Vous êtes sur la page 1sur 166

Henryk Skwarczyński

Zabiłem Piotra Jaorszewicza


Copyright © Henryk Skwarczyński 2011
All rights reserved
Redaktor prowadzący
Tomasz Zysk

Redaktor
Agnieszka Bosacka

Skład i łamanie
Waldemar Kniaź

Projekt okładki i stron tytułowych


Anna M. Damasiewicz

Zysk i S-ka Wydawnictwo pragnie podziękować Dziennikowi Polskiemu, Naszemu


Dziennikowi oraz Rzeczpospolitej za udostępnienie wywiadów z Autorem.
Wydanie I
ISBN 978-83-7506-929-7
Zysk i S-ka Wydawnictwo
ul. Wielka 10, 61-774 Poznań
tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67,
fax 61 852 63 26
www.zysk.com.pl

Konwersja do formatu EPUB:


Legimi Sp. z o.o.
Przedmowa

We wrześniu 2006 roku dostałem e-mail od znajomej, Joanny W.,


mieszkającej w Berlinie. Przeczytała w „Odrze” fragment z Zabiłem Piotra
Jaroszewicza, autorstwa Henryka Skwarczyńskiego. Była pod wrażeniem.
Pytała, czy znam, czy słyszałem, a w końcu, czy to prawda.
Czytałem cały maszynopis, odparłem. Wiele szokujących, prawie
niewiarygodnych rzeczy. Czy myślę, że to prawda?
Historyka obowiązują inne standardy niż pisarza. Ale pisarz potrafi
najlepiej wytłumaczyć ducha spraw, które historyk żmudnie odtwarza
w archiwach, wykopaliskach czy zeznaniach świadków. Naukowca
obowiązuje wierność procesowi empirycznego dociekania prawdy. Pisarz ma
prawo posługiwać się tym, co amerykański myśliciel Russell Kirk nazywa
„mieczem wyobraźni”. Rygorystyczne reguły logiki arystotelesowskiej
gwarantują, że odkrycia historyka trafiają do najciekawszych i najbardziej
zdyscyplinowanych. Ale nikt lepiej niż pisarz nie potrafi upowszechnić
naukowych ustaleń.
Powiedziałem berlińskiej znajomej, że autora znam od blisko ćwierć
wieku. Warto o nim coś powiedzieć, bo jego przygody, wciąż nieodkryte
przez szerszą publiczność, znajdują często prozatorskie ujęcie na stronicach
jego książek.
Jak się poznaliśmy? Zaplątany był w to Andrzej Czuma. Henryk widywał
się z Andrzejem w Chicago, a tego ja znałem, bo siedział wcześniej
w więzieniu z moim ojcem. Andrzej odwiedził mnie w Kalifornii, a ja jego
w Chicago. Tam poznałem Henryka – który wcześniej był zresztą
wykładowcą w kalifornijskiej Defence Language Institute – razem
z nieodłącznym Baronem Inżynierem, czyli Tomkiem Goetzem, który
przyjaźnił się z innym moim przyjacielem, mieszkającym teraz w Alabamie,
doktorem Piotrem Penherskim.
Zaczęliśmy rozmawiać. Henryk proponował przygodę: „Jedziemy do
Afganistanu walczyć z krasnoarmiejcami. Znam innych, którzy też chcą
jechać”. Dobra, zgodziłem się.
Nic z tego, dzięki Bogu, nie wyszło, ale było to bliskie zrealizowania,
o czym właściwie dowiedziałem się w szczegółach po latach.
A było tak. Rafał Gan-Ganowicz, mający doświadczenia wyniesione
z Konga i Jemenu, gdzie w tym drugim walczył bezpośrednio z żołnierzami
Armii Czerwonej, za pośrednictwem Henryka złożył przedstawicielom
amerykańskiej administracji ofertę stworzenia legionu do walki
z komunizmem. Gdziekolwiek toczyłaby się ta walka. W jego skład, oprócz
zawodowych najemników, mieli wchodzić uciekinierzy zza żelaznej kurtyny.
Szefem ds. sowieckich w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego był John
Lenczowski, syn dyplomaty Drugiej Rzeczpospolitej, a obecnie rektor
uczelni, w której pracuję. Henryk przekonywał Johna Lenczowskiego parę
przecznic od Białego Domu, gdzie uprzednio odbyło się spotkanie, na którym
zadecydowano o utrzymaniu sankcji gospodarczych wobec reżimu
Jaruzelskiego, że stworzenie takiego legionu będzie mieć znaczenie
psychologiczne wobec rosnącego ekspansjonizmu Związku Radzieckiego.
Lenczowski, choć rozpatrzył przedstawiony projekt, uważał, że lepiej jest
posłać do Afganistanu rakiety Stinger niż entuzjastów w rodzaju Lecha
Zondka, który zginął, walcząc przy boku mudżahedinów, Jacka Winklera czy
Radosława Sikorskiego, którzy pojechali tam także. Prezydent Ronald
Reagan przychylił się wtedy do zdania swego doradcy. Może dlatego do dziś
żyję.
Gdy przyjechałem do Polski po roku 1989, opowiadałem o tym
wszystkim, a przede wszystkim o Rafale Gan-Ganowiczu. Spotykałem się
z niedowierzaniem. Czy mógł być ktoś taki, kto z bronią w ręku przez całe
życie walczył z komunizmem? Dopiero po jakimś czasie wpadłem na
chłopców z Ligii Republikańskiej. Ci zaprosili Rafała Gan-Ganowicza do
Polski. Była też w tym zasługa Henryka, który wcześniej namówił Rafała na
spisanie wspomnień, wydanych początkowo w Londynie, następnie po
wielokroć wydawanych przez wydawnictwa podziemne, a ostatecznie
w wybijającym się na niepodległość kraju. O przyjaźni z Rafałem napisał
Henryk w swej biografii literackiej, przed paru laty wydanej w Warszawie,
a zatytułowanej Z różą i księżycem w herbie.
Henryk opisuje w swoich książkach dziwaków, ludzi sukcesu,
pustelników – rozmaitych ludzi, ale zawsze ciekawych, nietuzinkowych, jak
choćby „bohater” hitlerowiec z opowiadania Paraguay, River of No Return,
za co pismo „Taproot Literary Review” przyznało Henrykowi Pierwszą
Nagrodę Literacką.
Henryk jeździ po całym świecie, od krajów Czarnej Afryki po wyspy
Polinezji Francuskiej. Na Bora-Bora zaprzyjaźnił się z pochodzącym z Wilna
baronem Jerzym von Danglem. Sowieci zamordowali mu część rodziny,
w tym, w okrutny sposób na jego oczach, babcię. Z Syberii sierotę wyciągnął
generał Władysław Anders. W czasie wojny w Wietnamie von Dangel
przewodził eskadrze, która wykonywała misje mające na celu osłabienie
komunistycznej agresji. Henryk opisał to w książce Sweeney wśród słowików.
Wyssał sobie von Dangla z palca? Wolne żarty! Jeden z moich kolegów
z pracy Walter (Władek) Jajko, syn oficera II RP, a obecnie generał
amerykańskiej Air Force, walczył właśnie pod komendą von Dangla.
Kto chce dowiedzieć się, jak Henryk zaprzyjaźnił się z „żołnierzem
wyklętym”, Zenonem Piotrowskim, który przebijał się z oddziałem na
Zachód z okupowanej od roku 1945 przez Sowietów Polski, musi także
sięgnąć po Z różą i księżycem w herbie.
Z pobytów w Irlandii, gdzie Henryk spotykał się z członkami Irlandzkiej
Armii Republikańskiej, powstała powieść Słomiane morze, której obszerny
fragment zamieściło też, założone przez Keitha Botsforda i nieżyjącego już
Saula Bellowa, ukazujące się dwa razy do roku, prestiżowe „The Republic of
Letters”. Kiedy Henryk pisze po polsku, trzyma się faktów. Po angielsku
stara się przekazać wartości uniwersalne i skłania się wtedy ku mieszaniu
rzeczywistości z fikcją. Jakie są tego proporcje w Zabiłem Piotra
Jaroszewicza, trudno osądzić, bo przecież dialogi odtwarzał autor
z perspektywy czasu, nie dysponując taśmą magnetofonową, a jedynie
notatkami.
Przyjemnie się rozmawia z Henrykiem Skwarczyńskim, prawdziwie
wolnym duchem. Henryk pojawia się niespodziewanie po powrocie z Nowej
Zelandii, Indii czy Ekwadoru i zawsze ma coś ciekawego do przekazania.
Zawsze coś wygrzebie z sumy ludzkich doświadczeń. U Henryka wszystko
jest możliwe i jeśli jego opis komunizmu przez pryzmat zabójstwa Piotra
Jaroszewicza rozświetli wiele jeszcze innych mrocznych tajemnic życia
w postkomunistycznej Polsce, nie będę tym bynajmniej zaskoczony.
Tak zresztą powiedziałem wcześniej mojej znajomej z Berlina.
Marek Jan Chodakiewicz,
Boże Narodzenie 2006 r., Waszyngton, D.C.
Marek Jan Chodakiewicz, ur. w 1962 r. w Warszawie, doktorat na
Columbia University, profesor i dziekan Wydziału Historii w The Institute of
World Politics w Waszyngtonie. Autor takich książek jak: Polacy i Żydzi
1918-1955. Współistnienie. Zagłada. Komunizm; tłumaczonej na język polski
After the Holocaust: Jewish-Polish Conflict in the Wake of the World War II
(Po Zagładzie). W 2005 r. mianowany przez prezydenta G. Busha do
Amerykańskiej Rady Upamiętnienia Zagłady (US Holocaust Memorial
Council). Laureat Nagrody im. Józefa Mackiewicza.
Spotkanie z N.N. przewróciło wszelkie ustalenia dotyczące świata, który
do tego momentu znałem. Jestem pisarzem, więc kimś otwartym na przygodę
czy zwierzanie się bliźniego. Ale nie na co dzień ma się możliwość rozmowy
z mordercą, choć słowo to nie jest adekwatne do nazwania tak człowieka,
z którym dane mi było rozmawiać przez jeden długi wieczór.
Sposób pojmowania rzeczywistości przez N.N., choć pozostawał
w kontraście wobec wielu moich poglądów, fascynował niczym Biały
Wieloryb potrafiący wciągnąć w otchłań wielorybnika. Niewielka,
zamalowana na brązowo plama na globusie stojącym w jadalni z wypisaną
na niej nazwą kraju była wspólną podstawą tego dialogu.
N.N. rozwiązywał zagadkę, jaką było zabójstwo Piotra i Alicji
Jaroszewiczów. Nie ma osoby z mego pokolenia, która by o tym wydarzeniu
nie słyszała. Teraz miałem przed sobą kogoś, kto dowodził, że nie tylko to
zrobił, ale ujawniał zleceniodawcę mordu.
Mieszkając ponad ćwierć wieku w Ameryce, myślałem, że komunizm
rozwiał się za plecami jak duszna mgła. Byłem w błędzie. N.N. w ciągu paru
godzin spędzonych z nim w górach Arizony odtworzył świat ciemniejszy od
płócien Muncha i ziejący oddechem Dostojewskiego. Przywołał duchy
błądzące po kosmosie w śmiertelnym tańcu, w którym makabryczne tango
tworzy zespolony w jedną parę oprawca i jego ofiara.
Autor
Wyjaśnienie zagadki śmierci Piotra Jaroszewicza powinno stać
się częścią polskiej racji stanu.
Antoni Macierewicz
I

Sosny. Zapach lasu. Droga z Prescott do Flagstaff, przez Sedonę raz po


raz wznosi się, to opada. Arizona o tej porze roku jest piękna. Jadę
samochodem na spotkanie. Na spotkanie z człowiekiem, który ma mi
powiedzieć coś ważnego. Nawet tutaj kryją się tajemnice dotyczące kraju,
z którego pochodzę. I z którego pochodzi mój przyszły rozmówca. Mgła
poranna. Spowity nią las. Na krawędzi urwiska jeleń. Patrzy w moją stronę
albo przekrzywia tak głowę, że mi się tak wydaje.
*
– Pamięta pan Jaroszewicza? Należy pan do pokolenia, które musi go
pamiętać – mówi gospodarz, wręczając mi szklaneczkę whisky.
Potwierdzam skinieniem. Jak mógłbym nie pamiętać? Tyle wyrwanych
z życia lat. Postój pociągu na trasie z Łodzi Fabrycznej do Warszawy. Tyle
godzin. Dopiero później miałem się dowiedzieć, że w Radomiu i Ursusie
były starcia z milicją. I potem ta obcierająca pot z czoła chusteczka, twarz
Piotra Jaroszewicza spoglądająca z telewizora. Jakże mógłbym o tym
zapomnieć?
– No, więc ja pozbawiłem go życia. Jego i tę jego Alicję. O tym chcę
opowiedzieć. Najpierw jednak zjemy. Cindy wyjechała do przyjaciół
w Phoenix, ale coś nam przygotowała.
Patrzę na niego. To, co przed chwilą powiedział, jakby do mnie nie
docierało.
Sięgam po leżące przede mną orzeszki, przypominając sobie twarz, która
tchnęła banałem i zwiastowała banał.
Skończyliśmy inicjującą spotkanie odrobinę Bowmore. Widać, że
gospodarz lubi single malts, bo w barku jest ich więcej.
Podnosimy się z foteli i przechodzimy do kuchni, gdzie na stole nakrycie
dla dwóch osób. Widelce, łyżki, łyżeczki, gustowne w indiańskich wzorach
serwetki.
– To tyle o sobie – mówi, kiedy kończymy deser.
– W jaki sposób pan na mnie trafił? – pytam. – Nie jestem postacią znaną.
– Mam przyjaciół w Chicago – mówi, wstając od stołu i gestem
zapraszając do salonu. – Kupują dla mnie książki w Polonia Book Store.
– Znam właścicielkę.
– Nie poznałem jej, ale wiem, o kogo chodzi – potwierdza, kiedy
zapadamy ponownie w głębokie, skórzane fotele.
– Przez nich, to znaczy przez przyjaciół, postanowił pan poszukać ze mną
kontaktu?
– Myślałem o Marku Nowakowskim – mówi, rozlewając Remy Martin do
nieproporcjonalnie dużych koniakowych kieliszków.
Przyglądam mu się uważnie. On zresztą mnie też. Jest niższy ode mnie.
Wysportowany. Takie przynajmniej sprawia wrażenie. Ciemne, piwne oczy.
Wygolona, choć wskazująca na ciemny zarost, twarz. To, co powiedział
przed obiadem, jest szokujące. Nie myślałem o czymś takim, jadąc tu,
chociaż byłem trochę przygotowany na niespodziankę, bo przyjaciele
przekonywali mnie, że tej jazdy do Flagstaff nie powinienem żałować.
– Jest pan pierwszą osobą, która to usłyszy – mówi, jakby zgadując moje
myśli. – Cindy wie, ale ogólnikowo. Nasi wspólni przyjaciele też. No i ci, co
udzielali mi azylu, także musieli się dowiedzieć – śmieje się. – Ale pan
pierwszy dowie się, jak to zrobiłem. Ze szczegółami.
– Mówił pan o Nowakowskim. – Sięgam po wy ciągnięte przede mną
Marlboro. Nie paliłem wiele lat. Ale teraz czuję taką potrzebę.
– Wydawał się najlepszy. – Przypalił zapałkę. – Pojechałem do Chicago,
kiedy dowiedziałem się, że tam przyjechał.
–?
– Kręcili się wokół niego wszyscy, więc nie podszedłem. To znaczy
niezupełnie tak. Podszedłem i mówię: „Panie Marku, czytam pana
opowiadania i myślę, że jest pan wielkim pisarzem”.
Spojrzał, jakby mnie właśnie wypuszczono z zakładu dla psychicznie
jednoznacznych. Podpisał książkę. No i tak się skończyło. Pojechałem do
domu. Parę lat później przyjaciele podarowali mi pana książkę. Można
powiedzieć, przypadek. Ale jak podczytałem trochę, to myślę: Spróbuję. Że
mieszka pan pod Chicago, już wiedziałem.
*
– Alicję załatwiłem strzałem z karabinu. Ze sztucera, żeby być
dokładnym. Piotra przydusiłem. Paseczkiem. Dlaczego to zrobiłem?
Dlaczego w ten sposób? Za Fieldorfa [1]! Wie pan, o kim mówię? Ale tak
naprawdę, to za ojca. Był pan kiedyś w Aninie?
– Kiepsko znam tereny po wschodniej stronie Wisły, choć mam
przyjaciół w Józefowie.
– Jak nie chce pan jechać samochodem, to jest kolejka. Zresztą tylko
miejscowi wiedzieli, gdzie wysiadać, bo nazwy były tak zadrapane, że
z pociągu nic nie widać. Żeby dojść do willi Jaroszewiczów, trzeba się
przespacerować. Mieszkali przy ulicy Zorzy. Taka sobie uliczka. Spokojna.
Od czasu do czasu ktoś wychodzi na spacer z psem. Tak jak robił to
Jaroszewicz. Numer domu 19. Mieszkał tam Tuwim. A przed nim Światło.
Ten sam Józef Światło, który osobiście torturował ludzi podziemia.
– Byłem niedawno w Łodzi. O Rutkowskim nie słyszał pan? Ożenił się
z moją koleżanką ze szkoły Anią. Mieszkali potem w Wiedniu. Teraz się
rozwiedli. Rutkowski ścigał szajki złodziei samochodów.
– Dlaczego o tym pan mówi?
– W jakiś sposób łączy się to z tym, o czym pan opowiada. W centrum
miasta eksplozja. Przechodnie przerażeni. Jest tam taka restauracja.
„Esplanada”. Nawet jeśli zna pan Łódź, to za pańskich czasów jej nie było.
Snobistyczna trochę i droga. Dla miejscowych przynajmniej droga.
I niespodziewanie do ogródka przed restauracją, znajdującą się przy ulicy
Piotrkowskiej, wpadają ludzie. Powalają siedzących tam paru osobników.
I co się okazuje? Że jeden z tych zatrzymanych to Andrzej Jaroszewicz. Syn
Piotra. Jak podała prasa, razem z obywatelem Chorwacji, niejakim Albertem,
zajmował się podobno wymuszaniem haraczy od biznesmenów.
– Coś na jego temat też mógłbym powiedzieć.
– To tylko taka wstawka.
– Rozumiem. Czyli syn poszedł w ślady ojca. Minęło sporo lat, ale
niczego nie zapomniałem. Sama willa Jaroszewiczów to nic specjalnego.
Taki cekhauz [2]. Wewnątrz przyjemniej. I miły ogród. Ala lubiła kwiaty. Że
Światło tam poprzednio mieszkał, jej nie przeszkadzało. Sypiała dobrze.
– Zabił pan Jaroszewiczów z własnej woli?
– Zrobiłem to z polecenia agenta wywiadu rosyjskiego, generała
Jaruzelskiego.
– Agenta?
– Nie zdziwiło pana, że jego rodzice zginęli na Syberii, a on w taki
sposób wysługiwał się najeźdźcom? I nie zdziwił pana ten medal od Putina?
Teraz, po latach?
– Ludzie się zmieniają.
– W przyrodzie wszystko jest możliwe, ale to nie jego przypadek.
– Jaroszewicz wiedział o powiązaniach z Rosjanami?
– Posiadał dokumenty na temat Informacji Wojskowej i matrioszek.
Materiały dotyczące ludzi tworzących swego czasu warunki do rządzenia
krajem.
– Matrioszki to ci podstawieni?
– Rosjanie wpadli na to, gdy jeszcze żył Stalin. Podmieniano ludzi.
W Rosji łatwo było rozejrzeć się za takimi, którzy nie mieli nic do stracenia
i palili się do współpracy. Taki wybraniec miał do wyboru: niebyt albo
przygoda.
– Skąd Jaruzelski wiedział, że Jaroszewicz ma dostęp do informacji
o matrioszkach?
– Musiał wiedzieć. Przynajmniej się domyślać. Kiedy Jaroszewicza
internowano w stanie wojennym, w jego domu przeprowadzono rewizję. Nic
nie znaleziono. Albo inaczej. Znaleziono drobiazgi wskazujące, że gdzieś
ukryty jest jego dziennik. Nie mówię o tym, czego używał w rozmowach
z dziennikarzem, który opublikował na ten temat książkę. Tam też były tylko
wzmianki. Kotlet znajdował się gdzie indziej. I nie był przeznaczony dla
publiczności. Przynajmniej za życia.
– Skąd pan to wie?
– Bo stałem się jego posiadaczem.
Mój rozmówca zaciągnął się dymem i przez chwilę nad czymś się
zastanawiał.
– Spotkał się pan z Jaruzelskim? – podjąłem rozmowę.
– Widywałem go, choć nigdy z nim nie rozmawiałem.
– Skąd pewność, że to on wydał rozkaz?
– Pewność mam. Dowodów żadnych. Zacznę od innej strony. Od strony
samego Piotra Jaroszewicza. Związany był z wywiadem rosyjskim od
początku. Wyszukali go w roku 1943 wśród tych, którzy znaleźli się
w Związku Radzieckim. Tworząc z takich jak on, którym nie udało się
umknąć z Andersem, nową armię, nie chciano powtórzyć tego samego błędu.
Czuwać nad tym miał Główny Zarząd Polityczno-Wychowawczy Wojska
Polskiego. Tak to się wtedy nazywało.
– Nie znam tak dalece biografii Jaroszewicza.
– Przed wojną był nauczycielem, ale urodził się jeszcze w czasach
zaborów. Parę lat przed wybuchem pierwszej wojny światowej.
U Radziwiłłów. W Nieświeżu.
– Nie spodziewałem się rozmawiać z kimś o takiej wiedzy w Arizonie.
– Jaroszewicz awansował. Awansował tak szybko, że nawet wiedząc to,
co było podawane do wiadomości, możemy zacząć się zastanawiać. Nie
mówię o awansach wewnątrz partii. Wtedy to była jeszcze PPR. Chodzi
o awans wojskowy. Po dojściu do Berlina Rosjanie musieli strawić to, co
zagarnęli. Proces trawienia nie jest łatwy. Trzeba wytresować tysiące ludzi,
którzy podejmą się iść ręka w rękę z nową władzą. Ale tylko wybranych
czekały fotele dostojników. Wkrótce po wojnie Jaroszewicz zostaje
mianowany generałem brygady. Jak pan widzi, szybko awansował.
Awansował, bo został zwerbowany przez Informację Wojskową.
– Coś w rodzaju wywiadu w wojsku?
– Kontrwywiadu. Całkowicie uzależnionego od Rosjan. Po części
składającego się z Rosjan. Tam także były matrioszki. Jedne udane. Drugie
mniej. Te mniej udane wysyłano za Chruszczowa do domu. Jaruzelski poznał
Piotra Jaroszewicza przez Informację Wojskową.
– Rozwiązano to po 1956 roku?
– Powstały nowe jej formy. Trzeba było zainstalować nową władzę.
Mówię o tym, co było zaraz po wojnie. A nie było to łatwe. Pozostałości po
Armii Krajowej, niedobitki Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów
Chłopskich, próbowały organizować się w grupy oporu. Wywożono ich
setkami na Wschód, zakopywano w leśnych grobowiskach, męczono
i tracono w więzieniach. Ogień wygaszany wciąż wybuchał z nierówną siłą.
Było to coś w rodzaju powstania, ale bez określonego początku i bez końca,
któremu dałoby się wyznaczyć datę.
– W kuchni wspomniał pan historię ojca.
– Był żołnierzem podziemia zakopanym żywcem niedaleko Łomży.
– Mówił pan, że wychował się w sierocińcu?
– Przez te wszystkie lata byłem janczarem. Nic o sobie nie wiedziałem.
Dowiedziałem się o tym dopiero w roku 1990, kiedy kotłowało się dookoła.
Powstał nowy rząd. Rosjanie wynocha. Palenie papierów. Zacieranie śladów.
Ja w tym wszystkim, i to z własnego wyboru. Nie to, żebym w to wierzył.
Człowieka można wychować tak samo jak złego psa. Takim psem byłem.
Byłem gotów kąsać każdego, kogo wskazano. I nagle przypadek. Jeden
z zajmujących się przewożeniem materiałów do Rosji przyjaciół powiadomił
mnie, że ma coś ciekawego.
– W roku 1990 wywożono coś do Rosji?
– Upadek tego wszystkiego był nieprzewidziany. Znajomi twierdzili, że
Rosjanom musiał ktoś przewrócić w głowie.
– Przesyłano to pocztą dyplomatyczną?
– Skądże znowu. – Mój rozmówca się uśmiechnął. – Żadna poczta nie
mogłaby sobie z tym poradzić. Władza w Polsce obiecała, że przewrót będzie
bezkrwawy. Materiały wysyłano ciężarówkami.
– Nikt tego nie sprawdzał?
– Robiono to z pozwoleniem rządu. Tego rządu już niekomunistycznego.
Jaruzelski był prezydentem wolnej Polski. W jakim stopniu była ona wolna
to inna sprawa. Zadzwonił do mnie kolega z zapytaniem, czy mógłbym do
niego zajrzeć. Do jego biura. Nie wiedziałem, o co mu chodzi, ale
domyślałem się, że nie o wypicie butelki wódki.
– To było w Warszawie?
– Pod Warszawą. Zaszedłem do niego po godzinach pracy. Było tam
kilka osób. Wymieniano komentarze na temat tego, co się dzieje. Niektóre
w rodzaju: „Trzeba będzie przypomnieć towarzyszom radzieckim, w jakie
gówno nas wprowadzili”. Ale popłoch to nie był. Raczej podenerwowanie.
– Wpuszczono pana tam na polecenie kolegi?
– Miałem dokument, który pomagał. Nic specjalnego, ale ludzie od nas
wiedzieli, o kogo chodzi. Kto mnie przysyła. Nie trzeba wymieniać nazwisk,
żeby niektórzy stawali na baczność, choć minister był już solidarnościowy.
– Tam, gdzie się pan znalazł, niszczono dokumenty?
– Pakowano i sortowano. Palono też.
– Kolega wezwał pana do pomocy?
– Trafił przypadkiem na moją teczkę z aktami. Wśród tych utajnionych.
Przeznaczonych na wywózkę.
– Miał pan to w rękach?
– Byłem wśród swoich. Przejrzałem niektóre. Jak powiem jakieś
nazwiska, to nic to panu nie powie. O „Kucyku” pan nie słyszał?
– No nie.
– „Kucyk” to pseudonim. W jego teczce był spisany własną ręką
życiorys, w którym oprócz działalności w KPP i świadectwa ukończenia
przed wojną szkoły NKWD w Moskwie znajduje się opis dokonywanych
przez niego przed wojną morderstw politycznych. Wszystko z podaniem dat
i nazwisk!
– Zapamiętał pan to, co pan oglądał?
– Nie o tym chcę panu opowiadać. Przynajmniej nie teraz. Więc ten
kolega, nazwijmy go Rysiem, pokazał mi moją teczkę. Każdy z nas wiedział,
że taką teczkę ma, ale nikt nie zezwalał do nich zaglądać.
– Dużo tego było?
– Kilkaset stron różnego rodzaju materiałów, dokumentów, świadectw.
Życiorysy pisane przy różnych okazjach. I żółta koperta. Zalakowana. Gdzieś
zapodziana wśród tych papierów. Ryszard, zajęty sortowaniem, nie zwracał
na mnie uwagi. Wsunąłem kopertę do marynarki. Zapytałem Ryszarda, czy
mógłbym sobie zabrać całą teczkę. Uśmiechnął się i powiedział: „Wołałbym,
żebyś tego nie wynosił. Poczytaj sobie, a potem, jak zechcesz, wrzucimy to
do maszyny i nie zostanie z tego ani śladu”. Kiwnąłem głową i zabrałem się
do czytania. Ale domyślałem się już, że to w kopercie znajduje się esencja
tego, co najważniejsze. Co to mogło być, nie wiedziałem. Nie miałem
żadnych nadzwyczajnych podejrzeń. Wszystko, co ważne, na temat samego
siebie i tego, co robiłem, było mi wiadome.
– Nikt pana nie sprawdzał?
– Nikomu nie przyszłoby to do głowy. Panował chaos, choć niektórzy
starali się nie tracić głowy. Pa mięta pan komisję Michnika i to, co po sobie
pozostawiła? Wygarnęli sporo, ale skazani byli wyszarpywać akta na chybił
trafił. Oleksy też się tak starał, a w końcu coś znaleźli. Okruchy, ale znaleźli.
W takiej sytuacji zrobił to, co można najlepszego.
– To znaczy?
– Poszedł w zaparte.
– Dobrali się w końcu do niego.
– No, tak. Ale pięknie przedłużył sobie śmierć kliniczną. Był
marszałkiem Sejmu. Dostojnikiem wolnego państwa. Nie sposób wyrzucić
go tak na śmietnik. O finansowej stronie nie wspomnę, bo na pewnym
poziomie dżentelmeni o tym nie rozmawiają. Bo i jak zresztą miałoby to
wyglądać? Przychodzi Cimoszewicz do Kwaśniewskiego i mówi: „Słuchaj
Olek, ten Janek jest zachłanny. Co zgarnie, to do kieszeni. Na nasze potrzeby
nie chce dawać. Na początku udzielał się w różnych fundacjach, ale teraz
zapomniał o nas. Odwraca się plecami”. Przecież oni tak nie rozmawiają. Oni
są już dżentelmenami.
– Mowa o tych znanych i młodszych.
– Drugi, trzeci, nawet czwarty rządek jest równie ciekawy. Taki na
przykład dziennikarz o imieniu Daniel. Ten został nawet ambasadorem.
Niezależny intelektualista. Tak siebie określał. Ta „niezależność” to jednak
sprawa punktu widzenia. Przewiny małe dosyć. Na oko tak. Nic nie wydaje
się w nim szczególnego. Ale jak się wczyta uważniej w jego życiorys, nie
powiem: w akta, to sprawa wygląda znacznie poważniej.
– Co było w kopercie?
– Całość była w języku rosyjskim. Dwie stroniczki. Dwie stroniczki,
które zaważyły na mym życiu. Nie znam dobrze rosyjskiego, chociaż
spędziłem tam, z przerwami, prawie pół roku. Myślę też, że oryginał tego, co
przeczytałem, jest w Moskwie, choć na kopię to, co zobaczyłem, także nie
wyglądało.
– Wtedy dowiedział się, pan kim jest?
– Wtedy. Wspomniałem o tym w kuchni, ale ogólnikowo.
– Co się stało z Ryszardem?
– Miałem z nim raz jeszcze kontakt. Bardzo przelotny. Był prezesem
spółki, która przejmowała… no, nie pamiętam nawet, co to była za fabryka,
bo rozmawialiśmy na ulicy. Czekoladowe cukierki czy wafle. Wyglądał
nobliwie. Siwe włosy. Uszyty znakomicie garnitur. Modny krawat. Niebieska
koszula. Nigdy nie wyglądał tak dobrze. Wymieniał znane nam obu
nazwiska, ale nie słuchałem go uważnie, bo w głowie miałem ze względu na
to, czego dowiedziałem się o ojcu, prawdziwe trzęsienie ziemi.
II

– Lubi pan pogrzeby? – zapytał, rozlewając koniak. – Jak skończymy


butelkę, to będzie pan wiedział, dlaczego o to pytam. Rozumiem, że zatrzyma
się pan na noc?
– Tak ustalaliśmy. Co do pogrzebów, to nie mam do nich stosunku
emocjonalnego. Ot, coś się kończy. Zaczyna się życie po życiu. Nie wiem
nawet, gdzie pochowano Jaroszewicza. Na Powązkach? Był pomysł, żeby
tych, którzy wysługiwali się Rosjanom, wykopać i przenieść w inne miejsce.
Wielu żołnierzy podziemia zakopywano tam, gdzie później stawiano szalety.
W Ameryce takimi rzeczami się nie przejmują. Był taki admirał.
– Popełnił samobójstwo.
– Wykryto, że nosi odznaczenie, które przysługuje tylko tym, którzy byli
w walce. A on piął się w górę jako zwolennik oglądania jej z boku.
Dociągnął do stopnia admirała.
– Jeremy Boorda.
– Pochowali go na cmentarzu zasłużonych w Arlington. Jak sprawa
wyszła na jaw, to dokonano ekshumacji.
– Pogrzeb, o którym chciałbym opowiedzieć, to pogrzeb Jaroszewiczów.
Nie mogłem sobie odmówić, żeby nie pójść.
– Chowano towarzysza Piotra z honorami wojskowymi?
– A wie pan, że nie. Dobre pytanie. Był przecież generałem dywizji.
– Były inne rządy.
– To też. Chowano ich na cmentarzu komunalnym. Była to na swój
sposób demonstracja tych, którzy zarządzali Polską z ramienia Rosjan.
– Przyszło dużo osób?
– Kilka dobrych tysięcy. Zleceniodawca też przyszedł.
– Mówi pan o Jaruzelskim?
– O nim samym. Nie przyszedł sam.
– Nie było obawy, że ktoś pana rozpozna?
– Przebrany byłem za starą, przygarbioną kobietę. Jasne, że wszystko
mogło się zdarzyć. Pomysł, żeby się przebrać, podsunął znajomy, który
obstawiał kościół, gdzie miał odbywać się chrzest dziecka ukrywającego się
wtedy Borusewicza. Spodziewano się, że tatuś może się pojawić. I nie
pomylono się. Tyle że Borusewicz ich przechytrzył. Pojawił się przebrany za
kobietę. Dowiedziano się o tym po fakcie.
– Jaruzelski był z obstawą?
– Nie on jeden. Obstawiali się zresztą sami swoimi. Był też Rakowski
i Gierek.
– Gierek?
– Zwerbowany niegdyś przez Rosjan do pracy agitacyjnej we Francji,
skąd go za to później wyrzucono.
– Rozmawiałem kiedyś w Chicago z Czumą. Andrzejem Czumą.
Mówiliśmy o Gierku. Powiedziałem, że był do przełknięcia. Czuma mówi,
zależy dla kogo. Za jego rządów przesiedziałem sporo lat, zauważył.
– Gierek stworzył iluzję życia. Holenderski ser. Piwo Żywiec w sklepach.
Ale jak przyszło co do czego, to okazywał się bezwzględny. Wystarczy
zapytać tych, którzy przeszli Ursus i Radom. Wtedy na pogrzebie, a raczej
już po pogrzebie, tłum odprowadzał go do samochodu. Zabójstwo
Jaroszewicza było dla nich zagadką. Wielką, nieprzeniknioną zagadką. Kto
ich zatłukł? Kto ich tak pokiereszował? Tego strachu nie było w oczach, ale
musiał w nich być. Mimo tego, że zebrali się już w wolnym kraju. Otoczeni
swoimi. Musieli się zastanawiać. Fanatyk to zrobił? A może zaczęły działać
Szwadrony Śmierci? Ten strach był przesłonięty łzami pożegnania dla
towarzysza Piotra, ale był. Potrząsał nimi. Nawet tymi młodymi, co już
bawili się nami w białych rękawiczkach.
– Młodymi?
– Były wszystkie generacje. Młodych nie mogło zabraknąć. Tych
niewinnych z Hitlerjugend. Był i Kwaśniewski. I Miller. Prawdziwe
przygody dopiero miały ich czekać. Coś, co nigdy się im nie śniło. Kto mógł
przypuścić na tym pogrzebie, że wkrótce powstaną dogodne warunki do
zaplanowania skoku stulecia? W Anglii obrabowano pociąg i do dzisiaj się
o tym mówi. A tutaj zrobiono skok na majątek państwa. Całego państwa.
Takiej „wolności” nie przewidział nawet Urban.
– Pojawił się na pogrzebie Jaroszewicza?
– Urban? Był. Musiał pewnie rozmyślać, czy nie znalazł się tam na
jakiejś liście. Oni wszyscy byli niezbyt pewni. Było tak jak w Ameryce we
wrześniu. W pierwszych dniach nikt nie wiedział, o co chodzi. Czy to
początek wojny? Ci żałobnicy też nie wiedzieli, co będzie dalej. Dlatego tak
tłumnie się stawili. Jak do apelu. Reakcja zbiorowa.
– Przyszli na ten pogrzeb ze strachu?
– O, tak. Strach nimi zatargał. Tylko Jaruzelski był w miarę spokojny.
Przecież to był pogrzeb na jego zlecenie. Martwił się pewnie jedynie tym, że
ja wciąż byłem na wolności. No i nie wiedział, co stało się z tymi zapiskami
Jaroszewicza.
– Czyli po wykonaniu tego, co pan zrobił, miano pana zlikwidować?
– Takie są zasady gry. Nigdy nie było i nie będzie inaczej. Mafia działa
na takich samych zasadach. Kuklińskiego nie dali rady, ale zemścili się na
synach. Niech pan nie zapomina, że mówimy nie tylko o polskich
komunistach, ale o Rosjanach.
– W Rosji wtedy też się zmieniało.
– Na powierzchni. Oprócz tego było duże zamieszanie. Nie wiadomo
było, w którą stronę to pojedzie. Stąd na pogrzebie taka liczna obecność.
Przyszły wszystkie sieroty. Taki zaczyn Nowego Związku Sierot. Trzeba
było posłuchać Aleksandra Kopcia.
– Nigdy o nim nie słyszałem.
– Był taki. Nad grobem Jaroszewiczów wygłosił mowę. Ale jaką mowę?
Jedna ze wspanialszych mów, jakie udało mi się kiedykolwiek usłyszeć. Nie
słyszał pan o nim, a pomyśleć, że kiedyś ten Kopeć był wicepremierem. Tak.
Wicepremierem.
– Może i słyszałem, ale nie pamiętam.
– Rzymscy mówcy przy tym, co mówił Kopeć, musieliby paść na kolana.
– Mówił tak wzruszająco?
– Przypomniał zebranym, że żyją już w państwie prawa. Czy nie
wspaniale? Tam oni jak jeden mąż, a mówca zapewnia ich, że żyją
w państwie prawa. I że zebrani mają nadzieję, że to państwo prawa
doprowadzi do tego, aby sprawcy mordu stanęli przed obliczem
sprawiedliwości. A tam wśród nich Jaruzelski w tych ciemnych okularach
z zatroskaną twarzą ojca rodziny. I Rakowski smutnie kiwający głową.
I Gierek.
– Nie śniło im się wtedy, że wkrótce znów dojdą do władzy.
– Nie koniec na tym. Stoi więc tam tych trzech, zwanych niegdyś
pierwszymi sekretarzami. Wokół nich roi się od tych, co przez długie lata
wysługiwali się Rosjanom, i oto Aleksander Kopeć powiada, że to państwo
prawa musi odnaleźć sprawców zbrodni w taki sam sposób, w jaki uczyniono
to z mordercami księdza Jerzego Popiełuszki!
– Podobne przemowy jak na pogrzebie Karla Dönitza w 1980 roku
w Aumühle. Kto to pamięta, że krótko, bo krótko, był on zastępcą Hitlera.
Karl odchodził z tego świata też jako zasłużony emeryt i autor wspomnień.
– Dönitz spędził przynajmniej kilka lat w więzieniu, choć tam też młodzi
zadbali o godziwe życie weteranów. A tu, na tym pogrzebie, Miller
i Kwaśniewski wsłuchani w mówcę jak w gołębicę zwiastującą na ziemi
pokój.
– Uderzające podobieństwo.
– Aktorzy na dodatek przekonani, że to historia uczyniła z nich ofiary.
Zupełnie jak towarzysz Piotr, kiedy chciałem mu pewne sprawy wyjaśnić, to
krzyczał.
– Krzyczał?
– Trudno było mu pogodzić się z tym, że odchodzi z tego świata. Ale
słuchał uważnie, kiedy przypominałem o pierwszym dniu pewnego marca,
kiedy to zamordowano siedmiu ludzi. Bezimiennych. Dla historii
bezimiennych. Co mówią komuś takie nazwiska jak Chmiel, Błażej,
Ciepliński czy Rzepka?
– Nigdy o nich nie słyszałem.
– Rozstrzelano ich w więzieniu mokotowskim. Strzałem w tył głowy.
Towarzysz „Tomasz” nie skorzystał z prawa łaski. Zresztą dlaczego miałby
z niego skorzystać? Chodziło o ludzi, którzy wątpili, czy młody Jaruzelski
będzie mógł kiedyś rozwinąć skrzydła i poszybować w górę. Ciekawe, że jak
o tym mówiłem, to w oczach Piotra zobaczyłem coś w rodzaju zrozumienia.
Może nawet słyszał o Łukaszu Cieplińskim?
– Nazwisko nic mi nie mówi.
– Towarzysz Piotr mógł o nim coś wiedzieć, bo zaczął wykręcać kota
ogonem. Że niby z tym nie miał nic wspólnego. Że pasał gęsi na innym
pastwisku i nie widział tego, co dzieje się w rzeźni. To, że pierwszy raz
usłyszał o ojcu, to uwierzyłem. Z Olimpu nie mógł dostrzec spadającego
Ikara. Zresztą gówno ten Ikar go obchodził. A powinien, bo był przecież
towarzysz Jaroszewicz przez lata wiceministrem obrony narodowej. Czyli nie
byle kim. Ba, był odpowiedzialny wobec Rosjan za dobór ludzi.
– Tego nie wiedziałem.
– Był zaraz po wojnie. Nie wiem, czy jest pan to w stanie pojąć. On nie
był sobie jakimś tam oficerem od mokrej roboty. Był jej mózgiem. Siłą
sprawczą. Był jednym z kilku, którym Rosjanie zaufali. Powierzyli swój los
w kraju im nieprzyjaznym.
– Na tym szczeblu żadna nominacja nie mogła się dokonać bez udziału
Rosjan.
– Zgromadzeni na tym pogrzebie wiedzieli to doskonale. I Józio Czyrek,
niegdyś wierny sługa Moskwy, i Tadzio Wrzaszczyk. Był także Kociołek.
Nie mówiąc o generałach, takich jak Siwicki czy lejący łzy nad grobem Alicji
Rozłubirski. A wszystko to odbywało się, jak wspomniał Kopeć, w państwie
prawa.
– Chodziło tylko o to, jak to prawo zinterpretować.
– Tym zająć się mieli już inni.
– Jaroszewicz żył w strachu?
– Człowiek nie nosi ze sobą broni, kiedy idzie na spacer. Pies się może
zdarzyć, ale z bronią jest inaczej. Nikt normalny nie wychodzi na miasto
z palcem na cynglu.
– Skąd pan to wie?
– Obserwowaliśmy go. Dostarczono nam też dokładny opis domu.
Ostatecznie to nie miał być zwykły napad. Chodziło o dokumenty, a nie
o pieniądze.
– Wychodził na miasto?
– Wieczorami wychodził na spacer z Remusem. W kieszeni miał pistolet.
Umiał się nim posługiwać.
– Remus to…?
– Sznaucer. Cichy wspólnik w tych spacerach. Ważny, bo nie będący
w stanie nic wyjawić. Byłby jedynym świadkiem tego, co się wydarzyło.
Znawcy przedmiotu nazywają psa tej rasy brodaczem monachijskim. Remus
był zawsze przy nim. Zastanawiałem się, jak go unieszkodliwić. Początkowo
myślałem o trutce. Potem zdecydowałem się na coś innego. Nie dobiliśmy
go, bo nie było powodu. Gdyby umiał mówić, sporo mógłby powiedzieć.
Chociaż też nie, bo najważniejsze przedrzemał zamknięty w innym pokoju.
– Znajdowały się tam jakieś cenne rzeczy?
– Ma pan na myśli kosztowności? Obrazy? Coś tam na ścianach wisiało,
ale za bardzo się na tym nie znam.
– Członkowie Biura Politycznego „wypożyczali” obrazy z Muzeum
Narodowego. Nigdy nic nie zostało zwrócone.
– Ludzie lubią gromadzić. Jak są możliwości, to i kradną. Większość
z nich nie kończy tak źle jak towarzysz Piotr. Przykładem ci, którzy pojawili
się na pogrzebie. Słyszał pan, żeby którykolwiek z nich znalazł się
w więzieniu? A dokonali przecież największego skoku w historii Europy.
– Nikt tego nie był w stanie przewidzieć.
– W zgiełku, który zapanował, tylko inteligentni zorientowali się, w czym
rzecz. Hitlerjugend zapewniło „starym” godne emerytury, a samo zakasało
rękawy i zabrało się do pracy.
– Mówi pan o młodszych?
– Nieupapranych krwią. Możemy sobie wyobrazić Niemcy, które po
śmierci Hitlera podpisują honorowy pokój z Rosjanami i Zachodem, unikając
tym samym okupacji. Działoby się to samo. Kombatanci z SS zakładaliby
Partie Piwa i głosili postępowe hasła. Karl Dönitz zostałby dożywotnim
prezesem Związku Kombatantów. Kluczem do wszystkiego byłaby władza
banków i kontrola źródeł energii. To podstawa rozumienia państwa. Jeśli ktoś
chce pojąć, co wydarzyło się po upadku komunizmu, to musi sobie
odpowiedzieć na kilka pytań odnoszących się do paru osób. Osób, które
stanowią wytłumaczenie wszystkiego. Nie chodzi o ich majątek. Chodzi
o kontekst, w jakim zaczęli decydować o losach państwa. Powojenne Niemcy
to wzór do naśladowania.
– W tym znaczeniu polityka Niemiec powraca do normy.
– Ma pan na myśli to, co załatwił z Putinem kanclerz Niemiec? Zresztą
jaki on tam kanclerz? Jego ojciec… Wiem, wiem. Dzieci nie są winne.
Niemcy poudają trochę, że tak nie powinno być, i przystąpią do pracy. Rosja
to dla nich wielki niespełniony sen.
– Dzieci hitlerowców domagają się teraz odszkodowań.
– Nigdy się to nie skończy. Chyba że świat trafi szlag, tak jak trafił
towarzysza Piotra. Gdyby żył, trzeba by go nagradzać. Za Syberię
odszkodowanie wypłacić.
– Ludzie mają krótką pamięć.
– Rzeczywiście. Kto dzisiaj pamięta artykuły pani Alicji? No właśnie.
Wyobraża pan sobie dzisiaj w Niemczech „Völkischer Beobachter”? Tak to
się nazywało. A „Trybuna” wciąż się ukazuje. Demokracja. Jak ten Kopeć to
ujął? „Państwo prawa”!
– Jest jednak różnica pomiędzy hitlerowskimi Niemcami a państwem
komunistycznym – powiedziałem.
– Jasne. Tam ofiar wewnątrz społeczeństwa nie było wiele. Ręce same im
wyskakiwały do góry. Tutaj było inaczej. Najpierw rozjechano walcem tych,
którzy chcieli się bronić. Potem latami przerabiano ludziom głowy na
sieczkę!
– Czyli Jaroszewicz wychodził na spacery z psem?
– Wyjeżdżał też samochodem. Rzadko to jednak robił. Miał starego
peugeota. Nocą wyjeżdżał. Na taki objazd. Musiał się wtedy relaksować.
Potrafili się też z Alicją nieźle kłócić. Piotr był cholerykiem. Nikt nie miał
z nim łatwego życia, jak nie mieli ci, którym zaplanował życie w socjalizmie.
– Jaruzelski też maska.
– On jeden nie musiał się denerwować, kiedy oczy towarzysza Piotra
zaciągały się bielmem, bo wiedział, że to nie armia podziemna, tylko ktoś
wykonujący jego polecenie.
– Znali się dobrze?
– Małżeństwo nie ma takich sekretów, jakie miała ta para. Takich
szczegółów nie wyjawiłby Piotr nawet Alicji. Dziennikarze próbowali
roztrząsać, czy chodziło o jego wiedzę na temat powstających wielkich
fortun, czy tak zwanej afery „Żelazo”. A tu nic z tych rzeczy. Nic. Chodziło
o ujawnienie Wojciecha Jaruzelskiego. O jego zasługi dla Informacji
Wojskowej. O możliwość ujawnienia, kim jest. To było ważne. Reszta nie
miała znaczenia. W Rosji zapowiadało się rozliczenie z komunizmem.
Mówiono o procesie KPZR, na którym mieli zeznawać świadkowie z innych
krajów. W tym samym czasie zginął w wypadku samochodowym Dubczek
[3]. Nawet szef Stasi Marcus Wolf musiał uciekać do Moskwy, a potem do
Iraku czy Iranu, bo zaczęło się robić parno. Tak parno, że przypomniał sobie
o swym pochodzeniu i wyjechał do Izraela.
– Czytałem, że kilku Izraelczyków protestowało przed budynkiem, gdzie
go przyjmowano, bo Wolf był w końcu koordynatorem zamachu na
sportowców izraelskich w roku 1972 na Olimpiadzie w Monachium.
– Jaroszewicz miał być jednym ze świadków w procesie. Jaruzelski
tłumaczyłby to względami, rzecz jasna, osobistymi. Zeznania Jaroszewicza
próbowałby tak podważać. Internował przecież towarzysza Piotra. Nieładnie
się z kolegą obszedł.
– Jak opowiada pan o tym pogrzebie, o tych, co się tam pojawili,
przychodzi mi na myśl, że z bliska zło jest banalne i proste. Taki z pana
opowieści wyłania się Piotr Jaroszewicz. Stwarza go kontekst wypadków,
w których uczestniczy, ale on sam, przynajmniej opierając się na tym, co pan
mówi, był anonimowym sprzedawcą lodów. Człowiekiem bez wyrazu. Bez
twarzy.
– Nawet strach nie czynił z niego kogoś wyjątkowego. Alicja miała
w sobie więcej ikry. Za nic nie chciała dopuścić do tego, żebym otworzył
sejf. Gotowa była kąsać i krzyczeć. Była skrępowana, ale doprowadziła do
tego, że musiałem ją zastrzelić. W środku nocy, co było ryzykowne.
Zadzwonią sąsiedzi. Ktoś powiadomi policję. Trzeba byłoby w pośpiechu się
ewakuować. Na dodatek i ja odniosłem pewne obrażenia. Do uciszenia jej
użyłem sztucera z kolekcji broni Piotra. Bynajmniej nie tylko myśliwskiej.
Trochę tego przez lata uzbierał. Na broni akurat się znam, więc mógłbym coś
na ten temat powiedzieć. Miał taką ciekawostkę jak pistolet Duo. Ba, miał
pepeszę, która pewnie gdyby mogła mówić, to miałaby coś do powiedzenia.
– Jeden strzał?
– Pyta pan o Alicję? Dwa. Za to w głowę, więc większa pewność.
Historia zna dziesiątki przypadków, że kogoś tam postrzelono, a przeżył.
Kałuża krwi to jeszcze nie pewność. Oprócz tego Alicja była bardziej
odporna na koleje losu. Była młodsza od Piotra. O dobrych kilkanaście lat.
Niech pan też nie myśli, że była pacyfistką. W sypialni mogła zawsze
popieścić swojego mauzerka.
– Kiedy dokładnie to się stało?
– Chodzi o to, kiedy się rozpoczęło? W poniedziałek 31 sierpnia, bo
momenty kulminacyjne przewidziane były na 1 września. Taka data
historyczna. Jeden świat miał się zawalić, a drugi powstać. Żartuję.
Uzasadnione to było czymś innym.
– Nie było obaw, że ktoś ich odwiedzi?
– Dotyka pan sedna sprawy. Wyjaśnia to też, dlaczego był to
poniedziałek. Był taki film „Nie lubię poniedziałku”. Powinni go sobie
obejrzeć, to nie wpuszczaliby do domu obcych. Mieli w niedzielę gości.
Rodzinę. Takie spotkania są miłe. Wspomnienia. Przypominane dawne lata
wyciskają z oczu łzy. Dziadkowie, protoplaści rodów gładzą po głowach
wnuczęta. Nikt nie zapyta dziadunia, komu to podawał spracowaną dłoń? Na
jakich papierach składał podpisy? Do kogo kierował toasty? Dziadziuś dzisiaj
to starszawy pan. Zasapie się, gdy wchodzi po schodach. Oprócz tego
cukrzyk.
– To też była zbrodnia.
– Mówi pan o cukrzykach? No, tak. Nie ogłaszano, że jest to choroba
społeczna, bo musiano by wydać na to pieniądze. Umierali zresztą tylko
najsłabsi. Silniejsze sztuki sobie radziły. Musiały radzić. Słabsze wymierały.
Tylko wybrańcy nie musieli się o nic martwić. Sprowadzano dla nich
wszystko z Zachodu.
– Przypomina się Czarnobyl. Zgony związane z krążeniem. Powiadamiali
tylko swoich. Zbrodnia, dla której nie istnieje żadna statystyka.
– Dlatego Remusa oszczędziłem. Pies jak pies. Najwyżej kogoś ugryzł.
Ale za tyle złego, co wyrządzili ludziom oni, to nawet śmierć nie jest
właściwą zapłatą.
III

– Byli torturowani?
– Jakie tam tortury? – zaoponował. – Jak Alicja się opierała, to ją
przyduszałem, ale łagodnie tak. Potem znów trochę tlenu. Dawało to
możliwość podnoszenia głosu, więc musiałem temu zapobiegać. Tortury to
przeszedł Moczarski czy Pużak.
– Jaroszewicz chciał rozmawiać?
– Najpierw milczał. I nic dziwnego, bo stracił przytomność. Stało się to
na początku przyjęcia. Powiem panu ciekawą rzecz. Towarzysz Piotr był
ożywiony tą nową rzeczywistością. Godzinami potrafił siedzieć przy
telewizorze. Oglądał wszystko, jak idzie. Programy publicystyczne. Filmy
dokumentalne. Wydobywane na światło dzienne zarżnięte uprzednio par tie
przeszłości. Pasjonował się tym. Można powiedzieć, że był ofiarą tej historii,
którą sam zapisał. Interesowały go wszystkie detale. Chłonął jak gąbka.
– Skąd pan to wie?
– Zainstalowany był podsłuch. Musiał coś przeczuwać, bo kiedy spotykał
się z dziennikarzem, który pisał o nim książkę, a chciał powiedzieć coś
ważnego, to wychodził z nim do ogrodu.
– Podsłuch założony był po 1989?
– Tego nie wiem. Nie zakładałem go, choć dano mi do tych materiałów
dostęp. Do filmów robionych ukrytą kamerą też. Nazywało się to „materiał
operacyjny”. Ciekaw jestem, gdzie to teraz jest.
– Często podsłuch to lęki starszych ludzi. Lęki wyniesione z przeszłości.
– U nich było to spotęgowane. Jaroszewicz opowiadał na przykład taką
historyjkę o Palmem [4]. Przejął się jego śmiercią, bo odniósł to do siebie.
Oto się jest, żyje, oddycha i oto nagle się nie jest. Szekspirowskie pytanie.
Palme był kiedyś z Gierkiem na przejażdżce łódką i będąc pewny, że nikt ich
nie podsłuchuje, ostrzegł, iż Zachód ma dobre źródła informujące o tym, co
dzieje się w obozie socjalistycznym. Z tego, co Piotr z uporem powtarzał,
wynikałoby, że Palme był donosicielem-ideowcem.
– Obóz socjalistyczny. Tak to wtedy nazywano. Pamiętam, w obecności
ojca, który był profesorem, powiedział ktoś coś w rodzaju „w naszym
obozie”, a ojciec mu przerwał „proszę nic nie mówić o obozach, zginął tam
brat”. Spojrzano na niego ukosem, bo nie wiedziano, czy kpi, ale twarz miał
poważną, więc ucięto wątek.
– Ludzie bronili się humorem, ale wisielczy był to często humor.
W takim to zresztą humorze pozostawiłem towarzysza Piotra.
– Komunizm zaciera się po tylu latach. Teraz jak wpadnie do rąk gazeta
z Polski, to wielu spraw nie pojmuję. Nazwiska niewiele mi mówią. Żyję od
lat w innej rzeczywistości. Takiej historii jak ta o Palmem też nie rozumiem.
Przecież urodził się i żył w wolnym kraju.
– Lepiej być królem w piekle niż anonimem wśród ludzi wolnych.
Złożona sprawa ta wolność. Całe życie spędziłem jako janczar, więc coś
mogę na jej temat powiedzieć.
– Jaroszewicz sprawiał wrażenie człowieka wolnego?
– Przez chwilę. Jak wskazał, gdzie są te zapiski. Rozluźnił się nagle.
Wiedział już, że nic nie stoi na drodze do umierania.
– Mówiliśmy nie o zapiskach, ale o dzienniku.
– Nie ma znaczenia, jak to nazwiemy. Zresztą to nie jeden wolumen, ale
aż trzy. Większość nudna jak flaki z olejem. Jemu wydawało się to rewelacją,
a to głównie różnego rodzaju intymności dotyczące towarzyszy. Nazwiska
natomiast ważne. I wszystko to, co dotyczy Jaruzelskiego.
– Dlaczego wcześniej nie chciał pan tego ujawnić?
– Myślałem o napisaniu książki, ale ustawicznie czegoś mi brakowało.
Rozpoczynałem i wydawało mi się, że to nie tak.
– Widzę tu sporo książek.
– Prawie wyłącznie historyczne. Ja sam pisać nie potrafię. Dlatego
szukałem kogoś takiego jak pan.
– Nie jestem dziennikarzem.
– Jest pan pisarzem. To, co opowiadam, to nie materiał na artykuł. To
trochę więcej. To proces, którego nikt komunizmowi nie wytoczył. I nie
wytoczy. Minęło. Przewaliło się. Po co ktoś miałby do tego wracać? Ale
w moim wydaniu komunizm znowu nabiera kolorów. Nieprawdaż?
– Wspomniał pan, że wolność to sprawa złożona. Trochę się z panem nie
zgadzam. Tylko intelektualiści mogą dowodzić, że wolnym można być nawet
w więzieniu. Wolność to możność życia według własnych wyobrażeń. Pod
własną kontrolą. Nikt mi nie powie, że ktoś z własnej woli chciałby żyć
w więzieniu. Taką „wolność” wymyślić może człowiek niemający
wyobraźni. Gdyby było inaczej, wśród ludzi Wschodu mnożyłoby się od
filozofów spekulujących na jej temat.
– I mnoży się. Ale ma pan rację. Dla Wschodu wolność to rodzaj
grzechu. Coś, co nawet w wyobraźni nie ma swego kształtu.
– Dotyczy to wszystkich uczestniczących w czymś, co z natury rzeczy nie
jest wolne. Myślę o totalitaryzmach. Bez znaczenia, jaką mają nazwę. Ale
z drugiej strony Niemcy to przecież nie Wschód.
– Też z wolnością nigdy nie mogły sobie poradzić. Stąd te wojny.
Napaści. Grabieże. Jak wkroczyli do Francji, to byli uprzejmi. Imponowała
im kultura. Ale na Wschodzie widzieli przekrzywioną w lustrze twarz
barbarzyńcy, więc prześcigali się w okrucieństwie, nie mogąc znieść samych
siebie.
– Taką nitką z Zachodem był aparat fotograficzny. Robili tysiące zdjęć
z wisielcami, ze spychanymi do dołów, które stać się miały dla spychanych
grobem, ze stojącymi przed ścianą, pod którą ci stojący mieli zostać
rozstrzelani. Takiego użytku aparatu fotograficznego nikt nawet na
Wschodzie nie mógłby zrozumieć. Gdyby Niemcy zapragnęli wybudować
Światowe Centrum swych Ofiar, to mają do użycia tysiące zdjęć.
– Jaroszewicz też lubił zdjęcia. Miał ich z Alicją kilkanaście albumów.
Wybór był raczej drobnomieszczański. Rodzinne uroczystości. Wesela. No,
oczywiście trochę zdjęć z oficjalnych wizyt. Tutaj z premierem tego kraju.
A tu idą żony premierów. Na zdjęciu nie widać obstawy, więc się wydaje, że
panie sobie tak zawsze spacerują swobodnie. Uśmiechnięte. Tłumacz na
zdjęciu niewidoczny, bo po co? Jeśli mówi się po rosyjsku, to wystarczy. Do
tego języka należy przyszłość świata. Tak wtedy sobie myśleli. Nie znam się
na poezji, ale jak to jest, że Pabla Nerudę świat pamięta, a wielbiących
Hitlera poetów nikt nie zna?
– Też sobie to pytanie czasami zadaję.
– Idąc Nowym Światem, zobaczy pan na jednym z domów tablicę.
Skromna w treści, ale jakże ciekawa: „Tu w latach 1951-53 żył i pracował
Julian Tuwim”.
– Wychowałem się w Łodzi, gdzie jest jego pomnik – powiedziałem.
– Sentyment miasta, z którego pochodził. Ale nie o tym chcę mówić.
Proszę się zastanowić nad tym: „Żył i pracował”. Mówimy o latach
stalinowskich. Żyło w tym czasie sporo ludzi. Praca była koniecznością. Nie
mówiąc o tych, którzy pracowali w kopalniach położonych bardziej na
wschód. No, a on sobie żył i pracował, czy tworzył, bo dokładnie treści
napisu nie pamiętam, ale to akurat nie jest ważne.
– Zmierza pan do tego, że wokół niego była jedna wielka mordownia?
– Do tego też. Ale bardziej chodzi o zawarte w tym napisie oszustwo.
– Pozostawił parę niezłych wierszy – wtrąciłem.
– Nie znam się na poezji. Bardziej interesują mnie ludzkie losy. Ten napis
tak mnie zaintrygował, że cokolwiek się o tym Tuwimie dowiedziałem.
– O tym, co pisał?
– O tym, co porabiał. I wyszło na to, że z wolnością to jego życie nie
miało nic wspólnego. Zupełnie nic. Dobrowolnie wrócił do okupowanego
przez Rosjan kraju. Ale zastanawiało jeszcze coś innego. Że Jaroszewicz
przejął po jego śmierci ten dom na Zorzy w Aninie – to może
i zrozumiałbym. Z tego wynika jednak, że w latach stalinowskich nie było aż
tak źle, jak się o tym opowiada.
– To znaczy?
– Skoro poeta Tuwim mógł mieć willę w podmiejskiej miejscowości
i mieszkanie w najlepszej części miasta, to nie było tak źle. Toż wszyscy
poeci na świecie mieszkaliby tak i tworzyli! A teraz ta tablica jest
przeznaczona dla analfabetów, którzy będą brali Stalina za architekta
pierwszych w Polsce drapaczy chmur.
– Zależy od punktu widzenia.
– Chce pan przez to powiedzieć, że istnieje nieskończenie wiele historii
świata?
– Wie pan, kim jest Jane Fonda?
– Wojskowi jej tutaj nie lubią, bo pojechała swego czasu do Wietnamu.
– Jej zdjęcie w hełmie armii wietnamskiej pokazywali wszędzie. Nie to,
co mówiła, intryguje jednak najbardziej. Była zabrana do obozu jeńców.
Pilotów z zestrzelonych samolotów. Tych, którzy zdążyli się katapultować,
ale trafili do niewoli. Jeden z jeńców prze kazał jej gryps. Do rodziny. I co
Jane z tym grypsem zrobiła?
– Przekazała go Wietnamczykom.
– Słyszał pan o tym?
– Nie. Zgaduję.
– Po opuszczeniu obozu przekazała gryps tym, którzy pilnowali jej
rodaków. Zastanawia ucieczka od wolności. Jak w takim chaosie ktoś mniej
wprawny ma się zorientować, co w życiu ważne? Jak z tym Tuwimem. Nie
mówiąc o tym, jak należałoby czytać historię. Każdą historię. Zauważył pan
tu u mnie dużo książek. Większość to historia. Jestem praktykiem. Nie
czytam ich w całości. Rozmyślam raczej nad szczegółem. I ten szczegół
prowadzi do większej całości. Czarna księga komunizmu. Ważna książka.
Ale kto to przeczyta? Masakry, wywózki, egzekucje. Jak to zestawić
z życiem poszczególnej ofiary? Statystyka zionie banałem.
– Balon cyfr z wypompowanym powietrzem.
– Książka Normana Daviesa o powstaniu. Mam ją. Ale czy kiedykolwiek
przeczytam?
– Nawet z opowieści pozostaje tylko anegdota. Zostaje szczątek uwagi,
że było to piekło, ale to wszystko. Występując gdzieś, Davies powiedział, że
każdego dnia w powstaniu zabijano więcej ludzi, niż stało się to w ataku na
Nowy Jork. Przemawia to bardziej niż te dwieście tysięcy.
– Zaskoczył słuchaczy Oxfordu odpowiedzią na pytanie, jaki był
największy kiedykolwiek w świecie obóz zagłady.
– Chodziło o Auschwitz?
– Nawet pan tego nie wie. Workuta. Ale obchodzenie jakichkolwiek
rocznic w Workucie byłoby niemożliwe. Politycznie niepoprawne. Wyobraża
sobie pan głowy państw jadące obecnie do Workuty? Jakieś rocznice? Nawet
w swej symbolice zbrodnia wygląda inaczej.
– Ten brak powiązań interesuje mnie najbardziej. Przecież Jaroszewicz to
nie tylko generał dywizji, wiceminister obrony, premier. To anonimowe
kółeczko w mechanizmie przemielania świata przez komunistów.
– Dlatego przypomniałem towarzyszowi Piotrowi o Cieplińskim. Nie
zrozumiałby, gdybym mówił o pomordowanych w Kambodży wieśniakach.
Nie pojąłby, dlaczego ciągnę za ucho. Nie zrozumiał i tego, że opatrzyłem go
i przyniosłem lekarstwa. Zmieniłem koszulę. Przełożył to sobie pewnie na,
„no proszę, nie jest tak źle”. Dopiero jak wysłałem Alicję do Lucyfera, to stał
się rozmowny. Już nie był tym premierem, którego boją się miliony. Ani
generałem dywizji, który broni do ostatniej chwili swej godności. Śmierć
brzydko zaczęła mu się jawić, jak sięgnąłem po rzemyczek i zdjąłem ze
ściany ciupagę.
– Zabił go pan ciupagą?
– Ciupaga posłużyła do zacisku. Taki praktyczny rodzaj zduszenia kogoś.
Nie musi to być zresztą ciupaga.
– Czy czytał pan w prasie artykuły o tym, co się zdarzyło?
– Te tylko, które trafiły do mnie przypadkiem. Innymi słowy, nie
szukałem ich. Miałem na głowie ważniejsze sprawy. Niech pan nie
zapomina, że wykonałem zlecenie, a po jego wykonaniu natychmiast stałem
się zwierzyną łowną.
– Opowie pan o tym?
– Pytał pan o gazety. Co pisały na temat tego, co zdarzyło się w Aninie?
Dawały do myślenia. Pojąłem, że te wszystkie zmiany są tylko na
powierzchni. Zabójstwo Jaroszewicza, tak jak chciał tego ten Kopeć,
porównywano do zabicia Popiełuszki. Była inna rzeczywistość, ale tak jakby
nie inna. Pisano o Jaroszewiczu z sympatią. Prawie wszędzie mówiono o nim
„premier”. Ani słowa o udziale w zarządzeniu ścieżek zdrowia w Radomiu
i Ursusie. Nic o latach stalinowskich. Sza, nic o tym, jak budował system,
w którym wymordowano tysiące ludzi. Nic o powiązaniach z Rosją. Nic
o KGB, GRU czy serdecznościach z Kosyginem. Pokrętnie miały się
sprawdzić słowa tego Kopcia. Mieliśmy ogłupione państwo prawa. Przecież
gdyby mnie wtedy złapano, to siedziałbym w więzieniu na podobnych
prawach jak Piotrowski. Gdybym oczywiście prze żył, co z uwagi na
zleceniodawcę, który był byłym prezydentem tego państwa, byłoby
wątpliwe!
– Na emigracji mówiono o tym PRL Zwei.
– Dobra nazwa. Oddająca sprawę. Kiwnięto ludzi na skalę, której nie
oddają nawet rozbiory. Wtedy walczono zresztą o przetrwanie.
Kolaborowano z wrogiem. Ale tu społeczeństwo było wolne. Tak by się
wydawało.
– Dzwoniłem do Polski, kiedy w 1993 roku postkomuniści wygrywali
wybory. Byłem wtedy w Ameryce Południowej. Moi przyjaciele
w Warszawie nie byli w stanie tego pojąć.
– Jedyny proces, jaki wytoczono komunistom w Polsce, to proces, jaki
dokonał się pod moim przewodnictwem. Wyrok zresztą też symboliczny, bo
tylko na jednym przestępcy. Od samego początku pomylono wolność
z anarchią. Autor Wojny peloponeskiej nie przypadkiem kazał wypowiedzieć
te słowa Peryklesowi: „Jesteśmy demokracją, ale szanującą prawo, zwłaszcza
to, które chroni prześladowanych”. Niech mi pan powie, które to prawo
ochroniło prześladowanych przez komunizm? Żadne. Prawem stali się ci,
którzy służyli Moskwie. Jaroszewicz to postać symboliczna. A gdzie ci
prokuratorzy, pułkownicy, gdzie ten cały zastęp dworzan, dzięki któremu
władza przekonana była, że stoi za nią historia?
– Już na samym początku, jak pojechałem do Pol ski – bo przez wiele lat
nie mogłem tam pojechać – uderzyło mnie, że nie zaistniał podział na
przestępców i ofiary, które stanowiły znakomitą większość tego
społeczeństwa. Osoby, które normalnie musiałyby poszukiwać zatrudnienia
w instytucjach odpowiadających ich inteligencji, nie mówię już: przewinom,
okazywały się ponownie wydawać z siebie głos, nagłaśniany przez „wolne”
media. Dziennikarz pisujący przez lata raporty na zlecenie partii, której był
też członkiem, stał się znany w świecie. Jakby nieważne, na czyje polecenie
to robił.
– Wspomniałem o tym, co mówił Perykles. O prawach, które są
fundamentem demokracji. Ale powiedział on coś ważniejszego. Mówił
o niepisanych prawach, które odnoszą się do ofiar każdego systemu.
Pogwałcenie tych niepisanych praw opartych o wstyd uważał za rzecz
najistotniejszą. Odnosi się to wprost do tych, którym się udało komunizm
przeżyć. Jeśli za mego życia gazety doniosą, że jedynym sprawiedliwym
sędzią w latach następujących po upadku komunizmu był wykonawca
wyroku na towarzyszu Piotrze, to moja misja zostanie odczytana tak, jak być
powinna.
– Czy ludzie są to w stanie tak odczytać? – zapytałem.
– Jakich ludzi ma pan na myśli? Społeczeństwo to jeden wielki żywioł,
który ma ustawiczne problemy ze zrozumieniem samego siebie.
Przeczytałem pana książkę o Irlandczykach. Nie wiem, w jakim stopniu
sprawy, które pan opisał, były prawdziwe. Nie ma to zresztą znaczenia.
Powieści w zasadzie w ogóle nie czytam. Udało mi się uchwycić tam jedną
myśl. Nie wiem, czy przez pana zamierzoną. Że w odmętach wszystkiego, co
nazywamy polityką, ofiarom nikt nie chce przyznać racji. Zaniepokojenie
oprawców tym, co pan opisuje, nie dotyczy torturowanych i męczonych,
tylko tych, którzy w imieniu ofiar decydują się na działanie. Inność
Jaroszewicza, jego „wielkość”, polegała na tym, że był jednym z wielu
uczestniczących w organizacji przestępczej. Inaczej świat o nim nigdy by nie
usłyszał. Był kimś o banalnym sposobie bycia. Banalnym wyglądzie. Kimś
o niewielkich horyzontach. Kimś, kto umiał przetrwać, kiedy inni wokół
padali. Nie wiem, jak to sprecyzować. Nie był nawet spryciarzem w rodzaju
Reicha-Ranickiego [5], który potrafił przerzucić się w świat książki. Historia
interesuje się tylko tymi, którzy czegoś się domagają. Na kogoś, komu
Milicja Obywatelska wybiła zęby, komu wypłaca się głodową rentę, nikt nie
zwróci uwagi.
– Nie byłem w Polsce, kiedy powstawała „Solidarność”. Nie oglądałem
stanu wojennego. Od lat jestem obywatelem amerykańskim, ale to, co pan
mówi, intryguje mnie, choć oglądam to z oddalenia. Czym jest historia, którą
pan tutaj opisuje? Jaki mogę z niej zrobić użytek? Czy może z tego być
pożytek dla kogokolwiek? Nie mówię o tym, co jest tu sensacją, ale
o filozoficznej stronie tego zdarzenia.
– Mieszkając w Arizonie, miałem czas, aby te sprawy przemyśleć. I do
jakiego wniosku dochodzę? Że następnym razem zrobiłbym to samo. Jest
w tym atawizm, ale człowiek, którego pozbawiłem spokojnego końca, mówił
tym samym co i mój ojciec językiem. Niech ktoś mi wytłumaczy, jak to się
stało, że parlament wolnego kraju w roku 1996 uwolnił mego zleceniodawcę
od odpowiedzialności za wprowadzenie stanu wojennego? I to przy
dowodach przedstawionych przez Bukowskiego, że domagał się on wejścia
do Polski Armii Czerwonej? Tej samej, która mordowała w Katyniu! Tej
samej, która dopuszczała się mordów, gwałtów i grabieży.
– Czytałem stenogramy ze spotkań, gdzie jest to czarno na białym.
Mówię o Jaruzelskim i jego argumentach za tym, żeby Rosjanie wkroczyli.
Teraz są te materiały dostępne.
– Bukowskiego wpuszczono do archiwów, gdzie posłużył się skanerem.
Jak się zorientowano i go stamtąd wyrzucono, miał już w posiadaniu tysiące
dokumentów. Bukowskiemu należałaby się osobna opowieść. Jeśli zaś
chodzi o towarzysza Piotra, to tak widziałbym jego biograficzną notkę
w nowym wydaniu encyklopedycznym:
Urodził się w Nieświeżu w roku 1909 jako wnuk stajennego
Radziwiłłów. Zwerbowany przez Rosjan po najechaniu przez nich Polski, od
początku powstania państwa komunistycznego pełnił wysokie funkcje
w aparacie przemocy. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, choć
w odczuciu ofiar systemu jego śmierć w roku 1992 miała znamiona
sprawiedliwości dziejowej.
IV

– Jeszcze nie tak dawno obchodzono Pierwszego Maja. Przeszłość, ale to


jak z tym pogrzebem Jaroszewicza. Zbierali się wtedy.
– Przyglądam się temu, co się tam dzieje – powiedział, sięgając po
butelkę.
– Wyobraźmy sobie rok 1995.
– Jest takie zdjęcie przedstawiające namioty żołnierzy rosyjskich
w czasach zaborów, rozstawione przed Zamkiem Królewskim. Też jakby
wczoraj.
– Albo obraz Kossaka namalowany tuż przed wybuchem pierwszej wojny
światowej. Czerkiesi na Nowym Świecie. Pędzący na koniach i wywijający
szablami. Tak wtedy wyglądały demonstracje siły. Na chodnikach
uskakujący w bok przechodnie. Niespełna dziesięć lat po namalowaniu
obrazu warszawska ulica wyglądała inaczej.
– Nie znam się na malarstwie, ale Kossaka zapamiętałem, bo pisali, że
miał go towarzysz Piotr. Dziwiono się, że tego nie zabrałem.
– Należałoby ustalić, co stało się z ukradzionymi przez towarzyszy
obrazami. Gdyby się dziś przejść po ich domach, to trochę się by tego
odnalazło. Część rozrzucili po rodzinach i krewnych, ale nie wszystko.
– Jaroszewicz miał obrazy, ale, jak mówię, nie znam się na tym.
Przypuszczam, że też zawłaszczone, jak ten dom na Ikara, gdzie mieszka
generał Jaruzelski. Prawowity właściciel, Ryszard Przedpełski, mieszkający
w Ameryce, od lat stara się o jego zwrot.
– O Jaruzelskim chcę mówić, więc wrócę do tego
1995 roku. Rozgrywało się to na placu Teatralnym. Że był to pochód
pierwszomajowy to może za dużo powiedziane. Coś raczej jak po wojnie
w Niemczech. Te zjazdy byłych żołnierzy Wehrmachtu czy Waffen SS.
Tylko u Niemców pod inną nazwą, bo oficjalnie przeprowadzono
denazyfikację, czy jak to nazwać i w życiu publicznym tacy jak Kiszczak czy
Jaruzelski nie śmieliby, nie mogliby, brać udziału. Ale w roku 1995
w Warszawie było to możliwe. Większość tych uczestniczących przed paru
laty w pogrzebie Jaroszewicza przybyła tam. Włącznie z przyjaciółmi
Ałganowa. Wie pan, o kim mówię?
– Odgrzewano wtedy agentów w strukturach państwa.
– Rozciągnięte to było nie tylko na stronę polityczną.
– O, nie tylko! Wprowadzano zaufanych w organizujący się sektor
gospodarczy, ale to inna historia. Niech pan opowiada.
– Był i Kwaśniewski. Oleksy. Zaczęły się przemowy. Wtedy taktyka
byłych komunistów szła według wzorca: bronimy najbiedniejszych
i upośledzonych. O Marksie, Leninie, a już w żadnym wypadku o Stalinie,
nie było mowy. Na takich samych pochodach w Moskwie tak, ale w Polsce
zbyt wielu ludzi by to rozsierdziło. W ten też sposób uwierzytelniano się na
Zachodzie jako rodzaj socjaldemokratów.
– Przemawiali z trybuny?
– Z trybuny. Przemawiano nie o zdobyczach Pol Pota czy planach
gospodarczych Bucharina, ale o tym, jak to dziejowa niesprawiedliwość
niszczy człowieka i nie pozwala mu patrzeć w przyszłość. Każdy z mówców
zatroskany był najbiedniejszymi i było to nadzwyczaj cwane w swojej
technice, bo przemawiali w ten sposób do prawie całego społeczeństwa. Ale
jak ktoś w tłumie krzyknąłby: „łapać złodzieja”, to ten tłum w bezładnej
pogoni zatrzymałby się dopiero w Wyszkowie.
– Dlaczego w Wyszkowie?
– Nie czytał pan Żeromskiego. Dlatego to jego „Probostwo” tak
cenzurowali. Niby był Żeromski, a Probostwa w Wyszkowie nie było.
W Wyszkowie w 1920 zatrzymali się Marchlewski z Konem i reszta tych
protoplastów Oleksego i Siwca.
– Wymiana pokoleń.
– No i warunków, w jakich przychodzi im żyć. Tamci mieli za sobą
Armię Czerwoną. Parę też niezłomnych charakterów w rodzaju
Dzierżyńskiego czy Radka. A ci na placu Teatralnym bez większego
wsparcia. I przyszłość także nie taka świetlana, bo a nuż ludzie się połapią,
w czym rzecz, i za gardło chwycą. Mimo tych pozorów. Garniturów,
krawatów, czarnych limuzyn. Radość, bo u władzy, ale na twarzach niepokój.
Potęgowany na dodatek przez ludzi stojących na poboczach i zakłócających
te przemówienia.
– Kontrdemonstracja?
– O tak! Przecież nie wszystkich ogłupiono. Jak zaczęto skandować!
Trzeba było zobaczyć Jaruzelskiego. Cała pycha wyciekła z niego. Ile lęków
może w sobie człowiek chować? Skrytych lęków, że któregoś dnia go
dopadną tacy, jakich sam na ludzi nasyłał. I przypomną. Te lęki, jak dostał
cegłą w głowę, go nie opuszczały. Fasada wydawałoby się solidna, ba,
według słów Kopcia już państwo prawa, ale a nuż się to rozkulbaczy i jakaś
owca z kopyta strzeli mu prosto w czoło.
– Dlatego muszą przebywać pomiędzy swoimi.
Tylko tak czują się pewnie. Każdy z nich jest tego świadomy. Hitlerowcy
nie mieli takiego problemu. Po wojnie nie mogli istnieć, ale byli wśród
swoich. A tu? Odwrotność. Niech no w bloku dowiedzą się, kto tam mieszka.
Nie daliby ludzie takiemu żyć. Dlatego mieszkają wśród swoich. Albo na
odludziu. Jak Cimoszewicz. W domach o drzwiach z japońskimi zamkami,
kamerami i ścianami najeżonymi instalacją alarmową.
– Był wśród tego „Pociągu Przyjaźni” generał. Przesłonięty ciemnymi
okularami. Jak zwykle. Nie widać temperatury uczuć, oprócz tego, że twarz
mu się zmienia. A zmienia się, bo ci młodzi z kontrdemonstracji, ci, co tak
skandowali i zagłuszali te przemówienia, wyciągnęli nagle transparent
z napisem „Pod sąd zbrodniarza Jaruzelskiego”. Tak jakby ktoś go
spoliczkował. Gdyby mógł, to plac zamieniłby w kopalnię „Wujek”. Ale nie
może, bo to państwo prawa, jak ten pański Kopeć powiedział. Więc tylko
młodzieży zezwalają na harce. Ta chce się wykazać, bo od lat na rodzinnych
obiadach słucha wspomnień, jak to było w latach walki z reakcją, więc
w ruch pięści i pałeczki. A na twarzach starszych, tych najstarszych, a i tych
z Hitlerjugend, oznaka niezadowolenia. Nie tak wyglądały drzewiej
wystąpienia pierwszomajowe. Ani w 1985, ani w 1973. Ani w 1967. A jak
ładnie wyglądały te pierwsze. Tylko najstarsi pamięcią sięgać mogą. Idą
sobie ludzie pracy i skandują: „Pokój! Pokój!” Albo dla odmiany: „Niech
żyje bratnia przyjaźń ze Związkiem Radzieckim!” A w zaszczanych bramach
pijacy łyka z butelki pociągają, aby zadowolenie z panującej władzy wyrazić.
– Brałem w tym wszystkim udział – powiedział w jakimś zamyśleniu. –
Kto teraz pamięta przyjazd do Polski Breżniewa? Przygotowywaliśmy
spontaniczne wystąpienia. Nocą. Ustawiało się grupkę średnio zaufanych, ale
do tej roboty się nadających, członków Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej. Bez rodzin, ale każdy odpowiedzialny był za sprowadzenie swej
drużyny, kiedy czas po temu przyszedł. I dalej balecik. Stoją te ludzkie
kukiełki parę metrów od mającej na jezdni pojawić się kolumny samochodów
i na umówiony znak, „spontanicznie” podbiegają w jej stronę. Tego nawet
Kaligula nie wymyślił, choć był dosyć rozrywkowy.
– Doszło do starcia na tym placu Teatralnym. Po jednej stronie ci z „Pod
sąd zbrodniarza…”, a po drugiej ci nieutuleni w żalu, że tatusiowie
i dziadkowie mogli się wykazać, a oni muszą teraz w tym praworządnym
kraju ich honoru bronić.
– Tak wciąż rozczytani w „Manifeście komunistycznym”?
– Spontaniczni raczej.
– Jak Breżniew przyjechał, to był takim autorytetem. Nikt z naszych
dwóch litrów wódy nie mógł wydoić, a on potrafił. Kto pamięta teraz, że jak
był w Warszawie, to próbował zastąpić kierowcę i sam poprowadzić?
Dopiero pod ramiona trzeba go było podjąć i na siedzeniu posadzić. Z bliska
to oglądałem. A pamięta pan, jak w Cartera w Wiedniu wpił się ustami, ale
tak jakoś szpetnie, że Carter musiał usta listeryną przepłukiwać? Tak to
higienicznie Zachód znosił ostatnie podrygi czerwonych cezarów.
– Nie widział pan pijanego Kwaśniewskiego nad katyńskimi grobami.
Alkohol jest dla ludzi, ale żeby jak się idzie na cmentarz? Stał tam,
podtrzymywany pod ramiona, bełkotał, przez ręce leciał. Ale dokończę, jak
na tym placu Teatralnym się skończyło. Nie udało się tego transparentu
odebrać. Cierń w sercu generała pozostał i pewnie chwila refleksji w domu
go dopadła, jakim to świat przemianom podlega. Wspomniał może te
wzruszające chwile, kiedy był panem narodu, a później nawet prezydentem
odradzającej się Rzeczpospolitej?
– Nie ma nawet takiej przeszłości jak Zajączek. Czułby się dobrze
w gronie Berga czy Paskiewicza. Pośmiertnie choćby, ale będą musieli zdjąć
z niego ten mundur. Jako komunista wypełnił dwie funkcje. Wykonał to,
czego domagali się od niego Rosjanie. Oprócz tego dokonał spustoszenia
w symbolice wojskowości. Jestem przekonany, że zlecenie zamordowania
przez niego Jaroszewicza nigdy także nie zostanie wyjaśnione. Nawet jeśli
zrobi pan użytek z tego, co tu opowiadam. Nie zapytałem o coś, o co
powinienem pana zapytać na początku spotkania. Czy zamierza pan o tym
napisać? Domyśla się pan, że opowiadam to nie przez przypadek. Dobrze
wiem, że jest pan pisarzem. Że był pan korespondentem „Głosu Ameryki”.
– Zacząłem się natychmiast nad tym zastanawiać. Artykuł byłby czymś
za skromnym ma pan rację. Zresztą nie wiem, gdzie mógłbym go umieścić.
Pomyślałem o książce. Niewielkiej takiej. Grubych nikt nie chce brać do ręki.
Nikt nie ma na to czasu. Inna epoka. Różni pisarze próbowali opisać
komunizm. I z różnym skutkiem. Orwell napisał taką klasykę jak Rok
1984. Ale kto to teraz czyta? Nieco lepiej to wygląda z Folwarkiem
zwierzęcym. Herling-Grudziński opisał komunistyczną Rosję w Innym
świecie. Ale też, kto to czyta? Komunizm jak zły sen. Wszyscy chcą się od
niego oddalić, a życie w tym pomaga. To, o czym pan opowiada, to dynamit.
Ba! Bomba zegarowa. Ale jak wyposażyć ją w detonator? Nie wiem.
Zastanowię się. Pomyślę. Noc, jak w Szecherezadzie, przyniesie może
pomysł. Jutro panu powiem. Ale myślę, że formułę mam. Coś niewielkiego.
Siła tego, co pan tu mówi, leży w sensacji, a nie w polityce. Polityka ludzi nie
obchodzi. Jeszcze żeby to się zdarzyło w epoce Napoleona. Albo gdyby na
Zachodzie ogłosił ktoś, że Dzierżyński był nie tylko komunistą, ale asem
polskiego wywiadu. I przedstawił na to dowody. Nawet jeśli byłoby to
zmyślone.
– Sądzi pan, że tę historyjkę zmyśliłem?
– Za dużo w pańskiej narracji autentyczności. Szczegółów. Rozumiem, że
nie zależy panu na popularności. Jeśli coś, pisząc, pokręcę, to mój pisarski
przywilej. W żadnym wypadku nie chcę jednak z tego robić jedynie
dziennikarskiej sensacji.
– Czyli podjął pan w trakcie tej rozmowy decyzję opisania tego?
– Jak najbardziej. Mimo że nigdy nie napisałem tego rodzaju książki.
Steinbeck twierdził, że dla piszącego każda kolejna rzecz powinna być
wyzwaniem. Pisanie tak rozumiem.
– Towarzysz Piotr to w gruncie rzeczy postać banalna. Bez twarzy.
Żegnając się ze światem, był starszym człowiekiem, który nie rozumiał
swych dla niego zasług. No, może w chwili, kiedy zobaczył w moich rękach
ciupagę, to się uczłowieczył. Ale tylko strach nim powodował. Zabrzmi to
jak sprzeczność, ale beze mnie Jaroszewicz byłby nikim. Zmarłby za parę lat
w tym Aninie i pies z kulawą nogą nie interesowałby się nim.
– Jego śmierć stała się dla ludzi zagadką. Na początku, jak o tym
usłyszałem, to pomyślałem, że to zemsta którejś z ofiar Jaroszewicza. Parę lat
później wydawało się, że sprawców znaleziono. Aresztowano kilka osób.
Słyszał Pan o tym?
– Pojechałem do Nowego Jorku, gdzie miałem dostęp do polskiej prasy.
Czytałem wszystko, co wpadło w ręce, a co dotyczyło sprawy. Analizowałem
na własny użytek, jak działa system sprawiedliwości oparty na ludziach,
którzy reprezentowali go za czasów PRL-u. Kiedy towarzysz Piotr żegnał się
z życiem, wiedział już, że parę miesięcy wcześniej podpisano umowę
o wycofaniu rosyjskich wojsk z Polski. Parę tygodni później Rosjanie
przekazali niektóre kopie dokumentów dotyczących Katynia. Paradoksalnie
skłaniało to Jaroszewicza do mówienia. Świat zmieniał się w tempie
lawinowym. Otwarto w Warszawie pierwszego McDonalda. Tacy ludzie jak
Jaroszewicz dopiero pozostawieni sobie skłonni są skakać do gardeł
kompanom. A Piotr na dodatek nosił uraz, że go internowano. Stał się dla
Jaruzelskiego groźny. Najwierniejsi nawet zaczęli się za siebie oglądać.
Przychodzi taki moment, że wszystko się sypie.
– Oprócz tego, że oskarżenie było farsą, nic nie wiem na ten temat.
– Takie nazwiska jak Frankowski, Żelaźnicki czy Goszczyński nic panu
nie powiedzą. Bo też dlaczego miałyby mówić? Byli prokuratorami w tej
sprawie. Był tam też ktoś inny, ale go nie pamiętam.
– A najważniejszy. Przypomnę sobie. Miał na imię Artur. Prowadził to.
Czwarty do brydża, można by rzec. Często się spotykali. Radzili. Ustalali.
Mord polityczny? Czy rabunek? O Jaruzelskim nikt nie pomyślał. Gdybym
zgłosił się i zeznał, co się stało, to albo zgładzono by mnie w celi, albo
okrzyknięto człowiekiem niespełna rozumu.
– Rozważał pan zgłoszenie się?
– Ani przez chwilę. Przypuszczam, że do akcji zmierzającej do
schwytania mnie skierowano zaledwie kilku ludzi. Robota zrobiona była
przecież na zamówienie półprywatne. Mojego wspólnika znaleziono
martwego w hotelu w Glasgow. Zabić kogoś to dla nich żaden wysiłek, ale
wciąż nie dostali tego, co chcieli. Jaruzelski ze złości musiał wbijać zęby
w ścianę. Czekali, aż się gdzieś zgłoszę. Tam by mnie dopadli. Ale mijały
dni, a oni wciąż nic nie wiedzieli. Jeszcze działała Wolna Europa. Bali się, że
tam to dotrze. Byłaby to rewelacja jak wyznania Światły. Nie mówię
o zabójstwie, ale o tym, co towarzysz Piotr napisał na temat Jaruzelskiego,
matrioszek i pracujących dla Rosjan agentów.
– Myślał pan o RWE?
– Myślałem, jak się wydostać. Nie było to tak trudne jak w latach
komunizmu i byłem do tego zawczasu przygotowany. Dawny znajomy Jurek
Skrycki kierował w tym czasie grupą, której celem było odnalezienie
sprawcy tego, co wydarzyło się w Aninie. Gdyby tylko wiedział, że szuka
jednego z dawnych znajomych!
– Miał pan określony plan działania?
– Tak. Wyjazd z Polski i zgłoszenie się do Amerykanów. Na początku
myślałem o Anglikach, bo są bardziej serio, ale potem zmieniłem zdanie.
Skryckiego zgubiła rutyna. Przesłuchiwał tych wszystkich, którzy do
Jaroszewiczów przychodzili. Budowano setki tropów, po których puszczano
psy gończe.
– Mówi pan o psach konkretnie?
– Skądże! Sprowadzono na początku psy, ale dla kogoś takiego jak ja nie
było problemu, żeby je zmylić. Sam pomysł co do Remusa podsunął ktoś
trzeci. Ktoś, kto przygotował dostanie się do środka i dostarczył dokładny
opis miejsca. Nie mówiąc o innych szczegółach.
– Co stało się z tym „trzecim”?
– Żyje gdzieś. Nie mieli powodu, żeby go zabijać, choć nic nie jest
wykluczone. Musieliby zresztą wybić wszystkich, którzy brali w tym
pośrednio udział. Nigdy o „trzecim” nie słyszałem. Miał głowę. Wymyślił
coś genialnego. W okolicy było kilka udanych napadów. Zebrano materiały,
ale nie złapano nikogo. I on się tymi materiałami zajął. Ale zajął się w inny
sposób. Zadał sobie pytanie, dlaczego sprawców nie udało się złapać.
Rozumie pan?
– Niezupełnie.
– Postanowił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego napady były udane. Na
podstawie dokumentów. I tą wiedzą się podzielił. Mieliśmy więc wzorzec,
jak i co robić.
– Jak było z topografią terenu?
– Byliśmy z nią zapoznani. Raz nawet, kiedy towarzysz Piotr udał się
z Remusem na spacer, tam się znaleźliśmy.
– Muszę zobaczyć kiedyś ten dom.
– Powiem panu jeszcze jedno. Mówię: dwa strzały, a nie jeden. A może
był jeden? Nie dlatego nie mówię tego, że panu nie ufam. Przecież inaczej
w ogóle byśmy się nie mogli spotkać. Ale chodzi o to, żeby ci, którzy znają
sprawę, jak przeczytają książkę, nie mogli się zorientować, jak się to stało.
– Chce pan zabrać tę wiedzę ze sobą do grobu?
– Jak powiedzą, gdzie zakopano ojca, to opowiem, jak było.
– Czy tak samo jest z nazwiskami, których pan tu używa?
– Do pewnego stopnia. Niech sami sprawdzają, czy Skrycki to postać
wymyślona, czy nie. Ci, co byli w sprawę zamieszani, będą wiedzieć, czy to,
co tu mówię, jest prawdziwe.
– To duży dom?
– Dosyć duży. Garaż. Basen. Trochę drzew. Ogólnie biorąc, spokojnie.
Patrząc od frontu, po lewej stronie szkoła czy internat. Po prawej tereny
należące do szpitala. Od biegnącej równolegle z drugiej strony domu ulicy
Alpejskiej inne posesje i także trochę drzewek. Cisza. Spokój. Ciekaw
jestem, czy towarzyszowi Piotrowi pokazuje się w piekle filmy o tych
z Radomia czy Ursusa. Dokumentalne rzecz jasna. Jak wygląda ich starość.
Ten ma problemy, bo odbito mu nerki na ścieżce zdrowia. A ten znowu nie
ma pieniędzy na rozrusznik serca, który towarzyszowi Piotrowi zamontowali
w specjalnej dla takich jak on klinice. Inny znowu odczuwa bóle głowy
i miewa zawroty. To od tamtego czasu jak go spałowano, bo tej polityki
prowadzonej przez towarzysza Piotra nie lubił, a miejscowi ormowcy
usłyszeli, co mówił, stojąc z kobietami na przystanku PKS-u. No, ale wtedy
przystanek to nie był Hyde Park, żeby na głos wypowiadać poglądy.
– Niektórzy, szukając logiki, nie zobaczą, że istnieje ona pomiędzy
śmiercią pańskiego ojca a śmiercią Jaroszewicza. Taka niewidzialna nić
zależności. Nigdy nie zamierzałem pisać o komunizmie. Chciałem ten obraz
w sobie zasłonić. Ale nasza rozmowa uświadomiła mi, że to pozorna zasłona.
Nie można zasłonić części życia.
– Jeszcze nie usłyszał pan, dlaczego to zrobiłem. I kim tak naprawdę
jestem. Po tym moim pierwszym oświadczeniu mógł pan pomyśleć: „No tak,
ktoś od mokrej roboty”.
– Cokolwiek pan zrobił, to nie brakuje panu inteligencji. Miałem
przyjaciela, który zabił dziesiątki ludzi. Nie miał żadnych studiów, ale miał
życiową wiedzę, którą wyczuwam u pana. Tyle że ten przyjaciel znalazł się
od razu po właściwej stronie barykady.
– Powiem tak. Zanim skończymy butelkę i wyjdziemy na taras. Dobrze
się rozmawia i wierzę, że coś z tej naszej rozmowy wyniknie. Proponuję też,
przynajmniej na czas spotkania, abyśmy mówili sobie na „ty”.
V

– Wałęsa był wtedy prezydentem?


– Gazety podawały, że jest śmiercią Piotra Jaroszewicza poruszony.
Byliśmy teraz na tarasie. Niebo było zasypane gwiazdami, jak tylko
potrafi być zasypane w Arizonie. Pod nami iskrzyły się światła domów
rozrzuconych po okolicy. Na rozdzielającym nas od siebie stoliku
postawiliśmy butelki piwa. Był ciepły, łagodny wieczór. Odezwał się głos
puchacza. W górskim powietrzu jego napominania zdawały się dochodzić
z innego świata.
– Sondaż przeprowadzony przez „Promedia” w Warszawie pokazał, że
prawie połowa ankietowanych uważała, iż śmierć towarzysza Piotra nastąpiła
na skutek politycznych uwikłań. Uważających to za sprawę wyłącznie
kryminalną było znacznie mniej – ciągnął mój rozmówca.
– Ludzie mieli większego nosa niż prokuratura?
– Sondaż nie miał podtekstu, więc nikt nie miał powodu tego naciągać.
Dopiero się uczono, że to nie cel sam w sobie czy nie źródło dochodów, ale
narzędzie w walce politycznej.
– Po śmierci Ronalda Reagana ukazał się w „Chicago Tribune” artykuł
profesora Davida Osta, coś w rodzaju: wiele gadania, a niewiele działania.
Ost dowodził w nim, że Reagan nic w sprawie komunizmu nie zrobił oprócz
tego, że wyposażył w sprzęt afgańskich fundamentalistów i Contras
walczących w Nikaragui z rządem sandinistów.
– Kiedy się ten artykuł ukazał? – zapytał.
– Nie tak dawno. Nawet Contras tak mnie nie poruszyli, jak część
dotycząca „Solidarności”. Z tego, co Ost pisał, wynikało, że pokonanie
komunizmu to zasługa Sorosa [6] i wydarzeń w Rosji.
– Tak próbuje się „pisać” historię. I historia może na tym polega.
Napisano kilka historii komunizmu. Ale rzadkością jest książka potępiająca
komunizm na równi z hitleryzmem. A przecież dla ofiar porównanie nasuwa
się samo. Z dziećmi komunistów bywa podobnie. To samo zjawisko co
i z dziećmi hitlerowców. Dzieci, teraz już dorosłe, mówią, hitleryzm był zły.
Ale zajmują domy, które tatusiowie im sprawili. Nie żyją na swój rachunek,
ale z tego, co nagromadzili dziadkowie i rodzice. Nie inaczej wygląda to
z komunizmem, choć w tym wypadku też nikt tego odcięcia nie wymaga.
Wyobraźmy sobie, że do córki Jaruzelskiego przychodzi ktoś i mówi: „Dom,
w którym pomieszkiwałaś, został bezprawnie przywłaszczony. Ojciec był
przestępcą i te obrazy, które są w domu, zostały ukradzione. Masz do
wyboru. Albo zaczniesz (ojca nikt potępiać jej nie każe) żyć na własny
rachunek, albo znajdujesz się w kategorii przestępców, których nie złapano
na gorącym uczynku, ale co do których odnoszą się słowa Peryklesa,
dotyczące hańby, jaka spada na użytkownika zagrabionej własności”.
– Trzeba by zakwestionować tysiące posiadaczy. Nie tylko
w komunizmie czy w tym, co potem nastąpiło, ale w ogóle w historii.
– Myślałem dużo o tych, których próbowano wpakować do więzienia za
zabójstwo Jaroszewicza.
– Pobieżnie znam tę historię.
– Któregoś pięknego dnia prasa wypełniła się artykułami, że sprawców
odnaleziono.
– Oparte to było na fałszywych przesłankach?
– Wpakowano czterech obywateli do pudła i rozpoczęto na nowo
śledztwo.
– Były do tego przesłanki?
– Przesłanki zawsze się znajdą. Wystarczy chcieć. Dobrze służy temu
teoria, że w jakiś sposób każdy kolaborował. Skoro tak, to dlaczego na ławie
oskarżonych zamiast Kiszczaka, Jaruzelskiego, Kwaśniewskiego i Ciastonia,
nie miano posadzić Wacka, Henia, Janka i Krzysia. Ten ostatni rzucał się
w sądzie najbardziej. Był w tym niezły paradoks. Z jednej strony zabita para
komunistów, a z drugiej ktoś o pseudonimie „Faszysta”.
– Semantyka.
– I polityczna poprawność. Komuniści walczyli od zawsze z faszyzmem.
Świat komunistów to świat, który na skutek faszyzmu nigdy rzekomo nie
mógł się w pełni zrealizować. Ba! W jakiś sposób można powiedzieć, że to
ofiary komunizmu udaremniły plan urządzenia świata w lepszy sposób.
– Czy towarzysz Piotr też jest tego ofiarą?
– Przedziwną, bo jedną z nielicznych. Gdyby w tym czasie toczył się
proces przywódców organizacji przestępczej, jaką była partia i jej
przybudówka, czyli Służba Bezpieczeństwa, to głos oskarżonych brzmiałby
inaczej. Ale tak, pokazało to tylko ogłupienie wypełzającego z ciemności
społeczeństwa, a także stopień zdeprawowania dziennikarzy.
– Są wyjątki?
– Jasne. Jak ktoś stwierdza, że Polska Zjednoczona Partia Robotnicza
była organizacją mafijną, to jest to stwierdzenie ogólne i nie odnosi się ono
do wszystkich członków tej partii. W NSDAP także byli porządni ludzie. Nie
wszyscy trudnili się zabijaniem. Hitler był w czasie pierwszej wojny
światowej żołnierzem. Wszystko mogło się więc zdarzyć. Ale jak został
kanclerzem, to nikogo nie mordował. Himmler to samo. Dönitz nie strzelał
do marynarzy zatapianych okrętów, jak został admirałem. Kiszczak jak został
ministrem, to wydawał jedynie rozkazy. Pytanie, co robił za młodu, jest bez
znaczenia. Zbrodni nie da złapać się za rękę, bez tego zawiłego przewodu,
który doprowadza związek przyczynowo-skutkowy pod światło.
– Nawet pod lupą tego często nie widać.
– Przeszłość organizacji, do której wstępujemy, moralnie obarcza
każdego do niej się zapisującego. Rozpisanie na role następuje później. Jedni
pociągają za cyngiel. Inni posługują się pałką. Jeszcze inni używają słowa
wspierającego te działania.
– Ojciec, który pracował na uniwersytecie, opowiadał, że na zebraniu
badaczy kultury językowej regionu podnosił się ktoś i stwierdzał, że takie
badania są bezużyteczne, bo towarzysz Stalin się w tej kwestii, to jest
językoznawstwa, dostatecznie wypowiedział.
– Mówisz o latach stalinowskich.
– O czymś bardziej złożonym. Człowiek, który zakneblował innym wtedy
usta, został profesorem i kiedy czas do tego dojrzał, stał się opozycjonistą.
Jak kogoś takiego osądzać? Nie w wymiarze prawa osądzać, ale rozsądku.
– Prawie niemożliwe.
– Wszyscy zmieniamy poglądy.
– Jasne, że każdy ma prawo, żeby je zmieniać. To ogólne założenie. Ale
jak poglądy są wypadkową tego, co wolno, a co nie wolno, to sprawa
wygląda inaczej.
– Masz na myśli kogoś, o kim słyszałem?
– Andrzejewski. Jesteś pisarzem, więc musiałeś słyszeć.
– Wiem, o kogo chodzi.
– Duchowe przełomy dostosowane do okoliczności. Przed wojną
sztandarowa religijność. Po wojnie w pierwszym szeregu sławiących Soso.
Odwilż to odwilż. Jak przestano łamać kości to opozycja. Demokratyczna
opozycja, jak to ktoś nazwał. Jako piszący cieszył się pewnym poważaniem.
Taka polska odmiana Sacharowa. Tamten dał Stalinowi broń, którą
sterroryzowano miliony ludzi, a potem, gdy niczym to mu nie groziło, chciał
zostać sumieniem swych ofiar. Powrócę do towarzysza Piotra. Jego życiorys
to ballada o przeciętności. Nauczyciel w ludowej szkółce w Wołominie.
Potem syberiada. Potem następuje, co prawda, przyspieszenie. Z klucza
politycznego, to znaczy bez przygotowania fachowego. Spychalski był takim
ministrem. Co tam ministrem! Marszałkiem! Coś jak ten Boorda admirałem.
Choć obaj byli z takich, co gdyby napotkali w ciemnej uliczce „Faszystę”, to
nie wiedzieliby, gdzie umknąć.
– Zawsze byłem przekonany, że Jaroszewicza zabił ktoś z powodów
politycznych.
– Nie jesteś rozczarowany?
– Nie przypuszczałem, że sprawa jest tak skomplikowana.
– Oczywiście z greckiej tragedii byłoby więcej, gdyby zabił go syn
Andrzej.
– Mówiono, że był kierowcą rajdowym.
– Bycie kierowcą rajdowym w tamtych czasach znaczyło tyle, co być
u władzy. Taki zawód jak kierowca rajdowy nigdy u nas nie istniał. Ten
zawód został stworzony dla syna Piotra i jego przyjaciół.
– Nie zastanawiałem się nad tym.
– Solska była macochą. Pod nieobecność męża wychodził z niej demon.
– Nic o niej nie wiem.
– Mówiono, że karała za najmniejsze przewinienie tego Andrzejka.
Potem, jak podrósł, to zaczął jej też dokuczać. Dobrana rodzina. Była tam
jeszcze i mamusia towarzysza Piotra. Kobieta o dużej dawce rozsądku.
– Znałeś ją?
– Dużo o niej wiedziałem, ale to była wiedza teoretyczna.
– To znaczy?
– Rozpracowując Piotra i jego rodzinę, miałem dostęp do wszystkiego, co
było, czy mogło być, dostępne.
– Była komunistką?
– Działała według tego, co chciano swego czasu zrobić z pewnej babuni,
która rzekomo znać miała Lenina.
– Nic o tym nie słyszałem.
– W Poroninie chcieli z nią zrobić program. Dla telewizji. Posadzili ją
w fotelu i dalejże namawiać na wspomnienia.
– Znała rzeczywiście Lenina?
– Nie mam pojęcia. Wiekowa była, więc mogła znać. Chyba
w sześćdziesiątych latach to było.
– Zrobili ten program?
– Niezupełnie.
– Babcia coś nabroiła?
– Najpierw ten prowadzący dużo mówił o Leninie, czego to on nie robił
w tym Zakopanem, a potem zapytali babcię, czy go dobrze zapamiętała.
– Mówi, a pewnie. Pamiętam go, chociaż młoda byłam. Ale tyle o nim
potem mówiono. No, więc się pyta dziennikarz, czy zapamiętała coś
szczególnego. Coś, co powiedział?
– A babcia?
– Babcia na to, że owszem. Zapamiętała go, bo pożyczył żelazko i nie
oddał.
Roześmialiśmy się obaj i przez chwilę panowało milczenie. Nad nami na
ciemnym niebie błyskały setki, jeśli nie tysiące, gwiazd. Gwiazdek, które
pojawiały się i znikały. Przepastnych kosmosów, w których krążyć musiały
cząsteczki Jaroszewicza i wszystkich innych, którzy pożegnali się z życiem.
Nikt z nich nie był już w stanie obrazu świata, który obrabialiśmy, w żaden
sposób uzupełnić czy zmienić. Dodać czy zabrać.
– I taka była mama towarzysza Piotra?
– Miała zamiłowanie do kosztowności. Biżuterii. Klejnotów. Było w niej
coś z kobiety hinduskiej.
– Znaczy?
– Ciągle przeglądała ten swój majątek odważony w małych paczuszkach,
co doprowadzało syna do pasji. Często próbowała go uspokoić tym, że kiedy
czasy się zmienią, to będzie trzeba z czegoś żyć. Była prostą kobietą.
– Czyli Jaroszewiczowie zgromadzili jakiś majątek?
– Nie mniejszy niż inni dygnitarze. Wypożyczano sobie obrazy
z Muzeum Narodowego. Skupowano złoto.
– I ci obrońcy ich wszystkich, którzy daliby się posiekać za nich na
kawałki. Za nic. Za ochłap ideologii. Przesłałem kiedyś do jednego z pism
rozdział książki, gdzie nadmieniłem o „profesorze” Wiatrze, z którym
stykałem się w Polskiej Akademii Nauk jako doktorant. Nie było już cenzury.
Nie było powodu, żeby z te go tekstu coś wyrzucać. I to jedno zdanie, Wiatra
dotyczące, ktoś ocenzurował!
– Te oskarżenia o zabójstwo towarzysza Piotra to jeden z paradoksów
tego, co nastąpiło. Pokazujący zagubienie tego społeczeństwa. Przecież
ludzie pamiętali, kim był Jaroszewicz. To ich życie było za jego rządów
marnowane. A tutaj zderzali się z „nowym”. Kończy się Związek Radziecki,
a nic w zasadzie się nie kończy. Joanna Szczepkowska ogłasza 4 czerwca
1989 roku koniec komunizmu, ale w rzeczywistości niewiele się zmienia.
– Tak nie można powiedzieć.
– No, tak. Grupa dopuszczonych do władzy się powiększa. Tort będzie
krojony wspólnymi siłami. Zanim powstaną ugody i umowy, moi szefowie
przebierają się w białe koszule, ruszają do krawców po garnitury, dobierają
krawaty.
– Rozwiązanie siłowe nie było rozwiązaniem.
– Ale pewne rzeczy były konieczne. Na przykład osadzenie wszystkich
członków politbiura w więzieniu. Sądy ustaliłyby rozmiar przestępstwa.
Związani z aparatem przemocy musieliby odejść. Także pracownicy służb
specjalnych. No i, naturalnie, dawni funkcjonariusze PZPR, pełniący funkcje
kierownicze, musieliby zrezygnować z życia publicznego.
– Nie wiem, czy było to możliwe.
– Zabrakło wizji. A może nie wizji, ale wizjonera!
Kogoś, kto podjąłby się tego zadania. Tych czterech podejrzanych
o zgładzenie Jaroszewicza może być przykładem.
– W jakim znaczeniu?
– W każdym. Przeżarte korupcją sądy i prokuratura. Ta pewność
w ferowaniu wyroków. Prowadzący sprawę z ramienia prokuratury Kassyk –
Artur Kassyk, tak się nazywał, dopiero sobie teraz przypomniałem –
twierdził, że wie dobrze, który z podejrzanych zastrzelił Solską. Wymachiwał
papierami, w których rzekomo znajdowały się takie ustalenia!
– Nie mogę się wypowiadać, bo nic o tym nie wiem.
– No, mnie też tam nie było. Ale przecież nie będąc tam, wiedziałem
WSZYSTKO! Proces był dowodem na to, jaki spadek pozostawili po sobie
komuniści.
– W sądownictwie także zdarzali się uczciwi ludzie.
– Jestem jak prostytutka. Oglądam klienta i natychmiast wiem, czego się
mogę po nim spodziewać. Mówi ci cokolwiek nazwisko Karol Modzelewski?
– Partyjny dysydent swego czasu.
– Nawoływał przeciwko lustracji. Ze skóry wychodził, żeby przekonać,
że lustracja odetnie nas od takich umysłów jak Leszek Kołakowski.
– Widziałem go w Nowym Jorku na wykładzie. Mówił o komunizmie.
– A o czym miałby mówić? Modzelewski przekonywał wtedy w Sejmie,
że lustracja pozbawi nas takich jak Kołakowski. Gazeta, która tę wypowiedź
Modzelewskiego przywoływała, zaznaczała, że był on swego czasu
partyjnym lektorem. Rzeczywiście tylko lektorem? Takim niewinnym sobie
anonimowym lektorem?
– Nigdy się temu nie przyglądałem.
– Bo we współczesnym świecie nikt nie ma na to czasu. Kto dziś czyta
Rozmowy z diabłem? Nikt. Takie intelektualne dumania potwierdzone
nagrodami i stanowiskiem. Ci ludzie utrwalają mit, że to było w porządku
być członkiem partii. Działać w niej. Niszczyć. Tak mówili. Niszczyć
„stare”, aby budować „nowe”.
– Stworzyli nowe społeczeństwo.
– O, tak! Udało im się. Prawie się udało. Zbudowali na ziemi świat,
którego wyznacznikiem nie jest kolczasty drut czy kula w głowę. Koszmar
polega na czymś innym. Zbudowano na ziemi państwo znaczeniowe.
Pobudowano ulice i place. Ponazywano niebo i piekło według własnej
nowomowy. A jak im przeszło, to się od tego odcięli. Mówię o takich jak
Leszek Kołakowski. Przez lata pozwalał, żeby okrywać go chwałą, aby po
jakimś czasie dowodzić, że to, czego wtedy nauczał, nie miało sensu. Ale
o zaszczuwaniu Władysława Tatarkiewicza ani mru-mru!
– Nie wszystkich było stać na zmianę poglądów.
– Proces rzekomych zabójców Jaroszewicza to był teatr według ich
scenariusza. Ich bękart. Ich dziesiątki lat pracy nad ludzkim umysłem.
Powiem coś jeszcze. Coś, co i ciebie dotyczy. Ile lat temu wyjechałeś
z Polski?
– Jeszcze przed „Solidarnością”.
– Czyli ponad ćwierć wieku. Pisałeś, że byłeś doktorantem w Akademii
Nauk.
– Niecałe dwa lata.
– Szczęście, że tam nie jesteś. A mówię to, nie znając tej instytucji. Ale
strzelam w ciemno. Wracasz jutro. Znowu jesteś doktorantem. Wita cię
profesor. Ten sam, który wstępował do partii, kiedy żył Stalin. Potem
profesor przechodził różnego rodzaju męki. Ale zawsze jako wierny pies
partii. Sługa wyższej sprawy. A jak nie ten profesor, to powitałby cię,
wychowany na tym samym, dawny asystent naszego uczonego.
– Masz kogoś konkretnego na myśli?
– Buduję sytuację modelową. Dowodzisz, ba, papiery o tym
zaświadczają, że w życiu robiłeś wszystko, aby Polska była wolna.
– I teraz jest wolna. Czy twój umysł może zmierzyć się w równej walce
z tym profesorem? Okazuje się, że nie. Profesor jest laureatem nagród
i członkiem szanownych stowarzyszeń. Ktoś w twojej obronie tłumaczy, że
patriota, że…
– Nie musisz kończyć. Wszyscy naokoło skręcaliby się ze śmiechu.
– Wyliby z radości, że ktoś może podawać tak głupawe argumenty. Że
w ogóle coś takiego przychodzi komuś do głowy!
– Taka sytuacja mnie nie interesuje. Nawet hipotetycznie.
– Powinna. Do czego zmierzam. Czytam książki niejakiego Marka
Chodakiewicza. Mam je tutaj. Przecież żaden z tej twojej Akademii Nauk nie
miałby szans, aby z nim podjąć polemikę.
– Poznałem go i wiem, że zna źródła, z których nikt nie korzysta.
– Na tym polega arogancja epoki. Jakiż umysł czytać będzie fantastykę,
aby potem udowodnić, że ma do czynienia z intelektualną fantasmagorią?
Pole zostaje oddane innym. Mniej subtelnym umysłom. Tym, którzy skłonni
są wielbić, bo jest to nakaz ich umysłu. Podziw wpisany jest w ich
osobowość.
– Takie rzeczy działy się zawsze.
– Tak i nie. Jest to raczej różnica w pojmowaniu świata.
– Pomiędzy?
– Pomiędzy intelektualistą, który chciałby czegoś takiego, jak wieczność
porządku przez niego pojmowanego, a kimś, kto ten porządek burzy. Nie
musi to być zresztą polityk.
– Jednoznaczne tak bardzo to nie jest.
– Nic nie jest jednoznaczne. Nawet śmierć Jaroszewicza, choć jest
faktem, nie jest jednoznaczna. Jest to tylko sygnał, że sprawiedliwość
dziejowa niekoniecznie odbywa się poprzez przewód sądowy. Zanim
towarzysz Piotr wyzionął ducha, po policzkach popłynęły mu łzy.
– Przez chwilę stał się człowiekiem?
VI

– Ojciec był żołnierzem podziemia? – zapytałem.


– Dotarłem do ludzi, którzy go znali.
– Mieszkał w Łomży?
– Urodził się na wsi. Niedaleko. Może dlatego trzymał się tak długo, bo
znał teren.
– Długo? To znaczy?
– W dokumencie jest data luty 1953.
– Czyli tuż przed odejściem w zaświaty Stalina?
– Urodziłem się kilka miesięcy wcześniej.
– Matki też nie znałeś?
– Zmarła, jak miałem osiem lat. Oddano mnie do sierocińca. Na Pomorze.
– Udało ci się ustalić pseudonim ojca?
– Był w dokumencie. Nie będę obciążać cię tą wiedzą.
– Czyli ta Łomża to też nie to?
– Istota rzeczy wydaje się bardziej ważna niż miejsce i data urodzenia.
– Powróćmy do Jaroszewicza.
– Tak. Nie jest ważne, jak pozbyliśmy się Remusa czy jak udało się wejść
na teren posesji. Chcę, żeby osoby prowadzące śledztwo, bo przecież ono
wciąż się toczy, nie wiedziały do końca: to on czy nie on? Lubisz
dreszczowce?
– Nie oglądam telewizji. Czasami tylko wiadomości.
– Jasne. Życie nie znajduje się w szklanym oku. Jest obok na
wyciągnięcie dłoni.
– Osoba Jaroszewicza ma związek z twoim ojcem?
– Kiedy go złapano, Jaroszewicz od kilku lat był członkiem Komitetu
Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Czyli był przełożonym
tych, którzy wstępowali wtedy do partii. Mówię o młodszych. Takich jak
Konwicki, Szymborska, Holoubek, Kapuściński czy Geremek. Wielu ich
było. Bez ich przeszłości nie można by zrozumieć tego, co się w tym kraju
wydarzyło. Nie ja ich będę zresztą sądził. Nic przy tym nie wiadomo
o setkach, które wbito w piach. Armia bezimiennych. Będąc członkiem Biura
Politycznego, Piotr Jaroszewicz stawał się kimś więcej niż anonimową
cegiełką.
– Nie był jedynym, którego wydobywano z niebytu. Łatwo wtedy było
zostać profesorem bez ukończenia szkoły czy, jak Jaroszewicz lub
Spychalski, generałem.
– Powierzono w ręce towarzysza Jaroszewicza przyszłość gospodarczą
państwa przekształcanego wówczas w kolonię rosyjską. Mianowano go
wicepremierem. Wicepremier to był ktoś w państwie stalinowskim. To nie
była marionetka. To nie była też tylko szynka i masełko na stole.
– Mam tego świadomość.
– Towarzysz Piotr zajął się planowaniem gospodarki.
– Wtedy nie było to nikomu do śmiechu. Przypominasz mi te różne
kariery. Gwałtowne. Nagłe. Siostra jest dermatologiem. Jest wysokiej klasy
specjalistą. W normalnej rzeczywistości byłaby w tej dziedzinie kimś
znanym. Nie mówię o przełożeniu finansowym, bo jej los nie odbiega tu od
tysięcy innych. Słyszałeś o profesor Jabłońskiej?
– Nie przypuszczam.
– Ewa zdawała u niej egzamin specjalizacyjny. Zdawała u kogoś, kto
nigdy nie ukończył studiów! Po wojnie Jabłońska zadenuncjowała profesora
Grzybowskiego, przejmując, po jego zamordowaniu przez pracowników
Urzędu Bezpieczeństwa, Klinikę Dermatologii. Wysłano ją na kilka
międzynarodowych konferencji i zjazdów, co szybko pozwoliło, aby nadać
jej tytuł profesora! Opisał to mieszkający w Nowym Jorku lekarz Marek
Wroński.
– Takich jak ona były setki. Takich jak mój ojciec też, ale im szansy nie
dano.
– Spotkałeś ludzi, którzy znali rodziców?
– Inaczej oglądałem już świat i swą przeszłość.
– Pojechałeś tam, gdzie mieszkali?
– Taka polska wieś. Nic specjalnego, choć jest pięknie, jak zaczynają
kwitnąć konwalie. Położyłem się pod jabłonką na skraju szosy i zacząłem
myśleć o ojcu. Wyobrażałem sobie jego uśmiech. Musiałem sobie
wyobrażać, bo nigdy go nie widziałem.
Zamilkł. W ciemnościach nie widziałem twarzy, ale czułem, że jest
poruszony.
– Spotkałeś kogoś, kto ich znał? – zapytałem.
– Większość z tych ludzi nie żyje. Ale dowiedziałem się, że jest taka
kobieta, co pamięta sporo. Ustaliłem, gdzie mieszka. Nie byłem pewny, kim
jest i po której stronie wtedy była. No i czterdzieści lat też minęło.
– Kiedy to było?
– Prawie natychmiast, gdy się o tym dowiedziałem. Gryzło mnie to.
Obmyślałem na różne sposoby, żeby im za to zapłacić. Ale to „im” stawało
się dziwaczne. Komunizm przestał istnieć. Jedno magiczne zdanie
Szczepkowskiej i go nie było. Jak dosięgnąć coś, czego nie ma?
– Wielu znajomych mówiło o pustce, która się wytworzyła.
– Wyobraź sobie dryfującą po morzu galerę obsługiwaną przez
niewolników. I nagle ich oprawcy znikają! Samemu trzeba pokierować
łodzią. Niełatwe zadanie.
– Obsługujący tę galerę się nie rozpłynęli. Raczej zmienili wierzchnie
okrycia, zgłaszając wkrótce ofertę posterowania nią dalej. Babcia okazała się
rozmowna?
– Nie natychmiast.
– Przedstawiałeś się jako syn zaginionego?
– Powiedziałem, że jestem kuzynem kogoś, kto tu niegdyś mieszkał.
A teraz jako dziennikarz dochodzę, co i jak się stało.
– Uwierzyła?
– W tym wieku człowiek się nie obawia prawdy. Grzegorza, mówi,
dobrze znałam. Zalecał się do mojej koleżanki. Po wojnie związał się z taką
jedną, co przyjechała ze Wschodu. Mówili o niej Wilejka, bo niby była
aresztowana w Wilnie, ale uciekła z transportu.
– Twoja matka?
– Tak. Chłonąłem każde słowo.
– Czy wiedziałeś o tym, że czeka cię zlecenie zabicia Jaroszewicza?
– Nie wiedziałem. Ta babunia tymczasem mówiła całkiem do rzeczy.
Wiedziała więcej, niż przypuszczałem. Na wsiach tych, co pamiętają, jest
więcej.
– Z nimi umiera wiedza o tym, co się kiedyś wydarzyło.
– Słyszałeś o Kosińskim?
– Nie zetknąłem się z nim. Popełnił samobójstwo. Wszedł do wanny
i założył sobie plastikowy worek na głowę.
– Nie znam się na literaturze, ale interesują mnie takie barwne postacie.
Kliniczny przypadek zakłamania. Opisał to w swojej książce James Park
Sloan. Mam ją.
– Kosiński to jednak inny przypadek niż Reich-Ranicki. Ten miał na
sumieniu ludzi. Kosiński ich nie ma.
– Swoje zrobił jego ojciec. Nie wiem, jaka jest wartość tego, co pisał, ale
interesuje mnie, o czym nakłamał, bo dotyczy to takiej wioski jak ta, w której
urodził się ojciec. Nazwijmy to, taka Dąbrowa Rzeczycka. Miejsce „nigdzie”.
– Opisała to Joanna Siedlecka.
– Czytałem. Ale Sloan posprawdzał te jej opisy, tak jak ktoś, kto, jak
napiszesz o Jaroszewiczu książkę, też będzie sprawdzał.
– Nie zamierzam z tego robić dokumentu.
– Ale tak to będzie potraktowane.
Poczułem w ciemności jego przykuty do mnie wzrok.
– Znajdę do tego formułę.
– Dokończę o Kosińskim. Był rodzajem spryciarza. Teraz to wiemy. Ale
był tu przewodniczącym PEN-Clubu. Ktoś na niego oddawał głos. Ci, którzy
obdarzyli go zaufaniem, żyją przecież. Oprócz Sloana niewielu z nich
wypowiadało się na jego temat.
– W Polsce jedni go atakowali. Inni bronili. Poszło o to, że był
plagiatorem. Jak było naprawdę, nie mam pojęcia.
– Dopadł go Jerome Klinkowitz. Profesor literatury. Z Iowa chyba. Nie
o tym chcę mówić. Z książki Sloana zapamiętałem jeden szczegół, bo
przypomniał mi ojca.
Mój rozmówca zamilkł, jakby próbował wydobyć z pamięci nitkę, która
mogłaby zaprowadzić go do kłębka spraw od lat spętanych czasem.
– Zaraz po wojnie rodzice Kosińskiego mieszkali w Jeleniej Górze –
ciągnął.
– Myślałem, że w Łodzi.
– W Jeleniej Górze przyjaźnili się z Urbanami.
– Z rzecznikiem prasowym Jaruzelskiego?
– To Urban przekonał Jaruzelskiego, żeby Kosiński mógł przyjechać do
Polski. Na dzień przed załamaniem się systemu. Triumf wśród niewolników
w przeddzień tego, jak imperium miało runąć. Ale o czymś innym chcę
opowiedzieć. Któregoś dnia ojcowie postanowili zabrać synów w podróż do
stolicy. Mówię o ojcach Urbana i Kosińskiego. Po drodze zostali zatrzymani
przez „leśnych”. Sprawdzono im ich dokumenty, ale szukano kogoś innego.
Najedli się strachu. Puszczono ich. Pozwolono jechać. Wtedy, czytając
Sloana, pomyślałem, że być może w oddziale, który sprawdzał dokumenty,
był ojciec. Wiem, że to niedorzeczność. Ale czytając, tak to sobie
wyobraziłem.
– Dwie różne Polski stojące sobie naprzeciw. Płatne Pachołki Rosji, jak
się to wtedy mówiło, i ludzie wolni.
– A pośrodku sterroryzowane społeczeństwo. Tak jak ta babunia, która
nagle się rozgadała. Zaczęła opisywać ojca. Że zaczesywał włosy do tyłu. Że
był przystojny. I miał zielone oczy. Takie kocie. Zapamiętała je. Pamiętała
także, że chodził w białej koszuli. Przecież taką koszulę trzeba było prać.
Jeśli nie każdego dnia, to co kilka dni. Dlatego jak towarzysz Piotr pobryzgał
się krwią, to zmieniłem mu ją.
– Jaroszewiczowi?
– Tak. Na początku się zaciął. Zaciął się w sobie. Nie chciał mówić.
Dopiero jak przemówiłem mu do rozumu, to przemówił. Na początku trochę
tylko. A jak miałem już w dłoniach ten jego dziennik, to zrobił się
rozmowny. Nie to, żeby stał się gadułą. Co to, to nie.
– Wspomniałeś mu o ojcu?
– Opowiedziałem mu, czego dowiedziałem się od mojej babuni.
– Nie dokończyłeś.
– Babunia się rozgadała. Opowiadała o różnych Frankach i Józkach
powywożonych na Syberię. I o tych, co pozostali w lesie. Na początku było
ich więcej, ale wielu połapano. Łapali nie tylko nasi, ale specjalnie do tego
celu sprowadzane jednostki rosyjskie. Uformowane z byłych partyzantów,
więc ci byli zaprawieni w takich bojach.
– Z niektórymi stykałeś się później w pracy? Myślę o tych weteranach
walk z podziemiem.
– Nasłuchałem się tam różnych historii. Człowiek w swoim gronie jest
skory do zwierzeń. I jeszcze jak poleje się wódeczki. Taki był przypadek
Romana.
– Romana?
– Opowiedziała mi o nim babunia. Powiedziała, jak mam go odnaleźć.
Powiedziała, że brał w tym udział. A po każdej takiej łapance w lesie – upijał
się.
– Łapance?
– Brał udział w polowaniach na takich jak ojciec.
– Odnalazłeś go?
– We wsi wszyscy go znali. Spokojny. Tak go nazywali. Nie
przypuszczam, żeby to był jakiś pseudonim. Przezwisko raczej. Musiało
przylgnąć. Kiedy? Nie mam pojęcia. Może wtedy, kiedy jeździł na te łapanki.
– W latach pięćdziesiątych już tak wielu w lasach nie było.
– Nie mieli żadnej nadziei. Tacy jak Jaroszewicz i Jaruzelski budowali
zręby nowej marchii moskiewskiej. Proces ten nie był łatwy, ale, jak
wskazuje obraz społeczeństwa tuż po roku 1989, udany. Tresura ludzkich
istot to rzecz nieprosta, ale możliwa.
– Nie tylko tresura. Cały puszczony w ruch, a przez lata budowany,
aparat kontrolowania człowieka. Nie wszystko jednak udało się im zdławić.
Mam przyjaciela, który z kolegami zabrał się do rozmontowywania
komunizmu. Na własną rękę. Razem układali plany. Krupski, Ruszar,
Borusewicz, Bazydło, Stępek i Piotr. Piotr Jegliński. Koledzy wytypowali go
na wyjazd z kraju. Była druga połowa lat siedemdziesiątych. Wyjechał do
Francji. Nawiązał kontakty. Założył dom wydawniczy. Ci, którzy zostali,
wydawali w kraju, a on wydawał to na Zachodzie. I organizował przerzut
książek. Dłuższa opowieść, ale nie w tym rzecz. Wiele lat później, kiedy
przeniósł się do Polski, został zatrzymany i doprowadzony do aresztu!
Posłużono się tu listem gończym wydanym w czasach PRL-u. Mówimy
o czymś, co wydarzyło się w trzecim tysiącleciu!
– Józef Szaniawski, autor książki o Kuklińskim, siedział w więzieniu,
kiedy premier Mazowiecki ustami Niezabitowskiej głosił powstawanie
państwa demokratycznego.
– Niezabitowską oskarżano o współpracę.
– Miałem kolegę, który się nią zajmował. Niektórzy sami się garnęli,
żeby mówić. Wyrobienie jej nazwiska było dobrze opracowane. Mąż był jej
rzecznikiem prasowym w fotografiach. Przygotowano zdjęcia i ruszono na
podbój. Zainteresował się nimi, pochodzący z Polski, Tad Szulc. Już nie żyje.
Przyzwoity facet. Miał znajomości w „National Geographic”. Zorganizował
Małgosi i mężowi taki objazd Ameryki. O Polsce było wtedy głośno.
Wszystko tam było tak, jak należy. To znaczy tak, jak chciano widzieć to
z zachodniej perspektywy.
– Odeszliśmy od tego, co chciałeś powiedzieć o ojcu.
– Z tego, co mówiła babunia, wynikało, że nie ukrywał się już w lesie.
Może dlatego, że była zima? Nie wiem. Trudno to ustalić. Przechowywała go
matka. Przyszli po niego nad ranem. Zdążył wyskoczyć przez okno, bo
widzieli go sąsiedzi. Przynajmniej tak opowiadała ta babina. Gonili go. Było
ich kilku. Czymś w nich rzucił. Jeśli był to granat, to nie wybuchł. Raczej
kamień, więc może rzeczywiście nie miał przy sobie broni. Może bał się
o matkę, więc nie trzymał jej w domu?
– Przypomina historię „Lalka”, czyli Józefa Franczaka.
– Nigdy o nim nie słyszałem.
– Był ostatnim żołnierzem podziemia zabitym przez Służbę
Bezpieczeństwa.
– W którym roku zginął?
– Jesienią 1963. Wydał go któryś z kuzynów narzeczonej.
– Kto doniósł na ojca, nigdy się nie dowiem. Postrzelono go w nogi.
Leżał zakrwawiony, kiedy go dopadli. Kopali go. Był wśród nich Spokojny.
Wokół zaczęli się zbierać ludzie. Bijący poczuli się niepewnie. Wrzucili ojca
do auta i wywieźli. Zabrali do siebie. Na posterunek.
– Dowiedziałeś się, co stało się ze Spokojnym?
– Gdy dowiedziałem się, że żyje, to wybrałem się do niego. Nie tak
zresztą od razu. Wcale dobrze się trzymał. Spojrzenie miał zaczepne, bo
ludzie pewnie zaczęli mu coś wypominać.
– Ile mógł mieć lat?
– Pod siedemdziesiątkę. Znowu nie taki staruszek. Miał w sobie ikrę.
Szybko ustaliłem, że pije. Zachodzi do gospody i pije. Nie ma nikogo. Miał
tam stolik. Postanowiłem go podejść.
– Udało się?
– Zależało mi na tym.
– Trzeba było go upić?
– To też. Ważniejsze było przekonać, że jestem po jego stronie.
Zauważyłem na stole egzemplarz „Trybuny”. Dosiadłem się i mówię, że
jestem dziennikarzem gazety, którą widzi.
– Chwycił haczyk?
– Spojrzał na mnie spode łba, ale nie zaprotestował, że się dosiadam.
– Coraz trudniej takim było o „życzliwą” duszę.
– Nikt z obecnych mnie tam nie znał. Zapytał o nazwisko. Krzysztof
Baranowski, powiedziałem, bo przypomniałem sobie, że tak nazywał się
żeglarz, który był korespondentem pisma. Nie zareagował. Mówię, na
wszelki wypadek, gdyby chciało mu się sprawdzać w stopce redakcyjnej, że
pewnie czytał moje artykuły o prześladowaniach budowniczych Polski
Ludowej. Milczał. Nie wiem, czy przez szacunek. Może z podejrzliwości?
I nagle się odezwał. Oświadczył, że on też ma w domu parę medali. Za
zasługi, że nikt się nim nie interesuje. Przyszedł mi przypadkiem do głowy
Jaroszewicz. O nim rozpocząłem. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że los mnie
z nim połączy. Mówię, tylu teraz pozapominanych towarzyszy i nikt się za
nimi nie ujmie. Życzliwiej spojrzał. Podniósł w górę kieliszek z wódką. Ja
miałem tylko szklankę z piwem, więc zamówiłem zaraz trzy wódki. Jedna,
żeby wznieść z nim toast. I dwie na następną kolejkę. Dostrzegłem błysk
w jego oczach. Tę iskierkę widoczną w spojrzeniu alkoholika. Powstawało
pytanie, czy będę w stanie coś z niego wydobyć.
– Kiedyś zdarzyło mi się podobne spotkanie. Byłem w górach. Pijany
opiekun schroniska zaczął się zwierzać, jak ścigał bandy. No, ale ja nie
miałem w głowie sprawy swego ojca.
– Powiedziałem, że wracam dzisiaj do Warszawy, ale mogę powiedzieć
szefom, że znalazłem kogoś, kto ma coś ciekawego do opowiedzenia.
Niczego nie mogę jednak gwarantować, powiedziałem. Przysunął się bliżej,
tak że mimo swojej wódki poczułem gorący alkoholowy oddech.
– Nie obawiałeś się, że zadzwoni do redakcji?
– Był za prymitywny, żeby o tym pomyśleć. Powiedziałem, że mogę
zadzwonić zaraz, póki ktoś jest w redakcji, bo nie chce mi się tu wracać.
Kujmy żelazo póki gorące, powiedział. Tytułował mnie panem redaktorem.
Wykręciłem numer, który miałem w pamięci. Odezwał się znajomy głos.
Zapytałem, czy dzieje się coś nowego i czy ktoś zostawił dla mnie w redakcji
wiadomość. W słuchawce kolega zapytywał, czy jestem pijany. Tego Roman
nie mógł słyszeć. Patrząc na niego, powiedziałem, „wygląda na ciekawy
materiał, szczególnie teraz, kiedy zaczęli nas prześladować, musimy stać
murem, bo nas wybiorą z saka jak raki”. Widziałem, że Spokojnemu bardzo
się to określenie spodobało. Roman podniósł w górę kieliszek. Nie mogłem
go spłoszyć. Mówię, że jest dosyć późno, a ja nie jestem samochodem.
Wracam do stolicy autobusem, więc może przełożymy to na inny dzień. Nie
ma co przekładać, zaoponował. Może się pan zatrzymać u mnie, powiedział.
Stało się jasne, że czegoś się dowiem. Obawiałem się jedynie, że zbyt szybko
się upije.
– Zostaliście w gospodzie?
– Zaproponowałem zabrać coś do domu. Nie sprzeciwiał się. Dodał, że
ma skrzynkę piwa. Była już szarówka. Wyszliśmy. Trzymał się, na swój
wiek, nieźle. Zatrzymaliśmy się po drodze w sklepie. Kupiłem na wszelki
wypadek dwie butelki. Wyraźnie go ten gest uradował. Zapewnił, że ma
w domu kiełbasę. Zjemy to z chrzanem, powiedział. Ogóreczki też mam,
zapewnił. Szliśmy przez wieś, potem w pobliżu lasu skręciliśmy. Mieszkał na
uboczu. Zasapał się. Wóda go trzymała. I ta perspektywa, że będziemy pić
i wspominać jego dni chwały.
VII

– Dziwnie bekali – powiedział.


– Bekali?
– Bekali.
– Ci, których łapaliście? Dlaczego mieli bekać?
– Jak do nich strzelaliśmy, bekali.
– W lesie?
– Mówię o bandytach, którzy byli złapani.
– Strzelaliście do nich na posterunku?
– Na jakim posterunku? Za młody jesteś, żeby te sprawy znać. – Zaczął
zwracać się do mnie na ty.
– Ojciec robił to samo. Wstąpił do MO zaraz po wojnie.
– No to coś tam słyszałeś – zgodził się.
– Opowiadał, jak wieźli takich, też na rozwałkę, a te bestie się na nich
rzuciły. Na ciężarówce to się działo. Poradzili sobie w końcu z nimi, ale
jeden z ludzi oko stracił.
– Żadnej litości nie mieli. Byli jak dziki zwierz. Bez kija nie podchodź.
Po wsiach mieli znajomków. Gdzie ojciec pracował?
– Na Lubelszczyźnie.
– Ciężki teren. Też wielu naszych pomordowano. Rodziny bandziorów
podnoszą krzyk. Do gazet piszą. Zachciewa się im odszkodowań. Za co, się
pytam? Za to, że władzy nie chcieli uszanować?
– Rosjanie byli bardziej pomocni – kusiłem.
– Jasne, że Ruskie pomagali. Bez nich niczego nie udałoby się zrobić.
– Gdyby nie my, nie mieliby teraz na zalewajkę.
– O tych odszkodowaniach jeszcze. Domagają się ich teraz. Za co?
Odszkodowania to tacy tylko jak my powinni dostać. Za pracę. Za zasługi.
– Ten Wałęsa – rzuciłem. – Nie wiadomo, czego chce.
– Swój chłop. Nie da nam krzywdy zrobić.
Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem Spokojny.
– Solidarnościowiec przecież – obruszyłem się, choć nie chciałem
zbaczać z tego, co zaprowadzić mnie miało do celu.
– Ale nie taki nerwus jak inni! – krzyczał prawie, sięgając po kieliszek.
– Roman! Podobasz mi się. Powiem ci coś takiego, czego nie chciałem
mówić, ale powiem, bo podobasz mi się. I dobrze sytuację oceniasz. Węch
masz polityczny.
Spojrzał na mnie zupełnie trzeźwo i przez chwilę błysnęła mi myśl, że nie
powinienem tego robić.
– Co chcesz powiedzieć? – powiedział Spokojny, prostując się w krześle.
– Romek! Chcę ci powiedzieć coś, żebyś także o mnie cokolwiek
wiedział. Nie jestem dziennikarzem. Jestem oficerem Służby
Bezpieczeństwa. Byłym oficerem. Zająłem się pisaniem, bo trzeba coś robić.
Zapadła cisza. Spokojny nagle powstał. Przestraszyłem się, że to koniec
rozmowy. Też wstałem z krzesła. Spokojny przysunął się do mnie i objął.
Objął i ucałował w oba policzki.
– Wiedziałem, że coś w tobie jest. Natychmiast jakoś mi się spodobałeś.
Uściskaliśmy się i znowu zasiedliśmy do stołu. Spokojny rozlał po
kieliszkach. Zacząłem wierzyć, że jestem na dobrej drodze. Na drodze do
tego, żeby się czegoś dowiedzieć. Miałem w sobie obraz ojca. Tak jak opisała
mi go babunia.
– Ty mnie też – powiedziałem, wznosząc do góry kieliszek.
– Czym się zajmowałeś? – zapytał Spokojny.
– Węchami. Nie chcę teraz o tym mówić. Rozumiesz?
– Jasne. Opowiesz przy innej okazji. Przyjedź tu do mnie, na wakacje, to
pogadamy. Tutaj spokój i cisza. Zupełnie inaczej niż w mieście.
– Najpierw zróbmy ten artykuł. Nie myśl, że w redakcji wszyscy zgodni.
Niektórzy zaczynają pękać. Wątpliwości mają. Dzielą się z innymi tymi
wątpliwościami. Nie jest łatwo.
– Tutaj to samo. Wiesz, ilu na mnie spode łba spoglądało? Teraz mniej,
bo młodzi czymś innym zajęci. Taka wiedźma tu mieszka i ona tak ludzi
napuszczała. Że komunista, ubek.
– Poradzimy sobie. Nie można się załamywać.
– Nie można. Emerytem jestem, ale dla ojczyzny swoje zrobiłem. Należy
mi się szacunek. Solidaruchy chciałyby nam odebrać godność.
Odbiło mu się.
– O tym bekaniu mówiłeś, a nie dokończyłeś.
– Nic takiego. Nie wszyscy zresztą bekali. Pod ziemią nie tak łatwo
beknąć. Bo czym? Piachem?
Roześmiał się, popijając piwem. Warka to była czy Okocim, nie
pamiętam już.
– O bandytach mówisz?
– Nie. O Świętym Mikołaju. Wywoziliśmy ich do lasu i tam w łeb. I do
dołu.
– Ojciec mi o tym opowiadał.
– A jak przez przypadek dostał taki w płuco czy w szyję, to bekał.
– Z bliska przecież strzelaliście?
– Tak, ale czasami człowiek podpił za dużo i ręka zadrżała.
– Trzeba było uważać, żeby nie uciekli. Tak opowiadał mi przynajmniej
ojciec. Po tej przygodzie z okiem bardzo uważali.
– Wiązaliśmy ich. Zdarzały się jednak różne rzeczy. Jak to w życiu.
Rozwiązywaliśmy ich czasami, bo trzeba było wykopać groby. Przecież sami
tego nie mogliśmy robić. Różne rzeczy się zdarzały.
– To znaczy?
– Też uciekali. Trzeba było ich potem po nocy szukać. A w nocy
wiadomo, diabeł nie śpi. Mieli tam różnych braci, kuzynów, pociotków.
– Zapamiętałeś coś specjalnego?
– Z tych ucieczek?
– Z ucieczek.
– Zapamiętałem. Ale o tym nie będziesz przecież pisać.
– Jasne, że nie będę. Przez ciekawość pytam. My też raz mieliśmy
takiego księżulka, który się wyrywał. Pokrwawiony był, a się wyrywał. Kilka
lat na niego zmarnowano, do współpracy go namawiając. Musiał się
w żywotach świętych zbytnio za młodu rozczytywać.
– Ten nasz to był magik. Zachodził nocą do ukochanej. Nie
przeszkadzało jej, że bandyta. Młody był. Może ze dwadzieścia lat miał.
Porywczy. Namierzyliśmy go. Wpadamy do chałupy, a oni w pościeli.
Musieli się gzić. My do niego grzecznie, żeby ręce do góry podniósł, a on
z łapami do nas. Nagi zupełnie. Bez wstydu.
– Zastrzeliliście go?
– Mówiłem, że magik był. Zaczęliśmy strzelać, a on nic sobie z tego nie
robiąc, skoczył na nas, mnie obalił na ziemię i wypadł na zewnątrz. Jak to
zrobił? Nikt tego nie wie.
– Udało się go złapać?
– Opowiadam przecież. My za nim. On, jak sarna, do lasu. Pokrwawiony
był. I to nieźle. Potem sprawdzaliśmy, to się okazało, że jak trzech nas
strzelało, bo jednemu z nas pistolet się zaciął, to wszystkie trzy kule w niego
weszły. Żadna niezmarnowana.
– Uciekał do lasu?
– Całkiem uciekł. Krwawił, mieliśmy więc nadzieję, że go złapiemy.
Zadzwoniliśmy do powiatu, żeby kogoś z psami sprowadzili.
– Przyjechał ktoś?
– Ruskie przyjechali. Pomocni byli w takich sprawach. Dzieciaki za nimi
we wsi biegały, bo zawsze coś dla nich mieli. Psów nie przywieźli, ale znali
się na rzeczy. Szukać zaczęliśmy. Krok po kroku. Systematycznie. Człowiek
przecież nie igła, żeby się rozpłynął w powietrzu.
– Teraz nam by się nie wymknął.
– Inne czasy – stwierdził Roman. – Nawet do lasu zapuścić się za daleko
nie było dobrze. Tam więcej takich jak ten magik siedziało.
– Dopadliście go?
– Nawet Ruskie nie pomogły. Ożenił się z wiatrem. Za to jego dziwkę
przytrzymaliśmy. Ciężarna była. Nie było tego po niej widać. Dopiero jak ją
przewieźli do więzienia, to jedna ze śledczych zauważyła.
– Co z nią zrobiliście?
– Inni się nią zajęli. Był taki Kacperek, co to jeździł tam, bo pomagał im
w przesłuchaniach. Wiedział, co się stało, i znał ludzi z terenu. Opowiadał, że
jak ją po tym brzuchu kopali, to suka wiła się jak jaszczurka. A mówią, że
kobiety na ból odporne.
– Zabili ją?
– Nie pamiętam. Należało się jej. Nosiła w sobie przecież bękarta tego
bandyty.
– Mniejsza o nią – stwierdziłem. – Nie ma co jej bronić. Teraz jakby taki
przyszedł na świat, to do gardła by skoczył.
– Ależ jej nie bronię. Ten Kacperek miękki chłopak był. Nie podobało
mu się, że tak babę bili. Później wylazło z niego i tak szydło z worka. Już jak
można było, to ślub kościelny ze swoją zdzirą brał.
– Kontaktu z nim nie utrzymujesz?
– Nie. Do miasta się przeniósł. Z paroma innymi kolegami, tak. Ale też
coraz się rzadziej spotykamy. Jeden na korzonki narzeka. Drugi ma marskość
wątroby. Starzejemy się.
– O tym, co uciekł, słyszałeś jeszcze kiedyś?
– Nazwano go Mściciel. Dowiedział się o tej swojej dziwce i mścił się.
Zajadły był. Brata jednego z tych, co udział w akcji brali, okulawił. Dwóch
milicjantów zabił. Takich mundurowych. Nic mu przecież nie zrobili. Ale się
mścił. Wydobrzeć musiał po tym, jak go postrzelaliśmy. I kto takiego
opatrzył? Doktor czy inny diabeł? Takiego pewnie, jeśli żyje, nawet wyrzuty
sumienia nie dręczą, że pomocną rękę do bandyty wyciągnął.
– Nigdy Mściciela nie złapaliście?
– Wyniósł się z okolicy. Musiało mu być za gorąco, bo lata biegły i coraz
mniej bezprawia było. Może na Zachód uciekł?
– Zimą też chodziliście na akcje?
– Do lasu rzadko. Zdarzało się, ale rzadko. Wyciągaliśmy raczej
bandytów z chałup. Zimą zostawiali ślady w lesie, więc próbowali gdzieś
zapaść do wiosny.
Nie wiedziałem, jak naprowadzić go na historię ojca, którą opowiadała
babunia. Przypomnienie groziło spłoszeniem. Mógł się zaciąć i przestać
mówić. Nie wiedziałem, jak go w tę stronę skierować. Mógł też nie pamiętać.
Pita przez nas wódka robiła swoje.
– Takie ucieczki jak Mściciela zdarzały się częściej?
– Nie podobnego nie pamiętam. Mieli te swoje dziewczyny i za nie daliby
się pokroić, ale my także byliśmy czujni.
– No, tak. Zimą nikt nie próbowałby na golasa biec do lasu.
– Zdarzały się różne przypadki. Pamiętam coś takiego.
Poczułem w uszach tętnienie krwi, bo przeczucie mówiło, że usłyszę coś
na temat ojca. Nie myliłem się.
– Było ich coraz mniej w lasach. Wyciągaliśmy ich jak raki z rzeki. Było
to samo, co z Mścicielem. Wiedzieliśmy, że tam jest. Już się tak nie
obawialiśmy jak zaraz po wojnie.
– Który to był rok?
– Pięćdziesiąty drugi chyba. Może później. Ostra zima. Nie ta z tych
najgorszych, ale ostra. Dobrze było przyjść po pracy do domu i napić się
wódki. Człowiek był młody, miał fantazję. Tu w naszej wsi to było.
– Dlatego zapamiętałeś?
– Ktoś ze wsi doniósł, że się ukrywa. Ruskich nie było. W bazach stali.
Nie trzeba było ich wzywać, bo spokojniej było. Jak weszliśmy do izby, to
tylko tę połowicę zobaczyliśmy. Przez okno skoczył. Pokrwawił się przy
tym, bo szyba poszła. Po nogach strzelano, bo chodziło nam o to, żeby
żywego złapać.
– Nie bronił się?
– Może nie chciał, żebyśmy na jego dziwce się mścili. Broń później
znaleźliśmy schowaną za piecem. Należałoby i ją za to rozwalić, ale
przeczekała jakoś suka. Dzieciaka małego miała.
– Myślisz, że to z nim?
– Myślę, że tak, bo widziałem chłopaka, jak dorastał. Choć dzieciak, to
do ojca jak kropla wody podobny. Przygarbiony też trochę, jak bez obrazy
i ty.
Znieruchomiałem.
– Ojca nie miał?
– Oficjalnie niby miał. Dla papierów, myślę. Nie mogła się przyznać, że
to z bandytą. Ale potem musiała się z tym niby ojcem pokłócić, bo nie bywał
już u niej.
– Żyje?
– Ta suka? Potrzymali ją trochę, ale puścili. Może myśleli, że do innych
zaprowadzi? Nie wiem. Tyle lat minęło. Musiały ją wyrzuty sumienia gryźć,
bo szybko się ze światem pożegnała. Ładna była. Nie tylko bandytom mogła
się spodobać. A ubierała się jak starucha. Na czarno. Mówili, że to po tym
bandycie.
– Co się z nim stało?
– Żywego go wzięli.
– Zabrali do więzienia?
– Na posterunek. Podobno jak koń rżał, jak mu w odbyt jeden
z chłopaków dla żartu rozgrzaną lufę pepeszy wsunął. Śmiali się potem
z niego, bo lufa zaśmierdła i nie mógł jej domyć.
– Oglądałeś to?
– Nie było mnie przy tym.
– Pamiętasz, co się z nim stało?
– A co się miało stać? Jak o tym teraz myślę, to była taka zagubiona
jednostka. Szkodnik i dywersant, ale wielu takich wtedy było. Trochę jak z tą
stonką. Tyle się nabiegaliśmy, a efekty żadne. Czasami zastanawiam się, czy
rzeczywiście Amerykanie nam ją podrzucali…
– Podrzucali. Podrzucali. Opowiadał mi o tym ojciec. Jemu zaś jeden
taki, co był w artylerii przeciwlotniczej. Prowokowali nas jak w tym stanie
wojennym.
– Kto teraz o stonce pamięta? Młodzi o przyjemnościach tylko myślą. Nic
tylko dyskoteka i dyskoteka.
– Dlatego się musimy bronić. Tak. Musimy bronić naszych wartości.
Te słowa zainspirowały Spokojnego. Przy mnie nabierał pewności.
– Inaczej wybiorą nas jak te raki z saka – potwierdził.
Widać było, że to moje określenie spodobało mu się, bo po raz drugi go
użył.
– Oskarżają nas teraz o wszystko. O Radom i Ursus. O to, że
wychowaliśmy i wykształciliśmy im dzieci. O stan wojenny.
– Kto teraz pamięta, jak Ursus był budowany – zadumał się Spokojny. –
Hej, wy, konie stalowe, rumaki! – zanucił.
– Ufają wichrzycielom – potwierdziłem. – Historia nigdy nie doceni, ile
kosztowało to wysiłku.
– Krwi! – wykrzyknął Spokojny. – Przede wszystkim krwi. A co ci
bandyci po sobie zostawili? Pytam ja się. Co zostawili? Do Ruskich też mam
pretensję. Nie byle jaką pretensję. Przyjaciół się w biedzie nie opuszcza.
– Tam też zaraza – podsunąłem obojętnym głosem.
– Pamiętasz Jaroszewicza, jak musiał się przed narodem tłumaczyć? Toż
to upokorzenie dla partii było. I czego ludzie chcieli? Kiełbasy nie
brakowało. Wódki też nie. Piwa może tyle gatunkowo nie było, ale dobre
było. Nie tak?
– Dobre było, bo nasze, a nie niemieckie czy inne. A co się stało z tym
bandytą, którego postrzeliliście?
– Bandyta? – zrobił się czujny. – Bandyta? Na Zachód pewnie uciekł, bo
nigdy o nim już nie słyszałem.
– Nie o Mścicielu mówię, ale o tym drugim. Stąd tutaj.
– Aa, o tym.
Spokojny zakołysał się lekko, ale pewną ręką sięgnął butelki. Pomilczał
przez chwilę, jakby pamięcią wracał do tamtego wydarzenia, ale widać było,
że wódka robiła swoje. Zmagał się tak, aż na koniec nalał sam sobie kieliszek
i podniósł go do ust, nie czekając na mnie.
– Niewiele wiem. Nic prawie. Zabrali go tak pojękującego na posterunek.
– Nie lepiej było dobić na miejscu?
– Chcieli z niego coś wydobyć. Ale się zaparł. Bili go dwa dni, ale nic
z niego nie wydostali.
– Wykrwawił się?
– Nie. Nie wykrwawił, bo go opatrzyli. Koszulę zmienili, bo krwią
ubabrał. Wacek, dawny mój kolega, nie żyje już, zajmował się nim. Teraz
pamiętam. Z przodu wszystkie prawie zęby mu powybijał, bo pogrzebaczem
walił. A i tak nic z niego nie wyciągnęli. Taki był zacięty.
Przez głowę przechodziły mi różne myśli. Skoczę i uduszę Romana.
Widziano mnie jednak z nim w gospodzie. Emocje na bok, pomyślałem. Nie
tak dojdzie do wyrównania rachunków. Nie w ten sposób.
– Jak się to skończyło?
– A jak się miało skończyć? Nasi chłopcy także się zacięli. Zwłaszcza że
przyszła wiadomość, że banda zabiła dwóch z sąsiedztwa. Młodych
chłopaków co to dopiero do milicji wstąpili i życia nie znali. Żadnej litości
bandyci nie mieli. Ktoś o tym powinien napisać.
– Ojciec opowiadał, jak kolegę złapali ci z NSZ-etu. Ci co z Niemcami
ręka w rękę. O zmroku przyszli. Złapali i na dwór z chaty wyciągnęli. Do
ogrodzenia domu przykuli. Wyprowadzili z gospodarstwa jego własnego
wieprzka, a żonę przymusili, żeby sadzą napis CCCP na grzbiecie wypisała.
– Dobytek także niszczyli – potwierdził Spokojny. – Do niczego
szacunku nie mieli.
– Potem kazali mu w siedzenie tego wieprza całować. I nie pomogło, że
podrażniony wieprz zaczął się na jego głowę wypróżniać.
– Bydło nie ludzie. I tacy teraz o odszkodowaniach mówią.
– Dlatego trzeba trzymać się razem – powiedziałem.
Spokojny popatrzył na mnie pijanym wzrokiem. Tak mi się przynajmniej
wydawało, ale on sięgnął po kolejne piwo i wzrok znowu mu stwardniał.
– Zakopać to ścierwo w ziemi, żeby robactwo też miało pożytek. Tak jak
to z nim zrobili.
– Z kim?
– Z tym, dla którego Wacek był dentystą.
– Tym z postrzelonymi nogami? – Chciałem mieć pewność, że mówi
o ojcu.
– Tym samym.
– Zastrzelili go i zakopali? Nie rozumiem.
– Zakopali go żywcem.
– Żywcem?
– No, tak. Szczegółów nie znam, bo mnie tam nie było. Tyle co Wacek
opowiadał.
– Rzeczywiście żywcem go zakopali? Lepiej dać kulę w łeb, bo może się
taki odkopać.
– Gdzie tam mógłby się odgrzebać? Na nogach nie mógł sam ustać.
– Najróżniejsze historie na ten temat słyszałem. Uważam, że kulka jest
pewniejsza.
– Trzeba było znać Wacka. Do wielu spraw może się nie nadawał, ale
żeby kogoś na amen urządzić, to był pierwszy. Cztery razy za te zasługi dla
kraju go odznaczali.
– Grobu żadnego? Mówię o bandycie.
– Przecież to psia kurwa była. Nikt też nie wie, ilu naszych natłukł.
– Rodzina go nie szukała?
– Ta jego dziwka próbowała po latach Wacka pieniędzmi przekonać,
żeby powiedział, gdzie go zakopali. Gomułka został już pierwszym
sekretarzem wtedy.
– Powiedział jej?
– Kaśka miała na imię. Ładna była. Ale Wacek honorowy. Nic nie
powiedział. Niedługo potem umarła. Jeszcze tylko tego bękarta trochę
odchowała.
– Widziałeś go, Roman?
– Co miałem nie widzieć. Z matką go widywałem, jak przez wieś
przechodzili. Ona w tej swojej czarnej sukience, a on, jak to dzieciak.
– Nigdy nie wiadomo, co z takiego wyrośnie.
Spokojny zamilkł, po czym rozlał po kieliszkach. Przez chwilę
siedzieliśmy w milczeniu. Wódka, którą z nim piłem, wydawała się nie mieć
na mnie wpływu.
– Też racja. Do sierocińca go potem oddali, bo nikt tu się bękartem po
bandycie zajmować nie chciał. Panie redaktorze, dobre było? Co? Kabanosy
specjalnie na taką okazję trzymałem i miałem rację. Ogóreczki też niczego
sobie. Mamusia nie potrafiłaby czegoś lepszego panu redaktorowi
przygotować. Podjedliśmy sobie. Zapalimy i może pokażę, gdzie będzie się
dzisiaj spało. A potem jeszcze trochę się napijemy.
VIII

– Dowiedziałeś się więc, czego chciałeś – powiedziałem.


– Mgłą to zatarte. Wiem, że zakopano go żywcem. Znam okoliczności
tego, jak go złapano. Wiem, że był torturowany. I wiem, że kiedy
zasypywano go ziemią, Jaroszewicz sprawował w państwie rządy.
– Komunistów nikt nigdy z niczego nie rozliczył.
– Ojciec jest bezimienną ofiarą, ale wyrok śmierci podpisał i Jaroszewicz.
Ciebie pewnie interesują pisarze i ich losy, ale historia, to nie tylko oni. Złu
towarzyszy dreszczyk emocji. Szlachetna nuda nikogo nie interesuje.
– Był taki Wojciech Bąk. Pisarz. Przed wojną doskonale się zapowiadał.
Po wojnie wpadł w rozpacz. Widział, co się dzieje. Założył pismo. Jedno
z lepszych w morzu zakłamania.
– Prywatne pismo? Po wojnie? – zapytał.
– Tak. Zaraz po wojnie było to możliwe. Oczywiście szybko to zduszono.
Bąk wierzył w słowo i jego siłę. Zakwestionowano jego status pisarski.
– Nad miarę był emocjonalny?
– Targnął się na swoje życie. Odratowano go i wpakowano do
psychuszki. Po wyjściu napisał list do Bieruta z prośbą o wypuszczenie
z kraju.
– Załatwili go?
– Nazwiska szczwaczy są znane. Kruczkowski, Stryjkowski,
Matuszewski. Nagonka rozłożona była w czasie. Doczekał się Bąk „odwilży”
przeprowadzanej przez tych, których podpisy widnieją na wniosku
skazującym go na niebyt. Szczególnie zajadły w domaganiu się ukarania
„szaleńca” był Jastrun. Poczciwy nauczyciel z miasta Łodzi. Poeta.
– Nieprzystosowany był Bąk, można powiedzieć?
– Skazano go na niepamięć. Od czasu do czasu ktoś o nim wspomni.
Wykończenie człowieka to proces złożony. Twojego ojca torturowano, bo nie
chciał powiedzieć, który z przyjaciół pozostał w lesie. Był człowiekiem
honoru.
– Słowo bywa równie zabójcze. Cieszę się, że podjąłeś decyzję napisania
o tym, co opowiadam. Dzieci wielu zabójców żyją i milczą.
– Dzieci nie są winne, choć uromantycznianie takich ojców nie jest także
uczciwym zajęciem. Czasami bywa to też nieźle skomplikowane. Słyszałeś
o Barańczaku?
– Pisarz?
– Lekarz. W jakiś sposób jest związany z tym Bąkiem.
– Żyje?
– Syn żyje. Profesor literatury z Harvardu. Poeta. Tłumacz. Był
członkiem partii. Potem w opozycji. Nie wiem, czy o ojcu kiedykolwiek
opowiadał. Ojciec zajmował się Bąkiem, kiedy osadzono go w zakładzie dla
psychicznie chorych. Jak sobie poradzić, jak jest się dzieckiem kogoś
takiego? Rodziców się nie wybiera.
– Problem tylko dla intelektualisty. Jasne, że świadectwem człowieka jest
on sam. Ale jak już mówiłem, te „dzieci” mogą dokonać wyborów. Nic nie
stoi im na drodze. Rozumiem, że Barańczak takiego wyboru dokonał?
– Zetknąłem się z nim tylko raz i to krótko. Nie zapytałem go o to.
Zresztą, o co miałbym pytać?
– Właśnie o tego Bąka! Co wie na jego temat? Czy ojciec kiedyś o nim
opowiadał? Czy opowiadał o swojej przeszłości? Z takich pytań tworzy się
historia. Nie można milczeć. Inaczej stracisz do siebie szacunek, że jesteś
pisarzem. Taki jest Bąka spisany życiem testament.
– Rzecz w tym, że jest to jednak babranie się. Nie należę do żadnego
związku. Do partii. Mam do działań zbiorowych awersję. Płacę za to cenę,
ale mam to, za co płacę.
– Niezależność?
– Nie tylko. Jeśli piszący nie jest wolnym człowiekiem, to nie jest
i pisarzem. Używa słów, ale jego język tchnie czymś kwaśnym. Prędzej czy
później można to poczuć.
– Miałem kolegę, który zajmował się literatami. Powtarzam to za tobą, bo
według tego, co mówisz, pisarzami oni nie byli. Składali raporty. O kolegach.
O rzeczywistości. Przesiadywali w Oborach.
– Nigdy tam nie byłem.
– Ale oni bywali. Literaci ze środowiska. Kolega mówił, że nie drażniło
ich, że posiadłość nie należy do nich. Że właściciela wyrzucono. Jeździli tam.
Razem. Ci, co donosili. I ci, na których donoszono. Było zawsze przyjemnie
urządzić sobie wielkanocne „jajeczko” czy popić.
– W grupie raźniej. Jak na tym pogrzebie. Nie zajmowałem się nigdy
sprawami „środowiska” i niewiele mnie ono obchodzi. Jednak jeśli napiszę
o tobie i o wszystkim, co tu mówisz, to bądź pewny, że nie zdeformuję tego.
Będzie to moja pierwsza i jedyna powieść polityczna.
– Od Anina minęło wiele lat. Zmieniły się oko liczności. W kilka
miesięcy po uwolnieniu świata od towarzysza Piotra Rosjanie przekazali
dokumenty dotyczące zbrodni katyńskiej. Niecałe dwa miesiące później
wycofano jednostki bojowe Armii Czerwonej.
– Nie było to aż tak dawno.
– Rosjanie wyszli, ale pozostał po nich spadek. Umownie nazwano to
„sowietyzacją umysłów”. Teraz nikt tego nie pamięta, bo zatarła to nowa
rzeczywistość. Tysiące opryszków wypełzło na ulice miast i miasteczek.
Wieś, bardziej z natury konserwatywna, trzymała się. Czwórka, którą
pomówiono o zabójstwo, była produktem wieloletniej pracy.
– Mówisz o oskarżonych o zabicie Jaroszewicza?
– Grasowali od pierwszych godzin pojawienia się na scenie
niekomunistycznego rządu.
– Ironicznie to przedstawiasz.
– Tak, bo proces był parodią. Lustrem, w którym każdego dnia
przeglądać się mogli twórcy tej prawie pół wieku trwającej zadyszki umysłu.
– Nie znam sprawy.
– Było ich czterech. Jak film o czterech pancernych.
– Pokazywano go i w wolnej Polsce.
– Dlatego nazywano to PRL Zwei. Kierował tą czwórką ktoś wychowany
na przemówieniach Gomułki. Umysłowa monotonia. Takim ludziom
przypisano śmierć towarzysza Piotra.
– Innymi słowy, poziom tej czwórki nie za wysoki?
– Prokuratura z nimi współzawodniczyła. A oba te klany walczyły
o palmę pierwszeństwa z policją. Był tam, co prawda, i myślący prokurator,
który po zapoznaniu się ze stanem umysłów wspomnianych postanowił
w końcu śledztwo umorzyć. Trwał ten teatr ponad sto tygodni!
– Oskarżano ich o coś, czego nie zrobili?
– Naciągając każdy drobiazg. Nie zabrakło też elementów erotycznych.
– Była w tym kobieta?
– Jedna, ale w zawodzie zasłużona. Zeznania jej stanowiły podstawę
oskarżenia „czterech pancernych”. U jednego z nich znaleziono w domu nóż.
Towarzysz Piotr miał kolekcję noży. Ten nóż rozpoznał syn Jaroszewicza.
Jedyną rzeczą, jaka zginęła, był złoty, zabrany przed laty z Dworu Artusa,
zegarek. Tego starego czasomierza na oczy nie widziałem! W kuluarach
mówiono, kto go wsunął do kieszeni… Opieram się na tym, co pisała prasa
i co, jeśli można tak powiedzieć, znam z autopsji.
– Mówiłeś, że Solska zginęła pierwsza?
– Piotr dopiero, jak się o tym przekonał, to zaczął mówić. Początkowo
dosyć się opierał. Nie rozumiał powagi sytuacji. Myślę, że brał nas
początkowo za zwykłych złoczyńców. Chciał nas przekupić.
– Przekupić?
– Ofiarował pieniądze i złoto.
– Wspomniałeś, że przez jakiś czas był nieprzytomny.
– Widok Alicji dał mu trochę do myślenia. Chcieliśmy zresztą dla niego
jak najlepiej. Dlatego jak się pokrwawił, to zmieniłem mu koszulę.
Podaliśmy mu nawet lekarstwa.
– Docierało do niego, co się dzieje?
– Na początku Ala bardzo go podniecała na nie. Miał duże kłopoty
z oddychaniem. Przyczynialiśmy się do tego, lekko go przyduszając. Ją
zresztą też. Przyduszanie wzięło się z mojego rozmyśliania o ojcu. Jak to się
dzieje, że człowiek dusi się pod ziemią?
– Łączysz odległe od siebie sprawy.
– To naczynia połączone.
– W ten sposób można pojmować świat jak Zorro.
– Nie o ojca tu chodzi. Nie o wyimaginowaną wendetę. Nie zrozumiałeś.
Śmierć Jaroszewiczów to wyrok na komunizmie. Jestem też śmiertelny, jak
każdy inny. Liczy się to, co ze mną zrobili komuniści. Co zrobili z mego
życia. To pozagrobowe mnie nie interesuje. A co zrobili, tego nie zdążyłem
powiedzieć.
– Byłeś z nimi związany?
– Byłem jednym z nich.
– Byłeś pracownikiem Służby Bezpieczeństwa?
– Byłem pracownikiem kontrwywiadu, który zajmował się likwidacją
zdrajców.
– Mówisz o takich jak Popiełuszko?
– Ten był trybunem. Rodzajem Piotra Skargi. Takich jak on było więcej.
Nimi zajmowała się Służba Bezpieczeństwa.
– Masz na myśli zabójstwa?
– Także. Nakazywane przez Kiszczaka czy Ciastonia. Sprawy, którymi
zajmowałem się ja, były bardziej poważne i nigdy nie ujrzały światła
dziennego. Ze sprawą Jaroszewicza nie mają te rzeczy nic wspólnego.
– Twoimi przełożonymi byli Rosjanie?
– Nie wiem, jak to wytłumaczyć… były osoby podlegające rosyjskim
rezydentom.
– Mówisz o takich jak Ałganow?
– Między innymi.
– Możesz przynajmniej zarysować to ogólnie.
– Największym cierniem dla komunistów byli tacy, którzy od nich
odeszli.
– Jesteś tego przykładem.
– Do pewnego stopnia jestem. Orwell sympatyzował z nimi i miał o nich
sporą wiedzę. Gdyby, będąc w Hiszpanii, był bardziej rozmowny na temat
tego, co chce pisać, to niedługo by pożył.
– Mechanizm eliminowania odstępców politycznych był zawsze taki sam.
Przykładem Kukliński, którego nie udało się dosięgnąć, ale ukarano go
w inny sposób.
– Jak o tym mówisz, to i mnie robi się nieswojo.
– Jako pisarz jesteś bezpieczny.
– Nie zajmują mnie sprawy agentur czy szpiegostwa.
– Doskonale cię rozumiem. Sprawa Jaroszewicza jest w to jednak trochę
uwikłana. Uwikłana przez moją osobę. Podwójnie uwikłana, bo
zleceniodawca nigdy nie będzie złapany za rękę.
– Mówiłeś, że się z nim nie zetknąłeś.
– Kilkakrotnie byłem blisko, ale nigdy nie zamieniłem z nim jednego
słowa.
– Skąd pewność, że to on był zleceniodawcą?
– Pewność? Nikt takiej pewności mieć nie może. Wszystkie okoliczności,
które zaprowadziły mnie do domu Jaroszewiczów, na to wskazują.
– Rozumiem, że nie ma w tej sprawie czegoś, co byłoby dokumentem czy
świadectwem?
– Nic.
– Więc powtórzę pytanie. Skąd pewność, że to Jaruzelski taki rozkaz
wydał?
– Zasadą było zawsze to, że istnieje tylko jedna osoba, mogąca taki
rozkaz wydać. I ten rozkaz nigdy nie był wydawany na piśmie. Zawsze
przekazywała go osoba druga, bezpośrednio zależna od wydającego go.
– Równie dobrze mógłby to być generał Kiszczak?
– Nie mógłby.
– Dlaczego?
– Kiszczak i jego ludzie tymi sprawami się nie zajmowali. Mieli na
głowie coś innego.
– Czyli właściwie nic nie można by udowodnić?
– Przyduszając Jaruzelskiego, tak.
– Jaruzelski wydał rozkaz zabicia księdza Popiełuszki?
– Mało prawdopodobne.
– A Kiszczak?
– Ten taki rozkaz przypuszczalnie wydał, ale nie mogę się wypowiadać,
bo sprawę znam pobieżnie.
– Potem chronił swoich?
– Musieli drżeć, bo w celi także można kogoś uśmiercić.
– Piotrowski drżał?
– On nade wszystko, chociaż czasy się zmieniły i zlecenie zabójstwa,
nawet kogoś takiego jak Piotrowski, miałoby charakter gangsterski.
– A opinia publiczna?
– Istnieją mity, którymi można posterować. Po zabójstwie Jaroszewiczów
zwrócono się do specjalisty o sporządzenie psychologicznych portretów
zabójców. I ten wyznawca Nauk Niejasnych orzekł, że czynu dokonali ludzie
niemający nic wspólnego z polityką, bo, jego zdaniem, sprawcy obawialiby
się ochrony byłego premiera!
– Nie mówisz tego poważnie?
– Teraz, kiedy troszkę o sprawie wiesz, widzisz, jaki to rodzaj
kretyństwa. Oczywiście, w jego rozważaniach, zrobić to mógł legionista
Piłsudskiego od lat ukrywający się w lasach pod Aninem, ale prawie
wszystkich takich potencjalnych fanatyków zdziesiątkowano wcześniej, więc
było to mało prawdopodobne.
– Tacy jak bracia Kowalczykowie pojawiali się przecież.
– Mówisz o wysadzeniu w powietrze auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej
w Opolu?
– Miała tam być akademia z udziałem pracowników SB.
– Materiał wybuchowy detonowano w nocy, kiedy nikogo tam nie było.
To miał być protest, a nie zabójstwo.
– Jak powiedziałby Czuma, potraktowano ich po ojcowsku. Gierek
rozpoczynał swoje rządy.
– W więzieniu znęcano się nad nimi. Dziennikarze zachodni rozpisywali
się o zachodzących w Polsce zmianach. W grudniu tegoż roku pokazano
pierwszy w kolorze program telewizyjny. Sprawozdanie z otwarcia VI
Zjazdu Partii.
– Masz znakomitą pamięć.
– Skądże znowu! Po raz pierwszy widziałem z bliska Gierka i towarzysza
Piotra. Dlatego zapamiętałem.
– Czyli pominiemy to, co dla komunistów robiłeś?
– Bałuty znasz?
– Wychowałem się w Łodzi.
– Ale nie słyszałeś o kimś takim jak Oleg Zakirow?
– Rosjanin?
– Mieszkał kiedyś w Smoleńsku. Teraz mieszka w Łodzi. Na Bałutach.
Jego historia jest zbliżona do mojej. Był oficerem KGB. Janczarem jak i ja.
Zainteresował się Batorym. I Polakami. Dowiedział się o Katyniu. W Rosji
coś zaczęło się zmieniać. Sprawa tego, co wydarzyło się w lesie smoleńskim,
stawała się coraz głośniejsza.
– Janczarami były porwane za młodu dzieci chrześcijan.
– Ja byłem takim janczarem. Dzieckiem porwanym rodzicom. Podobnie
jak i Oleg. Od ojca, tuż przed śmiercią, Oleg dowiedział się, że dziadek
zamordowany został przez wykonawców woli Stalina. W jego głowie
nastąpił zamęt.
– Zainteresował się Katyniem?
– Zaczął gromadzić dokumenty i pisać. Traktowano to jako pewnego
rodzaju osobliwość. Nie musiał czekać jednak zbyt długo, aby i jemu zaczęto
patrzeć na ręce.
– Dla Rosji Katyń jest nie do strawienia.
– Oleg przekazał Polakom zgromadzone dokumenty. Stał się więc
zdrajcą. Postanowił umknąć do Polski. Razem z żoną i córką, które w to
wtajemniczył. Przyspieszenie nastąpiło, kiedy zwolniono go z KGB.
W Polsce złożył podanie o przyznanie obywatelstwa.
– Który to był rok?
– Końcówka tamtego tysiąclecia.
– Został obywatelem?
– Z Rosji przyszła wyraźna dyrektywa: Nie dawać! Wniosek
o przyznanie obywatelstwa został odrzucony przez prezydenta
Kwaśniewskiego.
– Trudno w to uwierzyć. Teraz? Parę lat temu?
– Apele tych, którzy potracili bliskich w Katyniu, odniosły jednak skutek,
i Zakirow otrzymał ostatecznie obywatelstwo.
– Dlaczego mi o nim opowiadasz?
– Zajmowaliśmy się takimi jak Zakirow. Ludźmi, o których nikt nie
słyszał, którzy przeszli na drugą stronę.
– Zakirow jest w niebezpieczeństwie?
– Teraz nie. Większej szkody przecież im nie zrobi. Oprócz tego
prześwietlono by ponownie okoliczności odrzucenia wniosku o obywatelstwo
przez Kwaśniewskiego.
IX

– Kwaśniewski kontrolowany jest przez Rosjan?


– Tam też zmieniły się formy i narzędzia pracy. Jaruzelski był ich
człowiekiem. Znają go. Co do pionierów to inna sprawa.
– Mogą go szantażować?
– Nie muszą. Do niczego nie trzeba go namawiać. Do niczego, gdzie ma
interes. Towarzysze radzieccy byli z niego zadowoleni. Jaruzelski także.
Z zapisków Jaroszewicza wynika, że Jaruzelski był w Informacji Wojskowej.
Jest nawet obłąkana sugestia, że mógł być matrioszką. Jest też numer akt
Jaruzelskiego, pod którym znajdują się jego papiery w Moskwie. Dla Rosjan
ważniejszy jest teraz, co prawda, Kwaśniewski. Gdyby dostał ONZ, to
w ruch poszłyby kompromitujące go dokumenty. Przeprowadzono by zabieg
dyskretnie, aby nikt się nie mógł zorientować. Byłaby to subtelna powtórka
z Waldheima w Wielkiej Grze o dostęp i kontrolowanie źródeł energii.
– Zasięg polskich spraw jest skromny.
– Mechanizm, który tu działa, to zgarnąć jak najwięcej, a potem, po mnie,
niech potop. Taki jest przypadek rosyjskich oligarchów. Kwaśniewski jest dla
pewnych kół użyteczny, bo można przesłonić różne działania,
a zaszantażować, jak zajdzie taka potrzeba.
– Istnieją przesłanki, że mógł być zamieszany w wyprowadzenie majątku
w okresie, kiedy kierował Komitetem ds. Młodzieży. Chodziło o prawie sto
milionów dolarów.
– Czyli mówimy o drobiazgach!
– Stworzyło to postkomunistom podstawę w zakładaniu spółek czy
powstawaniu majątków.
– Nie znam sprawy, choć nie spieram się, że te pieniądze nie posłużyły
jako trampolina do pewnych działań. Czy mówi coś nazwisko Filipowski?
– Nigdy o kimś takim nie słyszałem.
– Stanowi klucz do rozumienia tego, co działo się wśród komunistów po
upadku komunizmu.
– Był członkiem opozycji? – zapytałem.
– Był zabójcą skazanym za morderstwo.
– Siedział w czasach PRL-u?
– Po wprowadzeniu stanu wojennego zainteresowali się nim koledzy. Nie
ci ze Służby Bezpieczeństwa, ale koledzy z kontrwywiadu. Pomysł podsunęli
Rosjanie.
– Rosjanie wiedzieli coś na jego temat?
– Chodzi o technikę werbowania. Tak werbowano ludzi w obozach pracy.
Nie inaczej wyglądała sprawa z towarzyszem Piotrem.
– I Jaruzelskim?
– Z nim także. Filipowski nie miał nic do stracenia. Młody był. Zdolny.
Chciał się uczyć. Stworzono mu możliwość wyjazdu do Szwajcarii, gdzie
znalazł pracę w banku. Krok po kroku piął się w górę. Nie nazywał się już
Filipowski, ale Peter Vogel. Stał się kimś wymarzonym dla chcących
wyprowadzać z kraju pieniądze towarzyszy. Robiono to z początku
nieśmiało. Potem coraz mniej subtelnie.
– Nikt nie próbował występować o jego ekstradycję?
– Filipowskiego? Ależ tak. Przy władzy był przecież rząd Jerzego Buzka.
– Szwajcarzy się zgodzili?
– Filipowski znalazł się w więzieniu, ale okoliczności jego zatrzymania
stawały się coraz dziwniejsze. W końcu jego prawnicy wnieśli
o ułaskawienie. Prokurator z Biura Ułaskawień nie wyraził na to zgody.
Znalazł się wtedy ktoś inny, kto przejął sprawę. Kwaśniewski.
– Wkroczył w to jako prezydent?
– Nic podobnego. Zajął się tym Stefan Śnieżko.
– To nazwisko także nic mi nie mówi.
– Śnieżko był zastępcą prokuratora generalnego. Decyzję o ułaskawieniu
podpisał Kwaśniewski.
– Mówimy przecież o ludziach sprawujących władzę w państwie!
– O nikim innym nie mówimy.
– Te sprawy ujrzą światło dzienne?
– Niektóre tak. Czas robi też swoje. Jak z Jaroszewiczem. Gdybym nie
zdecydował się opowiedzieć ci, co się z nim stało, to pies z kulawą nogą nie
dowiedziałby się o tym.
– Domyślasz się, że to, co mówisz, to nie encyklopedia poprawności
politycznej? Mogę mieć kłopoty ze znalezieniem wydawcy.
– Znajdziesz go w końcu.
– Nie jestem znany. Nad tym zresztą nie boleję. To może być jednak
problem. Moje książki dotyczą wąskiego grona osób.
– Nie chcesz powiedzieć, że żyjesz na marginesie tego, co się tam dzieje?
Nie wyobrażam sobie, abyś nie mógł znaleźć wydawcy.
– Ostatecznie go znajdę. Jestem pisarzem i jest to część procesu, jaki ma
prowadzić do ukazania się tego, co piszę. Ale świat wydawców w Polsce to
dżungla. Nie dżungla w znaczeniu zewnętrznym. W sferze zachowań.
– Z książek, które dostaję, orientuję się, że niektóre dawne wydawnictwa
wciąż istnieją.
– Doszło kilka nowych.
– Muszę sprawdzić, kto wydał Jaroszewicza. Mówię o tych z nim
rozmowach przeprowadzonych przez kogoś z „Trybuny”. Miałem to
w rękach.
– Złożyłem swoje po angielsku ukazujące się na Zachodzie opowiadania
w jednym z tych rzekomo renomowanych. Tym razem postanowiłem zrobić
to w Galicji. Mieszkając w Ameryce, musiałem to przygotować kilka
miesięcy wcześniej.
– Telefony? Ustalenia terminów?
– Cała ta aparatura sekretarek, dat, wpasowania się w dzień, ostateczne
ustalenie godziny spotkania.
– Odwołano w ostatniej chwili?
– Dodatkową komplikacją było to, że nie miałem telefonu komórkowego
i jechałem nie bezpośrednio z Warszawy, ale przez Łódź. Ląduję na Okęciu.
Jadę do Łodzi, gdzie spędzam kilka dni, potwierdzając przez telefon
z sekretarką przyjazd do Krakowa. Wszystko ustalone. W środku nocy
wsiadam w pociąg i jadę.
– Dlaczego w nocy?
– Bo innych połączeń z Łodzi do Krakowa nie było, a musiałem pojawić
się nie za późno. Wydawca też ma sprawy do załatwienia i nie jest jego
celem ten porządek dnia wywrócić. Chodzi o wzajemne zrozumienie
i szacunek. On wie, że jadę z Ameryki. Ja, że on ma wiele innych
zobowiązań.
– Spóźnił się pociąg?
– Nie spóźnił. Może parę minut. Przewidując taką zresztą możliwość,
przyjechałem kilka godzin wcześniej. Myślę, rzadko jestem w Krakowie,
pochodzę trochę. Potem do wydawnictwa.
– Tego dnia było zamknięte?
– Nie. Nic podobnego. Miałem wystarczająco czasu, żeby pospacerować.
Doszedłem do Wawelu. Po drodze zobaczyłem parę krzepiących rzeczy. Dla
pisarza krzepiących.
– To znaczy?
– W jakiejś uliczce jest tablica, że w tym oto budynku, który był kiedyś
więzieniem, siedział skazany za włóczęgostwo Jarosław Haszek. Bardzo to
mnie uradowało, bo wyobraziłem sobie, jak mnie też stróże prawa za
wałęsanie się po mieście zatrzymają i będę miał więcej czasu na pisanie.
– Co z wydawnictwem?
– Poszedłem tam o wyznaczonej porze. Nawet parę minut wcześniej.
Wydawnictwo „Znak” się nazywało, więc brałem to za wskazówkę
Opatrzności, że w to miejsce mnie zaprowadziła, bo łatwo mogłem się w tym
Krakowie pogubić.
– Zdaje się wydawnictwo katolickie?
– Katolickie czy protestanckie, jakie to ma znaczenie? Nie zajmuje się
ono niczyim życiem duchowym, ale tym, co się im proponuje.
– Wchodzisz do środka?
– Wita mnie sekretarka. Tak. Wie o moim przyjeździe. Coś do picia
proponuje. Wiadomo, z Ameryki przyjechałem, muszę spragniony być.
O wodę proszę. O koniak nie śmiem, bo to nie ta pora dnia, choć wiem, że
taki wydawca musi koniak trzymać. Tyle że proponuje się go dopiero komuś,
z kim coś przyklepane zostało. Czyli nie w moim wypadku. Ja nikim jeszcze
jestem, a tu kimś trzeba być.
– Arogancja wobec osób nieznanych to rzecz normalna. Nie
o poczęstunku mówię, ale ogólnie.
– Tej arogancji wtedy nie poczułem. Byłem dopiero w procesie
zapoznawania się z nią. Jak na razie siedziałem i czekałem na wydawcę,
który miał lada chwila się pojawić.
– Spóźnił się, wiedząc, że przyleciałeś z Ameryki?
– Ładne nazwisko miał: Illg. Szlacheckie. To mnie dobrze nastawiało.
Myślę sobie, brat szlachcic, odpowiednio mnie przyjmie. Nic na jego temat
nie wiedziałem. Zakładam zawsze, że mam do czynienia z kimś
profesjonalnie normalnym.
– Dobre założenie, ale tutaj. Nie tam.
– Czas mija. Piję wodę, ale ile można jej wypić? Czuję, jak pęcznieję.
Mija pół godziny. Godzina. No, myślę sobie, godzina to trochę długo.
A gdyby tak Oleksy przyjechał, przywożąc pamiętniki o cudownym
nawróceniu na Jasnej Górze, też by tak czekał? Pewnie tak, bo jeśli w tym
wydawnictwie gruba kreska działa, to wszystko polega na wzajemnym sobie
wybaczaniu.
– A wszyscy oni przekonani o dziejowej misji. Towarzysz Piotr wierzył,
że jego wspomnienia i rozmowy jakieś szczególne znaczenie mają. A to, co
napisał o Jaruzelskim, nadaje się na komunikat w prasie. I przedstawienie
sprawy prokuratorowi.
– Jak Jaroszewicz mógł zrezygnować z myśli o wydaniu książki? Toż by
czar prysnął! To tak, jakby ten Illg, odwracając to, używając do tego
sekretarki, powiadomił mnie, jak w Ameryce jeszcze byłem, że niech pan nie
przyjeżdża, bo koniak nie z takimi pijam. Tu Kościuszko u nas gościł,
a Przybyszewski absyntem się upijał.
– Pijany przyszedł?
– Ludzkie byłoby. Wybrał jednak wersję psa Baskerville’ów.
– Czyli?
– Najpierw się nie pojawiał. Głosy tylko jakieś zaczęły mnie dochodzić.
Poszukiwano go. Sekretarka widać bardzo się tym przejęła, że z Ameryki
przyjechałem. Sama w tym miała udział, bo z tym Illgiem mnie umawiała.
– Jak się to skończyło?
– Nie skończyło się. Są rzeczy, które się nie kończą. Ezra Pound [7]
o tym pisał.
– Nie przyszedł?
– Że nie przyszedł to rzecz nie tak aż ważna. Mogłoby mu przecież coś
ważnego wypaść. Taki dyrektor wydawnictwa nie jest panem swego czasu.
Niewolnikiem raczej. I konceptualistą. Wydawnictwo jest jedna sprawa. A tu
trzeba żyć pełną piersią! Nad egzystencją się przy brandy zastanowić.
Taksówką po mieście nocą, niczym Harun ar-Raszid [8], krążyć, aby to tu, to
tam usłyszeć, co ludzie w mieście o wydawnictwie myślą. Serce wtedy dumą
wypełnione, a i powód, aby z projektami na miarę czasów do możnych tego
świata wystąpić, bo to na szczęście nie lata, kiedy inteligenta do roboty przy
łopacie przymuszano. Im większy rozmach ducha, tym większe pieniądze!
– Wszyscy wydawcy tak się zachowują?
– Jasne, że nie. Może w życiu Illga to był przypadek.
– Pijany może był i przyjść mu się do pracy nie chciało?
– Każdemu wszystko się może zdarzyć. Ale sekretarka w końcu zdybała
go w… domu. Zaraz ruch się zaczął. Sekretarka rozmawia z nim przez
telefon. Ja podniosłem się z fotela i grzecznie, choć z odległości, się
przysłuchuję. Mijają minuty. Twarz sekretarki tężeje. Nie po raz pierwszy się
to zdarza, myślę.
– Miłosz z Ameryki nie przyjeżdżał?
– Przyjeżdżał, ale umawiać się nie musiał, bo przywiózł możliwość
zarobienia, więc to jego szukano. Po dwóch godzinach, kiedy to
nieprzyjemnie się wodą opiłem, bo herbaty ciągle odmawiałem, wchodzi ktoś
do pokoju, przedstawia się i stwierdza, że porozmawia ze mną.
– Trochę więc, jakbyś się z Koniem umówił, a Kura zamiast niego
przyszła.
– Rozpocząłem, że pisarzem z Ameryki jestem, ale po polsku też piszę
i chciałbym – ale rozmyślam już w duchu, czy to uczynić – maszynopis
pozostawić. Opowiadania.
– Kura z wielkimi oczami?
– Powiada, wydawnictwo nasze konkursy urządza i może chciałby pan
w takim konkursie udział sobie zapewnić. Zaraz pana na listę wpiszę.
Poczekam jeszcze, mówię do niej. Udział tylko raz w konkursie brałem
i nigdy nie zamierzam tego robić ponownie. Odrzucili, powiada Kura,
skrzywdzili niesłusznie. Zaprotestować chciałem, że przeciwnie, pierwszą
nagrodę dostałem, ale wagi do tego nie przywiązuję, lecz nagle pojąłem, że
jestem intruzem, pożegnałem się grzecznie i wyszedłem.
– Z Illgiem się nie spotkałeś?
– Zajęczej postury w czymś innym się okazał.
– Rozmawiał przez telefon z sekretarką, a z tobą bał się, bo wiedział, że
zwlekł się z łóżka po libacji?
– Alkohol to prywatna sprawa. Nie musiał być też wcale pijany.
Natomiast zabrakło cywilnej odwagi, żeby choćby przez telefon się
wytłumaczyć. Potem dowiedziałem się, że mieszka niedaleko od
wydawnictwa, choć tego potwierdzić nie mogę.
– Nie wszyscy wydawcy są podobni?
– Nie wszyscy. Pewne rzeczy w kontaktach są i muszą być skalkulowane.
Książka, którą położyłeś na stole, wydana była przez Andrzeja Rosnera.
Swego czasu wydawcę publikowanych w podziemiu książek.
– Pisał o nim Timothy Garton Ash. Mam tę książkę tutaj. Opisał w niej
to, co działo się w Warszawie w 1989.
– Rosnera wtedy nie znałem. Inna kultura. Nie mówię o profesjonalnej
stronie, ale o zainteresowaniu kimś, kto przynosi maszynopis. Rosner
opowiedział ciekawą historię ze stanu wojennego. Raczej z tego, co
wydarzyło się, zanim został wprowadzony. W domu, w którym mieszkał, na
górne piętro wyległo stado myszy, które kręciły się w jakimś szalonym
indiańskim tańcu. Wyglądało na to, że powariowały. Później kolega wyjaśnił
mu, że to przygotowywane w okolicy do wyjazdu o określonej porze ciężkie
samochody opancerzone i czołgi rozgrzewały silniki, powodując wibracje.
– Myszy to odbierały?
– Podobną reakcję przewiduję po opublikowaniu tego, co mówisz. Nie
tylko sprawa Jaroszewicza jest tu ważna. To, co nadmieniasz o pieniądzach,
też. Nakradli tyle, że stali się partią konserwatywną. Dbającą o utrzymanie
stanu rzeczy.
– Rodzaj neokapitalizmu według nowej formuły.
– Może kiedyś któryś z nich się załamie i zacznie sypać?
– Wiesz kim był Tommaso Buscetta?
– Nie.
– Nazywano go Don Massimo. W Polsce używa się bardziej słowiańskich
określeń. Leszek, na przykład, w odniesieniu do Millera. Bardziej to ciepłe.
Buscetta zgodził się być świadkiem koronnym w procesie przeciwko mafii.
Nie widziałeś jego twarzy. Takiego spojrzenia nie miał generał Buła
odpowiedzialny za zniszczenie dotyczących powiązań z Rosją papierów.
– Rolę świadka koronnego mógł odegrać Jaroszewicz?
– Do tego potrzebne byłoby państwo prawa. Prawa z całą mocą
stosowanego wobec mafii. Wobec partii komunistycznej pojmowanej jako
organizacja z definicji przestępcza. A tak pokolenie i wszystko przesłoni co
najwyżej mdła statystyka.
– Ta zawsze jest banalna. Pojedynczego życia nie da się zamknąć
w klatkę. „Śmieszka” była babcią przyjaciela. W 1943 roku aresztowało ją
gestapo. Przyjaciele z podziemia wykupili „Śmieszkę”. Powróciła do
konspiracji. Oglądała Wilno zajmowane przez Armię Czerwoną. Najpierw
aresztowano męża. Potem NKWD wpadło i na jej ślad. Bito ja. Nie załamała
się. Wszystko to po wojnie.
– Jaroszewicz był już generałem!
– Wypuszczono „Śmieszkę” na wabia. Zgubiła ślad i skryła się
w Bydgoszczy. W 1947 aresztowano ją ponownie.
– Jaroszewicz był wtedy wiceministrem obrony. Powinna złożyć podanie,
że w aparacie, który reprezentuje, dochodzi do nadużyć. Bermanowi
udzielono z tego powodu upomnienia na piśmie.
– Nie udało się jej złamać.
– Dożyła do 1956 roku?
– Była cieniem człowieka. Mocnego duchem, ale z ciałem
przepuszczonym przez maszynkę do mięsa. Zmarła w biedzie, nie przyjmując
propozycji wstąpienia do żadnej z organizacji kombatanckich.
– Gdyby żyła i chciała złożyć zeznania w swojej sprawie, Jaruzelski
powiedziałby, że jej oskarżenia wpisane są w jakąś mityczną walkę
z komunizmem. Walkę z wiatrakami. I miałby rację. Nie ma komunizmu!
Ale, co ciekawe, nie ma i towarzysza Piotra. Jedyny sprawiedliwy wyrok,
jaki w tej sprawie zapadł, to ten, wykonany z prywatnego oskarżenia.
– Coraz bardziej uzmysławiam sobie twój punkt widzenia.
– Andrzej Sandomierski obrony „Śmieszki” pewnie podjąć się by ze
względów etycznych nie mógł.
– Sandomierski?
– Adwokat Kwaśniewskiego, który uczestniczył w procesie ułaskawienia
Petera Vogla [9].
– Skąd znasz te nazwiska?
– Nie zapominaj, kim byłem. Nie tylko generał Jasik czy Ałganow są
zorientowani w tej materii. Gdyby Sandomierski kiedykolwiek chciał mówić,
to mielibyśmy taki sam proces, jak ten z Don Massimo.
X

– Podróżowałem po świecie – powiedziałem, podnosząc głowę


w kierunku rozgwieżdżonego nieba. – Oglądałem rzeki, jeziora, kaniony
i pustynie. Polityka nigdy mnie nie pociągała. Zawsze dostrzegałem w niej
coś trującego. Te sztuczne mowy. Emocje wygaszane z początkiem nowego
dnia. Z drugiej strony wiem, że oddać to tym, których nazywamy politykami,
może okazać się klęską naszego istnienia.
– Polityki nie powinno się unikać, to coś wielokolorowego, jak tęcza.
– Zobacz – powiedziałem. – Wałęsa jest uważany przez jednych za
wielkiego człowieka, przez innych za marionetkę.
– Co masz na myśli?
– Pisze o tym Radosław Sikorski. Esencja znajduje się w relacji
dotyczącej chęci Wałęsy przejęcia od opuszczających Polskę wojsk
rosyjskich kilku taktycznych rakiet z głowicami nuklearnymi.
Powietrze było czyste jak kryształ. W tej części Arizony klimat stwarza
warunki, aby pić, pomyślałem, kiedy gospodarz rozlał do kieliszków,
sięgając też po papierosy. Wydmuchiwany dym przypominał podrzuconą
w górę bawełnę, uginającą się pod naporem powietrza i zmieniającą kształt,
aby rozpłynąć się w ciemności do chwili, kiedy nie został rzucony w nią
następny jej płat.
– Uważasz, że chciał zrobić Polskę mocarstwem?
– Zamierzał nabyć od Rosjan bomby atomowe. Miało być ich pięć. Cena
przystępna.
– To znaczy?
– Milion dolarów od każdej. Po przejęciu rakiet planowano zatrzymać na
granicy tych z pieniędzmi, więc wszystko byłoby gratis. Nie odważyliby się
poskarżyć.
– Ciekawe, jak się o tym pomyśli. Sikorskiego czepiano się, że miał
paszport brytyjski. Domagano się dla niego, powołując się na zdanie
rzekomych ekspertów, pięciu lat więzienia.
– Wspomina o tym. Wszystko to za wyjazd do Afganistanu w czasie,
kiedy Jaruzelski wprowadzał w kraju stan wojenny.
– Zasługiwał może nawet, jak i towarzysz Jaroszewicz, na internowanie.
Gazety miałyby o czym pisać. Kukliński najpierw, a potem Sikorski.
– Sikorskiego poznałem, kiedy pojechałem do Chobielina, gdzie jest
jedyna w swoim rodzaju Strefa Zdekomunizowana.
– Pisano o tym. Chodzi o napis przy wjeździe do dworku?
– Pojechałem tam, żeby przedstawić sprawę przywrócenia obywatelstwa
dla Rafała Gan-Ganowicza.
– Czytałem jego Kondotierów.
– Wyjechał z Polski z pistoletem w ręku podwieszony pod pociągiem.
W najczarniejszą stalinowską noc. Po odzyskaniu niepodległości powrócił do
Polski, ale nie miał papierów. Sikorski był ministrem, więc chciałem, żeby
coś w tej sprawie zrobił.
– I zrobił?
– Nie było to konieczne. Rafał zresztą nie żyje. Po drodze do Chobielina
zatrzymałem się w Nakle. Miasteczko leży nad Notecią. Przyjechałem
późnym wieczorem. Mieliśmy się spotkać następnego dnia, więc poszukałem
miejsca do spania. Hotel wyglądał dziwnie. Ściany wyłożone purpurą. Rano,
kiedy pojechałem do Chobielina, dowiedziałem się od Sikorskiego, że
zatrzymałem się w burdelu!
– Nie domyśliłeś się? – zapytał.
– Zmęczony byłem, więc zaraz poszedłem spać.
– Sikorskiego próbowała niszczyć „Gazeta Wyborcza”.
– Sporami wewnątrz nigdy się nie zajmowałem. Nieczęsto zdarza mi się
czytać polskie gazety, choć wiem akurat, jak ta powstała i kto pośredniczył
w jej zakładaniu.
– Nic o tym nie wiem.
– Osobą, która odegrała rolę kluczową, był Jan Nowak-Jeziorański. Za
jego pośrednictwem przekazano milion dolarów, aby założyć niezależną
gazetę w obliczu zbliżających się w kraju wyborów. Sponsorem było
znajdujące się w Waszyngtonie The National Endowment for Democracy.
– Były dyrektor Radia Wolna Europa?
– Dokumenty w tej sprawie nie są tajne. Jako materiały kongresowe są
publicznie dostępne.
– Dlaczego nikt na ten temat nie pisał?
– Nie mam pojęcia.
– Był taki artykuł w „Gazecie Wyborczej”. Ukazał się w kwietniu 1993
roku. Padają tam znaczące słowa: Każdy mógł być oprawcą i ofiarą. Wiem,
jak reagowali na niego koledzy. Czyli nie będzie rozliczenia! Nie byliśmy aż
tak źli!
– Nie czytałem tego.
– Od tego momentu zaczyna się odwrót od tego, aby komunistów
rozliczyć. Tych, którzy intelektualnie mogliby przewodzić, oskarża się
o uprzedzenia lub, jak było to w wypadku Herberta, przypisuje się chorobę
umysłową. Podobne manipulacje są praktykowane z każdym, bez względu na
to, kim jest. Wywiad zrobiony z Herlingiem-Grudzińskim był tak
zmanipulowany.
– Jak na kogoś, kto deklaruje nieznajomość świata kultury, to wykazujesz
sporą na ten temat wiedzę.
– Przypadek. – Zapatrzył się w ciemność, jakby próbując przeniknąć jej
tajemnice. – Interesują mnie sprawy związane z polityką i tyle.
– Znam z „Gazety Wyborczej” Piotra Stasińskiego.
– Jest zastępcą Michnika.
– Pamiętam, jak siedzieliśmy z nim i Ludwikiem Dornem, a było to przed
powstaniem „Solidarności”, spierając się na temat stalinowskich poetów.
I sensu emigracji. Wtedy myślałem już o wyjeździe. W końcu ja wyjechałem,
a oni pozostali.
– „Gazeta Wyborcza” propaguje rodzaj tolerancji, który jest jej
zaprzeczeniem – stwierdził mój rozmówca, dogaszając papierosa.
– To znaczy?
– Brzmi to trochę jak twój alians Michnika z Nowakiem, ale tak jest.
– Bywa pełna uprzedzeń, ale do tego pismo ma prawo.
– W każdym politycznym ugrupowaniu można odnaleźć skrajne bieguny.
Nie ma partii, która nie miałaby swej lewicy i swej prawicy. Tak w Ameryce
jest z demokratami i z partią republikańską. Tak jest z każdą partią.
Niezależnie, czy będzie to NSDAP, czy PZPR, czy Partia Pracy w Anglii.
Istotne jest, co robi przywództwo. Jaki obiera kierunek. Michnik z bohatera
przeobraził się w kogoś równie znienawidzonego jak Jaruzelski, bo podobnie
jak Wałęsa popełnił błąd. Myślał, że przekona ofiary o dziejowej
konieczności. Przyjaźń z takimi jak Urban ten stan pogłębiły. Już nie
sojusznik był ważny, a wspólny wróg.
– To znaczy?
– Zaatakowano symbolikę związaną z dziejami tego kraju. Jakiś Cichy
napisał, że żołnierze Armii Krajowej po wojnie wyrżnęli niedobitki ocalałych
z Zagłady.
– Ktoś mówił mi o tym artykule. Redakcja próbowała to prostować.
Większym błędem było chyba jednak bratanie się z Jaruzelskim
i Kiszczakiem. Od tego momentu mówimy nie o poglądach, ale o filozofii
strachu.
– Ale nie objawia się tego strachu kosztem ofiar.
– Wspomniałem Marcusa Wolfa. Jego sprawa jest w Polsce nieznana.
A przecież Stasi prowadziła wielu takich, jak Sobotka, Pietruszka i im
podobnych.
– Historycznie Wolf to taki Torquemada [10].
– Zmarł, a nie poświęcono mu żadnego artykułu, a był przecież szefem
Stasi. Rozumiem Michnika, że za wszelką cenę chroni brata zbiegłego do
Szwecji. Bardziej to ludzkie. Ale są sprawy, które dla ofiar są priorytetem.
– Nie tylko dla ofiar.
– Jan Żaryn wyliczył, że komuniści wybili więcej osób, niż zrobiono to
przez cały wiek XIX, czyli wliczając w to wszystkie powstania. „Gazeta
Wyborcza” inaczej by była zapewne odbierana, gdyby przewodziła
w pokazywaniu takich jak Morel czy Wolińska.
– O polityce pisma zaważyło nie tylko takie, a nie inne, stanowisko
Michnika, ale i ludzi, którymi się otoczył. Mówisz o Morelu. W pewien
sposób rozumiem niechęć Izraela do wydania go i osądzenia przez polski sąd.
Roi się tam od tych, którzy wierzyli w komunizm, a animozje do Polski, tych
zwłaszcza pochodzących z Rosji, są silne. Niemcy ukrywali swoich
zbrodniarzy, dlaczego Izrael miałby być inny.
– Ciekawie wyglądają natomiast kontakty Polaków i Izraelczyków na
płaszczyźnie prywatnej. Zdarza mi się to często, kiedy jeżdżę po świecie.
– Ludzie żadnej narodowości i z żadnego państwa nie są bardziej źli czy
bardziej dobrzy. Subtelności zaczynają się w sporach o takich jak Abraham
Goldberg.
– Nikogo takiego nie znam.
– W Australii znany jest każdemu dziennikarzowi z „Age” czy „Sydney
Morning Herald”. W Warszawie jest właścicielem takich budynków jak
wieżowce Blue Tower na placu Bankowym czy Oxford Tower przy
Marszałkowskiej. Lista posiadłości jest długa, choć prosta do ustalenia.
Goldberg poszukiwany jest przez władze australijskie za wyprowadzenie
ponad miliarda, nie przesłyszałeś się, tak, miliarda dolarów. Jako
obywatelowi Polski nie grozi mu ekstradycja, ale to nie wyjaśniałoby,
dlaczego nie ma o nim nic w środkach przekazu.
– Nie znam sprawy, więc nie mogę się wypowiadać.
– Kontakty z Kwaśniewskim pozwoliły mu prosperować. Kontakty nie
osobiste, bo Goldberg nie jest aż tak nierozsądny jak Dochnal, czy… no,
mniejsza kto. Wielu ludziom jest obojętne, czy interesy są nieczyste, dopóki
nie zawadza to o nerw tradycji, która jest fundamentem państwa. Wolińska
jest ważna, bo przyczyniła się do śmierci Fieldorfa. Nie da się tego wymazać
z historii.
– Dlaczego tak jest, pokazał David Horowitz. Horowitz będzie dla wielu
rodzajem socjalzdrajcy – bo przecież jego ojciec i dziadek byli komunistami
– kimś z przeciwnego obozu, a nie kimś, kogo argumenty należałoby
intelektualnie rozważyć.
– Oglądałem, kiedy Reagan wręczał mu Medal Wolności. Był ciekawy
też jego opis udziału w pierwszomajowym pochodzie czy kontrdemonstracji
organizowanej przez ludzi podziemia w roku 1989, tuż przed zawaleniem się
komunizmu, kiedy to David, idąc ramię w ramię z redaktorami „Arki”,
wykrzykiwał: „Precz z komunizmem! Rosjanie do domu!”
– Horowitz wyczuł coś, czego Michnik nie jest w stanie zrozumieć.
– Dziennikarze jego pisma pisali o sprawie Jaroszewicza w ten sam
sposób. Nie było nawet wzmianki, że ktoś mógłby zrobić to z powodów
politycznych. Oznaczałoby to przyznanie, że ktoś taki jak ja istnieje. Kasia
Kęsicka musiała napisać, że był to rabunek, a ktoś inny rozpisywał się na
temat starszego małżeństwa mieszkającego niegdyś w Aninie. Prawo do
takiego pisania dała im wszak sprawa „Faszysty” i kompanów.
– Oprócz Stasińskiego nikogo z „Gazety Wyborczej” nie znam, trudno mi
więc coś na ten temat powiedzieć.
– Nie było mnie w Polsce, kiedy trafił mi do rąk artykuł zatytułowany
„Dekomunizacja i rzeczywistość”. Jest to jeden z ważniejszych artykułów,
jaki ukazał się w Polsce w ostatnich kilkunastu latach. Jego autorem był
Leszek Żebrowski.
– Rozważania o dekomunizacji?
– Analiza środowiska, które przyczyniło się do zbudowania III
Rzeczpospolitej. Szefem wydawnictwa czy spółki „Agora” jest Helena
Łuczywo.
– Była związana z podziemnymi wydawnictwami?
– Łuczywo jest córką Ferdynanda Chabera. Przed wojną siedział sześć lat
w więzieniu, skazany za działalność przeciwko suwerenności i niepodległości
Polski. Piotr Jaroszewicz znał go i cenił. Bliskim współpracownikiem
Michnika był też syn Jurka Wilkera, znany pod nazwiskiem Skalski.
Przyjacielem Jurka był znajomy.
– Nazwiska nic mi nie mówią.
– Jurek był szefem personalnym Komendy Wojewódzkiej MO
w Krakowie, a jego żona, też dawna działaczka KPP, zajmowała się takimi
jak i ja.
– Czyli?
– Nieletnimi. Pomysł podsunęli towarzysze z Niemiec. Tych
komunistycznych Niemiec. Młodym ludziom dawano możliwość zrobienia
kariery. Szybkiej kariery. Za jedną cenę. Uczestnictwa w aparacie przemocy.
Najczęściej kierowano ich później do zarządzania klubami sportowymi.
W ogóle sportem. Stanowili te dziesiątki cichych opiekunów drużyn, które
wyjeżdżały w świat na różnego rodzaju zawody.
– Rodzaj politruków?
– Należało uprzedzać działania młodych nienawykłych do oglądania
Zachodu. Do czego jednak zmierzam? Kiedy byłem janczarem, miałem
środowisko. Razem się upijaliśmy. Razem jeździliśmy na wakacje.
Środowisko jest kluczem do rozumienia wielu zjawisk. Z „Gazetą Wyborczą”
nie jest inaczej. Nie chodzi o każdego dziennikarza z osobna. Chodzi o górę.
– Stasiński, którego znam, nie był członkiem partii.
– Nie neguję tego. Ale czy wiesz, kim był jego ojciec? Jego dziadek?
– Nie nawykłem nikomu zaglądać tak głęboko w życiorys.
– Tylko do pewnego stopnia masz rację.
– Człowiek reprezentuje sobą to, kim jest, a nie kim byli rodzice.
– Zgoda. Nie spieram się. Masz pewnie rację. Mnie chodzi o środowisko.
Czy ten twój Stasiński jest, na przykład, za lustracją i dekomunizacją? Jeśli
tak, to swoje rozważania na temat tego, czy środowisko ma znaczenie, czy
nie, wycofam. Masz do komunizmu stosunek całościowy. Tymczasem to
sprawa detali. Setek ludzkich uwikłań, które nigdy nie będą opisane.
– Twoją sprawą chcę się, jak widzisz, zająć.
– Przez pojedynczego człowieka zobaczyć można znacznie więcej.
Zobacz, o ilu sprawach rozmawiamy z powodu śmierci Ali i Piotra. Bez nich
w tle rozmowa wyglądałaby inaczej.
– Myślę, że z naszej rozmowy coś się wyłoni. Masz wiedzę dotyczącą
komunizmu, która jest mi nieznana.
– Mógłbym uraczyć cię opowieścią o tych, którzy służyli nam, będąc
w opozycji, ale nie ma to związku z Jaroszewiczem.
– Mógłbyś podać przykład?
– Nie zrobiłbym tego, gdyby istniał Związek Radziecki, bo nie chciałbym
cię plątać w sprawy, które nie doczekają się rozwiązania, ale teraz mogę to
zrobić. Zetknąłeś się z Arturem Hajniczem?
– Nazwisko nic mi nie mówi.
– O „Tygodniku Solidarność” słyszałeś przecież.
– Nie było mnie w Polsce, kiedy pismo powstawało.
– Hajnicz był zastępcą redaktora naczelnego.
– Naczelnym był Mazowiecki?
– Hajnicz był jego zastępcą i w okresie heroicznym pisma, i po jego
reaktywowaniu, czyli już po odzyskaniu przez Polskę suwerenności. Rosjanie
pamiętają Hajnicza jako Griszę. To z czasów, kiedy mieszkał we Lwowie.
– Musi być w poważnym wieku.
– Może dlatego wybrałem go, żeby ci coś przedstawić. Hajnicz był
współpracownikiem Mazowieckiego, który doskonale znał jego przeszłość,
a jednak trzymał przy sobie. Dlaczego, nie wiem. Może imponowali mu
wojskowi? Hajnicz był pułkownikiem Ludowego Wojska. Znał Jaroszewicza.
Jako redaktor pisma nie stanął w obronie towarzysza Piotra, kiedy go
internowano. Może źle go zapamiętał? A może obawiał się przełożonych?
Hajnicz nigdy się nie pchał do pierwszego szeregu. Był tym drugim. Nawet
jak odszedł z redakcji, to rozpoczynał karierę jako ktoś z drugiego szeregu.
Zastępca dyrektora Ośrodka Studiów Międzynarodowych. Odpowiedzialne
stanowisko. Mógł spożytkować swoje doświadczenie. A niemało go miał.
Przez lata był oficerem politycznym. To z tych lat znał się z towarzyszem
Piotrem. Z innymi też łączyło go sporo. Zaraz po wojnie brał udział
w odniemczaniu i likwidacji ludzi podziemia w powstałym właśnie wtedy
województwie szczecińskim.
– Miał rację Kiszczak, że w zasadzie panowali nad sytuacją.
– Chcieli, żeby nie było rozlewu krwi. Ich krwi, rzecz jasna.
XI

– Komunizm odchodzi w niepamięć – powiedział, otwierając butelki


Heinekena. – Z tym, co po sobie pozostawił, zmagać się będą następne
pokolenia.
Patrzyliśmy w mrok, jakby chcąc z niego wyłowić naszą, poszatkowaną
skalpelem czasu, przeszłość. Historia siedzącego obok mężczyzny miała
posłużyć do napisania książki. Czy tym chciałem się jako pisarz zajmować?
Politykę chciałem zawsze odsuwać na bok. W kąt. Chciałem pisać o tym,
czym jest wiara i niewiara. O rozżarzonych węglach noszonych przez
każdego z nas. O węzłach, które wiążą z innymi. O magicznych nożach,
które te węzły, nie tylko przez szybkość życia, rozcinają.
– Czy, opuszczając Polskę, nie miałeś ochoty tego za sobą zostawić? –
zapytałem, pociągając z butelki.
– Jaroszewicz pokazał mi inny wymiar życia. Gdyby mnie złapali, to
uważałbym, że los jest niesprawiedliwy. Ale teraz, kiedy siedzimy, pijąc
piwo i spoglądając na gwiazdy, myślę, że dokonałem czegoś
nadzwyczajnego. Dałem odpowiedź ofiarom komunizmu, czym jest
sprawiedliwość.
– Chodzi ci o moralny wymiar tego, co zrobiłeś?
– Nie przesadzaj. Żadnego moralnego wymiaru w tym nie ma. Chodzi
o coś bardziej przyziemnego. Póki nie wiedzieli, kto tego dokonał, istniałem
tylko w wymiarze wyobraźni.
– Twoje wyznania dadzą wielu osobom sporo do myślenia.
– Skąd dowiedziałeś się o śmierci Jaroszewiczów?
– Nie było mnie wtedy w Polsce. Mieszkałem w Monachium i choć
przyjeżdżałem często, bardziej jeździłem po świecie.
– Pamiętasz coś z tego, co myślałeś?
– Byłem zajęty innymi sprawami, choć miałem na ten temat swoją teorię.
W jakiś sposób się sprawdziła. Myślałem, że zrobił to ktoś, komu komuniści
przetrącili życie.
– Nie myliłeś się.
– Czy swoim czynem coś odmieniłeś?
– W sensie dosłownym niewiele. Przyśpieszyłem po prostu śmierć
dwojga starszych ludzi, ale zapominasz o tym, co jest najważniejsze.
– To znaczy?
– O książce, którą napiszesz. Moje życie nie ma znaczenia. Nie szukam
pieniędzy. Rozgłosu. Mogę sobie jednak wyobrazić, co będzie się działo po
ujawnieniu, że morderstwa dokonano na zlecenie Jaruzelskiego.
– To, co mówisz, nie jest dowodem.
– Psy gończe wkroczą jednak na trop. Kiedy gazety podały wiadomość
o śmierci Jaroszewicza, to przeczytało to tysiące ludzi. Setki tysięcy. Nie
dowiemy się, ilu z nich pomyślało: „No, nareszcie ktoś go dopadł”.
– Masz na myśli milczącą większość?
– Nie tylko w totalitarnym ustroju nie możemy prześwietlić ludzkiego
umysłu. W warunkach wolności też. Inaczej politycy mieliby zapewnioną
przyszłość do dziesiątego pokolenia.
– Stałeś się sędzią i wykonawcą wyroku z woli ludzi? Tak naprawdę
uważasz?
– Nie mam co do tego wątpliwości. Rzecz jasna, że nie wszystkich, ale
ofiar tak. I dzieci ofiar. Wyobraź sobie czytaną wiadomość o śmierci przez
osobę, której kiedyś odbito nerki? Albo kogoś, komu zakatowano
w więzieniu ojca?
– Rozumiem arytmetykę.
– Moja śmierć nikomu nie sprawi przyjemności.
Ludzkość w stosunku do mnie jest doskonale obojętna. Nie jest zaś
wobec Jaroszewicza. Nie tak dawno w trakcie uroczystości związanych
z rocznicą niepodległości przemawiał Aleksander Kwaśniewski. Mówił
o podżegaczach, którzy chcą zmienić w popiół wysiłek ludzi, którzy
budowali III Rzeczpospolitą. O chęci zawracania przez niektórych z drogi do
Europy. Kluczem wypowiedzi były jednak fragmenty dotyczące prawa
własności! Świętego prawa własności!
– Słyszałem o tym.
– Jego przewiny nie dorównują Jaruzelskiemu, którego należy za życia
lub po śmierci pozbawić stopnia generała. I domu, który zawłaszczył. Ale ze
złodziejami nie poradzi sobie żaden rząd. To najlepszy desant, jaki
kiedykolwiek udało się komunistom zrzucić.
– Gdyby przedstawić za pomocą mediów całą prawdę o Jaruzelskim, to
zdania na jego temat nie byłyby tak podzielone.
– Któregoś dnia wyświetlone będą okoliczności zamachu na Jana Pawła.
Nie tylko Rosjanie i Bułgarzy brali w tym udział. Słyszałem rozmowę,
w której odwoływano się do Marcusa Wolfa.
– Stasi?
– Stronę techniczną organizowali tacy jak Pietruszka.
– Pietruszka? Mówiono o Bułgarach.
– Sergiej Antonow był chłopcem na posyłki.
– Rosjanie nie dopuszczą, aby grzebać w papierach KGB.
– Ale archiwa Stasi są dostępne.
– Nasza bezpieka też była na placu Świętego Piotra?
– Ukazała się książka o zabójstwie Jerzego Popiełuszki. Jej autorem jest
Sumliński. Jest dociekliwy. Rozumie, że wystarczy postawić pytanie, żeby
sprawa ruszyła. Też w wypadku Jaroszewiczów dochodzenie wyglądałoby
inaczej, gdyby chciano przyjąć założenie, że był to mord polityczny.
– Wspominałeś, że z Popiełuszką łączono Kiszczaka.
– Przedstawia to Sumliński. Nawet jeśli znajduje się tam kilka błędów, to
książka zastąpić może z łatwością prokuratora.
– Było jasne, że sprawa będzie wyglądać tak jak z tym zabójstwem
Pyjasa.
– Wskazać trop to ważna sprawa.
– Trop związany z Pyjasem?
– Jest taki Hotel Saski. Jeden z wielu krakowskich hoteli. Przyjeżdżają
goście. Wyjeżdżają. Dobre miejsce. Jest w rękach prywatnych. Ale nie
zawsze był. Może wreszcie ktoś ustali przeszłość właściciela. Zapyta, czy
znał kapitana Sułkowskiego. Niewinne pytanie.
– Robi się chłodno.
– Przyniosę koc. Dobrze?
– Czuję, że jesteśmy w górach.
– Lubię Flagstaff. Przypomina Zakopane.
Na niebie migotało tysiące gwiazd. Był zupełny absurd w tym zderzeniu
nieba i ludzi rozprawiających o sprawach, które inni mierzyliby w latach
świetlnych.
– Wystarczy? – powiedział, wręczając mi coś w rodzaju indiańskiej derki.
– Powinno.
– Nie wiem, co może cię jeszcze zainteresować w sprawie
Jaroszewiczów?
– Za mało opowiedziałeś o ich zachowaniu. I o tym, jak dostałeś się do
środka.
– Towarzysz Piotr oglądał telewizję. Podobała mu się nowa telewizja bez
cenzury. Nie było dla niego ważne, że byli to ci sami ludzie. Mówili innym
językiem. W pewien sposób ta jego pasja była nam na rękę. Jaroszewicz miał
kłopoty ze słuchem.
– Pies nie szczekał?
– Na nim się skupiliśmy. Jaroszewicz coś wyczuł, bo wstał z fotela
i ruszył w kierunku głównego wejścia.
– Gdzie była Solska?
– Szykowała się do snu. Uderzeniem pozbawiliśmy Piotra poczucia tego,
że jest wśród żyjących, i ruszyliśmy do niej.
– Była uzbrojona?
– Wtedy tego nie wiedzieliśmy. Miała broń, ale nie zdążyła po nią
sięgnąć. Dostała w brzuch i upadła na ziemię. Trzeba ją było potem taszczyć
z jednego miejsca w drugie.
– Rozmawialiście z nimi?
– Nie najlepiej to szło, bo Piotr tracił przytomność.
– A Alicja?
– Próbowałem jej zamruczeć ulubioną kołysankę generała Poradki.
– Kolega?
– Niezupełnie. Dawny druh Jaruzelskiego.
– Kołysankę?
– „Partia. Należeć do niej, z nią działać, z nią marzyć, z nią w planach
nieulękłych, z nią w trosce bezsennej – wierz mi, to najpiękniejsze, co się
może zdarzyć w czasie naszej młodości…” i tak dalej. Można ją nucić na
sposób, w jaki śpiewał Niemen. Na przykład „Dziwny jest ten świat”.
W ogóle jest wiele sposobów, żeby to nucić. Miałem kolegę, który znał
wszystkie wiersze z okresu tego, co „usta słodsze miał od malin”. Nucił je,
jak przychodził do pracy. Brał dawniej udział z tym Hajniczem
w wyłapywaniu takich bandytów jak ojciec. Był generałem, jak
wprowadzono stan wojenny, ale poezje cytował, bo była to jego młodość.
– Te rzeczy są do sprawdzenia?
– O Hajniczu? Te lata, zaraz po wojnie, może poginęły z archiwów, ale
stopnia pułkownika nie zrzekł się chyba, bo chodzi o emeryturę.
– Komunizm odszedł w niepamięć, ale zawdzięczają mu wszystko.
Nagrody. Stanowiska. Tytuły.
– Towarzysz Piotr wzruszał się, kiedy słyszał o Katyniu. Miał nawet sen,
że zrobili to Niemcy i bardzo się z tego we śnie ucieszył.
– Wszyscy oni wrażliwi nad miarę. Jak obcuje się z bliska, to wydają się
normalni. Chodzą po ulicy tak samo jak my.
– Stalin był najbardziej rozluźniony. Spijał wódką swoich z politbiura
i słuchał, co mówią. Pisał o tym Chruszczow.
– Syn otrzymał obywatelstwo amerykańskie.
– Słyszałem.
– Dzieci wychowuje w Ameryce. Przykładem Cimoszewicz.
– Dopadli te „dzieciaki” na machlojkach. Dlatego tak tatuś się zjeżył, że
rodziny mu nawet nie oszczędzają.
– Wiesz kto to Kieres?
– Był w IPN-ie?
– Zablokował wiele spraw, ale pierwsza, w której należałoby go
przesłuchać, to ustalenia dotyczące zbrodni katyńskiej.
– Nie znam sprawy.
– Pamiętasz, co mówiłem o środowisku? Że wielu ludzi z ich otoczenia,
to drugie, a nawet trzecie pokolenie funków? Mechanizm jest wszędzie taki
sam.
– Funków?
– Tak nazywano przed wojną etatowych funkcjonariuszy
w Komunistycznej Partii Polski. Pieniądze na tę działalność szły z Moskwy.
Niepodległa Polska traktowała tę agenturę pobłażliwie. Do KPP należał
Edward Ochab, pochodzący z tego samego rocznika Spychalski, redaktor
„Trybuny Ludu” Leon Kasman, Mazur, wspomniany już Ferdynand Chaber,
Hilary Minc i lubujący się we wprowadzaniu oskarżonym do ucha cyrkla
Stanisław Radkiewicz.
– Tylko niektóre nazwiska coś mi mówią.
– Pewnego dnia historycy obnażą te, rodzinne zwłaszcza, powiązania,
odsłaniając oblicze komunizmu. Oblicze nieznane. I wtedy wyrok na
Jaroszewiczu uzyska aprobatę.
– W ogromnej większości spraw posługujesz się dziesiątkami nazwisk,
których nie znam. Mam jednak poczucie, że mogą one obraz bardziej
zaciemniać niż rozjaśniać. Oprócz tego można by przypisać ci chęć
propagowania teorii spiskowej.
– Nic bardziej mylnego. Wszystko to sprawa świadomości. Gdybyś miał
dostęp do materiałów, które dopiero kiedyś wyjdą na światło dzienne, to też
spojrzałbyś na to inaczej.
– Jestem gotowy przyjąć twój punkt widzenia historii pod jednym
warunkiem.
– Jaki to warunek?
– Że spojrzysz w niebo i powiesz: A jednak się kręci!
Roześmiał się.
Przypomniałem sobie nagle, jak jechaliśmy z Jackiem z Monachium do
Paryża. Samochód prowadziła jego żona Inka. Po drodze się zatrzymaliśmy.
Jacek wyciągnął z samochodu gitarę i zaśpiewał. Zmora komunizmu była
daleko, jak jej trujące opary spowijające odległy od nas las, bagna i jeziora,
nie miała do nas dostępu, byliśmy tylko my i ten śpiew rozchodzący się
w ciszy, czyniący z nas podróżników z innej planety i galaktyki, gdzie nikt
nigdy nie słyszał o Leninie ani o Marksie, gdzie żyć można bez lęku i bez
strachu spoglądać w zapadającą noc.
– Ogólnie jednak rzecz biorąc, przyjmujesz radykalny sposób widzenia
rzeczywistości. Włóczyłem się przed laty po różnych barach z takim Jackiem
Kaczmarskim – powiedziałem.
– Wiem, o kim mówisz. Piosenkarz. Mam tu jego nagrania. Lubię go
słuchać, choć przyjął medal od Kwaśniewskiego. Nie powinien tego robić.
Na dodatek został nagrodzony nie za piosenki, ale za aktywność w latach
uniwersyteckich.
– Żyjąc pomiędzy ludźmi, nie można ich ustawicznie chcieć oceniać.
– Moje życie jest najważniejsze. Nie mówię o samej stronie biologicznej.
Ta jest mi raczej obojętna. Stałem się tym, kim się stałem. Ukradziono mnie
rodzicom. Nie jesteś w stanie pojąć tego, bo rodzice pozwolili ci żyć zgodnie
z tym, kim oni sami byli.
– Ciągle gubię w pamięci historię twego ojca. Miałeś prawo do zemsty.
– Nie zgadzam się. Nie zemsta była motywem działania. Stałem się
wykonawcą, a nawet kimś więcej niż wykonawcą, sprawiedliwości
dziejowej. Czegoś ponadosobistego.
– Dialektyka z Dostojewskiego. Nie potępiam cię, ale na takiej zasadzie
ludzkość żyłaby w nieustannej agonii.
– Kiedy Alicja się rozkrzyczała, uciszyłem ją i zapytałem, czy wie coś na
temat matki. Czy wie, jak uciekła z transportu? Wiedziałem oczywiście, że
Alicja o matce nigdy nie słyszała. I to była ta nawiązana w kosmosie nitka
porozumienia pomiędzy tym, co wydarzyło się przed laty, i tym, co skręcało
się przede mną z bólu.
– To był twój ból.
– Nareszcie widzisz to jako pisarz.
– Słucham cię i próbuję wiązać razem fakty. Książki, które piszę,
wydawane są w małych nakładach. Jeśli znajdę wydawcę dla tego, co chcę
napisać, to wykroczy to poza ramy tego, co jest dla mnie literaturą. Będzie to
rodzaj powieści sensacyjnej.
– Obawiasz się tego?
– Nie. Ale nie będzie to spełniać wymogów tego, co jako literaturę
rozumiem. Ktoś ważny w moim życiu powiedział, że powinienem napisać
książkę o miłości. Przyjmując zobowiązanie opisania naszego spotkania
w Arizonie, rezygnuję trochę z cząstki własnego ja.
– Mylisz się! Nie ma książek o miłości albo książek na tematy inne. Są
jedynie książki dobre i książki złe. O miłości są one wszystkie. Jeśli masz
strach i pożądanie, gniew i zabijającą nas pamięć, tęsknotę i zbrodnię, to
masz swoją miłość. Każdy z czytających nawet taką historię jak ta
o Jaroszewiczach musi odpowiedzieć sam sobie, kim jest. Czy takie pytanie
sobie zada, zależy od ciebie.
– Moje pisanie miało określony krąg, z którego nie chciałem nigdy
wystawiać głowy.
– Nagle wszystko się załamało?
– Tym załamaniem jest nasza rozmowa. Nie sądziłem, że w ciągu kilku
godzin muszę zrewidować wszystko, co dotychczas wiedziałem.
– Nie czujesz z tego powodu żalu? Historia jest bagnem, ale z bieżącą
wodą.
– Żalu? Skądże! Każdy jest odpowiedzialny za siebie. Jeśli jestem
poruszony, to tym, że nie sądziłem ujrzeć w krzywym lustrze rzeczywistości,
która wydawała się już nie mieć bytu. Myślałem, że nic z tego, co przed laty
opuściłem, nie może ściągnąć mnie do spraw przeszłości. Byłem pewny, że
jest to rozdział zamknięty.
– Nikt nie jest w stanie w sobie go zamknąć.
– Nie mam w sobie nostalgii, ale zastanawiam się, jak to jest, że przez
śmierć człowieka, którego nie znałem, poczułem setki szczegółów
z własnego życia.
– Po prostu nigdy nie powiedziałeś „tamtemu” sobie, który doświadczył
komunizmu, do widzenia.
– Powiem ci, co kiedyś opowiedział mi Jim Hayes. Pisarz z Luizjany,
mieszkający w Paryżu.
– Na zaśnięcie specjalność domu – powiedział wychodząc i powracając
z kieliszkami w jednej dłoni, a z omszałą butelką w drugiej. – Dostałem to od
rybaka, którego poznałem na Alasce.
– I o nim jest ta opowieść. Bajka raczej. Dobrze tego nie pamiętam, ale
sens jest taki. Do siedzącego na nadbrzeżu rybaka, którego sąsiedzi
pomawiali, że w wolnych chwilach zajmuje się pisaniem, a większość czasu
spędza z przyjaciółmi, pijąc wino i zabawiając towarzystwo, przysiadł się
turysta. „Ciekaw jestem, jak wygląda twój dzień”, zapytał. Rybak mówi:
„Trochę łowię. Potem idę spotkać się z przyjaciółmi. Wina się z nimi napiję.
Porozmawiam. Zapalę papierosa. Życie się toczy”. Na to turysta:
„Kończyłem studia na Harvardzie i coś wiem na jego temat. Kup do swojej
łódki motor i zacznij spędzać więcej czasu na wodzie. Zarobione pieniądze
inwestuj. Kup nową łódź. Wynajmij pomocnika. Jak zarobisz więcej, to
kupisz trawler, a potem kto wie, może flotę rybacką sobie sprawisz.
Słyszałem, że zajmujesz się pisaniem. Przeniesiesz się do Londynu, a może
i do Nowego Jorku. Twoja książka o tym, jak byłeś rybakiem i zbiłeś fortunę,
będzie bestsellerem. „Ile lat minie, zanim to nastąpi?”, zapytał rybak.
„Piętnaście. Może dwadzieścia”. „Co potem?”, zagadnął rybak. „Ulokujesz
pieniądze na giełdzie i zaczniesz, nie ruszając się z domu, zarabiać dziesiątki
tysięcy, a może nawet miliony”. „Miliony?”, zdziwił się rybak. „A co
potem?” „Potem? Potem będziesz robić, co zechcesz. Będziesz mógł spędzać
czas z przyjaciółmi, pijąc wino i zabawiając ich opowieściami o tym, jak ci
się w życiu poszczęściło”.
XII

Następnego dnia opuściłem Flagstaff i N.N. Tak go nazwałem. Nieznany


Nieznajomy. Parę dni później dotarły do mnie wiadomości o zachodzących
w kraju zmianach. Dokonano wyboru nowego prezydenta. N.N. nigdy już nie
miałem spotkać, choć przez jakiś czas nie znikał z mojego pola widzenia.
Powróciłem wkrótce do La Grange, miasteczka będącego przedmieściem
Chicago, gdzie mieszkam. Czułem się zakażony spotkaniem z N.N.
W trakcie rozmowy, której nie nagrywałem, bo nie byłem do tego
przygotowany i nie wiem, czy życzyłby sobie tego rozmówca, dokonywałem
wpisów w notatniku. Najczęściej były to nazwiska, bo większość z tych, na
które powoływał się N.N., była mi nieznana.
Obiecałem opisać całą historię i zamierzałem się z tego wywiązać. Jeśli
dotychczas moje książki zawadzały o politykę, było to dziełem przypadku.
Pisanie to rodzaj refleksji. Coś, co przeznaczone jest dla przyjaciół. Nie
pociąga mnie medialny rozgłos jednodniowych książąt świata literackiego.
Znajomość klasyki stanowi wobec tego zjawiska dostateczną zaporę.
Z pisarzy gustuję w takich jak Marai czy Borges. Ostatecznych w swoim
pisaniu. Samotnych.
Napisanie książki politycznej to zamieszanie kijem w kotle ludzkich
emocji. Wygrywanie na strunach ciekawości, czym jest piekło rządzących,
które wdziera się do każdego, nawet jeśli się temu przeciwstawiamy. W tym
względzie muszę się uznać za ofiarę rozmowy z N.N. Kogoś, kto złoży ją
w zamian za świat, po którym przechadza się Polemarchus, trzymany pod
łokieć przez Platona. Przechadzający się po pokoju, ze szklaneczką whisky
Joyce. Pochylony nad Jądrem ciemności Conrad. Rozprawiający o sensie
pracy Syzyfa Camus, którego śmierć zwiastuje nadejście nowej epoki.
Obcując z nimi, pisanie powieści politycznej wydawało mi się
nonsensem. Zejściem w jarmarczną otchłań. Zdradą. Ale umysł mój zaczął
się też bronić. Czyż Dante nie pisał o tym, czym jest zło? Czyż Boska
komedia nie była opowieścią także o świecie polityki?
Mieszkałem w państwie komunistycznym dwadzieścia kilka lat.
Urodziłem się tam. Żyłem, jak wszyscy inni, sprawami dnia. Jaroszewicz był
tego cząstką. Zapamiętałem jego przemówienie w telewizji, kiedy brano się
do bicia ludzi w Ursusie i Radomiu. Oglądałem go wcześniej, stojącego przy
Gierku w gdańskiej stoczni. Stał tam z obliczem zatroskanego gospodarza
chlewni. Używał też, jak każdy funkcjonariusz partyjny, nowomowy.
Tej nowomowy nie rozumiałem. Alergicznie reagowałem na jej dźwięk.
Rozumu nie paczył mi kupowany, a importowany z Holandii, ser gouda.
Komunizm wydawał się zamachem na wolność. Tą przez kilka lat przed
wojną cieszyli się rodzice. Tak było to przeze mnie rozumiane. Ich pamięcią
oddychałem.
Histerycznie reagowałem na każdy kolejny dzień spędzony w niewoli,
choć moja sytuacja nie była aż tak zła. Jako student Uniwersytetu
Warszawskiego miałem dostęp do świata większy niż rówieśnik w Gliwicach
czy Kutnie.
Złożyłem egzamin na studia doktoranckie w Akademii Nauk. Promotor
mej pracy, profesor Chałasiński, był ochotnikiem w wojnie 1920 roku i nie
należał do partii. Dawało to poczucie niezależności. Dla wielu osób Pałac
Staszica był rodzajem Miami Beach. Miejscem, gdzie pod nadzorem
znajdowali przytulisko intelektualni szamani. Dla naukowców, nienależących
do partii, każdego dnia dokonywał się pokaz buty. Mijały dni. Tygodnie.
Miesiące. Rodził się we mnie bunt. Nie, że chciałem oblać się benzyną
i spłonąć, jak zrobił to Ryszard Siwiec. Chciałem żyć. Ale to życie trudno
nawet było sobie wyobrazić. Bylejakość egzystencji doprowadzała do
szaleństwa. Zapamiętałem ojca, profesora uniwersytetu, który, układając na
półce książki, rzucił mimochodem: „Wszystko to prowizorka”.
Jestem dzieckiem rodziców, którzy dali mi więcej niż życie, uchodząc
z nim z powstania warszawskiego. Dzieckiem z własnym kontem bankowym.
Przeszłością. Im zawdzięczam, że się nie poddałem. Spoglądałem z ironią na
snujących się po budynku Akademii Nauk ekonomów nauki. Domyślałem się
też, że w brzuchu lewiatana, jakim są ludzkie dzieje, takich postaci jest bez
liku. Nie prowadziło to jednak do żadnej sensownej konkluzji.
Musiałem wyjechać. Nie było to proste, bo odebrano mi na wiele lat
prawo wyjazdu. Lada dzień groziło aresztowanie za sfałszowanie papierów,
dzięki czemu uniknąłem po studiach służby wojskowej.
Wyjazd z miejsca urodzenia to inny w uszach język, to poczucie
bezdomności łączonej ze zgiełkiem toczonych bitew. Toczą się one na
początku o przetrwanie. Potem trzeba od podstaw budować świat, poznając
niezbędny do tego zestaw kodów.
Komunizm z Piotrem Jaroszewiczem wciąż we mnie tkwił, bo w Polsce
działy się wielkie rzeczy. Powstała „Solidarność”. W Nowym Jorku, siedząc
w biurze Radia Wolna Europa, ślęczałem nad wiadomościami
nadchodzącymi z rodzinnego miasta. Wiedziałem, że ojciec doradza
strajkującym na uniwersytecie kolegom.
Rosła nadzieja, że musi się to zakończyć. I to zakończyć dobrze. Mimo
pogróżek i rozdawanych kułaków powrót do klatki spragnionych wolności
ludzi wydawał się niemożliwy. Rosja nawoływała swoją agenturę w Polsce
do podjęcia działań celem uśmierzenia rewolty. Nie pierwszej w historii obu
krajów. Los takich jak Piotr Jaroszewicz był mi obojętny.
Oprócz pracy wartko toczyło się życie. Zmieniłem miejsce zamieszkania.
Przeniosłem się do Waszyngtonu. Rozpocząłem pisać audycje dla „Głosu
Ameryki”. Przyjeżdżało z kraju sporo osób. Zatrzymywali się u moich,
nieżyjących już przyjaciół, Walendowskich. Tam poznałem Piotra
Naimskiego. Niektórzy, jak Jerzy Milewski, okazali się później osobami
dwuznacznymi.
Tamtego feralnego dnia padał gęsty śnieg. Po powrocie do domu
nastawiłem radio. Bez określonej intencji. Nawyk przejęty od ojca, kiedy
przez lata wsłuchiwał się w zanikające głosy komentatorów Radia Wolna
Europa.
BBC podała wiadomość, która dotyczyła Polski. Przez mgłę słów
docierały „aresztowania” i „czołgi”. Było w tym coś zgoła nierealnego.
Zadzwoniłem do Tadeusza Walendowskiego, goszczącego właśnie
Mirosława Chojeckiego. Nie wiedziałem, że to początek stanu wojennego.
Każdy poranek przynosił coś nowego. Wysłano mnie jako korespondenta
na przesłuchanie komisji senackiej, w której brał udział Stanisław Barańczak
i zbiegły z Japonii ambasador PRL Zdzisław Rurarz. Przedstawiciel Związku
Radzieckiego przy Białym Domu nie krył zadowolenia. Nikt wtedy nie miał
pojęcia, że Rosjanie nie zamierzają do Polski wkraczać i stan wojenny
wprowadzony jest z inicjatywy generała Jaruzelskiego.
Z powodów osobistych pozostawiłem pracę w „Głosie Ameryki”
i przeniosłem się do Paryża. Miałem tam przyjaciół, takich jak Rafał Gan-
Ganowicz czy przybyły prosto z obozu dla internowanych Jacek Bierezin.
W Paryżu zastała mnie także wiadomość, że zostałem przyjęty na stanowisko
wykładowcy w Defence Language Institute.
Praca z armią amerykańską była wyzwaniem i oddechem po latach
spędzonych w kraju rządzonym przez komunistów. Czasami jeździłem
spotkać się z Maciejem Siekierskim, który pracował w Instytucie Hoovera,
a którego oceny tego, co dzieje się w Polsce, uważałem za znaczące.
Spotykałem się także z Czesławem Miłoszem, na temat którego napisałem
swego czasu pracę magisterską i z którym od lat utrzymywałem kontakt. Te
spotkania stawały się jednak coraz bardziej dziwaczne. Drażniło jego
poczucie niższości wobec Rosji. Kładłem to częściowo na karb sytuacji,
w jakiej się znalazł jako wykładowca uniwersytetu i mieszkaniec Berkeley.
Tymczasem postanowiłem znowu przenieść się do Europy. Jako obywatel
amerykański patrzyłem na świat inaczej niż wielu emigrantów. Krokiem do
wolności stawały się podróże. Nie miałem czasu myśleć o Jaroszewiczu czy
Jaruzelskim.
Byłem w Monachium, kiedy dowiedziałem się, że ojciec nie żyje.
Chciałem pojechać na pogrzeb, ale odmówiono mi wizy. Potem przyszedł
rok 1989. Komunizm zaczął się rozpadać. Po prawie dziesięciu latach
nieobecności pojechałem do Polski.
Komunizm upadł. Pozostali ludzie, którzy go tworzyli. W tej odzyskanej
wolności pojawił się szybko fałszywy ton. Nie od razu odgadłem jego sens.
Wiadomość o śmierci Jaroszewicza przyjąłem bez emocji. Bezwład ofiar
w rozliczeniu komunistów wydawał się oczywisty. Myślałem, że są ludzie,
którzy nie chcą czekać na otępiały okolicznościami wymiar sprawiedliwości.
Jesienią 2005 roku byłem w Arizonie, aby spotkać się z moją,
mieszkającą w Melbourne, siostrą Joanną. Zadzwoniłem przy okazji do
przyjaciół. Proponowali, żebym odwiedził kogoś, kto jest materiałem na
książkę. Nie byłem zbyt chętny, żeby to zrobić, bo wielokrotnie stykałem się
z tymi, którzy chcieli mnie przekonać, że ich życie nadaje się na powieść.
Przyjaciele nalegali. Twierdzili, że sprawa jest niezwykła. Ostatecznie
ustaliliśmy, że wybiorę się tam na jeden wieczór. Wyposażony w adres
wyruszyłem do Flagstaff, wiedząc też, że zatrzymam się na noc.
Od pierwszych chwil spotkania wiedziałem, że przyjaciele się nie mylili.
Po rozmowie doszedłem do przekonania, że była to opowieść o ojcu
N.N., a nie o Jaroszewiczu. Rozważałem różne tytuły książki, którą
zamierzałem napisać. Nie chciałem, żeby to był reportaż. Trudno byłoby
nazwać to także powieścią dokumentalną. Jeśli już to polityczną. Pierwszą
tego rodzaju, jaką zamierzałem napisać.
Postanowiłem, że nie będę wykorzystywał dodatkowych materiałów,
choć przez przyjaciół dostałem parę wycinków z gazet opisujących zabójstwo
Jaroszewiczów. Nie wniosły one do tego, co zamierzałem pisać, wiele
nowego. Potwierdzały słowa N.N.
Pewnych rzeczy nie byłem w stanie sprawdzić, bo N.N. zaznaczył, że
wymieniane przez niego miejsca bywają mylnym tropem. Utrzymywał przy
tym, że wymieniane przez niego postacie, nie są tworem wyobraźni. Nie
znaczy to, że nie przyłapałem go na nieścisłościach. Te jednak w żaden
znaczący sposób nie podważały wiarygodności tego, co mówił.
W tym czasie rozpuszczałem przez znajomych wieści, że cała sprawa jest
fikcją literacką. Robiłem to nie ze względu na bezpieczeństwo, ale dlatego, że
nie chciałem zbyt szybko uruchomić działań ludzi, o których jest tu mowa.
Nie miałem wątpliwości, że człowiek, którego spotkałem, był sprawcą
zabójstwa Jaroszewiczów. Czy zrobił to na zlecenie Wojciecha
Jaruzelskiego? Nie wiem. N.N. stanowczo przy tym obstawał. Paradoksalnie
przemawiał też za tym brak dowodów.
Usunąłem z planów umieszczenia w maszynopisie tych fragmentów
rozmowy, które dotyczyły współpracy niektórych uczestników obrad
Okrągłego Stołu z wywiadem rosyjskim. Wydały mi się one zbyt
fantastyczne. Nie byłem w stanie zaakceptować, że niektórzy bohaterowie
antykomunistycznego podziemia prowadzeni byli przez Rosjan.
Zdecydowałem się także nie wspominać o propozycjach N.N. na temat
osób i materiałów dotyczących śledztwa. Jego zdaniem Jaruzelski i Kiszczak
mieliby zatrzeć wszystkie możliwe ślady tego, co wydarzyło się w Aninie.
Do minimum, czyli jedynie wzmianki, ograniczyłem uwagi N.N.
dotyczące takich osób, jak Wałęsa, Morel czy Wolińska. W wypadku tych
ostatnich wyczuwałem chęć rozmówcy do interpretowania świata w sposób,
który znacząco odbiega od rozumienia go przeze mnie.
Dla pisarza swoboda interpretacji jest możliwa. Dla historyka nie. Trudno
orzec, ile z tego, co przedstawiłem, może mieć dla niego wartość. Celem
takiej książki jak ta nie jest wierność faktom. Nie jest i być nie może, bo nie
jest to po prostu możliwe. Nie wykluczam jednak, że otwarte zostaną za jej
pomocą zamki do drzwi, które zdawały się być raz na zawsze zatrzaśnięte.
O tym, że toczy się dochodzenie w sprawie ułaskawienia przez
Kwaśniewskiego obywatela Szwajcarii Petera Vogla, dowiedziałem się
w trakcie pisania. Uznałem to za ważny sygnał dotyczący wiarygodności
N.N.
Którejś nocy, kiedy za oknem szalała wichura, zasiadłem do pisania.
Potem zdecydowałem się wysłać pierwszy rozdział do redakcji miesięcznika
„Odra”. Redaktor naczelny Mieczysław Orski zwrócił uwagę na znajdujące
się w tekście niejasności. Naniosłem odpowiednie poprawki. Orski obiecał,
że rzecz ukaże się w jednym z kolejnych numerów. Słowa dotrzymał. Było to
zaczynem lawiny.
Otrzymałem list od dyrektora XXI LO im. Bolesława Prusa w Łodzi
Janusza Bąka. Napisał on między innymi: „Pana koleżanka szkolna, Ewa
Leszczyńska, przekazała numer «Odry», w którym znajduje się fragment
powieści Zabiłem Piotra Jaroszewicza. Jego lekturę zacząłem niewinnie,
spokojnie, z nastawieniem, że odbędę z narratorem podróż po Arizonie, ale
potem, z każdym kolejnym zdaniem… tchu zaczynało brakować w piersiach.
Takie było pasjonujące! Po przeczytaniu kompletne zaskoczenie i szok!
Kiedy dałem do przeczytania ten fragment znajomym, doznali podobnych
uczuć. To będzie sensacja, jeśli się ukaże książka”.
W tym czasie fragmenty książki zaczęły się ukazywać w australijskim
„Tygodniu Polskim”. Z Melbourne odezwał się szkolny przyjaciel Jacek
Skoraczyński. Uwagami podzielił się mieszkający w Sydney poeta Marek
Baterowicz.
Zapowiedział książkę redaktor naczelny największego w Stanach
Zjednoczonych pisma polonijnego, jakim jest „Dziennik Związkowy”,
Wojciech Białasiewicz, kończąc jednocześnie swą wypowiedź zapytaniem,
„czy za dokument w tak tajemniczej i kontrowersyjnej sprawie można uznać
li tylko relacje jednej osoby”?
Następny rozdział książki ukazał się w świątecznym numerze tygodnika
„Nasza Polska”. Zacząłem otrzymywać telefony od osób, o których istnieniu
zapomniałem. Także od przyjaciół. Z Kalifornii zadzwonił Zenon
Obydziński, informując, że wzmianka o książce, wraz z zacytowaniem jej,
znalazła się w rubryce pisma Jerzego Urbana „Nie”. Rubryce o znaczącym
podtytule „Oto Słowo Czarne”.
Liczba osób wtajemniczonych w pisanie tej książki była od początku
niewielka. Zdanie tych, którzy zapoznali się z jej fragmentami, było dla mnie
ważne. Jeden z przyjaciół uważał, że spełni ona w kraju rolę
sołżenicynowskiego Jednego dnia z życia Iwana Denisowicza.
Zanim to nastąpiło, wyjechałem do Polski. Wyjazd był niezaplanowany.
Widziałem się ze znajomymi. Spotkałem się z nimi w domu Tadzia i Ani
Sikorów, mieszkających w Józefowie, niedaleko od Anina, gdzie znajduje się
dom Jaroszewiczów.
Tadeusz, grając na pianinie, zaśpiewał „prosto z pieca” piosenkę, a potem
„Wilki” oparte na wierszu Zbigniewa Herberta. Na mandolince grała Hania
Mierzejewska, którą znam od czasów studiów na Uniwersytecie
Warszawskim. Akompaniował jej mąż Paweł. Była Lilka i Amelka.
I Magdalena. Sprawiliśmy sobie taki barokowy wieczór.
Rzadko czytam swoje teksty na głos. Obecność przyjaciół była tutaj
znacząca. Przeczytałem wstępny rozdział książki. Czytając, widziałem
skupione twarze słuchających. Wiedziałem, że jestem na dobrej drodze.
Po powrocie do Ameryki zabrałem się do pracy. Miałem nadzieję, że
ponownie spotkam się z N.N. Mając w rękach maszynopis, wykupiłem bilet
do Phoenix, zadzwoniłem do przyjaciół, czy mógłbym się u nich przez
weekend zatrzymać i kiedy nadeszła odpowiednia pora, ruszyłem w drogę.
Po przybyciu do Arizony wsiadłem na lotnisku w wynajęty samochód
i ruszyłem do przyjaciół.
Siedząc przy kolacji, dyskutowaliśmy odrzucenie przez Radę Europy
rezolucji Szweda Görana Lindblada [11], domagającej się potępienia zbrodni
komunistycznych. Hiszpan Luis Maria de Puig [12] dowodził, że obraża to
idealistów, którzy w komunizm wierzyli, a którzy zasiadają w Parlamencie
Europejskim. Czy idealiści, którzy zawierzyli Hitlerowi, nie powinni być
traktowani podobnie? Byli również idealistami. Zapytywaliśmy, ironizując.
Następnego dnia, skoro świt ruszyłem do Flagstaff. Jadąc, wyławiałem
z pamięci fragmenty rozmowy z N.N. Zadziwiająco dużo sprawdzało się
z jego wersji historii. Zanim pojechałem do kraju, prezydent publicznie
wskazał ludzi, którzy rodzinnie powiązani byli z Komunistyczną Partią
Polski. Intrygowało mnie, w jaki sposób N.N. zareaguje na te wieści.
Zajechałem do Flagstaff w porze lunchu. Podjechałem pod dom,
w którym nie tak dawno rozmawiałem z N.N. Wyszedłem z samochodu.
Przycisnąłem dzwonek przy drzwiach. Otworzył mężczyzna w średnim
wieku. Zamieniliśmy parę zdań. Okazało się, że N.N. sprzedał dom
i wyprowadził się. Gdzie? Tego, niestety, nowy właściciel nie był w stanie mi
powiedzieć.
Tego samego dnia powróciłem do przyjaciół. Nic na temat N.N. nie
wiedzieli. Też zastanawiali się, dlaczego nie daje on znaku życia. Pokazałem
maszynopis, jaki ze sobą przywiozłem. Pakujesz się w kłopoty, stwierdził
gospodarz. Sam swego czasu uciekł z Polski. Od tamtej chwili nigdy tam nie
pojechał. Nie miał takiej potrzeby.
Jak za czymś zatęsknię, to jadę na pustynię postrzelać do grzechotników,
twierdzi.
Komentując zniknięcie N.N., znajomi przypomnieli, że w ostatniej z nim
rozmowie wspominał on o udziale Jaroszewicza w wywiezieniu do Rosji tak
zwanych akt Schellenberga i roli w tym Jurija Fonkowicza, agenta
rosyjskiego odpowiedzialnego za prowadzenie matrioszek. Tej historii nie
dane mi było jednak usłyszeć.
Rozważałem zgłoszenie sprawy do krajowej prokuratury. Konsultowałem
rzecz z historykiem sztuki Tomaszem Gryglem. Łączyła nas wspólna
przeszłość w murach XXI LO w Łodzi. Poradził mi odsunąć na dalszy plan
możliwość bycia przez Jaruzelskiego matrioszką, na co wskazywałem
w początkowej wersji książki, i skupienie się na tym, co mogłoby
zaprowadzić do ujęcia go jako zleceniodawcy zabójstwa.
W październiku 2007 roku, bawiąc w kraju, prawie równo dwa lata po
mojej rozmowie z N.N., udałem się do warszawskiej Prokuratury Okręgowej
przy ulicy Chocimskiej, składając tam zawiadomienie o możliwości
popełnienia przestępstwa przez Wojciecha Jaruzelskiego. Od tamtego czasu
nikt nie próbował się ze mną skontaktować, choć byłem skłonny opowiedzieć
bardziej szczegółowo o spotkaniu z N.N.
W Chicago pochodzący z Białego Dunajca Andrzej Gedlek i Józef Bafia
zaprosili mnie do programu „Na Góralską Nutę”, gdzie przedstawiłem
pewne, mało wciąż znane, aspekty tego, co przed laty zdarzyło się w Aninie.
Audycja prowadzona w gwarze jest adresowana do grupy etnicznej, jaką
w mieście stanowią górale. Telefony do studia wskazywały, że sprawa nie
jest zapomniana.
We wszystkim tym dopuściłem się świadomej manipulacji. Udostępniany
maszynopis zawierał sporo zmian. Wprowadziłem też wymiennie inne
nazwiska. Przykład pierwszy z brzegu. W rozdziale szóstym, pisząc
o pracujących dla „Trybuny”, zamiast Rolickiego jest Baranowski.
W rozdziale jedenastym zamiast generała Poradki był Wacław Szklarski.
I tak dalej. I tak dalej. Ta dezinformacja pozwoliła wiedzieć, czy maszynopis
nie dostał się aby w niepowołane ręce.
W tym czasie, kiedy zastanawiałem się, co zrobić z opisem spotkania
i rozmowy z N.N. – wobec milczenia prokuratury – otrzymałem list, którego
fragment przywołuję:
„Rosjanie przystali na kompromis w sprawie katyńskiej. Za winnych
zbrodni zgadzają się uznać Litwinów. Erika Steinbach wzywa do
wystawienia pomnika upamiętniającego niemiecki ruch oporu wobec dykta
tury Hitlera. Przedstawiciele Komitetu Pamięci Ofiar Komunizmu Zygmunt
Bauman i Michał Czajkowski złożyli wieńce na grobie Andrzeja
Szczypiorskiego. Media bawią się ludźmi, jak potrafią. Gówniane książki,
gówniana telewizja, niedouczone społeczeństwo piejące z zachwytu nad
mydlanymi serialami i spotkaniami z «gwiazdami». Na uniwersytetach kliki
pchające lokomotywę z napisem «Tolerancja». Morderca może prowadzić
program w telewizji. Lekarz zabijać. Polityk mówić o uczciwości, choć
tydzień temu potrącił kobietę i uciekł z miejsca wypadku. Świat szalbierców.
Pustka. Krach tej made in China cywilizacji jest oczywisty. Prawda
traktowana jest jako coś pretensjonalnego i dziwnego. Będąc tutaj, pytałeś
o tego Jaroszewicza. Mówiłeś, że złożyłeś coś w prokuraturze. Nie ma tam
pewnie żadnego po tym śladu, bo dzisiaj prasa podała, że dokumenty
dotyczące śledztwa zaginęły. Moja rada: żyj szczęśliwie w Ameryce i nie
zawracaj sobie tym wszystkim głowy. Tu jest inny świat. Inny! Nie wiem,
czy pojmujesz, co mówię? Maszynopis, o którym wspominałeś, zakop
w ogrodzie i o nim zapomnij. Albo najlepiej go spal! Tylko w ten sposób
zrobisz coś dobrego. Anno Domini 2008”.
Śledztwo, którego nie było

Czy z pełną odpowiedzialnością może Pan po twierdzić, że zna


mordercę Piotra Jaroszewicza?
Doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa, jakie złożyłem
w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej 9 października 2007 roku, oparte
było na przeświadczeniu, że spotkany w Arizonie rozmówca mówił prawdę.
Wojciech Jaruzelski, jako oskarżony, może to dezawuować, ale rozumiem, że
istotą istnienia prokuratury jest ustalenie wiarygodności faktów, które
przedstawiłem. Tymczasem po ukazaniu się przed dwoma laty w krajowej
prasie wstępnego rozdziału książki jedyną reakcją było tajemnicze zniknięcie
z prokuratury dokumentów, które mogłyby doprowadzić do generała
Jaruzelskiego jako zleceniodawcy mordu na Jaroszewiczach. Warto dodać, że
książka powstawała wtedy, kiedy udział Wojciecha Jaruzelskiego
w Informacji Wojskowej, czyli organie bezpośrednio kierowanym przez
KGB, nie był jeszcze znany. Można ująć to tak. Im bardziej wycofywałem się
z tego, co usłyszałem, tym napływało więcej faktów wskazujących, iż mój
interlokutor nie fantazjował.
Książka jest skrzyżowaniem powieści i dokumentu. Dlaczego wybrał
Pan tak nietypową formę?
Nie mógł to być dokument, gdyż rozmowa nie była nagrywana. Jeszcze
na minutę przed spotkaniem nie wiedziałem, o czym będziemy rozmawiać.
I tak dobrze, że zrobiłem notatki, ponieważ wielu padających w niej nazwisk
wcześniej nie znałem. Mieszkając w Ameryce od prawie trzydziestu lat
i mając za sobą zmorę komunizmu, ani myślałem powracać i grzebać się
w sprawach, których przystawalność do mego życia jest prawie żadna. Kiedy
mówię – używając nazwisk – sąsiadowi czy mojemu lekarzowi, że któryś
z wysokich funkcjonariuszy postkomunistycznej Polski jest złodziejem bądź
komunistycznym przestępcą, to jest to niepodlegająca żadnym sankcjom
prywatna opinia obywatela innego kraju.
Ale literackość książki odbiera wiarygodność głównej tezie…
Gdybym chciał ograniczyć się do głównej sensacyjnej informacji,
powstałby jedynie artykuł. Prokuraturze odcedzenie tego, co nazywa pan
literackością, nie powinno sprawić żadnego kłopotu. To, że książka
wzbogacona jest o doświadczenia wyniesione z komunistycznej Polski, nie
wzmacnia, ale i nie osłabia wiarygodności tego, co w niej ważne. Być może,
gdyby mój rozmówca był zwyczajnym rzezimieszkiem, rozstrzygnięcie
kwestii jego wiarygodności byłoby prostsze. Ale to był inteligentny człowiek,
szybki w myśleniu, pewny w swoich kalkulacjach. Gdy na początku lat 80.
wykładałem w kalifornijskim Defence Language Institute, miałem wśród
studentów ludzi związanych z amerykańskim wywiadem wojskowym, także
z CIA i FBI. Uczyłem ich, ale uczyłem się też od nich. Lecz nie uchroniło
mnie to przed niespodziankami. Przykład pierwszy z brzegu. Mieszkając
przez parę lat w Monachium, pisałem teksty dla polskiej rozgłośni Radia
Wolna Europa. Po części pilotował je w redakcji Włodzimierz Odojewski.
I nagle dowiedziałem się od przyjaciela, podobnie jak on pracującego
w rozgłośni, Konrada Tatarowskiego, że Odojewski twierdzi, iż jestem
agentem CIA. Nie przywiązywałem do tego specjalnej wagi, bo wiedziałem
przecież, że to pomówienie. Ale to jeszcze nie koniec historii. Przed paru laty
spotkałem Odojewskiego w większym gronie i chociaż znaliśmy się
wcześniej w miarę dobrze, on mnie nie poznał! W przeciwieństwie do jego
żony, którą widziałem może dwa, trzy razy w życiu. Wtedy złożyłem to na
karb jego wieku. Teraz wiem, że powód musiał być inny. W najlepszym
przypadku było to nieczyste sumienie w związku z tym, co musiał nakłamać
Amerykanom o swej przeszłości, żeby dostać w RWE pracę. Jak dziś
wiadomo, Odojewski był przed wyjazdem z kraju współpracownikiem SB.
Zadziałało więc wobec mnie swoiste uprzedzenie.
Cały czas drąży mnie jednak pytanie – ile w tym tekście fikcji
literackiej, a ile prawdy?
Rozmowę próbowałem odtwarzać tak, jak ją usłyszałem, ale jej sens
pozostał nienaruszony. Nie przypuszczam też, bym został wystawiony na
jakąś prowokację. Bo niby jaką? Dlaczego i po co?
A czy ma Pan jakieś dowody wspierające tezę i opowieść
tajemniczego bohatera?
Przed paroma dniami, dzięki życzliwości pewnej osoby, oglądałem
materiał opowiadający, w jaki sposób bohater podziemia, i to bynajmniej nie
Tadeusz Mazowiecki, przygotowywany był z udziałem KGB na pierwszego
premiera niekomunistycznej Polski. Gdybym tego nie zobaczył – a chodzi
o dokument – w głowie nie powstałoby mi, że to może być prawda. Nie
można zapominać, że od tej mojej rozmowy w Arizonie mijają prawie cztery
lata. I wie pan, pewne rzeczy, niemal tak jak historia z tym nieszczęsnym
Odojewskim, nabierają innych smaków. W trakcie pisania książki wycofałem
się z podejrzeń o to, że Jaruzelski może być tzw. matrioszką. Sprawę pewnie
mogłoby rozstrzygnąć badanie DNA. Mimo to ta teza brzmiała dla mnie tak
fantastycznie, że choć o niej wspominam, dokonałem aktu swoistej
autocenzury, spychając ten problem na margines. Rzeczywiście, wyniki
badań DNA mogłyby dać odpowiedz na to pytanie, ale w przypadku
niepotwierdzenia zarzutu wywracałyby wiarygodność reszty tego, co
napisałem.
Czy próbował Pan weryfikować sensacje zawarte w książce na inny
sposób?
Nie. Ale pewne sprawy takiej weryfikacji podlegają.
Na ile zatarł Pan w książce realia mogące po móc w identyfikacji
informatora?
Nie ja je zacierałem, ale mój rozmówca.
Przed dwoma laty opublikował Pan fragmenty książki w krajowych
pismach. Czy pojawiły się jakieś reakcje na te sensacyjne przecież
informacje?
Najbardziej znaczący był fragment, który ukazał się w miesięczniku
„Odra”. To po tej publikacji z prokuratury zniknęły różne akta dotyczące
sprawy.
Jak wspominaliśmy na początku, złożył Pan w sprawie morderstwa
doniesienie do prokuratury. Czy ktokolwiek w jakikolwiek sposób
zareagował?
Choć mijają już dwa lata, nie mam żadnej odpowiedzi, a z tego, co wiem,
reakcja wymagana jest w okresie 60 czy 90 dni. Jakakolwiek reakcja! Na
przykład taka, że sprawa prokuratury nie interesuje. Nie otrzymałem nawet
takiej odpowiedzi. Uważa Pan, że to przypadek?
Co stało się z zapiskami Jaroszewicza, które miały być głównym
powodem zbrodni?
Ich posiadaczem jest mój rozmówca.
Czy uważa Pan, że zrobił ze swej wiedzy właściwy użytek?
Przeprowadzenie w tej sprawie profesjonalnego śledztwa z pewnością
pozwoliłoby rozproszyć wątpliwości, od których przecież i ja sam wolny nie
jestem.
Rozmawiał Włodzimierz Jurasz,
„Dziennik Polski”, 29 maja 2009
Śledztwo, którego nigdy nie będzie

Zanim maszynopis Zabiłem Piotra Jaroszewicza – po wydaniu


eksponowany w księgarniach w dziale political fiction – trafił do druku,
usiłował pan zapoznać z nim Prokuraturę Okręgową w Warszawie.
Z jakim skutkiem?
Byłem przekonany, że prokuratura po odcedzeniu tego, co w książce
literackie, będzie w stanie ustalić, czy napotkany przeze mnie w Arizonie
w roku 2005 mężczyzna twierdzący, iż zamordował Jaroszewiczów
z polecenia Wojciecha Jaruzelskiego, mówił prawdę. Od dwóch lat nie
dostałem jednak żadnej odpowiedzi. Nawet w rodzaju: „Nie widzimy
podstaw do wszczęcia śledztwa”. Wkrótce potem w zagadkowych
okolicznościach zaginęły materiały dowodowe w tej sprawie. Na klasyfikację
książki autor nie ma wpływu, decydują księgarze.
Niedawno udowodniono, że Jaruzelski wydał w roku 1975 rozkaz
zestrzelenia nad Czechosłowacją uciekającego z PRL do Austrii pilota.
Jeszcze kilka lat temu, gdyby ktoś utrzymywał, że Adam Ważyk brał
udział w próbie aresztowania Ferdynanda Goetla, Milan Kundera złamał
donosem życie Miroslava Dvoraczka, Günther Grass był członkiem Waffen-
SS, a Zygmunt Bauman rozpoczynał karierę jako siepacz na usługach
NKWD, uznano by go – eufemistycznie mówiąc – za mitomana. Dzisiaj już
na szczęście tak nie jest. Celem mojej książki jest wznowienie śledztwa
w sprawie Jaroszewiczów.
Rozmawia pan z N.N. także o innych nierozliczonych sprawach
z najnowszej historii Polski.
Nikt nigdy nie odpowiedział za trzymanie w więzieniu w Barczewie – już
za rządów Tadeusza Mazowieckiego! – historyka i dziennikarza, później
pełnomocnika pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, Józefa Szaniawskiego,
skazanego w PRL za współpracę z sekcją polską Radia Wolna Europa. Za
wydanie u progu naszego wieku nakazu prokuratorskiego wobec wydawcy –
Piotra Jeglińskiego. Za sprawy poruszane w filmach Jerzego Zalewskiego,
jak choćby ta dotycząca FOZZ i Michała Falzmanna. Widoczny jest brak
woli politycznej, aby komunistycznych przestępców – mam na myśli nie
tylko wysokich funkcjonariuszy PZPR, ale i trzon dawnej Służby
Bezpieczeństwa, osądzić i skazać. W tym znaczeniu moja książka okazuje się
chybiona. Może za 20 lat jej percepcja będzie inna, a wypowiedzi Antoniego
Macierewicza uchodzić wtedy będą – wobec ogromu zbrodni popełnionych
przez komunistów – za wyważone i z gruntu liberalne.
Podziela pan teorię zmarłego profesora Pawła Wieczorkiewicza, że
pośród włodarzy Polski Ludowej zdarzały się „matrioszki”?
Mój rozmówca twierdził, że fragmenty dzienników Jaroszewicza są temu
poświęcone. Mówił, że „matrioszką” może być nawet Jaruzelski. Początkowo
zamierzałem wystąpić z publicznym apelem o ustalenie jego DNA.
Doszedłem jednak do wniosku, że gdyby okazało się to nieprawdą
podważyłoby to wszystko, co napisałem. W książce zmarginalizowałem więc
tę sprawę, sprowadzając ją do mało istotnej wzmianki. Wymagałaby jednak
wyjaśnienia.
Podkreśla pan wartość pisarstwa Joanny Siedleckiej…
Ponieważ sukcesywnie ujawnia prawdę o istotnych postaciach z naszej
literatury współczesnej i stanowi zaporę wobec złodziei pamięci.
W wymiarze politycznym dokonuje tego profesor Uniwersytetu
Jagiellońskiego Andrzej Nowak. W odniesieniu choćby do Gustawa
Herlinga-Grudzińskiego – profesor Włodzimierz Bolecki. W wymiarze
historycznym profesor Marek Jan Chodakiewicz, a np. Magdalena Ślusarska
wyprowadzając na światło dzienne sprawę Konfederacji Barskiej, pokazuje
nam też, ile wielkich nieporozumień nagromadziło się w percepcji naszej
historii w ciągu półwieku trwających rządów Wielkiego Brata. Ufam, że
profesor Jan Tomkowski zdecyduje się wreszcie na napisanie odkłamanej
historii literatury polskiej. Tej po roku 1945, ale i tej po roku 1989,
nacechowanej nagłaśnianymi przez wpływowe media mieliznami, po której
brodzą coraz mniej wymagający czytelnicy.
Jak rozumieć słowa pańskiego interlokutora, że „komunizm odchodzi
w niepamięć, z tym, co po sobie pozostawił, zmagać się będą następne
pokolenia”?
W Polsce elity polityczne zdjęły z siebie ciężar rozliczenia przestępczej
działalności byłych komunistów. W efekcie ci ostatni spoglądają z plakatów
wyborczych, śmiejąc się ludziom w twarz. Niektórzy już nawet z pensją
europosłów. I mają powód do radości. Udał im się przecież skok stulecia.
Takie sprawy, jak ta Piotra Filipkowskiego czy Filipczyńskiego alias Petera
Vogla, nie interesują mediów biernie konstatujących wyprowadzenie z Polski
milionów, jeżeli nie miliardów, złotych.
Widziałby pan jakieś stosowne i całościowe rozwiązanie dla
postkomunistycznej spuścizny?
Weźmy przykład z Litwy. Tamtejszy parlament uchwalił, że generał
Jonas Żemaitis, przywódca Ruchu Walki za Wolność Litwy –
antykomunistycznej partyzantki po II wojnie, zamordowany w moskiewskim
więzieniu Butyrki – był de jure prezydentem. Ma to kolosalne znaczenie
prawne. W Polsce dokonano pozornego przekazania ciągłości władzy, ale bez
żadnych konsekwencji. A przecież pozwoliłoby to odwrócić powojenną
historię Polski. Rząd w Londynie był legalny. Reprezentował wszystkie siły
polityczne oprócz kolaborujących z Sowietami komunistów. Formalne
uznanie tego przez nasz Sejm i Senat redukowałoby Bieruta, Gomułkę czy
Jaruzelskiego do roli plenipotentów Kremla.
Pana rozmówca nie mieszka już w Arizonie. Zniknął bez śladu. Czy
można wiązać ten fakt z rosyjskimi służbami specjalnymi?
Nie zamierzam spekulować. Dziś najważniejsze wydaje się ustalenie jego
tożsamości i otwarcie śledztwa dotyczącego powiązań Jaruzelskiego
i Jaroszewicza z informacją wojskową. W odniesieniu do tego pierwszego
wypełzły na światło dzienne tylko mało znaczące drobiazgi. Na moją prośbę
wydawca przesłał egzemplarz Jaruzelskiemu. Adresat nie zareagował.
Włodzimierz Jurasz rozmowę ze mną dla „Dziennika Polskiego” zatytułował:
„Śledztwo, którego nie było”. Wiele wskazuje na to, że należy dodać: „i
którego nigdy nie będzie”.
rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert,
„Rzeczpospolita”, 29 sierpnia 2009
Nieznośna dwuznaczność polityki

„Wolność warta jest więcej niż wszystko inne” – pisze Pan w swojej
najnowszej książce Majaki Angusa Mac Og. Dostrzega Pan jakieś
zagrożenia dla wolności w Polsce? Rządzi przecież monopartia, która,
jak dawniej PZPR, przejęła wszystkie najważniejsze segmenty władzy.
Metaforycznie: im większy wzlot takiej monopartii, tym większy upadek.
Zakres wolności w Polsce od zarania odzyskania przez nią suwerenności jest
sprawą kontrowersyjną. Obywatele mają paszport w szufladzie, ba, gdy
podróżuje się do krajów Unii Europejskiej, wystarcza dowód tożsamości.
Z drugiej strony zaś wielu ludzi bulwersuje istnienie wiodących mediów
wyrosłych na „kulturze politycznej” nawet nie samych przedstawicieli
systemu, ale jego kolejnych reformatorów. Czyli innymi słowy, nie są to
media wyrosłe w sposób naturalny z potrzeby wolności. Jest widoczny
kontrast pomiędzy nimi a tymi, którzy są poddawani praniu mózgu. Pokazał
to film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010”. Cofając
się zaś w czasie – II Rzeczpospolita powstała na skutek czynu zbrojnego. To
on był zasadniczym impulsem w budowaniu państwa po 123 latach
nieistnienia. Komunistyczna Partia Polski była przed wojną partią – ze
względu na agenturalny charakter nielegalną zresztą – nawołującą do
przyłączenia Polski do rodziny narodów ZSRS. Za to na przykład odsiadywał
wyrok więzienia przyjaciel Czesława Miłosza, niejaki Stefan Jędrychowski.
Późniejszy aparatczyk i pupil generała Iwana Sierowa. Po wojnie PZPR
mogłaby realizować ochoczo program włączenia PRL do Związku
Sowieckiego, ale takiej potrzeby nie było. Rosjanie kontentowali się
istnieniem satelickiej Polski. Dzisiaj niepokoi obecność poputczików PZPR,
choćby w rodzaju Andrzeja Wajdy, w otoczeniu partii rządzącej. Zagrożenia
dla wolności w tym nie widzę. Nastąpi natomiast zwiększona polaryzacja
stanowisk w odniesieniu do obywateli dawnej PRL, którzy nie cierpią jeszcze
na amnezję.
Dla tych, którzy nie chcą zapomnieć, wciąż ważna jest sprawa
szeroko pojętej lustracji. Ale ten temat, nie mówiąc już o dekomunizacji,
został przez obecną koalicję wypchnięty z głównego nurtu polityki. Jest
jakaś szansa na jego powrót do debaty publicznej? W jakiej formie
powinno dokonać się dziś rozliczenie z przeszłością?
W sferze dekomunizacji, jeśli kiedykolwiek ta rzecz powróci do polityki
– a nie uważam, że jest na nią za późno – powinno nastąpić ustawowe
odsunięcie byłych członków PZPR od możności zajmowania kierowniczych
stanowisk w państwie. Nade wszystko w sądownictwie i kluczowym
Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Także ktoś o przeszłości Daniela
Passenta nie może reprezentować kraju jako ambasador. Polacy nie powinni
zwracać uwagi na „wrażliwość” w tym względzie zachodniej Europy. Tam
populacje przeżyły w dobrobycie prawie pół wieku, kiedy tu pastwiono się
nad ludźmi. Specyfika postkomunizmu musi być przy tym rozwiązana przez
tych, którzy doświadczyli jej na własnej skórze. Czy jest to możliwe?
Rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych pokazuje, że tak. Czytając
raport Antoniego Macierewicza – jest dostępny w Internecie – można sobie
zdać sprawę, jak III Rzeczpospolita była spenetrowana przez KGB i GRU.
To chyba nie tylko efekt grubej kreski i niepisanej amnestii dla
„właścicieli” PRL? Niemal wszystkie rządy po 1989 roku nie miały woli,
by osądzić i napiętnować komunizm.
Dlatego dekomunizacja powinna też dotyczyć tych, którzy rozpostarli
parasol ochronny nad komunistycznymi przestępcami, takimi jak Wojciech
Jaruzelski czy Czesław Kiszczak.
Chronienie przestępców jest przestępstwem. Tym samym Aleksander
Kwaśniewski, Józef Oleksy, Leszek Miller czy Włodzimierz Cimoszewicz
stali się współwinnymi popełnionych w minionej epoce zbrodni. Nie mówiąc
już o uwłaszczeniu, czego przykładem jest ich los czy los byłych
powiatowych i wojewódzkich pierwszych sekretarzy. Dotychczas partie
rządzące skrywały ten widoczny gołym okiem problem, jakby nie wierząc, że
oskarżenie publiczne tych ludzi może przynieść skutek. W wystąpieniach
medialnych osobnicy tej formacji traktowani byli przez prowadzących, ale
też przez przedstawicieli partii postsolidarnościowych jako przedstawiciele
lewicy. Tym samym uzyskiwali status kogoś zbliżonego do
zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji. Jest to nieporozumienie. Oddano
bez walki za cenę zaistnienia, a także przez nieumiejętność wyartykułowania
tych „subtelności” pewną przestrzeń, wprowadzając dwuznaczność życia
politycznego.
Ta sytuacja sprawia, że lustracją zajmują się dziś tylko nieliczne
media i niezależni badacze.
W pełnym wymiarze dokona jej następne pokolenie historyków, tyle że
dla ofiar komunizmu – a jest ich wciąż wiele – nie będzie to już miało
żadnego znaczenia. Dzisiaj musimy doceniać to, co w tej materii zostało
jednak uczynione. Jeśli dowiaduję się, że Michał Boni, który kończył
polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim w tym samym roku co ja, był
tajnym współpracownikiem, a dzisiaj jest ministrem, że mąż koleżanki
z grupy – Julii Pitery – też ma kontestowaną w sądzie przeszłość, to jak
muszą się czuć osoby, którym złamali oni życie? Nawet więc przy całej
obecnie bezsilności ofiar trzeba głosić przy każdej okazji, co jest już
wiadome. Ryszard Kapuściński nie był – jak wiele osób chciałoby
utrzymywać – utalentowanym dziennikarzem i niewiele znaczącym
peerelowskim agentem. Jego analizy dotyczące krajów Trzeciego Świata
lądowały na biurkach przełożonych w Moskwie. Czy sprawy te ujrzą kiedyś
światło dzienne? Przypuszczalnie tak. Ale do tego czasu społeczeństwo
karmione będzie legendą, jaką to Kapuściński był złożoną postacią i jak
wrażliwą na społeczną niesprawiedliwość. W tej materii do wyjątków należy
Wojciech Dzieduszycki, który po ujawnieniu wieloletniej współpracy z UB,
a następnie SB, u schyłku swego życia publicznie wyraził skruchę i żal
wobec ofiar swego donosicielstwa. Większość jednak, jak wspomniany
Michał Boni, chodzi z podniesioną głową. Ba, reprezentują oni wolną Polskę
bez uczucia zażenowania, że byli niegdyś Nieczajewem czy Razumowem
w wysypisku śmieci – bo to jedynie pozostawili po sobie komuniści –
zarządzanym przez marksistowską ideologię.
Wspomniał Pan o konieczności dekomunizacji wymiaru
sprawiedliwości. Nie tylko nie osądzono komunistycznych zbrodni, jak
choćby zabójstwa Grzegorza Przemyka, ale też nie wyjaśniono
zagadkowego mordu na Piotrze i Alicji Jaroszewiczach w 1992 roku.
Przed paru laty złożył Pan w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie
materiały będące podstawą książki Zabiłem Piotra Jaroszewicza. Ktoś się
nimi zainteresował?
Byłem wtedy skłonny spotkać się z osobami, które zaangażowałyby się
w śledztwo mające wykazać, czy zleceniodawcą mordu na Jaroszewiczach
był Wojciech Jaruzelski. Nie chodziło o sensację, ale o zweryfikowanie
możliwości popełnienia przestępstwa. I to nie byle jakiego, ale zabójstwa
politycznego uwikłanego w dziesiątki różnych uwarunkowań. Na to moje
pismo – łamiąc zresztą prawo, jeśli chodzi o termin udzielenia odpowiedzi –
nigdy nie odpowiedziano. Ba, wkrótce potem – z tego co wiem –
wykradziono z prokuratury resztki tego, co mogłoby w takim dochodzeniu
mieć znaczenie. Sam Jaruzelski także nabrał wody w usta, choć otrzymał – na
moją prośbę – od Wydawnictwa Arcana pierwszy egzemplarz książki.
Nie miał Pan wątpliwości, że warto zbadać ten trop?
Wszystko, co nastąpiło pomiędzy rokiem 2007 a 2010, skłania mnie do
stwierdzenia, że sprawa powinna być jednak poddana prokuratorskiej
weryfikacji. Przydałaby się też wtedy publiczna debata, bo pomogłaby
wydobyć na światło dzienne udział Jaruzelskiego w Informacji Wojskowej
w stopniu daleko większym, niż uczynił to film Grzegorza Brauna. Film,
który przecież mocno trzyma się ziemi i nie fantazjuje. Na ślad uczestnictwa
Jaruzelskiego w podporządkowanej całkowicie KGB formacji, już po moim
zawiadomieniu o możliwości popełnienia przestępstwa do prokuratury,
natrafili pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej. Zaznaczam – już po tym,
co złożyłem do prokuratury. Do samego więc wątku morderstwa na
Jaroszewiczach dochodzi jeszcze inny, mający swoje mocne podstawy. Czy
Wojciech Jaruzelski, zajmując stanowiska kierownicze w reżimie
komunistycznym, nie był agentem zainstalowanym i kierowanym
bezpośrednio przez Rosjan? Ustalenie tego faktu pozwoliłoby wiele
zrozumieć z najnowszej historii. Politycy, którzy tę sprawę bagatelizują,
przyczyniają się do coraz bardziej intensywnego zakłamywania
rzeczywistości.
Ostatnie wybory po raz kolejny ujawniły pęknięcie Polski – na część
wierną tradycyjnym wartościom, patriotyczną, i na część jakby słabiej
zakorzenioną w obywatelskiej tożsamości, budującą na „lotnych
piaskach” nowoczesności. Na ile ten podział przypomina „dwie
Ameryki”, jakie dochodzą do głosu przy kolejnych wyborach?
Dwie Polski? Dwie Ameryki? Tego się nie da wyliczyć i wyniki
jakichkolwiek wyborów nie są w pełni do tego racjonalną przesłanką. Co
prawda dla Amerykanów wojna domowa w XIX wieku na wiele lat
wykreśliła taką właśnie linię podziału. W ostatnich latach także nie
brakowało teorii, że stany tradycyjnie związane z obecną Partią
Demokratyczną, do których zaliczyć można przykładowo te znajdujące się
w Nowej Anglii, powinny się połączyć z Kanadą, natomiast reszta ogłosi
secesję. I powstaną nowe Stany Zjednoczone wzorowane bardziej na tym, co
projektowali ojcowie założyciele. Nie przypuszczam jednak, żeby do tego
doszło. Natomiast wyborcze wahadło będzie coraz bardziej w ruchu. Czyli
jeśli prezydent Obama nie przekona społeczeństwa do swej reformy państwa
i swej polityki, to następne wybory – nie mam tu na myśli jedynie wyborów
prezydenckich – odmienią oblicze Stanów Zjednoczonych. Różnica jest taka,
że mieszkaniec USA nie musi mierzyć się z tym, co trudno opisać, a już na
pewno zrozumieć człowiekowi Zachodu, czyli w przypadku Polski
z trwającymi prawie ćwierć wieku konsekwencjami istnienia potężnej grupy
społecznej, która jeszcze wczoraj reprezentowała państwo totalitarne.
Przykładem – jednym z dziesiątków tysięcy – jest członek SLD Tadeusz
Iwiński. Wczoraj partyjny wykonawca woli Moskwy. Dzisiaj
parlamentarzysta o lewicowych poglądach.
Klucz do przyszłości Polski leży więc w uczci wym osądzeniu
przeszłości?
Na oczach Polaków partia postkomunistyczna – bo do takiej należy SLD
– przepoczwarzyła się w partię nieledwie konserwatywną. Nieprzypadkowe
są słowa Aleksandra Kwaśniewskiego o „świętym prawie własności”.
Przecież gdyby doszło do jakichkolwiek w tym względzie rozliczeń, to tacy
jak on stoją w pierwszym szeregu tych, których stan posiadania byłby
kwestionowany, o czym jednoznacznie mówił Józef Oleksy w rozmowie
z Aleksandrem Gudzowatym. Najpewniej nigdy do tego nie dojdzie.
Podobnie jak dzisiaj nikt telewizyjnego prezentera nie będzie kojarzył
z partyjnym aparatczykiem, który za życia okradał społeczeństwo, ale zanim
wyzionął ducha, załatwił synowi intratną posadę. Wiemy przecież, że dzieci
przestępców nie są czemukolwiek winne. Taka jednak „młodzież” stanowi
wciąż szarą sferę poparcia dla partii, które w cień będą usuwać możliwość
ostatecznego rozliczenia się z tym, co pozostawił po sobie komunizm.
A pozostawił sporo.
Z reliktami komunizmu próbowali walczyć ludzie, którzy razem
z prezydentem Lechem Kaczyńskim zginęli w katastrofie pod
Smoleńskiem. Re prezentowali niezależne, propaństwowe myślenie, byli
symbolem odradzania się elit po hekatombie pierwszego Katynia. Jakie
będą długofalowe skutki tego dramatu?
Katyń to miejsce symboliczne. Symbol setek innych miejsc, gdzie
wymordowano setki tysięcy Polaków. Jątrzący jest jednak nie tylko sam fakt
mordu, ale skrywanie go przez dziesiątki lat przed oczyma światowej opinii
publicznej. Kłamał przecież nie tylko Stalin. Nie tylko przedstawiciele
angielskiej Partii Pracy. Nie tylko Chruszczow, Breżniew czy Andropow. Nie
tylko Gomułka, Gierek, Kiszczak i Jaruzelski. Wraz z nimi kłamały miliony
członków KPZR, a w kraju członkowie Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej, latami próbując wtłoczyć do głów żyjących kłamliwą wersję
zdarzeń. Pierwszy sekretarz partii w Skierniewicach, którym był Leszek
Miller, nie tylko głosił kłamstwo jako oficjalną prawdę, ale uczestniczył
aktywnie w uciszaniu jakichkolwiek głosów domagających się prawdy. Dziś
do pewnego stopnia historia się powtarza, choć kontekst polityczny
katastrofy jest nieco inny.
Rosja narzuca od pierwszych minut swoją nar rację katastrofy…
Po stronie rosyjskiej wersji zdarzenia stoi murem Europa Zachodnia.
A nie są to przecież państwa totalitarne, ale pretendujące do wzorca
demokracji. Także obecna amerykańska administracja nie jest zainteresowana
pogorszeniem stosunków z Rosją niosącą gałązkę oliwną czeczeńskim
dzieciom czy gruzińskim podżegaczom wojennym. Putinowska Rosja nie jest
postrzegana przez świat Zachodu jako sprawca wielu konfliktów wśród
narodów dawnego Związku Sowieckiego, ale jako zasobne państwo
raczkującej demokracji. Taki kontekst polityczny nie wróży dobrze zabiegom
mającym prowadzić do ustalenia prawdy. Co nie znaczy, że w Internecie nie
będą się ukazywać takie analizy katastrofy jak ta – szalenie rzeczowa
i ciekawa – przeprowadzona przez Gene’a Poteata, emerytowanego już, ale
o międzynarodowym doświadczeniu, analityka działu naukowego Centralnej
Agencji Wywiadowczej. Nowojorski kongresman Peter King złożył też 30
czerwca tego roku w Izbie Reprezentantów rezolucję domagającą się
powołania międzynarodowego śledztwa w sprawie smoleńskiej katastrofy.
Będzie ona najpewniej rozważana po wakacjach, ale w obecnym układzie sił
w Kongresie szanse na jej przyjęcie są prawie żadne. Myślę, że dotarcie do
prawdy będzie tak samo żmudne jak ustalenie, kto naprawdę kierował
zamachem na Jana Pawła II. Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie
będzie utrzymywał, że za zamachem stali pracownicy bułgarskiego wywiadu.
Prawdziwy sprawca skrywa wciąż swe oblicze w ciemnościach. Błąd
zaniechania osądzenia komunizmu na początku lat 90. odbijać się będzie
czkawką przez wiele jeszcze dziesiątek lat. Choć ma to odległy związek ze
śledztwem w sprawie katastrofy, to istnieją nici, które w pewnych
płaszczyznach te odniesienia ze sobą wiążą. Splatają się w gordyjski węzeł,
którego rozcięcie najpewniej nie będzie nigdy możliwe.
Próbował Pan te nici połączyć w jakąś całość?
W kwietniowy poranek, dosyć wcześnie, bo chyba przed godz. 6.00,
buczy telefon. Dzwoni mieszkająca w Melbourne moja siostra Joanna
z wiadomością o tym, co się wydarzyło. Idę na piętro do gabinetu i otwieram
komputer. Co pisze o tym prasa izraelska – to mnie interesuje. Izraelczycy
reagują niekiedy neurotycznie, ale też najszybciej artykułują sedno sprawy.
Czytam: „Israeli press accuses Putin of Kaczynski’s elimination”. Prasa
izraelska oskarża Putina o wyeliminowanie Kaczyńskiego. Przeglądam
kolejne artykuły. Co podaje „Maariv”, „Haaretz”, czyli co piszą wiodące
pisma o katastrofie pod Smoleńskiem. Dla nich od samego początku
podejrzanym jest Władimir Putin. Dla izraelskich komentatorów nie ma w tej
sprawie wątpliwości. Nawet religijny „Be-Hadrei Haredim” wyraźnie
wskazuje na przywódców Rosji jako potencjalnych sprawców katastrofy.
Nawet jeśli był to wypadek, to jest i osoba podejrzana. Jest nią były oficer
KGB, a obecnie niekoronowany car Rosji Władimir Putin. Podejrzewać
kogoś nie jest przestępstwem. Jest naturalną rzeczą umysłu. Wiemy, że Putin
morduje. Także za granicą. Angielskie służby wywiadowcze pokazały to
czarno na białym. Wiemy o ataku na Gruzję i mordowaniu Czeczenów.
A wszystko to przy milczącej akceptacji Europy Zachodniej. Także Stanów
Zjednoczonych, zaprzątniętych swymi sprawami w Iraku i Afganistanie.
W przeglądzie prasy polskiej tuż po katastrofie poza „Naszym
Dziennikiem” nie odnalazłby Pan żadnych rozważań na temat sugestii
wiążących się z rosyjskim wątkiem.
Szokujące odkrycie! Żadne z wysokonakładowych krajowych pism
nikogo o nic nie podejrzewa. Ani słowa o Putinie. Ba, milcząca zgoda na to,
żeby to on prowadził śledztwo. Czyli tak jakby zlecić Kiszczakowi śledztwo
w sprawie skrytobójczych mordów księży. On już dołoży starań, żeby sprawę
wyjaśnić. Tyle że tamto miało miejsce w państwie komunistycznym.
Zniewolonym. A teraz jest wolna Polska. Czy aby? Niedługo wszystko to
zresztą przyjmie formę groteski, kiedy pojawią się nawoływania do składania
kwiatów na grobach tych, którzy wywozili, gwałcili i zabijali. Na ich
bagnetach zafundowano Polsce pół wieku poniżającej propagandy, więzienia
i mordowania tysięcy ludzi. Dopiero po kilku tygodniach w polskich
gazetach pojawią się zdecydowane głosy o tym, że Rosjanie mogli jednak
mieć coś wspólnego z rozbiciem się samolotu. Niezależnie od tego, jak było,
każde pytanie w wolnym kraju ma swe pełne uzasadnienie. Każde. Każde
racjonalne podejrzenie należałoby sprawdzić.
Przecież jeśli kłamano przez pół wieku, to dla czego nie miano by
kłamać i teraz?
Wiemy, że ani jeden z tych, którzy strzelali do bezbronnych
i skrępowanych jeńców w Lesie Katyńskim – takich jak choćby pochodzący
z Kłobucka poeta Władysław Sebyła – nie stanął przed sądem. Czyli może
opłaciło się kłamać? Opłaciły się te wszystkie lata. A teraz to i tak nie ma
znaczenia. Przecież wszyscy oni już nie żyją. Nie ma Janusza Kurtyki. Nie
ma Zbigniewa Wassermanna. Nie ma Aleksandra Szczygły. Nie ma ich. Po
co się w ogóle nimi zajmować? Są ważniejsze sprawy. Trzeba odpolitycznić
media. Politycy też niech zajmą się sprawami ważnymi. Ważnymi dla
państwa. Dla społeczeństwa. A ponieważ od czegoś trzeba zacząć, więc niech
na przykład każdy obywatel zawiesi w swym domu portret nowego
prezydenta. Władysław Gomułka dał niegdyś przykład, nawołując Naród do
jedności. To będzie sygnał na zgodę. Zgoda przecież buduje. Mołotow
umierał, mając 97 lat, w swej daczy i w otoczeniu wnuków…
Przy okazji 30. rocznicy Sierpnia ’80 powraca temat inspiracji tych
wydarzeń przez sowieckie służby specjalne, które w pewnym momencie
wy mknęły się spod kontroli. Anatolij Golicyn marację, pisząc, że
komunizm ewoluował według za planowanego scenariusza?
Trudno uchwycić granicę pomiędzy tym, co mogło być planowane,
a tym, co nastąpiło spontanicznie. Oba te elementy nieustannie ze sobą
konkurują. Jeśli przyjmiemy za dobrą monetę słowa Kiszczaka – a ja je
przyjmuję – że „Solidarność” była kontrolowana przez podległe mu służby,
to wciąż nie sposób procentowo wyliczyć, co tej kontroli się wymykało.
Sytuacja odmienna w zestawieniu na przykład z hierarchią Kościoła
prawosławnego w Rosji. Ta była kontrolowana przez KGB w stopniu, który
pozwala na użycie frazy „kontrolowana całkowicie”. Historia pokazuje, że
nawet w okresie stalinizmu prześwietlenie mózgów wszystkich obywateli
było niemożliwe. Nikt też nigdy nie będzie w stanie przewidzieć – nawet
fantazja nieprojektowana – kiedy historia wpada w galop i przenosi nas
w inną rzeczywistość. Myślę, że największym szokiem dla komunistów było
nie to, co działo się z dnia na dzień w procesie rozpadu systemu, ale to, co
nastąpiło potem.
Scenariusz wydarzeń w poszczególnych krajach bloku
komunistycznego przebiegał odmiennie. Można sobie wyobrazić
alternatywną wersję w Polsce?
Realny był dla polskich komunistów rumuński wariant historii. Ale
potrafili nawet z rumuńskiej lekcji wyciągnąć wnioski. Podobnie było
przecież ze śmiercią Józefa Stalina. Ledwie zamknął oczy, a już szykowano
się – nawet Ławrientij Beria miał takie intencje! – do wskoczenia na trybunę
i zakrzyknięcia: Oto ta kreatura nie żyje, ale my mamy ręce czyste jak
śnieżnobiały świąteczny obrus i nie boimy się poprowadzić was w lepszą
przyszłość. Ostatecznie zrobił to Nikita Chruszczow. Człowiek
odpowiedzialny za śmierć paru milionów ludzi na Ukrainie i osoba
odpowiedzialna za utopienie węgierskiego powstania 1956 roku w morzu
krwi. W Polsce chwytem tym posłużyli się prawie wszyscy, zainspirowani
Chruszczowem, architekci stalinizmu. Ideologia stawała się już sprawą
drugorzędną. Jeśli nie trzeciorzędną. Czy się im opłaciło? I to jak jeszcze! Do
dziś wymierają jako bohaterowie wolnej Polski. Ci młodsi – taki
odpowiednik Hitlerjugend – brali z nich przykład. W suwerennej Polsce stali
się prezydentami, marszałkami Sejmu, posłami, ministrami, senatorami.
Także strona finansowa zapewniona została do czwartego pokolenia do
przodu. I proszę zwrócić uwagę, że politycy – nawet ci bardziej w swych
poglądach skrajni – nie mówią już o rozliczeniu komunistów. Tacy jak
Aleksander Kwaśniewski, Sławomir Wiatr, Józef Oleksy czy Włodzimierz
Cimoszewicz to dzisiaj dżentelmeni. Ludzie o co najwyżej innych poglądach
politycznych. A przecież im z butów wyłazi słoma. Słoma utaplana moralnie
we krwi tych, którzy za wolność Polski zapłacili najwyższą cenę. rozmawiała
Małgorzata Rutkowska,
„Nasz Dziennik”, 31 lipca-1 sierpnia 2010
Posłowie

Mijają cztery lata od złożenia w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie


zawiadomienia o możności popełnienia przestępstwa przez Wojciecha
Jaruzelskiego. Cisza w tej sprawie stanowi dla mnie dowód, iż sprawa ta
wymaga wyjaśnienia.
W ciągu tych czterech lat wiele się wydarzyło. Dotarłem do
amerykańskich ustaleń dotyczących TW „Wolskiego” herbu Ślepowron.
Wynika z nich, że Jaruzelski zwerbowany był w 1946 roku przez Informację
Wojskową, natomiast w 1952 roku został wciągnięty na listę agentów sensu
stricto sowieckich (do tych ustaleń Instytut Pamięci Narodowej z przyczyn
oczywistych dotrzeć nie mógł), aby po paru miesiącach, z początkiem 1953
roku, otrzymać obywatelstwo Kraju Rad.
Zeskanowana kopia dokumentu nadania Wojciechowi Jaruzelskiemu
obywatelstwa ZSRR znajduje się w archiwach wywiadu amerykańskiego.
Była przekazana na początku lat dziewięćdziesiątych przez dawnego
dysydenta rosyjskiego, który miał dostęp do otwartych wówczas na
stosunkowo krótki czas archiwów KGB.
Ciekawostką jest, że w tym samym okresie – tj. w latach 1952-53 –
przyznano sowieckie obywatelstwa kilkunastu innym prominentnym
komunistom tzw. Bloku Wschodniego, wliczając w to jedyny przypadek
dotyczący obywatela NRD i od 1953 roku (a nie jak podają niektóre źródła
od 1958 roku) szefa Stasi, Marcusa Wolfa.
Lata te są przełomowe dla kariery generała. Nie kariery wojskowej, lecz
politycznej. Są kluczem do rozumienia udziału w kolejnych odsłonach
zniewalania Polski, aż po chwile, kiedy zostaje zaproszony z instygacji
Tomasza Turowskiego do Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Wezmą w niej
udział Minim, Olin, Carex i Alek.
Teczki dotyczącej agenturalnej działalności Jaruzelskiego nie należy
szukać w Warszawie, bo jej tam nie ma. Znajduje się w Moskwie i przez
wiele lat nie będzie do niej dostępu. Po 1952 roku Jaruzelski wie, że
wszystkie mosty są za nim spalone. Nie zmieniły tego ani śmierć Stalina, ani
kolejno kontrolowane przez komunistów „odwilże”, poczynając od tej
w 1956 roku.
Wypadki na Węgrzech utwierdziły towarzyszy radzieckiej elity władzy
w przekonaniu, że w przypadku załamania się systemu to oni staną się
żywym celem dla otrząsającego się z totalitaryzmu społeczeństwa.
Konstatacja ta dotyczyła też i ich agentów.
Od 1952 roku Jaruzelski realizował zadania stawiane przez Rosjan,
mamiąc przy tym „pożytecznych i otumanionych Muminków z PZPR”
i resztę publiczności podróbką patriotyzmu made in PRL. Na scenie
politycznej świadectwem tego będzie stan wojenny, o którego konieczności
wprowadzenia w Polsce Jaruzelski przekonywał swych przywódców. Ze
względu na skomplikowaną sytuację na świecie nie wyrazili oni na to zgody.
Po wielu latach dokumenty dotyczące tej sprawy, przedstawione przez
Władimira Bukowskiego, będą przez egzegetów komunizmu ignorowane.
Nadchodzi rok 1989. Taki scenariusz był w Moskwie przewidywany, nikt
nie był tam jednak w stanie przewidzieć, czy życie nie wprowadzi
pierwiastka nieprzewidywalnego. Czegoś spontanicznego, jak obecne
wydarzenia w Północnej Afryce czy krajach Bliskiego Wschodu.
Nie dającym się przewidzieć elementem była możliwość rozprawy ofiar
systemu z komunistycznymi przestępcami.
Lata dziewięćdziesiąte pokazały, że nie było powodu do obaw. Nie
przypadkiem w sąsiadującej z Rosją Polsce zaczyna się ofensywa
semantyczna, która wprowadza do obiegu mylący termin „transformacja”,
zamiast „odzyskanie niepodległości”. Równocześnie zaś wszystko to co
„niepodległościowe” zostaje przemianowane na „prawicowe”. No,
a z prawicą, wiadomo. Walczy z nią cały postępowy świat od Madrytu po
Nowy Jork włącznie, w taki sam sposób, w jaki walczyli z nią za młodu
Stefan Jędrychowski, czy Ozjasz Szechter – ideologiczni wspólnicy George’a
Bernarda Shawa, który przekonywał publiczność wobec stalinowskich
czystek roku 1937 w taki oto sposób: „Nawet zdaniem największych
przeciwników ZSRR i jego rządów, procesy te (czystki) dały wyraźny znak
istnienia aktywnych spisków przeciwko reżimowi… Jestem przekonany, że
to jest prawda, i tak samo wierzę, że stanowić to będzie świadectwo prawdy
nawet w zachodniej Europie, nawet wśród najbardziej wrogich czytelników”
[13].
Ale przestępcy komunistyczni w rodzaju Jaruzelskiego mieli świadków
popełnianych zbrodni i agenturalnej przeszłości, świadków nie wśród ofiar,
lecz wśród kompanów. Niektórzy z nich wiedzieli dużo, a nawet niekiedy –
jak było to w przypadku Jaroszewicza – mieli na to twarde dowody.
Zgorzkniały starszy były premier PRL-u wiedział dobrze dlaczego po
przebudzeniu upycha do kieszeni rewolwer.
*
W lipcu 2009 roku TVP w osobie Kamili Derewendy zwróciła się do
mnie w sprawie projektu spektaklu Sceny Faktu w Teatrze Telewizji na
podstawie niniejszej książki. Zaproponowano zaliczkę w wysokości
dziesięciu tysięcy złotych i przystąpiono do przedstawienia umowy.
Świadom, że przez ekran sprawa będzie nagłośniona, wyraziłem zgodę.
I nagle zaczęło się dziać coś niedobrego. Podobnie, jak po złożeniu
zawiadomienia do prokuratury, poznikały z niej ostatnie dostępne dowody –
chodzi tutaj o folie ze niezidentyfikowanymi śladami odcisków palców, jakie
pobrano z ciupagi, której użyto do zamordowania Piotra Jaroszewicza,
a także odcisków pozostawionych na okularach ofiary. Dowody te mogły
pomóc w ustaleniu sprawców zbrodni. W związku z zaistniałą sytuacją
tajemnicze moce w osobach anonimowych prawników TVP
zakwestionowały możliwość zrealizowania spektaklu, o czym powiadomiła
mnie kierowniczka Działu Artystyczno-Literackiego Teatru, Wanda
Zwinogrodzka.
Zapytałem, czy mogę poznać nazwiska tych erudytów prawa, aby
przedyskutować wątpliwości, które ich nurtują. W Ameryce przywykłem, że
nie ma takiej sprawy, której nie dałoby się publicznie – choć publicznością
miałem być jedynie ja i owi prawnicy – wyjaśnić. Zapytałem także o powód
tej nagłej zmiany.
W odpowiedzi usłyszałem, że dopóki sprawa toczy się w prokuraturze,
nie wolno jej upubliczniać. Groźnie to zabrzmiało, przyznam.
– Ależ moja droga Pani – powiedziałem. – Byłby to absurd. Przecież to
owa prokuratura łamie prawo, nie odpowiadając na powiadomienie
w terminie do tego ustawowo przewidzianym.
*
Nienormalność instytucji z którymi miałem do czynienia ma przełożenie
na stan państwa, które fasadowo kwalifikuje się jako demokratyczne,
a strukturalnie nasiąknięte jest tym, co uznać można za sukces komunizmu.
Dla Wojciecha Jaruzelskiego, właściciela bezprawnie zawłaszczonego domu,
jest to sukces osobisty: Morduj i kradnij, a będziesz dożywał dni swych
w dostatku i spokoju. Oto część dekalogu, jaki komunizm pozostawia nam
w spadku.
[1] August Emil Fieldorf, ps. Nil (ur. w 1895 w Krakowie, zamordowany w 1953
w Warszawie). Bojownik o niepodległość Polski, gen. brygady Wojska Polskiego.
Organizator i dowódca Kedywu AK, z-ca komendanta głównego AK.
[2] Cekhauz – daw. nazwa arsenału, czyli budynku o cechach obronnych,
w którym przechowywano broń i sprzęt wojenny.
[3] Alexander Dubczek (1921-1992) – I sekretarz KC KPCz i realizator reform
nazywanych w roku 1968 praską wiosną.
[4] Olof Palme (ur. w 1927, zamordowany w 1986 roku w Sztokholmie) –
socjalista i premier Szwecji.
[5] Marceli (Marcel) Reich-Ranicki (ur. w 1920 roku) – głośny niemiecki krytyk
literacki, a w okresie stalinizmu w Polsce cenzor i pracownik Urzędu
Bezpieczeństwa.
[6] George Soros (ur. w 1930) – finansista amerykański, spekulant walutowy
i filantrop.
[7] Ezra Pound (1885-1972) – amerykański poeta, tłumacz, publicysta i krytyk
literacki.
[8] Harun ar-Raszid (763-809) – piąty kalif z dynastii Abbasydów. Jeden
z najwybitniejszych władców muzułmańskich, mecenas nauki i sztuki.
[9] Peter Vogel (Piotr Filipczyński, ur. w 1954) – szwajcarski bankowiec
i morderca pochodzenia polskiego.
[10] Tomas de Torquemada (1420-1498) – przywódca inkwizycji, doprowadził
do wypędzenia blisko dwustu tysięcy Żydów z Hiszpanii (choć sam był pochodzenia
żydowskiego).
[11] Göran Lindblad (ur. w 1950) – szwedzki parlamentarzysta.
[12] Luis Maria de Puig (ur. w 1945) – hiszpański socjalista.
[13] Even in the opinion of the bitterest enemies of the Soviet Union and of her
government, the (purge) trials have clearly demonstrated the existence of active
conspirancies against the regime… I am convinced that this is the truth, and I am
convinced that it will carry the ring of truth even in Western Europe, even for hostile
readers (tłum. red.).
Spis treści
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Przedmowa
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
Śledztwo, którego nie było
Śledztwo, którego nigdy nie będzie
Nieznośna dwuznaczność polityki
Posłowie
Przypisy
Okładka