie zauważony
obserwować grupkę mężów honoru krzątających się w jednym z baraków.
Widok rozmaitych retort, aparatów destylacyjnych i palników, odrażający
zapach, który się stamtąd wydobywał, oraz maski gazowe użytkowników
mówiły wystarczająco dużo, żeby Contorno mógł pojąć, jakiego rodzaju chemię
się tu praktykuje. Niewątpliwie było to laboratorium służące do przetwarzania
morfiny na heroinę. Michele Greco nie tylko nie zdenerwował się faktem, że
Contorno przypadkiem odkrył jego laboratorium, ale nawet zgodził się, by
ten złożył krótką wizytę w baraku. Contorno nie był wprawdzie żołnierzem
rodziny Papieża, niemniej jednak był mężem honoru i z tego tytułu miał prawo
zobaczyć to, co niewiele tylko osób mogło widzieć.
W kilka miesięcy później Michele Greco doszedł do wniosku, że lokalizacja
wytwórni heroiny w miejscu tak często odwiedzanym jak Fondo Favarella nie
jest nazbyt rozsądna i postanowił przenieść retorty oraz aparaty destylacyjne
gdzie indziej, do zakątka mniej rzucającego się w oczy, lecz również pod­
legającego jego władzy. Umieścił zatem swoje laboratorium w sąsiednim gaju
cytrynowym, należącym do sprzymierzonej z nim od dawien dawna rodziny
Prestifilippo. Ilekroć od tego czasu Salvatore Contorno udawał się do niej,
za każdym razem natykał się na braci Marsalone — Rocca, SaWatore i Giu­
seppe — o których wiedział, że są doświadczeni w sztuce wytwarzania heroiny.
Starszy z nich nie robił zresztą tajemnicy ze swojej nielegalnej produkcji
Rozdział piąty

92 w obecności ludzi tak zaufanych jak Contorno, ten zaś niezliczoną ilość razy
słyszał, jak synowie i kuzyni z klanu Prestofilippo głośno przechwalali się
niespodziewanymi zyskami z handlu heroiną.
Później zaś handel heroiną i jej produkcja wzrosły tak ogromnie, że
Salvatore Contorno wszędzie natykał się na jakąś wytwórnię. Jak na ironię losu,
przez jakiś czas mieszkał w nie dokończonym jeszcze baraku pod Palermo,
w posiadłości jednego ze swoich serdecznych przyjaciół, Maria Marchese, który
również i u siebie zainstalował wytwórnię heroiny prowadzoną na koszt rodziny
z Corleone.
Niedługo przed śmiercią Emanuele D’Agostino poprosił Contoma, by
zechciał mu towarzyszyć do Bagherii, gdzie się umówił na spotkanie z szefem
miejscowej rodziny, Leonardem Greco, w celu pertraktacji handlowych dotyczą­
cych narkotyków. Emanuelowi D’Agostino, tak samo jak i Salvatorowi
Contorno, groził wtedy nakaz aresztowania. Prosił więc tego ostatniego
o towarzyszenie mu jedynie dlatego, że przewidywał możliwość zatargu ze
swoimi wspólnikami.
Obaj udali się więc do magazynu wyrobów żelaznych, który Leonardo
Greco prowadził tuż przy wylocie z Bagherii, nie opodal autostrady prowadzą­
cej do Palermo. Szefa miejscowej rodziny nie zastali, czekał jednak na nich
jego człowiek, który miał za zadanie zaprowadzić ich do małej willi pośród
drzew cytrusowych. Tam właśnie, jak się później przekonali, rodzina z Bagherii
miała swoją wytwórnię heroiny.
W willi kilkunastu mężów honoru kręciło się z ożywieniem wokół folio­
wych toreb zawierających bez mała czterdzieści kilogramów świeżo wytworzo­
nej heroiny. Chemicy pochylali się nad probówkami z wrzącym płynem, pod­
czas gdy pozostali obecni, wszyscy w ciemnych garniturach, niecierpliwie czekali
na wynik operacji.
Nadejście Emanuela D’Agostino i Salvatora Contorno nie zrobiło na nich
najmniejszego wrażenia. Znali już D’Agostina, a Contoma przedstawiono im
zaraz jako męża honoru za pomocą wiadomego rytuału. Salvatore Contorno
nie od razu zrozumiał, co właściwie się tam odbywało.
W końcu rozjaśniło mu się w głowie na widok białego proszku, kiedy jeden
z chemików wsypał jego szczyptę do wrzącego płynu: właśnie sprawdzano ja­
kość towaru. Mężowie w ciemnych garniturach, mówiący zresztą z wyraźnie
obcym akcentem, znajdowali się tu w charakterze kupców. Zrozumiawszy, że nie
jest jednym z nich, Contorno wyszedł tym skwapliwiej, iż w willi z powodu
rozmaitych wyziewów prawie nie można było oddychać.
W kilka minut później, już w samochodzie wiozącym ich do Palermo,
D’Agostino wyjaśnił mu znaczenie tego nieco „przydymionego” spotkania.
— Mężowie, których widziałeś — powiedział do niego — to kupcy
amerykańscy. Przyjechali, żeby sobie zapewnić dobrą jakość towaru. Będzie
Koriolan Puszczy

to zbiorowa przesyłka. Towar należy do różnych osób, które zdecydowały się 93


go wspólnie wyekspediować. Ja mam w tej transakcji pół kilograma heroiny.
Aby rozpoznać, go kogo należą poszczególne woreczki pięciusetgramowe,
oznaczono je wstążkami w różnych kolorach.
W dwa dni później Salvatore Contorno dowiedział się z gazet, że mediolań­
ska policja zarekwirowała właśnie czterdzieści kilogramów heroiny tuż przed
wysłaniem narkotyku do Stanów Zjednoczonych. Prasa nie ujawniła jedynie, że
włoskiej policji doniosła o tej transakcji amerykańska brygada do spraw
narkotyków, która zdołała przeniknąć do jednej z rodzin nowojorskiej Cosa
Nostra.
Nie stanowiło to jednak wielkiej straty dla rodzin sycylijskich. Zarek­
wirowana ilość nie przekraczała nawet dwudniowej produkcji jednej wytwórni.
W owym czasie przynajmniej cztery wytwórnie heroiny, jak twierdzi Salvatore
Contorno, pracowały bowiem na pełnych obrotach w Palermo i w Mazara del
Vallo. Jeśli Michele Greco handlował setkami kilogramów tego narkotyku, to
jego kuzyn SaWatore Greco zwany Senatorem był jednym z największych
dostawców heroiny na rynek amerykański, jeśli wierzyć amerykańskiej Drug
Enforcement Agency.

SZLAKI HEROINY

Salvatore Contorno był tym chętniej widziany w poszczególnych wytwór­


niach heroiny na wyspie, że sam śmiało uczestniczył w międzynarodowym
handlu narkotykami. Zaopatrywał w heroinę paru hurtowników z Mediolanu
i miał zamiar rozszerzyć swoją ofertę o kokainę, ze względu na duży popyt.
Salvatore Contorno bardzo się zainteresował dość oryginalnym sposobem
nielegalnego sprowadzania kokainy do Włoch; pewien kupiec sycylijski, który
nauczył się w Peru umiejętności rozpuszczania tego narkotyku w alkoholu,
był skłonny przemycać go do Włoch w dużych ilościach dzięki wspólnictwu
pewnego pilota liniowego, prawdopodobnie narodowości francuskiej. Salvatore
Contorno nie zdążył jednak wypróbować tej metody, jak się o tym później
przekonamy.
Kontakty z dziesiątkami handlarzy narkotyków nauczyły go, że jedyny
rzeczywisty problem to transport. Mężowie honoru ekspediujący sycylijską
heroinę do Stanów Zjednoczonych napotykali trudności, jakich nie znali
lewantyńscy przemytnicy dostarczający im morfiny. Ci ostatni mieli nawet do
swojej dyspozycji co najmniej kilka szlaków zapewniających im całkowitą
bezkarność. Jeśli swój towar ekspediowali drogą morską, wystarczyło im
załadować go w jednym z portów libańskich, a Cosa Nostra odbierała go
swoimi trałowcami na całej szerokości wybrzeża sycylijskiego, unikając w ten
Rozdział piąty

94 sposób kontroli celnej, natomiast droga lądowa była bardziej pewna, gdyż wiele
państw, od Bułgarii poczynając, wykazywało wobec tego rodzaju transferu
w najgorszym razie zupełną obojętność.
Jeśli w rozmaitych sycylijskich wytwórniach dokonywano przeróbki mor­
finy na heroinę bez większego ryzyka, to zupełnie inaczej wyglądała sprawa od
momentu, w którym chodziło o przesyłkę towaru, zwłaszcza do Stanów
Zjednoczonych.
Salvatore Contomo wiedział, że w zasadzie każdym ładunkiem heroiny
zajmował się jeden wybrany mąż honoru, który transportował go z wyspy na
drugą stronę oceanu, cały czas ponosząc za towar osobistą odpowiedzialność.
Waga przesyłki zależała od pasera i na ogół wynosiła kilkadziesiąt kilogramów.
Nierzadko jeden ładunek należał do kilku lub więcej rodzin. Za jego utratę
odpowiadał tylko jeden człowiek: konwojent. To on musiał przeprowadzić
śledztwo i ewentualnie ukarać tych, którzy spowodowali utratę narkotyku. Tak
czy owak konwojent musiał wytłumaczyć się przed właścicielami heroiny.
Pomysły ekspedytorów często się zmieniały — heroina mogła być ukryta
w meblach, w ładunku obuwia, w stercie płyt gramofonowych — ale Salvatore
Contomo wiedział, że istnieje jeden niezawodny sposób, by towar dotarł do
miejsca przeznaczenia. Wystarczyło być w zmowie z pracownikami, którzy
wyładowywali bagaż na lotnisku docelowym; mieli oni przechwytywać paczki
z heroiną, zanim ładunki trafią na komorę celną. Najsprawniej szło to na
lotnisku imienia Johna Fitzgeralda Kennedy’ego w Nowym Jorku, które od lat
kontrolowały liczne rodziny organizacji Cosa Nostra w Ameryce (Lucchese,
Gambino). Był to rzeczywiście niezrównany sposób, gdyż pozwalał rodzinom
sycylijskim przez dwa lata ekspediować do Stanów Zjednoczonych setki
kilogramów, a nawet całe tony heroiny.

WIĘZY Z MIASTECZKIEM

Mimo kolosalnych fortun zgromadzonych dzięki takim transakcjom


w przeciągu kilku miesięcy, mężowie honoru z Palermo nie potrafili oderwać
się od swojej ziemi. Nagłe bogactwo nie rozluźniło ich więzów z okropnymi
małymi miasteczkami, gdzie nadal żyli mimo czyhających na nich niebez­
pieczeństw. Oczywiście ścigani znajdowali tu lepsze schronienie niż w jakimkol­
wiek wielkim mieście północnych Włoch, ale rozsądek powinien im był
podszepnąć, że skoro już zbili fortuny, to powinni się wynieść do którego­
kolwiek z krajów latynoamerykańskich, by tam dożyć swoich dni pod zmienio­
nym nazwiskiem. Również Salvatore Contomo, którego obciążano odpowie­
dzialnością za wielokrotny przemyt heroiny i na dobitkę za jakiś kidnaping,
wiele razy mógł był skorzystać z nadarzających się sposobności wyemigro-
Koriolan Puszczy

wania wraz z żoną, dziećmi, rodzicami i wszystkim, czego dusza zaprag­ 95


nie.
Czemuż tego nie uczynił? Bóg raczy wiedzieć. Widać mężowie honoru mają
już taką naturę, że opuszczają swoją ziemię jedynie pod kategorycznym
naciskiem wydarzeń. Mimo zamordowania wielu członków jego rodziny Sal-
vatore Contorno nie mógł się zdecydować na wyjazd z osławionej dzielnicy
Brancaccio, gdzie czuł przynajmniej, że jest bezpieczny. W tej dżungli mafii żyli
jego ostatni przyjaciele, a poza tym gdzież mógłby z większą swobodą stawić
czoło ewentualnym wrogom, jak lue w tej ludowej dzielnicy o podejrzanej
reputacji?
Wciśnięte między autostradę i morze Brancaccio nie miało innych granic.
Nic nie wyznaczało ram tej wyklętej dzielnicy tkwiącej w ciżbie nowoczesnych
czynszówek, walących się domów, zapylonych fabryk i zgrzybiałych chałup,
które niczym odrażający wrzód szpecą palermitańskie wybrzeże. Salvatore
Contorno czuł się u siebie pośród tego pyłu i zaduchu, tego fetoru morza i ru­
der, jakim zalatuje w Brancaccio. Lubił krążyć bez celu pośród przechodniów,
którzy od samego rana opychali się arancinami, osobliwymi kulkami pomarań­
czowej barwy złożonymi z mięsa, ryżu i sera usmażonymi razem na oleju,
i snuli się jak dzień długi przed otwartymi bezpośrednio na ulicę jatkami
przechodząc od jednego baru do drugiego, przemykając się między klatkami
ptasznika na placu Torrelunga, obchodząc z daleka smrodliwe cebrzyki
sprzedawcy oliwy, podczas gdy żony czekały za wiecznie opuszczonymi żaluz­
jami na ich wieczorny powrót do domu.
Tutaj Contorno i jemu podobni byli królami. Budzili strach w drobnych
przemysłowcach, którym narzucali płatną „ochronę”, szanowali ich natomiast
biedacy gnieżdżący się w niezdrowych czynszówkach pozbawionych wody,
a często i elektryczności; ich mieszkańcy doprowadzali je do jeszcze bardziej
opłakanego stanu niszcząc i paląc wszystko, co im się wydawało niepotrzebne,
jak na przykład lokal komitetu społecznego lub żłobek, którego zwęglone
resztki wciąż jeszcze można oglądać.
Chronieni przez zasiedziałych mieszkańców powodowanych zadziwiającą
niewiedzą lub równą jej głupotą mężowie honoru z Brancaccio byli pewni, że
„zbiry” nigdy ich stamtąd nie zdołają wyrugować. Nie tak dawno temu na wieść
o projekcie zainstalowania komisariatu policji w pobliżu osiedla czynszówek
rozgniewane pospólstwo ostentacyjnie demonstrowało, jak gdyby to właśnie ów
projekt był czymś nienormalnym i stanowił groźbę dla porządku publicznego.
Salvatore Contorno wiedział, że sytuacja dzielnicy Brancaccio wcale nie
stanowiła w Palermo wyjątku. Począwszy od nadmorskiej dzielnicy Acąua dei
Corsari (już sama nazwa była wymowna: Wody Korsarzy) przez staroarabską
strefę Kalsa aż do „sypialnianych” dzielnic przedmiejskich na Uditore całe
terytorium miasta znajdowało się w polu obstrzału poszczególnych rodzin
Rozdział piąty

96 organizacji Cosa Nostra. W czasach pokojowych każdy szanujący się mąż


honoru miał tu taką samą swobodę ruchów jak pierwszy lepszy obywatel.
Inaczej bywało podczas wojny, jak mógł się o tym przekonać Contomo, kiedy
po złożeniu wizyty rodzicom wracał wieczorem 25 czerwca z Ciaculli do swojej
kryjówki na Brancaccio.

SCENY MYŚLIWSKIE NA BRANCACCIO

Jeśli ktoś miał wtedy ochotę zaczerpnąć świeżego powietrza, czekał go


zawód; z łagodnym światłem zmierzchu kontrastował wilgotny upał, który nie
przestawał nękać Ciaculli; wieczór zapowiadał się równie duszny jak dzień.
Minęła już dziewiętnasta trzydzieści, godzina, o której na całej Sycylii kończą
się wizyty rodzinne. Salvatore Contorno wsiadł właśnie do swego fiata 127
w towarzystwie młodego Giuseppe Foglietty, przyjaciela swego syna, którego
zabrał ze sobą dopiero po jego długich prośbach. Żona i syn odjechali już in­
nym wozem i mieli się z nim połączyć w Brancaccio.
Podczas jazdy w dół via Ciaculli aż do rogatek Brancaccio Contorno nie
zauważył nic nienormalnego. Najspokojniej w świecie minął małą fabryczkę
wapna służącą za alibi dla podejrzanych interesów jednemu z jego znajomych,
Francesco Mafarze, mężowi honoru, który z satysfakcją chełpił się, że kieruje
marketingiem w holdingu narkotyków. SaWatore Contorno skręcił właśnie
w prawo i miał wjechać na Brancaccio, kiedy kilka szczegółów, na pozór bez
znaczenia, przykuło jego uwagę.
Niedługo przed wjazdem na most, który nasuwa się na autostradę
przybierając wygląd diabelskiego młyna w wesołym miasteczku, Contorno
wyprzedził fiata 127 jadącego wolno, być może za wolno; za jego kierowni­
cą rozpoznał jednego z ludzi rodziny w Ciaculli. Wymienili wzajemnie po­
zdrowienia.
Po krótkim rzucie oka w lusterko wsteczne Contomo zorientował się
w intencjach tego człowieka, wciąż jadącego bardzo wolno.
Dojechawszy do połowy wygiętego w łuk mostu, Contomo spostrzegł
z prawej strony innego żołnierza rodziny z Ciaculli, który zdawał się obser­
wować go z okna niezbyt oddalonego domu. Może to na niego czekał ów
osobnik?
Po kilku sekundach, już u wylotu mostu, Contorno ujrzał po lewej stronie
via Giafar trzeciego „przedstawiciela” rodziny z Ciaculli. Tym razem zrozu­
miał, że lada chwila może z nim być kmcho. Owym trzecim człowiekiem był
sam Mario Prestofilippo, jeden z mężów zaufania Michele Greca. Wsparty
plecami o murek okalający ogród jego ojca wyglądał, jakby wyszedł na
przechadzkę dla zaczerpnięcia świeżego powietrza.
Koriolan Puszczy

Salvatore Contorno nie miał czasu zbyt długo się zastanawiać nad 97
przyczynami, które kazały żołnierzom z Ciaculli rozstawić się wzdłuż via Giafar
podczas jego przejazdu; jego uwagę przyciągnął jeszcze bardziej niepokojący
fakt. Spostrzegł przed sobą motocykl o dużej pojemności silnika i zadziwiająco
cichobieżny. Maszyna wypadła z zaułka znajdującego się o trzy domy od mostu
i z całą szybkością zbliżała się do prowadzonego przez niego fiata.
Jeszcze jeden rzut oka i Contorno rozpoznał jadącego na motorze. Był to
Giuseppe Lucchese, jeden z zabójców rodziny w Ciacułli. Nie ulegało już
najmniejszej wątpliwości, że to na Contorna czekali „żołnierze papiescy”.
O tej porze dnia via Giafar była najbardziej ruchliwą arterią Brancaccio;
chodniki roiły się od dorosłych mieszkańców, którzy wylegli na ulicę zaczerp­
nąć świeżego powietrza po ogłupiającym oddawaniu się przez całe popołudnie
sjeście czy też nader relaksującej aktywności rodzinnej, a nawet — jeśli komuś
przyszła taka fantazja — kąpieli w przeraźliwie brudnej i skażonej* wodzie za­
toki palermitańskiej.
Ilu w tym tłumie było innych żołnierzy na czatach? Salvatore Contorno nie
mógł tego wiedzieć. Nie miał możliwości rozejrzeć się po twarzach w tłumie.
Mógł co najwyżej podczas jazdy rozpoznać pewnych mężów honoru. Lecz bądź
tu mądry i zgadnij, jakie są ich zamiary!
Motocykl znalazł się już na wysokości samochodu. Wówczas Salvatore
Contorno ujrzał twarz jadącego na tylnym siedzeniu. Rozpoznał męża, który
miał go zabić. Był to szef rodziny z Ciacułli, Pino Greco, Scarpuzzedda,
Buciorek. Trzymał wycelowanego w jego stronę kałasznikowa.
Uprzedzając serię na ułamek sekundy, Contorno puścił kierownicę i po­
chylił się w stronę swojego pasażera, zasłaniając ramieniem głowę w geście
samoobrony. Silnik wozu zgasł, podczas gdy grad pocisków z ogłuszającym
hukiem podziurawił karoserię i rozbił w drobny mak szyby. Potem nastała
cisza.
Nie tracąc ani chwili Salvatore Contorno podniósł się i spojrzał we wstecz­
ne lusterko.
Zanosiło się na dalszy ciąg. Motocykl zwolnił i jakieś dziesięć metrów za
posiekanym przez kule fiatem zatoczył półkole. Pino Greco zmienił magazynek
w kałasznikowie. Giuseppe Lucchese dodał gazu, motor ruszył. Zaczęło się
drugie podejście.
Obojętny na paniczne krzyki dochodzące z chodników, na których tłum
rozpierzchł się jak gromada wróbli, Salvatore Contorno zapuścił silnik fiata.
Jego pasażer był ranny w policzek, który obficie krwawił.
Contorno nie wiedział, czy sam nie został draśnięty. Nie czuł w każdym ra­
zie żadnego bólu. Nie było czasu na remanenty. Nacisnął pedał gazu.
Nie stracił zimnej krwi. Miał plan, jak się wydobyć z matni, ale musiał
przeprowadzić tę rozgrywkę bardzo rozważnie. Przede wszystkim należało

7 — Calvi
Rozdział piąty

98 wygrać na czasie. Zamknięty w wozie nie miał cienia szansy wobec zabójcy
na motorze.
Po przejechaniu stu metrów Contomo zahamował. Gdy tylko pojazd
stanął, gwałtownie wypchnął z wozu swojego pasażera, wrzeszcząc do niego, by
uciekał. Potem sam wysiadł. W prawej dłoni zaciskał pięciostrzałowy rewolwer
kalibru 38.
Wsparty plecami o fiata Salvatore Contorno zamierzał odeprzeć drugi
atak Scarpuzzeddy.
Sytuacja nie wygłądała wesoło. Contorno zdążył zauważyć w oddali dziwny
manewr samochodu marki BMW jadącego już przed nim, kiedy wybuchła
strzelanina. Od pierwszych strzałów wóz ten zaczął jechać do tyłu. Contorno
zdołał rozpoznać kierowcę. Był to szef rodziny z Corso dei Mille, mąż włada­
jący tą częścią miasta, Filippo Marchese zwany Bakłażanem z powodu swojego
wyglądu, a z racji okrucieństwa porównywalny jedynie ze swoim wspólnikiem
i przyjacielem Scarpuzzeddą.
Contomo nie miał czasu obserwować poczynań Filippa Marchese, bo
z zatrważającą szybkością zbłiżał się już motocykl. W ślad za nim jechał zielo­
ny golf prowadzony, jak można się było domyślać, przez żołnierza rodziny
z Ciaculli. Pino Greco zaaranżował to z głową. Rzucił do walki kilkunastu
swoich ludzi i kilka pojazdów.
Niby w jakimś współczesnym westernie Salvatore Contomo z bronią
w ręku stawiał czoło motocyklowi wyczekując na odpowiedni moment, by
otworzyć ogień.
Z tylnego siedzenia motocykla Pino Greco, któremu wiatr rozwiewał
czuprynę, zaczął strzelać pierwszy. Dysponował większą ilością amunicji, a poza
tym z jego broni strzelało się na chybił trafił.
Niemal w tym samym momencie Salvatore Contomo oddał kilka strzałów
z precyzją uwieńczoną sukcesem.
Ujrzał, jak Pino Greco zachwiał się i upadł do tyłu, prawdopodobnie
trafiony w sam środek piersi. Scarpuzzedda padając nie wypuścił z rąk
kałasznikowa i w dalszym ciągu naciskał na spust. Seria zakreśliła w górę łuk,
stebnując po drodze żelazną żaluzję jakiegoś sklepu i kończąc na murze, kilka
metrów nad głową Contorna.
Właśnie wówczas Contomo musiał zdać sobie sprawę, że jest lekko ranny:
odpryski szkła zdarły mu skórę z czoła, a teraz musnął je ogień wypalając mu
pęk włosów. Miał szczęście...
Obrócił się na pięcie i zaczął biec przez labirynt uliczek Brancaccio, dziwnie
cichych w pierwszych, ledwo zauważalnych oznakach nocy.
Koriolan Puszczy

SPALONA ZIEMIA

Był rzeczywiście najwyższy czas na ucieczkę.


Salvatore Contorno zaszył się w jednej ze swoich kryjówek — a może nawet
opuścił już wyspę i znalazł się w Rzymie? — gdzie nie brakowało mu czasu na
zapoznanie się z pierwszymi gazetowymi relacjami z zajścia. Wiadomości były
niepokojące. Contorno przysiągłby, że przynajmniej jedna z kul, która trafiła
Pina Greco w sam środek piersi, zadała mu śmiertelną ranę. Tymczasem nigdzie
nie było mowy o znalezieniu na miejscu zasadzki trupa. Czy to możliwe, by
żołnierze z Ciaculli zabrali ze sobą zwłoki swojego szefa? A może został tylko
ranny?
Odpowiedź przyszła w jakiś czas później.
Na drugi dzień po strzelaninie widziano Pina Greco paradującego w kąpie­
lówkach po plaży palermitańskiego wybrzeża. Na jego ciele nie było śladu po
ranie czy nawet po najmniejszym draśnięciu lub otarciu skóry. Kiedy go o tym
powiadomiono, Salvatore Contorno zrozumiał, że popełnił błąd ładując Greco-
wi kulkę w klatkę piersiową. Idąc na tę zasadzkę szef rodziny z Ciaculli nie
omieszkał włożyć pod bluzę kuloodpornej kamizelki, która uratowała mu
życie. Znając reputację Scarpuzzeddy, Salvatore Contorno wiedział, że to
jeszcze nie koniec rozgrywki między nimi. Póki Pino Greco będzie żył, Contorno
nie zazna chwili wytchnienia. Polowanie trwa.
Pino Greco był dziwnym myśliwym; jego taktyka przywodziła na myśl
raczej taktykę spalonej ziemi zastosowaną przez armię radziecką wobec
Wehrmachtu niż polowanie z nagonką. Wieść niesie, że rozwścieczony Pino
kazał najpierw zamordować sześciu czy siedmiu bliższych lub dalszych krew­
nych Contoma, wszystkich z klanu Mandala kontrolującego sporą część Corso
dei Mille i z tego tytułu stanowiącego główne oparcie Contorna w dzielnicy
Brancaccio. Zapewne ze względu na udzielenie mu gościny lub sprzyjanie jego
ucieczce zostali w przeciągu kilku tygodni zamordowani: Gaetano Mandala,
wuj Contoma, Salvatore Corsino, szwagier jego teściowej, Francesco Mandala,
jego kuzyn. Piętro Mandala, syn kuzyna, i Collogero Bellini, mąż pewnej
kuzynki.
Wśród szerzących się po mieście plotek krążyła pogłoska, że zraniony
podczas strzelaniny Contorno został dyskretnie opatrzony przez pewnego
chirurga ze szpitala miejskiego w Palermo, niejakiego profesora Sebastiana
Bosio. Jego również zamordowano. Niedługo potem ukazał się w palermitań-
skim dzienniku „Ora” telegram SaWatore Contorna, w którym uprzejmie po­
dawał on do publicznej wiadomości, że nigdy nie spotkał profesora Bosio, a tym
bardziej musi zaprzeczyć, jakoby kiedykolwiek był przez niego opatrzony.
Opublikowanie tego telegramu stanowiło nie tyle sprostowanie przez
Contoma mylnego przeświadczenia opinii publicznej, ile zagranie na nosie
Rozdział piąty

100 wszystkim, którzy tymczasem przewracali do góry nogami cale Palermo


w nadziei odnalezienia tropu wypatrywanej przez nich zwierzyny. Zamiast
bowiem uznać się za pokonanego, Pino Greco postanowił zastosować wszelkie
możliwe środki, żeby wypłoszyć z gęstwiny tego, kogo wszyscy mężowie
honoru nie nazywali już inaczej niż Koriolanem Puszczy, po sycylijsku
Curiano.
Rozdział szósty
Cela
śmierci

NOWY NABYTEK

Zbudowana dokoła zwalisk dawnego przedmieścia dzielnica Sperone


stanowi naturalne przedłużenie Brancaccia. Tu właśnie narodził się i dorastał
Yincenzo Sinagra, baraszkując na bezimiennej ulicy, którą zaaferowani lub
ograniczeni ludzie w ostatniej chwili łaskawie oznaczyli literą i cyfrą S-3.
Yincenzo Sinagra był młodym palermitaninem, jakich wielu; miał najwyżej
dwadzieścia dwa lata i horyzont ograniczony przez natłok domów oraz bez­
kształtnych baraków tkwiących dwa kroki od coraz bardziej odsuwającego się
stamtąd morza, jako że gwałtowne odpływy z każdym rokiem je po trochu oddalały.
Sinagra wydawał się skazany na wieczne łazikowanie między zakładami
kąpielonymi przy via Messina, przepełnionymi od pierwszych dni maja mimo
rozstawionych w pobliżu tablic zakazujących kąpieli, nie mając innych ambicji
poza tym, by zauważył go szef rodziny mafijnej, która panowała wzdłuż Corso
dei Mille nad terytorium ciągnącym się do Brancaccia aż po Sperone i jedno­
czącym niemal całe południowe wybrzeże miasta.
Przerwawszy swoją krótkotrwałą naukę pod koniec trzeciej klasy powszech-
niaka, Yincenzo Sinagra wyniósł ze szkoły zaledwie tyle, że był zdolny odróż­
niać litery składające się na jego nazwisko i skrobać piórem jak zgrzybiały
analfabeta trzęsący się od choroby Parkinsona.
Jego dzieciństwo upłynęło pośród rozmaitych drobnych zajęć, poczyna­
jąc od solenia sardeli, a na cięciu drzewa w dzielnicowym tartaczku kończąc.
W okolicach Sperone wielu uważało go za dzielnego chłopaka i nazywało
zdrobniałym przydomkiem 'Undli (Dzyń-dzyń), który mu pozostał z dzieciń­
stwa po dawnej namiętności do brzmień najprzeróżniejszych dzwonków.
Rozdział szósty

102 To zdrobnienie — po sycylijsku ’nciuria — służyło w równym stopniu do


wyrażenia emocji, co do odróżnienia go od kuzyna, nazywającego się również
Yincenzo Sinagra, ale zwanego przez mężów honoru Burzą. Na swoje bowiem
nieszczęście Yincenzo ’Undli Sinagra miał kuzyna należącego do groźnej ro­
dziny z Corso dei Mille. Na swoje nieszczęście, lecz także — paradoksalnie —
na szczęście, gdyż był to jedyny sposób, żeby przeżyć. Przy odrobinie szczęścia,
wielkiej cierpliwości i jeszcze większej pilności Yincenzo Sinagra miał także
duże szanse, że pewnego dnia zostanie przyjęty na łono mafii, w której mógł mieć
nadzieję na wspinanie się wzwyż po szczeblach kariery. Wielu było wzywanych,
lecz mało, jak się zdaje, zostawało wybranymi. Przynajmniej w czasach po­
koju...
Gdyż z nastaniem wojny wszystko się gwałtownie odmieniało. Zajęte
wyłącznie wzajemnym mordowaniem się poszczególne rodziny w mieście mniej
odtąd zwracały uwagę na jakość nowych nabytków, skoro ich troską była ilość.
Na drugi plan schodził ceremoniał inicjacyjny, kodeks honorowy organizacji
Cosa Nostra rzucano w kąt; ojcowie chrzestni potrzebowali świeżej krwi, by
zastąpić swoich żołnierzy poległych na polu chwały, zastrzelonych na ulicach
miasta lub związanych i z balastem ciśniętych do zatoki. Oto w jaki sposób
Yincenzo 'Undli Sinagra został, by tak rzec, siłą zwerbowany przez swojego
kuzyna Yincenza Burzę Sinagrę w kilka miesięcy po nastaniu wojny.
Yincenzo Sinagra dobrze pamiętał ów przeklęty dzień, w którym Burza
wciągnął go w tę kabałę. Rzecz rozegrała się zapewne w jednym z nadbrzeżnych
barów, gdzie obaj kuzyni lubili zabijać czas w towarzystwie równie rozpróż-
niaczonych jak oni przyjaciół. Jeśli tylko nie byli zajęci obdzieraniem ze skóry
jakiegoś handlowca, obrabianiem sklepów lub zdecydowanie mokrą robotą.
Burza i jego paczka spędzali większą część dnia na wyczekiwaniu, komentując
półsłówkami swoje sprawki lub rozwodząc się bez końca nad trwającą między
rodzinami wojną. Ponieważ Yincenzo Sinagra włóczył się ponad miarę ze swoim
kuzynem, znał więc wszystkie jego karygodne poczynania i dzielił już z nim
wiele sekretów. Niebawem zaczął tego żałować: Burza nie uważał go już za
powiernika, ale wciąż jeszcze nie widział w nim wykonawcy poleceń. Nastał
czas, by ostatecznie wyjaśnić sprawę.
— Musisz się zdecydować — powiedział Burza do swojego krewniaka. —
Albo weźmiesz się na serio do jakiejś pracy, albo zaangażujesz się w nasze
sprawy.
Yincenzo Sinagra znał świat, w którym się znalazł, i wiedział, że nie miał
wyboru; odmowa z jego strony oznaczałaby śmierć. Wiedział zbyt dobrze, jak
w tym szambie utrzymać się na powierzchni, za mało — jak z niego spłynąć.
A przy tym nie mógł też twierdzić, że go nie uprzedzono.
— Będziesz robił wszystko, co ci się powie — wyjaśnił mu ogólnikowo
Burza.
Cela śmierci

Podkładanie dynamitu, katowanie, zabijanie — Yincenzo Sinagra powi­ 103


nien być gotów na wszystko. W zamian będzie otrzymywał sumę o zmiennej
wysokości od dwustu do czterystu tysięcy lirów.
— Kiedy wojna się skończy — zakonkludował Burza — dostaniesz
mnóstwo pieniędzy i nie będziesz się martwić o swoją przyszłość.
Yincenzo Sinagra zrozumiał, że wszystko wzięłoby lepszy obrót na tym
najgorszym ze światów, gdyby zadowoliło go ślepe posłuszeństwo wobec mę­
żów honoru z Corso dei Mille. Miał więc wytyczoną przyszłość. Ilekroć mijali
jakiegoś patentowanego zabójcę. Burza powtarzał kuzynowi:
— Życzyłbym sobie, żebyś stał się tak okrutny, jak on.

WIĘZY KRWI

Ze wszystkich mężów honoru, z którymi Yincenzo Sinagra miał sposob­


ność się zetknąć podczas swojej podróży do kresu mafii, największe wrażenie
zrobił na nim niewątpliwie jego szef, Filippo Marchese. Młody człowiek
natychmiast zrozumiał, że szefowi rodziny z Corso dei Mille musiano nadać
przydomek Bakłażana tylko z uwagi na jego krępy wygląd, gdyż prócz tego
w najmniejszym stopniu nie przypominał tej tak popularnej na Sycylii jarzyny.
Od roku 1979 mocną ręką kierował jedną z najbardziej agresywnych na wyspie
rodzin, posługując się raczej metodą zastraszania niż perswazji.
Nominację na szefa rodziny z Corso dei Mille, której niesubordynacja
zdawała się na dobre utrwalona po siedmiu latach burzliwej regencji, Filippo
Marchese zawdzięczał niewątpliwie interwencji pewnych wpływowych człon­
ków kierownictwa organizacji Cosa Nostra. Wcześniej nie potrafił bowiem
okazać się mężem wystarczająco silnym, ażeby narzucić swoją wolę poszczegól­
nym szajkom kontrolującym Brancaccio i Sperone. W latach siedemdziesiątych
rodziną kierował regent, niejaki Franco Noto, który był i pozostał wielkim
niezgułą niezdatnym do rządzenia. Jedynym mężem zdolnym do zapanowania
nad sytuacją okazał się Filippo Marchese.
Znany już ze swego okrucieństwa Marchese wykorzystywał na domiar
złego fakt pokrewieństwa z rodziną w Corleone, której znaczenie w Kopule
poważnie się zwiększyło w owym czasie. Jedna z krewniaczek Marchesego była
bowiem narzeczoną pewnego zabójcy z klanu corleończyków, Leoluki Baga-
relli. Jedną z niewielu rzeczy, które mężowie honoru szanowali, była insty­
tucja małżeństwa, i to przede wszystkim dlatego, że wynikały z niej nowe
powiązania rodzinne. Nic, poza śmiercią jednego z narzeczonych, nie mogłoby
zerwać zaręczyn corleońskiego zabójcy z panną Marchese, zaręczyn, które
bardziej zapowiadały nowe sojusze niż obopólne szczęście przyszłych nowożeń­
ców.
Rozdział szósty

104 Prestiż Filippa Marchese we wschodniej części miasta był tym większy,
że łączyły go więzy pokrewieństwa z dwiema ważnymi rodzinami miejscowymi:
Zanca i Tinnirelło. Benedetto Tinnirello, ożeniony z siostrą Marchesego,
dochował się licznego potomstwa. Ono z kolei spokrewniło się z kilkoma
Zanca, a ci byli znowu kuzynami niektórych Yemengo... Jednym słowem Fi-
łippo Marchese był praktycznie skoligacony ze wszystkimi mężami honoru
swojej dzielnicy. Idealnie więc nadawał się na ich przywódcę.

O WŁADZY OJCA CHRZESTNEGO

Yincenzo Sinagra niejednokrotnie miał sposobność przekonać się, jaki był


zasięg władzy Filippa Marchese na podległym mu terytorium, a nawet poza nim.
Od Brancaccio do Sperone tylko nieliczni kupcy i przemysłowcy odmawiali
uległości wobec groźby środków wybuchowych, jakimi zastraszali ich mężowie
honoru z Corso dei Mille. Sinagra znał tyłko dwóch lub trzech, którym
podkładał dynamit w sklepach czy plastyk w fabrykach. Marchese posiadał
najprzeróżniejsze warsztaty i łiczne placówki handlowe zarządzane przez całą
armię figurantów. Pewnego razu widziano, jak spoliczkował pewnego kelnera
w barze Gourmefs na placu Torrelunga pod pretekstem, że lokal jest za­
niedbany.
— Nie wiesz, kto tutaj jest panem?! — ryczał na młodzieńca Marchese. —
Właśnie ja! Zapamiętaj to sobie!
Dzięki temu mężowie honoru z dzielnicy Brancaccio odkryli, że ich
ulubiony bar należy do szefa ich ulubionej rodziny.
Znaczenie Filippa Marchese w dzielnicy można byłoby oceniać przede
wszystkim sądząc po swobodzie jego działania i poruszania się wzdłuż Corso dei
Mille. Wówczas gdy Yincenza Sinagrę zwerbowano do rodziny z Corso, Filippo
Marchese był już poszukiwany przez policję palermitańską z powodu różnych
przestępstw. Nie trzeba wyjaśniać, że z biegiem czasu prześcigano się w licyta­
cjach. I karabinierzy, i sędziowie śledczy, wiedząc o jego pozycji w hierarchii
mafijnej, oskarżali go na wyprzódki — gdyż była to pokusa nie do odparcia —
o wszystkie grzechy Brancaccia, a może i całej wyspy. Im więcej było trupów,
tjmi więcej dochodzeniowcy mówili o Filippie Marchese. A im więcej o nim
mówili, tym większą przypisywano im aktywność w jego poszukiwaniu. Nakazy
aresztowania z jego nazwiskiem mnożyły się wprawdzie, lecz on sam nie zmienił
w praktyce żadnego ze swych przyzwyczajeń. Status człowieka wyjętego spod
prawa absolutnie nie zmuszał go do opuszczenia swojego terytorium.
Przestawszy mieszkać w swym „legalnym” apartamencie, gdzie policjanci
zachodzili od czasu do czasu, choć bez większej nadziei, Filippo Marchese
dysponował mnóstwem kryjówek rozsianych na jego terytorium. Nie tylko
Cela śmierci

nigdy nie miał do nich zbyt daleko w razie potrzeby szybkiego ukrycia się, lecz 105
nawet ich położenie było, rzec można, publiczną tajemnicą. Dlatego też
Yincenzo Sinagra bez większych trudności wszedł w posiadanie różnych adre­
sów szefa rodziny z Corso dei Mille.
Jeśli Marchese nie przebywał w willi pod numerem 1317 przy Corso dei
Mille, to lubił przemieszkiwać niedaleko od niej w baraczku osłoniętym przez
ogród i łączącym się z fabryką cegieł, która mu służyła za skrzynkę do listów
oraz do meldunków. W razie czego miał również do dyspozycji małe locum
mieszczące się niemal naprzeciwko morza przy via Messina Marina, tuż obok
sklepu prowadzonego przez pewnego zabójcę z jego rodziny. Poza małym
domkiem daleko na wsi Marchese rozporządzał także willą położoną na
obrzeżu gaju cytrynowego w Yillabate, kilka kilometrów na południe od Corso
dei Mille. Tam właśnie prowadził salon i lubił w nim przyjmować Michele Greca,
prezydenta republiki mafijczyków.

ZŁODZIEJE SKOKU

W kilka tygodni po tym, jak został przedstawiony Filippowi Marchese, na


początku sierpnia 1981 roku Yincenzo Sinagra miał sposobność przekonać się,
do czego jest zdolny szef rodziny z Corso dei Mille. W towarzystwie Burzy
i innego swojego kuzyna, imieniem Antonino, Yincenzo Sinagra udał się, jak mu
polecono, do baru California na skraju dzielnicy Brancaccio, ażeby przyłapać
dwóch obwiesiów winnych „obrazy” Marchesego.
Dwaj młodzi ludzie, Maurizio Lo Yerso i Giovanni Falluca, uczestniczyli
w napadzie na ambulans pocztowy w dzielnicy Ficarazzella, przedmieściu
Palermo. Filippo Marchese zirytował się powodzeniem tej operacji nie dlatego,
że przeprowadzono ją na obrzeżu jego terytorium, lecz głównie dlatego, iż uznał,
że ten skok został mu, że tak powien, ukradziony.
— Ja pierwszy wpadłem na ten pomysł — rozpowiadał wszędzie. — Pod­
wędzili mi go. Przyprowadzić do mnie winowajców!
Żeby uśpić nieufność obu młodych ludzi, których kuzyni Sinagra zaciągnęli
w kąt baru California, ci ostatni zaproponowali im nowy napad.
— Znamy kogoś, kto pracuje w jubilemi — powiedział Yincenzo Si­
nagra. — Ma rozeznanie w środowisku. Można zrobić kilka grubszych
włamów jubilerskich albo nawet bezpośrednio zaatakować handlowców
z tej branży. Chodźcie do nich z nami, trzeba się wcześniej z nimi po­
znać.
Jak powiedziano, tak zrobiono. Trzej kuzyni Sinagra zataszczyli obydwu
młodych drani błękitnym fiatem 126, który czekał na nich przed barem, do
Yillabate.
Rozdział szósty

106 Młodszy z opryszków, Maurizio Lo Verso, miał od najwcześniejszego


dzieciństwa przydomek Papariedu, Papcio, gdyż jako brzdąc wałęsał się po
dzielnicy popłakując i szukając swego ojca. Ta nadwrażliwość nie przeszka­
dzała mu być nieufnym; w miarę jazdy jego obawy rosły.
— Dokąd jedziemy? — zapytał.
— Daj spokój — odparł Yincenzo Sinagra — chyba nam ufasz. Jedziemy
do naszego przyjaciela z jubilerni.
Posługując się kłamstwem o „przyjacielu z jubilerni” kuzyni Sinagra, jak
łatwo się domyślić, jechali oddać dwóch nieszczęsnych młodzieńców w ręce
Filippa Marchese.
Yincenzo Sinagra widział po raz ostatni Fallukę i Lo Yerso w małej
wytwórni serków położonej w osadzie Yillabate, gdzie czekał na nich Filippo
Marchese i kilkanaście innych osób. Yincenzo Sinagra nie zobaczył, co się z ni­
mi potem stało. Po prostu wyszedł stamtąd, przekazawszy Marchesemu jego
ofiary. Z łatwością się jednak tego domyślił. W jakiś czas później dowiedział
się od Burzy, że ciała młodych ludzi wrzucono do ponad dwustulitrowych
pojemników z kwasem.
— To był kwas dobrej jakości — sprecyzował jego kuzyn. — Rozpuszcza
wszystko oprócz zegarków.
Yincenzo Sinagra zrozumiał, do czego był zdolny szef rodziny z Corso dei
Mille. Miał jednak przejść przez jeszcze inne próby.

OJCOWIE CHRZESTNI NIE GORSI OD KATÓW

Znajdująca się na południowym krańcu portu zatoczka Sant’ Erasmo


stanowi coś w rodzaju granicy pomiędzy zabytkowym centrum a nowymi
przedmieściami. Jest tam niewielkie molo zasłaniające kilka łodzi rybackich
leżących bokiem na twardych kamieniach brzegu i czekających na zanurzenie
się w wodzie. Nieco dalej, na trójkątnym placyku między dwiema stacjami
benzynowymi, przerobiono na bar dawną fortecę.
To właśnie tutaj o każdej porze dnia i nocy snują się dziwne typy, a wśród
nich również i Yincenzo Sinagra; są to mężczyźni w różnym wieku, obdarci,
zaniedbani i próżnujący, których, zdawałoby się, nic nie jest w stanie wyciągnąć
z kilku baraków posiadających prócz innych rozrywek mizerną salę bilardową,
jeszcze bardziej ociekającą tłuszczem niż paszteciarnia z naprzeciwka.
Instytut religijny Padre Messina zajmuje północną część zatoki. Naprze­
ciwko instytutu, przed wybrzuszeniem nadbrzeżnym, gdzie systematycznie
składano tysiące metrów sześciennych rozmaitych odpadków, znajduje się
kompleks brudnych i na pierwszy rzut oka opuszczonych domów. Tam właśnie
Yincenzo Sinagra miał spotkanie rankiem ósmego listopada 1981 roku.
Cela śmierci

Pewna liczba biedaków gnieździła się w bardziej przydatnych do zamiesz­ 107


kania partiach osiedla, domy jego jednak po większej części świeciły pustką,
jako zagrażające zdrowiu. Do jednego z takich opustoszałych mieszkań skie­
rował się Sinagra pchnąwszy zardzewiałą furteczkę pod numerem 8 przy via
Ponte Marina. Przeszedł przez korytarz, gdzie trzeba było oddychać mdlącym
pyłem wiszącym w powietrzu, po czym, otarłszy się o kilka stert starych szczap,
wyszedł na niemal całkowicie ciemne podwóreczko. Potem skierował się ku
zrujnowanemu domkowi przeznaczonemu do rozbiórki.
Po wśliźnięciu się na schody, równie odrażające jak reszta otoczenia,
wszedł na pierwsze piętro, gdzie stało otworem mieszkanie, w którym miał
zaczekać na kuzyna Burzę. Dochodziła dziesiąta rano, kiedy wkroczył do
największej izby tego locum. Robiła ona wrażenie jedynie swoim zaniedbaniem:
stał tam jakiś stół i kilka krzeseł, ściany się łuszczyły, sufit był zapadnięty; nic
pozornie nie wskazywało na okropne ceremonie, jakie się w niej odbywały; im to
właśnie zawdzięczała nazwę „celi śmierci”.
W celi śmierci czekał już trzeci z kuzynów Sinagra, imieniem Antonino,
którego Burza również wezwał do pomocy. Obaj doskonale wiedzieli, po co
tam przyszli. Burza im to wytłumaczył.
W tym samym czasie Burza i drugi zabójca z rodziny na Corco dei Mille,
Antonio Rotolo, weszli do baru zakładu kąpielowego Virzi, położonego co
najmniej kilometr od zatoczki Sant’ Erasmo. Byli w nim umówieni z Antonino
Rugnettą, zawodowym mężem honoru.
Antonino Rugnettą, przemytnik, nie przepuszczał żadnej opłacalnej
transakcji. Handlował jak każdy heroiną i był jednym z nielicznych już mężów
honoru w Palermo, którzy w swoich interesach uwzględniali jeszcze papierosy.
Burza i Rotolo wiedzieli o tym.
— Chodź z nami w jedno miejsce — powiedzieli mu — mamy tam na zby­
ciu cały transport papierosów. Transakcja jest interesująca. To niedaleko stąd.
Rugnetcie to wystarczyło; zgodził się iść z nimi. Zostawił przed barem —
na chwilę, jak sądził — swój samochód i wraz z Burzą oraz Rotolem wsiadł do
fiata 131. Rugnettą nie wiedział, że wóz ten został poprzedniego dnia ukradzio­
ny, i nie mógł się nawet domyślać, do jak makabrycznego użytku go prze­
znaczono.
Antonino Rugnettą nie miał podstaw do jakichkolwiek podejrzeń, gdyż
zawsze trzymał się z dala od wszelkich sporów klanowych i „rodzinnych”,
zadowalając się wykonywaniem swojego zawodu w sposób najlepszy na świę­
cie, czyli możliwie nieuczciwy. Nigdy nie miał żadnych zatargów ze swoim
mafijnym środowiskiem; jedyne prawo, które naruszał, było prawem państwa
włoskiego. Tak więc z czystym sumieniem szedł w towarzystwie Antonia Rotolo
i Burzy do mieszkania pod numerem 8 przy via Ponte Marina, gdzie czekali na
niego Yincenzo Sinagra i jego krewniak.
Rozdział szósty

108 Ledwie Rugnetta wszedł do celi śmierci, czterej mężczyźni rzucili się na
niego i w jednej chwili przywiązali go do krzesła. Czegóż mogli od niego
chcieć?
Jak każdy szanujący się mąż honoru Antonino Rugnetta zdawał sobie
sprawę, że tego rodzaju zasadzki zawsze motywowano jakąś aferą rodzinną,
honorową lub pieniężną. Ponieważ nie uczynił jednak, o ile nam wiadomo,
żadnego afrontu i nie wszedł nikomu w drogę, musiał więc być nader zasko­
czony. Osłupiał zapewne, kiedy w kilka minut później ujrzał, że do pomiesz­
czenia wchodzi kilkunastu mężów honoru o niezbyt przyjaznych minach. No
cóż, nawet światło, które przenikało z ciemnego podwórka, nie rozjaśniało ich
twarzy.
Co tu zresztą mówić o Rugnetcie, skoro nawet na obojętnym wobec niego
Yincenzo Sinagrze wejście delegacji mężów honoru zrobiło piorunujące wraże­
nie. Był tam i Filippo Marchese, Bakłażan, i kilku z jego szajki zabijaków —
a wśród nich ci najgroźniejsi, jak Piętro Yemengo. Sinagra nie znał wszystkich
spośród wchodzących, a poza tym nie miał zbyt wiele czasu, by im się przyjrzeć.
Uznając jego obecność za zbędną, poproszono, by na chwilę wyszedł;
— Poczekaj na nas w pokoju obok — rozkazano mu.
Nie czekając na dalsze polecenia Yincenzo Sinagra niezwłocznie przeszedł
do sąsiedniej izby. Mógł w niej bez większego trudu słyszeć wszystko, co
mówiono obok. Rozmowa od samego początku miała charakter przesłuchania.
— Gdzie jest Curiano? — zapytał jakiś głos.
— Kto?
— Curiano! Koriolan Puszczy! Gdzie on jest? Powiedz nam, gdzie on się
ukrywa!
A więc o to chodziło. Filippo Marchese zwabił Antonina Rugnettę w tę
pułapkę jedynie po to, by się dowiedzieć, gdzie przebywa przyjaciel tego
ostatniego, Salvatore Contomo, nieuchwytny Koriolan Puszczy, który naj­
wyraźniej zdołał się ulotnić po szczęśliwym, jak pamiętamy, wykaraskaniu się
ze strzelaniny ulicznej. Antonino Rugnetta i Contorno przeprowadzali kiedyś
wspólnie niemało interesów. Stąd tylko jeden krok do przeświadczenia, że on
pierwszy musi wiedzieć, gdzie ukrywa się jego dawny partner, krok, który z całą
niefrasobliwością zrobili Filippo Marchese i jego trupa zabójców.
— Wierzcie mi — jęczał Antonino Rugnetta — ja nie wiem, gdzie on jest.
Gdybym wiedział, to bym wam powiedział. Jeśli mnie uwolnicie, przysięgam, że
go wam odnajdę. Wydam go wam bez najmniejszego wahania.
W tym momencie Yincenzo Sinagra zorientował się, że i on może widzieć tę
straszliwą scenę przez szparę ziejącą w ścianie.
Jeden z mężów siedział przy stole, na którym w razie potrzeby miał do
dyspozycji papier i ołówek. Pozostali krążyli wokół więźnia, który rozpaczliwie
poruszał rękami i nogami w szałonej nadziei, że uwolni się z pęt.
Cela śmierci

Widząc, że z Antonina Rugnetty nic więcej nie da się wyciągnąć, mąż, który 109
przybrał minę sędziego, wstał. Yincenzo Sinagra zobaczył jego twarz. Twarz,
której nie był zdolny zapomnieć, która później wiele razy jawiła mu się przed
oczyma, między innymi również na fotografii z pewnego dokumentu sądowego
podtykanego mu w jakiś czas potem pod nos przez karabinierów, fotografii, pod
którą odczytał nazwisko; Pino Greco.
Obecność szefa rodziny z Ciaculli w miejscu stosunkowo oddalonym od
jego terytorium mogła zdziwić jedynie ignorantów. Pino Greco miał ważne
powody, by znajdować się tego dnia w celi śmierci.
Jak pamiętamy, podczas strzelaniny w Brancaccio Salvatorowi Contomo
nie udało się go zabić, choć uratowała go jedynie kuloodporna kamizelka. Od
owego dnia Pino Greco wspomagany przez swojego krwawego kompana,
Filippa Marchese, ścigał bez przerwy Koriolana Puszczy, nie zaniedbując
żadnego tropu. Jeśli nawet przez chwilę wierzył, że Antonino Rugnetta
zaprowadzi go do Koriolana, to nader szybko się rozczarował. Już po kilku
minutach przesłuchania zostawił papier wraz z ołówkiem i skierował się w stro­
nę więźnia z wyrazem twarzy jeszcze bardziej ponurym niż zazwyczaj.
Yincenzo Sinagra twierdzi, że widział, jak Pino Greco obszedł więźnia
i stanął za jego plecami; potem zarzucił mu na szyję powróz i związał jego końce
na pałce, którą zaczął szybko skręcać na karku ofiary, wywołując nader
potworny skutek. W tym samym czasie, według relacji Sinagry, dwaj inni
oprawcy z całej siły przytrzymywali nogi nieszczęśnika, żeby ograniczyć jego
drgawki podczas uśmiercania go przez uduszenie. Niezależnie od tego, czy jest
to wersja zmyślona, czy prawdziwa — sędziowie i policja zdają się dawać jej
wiarę — jeden fakt pozostaje niezbity: w wyniku przesłuchania z nieszczęsnego
Antonina Rugnetty ostał się tylko zewłok z wyraźnymi śladami duszenia na szyi.
Należało się go pozbyć możliwie jak najszybciej.

O TRANSPORCIE TRUPÓW, CZYLI JAK SIĘ ICH POZBYĆ

Jeżeli dla kogoś pozbawionego doświadczenia czy wyobraźni zabicie


człowieka wydaje się sprawą niesamowicie długą, złożoną, drażliwą i przykrą,
to w takim razie możliwość pozbycia się trupa graniczy już dla niego z cudem.
Rzecz jasna, skoro od Yincenza Sinagry zażądano bez ogródek, by pozbył się
trupa Antonina Rugnetty, ów prostak uporał się z tym ze zręcznością godną
jego kuzyna Burzy.
— Możesz wejść — powiedział Burza do Yincenza Sinagry, kiedy Anto­
nino Rugnetta był już tylko trupem.
Sinagra ujrzał wówczas, jak oprawcy rozcinają więzy przytrzymujące
zwłoki na krześle i zwalają je na podłogę jeszcze przed zdjęciem z nich
Rozdział szósty

110 długiego, konopnego powroza. Musiano działać, zanim ciało zesztywnieje.


Zwłoki szybko związano w najprostszy sposób: stopy i ręce przytwierdzono na
plecach do karku zmarłego za pomocą kilku metrów linki.
Uczestniczący w tej operacji Yincenzo Sinagra miał przed oczyma wyjaś­
nienie jednej z tajemnic, która od pewnego czasu bulwersowała palermitańską
policję, a w konsekwencji również miejscową prasę. Nie był to pierwszy trup,
którego policjanci znaleźli związanego właśnie w ten sposób. Zaintrygowani
ową osobliwą pozycją pośmiertną dochodzeniowcy dopatrywali się w niej
rodzaju wyjątkowo okrutnej tortury. Sądzili bowiem, że ofiary krępowano
w ten sposób jeszcze za życia po to, by umierały wskutek uduszenia. Ochrzczono
nawet torturowanych w ten sposób „incaprettati”, przez analogię do związywa­
nych na halach przez niektórych pasterzy kóz górskich i owiec.
Yincenzo Sinagra zrozumiał, że w gruncie rzeczy ten sposób wiązania
zwłok miał po prostu ułatwiać ich transport: można było je nieść jak zwyczajne
bagaże.
Tak więc ciało Antonina Rugnetty zostało bez trudu uniesione i wsunięte
w duży worek na odpadki. Yincenzo Sinagra i jego kuzyn Burza otrzymali od
Filippa Marchese polecenie pozbycia się tej raczej kłopotliwej paczki. Chwycili
ją zatem bez żadnych ceregieli i uginając się pod jej ciężarem wynieśli ciało z celi
śmierci.
Fiat 131, w którym żywy Antonino Rugnetta odbył swoją ostatnią podróż,
posłużył mu do pierwszej podróży pośmiertnej. Dwaj kuzyni Sinagra bez­
ceremonialnie wynieśli na ulicę śmietnikowy worek-całun, po czym załadowali
go do bagażnika. Jeśli nawet ktokolwiek ich widział, nic nie mogło mu się wydać
podejrzane. W parę minut po wpół do jedenastej wóz z dwoma kuzynami i ich
ładunkiem ruszył w stronę śródmieścia.
Zuchwalstwo lub raczej brak wyobraźni obydwu Sinagrów był tym bar­
dziej godny uwagi, iż właśnie wówczas karabinierzy zwiększyli liczbę lotnych
patroli w nadziei nie tyle może na przerwanie wojny rodzin, ile na ograni­
czenie masakry wskutek zatrzymania tych czy innych żołnierzy mafijnych.
Kuzyni mieli tego dnia niesłychane szczęście, gdyż nie tylko nie zatrzymał ich
żaden patrol drogowy, lecz także bez najmniejszych trudności zaparkowali wóz
w samym sercu śródmieścia, przy via Cavour, dwa kroki od koszar Guardia di
Finanza, niedaleko tablicy z zakazem zatrzymywania się nawet na kilka minut.
Nie trzeba tłumaczyć, że fakt pozostawienia ciała ofiary w bagażniku
skradzionego wozu, na dobitkę zaparkowanego dwa kroki od ważnego poste­
runku policji, zakrawa na brawurę bardziej w stylu praktyk terrorystycznych
niż starodawnych zwyczajów organizacji Cosa Nostra. Zresztą, żeby jeszcze
podkreślić dobitność swojego gestu, Filippo Marchese zatelefonował niebawem
do redakcji „Giornale di Sicilia” po to, by zwłoki Antonina Rugnetty jak
najszybciej znaleziono.
Cela śmierci

Jeżeli Marchese liczył na przeczytanie w popołudniówkach wiadomości 111


o makabrycznym odkryciu, to musiał się rozczarować. Na skutek dziwnej ironii
losu jego telefoniczny sygnał nie przydał się na nic. Zbyt późno zaalarmowani
policjanci z brygady kryminalnej nie zdążyli się zająć dowodem rzeczowym
przestępstwa. Wóz stał w strefie zakazu parkowania, a więc w parę minut po
jego pozostawieniu został odwieziony do przechowalni pojazdów znalezionych.
Odstawianie źle zaparkowanych aut było, rzecz jasna, jedną z rzadszych
operacji, które policja miejska wykonywała z chwalebnym zapałem, gdyż
zdarzało się to niezbyt często.
Tego samego wieczoru właściciel wozu był niemile zaskoczony, gdy po
odzyskaniu swojej własności otworzył bagażnik i znalazł w nim zwłoki Anto­
nina Rugnetty na dobre zastygłe w osobliwej pozycji, zapakowane w plasty­
kowy worek na odpadki.

OD CZEGO SĄ LEKARZE?

W ciągu następnych miesfęcy Yincenzo Sinagra coraz lepiej poznawał praw­


dziwą naturę swoich przyjaciół, która wydawała się mieć wyjątkowo mało wspól­
nego ze zwykłym ludzkim charakterem. Z jego rozmów z kuzynem Burzą wyła­
niał się coraz wyraźniejszy obraz mafii jako organizacji opętanej ludobójczą furią.
— Członkiem naszej rodziny jest pewien lekarz — wyjaśniał kuzynowi
Burza. — To on opatruje naszych rannych. Dzięki temu „zbiry” o niczym nie
wiedzą. Oddaje nam również inne przysługi. — I Burza tym samym konfidenc-
jpnalnym tonem oświadczył: — Naszym zabójcom zdarza się czasem spaprać
robotę i wtedy musi ją za nich dokończyć właśnie nasz lekarz; dowiaduje się,
w jakim szpitalu leży niedobity facet, i już się nim potem skutecznie zajmuje.
To on eliminuje rannych.
Po chwili zastanowienia Burza dodał, dając próbkę nader szczególnej
i rozbrajającej logiki:
— No bo od czego są lekarze? Jakiś pożytek musi z nich być.
Choć Yincenzo Sinagra nigdy później nie słyszał o lekarzach wykań­
czających niedobitych chorych na ich łóżkach szpitalnych, uwaga jego kuzyna
nie zdziwiła go nadmiernie. Wiedział, że wpływ Filippa Marchese w Palermo był
wprost proporcjonalny do grozy, jaką budziło samo jego nazwisko.

PATOLOGIA BOSSA

Kiedy Filippo Marchese wydawał jakiś rozkaz, nikt nie śmiał mu się
sprzeciwić. Wszystko w jego postawie wskazywało, że nie znosił dyskusji;
autorytarny ton wywrzaskiwanych komend, wściekłość widoczna na twarzy
Rozdział szósty

112 i równie wymowne spojrzenie sprawiały, iż jego rozmówcom odechciewało się


wywodów dialektycznych, tym bardziej że wszyscy wiedzieli, do czego Marche-
se był zdolny.
Ponieważ Yincenzo Sinagra widział, jak torturował, a potem własnymi
rękami zabił co najmniej pół tuzina osób, był przekonany, że sprawiała mu
przyjemność zabawa w kata. Przekraczając swoje kompetencje szefa rodziny
Marchese za byle głupstwo skazywał na śmierć i zawsze, kiedy tylko było to
możliwe, osobiście uczestniczył w egzekucji. Wymagał od swoich ludzi nie­
wzruszonej postawy wobec śmierci. Toteż podczas jednego z zabójstw zbeształ
Sinagrę zauważywszy jego nietęgą minę, zupełnie skądinąd zrozumiałą.
— Nie rób grymasów! — ryknął mu nad uchem Marchese. — Nie ma się
co krzywić!
Sinagra oczywiście natychmiast się opanował i postarał o możliwie obojętny
wyraz twarzy, tymczasem zaś Marchese dokończył duszenia swojej ofiary.
Gdyby Sinagra nie posłuchał go, pewnie nigdy nie miałby sposobności opowie­
dzenia tej historii. W każdym razie musiał tak myśleć, gdyż wiedział, jak nikłą
wagę przywiązuje Filippo Marchese do życia swoich ludzi. Burza zobowiązał
się wyjaśnić mu to szczegółowo. Przykłady krwiożerczego szaleństwa szefa
rodziny z Corso dei Mille można było mnożyć.
Salvatore Buscemi, mąż honoru trochę zbyt może arogancki, miał zwyczaj
odwiedzać restauracje w strefie zatoki Sant’ Erasmo, gdzie dał się poznać ze
złych manier i nieznośnego zwyczaju wychodzenia bez uregulowania rachunku.
Wszyscy pokrzywdzeni restauratorzy opłacali opiekę Filippa Marchese. Pew­
nego dnia, kiedy Buscemi przechadzał się ulicą, nadjechał samochód, usłyszano
serię z broni automatycznej i Buscemi zwalił się z nóg nieżywy. Zastrzelony!
Giuseppe Finocchio był kapitanem drużyny futbolowej, który trochę za
bardzo lubił kobiety. Swoim nadskakiwaniem naprzykrzał się pewnej miłej
damie, która z pewnością podobała się również Marchesemu. Został z całą
bezwzględnością zastrzelony — jak i tamten.
Piętro Pagano był biedakiem, który miał zwyczaj coś niecoś sobie uszczknąć
z pól Marchesego — a to parę kamieni, a to jakieś witki... I on także został
zastrzelony.
Ginetto Tagliavia był nazbyt niezależny i nikogo nie szanował. Takie
w każdym razie miał o nim zdanie Filippo Marchese. Tagliavia, kiedy po raz
ostatni widział go Yincenzo Sinagra, znajdował się na piazza Sant’ Erasmo
i kończył właśnie degustować danie z jeżowca, które mu zaserwował wędrowny
sprzedawca. Kiedy podeszli do niego dwaj zabójcy z szajki Marchesego
i poprosili, żeby raczył iść z nimi, Ginetto Tagliavia nie wyrzekł ani słowa, je­
dynie pobladł. Jeśli wiadomość, jaką niedługo potem usłyszał Yincenzo Sinagra,
że Tagliavia został zastrzelony, nie jest prawdą, to dlatego że w istocie został on
uduszony, a jego ciało rozpuszczono w kwasie.
Cela śmierci

KAWIARNIANE ROZMOWY

Burza odczuwał złośliwą satysfakcję, kiedy ze wszystkimi szczegółami opo­


wiadał swemu kuzynowi o tych morderstwach. Nie oszczędzał mu najdrobniej­
szej informacji i wymieniał nawet nazwiska członków poszczególnych ekip zabój­
ców zatrudnionych przy kolejnych egzekucjach. Burza często uczestniczył w krwa­
wych patrolach oddziałów śmierci z Corso dei Mille. Nie czynił z tego przed ku­
zynem żadnej tajemnicy. Yincenzo Sinagra z każdym dniem coraz bardziej uma­
cniał się w przekonaniu, że zabijać jest bardzo łatwo, przynajmniej w Palermo.
Pewnego grudniowego dnia 1981 roku kuzyni Sinagra przechadzali się
przed barem na piazza Sant’ Erasmo, gdy wtem ujrzeli dwóch zabójców
z rodziny na Corso dei Mille, którzy najspokojniej w świecie wysiedli z samo­
chodu i podeszh do nich. Z dala zaczęło dochodzić echo syren policyjnych.
Dwaj mężowie nie zdawali się tym zaniepokojeni ponad miarę. Cała czwórka,
kierując się tradycyjnym zwyczajem, postanowiła wejść do baru na kawę oraz
pogawędzić o wszystkim i o niczym. Aktywnpść policyjna na dworze stawała
się coraz bardziej hałaśliwa i gwałtowna. Jeden za drugim przejeżdżały
samochody na sygnale, co oznaczało, że musiało się wydarzyć jakieś tragiczne
zajście. Po kilku minutach zabójcy pożegnali się i dopiero kiedy już sobie poszli.
Burza wytłumaczył Yincenzowi, o co tu chodziło.
— Ci dwaj zabili właśnie przemytnika nazwiskiem Orazio Fiorentino —
usłyszał od niego.
Zabójstwo miało miejsce niedaleko piazza Sant’ Erasmo, nieco ponad
pięćset metrów w linii prostej, przy via Alloro, w sercu historycznego centrum,
Kalsy, dawnej dzielnicy arabskiej. Przemytnika zaatakowano, kiedy jechał na
vespie. Obaj zabójcy strzelili do niego, gdy mijali go samochodem. Tym samym,
z którego wysiedli w kilka minut później, żeby przyłączyć się do kuzynów
Sinagra idących na kawę.
— C^emu go zabili?
Odpowiedź była tragicznie prosta. Orazio Fiorentino był starym wygą,
przez całe życie uprawiał przemyt. A że handel papierosami praktycznie zniknął
z obszaru Palermo, Fiorentino „ośmielił się” prosić jednego z mężów rodziny
Filippa Marchese, by ten pozwolił mu handlować heroiną.
— Fiorentino został uznany za kogoś, kto przebrał miarę — powiedział do
kuzyna Burza — on nie powinien był nigdy w życiu prosić o dopuszczenie go
do handlu heroiną. To dlatego Marchese skazał go na śmierć.
Syn Orazia Fiorentino znał Yincenza Sinagrę z widzenia i wiedział o jego
reputacji. Miał nadzieję, że ten ostatni mógłby mu służyć jakąś pomocą
w nieszczęściu, które go dotknęło. Dlatego też zwrócił się do niego z prośbą
o możliwie najszybsze dostarczenie mu broni palnej. Oczywiście Sinagra
powtórzył to zaraz kuzynowi Burzy.

8 —Calvi
Rozdział szósty

114 — Chce pomścić swojego ojca — stwierdził Burza. — Nie spuszczaj


z niego teraz oka. Jak tylko mu się wymknie słowo „zabójcy”, daj mi znać, to
się go sprzątnie.
Na szczęście młody Fiorentino nie domyślił się prawdy. A jeśli nawet tak
było, to nie wygadał się z tym przed Yincenzem Sinagrą w ich poufnych
rozmowach. Po kilku tygodniach Yincenzo odmówił dalszego śledzenia nie­
szczęsnego młodzieńca.
W rezultacie groźny szef rodziny wyznaczył mu do wypełnienia o wiele
gorsze zadanie.
Rozdział siódmy
Cmentarz
morski

ZAGARNIĘCIE POBRZEŻA

Od zarania wiosny cała wschodnia strefa miasta stała się jeszcze trudniejsza
do wytrzymania niż w zimie. Upał wraz z jaskrawym słońcem sprowadził do
prawdziwego wymiaru brudne i smrodliwe uliczki godne pierwszego lepszego
portu na Bliskim Wschodzie. Błękit nieba i morza do tego stopnia niweczył
wszystkie pozostałe barwy, że — zamiast złagodzić widok — zmuszał do ciągłe­
go mrużenia oczu.
Nastał maj i rozpoczęło się piekło. Ten ogród, gdzie tak dobrze było żyć na
początku wieku XX, te połacie unicestwionego raju, które rozkwitały niegdyś
jaśminem i cytrynowym gajem, przekształciły się w istny kocioł, w którym nie
wiadomo jaki diabeł macerował tubylców, od brzuchatych ludzi aż po wychudłe
koty, w wyziewach rozgrzanego asfaltu zmieszanych z równie nieopisaną, co
odrażającą wonią stęchlizny.
Yincenzo Sinagra do tego stopnia przywykł gotować się w tym ukropie, że
z pewnością pozostał nieczuły na przeraźliwą kanikułę, jaka się zaczęła wraz
z majem 1982 roku.
Choć nie był jeszcze w pełni mężem honoru, mógł się jednak chlubić
zaufaniem Filippa Marchese, który od pewnego czasu despotycznie rządził
dzielnicą. Szef rodziny z Corso dei Mille zwracał się już do niego wyłącznie
za pośrednictwem przydomka 'Undli, ku wielkiej satysfakcji młodzieńca. Z bie­
giem czasu Yincenzo Sinagra będzie pozwalał na ten rodzaj poufałości tylko
swemu szefowi, którego polecenia wykonywał zawsze bez mrugnięcia okiem.
Na tej zasadzie w ciągu kilku miesięcy Yincenzo Sinagra brał udział
w różnych napadach z bronią w ręku — magazyn artykułów gospodarstwa
Rozdział siódmy

116 domowego, skład win, jubilernia — oraz podkładał plastyk w paru sklepach,
których właściciele nie chcieli płacić okupu za mafijną ochronę. Jeśli praktycz­
nie nie czerpał żadnych korzyści materialnych z tego rodzaju operacji — raz
tylko Filippo Marchese dał mu w lirach równowartość dziesięciu tysięcy fran­
ków francuskich — to w każdym razie musiał hołubić w głębi duszy marzenie,
że po sprawnym przeprowadzeniu tych przestępczych operacji rośnie jego
autorytet w oczach reszty szajki, a już na pewno w oczach szefa rodziny. Choć
Sinagra wciąż jeszcze nie przeszedł przez ceremonię inicjacji Cosa Nostra,
odnosił jednak wrażenie, że stanowi część składową małej armii Filippa
Marchese, a może nawet jego domostwa.
Upłynęło ledwie sześć miesięcy od czasu, gdy po raz pierwszy uczestniczył
w uśmiercaniu człowieka przez uduszenie i oto Marchese zdawał się nie mieć
przed nim żadnych sekretów.
Większość ze szczegółów trwającej wojny uchodziła uwagi Yincenza
Sinagry. Wiedział wszakże, iż podzieliła ona świat mężów honoru na „wy­
grywających” i „przegrywających”. Pojmował też, że jego rodzina należała
do tych pierwszych i że pod pastorałem Michele Greca oraz jego corleońskich
sprzymierzeńców systematycznie unicestwiała tych drugich. Poza tym jednak
logika pewnych egzekucji wymykała mu się niemal całkowicie. Wypada dodać,
że Sinagra nie był pod tym względem żadnym wyjątkiem: w przeddzień lata 1982
zabijano się niemal z byle powodu. Zupełnie jakby w Palermo dzikość mężów
honoru rosła wraz z temperaturą.

PRZYPADKOWA ŚMIERĆ

A skoro tak, to wczesnym rankiem 26 maja 1982 roku musiało się zrobić
bardzo gorąco. Rodołfo Buscemi, młody ambitny murarz, wyszedł o świcie
z mieszkania położonego w dzielnicy Sperone. Był to młody brunet kryjący
spojrzenie za grubymi szkłami korekcyjnych okularów. Wstąpił po swojego
szwagra, Mattea Rizzutto, i obaj wsiedli do fiata 127, by niebawem zaparkować
go przy viale dei Picciotti, niedaleko celi śmierci z piazza Sant’ Erasmo, którą
pamiętamy z okropnej sceny duszenia.
Było parę minut przed dziesiątą, kiedy Buscemiego i jego szwagra zaczepił
na ulicy Burza, któremu towarzyszył drugi kuzyn Yincenzo Sinagry, zwany
Antonino, i jeszcze jeden mąż honoru znany pod przezwiskiem Salvatore Ro-
tolo. Wszyscy czterej byli mieszkańcami tej samej dzielnicy, lecz znali się tylko
z widzenia, no i z reputacji.
Ranek był upalny, a zatem nie sprzyjał gorliwej pracy. Ulica nie wydawała
się nieprzyjazna, więc wdano się w rozmowę o wszystkim i o niczym. O pogo­
dzie, drożyżnie i o tym, czego można się spodziewać. Po owej wspomaganej
Cmentarz morski

rozleniwieniem wymianie banałów Burza w sposób możliwie najswobodniejszy 117


uczynił Rodolfowi Buscemi propozycję, którą ten powinien był przyjąć jako coś
bez większego znaczenia.
— Zleciłem dokonanie pewnych robót w domu obok — powiedział
murarzowi Burza. — Chodź, rzucisz na to okiem.
— No tak, ale mój szwagier?...
— Niech też idzie, to najwyżej pięć minut stąd.
Idąca ulicą grupka spotkała trzeciego męża honoru rodziny z Corso dei
Mille, którego nazwisko uleciało nam z pamięci tym łatwiej, że formalnie nie
był nigdy zidentyfikowany przez karabinierów. Również ów młody człowiek
0 sympatycznej twarzy obijał się tamtego rana. Czemu miałby nie pójść z nimi
1 popatrzeć na przeprowadzane roboty? Może być.
Parę minut po dziesiątej obaj szwagrowie i eskortująca ich trójka weszli do
odrażającego domku w posesji pod numerem 8 przy via Ponte Marina, gdzie —
jak pamiętamy — znajdowała się cela śmierci.
Nie zdziwi nas więc fakt, że Yincenzo Sinagra siedział już na pierwszym
piętrze oczekując, jak zwykle, nadejścia przyszłych torturowanych oraz ich
eskorty.
Ledwo Rodolfo Buscemi i jego szwagier weszli do domku, zobaczyli ze
zgrozą, że ich towarzysze wyjęli rewolwery bądź pistolety — nie mieli już czasu
ich rozróżnić — i skierowali je ku nim. Nie zdążyli nawet zdać sobie sprawy
z tego, co ich spotkało, kiedy solidnie ich związano i po zakneblowaniu ini ust
posadzono na dwóch krzesłach.
— Nie przejmujcie się — zwrócił się do nich jakiś głos uspokajającym
tonem — nic wam nie będzie. Pewne osoby chcą po prostu z wami porozma­
wiać.
Jeśh Rodolfo Buscemi niejasno przeczuwał, jakie to osoby chcą się
z nimi widzieć, jego szwagier był tak przerażony, że nic nie pojmował.
Chodzi najpewniej o jakieś nieporozumienie. Czemu go porwano, skoro
absolutnie nigdy nie mieszał się do spraw mafii? Nasuwała się jedyna odpo­
wiedź: po prostu dlatego, że tego ranka towarzyszył Rodolfowi Buscemie-
mu. Jakkolwiek było, los dwóch młodych ludzi został niebawem przypieczę­
towany.
W godzinę później jeden z porywaczy, Antonino Sinagra, poszedł uprze­
dzić niecierpliwiące się „osoby”, że wszystko zostało już przygotowane do
rozmowy. Oczekiwanie miało się z pewnością lada chwila skończyć, ponieważ
Buscemi i jego szwagier usłyszeli kroki na schodach.
Drzwi mieszkania otworzyły się przed pół tuzinem mężów honoru z Filip-
p>em Marchese na czele, który właśnie miał bez wątpienia swój zły dzień. Tuż
za nim postępował jego kompan, Pino Greco, który rówmeż rue miał zbyt
rozradowanej miny.
Rozdział siódmy

118 — Wyprowadź go do drugiej izby — powiedział Marchese wskazując na


szwagra, który wyraźnie mniej go interesował niź Rodolfo Buscemi.
Sprzed oblicza Marchesego zabrano szwagra wraz z krzesłem, do którego
był przywiązany, oraz kneblem i umieszczono go w sąsiednim pokoju.
Przesłuchanie Rodolfa Buscemiego mogło się zacząć.
„Któż cię tak rozzuchwalił, źe się ważysz mącić mój napitek?” — mógłby
go zapytać Marchese, mając po temu większe podstawy niż wilk wobec baranka
z bajki La Fontaine’a, gdyż Buscemi bezpośrednio zagrażał interesom mafij­
nym; czyż nie usiłował wymusić okupu na sklepikarzach z Bagherii i Yillabate,
którzy byli już pod ochroną Filippa Marchese i Pina Greco?
— Dla kogo ty pracujesz?
— Kto ci pozwolił zastraszać kupców, którzy są pod naszą ochroną?
— Jak się nazywają twoi wspólnicy?
Rodolfo Buscemi nie wiedział, co odpowiedzieć na ten grad pytań.
Tak, to prawda, faktom nie przeczy. Usiłował wymusić okup na kupcach
z Yillabate i Bagherii, ale nie wiedział, że oni są już chronieni. Stwierdził nawet,
że nie orientuje się, do jakich rodzin należą wymienione osady.
Yincenzo Sinagra, który siedział bez słowa w kącie, nie mógł opędzić się
pewnym myślom. On znał podział poszczególnych stref Palermo i dobrze
wiedział, do której rodziny mafijnej należy każda z nich. Każdy mąż honoru czy
też ten, kto się nim czuje, musi znać ową geografię mafijną. Toteż Sinagra do­
szedł do wniosku, że Buscemi jest kłamcą. Jakże mógł nie wiedzieć, że obszar
Bagherii jest pod ochroną Pina Greco, a strefa Yillabate pod ochroną jego
sprzymierzeńca, Filippa Marchese?
— Jakich masz wspólników? — nalegano.
— Nie mam wspólników — coraz bardziej niepewnie odpowiadał Busce­
mi. W końcu, po dłuższym molestowaniu, wydusił z siebie jedno nazwisko: —
Antonino Migliore.
— Nie znam — powiedział Burza. — Kto to jest?
Dwudziestosześciolatek z wąsikami; mieszka w pobliżu piazza Scaffa
czy też Corso dei Mille. Informacja była raczej skąpa, ale wystarczyłaby
Filippowi Marchese, aby szybko odnaleźć młodzieńca. Przesłuchanie zostało
zakończone.
Decyzja o losie Rodolfa Buscemi należała do Filippa Marchese jako szefa
rodziny z Corso dei Mille. Przesłuchiwany mieszkał bowiem na jego terytorium.
Również Pino Greco miał prawo wtrącić tu swoje trzy grosze jako strona, która
została pokrzywdzona: jeden z łupionych przez Buscemiego kupców podlegał,
jak wykazano, ochronie rodziny z Ciaculli. Mamy więc podstawy, by wierzyć
Yincenzowi Sinagrze, kiedy mówi, że widział, jak Marchese i Pino Greco
wspólnie kładli kres życiu Rodolfa Buscemiego za pomocą sznurka prze­
znaczonego do tych właśnie celów.
Cmentarz morski

Znając ich dziki temperament wypada też wierzyć Sinagrze, kiedy oświad­ 119
cza, że po egzekucji Buscemiego dwaj kompani przeszli do sąsiedniej izby, by
podobnie udusić szwagra, nieszczęsnego Mattea Rizzutto, który miał doprawdy
pecha.
— Nie mam już kwasu — krzyknął Filippo Marchese do Burzy — nie da się
rozpuścić ciał. Zajmij się tym, żeby stąd znikły!
Po czym w towarzystwie Pina Greco wyszedł z celi śmierci, by zająć się
innymi sprawami.

JAK SIĘ TEGO POZBYĆ (CIĄG DALSZY)

Przed opuszczeniem celi śmierci trzej kuzyni Sinagra i ich pomocnicy


wepchnęli zwłoki Rodolfa Buscemiego i Mattea Rizzutto do wielkich folio­
wych worków na odpadki. Postanowili pozbyć się trupów wieczorem. Na razie
poszli sobie, nie zostawiając w mieszkaniu żadnego strażnika. Wiedzieli, że
nikt nie przyjdzie myszkować w tej ruderze przyciągającej tylko szczury
i nieszczęścia.
Była już ciemna noc, kiedy Yincenzo Sinagra i jego kuzyn Antonino znaleźli
się w małym porcie Sant’ Erasmo. W kilka minut później mogli już zepchnąć
w stronę fal jedną z łodzi rybackich. Należała ona do brata Antonina Sinagry,
który nie był członkiem organizacji, a zatem nie wiedział, do jakiej smutnej
posługi ją przeznaczono.
Tymczasem kilkadziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie piazza Sant’
Erasmo, Burza i kilku innych mężów honoru ładowali dwa wory ze zwłokami do
bagażnika skradzionego w tym celu fiata Ritmo. Mimo upału uliczki całej
dzielnicy powinny były już być o tej porze puste. Ci z mieszkańców Palermo,
którzy zażywali jeszcze przechadzki, woleli późnym wieczorem snuć się po
deptakach śródmieścia, reszta zaś palermitańczyków delektowała się świeżym
powietrzem przy oknach lub na balkonach i nie interesowało ich nic poza tym.
Gdyby nawet ktoś zwrócił uwagę na dziwne manewry Burzy i jego kompanów,
zupełnie by się tym nie przejęli, tak jak i w przypadku ich pierwszego
morderstwa. W końcu mieli prawo przewieźć w bagażniku samochodu dwie
wielkie paczki, by kilkadziesiąt metrów dalej załadować je na łódź.
Gdy uporali się już z tą robotą, wsiedli do łodzi wszyscy poza jednym,
którego zadaniem było odholować skradzionego fiata.
W łodzi znajdowały się dwa tak zwane commune wygrzebane na wysypisku
śmieci. Commune to ciężkie kamienne wiadra, jakich się już nie produkuje,
używane głównie do spłukiwania ziemi i mające w denku dziury do spływania
brudnej wody. Świetnie się nadawały do obciążenia zwłok, które miały pójść
na dno zatoki.
Rozdział siódmy

120 Jeśli chcielibyśmy dziś odtworzyć trasę pogrzebowej łodzi, musielibyśmy


płynąć w stronę latami umocowanej na granicy robót przy przedłużaniu
zachodniego mola zatoczki Sant’ Erasmo. Od tego miejsca należałoby skie­
rować dziób łodzi tak, żeby busola wskazywała kierunek 0° 30'. Następnie
trzeba by się zatrzymać w strefie odległej o 0,80, a może nawet 1,50 mili mor­
skiej od latami; proszę wybaczyć brak precyzji.
W tym miejscu kuzyni Sinagra wrzucili do morza dwa trupy. Gdyby jacyś
odważni amatorzy skoczyli tu do wody dla sprawdzenia ostatniej informacji,
musieliby być wyposażeni w ekwipunek pozwalający im zejść ponad dwadzieścia
metrów głębiej od karabinierów w skafandrach, którzy po pięćdziesięciu me­
trach nurkowania w głąb morza nie byli już w stanie wedrzeć się w nieprzenik­
nioną ciemność spowijającą cmentarz morski rodziny z Corso dei Mille i mu­
sieli zawrócić.

ODDZIAŁY ŚMIERCI

Ile odbyło się takich pogrzebów? Tego się już chyba nikt nie dowie. Czy
był to jedyny cmentarz morski w zatoce palermitańskiej? Z pewnością tej tajem­
nicy również nikt nigdy nie odgadnie. Prądy morskie i ryby zrobiły swoje; dzisiaj
nie pozostało już chyba żadnych śladów po działalności katów palermitańskich.
Jeśli wierzyć Yincenzo Sinagrze, miała jeszcze miejsce co najmniej jedna
równie okropna wycieczka morska, mniej więcej w tydzień po zatopieniu dwu
tmpów, których krótką ostatnią drogę właśnie zrelacjonowaliśmy.
Dane personalne denata zupełnie nas nie zaskakują: był to ów podejrzany
typ, Antonino Migliore, współwinowajca wymuszanych opłat za ochronę
i haniebnej śmierci Rizzutta. Nie dziwi nas również to, iż katami byli Filippo
Marchese oraz Burza, jak też i to, że wybranym przez nich sposobem położenia
kresu życiu torturowanego młodzieńca było uduszenie.
Jeśli pozwalamy sobie przywołać ten epizod ryzykując znużenie czytelnika,
któremu i tak już musiało zbrzydnąć powtarzanie się okropności, to dlatego że
jest on charakterystyczny nie tylko dla klimatu panującego wówczas na Corso
dei Mille i w całym Palermo, lecz także dla codziennego życia mężów honoru
w owych latach.
Antonino Migliore został „zgarnięty”, kiedy rozsądnie czekał w swoim
fiacie tuż przy przejeździe kolejowym na Brancaccio. Tej niezwykle prostej
akcji podjęli się kuzyni Sinagra i zabójca znany pod nazwiskiem Antonio Ro-
tolo. Pod groźbą trzech pistoletów Migliore został zmuszony do zajęcia miej­
sca na tylnym siedzeniu swojego wozu, podczas gdy Sinagra i pozostali zapełnili
resztę wolnych siedzeń. Auto ruszyło przy całkowitej obojętności gapiów
i właścicieli innych samochodów.
Cmentarz morski

Podczas jazdy jeden z Sinagrów zapytał Migliorego, czy znał Matteo 121
Rizzutta. Drugi, pewnie dla uspokojenia go, powiedział, że właśnie za chwilę
dowie się czegoś o tym, którego rodzina i jego przyjaciele od paru dni nie wi­
dzieli żywego, i że będzie to dobra nowina.
— Wieziemy cię na spotkanie z jednym z twoich stryjów, który chce ci
przekazać wiadomość na temat zniknięcia Buscemiego — powiedziano mu.
Owym stryjem, który pragnął rozmawiać z nieszczęsnym Migliore, był
oczywiście, jak się wkrótce przekonamy, Fiłippo Marchese. Z jakiegoś niewiado­
mego powodu, z chęci zmiany miejsca czy też z lenistwa szef rodziny z Corso dei
Mille polecił, żeby ofiarę dostarczono nie do celi śmierci, ale do malej, osłonię­
tej ogrodem willi niedaleko via Giafar, pięć minut drogi od przejazdu kole­
jowego przy wjeździe do Brancaccio.
Zarówno przesłuchanie, podczas którego nieszczęsny Migliore potwierdził
wszystko, czego sobie tylko życzył Marchese, jak i egzekucja nie wniosły ni­
czego ciekawego do znanych już nam stereotypów postępowania mężów ho­
noru. Interesujący był jedynie dialog końcowy, toteż go przytoczymy.
— Pozbądź się trupa — powiedział Fiłippo Marchese do Yincenza Sinagry.
— Co ja z nim pocznę? — spytał niepewnie Sinagra. — Jeśli pan chce,
mogę go zostawić na piazza Politeama.
Fiłippo Marchese zastanowił się. Być może spodobał mu się nawet nie­
ludzki pomysł porzucenia trupa w sercu śródmieścia z całą nonszalancją, jakby
to był zatłuszczony papier po kanapce. Nie zgodził się jednak.
— Nie, lepiej niech zniknie. Rzuć go do morza, jak pozostałych.
Jak powiedziano, tak zrobiono.

CO SIĘ ZDARZA ZBYT SKRUPULATNYM KIEROWCOM?

Im gorętsze stawało się lato, tym silniej rywalizowała z nim coraz bardziej
absurdalna groza. Od blisko dziesięciu godzin trwał już szósty czerwca i coraz
cięższy zaduch gęstniał w dzielnicy Brancaccio, jakby chcąc dokuczyć ludzkie­
mu tłumowi na Corso dei Mille nie opodal piazza Torrelunga. Carmelo Lo
Jacomo znajdował się pośród spacerowiczów, którzy o każdej porze dnia snuli
się tu bezczynnie, w nadziei że spotka sam nie bardzo wiedział kogo i że uda
mu się dokonać jakiegoś przestępstwa. Jeśli nawet miał coś na sumieniu, to
w każdym razie przechadzał się najspokojniej w świecie.
A przecież powinien był mieć sobie coś do wyrzucenia, skoro Fiłippo
Marchese wysłał kilku swoich mężów honoru z poleceniem, żeby go odnaleźli
i przyprowadzili do luego. Cóż, ciągle jeszcze był żywy, więc szedł bez słowa.
Carmela Lo Jacomo uprowadzono pod groźbą pistoletów, a potem
wsadzono go do wozu typu mini minor, który ruszył pełnym gazem. Dla
Rozdział siódmy

122 mieszkańców dzielnicy lub dla gapiów to porwanie, tak jak i wszystkie
poprzednie, było sprawą obojętną i życie toczyłoby się dalej, jeśli nie ku
lepszemu, to w każdym razie swoją zwykłą koleją, gdyby oddalając się od piaz-
za Torrelunga wóz porywaczy nie potrącił innego auta, również typu mini mi­
nor, lecz zaparkowanego. Na swoje nieszczęście właściciel poszkodowanego
wozu wszystko widział. Zaklął więc szpetnie, wsiadł do swojego samochodu
i ruszył w pościg za sprawcami stłuczki nieświadomy niebezpieczeństwa, jakie
mu grozi.
Po dojechaniu do largo Grandi pierwszy mini minor zatrzymał się.
Zatrzymał się i drugi.
Pewny swojej słuszności kierowca drugiego pojazdu, były karabinier
w stanie spoczynku, niejaki Antonio Peri, pragnął tylko jednego: spisać proto­
kół, żeby móc otrzymać rekompensatę od swej agencji ubezpieczeniowej.
Najprawdopodobniej Peri nie zdążył nawet głośno i zrozumiale sfor­
mułować swojego żądania, gdy wysiadł jeden z pasażerów pierwszego wozu. Mąż
honoru z całym spokojem ruszył w stronę Antonia Peri i bez słowa władował mu
trzy kulki w głowę.
W kilka sekund później rozległy się nowe strzały. Tym razem w pierwszym
wozie. Zastrzelony został Carmelo Lo Jacomo, podobno przy próbie ucieczki.
Ciało Antonia Peri można było spokojnie zostawić na miejscu: jego śmierć
z łatwością dałoby się przypisać jakiejś bójce między kierowcami. Gorzej było
w drugim przypadku: znalezienie tego ciała dawałoby podstawy do skierowania
podejrzeń na szefa rodziny z Corso dei Mille. Toteż mężowie honoru po chwili
wahań woleli je zabrać z sobą do Filippa Marchese, który miał zadecydować, co
zrobić ze zwłokami Lo Jacomo.
Podobno Marchesego straszliwie rozgniewała przedwczesna śmierć Car-
mela Lo Jacomo. Chodziło mu nie tylko o to, że niezgulstwo jego ludzi pozba­
wiło go ofiary; być może po przesłuchaniu i torturach delikwenta dowiedziałby
się czegoś, co pozwoliłoby mu umocnić krwawą tyranię w strefie Corso dei Mille
i poza nią. Rozjuszyło go to wszystko również i dlatego, że ponownie należało
pozbyć się ciała.

O KWASIE DO ROZPUSZCZANIA ZWŁOK

Choć Yincenzo Sinagra nie znał wszystkich tajemnic swojego groźnego


szefa, wiedział jednak, że Filippo Marchese miał zwyczaj rozpuszczać ciała
niektórych ofiar w ogromnej, kilkusetlitrowej kadzi kwasu o jasnobrunatnej
barwie. Była to niewiarygodnie żrąca ciecz używana ponoć przez rzemieślników
produkujących wyroby ze srebra, którą kupowało się z przemytu w pewnej
spółce z siedzibą koło Cinisi, niedaleko Palermo. Yincenzo Sinagra uczestniczył
Cmentarz morski

w rozpuszczaniu kilku trupów, mógł więc potwierdzić, że w wyziewach tego 123


kwasu niepodobna oddychać i że po rozlaniu go na ziemi przez dłuższy czas
pozostaje po nim biała plama. Był to jednak dla Filippa Marchese najskutecz­
niejszy środek do zatarcia wszelkich śladów jego zbrodni. Zwłaszcza gdy kwas
miał dobrą jakość.
Nie zawsze jednak tak było. I w jakiś czas po zanurzeniu trupa nieszczęs­
nego Carmela Lo Jacomo w dwustulitrowej kadzi wciąż jeszcze dało się roz­
różnić w niej nietknięte zwłoki. Tak przynajmniej twierdzi Yincenzo Sinagra,
którego, jak mówi, wezwano do pomocy w czynnościach mających doprowa­
dzić do zniknięcia szczątków Lo Jacomo.
Ażeby zbytnio nie rozwlekać tego niezbyt interesującego epizodu, powiemy
tylko, że czynności te miały miejsce w pewnej willi wiejskiej koło Palermo.
Nadzorowani na początku przez Filippa Marchese kuzyni Sinagra wylali
zawartość kadzi na ziemię, po czym w plastykowych rękawicach zapakowali
szczątki do worka na odpadki. Worek został zaś nocą zatopiony na cmentarzu
morskim po obciążeniu go tradycyjnym już kamiennym balastem.

GENERAŁ DALLA CHIESA

Nie trzeba chyba wyjaśniać, że krwawe szaleństwo, jakie Filippo Marchese


zaszczepił całej swojej rodzinie z Corso dei Mille, nie było wcale czymś
wyjątkowym na początku lata 1982. Niewiele ponad rok czasu upłynęło od
zamordowania dwóch sekretarzy Kopuły, a wojna gangów, wypowiedziana
zaraz po śmierci tych dwóch ojców chrzestnych, zdawała się nie rokować nadziei
na szybki koniec. Wręcz przeciwnie.
Od jej wybuchu nie tylko trudno się było doliczyć zabitych i zaginio­
nych, lecz również sens pewnych zabójstw zdawał się wymykać umysłowi
ich sprawców. Jeśli większość uśmierceń wynikała z bezlitosnej wojny, jaką
wydali corleończycy Michele Greca garstce niezłomnych, wiernych pamięci
ich zmarłych szefów, Stefana Bontate i Salvatore Inzerilla, to jednak pozo­
stawała jeszcze niebagatelna liczba palermitańczyków zgładzonych z nader
błahych, zakrawających wręcz na kpiny powodów: a to ktoś uraził, najpraw­
dopodobniej mimo woli, szefa rodziny, a to znów ktoś inny padł ofiarą
nieporozumienia.
Oficjalna liczba morderstw dawno już przekroczyła setkę, kiedy rząd włoski
stwierdził, że nadszedł czas, by w Palermo zaprowadzić porządek. W tym celu
wysłano na wyspę generała karabinierów Carla Alberta Dalia Chiesa, który
niedługo przedtem wsławił się walką z terrorystami w regionie położonym
bardziej na północ. Po przybyciu do Palermo 2 maja 1982 roku z okazji po­
grzebu komuiustycznego deputowanego Pio La Torrego i jego szofera Lenina
Rozdział siódmy

124 Mancusa, zmasakrowanych serią z kałasznikowa, generał Dalia Chiesa objął


stanowisko prefekta do spraw walki z mafią na przeciąg stu dni, po których i on
padł ofiarą krwawej zasadzki.
Nic nie pozwala twierdzić z całą pewnością, że nominacja generała Dalia
Chiesy na kierownika prefektury palermitańskiej wywołała irytację Filippa
Marchese czy któregoś z innych mężów honoru tego miasta. Wiemy natomiast,
że w kilka miesięcy po przybyciu generała na wyspę szef rodziny z Corso dei
Mille bardzo poważnie zastanawiał się nad jego wyeliminowaniem. Na pewno
miał „papieskie” błogosławieństwo Michele Greca. W przeciwieństwie do
innych egzekucji zamach na generała musiało aprobować kierownictwo or­
ganizacji Cosa Nostra.

NALEŻY ZABIĆ DALLA CHIESĘ

W przeciwieństwie do znacznej większości Włochów Yincenzo Sinagra


dowiedział się o istnieniu kogoś takiego jak generał Dalia Chiesa z dużym
opóźnieniem. A że najprawdopodobniej nie czytywał gazet, można mieć
pewność, iż o obecności generała w Palermo poinformowano go właśnie wtedy,
gdy zawiązał się spisek na życie tego ostatniego. Pierwszym, kto powiedział
Sinagrze o Dalia Chiesie, był jego kuzyn Burza.
— Trzeba będzie zabić Dalia Chiesę — oświadczył w obecności Yinzen-
za. — Filippo Marchese już to postanowił; jest wściekły na generała.
Yincenzo Sinagra nigdy się nie dowiedział, jakie były powody gniewu
Marchesego. W jakiś czas potem otrzymał potwierdzenie zawiązania się spis­
ku; powiedział mu to sam SaWatore Rotolo, mąż honoru wyznaczony przez
Filippa Marchese do przygotowania akcji.
Rotolo, zwany Anatreda (po sycylijska kaczor), był jednym z zabójców
w rodzinie z Corso dei Mille. Yincenzo Sinagra ruejeden raz miał sposobność go
spotkać w celi śmierci z okazji jakiejś egzekucji lub na molo w zatoczce Sant’
Erasmo podczas transportowania zwłok. Filippo Marchese niezwykle cenił
pirotechniczne talenty Rotola, który skonstruował wiele bomb przeznaczonych
do zastraszania kupców i przemysłowców opornych wobec wszelkich form
płatnej „ochrony”. Zaufanie, jakim szef rodziny z Corso dei Mille darzył
Salvatora Rotolo, było tak wielkie, że powierzał mu również różne poufne misje;
musiał on także służyć w straży przybocznej szczególnie zagrożonych bossów
czy też szpiegować generała Dalia Chiesę.
Salvatore Rotolo mógł bez trudności śledzić generała, gdyż wiadomo, że
Dalia Chiesa u kresu swych dni zaniechał skrupulatnego zachowywania
ostrożności, która towarzyszyła mu podczas walki przeciwko terrorystom
z Czerwonych Brygad. Misja Rotola była stosunkowo prosta: miał on obser-
Cmentarz morski

wować willę usytuowaną powyżej Palermo na jednym ze stoków góry Pellegrino, 125
gdzie generał bywał częstym gościem.
Nie wiadomo, jak Filippo Marchese się dowiedział, że generał odwiedza ten
dom, „gdzie mieszkali godni szacunku ludzie”, ustalono natomiast, że szef
rodziny z Corso dei Mille uważał ją za wymarzone miejsce na zasadzkę. Roto-
lowi wystarczyło kilka dni, żeby zorientować się, iż willi, która pozostawała
„stale na widoku”, nie można było zaatakować od frontu. Natomiast po
licznych, metodycznie przeprowadzonych rekonesansach doszedł on do wnio­
sku, że najłatwiej będzie zamordować generała wtedy, gdy ten pójdzie na jedną
z plaż palermitańskich, by zażyć kąpieli.
Plan Salvatore Rotola nie został widać przyjęty, skoro Dalia Chiesę
zamordowano w samym centrum Palermo 3 września 1982 roku wraz z jego
małżonką oraz jednoosobową strażą przyboczną, czyli szoferem jadącym tuż za
nim w opancerzonym samochodzie. Nic nie wskazuje na to, że autorem owej
zasadzki był Filippo Marchese, tym bardziej że nic nie wiadomo o kilkunastu
mężach honoru rozmieszczonych na trasie akcji. Policja i sędziowie śledczy są
jednak pewni, że dowodził nią Michele Greco, który na pewno polecił swoim
kompanom, a zatem i Filippo Marchesemu, rozpatrzenie i opracowanie kilku
scenariuszy pozwalających wyeliminować tego równie zawadzającego w Paler­
mo, jak izolowanego w Rzymie generała.
— Sądzę, że zrozumiałem nowe reguły gry — oświadczył Dalia Chiesa
niedługo przed śmiercią. — Obecnie zabija się męża stanu, kiedy zachodzi fa­
talne sprzężenie okoliczności: jest nazbyt niebezpieczny i zarazem odizolowany,
a więc można go unicestwić.
Czytając te oświadczenia, wzięte z wywiadu z generałem opublikowanego
w dzienniku „La Repubblica”, niejeden mąż honoru musiał powiedzieć sobie
w duchu, że Dalia Chiesa niedługo już pożyje.
Wrogość, a nawet nienawiść, jaką wobec generała przejawiali pod koniec
jego życia rzymscy i palermitańscy politycy, nie była tajemnicą dla nikogo,
a zwłaszcza dla Michele Greca, który miał niejednego przyjaciela w łonie
Chrześcijańskiej Demokracji, o czym mogliśmy się już przekonać. Niebez­
pieczeństwo grożące mafii ze strony Dalia Chiesy Papież i inni mężowie ho­
noru dostrzegli na początku lipca, kiedy przedstawiono władzom sądowym
pewien raport policji zwany raportem o stu sześćdziesięciu dwóch.

RAPORT O STU SZEŚĆDZIESIĘCIU DWÓCH

Ów niemal dwustustronicowy raport podpisany przez władze policyjne


Palermo różnego stopnia ujawniał działalność przestępczą stu sześćdziesięciu
dwu palermitańczyków słusznie uznawanych za najbardziej wpływowych i nie-
Rozdział siódmy

126 bezpiecznych członków mafii. Ujawnione fakty były po większej części ściśle
udokumentowane; co więcej, po raz pierwszy nazwisko Michele Greca figuro­
wało na nakazie aresztowania.
Sekretarz Kopuły był dotychczas dla władz sądowych bogatym właś­
cicielem ziemskim zaprzyjaźnionym z palermitańską elitą, zamieszanym jedynie
w pranie poważnej sumy brudnych pieniędzy pochodzących, jak się zdaje,
z handlu narkotykami. Aż do owej chwili Michele Greco robił wszystko, by
zachować swoją anonimowość, i mężowie honoru w mieście wiedzieli, że groź­
ny sekretarz Kopuły bez wahania skazywał na śmierć każdego ze swoich ludzi,
jeśli tylko ktoś taki miał nieszczęście wymienić jego nazwisko podczas prze­
słuchania policyjnego. Można sobie wyobrazić, w jaki gniew wprawił go ów
raport.
Raport ten był nader niebezpieczny dla mafii również i z tego powodu, że
po raz pierwszy pewni mężowie honoru złamali osławione prawo milczenia,
omerta, zgadzając się na rolę konfidentów policji. Karabinierzy dokładnie znali
pewne fakty, co dało się wytłumaczyć jedynie istnieniem trzech mafijnych źródeł
informacyjnych związanych, jak mamy prawo sądzić, ze znanymi nam już
osobami: Salvatorem Contorno, dzielnym Koriolanem Puszczy, stale przebywa­
jącym w ukryciu; z ingegnere Ignaziem Lo Presti, kuzynem Nina Salvo
zamordowanym w owym czasie, i wreszcie z szefem rodziny w Riesi, Giuseppe
Di Cristiną, o którego smutnym końcu już opowiadaliśmy. W obliczu nara­
stającego w Palermo bezprawia ci trzej mężowie honoru zgodzili się, każdy
niezależnie od pozostałych, na służenie swoimi zeznaniami karabinierom, pod
warunkiem że nie zostaną postawieni przed sądem i że ich nazwiska nigdy nie
będą wymienione.
Te bezprecedensowe doniesienia okazały się prawdziwym zagrożeniem dla
organizacji Cosa Nostra. Gdyż poza tym przedłożenie władzom sądowym
raportu o stu sześćdziesięciu dwóch i wynikających z niego nakazów aresz­
towania miało niewielki wpływ na życie codzienne mężów honoru. Ci spośród
stu sześćdziesięciu dwu, którzy dotychczas nie zeszli do podziemia, musieli po
prostu znaleźć sobie inne mieszkanie w dzielnicy, by móc się nadal panoszyć.
Mieli nawet do dyspozycji kilka dni więcej.
O przedstawieniu raportu władzom sądowym cała wspólnota mężów
honoru została uprzedzona parę dni wcześniej. Zanim więc wybiła godzina
mobilizacji policyjnej, każdy z nich poczynił już odpowiednie kroki, żeby
uniknąć obławy. Tak więc Filippo Marchese polecił mężom honoru rodziny
z Corso dei Mille, by przez pewien czas nie spali w domu. Burza poinformował
o tym swojego kuzyna Yincenzo Sinagrę mówiąc mu, żeby się schronił w jakimś
pewnym hotelu poza miastem.
— Zrób tak jak ja. Śpij poza domem.
Yincenzo odpowiedział mu na to, że nie bardzo wierzy, by i na niego
Cmentarz morski

wystawiono nakaz aresztowania, gdyż w zasadzie dotyczą one ważniejszych niż 127
on członków mafii.
— Nie szkodzi — uciął Burza — być może widziano cię w towarzystwie
któregoś z nich.
Ostrożności nigdy nie jest za dużo.

«NASI LUDZIE» W POLICJI

Kiedy Yincenzo Sinagra dowiedział się, że Filippo Marchese znał cały


raport o stu sześćdziesięciu dwóch wcześniej, niż mogli się z nim zapoznać
sędziowie, nie był tym zanadto zdziwiony. Wiedział, że karygodną działalność
szefa rodziny z Corso dei Mille kryli „nasi ludzie” na poważnych stanowiskach
w policji i, być może, nawet w sądownictwie palermitańskim.
Jego kuzyn Burza dał mu do zrozumienia, że rodzina posiada wpływo­
wego sprzymierzeńca w miejskim pałacu sprawiedliwości, lecz Sinagra nigdy się
nie dowiedział, o kogo chodziło. Może to był jeden z zastępców prokuratora,
a może nawet jeden z sędziów śłedczych, o których mniemano, że walczą
przeciwko mafii?
Przypadki tajnych porozumień między urzędnikami i rodzinami mafijnymi
zdarzają się częściej, niżby się zdawało, choć mimo wszystko są rzadkie.
W Palermo pewien sędzia został właśnie pozbawiony swoich funkcji ze względu
na ponurą aferę korupcyjną, podczas gdy u zastępcy prokuratora republiki
w Trapani odkryto pistolety z zatartymi numerami rejestracyjnymi wyposa­
żone w tłumiki, jak też dziesiątki milionów lirów w banknotach o dużych
nominałach, a na drugim krańcu wyspy, w Katanii, cień podejrzenia padł na
wszystkich funkcjonariuszy tamtejszego wymiaru sprawiedliwości. Trzeba jed­
nak przyznać, że tu i ówdzie, jak później zobaczymy, garstka urzędników
0 nieposzlakowanej uczciwości z chwalebnym samozaparciem i wielką odwagą
stawała na pierwszej linii walki przeciwko mafii.
Yincenzo Sinagra wiedział również, że rodzina z Corso dei Mille miała na
swoich usługach pewną łiczbę policjantów. Burza wyjaśnił mu, że Filippo
Marchese regularnie opłacał w policji palermitańskiej trzech wysokich funkc­
jonariuszy — komisarza, porucznika i pułkownika — którzy pracowali w kwa­
terze głównej sił porządkowych, w kwesturze przy via Roma. Ponieważ
Burza przez jakiś czas zajmował się przemytem papierosów oraz narkotyków,
1 to wespół z Piętro Yemengo, był wystarczająco dobrze ustosunkowany,
żeby znać „naszych ludzi”, których Cosa Nostra opłacała wewnątrz innego
organu policji, Guardia di Finanza, zobowiązanej w zasadzie do kontroli
granic.
Jeśli wierzyć Sinagrze, pewni powiązani z organizacją policjanci nie wa-
Rozdział siódmy

128 hali się stwarzać ułatwień dla niektórych mężów honoru. Nie był zresztą
pierwszym ani jedynym, który korzystał z tych udogodnień.
W następstwie pewnej sprzeczki, która zakończyła się strzelaniną, na
szczęście bez złych skutków, odebrano mu bowiem dowód tożsamości i mu­
siał się regularnie meldować w pierwszym dystrykcie policji palermitańskiej;
bardzo się wówczas bał, że go mogą aresztować. Była to przykra sprawa, która
wymagała interwencji ze strony „rodziny”.
Pewnego dnia Yincenzo Sinagra udał się zatem do komisariatu pierwszego
dystryktu w towarzystwie męża honoru z Corso dei Miłle, jednego z braci
Savoca, znanego ze swoich przyjaźni policyjnych.
— Zaczekaj tu na mnie — powiedział mu Savoca przed wejściem, po czym
zamaszyście wmaszerował do środka.
Po kilku minutach Yincenzo Sinagra ujrzał swojego kompana w oknie
jednego z wyższych pięter przywołującego go skinieniem dłoni. Kiedy Sinagra
znalazł się w odpowiednim gabinecie komisariatu, został gorąco przywitany
przez jednego z przyjaciół Savoki, funkcjonariusza w stopniu sierżanta, który
następnie zwrócił mu dowód ubolewając nad tym, że wbito do niego stempel
ograniczający poruszanie się jego posiadacza do terytorium Włoch. Ach, gdyby
tylko Sinagrę przedstawiono mu wcześniej, z całą pewnością rzeczy wzięłyby
inny obrót; w tym mniej więcej duchu usprawiedliwiał się policjant.
W kilka tygodni później Sinagra zobaczył go ponownie w dzielnicy Corso
dei Miłle. Sierżant wszedł do baru przy piazza Sant’ Erasmo z pustymi ręko­
ma; po chwili wyszedł z całym asortymentem starannie zapakowanych ciastek.
Następnie wstąpił do sklepu rybnego niejakiego Tagliavii, przypuszczalnie
męża honoru, i wyszedł stamtąd obładowany paczkami z frutti di marę.
— To jeden z naszych — powiedział Burza, który z daleka przyglądał się
całej scenie.
Tego typu powiązania, dziedzictwo przeszłości, były aż do łat osiem­
dziesiątych rzeczą powszechną w świecie mężów honoru. W ostatnich czasach
bardzo szybko stawały się jednak coraz trudniejsze do utrzymania. Z nasta­
niem okresu morderstw wszystko się odmieniło.

TRÓJKĄT ŚMIERCI

Jak daleko sięga pamięć palermitańczyków, nie było jeszcze tak uciążli­
wego sierpnia. Można by sądzić, że sirocco, które rodzi się na pustyniach Libii
i od czasu do czasu dręczy miasto, pomieszało rozum mężom honoru. W ciągu
pięciu dni policja znalazła jedenaście trupów, a liczba zaginionych, choć nie dało
się jej ściśle określić, była prawdopodobnie dużo większa. Niepokoił też fakt,
że wszystkie egzekucje zdawały się obecnie koncentrować w jednej strefie.
Cmentarz morski

zamkniętej w obrębie aglomeracji Casteldaccia, Bagheria i Altavilla, którą 129


ochrzczono mianem „trójkąta śmierci”. Jest to obraz błędny z punktu widze­
nia geograficznego, gdyż owe trzy osady leżą raczej w linii prostej czy też co
najwyżej lekko wygiętej, lecz daje on wymowne pojęcie o utajonej wojnie
domowej, która najwyraźniej wybuchła na tej małej cząstce palermitańskiego
wybrzeża.
Na wysokości Bagherii statale 113 nie miała już pogodnego wyglądu małej
prowincjonalnej drogi sycylijskiej poznaczonej trójkołowymi wózkami bagażo­
wymi, które zdobiły naiwne malowane obrazki, tak jak kiedyś zdobiły staro­
dawne wozy. Generał Carlo Alberto Dalia Chiesa rozkazał swoim oddziałom
podzielić trójkąt śmierci na kwadraty operacyjne. Tu i ówdzie porozstawiano
na nich uzbrojonych w pistolety maszynowe karabinierów, którzy mieli kon­
trolować plątaninę polnych dróg, brutalnie przeciętych w środku gajów
cytrynowych wybrzeża. Tam właśnie znajdowały się wiejskie rezydencje większo­
ści palermitańskich mężów honoru. Sam tylko Filippo Marchese miał w trój­
kącie śmierci wiele rozmaitych schronień, przy czym bliska obecność karabinie­
rów Dalia Chiesy jakoś go zbytnio nie irytowała.
Szef rodziny z Corso dei Mille miał wtedy inne kłopoty. Właśnie zamor­
dowano jednego z jego szwagrów i Marchese, który — jak się zdaje — widział
to morderstwo na własne oczy, poprzysiągł pomścić swojego krewniaka. Było
to sprawą honoru, lecz chodziło też o bezpieczeństwo. Filippo Marchese mógł
równie dobrze zostać zabity jak jego nieprzyjaciele i sądził, że przeżyje tylko
wówczas, jeśli okaże się bardziej bezlitosny i okrutny od tych, którzy go ścigali.
Wkrótce po zamordowaniu szwagra znał już pewne nazwisko: Cesare Manzel-
la, trzydziestoośmioletni były pracownik Fiata, dużo, jak się zdaje, wiedział
0 całej sprawie.
Mimo gęstej obstawy policyjnej Manzella został rankiem 8 sierpnia
porwany i doprowadzony do likwidowanego właśnie sklepu w okolicy zwanej
Bałatę, niedaleko Yillabate, na skraju trójkąta śmierci. Tam Filippo Marchese
przesłuchał go w obecności szefa pewnej zaprzyjaźnionej rodziny i kilkunastu
innych mężów honoru oraz Yincenzo Sinagry. Manzella zarzekał się, że nic mu
nie wiadomo o całej historii, lecz zapewniał, iż niejaki Ignazio Pedone, mecha­
nik z Bagherii, wie coś niecoś o tym spisku.
— Przyprowadzić Pedone! — rozkazał Filippo Marchese.
W ciągu dziesięciu minut rozkaz wykonano. Nieszczęsny mechanik nie
wiedział jednak więcej od swego kumpla. Jeśli wierzyć jego słowom, naprawiał
tylko wóz jakiemuś grubasowi, przypuszczalnie mordercy szwagra Marchesego.
To wystarczyło, żeby musiał umrzeć. Według Yincenzo Sinagry Cesare Manzellę
1 Ignazia Pedone uduszono natychmiast po przesłuchaniu. Tym razem jednak
Marchese nie miał zamiaru rozpuszczać zwłok w kwasie, a tym bardziej wrzu­
cać do morza. Wpadł na jeszcze ohydniejszy pomysł.

Calvi
Rozdział siódmy

WYZWANIE

Obecność karabinierów generała Dalia Chiesa rozstawionych w trójkącie


śmierci mężowie honoru traktowali jak prawdziwy afront. Musieli na to
zareagować. Dzwoniono już do komisariatów biorąc na siebie odpowiedzial­
ność za pewne egzekucje. Sygnalizując miejsce, gdzie znajdowały się zwłoki,
anonimowi „zabójcy z trójkąta śmierci”, jak sami się określali, dodawali:
„...Akcja nazwana przez nas «Carlo Alberto» na cześć prefekta jest już prawie
zakończona, powtarzamy, prawie zakończona.”
Myśl o rzuceniu wyzwania karabinierom już dawniej podniecała Filippa
Marchese, lecz wtedy, jak pamiętamy, nie udało się podrzucić im trupa. Tym
razem szef rodziny z Corso dei Mille nie zamierzał zdawać się na przypadek:
ten numer musiał się udać.
Gdy nad trójkątem śmierci zapadła noc, w Casteldaccia, siedzibie karabi­
nierów, zadzwonił telefon. Położone w sercu nowego pola walki mafii, o dwie
minuty drogi od Bagherii, miejsce to było zadziwiająco ciche. Dyżurny poli­
cjant usłyszał w słuchawce głos z silnym akcentem sycylijskim: „Przed waszym
gmachem stoi zielony fiat 127. Przejdźcie no się trochę i zobaczcie, co ma
w środku.”
Karabinierom nie było do śmiechu, gdy znaleźli w wozie ciała Ignazia
Pedone i Cesare Manzełli. Generał Dalia Chiesa po otrzymaniu meldunku
przeraził się chyba zuchwalstwem mafii. Nie znał przyczyny zamordowania tych
dwóch łudzi, wiedział jednak, że ich ciała przed siedzibą karabinierów do­
tyczyły głównie jego samego: w symbolice mafii oznaczało to ostrzeżenie, a na­
wet zapowiedź śmierci. W niecały miesiąc później Dalia Chiesa wraz z żoną
i członkiem ochrony został zabity serią z kałasznikowa w centrum Palermo.
Nieliczni tylko zrozumieli wówczas, że ta egzekucja była dowodem bezprece­
densowego kryzysu, który zagrażał wręcz samemu istnieniu organizacji Cosa
Nostra.
Rozdział ósmy
Oblężona
twierdza

SPRAWIEDLIWOŚĆ W STANIE OBLĘŻENIA

Znajdujący się na skraju zabytkowego centrum przy piazza Yittorio


Emanuele Orlando gmach sądu w Palermo jest osobliwą mieszaniną betonu
i marmuru, gdyż starano się go opancerzyć możliwie najdokładniej. Wówczas,
w końcu marca 1984 roku, czyli blisko trzy lata od początku wojny rodzin,
budynek ten, którego pierwotny kształt przypominał olbrzymi bunkier, miał
bardziej niż kiedykolwiek wygląd oblężonej twierdzy.
Bezpośredni dostęp do opancerzonych samochodów umożliwiały dwie
równie pochyłe sunące po bocznych schodach; tłoczyli się na nich sędziowie
śledczy i ochraniający ich karabinierzy. Kiedyś można było do budynku wejść
swobodnie. Potem zabroniono parkowania w jego pobliżu. Od tamtej pory
zwiedzający i interesanci po przestąpieniu progu budynku byli z tych samych
powodów zobligowani do przejścia przez stanowisko fotokopiarek, by oddać
karabinierom o niewzruszonych twarzach jakiś dowód tożsamości do powiele­
nia. Po czym wchodzili wreszcie do olbrzymiej poczekalni, gdzie każdego rana
w dniach pracy panował ruch jak we wnętrzu ula.
W ciągu tygodnia w centralnym holu, między dziewiątą a trzynastą, ma tam
miejsce coś w rodzaju targów mafijnych. To tu spotykają się ci spośród mężów
honoru, którzy nie muszą się jeszcze ukrywać, oraz ich adwokaci. Pierwsi
rozpoznają się po gburowatych i zarazem bezmyślnych twarzach oraz po
garderobie, imitującej w zależności od osoby bądź ostatni krzyk mody, bądź zły
gust tradycjonalisty na modłę sycylijską; ich obrońcy po większej części są
zawsze ubrani bez zarzutu; len w lecie, lekka wełna w zimie, z właściwym
stołecznemu miastu Palermo wyszukaniem. Trzeba widzieć, jak ci ostatni
Rozdział ósmy

132 traktują swoje obowiązki w samym centrum przybytku sprawiedliwości, gdzie


całymi godzinami czekają na nich bliscy krewni zamordowanych, zaginionych
lub tylko uwięzionych mafijczyków. Delegacje prawowitych rodzin mężów
honoru składają się na ogół z ubranych na czarno staruszek i towarzyszą­
cych im małomównych chłopków.
W okalających hol kuluarach, z lewej strony, przed gabinetami sę­
dziów śledczych, trzyma straż kilkunastu młodych ludzi. Są to po większej
części karabinierzy, którzy mają przeciętnie po dwadzieścia pięć lat. Ich
umundurowanie jest dosyć szczególne: dżinsy marki Benetton, przypomi­
nające górę od dresów bawełniane koszulki T-shirt marki Cerrutti oraz
przewieszone na pasach przez ramię skórzane torby maskujące ukrytą w nich
broń dużego kalibru, na ogół Magnum 357. Ci, co przechadzają się na ze­
wnątrz, nierzadko trzymają pistolet maszynowy, gotowi do otworzenia ognia
przy najmniejszym niebezpieczeństwie. Mówi się o nich „mistrzowie w strze­
laniu śledczym”. Dniem i nocą wymieniają się, ażeby chronić sędziów śled­
czych, którzy dzięki ich odwadze i wytrwałości stają się śmiertelnymi wro­
gami mężów honoru. Myśl, że nieustannie ma się tych facetów za drzwiami,
zarówno przed biurem śledczym, jak i przed prywatną ubikacją, mogłaby
człowieka zdemoralizować, nawet gdyby się było największym optymistą wśród
urzędników.
— Na Sycylii państwo to garstka oblężonych ludzi — wyjaśniał dziekan
sędziów śledczych trybunału palermitańskiego, consigliere Rocco Chinnici. —
Wystarczy wyjść z tego bunkra, przemierzyć nędzne uliczki, gdzie wszyscy są
przymusowo „chronieni” przez mężów honoru, pospacerować pośród tego
próżniaczego i zdesperowanego tłumu, gdzie za marne pieniądze znajdzie się
płatnego mordercę, żeby zrozumieć, jak mało dzisiaj może ten, kto walczy
przeciwko mafii.
Szef palermitańskich sędziów śledczych, consigliere Chinnici, był gruba­
sem, który ukrywał swoją żelazną wolę pod maską dobrodusznego żarłoka. To
on sprawił, że palermitańscy urzędnicy stanęli na czele krucjaty przeciwko mafii.
Jego zamordowanie na długie lata zaciążyło nad palermitańskim wymiarem
sprawiedliwości.
Kiedy kierownictwo mafii podejmuje jakąś decyzję, trzeba ją wykonać za
wszelką cenę. Otóż na początku maja 1983 roku Kopuła postanowiła, że
consigliere Rocco Chinnici powinien zostać zamordowany z pewnością dlatego,
że był już zbyt bliski dobrania się do skóry Papieżowi. Jak wszyscy urzędnicy
sądowi wysokiego szczebla Rocco Chinnici nie stanowił łatwego celu. Consig­
liere, stale otoczony pół tuzinem członków ochrony, ograniczał do minimum
poruszanie się po mieście. Aby go dopaść, mężowie honoru musieli posunąć się
do ostateczności. 29 lipca 1983 roku o godzinie ósmej zero osiem, kiedy Chinnici
wychodził do pracy, eksplodował przed bramą samochód-pułapka z blisko
Oblężona twierdza

pięćdziesięcioma kilogramami trotylu, rozrywając sędziego wraz z trzema 133


członkami ochrony i dozorcą domu.
Po śmierci consigliere Chinnici sędziowie śledczy palermitańskiego trybu­
nału zrozumieli, że o stanie spoczynku nie może być dla nich mowy, i to
w żadnym znaczeniu tych dwu słów. Nie sposób się było wycofać: od czterech
łat zbyt wiele potężnych ciosów wymierzyli mężom honoru. Jeśli Cosa Nostra
pragnęłaby naprawdę śmierci któregoś z nich, nic jej nie mogło stanąć na
przeszkodzie. Była to tylko kwestia czasu i środków.
Wyzbyci złudzeń sędziowie wzmocnili bezpieczeństwo wewnątrz gmachu
sądowego oraz stworzyli „sztab” śledczych, którzy mieli wspólnie rozpatrywać
te same sprawy. I życie toczyło się dalej. Ranki były zawsze ożywione.
W kuluarach adwokaci nadal wchodzili w konszachty ze swoimi klientami,
a gdy od czasu do czasu przechodził tamtędy jakiś sędzia śledczy otoczony
chmarą strażników przybocznych, trudno było się powstrzymać od postawie­
nia sobie w duchu pytania, czy po wyjściu z gmachu nie zostaną wszyscy razem
zmasakrowani.
Popołudniami, w godzinach, kiedy adwokaci i mężowie honoru wciąż
jeszcze odbywali sjestę zamknięci w opancerzonych gabinetach, gmach sądu
wydawał się niemal opustoszały, lecz sędziowie śledczy nadal pracowali w naj­
większym sekrecie. Jeśli nie przyjmowali swoich informatorów — policjantów
lub urzędników bankowych — to przygotowywali przesłuchania przyszłych
obwinionych lub ich konfrontacje.
Ze wszystkich sędziów w gmachu największym postrachem każdego
mafijczyka w mieście był bezsprzecznie Giovanni Fałcone; człowiek na pozór
łagodny, noszący brodę, pełen wielkiego uroku osobistego, który potrafił wręcz
zachwycać. Giovanni Falcone miał więcej powodów, żeby być zabitym, niż
jakikolwiek wysoki urzędnik sądowy. Był nie tylko jednym z pierwszych, którzy
z narażeniem własnego życia wystąpili do walki z mafią, ale też jednym z tych,
którzy najwięcej osiągnęli. Giovanni Falcone zrozumiał, że jedynym środkiem
zwalczania mężów honoru jest uderzenie ich po kieszeni i z powodzeniem
wdrożył szereg dochodzeń bankowych, które doprowadziły do skazania dziesiąt­
ków mafijczyków za handel narkotykami.

DOCHODZENIA BANKOWE

Zanim Cosa Nostra rzuciła się w wir transakcji narkotykowych, czerpała


dochody z interesów równie niedozwolonych, lecz mniej intratnych. Przedtem
poszczególne rodziny żyły z opłat za „ochronę” wymuszanych na kupcach
wszystkich dzielnic w Palermo, ze spekulacji nieruchomościami i z przemytu
papierosów. Choć praktyki te przynosiły poważne zyski, okazały się one
Rozdział ósmy

134 niczym wobec korzyści osiąganych w ramach handlu tak zwanymi twardymi
narkotykami.
Konfiskata walizki z sześciuset tysiącami dolarów dokonana w roku 1979
na lotnisku w Palermo pozwoliła dochodzeniowcom po raz pierwszy ocenić
ogrom nowych dochodów mafii. Według szacunków amerykańskiej Drug
Enforcement Agency Cosa Nostra na każdym wysłanym do Nowego Jorku
kilogramie heroiny zyskiwała co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
Z jednego kilograma można bowiem otrzymać trzydzieści trzy tysiące dawek,
co daje półtora miłiona dolarów. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że znęceni
równie błyskawicznym, co łatwym zarobkiem jubilerzy, agenci budowlani i inni
kupcy stowarzyszeni z mafią woleli porzucić swoje dotychczasowe zajęcia
i puścić się na szerokie wody handlu heroiną.
U progu lat osiemdziesiątych było na Sycylii co najmniej pięć wytwórni
heroiny, zdolnych przerobić co najmniej pięćdziesiąt kilogramów morfiny
każda i wyprodukować równoważną ilość białego proszku równie czystego, co
śmiercionośnego. Przy założeniu, że wytwórnie nie pracowały na pełnych
obrotach, można przyjąć, iż rocznie eksportowano do Stanów Zjednoczonych
dwie tony narkotyku, co stanowiło znaczną część amerykańskiej konsumpcji.
W zamian zaś do Palermo i okolic napływały dziesiątki milionów dolarów.
Z początku mężowie honoru beztrosko lokowali swoje „narkodolary” na
własnych kontach bankowych, chyba że właśnie mieli opłacić jakiś zakup
plikiem zielonych banknotów z wizerunkiem Jerzego Waszyngtona. To sędzia
Falcone pierwszy dostrzegł korzyści, jakie mogło dać badanie stanu kont
bankowych pewnych mafijczyków oraz lokowanych tam kapitałów. W ten
sposób udało mu się przyprzeć do muru różnych agentów budowlanych, i to
niebagatelnych, jak Rosario Spatola, piąty podatnik włoski oraz kuzyn Sal-
vatore Inzerilla. Najdostojniejszą ofiarą dottore Falconego był bezsprzecznie
burmistrz miasteczka Bagheria, Michelangelo Ajello, któremu przekazano na
jeden z rachunków bieżących blisko dwa miliony narkodolarów z banku
w Nassau (Wyspy Bahama) za pośrednictwem szwajcarskiego instytutu kredy­
towego.
Od pierwszych dni śledztwa bankowego Giovanniemu Falcone zapewniało
ścisłą ochronę dwudziestu czterech karabinierów zmieniających się we dnie
i w nocy. W Pałermo człowiek ten stał się już mitem. Każdy wiedział, że przed
palermitańską rezydencją Giovanniego Fałcone postawiono opancerzoną i wy­
posażoną w system wideo budkę strażniczą, żeby zapewnić mu lepsze bezpieczeń­
stwo. Wiadomo, że całe lub prawie całe miasto było informowane o życiu
uczuciowym sędziego; za każdym razem, kiedy odwiedzał swoją narzeczoną,
całą dzielnicę stawiano w stan pełnego pogotowia. Mówiono też, że kiedy
Falcone się kąpał, straże karabinierów patrolowały również obszar na pełnym
morzu. Ten człowiek nie miał nawet prawa do wakacji. Żeby odpocząć,
Oblężona twierdza

musiał spędzić przynajmniej sierpień na wysepce Asinara (rodzaj Wyspy 135


Diabelskiej na modłę włoską) położonej na pełnym morzu w rejonie wód
sardyńskich, gdzie znajdowało się więzienie o reputacji najpewniejszego ze
wszystkich.

OBWINIONY ROŻNY OD INNYCH

30 marca 1984 roku o godzinie siedemnastej czterdzieści dottore Giovanni


Falcone znajdował się w swoim opancerzonym gabinecie w gmachu sądu, by
przeprowadzić konfrontację, która zapowiadała się jako jedna z najciekaw­
szych. Sędzia zaprosił do asystowania przy tej scenie dwu swoich kolegów. Było
też dwu adwokatów, ich klient, jeden z ich byłych kolegów, i naprzeciwko niego
pewien młody człowiek, trochę jakby nerwowy — część jego zdumiewających
przygód mieliśmy już sposobność poznać — Yincenzo Sinagra, wykonawca
niektórych zbrodniczych poleceń rodziny z Corso dei Mille, totumfacki celi
śmierci.
Yincenzo Sinagra został zatrzymany 11 sierpnia 1983 roku, gdy popełnił
o jedno zabójstwo za dużo. Jak pamiętamy, był „człowiekiem do wszystkiego”
w rodzinie z Corso dei Mille, gdzie przez ponad pół roku używano go do
najprzeróżniejszych zadań, począwszy od rozpuszczania zwłok w kwasie aż po
wymuszanie na kupcach z tej dzielnicy opłat za „ochronę”. Wraz z upływem
czasu jego szef, groźny Filippo Marchese, stał się jednak bardziej wymagający,
toteż na kilka godzin przed swoim aresztowaniem Sinagra dostał zadanie za­
bicia jednego ze swoich przyjaciół z dzieciństwa, niejakiego Diego Di Fatta.
Wina jego polegała na tym, że nie uzgodnił wcześniej z członkiem rodziny
kontrolującej dzielnicę zamiaru wyrwania pewnej damie torebki z pieniędzmi.
Do uczestniczenia w tym morderstwie wybrano Sinagrę nieprzypadkowo:
przede wszystkim chciano poddać próbie jego „wartość”, czyli okrucieństwo,
a poza tym miał posłużyć jako swoista przynęta. Diego Di Fatta nie mógł o nic
podejrzewać swojego najserdeczniejszego przyjaciela z dzieciństwa, tym bardziej
że był on w towarzystwie dwóch kuzynów, których poznaliśmy już pod
przydomkami Burza i Antonino.
Zastawienie pułapki powiodło się zgodnie z przewidywaniami. Diego Di
Fatta jechał na motorowerze jedną z uliczek przy starym rynku arabskiej
dzielnicy Kalsa w pobliżu portu, kiedy usłyszał, że woła go po imieniu Yincenzo
Sinagra. Zatrzymał się i zobaczył wysiadających z fiata 126 kuzynów Sinagry,
Antonina i Burzę. Pewnie nie zdążył nawet zdać sobie sprawy, że dał się w ten
sposób złapać. Burza podszedł do niego i wpakował mu w głowę serię z P 38,
gdy tymczasem Yincenzo Sinagra również otworzył ogień w jego kierunku.
Niemal jednocześnie Yincenzo wpadł w stan bliski transowi. Mimo naj-
Rozdział ósmy

136 większych wysiłków nie mógł sobie później przypomnieć, w jaką partię ciała
władował przyjacielowi cały magazynek naboi. Wpadł w panikę i nie zabrał
nawet swojego P 38 z fiata 126, który kuzyni porzucili niedaleko miejsca
zbrodni. W rezultacie już tego samego wieczoru wszyscy trzej kuzyni zostali
zatrzymani i odesłani do więzienia Ucciardone.

«SKRUSZONY»

Jakieś osiem miesięcy później Yincenzo Sinagra znalazł się w gabinecie sę­
dziego Falcone również jako świadek oskarżenia. Przejęty grozą na wspomnienie
tego wszystkiego, co dotychczas przeżył, wstrząśnięty dokonaniem morderstwa
na osobie swojego przyjaciela Di Fatty, Yincenzo Sinagra zgodził się w rezulta­
cie na współpracę z policją i wymiarem sprawiedliwości swojego kraju, kiedy
znajdował się w szpitalu psychiatrycznym Montelupo Fiorentino w Toskanii.
Od tamtej chwili miał już sposobność powtórzyć swoje zwierzenia wielu sę­
dziom i policjantom. W ten właśnie sposób przygotowywał się do wypowiedze­
nia ich jeszcze raz, lecz teraz już w obecności tych, których oskarżał.
Yincenzo Sinagra zgodził się zeznawać przeciwko mężom honoru swojej
rodziny dopiero po przełamaniu silnych oporów. Robił to, jak twierdził, nie
w nadziei na hipotetyczne skrócenie kary, ale żeby zasłużyć na przebaczenie ze
strony bliskich i krewnych swoich ofiar. Sinagra wiedział, do czego jest zdolny
jego były ojciec chrzestny; już wcześniej zdołał się zorientować, że Filippo
Marchese miał swoich ludzi nawet w palermitańskim wymiarze sprawiedliwości.
Dlatego zgodził się składać zeznania jedynie poza wyspą, w penitencjarnym
szpitalu psychiatrycznym, gdzie poddano go gruntownym badaniom i lekarze
specjaliści stwierdzili, że jest zdrowy na ciele i umyśle.
Po przezwyciężeniu lęków Yincenzo Sinagra zdecydował się wrócić do Pa­
lermo na czas potrzebny do dokładnego wskazania dochodzeniowcom miejsc,
gdzie zostały popełnione bestialstwa, o których mówił. Poza tym musiał jeszcze
odpowiedzieć na setki pytań, które mu zadawała grupka złaknionych wiedzy
funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. O większości z nich Sinagra nigdy
nie słyszał, nazwisko jednego tylko sędziego wbiło mu się w pamięć już wcześ­
niej, na długo przed tym przesłuchaniem; chodziło o Giovanniego Falcone.
Yincenzo Sinagra wiedział, że jego szef Filippo Marchese żywił najgłębszą
nienawiść do tego człowieka, w którym widział śmiertelnego wroga. Marchese
uważał Giovanniego Falcone za głównego sprawcę wszystkich represji, jakie
zaczęły nękać poszczególne rodziny mafii. Szef rodziny z Corso dei Mille był
przekonany, że to na skutek interwencji tego wysokiego urzędnika wymiaru
sprawiedliwości przegłosowano w parlamencie włoskim prawo pozwalające
zajmować majątki mężów honoru.
Oblężona twierdza

MAJĄTEK ORGANIZACJI COSA NOSTRA

Gniew Filippa Marchese można w pełni zrozumieć, kiedy się wie, jak bar­
dzo rozwinięte jest wśród mężów honoru poczucie własności. Sam fakt, że Cosa
Nostra była początkowo organizacją typu feudalnego, wyjaśnia niemal chorob­
liwe przywiązanie pewnych mafijczyków do ich posiadłości ziemskich. Nie jest
zatem niespodzianką odkrycie, że spora część pieniędzy zarobionych na handlu
narkotykami została zainwestowana w luksusowe wille z ogrodami na wybrzeżu
palermitańskim lub w setki hektarów ziemi uprawnej.
Właśnie w taki sposób sekretarz Kopuły, Michele Greco, stał się w ciągu
kilku lat jednym z największych właścicieli ziemskich na wyspie. Jak na ironię
lub dziwnym zbiegiem okoliczności jedno z towarzystw rolniczych założonych
przez niego dzięki zyskom z narkotyków, Derivati Elaborati di Agrumi, miało
ten sam skrót co amerykańska policja do walki ze środkami odurzającymi; DEA.
Jeśli większość mężów honoru handlujących heroiną dysponowała wspa-1
niałymi willami na Sycylii — minimum jedna willa na każdą porę roku — to ]
zdarzało się też czasem, że lokowali oni swoje fortuny w posiadłościach za­
granicznych. Mieli pizzerie w Hiszpanii, latyfundia w Ameryce Łacińskiej; ma­
jątki mężów honoru odzwierciedlały ich obyczaje; znany jest nawet przypadek
pewnego ojca chrzestnego, który chciał się sprzymierzyć z jakimś bandytą
neapolitańskim po to, żeby zakupić fabrykę sera mozzarella w... Normandii.
Mężowie honoru nie wzdragali się również przed inwestowaniem t f a f ^
kodolarów w przemyśle sycylijskim. Na tej zasadzie agenci budowlani, jubi­
lerzy, sprzedawcy urządzeń sanitarnych, fabrykanci wapna otwierali rachun­
kowość swoich przedsiębiorstw dla gotówki płynącej z handlu heroiną niczym
manna z nieba. Skoro tylko dochodzeniowcy zrozumieli, że przemysł sycylijski
odgrywa kluczową rolę w praniu brudnych pieniędzy z handlu narkotykami,
uchwalono prawo pozwalające na konfiskatę wszystkich dóbr mafijczyków i ich
wspólników. Sędzia Falcone, jeden z najgorętszych orędowników tego prawa,
zaczął je energicznie stosować zaraz po tym, jak parlament włoski przyznał
mu rację.
Yincenzo Sinagra wiedział, że Fiłippo Marchese zobowiązał licznych
swoich ludzi do śledzenia każdego kroku sędziego, by móc go wyeliminować
z gry. Szefowi rodziny z Corso dei Mille nie udało się jednak, jak na razie, do­
piąć swego, co tylko spotęgowało jego gniew. Sinagra pamięta, że słyszał, jak
Marchese oświadczył swojemu kompanowi. Pinowi Greco, szefowi rodziny
z Ciaculli: „Trzeba zabić Falconego, zaczyna już nam rozdeptywać jaja.”
Fakt, że znajdował się w obecności sędziego, który nie tylko ośmielił się
rzucić wyzwanie szefowi rodziny z Corso dei Mille, lecz w dodatku nie dał się
przyłapać jego zabójcom, na pewno wzmógł zaufanie Sinagry. A było mu to
bardzo potrzebne.
Rozdział ósmy

138 Zadanie, przed którym stanął 30 marca o siedemnastej czterdzieści w opan­


cerzonym gabinecie gmachu sądowego, było bowiem nadzwyczaj trudne.
Konfrontacja zapowiadała się jako niezwykle uciążłiwa. Niełatwo oskarżyć
człowieka, zwłaszcza kiedy uważa się go za niebezpiecznego.

ADWOKAT CZY WSPOŁWINOWAJCA?

Oskarżonym był gruby palermitańczyk, który mrużył powieki zbyt często,


by nie można było tego nazwać tikiem nerwowym. Ironia losu sprawiła, że
doprowadziło go w kajdankach do gabinetu sędziego Fałcone dwu karabinie­
rów, podczas gdy zazwyczaj przychodził tam jako obrońca. Salvatore Chiaraca-
ne był bowiem jednym z adwokatów palermitańskiej palestry. Całą swoją ka­
rierę zawdzięczał obronie spraw pewnych mężów honoru przed miejskimi
sądami, między innymi występował kiedyś również w imieniu Yincenzo Sinagry.
Tego samego Sinagry, który dzisiaj oskarżał go o to, że pracował dla szefa
rodziny z Corso dei Mille jako jeden z jego doradców (consiglieri).
Protokół spisany podczas tej konfrontacji stwierdza, że jako pierwszy za­
brał głos oskarżony.
— Chciałbym — powiedział adwokat Sałvatore Chiaracane — żeby pan
Sinagra powtórzył w mojej obecności swoje wymierzone przeciwko mnie
dywagacje, które już miał okazję wypowiedzieć, profanując w ten sposób to, co
najbardziej cenię, a mianowicie wykonywanie mojego zawodu adwokackiego.
Łatwo sobie wyobrazić oburzenie, jakie przepełniało adwokata Chiara­
cane w chwili, gdy wypowiadał te słowa zapisane przez protokolanta z całą
skrupulatnością prawniczą. I rzeczywiście była to rzecz niemałej wagi, gdyż
chodziło o przyszłość legalnej obrony mężów honoru, która mogła zostać
przesądzona w gabinecie sędziego Falcone.
Salvatore Chiaracane nie był wprawdzie pierwszoplanową postacią pale­
stry palermitańskiej, należał jednak do owej rosnącej w znaczenie generacji
adwokatów, która przyciągała coraz szerszą klientelę mafijczyków kosztem
mecenasów starszych wiekiem. Adwokaci nowej mafii byli dziwnymi ludźmi.
Wiedzieli, że właśnie tędy prowadzi najpewniejsza droga do zrobienia w Pa­
lermo fortuny, pod warunkiem jednak przestrzegania swoistego i rygorystycz­
nego kodeksu postępowania. Jedna z jego podstawowych reguł mówiła, że
adwokat w rozmowie z mężami honoru, których miał zamiar bronić, nie
powinien aiu słowem wspominać o pieniądzach. To zawsze ci ostatni mieli w tej
mierze pierwsze słowo decydując o tym, by ich doradcy regularnie otrzymywali
nader atrakcyjne sumy. A kiedy mężowie honoru regulowali koszty obrony,
było to zawsze „w najzupełniejszym porządku”. Lecz właśnie w takich razach
adwokaci nie powinni byłi zgadzać się na zbyt wielkie sumy pieniędzy, nie
Oblężona twierdza

tyle z obawy o to, by nie uchodzić w oczach prawa za wspólników ludzi mafii, 139
ile ze względu na niebezpieczeństwo niemożliwości odmówienia usług, o które by
się nie omieszkano zwrócić w zamian za nadmierne zyski dodatkowe.
Adwokaci musieli również uważać na każde z wypowiadanych przez siebie
słów, pamiętając, że zwracają się do mężów honoru, którzy posługiwali się,
jak już mieliśmy możność się przekonać, osobliwą gwarą — wieloznaczną,
bogatą w niedomówienia, aluzje, a więc sprzyjającą powstawaniu fatalnych
nieporozumień.
Prócz wszystkich tych przeszkód panowie mecenasi musieli też zatrosz­
czyć się o niezwykłą ostrożność. Gdyż odkąd w Palermo i na jego przedmieściach
szalała wojna, sędziowie i policjanci usiłowali stosować politykę spalonej ziemi
po to, by odizolować mężów honoru od ich wspólników. Oto dlaczego tacy
adwokaci jak Chiaracane znaleźli się na muszce wymiaru sprawiedliwości.
Podczas poprzednich przesłuchań Yincenzo Sinagra oświadczył, że me­
cenas Chiaracane był kimś więcej niż tylko obrońcą Filippa Marchese: po
prostu był wspólnikiem, a nawet jednym z jego consiglieri, z którego zda­
niem niezwykle się w rodzinie liczono. Nadeszła chwila udowodnienia tak
ciężkich oskarżeń.
— Powtarzam, że poznałem adwokata Chiaracane — powiedział Sina­
gra — kiedy odwiedzał mojego kuzyna Burzę i niejakiego Salvatore Rotola.
Dla nadania większej wagi oskarżeniom Sinagry w protokole sprecyzowa­
no, że odwiedziny u tego rodzaju mężów honoru odbywały się w „celach
niezgodnych z prawem”.
Sinagra opowiedział, że często wraz z Burzą i Rotolem odprowadzał
Chiaracane aż do drzwi jego gabinetu, gdzie czekał na nich, póki od niego nie
wyszli. Nie było w tym żadnego przestępstwa, gdyż kodeks nie zabrania
adwokatowi przyjmowania klientów w swoim gabinecie, choćby to byli mężo­
wie honoru. Rzecz stawała się bardziej drażliwa, kiedy wspomniani klienci mieli
złą reputację i byli poszukiwani przez policję, jak właśnie rzeczy się miały
z Filippem Marchese.
— Kiedy chodziłem zobaczyć się z Filippem Marchese w willi, którą
poprzednio wskazałem — kontynuował Yincenzo Sinagra — często miałem
okazję widzieć go w towarzystwie adwokata Chiaracane. Zazwyczaj prze­
chadzali się po ogrodzie.
Yincenzo Sinagra nie był jedynym świadkiem takich spotkań szefa rodziny
ze swoim obrońcą. Byli tam również obecni różni mężowie honoru, o których
„czynie występnym”, jak notuje protokół, miał już okazję wspomnieć.
Salvatore Chiaracane za każdym razem bronił się oświadczając, że jego
spotkania z Filippem Marchese były dziełem przypadku, a we wspomnianej willi
zdarzały się tyłko dlatego, że zjawiał się tam, by porozmawiać z małżonką szefa
rodziny w Corso dei Mille, swojego klienta, który przypadkowo akurat bawił
Rozdział ósmy

140 w domu. Argument okazał się mało przekonujący, gdyż Yincenzo Sinagra
oświadczył, że nigdy nie miał okazji widzieć tam pani Marchese, w co nietrud­
no nam przyjdzie uwierzyć. Może byłoby lepiej, gdyby Chiaracane nie przeczył
faktom, lecz na ich podstawie dowodził, że Filippo Marchese był w końcu,
mimo wszystko, jego klientem.
Gdyby wszystko ograniczało się tylko do tego niezbyt fortunnego te-
te-a-tete, być może mecenas Chiaracane miałby szansę wyjść z tego obronną
ręką. Wielu z jego kolegów miało zwyczaj spotykać się w najprzeróżniejszych
miejscach z mężami honoru, którzy musieli się ukrywać; śmiało też można
przypuszczać, że SaWatore Chiaracane nie był jedynym adwokatem regularnie
odwiedzającym Filippa Marchese.
Ponad stu palermitańskich mężów honoru było już w podziemiu. Wskutek
oświadczeń „skruszonych”, takich jak Sinagra, ich liczba bardzo szybko się
podwoiła. Przejście do podziemia nie było w Palermo, jak widzieliśmy, niczym
nadzwyczajnym, zmuszało jednak do przestrzegania pewnych reguł, na przykład
do unikania spotkań w miejscach publicznych, by lue kompromitować zbytnio
obywateli pozostających poza wszelkimi podejrzeniami, a dzięki swojemu
wspólnictwu bezwzględnie potrzebnych mężom honoru. Ci ostatni bowiem,
ścigani przez wymiar sprawiedliwości, ani na jotę nie chcieli zmieniać swojego
życia lub kontaktów z otoczeniem. Mogli sobie drwić z prawa czy też lekce­
ważyć życie bliźnich, chcieli jednak najdłużej, jak tylko to było możliwe,
pozostawać w „prawowitym” świecie. Stąd fundamentalna rola pewnych
adwokatów.
Nawiasem mówiąc, trzeba pamiętać, że tym samym adwokatom za­
wdzięczamy wiedzę o nieustannym zaostrzeniu konfliktów, jakie ogarniały
wspólnotę mężów honoru. W ten sposób szybko rozpowszechniła się pogłoska,
z pewnością uzasadniona, o śmierci Filippa Marchese, a było to w cztery mie­
siące po spotkaniu się z nim po raz ostatni pewnych obrońców szefa rodziny
z Corso dei Mille.
Regularnie odwiedzający Filippa Marchese Salvatore Chiaracane nie był
bardziej winny niż kilku innych jego kolegów. Jeśli ich nie niepokojono, to
zapewne dlatego, że sędziowie śledczy nie znaleźli przeciwko nim dowodów
równie przekonujących jak zeznania Yincenzo Sinagry, ale też bezsprzecznie
i dlatego, że gruby adwokat wydawał się chwilami przekraczać granice swojej
profesji. Dowodził tego stopień poufałości, która zdawała się łączyć go z szefem
rodziny z Corso dei Mille, wyrażającej się w ich nader serdecznych uściskach
powitalnych, co zaświadczył Yincenzo Sinagra.
Kodeks karny nie uważa tego wszakże za wykroczenie; w oświadcze­
niach Yincenzo Sinagry musiały znaleźć się również rzeczy bardziej obcią­
żające, które usprawiedliwiały postawienie adwokata Chiaracane w stan oskar­
żenia. I rzeczywiście, jeśli wierzyć byłemu totumfackiemu Filippa Marche-
Oblężona twierdza

se, adwokat służył w sposób szczególny interesom rodziny, pomagając tym 141
z jej mężów honoru, którzy znajdowali się wtedy w miejskim więzieniu
Ucciardone.

MĘŻOWIE HONORU W UCCIARDONE

Zbrodnia zabójstwa z premedytacją, za którą aresztowano Sinagrę i jego


kuzynów, należała do tych przestępstw, które w pełni uzasadniały całkowitą
izolację oskarżonego, nim postawiono go przed sądem. Kuzyni Sinagry, któ­
rych umieszczono w kwaterach Ucciardone przeznaczonych dla wspomnianej
kategorii przestępców, przekonali się z miejsca, że izolacja w pałermitańskim
więzieniu to puste słowo. Nie tylko przekazywano im pozdrowienia od innych,
osadzonych tu na podobnej zasadzie mężów honoru, ale w dodatku mogli sobie
do woli gawędzić, jak gdyby nigdy nic.
Kuzyni na pewno wiedli rozmowy dotyczące niewesołego obrotu, jaki
wzięła ich sprawa, a potem w swych rozważaniach przeszli do tematu rodziny.
Na zewnątrz życie płynęło na pozór bardziej intensywnie niż zwykle. No proszę.
Burza powiada, że z rozkazu Filippa Marchese na pewno już zamordowano
lekarza sądowego Paolo Giacone, winnego jedynie tego, że zidentyfikował
odciski pewnego krewniaka szefa rodziny z Corso dei Mille, przez nieostroż­
ność pozostawione na miejscu zbrodni.
Już w kilka godzin po aresztowaniu Yincenzo Sinagra widział się z dwoma
mężami honoru, Francesco Spadaro i Giuseppe Zancą, którzy przekazali mu
pouczenie szefa. Obaj mafijczycy musieli korzystać z pomocy utajonych
kolaborantów, gdyż wyglądało na to, że swobodnie poruszają się po więzieniu,
a w dodatku mieli praktycznie wolny wstęp do izolatek.
— Bądź spokojny — powiedzieli Sinagrze — coś się później wykombinuje.
W jakiś czas potem, być może nazajutrz lub na trzeci dzień, znowu złożyli
mu wizytę obaj mężowie honoru. Z miejsca zwymyślali go za to, że zapomniał
zabrać z wozu, który wpadł w ręce policji, broń, jaką się posłużył przy likwi­
dacji nieszczęsnego Di Fatty. Przez ten błąd on i jego kuzyni. Burza i Antonino,
znaleźli się w nieprzyjemnym położeniu.
— Powiedzieli mi — wyjaśnił później Sinagra — że można już zrobić tylko
jedno. Według wskazówek adwokata Chiaracane należy symulować obłęd. Ja
powinienem był mówić „chcę iść łowić ryby”, Antonino „chcę do mamy”,
a Burza „chcę mieć statek”.
Te proste zdania powtarzane przy każdej okazji wobec sędziów i policjan­
tów spowodują natychmiastową zmianę statusu kuzynów Sinagra, którzy
zostaną umieszczeni w izbie chorych, póki nie przebadają ich mniej lub bardziej
powierzchownie psychiatrzy. Zalecając im symulować obłęd kierownicy mafii
Rozdział ósmy

142 wiedzieli, co robią; kiedyś większa liczba mężów honoru zatrzymanych za


podobne przestępstwo została umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, a po­
nieważ demonstrowali poważne anomalie umysłowe, zostali zwolnieni. Wszy­
stko zależy jedynie od tego, jhk dobrze delikwent potrafi wczuć się w swoją
rolę, lecz wbrew pozorom dużo łatwiej to powiedzieć niż zrobić.
Mimo że Yincenzo Sinagra widział i zrobił to, co widział i zrobił, pozo­
stał jednakże przy zdrowych zmysłach. Mimo że asystował przy tylu udusze­
niach i rzucał w morze tyle trupów, a w powietrze wysadzał tak wiele budyn­
ków, poczuł się nader zakłopotany, kiedy przyszło mu odgrywać nienormal­
nego. W jakiś czas po rozpoczęciu „świrowania” zauważono u niego pierwsze
oznaki rezygnacji. Nie njógł już wytrzymać ciągłego leżenia dniami i nocami na
szpitalnym łóżku, do którego był przywiązany pasami, obok równie skrępowa­
nych i tak samo udających obłęd dwóch kuzynów. Od czasu do czasu składali
im wizyty mężowie honoru. Podchodzili wówczas do jednego z okien salki, gdzie
znajdowali się związani trzej kuzyni, i starali się ich przekonać, by wytrwali.
— To jedyny sposób, żebyście wyszli na wolność — mówili im przed
odejściem.
Burza wyjaśnił Yincenzowi Sinagrze, że wśród odwiedzających był sam
Giovanni Bontate, brat Stefana Bontate zamordowanego przez corleończyków
w sposób już przez nas opisany.
— Giovanni Bontate należał jeszcze do starej mafii — wyjaśnił Burza. —
Sprzymierzył się z nami, ponieważ nie miał innego wyboru po śmierci brata. To
wpływowa osobistość, ma powiązania z adwokatami.
Giovanni Bontate, jak pamiętamy, nie był w dobrych stosunkach ze swoim
bratem Stefano już pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedem­
dziesiątych. Po śmierci szefa rodziny z Santa Maria di Gesu nic nie stało mu
na przeszkodzie, by dołączył do obozu przeciwników brata. A że znajdował się
wtedy w Ucciardone, na znak wiemopoddaństwa stał się oficjalnie chrześ­
niakiem nowego szefa rodziny i wydarzenie owo uczczono najwystawniej, jak
tylko było to możliwe w palermitańskim więzieniu; szampan lał się strugami
w celach zajmowanych przez mężów honoru.
Giovanni Bontate wydawał się bardzo przejęty łosem trzech kuzynów
Sinagra, zapewne wskutek próśb Filippa Marchese, ich szefa. Podczas jednej
z późniejszych wizyt przyrzekł Yincenzowi, iż zrobi wszystko, żeby mu pomóc.
— Podrzucę ci żyletkę — miał mu podobno powiedzieć — jeśli się nią
sprytnie pokaleczysz, po wierzchu ciała, przydasz większej wagi swoim atakom
szaleństwa.
Mimo tych wszystkich zachęt Yincenzo Sinagra nie mógł już dłużej udawać
obłędu. Po krótkim pobycie w szpitalu psychiatrycznym Sant’ Erasmo pod
Neapolem powrócił do palermitańskiego więzienia, gdzie musiał się poddać
nowym badaniom. U kresu wytrzymałości nerwowej, za pośrednictwem jed-
Oblężona twierdza

nego z zatrzymanych, pracujących na oddziale szpitalnym, skierował do 143


Giovanniego Bontate meldunek. Kazał mu powiedzieć: „Nie chcę już udawać
wariata.” Odpowiedź nadeszła niezwłocznie.
Niebawem jacyś dwaj mężowie honoru pochylili się nad łóżkiem, do
którego był przywiązany. Okazało się, że przynoszą mu groźne przesła­
nie.
— W dalszym ciągu udawaj wariata — powiedzieli nieszczęsnemu mło­
dzieńcowi — bo w przeciwnym razie głowa ci spadnie z karku.
Sinagra w lot zrozumiał, że nie jest to wcale utarty zwrot obrazowy, lecz
dokładne określenie losu, jaki go spotka, jeśli zaprzestanie symulacji.
Zastraszony w ten sposób nadal domagał się, by mu pozwolono iść na ryby,
gdy tylko zaczynało się przesłuchanie przed sędzią śledczym. Poza tym,
przytwierdzony pasami do łoża szpitalnego, wymieniał bez końca te same uwagi
ze swoimi dwoma kuzynami uskarżającymi się na swój los.
— To ty nas wykończyłeś — lamentował pewnego dnia Antonino Sinagra
zwracając się do Burzy. — Namówiłeś nas, żebyśmy wstąpili do nowej mafii.
A dzisiaj jesteśmy w więzieniu.
— Zamknij się — zareagował Burza. — Bądź spokojny, wszystko idzie
dobrze. Zu Michele wie, co trzeba robić.
Zu Michele (wuj Michele) był to najwyższy szef mafii, czyli Michele Greco
we własnej osobie; jego mężowie honoru wiedzieli, że ma w Palermo większą
władzę niż papież w Watykanie.
Yincenzo Sinagra miał w nosie wuja Michele, chciał jedynie wiedzieć, kiedy
mógłby wyjść z więzienia i w jaki sposób. Jego kuzyni powiedzieli mu, że
adwokat Chiaracane zajmuje się ich sprawami; zapytał ich zatem, dlaczego
mecenas nigdy nie złożył im wizyty.
Pytanie nie było pozbawione sensu i Chiaracane nie odmówił sobie
powtórzenia go, kiedy w kilka miesięcy później stanął w obecności Yincenzo
Sinagry przed sędzią Falcone. Sinagra odparł na to z prostotą: „Nie chciał, żeby
domyślono się, że łączy go z nami ta sama sprawa”, wyjaśnił krótko i węzło-
wato, posługując się typowo mafijną terminologią. Choć kusi nas, by przyznać
rację Sinagrze, wolimy jednak założyć, że istniały inne, bardziej prawdo­
podobne powody, dla których adwokat kuzynów Sinagra wstrzymywał się
z wizytą. Mecenas Chiaracane zajmował się w owym okresie obroną całej
chmary mężów honoru i miał mnóstwo roboty w ramach ciągnącego się lata­
mi procesu; z całą pewnością nie starczyło mu czasu na odwiedzenie kuzynów
oskarżonych w końcu o banalne przestępstwo, jakich wtedy popełniano
dziesiątki.
Rozdział ósmy

TEN, KTÓRY MUSI UMRZEĆ...

Więzienie w Ucciardone było wówczas, jak widzieliśmy, całkowicie zdomi­


nowane przez mafijczyków, którzy rządzili się tam, jak chcieli. Na początku
Yincenzo Sinagra zwierzał się swojemu kuzynowi Burzy z ogarniającego go raz
po raz zdziwienia. Czy koniec końców Ucciardone nie było oficjalnie zależne
od włoskiego ministerstwa sprawiedliwości, które powinno przecież przestrze­
gać praw republiki? Burza wyśmiewał się z głupoty swego kuzyna, a potem
wyjaśniał mu, w jaki sposób obchodzi się prawo.
Yincenzo Sinagra zapamiętał te nauki. W jakiś czas później nie omieszkał
powtórzyć tego podczas konfrontacji z mecenasem Chiaracane, oskarżając go
0 zmowę z pewnymi aresztantami Ucciardone.
Po oskarżeniu adwokata o to, że przekazał jednemu z więźniów paczuszkę
narkotyków, Sinagra oświadczył;
— Burza mi powiedział, że mecenas Chiaracane przemycał do więzienia
wszystko, o co tylko prosił Filippo Marchese.
Oskarżenie było poważne; czyniło z adwokata jednego z najgorliwszych
1 najgroźniejszych służalców szefa rodziny z Corso dei Mille, nad czym nie
dało się przejść do porządku dziennego.
Mecenas Chiaracane z oburzeniem, jakiego można się było domyślać,
oświadczył;
— Niech ci Bóg wybaczy twoje słowa!
Odgadując w tym zdaniu jakąś mafijną pogróżkę Yincenzo Sinagra
odparował nie bez emfazy;
— Ja wiem, że muszę umrzeć. Ale niech pan pamięta, awocato, Samson
umiera wraz z wszystkimi innymi Filistynami. Należę do skruszonych i jestem
z tego dumny.
Jeden z obecnych przy konfrontacji urzędników sądowych skorzystał
z obrotu, jaki wzięła dyskusja, i usiłował zadać ostateczny cios adwokatowi
zwracając się do Yincenzo Sinagry z pytaniem;
— Czy pan wie, że mecenas Chiaracane był członkiem mafii?
— Dla mnie przynależność mecenasa do mafii jest oczywista — odparł
zwięźle Sinagra — i to z wielu powodów. Nie tylko dlatego, źe — jak już mó­
wiłem — niezliczoną ilość razy widziałem go w towarzystwie Filippa Marchese;
i Burza, i Salvatore Rotolo mówili mi, że on jest nasz.
Żeby przydać większej wagi swojemu oświadczeniu, Yincenzo Sinagra
dorzucił;
— Jego ojciec należał do mafii, był ojcem chrzestnym Filippa Marchese
i zarządzał strefą piazza Torrelunga.
Rozdrażniony adwokat odparł, że Sinagra nie jest godzien wymawiać
nazwiska jego ojca i uznał te oskarżenia za nikczemne. Następnie o Piętro
Oblężona twierdza

Chiaracane, byłym szefie rodziny ze strefy wymienionej przez Sinagrę, mówili 145
inni mężowie honoru. Nie wiadomo, czy chodziło akurat o ojca adwokata, ale
znamienne jest, że na Sycylii prosty fakt posiadania krewniaka mafijczyka
wystarczy, by stać się kimś jednoznacznie podejrzanym.

POWIEW OBŁĘDU

Mimo że zasadniczą słabością oskarżeń, jakie Yincenzo Sinagra wysunął


przeciwko mecenasowi Chiaracane, był fakt, iż po większej części pochodziły one
z drugiej ręki, to jednak jego twierdzenia wspierało bardzo wiele niepokojących
zbiegów okoliczności. Współwięźniowie uprzedzali podobno Sinagrę o każdym
przesłuchaniu, które w intencji podejmującego je sędziego śledczego miało być
niespodziewane, co pozwalało domyślać się istnienia wtyczek jeśli nawet nie
w sądzie, to w każdym razie w palermitańskiej palestrze. Toteż Sinagra bez
większego trudu mógł odgrywać rolę nienormalnego wobec zbyt łatwowiernych
sędziów.
— Stawałem przed sędzią dziwacznie ubrany — wyjaśniał — z obwiązaną
głową i gapiłem się bezmyślnie przed siebie. Zupełnie nie zwracałem uwagi na
to, co działo się w pokoju.
A skoro Sinagra odmawiał odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, sędzia
śledczy z reguły zawieszał przesłuchania i zarządzał powrót obwinionego na
jego szpitalne łóżko z pasami. Taktyka ta okazała się chyba skuteczna, gdyż
Sinagrę nieustannie przenoszono z jednego szpitala psychiatrycznego do drugie­
go, nieraz na przeciwległym końcu Półwyspu, aż wreszcie nie dał rady dłużej
udawać obłędu.
Wszystko jeszcze jakoś szło aż do pewnego dnia w listopadzie 1983 roku,
kiedy to w szpitalu psychiatrycznym Montelupo Fiorentino Sinagra „pękł” na
dobre. Odgrywając rolę wariata pod groźbą represji odwetowych doszedł do
takiego stanu wyczerpania, że poprosił o rozmowę z sędzią śledczym. Dawny
totumfacki Filippa Marchese gotów był powiedzieć wszystko, co wiedział
o groźnym szefie rodziny z Corso dei Mille.

LABIRYNT RODZIN

To, co Yincenzo Sinagra miał do powiedzenia, zajmuje ponad trzysta


stronic protokołu spisanego w obecności garstki sędziów palermitańskich. Bez
jakichkolwiek zahamowań nieszczęsny młodzieniec szczegółowo opowiedział im
o życiu mafijnej rodziny Filippa Marchese, opisując z obrzydliwą drobiazgowoś-
cią wszystkie egzekucje, nie wahając się w razie potrzeby prowadzić karabinie-

10 — Calvi
Rozdział ósmy

146 rów na miejsca dokonanych zbrodni, by lepiej mogli zrozumieć groźny rytuał
stosowany przez mężów honoru.
Na tej zasadzie młody człowiek zaprowadził dochodzeniowców do owej
sławetnej celi śmierci, gdzie widział, jak Marchese i Pino Greco własnoręcznie
zadusili cztery osoby. Policjanci znaleźli tam trochę broni palnej i kilka gra­
mów kokainy, zapewne pobudzającej zapał katów, jak też sznur ze śladami krwi
i resztkami włosów rozmaitych osobników.
Jeśli opowieść o zbrodniach i wymuszeniach dokonywanych przez mężów
honoru Filippa Marchese, którą dochodzeniowcy usłyszeli z ust Yincenzo
Sinagry, zgadzała się we wszystkich szczegółach z ich wcześniejszymi ustale­
niami, to jednak miała, jak na oskarżenie, jeden bardzo słaby punkt: brak
nazwisk. Młody człowiek z łatwo zrozumiałych względów nie potrafił wymienić
z nazwiska większości ofiar lub ich katów, z wyjątkiem, rzecz jasna, ludzi sobie
najbliższych.
Mimo półrocznej przynależności do rodziny z Corso dei Mille Yincenzo
Sinagra wciąż jeszcze słabo orientował się w dżungłi Cosa Nostra. Znał co
prawda z widzenia większość mężów honoru swojej dzielnicy, często jednak nie
umiał wymienić ich nazwisk. Nie znał również tożsamości ofiar egzekucji,
w których uczestniczył. Kiedy proszono go o scharakteryzowanie jakichś
mężów honoru z innych rodzin, nie potrafił dopasować usłyszanych nazwisk do
znanych sobie z wyglądu osób.
Na jego obronę wypada powiedzieć, iż niewiele osób potrafiło się wówczas
dokładnie orientować w labiryncie rodzin palermitańskich. Żaden genealog nie
byłby w stanie naszkicować schematu rozgałęzionych pokrewieństw mafijnych,
gdzie bardzo często więzy kuzynostwa podwajano, a nawet potrajano poprzez
małżeństwa i chrześniactwa, których jedynym cełem było wzmacnianie spoisto­
ści rodzinnej. Trudności piętrzyły się, gdyż z braku wyobraźni kilkunastu
członkom tej samej rodziny nadawano często identyczne imię. Dla rozróżnienia
trzeba było podać dane identyfikacyjne ojca lub dziadka. Rozpoznanie ułatwiał
niemal obowiązkowy przydomek, ale podrzędni członkowie mafii pokroju
Yincenza Sinagry czyjego kuzynów nie musieli znać z imienia i nazwiska mężów
honoru; wystarczyło, że znali ich z widzenia i że wiedzieli, do czego są zdolni.

IDENTYFIKACJA PEWNEGO MĘŻA HONORU

Na tej zasadzie Yincenzo Sinagra przez długi czas nie znał prawdziwej
tożsamości Pina Greco, którego przecież wielokrotnie widywał w towarzystwie
Filippa Marchese, zwłaszcza podczas kilku egzekucji. Burza rzekł mu niejasno,
że Scarpuzzedda to ktoś z rodziny Greco, dodając mimochodem, że ma na imię
Giovannello.
Oblężona twierdza

Może Burza sam tego dokładnie nie wiedział, a może raczej chciał sobie 147
zakpić z kuzyna? Tak czy inaczej pozostaje faktem, że nazwanie Pina Greco
imieniem jego kuzyna Giovannello było co najmniej lapsusem albo też ponu­
rym żartem. Zwłaszcza gdy się znało nienawiść, jaką poprzysięgli sobie ci dwaj
młodzi ludzie.
Przesłuchujący Sinagrę karabinierzy byli bardzo zaniepokojeni obecnością
jakiegoś Giovannella Greco w jego zeznaniach. Wszystko, co im Sinagra
opowiadał, dobrze pasowało do ich wiedzy o mafii i jej poczynaniach,
z wyjątkiem pojawienia się Giovannella Greco związanego z Filippem Mar-
chese, uchodzącym za jego śmiertelnego wroga. Dopiero po przedstawieniu
Sinagrze albumu fotograficznego ze zdjęciami wszystkich znanych postaci ze
środowiska palermitańskiego karabinierzy mogli odetchnąć z ulgą: Sinagra jako
Giovannella wskazał Pina Greco, szefa rodziny z Ciaculli.

ATRYDZI W KRAJU MAFII

Nieprzypadkowo powracamy do posępnej postaci Pina Greco i tego, co


dzieli go od nie mniej groźnego Giovannella Greco, gmatwając w ten sposób i tak
już zawiły tok narracji: kryje się za tym bowiem jeden z najokropniejszych
porachunków z bronią w ręku, który przypomina wręcz historię antycznych
Atrydów.
Nie wiadomo, co skłóciło ze sobą obydwu kuzynów, prowadząc w rezul­
tacie do epickiej niemal walki między nimi. Jak dotąd, nie udało się dojść jej
przyczyny. Jedno jest pewne: ich nienawiść eksplodowała wiosną 1982 roku,
a niedługo po rozpoczęciu się wojny rodzin utwierdziło ją co najmniej
dwadzieścia śmierci, po większej części krewnych i przyjaciół Giovannella
Greco.
Tak jak i jego kuzyn Pino, Giovannello Greco był mężem honoru ponurej
rodziny z Ciaculli. Na swoje nieszczęście stanął po stronie przeciwników klanu
z Corleone, podczas gdy jego ojciec chrzestny, Michele Greco, przedsięwziął ich
systematyczną eksterminację. We wspólnocie mężów honoru wiedziano, jak
głęboka przyjaźń łączyła Giovannella Greco z zabitym Salvatorem Inzerillo,
o którego wrogości wobec corleończyków dobrze wiemy. Pewnie przez tę
karygodną przyjaźń Giovannello Greco został wydalony z rodziny i skazany na
śmierć przez resztę klanu Greco.
Po jego wydaleniu dokonano tylu zabójstw, że nie sposób wymienić tu
wszystkich zabitych; byłoby to zbyt nużące i zajęłoby za dużo miejsca. Wystarczy
wiedzieć, że Pino Greco, nie mogąc dosięgnąć kuzyna, zaczął systematycznie
eksterminować kompanów i krewnych Giovannella, gdziekolwiek się znaj­
dowali. Począwszy od więzienia Ucciardone przez ulice Palermo aż po przed-
Rozdział ósmy

148 mieścia mediolańskie zabójcy z rozkazu Pina Greco dziesiątkowali bezlitośnie


bliskich Giovannella: tam jakiś więzień dostał trzydzieści ciosów nożem, tu
znów znaleziono zwęglone ciało młodego męża honoru; tymczasem w Palermo
mordowano niczym dotychczas nie wyróżniających się starców.

BATALIA W CIACULLI

Kulminacją owej masakry był epizod, który wydarzył się w poranek Bo­
żego Narodzenia 1982 roku. Tego dnia Giovannello Greco i jeden z zaprzyjaź­
nionych z nim mężów honoru, Giuseppe Romana o przezwisku „Amerykanin”,
postanowili położyć kres krwawej furii kuzyna Greco. Udali się zatem we
dwójkę do Ciaculli, terytorium przynależnego mu niczym rodzaj lenna, żeby
„życzyć mu złych świąt”, jak mawia się w tych stronach.
Nie znamy szczegółów tej akcji, ale dzięki świadectwu licznych mężów
honoru wiadomo, że Pino Greco cudem tylko uniknął pułapki, którą na niego
zastawił jego kuzyn z pomocą „Amerykanina”. W kilka godzin później mężowie
honoru z całego Palermo dowiedzieli się, że w okolicach Ciaculli doszło do
rozróby, po której każda ze stron wróciła do siebie i, uzbrojona po zęby, cze­
kała na dalszy ciąg wydarzeń.
Dalszy ciąg był straszliwy. W jakiś czas później wspólnik Giovannella
Greco, „Amerykanin”, został zamordowany w kalifornijskim Fort Laudale,
gdzie się schronił. Skutki zemsty Pina Greco okazały się jednak bardziej
odczuwalne na Sycylii. Groźny Scarpuzzedda przedsięwziął bowiem szeroko
zakrojoną akcję represyjną, znaną w historii mafii pod nazwą „ciacullińskiej
rewaloryzacji”.
Pino Greco, jak pamiętamy, był mimo młodego wieku szefem rodziny
w Ciaculli. Mógł zatem na swoim terytorium robić to, co uznał za stosowne.
Z pewnością doszedł do wniosku, że miasteczko Ciaculli nie jest już bezpieczne,
postanowił więc wydalić z niego manu militari tych wszystkich, których
obecność, jeśli nawet nie okazała się podejrzana, to była w każdym razie
niepożądana.
Niepodobna przedstawić dokładnej liczby owych deportacji — mówi się
o dziesiątkach przypadków — ani nawet określić, w jakich warunkach zostały
przeprowadzone. Nie obyło się chyba bez incydentów rażących. Większość wy­
dalonych osób nie należała bezpośrednio do organizacji Cosa Nostra; ich wina
polegała na posiadaniu w rodzinie mężów honoru, którzy stali po stronie prze­
ciwników Pina Greco. Najbardziej znany był przypadek pewnej wdowy, która
po odmowie przesiedlenia się stwierdziła, że ludzie Pina Greco zamurowują jej
dom, i musiała czym prędzej się wynosić, żeby rue zostać na zawsze uwięzioną
w betonie. Ów dom bez drzwi i okien do dziś dnia stanowi curiosum Ciaculli.
Oblężona twierdza

Pino Greco, pragnąc zachęcić byłych przyjaciół do definitywnego wyjazdu 149


z Ciaculli, przesłał im szereg następujących po sobie wezwań, między innymi
takie oto pismo, które wpadło w ręce dochodzeniowców:
„Mój drogi, masz miesiąc na opuszczenie Ciaculli wraz z całą rodziną.
Pozostaje ci też rok na sprzedanie wszystkiego, co tu posiadasz. Jeśli za miesiąc
ciągle jeszcze będziesz tutaj, spadną na ciebie i twoich bliskich wielkie nieszczęś­
cia. Z Bogiem.
Palermo, 7 stycznia.”
„Normalizacja ” Ciaculli została zakończona w ciągu roku 1983. Na wzór
Palermo miasteczko zostało poddane bezprzykładnemu terrorowi Greców.
Nazwisko Michele Greca figurowało już na międzynarodowych listach goń­
czych, zaczęto też pojmować, jak groźną rolę odgrywa jego krewniak, Pino.
Nie trzeba jednak sądzić, że Cosa Nostra wygrała wojnę przeciwko państwu
włoskiemu trwającą już od kilku lat. Rzeczywistość była zupełnie inna.
W krótkim czasie w cieniu palermitańskiego sądu i koszar karabinierów mężo­
wie honoru lub pewni ludzie na ich usługach, jak na przykład Yincenzo Sinagra,
zaczęli się godzić na składanie zeznań przeciwko ich byłym panom. Po latach
morderstw nadszedł wreszcie czas skruchy.
Mąż Rozdział dziewiąty

z Rio

DZIWNY PASAŻER

Daleko, bardzo daleko od Palermo pewien sześćdziesięcioletni mężczyzna


opatulony w pled, z oczami skrytymi za przydymionymi okularami słonecz­
nymi, niespokojnie poruszył się w swym fotelu, w pierwszym rzędzie pierwszej
klasy jumbo-jeta, który leciał z Rio de Janeiro do Rzymu. Trupia bladość jego
twarzy zdawała się zapowiadać nowy atak: kołatanie serca, nudności, zimne
poty, ale siedzący obok lekarz nie przejawiał zaniepokojenia. Zbadawszy puls
mężczyzny odwrócił się do trzeciego pasażera dając do zrozumienia, że jeśli
nawet nie jest całkiem dobrze, to w każdym razie coraz lepiej.
Tajemniczy chory na linii lotu Rio—Rzym nie mógł był zwykłym pasaże­
rem, skoro podczas podróży miał zapewnioną luksusową opiekę i eskortę
złożoną z kilkunastu Włochów — bez wątpienia policjantów po cywilnemu:
któż inny mógłby korzystać z regularnej komunikacji powietrznej uzbrojony
po same zęby?
Według relacji świadków twarz mężczyzny była z tych, które budzą respekt,
z tych, które z trudem się zapomina, choć nie bardzo wiadomo, dlaczego. Wedle
krążących pogłosek jego rysy — wystająca broda, wysokie czoło i wydatne
kości policzkowe — wielokrotnie modyfikowane przez latynoamerykańskich
specjalistów od chirurgii plastycznej — nadawały mu wygląd meksykańskiego
Indianina, z czego wydawał się bardzo dumny, jeśli wierzyć słowom, które róż­
ni dziennikarze włoscy i brazylijscy przypisywali jego trzeciej żonie.
Szklarz z zawodu, wielokrotnie skazywany na długoletnie więzienie za
nielegalny handel, zwłaszcza narkotykami, i kary te odsiadujący w Brazylii,
Stanach Zjednoczonych oraz we Włoszech, mężczyzna ów zaliczał się do ludzi.
Mąż z Rio

których palermitańczycy w swoim żargonie nazywają „pezzi di novanta”, czyli 151


mniej więcej „sztuki na sto dwa”, co oznacza zarówno ich silę fizyczną
i odporność psychiczną, jak też zdolność wykrzesania z siebie ogromnej energii.
Człowiek ten nie po raz pierwszy znajdował się w sytuacji kłopotliwej, teraz
jednak, wciśnięty w głęboki fotel samolotu Alitalii, zdawał się zupełnie
odmieniony. Stracił swoją legendarną zarozumiałość, ową zarozumiałość, która
kazała mu oświadczyć pewnemu dziennikarzowi: „Jeśli być mafijczykiem znaczy
zachowywać się godnie nikomu nie szkodząc, to ja jestem mafijczykiem.”
Na kilka miesięcy przed jego aresztowaniem w Sao Paulo przez znaną
z nieprzekupności policję brazylijską rzecznik tejże policji stwierdził: „Powie­
dział, że jest niesamowicie bogaty i zaproponował nam tyle pieniędzy, ile tylko
byśmy zapragnęli, w zamian za swoją wolność.” W kilka tygodni później stała
się jednak rzecz straszna, która złamała dumę tego mężczyzny, gdyż był to już
tylko cień Tommaso Buscetty, dla najbliższych don Masina, dla palermitań-
czyków „bossa dwóch kontynentów”, który 14 lipca 1984 roku odbywał lot na
linii Rio—Rzym.

POŁUDNIOWOAMERYKAŃSKIE ZNAJOMOŚCI

Pamiętamy, w jakiej sytuacji Tommaso Buscetta opuścił przed trzema


prawie laty Palermo, by udać się na uchodźstwo do Brazylii. Sycylię porzucał
jako mąż honoru rozczarowany i zgorzkniały, przeczuwając wojnę rodzin,
podczas której miał niebawem stracić swoich przyjaciół, Stefana Bontate
i SaWatore Inzerilla. Spodziewając się najgorszego, Buscetta wolał raczej opuścić
rodzinną ziemię niż być zmuszonym do wyboru pomiędzy krwawym szaleń­
stwem corleończyków a mniej ekscesywnym szaleństwem ich przeciwników
uznanych za y,przegranych”, gdyż jedni po drugich ginęli w masakrze.
Pod koniec lat sześćdziesiątych Tommaso Buscetta miał już sposobność
spędzić kilka lat w Brazylii, o czym wcześniej mówiliśmy. Co tam porabiał
i co mógłby porabiać dziesięć lat później, pozostaje natomiast tajemnicą, której
nawet włoskim dochodzeniowcom nie udało się rozwikłać. Jak się wydaje,
podczas swego ostatniego pobytu w Brazylii Buscetta żył biednie, a przynaj­
mniej bardzo skromnie. Nie dorobił się żadnej fortuny, chyba że umiejętnie ją
ukrywał. Swój jedyny majątek dziełił ze szwagrem, Homero Guimaresem. Była
to posiadłość ziemska licząca 25 000 hektarów, przydzielona przez rząd brazy­
lijski na warunkach zakrawających niemal na akt darowizny. Położona w pół­
nocnej części kraju, niedaleko Sao Paulo, posiadłość ta była jedną z owych
fazendas, które trzeba tytaniczną pracą wydzierać dziewiczej puszczy.
Mąż honoru korzystał, jak się zdaje, z cennych znajomości mafijnych, czego
najlepiej dowodzi łatwość, z jaką rząd paragwajski przyznał mu w marcu
Rozdział dziewiąty

152 1981 roku prawomocny paszport na nazwisko Tommaso Roberto Felice. Nie
ma w tym nic dziwnego, jeśli choć trochę prawdy jest w legendzie, która czyni
z Buscetty księcia międzynarodowego handlu kokainą, najbardziej lukratyw­
nym produktem tego regionu. Jeśli tak istotnie było, należałoby przyjąć, zgod­
nie z niektórymi dochodzeniowcami, że Buscetta potrafił mądrze ulokować
swoje narkodolary w różnych bankach szwajcarskich ze szkodą dla własnego
życia rodzinnego, skądinąd zresztą rozsądnego.
Oficjalnie Buscetta podawał się za handlarza drewnem. Na początku
pobytu w Brazylii odwiedzał różne tartaki i twierdził, że interesuje się wszy­
stkim, co dotyczy obróbki i sprzedaży ściętych drzew. Czy to nowe zainteresowa­
nie, zbyt późne jak na powołanie życiowe, było prawdziwe? Wie to jedynie Bóg,
Buscetta, no i drzewa. Natomiast my wiemy, że równolegle do tej czynności, jaka
przystoi osadnikowi z puszczy amazońskiej, mąż honoru nie wzdragał się przed
składaniem wizyt miejscowym mafijczykom.

BRAZYLIJSKA «LITTLE ITALY»

Istniała wtedy w Brazylii ścisła wspólnota palermitańskich mężów ho­


noru, którzy wespół z różnymi opryszkami neapolitańskimi handlowali ocho­
czo, czym się tylko dało. W łonie tej „Little Italy” z Rio czy też Sao Paulo,
jednym z najbardziej wpływowych mężów był bezsprzecznie niejaki Antonio
Salamone, który — jak pamiętamy — miał znaczny udział w interesach mafii
na Sycylii. Szef rodziny wywodzącej się z położonego niedaleko Palermo
miasteczka San Giuseppe Jato, Antonio Salamone, był również członkiem
Kopuły. Salamone znał Buscettę od lat. Nic więc dziwnego, że obydwaj odno­
wili swoją znajomość po przyjeżdzie Buscetty do Brazylii.
Pod koniec lipca 1982 roku, kiedy w Palermo szalała wojna rodzin, Bus­
cetta odebrał w swojej rezydencji w Rio de Janeiro dziwny telefon od Antonia
Salamone.
— Niewykluczone, że złoży ci w Brazylii wizytę Gaetano Badalamenti —
powiedział mu zwięźle Salamone. — Unikaj go, bo ci to może tylko przysporzyć
kłopotów.
Tommaso Buscetta wiedział, że Gaetano Badalamenti był traktowany
przez wspólnotę mężów honoru gorzej niż zapowietrzony. Ów niezbyt okrze­
sany ojciec chrzestny, który — jak pamiętamy — kierował Kopułą aż do roku
1978, został brutalnie pozbawiony swojego stanowiska i stracił funkcję szefa
rodziny z Cinisi, a niebawem wydalono go z organizacji Gosa Nostra z powo­
dów, które wciąż jeszcze pozostają zagadkowe. Z równie niejasnych względów
Gaetano Badalamenti wciąż jeszcze cieszył się jednak pewnym prestiżem w łonie
wspólnoty mężów honoru. Ludzie złośliwi i policjanci twierdzą, iż działo się
Mąż z Rio

to za sprawą potężnej sieci handlu heroiną, którą wciąż jeszcze kontrolował. 153
Buscetta, który poznał Gaetana Badalamenti dziesięć lat wcześniej w więzieniu
Ucciardone, odrzucał zawsze opinię o potrzebie poddania byłego szefa rodziny
z Cinisi kwarantannie, którą wobec niego stosowano, i nadal go odwiedzał
wbrew wszystkim oraz zupełnie jawnie.
Dlatego też oschle odparł Antoniowi Salamone;
— Jeśli Gaetano Badalamenti chce przyjechać do Brazylii, w żadnym
razie nie mogę mu tego zabronić.

SPISEK PRZECIW CORLEONE

Kilka dni później nie zdziwił zatem Buscetty międzykontynentalny telefon


od Badalamentiego, choć zachodził w głowę, jakim cudem ojciec chrzestny
z Cinisi zna jego numer telefoniczny w Rio. Zapewne pomyślał, że zdobycie
zastrzeżonego numeru nie musiało przedstawiać wielkiej trudności dla kogoś,
kto potrafił sprowadzać z Turcji całe tony morfiny, a potem, po przetworzeniu
jej na heroinę, sprzedawać ów produkt do Stanów Zjednoczonych.
— Chciałbym przybyć do Brazylii, by z panem pomówić — powiedział mu
Gaetano Badalamenti.
Po prostu bagatelka.
Niedługo potem Tommaso Buscetta udał się na międzynarodowe lotnisko
pod Rio, by przywitać Badalamentiego i jak najszybciej wybadać, co go do
niego sprowadza. Wkrótce się dowiedział. Zaraz po wylądowaniu Badalamenti
odkrył swoje zamiary.
Nie musiał się wcale długo rozwodzić. Tommaso Buscetta dobrze wiedział,
w jakim stanie znajdowała się Cosa Nostra, a zwłaszcza z czyjej winy. Żeby
temu zaradzić, Badalamenti złożył mu pewną propozycję, którą Buscetta mógł
jedynie odrzucić.
— Przybyłem — powiedział — żeby pana namówić na powrót do Włoch.
Jako człowiek z dużymi wpływami powinien pan kierować buntem przeciwko
corleończykom.
Tommaso Buscetta znał okrucieństwo, z jakim rodzina corleończyków
wspomagana przez Michełe Greca likwidowała wszystkich, którzy ośmielili się
wystąpić przeciwko nim. Ograniczył się jednak do zwrócenia Badalamentiemu
uwagi, i to w sposób jak najuprzejmiejszy, że przyjęcie podobnej propozycji
równałoby się samobójstwu.
— Byłoby po prostu szaleństwem sądzić, że wystarczą jedynie moje
wpływy, żeby zmienić nieodwracalnie skompromitowaną rzeczywistość — re­
plikował Buscetta.
Rozdział dziewiąty

WRÓG

Tommaso Buscetta nie miał złudzeń co do nagłych oznak przyjaźni, jaką


mu okazywał Gaetano Badalamenti od chwili przybycia do Rio. Jako doświad­
czony mąż honoru rozumiał, że ojca chrzestnego z Cinisi interesowało tylko
wykorzystanie nazwiska Buscetty, które niby chorągiew mogłoby posłużyć do
skupienia się wokół niego przeciwników klanu z Corleone.
Badalamenti zdawał się wiązać z Buscettą swoje ostatnie nadzieje. Takie
w każdym razie można było wyciągnąć wnioski z faktu, że po wysokiej
i pochwalnej ocenie jego wpływów złożył mu określone propozycje działania.
Badalamenti pragnął, żeby Buscetta wykorzystał swoje nawiązane w więzie­
niu przyjaźnie z poszczególnymi członkami środowiska katańskiego i mediolań­
skiego, by umożliwić mu zabicie pewnego więźnia. I to nie byle jakiego więźnia:
chodziło o Luciana Leggio, szefa rodziny z Corleone, o którym mówiono, że
faktycznie przewodzi organizacji Cosa Nostra od czasu swego uwięzienia,
i którego Gaetano Badalamenti nienawidził za różne upokorzenia i zniewagi.
Była to operacja niezwykle trudna, tym bardziej że mężowie honoru wiedzieli, iż
na szalejącą w Palermo wojnę pada wielki i groźny cień Luciana Leggio.
— Brak mi środków do wykonania tak szaleńczego przedsięwzięcia —
odparł Buscetta. — Od nikogo nie mogę żądać dokonania czegoś podobnego.
Tomasso Buscetta nadal spotykał się w ciągu najbliższych tygodni z Gaeta­
no Badalamentim, choć przerażały go projekty jego rozmówcy. Nie wiadomo
dokładnie, jakimi sprawami zajmowali się obaj mężowie honoru. Według
przypuszczeń wielu sędziów nie ograniczali się tylko do prostej wymiany zdań
na temat aktualnej sytuacji światowej; przecież to właśnie z połączenia ich sił
zrodziła się potężna sieć międzynarodowego przemytu narkotyków. Niewiele
nam jednak o tym wiadomo, zadowolimy się więc odmalowaniem ich przyjaciel­
skich stosunków.
Wiemy na przykład z całą pewnością, że wieczorem 3 września 1982 roku
Tommaso Buscetta, Gaetano Badalamenti i jego syn Leonardo znaleźli się
w Belem, w hotelu Regen, przed telewizorem. Wszyscy trzej zatrzymali się tam
pod fałszywymi nazwiskami i twierdzili, że przyjechali do Belem z zamiarem
odwiedzenia tartaku. Przejdźmy nad tym pretekstem do porządku dziennego,
gdyż interesuje nas jedynie fakt, że panowie ci oglądali dziennik telewizyjny.
Chociaż Brazylię dzieli od Sycylii rozległa przestrzeń, również w miejscowej
stacji telewizyjnej nie można w wiadomościach pominąć niektórych wydarzeń
z tej wyspy. W ten sposób owego wieczoru Tommaso Buscetta, Gaetano
Badalamenti et consortes dowiedzieli się, że w Palermo zastrzelono serią
z kałasznikowa generała Carla Alberta Dalia Chiesę, przywódcę palermitańskiej
walki z mafią, jak również jego żonę i przybocznego strażnika. Można sobie
wyobrazić konsternację obu mężów honoru po usłyszeniu tej nowiny, i to nie
Mąż z Rio

z powodu uczuć, jakie mogli żywić względem generała czy nawet z przyczyn 155
humanitarnych, ale z uwagi na to, iż przeczuwali tragiczne następstwa owego
zabójstwa.
Gaetano Badalamenti, który dopiero co przybył z Sycylii, najlepiej mógł
skomentować to wydarzenie. Widział w nim demonstrację zarozumiałości
corleończyków, którzy w ten sposób zareagowali na wyzwanie rzucone im sto
dni wcześniej przez obejmującego swoją funkcję w Palermo generała. Akcja ta
służyła również interesom pewnego polityka, jak twierdził Badalamenti, nie
wymieniając wszakże jego nazwiska. Po czym dorzucił:
— Generał mu zawadzał, więc pozbył się go za pośrednictwem mafii.
Badalamenti domyślał się również, skąd pochodzili mordercy. Był przeko­
nany, że do przeprowadzenia akcji użyto członków rodziny z Katanii, i chyba
miał rację; katańczycy byli, jak powszechnie wiedziano, sprzymierzeńcami
corleończyków. Posłużenie się mordercami z Katanii wyglądało tym bardziej
prawdopodobnie, że zamach nastąpił w samym centrum miasta; przezorność
nakazywała zatem, żeby egzekucji dokonali ludzie spoza Palermo, by w razie
czego zmniejszyć do minimum możliwość identyfikacji sprawców przez ewen­
tualnych świadków zajścia.
Jeśli wierzyć Badalamentiemu, użycie komanda katańskiego w akcji
przeciw Dalia Chiesie było tym bardziej prawdopodobne, że zgadzało się
z zasadą wymiany przysług. Wcześniej bowiem, 16 czerwca 1982 roku o godzinie
mężowie honoru z okolic Corleone oddali wspaniałą przysługę szefowi
rodziny z Katanii, groźnemu Nitto Santapaoli, mordując jego byłego zastępcę,
Alfia Ferlito, który stał się jego zaciekłym wrogiem. Akcja owa wymagała
niemal takiego uzbrojenia, jakie uwzględniono podczas zamachu na Dalia
Chiesę: nieszczęsny Alfio Ferlito zginął razem z pięcioma policjantami, którzy
eskortowali go podczas przewożenia więźniów środkiem przedmiejskiego bul­
waru palermitańskiego.

ŚMIERĆ DZIECI

Tommaso Buscetta wiedział, że pokazywanie się w towarzystwie Bada-


lamentiego grozi mu niebezpieczeństwem. Gdyby corleończycy dowiedzieli
się o ich spotkaniach, mogliby wywnioskować, że obydwaj knują nie wia­
domo jaki spisek, i pragnąc mu zapobiec dopuściliby się jakiejś im tylko
wiadomej masakry. Oto dlaczego Buscetta jeszcze przed przybyciem Badala-
mentiego do Brazylii polecił mu trzymać swoją podróż w tajemnicy. Badala­
menti przyrzekł zachować jak największą dyskrecję, jednakże niedługo potem
Buscetta zaczął wątpić w słowo ojca chrzestnego z Cinisi, w każdym razie pod
tym względem.
Rozdział dziewiąty

156 Przybycie Badalamentiego do Ameryki zbiegło się bowiem z serią nie­


szczęść rodzinnych, które niebawem wstrząsnęły Buscettą. Najpierw zniknął
jego szwagier, Homero Guimares, brat jego żony Cristiny. Homero Guimares
był bardzo zaprzyjaźniony z Buscettą; bez wątpienia dokonywali wspólnie
różnych przestępstw. Jakiś czas wcześniej Guimares został ranny podczas
wymiany strzałów z brazylijskimi policjantami, których wziął za mafijczyków
przybyłych po to, by zabić jego szwagra.
Tommaso Buscettą uznał zniknięcie Guimaresa za pierwsze posunięcie
swoich przeciwników. W Brazylii bowiem nie zdarzało się, jak daleko sięga
pamięć miejscowych opryszków, żeby po zamordowaniu kogokolwiek znikało
jego ciało. Był to zwyczaj typowo sycylijski i Buscettą natychmiast zrozumiał,
że jego szwagra zabili corleończycy, gdyż w przeciwnym razie dałby o sobie znać
w taki czy inny sposób.
Tragedia Tommasa Buscetty dopiero się jednak rozpoczynała.
11 września 1982 roku, w przeddzień urodzin żony, zadzwonił do Palermo,
aby dowiedzieć się czegoś o swoim synu Antoniu, który właśnie wyszedł
z więzienia. Rozmowę przyjęła synowa, lolanda de Almagro. Młoda kobieta
była zapłakana. Trzy dni temu jej mąż zniknął. Wiadomość tym dotkliwiej
ugodziła Buscettę, że wraz z młodym Antoniem palermitańskie piekło po­
chłonęło też towarzyszącego bratu drugiego jego syna, Benedetta. Buscettą nie
miał wielkich złudzeń, poradził jednak synowej, by zgłosiła zniknięcie jego
dzieci na policji. A może zostali aresztowani? Po jakimś czasie zadzwonił do
synowej po raz drugi i usłyszał to, czego się obawiał: policja nie zaaresztowała
żadnego z jego synów. Obaj młodzi ludzie zostali porwani przez corleończyków
i zapewne już nie żyli. Tego w każdym razie można im było życzyć.
W kilka dni później, składając Buscetcie kondolencje, Gaetano Badala-
menti nie przestawał usilnie namawiać swojego kompana, ażeby w końcu
zdecydował się stanąć na czele buntu przeciw corleończykom. Corleone delenda
est, mógłby powiedzieć ten niezbyt okrzesany mąż honoru, gdyby znał pod­
stawowe fakty z historii własnego kraju.
I tym razem Buscettą przezornie odmówił. Powiedział mu, że nie żywi
złudzeń co do losu synów i że odtąd pokłada nadzieję w pobłażliwości
corleończyków. Postanowił nie szukać zemsty: miał nadzieję, że wobec jego
bierności corleończycy dadzą mu spokój, a zwłaszcza jego pozostałym jeszcze
przy życiu dzieciom.
Proponując mu skorzystanie z prawa odwetu, Badalamenti zaofiarował
się, że załatwi zniknięcie Giuseppe Greca, syna Michele. Buscettą odrzucił tę
ofertę z oburzeniem, po części dlatego, że według jego rozeznania młody
człowiek nie należał do organizacji Gosa Nostra i zajmował się głównie
produkcją komedii filmowych, jak Chleb, miłość i papryka, której jedyną
atrakcją była eksponowana na wszelkie sposoby młoda osóbka o wyglądzie
Mąż z Rio

subretki. Chociaż Badalamenti odparł, że Giuseppe Greco po prostu działa 157


„na dwie strony”, a zatem jest również i mężem honoru, Buscetta odmówił
stosowania tych samych metod co ludzie, którzy mu zabili dwóch synów.
Zostawiając go pogrążonego w bólu, Badalamenti opuścił niebawem
Brazylię. Przygnębiony Buscetta, snując się po mieszkaniu w Rio, musiał
przeklinać swojego kompana odpowiedzialnego za jego nowe nieszczęścia
i modlić się, żeby nie przyszło najgorsze. Bezskutecznie, gdyż na Sycylii najgor­
sze nieodwołalnie musi nadejść.

MASAKRA KREWNYCH

Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia roku 1982 na długo zapadł


w pamięć mieszkańców Palermo. Straszny cios miał dotknąć wspólnotę mężów
honoru, lecz miasto zdawało się pogrążone w odświętnym nastroju. Późnym
popołudniem 26 grudnia, gdzieś około 17^°, cały personel pizzerii New York
Place trwał w pogotowiu przygotowując się do odparcia świątecznej nawały i nie
domyślał się nawet, jaki obrót wezmą niebawem sprawy.
Mieszcząca się przy via del Artigliere na skraju parku Favorita pizzeria
New York Place była ogromnym, zawsze tłumnie wypełnionym lokalem;
prowadził ją od niedawna Giuseppe Genovese, zięć Buscetty. Wszyscy w Paler­
mo wiedzieli, że pizzeria należy do klanu Buscettów i że kierowali nią, do czasu
swego zniknięcia, bracia Antonio i Benedetto. Aż do tego czasu zakład raczej
nie był niepokojony, choć znajdował się na terytorium kontrolowanym naj­
pierw przez rodzinę z Giardino Inglese, a potem z dzielnicy Resuttana, obydwie
sprzymierzone z corleończykami. Tylko raz pewien mąż honoru z tej ostatniej
rodziny usiłował mu narzucić płatną „ochronę” (z angielska racket), ale
wszystko rozeszło się po kościach.
Któż mógłby więc odgadnąć prawdziwe zamiary młodego człowieka, który
tego właśnie 26 grudnia o godzinie 17^® wszedł do pizzerii i zamówił przy kasie
sześć pizz na wynos? Zachowywał się co prawda podejrzanie, gdyż z nagłym
pośpiechem wyszedł, nie pytając nawet, kiedy jego pizze zostaną wyjęte z pieca.
Po chwili roztrzepaniec wrócił w towarzystwie innego młodego człowieka i ra­
zem skierowali się na zaplecze.
— Chcemy rozmawiać z kierownikiem! — krzyknął jeden z nich, kiedy
kasjerka zarzuciła im zgoła aroganckie zachowanie.
Tuż po wejściu do kuchni obydwaj młodzi ludzie wyjęli broń palną i za­
częli strzelać do wszystkiego, co się poruszało. Giuseppe Genovese i jeden z jego
bliskich krewnych, niejaki Antonio D’Amico, padli trupem na miejscu; zginął
również Orazio D’Amico, kiedy usiłował jednemu z morderców odebrać broń.
Dla policji przyczyna potrójnego morderstwa sprowadzała się do jednego
Rozdział dziewiąty

158 nazwiska; Tommaso Buscetta. Pierwszą ofiarą był, jak wiemy, jego szwagier;
dwie inne to synowie z pierwszej żony.
Jak pamiętamy, rodzina Buscetty składała się przede wszystkim ze szkla­
rzy. Ojciec był podobno dobrym specem w tej dziedzinie. Buscetta lubił czasem
przywoływać wspomnienia tamtego okresu (sam się wtedy specjalizował w pro­
dukcji cyzelowanych luster), okresu, w którym rodzinny zakład otrzymał wiele
wyróżnień i nagród. Chociaż Buscetta go opuścił, to jednak pozostałym
krewnym udało się przekształcić ojcowski warsztat w poważne przedsiębior­
stwo i założyć okazały sklep przy via della Alpi, w nowoczesnej dzielnicy
przyległej do śródmieścia. Wszyscy członkowie rodziny Buscetta, mężczyźni,
kobiety i dzieci, troszczyli się, by interes kierowany przez Yincenza, brata
Tommasa, sprawnie funkcjonował.
Yincenzo Buscetta był rzetelnym rzemieślnikiem i bolał w duchu nad
wyrodnym bratem. Pewny swoich praw sądził, że chroni go jego uczciwość i nie
uważał za konieczne podejmowanie środków ostrożności po masakrze w pizzerii
New York Place. A zresztą nawet gdyby chciał, to cóż mógłby zrobić poza
zniknięciem na zawsze?
We wszystkie powszednie dni można go było zatem zastać w jego gabinecie
przy via della Alpi; wystarczyło wejść przez bramkę, nad którą widniał
następujący szyld: „Kryształy, lustra, szyby kuloodporne”, co też uczynili
dwaj młodzi ludzie deszczowego poranka 29 grudnia, parę minut po jedenastej.
Kiedy niebawem opuścili biegiem zakład, zostawili w nim zabitego z zimną
krwią starca, Benedetta Buscettę, a także jego syna Yincenza, których po prostu
poprosili o możliwość obejrzenia kilku rodzajów luster.
Wówczas to prasa doniosła o powrocie Tommaso Buscetty do Palermo.
Dziennikarze wraz z policją przypisywali mu dokonanie w odwecie blisko
dwudziestu morderstw. Z pewnością nigdy się nie dowiemy, czy Buscetta zjawił
się w Palermo nazajutrz po owym smutnym Bożym Narodzeniu, a tym bardziej
nie będziemy wiedzieć, co tam robił. Pewne jest tylko, że po masakrze w pizzerii
i sklepie z lustrami człowiek ten stracił w mieście ostatnich przyjaciół. Jego
sprzymierzeńcy zostali zdziesiątkowani przez corleończyków, a najbliżsi krewni
przeklinali nawet samo jego nazwisko.
Zdarzył się fakt bez precedensu na Sycylii; po raz pierwszy kobieta, którą
mafia uczyniła wdową, czyli żona nieszczęsnego Yincenza Buscetty, zgodziła się
udzielić wywiadu prasie. Niezbyt czule wyraziła się tam o swoim szwagrze:
— Mówią, że Tommaso powrócił na Sycylię — oświadczyła. — Gdybym
miała broń, zabiłabym go. Nie w odwecie za dwóch nieboszczyków, ale po to,
żeby zlikwidować przyczynę wszystkich naszych nieszczęść. — Po czym zakoń­
czyła: — Nazywać się Buscetta to przekleństwo.
Mąż z Rio

KŁOPOTLIWY PRZYJACIEL

Przekleństwo, które dosięgło Buscettę w Brazylii, było innego rodzaju


i nosiło nazwisko Gaetano Badalamenti. W ciągu lutego 1983 roku kłopotliwy
ojciec chrzestny z Cinisi po raz drugi zawitał do niego. Zaczął od złożenia mu
najszczerszych słów ubolewania z powodu fali nieszczęść, które dotknęły jego
rodzinę na Sycyłii, a następnie, jak to już czynił poprzednio, błagał go, by
zechciał stanąć na czełe wałki z corleończykami.
— Pański rozsądek na nic się nie zdał — dorzucił — zaciekłe okrucieństwo
naszych przeciwników nie przestaje niszczyć niewinnych ofiar.
Tego już było za wiele. Buscetta odparł, że nie ma najmniejszego zamiaru
opuszczać swojego schronienia. Po czym oskarżył Badałamentiego o to, że jest
mimowolną przyczyną owej fali morderstw, która okryła żałobą jego rodzinę.
— To pańska wina — powiedział. — Gdyby pan nie usiłował narzucić mi
tej bezsensownej wojny, luc by się nie wydarzyło.
Prawdopodobnie Badałamenti pragnął się usprawiedliwić, wyjaśnił więc
Buscetcie, że masakra jego krewnych miała inne przyczyny, jeszcze bardziej
przerażające. Zresztą nie tylko ród Buscettów został okrutnie dotknięty zaraz
po świętach 1982 roku. W sumie doliczono się ponad trzydziestu morderstw
i zniknięć.
Znamy przyczynę jatek z końca roku 1982; chodziło bowiem o zamach,
którego w ostatniej chwili uniknął Pino Greco, w pierwszy ranek Bożego
Narodzenia. Nie wiedząc, na kim się mścić, postanowił uderzyć w przeciwni­
ków przypuszczalnych i potencjalnych. Czy szef rodziny z Ciaculli wiedział
o brazylijskich spotkaniach Buscetty i usuniętego z Cosa Nostra Badalamen-
tiego? Być może. W takim razie zabił pięciu krewniaków Buscetty, żeby ukarać
go za przyjmowanie niewłaściwych wizyt.
Pobudki tej rzezi mogą być mylące, a nawet niezrozumiałe dla każdego,
kto zapomniał o jej tle. Wśród mężów honoru panował wówczas tak wielki
zamęt, że zabójstwo wydawało się wręcz najbardziej typowym sposobem ich
bycia. Toteż na początku nowego roku rozeszły się wieści, że szef rodziny
z Partanna, groźny Rosario Riccobono, zwany skądinąd Terrorystą ze względu
na to, jak mało się przejmował losem swych bliźnich, oraz siedemnastu mężów
honoru spośród bliskich mu ludzi zostali otruci na dziwnym przyjęciu, nie
bardzo wiadomo przez kogo zorganizowanym. Prasa miejscowa dostrzegła za
tym zbiorowym otruciem cień Tommaso Buscetty. Ten ostatni bez trudu
mógłby odpowiedzieć swoim potwarcom, iż zważywszy na jego stosunki
z Rosario Riccobono trudno by mu było umówić się z szefem rodziny
w Partanna, a jeszcze trudniej zaprosić go gdziekolwiek. Skoro Riccobono i jego
bliscy zostali otruci, musiał to zrobić ktoś, do kogo Riccobono miał pełne
zaufanie. A zatem któryś z przywódców klanu corłeończyków.
Rozdział dziewiąty

W SZPONACH POLICJI BRAZYLIJSKIEJ

Pod wpływem swojej żony Tommaso Buscetta zgodził się opuścić Rio,
żeby na ich fazendzie w okolicach Sao Paulo żyć w odosobnieniu, a w każ­
dym razie bez problemów. Łatwiej było to postanowić niż zrealizować, gdyż
nawet mąż honoru musi liczyć się z pewnymi imperatywami. Wypadało na
przykład poczekać do końca roku szkolnego, bo dopiero wtedy, po zabra­
niu dzieci z tutejszej szkoły, można było umieścić je w jakimś zakładzie w Sao
Paulo.
Tommaso Buscetta przybył do Sao Paulo z początkiem roku szkolnego
1983—1984. Właśnie się wybierał do liceum, gdzie miały być zapisane jego dzieci,
kiedy wczesnym rankiem 24 października 1983 został zatrzymany przez
czterdziestu policjantów przybyłych prosto z Rio. Zauważył, że są tak znużeni,
jak gdyby czekali na niego od wielu dni.
Pominiemy szczegóły aresztowania z wyjątkiem haniebnej sprawy dotyczą­
cej pieniędzy. Szef policji wspomniał bowiem o próbie przekupienia funkcjo­
nariusza, podczas gdy Buscetta twierdził, iż to na nim dwa razy usiłowano
wymusić sumy w wysokości od miliona do pięćdziesięciu tysięcy dolarów.
Działając na podstawie międzynarodowego nakazu aresztowania i re­
kwizycji sądowej podpisanej przez jakiegoś sędziego brazylijskiego, miejscowa
policja żywiła być może nadzieję, że da się coś niecoś wycisnąć z tego człowieka,
którego raz już aresztowała blisko dziesięć lat wcześniej. Jeśli istotnie tak było,
musiała się jednak gorzko rozczarować. W kilka dni po jego zatrzymaniu, gdyż
Tommaso Buscetta był tym razem bardziej niż kiedykolwiek nieustępliwy,
umożliwiono mu nawet spotkanie w celi z miejscowymi dziennikarzami. To, co
miał do powiedzenia, było nadzwyczaj proste: nie, nigdy nie był członkiem mafii;
tak, miał zamiar pozostać w Brazylii.
Mniej więcej to samo powiedział dwu wysokim urzędnikom sądowym
z Palermo, Giovanniemu Falcone i Yincenzowi Geraci, którzy w kilka miesięcy
później przybyli do Rio, by go przesłuchać w więzieniu. Wieść jednak niesie, że
pod koniec tej owocnej rozmowy Buscetta miał w nader dwuznaczny sposób
pożegnać obu sędziów oświadczając; „Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.”
W kraju półsłówek i aluzji brano to za dyskretny apel, bądź też sądzono, że ów
mąż honoru stracił rozum lub co najmniej zdolność posługiwania się swoją
mową.
Trzeba przyznać, że owe pożegnalne słowa zostały właściwie odczytane
przez sycylijskich sędziów śledczych, którzy niezmordowanie zabiegali odtąd
o ekstradycję Buscetty, mając cichą nadzieję, że wyrzuci on z siebie wszystko,
co wie, gdy tylko stanie na ziemi włoskiej.
Mąż z Rio

SAMOBÓJSTWO

3 lipca 1984 roku najwyższy trybunał brazylijski wyraził zgodę na ekstrady­


cję. W cztery dni później policjanci włoscy i brazylijscy usiłowali po raz pierwszy
przetransportować Buscettę na lotnisko w Rio.
Podczas przejazdu myślał on tylko o jednym. Dręczył go pewien pomysł,
pomysł szalony, jaki każdy inny mąż honoru poza nim stanowczo by odrzucił:
samobójstwo. W całej historii organizacji Cosa Nostra nie było przypadku
samobójstwa jej członka, z jednej strony z pewnością dlatego, że nadzieje
przeciętnego męża honoru na utrzymanie się przy życiu są niezwykle ograniczo­
ne z racji morderczych zapędów jego bliźnich, lecz być może i dlatego, że po­
mysł odebrania sobie życia jest obcy kulturze mafijnej opartej wyłącznie na idei
przetrwania komórki rodzinnej.
Rozważając możliwość samobójstwa Tommaso Buscetta powodował się
logiką godną męża honoru, jakim był. Jego zamiar odebrania sobie życia nie
wynikał ze słabości czy załamania psychicznego. Nie należało też widzieć w jego
geście żadnego strachu przed śmiercią z ręki tych, którzy od kilku miesięcy
okrutnie masakrowali jego rodzinę. Chodziło mu o honorowy gest wobec swojej
żony i dzieci, o odruch miłości do tych, którzy stali się dla niego jedyną
racją istnienia. Sądził, że unicestwiając siebie samego uprości życie swojej
rodzinie. Toteż przed dojechaniem do samolotu, który miał zabrać go do Rzymu,
Buscetta rozgryzł fiolkę ze strychniną, którą dyskretnie wyjął z kieszeni. Po
czym upadł jak martwy.

CZŁOWIEK HONOROWY I SŁOWNY

Tommaso Buscetta zawsze nosił przy sobie małą fiolkę trucizny na


wypadek, jak sam mawiał, gdyby wpadł w ręce nieprzyjaciół tak okrutnych, jak
mężowie honoru z Corleone lub Ciaculli. Nie miał, jak się zdaje, żadnych
trudności z przechowaniem tej trucizny podczas swojego uwięzienia, gdyż nie
poddawano go żadnym rewizjom osobistym. Na jego nieszczęście strychnina nie
zdołała poskutkować. W kilka godzin później był już uratowany; po trzech
dniach znów mógł rozpocząć regularny lot na linii Rio—Rzym.
Jeśli ukazując już na początku tego rozdziału Tommaso Buscettę w samolo­
cie pozwoliliśmy sobie odbiec nieco w przeszłość, to dlatego, że lecąc do ojczy­
zny przemyśliwał on dni minione, bo przecież nie tylko zmieniły bieg jego życia,
lecz również wstrząsnęły organizacją Cosa Nostra.
Buscetta, jak wiemy, pochlebiał sobie, że dochował wierności przykazaniom
mafii. Dopuścił się wprawdzie kilku odstępstw, lecz były to tylko drobne grze­
szki spowodowane jego nieprzepartym pociągiem do płci pięknej. Nigdy jednak

11 — Ca!vi
Rozdział dziewiąty

162 nie pogwałcił reguł zasadniczych. Aż dotąd obowiązek milczenia był dla niego
prawem, jakiego każdy mąż honoru musi przestrzegać za wszelką cenę. Policja
brazylijska, która po raz pierwszy aresztowała go w roku 1972, dobrze o tym wie.
Bezskutecznie poddawała go ona bestialskim torturom zakładając mu elektrody
na wszystkie możliwe części ciała, wyrywając mu paznokcie, a potem przez dłu­
gie godziny wystawiając go na piekące słońce przywiązanego do słupa, z twarzą
zakrytą kapturem. Mimo sprawności oprawców tajnej połicji Buscetta nigdy nie
zgodził się powiedzieć im czegokolwiek dotyczącego organizacji Cosa Nostra.
W kilkanaście lat później, mając jeszcze blizny świadczące o torturach, zupełnie
poważnie zastanawiał się, czy zeznawać przed policją, tym razem całkiem
dobrowołnie. Tu, gdzie brazylijskim oprawcom nie udało się zmusić Buscetty do
mówienia, coś go chyba przekonało o konieczności zerwania wreszcie pieczęci
milczenia.
Gdzieś między Rio a Rzymem, na wysokości wielu kilometrów nad
oceanem, podjął decyzję. Pochyłił się w stronę funkcjonariuszy włoskiej policji
kryminalnej, którzy go eskortowali.
— Dottore... — powiedział nieswoim głosem — muszę panu coś powie­
dzieć. Proszę się zbłiżyć... Kiedy przybędziemy do Rzymu, za kilka godzin...
mam panu do powiedzenia ważne rzeczy, panu i sędziom... nie czuję się
dobrze... Postanowiłem opowiedzieć to, co wiem o organizacji.

WYZNANIA TOM MASO BUSCETTY

W protokole kancelarii sądu palermitańskiego można przeczytać, że


przesłuchanie Tommaso Buscetty przez sędziego śledczego Giovanniego Fal-
cone zaczęło się 16 łipca 1984 roku o godzinie 12^° w lokalu policji kryminal­
nej Lacjum. Buscetta życzył sobie, żeby zaprotokołowano przede wszystkim
fakt, iż nie jest on płatnym konfidentem wymiaru sprawiedliwości i że jego
zeznania są całkowicie „bezinteresowne”.
„Byłem mafijczykiem i popełniałem błędy — można przeczytać w pod­
pisanym przez niego protokole. — Jestem gotów spłacić swój dług wymiarowi
sprawiedliwości, nie żądając w zamian żadnych ulg czy względów. W interesie
społeczeństwa, moich synów, ludzi młodych, jestem gotów powiedzieć wszy­
stko, co wiem na temat tego raka zwanego mafią, aby nowe pokolenia mogły żyć
w sposób bardziej godny i ludzki.”
Tommaso Buscetta potrzebował ponad miesiąc, żeby opowiedzieć całą
swoją historię, która wypełniła trzysta czterdzieści dziewięć stronic starannego
maszynopisu. Okazał się nader wstrzemięźliwy, jeśli chodzi o jego sprawy,
ochoczo za to rozprawiał na temat organizacji Cosa Nostra. Wytłumaczył
sędziom, w jaki sposób ich miasto jest kontrolowane przez rodziny z poszczegól-
Mąż z Rio

nych dzielnic i jak poszczególne rodziny sprawują dyktaturę nad całą niemal 163
zachodnią częścią Sycylii. Ujawnił też powiązania chroniące przestępstwa
organizacji, której służył niemal przez ćwierćwiecze.
Gdy w pewnym momencie sędzia Falcone zastanawiał się nad wiarygodnoś­
cią Buscetty, natychmiast go zapewniono, że wszystko, co były mąż honoru mu
opowiedział, zgadza się jak najdokładniej z informacjami uzyskanymi we
wcześniejszych śledztwach.
Kiedy przesłuchanie dobiegało końca, Buscetta poprosił, żeby zanotowano
jego ostatnie oświadczenie, niemal testament ideowy. Pragnął podać do wiado­
mości, że nie boi się śmierci i nie żyje w strachu o to, iż może być uśmiercony
przez nieprzyjaciół. Powiedział, że drogę swego postępowania obrał w sposób
definitywny, nieodwracalny i że wszystkie swoje siły poświęci walce o całkowite
zniweczenie organizacji Gosa Nostra.
Sędzia Falcone chyba go już więcej nie przesłuchiwał. Niedługo potem
sędziowie palermitańscy zadali cios wspólnocie mężów honoru z organizacji
Gosa Nostra, jakiego nikt im jeszcze nie wymierzył.

OBŁAWA NA ŚWIĘTEGO MIGHAŁA

O świcie 29 września, w dniu świętego Michała, patrona włoskich sił


porządkowych, trzystu policjantów i karabinierów ruszyło w Palermo do akcji.
Zgodnie z pełnomocnictwami podpisanymi przez grono palermitańskich wyż­
szych urzędników sądowych policja wtargnęła równocześnie do kilkudziesięciu
mieszkań w różnych dzielnicach miasta. W ciągu kilku godzin aresztowano
dziesiątki przypuszczalnych mężów honoru, a następnie odstawiono ich na
lotnisko Punta Raisi, gdzie czekał już samolot DG-9 wynajęty specjalnie po
to, by przetransportować ich do różnych więzień na północy Włoch, pewniej­
szych niż palermitańskie Ucciardone.
Palermitański wymiar sprawiedliwości zdawał sobie sprawę, że wygrał
tylko jedną bitwę. Bitwę, której symboliczna doniosłość nie uszła niczyjej
uwagi, a zwłaszcza uwagi międzynarodowej prasy z amerykańskimi tygodnikami
na czele; doniosła ona o tym na pierwszych stronicach.
Jednakże na trzysta sześćdziesiąt sześć osób, które miały być zatrzy­
mane tego dnia, ponad połowa zdołała pierzchnąć. Ogólny bilans tej nie­
zwykle ważnej operacji nie okazał się zadowalający. Gosa Nostra otrzy­
mała poważny cios, ale jej struktury wciąż jeszcze zdawały egzamin. Podczas
obławy zatrzymano jedynie sześćdziesiąt sześć osób, stu czterdziestu poszu­
kiwanych mężów honoru znajdowało się już w więzieniu, pozostali zaś umknęli
i z pewnością długo jeszcze będą umykać. W większości byli to nader wpły­
wowi członkowie organizacji Gosa Nostra, przedstawiciele Kopuły, szefowie
Rozdział dziewiąty

164 rodzin mafijnych lub zwykli zabójcy. Żeby zniszczyć ich niebywałą władzę,
państwu włoskiemu wspomaganemu nawet przez dziesiątki Buscettów potrzeb­
ne byłyby dziesięciolecia;

CIEPŁE SŁOWO DŁA «SKRUSZONEGO»

Jak powiadają, w trzy dni po obławie na świętego Michała Jeszcze Jeden


mąż honoru postanowił przerwać obowiązek milczenia. Był to dobrze nam Już
znany Salvatore Contorno czy. Jeśli ktoś woli, Koriolan Puszczy, dawny żoł­
nierz Stefana Bontate, który w ostatniej chwili zdołał uniknąć śmierci na
Brancaccio od serii z kałasznikowa. Schronił się potem w Rzymie z zamiarem.
Jak mówił, zniszczenia każdego corleończyka, na którego trafi. Karabinierzy,
którzy go aresztowali, nie pozwolili mu na to.
Jak pamiętamy, niedługo przed aresztowaniem Contorno odważył się
udzielić pewnych informacji policji, informacji wykorzystanych zwłaszcza
w słynnym raporcie o stu sześćdziesięciu dwu, sformułowanym na rozkaz
generała Dalia Chiesy. Contorno zachował wówczas anonimowość i w policyj­
nym raporcie figurował pod hasłem „źródło: pierwsza osobistość”. Teraz, kiedy
Tommaso Buscetta przemówił i kiedy wszyscy o tym wiedzieli, okoliczności się
zmieniły. Salvatore Contorno wyznał, że i on zgadza się na protokołowanie Jego
oświadczeń. Pod Jednym warunkiem: chciałby najpierw zweryfikować praw­
dziwość faktów, o których mógł czytać w prasie włoskiej.
Podobno więc pewnego ranka pod koniec września 1984 roku opuścił
Toskanię cały sznur opancerzonych samochodów wiozących pod eskortą
Salvatore Contorna, by po kilku godzinach Jazdy dotrzeć w okolice Rzymu, do
jakiejś ufortyfikowanej budowli.
Contorno został wprowadzony do skąpo umeblowanej izby, gdzie znaj­
dowało się Już kilku policjantów, dwóch sędziów i Jeden mąż honoru ubrany
w Jedwabny garnitur. Jak za dobrych starych czasów Jego świetności. Widząc
przed sobą Tommaso Buscettę Salvatore Contorno miał powiedzieć:
— Chcę zostać sam z don Masino.
Świadkowie, którzy nie zgodzili się wyjść, widzieli, że Tommaso Buscetta
nieznacznie skinął w stronę Contorna, Jak gdyby pragnął wezwać go do siebie.
Contorno zbliżył się do stojącego nieruchomo Buscetty ze spuszczoną głową.
Uklęknął przed nim, ucałował go w rękę, po czym wybuchnął płaczem.
Podobno w tym momencie Tommaso Buscetta złożył dłoń na głowie Sal-
vatore Contorna, po czym zwrócił się do niegu używając zdrobniałego imienia:
— Totucio, możesz mówić.

A więc istnieją prawdziwi... mężowie honoru.


Rozdział dziesiąty
Proces
w Palermo

PALERMO, MIASTO OTWARTE

Minęło dwadzieścia miesięcy. Przez ten czas Palermo wstrząsały strach


i absurd. Owe dwadzieścia miesięcy zmieniły do niepoznaki wygląd miasta,
codzienne życie ludzi i wytworzyły nowe przyzwyczajenia, jeszcze bardziej
irracjonalne od poprzednich. Zmiany były powolne, stopniowe, nieubłagane.
Wielkie obławy przeciw mafii przeprowadzone jesienią 1984 roku i dochodze­
nia, które po nich nastąpiły, w niczym jakoś nie poprawiły losu palermitań-
czyków. Zmienił się on tylko na pozór.
Na ulicach miasta czuło się napiętą atmosferę, która w każdej chwili gro­
ziła wybuchem. Nierzadko można było widzieć zbrojne starcia między poryw­
czymi kierowcami. Wręcz anegdotyczna stała się pewna odzywka skierowana do
źle prowadzącej wóz kobiety przez osobnika, który przystawił jej do czoła
pistolet; „Jeśli cię oszczędzę, to wyłącznie dlatego, że jesteś samicą.” Albo
historia z pewnym restauratorem, który dostał nożem pod żebra za błąd
w podliczeniu, a także z właścicielem największych zakładów w mieście
podziurawionym kulami z bardziej niejasnych powodów. Wojna rodzin, której
kres położyły zeznania Tommaso Buscetty, zdawała się jak gdyby rozwodniona.
Ci, którzy, sądzili, że wraz z aresztowaniem lub śmiercią głównych ojców
chrzestnych znikną z miasta gwałt i przemoc, srodze się pomylili. Wszystko
wyglądało tak, jak gdyby nadal trwały wałki, mimo braku walczących.
Miasto było jedną wielką beczką prochu, gotową eksplodować pod byle
pretekstem. Weekend 22 marca 1986 roku stał się okazją do serii aktów
przemocy, jakich prawie nie znały dotąd przedmieścia palermitańske. Za
pretekst posłużyła rządowa decyzja mająca położyć kres rozprzestrzenianiu
Rozdział dziesiąty

166 się dzikiego budownictwa. Sycylia w ogóle, a wybrzeże palermitańskie w szcze­


gólności usiane były domkami, willami i budynkami wzniesionymi niezgodnie
z prawem, toteż niemal wszyscy ich mieszkańcy, tak zwani abusivi (ci, którzy
naruszyli normy) zmobilizowali się przeciwko Rzymowi. Nie zdziwi nas
oczywiście wiadomość, że głównym zarzewiem buntu okazały się trzy mia­
steczka ze strefy trójkąta śmierci: Bagheria, Casteldaccia i Yillabate. Tam
właśnie abusivi przez cały tydzień okupowali autostradę łączącą Palermo
z Katanią. Koczowali nocą przy koszach z rozżarzonymi węglami, by następ­
nego dnia stawić czoło policji. W jakiś czas później, kiedy już przestali się
buntować, inne rozruchy niszczyły miasto. Tym razem przyczyną zamieszek
stała się piłka nożna: palermitańczycy nie mogli ścierpieć, że ich reprezentacja
spadła do kategorii B.
W okresach, kiedy ulice nie znikały w dymie policyjnych gazów łzawiących
lub koktajli Mołotowa rzucanych przez manifestantów i innych mącicieli
porządku, czyli tifosi, miasto pozornie odżywało, choć wciąż jeszcze mniej
pewne niż podczas wojny gangów na początku lat osiemdziesiątych. Szajki
mafijne nie ścierały się już z bronią w ręku w poszczególnych dzielnicach
ludowych. Z zawieszenia broni zrodził się osobliwy pokój. Pokój zbrojny.
Palermo ze zgrozą rejestrowało powrót tych form działalności przestępczej,
które — jak sądzono — zniknęły wraz z rozkwitem handlu i produkcji
„twardych” narkotyków.
Znowu weszły w modę porwania — pierwszym, który tego doświadczył, był
florencki jubiler — tymczasem zaś pojawiły się włamania z bronią w ręku,
wymuszanie płatnej ochrony i inne formy przemocy zbrojnej. Z tego punktu
widzenia dniem wartym zapisania w annałach jest 5 marca 1986 roku, gdyż
wzięto wtedy szturmem i obrabowano siedem wielkich magazynów handlo­
wych. W obliczu nagłego wybuchu tej drobnej przestępczości palermitańczycy
zapytywali się w duchu: czyżby mafijni bossowie oddali miasto w ręce lokal­
nych opryszków? Lub, co gorsza, czyżby obławy z jesieni 1984 roku pozostawiły
Palermo w rękach pomniejszych kryminalistów?
Doszło niemal do tego, że żałowano błogosławionych czasów, w których
Cosa Nostra nie wypowiedziała jeszcze wojny przedstawicielom państwa
włoskiego. Dwa pochody bezrobotnych wyszły na ulice miasta, żeby skandować
przed magistratem: „Niech żyje mafia! Żądamy pracy!”, a następnie domagać się
powrotu byłego burmistrza miasta, chadeckiego działacza Vito Ciancimino,
również uwięzionego wskutek oskarżeń Buscetty i innych „skruszonych”
członków mafii. Prasa pisała o prowokacji mniej lub bardziej świadomej.
Umysły frasobliwe musiały jednak zauważyć, że w Palermo wszystko się
zdecydowanie zmieniło, gdyż w tym samym czasie kardynał miasta, mon-
signore Pappalardo, kiedyś symbol buntu pewnej części kleru przeciwko
organizacji Cosa Nostra, oświadczył: „Nazywano mnie kardynałem antymafij-
Proces w Palermo

nym, ale to nie jest ścisłe. Dobry pasterz nigdy nie występuje przeciwko swoim 167
owieczkom.” Czy był to ten sam Pappalardo, który z wysokości swojej katedry
grzmiał przeciw mafijczykom, grożąc im jeśli nie ekskomuniką, to w każdym
razie klątwą Bożą? Czy był to ten sam kardynał, który w mowie pogrzebowej
nad trumną generała Dalia Chiesy porównywał Palermo do Suguntu oblężone­
go przez barbarzyńców, podczas gdy w Rzymie się śmiano? Nagła przemiana
duszpasterza, a także zachowanie znacznej części jego owieczek nie wróżyły nic
dobrego.

«U MAX1»

Wymiar sprawiedliwości i policja paradoksalnie zdawały się robić wrażenie,


że wygrały jeśli nie wojnę, to w każdym razie decydującą bitwę przeciwko
zbrojnym bandom, które kontrolowały miasto i okolice. Na początku roku 1986
Palermo stało się bowiem światową stolicą walki z mafią. Po zeznaniach
Tommaso Buscetty, Salvatore Contoma i innych, jak na przykład Yincenzo
Sinagry, antymafijny sztab trybunału w Palermo postanowił użyć wszystkich
możliwych sposobów, by przed sądem przysięgłych o podwojonym składzie
postawić czterystu siedemdziesięciu czterech przypuszczalnych mafijczyków
oskarżonych o dziewięćdziesiąt zabójstw, setki innych przestępstw i tysiące
różnego rodzaju wykroczeń, między innymi o sprzedaż kilku ton heroiny. Ten
bezprecedensowy w historii kryminalistyki proces włoska prasa ochrzciła póź­
niej mianem maksiprocesu, podczas gdy palermitańczycy określali go bardziej
swojskim przydomkiem „u maxi”.
Kiedy 8 listopada 1985 roku antymafijny sztab sędziów śledczych trybu­
nału w Palermo złożył w kancelarii sądu opasły (8636 stron) akt oskarżenia,
który miał nadać bieg maksiprocesowi, wzburzenie zagrażające od pewnego
czasu codziennej krzątaninie w ogromnym bunkrze z betonu i stali osiągnęło
swój szczyt. Od miesięcy dziesiątki sędziów, adwokatów, dziennikarzy i,
w konkretnych przypadkach, mafijczyków czekały na złożenie dokumentacji
śledztwa, liczącej ponad 600 000 stron, która usprawiedliwiałaby postawienie
przed sądem czterystu siedemdziesięciu czterech mafijczyków, co zapowiadało
proces-rzekę przeciwko „mafijnej organizacji zwanej Cosa Nostra”; miał się on
rozpocząć w Palermo w pierwszych dniach lutego 1986 roku.
Nigdy jeszcze w całej historii włoskiego wymiaru sprawiedliwości, a tym
bardziej w dziejach organizacji Cosa Nostra, wdrożenie procesu nie wzbudzało
takiego zainteresowania. Po raz pierwszy bowiem wymiar sprawiedliwości był
bliski odniesienia najpoważniejszego zwycięstwa nad mafią. Oczywiście sędzio­
wie śledczy podkreślali, że „trzy czwarte osób oskarżonych o mord” umknęło,
ale pisarz Leonardo Sciascia zwrócił uwagę, iż „dla Palermo tego rodzaju pro-
Rozdział dziesiąty

168 ces ma niezwykłe znaczenie; ludzie jak na spektaklu będą mieli przed sobą
wszystko to, co czuli i przeczuwali, a czego nigdy im nie wyjaśniono”.
Od chwili gdy palermitańscy sędziowie śledczy rozpoczęli dochodzenie,
czyli od ponad roku, niewiele się chyba zmieniło na rzecz antymafijnej kampanii
w Palermo. Gorzej: policyjna czujność miasta zupełnie osłabła po zamor­
dowaniu dwóch wybitnych dochodzeniowców, Giuseppe Montany i Antonia
Cassara, oraz po służbowym przeniesieniu — na ich życzenie — niemal połowy
agentów Brygady Antygangowej. Policjanci i funkcjonariusze sądowi wiedzieli,
że w Palermo przebywa nielegalnie około dwustu mafijczyków.
Sędziowie śledczy zdołali jednak — rzecz bez precedensu — odtworzyć
niemal w całości schemat organizacyjny mafii i wyjaśnić część „tajemnic
Palermo”. Główny ich sukces polegał na tym, że dwudziestu pięciu tak zwa­
nych „skruszonych” mafijczyków nie tylko zgodziło się współpracować z wymia­
rem sprawiedliwości, lecz przede wszystkim poniechać anonimowości, czyli
podpisać imieniem i nazwiskiem tysiące stronic protokołu oraz stanąć w charak­
terze świadków przed sądem.
Włochy były ostatnimi czasy przyzwyczajone do długotrwałych procesów
i do uczestnictwa w nich jako świadków osobników, których skrucha mogła
czasem budzić wrażenie lekkomyślności, gdyż nie zawsze pozostawali oni poza
wszelkim podejrzeniem. Jednakże powaga, z jaką funkcjonariusze sądu paler-
mitańskiego prowadzili dochodzenie, nie stwarzała według powszechnej opinii
szans na powtórzenie się sporu wywołanego przez proces bandytów z camorry,
sądzonych od kilku miesięcy w Neapolu.
Świadkowie oskarżenia nie byli płotkami, co stanowiło pierwszy atut
funkcjonariuszy trybunału sycylijskiego. Główną rolę odgrywał tu oczywiście
Tommaso Buscetta; mimo że był tylko prostym żołnierzem rodziny z Porta
Nuova, znał jednak najdrobniejsze nawet tajemnice swojej organizacji od
początku lat pięćdziesiątych. Bardzo ważnym świadkiem był również SaWatore
Contorno, członek rodziny z Santa Maria di Gesu, który pozostawał, jak
wiemy, w wielkiej zażyłości z kierownictwem organizacji Cosa Nostra sprzed
roku 1980. Zeznania tych dwóch mężów honoru zupełnie by wystarczyły do
odtworzenia niemal dwudziestu pięciu lat historii mafii, od przyjazdu Lucky’ego
Luciana do Włoch aż do odkrycia „sycylijskiego łącznika”.
Nawet tak zdolni funkcjonariusze sądowi w Palermo jak ci, którzy bez
trudu odtworzyli schemat organizacyjny mafii, musieli jednak przyznać, że są
bezsilni, gdy trzeba było sporządzić listę przekupionych ludzi w administracji
państwowej osłaniających karygodne machinacje mężów honoru. Tak więc
ewentualni cisi wspólnicy polityczni zamachu na generała Dalia Chiesę pozo­
staną z pewnością na zawsze w cieniu.
Wyżsi funkcjonariusze sądu w Palermo byli przekonani, że ponad Kopułą
i jej najwyższym szefem, Michele Greco, zwanym Papieżem, Cosa Nostra
Proces w Palermo

utrzymywała instancję, która rozstrzygała o politycznych decyzjach organiza­ 169


cji. Z braku dowodów sędziowie musieli się zadowolić stwierdzeniem, że pewne
partie polityczne „spokrewniały się” z mafią, ilustrując to curriculum vitae
takich współobwinionych jak Vito Ciancimino, były chrześcijańsko-demo-
kratyczny burmistrz Palermo, czy też Nino Salvo (zwany Wicekrólem lub
Akcyźnikiem), były poborca podatkowy na wyspie, obaj uwięzieni wskutek
oskarżeń Tommaso Buscetty.
Niezdolność sędziów śledczych do ustalenia ścisłych powiązań politycz­
nych mafii wyjaśnia, czemu sprawa zwana „szacowni nieboszczycy” (mordy
popełnione na głównych osobistościach politycznych Palermo w ciągu niespełna
roku) została jedynie częściowo przywołana podczas śledztwa i powinna
stanowić przedmiot innego maksiprocesu, gdyby dochodzenie dało spodzie­
wane rezultaty.
Wymiar sprawiedliwości w Palermo nie skąpił funduszy, żeby proces
w lutym 1986 roku wypadł spektakularnie. Dzięki sumie pięćdziesięciu sześciu
miliardów lirów zobowiązano pewną spółkę do zbudowania sali sądowej
w postaci bunkra, który należało ukończyć do 31 grudnia 1985 roku. W umo­
wie znajdowała się klauzula, że jeśli termin nie zostanie dotrzymany, spółka
będzie musiała zapłacić sto milionów lirów za każdy dzień opóźnienia. Za cenę
nadludzkich wysiłków budowę skończono na czas.
Na dwa miesiące przed oficjalnym rozpoczęciem maksiprocesu niewiele
wiedziano o tym specjalnym budynku, który wznoszono za ogrodzeniem i pod
strażą opancerzonych pojazdów. Co najwyżej było wiadomo, że położona o dwa
kroki od więzienia Ucciardone sala posiedzeń przysięgłych ma być wyposażona
w olbrzymi ekran połączony z siecią komputerów. Zdawało się też, że w bu­
dowie tej przewidziano bary, kioski, restauracje, stanowiska strażnicze oraz
pomieszczenia w suterenach ułatwiające przyjmowanie „suk” z więźniami,
słowem wszystko, co powinno się znajdować w takim sądzie. Wszystko? No,
powiedzmy: niemal wszystko. Sędzia Alfonso Giordano, który zgodził się
przewodniczyć rozprawie in extremis, nie wiedział, że proponowano to już
ośmiu sędziom przed nim i wszyscy odrzucili ofertę ze strachu.
— Jestem żołnierzem w stanie wojny — powiedział odważny sędzia swoim
piskliwym głosikiem.

AULA BUNKIER

Palermitańczycy, którzy przez ponad rok zadawali sobie pytanie, co może


się znajdować za wysokim ogrodzeniem przesłaniającym tyły więzienia Ucciar­
done, ujrzeli ogromny budynek sądowy dopiero na parę dni przed rozpoczę­
ciem maksiprocesu. Państwo włoskie dobrze to zaplanowało. Na skrawku nie-
Rozdział dziesiąty

170 użytków wznosiła się iście futurystyczna konstrukcja wciśnięta między Ucciar-
done i via Sandrone, z miejsca przyrównana do UFO. Obiekt ów co prawda
nie latał, ale za podwójnymi, wysokimi na wiele metrów kratami ogrodzenia,
gdzie majaczyły opancerzone pojazdy, mógł uchodzić za niemożliwy do
zidentyfikowania. „Aula bunkier”, jak z miejsca nazwano ten budynek, nie
stanowiła części rzeczywistości palermitańskiej. Było to coś w rodzaju przenie­
sionego żywcem specjalnego więzienia niemieckiego typu (Stammheim) na te­
ren trzeciego świata. Nic nie mogło być bardziej obce temu miastu niż owa
doskonale czysta asfaltowa jezdnia, z której trzeba było skorzystać, zanim się
trafiło do przejścia obstawionego uzbrojoną po zęby policją. Po przejściu przez
pierwszą kontrolę kroczyło się wzdłuż stalowej palisady, przez którą mógłby się
przedostać jedynie oddział wojsk pancernych.
Trzeba przejść przed widoczną z zewnątrz częścią bunkra, żeby zrozumieć,
jak bardzo wydaje się on nie do zdobycia. Trzeba wsiąść do jednego z opan­
cerzonych samochodów napełniających miasto rykiem syren, gdy wiozą jakie­
goś zaaferowanego funkcjonariusza sądowego do środka tej budowli, aby oce­
nić wysiłek, jakiego wymagało jej wzniesienie. Tylko policjanci, dochodzenio-
wcy i nieliczni goście zostali dopuszczeni do centrum ochrony i komunikacji
owej twierdzy nie z tej ziemi. Jest to salka komputerów usytuowana w ufor­
tyfikowanym gmachu za podwórkiem, gdzie zawsze roi się od różnorodnych
mundurów. Tam właśnie przechowuje się dane o procesach byłych i aktualnych,
aby w każdej chwili mogły służyć informacją sądowi. Obok nich znalazła się
tam dyspozytornia telewizyjna, dziesiątki nieustannie świecących ekranów,
które pozwalają strażnikom policyjnym bacznie obserwować nie tylko otoczenie,
ale i najmniejszy zakątek opancerzonego budynku sądowego.
W poniedziałek 10 lutego 1986 roku, nim wstał nad Palermo zimny
i wilgotny świt, w sali kontrolnej bunkra panowało frenetyczne ożywienie. Na
wiele godzin przed nadaniem biegu maksiprocesowi ustawiły się w kolejce przy
specjalnym wejściu dla prasy dziesiątki dziennikarzy, fotografów i kamerzystów
przybyłych z całego świata. Nigdy za dużo ostrożności: dziennikarze i foto­
grafowie wiedzieli, że przewodniczący sądu już rozdzielił bez mała trzysta
akredytacji prasowych i że miejsca są drogie. Na próżno zjechały z całego
świata ekipy telewizyjne, jedynie włoska RAI i amerykańska sieć ABC otrzy­
mały prawo filmowania rozprawy, pod warunkiem udostępnienia kopii swoich
rejestracji innym stacjom telewizyjnym. Kiedy w jakiś czas później ABC
odwołała swoje ekipy, żadna inna sieć telewizyjna nie otrzymała upoważnienia
do wejścia na jej miejsce. Niebawem obok kolejki dziennikarskiej utworzył się
inny ogonek: przed wejściem dla publiczności czekały dziesiątki palermitań-
czyków, a także różne włoskie osobistości. Ogłoszono, że na pewno przybędzie
delegacja władz największych miast włoskich; zapowiadał się prawdziwy spek­
takl. A wokół kolejek, które ustawiły się jeszcze w nocy, i wokół więzienia
Proces w Palermo

Ucciardone bez przerwy jeździły opancerzone samochody, jeepy, ciężarówki 171


i patrole poszczególnych formacji policyjnych — widomy znak, że do Palermo
ściągnął wreszcie włoski rząd.
Kolejka dziennikarska ruszyła się parę minut przed ósmą. Każdy wysłan­
nik specjalny, jeśli chciał, by go wpuszczono, musiał najpierw przejść przez
metalowe urządzenie wyposażone w aparat fotograficzny, po czym strażnik
stojący z drugiej strony budki z kuloodpornego szkła sprawdzał akredytację
i karty prasowe wyskakujące z wąskiej szczeliny. Specjalny system odczytu
optycznego pozwalał zarejestrować dokumenty i zdjęcia w pamięci centralnego
komputera sądu. Dopiero potem otwierały się pierwsze opancerzone drzwi. Po
wejściu do środka trzeba było przejść pod łukiem przeznaczonym do ujawniania
metalu; następnie otwierały się drugie drzwi i dziennikarze czwórkami wspinali
się po stopniach metalowych schodów prowadzących do miejsc w ławach
przeznaczonych dla prasy.
Przed dojściem do trybun prasowych mijało się po prawej dwa pomiesz­
czenia w amfiladzie, zarezerwowane dla wysłanników specjalnych. Znajdowała
się tam centralka telefoniczna z kilkunastoma kabinami, biurka z maszynami
do pisania oraz telewizor podłączony do sieci wewnętrznej i stale transmitujący
przebieg obrad na sali. Przed wejściem na trybuny prasowe należało raz jeszcze
okazać kartę akredytacyjną całemu zastępowi policjantów, którzy prowadzili
dziennikarzy w stronę balkonu, skąd roztaczał się zdumiewający widok.
Sala sądowa wyglądała jak gigantyczna połowa ośmiokąta zamkniętego
w głębi estradą o szerokości blisko dziesięciu metrów, gdzie przy pulpi­
tach zasiadał podwójny skład przysięgłych powołany do orzeczenia o losie
czterystu siedemdziesięciu czterech oskarżonych. Niebawem zajęli swoje miejsca
dwaj przewodniczący, dwaj prokuratorzy i sędziowie — członkowie z ogromnym
trudem skompletowanego sądu. Dwie kamery telewizji włoskiej rozstawione
w różnych miejscach lustrowały ogromną salę i niezliczone stoły, przy których
pracowało trzystu obrońców mafijczyków oraz garstka adwokatów, którzy
zgodzili się występować w imieniu poszkodowanych. Z prawej strony zaczęli
zasiadać w rzędach krzeseł pierwsi spośród grona oskarżonych odpowiadają­
cych z wolnej stopy: otyli Sycylijczycy podpierający się laskami i kilku skrom­
nie ubranych starców o stwardniałych rękach. W ostatnim rzędzie zajął miejsce
grubas nazbyt często mrużący oczy, adwokat Chiaracane, przypuszczalny
doradca Filippa Marchese. Wychodził stamtąd jedynie po to, by zeznawać,
a poza tym cały czas siedział na swoim miejscu, ostentacyjnie czytając traktat
o nietolerancji.
W głębi sali, za rzędem karabinierów w opiętych czarnych mundurach
z czerwonymi opaskami, stało trzydzieści klatek mogących pomieścić ponad
czterystu pięćdziesięciu mafijczyków. Dwie ostatnie, przeznaczone dla „skru­
szonych”, osłonięte były kuloodpornymi szybami. Każdą klatkę zaopatrzono
Rozdział dziesiąty

172 w wiele mikrofonów, a pod sufitem — w kamery. Przewodniczący miał na


swoim pulpicie pełną swobodę w nastawianiu obiektywu na któregokolwiek
z oskarżonych.
Prawo schodzenia z trybun na salę mieli, na zasadzie wyjątku, fotografowie;
na pierwszy ogień poszli pod ich ostrzał oskarżeni odpowiadający z wolnej sto­
py, którzy z odległości dziesięciu metrów wykrzykiwali w ich stronę pogróżki
i zniewagi oraz żądali, by się natychmiast wynieśli. Po chwili obiektywy
fotografów skierowały się w stronę klatek, w których otwarły się tylne drzwi
i wprowadzono do środka oskarżonych skutych ze sobą kajdankami.
Niebawem całą uwagę fotografów przyciągnął mężczyzna, który sam jeden
zjawił się w klatce numer 23 i usiadł w jej środku. Ubrany był w niebieski dres,
bluzę z szarej skóry i białe tenisówki. Twarz miał nieco nadętą, a twarde
spojrzenie spoza szkieł i jakby na pokaz wypielęgnowane wąsy nadawały mu
wyraz koci. Był bezspornie gwiazdorem tego procesu; między fotografami z ust
do ust przechodziło jego nazwisko; Luciano Leggio.
Mężczyzna, o którym głoszono, że jest szefem szefów mafii, który od
swojego uwięzienia decydował o wszystkich egzekucjach, jako szef corleoń-
czyków, rzeczywisty mocodawca Michele Greca, siedział i spoglądał na foto­
grafów ni to z rozbawieniem, ni to groźnie z dystansu czterech metrów,
oddzielony od nich kordonem policyjnym. Kordon zawadzał im, gdyż musieli
przybierać najdziwaczniejsze pozy, by móc wykonać swoją pracę. Jeden z nich,
który wręcz podrygiwał, przyciągnął uwagę Luciana Leggio. Stwierdziwszy, że
przyczyną tej gimnastyki jest gruby sierżant, który niemal całkowicie zasłania
mu widok, Leggio zawołał doń szyderczo:
— Maresciallo! Dajcież temu człowiekowi zrobić choć jedno zdjęcie!
W sąsiedniej klatce pod numerem 22, wśród zastępu żołnierzy spod znaku
Cosa Nostra, znajdował się inny ojciec chrzestny. W trzyczęściowym garniturze,
w zarzuconym niedbale na ramiona płaszczu wyglądał jak wysoki funkc­
jonariusz jakiejś korporacji wielonarodowej. Tak jak sąsiadujący z nim Lu­
ciano Leggio, był jednym z najbardziej zaciętych wrogów Tommaso Buscetty.
Pippo Caló, były szef rodziny z Porta Nuova, podobnie jak Leggio czekał tylko
na jedno: żeby mógł stanąć do konfrontacji ze swoim głównym oskarżycielem.

MĄŻ BEZ HONORU

W ciągu bez mała miesiąca kolejne posiedzenia sądu wahały się między
farsą a tragedią, jeśli tylko nie wiało z nich nudą proceduralną. Niebawem
opustoszały balkony zarezerwowane dla publiczności i widziało się na nich już
tylko małe grupki kobiet i dzieci przybyłych w nadziei zobaczenia choćby na
odległość krewnych siedzących o kilka metrów tużej w klatkach dla oskarżo-
Proces w Palermo

nych. Obok, na balkonie prasowym, frekwencja nie była większa: poza kilkoma 173
dziennikarzami miejscowymi tylko jakieś pół tuzina wysłanników specjalnych
przybyłych z kontynentałnych Włoch trudziło się nad bieżącymi relacjami
z procesu, którym szeroki świat przestał się już interesować, jako że sesje sta­
wały się coraz bardziej ospałe i biurokratyczne.
Przeciągające się w nieskończoność odwołania oskarżonych zajmowały
sporą część przedpołudni, a przewodniczący Giordano, którego piskliwy śmiech
nie przestawał się rozlegać, rzadko kiedy potrafił stanąć na wysokości zadania.
Wszyscy oczekiwali pojawienia się dwóch czołowych postaci procesu,
dwóch byłych mężów honoru, Tommaso Buscetty i Sałvatore (Totucio)
Contorna, którzy ze swojego amerykańskiego azylu dali znać, że są do
dyspozycji wymiaru sprawiedliwości. Przybycie ich opóźniało się jednak,
a tymczasem mafijczycy z procesu w Palermo starali się zdyskredytować swoich
byłych towarzyszy broni i interesów.
Z pierwszym atakiem wystąpił Antonino Camporeałe, udzielny władca
dzielnicy Porta Nuova, sześćdziesięcioczteroletni mafijczyk, który jakoby przed
ponad trzydziestu łaty miał wprowadzać młodego Buscettę w profesję męża
honoru. Późnym rankiem 12 marca 1986 roku Antonino Camporeałe został
przez dwóch karabinierów wyprowadzony z klatki, by stanąć przed ławą
przysięgłych. Kiedy zdjęto mu kajdanki, usiadł.
— To prawda — przyznał — znałem Buscettę, ale ostatni raz widziałem go
przed dwudziestu pięciu laty w samolocie.
— Skąd wracaliście?
— Ja wracałem z karnawału w Nicei. Buscettę spotkałem dopiero w samo­
locie. To było nie do uniknięcia; nie mogłem przecież wyskoczyć z maszyny
lecącej już w powietrzu.
— Zgodził się pan jednak zjeść kolację z Buscettą — podjął przewod­
niczący.
— Buscettą robił dla mnie lustra. Zajmowałem się meblami, nie mogłem
powiedzieć „nie”. Zostałem aresztowany u Wandy Persichini, kochanki Buscet­
ty. Ale Buscettą nie jest mężem honoru.
Poproszony o sprecyzowanie, co chciał przez to powiedzieć, Camporeałe
kontynuował:
— Buscettą miał kochankę. Mąż, który porzuca żonę, bierze sobie
kochankę i żeni się jeszcze dwa razy, jest pozbawiony honoru.
Następnie, po chwili milczenia, Camporeałe podniósł głos i ciągnął dalej
uroczystym tonem:
— Panie przewodniczący, Buscettą zwierzył mi się, że zażywa kokainę.
Tak, panie przewodniczący, Buscettą jest narkomanem, to nie jest mąż honoru.
Wówczas eksplodował chór wrzasków z głębi klatek:
— Buscettą to narkoman, to mąż bez honoru!
Rozdział dziesiąty

174 Po czym krzyki umilkły, z pewnością na znak któregoś z ojców chrze­


stnych.
Przewodniczący podjął swoim cienkim głosikiem:
— Buscetta mówi, że to pan wprowadził go w system mafijny.
Tego już było za wiele dla Antonina Camporeale, toteż huknął:
— Nie mógłbym mu tego zaproponować! To Buscetta mnie zrujnował.
Zgodziłem się iść na kolację do jego kochanki, gdyż zamówiłem u niego lustra.
Za jego sprawą przesiedziałem dziesięć lat w więzieniu i pięć dalszych pod
nadzorem policyjnym. Pytam się, czego im jeszcze trzeba, żeby mnie zakatru­
pić?! Ja nie mam nic wspólnego z mafią. Jestem uczciwym człowiekiem, który
miał nieszczęście spotkać Tommaso Buscettę.
Ojcowie chrzestni za jego plecami byli zadowoleni. Dla nich również
Buscetta nie był mężem honoru; prawdę mówiąc, w ich oczach nie był to już
nawet człowiek, lecz jedynie potencjalny trup. Nasuwało się tylko jedno py­
tanie: w jaki sposób Buscetta mógł im jeszcze zaszkodzić? Niebawem mieli się
tego dowiedzieć.

ZDRAJCA

Nie była to sprawa, którą można długo utrzymać w sekrecie. Zwłaszcza


w Palermo. Trzy dni przed zapowiedzianym przyjazdem Buscetty niemal
wszyscy protagoniści procesu wiedzieli, że opuścił on Stany Zjednoczone, by
stanąć przed sądem w charakterze świadka. Napięcie rosło, kiedy podczas
rozprawy jakiś głos z klatek raz po raz oświadczał przeciągle:
— Ben arrivato, fighiu di bottana.
Ojcowie chrzestni z wyprzedzeniem witali w ten sposób skurwysyna, jakim
w ich oczach był Tommaso Buscetta.
Tymczasem i on, i Salvatore Contomo, eskortowani przez dwudziestu
agentów FBI i policji włoskiej, znajdowali się na pokładzie specjalnie
wynajętego samolotu w drodze do Rzymu. Po wylądowaniu na wojskowym
lotnisku Ciampino wsiedli do oczekującego ich już na pasie startowym
odrzutowca. Podobno odrzutowiec ten eskortowały do Palermo dwa myśliwce
wojskowe.
Ledwo samolot stanął na pasie startowym lotniska Punta Raisi, otoczył go
kordon policjantów w pełnej gotowości bojowej. Zapadła już noc.
Z samolotu z wolna wysiedli dwaj mężczyźni. Z miejsca otoczyło ich mro­
wie tajnych agentów SISDE *; pod ich eskortą wsiedli do stojącego nie opodal
dziwnego pojazdu. Władze dobrze zabezpieczyły przejazd tych dwu mężczyzn

* SISDE — Special Investigation Service — Drug Enforcement


Proces w Palermo

do Palermo; oddały do ich dyspozycji amfibię, której opancerzenie wytrzy­ 175


mywało ogień z ulubionej broni zabójców spod znaku Cosa Nostra, a mianowi­
cie z kałasznikowa. Amfibia otoczona rojem opancerzonych alfett ruszyła parę
minut po północy z szybkością 120 km na godzinę autostradą łączącą lotnisko
z miastem. W górze rozlegał się warkot dwóch helikopterów. Nigdy za dużo
ostrożności.
Nie wiadomo, gdzie dwaj byli mężowie honoru spędzili noc. Pewne pogło­
ski mówiły o ich obecności w hotelu La Torre, zbudowanym na skale podwodnej
w pobliżu uroczego kąpieliska Mondello, gdzie zakwaterowano jedną partię
przysłanej z Rzymu ochrony, liczącej w sumie dwa tysiące policjantów. Cho­
dziły też słuchy, że obu świadków umieszczono na noc pod ziemią w apartamen­
cie zbudowanym dla potrzeb ławy przysięgłych pod opancerzonym bunkrem
sądu. Mówi się i o koszarach, i o pewnej willi, a także o jakiejś budowli na poły
więziennego charakteru. Jedno jest pewne: musiało to być miejsce najściślej
strzeżone. Władze włoskie były właśnie do głębi wstrząśnięte tajemniczą śmier­
cią bankiera Sindony, którego w jednym z najpewniejszych więzień Półwyspu
otruto kawą. Izolacja i stały nadzór, między innymi dzięki systemowi wideo, nie
uchroniły od śmierci owego bankiera bliskiego mafii, Watykanowi i wpływo­
wym kręgom politycznym. Nie było wątpliwości, że podobna rzecz może się
powtórzyć.
W kilkanaście godzin później, o 15^°, Tommaso Buscetta, eskortowany
przez pięciu policjantów i pięciu karabinierów, wszedł do sali sądu specjalnego.
Jeden z adwokatów rzucił się do mikrofonu z krzykiem:
— Presidente, to niespodziewane przesłuchanie, proszę, by je odroczyć
o kilka dni!
Niewzruszony Tommaso Buscetta odziany w szary garnitur, niebieską
koszulę i prążkowany krawat kontynuował swoje entree pośrodku eskorty. Były
boss dwóch kontynentów zatrzymał się na wprost przewodniczącego, po czym
usiadł na krześle, podczas gdy policjanci utworzyli między nim a audytorium
podwójny kordon. Przesłuchanie mogło się zacząć.
Na sali zapanowała śmiertelna cisza. Wszyscy oskarżeni w klatkach
przywarli na stojąco do prętów. Wszyscy z wyjątkiem Luciana Leggio, który
królował w fotelu na kółkach, jaki jemu jednemu udało się wymóc na
administracji. Boss z Corleone był jak zawsze w niebieskim dresie. Uśmiechał
się ironicznie. W sąsiedniej klatce Pippo Caló, były szef Buscetty, wydawał się
bardzo zdenerwowany. Można by przysiąc, że na czole perlił mu się pot.
Nie tylko Pippo Caló mógł się pocić. Przed budynkiem, w podmuchach
gorącego sirocco, czekał na wpuszczenie do środka tłum blisko czterystu
palermituńczyków. Ten odświętnie ubrany tłum przybył, żeby bodaj usłyszeć
Tommaso Buscettę (skoro z daleka trudno mu się było przypatrzyć) relac­
jonującego trzydzieści lat bezkarnych zbrodni; przybył w nadziei, że pozna
Rozdział dziesiąty

176 jakąś część tajemnic tej wyspy. W środku adwokaci po raz ostatni usiłowali
odroczyć przesłuchanie. Bez skutku. Pod naciskiem swoich klientów zażądali
wówczas, by umożliwiono im „kontakt twarzą w twarz z signorem Buscettą”,
który o kilkadziesiąt metrów dalej przygotowywał się do zeznań odwrócony
do nich plecami. Żądania te powitano w klatkach oklaskami.
Przewodniczący Giordano zareplikował ostrym głosikiem:
— Już na pierwszym roku studiów powinniście się byli nauczyć, że
adwokaci nie muszą widzieć ani świadków, ani oskarżonych. — Po czym rzucił
ostrzeżenie w stronę klatek; — Żądam absolutnej ciszy. Każdy, kto będzie
zakłócał spokój i hałasował, zostanie wyprowadzony.
Zwracając się następnie do Buscetty niski sędzia ciągnął dalej:
— Protokół pańskich zeznań liczy czterysta stronic. Jest tam pewna
deklaracja wstępna. Wyjaśnia w niej pan powody, dla których zdecydował się
pan na rozmowy z wymiarem sprawiedliwości.
— Tak, panie przewodniczący — odparł Buscettą. I po chwili wahania do­
dał: — Mam dalej mówić według protokołu czy zacząć odpowiadać na pytania?
— Tak, zaczniemy pytania. Pan został członkiem pewnej organizacji...
— Cosa Nostra — wtrącił Buscettą.
— Dokładnie tak. Miał pan wówczas jakieś ideały.
— Wstąpiłem do tej organizacji w stanie umysłu, jaki nie opuścił mnie do
dzisiaj. W latach sześćdziesiątych organizacja Cosa Nostra obaliła pewien ideał
zrzeszeń.
— Pan chyba powiedział: „Nie jestem zrzeszony.”
— Nie, powiedziałem; „Nie jestem skruszony” — poprawił go Buscettą. —
Nie ma nic, co by mi kazało się kajać. Pozostaję taki, jaki byłem. Przestałem
jedynie zgadzać się ze strukturą organizacji Cosa Nostra. Nie zabiegam
o złagodzenie kary.
Tommaso Buscettą mówił o mafii przez kilka godzin. Opisał wszystkie jej
struktury, wymienił nazwiska wszystkich odpowiedzialnych, wyszczególniając
ich główne zbrodnie, i usiłował rzucić światło na codzienne życie jej członków.
Mówił głosem pewnym, spokojnym. Niekiedy zdawał się nawet bawić swoją
opowieścią. I tak, kiedy jeden z adwokatów zapytał go, czy nie został
aresztowany przez policję „przy brzegu w Crotone” tego a tego dnia tego a tego
roku, Tommaso Buscettą odpowiedział:
— Jak mam rozumieć „przy brzegu w Crotone”? Chciał pan powiedzieć, że
byłem tam w porcie lub na plaży, rozciągnięty na ręczniku kąpielowym? Czy
może chodzi panu o to, że się akurat kąpałem? Jeśli pan naprawdę chce wiedzieć
wszystko, awocato, to nie zostałem aresztowany przy brzegu w Crotone, ale
na lądzie stałym, w Tarencie.
Tommaso Buscettą, który siedział dokładnie naprzeciwko ławy przysięg­
łych, odizolowany przy tym od audytorium i klatek podwójnym kordonem
Proces w Palermo

policjantów, zdawał się być w doskonałym usposobieniu. Równie spokojny 177


i stanowczy, jak za pierwszym razem, kiedy przed paru miesięcami składał
zeznania przeciwko organizacji Cosa Nostra. Było to tysiące kilometrów od
Palermo, w wyłożonych boazerią ścianach jednej z izb sądu federalnego na
Manhattanie. Przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości wyznał, co
wiedział o „pizza connection” i o swoim szefie, co nieco prostackim ojcu
chrzestnym Gaetano Badalamentim. Włosi chcieli jednak usłyszeć więcej
szczegółów.
— Czy kierownictwo organizacji Cosa Nostra — pytał przewodniczący —
było informowane o wszystkich zabójstwach?
— Tak, o wszystkich. Z jednym wyjątkiem dotyczącym szefa rodziny
z Santa Maria di Gesu, którego zamordowano dlatego, że klan corleończyków
chciał wyeliminować z łona Kopuły swoich wrogów.
— Czemu zabito Bontatego? — zapytał przewodniczący.
— Gdyż podczas obrad Kopuły poskarżył się, że nie uprzedzono go
o egzekucjach sierżanta Sorino i pułkownika Russo.
— A Di Cristina?
— Di Cristina był mężem honoru z Riesi. Corleończycy mieli na nie
ochotę. Po jego zabójstwie Michele Greco oświadczył, że został on ukarany za
przekazywanie informacji karabinierom.
Po czym Tommaso Buscetta starał się wyjaśnić przewodniczącemu i ławie
przysięgłych różnice mentalności między starą i nową mafią. W tym celu posłu­
żył się przykładem masakry w Ciaculli z roku 1963: eksplozja samochodu-
-pułapki spowodowała śmierć siedmiu karabinierów.
— Po tej masakrze my poprzysięgliśmy zemstę. Mówię: my, a nie: oni
poprzysięgli zemstę. Chcieliśmy zemścić się na Michele Cavatajo za jego
niestosowny czyn wymierzony przeciwko karabinierom, który wzbudził we
wszystkich zgrozę. Ale dzisiaj Cosa Nostra zabija dzieci. Oto różnica.
Przewodniczący zapomniał zwrócić mu uwagę, że swego czasu zabójcy
mafijni również zabijali dzieci, gdy leżało to w interesie ich mocodawców.
Niekiedy ci ostatni sami to robili: na przykład doktor Navarra, szef rodziny
z Corleone, wstrzyknął truciznę do żył pewnemu pastuszkowi, świadkowi
zamordowania jednego z przywódców związkowych.
— Czy mówił pan o stosunkach między mafią a terrorystami? — pytanie
przewodniczącego nie było przypadkowe. — Czy to nie Czerwone Brygady
zamordowały byłego burmistrza Florencji w dniu otwarcia procesu w Palermo?
— Nie, o tym nie mówiłem — odparł oschle Buscetta.
— A jednak utrzymywał pan, że w więzieniach mafia nie życzyła sobie
terrorystów — nalegał sędzia.
— Panie przewodniczący, spójrzmy na to trzeźwo. Cosa Nostra nie miała
najmniejszego zaufania do terrorystów. Wiadomo było, że wcześniej czy później

12 —Calvi
Rozdział dziesiąty

178 terroryści uczynią to, co właśnie ja czynię. Co więcej, działalność terrorystów


wzmagała represje, a to zaszkodziło działalności mafii. Byliśmy przeciwko
terrorystom, ale nie kierowały nami uczucia patriotyczne.

GORĄCZKA ROŚNIE

Buscetta stosunkowo łatwo poradził sobie z pierwszym przesłuchaniem.


Umiał przywołać do porządku potwarców i nie lękał się powtórzyć swoich
oskarżeń głośno i zrozumiale w obecności swoich niegdysiejszych przyjaciół
stłoczonych teraz w klatkach. Słowem, ten człowiek się nie zmienił, zacho­
wał swą mafijną mentalność, a w wyznaniach powodował się jedynie prag­
nieniem pomszczenia zamordowanych krewnych. I właśnie dlatego był wia­
rygodny.
Jednak podczas drugiej sesji kapitał sympatii, jakim dysponował, zaczął
w dziwny sposób topnieć. Prasa protestowała, skarżono się na nadmiar środ­
ków bezpieczeństwa; fotografowie nie mieli prawa brać świadka pod obstrzał
aparatów, kamery telewizyjne musiały unikać jego twarzy, a monitory telewizyj­
ne w biurze prasowym przestawały działać, kiedy Buscetta zeznawał. Skończyło
się, dziennikarze nie widzieli już na małym ekranie gładko wygolonego
podbródka byłego żołnierza z Porta Nuova ani jego oczu Indianina, które
ukazywały się w chwili, kiedy zdejmował przydymione okulary. Cóż, był to
wymóg Waszyngtonu, gdzie bardziej niż kiedykolwiek troszczono się o życie
nowego współpracownika Drug Enforcement Agency.
Środki bezpieczeństwa zostały wzmocnione i na zewnątrz, i wewnątrz
bunkra. Publiczności wpuszczano jak najmniej, natomiast czterokrotnie zwięk­
szono liczbę policjantów na balkonach dla publiczności i prasy. Ku wielkiej
wściekłości oskarżonych postanowiono, że odtąd Buscetta będzie zeznawał
wewnątrz osłony z kuloodpornych szyb spojonych solidną metalową konstruk­
cją. Zdwojono kordon karabinierów opasujący klatki. Luciano Leggio, który od
pierwszych zeznań Buscetty przemierzał swoją klatkę wzdłuż i wszerz jak dzikie
zwierzę, wybuchnął:
— To oburzające — wrzeszczał w stronę przewodniczącego. — Wszystkie
spojrzenia są skierowane ku mnie. Czemu zgromadziliście wszystkie swoje
straże wokół mojej klatki?
Przewodniczący odpowiedział z oddali:
— To zwykłe środki bezpieczeństwa.
— Hola, panie przewodniczący! Jak tak dalej pójdzie, wszyscy odwrócimy
się do pana plecami. A kiedy mówię wszyscy, to znaczy wszyscy!
W sąsiednich klatkach rosła wrzawa:
— Wszyscy odwrócą się plecami — potwierdzano.
Proces w Palermo

Nawet w więzieniu Leggio pozostał panem. Rozkaz wprawdzie nie padł, ale 179
groźba mimo wszystko pozostała.
Nagle rozległy się wrzaski z klatki numer 18, szeregi policjantów drgnęły,
po czym paru karabinierów zaczęło biec: oskarżony Domenico Russo dostał
ataku padaczki. Nie pierwszego i nie ostatniego w tym procesie, obfitującym
w różnego rodzaju przerwy. Od początku na każdej niemal sesji zdarzały się
nerwowe załamania, widziało się mafijczyków rzucających się ze zwieszoną
głową na pręty klatek lub wijących się z bólu po połknięciu pół tuzina gwoździ
tapicerskich czy też zaszywających sobie usta, żeby nie odpowiadać na pytania.
Widziało się symulację obłędu, co stanowiło jedną z tradycyjnych taktyk mafij­
nej obrony. Ale czy naprawdę chodziło o symulację?
W przypadku Domenico Russo trudno było coś powiedzieć, gdyż mafij-
czyk wił się w drgawkach i walił gwałtownie głową o wszystko, co mogło go
zranić. Aż czterech karabinierów musiało wywlekać go z klatki, podczas gdy
piąty pokazywał gapiom jego zakrwawione ręce. Przewodniczący, przyzwycza­
jony widać do tego rodzaju wydarzeń, zwrócił się do obrońcy epileptyka:
— Zachowujmy się, panie mecenasie, jak gdyby nic się nie stało.
Zrezygnowany adwokat zgodził się i wzniósł ku niebu ramiona na znak
rozpaczy.
Werdykt: „Dziesięć minut przerwy.”

PRZEMILCZENIA TOMMASO BUSCETTY

Największe wrażenie zrobiły zeznania Buscetty dotyczące jego przeszłości


mafijnej i strachu, jaki budził on oraz jemu podobni. Trzeba było słyszeć, jak
spokojnie wyjaśniał ławie, że „należy zrozumieć, jak mafijczyk postępuje. On
nigdy nie zjawia się z pogróżkami: pogróżki go wyprzedzają.” Tommaso
Buscetta z pewnością dobrze się bawił, kiedy precyzował: „Należało odczuć
ciężar mojego spojrzenia. Mafijczyk zawsze przychodzi uśmiechnięty. Ci, któ­
rzy dają się na to nabrać, ponoszą konsekwencje.”
Buscetta znowu miał sposobność mówić o sobie, kiedy nieco później jeden
z sędziów poprosił go o powrócenie do sprawy „skruszonych”, a ściślej do
przypadku Leonarda Yitale, poprzednika Tommaso Buscetty, zamordowanego
dwa lata temu po internowaniu go w szpitalu psychiatrycznym.
— Baliśmy się zeznań Yitalego — oświadczył Buscetta. — Wiele z tego, co
mówił, było prawdą. Zabito go w parę lat później, ponieważ w mafii nic nie
ulega przedawnieniu. Jeśli ktoś ma obowiązek kogoś zabić, nie liczą się
przeszkody czy też odległość, a nawet czasowe uwięzienie. Wcześniej czy póź­
niej skazany umrze. Śmierć Yitalego miała stanowić ostrzeżenie dla mnie, ale
to nie było konieczne. Zabito przecież wszystkich moich krewnych. Metody
Rozdział dziesiąty

180 zmieniły się. Kiedyś karano tego, kto zawinił. Dzisiaj stosuje się odwety na
innym poziomie, zabija się funkcjonariuszy państwowych. Kiedyś wiedziało się,
że z jednej strony jest państwo, a z drugiej my, ale szanowano się nawzajem.
Po czym, przypominając o niespodziewanym zabójstwie amerykańskiego
policjanta na początku stulecia w Palermo, Buscetta zakończył:
— Nie było mnie jeszcze na świecie, kiedy zabito Petrosina. Ale pamiętam
z dzieciństwa, że mówiono o tym jako o czymś złym.
Dziennikarze, którzy nie wysłuchali tej historii, gdyż akurat byli na sali
nieobecni, zrozumieli tylko jedno: Buscetta wreszcie zdecydował się mówić
0 powiązaniach z politykami, którzy ochraniali i wciąż jeszcze ochraniają
zabójców oraz ojców chrzestnych mafii. Wraz z upływem czasu Buscetta stracił
jakby ochotę, by o tym mówić. Przewodniczący sądu nie omieszkał wszakże
poruszać tego tematu przy różnych okazjach. Odpowiedzi Buscetty były z re­
guły równie mgliste jak te, które znajdują się w protokole przesłuchań śled­
czych. Nie, on nie przypomina sobie, o jakim to polityku Badalamenti
powiedział, że był cichym wspólnikiem zamordowania generała-prefekta Dalia
Chiesy. Również gdy chodziło o deputowanego, który na początku lat sześć­
dziesiątych kontaktował się z ówczesnym szefem mafii, Salvatorem Greco,
zwanym Cicchiteddu, zawodziła Buscettę pamięć. Podczas zeznań ponowił
jedynie, i to w bardzo złagodzonej postaci, swoje oskarżenie wobec byłego
burmistrza Palermo, chrześcijańskiego demokraty Ciancimino, oraz dawnych
„wicekrólów” Palermo, kuzynów Salvo, z których jeden niedawno zszedł z tego
świata. A złe języki odnotowały, że Buscetta oskarżył tylko tych polityków,
którzy i na Sycylii, i poza nią utracili już w dużej mierze władzę.
Dziennikarzom, których zdumiewały luki w pamięci ich byłego idola, pi­
sarz sycylijski Leonardo Sciascia odpowiedział: „zamiast ironizować na temat
dziur w pamięci Tommaso Buscetty prasa uczyniłaby lepiej, gdyby z pewną
dozą samokrytycyzmu zreflektowała się i przyznała, że Buscetta nie jest, jak
uważała, aniołem zagłady dla mafii sycylijskiej i międzynarodowej. Buscetta to
jedynie człowiek, który stwierdził, że wokół niego rozpada się jego rodzina
1 krąg przyjaciół i który lęka się o swoje życie. Chce, aby państwo pomściło
i wynagrodziło jego osobiste straty. Zdaje sobie dobrze sprawę z niebezpieczeń­
stwa, jakim może mu potencjalnie grozić ta sama prasa, gdyby naprawdę zaczął
mówić, i oczywiście stara się nie powiększać liczby swoich wrogów, a zwłaszcza
tych, którzy wciąż jeszcze są potężni. Mówi się, że jego amerykańscy moco­
dawcy poradzili mu, by nie wymieniał nazwisk polityków włoskich. To możliwe:
z tej obojętności policji amerykańskiej wobec Włoch korzysta w każdym razie co
najmniej jedna osoba.”
Leonardo Sciascia nie powiedział, co to za osoba, choć nazwisko tego
polityka nie było we Włoszech tajemnicą. Wtajemniczeni wiedzieli, że powieś-
ciopisarz w sposób bardzo przejrzysty wskazał na osobę ministra mającego
Proces w Palermo

wielkie wpływy na Sycylii i zaangażowanego w strategiczne negocjacje z Ame­ 181


rykanami; my również przemilczymy to nazwisko, bardziej ze względów
etycznych niż ze strachu.
Złośliwy jak małpa Tommaso Buscetta nie odmówił sobie przyjemności
zauważenia, że mężowie honoru znali wiele sekretów włoskiego życia po­
litycznego. Powiedział to wówczas, gdy wspomniano o tajemniczej podróży
bankiera Michele Sindony na Sycylię we wczesnych latach osiemdziesią­
tych, kiedy to wszystkie policje świata zdawały się go poszukiwać. Sin-
dona przybył do Palermo z szaleńczym zamiarem przekonania szefów mafii
o konieczności przeprowadzenia lokalnego zamachu stanu i oderwania wyspy
od Włoch.
Adwokat Mafei zapytał Buscettę, czy przypomina sobie spotkania Michele
Sindony z jego przyjacielem i protektorem, szefem rodziny z Santa Maria di
Gesu, Stefanem Bontate.
— Nigdy się o tym nie mówiło — odparł oschle Buscetta. — Bontate
powiedział mi, że Sindona jest szalony. Nie było o czym gadać.
— A jednak — podjął adwokat — Sindona wspominał o jakimś prze­
wrocie. Czyżby Bontatemu nie imponowało wtajemniczenie w takie sekrety?
Buscetta parsknął śmiechem, po czym odpowiedział:
— Sekrety Sindony były błahostką w porównaniu z sekretami Bontatego!

CO MÓGŁBY POWIEDZIEĆ BUSCETTA

Tommaso Buscetta z pewnością rozumiał, jak wiele traci na przemil­


czeniach: wystarczyło wymówić nazwisko jednego tylko polityka i natychmiast
olśniłby na nowo gazety, telewizję, opinię publiczną. On jednak nie zrobił tego
z łatwo zrozumiałych względów. Naglony przez przewodniczącego sądu do
powiedzenia wszystkiego, co wie o stosunkach między mafią a politykami,
Buscetta rzucił krótko:
— Rozmawiałem o tym przez długie godziny z sędzią Falcone. Nie mam
nic do dodania.
Tommaso Buscetta nie mógłby oficjalnie mówić o stosunkach między
mafijczykami a włoskimi sferami politycznymi. W protokołach, które boss
dwóch kontynentów podpisał, nie rozwodzi się na ten temat zbyt szeroko.
Trzeba przyznać, że to, co mógłby ujawnić, było trudne do zwerbalizo­
wania. Kiedy sędzia Falcone poprosił go o sporządzenie listy polityków
należących do organizacji Cosa Nostra, Buscetta rzekł do niego pół żartem,
pół serio:
— Przede wszystkim spróbujmy zgadnąć, kto musi wcześniej umrzeć, pan
czy ja.
Rozdział dziesiąty

182 Wspaniała odpowiedź, godna największego mafijczyka. Na nalegania


sędziego Buscetta odpowiedział bardziej precyzyjnie:
— Jeśli odpowiem, skończę wprawdzie w zakładzie psychiatrycznym, ale
za to pan przestanie być wysokim funkcjonariuszem sądowym. Nikt panu nie
uwierzy, wyda się to science-fiction.
Po dłuższej wymianie zdań obaj postanowili posunąć się najdalej, jak mogli.
Falcone mógł aresztować kuzynów Salvo, wszechpotężnych poborców podat­
kowych wyspy, lub nawet byłego burmistrza miasta, Vito Ciancimino, ale
nikogo więcej. Figuruje wszakże w protokole podpisanym przez Buscettę po­
lityk dużo potężniejszy od kuzynów Salvo czy Vita Ciancimino, z którym nie
sposób było się zmierzyć; stanowiło to zagrożenie w postaci dementi, zagrożenie,
którego nikt nie ujawnił, lecz które główny zainteresowany, chrześcijańs-
ko-demokratyczny ojciec chrzestny wyspy, Salvo Lima, z pewnością potrafił
ocenić w należyty sposób.
4 listopada 1984 roku o godzinie 15®° Tommaso Buscetta i Giovanni
Falcone spotkali się w cztery oczy w lokalu rzymskiej policji śledczej, by
rozmawiać między innymi o problemie polityków. Protokół z rozmowy świad­
czy, że Buscetta zapoznał się z anonimowym listem datowanym na 24
października 1984 podkreślającym wagę jego wizyt w domu Salvo Limy
w Mondello. Uwzględniając formalne zaprzeczenie, jakie Buscetta złożył
w dobrze zrozumiałym interesie własnym, musimy zauważyć dwie rzeczy.
Przede wszystkim to, że anonimowy list został wystylizowany wówczas, gdy
w Palermo trwała właśnie w pełni antymafijna obława. Można przypuszczać, że
wysłał go przeciwnik polityczny deputowanego Salvo Limy, a w każdym razie
osoba znająca tego deputowanego na tyle dobrze, by wiedzieć, że posiadał on
willę w miejscowości kąpieliskowej Mondello. Druga uwaga dotyczy znaczenia
anonimowych listów w antymafijnej batalii na Sycylii. Jak wiedzą wszyscy
policjanci w Palermo, ten rodzaj korespondencji dotyczył bezspornych faktów
i uprawiali go ludzie dobrze poinformowani. To właśnie anonim po raz pierwszy
doniósł na piśmie dochodzeniowcom, że Michele Greco jest szefem mafijnej
rodziny z Ciaculli.
Zwróćmy wreszcie uwagę, że Tommaso Buscetta bez trudu zdementował
insynuacje anonimu, gdyż jego rzekome wizyty miały się odbywać wówczas, gdy
siedział w więzieniu. Jakkolwiek jednak było w owych burzliwych czasach, gdy
„w Rzymie nic już nie było z Rzymu” (jak w wierszu du Bellaya), dementi
Buscetty nabierało w oczach niektórych ogromnego znaczenia. Tym bardziej że
Salvo Lima miał poplecznika w jednym z ojców chrzestnych Chrześcijańskiej
Demokracji, byłym premierze i ówczesnym ministrze spraw zagranicznych,
Giulio Andreottim.
Proces w Palermo

DWIE LUB TRZY RZECZY, KTÓRE WIADOMO O POTĘDZE MAFII

Wysmażone w latach sześćdziesiątych przez antymafijną komisję parlamen­


tu włoskiego raporty na temat polityków posądzanych o kontakty z Cosa Nostra
zawierają takie nazwiska jak Lima, Gioia, Ciancimino, Ruffmi, Andreotti, od
lat niezmiennie te same. Tymczasem, rzecz osobliwa, aż do dzisiaj nie znale­
ziono na to dowodów. Toteż z niecierpliwością oczekiwano, co na ten temat
zezna Tommaso Buscetta.
Kiedy niedługo przed rozpoczęciem się maksiprocesu Buscetta przyjął
w swoim amerykańskim schronieniu włoskiego dziennikarza Enzo Biagi i jego
asystenta, ci ostatni nie omieszkali kilkakrotnie postawić pytania, jakie za­
dawali sobie wszyscy we Włoszech. Czy wśród polityków dużego formatu są
jednostki bliskie mafii? „Tak”, odpowiedział Buscetta. Czy są to ludzie wolni od
wszelkich podejrzeń? „Tak.” Przemysłowcy, sędziowie, przedstawiciele kleru?
Również na to pytanie padła twarda jak uderzenie pałki odpowiedź: „Tak.” To
było wówczas wszystko, co udało się oficjalnie uzyskać od bossa dwóch
kontynentów.
Jeśli jednak dziennikarze chcieliby poznać nazwiska owych nietykalnych
Sycylijczyków, musieliby pójść na pewien banalny proces toczący się równolegle
z maksiprocesem w Palermo. Odbywał się on w pospolitej sali drugiej sekcji
ławy przysięgłych miasta, wewnętrz starego gmachu sądowego opustoszałego
z powodu maksiprocesu. Sądzono mafię zwaną Collesano, od nazwy małego
miasteczka położonego na zboczu wzniesienia Madonie, niewysokich gór
w głębi lądu. Od pierwszych dni zeznawał w nim sierżant karabinierów Vin-
cenzo Bucca, który swego czasu prowadził dochodzenie w sprawie mafijnych
morderstw.
— Wojna mafii w Collesano — tłumaczył sierżant — spowodowana zo­
stała załamaniem się równowagi w rejonie wskutek śmierci pewnej znanej
i wpływowej osobistości.
Adwokaci skwapliwie zapytali sierżanta, jaka to „wpływowa i znana”
osobistość zapewniała za życia równowagę między poszczególnymi szajkami
miejscowych mafijczyków. Ku ich zdumieniu odparł on bez ogródek:
— Jego ekscelencja Giovanni Pizzillo, były przewodniczący sądu apelacyj­
nego w Palermo.
Urodzony w Collesano przewodniczący Pizzillo pozostawał wierny swoim
stronom rodzinnym aż do zgonu w roku 1982. Czy dzielny sierżant oskarżał go
o to, że był szefem mafii w małym miasteczku? Nazajutrz, kontynuując zezna­
nia, policjant wyjaśnił:
— Dottore Pizzillo był mocno związany z Collesano, swoim rodzinnym
miastem. Bardzo dbał o to, by nie doszło w nim do żadnej podłości. Za jego
życia nikt nie odważył się dokonać przestępstwa. Jego współobywatele żywili
Rozdział dziesiąty

184 wobec niego taki szacunek, że powstrzymywali się od popełniania zbrodni,


które uwłaczałyby jego ekscelencji.
Oto blaski i nędze mafii małych miasteczek.
Inny proces, który trochę później również toczył się przed ławą przy­
sięgłych Palermo, uzmysławiał, do jakiego stopnia Cosa Nostra i władza były
związane ze sobą w pewnych okolicach wyspy. Ten proces, zwany procesem
mafii prowincjonalnej, opierał się na zeznaniach Yincenzo Marsałi, syna
Mariano, szefa rodziny rządzącej w małej miejscowości Yicari.
— Podczas wyborów regionalnych łub administracyjnych — oświadczył
Yincenzo Marsała przed sądem — mafia stosowała u nas jedną jedyną zasadę;
głosuje się wyłącznie na Chrześcijańską Demokrację, bo to ona chroni mafię.
Jeden z bossów regionu, Peppe Marsała, zawsze popierał Sałvo Limę. Ojciec
mi mówił, że organizacja opowiadała się za poszczególnymi przywódcami
chadecji, takimi jak D’Acquisto, Corałło czy Fasino. Można było głoso­
wać na przywódców innych partii politycznych odwdzięczając się za jakieś
korzyści. Nie wolno było natomiast prowadzić na rzecz tych łudzi propagandy
wyborczej.
Pewna anegdota pozwoliła Yincenzo Marsałi jasno wytłumaczyć wagę
stosunków między mafijczykami a politykami. Wiadomo, że Sycylijczyk, który
ma w rodzinie policjanta, nie może stać się mężem honoru. Owa niewzruszona
zasada mafii została jednak naruszona przez rodzinę z Yicari, do której należał
na przykład niejaki Aurelio Ocełi, syn karabiniera, gdyż był on „przyjacielem
Yita Ciancimino i Sałvo Limy oraz pełnił funkcję ich agenta wyborczego”, by
przytoczyć słowa Yincenzo Marsałi.
Yincenzo Marsała przypomina sobie również, że wiele razy towarzyszył
ojcu i innym mężom honoru aż do progu domu pewnego przywódcy chadecji
o wysokiej randze, chodziło bowiem o Mario D’Acquisto, który stał się’
w końcu przewodniczącym całego regionu Sycylii. Ojciec Yincenzo Marsałi
zawdzięczał mu między innymi odzyskanie prawa jazdy skonfiskowanego przez
policję wskutek naruszenia kodeksu drogowego.
Ten rodzaj przysług, dosyć pospolitych jak na polityków, przynosił im jed­
nak w zamian wiele korzyści, zwłaszcza w wyborach. Musieli natomiast bardzo
uważać, jeśli chodziło o wszelkie wypowiedzi. Yincenzo Marsała przypomniał
sobie bowiem, że komisja złożona z przedstawicieli poszczególnych prowin­
cji kontrolowanych przez mafię zaleciła wszystkim członkom, by podczas
wyborów senatorskich głosowali na Ignazia Mineo, a nie — jak poprzed­
nio — na Antonina Riggio. Zmiana była niebagatelna, skoro porzucono
chadeka Riggio na rzecz republikanina Mineo. Co się stało przyczyną tego
zwrotu?... Riggio lue tylko obraził pewnego członka organizacji Cosa Nostra,
ale jeszcze rozpowiadał, że jeśli na nieszczęście coś mu się przydarzy, to
winę będzie ponosił wyżej wspomniany. Zwrot ów nie przyniósł zresztą szczę-
Proces w Palermo

ścia Ignazio Mineo, gdyż 18 września 1984 roku został w miejscowości Baghe- 185
ria wciągnięty w zasadzkę i zamordowany z przyczyn wciąż jeszcze nie wy­
jaśnionych.

BOSSOWIE KONTRATAKUJĄ

Widząc, że Tommaso Buscetta, ich główny oskarżycieł,'zaczął tracić na


popularności, bossowie procesu palermitańskiego postanowili przystąpić do
kontrataku. Zrozumieli, że ich były kompan nie ujawnił wszystkich tajemnic
organizacji Cosa Nostra i z pewnością doszli do wniosku, że już się go nie
muszą bać. Oto dlaczego 8 kwietnia 1986 roku późnym przedpołudniem pod­
czas trzydziestej czwartej sesji maksiprocesu podniósł się w jednej z płatek dziki
ryk. Zainicjował go Piętro Senapa, znany z wyjątkowego okrucieństwa w słynnej
„celi śmierci”, zabójca z Corso dei Mille. Mafijczyk wpadł w histeryczny trans,
uchwycił się prętów klatki i jął obrzucać wyzwiskami Buscettę, którego na
drugim końcu sali poddawano przesłuchaniu. Przewodniczący bez wahania
kazał usunąć Senapę. W chwili gdy kilkunastu karabinierów weszło do klatki, by
go z niej bezwzględnie wyciągnąć, zaczął się bunt bossów.
Tommaso Buscetta, który zdawał się niczego nie zauważać, ciągnął dalej
swoje zeznania. Z klatek niosły się obelgi: „Comuto, rovinatore di famiglie,
fighiu di bottana” (rogacz, rozbijacz rodzin, skurwysyn). Z klatki numer 6 rozle­
gał się ryk: „To żaden proces!”, podczas gdy z pozostałych klatek wtórował mu
chór głosów wyzywający Buscettę od „narkomanów” i „wściekłych wariatów”.
Złączeni jednym porywem gniewu bossowie i zwykli zabójcy chwytali za pręty
klatek i z furią tupali w podłogę. Ci z mafijczyków, którzy nie przeklinali
Buscetty, wrzeszczeli do swoich adwokatów: „Zróbcie coś! Przecież płacimy
wam za to!”
Około wpół do pierwszej wrzawa doszła do punktu kulminacyjnego.
Przewodniczący zrezygnował z zaprowadzenia spokoju. Zakłopotany Tomma­
so Buscetta lue bardzo wiedział, co ma robić. Z pewnością nie czuł się zbyt
dobrze w kuloodpornej osłonie ze szkła i za podwójnym kordonem strzegących
go karabinierów. Nagle jeden z nich, pod wpływem dochodzącego do szczytu
napięcia i widocznych objawów jakiejś choroby, zemdlał. Rzucił się ku niemu
oficer, który rozciągnął go na ziemi i zaczął cucić.
— Fango, fango (bagno, bagno) — wyli rozjuszeni mafijczycy.
Tymczasem z głębi swojej klatki purpurowy ze złości Luciano Leggio
dawał ręką znaki obrońcom, żeby do niego podeszli. Po wypowiedzeiuu
do nich przez pręty kilku słów szef rodziny z Corleone wstał i krzyknął po
prostu:
— Chodźmy stąd!
Rozdział dziesiąty

186 W kwadrans później na sali znowu zapanował spokój. Gdy wściekłość


ojców chrzestnych wyczerpała się, przewodniczący mógł wreszcie zarządzić
przerwę. Na balkonie prasowym podniósł się z miejsca niewysoki mężczyzna
schylony nad laską ze srebrną gałką i patrząc na stłoczonych wokół niego,
Leonarda Sciascii, znanego pisarza, różnojęzycznych dziennikarzy oświadczył:
— Nic nie zrozumiałem. W tym bałaganie trudno się w ogóle połapać.
Prawdę mówiąc, jedyna osoba, której mogłem słuchać, to Tommaso Buscetta:
on jeden mówi po włosku.

RIPOSTA BUSCETTY

Choć Tommaso Buscetta na chwilę stracił kontenans z powodu buntu


w klatkach, błyskawicznie jednak odzyskał pewność siebie. Podczas następnych
przesłuchań wykazywał pełną swobodę; jego silna osobowość biła w oczy.
Obrońcy domagali się ekspertyzy psychiatrycznej i testów weryfikujących za­
rzut narkomanii. Buscetta podbił stawkę, prosząc o poddanie go odpowiednim
badaniom n a t y c h m i a s t . Wprawił tym w zakłopotanie również przewod­
niczącego, który odmówił, nie przyzwyczajony do takich metod w stylu
amerykańskim.
Buscetta odzyskał spokój, gdyż wiedział, że decydujący egzamin ma jeszcze
przed sobą. Przewodniczący zarządził jego konfrontację z kimś, kogo Buscetta
dobrze znał, z Pippem Caló, od pierwszych dni procesu domagającym się
spotkania twarzą w twarz ze swoim oskarżycielem. To nie były przelewki.
Buscetta i Pippo Caló razem dorastali i razem też pracowali jako ekspe­
dienci w pewnym sklepie bławatnym. W rezultacie właśnie Buscetta wprowadzał
Pippa Caló we wszystkie sekrety świata mafijnego.
Nad Palermo zapadła już noc, kiedy w czwartek 10 kwietnia dwaj byli
kompani stanęli twarzą w twarz przed ławą przysięgłych. Spokojny, pogodny
Tommaso Buscetta czekał, aż skończy mówić przewodniczący. Pippo Caló,
również bez najmniejszych oznak zdenerwowania, swoim wyglądem — grube
pstre okulary, łysina, popielaty garnitur — pozował niejako na przemysłowca.
Gdy tak stali obok siebie, robili zabawne wrażenie; kiedy zaczęli rozma­
wiać — efekt był niemal surrealistyczny.
— Panie Caló — zaatakował Buscetta z emfazą — oskarżam cię o zadanie
ciosu komuś, kogo kiedyś głaskałeś po głowie: mojemu synowi.
— A ty, panie Buscetta — tym samym tonem odparł Caló —jesteś kłamcą.
Żarty sobie ze mnie stroisz, ale tu chodzi o całe moje życie.
— Panie Pippo Caló, mało cię obchodziło życie mojego syna.
— Pamiętam twojego syna, jak był mały...
— A potem kazałeś go zabić.
Proces w Palermo

— To nieprawda, to nieprawda. 187


— Caló, jesteś przestępcą, człowiekiem bez honoru. To ty kazałeś go
zabić.
Napięcie na sali doszło do szczytu. Z klatek niosły się tradycyjne już
wiązanki wyzwisk, od pewnego czasu wtórujące zeznaniom Buscetty. Dało się
również zauważyć poruszenie na ławach adwokackich i wśród oskarżonych
odpowiadających z wolnej stopy. Wybuch nastąpił, kiedy przewodniczący
zagroził usunięciem całego audytorium. Sędzia musiał poczekać, aż wzburzenie
przeminie, by móc kontynuować rozprawę.
Dwaj byli sprzymierzeńcy ciągnęli dalej pojedynek słowny, w którym
wszystkie ciosy były dozwolone. Po insynuacji Caló, że wypędził od siebie
Buscettę, przyłapawszy go na gorącym uczynku swawolenia z jego żoną, ten
ostatni wybuchnął:
— Disonorato! Nigdy mnie nie wypędziłeś od siebie! W gruncie rzeczy ty
się mnie bałeś.
— Bałem się ciebie — odparował ironicznie Caló — a ty twierdzisz, że to
ja byłem szefem. Jakże dziwnym szefem musiałem być...
W głębi sali rozległy się ordynarne śmiechy.
— Oto odpowiedź mafijczyków — odciął się Buscetta.
— Skoro się bałem, nie powinienem być szefem — ciągnął dalej Caló. —
Odwróć się, obejrzyj się, panie Buscetta, zniszczyłeś trzy tysiące osób.
Rezygnując z dalszych utarczek słownych Tommaso Buscetta nabrał
powietrza. Skoro Pippo Caló chciał wojny, to będzie ją miał. Były boss dwu
kontynentów chował jeszcze kilka asów w rękawie; nadeszła chwila, żeby się
nimi posłużyć. Niech się Pippo Caló mocno trzyma.
— Panie przewodniczący — powiedział Buscetta — opowiem panu histo­
rię, której nie ujawniałem jeszcze nigdy, nawet przed sędzią śledczym. W roku
1978, kiedy siedziałem w więzieniu, dowiedziałem się o zamordowaniu mafij-
czyka, niejakiego Giannuzzo La Licata. Po wyjściu z więzienia odszukałem pana
Caló i zapytałem: „Panie Pippo, cóż takiego zrobił Giannuzzo, że go zlik­
widowano?” I Caló mi odpowiedział: „Tak zdecydowała Kopuła.” Na to ja:
„To niemożliwe, taki poczciwiec, a nawet siedział w więzieniu.” A Caló odparł:
„Nie można było postąpić inaczej.” Było to na terenie Fondo Favarella.
Kiedy spotkałem Michele Greca, spytałem, dlaczego Giannuzzo La Licata zo­
stał uduszony. Michele Greco, szef Kopuły, odpowiedział mi, że dlatego,
iż był spokrewniony z Gaetano Badalamentim. Oto kim ty jesteś, panie
Caló.
— Wzywam cię do kontynuowania twoich oskarżeń, panie Buscetta.
— Caló, czyżbyś zapomniał, że zasiadałeś w Kopule, że to ty rozstrzygnąłeś
o śmierci mojego syna? Jak to możliwe, że jeszcze nie kazałeś zabić mnie?
— Nie przejmuj się.
Rozdział dziesiąty

188 — Jestem dobrze chroniony — odparował Buscetta, na pozór niewzruszo­


ny. — Będziesz musiał poczekać kilka latek.
— Panie Buscetta — podjął Caló— powiedz mi, kto to taki ten La Licata?
— Caló — oskarżał Buscetta — udusiłeś go własnymi rękami. Roz­
mawialiśmy o tym, ty i ja.
— Kłamstwa, kłamstwa.
— Nie mam się czego obawiać — kontynuował Buscetta —jestem dobrze
strzeżony. Ja przegrałem, ale moja rodzina jest w bezpiecznym miejscu. Ja
przegrałem wolność i moją rodzinę...
— Ty bijesz się w piersi. Kiedy ci zabito brata i syna, było mi przykro.
— Hipokryto, hipokryto. Caló, jesteś tylko hipokrytą.
— Ty byłeś w Brazylii i cieszyłeś się życiem, byłeś zamożny...
Uważając, że ta interesująca wymiana zdań zbyt się przeciąga, prze­
wodniczący spytał Pippa Caló, czy znał owego sławetnego Giannuzza La
Lica tę.
— Nie — odparł szef rodziny z Porta Nuova — nigdy go nie widziałem.
Buscetta wtrącił się:
— Byliście razem sądzeni w procesie stu czternastu w Catanzaro. Siedzieliś­
cie w jednej celi. Spróbuj tylko zaprzeczyć.
— W Catanzaro było stu czternastu oskarżonych — odparował Caló. —
Nie trzeba mieszać zwykłej znajomości z przyjaźnią.
— Więc znał pan tego La Licatę czy nie? — przerwał przewodniczący.
— Jako oskarżonego tak, ale nie był moim przyjacielem — przyznał Caló.
Żeby zamknąć dyskusję, Tommaso Buscetta zwrócił Pippowi Caló uwagę,
że swego czasu miał zwyczaj przechadzać się po ulicach Palermo wraz ze swoją
przyszłą ofiarą.
Sądząc, że konfrontacja trwała wystarczająco długo, by ława przysięgłych
mogła się zorientować, przewodniczący zarządził przerwę w rozprawie. W tym
momencie z klatki numer 22 rozległo się wołanie. To Luciano Leggio, ubrany
w połyskliwy niebieski garnitur, opuścił swój fotel na kółkach, by interpelować
u sędziego. Szef rodziny z Corleone to nie byle kto nawet dla sądu, więc
przewodniczący kazał w jego klatce włączyć mikrofon.
— Domagam się, by mnie skonfrontowano z signorem Buscettą — krzyk­
nął Leggio. — Nie rozumiem, dlaczego signor Buscetta utrzymuje, że mnie nie
zna. Ja go znam dobrze. Signor Buscetta nawet u mnie gościł.
Sesja zakończyła się nowym zwrotem akcji, którego nikt nie przewi­
dywał. Luciano Leggio nie miał zwyczaju ani rzucać słów na wiatr, ani owi­
jać ich w bawełnę. Co ważnego miał zamiar powiedzieć na temat Tommaso
Buscetty?
Proces w Palermo

LEGGIO KONTRA BUSCETTA

Groźny szef rodziny z Corleone, dla którego Cosa Nostra nie miała chyba
żadnych sekretów, zrozumiał, że nadszedł czas przejścia do kontrataku.
„Nikczemnik” Buscetta go zelżył, a Luciano Leggio nie miał zamiaru pozosta­
wić tych ataków bez odpowiedzi. A on w porównaniu z byłym żołnierzem
rodziny w Porta Nuova miał nieskończenie więcej do powiedzenia.
Przewodniczący sądu w Palermo przezornie przeciwstawił się konfrontacji
tych dwóch mężów honoru. Luciano Leggio miał jednak sposobność, by stawić
czoło Buscetcie 15 kwietnia 1986 roku przed ławą przysięgłych z Reggio di
Calabria, która sądziła Leggia apelacyjnie w związku z zamordowaniem
sędziego Terranovy. Dzięki uprzejmości sądu w Palermo ława przysięgłych
z Reggio di Calabria mogła w tym samym bunkrze odbyć sesję wyjazdową
z udziałem dwóch czołowych postaci maksiprocesu, Luciana Leggio i jego
oskarżyciela, Tommaso Buscetty.
Nie była to konfrontacja. Każdy z nich kolejno stawał przed ławą
przysięgłych. Pierwszy zeznawał Luciano Leggio. W niebieskim garniturze,
pstrokatym krawacie i okularach szef rodziny z Corleone podszedł do przewod­
niczącego z pewnością siebie i dostojeństwem właściwym tylko ojcom chrze­
stnym. Z respektem trzykrotnie skłonił się w kierunku prokuratora, ławy
przysięgłych i obrońców. Rękę, której nie możesz odciąć, ucałuj — powiada
przysłowie.
— Znam dobrze pana Buscettę — oskarżał Leggio. — On utrzymuje, że
mnie nie zna. Pierwszy raz widziałem go w roku 1952 lub 1953, ale wówczas on
nie wiedział, kim byłem. W roku 1956 spotykaliśmy się w pewnym mieszkaniu
na kawie. Wielokrotnie. Nigdy o tym nie mówiłem, gdyż w tym okresie byłem
ścigany i nie chciałem przysparzać kłopotów temu, kto mnie gościł. Dzisiaj
ta osoba nie żyje, więc mogę mówić. Chodzi o Salvatore Greca zwanego
Cicchiteddu. Buscetta często do niego przychodził, a mieszkanie było w tym
samym domu, w którym ja się ukrywałem. Na początku lat sześćdziesiątych
widywałem go często. Jakże mógłby nie wiedzieć, kim jestem? Jadaliśmy razem
karczochy i smażone ryby. Buscetta jeździł jasnozielonym oplem. Kiedyś zjawił
się, gdy robotnicy kopali studnię. Nie może tego nie pamiętać.
Leggio strzelił pierwszy. Teraz przyszła kolej na Buscettę. Odprowadzono
zatem szefa rodziny z Corleone do klatki, po czym wszedł na salę Tommaso
Buscetta i zajął miejsce w swojej kuloodpornej osłonie ze szkła naprzeciwko
ławy przysięgłych.
— To dla mnie szczęśliwy dzień! — wyrzucił z siebie w charakterze wstę­
pu. — Wreszcie Luciano Leggio zechciał sobie coś niecoś przypomnieć. A mimo
to nie pamiętam, żebym go znał. Wszyscy wiedzą, że serdecznie przyjaźniłem się
z Salvatorem Greco. Często u niego bywałem. Bywał tam, być może, i Leggio,
Rozdział dziesiąty

190 ale nikt mi go nie przedstawił jako męża honoru. A Greca odwiedzało wówczas
mnóstwo osób. Trzeba też zdawać sobie sprawę, że wtedy nikt nie znał Leggia.
Mit i legenda Leggia zaczęły się w latach siedemdziesiątych.
Z głębi klatki Luciano Leggio poprosił o głos, by ponownie żądać
konfrontacji z Buscettą.
— Panie przewodniczący — powiedział Leggio — twarz jest zwierciadłem
duszy. Chciałbym, żeby pan i Buscettą spojrzeli mi w oczy. W moim wieku ani
mi w głowie brutalnie napadać na Buscettę. Mam co innego do powiedzenia.
Przewodniczący:
— To, co ma pan do powiedzenia, proszę powiedzieć ze swojego miejsca.
— Niech pan zapyta Buscettę, czy pamięta, jak odprowadzał Salvatore
Greca aż do mojego domu w Katanii, gdzie wieczerzał i spał. Przyjeżdżał wozem
z numeracją szwajcarską. Przed odjazdem, jako że był upał, dałem mu szorty,
żeby czuł się lepiej.
— Nie przypominam sobie — odparł Buscettą. Po czym po chwili wahania
dorzucił: — Nie, to nieprawda.
Kiedy go wyprowadzano z sałi, Buscettą musiał bezsprzecznie zachodzić
w głowę, co Luciano Leggio kombinuje. Niebawem się zorientował, gdyż
policjanci ponownie wprowadzili Leggia przed ławę przysięgłych. Najgorsze
było jeszcze przed nim. I nie tylko przed nim.
Szef rodziny z Corleone nieprzypadkowo napomknął o spotkaniu w Ka­
tanii — okazał się też złośłiwcem.
— Nie mam zamiaru z nikogo ściągać majtek — powiedział przed ławą
przysięgłych. — Ale skoro już przy tym jesteśmy, chciałbym przywołać łata
siedemdziesiąte i moją ucieczkę do Katanii, gdzie po raz trzeci w życiu spotka­
łem Buscettę. Buscettą zaprzecza, że mnie kiedykolwiek spotkał, ponieważ jego
odwiedziny nie były motywowane interesami, ale polityką.
A więc o to chodziło. Audytorium, a zwłaszcza dziennikarze, sprężyło się,
jak gdyby wszyscy poczuli przypływ adrenaliny. Więc to tak! Polityka, której
od początku maksiprocesu wszyscy starali się za wszelką cenę unikać, wyga­
niana drzwiami, wracała oknem. I to dzięki człowiekowi, który z pewno­
ścią wiedział na ten temat najwięcej. Nagły zwrot akcji był o tyle bardziej
znaczący, że nikt przedtem nie sądził, żeby ojciec chrzestny wszystkich ojców
chrzestnych zdecydował się mówić.
— Mówię o wielkiej polityce — wyrzucił z siebie Leggio. — Buscettą spy­
tał mnie, czy mógłbym mu zapewnić współudział ludzi gotowych do akcji.
W zamian miałem mieć zapewnioną całkowitą swobodę poruszania się. Gwaran­
towali mi to ci sami politycy, którym potrzebne były świeże rezerwy do
dokonania zamachu stanu.
Nie trzeba dodawać, żę od tego momentu niejeden ze słuchaczy poczuł
ciarki na plecach. Od początku lat siedemdziesiątych we Włoszech miało
Proces w Palermo

miejsce ponad pół tuzina prób zamachu stanu inspirowanych przez paru 191
psychopatów z ciągotami faszystowskimi, przez garstkę wiarołomnych genera­
łów, przez grupkę kierowników służb specjalnych, jak też przez niektórych
przywódców Chrześcijańskiej Demokracji, z których ten i ów był łub później
został ministrem. W okresie, kiedy Buscetta miał odwiedzić Leggia, strategia
napięć przeżywała swoje apogeum: właśnie doszło do masakry przy Piazza
Fontana w mediolańskim banku rolnym, a książę Borghese, tak zwany Czarny
Książę, energicznie przygotowywał próbę puczu. Wiadomo było, że jego
przywódcy cieszyli się poparciem wojska, lecz nie wiedziano, że go szukali
również w łonie organizacji Cosa Nostra.
— Nie miałem nic wspólnego z całą tą sprawą — podjął Leggio. — Nie
byłem znany, jeszcze nie powstał mit Leggia, który zrodził się znacznie później
i zupełnie bez mego udziału. Cóż, oni mieli bombastyczne plany godne niesły­
chanych megalomanów i spiskowali wraz z przedstawicielami najwyższych władz.
Nikt nie próbował nawet spytać Leggia, kto się krył pod owym „oni”.
Z pewnością chodziło jednak o jego zbrojnych towarzyszy spod znaku Cosa
Nostra.
— Ale inni, politycy, chcieli gwarancji. Oni obiecywali dwa, trzy, dziesięć
tysięcy ludzi, ale politycy chcieli gwarancji. Pytali: „Czy Leggio jest z wami?”
A oni odpowiadali: „Tak.” W takim razie, mówili politycy, chcemy z nim
rozmawiać. Ale ja, Leggio, o niczym nie wiedziałem, nie byłem niczyim
wspólnikiem. W końcu nie zgodziłem się powtórnie pertraktować z Buscettą,
Salvatorem Greco i ich przyjaciółmi. Nie szczędzili sił, by mnie przeciągnąć
na swoją stronę, ale nie ze mną takie numery. Leggio nie był do sprzedania.
Sprawa wzięła w łeb.
Przewodniczący:
— O jakich politykach pan mówi?
— Niektórzy z nich już umarli — oświadczył Leggio — inni jeszcze żyją.
Na pierwszych spuśćmy zasłonę miłosierdzia; co do tych drugich, niech pan spyta
o ich nazwiska Buscettę.
— Co panu obiecywali? — pytanie prokuratora wzmogło napięcie.
— Wille, miliony, miliardy — wyliczał Leggio. — Nie chciałem być
współwinowajcą nieodwracalnych szkód wyrządzonych naszemu krajowi, nie
skusiła mnie nawet obietnica wolności. Bo, oczywiście, przyrzekali i wol­
ność. — Po czym, dumny ze swojego demokratycznego gestu, Leggio palnął: —
Buscetta zrobiłby lepiej, gdyby sobie przepłukał gębę octem, zanim zacznie
gadać o corleończykach. Jako obywatel Corleone żądam przeprosin; nie
zgadzam się, żeby przewodniczący sądu pozwalał panu Buscetcie zajmować tak
bezczelną postawę wobec mnie.
— Proszę wyrażać się dokładniej — podjął prokurator. — Ponownie
pytam pana o nazwiska owych polityków.
Rozdział dziesiąty

192 — Byłem skazany na dożywocie, potem dostałem dwadzieścia pięć lat,


a za trzecim razem wlepiono mi sześć. Nigdy nie przedstawiono przeciwko
mnie żadnych dowodów. Trzymałem jednak gębę na kłódkę, nigdy nie zdra­
dziłem, Sokratesowi dano wypić cykutę; mnie osadzono w więzieniu. Jestem
w więzieniu od 1974 roku. Chce pan znać nazwiska polityków? Toż ma
pan po swojej stronie prawdomówną gębę, herosa dwóch kontynentów.
Proszę jego zapytać. Ja musiałbym mówić o zmarłych; zostawmy ich w spo­
koju. Wszyscy, którzy kontaktowali się ze mną, już zmarli. Wszyscy oprócz
Buscetty.

CZARNA ORKIESTRA

Buscetta musiał być mocno zakłopotany niepełnymi rewelacjami Leggia.


Oczywiście fakty podane przez szefa rodziny z Corleone częściowo zgadzały się
z prawdą. Buscetta ujawnił zresztą przed rokiem niektóre szczegóły sędziemu
śledczemu Falcone i radcy Caponnetto w pewnym dobrze strzeżonym więzieniu
rzymskim. Z pewnością uczynił tak dlatego, że nie mógł wtedy postąpić inaczej.
Pod wpływem swoich amerykańskich doradców zrozumiał, że jego przeciwnicy
chcą go zdyskredytować i nie omieszkają ujawnić tego, co pominął w zeznaniach
sądowych i policyjnych.
Jednakże wtedy, podczas spotkania z dwoma funkcjonariuszami sądu
palermitańskiego, boss dwóch kontynentów mówił o tej sprawie jakby wbrew
sobie:
— Długo wahałem się, czy ujawniać panom wszystko, co wiem o próbie
zamachu stanu — tłumaczył im Buscetta — gdyż chodzi tu o nader poważne
fakty, mające swoje implikacje polityczne. Boję się, żeby nie stało się to
przeszkodą w pierwszych, dość jeszcze nieśmiałych próbach walki z mafią. Nie
powiem więc wszystkiego, co wiem, żeby uniknąć dramatycznych załamań
równowagi. Gdybym powiedział wszystko, o czym mi wiadomo, dochodzenie
mogłoby zostać zablokowane raz na zawsze.
Nie można było postawić sprawy jaśniej. Buscetta ponownie postanowił
ratować swoich dawnych przyjaciół politycznych. Dziennikarze nie mogli mimo
wszystko powstrzymać się od uwagi, że pewni przywódcy Chrześcijańskiej
Demokracji są zamieszani zarówno w afery mafijne, jak i w próby zamachów
stanu. Jeden krok, który dzielił te stwierdzenia od konkluzji, że Buscetta usiłuje
kryć ministrów i innych mężów stanu o tej właśnie orientacji politycznej, został
uczyniony bez trudu.
Jeśli wierzyć Tommaso Buscetcie, wszystko zaczęło się dla niego na
początku roku 1970 od pewnego telefonu. W Nowym Jorku była noc, kiedy
zbudził go dzwonek.
Proces w Palermo

Zupełnie nie zważając na różnice w czasie telefonował przyjaciel Buscetty 193


z okresu peruwiańskiego, Salvatore Greco zwany Cicchiteddu.
— Masino — powiedział Cicchiteddu — musimy wrócić na Sycylię. Spra­
wa jest poważna. Wytłumaczę ci to w cztery oczy. Spotkajmy się w Zurychu.
Tak się też stało. W czerwcu 1970 roku dwaj byli sprzymierzeńcy spotkali
się na lotnisku Zurych-Kloten, gdzie spędzili niewiele czasu — tylko tyle, ile
go było trzeba, żeby wynająć samochód z lokalną numeracją. To właśnie ów
samochód widział później Luciano Leggio.
Jak dotąd nie było w tym nic dziwnego. Dwaj mężczyźni podróżujący na
fałszywych papierach jako Adalberto Barbieri i Renato Martinez Caruso po
przekroczeniu granicy ruszyli w stronę Katanii. Tutaj udali się do miejscowego
ojca chrzestnego, Giuseppe Calderone, który wtajemniczył ich w mroczne plany
księcia Junio Yalerio Borghese.
— Książę właśnie organizuje zamach stanu, żeby uwolnić Włochy od
komunistów — krótko i węzłowato stwierdził Calderone. — Zwrócił się do nas
0 pomoc. Wiemy, że w ten zamach są zamieszane różne osobistości rządowe.
W zamian Borghese obiecuje amnestię dla wszystkich członków mafii.
Choć propozycja Czarnego Księcia budziła, rzecz jasna, wiele wątpliwości,
to jednak niektórzy gotowi byli na nią przystać, począwszy od Giuseppe Di
Cristiny, któremu obietnica amnestii nie wydawała się farsą. Di Cristina
1 Calderone odwiedzili w największej tajemnicy księcia Borghese, by ustalić
z nim warunki porozumienia między organizacją Cosa Nostra i przywódcami
puczu. Sporządzono również listę uwięzionych mafijczyków, których miano
uwolnić zaraz po dokonaniu zamachu stanu, z Yincenzem Rimi, szefem ro­
dziny z Alcamo, oraz jego synem Filippem, zięciem Badalamentiego, na
pierwszym miejscu.
Wyboru tego nie dokonano przypadkowo. Szef Kopuły, Gaetano Badala-
menti, był jednym z zaciekłych przeciwników całego projektu. Dał temu wyraz
głośno i jednoznacznie podczas „zebrania na szczycie”, które odbyło się gdzieś
w okolicach Mediolanu, a w rezultacie opowiedziała się za nim większość
zebranych. Trzeba zaznaczyć, że Czarny Książę wysuwał zbyt przesadne
żądania: mężowie honoru mieli w dzień puczu włożyć opaski faszystowskie,
a poza tym ich szef miał dostarczyć spiskowcom kompletną listę wszystkich
członków organizacji Cosa Nostra. Na pierwsze żądanie można się było jeszcze
zgodzić, choć mafia stała po stronie najzagorzalszych przeciwników faszyzmu,
ale dawać jakiejś bojówce pełną listę mężów honoru? Nigdy. Przywódcy
organizacji Cosa Nostra lue mieli czego żałować, gdyż zamach stanu księcia
Borghese od pierwszej chwili spełzł na niczym.
Buscetta nie powiedział już nic więcej. Przynajmniej oficjalnie. Trzeba
przyznać, że jego ostrożność, dorównująca ostrożności sędziów i policji, była
jak najbardziej uzasadniona. Rewelacje bossa dwóch kontynentów zatrzymały

13 —Calvi
Rozdział dziesiąty

194 się bowiem na progu tajemnic państwa włoskiego, musnąwszy tylko po wierzchu
mgłę, za którą krył się świat zaludniony makiawelicznymi politykami, wynatu­
rzonymi lożami masońskimi, generałami-zamachowcami i podejrzanymi ban­
kierami. Nie po raz pierwszy przypominano ten rodzaj spraw we Włoszech:
pamiętny jest przecież skandal z lożą masońską P2, której wielki mistrz, Licio
Gelli, gotów był zawładnąć Rzymem.
Zdarzały się i inne, równie niepokojące sprawy, które na zawsze pozo­
staną tajemnicą; choćby próba separatystycznego zamachu stanu planowana
w roku 1979 przez pewnego bankiera powiązanego zarazem z mafią i Watyka­
nem, Michele Sindonę, czy napad z 23 grudnia 1984 roku na pociąg 904; zgi­
nęło wówczas szesnaście osób, a dwieście trzydzieści zostało rannych; miał go
podobno zorganizować Pippo Caló na rachunek skrajnie prawicowej grupy
terrorystycznej. Można by również przywołać tu zamordowanie prezydenta
regionu sycylijskiego, Piersanti Matarellego, ukartowane przez mafię, a dokona­
ne przez ugrupowanie neofaszystowskie.

ODWET KORIOLANA PUSZCZY

W piątek 11 kwietnia 1986 roku do sali rozpraw wszedł pośród kordonu


karabinierów krępy brunet w niebieskim garniturze, z włosami spływającymi aż
na szyję. Było parę minut po 16“°. Maksiproces miał po raz drugi przeżyć
dramatyczny moment.
Mężczyzna już tradycyjnie zajął miejsce w kuloodpornej osłonie ze szkła
i nie pozwalał się fotografować lub filmować. Powód był prosty: od ponad
pięciu lat usiłowali go zgładzić zabójcy mafii. Dzisiaj zjawił się tutaj, ażeby
przeciwko nim zeznawać, co tylko zwielokrotniało wściekłość jego byłych
towarzyszy. Teraz jego nazwisko, Salvatore Contorno, stało się dla nich
synonimem hańby.
Jemu, którego nazywano Koriolanem Puszczy, stawanie przed sądem
w charakterze świadka oskarżenia wydawało się czymś dziwnym, gdyż miał
zwyczaj ukrywać się gdzieś w prowincjonalnych dziurach, by ujść policji. Ci
z jego krewnych, których Cosa Nostra nie zlikwidowała, byli już bezpieczni.
— Teraz — powiedział — śmierć jest mi już obojętna. Ale wcześniej pragnę
się zemścić. W sposób legalny.
Chcąc tego dokonać, skontaktował się z Tommaso Buscettą, ażeby również
podpisać porozumienie z rządem amerykańskim. Obaj razem przybyli na
Sycylię. Po Buscetcie przyszła na Koriolana Puszczy kolej stawienia się przed
sądem jako świadek.
Robił wrażenie człowieka pewnego siebie i energicznego. Ledwo otworzył
usta, ogarnęło wszystkich na moment zdziwienie, po czym zewsząd rozległy się
Proces w Palermo

protesty. Koriolan Puszczy wypowiadał się w najczystszym dialekcie sycylijskim, 195


którego większość adwokatów nie rozumiała.
— Jestem Sycylijczykiem — rzucił dumnie w stronę przewodniczącego. —
Nie znam włoskiego. Mówię, jak mnie nauczyła matka natura.
Rozstrzygnięcie tego problemu zajęło dokładnie pół godziny, z zegarkiem
w ręku. Poproszono już o specjalnego tłumacza, kiedy adwokat Buscetty zwró­
cił sądowi uwagę, że „podczas procesów z początku stulecia przewodniczący
zwracał się do oskarżonego po sycylijska”. Wówczas, podejmując pałeczkę
poprzedników, przewodniczący Giordano orzekł, że przesłuchania zostaną
przeprowadzone po sycylijska i tylko najmniej zrozumiałe kwestie będzie się
tłumaczyć.
— Contomo — powiedział przewodniczący — może pan używać języka,
jaki jest dla pana najwygodniejszy, nawet dialektu.
Szyderczo dając do zrozumienia, że nie jest kompletnym analfabetą,
Salvatore Contorno wtrącił:
— Quando sugnu fora, parło’ miricanu. — Po tych słowach (kiedy jestem
za granicą, mówię po amerykańsku) dodał: — We włoskim jestem zerem.
Następnie począł opowiadać historię swojego życia jako męża honoru. Na
ławie przysięgłych wywarł wrażenie zarówno obfitością przytoczonych szczegó­
łów, jak i pewnością siebie. Pamięć Salvatore Contorna funkcjonowała niczym
komputer; przypominał sobie nawet najdrobniejsze fakty ze swej kariery
przestępczej. Za każdym razem, gdy jakiś adwokat obrony usiłował go przy­
przeć do muru, Contorno nieodmiennie potrafił go osadzić w miejscu. Zezna­
nia Koriolana Puszczy zajęły dwa posiedzenia. Doskonale wiedział, o czym
mówi, i czuło się, jak rośnie napięcie w klatkach oskarżonych.
Drugiego dnia przesłuchań, kiedy Contorno powtarzał właśnie znane nam
już oskarżenia mafijnego klanu corleończyków, przerwał mu jakiś ochrypły,
groźny głos. Ponad dziesięć metrów dalej przywarł do prętów klatki numer 15
szef rodziny z Corleone, Luciano Leggio, który stracił panowanie nad sobą
i zaczął obrzucał Contorna stekiem wyzwisk. Brzmiało to mniej więcej tak:
— Powinieneś najpierw wymyć sobie gębę, kiedy mówisz o Corleone, ty nie
jesteś godzien mówić o jego obywatelach. Jesteś wyrzutkiem! Powinno ci się
zabronić pyskować, ty łobuzie!
Zamilkł dopiero wówczas, gdy na cały głos krzyknął nań przewodniczący.
Wtedy Salvatore Contorno spokojnie podjął swoje zeznania oświadczając:
— To z pana jest łobuz, panie Leggio.
Resztę czasu poza zeznaniami Contorno i Buscetta spędzali zamknięci
w małym pomieszczeniu pod bunkrem. Byłych mężów honoru dobrze strze­
żono: poza karabinierami i „zbirami” z policji włoskiej pilnowała ich przez
cały czas, gdziekolwiek się ruszyli, drużyna specjalnych agentów FBI, co zresztą
wcale nie miało na celu zapewnienia im bezpieczeństwa.
Rozdział dziesiąty

196 Buscetta i Contorno na pewno doceniali kompetencję i powagę swoich


aniołów stróżów, ale okoliczności niezależne od naszej relacji sprawiły, że to ich
izolowano: składanie wizyt tym dwu świadkom było nader ryzykowne. Zwłasz­
cza na Sycylii. Lotnictwo amerykańskie właśnie bowiem zbombardowało
kwaterę główną pułkownika Kadafiego w Trypolisie. Libijczycy odpowiedzieli
bombardowaniem bazy NATO położonej na wysepce Lampedusa w sycylijskim
archipelagu Pelagie i grozili represjami wobec innych obiektów amerykańskich.
A że Palermo było stolicą wszelkich spisków, zupełnie poważnie mówiło się
o możłiwości przymierza między mafią a Libią. Z miejsca uznano opancerzoną
salę sądu specjalnego za obiekt strategiczny największej wagi. Wzmocniono
osłonę wojskową wokół więzienia Lfcciardone, a na pasie startowym palermitań-
skiego lotniska bez przerwy stał dyżurny samolot gotowy zabrać obydwu
„skruszonych” do Stanów Zjednoczonych w razie ataku libijskiego. W tym
klimacie ogólnego szaleństwa wyższe sfery nie zwracały uwagi na przebieg
procesu. Buscetta dyskretnie usunął się ze sceny i 18 kwietnia poleciał do USA.
SaWatore Contorno uczynił to dzień później. Rozprawa została zawieszona na
dwa tygodnie.

PAPIESKIE POSŁUCHANIE

Nad okolicą Caccamo wciąż jeszcze panowała noc, kiedy w czwartek


20 lutego 1986 roku dwustu pięćdziesięciu karabinierów uzbrojonych w pistolety
automatyczne i wyposażonych w kamizelki kuloodporne, z niebieskimi heł­
mami na głowach, zajęło pozycje wokół pewnego dwupiętrowego białego
domku u stóp gór Madonie, między groblą a rzeką San Lorenzo. Policjanci
byli zdenerwowani, gdyż wiedzieli, że tu właśnie, w szczerym polu, między
oliwkami i migdałowcami, zaczyna się jedna z najważniejszych operacji anty-
mafijnych.
Punktualnie o godzinie 7^® ku domkowi ruszyła biegiem grupa mężczyzn.
Stojący na ich czele młody kapitan przypadł do drzwi, które wyważył jednym
pchnięciem ramienia. Zaraz też wyjął swoją regulaminową broń. Po wejściu do
środka skierował ją w stronę dwóch mężczyzn, którzy właśnie zerwali się
z podwójnego łóżka, gdzie łeżeli. Pierwszy, Sałvatore Coletti, był właścicielem
domu. Kapitan się nim nie zainteresował. Podszedł prosto do drugiego. Tamten
wyglądał tak, jakby się już domyślał, że całą okołicę Caccamo zapełniło o świ­
cie dwustu pięćdziesięciu karabinierów. Młody kapitan długo pamiętał spo­
jrzenie, jakie mu rzucił ów mężczyzna — zimne, nienawistne, kryjące w sobie
groźbę śmierci.
Mężczyzna ten musiał mieć ponad sześćdziesiąt lat. Był całkiem siwy, a od
niedawna zapuścił wąsy, żeby zmienić wyraz fizjonomii. Spał w ubraniu.
Proces w Palermo

— Czego chcecie? Czegóż to chcecie? — pytał. — Nazywam się Giuseppe 197


Di Fresco, oto moje papiery.
Kapitan z szacunkiem wziął dowód tożsamości, który mu podano: zdjęcie
było w porządku. Policjant wiedział, że to dokument podrobiony i że w rzeczywi­
stości zatrzymał najbardziej poszukiwanego we Włoszech człowieka, Michele
Greca, Papieża, szefa Kopuły, przywódcę mafii.
Karabinierzy nie mieli żadnego kłopotu z identyfikacją człowieka, którego
aresztowali. Dokumenty miał na nazwisko nieboszczyka, ale odciski palców
potwierdzały, że to papież Kopuły. Po ogoleniu stał się łudząco podobny do
zdjęcia z listu gończego. Wydawał się zmęczony i sterany po spędzeniu czterech
lat w podziemiu, ale wygląd i postawę miał właściwą mężom honoru. Podczas
jazdy powiedział tylko tyle:
— W Palermo nie chcę fotoreporterów.
Nie trzeba dodawać, że jego życzenie zostało spełnione.
Niespodziewane aresztowanie Papieża na dziesięć dni przed rozpoczęciem
się maksiprocesu w Palermo wielu zaintrygowało. Mówiło się o wyrównywaniu
rachunków, do tego stopnia było jasne, że szefa mafii ujęto wskutek donosu
jednego z jego ludzi. „Kto i dlaczego?” to nie jedyne pytanie, jakie stawiali
sobie dochodzeniowcy. Również policja zadawała sobie pytanie, któż to
alarmował miejscowe gazety anonimowymi telefonami, dającymi niemal jawnie
do zrozumienia, że aresztowano Papieża, ledwo tylko go ujęto i nie podano
jeszcze, rzecz jasna, tej informacji do publicznej wiadomości.
W jakieś dziesięć dni po swoim aresztowaniu Michele Greco wciąż jeszcze
nie zgadzał się na rozmowę z palermitańskimi sędziami śledczymi, którzy
dosłownie oblegali jego celę. Niejako na zasadzie przywileju papieskiego szef
rodziny z Ciaculli utrzymywał, że nie może odpowiadać na ich pytania z po­
wodu straszliwego szoku, jakiego doznał wskutek okoliczności jego ujęcia. Tego
krwawego, choć nikłego fizycznie człowieczka otaczała taka aura, że sędziowie
przez jakiś czas respektowali jego wymóg. Kiedy jednak w końcu doszło do
przesłuchania, rozczarowanie było ogromne: przyznał się jedynie do tego, że
nazywa się Michele Greco; poza tym nie był winien żadnej ze zbrodni, jakie mu
przypisywano, i najpoważniej w świecie oświadczył:
— Jestem człowiekiem Kościoła.
W jakiś czas później doprowadzono go wreszcie przed sąd w bunkrze. Jego
przybycie nie przeszło niepostrzeżenie. Na zewnątrz budynku zdwojono patrole,
a policyjny helikopter bardzo nisko latał dokoła, przepatrując wszystkie
zakamarki. Papież pojawił się ruedługo po rozpoczęciu kolejnego posiedzenia.
Otoczony kilkunastoma karabinierami, został wprowadzony do jednej z pus­
tych klatek, podczas gdy z pozostałych mężowie honoru przekazywali mu
pozdrowienia, wyrazy szacunku i życzenia pomyślności. Z ławy dla odpowiada­
jących z wolnej stopy wstał jeden z oskarżonych i podszedł do klatki ze
Rozdział dziesiąty

198 słowami powitania. Był to syn Papieża, młody Giovanni Greco, którego
gest został przyjęty z aplauzem przez chór mafijczyków; zaczęli oni skandować
jego przezwisko, „u’masculo”, samiec.
Papież z Ciaculli obojętnie asystował kolejnym sesjom. Z kamienną twarzą
śledził przesłuchania Tommasa Buscetty i SaWatore Contorna. W przeciwień­
stwie do Leggia czy innych mężów honoru ekscytujących się na potęgę i jakby na
wyścigi, on nigdy nie pozwolił sobie na zakłócenie przebiegu rozprawy czy
bodaj na okazanie najmniejszego choćby zniecierpliwienia. Michele Greco
rozsądnie czekał na swoją kolej. Wiedział, że wcześniej czy później przewod­
niczący sądu wezwie go przed lawę przysięgłych na przesłuchanie, i z pewnością
wolał zachować swoją energię na dzień, w którym musiał w końcu mieć swoje
pierwsze wielkie wystąpienie publiczne.
11 czerwca 1986 roku Michele Greco w asyście dwóch karabinierów
przemierzał audytorium, by zasiąść naprzeciwko ławy przysięgłych. Oczeki­
wana chwila nareszcie nadeszła. Mąż kroczył zdecydowanie; odziany był bez
zarzutu, z wyjątkiem pantofli. Prócz tego, że ich jasnobrązowy kolor kłócił
się z granatowym ubraniem, raziły one swoim fasonem, a zwłaszcza grubą,
kilkucentymetrową podeszwą, podnoszącą ich właściciela do poziomu jego złej
sławy.
Złożywszy pełen szacunku ukłon przewodniczącemu Michele Greco usiadł.
Przewodniczący Giordano zaczął od wyliczenia zbrodni, które przywiodły
Papieża przed sąd w Palermo. Wykaz robił wrażenie: Michele Greco został
oskarżony o dziewięćdziesiąt trzy morderstwa, do których doszły inne przewi­
nienia, jak organizowanie przestępców typu mafijnego i handel narkotykami.
— Panie przewodniczący — zapytał Michele Greco — czy mogę powie­
dzieć dwa słowa?
Kiedy przewodniczący się zgodził. Papież podjął:
— Presidente, przemoc jest sprzeczna z moją godnością.
— Zrozumiałem, panie Greco — odparł przewodniczący po kilkakrotnym
powtórzeniu przez Papieża tego samego zdania.
— Dziękuję panu, panie przewodniczący.
Przez trzy godziny, w ciągu których Michele Greco mówił, ani na chwilę nie
stracił on spokoju. Wyrównanym głosem przedstawił swój przypadek, od czasu
do czasu pozwalając sobie na jakiś żart mający ująć ławę przysięgłych.
Zapewniał, rzecz jasna, o swojej niewinności, podnosząc przy okazji walory
własnej osoby. Był, jak twierdził, jednym z najbardziej szanowanych obywateli
swojego miasteczka. Słuchając go odnosiło się jednak wrażenie, że wszystko, co
mówi, jest jak gdyby potwierdzeniem strasznych oskarżeń, jakie przeciw niemu
wysunięto.
Michele Greco był człowiekiem precyzyjnym. Musiał więc najpierw skory­
gować pewne szczegóły swej legendy.
Proces w Palermo

— W prasie dodają często do mego nazwiska „don”, ale ja zawsze nie 199
cierpiałem tego sposobu zwracania się do mnie. Mówiono mi „zu Michele”,
czyli wujku Michele. Poza tym twierdzi się, że jestem z Ciaculli. To kłamstwo;
pochodzę z Croceverde Giardini.
Na sali wywołało to wesołość, gdyż powszechnie wiadomo, że Croceverde
i Ciaculli to dwie takie same, w dodatku sąsiadujące ze sobą mieściny, które
praktycznie trudno rozgraniczyć. Gdyby zajrzeć do ksiąg wieczystych, okazało­
by się zapewne, że granica między Croceverde i Ciaculli biegnie środkiem
sławetnej posiadłości Greca, Fondo Favarella, niegdysiejszego raju mafij-
czyków.
— Fondo Favarella — wyjaśnił Greco na początku swojej przemowy —
to ziemia, gdzie z całą godnością święciło się pracę, zanim moja siedziba stała
się przedmiotem kalumnii, panie przewodniczący. Jesteśmy uczciwymi ludźmi,
którzy utrzymują się z pracy na roli. Mój pradziad był rolnikiem.
Michele Greco jął opowiadać sagę swojego rodu, a była to historia
pasjonująca. Mimo woli Papież przedstawił sądowi ewolucję organizacji Cosa
Nostra od zarania XIX wieku. Jego pradziad był prostym chłopem we włoś­
ciach księcia Tagliavia, jednego z największych miejscowych arystokratów.
Z czasem władza i bogactwo tego rodu zmalały na rzecz ich pracowników,
rodziny Greco. Ojciec Michele Greca był ostatnim, który pracował dla
Tagliaviów. Papież niepowstrzymanie piął się w górę i wykupywał grunty tego
rodu. Pieniądze płynące z banków opłacały ziemię szacowaną po śmiesznie
niskiej cenie (według fikcyjnej umowy Michele Greco otrzymał sto hektarów
najlepszego rodzaju gruntów za odpowiednik kilku tysięcy franków francuskich
rocznie).
Następnie Papież usiłował wzruszyć sąd swoim niełatwym dzieciństwem.
— Jestem człowiekiem pracującym — powiedział Michele Greco. — Pra­
cowałem przez całe życie. W wieku szesnastu lat zacząłem chodzić do ośrod­
ków strzelania do gołębi. Mówię to nie dlatego, żeby się chwalić, ale zakwa­
lifikowałem się jednak do narodowej reprezentacji w tej dziedzinie sportu.
Proszę mi pozwolić na opisanie mego środowiska społecznego. To był sport
kosztowny. Właśnie w tym środowisku zawiązały się wszystkie moje przyjaź­
nie. Proszę nie zapominać, że mam wielu przyjaciół. Ich żony, szlachetne damy,
nigdy nie opuściły mojej żony mimo ciosów, jakie na nas spadły.
— A jednak — wtrącił przewodniczący, bynajmniej nie rozbrojony prze­
chwałkami dotyczącymi szacunku w wyższych sferach — twierdzi się, że
przyjaciele zjeżdżający do Fondo Favarella to ludzie ścigani przez prawo,
którzy szukają w pańskich włościach schronienia.
— Fondo Favarella — odparł oburzony Michele Greco — było zapleczem
polowań. Klucz do niego miały wysokie osobistości. Jego ekscelencja Pili
otrzymał go osobiście ode mnie.
Rozdział dziesiąty

200 Wywołało to poruszenie na sali; poszeptywano, że jego ekscelencja Pili


był w latach pięćdziesiątych prokuratorem Palermo. Przewodniczący spytał, kto
jeszcze miał klucz do Fondo Favarella.
Jeśli wierzyć Papieżowi, niemal każdy funkcjonariusz związany z paler-
mitańską policją mógł we dnie i w nocy o dowolnej godzinie wejść do mafij­
nego raju w Ciaculli — o, przepraszam, w Croceverde.
— Pułkownik karabinierów Russo miał klucz — powiedział Greco. —
Odwiedził mnie nawet niedługo przed śmiercią.
Jak na ironię losu Tommaso Buscetta twierdził, że pułkownik Russo został
zamordowany na rozkaz corleończyków, gdyż trochę za bardzo interesował się
porwaniem jednego z sycylijskich poborców podatkowych.
— Komplet kluczy znajdował się zawsze w najbliższych koszarach karabi­
nierów — podbił stawkę Papież. — Pułkownik Porto, kapitan Zurlo, sierżanci
Scala Ferrante, Fogliniani i Maltese również mieli klucze.
— A Stefano Bontate? — spytał podchwytliwie przewodniczący.
— Stefano Bontate również. Odwiedził mnie w Wielki Piątek. Zaprosiłem
go także na wielkanocny poniedziałek, a potem stała się ta straszna rzecz.
Los lubi się powtarzać. Również Stefano Bontate został zamordowany
niedługo po wizycie u Papieża. Według Tommaso Buscetty i Salvatore Contorna
szef rodziny w Ciaculli był jednym z inicjatorów zamordowania szefa rodziny
z Santa Maria di Gesii.
Skoro już była mowa o znajomych Michele Greca, przewodniczący sądu
spytał, czy miał on sposobność odwiedzić kuzynów Salvo, złożonych z urzędu
poborców podatkowych, z których jeden, Nino, zmarł przed kilkoma miesią­
cami na raka.
Tego ostatniego Greco znał szczególnie dobrze.
— To był człowiek wielkiej klasy, miałem z nim dobre stosunki.
— A Leggio? — podjął przewodniczący. — Zna pan Luciana Leggio?
— Poznałem go na tej sali. Siedzieliśmy każdy w swojej klatce, rozpozna­
liśmy się po zdjęciach opublikowanych w prasie.
— A jednak — nalegał przewodniczący — odbyliście długą rozmowę nawet
tu, na tej sali. Czyż nie?
— I to jaką rozmowę! Ja mu powiedziałem: „Widziałem cię w telewizji,
gładziłeś wąsy.” Ja mówię mu „ty”, a on do mnie „pan”, wyłącznie dlatego, że
jestem od niego starszy. On mi odpowiedział: „Nie buntuję się już przeciwko
fotografom.” A potem ja go zapytałem, w jaki sposób tak młodo wygląda.
— Ale — powiedział przewodniczący — pewien karabinier utrzymuje, że
Leggio przekazywał panu jakieś polecenie.
Purpurowy ze złości Michele Greco wybuchnął:
— W kółko to samo! Musi się nas opluwać nawet w klatkach! Skoro
karabinier chce awansować, pozwólmy mu awansować! To już ponad moje siły;
Proces w Palermo

są ludzie, którzy pragnęliby wspiąć się po moich plecach na stanowiska 201


senatorów!
Kontynuując przesłuchanie przewodniczący spytał Papieża, czy to prawda,
że lubi latać helikopterem.
— Wiem, że tak się mówi. Kiedy mi o tym powiedziano, jechałem właś­
nie samotnie w górach na grzbiecie muła. Wtedy nazwałem go Helikopte­
rem.
— Pan ma przydomek Papież — podjął przewodniczący.
— Przylgnęło to do mnie, kiedy miałem pięćdziesiąt pięć lat, z przyczyny
białego dymu.
Z kolei drobny człowieczek zaczął poważnym tonem wyjaśniać, że wszy­
stkie jego niepowodzenia, a także te klęski, które dotknęły całe społeczeństwo,
mają dwie główne przyczyny.
— Wszystkiemu winna przemoc i pornografia — powiedział papież
z Ciaculli. — Gdyby Salvatore Contorno chodził do kina na takie filmy jak
Mojżesz, a nie Ojciec chrzestny, nie byłoby tego wszystkiego.
Przewodniczący nie odmówił sobie dobrodusznej ironii wtrącając:
— Jak Mojżesz albo jak Chleb, miłość i papryka.
Wzbudziło to na sali ogólną wesołość. Wszyscy na Sycylii wiedzieli, że ten
film, który należał do włoskich „podkasanych komedii”, miał trzy cechy
szczególne: wdzięki Barbary Bouchet, udział syna Papieża, Giuseppe Greca,
jako aktora i częściowe sfinansowanie jego realizacji przez mafię.
— Wyprodukowałem ten film — jął opowiadać Michele Greco głosem
drżącym ze wzruszenia — gdyż kocham swojego syna. Czy to ze strony ojca
przestępstwo kochać swego syna? Giuseppe nigdy nie doceniał wsi, jego zawsze
pociągała sztuka. O tym filmie opowiadano wiele kłamstw. Zainwestowałem
w niego pięćset milionów lirów, z czego trzysta pięćdziesiąt poszło na konto
dystrybutora. Film się podobał. Giuseppe dobrze zagrał swoją rolę, a to był jego
pierwszy kontakt ze światem kina. A potem przyszły kłopoty: zamiast robić
karierę artystyczną, zainkasował trzy lata więzienia. Biedny chłopak wmieszał
się w jakąś aferę razem z arystokratami palermitańskimi, hrabią Tasca i baro­
nem Inglese...
— Dzięki Bogu — powiedział drobny człowieczek, kiedy przesłuchanie do­
biegło końca — ja potrafię czekać. Nie jestem jak ci, co oczekują na autobus
i nie umieją ustać na przystanku. Ja potrafię czekać i umiem cierpieć. Jestem
zawsze pogodny, gdyż mam dar, którego nie można kupić: spokój wewnętrzny.
W więzieniu izoluję się całkowicie, za nic nie jadłbym potraw przyrządzanych
przez moją rodzinę; muszę przywyknąć do tego, co mi dają: to dla mnie żaden
problem. Umiem panować nad swoimi upodobaniami. Nie nad energią, gdyż
mam sześćdziesiąt dwa lata. Do pięćdziesiątego ósmego roku życia nie figurowa­
łem na liście przestępców. Odnawiano mi paszport bez problemów. Nie miałem
Rozdział dziesiąty

202 na swoim koncie żadnych wykroczeń, gdyż potrafiłem właściwie parkować


samochód. A dzisiaj, proszę, stałem się Neronem, Tyberiuszem lub jeszcze
gorzej...

DZIWNE ARESZTOWANIA

W Palermo długo się zastanawiano, jak doszło do aresztowania Michele


Greca. Nie pojmowano, dlaczego ten człowiek, który od czterech lat żył
w podziemiu, nagle wpadł w ręce karabinierów. Na pewno nie był to przypa­
dek; nawet prasa mówiła już o jakichś niejasnych porachunkach wewnątrz
organizacji Cosa Nostra. Funkcjonariusze sądowi uważali, że przyczyną pojma­
nia Michele Greca był zmierzch jego władzy w łonie mafii.
— Michele Greco aż do początku lat osiemdziesiątych służył za fasadę
zabójcom mafijnym — tłumaczył palermitański sędzia śledczy. — Był pośred­
nikiem między zabójcami i politykami. Od chwili, kiedy to zdemaskowaliśmy,
zaczął tracić swoją władzę. W ostatnim czasie jego pozycja osłabła do tego
stopnia, że „grupa ogniowa” zabójców, którą właśnie on ustanowił wewnątrz
swojej rodziny mafijnej, zwróciła się przeciwko niemu.
Aresztowanie Papieża potwierdziło hipotezę pewnych dochodzeniowców
z Palermo, że ogromna większość poszukiwanych przez policję mężów ho­
noru żyje spokojnie na Sycylii nie odważając się opuścić swoich terytoriów
z lęku przed utratą władzy. Ścigani mężowie honoru lubili szukać schronienia
przede wszystkim na odcinku wybrzeża między Palermo a Cefalu. Przed
aresztowaniem Michele Greca policjanci ujęli już kilkunastu z nich, którzy
schronili się na wsi, niedaleko drogi prowadzącej serpentynami w kierunku
Mesyny.
Musiało stać się coś niesłychanego wewnątrz organizacji Cosa Nostra,
skoro policja zatrzymywała jednego po drugim ze ściganych przez prawo mę­
żów honoru. Dwaj główni sprzymierzeńcy Michele Greca, Giovanni Prestifilip-
po i jego własny syn Giuseppe, zostali schwytani w Termini Immerese,
czterdzieści kilometrów od ich posiadłości w Croceverde. W jakiś czas później
wpadli Francesco Paolo Leggio, kuzyn Luciana, i Giuseppe Alleruzzo, mafijczyk
z klanu katańczyków. Wśród mnożących się aresztowań najważniejsze było
bezsprzecznie zatrzymanie Pietra Yernengo, którego dokonano niespodziewa­
nie w małym porcie Nisida, kiedy fetował on urodziny na pokładzie własnego
jachtu. Yernengo, członek rodziny z Santa Maria di Gesu, po wybuchu wojny
z początkiem lat osiemdziesiątych przeszedł na stronę corleończyków. Ci
ostatni cenili go tym więcej, że był jednym z ojców chrzestnych odpowiedzial­
nych za produkcję narkotyków: przez długie lata kierował jedną z największych
wytwórni heroiny na Sycylii.
Proces w Palermo

Dochodzeniowcy mogli się pochwalić imponującą galerią zatrzymanych, 203


skoro w ciągu kilku miesięcy w szklanych klatkach maksiprocesu znalazło się
kilkunastu ściganych przez prawo mężów honoru. Każdego nowo wprowa­
dzanego na salę pozostali więźniowie serdecznie witali, pytali o zdrowie
i usiłowali dociec, czy nie był maltretowany przez „zbirów” podczas aresz­
towania. Po czym palermitańscy mężowie honoru siadali w swoich klatkach na
ławach, by śledzić rozprawę. Wiedzieli, że klatki są na podsłuchu, toteż unikali
mówienia w nich czegokolwiek poza banałami. Gdyby bowiem głośno i zro­
zumiale formułowali swoje myśli, tajemnice Palermo niewątpliwie zostałyby
niebawem rozwikłane.

TAJEMNICE PALERMO

Podczas wielu miesięcy mafijczycy z Palermo obserwowali postępowanie


ławy przysięgłych borykającej się z zagadkami godnymi powieści kryminalnych
na najwyższym poziomie. Najdziwniejszą ze wszystkich spraw przywoływanych
na maksiprocesie było zamordowanie generała-prefekta Dalia Chiesy, jego żony
i ich przybocznego strażnika dokonane 3 września 1982 roku. Dzieci generała
występujące z oskarżeniem posiłkowym utrzymywały, że został on zamor­
dowany, ponieważ opuścił go Rzym. Syn generała, Nando Dalia Chiesa, posu­
nął się nawet do oskarżenia pewnych dygnitarzy chrześcijańsko-demokratycz-
nych o wydanie wyroku śmierci na jego ojca.
Jeśli ława przysięgłych nie uwikłała się w polemiki, to dlatego, że pod­
czas poszczególnych przesłuchań, jakie prowadziła, jej uwagę przyciągnął sze­
reg niepokojących okoliczności.
Romeo Dalia Chiesa, brat denata, dał do zrozumienia, że mordestwo wią­
zało się z wynikami śledztwa, jakie generał prowadził w sprawie wielkich trans­
akcji dotyczących nielegalnego handlu bronią z Bliskim Wschodem. Jako prezes
Banco di Roma Romeo Dalia Chiesa z tytułu swojego stanowiska doskonale się
orientował w polityczno-przemysłowych tajemnicach republiki. Dlatego też brat
nie wahał się zasięgać jego rady w pewnych wątpliwych dla generała sprawach.
— Niedługo po swej nominacji na stanowisko wicekomendanta karabinie­
rów — wyjaśniał Romeo Dalia Chiesa sądowi — Carlo Alberto przyszedł do
mnie z grubą teczką akt. Pytał mnie o nazwy pewnych przedsiębiorstw
działających w sektorze zbrojeniowym. Mój brat interesował się ludźmi, którzy
służyli pośrednictwem w transakcjach z Bliskim Wschodem. Usiłował dotrzeć
do tych osób, które dysponowały ogromnymi sumami pieniędzy i z reguły
inwestowały je w handel narkotykami.
Zaintrygowany przewodniczący Giordano poprosił wówczas brata genera­
ła Dalia Chiesy o bliższe informacje.
Rozdział dziesiąty

204 — Carlo Alberto stanowczo twierdził — odparł Romeo Dalia Chiesa —


że oba zjawiska wiązały się ze sobą. Pośrednicy w handlu bronią ustanawiali
za granicą bazy finansowe potrzebne do handlu narkotykami.
— Czy pański brat podawał jakieś nazwiska? — spytał przewodniczący
Giordano.
— Tak. Przestrzegał mnie przed składaniem wizyt Adnamowi Kashoggi.
Salę ogarnęło zaskoczenie. Ostatnią rzeczą, jakiej można było się spodzie­
wać w tym procesie, stanowiło wymienienie nazwiska arabskiego miliardera.
— Carlo Alberto wyjaśnił mi, że Kashoggi był obiektem jego dochodzeń —
podjął bankier. — Italo Toni i Graziella De Paoli zjedli w Bejrucie swój ostatni
posiłek z Kashoggim. Ta para włoskich dziennikarzy, którzy zaginęli w Libanie,
wiedziała o nim coś, co go kompromitowało. Mój brat mi mówił, że włoska
dziennikarka nie zgodziła się podporządkować żądaniom tego pana. Toteż ra­
dził mi więcej się z nim nie spotykać.
Dziwnym zbiegiem okoliczności ogromna dokumentacja zgromadzona
przez generała Dalia Chiesę zaginęła gdzieś tajemniczo po jego śmierci. Romeo
Dalia Chiesa całymi miesiącami szukał śladów akt śledztwa rozpoczętego przez
brata. Bez rezultatu. Nikt, jak się zdaje, nie słyszał o tych dokumentach.
Zdarzyło się też coś jeszcze bardziej niepokojącego. Nazajutrz po zamachu,
4 września 1982 roku, Romeo Dalia Chiesa udał się do prefektury w Palermo, by
odebrać rzeczy swojego brata. Po wejściu do jego gabinetu stwierdził, że jest
pusty. Szuflady biurka były do czysta wymiecione, nie znalazł najmniejszego
papierka. Liczył już tylko na zawartość sejfu, lecz nie zdołał znaleźć klucza do
niego. Kiedy po tygodniu ponownie przeszukiwał gabinet, dokonał dziwnego
odkrycia: klucz od sejfu w tajemniczy sposób zjawił się w jednej z szuflad
biurka. Po otwarciu znalazł w sejfie... puste tekturowe pudło.
Nie ulega wątpliwości, że jego zawartość mogłaby wiele powiedzieć
dochodzeniowcom pragnącym zdemaskować cichych wspólników mordu na
generale. Kierowniczka prefektury, dama elegancka i powściągliwa, przypo­
mniała sobie, że generał powiedział w jej obecności do żony: „Jeśli kiedykolwiek
coś mi się stanie, zabierz dokumentację, o której ci mówiłem.” Stąd myśl, że
dokumentacja znajdowała się w tekturowym pudle, nasunęła się dziennika­
rzom w jednej chwili. Pozostawało tylko dociec, kto i kiedy opróżnił sejf.
Również pod tym względem maksiproces przyniósł sporo rewelacji. W noc
zbrodni siedziba prefektury była widownią dziwnych rzeczy. Jedną z nich
stanowiła na przykład obecność byłego ekonomisty, Francesco Bubbeo, w ga­
binecie generała.
Francesco Bubbeo nie powinien był bowiem znajdować się w prefekturze,
gdyż należał do tych funkcjonariuszy, których Dalia Chiesa przeniósł gdzie
indziej po swoim przyjeździe do Palermo. Uczynił tak, jak mówiono, z po­
wodów technicznych, lecz w gruncie rzeczy dlatego że byli oni dobrze widziani
Proces w Palermo

przez mafię. Tymczasem w kilka godzin po zamachu Bubbeo udał się do 205
prefektury na rozkaz szefa gabinetu generała, by wziąć dwa prześcieradła do
przykrycia zwłok. Ciekawe, że potrzebował aż dwóch godzin na ich znalezienie.
Zeznania Francesco Bubbeo przyniosły rozczarowanie. Przewodniczący
Giordano, jakby lękając się własnych domysłów, kiepsko prowadził prze­
słuchanie. Ta powściągliwość wcale nie zdziwiła bacznych obserwatorów
procesu, którzy od samego jego początku twierdzili, że sędzia Giordano
wykazuje zdumiewającą ostrożność. Nie wolno jednak zapominać, że miał
wyjątkowo trudne zadanie. Maksiproces przebiegał w atmosferze ogólnej
obojętności. Co więcej, mafijczycy podnosili głowę i istniało ryzyko, że pro­
ces skończy się totalną klęską państwa włoskiego lub czegoś, co z niego
pozostało.

CZŁOWIEK DEA

Sędziowie i policjanci, którzy z bliska obserwowali przebieg procesu


w Palermo, nie potrafili ukryć swojego pesymizmu. Pewien kierownik z Drug
Enforcement Agency rzekł w prywatnej rozmowie: „W najlepszym razie, jeśli
nawet proces zakończy się ciężkimi wyrokami, wszystko zostanie po staremu,
a jeśli nie, to przegraliśmy przynajmniej decydującą bitwę czy może nawet
wojnę przeciwko organizacji Cosa Nostra.”
Rozpoczęty z gorliwością i entuzjazmem godnym parady wojskowej
maksiproces w rok później jął zakrawać na gigantyczną farsę. Dla palermitań-
czyków nic się nie zmieniło. Gorzej, przekonywali się, że okrucieństwo zabój­
ców mafijnych nie ma granic, skoro pewnego ponurego październikowego dnia
kula dosięgła jedenastoletniego chłopca, Claudia Domino. To krańcowo
okrutne posunięcie miało wywrzeć bezwzględną presję na ojcu Claudia, którego
firma zajmowała się sprzątaniem sali maksiprocesu.
Podczas gdy mafijni zabójcy wznowili działalność począwszy od Bagherii
poprzez Agrygent aż po Mesynę, przygnębieni palermitańczycy asystowali
agonii maksiprocesu. Trzystu adwokatów obrony podjęło rozgrywkę stawiając
na kartę czasu, by uzyskać zwolnienie dla niektórych ze swoich klientów. Prawo
aresztu tymczasowego przewidywało bowiem, że większość zatrzymanych
powinna zostać wypuszczona na wolność, jeśli do maja nie zapadnie żaden
werdykt. Przewrotni adwokaci domagali się zatem, żeby przed sądem odczyta­
no sześćset tysięcy stronic dokumentacji oskarżenia. Akcja spełzła na niczym,
kiedy rząd ogłosił dekret przedłużający tymczasowe aresztowania na czas
niezbędny do podjęcia decyzji zamykających rozprawę.
Tymczasem całe tysiące kilometrów od Palermo pewien człowiek ze
smutkiem obserwował, jak z dnia na dzień to ogromne przedsięwzięcie obraca
Rozdział dziesiąty

206 się wniwecz. Całe swoje życie postawił na maksiproces. Wiedział już teraz, że
organizacji, którą zdradził, nie można było unicestwić jednym ciosem i że
wcześniej czy później mogą go dopaść jego byli przyjaciele. Zrezygnowany
Tommaso Buscetta mimo wszystko uprawiał dalej nowy fach, jaki narzucił mu
tok zdarzeń, fach konfidenta Drug Enforcement Agency.
Nieustannie zmieniając miejsce zamieszkania Tommaso Buscetta objeżdżał
całe właściwie Stany Zjednoczone. Jeśli nie rezydował w bazie wojskowej, to
przebywał w jakiejś kryjówce DEA zagubionej na równinach Middle West, ale
równie dobrze mogło chodzić o Wschodnie Wybrzeże.
Były boss dwóch kontynentów spędzał wolny czas na przyrządzaniu
pastasciutta dla swoich aniołów stróżów lub na rozwiązywaniu krzyżówek.
Agenci federalni przyprowadzali czasem do niego dziennikarzy, którzy przesia­
dywali tam krócej lub dłużej w płonnej nadziei, że wyciągną z niego jakąś
tajemnicę. Miał również do wypełnienia warunki umowy z pewnym wielkim
wydawcą: dość często zjawiał się u niego pewien pisarz wraz ze swoim murzynem,
by pracować nad redagowaniem jego pamiętników.
Agenci Drug Enforcement Agency, którzy stykali się z Tommaso Buscettą,
musieli chyba odczuwać wobec niego coś w rodzaju litości. Ten człowiek wie­
rzył we wszechmogącą organizację, myśleli sobie zapewne funkcjonariusze
DEA, a tymczasem owa organizacja zmasakrowała mu prawie całą rodzinę.
Kiedy Tommaso Buscetta zrozumiał, że Cosa Nostra zdoła się podnieść
mimo wszystkich jego oskarżeń, z pewnością musiał odczuwać głęboką gorycz.
Nie przeszkodziło mu to w dalszym wypełnianiu swojego zadania. Służył
przecież najpotężniejszej z antynarkotykowych policji świata i pragnął w tej roli
pozostawać tak długo, jak tylko to było możliwe. „Dopóki Buscetta będzie
w stanie gnębić mafię, pozostanie mocnym człowiekiem” — tak przynajmniej
uważano w DEA. Były mąż honoru rodziny z Porta Nuova udzielał regularnie
konsultacji różnym sędziom i policjantom z całego świata. W rzadszych
przypadkach DEA godziła się na wypożyczenie go jakiejś policji zagranicznej.
Buscetta brał wówczas swój kij pielgrzymi i otoczony przybocznymi strażni­
kami udawał się, gdzie trzeba, by służyć tym, czym jeszcze dysponował:
zwierzeniami i radą.
Tommaso Buscetta miał prawo widywać czasami żonę i dzieci, izolowane
od niego z oczywistych względów bezpieczeństwa. Dzięki tym chwilom rzad­
kiego szczęścia mógł dalej walczyć. I był pewien, że tak czy inaczej jego rodzina,
przynajmniej ta prawdziwa, którą sobie stworzył, nie potrzebuje się już bać. Co
do reszty sprawdziła się bowiem wróżba autora Lamparta', na Sycylii wszystko
musi się zmienić po to, żeby nic się nie zmieniło.
Aneks
Chronologia

DWADZIEŚCIA PIĘĆ LAT BEZKARNYCH ZBRODNI


LATA PIĘĆDZIESIĄTE

1950. — Tommaso Buscetta od dwóch lat należy do palermitańskiej rodziny


z Porta Nuova. W Palermo rządziło wówczas dwadzieścia rodzin liczących
przeciętnie po trzydziestu żołnierzy. Nigdy mafia nie była potężniejsza. Prze­
śladowana przez faszyzm, zrehabilitowana po desancie sił alianckich w roku
1943, Cosa Nostra kontroluje praktycznie całą zachodnią część wyspy. Udaje się
jej zlikwidować bandytę Salvatore Giuliano, zduszając w zarodku wszystkie
aspiracje separatystyczne. Wierni tradycji ojcowie chrzestni, tacy jak Calogero
Yizzini i Genco Russo, starają się hamować zapędy młodszych i wyzbytych
skrupułów mafijczyków. Mafia, organizacja prowincji wiejskiej, staje się mafią
miast.

25 marca 1958. — Tommaso Buscetta, aresztowany w Palermo za udział


w stowarzyszeniu przestępczym i za przemyt papierosów, zostanie niebawem
zwolniony. Dzięki interwencji pewnego deputowanego otrzyma z powrotem
skonfiskowany mu dowód tożsamości i inne dokumenty.

2 sierpnia 1958. — Na drodze państwowej nr 118, w pobliżu miejsca zwanego San


Isidoro, zostaje zamordowany szef rodziny z Corleone, groźny doktor Michele
Navarra. Jego przypuszczalny zabójca, jeden z zabójców należących do rodziny
z Corleone, Luciano Leggio zwany Liggio, rozpowszechnia o nim później
najokropniejsze opinie.

14 — Calvi
Aneks

210 LATA SZEŚĆDZIESIĄTE


26 grudnia 1962. — Na placu Principe di Campo Reale w Palermo zostaje
zamordowany szef rodziny z dzielnicy Noce, Calcedonio Di Pisa. To morderst­
wo, rezultat napięć w łonie Kopuły, zapoczątkowało „wielką wojnę” mafii.
Uznana za odpowiedzialną za śmierć Di Pisy rodzina z Porta Nuova zostaje
rozwiązana. Tommaso Buscetta już wcześniej wyjechał z kraju.

30 czerwca 1963. — Wybuch samochodu-pułapki rozszarpał w pobliżu Ciaculli


siedmiu karabinierów. Ta masakra, która nastąpiła w wyniku trwającej od
ponad roku wojny gangów, pogrąży mafię w kryzysie bez precedensu. Szef
Kopuły, Salvatore Greco zwany Cicchiteddu (Ptaszek), zrzeka się swojej funkcji,
rozwiązuje zwierzchnią instancję organizacji Cosa Nostra i wyjeżdża z kraju
zaprzestając, jak się zdaje, działalności mafijnej. Mafia jest w stanie zapaści;
słabnie działalność poszczególnych rodzin w Palermo.

10 grudnia 1969. — Masakra przy viale Strasburgo w Palermo wskutek


zbrojnego napadu mafijczyków na biuro inwestora budowlanego Salvatore
Moncado, w której ginie między innymi jeden z najzacieklejszych zabójców
mafijnych, Michele Cavatajo, uważana jest za końcowy akt,,wielkiej wojny” lat
sześćdziesiątych. Cosa Nostra rozpoczyna potem działalność na nowo. Ponow­
nym podjęciem aktywności kieruje triumwirat: SaWatore Riina, człowiek
Luciana Leggio, Stefano Bontate i Gaetano Badalamenti.

LATA SIEDEMDZIESIĄTE

10 września 1970. — Zniknięcie dziennikarza nazwiskiem Mauro De Mauro,


niewątpliwie zamordowanego, gdyż nie odnaleziono nigdy jego ciała. Niemniej
jednak nie zdołano w pełni ustalić motywów; w Palermo mówi się, że dzienni­
karz poniósł śmierć, ponieważ zadał „złe pytanie dobrej osobie”.

5 maja 1971. — Zamordowanie prokuratora republiki w Palermo, Pietra


Scaglione, i jego szofera. Jednym z przypuszczalnych zabójców jest Luciano
Leggio, który — choć nie mógł wtedy chodzić — strzelał z przedniego siedzenia
samochodu.

30 marca 1973. — Leonardo Yitale, mąż honoru rodziny z Altarello, zgłasza się
na policji w Palermo z zamiarem zdradzenia sekretów organizacji Cosa Nostra.
Na swoje nieszczęście zostaje uznany za nienormalnego i umieszczony w za­
kładzie psychiatrycznym. Dopiero w dziesięć lat później wymiar sprawiedliwo­
ści orientuje się, że był to niezwykle ważny i zdrowy na umyśle świadek.
Chronologia

14 maja 1974. — Luciano Leggio zostaje aresztowany w Mediolanie. Za­ 211


nim wyprowadzą go karabinierzy, mówi do swojej ukochanej, która do­
piero wówczas poznaje jego prawdziwe nazwisko, by nie wierzyła w straszne
rzeczy, które o nim przeczyta w gazetach. Po tym aresztowaniu Gaetano
Badalamenti, szef rodziny z Cinisi, zostaje wybrany sekretarzem generalnym
Kopuły.

20 sierpnia 1977. — Na centralnym placu Ficuzzy zostaje zamordowany


pułkownik karabinierów Giuseppe Russo wraz z towarzyszącym mu znajomym
profesorem. Wkrótce zostaje również zlikwidowany policjant Sorino. Te
morderstwa doprowadzają do wewnętrznego rozłamu w łonie Kopuły. Wbrew
zasadom mafii Gaetano Badalamenti nie zostaje jako szef władz zwierzchnich
ani uprzedzony, ani nawet powiadomiony po fakcie o tych egzekucjach, a takie
postępowanie wobec sekretarza generalnego oznacza systematyczne odsuwanie
go od wszelkich decyzji. Niebawem utraci swoją funkcję, a nawet zostanie
wykluczony z organizacji; powody tego posunięcia pozostają jednak w dalszym
ciągu niejasne. Jego miejsce na czele Kopuły zajmuje szef rodziny z Ciaculli,
Michele Greco zwany Papieżem.

30 maja 1978. — O godzinie 7“^* rano zostaje w centrum Palermo zamordowany


szef rodziny z Riesi, Giuseppe Di Cristina. Przeciwstawiając się nowym
metodom działania, jakie organizacji Cosa Nostra narzuca Michele Greco,
i przewidując, co go może spotkać. Di Cristina niedługo przed swoją śmiercią
wyjawia karabinierom pewne sekrety mafii.

26 stycznia 1979. — Zamordowanie dziennikarza Mario Francese, który wpadł


na trop skandalu z zaporą Garcia. Francese odkrył, że tereny, gdzie miano ją
zbudować, wykupili za dwa miliardy lirów mafijczycy, aby potem dostać od
regionu odszkodowanie w wysokości blisko 17 miliardów lirów.

9 marca 1979. — Ginie zamordowany Michele Reina, sekretarz Chrześcijańskiej


Demokracji w Palermo.

11 lipca 1979. — Mecenas Giorgio Ambrosoli zostaje zamordowany w Mediola­


nie jako osoba kierująca likwidacją prywatnego banku włoskiego Michele
Sindony. Adwokat ten usiłował wytropić polityków odpowiedzialnych za
przekształcenie w imperium finansowe banku piorącego brudne pieniądze mafii.
Po krachu swoich banków Michele Sindona zostaje aresztowany i skazany
w Stanach Zjednoczonych, a jego następca, Roberto Calvi, dziwnym trafem
zostaje znaleziony jako wisielec pod jednym z mostów londyńskich.
Aneks

212 21 lipca 1979. — Kule zabójców mafii dosięgają Borisa Giuliano, szefa brygady
antygangowej w Palermo. Ten gorliwy dochodzeniowiec odkrył „sycylijskiego
łącznika” w handlu heroiną. Mord nastąpił tuż po aresztowaniu jednego
z corleońskich zabójców z klanu Luciana Leggio.

2 sierpnia 1979. — Bankier mafii i Watykanu, Michele Sindona, znika z Nowego


Jorku, gdzie prowadził wystawne życie i zajmował apartament w hotelu Pierre.
Za miesiąc miał stanąć przed sądem federalnym na Manhattanie za ogłoszenie
oszukańczego krachu. Jakaś tajemnicza podziemna grupka skrajnej lewicy
przyznaje się do jego porwania. Tymczasem Michele Sindona w istocie pojawia
się na Sycylii, gdzie pertraktuje z głównymi szefami mafii, usiłuje zorganizować
zamach stanu i poddaje się operacji plastycznej, by uprawdopodobnić jego
twierdzenia po zjawieniu się 16 października 1979 w Nowym Jorku, że odniósł
rany postrzałowe. Sindona, skazany w końcu na ponad dziesięć lat więzienia,
w wyniku ekstradycji zostaje wydany Włochom, gdzie jest sądzony za oszukań­
cze bankructwo i zabójstwo z premedytacją.

25 września 1979. — Zostaje zamordowany Cesare Terranova, sędzia, nieza­


leżny deputowany sympatyzujący z partią komunistyczną, członek komisji
antymafijnej. Uśmiercony wraz ze swoim kierowcą i zarazem strażnikiem
przybocznym Terranova miał zamiar rozpocząć w sądzie palermitańskim
kampanię antymafijną na wielką skalę.

27 października 1979. — Zabójstwo Giuseppe Russo, radcy magistratu w Bel-


monte Mezzagano (z ramienia Chrześcijańskiej Demokracji), bulwersuje opinię
publiczną, gdyż okazuje się, że ofiara była osobistym sekretarzem prezesa sądu
prowincji Palermo. Prasa potwierdza, że Russo zginął z przyczyny swoich
sądowniczych koneksji.

LATA OSIEMDZIESIĄTE

6 Stycznia 1980. — Ginie zamordowany prezydent regionu sycylijskiego,


Piersanti Matarella; mord, dokonany w centrum Palermo, elektryzuje miasto.
Mafia nigdy nie odważyła się jeszcze uderzyć w tak znaczącego przywódcę po­
litycznego Chrześcijańskiej Demokracji. W przeciwieństwie do swojego ojca. Ber­
narda Matarelli, Piersanti Matarella należał do niewielkiej grupki w łonie Chrześ­
cijańskiej Demokracji, która nie wahała się krytykować konszachtów swojej
partii z mafią, domagając się uzdrowienia sycylijskiego życia politycznego.

3 maja 1980. — Zostaje zamordowany kapitan karabinierów Emanuele Basile,


który właśnie podjął dochodzenia rozpoczęte przez uśmierconego wcześniej
Chronologia

Borisa Giuliano. Ujęci niemal na miejscu zbrodni mordercy zostaną uniewin- 213
nieni w sądzie pierwszej instancji, po czym zapadnie na nich wyrok skazujący
na skutek apelacji, jednakże zaoczny.

6 sierpnia 1980. — Zostaje zamordowany prokurator republiki w sądzie


palermitańskim, Gaetano Costa. W jakiś czas później szef rodziny z Passo di
Rigano, Salvatore Inzerillo, przechwala się, że morderstwa dokonano na jego
polecenie. Czyni to jedynie dla zademonstrowania swojej siły, gdyż jako członek
Kopuły nie był informowany o pułapkach zastawianych na pewne osobistości
palermitańskie.

13 sierpnia 1980. — Mówi się o wyrównywaniu rachunków w związku


z uśmierceniem Vito Lipariego, chadeckiego burmistrza Castelvetrano.

6 września 1980. — Reąuiescat in pace. Od kul świeckich zabójców ginie


mnich Giacinto (właściwe nazwisko: Stefano Castronovo). Braciszek z klasz­
toru franciszkańskiego w Santa Maria di Gesu, Fra Giacinto, został później
opisany jako strażnik jednego z cmentarzy mafii. W jego celi klasztornej po­
licja znalazła cztery miliony lirów w banknotach o niskich nominałach oraz
pistolet.

23 kwietnia 1981. — Szef rodziny z Santa Maria di Gesu, Stefano Bontate, ginie
zamordowany na obwodnicy Palermo tuż po opuszczeniu domu, gdzie właśnie
świętował czterdzieste trzecie urodziny. Bontate był jednym z dwóch członków
Kopuły, którzy nie kryli swojej wrogości wobec sekretarza generalnego mafii,
Michele Greca.

11 maja 1981. — Od kul swoich byłych kompanów ginie szef rodziny z Passo di
Rigano, Salvatore Inzerillo, który wychodził właśnie od swojej przyjaciółki. Był
on drugim z przeciwników Michele Greca w łonie Kopuły.

25 czerwca 1981. — SaWatore Contorno, jeden z żołnierzy rodziny w Santa


Maria di Gesu, wierny pamięci Stefana Bontate, w porę ucieka z miejsca
nieudanego zamachu, który na niego szykowano w dzielnicy Brancaccio. Prawo
milczenia obowiązuje i dochodzeniowcy nie znajdą żadnych świadków na
miejscu strzelaniny, choć nastąpiła ona w nader ludnej części miasta i w go­
dzinach szczytu. W tym czasie niemal codziennie dochodzi w Palermo do
jakiegoś morderstwa.

10 września 1981. W Palermo ginie zamordowany Vito Jevolella, sierżant


karabinierów.
Aneks

214 30 kwietnia 1982. — Zostaje zamordowany poseł komunistyczny Pio La Torre,


ponieważ zainicjował parlamentarny projekt ustawy nakazującej konfiskatę
dóbr wszystkich przyjaciół, wspólników i członków organizacji Cosa Nostra.
Mord ten nie powstrzymał parlamentu przed uchwaleniem powyższej ustawy.
Razem z La Torre zginął jego szofer, Rosario Di Salvo.

16 czerwca 1982. — Serią z kałasznikowa zmasakrowano na obwodnicy


Palermo pięciu karabinierów oraz eskortowanego przez nich więźnia. Głów­
nym celem zabójców był właśnie ów więzień, Alfio Ferlito, zastępca szefa
rodziny z Katanii. Uśmiercono go na rozkaz owego szefa, Nitto Santa-
paoli.

11 sierpnia 1982. — Ginie doktor Paolo Giaccone, lekarz sądowy przy try­
bunale w Palermo, gdyż zidentyfikował odciski palców jednego z zabójców
z klanu Filippa Marchese pozostawione na miejscu zbrodni.

3 września 1982. — Zostaje zamordowany wraz z żoną i szoferem generał Carlo


Alberto Dalia Chiesa. Ten były przywódca walki z terrorystami objął przed
stoma (symbolicznymi) dniami antymafijną prefekturę w Palermo, co właśnie
świętował. Zamachu dokonano, kiedy po uroczystości generał Dalia Chiesa,
który otwarcie skarżył się, że Rzym go opuścił, przejeżdżał ulicami wraz z żoną
w zwykłym samochodzie, podczas gdy jego szofer i zarazem strażnik przyboczny
jechał za nimi opancerzonym wozem przeznaczonym do zapewnienia prefek­
towi bezpieczeństwa.

14 listopada 1982. — Zamordowanie agenta policji Calogero Zucchetto. Został


on zastrzelony, gdyż spowodował aresztowanie mężów honoru, z którymi od lat
pozostawał w zażyłych stosunkach.

25 stycznia 1983. — Zamordowanie zastępcy prokuratora republiki w Trapani,


Giacomo Ciaccio Montalto. Aby zatrzeć wszelkie ślady, mocodawcy zabójców
uśmiercają pięciu ludzi użytych do przeprowadzenia akcji już po ich przybyciu
do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieli zamiar uciec.

13 czerwca 1983. — Zostaje zamordowany kapitan karabinierów Mario D’Aleo,


komendant posterunku w Monreale.

28 lipca 1983. — Aby zgładzić dziekana zespołu sędziów śledczych w Palermo,


consigliere Rocco Chinnici, Cosa Nostra posługuje się samochodem-pułapką
z pięćdziesięcioma kilogramami trotylu. Wskutek wybuchu ginie pięć osób:
consigliere, trzech jego strażników przybocznych i dozorca.
Chronologia

5 stycznia 1984. — W Katanii ginie zamordowany Giuseppe Fava, dziennikarz 215


i pisarz. Jako dyrektor periodyku „I Siciliani” poświęcił on swoje życie
prawdziwej krucjacie antymafijnej.

26 czerwca 1984. — W Turynie ginie zamordowany zastępca prokuratora


republiki, doktor Bruno Caccia, który prowadził dochodzenie dotyczące
rozgałęzień rodziny mafijnej z Katanii na północy Półwyspu.

10 lipca 1984. — Tommaso Buscetta, aresztowany w Brazylii, zostaje depor­


towany do Włoch. W Palermo uśmiercono już około dziesięciu jego krewnych.
Buscetta w odwecie postanawia ujawnić sekrety swojej organizacji włoskiemu
wymiarowi sprawiedliwości. Zeznania „skruszonego” mafijczyka, które zaczął
składać 16 lipca, będą trwać ponad miesiąc i wstrząsną podstawami mafii.

7 sierpnia 1984. — Zastępca prokuratora republiki w Trapani Antonio Costa


zostaje aresztowany pod zarzutem korupcji. Prasa oskarża go o przynależność
do mafii. Policja znajduje w jego domu dziesiątki milionów lirów w banknotach
o niskich nominałach oraz trzy sztuki broni palnej, z których jedna, wyposażona
w tłumik, miała spiłowany numer rejestracyjny.

18 września 1984. — W Bagherii zostaje zamordowany senator Ignazio Mineo,


wysoki urzędnik ministerstwa finansów. W dwadzieścia dni później w tej samej
miejscowości zostanie zabity jego sekretarz, Salvatore Prezentano, funk­
cjonariusz dyrekcji prowincjonalnej skarbu.

29 września 1984. — Wielka obława w Palermo, sukces policji i sędziów w walce


z mafią. Według Tommaso Buscetty w całym mieście (podzielonym na kwadraty
operacyjne) trzy tysiące policjantów spodziewało się zatrzymać blisko trzystu
mafijczyków. Rezultat nie był jednak nadzwyczajny: do więzień na północy
Włoch wysłano ledwie kilka dziesiątków mężów honoru, aparat śledczy
dysponuje jednak odtąd szczegółowym schematem organizacyjnym mafii i na tej
podstawie łatwiej mu rozwikłać wiele tajemnic Palermo.

3 października 1984. — Większość byłych burmistrzów Palermo zeznaje przed


antymafijną komisją parlamentu włoskiego.

18 października 1984. — Masakra w Palermo: policja znajduje w pewnej stajni


przy piazza Scaffa ciała ośmiu zastrzelonych młodych ludzi. Za tym bez­
precedensowym aktem wyrównywania rachunków stoi z pewnością szef rodzi­
ny z Katanii, Nitto Santapaola. Młodzieńców uśmiercono, gdyż bez jego
zezwolenia usiłowali odsprzedać koninę.
Aneks

216 3 listopada 1984. — Vito Ciancimino, były burmistrz Palermo, zostaje aresz­
towany. Przez bez mała ćwierć wieku był jednym z głównych przywódców
Chrześcijańskiej Demokracji, a zarazem groźnym aferzystą odpowiedzialnym
między innymi za budowlane transakcje potentatów mafijnych w Palermo. Jego
imperium sięgało aż do Kanady.

12 listopada 1984. — W Palermo zostają aresztowani kuzyni Ignazio i Nino


Salvo, dwaj najpotężniejsi ludzie na Sycylii, byli poborcy podatkowi. Kuzyni
Salvo otrzymywali 6% od sum przekazywanych na rzecz państwa włoskiego.
Znani byli pod przydomkiem Wicekrólów i wchodzili w skład establishmentu
politycznego wyspy. Według Tommaso Buscetty obaj byli członkami rodziny
z Salemi.

18 listopada 1984. — W Palermo popełnia samobójstwo Rosario Nicoletti, były


sekretarz Chrześcijańskiej Demokracji, deputowany do parlamentu ze swojego
regionu. Nicoletti załamał się w wyniku oskarżeń o konszachty z mafią.

23 lutego 1985. — Ośmioosobowa banda zabija w Palermo przemysłowca


Roberto Parisiego i jego kierowcę. Kapitan lokalnej drużyny piłki nożnej,
wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Przemysłowców Palermo, Parisi zawdzię­
czał swoją fortunę przetargom komunalnym w Palermo.

28 lutego 1985. — Piętro Patti, przemysłowiec palermitański, który odmówił


zapłacenia pół miliarda lirów za mafijną „ochronę”, zostaje zamordowany.
Jego dziewięcioletnia córka Gaia, która w chwili zamachu znajdowała się przy
ojcu, jest ciężko ranna.

30 marca 1985. — W Rzymie policjanci aresztują szefa rodziny z Porta Nuova,


Pippa Caló. W jego mieszkaniu policja znajduje siedem kilogramów czystej
heroiny i liczne ładunki wybuchowe (trotyl). Pippo Caló miał w Rzymie
jedenaście mieszkań, a poza tym jeszcze trzy inne w Porta Rotondo na Sardynii,
jak również trzy wille na prowincji. „Ambasador” Cosa Nostra w Rzymie, Pip­
po Caló, miał powiązania ze skrajnie prawicowymi grupami terrorystycznymi,
bandami neapolitańskiej camorry i z większością aferzystów rzymskich; jego
nazwisko wiązano ze sprawą śmierci bankiera Calvi.

2 kwietnia 1985. — Trapani. W czasie przejazdu opancerzonego samochodu


prokuratora republiki, Carla Palermo, wybucha bomba z pięćdziesięcioma
kilogramami plastiku. Palermo cudem uchodzi z życiem. Podmuch eksplozji
uśmierca przechodzącą przypadkowo w pobliżu kobietę z bliźniętami. Car-
lo Palermo, jeszcze jako sędzia w Trydencie, prowadził niedługo przedtem
Chronologia

śledztwo w sprawie jednej z poważniejszych afer związanych z handlem bronią 217


i narkotykami. Niedługo po przybyciu do Trapani wpadł na trop jednej
z ostatnich działających jeszcze wytwórni heroiny na Sycylii. Z pewnością
właśnie dlatego mafia starała się go zlikwidować. W kilka dni po nieudanym
zamachu Palermo podpisał nakaz aresztowania jednego z najbogatszych
agentów handlu nieruchomościami w Katanii.

28 lipca 1985. — Porticello. Ginie zamordowany komisarz Giuseppe Montana,


szef brygady tzw. catturangi, mających lokalizować i chwytać ściganych przez
prawo mafijczyków, których na Sycylii żyło w podziemiu około ośmiuset.

6 sierpnia 1985. — Dwieście kul z kałasznikowa uśmierca zastępcę dowódcy


lotnej brygady w Palermo, Antonina Cassara, oraz eskortującego go funkc­
jonariusza. W następnych dniach ponad połowa członków antygangowej
brygady w Palermo domaga się przeniesienia poza wyspę i w rezultacie je
uzyskuje.

2 października 1985. — Uwięziony w Rzymie szef rodziny z Porta Nuova,


Pippo Caló, zostaje oskarżony o udział w zamachu na pociąg nr 904 z 23 grud­
nia ł984; zginęło wówczas, jak wspomnieliśmy, szesnaście osób, a ponad
dwieście zostało ciężko rannych. Operację tę Pippo Caló przeprowadził wspól­
nie z szajką neofaszystowską, grupą członków camorry i pewnym deputowanym
skrajnie prawicowej MSI.

30 października 1985. — Nowy Jork. Tommaso Buscetta jako świadek


oskarżenia staje przed sądem federalnym na Manhattanie podczas procesu
„Pizza Connection” dotyczącego handlu wielu tonami heroiny w Stanach
Zjednoczonych. Główny oskarżony, Gaetano Badalamenti, udawał, że nie zna
swego byłego przyjaciela, który stał się jego głównym oskarżycielem. Badala­
menti nie mógł się powstrzymać od parsknięcia śmiechem, kiedy Buscetta
odpowiadając na jakieś pytanie prokuratora stwierdził: „Celem przywrócenia
członkostwa mafii nie trzeba wypełniać żadnych formularzy!” Po raz pierwszy
palermitański mąż honoru tego formatu co Buscetta zgodził się zeznawać przed
sądem przeciwko swoim byłym przyjaciołom. W zamian miał otrzymać obywa­
telstwo amerykańskie i wybaczenie popełnionych przestępstw.

8 listopada 1985. — Antymafijny sztab sędziów śledczych wytacza proces


czterystu siedemdziesięciu czterem mężom honoru. Dokumentacja dochodze­
niowa liczy ponad sześćset tysięcy stron, a akt oskarżenia — osiem tysięcy.
Śledztwo opiera się na zeznaniach Tommaso Buscetty, Salvatore Contorna
i dwudziestu trzech innych „skruszonych” mafijczyków. Powołano specjalny
15 — Calvi
Aneks

218 skład sędziowski do przeprowadzenia procesu-rzeki, którego rozpoczęcie prze­


widziano na początek roku 1986. Nastąpił kres złotego wieku organizacji
Cosa N ostra.

10 lutego 1986. — Początek maksiprocesu przeciwko organizacji o nazwie Cosa


Nostra. Przed sądem w Palermo stają więźniowie umieszczeni w trzydziestu
klatkach. Broni ich trzystu adwokatów.

17 lutego 1986. — W Termini Immerese zostają aresztowani Giovanni Pre-


stifilippo i jego syn Giuseppe. Są to członkowie rodziny z Ciaculli, kuzyni
Michele Greca.

20 lutego 1986. — Aresztowanie Michele Greca. Oskarżony przez Buscettę


i Contoma o kierowanie Kopułą, Greco ukrywał się pięćdziesiąt kilometrów od
Palermo w małym domu pośród oliwek i migdałowców Caccamo.

5 marca 1986. — W poczekalni lotniska palermitańskiego zostaje aresztowany


Nicola Rao, wulkanizator, który usiłował przewieźć do Nowego Jorku trzy
kilogramy heroiny. Z podobnym ładunkiem zostanie wkrótce zatrzymany na
nowojorskim lotnisku inny palermitanin. Dochodzeniowcy oświadczają, źe na
razie zdołano zniszczyć tylko niewielką część wytwórni heroiny związanych
z „łącznikiem sycylijskim”.

7 marca 1986. — Ława przysięgłych skazuje w Mediolanie Michele Sindonę na


karę dożywotniego więzienia za zamordowanie adwokata Giorgio Ambrosoli.
Obrońcy Sindony składają apelację. Bankier mafii i Watykanu odgraża się pu­
blicznie, że w razie czego skompromituje swoich byłych przyjaciół politycznych.

20 marca 1986. — Michele Sindona, przebywający w więzieniu specjalnym


w miejscowości Yoghera, pije ostatnią kawę swojego życia. Zostaje otruty
cyjankiem, mimo że administracja więzienna zastosowała nadzwyczajne środki
ostrożności dla zapewnienia mu bezpieczeństwa; umieszczono go w izolatce
więzienia dla kobiet i obserwowano za pośrednictwem wideo dwadzieścia cztery
godziny na dobę. Dzienniki przypomniały nazajutrz, że jeszcze niedawno
chrześcijańsko-demokratyczny minister Giulio Andreotti sławił go publicznie
jako bankiera, który uratował lira.

21 marca 1986. — Sycylię ogarniają zamieszki na wieść, że rząd postanowił


położyć kres dzikiemu budownictwu mieszkaniowemu. Najsilniej protestowano
w osadach kontrolowanych przez mafię. Rozruchy tak zwanych abusivi trwały
kilkanaście dni.
Chronologia

2 kwietnia 1986. — Tommaso Buscetta i Sa!vatore Contomo przyjeżdżają 219


na maksiproces. Przybywają ze Stanów Zjednoczonych eskortowani przez
dziesiątki policjantów. Obaj „skruszeni” mężowie honoru stają przed sądem
w Palermo w roli głównych oskarżycieli swoich byłych kompanów.

17 kwietnia 1986. — W Mazzarino (okręg Caltanisetta) ginie zamordowany


Giovanni Scarapulli, chadecki radca miejski.

6 maja 1986. — Po rozpoczęciu w Mesynie maksiprocesu przeciwko dwustu


mafijczykom zostaje zamordowany jeden z ich obrońców, adwokat Nino
D’Uva. Proces mesyński stanie się pretekstem do załatwienia licznych pora­
chunków.

3 czerwca 1986. — Poruszenie w Palermo, gdyż sąd kasacyjny anulował wyrok


skazujący na karę dożywotniego więzienia Michele Greca jako odpowiedzial­
nego za zamordowanie consigliere Chinnici i czterech innych osób. Sąd
kasacyjny uznał, że w zbyt wielkiej mierze uwierzono oskarżeniom „skruszo­
nych”.

30 czerwca 1986. — Na swoim jachcie zostaje aresztowany pod Neapolem


Piętro Yemengo, najpotężniejszy ze wszystkich ojców chrzestnych produkują­
cych narkotyki. Natychmiast po przewiezieniu go do Palermo staje przed
sędziami maksiprocesu.

3 lipca 1986. — Zwrot akcji na scenie palermitańskiej: aresztowanie policjanta.


Nie podano jego nazwiska, lecz wiadomo, że był agentem do specjalnych
poruczeń, jak nadzór nad członkami mafii i eskorta ważnych osobistości.
Gazety donoszą, że dostarczał informacji mafijnym zabójcom przed zamor­
dowaniem dwóch jego zwierzchników, Giuseppe Montany i Antonia Cassara.

11 lipca 1986. — Były burmistrz Palermo, Salvatore Mantione, zostaje


aresztowany pod zarzutem korupcji.

22 lipca 1986. — Uniewinniając Luciana Leggio, sąd z Reggio di Calabria


kwestionuje zeznania Tommaso Buscetty. Był on jako świadek oskarżenia
przesłuchiwany przez sąd z Reggio, który sądził Leggia za udział w zamor­
dowaniu sędziego Terranovy.

17 sierpnia 1986. — Sędziowie śledczy w Palermo zażądali ponownego


postawienia przed sądem blisko stu mafijczyków za handel bronią i nar­
kotykami.
Aneks

220 10 września 1986. Zamieszki w Palermo pod pretekstem afery futbolo-


wej.

22 września 1986. — Masakra w Porto Empedocle (Agrygent); sześć osób ginie


w kawiarni wskutek porachunków między dwiema rywalizującymi rodzinami
mafijnymi.

23 września 1986. — Sędziowie w Palermo odgrzebują dokumenty sprawy


Mauro De Mauro. Dziennikarz ów został zabity we wrześniu 1970 roku,
ponieważ, jak się okazuje, odkrył, iż Cosa Nostra skłaniała się do wzięcia
udziału w planowanym przez księcia Borghese zamachu stanu.

8 października 1986. — Wstrząsająca tragedia w dzielnicy ludowej; jedenasto­


letni chłopiec, Claudio Domino, zostaje zastrzelony jakby był dorosłym. Za­
bójca jechał na motocyklu. Mówi się o zbrodni mafijnej. Przedsiębiorstwo ojca
zabitego dziecka zajmowało się sprzątaniem sali sądowej bunkra; prawdopodob­
nie mafijczycy chcieli skorzystać z jego usług i spotkali się z odmową. Nazajutrz
mężowie honoru zaprzeczali ze swoich klatek, jakoby mieli z tym coś wspól­
nego. W jakiś czas potem policja zatrzymała Giuseppe Gambino, szefa rodziny
w dzielnicy San Lorenzo, gdzie zabito małego Claudia.

24 października 1986. —Adwokaci mafijczyków sądzonych w Palermo domaga­


ją się odczytania na głos sześciuset tysięcy stron dokumentacji oskarżenia.
Wiedzą, że ich życzenia nie można spełnić (zajęłoby to ponad siedem lat), ale
grają na zwłokę w nadziei uzyskania dla niektórych ze swoich klientów
prowizorycznej wolności. Sprawę rozstrzyga rząd, przedłużając termin tym­
czasowego aresztowania mężów honoru.

27 października 1986. — Konsternacja na maksiprocesie. Yincenzo Sina-


gra, jeden z głównych „skruszonych”, oświadcza niespodziewanie: „Wszy­
stko to wymyśliłem, żeby wyjść z więzienia.” W tydzień później Sinagra
tłumaczy się ze swoich obaw; „Wycofałem zeznania, bo moja «rodzina» mi
groziła.”

28 października 1986. — Podczas procesu przeciwko organizacji Cosa Nostra


w Agrygencie stary boss Paolo Campo (dziewięćdziesięciosześcioletni) oświad­
cza: „Urodziłem się jako mafijczyk i jako mafijczyk umrę.”

4 listopada 1986. — W Palermo zostaje aresztowany syn hrabiego Cassiny,


najpotężniejszy przemysłowiec w mieście. Duilio Cassina był od jakiegoś czasu
poszukiwany z powodu afery z fałszywymi fakturami.
Chronologia

10 listopada 1986. — Ława przysięgłych w Palermo nie daje wiary „skru­ 221
szonym”, którzy oskarżają kilkunastu bossów mafijnych o masakrę; 18 paź­
dziernika 1984 roku zginęło w niej ośmiu młodych ludzi. Uniewinnienie
mafijczyków nie przynosi nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie dla dalszego
przebiegu maksiprocesu, którego sesje toczą się dalej w atmosferze ogólnej
obojętności.
źródła

Kronika przedstawionych wyżej wydarzeń opiera się na dziesięciu bez mała


latach zbierania danych podczas pracy reporterskiej, którą prowadziłem na
Sycylii zarówno z racji obowiązków zawodowych, jak i zainteresowań osobis­
tych. Poza faktami zaczerpniętymi z prasy, zwłaszcza z sycylijskiego dziennika
„Ora”, oraz zebranymi przeze mnie osobiście świadectwami tekst uwzględnia
głównie następujące dokumenty:
— protokoły rozmaitych przesłuchań Tommaso Buscetty zgromadzone
przez licznych sędziów włoskich między 16 łipca a 10 listopada 1984 roku, jak
też jego zeznania przed sądem federalnym na Manhattanie w listopadzie 1985
roku (349 stron maszynopisu);
— protokoły przesłuchań Salvatore Contorna w dniach od ł paździer­
nika 1984 roku do 19 czerwca 1985 roku, włączając w to oświadczenia,
jakie zechciał on złożyć wobec władz amerykańskich reprezentowanych
przez adwokata Richarda Martina, agentów FBI Carmine Russo i Charleya
Rooneya oraz funkcjonariuszy DEA, Tony Petrucciego i Raya Kubyra (249
stron);
— protokoły przesłuchań Yincenzo Sinagry w dniach od 12 listopada 1983
do 12 lutego 1985 (275 stron po większej części rękopisu);
— protokoły przesłuchań Stefano Calzetty w dniach od 12 marca 1983
roku do 29 stycznia 1985 (236 stron);
Korzystałem też między innymi z następujących dokumentów sądo­
wych:
— akta zebrane przez prokuratora republiki w Palermo 27 czerwca 1985
roku przeciwko ośmiuset mężom honoru z Michele Greco włącznie (3127 stron
maszynopisu);
— akt oskarżenia wyżej wymienionych mężów honoru podpisany przez
sztab palermitańskich sędziów śledczych (8636 stron);
— decyzje sędziów śledczych i prokuratora Palermo dotyczące procesu
rodziny mafijnej Inzerillo—Spatola z roku 1979 (1056-1-361 stron);
— akt oskarżenia Gerlanda Alberti 28 lipca 1982 roku przez sędziego
Barille (42 strony);
— akta zebrane przez prokuratora republiki w Palermo przeciwko rodzi­
nie Mafara z 2 lipca 1982 roku (59 stron);
— trzy orzeczenia zredagowane przez sędziego w Palermo dotyczące
handlu bronią i heroiną w basenie Morza Śródziemnego (w sumie ponad 10 000
stron maszynopisu);
źródła

— raport zwany raportem o stu sześćdziesięciu dwu, zredagowany przez 223


różne sekcje policji palermitańskiej, który dotyczy stanu organizacji Cosa
Nostra, z datą 13 lipca 1982 roku (170 stron);
— integralny tekst sprawozdania parlamentarnej komisji badań nad
zjawiskiem mafii wydany w trzech tomach przez oficynę Cooperativa Scrittori
w maju 1973 roku.
Pomocne okazały się również niektóre z trzydziestu tomów dokumentów
zebranych i opublikowanych przez komisję dochodzeniową; publikacje te
dysponują bogatym materiałem, nader trudnym jednak do wykorzystania ze
względu na brak opracowania edytorskiego (indeks, rejestry, spisy rzeczy).
BIBLIOGRAFIA

1. ESEJE NA TEMAT MAFII

Henner Hesse, Mafia, Zentrale H errschaft m d lokale G egenm acht, JCB Mohr, Tiibingen 1970.
Paradoksalnie właśnie Niemcowi, i to w dodatku profesorowi kryminologii, zawdzięczamy
najlepszą do dzisiaj pracę faktograficzną na ten temat; na włoski przełożona została w roku
ł973. Od aspektów etymologicznych słowa „mafia” aż po skrupulatne opracowanie mafij­
nych obyczajów i struktury poszczególnych modeli przegrupowań społecznych, wszystko w tym
doskonałym dziele zostało świetnie opisane w sposób przypominający badania E.J. Hobsbaw-
ma poświęcone bandytyzmowi.
Pino Arlachi, La M afia im prenditrice, II Mulino, Bologna 1983.
Studium uniwersyteckie na temat kapitalizmu mafijnego pióra socjologa kalabryjskiego.
Michele Pantaleone, M afia e politica, Einaudi, Torino 1962.
Trafna synteza ówczesnej wiedzy o mafii.
M afia e potere politico, Editori Riuniti, Roma 1976.
Raporty poszczególnych sycylijskich federacji włoskiej partii komunistycznej przedstawione
parlamentarnej komisji do badań nad zjawiskiem mafii.
Orazio Barrese, I C om plici, Feltrinelli, Milano 1973.
Historia antymafijnej komisji parlamentarnej w latach 1948—1973.

2. SPRAWA DALLA CHIESY

Nando Dalia Chiesa, M eurtre im parfait. Liana Levi, Paris 1984.


Świadectwo syna generała Dalia Chiesy. Dokument pozwalający zrozumieć izolację, w jakiej
się znalazł antymafijny prefekt Palermo.
Marco Nese, Ettore Serio, II generale D alia C hiesa, ADN Kronos, Roma 1982.
Dzieło okohcznościowe.
M orte di m generale (praca zbiorowa), Arnoldo Mondadori, Milano 1982.
Zbiór artykułów, po części bardzo interesujących, na temat zamordowania generała DaUa
Chiesy, a także na temat mafii, narkotyków, władzy politycznej.

3. MONOGRAFIE

Lucio Galuzzo, Tom m aso Buscetta, Musumeci Editore, Aosta 1984.


Dzieło okolicznościowe napisane przez rasowego dziennikarza.
Marco Nese, N el segno della M afia, Rizzoli, Milano 1975.
Saga Luciana Leggio opowiedziana przez dziennikarza.
Arrigo Petacco, Joe Petrosino, Mondadori, Milano 1972.
O zamordowaniu policjanta amerykańskiego, który przybył w roku 1909 do Palermo
z zamiarem przeprowadzenia śledztwa.
Arrigo Petacco, U Prefetto di ferro, Mondadori, Milano 1975.
Historia Cesare Mori, którego Mussolini wyznaczył do walki z mafią, i co z tego wynikło.

4. DOKUMENTY NA TEMAT MAFII WŁOSKO-AMERYKANSKIEJ


Gay Talese, H onor Thy Fałher, New York 1971.
Saga rodu Bonanno błyskotliwie zrelacjonowana przez utalentowanego dziennikarza.
Bibliografia

Joseph Bonanno, A M an of H onour, Andre Deutch, London 1983. 225


Autobiografia ojca chrzestnego zwanego Joe Bananas. Rozczarowujące.
Rodney Campbell, The Luciano Project, New York 1978 i (po włosku) Milano 1978.
Tajne porozumienie pomiędzy mafią a marynarką Stanów Zjednoczonych podczas drugiej
wojny światowej. Pasjonujące.
Ovid Demaris, The Last M afioso, Times Books, New York 1981.
Wyznania Jimmy’ego Frattiano, żołnierza mafii. Budujące.
Yincente Teresa, M y Life in the M afia, wyd. ang. 1974.
Autobiografia.
Francis A.J. Janni, A Fam ily Business, 1972.
Więzy pokrewieństwa i społeczna kontrola w nowojorskim świecie zorganizowanej zbrodni.
Niemal etnologiczne studium pewnej mafijnej rodziny amerykańskiej, która swego czasu
wypisała morze atramentu.
Antoinette Giancana, Thomas C. Renner, K siężniczka m afii. Warszawa 1993.
Wspomnienia córki pewnego ojca chrzestnego. Zabawne.

5. ESEJE NA TEMAT MAFII I ŚWIATA FINANSJERY


Luigi Di Fonzo, St. Peter’s Banker, M ichele Sindona, Edinburgh 1983.
Pasjonujący portret człowieka, zwanego bankierem mafii i Watykanu.
Lombard, Soldi trucati, Feltrinelli, Milano 1980.
Sekrety systemu Sindony.
Paolo Paneria, Maurizio De Luca, // C rack, Mondadori, Milano 1975.
Sindona, Chrześcijańska Demokracja, Watykan i inni przyjaciele.
Richard Hammer, The Yatican C onnection, New York 1982.
Jak Watykan zaapelował do mafii, by ratowała jego finanse.
David Yallop, Au nom de D ieu, Christian Bourgois, Paris 1984.
Stosunki między Kościołem a mafią.
Rupert Comwell, G od’s Banker, Gollancz, London 1983.
Życie i śmierć Roberto Calviego, następcy Michele Sindony.
Leo Sisti, Gianfranco Modolo, II Banco paga, Mondadori, Milano 1982.
Roberto Calvi i przygoda banku Ambrosiano.
Larry Gurwin, The C alvi Affair, Pan Books, London 1983.
Śmierć bankiera.
Gianfranco Piazzesi, Sandra Bonsanti, La Storia di Roberto C ahi, Longanesi, Milano
1984.
Giorgio Pisano, L’om icidio C ahi, Grandi Edizioni Italiani, Milano 1985.
Dochodzenie skrajnie prawicowego senatora, członka parlamentarnej komisji do badań
w sprawie Loży P.2, poprzedzone zeznaniami wdowy po Roberto Calvim przed londyńskim
sądem. Dokumenty pasjonujące i niekiedy wręcz wstrząsające.

6. POWIEŚCI

Leonardo Sciascia, D zień puszczyka. Warszawa 1967.


Jedna z najświetniejszych powieści na tematy mafijne. Sugestywny obraz prowincji sycylijskiej
i organizacji Cosa Nostra.
Leonardo Sciascia, K ażdem u co m u się należy (od m afii). Warszawa 1979.
W tym kryminale nie pozbawionym akcentów wolteriańskiej powiastki filozoficznej Sciascia
odmalowuje z całym okrucieństwem życie sycylijskiego miasteczka.
Aneks

226 Leonardo Sciasda, Le parrocchie di Regalpetra, Einaudi, Torino 1967.


Bulwersujące świadectwo codziennego życia w małym miasteczku sycylijskim na początku lat
pięćdziesiątych.
Leonardo Sciascia, K ontekst, Warszawa 1978.
Trzeba koniecznie przeczytać tę powieść-bajkę napisaną niezwykle zwięzłym stylem, jeśli chce
się zrozumieć meandry włoskiej polityki i zagrażającej jej „sycylianizacji”.
Leonardo Sciascia, U m arę colore del vino, Einaudi, Torino 1973.
Wśród jędrnych opowiadań składających się na tę książkę z zachwytem czyta się nowelę
Filologia, gdzie mamy do czynienia z pewnym bossem i jego podwładnym, prowadzącymi nader
instruktywną rozmowę.
Leonardo Sciascia, I M afiosi, Einaudi, Torino 1976.
Sztuka teatralna ukazująca, jak mafia infiltrowała struktury republiki włoskiej i przyczyniła się
do upadku Burbonów.
Leonardo Sciascia, N oir sur noir, Lettres Nouvelles-Maurice Nadeau, Paris 1981.
Rodzaj dziennika pisarza, który swoim kwaśno-słodkim stylem przypomina miejscami Journal
Jules’a Renarda.

Żeby lepiej zrozumieć złożoność fenomenu sycylijskiego, warto przeczytać następujące prace:

Leonardo Sciascia, O cchio di capra, Einaudi, Torino 1984.


Leonardo Sciascia, C andide, Lettres Nouvelles-Maurice Nadeau, Paris 1978.
Leonardo Sciascia, La Sidle com m e m etaphore, Mondadori/Stock, Milano/Paris 1979.
Leonardo Sciascia, I pugnalatori, Einaudi, Torino 1977.
Yitaliano Brancati, O pere com plete.
Gesualdo BufTalino, D iceria deW untore, Sellerio, Palermo 1981.
Yincenzo Consolo, Le sourire du m arin inconnu, Grasset, Paris 1980.
Matteo Collura, Associazione indigenti, Einaudi, Torino 1979.
Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Lam part.
Federico de Roberto, / Vicere, Garzanti, Milano 1956.
Denis Mack Smith, A H istory of Sidly, Chatto and Windus, London 1968.
Podziękowania

Spośród wszystkich osób, które zechciały mi przyjść z pomocą, pragnąłbym wyra­


zić szczególną wdzięczność grupie sędziów śledczych trybunału w Palermo, która pod
kierownictwem dottore Giovanniego Falcone przedsięwzięła antymafijną krucjatę tym
bardziej godną szacunku, że funkcjonariusze ci angażują się w nią z uszczerbkiem dla
swojego życia prywatnego, a nawet z narażeniem życia w ogóle. Niech mi będzie wolno
podziękować sędziemu Paolo Borsellino za cierpliwość i uprzejmość, jakie mi okazywał
odpowiadając na pytania. Również długie rozmowy z innymi przedstawicielami wymiaru
sprawiedUwości pozwoliły mi dopełnić zakres moich poszukiwań. Z wszystkich osób
spotkanych w trakcie zbierania materiałów do tej książki kompetencją, oddaniem,
a także ludzkim ciepłem zrobił na mnie niewątpliwie największe wrażenie consigliere
Rocco Chinnici, okrutiue, jak wiemy, zamordowany 29 lipca 1983. Ta książka została
zadedykowana jego pamięci.
Moje materiały byłyby mepełne, gdybym nie próbował dotrzeć do tych, którzy
w mniejszym lub większym stopniu utrzymują się dzięki mafii. Chociaż nie dane mi
było osobiście spotkać ludzi otwarcie przyznających się do przynależności mafijnej, to
jednak mogłem się otrzeć o niejednego członka organizacji Cosa Nostra podczas mych
niezliczonych pobytów w Palermo w charakterze reportera, przez pięć lat realizującego
materiały zarówno dla pierwszego kanału Telewizji Francuskiej, jak też, w formie
pisenmej, dla dzienników i czasopism takich jak „Le Matin de Paris”, „Liberation”
i „Lui”. Poza tym przeprowadzając najprzeróżniejsze wywiady z osobami, które obra­
cały się lub w dalszym ciągu obracają w środowiskach nuędzynarodowego handlu
narkotykami i bronią, udało mi się w jakimś stopniu przeniknąć interesującą mnie,
a nader nieprzystępną rzeczywistość.
Moją pracę zechcieli mi ułatwić pewni adwokaci mafii, toteż wypada mi po­
dziękować między innymi mecenasowi Francesco Mussotto, sycylijskiemu deputowane­
mu, jak również mecenasowi Farina. Podczas zbierania materiałów miałem sposobność
niejednokrotnie spotkać adwokata Salvatore Chiaracane, który później został aresz­
towany za udział w organizacji mafijnej. Niezależnie od tego, czy zostanie on uniewin-
niony czy uznany za winnego, jestem zobowiązany podziękować mu za wyjaśnianie mi
rzeczywistości palermitańskiej.
Z wszystkich osób zachęcających mnie do kontynuowania badań, najbardziej mi
pomógł rozwikłać pewne tajemnice Palermo Emilio Arcuri, komunistyczny radca miej­
ski Palermo. Nie było to łatwe, tym większa zatem moja wdzięczność. Dziękuję również
architektowi Giovannie Tomabene. A także Giuseppe Impastato z pełnego dla mnie
zrozumienia Sycylijskiego Centrum Dokumentacji, gdzie stały przede mną otworem
imponujące archiwa, jak też ułatwiającego mi jjewne poszukiwania Instytutowi Grams-
ciego.
Wiele mi rozjaśniły w głowie, niezależnie od tej książki, długie rozmowy
z trzema pisarzami sycylijskimi, Leonardo Sciascią, Yincenzo Consolo i Matteo
Collurą.
Aneks

228 Spośród sycylijskich fotografów najwięcej nu pomogli Letizia Battaglia i Ferdinan-


do Scianna, swoimi pracami uczulając moje spojrzenie na codzienne życie sycylijskie,
pierwsza tematyką mafijną, a drugi swoją artystyczną wizją Sycylii.
Ogromnie pomogło mi również wielu dziennikarzy. Niech mi będzie wolno
podziękować między innymi Giacomo Galantemu, wicedyrektorowi dziennika „Ora”,
Enzo Rafaelemu, redaktorowi tejże gazety. Franco Yenucemu i Fabrizio Ravelliemu
z mediolańskiej redakcji „La Republica”, jak też Antonio Carlucciemu z „Panoramy”,
Francesco Santiniemu z „La Stampa”, Antonio Ferrariemu z „Corriere della Sera”,
Nereo Pederzoliemu z RAI, Frederic Laurentowi oraz Jean-Pierre Moscardowi z pierw­
szego kanału Telewizji Francuskiej. Na moją wdzięczność zasłużył również Marc
Kravetz, z którym zrealizowaliśmy wspólnie cały szereg reportaży z Palermo.
Swoimi niezwykle cennymi radami, jak też pomocą i zachętą wsparli mnie moi
wydawcy: Franęoise Cibiel i Jean-Paul Enthoven. W równym stopniu czuję się
zobowiązany wobec S.Z., który nawet nie wie, w jak wielkim stopniu jego pomoc
pozwoliła mi doprowadzić moją pracę do końca.
Na koniec składam szczere podziękowania pannie Danaux, Franęoise D. i Chacha.
SPIS RZECZY

PRZEDMOWA (LEONARDO SCIASCIA)................................................................................................................ 7


SŁOWO WSTĘPNE............................................................................................................................................ 15
Cosa Nostra na początku lat osiemdziesiątych............................................................................................ 17

Rozdział pierwszy
MĘŻOWIE HONORU..........................................................................................................................................23
Cosa Nostra.......................................................................................................................................... 23
Ceremonia inicjacji............................................................................................................................. 25
Rodzina z Porta Nuova....................................................................................................................... 26
Prezentacja.......................................................................................................................................... 27
Lucky Luciano.................................................................................................................................... 29
Przyczyny «wielkiej wojny»...............................................................................................................30
Przyjaciele rodziny...............................................................................................................................32
Cena strachu........................................................................................................................................ 34
Kodeks obowiązków........................................................................................................................... 34
O mafijnej moralności..........................................................................................................................35
O prawdzie.......................................................................................................................................... 37
Szykany ze strony policji..................................................................................................................... 38

Rozdział drugi
KOPUŁA................................................. 40
Ciaculli, miasteczko mafii 40
Kopula . . . . 41
Papież i «antypapiści» . 42
Cicchiteddu, czyli Ptaszek 43
Corleone . . . . 43
Odbudowa organizacji Cosa Nostra 44
Strzały do prokuratora Scaglione . 45
Triumwirat reaktywuje Kopułę 46
Podwójne życie ojca chrzestnego . 47
Rozróba wśród mężów honoru . 47
Sprawa Russa......................................... 49
Scarpuzzedda, Buciorek 50
Koniec zbyt gadatliwego ojca chrzestnego 51
Naruszenie terytorium . 52
Rywahzacja rodzinna . 53

Rozdział trzeci
NOC PRZED STARCIEM ...................................................................................................................................55
Palermo, brama................................................................................................................................... 55
Konspiracja palermitańska..................................................................................................................56
Sycylijski łącznik................................................................................................................................ 57
Cosa Nostra nie przyjmuje dymisji.....................................................................................................59
Problem szmalu...................................................................................................................................60
Spis rzeczy

230 Chadecki ojciec chrzestny............................................................................................................................ 61


Kryzys................................................................................................................................................. 62
Różnorodne kontakty.......................................................................................................................... 63
Szacowni nieboszczycy i dobrze strzeżone tajemnice....................................................................... 63
Dlaczego zabija się w Palermo prokuratora?..................................................................................... 64
Bezbronni sekretarze...........................................................................................................................65
Spotkanie na skraju autostrady........................................................................................................... 66
Kwestia zaufania................................................................................................................................. 67
Wicekrólowie...................................................................................................................................... 68
Ingegnere i finansista.......................................................................................................................... 69

Rozdział czwarty
PUŁAPKI........................................................................................................................................................ 72
Kałasznikow AK 47............................................................................................................................ 72
Negocjacje........................................................................................................................................... 73
Kain i Abel.......................................................................................................................................... 75
Niewłaściwe kontakty......................................................................................................................... 76
Strzały w nocy.....................................................................................................................................77
Fatalne rendez-vous............................................................................................................................ 78
Potrzask............................................................................................................................................... 79
Terrorysta............................................................................................................................................ 81
Wiadomości z kraju.............................................................................................................................82
Rozmowy międzykontynentalne........................................................................................................ 83
Zabójcy dzieci i dzieci zabójcy........................................................................................................... 84
Człowiek z kałasznikowem.................................................................................................................86

Rozdział piąty
KORIOLAN PUSZCZY.......................................................................................................................................87
Życie codzienne żołnierza podczas wojny..........................................................................................87
Jaki ojciec............................................................................................................................................ 88
Mafijne agapy..................................................................................................................................... 88
Znów mowa o CiacuUi, mafijnym raju.............................................................................................. 90
Wytwórnie heroiny............................................................................................................................. 91
Szlaki heroiny......................................................................................................................................93
Więzy z miasteczkiem.........................................................................................................................94
Sceny myśliwskie na Brancaccio........................................................................................................96
Spalona ziemia.................................................................................................................................... 99

Rozdział szósty
CELA ŚMIERCI............................................................................................................................................. 101
Nowy nabytek................................................................................................................................... 101
Więzy krwi........................................................................................................................................ 103
O władzy ojca chrzestnego............................................................................................................... 104
Złodzieje skoku................................................................................................................................. 105
Ojcowie chrzestni nie gorsi od katów...............................................................................................106
O transporcie trupów, czyli jak się ich pozbyć.................................................................................109
Od czego są lekarze?........................................................................................................................ 111
Patologia bossa................................................................................................................................. 111
Kawiarniane rozmowy...................................................................................................................... 113
Spis rzeczy

Rozdział siódmy 231


CMENTARZ MORSKI..................................................................................................................................... 115
Zagarnięcie pobrzeża........................................................................................................................ 115
Przypadkowa śmierć......................................................................................................................... 116
Jak się tego pozbyć (ciąg dalszy)..................................................................................................... 119
Oddziały śmierci............................................................................................................................... 120
Co się zdarza zbyt skrupulatnym kierowcom?................................................................................ 121
O kwasie do rozpuszczania zwłok....................................................................................................122
Generał Dalia Chiesa........................................................................................................................ 123
Należy zabić Dalia Chiesę................................................................................................................ 124
Raport o stu sześćdziesięciu dwóch................................................................................................. 125
«Nasi ludzie] w policji...................................................................................................................... 127
Trójkąt śmierci.................................................................................................................................. 128
Wyzwanie..........................................................................................................................................130

Rozdział ósmy
OBLĘŻONA TWIERDZA................................................................................................................................. 131
Sprawiedliwość w stanie oblężenia..................................................................................................131
Dochodzenia bankowe......................................................................................................................133
Obwiniony różny od innych............................................................................................................. 135
«Skruszony»......................................................................................................................................136
Majątek organizacji Cosa Nostra......................................................................................................137
Adwokat czy współwinowajca?....................................................................................................... 138
Mężowie honoru w Ucciardone...................................................................................................... 141
Ten, który musi umrzeć.................................................................................................................... 144
Powiew obłędu..................................................................................................................................145
Labirynt rodzin..................................................................................................................................145
Identyfikacja pewnego męża honoru................................................................................................ 146
Atrydzi w kraju mafii........................................................................................................................147
Batalia w Ciaculli..............................................................................................................................148
Rozdział dziewiąty
MĄŻ Z RIO....................................................................................................................................................150
Dziwny pasażer................................................................................................................................. 150
Południowoamerykańskie znajomości............................................................................................. 151
Brazylijska «Little Italy».................................................................................................................. 152
Spisek przeciw Corleone.................................................................................................................. 153
Wróg..................................................................................................................................................154
Śmierć dzieci.....................................................................................................................................155
Masakra krewnych............................................................................................................................ 157
Kłopotliwy przyjaciel........................................................................................................................159
W szponach pmlicji brazylijskiej......................................................................................................160
Samobójstwo.................................................................................................................................... 161
Człowiek honorowy i słowny...........................................................................................................161
Wyznania Tommaso Buscetty.......................................................................................................... 162
Obława na świętego Michała............................................................................................................163
Ciepłe słowo dla «skruszonego».......................................................................................................164
Rozdział dziesiąty
PROCES W PALERMO.................................................................................................................................... 165
Palermo, miasto otwarte................................................................................................................... 165
Spis rzeczy

232 «U maxi».......................................................................................................................................................167
Aula bunkier...................................................................................................................................... 169
Mąż bez honoru.................................................................................................................................172
Zdrajca...............................................................................................................................................174
Gorączka rośnie.................................................................................................................................178
Przemilczenia Tommaso Buscetty.................................................................................................... 179
Co mógłby powiedzieć Buscetta...................................................................................................... 181
Dwie lub trzy rzeczy, które wiadomo o potędze mafii.......................................... . 183
Bossowie kontratakują 185
Riposta Buscetty................................................................................................................................186
Leggio kontra Buscetta..................................................................................................................... 189
Czarna orkiestra.................................................................................................................................192
Odwet Koriolana Puszczy................................................................................................................. 194
Papieskie posłuchanie....................................................................................................................... 196
Dziwne aresztowania........................................................................................................................ 202
Tajemnice Palermo............................................................................................................................203
Człowiek DEA.................................................................................................................................. 205

ANEKS
Chronołogia. Dwadzieścia pięć lat bezkarnych zbrodni.................................................................. 209
Lata pięćdziesiąte..............................................................................................................................209
Lata sześćdziesiąte............................................................................................................................ 210
Lata siedemdziesiąte......................................................................................................................... 210
Lata osiemdziesiąte........................................................................................................................... 212

Źródła................................................................................................................................................ 222
Bibliografia....................................................................................................................................... 224
Podziękowania.................................................................................................................................. 227